background image

ANNE McCAFFREY 

MARGARET BALL

STATEK BLIŹNIACZY

(Przełożyła: MARIA LEWANDOWICZ)

background image

ROZDZIAŁ I

Dla   zwykłych   ludzkich   uszu   lekki   trzask   włączającego   się  głośnika   byłby   prawie 

niedosłyszalny,  ale   dla  Nancii,  której  wszystkie  zmysły  były dobrze   wyczulone   na  ten  sygnał, 

zabrzmiał jak fanfara na trąbce. Świeżo po promocji, gotowa do służby oraz pełna obaw, czy zdoła 

godnie kontynuować chwalebne tradycje swego rodu, stała na placu startowym i czekała na rozkazy 

z Centrali.

On teraz wchodzi na pokład, pomyślała w ułamku sekundy, oczekując z niecierpliwością na 

rozmowę. Była pewna, że tata znajdzie czas, aby ją odwiedzić, skoro nie mógł przyjść na formalną 

promocję w  Szkole-Laboratorium.  I wtedy  nieomylny,   grobowy  głos operatora  trzeciej  zmiany 

Centralnego Komputera skrobnął ją po sensorach. Rozczarowanie zawładnęło jej synapsami.

- XN-935, jak szybko możesz wystartować? 

- Wszystkie przygotowania zakończyłam już wczoraj -   odpowiedziała Nancia.

Starała się przemawiać możliwie jednostajnym głosem. Badała każdą taśmę wyjściową, aby 

upewnić się, że nawet ślad jej rozczarowania nie przedostał się na wyższe częstotliwości. Centralny 

Komputer mógł doskonale komunikować się z nią bezpośrednio przez elektroniczną sieć, która 

łączyła komputery pokładowe Nancii ze wszystkimi innymi komputerami w tej podprzestrzeni - 

oraz przez chirurgicznie zainstalowane synapsy, które zespalały fizyczne ciało Nancii - bezpieczne 

w tytanowym pancerzu - z komputerem pokładowym. Etykieta wymagała, aby operatorzy zwracali 

się   do   statków   mózgowych   tak   jak   do   innych   istot   ludzkich.   Byłoby   niegrzecznie   wysyłać 

elektroniczne instrukcje, tak jakby statki mózgowe były tylko sterowanymi przez AI bezpilotowymi 

pojazdami, obsługującymi komunikację w Centralnych Światach.

Przynajmniej tak utrzymywali operatorzy. Prywatnie Nancia uważała, że jest to sposób na 

uniknięcie   kłopotliwego   porównywania   czuciowo   ograniczonego   systemu   komunikacji   AI   z 

możliwością wielokanałowego porozumiewania się i zdolnością do jednoczesnej reakcji statków 

mózgowych.

Tak czy inaczej ludzie z kapsuł byli dumni, że potrafili panować nad własnymi “głosami" i 

wszystkimi   innymi   zewnętrznymi   urządzeniami   komputerowymi.   Te   możliwości   Helva 

zaprezentowała ponad dwieście lat temu. Nancii brakowało tylko zmysłu muzycznej synchronizacji, 

który rozsławił Helvę w całej galaktyce jako statek, który śpiewał. Ale przynajmniej zdołała ukryć 

swoje rozczarowanie, kiedy usłyszała głos operatora Centralnego Komputera zamiast głosu taty. 

Wykazała całkowite opanowanie podczas dyskusji o zapasach, załadunku i o progach Osobliwości.

- To krótki lot - powiedział operator CenKomu i przerwał na chwilę. - To znaczy krótki dla 

ciebie. Nyota yn Jaha jest na końcu galaktyki. Na szczęście o tydzień drogi od Centrali znajduje się 

próg Osobliwości, który przerzuci cię do lokalnej przestrzeni.

background image

-   Mam   pełny   dostęp   do   tabel   wszystkich   znanych   rozwarstwiających   się   przestrzeni   - 

przypomniała Nancia, pozwalając, aby nuta zniecierpliwienia zabarwiła jej głos.

- Tak, możesz je odczytać w symulowanym 4-D, prawda, sztywniaku-szczęściarzu?

W głosie operatora zabrzmiała tylko nuta pogodnej rezygnacji wobec ograniczeń ciała, które 

zmuszały go do przerzucania stron grubych ksiąg, aby mógł zweryfikować mapy Nancii. Był to 

szereg trójwymiarowych przestrzeni zapadających się i wijących wokół progu Osobliwości, gdzie 

lokalne podprzestrzenie można było określić jako krzyżujące się z sektorem podprzestrzeni Nyota 

ya Jaha. W tym miejscu Nancia byłaby w stanie dokonać nagłego fizycznego rozwarstwienia i 

restrukturyzacji lokalnych przestrzeni oraz projekcji samej siebie i pasażerów z jednej przestrzeni w 

drugą.   Teoria   rozwarstwiania   przestrzeni   pozwalała   statkom   mózgowym,   wyposażonym   w 

procesory   rozszczepiania,   na   skrócenie   podróży   przez   Osobliwość   do   kilku   sekund.   Mniej 

uprzywilejowane statki, nie posiadające tych procesorów lub zależne od powolnych reakcji pilota-

człowieka,   aby   pokonać   tę   samą   odległość,   musiały   nadal   odbywać   konwencjonalną   podróż 

trwającą   długie   tygodnie   lub   nawet   miesiące.   Wykonanie   setek   równoległych   obliczeń 

matematycznych, wymaganych w Osobliwości, było trudne nawet dla statku mózgowego, a dla 

statków konwencjonalnych niemożliwe.

- Opowiedz mi o pasażerach - poprosiła Nancia.

Prawdopodobnie, kiedy już wejdą na pokład, jeden z nich będzie miał dyskietkę z Centrali 

zawierającą   miejsce   przeznaczenia   i   instrukcje.  Ale   kto   wie,  jak  długo   jeszcze   będzie   musiała 

czekać,  zanim  pasażerowie  zameldują  się  na   pokładzie.  Jak  dotąd   nie  poproszono  jej   nawet  o 

wybranie mięśniowca, co na pewno zajmie dzień lub dwa. Poza tym lepiej było rozmawiać z 

CenKomem o jej przydziale, niż oczekiwać w napięciu wizyty rodzinnej. Muszą przecież przyjść ją 

odprawić, prawda? Przez cały czas trwania nauki rodzina odwiedzała ją regularnie. Najczęściej 

przychodził   ojciec,   który   za   każdym   razem   podkreślał,   jak  dużo   czasu   -   mimo   swojego 

przeładowanego programu zajęć - poświęcał, aby ją odwiedzić. Jinevra i Flix, jej siostra i brat, też 

pojawiali   się   od   czasu   do   czasu.   Jinevra   rzadziej,   jako   że   college   oraz   praca   w   administracji 

Planetarnej Pomocy zabierały jej coraz więcej czasu. Jednak nikt z nich nie przybył na oficjalną 

promocję Nancii. Nikogo z całego rozgałęzionego i bogatego rodu Perez y de Gras nie było, żeby 

wysłuchać   długiej   listy  pochwał   i   nagród,   które   uzyskała   w  końcowym,   męczącym   roku   swej 

edukacji jako statek mózgowy.

To nie wystarczyło, myślała Nancia. Byłam trzecia w mojej klasie. Gdybym była pierwsza, 

wygrałabym nagrodę Daleth... Nic dobrego nie wyniknie z rozpamiętywania przeszłości. Wiedziała, 

że Jinevra i Flix są już dorośli i prowadzą własne życie, a przeładowany plan zajęć ojca zostawiał 

mu niewiele czasu na pomniejsze wydarzenia, takie jak uroczystości szkolne. Naprawdę nie było 

ważne, iż nie przyszedł na rozdanie świadectw. Na pewno znajdzie czas na osobistą wizytę przed jej 

background image

odlotem, i to się tylko liczyło. Jeśli jednak przyjdzie, to powinien zastać ją szczęśliwą.

- O pasażerach - przypomniała Centralnemu Komputerowi.

- Och, prawdopodobnie wiesz o nich więcej niż ja - powiedział operator CenKomu śmiejąc 

się. - Oni są raczej twego pokroju. Z wielkich rodów - sprostował. - Też nowo promowani i - jak 

sądzę - w drodze do swoich pierwszych zajęć.

Tak czy inaczej to było miłe. Nancia odczuwała lekki niepokój na myśl, że podczas swojego 

pierwszego lotu mogłaby mieć do czynienia z doświadczonymi wojskowymi lub dyplomatami. 

Będzie  milej  przewozić grupę  młodych  ludzi,  takich  jak ona  - no, niezupełnie  takich  jak ona, 

poprawiła   się   z   odrobiną   wewnętrznego   rozbawienia.   Będą   o   kilka   lat   starsi,   może 

dziewiętnastoletni lub dwudziestoletni. Nancia miała szesnaście lat. Wszyscy wiedzą, że ludzie w 

okresie dojrzewania cierpią z powodu zmian hormonalnych i dlatego ich edukacja trwa o kilka lat 

dłużej. W takim razie zarówno dla  Nancii,  jak i  dla jej  pasażerów  wspólna podróż  miała być 

początkiem kariery zawodowej. I to ich łączyło.

Odruchowo zarejestrowała napływające instrukcje CenKomu, rozmyślając nad czekającą ją 

podróżą.

- Nyota ya Jaha to kawał drogi, jeśli leci się FTL-em - stwierdził od niechcenia operator. - 

Przypuszczam,   że   ktoś   musiał   pociągnąć   parę   sznurków,   żeby   im   przysłano   statek   Służby 

Kurierskiej,   tak   się   jednak   składa,   że   nam   to   też,   jest   na   rękę,   bo   jesteśmy   w   tej   samej 

podprzestrzeni Vegi, więc wszystko w porządku.

Nancia mgliście przypominała sobie wiadomości o podprzestrzeni Vegi. Komputer działa 

wadliwie...   dlaczego   wytwarza   wiązki   informacyjne?   Musiało   to   być   coś   ważnego,   ale   ona 

otrzymała   tylko   pierwsze   fragmenty   przekazu   informacyjnego.   Nauczyciel   skasował   wiązki, 

mówiąc srogo, że nie należy słuchać przygnębiających przekazów. Wiedział, że młodzi ludzie z 

kapsuł mieli skłonność do popadania w kiepski nastrój z byle powodu. No cóż, pomyślała Nancia, 

odkąd jestem samodzielna, mogę sobie odczytać wiązki na temat   Vegi w każdej chwili. Teraz 

bardziej   była   zainteresowana   wybadaniem,   co   CenKom   miał   jej  do   powiedzenia   na   temat 

przydzielonych pasażerów.

- Overton-Glaxely,  del Parma y Polo, Armontillado-Perez y Medoc, de Gras-Waldheim, 

Hezra Fong - operator odczytał listę znamienitych nazwisk przedstawicieli wysokich rodów. Teraz 

już wiesz, co mam na myśli?

- Ummm, tak - powiedziała Nancia. - Jesteśmy krewnymi ze strony najmłodszego brata 

Armontillado-Pereza y Medoca, a de Grasowie-Waldheimowie są rodziną ze strony mojej matki. 

Zapominasz jednak, że ja wychowywałam się niezupełnie w tych kręgach.

- Tak, no cóż, twój gość będzie prawdopodobnie mógł dostarczyć ci wszystkie najnowsze 

ploteczki - odrzekł operator pocieszająco.

background image

- Gość! Oczywiście, przyszedł mnie pożegnać. Nigdy ani przez chwilę w to nie wątpiłam.

-   Zgłoszenie   nadeszło   właśnie,   kiedy   przeglądałem   listę   pasażerów.   Przepraszam, 

zapomniałem ci je przekazać. Nazwisko Perez y de Gras. Ponieważ jest to członek rodziny, kazano 

mu jechać wprost na lądowisko. Za minutę będzie na placu startowym.

Nancia uruchomiła swoje zewnętrzne czujniki i zdała sobie sprawę, że była prawie noc... 

Ciemność nie sprawiała jej żadnego kłopotu, ale czujniki na podczerwień wyłapały tylko zarys 

ludzkiego kształtu zbliżający się do statku; nie mogła w ogóle zobaczyć twarzy ojca. Włączenie 

reflektora byłoby niegrzeczne. No cóż, będzie tu lada moment. Otworzyła niższy właz zapraszająco.

Głos z Centrali nie był wprawdzie przeszkodą w powitaniu, ale drażnił.

-   XN,   pytałem   cię,   czy   możesz   wystartować   w   ciągu   dwóch   godzin.   Twoja   lista 

prowiantowa   jest   więcej   niż   wystarczająca,   a   te   rozpieszczone   bachory   marudzą,   że   muszą 

wyczekiwać w bazie.

- Dwie godziny - powtórzyła Nancia.

Nie porozmawia więc z tatą zbyt długo... No cóż, patrząc realnie, prawdopodobnie i tak 

więcej czasu ojciec nie mógłby jej poświęcić. Były też i inne problemy związane z tak wczesnym 

odlotem.

- Upadłeś na głowę? Nawet nie wybrałam swojego mięśniowca!

Zamierzała   przez   kilka   następnych   dni   poznać   wszystkich   dostępnych   pilotów,   zanim 

wybierze partnera. W takim momencie nie należało się spieszyć, a z pewnością nie chciała tracić na 

to cennych minut przeznaczonych na wizytę ojca.

- Czy wy, młode statki, kiedykolwiek chwytacie wiązki informacyjne? Mówiłem ci -Vega. 

Pamiętasz co się przydarzyło CR-899? Jej partner rozbił się na własnej planecie - Vedze 3.3.

- Cóż za ponury sposób nazywania planet - skomentowała Nancia. - Czy nie mogą pomyśleć 

o jakichś milszych nazwach?

- Ludzie z Vegi są... bardzo logiczni    powiedział operator CenKomu.  - Przynajmniej taka 

była pierwotna grupa osobników -  tych, którzy polecieli wolnym statkiem, jeszcze przed FTL-em. 

Przypuszczam, że ich kultura przybrała niezwykle sztywną formę wraz z pojawieniem się nowych 

pokoleń,   narodzonych   jeszcze   na   pokładzie   statku.   Oni   nie   tolerują   ludzkich   słabości,   takich 

drobnych rzeczy, jak to, czy łatwiej jest zapamiętać nazwy czy szeregi liczb.

- Mnie to nie robi żadnej różnicy - powiedziała Nancia z zadowoleniem.

Obrzeża jej pamięci mogły zakodować i przechować każdy rodzaj informacji, jaki był jej 

potrzebny.

- Powinnaś dogadać się z ludźmi z Vegi bez problemów - odrzekł glos z Centrali. - Tak czy 

inaczej ten pilot jest tam, w pod przestrzeni Vegi, poza tym żadnego statku, niczego na horyzoncie, 

oprócz kilku starych bezpilotowych FTL-ów. Firma OG Shipping co prawda jest w stanie odebrać 

background image

statek bezpilotowy od Nyoty, ale jak zwykle nie możemy skontaktować się z menedżerem. Zatem 

albo przez miesiąc nie będziemy korzystać z usług Caleba, wysyłając mu FTL, albo zapewnimy 

własny transport. Ty nim jesteś. Możesz podrzucić swoich krewnych i przyjaciół na planety wokół 

Nyoty ya Jaha; przetransmituję dane dotyczące twoich rozkazów, kiedy skończymy pogawędkę; 

dalej   polecisz   na   Vegę   3.3,   żeby   zabrać   twojego   pierwszego   pilota.   Bardzo   zgrabny   plan. 

Psychologiczne testy sugerują, że wy dwoje powinniście stanowić wspaniałą drużynę.

- Oni tak myślą, prawda? - spytała Nancia. 

Miała własną opinię na temat sekcji psychologicznej w Centrali oraz na temat wścibskich 

testów i ankiet, którymi atakowano ludzi z kapsuł. Nie zamierzała dopuścić, by Centrala odebrała 

jej prawo wyboru własnego mięśniowca tylko dlatego, że jakiś wyklepywacz pancerzy w białym 

płaszczu sądził, iż wie lepiej, jak znaleźć faceta dla niej - oraz dlatego, że była wygodnym środkiem 

lokomocji dla pilota, który stracił już jeden statek. Nancia miała właśnie zwiększyć intensywność 

swojej wiązki do CenKomu i poczęstować go kilkoma odpowiednimi słowami na ten temat, kiedy 

poczuła,   że   jej   gość   wchodzi   na   pokład.   No   cóż,   będzie   jeszcze   okazja,   by   kontynuować   tę 

sprzeczkę   później;   mogła   pomyśleć   o   tym   w   drodze.   To,   że   zgodzi  się   na   transport   pilota   z 

rozbitego CR-899 do Centrali, nie musi oznaczać od razu stałego partnerstwa. Kiedy wróci, będzie 

miała   mnóstwo   czasu,   aby   wybrać   sobie   następnego   mięśniowca   i   aby   powiedzieć   sekcji 

psychologicznej, co może sobie zrobić ze swoimi szkicami osobowości.

Tymczasem jej gość zignorował otwarte drzwi windy na rzecz wspinaczki po schodach, 

biorąc ostatnie stopnie po dwa naraz. Tata najwyraźniej wziął sobie za cel utrzymanie kondycji. 

Nancia uruchomiła jednocześnie czujniki na klatce schodowej i głośniki.

- Tato, jak miło z twojej strony... 

Gościem   jednak   okazał   się   Flix,   nie   tato.   Przynajmniej   na   podstawie   tego,   co   zdołała 

zobaczyć   poprzez   ogromny   kosz   owoców   i   kwiatów,   domyśliła   się,   że   to   był   jej   mały   brat: 

szpiczaste rude włosy w staromodnej punkowej koronie, jedno długie pawie pióro zwisające z 

prawej małżowiny, opuszki palców pokryte odciskami od wielu godzin gry na syntkomie. Nie było 

wątpliwości, to był jej mały brat.

- Flix. - Udało jej się ukryć rozczarowanie, ale za żadne skarby świata nie umiała nic dodać.

- Więc  w porządku  -  powiedział  Flix,  a  jego głos  dochodził  odrobinę  stłumiony  spoza 

kaskady kielichowatych orchidei i pomarańczowych owoców juba, które groziły wysypaniem się na 

podłogę z niebezpiecznie przeładowanego kosza.

Nancia wysunęła tacę z sektora odpadków w samą porę. Flix zatoczył się na nią, upuścił 

kosz  i usiadł  tyłem na podłodze  z wyrazem lekkiego zdziwienia.  Dwa błyszczące  owoce juba 

wypadły z kosza i potoczyły się w kierunku sterowniczej konsolety Nancii, odsłaniając  butelkę 

musującego hereota.

background image

- Wiem, że wolałabyś tatę lub Jinevrę. Kogoś, kto jest ciebie godny i podobnie jak ty, 

przynosi zaszczyt rodowi Perez y de Gras. Ty zasługujesz na nich także - dodał po wykonaniu 

niezgrabnego nurka w celu odzyskania owoców juba. - Zasługujesz na orkiestrę dętą i czerwony 

dywan zamiast tego wszystkiego.

Pogłaskał ręką miękkie poszycie standardowej syntetycznej wykładziny w kolorze piasku, w 

którą wplecione były nici wewnętrznego życia Nancii.

- Ty, ty naprawdę sądzisz, że nie zhańbiłam rodu? - spytała Nancia.

W rzeczywistości zastanawiała się, czy właśnie to nie było powodem, że nikt nie przyszedł 

na jej uroczystość promocyjną. Tata zawsze mówił o ukończeniu przez nią szkoły, używając słów: 

“Kiedy wygrasz Daleth..." A ona tego nie zrobiła.

Flix   odwrócił   głowę   w   stronę   jej   tytanowej   kolumny   i   obdarzył   ją   tym   samym 

niedowierzającym i trochę zadumanym spojrzeniem, jakie skierował na beżową wykładzinę.

- Głupia - wymamrotał. - Jedyny członek rodziny, z którym znoszę rozmowę, który nie 

funduje mi moralizowania przez wiele godzin, który nie użala się nad tym, że nie porzuciłem 

mojego   komponowania   na   syntkomie   dla   prawdziwej   kariery.  A  tu   okazuje   się,   że   ona   ma 

poważniejsze problemy niż kilka źle funkcjonujących organów. Gdyby cię nie wsadzili do twojej 

kapsuły zaraz po urodzeniu, podejrzewałbym, że w dzieciństwie upadłaś na głowę. Co ty sobie 

myślisz, Nancia? Oczywiście, że przysporzyłaś dumy rodowi. Pierwsza z podstaw i trzecia z teorii 

dekomu,   no   i   zebrałaś   tyle   specjalnych   nagród,   że   musieli   zmienić   porządek   ceremonii 

promocyjnej, aby mieć czas na ich wymienienie.

- Skąd o tym wiesz? - przerwała Nancia. 

Flix odwrócił się od tytanowej kolumny. Oczywiście nadal całkiem dobrze mogła widzieć 

jego wyraz twarzy dzięki czujnikom na poziomie podłogi, ale byłoby niegrzecznie   przypominać 

mu o tym. Już i tak był wystarczająco zmieszany.

- Miałem kopię programu - wymamrotał. - Zamierzałem się pokazać osobiście, ale... no cóż, 

spotkałem te dwie dziewczyny, kiedy robiłem alkoholowy napój za pomocą syntkomu w Pałacu 

Przyjemności i one nauczyły mnie, jak miksować sok z łodygi benedyktynka z planety Rogellia z 

likierem, aby zrobić ten cudowny musujący napój i cóż, tak czy siak nie obudziłem się aż do chwili, 

kiedy ceremonia promocyjna prawie się kończyła.

Jeszcze przez chwilę spoglądał na wykładzinę z kwaśną miną, a później poweselał.

-   Inną   rzeczą,   którą   w   tobie   lubię,   Nancia,   jest   to,   że   jesteś   jedyną   krewną,   która   nie 

wygłasza długich, krytycznych  przemów o tym, jak to poniżam się, grając na syntkomie w Pałacu 

Przyjemności. Oczywiście nie sądzę, abyś miała jakiekolwiek pojęcie o wyglądzie takiego miejsca. 

Babka cioteczna Mendocia też nie ma, co nie powstrzymuje jej jednak od wydziwiania.

Flix wstał i zaczął wyciągać różne rzeczy z koszyka.

background image

-   Więc...   skoro   byłem   nieodwołalnie   zatrzymany   w   Pałacu   Przyjemności,   Jinvera 

przebywała gdzieś na krańcu nicości, prowadząc dochodzenie w sprawie oszustwa w Planetarnej 

Pomocy, a tato był na spotkaniu, pomyślałem sobie, że wpadnę i zrobimy   sobie małe przyjęcie, 

kiedy ty będziesz czekać na rozkazy.

- Na jakim spotkaniu?  - zapytała Nancia - Gdzie? 

Flix zerknął znad kosza zdziwiony.

- Co?

- Mówiłeś, że nasz ojciec był na spotkaniu.

- Tak, no cóż, a czy on zawsze nie jest na jakimś spotkaniu? Nie, nie wiem gdzie; to po 

prostu   logiczna   dedukcja.   Wiesz,   jaki   przepełniony   jest   jego   terminarz   spotkań.   Często   się 

zastanawiałem - Flix trajkotał rozpakowując koszyk- jak myśmy się we trójkę urodzili? To znaczy 

poczęli. Nie sądzisz, że wysłał mamie wiadomość? Proszę, wpadnij do mojego biura tego ranka. 

Mogę cię umieścić między dziesiątą a dziesiątą piętnaście. Przynieś prześcieradło i poduszkę.

Sięgnął do koszyka i wyciągnął dwie podrapane, wyblakłe dyskietki.

- Proszę bardzo. Wiem, że myślisz sobie, iż jestem samolubnym draniem, przynosząc owoce 

i  szampana  komuś,  kto nie  pije  i  nie  je,  ale  tak  naprawdę  jestem  przygotowany  na  wszystkie 

ewentualności. To są moje ostatnie syntokompozycje. Proszę wrzucę je do twojego czytnika. Miła 

muzyczka na przyjęcie, poza tym możesz słuchać ich w podróży i trochę się rozerwać

Podczas   kiedy   brzęczące   dźwięki   ostatnich   eksperymentalnych   kompozycji   Flixa 

rozbrzmiewały w kabinie, on sam wyciągnął trzecią dyskietkę i uśmiechnął się. W przeciwieństwie 

do poprzednich, mocno zużytych, ta miała błyszczącą oprawę z pierwszorzędnym, komercyjnym 

laserowo wyciętym wykończeniem, które rzucało tęczowe refleksy po kabinie

- A tutaj...

- Pozwól mi  zgadnąć - przerwała Nancia. - Znalazłeś w końcu kogoś, kto nada twoim 

syntokompozycjom komercyjny kształt.

Uśmiech Flixa stal się niewyraźny.

-   No   cóż,   nie.   Niedokładnie.   Chociaż   -   powiedział   pogodniejąc   -   znam   dobrze   taką 

dziewczynę, która zna faceta, który umawiał się z dziewczyną, wykonującą czasowo pracę biurową 

dla   drugiego   wiceprezydenta   studia   nagrań,   więc   rysują   się   wyraźne   szansę   na   najbliższą 

przyszłość. To jest jednak zupełnie coś innego. To - dodał prawie uduchowionym głosem - jest 

nowa,   udoskonalona  i   o  wiele  bardziej   wyrafinowana  wersja  SPACED  OUT,  nie   udostępniana 

jeszcze aż do czasu jej wydania, czyli do połowy następnego miesiąca. Nie powiem ci, czego 

musiałem dokonać, żeby ją zdobyć.

Nancia czekała, aż jej wyjaśni, o co w tym wszystkim chodzi, ale Flix przerwał i uśmiechał 

się, jakby spodziewał się natychmiastowej reakcji.

background image

- No i co? - spytał po kilku sekundach. 

Jego nastroszone włosy zaczęły opadać. 

- Przykro mi - stwierdziła Nancia - ale nie mam pojęcia, o czym mówisz.

Flix potrząsnął głową z rozżaleniem.

- Nigdy nie słyszałaś o SPACED OUT? Czego oni was uczą w tych akademiach? Nie, nie 

mów mi. - Wyciągnął jedną rękę na znak protestu. - Ja wiem. Teoria rozszczepu i astronawigacja w 

podprzestrzeni, projekt końcowego rozszczepienia i mnóstwo innych rzeczy przyprawiających mnie 

o ból głowy. Myślę jednak, że powinni byli zostawić trochę wolnego czasu na gry.

- Ale my graliśmy - odparła Nancia. - To było w planie zajęć. Dwie trzydziestominutówki 

dziennie   dowolnej   gry   w   celu   doskonalenia   koordynacji   pomiędzy   synapsami   a   procesorami 

bodźcowymi.   Oczywiście   uwielbiałam   grać   w   SZTUCZKĘ   i   POSZUKIWANIE   MOCY,   kiedy 

byłam w dziecięcej kapsule.

Flix znów potrząsnął głową.

- Jestem pewien, że to wszystko bardzo kształcące. Ale ta gra - uśmiechnął się chytrze - 

absolutnie, na sto procent, nie rozwinie twojego umysłu. W rzeczywistości Jinevra uważa, że granic 

w SPACE OUT  może powodować nieodwracalne uszkodzenia mózgu!

- Naprawdę? - Nancia z trzaskiem wysunęła szczeliny wpustowe czytnika, kiedy podszedł 

Flix - Słuchaj, Flix, nie jestem przekonana...

-   Pomyśl   o   naszej   dużej   siostrze   -   powiedział   Flix   ze   swoim   najbardziej   promiennym 

uśmiechem. - No, dalej, przywołaj jej obraz z ostatniej wizyty. Nie sądzisz, że wszystko, z czym 

ona się nie zgadza musi być warte spróbowania?

Nancia, na ekranie, który wypełniał centralną ścianę kabiny, dokonała projekcji Jinevry w 

naturalnych rozmiarach. Jej siostra równie dobrze mogła stać  obok Flixa. Schludna i perfekcyjna 

jak zawsze, od rąbka granatowego uniformu Planetarnej Pomocy Technicznej po gładkie, ciemne 

włosy, które opadały prosto na przepisową odległość, jedną czwartą cala, od wykrochmalonego 

kołnierzyka, była wzorem dla każdego nie uporządkowanego elementu we wszechświecie. Nancia 

nie   mogła   sobie   przypomnieć,   co   spowodowało   ten   błysk   dezaprobaty   w   oczach   Jinevry   i 

ściągnięty, uszczypliwy grymas w kącikach ust w chwili, kiedy ten obraz został zapisany, ale na tej 

projekcji dziewczyna wydawała się wpatrywać we Flixa. Jeden z czerwonych szpiców punkowej 

korony opadł pod wpływem zabójczego spojrzenia z ekranu.

Nancii było przykro z jego powodu. Jinevra nigdy nie próbowała ukryć swojej opinii, że ich 

brat był utracjuszem i hańbą dla rodziny. Ojciec - podejrzewała - myślał bardzo podobnie. Dla niej 

ciężar dezaprobaty klanu Perez y de Gras byłby miażdżący. Jakże mogła potępiać Flixa? Słyszała 

wystarczająco dużo o jego dzikich wybrykach. Bywało, że Jinevra i tato o niczym nie mówili 

podczas  krótkich  wizyt.  Ale  dla   niej   Flix  był     ciągle  potarganym  pędrakiem,  który  ściskał  jej 

background image

tytanowy   pancerz   za   każdym   razem,   kiedy   się   spotkali,   który   wymachiwał   i   wrzeszczał   tak 

entuzjastycznie, jakby była prawdziwą siostrą z krwi i kości, mogącą wziąć go na kolana, który darł 

się z uciechy, kiedy   nosiła go wspólnie z jej kolegami z klasy wokół szkolnego toru podczas 

szybkiej rundy w grze POSZUKIWANIE MOCY.

Właściwie jaką szkodę mogło jej przynieść wypróbowanie tej głupiej gry?

- Spodoba ci się, Nancia - przekonywał Flix z nadzieją, podczas gdy obraz Jinevry zniknął z 

ekranu.   -   Naprawdę.   To   jest   najlepsza   wersja,   jaką   twórcy   gier   kosmicznych   kiedykolwiek 

wypuścili. Posiada sześćdziesiąt cztery poziomy ukrytych tuneli i symuluje przestrzeń Osobliwości 

oraz hologramowe krasnale...

- Holokrasnale?

- Tylko spójrz. - Flix wrzucił błyszczącą dyskietkę do najbliższej szczeliny czytnika.

Zabawne, Nancia nie umiała sobie przypomnieć, kiedy wyraziła zgodę na jej otwarcie, ale 

widocznie to zrobiła. Rozległ się delikatny furkot, kiedy zawartość dyskietki była wpisywana w 

pamięć komputera. Później Flix powiedział:

- Hologram, poziom 6.

I   rudobrody  krasnal   pojawił   się   w   centrum   kabiny,   wymachując   szerokim,   rzeźbionym 

mieczem, którego rękojeść lśniła deszczem rozszczepionego, kolorowego światła. Flix upadł na 

jedno kolano, kiedy szeroki miecz przeciął powietrze w miejscu, gdzie znajdowała się jego głowa; 

przetoczył się w kierunku panela kontrolnego i krzyknął:

- Przestrzeń 20, broń laserowa!

Kształt promieni świetlnych wokół niego wygiął się w nieprawdopodobnie wykrzywione 

smugi. Krasnal pochylił się, ciął mieczem przez lukę pomiędzy gwałtownie migającymi światłami 

i... zniknął. Zniknęły także światła.

Flix wstał, niezadowolony.

- Przerwałaś grę, a ja wygrywałem! 

-  Ja,   umm,   nie   sądzę,   abym   była   całkiem  przygotowana   na  holokrasnale   -  powiedziała 

przepraszająco Nancia. - To odruchowa reakcja na widok ataku na osoby, które kocham.

Flix pokiwał głową.

- Przepraszam. Zdaje się, że będziemy musieli przywracać cię życiu powoli. Chcesz zacząć 

od poziomu 1, bez żadnych hologramów?

- To już brzmi lepiej.

I rzeczywiście było lepsze. Właściwie   po kilku rundach Nancia uświadomiła sobie, że 

podoba jej się ta głupia gra, chociaż ciągle miała kłopot ze zrozumieniem zasad.

- Co powinnam robić z  tym laserowym wyposażeniem?

- Pomaga ci podejść pod górę przez studnię grawitacji.

background image

- To głupie. Lasery nie mają nic wspólnego z grawitacją.

-   Nancia,   to   jest   gra.   Teraz   nie   zapomnij   zapytać   symugryf   o   odpowiedzi   do   Trzech 

Pierścieniowatych Trojek; będziesz ich potrzebować, kiedy dojdziesz do  Mostu Trolli...

W  miarę   jak   Flix   wprowadzał   ją   w   tajniki   gry.   Nancia   odkrywała,   że   program   tej   gry 

zużywał bardzo mało jej mocy komputerowej.

Z łatwością mogła odczytać dane CenKomu o nadchodzących pasażerach, nie przerywając 

zabawy W tym samym czasie uruchomiła wzmocniony modem graficzny statku, aby wypełnić trzy 

ścienne   ekrany   obrazami   z   gry.   Flix   ponad   wszystko   postanowił   być   statkiem   mózgowym, 

przedzierającym   się   przez  wyimaginowane   pasmu   asteroidów   w   poszukiwaniu   Mistycznych 

Pierścieni Daleen. Nancia wolała przedstawić siebie jako Zabójcę Trolli, śmiałego odkrywcę o 

długich kończynach, który przedzierał się przez studnie grawitacji i łańcuchy górskie z laserową 

bronią i materiałem wybuchowym.

- Nancia, nie możesz jeszcze zabić tego trolla. 

- Dlaczego nie?

- Ponieważ on jest w zasadzce za skałami. Ja go widzę, ale ty nie.

- Ja go też widzę. Ja widzę wszystko w tej grze. Ona jest teraz częścią mojej głównej 

pamięci.

- Tak,  ale   twój   wizerunek   w grze   nie  widzi.  On  jest  tylko   człowiekiem  i  nie   widzi  w 

systemie multi-D. Zauważyłaś to błyskające niebieskie światło? Przepisy programu ostrzegają cię, 

że Zabójca Trolla umrze na nadciepłotę, o ile nie umieścisz go w jakimś schronieniu.

- Dlaczego  on po  prostu  nie  zwiększy swojej  energii?   Och, przypomniałam  sobie. Wy, 

delikatnicy, z pewnością macie ograniczone możliwości dysponowania energią.

Nancia kontynuowała grę i zgięła swój promień laserowy, aby wydostać ukrywającego się 

trolla razem z jego trzema pomocnikami, a później wysłała swój wizerunek z gry pod śnieżny Most 

Trolli. Za trzema ukrytymi drzwiami i za labiryntem znajdowała się przyjemna, ciepła jaskinia, 

teraz nie zamieszkana, gdzie Zabójca Trolli mógł wypocząć i zgromadzić energię.

-   Nancia,   oszukujesz!   -   oskarżył   ją   Flix.   -   Jak   znalazłaś   to   miejsce   tak   szybko   bez 

popełnienia nawet jednego błędu?

- Jak mogłam go nie znaleźć? Także mapy gry są w mojej głównej pamięci, przypominasz 

sobie? Wystarczy, że będę tylko patrzeć.

- No, to mogłabyś nie patrzeć, żeby było sprawiedliwie?

- Nie, nie mogłabym - odparła Nancia tonem, który powinien skutecznie zamknąć dalszą 

dyskusję.

Odciąć   jej   świadomość   od   części   pamięci   komputerowej   statku?   Najgorszym 

doświadczeniem w całym jej życiu była częściowa amnezja w czasie, kiedy eksperci uzupełniali jej 

background image

synaptyczne   połączenia   ze   statkiem.   Nie   było   nic,   absolutnie   nic,   czego   by   ludzie   z   kapsuł 

nienawidzili bardziej niż utraty połączeń! Flix powinien to zrozumieć bez mówienia.

- Po prostu odłącz na chwilę tę funkcję pamięci - przymilał się Flix.

On nigdy nie wiedział, kiedy przestać. Pomysł odcięcia własnych ośrodków sprawił, iż 

Nancia poczuła się tak źle, że nic mogła znieść nawet rozmowy o tym.

- Posłuchaj, mięczaku, musiałabym odciąć więcej niż jeden ośrodek, żeby zniżyć się do 

twojego komputerowego poziomu.

- Naprawdę? Wyjdź na zewnątrz i powtórz to jeszcze raz!

- Jasne, wyjdę. Zaciągnę cię prosto do progu Osobliwości i pozwolę ci znaleźć swoją własną 

drogę wyjścia z rozszczepu!

- Aaa, znowu się opieramy na brutalnej  sile. To nie fair -powiedział Flix ze wzrokiem 

zwróconym w sufit. - Dwie duże siostry i obydwie się na mnie uwzięły.

-   Musimy   coś   zrobić,   żeby   cię   trzymać   w   karbach   -   Nancia   ucięła   gwałtownie   swoją 

wokalną transmisję. 

Z Centrali nadawano wiązkę informacyjną.

- XN? Wiadomość przekazywana z podprzestrzeni rigelliańskiej.

Po   krótkiej   pauzie   obraz   ojca   Nancii   pojawił   się   na   centralnym   ekranie   naprzeciw   jej 

kolumny. Na ekranie z lewej strony statku mózgowego wizerunek Flixa szarpnął się i przemieścił, 

wykonując   nic   kończącą   się,   bezmyślną   pętlę   w   kierunku   błyszczących   gwiazd   głębokiej 

przestrzeni.   Z   prawej   strony   Zabójca   Trolli   tkwił   w   bezruchu   z   jedną   nogą   uniesioną,   aby 

przekroczyć próg ukrytej jaskini. Pomiędzy nimi stał zmęczony mężczyzna w zielono-niebieskiej 

prążkowanej tunice i uśmiechał się do Nancii.

- Przepraszam, że nie mogłem przyjść na twoją uroczystość promocyjną, kochana Nancio. 

To spotkanie na Rigel IV jest istotne dla utrzymania planowanej polityki ekonomicznej Centrali 

przez następne szesnaście kwartałów. Nie mogłem ich zawieść. Wiedziałem, że to zrozumiesz. Hej, 

gratuluję wszystkich nagród! Nie miałem czasu przeczytać programu w szczegółach, ale jestem 

przekonany, że jak zawsze przysporzyłaś dumy rodowi Perez y de Gras. Sądzę też, że spodoba ci 

się   twoje   pierwsze   zadanie.   Będzie   to   dla   ciebie   okazja   do   poznania   niektórych   młodszych 

członków wysokich rodów - bardzo odpowiedni start dla naszej gwiazdy Służby Kurierskiej. Ej, co 

to?

Odwrócił się w lewo i zdawał się rozmawiać teraz z Zabójcą Trolli.

- Sekretarz specjalny? Bardzo dobrze, przyślij go do mnie. Będę musiał go pouczyć przed 

następną sesją. - Po czym znów zwrócił się do Nancii: - Przypuszczam, że słyszałaś to, Nancia? 

Przykro mi, ale muszę już iść. Powodzenia!

- Tato, poczekaj - zaczęła Nancia, lecz ekran zgasł na moment.

background image

Poprzedni   obraz   śnieżnego   Mostu   i   trolli   pojawił   się   znowu   i   usłyszała   głos   operatora 

CenKomu:

- Przykro mi, XN. To była nagrana wiązka informacyjna. Nie ma nic więcej. Tymczasem 

twoi pasażerowie są gotowi do wejścia na pokład.

- Dziękuję, Centralo.

Nancia z przerażeniem odkryła, że całkowicie straciła panowanie nad kanałami wokalnymi; 

drżące przydźwięki towarzyszące jej mowie uwidoczniły jej stan emocjonalny. Perez y de Grasowie 

nie płaczą. Tym bardziej statek mózgowy nie mógł płakać. Nancia była dobrze wytrenowana w 

tłumieniu tych nieprzyzwoitych emocjonalnych projekcji, którym oddawały się słabe istoty. Tak czy 

inaczej nie miała najmniejszej ochoty rozmawiać teraz z kimkolwiek.

Flix   wydawał   się   wyczuwać   jej   nastrój;   spakował   cicho   kosz   z   owocami   i   musującym 

winem i poklepał tytanową kolumnę Nancii, jakby sądził, że mogłaby poczuć ciepło jego ręki. 

Przez chwilę miała złudzenie, że naprawdę je czuje.

- Lepiej zejdę teraz z drogi - powiedział. - Nie uchodzi by statek mózgowy Perez y de Gras 

bawił się podczas swej pierwszej wyprawy, prawda? - Zatrzymał się na schodach. -         Wiesz 

Nancia, nigdzie nie jest napisane, że musisz witać wchodzących na pokład pasażerów. Pozwól im 

samym   rozpakować   się   i   odszukać   swoje   kabiny.   Będzie   jeszcze   dużo   czasu   na   towarzyskie 

pogawędki podczas podróży.

I już go nic było. Rudowłosa plama zniknęła w ciemności, a wygwizdywana melodyjka 

utrzymywała   się   jeszcze   w   nocnym   powietrzu.   W   chwilę   później   w   nisko   umieszczonych 

czujnikach   Nancii   ukazały   się   jasne   światła   platformy   startowej.   Pojawiła   się   grupa   młodych, 

roześmianych   i  gadających   jednocześnie   ludzi.   Jeden   z  nich   potknął   się   i   wylał   jakiś   płyn   na 

błyszczący zewnętrzny pancerz Nancii; przez sektor na stateczniku mogła zobaczyć wężowaty ślad 

czegoś zielonego, lepkiego i ciągnącego się, brudzącego jej bok. Chłopak zaklął i krzyknął:

- Hej, Alpha, potrzebujemy tutaj dolewki łodygowca.

-   Nie   możesz   poczekać,   aż   będziemy   w   środku?   -   odkrzyknęła   wysoka   dziewczyna   o 

hebanowej skórze i ostrych, precyzyjnych rysach, jak na starożytnej płaskorzeźbie. W tej chwili jej 

ładna   twarz   była   porysowana   zmarszczkami   gniewu   i   niezadowolenia,   ale   kiedy   jasnowłosy 

chłopak spojrzał na nią przez ramię, obdarowała go jasnym uśmiechem, który nie zwiódłby Nancii 

ani na moment.

Wszyscy ciągłe rozmawiali i pili tę lepką, zieloną ciecz, tłocząc się u wejścia do próżniowej 

windy. Nie spytali nawet o pozwolenie wejścia na pokład. No cóż, po wyjściu Flixa zostawiła właz 

otwarty; może uznali to za zaproszenie. Poza tym Nancia już słyszała, że delikatniacy przynajmniej 

ci spoza Akademii - nie przestrzegali procedury dotyczącej powitań i oficjalnych stosunków w 

Służbie Kurierskiej oraz innych dziedzin daleko idącej biurokracji Centrali. Nie obraziła się jednak. 

background image

Sama nie miała ochoty witać się z tą gromadką nieznajomych.

Podczas gdy przechodzili z komory ciśnieniowej do kabiny centralnej, Nancia zabawiała się 

w   dopasowywanie   twarzy   do   nazwisk.   Niski   rudowłosy   chłopak   o   twarzy   przypominającej 

groteskowego   bazyliszka   był   podobny   do   Flixa.   Miał   ten   sam   rozjaśniający   uśmiech,   który 

przyciągał dziewczyny jak pstrągi na haczyk; musiał być jednym z tych spokrewnionych z rodziną 

Nancii.

- Blaize?  - zawołała czara  dziewczyna. - Blaize, nie mogę tego otworzyć.

Podała mu worek z połyskującą zieloną cieczą, a Nancia drgnęła w oczekiwaniu, kiedy 

rudowłosy oddarł dwoma silnymi palcami taśmę klejącą. Ani jedna kropla nic spadła na jej beżową 

wykładzinę - przynajmniej nie teraz.

-   Proszę   bardzo,   Alpha   -   powiedział   chłopak,   oddając   torbę   dziewczynie,   a   Nancia 

dopasowała ich twarze do nazwisk i opisów, które przyszły z danymi do CenKomu. Rudowłosy 

chłopak musi być Blaizem Armontillado-Perez y Medoc. To tak arystokratyczna rodzina, że nie 

raczy nawet pamiętać o koligacjach z Perez y de Grasami. Dla jakichś zagadkowych powodów jego 

pierwsze zlecenie dotyczyło samotnej bazy Technicznej Pomocy Planetarnej na odległej planecie 

Angalia.   Spodziewałaby   się,   że   ktoś   z   rodziny   o   trzech   nazwiskach   zacznie   raczej   od 

biurokratycznej kariery w Centrali. Co do hebanowej księżniczki o ostrej, bystrej twarzy, która 

byłaby piękna, gdyby nie ten wyraz niezadowolenia, musi to być Alpha bint Hezra-Fong. Krótki 

przekaz   z   CenKomu   identyfikował   ją   jako   mieszkankę   ciepłego   półpustynnego   świata  Takla   z 

wysokimi  ocenami   za   medyczny   program   badawczy.   Nie   było   jednak   żadnego   wyjaśnienia, 

dlaczego   w   połowie   szkolenia   przerwała   naukę   na   pięć   lat   i   postanowiła   prowadzić   Klinikę 

Summerlands na Bahati.

Kiedy   podawali   sobie   worek   z   łodygowcem,   Nancia   zidentyfikowała   pozostałą   trójkę. 

Lekko   otyły   chłopak   z   czupryną   przydługich   brązowych   loków   oblepiających   jego   okrągłą, 

czerwoną twarz to Darnell Overton-Glaxely, lecący do Bahati, aby przejąć od kuzyna zarządzanie 

OG Shipping. Gładka, czarnowłosa piękność, której delikatne kości i lekko skośne oczy sugerowały 

rodzinne pokrewieństwo z gałęzią rodziny del Parma, to Fassa del Parma y Polo. Klan del Parma y 

Polo   miał   monopol   na   wszystkie   przedsiębiorstwa   budowlane   w   Centralnych   Światach.   Teraz 

wyglądało na to, że wysyłają to delikatne małe stworzenie, aby uzyskać rodzinne wpływy również 

w   podprzestrzeni   Vegi.   Nancia   spostrzegła   jednak,   że   dziewczyna   jest   silniejsza,   niż   na   to 

wyglądała. W każdym razie była jedyną, która odmawiała torebki z łodygowcem, a to był dobry 

znak.

No i ostatni z nich. Nancia pozwoliła swoim sensorom napawać się pełnym majestatem 

Polyona   de   Gras-Waldheima,   kuzyna,   którego   nigdy   nie   spotkała.   Od   korony   jego   gładko 

przyciętych   włosów   po   błyszczące   czubki   regulaminowych   butów   był   wzorcem   perfekcyjnego 

background image

adepta Akademii Kosmicznej: stał prosto, ale nie sztywno, jego oczy widziały wszystko, co każdy z 

towarzyszy   robił,   wyrażały   rodzaj   niebezpiecznej   zmienności.   Tak   jak   Nancia   był   świeżo 

promowany, ze świeżymi uprawnieniami. I jak ona był wysoko notowany w swojej klasie, ale nie 

pierwszy; pierwszy w ocenach technicznych - mówiły dane - ale drugi

z teorii z powodu niewytłumaczalnie niskiej oceny ze sprawności oficerskiej, cokolwiek to mogło 

znaczyć.

Kiedy Nancia pierwszy raz odczytywała dane informacyjne podczas niemądrej gry Flixa, z 

niecierpliwością oczekiwała spotkania ze swoim kuzynem Polyonem. Był jedynym w całej grupie, 

z   którym   -   tak   czuła   -   miała  wiele   wspólnego.   Jako   dwoje   członków   wysokich   rodów, 

przeszkolonych do służby dla Centrali, wyruszający właśnie na spotkanie swojego przeznaczenia, 

powinni   od   razu   odczuć   duchowe   pokrewieństwo.   Teraz   jednak,   gdy   miała   przedstawić   się 

Polyonowi, czuła się dziwnie niepewnie. Był tak spięty, tak uważny, jakby całą tę grupę młodych 

ludzi miał za potencjalnych wrogów.

Ponadto przypomniała sobie, że wypił przynajmniej dwie trzecie z ostatniej otwartej torby z 

łodygowcem, nie licząc tego, co wypił przed przyjściem na statek. Nie, to nie był dobry moment, 

aby przedstawiać się Polyonowi i mówić mu o rodzinnych powiązaniach. Będzie musiała po prostu 

poczekać.

- Hej, chłopaki, spójrzcie na komitet powitalny! - Blaize przerwał pogaduszki. Wpatrywał 

się   w   trójekranowy   obraz   gry   SPACED   OUT,   który   Nancia   w   roztargnieniu   zostawiła   po 

gwałtownym odejściu Flixa.

Ukryte   pomiędzy   ekranami   wizualne   sensory   ukazywały   piegowatą   twarz   z   zadartym 

nosem, rozświetloną niczym nie zmąconą radością. Blaize przeszedł powoli po miękkim dywanie i 

zagłębił się w pusty fotel pilota, który powinien być zarezerwowany dla jej wspólnika.

- To - powiedział natchniony - musi być najlepszy i największy SPACED OUT, jakiego 

kiedykolwiek widziałem. Dwa tygodnie z tą grą przelecą jak nic.

Kanały   kontrolne   gry   były   ciągle   otwarte   i   kiedy   Blaize   zidentyfikował   się   i   przejął 

dowodzenie wizerunkiem statku-mózgu, Nancia dała rozkaz zmiany kursu tak, aby dostał się on do 

świata Zabójcy Trolli. Wspaniałość obrazu graficznego spowodowała, że inni pasażerowie zaczęli 

spoglądać Blaize'owi przez ramię i jeden po drugim, na pół zawstydzeni, pozwolili się wciągnąć w 

grę,

- Nie mogę patrzeć, jak kupa przygłupów świruje jak w wariatkowie - wymamrotała Alpha, 

zajmując miejsce obok Blaize'a.

Nancia z trudnością dochodziła do siebie po tej złośliwej uwadze, kiedy do gry dołączył 

również Darnell.

-  Będę  musiał  przekopiować  grafikę  tego   programu  i   kazać   komuś   zainstalować  go  na 

background image

wszystkich drogach należących do OG Shipping - powiedział, poruszając Zabójcą Trolli. - Czy 

ktokolwiek wie, jak złamać zabezpieczenie kodu?

-   Ja   -   powiedział   Polyon   Gras-Waldheim   -   mogę   złamać   każdy   system   zabezpieczenia 

komputera, jaki kiedykolwiek był założony. - Rzucił Darnellowi enigmatyczne spojrzenie z ukosa. - 

Jeśli mi się to opłaca...

Och,   ty   to   potrafisz,   prawda?   pomyślała   Nancia.   Przekonamy   się   o   tym.   Piractwo 

programów komputerowych nic było taką wielką zbrodnią, ale świeżo promowany oficer Akademii 

Kosmicznej powinien posiadać większe poczucie etyki niż jakiś przeciętny człowiek, który nie miał 

możliwości skorzystać z arystokratycznego wychowania i akademickiego szkolenia. Teraz miała o 

wiele mniejszą niż przedtem ochotę przedstawić się swojemu kuzynowi.

Polyon   odwrócił   się   i   obdarzył   ciągle   stojącą   przy   drzwiach   Fassę   de   Parma   y   Polo 

wspaniałym uśmiechem.

- Teraz ty, malutka, mogłabyś zrobić coś dla mnie. 

Fassa podeszła do sterów gry wężowym ruchem, który przykuł uwagę Blaize'a i Darnella, 

jak również Polyona.

- Zapomnij o tym, “żółty kapslu" - powiedziała glonem równie słodkim, co kąśliwym. - 

Drugorzędny   oficer  Akademii   obejmujący   służbę   na   więziennej   planecie   ma   mi   niewiele   do 

zaoferowania. Zostawię to na później tam, gdzie im się naprawdę przyda.

Nancia natychmiast odcięła wszystkie sensory kabinowe. Jak to się stało, że utknęła z tymi 

chciwymi, amoralnymi, zepsutymi bachorami? Była przekonana, że podjęła słuszną decyzję, aby 

nie przedstawiać się od razu. Sądząc po ich swobodnych wypowiedziach, musieli ją uważać za 

statek bez pilota, pozbawiony inteligencji i reagujący wyłącznie na bezpośrednie komendy.

Musiała się jednak dowiedzieć, co oni knują. Otworzyła jeden kanał dźwiękowy i usłyszała 

Blaize’a   intonującego   z   Darnellem   i   Polyonem   w   ochrypłym   chórze   “Ona   nigdy   tego   nie 

sprzedawała, ona to rozdawała!". Fassa spojrzała spode łba i wycofała się do swojej kabiny.

Nancia miała wrażenie, że będzie to jedna z najdłuższych dwutygodniowych wypraw, jaką 

kiedykolwiek zniósł statek-mózg.

background image

ROZDZIAŁ II

Polyon

Nancia z zaciekawieniem obserwowała, jak Polyon de Gras-Waldheim swobodnym krokiem 

wchodzi   do   kabiny.   Pozostali   pasażerowie   odsypiali   jeszcze   pożegnalne   przyjęcie   zakrapiane 

łodygowcem,   pochrapując   i   miotając   się.   Ostatnie   dawki   stymulatora   wyparowywały   z   ich 

wyczerpanych   ciał.   Polyon   przyszedł   do   siebie   zadziwiająco   wcześnie.   Jak   każdy   porządny 

wychowanek Akademii wstał o 6.00, wziął prysznic i założył swój starannie wyprasowany szary 

kombinezon,   aby   móc   zaprezentować   się   publicznie.   Nancia   wyłączyła   wizualne   sensory   w 

kabinach, chcąc zostawić swoim pasażerom maksimum prywatności, ale czujniki audialne i tak 

dostarczyły jej tylu drobnych dźwięków, że mogła śledzić Polyona podczas porannych czynności.

Nancia   zauważyła   Polyona   wchodzącego   do   centralnej   kabiny,   która   była   miejscem 

publicznym,   więc   nie   miała   żadnych   wyrzutów   sumienia,   że   teraz   wszystkie   czujniki   były 

włączone.   Tak,   Polyon   de   Gras-Waldheim   stanowił   nie   lada   kąsek   dla   czujników.   Prawie 

dwumetrowego   wzrostu,   z   niesfornie   sterczącymi   złocistymi   włosami   obciętymi   na   krótkiego, 

akademickiego jeża, był doskonałą mieszaniną najlepszych cech rodzin Waldheimów i Grasów. Po 

Waldheimach odziedziczył wzrost i nieokiełznaną siłę, a po Grasach subtelność i szybką orientację. 

Nancia przez moment poczuła żal... Polyon był wychowankiem Akademii Kosmicznej i mógł być 

jej partnerem.

De Gras-Waldheim? ironizował wewnętrzny głos. O czym ty, dziewczyno, marzysz? Młody 

człowiek, który skupiał cechy takich dwóch rodów, może mierzyć o wiele wyżej niż dowodzenie 

statkiem   mózgowym.   Powinien   zajmować   wysokie   stanowisko,   skoro   otrzymał   tak   ,staranne 

wykształcenie.

Krótkie noty informacyjne o jej pasażerach oraz celach ich podróży nie wyjaśniały, dlaczego 

Polyon - zamiast dołączyć do sztabu floty - został wysłany do odległej podprzestrzeni, aby objąć 

stanowisko koordynatora technicznego w więziennej fabryce. Może w podprzestrzeni Vegi dzieje 

się o wiele więcej niż sądziła. Nancia przypomniała sobie przerwaną wiadomość o Vedze i własne 

postanowienie dokładniejszego zbadania tej kwestii. Teraz była statkiem kurierskim i powinna zająć 

się sprawami publicznymi. Jednak o wiele ciekawiej było obserwować kuzyna, niż przerzucać stare 

pliki informacyjne.

Polyon rozejrzał się po kabinie i kiedy ogarnął już wzrokiem całe pomieszczenie, odprężył 

się.   Zwykły   obserwator   nie   zauważyłby   tej   zmiany,   ale   Nancia,   badając   napięcie   mięśni   i 

automatyczne  reakcje systemu  nerwowego oraz  prowadząc  rutynowe  badania  wzroku i  słuchu, 

natychmiast zorientowała się w  jego stanie. Ta czujność przy wkraczaniu na nieznane terytorium 

background image

była niewątpliwie rezultatem szkoleniu w Akademii. Należało się tego spodziewać po kimś, kto 

otrzymał najlepsze wykształcenie zgodne z tradycją arystokratycznych rodzin. Nie powinno też 

dziwić, że Polyon wstał o regulaminowym czasie, bez względu na to, co robił poprzedniej nocy. 

Inni   pasażerowie   mogli   być   nieokrzesanymi   mięczakami,   ale   ten   wyraźnie   nie   przynosił   ujmy 

swojemu wychowaniu. Przecież płynie w nim krew de Grasów, pomyślała z zadowoleniem. Ojciec 

zawsze podkreślał rangę jej koligacji ze strony matki z rodziną de Grasów.

Polyon jeszcze raz rozejrzał się po kabinie i gdyby nie był to de Gras-Waldheim, Nancia 

określiłaby jego zachowanie jako ukradkowe. Usiadł z boku, przodem do konsolety, na jednym z 

siedzeń dla obserwatorów. Pokiwał głowa, jakby chciał powiedzieć: w takim razie w porządku - i 

wyszeptał głosem tak cichym, że nie usłyszałaby go żadna ludzka:

- Wejście do głównych danych - hasło: 47321 - Aleithos Hex 242.

Automatyczny   system   zabezpieczenia,   który   kierował   głównym   komputerem   statku, 

natychmiast   zareagował   na   hasło   Polyona.   Nancia,   nie   dowierzając   temu,   co   widzi,   pozwoliła 

komputerowi działać bez przeszkód. Skąd Polyon dowiedział się o haśle otwierającym główny bank 

danych? Może istniała jakaś ukryta strona jej misji, coś, o czym mógł wiedzieć tylko przedstawiciel 

uprzywilejowanej rodziny i co mogło być ujawnione dopiero w odpowiednim czasie? Tak, to by 

tłumaczyło tajemniczy sposób, w jaki Polyon zbliżył się do kabiny. Wyjaśniałoby również jego 

szorstkie zachowanie poprzedniego wieczora. Z drugiej jednak strony, jako tajny agent, powinien 

zdobyć zaufanie współpasażerów.

A może  wcale  nie  było  takiego  wyjaśnienia?  Teraz,  mając  dostęp  do  głównych  plików 

informacyjnych,   Polyon   wystukiwał   coś   na   klawiaturze   i   manipulował   obrazami   na   ekranie. 

Wysyłał raz za razem werbalne komendy, ujawniające nawet wielokanałową pamięć człowieka z 

kapsuły.   Ciągle   jednak   traktował   ją   jako   statek   bezpilotowy.   O  co   tu   chodzi?   Nancia   czekała, 

obserwując wszystkie manipulacje Polyona przy systemie komputerowym, jednocześnie siedząc 

zewnętrznymi czujnikami ruchy jego ciała.

Prościzna, myślał Polyon, a jego palce wędrowały od klawiatury do ekranu, dostosowując 

kody   operacyjne   do   systemu,   który   zapewniał   mu   dostęp   do   każdej   informacji   zawartej   w 

komputerze statku. Proste jak pozbywanie się wirusa z pierwszego, dziecięcego komputera. Teraz ta 

specjalna zawartość - po czym przekonał system zabezpieczający komputera, aby rozpoznał w nim 

uprzywilejowanego użytkownika sieci. Jeśli już raz wejdzie w ten szeroki, podprzestrzenny system 

komunikacyjny, będzie mógł poznać wszystkie sekrety każdej osoby, która łączyła się z tą siecią.

Polecenia dźwiękowe nie były najlepszym pomysłem. Poza tym nie chciał, aby podsłuchał 

go któryś z wścibskich współpasażerów. Przebiegał palcami po klawiaturze, wydając polecenia tak 

szybko,   jak   tylko   jego  doskonały   mózg   był   w   stanie   analizować   odpowiedzi.   Hm,   blok 

background image

zabezpieczający...   ale   skoro   udzielił   już   sobie   przywileju   użytkownika   tego   systemu,   to   może 

również dostać się do kodu programu blokującego. Mógłby go nawet zmodyfikować.

- Tutaj   poprawka,  tam   poprawka  -   mruczał   Polyon,   zmieniając   pierwotną   wersję  kodu. 

Wszędzie zasadzki dam-di-dam-di-dam.

Kiedy   system   potwierdził   poprawki   i   uruchomił   zmodyfikowany   program,   mruczenie 

Polyona przekształciło się w triumfalną wersję piosenki “Jestem człowiekiem, który rozbił bank w 

Monte Carlo".

To   oczywiście   nie   było   dokładnie   tak.   Zamierzał   wygrać   o   wiele   więcej,   niż   zgarniał 

zawodowy hazardzista w kasynie na Starej Ziemi. On im pokaże - im wszystkim. Zaczynając - i na 

pewno nie kończąc - na tych baranich głowach, które są z nim na statku. Polyon wiedział, dlaczego 

przydzielono   mu   podrzędne   zadanie   w   odległym   systemie   słonecznym.   Skrzywił   się   na   samo 

wspomnienie tej ponurej rozmowy z dziekanem.

Musiały jednak istnieć powody, dla których również i te rozpuszczone kochasie z dobrych 

domów zostały skazane na samotne zesłanie. Zacznie od zbadania ich małych sekretów, a później 

być może wykorzysta te bogate szczeniaki do realizacji wielkiego planu.

Następnie... system Nyota.  Cała podprzestrzeń Vegi.  Centrala. Dlaczego nie? kombinował 

Polyon, zaskoczony wielkością swoich pragnień. Dorastając nauczył się jednej rzeczy: że wszystko 

uchodzi bezkarnie, o ile nikt nie widzi, co robisz, a korzystasz ze swojego uroku osobistego, kiedy 

cię obserwują. Natomiast tam, gdzie urok nic działa, są inne środki perswazji. Polyon uśmiechnął 

się ponuro i odszukał dane Alphy bint Hezra-Fong z Akademii Medycznej.

Co   ten   Polyon   wyprawia?   Nancia   obserwowała,   jak   przeprogramował   zabezpieczający 

system statku, dostał się do sieci i przebiegał wzrokiem akta osobowe współpasażerów.

Czy nie powinna go powstrzymać? Dyskrecja była pierwszą rzeczą, której uczył się statek 

mózgowy Służby Kurierskiej; należała do podstawowych obowiązków. Nie poinstruowano jej, co 

czynić w przypadku, kiedy pasażer zaczyna manipulować w sieci tak, jakby była  częścią jego 

osobistego   systemu   komputerowego.   Wpisywał   teraz   od   nowa   parametry   zabezpieczenia...   to 

nieistotne, mogła je ustalić od początku, kiedy tylko chciała. Jak do tej pory nie naruszył obszarów 

jej osobistych danych, nie był chyba też świadomy, że jej synaptyczne połączenia z komputerem 

statku pozwalały śledzić wszystko, co robił.

Czy to możliwe, żeby uważał ją za statek bezpilotowy? Może nie. Nie była jednak pewna. 

Polyon skończył przeszukiwanie sieci i wysłał inną penetracyjną część kodu, aby uzyskać dostęp do 

pozostałych funkcji połączonych z komputerem pokładowym... małą poprawkę, która pomoże mu 

dotrzeć do powiązań Nancii z wnętrzem statku.

Trochę za późno, aby to sprawdzać, mój chłopaczku! Czy nie nauczono cię w Akademii 

Kosmicznej, aby najpierw szukać zasadzek, a dopiero później zaczynać manewry? Samoobrona 

background image

była reakcją automatyczną, przyswojoną o wiele bardziej niż dyskrecja. Nancia odcięła wszystkie 

ścieżki informacyjne i przeprogramowała kody wejściowe jednym instynktownym ruchem. Polyon 

wpatrywał się w pusty ekran, opierając palce na klawiaturze, która przestała reagować na jego 

polecenia.

Darnell

Darnell Overton-Glaxely westchnął na widok swojej okrągłej twarzy, nieco zniekształconej 

w wypolerowanych, robionych lustrach, pokrywających ściany centralnego korytarza. Było zbyt 

wcześnie, żeby oglądać swoje odbicie w lustrze o łamanej powierzchni, która sprawiała, że raz 

powiększało się, raz kurczyło, a raz marszczyło jak fale wzburzonego oceanu. Darnell westchnął 

ponownie i przypomniał sobie, że sztuczna grawitacja w przestrzeni była właściwie zbliżona do 

ziemskiej. To tylko jego wyobraźnia sprawiała, że odczuwał mdłości. I tak było to dużo lepsze niż 

podróż w jednej z tych staromodnych skorup, pływających po oceanach, które dały początek OG 

Shipping,   kiedy  byli   jeszcze   stacjonarną   korporacją   na   planecie.   Darnell   o   mało   nie   wyrzygał 

swoich wnętrzności, gdy wysłuchiwał opowieści ojca o tych rejsach.

No cóż, więcej się to nie powtórzy. Stary ojciec był już historią, tak jak niespodziewane 

bankructwo stacji kosmicznej, które go zabiło i pozostawiło OG Shipping w rękach obcych ludzi aż 

do czasu, kiedy Darnell ukończy szkołę. Wczorajsza uczta z łodygowcem też, była historią - gdyby 

tylko mógł przekonać o tym swój wywracający się żołądek i pulsującą głowę.

To nie było w porządku, żeby musiał tak cierpieć tylko dlatego, że pofolgował sobie, aby 

uczcić koniec nauki i początek nowej kariery. Szkoda, że żadnej z dziewcząt nie starczyło sił, aby 

kontynuować zabawę w przyjemniejszy sposób. Ale mieli jeszcze dwa tygodnie przed sobą; dojdą 

do siebie i w stosownym czasie zauważą jego wdzięki. W końcu nie miał przecież żadnej poważnej 

konkurencji na tym statku. De Gras-Waldheim był wystarczająco przystojny, ale to najzimniejsza 

ryba, jaką Darnell kiedykolwiek widział. Było coś przerażającego w jego intensywnie niebieskich 

oczach, iskrzących się jak suchy lód. Co do Medoca Blassa czy Blaize'a, jak on się tam nazywał, to 

chyba żadna dziewczyna nie traciłaby czasu na dzieciaka o twarzy przyjaznego potworka. Tak, na 

ratunek   może   przyjść   tylko   stary   Darnell,   jedyny   mężczyzna   na   pokładzie   obdarzony 

wystarczającymi zaletami towarzyskimi, aby zabawiać te cudowne damy przez całą podróż.

Usłyszał dźwięki dochodzące z centralnej kabiny. Czyżby jedna z dziewcząt wstała już i 

kręciła się po statku? Darnell wciągnął brzuch, wyprostował ramiona i ponownie spojrzał na swoje 

odbicie w lustrach. Przecież jego twarz nie była aż taka miękka i nalana - powiedział do siebie; to 

tylko owo zniekształcone odbicie w lustrze sprawiało, że wyglądał jak ktoś w średnim wieku, 

wymięty i zmęczony. Nonsens. Był przystojnym, młodym spadkobiercą OG Shipping i był w stanie 

background image

stawić czoło komukolwiek i czemukolwiek.

No, może nie tej zimnej rybie Polyonowi de Grasowi-Waldheimowi. Darnell otworzył drzwi 

wejściowe do głównej kabiny i próbował opanować swoje nerwowe ruchy. Tymczasem nogi niosły 

go do przodu, a ramiona pociągały w tył.

- Och, wejdź, OG - powiedział Polyon niecierpliwie, odwrócony tyłem do drzwi. - Nie 

czepiaj się futryny i nie machaj czułkami jak meduza z chorobą morską.

Choroba morska.

Meduza.

Darnell przełknął napływ mdłości i jeszcze raz przypomniał sobie, że podróż kosmiczna na 

statku  o  zwiększonym  polu  grawitacji  to   nie  to,  co   kiwanie   się  i  poruszanie   na  staromodnym 

morskim statku.

- Co robisz?

Polyon   zwolnił   zabezpieczenie   fotela   i   wolno   się   obrócił,   aby   spojrzeć   na   Darnella, 

jednocześnie rozluźnił się, pozorując swobodę i naturalność.

- Nic specjalnego, gram sobie - odrzekł z mętnym uśmiechem. - Po prostu kilka partyjek dla 

zabicia czasu.

- Co ty zrobiłeś? Zagrałeś tak fatalnie, że straciłeś obraz na ekranach.

- Coś w tym rodzaju - zgodził się Polyon. - Możesz mi pomóc włączyć go od nowa, jeśli 

chcesz.

To były jedyne przyjazne słowa, jakie Darnell usłyszał od Polyona od czasu, kiedy się 

poznali. Może, pomyślał, wybaczając mu,  biedny facet nie wie, jak się zaprzyjaźnić. Nie można 

oczekiwać znajomości savoir-vivre'u ani gładkich manier, jakimi szczycił się Darnell, od kogoś 

wywodzącego się z tych sztywniaków z wyższych sfer, jak de Grassowie-Waldheimowie, i kto 

spędził cale życie w wojskowej szkole z internatem. No cóż, pomoże biednemu Polyonowi i będzie 

jego przyjacielem na tej małej wycieczce.

- Jasne - powiedział, wchodząc do pomieszczenia ostrożnymi krokami, żeby nie wstrząsnąć 

bolącą głową. Następnie zatopił się w jedno z wyściełanych pasażerskich siedzeń. - Nie ma sprawy, 

grałem w te gierki cały czas w szkole podstawowej. Wiesz, co ci powiem? Pomogę ci dostać się do 

komputera,   a   może   ty  pomożesz   mi   dostać   się   do   czegoś   innego?   -   Mrugnął   z   wysiłkiem   do 

Polyona.

- A co  masz  na  myśli?  - Ten człowiek  najwyraźniej   nie  wiedział,  jak prowadzić  lekką 

konwersację.

- Nas dwóch - Darnell wyjaśnił pocieszająco, wystukując coś na klawiaturze konsolety. - 

One dwie. Ta czarna bardziej pasuje do ciebie. Ja jednak muszę znaleźć jakąś strategię, żeby dostać 

się pod spódniczkę del Parmy. Taktyka, podchody, natarcie i wycofanie się  -  masz jakieś pomysły?

background image

Darnell pomyślał, że Polyon rzeczywiście potrzebuje pomocy, a nic bardziej nie cementuje 

przyjaźni, jak mała, sprośna, męska pogawędka. Polyon szukał przyjaźni, więc Darnell był gotów 

wyjść mu naprzeciw.

- Obawiam się, że to twój problem - odrzekł Polyon z dystansem w głosie.

Strzepnął   prawie   niewidoczny   pyłek   ze   swego   zaprasowanego   rękawa   i   zajął   się 

studiowaniem ekranów SPACED OUT, przywróconych na ściany kabiny przez Darnella.

Wniosek nasuwał się sam. On nigdy nie musiał stosować żadnej taktyki wobec kobiet. No 

cóż, oczywiście, że nie. Nazwisko de Gras-Waldheim i fortuna stanowiły poważne wsparcie, no i ta 

masywna, muskularna sylwetka - tym niemniej nie powinien od razu drwić z kogoś, kto tylko starał 

się być przyjacielski. Darnell patrzył spode łba na konsoletę i wystukiwał komendy, przywracające 

grę   na...   hm,   nie   na   poziom   10,   bo   jego   refleks   nie   mógł   jeszcze   sprostać   hologramowym 

wojownikom,   ale   na   poziom   6.   To   był   wystarczająco   zaawansowany   poziom,   żeby   pokonać 

Polyona i pokazać mu, jak to jest, kiedy zadaje się z ekspertem.

- To nowa wersja - stwierdził zaskoczony Polyon. - Nie pamiętam tego pasa asteroidów.

- Założę się o pięć kredytów, że klucz do ukrytych skarbów Holmdale jest gdzieś w nowych 

asteroidach - zaproponował Darnell.

- Nie przyjmuję tego zakładu, ale stawiam pięć kredytów, że jeżeli on tam jest, to go znajdę 

pierwszy. Wybierz swoje wizerunki.

Darnell   wybrał   jeden   z   wizerunków   przedstawionych   u   dołu   ekranu.   Zawsze   lubił 

przybierać postać Bonecrusha - cyborga potwora, który zarządzał niższymi tunelami w labiryncie, a 

czasami startował w kosmos z sekretnie zainstalowanym ładunkiem odrzutowym i siłową osobistą 

tarczą. Polyon - zauważył z przyjemnością - wybrał wizerunek marsjańskiego maga Thingberry'ego 

o niebywale paskudnym charakterze. Ta gra powinna się szybko skończyć.

- A zatem dlaczego wybierasz się do systemu Nyota? - zapytał Polyon po kilku minutach 

wykonywania pozornie wyszukanych manewrów i wydawania bezcelowych poleceń.

Darnell patrzył na ekran z kwaśną miną. Jak udało się temu Thingberry'emu otoczyć dwie 

trzecie   pasa   asteroidów?   Bardzo   dobrze,   pozwoli   Bonecrushowi   obrócić   się   i   użyć   swoich 

wewnętrznych   ładunków   odrzutowych   jako   broni;   to   powinno   załatwić   pokrętną   magię 

Thingberry'ego.

-  Przejmuję  starą   własność   spadkową   -  odpowiedział,   wystukując   polecenia   uzbrajające 

Bonecrusha   w   maksymalną   siłę   wybuchową.   -   Wiesz,   OG   Shipping.   Zupełnie   nie   rozumiem, 

dlaczego mój kuzyn Wigran przeniósł centralę firmy do podprzestrzeni Vegi, ale mam nadzieję, że 

wyjaśni mi to, kiedy się tam znajdę.

- Jeśli będzie mógł - zauważył Polyon. - Tak bardzo ni u ufasz?

background image

Darnell ukradkiem pokierował Bonecrusha na dogodną pozycję. Idiota Polyon patrzył na 

niego, a nie na ekran; nawet morderstwo uszłoby Darnellowi na sucho, gdyby tylko przytrzymał 

uwagę Polyona z dala od gry przez następne kilka sekund.

- Co masz na myśli? - spytał, nie będąc właściwie zainteresowany odpowiedzią. - Dlaczego 

nie powinienem ufać Wigranowi?

Polyon wyglądał na zaskoczonego i przez moment Darnell obawiał się, że zauważy ruchy 

Bonecrusha ilu centralnym ekranie gry.

-  Mój   ty biedaku!   Chcesz  powiedzieć,   że  nie   słyszałeś?  A  niech   to!  -  przeklął   niskim, 

wściekłym tonem. - Wiesz, nie wiedziałem. Słuchaj, Darnell, nic chciałbym być tym, który ma ci to 

powiedzieć. Czy naprawdę nie słuchałeś przekazów informacyjnych z Vegi?

- Zarządzanie mnie nudzi - powiedział Darnell. - Będę całkiem szczęśliwy, gdy wycofam 

zyski z firmy i pozwolę kuzynowi Wigranowi prowadzić resztę.

Jego   ręce   spoczywały   teraz   na   przycisku,   który   miał   uruchomić   odrzutowy   ładunek 

Bonccrusha. W każdej chwili mógłby uwolnić sterowną falę uderzeniową, która zrobiłaby wyrwę w 

samym   środku   linii   obronnej   Thingberrego.   Jednakże   Polyon   powinien   przyglądać   się   swojej 

klęsce, a nie marudzić coś o jakimś nudnym procesie księgowych w systemie Vega.

- No cóż, przypuszczam, że już wkrótce i tak będziesz musiał się o tym dowiedzieć - mówił 

Polyon. - I aż mnie skręca, że to ja muszę ci powiedzieć. - Przyglądał się teraz twarzy Darnella z 

bliska.

- No, mów! - Po raz pierwszy Darnell poczuł ogarniający go nagły dreszcz, który pojawił się 

wraz z powolnym kojarzeniem faktów...

- Była o tym mowa na procesie - powiedział Polyon. - O tym księgowym, co zbierał kredyty 

swoich klientów, aby uprawiać hazard. OG Shipping było jednym z jego największych kont. Twój 

kuzyn Wigran dokładnie wiedział, co ten facet robi. Nawet mu pomógł, dla udziału w gotówce. 

Obaj przegrali ponad dziewięćdziesiąt procent wpływów OG Shipping... Obawiam się, że wszystko, 

co odziedziczysz na Bahati, to jeden przestarzały bezpilotowy statek AI i garść długów.

Spocone   palce   Darnella   ześlizgnęły   się   i   przycisnął   guzik   mocy   z   większą   siła,   niż 

zamierzał,   Ładunki   Bonecrusha   uwolniły   maksymalny   odrzut.   Wybuch   ominął   jednak   pole 

Thingberry'ego, nie czyniąc mu żadnej szkody i wyrzucił Bonecrusha, zbyt słabego, aby uruchomić 

osobiste   pole   siłowe,   w   głąb   przestrzeni   kosmicznej.   Ciało   cyborga   rozprysło   się   na   miliony 

gwiazd, złożonych z odłamków syntetycznego stopu.

- O rany! - powiedział Polyon, zerkając w końcu na połyskujące efekty świetlne na ekranie. 

- To jest wspaniała gra! Spójrz tylko na tę grafikę. Co to jest?

- To ja - powiedział Darnell Overton-Glaxely. - Facet, który wiedział, kiedy połknąć kulę. 

Jestem ci winien pięć kredytów.

background image

Blaize

O nie! Tylko nie jeszcze jeden!

Nancia   zamknęła   na   chwilę   wszystkie   swoje   wewnętrzne   sensory,   kiedy   Blaize 

Armontillado-Perez y Medoc poruszył się w swojej kabinie. Doszła już do wniosku, że kiedy jej 

pasażerowie   spali,   byli   niemal   do   zniesienia.   Gdyby   tylko   mogła   wypełnić   ich   kabiny   gazem 

usypiającym i utrzymać w nieświadomości, dopóki nie dolecą do systemu Nyota ya Jaha... Nancia 

przyłapała się na tym, że staje się tak samo nieznośna jak oni. Jakże coś takiego mogło w ogóle jej 

przyjść na myśl? Czyż nie zdobyła najwyższych ocen z zajęć integralności oraz etyki? Zarówno jej 

dziedzictwo rodzinne, jak i szkolenie w Akademii powinny uchronić ją przed myślą o zdradzie 

swoich ideałów.

Mogłaby się powstrzymać przed uaktywnianiem swoich wewnętrznych sensorów, póki nie 

osiągną Nyota ya Jaha. Nancia zastanowiła się nad tym przez chwilę i postanowiła inaczej. To 

prawda,   że   jej   pasażerowie   niczego   by   nie   spostrzegli,   ponieważ   sądzili,   iż   jest   pojazdem 

bezpilotowym, zaprogramowanym tak, aby dowieźć ich spokojnie do celu. Prawdą było również i 

to,   że   gdyby   to   od   niej   zależało,   to   wolałaby   dokonać   transformacji   Osobliwości   -   które 

przeniosłyby ich przez rozwarstwiającą się przestrzeń bez irytującej obecności tych... bachorów. Za 

nic jednak nie chciała spędzać tak wielu dni, przeszło tygodnia, w samotności kosmosu, widząc 

jedynie   migoczące   gwiazdy   i   nie   mając   innego   mózgu,   by   się   porozumieć.   Gdyby   otworzyła 

przejście   do   Centrali,   jej   kuzyn   Poloyn,   jak   zwykle   lubiący   myszkować   po   systemach 

komputerowych statku, na pewno zauważyłby aktywność komputera. Statki mózgowe nie były ani 

trochę mniej ludzkie niż delikatnicy. Nancia wiedziała, że byłoby niemądrze z jej strony narażać się 

tak długo na częściowe pozbawienie wszelkich wrażeń.

A poza tym chciała się dowiedzieć, co też knują jej pasażerowie.

Gdy reaktywowała sensory głównej kabiny, Darnell skradał się akurat korytarzem w stronę 

swojej kabiny, a Polyon, ze ściągniętymi ze złości ustami, szedł tuż za nim.

- Nie podoba mi się to imię   oznajmił Blaize'owi.

Nancia przeszukała pospiesznie automatyczny system nagrywania zamontowany w kabinie. 

Blaize naśmiewał się ze swego kuzyna, nazywając go Polly. Z danych/plików Akademii na temat 

Polyona de Grasa-Waldheima wynikało, że to przezwisko stało się przyczyną wielu ostrych bójek, 

które wywiązały się w czasie, gdy Polyon odbywał szkolenie w Akademii. Podczas jednej z takich 

bijatyk   przeciwnik   Polyona   został   na   tyle   dotkliwie   poturbowany,   że   trzeba   go   było   usunąć   z 

programu szkolenia dla oficerów. Świadkowie tego zdarzenia zeznali, iż Polyon miażdżył tamtemu 

kości i słuchał, jak pękają, nie zważając na to, że jego przeciwnik od dłuższego czasu błaga go o 

background image

litość.

W   rezultacie   tego   zdarzenia   w   akta/pliki   osobowe   Polyona   wpisano   ostrzeżenie, 

wykluczające go na zawsze z udziału na jakimkolwiek stanowisku wojskowym... co więcej, sam 

Polyon   został   o   tej   decyzji   poinformowany   ustnie   przez   generała   w   stanie   spoczynku   Macka 

Erricotta, rektora Akademii Kosmicznej...

Co ja wyprawiam?  Nancia natychmiast zamknęła wszystkie swoje kanały informacyjne. 

Skąd   się   wzięły   te   zastrzeżone   informacje?   Ponownie   otworzyła   kanały   i   prześledziła   trasę 

przepływu danych. Nadeszły z sieci - do tego materiału nie powinna mieć żadnego dostępu, bo 

pochodził on z zastrzeżonych akt osobowych Akademii Kosmicznej. Nie wiedzieć czemu, sieć 

odpowiedziała na jej chwilową ciekawość, otwierając dostęp do materiału, który powinien być 

chroniony hasłem znanym jedynie rektorowi.

Po chwili zakłopotania Nancia zdała sobie sprawę, co się stało. Polyon, ingerując w system 

bezpieczeństwa statku, naruszył przy okazji system samej sieci. Zdefiniował Nancię jako węzeł 

początkowy dla sterownika systemu, dając jej tym samym nieograniczone możliwości dostępu do 

plików i kodów oraz ich zmiany w każdym z komputerów podłączonych do sieci. Gdy Nancia 

instynktownie interweniowała, tożsamość sterownika systemu wymknęła się samemu Polyonowi... 

jednak   nie   zmieniła   zdefiniowanego   już   węzła   początkowego,   dając   jej   dostęp   do   wszystkich 

plików, które Polyon przejrzał - i jeszcze do wielu innych.

Nancia poczuła zażenowanie, jak gdyby przyłapano ją na zaglądaniu do otwartego pancerza 

kolegi   z   klasy   w   trakcie   synaptycznego   remodelowania...   Tak   bardzo   naruszyła   prawo   do 

prywatności.  Przecież   nie   miałam   pojęcia,   co   robię!  usprawiedliwiała   się,   szybko   wymazując 

definicję węzła superużytkownika, zanim ogarnie ją chętka, by zajrzeć w prywatne akta/pliki kogoś 

innego.

Mimo   to   nie   mogła   zapomnieć   wstrząsających   i   niepokojących   rzeczy,   które   odkryła, 

czytając plik na temat Polyona. Przyjęła z ulgą fakt, że poszedł z kabiny centralnej do Blaize'a, po  

czym przekradł się z powrotem do własnej kabiny w pozie urażonej godności, która robiła znacznie 

większe wrażenie niż kwaśna mina Darnella.

Blaize popatrzył wprost na tytanową kolumnę Nancii i puścił do niej oko.

- Założę się, iż myślałeś, że on mnie pokona, co?

Nancia odpowiedziała bez zastanowienia na to bezpośrednio do niej skierowane, pierwsze 

pytanie, jakie otrzymała od chwili, gdy pasażerowie weszli na jej pokład i wystartowała z Centrali.

- Mam nadzieję, że nie liczyłeś na mnie, że będę cię ochraniać!

Blalize zachichotał cicho, zadowolony z siebie.

- Ależ skąd, szanowna pani. Aż do tej chwili nie wiedziałem nawet czym - albo kim -jesteś. - 

Blaize   uchylił   nieistniejący   kapelusz   i   skłonił   się   ekstrawagancko.   -   Pozwól,   pani,   że   się 

background image

przedstawię - wymruczał, rozprostowując się. - Blaize Armontillado-Perez y Medoc. Z kim mam 

przyjemność?

Za późno, aby zagłębić się znów w tę ciszę, która dotąd ją osłaniała. Nancia wzruszyła w 

myślach ramionami - jej synapsy rozbłysły na moment - i postanowiła, że równie dobrze może 

trochę porozmawiać z tym bachorem. Samotność dosyć jej się dała we znaki. Izolacja w głębokim 

kosmosie stanowiła zbyt wielki kontrast w porównaniu z wieloletnią, wygodną i wielokanałową 

wymianą danych, którą nieustannie prowadziła ze swymi kolegami z klasy w Szkole-Laboratorium.

-   XN-935   -   przedstawiła   się   ze   złością.   A  potem,   jako   że   suchy   kod   wydał   jej   się 

nieodpowiedni, dodała: - Nancia Perez y de Gras.

- Kuzynka, prawdziwa kuzynka! - zaryczał Blaize z nieudawanym zachwytem. -Powiedz mi 

więc, kuzyneczko, co taka grzeczna dziewczynka jak ty robi z taką hołotą jak my?

Pytanie Blaize'a było nieprzyjemnie bliskie temu, co Nancia myślała o swoich pasażerach.

- Skąd wiedziałeś, że jestem statkiem mózgowym? - zbyła go pytaniem.

- Co prawda procedury startu mogły zostać wykonane przez bezpilotowy statek AI, ale 

wydawało mi się mało prawdopodobne, żeby klan Medoców i reszta naszych kochanych rodzinek 

wysłała nas, byśmy przeszli przez Osobliwość na automatycznym pilocie. Jakoś nie pasowało mi to 

do   godności   wielkich   rodów,   aby  obarczać   odpowiedzialnością   za   nasze   bezpieczeństwo   kupę 

metachipów zamiast ludzkiego mózgu.

- Nie bardzo darzysz szacunkiem swoją rodzinę, prawda? Nic dziwnego, że wysyłają cię do 

jakiegoś peryferyjnego świata. Prawdopodobnie wciąż się boją, że narazisz ich na śmieszność.

Przez moment piegowata twarz Blaize'a wyglądała zimno, twardo i bardzo smutno. Lecz 

potem  tak szybko, że ludzkie oko nie dostrzegłoby niczego - Blaize wyszczerzył zęby i zasalutował 

przed kolumną Nancii.

- Masz absolutną rację. Z malutkim sprostowaniem. Nie tylko boją się, że narażę ich na 

śmieszność, ale są tego pewni jak jasna cholera!

Wyciągnął jedno z wyściełanych krzesełek i usiadł pośrodku kabiny, zakładając jedną nogę 

na drugą. Następnie, ze skrzyżowanymi na piersi rękami, gapił się radosnym wzrokiem w kolumnę 

Nancii, jakby nic na świecie go nie obchodziło. Nancia wydobyła z pamięci obraz jego twarzy 

sprzed  paru  chwil  i  wyświetliła  go w wewnętrznej   przestrzeni,  porównując  ponurego  młodego 

człowieka ze śmiejącym się teraz chłopcem w kabinie. Coś go gryzie, ale co? Na przekór sobie 

poczuła odruch sympatii do tego zepsutego szczeniaka, tej zakały wielkich rodów.

- A masz taki zamiar? - spytała, przybierając neutralny ton.

- Jaki?  Aha - przynieść im wstyd? - Blaize wzruszył  ramionami, nieco zbyt beztrosko. 

Nancia   zaczęła   się   zastanawiać,   ile   jego   na   pozór   niedbałych   gestów   zostało   starannie 

wyreżyserowanych. - Nie, nie mam takiego zamiaru. Zresztą już za późno. No jasne, że marzyłem o 

background image

tym kiedyś, jako dzieciak. Ale teraz jestem już trochę za stary, żeby uciekać, nie sądzisz?

- A po co? Żeby przyłączyć się do cyrku? 

Na ułamek sekundy żywa twarz Blaize'a znów zgadzała się z ponurym wizerunkiem, który 

Nancia miała w pamięci.

-  Nie.   Do Akademii   Kosmicznej.  Prawdę   mówiąc   -  mówił   dalej   Blaize   głosem   równie 

neutralnym, jak głos Nancii - chciałem kiedyś przejść szkolenie na mięśniowca. Nic śmiej się, to 

było   moje   dziecięce   marzenie.   Nic   nie   pociągało   mnie   bardziej   niż   współpraca   ze   statkiem 

mózgowym. Marzyłem o lataniu między gwiazdami, o ratowaniu z opresji ludzi i całych światów, 

mając za partnera żywy statek, który uczyłby mnie kosmicznego tańca... - Jego głos zadrżał przy 

ostatnim słowie. - Mówię ci: dzieciaki mają kretyńskie pomysły.

-   To   wcale   nie   wydaje   mi   się   takim   kretyńskim   pomysłem   -   zaoponowała   Nancia.   - 

Dlaczego zrezygnowałeś? Czy dlatego, że ktoś wmówił ci, że mięśniowce muszą mieć sześć stóp 

wzrostu i być zbudowane jak... Polyon de Gras-Waldheim?

- Daj spokój! - odparł Blaize. - Z niczego nie zrezygnowałem. Trzy razy uciekałem. Prawda 

mówiąc, za pierwszym razem udało mi się nawet dostać do Akademii Kosmicznej. Przystąpiłem do 

testów, sfałszowałem papiery, podając się za sierotę wojenną. Zdobyłem nawet stypendium. Po 

trzech tygodniach moi nauczyciele dowiedzieli się o mnie. - Czysta, nieskrywana radość, jaka na 

chwilę rozjaśniła mu twarz na wspomnienie tamtych dni, chwyciła Nancię za serce. - Za drugim i 

trzecim razem już wiedzieli, dokąd ucieknę. W Akademii czekał już na mnie oddział prywatnych 

strażników Domu Medoca.

- Wygląda na to, że twoja rodzina ze wszystkich sił sprzeciwiała się twoim marzeniom.

Ruchliwa twarz Blaize'a wykrzywiła się szyderczo.

-   To   nie   dla   ludzi   o   naszej   pozycji.   Mój   kuzyn   Jill   ma   jako   następny   z   rodu   zostać 

Planetarnym Zarządcą Kaza-uri, a mój stary druh Henequin, który jest najlepszym przyjacielem 

mojego   ojca   -   wyjaśnił   szybko   -   już   obecnie   sprawuje   kontrolę   nad   vegańskim   oddziałem 

Planetarnej Pomocy Technicznej. Syn, który szkoli się na mięśniowca, nie może równać się z tymi, 

którzy mają na swoim koncie tego rodzaju gwiezdne osiągnięcia. Po prostu rodzina nie ma się kim 

pochwalić po skończonym obiedzie.

- Ciekawe, czy moja rodzina czuje podobnie - odezwała się Nancia. Czy to dlatego jej tata 

nie znalazł dla niej czasu, gdy odbierała promocję?

- Myślę, że nie. Przecież posłali cię do Szkoły-Laboratorium, no nie?

- Nie mieli wielkiego wyboru - stwierdziła Nancia. - Umarłabym przy normalnym porodzie.

- No cóż. Mimo wszystko - powiedział Blaize ostrożnie. - Myślę jednak, że twoja gałąź 

rodziny nie jest aż tak snobistyczna jak moja. Lecz ani wy, ani my nie umywamy się pod tym  

względem do de Grasów-Waldheimow. Polly musiał pójść do Akademii, ale spodziewano się po 

background image

nim, że dojdzie do stopnia generała, a on został tylko kosmicznym dżokejem. Nie wyobrażam 

sobie, co zrobił, że wysłano go, by administrował fabryką metachipów na Shemali. Musiał być z 

tego niezły skandal w Akademii. Sądziłem, że słyszałem już wszystkie plotki rodzinne, ale to, w co 

Polly się wpakował, znakomicie zatuszowano.  No tak, ale ty z pewnością masz dostęp do tych 

akt/plików...   tak   więc...   założę   się,   że   sama   mogłabyś   się   dowiedzieć   wszystkiego,   czego   byś 

chciała.

- Przypuszczam - rzekła Nancia - że przydaje im się jego wiedza techniczna. - Bynajmniej 

nie miała ochoty dzielić się z tym plotkarzem problemami, które miał Polyon w Akademii. Czyżby 

wielkie rody nie uczyły swoich wychowanków żadnej dyskrecji? Najpierw Polyon używa swojej 

znajomości komputerów, aby złamać system zabezpieczający i poznać tajemnice innych pasażerów, 

a teraz Blaize próbuje oczarować ją w tym samym celu.

- Nie pochwalasz plotek, zgadza się? - domyślił się Blaize. - Dobra, rób sobie, jak chcesz. 

Bądź nadzwyczaj dyskretnym statkiem mózgowym w Służbie Kurierskiej i chlubą rodziny, a ja 

będę przemiłym administratorem , z ramienia PPT na Angalii, który stara się nie przynosić wstydu 

swojej stronie rodziny. Będziemy wtedy mogli po wsze czasy dryfować w nudzie.

- Planetarna Pomoc Techniczna nie jest taka zła - powiedziała Nancia. - Moja siostra Jinevra 

jest   administratorem   terenowym,   a   ma   dopiero   dwadzieścia   dziewięć   lat.   Można   szybko 

awansować...

