background image

 

 

DANIEL

 

ODIJA

 

 

N

IECH TO NIE BĘDZIE SEN 

 

WYDAWNICTWO

 

LITERACKIE 

background image

 

 

1.

 

U

PAŁY I POŻARY

 

Złoty szerszeń przecinał żółte pola rzepaku. To Tomasz Lebioda w swoim dziesięcioletnim cieniasie 
naciskał  pedał  gazu.  Lubił  jeździć  szybko.  Jak  najszybciej.  Tyle,  ile  wyciągał  jego  podrasowany 
gruchot. Złotego cieniasa ścigał policyjny motocykl prowadzony przez sierżanta Palucha, zwanego 
przez miejscowych  palantem. Sierżant Paluch nienawidził pijanych  kierowców, a Tomasz Lebioda 
rzadko jeździł na trzeźwo. Nie to, żeby był pijakiem. 

Pił jak każdy. Ani dużo, ani mało. Ale  za  kierownicą  gardził stanem trzeźwości. „Trzeźwy" w jego 
słowniku znaczył „słaby". I powolny. O tym wszystkim wiedział sierżant Paluch i zaciekle lawirował 
swoją emzetką za złotym szerszeniem, który ostrym wirażem wpadał w kolejną polną drogę. 

Tego  roku  lato  było  wyjątkowo  gorące.  Suchy  piach  zgrzytał między  zębami,  ale  sierżant,  oddany 
sprawie, nie przerywał pogoni. Piach zalepiał usta, lecz policjant wypracował w sobie przemyślny 
system  spłukiwania  warg  śliną.  Gdy  tylko  wyczuł  błotnistą  magmę  w  ustach,  spluwał  w  bok  tak 
siarczyście,  że  aż  zarzucało  motocyklem,  i  tylko  odpowiedni  balans  ciała  ratował  go  przed 
upadkiem. 

Przez  zakurzone  gogle  nie  widział  za  wiele.  Zresztą  nawet  gdyby  je  wyczyścił,  okazałby  się 
całkowicie odporny na piękno ziemi, którą rył dwoma kołami w pogoni za Lebiodą. Z pól wpadali w 
chłodne lasy, gdzie buki, brzozy i sosny ocieniały brzegi jezior wyciągniętych jak leniwe kobiety na 
słońcu, wąskich w talii i głębokich. Uch! Wpadało się w ich głębię jak w rozkoszny sen, który był tym 
bardziej piękny, że dotykalny. 

Tomasz  Lebioda  uśmiechał  się  pod  nosem.  Papieros,  którego  nerwowo  przesuwał  w  ustach, 
smakował mu jak nigdy. Wypita kilkadziesiąt minut temu z sołtysem flaszka podniosła ciśnienie. No 
i  ta  pogoń.  Kto  by  tam  zliczył,  ile  to  razy  ścigali  się  z  sierżantem  Paluchem?  Lebioda  zawsze  mu 
uciekał, ale tym razem przeczuwał, że Paluch mu nie odpuści. 

Cięty  był  na  pijanych.  Zaciekły  w  respektowaniu  prawa.  A  przecież  komu  na  tych  polach  mógł 
zagrozić  Lebioda  tym  swoim  cieniasem?  Zagubionemu  turyście?  Nawet  jeśli  kilku  kręciło  się  po 
okolicy, to z pewnością zdążyliby uskoczyć. Studenci zazwyczaj są nerwowi, a nerwowość sprzyja 
czujności. 

Przez otwarte okno cieniasa przewijał się świat złotych pól i ciemnych lasów. Obrazy zlewały się w 
pędzący  potok.  Wystarczyło  wyciągnąć  rękę,  by  dotknąć  strumienia  barw,  dziękując  za  cud,  że 
jednak  się  staliśmy.  Ostatnio  ulubiona  jałówka  Lebiody  nie  mogła  urodzić.  Pchała,  pchała  i  nic. 
Cielak głowę miał w brzuchu, a nogi na zewnątrz. Zawiązali mu sznur na kopytka i zaczęli ciągnąć, i 
w końcu wyciągnęli, ale martwego. 

background image

 

 

Znowu wiraż, tym razem na rozstajnych drogach. Ta prowadziła do Bolkowa, ta do Brus, a tamta na 
bagna.  Złoty  cienias  Lebiody  prawie  wpadł  na  krzyż,  z  którego  zwisał  umęczony  Chrystus. 
Ukrzyżowany  przyglądał  się  pościgowi  z  wielkim  zainteresowaniem.  No  bo  co  tu  się  zazwyczaj 
działo? 

Mało  kto  przejeżdża,  większość  przechodzi.  Ludzie  z  perspektywy  krzyża  wyglądają  dziwacznie. 
Można się zastanawiać, czy warto było oddać za nich życie. Idą, czasem jadą, ale zawsze zmierzają 
do celu, którego właściwie nie ma. W dodatku nie doceniają drogi, którą pokonują, bo interesuje ich 
tylko to, co jest na jej końcu. A przecież końca nie ma. Na końcu jest tajemnica, dla każdego inna. W 
zależności od poglądów, zrozumienia, wiary, intelektu... 

Sierżant Paluch znowu splunął. 

— Ja ci, skurwielu, pokażę! — mówił do siebie przez zęby, poprawiając się na policyjnej emzetce, bo 
majtki weszły mu w tyłek i za nic nie chciały wyjść. — Ja ci pokażę! Pokażę ci jak mojej Ance. Nie 
odpuszczę, choćbyś klękał! — odgrażał się. 

Wiadomo, że Lebioda by nie klęknął przed Paluchem, nawet gdyby go po plecach smagali i w pięty 
gwoździe  wbijali.  Lebioda  miał  kłopoty  z  klękaniem  nawet  w  kościele,  to co  dopiero  przed  takim 
Paluchem.  Ale  przed  Paluchem  swego  czasu  klęczała  jego  własna  żona.  „Romku,  kochany,  nie 
zabieraj mi prawa jazdy" — błagała, ale mąż był nieugięty. 

„Anno, stanowisz zagrożenie dla innych kierowców". „Romku, jakie to zagrożenie? Bo ja nie wiem". 

„Powodem zagrożenia jest zbyt wolna jazda obywatelki!" — brzmiał wyrok. 

Taki  to  był  sierżant  Roman  Paluch,  bezlitosny  i  oddany  państwowej  służbie.  Zabrał  żonie  prawo 
jazdy i odtąd musiał sam ją wozić do roboty. I woził. A z nerwów krew go zalewała. Tyle spraw na 
głowie  i  jeszcze  żona  doszła!  Dlatego  teraz  był  podwójnie,  co  tam!,  potrójnie  wściekły  na 
uciekającego Lebiodę. 

Tomasz Lebioda kierował się w stronę swojego domu. Wesoło zapowiadająca się przygoda stała się 
trochę  kłopotliwa.  Alkohol  rozpędził  krew  w  żyłach  do  prędkości,  przy  której  ciężko  było  się 
skoncentrować. I ten cholerny upał! Lebioda zaczął rwać kierownicą. Ścinał zakręty gwałtownymi 
ruchami  rąk.  Rzeczywistość  na  przemian  okazywała  się  zbyt  wolna  na  reakcje  albo  zbyt  szybko 
umykająca. Słowem, ciężko było Lebiodzie wstrzelić się w drogę, którą podążał. Ale jakoś dał radę. Z 
piskiem  opon  wjechał  w  otwartą  bramę  podwórka  (gdyby  była  zamknięta,  rąbnąłby  w  nią)  i 
zatrzymał się tuż przed wejściem do domu. 

Ledwo  wyszedł  z  cieniasa,  momentalnie  zatoczył  się  do  tyłu.  Złapał  równowagę  w  chwili,  gdy  na 
podwórko wjeżdżał sierżant Paluch. Natychmiast skierował motocykl, próbując zagrodzić Lebiodzie 
drogę do drzwi, nie zdążył jednak. Lebioda poczuł przednią oponę emzetki na tyłku, ale już był na 
pierwszym schodku. Gdy Paluch zeskakiwał z motocykla, Lebioda zamykał się od wewnątrz. 

— Nie tym razem, Lebioda, nie tym razem! — zawył Paluch. 

background image

 

 

Rozpędził się i grzmotnął barkiem. Odbił się tylko, a drzwi nawet nie drgnęły. Powtórzył rozbieg i 
grzmotnięcie trzy razy — nic to nie dało. Z wnętrza domu słychać było śmiech Lebiody. 

— Walnij tak w kalendarz, a może coś światu dasz! — odszczekiwał się. 

— O żeż ty! — ryknął ponownie sierżant. 

Stanął pośrodku podwórka i zaczął się rozglądać. 

To  było  bardzo  nerwowe  rozglądanie  się.  Po  prawej  obora,  z  tyłu  —  stodoła,  po  lewej  —  druga 
obora, na wprost — dom. Policjant wyraźnie czegoś szukał. Może nawet myślał. Po prawej obora, w 
której krowy, kozy i chlew, z tyłu stodoła, w której siano, koty i szczury, po lewej obora, w której 
chlew, kury i kaczki, na wprost dom  — jest! Dom ma nie tylko drzwi, zaryglowane, zamknięte na 
trzy spusty! Dom ma też okna! W dodatku otwarte, skoro upał nie do wytrzymania. 

— Lebioda, nie tym razem! Nie tym razem, Lebioda! — zawył sierżant Paluch, a Lebioda wewnątrz 
domu skulił się w sobie jak ślimak w skorupie, bo poznał po pewności w głosie policjanta, że dzisiaj 
sprawa przegrana. 

W kuchni coś zachrobotało i Lebioda zobaczył but Palucha szurający o parapet. Nawet nie podbiegł 
do  okna,  by  je  zamknąć  i  odciąć  nielegalne  wtarg9  nięcie  prawa  do  domu,  bo  jakie  prawo  jest 
nielegalne,  jeśli  jest  prawem  i  prawo  ma  za  sobą,  tym  bardziej  jeśli  ty  przekraczasz  prawo 
bezprawnie  według  prawa?  —  tak  mniej  więcej  konstruowały  się  myśli  Lebiody,  gdy  szukał 
schronienia w sypialni pod łóżkiem. Silne ramię prawa wyciągnęło go jednak z ukrycia i podniosło 
na wysokość swojej twarzy. 

Lebioda czubkami butów dotykał podłogi. 

— No i co, Lebioda? — sierżant Paluch był to kawał chłopa. Mundur szyto mu na zamówienie. 

I może tylko z tego powodu kochała go Anna, jego żona. — Gdzie prawko? — przeszedł sierżant do 
konkretu. 

— A gdzie ma być? 

Paluch  przeszukał  Lebiodę  i  nic  nie  znalazł  poza  kluczykami  do  samochodu,  które  skwapliwie 
schował w swojej kieszeni. 

— Zaraz, zaraz — próbował oponować Lebioda, ale Paluch zaatakował ponownie: — Gdzie prawko? 

— A gdzie ma być? — powtórzył Lebioda i dodał: — Na komisariacie w Kostyniu. Od trzech lat — 
wycedził z satysfakcją. 

Sierżant Paluch schudł dziesięć kilo. 

—  To  na  co  ja?  —  wybełkotał  zakłopotany  i  puścił  Lebiodę,  który  lekko  zatoczył  się  do  tyłu,  ale 
natychmiast odzyskał równowagę i wyzywającym ruchem rąk poprawił sobie kołnierz koszuli. 

background image

 

 

—  Może  tak  dla  przyjemności, co?  Dla  samego  jeżdżenia,  pościgu...  — mrugnął  porozumiewaw10 
czo,  ale  w  tym  momencie  twarz  sierżanta  Palucha  rozjaśniła  zbawcza  myśl,  która  wypłynęła  na 
wargi, krzywiąc je w triumfującym uśmieszku. 

— No to kluczyki, gagatku... 

— Co „kluczyki"? — udawał głupiego Lebioda. 

— Konfiskuję kluczyki. — Paluch zamerdał Lebiodzie kluczykami przed nosem. — Nie będziesz mi 
tu zapierdalał po pijaku po polach... 

—  A  jaki  ja  pijany?  —  Lebioda  się  zacietrzewił.  —  Ja  pijany?  —  I  chuchnął  Paluchowi  w  twarz 
odorem przetrawionego alkoholu. 

Sierżant Paluch nie zamierzał wyjaśniać tej skomplikowanej kwestii. Dziarskim krokiem wyszedł na 
podwórko,  a  gdy  stanął  na  schodach,  poczuł  się  jak  pan  i  władca.  Lebioda  próbował  iść  za 
policjantem. 

Nie było to łatwe, bo musiał zmieścić się w przedpokoju i trafić do przedsionka. Tymczasem rzucało 
nim o ściany, bardziej na boki niż do przodu. Bimber wyrobu sołtysa ścinał dopiero po jakimś czasie, 
ale za to ze zdwojoną siłą. 

— Ja pijany? Ja? 

Sierżant  Paluch  podszedł  do  złotego  szerszenia  i  spojrzał  na  koła.  Długo  się  nie  zastanawiał. 
Wyciągnął  pamiątkę  po  dziadku,  szwajcarski  scyzoryk,  którym  dziadek  uwielbiał  dłubać  sobie 
między zębami, i przekłuł nim najpierw przednią prawą oponę cieniasa, potem przednią lewą, a gdy 
zabrał się do dwóch tylnych, Lebioda zawył: — Myślisz, że to coś da?! Jak będę chciał jeździć, to będę 
jeździł! Ty, ty... 

Sierżant Paluch zerwał się z przyklęku i ostrzegawczo pogroził palcem. 

— Lebioda! Nie kończ, bo to będzie obraza policjanta na służbie, a za to wezmę cię na komisariat, aż 
wytrzeźwiejesz. 

— A gdzie, gdzie masz świadków? 

— O, twoja żona idzie. — Rzeczywiście żona Lebiody wchodziła przez bramkę. — Ona nie lubi, jak 
pijesz... Zresztą szkoda ci będzie kasy na nowe opony. 

— Na moim własnym, po ojcu, na moim podwór- ku się rządzisz, co? — zazgrzytał zębami Lebioda. 
— Jeszcze zobaczymy! 

— Radzę ci schować cieniasa do stodoły. Żeby nie zardzewiał na deszczu, a potem na śniegu...  — 
Sierżant Paluch był z siebie bardzo zadowolony. Odjeżdżając, pokłonił się oniemiałej Lebiodowej i 
tyle go widzieli. 

background image

 

 

— A na chuj mi samochód! — krzyczał za nim Lebioda. — Gdzie będę chciał, to dojdę! — I przysiadł 
na schodkach. 

Żona minęła go w milczeniu i weszła do domu. 

O  czym  tu  gadać.  Owszem,  nie  lubiła,  gdy  mąż  pił,  ale  najważniejsze,  że  był  pracowity  i  czysty. 
Potrafił zadbać o gospodarstwo. A że czasami się zabawił? 

Cóż, jego sprawa. Dopóki obrotny, może się czasami zabawić, tak myślała Lebiodowa. A tymczasem 
Lebioda cicho mamrotał pod nosem: — Świat jest tak piękny, że zasługuje na to, by po nim chodzić. 
Nie deptać, nie! Chodzić, chodzić... 

Delikatnie jak po hostii... 

Podniósł się ciężko i ruszył w stronę jeziora. 

— Delikatnie jak po świętości... — powtarzał sobie. 

Musiał zejść z górki i pochyłość lekko go rozpędzała. Mimowolnie nogi przebierały coraz szybciej, 
ale  Lebioda  zawsze  w  porę  wyhamowywał.  Ani  razu  się  nie  przewrócił.  Ech,  ten  bimber  sołtysa, 
wielka  moc!  A  gdy  doszedł  nad  brzeg,  zwalił  się  na  plecy  pod  ulubioną  sosną.  Na  miękki  mech, 
jeszcze nie stwardniały od upału. 

Leżał  i  marzył.  Kochał  te  okolice.  Zielono-złote  pagórki  skrywały  w  sobie  głębokie  rynny 
wypełnione  krystalicznie  czystą  wodą.  W  zależności  od  tego,  jak  się  spojrzało,  woda  jaśniała 
szafirem  albo  srebrzystym  dywanem.  Nad  nią  błękitne  niebo.  Białe  krowy  w  czarne  łaty  leniwie 
skubały soczyste łąki. 

Pola wschodziły zbożem, gryką i rzepakiem. Większość z nich wykarczowano z lasów i wyglądały 
jak  komnaty  o  ścianach  z  drzew.  W  cieniu  gałęzi  szumiała  ulga  i  rozkosz.  Hipnotyczny  pomruk 
owadów ukołysał Lebiodę do snu. 

Tymczasem  sierżant  Paluch  pruł  gęste  od  światła  i  zapachów  powietrze.  Wierna  emzetka 
przeleciała  przez  łachy  piachu  i  wpadła  na  asfalt.  Boże,  jak  prawdziwy  kowboj!  Jak  amerykański 
komandos,  uzbrojony  twardziel  i  szlachetne  ramię  prawa!  Paluch  rozkoszował  się  jazdą.  Gogle 
przesunął na kask i zastąpił okularami przeciwsłonecznymi. Teraz wiatr kładł mu się na twarz jak 
ciepły  ręcznik.  Wyciskał  z  oczu  łzy  szczęścia.  Mógłbym  tak  jeździć  do  końca  życia!  —  marzył  i 
wykręcał z emzetki ostatnie poty. 

Jak tak dalej pójdzie, to może dadzą mi starszego sierżanta. Wyniki mam, nie mogą zaprzeczyć. Już 
pięć lat czekam. Ale się doczekam. Należy mi się. 

Jeszcze  tylko  zgarnę  szajkę  tych  dupków,  co  jeżdżą  po  szlakach  turystycznych,  a  wtedy  awans 
murowany. I może hondę dadzą do pościgów... Uff! To by dopiero było... 

Całe to zdarzenie ominęło Adama Nowaka, który przyjechał nad jezioro z silnym postanowieniem, 
że wyremontuje, a raczej przebuduje domek letniskowy, tak by można było mieszkać w nim zimą. 

background image

 

 

Jednoizbowa chałupa była spadkiem po rodzicach. 

Tutejsi zbudowali ją trzydzieści lat temu. Ściany i podłogi zbili z okorowanych żerdzi sosny. Domek 
już  trochę  podupadł  na  zdrowiu.  Belki  rozeschły  się  i  trzeba  było  je  zaimpregnować  przed 
kornikami. Starą popękaną dachówkę pokrył mech. Za to w niezłym stanie była weranda. Zawsze 
ocieniona,  otwierała się na  zatokę  jeziora,  rozłożoną  w  dole  dobrych  sto metrów  dalej. Widok  na 
wodę  przesłaniał  wierzchołek  starej  sosny,  pod  którą  Tomasz  Lebioda  śnił  pogoń  za  sierżantem 
Paluchem. Tym razem on był oprawcą, a policjant ofiarą. 

Gdy  Lebiodzie  usiadła  na  nosie  natrętna  mucha,  Adam  stanął  w  izbie  i  zachłysnął  się  czasem 
przeszłym. Osmalony dymem kominek, stary ciemno14 brązowy kredens, kilka drewnianych półek i 
dwie belki, z których zwisały pokryte kilkumiesięcznym kurzem drewniane aniołki i lepy na muchy 
upstrzone  wyschniętymi  trupami  owadów.  W  jednym  z  kątów  stała  biało-błękitna  Matka  Boska 
wielkości małego dziecka. Kiedyś jeden z tutejszych włamał się do chaty, ale nic nie ruszył, bo ludzie 
tu wierzący, i pewnie obecność gipsowej figurki nie pozwoliła mu na grzech złodziejstwa. 