- Na Angalii? - Brwi Blaize'a uniosły się raptownie w górę niczym znaki zapytania, nadając 

jego twarzy wyraz komicznego zdumienia. - Droga kuzynko Nancio, czyżbyś nie wściubiała swego 

noska? Bo jeśli czytałaś moje akta/pliki, to wiesz, że na nic się nie zda próba rozbudzenia moich 

ambicji w związku z Angalią. Jej cała cywilizacja składa się z jednego biura Planetarnej Pomocy 

Technicznej, jednej kopalni corycjum i bandy człekopodobnych tubylców, których suma inteligencji 

nie   przekracza   ilorazu   inteligencji   cukini.   Malutkiej   cukini.   To   niesamowite,   że   oni   w   ogóle 

kwalifikują się do Planetarnej Pomocy. Ktoś musiał źle wypełnić FPP, a chociaż potem ktoś inny 

odkrył, że nie posiadają SIC-u, zapomniał poprawić dane PPT-u. Wielka machina biurokracji toczy 

się nieprzerwanie... Nagle okazuje się, że lecę do Angalii, która nic jest nawet pyłkiem na kołach 

rydwanu mojego druha Henequina.

- Na pewno dobrze się spiszesz   powiedziała Nancia. - Żargon biurokratyczny już zdążyłeś 

opanować   po   mistrzowsku.   -   Przeszukała   pliki   z   danymi,   aby   przetłumaczyć   skróty,   którymi 

posłużył się Blaize. PPT to, rzecz jasna, Planetarna Pomoc Techniczna. FPP oznaczało Formularz 

Pierwszego Kontaktu,  a SIC     Status Inteligencji Czującej. Na zajęciach z podstaw dyplomacji i 

postępowania kurierów Nancia opanowała wszystkie regulacje, które obowiązują przy kontakcie z 

obcymi istotami  czującymi, ale nie była przyzwyczajona, żeby tak swobodnie posługiwano  się 

skrótami. Kiedy odwiedzał ją tata i opowiadał o swojej pracy, zawsze gdy mówił o biurokracji lub 

background image

urzędnikach, starał się używać pełnych nazw i tytułów.

Niewykluczone, pomyślała Nancia, mimowolnie porównując piskliwy szczebiot Blaize'a ze 

spokojnym wyważonym sposobem mówienia taty, niewykluczone, że jej ojciec, Javier Perez y de 

Gras, jest człowiekiem nieco napuszonym. Nie. To absurdalne stwierdzenie. Jej pasażerowie mają 

na nią demoralizujący wpływ, przez co Nancia wyłamuje się poza obowiązujące regulacje i sposoby 

myślenia. Kto wie, w co jeszcze zwabiłby ją Blaize, gdyby ciągnęli dalej tę rozmowę.

- Masz ochotę zagrać w SPACED OUT? - zapytała Nancia i na trzech zajmujących całą 

ścianę ekranach ukazała się gra, która przedtem skusiła Polyona i Darnella. -  Niestety, pozostaje 

nam tylko pasjans.

- Dlaczego?

-   Ponieważ   nie   mogę   nie   znać   ukrytych   struktur   każdej   gry   -   odparła   Nancia 

przepraszającym   tonem.   -   Gra   zakodowana   jest   w   moich   bankach   pamięci.  A   ja   nigdy   nie 

nauczyłam się tej sztuczki, która pozwala wam, delikatnikom, dowolnie wyłączać świadomość. - I 

nie miała wcale zamiaru próbować. Ale mogła, jak poinformowała Blaize'a, utrudnić mu nieco grę 

w pasjansa, definiując od nowa labirynt tuneli i progów Osobliwości, które łączyły jedną część 

galaktyki SPACED OUT z drugą.

- Reguły zmieniające się w czasie gry? - zapytał uradowany Blaize. - Świetny pomysł. Polly 

nie zniósłby czegoś takiego.

Ta myśl sprawiła, że Blaize z tym większą przyjemnością przystąpił do zabawy. Podczas 

gdy   przemieszczał   radośnie   ikonę   pasjansa   obok   pułapek   i   niespodzianek,   które   zgotował   mu 

projektant gry, Nancia kontemplowała bezgraniczną samotność otaczających ją gwiazd i ogromną 

odległość,   jaką   będzie   musiała   pokonać,   aby   nawiązać   prywatny   kontakt   z   innym 

pancernikiem/mózgiem.

background image

ROZDZIAŁ III

 Alpha

Kiedy Alpha bint Hezra-Fong obudziła się po przyjęciu z okazji zakończenia szkoły, poszła 

prosto do centralnej kabiny i znalazła swoich towarzyszy podróży zajętych jedną z tych gier, które 

polegały na przybieraniu ról. Ze względu na wymagający program badawczy w szkole medycznej 

nigdy nie miała czasu na takie rozrywki. Jednak tam, gdzie się obecnie udawała, będzie go pewnie 

miała aż za dużo. Alpha starała się o tym nie myśleć. Na pewno znajdzie coś pożytecznego do 

zrobienia. Zawsze znajdowała. Może uda jej się kontynuować swoje badania.

W chwili obecnej jej przyjaciele przyglądali się ekranom gry, a ona przyglądała się im. Byli 

o wiele bardziej zabawni niż ta gra. Szczególnie Blaize i Polyon, którego pochodzenie i wyższe 

wykształcenie  uprawniały do  zajmowania   wysokich   stanowisk  dowódczych,  a  który  miał   teraz 

rozpocząć swoją karierę na odległej planecie, nie posiadającej żadnego militarnego znaczenia.

Alpha chciałaby znać odpowiedź na tę małą zagadkę. Jako przedstawiciel wpływowego i 

wysoko mierzącego klanu de Grasów-Waldheimów, Polyon wydawał się godny jej zainteresowania. 

W pewnym sensie przyjemniej byłoby zaprzyjaźnić się z Polyonem, pomyślała Alpha. Niewątpliwie 

był   najatrakcyjniejszym   facetem   na   statku,   jedynym   wartym   zachodu.   Jeśli   jednak   zhańbił   się 

czymś w Akademii i usunięto go z rodu, wolała nie zawierać z nim bliższej znajomości. Jakaś część 

tego skandalu - cokolwiek to było - mogłaby zaszkodzić i jej. Nie mogła sobie pozwolić na więcej 

wpadek, przynajmniej nie po tym, jak szkoła przesadnie zareagowała na trywialną historię z jej 

protokołami badawczymi. Nie, zaczeka trochę i dowie się czegoś więcej, zanim się nim zajmie. 

Natomiast   Blaize   Armontillado-Perez   y   Medoc,   urodzony   posłaniec,   zdobędzie   dla   niej   te 

informacje.

-   Shemali   to   dziwne  miejsce   -   kombinował   Blaize   -   dla   tak   wspaniałego   młodego 

mężczyzny rozpoczynającego karierę.

Polyon   wpatrywał   się   przez   chwilę   w   obraz   odległych   górskich   szczytów,   zanim 

odpowiedział. Alpha widziała, jak pracują mu szczęki. Tak zresztą, jak i mięśnie na całym ciele - te 

akademickie kombinezony nie pozostawiały miejsca dla wyobraźni! Dlaczego on po prostu nie 

zgniecie tej uprzykrzonej muchy? Polyon zachował jednak spokój.

- Tak, jest równie zapomniana przez Boga, jak Angalia, prawda? Mój wspaniały kuzynie na 

drodze do kariery - dodał słabiej.

- Ach, ale wszyscy wiedzą, że jestem czarną owcą w rodzinie - odparł Blaize. - Takim 

współczesnym nierobem, który żyje w kolonii z zasiłków rodzinnych. Co innego ty, ty miałeś być 

dumą rodziny de Grasów-Waldheimów, ostatnim i najlepszym kwiatem tych splecionych rodów, 

background image

puszących się militarną potęgą i... hm... wigorem hybrydy.

- Przynajmniej moja Akademia nauczyła mnie właściwego stosowania metafor - powiedział 

Polyon.

-   To   musi   być   jakaś   supertajna   baza   militarna   -   zadecydował   głośno   Blaize.   -   Nic 

mniejszego   nie   nadawałoby   się   na   pierwszą   placówkę   dla   de   Grasa-Waldheima.   Jest   to   tak 

zaszyfrowana informacja, że nawet statek nie wie, dlaczego tam jedziesz.

Alpha zauważyła, że zamrugał oczami w kierunku tytanowej kolumny, tak jakby oczekiwał 

odpowiedzi przez głośniki statku. No cóż, przyznała, iż to, że statek weźmie udział w rozmowie 

było tak samo nieprawdopodobne, jak to, że Polyon powie swemu kuzynowi to, czego nie chce.

Ziewnęła i zaczęła bawić się dźwignią sterowniczą, przesuwając obraz SPACED OUT z Gór 

Momentum   do   Korytarza  Asteroidów   i   z   powrotem.  Ta   rozmowa   była   nudna.   Polyon   ani   nie 

zamierzał nic im powiedzieć, ani nawet rozgnieść swojego kuzyna na ścianie. Żadnych informacji, 

żadnej zabawy. Alpha była prawie gotowa wrócić do swojej kabiny na małą drzemkę. I tak nie było 

nic więcej do roboty na tym głupim bezpilotowym statku.

- Żadnych tajnych planów militarnych - stwierdził Polyon. - W ogóle żadnych sekretów, 

Blaize. Przykro mi, że cię rozczarowałem. Jednak, abyś zrozumiał, postaram się w najprostszych 

słowach   wyjaśnić   ci,   co   zamierzam   robić.   A   zatem,   pozostawiając   szczegóły   techniczne, 

powiedzmy, że zamierzam zarządzać fabryką metachipów przy więzieniu na Shemali. Zarządca 

Lyautey   jest   niekompetentny.   Wie,   jak   prowadzić   więzienie,   ale   nie   wie   nic   o   produkcji 

metachipów. Wskazują na to raporty. Mam zamiar zaprowadzić tam swój ład, to wszystko.

Alpha westchnęła. Jego męska dyskrecja była tak perfekcyjna, że prawie mu uwierzyła. 

Prawie, bo Blaize miał rację, że coś się tu nie zgadzało. Żeby de Gras-Waldheim podejmował pracę 

jako zarządca fabryki?

- Ach, teraz rozumiem - mruknął Blaize. - Zarządca ma wziąć od ciebie lekcje w zakresie 

produkcji   metachipów,   a   ty   będziesz   pobierał   u   niego   nauki   w   zakresie   tajników   -   hm... 

torturowania i degradacji więźniów. A może się pomyliłem? Może na odwrót?

Polyon uśmiechnął się.

- Jeśli zarządca zechce mieć eksperta w zadręczaniu więźniów gderaniem, to doradzę mu, 

żeby przysłał po ciebie.

- Co za szkoda - drażnił go dalej Blaize. - Całe to wojskowe szkolenie pójdzie na marne. 

Wydawałoby się, że rodzina mogłaby wymyślić dla ciebie coś lepszego. Chyba że jest coś, czego 

nam nie wyjawiłeś o swoim wypisie z Akademii.

Pięknie ukształtowane uszy Polyona zaczerwieniły się i Alpha nagle podniosła głowę. Co 

prawda błysk wściekłości wykrzywił oblicze Polyona, ale to jej nie przeszkadzało. Jego spokojna 

twarz wyglądała zbyt perfekcyjnie. Wydawało się, że chce kogoś zabić lub że chce coś powiedzieć. 

background image

Alpha w myśli przyklasnęła. Blaize trafił w końcu w czuły punkt.

-  A  dlaczego   dla   ciebie   rodzina   nie   wymyśliła   lepszej   kariery,   drogi   kuzynie?   -   spytał 

Polyon. - Zaoszczędź trochę tego żalu dla siebie. Kiedy skończy się twoja praca na Angalii - jeśli w 

ogóle kiedykolwiek wydostaniesz się z tej przez Boga zapomnianej planety - nie będziesz miał nic 

oprócz swoich oszczędności. Powinny być dość znaczne, skoro i tak nie ma ich tam na co wydać. 

Ale jaką sumę mogą stanowić miesięczne zarobki w PPT?

- Sądzę, że prawie taką samą, jak zarobki zarządcy fabryki - staw czoło faktom, Polyon. Nas 

obu rodziny wykiwały. Chociaż raz jedziesz na tym samym wózku co ja, niezależnie od twojej 

ładnej buzi i sztywnego karku. Ja wiem, dlaczego tutaj jestem, ale bardzo chciałbym wiedzieć, 

dlaczego oni tobie to zrobili.

Alpha także. Przechyliła się do przodu, odrobinę napięta, żeby usłyszeć odpowiedź, ale 

Polyon udzielił jej tylko na pierwszą część drażniącego przemówienia Blaize'a, a nie na drugą.

- Tak, ale nie zamierzam się na tym dorobić, drogi kuzynie.

- Więc  CO?

- Metachipy - stwierdził Polyon pojednawczo - są bardzo drogie. Nie wspominając już o 

tym, że jest ich ciągle mało.

- Powiedz mi coś, czego nie wiem - zachęcał go Blaize.

- Planuję - rzekł Polyon - zracjonalizować obecny system.

Alpha, niezauważona w swoim kącie, pokiwała głową ze zrozumieniem. Polyon miał rację. 

Metachipy były wyjątkowo rzadkie i drogie, i to nie bez powodu. Proces ich produkcji wymagał 

stosowania   trzech   różnych   kwasów   tak   niebezpiecznych   dla   środowiska,   że   większość   planet 

odmówiła   rozmieszczania   fabryk  u  siebie,   pomimo   niezaprzeczalnych   korzyści   finansowych. 

Niegościnna Shemali, przeklęta z powodu nieustannie wiejącego północnego wiatru, który użyczył 

jej nazwy, z olbrzymią przestrzenią przeznaczoną jedynie na więzienie szczególnego dozoru, była 

jedynym  istniejącym  miejscem produkcji  metachipów. Tam już nic  nie mogło pogorszyć  stanu 

naturalnego środowiska, a robotnicy po prostu kupowali jeden dzień życia, pracując w fabryce 

metachipów.

To było oczywiste, bo któż by miał tam pracować, jak nie więźniowie i tak już skazani na 

śmierć? Jeden z kwasów stosowanych w produkcji, o ile używano go w wymaganych ilościach, 

uwalniał   gaz,   którego   wpływ   na   ludzką   tkankę   był   powolny,   bolesny   i   -   jak   do   tej   pory 

nieodwracalny. Alpha była ekspertem w tych sprawach; poświęciła badania w Centrali Medycznej 

różnym   terapiom   medycznym   odwracającym   skutki   działania   kwasu   ganglicydowego,   który 

atakował zwoje nerwowe. Mogłaby zrobić na tych badaniach dyplom, gdyby Szkolny Komitet 

Etyczny   nie   zakwestionował   jej   metod   badawczych...   Alpha   zacisnęła   usta   pod   wpływem 

ogarniającej ją fali złości.

background image

To jednak należało do przeszłości. Teraźniejszość stanowił Polyon i jego plan. Chłopcy 

objaśniali   go   sobie   z   całym   bogactwem   szczegółów   dotyczących   szkodliwego   wpływu,   jaki 

wywierał obecny system dystrybucji na ekonomię.

-   To   śmieszne,   żeby   rozprowadzaniem   metachipów   zajmowała   się   komisja   złożona   ze 

starców   i   dystrybutorów   z   bożej   łaski   -   orzekł   Polyon.   -   Jasne,   że   resort   wojskowy   ma 

pierwszeństwo w pobieraniu partii metachipów, ale po wprowadzeniu naszych zmian reszta tych 

układów scalonych w pastylce powinna trafić tam, gdzie jest najbardziej potrzebna.

-   Sądziłem,   że   to   jest   właśnie   cel   dystrybucji   -   zauważył   Blaize.   -   Przedsiębiorstwa 

otrzymują punkty za społeczną użyteczność, jeżeli przedstawią plan zastosowania metachipów; są 

one potem rozdzielane zgodnie z tymi punktami. Co w tym złego?

-   Nieracjonalność   -   odpowiedział   pośpiesznie   Polyon.   -   Układy   scalone   stosuje   się   do 

pojedynczych operacji, na przykład nerek czy wymiany uszkodzonych nerwów rdzenia, podczas 

gdy te same chipy można by wykorzystać z pożytkiem dla tysiąca ludzi jednocześnie. Dorg Jesen 

dałby miliony za garść scalaków i za obietnicę stałych dostaw.

Blaize zaczął się śmiać.

- Dorg Jesen? Ten król porno? Czy to twój pomysł na punkty?

- Miliony - powtórzył Polyon. - Ale jeśli mi nie wierzysz, to mogę ci przedstawić społecznie 

użyteczny sposób na inwestowanie tej gotówki.

- W to nie wątpię - odparł Blaize. - Tylko jak zamierzasz przemycić zastosowanie chipów w 

produkcji porno przed komisją weryfikacyjną?

- Nie widzę powodu, dla którego ta sprawa miałaby być im kiedykolwiek przedstawiona. 

Testy jakościowe są jednym z obszarów powierzonych mojej kontroli przez zarządcę Lyauteya. 

Dysponowanie scalakami, które nie przeszły testów, prawdopodobnie też będzie mi podlegać.

Wyglądał tak zarozumiale, że Alpha miała ochotę przekłuć ten jego balon dumy.

- Na twoim miejscu nie planowałabym sprzedaży uszkodzonych chipów Dorgowi Jesenowi 

- przerwała Polyonowi. - On jest znany z niewybrednych sposobów pozbywania się niewygodnych 

ludzi.

Jednym z jej pierwszych zadań podczas prowadzenia badań medycznych było zrobienie 

wykresów obrażeń u dziewczyny, która odmówiła pracy u Jesena. W rezultacie Alpha sporządziła 

kompletną   dokumentację   uszkodzeń   ciała   włącznie   z   hologramami   twarzy   dziewczyny   przed 

napadem i po uzupełnieniu braków w żywej tkance masą plastyczną. Po tym wszystkim wybiegła z 

sali  laboratoryjnej  i  wymiotowała  tuż  przed  starszym  asystentem  chirurgicznym  Tego wstrząsu 

Alpha nie przewidziała.

Wtedy   sądziła,   że   było   to   najbardziej   upokarzające   wydarzenie,   jakie   mogło   jej   się 

przytrafić w szkole medycznej. 

background image

Przypominając sobie to wszystko, ledwo dosłyszała łagodną odpowiedź Polyona, że nie ma 

zamiaru sprzedawać nikomu uszkodzonych chipów. Blaize zagwizdał cicho z aprobatą.

-  Oczywiście,   najpierw   należy  pogmatwać   parametry  testowe   w  raportach   dla   zarządcy 

Lyauteya, a później dla działu sprzedaży - i kto się doliczy tych chipów, które zniknęły po drodze. 

Przez pięć lat mógłbyś zbić fortunę.

- Tak właśnie zamierzam uczynić - powiedział Polyon. 

Rzeczywiście   był   zbytnio   zadufany   w   sobie,   szczególnie   jak   na   kogoś,   kto   opuścił 

Akademię w okolicznościach, o których nie mógł lub wstydził się mówić. Alpha zdecydowała, że 

ludzkość byłaby wdzięczna, gdyby ktoś starł ten zarozumiały uśmiech z twarzy poruczniku de 

Grasa-Waldheima. Naprawdę nie powinien się tak głupio uśmiechać. Psuło to jego wygląd.

- Mam nadzieję, że będziesz mógł się jeszcze wtedy nacieszyć swoją fortuną - zagruchała 

słodko do Polyona. - Lepiej trzymaj się z daleka od twoich więziennych pracowników. Tak łatwo 

zaaranżować   paskudne   wypadki   wśród   urządzeń   KLASY  D,   prawda?   Niech   cię   to   jednak   nie 

martwi. Nawet jeśli mała kropla kwasu dostanie się na twoją cenną skórę, jestem przekonana, że 

zarządca   Lyautey  wyśle   cię   na   Bahati.   Masz   jednak   szczęście,   że   będzie   tam   w   klinice 

Summerlands ekspert od leczenia skutków działania tego kwasu.

- Którym jesteś ty. - Polyon sztywno pokiwał głową. - To zdaje się był temat twojej pracy 

magisterskiej, prawda?

Alpha oniemiała. Skąd Polyon wiedział o jej badaniach? No cóż, te arystokratyczne rodziny 

stanowiły nietaktowną bandę. Pewnie jej ciotka Leona plotkowała przy herbatce. Nie, z pewnością 

Polyon nie znał innych szczegółów oprócz tytułu jej pracy, bo przecież rezultaty działania kwasu 

genglicydowego   nie   nadawały   się   na   temat   pogawędki   przy   podwieczorku.   Odprężyła   się   i 

postanowiła uczynić wszystko, aby uśmiech wyższości zniknął z twarzy Polyona na zawsze.

- Miałam też niezłe wyniki w leczeniu starzejącej się skóry - powiedziała. - Tak czy inaczej 

zatrzymałam proces dezintegracji. Jednakże nie mogliśmy wiele zdziałać, aby go odwrócić. Skóra 

strzępi się jak papier i robi błękitnozielona. To się bardzo szybko rozprzestrzenia. Jeśli spadnie ci 

choć kropla kwasu ganglicydowego na palec podczas pobytu na Shemali, to zanim prom przewiezie 

cię na Bahati, twoje ramię będzie wyglądało tak, jakby wyszło z szatkownicy do papieru. Staraj się 

tylko trzymać z dala od niego swoją ładną buzię.

Wygląd   Polyona   świadczył   o   delikatnym   zmieszaniu,   ale   jego   wzrok   wykazywał 

zrozumienie.

- Byłaś zmuszona przerwać swoje badania raczej niespodziewanie, prawda?

Alpha przeklęła w duszy wszystkich wścibskich i plotkarskich przyjaciół i krewnych. To 

nic.

-   Tym   bardziej   szkoda   -   westchnęła.   -   Właśnie   zabierałam   się   do   najciekawszych 

background image

przypadków. Wiesz, kiedy ganglicyd przeistacza się w formę gazową, atakuje nerwy i synapsy w 

mózgu. Wywołuje to podobne skutki jak na skórze. Mieliśmy bardzo ciekawy przypadek starszego 

technika montażowego. Wnętrze jego głowy  przypominało mokrą, błękitną gąbkę. Oczywiście, 

zanim działanie ganglicydu posunęło się aż tak daleko, był już w tak złym stanie, że nie wiedział, 

co się z nim dzieje. Naprawdę opłakany stan. Nawet wiedzieliśmy, jak długo czuje ból. Ganglicyd 

dociera wprost do receptorów bólu, których nie można zablokować narkotykami. Pod koniec cały 

czas krzyczał jak torturowane zwierzę. - Zwilżyła wargi i spojrzała na Polyona.

Stul całkiem spokojnie, dwoma palcami wystukując nerwowy rytm na desce rozdzielczej za 

plecami.   Taniec   palców   na   wrażliwych   przyciskach   spowodował,   że   najdalszy   boczny   ekran 

SPACED OUT przesuwał się to w przód, to w tył, wyświetlając przeciwstawne obrazy głębokiej 

przestrzeni i płonącego labiryntu, gdzie stopiona lawa wchłaniała nieszczęśliwe postaci z gry.

- Jeśli będziesz dla mnie miły - dodała Alpha - obiecuję, że cię zabiję, zanim ganglicyd 

wytrawi ci mózg. Żadna ludzka istota nie powinna tak umierać.

- Och, będę dla ciebie miły - obiecał Polyon. 

Odepchnął się od deski rozdzielczej i podryfował przez kabinę. Kiedy się zbliżył, Alpha 

rozpoznała to spojrzenie. Zuchwale i wojownicze - jak u myśliwego czekającego, aż zwierzyna 

wypadnie z ukrycia. I kiedy wyciągnął rękę, żeby złapać jej nadgarstek silnymi, szorstkimi palcami, 

w oczach miał błysk triumfu.

- Sądzę, że możemy być dla siebie mili, czarująca Alpho. Jak miło z twojej strony, że 

interesujesz się moją karierą. - W ostatnich słowach brzmiała nuta drwiny i rozbawienia. - Dość 

jednak o mnie. Powiedz nam coś o sobie. - Wskazał w kierunku Darnella i Fassy, którzy pojawili 

się w głównym wejściu.   My wszyscy chcielibyśmy usłyszeć o twoich przerwanych badaniach i o 

tym,  dlaczego najzdolniejsza z młodych  badaczek postanowiła poświęcić pięć lat na publiczną 

służbę w nieznanej klinice na Bahati. Jesteś zbyt skromna, Alpho.

Alpha potrząsnęła głową i starała się wyrwać Polyonowi, był jednak silniejszy.

- Naprawdę nie ma o czym mówić. Byłam zmęczona i chciałam zmienić otoczenie. To 

wszystko.

- Doprawdy? - zamruczał Polyon. - Śmieszne. Ja słyszałem, że to inni chcieli zmienić ci 

otoczenie. Przekazy informacyjne nigdy nie ujawniły tej historii, prawda? Przecież nie można było 

pozwolić, aby skandal wokół przedstawicielki takiego rodu dostarczał taniej rozrywki. Wydaje mi 

się jednak, że nasi współpasażerowie uznaliby tę opowieść za zabawną.

Alpha wpatrywała się w Polyona, szukając choć śladu współczucia w ostrych rysach twarzy 

i lodowato niebieskich oczach, które jeszcze niedawno wydawały się tak atrakcyjne.

- Nie zrobiłam nic, czego mogłabym się wstydzić - wyszeptała. - Tradycja eksperymentów 

naukowych...

background image

- ...nie obejmuje testowania ganglicydu na nieświadomych pacjentach. - Jego głos był tak 

niski, że inni nie mogli go słyszeć.

- Przypadki z opieki społecznej  -  broniła się Alpha. - Włóczędzy uliczni. Niektórzy z nich 

byli już tak dalece pod wpływem blissto, że nawet nie wiedzieli, co się z nimi dzieje. Nie nadawali 

się już do leczenia: to przecież nic innego, jak tylko dodatkowe wydatki dla państwa do końca ich 

dni. Zrobiłam im przysługę, sprawiając, że ich życie zostało poświęcone jakiemuś celowi.

- Jakoś nie wydaje mi się - zamruczał Polyon - żeby sąd zechciał spojrzeć na to od tej 

strony.  Właściwie to nie wytoczono  ci nigdy procesu,  prawda?  Klan Hezra  i plemię  Fong nie 

pozwoliłyby na to. Wewnętrzne ustalenia w biurach szkoły medycznej, skasowane dane itd.

- Skąd się o tym dowiedziałeś? - Alpha z trudnością łapała oddech. Był teraz bardzo blisko 

niej, jego głos przybierał tak subtelne wibracje, że prawie muskały ją po policzkach. Jego brutalna 

siła woli i złość obezwładniały ją. Poczuła się słaba na całym ciele. Jego uśmiech przyprawiał ją o 

drżenie.

- A, to mój mały sekret - powiedział, ciągle się uśmiechając.

Gesty Polyona w czasie tej rozmowy przypominały maniery dworskich fircyków i Alpha 

doznała olśnienia, że inni mogli to odebrać jako niewinny flirt. Co za ulga. Było to lepsze od 

publicznego   upokorzenia   przed   tymi,   z   którymi   miała   spędzić   najbliższe   dwa   tygodnie.   Od 

postrzegania jej jako osoby zniesławionej, której się nie wiodło, a nie jako młodej, obiecującej 

badaczki, za którą chciała uchodzić.

- Miałaś szczęście, że skazano cię tylko na pięć lat służby społecznej na Bahati, prawda? - 

skomentował Polyon, poklepując ją po policzku. - Zwykły, szary człowiek przechodziłby ciężkie 

chwile. Kto wie, przecież mogłaś nawet wylądować na Shemali, otrzymując szansę wypróbowania 

ganglicydu, że się tak wyrażę, z pierwszej ręki. Czy nasi mali niewinni przyjaciele nie wysłuchaliby 

tej historii z przyjemnością?

Jednak   ciągle   mówił   niskim   tonem,   z   głową   po   części   odwróconą   od   Fassy,   Blaize'a   i 

Darnella, zgromadzonych w odległym krańcu kabiny i udających głębokie zainteresowanie rundą 

SPACED OUT.

- Czego chcesz?

- Współpracy - powiedział Polyon. - Tylko małej współpracy.

Z   trudem,   tonąc   w   powietrzu,   którym   nie   mogła   oddychać,  Alpha   odwróciła   głowę   i 

napotkała rozchylone usta Polyona.

- Nie takiej współpracy - powiedział jej Polyon, śmiejąc się delikatnie - jeszcze nie... - 

Zmierzył   ją   zimnym   spojrzeniem,   które   sprawiło,   że   bała   się   bardziej   niż   kiedykolwiek,   a 

jednocześnie w dziwny sposób podniecało. - Może później, jeśli będziesz grzeczną dziewczynką. 

Musiałaś najpierw odpokutować, wiesz o tym, Alpha? A teraz jesteś taka, jaka powinna być moja 

background image

kobieta: cicha i pokorna. Pozostań taka, a nie będziemy musieli omawiać tych bolesnych tematów z 

innymi. Chodź ze mną i trzymaj się mojej linki. To wszystko, czego od ciebie oczekuję... na razie.

Alpha   posłusznie   podryfowała   w   kierunku   trzech   graczy.   Ciągle   udawali   całkowicie 

zaabsorbowanych grą, ale była pewna, że chciwie obserwowali jej upokorzenie.

Już ona im się odpłaci. To było pewne. Już ona oduczy całą trójkę śmiać się z niej. O braniu 

odwetu na Polyonie nawet nie pomyślała.

Nancia   bezszelestnie   przekazała   nagranie   sceny,   której   właśnie   była   świadkiem,   do 

pobocznego banku danych. Posiadanie tych informacji powodowało, że czuła się... brudna. Tak 

jakby była w jakiś sposób wplątana w sadystyczne gry Polyona.

Może należało się wtrącić, ale jak i ... dlaczego? Alpha była równie zła jak Polyon, a nawet 

gorsza, sądząc po tym, co wyszło na jaw o jej żenujących eksperymentach medycznych. Oboje byli 

siebie warci. Blaize był jedynym z całej bandy, z którym miała ochotę rozmawiać. Mały rudzielec - 

przypominał jej  Flixa i - w przeciwieństwie do innych   niosłaby wpłynąć na niego pozytywnie.

A co  takiego byś powiedziała, jeślibyś się wtrąciła? Nancia nie umiała odpowiedzieć na 

własne pytanie. Była statkiem kurierskim, a nie dyplomatą. Nie oczekiwano od niej, aby wtrącała 

się   do   spraw   pasażerów.   Powinna   mieć   pilota   na   pokładzie   -   doświadczonego   pilota   -   który 

przerwałby   te   okropne   sceny   rozgrywające   się   w   jej   obecności,   i   utrzymałby   tych   zepsutych 

młodych ludzi z dala od siebie przez całe dwa tygodnie podróży.

“To nie fair! Nie w czasie mojego pierwszego rejsu". 

Nikt jednak nie słyszał jej skarg. Ciągle mieli jeszcze pięć dni drogi do dekompozycji w 

punkcie Osobliwości i do podprzestrzeni Vegi.

Przynajmniej mogę prowadzić ewidencję nagrań, pomyślała Nancia ponuro. Jeśli jeden z 

tych bachorów doprowadzi drugiego do ostateczności, to będzie mnóstwo dowodów na to, co się 

stało. W tej chwili jednak pięcioro pasażerów wydawało się zgadzać ze sobą w miarę dobrze. Może 

sadystyczne gry z Alpha chwilowo zaspokoiły zapotrzebowanie Polyona na władzę. Teraz zasiadł 

do gry i wydawał się nią pochłonięty. Nancia odprężyła się... ale jej aparatura nagrywająca wciąż 

pracowała.

background image

ROZDZIAŁ IV

- Dlaczego nie mogę przejść przez etap Ważki Mądrości? - narzekał Darnell.

Znów wybrał potężnie umięśnionego Bonecrusha, który teraz stał uwięziony w kącie, gdzie 

skrzydlaty wąż syczał na niego groźnie za każdym razem, kiedy próbował się poruszyć.

-   Powinieneś   kupić   trochę   inteligencji   dla   Bonecrusha   w   Małym   Sklepiku   Duchowego 

Oświecenia - skomentował Polyon i pstryknął niedbale palcami w kierunku ekranów, wysyłając 

Thingberry'ego - Marsjańskiego Maga, aby rozsnuł sieć na nocnym niebie powyżej Asteroidu 66.

-  Nie   wiedziałem,   że   inteligencję   można   kupić.   -   Darnell   wydął   dolną   wargę  wyraźnie 

nadąsany. - Tego nie ma w przepisach.

-  Wielu   rzeczy  nic   ma   w   przepisach   -   powiedział   Polyon.   -  A  szczególnie   tych,   które 

potrzebne są do przeżycia. Każda informacja jest jednak na sprzedaż... jeśli znasz właściwą cenę. 

Wszystko, począwszy od sekretu Osobliwości aż po pochodzenie nazw planet.

- Ach, encyklopedie, biblioteki. Każdy może kupić Galaktyczny Bank Danych na dużych 

dyskach - uśmiechnął się Darnell. - Ale kto ma czas na czytanie tych wszystkich bzdur?

-   Cena   niektórych   informacji   jest   wyższa   niż,   cena   książki   i   czasu   potrzebnego   na   jej 

przeczytanie. Co z tego, że wydrukuję dla ciebie matematyczne zasady Osobliwości, skoro i tak ich 

nie zrozumiesz i nie będziesz umiał z nich skorzystać.

- Och, daj spokój - zaoponował Blaize. - To przecież nie jest aż tak skomplikowane. Nawet 

ja znam twierdzenie Baykowskiego.

- Zbiór zwarty C uważa się za kurczliwy w punkcie M, kiedy dla każdego epsilon większego 

od O i od każdego otwartego zbioru D zawierającego C istnieje homeomorfizm h z M do M, który 

zalicza C do zbioru o średnicy niniejszej niż epsilon, a która jest tożsama z M-D - wyrecytował 

gwałtownie Polyon. - I nie jest to twierdzenie, lecz definicja.

Nancia   przysłuchiwała   się   dyskusji   z   umiarkowanym   zainteresowaniem.   Matematyka 

Osobliwości nie była dla niej niczym nowym. Przynajmniej kiedy jej szczeniaccy pasażerowie 

rozmawiali   o   matematyce,   nie   doprowadzali   się   nawzajem   do   szaleństwa.   Zrobił   też   na   niej 

wrażenie fakt, że Polyon zapamiętał teorię Osobliwości i wyrecytował definicję Baykowskiego z 

pamięci. Popularna plotka wśród statków mózgowych głosiła, że żadna ludzka istota tak naprawdę 

nie rozumiała wielowarstwowych dekompozycji.

- Prawdziwe podłoże dekompozycji - Polyon kontynuował wykład - zasadza się na tym, co 

następuje po tej definicji. Twierdzenie Zerliona Lemmy mówi, że świat może być uważany za zbiór 

miejscowo   kurczących   się   przestrzeni,   z   których   każda   zawiera   przynajmniej   jeden   nie 

rozwarstwiający się element.

Fassa   del   Parma   nadąsała   się   i   krótkimi   seriami   ostrych   ruchów   zaczęła   miotać   swoją 

background image

postacią z gry na ekranie.

- Jestem przekonana, że to bardzo pożyteczna informacja - stwierdziła sarkastycznie. - Ale 

czy każdy z nas musi tego wysłuchiwać? Cała ta teoretyczna matematyka przyprawia mnie o ból 

głowy.   Na  dodatek   do  niczego   się  nie   przydaje,   na  przykład   do  analizy stresu  czy  testowania 

materiałów.

-   Przydaje   się,   żeby   nas   przenieść   do   systemu   Nyota   w   dwa   tygodnie   zamiast   sześciu 

miesięcy, mój gołąbku - wyjaśnił jej Polyon. - To jest całkiem proste. Po laicku rzecz ujmując, 

teoria   Osobliwości   pokazuje   nam,   jak   zdekomponować   dwa   szeroko   rozmieszczone   obszary 

podprzestrzeni   w   sekwencję   zwartych   wymiarów,   posiadających   jeden   nie   rozwarstwiający   się 

element. Kiedy podprzestrzenie stają się pojedyncze, zaczynam się w tym elemencie krzyżować i 

kiedy   my   wyłaniamy   się   z   dekompozycji,   następuje   przeskok   z   Centralnej   Podprzestrzeni   i 

wchodzimy w podprzestrzeń Vegi.

Nancia była zadowolona, że oparła się chęci włączenia do tej rozmowy. Koledzy ze Szkoły-

Laboratorium mieli rację co do delikatników. Polyon znał wszystkie odpowiednie słowa dotyczące 

matematyki Osobliwości, ale beznadziejnie pogmatwał całą podstawową teorię. Najwyraźniej nie 

pojmował   problemów   związanych   z   operacjami   komputerowymi,   stanowiącymi   jej   fundament. 

Czysto topologiczna teoria mogła udowodnić istnienie serii dekompozycji, ale przepchnięcie statku 

przez   tę   serię   wymagało   dużej   liczby  operacji   komputerowych   wykonywanych   na   żywo   i   na 

dodatek   nie   można   było   popełnić   błędu.   Nic   też   dziwnego,   że   nie   pozwolono   delikatnikom 

pilotować statków przez Osobliwość.

- Zgadzam się z tobą - powiedziała Alpha do Fassy. - To jest nudne. Nawet historia Nyoty 

jest ciekawsza niż studiowanie matematyki.

- Nic dziwnego, że tak sądzisz, wszak została odkryta i nazwana przez twoich ludzi   rzekła 

Fassa.

Uśmieszek na jej twarzy powiedział Nancii, że był to pewnego rodzaju przytyk pod adresem 

Alphy. Pospiesznie przerzuciła dane na temat systemu Nyota, ale nie znalazła w nich nic, co by 

wyjaśniało, dlaczego rodzina Hezra-Fong miałaby się nim szczególnie interesować.

- Suahili jest językiem niewolników - powiedziała Alpha wyniośle. - Nie ma nic wspólnego 

z plemieniem Fong. Moi ludzie pochodzą z innej części kontynentu i nigdy nie byli niewolnikami.

- Czy ktoś może mnie poinformować, o co tu chodzi - spytał płaczliwie Darnell.   Czuję się 

bardziej zagubiony niż podczas matematycznego wykładu Polyona.

- Ta informacja jest bezpłatna - odpowiedziała Alpha; wstała i - jako że była o kilku cali 

wyższa od Fassy - rzuciła w kierunku jej głowy miażdżące spojrzenie. - System, do którego się 

udajemy, został odkryty przez czarnego potomka amerykańskich niewolników. W przypływie nie 

kontrolowanego   entuzjazmu   postanowił   nadać   gwiazdom   i   planetom   nazwy   wywodzące   się   z 

background image

języków afrykańskich. Był tak słabo wykształcony, że jedynym językiem, jaki znał, był suahili - 

język   handlowy  używany   wzdłuż   wschodniego   wybrzeża  Afryki   przez   arabskich  niewolników. 

Nyota ya Jaha znaczy Szczęśliwa Gwiazda. Również nazwy stanowią odzwierciedlenie ich cech. 

Bahati oznacza Szczęście i jest to dobre miejsce do zamieszkania - zieleń, łagodny klimat, mnóstwo 

ładnych, nie zmieniających się krajobrazów. Shemali natomiast oznacza Północny Wiatr. 

Polyon chrząknął z aprobatą.

- Wiem o tym wszystkim, bo w przeciwieństwie do niektórych tutaj poczytałem trochę o 

moim miejscu pobytu. Nazywa się ono Północny Wiatr, ponieważ dokładnie ten wiatr wieje tam 

przez trzynaście miesięcy w roku.

- Trzynaście miesięcy w roku? Ach, rozumiem. Dłuższy czas rotacji, prawda? - Darnell 

pojaśniał, dumny ze swojej przebiegłości.

- Tak się składa, że krótszy - odparował Polyon. Jego głos brzmiał zadziwiająco głucho. - 

Rok na Shemali składu się z trzystu dni, podzielonych dla wygody na dziesięć miesięcy. Po prostu 

potraktowałem sarkastycznie fakt, że nie ma tam ani jednej dobrej pory roku.

- To bez znaczenia - powiedziała prawie uprzejmie Alpha. - Jest tam i tak lepiej niż na 

Angalii. Właściwie jej pełna nazwa brzmi Angalia z wykrzyknikiem i oznacza -  uważaj!

- Ośmielę się zapytać, co się za tym kryje - wtrącił Blaize.

- To, że krajobraz - odrzekła Alpha - odwrotnie niż na Bahati, często się zmienia.

Blaize i Polyon wpatrywali się w siebie, na krótko stając się kumplami w nieszczęściu.

Polyon pierwszy doszedł do siebie.

-   No   cóż   -   wymamrotał,   odwracając   się   do   ekranów   gry.   -   Rozumiesz   teraz   wartość 

informacji.   Darnell,   oraz   fakt,   że   nie   zawsze   znajduje  się   je  w  Galaktycznym   Banku   Danych. 

Niektóre z nich, nieosiągalne dla maluczkich, są najcenniejsze ze wszystkich.

Delikatnymi ruchami manipulował dźwignią, podczas gdy palcami lewej ręki wystukiwał 

kod prowadzący do powiększania i umocnienia magicznej sieci Thingberry'ego.

- Musisz pomyśleć o sposobach uzyskiwania tego rodzaju informacji. Na przykład twoje 

przedsiębiorstwo okrętowe mogłoby zaoferować dyskretny transport paczek, które nie trafiają na 

oficjalną   listę   załadunkową   lub   przechodzą   pod   odrobinę   zmienioną   etykietką.   W   niektórych 

przypadkach błędna informacja lub jej brak jest równie cenna, co właściwe dane.

- Komu mogłoby na tym zależeć? - zaoponował Darnell. - A w ogóle kogo to obchodzi? Czy 

nie możemy po prostu dalej grać?

Polyon uraczył go zagadkowym uśmiechem.

- Mój drogi, to jest właśnie gra i o wiele bardziej opłacalna niż SPACED OUT. Jestem w 

stanie   wymienić   ci   sporo   osób,   którym   zależałoby   na   odpowiednio   dyskretnym   przewozie 

przesyłki, nie wyłączając mnie.

background image

- Dlaczego tobie miałoby zależeć?

- Powiedzmy,  że nic wszystkie scalaki opuszczające Shemali mają być  umieszczone na 

listach SUM - wyjaśnił Polyon.

- Więc? Co ja z tego będę miał?

- Mogę ci odpłacić kontaktami z główną siecią. Potrafię rozpracować sieć jak nikt inny od 

czasów   pierwszych   twórców   komputerowych   wirusów.   Dla   mnie   jest   to   po   prostu   nie 

zabezpieczony   dysk.   Jak   szybko   zdołałbyś   przebudować   OG   Shipping,   wiedząc   odpowiednio 

wcześniej o każdym kontrakcie zawieranym w podprzestrzeni Vegi oraz... znając potwierdzone 

oferty twoich konkurentów?

Nadąsanie Darnella zniknęło i zastąpił je wyraz chłodnej kalkulacji.

Mógłbym znów stać się bogaty w ciągu pięciu lat.

- Domyślam się jednak, że nie aż tak bogaty jak ja, gdybym sprzedawał chipy - mruknął 

Polyon. Pajęcza sieć Thingberry'ego lśniła na ekranie ponad nim; sznureczki utkane ze światełek-

klejnotów kołysały się nad postaciami z gry na powierzchni Asteroidu 66. - Co byście powiedzieli 

na przyjacielski zakład? Nasza piątka spotykałaby się raz do roku, aby porównać osiągnięcia i 

przekonać   się,   jaką   robimy   lemoniadę   z   cytryn,   na   które  skazały   nas   nasze   drogie   rodziny. 

Zwycięzca zgarnie dwadzieścia pięć procent udziałów z każdej straconej operacji - czy to będą 

kontrakty, dobra czy zamrożone kredyty.

- Jak długo będą trwać nasze spotkania i końcowe wyliczenia? - spytał Darnell.

- Pięć lat - to jest termin zakończenia naszych obowiązkowych wycieczek, prawda?

- Wiesz, że tak jest - odparła szybko Alpha. - To standardowa wycieczka i - kontynuowała 

dalej pod czujnym spojrzeniem Polyona - uważam, że jest to wspaniały pomysł. Wiecie, ja też mam 

swoje plany.

Jakie? - zapytał Darnell. 

Alpha uśmiechnęła się do niego leniwie. 

- Prawda, że chciałbyś wiedzieć?

- Jestem pewien, że wszyscy chcieliby je znać - wtrącił Polyon. Zręczny skręt dźwignią 

umieścił  sieć  Thingberry’ego,   obwieszoną  klejnotami,  nad   górną  połową  ekranu.       Czy  ty ich 

oświecisz, Alpha, czy ja mam to zrobić, dorzucając swoje informacje? - Zgiął palec i kiwnął na nią, 

a ona posłusznie podeszła do niego.

- Nic wielkiego - powiedziała Alpha. - Ale... Summerlands jest podwójną kliniką. Jedna jej 

część przeznaczona jest  dla klientów, którzy płacą - w większości prominentów - a druga  dla 

przypadków   z   opieki   społecznej.   Mam   parę   pomysłów   na   temat   przypadków   uzależnienia   od 

blissto. Dotyczy to czegoś, co można podawać uzależnionym w kontrolowanych dawkach. Nie będą 

więcej zamknięci w błędnym kole głodu narkotycznego i skazani na pokusy.

background image

- Hej, ja lubię blissto! - zaprotestował Darnell.-  A nie wpadłem w ten wir.

- To dobrze - stwierdziła Alpha. - Widocznie twój organizm nie uzależnia się tak łatwo. 

Niektórzy nic mają tego szczęścia. Widziałeś przypadki przedawkowania blissto? Wystarczająco 

duże dawki, brane przez długi czas powodują, że system nerwowy zaczyna przypominać ścięte 

zboże. Zastosowanie mojego pomysłu sprawi, że będziemy mogli wypuszczać ze szpitala tych, co 

przedawkowali blissto, i wysyłać ich do pożytecznej pracy, o ile zechcą zażywać odpowiednie leki. 

Jestem   osobą,   która   wykonywała   wszystkie   wstępne   prace   badawcze   nad   tym   narkotykiem. 

Właściwie preparat powstał jako efekt uboczny moich badań. Nie ma jednak potrzeby, żeby teraz 

omawiać wszystkie szczegóły - zakończyła, rzucając długie, ukośne spojrzenie na Polyona.

- Czy jednak Centrala Medyczna nie zechce zatrzymać patentu, skoro całą robotę wykonałaś 

u nich?

- Tak, jeśli to będzie opatentowane - zgodziła się Alpha.

- Nie możesz więc tego sprzedawać, dopóki nie przejdzie przez całą cenzurę i nie będzie 

opatentowane - czyli że nic ci po tym.

Oczy Alphy spotkały się z oczami Polyona ponad głową Darnella.

- To prawda - zgodziła się dziewczyna grobowym głosem. - Myślę jednak, że tak czy inaczej 

mogę wyciągnąć korzyści z tej sytuacji,

- A co z tobą, Passa? - zapytał Polyon.

Dziewczyna była bardzo cicha od czasu, gdy wypowiedziała się o pochodzeniu nazw w 

systemie Nyota.

-   Zamierzasz   przyjąć   to   łaskawie   darowane   przedsiębiorstwo   budowlane,   które   tatuś 

przekazał ci w łóżku? - Ton jego głosu zawierał całą gamę obscenicznych możliwości.

- Podwójne zyski można osiągnąć z każdej pracy - odpowiedziała spokojnie Fasa  - Mam 

dyplom  z  księgowości.  Mogę  prowadzić  księgi  w taki  sposób,  że  żaden  kontroler  niczego  nie 

wykryje.

Darnell zagwizdał z aprobatą.

- A jeśli jednak cię złapią?

Fassa obeszła krzesło Polyona lekkim, posuwistym krokiem, delikatnie kołysząc biodrami. 

Wszyscy zwrócili na to uwagę.

- Myślę - rzekła sennym głosem - że mogę zniszczyć każdego kontrolera, któremu przyjdzie 

na myśl sprawdzanie ksiąg. To samo dotyczy inspektorów budownictwa, którzy akceptują jakość 

materiałów.   -   Jej   spokojny,   rozmarzony   uśmiech   obiecywał   świat   sekretnych   rozkoszy.   -   W 

budownictwie można zarobić masę pieniędzy, jeśli umiejętnie się do tego zabrać.

Cała czwórka skupiła się teraz razem: Polyon w fotelu pilota, Darnell za nim oraz Fassa i 

Alpha siedzące po jego obu stronach. Cztery pary oczu patrzyły wyczekująco na Blaize’a.

background image

- No cóż - powiedział, przełknął ślinę i zaczął od nowa. - PPT nie pozostawia tyle miejsca 

na twórcze działanie...

- Jesteś z nami czy przeciwko nam? - zapytał Polyon. - Co wybierasz, mały kuzynie?

- Chyba neutralność?

- To nam nie wystarcza. -  Polyon spojrzał na pozostałą trójkę. - On słyszał o naszych 

planach. Jeśli się do nas nie przyłączy, to może zamierza donieść?

Alpha pochyliła się do przodu ze słodkim uśmieszkiem. Jej długie, białe zęby kontrastowały 

z ciemną skórą. 

- Ależ nie zrobiłbyś tego, prawda Blaize, kochanie? 

- Nawet bym o tym nie myślał - wtrącił Darnell, uderzając zaciśniętą pięścią o dłoń.

Fassa oblizała wargi i uśmiechnęła się jak dziecko, które konsumowało deser.

- To by mogło być interesujące - zamruczała. 

Blaize   zerknął   na   zgromadzone   wokół   twarze,   a   potem   spojrzał   w   kierunku   tytanowej 

kolumny Nancii. Nadal milczała, bo właściwie nic się jeszcze nie wydarzyło. Gdyby te bachory 

poważyły się na agresję, powstrzymałaby ich w sekundę za pomocą chmury gazu usypiającego. 

Blaize wiedział o tym tak samo dobrze, jak ona. Poza tym nie widziała powodu, dla którego miała 

rezygnować   ze   swojej   anonimowości   po   to   tylko,   żeby   dodać   mu   otuchy.   Był   wystarczająco 

odważny w starciu sam na sam z Polyonem, więc dlaczego, u licha, nie umiał przeciwstawić się 

reszcie?

- No tak, ale przecież Blaize nigdy nie miał odwagi zająć się czymś tak odpowiedzialnym, 

jak donosicielstwo. - Polyon zwolnił kuzyna skinieniem głowy. - Pozwólmy mu to przemyśleć... 

przez całą drogę na Angalię, to znaczy przez kilka długich tygodni. I nie będziesz miał się do kogo 

odezwać, mały kuzynie. Tak jak i potem przez pięć lat na Angalii. Mam nadzieje, że spodoba ci się 

życie wśród Vegan, bo nie sądzę, aby ktokolwiek z systemu Nyota chciał mieć z tobą do czynienia 

przez ten czas. - Odwrócił się twarzą do obrazu SPACED OUT, a pozostała trójka poszła w jego 

ślady.

-   No,   nie   wyciągajmy   zbyt   pochopnych   wniosków.   Jestem   zdecydowanie   z   wami   - 

wymamrotał Blaize. - Na pewno jakieś możliwości istnieją, tylko nie miałem czasu się nad nimi 

zastanowić. Na przykład kopalnia corycium. Może mógłbym dostać w niej udziały. Poza tym PPT 

wysyła regularnie dostawy żywności na Angalię. Kto jednak będzie decydować o tym, ile z tego ma 

zostać dla tubylców, a ile można przekazać w ręce, które za to zapłacą... - Rozłożył ramiona i 

wzruszył nimi wymownie. - Coś wymyślę. Zobaczycie. Poradzę sobie równie dobrze, jak każdy z 

was.

Polyon kiwnął głową ponownie. Zacisnął pięść na dźwigni gry i pajęcza sieć Thingberry'ego 

powędrowała w dół, aby okryć Krainę Asteroidów, zamykając w pułapce połyskliwych sznurków z 

background image

klejnotami pozostałe postacie z gry.

- A zatem załatwione. Cała piątka razem. Proszę bardzo, lepiej niech każdy z nas ma na to 

dowód.

Wyciągnął z kieszeni garść minidyskietek i wrzucił je do urządzenia nagrywającego. Jeden 

po   drugim   -   Alpha,   Fassa,   Darnell   i   Blaize   potwierdzili   tożsamość   swoimi   dłońmi   pod 

optotronicznym czytnikiem pisma oraz wypowiedzieli na głos wszystkie zasady i warunki zakładu, 

na który przystali. Po dokonaniu nagrania Polyon podał każdemu czarny fasetonowy minidysk, 

zostawiając jeden dla siebie.

- Lepiej przechowujcie je w bezpiecznym miejscu - zasugerował.

Fassa umocowała swoją dyskietkę wewnątrz klateczki ze srebrnej siatki, która zwisała z jej 

bransoletki-amuletu   pośród   innych   brzęczących   drobiazgów.   Ona   jedna   nie   spieszyła   się   z 

uwolnieniem spod wpływów Polyona. Podczas kiedy pozostali przepychali się do wyjścia, Fassa 

bawiła   się   swoją   czarodziejską   bransoletką   i   przykładała   błyszczącą   czarną   dyskietkę   w   różne 

miejsca, aby sprawdzić, gdzie będzie wyglądała najlepiej, zupełnie jakby to była jedyna rzecz, która 

ją interesowała.

Kiedy Alpha,   Darnell   i   Blaize   opuścili   główną   kabinę,   Nancia   zastanawiała   się,   czy  to 

szybkie ruchy Polyona, czy też jego hipnotyczna osobowość sprawiła, że nikt nie zauważył, iż on 

jako jedyny z całej piątki nie nagrał się na dyskietkę... Chyba że bali się go ponaglać? Nie miało to  

jednak znaczenia. Nagrała całą scenę, i to w kilku wersjach.

- Zobaczycie - rzucił przez ramię Blaize wychodząc. - Poradzę sobie lepiej niż ktokolwiek z 

was.

- Za mało czasu, mały człowieczku - parsknęła Alpha, idąc korytarzem. - Krótkotrwałe 

plany dla karłów. Przegrasz, ale kogo to obchodzi? Ktoś przecież musi przegrać.

- Ona się myli - powiedział Polyon do Fassy. - Cała wasza czwórka musi przegrać. Tylko 

jeden człowiek wygra w tej grze.

Po czym wyszedł, nucąc po cichu i obracając w palcach swoją dyskietkę.

FASSA

Błyszcząca powierzchnia dyskietki pojaśniała w światłach centralnej kabiny, kiedy Fassa 

poruszała   ręką   to   w   tę,   to   w   tamtą   stronę,   podziwiając   kontrast   pomiędzy   posępną   czernią   a 

tańczącymi srebrnymi i drewnianymi wisiorkami. Dyskietka była równie czarna, jak gładkie włosy 

Fassy i jej skośne oczy, stanowiące uroczy kontrast z wypielęgnowaną białą skórą. W twardej, 

połyskliwej  perfekcji dyskietki widziała miniaturę siebie - pięknej i nieprzeniknionej. Pancerzyk 

pełen niebezpiecznych sekretów.

background image

Fassa wpatrywała się w lustrzane powierzchnie dyskietki i zobaczyła odbicie swojej twarzy, 

zniekształcone na pół tuzina sposobów jednocześnie; ujrzała własny wewnętrzny, potargany obraz, 

zamknięty w czarnych lusterkach, które zamieniły jej wspaniałe cechy w maskę bólu i niemego 

krzyku.

Nie! To nie ja - to nie mogę być ja! Opuściła ramię, a brzęczące srebrne dzwoneczki w 

bransolecie   wydały   nierówny,   pojedynczy   dźwięk.   Odpychając   się   od   tej   dziwnej   tytanowej 

kolumny, która zajmowała tyle miejsca w kabinie, Fassa podryfowała w róg pomiędzy ekranami a 

bankiem danych.

- Czarne ekrany! - rozkazała statkowi.

Grafiki   SPACED   OUT   zbladły   i   zastąpiła   je   czarna   pustka   podobna   w   kolorze   do 

powierzchni dyskietki. Fassa wpatrywała się w ekran z rozchylonymi wargami. Dopiero odbicie jej 

własnej piękności uspokoiło ja. Tak, ciągle była cudowna. Zawsze w to wierzyła. Zniekształcone 

odbicia  z dyskietki były złudzeniem, jak koszmary,  które nękały ją podczas snu, koszmary,  w 

których jej wspaniała twarz i perfekcyjne ciało rozwarstwiały się, aby ukazać skurczone i żałosne 

wnętrze.

Uspokojona, pstrykała palcami o swój amulet, aż dotknęła ostrej powierzchni minidyskietki. 

Ja zachowam moje sekrety, a ty zachowasz swoje, siostrzyczko. Dopóki chroniła ją przed światem 

tarcza jej urody, dopóty Fassa czuła się bezpiecznie. Nikt nie mógł widzieć niczego poza tym. Nikt 

nie   powinien   dostrzec   jej   bezwartościowego   wnętrza.   Nieliczni   próbowali,   ale   byli   zbyt 

zahipnotyzowani jej zewnętrzną fasadą. Mężczyźni okazywali się głupcami i nie zasługiwali na nic 

więcej, jak na to, by ich własne ułomności obracały się przeciwko nim. Jeśli mogła wykorzystać ich 

pożądanie dla wzbogacenia się, tym lepiej. Bogowie wiedzą, jak wiele kosztowała ją jej uroda w 

przeszłości.

Mamo, mamo, powiedz mu, żeby przestał -  krzyczał głos dziecka w zakamarkach pamięci. 

Fassa zaśmiała się gorzko na wspomnienie tego upadku. Ile miała wtedy lat? Osiem, dziewięć? 

Była młoda i sądziła, że matka potrafi stawić czoło takiemu mężczyźnie, jak Faul del Parma y Polo, 

że może sprawić, aby przestał pragnąć rzeczy, na które miał ochotę - jak na przykład swej własnej 

córki. Mama zamknęła oczy i odwróciła głowę. Nie chciała wiedzieć, co Faul robił ich cudownej, 

małej   dziewczynce.   Brzydka,   mała   dziewczynka.   Brudna,   mała   dziewczynka   -   szeptał   inny   z 

głosów.

Tak czy inaczej właśnie mama powstrzymała go w pewnym sensie. Trochę za późno, ale 

jednak - jej spektakularne, publiczne samobójstwo położyło kres prywatnym igraszkom Faula z 

córką. Wyskakując z balkonu na czterdziestym drugim piętrze, mama rozszarpała swoje ciało o 

tarasy hotelu Regis Galactic. Stało się to w samym środku dorocznej fety przedsiębiorstwa Faula 

del   Parmy,   na   którą   schodzili   się   wszyscy   plotkarze.   Wiadomości,   plotki   i   aluzje   na   temat 

background image

samobójstwa   żony   del   Parmy   opanowały   wszystkie   przekazy   informacyjne   na   całe   tygodnie. 

Dlaczego miałaby się zabić? Faul del Panna mógł dać kobiecie wszystko. Nie pojawiły się też 

pogłoski o niezrównoważeniu psychicznym. Wszyscy również wiedzieli, że Faul del Parma nie 

rozglądał się za innymi kobietami i że zależało mu tylko na żonie. Typ domatora. Wszędzie jednak 

chodził   ze   swoją   małą   córeczką   u   boku,   zaledwie   trzynastoletnią,   ale   już     z   zadatkami   na 

uwodzicielkę.

Dla węszących sensację było jasne, że należy przesłuchać córkę. To właśnie powstrzymało 

ojca. Faul del Parma przebiegle umieścił dziewczynkę w bardzo ekskluzywnej szkole prywatnej z 

internatem, aby ochronić ją przed wścibskimi plotkarzami zadającymi niewygodne pytania.

Fassa   obróciła   dyskietkę.   Dziękuję   ci,   mamo.   Nawet   teraz,   po   sześciu   latach,   historia 

samobójstwa żony del Parmy wywoływała okazyjne plotki i dlatego Faul del Parma nie chciał mieć 

Fassy w pobliżu. Zatem, będąc absolwentką drogiej ekskluzywnej szkoły, znalazła dla siebie posadę 

w   najmniejszym   z   jego   przedsiębiorstw   -   Polo   Construction,   osadzonym   na   planecie   w 

podprzestrzeni Vegi. Po raz pierwszy Fassa wypróbowała swoje umiejętności targowania się.

- Wezmę tę pracę, ale nie jako twoja podwładna. Przepisz Polo Construction na mnie, to 

wyjadę na Bahati, żeby nim zarządzać. Nigdy więcej nie będę cię niepokoić. Możesz traktować to 

jako prezent z okazji ukończenia szkoły.

Możesz to nazwać łapówką za pozbycie się mnie, pomyślała Fassa, kręcąc dyskietką w przód 

i w tył, dopóki ostre krawędzie kasety nie wbiły się w jej kciuk i palec wskazujący. Prawda polegała 

na tym, że kiedy Faul wykręcał się od przekazania jej przedsiębiorstwa na własność, Fassa oparła 

się   elegancko   o  jego   biurko   i   głośno   spekulowała   na   temat   zrobienia   kariery   w   jednym   z 

największych środków masowego przekazu.

- Oni wszyscy bardzo się mną interesują - drażniła ojca.

-  Interesują   się   zdobyciem   marnych   plotek   o   naszej   rodzinie   -  uciął   Faul.   - Wcale   nie 

obchodzą ich twoje zdolności.

Fassa odgarnęła swoje błyszczące włosy z twarzy.

- Niektóre z moich umiejętności są bardzo interesujące - powiedziała. Pozwoliła, by głos 

przybrał odpowiednio niskie tony, które robiły tak duże wrażenie na jej nauczycielach.    - Poza tym 

rodzina dcl Parma y Polo jest zawsze chwytliwym tematem. Założę się, że niektóre z większych 

stacji przekaźnikowych dałyby wiele za nakręcenie serialu opartego na mojej książce. Mogłabym 

podzielić się z nimi wszystkimi sekretami, których nauczył mnie ojciec...

- W porządku, jest twoje. - Faul del Parma y Polo przesunął ręką po czytniku dłoni tuż obok 

podręcznego komputera i podał gotowy minidysk swojej córce.

- Nie masz nic przeciwko temu, że sprawdzę go pierwsza?

- Użyj publicznego czytnika. Nie możesz polegać na moim - zaznaczył Faul. - Mogłem go 

background image

przecież   zaprogramować   tak,   by  dawał   błędny  odczyt.   Lepiej   zacznij   myśleć   przebieglej,   jeśli 

chcesz osiągnąć sukces w tym interesie, Fassa. Nie martw się jednak - jest tam wszystko. Prawo 

własności i odcisk mojej dłoni na potwierdzenie. Nie oszukałbym cię. Nie chcę, abyś wracała do 

tego biura.

- Naprawdę nie chcesz, tatusiu?

Fassa,   w   podkreślającej   jej   zgrabną   figurę   obcisłej   sukni   z   rigelliańskiej   sieci   pajęczej, 

pochyliła się do przodu nad biurkiem. Pochyliła się wystarczająco blisko, by pozwolić Faulowi 

wdychać ciepło i subtelny zapach skóry... i otrzymała nagrodę w postaci błysku pożądania i bólu w 

jego oczach.

-   Tra-la-la,   kochany   tatusiu.   -   Zsunęła   się   z   biurka,   zamknęła   minidyskietkę   wewnątrz 

serduszka z corycium zawieszonego na bransoletce. - Do zobaczenia kiedyś... nie sądzę.

- Zastanawiam się - powiedział ochryple Faul - ile męskich serc i dusz zawierają te małe 

amulety.

-  Na   razie   niewiele.   -   Fassa   zatrzymała   się  przy  drzwiach   i   obdarzyła   go  promiennym 

uśmiechem. - Zaczynam tę kolekcję od ciebie.

Teraz jednak, w trzy dni później, dołączyła drugą dyskietkę do kolekcji. Fassa potrząsnęła 

bransoletką   w   zadumie.   Każdy   z   błyszczących   kawałków   biżuterii   stanowił   odrębne   miejsce 

oczekujące na swoją zawartość.

Zbierała owe amulety przez wszystkie samotne lata w szkole, wydając na te okazjonalne 

pamiątki czeki Faula, otrzymywane z okazji urodzin lub świąt. Jedną za każdą nocną wizytę w jej 

sypialni. Tylko dwadzieścia trzy.  Dziwne, pomyślała, mniej niż dwa tuziny nocy w ciągu czterech  

czy   pięciu   lat   wyprało   mnie   całkowicie   z   jakichkolwiek   uczuć...  Dwadzieścia   trzy   błyszczące 

klejnoty, każdy na swój sposób perfekcyjny i piękny jak Fassa. Każdy tak samo pusty w środku jak 

ona.

Nie, już nie. Dwa z nich są wypełnione. Fassa odepchnęła się palcami od ściany i popłynęła 

przez główną kabinę, okręcając amulety wokół nadgarstka. Zanim z tym skończy, wypełni każdy 

drobiazg czymś odpowiednim.

I co dalej? Nie ma na to odpowiedzi, żadnego przewidywalnego końca przyszłości, którą 

sama sobie nakreśliła.

Blaize

Kabina centralna była pusta. Kumple Polyona wymknęli się do swoich pomieszczeń, żeby 

przemyśleć   zakład   i   jego   możliwe   konsekwencje.   To   dobrze.   Blaize   orientował   się,   że   może 

rozmawiać z Nancią ze swojej kabiny, ale jakoś bardziej naturalna wydawała mu się rozmowa 

background image

wprost z tytanową kolumną.

Poza tym Nancia nie odpowiadała mu w kabinie. Pomyślał, że wyłączyła w nich czujniki, 

aby   zapewnić   pasażerom   pełną   prywatność.   Chrząknął   znacząco.   Teraz,   kiedy   tu   się   znalazł, 

rozmawianie   ze   ścianami   wydawało   mu   się   dziwne.   W   dodatku   nie   był   pewien   życzliwego 

przyjęcia. Czuł się tak, jakby ktoś wysadził go ze statku, żeby odpoczął w takim sympatycznym 

miejscu, jak na przykład Summerlands Care Inc. Blaize wzdrygnął się. To nie dla niego, dzięki. 

Gdyby kiedykolwiek potrzebował leczenia, najpierw upewniłby się, czy ten wąż Alpha bint Hezra-

Fong tam nie pracuje.

- Nancia? Słyszysz mnie?

Cisza była równie absolutna, jak ta w czarnej, pustej przestrzeni poza cienkim pancerzem 

statku mózgowego.

- Wiem, że mnie słuchasz - powiedział rozpaczliwie Blaize. - Musisz mnie też obserwować. 

Nie wierzę, żebyś ryzykowała, aby ktoś taki jak Polyon wkradł się do twojej kabiny kontrolnej nie 

obserwowany. Przecież nie mogę odciąć się zupełnie od mojego kuzyna.

Dzikie ruchy, które wykonał, wypowiadając ostatnie zdanie, spowodowały, że prawie stracił 

równowagę w lekkim polu grawitacyjnym statku. Chwycił się poręczy i tanecznym ruchem obrócił 

się z kocią gracją ku środkowi kabiny. Tytanowa kolumna Nancii iskrzyła się tęczowymi odbiciami 

świateł, które błyszczały i tańczyły wokół niego. Jednak Nancia milczała.

- Słuchaj, wiem, co myślisz, ale to nie jest tak. Naprawdę. - Blaize przytrzymał się krzesła 

dla równowagi. - To znaczy, co miałem zrobić? Czy spodziewałaś się, że nazwę ich wszystkich 

przestępcami     i   zachowam   swoją   własną   integralność?   Przecież   mogli   mnie   wysadzić,   zanim 

dotarlibyśmy do Angalii, i nazwać nieszczęśliwym wypadkiem. Cisza.

- W porządku - skwitował Blaize. - Prawdopodobnie nie wysadziliby mnie. Szczególnie 

gdybym im powiedział, że jesteś statkiem mózgowym imasz przeciwko nim dowody.

Cisza.

- Dobra, to czego tak naprawdę spodziewałaś się po mnie? Przecież oni wszyscy by mnie 

nienawidzili - głos Blaize'a załamał się. - Czy to nie wystarczająco okropne, że muszę jechać na 

Angalię i spędzić tam następne pięć lat, rozdając paczki z PPT dla jakichś łazikujących Vegan? Czy 

muszę zaczynać od utraty moich jedynych przyjaciół w całym systemie gwiezdnym?

W końcu Nancia odpowiedziała:

- Oni nie są twoimi przyjaciółmi i dobrze o tym wiesz. 

Blaize wzdrygnął się.

- Najlepsze imitacje, jakie mam. Słuchaj, całe życie byłem czarną owcą w rodzinie; taką, 

którą nikt się nie przejmuje, której nikt specjalnie nic lubi i nie szanuje. Czy możesz mnie obwiniać 

za to, że chcę to zmienić? Chociaż raz w życiu chciałbym gdzieś należeć.

background image

- Ależ należysz - odrzekła Nancia. - O ile się orientuję, to rzeczywiście należysz do tej 

bandy niemoralnych bachorów. A co do szacunku... możesz mnie dopisać do osób które cię nie 

szanują. Nie wierzę również, że uciekałeś z domu trzy razy. Ty nawet nie masz odwagi przejść 

przez ulicę bez kogoś, kto by trzymał cię za rękę.

- Zrobiłem to! 

Cisza.

-   Tak   naprawdę   to   raz.   Gdybym   jednak   uciekł   znowu,   stałoby   się   tak,   jak   mówiłem. 

Czekaliby już na mnie w Akademii. Więc jaki był sens? I co to ma za znaczenie? Wyszło na to 

samo, jakbym to rzeczywiście zrobił, prawda?

Cisza.

Blaize   zdecydował   się   wrócić   do   kabiny,   zanim   ktoś   tu   przydryfuje   i   przyłapie   go   na 

rozmowie ze ścianami.

- Jeszcze tylko jedna rzecz! - zawołał, odpychając się od drzwi. - Ja naprawdę wygrałem to 

stypendium. Pod nazwiskiem Blaize Docem. Możesz sprawdzić w danych z Akademii.

Nancia nie odezwała się już przez całą drogę na Angalię.

background image

ROZDZIAŁ V 

Osobliwość

Najbliższe   otoczenie   statku   mózgowego   zapadło   się   do   wewnątrz,   spadając   ruchem 

spiralnym   na   kształt   tornada   w   dół,   do   progu   Osobliwości,   gdzie   podprzestrzeń   Światów 

Centralnych   można   było   przez   chwilę   określić   jako   krzyżującą   się   z   podprzestrzenią   Vegi. 

Równoległe procesory statku, wzmocnione metachipami, rozwiązały i przetworzyły szereg równań 

zawierających   siatkę   punktów   podprzestrzeni   na   powierzchni   tysiąca   metrów   kwadratowych, 

opuściły tę podprzestrzeń i weszły w rozszczep, przeprowadziły statek poprzez lej zapadających się 

przestrzeni, rozpoznając i rozwiązując pojawiający się co dziesiątą część sekundy nowy problem 

matematyczny. Dla Nancii Osobliwość była tym, co wyobrażała sobie jako sport na Starej Ziemi 

zwany   “surfingiem".   Tkwiąc   w   nie   zmieniającym   wartości   punkcie,   gdzie   spotykały   się 

rozwarstwiające się podprzestrzenie, rozpoznała i oceniła lokalne ścieżki tak szybko, że zmaganie 

się z podstawowymi obliczeniami zamieniło się w coś w rodzaju szybowania ponad falą, która w 

każdej chwili miała rozbić się u jej stóp.

Test pola Osobliwości, który rozwiązywała w Akademii, był od tego łatwiejszy. Tam miała 

do czynienia tylko z jedną parą równań szeregowych; tutaj sekwencje równań i zmieniających się 

podprzestrzeni   przepływały   obok   niej   nieprzerwanym   strumieniem.   Oznaczało   to   wyzwanie, 

niebezpieczeństwo i radość - właśnie do tego była przeszkolona. Przeanalizowała podstawowe dane 

i   przekazała   je   procesorom   statku,   wybierając   i   rozplątując   stale   zmieniające   się   ścieżki   do 

Osobliwości.

Ten   sam   informacyjny   impuls,   z   którego   Nancia   dowiedziała   się   o   surfingu,   zawierał 

również   fragment   o   zawodach   w   nurkowaniu.   Precyzyjne   ruchy   nurków,   sekundy,   w   których 

wirowali   w   powietrzu   tak,   jakby   mogli   nadać   swoim   ciałom   uniesienie   i   wolność   statków 

mózgowych, fascynowały Nancię.

Przeglądała przekaz ponad tuzin razy, dziwiąc się temu, przez co delikatnicy przechodzili, 

byle tylko dać swoim ciałom kilka sekund poczucia wolności,

-   Czy   widzieliście,   jakiego   gładkiego   dał   nurka?   -   zatrajkotał   procesor   informacji   po 

występie jednego z zawodników,  wyjaśniając później, że  termin  “gładki nurek" odnosił  się do 

bezbłędnego sposobu, w jaki nurek wszedł do wody bez jednego nawet rozprysku.

Nancia dała ,,gładkiego nurka" przez Osobliwość i wynurzyła się w podprzestrzeni Vegi.

Dla jej pasażerów przejście to było o wiele mniej przyjemne. Po pierwsze dlatego, że nie 

mogli   nic   wtedy  robić,   a   po   drugie   -   nie   znali   sposobu   na   zwalczanie   negatywnych   skutków 

rozszczepu i transformacji. Te kilka sekund zdawało się godzinami, w czasie których brodzili w 

background image

lepkim   powietrzu,   odnajdując   drogę   pomiędzy   zdeformowanymi   kształtami   w   przestrzeni 

przepełnionej kolorami i załamującym się światłem.

Odetchnęli z ulgą, kiedy statek przedarł się znowu do normalnej przestrzeni.

Nancia obserwowała ich, jak zataczają się, trą oczy i uszy. Intensywność ich reakcji raczej ją 

zaskoczyła. Trener, który towarzyszył jej w czasie testów w Osobliwości, zniósł te krótkotrwałe 

zaburzenia   całkiem   dobrze.   Prawdopodobnie   odczucia   zwykłych   ludzi   były   zależne   od   ilości 

przebytych   ćwiczeń.  Wskazywałyby  na   to   pierwsze   słowa   Polyona   po   powrocie   do   normalnej 

przestrzeni.

- No co, dzieciaki - powiedział Polyon. - Jak wam się podobało wasze pierwsze przejście 

przez   Osobliwość?  Tyle   czasu   minęło   od   moich   lotów   treningowych,   że   zapomniałem,   jak   to 

wpływa na nowicjuszy.

-  Ten  jeden raz  wystarczy -  stwierdził  Darnell  z przejęciem.  -  Jeśli  kiedykolwiek  będę 

wracał do domu, to wybiorę sześciomiesięczną podróż FTL-em. Albo jeszcze lepiej pójdę piechotą.

Fassa żywo przytaknęła, ale spojrzała tak, jakby żałowała, że za wcześnie poruszyła głową.

- Zażyj blissto - zaproponowała Alpha. - Pomaga na kaca i powinno pomóc na ból głowy 

wywołany przebywaniem w Osobliwości.

Darnell capnął małe błękitne tabletki z jej ręki i zdesperowany połknął od razu sześć. Fassa 

zaczęła potrząsać głową i trochę jej to pomogło. Odsunęła rękę Alphy apatycznym ruchem.

- Nigdy nie biorę narkotyków.

- Przeważnie tylko bardziej ogłupiają - powiedziała Alpha. - Wiem więcej o ich ubocznych 

skutkach niż ktokolwiek z was i mogę zapewnić, że kilka błękitnych wam nie zaszkodzi. Szkoda, że 

nie pomyślałam o tym, zanim weszliśmy w Osobliwość. Blaize? Dla ciebie też?

- Wspaniały pomysł - odparł głucho Blaize, przyjmując oferowane tabletki.

W przeciwieństwie do Darnella udał się na drugi koniec kabiny i znalazł tam opróżnioną do 

połowy butelkę łodygowca, którym popił lekarstwo.

- Prawie tak dobry pomysł, jak powrót na piechotę. Chyba nigdy przedtem nie doceniałem 

Ziemi. - Pod chmarą piegów jego skóra była bladozielona.

Polyon zachichotał.

-   Wydaje   mi   się,   że   fakt,   iż   nie   pozwolono   ci   przejść   szkolenia   pilotów,   okazał   się 

zbawienny. Twój żołądek by tego nie wytrzymał, malutki. Poza tym jak jeszcze sobie wyobrazisz 

połączenie   częstych   przeskoków   do   dekompozycji   ze   spożywaniem   posiłków   złożonych   z 

gotowanego,   sztucznego   białka  i   odżywczych   pigułek   o   niewiadomej   zawartości,   które   i   tak 

wszystkie cuchną jak kapusta...

Fassa przycisnęła dłoń do ust i pobiegła do drzwi. Darnell konwulsyjnie przełknął ślinę dwa 

lub trzy razy.

background image

-   Czy   mógłbyś   z   łaski   swojej   nie   wspominać   teraz   o   jedzeniu?   -   Jego   ostatnie   słowa 

brzmiały leniwie i zlewały się.

Blissto właśnie zaczęło działać.

-   Przynajmniej   zanim   ja   wezmę,   swoje   błękitne   -   dodała  Alpha,   wsypując   błyszczące 

tabletki do gardła.

Fassa   nie   zdążyła   już   do   swojej   kabiny.   Nancia   po   cichu   uruchomiła   automaty,   które 

posprzątały i osuszyły cały bałagan. Sprawiła też, że drzwi do kabiny Fassy stanęły otworem tuż 

przed nią.

-   D-dzięki   -   wydukała   Fassa,   ukrywając   twarz   w   wilgotnej   chusteczce,   którą   podał   jej 

automat. - To znaczy ja wiem, że jesteś statkiem bezpilotowym. więc to idiotyczne, ale... och, dzięki 

ci, tak czy inaczej. - Osunęła się na bok jak kupka nieszczęścia.

Nancia wyłączyła sensory w kabinie, uruchomiła zamek w drzwiach i zostawiła Fassę, żeby 

doszła do siebie w samotności.

Przynajmniej   wystarczyło   dziewczynie   charakteru,   żeby  powstrzymać   się   od   zażywania 

uszkadzających mózg narkotyków, pomyślała. No i ten odruch, by podziękować za pomoc, nawet 

jeśli   uważała   Nancię   za   martwy   statek   bezpilotowy.   I   tak   była   mniej   odpychająca   niż   reszta 

pasażerów, pomimo swoich manier i skłonności do wykorzystywania seksu dla osiągnięcia celu.

Nancia zauważyła, że pozostali całkowicie zignorowali złe samopoczucie Fassy. Polyon grał 

samotnie w SPACED OUT, a reszta chichotała nad nową butelką łodygowca. Nancia z niechęcią 

pomyślała   o   tym,   jaki   wpływ   na   ludzki   system   nerwowy   ma   mieszanka   różnego   rodzaju 

stymulatorów i o tym, co jeszcze Alpha mogła przemycić na pokład. Może to był błąd, że wyłączyła 

czujniki w kabinach. Ci ludzie nie zasługiwali na prywatność.

Właściwie to nie była jej sprawa, skoro oni sami chcieli wprowadzać się w stan odurzenia. 

W końcu dzięki temu będą sympatyczniejsi. Osobiście Nancia nie umiała wyobrazić sobie niczego 

bardziej   okropnego niż  chwilowa  utrata  własnych  zmysłów,  ale  ludzie  najwyraźniej   umieli;  ze 

wszystkich raportów wynikało, że mają bardzo dziwne gusty.

Poza tym teraz, kiedy byli zbyt odurzeni, aby robić cokolwiek innego prócz łagodnego 

chichotania i rozlewania łodygowca, było o wiele łatwiej ich znieść. Automaty Nancii utrzymujące 

porządek   powycierały   zielone   kałuże   na   podłodze   w   kabinie.   Pasażerowie   ingerowali   ich 

działalność, a Nancia w miarę możliwości ignorowała pasażerów. Teraz nareszcie miała z kim 

porozmawiać. W ciągu kilku sekund po wyłonieniu się z Osobliwości Nancia nawiązała ścisły 

kontakt z bazą na Vedze. Podczas kiedy Fassa przebywała w kabinie, a inni pasażerowie byli zajęci 

własnymi,   szczególnymi   rozrywkami,   przebrnęła   przez   kody   wywoławcze   oraz   oficjalne 

wiadomości i teraz - uszczęśliwiona - gawędziła z Simeonem - mózgiem zarządzającym bazą na 

Vedze.

background image

- Jak ci się podobała twoja pierwsza podróż? - spytał Simeon.

- Osobliwość była... - Nancia nie mogła znaleźć odpowiednich słów. Zamiast tego przesłała 

krótki   wizualny   przekaz   kolorystyczny,   rozpływający   się   i   powiększający   jak   bańki   mydlane 

mieniące się niczym smugi światła i wirujące wesoło wokół siebie. - Nie mogę się doczekać, kiedy 

znowu zanurkuję.

Simeon zachichotał.

- Wobec tego należysz do wybrańców. Z tego, co słyszę, nie wszyscy to tak odbierają.

-   Moi   pasażerowie   nie   byli   zbytnio   zadowoleni   -   skwitowała   Nancia.   -  Ale   kogo   to 

obchodzi?

Nawet statki mózgowe nie zawsze wydostają się tak gładko z Osobliwości - powiedział 

Simeon.

Nancia nie bardzo mogła w to uwierzyć, ale przypomniała sobie, że Simeon był mózgiem 

stacjonarnym. Umieszczono go w sercu bazy na Vedze i na pewno jego jedynym doświadczeniem 

tego rodzaju była podróż, którą odbył po opuszczeniu Szkoły-Laboratorium jako pasażer. Może nie 

powinna była opowiadać o radościach, jakie niesie Osobliwość komuś, kto nigdy nie doświadczył 

dreszczyku nawigowania własnymi “nurkami",

Poza tym Simeon chciał dowiedzieć się czegoś innego.

- Wydaje mi się, że nie przejmujesz się zanadto wygodą swoich pasażerów...

I znów Nancii brakło słów. Kolory jej wizualnego przekazu zamieniły się w serpentyny o 

zielonobrązowej i szarej barwie.

- Oni nie są... sympatycznymi ludźmi - odpowiedziała w końcu. - Niektóre rzeczy, które 

podsłuchałam w czasie podróży... Simeon, czy mogę zadać ci hipotetyczne pytanie? Przypuśćmy, że 

statek mózgowy podsłuchał przypadkiem, że pewni ludzie mają podejrzane plany. Czy powinien o 

tym donieść?

- Masz, na myśli spisek na czyjeś życie? Zdradę państwową? Czy próbę obalenia Centrali?

-   O  Boże!   Nie,   nic   podobnego,   nic   sądzę.   -   Jak   Simeon   mógł   spokojnie   mówić   o   tak 

okropnych rzeczach? - Oni nie zamierzają nikomu wyrządzić krzywdy, ale to, co planują, jest 

naganne pod względem moralnym. Nawet nielegalne.

Alpha, która chce ciągnąć zyski z nielegalnej sprzedaży narkotyków. Polyon, który planuje 

stworzyć czarny rynek metachipów... Nie, Nancia utwierdziła się w przekonaniu co do tego, że jej 

pasażerowie byli paskudni i skorumpowani jak wszystkie wyrzutki.

-   Hmm.  A  w   jaki   sposób   ten   statek   mózgowy  mógł   się   dowiedzieć   o   planach   swoich 

pasażerów?

- Ja... oni sądzili, że to statek bezpilotowy - odparła Nancia. - I omawiali swoje plany bez 

skrępowania. Ten statek nagrał wszystko na dyskietki.

background image

- Rozumiem - odpowiedział Simeon z dezaprobatą i przez moment Nancii zdawało się, że 

poczuł się tak samo zaszokowany planami jej pasażerów. - A czy pomyślałaś młoda XN-935, że 

ukrywanie się pod maską statku bezpilotowego w celu podsłuchiwania rozmów członków wysokich 

rodów jest formą szpiegostwa? Właściwie biorąc pod uwagę, że   interesujący nas pasażerowie 

pochodzą z takich rodzin i mają bliskie powiązania z Centralą - fakt sekretnego nagrywania ich 

rozmów   może   być   odebrany   jako   zdrada.   Co   by   było,   gdyby   rozmawiali   o   tajemnicach 

wojskowych?

- Ale oni nie rozmawiali - ja nie... Posłuchaj VS-895, to oni są przestępcami, nie ja! - 

krzyknęła Nancia.

- Oj, moje uszy!

Odpowiedź Simeona była prawie elektronicznym szeptem.

-   Zmniejsz   swoją   częstotliwość   nadawania,   dobrze?   To   prawie   wyrwało   mnie   z   mojej 

obudowy.

- Przepraszam. - Nancia skontrolowała swoje impulsy i przesłała czysty, zwięzły przekaz do 

Simeona. - Ciągle jednak nie rozumiem, o co mnie oskarżasz.

- Ja? Zapewniam cię, że o nic. Staram się tylko ostrzec cię, że sądy mogą patrzeć na to nieco 

inaczej. Nie wiem, do czego zmierzają twoi pasażerowie i nie bardzo mnie to interesuje. Masz 

jeszcze małe doświadczenie, ale przekonałaś się, że większość delikatników stara się w taki czy 

inny sposób uzyskać dodatkowe korzyści z każdej sytuacji, w jakiej się znajduje.

Nancia przemyślała to.

- Chcesz powiedzieć, że oni wszyscy są skorumpowani? 

Simeon zachichotał.

- Nie wszyscy, Nancia, ale wystarczająco wielu, żeby było ciekawie. Musisz zrozumieć te 

biedne istoty. Krótkie życie, ograniczeni do pięciu zmysłów, jednokanałowy system komputerowy. 

Myślę, że czują się oszukani, kiedy porównują się z nami. Niektórzy starają się to zrekompensować 

zdobywaniem dla siebie dodatkowych profitów.

Nancia musiała przyznać, że słowa Simeona brzmiały sensownie. Starała się jednak walczyć 

z jego poczuciem wyższości, a jednocześnie omawiała kolejność wysadzania pasażerów w systemie 

Nyota ya Jaha. Ponieważ czworo z nich uważało ją nadal za statek bezpilotowy, a piąty wiedział, że 

nie chce z nim rozmawiać, zachowanie powściągliwości wydawało się oczywiste.

Nancia   traktowała   każde   lądowanie   jako   dodatkowe   ćwiczenie   w   odmierzaniu   czasu   i 

perfekcyjnym oznaczaniu orbity. Był to dobry trening, zmuszał ją do koncentracji na własnych 

problemach, a nie na dylematach   moralnych. Jeśli zdarzały jej się mniej precyzyjne manewry, była 

z siebie niezadowolona. Natomiast podejście do lądowania  miękkie i delikatne jak upuszczenie 

piórka napawało ją dumą. Przynajmniej udało jej się to na Bahati i Shemali. Kiedy doleciała do 

background image

Angalii, nie mogła powstrzymać się, aby nie zafundować Blaize’owi i paru niezłych wstrząsów w 

drodze w dół. Był całkiem blady i spocony, kiedy wylądowali na skalistym płaskowyżu, który 

służył jako lądowisko na Angalii,

- To - powiedział, odbierając swój bagaż - wcale nie było konieczne.

Nancia zachowała lodowate milczenie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Każdy moment 

opóźnienia ze strony Blaize'a powodował obniżenie wewnętrznej, temperatury o kilka stopni.

- Mogłaś chociaż wystawić automaty porządkowe, żeby pomogły mi z tym całym bagażem - 

narzekał, łapiąc siniejącymi z zimna rękami pudełko z nowymi dyskami. - Nie jesteś moją matką - 

rzekł, opierając się o przycisk do windy. - Nikt cię nie prosił o wydawanie sądów o moich zasadach 

moralnych. Nikt też nic pytał mnie, czy chcę wysiadać w tym zapomnianym przez Boga miejscu. 

Spodziewam się, że to za wiele, by oczekiwać od kogokolwiek odrobiny sympatii - stwierdził, 

kiedy winda zaczęła zjeżdżać w dół.

Nancia pochyliła podłogę luku i precyzyjnie poukładane pudełka z zapasami wypadły za 

Blaize'em natychmiast, kiedy wyszedł na powierzchnię Angalii.

-  Wiem,   co   sobie   myślisz!   -   krzyczał   z   wierzchołka   płaskowyżu,   otoczony  czerwonym 

pyłem. - Ale mylisz się co do mnie! Wszyscy się mylicie! Udowodnię wam.

Nancia   była   zadowolona,   że   jej   rozkazy   nie   obejmowały   przewozu   poprzedniego 

administratora PPT, którego miał zastąpić Blaize. Najwidoczniej nie pochodząc z uprzywilejowanej 

rodziny, musiał oczekiwać na regularny transport z PPT, zamiast skorzystać ze statku mózgowego 

Służby   Kurierskiej.   Nie   było   to   miłe,   ale   zgodne   z   przepisami.   Teraz   będzie   mogła   polecieć 

bezpośrednio na Vegę 3.3, zabrać pilota rozbitka i wrócić do Centrali po prawdziwe rozkazy, które 

będzie   wykonywać   pod   dowództwem   wybranego   przez   siebie   pilota.   Dzięki   Bogu   przestaną 

wykorzystywać ją jako zastępczy statek bezpilotowy ku wygodzie bogatych i wpływowych.

Jednak myliła się, o czym przekonała się w połowie drogi z podprzestrzeni Nyota ya Jaha na 

Vegę 3.

- Co masz na myśli, mówiąc ,,następny mały cel"? - napadła na biednego Simeona.

-  Ścisz  to  -  napłynęło   jego  upomnienie   na  niskich  częstotliwościach.   - To  nie   był  mój 

pomysł i nie musisz tak wrzeszczeć. Tak czy inaczej, co za różnica. I tak leciałaś na Vegę 3.

- Zamierzałam lecieć na 3.3, a nie na 4.2 - podkreśliła Nancia, a to jej przypomniało o innej 

sprawie. - Dlaczego ci ludzie nie nadadzą swoim słońcom i planetom prawdziwych nazw? Ten 

cyfrowy system Vegi sprawia, że czuję się jak maszyna.

- Oni bardzo wierzą w logikę - wyjaśnił Simeon. - Przekonasz się, co mam na myśli, kiedy 

poznasz się z Calebem.

- Hmmm. Chcesz powiedzieć: kiedy go przetransportuję, bo zgodziłam się tylko na to. 

Logika...   -   wydziwiała   Nancia.   -   To   chyba   nowe   słowo   określające   złe   wykorzystanie   usług 

background image

kurierskich. Muszę zatrzymywać się dodatkowo w innym systemie słonecznym tylko po to, aby 

zabrać tego zarządcę Thrixtopple'a z rodziną. Nie wspomnę już o konieczności żywienia ich przez 

całą  drogę do Centrali.  Zmarnowany czas, paliwo i  zapasy statku,  które są własnością  Służby 

Kurierskiej.

- A co z twoją duszą? - zapytał Simeon, wracając do przekazu o normalnej częstotliwości. - 

Ach, nieważne. Ciągle zapominam, że jesteś nowicjuszką. Poczekaj, aż spędzisz kilka setek lat w 

przestrzeni.   Zaczniesz   wówczas   rozumieć,   jak   trzeba   naginać   przepisy,   żeby  dostosować   je   do 

ludzkich potrzeb.

- Chcesz chyba powiedzieć, jak dostosować ludzi - poprawiła go dumnie Nancia. - Nigdy w 

życiu nie prosiłam o żadną przysługę ani o dodatkowe przywileje i nie mam zamiaru tego zmieniać.

Odpowiedź   Simeona   wyrażona   w   postaci   wiązki   nie   zsynchronizowanych   fal   i 

przeciwstawnych kolorów była elektronicznym odpowiednikiem bardzo niegrzecznego słowa.

- Rozumiem teraz, dlaczego komputer sądził, że ty i Caleb będziecie do siebie pasować - 

oznajmił i z wściekłością uciął kontakt na tym stwierdzeniu.

Nancia została sama z własnymi myślami przez całą drogę na Vegę 3.3. Dlaczego komputer 

uważał za stosowne połączyć ją z pilotem, którego jedynym osiągnięciem do tej pory była utrata 

pierwszego statku mózgowego? Może jakieś fakty z jej szkicu biograficznego spowodowały, że 

chciano, by wybrała tak niekompetentnego pilota? Ta osoba o nazwisku Caleb prawdopodobnie 

zamierza poprzestać na krótkich międzyplanetarnych podróżach i wypełnianiu drobnych misji, jak 

na przykład przewiezienie zarządcy Thrixtopple'a. A Centrala chciała skojarzyć ją z nim i jego 

niepewną przeszłością. To nie było fair. Nancia rozmyślała nad tym przez całą drogę na Vegę 3.3.

Widok Caleba nie poprawił jej nastroju. Według danych Służby Kurierskiej miał tylko 28 lat 

- ale chodził wolno i ostrożnie, tak jakby był już zmęczony i stary. Jego firmowy kombinezon 

wyglądał, jakby zaprojektowano go na większego człowieka. Tunika zwisała luźno z szerokich, ale 

kościstych ramion, spodnie powiewały wokół piszczeli. Niski, mizerny, z kwaśną miną - Nancia 

notowała w myślach, podczas kiedy on wspinał się powoli na schody. Dlaczego nie skorzystał z 

windy, skoro pokonanie jednego odcinka schodów sprawia mu aż taką trudność?

Jego   pozdrowienie   było   przepisowe,   ale   pozbawione   życia.   Nancia   odpowiedziała   tym 

samym tonem. Obojętnie przebrnęli przez formularze kurierskie, aż do momentu kiedy Nancia 

wyświetliła rozkazy przekazane z bazy na Vedze.

Caleb wybuchnął:

- Nakładać drogi, żeby zabrać tego opasłego wycieczkowicza z rodziną? To przecież nie jest 

zadanie dla Służby Kurierskiej. Dlaczego Thrixtopple nie może poczekać na następny planowy 

transport pasażerski jak wszyscy inni?

Nancia   wysłała   fale   brudnobrązowych   kręgów   w   miejscu,   gdzie   były   wyświetlone   ich 

background image

rozkazy.