Nad głową Marii nachylały się dwie półki ze starymi żelazkami na węgiel. Adam nigdy nie próbował 
zrozumieć słabości rodziców do tych przedwojennych złomów, które wątpliwie ozdabiały izbę. Na 
półkach  i  parapetach  dusiły  się  w  suchej  mgle  gliniane  główki  diabełków,  cynowe  kieliszki  i 
świeczniki,  filigranowy  kołowrotek  poważnie  naruszony  przez  korniki,  ceramiczne  figurki 
błękitnych królików i stado trzynastu biało-czarnych krów, z których każda stała lub leżała w innej 
pozie. Jakieś kamyki, korzenie o dziwnych kształtach, na dwóch wieszakach wykonanych z poroży 
koźląt  słomkowe kapelusze  i czapki z daszkiem, a na ścianach  białe talerze malowane w błękitne 
kwiaty. Na innych półkach butelki i dzbanki z glinianymi i drewnianymi sztućcami. Nad drzwiami 
niewielki  krzyż  zbity  z  brzozowych  gałęzi,  na  drzwiach  podkowa  przynosząca  szczęście  temu 
domowi.  Gdy  tak  Adam  rozglądał  się  po  izbie,  słońce  wpadające  przez  okna  ożywiło  pływający 
plankton kurzu i wszystkie przedmioty zaczęły mienić się w oczach, i rozbudzać coś, co wywoływało 
niepokój. Adama złapały duszności i gdy odwrócił się, by wyjść, spojrzał w owalne lustro wiszące na 
ścianie na prawo od drzwi — zobaczył zmęczonego mężczyznę o twarzy pokrytej pajęczyną. 

Na  prawo  od  werandy  przytulało  się  do  ściany  sosnowego  lasu  małe  podwórko  ze  spróchniałą 
pergolą, z której zwisały wysuszone pnącza wiciokrzewu i kokornaku. Rozłożyste i ociekające jasną 
zielenią liście skręcił w żółtobrązowe zwitki czas i surowa zima. 

Podwórko wyłożone było płatami rozłupanych kamieni. Szpary między nimi wypełniał mech. Adam 
przyglądał  się  jeszcze  przez  chwilę  wygładzonym  przez  stopy  kamiennym  wnętrznościom,  gdy 
zobaczył pierwsze piegi spadającego deszczu. Zorientował się, że to urojenie, ale z przyjemnością w 
nim  tkwił.  Kamienie  zaczynały  błyszczeć  jak  liście  nenufarów.  Pachniały  wilgocią  wypełniającą 
wnętrze świątyni, której sklepieniem było niebo poprzecinane gałęziami drzew. 

Był  to  ten  moment,  gdy  tęsknota  ożywia  przeszłość.  I  choć  Adam  miał  świadomość,  że  obrazy 
powstałe wyłącznie z pragnienia są zbyt kruche, zdrętwiał nagle, bo za plecami usłyszał głosy osób, 
które dawno przeminęły. Ojciec, cicho pogwizdując, naprawiał zepsuty taboret, a mama nuciła pod 
nosem  melodię  brzdąkaną  na  gitarze  przez  Sylwka,  brata  Adama.  Po  szczęku  talerzy  i  sztućców 
Adam  wywnioskował,  że  mama  rozkłada  na  stole  coś  do  jedzenia.  Bał  się  sprawdzić,  czy  to,  co 

background image

 

 

słyszy,  faktycznie  istnieje.  Pojmował  przecież  niemożliwość  całej  sytuacji.  Wiedział,  że  jeśli  się 
odwróci,  zobaczy  pustą  werandę.  A  jednak  chciał  trwać  w  tym  urojeniu  i  najchętniej  by  nie 
oddychał, jeśli miałoby to zapewnić powrót do szczęścia, którego odgłosy wyraźnie przecież słyszał! 

Cóż,  niedługo  to  trwało.  Nawet  najsilniejsze  marzenie  upada  wobec  nachalnej  rzeczywistości. 
Zamiast orzeźwiającego  deszczu  i  rodzinnego  obiadu  Adam Nowak  zachłysnął  się ciężkim  glutem 
upału  i  wrócił  do  teraźniejszości.  Jak  po  przebudzeniu  z  kolorowej  drzemki  poraziła  go  jasność 
świata, w którym się znalazł. Zmrużył oczy i zobaczył podwórko zalane słońcem. Tłumaczył sobie, 
że krótkotrwałe omamy, jakie go nawiedziły, to wynik uczuć do miejsca, gdzie jego rodzina przeżyła 
swoje najszczęśliwsze lata. Nie powinien się tym tak przejmować. 

Teraz musi się skoncentrować na celu, jaki sobie wyznaczył. 

Głównym zadaniem była łazienka. Wystarczyło zrobić kilka kroków przez podwórko, by się w niej 
znaleźć.  Adam  chciał  ją  przebudować.  Przebić  się  przez  skład  narzędzi  i  połączyć  z  izbą,  by  nie 
trzeba  było  biegać  po  mrozie  z  gołym  tyłkiem.  Mimo  że  doświadczył  w  życiu  wielu  niewygód  i 
potrafił  je  znosić,  wolał  mieć  łazienkę  ogrzewaną,  niż  trząść  jajami  przy  minus  dwudziestu 
stopniach. Skoro chciał tu mieszkać cały rok, musiał też głębiej wkopać rury wodociągowe, by woda 
nie zamarzała, i zamonto17 wać wkład do kamiennego kominka, który zimą nie grzał jak należy — 
zbyt  szybko  trawił  polana  brzóz  i  buków.  Trzeba  też  było  uszczelnić  ściany,  aby  do  środka  nie 
wciskał się mróz, który w tych stronach potrafił zaleźć za skórę. 

Na razie jednak udręką nie było zimno, lecz upał. 

Wydawało się, że cień to złudzenie. Było w nim równie duszno jak na słońcu. Żaden wiaterek nie 
rozbijał powietrza falującego rozgrzanymi warstwami. 

Płynne pasy unosiły się jedne nad drugimi, dzieląc krajobraz na barwne wstęgi, które splatały się w 
obrazy  bliższe  sennym  rojeniom  niż  realnemu  wzgórzu,  zarysowującemu  się  z  prawej  strony 
wysokimi  świerkami  i  opadającemu  ku  plamie  błękitnego  jeziora.  Przebić  się  pomiędzy  tymi 
warstwami  w  świat,  gdzie  oddech  i  nieszczęście  mierzone  są  inną  miarą,  gdzie  naturalne  jest 
przebywanie  ze  zwierzętami,  a  nie  mechanicznymi  zabawkami,  które  przenoszą  nas  z  miejsca  na 
miejsce, przebić się w świat, gdzie krajobraz jest żywy, wystarczy tylko ruszyć przed siebie i dotknąć 
jego  elementów,  zamiast  rozbijać  się  o  szklany  ekran  telewizora  wyświetlający  imitację  życia  — 
takie myśli leniwie toczyły się w Adamie. 

Siedział na werandzie i sączył chłodne piwo. 

W  głowie  powiewały  mu  jeszcze  strzępy  rodzinnych  rozmów.  Z  niepokojem  nasłuchiwał,  czy 
czasem znowu nie dosłyszy cichego  śmiechu mamy,  ale to zaśpiewał jakiś ptak. Za domem leżały 
przywiezione przez drwali z Bolkowa okorowane pnie sosny, którymi miał zastąpić stare żerdzie. 
Powinien je chociaż obejrzeć, czy nie wcisnęli mu jakichś z kornikami, ale nie chciało mu się. Nie był 
w  stanie  nic  robić.  Porażony  tym,  że  znowu  tu  jest  i  tak  niewiele  się  zmieniło.  W  dodatku  miał 
wrażenie,  że  powietrze  zachowało  w  sobie  obecność  jego  rodziców  i  brata,  tak  przecież 
zakochanych w tym miejscu. 

background image

 

 

Przyglądał się błękitnej zatoce jeziora, nad którego brzegiem Tomaszowi Lebiodzie właśnie wpadła 
do ust mucha i Lebioda zakrztusił się, kaszlnął i przebudził. 

— O żeż! — westchnął, bo już wiedział, że ponownie nie zaśnie. 

Mimo  że  rozpostarty  nad  jego  głową  parasol  rozłożystych  gałęzi  trzydziestometrowej  sosny 
pochłaniał  słońce,  przepocona  koszula  przylepiła  się  do  ciała,  podobnie  jak  spodnie.  Twarz  miał 
umazaną jakąś wydzieliną, a włosy mokre. Trzasnął ręką w kark i zobaczył, że zmiażdżył mrówkę. 

Parasol z sosny milszy od sufitu, ale podobnie jak sufit nie chroni przed bólem głowy. Drzemka była 
stanowczo  za  krótka.  Sołtysowy  bimber  nie  zdążył  wywietrzeć  z  głowy.  W  dodatku  Lebiodę 
strasznie suszyło. Nieprzyjemna sprawa. Z trudem uniósł się na łokciach. Spojrzał w lewo i zobaczył, 
że  tam,  na  wzgórzu,  pod  domkiem  Nowaka  stoi  jego  dwudziestoletni  mercedes.  A  to  znaczy,  że 
Nowak przyjechał. Trzeba się z nim przywitać. Dawno tu nie zajeżdżał. 

Przebudowa  domku  była  pretekstem.  Adam  Nowak  liczył  po  prostu  na  samotność.  Wierzył,  że 
właś19 nie w samotności uda mu się zrozumieć, dlaczego poniósł klęskę. Synowie go nie szanowali. 
Żona  pewnie  już  o  nim  zapomniała.  Zakochana  w  cudzym  powodzeniu,  pół  roku  temu  ze 
współczującą miną wyjawiła Adamowi, że ich szczęście skończyło się wraz z początkiem jego pecha, 
i porzuciła go dla bogatego mężczyzny z dobrze prosperującą firmą. 

Dla  faceta  produkującego  brykiet  do  kominków.  Dla  potentata  paneli,  które  eksportował  do 
Niemiec. Dla kumpla z klasy Adama. Dla Witka Barańskiego, którego w szkole wszyscy przezywali 
„Baran" (ale nie za nazwisko, tylko za autentyczną tępotę) i z którym kiedyś Adam grał w piłkę na 
szkolnym podwórku. 

Wielokrotnie zaznaczyła, że nie należy do spolegliwego pokolenia ich matek, które — gdy umierała 
w  nich  miłość  —  do  końca  ciągnęły  małżeństwo, bo  tak  należało.  Jej  zdaniem  było  to schlebianie 
obrzydłemu rakowi hipokryzji. Ewa nie pozwoli, by hipokryzja niszczyła ich rodzinę. Dlatego niech 
Adam jej nie błaga, by rozważyła ponownie swoją decyzję. (Nawet przez chwilę mu to nie przyszło 
do głowy). Dawno już ją podjęła. Dla dobra chłopców. 

Dla dobra Adama. Po co ma się czuć oszukiwany? 

Powinien  docenić  jej  szczerość,  która  wynika  z  szacunku  do  tych  wszystkich  lat,  które  razem 
przeżyli. 

W  pewnym  momencie  przestał  słuchać.  Można  powiedzieć,  że  miał  teraz  za  swoje.  Ostatecznie 
przestali się rozumieć, gdy Kamil i Adrian wyjechali na studia. Podobnie jak kiedyś jego ojciec, Adam 
był  zdania,  że  po  przekroczeniu osiemnastki  dzieciaki  powinny  na  siebie zarabiać. Kilka miesięcy 
później  Kamil  wykrzyczał  mu  w  twarz,  że  w  tym  kraju  to  wcale  nie  takie  łatwe.  Wtedy  po  raz 
pierwszy Adam poczuł się bardzo stary. Niewiele z tego wszystkiego rozumiał. 

Ich synowie. Kamil zrezygnował z nauki już na pierwszym roku akademii rolniczej. Nie mógł znaleźć 
pracy.  Szlajał  się  to  tu,  to  tam.  Bez  przerwy  marudził,  że  jest  pechowcem.  Gdy  skończyła  mu  się 
zapomoga  dla  bezrobotnych,  wyjechał  w  końcu  do  Włoch  czy  do  Hiszpanii,  gdzie  pracował  przy 
zbiorach  jabłek.  Był  wściekły  na  cały  świat.  A  świadomość,  że  Adrianowi  świetnie  szło  na 

background image

 

 

weterynarii, nie ułatwiała mu życia. Adrian pokochał do tego piękną blondynkę, z którą wcześniej 
romansował Kamil. Szybko została jego żoną i Kamil nigdy tego bratu nie wybaczył. „Zaczęli prawie 
tak wcześnie jak my" — wyrwało się w chwili wzruszenia Ewie, ale natychmiast ugryzła się w język, 
dostrzegając  swój  fatalny  nietakt.  Gdyby  była  przesądna,  splunęłaby  w  bok,  ale  była  kobietą 
nowoczesną i tylko uśmiechnęła się nerwowo. 

Adrian i jego małżonka nie bali się o przyszłość. 

Rodzice blondynki byli bogaci. W dodatku teściu, Marian Borusewicz, był znanym chirurgiem, miał 
znajomości. Jeśli Adrianowi studia będą szły tak dobrze, jak je rozpoczął, załatwi mu najlepszy staż 
w kraju. Tu Borusewicz puścił oczko  — nie będzie kłopotów z otwarciem własnej przychodni dla 
zwierząt. 

Adam i Ewa zostali zaproszeni na skromne przyjęcie, bo para młodych zamiast hucznej imprezy na 
trzysta  osób  wybrała  trzymiesięczną  podróż  dookoła  świata,  którą  oczywiście  sfinansował 
Borusewicz. 

Ku zdziwieniu rodziny na weselu zjawił się Kamil. 

Przyjechał z zagranicy specjalnie, by życzyć szczęścia bratu i jego małżonce. 

Przyjęcie odbyło się jakieś dwa miesiące temu. 

Przypieczętowało porażkę Adama jako ojca, męża i mężczyzny. 

Równo  przystrzyżona  trawa  ogrodu  rozlewającego  się  przed  białą  willą  chirurga  Borusewicza 
miękko  przyjmowała  podeszwy  licznych  gości.  Ewa  przyszła  z  Baranem.  Adam  był  wściekły.  Już 
wmieszała  go  w  rodzinę!  Nie  mógł  patrzeć  na  błyszczący  od  tłuszczu  podbródek  Barana,  który 
zażerał się szaszłykami z grilla, pił wódkę z sokiem pomarańczowym i rechotał grubiańsko. Nawet 
nie  wyczuwał,  że  jego  świńskie  kawały  nie  robiły  wrażenia  na  Borusewiczu  —  tak  przynajmniej 
wydawało  się  Adamowi.  Co  ona  widziała  w  tym  drgającym  podgardlu?  W  rozlanych  policzkach  z 
pierwszymi plamami wątrobianymi, ściągających dolne powieki tak mocno, że odsłaniały krwawe 
wnętrza pływające pod wyłupiastymi gałkami. Przecież nie mogło chodzić tylko o pieniądze! Albo o 
obietnice podróży po świecie. Przy całej swojej słabości do luksusów ten grubas musiał jeszcze Ewę 
czymś ująć. Tłusty warchlak, beczka sadła, ociężały niedźwiedź... Czy rzeczywiście grubas? Bo jeśli 
spojrzeć  na  niego  za22  kochanym  okiem  kobiety,  to  może  raczej  potężny  mężczyzna,  zapaśnik, 
nawet atleta. A jego podgardle było dla niej masywną szyją, wzmocnioną potężnym i umięśnionym 
karkiem. 

Baran  zawsze  brylował  na  imprezach.  W  niewyjaśniony  sposób  potrafił  skupić  na  sobie  uwagę. 
Buchała  z  niego  pewność  siebie  bliska  arogancji.  Jeśli  tylko  rezygnował  z  kompromitujących 
kawałów,  natychmiast serwował  sto  kilka  anegdot  z  barwnego  życia  podróżnika,  nurka,  żeglarza, 
lotnika i alpinisty. Bo Baran, choć producent brykietu do kominków, wcielał się po trochu w każdą z 
wyżej  wymienionych  ról.  Tak,  to  pewnie  ujęło  Ewę.  I  może  dlatego  Borusewicz  instynktownie 
szukał  towarzystwa  Barana,  a  nie  Adama?  Adam  był  powietrzem,  w  dodatku  odrzuconym  przez 
kobietę, która urodą i świeżością mogła zaćmić niejedną dwudziestolatkę. I ta kobieta trzymała pod 

background image

 

 

rękę  właśnie  Barana,  a  nie  Adama,  czyli  Baran  był  zwycięzcą,  a  przecież  zwycięzcom,  nie 
przegranym,  przysługują  najlepsze  kąski  na  uczcie  panów.  Przegrani  niech  się  zadowalają 
odpadkami z własnego poniżenia. 

Ewa była jak zwykle piękna. I jak zwykle wyglądała na młodszą. Tym razem o jakieś dziesięć lat. 

Może to przez słońce, które rozjaśniało twarz i niwelowało każdą rysę? Choć i bez słońca twarz Ewy 
była  nieskazitelna  —  używała  najdroższych  kosmetyków  i  znała  sztukę  makijażu.  A  może  to 
urażona duma Adama i poczucie straty dodawało jej uroku? 

Nie,  prawda  była  smutna.  Ewa  była  piękna  i  podo23  bała  się  mężczyznom.  Dla  Adama  to  żadna 
nowość, ale to, czym jeszcze nie tak dawno się szczycił, teraz go przygnębiało. Stracił kryształ, został 
mu wiatr... 

Po  co  on  tu  w  ogóle  przyszedł?  Czy  ktoś  w  ogóle  go  tu  chciał?  Wystarczyła  pobieżna  analiza,  by 
przyznać się przed sobą, że zaproszenie przyjął z przyzwyczajenia... Brunatne włosy spięła w kok, 
czarne  brwi  umodelowane  w  fale  dodawały  subtelności  pewnemu  spojrzeniu.  Drobny,  delikatnie 
zaokrąglony  nos  uroczo  rozszerzał  się,  gdy  się  śmiała.  Rzadko  malowała  usta  —  naturalnie 
intensywnie czerwone. 

Adam  pamiętał  je  w  chwilach  rozkoszy.  Już  nie  należały  do  niego,  podobnie  jak  kształtne  piersi, 
które tak uwielbiał pieścić. (Nigdy nie potrafił dobrze opisać swojej żony). Na jej lewym ramieniu 
dostrzegł dwie krople, pewnie potu. Miał wielką ochotę je scałować, ale pomyślał, że może to być 
równie  dobrze  ślina  Barana,  który  w  uniesieniu  opowiadał  kolejną  anegdotę  o  jakimś  sztormie,  i 
pryskało mu z ust... 

Urodzenie dwójki dzieci nie szkodziło jej figurze. Szczyciła się młodzieńczym wcięciem w talii. 

Gdy szła, wszyscy się za nią oglądali — kobiety z zazdrości, mężczyźni z pożądania. Miała jednak w 
sobie coś, co większość facetów onieśmielało. Dumę, pomocną w kreowaniu wizerunku damy. Mało 
który odważyłby się ją zaczepić, ot tak, bo być może coś z tego wyjdzie. Ci, co spróbowali, szybko 
żałowali. Ewa cięła ripostami, które na zawsze niszczyły pewność siebie nawet najbezczelniej szych 
lowelasów. 

Na  przyjęcie  włożyła  przewiewną  sukienkę  z  odsłoniętymi  plecami,  którą  Adam  tak  lubił.  Był 
pewien,  że  zrobiła  to  z  premedytacją.  Spoliczkowała  go  tym.  Wyglądała  w  niej  jak  dziewczynka... 
Mistrzyni  w  łóżku!  Co  onieśmielało  Adama,  dla  niej  było  wyzwaniem.  Zawsze  dopinała  swego  — 
wyuzdanie  tłumacząc miłością.  Nigdy  nie  narzekał.  Przeciwnie,  dziękował  losowi, że  pozwolił mu 
spotkać  kobietę,  która  lubi  przekraczać  granice.  Choć  nie  zawsze  starczało  mu  kondycji.  Serce 
waliło,  a  ona  chciała  jeszcze  i  jeszcze.  I  nawet  jeśli  przyjemność  przepoczwarzała  się  w  ciężki 
wysiłek, przez pierwsze lata małżeństwa jakoś dawał radę... 

Czy  Ewa  go  kochała?  Może  na  początku.  A  później?  Przez  ostatnie  lata  małżeństwa?  Co  tak 
naprawdę  było  między  nimi?  Na  pewno  dominowała  nad  nim  nie  tylko  w  łóżku,  ale  i  w  życiu. 
Później tylko w życiu, bo w łóżku stała się niedostępna. Wbrew swojej ognistej naturze zamieniła się 
w sopel lodu. 

background image

 

 

Z początku Adamowi było to nawet na rękę. Nie dążył do namiętności, zbyt pochłonięty użalaniem 
się nad sobą. Pisał dzieło, którego nie potrafił napisać. 

A  Ewę,  w  miarę  jak  dorastali  Adrian  i  Kamil,  zajmowało  coraz  więcej  spraw.  Był  czas,  że 
utrzymywali się wyłącznie z jej sklepiku z odzieżą dziecięcą, wózkami i pieluchami. Miała smykałkę 
do interesów i gdyby nie jej pracownica, której bezgranicznie ufała, a ta ją notorycznie oszukiwała, 
można by powiedzieć, że sklep przynosił nadspodziewane zyski. 

Tymczasem  przynosił  tylko  zyski  spodziewane.  Mie25 li  jednak  na  opłaty i  jakie  takie  życie.  Przy 
okazji Ewa zaangażowała się w kilka kobiecych ruchów emancypacyjnych, chodziła na szkolenia — i 
prowadziła  je  —  z  asertywności,  pisania  podań  o  dotacje  z  unii  na  kobiece  imprezy  kulturalne. 
Adam patrzył na jej działania z cichą dumą, ale i zazdrością, że sam nie jest w stanie wykrzesać z 
siebie więcej energii niż na jedną stronę dziennie zapisaną wątpliwą fabułą. 

Tymczasem  Ewa,  rozpędzona  i  zwycięska,  zaczęła  go  naciskać,  by  znalazł  sobie  lepszą  pracę  niż 
bezproduktywne  wykłady  na  akademii.  Dzieciaki  zaraz  pójdą  na  studia,  wzrosną  wydatki.  Adam 
musi  znaleźć  sobie  robotę,  najlepiej  za  granicą,  bo  najwyższe  stawki.  Niech  znajdzie  cokolwiek. 
Cokolwiek?  Cokolwiek,  byle  coś  robił...  Adam  uległ.  Wyjechał  na  roboty  do  Irlandii.  Zmieszany  z 
tłumem młodszych od siebie czuł się jak ślepy przewodnik, zagubiony na początku drogi. Wiesiu, 
kumpel z uczelni, załatwił mu dobrą pracę przy wykończeniówce. Dużo się wtedy nauczył. Postawić 
ściankę działową, ułożyć glazurę, terakotę, parkiet, zbić schody — nie ma problemu, tylko wysiłek i 
precyzja, i trochę cierpliwości. Przyda mu się dzisiaj przy przebudowie domku. 

Pracował tak dwa lata, odwiedzając rodzinę w święta. Ewa była wtedy dla niego nad wyraz miła. 

Gdyby wiedział, że gdy on tam nad młotkiem, piłą, z gwoździami w zębach, to ona nad Baranem, pod 
Baranem, z językiem Barana w język... 

On harował w Irlandii, a Baran i Ewa spotkali się we wspólnym śnie o politycznej karierze. Dostali 
się do rady miasta. W takim Kostyniu to wcale nietrudne. Wystarczy odrobina popularności, którą 
Ewa miała wśród wyemancypowanych kobiet, kilka wywiadów w regionalnych gazetach, radiu czy 
telewizji  (wszyscy  dziennikarze  to  przecież  kumple,  znajomi  i  znajomi  znajomych),  no  i  trochę 
pieniędzy  na  podkupienie  kilkuset  głosów  —  pieniądze  Adam  skwapliwie  przesyłał  na  konto 
rodzinne. I jeszcze drobiazg: Ewę poparła partia, której regionalnym liderem był Baran. 

Tak  to  Ewa  twarda  i  nieugięta,  stała  się  nagle  uległa  i  miękka.  Adam  przyglądał  się  temu  z 
zażenowaniem.  Jego  żona,  zimna  intelektualistka,  analityczny  umysł  przewidujący  ewentualne 
potknięcia  i  eliminujący  je  bez  mrugnięcia  okiem,  ucząca  ich  synów  beznamiętnej  walki  o  swoje 
(„Kochani  chłopcy,  w  dzisiejszym  świecie  sumienie  to  antyk"),  teraz  rozpuszczała  się  w  Baranim 
uroku, zdominowana jego osobowością, zapatrzona w oblicze Pana! 

A może po prostu zakochana? 

Podczas przyjęcia w ogrodzie śmiała się z każdej anegdoty swojego chłopaka. Jednocześnie uważnie 
przyglądała się reakcji Borusewicza, który wyraźnie z nią flirtował. Baran był na tyle tępy, że nic nie 
widział  poza  czubkiem  własnego  nosa,  ale  jak  każde  zwierzę  miał  silnie  rozwinięty  instynkt. 

background image

 

 

Cokolwiek  by  się  działo,  czuł  swoją  przewagę  nad  emocjami  Ewy.  I  choć  Ewę  podniecało 
zainteresowanie Bo27 rusewicza, Baran wyczuwał, że to nic poważnego. 

Dl 

atego  ze  spokojem  opowiadał  kolejną  anegdotę,  tym  razem  ze  wspinaczki,  a  Borusewicz  i 

Ewa swobodnie tarzali się w sosie erotycznej wyobraźni. Ewie zawsze schlebiało, gdy interesowali 
się nią mężczyźni wykształceni. W dodatku u szczytu kariery i... 

bogaci. 

Adama mdliło. Chciało mu się płakać. Twardą gulę w przełyku próbował rozbijać kolejnymi łykami 
piwa.  Ciężko  udawać  twardziela,  gdy  szczęście  i  miłość,  jakie  do  tej  pory  znaliśmy,  okazały  się 
fałszywe. I nie były niczym więcej poza naszym wyobrażeniem o tym, jak powinny wyglądać. 

Podszedł Adrian. Coś tam próbował zagadnąć. 

Chyba  nawet  rozweselić,  ale  był  zbyt  zaaferowany  imprezą  i  po  chwili  pozostawił  ojca  samemu 
sobie. 

Adamowi to bardzo odpowiadało. Przyglądał się z boku, właściwie bez udziału w zabawie. Widział 
ruchome  eksponaty,  których  przesunięcia  można  było  rozpatrywać  niczym  ruchy  figur  na 
szachownicy. Baran nosił się jak król, Borusewicz był hetmanem, a Ewa królową, czyli żeńską wersją 
tej  samej  figury.  Teściowa  Adriana  poruszała  się  między  nimi  ruchem  skoczka,  podobnie  jak 
złotowłosa  piękność między  dwoma  braćmi,  dwoma  lauframi  z  przeciwnych  drużyn,  którzy  mieli 
sobie coraz więcej do powiedzenia. Ze skrzywionych ust, zaczerwienionych twarzy i gwałtownych 
gestów  można  było  wnioskować,  że  nie  była  to  rozmowa  dwóch  braci,  którzy  powinni  być 
przyjaciółmi. Wrogość istniała między nimi, odkąd Adam pamiętał. Był już tym naprawdę zmęczony. 

Dlatego  uciekał  w  czasy  odległe.  Najbardziej  lubił  wspominać  brata  i  jego  grę  na  gitarze.  Zanim 
Adam  poznał  Ewę,  grali  z  Sylwkiem  przez  jakiś  czas  w  jednym  zespole,  można  powiedzieć 
bluesowo-jazzowym. Młodziaki zachwycone muzyką. Adam próbował wyrabiać się na basie, ale nie 
za bardzo mu szło. Gdyby nie to, że też śpiewał, Sylwek pewnie kopnąłby go w dupę. A tak został 
obdarowany  wspomnieniem setek  wieczorów  spędzonych  na  próbach,  kilkudziesięciu  koncertów, 
jakie zagrali! 

tTwarze  dziewczyn,  z  którymi  spali,  jakoś  się  rozmazały.  Podobnie  jak  imprezy  w  mieszkaniu 
rodziców, którzy w każdy weekend wyjeżdżali na wioskę. 

Ale  się  wtedy  działo!  Gdy  zamknięto  jedyny  w  mieście  klub  młodzieżowy,  ferajna  ściągała  do 
czterech dużych pokoi w starej kamienicy. Do Nowaków. Jak ktoś nie miał co robić w nocy, to szedł 
do  Nowaków.  Do  Sylwka  i  Adama  —  mówili  przyjaciele  Sylwka.  Do  Adama  i  Sylwka  —  mówili 
przyjaciele Adama. Przyjaciele Sylwka byli przyjaciółmi Adama, a kumple Adama kumplami Sylwka. 
Tak  to  się  kręciło.  Na  imprezach  było  wesoło,  ale  żadnej  rozpierduchy.  Może  dlatego  że  rządziły 
hasz, trawa, piwo, no i tanie wino. Żadna wódka, jak to było w modzie. 

Rodzice  po  powrotach  z  wioski  zastawali  mieszkanie  wysprzątane,  bez  uszczerbku  na  dorobku. 
Zazwyczaj  sprzątały  dziewczyny.  Były  dokładne,  bo  wdzięczne  za  szczęście,  jakiego  doznały  w 
weeken29  dową  noc.  Ale  raz  ojciec  znalazł  pod  swoją  poduszką  stanik,  a  pod  łóżkiem 

background image

 

 

prezerwatywę. Wtedy stanowczo zażyczył sobie, żeby jednak oszczędzać ich sypialnię. Życzenie ojca 
zostało spełnione (szacunek musi być!) i odtąd pokój rodziców był wyłączony z imprez. A kochano 
się wszędzie. Sylwek upatrzył sobie łazienkę. Lubił baraszkować z dziewczynami w wannie. Czasami 
przez ścianę słychać było tarcie stóp o emalię, śmiech i jęki. Nikomu to nie przeszkadzało. Problem 
polegał  jedynie  na  tym,  że  gdy  łazienka  była  zajęta,  szczali  na  podwórku  doskonale  widocznym z 
wieży  aresztu,  który  sąsiadował  z  kamienicą.  Przyjaciele  Adama  i  Sylwka,  stojąc  pod  murem, 
pozdrawiali butelką piwa albo wina strażników w wieży, a ci machali przyjacielsko karabinami. Na 
sylwestra Sylwek wznosił do strażników toasty, a oni słali w świat życzenia kubkami herbaty, bo 
zimno cholernie było w tej ich wieży i pewnie smutno. 

Wieża  towarzyszyła  braciom  przez  całe  dzieciństwo.  Przypatrywała  się  wszystkim  zabawom  na 
podwórku, od którego oddzielały ją cztery garaże (równoległe do kamienicy) połączone wspólnym 
dachem.  Dach  był  smołowany  i  kiedy  miękł  na  słońcu,  ostra  woń  smoły  zatruwała  powietrze.  W 
upalne  dni  zostawały  na  nim  ślady  butów  dzieciaków,  które  chciały  przejść  na  drugie  podwórko, 
gdzie  znajdowało  się  składowisko  zardzewiałych  kuchenek  gazowych.  Garaże  wpadały  w  tylną 
ścianę  czteropiętrowego  budynku  jak  wagony  w  otchłań  tunelu.  Masywna  ściana  sięgała  nieba  i 
zamykała trzecią krawędź podwórka. Wystarczyło stanąć u jej podnóża i spojrzeć do góry, a wtedy 
ściana  waliła  się  na  głowę  jak  ciężkie  wieko  trumny.  Nie  było  w  niej  żadnego  okna  poza  jednym 
małym, gdzieś na wysokości dwudziestu metrów. Powiewały w nim suszące się gacie. Do tego okna 
pięły się długie pnącza dzikiego wina o liściach czerwieniejących jesienią. 

Dzikie  wino  posadził  Zakrzewski,  sąsiad  uważający  się  za  gospodarza  kamienicy.  Emerytowany 
urzędnik  nie  wiadomo  jakiego  urzędu  nudził  się  na  starość  i  pewnie  dlatego  uprzykrzał  życie 
chłopakom, gdy próbowali grać w nogę między trzepakiem a małym murkiem, który robił za drugą 
bramkę. Piłka, zamiast wypadać na aut, odbijała się od drzwi garaży i wtedy Zakrzewski wybiegał z 
krzykiem,  że  co  oni  niszczą  mienie  ludzi!  Raz  nawet  chwycił  Sylwka  za  podkoszulek  i  rozerwał 
rękaw. Tego było za wiele dla ojca. Wyskoczył do Zakrzewskiego i wrzasnął, że jego synowie będą 
grali na podwórku w piłkę, czy się to szanownemu sąsiadowi podoba, czy nie. I zaczął kopać piłką o 
garaże, a najmocniej o drewniane drzwi garażu Zakrzewskiego, w którego cieniu chłodził się stary 
ford  z  lat  czterdziestych,  duma  i  dziecko  Zakrzewskiego,  pucowane  i  woskowane  każdego  dnia, 
odpalane każdej niedzieli, gdy to wybierał się z małżonką na działkę poza miasto. 

Po kłótni z ojcem Zakrzewski trochę się uspokoił, ale był obrażony. Z kolei ojciec nie zmienił swojej 
zasady, że z sąsiadami, czy się ich lubi, czy nie, należy żyć dobrze. Za każdym razem, gdy mijali się z 
Zakrzewskim,  ojciec  kłaniał  się  ze  szczerym  uszanowaniem  i  mówił:  „Dzień  dobry,  panie 
Zakrzewski!".  Zakrzewski  milczał,  ale  po  dziesiątym  „dzień  dobry"  głupio  było  nie  odpowiedzieć 
ojcu  i coś  tam  burknął  pod  nosem,  aż  wreszcie  odpowiedział:  „Do-  bry,  dobry...",  a  później  nawet 
wymieniał  z  ojcem  krótkie  zdania  oceniające  aktualną  pogodę.  Wzajemne  poszanowanie  etykiety 
zostało zachowane, a Adam i Sylwek kopali piłką o garaże bez pretensji ze strony Zakrzewskiego. I 
choć przy najmniejszym odbiciu podskakiwał w swoim mieszkaniu, już nie krzyczał przez okno na 
chłopaków, tylko dusił w sobie nerwy i przełykał gorycz porażki. 

Może i podwórko było za ciasne jak na taką dużą kamienicę, ale ojciec zawsze powtarzał, że przecież 
podwórko stworzono dla dzieci, nie dla dorosłych. 

background image

 

 

A tu dzieciaków wcale nie było za wiele. Sylwek, Adam, dwóch kumpli do piłki i Baśka do całowania. 
To wszystko. Jak na tak małe podwórko w sam raz. Jednak z małych podwórek szybko się wyrasta. 

Zabawy  znikają  i  pozostaje  wyrzucanie  śmieci.  Tu  przy  śmietniku  rósł  niewielki  klon,  który 
karłowaciał w miarę dorastania dzieciaków. Któregoś dnia Adam zdziwił się, że w dzieciństwie miał 
takie kłopoty, by się na niego wdrapać. Dorosłemu wystarczyło podciągnąć się na najniższej gałęzi i 
już był na wierzchołku drzewa. Wystarczyło zrobić kilka porządnych kroków i przejść podwórko z 
jednego  końca  na  drugi,  krótki  spacer  od  ponurej  ściany  pod  trzepakiem  do  murku  i  jeszcze  z 
dwadzieścia kroków od kamienicy do garaży — dziecko po tym terenie swobodnie biegało i nic nie 
ograniczało  przestrzeni,  w  której  żyło.  Co  ciasne  dla  dorosłego,  dla  niego  było  nieskończone.  Z 
czasem wielu wyrastało z tej nieskończoności. Ale nie Sylwek. 

Gdy Sylwek dorastał, odbiło mu na punkcie egzotycznych rybek akwariowych. Porozstawiał, zarybił 
i sprzątał trzy stulitrowe akwaria. Potrafił godzinami wpatrywać się w podwodny świat ryb i roślin. 

Zanurzony  w  innym  czasie  i  przestrzeni  znikał  dla  zewnętrznego  świata.  Z  pewnością  był 
szczęśliwy,  unosząc  się  w  głębinie,  gdzie  wrzecionowate  kształty  neonków  błyskały 
zharmonizowanymi  nawrotami  całego  stada.  Ich  grupowe  loty  rozbijały  dostojne  żagle  skalarów. 
Nie można było dopuścić, żeby były przegłodzone, bo wtedy rzucały się na mniejsze ryby. Połykały 
neonki,  obgryzały  ogony  weloniastej  odmianie  danio  lamparciego,  które  uwijały  się  pomiędzy 
flegmatycznymi gurami tuż pod powierzchnią wody. Barwy akwarium dopełniały żółto-czarne pasy 
brzanek  sumatrzańskich,  różne  odmiany  sumików  i  diabelskie  narośle  dwóch  olbrzymich 
glonojadów. 

W drugim akwarium Sylwek trzymał pielęgnice. 

Tu zamiast powolnego ruchu roślin świat wypełniały tarasy z kamieni i skomplikowane labirynty 
korzeni.  Tylko  trzy  pary  ryb,  ale  to  wystarczyło,  by  trwała  między  nimi  wieczna  wojna  o  teren. 
Szczególnie agresywne były pielęgnice zebry. Gdy w okresie godów zobaczyły którąś z mekk albo 
akarę,  ich  ciemne  pionowe  pasy  gęstniały  w  czerń,  a  granatowe  ciało  nasycało  się  atramentową 
wściekłością.  Straszyły  skrzela  niczym  olbrzymie  ramiona  i  przeganiały  pozostałe  dwie  pary  w 
jeden  z  kątów,  zdobywając  w  ten  sposób  całe  królestwo.  Samiec  i  samica  na  zmianę  wachlowały 
płetwami  gęstą  ikrę  przylepioną  do  kamieni,  ostrożnie  wyjadały  martwe  jajeczka,  pozostawiając 
tylko  te,  z  których  wyłaniało  się  życie.  Na  zmianę  też  atakowały  pozostałe  pielęgnice.  A  później 
przenosiły narybek w pyszczkach i wypluwały co chwilę w innych miejscach, by intruzi nie pożarli 
ich dzieci. Dlatego by nie dopuścić do morderczych walk, Sylwek po kilku dniach wyławiał narybek i 
przenosił  do  trzeciego  akwarium,  podzielonego  na  trzy  części.  W  nim  trzymał  miniatury  z 
przezroczystymi  ciałami  i  czarnymi  kropkami  w  głowach,  które  służyły  im  za  oczy.  Karmił  je,  aż 
dorosły  na  tyle,  że  można  je  było  sprzedać  do  sklepów  akwarystycznych  po  śmiesznie  niskich 
cenach. 