- Nikt mi nic nie powiedział - odezwała się do Caleba. - Zatrzymaj się tu, leć tam, zabierz te 

dzieciaki do systemu Nyota, zabierz rozbitka na Vegę 3.3, przewieź zarządcę z 4.2 z powrotem do 

Centrali.   Nie   wiem,   dlaczego   Thrixtopple   uzyskał   specjalną   umowę;   nawet   nie   pochodzi   z 

wysokiego rodu.

-   Nie,   ale   pracuje   już   bardzo   długo   w   tej   podprzestrzeni   -   powiedział   Caleb.   - 

Prawdopodobnie   ma   o   wiele   większe   wpływy   niż   pół   tuzina   pustogłowych   arystokratów   o 

podwójnych nazwiskach.

- Nie wszyscy jesteśmy pustogłowi - odparowała Nancia. - Pewnie nie przeczytałeś uważnie 

rozkazów.

Wyświetliła swoje pełne nazwisko na ekranie, aby przyciągnąć jego uwagę.

- No cóż, nikt nie ma wpływu na swoje pochodzenie - odrzekł Caleb z roztargnieniem. - I, 

jak sądzę, nauka w Szkole-Laboratorium może wiele nadrobić. Czy jesteś gotowa do startu? Nie 

możemy tracić  czasu na  plotki,  o ile  mamy  uwzględnić  ten  dodatkowy przystanek  na naszym 

kursie.

Dam mu dziesięć minut po przylocie do Centrali, aby się wyniósł razem z bagażem ze statku  

i zrobił miejsce pilotowi o lepszych manierach, przyrzekła sobie Nancia.

Wystartowała o wiele szybciej i energiczniej niż wtedy, gdy miała pasażerów na pokładzie.

Nie, to o wiele za dużo - pięć minut.

Ogarnęły ją lekkie wyrzuty sumienia, kiedy podejrzała Caleba przez czujniki w jego kabinie 

i zobaczyła, jak próbował usiąść blady i roztrzęsiony, lecz nie było jej na tyle przykro, aby zmieniła 

stosunek do niego.

Musimy wyjaśnić sobie jedną rzecz - oświadczyła bez wstępu.

- Tak?

Caleb nie pofatygował się, aby odwrócić głowę w stronę głośników w kabinie. Oczywiście, 

był   przecież   doświadczonym,   choć   niekompetentnym   pilotem,   Wiedział,   że   statki   mózgowe 

wyłapują słowa z każdego kierunku. Lecz Nancia ciągle czuła się lekko wytrącona z równowagi 

zupełnie jakby ją lekceważył, nawet gdy jej odpowiadał.

- Przewiezienie cię z powrotem do Centralnych Światów jest służbowym poleceniem i nie 

mogę odmówić wykonania go. Nie chciałabym jednak, abyś uważał, że akceptuję cię jako mojego 

mięśniowca. Nie zamierzam tracić prawa do wyboru własnego pilota tylko dlatego, że skojarzenie 

nas ze sobą odpowiada Centrali,

Co mu dolega? Właśnie nabierał kolorów po gwałtownym starcie, a teraz jego twarz znów 

była   przygnębiona   i   nieruchoma   jak  maska.   Nancia   zaczęła   się   zastanawiać,   czy  ten   człowiek 

przeżyje lot do Centrali. Jeśli nie miał dość siły, aby wytrzymać podróż, to ktoś powinien był mi o  

background image

tym powiedzieć.

- Oczywiście - odparł Caleb tak zrównoważonym i pozbawionym barwy głosem, że mógł on 

równie dobrze pochodzić z jakiegokolwiek komputera. - Nikt nie oczekuje od ciebie odstąpienia od 

tego prawa, a zwłaszcza ja. - Odwrócił głowę i po raz pierwszy spojrzał wprost w sensory. - Proszę, 

odłącz czujniki w tej kabinie, XN. Chciałbym odpocząć. W samotności -   podkreślił.

Położył się, zakrywając twarz ręką. Po chwili odwrócił się na bok, jakby nie ufał Nancii, że 

nie będzie go podglądała.

- Simeon? Ty skorupo. Wiem, że odbierasz moje sygnały, porozmawiaj ze mną!

- Jesteś niesamowicie wymagającym młodym mózgiem XN-935 i znowu krzyczysz.

- Przepraszam. - Nancia była tak zadowolona z kontaktu z bazą na Vedze, że natychmiast 

zmniejszyła   częstotliwość   przekazu,   aby   dostosować   się   do   prawie   niesłyszalnego   impulsu 

Simeona. - Simeon, muszę wiedzieć coś więcej o tym pilocie, w którego mnie wrobiono.

- Przeszukaj kartoteki z danymi.

- Już to zrobiłam. Nic w nich nie ma. Przynajmniej nie to, co chciałabym wiedzieć.

Kartoteki były pouczające na swój sposób. Zawierały sensacyjne historie o człowieku i jego 

statku, którzy prawie ulegli zagładzie z powodu nagłego wybuchu promieniowania. Pilot powrócił 

do domu w pozbawionym mózgu statku. Na Vedze 3.3 powitano go jak bohatera, który pomimo 

wszystko wykonał zadanie. Opowieść o  tym, przez co przeszedł Caleb - choroby spowodowane 

napromieniowaniem - poważnie wpłynęła na zmianę uczuć Nancii w stosunku do tego bladego 

pilota. Czuła nie pozbawiony odrobiny niechęci szacunek do człowieka, który spędzał godziny w 

sali ćwiczeń, pracując z przyrządami, aby odzyskać utraconą siłę w mięśniach; do człowieka, który 

zaakceptował jej rezerwę jak coś, na co zasługiwał, który odciął się od niej natychmiast i nie 

powiedział do tej pory ani słowa. Podróżowali w milczeniu przez trzy dni z układu Vega 3 do 

układu Vega 4, a Nancia oczekiwała niecierpliwie na wznowienie kontaktu z Simeonem, aby móc 

zapytać o to, co ją interesowało. W końcu zaczęła bombardować bazę na Vedze na wzrastających 

częstotliwościach, co musiało przyprawiać komputer o coś w rodzaju ludzkiego bólu głowy. Nancia 

przekazała Simeonowi trzy skondensowane wiązki informacyjne o tym, co przeczytała.

- Więc co jeszcze chcesz wiedzieć?

- Jak on stracił swój statek? - Nancia wypunktowała każde słowo dodatkowym impulsem.

- Przeczytałaś kartoteki.

- Przykro mi, ale statki mózgowe są zabezpieczone przed promieniowaniem - rozpoczęła na 

normalnej   częstotliwości.   -   Nie   może   nam   się   nic   stać,   chyba   że   nie   kontrolujemy   poziomu 

promieniowania.   Nie   ma   takiej   możliwości,   żeby   statek   mógł   zostać   uszkodzony.   Czy   coś 

przedostało się przez jej kolumnę?

background image

- Jego kolumnę w tym wypadku - sprostował Simeon, tak jakby to miało znaczenie.

Chyba   że   Caleb   złamał   kod   zabezpieczający.   Sama   myśl,   że   mogłoby   ją   to   spotkać, 

przerażała Nancię. Żaden mięśniowiec nie znał obydwu muzycznych sylab, które składały się na 

wejściowy kod statku mózgowego. Jedną część wręczano mięśniowcowi wraz z rozkazem, a druga 

pozostawała   w   Centralnym   Komputerze.   Jednak   manipulacje   Polyona   w   sieci   wzbudziły 

podejrzliwość   Nancii   co   do   systemu   zabezpieczającego.   Każdy   wymyślony   kod   mógł   być 

złamany...   Czyż   inaczej   CL-740   uległby   zniszczeniu   przez   coś   tak   drobnego,   jak   wybuch 

promieniowania?

- Nic nie przedostało się przez kolumnę     powiedział Simeon. - CL-740 był  jednym z 

pierwszych przetestowanych statków kurierskich. Trzysta lat temu nie wiedzieli jeszcze tak dużo 

jak   my   o   zabezpieczaniu   połączeń   synaptycznych.   Promieniowanie   nie   uszkodziło   głównego 

systemu statku, ale stopiło połączenia synaptyczne. CL-740 pozostał w całkowitej izolacji. Nie 

mógł  komunikować się ani przyjmować sygnałów. Był niezdolny do prowadzenia statku. Caleb 

pilotował statek ręcznie, ale zanim dotarli do Vegi, CL-740 zwariował z powodu utraty kontaktu z 

otoczeniem.

- Ale jest przecież system Helvy  -  zaprotestowała Nancia.

Już od dawna żaden statek nic był narażony na utratę czucia, ponieważ zaczęło stosować 

zmodyfikowane   meta-chipy   zaproponowane   przez   Helvę,   które   powinny   oprzeć   się  każdemu 

zewnętrznemu wpływowi.

- Usprawnienia Helvy nie są powszechnie stosowane, choć bogowie wiedzą, że powinny 

być. - W głosie Simeona znać było zmęczenie. - To traumatyczne przeżycie dla tych, którzy nie 

mieli   szczęścia,   bo   nie   wbudowano   im   tego   systemu,   młoda   panienko.   Niektóre   starsze   statki 

mózgowe, te, które spłaciły dług i nadal latały w Służbie Kurierskiej jako wolni agenci, miały 

prawo odmówić regeneracji zabezpieczenia. CL... skorzystał z tego prawa.

- Och!

Być odciętym od świata to najgorszy koszmar dla statku mózgowego. Koszmar, jakiego 

żadna ludzka istota nie jest zdolna sobie wyobrazić. Nancia wyłączyła na chwilę wszystkie czujniki, 

wyobrażając   sobie   tę   absolutną   otchłań.   Jak   długo   by   to   wytrzymała?   Nic   dziwnego,   że   jej 

zwierzchnik w Szkole-Laboratorium skasował wstępne informacje o CL-740. Nic też dziwnego, że 

ocenzurowano dane w dostępnych jej katalogach. Nikt nie chciał, aby statek mózgowy rozmyślał o 

najgorszych   rzeczach,   jakie   mogły   mu   się   przydarzyć.   Nancia,   wzdrygając   się   odruchowo, 

otworzyła   wszystkie   kanały   i   natychmiast   reaktywowała   czujniki.   Drobne   odgłosy   życia 

codziennego przywróciły jej łączność z resztą ludzkości, z resztą odczuwającego zmysłami świata. 

Nancia odnotowała te szczegóły ze zdziwieniem i wdzięcznością.

Jak dziwne i cudowne jest to wszystko... widzieć, czuć, myśleć... i wszystko to lekceważyłam!

background image

Przez chwilę nawet najmniejszy przekaz był dla niej cenny niczym podarunek życia: Caleb 

ćwiczył   w   sali   gimnastycznej,   wyświetlacze   w   kabinie   centralnej   tańczyły,   tworząc   eleganckie 

wzory   geometryczne,   gwiazdy   na   zewnątrz   paliły   się   dalekim   blaskiem,   a   Vega   4   była   nikłą 

poświatą. Ktoś gawędził pomiędzy Vega 4.3 i 4.2 o modzie z syntetycznego jedwabiu panującej w 

Centrali. Ktoś inny płakał na łączach satelitarnych.

Simeon wciąż mówił:

- Levin - impulsy przekazywały to jak szept. - On nie nazywał się CL-740. On nazywał się 

Levin i był moim przyjacielem.

Na Vedze 4.2 zarządca Thrixtopple i jego rodzina rozpierzchli się po pokładzie, porzucając 

w nieładzie swoje bagaże, a cierpliwi służący zbierali je po nich i głośno komentowali to, co 

zaciekawiło ich w wyposażeniu Nancii.

-  Hej,   spójrzcie   na   te   ekrany!   -   Najmłodszy   Thrixtopple   o   łasiczej   twarzy   zapałał 

entuzjazmem na widok trójściennego ekranu w kabinie centralnej. - Siostrzyczko, gdzie jest moja 

dyskietka ze SPACED OUT? Mógłbym grać przez całą drogę do domu...

- Przecież nie pamiętam wszystkich miejsc, w których zostawiasz swoje rupiecie - jęknęła 

starsza siostra. - Mamo, w tej kabinie jest tylko jedna szafka. Moje anatarxjańskie kołnierze całe się 

pogniotą!

-   Kogo   to   obchodzi?   I   tak   nie   zmieni   to   twojej   brzydkiej   twarzy.   -  Thrixtopple   junior 

wytknął  język na siostrę.

Ona   natomiast   rzuciła   w  niego   kulą   z   czymś   różowym   w   środku;   uchylił   się,   a   Caleb 

zgrabnie złapał kulę w rękę.

- A teraz, dzieciaki - wymamrotał Thrixtopple senior - nie wolno wam denerwować mamy 

ani służących.

Wyciągnął chudą dłoń, aby odebrać różową kulę od Caleba; jego spojrzenie i gesty mówiły, 

że   Caleb   został   zaliczony   do   “służby".   Nancia   nastroszyła   się.   Caleba   nie   był   wprawdzie   jej 

wyszkolonym pilotem, ale zasługiwał na większy szacunek.

- Panie  zarządco  Thrixtopple,  obawiam się,  że  będę  musiał  poprosić  was wszystkich  o 

pozostanie w swoich kabinach i przygotowanie się do startu - powiedział beznamiętnie Caleb.

-   Już?   Ci   opieszali   służący  nie   zaczęli   mnie   nawet   rozpakowywać!   Nie   jestem   jeszcze 

gotowa, aby ich odesłać - narzekała Trixia Thrixtopple.

Nie wypowiedziała jednego słowa wdzięczności czy podziękowania pod adresem służących, 

którzy prawdopodobnie usługiwali jej przez dwadzieścia lat pobytu na Vedze 4.2. Było jasne, od 

kogo jej córka nauczyła się takiego marudzenia.

- Proszę o wybaczenie, madame - odezwał się Caleb wciąż bez cienia emocji w głosie. - 

background image

Muszę   trzymać   się   przepisów.   Sekcja   4,   podrozdział   4.5,   paragrafy  II   do   IV.   Statkom   Służby 

Kurierskiej   nie   wolno   opóźniać   startu   z   żadnego   powodu;   przedłużony   postój   tutaj   może 

spowodować zakłócenia w komunikacji gdzie indziej.

Osobiście odprowadził rodzinę Thrixtopple'ów do jej kabin i upewnił się, czy każdy był 

odpowiednio   zabezpieczony   przed   przeciążeniem   w   czasie   startu.   Nancia   włączyła   wszystkie 

czujniki w kabinach, aby dodatkowo sprawdzić zabezpieczenia, ale Caleb nie popełnił żadnego 

błędu.

Kiedy   pasażerowie   byli   przypięci,   a   ich   bagaże   umocowane,   Caleb   wrócił   do   kabiny 

centralnej i machnął ręką w kierunku drzwi.

- Czy mogłabyś nas zamknąć, XN? - Odetchnął z przesadną ulgą. - Gdyby tylko udało się 

nam trzymać ich z dala od tego miejsca przez cały lot. Tacy ludzie jak oni są hańbą dla Vegi. 

Przecież nawet się nie przywitali.

- Nie zrobili tego też pasażerowie, których zabrałam w tę podróż - powiedziała Nancia. - 

Zaczęłam czuć się niewidzialną.

- Ale nie dla mnie - odrzekł Caleb. Przebiegł oczami po całej kabinie z wyrazem tęsknoty, 

który zaskoczył Nancię. - Dla mnie nigdy... Jeśli nie dostanę nowych rozkazów, może to być moja 

ostatnia podróż statkiem mózgowym. A my musieliśmy utknąć z tymi, tymi... - Wyrzucił ręce w 

powietrze, jak gdyby zawiodły go słowa.

- To naprawdę szkoda - zgodziła się Nancia. - Lecz nie widzę powodu, dla którego nie 

mielibyśmy profesjonalnie wykonywać swojej pracy, prawda?

Podczas   pogawędki   z   Calebem   gwałtownie   przeszukiwała   kolumny   przepisów   Służby 

Kurierskiej, którymi wypełniono jej banki danych. Powinno być coś na trzecim megadysku... Ach, 

jest tutaj. Dokładnie to, czego wymagała sytuacja. Nie wspomniała o tym jednak. Caleb chciał 

koniecznie   opuścić   powierzchnię  Vegi   4.2,   zanim   rodzina  Thrixtopple'ów   zacznie   narzekać   na 

restrykcje - i nie mogła go za to winić.

Biorąc pod uwagę jego osłabioną kondycję, Nancia wystartowała powoli i najdelikatniej, jak 

umiała.   W   końcu   to   nie   była   jego   wina,   że   komputer   w   Centrali   praktycznie   narzucał   im 

partnerstwo. Nie zamierzała też zamordować tego człowieka w drodze do domu.

Kiedy weszli w stan nieważkości, Caleb poruszał się po kabinie o wiele sprawniej niż po 

poprzednim starcie.

- Jesteśmy grzeczni dla cywilów? - zapytał. - Przypominam sobie, że potrafisz startować 

znacznie szybciej niż teraz, kiedy jesteś taka życzliwa, XN.

- Ja... hmmm... nie było potrzeby spieszyć się - wymamrotała Nancia.

Niech   licho   weźmie   tego   człowieka!   Jest   zbyt   sztywny,   żeby   przyznać,   iż   on   również 

skorzystał z nieco wolniejszego startu. Caleb wyglądał na rozbawionego.

background image

- No tak. Teraz nie mamy żadnej wymówki, aby trzymać ich w pasach. Prawdopodobnie te 

szczeniaki wpakują się nam na kolana, zanim dolecimy do Osobliwości... Mnie także nie zależało 

na pośpiechu.

Jak   na   zawołanie   chłopiec  Thrixtopple'ów   uderzył   w   zamek   otwierający  drzwi.   Nancia 

jęknęła wskutek wrażenia, jakie to wywarło na jej elastycznych membranach. Zostawiła zamek 

otwarty tak, aby zarządca Thrixtopple, podążający za chłopcem, nie wyrządził jej dalszej krzywdy.

- OK. Teraz jesteśmy w kosmosie. Pozwól mi pograć na komputerze - zażądał chłopiec.

Nancia odłączyła wyświetlacze danych, kiedy chłopiec podszedł, i zdecydowanie wygasiła 

ekrany.

-   Przykro   mi,   młody   człowieku.   Przepisy   Służby   Kurierskiej   -   tom   18,   rozdział   1522, 

podrozdział   6.2,   paragraf   MCMLII   -   ściśle   zabraniają   nieuprawnionym   pasażerom   dostępu   do 

komputera   statku   i   swobodnego   poruszania   się   po   centralnej   kabinie.   Zakaz   ten   ma   zapobiec 

nielegalnemu wglądowi we własność Służby Kurierskiej.

- Posłuchaj no, ty gadający pancerzu - to nie dotyczy takich ludzi, jak my! - wybuchnął 

zarządca Thrixtopple, wchodząc do kabiny.

-   Oficjalne   rozkazy   przekazane   mi   przez   CenKom   nie   mówią   nic   o   waszej   rodzinie, 

zarządco Thirxtopple - odpowiedziała Nancia.

Zrobiła małą pauzę pomiędzy słowami, przydając swojemu głosowi lekkiego, metalicznego 

pogłosu  tak,  aby Thrixtopple  sądził,   że  rozmawiają  z  maszyną,  której   nie   można  zagrozić   ani 

przekupić.

- Nie jestem uprawniona do zmiany tych rozkazów.

- Ale baza na Vedze rozkazała ci przewieźć nas do Centrali.

- Tak. I jest mi bardzo miło wyświadczyć przysługę moim dobrym znajomym z Vegi - 

odpowiedziała Nancia. - Tym niemniej zmiana rozkazów nie leży w mojej mocy. O ile centralne 

dowództwo udzieli wam prawa dostępu do moich komputerów, ja też zezwolę wam na to. A na 

razie muszę poprosić was o powrót do prywatnych kabin. Z niechęcią ponowię ten rozkaz, ale 

musicie wiedzieć, że mogę wypełnić całą powierzchnię mieszkalną na statku gazem usypiającym.

Zarządca Thrixtopple złapał syna za kołnierz i wyciągnął go z kabiny. Zamek dźwiękowy w 

drzwiach zamknął się.

- To było nadzwyczajne, XN - powiedział wytwornie Caleb. - Absolutnie wspaniałe. Ach - 

przypuszczam, że taki przepis istnieje naprawdę?

- Oczywiście, że tak! Chyba nie sądzisz, że kłamałam?

-   Moje   najszczersze   przeprosiny,   madame.   To   tylko   dlatego,   że   nie   mogłem   sobie 

przypomnieć tego zacytowanego paragrafu.

- Rozumiem, że ludzkie mózgi są bardzo ograniczone i mają mniejszą pojemność. Trudniej 

background image

im też przywoływać informacje z pamięci - powiedziała Nancia wyniośle; później spuściła nieco z 

tonu. - Właściwie to przeszukiwanie danych w celu znalezienia czegoś odpowiedniego zabrało mi 

kilka minut. Zapewne nie wpadłabym na to, gdybyś sam nie zacytował przepisów, aby ich stąd 

usunąć tuż przed startem.

- Gdyby nie posiłki - wnioskował głośno Caleb - to nie musielibyśmy wcale się do nich 

odzywać przez całą drogę powrotną do Centrali.

-   Mogę   serwować   posiłki   z   każdego   pomieszczenia   na   obszarze   mieszkalnym   - 

poinformowała go Nancia. - Nie tak, jak stare modele...

Ucięła   jednak   tę   myśl,   zanim   ją   wypowiedziała.   Byłoby   czystym   okrucieństwem 

przypominać Calebowi o tym, co stracił.

- OK, XN. Spróbuj tego.

Caleb   manipulował   dźwignią,   aby   uzyskać   na   ekranie   obraz   podwójnego   torusa, 

zawierającego dwie nieskomplikowane zamknięte krzywe. Trzy dyski powierzchni obrotowych o 

oznaczeniach A l, B i A2 zawierały fragmenty torusa.

- Ty jesteś w A1; A2 jest twoją przestrzenią-celem. Znajdź progi Osobliwości i dokonaj 

wymaganych przekształceń.

-   To   nie   tak   -   zaprotestowała   Nancia.   -   Nigdy   nie   udowodniono,   że   istnieje   teoria 

dekompozycji, która funkcjonowałaby dla tej struktury. Przypuszczenie Satyajohiego - zacytowała z 

pokładów swojej pamięci. - Jeżeli h jest homeomorfizmem E3 dla samego siebie i opiera się o E3-

T, konieczne jest, aby jeden z h (J l), h (J2) zawierał taki łuk o czterech punktach A + B, w którym 

żaden z tych dwóch punktów sąsiadujących na łuku nie należał do tego samego A lub B. Jeśli tak, to 

przestrzeń dekompozycji H nie ustępuje E3. A w tym zastosowaniu - przypomniała Calebowi - jest 

równe normalnej przestrzeni.

Caleb zamrugał oczami.

- Nie sądziłem, że znasz Przypuszczenie Satyajohiego. Pozwól mi jednak podkreślić, XN, że 

jest to tylko przypuszczenie, a nie twierdzenie.

-   W   ciągu   stu   dwudziestu   pięciu   lat   wnikliwych   obliczeń   matematycznych   nigdy   nie 

wykazano jego błędności - narzekała Nancia.

- Zatem może będziesz pierwsza, która odkryje coś przeciwnego.

Nancia   bez   przekonania   uruchomiła   komputer.   Wyświetliła   linie   błękitnego   światła, 

oznaczające   różne   warianty   ścieżek   Osobliwości,   a   później   pozwoliła   im   blednąc   po   kolei, 

udowadniając tym samym ich nierealność. Jednak Nancia potrzebowała porady Caleba na całkiem 

inny   temat.   I   teraz,   kiedy   rodzina   Thrixtopple'ów   została   zmuszona   do   pozostania   w   swoich 

kabinach, a Caleb był w tak dobrym nastroju, mogła nareszcie się do tego zabrać.

background image

- Jak wiesz, Caleb, dopiero od niedawna mam uprawnienia -  rozpoczęła.

- Tak, ale będziesz, jedną z najlepszych - odpowiedział. - Można to poznać po sposobie, w 

jaki zajmujesz się drobnymi sprawami. Nie pomyślałbym o wyszukaniu kruczka prawnego, który 

uwolniłby nas od Thrixtopple'ów. Nie sądzę też, abym rozpatrywał Przypuszczenie Satyajohiego w 

sposób, w jaki ty to teraz robisz.

Dwie przykładowe ścieżki Osobliwości zabłysnęły błękitnym kolorem i zniknęły z ekranów, 

kiedy mówił, podczas gdy trzecia prześlizgnęła się przez A1 do powierzchni obrotowej B wokół 

podwójnego torusa.

- Niektóre rzeczy - powiedziała ostrożnie Nancia - komplikują się o wiele bardziej. W 

matematyce przypuszczenie albo jest słuszne, albo nie.

- To samo dotyczy przepisów Służby Kurierskiej - podkreślił Caleb.

- Tak, no cóż... Nie zawsze. Nie mówią ci na przykład, co robić, jeśli statek mózgowy 

przypadkiem usłyszy, że jego pasażerowie knują coś nielegalnego.

- Jeśli podsłuchiwałaś zarządcę Thrixtopple'a w jego kabinie - stwierdził Caleb surowo - to 

jest to postępowanie niehonorowe, więc skończ z tym.

- Nie, nie robiłam tego - zapewniała go Nancia. - Ale co byś powiedział, gdyby pasażerowie 

nie wiedzieli, że lecą statkiem mózgowym, i przesiadywali w kabinie centralnej, rozmawiając o 

pewnych nielegalnych planach?

- Ach, hipotetyczny przypadek.

Calebowi najwyraźniej ulżyło i Nancia poczuła to samo. Przynajmniej nie zgadł od razu, jak 

Simeon, że mówiła o własnym doświadczeniu.

Wszystko,   czego   Nancia   dowiedziała   się   lub   wiedziała   o   Calebie   i   jego   szacunek   dla 

przepisów Służby Kurierskiej, sprawiło, że myślała o nim jako o człowieku wewnętrznie spójnym, 

na którego słowie polegałaby w każdych okolicznościach. Nie chciałaby, aby wyśmiewał się z niej 

jak Simeon. Nie chciałaby również, aby oceniał jej działania w tej materii jako moralnie wątpliwe.

-   No   cóż,   gdyby   kiedykolwiek   zaistniała   taka   sytuacja,   powinnaś   pamiętać,   że   jesteś 

moralnie zobowiązana do przedstawienia się swoim pasażerom.

-   Tego   nie   ma   w   przepisach   -   broniła   się   Nancia   przed   oskarżeniem,   którym   Caleb 

nieświadomie ją obciążył.

- Nie, ale to logiczne. Wszystko inne wyglądałoby tak, jakbym siedział w ukryciu, aby 

przyłapać zarządcę Thrixtopple'a na liczeniu trefnych dochodów z łapówek. - Caleb powiedział to z 

takim obrzydzeniem, że Nancia żałowała, iż w ogóle ten temat poruszyła.

Caleb ewidentnie czuł tak samo. Spojrzał na centralny ekran, gdzie sieć zamglonych szarych 

linii ukazywała próby Nancii, aby przetworzyć ścieżkę punktów Osobliwości przez topologiczne 

konfiguracje, które on zdefiniował.

background image

- Spróbujmy przyjąć, że w tym przypadku podtrzymujemy Przypuszczenie Satyajohiego - 

zasugerował. - A teraz twoja kolej na przedstawienie problemu. Nie wiem, dlaczego zajmujemy się 

hipotetycznymi   zagadnieniami   etycznymi,   które   mogą   nigdy   nie   wystąpić,   podczas   gdy 

moglibyśmy obydwoje udoskonalać nasze umiejętności w zakresie matematyki transformacyjnej. 

Nie rozumiem też, dlaczego... - Przygryzł wargę i wygasił ekran miękkim ruchem dźwigni.

- Dlaczego co? - spytała Nancia.

- Twoja kolej na przedstawienie problemu - przypomniał jej Caleb.

- Nie, dopóki nie skończysz tego zadania.

- W porządku. Nie rozumiem, dlaczego pytasz o etyczne rady pilota, którego największym 

osiągnięciem jak dotychczas była utrata pierwszego statku! - Caleb wyrzucał te słowa z takim 

samoudręczeniem, że wywołał sympatię u Nancii. Przypomniała sobie smutek Simeona z powodu 

utraty przyjaciela, Levina - CL-740. Jakże była głupia.

- Przepraszam - powiedziała Calebowi. - Powinnam zdawać sobie sprawę, że rozmowa o 

takich rzeczach przypomni ci o Levinie. Czy bardzo za nim tęsknisz?

Caleb westchnął.

- To nie to, XN. Levin był dobrym, kompetentnym statkiem mózgowym i szkolił mnie, gdy 

byłem początkującym pilotem, za co będę mu zawsze wdzięczny. Ale nie byliśmy... no, nigdy nie 

rozmawialiśmy tak jak my teraz, rozumiesz? Służyłem wraz z nim pięć lat i właściwie nigdy go 

dobrze nie znałem. Nie, nie jestem pogrążony w żałobie po stracie Levina. Jednak on miał prawo 

służyć jeszcze przez setki lat, a ja go wtedy straciłem. Ja też miałem nadzieję spędzić więcej niż 

pięć lat jako mięśniowiec.

- I ciągle możesz - zauważyła Nancia. - Przecież nie dostałeś jeszcze nowych rozkazów.

-  A jakiż to statek mózgowy zaakceptuje mięśniowca, który pozwolił umrzeć CL-740? - 

odciął się Caleb. - Ty sama wyraziłaś się na ten temat wystarczająco jasno, XN. Dajmy temu 

spokój. Jaki jest następny problem?

Nancia rozpoczęła nadawanie do Centrali na prywatnym kanale w chwili, gdy opuściła 

Osobliwość i znalazła się w podprzestrzeni Światów Centralnych. Chciała, żeby wszystko było 

gotowe, zanim Caleb opuści statek i będzie mógł zaprotestować.

Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Dahlen Rahilly - jej bezpośredni zwierzchnik - 

poprosił o zezwolenie na wejście, zanim rodzina Thrixtopple'ów zdołała pozbierać swój liczny 

bagaż i opuścić statek.

- Arogancki facet - skomentował Rahilly, obserwując przez umiejscowiony na dole punkt 

obserwacyjny   Nancii   kościste   członki   oddalającego   się   Thrixtopple'a.   -   Przynajmniej   mógłby 

wypłacić jakąś nagrodę za wyświadczenie przysługi i szybkie przywiezienie do domu.

background image

- Nie oczekiwałam tego - odpowiedziała uczciwie Nancia.

Jedyna nagroda, jakiej oczekiwała, siedziała w swojej kabinie, układając podanie o nowy 

przydział, które w dziwny sposób stale znikało z banku prywatnych danych. To była już jego trzecia 

próba i ze sposobu, w jaki dyktował słowa, Nancia wywnioskowała, że zaczyna tracić cierpliwość. 

Jeżeli nie ustali szybko wszystkich spraw, Caleb zaniecha prób na komputerach statku i złoży swoje 

podanie osobiście w Centrali, a to wcale jej nie odpowiadało.

- No cóż... trzeba dokonać kilku zmian. Robota papierkowa - powiedział Rahilly. -Wiesz, 

nie spodziewaliśmy się tego, XN. Właściwie urzędnik na Vedze był całkiem pewny, że formalnie 

odmówiłaś tego przydziału.

- On... mógł źle zinterpretować moje słowa - rzekła Nancia z powagą. - Jak szybko da się to 

załatwić?

O,   do   licha!   Podczas   kiedy   rozmawiała   z   Rahillym,   Caleb   zdołał   przedyktować   tekst 

swojego podania. Właśnie szykował się do nadania go do CenKomu. To się nie może stać... Jeszcze 

nie teraz. Nancia odcięła natychmiast wszystkie kanały wyjściowe.

- Możemy zakończyć formalności w ciągu jednego dnia, o ile jesteś pewna, że tego właśnie 

chcesz.

- Jestem - stwierdziła Nancia zdecydowanie. Należało jeszcze skonsultować się z drugą 

stroną, ale Rahilly nie uważał tego za konieczne.

Caleb wszedł do kabiny ze ściągniętymi brwiami. 

- XN, dlaczego odłączyłaś mój kanał wyjściowy do Centrali?

- Twój kanał? - zdziwiła się Nancia. - Ojej! Chyba wszystkie moje kanały zewnętrzne na 

chwilę utraciły moc.

- Prześlemy ci technika, aby natychmiast usunął uszkodzenie - obiecał Rahilly.

-   Och,   to   nie   będzie   konieczne   -   odrzekła   Nancia.   -   Właśnie   kiedy   rozmawialiśmy, 

przeprowadziłam testy, i sądzę, że znalazłam przyczynę tych kłopotów. Chyba jest na tyle błaha, że 

dam sobie radę sama. Wszystko, co należało zrobić, to otworzyć dopływ mocy.

- Bardzo dobrze, CN-935. - Rahilly zasalutował w stronę tytanowej kolumny Nancii. - 

Pozostałe formalności papierkowe zakończymy w ciągu jednego dnia i ty oraz pilot Caleb będziecie 

mogli szykować się do nowego zadania. Właściwie to jedno już jest. W Centrali będą zadowoleni, 

że nie muszą czekać, aż wybierzesz sobie pilota.

Wyszedł po ostatnich słowach i Nancia była mu za to wdzięczna. Caleb rozglądał się po 

kabinie z wyrazem twarzy, którego Nancia nie rozumiała.

Jeśli chciał się na nią wściekać, że działała za jego plecami, to zapewne dowie się o tym 

teraz, kiedy zostali sami.

-   Ja...   nic   rozumiem   -   odezwał   się   wolno.   -   Nie   czekasz,   aby   wybrać   nowego   pilota? 

background image

Zamierzasz znów polecieć samotnie?

- Nic bardziej mylnego - odpowiedziała Nancia. - Mam dość podróżowania solo, serdeczne 

dzięki. Odkryłam, że o wiele bardziej wolę podróżować z partnerem.

- Więc...

- Czy nie słyszałeś, co on mówił? Od teraz jestem CN-935. Zdecydowałam, że komputer w 

Centrali   miał   rację   -   oświadczyła   Nancia,   starając   się   nadać   swemu   głosowi   spokojne   i 

zrównoważone brzmienie. - Stanowimy bardzo dobrą drużynę.

Caleb wciąż milczał i Nancia zaczynała mieć pewne obawy.

- Jeśli... oczywiście ci to odpowiada.

- Odpowiada! Od-po-wia-da. Odpowiada! - wybuchnął Caleb. - Ta kobieta przywraca mi 

życie... na dodatek jest perfekcyjnym partnerem-mózgiem i chce wiedzieć, czy to mi odpowiada? 

Ja... Nancia... och, poczekaj minutkę, dobrze? Muszę coś zrobić, zanim przywrócisz moc nadawczą 

w kanałach.

Pospieszył do swojej kabiny, prawdopodobnie po to, by skasować podanie o pracę, którego 

stworzenie zabrało mu tyle czasu, a Nancia pozwoliła sobie na mały, roziskrzony pokaz gwiazd i 

komet na trzech szerokich ekranach.

Lepiej nie mogło być. Nancia, powtórzyła w duchu. W końcu nazwał mnie Nancią.

background image

ROZDZIAŁ VI

Angalia, rok 2750 czasu Światów Centralnych

Blaize

Kiedy   Blaize  Armontillado-Perez   y   Medoc   opuścił   pokład   XN-935,   z   niedowierzaniem 

rozglądał   się   po   swoim   nowym   domu.   Wierzchołek   płaskowyżu,   który   posłużył   Nancii   za 

lądowisko, był jedynym fragmentem stałego gruntu w okolicy. Za płaskowyżem znajdowała się 

ściana kruchych, prawie pionowych skał, których ostre szczyty zasłaniały poranne słońce. Długie, 

czarne   cienie   gór   kładły   się   ukośnie   na   płaskowyżu   i   sięgały   morza   oślizłego   mułu,   które 

przypominało Trzęsawisko Rozpaczy, żywcem wyjęte z ostatniej wersji SPACED OUT. Jedyne 

urozmaicenie w brązowym morzu stanowiły w kilku miejscach duże, leniwe bąble, tworzące się z 

mazi i pękające z siarczanym wyziewem. Na samej krawędzi płaskowyżu, wsparte dźwigarami i 

niebezpiecznie wysunięte nad Trzęsawisko Rozpaczy, znajdowało się szare zadaszenie magazynu 

prefabrykatów. Brązowe, pękate worki, ostemplowane znakami Planetarnej Pomocy Technicznej, 

zwisały na hakach po jednej stronie budy, kołysząc się tuż nad morzem mułu. Na odcinku w pobliżu 

Blaize'a dach z syntetycznego tworzywa przedłużony  był czymś w rodzaju tkanych płacht, które 

stanowiły  załamującą   się   osłonę.   Pod   tym   schronieniem   rozsiadł   się   ogromnie   tłusty  człowiek 

ubrany tylko w mokre od potu spodenki. Blaize westchnął i podniósł dwa najbliżej leżące bagaże.

Chwiejąc się lekko z powodu silniejszego przyciągania niż na statku, udał się w kierunku 

otyłego zarządcy Angalii.

- Asystent techniczny PPT Armontillado-Perez y Medoc, proszę pana - przedstawił się. Kim 

jest ten facet? Musi być pewnie jednym z górników w kopalni corycium. Oni są jedynymi ludźmi na 

Angalii, oprócz oczywiście...

- Dobry dzionek, kochasiu - powiedział serdecznie spocony mężczyzna podobny do góry. - 

Nigdy w życiu nie byłem bardziej zadowolony z czyjegoś widoku niż teraz. Mam nadzieję, że ci się 

tu spodoba.

- Aha, Harmon, zarządca 11. stopnia? - zgadywał Blaize. Poza tym mój nowy szef.

Ostry alkoholowy odór prawie zwalił go z nóg.

- Czy widzisz tu kogokolwiek innego, dzieciaku? Jak sądzisz, kim jestem?

- Kopalnianym...

- Kopalnia padła. Nie funkcjonuje. Porzucona. Kaput. Wszystko się rozleciało, paskudztwo. 

- Zarządca 11. stopnia Harmon powiedział to z satysfakcją. - Zbankrutowała. Właściciel sprzedał mi 

kopalnię za alkohol, zanim sam się wycofał.

- Co się stało?

background image

- Praca. Przedsiębiorstwo nie potrafiło utrzymać tutaj górników ani dla miłości, ani dla 

pieniędzy. To nie dlatego, że im oferowano wiele miłości - ale nawet górnik z kopalni corycium nie 

jest  aż  tak  zdesperowany,   aby  próbować  dogadać  się z  Luzakiem,  hę,  hę,  hę.  - Następna  fala 

alkoholowych wyziewów dotarła do Blaize'a.

- Luzakiem?

- Homosimilis Lucilla Angalii, jak dla ciebie, mój mały. Te vegańskie głowy odkryła Lucilla 

Sharif, niech będzie przeklęta jej dusza, i zarejestrowała jako prawie inteligentne, niech będzie 

podwójnie przeklęta. I teraz za jej grzechy musimy siedzieć tu i zarządzać dostawami Planetarnej 

Pomocy Technicznej dla bandy chodzących cukiń. To było jedyne moje zajęcie, od kiedy zamknięto 

kopalnię.  A  przez   następnych   pięć   lat   będziesz   to   robił   ty.   Kolejny   transport   PPT,   który   tu 

przybędzie, zabiera mnie z planety. - Harmon spojrzał zazdrośnie na smukły kształt XN-935; jego 

dziób połyskiwał teraz w słońcu, które świeciło nad postrzępionymi górami. - Niezły transport 

macie, wy, dzieciaki z wielkich rodów. Taki statek! Nie sądzę, abym mógł go namówić...

- Wątpię w to - powiedział Blaize. 

Harmon głośno zachichotał.

- Nie, chyba na to nie wygląda. Sposób, w jaki wysiadłeś, wrzeszcząc przez ramię, i ten twój 

bagaż   wyrzucony   za   tobą...   Musiałeś   nieźle   coś   spieprzyć.   Nieważne.   Następny   statek   z   PPT 

powinien   przybyć   lada   dzień,   a   do   tego   czasu   mój   nowy   przydział   powinien   być   gotowy.   - 

Przeciągnął się leniwie, łyknął z butelki i westchnął z wyraźnym zadowoleniem- - Tak mi się zdaje, 

że zasłużyłem sobie na długą, miłą podróż do Centrali z wysoką wieżą biurowca, klimatyzacją i 

służbą, gdzie nie musisz zwracać cholernej uwagi na cholerną przyrodę, chyba że masz ochotę 

wyjrzeć sobie przez okno. Siądź sobie, panie y Perez, i nie rób takiej nieszczęśliwej miny. Odwal 

swoje pięć lat, a może wtedy odeślą cię na powrót do cywilizacji. Masz szczęście, że przyleciałeś 

właśnie teraz.

- Naprawdę?

Słońce dotarło już ponad góry i na płaskowyżu było bardzo gorąco. Blaize przesunął swój 

największy pakunek w cień, pod wiatę, i usiadł.

- Jasne. Dzisiaj jest pora karmienia w zoo. Luzaki przygotują prawdziwe przedstawienie dla 

ciebie, o, tak.

Harmon kiwnął ręką, jakby chciał przywołać skałę górującą nad nimi, aby zeszła do nich. 

Blaize obserwował z zaskoczeniem, jak poszarpane fragmenty góry odłamują się i koziołkują w dół 

na płaskowyż, trzęsąc się jak zwariowane marionetki posklejane z kawałków skał i drutów. Dziwne 

ubrania - nie, oni byli nadzy. To, na co patrzył, to była ich skóra!

- Hurra! Czas karmienia! Ho, ho! - Harmon jodłował, jednocześnie pociągając za sznur, 

który biegł wzdłuż magazynu PPT.

background image

Jeden   z   worków   zwisających   nad   błotnistym   zbiornikiem   otworzył   się   i   brunatnoszare 

porcje cegiełek rozsypały się obfitym strumieniem, piętrząc się w błocie poniżej płaskowyżu.

Luzaki podbiegły do jego krawędzi i spuszczały się do mazistego morza, wbijając palce rąk 

i   stóp   w   skalne   szczeliny.   Te   stwory,   które   znalazły   się   pierwsze   na   dole,   rzucały   się   na 

przydziałowe cegiełki, jakby witały się z dawno utraconymi kochankami; następnie wykonując 

mnóstwo  nie  skoordynowanych  ruchów,  próbowały  dostać  się   do  błotnistej  kupki  racji.   Blaize 

poczuł narastające od stóp drżenie, które powoli ogarniało go całego.

- Uważaj! - wrzasnął Harmon. 

Blaize podskoczył, a Harmon zachichotał.

- Przypuszczam, że cię wystraszyłem, dzieciaku. Myślę jednak, że nie chciałbyś stracić 

następnego pokazu na Angalii. - Wskazał na zachodni horyzont, który zdawał się poruszać.

To była ściana wody, nie - błota, nie - Blaize rozpaczliwie szukał właściwego słowa i żadne 

nie przyszło mu do głowy oprócz tego, które objawiło mu się pierwsze - maź.

Luzaki zignorowały wszak Harmona, jakby były głuche, ale coś - może dudniące drżenie, 

które czuł Blaize - zaalarmowało te, które ciągle były na powierzchni trzęsawiska. Wspinały się po 

zboczach płaskowyżu, ściskając swoje porcje cegiełek w zębach i w palcach. Ostatni usunął się 

właśnie z drogi tuż przedtem, nim napływająca fala mazi uderzyła w płaskowyż.

Cała  ta desperacka i wstydliwa  konsumpcja  odbywała się w zupełnej  ciszy.  Teraz,  trzy 

minuty później, było już po wszystkim, a płaskowyż otaczała zasysająca, śliska fala mazi. Jak 

Blaize zaobserwował, przypływ wycofywał się, ześlizgując się po zboczach płaskowyżu aż do 

chwili, kiedy nowe błoto nie rozpłynęło się w taką samą klajstrowatą konfigurację kałuż i bąbli, 

jaka przywitała go po przyjeździe.

- To był niewielki przypływ - stwierdził Harmon z żalem. - No cóż, prawdopodobnie będą 

lepsze, zanim stąd wyjedziesz. Właściwie to całkiem możliwe.

Odpowiadając na pytania Blaize'a, wytłumaczył bez zbytniego zainteresowania, że wskutek 

zawirowań   klimatycznych   na   Angalii,   w   górach   otaczających   ten   centralny   basen   padały   w 

zmieniających się cyklach ulewne deszcze, którym towarzyszyły burze z piorunami. Kiedy burze 

występowały przez jakiś czas w jednym miejscu, wówczas wywoływały powódź, która przetaczała 

się przez równinę, zabierając ze sobą błoto i zmiatając z powierzchni wszystko, co było na tyle 

głupie, aby stać na jej drodze.

- Formowanie gleby - rozmyślał głośno Blaize. - Tamy do powstrzymywania opadów i 

powolnego uwalniania ich...

- Drogie i kto  by się tam wysilał. Tutaj wszystko jest nieopłacalne. Poza tym - wyjaśnił 

Harmon - to wielka radocha. Mogę cię zapewnić, że nie ma tu nic lepszego do oglądania.

Blaize   zorientował   się,   że   jedną   z   uciech   Harmona   stanowiło   przewidywanie   czasu 

background image

błotnistych powodzi tak, żeby mógł nakarmić tubylców tuż przed nią, zmuszając ich do tłoczenia 

się najpierw po porcję cegiełek, a później, do ratowania się od fali błota.

- Czy to nie najbardziej przeklęte stworzenia? - spytał, podczas gdy skałopodobni tubylcy 

wspinali się z powrotem na swoje górskie wyżyny, chwytając czasami kilka porcji cegiełek na 

zapas i przeżuwając ostatnie kęsy karmy. - Czy widziałeś kiedykolwiek coś takiego?

- Nigdy - przyznał Blaize. Czy te... te Luzaki głodują? Czy to dlatego ich skóra tak luźno  

zwisa? Czy jest to może ich normalny wygląd? Jak tej opasłej, nędznej kreaturze uchodzi na sucho  

zmuszanie ich do takiego poniżającego przedstawienia?

- Wiem, co sobie myślisz, port-wine-y-Medoc - powiedział grubas. - Poczekaj jednak, aż 

posiedzisz   tu   sześć   miesięcy,   zapomnisz   wtedy   o   przepisach   PPT   dotyczących   respektowania 

godności tubylców i tych wszystkich bzdurach. Przeklęte Luzaki i tak nie mają żadnej godności, 

którą trzeba uszanować. Są chmarą zwierzątek. Nigdy nie powstało tu rolnictwo, nie wynaleziono 

ubiorów, nie rozwinął się nawet język.

- Ani kłamstwa - skomentował Blaize.

- Co? - Przez moment Harmon wyglądał na przestraszonego, a później zachichotał i zasapał 

z uciechy. - Jasne. Nie ma języka, nie ma kłamstw - tak czy siak  trzeba im to oddać! Oni nie są 

ludźmi,   młody   roczniku   Clareta-Medoca.   Ta   cała   operacja   to   strata   nakładów,   błąd   jakiegoś 

urzędasa. Pomaga tylko tym vegańskim głowom w rozmnażaniu. Jakby się kto pytał, to należałoby 

się stąd wycofać i pozwolić im zdechnąć z głodu.

- Może mogliby pracować w kopalni po przeszkoleniu? - zasugerował Blaize. 

Harmon prychnął.

- Tak, jasne. Słyszałem, że w dawnych czasach jacyś więźniowie zabawiali się trenowaniem 

swoich szczurów, aby biegły im na posyłki. Dzieciaku, już to prędzej by ci się udało niż nauczenie 

czegokolwiek Luzaka. Mówię ci, są tylko trzy rodzaje uciechy w Angalii: czas karmienia Luzaków, 

pora picia dla mnie i gry komputerowe. Przeszedłem już każdy przeklęty poziom LABIRYNTU 

MINOTAURA tyle razy, że nie mogę na niego patrzeć.

Blaize pomacał kieszeń. Nagranie przyjacielskiego zakładu nie było jedyną rzeczą, jaką 

skopiował na dyskietkę z pokładowego komputera Nancii.

- Czy to twój komputer?

- Teraz twój sake-Armontillado - przerwał mu Harmon z wesołym beknięciem. - Własność 

PPT.

- Czy ma wystarczająco pojemną pamięć, aby pomieścić SPACED OUT? - spytał Blaize. - 

Przypadkowo mam kopię ostatniej jej wersji. Wersji testowej, nawet nie jest jeszcze w sprzedaży w 

Centrali. - Mrugnął do Harmona.

- Czy to  prawda?   - Harmon  zerwał  się  na  równe  nogi.  -  Chodź do  środka,  szampanie 

background image

burgundzki. Spędzimy czas na małej, przyjacielskiej rozgrywce, zanim przybędzie tu mój transport. 

- Podrapał się po nagim torsie, zerkając na Blaize'a z resztkami myślącego wyrazu na twarzy. - 

Musimy ustalić jakieś stawki oczywiście. To żadna zabawa grać o nic.

- Jestem dokładnie tego samego zdania - zgodził się Blaize.

- Prowadź.

Pięć dni później, tak jak to było w planie, wylądował transportowiec PPT, aby dostarczyć 

nowe zapasy i zabrać Harmona w trwającą kilka miesięcy podróż FTL-em do jego nowego miejsca 

przeznaczenia.   Blaize   został   z   Luzakami   i   swoją   wygraną:   dwoma   częściowo   opróżnionymi 

butelkami   szafirowej   ruiny,   ręcznie   tkanym   słonecznym   kapeluszem   Harmona   i   tytułem   do 

porzuconej kopalni corycium.

Podprzestrzeń Deneba, rok 2750 czasu Światów Centralnych

Nancia i Caleb

- To - powiedział Caleb, kiedy on i Nancia opuszczali bazę kosmiczną na Denebie - było 

jedno z najbardziej satysfakcjonujących zadań.

- Na całą dużą liczbę dwóch - drażniła go Nancia. Zgadzała się z nim jednak. Ich pierwszy 

planowy wypad z Centrali - dostarczenie środków medycznych do nowo powstałej kolonii - był 

wart zachodu, ale nie niósł ze sobą wyzwania. Zgadzali się również co do obecnego zadania: 

transportu jakiegoś na pół emerytowanego generała, następnego przedstawiciela arystokracji, w 

samo centrum szczególnie paskudnego konfliktu pomiędzy osadnikami z Centralnych Światów a 

handlarzami z Capellana. Jednak kobieta-generał Micaya Questar-Benn okazała się zupełnie kimś 

innym   niż   “dobrze   urodzone",   zepsute   dzieciaki,   które   Nancia   zabrała   do   podprzestrzeni  Vegi 

podczas jej pierwszego zadania. Niska, kompetentna, niewymagająca pani generał podbiła serce 

Caleba głęboką wiedzą na temat kompleksowej historii Vegi. Większość czasu w trakcie krótkiej 

podróży na Deneba pani generał spędzała na rozmowach z Nancia; połowa części ciała pani generał 

i kilka jej głównych organów było implantami cyborga. Interesowało ją udoskonalenie funkcji jej 

wątroby przez wstawienie jednego z nowocześniejszych metachipów. Metachipy takie pozwalały 

Nancii zachować w zdrowiu fizyczne ciało wewnątrz jej pancerza. Nancia nic przypuszczała, że 

będzie kiedykolwiek rozmawiać na tak intymne tematy, a co dopiero z wysokiej rangi oficerem. Ale 

coś w bezpretensjonalnym zachowaniu pani generał Questar-Benn sprawiało, że osobiste rozmowy 

z nią były łatwe i bezpieczne. Nancia nie zdziwiła się specjalnie, kiedy dowiedziała się, że zanim 

ona i Caleb zdążyli przygotować się do podróży powrotnej, pani generał Questar-Benn zdołała 

nakłonić przeciwników do negocjacji i wypracowała porozumienie, które pozwalało wierzyć każdej 

ze stron, że wygrała.

background image

- A ja już myślałem, że podżegamy do wojny, przywożąc tutaj kogoś, kto jest władny wysłać 

ciężko uzbrojone dywizje - mówił Caleb.

Nancia zachichotała.

- W tej galaktyce wystarczyłoby kilku takich ,,podżegaczy wojennych", jak Micaya Questar-

Benn. Czy mój partner jest gotowy do wejścia w Osobliwość? Centrala powinna mieć już dla nas 

nowe zadanie.

Bahati, rok 2751 czasu Światów Centralnych

Alpha

Alpha   bint   Hezra-Fong   spoglądała   z   niesmakiem   na   wijące   się   ciało   obiektu   jej 

eksperymentu.   Co   zrobiła   źle?   Molekularne   warianty   blissto,   które   przygotowywała,   powinny 

wyciszać pacjenta i czynić go powolnym. Ten natomiast wyginał członki i jęczał, próbując zerwać 

przytrzymujące go na noszach pasy.

Alpha   zacieśniała   pasy  i   kiedy   pacjent   przestał   się   szamotać,   przejechała   mu   po   czole 

medycznym   skanerem.   Zmarszczyła   brwi   na   widok   rezultatów.   Zamiast   powodować   wzrost 

łagodzących   hormonów,   blissto   rev.2   atakowało   i   umiejscawiało   się   w   systemie   nerwowym 

pacjenta jak rak, który się wymknął spod kontroli.

- Cholera, nie mam na to czasu - mruknęła. 

Szybko rozważyła różne możliwości. Gdyby zdołała utrzymać pacjenta przy życiu przez 

kilka dni, może byłaby w stanie odkryć przyczynę tego agresywnego ataku specyfiku i znaleźć 

sposób, aby ten proces zatrzymać. Ale jeśli ktokolwiek zapyta o jej pracę...

Konwulsje człowieka nasilały się. Jedna noga uwolniła się spod wzmocnionych pasów i 

dziko kopała.

- Zbyt niebezpieczne - zdecydowała Alpha.

Przycisnęła hipospray do szyi mężczyzny i obserwowała, jak jego ciało wgniata się w nosze. 

Przewrócił oczami do góry i szamotanie ustało. Ustały też wszystkie inne ruchy.

Alpha miała już przygotowane papiery na taką ewentualność. Dyrektor kliniki był starym 

głupcem,   zbyt   leniwym,   aby   sprawdzać   jej   raporty;   nikt   inny   nie   ośmieliłby   się   pytać   ją   o 

cokolwiek. Pacjent z opieki społecznej B.342.IV zostanie odnotowany jako zmarły na atak serca z 

powodu przewlekłej choroby, której nie zdążono w klinice wyleczyć.

Jedyny kłopot stanowił fakt, że to była trzecia już taka śmierć w ciągu roku, od kiedy Alpha 

rozpoczęła testy z udoskonaloną wersją blissto. O ile nie ustali odpowiedniej dawki narkotyku, to 

prędzej   czy   później   ktoś   zauważy   raporty   o   szeregu   identycznych,  nagłych   zgonów   i   zacznie 

zadawać pytania.

background image

Alpha   poważnie   rozważała   powrót   do   eksperymentów   na   królikach.   Tylko   że   klatki 

królików   śmierdziały,   a   opieka   nad   tymi   bestiami   wymagała   dużo   pracy  i   zachodziło   większe 

prawdopodobieństwo, że jej nagłe zainteresowanie zwierzętami wywoła pytania. Będzie musiała 

wymyślić   jeszcze   kilka   innych   przyczyn   nagłych   zgonów   w   skrzydle   opieki   społecznej.   Mała 

zmiana w dokumentacji pomoże zatuszować te niefortunne wypadki.

Podprzestrzeń Procyona, rok 2751 czasu Światów Centralnych

Caleb i Nancia

- To jest nudne - narzekała Nancia, obserwując jak robotnicy na Szatmar II rozładowywali 

skrzynki ze szczepionką, które tu wspólnie z Calebem przetransportowali.

-  Trzeba   dopilnować,   aby   szczepionki   dla   dzieci   podawano   regularnie   -   powiedział   jej 

Caleb.

- Tak, ale trudno tu mówić o pilnym przypadku. Przynajmniej nie stałby się takim, gdyby 

PPT prowadziło swoje rejestry na bieżąco.

Gdzieś   tam   przerażony  biurokrata   odkrył,   że   jakiś   niekompetentny  urzędas   o   nazwisku 

Harmon,   pracujący   dla   PPT   na   terenie   Światów   Centralnych,   zapomniał   wysłać   zeszłoroczne 

dostawy   szczepionki   do   wszystkich   klientów   PPT   -   planet   w   podsystemie   Procyona.   W 

konsekwencji Nancii i Calebowi wypadła przedłużona podróż po tym podsystemie i dystrybucja 

szczepionek przeciw odrze i szkarlatynie w kilku tuzinach osiedli na porozrzucanych planetach.

- Mam poważny zamiar porozmawiać z moją siostrą o tym idiocie Harmonie - narzekała 

Nancia. - Jinevra nigdy nie pozwoliłaby na takie zaniedbanie na swoim odcinku w PPT. Może 

zdołałaby przekonać Centralę, aby przeniosła Harmona do miejsca, gdzie nie mógłby już nikomu 

szkodzić?

-   Chyba   nie   myślisz   poważnie   o   wykorzystywaniu   swoich   powiązań   rodzinnych   dla 

prywatnych celów?

Caleb   był   zszokowany.   Nancia   natychmiast   usprawiedliwiła   się,   iż   nie   zdawała   sobie 

sprawy,   że   pozbycie   się   niekompetentnego   biurokraty   mogło   uchodzić   za   “osobiste   korzyści". 

Jednak   Caleb   bezsprzecznie   miał   rację.   Czuła   się   winna,   kiedy   robił   jej   wykłady   na   temat 

konsekwencji   bycia   zarozumiałym   i   oczekiwania   wyłącznie  na   wspaniałe   zadania.   W   tym 

przypadku również miał rację. Specyfika tej służby polegała nie tylko na tym, aby docierała tam, 

gdzie jej potrzebowano, ale również, aby robiła to chętnie i radośnie.

Nancia zamknęła luki w ładowni i próbowała cieszyć się ze startu po następną dostawę 

szczepionki.

background image

Bahati, rok 2752 czasu Światów Centralnych     

Darnell

Darnell   rozparł   się   w   swoim   wyściełanym   krześle   i   uruchomił   wewnątrzbiurowy 

przekaźnik.

- Możesz tu przysłać teraz Hopkirka, moja cudowna Julitto.

- Och, pan Overton-Glaxely! - zachichotała z zachwytu Julitta.

Darnell   włączył   ekrany   podwójnego   przekazu   i   rozkoszował   się   teraz   obrazem   swojej 

sekretarki.   Na   górnym   ekranie   widać   było   promieniejącą   z   zachwytu   Julittę,   która   bawiła   się 

ładnymi   słomkowymi   lokami.   Niższy   ekran   ukazywał   jej   kształtne   nogi   krzyżujące   się   i 

rozchodzące nieustannie pod biurkiem. Darnell zauważył z przyjemnością, że halka Julitty uniosła 

się prawie do pasa. Jaka czarująca, ruszająca się mała “laleczka".

Darnell uważał Julittę za jedną z zabawek w swoim biurze o szklanych ścianach. Podobnie 

zresztą   jak   drugi   ekran,   o   którym   sekretarka   nie   wiedziała,   czy   stymulator   drgań   w   swoim 

dyrektorskim krześle lub wreszcie widok na Bahati z okien gabinetu. Według Darnella były to 

profity należne Człowiekowi, Który To Wszystko Stworzył.

Pozwolił Hopkirkowi czekać niezgrabnie przed biurkiem, kiedy kontemplował z równym 

zachwytem swój nagły sukces, zdecydowane plany co do Julitty, widok jej nóg i fakt, że Julitta nie 

wiedziała nic o istnieniu drugiego ekranu.

-   Hopkirk,   mam   dla   ciebie   robotę   -   polecił   Darnell.   -  Wydajność   produkcji   w   fabryce 

wyrobów szklanych spadła o trzy tysięczne procenta w ostatnim miesiącu. Chcę, abyś tam dotarł i 

zdał mi raport o czynnikach, które na to wpłynęły.

- Tak, panie Overton-Glaxely - wydukał człowiek o nazwisku Hopkirk.

- Zapewne wpływ na to ma wyczerpanie pracowników z powodu kiepskiego projektu taśmy 

produkcyjnej - kontynuował Darnell.

O, to już brzmiało lepiej; przez ciało Hopkirka przebiegł skurcz bólu. Sześć miesięcy temu 

ten człowiek posiadał i zarządzał firmą OG-Glimware, w której produkowano dobrej jakości szkło 

pryzmatyczne na luksusowe rynki. I zarządzał nią cholernie słabo. To miejsce i tak by szybko 

zbankrutowało nawet bez ingerencji Darnella. Teraz przynosiło zyski i stanowiło chociaż niewielki 

dodatek do dochodów Darnella z rewitalizowanego OG Shipping i innych przedsiębiorstw.

- Jakieś pytania, Hopkirk? - rzucił Darnell, jako że człowiek pozostał na miejscu, zamiast 

spieszyć się do wykonania zadania.

- Zastanawiam się, dlaczego zrobił pan to w ten sposób - powiedział Hopkirk.

- Zrobiłem w jaki sposób? 

Hopkirk wzdrygnął się.

background image

- Obaj dobrze wiemy, że Fabryka Wyrobów Szklanych Hopkirka poradziłaby sobie świetnie, 

gdyby pan nie manipulował siecią, obniżając ceny i tym samym odcinając dla mnie kredyty.

- To zależy od punktu widzenia - odrzekł Darnell. - Przyznaj, Hopkirk. Jesteś inżynierem, a 

nie menedżerem i nie miałeś pojęcia, jak prowadzić przedsiębiorstwo. Rozpadłoby się w końcu tak 

czy inaczej. Ja mu tylko udzieliłem wsparcia.

- Dlaczego jednak zrobił pan to w ten sposób? - kontynuował Hopkirk. - Dlaczego mnie pan 

zrujnował, kiedy mógł pan kupić to przedsiębiorstwo za uczciwą cenę i nadal czerpać zyski?

Darnell był zadowolony, że ten człowiek nie oponował przeciwko głównemu zarzutowi. Był 

niekompetentnym menedżerem i wiedział o tym.

- Jest  pan wspaniałym   człowiekiem interesu  - mówił  dalej   Hopkirk. -  Niech  pan  tylko 

spojrzy, jak pan przemienił OG Shipping w ciągu roku!

Z   małą   pomocą   moich   przyjaciół...   Darnell   zdusił   tę   myśl.   Jasne,   umiejętność   Polyona 

przedostawania się do sieci i zdobywania wcześniejszych informacji była bardzo użyteczna. Prawdą 

było również to, że Darnell odkrył w sobie talent do efektywnego działania. Odcinanie martwych 

gałęzi, zwalnianie niekompetentnych, leniwych i tych, których praca nie przynosiła wyników oraz 

tych, którzy wszystko wiedzieli. To były nowe myśli przewodnie Darnella. Ci, których zwalniano, 

mówili o panowaniu terroru, a ci, którzy pozostali, nie mieli odwagi nic mówić. I tak OG Shipping 

prosperowało... znów pozwalając Darnellowi świetnie się bawić.

Była tam również Julitta oraz nieskończona liczba takich jak ona. Jednak Darnell stwierdził, 

że żadna chętna dziewczyna nie była w stanie dostarczyć  takiego dreszczyku emocji, jak jego 

manipulacje w interesach.

Traktował Hopkirka poważnie. Ten człowiek nie miał ochoty go obrazić; może rzeczywiście 

chciał zrozumieć pracę wspaniałego umysłu Darnella Overtona-Glaxely'ego. Zasługiwał na uczciwą 

odpowiedź.

- Pewnie, mogłem to zrobić wprost - powiedział w końcu. - Trwałoby to trochę dłużej, nie 

ma  wątpliwości, ale - mrugnął  do Hopkirka - nie  byłoby takie zabawne... i w ten  sposób nie 

pracowałbyś dla mnie, prawda? Zabierz się do roboty, Hopkirk. Mam dla ciebie nowe zadanie, jak 

wrócisz.

Teraz, kiedy prawie zdradził Hopkirkowi, że korzystał z sieci nielegalnie, Darnell uważał, że 

ten człowiek powinien odejść. Dobrze było go mieć przy sobie przez jakiś czas, wykorzystując go 

jako urzędnika czy posłańca, ale nie można było ryzykować zatrudniania niezadowolonych ofiar, 

które   mogłyby   porównać   swoje   spostrzeżenia.   Kiedy   zadba   już   o   OG   Glimware,   “nagrodzi" 

Hopkirka bezpłatnym pobytem w klinice Summerlands. Sieć oprócz innych spraw ujawniła, że 

pacjenci Alphy bint Hezry-Fong w części przeznaczonej dla opieki społecznej wykazywali wysoki 

wskaźnik umieralności. “Zasugeruje" Alphie, że będzie lepiej dla nich obojga, jeśli Hopkirk nigdy 

background image

nie wróci z kliniki. W ten sposób nikt nie będzie plotkował o powiązaniach Darnella z siecią. W 

zamian za to poprosi Polyona, aby  zajął się raportami w sieci, tak żeby nikt nie mógł zadawać 

niewygodnych pytań na temat liczby pacjentów z opieki społecznej, których straciła Alpha.

Podprzestrzeń Achemar, rok 2752 czasu Światów Centralnych

Caleb i Nancia

-   Zastanawiam   się,   czy   uda   mu   się   tu   cokolwiek   rozstrzygnąć   -   powiedziała   Nancia   z 

namysłem,   podczas   kiedy   razem   z   Calebem   obserwowała   odbiór   ostatniej   dostawy   w   bazie 

Achernar na Charonie.

Niski,   szczupły  człowiek,   którego  wieźli  tutaj   przez  pół   galaktyki,  nie   robił  wiele,  aby 

przejąć inicjatywę w czasie swojego pierwszego spotkania z przedstawicielami władz na Charonie. 

Stał po prostu na lądowisku, wysłuchując powitalnych mów i odbierał bukiety kwiatów.

-   To   nie   nasza   sprawa   -   przypomniał   jej   Caleb.   -   Rozkaz   Centrali   brzmiał:   zabierzcie 

niezależnego agenta dyplomatycznego Foristera na Charona i zróbcie to szybko. Nie kazali nam 

oceniać jego pracy. Poza tym czeka nas następne zadanie.

Czy nie jest tak zawsze? Mała grupka nadętych oficjeli, którzy otaczali Foristera, oddalała 

się teraz, zostawiając wolne pole, aby Nancia mogła wystartować.

- To tylko dlatego, że chciałabym mieć poczucie, iż coś osiągnęliśmy - użalała się w czasie, 

gdy Caleb zapinał pasy przed startem. - Odniosłam wrażenie, że cała ta sytuacja im Charonie 

wymagałaby kogoś bardziej zdecydowanego. Kogoś takiego jak tatuś, na przykład.

Javier Perez y de Gras, nieugięty, rozumnie i konsekwentnie przeprowadzający własną wolę, 

szybko   uporałby   się   z   siedmioma   skłóconymi   frakcjami   na   Charonie,   ciągłą   wojną   pomiędzy 

partyzantami Tranphonu i wszystkimi siedmioma tymczasowymi rządami. Pracowałby w każdej 

wolnej chwili na urządzeniach pokładowych Nancii, przygotowując swój nalot na Charończyków; 

zapoznałby   się   z   każdym   najdrobniejszym   szczegółem   konfliktu   i   nakłamałby   do   ustępstw 

głównych napastników.

A Forister spędził trzy dni na czytaniu starożytnych książek, nawet nie dysków, opisujących 

jakąś wojnę na Starej Ziemi, która musiała być zbyt mała, bo nie utrwalono jej w przekazach 

komputerowych. Natomiast kiedy nie czytał o tym miejscu, zwanym Wietnamem, tracił czas na 

luźną,   przypadkową   rozmowę   z   nią   i   Calebem,   gawędząc   o   ich   rodzinach   i   wychowaniu,   ich 

nadziejach i marzeniach.

Był zbyt miękki, aby powstrzymać Charończyków od wojny, myślała Nancia pogardliwie.

background image

No cóż, Caleb miał rację - rezultaty nie były ich sprawą. Oni należeli do Służby Kurierskiej. 

Lecieli   tam,   gdzie   ich   wysyłano,   szybko   i   sprawnie.   Zatrzymywanie   się,   aby   zameldować   o 

niepowodzeniu misji, nie należało do zakresu ich obowiązków.

Bahati, rok 2753 czasu Światów Centralnych 

Fassa

- Nie możesz tak mnie zostawić!

Fassa   del   Panna   y   Polo   zatrzymała   się   przy   drzwiach   i   przesłała   kpiący   pocałunek   w 

kierunku bladego i beczułkowatego mężczyzny, który spoglądał na nią z bólem w oczach.

Dotknęła palcem prawej ręki swojej bransoletki - amuletu na nadgarstku. Było tam puste 

serduszko   z   wielokątnego   kawałka   drewna   o   odpowiednich   rozmiarach   dla   minidyskietki, 

zawierającej kontrakt tego głupiego biurokraty na przekazanie jej stacji kosmicznej na Nyota ya 

Jaha.

- Nasz interes jest zakończony.

Cały   ich   interes,   włączając   te   nudne   manewry   na   dywanie   z   syntetycznego   włókna. 

Przynajmniej nie trwało to zbyt długo. Ci starsi faceci mieli sny o potędze, ale niewiele mogli 

zdziałać, kiedy już nadarzyła się po temu okazja.

To już za tobą, kochasiu, a przyszłość należy do mnie.

Coś bardzo  niemiłego  wkradło się między jej triumfalne myśli; coś w rodzaju pytania, 

dlaczego czerpała tyle radości z moralnego niszczenia urzędnika państwowego na tyle starego, że 

mógłby być jej ojcem. Dostała to, czego chciała.

- Ale mieliśmy mieszkać razem. Miałaś rzucić tę zapapraną, niekobiecą pracę, teraz, kiedy 

masz dość pieniędzy, aby opłacić protezę metachipową dla swojej siostry. I mieliśmy osiąść w 

Summerlands.

Fassa roześmiała się głośno.

- Co? Ja? Miałabym spędzić swoje ostatnie sto lat u boku starego człowieka w domku dla 

emerytów   w   Summerlands?   Musiałeś   łykać   za   dużo   blissto,   mój   przyjacielu.   -   Przerwała   na 

chwilkę, aby jej odmowa dotarła do niego przed ostatecznym ostrzeżeniem. - I nawet niech ci do 

głowy nie przyjdzie, aby mnie wydać. Pamiętaj, masz więcej do stracenia niż ja. - Zawsze stawiała 

sprawę w ten sposób.

Kiedy wróciła do biura, czekała na nią niemiła niespodzianka. Właściwie dwie. Jedna była 

mniejsza. Jakiś dzieciak siedział wciśnięty w narożnikowe siedzenie, bawiąc się formularzami. 

Podania o zatrudnienie należało składać w innym biurze i dzieciak powinien być najpierw tam 

wysłany.

background image

Zanim   jednak   zdążyła   to   wyegzekwować,   jej   sekretarz   upuścił   głowę   i   przepraszająco 

poinformował ją, że Bank Kredytowy na Bahati życzył sobie dodatkowego odcisku dłoni, zanim 

ostatecznie wpłaci pieniądze na jej konto w sieci, przeznaczone na budowę stacji kosmicznej.

- To tylko formalność - sekretarz zacytował urzędników państwowych.

Fassa ściągnęła brwi, ale mężczyzna zapewniał ją, że nie ma się czym martwić. Inspekcja? 

Jaka inspekcja? Wszystko było już omówione i podpisane w bazie na Vedze - lub raczej przez tego 

zamroczonego, starego głupca, którego właśnie opuściła i który nawet nie postarał się o transport do 

stacji  i  pieszo   przemierzał   korytarze;   on   tym   bardziej   nie   wyznaczałby   wykwalifikowanego 

inżyniera do takiego zadania, jak szczegółowa inspekcja strukturalna.

- Właśnie im to powiedziałem - odezwał się sekretarz. - Jestem pewien, że to nie potrwa 

długo,   przecież   oddział   inżynieryjny   na   Vedze   podpisał   już   plany   wszystkich   elementów 

konstrukcyjnych. To tylko formalność - powtórzył. - Zdaje się, że wyszedł nowy przepis. Zanim 

Bank   Kredytowy  dokona   przelewu   gotówki,   zobligowany   jest   do   wysłania   jednego   ze   swoich 

niezależnych inspektorów, aby sprawdził, czy jakość naszych konstrukcji jest odpowiednia.

Nowy przepis... Cholera! Sądziłam, że wszyscy senatorzy na Bahati wzięli już swoją dolę.  

Czy ja wszystko muszę robić sama?

Fassa skrzywiła się na myśl o tym. To nic, prawodawstwem zajmie się później. Teraz będzie 

musiała zająć się jeszcze jednym głupcem, zwieść go i nakłonić, aby zapomniał o robieniu testów, 

które   ujawniłyby   jej   niepełnowartościowe   materiały.   Rozdrażniało   ją   to   tylko.   Nie   lubiła 

niespodzianek. W końcu będzie to jej następna minidyskietka do kolekcji.

Fassa zauważyła, że coś drgnęło w rogu i przeszkodziło jej to na moment w rozmyślaniach. 

Dzieciak na fotelu przeciągnął się i wstał ze składającego się siedziska. Nie teraz. Idź sobie. Mam  

inne rzeczy do przemyślenia.

- Panna del Parma y Polo?

No, nie taki dzieciak; dorosły mężczyzna, starszy od niej, ale niewiele. Fassa przyglądała 

mu   się   z   rosnącym   zadowoleniem.   Szerokie   ramiona,   długie   nogi   dobrze   prezentujące   się   w 

obcisłych spodniach capellańskich w psychodeliczne wzory, czarne włosy oraz oczy, których błękit 

podkreślały kreski namalowane ochrą do twarzy. Niezły paw z tego faceta, może go zatrudnię, 

nawet jeśli pominął biuro zatrudnienia. Kogo tam właściwie obchodzi, czy on potrafi coś robić? 

Potrzymam go przy sobie, żeby na niego popatrzeć.

- Sądzę, że powinienem się przedstawić. - Uśmiechnął się do niej i uścisnął jej rękę. - Sev 

Bryley, główny inspektor Banku Kredytowego. Spodziewam się, że praca z panią będzie prawdziwą 

przyjemnością, panno del Parma.

Podprzestrzeń CorCaroli, rok 2753 czasu Światów Centralnych

background image

Caleb i Nancia

Caleb uderzył  pięścią w dłoń i odmierzał krokami szerokość kabiny,  wydając gardłowe 

dźwięki. Zatrzymał się naprzeciwko purpurowej, metalowej obudowy z posrebrzanymi dekoracjami 

obwódkami i znów uniósł pięść.

- Nawet o tym nie myśl - ostrzegała go Nancia. - Skaleczysz sobie tylko rękę i uszkodzisz 

moje ładne malunki.

Caleb opuścił pięść. W kącikach ust igrał mu niepewny uśmiech.

- Nie mów mi, że podobają ci się te wzorki.

-  Nie,   ale   wydają   się   odpowiednie   do   naszej   roli.   Poza   tym   nie   zamierzam   wracać   do 

Centrali okaleczona, jakbym walczyła na pazury z kilkoma panienkami Dorga Jesena, dziękuję 

bardzo.

To była ich tajna misja. Caleb występował jako latorośl z wielkiego rodu, która chciałaby 

wejść w posiadanie udziałów w sekretnych dostawach metachipów Dorga Jesena. W zamian za nie 

Caleb   miałby   przekazać   królowi   porno   tajne   informacje   o   niektórych   jego   arystokratycznych 

klientach.

- To może być niebezpieczne - ostrzegł ich Rahilly leszcze w Bazie Centralnej. - Jesen nie 

lubi niewygodnych pytań. Starajcie się prowadzić rozmowy na pokładzie statku. Nancia, będziesz 

musiała bronić siebie i Caleba, o ile Jesen będzie czegoś próbował.

Tymczasem nie udało im się namówić Jesena, by choć raz spotkał się z Calebem na statku. 

Spojrzał tylko na obraz mięśniowca w wideokomputerze, wysłuchał sztywnej mowy, którą kazano 

mu wygłosić, i wybuchnął śmiechem.

- Spróbuj z innego końca, będzie zabawniej - urągał Calebowi. - A następnym razem jak 

Centrala zdecyduje się wysłać kogoś na przeszpiegi, to powiedz im, że nie może to być chłopczyk z 

Akademii, który mówi z vegańskim akcentem i który na dodatek przyleci statkiem mózgowym z 

upstrzoną kabiną centralną. Jeśli jesteście członkami wysokich rodów, to prędzej mi tu kaktus...

Nancia ucięła w tym miejscu wokalną transmisję.

- Może tajne misje nie są naszą mocną stroną? - powiedziała.

- Nienawidzę kłamstw i szpiegowania - potwierdził Caleb w zamyśleniu. - Powinniśmy 

odmówić wykonania tego zadania. - Spojrzał w górę z błyskiem nadziei w oczach. - Chyba że... czy 

coś złapałaś?

Nancia wykorzystała krótkie minuty wideofonicznego połączenia, aby wsunąć czujnik do 

prywatnego systemu komputerowego Jesena. Na tyle prywatnego, że nie miał nawet połączenia z 

siecią. Centrala przeoczyła fakt, iż Jesen mógł posiadać taki system poza oficjalnymi kontami, które 

przechodziły przez sieć, ale niczego nie można było zbadać, dopóki nie opuścili planety.

background image

- Nic - odrzekła. - Dostałam się do jego danych dotyczących akwizycji produktów, ale 

wszystkie metachipy na liście posiadają legalne numery kontrolne z bazy na Shemali.

Caleb znowu zacisnął pięści.

- Wobec tego dostałaś się nie do tych danych. Ktoś podrabia metachipy, a Jesen mógłby nas 

do niego zaprowadzić... On musi prowadzić trzy różne księgi. Sądzisz, że gdybym miał go znowu 

na widkomie...

Właśnie dotarła do Nancii transmisja, więc uruchomiła centralny ekran. Pojawiła się na nim 

wąska twarz Dorga Jesena.

- Przeprowadziłem prywatne dochodzenie - oznajmił prawie uprzejmie. - CN-935 unieś z tej 

planety swój kurierski zadek w ciągu piętnastu minut, a zapomnimy, że epizod ten miał w ogóle 

miejsce. W innym przypadku wyślę formalne zażalenie do Centrali, oskarżając ciebie i twojego 

mięśniowca o zastawianie pułapek.

- Nie możesz wygrać ze wszystkimi - Nancia próbowała udobruchać Caleba, kiedy byli już 

poza planetą w drodze powrotnej do Centrali. - Wiele rzeczy idzie nam dobrze. Kłamstwa po prostu 

się do nich nie zaliczają, to wszystko.

Ja jednak kłamię właśnie teraz, gdy nic nie mówię. Nancia przesłuchała nagrania, których 

dokonała   cztery   lata   temu   w   czasie   swojej   pierwszej   podróży.   Był   na   nich   Polyon   wesoło 

przedstawiający   swój   plan   przerzucania   metachipów   przez   komisję   i   sprzedaży   ich   takim 

nielegalnym przedsiębiorstwom, jak imperium porno Dorga  Jesena. Gdyby Caleb wiedział to, co 

ona, mógłby złożyć w Centrali raport, dzięki któremu polecieliby wprost na Shemali.

Tylko że... on by tego nie uczynił. W ciągu czterech lat ich partnerskiej współpracy Caleb 

nigdy nie zawahał się co do swoich zasad moralnych ani nie poszedł z nimi na kompromis. Nigdy 

nie zniżyłby się do wykorzystania nagrań poczynionych bez zgody lub wiedzy pasażerów. Straciłby 

też szacunek do Nancii, gdyby wiedział, czego dopuściła się w czasie tej pierwszej podróży.

Nancia   ze   smutkiem   zakończyła   przesłuchania   i   zwiększyła   pięciokrotnie   poziomy 

zabezpieczenia nagrania. Caleb nie może się nigdy dowiedzieć. Musi być jednak jakiś sposób, żeby 

skierować śledztwo na Shemali. Centrala nie powinna myśleć o fałszywych metachipach, a raczej 

zainteresować się więzienną fabryką.

Shemali, rok 2754 czasu Światów Centralnych 

Polyon

Za   pomocą   klawiatury   wbudowanej   w   fotel   Polyon   uruchomił   połączenie 

wideokomputerowe z Bahati.

- Klinika Summerlands. Alpha bint Hezra-Fong, prywatna transmisja, kod CX-22.

background image

Teraz jego wiadomości będzie mógł odczytać tylko ktoś posiadający dekoder CX-22.

- Alpha, moja kochana. Okazałaś się nieopierzonym żółtodziobem, donosząc, że skończyłaś 

badania nad seductronem. Próbka, którą mi przysłałaś, spowodowała, że jeden z moich głównych 

techników tak się zaprawił, iż nie nadaje się do żadnej użytecznej pracy. Nie mam pojęcia, kiedy 

przestanie wpatrywać się w swoje palce od nóg, więc lepiej sprawdź to szybko. Chyba że chcesz 

być następnym królikiem doświadczalnym. - Uśmiechnął się słodko do ekranu. - Wiesz, że mogę to 

załatwić.

Za pomocą tej samej techniki kodowej następną informację przekazał Darnellowi. W kilku 

słowach Polyon poinformował go, że nie należało tykać małego przedsiębiorstwa IntraManager 

wytwarzającego połączenia komputerowe, które Darnell chciał obecnie przejąć.

- Ono należy do mnie - powiedział uprzejmie. - Jestem przekonany, że nie przejąłbyś go, 

gdybyś   o   tym   wiedział.  A  przy  okazji,   czy  pokazywałem   ci   ostatnie   zdjęcia   linii   montażowej 

metachipów?

Musnął palcami klawiaturę i wywołał obraz z najniższych kręgów piekła: pracownicy w 

kombinezonach i maskach poruszali się wśród obłoków trującej zielonej pary. To była ostatnia, 

najbardziej niebezpieczna faza składania metachipów, kiedy bloki z wytłoczonym wzorem połączeń 

były wytrawiane poprzez szybkie zanurzenie w kuwetach z kwasem. Proces wytrawiania uwalniał 

gazową formę ganglicydu do atmosfery. Zanim przejął to Polyon, pracę tę z marnym skutkiem 

wykonywały   maszyny,   które   źle   odmierzały   głębokość   i   czas   wytrawiania,   upuszczały   płytki 

metachipów i szybko ulegały samodestrukcji w trujących oparach. Było to drogie i nieoszczędne. 

Natomiast   więźniowie   w   kombinezonach   ochronnych   mogli   przetworzyć   trzy   razy   więcej 

metachipów w jednym rzucie i umierało ich tylko kilku z powodu nieszczelnych kombinezonów.

- Widzisz tego trzeciego człowieka na lewo, Darnell? - mówił Polyon do wideokomputera, 

kiedy obrazy się przesuwały. - Należał kiedyś do wielkiego rodu. Teraz jest na Shemali jednym z 

montażystów. Widzisz, jak “wysocy" nisko upadają?

Na tym przerwał połączenie. Ukryta groźba bywała bardziej skuteczna niż bezpośrednia. W 

istocie   Polyon   nie   miał   pojęcia,   kim   byli   zamaskowani   pracownicy   przy   taśmie.   Więzienne 

szumowiny, których życie było niewiele warte. Nie mieli ani wykształcenia technicznego, ani nie 

byli na tyle ekonomicznie opłacalni, aby zatrudniać ich w bezpieczniejszych działach produkcji. 

Rzeczywiście, znajdował się tam również więzień pochodzący z arystokracji, którego skazano za 

serię odrażających zbrodni, między innymi za  torturowanie małych dzieci. Tak naprawdę Polyon 

nie miał złudzeń, że mógłby zamknąć Darnella za coś takiego i że ktokolwiek by w to uwierzył; 

każdy poznałby, że ten bogaty chłopak nie miałby sumienia nikogo torturować. Chyba jednak nie 

będę musiał; groźba wystarczy, aby Darnell trzymał się w ryzach.

Ostatni przekaz był do Fassy. Miał szczęście, że połączył się z nią osobiście. Polyon bawił 

background image

się świetnie na widok rozszerzających się oczu Fassy, kiedy wyjaśniał, jaki był nieszczęśliwy z 

powodu zawalenia się jego nowej hali montażowej. Było mu bardzo przykro, że Polo Constructions 

dostarczyło do budowy materiały o niskiej  jakości. Zapytał też, co powinien teraz zrobić, aby 

zagłuszyć w sobie poczucie straty i zawodu. Nie zdążył jednak wypowiedzieć wszystkich gróźb pod 

adresem Fassy i jej przedsiębiorstwa, kiedy dziewczyna przerwała mu i zaczęła go błagać, aby 

mogła odbudować halę, oczywiście za darmo. Polyon przyjął ofertę z wdzięcznością. Pozostała 

jeszcze jedna sprawa do załatwienia.

- Przyślij mi 4987832 - rozkazał nadzorcy. 

W   kilka   minut   później   przyszedł   do   biura   człowiek   o   bladej   twarzy   w   zielonym, 

więziennym kombinezonie roboczym. Uśmiechnął się poufale do Polyona.

- Przemyślałeś to, prawda?

- Możesz być tego pewien - zgodził się Polyon. Uśmiechnął się i wzruszył ramionami. - Nie 

mogę powiedzieć, żebym był szczęśliwy z tego powodu, ale - jak rozumiem - nie zostawiasz mi 

wyboru. Jesteś sprytnym facetem, 4987832. Kim byłeś przedtem?

-   Jamesem   Massonem   -   powiedział   więzień.   -   Dyrektorem   badań   w   firmie   Zectronix   - 

słyszałeś o nich? Nie? No cóż, to jest duża galaktyka. Tak się składa, że osobiście przewodniczyłem 

badaniom   nad   kształtem   metachipów.   Dlatego   udało   mi   się   rozpoznać   zmiany,   jakie   w   nich 

wprowadziłeś.

-   Moje   hiperchipy   będą   dwukrotnie   szybsze   i   silniejsze   w   działaniu   niż   stare   -   odparł 

Polyon. - One zrewolucjonizują przemysł. Nie potrzeba geniusza, aby się na tym poznać.

- To jednak nie wszystko, czego hiperchipy dokonają, prawda, de Gras-Waldheim? Przemysł 

nie jest jedyną dziedziną, która będzie musiała przejść... rewolucję.

Polyon nieznacznie pochylił głowę.

- Wypijesz ze mną szklaneczkę łodygowca, aby uczcić nasze plany?

Oczy Massona rozszerzyły się i oblizał wargi.

- No, no, nie piłem łodygowca od... od, no cóż, chyba od dziesięciu lat! Od czasu, kiedy się 

tu dostałem! Muszę przyznać, de Gras-Waldheim, że nie sądziłem, iż przyjmiesz nasze plany tak 

dobrze.

Polyon stał tyłem do Massona, kiedy nalewał łodygowca do dwóch połyskliwych szklanych 

kul z OG Glimware.

-  Wielu   facetów   chciałoby   zapewne   objąć   moje   udziały   w   tym   projekcie   -   wybełkotał 

Masson, przyjmując pucharek i wypijając jego zawartość. - Ale tak to już z wami arystokratami jest. 

Wiecie, jak godzić się z porażką. W końcu mała część to niewiele, jeśli pomyśleć o tym, co by się 

stało, gdybym zdradził zarządcy Lyauteyowi wszystkie szczegóły.

Połknął ostatnie krople łodygowca, jeszcze raz oblizał wargi, aby poczuć smak - i usiadł 

background image

wygodnie.   Był   lekko   oszołomiony,   jak   człowiek,   który   właśnie   wypił   swojego   pierwszego 

mocniejszego drinka od dziesięciu lat.

-   Tak   jak   mówiłem   -   powtórzył   Polyon.   -   Nie   zostawiasz   mi   wyboru   w   tej   sprawie. 

Przystajesz na końcowe warunki umowy, prawda Masson? Nikomu ani słowa.

- Ani słowa - zgodził się Masson. Mówił teraz nieco wolniej. - Nie chciałbym... żeby... 

ktokolwiek miał w tym udziały.

Jego   oczy   patrzyły   nieprzytomnie   w   przestrzeń,   a   na   twarzy   pojawił   się   narkotyczny 

uśmiech.

- Bardzo dobrze. Teraz, Masson, mam dla ciebie specjalne zadanie. - Polyon pochylił się do 

przodu. - Posłuchaj i powtórz! Zejdziesz do głębokich komór.

- Zejdę... do... głębokich... komór... - powtórzył jak komputer Masson.

- Chcę, abyś dokonał niespodziewanej inspekcji. Nie zapowiesz się.

- ... nie... zapowiem... się.

- Nie potrzebujesz kombinezonu ochronnego. 

Masson przytaknął i uśmiechnął się. Cała inteligencja zniknęła z jego twarzy. Polyon poczuł 

lekki żal. Ten człowiek był genialny; i byłby taki nadal, gdyby seductron przestał działać. Mógłby 

być użytecznym podwładnym, gdyby nie popełnił błędu i nie szantażował Polyona, ale w takiej 

sytuacji...  cóż,   nie   było   sensu   czekać.   Cholerna  Alpha.   Gdyby   tylko   wynalazła   poddający   się 

kontroli seductron, co stale obiecywała, o dawkach oscylujących pomiędzy dziesięciominutowym 

oszołomieniem a stanem stałego zamroczenia, nie trzeba by było uciekać się do tego odrażającego, 

ostatecznego kroku.

Polyon zakończył rozmowę z Massonem.

- Teraz idź! - polecił.

Masson stał niepewnie, a później opuścił biuro Polyona. Polyon usiadł wygodnie i zaczął 

szkicować plan połączeń metachipów, śledząc błyszczące ścieżki projektu na ekranie.

Pięć minut później ekran jego wideokomputera zaświecił się i ukazała się twarz nadzorcy 

popołudniowej zmiany.

- Porucznik de Gras-Waldheim? Sir? Wydarzył się okropny wypadek! Jeden z pańskich 

projektantów   właśnie...   ten   człowiek   musiał   zwariować,   wszedł   do   komory   zanurzania   bez 

kombinezonu... Gdyby tylko zapukał, kazalibyśmy mu zaczekać w zewnętrznym luku, zanim gaz 

się nie ulotni... Oni nawet nie wiedzieli, że on tam był... Komora była wypełniona ganglicydem w 

formie gazowej. Nie miał żadnej szansy... - W tle było słychać krzyki. - Och, proszę pana, to 

okropne!

- Bardzo przygnębiający wypadek. Zacznij robotę papierkową, 567934. I nie obwiniaj się. 

Czasami to im się zdarza, no wiesz, tym skazanym na dożywocie. Sądzą, że lepsza byle jaka śmierć 

background image

niż całe życie na Shemali. Kto to wie, może mają rację, och, przepraszam, zapomniałem - ty też 

jesteś na dożywociu, prawda?

Nie zaczął się śmiać, dopóki nie przerwano połączenia.

background image

ROZDZIAŁ VII

Baza Spica, rok 2754 czasu Światów Centralnych

Caleb i Nancia

Nancia   doleciała   do   Bazy  Spica   w   połowie   mocy  silników   po   tym,   jak   zderzyła   się   z 

asteroidami. Czujniki na dolnym pokładzie uległy samozniszczeniu i obecnie mogła liczyć tylko na 

raporty Caleba o stanie uszkodzeń.

- Przedziwny wypadek - skomentował technik 7. stopnia, który osobiście wyszedł sprawdzić 

uszkodzenia.

Nancia ubolewała nad swoją połyskliwą powłoką, teraz podziurkowaną i porysowaną, z 

głębokimi wyrwami wokół otworu wejściowego.

- Powinnam była wybrać inną trasę.

- Dziwny statek. - Technik założył okulary, chroniąc oczy za czarną szybą. - To nie jest 

normalne: statek gada, a pilot nie.

- Prawidłowe nazwy brzmią, jak doskonale wiesz: statek mózgowy i jego mięśniowiec - 

powiedziała   Nancia   lodowato.   -   Caleb   nie   powinien   cię   interesować.   Po   prostu   zostaw   go   w 

spokoju, OK?

Widziała już nieraz, jak Caleb pogrążał się w niewytłumaczalnej depresji, kiedy tylko któraś 

z ich misji nie powiodła się w stu procentach. Zamknął się w sobie na tydzień po nieudanej tajnej 

misji związanej z Dorgiem Jesenem. Nancia próbowała pobudzić jego apetyt wspaniałymi daniami 

ze swojej kuchni i interesującymi informacjami wyłapywanymi z plotkarskich wiadomości, ale to 

nic nie pomagało.

-   Potrzebuję   kogoś   do   pomocy   przy   podłączaniu   hiperchipów   do   systemu   statku   - 

zaprotestował technik. - Kogoś, kto zna statek. Moi chłopcy są dobrzy, ale nigdy nie pracowali na 

gadającym statku. Nikt też nie ma zbyt wielkiego doświadczenia z hiperchipami. Mogą nie pasować 

do twoich połączeń sensorycznych, tak jak pasowały stare metachipy.

- Wobec tego - orzekła Nancia - może powinieneś wyjaśnić swoim ludziom, że gadający 

statek   potrafi   rzeczywiście   mówić.   Nie   ma   potrzeby   zawracać   głowy   mojemu   mięśniowcowi. 

Poradzę sobie z tym montażem sama.

Wcale   nie   czuła   się   tak   beztrosko   ani   radośnie,   jak   starała   się   udawać.   Myśl   o   takim 

dyletancie, jak ten technik, majsterkującym przy jej połączeniach synaptycznych, przyprawiała ją o 

dreszcze i mdłości. Jednak nie chciała, aby niepokoił Caleba. Jednej rzeczy nauczyła się w ciągu 

ostatnich   czterech   lat   partnerstwa.  Mianowicie   tego,   że   depresja   Caleba   trwała   dłużej,   jeżeli 

zmuszano go do rozmowy z ludźmi, zanim sam był do tego gotowy.

background image

Technik wyraził zgodę i przekręcił coś, czego nie widziała.