Dwa  wcielenia  Sylwka  utkwiły  szczególnie  w  pamięci  Adama.  Pierwsze,  jak  siedzi  na  taborecie  i 
wpatruje  się  w  akwaria,  a  nad  jego  głową  połyskują  na  suficie  refleksy  wody.  Drugie,  jak  na  tym 
samym  taborecie  godzinami  gra  na  gitarze.  Dzisiaj  już  wszystko  było  jakieś  zamazane,  ale  Adam 

background image

 

 

bardzo  wyraźnie  pamiętał  śmiech  Sylwka.  Cichy  i  nieśmiały.  Dzięki  niemu  ich  życie  brzmiało  jak 
wesoły wstęp do niebanalnej kompozycji. Wstęp był udany, ale poza nim niewiele się udało. 

Pewnego dnia Sylwek przestał się uśmiechać. 

Nienaturalny  smutek  przeszkadzał  mu  w  ukończeniu  studiów  muzycznych  i  w  grze  na  gitarze. 
Paraliżował ruchy i Sylwek potrafił cały dzień przesiedzieć, wpatrując się w ścianę. Jego dziewczyna 
nie wytrzymała i odeszła. Akwaria pozarastały glonami i trzeba je było zlikwidować. Twarz Sylwka 
też zarosła. Golił się tylko wtedy, gdy prosili go o to rodzice. 

Smutek Sylwka trwał kilka lat. Nie rozbiły go leki ani wielogodzinne rozmowy z lekarzami, którzy 
uważali, że potrafią przywrócić mu uśmiech. 

Aż pewnego dnia Sylwek wszedł do morza i znaleziono go dopiero dwa dni później. Leżał oblepiony 
piaskiem i patrzył w niebo, ale jego błękitne oczy zalepiła sól morza. 

Czas wcale nie złagodził bólu po stracie brata. 

Najgorzej, gdy Adam usłyszał jakąś melodię,  której słuchali kiedyś wspólnie. Wtedy wspomnienie 
ich  dzieciństwa  i  młodości  nie  wypełniało  świata  rozmarzeniem,  ale  goryczą.  Ojciec  nigdy  nie 
pogodził  się  ze  śmiercią  młodszego  syna  (nie  mówiąc  już  o  matce,  która  prawie  przestała  się 
odzywać).  Twierdził,  że  to  nienaturalne,  gdy  dziecko  umiera  przed  rodzicami.  Tak  jakby  rzeka 
zawróciła i zaczęła płynąć do swojego źródła. Ale często ludzkie życzenia kruszy odgórny wyrok, a 
chaos zwycięża kolej rzeczy. 

Adam na chwilę wynurzył się ze wspomnień i w ciemnym obramowaniu werandy zobaczył pły35 
wającą w słońcu łąkę. Dawno nie koszona zarosła kępami białego krwawnika, różowopurpurowej 
macierzanki i fioletowymi kwiatami ostu. Gdzieniegdzie mieniły się delikatne kwiaty maku i złote 
akcenty mleczu. Bliżej domku rozrosła się mięta i melisa, zdziczałe pozostałości po ogródku mamy. 
Nad  łąką  unosiły  się  błyszczące  szkiełka.  To  kolorowe  chmary  drobnych  modraszków,  które  tak 
ciężko było sfotografować, bezgłośnie klaskały skrzydłami. 

Nie  tak  dawno,  choć  minęło  od  tej  pory  jakieś  dziesięć  lat,  biegali  po  tej  łące  Adrian  i  Kamil.  W 
pulsującym od skwaru obrazie Adamowi wydawało się nawet, że widzi ich dziecięce postacie. Ale 
rozleniwiony wypitym piwem znowu zapadł się w świeże wspomnienie, by ze wstydem przełknąć 
ostatni akcent weselnego przyjęcia Adriana. 

Wciąż z boku, smakując tym razem wódkę z lodem, przyglądał się narastającej awanturze pomiędzy 
synami. Dostrzegł ich  gwałtowne gesty, ale nie reagował. Czekał, co stanie się dalej. Jego synowie 
byli  już  wystarczająco  dorośli,  by  sami  decydować,  czy  chcą  się  pozabijać.  Dlatego  nawet  nie 
zareagował, gdy Kamil chwycił nóż i rzucił się na Adriana. 

Pozostała rezygnacja. Błoga obojętność, która pozwalała na rozkoszowanie się zimną wódką. Adrian 
uchylił się przed ciosem i instynktownie uderzył Kamila tym, co miał pod ręką, a właśnie rozlewał 
wino. Uderzenie nie było mocne, ale butelka roztrzaskała się na czole młodszego brata, który opadł 
na kolana. Z rozciętej głowy popłynęła krew. Kapa36 ła na zielony dywan angielskiej trawy. Zanim 
Kamil  się  ocknął,  podbiegł  do  niego  Baran.  Był  zwinny  jak  małpa.  Przygniótł  nogą  rękę,  w  której 

background image

 

 

Kamil wciąż ściskał nóż, i wyrwał mu go. A później stało się coś, co zniszczyło ojcowski autorytet 
Adama  —  jeśli  w  ogóle  kiedykolwiek  go  miał.  Baran  ostrożnie  pomógł  Kamilowi  wstać,  lekko  go 
potrząsnął, by na niego spojrzał, i łagodnie powiedział: „Chłopcze, odtąd będziesz jeździł ze mną w 
interesach,  czy  tego  chcesz,  czy  nie.  Zobaczysz  kawałek  świata  i  albo  go  pokochasz  albo 
znienawidzisz  do  końca,  ale  poznasz  jedno  —  prawdziwe  życie".  I  Kamil  nic  nie  powiedział, choć 
wargi mu drżały. Ewa podbiegła do syna z papierowymi ręcznikami i z troską zaczęła wycierać mu 
czoło.  Zerkała  przy  tym  z  podziwem  na  Barana,  który  dumny  jak  paw  sączył  ostatniego  drinka. 
Adama  jakby  nie  było.  Spóźniony,  bez  refleksu,  przesuwał  się  coraz  dalej,  na  obrzeża  obrazu,  w 
którego ramach nie miał prawa istnieć... 

Teraz, gdy Adam siedział na werandzie, w krainie swoich rodziców, uśmiechnął się tylko. Synowie i 
żona  żyli  na  innej  planecie.  On  wrócił  do  miejsca,  które  kochał.  Skąd  ta  nadzieja,  że  właśnie  tu 
znajdzie spokój i ukończy książkę, nad którą pracował od lat? 

Nie liczył przecież, że  wzbudzi ona choć w połowie takie zainteresowanie jak jego  dwie  pierwsze 
powieści.  Wierzył  jednak,  że  pisanie  pomoże  mu  się  uspokoić,  opanować  chaos,  który  mącił  w 
głowie. 

Wierzył też w zbawienną rolę fizycznej pracy. Tyle że dzisiaj nie miał ochoty na nic. Tylko siedzieć 
na werandzie i popijać piwo. Marzyć i wspominać, skoro wspomnienia tak nachalnie domagają się 
obecności. Być może po to tu przyjechał — przetrawić wszystkie te dni, których wystarczająco nie 
docenił. 

I teraz, po latach, zobaczyć, ile dałyby mu radości, gdyby nie był tak zapatrzony w siebie. 

Tomasz  Lebioda,  zanurzony  w  butli  gotującego  się  powietrza,  wspinał  się  po  wzgórzu.  Szło  mu 
nietęgo.  Skwar  zraszał  mu  włosy  potem,  w  żyłach  gęstniał  bimber  sołtysa,  a  nogi  walczyły  ze 
wzniesieniem  i  kępami  nie  skoszonej  roślinności.  Pył,  który  unosił  się  z  przesuszonych  ziół, 
utrudniał oddychanie. Skrzydła motyli lepiły się do twarzy. Że też rodzicom Nowaka zachciało się 
wybudować domek na takim wzniesieniu. No, ale sam im doradzał to miejsce. Będziecie mieli stąd 
widok na całą okolicę. 

Na  zatokę,  przeciwległe  wzgórza  i  pola,  na  starą  sosnę  i  moje  gospodarstwo,  wreszcie  na  wiatę 
wujka Benka. Uff, jeszcze trochę i ukryje się w chłodzie werandy. 

Postać  Lebiody  falowała  w  rozgrzanym  powietrzu.  Głowa  zgubiła  szyję,  a  tułów  głowę. 
Nienaturalnie wykrzywione nogi szły gdzieś z boku. Czy gdyby wbić się wyobraźnią w te szczeliny 
pomiędzy  poprzesuwanymi  częściami  Lebiody,  powstałby  inny  człowiek?  —  fantazjował  leniwie 
Nowak. 

Pływające  powietrze  zaczęło  bawić  się  z  rozognioną  wyobraźnią  Adama,  który  nieświadomie 
wstrzymał oddech. Warstwy ruchomych obrazów delikatnie zachybotały, pomyliły swoje miejsca i 
już  Lebioda  szedł  w  towarzystwie  matki  i  Sylwka,  którego  trzymał  za  rękę  ojciec.  Cała  czwórka 
rozmawiała, radośnie gestykulując. Lebioda nawet na chwilę przystanął i wskazał na lasek. Ojciec z 
mamą kiwali głowami, a Sylwek wyrwał się i zaczął ganiać za motylami. Byli młodsi, dużo młodsi. 
Adam miał wtedy jakieś dziesięć lat... 

background image

 

 

— Cholera, tego to już za wiele — mruknął pod nosem lekko przestraszony. Łomotało mu w uszach i 
przełyku.  W  ustach  czuł  krew,  a  w  nozdrzach  rozżarzone  węgle.  —  Pewnie  przez  ten  upał  — 
tłumaczył sam siebie z majaków. 

Tymczasem  Tomasz  Lebioda  był  już  blisko  i  Adam  z  ulgą  stwierdził,  że  idzie  sam,  bez  dziwnego 
towarzystwa. Lubił Lebiodę. Sprzedał rodzicom ten kawałek ziemi, pomagał przy budowie domku i 
przyjaźnił się z nimi. Lebioda bardzo szanował ojca Adama za uczciwość i siłę, z której słynął w całej 
wiosce (swego czasu ojciec pokonał go na rękę), cmokał też w dłonie matkę, podziwiając jej piękno i 
łagodność.  Był  od  Adama  starszy  o  dobre  dziesięć  lat.  Chyba  nawet  dawno  przekroczył 
pięćdziesiątkę. 

Podniszczony  bimbrem  i  robotą  w  polu.  Praca  w  ziemi  i  przy  zwierzętach  trochę  szybciej  ściera 
człowieka  niż  ślęczenie  przed  komputerem,  w  oparach  nowoczesnych  kosmetyków, 
wysmakowanych wódek i drogich papierosów. Ale Lebioda, choć skóra mu ściemniała i pojawiły się 
pierwsze  zmarszczki,  nie  stracił męskiego  uroku, który  sprawiał,  że  jego  żona  wciąż  była  o  niego 
zazdrosna. Mogła spać spokojnie, bo był w niej zakochany po uszy. Poza tym z roku na rok twardniał 
i gdy podawał rękę, zamiast niej ściskało się imadło. 

Adam Nowak od kilku lat nie palił, ale wiedział, że Lebioda poczęstuje go papierosem. Cieszył się z 
tego spotkania. Dlatego wstał po zimne piwo i gdy Lebioda wspinał się po schodkach na werandę, 
już trzymał otwarte butelki. 

—  Na  zdrowie  —  podał  spragnionemu  Lebiodzie,  a  ten  bez  słowa  machnął  pół  butelki  i  dopiero 
odpowiedział: — Wielkie dzięki. 

Uścisnęli sobie dłonie. 

— Dawno cię tu nie było. — Lebioda usiadł i poczęstował Adama papierosem. 

—  Nie  tęskniłem.  —  Adam  z  błogością  zaciągnął  się  mocnym  i  natychmiast  wypłynęła  z  niego 
kolejna fala potu. Tym razem zimnego, nieprzyjemnego; wzmożona praca porów, od której kręci się 
w głowie. 

— Teraz zatęskniłeś? — spytał Lebioda. 

— Jak by to powiedzieć... 

I nic nie powiedział. Lecz nie przeszkadzało im wzajemne milczenie. Nie należeli do tych, którzy na 
siłę podtrzymują rozmowę, w końcu Adam zmienił temat: — Ale upał. Aż w głowie się gotuje... 

— Tak, w taki upał umierają zwierzęta i płoną lasy. 

Adamowi  stanęło  przed  oczami  wspomnienie  pożaru  w  sąsiedniej  kamienicy  i  strach 
dziesięcioletniego Adriana przed ogniem. Wtedy też było upalne lato. Takie upały zdarzają się raz na 
kilka  lat.  Pewnego  ranka  dekarze  coś  robili  przy  rynnach  i  jeden  z  nich  podobno  źle  skiepował 
papierosa.  Inna  wersja  mówiła  o  starej  instalacji  elektrycznej,  a  jeszcze  inna  o  nie  wyłączonym 
żelazku  (Ewa  zawsze  zapominała  wyłączyć  żelazko  albo  opiekacz  do  tostów!)  W  każdym  razie  z 

background image

 

 

okien  mieszkania  na  poddaszu  zaczął  się  wydobywać  czarny  dym.  A  zaraz  za  nim  pojawiły  się 
rozchybotane żaluzje ognia, który natychmiast wyginał plastikowe okiennice, a drewniane obgryzał 
do  brunatnych  kręgosłupów.  Ludzi  ciągnie  do  przerażających  widoków.  Jeszcze  zanim  dojechała 
straż pożarna, pod kamienicą zebrał się tłumek kibiców. „Ale się fajczy" — westchnął z podziwem 
zasmarkany młodziak, znany z tego, że okradał pijaków. „Jak dojdzie do nas, moja matka dostanie 
fioła" — mruknął jego kumpel, bo mieszkał na trzecim piętrze, tuż pod rozszalałym poddaszem. 

Nie wiadomo skąd na dachu pojawił się Bolo, dzielnicowy wariat, który często biegał po dachach, 
odgrażając  się,  że  skoczy.  Tym  razem  dość  mocno  przypiekło  mu  podeszwy.  Bolo  coraz  szybciej 
przeskakiwał z nogi na nogę i wyglądało to jak intensywna rozgrzewka przed skokiem. Młodziaki z 
dołu krzyczeli: „Skacz, Bolo, do nas, do nas! Złapiemy cię! 

A może ci wyrosną skrzydła!". 

Jeszcze dwie minuty i pewnie Bolo by pofrunął. 

Ale nie dlatego że chciał spełnić swoją wieloletnią groźbę, swój szantaż na nieczułym ludzie, tylko 
dlatego  że  dach  zaczynał  skwierczeć  jak  rozpalona  patelnia.  I  Bolo  ze  zdziwieniem  stwierdził,  że 
zamiast  roli  zrozpaczonego  bohatera  jest  mu  pisany  los  spalonej  frytki.  Miał  jednak  szczęście. 
Jedyny  w  mieście  wóz  strażacki  z  czterdziestometrową  drabiną  akurat  przyjechał.  Wysunęły  się 
szczeble i dotknęły stóp wariata. Bolo z drżącymi nogami zaczął schodzić. 

Asekurował go młody strażak, który uważnie obserwował pożar, jakby wzrokiem chciał zatrzymać 
rozrastający  się  ogień.  A  gdy  już  zeszli  na  chodnik,  młodziaki  zaczęli  pokrzykiwać:  „No  i  jak  tam, 
Bolo? 

Fruwać się chciało, co? Z góry na świat popatrzeć. 

A może jeszcze  naszczać nam na głowy, co?!". A Bolo odszczekiwał się: „A naszczałbym, naszczał. 
Tylko z takiej wysokości ciężko trafić!". 

Szyby  pękały  od  żaru  i  sypały  się  na  chodniki.  Gapie  stali  w  bezpiecznej  odległości  za  żółtymi 
taśmami.  Pięć  wozów  strażackich  otworzyło  sikawki.  Strumienie  wody  przepadały  w  ogniu  bez 
śladu. Nawet nie unosiła się para. Mieszkania zamieniły się w rozgrzane piece, które trawiły meble i 
zapach ludzi. Adam postanowił, że odwiezie synów do teściów. Próbował zasłaniać dzieciom oczy, 
ale wiedział, że ich pamięć przechowa szczegóły. 

Wbiegające  do  klatki  schodowej  oddziały  strażaków  uzbrojonych  w  topory  i  łomy.  Biały  kociak 
sparaliżowany  ze  strachu,  którego  w  ostatniej  chwili  chwycił  za  kark  Krzychu,  fotoreporter 
miejscowej gazety. 

Wepchnął zwierzaka pod pachę i odskoczył przed spadającą belką. Jakiś strażak sklął go, a Krzysiu 
na odlew strzelił mu fotkę. Na drugi dzień wśród innych fotografii płonęła z gazety wściekła twarz 
strażaka,  który  krzyczał:  „Spier-da-laj!"  —  a  stop-klatka  uwieczniła  go  na  „e"  i  wyglądało,  jakby 
strażak cierpiał za tych wszystkich, którzy utracili dach nad głową. 

Tego dnia spłonęło dwadzieścia jeden mieszkań. 

background image

 

 

Jakaś kobieta stojąca wśród gapiów, gdy zobaczyła, że płomienie wtargnęły do jej pokoju, zawołała: 
„A  niech  to  szlag  trafi!  Wszystkie  kwiaty  mi  zmarnieją!"  —  i  wybuchła  histerycznym  śmiechem. 
„Proszę pani, a ja wczoraj kupiłem sobie nowy garnitur na ślub mojego bratanka!" — próbował ją 
pocieszyć  zmyślonym  nieszczęściem  pomarszczony  od  alkoholu  i  bezzębny  sześćdziesięciolatek, 
samotny, samiuteńki na tym świecie, odkąd pamiętał. „Ale się fajczy" — powtórzył zafascynowany 
młodziak, któremu  smarki  sięgały już górnej wargi. „Fajczy się, fajczy, ale brakuje ofiar"  — dodał 
zawiedziony  kumpel,  znany  z  tego,  że  najlepiej  okradał  supermarkety.  „Bolo  mógł  skoczyć,  ale 
strefił" — dodał trzeci. 

„Jakby była telewizja, toby skoczył" — zapewnił go drugi. 

Obok  niego  płakała  śliczna  dziewczyna,  którą  przytulał  ubrany  w  garnitur  chłopak.  Młode  mał43 
żeństwo dopiero co zamieszkało na drugim piętrze, pod szóstką czy siódemką. Ona go kochała, on 
zdradzał ją ze swoją koleżanką z pracy. Ona była zrozpaczona — nie zdążyli się ubezpieczyć. On się 
zastanawiał, czy nadal opłaca mu się ciągnąć małżeństwo, skoro trzeba będzie tyle pieniędzy utopić 
w  remoncie.  Na  świeżo  cyklinowaną  podłogę  w  gościnnym  pokoju  spadł  sufit  zalany  wodą  z 
sikawek, która przesiąkała przez wszystkie mieszkania od dachu po piwnice. 

Strażacy  gasili  pożar  przez  cały  dzień.  Sikawki  wycelowane  w  okna  i  dach  strzelały  wodą 
pompowaną przez podłączone do hydrantów węże. Na załamaniach niektóre z nich były dziurawe i 
wtedy woda pryskała w otwarte okna tych, którzy przyglądali się akcji. Adam już odwiózł synów do 
teściów (Adrian był roztrzęsiony, Kamil wręcz przeciwnie: zafascynował go cały bałagan) i wrócił 
do mieszkania. Przeszedł do pokoju gościnnego, z którego widać było pożar, i zaczął fotografować, 
uwieczniać — jak to lubił określać jego kumpel dziennikarz — płomienną historię swojej dzielnicy. 
Gdy wychylił się przez otwarte okno, jedna ze strug z dziury w wężu strzeliła na wysokość drugiego 
piętra. Zanim Adam zdążył zareagować, brudna woda obryzgała świeżo malowane ściany. 

Kiedy Ewa zobaczyła plamy na ścianach i mokrą podłogę, wybuchła awantura niewspółmierna do 
zdarzenia. To była ich pierwsza poważna kłótnia. 

Wcześniej  też  się  sprzeczali,  ale  raczej  ze  zmęcze44  nia.  Tym  razem  nie  było  powodu  — 
przynajmniej tak uważał Adam. Ewa prawie rzuciła się na niego z pięściami, ale w połowie drogi 
jakby oklapła, zrezygnowana i niepewna swojej reakcji. Spojrzała mu prosto w oczy i zanim odkrył 
w nich własne zdziwienie, odwróciła się i wybiegła z mieszkania. Nie zareagował. Stał jak wryty. Coś 
tu nie grało. Tak jakby chciała plunąć mu w twarz, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. 

Dotąd  Adam  był  przekonany,  że  nastały  dla  nich  dni  największego  szczęścia,  najprawdziwszej  i 
szczerej miłości! Dopiero co przeprowadzili się do własnego mieszkania. Co prawda, zapożyczyli się, 
ale wierzyli, że poradzą sobie ze spłatami. Adam miał zostać sławnym pisarzem. Najważniejsze, że 
już nie musieli pałętać się z dwójką dzieci po obcych mieszkaniach, wynajmowanych za horrendalne 
pieniądze. Byli na swoim! Zaczynało się nowe życie! Kobieto, ciesz się, że ten pożar nie dotyczy nas, 
tylko sąsiadów! Wtedy dopiero miałabyś powód do rozpaczy. Zaplamiona ściana! Zalana podłoga? 
—  ocknął  się  przed  tą  cholerną  mokrą  podłogą,  z  gwałtowną  panoramą  za  oknami,  z  bełkotem 
pożaru za plecami, i próbował nie dopuścić do siebie przeczucia, które uporczywie domagało się w 

background image

 

 

nim obecności wyrażającej klarowną myśl: jeśli przyzna się przed sobą, że w oczach Ewy dostrzegł 
obrzydzenie, będzie to początek końca ich szczęścia. Spojrzał na swoje ręce. Aparat był suchy. 

Nie przepadły zdjęcia strażaków na drabinach, włamujących się przez okna i drzwi do stygnących 
mieszkań.  Spoconych  pod  podłużnymi  kaskami,  wyczerpanych  i  brudnych,  z  ubraniami 
nasączonymi  pianą  i  przez  to  dwa  razy  cięższymi.  Albo  jak  siedzieli  wzdłuż  ulicy  i  zajadali  się 
pieczonymi kiełbaskami, które rozdawała im jakaś restauracja. Zdjęcia, na których strażacy zrzucali 
spalone belki poddasza na ulicę. Uzbierało się ich potem po parapety okien na parterze i czuć było 
spalenizną przez całą noc, dopóki nie uprzątnęły ich służby porządkowe. 

Ewa uspokoiła się pod wieczór. Przyjechała od teściów z Adrianem i Kamilem. Dzieci późno usnęły. 
Były rozdrażnione. Mógł im też  przeszkadzać huk spalonych  belek wrzucanych  przez całą noc do 
kontenerów przez budowlańców. 

Kamil  szybko  doszedł  do  siebie.  Niepokój  rozwiała  barwna  rzeczywistość,  która  w  dzieciństwie 
mieni się tak wieloma zdarzeniami, że łatwo zapomnieć o przeżytym dniu. Gorzej było z Adrianem. 

Był bardziej strachliwy od Kamila. Przez jakiś czas budził się w nocy z krzykiem i płaczem. Często 
moczył  się  w  łóżku  i  wtedy  Kamil  okrutnie  się  z  niego  nabijał,  że  baba.  Rozpowiedział  o  tym  w 
szkole i Adrian nie mógł mu tego wybaczyć. Wstyd przed kumplami, poniżenie przed dziewczynami. 
Bracia  rzucali  się  na  siebie,  a  Adam  nie  potrafił  nic  na  to  poradzić.  Nauczyciele  wzywali  go  na 
rozmowy,  ale  on  stał  bezradny.  Dopiero  gdy  ster  przejęła  Ewa,  chłopcy  się  trochę  uspokoili. 
Przynajmniej przestali się bić. Jej stanowczość, kary i rygor były najlepszym sposobem na braterskie 
kłótnie. 

Adrian jeszcze długo bał się płomieni. W dymie z kominów widział zapowiedź katastrofy. Przerażały 
go  telewizyjne  wiadomości  z  pożarem  w  roli  głównej.  Zdarzyło  się,  że  na  widok  ognia  dostał 
drgawek. Psychologowie uspokajali, że z wiekiem mu przejdzie, wyrośnie z tego, trzeba tylko trochę 
cierpliwości.  Owszem,  przestał  się  moczyć  w  nocy,  budzić  z  krzykiem,  ale  stał  się  czujny.  Słyszał 
zgrzyt  zapalniczki  z  drugiego  pokoju.  Dlatego  raczej  unikali  palenia  świec  i  na  szczęście  mieli 
kuchenkę elektryczną. Ogniska, które rozpalali na biwakach, obserwował z napięciem i ściśniętymi 
szczękami. Gdy Adam postanowił zrezygnować z tej atrakcji, Kamil tym bardziej prosił go o smażone 
kiełbaski i ziemniaki z popiołu. Pragnął przyglądać się cierpieniu brata. 

To były jeszcze czasy, w których Adam z Ewą szybko się godzili. Uczucie tłumiło niechęć. Młodość 
domagała  się  szaleństw  w  łóżku.  Wtedy  pogodziła  ich  świadomość  tego,  że  mieli  dużo  szczęścia. 
Czuli cichą i naturalną radość z tego, że to jednak mieszkanie sąsiadów się spaliło, a nie ich. Kto wie, 
czy  poczucie,  że  zostali  oszczędzeni,  nie  uchroniło  wtedy  ich  związku  przed  rozpadem.  Czasami 
nieszczęście innych pomaga dostrzec własne szczęście. Starczyło go jeszcze na kilka lat. Ale gdy Ewa 
powiedziała, że odchodzi, miała już wszystko przygotowane. 

Znalazła nawet kupca na ich mieszkanie. Może to i dobrze. Podzielili się po równo i przynajmniej są 
pieniądze na przebudowanie domku... 

— Tak, w taki upał płoną lasy i umierają zwierzęta... — powtórzył trochę głośniej Tomasz Lebioda, 
bo Adam od dłuższego czasu milczał zapatrzony przed siebie. Wreszcie ocknął się, a Lebioda zaczął 

background image

 

 

mówić mu o tym, jak to od lat należał do ochotniczej straży pożarnej. Wiadomo, taka straż na wiosce 
to  co  innego  niż  w  mieście.  Ale  chłopaki  byli  równie  oddani  sprawie  co  zawodowcy.  Ile  to  razy 
zdarzało im się jechać na pożar w środku rodzinnej imprezy albo festynu dożynkowego? To ogień 
wybiera  czas  i  miejsce,  do  którego  musi  zdążyć  człowiek,  by  żarłoczność  żywiołu  nie  spopieliła 
świata. 

Starym  traktorem  z  beczkowozem  pruli  przez  polne  drogi  ku  panoszącej  się  katastrofie.  Jeśli  był 
dzień, wypatrywali dymu. W  nocy ku celowi prowadziła ich  łuna. Woleli jednak dzień, bo  w nocy 
jeden musiał się kłaść z przodu na rozgrzanej masce silnika i oświetlać drogę latarką — w traktorze 
nie  działały  światła.  W  dodatku  jak  któryś  wypadł  z  kabiny  i  nikt  tego  nie  zauważył,  zgubiony 
uważał się za zwolnionego z obowiązku gaszenia pożaru. 

W  najlepsze  zasypiał  w  przydrożnym  rowie i  ukołysany  do snu  alkoholem oraz  wizją strażackich 
przygód, zamiast działać, śnił, jak na tle ognia czarne postacie leją wodę, rąbią siekierami, zanurzają 
się  w  ogniu  i  wyskakują  z  niego  z  dymiącymi  włosami  i  ubraniem,  a  ich  oczy  błyszczą  jak  zimne 
kryształy szaleństwa. Pięciu wspaniałych i dowódca Tomasz Lebioda. 

Wypijali czasem siarczyste kieliszki nie tyle dla własnej przyjemności, ile  dla odwagi. (Z ogniem i 
chujem nie ma żartów). Może dlatego zdarzały się nieprzewidziane historie. Jak wtedy, gdy Lebioda 
rozpędził  się  i  barkiem  rozwalił  drzwi  płonącego  domu.  Wbiegł  do  pierwszego  z  brzegu  pokoju i 
chwycił,  co  było  pod  ręką,  a  że  był  to  telewizor,  niewiele  namyślając  się,  wyrzucił  go  przez 
zamknięte okno, by uchronić cenny sprzęt przed ogniem. 

Okno wyleciało z ramą, a telewizor roztrzaskał się metr dalej o chodnik. Tomasz Lebioda wykonał 
całą akcję tak błyskawicznie, że chłopaki nie zdążyli go powstrzymać i wyjaśnić, że wyważył drzwi 
nie  tej  chałupy  co  trzeba.  Wpadł  do  domu  Budziszowej,  w  którym  było  wszystko  w  porządku,  a 
płonęła  chałupa  Markowej,  o  tamta!  „To  dlaczego  nikogo  tu  nie  ma?"  —  spytał  trzeźwo  przez 
roztrzaskane  okno  Lebioda.  Chłopaki  wskazali  chałupę  Markowej,  w  której  ogień  pożerał  dach. 
Sąsiadom  bezładnie  biegającym  wokół  płonącego  domu  przyglądała  się  gruba  baba  z  rękami 
położonymi na biodrach. 

„Budziszowa ogląda pożar!" — huknęli zgodnym chórem chłopaki strażaki. Gdyby widzieli jej twarz, 
zobaczyliby uśmiech, bo Budziszowa od zawsze kłóciła się z Markową, a ogień teraz wskazywał na 
to, kto miał we wszystkim rację. „No to na co czekacie?! 

Do roboty!" — wrzasnął Tomasz Lebioda, a chłopcy jak na rozkaz ruszyli beczkowozem, do którego 
wiadrami ze studni trzeba było nalewać wody, bo zawsze był pusty, i dopiero po jego napełnieniu 
można było pompować ręczną pompą. Woda z sikawki leciała najwyżej na dwa metry. W głowicy 
było złe ciśnienie i dalej się nie dało. Dlatego chłopaki strażaki zazwyczaj rezygnowali z beczkowozu 
i szukali wiader po podwórkach, przepychali się do studni. 

Czasami któryś podłączył szlauch i puszczał wodę z piwnicy, ale szlauchem to można sobie najwyżej 
kwiatki  podlewać,  a  nie  pożar,  bo  jak  się  tak  podlewało  ogień  szlauchem,  to  rzeczywiście  rósł  w 
oczach jak to zielsko na grządkach. I wydawało się, że woda nie dławiła jego pychy, ale przeciwnie, 
podsycała do rozkwitu, do puszenia się barwnym pióropuszem, który spopielał szczęście w rozpacz. 

background image

 

 

Bo też najczęściej nie można było nic poradzić. 

No, choćby wtedy, jak pojechali do płonącej stodoły, która tak mocno się hajcowała, że tylko oglądać 
pozostało. Szkielet rozpadł się na drugi dzień, po całej nocy fajerwerków. Chłopaki tylko pilnowali, 
by od stodoły nie zajęło się gospodarstwo, a od gospodarstwa wieś. Bo siłę ognia podsyca wiatr i 
kieruje według własnego uznania. I jeśli wiatr jest boskim dotykiem, a ogień boską barwą, to jedynie 
we właściwych proporcjach. Zbyt rozbestwione stają się bronią demona. 

Zdarzały się przypadki, gdy ludzie demonowi pomagali. Różne są tego przyczyny. Najbardziej po50 
spolitą  jest  natura  ludzka.  No  choćby  kilka  dni  temu.  Chłopaki  zajechali  beczkowozem  na  akcję 
akurat w momencie, gdy ogień odciął parter od piętra. 

Na  piętrze  leżała  w swoim  łóżku  pijana  Piechnalowa  z  Piechnalem,  podgotowani  już i  zaczadzeni 
tak, że o własnych siłach nie mogli wstać. Nie pierwszy raz ich ratowali. Kiedyś całą załogą wdarli 
się  do  ich  domu.  Chłopaki  na  dole  gasili,  a  Tomasz  Lebioda  wbiegł  na  piętro,  by  wyciągnąć 
Piechnalów z łóżka. Piechnalowa chichotała jak zwykle. Lebioda bez problemu zarzucił ją sobie na 
barki i wyniósł z domu. 

Gorzej było z Piechnalem, który się opierał. Darł się, że nie opuści domu i woli w nim spłonąć, bo jak 
tylko wyjdzie, to zaraz go okradną. „Ciekawe z czego?!" — krzyczał mu w twarz Lebioda. Zaczęli się 
szarpać.  Wreszcie  Lebioda  wyprowadził  kilka  sierpowych,  które  przesunęły  Piechnalowi  nos  w 
lewo  tak,  że  odtąd  zadawał  nim  światu  nieustające  pytania,  i  wyniósł  znokautowanego  na 
podwórko.  Dopiero  wtedy  zobaczył,  że  chłopaki  pod  gruszą  rozpijają  flaszkę  za  udane  ugaszenie 
pożaru, którego tak naprawdę nie było. To tylko dym z komina poszedł, bo Piechnalowa paliła jakieś 
stare  papiery...  I  Lebiodzie  trochę  głupio  się  zrobiło  za  to,  że  sprał  Piechnala,  więc  gdy  tylko  go 
ocucili,  natychmiast  podstawili  mu  pod  złamany  nos  otwartą  flaszkę.  I  choć  tego  dnia  Piechnal 
niewiele  czuł,  to  po  tym,  jak  do  jego  mózgu  przedarła  się  ożywcza  woń  wódki,  uśmiechnął  się  i 
wspólnie wypili za ugaszenie pożaru, którego nie było. 

Ale  tym  razem  sprawa  była  poważna.  Ogień  rozkwitał  coraz  bardziej,  buchał  zbyt  mocno,  by  się 
przez  niego  przebić. Trzeba było  choć trochę ugasić i wykorzystać ten moment, w którym żywioł 
nabiera oddechu, by uderzyć ponownie ze zdwojoną siłą. 

Trzeba  było  więcej  wody.  Nie  wystarczały  wiadra  i  dogorywający  strumień  z  sikawki.  Wtedy 
Tomasz Lebioda wpadł na pomysł, by podłączyć się do piwnicy Kwiczoła, sąsiada Piechnalów, który 
chwalił się, że u niego jest najlepsze ciśnienie i dlatego nie ma kłopotów z podlewaniem ogrodu. A 
ogród  miał  wspaniały.  Z  dziada  pradziada  uprawiany,  z  zadbanymi  drzewkami  owocowymi  i 
krzaczkami,  z  poukładanymi  z  kamieni  pagórkami,  które  obrastały  różnobarwne  skalniaki,  z 
ocienionymi  altankami  i  pergolami,  z  których  zwisały  różowe  kielichy  fuksji,  tak  ukochane  przez 
nieżyjącą mamusię.  Chłopaki  strażaki  rzucili  się  do  Kwiczoła,  krzycząc:  „Sąsiad,  dawaj  no  wodę!". 
Ale co to, to nie, Kwiczoł nie był głupi! Już wcześniej zaryglował wszystkie okiennice. Przeczuwał, że 
jego  woda  będzie  potrzebna,  a  przecież  i  tak  miał  potężne  rachunki  przez  ten  ogród  z  dziada 
pradziada kwitnący i rodzący owoce. Tomasz Lebioda prawie wybił sobie bark na drzwiach. 

—  Sąsiad,  otwieraj,  bo  wyważę!  —  wydarł  się,  a Kwiczoł  krzyknął  mu  przez  drzwi:  —  A  spróbuj 
tylko! 

background image

 

 

— Siekiery użyję! 

— To drzwi dębowe, wyszczerbisz tylko ostrze! 

—  Każda  chwila  cenna!  —  ryknął  Lebioda,  a  chłopaki  strażaki,  ustawieni  w  pięcioosobowym 
szeregu, równocześnie pokazali mu rękoma na własnych szyjach, jak ucina się łeb kurze, bo właśnie 
ogień rozkruszał piętro. 

— A wiecie, ile ta woda kosztuje? Jak wam dam, to pójdę z torbami — piszczał przez drzwi Kwiczoł. 

— Ale tam się ludzie smażą! 

— To nie ludzie, nie ludzie! To Piechnalowie! 

Swołocz jedna zarzygana, zawsze nachlani, niech zdychają... — rozpoczął tyradę Kwiczoł. 

— A niech ci chuj wyschnie, a żonie pizda zarośnie, sknero jebana! — Lebioda charknął na drzwi i 
przeskoczył drewniane ogrodzenie, by szybciej zobaczyć szaleństwo ognia. 

Nic już nie dało się zrobić. Płomienie triumfalnie pulsowały i zapraszały do tańca. Kto chce, niech 
wskoczy! Dom Piechnalów za kilka godzin przestanie istnieć. I gdy wszyscy się zastanawiali, z czego 
Piechnalom urządzić pogrzeb, bo przecież nic nie mieli, że chyba trzeba będzie zbierać po wiosce 
pieniądze, a będzie trudno uzbierać, bo tak na dobrą sprawę nikt Piechnalów nie lubił. Przyzwoitość 
ludzka  nakazuje  jednak  pochować  tragicznie  spalonych.  ..  I  gdy  tak  zastanawiali  się  i  debatowali 
przy płonącej chałupie, któryś z siedmiu bachorów Werszkowej krzyknął i wskazał na środek drogi. 
Najspokojniej  w  świecie,  wzajemnie  się  podtrzymując,  zataczali  się  w  ich  stronę  Piechnalowie. 
Rozradowani  wracali  do  domu  z  porannej  popijawy  gdzieś  w  polu,  a  że  znudziło  im  się  słońce  i 
niebo, i śpiew ptaków, postanowili przespać południe w swoim łóżku na piętrze. 

— O, Lebioda! — Piechnal czknął Lebiodzie w twarz i próbował go ominąć, ale zarzuciło nim i gdyby 
nie Piechnalowa, dokoła której zakręcił się jak księżyc wokół planety, pewnie padłby do tyłu i, jak 
miał w zwyczaju, rąbnął głową o  asfalt. Natychmiast zapadłby w pijacki sen, gdzie pływają formy 
niespotykane w rzeczywistości. 

— Piechnal, ty tam nie pójdziesz, nie macie już domu... —¦ tłumaczył cierpliwie Tomasz Lebioda, ale 
Piechnal był zbyt szczęśliwy, by pojąć ciężar strat. 