- Połączenie sensoryczne do OP-N1.15 - testuję.

- Jeśli myślisz, że widzę, co robisz - odezwała się Nancia - to odpowiedź brzmi: nie.

Technik zamilkł na chwilę, ale szybko doszedł do siebie.

- Ha! Seria OP-N1... optyczne połączenie nerwowe? Przepraszam, droga pani statku - czy 

jak tam. Patrzę na schematy. Nie sądziłem... - głos mu na chwilę uwiązł w gardle. -Naprawdę 

przedziwne, kiedy pomyśli się o tym w ten sposób. Gdzieś w środku tej stali i tytanu tkwi osoba.

- Poprawka - powiedziała Nancia.

Powoli   przyzwyczajała   się   do   tego,   że   ludzie   porównywali   ją   do   ciała   wtłoczonego   w 

tytanową kolumnę, jakby to było wszystko.

- Ja jestem osobą. To, w czym teraz manipulujesz, to mój wzrok na dolnym pokładzie i 

bardzo chciałabym go mieć - dziękuję.

Podczas gdy mówiła, odzyskała częściowo wzrok. Znowu widziała technika i jego rękę w 

rękawicy,   dotykającą   w   gmatwaninie   kabli   i   wtopionego   metalu   czegoś,   co   było   jej 

dolnopokładowym systemem czucia.

- OP-N1.15 na miejscu - zauważył technik. - Teraz to już chyba będzie łatwe. Nie potrzebuję 

tego urządzenia. - Przyczepił próbnik do paska i połączył splątane kable. - OP-N1.16 - teraz działa? 

Dobrze, a 17?

Naprawiał szybko całą serię, a Nancia informowała go o skutkach każdej naprawy.

-   Dziękuję   -   odpowiedziała   mu,   kiedy   odtworzył   jej   całą   serię   optyczną   na   dolnym 

pokładzie. - To naprawdę... męczące, kiedy nie można widzieć jakiejś swojej części.

- Wyobrażam sobie - zgodził się technik. - Cieszę się, że mogłem pani pomóc.

Nancia zauważyła, że w czasie trwania tej krótkiej naprawy awansowała z “nienaturalnie 

gadającego statku" do osoby, a później do ,,zmartwionej damy". Zanim skończy tę naprawę, pewnie 

będzie chciał zgłosić się na szkolenie pilotów - i z rozpaczą stwierdzi, że jest za stary.

- To oczywiście dopiero początek - obiecywał technik. - Za dzień lub dwa będziesz już 

całkiem naprawiona. Lepsza niż nowa, naprawdę. Czy miałaś kiedyś instalowane hiperchipy? Tak 

myślałem, że nie. One są - nie wiem - tysiąc razy lepsze niż metachipy starego typu. Na pewno ci 

się spodobają. - Przekręcił palcami, umieszczając nowy scalak.

To było bardzo dziwne uczucie widzieć ruchy i nie czuć ani nacisku, ani nie słyszeć żadnego 

dźwięku, kiedy scalak wchodził na miejsce.

- Czy czujesz cokolwiek podczas instalowania?

- Nie - tak. Och!

- Zrobiłem ci krzywdę?

- Nie, jestem tylko zaskoczona. - Nancia czuła, jakby wszystkie jej sensory podregulowano 

background image

nagle na najwyższy poziom dokładności. Każdy ruch był wyraźny - świat mienił się wokół niej jak 

kryształ. - Ile jeszcze takich masz u siebie? Czy możesz również wymienić czujniki na górnym 

pokładzie?

Technik pokręcił głową z żalem.

-  Przykro mi, madame, to jest nowy wzór z Shemali. Nie starcza ich nawet dla kolegów, 

którym potrzebne są do napraw sprzętu. Fabryka na Shemali szacuje, że upłyną dobre trzy lub 

cztery lata, zanim będą mogli produkować ich tyle, aby odnowić wszystkie statki z bazy.

- Ależ tak, oczywiście. - Nancia przypomniała sobie plan, który opisywał Polyon w czasie 

jej pierwszego rejsu. - Przypuszczam - powiedziała, czując się bardzo nieswojo - że dużo scalaków 

nie przechodzi przez testy jakości. Przecież to nowy wzór i w ogóle... - dodała pospiesznie.

Technik potrząsnął głową.

- Nie, madame. Właściwie te nowe scalaki są mniej zawodne niż stary wzór. Zwykle cała 

ich roczna produkcja nie wystarcza na pokrycie potrzeb. Jak wiesz, to nie tylko wasza flota, ale i 

szpitale, bazy mózgów, przeszczepy cyborgów, systemy obronne - wydaje się, że cała galaktyka nie 

mogłaby bez nich funkcjonować.

Z początku Nancia była zawiedziona, ale później poczuła ulgę. Spodziewała się usłyszeć, że 

duża   liczba   scalaków   nie   przechodzi   testów   IQ   i   że   nikt   nie   wie,   gdzie   trafiają   te 

niepełnowartościowe   chipy   odrzucone   przez   komisję.   Mogłyby   to   być   dowody,   które 

przedstawiłaby  Calebowi,   naprowadzając   go   na   nielegalną   działalność   Polyona.   Nie   musiałaby 

wtedy wyjawiać mu, że znała cały plan wcześniej.

Tymczasem   wydawało   się,   że   Polyon   zaniechał   swojego   planu   kradzieży.  Jest   przecież 

geniuszem i mógł wymyślić nowy wzór chipów, myślała Nancia optymistycznie. Może zadowala go 

obserwowanie, jak jego wzór akceptuje i stosuje cała galaktyka.

Angalia, rok 2754 czasu Światów Centralnych

Trzecie doroczne spotkanie piątki z Nyoty odbyło się na Angalii. Spotkanie to nikogo nie 

zadowoliło, a już bynajmniej gospodarz.

- To był twój pomysł, aby miejsce naszych spotkań zmieniało się co roku - podkreśliła 

Alpha   bint   Hezra-Fong   trochę   złośliwie,   kiedy   Blaize   przepraszał   za   prymitywne   warunki.   - 

Mogliśmy całkiem wygodnie rozsiadać się w sali konferencyjnej w Summerlands. Ale nieeee, ty i 

Polyon musieliście narobić szumu. Nie chcieliście dostosować się do naszej trójki i podróżować za 

każdym razem na Bahati. Więc musimy zmieniać miejsca. Dwa miłe spotkania na Bahati, teraz to 

background image

zapomniane przez Boga bagno, a następnym razem, o gwiazdy pomóżcie nam - Shemali! Ty i te 

twoje mądre pomysły! Przyślij lepiej kogoś, aby mnie rozpakował. Chyba masz tu jakąś służbę?

- Obawiam się, że nie - odpowiedział Blaize z promiennym uśmiechem.

Zaczynał dobrze się bawić na myśl o niewygodach, jakich Alpha zazna na Angalii. Zmiana 

miejsc   spotkań   była   faktycznie   pomysłem   Polyona,   nie   jego,   lecz  Alpha   oczywiście   bała   się 

wystąpić otwarcie przeciwko porucznikowi de Grasowi-Waldheimowi. Blaize zerknął w bok na 

Polyona, wyglądającego nieco sztywno w akademickiej czerni, i przyznał przed sobą, że właściwie 

nie obwiniał Alphy. Wolała wyżyć się na nim, nic nie znaczącym pionku z PPT, niż na zarządcy 

fabryk metachipów na Shemali.

- Witamy w Centrum Turystycznym na Angalii - rzekł Blaize z niskim ukłonem w kierunku 

czterech   swoich   gości.   -   Skromnie   urządzone,   jak   widzicie...   -   Śmiech   Darnella   potwierdzał 

prawdziwość   jego   słów.   -   ...Jednakże   znacznie   udoskonalone   w   porównaniu   z   mizernymi 

początkami - skończył Blaize. - Gdyby zwycięzcę oceniać pod względem postępu, jakiego dokonał, 

a nie zdobytego bogactwa, w przyszłym roku nieodwołalnie bym wygrał.

I to była absolutna, nie zafałszowana prawda. Reszta może sobie parskać na jego długi i 

niski bungalow ze spiczastym dachem i dziwacznym balkonem, na ogród pełen ziół, trawy i z 

wykładaną kamieniami ścieżką, prowadzącą do kopalni corycium. Nie szkodzi. On wiedział, ile go 

kosztowało stworzenie tego wszystkiego z błotnistej dziury, którą zostawił mu zarządca Harmon.

- Czy to wszystko jest efektem pracy tubylców? - Fassa przerwała objaśnienia. - Przecież 

wiadomo, że Luzaki są zbyt głupie, aby zrobić coś pożytecznego.

Blaize przyłożył palec do jednej strony nosa i mrugnął okiem - gest zapożyczony ze starego 

przedstawienia Fagin i jego gang.

- To zadziwiające, czego nawet Veganie mogą dokonać wskutek odpowiedniej podniety - 

wycedził.

- A gdzie przechowujesz rózgi i szpikulce? 

To był Darnell o rozjaśnionych oczach, jakby naprawdę oczekiwał, że Blaize przedstawi za 

chwilę pełny rynsztunek składający się z instrumentów do tortur oraz zademonstruje ich użycie.

- Nie masz za grosz subtelności, Overtonie-Glaxely - skarcił go Blaize. - Pomyśl, te Luzaki 

głodowały,   zanim   ja   tutaj   przybyłem,   utrzymywane   przy   życiu   tylko   dzięki   racjom   z   PPT. 

Oczywiście to do mnie - reprezentanta PPT na Angalii - należy racjonowanie cegiełek.

- Więc? - Darnell rzeczywiście wolno kojarzył. 

Nie po raz pierwszy Blaize zastanawiał się, jakim cudem udało mu się osiągnąć sukces w 

OG Shipping i w mniejszych przedsiębiorstwach, które ta korporacja przez lata wchłonęła. 

- Więc - wycedził Blaize - nie widziałem powodu, dla którego miałbym rozdawać porcje z 

PPT, podczas gdy można je było użyć do tresowania tubylców. Teraz mamy prostą życiową zasadę 

background image

na  Angalii,   moi   przyjaciele:   nie   ma   pracy,   nie   ma   jedzenia.   -  Wskazał   na   wejście   do   kopalni 

corycium.   -   Nie   dotyczy  to   tylko   mojego   bungalowu.   Mam  również   tytuł   właściciela   kopalni. 

Zarząd kosmiczny przestał się nią interesować, bo nie mógł utrzymać górników na Angalii. Ja 

używam tubylców do wydobywania tubylczych zasobów, można powiedzieć; wkrótce zobaczycie 

wychodzącą dzienną zmianę.

- A ty im płacisz porcjami jedzenia, które masz za darmo z PPT?   - Alpha obdarzyła go 

takim uśmiechem aprobaty, od którego przeszły go ciarki. - Muszę przyznać, Blaize, ze nie jesteś 

taki głupi, na jakiego wyglądasz.

Wszystko, co pochodzi z kopalni corycium, jest czystym zyskiem.

Blaize otworzył szeroko usta w udawanym szoku.

- Doktor Hezra-Fong! Proszę! Jestem głęboko wstrząśnięty i zawiedziony, że tak o mnie 

myślisz.   Każdy   dochód   pochodzący   z   kopalni   naturalnie   należy   do   rodzimych   mieszkańców 

Angalii.   -  Wyczekał   moment,   zanim   zaczął   mówić   dalej.   -   Oczywiście,   ponieważ   mieszkańcy 

Angalii nie posiadają statusu inteligentnych umysłów, nie mogą mieć kont bankowych, dlatego z 

konieczności   dochody   są   przesyłane   na   konto   w   sieci   pod   moim   nazwiskiem.   Jednak   są   tam 

przechowywane dla Luzaków, rozumiecie?

Zachichotali ze zrozumieniem i przyznali, że Blaize jest sprytnym chłopakiem i że znalazł 

doskonały sposób, aby zatrzeć ślady na wypadek inspekcji z PPT. Jedynie Polyon bez emocji pukał 

palcem po swoim kolanie i wpatrywał się w burzowe kolory na horyzoncie.

-   Poradziłeś   sobie   bardzo   dobrze   -   przyznał   Darnell.   -  Ale   na   pewno   masz   kłopoty   z 

utrzymaniem dyscypliny wśród tych milczących istot. - Znów miał w oczach wyraz wyczekiwania 

na rózgi i łańcuchy.

- Może środkiem zaradczym na takie kłopoty byłyby odpowiednie dawki seductronu? - 

zagruchała Alpha. - Mam już prawie opracowane właściwe dawki i przetestowanie ich na innych 

istotach mogłoby być interesujące.

Blaize zmusił się do uśmiechu. Czas na pokaz. Zaplanował to już wcześniej na wypadek, 

gdyby  trzeba   było   wywrzeć   na   nich   dodatkowe   wrażenie,   ale   miał   nadzieję,   że   nie   będzie   to 

konieczne. Przysporzyłoby to strat i narobiło zamieszania; niestety, oni ciągle nie wydawali się 

przekonani, że ma ścisłą kontrolę nad Luzakami.

-   Dzięki,   Alpha,   ale   seductron   nie   odniesie   spodziewanego   skutku.   Luzaki   są   już 

wystarczająco   bierne   i   spolegliwe.   Doraźna   stymulacja,   oto,   czego   potrzebują   -   oznajmił   z 

przytłumionym śmiechem. - Sam potrafię to zorganizować.

Podniósł jedną rękę do góry i opuścił w dół, tak jakby chciał przekroić powietrze.

Dwie   z   wysokich   skalnych   kolumn   za   murem   ogrodu   ruszyły  do   przodu,   trzęsąc   się   i 

krocząc niezgrabnie w sposób charakterystyczny dla Luzaków. Kiedy szły, można było wyraźnie 

background image

zobaczyć ich cechy i humanoidalne kształty, chociaż moment wcześniej przypominały kamienie. 

Ciągnęły pomiędzy sobą trzeciego tubylca, którego związane nogi wlokły się po ziemi i którego 

zwisające wargi - fałdy zamykały się i otwierały w niemym odruchu śmiertelnego strachu.

- Może oni nie mówią - powiedział Blaize - ale nauczyli się całkiem dobrze rozumieć proste 

znaki   komend.   Przynajmniej   większość   z   nich.   Wczoraj   ten   facet   w   środku   upuścił   naczynie 

podczas usługiwania mi przy obiedzie. Zamierzałem go później ukarać ku przykładnej przestrodze 

dla innych górników, ale  skoro mamy tu już widownię - potoczył leniwie wzrokiem po swoich 

czterech współkonspiratorach - to po co odkładać tę przyjemność?

Wskazał na krawędź płaskowyżu wymownym gestem; powtórzył go trzy razy, nakazując 

ruch w dół. Dwóch strażników Luzaków kiwnęło kwadratowymi głowami i na pół poniosło, na pół 

pociągnęło swojego więźnia do krawędzi.

- Każesz im zrzucić go ze skały?

- Wcale nie - zachichotał Blaize. - To byłoby zbyt proste. Chodźcie i popatrzcie. 

Wszyscy stłoczyli się za nim pod niską ścianą na krawędzi płaskowyżu. Trzy Luzaki były 

już na dole, na błotnistych łachach, podchodząc do obszaru, gdzie wznosiły się bąble, które pękając 

zatruwały okolicę odorem siarki. Dwaj strażnicy szarpnęli więźnia na brzeg owego błotnistego 

obszaru i wrzucili nieszczęśliwca do miękkiej mazi. Kiedy wił się i próbował wydostać, długimi 

kijami wepchnęli go z powrotem.

- Naturalnie tam są gorące źródła - wyjaśnił Blaize. - Bardzo gorące. Ugotowanie ich na 

miękko   zabiera   parę   godzin.   Na   szczęście   Luzaki   są   rzeczywiście   cierpliwe.   Tych   dwóch 

strażników używam do spychania go z powrotem, aż zaniecha prób wydostawania się, nawet jeśli 

zajmie to większość wieczoru.

Odwrócił się od tego spektaklu i jeszcze raz ukłonił się swoim gościom.

- No cóż, panie i panowie - odezwał się z dobrotliwym uśmiechem. - Czy możemy zacząć 

omawiać nasze interesy?

Blaize zauważył, że nawet Polyon zbladł. Pozostali milczeli zszokowani. Tym lepiej. Trochę 

to potrwa, zanim znowu przestaną doceniać małego Blaize'a.

Po   tych   szokujących   wrażeniach,   których   Blaize   właśnie   dostarczył,   trzecie   doroczne 

spotkanie   rozpoczęło   się   spokojniej   niż   poprzednie.  Tym   niemniej   ukryte   napięcia   wciąż   były 

widoczne i jeszcze ostrzej miały się ujawnić w przyszłym roku.

Blaize, jako gospodarz, przedstawił swój raport pierwszy. Podczas kiedy Polyon patrzył 

ponad jego głową z niewymownym znużeniem, a dwie dziewczyny siedziały blade i ciche, on 

wymieniał fakty i liczby na poparcie swoich wcześniejszych wyjaśnień. W poprzednich latach miał 

mało do powiedzenia. W tym roku wreszcie zaczął wychodzić na swoje. Podobał mu się błysk 

szacunku   w   oczach   Polyona,   kiedy   wyjaśniał,   jak   wykorzystał   pierwsze   wpływy   z   kopalni 

background image

corycium,   żeby   sfinansować   kupno   ciężkiego   sprzętu   wydobywczego,   który   pozwoliłby 

eksploatować większe tereny na planecie. Darnell kręcił się i tylko mruczał do siebie w czasie tej 

części sprawozdania, ale nie wybuchnął aż do momentu, kiedy Polyon bezcelowo zapytał, jak 

Blaize sfinansował start swojej kopalni.

- Odsprzedając nadprogramowe dostawy PPT - odpowiedział szczerze Blaize.

- O Boże! - skomentował Polyon. - Aaach, a ja myślałem, że te Luzaki głodują. Czy to 

posunięcie nie zredukowało ci populacji pracowników?

- Nie trać, to nie będziesz potrzebował. - Blaize zatoczył ręką niepewne koła. - Jest bardzo 

dużo   nadwyżek   w   każdej   biurokracji.   Ja   po   prostu,   można   powiedzieć,   wykroiłem   tłuszcz   ze 

środka.

Prawdopodobnie źle się stało, że jego wzrok spotkał się w tym momencie ze wzrokiem 

Darnella. I że te kółka, które kreślił w powietrzu, mogły wskazywać na rosnący brzuch Darnella.

- Cholernie pięknie to zrobiłeś! - wybuchnął Darnell, zrywając się na nogi pod wpływem 

nagłej wściekłości. - Wyciąłeś go wprost z moich zapasów, chciałeś powiedzieć. - Odwrócił się do 

reszty, jakby szukając współczucia. - Mały bękart szantażował mnie, abym wysyłał tu ekstrażarcie 

za darmo, a on sprzedawał zapasy, które powinni dostać tubylcy!

Oskarżenie to nie odniosło skutku, jakiego pewnie się spodziewał.

-   Naprawdę,   Darnell   -   powiedział   Polyon   z   oczami   rozszerzonymi   zainteresowaniem   - 

zastanawiam się, co ty takiego zrobiłeś, że mógł cię tym szantażować.

Darnell prychał i jąkał się, aż Alpha mu przerwała:

- Kogo to obchodzi? Jestem szczęśliwa, że wreszcie ktoś cię przyskrzynił; od momentu, 

kiedy przejąłeś Pair-a-Dice, chciałam ci się zrewanżować.

- A co ty masz do tego, czy ja odkupuję nędzne kasyno, czy nie?

- To “nędzne kasyno" - poinformowała go Alpha - tak się składa, było moim podstawowym 

rynkiem zbytu na seductron po cenach ulicznych. Hazard był tylko przykrywką - kiedy raz już 

opłacisz gliny na Bahati za operacje hazardowe, są na tyle głupie, że nie sprawdzają, czy są to na 

pewno wszystkie źródła dochodu w tym miejscu. Pair-a-Dice - Paradise - chwytasz, głupi? To 

nazwa uliczna seductronu.

- Sądziłam, że nie masz jeszcze opracowanych dawek - w głosie Fassy brzmiało oburzenie.

Alpha   wstrząsnęła   chudymi   ramionami.   Fryzura   z   ciasno   plecionych   warkoczyków   w 

misternym stylu Nueva Estrella, upięta wysoko na spiralnej konstrukcji, wyostrzyła jeszcze bardziej 

rysy jej twarzy.

- No to co, kilkoro uzależnionych od blissto wędruje sobie szczęśliwie ulicami. Kogo to 

obchodzi? Muszę zacząć produkcję czegoś z seductronu przed nowym rokiem. Nawet jeśli wykryję 

wszystkie skutki uboczne, to i tak jest już za późno na opatentowanie specyfiku. Zatem pozostaje 

background image

tylko sprzedaż uliczna, albo nic. - To przypomniało jej o własnych pretensjach. - Dlatego, od kiedy 

ty przejąłeś mój najlepszy punkt sprzedaży, grubasie, nie mam nic. Jesteś mi dłużny.

- I ty również - powiedziała Fassa do Blaize'a. - Del Parma miała za słabe przebicie na 

przetwórnię corycium. Zgodnie z przepisami rządowymi powinieneś był dać nam tę pracę. Ile w 

rezultacie dostałeś w łapę od kontrahenta?

- To już jest nasza sprawa - moja i jego; i nie ma to z tobą nic wspólnego, Fassa! - odrzekł 

sztywno Blaize. - Poza tym, wiedząc to, co wiem o metodach konstrukcyjnych del Parmy, za nic nie 

wydałbym ci zezwolenia nawet na budowę wychodka na Angalii.  

- Ha! Angalia już i tak jest wychodkiem. Cha, cha, cha!

Nikt oprócz Fassy nie zwrócił najmniejszej uwagi na kiepski żart Darnella. Odwróciła się i 

utkwiła długi spiczasty, wypolerowany paznokieć w jego pierś.

- A ty? Pamiętasz sprawę Procyona? To ostatni raz, kiedy OG Shipping ma do czynienia z 

interesami del Parmy.

Darnell zdjął swój zielony żakiet ze sztucznego futra i uśmiechnął się głupawo.

-   Nie   rozumiem,   na   co   narzekasz   -   odpowiedział.   -   zamienianie   dobrych   materiałów 

konstrukcyjnych na niepełnowartościowe to standardowe praktyki del Parmy.

- Tylko wtedy - odparowała Fassa - kiedy ja zatrzymuję zyski. Nie prowadzę organizacji 

charytatywnej dla dobra OG Shipping.

-   Nie   rozumiem,   dlaczego   nie   -   ironizował   Darnell.   -   Mówi   się,   że   wystarczająco   się 

poświęcałaś dla męskiej części populacji na Bahati.

Fassa usiadła gwałtownie, obejmując głowę dłońmi.

- Nie przypominaj mi - prosiła. - Już i tak wystarczy, że ty i inni mnie oszukujecie. Czy nie 

mogę choć na chwilę zapomnieć o tym inspektorze Banku Kredytowego? Dostał, czego chciał. 

Stacja Kosmiczna za to zapłaciła; nie rozumiem, dlaczego nie chce odejść.

- A ja tak - powiedział Blaize. - Zafałszowane dane, materiały kiepskiej jakości, praktyka 

stawiania przewracających się budynków, pracownicy niezwiązkowi.

- Oszust!

- Krwiopijca!

- Rekin!

Spotkanie zakończyło się zwyczajnym chaosem, a Polyon rozparł się wygodnie na krześle, 

skrzyżował ramiona i mruknął:

- Niegrzeczne dzieciaki.

background image

ROZDZIAŁ VIII

Kailas, podprzestrzeń Procyona, rok 2754 czasu Światów Centralnych

Wieża   biurowa   Służby  Dyplomatycznej   Światów   Centralnych   była   efektem   koronkowej 

roboty ze stali i tytanowych igieł. Owinięta w przezroczystą, syntetyczną powłokę, pochłaniała i 

rozsyłała naturalne światło w postaci miękkiej poświaty. W dzień i w nocy biuro SDŚC na Kailasie 

było rozświetlone delikatnym, lekko zielonkawym światłem, które nie tylko było energooszczędne, 

ale - co udowodniono psychologicznie - uspokajało i inspirowało.

Światło to powodowało, że Sev Bryley czuł się tak, jakby miał znów przechodzić cierpienia 

z   powodu   nawrotu   choroby   skóry,   którą   wywołała   rozkładająca   się   roślinność   na   Capelli   4. 

Próbował nie myśleć o świetle, koncentrując się na rozmowie z tym ważnym człowiekiem.

- Ty też tego nienawidzisz, prawda? - spytała ważna osoba.

- Sir?

Niecierpliwe chrząknięcie.

- Tego okropnego światła. Pomysł psychologów i techników ekologicznych sprawia, że 

czuję się, jakbym był z powrotem na Capelli 6.

- Dla mnie to była Capella 4 - wyznał Sev. 

Następne chrząknięcie.

-   Inna   wojna,   ta   sama   dżungla.   Otworzyłbym   okno,   gdyby   tu   były   okna.   Nie   można 

przedrzeć się przez tę sztuczną powłokę. A szkoda.

-   Bardzo   ładnie   z   pana   strony,   że   znalazł   pan   trochę   czasu,   aby  się   ze   mną   spotkać   - 

powiedział Sev uprzejmie.

Coś   ich   więc   łączyło   -   służba   w   czasie   wojen   capellańskich.   Czy   właśnie   dlatego   ten 

wysoko postawiony dyplomata poświęcił jemu, prostemu prywatnemu śledczemu dziesięć minut ze 

swojego   wypełnionego   harmonogramu?   Wcale   nie.   Zrobiłby   to   samo   dla   każdego   przyjaciela 

rodziny, który potrzebowałby pomocy.

- Więc jaki masz problem, d'Aquino?

Sev zesztywniał.

- Nie zamierzałem powoływać się na powiązania rodzinne, proszę pana...

-  Więc   jesteś   przeklętym,   młodym   głupcem   -   odparł   siwowłosy   człowiek   w 

konserwatywnej, błękitnej tunice. - Sprawdzałem twoje dane w sieci. Twoje pełne nazwisko brzmi 

Sevareid Bryley-Sorensen d'Aquino. Dlaczego nie użyłeś go, prosząc o to spotkanie? Byłbyś się 

dostał do mnie o trzy dni wcześniej. I dlaczego akurat do mnie, skoro nie chcesz się powoływać na 

powiązania rodzinne?

background image

- Nie zdawałem sobie sprawy z powiązań między naszymi  rodzinami - powiedział Sev 

sztywno.   -   Przybyłem   na   Kailas,   bo   była   to   najbliższa   planeta   z   przedstawicielami   Służby 

Dyplomatycznej,   którzy   zajmują   wystarczająco   wysokie   stanowiska,   aby   zająć   się   moim 

problemem. Zwróciłem się do pana, bo ma  pan opinię jednego z dwóch urzędników Światów 

Centralnych na tej planecie, którzy nie dają się przekupić ani zastraszyć.

- Zatem znalazłeś dwóch uczciwych ludzi, mój Diogenesie, schlebiasz mi.

- Ale ja się nazywam Bryley, nie Diog... czy jak tam.

-   To   jest   odniesienie   do   klasyki.   Nieważne.   Czego   oni   was   teraz   uczą   na   tych 

uniwersytetach? No, a później nie skończyłeś swojej edukacji. Dlaczego nie zainkasowałeś należnej 

weteranom gotówki po wojnie na Capelli 4, aby zakończyć edukację na koszt Centrali?

Sev bezskutecznie próbował ukryć swoje zdziwienie.

- Sieć może dostarczyć,  hmmm,  bardzo wielu szczegółów - wyjaśnił jego rozmówca. - 

Nawet   o   raczej   dziwnym   prywatnym   detektywie,   który   stracił   ostatnio   stanowisko   w   Banku 

Kredytowym. Tak, dowiedziałem się także o tym. Było to związane ze skandalem hazardowym w 

Pair-a-Dice, prawda?

-   To   było   kłamstwo.   -   Sev   pochylił   się   do   przodu,   płonąc   z   upokorzenia   na   samo 

wspomnienie. - Mój zwierzchnik otrzymywał anonimy na mnie. Wiem, kto je wysyłał, ale nie mogę 

tego udowodnić.

- A kto by to mógł być?

-   Ten   sam   człowiek,   który   przelał   kredyty   na   moje   konto   w   sieci   i   grał   pod   moim 

nazwiskiem w Pair-a-Dice lub wysłał jednego ze swoich pomocników, aby zagrał za mnie. Kiedy 

poszedłem do kasyna, nie chcieli mi nic powiedzieć o człowieku, który używał mojego nazwiska.

- Zamiast tego pobili cię - rzeczywiście dotkliwie - i wrzucili do ekomaszyny w tylnej 

uliczce.   -   Szarooki   mężczyzna   obrzucił   Seva   spojrzeniem,   które   wykrywało   każdy   nikły   ślad 

siniaków i zadrapanej skóry. - Miałeś szczęście, że nie wylądowałeś wprost z tej maszyny w czyimś 

różanym ogrodzie; podejrzewamy, że zdarzyło się to kilku innym ludziom, którzy zdenerwowali 

właściciela   tego   szczególnego   przedsiębiorstwa.   Więc   doszedłeś   do   siebie,   wyczołgałeś   się   z 

ekomaszyny,   zanim   rozpoczęła   cykl   rozdrabniania,   opatrzyłeś   poważniejsze   rany   u   jakiegoś 

podejrzanego eks-doktora z podziemnego światka, będącego na czarnej liście, i przeleciałeś przez 

pół galaktyki, aby czekać trzy dni na spotkanie ze mną. Chcesz, abym ci przywrócił stanowisko w 

Banku Kredytowym? Czy o to chodzi? Przysługa dla przyjaciela? Nauczka dla nich, aby nie działali 

pod wpływem anonimowych oskarżeń przeciwko chłopakowi z arystokracji - chociaż zbuntował się 

przeciw swojemu pochodzeniu i pracuje incognito?

- Sir!

-   To   można   załatwić,   jak   wiesz   -   kontynuował   szarooki   mężczyzna,   obserwując   Seva 

background image

uważnie.   -   Jedno   słówko   z   tego   biura,   a   Bank   Kredytowy   na   Bahati   przyjmie   cię   ponownie, 

otrzymasz pełną płacę za miniony okres i żadnych pytań. Jeśli o to ci chodzi...?

- Nie, sir.

Szarooki mężczyzna skwapliwie przytaknął.

- Dobrze, nie myślałem tak, ale trzeba się zawsze upewnić. Zatem chcesz ścigać ludzi, 

którzy cię wrobili.

- Nie tylko. - Sev spuścił oczy. - Sądzę, że wiem, kto mnie wrobił i dlaczego. Jednak to 

długa   historia   i   są   w   to   zamieszane   szacowne   rody.   Dlatego   przyjechałem   do   pana.   Mniej 

wpływowy urzędnik mógłby wrzucić to wszystko do dolnej szuflady z obawy przed urażeniem 

jakiegoś arystokraty. No i tych z centralnej administracji, którzy są z wysokich rodów, no cóż - 

rozłożył   bezradnie   ręce   -   nie   znam   ich   linii   rodowych   ani   reputacji.   Jedynymi   ludźmi,   co   do 

prawości których wszyscy są zgodni, jesteście pan i generał Questar-Benn, przebywająca obecnie 

gdzieś na tajnej misji; nikt nie chce mi powiedzieć gdzie.

- To mi bardzo schlebia - mruknął szarooki mężczyzna.

- Proszę pana, nie miałem tego na myśli; jestem bardzo wdzięczny, że zgodził się pan ze 

mną zobaczyć, naprawdę.

- Przejdźmy nad tym do porządku. A teraz powiedz mi, co się dzieje.

Policzki Seva poczerwieniały. Język zrobił się jak z waty. Od czego powinien zacząć? W 

tym na zielono oświetlonym biurze szaleństwo, którego uniknął na Bahati, wydawało się snem.

- Była pewna dziewczyna.

- Ach, to się często zdarza. A ty zrobiłeś z siebie głupca? - Spojrzał na Seva współczująco. - 

Wiesz, ja też pamiętam taką chwilę, kiedy chciałem zrobić z siebie głupca z powodu młodej damy. 

Nie jestem aż taki stary i zasuszony. Jednak jeśli ta opowieść jest osobista, może będzie ci łatwiej 

kontynuować ją w mniej formalnym otoczeniu? Czasami chodzę na lunch na drugą stronę miasta - 

jest   taka   kawiarnia   na   Darkside.   Nic   szczególnego,  ale   przynajmniej   jest   się   z   dala   od   tego 

przeklętego światła z dżungli. Piętnaście minut później, czując się trochę tak, jakby przeszedł cykl 

przeróbki   w   ekomaszynie,   Sev   siedział   naprzeciwko   starszego   człowieka   przy   stole,   w   głębi 

przytulnej,   słabo   oświetlonej   kafejki.   Jedyne   okno,   które   mogłoby  użyczać   trochę   słonecznego 

światła, było zasłonięte zakurzonymi paskami z błyszczącej wstążki i wisiorkami z pryzmatycznego 

drewna. W jednym rogu pomieszczenia chudy chłopak z długimi, rudymi włosami, związanymi 

czarnym aksamitnym węzłem, stukał na swoim zestawie komputerowym, wydając od czasu do 

czasu piskliwe okrzyki, które drażniły uszy Seva.

W tych warunkach opowieść wydawała się naturalna. Zastanawiał się, czy właśnie po to 

przyszli do tego mrocznego miejsca. Stanowiło ono dość dziwne otoczenie dla człowieka, który 

spędził swoje życie zawodowe, spotykając się z prezydentami, królami i generałami.

background image

- Tutaj jest spokojnie - odezwał się jedyny uczciwy człowiek w Kailasie. - A co więcej, 

jestem spokojny, że nikt nie nagra tu naszej rozmowy. Znam się z właścicielką tego miejsca. Ma 

bardzo wielu gości, którzy nie życzą sobie podsłuchiwania.

- Wierzę w to - powiedział Sev ze zrozumieniem.

-   Zatem,   jeśli   zaspokoiłem   twoją   ciekawość,   to   możesz   mi   teraz   opowiedzieć   o   tej 

dziewczynie.

- Ona była... - Sev przerwał, przełknął ślinę i znów zastanawiał się, od czego by tu zacząć. - 

Ona   zarządza   przedsiębiorstwem   budowlanym   na   Bahati.   Ich   ostatni   kontrakt   dotyczył   stacji 

kosmicznej, która mogłaby wychwytywać sygnały z sieci i prowadzić mały transport przesyłek 

między podprzestrzenią Vegi i Centralą. Część mojego zadania dla Banku Kredytowego polegała na 

końcowej, gruntownej inspekcji tej stacji. To była - powinna być - tylko formalność, bo dyrektor 

głównego Biura Kontraktów podpisał już wszystkie dokumenty.

- Rozumiem - mruknął szarooki mężczyzna. - Odkryłeś jednak pewne nieprawidłowości w 

metodach konstrukcyjnych?

- To  był   czysty żart.  -  Ręce   Seva  poruszały  się  swobodnie   i  zapomniał   o  całej  swojej 

nerwowości, opisując odkrycia, których dokonał. - O, wszystko wyglądało wystarczająco dobrze na 

zewnątrz.   Świeża,   nowa   warstwa   stopu   magnetycznego,   wewnętrzne   korytarze   wymalowane   i 

błyszczące, połyskliwe nowe ekrany sensoryczne. Lecz kiedy otworzyłem kilka paneli i zacząłem 

się przyglądać, co znajduje się pod świeżą farbą - pokręcił głową na samo wspomnienie - ona 

gwałtownie próbowała odwrócić moją uwagę. Nie, to nie tak. Ona rzeczywiście odwróciła moją 

uwagę na jakiś czas.

Trzy   dni   i   noce   z   Fassą   del   Parma   na   prywatnym   statku,   krążącym   w   przestrzeni 

kosmicznej. Taniec ich ciał na tle roziskrzonego gwiazdami nieba...

Sev cały płonął. Czuł też żal. Nawet teraz jakaś jego część nie chciała niczego więcej ponad 

to, aby znaleźć się na “Xanadu" z Fassą del Parma y Polo. Nieważne, za jaką cenę.

- Była zdenerwowana - powiedział wolno - kiedy oznajmiłem jej, że będę musiał zakończyć 

inspekcję zgodnie z przepisami. - Spojrzał na człowieka siedzącego przy stole naprzeciw niego, 

szukając cienia potępienia w jego spokojnych szarych oczach. - Powinienem był dokonać inspekcji 

natychmiast. Dałem jej trzy dni. Nie, to ona dała mi trzy dni, których nie zapomnę. Kazała swoim 

ludziom pracować po godzinach, aby poprawili swoją kiepską robotę. Panel po panelu. Fałszywe 

dane   o   bezpieczeństwie,   wytłoczone   na   podtrzymujących   belkach   z   surowców   wtórnych. 

Ostrzegawcze znaki o zagrożeniu chemicznym tuż przy szczurzych  norach nazywali systemem 

elektronicznym, tak jakby mogło mnie to powstrzymać - parsknął Sev.

- Gdybym wystawił znaki ostrzegawcze o zagrożeniach chemicznych - skomentował drugi 

mężczyzna - to postarałbym się, żebyś znalazł się w takim niebezpieczeństwie zaraz po usunięciu 

background image

panelu.   Nie   byłoby   to   nic   poważnego   oczywiście,   nic   naprawdę   paskudnego,   jak   na   przykład 

gazowa forma ganglicydu. Może mały stymulant sinoidalny lub sporysz grzyba capellańskiego.

- Ona pomyślała o tym - przyznał Sev ponuro. - Na szczęście dla niej miałem na sobie 

przeciwchemiczny kombinezon i maskę gazową, kiedy sprawdzałem elektronikę.

- I?

- To miejsce nigdy nie powinno przejść nawet najbardziej rutynowej inspekcji - stwierdził 

Sev bezbarwnie. - Ja mojej nie podpisałem. Pełny raport nadałem przez sieć, a to wystarczało, aby 

wstrzymać kredyt na stację kosmiczną i wszcząć śledztwo przeciw Polo Construction. Ta kobieta - 

hmmm, nie była zadowolona, kiedy jej powiedziałem, co zrobiłem.

Na samo wspomnienie o tym w kąciku jego ust ukazał się uśmiech; zaczął bezwiednie 

pocierać   cztery   równoległe   zadrapania   pod   prawym   uchem.   Teraz   były   już   tylko   bladym 

wspomnieniem   blizn,   ale   wciąż   wywoływały   uczucie   mrowienia   na   myśl   o   Fassie.   Kiedy   go 

udrapnęła, nie było to aż takie przyjemne, jak rzeczy, które robili na “Xanadu", ale ciągle było to 

wspaniale   pobudzające   doświadczenie.   Nawet   teraz,   kiedy   Sev   to   sobie   przypominał,   wolałby 

raczej   walczyć   z   Fassą,  niż   iść   na   przyjęcie   z   sześcioma   innymi   dziewczynami   ze   swojego 

otoczenia.

Nie dlatego, że szansa taka mogłaby się znów powtórzyć...

-   Mówiłeś,   że   twój   raport   powinien   wpłynąć   na   zamknięcie   stacji   kosmicznej   -   jego 

towarzysz ponaglał go delikatnie. - A zamiast tego...?

- Niech mnie licho, jeśli wiem, co się stało. - Sev rozłożył ręce. - Kiedy wróciłem do siebie, 

mój   raport   zniknął.   Wszystkie   dane   komputerowe   zostały   wymazane   dzięki   pozorowanemu 

uszkodzeniu komputera, a nikomu nie przyszło do głowy, aby skopiować je najpierw na dyskietkę - 

tak przynajmniej mi powiedziano. A mnie oskarżono o molestowanie seksualne. Dokładnie mówiąc 

o to, że nie dopełniwszy programowej inspekcji, groziłem Fassie del Parma y Polo, iż jeśli nie 

zaspokoi moich perwersyjnych pragnień, złożę fałszywy raport.

- Była pierwsza - wymamrotał drugi mężczyzna.

- Ona jest szybka - przyznał skwapliwie Sev. - I sprytna, i... ale to nie ma znaczenia. Nie 

teraz.

Nigdy   nie   wrócę   na   ,,Xanadu".   Gdybym   to   zrobił,   przygwoździłaby   mnie   do   ściany   i 

obdarła ze skóry. Powoli.

- Jej słowa świadczyły przeciwko mnie i nie miałam żadnych dowodów, aby im zaprzeczyć. 

Tak   przynajmniej   powiedział   mi   mój   zwierzchnik.   Druga   inspekcja,   druga   uczciwa   inspekcja 

wykazałaby te same uchybienia, które wyszczególniłem w raporcie. Jednak po jej skargach oni nie 

chcieli   mnie   już   wysłać.   W   czasie   kiedy   poszukiwali   na   moje   miejsce   kogoś   z   technicznym 

przygotowaniem, aby dokonał inspekcji, senator Cenevix przeforsował specjalne zarządzenie. On 

background image

jest przewodniczącym Komisji Etycznej - wyjaśnił Sev. - Zgodnie z tym zarządzeniem odbywanie 

podwójnej inspekcji znaczyło tyle, co podwójne oskarżenie kogoś o tę samą zbrodnię. Zatem nie 

wolno nam było wrócić, aby pozbierać dowody. Później zaczęły nadchodzić anonimy na temat 

mojego hazardu w Pair-a-Dice, no i resztę już pan zna.

- Tak, nie wiem tylko, czego ode mnie oczekujesz w związku z tą sprawą? Powiedziałeś, że 

nie chcesz, abym ci pomógł odzyskać stanowisko w Banku Kredytowym - a ja myślę, że to dobry 

pomysł; gdybyś znów wrócił do systemu Nyota ya Jaha, nie sądzę, aby twoje życie było wiele 

warte. Musisz też wiedzieć, że Centrala nie wtrąca się do prywatnych interesów innych światów. 

Jeśli ta młoda dama przekupiła senatora, jest to naganne, ale musimy poczekać, aż ludzie na Bahati 

zauważą ten fakt i uporają się z nim na drodze legalnego procesu.

- Nie musi tak być - powiedział Sev ponuro - jeśli zdobędę niepodważalne dowody na to, do 

czego ona zmierzała.

-   Mój   drogi   chłopcze,   nigdy  już   nie   będziesz   miał   okazji   pracować   przy  sprawie   Polo 

Constructions. Z tego, co mówisz, wynika, że ta kobieta jest zbyt sprytna, aby dopuścić cię w 

pobliże swoich interesów.

- To prawda - zgodził się Sev. - Nie mam szans, by ją teraz przyłapać. Nie ma też wielu  

inwestorów, którzy by uchronili się od destrukcyjnych metod Fassy.

Zamilkł na moment z powodu nagłego, intensywnego, prawie bolesnego wspomnienia.

-   Może   w   ogóle   nie   ma   takiego   człowieka   -   dokończył,   otwierając   oczy.   -  Ale   statek 

mózgowy byłby wystarczająco bezpieczny, nie sądzi pan?

- Powiedz mi, co chodzi ci po głowie - poprosił człowiek o szarych oczach.

Poruszył   się   prawie   niezauważalnie,   ale   Sev   zdołał   wychwycić   ślad   nagłego   wzrostu 

zainteresowania. Przedstawił swój plan, przyjął kilka poprawek co do głównej strategii i mógł teraz 

tylko wstrzymać oddech w oczekiwaniu na decyzję. Odbył długą podróż, aby spotkać się z tym 

człowiekiem, choć nie miał nadziei, że się opłaci.

- Myślę, że to się da zrobić - brzmiał ostateczny werdykt. - Sądzę, że należy to zrobić i 

wierzę, że da się to zorganizować.

-   Wobec  tego   pozostaje   nam   znaleźć   odpowiedni   statek   mózgowy,   zdolny   do 

przeprowadzenia tego planu.

- Każdy statek kurierski byłby zdolny. - W zrównoważonym, beznamiętnym głosie można 

było   wyczuć   ślad   głębokiego   przekonania.   -   Możemy   jednak   zorganizować   to   jeszcze   lepiej. 

Potrzebujemy statku, który mógłby udawać statek bezpilotowy. Jest taki jeden; w miarę niedawno 

otrzymał uprawnienia i powinien odpowiadać twoim wymaganiom. Widzisz, mogę zagwarantować 

jej osobistą uczciwość i to, że posiada umiejętności dyplomatyczne, co jest najważniejsze w tej 

operacji. Co do reszty zaś - szybki i ironiczny uśmiech zastanowił Seva - no cóż, powiedzmy, że 

background image

śledziłem karierę tego statku ze szczególnym zainteresowaniem.

Wstał,   a   Sev   wraz   z   nim.   Kiedy   przechodzili   koło   platformy   muzycznej,   syntetyzator 

komputerowy wybuchnął ochrypłą, prymitywną melodią - denerwującą i o wiele za głośną. Sevowi 

raczej się to podobało, ale jego towarzysz  zamknął oczy i wzdrygnął się lekko.

- Przepraszam - powiedział, kiedy drzwi zamknęły się za nimi. - Moim zdaniem ta muzyka 

nie należy do atrakcji lokalu, jednak jest to kolejny powód, dla którego tu przychodzę.

Sev zmarszczył brwi ze zdziwieniem.

- Pomyślałbyś pewnie, że młody człowiek z wysokiego rodu, z dobrym wykształceniem i 

rodziną gotową pomóc mu podjąć jakąś pożyteczną pracę, mógłby znaleźć sobie coś lepszego do 

roboty niż granie na syntetyzatorze w podejrzanym barze po niewłaściwej stronie miasta, prawda?

Było to czysto retoryczne pytanie. Sev pokiwał głową.

- Ja też - stwierdził jedyny uczciwy człowiek na Kailasie. - Lecz mój syn z całą pewnością  

uważa inaczej.

background image

ROZDZIAŁ IX

Rahilly,  zwierzchnik   Nancii,  polecił   jej,  aby zbytnio   się  nie   forsowała   i  oswajała  się  z 

nowymi hiperchipami.

- Zawróć do Centrali i zrób to powoli - rozkazał jej. - Kiedy dotrzesz, będziesz miała do 

wyboru   kilka   zleceń,   ale   to   nic   pilnego.   Nie   ma   powodu,   aby   się   nadwerężać   zbyt   wieloma 

przekształceniami w Osobliwości, skoro szykujesz się do szybszego sposobu podróżowania dzięki 

twoim nowym możliwościom.

Zatem   Nancia   wybrała   dłuższą   trasę   powrotną,   która   wymagała   tylko   jednego   małego 

przekształcenia w Osobliwości, czerpiąc wyraźną radość z powodu doskonałego funkcjonowania 

nowych hiperchipów.

Po   tym   nurku   miała   ochotę   poskarżyć   się   na   ostrożność   narzuconą   jej   przez   Służbę 

Kurierską.

- To był najlepszy manewr, jaki do tej pory wykonałam - powiedziała Calebowi. - Czy 

czułeś, jakiego gładkiego dałam nurka do centralnej podprzestrzeni?

- Dałaś nurka? - zapytał Caleb.

Nancia zdała sobie sprawę, że przez cały wspólnie spędzony czas nigdy nie mówiła mu, w 

jaki sposób odczuwała Osobliwość, ani też nie wspomniała o lekkoatletycznych metaforach ze 

Starej Ziemi.

- To taki termin, którego używają lekkoatleci - wyjaśniła. - Kiedyś oglądałam przekazy na 

temat   ziemskiej   olimpiady...  Tak   czy   inaczej   miałam   na   myśli,   że   to   był   wspaniały   skok,   nie 

uważasz?

- Był szybszy niż poprzedni - przyznał Caleb. - Zobaczymy, jakie zlecenie otrzymamy tym 

razem.

Mieli do wyboru trzy, ale Nancia, przejrzawszy przekaz, od pierwszej chwili wiedziała, że 

chce się podjąć tylko jednego. Potrzebowano statku mózgowego do tajnego zadania - sprawdzenia 

metod działania nieznanego przedsiębiorstwa budowlanego na planecie w nie ujawnionym systemie 

gwiezdnym. Sprawą należało się zająć z najwyższą     i dyskrecją. Szczegóły będą podane tylko 

statkowi, który podejmie się tego zadania.

- Dwa tygodnie podróży. Jeden większy próg Osobliwości. Założę się, że wiem, gdzie to jest 

- powiedziała Nancia.

- To może oznaczać wiele różnych dróg - wskazał Caleb.

- Tak, ale... 

Nancia stworzyła wzór tańczących promieni świetlnych na swoim centralnym panelu. Była 

gotowa założyć się o swoje czteroletnie dochody łącznie z premiami, że przynajmniej jeden z tych 

background image

zepsutych szczeniaków, których przewiozła do systemu Nyota ya Jaha, wprowadzał w życie plany, 

o których wtedy była mowa. Fassa del Parma y Polo. Polo Construction. Bahati. Czy nie było 

czegoś w wiadomościach na temat opóźnienia w finansowaniu nowej stacji kosmicznej na Bahati, 

jakiegoś pytania o inspekcję? Musiało to dotyczyć przedsiębiorstwa  Fassy. W końcu pojawiła się 

szansa dla Nancii, aby powstrzymać te nieetyczne, małe bestie.

- Caleb, weźmy to zadanie, ono mi się podoba.

Caleb prychnął z niezadowoleniem.

- No cóż, mnie nie. Ukrywanie się to już jeden krok do szpiegostwa. Etyczny kod dla Vegi 

uważa to za jedno i to samo. Nie po to wstąpiłem do Służby na statku kurierskim, żeby stać się 

brudnym, podstępnym szpiegiem. - Powiedział to tak, żeby zabrzmiało jak coś obscenicznego. - 

Spójrz na to.

Skasował   wzór   świetlny   Nancii,   aby   uzyskać   na   ekranie   obraz   trasy   związanej   z   tym 

zadaniem.   Laserowy   wskaźnik   wyświetlił   kod   oczekiwania   niewyraźnie   zaznaczony   w   lewym 

górnym rogu nagłówka informacji.

- Widzisz to? Ktoś celowo przeznaczył dla nas to zadanie, nawet gdyby musiał czekać trzy 

tygodnie, aż wrócimy z powrotem z podprzestrzeni Spicy najdłuższą trasą. Gdybyśmy odrobinę 

poszukali w sieci, to pewnie odkrylibyśmy kto, chociaż byłoby to nieetyczne - z westchnieniem 

skonstatował Caleb. - Nie podoba mi się to, Nancia. Wyczuwam tu manipulację wysokich rodów. 

Sądzę, że powinniśmy przyjąć jedno z dwóch pozostałych zadań. To, które jest przedstawiane w 

bezpośredni sposób i które możemy wykonać, nie wystawiając przy tym naszej  uczciwości na 

próbę.

Jednak nawet Caleb nie mógł wykrzesać w sobie entuzjazmu dla pozostałych dwóch zadań.

Co do pierwszego, ostrzeżono ich, że może oznaczać zadanie długoterminowe. Statek miał 

dokonać pięciu rund transportowych dla Komisji Inspekcyjnej PPT na różne planety i czekać, aż 

komisja dokona przeglądu i sporządzi raporty.

- Myślę, że są gorsze zadania - mruknął Caleb. - A może to nie potrwa aż tak długo? Jeśli 

oni przelatują tą trasą co pięć lat, to ostatni statek inspekcyjny powinien był wrócić tuż przed twoim 

upoważnieniem do lotu. Chcesz sprawdzić raporty i dowiedzieć się, jak długo trwała taka podróż?

Nancia   zaczęła   sprawdzać   dostępne   raporty   Służby   Kurierskiej,   podczas   kiedy   Caleb 

studiował trzecie zadanie do wyboru: przetransportowanie byka do podprzestrzeni Cor Caroli.

- To jest zadanie dla Służby Kurierskiej?

- Może unowocześniają rolnictwo - zasugerowała Nancia. - Ale chyba nie mówią poważnie? 

Na pewno mamy tylko zabrać próbki spermy.

Po sprawdzeniu okazało się jednak, że nikomu dotąd nie udało się pobrać próbki spermy od 

Thunderbolta   III,   byka-bizona   -   medalisty   z   ogrodu   zoologicznego   Światów   Centralnych.   A 

background image

ponieważ jedyna jałówka tej rasy była na Cor Caroli VI i jej opiekun z zoo twierdzi, że Shaddupa 

cierpi w Osobliwości na stres i jest niemożliwe, aby przeżyła lot kosmiczny, zachowanie gatunku 

wymagało, by przetransportowano Thunderbolta III na Cor Caroli VI.

-   Myślę,   że   już   komisja   z   PPT   byłaby   lepszym   towarzystwem   od   Thunderbolta   III   - 

skomentował   Caleb.   -   Nancia,   czy   są   jakieś   raporty   Centrali   na   temat   tego,   jak   długo   trwała 

poprzednia inspekcja?

- Właśnie je znalazłam - odrzekła Nancia.

Musiała przejrzeć więcej roczników raportów niż sądziła.

- I?

- I oni powinni wracać w przyszłym roku. Ciągle są w podprzestrzeni Deneba. Czytałam 

raporty i wydaje się, że przepisy PPT zabraniają komisji inspekcyjnej opuszczania planety, dopóki 

wszyscy zgodnie nie podpiszą raportu.

- I?

Tym razem Nancia westchnęła:

- Caleb, przecież to jest komisja. Trzy godziny później Sevareid Bryley-Sorensen d'Aquino 

wszedł na pokład, aby objaśnić swój plan w szczegółach.

- Nie podoba mi się to malowanie - narzekała Nancia, kiedy skończono modyfikację jej 

wnętrza.

Caleb wpatrywał się w panel kontrolny. Chciała, aby obejrzał się i spojrzał na jej centralną 

kolumnę, ukrytą teraz za sztuczną osłoną.

-  To   był   twój   pomysł,   aby  podróżować   pod   fałszywymi   barwami,   więc   nie   narzekaj   - 

odrzekł.

-  Nie  w  tym  rzecz,  że   będę  uchodzić  za   martwy,   bezpilotowy  statek   z  OG  Shipping   - 

powiedziała   Nancia.   -   Tu   chodzi   o   kolory   dobrane   przez   Darnella.   Purpurowo-brązowy   i 

bladofioletowy, uch!

To nie była cała prawda. Przeszkadzały jej znaki firmowe OG Shipping wytłoczone na jej 

boku; myśl, że obcy będą na nią patrzeć i uważać za część rosnącego imperium Darnella Overtona-

Glaxely'ego przyprawiała ją o dreszcze. Nie miała jednak ochoty przyznać tego Calebowi, nie po tej 

kłótni, kiedy tak bardzo przekonywała go, że powinni wziąć to zlecenie.

Plan Seva Bryleya sam w sobie był prościutki. Fassa del Panna uwodziła mężczyzn wtedy, 

kiedy   tego   potrzebowała,   ale   prawa   ekonomii   stosowała   zarówno   wobec   siebie,   jak   i   wobec 

zasobów Polo Construction - tylko niewielu obcych dopuściła wystarczająco blisko do swojego 

przedsiębiorstwa, aby mogli stanowić jakieś zagrożenie. Jej pracownicy byli fanatycznie lojalni.

- Nie omawiajmy tej części - przerwał Caleb Sevowi. - To się nie nadaje dla uszu Nancii.

background image

- Sądzę - powiedział Sev ostrożnie - że ich lojalność jest kupowana za pomocą wysokich 

premii   i   udziałów   w   przedsiębiorstwie.   Nie   wspominając   już   o   tym,   że   niektórzy   są   ponoć 

poszukiwani przez Centralę pod innymi nazwiskami; ktoś zdaje się robi niezły interes, wysyłając 

Fassie fałszywe nazwiska z sieci dla jej pracowników.

Polyon. Nancia przypomniała sobie łatwość i zręczność, z jaką dostał się do danych sieci za 

pomocą jej własnego komputera. To jednak było pięć lat temu. Teraz prawdopodobnie był w tym o 

wiele lepszy. Mogłaby powiedzieć Sevowi Bryleyowi, gdzie szukać wtyczki do sieci, albo chociaż 

podpowiedzieć   mu.   Podpowiedz   wystarczyłaby   temu   zdecydowanemu   młodemu   człowiekowi; 

przecież zadziwiająco szybko wykrył powiązanie pomiędzy Polo Construction i OG Shipping, co 

stanowiło podstawową informację dla ich naprędce zmontowanego planu.

Interesy Fassy  wymagały stosowania   ciężkich  urządzeń  transportowych.   Dla  większości 

przedsięwzięć   Polo   Construction   wystarczały   własne   statki,   ale   kiedy   Fassa   miała   za   dużo 

kontraktów,   wynajmowała   bezpilotowe   maszyny   z   OG   Shipping.   Martwe   statki   były 

najodpowiedniejsze do przewozu nielegalnie zdobytych materiałów; w ten sposób nie było żadnych 

świadków   oprócz   jej   własnych   ludzi   ładujących   materiały   na   jednym   końcu   i   klientów 

rozładowujących   je   na   drugim   końcu   trasy.   Ci   również   nie   byli   zainteresowani   oskarżaniem 

systemu, który przynosił im tak duże zyski.

Sev doszedł do tego dzięki studiowaniu raportów w sieci, dzięki rozmowom z każdym, kto 

choćby   przypadkowo   interesował   się   Polo   Construction   oraz   dzięki   składaniu   fragmentów 

łamigłówki   za   pomocą   wewnętrznych   przebłysków   geniuszu.   Na   potwierdzenie   jego   teorii 

brakowało mu tylko jednej rzeczy: niepodważalnego świadectwa naocznego świadka. Ktoś musiał 

przecież   widzieć   odbywającą   się   podmianę   materiałów...   Ktoś,   kogo   uczciwość   nie   byłaby 

kwestionowana... Ktoś, kto mógłby znaleźć się w pobliżu całej operacji bez wzbudzania podejrzeń 

Fassy. Uczciwość statku mózgowego nie budziła wątpliwości. Natomiast Fassa, przyzwyczajona do 

usług cierpliwych, milczących i martwych statków OG, z pewnością nie będzie podejrzewała, że za 

pomalowaną osłoną i pustymi lukami ładowni rezydował ludzki mózg, mający możliwość słyszenia 

i widzenia za pomocą sensorów wszystkiego, co działo się na statku... oraz obdarzony inteligencją, 

która pomoże mu później o tym zaświadczyć.

- To jest genialny plan - stwierdziła Nancia, kiedy Sev przedstawił go po raz pierwszy.

- Mnie się nie podoba - narzekał Caleb. - Wysyłać tam Nancię samą, beze mnie? Nie będę 

mógł jej mówić, jak i co robić! A co będzie, jeśli spanikuje?

- Na pewno nie. - Nancia uczyniła swój głos najbardziej spokojnym i stonowanym, jak to 

było możliwe.

- Ale ja z nią będę - podkreślił Sev. - Nie zaryzykuję pokazywania się tam, gdzie mnie mogą 

zauważyć,   ale   będę   wszystko   śledził   na   jej   ekranach   i   wysyłał   wskazówki,   kiedy   będzie 

background image

potrzebowała pomocy.

Caleb skrzyżował ramiona.

- To nie jest satysfakcjonujące rozwiązanie - stwierdził ponuro. - Dlaczego ja także nie mogę 

lecieć? Jestem jej pilotem. Powinienem być wszędzie tam, gdzie ona.

- Chcemy zminimalizować ryzyko - odparł Sev krótko.

Właściwie   jego   oryginalny   plan   zakładał   wysłanie   statku   zupełnie   samego,   tylko   jako 

martwą   maszynę.   Jednak   niech   to   licho,   jeśli   miałby   stracić   coś   z   kulminacyjnego   momentu 

swojego  misternego   planu.  Ufał,   że  starczy  mu  samokontroli,   aby  trzymać  się  z   daleka   aż  do 

momentu,   kiedy   Fassa   całkowicie   wpadnie.   Natomiast   nie   ufał   pod   tym   względem   Calebowi. 

Tłumaczenie tego wszystkiego i tak nie przekonałoby pilota.

Caleb zwrócił się bezpośrednio do Nancii.

-   Jesteś   zbyt   młoda   -   powiedział   -   zbyt   niewinna.   Nie   poznasz   się   na   ich   cwanych 

sztuczkach. Ty...

- Caleb! - Głos Seva Bryleya zabrzmiał jak wystrzał z karabinu; pilot przestał chodzić po 

wąskiej przestrzeni przerobionej kabiny. - Nie pomagasz w ten sposób Nancii. Nie denerwuj jej. 

Dlaczego nie pójdziesz do baru na drinka? Dołączę do ciebie, jak tylko Nancia i ja skończymy 

sprawdzać ostateczną listę instrukcji.

Caleb otworzył w gniewie usta i zamknął je na powrót. Nancia żałowała, że nie ma takiego 

czujnika,   który   odczytywałby   gwałtowną   pracę   jego   mózgu.   Jakieś   myśli   kłębiły   się   pod   tą 

spokojną maską o zaciśniętych ustach - ale jakie?

- Spożywanie odurzających napojów jest niezgodne z kodeksem etycznym Vegi - odezwał 

się w końcu Caleb i Nancia odetchnęła z ulgą.

Nie   zdawała   sobie   sprawy,   jaka   była   spięta.   Cokolwiek   Caleb   myślał,   nie   doszło   na 

szczęście do kłótni z Sevem.

- Mógłbym się jednak napić soku.

- Więc zrób tak - zgodził się Sev. - Do zobaczenia za kilka minut.

Z założonymi rękami oparł się o fałszywą obudowę. Prowizoryczna osłona zatrzeszczała na 

znak protestu i Sev szybko się wyprostował.

- Tę konstrukcję zrobili ci po partacku - zauważył, kiedy kroki Caleba cichły w dole na 

głównych schodach.

- Wobec tego b-będzie pasowała do reszty produktów P-Polo Construction. - Stąd się brało 

to   jąkanie?   Nancia   nakazała   swoim   obwodom   wokalnym   spokój,   ale   one   jeszcze   bardziej   się 

napięły, powodując, że następne zdanie zmieniło się w pisk. - Jak ostateczna lista?

- Co? Hmmm, nie ma takiej. Chciałem tylko usunąć stąd Caleba. Denerwował cię, prawda?

- Nic mi nie jest - odrzekła Nancia tym razem, bardziej ochryple niż zamierzała.

background image

- Musisz bardziej kontrolować swój głos, jeśli chcesz brzmieć jak maszyna - ostrzegł ją Sev. 

- Komputerowe głosy nie falują. - Usiadł na podłodze, podwijając długie nogi pod siebie i nie 

zdradzając żadnego napięcia; patrzył na sztuczną ścianę skrywającą tytanową kolumnę Nancii. - 

Tajne misje zawsze wiążą się z napięciem - skonstatował. - Osobiście, zanim przybiorę fałszywą 

osobowość, zwykłem odbywać dwugodzinne ćwiczenia medytacyjne jogi.

Nancia   gwałtownie   przeszukała   swoje   banki   danych.   Okazało   się,   że   joga   to   rodzaj 

staromodnych ziemskich ćwiczeń wynalezionych dla uzyskania spokoju i duchowego oświecenia.

- Szkoda, że nie możesz zrobić tego samego - skomentował Sev.

- Statek mózgowy potrafi zrobić wszystko to, co wy - odcięła się Nancia. - Tylko lepiej! 

Powiedz mi coś o tej jodze.

Sev uśmiechnął się.

- No cóż, może i potrafisz. Wymaga to tylko małego przełożenia. Zobaczymy. Zacznijmy od 

regularnego oddychania... nie za ciężko - powiedział, kiedy Nancia wymieniła czyste powietrze w 

tę i  z powrotem przez swoje otwory wentylacyjne.  - Po prostu  regularnie, równo i gładko.  O 

właśnie tak. Teraz zamknij... hmmm, wyłącz swoje sensory wzrokowe.

Zwykle Nancia nienawidziła czerni, która towarzyszyła chwilowej utracie sensorycznych 

połączeń wizualnych. Jednak tym razem było to dobrowolne. Niski i uspokajający głos Seva oraz 

to, że nie musiała oglądać swojego przebudowanego wnętrza, wszystko to rzeczywiście odprężało.

Caleb pewnie wychodzi teraz dolnym wyjściem; gdyby uruchomiła zewnętrzne sensory, 

mogłaby zobaczyć go idącego przez lądowisko do budynku portu kosmicznego... Nie, nie przerwie 

teraz ćwiczenia koncentracyjnego. Cierpliwe instrukcje Seva działały. Denerwowała się o wiele 

mniej,   poddając   się   jego   sugestiom,   aby   poczuła   energię   w   dolnych   silnikach   i   pozwoliła   jej 

przepłynąć  przez  reaktor  napędowy.  Płonące,  ciepłe  uczucie  ogarniało  jej  organy  i  zewnętrzny 

pancerz. Groźba kłótni Caleba z Sevem, zbliżająca się konfrontacja na Bahati, nawet to ekscytujące 

podejrzenie, że  tatuś  osobiście polecił  ją do tego  zadania... wszystkie te  wątpliwości,  obawy i 

nadzieje   wydawały   się   bardzo   odległe.   Nancia   rozmyślała   nad   sobą;   nad   małym   punktem  we 

wszechświecie, jakim była planeta, na której wylądowała; nad słońcem, które świeciło ponad nią; 

nad   wszystkimi   dryfującymi,   małymi   punkcikami   w   nieskończonym   wzorze.   Punkty   gasły   i 

rozbłyskiwały, ale wzór wirował w kółko i w kółko przez wieczność.

- Przywróć wszystkie połączenia czuciowe - spokojny rozkaz Seva brzmiał jak delikatna 

pobudka.

Nancia   włączyła   swoje   czujniki   jeden   po   drugim,   na   nowo   odczuwając   cud   istnienia. 

Żwirowate   podłoże   lądowiska   portu   kosmicznego   tuż   pod   nią,   zapach   oleju   silnikowego   w 

powietrzu, wszystkie obrazy i dźwięki normalnie pracującego portu kosmicznego były wyraźne i 

teraz nabierały znaczenia.

background image

- Myślę, że powinnaś sobie poradzić - stwierdził Sev z zadowoleniem.

- Ja też tak sądzę - zgodziła się Nancia.

Wbrew swemu zwyczajowi Nancia wystartowała tak delikatnie, jakby niosła na pokładzie 

całą   komisję   dyplomatów   ze   Światów   Centralnych.   Przemalowanie   na   szokujące   barwy   OG 

Shipping nie oznaczało jeszcze, że miała wpadać i wypadać z planety jak bezrozumna maszyna. 

Poza tym nagłe ruchy mogłyby zburzyć poczucie spokoju, w którym dryfowała; no i poturbowałaby 

Seva. Gdyby na pokładzie znajdował się Caleb, jego wygoda byłaby na pierwszym planie. Sev 

zasługiwał na takie samo traktowanie.

Pracę   związaną   z   przekształceniem   jej   w   maszynę   z   OG   Shipping   wykonano   w   bazie 

Razmak w podprzestrzeni Bellatrix. Razmak był bardzo korzystnie usytuowany, tylko o godzinę 

lotu   kosmicznego   od  strefy  Osobliwości   otwierającej   się   wprost   na   podprzestrzeń  Vegi,  blisko 

Nyota ya Jaha. W tej sytuacji Nancia nie musiała ryzykować długiego lotu, w czasie którego ktoś 

autentycznie zatrudniony przez OG Shipping mógł zauważyć ją i donieść o jej obecności. Leciała 

łukiem przypominającym srebrną tęczę na niebie i gładko zanurkowała w Osobliwość.

Jedyną niedogodnością tej przemiany z ludzkiego punktu widzenia był fakt, że przejście 

przez Osobliwość okazało się znacznie dłuższe niż zwykle. Sev uważał, że jest to rozsądny przelot 

z powodu dogodnego położenia bazy Razmak. Nancia miała nadzieję, że będzie tak nadal uważał, 

kiedy wyjdą z podprzestrzeni Vegi.

Co do niej, to oczekiwała z niecierpliwością skoku w Osobliwość. Śmignęła przez fale 

zapadających się podprzestrzeni, zanurkowała i wypłynęła spiralnym ruchem, aż ciąg dekompozycji 

wchłonął   ją   wciąż   wibrującą   w   swoją   kurczącą   się   przestrzeń.   Ich   zaplanowanemu   tańcowi 

towarzyszył szereg równań liniowych. Wokół Nancii przestrzeń kurczyła się i rozszerzała, kolory 

zatapiały się w niej, a nieubłagana regularność matematycznych transformacji rozwijała się jak 

piękno   fugi   Bacha.  Wypłynęła   z   podprzestrzeni  Vegi   z   niepohamowanym   krzykiem   radości   w 

postaci złotych nutek trąbki Purcella, swobodnie odbijających się echem po kanałach i pustych 

przestrzeniach informacyjnych.

- WYŁĄCZ TO!

Opętańczy wrzask rozbrzmiewający tam, gdzie nie powinien rozlegać się żaden ludzki głos, 

podziałał na synaptyczne połączenia Nancii jak fala o wysokiej częstotliwości.

Natychmiast uruchomiła wszystkie sensory. Świat przypominał diament odbijający obrazy: 

malowane osłony, pseudostalowe korytarze, Sev ciągle przypięty pasami bezpieczeństwa jak w 

czasie przejścia przez Osobliwość, centralna kabina oglądana z trzech stron jednocześnie, wszystko 

to   otoczone   obrazem   czerni,   upstrzonej   ognikami   dalekich   słońc,   widzianej   przez   zewnętrzne 

sensory.

background image

I Caleb wyłaniający się z jedynego kąta, gdzie tymczasowe ścianki blokowały Nancii wgląd 

do   własnego   wnętrza;   pełen   godności   w   swoim   służbowym   kombinezonie   i   ciągle   zielony   na 

twarzy z powodu przedłużonego pobytu w Osobliwości. Nancia wyłączyła wszystkie pozostałe 

sensory,   a  powiększyła   obraz   Caleba.   Zwykle   jej   mięśniowiec   nie   przejmował   się   “swoim 

wyglądem".   Ona   natomiast   zapomniała   już,   jak   dobrze   może   prezentować   się   mężczyzna   w 

niewygodnym,   czarnosrebrnym,   służbowym   uniformie   ze   sztywnym   kołnierzem   sięgającym 

wysoko pod brodę, ozdobionym srebrno-czarnym warkoczem, który jarzył się kolorami tęczy za 

każdym razem, kiedy Caleb wziął głębszy oddech.

- Przestałeś lubić muzykę poważną? Były to jedyne bezpieczne słowa, jakie przyszły jej do 

głowy.

- Brzmiało to o pół tonu za płasko w wyższych partiach - powiedział Caleb, używając tego 

samego tonu, co Nancia - i o wiele za głośno.

- Myślę, że powinnam cię przeprosić za ten niezamierzony atak na twoje delikatne sensory - 

odparła Nancia. - Wyłączyłam głośniki kabinowe i nie zdawałam sobie sprawy, że jest jeszcze jeden 

delikatnik na pokładzie.

- Kto?

Czy naprawdę Caleb przez cztery i pół roku służby nie słyszał nigdy tego żargonowego 

słowa, którego ludzie z kapsuł używali na określenie ludzi? Nancia szybko przejrzała zapisy ich 

rozmów. Nigdy nie zdawała sobie sprawy, jak wiele z nich było przez nią cenzurowanych dla jego 

dobra,   jaka   była   ostrożna   i   unikała   czegokolwiek,   co   byłoby   niezgodne   z   jego   wzorcami 

zachowania czy mówienia.

Chyba była zbyt ostrożna, skoro sądził, że ta kaskaderka ujdzie mu na sucho.

-   Sądzę,   że   domyślasz   się,   co   ten   termin   znaczy   -   powiedziała   Nancia.   Kiedy   jednak 

uświadomiła sobie nieroztropność postępku Caleba, jej ciężko utrzymywany spokój prysł jak bańka 

mydlana. - Caleb, ty idioto, przecież mogłeś zginąć! Co by się stało, gdybym wystartowała na 

pełnej mocy? Potrząsnęłoby tobą w tym kącie jak kośćmi w kubku.

-   Przecież   nigdy   nie   startujesz   ani   nie   lądujesz   tak,   żeby   można   było   odnieść   jakieś 

obrażenia - zbyt lubisz pokazywać, jak lądujesz na skorupce od jajka, prezentując przy tym takie 

zdolności nawigacyjne, jakbyś podrzucała dziesięciocentówkę.

Nancia na chwilę zamilkła.

- Co to jest dziesięciocentówka?

- Nie jestem pewien - przyznał Caleb. - To powiedzenie ze Starej Ziemi. Myślę, że odnosi 

się   do   jakiegoś   małego   owada.   Chcesz   sprawdzić   w   swoim   słowniku?   Moglibyśmy   odszukać 

kartoteki języka staroangielskiego przez sieć. Tak dla zabicia czasu.

-   Przestań   zmieniać   temat!   Dlaczego   mi   nie   powiedziałeś,   że   zamierzasz   zostać   na 

background image

pokładzie?

- A pozwoliłabyś mi lecieć?

-  Chyba...   nie   -   przyznała   Nancia.   -   Musiałabym   powiedzieć   o   tym   Bryleyowi.  Twoja 

obecność może zdemaskować misję, czy ty tego nie rozumiesz? Przecież mam uchodzić za statek 

bezpilotowy, nie pamiętasz?

- Wiem - odrzekł Caleb. - Nie martw się. Nie zdemaskuję tej cholernej misji. Nie mogłem 

jednak pozwolić, abyś sama stawiła czoło temu gangowi złodziei. Czy tego nie rozumiesz?

Nie była sama, miała Seva, który wiedział wszystko o śledztwie i o tajnej misji. Lecz nie 

mogła nie doceniać Caleba za to, że chciał ją chronić.

- Po prostu trzymaj się z daleka - zakończyła Nancia. - Proszę cię, Caleb. Oho, Sev korzysta 

teraz z jego kabiny, nie spodoba mu się to. Dogadaj się z Sevem; jeśli jeden z was może się 

ukrywać, to pewnie drugi też. Ale to on dowodzi tą misją. Zgodziłam się na to i ty także będziesz  

musiał to zaakceptować.

Przyjęła ruch szczęką i nagłe szarpnięcie głową za całą zgodę, której oczekiwała.

- Och, jeszcze jedna rzecz.

- Tak?

- Dlaczego wybrałeś ten służbowy strój na taką małą przejażdżkę? - spytała Nancia. - Nie 

chodzi o to, że źle wyglądasz, ale ja wybrałabym raczej coś mniej ostentacyjnego...

Caleb tłumaczył jej długo i cierpliwie o tradycji honoru na Vedze. Wydawało się, że - w jego 

mniemaniu - istnieje związek pomiędzy noszeniem stroju służbowego a braniem go za szpiega. 

Nancia nie bardzo umiała za nim nadążyć, a kiedy przeszedł od historii Vegi do opowieści ze Starej 

Ziemi o kimś tak znanym,  jak major Andre, przestała próbować. To był Caleb. Jego poczucie 

honoru nie pozwalało mu na opuszczenie własnego statku, gdy groziło mu niebezpieczeństwo. Było 

też oczywiste, że to samo poczucie honoru nie pozwoliło mu się ubrać stosownie do okazji. Nancia 

nieraz  odczuwała  ból  z powodu  tego  poczucia  honoru, ale  była  to  część Caleba.  Część,  którą 

szanowała.

Kiedy Caleb dyskutował o prawach wojny, o koncepcji wojny sprawiedliwej, przymierzu z 

Bogiem i konwencji genewskiej, Nancia znalazła i uruchomiła program z barokową muzyką dętą. 

Mając   wszystkie   głośniki   wyłączone,   pozwoliła   trąbce   Purcella   przebiegać   trzy   razy   po  jej 

wewnętrznych kanałach komputerowych i prawie zaczynała czwarty, zanim Calebowi skończył się 

koncept na dalsze opowieści.

Fassa del Panna spacerowała po doku przeładunkowym w bazie kosmicznej II na Bahati, 

zagryzając wargi. Od czasu tej nieudanej akcji w bazie kosmicznej I nie miała ochoty wyjawiać 

nikomu   żadnych   szczegółów   związanych   z   jej   interesami.   To   było   zbyt   ryzykowne.   Kto   by 

background image

pomyślał, że Sev Bryley będzie taki uparty. Przecież wzięła go na pokład “Xanadu" i dała mu to, 

czego pragnął, czyż nie? Kiedy jednak okazało się, że to nie wystarczy, aby zamknąć mu usta... - 

Fassa   przystanęła   i   znów   zagryzła   wargi.   Wszystko,   czego   chciała   od   Darnella,   polegało   na 

sfingowaniu   małego   fałszerstwa   hazardowego,   aby   zdyskredytować   Seva   w   oczach   jego 

pracodawców. Lecz nie było potrzeby posuwać się aż tak daleko, jak to uczynił Darnell, nawet jeśli 

Sev   węszył   koło   Pair-a-Dice,   aby   sprawdzić   kto   go   wrobił.   Były   przecież   inne   sposoby,   by 

zniechęcić ludzi, lepsze niż wrzucanie ich nieprzytomnych do ekomaszyny. Powinna była poznać 

się na sadystycznych instynktach Darnella i przypomnieć sobie plotki o tajemniczych zniknięciach 

z Pair-a-Dice. Głucha na miękkie tąpnięcie i wibracje ścian bazy, oznajmiające lądowanie maszyny 

Darnella  z OG Shipping,  Fassa na  chwilę  oparła głowę  o ścianę. Ściana lekko  ugięła  się pod 

naciskiem. Tak właśnie się działo, jeśli stosowało się zamiast zakontraktowanej syntetycznej stali 

syntetyczną powłokę tylko pomalowaną na kolor stali. Nie, żeby ona się tym przejmowała. Nikt 

przecież niczym się nie przejmował. Tak już ten świat był urządzony, że nikt nie dbał o to, aby 

powstrzymać korupcję. Dlaczego więc ona ma się przejmować jakimś człowiekiem, który padł 

ofiarą ogólnie panującej znieczulicy? Nikt nigdy się nią nie przejmował, prawda?

Z   pewnością   nie   Sev   Bryley.   On   chciał   jedynie   zrobić   karierę,   wykorzystując   jej 

skandaliczny przypadek. Wziął to, co mu ofiarowała, i zaatakował ją ponownie, tak jakby nic z tego 

nie miało żadnego znaczenia. No cóż, nie miało.

- A może?

Fassa zamrugała gwałtownie powiekami i uruchomiła serię zamków, które automatycznie 

sprawdzały połączenie przybyłego statku z podłożem bazy, równoważyły ciśnienie i otwierały bazę 

kosmiczną dla załadunku i wyładunku. Nie poskąpiła funduszy na tę część zadania. Miała dość 

sprytu,   aby   utrzymać   się   grubo   powyżej   standardu   wtedy,   gdy   wchodziło   w   grę   jej   własne 

bezpieczeństwo.   Kiedy  otwarły  się   drzwi   bazy,   pomyślała,   że   była   wystarczająco   sprytna,   aby 

poradzić sobie z każdym pojawiającym się problemem... oprócz może własnych wspomnień.

Które nie stanowiły problemu.

Właśnie zamierzała wezwać ekipę załadunkową, by przeniosła słupy z permastali i inne 

drogie   materiały   na   maszynę   Darnella,   kiedy   zatrzymała   ją   nagła   myśl.   Nigdy   nie   za   dużo 

ostrożności w tych czasach. Przeszła przez śluzę portu kosmicznego, przez komory ciśnieniowe do 

pustych ładowni bezpilotowego statku OG Shipping.

Wszystko   wydawało   się   w   porządku.   Platforma   załadunkowa   była   raczej   dziwna,   ale 

Darnell miał zwyczaj brania statków z innych przedsiębiorstw, które posiadał, i przebudowywania 

ich na swoje potrzeby. Oczywiście, było przecież mnóstwo miejsca. Wszędzie, gdzie spojrzała, na 

kolumnach, ścianach, wewnętrznych panelach, Fassa widziała purpurowo-brązowe i bladofioletowe 

logo   OG   Shipping.   Linie   w   niektórych   wypadkach   raczej   niedbale   wydrukowane   gięły   się,   a 

background image

kropelki farby poplamiły brzegi szablonów. Wyglądało to na efekt dużego pośpiechu. Darnell nigdy 

nie poświęcał czasu na to, aby dopilnować swoich pracowników osobiście, tak jak ona to robiła, i 

różnica była widoczna.

- Statku bezpilotowy, czy jesteś gotowy na przyjęcie ładunku? - spytała w przestrzeń.

-   Gotowy.  Aby   przyjąć.   Ładunek.   Zaczynam.  Transfer.   -  Wróciła   do   niej   odpowiedź   z 

głośnika gdzieś za jej plecami, metaliczna i trochę nieskładna jak mowa wszystkich AI.

Fassa czytała, że lingwiści pracujący na AI byli w stanie stworzyć system podobny do 

ludzko brzmiącej mowy, szczególnie za pomocą wyrafinowanych metachipów, produkowanych na 

Shemali, ale prawa rynku zabraniały im jego produkcji. Statki i inne urządzenia AI nie mogły 

brzmieć jak ludzie, bo to złościło tych ostatnich.

- Proszę o transfer kredytowy - powiedziała szybko Fassa.

Darnell   zamroził   jej   jeden   ładunek   towarów,   odsprzedając   go  i   zabierając   pieniądze   do 

kieszeni.   Bezczelnie   zaprzeczał,   że   jakikolwiek   jego   statek   przebywał   wtedy   w   pobliżu   bazy 

kosmicznej   I.   Jej   własna   czujność   i   stanowcza   odmowa   pozostawiania   jakichkolwiek   śladów 

uniemożliwiały   zwalczanie   go.   Teraz   zażądała   płatności   z   góry,   zanim   pojedyncza   rolka   z 

syntetycznej stali dostanie się na któryś z bezpilotowych statków.

- Twój kredytowy transfer będzie. Potwierdzony. Jak tylko. Zakończy się załadunek.

Fassa   uśmiechnęła   się   do   siebie.   Ta   odpowiedź   zawierała   więcej   elementów   uładzonej 

ludzkiej   mowy   niż   na   innych   statkach.   Nie   posądzałaby   Darnella   o   przekształcanie   nowych 

metachipów  dla   tak  frywolnych   celów,  jak  udoskonalanie   mowy  komputera  statku.   Jednak  nie 

zrobił tego najlepiej. Wciąż można było poznać, że rozmawia się z maszyną.

Poza tym  nie zamierzała  dać się  pozbawić temu przeklętemu statkowi  swoich  praw do 

kosztownego załadunku.

-  Transfer   kredytowy   ma   nastąpić   po   załadowaniu   dwudziestu   pięciu   procent   towaru   - 

stwierdziła.   -   Zgodnie   ze   zwykłą   umową,   albo   wstrzymam   załadunek   i   nie   opuścisz   bazy 

kosmicznej, dopóki nie otrzymam potwierdzenia.

- Zgoda. - W tonie głosu maszyny zabrzmiał bardzo ludzki cień rezygnacji.

Darnell rzeczywiście manipulował metachipami z Shemali na swoich statkach. Teraz Fassa 

była   gotowa   się   o   to   założyć.   Ciągle   nie   opuszczało   jej   uczucie   niepewności   w   związku   z   tą 

operacją, ale wyzbyła się go. Po prostu za dużo myślała na temat kłopotów z Sevem Bryleyem, to 

wszystko.  Nie  ma   powodu  przypuszczać,  że  coś  podobnego  może  się  jeszcze  przydarzyć  -  na 

pewno nie. Nie z taką liczbą senatorów, bankierów i inspektorów, którzy figurowali na liście płac. 

Fassa   uruchomiła   połączenie   komputerowe   z  bazą   i  wezwała   wybraną   przez   siebie   ekipę,   aby 

dokończyła transferu.

Dzięki skomputeryzowanym podnośnikom i innym urządzeniom automatycznym ładowanie 

background image

materiałów konstrukcyjnych było proste i wymagało nie więcej niż trzech ludzi, bezgranicznie 

lojalnych wobec Fassy i posiadających udziały w Polo Construction. Te udziały były koniecznym 

wydatkiem, aby zapewnić sobie milczenie pomocników. Po raz kolejny, kiedy ludzie zajmowali się 

swoją pracą, przeklinała ukryty męski szowinizm kontrahentów, którzy z uporem budowali swoje 

podnośniki   dostosowane   do   męskiego   muskularnego   ciała   o   wysokości   sześciu   stóp.   Nie   było 

powodu, dla którego te podnośniki nie mogły mieć deski rozdzielczej zaprojektowanej tak, aby 

niska kobieta zdołała do niej dosięgnąć. Fassa była jednak zbyt niska, aby obsługiwać maszynę. 

Kiedy skalkulowała, ile udziałów i premii kosztował ją ten fakt, miała ochotę otworzyć własną 

fabrykę z ciężkim sprzętem: z podnośnikami, widłami, dźwigami, które każdy  mógł obsługiwać, 

naciskając   guzik.  Kiedyś,   kiedy   będę   mieć   dość   pieniędzy,   przyrzekła   sobie.  Kiedy   będę 

wystarczająco silna... Wystarczająco bezpieczna... O ile będę.

Miała   jakieś   dziwne   uczucie,   że   taki   dzień   nie   nastąpi.   Lecz   teraz   w   trakcie   transferu 

pojawiło się 25-procentowe oznakowanie i nadszedł czas, aby odebrać pokwitowanie. Fassa skinęła 

na   ładowaczy,   by   przestali   pracować.   Kiedy   czekali   na   swoich   stanowiskach,   a   podnośniki 

zatrzymały się w pół tuku, weszła do częściowo wypełnionych ładowni statku.

- Transfer kredytowy - zażądała. - Natychmiast!

- Przykro mi, że nie mam możliwości wydania druków kredytowych na obszarze komór 

załadunkowych - odpowiedział statek. - Niech jednostka del Parma przeniesie się na obszar kabiny, 

aby otrzymać płatność.

Końcówki   w   odmianie   brzmiały   prawie   ludzko,   ale   niezgrabne   słownictwo   zdradzało 

maszynę. Uśmiechając się, Fassa pomyślała, że poleci Darnellowi jakichś lepszych lingwistów.

Drzwi windy otwarły się i Fassa pogrążona w swoich przyjemnych myślach zrobiła krok do 

przodu, po czym zauważyła na tle głębokiej kosmicznej czerni kombinezonu Służby Kurierskiej 

błysk srebrno-czarnego warkocza.

Przerażona rzuciła się w tył, ale człowiek w uniformie złapał ją za rękę, zanim zdążyła 

umknąć.  Upadła na podłogę  ładowni,  pociągając za  sobą napastnika.  Wylądował  ciężko  na jej 

piersi, kompletnie tamując jej oddech. Gdzie jest ta cholerna ekipa transportowa? Czy oni nie 

widzieli, że coś jest nie tak?

- Fasso del Parma, aresztuję cię w imieniu Światów Centralnych pod zarzutem defraudacji 

surowców bazy kosmicznej - wydyszał potwór.

Obie jego ręce obejmowały jej nadgarstki, przyciskając  ją do podłogi. Fassa  łapczywie 

wciągnęła do płuc powietrze, podbiła kolanem krok brutala i wywinęła się jednym ruchem. Mózg 

nigdy nie przestawał jej pracować. A więc był świadek! Darnell podwójnie ją oszukał? W porządku, 

pozbycie się świadka to nowy problem, później zajmie się resztą.

- Zabijcie go! - wrzasnęła do oniemiałych idiotów ze swojej firmy.

background image

Rzuciła się do ucieczki.

Właz załadunkowy statku zamknął się jej przed nosem. Jak, do licha, ten potwór zdołał 

przekazać rozkaz? Powinien wić się w agonii. Tak było, ale kiedy Fassa zerknęła na niego, podniósł 

się na kolana.

- Aresztuję... - wysapał.

- To ty tak myślisz - stwierdziła Fassa z najsłodszym uśmiechem.

Czy ten głupiec wyobrażał sobie, że była za słaba lub zbyt sentymentalna, aby zabić kogoś z 

zimną krwią? Ciągle klęczał, a ona stała, szpikulec z lewego rękawa wśliznął się jej do ręki. Czas 

biegł wolno, a powietrze wokół drgało. Pilot Służby Kurierskiej rzucał się teraz na nią, ale jak na 

razie nie był dość szybki. Fassa mierzyła w niego szpikulcem, aż do chwili kiedy ujrzała w szybce 

kombinezonu jego twarz. Kto to był? Nieważne. W ogóle go nie znała, był Sevem, senatorem 

Cenevixem, był Faulem del Parmą... Wszystko zieleniało wokół niej i palce miała zbyt słabe, aby 

utrzymać szpikulec. Co się dzieje? Fassa zachwiała się, ścisnęła rękojeść szpikulca i zobaczyła 

ciemne   mroczki   przez   gęste,   zielone   obłoki,   które   teraz   ich   otaczały.   Odurzona...   Nie   zdołała 

utrzymać oczu otwartych, aby śledzić dalej mroczki... Ale była zbyt blisko celu, żeby spudłować.

Tak blisko...

Fassa upadła w chmurze usypiającego gazu, którym Nancia odrobinę za późno wypełniła 

zamknięte luki ładowni. Upadł też Caleb tuż przed Fassa, a jego srebrno-czarny kombinezon był 

cały poplamiony krwią.

background image

ROZDZIAŁ X

- Nie wpuszczaj gazu do windy! Nie wpuszczaj gazu do windy!

Komendy   wykrzykiwane   z   odciętego   obszaru   za   sztucznymi   ścianami   zaalarmowały 

Nancię.   Szybko   przestawiła   sensory   wizualne,   przeklinając   pospieszną,   niedbałą   pracę   nad   jej 

przebudową, która pozbawiła ją wglądu na niektóre obszary.

Sev Bryley blady jak kreda wyłonił się zza jednej ze sztucznych purpurowo-brązowych i 

bladofioletowych ścian.

-  Wyciągnę   go   z   ładowni   -   rzucił,   nie   patrząc   nawet   w   stronę   jej   sensorów.   -   Możesz 

zatrzymać gaz tylko na tej przestrzeni?

- Tak, ale...

- Nie mam czasu na szukanie maski.

Bryley był już poza windą i Nancia mogła obserwować, jak wolnymi krokami schodzi w 

dół. Pierś wznosiła mu się i opadała gwałtownie, kiedy chwytał czyste powietrze, aby móc poruszać 

się  w  komorze  załadunkowej.  Nancia  utrzymywała  drzwi  windy uchylone,  na tyle   tylko,  żeby 

zdołał się przez nie przecisnąć. W tym samym czasie uruchomiła na najwyższych obrotach system 

wentylacji w komorze, wymieniając jak najwięcej gazu na czyste powietrze.

Sev   niezgrabnie   przepchnął   ramiona   i   plecy   przez   połówkę   drzwi   od   windy.   Nancia 

uwolniła   zatrzask   na   czas   wystarczający,   aby  zdążył   przeciągnąć   do   niej   Caleba.   Przez   długie 

sekundy powrotnej jazdy w górę Nancia wciąż podtrzymywała pracę systemu wentylacyjnego na 

najwyższych obrotach. W momencie kiedy winda dotarła na poziom kabiny, w powietrzu nie było 

już ani śladu gazu usypiającego. Lecz Sev nawdychał się go tyle, że osunął się na ścianę zbyt 

odurzony, aby dłużej panować nad sobą i Calebem.

- Antidotum?

- W korytarzu - odpowiedziała Nancia. - W korytarzu!

Nie miała w windzie żadnych pomocniczych urządzeń, więc Sev musiał wydostać się z 

windy  i   iść   ciężkim   krokiem,   zataczając   się   i   trzymając   ściany.   Przynajmniej   to   była   jedna   z 

prawdziwych ścian Nancii. Zaledwie kilka kroków od Seva znajdowało się okienko, gdzie automat 

wydawał stymulanty i pomoc medyczną. Sev dwa razy odetchnął głęboko czystym powietrzem, 

sięgnął do płytkiego naczynia w okienku, złapał garść ampułek i zgniótł je pod nosem.

- Więcej! - rozkazał.

- Już i tak przekroczyłeś przewidzianą dawkę!

- Muszę mieć teraz sprawny umysł - mruknął Sev. 

Czyżby było więcej krwi na kombinezonie Caleba? Nawet nie można było stwierdzić, czym 

go uderzono i jak poważnie był ranny. Nancia wysłała następną porcję stymulujących ampułek. Sev 

background image

przełamał je, tym razem ostrożniej, po jednej. Po trzecim głębokim wdechu odłożył resztę ampułek 

na tacę.

- Środki medyczne!

- Jakie?

- Powiem ci, kiedy się zorientuję. - Klęczał teraz na kolanach, zasłaniając Nancii widok, 

kiedy odwijał przednią część uniformu Caleba. - Coś do zatamowania krwi... Nie powinno być 

wiele śladów po szpikulcu... Ach, to... - Tu użył potocznego słowa znanego na Vedze, którego nie 

było na żadnym dysku Nancii. - Nasyciła go antykoagulatem. I... jeszcze czymś. Zbadaj to!

Upuścił oderwany, pokrwawiony kawałek kombinezonu na tacę. Nancia przekazała go do 

laboratorium medycznego i przesłała w zamian ampułki z preparatem na krzepliwość, który Sev 

wstrzyknął Calebowi prosto w żyłę.

- To powstrzymało krwawienie - powiedział w końcu, wstając na nogi. - Niepokoi mnie 

jednak barwa jego skóry. Czy to wygląda na zwykłą bladość po gazie usypiającym?

- Nie. - Było to jedyne słowo, które zdołała wypowiedzieć.

- Też tak uważam. Czy możesz zbadać, co jeszcze było na szpikulcu?