Dla niego każdy oddech był zyskiem, każdy dzień nadprogramową przysługą, której nikomu i nigdy 
nie będzie musiał spłacać. 

— Cały świat dla mnie domem! — krzyknął radośnie i próbował teatralnie rozłożyć ramiona, ale na 
szczęście nie udało mu się, bo mocno trzymała go Piechnalowa. 

— Ale wasz dom spłonął, o zobacz — i Lebioda wskazał im płonącą chałupę. Dach już się zapadł. 

Ogień strzelał z okien, jakby chciał wspiąć się do nieba. 

— To nie mój dom — stwierdził stanowczo Piechnal. — Mój dom wygląda inaczej. 

background image

 

 

— Teraz wygląda tak. 

— Ale mój dom nie ma tego, no tego... ognia. 

— Teraz ma. 

—  Uff!  —  westchnął  Piechnal  i  pokiwał  głową,  jakby  rozmawiał  z  idiotą.  —  Lebioda,  ja  cię  lubię, 
nawet  po  tym,  jak  złamałeś  mi  nos,  ale  teraz  pozwól  mi  się  przespać  z  moją  żoną  Lusią  w  moim 
domu — bełkotał, nisko się kłaniając, choć pewnie kłaniać się nie chciał, a Piechnalowa chichotała, 
bo dokoła jej głowy latały motyle i muskały skrzydłami jej czoło i włosy. 

—  Połóżcie  ich  tam  —  rozkazał  kamratom  strażakom  Lebioda,  a  oni  chwycili  osuwających  się 
Piechnalów pod ręce i zanieśli jak wyczerpane dzieci w cień przydrożnego dębu, który ze starości 
przechylał się coraz bardziej. Któregoś dnia upadnie i na kilka godzin zatarasuje szosę. 

Piechnalowie  przytulili  się  i  usnęli  odwróceni  do  siebie  twarzami.  Wyglądali  jak  zmęczeni  po 
całonocnej miłości kochankowie. Jeszcze tylko brakowało osypujących się na nich płatków jabłoni. 
No i po kilku rwanych chrapnięciach i kaszlnięciach wokół rozporka Piechnala zaczęła powiększać 
się  mokra  plama,  a  wtedy  bachory  Werszkowej  podskoczyły  radośnie:  —  Zeszczał  się,  zeszczał, 
Piechnalowi puściły zawory! 

— A nie mówiłem, że to obszczymury jedne?! — krzyknął ze swojego okna Kwiczoł. 

—  To,  to  wszyscy  wiedzą,  ale  ty  zamknij  się,  bo  jak  pierdolnę...  —  pogroził  mu  pięścią  Tomasz 
Lebioda i przestraszony Kwiczoł szybko zamknął okiennice. 

Lebioda kazał chłopakom strażakom pilnować pogorzeliska. 

— Niech wszystko ładnie się dopali... I wieczorem do mnie — szepnął jednemu do ucha. 

— Wszyscy? 

— Tak, całą kompanią, ale nikomu ani słowa — zaznaczył tajemniczo. — Aha! I niech każdy weźmie 
ze sobą piłę elektryczną. 

— Piłę elektryczną? 

— O nic nie pytaj. 

Wieczorem  stawił  się  u  niego  cały  pięcioosobowy  oddział  ochotniczej  straży  pożarnej.  Chłopcy 
liczyli  na  co  nieco  i  nie  zawiedli  się.  Rozpili  wesoło  dwie  flaszki,  buńczucznie  wspominając 
pojedynki z ogniem. W pewnym momencie Lebioda wyjawił im swój plan. 

— Tomaszu — poklepał go po plecach jeden z kamratów — idziemy z tobą jak w ogień. 

Wzięli piły, a Majcherek, który mieszkał najbliżej Kwiczoła, podjechał pod jego ogród traktorem z 
broną. Od strony domu Piechnalów zawiewał swąd spalenizny i cieplejsza fala powietrza. 

background image

 

 

Kwiczoł właśnie oglądał fascynujące wiadomości ze świata: nieszczęśliwe rodziny, którym huragan 
porywał  domy,  zrozpaczonych  pogorzelców  gdzieś  w  Azji,  przerażone  ofiary  powodzi  i  trzęsień 
ziemi  gdzieś  w  Ameryce.  Wzruszał  się  zawsze  przy  tym  do  łez.  Modlił  się wtedy  o  szczęście  tych 
wszystkich, którym złość boska uczyniła tak wielką krzywdę. 

Ale  widocznie czymś sobie zasłużyli na tak okrutne potraktowanie. Nie ma winy bez  przyczyny. I 
nawet  jeśli  nie  są  warci  jego  modlitwy,  to  on  uparcie  modli  się  za  tych  grzeszników,  ot,  tak,  na 
wszelki  wypadek,  dla  zaskarbienia  sobie  kilku  dodatkowych  punktów  tam  w  górze...  Po  takich 
wiadomościach sumienie Kwiczoła było czyste jak łza niemowlaka. 

Żona jego, Wiesia, każdego wieczoru surowo przestrzegała nakazu, by mężowi nie przeszkadzać w 
rozkoszy oglądania wiadomości ze świata. W rozkoszy skupienia i wybaczania win. Bo Kwiczoł tak 
wybaczał całemu światu, że aż czasami uważał się za świętego. Z Wiesią żyli spokojnie i szczęśliwie. 

Reagowała na każde jego skinienie, o nic nie prosiła, była wdzięczna za każdy jego uśmiech, dzielnie 
pomagała w ogrodzie. Zajmowała się całym obejściem, choć nie musiała, bo Kwiczoł miał wysoką 
emeryturę,  przydzieloną jeszcze  za  lepszych  czasów,  i  stać ich  było  na sprzątaczkę czy  —  jak  kto 
woli — służącą. 

Tak,  Wiesia  była  dobrą  żoną,  wierną  i  oddaną  mężowi.  Nigdy  mu  nie  przeszkadzała,  zawsze 
przemykała cicho i niezauważalnie, czekała, aż on pierwszy się odezwie... Zaraz, zaraz, ale dlaczego 
on myśli o swojej żonie? Przecież powinien się skupić na modlitwie, zaraz skończą się wiadomości, a 
on nie jest dostatecznie skupiony! Coś mu wyraźnie przeszkadza. To Wiesia! Ta kurwa coś za głośno 
się kręci! 

—  Zbysiu,  ktoś  chyba  jest  w  naszym  ogrodzie  —  wydukała  Wiesia  bardziej  przerażona  tym,  że 
przerywa mężowi modlitwę za uciśnionych niż odgłosami dochodzącymi od strony ogrodu. Kwiczoł 
ocknął  się  wściekły.  Już  miał  huknąć  na  żonę,  gdy  w  jego  uszy  wtłoczył  się  zmasowany  pisk  pił 
elektrycznych, wyjącego traktora i jakieś trzaski, jakby spadających drzew. Zbladł, bo zrozumiał, że 
spełniają  się  jego  najgorsze  sny.  Wybiegł  z  domu  i  jego  oczom  ukazała  się  apokalipsa.  W  świetle 
oszalałych  reflektorów  traktora  i  ruchliwych  błyskach  strzelających  z  czół  strażackich  hełmów 
załoga  Lebiody  wycinała  ogród.  Czterech  chłopa  zgrzytało  piłami  elektrycznymi  o  pnie  drzewek 
owocowych,  a  piąty  rył  traktorem  i  szorował  broną  trawę,  rozbijał  misternie  ułożone  tarasy 
obrośnięte  skalniakami,  taranował  krzaki  agrestu  i  porzeczek.  Ogród  Kwiczoła  stał  się  areną 
zmagań  byka  i  toreadorów,  sceną  baletu  klasycznego,  i  mało  brakowało,  by  ci  barbarzyńcy,  te 
potwory  zaczęły  jak  filigranowe  panienki  wywijać  piruety  na  palcach.  Ale  zamiast  tego  śmiali  się 
demonicznie. Wskazywali Kwiczoła palcami. W świetle księżyca błyszczały im zęby i Kwiczoł przy 
całej swojej dobroci nie mógł im tego wybaczyć... A gdzie był szósty barbarzyńca? Dowódca bandy, 
grzesznik największy, najbardziej znienawidzony przez bogobojnego Kwiczoła? Milicja! Tfu, policja! 
— rozbłysło w głowie Kwiczoła pojęcie, które przez całe życie ogrzewało mu serce. W jego blasku 
czuł się bezpiecznie i rosło jego znaczenie. Trzeba na mili... tfu! 

Policję! 

background image

 

 

Komórka leżała na stoliku w gościnnym. Już widział, jak sięga po nią ręką, ale zanim oderwał wzrok 
od  porażającego  go  widoku  i  zanim  obrócił  się  w  stronę  domu,  poczuł  czyjąś  dłoń  na  lewym 
ramieniu. 

— I co teraz powiesz, stary esbeku? 

To był Tomasz Lebioda. 

—  Co  powiem?  Co  powiem?  —  zacietrzewił  się  Kwiczoł.  —  Zadzwonię  na  milicję,  na  policję 
zadzwonię! 

— Może i zadzwonisz, ale najpierw zwinę cię w kłębuszek i posadzę o tam, żebyś lepiej widział. 

Kwiczoł próbował się wyrwać, ale natychmiast został unieruchomiony. Lebioda był jakieś dwa razy 
silniejszy  od  swojego  ojca,  a  z  kolei  ojciec  Lebiody  był  od  swojego  ojca  silniejszy  jeszcze  jakieś 
dodatkowe trzy razy. Z kolei Kwiczoł był słabszy od swojego ojca jakieś dwa razy, podczas gdy jego 
ojciec  był  słabszy  od  swojego  jakieś  trzy  razy.  Dlatego  zrozumiałe,  że  po  dziesięciosekundowej 
szarpaninie  Kwiczoł  oglądał  wycinkę  ogrodu  związany  nylonowym  sznurkiem  do  snopków.  Gdy 
próbował protestować, Lebioda zakneblował mu usta skarpetkami. 

— Pani Wiesławo — zwrócił się szarmancko do żony Kwiczoła — proszę pilnować męża, by nam nie 
przeszkadzał w czynie społecznym. 

Wiesia  stała  z  boku  i  w  milczeniu  przyglądała  się  wszystkiemu.  Nie  była  w  stanie  ruszyć  się  z 
miejsca. 

Nie  wiadomo,  czy  sparaliżował  ją  strach,  czy  zauroczenie.  O  świcie  chłopaki  skończyli.  Spoceni  i 
wyczerpani  powyłączali  piły.  Majcherek  wrócił  swoim  traktorem  do  stodoły.  Miał  jeszcze  trochę 
roboty. 

Wyczyścić brony i zamieść za sobą błotniste ślady grubego bieżnika, które zostały na asfalcie. 

Wschód  słońca  zalał  krwią  pobojowisko  i  twarz  Kwiczoła,  który  już  nawet  nie  sklął  żony,  gdy 
nieporadnie próbowała rozciąć sznurek wżynający mu się w nadgarstki. 

Z  samego  rana  Kwiczoł  wezwał  sierżanta  Palucha.  Policjant  przyjechał  dość  szybko.  Z  emzetką 
przylepioną  do  dupy,  w  czarnej  skórze  wzorowanej  na  amerykańskich  filmach.  Anna  specjalnie 
wyszukała  mu  ją  w  lumpeksie.  Zamiast  gogli  miał  okulary  przeciwsłoneczne  —  czarne  szkła 
zakrywały pół twarzy. Zwolnił przed tłumkiem, który podziwiał koniec domu Piechnalów i ogrodu 
Kwiczoła. Nieczęsto na wiosce dzieje się tyle ciekawych rzeczy naraz. 

Paluch wyczuł, że sprawa jest poważna. Wyłączył silnik, ale jeszcze czekał. Musiał zaznaczyć swoją 
obecność.  On  tu  dzisiaj  rozdawał  karty.  Zanim  zsiadł  z  motoru,  palec  za  palcem  ściągnął  wpierw 
prawą, później lewą rękawiczkę. Choć dłonie lepiły się od potu, do jazdy motorem sierżant Paluch 
zawsze wkładał rękawiczki. Rozejrzał się po twarzach. 

background image

 

 

Znał  wszystkie,  ale  go  nie  interesowały.  Przebiegł  wzrokiem  po  zapadłych  policzkach  i 
przekrwionych oczach Kwiczoła, aż wreszcie znalazł tego, kogo szukał. Splunął na ziemię i ociężale 
zszedł z maszyny. 

Brązowe kowbojki zadzwoniły błyszczącymi ostrogami. Spod obcasów uniosły się obłoki kurzu. 

— No i co powiesz, Lebioda? — zaczął surowo sierżant Paluch. 

— Ja? Dlaczego ja? 

— Bo ty, bo ty! — wściekał się Kwiczoł, ale sierżant Paluch spojrzał na niego znad okularów jak na 
psie gówno, w które akurat wdepnął. Nie lubił Kwiczoła i to nie dlatego, że za komuny donosił na 
całą wioskę. Sierżant Paluch po prostu nie lubił starych esbeków, bo ciągle od policji czegoś chcieli. 
Nie potrafił zrozumieć, dlaczego Kwiczoł chodził jeszcze cały i zdrowy. Taki bezczelny typ. Potrafił 
zaczepić  sąsiada,  którego  za  komuny  wpakował  do  aresztu,  gdzie  go  katowali,  łamali  mu  kości  i 
ducha, a teraz w nowej Polsce ledwo wiązał koniec z końcem. Kwiczoł doskonale wiedział, że sąsiad 
emeryturę  miał  głodową,  i  dlatego  go  zaczepiał,  i  z  uśmiechem  pytał:  „Jak  tam  się  panu  żyje  na 
emeryturze?  Bo  mi,  proszę  pana,  dobrze,  nawet  bardzo  dobrze.  Mógłbym  za  moją  emeryturę  na 
Majorkę z żoną sobie jeździć, ale nie jeżdżę, siedzę tu, bo kocham naszą ojczyznę!". 

— Lebioda, jak to możliwe, żeby wyciąć taki ogród? — zwrócił się do Tomasza sierżant Paluch. 

To, że Kwiczoł chodził cały i zdrowy po wiosce, sierżant Paluch  tłumaczył sobie wyrozumiałością 
starych, którzy pamiętali, ale odpuścili. Ta polska fantazja. Ta całkowicie chybiona i niezrozumiała 
skłonność do wybaczania ludziom, którzy na to nie zasłużyli, podczas gdy naprawdę potrzebujący są 
niszczeni,  gnojeni  i  wdeptywani  w  błoto  z  fanatycz61  ną  rozkoszą.  Ale  dzisiaj  sierżant  Paluch 
wyczuł,  że  miarka  się  przebrała.  Po  pierwszych  niezbyt  ostrożnych  słowach  zrozumiał,  że  era 
starego donosiciela się kończy. W rozgrzanym powietrzu unosił się opór całej wioski. Nie można za 
bardzo  cisnąć  Lebiody,  bo  wszyscy  są  za  nim,  a  Kwiczoł  jest  teraz  jawnym  skompromitowanym 
wrogiem. 

— Trzeba było w ogóle to wszystko ściąć i zaorać? — spuścił nieco z tonu Paluch. 

— Sierżancie Paluch, melduję, że drzewa, krzaki i trawa mogły się zająć od pożaru — zasalutował 
Lebioda. 

Tłumek ciekawskich zachichotał. 

— Ty sobie ze mnie nie rób jaj — syknął Paluch. 

—  Sierżancie  Paluch,  melduję,  że  ja  sobie  jaj  z  sierżanta  nie  robię.  Dopóki  wioska  nie  uprzątnie 
pogorzeliska, jestem na służbie i dowodzę pięcioosobowym oddziałem ochotniczej straży... 

— Dobra, dobra... — przerwał mu  Paluch.  — Może masz swoją rację,  ale — tu ściszył głos  — nie 
krzycz tak oficjalnie: sierżancie, sierżancie. Może niedługo będę starszym sierżantem, a tak to ludzie 
się przyzwyczają i będą wołać: sierżancie, sierżancie, bez starszego. 

— Ale przecież już się przyzwyczaili — odpowiedział szeptem Lebioda. 

background image

 

 

— A może nie tak do końca się przyzwyczaili, co? 

A może ty im tym sierżantem tylko utrwalasz przyzwyczajenie. Nie pomyślałeś o tym, zakuta pało?... 

No to jak, umowa stoi? Mniej oficjalnie i bez sierżanta, przynajmniej nie przy ludziach... To jak, stoi? 

— Stoi. 

— A teraz, jak mamy wszystko uzgodnione, to powiedz mi, Lebioda — sierżant Paluch znowu mówił 
donośnie. Lubił swój bas, szczególnie gdy inni byli zmuszeni go słuchać. — Jak tak sobie patrzę na 
sąsiedztwo Piechnalów i Kwiczoła, to dzieli ich najpierw betonowe podwórko Piechnalów, później 
piaszczysta droga, która odchodzi od głównej szosy i spada do jeziora, następnie chodnik po stronie 
Kwiczoła i dopiero ogrodzenie Kwiczoła, w dodatku druciane. Potem jeszcze kamienne podwórko 
Kwiczoła, pas trawy i dopiero dużo, dużo dalej drzewa i w ogóle ten cały ogród. 

— Znane są przypadki, że ogień szedł po betonie, piachu i kamieniach, a tu jakby dostał się do trawy, 
toby poszło wszystko z dymem i pewnie dom Kwiczoła też. 

— Ty mi tu, Lebioda, nie pierdol. 

— Właśnie! Ty, Lebioda, nie pierdol panu sierżantowi — zawtórował Paluchowi Kwiczoł, a Paluch 
tylko  zagryzł  dolną  wargę,  bo  zakłuł  go  w  serce  ten  sierżant.  Kiedy  będzie  wreszcie  ten  starszy? 
Boże spraw, żeby jak najszybciej był starszy sierżant Paluch, wtedy dopiero pokazałby światu, no i 
honda, honda na dokładkę zamiast tej parszywej emzetki! 

—  Lebioda,  ogień  nie  mógł  się  przecież  przenieść  taki  kawał  drogi.  Nie  miałby  z  czego  się 
utrzymywać — stwierdził zimno Paluch. 

I gdy się wydawało, że zemsta Lebiody wyjdzie na jaw, że Lebioda się nie wywinie i sierżant Paluch 
rąbnie mu kolegium, może nawet na kilkaset złotych... 

— Gdzie tam! — krzyknął Kwiczoł. — Na kilka tysięcy! Może nawet na kilka tysięcy. 

Z tłumu wyszła stara Budziszowa, która dawno zapomniała Lebiodzie stratę telewizora, a posłuch w 
wiosce miała, choćby dla tego tarota, z którego potrafiła wróżyć. Wyszła Budziszowa przed tłum z 
rękami pod boki i powiedziała: — Wiatr był. 

— Co? — Uniósł brew sierżant Paluch. Wietrzył nadzieję na rozwiązanie tej nieprzyjemnej sprawy. 

—  Wiatr  wiał  w  stronę  Kwiczoła  i  mogło  przenieść  iskry  na  ogród  —  cierpliwie  wyjaśniała 
Budziszowa. 

— Taki kawał? — głupio spytał Paluch. Kwiczoł patrzył na niego z przerażeniem, drgała mu broda. 

— A dlaczego nie... Chłopaki musieli ściąć i zaorać, żeby nie zajęło ogrodu, a później to i dom mógł 
pójść na rozpałkę. 

— Właśnie tak! — krzyknęło kilka głosów z tłumu. 

background image

 

 

—  Właściwie  to  uratowaliśmy  obywatelowi  Kwiczołowi  dupę  —  z  miną  niewiniątka  tłumaczył 
Lebioda. — Przy sprzyjających wiatrach mogło mu się zapalić całe gospodarstwo. 

— Jak to? — załkał Kwiczoł. 

— A tak to, obywatelu Kwiczoł — skwapliwie podjął sierżant Paluch. — Właściwie to powinniście 
podziękować obywatelowi Lebiodzie, że uratował wam dupę od pożaru. 

I  zanim  Kwiczoł  ochłonął,  sierżant  Paluch  zasalutował,  jednocześnie  wyćwiczonym  ruchem  palca 
strącając z czoła na nos okulary przeciwsłoneczne. 

Wskoczył na swoją emzetkę jak na rumaka i silnym kopnięciem zapuścił silnik. 

Kwiczoł  wyciągnął  za  nim  rękę,  ale  sierżant  Paluch  dodał  gazu  i  zabuksował  tylnym  kołem, 
wzniecając gęstą chmurę kurzu, w której wszyscy zaczęli kasłać i zanim przejrzeli na oczy, Paluch 
wyskoczył  motocyklem  na  szosę  i  z  piskiem  opon  rzucił  się  w  pogoń  za  marzeniami.  O  starszym 
sierżancie i hondzie,  i po trochu  o  tej młodej Malwinie z włosami jak płomienie, co  to tak kręciła 
tyłkiem na ostatnim festynie, że jego Ania wyglądała przy niej jak wysuszona śliwka albo kurczak z 
piór obrany i zluzowany z kości. 

—  Teraz  podlewaj  sobie  ten  swój  zasrany  ogródek  —  Lebioda  syknął  w  ucho  załamanemu 
Kwiczołowi. 

Budziszowa  splunęła  mu  pod  nogi  i  ludzie  się  rozeszli.  A  Kwiczoł  usiadł  na  skraju  ogrodu,  który 
teraz przypominał karczowisko albo wiatrołomy — zależy na czym zawiesiło się oko — i zapłakał. 
Pierwszy raz nad sobą, a nie nad innymi. 

Od tej pory siedział przed telewizorem całymi dniami. Stracił krzepę i ochotę do ruchu. Podno- sił 
się  tylko  za  potrzebą.  Oglądał  wyłącznie  filmy  przyrodnicze  i  teleturnieje.  Wiadomości  ze  świata 
skwapliwie pomijał. Wiesia była przyzwyczajona, że wszystko pozostawało na jej głowie. Poprosiła 
sąsiadów, żeby pomogli jej pociąć drzewa w klocki, które porąbała i schowała do komórki na zimę. 
Jakoś  w  ogrodzie  uprzątnęła.  Pomagały  jej  dzieciaki  Werszkowej.  Później  ogród  zarośnie  wysoką 
trawą. 

A Piechnale? Gdy tylko się przebudzili, zobaczyli, że ich dom nie jest ich domem, ale kupą popiołu. 

Popatrzyli,  podumali,  Piechnalowa  zachichotała,  bo  promień  słońca  połaskotał  ją  za  uchem,  a 
Piechnal westchnął. Ciężko było przyznać, że coś się skończyło, by coś mogło się zacząć, dlatego na 
początek wmówili sobie, że pomylił im się adres. Głęboko spojrzeli sobie w oczy i zgodnie uznali, że 
ich dom tak naprawdę istnieje, ale w innym miejscu. Postanowili, że trzeba go poszukać. Wcześniej 
jednak  zajdą  do  sklepiku  pani  Zosi,  która  pewnie jeszcze  dwa  jabole  da  na  krechę,  a  może  nawet 
cztery, bo przecież oficjalnie są w żałobie po stracie domu, no nie? 

— Ale tak naprawdę to po co przyjechałeś? — spytał Tomasz Lebioda. 

— Chcę przebudować chatę, żeby w zimie można było mieszkać. 

— Przecież można. 

background image

 

 

— Ale kibel chcę mieć w środku. 

— Aaa... rozumiem. 

— Najpierw wykurzę ze środka robactwo, o tym... 

— Adam wskazał na truciznę w spreju, która leżała pod ścianą. — Jak rozpylę, pewnie będę musiał 
nocować na zewnątrz. 

— Na deszcz się nie zanosi — głupio mądro stwierdził Lebioda, zerkając spod daszku werandy na 
czyste niebo. — Z przebudową będzie trochę roboty, nonie? 

— Pewnie tak... 

— Jak będziesz chciał, przyślę ci chłopaka, co to nam go podrzucili z Niemiec. 

Na podniesioną brew Adama Lebioda odpowiedział, że od kilku dni ma u siebie młodego Niemca, 
chłopaka  po  przejściach.  Opłaca  się  wziąć  takiego,  bo  niemieckie  poprawczaki  płacą  za  takiego 
trudnego po dwa tysiące euro miesięcznie! 

—  Wyobrażasz  sobie,  Adam,  dziesięć  baniek  na  utrzymanie  tej  patologii  i  jak  to  oni  mówią,  na 
resocjalizację.  Choćby  nie  wiadomo,  jaki  to  był  bandyta,  opłaca  się.  U  nas,  tu,  na  naszej  wiosce, 
zresocjalizuje się, że będzie ludzi po rękach całował. Na razie gnój wywozi z obory i nic nie mówi, 
tylko spode łba zerka. Coś tam odszczeknie jak pies jakiś. Moja Jadzia trochę się go  boi, ale może 
dlatego więcej na niego krzyczy, niż czasami potrzeba. Jak będziesz chciał, to ci go podrzucę, niech ci 
ponosi belek, potrzyma młotek, gwoździe poda... Aha! Za dwa dni biję świnię. Przyjdź na świeżynkę. 
Jadzia robi najlepszą na wiosce! 

Adam podziękował i w milczeniu dokończyli po trzecim piwie. A gdy Lebioda schodził ze wzgórza, 
otoczyła  go  kolorowa  chmura  motyli.  Adam  dostrzegł  wśród  nich  wyćwiczonym  okiem  znawcy 
mieniaka  tęczowca  opalizującego  głębokim  granatem  skrzydeł.  Połysk,  od  którego  motyl  wziął 
swoją nazwę, wywoływały maleńkie pęcherzyki powietrza znajdujące się w jego łuskach. Skupiały 
się w nich niebieskie pragnienia owada, skierowane ku lataniu i narkotycznemu zasysaniu słodkich 
nektarów.  Adam  przypomniał  sobie  okaz  sprzed  lat,  który  spotkał  na  leśnej  drodze.  Motyl  ssał 
papierek po cukierku i był tak odurzony słodyczą, że można go było dotykać. Wspomnienie zostało 
do  dziś  i  Adam  poczuł  na  opuszkach  palców  delikatną  strukturę  motylich  skrzydeł,  a  w  ustach 
słodycz nieznanego pochodzenia. 

Słońce  osłabło  i  Adam  wyszedł  z  cienia  werandy.  Wciąż  miał  wrażenie,  że  są  tu  z  nim,  schowani 
gdzieś za domkiem. Jednak nie znalazł nikogo. 

Zamiast rodziny zobaczył zarośnięte grządki, gdzie mama sadziła warzywa, i zwalone rusztowanie 
na  huśtawkę,  które  ojciec  własnoręcznie  zbił  z  belek  dla  Adriana  i  Kamila.  Chłopcy  wyrośli,  ale 
huśtawka  została.  Ojciec  często  się  na  niej  bujał,  wpatrując  się  w  zachód  słońca.  Teraz  huśtawka 
była martwa. To było coś więcej niż przygnębienie. Nie wymyślono nazwy na smutek Adama. 

background image

 

 

Przez jakiś czas krążył jak otępiały, wypatrując śladów. Szukał narzędzi albo otwartej butelki piwa, 
którą  ojciec  mógł  na  chwilę  gdzieś  postawić,  kieliszka  z  ulubionym  winem  mamy,  zabawek 
chłopaków,  nie  dokończonej  krzyżówki  Ewy,  gitary  Sylwka.  Nic  z  tego.  Słyszał  znajome  głosy, ale 
dochodziły  z  miejsc,  w  których  akurat  go  nie  było.  Na  werandzie  śmiał  się  ojciec,  któremu 
wtórowała  mama,  lecz  weranda  była  pusta.  I  gdy  tak  Adam  kilka  razy  się  nabrał,  usiadł  na 
schodkach i zapłakał... Dawno nie płakał. 

Wieczorem wyniósł z domku pościel i ubrania. 

Mama zawsze  je prasowała i skrupulatnie układała w komodzie, ale przez te lata  zżarły je mole i 
zostały z nich rozpadające się szmaty. Powyrzucał zwietrzałe przyprawy i spleśniałe resztki chleba. 
Oczyścił filigranowe gilotyny z wyschniętych trupów polnych myszy. Z antresoli, której podłoga była 
sufitem werandy, zniósł sflaczałe na śmierć materace. 

Jutro  je  napompuje  i  sprawdzi,  czy  się  jeszcze  do  czegoś  nadają.  Wreszcie  przewiązał  sobie  nos  i 
usta  jakimś  starym  podkoszulkiem  i  rozpylił  w  domku  śmiercionośny  gaz.  Wyobraźnia 
podpowiadała  mu  obrazy  krztuszącego  się  robactwa.  Pękające  pancerze,  skrzydła  kurczące  się  w 
spalone zwitki, łamiące się odnóża, dla których ciało nasączone trucizną stawało się zbyt ciężkie. Nie 
czuł litości. Ich śmierć była zbyt odległa od ludzkiego współczucia. Odwłoki to inny świat niż dupa, 
czułki  nasłuchują  innych  dźwięków  niż  uszy.  Zresztą  cokolwiek  zrobimy,  ro69  bactwo  i  tak 
przetrwa,  ale  nie  w  tym  domu,  z  satysfakcją  myślał  Adam.  Wreszcie  zamknął  drzwi,  by  całe  to 
tałałajstwo kisiło się w śmiercionośnej chmurze, i zobaczył, że słońce powoli zachodzi za drzewa, 
które  zakrywały  podłużny  tułów  jeziora.  Zatoka  pociemniała.  Świerszcze  kończyły  rytmizować 
przestrzeń. Ptaki zasypiały w gałęziach. Dzień wypadał z obiegu. Zaczynała się nowa rzeczywistość. 

Żadnego  samochodu,  tylko  delikatne  szemranie  liści.  Gdzieś  tam  zaszczekał  pies.  Adam  zbierał 
gałęzie na ognisko — było ich pełno w pobliskim lesie. Chciał spalić rzeczy po rodzicach, które już 
do niczego się nie nadawały. Gdy wchodził pomiędzy drzewa, ich pnie mieniły się pomarańczowymi 
refleksami.  Radosne  odbicia  pożerał  fioletowy  cień,  w  którym  umysł  niezbyt  pewny  siebie  mógł 
zgubić drogę i utonąć w ciemnościach. 

background image

 

 

 

2.

 

W

SPOMNIENIE OJCA 

 

Za  każdym  razem,  gdy  rozpalał  ognisko,  nachodziło  go  wspomnienie  ojca.  Człowieka,  który 
spróbował każdej pracy, by wyżywić rodzinę. Ile to razy ojciec wracał późno w nocy? Zdarzało się, 
że  przywoził  na  swojej  eshaelce  worek  ziarna  dla  tych  kilku  kur,  królików  i  nutrii,  co  je  mieli  w 
ogródku. Najgorzej było zimą, gdy mróz przebijał się przez kurtkę i spodnie, ścinał mięśnie, zmrażał 
wnętrzności,  srebrną  igłą  stukał  w  każdą  kość  po  kolei,  jakby  chciał  udowodnić:  słaby  jesteś, 
człowieku, wobec mojego dotyku. 

Ojciec miał kłopoty z odlepieniem się od siodełka. 

Spocony tyłek przymarzał. Mama biegła z dzbankiem ciepłej wody i polewała krocze ojca. Smutno 
się wtedy uśmiechał. Gorzko przełykał dumę. Gdy woda rozpuszczała lód, jak najszybciej próbował 
wstać, posapując, wprowadzał motocykl do komórki, rzucał worek i rozkraczony kuśtykał do domu. 

Wyglądał  przy  tym,  jakby  mu  coś  strzeliło  w  krzyżu,  bo  nie  mógł  się  wyprostować.  Słychać  było 
skrzypienie  przemarzniętych  stawów. Dopiero  w cieple  łazienki  powoli  tajał.  Jego  sztywne ruchy, 
które  w  powietrzu  kreśliły  kąty  ostre,  nabierały  naturalnej  płynności  i  przedpotopowa  zmarzlina 
ponownie  budziła  się  do  roli  żywego  człowieka.  Czasami  cały  proces  zachodził  w  przedpokoju.  I 
Adam z otwartą buzią przyglądał się tej przemianie. Fascynowało go przepoczwarzanie się kukły w 
ojca. Gdy coś pozornie żywego, strach na wróble szarpany kąśliwym wiatrem, odzyskuje panowanie 
nad  sobą  i  podnosi  się  z  drżących  nóg,  wyprostowuje  w  sobie,  by  zaraz  pochylić  się  nad  synem, 
spojrzeć mu w oczy i cicho powiedzieć: „Synu, życie jest piękne, ale trzeba umieć o nie walczyć". 

Może właśnie przemiany ojca sprawiły, że Adam zaczął się pasjonować motylami? To wyrywanie się 
ze zmarzłego kokonu, z mokrych spodni i zesztywniałej skórzanej kurtki, z butów, z których osypy- 
wały  się  kryształki  lodu...  Ociekający  ojciec,  który  za  chwilę  pofrunie  przed  telewizorem  w 
przestrzeń  kolorowych  obrazów...  Przecież  nie  był  jakimś  tam  ułomkiem.  Silny  chłop.  Szczupły, 
rodzaj żyły, której nie przerwie siła ludzkich rąk, nie złamie uderzenie ludzkich pięści. Wiadomo, że 
mogła go zabić ludzka przebiegłość, jednak ta może zabić każdego. 

Miał szorstkie, ale otwarte serce. Trzymał synów krótko, ale nie bił. No, może Adama, jako że starszy 
od Sylwka (starszy zawsze obrywa pierwszy), trzasnął ze dwa razy. Nie może, ale na pewno... Tak, 
dwa razy... Tyle że za drugim razem mały Adam posikał się z bólu, a ojca zapiekła ręka. Wtedy ojciec 
przysiągł sobie, że już nigdy nie uderzy żadnego z synów, i dotrzymał słowa. 

Lubił  sobie  popić.  W  towarzystwie.  Nie  szlajał  się  jednak,  kumpli  sprowadzał  do  domu.  Mama 
czasami  obwiniała  go,  że  woli  ich  od  rodziny.  To  nie  była  prawda.  Po  prostu  ojciec  miał  otwarte 
serce.  A  to  znaczyło,  że  jeśli  tylko  kupili  z  mamą  pół  świniaka  na  święta,  ojciec  natychmiast 
zapraszał swoich trzech najlepszych kolegów na sławną świeżynkę. 

background image

 

 

Sławną, bo tylko mama potrafiła przyrumienić na patelni cebulę i obsmażyć kawałki mięsa akurat 
tak,  by  odpowiednio  puściły soki,  nie  były  niedosmażone, a  jednocześnie nie stwardniały  od  zbyt 
długiego  pichcenia.  Do  tego  sól  i  pieprz,  i  pewnie  jeszcze  kilka  drobnych  tajemnic,  których  poza 
mamą nikt nie znał. No i ten intensywny zapach, tak słodki dla mięsożerców. Arcydzieło kulinarne 
idealnie wypełniające żołądek zalewany przez wódkę. 

Kumple  (Waluś,  Bimber  i  Boczniak)  chwalili  świeżynkę,  ojciec  rozlewał  przyniesioną  przez  nich 
wódkę  do  zielonych  kieliszków,  a  mama  po  cichu  potępiała  całe  towarzystwo.  Ale  milczała,  bo 
kochała  ojca  i  lubiła  go  widzieć  rozbawionego.  Tyle  harował,  że  zasługiwał  na  odrobinę  zabawy. 
Tymczasem kumple z ojcem się rozkręcali. Wódka płonęła w oczach i rozweselała świat. Jeśli było 
ciepło, schodzili do ogródka i tam zaczynała się gra. Choćby ta w dupniaka. Ofiara nadstawiała tyłek, 
a  jeden  z  katów  z  całej  siły  walił  w  dupsko  otwartą  dłonią.  Jeśli  ofiara  nie  zgadła  który,  musiała 
znowu odwrócić się i nadstawić na kolejny cios. I tak łoiło się delikwentowi skórę, dopóki nie zgadł. 
Ręce  piekły,  lecz  jeszcze  bardziej  dupsko.  Ojciec  walił  krótką  ścinką,  która  polegała  głównie  na 
precyzji uderzenia. 

W  rodzinie  Adama  krótka  ścinka  przekazywana  była  z  pokolenia  na  pokolenie.  Dziadek  Adama 
nauczył się jej od swojego ojca podczas wojny. Niemcy zajęli wioskę i zostawili trzech żołnierzy do 
pilnowania  porządku.  Jeden  z  nich  trzymał  straż  przy  spichlerzu  z  mąką  i  nasionami.  Głód 
przeszkadzał żyć i którejś nocy pradziadek Adama postanowił ukraść worek mąki. Do pomocy wziął 
ze sobą młodego wtedy dziadka. Dziadek miał zajść Niemca od tyłu i na umówiony znak zdzielić go 
drągiem przez łeb. Gdy tylko nastąpił odpowiedni moment, dziadek wziął szeroki zamach i rąbnął 
Niemca w hełm. 

Drewno  głucho  stuknęło o  metal, ale Niemiec jak stał, tak stał. W  dodatku zaczął odwracać się w 
stronę zdrętwiałego ze strachu dziadka. Jednak nie zdążył zobaczyć jego twarzy, bo błyskawicznie 
pojawił  się  przy  nich  pradziadek  (wtedy  jeszcze  w  sile  wieku),  wyrwał  synowi  drąg  z  ręki  i 
zastosował krótką ścinkę. Niemiec nawet nie stęknął. Zwalił się na ziemię jak worek kartofli. Nogi 
kilka  razy  uderzyły  w  ziemię.  Drgawki  zapowiadały  głęboki,  kilkugodzinny  sen  bez  snów. 
Pradziadek nachylił się do syna, pokiwał wyrozumiale głową i szepnął mu w ucho: „Synu, życie jest 
piękne, ale trzeba umieć o nie walczyć". Tej nocy ukradli dwa worki mąki. 

Później, w czasach głębokiej komuny, dziadek nauczył krótkiej ścinki ojca Adama. Było to na jednym 
z ukraińskich wesel, na które dziadek został zapro74 szony jako przyjaciel rodziny. Gdy tylko weszli 
do wiejskiej świetlicy, gdzie zabawa miała trwać do samego rana, dziadek szepnął synowi w ucho: 
„Synku, to jest wesele ukraińskie, a ja znam wesela ukraińskie. Jak tylko zaczną się bić, nie myśl o 
żadnej sztuce walki czy obrony, tylko chwytaj krzesło, wal najbliższego w łeb i od razu spierdalaj. 
Zrozumiałeś?". 