- Nie. Jakieś składniki organiczne, ale zbyt złożone dla mnie. - Koncentracja na problemach 

technicznych   pomogła   jej   zapanować  nad   głosem.  -  Nie   mam  tu   odpowiedniego   wyposażenia. 

Skontaktuję się z bazą Murasaki i dowiem o rozmieszczeniu najbliższych służb medycznych.

Lecz   baza   Murasaki   mogła   jej   tylko   zasugerować   jak   najszybszy   transport   Caleba   do 

najbliższej kliniki planetarnej. Jeśli szpikulec Fassy był nasączony ganglicydem...

- To nie był ganglicyd - odrzekła szybko Nancia. - Już by nie żył. Poza tym nikt by czegoś  

takiego nie zrobił.

- Mogłabyś się zdziwić - rozległ się denerwująco spokojny głos mózgu zarządzającego bazą 

Murasaki. - Ale zgadzam się, może to nie ganglicyd. Są jednak trucizny paraliżujące nerwy, które 

działają wolniej, ale nie leczone mogą wywołać taki sam skutek. Na podstawie tego, co donosisz o 

jego   konwulsyjnej   reakcji,   radzę   natychmiast   zawieźć   go   do   kogoś,   kto   ma   doświadczenie   z 

truciznami działającymi na układ nerwowy i wie, jak je leczyć.

- Dzięki - rzuciła Nancia.

Sev zawinął Caleba we wszystkie koce, jakie znalazł, ale nic nie powstrzymało ciągłych 

nerwowych drgawek młodego pilota. Co jakiś czas jego kręgosłup wyginał się do tyłu, a on sam 

krzyczał w malignie.

- Przybyliśmy z bazy Razmak w podprzestrzeni Belatrix. Chyba nie myślisz poważnie, że 

przetransportuję człowieka w takim stanie przez Osobliwość?

- Tak się składa, że na Bahati jest wspaniała klinika - odpowiedział mózg bazy Murasaki. - 

Gdybyś   była   wystarczająco   opanowana,   aby   sprawdzić   dane   w   sieci,   które   ci   przesyłam, 

background image

zauważyłabyś, że tamtejszy wicedyrektor ma dużą praktykę w badaniu trucizn układu nerwowego. 

Za   twoją   zgodą   powiadomię   klinikę   Summerlands,   aby   oddano   ten   nagły   przypadek   pod 

bezpośrednią opiekę doktor Alphy bint Hezra-Fong.

Czas się zatrzymał. Strzępy rozmów zapomnianych w ciągu czterech lat odbijały się echem 

w pamięci Nancii. Ekspert od leczenia skutków ganglicydu właśnie tam, w klinice Summerlands -  

testowanie   ganglicydu   na   nieświadomych   pacjentach...   Byli   tak   mocno   zaćpani,   że   nawet   nie  

wiedzieli, co się z nimi dzieje.

Miała całe te rozmowy nagrane i bezpiecznie ukryte. Nie potrzebowała ich odtwarzać. Jej 

własna ludzka pamięć bezlitośnie przypominała słowa, które starała się zapomnieć. Czy odważy się 

przekazać Caleba w ręce Alphy bint Hezra-Fong? Czy odważy się nie zabrać go do kliniki?

Naprawdę nie miała wyboru.

Było tylko kilka minut lotu na Bahati.

Jednak   dla   Nancii   czas   wydłużał   się   w   godziny.   Błogosławiła   swoją   zdolność   do 

multiprzetwarzania,   które   pozwalało   jej   podejmować   wiele   zadań   naraz.   Kiedy   jeden   zespół 

procesorów   zajmował   się   parametrami   lądowania,   Nancia   uruchomiła   dwa   inne,   aby  utrzymać 

łączność z Murasaki i otworzyć nowe połączenie z Bahati. Skontaktowała się z dyrektorem kliniki 

Summerlands i wyjaśniła, w czym rzecz, a jednocześnie przyjmowała spokojne instrukcje z bazy 

Murasaki.

Aresztowanie Fassy i obrażenia Caleba stały się złożonym problemem politycznym. Nancia 

była prawie wdzięczna za te komplikacje, przynajmniej miała o czym myśleć przez nie kończące 

się minuty przed lądowaniem.

Przepisy Służby Kurierskiej ściśle zabraniały transportu więźniów na statku mózgowym bez 

pilota. Dla Nancii była to niemądra polityka wynikła z obaw, które już się przeżyły. Wcześniej 

mniej przemyślnie skonstruowane statki mózgowe może i były łatwe do przejęcia przez pasażera, 

ale ona była dobrze zabezpieczona przed każdą małą sztuczką, którą Fassa mogłaby się posłużyć. 

Pomocnicze   obwody   synaptyczne,   znane   jako   Modyfikacja   Helvy,   zabezpieczały   ją   przed 

jakąkolwiek próbą odcięcia jej sensorycznego kontaktu z własną kapsułą.

Pomimo to baza Murasaki poinformowała Nancię, że przepisy te istniały nie bez przyczyny 

i to nie od niej zależał wybór, którego z nich będzie przestrzegać.

- Już dobrze, dooobrze.

Czy Caleb znów się wyginał? Personel kliniki Summerlands był przygotowany, aby odebrać 

go zaraz po wylądowaniu. Port kosmiczny na Bahati przesyłał końcowe instrukcje lądowania.

- Przekażę Fassę del Parma władzom na Bahati.

- Tego nie zrobisz - poinformował ją mózg bazy Murasaki. - Łączyłem się z Centralą, kiedy 

ty zajmowałaś się swoim pilotem. Ta młoda dama jest politycznym gorącym kartoflem.

background image

- Co?

- Przepraszam, to żargon ze Starej Ziemi. Nigdy nie zastanawiałem się nad dosłownym 

znaczeniem...   Zobaczymy,   myślę,   że   kartofel   to   rodzaj   bulwy,   ale   dlaczego   ktoś   miałby   go 

rozżarzać... Och, cóż... - Baza Murasaki odłożyła to intrygujące pytanie lingwistyczne na później. - 

Oznacza to, że tak naprawdę nikt nie chce zajmować się jej procesem. Sama to rozumiesz, Nancia. 

Jeśli ma być sądzony szczeniak z wysokiego rodu i wysłany do więzienia, nie może to się stać w 

nieznanym świecie na obrzeżach galaktyki. Dostarcz ją do Centrali i bądź bardzo, bardzo ostrożna 

przy całej procedurze. Co do literki. Centrala ma instrukcje, że nic  nie może się zdarzyć w tym 

przypadku.   Pewna   wysoko   postawiona   osoba   jest   osobiście   zainteresowana   położeniem   kresu 

korupcji w szacownych rodach.

-   Możesz   powiedzieć   tej   twojej   wysoko   postawionej   osobie,   żeby...   -   Nancia   przesłała 

gwałtowną falę niewyraźnych tonów i nieskoordynowanych dźwięków.

- Nie mogę - odpowiedział zadowolony z siebie mózg bazy Murasaki. - Delikatnicy nie 

mogą odbierać tego rodzaju zapisów. Na szczęście dla nich, jak sądzę. Gdzie taki miły statek 

mózgowy, jak ty, nauczył się takiego języka?

Nancia wylądowała na lądowisku na Bahati tak delikatnie, jak piórko tańczące na wietrze. 

Otworzyła właz do kabiny na górnym poziomie i czekała, aby pracownicy portu dostarczyli rękaw 

powietrzny. Znali powody, dla których nie chciała otwierać dolnego włazu. Sprzęt powinien już być 

przygotowany i czekać. Ach, oto i on.

- No cóż, wobec tego poinformuj twoją wysoko postawioną osobistość, że kilka drobnych 

szczegółów tej operacji już i tak źle poszło - odrzekła Nancia bazie Murasaki. - Jeśli więc nie mogę  

transportować del Parmy bez pilota i nie mogę jej zostawić na Bahati, to co mam z nią zrobić?

- Zaczekać na twojego nowego pilota, oczywiście - poinformowała ją baza.

- Tylko jak długo to potrwa? - Pakowali teraz Caleba na nosze.

- Około pół godziny, jeśli spakuje się tak szybko, jak powinien.

- Co?

W odpowiedzi baza Murasaki przesłała bezpośrednie instrukcje z Centrali.

- Starszy urzędnik Służby Dyplomatycznej Światów Centralnych Armontillado y Medoc, 

Forister, ostatnio przebywał w klinice Summerlands, poprzedni status pilota zawieszony z powodu 

wstąpienia do SD, rok 2732, przywrócony na stanowisko w 2754 dla celów podróży służbowej, 

podczas której ma dostarczyć więźnia Fassę del Parma y Polo do dyspozycji władz sądowniczych 

Światów Centralnych.

Zanim   zabrano   Caleba,   służby   medyczne   kliniki   Summerlands   przeprowadziły   testy   i 

podawały mu odpowiednie odtrutki. Alpha bint Hezra-Fong przyszła osobiście, aby dopilnować tej 

operacji. Sensory Nancii uchwyciły wyraz jej twarzy o ostrych rysach, kiedy pochylała się nad 

background image

Calebem. Nie zdradzał niczego poza rzetelnym, profesjonalnym zainteresowaniem i nie było widać 

ani   cienia   złych   myśli,   by   zamierzała   użyć   Caleba   jako   nieświadomego,   eksperymentalnego 

obiektu.

Żadnego współczucia.

Właśnie wsadzali go do rękawa poza zasięgiem sensorów Nancii, całkowicie pozbawionego 

jej pomocy. Gdzie był Sev? Nancia przejrzała obrazy w sensorach, aż zlokalizowała go w jednej z 

kabin   pasażerskich   ukrytej   za   jej   Fałszywymi   panelami.   Strzegł   oszołomionej   Fassy,   która 

zaczynała dochodzić do siebie po odurzeniu gazem usypiającym.

- Sev, chciałabym, abyś pojechał z Calebem - oznajmiła Nancia.

- CN-935, przyjmij proszę formularz z oficjalnymi rozkazami - nadała baza Murasaki na 

innym kanale.

- Nie mogę - odpowiedział Sev, nie rozglądając się wokół. - Muszę strzec więźnia. Sprawdź 

przepisy.

Nancia wiedziała, że miał rację. Te same głupie przepisy, które zabraniały transportować 

Fassę bez mięśniowca na pokładzie, zabroniły jej również strzec więźnia osobiście.

- Czy przepisy są ważniejsze od życia Caleba?

- Nancia, on jest pod najlepszą opieką medyczną. Czym się martwisz?

- CN-935, odpowiadaj! - krzyczała baza Murasaki. 

Rękaw   powietrzny   był   tylko   punktem   na   horyzoncie.   Nie   zatrzymali   się   w   porcie 

kosmicznym, zabierali Caleba wprost do Summerlands. Tam Alpha bint Hezra-Fong mogła mu 

zrobić absolutnie wszystko, a Nancia nawet się o tym nie dowie aż do momentu, kiedy pewnie 

będzie za późno.

- Instrukcje przyjęte - nadała do bazy Murasaki. - Teraz prześlij tego pilota na pokład!

Forister   Armontillado   y   Medoc?   Nancia   przypomniała   sobie   niskiego,   spokojnego 

człowieka, którego transportowała dokądś kilka lat wstecz, aby rozwiązał jakiś kryzys. Cały czas 

czytał   na   pokładzie.   Nieważne,   co   mówiły   jego   dane,   dla   niej   i   tak   nie   był   właściwym 

mięśniowcem. Kogo jednak to obchodziło? Im szybciej znajdzie się tutaj, tym szybciej Sev będzie 

zwolniony z funkcji strażnika i będzie mógł dołączyć do Caleba.

* * *

Fassa   krztusiła   się   na   dnie   jeziora.   Wodorosty   owinęły   się   wokół   jej   kostek,   a   czyste 

powietrze   było   nieosiągalnie   daleko,   o   całe   mile   ponad   zieloną   wodą,   która   ją   przytłaczała   i 

wpychała się do jej ust, uszu i nosa z łagodną, nieodwołalną stanowczością. Chciała uwolnić się od 

roślin   wierzganiem,   jednak   zaciskały   się   bardziej   ponad   kostką,   łydką   i   kolanem   zielonymi, 

cienkimi palcami, oplatając również jej uda. Gdy spojrzała w dół, wodorosty przekształciły się w 

background image

bladozielone twarze z otwartymi ustami i zamkniętymi oczami. Wszyscy mężczyźni, którzy oddali 

jej   swoje   serca,   uczciwość   i   kawałki   duszy,   byli   tam,   na   dnie  jeziora,   i   chcieli   ją   przy  sobie 

zatrzymać. Dusiła się i potrzebowała oddechu. Jeśli odda im ich dusze, czy pozwolą jej odejść?

Próbowała zerwać swoją bransoletkę z lewego nadgarstka, ale zamek się zaciął. Chciała 

zerwać łańcuch, ale był zbyt silny. Gorzkawa, zielona woda z jeziora wpływała jej do ust, a przed 

oczami tańczyły czarne mroczki. Owinęła łańcuch wokół ręki i machnęła nim w stronę duchów. 

Iskrzące się amulety z corycium i irydium opadały leniwie w dół między błotniste wodorosty i 

Fassa była uwolniona. Teraz mogła wznieść się przez kręgi coraz bardziej rozjaśniającej się wody 

aż na powierzchnię i wciągnąć powietrze, które paliło w płucach jak ogień.

Leżała na koi w kabinie statku kosmicznego. Sev Bryley siedział ze skrzyżowanymi nogami 

na przeciwległej koi, obserwując ją z pozbawioną uśmiechu uwagą. Palące uczucie w płucach było 

prawdziwe, tak jak świdrujący ból głowy - kac po gazie usypiającym. Teraz sobie przypominała: 

zaskoczenie i przemoc, i ten głupiec, który znalazł się tam, gdzie nie powinien, i gaz wypełniający 

ładownie, kiedy próbowała wstrzymać oddech.

Wszystko to składało się na tak druzgocącą porażkę, że nawet nie potrafiła znieść myśli o 

niej. I Sev - człowiek, który nigdy nie dał jej kawałka swojej duszy, by mogła zamknąć ją w swoim 

amulecie - czy to on był odpowiedzialny za tę katastrofę?

- Co ty tu robisz? - wydukała.

- Doglądam, czy dochodzisz do siebie po odurzeniu gazem - odrzekł. Jego głos brzmiał 

cienko i był napięty, jakby dobiegał do niej z dużej odległości. - Niektórzy reagują konwulsyjnie. 

Przez chwilę wyglądało na to, że jesteś jedną z nich.

I to go martwiło? Może jednak ciągle dbał o nią troszeczkę. Może pobyt na pokładzie 

“Xanadu" nie był mimo wszystko taką całkowitą porażką. Fassa wyprostowała się i zauważyła, w 

jaki sposób jego oczy śledzą jej ruchy. Może da się jeszcze coś uratować z tej katastrofy? W końcu 

byli sami na tym bezpilotowym statku.

- To nie konwulsje - powiedziała, ospale ćwicząc palce u stóp, a później mięsień po mięśniu, 

aby upewnić się, że odzyskuje władzę nad każdym calem swojego wspaniałego ciała. - To tylko złe 

sny.

- Jakiego rodzaju sny? - zapytał Sev. 

Fassa usiadła o wiele szybciej niż zamierzała, i oparła się o ścianę kabiny.

- Takie, które powodują strach przed śmiercią.

- Zatem świadomość czyni nas wszystkich tchórzami - zgodził się Sev, nie zmieniając tonu.

Fassa poczuła ukłucie żalu. Przecież mogłaby polubić tego człowieka, który tak szybko 

chwytał jej myśli i odgadywał nie wypowiedziane cytaty, gdyby tak uparcie nie stał po złej stronie. 

No cóż, może da się to zmienić.

background image

- Mów za siebie - odparła. - Nie tylko moja świadomość mnie martwi. Nie zrobiłam nic 

ponad to, co robią inni, po prostu chciałam się dorobić na swój własny sposób.

Zły ton. Nie zamierzała się kłócić z Bryleyem. Zamierzała go uwieść. Nie. Musiała go 

uwieść. To wszystko. Jednak nie zajdzie daleko w swoim obecnym stanie. Fassa odsunęła z czoła 

spocone, splątane, ciemne włosy z solidnym jękiem.

- O Boże, pewnie strasznie wyglądam - powiedziała. - Czy mógłbyś się stąd wynieść, żebym 

mogła się umyć?

- Nie - odrzekł Sev. - Nie mógłbym. Nie możesz pozostawać ani na moment sama aż do 

chwili przybycia do Centrali. To są rozkazy z Centrali Służby Dyplomatycznej.

Fassa znowu jęknęła. Jeśli Centrala Służby Dyplomatycznej się nią interesowała, to sprawy 

miały   się   gorzej,   niż   myślała.   Nie   szkodzi.   Centrala   była   daleko   stąd.   Tutaj   była   sama   na 

bezpilotowym statku z tym wspaniałym kąskiem i przy odrobinie szczęścia zdoła zmusić go do 

zmiany zeznań, zanim przybędzie oficjalny transport, aby odstawić ją na proces.

Z niewielkimi dąsami i krygowaniem się wyjaśniła Sevowi, że jeśli oprze się o ścianę na 

zewnątrz kabiny, to i tak dopełni swoich obowiązków strażnika. A był to dopiero początek, jak z 

satysfakcją myślała Fassa. Teraz będzie czuł, że ta kabina to jej terytorium. Kiedy wejdzie, nastąpi 

to na jej zaproszenie... A zaproszenia mogą prowadzić do różnych ciekawych rzeczy. Umyła się od 

stóp do głów, kopnęła poplamione i zmięte ubranie w kąt pod koją, twarz dodatkowo spryskała 

zimną wodą i owinęła wokół siebie ręcznik. To będzie prawdziwa próba jej możliwości. Żadnych 

kosmetyków, włosy prosto uczesane bez modelowania, szorstki ręcznik zamiast przylegającego 

szlafroka i ta zwykła kabina jako romantyczne tło!

“Fassa, kochanie, jesteś taka słodka, że nie mogę ci się oprzeć" - jęczał Paul del Parma, 

kiedy   przychodził   do   jej   pokoju   i   zanurzał   się   w   nią.   Wtedy   była   niezgrabną,   ponurą,   małą 

dziewczynką z ciasno zaplecionymi, cienkimi warkoczykami. Zakładała najbrzydsze i najprostsze 

ubrania, jakie mogła znaleźć, ale to nie odstraszało Faula.

Po raz pierwszy Fassa rozmyślnie przywoływała wspomnienia, które tak bardzo chciała 

zakopać. Potrzebowała pewności siebie, aby iść dalej. Mężczyźni naprawdę nie potrafili się jej 

oprzeć.   Faul   del   Parma   udowodnił   to,   czyż   nie?   Nawet   wiedząc,   że   robi   źle   i   że   ona   tego 

nienawidzi, ciągle nie zostawiał jej w spokoju.

“Wszystko, co jest z tobą związane, sposób, w jaki chodzisz, sposób, w jaki się do mnie 

uśmiechasz, z tymi długimi, gęstymi rzęsami na pół przykrywającymi oczy".

Zamiast dodać jej pewności siebie, wspomnienia wywołały ponury nastrój. Musiała go jakoś 

zachęcić, nie słowami, ale sposobem, w jaki chodziła i patrzyła na niego.

Przecież tatuś jej pragnął, choć nic w tym kierunku nie czyniła. Była złą, małą dziewczynką 

i gdyby mama kiedykolwiek odczuła...

background image

Gdzieś w jej jaźni mama krzyczała i spadała w nieskończoność przez połyskliwe wnętrze 

hotelowego atrium, zaczepiając się o chmurę gęstych zasłon. To wszystko była jej wina. Fassa 

krzyknęła i cisnęła czymś przez kabinę z całej siły, a Sev wpadł przez nie zamknięte drzwi.

- O co chodzi, co się stało?

Objął   ją   ramionami   i   Fassa   odpoczywała,   opierając   się   o   jego   czystą,   wykrochmaloną 

koszulę i czując silne bicie jego serca poniżej swojej twarzy. Z jakiegoś powodu rozpłakała się. Nie 

mogła się opanować jeszcze przez długie minuty, a Sev po prostu ją obejmował. Nie popychał jej w 

kierunku koi ani nie przesuwał rąk zręcznie w dół w geście ukrytej pieszczoty. Po prostu ją trzymał.

- No już - powiedziała w końcu Fassa, przełykając ostatnie łzy. - Mówiłam ci, że miałam złe 

sny. - Westchnęła bardzo niepewnie. - Ja, ja, ja się boję być teraz sama - stwierdziła. To akurat była  

prawda. - Czy możesz ze mną zostać?

- Tak się składa - odmruknął Sev - że i tak zamierzałem zostać.

Wypuścił ją z objęć, jakby sprawdzał, czy już doszła do siebie - i cofnął się o krok. Fassa 

westchnęła znów, tym razem z odrobinę większą premedytacją, i obserwowała jego oczy. Tak, był 

świadomy tego, co te głębokie oddechy robią ze zsuwającym się węzłem na ręczniku między  jej 

piersiami i nie mógł oderwać oczu od jej kremowej skóry, która kontrastowała z bielą ręcznika. 

Dobrze. Miała tutaj pracę do wykonania. Lepiej, jak nie będzie myślała o niczym innym, bo nigdy 

nie przeciągnie tego człowieka na swoją stronę.

- Rzeczywiście - odparła, pozwalając napłynąć jednej łzie do kącika oka, co w jej obecnym 

stanie roztrzęsienia nie było trudne. - Zapomniałam, że jesteś moim dozorcą więziennym, prawda?

Sev poczuł się nieswojo, ale ona właśnie tego chciała.

- Nie nazwałbym tego tak, ale ktoś musi z tobą zastać, aż...

- Aż do końca - dopowiedziała za niego Fassa. - Cóż to za wyroki są ostatnio w modzie? Jak 

sądzisz, czy to będzie ciężka praca?

Pokręciła głową i obdarzyła go spojrzeniem niewinnej chrześcijańskiej dziewicy rzuconej 

lwom na pożarcie. Jednocześnie delikatnie się poruszyła, tak że ręcznik zawinął się na jednym 

udzie, dając mu - miała nadzieję - wyobrażenie, do jakiego rodzaju ciężkiej pracy by się nadawała.

- Będziesz  miała sprawiedliwy proces - rzekł.  - I szansę powiedzenia czegoś  na swoją 

obronę.

- Naprawdę? - zachęcała go Fassa. - Nie sądzisz, że może się tam znaleźć jakiś stary sędzia, 

który z wielką ochotą widziałby mnie wypraną z mózgu? Pomyślą sobie, że szkoda byłoby stracić 

tak piękne ciało. Zatrzymaj więc ciało, tylko wypierz je z osobowości i zacznijmy od nowa.

- Och, jestem przekonany, że tego nie zrobią - powiedział Sev, ale jego głos brzmiał mniej 

pewnie niż przed momentem.

Fassa pochwaliła w myśli własny spryt. Nie było specjalnie sensu przekonywać Seva o 

background image

swojej niewinności, nie w sytuacji, kiedy był koronnym świadkiem Centrali. O wiele lepiej było 

przejść na temat korupcji na wszystkich szczeblach rządu. Sev coś o tym wiedział. Trzeba upewnić 

go co do tego, że nie będzie miała sprawiedliwego procesu; pozwolić mu myśleć - jak to pewnie 

teraz robi - o niebezpieczeństwie zatrzymania jej przez jakiegoś skorumpowanego urzędnika w 

charakterze pozbawionej mózgu zabawki.

- Wiesz, że to się zdarza - odezwała się Fassa niskim głosem. - Wiesz, ile jest oszustwa w 

kołach rządowych. Każdy chce czegoś dla siebie. Jeden z nich zechce mnie, a wtedy - przesłała w 

powietrze pocałunek z drwiącym uśmiechem - żegnaj Fasso del Parma!

Czas,   aby  ręcznik   spadł   na   podłogę,   dając   Sevowi   możliwość   przyjrzenia   się   temu,   co 

dostanie się jakiemuś brudnemu, staremu facetowi, jeśli on się do tego nie dobierze. Posuwała się w 

jego kierunku cal po calu, obserwując, jak rumieniec wychodzi mu na twarz, a oczy ciemnieją z 

pożądania.

-   Sev,   kochanie,   mógłbyś   przynajmniej   pożegnać   się   ze   mną   we   właściwy   sposób   - 

wyszeptała.

Zatrzymała się z zamkniętymi oczami, oczekując na ciepło jego ramion i dotyk jego ust na 

swoich.

- Myślę, że nie - powiedział Sev Bryley. 

Kiedy Fassa otwarła oczy szybko i z niedowierzaniem, zrobił dwa kroki w tył, tuż pod drzwi 

kabiny.

Na zewnątrz włączył mechanizm zamka tak, aby uniemożliwiał Fassie wyjście. Oparł się o 

ścianę i wytarł czoło wierzchem dłoni. Nie pomogło to za wiele. Ciągle było mu tak gorąco, jakby 

właśnie przebiegł dziesięć mil po capellańskiej dżungli. Potrzebował zimnego prysznica. A ten 

dziesięciomilowy bieg także nie byłby złym pomysłem; niestety, nie mógł zostawić Nancii samej na 

straży.

Może jednak postarać się o dodatkową pomoc - jakieś zabezpieczenie przeciwko pokusom.

- Nancia? - rzekł niskim głosem, spoglądając w górny róg pomiędzy sufitem a dachem, 

gdzie  zainstalowano sensory słuchowe.  - Nancia, lepiej  uruchom wszystkie  czujniki w kabinie 

Fassy. Wiem, że to zamach na prywatność więźnia, ale to jest bardzo niebezpieczna kobieta. I, 

Nancia? Lepiej miej je zawsze włączone. Nawet kiedy ja jestem z panną del Parma.

Pomyślał chwilę i stwierdził, że nie wyraził swojego ostatniego życzenia wystarczająco 

jasno.

- Szczególnie, kiedy ja jestem z Fassą - poprawił się.

- Już to uczyniłam, Sev - odpowiedziała Nancia z głośnika na ścianie. - Nie martw się, 

wszystko obserwowałam i nagrałam.

- Wspaniale - wymamrotał przez zęby. - Jestem przekonany, że ta scena wyda się bardzo 

background image

śmieszna komuś, kin nie ma problemów z hormonami. Teraz jednak, jeśli ci to nie przeszkadza, po 

prostu obserwuj Fassę i daj mi znać, jeśli będzie czegoś próbować. Ja będę w sali ćwiczeń.

- Po co?

- Zajmę się swoimi hormonami - wyjaśnił. 

Wyszedł, aby poprawić swój rekord w podnoszeniu ciężarów.

- FN-935, Forister Armontillado y Medoc prosi o pozwolenie wejścia na pokład.

- Zezwalam.

Własny głos wydał jej się dość szorstki, toteż po kilku nanosekundach rozpamiętywania 

dodała formalnie:

- Witamy na pokładzie, Foristerze Armontillado y Medoc.

Niski, szczupły mężczyzna, którego ostatnio widziała, kiedy wybierał się w podróż, aby 

rozwiązać zaostrzone planetarne konflikty z partyzantami  Tranphonu na Charonie, wrzucił trzy 

ciężkie pakunki do windy i odetchnął z ulgą. Staję się starym człowiekiem, który nie potrafi nawet  

przenieść swojego bagażu bez zadyszki. Jednak jakby chcąc zaprzeczyć własnemu krytycyzmowi, 

Forister odprawił windę z bagażem na górę, a sam wybrał kręcone schody. Nancia obserwowała 

jego   wspinaczkę   od   czujnika   do   czujnika.   Maszerował   szybkimi,   precyzyjnymi   krokami,   nie 

wykonując zbędnych ruchów. Nie można było powiedzieć, że przeskakiwał stopnie, ale i tak dotarł 

na górę szybciej, niż przypuszczała. Kiedy wszedł do kabiny, ani jeden siwy włos nie zmienił 

położenia na jego głowie i nie miał ani kropli potu na czole.

- Witam cię, Nancia - powiedział.

Odwrotnie niż Caleb, patrzył wprost w tytanową obudowę, która mieściła ludzkie ciało i 

mózg Nancii. Jego bezpośrednie spojrzenie raczej zbijało Nancię z tropu. Była przyzwyczajona do 

Caleba, który wędrował po statku i mówił do niej bez odwracania głowy, licząc na jej efektywny 

system   czujników   odbierający   sygnały   z   każdego   miejsca.   Przez   chwilę   przyglądała   się   temu 

starszemu mężczyźnie i przygotowywała odpowiedź. Sieć zmarszczek na opalonej twarzy wokół 

jasnych oczu sprawiała wrażenie, jakby przywykł do wnikliwego wpatrywania się we wszystko. 

Drobne   przebłyski   czerwieni   i   rudości   na   siwiejących   włosach;   lekka,   czujna   i   zrelaksowana 

postawa, wyrażająca gotowość do podjęcia działania na każdy rozkaz. Może jest odpowiednim 

człowiekiem, ale to nie Caleb.

- Jak na kogoś, kto dochodził do siebie w Summerlands, wydajesz się w świetnej formie - 

odezwała się w końcu Nancia.

Forister skrzywił się.

- Nie obawiaj się, jestem w świetnej formie, FN. Nie byłem w Summerlands z powodów 

zdrowotnych.

background image

- To z jakich? Rozkazy, które otrzymałam, wyjaśniały, że byłeś tam na rehabilitacji.

- Hmmm. Spodziewałem się tego  - odrzekł  Forister  wymijająco,  podczas kiedy Nancia 

zastanawiała się, czy on kiedykolwiek odpowiedział wprost. Może ci to wpoili w trakcie służby 

dyplomatycznej, człowieku?

W końcu raczył wykrztusić jedno zdanie, które można było traktować jako wyjaśnienie:

- Moje ostatnie zadanie dla Służby Dyplomatycznej było - jakby tu powiedzieć - stresujące i 

sprawy nie potoczyły się tak, jakbym chciał.

- Charon? - spytała Nancia. 

Forister zamrugał zdziwiony.

- Dlaczego? Nie - och, teraz pamiętam. Miałem honor być przez ciebie przewożony na 

Charona, prawda? Kilka lat temu; byłaś wtedy CN-935, jak sobie przypominam. Moje kondolencje 

z powodu utraty mięśniowca.

- To tylko przejściowo - powiedziała Nancia. - Przypomina mi to jednak o czymś i nie 

chciałabym   cię   ponaglać   przy  rozpakowywaniu,   ale   jak   tylko   będziesz   gotów,   proszę   cię,   byś 

przejął straż nad więźniem. Sev Bryley jest mi potrzebny, aby doglądać mojego mięśniowca w 

Summerlands.

- Jak sobie życzysz.

Forister   prawie   stuknął   obcasami,   kiedy   ukłonił   się   w   kierunku   tytanowej   kolumny. 

Odwrócił się, zabrał bagaż do windy i poszedł w dół korytarzem do kabiny pilota - kabiny Caleba - 

zostawiając Nancię z poczuciem, że była  nieprzyjemnie szorstka. Włączyła głośnik w kabinie.

- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, będziemy kontynuować rozmowę w czasie, kiedy 

będziesz się rozpakowywał.

- Nie mam - powiedział Forister.

Teraz trochę brakowało mu oddechu po umieszczeniu bagażu na koi. Z czym, do licha, ten 

człowiek podróżował? Z fortuną w sztabkach corycium ukrytą pod bielizną? Pierwsze rzeczy, które 

wyjął, były zwyczajne: służbowe ubranie dyplomaty, zapasowe koszule, przybory toaletowe i garść 

laserowo tłoczonych dyskietek. Może i nie miał nic przeciwko temu, ale nie bardzo był pomocny. 

Cóż, nie okazała się nazbyt przyjacielska. Wobec tego do niej należał pierwszy ruch.

- Jakie zatem było twoje ostatnie zadanie, jeśli to nie był Charon? I dlaczego wybrałeś 

Summerlands?

- Summerlands cieszy się bardzo dobrą opinią jako kurort wypoczynkowy - odpowiedział 

Forister.   -   Myślę,   że   niepotrzebnie   martwisz   się   o   swojego   mięśniowca,   mają   tam   personel 

medyczny najwyższej klasy.

- Nie martw się o ich umiejętności medyczne - odrzekła Nancia.

W  kabinie  Fassy panował  jakiś  ruch.  Nancia   włączyła   tam  dolne  sensory,  na  poziomie 

background image

monitorów. Teraz jednak uruchomiła pełne ujęcia i zobaczyła, że Sev poszedł porozmawiać z Fassą. 

Tym razem dziewczyna była zupełnie ubrana i siedzieli na przeciwległych kojach. Sev chyba nie 

omawiał żadnego istotnego problemu. Pomimo to podsłuchiwała ich spokojną konwersację jednym 

uchem i równocześnie obserwowała Foristera, pragnąc, aby pospieszył się z rozpakowywaniem. 

Teraz doszedł do dolnej warstwy pierwszej torby i mogła dojrzeć, co tak bardzo obciążało bagaż: 

nic poza całą masą staroci. Jedna stara książka za drugą, całe kilogramy. I na pewno nie zawierały 

więcej informacji, niż pomieściłoby się na kilku fasetowych dyskach. Nie można się było nawet w 

tym doszukać dobrego smaku.

- Czy Summerlands nie jest raczej miejscem podrzędnym dla człowieka o twojej randze? - 

sprawdzała grunt Nancia.

Wiedziała, że trochę przyciska go do muru, ale nie dbała o to. Jeśli Forister trzymał z Alphą 

i jej przestępczymi przyjaciółmi, nie ośmieliłaby się zlecić mu pilnowania Fassy - ani nie wysłałaby 

go do kliniki, by doglądał Caleba. Musiałaby natychmiast skontaktować się z bazą Murasaki.

- Mam rodzinę w systemie Nyota - wyjaśnił Forister. - Zamierzałem wybrać się tam z wizytą 

po opuszczeniu Summerlands. Poza tym mam przyjaciela w klinice.

- Alphę bint Hezra-Fong - powiedziała Nancia. 

Przynajmniej stawi czoło wszystkim złym wieściom od razu.

- Dobry Boże, nie! - Forister wydawał się rzeczywiście zaniepokojony. - Jeśli masz takie 

wyobrażenie   o   moich   znajomościach,   to   nic   dziwnego,   że   podchodzisz   do   mnie   z   rezerwą. 

Zapewniam cię, że to całkiem ktoś inny.

- Kto?

- Nie bardzo mogę teraz to wyjawić. Jeśli wszystko pójdzie dobrze... - Forister przerwał i 

nadgorliwie   instalował   przenośną,   składaną   półkę   na   książki,   przeciągając   wiązadła,   które 

utrzymywały ją na miejscu na wypadek nagłych ruchów statku. - Jednak niezależnie od tego, czy to 

się uda, czy nie - powiedział wolniej - nie będę miał już później wolnego czasu, aby odwiedzić ten 

system. Polecę z tobą z powrotem do Centrali, a kiedy już tam wyląduję, Bóg raczy wiedzieć, jakie 

inne zadania będą na mnie czekać. - Spojrzał wprost w główny czujnik kabinowy Nancii. - Tak 

więc widzisz, droga damo, to zadanie tak samo mi nie odpowiada, jak tobie. Mam nadzieję, że 

zniesiemy się jakoś nawzajem w czasie tej podróży...

- Ciii.

Rozmowa w kabinie Fassy stała się nagle bardzo interesująca. Nancia nie chciała czekać, aż 

odtworzy ją później z nagrania, chciała wiedzieć już teraz, co się działo. Okazało się, że Fassa 

próbowała wykorzystać okazję i udzielić informacji o pozostałych młodych ludziach, którzy brali 

udział w tym kontrowersyjnym zakładzie. Rozpoczęła od podsuwania Sevowi pomysłu, że może 

poinformować go o całym gangu przestępców w systemie Nyota, o ile to pomoże jej zredukować 

background image

wyrok.   Sev   całkiem   właściwie   odpowiedział   jej,   że   nie   jest   upoważniony  do   składania   takich 

obietnic.

- Och, do diabła z tym - stwierdziła w końcu Fassa zmęczonym głosem. - Jeśli mam iść na 

dno, to nie pójdę sama. Równie dobrze mogę ci wszystko wyjawić. Przynajmniej przekonasz się, że 

w ostatecznym rozrachunku nie jestem najgorsza z całej tej grupy.

Zaczęła   opowiadać   Sevowi   wszystko,   co   wiedziała   o   Darnellu   Overtonie-Glaxelym   i   o 

sposobach, za pomocą których wypracowywał sobie dostęp do sieci; po pierwsze po to, aby obniżać 

ceny   przewozowe   w   stosunku   do   konkurencji,   a   po   wtóre   po   to,   aby   unieważniać   kredyty   i 

przejmować   kapitał   każdego   małego   przedsiębiorstwa,   które   miał   ochotę   włączyć   do   swojego 

imperium.

- To wszystko jest bardzo ciekawe - powiedział Sev. - Lecz jeśli Overton-Glaxely jest taki 

sprytny we włamywaniu się do sieci, to z pewnością był na tyle sprytny, by nie zostawiać żadnych  

śladów swojej działalności.

- Och, on wcale nie jest sprytny - odparła Fassa. - Nauczono go, jak wkradać się do danych.

- Kto go nauczył? - delikatnie ponaglał Sev. 

Fassa potrząsnęła głową. Trochę pobladła wokół ust.

- To bez znaczenia. Nikt, z kim miałbyś szansę się skontaktować. To nie ja, jeśli tak myślisz. 

Nie mam odpowiednich zdolności.

- Nigdy nie uważałem, że je masz - powiedział Sev trochę za uczciwie.

Fassa   rzuciła   mu   podejrzliwe   spojrzenie.   Jego   wargi   poruszały  się   gwałtownie.  Wydęła 

pogardliwie policzki.

- Jasne, uwłaczaj mojej inteligencji.

Sev złapał ją za nadgarstek i trzymał przez dłuższą chwilę, a Nancia zastanawiała się, czy 

nie należały się wtrącić. W końcu rozluźnił palce. Fassa wróciła na swoją koję. W miejscu, gdzie 

Sev ją trzymał, na nadgarstku, miała białą obwódkę. Odruchowo ją pocierała, mówiąc dalej:

- Dajmy teraz spokój sieci, są inne sposoby,  aby to udowodnić. Jeden z ludzi, których 

Darnell   zrujnował,   dowiedział   się   o   wiele   za   dużo   o   jego   metodach   i   Darnell   wysłał   go   do 

Summerlands.

W tym momencie Nancia zdecydowała, że Forister również powinien to słyszeć. Pomimo 

tego, co myślała o nim jako o zastępcy Caleba, był to jednak zaufany starszy urzędnik z Centrali 

Dyplomatycznej. Miał przyjaciół w Summerlands. Wydawał się również podzielać opinię Nancii o 

doktor bint Hezra-Fong. Dźwięk z kabiny Fassy przekazała do głośników w kabinie Foristera. Po 

chwili całkowitego milczenia Forister usiadł obok sterty staroci na swojej koi i uważnie słuchał.

- Darnell myślał, że Alpha uśmierci tego człowieka. Spowodowała serię wypadków w czasie 

testów  na pacjentach  z opieki  społecznej.  Stawała  się  coraz  lepsza  w wystawianiu  fałszywych 

background image

świadectw zgonów z nieprawdziwymi przyczynami śmierci. Nawet zwykła chwalić się tym na 

naszych dorocznych spotkaniach. Jedno więcej nie stanowiłoby dla niej problemu. Lecz ona go nie 

zabiła.   Utrzymuje   go   wciąż   na   tak   dużej   dawce   seductronu,   że   on   nawet   nie   wie,   kim   jest,   i 

kiedykolwiek Alpha prosi Darnella d przysługę, grozi mu, że obetnie pacjentowi dawkę narkotyku.

- Jego nazwisko - zażądał Sev. 

Fassa spuściła wzrok.

- Chciałabym mieć jakąś pewność, że dopilnujesz, aby zmniejszono mi wyrok.

- Wiesz, że nie mogę tego zrobić - powiedział Sev. 

Dziewczyna wykręcała palce.

- Mógłbyś przecież zgubić raporty z tej ostatniej podróży. Bez twojego świadectwa i nagrań 

nie   byłoby   żadnych   poważnych   dowodów   przeciwko   mnie.   -   Zerknęła   na   niego   wspaniałymi 

oczami pełnymi łez. - Proszę cię, Sev. Myślałam, że ci na mnie trochę zależy.

- Myliłaś się - odparł Sev tak martwym i równym głosem, jak sztucznie przetwarzana mowa 

statku bezpilotowego.

- Więc co mi zostaje? Dlaczego mam ci cokolwiek mówić?

Fassa   w  desperacji   uderzyła   w   miękką   powierzchnię   koi.   Zatopiła   pięści   w   materiale, 

zostawiając małe wgłębienia, które natychmiast się wygładziły, kiedy podniosła ręce.

- W porządku, rób tak dalej, doczekasz się, że wypiorą mnie z osobowości lub wyślą do 

więzienia na tak długo, iż będę za stara, aby się tym przejmować - powiedziała zmęczonym głosem. 

- Dlaczego inni mają się wywinąć, kiedy moje życie jest zrujnowane? Ten człowiek nazywa się 

Valden Allen Hopkirk i był kiedyś  właścicielem Hopkirk Glimware tutaj na Bahati. Czy to ci 

wystarczy, czy też chciałbyś znać jego centralny kod mieszkańca?

- Każdy szczegół, który możesz podać, zostanie doceniony - odrzekł ostrożnie Sev.

- No cóż, nie znam jego CKM, więc masz pecha - odcięła się Fassa. - Poczekaj, poczekaj, to 

nie wszystko.

- Naprawdę?

-   Znajdź   Hopkirka,   a   zdobędziesz   dowody   zarówno   przeciw   Alphie,   jak   i   przeciw 

Darnellowi - powiedziała gwałtownie Fassa. - Jednak jest jeszcze ktoś, kogo powinieneś dostać. 

Nazywa się Blaize...

W swojej kabinie Forister pochylił głowę, aby oprzeć ją na splecionych dłoniach.

- Blaize Armontillado-Perez y Medoc - wyszeptał. - Nie, nie...

“Mam   rodzinę   w   systemie   Nyota...   którą   zamierzałem   odwiedzić   po   opuszczeniu 

Summerlands".

Nancia   odcięła   audiotransmisję   od   kabiny  Foristera   i   wyłączyła   też   tam  swoje   sensory. 

Słuchała   samotnie   Fassy,   która   obnażała   szczegóły   zbrodniczej   kariery   Blaize'a   na   Angalii: 

background image

malwersacje z dostawami z PPT, zmuszanie do niewolniczej pracy, torturowanie tubylców, których 

miał ochraniać.

Pewnego dnia Forister będzie musiał poznać fakty i stawić im czoło, ale jeszcze nie teraz. 

Zostawi go w spokoju, aż poprosi o nagranie tej rozmowy, i wtedy będzie mógł go wysłuchać w 

samotności.

Tak więc Nancia była jedynym świadkiem, kiedy spowiedź Fassy dobiegła do raptownego 

końca. Gdy zakończyła opowieść o występkach Blaize'a, Sev odezwał się jakby od niechcenia:

- Przejrzałem raporty na temat tej pierwszej podróży. Było was wtedy pięcioro, prawda? Ty, 

doktor bint Hezra-Fong, Overton-Glaxely, Armontillado y Medoc i jeszcze jeden - Polyon de Gras-

Waldheim - świeżo upieczony absolwent Akademii. Jaka była jego rola w waszym zakładzie?

Fassa zacisnęła usta i powoli pokręciła głową.

- Nie mogę ci więcej  powiedzieć - szepnęła. - Tylko nie pozwól, aby wysłali mnie na 

Shemali. Lepiej mnie zabij. Wiem, że nigdy ci na mnie nie zależało. Ale tak po ludzku, jak człowiek 

pomaga człowiekowi - najpierw mnie zabij. Proszę.

- Mylisz się, myśląc, że nigdy mi na tobie nie zależało - rzekł Sev po dość długim milczeniu.

- Przecież sam tak twierdziłeś.

- Pytałaś, czy trochę cię lubię - poprawił ją Sev. - I nie lubię. Jesteś próżna, zajęta tylko sobą 

i o mały włos zamordowałabyś dobrego człowieka. Nie okazałaś nawet cienia zainteresowania 

losem Caleba. Wcale cię nie lubię.

- Wiem.

- Na nieszczęście - kontynuował z takim samym wyrazem twarzy - czy ci się to podoba, czy 

nie - naprawdę wydaje mi się, że cię kocham. Co prawda, nie poprawi to sytuacji w obecnych 

okolicznościach, ale pomyślałem sobie, że powinnaś to wiedzieć.

background image

ROZDZIAŁ XI

Caleb doszedł do siebie nadzwyczaj szybko. W dwie godziny po przybyciu do kliniki, po 

czterdziestu   minutach   od   momentu,   kiedy Alpha   wykryła   toksyny  w  jego  krwi   i   zaaplikowała 

odpowiednie kombinacje odtrutek, nerwowe konwulsje Caleba ustały. Nancia dokładnie wiedziała, 

kiedy   to  nastąpiło,   ponieważ   wcześniej   wysłała   do   Summerlands   Seva   Bryleya   z   guzikiem 

kontaktowym dyskretnie przyczepionym do tuniki i drugim takim samym do przypięcia przy stroju 

szpitalnym  Caleba. Kiedy Forister pozostawał na pokładzie jako strażnik Fassy,  Sev krążył  po 

klinice Summerlands i zagadywał wracających do zdrowia prominentów, usiłując wyglądać jak 

zmartwiony   przyjaciel   czy   krewny.   Nancia   odbierała   obraz   kliniki   z   dwóch   punktów:   z 

kontaktowego guzika Caleba - obraz białego, popękanego sufitu, a z guzika Seva - postarzający się 

widok sztucznych palm w doniczkach i trzęsących się staruszków, z którymi rozmawiał.

Palmy   w   doniczkach   były   z   tego   wszystkiego   jeszcze   najlepsze.   Przynajmniej   nie 

marnowały czasu Seva na wspominanie wydarzeń odległych o wieki.

- Nikt z tych ludzi nic nie wie o Hopkirku - wyszeptała przez guzik kontaktowy Seva.

- Zauważyłem - odpowiedział, kiedy sędziwy, emerytowany dyrektor college'u muzycznego 

na   Bahati,   wiek   sto   siedemdziesiąt   pięć   standardowych   lat,   podreptał   po   swoje   popołudniowe 

lekarstwa.

- Czy nie możesz zrobić czegoś bardziej konkretnego?

- Daj mi czas. Nie chcemy przecież być zauważeni. I przestań do mnie mówić. Pomyślą 

sobie, że słyszę głosy i gadam do siebie.

- Sądząc po moich obserwacjach poczynionych na tej zamroczonej arystokracji, będziesz 

doskonale tam pasował.

- Tak - powiedział ponuro. - Tylko pod warunkiem, że oni tych głosów nie słyszą.

Nancia nie znosiła, gdy ostatnie słowo w sprzeczce należało do Seva, ale w tej  chwili 

zwróciła   uwagę   na   coś,   co   się   wydarzyło   lub...   przestało   się   dziać.   Guzik   Caleba   przerwał 

transmisję skaczącego obrazu pęknięć na suficie. Teraz ów obraz był nieruchomy i idealnie czysty.

Na szczęście nie do końca nieruchomy. Regularne, delikatne ruchy upewniały ją, że Caleb 

ciągle oddychał.

Chwilę później dwaj sanitariusze wymieniali przyciszonymi  głosami  raczej pocieszające 

uwagi nad łóżkiem Caleba. Nancia domyśliła się, że wiadomości były dobre. Trzysylabowy grecki 

rdzeń   słów   wznosił   się   do   góry,   ich   czterosylabowa   łacińska   odmiana   opadała   w   dół  -  teraz 

przechodzili   na   regularną   dawkę   -   dwuczłonowa   forma   obowiązująca   na   Denebie   i   zaraz   gdy 

odzyska świadomość, mają zastosować zwykłą rutynową terapię.

Poskarżyła się na ten żargon Foristerowi.

background image

-   Teraz   już   wiesz,   co   reszta   świata   myśli   o   statkach   mózgowych   i   mięśniowcach   - 

powiedział pojednawczo. - Wiesz, że są ludzie, którzy sądzą, iż teoria rozszczepu jest tylko trochę 

skomplikowana. Oskarżają nas o celową mistycyzację matematyki.

-   Hmmm.   Nie   ma   nic   mistycznego   w   matematyce   -   narzekała   Nancia.   -  Te   medyczne 

terminy są jednak czymś innym.

- Dlaczego nie przetłumaczysz ich i nie sprawdzisz, co oznaczają?

- Nie otrzymałam klasycznej edukacji - odparła Nancia. - Zamierzam to nadrobić, kiedy 

wrócimy   z   powrotem   do   cywilizacji.   Chcę   kupić   pełne   dyski   z   łaciną,   greką   i   terminologią 

medyczną.   Przy   tych   nowych   hiperchipach   powinnam   sobie   przyswajać   te   terminy   tak   samo 

szybko, jak ich naturalni użytkownicy.

Ktoś krzyknął poza wizualnym zasięgiem czujnika Caleba. Obraz szpitalnego sufitu wygiął 

się i zmącił, a zastąpiły go szklane okna, zielone pola i biało ubrane ramię, pojawiające się z lewej 

strony.

- Tutaj - rozbrzmiał spokojny, kompetenty głos, zanim Caleb pochylił się nad syntetyczną 

miską podsuniętą mu pod nos i zwrócił zawartość ostatniego posiłku.

Guzik kontaktowy pozwolił Nancii przyjrzeć się z bliska rezultatom.

Teraz siły wróciły Calebowi zadziwiająco szybko. Przez cały dzień Nancia śledziła jego 

sesję z rehabilitantami. W tym samym czasie namierzyła Seva, który przechadzał się po korytarzach 

kliniki Summerlands i słuchał każdego strzępka informacji o pacjencie o nazwisku Valden Allen 

Hopkirk.

W połowie popołudnia nowy sanitariusz mógł już zapewnić Caleba, że nie grozi mu stałe 

uszkodzenie nerwów w wyniku tej napaści.

-   Jesteś   jednak   słaby  i   trzeba   jeszcze   przywrócić   sprawność   kilku   splotom   nerwowym; 

trucizna użyta przez kosmicznego pirata jest tonerem nerwowym. Lecz uszkodzenie okazało się 

odwracalne - powiedział sanitariusz żywo. - Osobiście doradzam przedłużony czas leczenia. Z 

pewnością   nie   będziesz   mógł   pełnić   służby   jeszcze   przez   jakiś   czas.   Czy   twój   statek   jest 

powiadomiony?

- Ona wie o wszystkim, co się tutaj dzieje - odparł Caleb szybko, przykładając palec do 

guzika kontaktowego.

Nancia   przyjrzała   się   dobrze   twarzy   sanitariusza.   Wyglądał   na   zamyślonego,   a   może 

zmartwionego.

-   Aha...   rozumiem.   Przypuszczam,   że   to   urządzenie   posiada   również   przełącznik   na 

wypadek zgonu? Taki rodzaj alarmu, kiedy jest unieszkodliwione lub usunięte.

- Oczywiście, że tak - odpowiedziała Nancia przez guzik kontaktowy, zanim Caleb zdążył 

się odezwać.

background image

Tego typu zabezpieczenie stanowiłoby samoobronę dla Caleba i żałowała, że Centrala nie 

pomyślała o tym. Ale już samo fałszywe przekonanie o podjęciu takich kroków mogło zapewnić mu 

pewną ochronę. Mówiła dalej przez mały głośniczek, ignorując zabiegi Caleba, aby jej przerwać.

- Proszę poinformować o tym cały personel. Nie chciałabym włączać głównego alarmu 

tylko dlatego, że ktoś nie poinformowany przypadkiem zakłóci mój system monitorowy.

- To rzeczywiście byłoby... niefortunne - mruknął sanitariusz z namysłem.

Kiedy wyszedł, Caleb odezwał się cicho do urządzenia kontaktowego:

- To było kłamstwo, Nancia.

- Naprawdę? - droczyła się Nancia. - Czy sądzisz, że znasz wszystkie moje możliwości? Kto 

jest mózgiem tej spółki?

- Rozumiem.

Nancia raczej miała nadzieję, że nie. Przynajmniej nie musiała kłamać Calebowi prosto w 

oczy. To już było coś... Ale nie dosyć.

Przedtem nie przeszkadzał jej w aż takim stopniu fakt, że nie mogła poruszać się swobodnie 

po powierzchniach planet. Badania wydziału psychologicznego, wykonane przed jej przystąpieniem 

do   treningów   jako   statku   mózgowego,   wykazały,   że   ceniła   sobie   możliwość   latania   między 

gwiazdami o wiele bardziej niż stworzenia o ograniczonej mobilności zamieszkujące planety.

- Mogłam im to powiedzieć sama - zauważyła Nancia, kiedy oznajmiono jej wynik testu. - 

Kto by chciał się toczyć po powierzchni, kiedy ma się cały kosmos do dyspozycji. Jeśli będzie mi 

potrzebne coś z powierzchni planety, dostarczą mi to do portu kosmicznego.

Nikt jednak nie dostarczy jej Caleba. Nie mogła też pójść do kliniki Summerlands, aby go 

strzec. Nancia widziała i słyszała wszystko, co pojawiało się w zasięgu guzików kontaktowych, 

była nawet w stanie przesłać instrukcje ich posiadaczom, ale nie była w stanie działać. Mogła się 

jedynie zżymać na wolny postęp w sprawach i martwić lekami, które wstrzykiwano Calebowi do 

krwi.

- Czy nie znalazłeś jeszcze nic? - wypytywała Foristera. Ponieważ Fassa przepłakała cały 

dzień   w   kabinie,   Forister   traktował   swoje   obowiązki   strażnika   raczej   liberalnie.   Przebywał   na 

pokładzie cały czas, gotów reagować w razie jakiejś próby ucieczki. Powiedział jednak Nancii, że 

nie widzi powodu, aby tracić czas na siedzenie przed drzwiami kabiny Fassy, w dodatku na twardej 

ławce. Zamiast tego usiadł przed ekranem w centralnej kabinie, ostrożnie łącząc się komputerowo z 

bazą danych kliniki, by dostać się do raportów Alphy w poszukiwaniu informacji na temat ukrytego 

świadka, którego potrzebowali. Forister wyprostował się i westchnął.

-   Znalazłem   -   odpowiedział.   -   Czterysta   gigamegów   kart   pacjentów,   zawierających 

szczegółowe raporty o ich leczeniu, lekarstwach i odczytach danych.

- Wobec tego dlaczego po prostu nie sprawdzisz Hopkirka i nie dowiesz się, co z nim 

background image

zrobiła? - zarządziła Nancia.

W odpowiedzi  Forister  postukał  palcem  po ekranie  i przejechał  dłonią  po  analogowym 

wejściu Nancii. Dane, do których się dobrał, zostały przekazane wprost do świadomej pamięci 

Nancii.   Poczuła   się   tak,   jakby   włączono   jej   do   mózgu   całą   bibliotekę   medyczną.   Drgnęła, 

instynktownie odłączyła swoje reakcje odczytywania i otworzyła tylko wąski kanał świadomości, 

nastawiony na małe porcje danych. Spis ten był niezrozumiałym zlepkiem terminologii medycznej, 

wykonanym bez troszczenia się o rozdziały czy odstępy, ze szczególnym, symbolicznym kodem, 

którym opatrzono całe zdania napisane dziwnym żargonem.

Otworzyła następną szczelinę i “zobaczyła" ten sam ciasno opakowany śmietnik.

-   On   nie   jest   ułożony   według   nazwisk   pacjentów   -   wyjaśnił   Forister.   -   Nazwiska   są 

zakodowane - dla zachowania prywatności, jak sądzę. Jeśli dane ułożone są w jakimś porządku, to 

chyba według rodzajów terapii. Może też być utworzony na podstawie listy nie ujawnianych leków. 

Naprawdę nie umiem znaleźć żadnej zasady, według której to jest uporządkowane. Poza tym - 

dodał zbytecznie - on jest mocno skondensowany.

- Wiemy, że aplikują Hopkirkowi duże, choć kontrolowane dawki seductronu - powiedziała 

Nancia. - Dlaczego by nie... och. - Tymczasem przerzucała strumień informacji. Nigdzie nie było 

wzmianki o seductronie. - Niedozwolony lek - narzekała. - Oficjalnie nie ma takiej terapii. Alpha 

musiała zakodować to pod inną nazwą.

- Powinienem był uczyć się łaciny - stwierdził Forister. - No cóż, capellański wydawał się 

bardziej użyteczny dla dyplomaty.

- Czy mógłbyś nadal przeglądać raporty? - zapytała Nancia. - Klucz do zagadki może tkwić 

gdzie indziej. 

Forister spojrzał lekko urażony.

- Proszę cię, młoda damo, to przeglądanie jest przestępstwem kryminalnym.

- Ale czy nie to właśnie robisz?

- Mogę być tymczasowo na służbie jako mięśniowiec - odrzekł Forister - ale jestem stałym 

członkiem Służby Dyplomatycznej Światów Centralnych. Kod G - jeśli ci to coś mówi. Posiadam 

zatem   immunitet   dyplomatyczny.   Penetracja   jest   nielegalna,   ale   cokolwiek   ja   robię,   nie   jest 

nielegalne. A zatem to nie jest penetracja. - Uśmiechnął się łagodnie i wyłapał spiralną ścieżkę z 

obrzeży ekranu, kasując poprzednie poszukiwania i otwierając nową drogę do labiryntu rejestrów 

kliniki Summerlands.

- Powinnam była uczyć się logiki - wymamrotała Nancia. - Myślę, że jest coś nie tak z 

twoimi sylogizmami, kod G. Czy to znaczy, że jesteś szpiegiem?

Caleb   nigdy   by   jej   tego   nie   wybaczył.   Trzymanie   ze   szpiegami,   włamywanie   się   do 

prywatnych rejestrów... Fakt, że pracuje tak ciężko, by go uratować i wyśledzić przestępców, nie 

background image

zrehabilitowałby jej w jego oczach.

- Mhm.  Możesz  nazywać  mnie  X-39, jeśli  chcesz  - mrucząc  do  siebie,  Forister  usunął 

ścieżkę, którą badał i otworzył nowy, bardziej kompleksowy schemat na monitorze.

- Czy to nie jest bezcelowe, jeśli znam już twoje imię? - spytała Nancia.

-   Co?  Ach   tak,   jedziemy   dalej   -   zachichotał   Forister   z   satysfakcją,   otwierając   ścieżkę 

dostępu do następnego segmentu systemu komputerowego kliniki. - Zupełnie bezcelowe, jak całe 

szpiegostwo.  Cała   dyplomacja   także,   jeśli   się   nad   tym   zastanowić.   Nie,   nie   stosujemy  kodów. 

Zawsze jednak uważałem, że byłoby zabawnie być znanym jako X-39.

-   Czy   ty   rzeczywiście   masz   mózg   grzyba?   -   zamruczała   Alpha   bint   Hezra-Fong   w 

bezpiecznym   wnętrzu   swojego   biura.   -   Nie   chciałbyś   czasem   być   znany   jako   ofiara   testu 

seductronowego 106 Mark 7? Gdybym tylko zorientowała się wcześniej, kim jesteś.

Wycedziła   puste   groźby.   Teraz   wiedziała,   że   jeśli   Forister   popełni   błąd   i   wróci   do 

Summerlands z jakichś powodów, to będzie mogła się zemścić.

Ani   Forister,   ani   Nancia   nie   pomyśleli,   by  sprawdzić,   czy   na   pokładzie   statku   nie   ma 

żadnych nadajników; a nawet gdyby to uczynili, zapewnie nie rozpoznaliby jednego z osobistych 

wykrywaczy Alphy - cienkiego, srebrnego urządzenia, opartego na metachipach, które przywierało 

do każdej syntetycznej ściany i jak kameleon przybierało kolory otoczenia. Przy całym pośpiechu, 

aby przenieść rannego mięśniowca do rękawa powietrznego, Alpha bez trudu umieściła wykrywacz 

w głównym korytarzu Nancii. Stamtąd wyłapywał wszystkie rozmowy w kabinach, chociaż głosy 

były zniekształcone przez odległość i zakłócenia.

Wtedy Alpha nie wiedziała, pod wpływem jakiego impulsu umieściła to urządzenie. Po 

prostu czuła, biorąc pod uwagę powiązania tego statku mózgowego i jego mięśniowca z siecią, że 

są oni ważniejsi, niż na to wyglądali. Jak na złość dane przepływające z Centrali przez sieć były 

szyfrowane kodem, którego Alphie nie udało się złamać. Więc wykrywacz był jedynym jej źródłem 

informacji.

Lecz jak do tej pory okazał się nadzwyczaj efektywnym narzędziem. Alpha była z siebie 

dumna, że pozostawiła to urządzenie tam, gdzie było najbardziej potrzebne. Bębniła palcami po 

blacie   centralki,   podczas   kiedy   w   myślach   czyniła   przegląd   kroków,   jakie   podjęła,   by 

przeciwdziałać   niebezpieczeństwu.   Rytm   jej   palców   odbijał   się   na   ekranie   w   postaci   obrazów 

karbowanych, kolorowych linii, przerywających się i łączących w hipnotycznym jazzowym rytmie.

Najpierw   pojawiło   się   zaskakujące   brzmienie   głosu   Fassy   del   Parma,   kiedy   w 

dramatycznych   okolicznościach   zaczęła   układać   się   ze   swoim   oskarżycielem.  Alpha   nie   była 

zbytnio zdziwiona, że dziewczyna sypała swoich wspólników. Zawsze czuła, że córka del Parmy 

nie posiadała predyspozycji, by poradzić sobie z kłopotami w decydującej chwili. Podchodziła do 

background image

wszystkiego zbyt emocjonalnie. Płakała przez sen, a później rozmyślała nad ofiarami. Prawdziwy 

sukces   należał   do   takich,   jak  Alpha   czy   Polyon:   chłodnych,   niewzruszonych,   pozbawionych 

jakichkolwiek uczuć, zawsze koncentrujących się na celu, który chcieli osiągnąć.

Na szczęście Fassa nie wiedziała dużo. Była za głupia, aby zajmować się czymś więcej niż 

własnymi sprawami. Alpha mogła się założyć, że ta mała smarkula nigdy nie pomyślała o tym, aby 

zgromadzić   teczkę   danych   o   każdym   współudziałowcu   z   informacjami   zawartymi   na   twardym 

dysku, które służyłyby jako materiał przetargowy na wypadek zagrożenia. Wszystko, co Fassa 

wiedziała,   to   były   plotki,   aluzje   i   relacje   z   ich   dorocznych   spotkań.   Blaize   był   paskudny  dla 

tubylców, Alpha wynalazła zakazany narkotyk, a Darnell postępował co najmniej nieetycznie w 

swoich interesach z przejmowaniem przedsiębiorstw.

Co za tym idzie, bez poważnych dowodów na poparcie tych historii Centrala nigdy nie 

połączy owych oskarżeń ze sobą. Alpha uśmiechnęła się cynicznie i uderzyła otwartą dłonią o 

pulpit, zmuszając tym samym komputer do wyświetlenia przypadkowego tekstu, zawierającego 

medyczny żargon oraz nic nie znaczące symbole zmieszane ze zdaniami wyjętymi na chybił trafił z 

kart pacjentów. Przygotowała sobie ten program już wiele lat temu, właśnie aby zapewnić sobie 

ochronę przed komputerową napaścią, jakiej dopiero co próbował Forister. Sądząc po wycinkach 

jego rozmów z Nancią, to działało. Straciliby całą swoją energię, próbując odszyfrować kod, który 

nie miał żadnego znaczenia.

W  czasie   kiedy oni  pracowali,  Alpha  mogła   podjąć   kroki  w  celu  usunięcia   poważnego 

dowodu, który podsunęła im Fassa. Palce bębniły szybciej, pacnęła dłonią, aby znów uruchomić 

funkcję głosu.

- Przyślij Baynesa i Mossa do mojego biura - nie, do Sali Testów nr 4 - powiedziała.

Można   było   bezpiecznie   uwolnić   na   chwilę   Baynesa   od   obowiązku   obserwacji   tego 

mięśniowca. Caleb był zbyt słaby, aby stanowić zagrożenie, a poza tym chronił go monitorowy 

guzik jego statku mózgowego.

Alpha nie podejrzewała, aby jej biuro było nafaszerowane czujnikami. Była też całkowicie 

pewna Sali Testów nr 4, połyskliwej, syntetycznej kapsuły, bez żadnej szczeliny w ścianie, bez 

mebli,   tylko   z   ławkami   i   stołem   z   tworzywa   sztucznego.   Alpha   zleciła   wybudowanie   tego 

pomieszczenia na swój koszt z pierwszych nielegalnych wpływów z ulicznej sprzedaży seductronu. 

Oficjalnie   pomieszczenie   laboratoryjne   przeznaczone   było   do   eksperymentów   Alphy   na 

bioaktywnych   czynnikach.   Niezmierna   prostota   tego   projektu   służyła   kompletnej   sterylizacji 

komory po zakończeniu eksperymentu. Oczywiście była wystarczająco dobra również do innych 

celów. Przedsiębiorca, który instalował sieć elektronicznych przewodów pod syntetyczną powłoką, 

czyniąc   je   kompletnie   nieosiągalnymi   dla   żadnego   zewnętrznego   czujnika,   zmarł   z   powodu 

przedawkowania blissto wkrótce po ukończeniu budowy. Alpha potrząsnęła głową i westchnęła, tak 

background image

jak i cała reszta personelu, mówiąc, że nawet by nie przypuszczała, iż ten człowiek był uzależniony. 

Tymczasem sekret komory pozostał bezpieczny.

Baynes i Moss byli prawdziwymi narkomanami. Alpha “wyleczyła" ich i znalazła im pracę 

w   klinice.   Później   wyjaśniła   im,   że   uzależnienie   od   blissto   zostało   zastąpione   o   wiele 

poważniejszym narkotykiem, odmianą seductronu o niefortunnych efektach ubocznych. Objawiały 

się one załamaniem systemu nerwowego u ofiar, które były nagle odcięte od jego regularnej dawki. 

Alpha   eksperymentowała   z   formą   seductronu   powodującą   lekkie   uzależnienie,   tworząc   sobie 

nabywców   wśród   tych,   którzy   kiedykolwiek   próbowali   go   aplikować.   Seductron   B-4   był 

dodatkowym odkryciem w tej całej sprawie. Obawiała się wypuścić go na rynek uliczny, ale był 

niesłychanie użyteczny w kreowaniu oddanych służących. Przekonanie Baynesa i Mossa, że ich 

jedyna  nadzieja na  życie  leżała w totalnej  lojalności wobec niej, wymagała  tylko jednego czy 

dwóch   małych   opóźnień   w   dawkowaniu   seductronu   B-4.  Wybierała   swoje   ,,narzędzia"   bardzo 

ostrożnie. Mieli wystarczająco dobre przygotowanie medyczne, by przydać się w klinice, ale byli 

zbyt głupi, aby powielać jej pracę nad seductronem. Jeśli umrze lub będzie schwytana, Baynes i 

Moss również umrą - nieodwołalnie, powoli i w mękach.

Odczuwała cichą satysfakcję, jak zawsze, kiedy widziała dwóch ludzi; którym zależało na 

jej życiu tak, jak jej samej. I choć ta mała smarkula Fassa przechwalała się swoim sex appealem,  

żaden mężczyzna nie przejął się jej życiem w taki sposób, w jaki ci dwaj dbają o moje.

Szybko wydała poufne informacje, nie oczekując niczego innego poza natychmiastowym 

posłuszeństwem. Pacjent Summerlands figurujący na listach pod nazwiskiem Varian Alexander ma 

być natychmiast usunięty do skrzydła opieki społecznej. W sali nr 6, gdzie dochodzili do siebie 

uzależnieni od blissto i alkoholicy, było jedno wolne łóżko; będzie mu tam dobrze przez jakiś czas.

- Przepraszam, pani doktor, ale jest pani pewna? - zaczął Baynes.

- Zniesie tę przeprowadzkę - odrzekła Alpha.

- Tak, ale...

- Przecież to proste nawet dla twojego zablokowanego narkotykiem mózgu, jak sądzę!

- To nie Alexander go martwi, pani doktor - powiedział trochę szybszy Moss. - Lecz to na 

pół cyborgowe stworzenie w sali 6 - Qualia Benton. Zadawała dużo pytań, o wiele za dużo.

Alpha   bębniła   palcami   po   syntetycznym   stole.   Qualia   Benton.   Ach   tak,   interesujący 

przypadek.   Przedstawiono   ją   jako   alkoholiczkę   z   uszkodzeniem   mózgu,   weterankę   wojen 

capellańskich,   która   była   zbyt   roztrzęsiona,   aby   panować   nad   swoimi   cyborgowymi   protezami 

członków i organów. Wszystkie części okazały się w dobrym stanie, pomimo to Alpha zgodziła się 

na serię testów wytrzymałościowych. Organizacja Pomocy Weteranom zapłaci jej i tak, a skoro 

Qualia Benton nie mogła normalnie funkcjonować, to pewnie nigdy nie przyjdzie jej do głowy, aby 

rozliczać klinikę z faktycznie wykonanej pracy.

background image

- Jakie pytania?

Baynes wzruszył ramionami.

- O wszystko i o nic. Jak nam się podoba nasza praca, jak się do niej dostaliśmy, ile pokoi  

jest w tym wspaniałym, dużym budynku i co się w nim robi oprócz troszczenia się o takie biedne, 

stare stworzenia, jak ona. Przypuśćmy, że chciałaby dostać pracę w takim miłym, czystym miejscu, 

to czy wstawimy się za nią.

- Nie ma w tym nic zdrożnego.

- Tak, ale... - Baynes przestąpił z nogi na nogę i zamilkł.

Moss podjął opowiadanie.

- W ostatni piątek przewracała się na łóżku, twierdząc, że ma bóle nerwowe, bardzo silne, w 

lewej stopie, której przecież już nie ma, pani doktor. Wszystko było w porządku w połączeniach 

protezy, bo sprawdzałem je dwa razy. Nie chciała pójść na ćwiczenia z resztą wariatów, więc ją 

zostawiłem i zajęliśmy się wypychaniem innych na zdrowotny spacer po parku. Tyle że musiałem 

wrócić, bo stary Charlie Ćpun wykorkował na bóle w piersiach i chciałem, aby rękaw powietrzny 

zabrał go z powrotem. Wtedy znalazłem ją na podłodze koło pokoju personelu. Twierdziła, że 

próbowała rozchodzić protezę i ona załamała się pod nią.

- To całkiem możliwe - powiedziała Alpha.

- Tak, ale... drzwi do pokoju personelu były otwarte. Przysięgam, że zamknąłem je jak 

zwykle, pani doktor, a wtedy były otwarte.

Alpha   przyglądała   się   spoconej   twarzy   Mossa   przez   dłuższą   chwilę.   Mógłby   przecież 

zatuszować własną nieostrożność i nie wygadać się, że zostawił otwarte drzwi i pacjenta bez opieki. 

Nie musiał opowiadać jej o tym incydencie, bo wiedział, że naraziłby się tylko na jej gniew. Coś w 

tym musiało być...

- Wsadź ich oboje do prywatnego pokoju - zarządziła Alpha.

- Nie ma przecież takich w skrzydle opieki społecznej - zaoponował Baynes ponuro. Moss 

przewrócił oczami.

- Boże, daj mi siłę - prosił. - Pani doktor o tym wie, Baynes. Zapomnij o przenoszeniu 

Victora Alexandra na oddział opieki społecznej. Mamy umieścić Qualię Benton i jego w prywatnym 

pokoju po prominenckiej stronie. Spodziewam się, że ona nie będzie tam wystarczająco długo, aby 

wykorzystać cały rachunek, prawda, pani doktor? - Uśmiechnął się do Alphy konspiracyjnie, lecz 

Alpha nie odwzajemniła uśmiechu.

- Benton jest ciekawym przypadkiem - powiedziała neutralnie. - Chcę zbadać problem tej 

protezy   sama.   Koszty   powstałe   z   tego   tytułu   będą   przepisane   na   Laboratorium   Centralne. 

Tymczasem proszę pilnować gościa Bryleya, który stanowi eskortę mięśniowca, ale stanowczo za 

dużo czasu spędza, rozmawiając z ludźmi w salach ogólnych.

background image

Bryley może nie stanowi bezpośredniego zagrożenia, ale będzie lepiej, jeśli Baynes i Moss 

będą na niego uważali. Natomiast co do pozostałych dwóch Alpha nie zamierzała zostawiać decyzji 

tej parze niedorajdów, z których jeden był głupi, a drugi pragnął wkraść się w jej łaski. Nie chciała 

też dopuścić, aby mieli bezpośrednie dowody przeciwko niej, gdyby doszło do najgorszego.

Qualia Benton może być starą wariatką alkoholiczką, która nie potrafi powstrzymać się 

przed wsadzaniem nosa w cudze sprawy, ale może również być kimś znacznie ważniejszym. Jeśli 

jest tym pierwszym, to żadna strata; jeśli tym drugim, to trzeba się jej natychmiast pozbyć. Co do 

Valdena  Allena   Hopkirka  Alpha   była   wściekła,   że   straci   takie   potencjalne   narzędzie,   jak   on. 

Szczególnie teraz, kiedy zadała sobie tyle trudu, aby utrzymać go lekko odurzonego i w dyspozycji 

przez cały czas. Mimo to szczyciła się umiejętnością przeciwstawiania się faktom i godzenia ze 

stratami. Nagle wokół Summerlands pojawiło się za dużo ludzi, którzy zadawali za dużo pytań.

Alpha zwolniła Baynesa i Mossa i wróciła do swojego prywatnego magazynu.

- Jeśli chcesz, aby rzecz była dobrze zrobiona, wykonaj ją sama - mamrotała, przygotowując 

dwie maseczki, każdą nasyconą o wiele za dużą dawką seductronu.

Kobieta znana jako Qualia Benton wiedziała, że coś jest nie tak, kiedy dwaj sanitariusze - 

cienie doktor Hezry-Fong - przybyli, aby zabrać ją z oddziału opieki społecznej. Była gotowa 

działać. Palce opierały się z mocą o bok protezy lewej nogi, a adrenalina powodowała, że była 

nienaturalnie świadoma każdego odcienia i zmiany intonacji.

Nic się jednak nie wydarzyło.

- Przenosimy cię do prywatnego pokoju - odezwał się ten duży, zwany Baynesem.

- Kto za to zapłaci? - zapytała groźnym, szorstkim głosem, jakiego oczekuje się u starego 

pijaka, któremu zawodzą nerwy, kiedy odmawia mu się kolejnego drinka.

- Pani doktor jest zainteresowana twoim przypadkiem - powiedział ten mały, czarnowłosy 

Moss.   -   Chce   przeprowadzić   kilka   specjalnych   testów   na   koszt   kliniki,   o   ile   nie   pokryje   ich 

Organizacja Pomocy Weteranom. Mogłabyś się dostać do następnego wydania Dziennika Badań 

Medycznych.

- Jestem zaszczycona - odparła uprzejmie Quaila Benton.

Pozwoliła,   aby   mężczyźni   umieścili   ją   w   fotelu   na   kółkach   i   cicho   przewieźli   wzdłuż 

długich,   milczących   korytarzy   kliniki   Summerlands.   Po   drodze   obserwowała,   jak   ich   postacie 

odbijają   się   niezliczoną   ilość   razy   w   wypolerowanych   kafelkach   podłogi,   ścian   i   sufitu,   a 

jednocześnie była przygotowana na najmniejszy ruch, który ostrzegłby ją, że należy działać.

To się nie wydarzy na korytarzu. Oni zaatakują, kiedy będę sama w pokoju,  pomyślała. A 

jeśli chcieli, by na to właśnie liczyła i zaskoczą ją w jednym z tych długich holi... nie odważyła się 

rozluźnić.

Nawet kiedy wtoczyli ją do pokoju z dwoma łóżkami, jednym tuż przy oknie już zajętym, 

background image

oczekiwała w napięciu.

- Słuchajcie no, miałam dostać prywatny pokój - jęknęła.

Trzeba jęczeć, co więcej, trzeba być podejrzliwą i nieufną, jak większość dochodzących do 

siebie nałogowców, prawie paranoiczką. Bogowie wiedzieli, że nie było trudno grać taką rolę.

-   To   jest   prawie   prywatny   pokój   -   odrzekł   ten   zwany   Mossem.   -   On   nie   będzie   ci 

przeszkadzał, prawda, Varian?

Pacjent na sąsiednim łóżku przytaknął i jednocześnie pokręcił głową, a później uśmiechnął 

się swobodnie z otwartymi ustami, co wywołało w niej dreszcze.

Uzależniony od blissto lub gorzej... o ile jest coś gorszego. Oni jednak utrzymują go w tym 

stanie, zamiast przerwać to uzależnienie. To przestępstwo.

Qualia Benton, chroniczna alkoholiczka, zbyt niepewna, aby odpowiednio dbać o własne 

protezy   i   wymienione   organy,   nie   będzie   się   przecież   przejmowała   czyimiś   problemami.   Nie 

powiedziała nic.

Sanitariusze pomogli jej dostać się na własne łóżko.

- Proszę bardzo - rzekł wesoło mały czarnowłosy. Przycisnął maskę do dołu. Szarpnęła się, 

ale nie zdołała wyswobodzić się z nacisku na ramiona. - To tylko małe lekarstwo relaksujące przed 

testami - wyjaśnił.

- Nie chcę się rozluźniać - wymamrotała. Plątanie się języka było charakterystyczne dla 

pijaków. Nagle odczuła, że z trudnością może zebrać myśli. Coś penetrowało jej strumień krwi, coś 

miękkiego jak chmura i ciepłego jak słońce, jednocześnie zabierając ją na Wyspy Błogosławionych 

- bliss... - blissto! To było to!

Ten człowiek na drugim łóżku - czy rzeczywiście był uzależniony od blissto, czy załatwiono 

go w ten sam sposób? Jaka była głupia, że nie wzięła tego pod uwagę. Już wtedy, kiedy sanitariusze 

złapali ją, gdy opuściła łóżko i węszyła tam, gdzie nie powinna, mogła się domyślić, że jej czas w 

klinice jest ograniczony.

Uruchomiła   swoją   siłę   woli,   aby   oprzeć   się   działaniu   narkotyku.   Dobrze   było   być 

niedocenianym i uchodzić za stare zwłoki, pozbawione zmysłu troski o swoje własne, sztuczne 

organy;   doktor   Hezra-Fong   właściwie   nie   przeprowadziła   żadnych   poważnych   testów   na   tych 

wzmocnionych hiperchipami organach. Blissto unosiło ją w dal, ale gdyby miała jeszcze godzinkę 

lub dwie, wszystko nadal mogło być dobrze.

Czy jednak miała taką łaskawą godzinkę - nie wiedziała. Mogła tylko obserwować i czekać, 

i   to   niezbyt   efektywnie.   Twarda,   szpitalna   poduszka   pod   jej   głową   była   teraz   miękka   jak 

denebiański puch.

Jej lewa ręka wciąż opierała się o protezę nogi, ale prawie nie czuła syntetycznej skóry. 

Blissto odgradzało ją od świata realnego puszystą chmurą błogich iluzji.

background image

“Pani doktor chce przeprowadzić kilka testów..." Czy to rzeczywiście było wszystko, co się 

za tym kryło? Z pewnością nie. Tak ważna osoba, jak doktor Hezra-Fong, wicedyrektor kliniki 

Summerlands,   nie   posuwałaby   się   tak   daleko   tylko   po   to,   aby   udowodnić,   że   stare   zwłoki 

symulowały niemoc. Tu się musi dziać coś więcej.

Późnym   popołudniem   Sev   zauważył,   że   dwaj   pomocnicy   wciąż   spacerują   po 

pomieszczeniach dla odwiedzających. Wygląd ich obu zwracał uwagę. Jeden tęgi, z siwą brodą i 

ciężkim chodem, a drugi schludny, szybki i pochłonięty przygładzaniem swoich czarnych włosów 

krótkimi,   nerwowymi   ruchami.   Wyglądaliby   bardziej   naturalnie   przy   portowym   barze   niż   w 

luksusowej klinice medycznej.

Sev zorientował się, że miał ich zauważyć i bać się. To było denerwujące. Trzęsąca się stara 

wdowa z Centrali Dyplomatycznej, z którą rozmawiał, wymieniła w końcu pacjenta o nazwisku 

Varian Alexander, uzależnionego od blissto. Mogły to być zastępcze personalia dla Valdena Allena 

Hopkirka. Informacja, że właśnie przeniesiono go do prywatnego pokoju, podtrzymywała tę teorię. 

Był już gotowy, aby wrócić do Nancii i sprawdzić dane tego Alexandra, ale nie chciał dopuścić, 

żeby tych dwóch zbirów pomyślało, że go wystraszyli.

- Tylko nie zaczynaj z tymi dwoma - ostrzegła go Nancia, kiedy poskarżył jej się cicho do 

guzika kontaktowego. - To są plotki. Wracaj i obserwuj Caleba. Wyślę Foristera, aby zaopiekował 

się naszym przyjacielem Hopkirkiem.

- A kto będzie pilnował Fassy? - zapytał słodko Sev. Nancia zaatakowała jego membrany 

wybuchem   dźwięków,   które   przykuły   uwagę   dwóch   innych   odwiedzających.   Popatrzyli   z 

niedowierzaniem na sztuczne capellańskie rośliny obok Seva, przenieśli się też na drugą stronę 

pomieszczenia i usiedli z dala od tego młodego, dziwnego człowieka i jego gadających roślin.

- Zwracasz uwagę - powiedział Sev. - Lepiej pozwól mi się tym zająć po swojemu.

- Nie miej do mnie pretensji, jeśli wylądujesz w ekomaszynie - narzekała Nancia ściszonym 

głosem. - Nie spodziewaj się też, że wyślę Foristera, aby wyciągnął cię z kłopotów. W końcu, jak 

zaznaczyłeś, ktoś musi pilnować Fassy.

- Nie potrzebuję, aby ktokolwiek wyciągał mnie z kłopotów - odparł Sev głośno i wyraźnie.

Inni odwiedzający szeptali między sobą i ktoś zachichotał. Sev poczuł, że robi się czerwony. 

Dwa   cienie   zmaterializowały   się   przy   jego   łokciach.   Jeden   duży   o   ciężkich   ruchach   i   jeden 

rzucający się szybko jak koliber.

- Znów zapomniało się lekarstw, słoneczko? - zapytał ten mały uprzejmym, zatroskanym 

głosem. Zwrócił się też do innych gości w pomieszczeniu: - Przepraszamy za zakłócenie spokoju. 

On słyszy głosy. Jego stan poprawił się po leczeniu. Auuu!

Sev wycelował pięścią w brodę mniejszego i odwrócił się, aby zmierzyć się z dużym. Na 

background image

głowę   spadła   mu   ręka   podobna   do   kamiennego   młota.   Pokój   wokół   zawirował.   Starsza   pani 

wrzasnęła. W podobnej do skały ręce zobaczył coś ostrego. Powinienem się był domyślić. Nigdy 

nie ma niebezpieczeństwa tam, gdzie się go spodziewasz. Ręka opadła po raz drugi jak potężna, 

nieubłagana lawina i w momencie, kiedy Sev się odwrócił, igła wśliznęła się w ciało, cicha jak 

szept i gładka jak sen.

Kiedy  Alpha   usłyszała   głosy   awantury   w   pomieszczeniach   ogólnych,   wśliznęła   się   do 

dwuosobowego, prywatnego pokoju, który przeznaczyła dla Hopkirka i ciekawskiego wyrzutka. 

Przeklęci Baynes i Moss!

Czy nie mogli przeprowadzić tego małego nadzoru bez wszczynania bójki? Musi być coś w 

blissto, co na stałe uszkadza komórki mózgowe.

No cóż, przynajmniej zamieszanie w poczekalni przykuje uwagę wszystkich i nie będzie 

niewygodnych świadków jej działań tutaj. Zresztą i tak nie zamierzała pozostać tu aż tak długo, 

żeby powstały jakieś problemy. Hopkirk uśmiechał się w swój zwykły, miły sposób z otwartymi 

ustami, a wyrzutek Benton spoczywała na poduszce uśpiona blissto. Lepiej zajmę się najpierw nią. 

Wiedziała,  że  Hopkirk  był  zbyt  spokojny,   aby  przysparzać  kłopotów.  Podciągając  rękaw  starej 

pijaczki, aby zastosować znieczuloną podkładkę, Alpha zastanawiała się, czy Qualia Benton była 

rzeczywiście wścibska, czy też była babą z uszkodzonym mózgiem, która miała pecha i znalazła się 

w złym czasie tam, gdzie nie trzeba. Właściwie było to bez różnicy. Przecież nie odpowie teraz na 

żadne pytania. Podkładka przywarła do chłodnego, zbitego ciała. Imponujący szereg igieł wysunął 

się,   ale   nie   zagłębił   w   skórę.  Alphę   przeniknął   chłód   obawy.   Cos   tutaj   nie   gra.   cos   tutaj   jest 

poważnie nie tak.

Ciemne oczy Qualii Benton były szeroko otwarte i obserwowały ją z rozbawieniem.

- Proteza prawej ręki wygląda naprawdę jak żywa - powiedziała Qualia pogodnie. - Jednak 

tymi igłami nie przebijesz syntetycznej skóry. A teraz - och, nie! - nie robiłabym tego, naprawdę. - 

Spod pościeli wyciągnęła szpikulec o zadartej końcówce. Skąd to wzięła? Ta stara dziwka nie miała 

przecież   nic   na   siebie  oprócz   szpitalnego   szlafroka.   -   Cokolwiek   było   w   tej   podkładce 

znieczulającej, to jej zawartość jest i tak już zużyta - poinformowała ją Qualia Benton tym samym 

pogodnym tonem. - Powinno to wystarczyć  do analiz w Laboratorium w Centrali. Proszę, nie 

próbuj tego wyrzucać. Chcę to umieścić w woreczku jako dowód do procesu.

- Proces? - załamała się Alpha. - Materiał dowodowy?

Cofnęła się o krok i zastygła z przerażenia, a jej niedoszła ofiara machnęła prawdziwą nogą 

i   drugą   syntetyczną   protezą   -   i   wstała   z   łóżka;   z   nadmierną   starannością   poprawiła   szlafrok   i 

wyciągnęła plastykowy woreczek spod poduszki.

-  Wrzuć   to   tutaj,   kochanie,   i   nie   wykonuj   żadnych   nagłych   ruchów.   Chyba   nie   chcesz 

background image

przestraszyć   biednej,   nerwowej,   starej   kobiety.   Ten   szpikulec   jest   naładowany   paravenonem   i 

ustawiony   na   szerokie   rozpylanie.   Naprawmy   nie   chciałabym   cię   sparaliżować   -   powiedziała 

troskliwie. - Ale jeśli to okaże się konieczne...

Dwa dalsze kroki pozwoliły Alphie znaleźć się przy drzwiach. Upadła i potoczyła się na 

korytarz, chwilowo będąc poza zasięgiem szpikulca.

- Baynes! Moss! - wrzasnęła. - Pacjent 32A wyniknął się spod kontroli! Kod Z!

Na korytarzu rozległ się tupot nóg i Alpha przymknęła oczy pod wpływem chwilowej ulgi. 

Te ciężkie kroki pewnie należą do Baynesa. Trzeba pozwolić tej wścibskiej babie użyć szpikulca na 

jej pomocników. Wtedy Alpha będzie mogła doprowadzić ją do sali tortur. Obiecała sobie długą i 

rozrywkową serię eksperymentów na tej dziwce zaraz, jak tylko odbiorą jej ten przeklęty szpikulec.

- Zatrzymaj się tam! - zawołała kobieta głosem zbyt czystym jak na jej wiek. - Jestem 

przedstawicielem Wydziału Śledczego Światów Centralnych. Każdy zamach na moją osobę jest 

przestępstwem. Jesteś aresztowany.

- Jasne, że tak - odpowiedział głos, który z pewnością nie należał do niezbyt mądrego 

Baynesa. Alpha zerknęła w górę i zobaczyła tego Bryleya, którym mieli zaopiekować się Baysen i 

Moss. - Ja jestem tutaj reprezentantem Światów Centralnych i to ty jesteś aresztowana. Co zrobiłaś 

z moim świadkiem?

- Tym facetem z sąsiedniego łóżka? - Po raz pierwszy Qualia Benton straciła pewność 

siebie. - Na niewiele ci się przyda. Jest zbyt naćpany blissto, żeby wiedzieć, jak się nazywa. Możesz 

jednak do niego wejść, jeśli go potrzebujesz. Spodziewam się, że ona chciała go zabić później, po 

zajęciu się mną.

- Zabić? Ciebie? - Teraz Bryley był równie zdezorientowany.

Ze swojej leżącej pozycji Alpha dojrzała, jak Qualia Benton schyliła się i manipulowała 

wzdłuż boku swojej  nożnej  protezy.  Otwarła  się w niej  szczelina, z  której  kobieta  wyciągnęła 

cienką holograficzną taśmę połyskującą kolorami tęczy w światłach korytarza. Więc tutaj miała 

schowany szpikulec.

- Generał Micaya Questar-Benn - przedstawiła się kobieta.

Teraz stała prościej, nie garbiła się i nie zginała nogi, co przedtem sprawiało, że wyglądała 

na taką małą i bezradną.

- Tajna misja dla Centrali. Sprawdzamy podejrzanie wysoki współczynnik umieralności na 

oddziale pomocy społecznej Summerlands. Mój kolega Forister Armontillado y Medoc powinien 

być gdzieś w pobliżu. On może poręczyć za mnie. A ty kim jesteś?

-   Sevareid   Bryley-Sorensen   w   trakcie   badania   malwersacji   w   przedsiębiorstwie 

budowlanym na Bahati.

Zerknął na Alphę. Jej przyprawiające o zawrót głowy spojrzenie niebieskich oczu miało taki 

background image

wyraz, jakby nagle kot wyciągnął łakomy kąsek zostawiony na bocznej uliczce.

-   Myślę,   że   nasze   sprawy   mogą   być   powiązane.   Miałem   zabrać   stąd   Valdena  Allena 

Hopkirka, świadka w sprawie przestępczego naruszenia sieci przez jednego z przyjaciół del Parmy. 

Tak się składa, że ta dama jest następna z gangu. Ukrywała świadka i z tego, co mówisz, wnioskuję, 

że utrzymywała go ciągle naćpanego, aby nie mógł zeznawać. Sądzisz, że chciała go zabić?

-   Będziemy   musieli   poczekać,   aż   ta   podkładka   w   jej   ręce   zostanie   przetestowana   na 

obecność   narkotyku   -   spokojnie   odpowiedziała   generał   Questar-Benn.   -   Sądzę   jednak,   że   nie 

podawała   mu   rutynowych   leków.   Na   szczęście   przykleiła   tę   podkładkę   do   protezy   mojego 

przedramienia. Pewnie miałam być na tyle oszołomiona, żeby nie zauważyć obecności pani doktor 

w pokoju. Jeden z tych zbirów, których używa do pomocy, godzinę temu poczęstował mnie blissto 

czy czymś w tym rodzaju.

Alpha powoli przetoczyła się i wstała. Jeśli już wszystko przepadło, to pójdzie z godnością. 

Była o pół głowy wyższa niż ten Sev Bryley. Zawsze to lepiej patrzeć na niego z góry.

- Więc kim jesteś? - zażądała odpowiedzi. - Robotem? Nikt nie ma odporności na seduc... 

blissto - o mało się nie wydała.

Nie było powodu, aby ich informować.

Generał Questar-Benn zachichotała.

- Nie, moja droga, nie jest ze mną tak źle, jak z Drwalem z Krainy Ozz. Hiperchipy mogą 

wspomagać zastawki, i ja wciąż mam jeszcze serce - coś, co zostało pominięte przy twoim retuszu. 

Wątroba i nerki są implantowane, a w zeszłym roku zainstalowano mi dodatkowo wzmocnioną 

funkcję   filtrowania  krwi   opartą   na   hiperchipach,   co   umożliwa   mi   sterowanie   wewnętrznymi 

protezami. Gdybyś pojawiła się tuż po tym, jak ten twój cymbał podał mi narkotyk, mogłabym 

znaleźć się w niebezpieczeństwie. Jednak godzina zupełnie wystarczyła, aby pozbyć się narkotyku z 

krwioobiegu.

Alpha spojrzała spode łba na nią i na Bryleya.

- A ty? - spytała go. - Wyglądasz jak człowiek, ale domyślam się, że jesteś następnym 

pieprzonym cyborgiem. Jestem człowiekiem - odrzekł Bryley spokojnie. -  Jestem również szybki i 

nauczyłem się capellańskiego sposobu walki wręcz w czasie wojny. Ten duży zbir potknął się o 

własne nogi - z moją pomocą - i zaaplikował sobie stymulant, którym mierzył we mnie. Nie wiem, 

co w tym było. Może zechcesz mi powiedzieć, o ile on w ogóle przeżyje ten eksperyment. Co do 

tego małego - to zderzył się z jedną z ceramicznych donic, które dekorują poczekalnię. Będzie go 

okrutnie bolała głowa, kiedy się ocknie, ale zdąży wrócić do formy, aby zeznawać przeciwko tobie.

- Nie, nie zdąży - ucięła Alpha. - Nie wiesz tyle, ile myślisz, że wiesz! Ten człowiek jest  

również uzależniony - od czegoś, czego nie będziesz mógł mu dostarczyć. Bez następnej dawki 

umrze w męczarniach przed upływem tygodnia.

background image

Bryley uniósł jedną brew.

- Wobec tego - stwierdził pogodnie - będzie lepiej, jeśli zarejestrujemy jego zeznanie na 

dysku, zanim umrze, prawda? Dzięki za ostrzeżenie.

background image

ROZDZIAŁ XII

- Szpitale! - W ustach generał Questar-Benn słowo to brzmiało jak zaklęcie. - Bez obrazy, 

Thalmark. Ale te przeklęte szlafroki są chyba tylko po to, aby czynić pacjentów bezradnymi i 

bezwolnymi. Dzięki, że przyniosłeś mój mundur, Bryley.

- Mam wrażenie, że trzeba o wiele więcej, aby uczynić cię bezwolną, generale - powiedziała 

Galena Thalmark, pochylając lekko głowę.

Sev i Micaya spotkali się w byłym biurze Alphy bind Hezra-Fong, zajmowanym teraz przez 

asystentkę   administracyjną,   która   pierwsza   zaalarmowała   Światy   Centralne   o  zaskakującej 

śmiertelności   na   oddziale   opieki   społecznej   w   Summerlands.   Tego   ranka   Galena   Thalmark 

wyglądała o dziesięć lat młodziej niż zabiegana otyła kobieta, która przywitała Micayę i przemyciła 

ją na salę w przebraniu alkoholiczki Qualii Benton.

- Nie wiem, jak wam obojgu dziękować - rzekła, odgarniając ciemne, kręcone włosy z 

okrągłej twarzy. - Nawet nie będę próbować. Poza tym, generale Questar-Henn, należą ci się moje 

najszczersze przeprosiny za niebezpieczeństwo, na które byłaś wystawiona.

- To część mojej pracy - odparła Micaya. 

-   Mimo   wszystko   powinniśmy   być   bardziej   czujni.   Powinnam   była   zatrudnić   zaufany 

personel, który obserwowałby cię cały czas - powiedziała Galena.

Micaya przytaknęła bez dalszych komentarzy. Była mile zaskoczona szybkim opanowaniem 

sytuacji   przez   Galenę,   a   jeszcze   bardziej   faktem,   że   ta   młoda   kobieta   wzięła   pełną 

odpowiedzialność za problemy, które ją przerastały. To nie była jej wina, że starzejący się dyrektor 

Summerlands  przekazywał   coraz   więcej   władzy doktor  Alphie,   pozwalając,  aby oddział   opieki 

społecznej był prawie pozbawiony personelu, i że przymykał oko na brak dyscypliny obejmujący 

całą klinikę.

- Nie ciebie należy winić za problemy kliniki, Thalmark - podsumowała w końcu Micaya. - 

Ale możesz się nimi zająć w przyszłości. Dyrektor musiał być bez rozumu, żeby pozwolić na to 

wszystko   pod   swoim   nosem.   On   jest   z   wysokiego   rodu   i   oczywiście   zwolnienie   go   byłoby 

nierozsądnym   posunięciem,   ale   jeden   z   moich   asystentów   ułożył   mu   zgrabną   rezygnację. 

Chciałabyś objąć to stanowisko? Nie mogę tego zagwarantować, chyba rozumiesz, ale mam pewne 

wpływy w Centrali - dodała.

Galena   Thalmark   zamrugała   oczami,   rozumiejąc,   o   co   chodzi,   i   wymamrotała 

podziękowanie.

- Tymczasem  - zaczęła,  przerzucając  papiery,   by dojść  do  siebie  - cieszę  się,  że  mogę 

poinformować cię, iż pan Hopkirk dobrze reaguje na leczenie. Doktor Hezra-Fong dostarczyła nam 

wszystkich szczegółów o narkotykach, których używała, aby trzymać go w wyciszeniu. Powoli 

background image

zmniejszamy dawkę i obserwujemy cofanie się objawów, ale jak do tej pory nie było komplikacji. 

Powinien   być   całkowicie   przytomny,   aby   nagrać   zeznanie   na   dyskietkę   w   ciągu   najbliższych 

czterdziestu ośmiu godzin.

- Dobra robota! - wykrzyknęła Micaya. 

Galena Thalmark kiwnęła głową.

-   Cokolwiek   by   można   o   niej   złego   powiedzieć,   to   jednak   doktor   Hezra-Fong   jest 

wspaniałym badaczem w dziedzinie biomedycyny. Czuję się w obowiązku podkreślić, że bez jej 

pełnej współpracy i wskazówek nie bylibyśmy w stanie tak szybko odwrócić efektów leczenia. - 

Spojrzała Micayi prosto w oczy. - Prosiła, aby odnotować ten fakt w jej aktach.

- Zrobimy to - obiecała Micaya. - Chociaż wątpię, czy będzie to miało jakieś znaczenie 

wobec pozostałych zarzutów w stosunku do niej. Galena przygryzła wargę.

-   Wszystkie   te   zgony...   -   mruknęła.   -   Gdybym   tylko   zauważyła,   co   się   dzieje   już   od 

pierwszego... 

Micaya pokiwała głową współczująco.

-   Nie   zadręczaj   się   -   powiedziała.   -   Nie   było   cię   jeszcze   w   Summerlands,   kiedy   ona 

zaczynała. Nie miałaś powodu, aby nie ufać swoim zwierzchnikom. To przecież twoja zasługa, że 

podejrzewając coś, zawiadomiłaś odpowiednie władze, aby położyły temu kres. Nie zadręczaj się 

,gdybaniem"!

Ostatnie słowa były wypowiedziane ostro jak komenda musztry i spowodowały, że Galena 

otrząsnęła się.

- Naprawdę tak myślę - odezwała się Micaya trochę łagodniej. - Moja droga, rozkazywałam 

żołnierzom w bitwie i widziałam odważnych mężczyzn i kobiety umierających wskutek rozkazów, 

które wydawałam, a czasami rozkazy te były złe. Przeżywa się śmierć, robi się, co może, i idzie się 

dalej. Inaczej człowiek nie nadawałby się do dalszej służby.

Galena Thalmark spojrzała z namysłem na starszą kobietę, wyprostowaną i opanowaną w 

swoim   gładkim,   zielonym   uniformie.   Niektóre   z   jej   ran   bitewnych   były   widoczne,   tak   jak 

syntetyczne protezy ręki i nogi, o innych Galena dowiedziała się z jej chirurgicznego rejestru: 

całkowita wymiana nerek i wątroby, hiperchipowy wszczep w jednej zastawce serca i funkcjach 

filtrowania krwi. Będąc lekarzem, Galena umiała ocenić, ile godzin bolesnej chirurgii i rehabilitacji 

poświęcono, aby zrekonstruować ciało Micayi po każdej odniesionej ranie.

- Idź do przodu - powtórzyła Micaya miękko - ...i służ najlepiej, jak umiesz. Wierzę, że 

będziesz   wspaniałym   dyrektorem   w   Summerlands,   doktor   Thalmark.   Nie   pozwól,  aby   żale   i 

spóźnione nauki cię zniszczyły. Potrzebujemy cię tutaj i teraz. Nie rozpamiętuj przeszłości, której 

nie można zmienić.

- Teraz rozumiem, dlaczego jesteś generałem - stwierdził Sev z namysłem, kiedy wsiadali do 

background image

maszyny, która miała ich przetransportować z Summerlands. - Gdyby ktoś taki jak ty dowodził 

nami na Capelli 4...

Wystające kości policzkowe generał Questar-Benn pociemniały o ton.

- Nie łudź się. Sugestywne przemawianie to tylko mała część wojennego rzemiosła.

- Tak? W kwaterze głównej ma się pełny obraz sytuacji. Ale kiedy służyłem na Capelli, nie 

stałem w armii na tyle wysoko, by ten obraz znać. Dlatego podoba mi się praca prywatnego agenta - 

dodał Sev z namysłem. - Teraz to ja jestem sterem i okrętem... a raczej byłem. - Popatrzył wprost na 

Micayę. - Oddaję się pod twoje rozkazy na czas operacji.

- Czas operacji? Ale moje zadanie jest już skończone! - zaprotestowała Micaya.

- Naprawdę?

Od  dawna żaden młody mężczyzna nie wpatrywał się w nią w ten sposób. Pomyślała ze 

starannie ukrywanym rozbawieniem, iż kiedyś w przeszłości ostatni młody człowiek, który patrzył 

na nią w ten sposób, oczekiwał od niej zupełnie czegoś innego. No cóż. Oni zawsze czegoś chcieli, 

prawda?

- Fassa del Parma i Alpha Hezra-Fong przybyły do systemu Nyota tym samym transportem - 

kontynuował Sev. - Darnell Overton-Glaxely również. Pomagali sobie nawzajem bogacić się w 

najszybszy i najbrudniejszy sposób, jaki udało im się wykombinować. Jeszcze dwóch innych było 

w   tym   transporcie   -   Blaize  Armontillado-Perez   y   Medoc   i   Polyon   de   Gras-Waldheim.   Fassa 

wspomniała   już   o   Blaize   -   o   tym,   który  otrzymał   placówkę   na  Angalii.   Czy  nie   widzisz?  Ty 

trzymasz jeden koniec nici do tego węzła, a ja drugi.

- Myślisz, że razem moglibyśmy go rozsupłać? 

Sev obdarzył ją promiennym uśmiechem, który zawsze pomagał mu w osiągnięciu celu.

- Och, zrób tak jak Aleksander Wielki. Przetnij węzeł gordyjski. Trzeba ukrócić korupcję - 

argumentował. - Tylko nie mów, że to niewielka część tego, co robią wszyscy. Nie dbam o to. 

Wiem, że to jest coś, czym mogę się zająć. Muszę to przejrzeć na wylot. - Zamilkł pod wpływem 

lekkiego zażenowania z powodu własnej pasji. - No i miałem nadzieję, że chciałabyś dołączyć do 

nas. Poprowadzić nas.

Maszyna wylądowała perfekcyjnym ślizgiem tuż na zewnątrz otwartego włazu Nancii.

- Chodź ze mną - zasugerował Sev.

- Mam planowy transport z powrotem na Kailas. Muszę wracać za biurko.

- Możesz to zmienić - rzekł poufale i uśmiechnął się do niej tak, jak do rówieśniczki. - 

Chodź, Mic! Chyba nie chcesz wracać do przekładania papierów na Kailasie, prawda?

Micaya   pomasowała   kark.   Czuła   się   o   całe   wieki   starsza   od   tego   młodego   człowieka 

ogarniętego pasją; zmęczona i przygnębiona korupcją w Summerlands nie marzyła o niczym innym 

prócz długich kąpieli i masażu.

background image

- Do licha - stwierdziła znużona. - Sam jesteś niezły w sugestywnych przemówieniach, 

Bryleyu-Sorensenie. Sądzę, iż uważasz, że zdołam zmienić rozkazy twojego statku mózgowego tak, 

abyśmy mogli lecieć na Angalię, zamiast transportować del Parmę wprost do Centrali?

- To przecież brzmi logicznie, prawda?

- Tak, to brzmi logicznie - przyznała Micaya. - Nigdy nie było wystarczających argumentów 

dla biurokracji. W porządku, wygrałeś. Zobaczę, co da się zrobić, aby nakłonić Centralę do zmiany 

rozkazów moich i Nancii. Muszę przyznać, że chciałabym zobaczyć koniec tej sprawy. - Pomimo 

znużenia czuła wewnętrzną radość. - Poza tym wasz mięśniowiec jest mi winien partyjkę szachów.

- Caleb?

- Forister - poprawiła go Micaya. - Nancii przyznano zastępczego mięśniowca, pamiętasz? 

Foristera  Armontillado   y   Medoc.   Pracowaliśmy   razem   nad   tą   sprawą   w   Summerlands,   zanim 

Centrala nie odwołała go, aby został mięśniowcem Nancii. 

Zatrzymała się w otwartym włazie.

- Poczekaj chwilę. Jak nazywa się ten chłopak, ten, co poleciał na Angalię?

Sev nie miał czasu odpowiedzieć: druga maszyna wylądowała na pasach i przybiegł do nich 

posłaniec w białym kombinezonie Summerlands.

- Chcieliśmy was złapać jeszcze w powietrzu - wykrztusił. - Komputer w maszynie musiał 

być uszkodzony. Hopkirk złożył zeznania!

- Och, do diabła, już?

- Miał wyraźną ochotę to zrobić. Doktor Thalmark sądziła, że bardziej mu może zaszkodzić 

powstrzymywanie go, niż zezwolenie na to, żeby mówił. Oto jego zeznania na dyskietce; pozostało 

jeszcze kilkoro uczciwych ludzi na Bahati, panie Bryley. Dwóch z nich zamierza teraz aresztować 

Overtona-Glaxely'ego. Ponieważ jednak wyślą go na proces do Centrali, chcielibyśmy, aby ktoś 

stamtąd towarzyszył im, by upewnić się, czy wszystko przebiega, jak należy.

- Raczej po to, by było na kogo zrzucić winę na wypadek, gdy jego rodzina zechce szukać 

zemsty - zamruczał Sev.

- Ja się tam wybiorę - powiedziała Micaya. - Nikt nie ośmieli się zaprzeczyć moim słowom.

- Nie, to ja się tam wybiorę - poprawił ją Sev. - Już i tak napsułem krwi tylu wysokim 

rodom, że jeden więcej nie zrobi mi różnicy. Ty możesz pójść i odegrać swoją partyjkę szachów.

- Zawsze lubiłam podwładnych z dużą inicjatywą - stwierdziła Micaya kwaśno.

Była jednak zmęczona i zmartwiona przypuszczalnym powiązaniem Blaize'a z Foristerem. 

No cóż, jeśli Sev Bryley uda się po swojego więźnia, a Fassa del Parma będzie zamknięta w 

kabinie, ona i Forister zostaną sami. Musi zapytać go, jak bliskie jest ich pokrewieństwo i czy 

rzeczywiście chciał być mięśniowcem na statku, który leciał na Angalię.

background image

Forister   radośnie   rozpakowywał   specjalne   zamówienie   z   OG   Glimware,   kiedy   Micaya 

Questar-Benn poprosiła o pozwolenie wejścia na pokład.

- Mamy towarzystwo - ostrzegła go Nancia. - A czy przypadkiem nie ma nic nieetycznego w 

tym, że kupujesz coś od firmy, której właściciela zamierzasz aresztować?

- Nic mi nie przychodzi do głowy - odrzekł Forister, pogwizdując nerwowo. - Ale jeśli 

znajdziesz coś w przepisach Służby Kurierskiej, to daj mi znać. Tak czy inaczej OG Glimware jest 

jedynym   przedsiębiorstwem   po   tej   stronie   Antaresa,   które   wykonuje   tego   rodzaju   specjalne 

zamówienia.

Zdjął ostatnie fragmenty przezroczystej, pomarszczonej folii, aby odsłonić swój nabytek: 

statuetkę młodej kobiety wysokości stopy z dokładnie uwidocznionymi cechami dzięki delikatnym 

pryzmatycznym   nacięciom.   Brodę   miała   uniesioną   prawie   wyzywająco   i   pozdrawiała   świat 

uśmiechem, którego odbicie tańczyło w jej oczach. Podniesioną głowę, spoglądającą na światy poza 

zasięgiem ludzkiego wzroku, okalały kręcone włosy, tak dobrze wyrzeźbione, że wydawały się 

odrębnymi kosmykami, które uniosłyby się pod wpływem przelotnego wiatru.

- Ach, bardzo ładna - powiedziała Nancia powoli,  jako że Forister wydawał się oczekiwać 

na jakąś reakcję. -  Twoja krewna? Jego dane nie wspominały nic o przyjaciółce, a poza tym - czy  

on nie jest za stary dla tej dziewczyny?

- Bardzo dalekie pokrewieństwo, jak w wielu wysokich rodach. Jednak ona może stać się 

kimś więcej - mam nadzieję, że moim przyjacielem. Może partnerem?

Forister   ustawił   statuetkę   na   brzegu   kontrolnego   panelu   mięśniowca   i   odwrócił,   aby 

uśmiechała się do tytanowej kolumny Nancii.

- Właściwie ta genetyczna ekstrapolacja pokazuje, jak wyglądałaby pewna młoda kobieta, 

którą znam, gdyby rozwijała się normalnie bez tych genetycznych anomalii, które uniemożliwiły jej 

przeżycie poza kapsułą. Nazywa się...  Nancia Perez y de Gras.

Nancia   nie  wiedziała,   jak  zareagować   na  to  objawienie.   Nie  potrafiła.  Caleb  nigdy   nie  

zastanawiał się, jakbym wyglądała... Nigdy nie myślał o mnie jak o osobie. Nielojalnie jednak było 

to rozważać... Ale co powinna odpowiedzieć Foristerowi?

Oszczędzono jej tej konieczności, ponieważ otworzyła się komora ciśnieniowa. Poważna 

twarz generał Questar-Benn przestraszyła ich oboje.

- Ta część misji jest zakończona - wyjaśniła im Micaya. - Hezra-Fong jest już w drodze na 

statek, pod strażą, a Bryley pojechał aresztować Overtona-Glaxely'ego. Sugerował, że powinniśmy 

prosić o zmianę rozkazów Nancii, aby można było wybadać jeszcze przed powrotem do Centrali 

pozostałych   dwóch   pasażerów,   których   przywiozła   do   systemy   Nyota.   Pomyślałam,   że   muszę 

najpierw skonsultować się z tobą, Forister.

Twarz Foristera zszarzała.

background image

- Tak długo, jak będę mięśniowcem na tym statku, przyjmę wszystkie rozkazy wydane przez 

Służbę Kurierską.

- Wiem o tym - powiedziała Micaya. - Muszę jednak wiedzieć więcej. Jakie jest twoje 

powiązanie z tym chłopcem z Angalii? Daleki krewny? Z jakim konfliktem interesów mamy tu do 

czynienia?

- On jest moim siostrzeńcem. - Forister opadł na fotel pilota.

- Czy mogę na tobie polegać?

Nancia obserwowała i słuchała bez wtrącania się do rozmowy. Polubiła generał Questar-

Benn w czasie ich poprzedniego spotkania, ale teraz czuła, że za mocno przyciskała Foristera. Po 

raz pierwszy, od kiedy wszedł na pokład, wyglądał na swoje lata; rzadkie siwe włosy układały się 

płasko i zniknęła ta figlarna iskra, która sprawiała, że jego twarz była Nancii bliska. Oczywiście - 

raptem przeżyła szok rozpoznania - to dlatego odniosła wrażenie, że znała Foristera już wcześniej. 

Nie chodziło tylko o jego poprzednią podróż do Charona. To była ta iskra, którą miał w oczach, 

kiedy włamywał się do medycznych rejestrów Summerlands. Ten rudowłosy chłopak Blaize miał 

taki sam wyraz oczu, kiedy planował jakąś psotę.

Jednak   Forister   był   uczciwy.   Nawet   nie   próbował   przeciwstawiać   się   wywodom   Fassy, 

obciążającym jego siostrzeńca, a teraz nie unikał obowiązku sprawdzenia tych historii.

- Nie musisz z nami lecieć - powiedziała Micaya. - Możemy znaleźć innego mięśniowca. 

Należy ci się prawdziwa podróż wypoczynkowa po tej tajnej misji w Summerlands.

Forister podniósł głowę i spojrzał na nią nieruchomymi oczami.

- To ty wzięłaś całe ryzyko na siebie w Summerlands - odrzekł głosem tak wypranym z 

uczuć, że Nancia poważnie się zdenerwowała.

Wzmocniła działanie swoich lokalnych sensorów aż do momentu, kiedy mogła zobaczyć 

pulsujące   tętno   na   skroni   Foristera   i   usłyszeć   uderzenia   serca.   Ten   człowiek   znajdował   się 

stanowczo w zbyt dużym napięciu.

- Byłem bezużyteczny. - Jego podniesiony głos załamał się i Nancia wróciła pospiesznie do 

normalnego poziomu odczuwania, bo zakończenia nerwów drgały jej od wysokich dźwięków. - 

Nawet   nie   umiałem   znaleźć   odpowiednich   danych   komputerowych,   aby   ci   pomóc,   więc   jeśli 

ktokolwiek zasługuje na odpoczynek, to ty, Mic. Jeśli też ktokolwiek ma udowodnić upadek mojego 

siostrzeńca - dokończył znużony - niech to będę ja. Nie zdołamy zachować tego w rodzinie - wiem 

o tym, ale muszę wiedzieć dokładnie, co on zrobił i jak możemy to naprawić.

- Niedobrze być osobiście zaangażowanym w sprawy, które się prowadzi - szepnęła generał 

Micaya Questar-Benn. - Pierwsze prawo Akademii. 

Kręgosłup Foristera wyprostował się.

Nie, pierwsze prawo to jest służyć. To wszystko, o co was proszę. Dajcie mi szansę, aby 

background image

służyć i naprawić, co się da jeśli w ogóle coś jeszcze można uczynić. Poza tym - dodał ze śladami 

dawnego ostrego tonu w głosie - nie znajdziesz innego mięśniowca po tej stronie podprzestrzeni 

Bellatrix.

- Och, przestań - powiedziała Micaya. - Wy, mięśniowcy, zawsze się przeceniacie. Założę 

się, że jest pół tuzina wykwalifikowanych mięśniowców w samej podprzestrzeni Vegi. 

Forister wyprostował się.

- Nie przygotowanych do prowadzenia statku mózgowego wzmocnionego hiperchipami. 

Nasza Nancia posiada takie udoskonalenia, prawda, moja droga? - Jak zawsze odwrócił głowę w 

kierunku jej tytanowej kolumny, kiedy się do niej zwracał, tak jakby chciał, aby następny człowiek 

z kapsuły, to jest delikatnik - poprawiła sama siebie Nancia - przyłączył się do rozmowy.

-   Moje   czujniki   na   dolnym   pokładzie   i   urządzenia   nawigacyjne   przy   drzwiach   mają 

hiperchipy - odparła. - I używam ich w niektórych bankach przetwarzania danych. Jestem na liście 

oczekujących na pozostałe.

- Proszę bardzo - Forister odezwał się do Micayi. - Wy potrzebujecie mnie, a ja muszę to 

wykonać.

- Potrzebne ci to zadanie jak mnie następna proteza - mruczała Micaya. Ale znów usiadła, 

sprawiając   wrażenie   kogoś,   kto   dał   za   wygraną.   -   Powiedz   no,   jak   to   się   stało,   że   jesteś 

przeszkolony   do   obsługi   nowych   hiperchipowych   statków.   Byłeś   w   Centrali   Dyplomatycznej 

przez...

- Więcej lat niż ktokolwiek tu może zgadnąć - przerwał jej Forister. - A ten termin brzmi: 

statki mózgowe, a nie hiperchipowe. Nie obrażajmy naszej damy.

- Wszystko w porządku - wtrąciła Nancia. - Nie jestem obrażona, naprawdę.

- Ale ja jestem - odparował Forister.

Odetchnął głęboko i wyprostował się.

Nancia niemal widziała, jak próbuje pozbyć się bólu, który czuł głęboko w środku, i jak 

przybiera swoją dyplomatyczną maskę. Kiedy odwrócił głowę, aby mówić wprost do niej, już 

prawie nie wyglądał na zmartwionego. Ale ona i tak dostrzegała napięcie w jego oczach.

- Jesteś teraz moją panią, Nancia, przynajmniej na czas trwania tej misji.

Micaya wydęła zaciśnięte wargi z westchnieniem irytacji.

- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Jak to się stało, że jesteś przeszkolony do obsługi 

najnowszych modeli statków mózgowych, skoro nie występowałeś w roli mięśniowca od tylu lat?

Dużo czytam   powiedział Forister i machnął w powietrzu jedną ręką. - Starodawne walki 

ochroniarzy, nowe systemy komputerowe, to wszystko woda na mój młyn. Głęboko w sercu jestem 

człowiekiem XX wieku. Człowiekiem o wielu zainteresowaniach i o wielu nie odkrytych talentach. 

Lubię też być na bieżąco w moich dziedzinach - wszystkich moich dziedzinach.

background image

- Człowiekiem o nie odkrytych kłamstwach - odpowiedziała Micaya. - OK, wchodzisz. 

Przynajmniej będę miała kogo pokonać w trójwymiarowe szachy w drodze na Angalię.

Forister prychnął.

-   Masz   na   myśli   kogoś,   kto   pokona   ciebie.   Twoje   ego   rozwinęło   się   odwrotnie 

proporcjonalnie do twoich umiejętności, generale. Ustaw je.

Nancia obserwowała z zaciekawieniem, jak generał Questar-Benn wyjmuje z kieszeni kartę 

wielkości dłoni. Forister uśmiechnął się.

- Rozumiem, zabrałaś ze sobą przenośną planszę. 

Generał wystukała nikłe identyfikacje na powierzchni karty i wyświetliła na niej hologram 

podzielonego   sześcianu,   połyskujący   na   krawędziach   kolorami   tęczy.   Następna   seria   puknięć 

wywołała   przezroczyste   obrazy   pionków   ustawionych   na   linii,   na   przeciwległych   krawędziach 

sześcianu. Nancia bawiła się swoją funkcją sensorycznego powiększania i centrowania aż do chwili, 

kiedy  mogła   zobaczyć   szczegóły.  Tak,   to   były  standardowe   pionki   trójwymiarowych   szachów: 

rozpoznała odwieczny, potrójny porządek. Pionki na pierwszym miejscu, najniższe rangą, król i 

królowa ze swoimi lauframi, końmi i wieżami. Ponad nimi najwyżsi rangą byli ustawieni tak, aby 

spadać na sześcian gry jak drapieżne ptaki. Statek mózgowy z mięśniowcem i ich wspomagające 

pionki: wywiadowcy, poduszkowiec i satelity. Obrazy te jarzyły się, gasnąc i zapalając się na nowo. 

Kiedy   Nancia   patrzyła   na   nie   przez   dowolnie   długi   czas,   miała   wrażenie,   jakby  ciasne   taśmy 

opasywały jej połączenia sensoryczne.

-   Pionek   do   wywiadowcy   mózgowego   4,   2   -   Forister   zaproponował   standardowy, 

otwierający ruch.

Nic się nie wydarzyło.

- Moja przenośna gra nie jest wyposażona w czytnik głosu - przeprosiła Micaya. - Będziesz 

musiał przycisnąć kod.

Kiedy wskazywała na rząd identyfikacji wielkości palca, Nancia zahuczała delikatnie. Był 

to odpowiednik chrapliwych głosów i chrząknięć, jakie produkują delikatnicy, oczyszczając gardło, 

aby   nieprzewidzianie   włączyć   się   do   rozmowy.   Oboje   gracze   spojrzeli   w   górę   i   po   chwili 

zaskoczenia Forister odwrócił głowę w kierunku tytanowej kolumny Nancii.

- Tak, Nancia?

- Jeśli dacie mi chwilkę na przestudiowanie konfiguracji - zasugerowała - sądzę, że zdołam 

wykonać replikę waszej holograficznej gry o nieco wyraźniejszym obrazie. Oczywiście mogę też 

zapewnić wam przetwarzanie głosu.

Już w trakcie mówienia przeznaczyła przestrzeń pozornej pamięci i kooprocesor graficzny 

do tego celu.

Zanim ucichł jej glos, nowa i o wiele wyraźniejsza projekcja holograficzna połyskiwała 

background image

obok oryginalnej. Forister krzyknął z zachwytu nad miniaturkami pionków. Micaya wyciągnęła 

rękę, jakby chciała dotknąć perfekcyjnie ukształtowanego małego satelity z trzema zamieszkanymi 

globami, posiadającego włazy wejściowe i połączeniowe tuby kosmiczne.

- Piękne - westchnął Forister z zachwytem. - Ale czy nie nadweręży to za bardzo funkcji 

przetwarzania, Nancia?

- Nie teraz, kiedy mam przestój - odpowiedziała. - Nie używam tego procesora, nawet kiedy 

zajmuję się regularną nawigacją. Może będę musiała na moment go odłączyć, kiedy wejdziemy w 

Osobliwość, bo to rzeczywiście wymaga odrobiny koncentracji, ale...

Forister przymknął oczy.

- Oczywiście, że tak. Poza tym, jeśli mam być szczery, nigdy nie przyszło mi do głowy, 

żeby grać w szachy, kiedy przelatuję przez Osobliwość.

- Mnie też nie - zgodziła się Micaya, zieleniejąc na samą myśl. - Nie mam wtedy ochoty 

myśleć o kosmicznych relacjach.

- A ja mam - stwierdziła wesoło Nancia.

Po   dwóch   standardowych   godzinach   Centrali   Sev   przerwał   pierwszą   grę   w   szachy, 

dostarczając na pokład Darnella Overtona-Glaxely'ego.

- Załamał się, kiedy przedstawiłem mu dyskietkę z zeznaniami Hopkirka - powiedział, gdy 

Darnell został umieszczony w kabinie. - Śmieszne, zupełnie jakby oczekiwał, że ktoś po niego 

przyjdzie   w   najbliższych   dniach.   Przez   całą   powrotną   drogę   opowiadał   wszystko,   co   wie   o 

pozostałej trójce. Tutaj jest nagranie.

- Czwórce - poprawiła Seva Nancia, kiedy wsunął dysk do jej czytnika.

- Trójce - odezwał się znów Sev. - Fassa, Alpha i... Blaize. - Kiedy wymawiał ostatnie imię, 

starał się nie patrzeć na Foristera.

- Nikt  z  nich  nie  powiedział  nic,  co  by obciążało  Polyona  de  Grasa-Waldheima?  -  nie 

dowierzała Nancia. 

Sev wzruszył ramionami.

- Kto wie? Może nie ma o czym mówić? Nigdy nie wiadomo, może w całym koszu zgniłych 

jabłek jedno jest zdrowe?

Nie Polyon.  Jednak Nancia nie wypowiedziała głośno swojego protestu. Po rozmowach, 

które   usłyszała   w   czasie   pierwszego   lotu,   była   przekonana,   że   Polyon   de   Gras-Waldheim   był 

całkowicie   niemoralny.   Lecz   czy   to   będzie   etycznie   ujawnić   te   rozmowy?   Caleb   był   tak 

zdecydowanie przeciwko wszystkiemu, co ledwie otarło się o szpiegostwo, że właściwie nigdy nie 

pomyślała, aby mu o tym powiedzieć.

To jednak było pięć lat temu. Zmieniła się, teraz dostrzegała odcienie szarości, a nie tylko 

background image

czerń i biel przepisów Służby Kurierskiej. Nawet Caleb mógł się zmienić. W końcu przystał na tę 

tajną misję, choć nie bez protestu. Może poczuć się zdradzony, jeśli ona zdecyduje się pogwałcić 

jego etyczny kodeks.

A gdyby odwlokła trochę tę decyzję?

- Wydaje mi się, że można by lecieć koło Shemali, tak czy inaczej - zasugerowała Nancia. - 

Nigdy  nie   wiadomo.   Możemy  przecież   znaleźć   dowody  na   powiązanie   de   Grasa-Waldheima   z 

resztą ekipy? Już dawno mielibyśmy na to dowody, gdyby reszta nie bała się tak pisnąć stówka 

przeciwko niemu.

- To jest możliwe - zgodził się Sev. - Spotkamy się tam po Angalii.

- Myślałam, że lecisz z nami. - Micaya Questar-Benn na wpół podniosła się z siedzenia, 

przetykając jedną rękę wprost przez szachowy hologram Nancii.

- Miałem lecieć - przyznał Sev. - I lecę. Spotkam się z wami na Shemali. Coś mi wypadło.

Zanim  ktokolwiek z nich zdążył go o cokolwiek zapytać, oddalił się, zbiegając po trzy 

stopnie naraz i pogwizdując. Nancia szybko rozważyła możliwość zamknięcia mu głównego włazu 

przed nosem, żeby wyjaśnił, o co mu chodziło.

Oczywiście   nie   zrobiła   tego.   Byłoby   to   przecież   pewnym   oszustwem,   przed   którym 

ostrzegano ją na lekcjach etyki w czasie szkolenia ludzi z kapsuł.

Lecz pokusa była silna.

- Coś uczyniło tego człowieka niesłychanie szczęśliwym - stwierdziła Micaya z namysłem. - 

Zastanawiam się, co to było. Nancia, czy jest coś w zeznaniach Darnella Overtona-Glaxely'ego, co 

wstrząsałoby Ziemią?

Nancia rozpoczęła przegląd.

- Nie ma nic interesującego, chyba że fascynują cię żałosne dowody na drobne łapówki, 

korupcję i oszustwo - odpowiedziała Nancia.

- Ach, Overton-Glaxely rzeczywiście zrobił na mnie wrażenie drobnego złodziejaszka.

- Może zechcesz sama przestudiować jego wypowiedź? - zasugerowała Nancia. - Może 

dopatrzysz się czegoś, co ja przeoczyłam?

Micaya kiwnęła głową.

- Zrobię to, ale wątpię, żebym coś znalazła. Bryley powiedział, że nic ma żadnych dowodów 

przeciwko   de  Grasowi-Waldheimowi.  Więc   to  nie   nasza   sprawa,  w jakim  celu   wybiera  się  na 

Shemali. Do licha z nim. Przypuszczam, że dowiemy się o wszystkim, kiedy tam dolecimy.

Najpierw musimy dokończyć nasze zadanie na Angalii. - Forister znów miał bladą i martwą 

twarz. Chwilowe ożywienie, jakie przyniosła gra w szachy, zniknęło. 

Wygląda jak śmiertelnie chory człowiek. Czy honor rodziny jest dla niego aż tak ważny? 

Nancia rozważała, jakby się czuła, gdyby jej siostrę Jinevrę przyłapano na korupcji w jej placówce 

background image

PPT i na sprzeniewierzeniu funduszy wydziałowych.

Trudno było to sobie wyobrazić. No tak, a gdyby Flix... Wolała nie myśleć, co by było, 

gdyby Flix tak jak Blaize wpadł w złe towarzystwo i zrobił coś, co zmusiłoby ją do ścigania go, 

aresztowania i odesłania na kilka lat do więzienia z dala od jego ukochanej muzyki.

Myśl   ta   wstrząsnęła   Nancią   tak   boleśnie,   że   przez   chwilę   zatrzymał   się   równy   szum 

stabilizatorów powietrza i zachwiał kooprocesor utrzymujący hologram szachowy. Obraz sześcianu 

z gry zatrząsł się, rozpadł na tęczowe fragmenty, następnie scalił się znowu i Nancia odzyskała 

władzę nad sobą i swoimi systemami.

Wobec tego, jeśli sama myśl o kłopotach Flixa była tak bolesna dla niej, to jak Forister mógł 

stawić czoło przestępstwu Blaize'a? Wywnioskowała, że nie mógł - i teraz od niej i od Micayi 

zależało, aby nie pozwolić mu się zadręczać.

- Generale Questar-Benn, twój ruch - powiedziała. 

- Co? Ach - zwiadowca do laufra królowej 3, 3 - odrzekła Micaya.

Ruchem   tym   zagarnęła   jeden   z   satelitów   Foristera   i   pozostawiła   ścieżkę 

prawdopodobieństwa dla jego statku mózgowego. Nancia przewidziała możliwe ruchy bez użycia 

świadomego wysiłku.

- Masz tylko dwa ruchy, aby twój statek mózgowy uniknął szacha w ciągu najbliższych 

pięciu ruchów- ostrzegła Foristera.

- Dwa? - Brwi Foristera podskoczyły do góry i pochylił się nad sześcianem. - Widziałem 

jeden.

- Nieczysta gra - skarżyła się Micaya. - To było wyzwanie dla mięśniowca, a nie dla mózgu.

- Pracujemy jako drużyna - odpaliła jej Nancia. 

Naprawdę  miała  taką  nadzieję.  Dla  dobra  Foristera   -  dla   dobra  ich  obojga.  Nie  musiał 

przeżywać tego smutku sam. Ona tu była, aby go wesprzeć.

- Ach, rozumiem, co masz na myśli.

Forister pochylił się nad planszą i zaskoczył Nancię trzecim ruchem o tak niespotykanie 

druzgocącej sile, że nawet nie wzięła go pod uwagę w swoich pierwotnych obliczeniach.

Z   powstrzymywanym   okrzykiem   radości   Micaya   Questar-Benn   zabrała   Foristerowi 

drugiego  satelitę  i  patrzyła   oniemiała,   jak  przestawił   nie  osłoniętego  konia   z  drugiego   rzędu  i 

zaszachował jej statek mózgowy.

-   Dziękuję   za   podpowiedz,   Nancia   -   odezwał   się   Forister.   -   Gdyby   nie   ty,   nawet   nie 

pomyślałbym o innej możliwości. Nie przyszłoby mi do głowy, żeby zastosować w takiej sytuacji 

posunięcie Jigo Kanaki.

- Ja... ach... nie ma za co - zdążyła wtrącić Nancia pomiędzy trzema następnymi ruchami, 

które przywiodły grę do druzgocącego końca.

background image

Micaya została rozbrojona, straciła mięśniowca i statek mózgowy.

Może jednak Forister nie potrzebował aż tak bardzo pomocy, jak Nancia sądziła.

background image

ROZDZIAŁ XIII

Lądowanie Nancii na Angalii nie było najlepsze. Planeta całkowicie ją zaskoczyła.

Wstępne manewry nawigacyjne przebiegły normalnie. Wszystko jej się pogmatwało dopiero 

wtedy, kiedy lądowisko znalazło się w polu widzenia. Zielone, tarasowe klify poza płaskowyżem i 

otaczający go trawiasty basen nie pokrywały się z jej wspomnieniami sprzed pięciu lat. Czy to 

możliwe, że coś źle obliczyła i wylądowała na tej nieznanej części planety? Nancia wywołała dane 

z pierwszego lądowania i nałożyła je na obraz zielonego raju, który roztaczał się przed nią. Tak, to 

musi być lądowisko na Angalii. Cechy topograficzne dokładnie zgadzały się z jej wewnętrzną 

mapą.   Tam   na   krawędzi   płaskowyżu   znajdowała   się   chata   z   syntetycznych   półfabrykatów   z 

pochylonym dachem utkanym z trawy, wyglądającym na bardziej opuszczony i postrzępiony, niż 

wydawał się pięć lat temu.

Zajęta   porównywaniem   swojego   obrazu   Nancia   wycisnęła   całą   moc   z   procesora 

nawigacyjnego i zapomniała śledzić podejście do lądowania, co spowodowało, że o mały włos 

wyżłobiłaby nowy krater w lądowisku na Angalii. Skorygowała zejście w dół, uniosła się nieco w 

górę   i   zeszła   tym   razem   wolniej.   Jej   czujniki   słuchowe   wychwyciły   różnorodne   trzaśnięcia   i 

westchnienia z kabin, gdzie przebywali Mirnya i trójka więźniów.

- Przepraszam za twarde lądowanie - zaczęła.

Forister odciął na chwilę jej mikrofony i przegadał ja. 

- Lokalna turbulencja - powiedział. - Nancia wspaniale dała sobie radę, ale nawet statek 

mózgowy nie jest w stanie odpowiadać za kiepskie warunki na Angalii.

Przejechał   pieszczotliwie   otwartą   dłonią   po   czytniku   i   przywrócił   Nancii   kontrolę   nad 

głośnikami, uśmiechając się uprzejmie.

- Nie prosiłam cię, abyś stawał w mojej obronie - przetransmitowała Nancia wibrującym 

szeptem przez głośnik głównej kabiny.

- Naprawdę? Myślałem, że jesteśmy drużyną. Jeśli ty możesz pomagać mi grać w szachy, to 

ja oczywiście mam prawo chronić cię przed tymi przewrażliwionymi bachorami.

- Ja... no cóż, dziękuję ci - zakończyła Nancia.

- Nie ma za co. A przy okazji, co się właściwie stało?

- Byłam rozproszona. To miejsce nie wygląda tak samo, jak podczas mojego poprzedniego 

lądowania.

Nancia nastawiła wszystkie swoje ekrany na zewnętrzny obraz. Forister zerknął z uznaniem 

na trójwymiarową panoramę trawiastego raju otoczonego tarasami.

- Co to jest, do licha?! - krzyknęła Fassa w swojej kabinie.

Przyłączyli się do niej równie zaskoczeni Darnell i Alpha. Reakcja ta usatysfakcjonowała 

background image

Nancię. Ekrany w kabinie pasażerów nie były aż takie dokładne, jak ekrany ścienne w centralnej 

kabinie, ale przynajmniej przekazywały wystarczająco dużo informacji o Angalii, aby upewnić ją, 

że nie postradała zmysłów - a jeśli tak, to nie ona jedna. Nikt z więźniów nie spodziewał się, że 

Angalia będzie wyglądała jak ogród Edenu.

- Czy dobrze rozumiem, że planeta zmieniła się od waszej ostatniej wizyty?  - zapytała 

łagodnie.

- Oczywiście, że tak - odrzekła Fassa. - Jesteś pewna, że to jest to samo miejsce? Przecież 

dopiero w zeszłym roku... Och, rozumiem.

Dalej nastąpiła wydłużona cisza. Choć raz w życiu Nancia zatęskniła za zdolnością ludzi do 

nagłego wycofania się z rozmowy i zamyślenia się. Dużo satysfakcji sprawiłoby jej potrząśnięcie 

Fassa, aby wytrącić ją z transu, w jaki wpadła. Dlaczego delikatnicy nie mogli przesyłać strumieni 

informacji, kiedy byli w trakcie przetwarzania danych?

Musiała zadowolić się mruganiem światłami w kabinie Fassy i atakowaniem jej dzikimi 

wybuchami muzyki z ostatniego sonodysku Flixa.

- Czy dobrze rozumiem, że rozpoznajesz jakieś znamienne cechy? - spytała, kiedy wreszcie 

zdołała pozyskać uwagę Fassy.

- Tak... pomimo wszystko tak.

Oczywiście,   przecież   Fassa   nie   miała   możliwości   wizualnej   kontroli   szczegółów,   nie 

wspominając już o dokładności, z jaką mogła zapamiętać obraz planety podczas ostatniej wizyty. 

Była   zależna   od   tego,   co   jej   biologiczna,   nie   wzmocniona   pamięć   zdołała   jej   dostarczyć. 

Zrozumiawszy to, Nancia straciła nadzieję, że się czegokolwiek dowie.

- Te ogrody na zboczu góry - powiedziała Fassa - te tarasy były tu również rok temu, ale nic 

na nich nie rosło. Myślałam, że to ma coś wspólnego z kopalnią.

Nancia przełączyła sygnały do wyświetlaczy w kabinie Fassy, aby pokazać jej wejście do 

kopalni. Figurki w niebieskich mundurach wchodziły i wychodziły, popychając małe wagoniki po 

szynach rozmieszczonych po obu stronach zbocza. Powiększony obraz wykazał, że te figurki to 

człapiący tubylcy z Angalii. Byli porządnie odziani w niebieskie szorty i koszule, a ich praca 

przypominała precyzyjnie wyreżyserowany taniec. Jeden z tubylców dźwignął worek znajdujący się 

w wejściu do kopalni i przerzucił go sobie ponad głową, inny ustawił się tak, aby go złapać. Zanim 

ten się odwrócił, trzeci wycofał wagonik po torach, aby go załadować.

- Niesamowite - skomentowała Nancia. - Myślałam, że tych z Angalii nie można niczego 

nauczyć.

- Blaize rzeczywiście był pracowitym, małym chłopcem - stwierdził głucho Forister.

- Jak do tej pory to wszystko nie wygląda aż tak źle - podkreśliła Nancia. - Fassa, czy ty lub 

reszta rozpoznajecie coś jeszcze? 

background image

Ekrany pokazywały panoramiczny obraz płaskowyżu wraz z otaczającym go krajobrazem. 

Nagle Fassa wydała okrzyk świadczący o rozpoznaniu.

- Och, Boże, on zostawił wulkan!

Nancia   zatrzymała   obraz   i   przestudiowała   go.   Złowrogo   wyglądające   bańki   brązowo-

zielonego błota unosiły się i pękały, i znów formowały, bulgocząc nieprzerwanie pośród wysokiej 

zielonej trawy pokrywającej resztę obszaru.

- Nie sądzę, aby sadzenie kwiatów pomogło to zasłonić - zgodziła się.

- Nie rozumiesz. - Fassa prawie płakała. - On w ten sposób trzyma ich w ryzach i zmusza do 

pracy. Jeśli Luzaki go nie zadowalają, gotuje je żywcem w tym bulgoczącym błocie. Widziałam coś 

takiego ostatnim razem - nigdy nie zapomnę tych wrzasków.

- Alpha? Darnell? - Nancia wywołała pozostałych dwóch.

- To prawda - stwierdził Darnell. - Odpychające. 

Alpha pokiwała głową. Ruch ten był wyraźnie widoczny na ekranach Nancii.

Słowa pociechy dla Foristera nie przychodziły już jej do głowy.

Micaya przekonała Foristera, aby pozwolił jej pierwszej spotkać się z Blaize'em.

- Będę miała przypięty guzik kontaktowy - obiecała mu. - Ty i Nancia będziecie mogli 

zobaczyć i usłyszeć wszystko, co się będzie działo.

- To mój obowiązek - zaczął Forister.

-   Mój   także   -   przerwała   mu   Nancia.   -   Ten   młody   człowiek   łatwiej   przyzna   się   do 

wszystkiego, jeśli nie będzie liczył na jakieś wpływy rodzinne.

- Przecież nie może - powiedział Forister ponuro. - Nie przyleciałem tu po to, by wstawiać 

się za nim.

- Tak, ale on o tym nie wie - zauważyła Micaya. 

Nancia skupiła wszystkie swoje zewnętrzne sensory na Micayi, kiedy generał szła ścieżką 

pomiędzy okrągłym kamieniami wulkanicznymi do drzwi chaty z półfabrykatów. Po obu stronach 

ścieżki rosły pierzaste trawy i ogniste tropikalne kwiaty, tworząc bujny i nie kontrolowany wzór z 

koszyków nasiennych  i kwiatostanów. Nancia  rozpoznała  gatunki  ze Starej  Ziemi  zmieszane z 

gwiezdnymi   kwiatami   z   Deneba   i   śpiewającymi   trawami   z   Fomalhaut   II;   radosne   płomienie 

różowych, pomarańczowych i purpurowych roślin.

Micaya weszła do chaty i pole widzenia Nancii zawężyło się do półkola, które zapewniał 

guzik kontaktowy.  W cienistej  chacie, pomiędzy wysokimi  stosami  papierów i elektronicznego 

sprzętu, przed ekranem komputera, jak płonący węgielek świeciła czerwona głowa Blaize'a.

- Blaize Armontillado-Perez y Medoc? - zapytała Micaya służbowo.

- Mhm, dostawa PPT? Zaraz podpiszę, muszę tylko skończyć tę rzecz...

background image

Możliwości   guzika   kontaktowego   nie   pozwalały   Nancii   przeczytać   słów   na   ekranie 

komputera, ale rozpoznała siedmiotonowy kod dźwiękowy, kiedy Blaize przejechał otwartą dłonią 

po pulpicie. Przekaz międzyplanetarny - nie, międzypodprzestrzenny. Właśnie przesłał coś do... 

Nancia   przerzuciła   swoje   akta,   aby   znaleźć   kod.   Do   Centrali   Dyplomatycznej?   Co   oni   mieli 

wspólnego z Angalią - planetą, na której nie istnieli żadni inteligentni mieszkańcy? Czyżby sieć 

korupcji Blaize'a sięgała aż do kolegów jej ojca i Foristera?

- O, tak. - Kiedy ostatnie dźwięki kodu uleciały, Blaize odwrócił się z anielskim uśmiechem 

na piegowatej buzi - O co chodzi?

Jego wyraz twarzy zmienił się gwałtownie i prawie komicznie na widok Micayi Questar-

Benn w pełnym umundurowaniu.

- Ty nie jesteś z PPT - powiedział wolno. Zgadza się - odrzekła Micaya. - Twoja działalność 

wróciła uwagę innych departamentów.

Blaize'owi opadła szczęka, a jego piegi wydawały się płonąć.

- No cóż, już jest za późno, nie możecie mnie teraz powstrzymać.

- Naprawdę? - Ton głosu Micayi był zwodniczo łagodny.

- Wysłałem  pełen  raport  do  Centrali  Dyplomatycznej. Nie  obchodzi  mnie,  kim  są twoi 

przyjaciele z PPT, ale będą musieli zostawić teraz Angalię w spokoju.

- Mój drogi chłopcze - powiedziała Micaya. - Czy czasem coś ci się nie pomyliło? To ty 

jesteś zatrudniony przez Planetarną Pomoc Techniczną. Lub raczej byłeś.

Nancia tak bardzo zasłuchała się w dialogi, że nie zauważyła, kiedy Forister wymknął się z 

jej centralnej kabiny i zszedł po schodach. Była równie zaskoczona, jak Blaize, kiedy Forister 

pojawił się w wejściu do chaty, tuż na obrzeżach jej widoczności z guzika kontaktowego.

- Wuj Forister! - wykrzyknął Blaize. - Co się tutaj dzieje? Czy mógłbyś mi pomóc?...

- Nie nazywaj mnie wujem - odparł Forister przez zęby. - Jestem tutaj z generał Questar-

Benn, by cię zatrzymać, a nie żeby ci pomagać. 

Blaize   pozieleniał   pod   piegami.   Zamknął   oczy   na   moment   i   wyglądał,   jakby   mu   było 

niedobrze.

- I ty także.

- Chyba nie sądziłeś, że więzi rodzinne będą ci pomocne w torturowaniu i wyzyskiwaniu 

tych niewinnych istot.

- Torturowanie, wyzyskiwanie? - zapowietrzył się Blaize. - Ja... o nie. Wujku Forister, czy 

nie rozmawiałeś przez przypadek z dziewczyną o nazwisku Fassa del Parma y Polo? Lub z Alphą 

bint Hezra-Fong? Albo z Darnellem?

- Z całą trójką - potwierdził Forister. - I... co, do diabła, jest w tym śmiesznego?

Blaize po prostu zgiął się wpół i dusił się ze śmiechu.

background image

- Moje grzechy ścigają mnie - wydyszał pomiędzy parsknięciami śmiechem.

- Nie widzę w tym nic śmiesznego. - Forister zbladł również i uszczypliwy wyraz pojawił 

się wokół kącików jego ust.

- Na pewno nie. Jeszcze nie, ale kiedy ja... O Boże! To jest komplikacja, której nigdy...

Blaize   wybuchnął   histerycznym   śmiechem,   który   zakończył   dopiero   cios   w   brzuch, 

wymierzony pięścią Foristera. Blaize wciąż zanosił się i próbował złapać powietrze, kiedy drugie 

uderzenie   w   szczękę   odrzuciło   mu   głowę   w   tył   i   powaliło   na   chwiejący   się   stół   pomiędzy 

umieszczony tam sprzęt komputerowy. Nogi ugięły się pod Blaize'em i osunął się lekko na podłogę. 

Stół za nim kołysał się i niebezpiecznie przechylał. Klawiatura ześliznęła się na róg blatu i zawisła 

na   krawędzi.   Stos   zaksięgowanych   liczb   i   instrukcji   PPT   sfrunął   na   Blaize'a   miękkim, 

szeleszczącym deszczem cienkich niebieskich papierków.

Forister schwycił jeden ześlizgujący się kawałek i studiował przez chwilę kolumny cyfr z 

uniesionymi   brwiami.   Kiedy   doczytał   do   końca,   wyglądał   na   bladego   i   zmęczonego   wiekiem 

człowieka.

- Dowód potwierdzający - skomentował, podając papier Micayi. - Jeśli jakiś w ogóle jest 

potrzebny.

Micaya chwyciła papier w taki sposób, aby Nancia mogła skoncentrować się na nim dzięki 

urządzeniu kontaktowemu. Cyfry wyginały się i tańczyły w ręce Micayi.  W ponurym nastroju 

Nancia wprowadziła poprawkę na te zniekształcenia i powiększyła zlewające się litery i cyfry tak, 

aby sama zdołała przeczytać ten zapis.

Był to wyciąg za poprzedni miesiąc z bankowego konta Blaize’a w sieci. Wzór wpłat i 

wypłat   dużych   sum   z   początku   nic   dla   Nancii   nie   znaczył.   Lecz   jedno   było   pewne   -   każda 

pojedyncza cyfra znacznie przewyższała wynagrodzenie Blaize'a w PPT; natomiast suma u dołu 

strony była przytłaczająca - prawie trzydzieści razy wyższa, niż mógłby zgromadzić, gdyby zbierał 

każdy grosz ze swojej oficjalnej wypłaty.

- Wujku  Foristerze  -  odezwał   się  Blaize   z  podłogi,   delikatnie   masując   dolną  szczękę  - 

bierzesz to wszystko opacznie.

- Gdy mam takie dowody przed oczami, nie wiem, co byś musiał mi powiedzieć, abym ci 

zaufał.

Blaize uśmiechnął się do niego. Z wargi leciała mu krew, jeden ząb niebezpiecznie się 

ruszał.

- Zdziwiłbyś się.

- Jeśli miałeś na myśli małą łapówkę pobraną z twoich nieuczciwie zgromadzonych zysków 

- powiedziała Micaya - to musisz wykombinować coś innego.

Zniżyła   głowę,   aby   mówić   wprost   do   guzika   kontaktowego,   a   Nancia   pospiesznie 

background image

zredukowała wzmocnienie. Delikatnicy tak naprawdę nigdy nie umieli pojąć, że nie muszą krzyczeć 

do urządzeń kontaktowych. Głośniczek mógł być malutki, ale odbiór z niego miał tyle samo mocy, 

co jakikolwiek czujnik na pokładzie statku mózgowego.

- Nancia, proszę cię, znajdź w sieci mój osobisty kod ID-QB76, JPJ, 450, MIC. Będziesz 

mogła wtedy zamrozić wszystkie konta kredytowe znajdujące się pod osobistym kodem... Niech no 

zobaczę... - Zerknęła na nagłówki papierów, uważnie odczytując sekwencję liczb w kodzie.

Nancia mogła je z łatwością zobaczyć, regulując sensory wizualne tak, aby ustały drgania, i 

wzmacniając zamazane litery.

- Och, nieważne, myślę, że jesteś w stanie to odczytać - dopowiedziała po chwili Micaya.

- Oczywiście - Nancia przesłała wokalny sygnał przez połączenie kontaktowe.

- Nie rób tego! - Blaize zerwał się na nogi, lekko się zataczając. - Nie rozumiesz...

Forister przemieścił się o wiele szybciej niż zwykle, stając pomiędzy Blaize'em i Micaya.

-   Rozumiem,   że   wykorzystywałeś   te   nieinteligentne   stworzenia,   aby   się   wzbogacić   - 

powiedział. - Możesz jednak złożyć swoje wyjaśnienia władzom. Nancia, chciałbym, abyś dokonała 

teraz formalnego zapisu zarzutów, na wypadek gdyby coś poszło nie tak.

- Zrobione - rzekła Nancia.

Blaize potrząsnął głową i skrzywił się pod wpływem tego  ruchu.

- Och, nie, wujku Foristerze, naprawdę patrzysz na tę sprawę od niewłaściwego końca. Nie 

możesz mi nic zrobić pod zarzutem - jak ty to nazwałeś? - wykorzystywania nieinteligentnych 

stworzeń.   Wprost   przeciwnie.   Luzaki   posiadają   Status   Inteligentnych   Umysłów   i   mogę   to 

udowodnić - nikt nie zdoła mnie teraz powstrzymać. Właśnie wysłałem końcową dokumentację do 

Centrali Dyplomatycznej.  Nawet jeśli nie pozwolicie mi mówić, to i tak Centrala przeprowadzi 

niezależne dochodzenie.

- Nie pozwolimy ci mówić? Nie pozwolimy mówić? - Forister spojrzał na Micayę. Jego 

siwe brwi uniosły się do góry. - To nie podlega żadnej kwestii. My nie bawimy się w krycie nikogo. 

Będziesz miał okazję powiedzieć na procesie, co ci się żywnie podoba. I ja z pomocą Bożą też - 

mruknął tak cicho, że jedynie Nancia odebrała to w guziku kontaktowym. - I ja też.

- Och, gdybyście tylko zechcieli posłuchać, nie byłoby trzeba wytaczać żadnego procesu - 

rzekł rozgoryczony Blaize. - Czy nie słyszeliście, jak mówiłem, że Luzaki są inteligentne?

Micaya potrząsnęła głową.

- Chyba byłeś tu za długo, skoro zacząłeś karmić się tym złudzeniem. Staw czoło faktom. 

Sprawdziłam wcześniej  raporty badawcze sieci. Rodzime gatunki na tej planecie nie wykazują 

żadnych   oznak   inteligencji   -   nie   mają   języka,   nie   noszą   ubrań,   nie   rozwinęły   rolnictwa   i   nie 

posiadają organizacji politycznych.

- Ależ oni zawsze mieli swój język - upierał się Blaize - Teraz mają też ubrania i rolnictwo. 

background image

Co do organizacji politycznych, to pomyśl choć przez chwilę o PPT, a później zadaj sobie pytanie o 

dowody na ich inteligencję. 

Micaya roześmiała się wbrew sobie.

- Masz rację, jednak nie przyjechaliśmy tutaj, aby dyskutować o normach świadectw SIU.

- Może i nie, ale skoro już tu jesteście i... - powiedział Blaize, spoglądając przez chwilę 

podejrzliwie. - Nie pracujecie dla Harmona, prawda?

- Dla kogo?

Micaya musiała wyglądać na szczerze zdziwioną, bo przekonała Blaize'a.

- Mojego poprzednika tutaj, a obecnie zwierzchnika. Na tyle sprytnego, aby ukrywać się za 

szybami biurowca - wyjaśnił pobieżnie Blaize. - To z jego powodu i paru innych musiałem obrać 

taką drogę, chociaż na pewno uczciwy zwierzchnik z PPT nie pochwaliłby  jej. Musiałem nagiąć 

parę przepisów - przyznał. - Wyświadczcie mi jednak przysługę i wybierzcie się ze mną na krótką 

wycieczkę po osiedlu. Myślę, że lepiej wszystko zrozumiecie, jeśli pokażę wam kilka rzeczy. 

Micaya zerknęła na Foristera i wzruszyła ramionami.

- Nie widzę w tym nic zdrożnego.

- Przypuszczam, że gdybyśmy nie poszli z tobą, wniesiesz prośbę o unieważnienie procesu 

dlatego, że nie daliśmy ci szansy przedstawienia dowodów na swoją obronę - stwierdził Forister.

Twarz Blaize'a zrobiła się prawie tak czerwona, jak jego włosy.

-   Posłuchaj,   dzięki   temu   guzikowi   macie   kontakt   ze   swoim   statkiem   mózgowym.   Jeśli 

będzie   uszkodzony   lub   ona   zobaczy  coś,   co   jej   się   nie   spodoba,   wówczas   pełny  raport   może 

natychmiast pójść przez sieć do Centrali. Jakiż to dla ciebie wysiłek wysłuchać mnie choć raz w 

życiu wujku Foristerze. Bóg tylko wie, że nikt w rodzinie nigdy się nie pofatygował. Zawsze 

myślałem, że ty jesteś inny - dorzucił.    

Forister westchnął.

- Słucham cię, słucham.

- Dobrze, proszę tędy.                            

Blaize wepchnął się między Micayę i Foristera i otworze drzwi chaty. Przed nimi tańczyło 

światło słoneczne, krzykliwe kwiaty i tysiące odcieni zieleni. Wszystko to stanowiło kontrast z 

zapuszczonym wnętrzem chaty.

Blaize poszedł pierwszy ścieżką, mówiąc bez przerwy przez ramię do idącej za nim dwójki. 

Nancia uruchomiła zabezpieczony, podwójny system nagrywania, który mógł przesłać każde słowo 

i obraz wprost do bazy na Vedze, jak również do jej własnych banków pamięci.

-   Luzaki   nigdy  nie   wykształciły  języka   mówionego,   ponieważ   posługują   się   telepatią   - 

wyjaśnił Blaize. - Wiem, wiem, ciężko to udowodnić, ale poczekajcie, aż zobaczycie, jak razem 

pracują. Kiedy przybędzie tutaj ktoś z Centrali Dyplomatycznej, powinien zabrać ze sobą dobrych 

background image

psychologów. Najlepiej nieuprzedzonych, którzy przeprowadzą testy, nie zakładając z góry, że ja 

kłamię. Prawdę mówiąc, mnie również zabrało to trochę czasu, zanim się zorientowałem - bełkotał 

wesoło, skręcając z głównej ścieżki, i w boczną, która prowadziła pomiędzy wysokimi trzcinami. - 

Szczególnie   na   początku,   kiedy   oni   wszyscy   byli   dla   mnie   jednakowi.   Byłem   tak   piekielnie 

znudzony i tak mnie denerwowały te ich człapiące odgłosy, że zacząłem paru z nich uczyć języka 

migowego ASL.

- Czego? - przerwała Micaya.

- To starożytna mowa rąk, która wspierała nieuleczalnie głuchych, zanim nauczyliśmy się 

instalować   receptory   słuchu   w   metachipach   i   wszczepiać   je   bezpośrednio   do   odpowiednich 

obszarów mózgu - wyjaśnił Forister. - Blaize miał zawsze jakieś dziwne hobby. Jednak nauczenie 

Luzaków   paru   znaków   w   języku   migowym   nie   świadczy   jeszcze   o   tym,   że   są   inteligentne, 

chłopcze. Kilku dwudziestowiecznych naukowców osiągnęło te same wyniki z szympansami.

- Tak, no cóż, właśnie tylko to miałem nadzieję osiągnąć na początku - powiedział Blaize. - 

Wierzcie mi, po kilku miesiącach na Angalii porozumiewający się na migi szympans wydawałby 

się naprawdę dobrym kompanem! Oni jednak złapali to... jak statek mózgowy chwyta matematykę 

Osobliwości.  To  była   pierwsza   niespodzianka.   Uczyłem   trzech,   którzy   kręcili   się   w   pobliżu   - 

Nudziarza, Dygaczka i Płukankę - zarumienił się przelotnie. - Tak, wiem, że to okropnie głupie 

imiona, ale wtedy nie zorientowałem się jeszcze, że są ludźmi. Po prostu naśladowałem niektóre z 

ich   zdławionych   dźwięków,   kiedy   do   nich   mówiłem,   a   oni   próbowali   odpowiadać,   wtedy 

zorientowałem   się,   że   nigdy   nie   wykształcili   organów   mowy   do   artykułowania   prawdziwego 

języka. I właśnie wówczas zacząłem pracę z językiem migowym. Przepraszam,  ale zaczynam się 

gubić. Na czym to ja stanąłem?

- Uczyłeś Nudziarza migać “gdzie racja żywności" - podpowiedział Forister.

Blaize roześmiał się.

- Nic podobnego, jego pierwsze zdanie przypominało  coś w rodzaju:  “Dlaczego  Gruby 

Człowiek   wrzucał   porcje   do  błota   i  traktował   nas   jak   zwierzęta,   a  dlaczego   ty  robisz   kupki   i 

podajesz je nam po jednej na raz z właściwym szacunkiem?".

Zatrzymał się i odwrócił do nich, mając po raz pierwszy śmiertelnie poważną twarz.

- Czy możecie sobie wyobrazić, jak się czułem, kiedy usłyszałem takie pytanie od kogoś, o 

kim myślałem jak o... jak o wytrenowanym pająku, który miał mi uprzyjemniać długie godziny 

mego więziennego wyroku? Wtedy wiedziałem już, że Luzaki nie były zwierzętami. Zastanawianie 

się nad tym, co z tym faktem zrobić, zabrało mi trochę więcej czasu - dodał, wznawiając swój 

marsz przez trzciny. - Odkryłem ich zdolności telepatyczne, kiedy zauważyłem, że w tydzień po 

tym, jak Nudziarz załapał ASL, każdy Luzak, który przybywał po żywność, migał do mnie. Płynnie. 

Nudziarz nie mógł nauczyć ich tych zasad tak szybko. Musieli wyłapywać znaki i strukturę języka 

background image

wprost z jego umysłu w trakcie nauki. Właściwie wszystko to wytłumaczyli mi sami, kiedy o to 

zapytałem. Nie było to jednak takie proste. WASL nie ma znaku określającego telepatię, a skoro oni 

nie znali angielskiego, nie mogłem im tego przeliterować. W końcu jakoś sobie z tym poradziliśmy.

- Gdyby byli tacy inteligentni, jak twierdzisz, i mieli system komunikacji, powinni byli 

osiągnąć wyższy poziom rozwoju bez niczyjej interwencji - zaoponowała Micaya.

- Łatwo ci mówić - odparował Blaize. - Ciekawy jestem, jakbyście wy dali sobie radę, 

gdybyście   rozwijali   się   na   planecie,   gdzie   jedyna   powierzchnia   nadająca   się   pod   uprawę   jest 

zalewana   raz   w   tygodniu   przez   gwałtowne   powodzie,   a   jaskinie   używane   jako   schronienie 

rozpadają się w wyniku okresowych trzęsień ziemi. Wytworzyli kulturę myśliwych zbieraczy. Aż 

do   kilku   pokoleń   wstecz   stanowili   małą   populację,   która   mogła   się   na   tej   planecie   wyżywić. 

Wegetowała pomiędzy na wpół stałymi bagnami na odległym krańcu tego kontynentu.

- I co dalej?

-   Dalej?   Dalej   zostali   odkryci.   Pierwsze   ekipy   badawcze   wykazały,   że   mogą   być 

inteligentni, i zwróciły się o poparcie do PPT. Zanim przybyła druga ekipa badawcza, stacja PPT 

wydawała nieograniczone zapasy żywności dla trzech pokoleń i ich kultura upadła. Zamiast małych 

grupek   myśliwych   zbieraczy   powstała   jedna   duża   kolonia   ludzi   pozbawionych   umiejętności 

zdobywania pożywienia. Było ich zbyt wielu, aby zdołali utrzymać się z bagnistego terenu,  nie 

mając żadnego zajęcia i nadziei na przeżycie. Mogli tyko odbierać racje. Druga ekipa nie bez 

podstaw stwierdziła, że nie byli inteligentni; w końcu nikt z tej ekipy nie był tu na tyle długo i nie 

był   na   tyle   samotny,   aby   zacząć   migać   do   nich.   Pomimo   wszystko,   kierując   się   zasadami 

humanitarnymi, czy czymś w rodzaju litości dla zwierząt, zarządzili, że nie przerwą dostaw z PPT i 

nie zagłodzą ich na śmierć.

- Ale jeśli są rzeczywiście inteligentni? - zaoponował Forister.

- Przecież są. Potrafią też dla siebie budować. Potrzebowali tylko miejsca, gdzie... gdzie 

mogliby zacząć. - Blaize rozgarnął ostatnie pierzaste trzciny i stanął z boku, zapraszając Foristera i 

Micayę, aby podziwiali widok na kopalnię. - To był pierwszy krok.

Nancia zauważyła, że z tego dogodnego miejsca mogli lepiej zobaczyć działalność kopalni, 

niż   to   było   możliwe   z   lądowiska.   Drużyny   pracowników   w   niebieskich   kombinezonach   były 

rozrzucone   po   całym   stoku   oraz   zgrupowane   pod   wiatami   przetwórczymi   -   dwudziestu, 

czterdziestu,   więcej   niż   pięćdziesięciu,   podzielonych   na   grupki   po   czterech   lub   pięciu,   które 

pracowały   przy   swoich   wyznaczonych   zajęciach   z   perfekcyjną   jednomyślnością   i   niemą 

wydajnością.

- Czy potrafiłbyś tak wytrenować szympansa? - zażądał odpowiedzi Blaize.

Forister pokręcił wolno głową.

- Przypuszczam, że kopalnia jest źródłem twoich krociowych zysków.

background image

- Na pewno jest źródłem tych sum na koncie w sieci - zgodził się Blaize.

-   Wykorzystywanie   inteligentnych   stworzeń   jest   tym   samym,   co   wykorzystywanie 

niemądrych zwierząt.

Blaize zgrzytnął zębami. Nancia mogła wyłowić te odgłosy przez guzik kontaktowy.

-   Ja   nie   wykorzystuję   nikogo   -   powiedział.   -   Posłuchaj,   wujku   Foristerze.   Kiedy 

przyjechałem tutaj, Luzaki nie posiadały SIU. Nie mogły być właścicielami zysków pochodzących 

z kopalni, nie mogły mieć kont w sieci ani potwierdzać odciskiem dłoni żadnych dokumentów. 

Oczywiście, że mój kod figuruje wszędzie! Kto inny miał to dla nich zrobić?

- Twój kod figuruje również na dokumentach nielegalnych sprzedaży dostaw z PPT, które 

powinny być dostarczone tubylcom - podkreśliła Micaya.

Blaize przytaknął znużony.

- Potrzebowałem pieniędzy, by reaktywować kopalnię. Ubiegałem się o pożyczkę, ale banki 

chciały wiedzieć, co zamierzałem z nią zrobić. Kiedy powiedziałem im, że zamierzam wznowić 

działalność   kopalni   na  Angalii,   stwierdziły,   że   na   tej   planecie   nie   ma   siły  roboczej,   ponieważ 

raporty Centrali Dyplomatycznej informowały, iż na Angalii nie żyją żadne inteligentne istoty. Nie 

mogłem ożywić kopalni bez

 

kredytów. Bez nich nie zdołałbym również... no cóż, za chwilę do tego 

dojdziemy. Słuchajcie, sfałszowałem kilka, raportów PPT. Powiedziałem, że populacja się potroiła. 

Poza tym racje żywnościowe nie są aż tak dobrym towarem do handlowania na międzynarodowym 

rynku   -   stwierdził   sucho.   -   Musiałem   mięć  bardzo   dużą   nadwyżkę,   aby   móc   handlować.   Na 

szczęście gotowe rozwiązanie było tuż pod ręką. Ten bękart Harmon prawie zagłodził Luzaki i 

dzięki temu mógł wymieniać ich racje na alkohol. Byłem zmuszony odbyć małą pogawędkę z 

handlarzem na czarnym rynku, aby przekonać go, że zależy mi raczej na poważnym kredycie niż na 

alkoholu i w końcu... hmmm, zrozumiał, o co mi chodzi.

-  Nie   opowiadaj   mi,   jak   go  przekonałeś   -  powiedział   szybko   Forister.   -  Nie   chcę   tego 

wiedzieć.

Blaize uśmiechnął się krzywo.

-   W   porządku,   tak   czy   inaczej   widzieliście   kopalnię.   Teraz   chciałbym   zabrać   was   na 

wycieczkę do Projektu Nr 2. Będziemy musieli wspiąć się w tym celu na górę. Chciałbym, abyście 

mieli jak najlepszy widok.

Ścieżka w górę, za kopalnią, była stroma, ale uskoki i stopnie uczyniły ją łatwiejszą, niż się 

z daleka wydawała. Kiedy mijali wejście do kopalni, kilku Luzaków zerknęło znad swojej pracy, 

aby uśmiechnąć się do Blaize'a. Ich szarawe ręce o luźnej skórze poruszały się gwałtownie w przód 

i w tył  w szybkich  gestach, które  Nancia  utrwaliła, aby później  je wyjaśnić.  Na razie  chciała 

posłuchać interpretacji Blaize'a.

- Pytają, kim są moi umysłowo upośledzeni przyjaciele i czy nie zechcieliby się przejechać 

background image

w dół do przetwórni - wyjaśnił.

Kiedy mówił, grupka pracująca u wejścia do kopalni napełniła wagonik kawałkami rudy i 

ustawiła go na początku torów, które wiły się w dół do doliny. Trzej pracownicy wskoczyli na 

wierzchołek rudy, przytrzymując się rękami krawędzi wagonika, a członek następnej drużyny lekko 

ich popchnął. Mijając skały i zagłębienia, wagonik pędził w dół, przypominając roller-coaster.

-   Na   początku   straciłem   ich   paru,   zanim   zmodyfikowałem   tory   kolejowe   tak,   aby 

zagłębienia nie wyrzucały ich z wagoników.

Ponad kopalnią uprawy wyraźnie się przerzedzały i rozpostarł się przed nimi widok na 

tarasowe ogrody, które wyparły skały i zręby, gdziekolwiek znalazła się choć garstka ziemi. Micaya 

wciągnęła   powietrze   i   z   zadowoleniem   skomentowała   ostry   zapach   ziół   rosnących   w 

miniogródkach.

Na   wierzchołku   góry  rozkoszowali   się   panoramicznym   widokiem   na   tak   zwany Wielki 

Błotnisty   Basen   na  Angalii.   Teraz   był   pokryty   trawą,   a   pola   zboża   mieszały   się   z   kolorowo 

kwitnącymi kwiatami.

- To będzie nasz pierwszoroczny zbiór - powiedział Blaize. - Właśnie skończyłem niezbędne 

przygotowania   do   uprawy,   kiedy   ci   przemądrzalcy,   z   którymi   tu   przyleciałem,   przybyli   na 

spotkanie. Oczywiście nikt z nich nie zauważył żadnych zmian. Jednak wasz statek mózgowy może 

odszukać kartoteki z pierwszego wywiadu...

- Ona może uczynić więcej - odrzekł Forister. - Była tu osobiście. Nancia, czy dostrzegasz 

tutaj jakieś zmiany To jest - poza roślinnością?

Blaize pobladł pod piegami.

- Nancia?

- Masz jakieś uwagi do mojego statku mózgowego? - zapytał łagodnie Forister.

- Nie rozstaliśmy się... w najlepszych stosunkach - wyznał Blaize zdławionym głosem.

Nancia była teraz do niego przyjaźniej nastawiona, ale nie była jeszcze całkiem gotowa, aby 

to przyznać.

- Horyzont wykazuje zmiany w obrębie wszystkich większych szczytów - relacjonowała 

naturalnym,   słabym   głosem,   narzuconym   jej   przez   ograniczenia   guzika   kontaktowego.   - 

Powiększenie jednego z obszarów wykazuje konstrukcję z ubitej ziemi i głazów, blokującą system 

kanałów, które znajdują się teraz 17,35 metra pod wodą.

- Jezioro Nudziarza - stwierdził Blaize. - Mój pierwszy wysiłek włożony w ukształtowanie 

ziemi. Problem polegał na tym, że musiałem zablokować wszystkie wyjścia i wybudować ściany 

zbiornika, zanim mogłem się upewnić, że powodzie nie będą się przetaczały przez błotnisty basen. 

Później były potrzebne rowy melioracyjne w dół do basenu oraz system zbierania osadu wodnego 

po to, aby ziemia nanoszona przez powodzie mimo wszystko tutaj docierała i użyźniała górną 

background image

warstwę gleby. Chcecie wrócić teraz na dół? Chcę wam pokazać próbki zboża i rezultaty testów. 

Oczywiście nie jest jeszcze całkiem dojrzałe - gawędził kierując się ścieżką w dół - ale będzie to 

pierwszorzędny zbiór. Amarant-19-hiper J Rev 2, o ile coś wam to mówi. Odmiana bogata w białko, 

zawierająca dużo naturalnych składników odżywczych, wspaniale rosnąca na tej żyznej  glebie. 

Będziemy w stanie sami się wyżywić i jeszcze sprzedać nadwyżkę. Dlatego czekałem aż do tej 

chwili,   aby   przywrócić   Luzakom   Status   Inteligentnych   Umysłów.   Chciałem   się   upewnić,   że 

jesteśmy samowystarczalni na wypadek, gdyby PPT zdecydowało wycofać się z dostaw żywności. 

Nie odważyłem się też rozpocząć uprawy, dopóki cały system kontrolowania powodzi nie został 

zainstalowany i sprawdzony. Luzaki nigdy by mi więcej nie zaufały, gdyby zasiały zboże, a później 

patrzyły, jak zmywa je powódź. Potrzebowaliśmy bardzo dużo ciężkiego sprzętu  do formowania 

gruntu. Pochłonęło to trzyletnie zyski z kopalni.

Doszli do podnóża  góry i Blaize chciał  pójść raźnym  krokiem w kierunku  chaty.  Lecz 

Forister wziął go za ramię i pokierował w przeciwną stronę - do krawędzi płaskowyżu.

- Chciałbym rzucić okiem na to twoje zboże, zanim wejdziemy do środka - zasugerował.

Jednak nie dotarli do miejsca, skąd mogliby je podziwiać. Podeszli do krawędzi płaskowyżu 

tuż nad paskudną, błotnistą dziurą wulkaniczną, która szpeciła basen swoimi przelewającymi się 

bąblami.

Forister przyjrzał się Blaize'owi znużony.

- Zmuszałeś tubylców do pracy dla ciebie w kopalni  corycium.

- Przekonałem ich do tego - sprostował Blaize. 

- Wierzyli w twoje obietnice spożytkowania dochodów dla ich dobra?

Blaize zarumienił się.

- Sądzę, że z początku nie bardzo rozumieli, co mam na myśli, przynajmniej większość z 

nich. Nudziarz i Płukanka podchwycili ten pomysł, ale nigdy nie wierzyli, że to zda egzamin.

- A później...? - Forister zawiesił pytanie. 

- Sądzę - powiedział prawie niedosłyszalnie Blaize - sądzę, że robili to, bo mnie trochę 

lubią.

- Sugerowano inne powody - odrzekł Forister. 

Przez   moment   Blaize   patrzył   niemo,   a   później   zauważył   kierunek   spojrzenia   Foristera. 

Wpatrywał się w dół, w bańki wulkanicznego błota.

- Ach, znów Fassa del Parma.

- I doktor Hezra-Fong - dodała Micaya. - I Darnell Overton-Glaxely. Nie wyjaśniłeś jeszcze, 

czy ich zarzuty są zasadne.

- R... rozumiem.

Nagle Blaize odskoczył od Foristera i Micayi, aby usiąść na głazie częściowo wystającym 

background image

za krawędź płaskowyżu.

- Chcecie dowodów na to, że nie torturowałem Nudziarza?

-   Nic   ci   nie   pomoże   znalezienie   innego   tubylca   i   stwierdzenie,   że   to   właśnie   on   był 

torturowany i że już doszedł do siebie - powiedziała Micaya. - To tak na wypadek, gdyby to ci 

przyszło do głowy. Nie masz jak udowodnić, że nie zamordowałeś i nie pochowałeś tego, którego 

torturowałeś przy świadkach.

- No cóż, to był Nudziarz i on może to potwierdzić. Ale w porządku, rozumiem, w czym 

rzecz - zgodził się Blaize.

Zaczął rozpinać swoją tunikę, później zdjął ją i porządnie złożył.             

- Moja najlepsza tunika - wyjaśnił uprzejmie. - Rozumiecie, że nie chcę jej zniszczyć?

- Co ty robisz? Wracaj, chłopcze! - zawołał Forister, ale odrobinę za późno.

Blaize  ześlizgnął  się  o kilka  stóp w dół  i  przywarł  do półki  skalnej   zupełnie  poza  ich 

zasięgiem.

- Chwileczkę - rzucił Blaize pomiędzy kilkoma dziwnymi skrętami ciała.

Spodnie z syntetycznego tworzywa opadły mu na kostki. Kopnął je do góry, aż zawiesiły się 

na kolczastym drzewie.

- Blaize, nie rób tego - przemówiła Micaya spokojnym, autorytatywnym tonem, który - 

wydawało się - na moment osłabił wolę Blaize'a.

Zatrzymał   się   na   półce,   a   jego   mlecznobiała   skóra   prawie   świeciła   w   kontraście   z 

brunatnymi barwami wulkanicznego basenu pod nim.                      

- Muszę - odparł spokojnie. - To jedyny sposób.

Zanim   któreś   z   nich   zdążyło   jeszcze   coś   powiedzieć,   wykonał   niezgrabny   skok,   który 

zakończył się plaśnięciem w środek gęstego błota. Z rozpostartymi, białymi kończynami i rudymi 

włosami przez moment wyglądał, jakby zabrakło mu tchu lub jakby się zabił. Po chwili jednak 

kopał i wił się żwawo, zanurzając się z każdym ruchem coraz głębiej w bulgoczącej masie.

- Zatrzymaj się! - zawołał Forister. - Rzucimy ci linę - coś wymyślimy...

Blaize odwrócił się na plecy. Gruba warstwa błota pokryła jego ciało. Rzucał się wokół, co 

Nancia z opóźnieniem i rozpoznała jako próby płynięcia stylem grzbietowym.

- Chodź tutaj, wujku Foristerze - zawołał. - Błoto jest dzisiaj w sam raz!

-   Czy   nic   ci   nie   jest?!   -   krzyknęła   Micaya,   kiedy   Forister   po   raz   pierwszy   nie   zdołał 

wydobyć głosu.

- Nie mogłoby mi być lepiej. Błoto jest dzisiaj w temperaturze sauny. - Blaize wyprostował 

się, przeciągnął z lubością i uśmiechał się do nich, wykrzywiając popryskane błotem policzki. - 

Zwykle nie nurkuję z takiej wysokości, pozbawiło mnie to na chwilę oddechu. Pomyślałem jednak, 

że była wam potrzebna ta demonstracja. Macie ochotę się do mnie przyłączyć?

background image

Micaya   spojrzała   pytająco   na   Foristera.   Mięśniowiec   zrzucił   buty   i   podwinął   nogawki 

spodni.

No dobrze, już schodzę - powiedział przez zaciśnięte zęby. - To najszybszy sposób, aby 

dostać tego chłopaka w swoje ręce. A później zamierzam... - tu zawiodły go słowa.

Torturować go w kraterze z gotującym się błotem? -  zasugerowała Micaya.

background image

ROZDZIAŁ XIV

Nancia   celowo   zmniejszyła   szybkość   podczas   krótkiego   przelotu   z  Angalii   na   Shemali. 

Potrzebowała czasu, aby sprawdzić swoje nagrania, aby połączyć się z siecią i poszukać dowodów 

na   nadużycia   Polyona.   W   ciągu   pięciu   lat   zawierania   transakcji,   dotyczących   metachipów   i 

hiperchipów, musiały się przecież nagromadzić dowody jego przestępczej działalności - bo nie 

mogła  uwierzyć  w  to, że  całkiem  zapomniał  o swoich  planach,  o  których  mówił  w czasie  jej 

dziewiczej podróży. Nie Polyon de Gras-Waldheim.

Nawet dane z sieci nie zawsze były zgodne, zwłaszcza jeśli ktoś zbierał i porównywał 

wszystkie oficjalne informacje na temat sprzedaży, transferowy czy użytkowania hiperchipów w 

całej galaktyce.

Nancia miała nadzieję, że jej pasażerowie nie zorientują się, jak długo trwała ta podróż - na 

szczęście wszyscy wydawali się zajęci swoimi własnymi sprawami. Fassa, Alpha i Darnell byli 

przetrzymywani w osobnych kabinach i przeżywali długie okresy samotnego uwięzienia każdy na 

swój sposób. Alpha poprosiła o medyczce czasopisma z biblioteki sieci i studiowała ten materiał w 

dużym skupieniu, tak jakby sądziła, że będzie mogła nadal praktykować w wybranej przez siebie 

profesji. Na pewno nie, dopóki ja będę miała jeszcze coś do powiedzenia w tej sprawie, przyrzekła 

sobie Nancia po cichu. Prawda była taka, że nie miała wiele do powiedzenia. Mogła jedynie nagrać 

jej zeznanie i obrazy odbierane przez guzik kontaktowy i dołączyć te depozyty do dowodów na 

procesie Alphy. Potem jednak wszystko będzie zależało od osób, które sprawowały władzę nad 

sądami najwyższymi w Centrali. Większość z nich pochodziła z wysokich rodów. Połowa miała 

jakieś swoje powiązania, z racji pokrewieństwa lub interesów z klanem Hezra-Fong. Dzięki temu 

Alpha mogła zostać zwolniona. Na pewno nie od razu, ale za pięć, dziesięć lub dwadzieścia lat. Ale 

cóż znaczy taka mała przerwa w życiorysie dziewczyny z wyższych sfer, która ma dopiero niecałe 

trzydzieści chronologicznych lat; dziewczyny, która ma również dostęp do najlepszej odmładzającej 

technologii, umożliwiającej wydłużenie życia do blisko dwustu lat.

To   nie   ode   mnie   zależy,   przypomniała   samej   sobie   Nancia   i   skoncentrowała   uwagę   na 

pozostałych dwóch. Chcąc zachować ostrożność, Nancia przez cały czas miała wszystkie czujniki 

kabinowe   włączone.  Ale   starała   się   nie   zwracać   na   to   zbytniej   uwagi,   chyba   że   jej   receptory 

zapalały się, aby wskazać coś szczególnego.

Zachowanie   Darnella   było   wystarczająco   zwyczajne   jak   na   kogoś   ograniczonego   przez 

żałośnie   ludzki   szereg   receptorów   czucia.   Poprosił   o   łodygowca,   rigelliański   wędzony   drób   i 

imponującą kolekcję dysków z filmami porno Dorga Jesena. Nancia dostarczyła mu bezalkoholowy 

napój podobny do piwa, plasterki syntetycznego drobiu i dyskietkę, którą polecił jej Forister jako 

najbardziej zbliżoną do porno w jej bibliotece. Darnell spędzał większość czasu wyciągnięty na 

background image

swojej   koi,   popijając   kawałki   drobiu   i   kandyzowane   pierniczki   piwopodobnym   napojem   oraz 

oglądając w kółko ekranizację powieści ze Starej Ziemi. Nancia nie potrafiła zrozumieć, co on 

widział w tych przygodach Toma  Jonesa, ale w końcu nie była to jej sprawa.

Blaize'a umieszczono w kabinie naprzeciw Darnella. Po półgodzinnej kłótni na temat tego, 

kto   będzie   się   opiekował   “jego”   Luzakami,   przyjął   propozycję   Nancii,   że   jej   siostra   Jinevra 

osobiście dopilnuje, by w jego zastępstwie wysłano na Angalię właściwą osobę.

- Jedno, co trzeba oddać linii Perez, to fakt, że jest beznadziejnie uczciwa - zgodził się z 

rezygnacją. - Jinevra może nie być twórcza, ale przynajmniej nie pozwoli tej świni Harmonowi 

znów się do nich dobrać. Zdajesz sobie chyba sprawę, że jeśli tegoroczne zbiory padną, to cała 

moja praca pójdzie na marne?

- Zdaję sobie sprawę, zdaję - odpowiedziała Nancia cierpliwie. - Zaufaj mojej siostrze.

Kiedy wysłała wezwanie do Jinevry przez sieć i wyjaśniła jej sytuację, nie bez poczucia 

winy zastanowiła się nad tym, że wcale tak bardzo nie różniła się od pozostałych bachorów z 

wysokich   rodów.   Tatuś   pociągnął   za   sznurki,   aby   dać   jej   przydział   na   to   zadanie,   teraz 

wykorzystywała   swoje   przywileje   ze   Służby  Kurierskiej,   żeby  załatwić   sprawy,   które   należało 

rozwiązać normalnymi kanałami administracyjnymi.

Jednak “normalne kanały" pozostawiłyby Luzaki bez pomocy, której potrzebowały. Nancia 

westchnęła.

- Czy już nigdy nie będzie można nic załatwić bez uciekania się do korupcji? - spytała 

Foristera.

- Prawdopodobnie nie - odpowiedział.

- Mówisz jak Simeon; doradzasz mi akceptację korupcji, bo jest wszechobecna. 

Forister potrząsnął głową.

-   Nic   podobnego,   radzę   ci   tylko,   abyś   nie   traciła   energii   na   rozpamiętywanie   spraw 

możliwych   do   przewidzenia.   Nie   ma   nigdzie   takiego   systemu,   który   chroniłby   ludzi   przed 

upadkami. Gdyby tak było - zmusił się do uśmiechu - bylibyśmy komputerami. Twoje hiperchipy 

mogą być niezawodne, ale twoja ludzka część popełnia błędy, tak jak my wszyscy. Na szczęście - 

dodał - ludzie potrafią rozpoznawać błędy i naprawiać je - w przeciwieństwie do komputerów, które 

po prostu funkcjonują aż do chwili, kiedy się zepsują. Teraz, jeśli mi wybaczysz, chciałbym mieć 

dostęp do twojej sieci komputerowej. Chcę zobaczyć, co można zrobić, aby Blaize nie załamał się 

nerwowo.

Wyjaśnienia   pozostałych   “spiskowców"   usatysfakcjonowały   Foristera,   przynajmniej   na 

poziomie   emocjonalnym.   On   jednak   wciąż   jeszcze   zamierzał   rozpatrzyć   kilka   problemów 

prawnych. Jest nieistotne, jakimi pobudkami Blaize się kierował, bo fakty, że sfałszował raporty 

PPT, odsprzedał jej dostawy na czarnym rynku i przelał zyski na prywatne konto w sieci, pozostają 

background image

faktami. Zostawienie go na Angalii, podczas kiedy reszta była przewożona na proces, wyglądałoby 

na najgorszy rodzaj faworyzowania. Wszystko, co Forister był w stanie uczynić, to upewnić się, że 

istotne   fakty,   przydatne   w   procesie,   znajdą   się   w   ewidencji   -   nie   tylko   to,   jak   Blaize   zdobył 

pieniądze, ale również, co z nimi zrobił i jak poprawił byt ludzi, do których został wysłany, aby im 

pomóc.

- Oni są ludźmi - z satysfakcją powiedział Forister do Blaize'a.

- Oczywiście, że są. Czy sam tego nie stwierdziłeś?

- Nie ma tu nic do rzeczy, co ja myślałem lub co ty myślałeś - odrzekł Forister. - Tu się liczy  

decyzja   Centrali   Dyplomatycznej.   W   końcu   musi   tam   być   przynajmniej   jeden   inteligentny 

człowiek,  bo  przecież  twój   raport  już  otrzymano  i opracowano.  Luzaki  od  wczoraj   mają  SIU. 

Decyzja jest potwierdzona ni mniej, ni więcej  jak tylko przez Światowego Sekretarza Centrali 

Dyplomatycznej Javiera Pereza y de Grasa.

Nancia wysłuchała tego z wielką satysfakcją i zwróciła uwagę na ostatniego więźnia. Fassa 

spędzała większość podróży w taki sam sposób, jak poprzednio z Bahati na Angalię, oparta o drzwi 

kabiny z  rękami  wokół  kolan, wpatrzona w martwy punkt,  ignorująca tace z jedzeniem, które 

Nancia   wsuwała   jej   przez   szczelinę   do   posiłków.   Nietknięte   miseczki   z   zupą,   koszyczki   z 

pokrojonym słodkim chlebem, zachęcające sterty owoców i kawałki drobiu w błyszczącym sosie 

wracały   z   powrotem   do   przetwórni   odpadków,   aby   zamienić   się   w   nowe   kompozycje   białka, 

węglowodanów i tłuszczy. Na wszystkie sugestie Nancii co do pożywienia czy rozrywki Fassa 

odpowiadała znudzonym: “Nie, dziękuję" lub: “To nie ma znaczenia".

- Musisz coś jeść - powiedziała do niej Nancia.

- Naprawdę muszę? - Fassa wydawała się dziwnie rozbawiona. - Nie, dziękuję, mam dość 

ludzi mówiących im, co muszę robić lub kim muszę być. Kogo to obchodzi, czy zrobię się zbyt 

chuda? Na kim to może uczynić wrażenie?

-   Ja   nie   jestem   człowiekiem   -   zauważyła   Nancia.   -   Nawet   nie   jestem   delikatnikiem. 

Natomiast troszczę się o to, abyś się nie rozchorowała przed...

-   Przed   moim   procesem   -   skończyła   spokojnie   Fassa.   -   W   porządku,   nie   musisz   być 

taktowna. Idę do więzienia na długi czas. Może na zawsze. Nie dbam o to, dopóki nie wsadzą mnie 

na Shemali.

- A co ci się nie podoba na Shemali? - spytała Nancia. 

Fassa   zacisnęła   wargi   i   wpatrywała   się   w   ściany   kabiny.   Jej   śmietankowa   skóra   była 

odrobinę bledsza niż zwykle i naznaczona zielonymi cieniami.

- Nic, ja nic nie wiem o Shemali. Nie mówiłam nic o Shemali.

Nancia dała na chwilę spokój Fassie. W końcu istniały jeszcze inne sposoby na to, aby się 

dowiedzieć,   co   działo   się   na   Shemali.   Raporty   o   produkcji   i   sprzedaży   hiperchipów   powinny 

background image

wkrótce nadejść z sieci. Zbieranie dowodów przeciwko Polyonowi uspokoi ją i sprawi, że będzie 

umiała lepiej pocieszyć Fassę.

Po przeczytaniu jej kartotek poczuła sympatię do tej dziewczyny. Dorastanie w cieniu Faula 

del Parmy nie mogło być łatwe. Utrata matki w wieku trzynastu lat, spędzenie następnych pięciu lat 

w szkole z internatem, gdzie ani razu nie odwiedził jej ojciec, później zesłanie na Bahati w celu 

sprawdzenia się... Nancia pomyślała, że rozumie, jak mogła czuć się Fassa. Ja jednak nie stałam się 

przestępcą, aby zrobić wrażenie na rodzinie, dyskutowała sama ze sobą. Na twojej rodzinie nie 

zrobiłoby to wrażenia, odpowiedziała. Poza tym jej było łatwiej niż Fassie. Tatuś, Jinevra i Flix 

zaglądali do niej regularnie. Dopiero po ukończeniu szkoły tatuś stracił zainteresowanie rozwojem 

jej kariery...

Delikatnicy mogli płakać i mówiono, że łzy są naturalnym uwolnieniem się od napięcia. 

Nancia przejrzała raporty medyczne dotyczące składu chemicznego łez, porównała swoje kanały z 

naturalnymi składnikami i dostosowała tak, aby nie zawierały tych chemikaliów - i skoncentrowała 

się na raportach sieci o transferach i sprzedaży hiperchipów.

Nie było tam niczego, czym można by obciążyć! Polyona. Jego projekt nowego metachipu 

zatwierdzono do produkcji i nazwano “hiperchipem". Był dużo szybszy od swego poprzednika. Od 

tego momentu produkcja hiperchipów gwałtownie wzrosła. Nancia nie mogła uwierzyć, że Polyon 

odkłada   sobie   jakieś   dostawy   dla   prywatnych   potrzeb.   Wszystkie   hiperchipy   poddawane   były 

szczegółowym   testom   QA  i   tylko   znikomy   procent   -   przewidziany   zresztą   normą   -   odpadał. 

Hiperchipy, które przeszły testy jakości, montowano tak szybko, jak je wyprodukowano, a każda 

sprzedaż   odbywała   się   pod   kontrolą   specjalnej   komisji.   Nancia   z   własnego   doświadczenia 

wiedziała, jak trudno je było dostać.

Dwa razy nominowano Polyona do Nagrody Służby Galaktycznej za wkład, jaki wniósł w 

rozwój różnorodnych dziedzin. W wiadomościach otwarcie spekulowano, czy Polon w tym roku 

otrzyma pożądaną nagrodę. “Najmłodszy i najprzystojniejszy mężczyzna - stwierdziła nieśmiało 

Cornelia, sprawozdawca w sieci - który kiedykolwiek otrzymał statuetkę z corycium". Równolegle 

spekulowano,   które   stanowisko   przyjmie   Polyon   po   otrzymaniu   nagrody.   “To   wielka   szkoda   - 

dodała Cornelia - by tak utalentowany człowiek przebywał gdzieś na końcu świata i zarządzał 

więzienną   fabryką".   Jednak   Polyon   z   ujmującą   skromnością   odmówił   przyjęcia   jakiejkolwiek 

propozycji.

- Flota gwiezdna przydzieliła mnie do tego zadania i kwestią mego honoru jest służyć tam, 

gdzie dostałem przydział - zapewniał.

Nancia   oparła   się   pokusie,   by  pogardliwie   prychnąć   na   te   wieści.   Coś  było   nie   tak   na 

Shemali. Wiedziała o tym, chociaż nie mogła tego udowodnić. Może ich niezapowiedziana wizyta 

dostarczy jakichś potrzebnych informacji.

background image

Pomimo zmniejszenia prędkości Nancia doleciała do Shemali bardzo szybko. Cały czas 

myślała   o   tym,   jak   przedstawić   się   załodze   portu   kosmicznego.   Przybycie   statku   mózgowego 

Służby   Kurierskiej   było   niezwykłym   wydarzeniem   na   tej   zapomnianej   planecie.   Nie   chciała 

spłoszyć Polyona i dać mu szansy na ukrycie dowodów, które mogłyby świadczyć przeciw memu.

Tak się jednak złożyło, że decyzję podjęto za nią.

- OG-48 pozwolenie na lądowanie z orbity - znudzony głos przedarł się przez jej łącza 

komputerowe.

Szybko przejrzała obrazy w swoich zewnętrznych czujnikach. Nie było innych statków na 

orbicie wokół Shemali. Oni muszą mówić do niej. Och, oczywiście! Zachichotała do siebie. Od 

czasu   tajnej   operacji   była   zbyt   zajęta,   aby   poprosić   o   odmalowanie.   Brązowo-purpurowe   i 

bladofioletowe sztuczne ściany bezpilotowej maszyny OG Shipping wciąż szpeciły jej wnętrze. 

Oznakowanie OG na jej zewnętrznym pancerzu musiało być równie widoczne. Kiedy kontroler 

portu lotniczego szyfrował instrukcje do lądowania, Nancii wydawało się, że zna ten spokojny, 

zrównoważony głos. Może nawet nie sam głos, ale sposób mówienia, który wskazywał na dużą 

obojętność wobec trosk tego świata.

Od kiedy to uzależnieni od blissto zajmują odpowiedzialne stanowiska w porcie lotniczym?  

Wiedziałam, że coś tutaj jest grubo nie tak. I zamierzam się tego dowiedzieć.

Wylądowała podniecona jak dziecko, które oczekuje na wielką przygodę. Później, kiedy 

przyjrzała się otoczeniu, bąbelki radosnego uczucia uleciały jak z otwartej butelki łodygowca.

- Och! Co się stało z tym miejscem?! - wykrzyknął Forister.

Powierzchnię   płyt   lądowiska   pokrywały   pęknięcia   i   plamy,   a   na   jego   skraju   widniała 

ogromna,   wyszarpana   dziura,   tak   jakby  ktoś   rozlał   beczkę   oczyszczaczy  przemysłowych   i   nie 

posprzątał   ich,   zanim   mikroskopijne   oczyszczacze   nie   zżarły   się   nawzajem.   Budynek   portu 

lotniczego nie posiadał okien; był ponury i niedostępny jak wszystkie więzienia.

W powietrzu unosiły się chmury zielonego i purpurowego dymu. Prawdopodobnie były 

źródłem zielonkawo-czarnych popiołów, które rozprzestrzeniły się na całej powierzchni. Silny wiatr 

co chwilę podrywał tumany kurzu, która tak samo nagle opadały, jak się unosiły.

- Shemali zasługuje na swoją nazwę - mruknęła.

- A co oznacza to słowo?

- Północny Wiatr - powiedziała Nancia.

- Czy reszta planety też jest taka? 

Nancia   i   Forister   z   przerażeniem   obserwowali   na   ekranach   martwe   baseny,   doliny 

poprzecinane drogami prowadzącymi do nowej fabryki, wirujące chmury pyłu i popiół ukrywający 

grubą warstwą lasy z obumarłymi drzewami, w których nie śpiewały żadne ptaki.

background image

-   Nie   wiedziałem,   że   jedna   fabryka   może   spowodować   tyle   szkód   -   stwierdził   Forister 

ponuro.

- Wygląda na to, że teraz działa kilka wytwórni - wskazała Micaya. - Wszystkie pracują 

pełną parą i - jak zgaduję - nikt nie troszczy się o skażenie środowiska. Wiatry dopełniają reszty.

- Czy nikt nie odwiedził Shemali, zanim wytypowano Polyona do NSG. Prawdopodobnie 

nie - Forister odpowiedział sam sobie. - Mówiłaś, że jego kartoteki są czyste, Nancia?

- Ogólnie dostępne kartoteki są wspaniałe - powtórzyła Nancia.

Okazuje   się,   że   Polyon   de   Gras-Waldheim  rzeczywiście   dokładał   wszelkich   starań,   aby 

produkowano maksymalną ilość hiperchipów i aby były rozpowszechniane najszerzej, jak się da.

Przy nieobliczalnej szkodzie dla środowiska, pomyślała Nancia. Ale to nie jest zbrodnia... a  

już na pewno nie  na tej  planecie.  Gdyby Centrala  przejmowała  się sprawami Shemali,  to nie  

umieściłaby tutaj więziennej fabryki metachipów.

Walenie   do   niższego   włazu   odbijało   się   po   zewnętrznym   pancerzu   Nancii.   Przełączyła 

audiowizualne czujniki na zewnątrz. Dostrzegła osobnika robiącego ten hałas... Potężny mężczyzna 

owinięty w postrzępione szmaty, które przypominały resztki więziennego ubrania. Wzywał jej imię:

- Nancia! Nancia, wpuść mnie, szybko!

Na   skraju   lądowiska   dwie   masywne   postacie   w   srebrnych   kombinezonach   ochronnych 

poruszały się wolno, niezgrabnie i groźnie. Srebrne kaptury zakrywały im twarze jak hełmy, a 

kombinezony połyskiwały jak zbroje. Jednak w ich rękach nie było rycerskich lanc, ale rozrywacze 

nerwów, bardziej niebezpieczne niż grot żelaznej lancy.

Nancia uchyliła dolny właz. Uciekinier oparł się o niego i wpadł do luku załadunkowego. 

Kiedy jedna z postaci w srebrnym kombinezonie uniosła rozrywacz nerwów, Nancia zatrzasnęła 

właz. Promienie odbiły się o jej zewnętrzny pancerz, nie wyrządzając żadnej szkody - pochłonęła 

ich   energię   automatycznie.   Teraz   całą   uwagę   skupiła   na   skulonym   więźniu,   który   próbował 

uklęknąć i nie bez bólu odwinąć szmaty z twarzy.

- To chyba nie było zbyt mądre, Nancia - mruknął Forister. - Przecież nie chcemy zadzierać 

z lokalnymi władzami. Kłótnie więzienne nie powinny nas obchodzić.

- Ale ten człowiek tak - odpowiedziała Nancia. 

Przestawiła   ekrany   tak,   aby   pokazać   im,   co   wyłapywały   sensory   w   ładowni.   Micaya 

Questar-Benn pierwsza wykrzyknęła:

- Młody Bryley-Sorensen! Jak on się dostał do więzienia na Shemali i... na zewnątrz... i to w 

takim stanie?!

- Właśnie - odrzekła ponuro Nancia. - Tego chciałabym się dowiedzieć.

Sev podciągnął się do pozycji pionowej.

- Nancia, nie wpuszczaj nikogo więcej. Nawet nie wiesz, jakie okropne rzeczy się tu dzieją. 

background image

Okropne - powtórzył.

Przewrócił oczami i znów obsunął się na podłogę.

- Forister, Micaya, wydostańcie go z tej ładowni, zanim tych dwóch strażników, czy jak im 

tam, zacznie dobijać się i do włazu - poleciła Nancia. - Nie, zaczekajcie. Mam pomysł. Zdejmijcie 

najpierw jego ubranie i zostawcie je tam.

- Dlaczego?

- Nie mam czasu na wyjaśnienia. Po prostu tak zróbcie! 

Nastawiła swoje kuchenne urządzenia i włączyła piec. To, co jej przyszło do głowy, nigdy 

by się nie udało, gdyby Shemali było porządnie prowadzonym więzieniem. Jednak zniszczenia na 

planecie pasowały jak ulał do bezwzględnej osobowości Polyona de Grasa-Waldheima, a ostatnie 

słowa Seva tylko potwierdzały jej przypuszczenia.

Podczas   gdy  Forister   i   Micaya   rozebrali   nieprzytomnego   Seva   i   zanieśli   go   do   windy, 

Nancia poszerzyła pole widzenia swoich receptorów, aby zbadać go dokładniej. Nagrała wszystko 

dla   późniejszej   analizy,   zwracając   szczególną   uwagę   na   okropne   obrażenia   skóry,   które 

zniekształciły ramiona i jedną nogę Seva. Ciemne siniaki na jego żebrach mieniły się   purpurą, 

granatem i zielenią, a na plecach krzyżowały się spuchnięte pręgi. Miał płytki, nieregularny oddech 

i wydawał się nieprzytomny, kiedy wciągali go do windy.

Co oni mu zrobili? Nancia wiedziała, jak leczyć rany powierzchowne, ale to była planeta, na 

której stosowało się kwasy i gazy. Obrażenia na jego ramionach i nogach przeraziły ją. Tak samo 

zresztą jak urywany,  rozpaczliwy oddech. To wykraczało poza granice ran powierzchownych i 

znanych chorób, do których leczenia była przygotowana. potrzebowali lekarza... a tak się złożyło, 

że mieli jednego na pokładzie.

Nancia   przesłała   obrazy   Seva   do   kabiny  Alphy.   Usłyszała   krzyk   rozpaczy   i   zdławione 

pochlipywanie. To był głos Fassy, nie Alphy. Nancia zorientowała się, że w pośpiechu przesłała 

obrazy   do   wszystkich   kabin   pasażerskich.   Darnell   już   przeklinał   przerwę   w   wideotransmisji. 

Wyłączyła receptory w jego kabinie i wyświetliła wizerunki pozostałych trzech więźniów tak, aby 

obserwować ich twarze, kiedy konsultowała się z Alphą.

-   Doktor   Hezra-Fong   -   powiedziała   Nancia   służbowym   tonem.   -   Mamy   na   pokładzie 

więźnia z poważnymi obrażeniami, jak właśnie widzisz. Obawiam się zatrucia ganglicydem. Czy 

możesz się nim zająć?

- To nie ganglicyd - odrzekła Alpha z przekonaniem. - Oparzenia poślednimi kwasami, to 

wszystko. Jednak mogą być jakieś uszkodzenia w płucach. Nie umiem tego stwierdzić, patrząc 

tylko   na   obrazy.   Lokalizacja   siniaków   może   wskazywać   na   uszkodzenie   nerek   i   krwotok 

wewnętrzny. Przenieście go do centrum medycznego, to mu się przyjrzę.

Była szybka i kompetentna. Nancia niechętnie podziwiała te cechy. Czy mogła jej jednak 

background image

powierzyć zdrowie Seva?

Alpha pchnęła drzwi od kabiny i odwróciła się do sensorów. Jej ładną twarz o ostrych 

rysach wykrzywiło zniecierpliwienie.

- FN-935, nie mogę badać i leczyć tego człowieka za pomocą zdalnego sterowania. Jeśli 

interesuje cię jego zdrowie, radzę, abyś otworzyła te drzwi.

- Pozwól mi pójść z nią - zasugerował Blaize.

- I mnie. - Duże oczy Fassy były pełne łez.         

Gra czy desperacja? Nie było czasu do namysłu. Nancia ufała Blaize'owi instynktownie, ale 

nie była pewna, na ile można było na nim polegać. Zwykle stawał po stronie większości. Jeśli 

wypuści Blaize'a i Fassę z Alphą, więźniowie będą stanowić większość spośród delikatników.

Co do Fassy Nancia była pewna, że nie pozwoli zranić Seva. Nie po tych scenach, których 

była świadkiem, i nie po tym, jak Fassa pogrążyła się w depresji, przekonana, że Sev opuścił ją i że 

go nigdy więcej nie zobaczy.

- Fassa będzie towarzyszyć i pomagać doktor Fong - ogłosiła Nancia z pobożną nadzieją, że 

podjęła właściwą decyzję.

Podczas gdy dwie kobiety biegły w dół korytarzem, aby spotkać się z Foristerem i Micayą 

przy windzie, Nancia powoli otworzyła właz dolnego kargo. Strażnik w srebrnym uniformie, który 

stał na zewnątrz, miał podniesione pięści, aby uderzyć we właz. Opuścił je teraz, ale wycelował 

swój rozrywacz nerwów w przestrzeń ładowni.

- Czym mogę ci służyć? - spytała lodowato Nancia.

-   Statku   bezpilotowy   OG-48,   udzielasz   schronienia.   zbiegłemu   więźniowi   -   powiedział 

strażnik. - Oddaj nam go, albo źle się to dla ciebie skończy. Twój właściciel tego nie pochwali.

Nancia   zdobyła   się   na   lodowaty  śmiech,   który  wywołał   dreszcz   nawet   w   jej   własnych 

sensorach.

- To nie jest statek bezpilotowy, spotkamy się w odpowiednim czasie. Jeśli jednak chodzi o 

ten schorowany zwitek szmal, który domagał się wpuszczenia na pokład, to zajęliśmy się nim 

odpowiednio.   Wyglądał,   jakby   miał   wysypkę   z   capellańskiej   dżungli   i   altraską   dżumę,   nie 

wspominając już o wszach ze Starej Ziemi. Czy sądziłeś, że zostawimy coś takiego, aby obijało się 

po naszym ładnym, czystym statku?

-   Nie   próbuj   mnie   oszukiwać   -   ostrzegał   strażnik.   -   ten   statek   był   pod   obserwacją   od 

momentu wylądowania. Więzień na pewno go nie opuścił.

- Czy ktoś coś mówił o opuszczaniu statku? Tutaj jest jego ubranie, jeśli w ogóle można 

nazwać to ubraniem - dodała Nancia urągliwie.

Uchyliła drzwi wystarczająco, aby pozwolić wcisnąć się strażnikowi.

- A oto resztki twojego uciekiniera.

background image

Otworzyła   szczelinę   dyspozycyjną   i   wysunęła   zawartość.   Mała,   żałosna   kupka   popiołu 

organicznego,   częściowo   spalonego   białka   i   zwęglone   fragmenty   kości   wysypały   się   na   tacę. 

Strażnik cofnął się o krok, całym ciałem wyrażając wstręt i przerażenie. Nancia żałowała, że nie 

może zobaczyć jego twarzy spoza srebrnej szybki i szczelnej maski do oddychania.

- O co chodzi? - spytała. - Wiesz przecież, że i tak był umierający.

Strażnik podszedł do drzwi, wydając paskudne dźwięki.

- Sądziłem, że de Gras-Waldheim jest twardzielem - powiedział bełkotliwie - ale wy z OG 

Shipping jesteście jeszcze gorsi.

Przejmujący śmiech Nancii gonił go po lądowisku.

- Nie chcecie zabrać szczątków ze sobą?! - krzyknęła za nim.

Zatrzasnęła drzwi od luku załadunkowego, zanim zdążył odpowiedzieć, na wypadek, gdyby 

jednak, pokonując niesmak, wrócił po “szczątki". Nie mogła pozwolić, aby laboratorium zajęło się 

sztucznymi kośćmi i ciałem z białka alg, które wyprodukowała, a później zwęgliła w piecu.

ROZDZIAŁ XV

- Podkładka do znieczulenia! Narkotyki! - rzuciła Alpha przez ramię.

Nancia w milczeniu wysunęła potrzebne wyposażenie ze swoich techniczno-medycznych 

zasobników. Szczupłymi, ciemnymi palcami Alpha przebierała między dostarczonymi ampułkami i 

wypełniła   podkładkę   kombinacją   narkotyków.   Nancia   rozpoznała   główny   stymulator   nerwów, 

regulator oddechu i przynajmniej dwa rodzaje znieczulenia.

- E... jesteś pewna, że taka kombinacja dobrze podziała? - zapytała przepraszająco.

To  Alpha   była   lekarzem,   ale   Nancia   została   rygorystycznie   przeszkolona   w   udzielaniu 

pierwszej pomocy na wypadek, gdyby musiała zająć się rannym mięśniowcem przed dostarczeniem 

go do kliniki. Jednak jej instruktor stanowczo przestrzegał przed efektami ubocznymi, które mogły 

wyniknąć z pomieszania dwóch lub więcej narkotyków.

- Chciałaś eksperta - rzuciła Alpha - to go masz. Muszę doprowadzić go do normy, zanim 

będę   mogła   zająć   się   powierzchownymi   obrażeniami   i   sprawdzić   uszkodzenia   wewnętrzne.  To 

powinno utrzymać mu oddech - jeśli cokolwiek w ogóle może. Jak wiesz, nie mamy dużo czasu do 

stracenia.

Fassa del Parma wsunęła się po cichu między Alphę i nieprzytomne ciało Seva ułożone teraz 

na ławce do badań przy jednej ze ścian wąskiej komory medycznej.

Jeśli tu kombinacja jest nieszkodliwa - powiedziała - to wypróbuj ją najpierw na mnie.

- Nie bądź niemądra - prychnęła Alpha. - Masz mniej niż połowę jego masy ciała. Wyłączy 

cię to na dwa dni, jeśli dam ci tę samą dawkę, co przygotowałam dla Bryleya.

- W takim razie użyj połowy dawki - zasugerowała Fassa. Podwinęła jeden rękaw, obnażając 

background image

kawałek   nagiej   skóry.   -   Tutaj.   Nie   poruszę   się,   ale   chciałabym   sprawdzić   działanie,   zanim 

cokolwiek wkłujesz w... Seva. - Zacięła się na jego imieniu, ale poza tym jej postawa się nie 

zmieniła.

Nancia,   która   miała   przywilej   oglądania   tej   sceny  z   różnych   kierunków,  zobaczyła,   jak 

Sevowi drgają powieki na dźwięk głosu Fassy. Żadna z młodych kobiet tego nie zauważyła. Były 

zbyt   zajęte   sobą.   Stojąca   w   drzwiach   Micaya   Questar-Benn   przyglądała   się   temu   z 

zainteresowaniem. Za nią Forister spoglądał w jeden z sensorów Nancii.

- Czas na interwencję? - wyszeptał bezgłośnie.

- Poczekaj chwilę - odpowiedziała Nancia również cienkim jak nić szeptem.

Alpha wpatrywała się w spokojną twarz Fassy i obnażone ramię, które ta jej podstawiła. Jej 

własna twarz pracowała nerwowo.

- Powinnam cię tym unieszkodliwić, ty wścibski bałwanie - rzekła. - Zawsze miałaś miękkie 

serce   dla   mężczyzn,   prawda?  W  porządku   więc.   -   Cisnęła   załadowaną   podkładkę   w   kierunku 

zasobnika.

Nancia   wydłużyła   jego   skrzydełkowate   krawędzie   i   chwyciła   trofeum,   zanim   zdążyło 

wślizgnąć   się   do   komory   przetwarzania.   Należało   zrobić   niezależną   analizę   laboratoryjną   tej 

mieszanki, kiedy dostaną się na cywilizowaną planetę.

Alpha przygotowała drugą podkładkę, nasyconą tylko popularnym stymulatorem.

- Teraz jesteś zadowolona? - rzuciła w powietrze, unosząc sarkastycznie brwi.

- Tak, dziękuję - odparły jednocześnie Fassa i Nancia. Lecz Fassa nadal upierała się, aby 

Alpha wstrzykiwała jej najpierw próbki wszystkich leków, które stosowała do leczenia Seva.

- Jesteś głupia - mruknęła Alpha zbyt cicho, aby usłyszała to generał Questar-Benn.

Nancia musiała wzmocnić swoje sensory słuchowe, żeby wychwycić tę rozmowę. Alpha 

pochyliła   się   nad   Sevem   i   mówiła   ściszonym   głosem,   tamponując   jednocześnie   szybkimi, 

nerwowymi ruchami rany po kwasie na jego ramionach i nogach.

- Był w wystarczająco złym stanie... Gdyby się nigdy nie obudził, byłoby o wiele mniej 

dowodów przeciwko tobie i mnie. Czy aż tak mu jesteś wdzięczna, że zrobił wszystko, aby wsadzić 

cię do więzienia?

- Ja już raz zabiłam - powiedziała Fassa. - I to mi wystarczy. Co to jest?

-  Antybiotyk   w   sprayu.   Rozluźnij   się   -   odrzekła  Alpha.   -   Miałyśmy   szansę   pozbyć   się 

niektórych dowodów, ale wszystko popsułaś. Teraz jest już za późno. Ten stary piernik mięśniowiec 

i   jego   niezwykła   generał   zaglądają   nam   przez   ramię   i   są   gotowi   oskarżyć   mnie   o   nadużycie 

kompetencji;   zrobię   więc   wszystko,   co   w   mojej   mocy,   żeby   połatać   ci   tego   detektywa.  A  to 

wszystko, droga Fasso - dodała z dumą, której wcale nie umniejszyła jej przestępcza działalność - 

jest naprawdę pierwszorzędnej jakości.

background image

Rzeczywiście   tak   było.   Godzinę   później   Sev   odpoczywał   na   poduszkach   i   popijał 

wysokokaloryczną herbatkę z taką ilością cukru i wapnia, że ledwo można się było domyślić, co to 

jest,   i   wyjaśniał   Foristerowi   oraz   Micayi,   co   odkrył   na   Shemali   oraz   dlaczego   był   w   takiej 

rozpaczliwej sytuacji, kiedy Nancia wylądowała.

- Popełniłem kilka błędów - przyznał z grymasem na twarzy. - Przebranie się za więźnia z 

nowego transportu wydawało mi się najlepszym sposobem na niezauważalne wślizgnięcie się na 

Shemali. I to zdało egzamin. Jednak paru rzeczy nie wziąłem pod uwagę.

Sev spodziewał się, że jego fałszywe więzienne papiery, stwierdzające, że jest ekspertem w 

dziedzinie   matematyki   metachipów   i   operacji   sieci   komputerowych,   pomogą   mu   dostać   pracę 

gdzieś w więziennej administracji i będzie miał szansę powęszyć w raportach Polyona, by znaleźć 

to, czego szukał. Stanowisko, na które go odesłano, zapowiadało się obiecująco, ale gdy tylko 

rozpoczął poszukiwania, wszystko się wydało.

- Och, właściwie nie powiedziałeś, czego dokładnie szukałeś na Shemali - dwornie zagadnął 

Forister.

Sev pociągnął głębszy łyk swej gorącej herbatki, zakaszlał, westchnął i opadł na poduszki. 

Wyglądał ciągle słabo.

- Nieistotne. Ważne jest to, że tu się więcej dzieje, niż jest to widoczne na zewnątrz. Nie 

mogę tego udowodnić osobiście... ale wiem wystarczająco...

Cały system komputerowy Polyona był usiany pułapkami i alarmami. Kiedy Sev próbował 

dostać się do zastrzeżonych danych, Polyon i jego pomocnicy zostali zaalarmowani i przyłapali go 

na gorącym uczynku, zanim zdążył się dobrać do ledwie garstki nieszkodliwych raportów. Wtedy 

Sev pokazał im swoją przepustkę ze Światów Centralnych i wyjaśnił, że przebywał tu z misją 

śledczą, która nie miała nic wspólnego z Polyonem czy Shemali.

- Nie uwierzyli mi - westchnął. - Chociaż tak rzeczywiście było.

- A później co robiłeś? - spytała Micaya Questar-Benn.

- Później... - Sev kontynuował swoją opowieść. - Później pomocnicy Polyona zbili mnie i 

rozebrali; znaleźli i zniszczyli kabelek od nadajnika, którego chciałem użyć, aby nadać do Nancii 

sygnał o niebezpieczeństwie w przypadku, gdybym znalazł się w kłopotach. Te urządzenia wysyłają 

sygnały zagrożenia do sieci, kiedy się je uszkodzi - uskarżał się Sev. - Zatem z początku nie byłem 

aż tak zmartwiony. Później jednak, kiedy nie przybywaliście i minęły już dwa dni, pomyślałem, że 

zostałem sam.

- De Gras-Waldheim musi znać jakiś sposób na unieszkodliwianie nadajników - stwierdził 

Forister.

- Brzmi to sensownie - wtrąciła się Nancia przez głośnik. - On je wynalazł. Właściwie są to 

hiperchipy o pojedynczym celu i nikt nie wie o nich więcej niż Polyon. Następnym odkryciem Seva 

background image

był fakt, że Polyon przystąpił do produkcji hiperchipów, ignorując wszelkie środki bezpieczeństwa. 

Wysłany   na   linię   przepalonych   hiperchipów,   gdzie   życie   więźniów   wśród   oparów   gazu 

uszkadzającego nerwy można było liczyć na dni, a nie lata, Sev zdecydował, że spróbuje ucieczki, 

jak   tylko   pierwszy  statek   wyląduje   na   Shemali   -   szczególnie   kiedy  rozpoznał   smukłe   kształty 

Nancii,   ukryte   pod   maskującym   logo   OG   Shipping.   Ucieczka   nie   była   zbyt   trudna.   Pozostali 

więźniowie byli tak sterroryzowani, że nawet nie pomyśleliby o ucieczce, a strażnicy - na  tyle 

leniwi i niedbali, iż niechętnie przebywali w pomieszczeniach ze spalonymi chipami.

- A poza tym - dokończył Forister ze złośliwym uśmiechem - nikt nie spodziewał się, że 

więzień   na   odsiadce   uda   się   po   pomoc   do   bezpilotowego   statku   OG   Shipping.   Nancia,   twoje 

malunki bardzo nam się przydały, Nie sądzę jednak, żebyś chciała je zachować, kiedy to wszystko 

się skończy.

- Z pewnością nie - odparła. - I tak na nic by to się nie zdało. Kiedy zakończymy sprawy w 

systemie Nyota, OG Shipping przestanie istnieć. Ale - co zrobimy teraz?

Opowieść Seva tak obciążała Polyona, że można by było usprawiedliwić nawet podwójne 

aresztowanie go. Ale Sev to tylko pionek, który nie miał ani nagrań, ani komputerowych danych, 

aby poprzeć swoje słowa. Gdyby zabrali teraz Polyona ze sobą bez zgromadzenia niepodważalnych 

dowodów, Sev przewidywał, że fabryka zostałaby oczyszczona, zanim wróciliby tutaj z powrotem.

- Niemożliwe - powiedział Forister z mocą. 

Sev słabo pokiwał głową.

-   Oczywiście,   że   nie   powierzchnia   planety,   ale   możesz   być   pewien,   iż   nie   będzie   nic 

wewnątrz   fabryki,   do   czego   komisja   śledcza   mogłaby  się   przyczepić.  Wszędzie   zobaczą   tylko 

czyste linie montażowe i demonstracje ściśle przestrzeganych przepisów bezpieczeństwa.

- I więźniów, którzy doznali obrażeń z powodu kontaktu z kwasami i gazami.

- Nie sądzę, aby którykolwiek z nich był w stanie zeznawać do tego czasu     odrzekł Sev 

ponuro.

- Wobec tego będziemy musieli zejść na dół i zebrać dowody - powiedział Forister. 

Sev potrząsnął głową.

- To się nie uda. On jest sprytny - ma zawsze przygotowaną wycieczkę pokazową dla gości; 

ranni więźniowie i niebezpieczne linie montażowe są ukryte przeważnie w podrzędnych fabrykach 

na   tyłach   planety.   Wiem,   jak   znaleźć   jedną   z   najgorszych   wytwórni.   Byłem   tam.   Beze   mnie 

przegoni was z jednego końca fabryki na drugi i nic nie zobaczycie, a za każdym razem, kiedy się 

odwrócicie,   sześciu   strażników   zagrodzi   wam   drogę.   Będę   musiał   pójść   z   wami.   -   Spróbował 

podnieść się na poduszce, zaczął kaszleć i znów opadł do tyłu.

- Nie możesz! - krzyknęła Fassa.

- Może będzie musiał - rzekła Micaya Questar-Benn. Obowiązek. 

background image

Ona i Sev pokiwali do siebie głowami.

- Wy dwie. - Wskazała głową na Fassę i Alphę. - Wróćcie teraz do swoich kabin. To nie ma 

nic wspólnego z wami - i tak nie powinniśmy pozwolić, abyście wszystkiego słuchały.

- Zaczekajcie! - krzyknęła Fassa, kiedy Forister wziął ją za ramię. - Musi być jakiś inny 

sposób,   nie   możecie   przecież   zabrać   Seva   ze   sobą,   czy   nie   widzicie   tego?   Nawet   gdyby   był 

silniejszy, sam widok jego twarzy ostrzegłby Polyona natychmiast, że coś jest nie tak. Żaden z was 

- żaden z was nie wydostanie się stąd żywy.

-   Och,   przestań   -   powiedział   łagodnie   Forister.   -  Twój   przyjaciel   nie   może   być   aż   tak 

niebezpieczny. 

Twarz Fassy zesztywniała.

- Jeśli mi nie wierzysz, to zapytaj innych. Alpha? 

Alpha bint Hezra-Fong kiwnęła niechętnie głową. 

Fassa spojrzała w górę na czujnik w pomieszczeniu.

- Nancia, czy możesz połączyć nas z Blaize'em i Darnellem? Tylko na chwilę?

Obaj mężczyźni zgodzili się z taką oceną sytuacji.

- Wobec  tego, co możemy zrobić? - spytał Forister. - Do diabła, nie zamierzam podwijać 

ogona i uciekać z planety z obawy przed jakimś szczeniakiem z wysokiego rodu, który ma pod ręką 

niebezpieczne zabawki!

- Sądzę - powiedziała wolno Fassa - że możecie posłużyć się mną. 

Była bardzo blada.

- Zabierz Alphę do jej kabiny, a ja wyjaśnię, jaki mam plan. - Popatrzyła przepraszająco na 

Alphę.

- Zdrajczyni. Kiedy Polyon się o tym dowie... 

Fassa zagryzła wargi. Teraz wcale nie była ładna. Była prawie piękna w chłodny, spokojny 

sposób.

- Będę musiała skorzystać z tej szansy, prawda?

- Lepiej ty niż ja - powiedziała Alpha. 

Odwróciła się, żeby odejść.

- W porządku, zamknijcie mnie, nie chcę nawet słyszeć tego planu. Może mnie za to nie 

obwini, jeśli nie będę przy jego omawianiu. - W jej głosie nie brzmiało jednak zbyt wiele nadziei.

Po tym, gdy Fassa objaśniła swój plan, zapadła krótka cisza, a Forister, Nancia i Micaya 

rozmyślali nad nim.

- Sądzisz, że da się na to nabrać? - powątpiewał Forister.

- On myśli, że Nancia jest statkiem bezpilotowym z OG Shipping - podkreśliła Fassa. - 

Wierzy, że jego pasażerowie dokonali kremacji Seva, jako że był niewygodny. Gdyby nie połknął 

background image

tej   historyjki,   to   wierzcie   mi,   już   byśmy   odczuli   tego   rezultaty.   -   Uśmiechnęła   się   do   nich   z 

przymusem. - Mordercy w eskorcie OG Shipping - jakie lepsze listy polecające moglibyście mieć? 

Na dodatek, jeśli to ja dokonam prezentacji...

- Nie pozwolę ci - powiedział ochryple Sev.

- Fassa zostaje na pokładzie, Nancia - przerwała Micaya. - To jest chyba zrozumiałe. - 

Zerknęła na dziewczynę. - Bez obrazy, Fassa. Jednak na statku możemy kontrolować to, co mówisz, 

i sądzę, że powinnaś się z tym liczyć. - Pochyliła się szybko i pogmerała w protezie zastępującej jej 

lewą nogę, a później wyprostowała się, trzymając  dwa błyszczące, solidne przewody w ręku. - 

Wystaw nadgarstki.

Fassa posłuchała i Micaya owinęła każdy nadgarstek kablem. Kiedy skręciła ze sobą ich 

końcówki, kable wydaliły się zlepiać i niewidzialnie zachodzić na siebie.

- Obwód zamknięty? Czy to naprawdę konieczne? 

Micaya przytaknęła.

-   Środek   bezpieczeństwa,   to   wszystko.   Pole   nie   włączy  się,   dopóki   nie   popadniemy  w 

kłopoty na Shemali. Jasne, Nancia?

- Potwierdzam. 

Micaya dotknęła swojego sztucznego ramienia.

- Mam tutaj wbudowany przenośny generator obwodów - powiedziała Foristerowi. - Może 

się przydać na Shemali. Chcesz trochę kabelków?

Forister wziął garść błyszczących kabli i przyglądał im się niepewnie.

Wolę rozwiązywać swoje problemy w bardziej elegancki sposób niż ten.

- Ja także. - Micaya odwinęła nogawkę swoich ciemnozielonych spodni w dół, zakrywając 

protezę. - Chociaż to nie zawsze jest możliwe. Wszyscy powtarzają mi, że powstaną z tego wielkie 

komplikacje polityczne, jeśli spadnie - włos z głowy temu bachorowi z wysokiego rodu. Więc... - 

poklepała znów swoją dolną protezę i wyprostowała się - schowałam szpikulec. Zgadzam się z tobą, 

że zabranie go od razu byłoby o wiele prostsze, ale ty uparłeś się, że należy to zrobić zgodnie z 

przepisami.

- Niedokładnie to miałem na myśli, mówiąc o eleganckim rozwiązaniu - odrzekł Forister.

Micaya zwróciła się do niego z lekkim rozbawieniem na poważnej, ciemnej twarzy.

-   Wiem   o   tym.   Jednak   to   zwykle   jest   najelegantszy   sposób.   Pozwól   małym   tyranom 

przebywać   na   wolności,   to   wyrosną   na   dużych   tyranów,   a   później   powstaje   coś   takiego,   jak 

zamieszanie na Capelli. Wojny - podkreśliła - nie są eleganckie. 

Jeszcze raz przepraszająco skinęła w kierunku Fassy.

- Rozumiesz? Nie oskarżamy cię o zamiar zdradzenia nas, ale po prostu nie dopuszczamy do 

tego. Chcemy, abyś była ostrzeżona.

background image

- Taki sekretny sygnał do Polyona wyrządziłby mi więcej złego niż dobrego - dokończyła 

spokojnie Fassa. -  Nie ufacie mi, w porządku. Ja też bym sobie nie wierzyła.

Wargi jej pobielały i ręce się trzęsły, ale wyszła z sali medycznej bez zatrzymywania się.

Nancia zauważyła, że Sev dręczył się okropnie. Gotów był nawet się okaleczyć, aby móc 

pójść za nimi, więc włączyła ekrany, żeby miał wizualne i słuchowe połączenie z główną kabiną.

Fassa   była   wciąż   blada,   kiedy   Nancia   rozpoczęła   nadawanie   sygnałów   otwierających 

połączenie komputerów z władzami planety, ale wykonała swoje zadanie z perfekcyjnym spokojem. 

Na   użytek   Polyona   Forister   i   Micaya   stali   się   Forrestem   Perezem   i   Qualią   Benton,   parą 

potencjalnych   nabywców   hiperchipów,   gotowych   do   zainwestowania   gotówki   w   tę   operację. 

Delikatnie zaznaczyła, że Qualia Benton była tak naprawdę wysokiej rangi generałem z Centrali i 

Micaya wystąpiła do przodu, aby ją powstrzymać. Wtedy Forister położył rękę na ramieniu Micayi.

- Zaufaj tej młodej damie, Mic - mruknął. - Ona ma... hmmm... więcej doświadczenia w 

tych sprawach niż ty czy ja.

Tak też było. Polyon, niczego nie podejrzewając, zaakceptował obecność Micayi na statku 

OG, sądząc, że jest równie skorumpowana, jak jego przyjaciele. Był wyraźnie zadowolony z ich 

przybycia.   W   ciągu   krótkiego   czasu   zorganizował   spotkanie   z   ,,przyjaciółmi"   Fassy,   aby 

oprowadzić ich po najnowszej fabryce hiperchipów.

- Nie wiem dlaczego, ale Polyon zawsze wolał sprzedawać więcej hiperchipów wojsku - 

powiedziała   Fassa,   kiedy   przerwano   transmisję.   -   To   nawet   nie   chodzi   o   pieniądze.   Kiedyś 

zaoferował   obniżone   stawki   Akademii   Kosmicznej,   ale   komisja   zajmująca   się   dystrybucją 

powstrzymała go. Wiedziałam, że twoja ranga będzie czymś, co go przyciągnie, Micaya. Boczne 

wejście do systemu dostaw militarnych jest marzeniem Polyona.

-   Przypuszczam,   że   chce   zrobić   wrażenie   na   swoich   starych   nauczycielach   i   kolegach, 

upewniając się, że oni wszyscy korzystają z jego wynalazków - spekulował Forister.

Nancia była zbita z tropu.

- Jednak chyba nie sądzi, że sprzedaż hiperchipów na czarnym rynku jest sposobem na 

osiągnięcie wysokiej pozycji w Akademii.

Wszystkie trzy osoby roześmiały się wyrozumiale, a Nancia usłyszała również słaby chichot 

z kabiny medycznej, gdzie wypoczywał Sev.

- Zbadaj kiedyś źródła fortun niektórych arystokratycznych rodów, Nancia - polecił jej Sev. 

- Pieniądze dają się wyprać z każdej skazy i to o wiele szybciej, niż byś sadziła, że jest to możliwe.

- Nie w Akademii! - zaprotestowała Nancia. - I nie w rodzinie Perez y de Gras.

Nancia troszczyła się o Foristera i Micayę aż do ostatniej minuty, wyposażając ich w guziki 

kontaktowe, nadajniki i każde inne zdalnie sterowane urządzenie, jakie jej tylko przyszło do głowy.

- Zupełnie nie wiem, do czego to się może przydać - narzekał Forister. - De Gras-Waldheim 

background image

unieszkodliwił nadajnik Seva bez alarmowania kogokolwiek, prawda?

- Sev nie miał połączenia z moimi monitorami - podkreśliła Nancia.

Powinna była uwięzić Fassę w jej kabinie, zanim pozostałych dwoje wyszło, ale nie miała 

serca.

- Ktoś powinien zostać z Sevem - przymilała się Fassa.

- Och, pozwólcie dzieciakowi zostać z nim - wtrącił się niespodziewanie Forister. - Jest i tak 

niewiele warta jako zakładnik. Jeśli choć połowa z tego, co mówił Sev o warunkach w fabryce 

hiperchipów, jest prawdą, to Polyon de Gras-Waldheim jest wielokrotnym mordercą i na pewno nie 

zawaha się poświęcić statku pełnego dawnych przyjaciół. Fassa przytaknęła.

-  Tak,   to   się   prawie   zgadza,   bo   on   nie   tylko   się   nie   zawaha,   ale   nawet   sprawi   mu   to 

przyjemność.

- Dlaczego przedtem nikt z was nie powiedział nam nic o Polyonie? - zapytała Nancia. - 

Wykręcaliście się wszyscy sianem, wskazując palcem jeden na drugiego, aby zyskać własne atuty 

przetargowe, i nigdy nie ostrzegliście nas przed nim.

- Baliśmy się - stwierdziła smutno Fassa.

- Tak się bałaś, że pozwoliłaś polecieć Sevowi na Shemali bez słowa ostrzeżenia? Gdybym 

wiedziała   o   wszystkim,   nigdy   nie   pozwoliłabym   mu   lecieć   bez   utrzymywania   z   nim   stałego 

kontaktu.

-   Nie   wiedziałam,   że   Sev   poleciał   na   Shemali   -   broniła   się   Fassa.   -   Nikt   mi   nic   nie  

powiedział.   Nawet   nie   zorientowałam   się,   że   jest   na   pokładzie,   kiedy   opuszczaliśmy   Bahati. 

Widziałam   jedynie,   iż   nie   przyszedł   więcej   mnie   zobaczyć   i   myślałam,   myślałam...   i   całkiem 

słusznie, że właściwie dlaczego miałby się troszczyć o kogoś takiego, jak ja. - Oczy nabiegły jej 

łzami i Nancia pomyślała, że choć raz były to łzy szczere.

- Fasso del Parma, jesteś pierwszej klasy idiotką - znużony, ochrypły głos Seva przestraszył 

ich wszystkich.

Nancia zapomniała, że zostawiła połączenie między główną kabiną a salą medyczną.

- Chodź tutaj, weź mnie za rękę i głaszcz moje rozgorączkowane czoło. Jestem ranny i 

potrzebuję opieki.

- Zawołaj Alphę, ona jest lekarzem - wyrzuciła z siebie Fassa.

- Ja chcę ciebie. Idziesz czy nie? Mam wstać i iść po ciebie?

Fassa wybiegła. Nancia z zadowoleniem patrzyła - czując się tylko trochę jak podglądacz - 

jak dziewczyna wpadła do kabiny medycznej. Czyż Sev nie dał jej instrukcji, aby miała zawsze 

wszystkie sensory włączone, kiedy on przebywał z Fassa del Parma?

Tych   dwoje   było   zbyt   wtulonych   w   siebie,   aby   Fassa   mogła   stanowić   jakiekolwiek 

zagrożenie. Tak czy inaczej Nancia zostawiła te czujniki włączone i skoncentrowała się na obrazach 

background image

i dźwiękach dochodzących z guzików kontaktowych Micayi i Foristera. Polyon nie tracił czasu. 

Spotkał   się   z   nimi   na   lądowisku   w   maszynie,   która   poleciała   wprost   do   najnowszej   fabryki 

hiperchipów- niskiego bezbarwnego budynku, usytuowanego w dolinie, która pewnie była piękna, 

dopóki ekipy Polyona nie zaorały wokół niej ziemi, i produkty odpadowe z fabryki nie uśmierciły 

drzew. Teraz budynek stał samotnie na szczycie stromego wzgórza, otoczony stojącą, zatrutą wodą i 

pniami obumarłych drzew. Nancia czuła, jak jej sensory sprzęgają się na ten odrażający widok.

- Generale, czy możesz przejąć tę maszynę? - wymamrotała przez guzik kontaktowy do 

Micayi.

- Cieszy mnie, że masz taki nowoczesny sprzęt, de Gras - powiedziała głośno Micaya na 

użytek Nancii. - Testowałam prototyp tej maszyny ostatnio, ale nie miałam pojęcia, że jest już 

powszechnie dostępny.

Dobrze. Micaya będzie w stanie sprowadzić całą trójkę z powrotem. Nancia wsłuchiwała się 

w rozmowę Fassy i Seva, podczas gdy Polyon wylądował i zabrał Foristera i Micayę do fabryki.

- Za dużo myślisz! - mówił stanowczo Sev do Fassy  - To, co mówiłem ci wcześniej, było 

prawdą i nadal jest. Idiotko, pojechałem na Shemali z twojego powodu.

- Z mojego powodu? - powtórzyła jak echo Fassa, co zabrzmiało, jakby nie była w stanie w 

ogóle myśleć. 

Sev przytaknął.

- Co noc przemierzałem korytarze Nancii, próbując wymyślić jakiś sposób, by cię ocalić. A 

później   podpowiedział   mi   go   Darnell.   Stwierdził,   że   podpisałaś   z   Polyonem   kontrakt   na 

wybudowanie fabryki hiperchipów i kiedy budynek ten się zawalił, postawiłaś go od nowa za 

darmo. Pomyślałem sobie, że gdybym zdołał to udowodnić, twój adwokat miałby argument, że 

nigdy   nie   zamierzałaś   wykonywać   pracy   o   niskiej   jakości   i   że   wszystkie   problemy   z   twoimi 

budynkami były wynikiem niekompetencji dziewczyny, którą wysłano do pracy, na jakiej się nie 

znała. Mógłby to udowodnić, przedstawiając, jak chętnie dokonałaś poprawek w momencie, kiedy 

ten problem się pojawił. 

Fassa uśmiechnęła się przez łzy.

- To wspaniały argument, Sev. Na nieszczęście  jednak  ani jedno słowo w nim nie jest 

prawdziwe. Ja jestem, lub raczej byłam, wspaniałym, kompetentnym przedsiębiorcą. - Pociągnęła 

nosem. - Przeklęty tatuś. Przez przypadek wysłał mnie do pracy, do której miałam prawdziwy 

talent.

- I o to właśnie chodzi - odrzekł Sev miękko. - Dlaczego, do diabła, nie mogłaś być tylko 

przedsiębiorcą,  zamiast  kręcić  się  w tych  sukniach,  które  opadały  ci  z  ramion,  i  doprowadzać 

facetów w średnim wieku do szaleństwa?

Twarz Fassy zesztywniała.

background image

- Zapytaj tatusia. - Próbowała odwrócić się, ale Sev przytrzymał ją za obie ręce.

-   Domyśliłem   się   tego   jakiś   czas   temu   -   odparł.   -   I...   sprawdziłem   stare   wiadomości 

brukowe. Czy to dlatego mama się zabiła?

Fassa przytaknęła. Nie kontrolowane łzy płynęły jej po twarzy.

- No cóż, nie będziesz chciał już więcej mieć ze mną do czynienia. Rozumiem. Ja nie, ja nie 

tylko... To nie tylko tatuś, jak wiesz, to byli ci wszyscy inni mężczyźni... - szlochała.

Jak na człowieka, który kilka godzin wcześniej  był  bliski śmierci, Sev zademonstrował 

nadzwyczajną energię. Nancia była pod wrażeniem siły, z jaką przyciągnął Fassę do siebie pomimo 

jej oporu.

- Jesteś kobietą, którą kocham - rzekł zdecydowanie. - I nic, co się zdarzyło przed dniem 

dzisiejszym, nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia.

Zamilkł   na   chwilkę,   a   Nancia   zaciemniła   swoje   sensory   wizualne.   Nie   uważała,   aby 

przepisy związane z nadzorem Fassy wymagały obserwowania, jak Sev Bryley-Sorensett całuje ją 

namiętnie niczym człowiek łapiący oddech w komorze próżniowej.

Na   Shemali   Micaya   Questar-Benn   przekonała   w   końcu   Polyona,   aby   zaniechał   tej 

pokazowej   wycieczki   po   fabryce.   Powiedziała   mu,   że   nie   wierzy,   aby   mógł   wyprodukować 

wystarczającą ilość hiperchipów dla jej potrzeb i co więcej - nie wierzy, aby był w stanie zwiększyć 

produkcję   w   satysfakcjonującym   ją   tempie.   Po   prostu   wprowadzenie   i   utrzymanie   wymogów 

bezpieczeństwa przedstawionych przez Komisję Handlową zajmowało sporo czasu.

Polyon zasugerował, że Komisja Handlowa mogłaby wspólnie dokonać czegoś teoretycznie 

niemożliwego dla indywidualnych członków. Jeśli jednak generał chciała zobaczyć, jak szybko 

potrafił obracać hiperchipami, to ona i jej przyjaciel mogą pójść za nim. Lecz będą musieli założyć 

odzież   ochronną,   dodał,   zmagając   się   ze   srebrzystym   kombinezonem.   Podczas   kiedy  zakładali 

swoją  odzież   dla   gości,   Micaya   niewinnie   skomentowała,   że   koszt   odpowiedniego   ubrania   dla 

wszystkich więźniów pracujących przy linii produkcyjnej musi być bardzo duży i że nie pojmuje, 

jak   byli   w   stanie   utrzymywać   precyzję   konieczną   w   procesie   montażu,   skoro   pracowali   w 

obszernych rękawicach ze srebrnego tworzywa.

Polyon zachichotał i zgodził się, że wspomniane trudności były olbrzymie.

* * *

Na   pokładzie   Sev   i   Fassa   znów   rozmawiali.   Nancia   dyskretnie   dostroiła   się   do   ich 

konwersacji, ale nie było w niej nic, co wymagałoby jej uwagi. Fassa smuciła się perspektywą 

długich lat więzienia. Sev też nie był z tego powodu szczęśliwy, ale zapewniał Fassę, że poczeka na 

nią.

background image

- Nie sądzę, żeby oni wypuszczali morderców - powiedziała Fassa. - Chyba że zdecydują się 

wyprać mi mózg.

- Fassa, nie jesteś morderczynią. Caleb nie umarł. 

Smukłe ciało Fassy znieruchomiało.

- Naprawdę nie?

- Miałaś rację - kontynuował Sev. - Nikt ci nic nie mówi. On nie umarł. Nawet nie był 

poważnie chory, kiedy opuszczałem Bahati. Przechodził terapię w związku uszkodzeniem nerwów.

- Ostatnie wiadomości z Summerlands donoszą, że już niedługo powinien wrócić do pełnej 

sprawności   i   prawdopodobnie   podejmie   pracę   w   ciągu   następnych   kilku   tygodni   -   oznajmiła 

Nancia.

Sev i Fassa odskoczyli od siebie i spojrzeli na głośnik ponad głowami.

- Nancia! - wykrzyknął Sev. - Nie wiedziałem, że słuchasz.

- Sam dałeś mi rozkazy - odparła Nancia.

- No cóż...  -  Sev zamyślił  się.  -  Czy mogę  je  odwołać?   Czy  posłuchasz  mnie,  jeśli  je 

odwołam?

- Naprawdę nie powinnam.

- Zamknij nas oboje - zasugerował Sev. - To mi nie przeszkadza, ale czy moglibyśmy mieć 

teraz trochę prywatności? Ta podróż powrotna do Centrali jest prawdopodobnie dla mnie ostatnią 

szansą, aby być z moją dziewczyną sam na sam.

Fassa, jak na kogoś, kto ma przed sobą proces i surowy wyrok, wyglądała na nienormalnie 

szczęśliwą.

Nancia zostawiła ich w spokoju.

Na Shemali nie miała zbyt wiele do roboty. Micaya i Forister nie czekali, aby odbyć pełną 

wycieczkę po linii montażowej hiperchipów. Kilka obrazków ukazujących więźniów pracujących 

bez osłon z niszczącymi skórę kwasami, w pomieszczeniach, w których ulatniał się trujący gaz, 

stanowiło potrzebne im dowody na poparcie szczegółowego świadectwa Seva.

Nagrania były szczególnie pogrążające, kiedy towarzyszył im przyjemny, kulturalny głos 

Polyona, objaśniający, jak obniżał koszty i przyspieszał produkcję, skazując więźniów na bolesną 

śmierć przez zatrucie przemysłowe. Podczas gdy Nancia przeglądała te obrazy, Micaya założyła już 

obwody zamknięte wokół nadgarstków, kostek i nawet wokół szyi Polyona. Odczytała mu oficjalny 

nakaz aresztowania.

Nic możesz tego zrobić - zaprotestował Polyon. - Czy wiesz, kim ja jestem? Jestem de Gras-

Waldheim. Mam zgodę zarządcy Lyauteya na wszystko, czego tutaj dokonałem!

- Mój statek mózgowy przetransmitował już prośbę o przeprowadzenie testów na wykrycie 

background image

narkotyków u Lyauteya i pozostałego personelu cywilnego - wyjaśnił Forister. -Podejrzewałem 

blissto,   kiedy   usłyszałem   głos   twojego   kontrolera   w   porcie   kosmicznym.   Co   ty   zrobiłeś, 

zamieniając w narkomanów wszystkich, którzy mogliby cię wydać?

- Nie możecie mnie aresztować - powtórzył Polyon, jakby nie zrozumiał ani słowa.

Micaya Questar-Benn uśmiechnęła się tak, że nawet skałę przeszyłby dreszcz grozy.

-  Chcesz  się  założyć,   synu?   Idź  przede   mną.  Powoli.  Chyba   nie  chciałbyś,  aby  obwód 

zamknięty wyczuł, że próbujesz uciekać i odciął ci nogi; to zbyt łatwa i zbyt szybka śmierć dla 

takich, jak ty.

Kiedy Polyon znów otworzył usta, włączyła rozszerzony obwód zamknięty na jego szyi, aby 

przestał mleć językiem.

Gdy opuszczali linie montażowe, nierówny wrzask radości wyrwał się więźniom z piersi.

background image

ROZDZIAŁ XVI

Ku   zdziwieniu   i   przerażeniu   Polyona   niezwykły   cyborg   i   jej   partner   zdołali   przekonać 

zarządcę Lyauteya, że mieli pełne prawo aresztować de Grasa-Waldheima i zabrać go. “Przekonać" 

było chyba za mocnym słowem. Polyon zorientował się z gorzkim rozbawieniem, że wpadł we 

własna pułapkę. Zarządca, jak i reszta cywili pozostawionych na Shemali, był stale faszerowany 

seductronem Alphy bint Hezra-Fong. Ponieważ Lyautey wykonywał mało odpowiedzialną pracę, 

Polyon   trzymał   go   na   tak   wysokiej   dawce   seductronu,   że   zarządca   umiał   tylko   potakiwać   z 

zachwytem i zgadzać się z każdym, kto do niego mówił ostatni.

Ktoś musiał do tego dojść i pomyśleć, aby wykorzystać to przeciw niemu. Z ustami pod 

obwodem zamkniętym Polyon nie mógł nic powiedzieć, jedynie słuchać, jak Micaya Questar-Benn 

i jej partner wyrzucali z siebie oficjalnie brzmiące słowa, rozwijając swoje fałszywe listy polecające 

- musiały być fałszywe - i zabrali go do tej samej maszyny, którą osobiście wysłał po nich do portu 

kosmicznego.

Rozważnie   usunęli   obwód   zamknięty   z   jego   ust,   kiedy   maszyna   wystartowała.   Polyon 

zachował pełną godności, ciszę podczas krótkiego lotu na lądowisko, aby jego umysł pracował 

nieprzerwanie.

Nie chciał dać wiary temu, że “aresztowanie" było prawdziwe. Prawdziwi agenci Centrali 

mieli własny transport, nie wskakiwaliby do krążownika OG i nie zabieraliby ze sobą tej małej 

dziwki Fassy del Parma, aby ich wprowadziła. To musiała być jakaś sztuczka wymyślona przez 

Darnella   i   Fassę   w   celu   przejęcia   kontroli   nad   hiperchipami.   Nie   zamierzał   dostarczać   swoim 

przyjaciołom radości oglądania go walczącego czy protestującego. Później, kiedy zorientuje się w 

grze,   odwróci   karty   i   będą   się   przed   nim   czołgać.   Darnella   może   łatwo   złamać,   ale   Fassa... 

uśmiechnął się nieprzyjemnie na myśl o tym, jak odbierze jej dumę. Nigdy do tej pory nie groził 

Fassie fizycznie. Może należało zacząć.

Kiedy maszyna  opuściła  się miękko  na lądowisko, rzucił okiem i  zobaczył  na moment 

sylwetkę statku na tle jasnego nieba: smukłe linie i gładki wzór, bez mylących szczegółów w 

postaci kolorów i logo OG...  już wiedział, gdzie widział przedtem taki statek.

- Służba Kurierska. - Po raz pierwszy zaczął wierzyć, że naprawdę jest aresztowany.

- Dotarliśmy - powiedział drobny, spokojny człowiek, który towarzyszył generał Questar-

Benn, podając Polyonowi rękę, aby mu pomóc wyjść.

- Czas, abym się przedstawił. Forister Armontillado y Medoc, mięśniowiec FN-935.

- Ty jesteś mięśniowcem, stary człowieku? - prychnął Polyon. - Uwierzę w to, jak zobaczę!

Nie przyjął pomocnej dłoni i wychylił się z maszyny, trzymając nogi razem, ręce przed 

sobą, wciąż z gracją atlety. Nawet z rękami i nogami ograniczonymi obwodami zamkniętymi wciąż 

background image

posiadał swoją siłę i naturalną równowagę.

- Nie będziesz musiał długo czekać - odpowiedział łagodnie Forister. - Przedstawię cię 

mojemu statkowi mózgowemu, jak tylko znajdziemy się na pokładzie.

Polyon zachował ponure milczenie, kiedy tych dwoje eskortowało go do windy statku, na 

poziom   pasażerski   i   przytłaczający   brązowo-purpurowy   korytarz   do   kabiny,   gdzie   miał   być 

uwięziony.  Kiedy się  tam znaleźli,  oparł  się  o ścianę  i  czekał.  Pilot  Forister  i  cyborg Micaya  

wycofali się, pozostawiając go wciąż z kablami na nadgarstkach i kostkach.

- Poczekajcie! - krzyknął. - Nie zamierzacie... 

Drzwi zatrzasnęły się z serią kliknięć w zamku wzdłuż koncentrycznych pierścieni, a w 

chwilę później słodki głos kobiecy przemówił do niego z głośnika ponad głową.

- Witaj na pokładzie FN-935 - ona-to powiedziało. - Jestem Nancia, statek mózgowy z tej 

drużyny.   Twoje   aresztowanie   zostało   dokonane   zgodnie   z   prawem   Centrali...   -   i   wymieniła 

paragrafy oraz odnośne punkty, które nic dla Polyona nie znaczyły. - Jako więzień oczekujący na 

proces pod zarzutem morderstwa, zgodnie z prawem możesz pozostawać uwięziony w obwodach 

zamkniętych przez całą podróż, to znaczy przez dwa tygodnie. Generał Questar-Benn przerzuciła 

funkcje   kontrolne   nad   obwodami   do   mojego   komputera.   Jeśli   dasz   mi   słowo,   że   nie   będziesz 

próbował  ataku   na  mnie  lub  na   twoich  współpasażerów,  wyłączę  teraz  obwody i  pozostaniesz 

wolny w swojej kabinie.

Polyon spojrzał na wąską przestrzeń i zaśmiał się sardonicznie.

- Masz moje słowo - odrzekł.

Słowa nic nie kosztowały.

Zaraz gdy to powiedział, elektroniczne pole przestało wibrować. Niemiłe uczucie, ale o 

wiele lepsze niż spędzenie dwóch tygodni pod elektronicznym napięciem.

Statek mózgowy mamrotał jakieś groźby użycia gazu usypiającego i innych restrykcji, które 

można zastosować, gdyby sprawiał kłopoty. Polyon nie wysilał się, aby tego słuchać. Miał za dużo 

do przemyślenia. Poza tym nie zamierzał robić nic, co statek mózgowy mógłby zobaczyć. Nie był 

aż taki głupi.

Bez przeszkód, pod pozorem ćwiczenia nadgarstków, poklepał swoją kieszeń na piersiach i 

poczuł uspokajające wybrzuszenie tam, gdzie zawsze miał minidyskietkę z ostatnią wersją swojego 

genialnego programu.  Jestem sprytny, myślał Polyon.  O wiele za sprytny, by ta para zbyt długo  

przewodziła.

Och, już on narobi kłopotu temu wtrącającemu się we wszystko statkowi i jego trzęsącemu 

się mięśniowcowi, niech no tylko nadarzy się okazja. Nie martwił się, iż będą mogli słyszeć czy 

widzieć, że nadchodzi; i tak nie zdołają nic uczynić, gdy już raz zacznie. Do licha z nimi! Nie był 

na to przygotowany. Ciągle brakowało mu dwóch lub trzech lat, aby dopiąć wszystko na ostatni 

background image

guzik. Ile będzie go kosztować wykonanie zamierzonego ruchu przed czasem?

Niemożliwe   do   przewidzenia,   będzie   musiał   po   prostu   działać   i   sprawdzić   później. 

Nieważne, jakie będą koszty; nie mogą być aż tak duże, jak potulny powrót do Centrali na proces i 

uwięzienie. To był zawsze hazard, pocieszał się Polyon. Wiedział, że pewnego dnia ktoś może 

wykryć jego kombinacje z hiperchipami, a gdy tak się stanie, będzie musiał zareagować bardzo 

szybko.

Ci ignoranci nie byli nawet w stanie zgadnąć, jak on może się zemścić. Przewaga będzie po 

jego stronie, bo on ich zaskoczy.

Szkoda, że nie starczyło mu czasu na wprowadzenie Ostatecznej Fazy! Wówczas mógłby 

rozpocząć wszystko teraz, za pomocą słownej komendy. W tej sytuacji musiał najpierw wsunąć 

minidysk do szczeliny czytnika, zanim będzie mógł wykonać pierwszy ruch.

Nie   było   jednak   w   tej   kabinie   żadnych   szczelin   czytników,   a   miał   pozostawać   w   niej 

uwięziony aż do chwili, kiedy dostaną się do Centrali. Gdyby próbował wydostać się z kabiny, ten 

przeklęty statek powaliłby go gazem usypiającym lub polem elektronicznym, zanim dostałby się do 

jakiegokolwiek miejsca z czytnikami.

Polyon obnażył zęby. Uwielbiał wyzwania. Wciąż miał jeszcze głos i swoją wiedzę, i urok, i 

sensoryczny kontakt ze statkiem mózgowym oraz jego mięśniowcem. Zabrał się do pracy, aby 

wykopać   sobie   nieuchwytny  tunel   do   wolności.  Ważył   każde   słowo   i   każdą   prośbę   niezwykle 

ostrożnie.

* * *

W   czasie   długich,   nużących   godzin   przed   dotarciem   do   progu   Osobliwości   i 

przekształceniem   w   podprzestrzeń   Centrali,   nie   było   nic   innego   do   roboty   poza   graniem   i 

czytaniem.   Forister   i   Micaya   rozpoczęli   następny   konkurs   szachowy.   Nancia   obowiązkowo 

stworzyła im holosześcian i rejestrowała ruchy, ale ostrzegła ich, że niektóre z tych danych mogą 

przepaść,  jeśli będzie musiała skorzystać  z tego  szczególnego  kooprocesora w czasie przejścia 

przez Osobliwość.

- Nie ma sprawy - powiedział Forister nieobecnym głosem. - Mic i mnie przerywano grę z 

różnych powodów. Nie jesteś moim partnerem, więc?

- Myślę, że tak będzie lepiej - odpowiedziała Nancia z prawdziwym żalem. - Sądzę, że 

powinnam śledzić naszych pasażerów na monitorach. Daliśmy im dużo wolności, jak wiesz. 

Micaya prychnęła.

- Wolności! Są na tyle wolni, by poruszać się po kabinach, to wszystko. Przyznaję, że nie 

ograniczałabym im tak wolności, ale...

- To dlatego właśnie masz wciąż problemy polityczne - stwierdził Forister. - Nigdy nie 

background image

ograniczasz wolności przedstawicielom wysokich rodów, a oni to wykorzystują.

- Nie powinni - odrzekła Micaya. - Jestem jedną z nich.

- To nie pomaga - oznajmił Forister prawie smutno. - Tak czy inaczej, Micaya, chyba nie 

obawiasz się poważnie buntu na statku?

- Co, tych zepsutych bachorów? - prychnęła Micaya. - Ha! Nawet ten chłopak de Gras, co 

go się bała cała reszta, wszedł na pokład jak mały baranek. Nie, żaden z nich nie ma na tyle rozumu 

- poza twoim Blaize'em może - lub odwagi, by coś kombinować.  

- Blaize nie próbowałby niczego - powiedział Forister ostro. - On jest dobrym chłopcem.

Micaya poklepała Foristera po ramieniu.

- Wiem, wiem. Przekonał mnie. Ale okradł PPT, a co gorsza - nie wyjawił nic o innych. 

Musi za to odpowiedzieć, choć są to dużo mniejsze przewinienia od tych, których dopuściła się cała 

reszta tej cennej załogi.

- Rozumiem - powiedział Forister w zadumie. 

Sev Bryley-Sorensen wyciągnął swoje długie nogi.

-   Myślcie,   a   ja   poćwiczę   przez   chwilę   -   odezwał   się,   nie   adresując   tego   do   nikogo   w 

szczególności.

- Czy nie ogarnia cię smutek, kiedy patrzysz na jego chłopięcą, pociągłą twarz? - spytała 

Micaya, kiedy Sev przemknął w dół korytarzem do sali ćwiczeń.

- To wcale nie jest zabawne - odparł łagodnie Forister. - Być zakochanym w dziewczynie, 

która prawdopodobnie będzie nieosiągalna przez następnych pięćdziesiąt standardowych lat. Poza 

tym nie bardzo ma czym zająć swój umysł. To nie jest typ od szachów trójwymiarowych.

- Nie dość zdolny, masz na myśli. Prawda - zgodziła się Micaya ze śladami niezadowolenia. 

- Jednak zbyt inteligentny na tę grę, którą prowadzą więźniowie. Nie pozostaje mu wiele, masz 

rację.

- Czy naprawdę musisz obserwować więźniów przez cały czas, Nancia?

Forister   spojrzał   na   jej   kolumnę   z   uśmiechem,   który   zawsze   niweczył   jej   najlepsze 

rozwiązania.

- Jasne, że nie wyrządzą żadnych szkód. Wszyscy są zamotani w tę idiotyczną grę. Lecz 

jeśli uważasz, że to nie fair wobec Micayi, abyś mi partnerował... to możemy grać na trzy ręce.

Nancia   musiała   się   skoncentrować   o   wiele   bardziej   nad   tym   obrazem,   ale   po   chwili 

intensywnego   przetwarzania   holosześcian   zamigotał,   skręcił   się,   obrócił   wokół   swojej   osi   i 

zreformatował jako sześcian z trzema osobnymi, potrójnymi  rzędami pionków ustawionymi na 

przeciwległych krawędziach.

Polyon de Gras-Waldheim przestał słuchać rozmowy w centralnej kabinie i włączył się do 

gry SPACED OUT, która obecnie pomagała współwięźniom zapomnieć o kłopotach. Przekonanie 

background image

Nancii, żeby uruchomiła połączenie komputerowe tak, by wszyscy mogli grać ze swoich kabin, 

było jego pierwszym ruchem. Teraz przynajmniej mógł rozmawiać z innymi. Jednak nie odważył 

się mówić o niczym innym poza grą, gdy Nancia obserwowała ich z uwagą.

Obrazy na ekranach pokazywały, że trzy postacie z gry zgubiły się w Tunelach Trolla. 

Postać Polyona wciąż tkwiła u wejścia do Tuneli, czekając na rozkaz od niego.

- Wiem, jak możemy się wydostać z Tuneli - powiedział.

-   Jak?   Próbowałam   każdego   wyjścia,   które   ten   system   pokazywał.   Wszystkie   są 

zablokowane - skarżyła się Alpha.

- Jest sekretny klucz - wyjaśnił Polyon. - I ja go mam. Nie mogę tylko dostać się stąd do 

drzwi, które on otwiera.

- Nigdy nie słyszałem nic o sekretnym kluczu - oznajmił Darnell. - Sądzę, że blefujesz. - 

Jego   postać   z   gry  podskakiwała   ze   złością   wzdłuż   jednego   z  Tuneli  Trolla,   plując   po   drodze 

iskrami.

- Nie mogłeś słyszeć - odpalił gładko Polyon. - Ja jestem mistrzem w tej grze. Ten sekretny 

klucz może nawet przechytrzyć twojego bohatera, Fassa.

Fassa wybrała w grze figurkę statku mózgowego.

- Nie rozumiem, w jaki sposób - odpowiedziała. - Pokaż mi.

- Mówiłem ci. Nie zdołam dotrzeć tam, gdzie go mogę użyć. Jeśli któreś z was potrafi 

wydostać mnie z tej ślepej alei...

- Przecież nie jesteś w ślepej alei! - przerwał Darnell. - Stoisz tuż przed wejściem do Tuneli 

Trolla! Dlaczego nie kierujesz swojej postaci do nich?

- Żebym się zgubił, tak jak wy? Nie, dzięki. 

Polyon machnął ręką po pulpicie i odciął głosy postaci z gry. Rozmyślał przez chwilę w 

ciszy. Dlaczego w ogóle wchodził w układy z taką bandą niedoświadczonych konspiratorów? Byli 

za głupi, aby domyślić się jego ukrytych podpowiedzi. Oni sądzili, że był zainteresowany graniem 

w tę grę!

A  teraz   Blaize.   Blaize   był   inteligentniejszy  od   innych   i   nic   brał   udziału   w   tej   krótkiej 

wymianie zdań. Polyon wystukał sekwencję poleceń, które umożliwiłyby mu prywatne połączenie 

komputerowe z kabiną Blaize'a. Przynajmniej w takim stopniu mógł włączyć się do systemu Nancii 

z tej klawiatury. To jednak było nic w porównaniu z władzą, jaką zdobędzie, gdy tylko utoruje sobie 

drogę do czytnika dla swojej minidyskietki.

Kiedy przemyślał  już,  jak  podejść  Blaize'a,  poruszył   go  trzeszczący dźwięk.  Ten  idiota 

myślał, że uzyskał prywatne połączenie z kabiną centralną! I co on zamierzał z tym zrobić? Polyon 

skrzywił się, a później zaczął uważnie słuchać. Wydawało się, że Blaize był zbyt inteligentny, aby 

nadawać się na narzędzie.

background image

Lecz nadal mógłby być wspaniałym pionkiem w grze, której ruchów nigdy nie zobaczy...

- Wujku Foristerze? - Blaize przełączył komputerowe kanały do kabiny głównej. - Muszę z 

tobą porozmawiać.

- Porozmawiać? - narzekał Forister.

Właśnie wykonywał ostatnie ruchy prawdziwie pięknej strategii, zaprojektowanej tak, aby 

ustawić pionki statków Micayi i Nancii naprzeciw siebie, co pomogłoby mu bezkarnie kontrolować 

wszystkie poziomy holosześcianu.

- Prywatnie.

- Och, w porządku. - Forister wstał i wyprostował się. - Nancia, czy mogłabyś przechować 

sześcian   do   mojego   powrotu?   Nie   chciałbym   cię   fatygować,   abyś   utrzymywała   obraz,   kiedy 

właściwie nie gramy.

Nancia zachichotała.

- Masz chyba na myśli to, że nie chciałbyś zostawiać holosześcianu z ustawieniem, bo 

mogłybyśmy wyśledzić twoją pułapkę, którą na nas szykujesz?

- No cóż...

Holosześcian   złożył   się   i   stał   się   płaszczyzną,   linią,   później   punktem   błyszczącego, 

niebieskiego światła, które zamigotało i zniknęło.

- W porządku. I tak zbliżamy się do progu Osobliwości. Naprawdę nie powinnam teraz grać. 

Muszę sprawdzić moją matmę - powiedziała Nancia pogodnie. - Wróć tylko na czas i pozapinaj 

pasy. Wy, delikatnicy, tracicie orientację w Osobliwości.

-  A  wy,   ludzie   z   kapsuł,   robicie   o   to   tyle   hałasu   -   odparował   Forister.   -  W  porządku. 

Ostrzeżesz nas na grubo przedtem, jak sądzę?

- I będę cię obserwować, kiedy będziesz w kabinie. Nie patrz tak na mnie - to dla ochrony 

Blaize'a, tak samo zresztą jak dla twojej. Jeśli zostaniesz z nim sam, oskarżyciel może unieważnić 

twoje zeznanie i powiedzieć, że byłeś przekupiony.

- Nie będą i tak mieli szacunku do słów jego wuja - odrzekł Forister ponuro, schodząc w dół 

korytarzem, aby dowiedzieć się, o co chodzi Blaize'owi.

Nancia   odryglowała   mechanizm   drzwiowy   na   wystarczająco   długo,   aby   się   przez   nie 

przecisnął.

- Sądzę, że Polyon coś planuje - stwierdził Blaize, gdy tylko Forister wszedł do kabiny.

Siedząc w napięciu przy konsolecie, wyglądał ze swą rudą głową jak lis przed króliczą norą; 

jedną ręką błądził po klawiaturze, nie włączając jeszcze programu.

- Co?

- Nie  wiem.  On chce  się wydostać  z  kabiny.   Ciągle  powtarza  nam,  że  wszystko  może 

załatwić, jeśli tylko wydostanie się z kabiny na kilka minut. Posłuchaj!

background image

Blaize przycisnął ręką klawiaturę i wywołał nagranie kilku ostatnich transmisji pomiędzy 

graczami w SPACED OUT. Z kabinowej konsolety nie mógł uzyskać pojemniejszej pamięci, aby 

nagrać obrazy razem z głosami. Słowa graczy przedostały się przez głośniki, pozbawione ciała i 

obdarte z połowy znaczeń. Forister wysłuchał nagranej wymiany zdań i potrząsnął głową.

- Po prostu brzmi to jak kilka następnych ruchów w tej waszej zwariowanej grze, Blaize.

- To jest ruch w grze - potwierdził Blaize ponuro. - Ale on nie gra w tę samą grę, co 

pozostali. Cholera! Szkoda, że nie mogłem również zarejestrować obrazów i ruchów postaci. Wtedy 

byś zobaczył.

- Co zobaczył?

- Że to, co Polyon mówił, nic miało żadnego związku z aktualnymi ruchami w grze. - Blaize 

opuścił ręce na kolana i popatrzył na Foristera. - Czy Nancia może trzymać Polyona uśpionego 

gazem aż do chwili, kiedy dotrzemy do Centrali?

- Tak, może - odpowiedział Forister. - Ale wciąż nie widzę powodu, dla którego miałaby to 

zrobić. Ten przypadek i tak wywoła burzę wśród wszystkich wysokich rodów. Gdyby oskarżono nas 

o złe traktowanie więźniów, sytuacja byłaby jeszcze gorsza.

- Ale przecież słyszałeś go!

- Nie miało to dla mnie żadnego sensu - odrzekł Forister. - Ale według mojej skromnej 

opinii w tej niemądrej grze nic nie ma sensu. Daj spokój, Blaize. Czy naprawdę wyobrażasz sobie 

mnie wyjaśniającego jakiemuś sędziemu z wysokiego rodu, że przetrzymywałem nieprzytomnego 

więźnia przez dwa bite tygodnie, bo coś, co powiedział w trakcie dziecięcej gry, wyprowadziło 

mnie z równowagi?

- Przypuszczam, że nie - zgodził się Blaize. - Ale będziesz ostrożny?

- Zawsze jestem ostrożny - stwierdził Forister.

- I - powiedział Blaize - sądzę, że nie powinieneś z nim rozmawiać. Ten człowiek jest 

niebezpieczny.

- Wiem, że cała wasza czwórka boi się go - zgodził się Forister. - Sądzę jednak, że to 

dlatego, iż za długo byliście z dala od Centrali. On nie jest nikim więcej jak aroganckim bachorem, 

który  dostał  więcej  władzy,  niż  to mu  się  należało.  Jak  wielu  innych  ludzi,  których  mógłbym 

wymienić. Teraz jednak, jeśli mi wybaczysz, już prawie nadszedł czas, aby się pozapinać pasami 

przed Osobliwością.

Kiwnął głową w stronę sensorów na ścianie i Nancia cicho otworzyła przed nim drzwi.

Kiedy był już na korytarzu, powiedziała do niego po cichu:

- Polyon de Gras-Waldheim prosi o przywilej prywatnej rozmowy.

- Chciałby, prawda? I pewnie sądzisz, że powinienem poważnie potraktować ostrzeżenie 

Blaize'a i zabrać Micayę jako ochronę, zanim wejdę do jego kabiny?

background image

- Sądzę, że sam potrafisz rozsądnie dbać o siebie - odparła Nancia. - Zwłaszcza gdy ja będę 

się przysłuchiwać. To nie to samo, co być pilotem na głuchym statku. Nie ma jednak za wiele czasu. 

Za kilka minut wejdę w pierwszą sekwencję dekompozycji.

- Tym lepiej - rzekł Forister. - Nie będę musiał zbyt długo z nim przebywać. Pogadam z nim 

aż do momentu, kiedy dasz mi znak dzwonkiem ostrzegawczym o zbliżającej się Osobliwości. 

Mniej nie mogę uczynić. Odwiedziłem Blaize'a - muszę odwiedzić i innych, jeśli o to proszą.

Kiedy   Forister   wszedł,   Polyon   leżał   na   swojej   koi,   z   rękami   założonymi   pod   głową. 

Odwrócił się na dźwięk otwierających się drzwi, skoczył na nogi, stuknął obcasami z wojskową 

precyzją, która dla Foristera była prawie denerwująca.

- Sir!

-   Nie   jestem   twoim   oficerem   -   pohamował   go   Forister   łagodnie.   -   Nie   musisz   stukać 

obcasami i salutować. Miałeś mi coś powiedzieć.

- Ja... tak... nie... myślę, że nie - odpowiedział Polyon. Jego niebieskie oczy wyglądały na 

przestraszone. Odgarnął złoty kosmyk włosów z czoła. - Pomyślałem sobie... ale on był moim 

przyjacielem. Nie mogę tego zrobić. Nawet jeśli miałoby to skrócić mój wyrok - nie, to niemożliwe. 

Przepraszam, że zakłóciłem twój spokój bez potrzeby.

- Sądzę - powiedział Forister - że lepiej będzie, jeśli mi wszystko opowiesz, chłopcze.

Trudno było rozpoznać w tym zaszczutym stworzeniu potwora, który uczynił z więzienia na 

Shemali   prawdziwe   piekło.   Może   Polyon   chciał   złożyć   jakieś   wyjaśnienia,   opowiedzieć   coś   o 

innych, którzy wymyślili ten okrutny system fabryczny?

Przez dobre pięć minut pokonywał przesadne poczucie honoru u Polyona, przez cały czas 

wyczekując na ostrzegawczy dzwonek od Nancii, zanim nakłonił chłopaka do wyjawienia imienia.

To Blaize - rzekł w końcu markotnie Polyon. - twój siostrzeniec. Przykro mi. No cóż, kiedy 

graliśmy   SPACED   OUT,   przechwalał   się   przede   mną,   jak   to   omotał   cię   i   przekonał,   że   jest 

niewinny.

- Nie całkiem - odparł Forister. Mówił bardzo spokojnie, aby przezwyciężyć nagły ból w 

piersiach. - Sprzedał dostawy PPT na czarnym rynku. To jest przestępstwo w przepisach Centrali i 

będzie za to odpowiadał,

Polyon skinął głową. Jego wyraz twarzy osoby cierpiącej nie znikał.

- Tak, powiedział, że to jest właśnie historyjka, którą ci sprzedał. Wtedy pomyślałem... na 

wypadek   gdybyś   nie   wiedział...   że   może   mógłbym   wymienić   moje   informacje   w   zamian   za 

skrócenie wyroku.

- Jakie informacje? - zapytał ostro Forister. 

Polyon potrząsnął głową.

- Nieważne. To nie ma znaczenia. Mam dość własnych spraw na sumieniu - stwierdził, 

background image

podnosząc głowę i wpatrując się w ścianę z wyrazem godnej rezygnacji, która bardzo zirytowała 

Foristera. - Nie będę pomnażał moich zbrodni przez donoszenie na przyjaciela. To wszystko jest na 

tej minidyskietce - no cóż, nieważne.

- Co? - zapytał Forister, tracąc cierpliwość. - Co ma być na tej dyskietce? - Wpatrywał się w 

czarny, fasetowy kształt, który Polyon trzymał w ręce; ciemny i złowrogi jak oko obcego boga.

- Prawdziwe dowody na to, jak Blaize doszedł do swojej  fortuny - wyjaśnił Polyon. - To 

wszystko tam jest; on myślał, że zatarł ślady, ale mnie wystarczyło kilka połączeń z siecią, aby 

odnaleźć te informacje. Wiesz, jestem bardzo dobry w komputerach - dodał z naiwną, chłopięcą 

dumą. - Kiedy jednak błagałem go, aby wyjaśnił ci prawdę, śmiał się ze mnie. Powiedział, że już 

cię przekonał o swojej niewinności i nie widzi powodu, aby to zmieniać. Lecz to było wtedy, kiedy 

myślałem... ale nie - dokończył, odwracając twarz, gdy rzucił dyskietkę w kierunku Foristera - nie 

chcę żadnych przywilejów.

Forister czuł się tak słabo, jakby weszli już w Osobliwość. Czy to dlatego Blaize tak bardzo 

się starał, aby nie rozmawiał z Polyonem? Chciał, aby Polyon pozostał nieprzytomny aż do czasu 

przylotu do Centrali. Opowiadał tę niemądrą historię o Polyonie używającym gry SPACED OUT 

jako przykrywki do spisku. Jednak co by mu to dało, gdyby Polyon nie mógł mówić przez dwa 

tygodnie, kiedy jego przestępstwa - jakiekolwiek by były - i tak wyszłyby na jaw w czasie procesu?

- Po prostu weź to. Przesłuchaj raz. Później zabezpiecz lub skasuj, jeśli chcesz - powiedział 

Polyon. - Nie dbam o to. Chciałem po prostu pokazać to komuś uczciwemu i honorowemu.

Jego głos lekko się załamał na ostatnim słowie i Forister pomyślał, że w kącikach oczu 

połyskiwała mu wilgoć.

- Bóg wie, że nie mogę tego zatrzymać dla siebie. Ty to weź. Będziesz wiedział, co zrobić z 

tymi informacjami.

- Co to jest?

Polyon potrząsnął głową.

-   Nie   mogę   ci   powiedzieć.   Idź   i   przesłuchaj   to   w   samotności.   Po   prostu   wrzuć   to   do 

obojętnie jakiego czytnika i przysłuchaj się informacjom. Decyzję, co powinieneś z tym zrobić, 

zostawiam tobie. I nie chcę z tego żadnych korzyści, rozumiesz? Powiesz, że masz to od kogoś 

innego lub nie mów, skąd to masz, albo też zniszcz to. Rób, co chcesz; w każdym razie ja zdejmuję 

ten ciężar z mojego sumienia.

Rzucił się z powrotem na koję i ukrył głowę w ramionach. Wówczas zabrzmiał srebrzysty 

dźwięk pierwszego ostrzeżenia.

- Pięć minut do Osobliwości - ogłosiła Nancia. - Wszyscy pasażerowie mają położyć się lub 

usiąść   i   zapiąć   pasy   bezwładnościowe.   Tabletki   na   chorobę   wywołaną   przebywaniem   w 

Osobliwości są dostępne w każdej kabinie. Jeśli sądzicie, że może to na was źle wpłynąć, proszę 

background image

pobrać je teraz. Pięć minut do Osobliwości.

Polyon ułożył się, nie patrząc w górę, złapał swoje pasy i zapiął wokół siebie.

-   Osobliwość   nie   przyprawia   mnie   o   nudności   -   rzekł   gorzko.   -  Ale   to,   co   jest   na   tej 

minidyskietce - tak.

Forister   opuścił   kabinę,   zaciskając   w   dłoni   roziskrzoną,   czarną   minidyskietkę;   fasetowa 

obudowa wrzynała mu się w dłoń, a w głowie wirowało pełno wątpliwości.

- Cóż za wspaniały występ aktorski - skomentowała Nancia z cichym śmiechem.

- Sądzisz, że Polyon kłamał?

- Jestem tego pewna - stwierdziła. - Znasz Polyona i znasz Blaize'a. Czy to w ogóle jest 

możliwe, żeby zbrodnie popełnione przez Blaize'a tak bardzo oburzały Polyona?

- Ja... nie wiem - westchnął Forister.

Usiadł   na   fotelu   pilota   i   wpatrywał   się   niewidzącym   wzrokiem   w   konsoletę.   Micaya 

Questar-Benn taktownie udawała, że poleruje błyszczącą klamrę na pasku od kombinezonu.

- Aż do tej chwili mógłbym powiedzieć... ale teraz jestem stronniczy.

- No cóż, ja nie - odparła Nancia zdecydowanie. - Nie wiem, co zamierza Polyon, ale 

cokolwiek to jest, nie wierzę ani jednemu jego słowu.

Forister zaśmiał się słabo.

- Ty też jesteś stronnicza, moja droga Nancio. -Wpatrywał się w mieniącą się powierzchnię 

dyskietki, w wypolerowane, przezroczyste fasety, które nic nie mówiły, i głęboko westchnął. - 

Przypuszczam, że będzie lepiej, jeśli dowiem się, co to jest.

- Czy to nie może poczekać, aż przejdziemy przez Osobliwość? - spytała zbyt późno Nancia. 

Forister wrzucił dysk do szczeliny czytnika. 

Z umysłem w wirze transformacji Nancia automatycznie wchłonęła zawartość czytnika do 

pamięci. Było tam coś dziwnego, nie jak normalne słowa, ale jak stukanie gdzieś na obrzeżach 

pamięci lub jak niewłaściwie ustawione połączenie synaptyczne...

Leciała   spiralą   w   dół   ku   Osobliwości,   balansując   i   znajdując   drogę   wśród   wciąż 

zmieniających się równań, które określały zapadające się ściany wiru.

Coś   było   nie   tak.   Wyczuła   to   wcześniej,   jeszcze   zanim   straciła   panowanie   nad 

matematycznymi przekształceniami. Nigdy przedtem nie doświadczyła takiego rozwarstwienia. Co 

się działo? Dźwięki tak słabe, jak rozkładające się rośliny szeptały i wślizgiwały się do jej uszu. 

Kolory   wybiegające   daleko   poza   ludzką   percepcję   napadały,   drażniły   ją,   wywoływały   w   niej 

dreszcze jak przy drapaniu paznokciami po tablicy. Sole i płyny zawarte w jej skurczonym, ludzkim 

ciele wirowały opętańczo. Natychmiast włączyły się tuziny systemów alarmowych: Przeciążenie! 

Przeciążenie! Przeciążenie!

Nie mogła wyprowadzić ścieżki. Przestrzenie wokół niej rozwarstwiały się i odpadały w 

background image

nieskończoność różnych odkształceń, rozszerzając się na każdej ścieżce w światła i chaos, który 

mógł rezerwacją na kawałki. Kooprocesory matematyczne wzmocnione hiperchipami wydawały 

bełkot.   Jej   fale   mózgowe   były   rozciągnięte   na   siatce   wielowarstwowej   matrycy.   Żadne 

przekształcenia komputerowe równań nie zgadzały się z poprzednimi rezultatami i każdy kierunek 

niósł ze sobą niebezpieczeństwo.

Nancia   natychmiast   odcięła   wszystkie   źródła   przetwarzania.   Powiększające   się   kolory  i 

paskudne   dźwięki   ustały.   Zawisła   w   czerni,   odmawiając   sobie   dopływu   doznań   do   sensorów, 

zatrzymana na samym progu Osobliwości, gdzie przecinały się rozwarstwiające się podprzestrzenie, 

bez możliwości ruchu ani w przód, ani w tył.

background image

ROZDZIAŁ XVII

Polyon, czekając na jakiś znak, że Forister połknął haczyk, przemierzał wąską przestrzeń 

kabiny. Zbyt się niecierpliwił, by zapiąć się w pasy przed wejściem w Osobliwość. Nagle powietrze 

zadrgało i zgęstniało wokół niego.

Otworzył   usta,   aby   przekląć   swojego   pecha.   Statek   wszedł   w   Osobliwość,   zanim   ten 

tęgogłowy mięśniowiec zdołał dotrzeć do szczeliny czytnika.

Powietrze przybrało kształt szklanych fal, a później stało się zbyt rzadkie, aby można było 

oddychać.   Ściany   kabiny   i   sprzęty   odpłynęły   w   dal,   potem   pływały   wolno   wokół   niego   jak 

olbrzymie, groźne kształty. Przekleństwa Polyona zamieniły się w kosmiczne wycie, by na koniec 

przejść w jednostajny pisk.

Przeklęta Osobliwość. Nie było żadnej szansy, żeby Forister wrzucił teraz dyskietkę do 

czytnika, pewnie siedzi pozapinany w fotelu jak grzeczny, mały pilot. W tym czasie wszystkie 

czytniki statku są na pewno zamknięte - a nawet jeśli Forister jakimś cudem nakłonił Nancię, by 

przyjęła dysk, to i tak nie będzie mógł wejść do sieci, póki nie zakończą się przekształcenia i nie 

wrócą do normalnej przestrzeni. Nie, będzie musiał poczekać aż do transformacji podprzestrzeni, 

aby włączyć Ostateczną Fazę. Ale to przekształcenie wyniesie statek do centralnej podprzestrzeni. 

Znajdą się w pobliżu floty Światów Centralnych, która z pewnością przyjdzie Nancii z pomocą.

Przypomniał jednak sobie, że to nie robiło absolutnie żadnej różnicy. Charakter hazardu 

pozostawał nie zmieniony. Albo jego plan dojrzał do realizacji, albo nie. Jeśli tak, to flota Centrali 

będzie posłuszna jemu, a nie swoim poprzednim panom. Jeśli jednak nie, to anihilacja nastąpi 

trochę   szybciej,   niż   gdyby   wykonywał   manewry   z   odległych   przestrzeni   wokół   Nyoty,   i   to 

wszystko.

Musiał   tylko   usiąść   i   czekać.   Przeczekanie   każdej   pojedynczej   transformacji   przez 

Osobliwość będzie dla niego pestką. Czekał już cierpliwie przez te wszystkie lata na Shemali, siejąc 

swoje ziarno, obserwując, jak rośnie, zapładniając świat genialnym projektem hiperchipów. Zdążył 

zorientować się, jak można go nagiąć do swoich celów.

Lecz to oczekiwanie było trudniejsze. Wydawało się dłuższe i było coś niepokojącego w 

dekompozycjach akurat tego statku. Przekształcenia nie powinny aż tak źle przebiegać. Polyon 

odetchnął i zadławił się w gęstym wirze kolorów, zapachów i konstrukcji, spojrzał w dół na falujące 

zniekształcenia własnych członków i momentalnie zamknął  oczy.  To był błąd. Zagęszczenie w 

Osobliwości   przedarło   się   do   jego   wnętrzności.   Co   się   działo?   Przechodził   przez   mnóstwo 

dekompozycji w czasie treningów w Akademii, nie wspominając już przejścia przez ten sam próg 

Osobliwości w drodze do podprzestrzeni Vegi. Czyżby tak zupełnie stracił kondycję w ciągu pięciu 

lat na Shemali, żeby teraz dusić się i wymiotować jak jakiś nowicjusz?

background image

Nie. To  co  innego  było  nie  w  porządku.  Rozwarstwianie  trwało  zbyt  długo,  a  niektóre 

zniekształcenia   wizualne   wyglądały   dziwnie   znajomo.   Polyon   utkwił   wzrok   w   jednym   małym 

sektorze kabiny, gdzie obręcze podtrzymujące półkę formowały proste, zamknięte wcięcie z twardej 

powierzchni i sztucznego tworzywa. Obserwował trójkąt obręczy, ściany i półki, który wydłużył się 

na kształt igły z jednym wąskim okiem, rozszerzył się w otwarte oko wielkości ściany, zwężył się w 

punkt światła z całkowitą czernią w środku i otwarł ponownie w pierwotny trójkąt. Igła, oko, 

punkcik,   trójkąt;   igła,   oko,   punkcik,   trójkąt.   Znaleźli   się   w   pętli   podprzestrzeni,  nieustannie 

rozwarstwiając się i odkształcając w sekwencji, która zachowała własności topologiczne, ale nie 

prowadziła do następnej uwalniającej statek centralnej podprzestrzeni.

Pętla taka nie mogła się zdarzyć, nie powinna się zdarzyć, chyba że procesory statku były 

odłączone albo - dzika nadzieja wkradła się do serca Polyona - zbyt zajęte innym problemem niż 

wyprowadzanie ich z Osobliwości.

Takim   problemem,   jak   przyswajanie   programu   z   wirusem,   który  przekazałby  całkowitą 

kontrolę pojedynczemu użytkownikowi, odcinając w efekcie mózg statku od ciała, co oznaczało 

zwycięstwo Polyona.

Polyon przełknął swoje nie wypowiedziane przekleństwa i ruszył przez kabinę. Miał trochę 

kłopotów z odnalezieniem rozrastającej się jak balon klawiatury i utrzymaniem ręki nad nią, ale w 

końcu zdołał dopasować swoje kurczące się i załamujące ramię do cyklicznej pętli. Uderzył dwa 

razy w powierzchnię klawiatury.

- Funkcja sterowania głosem!

Jego własny głos dziwnie bębnił w uszach, fale dźwiękowe zniekształcała stale zmieniająca 

się przestrzeń, ale było coś ewidentnie niezmiennego we wzorze głosu, który jego gorący jeszcze 

program nadal rozpoznawał.

- Kontrola głosem przyjęta - zaćwierkał falujący głos z głośników.

- Otwórz drzwi od tej kabiny.

Za pierwszym razem słowa wypłynęły jako nierozpoznawalny pisk, następnie pojawiło się 

coś podobnego do jego normalnego głosu i komputer przyjął komendę. W chwilę później drżący 

sygnał wokalny programu odpowiedział z piskiem, który stopniowo przerodził się w jękliwy hałas.

- Nie można zidentyfikować przesłanej jednostki. 

Polyon zaczął łapać rytm pętli podprzestrzeni. Jeśli utrzymywał wzrok na jakimś znanym 

punkcie,   jak   trójkąt   półki,   ściany   i   obręczy,   mógł   rozpoznać,   kiedy   przechodzili   przez 

dekompozycję najbliższą normalnej przestrzeni. Jeśli wtedy mówił, transformacja podprzestrzeni 

nadal zniekształcała jego głos, ale przynajmniej komputer umiał go rozpoznać i przyjąć rozkazy. 

Poczekał i przemówił w odpowiednim momencie:

- Zidentyfikuj tę kabinę.

background image

Na panelu kontrolnym zapłonęły światła, urosły i migotały jak świetliki; odnajdując drogę w 

płynnej powierzchni panelu, pływały jako wydłużone hieroglify nieznanego języka i wtopiły się na 

powrót w powierzchnię panelu, aby stać się wzorem oznaczającym niepowodzenie.

- Nie ma takiego kodu.

Polyon przeklął zdławionym głosem, a pętla transformacyjna podprzestrzeni przeobraziła 

jego słowa w rosnący warkot. Coś było nie tak z jego wirusowym programem. W jakiś sposób nie  

spełnił swojej funkcji przejęcia systemu komputerowego statku.

- Główne zamki! - rzucił przy następnej pętli przez normalną przestrzeń.

Drzwi od jego kabiny rozsunęły się do połowy, później zaskrzypiały i kołysały się w przód i 

w tył, jako że gładkie wewnętrzne ślizgi zaklinowały się na czymś. Polyon dał nurka przez nie, źle 

ocenił   odległość   i   widoczność,   uderzył   łokciem   o   twardą   krawędź   na   pół   otwartych   drzwi, 

wylądował na łożu z ruchomych piasków, przekręcił się i oparł stopy na czymś, co na krótko było 

znów przejściem na zewnątrz kabiny.

- Wychodźcie! Wszyscy wychodźcie!

Pętla rozciągnęła jego ostatnie słowo w wycie. Przynajmniej to zwróciło ich uwagę. Zielony 

ospalec   wyłonił   się   przez   jedne   z   drzwi   i   stał   się   wymiotującym   Darnellem.   Kawałek   dalej 

czerwona głowa Blaize'a płonęła pod światłami, które nieustannie zmieniały się od elektrycznego 

błękitu poprzez sztuczne słońce aż do głębokiego cienia. Fassa była lalką z chińskiej porcelany, 

białą, skromną, poskładaną i perfekcyjną, ale w miarę jak pętla postępowała i ona urastała do 

normalnych rozmiarów.

- Co się dzieje?

Pętla   rozmyła   jej   słowa,   ale   Polyon   odczytał   je   z   ruchu   warg,   zanim   następna   faza 

rozciągnęła ich jak gumę. Poczekał na kolejne przejście przez normalną przestrzeń.

- Przyprowadź Alphę. Nie mam ochoty wyjaśniać dwa razy.

Fassa kiwnęła głową, Polyon sądził, że to było kiwnięcie - i wpadł do kabiny najbliżej niej. 

Darnell   trząsł   się   i   powrócił   do   swojego   kształtu   olbrzymiego,   zielonego   leniwca.   Korytarz 

wydłużył się w tunel z Biaize'em na odległym końcu, w jakiś sposób oddzielonym od grupy.

Fassa pojawiła się ponownie, potrząsając głową.

- Ona się nie ruszy. Ja... - była sprytna, Fassa del Parma była mądra; w połowie zdania, 

kiedy przestrzeń wokół niej przemieszczała się, poczekała, aż nadejdzie faza normalnej przestrzeni, 

aby dokończyć zdanie - ...sądzę, że ona jest zbyt przerażona. Ja zresztą też. Co...

Polyon   nie   miał   czasu   na   słuchanie   retorycznych   pytań.   Kiedy   nadchodziła   następna 

normalna przestrzeń, był gotowy, aby to wykorzystać.

- Przejmuję statek, oto co się dzieje - odpowiedział na nie dokończone pytanie Fassy. - 

Każda funkcja na tym statku, która zawiera hiperchipy, jest teraz pod moją kontrolą. Powód...

background image

Przesunięcie, rozciągnięcie, falowanie, powrót do normalności na kilka sekund.

- ...tego drugiego przekształcenia jest taki, że mózg statku nie pracuje i nie może wydostać 

nas z Osobliwości.

Darnell zgiął się i wymiotował głośniej niż przedtem, zatapiając następne słowa Polyona i 

marnując resztę przepływu normalnej przestrzeni.

Polyon poczekał, jedna obuta noga kurczyła się. Kiedy postukał w nią, rozciągnęła się, 

okręciła wokół drugiej jak wąż, później prostowała znów do normalnego kształtu przepisowego 

obuwia z Akademii.

- Ja potrafię wyprowadzić nas z Osobliwości - ogłosił. - Jednak muszę znaleźć się przy 

konsolecie kontrolnej. Mogę mieć tam kłopoty. Będziecie musieli pomóc mi zabrać mięśniowca i 

cyborga.

- Dlaczego mielibyśmy to robić? - zapytał Blaize. 

Polyon uśmiechnął się.

- Później nie zapomnę o moich przyjaciołach - powiedział łagodnie.

- Ale co nam... - Darnell przewidująco chciał wiedzieć, lecz pętla transformacyjna zmyła 

jego   pytanie.   Kiedy  znów   pojawiła   się   normalna   przestrzeń,   Blaize   był   bliżej   ich   wszystkich. 

Wystarczająco blisko, aby odpowiedzieć za Polyona.

- Ale co nam to da? Wyobrażam sobie, że bardzo dużo. To nie tylko te hiperchipy na statku, 

prawda,   Polyon?  Wszystkie   hiperchipy,   które   Shemali   przetwarzała   tak   szybko,   mają   ten   sam 

podstawowy prąd, prawda?

-   Niekoniecznie   nazwałbym   to   prądem   -   odrzekł   Polyon.   -   Masz   jednak   rację.   Gdy 

wydostaniemy się z Osobliwości i będziemy mieli znów dostęp do sieci, to komputer tego statku 

nada Ostateczną Fazę do każdego hiperchipu, który kiedykolwiek był założony. Będę miał...

Wszyscy już teraz podłapali rytm transformacyjnej pętli i pauza przez trzy zniekształcone 

podprzestrzenie stała się częścią normalnego stylu rozmowy.

- ...kontrolę nad światem - zakończył przy następnym przejściu przez normalną przestrzeń.

Blaize   podszedł   jeszcze   bliżej.   Głupi,   mały   szczeniak   próbował   poruszać   się   w   czasie 

przekształceń.

- A my będziemy twoimi lojalnymi oficerami - stwierdził Blaize.

-  Wiem,   jak   nagradzać   usługi   -   powiedział   Polyon   bezbarwnie.  Do   ganglicydu   z  tobą,  

kłopotliwy człowieku, jak tylko zdobędę władzę.

- Ja się z tym nie zgadzam - rzekł Blaize, kiedy normalna przestrzeń weszła w pierwsze 

zniekształcenie. 

Machnął pięścią w Polyona, ale zanim wylądowała, skurczyła się do rozmiarów orzecha, a 

przy następnym zanurzeniu w normalną przestrzeń Polyon był już gotowy, aby oddać cios, który 

background image

posłał Blaize'a na pokład. Zanim się na nim znalazł, pokład stał się miękki jak ruchomy piasek, w 

który Blaize się wkręcił, zbyt oszołomiony, aby podnieść się od razu.

- Powstrzymajcie mnie - odezwał się Polyon do pozostałych dwóch, kiedy przepływała 

normalna przestrzeń - a umrzecie wszyscy tu, w Osobliwości, bo nikt inny nie może nas stąd 

wydostać. Próbujcie mnie zatrzymać, a przegracie. - I znów uśmiechnął się słodko. - Będziecie 

żałować, że tutaj nie umarliście. Jesteście ze mną?

Zanim   zdążyli   odpowiedzieć,   nowy  element   włączył   się   do   gry.   Sycząca   chmura   gazu, 

niewidzialna w normalnej przestrzeni, wyraźnie się odznaczyła w postaci różowego obramowania 

podłogi, różowego światła w pierwszej przestrzeni transformacyjnej. Pochłonęła Blaize'a i przestał 

się poruszać, padł jak nieżywy w zmiennych transformacjach pokładu.

Gaz   usypiający,   pomyślał   Polyon.   Nie   mógł   krzyczeć   przez   pętlę,   aby   ostrzec   innych. 

Przytknął obie ręce do ust i nosa, zobaczył, że Fassa zrobiła to samo, wysunął głowę w kierunku 

kabiny centralnej. Te drzwi też były otwarte. Ruszył w ich kierunku, zataczając się przez zgęstniałe 

jak woda powietrze, z obolałymi płucami oczekującymi na oddech. Wpadł do środka, ktoś pchał się 

za nim - Fassa, i po niej Darnell. Przestali być dla niego ważni Blaize - , zdrajca i Alpha - na pewno 

do tego czasu uśpiona w swojej kabinie. Polyon chwycił powietrze  i przy pierwszym bolesnym 

oddechu krzyknął:

- Główne zamki!

Drzwi od kabiny kontrolnej zatrzasnęły się dziwnym, trzęsącym ruchem tak, jakby walczyły 

z własnym mechanizmem, a Polyon znalazł drogę i zbadał swoje nowe terytorium.

Nie   tak   źle!  Jedynym   pasażerem,   którym   naprawdę   się   przejmował,   był   Sev   Bryley-

Sorensen. Ale jego tu nie było. Był więc zamknięty z Alphą i Blaize'em, prawdopodobnie uśpiony 

gazem, tak jak i oni. Pozostałych dwoje pochylało się nad konsoletą, nadal próbując dowiedzieć się, 

dlaczego  drzwi otwierają się i zamykają bez ich rozkazów - i usiłując wypełnić pomieszczenia 

pasażerskie gazem usypiającym; no cóż, to im się udało.

Przez kolejne przemiany widział ich obracających się na swoich siedzeniach, ich otwarte 

usta rozciągające się w drugiej podprzestrzeni, a później kurczące się do okrągłych punkcików w 

trzeciej.   Normalna   przestrzeń   ukazała   dziwnego   cyborga   wykonującego   ruch,   który   nie   był 

transformacyjnym przywidzeniem: prawe ramię sięgało do pasa. Polyon rzucił komendę i sztuczne 

ramię oraz noga cyborga poruszyły się na złączach, wykręcając się z przyczepu. Tors z krwi i kości 

pochylił  się w ślad za  oderwanymi  sztucznymi  organami.  Następna komenda i  protezy upadły 

ciężko i martwo na podłogę, pociągając za sobą ciało. Głowa uderzyła o podtrzymujący filar pod 

fotelem.   Polyon   podszedł,   aby   zabrać   szpikulec,   zanim   Micaya   dojdzie   do   siebie.   Przestrzeń 

rozciągnęła się przed nim, ale jego ręce podążyły za nią; poczucie ciężaru szpikulca upewniło go, 

że jego palce, nawet jeśli przez moment przypominały macki, mocno trzymały broń.

background image

Przy   następnym   przejściu   do   normalnej   przestrzeni   znów   był   wyprostowany   i   mierzył 

szpikulcem w Foristera.

- Tam! - Ruchem głowy wskazał na centralną kolumnę.

Gdzieś tam z tyłu, wewnątrz tytanowego pancerza pływał mózg statku, tkwiło skurczone, 

zniekształcone ciało, utrzymywane przy życiu przez rurki, kable i system naturalnych składników. 

Polyon   otrząsnął   się   na   samą   myśl;   nigdy   nie   rozumiał,   dlaczego   Centrala   upierała   się   przy 

utrzymywaniu tych potworów przy życiu, dając  im nawet odpowiednie stanowiska, które można 

było obsadzać prawdziwymi ludźmi, takimi jak on sam. No cóż, ten mózg na pewno zwariował do 

tej pory z powodu braku czucia i bodźców, na które naraził swoje własne hiperchipy. Uśmiercenie 

go byłoby błogosławionym wybawieniem. Dobrze byłoby też uśmiercić mięśniowca.

Lecz   jeszcze   nie   teraz.   Polyon   doskonale   zdawał   sobie   sprawę   z   tego,   że   nie   wie 

wszystkiego o nawigacji statku. Będzie potrzebował pełnego wsparcia ze strony obu mózgów, jeśli 

chciał   ujść   z   życiem   z   tej   transformacyjnej   pętli.   Zbadał   funkcjonowanie   szpikulca.   Zakręcił 

kciukiem kółko i spojrzał na Darnella i Fassę. Któremu z nich odważy się zaufać? Z wyboru - 

żadnemu. Wobec tego, które bało się  

 

go bardziej? Fassa wykazywała żałosne oznaki słabości, 

zadając   mu   pytania   wtedy,   kiedy   powinna   słuchać.   Darnell   był   nadal   zielony   na   twarzy,   ale 

wydawał   się   mieć   już   za   sobą   wymioty.   Polyon   rzucił   mu   szpikulec,   który   podryfował   przez 

normalną   przestrzeń;   Darnell   zdążył   go   złapać,   zanim   rozszczep   skurczył   go   do   wyglądu 

połyskującej linii z tworzywa sztucznego.

- Jeżeli któreś z nich się poruszy - powiedział uprzejmie Polyon - przekłuj je. Ustawiłem go 

na... powolne zabijanie.

W rzeczywistości zostawił go w takim stanie, w jakim był: nastawionego na paraliżującą, 

ale nie śmiertelną dawkę paravenonu; nie chciał, aby zakładnicy czuli się zbyt pewnie. Zdjął górną 

część kombinezonu, zawiesił ją porządnie na obrotowym fotelu, na którym poprzednio siedziała 

Micaya,   i   usiadł   w   fotelu   Foristera   przed   konsoletą   kontrolną.   Transformacja   wyolbrzymiła 

delikatne ruchy jego nadgarstków w wielki baloniasty gest, przemieniła jego rękawy w chmurę 

białego materiału, która odpłynęła i pomniejszyła pozostałe osoby, przebywające w kabinie.

- Co ty wyprawiasz?! - krzyknął Forister. 

Jego  głos  zapiszczał   poprzez  czwartą  transformację  przestrzeni  i   przeszedł   w łoskot   na 

ostatnim słowie.

Polyon uśmiechnął się. Jego włosy i zęby, połyskujące na biały i żółty kolor, odbijały się od 

zwierciadlanej powierzchni panelu.

-   Zamierzam   wydostać   nas   z   Osobliwości   -   odrzekł   łagodnie.   -   Nie   sądzisz,   że   już 

najwyższy czas, aby ktoś to zrobił?

Jego   odbicie   zwężyło   się,   spłaszczyło   mu   twarz,   że   wyglądała   jak   robak,   zamazało 

background image

jasnozłote włosy i zmieniło zęby w zielone, psujące się filary. Panel kontrolny skurczył się pod jego 

rękami,  a  później   obrzmiał  i  kołysał  się  jak  morze  w czasie  sztormu.  Kiedy pojawiła  się  fala 

normalnej   przestrzeni,   Polyon   prawą   ręką   wystukiwał   sekwencje   komend,   a   lewą   wywoływał 

matematyczne kooprocesory Nancii, wyrzucając słowne rozkazy, które miały postawić cały statek 

na nogi i czynić go posłusznym jego woli oraz gotowym do wypłynięcia przez podprzestrzenie poza 

Osobliwość.

Nancia była jak pływająca po wodzie skorupa, nie posiadająca sterów i nabierająca wody. 

Połowa silników słuchała jego komend, a druga połowa kasowała je. Matematyczne kooprocesory 

ustawiły się w rzędzie, a później znikały, zanim zdążył wprowadzić konieczne obliczenia, wydając 

szwargot i wymykając się za pomocą skłębionych, nic nie znaczących symboli. Minął moment 

przebywania w normalnej przestrzeni i Polyon zgrzytnął zębami ze złością. W drugiej transformacji 

czuł,   jakby   jego   zęby   stały   się   miękkimi,   psującymi   się   w   ustach   warzywami,   a   w   trzeciej 

przemieniły się w igły,  które wysysały krew; ale do czasu kiedy wróciła normalna przestrzeń, 

nauczył się nie dawać upustu emocjom.

Dokonał   jeszcze   dwóch   prób   przejęcia   kontroli   nad   statkiem,   przeczekał   trzy   całe 

transformacyjne pętle i w końcu odepchnął fotel pilota od panelu kontrolnego.

- Twój statek mózgowy mnie zwalcza - odezwał się przy następnym przypływie normalnej 

przestrzeni.

- Chwała jej za to! - Forister nieznacznie uniósł głos. - Nancia, dziewczyno! Czy słyszysz 

mnie?! Tak trzymaj!

- Nie bądź głupcem - powiedział zmęczonym głosem Polyon. - Gdyby twój statek mózgowy 

był przytomny i działał spójnie, sam wyprowadziłby nas z Osobliwości.

Użył pozostałych sekund w normalnej przestrzeni, aby wystukać jeszcze jedną komendę. W 

pomieszczeniu zabrzmiały śpiewne tony wejściowego kodu Nancii. Twarz Foristera poszarzała. 

Później przemieniające się przestrzenie zawirowały wokół nich, monstrualnie przeistaczając kabinę 

i wszystko, co w niej było, a Polyon nie potrafił powiedzieć, który ze zniekształconych obrazów 

przed nim ukazywał wejście do tytanowej kolumny Nancii.

W   następnym   przejściu   przez   normalną   przestrzeń   zobaczył,   że   kolumna   była   nadal 

zamknięta.   Transformacja   musiała   zniekształcić   ostanie   dźwięki   w   otwierającej   sekwencji. 

Wystukał komendę ponownie; znów zadźwięczały muzyczne tony pozbawione akompaniujących 

im sylab i znów nic się nie wydarzyło.

- Lepiej podaj mi resztę kodu - powiedział do Foristera w następnym dogodnym momencie.

Forister uśmiechnął się; coś w jego wyrazie twarzy przypominało Polynowi jego własny, 

ironiczny uśmiech.

- Dlaczego sądzisz, że ja go znam, chłopcze? Te dwie części są trzymane osobno. Nie 

background image

wiedziałem nawet, jak dostać się do tej fonicznej sekwencji w bankach pamięci Nancii. Sylaby 

prawdopodobnie w ogóle nie są zakodowane u niej i znajdują się w danych Centrali.

- Mięśniowcy powinni znać słowną część kodu - rzucił zdenerwowany Polyon.

-   Poprosiłem,   aby   go   zmieniono   tuż   przed   tą   wyprawą   -   stwierdził   Forister.   -   Dla 

bezpieczeństwa. Z tyloma więźniami na pokładzie obawiałem się próby przejęcia statku - i wydaje 

się, że miałem słuszne powody.

-   Mam   nadzieję,   że   kłamiesz   -   warknął   Polyon.   Zamknął   usta   i   przeczekał   pętlę 

transformacyjną, która zagmatwała jego argumenty.

-   Jeśli   jednak   Centrala   jest   jedynym   źródłem   dysponującym   pozostałą   częścią   kodu,   to 

wszyscy jesteśmy już martwi; nie zdołam wywołać sieci i dostać się do banków danych Służby 

Kurierskiej, będąc w Osobliwości - i nie mogę wydostać nas z Osobliwości bez neutralizacji mózgu 

Nancii.

- Masz na myśli: bez zabijania Nancii - rzekł Forister głosem pozbawionym uczucia.

Zamrugał oczami na widok konsolety w kabinie. Polyon spojrzał w tę stronę i poczuł przez 

moment   strach.  Tuż   nad   panelem   kontrolnym   stała   delikatna   statuetka,   przedstawiająca   młodą 

kobietę z uśmiechem triumfu i pękiem kręconych, rudych włosów.

Polyon słyszał już o mięśniowcach, którzy mieli niezwykle rozwiniętą więź emocjonalną ze 

swoimi statkami; aż do tego stopnia, że posiadali statuetki wykonane na podstawie genotypu statku 

i ukazujące, jak rozwinęłoby się to wątłe ciało bez swoich fatalnych defektów. Nie odgadł, że 

Forister był właśnie takim sentymentalnym typem i że miał czas aż tak przywiązać się do Nancii. 

Ten idiota już raczej wolałby sam umrzeć, niż uśmiercić swój statek mózgowy.

- Nie ma potrzeby nadawać naszym problemom emocjonalnego tła - powiedział Polyon. Jak 

może wybić Foristerowi z głowy ten nadmierny emocjonalizm? - Jeśli ja kontroluję część statku, a 

Nancia drugą, to żadne z nas nie jest w stanie wydostać się z Osobliwości.

Niech licho weźmie tę transformacyjną pętlę. Forister dostosował się już teraz do jej rytmu; 

chwila, w której musieli przeczekać trzy kolejne rozszczepy i kompozycje podprzestrzeni wokół 

nich, przydała mu się na przemyślenia.

-   Mam   lepszą   propozycję   -   odrzekł   mięśniowiec.   -   Mówisz,   że   potrafisz   nas   stąd 

wyprowadzić; poza tym wszyscy wiemy, że Nancia też. Przywróć jej pełną kontrolę i...

- I co? Wycofacie zarzuty i pozwolicie mi wrócić i prowadzić więzienną fabrykę? Znam 

lepszy sposób na zrobienie kariery.

- Nie zamierzałem składać ci takiej propozycji - powiedział łagodnie Forister.

Rytm   zapadających   się   i   scalających   podprzestrzeni   stawał   się   naturalny   dla   nich 

wszystkich; przymusowe pauzy w rozmowie nie martwiły już Polyona.

- Myślałem o czymś podobnym do twojej propozycji - kontynuował Forister przy następnej 

background image

sposobności. - Uwolnij wzmocnione hiperchipami systemy komputerowe Nancii i ona wydostanie 

nas z Osobliwości - a ty będziesz żył.

- Jak ci się to udało zgadnąć? 

Forister wyglądał na zdziwionego.

-   Logiczna   dedukcja.   To   ty  zaprojektowałeś   hiperchipy   i   wmontowałeś   w   nie   jakiegoś 

wirusa, który dokonał czegoś dziwnego z systemem komputerowym Nancii. Raporty uszkodzeń, 

które odczytałem, zanim wszedłeś, dokładnie wskazują na obszary, gdzie zainstalowano hiperchipy 

- sensory na dolnym pokładzie i system nawigacyjny; poza tym wypróbowałeś słowne komendy na 

wzmocnionych   hiperchipami   protezach   Micayi.   Zatem   jasne   jest,   że   twój   projekt   hiperchipów 

posiada jakiś klucz, dzięki któremu możesz osobiście kontrolować każdą instalację zawierającą 

twoje chipy.

- Sprytnie - przyznał  Polyon.  - Jednak nie wystarczająco  sprytnie, aby wydostać  nas z 

Osobliwości. Zapewniam cię, że nie zamierzam przywracać pełnych możliwości komputerowych 

statkowi, który na pewno do tej pory zwariował.

- Dlaczego tak sądzisz? 

Polyon uniósł brwi.

- Wszyscy wiemy, co dla ludzi z kapsuł oznacza utrata czucia, Forister. Czy muszę wdawać 

się w szczegóły?

-   Kilka   minut   przebywania   w   ciemności   nie   pogrąży   mojej   Nancii   -   odparł   Forister 

zrównoważonym głosem. 

Polyon obnażył zęby.

- Tych minut było już o wiele więcej. Pierwszą rzeczą, którą atakuje mój hiperchipowy 

wirus, jest każdy rodzaj inteligencji podłączony do komputera, w którym on się znajduje. Bariera 

sensoryczna   zmusiłaby   każdą   ludzką   istotę   do   natychmiastowego   zerwania   tego   połączenia. 

Obawiam się, że “twoja" Nancia, nie mogąc w ten sposób uwolnić się od wirusa, pewnie do tej pory 

zwariowała. Sądzę więc, że jeśli chcesz żyć, to podasz mi teraz resztę kodu wejściowego.

- Myślę, że nie - odrzekł spokojnie Forister. - Popełniłeś fatalny błąd w swoich obliczeniach.

Pętla transformacyjna zamroziła wszelkie rozmowy na czas trwania przejścia przez kurczące 

się i wykrzywiające przestrzenie. Polyon zignorował wizualne tricki transformacji przestrzeni i 

myślał   pełen   wściekłości.   Kiedy   powróciła   normalna   przestrzeń,   sięgnął   ze   swego   fotela   po 

statuetkę przedstawiającą Nancię jako młodą kobietę. Uważnie obserwując twarz Foristera, upuścił 

figurkę na pokład i zmiażdżył ją obcasem na kawałki.

-   Oto,   co   zostało   z   “twojej"   Nancii,   stary   człowieku   -   powiedział.   -   Czy   zamierzasz 

pozwolić, aby twoja miłość do kobiety, która nigdy nie istniała, zabiła nas wszystkich?

Twarz   Foristera   była   przepełniona   bólem,   ale   przemówił   jak   zawsze   zrównoważonym 

background image

głosem:

- Moje uczucia do Nancii nie mają nic wspólnego z tą sprawą. Natomiast ty popełniasz 

podstawowy błąd, sądząc, że prędzej wypuszczę cię z tą twoją władzą nad całym światem, niż będę 

chciał umrzeć tutaj, w Osobliwości.

Mówił   powoli   i   potrwało   chwilę,   zanim   znaczenie   słów   dotarło   do   Polyona.   W   tym 

momencie   jednak   pętla   transformacyjna   zawładnęła   pomieszczeniem   i   zamaskowała   wszystkie 

ruchy.   Kiedy   znów   przechodzili   przez   normalną   przestrzeń,   Fassa   del   Parma   stała   pomiędzy 

Foristerea   i   Darnellem,   tak   jakby   sądziła,   że   może   osłonić   mięśniowca   przed   bezpośrednim 

rozpylającym działaniem szpikulca.

- On ma rację - powiedziała. - Przedtem nie miałam czasu, aby o tym pomyśleć. Jesteś 

potworem. 

Polyon zaśmiał się, ale bez humoru.

-   Kochana   Fasso,   dla   takich   prawych   dusz,   jak   Forister   czy  generał   Questar-Benn,   my 

wszyscy jesteśmy potworami. Powinienem był pamiętać, jak się do nich wcześniej przyczepiłaś, 

pomagając im schwytać mnie. Czy sądziłaś, że to cię uratuje? Wykorzystają cię i porzucą tak, jak 

zrobił to twój ojciec.

Fassa zbladła i skamieniała.

- Nie wszyscy mamy takie wąskie pojęcie o świecie - odezwał się Forister. - Ale, Fassa, nie 

możesz...

Darnella swędziły palce. Polyon skinął głową. Powoli, zbyt wolno, Darnell uniósł szpikulec. 

Dało   to   Foristerowi   ułamek   sekundy,   aby   schwycić   Fassę   za   ramiona   i   odwrócić   ją   od 

niebezpieczeństwa.   Kiedy   Forister   się   poruszył,   kabina   wydawała   się   przechylać,   a   światła 

przygasły. Przyciąganie spadło do połowy normy, a później znikło - i gdy Fassa obróciła się w 

powietrzu, reakcja na to odepchnięcia odrzuciła Foristera w przeciwnym kierunku. Zawartość igieł 

w szpikulcu rozpyliła się wszerz, ale jedna ich linia ze skrajnej części łuku wbiła się w rękaw 

Foristera i zakrwawiła nadgarstek. Krew odpłynęła na środek kabiny jaskrawymi kropelkami, a 

pętla transformacyjna zamieniała je w krwawe morza. Polyon obserwował bańkę krwi wielkości 

stawu,   która   nieodwołalnie   dryfowała   w   jego   kierunku,   zatrzymała   się   przy   nim   i   przywarła, 

kurcząc się do czerwonej plamy wielkości guzika, do jego koszuli.

Fassa podpłynęła z powrotem, aby podtrzymać wiotczejące ciało Foristera, i krzyknęła:

- Dlaczego to zrobiłeś?! Chciałam cię uratować!

- Chciałaś, aby on mnie zabił - odetchnął ciężko Forister. Paravenon prowadził walkę z jego 

oddechem.-   Beze   mnie   nie   ma   sposobu,   by  dostać   się   do   kodu   Nancii.  Wszyscy   jesteśmy   w 

pułapce. To i tak lepsze niż wypuszczenie go. Przebaczcie mi.

- Śmierć lepsza od utraty honoru - Polyon zaakcentował cynicznie swe słowa, pozwalając tej 

background image

pasującej   do   siebie   parze   usłyszeć,   co   on   sądzi   o   takich   bohaterskich   sloganach.   -  A  śmierć 

przyjdzie tu niedługo. Zobaczcie, jak zawodzą systemy statku. Jak sądzicie, co wysiądzie następne? 

Tlen? Ciśnienie w kabinie?

W   przypadku   braku   bezpośrednich   rozkazów   przyciąganie   oraz   oświetlenie   na   statku 

powinno być kontrolowane przez automatyczne funkcje nerwowe Nancii. Forister jęknął, kiedy 

dotarł do niego sens tej ostatniej porażki.

- Ona i tak umiera. Z twoją pomocą czy bez niej - Polyon wyraził ten fakt dobitnie. - A ty  

jeszcze żyjesz. Okłamałem cię. Szpikulec został ustawiony na dawkę paraliżującą. Teraz daj nam 

kod wejściowy, zanim Nancia przestanie oddychać i pogrzebie nas wszystkich.

Forister pokręcił głową wolnymi, bolesnymi ruchami.

- Fassa, kochanie, chodź tutaj! - rozkazał Polyon.

- Nie, zostanę z nim.

- Chyba nie mówisz tego poważnie - powiedział uprzejmie Polyon. - Wiesz, że za bardzo się 

mnie obawiasz. Pamiętasz te rozpadające się budynki, które postawiłaś na Shemali? Zastąpiłaś je 

nowymi za darmo. Pamiętasz? I nie musiałem nawet uciekać się do żadnej z tych interesujących 

rzeczy,   o   których   rozmawialiśmy.   Jeśli   jednak   zagroziłem   obdarciem   cię   żywcem   ze   skóry  za 

zdradę w fabryce, to tylko pomyśl przez chwilę, co ci zrobię teraz za nieposłuszeństwo wobec mnie.

Pętla transformacyjna okazała się pomocna. Przerwy, które wywołała, dały Fassie czas na 

przemyślenie swojej odważnej postawy.

- Idź, Fasso - ponaglał ją Forister, kiedy znów można było normalnie mówić. - Nie możesz 

mi teraz pomóc, a ja nic chcę, aby stała ci się krzywda z mojego powodu.

-   Dziękuję   za   informację   -   rzekł   Polyon   z   dworskim   ukłonem.   -   Może   spróbuję   tego 

następnym razem? Myślę jednak, że zaczniemy od starszego i cenniejszego przyjaciela... Darnell, 

przyprowadź tu to dziwadło - nie, sam to zrobię. Ty wyceluj szpikulec w Fassę na wypadek, gdyby 

miała niemądre pomysły.

Przytrzymując   się   fotela   pilota,   Polyon   odwrócił   się   i   wymierzył   kopniaka   w   Micayę 

Questar-Benn. Spadek grawitacji na statku uwolnił ją od ciężaru protez, które przytrzymywały ją na 

dole, ale ramię i noga zwisały luźno bez jej kontroli. Była tyle warta, co kaleka - przedstawiała 

odrażający widok.

-   Chciałbym,   aby  Forister   dobrze   się   temu   przyjrzał   -     powiedział   grzecznie   Polyon.   - 

Zamknij protezy! - to do komputera; sygnał do hiperchipów spowodował złączenia się sztucznego 

ramienia i nogi Micayi.

- Dotknij Mic tylko palcem - groził Forister, z trudnością zwalczając wpływ paravenonu.

-  Nie będę musiał - rzekł Polyon ze wspaniałym uśmiechem. - Mogę zrobić to wszystko 

stąd.

background image

Seria   szybkich   komend   słownych   i   wystukanych   kodów   spowodowała,   że   ta   część 

komputera   statku,   która   poddawała   się   kontroli   Polyona,   przetransmitowała   nowe,   druzgocące 

instrukcje do hiperchipów odpowiedzialnych za wewnętrzne implanty organiczne Micayi. Efekty 

zmian   dały  się  zaobserwować  po  przejściu  pętli  transformacyjnej.  Kiedy  wrócili   do  normalnej 

przestrzeni, twarz Micayi była bezbarwna, a kropelki potu zraszały jej czoło.

- Zaskakujące, jak bolesnych może być kilka drobnych, organicznych zmian - skomentował 

wesoło Polyon. - Na przykład takie drobiazgi, jak krążenie krwi - jest tam twoja ręka, Micaya,  

kochanie? Troszkę boli?

- Podejdź bliżej - zaprosiła go Micaya. - I sprawdź sam.

Teraz jednak Polyon zwrócił uwagę na drugą rękę; wszyscy widzieli, jak zmieniła kolor. 

Paznokcie zrobiły się prawie i czarne, a skóra nieco purpurowa i obrzmiała.

- Jeśli potrzymamy to tak przez tydzień - powiedział Polyon - to będziemy mieli wspaniały 

przypadek gangreny. Oczywiście nie starczy nam czasu. Zdołałbym zgromadzić więcej krwi w ręce 

i spowodować popękanie żył, ile to mogłoby zabić ją za szybko. Zatem zostawię to tak, jak jest, a 

ty, Forister, przemyślisz to sobie. A może też zaczniemy pracować nad stopą? Na szczęście serce 

jest jednym z cyborgowych implantów, więc nie musimy obawiać się zawału; będzie pracowało... 

tak długo, jak ja sobie będę życzył. Chcesz usłyszeć, jak dobrze teraz pracuje?

Słowny   rozkaz   wzmocnił   uderzenia   sztucznego   serca   Micayi,   bijącego   z   trudnością,   i 

słychać było przyspieszony puls. Desperackie, nierówne, podwójne echo bicia serca rozlegało się w 

kabinie,   ulegało   przetworzeniu,   dudniło   i   rozchodziło   się   przenikliwie   przez   kompletną   pętlę 

transformacyjną, ale nikt się nie poruszył i nie powiedział ani słowa.

Nancia przyjmowała ciszę i ciemność jako przyjemne ukojenie od przeszywającego bólu 

informacji   napływających   z   jej   zdziczałych   sensorów.   Czy   tak   właśnie   delikatnicy   odczuwają 

Osobliwość? Ale to było coś więcej. W momentach pomieszania, cały czas była świadoma istnienia 

czegoś gorszego niż przestawienie kolorów i deformacje przestrzeni w Osobliwości; była świadoma 

złośliwości innego mózgu, nieodwołalnie złączonego z jej własnym, uderzającego w nią z umyślnie 

złą wolą.

On chce doprowadzić mnie do szaleństwa. Jeśli przywrócę funkcje moich sensorów, zrobi to. 

Jeśli jednak będę dryfować w tej ciemności, ona również tego dokona. Ta słaba, desperacka myśl 

wyłoniła   jej   się   gdzieś   z   obrzeży   pamięci.   Kiedy   i   w   jakich   okolicznościach   czuła   się   taka 

całkowicie opuszczona? Nancia bezmyślnie próbowała przeszukać banki pamięci, ale zaprzestała 

tego, nim połączenie było ukończone. Jeśli sensory zostały użyte jako broń przeciwko niej, to czy i 

pamięć  nie   mogła   podlegać   infiltracji?   Niech  no  tylko   spróbuje  się  dostać   do  komputerowych 

banków pamięci, a może okazać się, że jest podporządkowana temu drugiemu umysłowi i wierzy w 

background image

to, w co on chce, żeby wierzyła.

Czy to jest inny umysł? Czy to jest część mnie samej? Może ja już zwariowałam, a to jest  

pierwszy   symptom?  Błyskające,   nie   skoordynowane   światła   i   zniekształcone   dźwięki,   mdlące 

uczucie wirowania, przekonanie, że jest zaatakowana przez inny umysł - to nie mogły być przecież 

symptomy   jednej   z   chorób   na   Starej   Ziemi,   która   zniszczyła   tak   wiele   ludzi,   zanim   terapia 

elektrostymulacyjna i narkotyczna nie przywróciła równowagi ich udręczonym umysłom. Nancia 

tęskniła za możliwością przejrzenia jednego z artykułów encyklopedycznych w swych bankach 

pamięci; jednak obecnie źródło to było  dla niej zakazane. Paranoidalna schizofrenia - to było to! 

Oderwanie umysłu od rzeczywistości.

Zobaczmy   teraz,   argumentowała.  Jeśli   zwariowałam,   to   bezpiecznie   można   sprawdzić  

symptomy i zdecydować, czy tak jest. Tyle że prawdopodobnie nie zaakceptuję dowodów na to. Jeśli  

nie zwariowałam, to i tak nie odważę się sprawdzić pamięci, aby to udowodnić. Zatem lepiej będzie  

zaakceptować wstępną hipotezę, ze jestem zdrowa na umyśle i od tego  zacząć.  Akcent humoru 

zawarty w tym sylogizmie przywrócił jej emocjonalną równowagę. Tylko jak długo pozostanę przy 

zdrowych zmysłach w tych okolicznościach...

Lepiej o tym nie myśleć. Lepiej będzie też nie pamiętać pierwszego partnera Caleba, który 

popadł w nieodwracalną śpiączkę, aby nie musieć przeciwstawiać się otaczającej go pustce, kiedy 

uległy uszkodzeniu jego synaptyczne połączenia między kapsułą, a zewnętrznym  światem. Dla 

zachowania   zdrowia   psychicznego,   jak   również   przetrwania,   Nancia   zdecydowała,   że   przyjmie 

hipotezę, iż coś takiego właśnie jej się przydarzyło - i skoncentruje się na rozwiązaniu zagadki, kto 

to zrobił i jak go powstrzymać.

Naturalnym   krokiem   byłoby   włączenie   choćby   jednego   sensora,   aby   zbadać   uderzenie 

energii, które prawie zniszczyło jej system nerwowy...

Nie mogę! Skurczyła się w dziecięcym uczuciu paniki. Nie możesz mnie zmusić. Nie zrobię 

tego, nie zrobię! Zostanę tutaj bezpieczna na zawsze.

Nie   ma   takiej   konieczności,   powiedziała   Nancia   do   siebie   zdecydowanie.   Chciała 

wykrzyczeć to głośno, aby upewnić się co do brzmienia własnego głosu; jednak była niema, głucha, 

ślepa i pozbawiona czucia. Dryfowała w absolutnej czerni. Musiała jakoś przezwyciężyć tę panikę 

w sobie.

Czasami pomagała jej poezja. Ten dramaturg ze Starej Ziemi, którego tak często cytowali 

Sev i Fassa; miała mnóstwo jego tekstów przechowanych w bankach pamięci. “W noc taką jak ta..." 

Nancia   bezmyślnie   sięgnęła  do  pamięci,   ale   powstrzymała   ten  impuls  na  czas.   Nie  znała   tego 

utworu.   To   coś   zupełnie   innego.   Spróbuje   więc   gdzie   indziej.   “Mogłabym   być   zamknięta   w 

skorupce orzecha i uważać się za króla nieskończonej przestrzeni, gdyby tylko nie moje złe sny..." 

To nie jest dobry wybór w tych okolicznościach. A może... Czy ona znała coś jeszcze? Kim była 

background image

bez swoich banków pamięci, swoich sensorów i pełnej mocy rakietowych silników? Czy ona w 

ogóle istniała?

To jest prosta droga do szaleństwa. Oczywiście, że istniała. Celowo Nancia pogrążyła się we 

własnych, prawdziwych wspomnieniach. Bieganie po korytarzach Szkoły-Laboratorium i granie w 

różne   gry   z   przyjaciółmi.   Zdobywanie   punktów   na   końcowych   egzaminach   z   matematyki,   z 

geometrii   Łobaczewskiego   i   topologii   dekompozycji.   Zabawa   ze   wszystkimi   cudownymi 

przestrzeniami, planetami i punktami, w których mogła się swobodnie poruszać. Ćwiczenia głosu z 

Serem   Vospatrianem,   szkolnym   nauczycielem   dramatu,  który   nauczył   ich   modulowania   głosu, 

produkowanego   przez   głośniki,   by   uzyskać   pełen   zakres   mowy   ludzkiej   z   jej   emocjonalnymi 

zabarwieniami. Tego pierwszego dnia wszyscy byli nieśmiali i nerwowi i nienawidzili nagranych 

playbacków z własnymi, cienkimi, sztucznymi głosikami. Vospatrian zmuszał ich do recytowania 

limeryków i nonsensownych wierszy, aż pokładali się ze śmiechu i zapominali o manierach. Och, 

tak! Ciągle jeszcze pamiętała te niemądre wiersze, którymi zawsze rozpoczynał sesję.

Nancia zaczęła recytować zupełnie bezmyślnie, bez przywoływania sztucznie zmąconych 

banków pamięci:

Miękkie brązowe włosy miała córka farmera, 

masło i jajka, i funt sera, 

i znalazłam wierszyk, chociaż nie wiem gdzie, 

który cały się składał z linijek takich, jak te...

Był raz kiedyś młody statek mózgowy z Vegi...

Fhairson poprzysiągł wojnę klanowi M’Tavish, 

napadł na ich ziemię, by mordować i grabić, 

ponieważ zdecydował się skończyć ze żmijami, 

z dwudziestoma czterema ludźmi i trzydziestoma pięcioma kobziarzami...

Nancia   przejrzała   repertuar   Sera   Vospatriana,   aż   cała   wewnętrznie   chichotała   -   i   tak 

dryfowała   w   tym   naturalnym   nastroju.   Później,   pływając   spokojnie   w   czerni,   przystąpiła   do 

testowania połączeń sensorycznych krok po kroku.

Kilkakrotnie w czasie procesu testowania odczuwała coś podobnego do poparzenia palców i 

oślepienia   oczu   światłem,   ale   nie   było   to   aż   takie   złe,   jak   się   obawiała.   Czujniki   na   dolnym 

pokładzie były całkowicie bezużyteczne, jak również komputer nawigacyjny i nowy kooprocesor 

matematyczno-graficzny, który jej niedawno zainstalowano.  Właściwie wszystko to, co zawierało  

background image

hiperchipy z Shemali... Po tej dedukcji Nancia wiedziała, kto ją atakował.

Włączyła górne sensory jeden po drugim, odbierając najpierw obraz stłoczonych, śpiących 

ciał w przejściu i w kabinach. Sev opadł na izometryczne przyrządy rozciągające w sali ćwiczeń, z 

rękami i stopami znajdującymi się wciąż w podpórkach; Alpha była przypięta pasami w swojej 

kabinie; Blaize pływał tuż ponad podłogą z anielskim wyrazem na twarzy i paskudnym siniakiem 

na brodzie.

Cisza. Ktoś musiał uwolnić gaz usypiający. Ale kto? Włączyła sensory kabiny kontrolnej 

powoli i z rozwagą. Sensory po stronie drzwi zamigotały i ukazały niekompletny obraz. Hiperchipy 

Polyona muszą w jakiś sposób działać uszkadzająco na cały system komputerowy.

Nie mam zbyt wiele czasu...

Nancia zorientowała się, że dysponowała o wiele mniejszą ilością czasu niż sądziła, kiedy 

uzyskała obraz sytuacji   w pomieszczeniu kontrolnym. Generał Questar-Benn unieszkodliwiona 

(Oczywiście, hiperchipy w jej protezie!) i Darnell mierzący szpikulcem w bezbronnego Foristera, 

podczas kiedy Polyon siedział na fotelu pilota i wystukiwał komendy na klawiaturze komputera. 

Przynajmniej w tej sprawie mogła coś zrobić. Zaczęła oddawać ciosy, wysyłając własne komendy 

do komputera i uszkadzając sekcję po sekcji w konsolecie. Gmatwało to komendy Polyona w czasie 

ich wysyłania. Nagle Polyon wystukał sekwencję, której nie znała. Prześledziła ją do samych źródeł 

i ze zdziwieniem rozpoznała własny kod wejściowy. Muzyczne tony zabrzmiały w kabinie. Na 

szczęście towarzyszące im sylaby nie były przechowywane w tym samym miejscu...  Jednak one 

gdzieś muszą być. W jakiejś części pamięci nieosiągalnej dla moich świadomych sond. W innym  

przypadku moja kapsuła nie mogłaby ich rozpoznać i nie otworzyłaby się. Nancia była dumna, że 

się tego domyśliła, a później, czując chłód i nudności, zastanawiała się, jak dużo czasu zabierze 

Polyonowi   dojście   do  tego   samego.  A  jeśli   sylaby   nie   znajdowały   się   tam,  skąd   mogłabym   je  

świadomie   przywołać,   to   jak   zdołam   powstrzymać   Polyona?  Czuła   się   otumaniona   od 

powtarzających   się   pętli   przez   cztery   rozpadające   się   podprzestrzenie,   ale   nie   było   żadnej 

bezpiecznej   drogi   wyjścia   z   nich,   dopóki   nie   przywróci   swoich   pełnych   możliwości 

komputerowych   i   nawigacyjnych.  Najpierw   naprawmy   uszkodzenie...   Nancia   pracowała   z 

wściekłością, stale uszkadzając sekcje systemu komputerowego, które były porażone hiperchipami 

z Shemali, i odnajdując alternatywne drogi dostępu do procesorów, które pozostały nietknięte. W 

tym samym czasie wirusowy program, nie kontrolowany przez Polyona, wślizgnął się głębiej do jej 

systemu, zmieniając i mutując po drodze cały kod. Wymazywał też swoje własne ścieżki. Aby je 

prześledzić,   potrzebowałaby   nagłego   dopływu   dezorientującego   programu   lub   pokręconej 

matematyki, w której siedział. Musiała odnaleźć i zneutralizować ten kod, zanim uczyni cokolwiek 

innego.

W głębi swojego własnego systemu Nancia konała, kiedy Darnell powalił Foristera.

background image

Nie słuchaj. Nie myśl o tym. Aby unieszkodliwić łajdackie kody Polyona, potrzebowała całej 

swojej   koncentracji.   O   wiele   większej   niż   przy   rozwiązywaniu   problemów   nawigacji   w 

podprzestrzeni. Nancia pamiętała relaksacyjne treningi Seva Bryleya i celowo, powoli uspokajała 

się, odwracając uwagę od sytuacji ekstremalnych i skupiając swoją świadomość na wewnętrznym 

strumieniu   światła,   gdzie   egzystowała   niezależnie   od   komputera,   kapsuły   i   statku.   W   jakiejś 

oddalonej części swojej świadomości odczuwała załamanie systemu grawitacyjnego, przygaśnięcie 

świateł oraz szok pasażerów, ale teraz nie mogła pozwolić sobie na dekoncentrację.

Automatyczne funkcje nagrywania, które uruchomiła, działały nadal, kiedy Polyon zaczął 

torturować Micayę. Nancia nie mogła przeciwstawić się jego komendom bez przełamania własnego 

transu;   nie   mogła   nawet   przywrócić   grawitacji   i   świateł,   aby   dodać   otuchy   Foristerowi. 

Zignorowanie bólu Micayi było najtrudniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek wykonała. Przez moment 

Micaya nie istnieje. Nic nie istnieje poza tym miejscem, tą chwilą i tym problemem. Tam był ten 

łajdacki kod. Unicestwiła go z pasją, uszkadzając jednocześnie głęboką pamięć.  To przypomina 

amputację:   nagły   ból,   a   później   dokuczliwe   ćmienie.   A   teraz   przywrócę   utracone   funkcje. 

Bezlitośnie   dokonała   cięć   na   nieograniczonych   możliwościach   programowania,   redukując   moc, 

która normalnie była wykorzystywana przez jej automatyczne funkcje. Światła w kabinie kontrolnej 

przygasły jeszcze bardziej, a delikatnicy komentowali ostry zapach w powietrzu. Będą musieli 

jakoś   to   wytrzymać;   potrzebowała   tej   mocy,   aby   odtworzyć   swoje   upośledzone   programy 

nawigacyjne.   Straciła   trzy   z   czterech   głównych   kooprocesorów   matematycznych.   Procesor 

graficzny mógł przejąć funkcje jednego z nich. Nie było czasu, aby myśleć o pozostałych. Nancia 

wymazała zbędne programy i skopiowała inne na dysk, robiąc miejsce w resztkach pamięci na 

proces, który musiała przeprowadzić. Czy to wystarczy? Nie było czasu na testy ani na dodatkowe 

przemyślenia. Oddała cios tylko raz z całą mocą, jaką posiadała. Czuła, jak hiperchipy przeistaczają 

się w małe kawałki tworzywa sztucznego, jak sensory tracą moc, a procesory zamieniają się w 

martwy balast.

Niektóre zwierzęta odgryzają sobie swoje własne członki, żeby wydostać się z pułapki...

Nie  było  czasu na  żałobę.  Razem ze  “śmiercią"  hiperchipów  wewnątrz  systemu  Nancii 

ustały przekazy, które torturowały cyborgowe organy Micayi. Wzmocniony odgłos bicia jej serca 

ucichł pomiędzy jednym a drugim uderzeniem. Forister jęknął. On myśli, że umarłam. Za moment  

wyprowadzę go z błędu.  Nancia uruchomiła sztuczną grawitację z pełną mocą; Darnell runął na 

pokład  ze   swojej  ściennej  półki,   Fassa  upadła  na   kolana.  Polyon  zachwiał   się,  ale   pozostał   w 

pozycji stojącej. Nancia nadała komendy do kabli z obwodami zamkniętymi. Darnell, Polyon i 

Fassa   zostali   przygwożdżeni  przez   obwody   zamknięte   z   siateczkami   migających   świateł 

okalającymi ich nadgarstki, kostki i szyje. Na koniec Nancia zdołała zachować trochę energii, aby 

przywrócić światła w kabinie i odświeżyć powietrze.

background image

-   FN-935   melduje   się   na   rozkaz   -   powiedziała.   -   Przepraszam   za   wszystkie   chwilowe 

niewygody.

- Nancia! - Głos Foristera brzmiał prawie płaczliwie.

-   Generał   Questar-Benn,   czy   możesz   zająć   miejsce   pilota?   -   poprosiła   Nancia.   -   Będę 

potrzebowała twojej pomocy, aby wyprowadzić nas z Osobliwości.

- Uczynię, co w mojej mocy.

Oddech Micayi był ciągle urywany, oparła się ciężko o fotel za nią, ale na miejscu pilota 

usadowiła się bez pomocy. Protezy znów reagowały na jej własne impulsy mózgowe.

- Co mam robić?

- Sprawny jest tylko jeden matematyczny kooprocesor -  wyjaśniła Nancia. - Nie działają 

jednostki   nawigacyjne.   Za   chwilę   wydostaniemy   się   z   pętli   transformacyjnej   do   jakiejkolwiek 

podprzestrzeni, w której zdarzy nam się przebywać. Postaram się utrzymać stałą ścieżkę, ale mogę 

potrzebować twojej pomocy w nawigacji. Ponieważ procesor graficzny nie jest uszkodzony, będę 

wyświetlać obrazy zbliżających się podprzestrzeni. Oprzyj rękę na konsolecie i kieruj mną.

- Zrobię, co w mojej mocy - powtórzyła Micaya.

Nancia zauważyła, że położyła na konsolecie rękę-protezę; druga ręka ciągle miała brzydki, 

purpurowy kolor i poczerniałe obwódki na spuchniętych opuszkach palców. Nancia pamiętała, co 

Polyon powiedział o gangrenie. Muszę zabrać ją do lekarza... ale nie mogę tego zrobić, dopóki ktoś  

nie pomoże mi wyślizgnąć się z Osobliwości... I nie odważę się też czekać, aż paravenon wykończy  

Foristera...

Później Nancia nie miała już więcej czasu, aby martwić się Micaya czy kimkolwiek innym. 

Zajęła się falami transformacyjnymi, które rozbijały się o jej głowę, szarpały nią, przerzucając ją 

przez podprzestrzenie - oraz kolumnami cyfr, które wymykały się jej procesorom. Zagubiona i 

zdławiona wyczuwała pewną rękę prowadzącą ją w górę... poza... Skomasowała ostatnie cyfry w 

możliwą do prześledzenia serię równań i przedarła się przez chaos niezliczonych, nieskończonych 

podprzestrzeni do błogosławionej normalności PRAWDZIWEJ PRZESTRZENI.

Zanim zdążyła podziękować Micayi, skondensowana wiązka informacyjna uderzyła w jej 

osłabione centrum komputerowe.

- Tak szybko z powrotem, FN? Co się stało? Myślałem, że udajecie się do Centrali.

To był Simeon, zarządzający mózg z bazy na Vedze.

-   Mieliśmy   mały   problem   z   wirusem   -   odpowiedziała   Nancia.   -   Wróciliśmy...   w   celu 

naprawy.

Reszta historii mogła poczekać aż do momentu, kiedy uzyska absolutną prywatność. Nie 

było potrzeby alarmować galaktyki faktem, że nieznana liczba jej systemów komputerowych była 

zainfekowana hiperchipami z Shemali.

background image

- Czy wszystko jest teraz w porządku?

- Można tak powiedzieć - odrzekła sucho Nancia, podkręcając swoje pozostałe czujniki i 

dokonując przeglądu swojego wnętrza.

Połowa procesorów - wypalona, uśpione ciała w kwaterach pasażerskich, troje wściekłych 

jak diabli szczeniaków z wysokich rodów w obwodach zamkniętych, Forister wyginający się z 

powodu mrowienia po dawce paravenonu i okaleczona generał, która bezpiecznie ich wyprowadziła 

do prawdziwej przestrzeni.

- Tak - powiedziała Simeonowi. - Wszystko jest pod kontrolą.

background image

ROZDZIAŁ XVIII

Gdy   naprawiano   wszystkie   uszkodzenia,   Nancia   zaczynała   rozumieć,   jak   bardzo   Caleb 

musiał nienawidzić tego, że został uziemiony na Summerlands, podczas gdy ona kończyła z nowym 

mięśniowcem   rozpoczęte   przez   nich   zadanie.   Teraz   ona   również   była   “rekonwalescentką", 

wyłączoną czasowo z akcji. By obronić się przed zdradzieckimi efektami hiperchipów Polyona, w 

rzeczywistości okaleczyła się sama, czyniąc niezdatnymi do działania spore części swego własnego 

systemu; aby powstrzymać wszczepionego wirusa po wydostaniu się z Osobliwości, bezlitośnie 

usunęła całe sekcje banków pamięci i kodów operacyjnych.

- To cud, że wróciłaś w jednym kawałku - powiedział Simeon z bazy na Vedze. - Nie 

opuścisz bazy, dopóki nic przejdziesz gruntownego przeglądu i remontu. To nie są moje rozkazy, to 

przekaz od ŚC. Tak więc żadnych kłótni!

- Nie zamierzałam się kłócić - odrzekła Nancia z niezwykłą jak na nią potulnością.

Istotnie, po stresach przedłużonego pobytu w Osobliwości, po którym nastąpiła mozolna 

podróż powrotna na jednej trzeciej mocy, nie pragnęła niczego więcej, jak tylko zaparkować na 

orbicie wokół bazy na Vedze i oglądać gwiazdy.

Tak sobie  tłumaczyła.  Była  zmęczona  i  ranna;  nie  była   gotowa do  przetransportowania 

więźniów i świadków z powrotem do Centrali na proces. O wiele rozsądniejsze było nagranie 

własnych zeznań na dysku i odesłanie ich innym statkiem Służby Kurierskiej.

- Będzie mi ciebie brakować - stwierdził Forister. - Ale wkrótce wrócisz do akcji, Nancia. 

Ba, przy szybkości, z jaką pracuje Centrala, prawdopodobnie nastąpi to, zanim skończy się proces! 

A jeżeli nie - ważył w dłoni pulsujący ciężar megadysku - to jest tak samo dobre dla wszelkich 

celów prawniczych, jakbyś ty tam była. Zapewne przebrałaś wszystko, co zdarzyło się na pokładzie 

i   co   zaobserwowałaś   przez   guziki   kontaktowe?  To   będzie   najbardziej   kompletne   i   obciążające 

nagranie, o jakie moglibyśmy prosić.

- Może nie być tak kompletne, jak tego oczekujesz - odparła Nancia. - Jak wiesz, mam 

trochę luk w pamięci.

- Tak, wiem. Ale gdybyś była tam osobiście, to znaczy poprzez guzik kontaktowy, niczego 

by to nie zmieniło, prawda? Jeżeli coś zniknęło z twoich banków pamięci, to nie pojawi się podczas 

przesłuchania.

Nancia zgadzała się, że tak jest w istocie; gdyby uszkodzenia jej banków pamięci były 

jedyną   przyczyną   luk   w   nagraniach,   nie   byłoby   żadnego   powodu,   by   miała   poddać   się 

przesłuchaniu. Nie chciała jednak omawiać szczegółowo tego tematu. Pożegnała się z Foristerem, 

spróbowała stłumić ukłucie samotności, które poczuła przy starcie nowego statku, i powróciła do 

obserwacji gwiazd podprzestrzeni Vegi. Gwiazdy były spokojne - jasne i ciche, o niezmiennych 

background image

wzorach, tak jej znajomych jak... jak...

Nancia odkryła, że nie może już sobie “przypomnieć" nazw konstelacji z podprzestrzeni 

Vegi.   Nigdy  nie   spędziła   wystarczająco   dużo   czasu   w  tej   podprzestrzeni,   by  zakodować   sobie 

wygląd nieba w swej ludzkiej pamięci; mapy nawigacyjne, do których  miała zaufanie, zostały 

wymazane.   Tak   jak   tablice   progów   Osobliwości   i   algorytmy   rozszczepu,   jak   i   jej   nagrania 

muzyczne z Capelli...

- Wiesz, przykro mi, że śmiałam się z delikatników - powiedziała w zadumie Simeonowi, 

podczas   gdy   technicy   fruwali   wokół   niej,   usuwając   roztopione   kulki,   które   kiedyś   były 

hiperchipami, przywracając połączenia i wstawiając sensory, wbudowując nowe banki pamięci do 

załadowania wszelkimi informacjami, o które poprosi. - Nigdy nie dawałam sobie  sprawy, jak 

bardzo   są   upośledzeni.   Jak   niewielką   ilość   umiejętności   i   wiadomości   może   zmagazynować 

organiczny mózg.

- To nieładnie śmiać się z kalek. - Simeon zgodził się z powagą. - Wierzę, że była to dla 

ciebie nauczka, młoda FN. Czy chciałabyś, bym pomógł ci przygotować listę danych do twoich 

nowych pamięci?

- Tak, proszę - odrzekła Nancia. - A... - to pamiętała: frustrację przy słuchaniu medycznego 

żargonu pracowników na Summerlands, pracujących przy Calebie - ...a czy myślisz, że mogłabym 

pozwolić sobie na wykształcenie klasyczne? Łacińskie i greckie słownictwo oraz gramatykę?

- Moja propozycja to klasyczny dysk Loeba - powiedział Simeon. - Zawiera dwadzieścia 

sześć języków Starej Ziemi plus całą główną literaturę.

-  A...   -   nie   chciała   zbytnio   popaść   w   długi   -   ...zestaw   medyczny?   Farmakologiczny, 

internistyczny i chirurgiczny?

-   Powinien   być   standardowym   wyposażeniem   na   każdym   statku,   który  popada   w   takie 

kłopoty, jak ty - zgodził się Simeon.

- Tak, ale czy mogę sobie na to pozwolić? Straciłam trochę danych finansowych, nie wiem, 

jak wygląda mój kredyt w Służbie Kurierskiej...

Simeon był tak bliski śmiechu, jak nigdy dotąd.

- FN, wierz mi, premia za ostatnią pracę, plus zapłata za ryzykowne usługi, pokryje wszelkie 

twoje fanaberie i w znacznej mierze spłaci długi w Szkole-Laboratorium. Zrób jeszcze kilka takich 

rzeczy, a będziesz całkowicie spłaconą skorupką, czyli wolną kobietą, panią samej siebie. Prawdę 

mówiąc - dodał w zadumie - nie ma powodu, byś musiała płacić za klasyczny i medyczny dysk. Po 

prostu wsunę je jako część listy wymian, za którą płaci Centrala...

- Nie - zaoponowała stanowczo Nancia. - Tak się to zaczyna.

- Tak się co zaczyna?

- Wiesz. Darnell. Polyon. Wszystko.

background image

- Och, cóż, rozumiem, o co ci chodzi, ale to szara strefa...

- Nie dla rodziny Perez y de Gras - powiedziała Nancia. - Sama kupię dyski z dodatkowymi 

umiejętnościami, z mojej premii. Z liczb, które właśnie przetransmitowałeś, wynika, że będę miała 

więcej   niż   dosyć,   by  uczciwie   zapłacić   za   te   “fanaberie"   i   inne   wydatki,   które   mogę   ponieść 

podczas pobytu tutaj.

Ale było tak, zanim odkryła pozycję zdolną doszczętnie wyczerpać jej budżet.

Naprawy Nancii dobiegały końca, kiedy Caleb, teraz spacerujący bez laski i wyglądający 

nawet bardziej muskularnie niż przedtem, wylądował w bazie na Vedze i poprosił o pozwolenie 

wejścia na pokład. Nancia krzyknęła z zachwytu na widok opalonego na brąz, zdrowego, młodego 

mężczyzny, zstępującego z luku powietrznego.

- Mój Boże, Caleb, wyglądasz, jakbyś nigdy w życiu nie był chory nawet przez jeden dzień.

-   Nie   miałem   nic   do   roboty   w   Summerlands   -   odparł   Caleb.   -   To   grzech   tracić   czas; 

przeważnie pracowałem w pokojach terapii fizycznej, podczas gdy oni robili zamieszanie wokół 

końcowych testów i mojej gotowości do ponownego pełnienia obowiązków. Jaki jest nasz następny 

przydział?

- Nasz?

- Chyba nie myślałaś, że cię opuszczę? Popełniłaś kilka błędów w ocenie, gdy mnie nie 

było,   Nancia,   ale   nic   takiego,   czego   nie   można   by   naprawić.   Prawdę   mówiąc   -   dodał   Caleb, 

rozglądając się po błyszczącym wnętrzu, z którego usunięto już wszelkie ślady po barwach OG 

Shipping - wygląda na to, że naprawy już się kończą.

- Rzeczywiście, ale ja... jestem teraz partnerką Foristera - powiedziała Nancia.

Czuła się winna, mówiąc te słowa - może Caleb odczuł, iż go odrzuciła? Lecz była to prosta 

prawda. Jej sygnał wywoławczy brzmiał teraz FN-935, a nie CN.

- Czasowy przydział - Caleb przeszedł nad tym do porządku dziennego. - Ogłoszono, że 

jestem zdolny do działania. Forister może wrócić na wygodny odpoczynek. Nie ma potrzeby, by się 

wysilał przy zadaniach, do których się nie nadaje. Weź tę ostatnią klęskę. Nie ciebie trzeba za to 

winić, Nancia. Byłaś młoda i niedoświadczona, ale musisz zrozumieć, że wszystko to było źle 

przeprowadzone. Gdyby...

Podczas gdy Caleb dobrotliwie wyjaśniał błędy popełnione przez Foristera i tłumaczył, że 

on - wykorzystując swoje doświadczenie - mógłby to zrobić o wiele lepiej, Nancia próbowała 

zapanować nad nowymi, nieznanymi jej odczuciami.

“Simeon - przesłała ścisłe dane do naczelnego mózgu - czy coś działa wadliwie w moich 

naprawionych   obwodach?   Czujniki   wskazują   wzrost   temperatury   i   wysoką   konduktywność; 

odbieram też dziwne brzęczenie w niektórych obwodach słuchowych".

Odpowiedź dyrektora Vegi była opóźniona o kilka sekund.

background image

“Fascynujące - odezwał się, podczas gdy Caleb kontynuował swoją przemowę. - Twoje 

połączenia synaptyczne odbierają bezpośrednie sygnały uczuciowe. Co za niezwykłe sprzężenie - to 

nie   powinno   się   zdarzać.   Musiałaś   zrobić   coś   ze   swoimi   połączeniami,   kiedy  odpierałaś   ataki 

hiperchipów".   

“O czym ty mówisz? Czy to niebezpieczne? Napraw to!" - zażądała Nancia.

Simeon przetransmitował chichot obwodem audio, przerywając perorę Caleba w połowie 

zdania.

- Co to było? Czy Centrala próbuje się z nami skontaktować?

- Nie, to po prostu... wiadomość od jednego z techników - zaimprowizowała Nancia. - Co 

mówiłeś?

-   Cóż,   nie   pozwól,   by   się   to   powtórzyło   -   powiedział   Caleb   poirytowany.   -   Musimy 

uporządkować nasz przyszły związek; to na pewno jest ważniejsze niż ostatnie majstrowanie przy 

naprawach. Teraz słuchaj. Nie chcę, byś czuła się winna temu, co się zdarzyło.

- Dlaczego miałabym się tak czuć? - spytała Nancia zaskoczona. - Och, dlatego, że nie 

przekazałam   rozmów,   które   słyszałam   podczas   pierwszej   podróży   i   nie   powstrzymałam   tych 

młodych przestępców, zanim na dobre zaczęli? No cóż, czuję się winna. To był poważny błąd. 

Ale to Caleb zachęcił ją do jego popełnienia.

- Nie to miałem na myśli! - odrzekł Caleb. - Działałaś prawidłowo, utrzymując te rozmowy 

w tajemnicy. Chodzi mi o sposób, w jaki latałaś wokół systemu Nyota, udając, że jesteś kimś, kim 

nie   jesteś,   zachęcając   na  Angalii   do   łamania   praw   PPT,   uczestnicząc   we   wszelkiego   rodzaju 

rozbojach i zadając się z ludźmi o wątpliwej reputacji...

“Simeon, ja wiem, że się przegrzewam. Czy nie możesz wysłać technika, by naprawił moje 

obwody?"

“Nie ma nic do naprawiania, Nancia - za to Szkoła-Laboratorium będzie chciała zbadać, jak 

to osiągnęłaś. Krótko mówiąc, stworzyłaś pętlę sprzężenia zwrotnego umysłu i ciała między swoją 

korą a statkiem - taką, która przenosi impulsy emocjonalne, intelektualne i motoryczne".

“To znaczy..."

“Jesteś trochę bardziej miękka niż reszta z nas lub - jeżeli wolisz - trochę bardziej ludzka, 

Nancia. Jesteś rozeźlona, moja droga, i twoje połączenia pokazują to. Rumieniec, szum w uszach, 

szybszy oddech, zwiększone zużycie paliwa - tak, powiedziałbym, że jesteś w stanie hałaśliwego 

wzburzenia. Wyrosłaś z tego cnotliwego, małego brzdąca, Nancia. Kiedy zamierzasz go uciszyć i 

zrzucić z siebie?"

- ...ale źle tobą pokierowano, a ja też ponoszę za to trochę winy, bo pozwoliłem, byś mi 

wyperswadowała właściwszą ocenę pierwszego fałszywego kroku - Caleb skończył  zdanie, nie 

zorientowawszy  się  w  sekundowej   wymianie  zdań  między  Nancią  i  Simeonem.  - Teraz,  kiedy 

background image

widzisz, do czego takie rzeczy mogą doprowadzić, jestem pewien, że będziesz żałowała swoich 

błędów.   I   chcę,   żebyś   wiedziała,   iż   całkowicie   ci   wybaczam.   Nie   będziemy   już   nigdy   o   tym 

mówić...

- Masz zakichaną rację, nie będziemy! - przerwała Nancia. - Idź, znajdź sobie statek, który 

pasowałby do twoich morałów!

- Co masz na myśli?

By się uspokoić, Nancia w jedną chwilę przemieniła swoją kompletną mapę podprzestrzeni 

Vegi   na   miary   długości   Starej   Ziemi   i   odwrotnie.   Używała   wielorakich,   precyzyjnych   działań 

arytmetycznych i kodu poziomu powierzchniowego, Była bliska zranienia uczuć Caleba. A nie była 

wystarczająco zła, by to zrobić. Niedoświadczony, młody statek mózgowy, który tworzył załogę z 

Calebem przez pięć lat, mógł akceptować jego cnotliwe wykłady, tak jakby to on ustanawiał reguły 

Służby Kurierskiej. To nie była wina Caleba, ani też wina Nancii, że przerosła jego wąski, czarno-

biały pogląd na świat, Forister nauczył ją cenić odcienie szarości i dostrzegać je. I jeżeli teraz czuła 

się   bardziej   partnerką   tego   rezerwowego,   sardonicznego,   wiekowego   mięśniowca   niż   młodego 

mężczyzny,   który   dzielił   z   nią   pierwsze   przygody   -   cóż,   nie   było   powodu,   by   Caleb   musiał 

niepotrzebnie przez to cierpieć.

Jej przegrzane obwody zaczęły się ochładzać, a brzęczenie w uszach ustało.

- To by nic nie dało, Caleb - powiedziała w końcu. - Możesz mi wybaczyć, ale przeszłość 

zawsze będzie nas łączyła. Lepiej uczynisz, jeśli znajdziesz sobie inny statek mózgowy, taki, który 

nigdy nie zdradził twoich wielkich ideałów.  Najlepiej taki, który został mianowany nie dalej jak  

przed dziesięcioma minutami. Dla mnie samej - westchnęła Nancia - to smutne, ale mądre. Myślę, 

że bardziej odpowiednie będzie złożenie petycji do Centrali, by moje tymczasowe partnerstwo z 

Foristerem zmienić na stałe lub znaleźć innego mięśniowca, o ile Forister zdecyduje się przejść na 

emeryturę. Proszę, proszę, niech tego nie robi.

-  No  cóż   -   przynajmniej   impulsy  głosowe   Caleba   zostały  chwilowo   pokonane.   -  Jeżeli 

rzeczywiście uważasz...

- Tak - odrzekła Nancia. - I - dodała stanowczo - uiszczę karną opłatę za prośbę o zmianę 

mięśniowo, To nie w porządku, byś musiał ponosić z tego powodu jakiekolwiek koszty.

Mimo wszystko była trochę rozczarowana, że Caleb tak szybko przyjął jej propozycję...

* * *

Proces Piątki z Nyoty, jak w brukowych wiadomościach nazwano jej pierwszych pasażerów, 

nadal trwał, gdy Nancia wylądowała w Bazie Centralnej kilka tygodni później.

Samotna podróż powrotna, bez żadnego mięśniowca lub pasażerów, którzy by ją rozpraszali, 

dała Nancii mnóstwo czasu na rozmyślania... może za dużo. Nie miała sposobu, by dowiedzieć się, 

background image

jak   rozwija   się   proces   lub   jak   sąd   zareagował   na   złożone   zeznania;   w   odróżnieniu   od 

przedstawicieli wysokich rodów sprawozdawcy wiadomości nie mieli wstępu na salę sądową, a 

brukowce mogły jedynie spekulować. Nie wiedziała nawet, czy sąd życzyłby sobie przesłuchać ją 

po zeznaniu, które wysłała na dysku. Cóż, gdyby zechcieli, to jest teraz osiągalna. I nie będzie 

nowego przydziału, dopóki Forister nie zostanie zwolniony z zeznań i będzie mógł być ponownie 

jej mięśniowcem. O ile nadal tego chciał - po tym, jak usłyszał, co było w jej zeznaniach... a co nie.

Nancia nie miała za dużo czasu na przemyśliwanie takiej możliwości - ledwo wylądowała w 

bazie, zgłosił się gość.

- Perez y de Gras prosi o pozwolenie wejścia na pokład - naczelny mózg Bazy Centralnej 

ostrzegł ją zawczasu.

To  była   miła   niespodzianka!   Ostatnią   rzeczą,   jaką  Nancia   słyszała   od  Flixa,   był   pakiet 

informacji z Kailasa, składający się głównie ze zdjęć podniszczonej kawiarni, gdzie znalazł się pod 

kreską. Musiał się zwolnić - lub został wyrzucony... Nie zapytałaby go o to i tak. Nancia otworzyła 

zewnętrzny właz i nastawiła ekrany wyświetlacza wielkości ściany, by czymś Flixa zaskoczyć.

- Flix, jak cudownie, nie wiedziałam, że jesteś... - zaczęła radośnie, gdy otwierał się przesuw 

luku powietrznego.

Słowa zamarły w niewyraźnym syku jej głośnika zewnętrznego, kiedy dojrzała schludnego, 

siwego   mężczyznę,   stojącego   w   otwartym   luku   powietrznym,   badającego   wnętrze   chłodnymi, 

szarymi oczami. Nancia pospiesznie skasowała wyświetlane obrazy swojej nowej, wzmocnionej, 

superszczegółowej   gry   SPACED   OUT,   zamieniając   je   na   ciche,   poprawne   wizerunki   martwej 

natury starych mistrzów.

- O ile wiem - powiedział Javier Perez y de Gras - to go nie ma. Chociaż to wątpliwe; teraz, 

gdy   ponownie   zostałem   przydzielony   do   Centrali,   twój   braciszek   znajdzie   sobie   inną,   nędzną 

pozycję na tej planecie, skąd będzie mnie zamartwiał widokiem swych niepowodzeń.

- Och - Nancia do tej pory nie łączyła dyplomatycznych przydziałów jej ojca ze skokami 

Flixa od wpadki do wpadki.

Zrobiła pospieszny przegląd swoich odnowionych banków pamięci i znalazła zaskakującą 

ilość korespondencji, To było coś, o co musiała zapytać Flixa. Teraz nie czuła się na siłach, aby 

dyskutować o tym z tatusiem.

- Nie przypuszczam, byś przyszedł o tym ze mną rozmawiać? - zapytała ostrożnie. - To 

znaczy o karierze Flixa?

Ojciec prychnął.

- Nie uważam tego za karierę. Ty robisz karierę, moja droga Nancio, i według wszelkich 

danych całkiem dobrze ci się wiedzie, jak do tej pory - może kilka błędów w ocenie, ale nic, co 

dojrzałość i doświadczenie nie...

background image

Tym razem Nancia wiedziała, co spowodowało falę gorąca, która zalała obwody jej górnego 

pokładu, i czerwonki mgiełkę drżącą w czujnikach wizualnych. Przez moment nie odzywała się w 

obawie, że nie będzie w stanie panować nad swoim głosem; nie mogła patrzeć na tatusia, nie 

widząc Caleba i - jak cień wyobraźni - Faula del Parmy y Polo. Jeszcze jeden mężczyzna nie 

dostrzegający w niej nic innego jak narzędzie służące jego planom, przychodzący, by oceniać ją za 

to, jak dobrze lub źle dla niego pracowała. Czy wszyscy mężczyźni byli tacy?

- Tak dokładnie, to o jakich błędach w ocenie myślałeś? - zapytała po zapanowaniu nad 

swoimi obwodami. wokalnymi.

Nie dlatego, by nie popełniła mnóstwa błędów, które tatuś mógł dostrzec... Ale to, o co miał 

pretensje, było ostatnią rzeczą, o jaką martwiłaby się Nancia.

- Przynajmniej jakiś inny statek przypadkowo wykonał usługę przetransportowania ich z 

powrotem do Centrali - odezwał się. - Ale z tego, co słyszałem w czasie procesu, byłaś gotowa 

sama wykonać tę usługę. Nie powinnaś się poniżać w ten sposób, Nancia. Żaden Perez y de Gras 

nie powinien być używany jako statek więzienny do transportowania pospolitych przestępców.

-   Przypominam   ci,   tatusiu,   że   ci   “pospolici   przestępcy"   są   tymi   ludźmi,   których 

przetransportowałam do systemu Nyota w mojej dziewiczej podróży... i czy nie pociągnąłeś paru 

sznurków, by załatwić mi ten przydział?

Javier   Perez   y   de   Gras   usiadł   ciężko   na   jednym   z   wygodnych,   wyściełanych   krzeseł 

kabinowych.

- Zrobiłem to - powiedział. - Pomyślałem, że będzie ci miło mieć młode towarzystwo... 

młodych ludzi takiego jak ty pochodzenia... w pierwszej podróży. Łatwy przydział - tak myślałem.

- Ja też - odparła Nancia.

Trochę   smutku,   który  odczuwała,   wkradło   się   do  jej   głosu.   Cokolwiek   uczyniła   swoim 

pętlom   sprzężenia   zwrotnego,   wydawało   się   to   działać   w   obie   strony.   Nie   zdołała   już   dłużej 

zachować doskonale kontrolowanych, emocjonalnie nie odmienionych tonów wokalnych, z których 

była dumna przed katastrofą z hiperchipami.

- Ja też. Ale okazał się... raczej bardziej skomplikowany. I nie wiedziałam, co robić. Może 

rzeczywiście   popełniłam   kilka   “błędów   w   ocenie".   O   ile   pamiętasz,   nie   miałam   zbyt   dużo 

wskazówek. Jedynie nagrane na taśmie życzenia powodzenia od mężczyzny zbyt zajętego i zbyt 

ważnego, by przyjść na moje ukończenie szkoły.

- Przypominam sobie - rzekł ojciec. - Jeżeli chcesz, nazwij to moim błędem. Po ukończeniu 

Szkoły-Laboratorium i zdobyciu stopnia wydawało się, że tak dobrze sobie radzisz - a ja martwiłem 

się o Flixa. Nadal się martwię - westchnął. - Tak czy inaczej już zaczynałaś wspaniałą karierę, a 

pozostała dwójka moich dzieci miała mnóstwo kłopotów.

-   Chyba   nie   Jinevra!   -   wykrzyknęła   Nancia.   -   Zawsze   myślałam,   że   była   idealnym 

background image

przykładem kogoś, kim chciałeś, byśmy się stali.

- Chciałem, byście stali się sobą - odparował ojciec. - Oczywiście, nie zakomunikowałem ci 

tego.   Jinevra   to   papierowa   wycinanka   idealnego   administratora   PPT   i   nie   potrafię   już   z   nią 

rozmawiać. A jeżeli chodzi o Flixa... cóż, wiesz o nim. Wydawało mi się, że wymaga więcej uwagi 

niż ty. Mam kilka sugestii, może jakaś wyjściowa pozycja w którejś gałęzi Centrali, gdzie mógłby 

się   rozwijać   i   któregoś   dnia   dojść   do   czegoś...   oczywiście   musiałby   porzucić   wałęsanie   się   z 

syntezatorem komputerowym... - Javier Perez y de Gras westchnął. - Flix nigdy się nie zmienił. Nie 

wiem, może czuł się zaniedbany przez te wszystkie lata, kiedy wykorzystywałem każdą wolną 

chwilę, by odwiedzić cię w Szkole-Laboratorium. Nie miałem wtedy dla niego tak dużo czasu. 

Nawet w dniu, w którym się urodził, byłem w Szkole-Laboratorium, obserwując, jak dopasowują 

cię   do   pierwszej   ruchomej   kapsuły.   Wydaje   mi   się,   że   potrzebował   mnie   bardziej   niż   ty... 

pomyślałem, że nadszedł czas, by przywrócić równowagę.

Nancia w ciszy wchłonęła uderzenie tej przemowy. Po raz pierwszy, patrząc na zniszczoną 

twarz ojca, zaczęła; rozumieć, jak wiele czasu i wysiłku musiał naprawdę poświęcić swojej rodzinie 

przez te wszystkie lata. Od kiedy ich matka odeszła do nieba z powodu nałogu blissto - w zacisznej, 

dystyngowanej  klinice - on próbował być, zarówno ojcem, jak i matką dla trojga niesfornych, 

genialnych i nienasyconych szczeniaków. Inny człowiek mógłby szukać mocnego oparcia w swych 

dzieciach - dla komfortu uczuciowego; inny dyplomata-karierowicz mógłby wysłać swoje dzieci do 

ekskluzywnych   internatów i  zapomnieć  o  nich. Ale  tatuś nie  był  żadnym  złym  del  Parmą,  by 

używać, nadużywać i zapomnieć o swoich dzieciach. Zrobiłby dla nich wszystko, wykorzystując 

chwile   między  spotkaniami,  zmieniając   przydziały,   by  spędzić   dzień   lub   dwa   na   ich   planecie, 

żonglując sztywnym harmonogramem dyplomaty, by pomóc przy zakończeniach roku i szkolnych 

przedstawieniach.

- Może błąd w ocenie - powtórzył Javier Perez y de Gras, gdy cisza trwała zbyt długo. - Ale 

nigdy, proszę, uwierz mi, błąd w miłości. Jesteś moją córką. Chciałem dla ciebie jak najlepiej. - I 

podnosząc   się   ze   swojego   wyściełanego   krzesła,   położył   na   chwilę   jedną   rękę   na   tytanowej 

kolumnie, która otaczała i chroniła kapsułę Nancii.

- Proszę o pozwolenie wejścia na pokład. 

Tym razem nie było identyfikacji, ale Nancia rozpoznała głos Foristera, chociaż było coś 

nieznajomego   w   sposobie,   w   jaki   artykułował   słowa.   Uaktywniła   swoje   zewnętrzne   czujniki   i 

zobaczyła nie tylko Foristera, ale również generał Questar-Benn stojących na lądowisku.

- Proszę o pozwolenie wejścia na pokład - powtórzył Forister.

Wymawiał   słowa   bardzo   starannie.  A  Micaya   Questar-Benn   stała   w   bardzo   poprawnej 

postawie,   sztywna,   jakby  przyjmowała   paradę.  W  umyśle   Nancii   zaczęło   narastać   podejrzenie. 

background image

Otworzyła   właz   na   niższym   poziomie   i   czekała.   Chwilę   później   otworzył   się   właz   luku 

powietrznego i Micaya Questar-Benn wkroczyła do pokoju. Bardzo powoli i ostrożnie. Forister 

wszedł za nią. W jednej ręce trzymał otwartą butelkę.

- Jesteście pijani - stwierdziła Nancia surowo. 

Forister wyglądał na urażonego.

- Jeszcze nie. Nie mógłbym się spić, zanim nie podzieliłbym się z tobą tą wiadomością. Po 

prostu... jestem szczęśliwy, bardzo szczęśliwy - zaczął się rozwodzić. - Bardzo, bardzo, bardzo... na 

czym to ja stanąłem...

- Patrzyłeś na dno butelki musującego heorota, jak przypuszczam - powiedziała mu Nancia.

Forister wyglądał na jeszcze bardziej urażonego.

- Proszę! Czy myślisz, że wzniósłbym toast za najlepszy statek mózgowy w Centrali tą 

taniochą? To pasuje tylko do...

- Głodujących muzyków? - podsunęła Nancia. 

Pewnego dnia będzie musiała poważnie porozmawiać z tatusiem o Flixie; zaproponować 

mu, by przestał znajdować dla Flixa obiecujące początki kariery, a po prostu pozwolił temu chłopcu 

zostać muzykiem. Lecz ostatnia wizyta tatusia nie wydawała się najlepszą okazją do podjęcia tego 

tematu. Nie mogła również teraz nadawać do niego, bo Forister miał inne rzeczy w głowie.

- Powiem ci - wykwintnie zakomunikował Forister. - To oryginalne wino ze Starej Ziemi! 

Badacsonyi Keknyelu, ni mniej, ni więcej!

Nowy moduł językowy Nancii zawierał nie tylko łacinę i grekę, ale również odrobinę mniej 

znanych języków Starej Ziemi. Przerzuciła słownik węgierski.

- Badacsonyi Jeziora Błękitnych Języków? Jesteś pewien?

- Uwierz mu - wtrąciła Micaya Questar-Benn. Podobnie jak Forister, szczególnie uważała na 

spółgłoski. - Jest tak samo dobre, jak to czerwone; warte sumy, jaką za nie zapłacił. Forister, jak się 

nazywało to czerwone?

- Egri Bikaver.

- Bycza  krew z Egeru - przetłumaczyła Nancia. - No cóż. Wiecie, czasami nie mam nic 

przeciwko temu, że nie mogę dzielić przyjemności delikatników. A co świętujemy?

- Koniec procesu! Nie śledzisz wiadomości?

- Ostatnio nie. Nigdy za wiele się z nich nie dowiaduję - powiedziała Nancia wymijająco. 

gdyby były jakieś pytania na temat mojego zeznania, to nie chcę ich słyszeć.

- Ale teraz się dowiesz. - Forister wyprostował się i stanął na środku pokoju, lekko się 

chwiejąc. - Wyrok ogłoszono dziś rano. Alpha bint Hezra-Fong i Darnell Overton-Glaxely dostali 

po dwadzieścia pięć lat. Będą wykonywać prace społeczne na nowo skolonizowanej planecie - pod 

ścisłą kontrolą.

background image

- Alpha może się trochę przydać kolonistom - skomentowała Nancia. - Ale nie wiem, co 

zrobiła garstka biednych, niewinnych kolonistów, że ma być obarczona Darnellem.

- To farmerski świat - powiedział Forister pogodnie. - Trzeba się tam dużo nazginać. A co do 

reszty... - lekko otrzeźwiał. - Polyon wrócił na Shemali.

background image

- Co?

- Obsługuje linie przypalonych hiperchipów - wyjaśnił Forister. - Nowy kierownik 

opracował   bezpieczny   sposób   rozbrajania   wirusa   Polyona,   wbudowanego   w   projekt 

hiperchipu.   Tak   więc   mają   kontynuować   produkcję...   pod   trochę   bardziej   odpowiednim 

kierownictwem.   Obawiam   się,   że   dostawy   hiperchipów   zmniejszą   się   na   jakiś   czas   - 

prawdopodobnie nie będziesz mogła na razie wymienić tych, które spaliłaś, Nancia.

- Poradzę sobie - stwierdziła sucho Nancia. Rzeczywiście minie dużo czasu, zanim 

pozwoli zamontować jakikolwiek chip zaprojektowany przez Polyona de Gras-Waldheima na 

swoich tablicach macierzystych.

Forister   dotąd   nie   wspomniał   o   dwojgu   ludziach,   których   los   obchodził   Nancię 

najbardziej

- A Blaize? - chyba nie było bardzo źle, skoro Forister tak to celebrował.

-   Pięć   lat   służby  społecznej   -   odrzekł.   -   Mogło   być   gorzej.  Wyszukali   planetę   w 

podprzestrzeni Deneba, podobną do Angalii, tylko gorszą, a jedyna odczuwająca forma życia 

przypomina olbrzymie pająki. Nikt nigdy nie był w stanie skomunikować się z nimi. Blaize 

jęczał i stękał, ale podejrzewam, że nie może się doczekać, by zacząć uczyć te pająki języka 

migowego. Będziemy mogli wpaść tam po następnym przydziale i zobaczyć, jak mu idzie.

- Następnym przydziale?

- Oto nagrania danych. - Forister wsunął dysk w szczelinę czytnika Nancii.

Przejrzała   instrukcje,   podczas   gdy  on   i   Micaya   otworzyli   butelkę   wina.   Ich   troje 

zostało przydzielonych jako zespół na Thetę Szentmari... bardzo, bardzo daleko od Centrali, 

przez   trzy   oddzielne   progi   Osobliwości.   Jedno   przejście   Osobliwości   przeniosło   ich   w 

podprzestrzeń Deneba.

- A co zrobimy, kiedy się tam dostaniemy? - zapytała. Przyjmując, że nadal chcą mnie 

jako statek mózgowy... Sądzę, że tak. Ale dlaczego nikt nie powiedział mi słowa o Fassie?

- Opieczętowane rozkazy. - Forister wrzucił drugi dysk do czytnika; Nancia odkryła 

ku swojemu zmartwieniu, że nie może odkodować zawartych na nim informacji.

-   Sam   się   odkoduje,   kiedy   przejdziemy   przez   trzeci   próg   Osobliwości   -   wyjaśnił 

Forister.   -  To   oczywiste,   że   cokolwiek   się   dzieje,   to   w   Centrali   jest   zbyt   gorąco,   by  to 

rozwikłać... tak się obawiają przecieków. Dyskutowali nad możliwością utworzenia z nas 

trojga zespołu całkowicie dochodzeniowego do badania gorących skandalików w rodzaju: co 

jest źle na Thecie Szentmari.

- A co wy dwoje o tym myślicie? - zapytała ostrożnie Nancia. - Teraz, kiedy jest już po 

procesie. I... nie powiedzieliście mi o Fassie.

background image

- A tak, Fassa. - Błysk wesołości w oczach Foristera trochę przygasł. - Sev jedzie z nią 

na Rigel IV, wiedziałaś o tym? Mówi, że spróbuje podjąć pracę jako prywatny detektyw lub w 

ubezpieczeniach, by przeczekać jej wyrok.

- Dwadzieścia pięć lat?

-   Dziesięć.   Okazali   łaskę   ze   względu   na   jej   pomoc   w   usidleniu   Polyona;   i   za 

wzruszającą próbę bronienia mnie, kiedy Polyon trzymał nas wszystkich jako zakładników 

wewnątrz Osobliwości. Większość z tego była na twoich nagraniach. - Forister uśmiechnął się 

łagodnie. - Chociaż było tam też kilka luk.

Teraz to nadchodzi. Starała się nie myśleć o tym aspekcie procesu.

- Przecież mówiłam ci, że cierpiałam na częściową utratę pamięci - przypomniała mu 

Nancia.

- Mówiłaś, mówiłaś... Mniejsza z tym. Sąd nie był pewien, co z tym wszystkim zrobić 

- przecież została już aresztowana i mogła chcieć pokazać się w jak najlepszym świetle na 

procesie. Ale jedna sprawa, która się zdarzyła, zanim ją aresztowano, przekonała ich, że Fassa 

nie była tak egocentrycznie oszukańcza, jak jej przestępczy towarzysze. Wygląda na to, że 

kiedy zawaliła się fabryka, którą ona zbudowała na Shemali, nowy budynek wzniosła za 

darmo.   Tak   zeznał   Sev   Bryley.   Wydaje   mi   się,   że   słyszałem,   jak   Polyon   mówił,   iż 

sterroryzował   ją,   by   zrobiła   taką   zamianę.  Ale   proces   Polyona   skończył   się,   zanim   Sev 

opowiedział tę historię, tak więc nie mógł być ponownie wezwany na przesłuchanie. A jeden 

z   tych   impulsików   w   twoich   nagraniach   zdarzył   się  akurat   w   momencie,   kiedy   Polyon 

tłumaczył nam tę sprawę.

Nancia poczuła żar promieniujący z obwodów jej górnego pokładu.

- Przecież mówiłam ci, że cierpiałam na braki w pamięci - powtórzyła.

- W każdym razie dogodnie zaaranżowane.

- W porządku. Skasowałam tę część danych. Fassa borykała się z kłopotami gorszymi 

od   tych,   które   ty   lub   ja   kiedykolwiek   napotkaliśmy   -   powiedziała   Nancia.   -   Z   tego,   co 

usłyszałam, obserwując ją i Seva... nie wiesz, co jej zrobił ojciec?

- Domyślam się - odrzekł Forister.

- No więc. To nie tłumaczy tego, co ona uczyniła, wiem o tym. A mogłoby to ją zabić, 

gdyby wydało się w sądzie. Tyle że nie miała wielu szans. Nigdy nie wiedziała, jak to jest 

mieć przy sobie kochającą rodzinę. Miałam o wiele więcej szczęścia - nawet jeżeli o tym przez  

chwilę nie wiedziałam. Myślałam, że zasługuje chociaż na jedną szansę.

- Po tym stwierdzeniu zaległa cisza.

- Ja... to było nieuczciwe - przyznała Nancia. - Wiem o tym. I jeżeli wy dwoje nie 

background image

chcecie już być moimi partnerami...

- Wiedzieliśmy o tych budynkach - zaznaczyła Micaya. - My też tam byliśmy, jak 

pamiętasz. Ja nie widziałam potrzeby, by wstać w sądzie i zaprzeczać wzruszającym raczej 

zeznaniom Seva. Ani twój mięśniowiec.

Odrzuciła głowę do tyłu i jednym łykiem opróżniła swój kieliszek importowanego 

wina. Forister skrzywił się.

- W takim razie... - Nancia była zakłopotana. 

Forister poklepał jej tytanową kolumnę.

-   To   była...   taka   próba   -   powiedział.   -   Mic   myślała,   że   za   długo   przebywałaś   z 

Calebem,   że   byłaś   zbyt   zaabsorbowana   jego   czarno-białym   stosunkiem   do   świata,   by 

utworzyć   z  nami  elastyczny,   dobry zespół  badawczy.   Możemy  zetknąć  się z  delikatnymi 

sprawami. Będziemy zmuszeni do wydawania opinii - nie mogąc polegać na przepisach SK, 

by   odpowiedzieć   na   każde   pytanie.  A  ja   uważałem,   że   jesteś   już   na   tyle   dojrzała,   by 

formułować swoje własne oceny moralne - i że wiesz, kiedy zachować milczenie. Mimo 

wszystko  nie  kłamałaś,  mówiąc  o  złych  uczynkach  Fassy.  Wszystko  jest  jasne  w twoich 

zeznaniach.   Po   prostu...   balansowałaś   między   tym,   czego   nie   mogłaś   powiedzieć   o   jej 

tragicznym dzieciństwie, a tym, czego nie musiałaś mówić o jej pracy na Shemali.

- Nie gardzicie mną za to?

- Zrobiłem to samo - zauważył Forister. - I to nie korzystając z twoich wewnętrznych 

wiadomości o dzieciństwie Fassy.

- Więc... to nie było złe?

- Jesteś już dorosła, Nancia. Możesz polegać na swoich własnych ocenach. Co ty o 

tym sądzisz? - zapytał Forister.

Nancia ciągle myślała, gdy dotarli do pierwszego progu Osobliwości w drodze na 

Thetę Szantmari. Z Foristerem i Micayą przywiązanymi w swoich kabinach zatoczyła łuk 

przez zapadające się przestrzenie w łatwym, błyskotliwym locie nurkowym. Przestrzeń i czas 

przekręciły   się   i   uformowały   na   nowo   wokół   niej,   gdy   wybierała   drogę   przez   ciągle 

zmieniające   się   matryce   transformacji.   Przez  kilka   sekund   doskonałego,   ślizgowego, 

niebezpiecznego   przejścia   tańczyła   i   pływała   w   swej   własnej   przestrzeni,   podejmując 

samodzielne decyzje.

Tak jak to robiła do końca swej kariery.

KONIEC

background image