„Zrozumiałem,  tato".  W  połowie  nocy  znalazł  się  jeden,  co  chyba  miał  coś  do  ojca,  ale  dziadek 
usadził go krótką ścinką tak sprytnie, że tamten nie zdążył podnieść się z krzesła. Po błyskawicznym 
ciosie dziadka, tak błyskawicznym, że aż niewidocznym, delikwent rąbnął nosem o blat stołu i tak 
już  pozostał  w  pozycji  leżącej.  Z  twarzą  między  talerzami  nie  wzbudzał  żadnych  podejrzeń, 
przeciwnie, u niektórych wywoływał nawet coś w rodzaju podziwu, że tak po mistrzowsku potrafił 
się spić i mimo że było ledwo po północy, już nurzał się w błogiej bezczynności. 

background image

 

 

— Taaak... Krótka ścinka — mlaskał rozmarzony ojciec, popijając piwo, które mieniło się złociście w 
świetle  ogniska.  Przy  ognisku  rozpędzał  się  i  jeśli  nie  zabrakło  browaru,  potrafił  opowiadać  do 
świtu, a historie rozrastały się o coraz nowe szczegóły, których liczba zależała od stopnia upojenia 
ojca.  Ojciec  należał  do  tych  mistrzów,  których  można  było  słuchać  bez  końca.  A  jeśli  słuchali 
synowie, jego słowa nabierały dodatkowej mocy. Teraz też do Adama dochodził głos, odpowiednio 
modulowany, by zauroczyć słuchacza, zahipnotyzować i zarazić jego świat swoim światem. Ojciec 
opowiadał, jak to w dupniaka krótka ścinka robiła największe spustoszenie. Po takiej ścince tyłek 
pękał  na  cztery.  Raz  Walusiowi  po  krótkiej  ścince  pękła  kość  ogonowa  i  Waluś  poszedł  na 
tygodniowe zwolnienie. Nie miał do nikogo żalu, bo przecież wszystko mieściło się w regułach gry. 

Walusiowi nawet trochę było głupio, że ma taką kruchą dupę, i bardzo chłopaków za to przepraszał. 

Często po kilku głębszych ojciec i kumple bawili się w przeciąganie. Dwóch przeciwników chodziło 
na  czworakach.  Zarzucali  sobie  paski  od  spodni  na  karki  i  spinali  jeden  do  drugiego  klamrami. 
Wtedy na dany znak zaczynało się przeciąganie. Mogły pracować tylko głowy. Paski wrzynały się w 
karki. 

Purpurowe  plamy  kwitły  na  twarzach  jak  przy  wysokiej  gorączce.  Krew  uwięziona  w  żyłach 
naciągała skórę na skroniach i wydawało się, że twarz zaraz pęknie, że z czoła ciurkiem puszczą się 
czerwone strumyki potu. Zęby tak zgrzytały, jakby kruszyły kamienie. 

Mężczyźni wpatrzeni w siebie sapali, stękali, pierdzieli, ale żaden nie chciał się poddać. Dopiero gdy 
jednemu  prawie  odrywało  łeb,  przełamany,  upadał  na  twarz,  rył  brodą  w  piachu  i  jęczał  pod 
zwycięzcą z bólu. Kark tak sztywniał z wysiłku, że przez pewien czas nie można było ruszyć szyją. 
Zazwyczaj pomagało kilka głębokich, które oliwiły nadwerężone ścięgna i mięśnie, ale nie zawsze. 
Po jednym z takich pojedynków Boczniak skończył w gipsowym gorsecie. Przez jakiś miesiąc, gdy 
chciał  spoj76  rżeć  w  bok,  musiał  skręcać  całe  ciało.  Oczywiście  nie  miał  pretensji  —  wszystko  w 
ramach gry. 

Wreszcie  pojedynek  na  palce.  Stara  szkocka  zabawa.  Trzeba  było  palec  wskazujący  zahaczyć  na 
palcu wskazującym przeciwnika i zaczynało się przeciąganie. Można było zapierać się drugą ręką o 
stół. Tu technika się nie liczyła. I tak wygrywał silniejszy. 

Palec musiał być twardy jak drut, by nie strzeliły kostki. W tej zabawie zazwyczaj zwyciężał ojciec. 

Miał krótkie i serdelkowate palce, stwardniałe od dźwigania taczek z żarłem dla lisów. 

Jeśli  chłopaki  mieli  humor  na  trochę  większy  ruch,  wymyślali  zawody  lekkoatletyczne.  Biegali  na 
krótkich odcinkach, ale to szybko się nudziło. Rąbali pniaki na czas, ale to szybko męczyło. Lubili też 
skoki wzwyż. Za poprzeczkę służył sznurek. Trzymali go we dwóch tak sztywno, że raz, gdy Bimber 
zahaczył  nogą,  to  bezpośrednio  kropnął  czołem  o  ziemię.  Na  szczęście  była  trawa  i  poza 
kilkuminutowym oszołomieniem, podczas którego  zaczął się jąkać, nic Bimbrowi się nie stało. No 
jednak  trzeba  przyznać,  że  z  tego  jąkania  wyratowała  go  dopiero  piąta  kolejka  wódki.  Po  prostu 
przeszedł na bełkot. 

background image

 

 

Na  drugi  dzień  rano  obudził  się  z  bolącym  łbem,  ale  płynną  mową.  Tyle  że  od  wypadku  „eł" 
przechodziło Bimbrowi w kresowe „el", co być może wiązało się z jego wileńskim pochodzeniem. 

Tak  to  się  ojciec  bawił  z  kumplami.  Z  Walusiem  wielkim  jak  szafa  trzydrzwiowa  z  lustrem; 
Boczniakiem, co lubił dobrze pospać; i Bimbrem, zwanym tak z racji swojego hobby, które uprawiał 
w piwnicy. 

To  prawda,  ojciec  lubił  sobie  popić,  ale  gdyby  miał  do  wyboru  chleb  dla  rodziny  czy  flaszkę  dla 
siebie, wybrałby chleb. 

To były stare, dobre czasy pracy w energetyku. 

Do  zakładu  wprowadził  ojca  wujek  Zbyszek,  jego  starszy  brat.  Wujek  Zbyszek  był  facetem  o 
wrodzonej sprawności. Robił pompki, stojąc na rękach. Któregoś razu źle mu wszedł jeden kieliszek 
— wkurzył się i na rękach poszedł do domu. Miał jakiś kilometr drogi. Chłopaki lubili go znacznie 
mniej niż ojca. Pewnie dlatego że za porządny. Nie imprezował tyle. Ale to nie był główny powód. 
Wujek  Zbyszek  pracował  w  energetyku  jako  kierowca.  Jeździł  starem  i  jak  każdy  kierowca  w 
zakładzie odpowiadał za jego stan techniczny. 

Najgorzej było zimą. Wszyscy kierowcy, jak Bóg przykazał, przychodzili na siódmą do pracy i przed 
wyjazdem chłopaki mogli jeszcze przez jakąś godzinę ogrzać się w szatni, bo tyle czasu zajmował 
kierowcom  rozruch  maszyn.  Mogli  pogadać  o  pierdołach,  wypić  barszczyk  czy  herbatę, 
poleniuchować,  zdrzemnąć  się  nawet  i  powoli,  z  ociąganiem,  zrzucić  z  siebie  ciężki  płaszcz  snu. 
Tylko  wujek  Zbyszek  przychodził  godzinę  wcześniej,  na  szóstą,  jak  niezawodny  metronom,  który 
narzuca  rytm  dnia.  Odpalał  stara  i  był  gotowy  dokładnie  na  siódmą.  Chłopaki  prosto  z  ciepłego 
łóżka wpychali się w kabinę ciężarówki i cicho klęli pod nosem, a wujek wesoło pogwizdywał. To 
nie było złośliwe gwizdanie, o nie! 

Wujek Zbyszek po prostu spełniał swój obowiązek, co sprawiało mu wielką radość, i nikt nie miał 
prawa się do tego przyczepić. 

Kumple  zgrzytali  na  wujka  ze  złości.  Innym  kierowcom  ciężarówki  wysiadały,  krztusiły  się, 
nieruchomiały  na  mrozie  i  czasami  nie  dało  się  wyjeżdżać  nimi  w  teren.  A  wtedy  laba  w  cieple 
zakładowych szatni, udawanie roboty i odbieranie telefonów od zrozpaczonych klientów, którzy w 
ciemności zamiast telewizji oglądali cienie rzucane na ściany przez płochliwe płomienie świeczek. 
Tylko  star  wujka  był  zawsze  na  chodzie,  wypicowany  jak  ta  lala,  pracował  żelaznymi  bebechami 
niczym zgrana orkiestra dęta, dobrze naoliwiony, okrutnie niezawodny, przygotowany na zmagania 
ze śnieżycą. Tak że brygada, którą rozwoził wujek Zbyszek, czy tego chciała, czy nie, musiała jechać 
w teren. Co gorsza, musiała czasami robić i za innych. 

Próbowali go upijać, tak żeby na drugi dzień miał potężnego kaca i spóźnił się choć jeden raz, dał 
odetchnąć,  pozwolił  poobijać  się  po  zakładzie,  przespać  cały  dzień,  poflirtować  z  sekretarką 
Marylką, której usta przypominały krwawe owoce lata, a oczy — dwa lazurowe jeziorka otoczone 
smukłymi sosnami, no i te piersi opięte zawsze ściśle przylegającą bluzeczką, aż odznaczały się trzy 
fałdki tłuszczu na brzuchu. Te fałdki... Przyglądać się im w cieple zakładowego  lenistwa... Ale  nie! 
Wujek  Zbyszek  albo  w  piciu  był  ostrożny,  albo  jak  się  nachlał,  to  i  tak  okazywało  się,  że  ma 

background image

 

 

najmocniejszą głowę ze wszystkich. Kończył flaszkę z przytupem, gdy inni już lawirowali pomiędzy 
chwiejnymi widziadłami, prostował palce u  rąk, aż strzelały stawy, i nucąc pod nosem, wracał do 
domu na rękach. A na drugi dzień czekał równo o siódmej rano gotowy do odjazdu. Efekt był taki, że 
wszystkim pękały głowy, tylko nie wujkowi. No i czasami wujek musiał się zatrzymywać, by jeden 
czy drugi mógł się po drodze wyrzygać. 

Gdy wujek Zbyszek szedł na emeryturę, dostał jakiś  dyplom i odznaczenie. Jako  jedyny w historii 
zakładu  nie zajeździł swojego  stara. Pozostali kierowcy wykończyli  po cztery ciężarówki, a wujek 
wciąż  jeździł  tą  jedną,  którą  dostał  na  początku.  Kumple  uśmiechali  się  z  szacunkiem  i  zgodnie 
twierdzili,  że  zamiast  dyplomu  i  odznaczenia  dyrektor  powinien  dać  wujkowi  ten  samochód. 
Niechby sobie pojeździł na emeryturze. Miałby co chłop robić. Zresztą tylko wujek potrafił z nim się 
tak obchodzić, że star wciąż był na chodzie. Uważali, że jeśli zacznie jeździć nim ktoś inny, samochód 
się rozpadnie. Dyrektor tłumaczył, że nic nie da się zrobić, i nic nie zrobił — zresztą jak zwykle. A 
rzeczywistość  potwierdziła  obawy  kumpli.  Niejaki  Byrda  pojeździł  kilka  razy  wujowym  starem  i 
poszło  sprzęgło,  a  chwilę  później  skrzynia  biegów,  a  gdy  Byrda  zajrzał  (zresztą  pierwszy  raz  od 
trzech  miesięcy)  do  silnika,  zobaczył  spustoszenie  poczynione  przez  raka  tęsknoty  —  nic  się  nie 
dało zrobić. Star poszedł na złom. 

Wujek za skrupulatnie odkładane zaskórniaki kupił sobie małego fiata, drobne gówienko, w którym 
dorosły mężczyzna ledwo się mieścił. Jeździł nim na ryby. Przywoził zawsze jakieś płotki i okonki, 
zdarzał  się  nawet  szczupak,  a  jeśli  wujek  zaczaił  się  nad  rzeką,  czasami  i  kilkukilogramową  troć. 
Narzekał czasami, że po nocach prześladują go rybie oczy. 

Oczy bez powiek, ze źrenicami, w których nie odbija się nic poza oskarżeniem o zabójstwo. Męczyły 
go demony ryb, ale tylko woda dawała mu ukojenie, jakiego pragnął na starość. Gładka przestrzeń 
jezior pozwalała marzyć o dalekich podróżach, których nigdy nie zaznał. Uporczywe dążenie rzek ku 
ujściu łagodnie przekonywało, że przemijanie to jedyny sposób na życie. 

A potem wujek wracał tym swoim najmniejszym samochodem świata do domu i na zakrętach robił 
szerokie łuki, konieczne, gdy skręca się potężną ciężarówką. Zachłannym gestem obejmował mały 
obwarzanek,  jakby  to  była  półmetrowa  kierownica  stara.  I  przy  skręcie  przechylał  całe  ciało,  by 
wyrównać brak wspomagania w kierownicy, a tutaj pyk, nieostrożny ruch i fiacik skręcał. Pewnie 
wujek  Zbyszek  nieraz  się  dziwił,  że  tak  łatwo  poszło.  Pewnie  w  marzeniach  wciąż  jeździł  swoim 
starem. 

O  dobre  kilka  lat  przeżył  swojego  młodszego  brata.  Gdy  ojcu  Adama  tężały  oczy  w  dwa  mętne 
kamienie, wujek śnił rybie demony. Budził się zlany potem, bolało go serce, ze strachem stwierdzał, 
że już nigdy nie stanie na rękach, ale wciąż żył. 

Na ile wspomnienia o zmarłych mogą naruszać pewność siebie? Wspomnienia o bliskich zmarłych? 

Czy to, że oddychali tym samym powietrzem, marzli i topnieli w tej samej temperaturze, ocierali się 
o  podobne  zdarzenia,  nie  czyni  dziury  w  nas  samych,  gdy  umierają?  W  jakim  stopniu  zapełniali 
nasze  życie?  Przecież  ich  obecność  w  naszych  wspomnieniach  jest  wątpliwa  już  przez  samą 
ułomność pamięci. Na ile pamiętamy ich, a na ile nasze o nich spostrzeżenia? 

background image

 

 

Adam, choć był sam, wyraźnie widział twarz ojca płonącą blaskiem ogniska. Obok siedział Sylwek. 
Wspólnie zaśmiewali się z anegdot, których mama nie miała już siły wysłuchiwać, i niby obrażona 
szła do chaty, pewnie poczytać jedną z tych  długich dziewiętnastowiecznych powieści. Gdy mamy 
już nie było, ojciec mrugał i Sylwek skakał do komórki po kolejne piwa. Następował ciąg dalszy. 

Przez dziesięć lat prócz pracy w energetyku ojciec hodował z dziadkiem lisy, nutrie i tchórzofretki. 

Oczywiście na futra. Często wieczorem z przemęczenia kapała mu krew z nosa. Ukrywał to przed 
synami, ale Adam kilka razy dostrzegł krople. 

Lisy  trzeba  było  karmić  trzy  razy  dziennie,  żeby  się  nie  pozżerały  w  klatkach.  Ojciec  codziennie 
wstawał o czwartej rano, później przyjeżdżał na drugie karmienie po pracy, a wieczorem na trzecie. 
Często w zimie czekał na fermie od drugiego karmienia do trzeciego. W ciepłej komórce siedzieli z 
dziadkiem  i  wujkiem  Benkiem,  młodszym  kuzynem  dziadka,  który  miał  hodowlę  po  sąsiedzku. 
Czasami popijali sobie, czasami opowiadali to i tamto, najczęściej drzemali... i tak sobie czekali na to 
trzecie karmienie. 

A gdy przychodził czas, przerywali rozmowy albo otrząsali się ze snu i ciężko wstawali. Chwytali za 
taczki i przedzierali się przez śnieg do magazynów z martwymi śledziami, które przeznaczone były 
na żarło dla tysięcy lisów i tchórzofretek piszczących w klatkach czterdziestu czterech hodowli, co 
to swego czasu rozłożyły się wzdłuż rzeki na południowych krańcach Kostynia. 

Ojciec zazwyczaj dźwigał taczki, a dziadek nabierał ryby łopatą i wrzucał do niewielkiego komina. 
Śledzie  przelatywały  przez  system  elektrycznych  noży,  które  cięły  je  z  szybkością  i  siłą  grzmotu. 
Przemielone strzelały drugą stroną komina przez szeroką rynnę do koryta. Przypominały wymioty, 
ale  po  zmieszaniu  ze  sproszkowanymi  witaminami,  które  wyglądały  jak  próchno,  intensywny 
zapach  ryb  łagodziła  mdląca  woń  sterydów  na  porost  sierści.  Małego  Adama  nieraz  kusiło,  by 
zanurzyć w tym palec i polizać. Na szczęście zwyciężał w nim rozsądek. 

Lisy  przełykały  maź  z  takim  smakiem,  że  aż  mrużyły  ślepia.  Drżały  im  końcówki  pysków,  języki 
mlaskały, zęby zgrzytały... Potem leżały zwinięte w kłęby jeden koło drugiego i grzały się o siebie, by 
mróz nie ściął ich w kostkę lodu. Drzemały do następnej arii, podczas której znowu zaczynały biegać 
po klatkach w tę i z powrotem i kręcić się wokół swego ogona. 

Adam do dziś pamięta zapach lisich futer. Ojciec rozkładał je na podłodze w domu, a potem wieszał 
na drągach w długich rzędach. Tworzyły miękkie korytarze, duszne labirynty. Adam przepychał się 
między ciepłymi ścianami garbowanej skóry, wyobrażając sobie, że za kolejnym załomem wynurzy 
się nowy świat, bajkowa wizja odmieniająca bieg całego życia. Włosie polarnych i srebrnych lisów 
muskało policzki i gilgotało w nos. Czasami kichał. 

Wtedy wisielcy chybotali przy każdym wstrząsie i wydawało się, że zaraz ożyją, zeskoczą z drągów i 
z podkulonymi kitami czmychną w las. 

Ojciec — rozmazany przez płomienie — stał z kolejną butelką piwa w ręce i opowiadał, jak to robili 
sobie  kawały  z  wujkiem  Benkiem  i  dziadkiem.  Lubili  śmiech,  bo  śmiech  łagodził  ciężką  robotę. 

background image

 

 

Szczególnie  latem,  gdy  słońce  masowało  zbolałe  mięśnie  i  nagrzewało  skrzypiące  krzyże  i 
kręgosłupy. 

Zdarzyło  się  raz,  że  w  przerwie  między  karmieniami  popijali  piwo,  a  ojciec  łypnął  na  kurę,  co 
wydzioby wała jakiś paproch spod buta, a potem na wujka Benka i po chwili na dziadka, i znowu na 
kurę,  i  znowu  na  wujka  Benka...  Pociągnął  ze  swojej  butelki  i  jak  gdyby  nigdy  nic,  powiedział: — 
Tato, pomożesz? 

— Oczywiście — dziadek wykazał się refleksem. 

— Nie lubię zabijać kur, to takie okrutne. — Ojciec rozejrzał się po podwórku, jakby czegoś szu84 
kał. — No ale mama powiedziała, że przyda się na rosół — stęknął i ociągając się, wstał od stołu. 

— To ja jakąś złapię, a ty, tato, pójdź do komórki po elektrody — powiedział od niechcenia. 

Wujek Benek, dotąd obojętny, prawie się zachłysnął śliną. 

— Elektrody? — wykrztusił. 

— A co? — ojciec udawał zaskoczenie. 

— A co wy chcecie zrobić? 

— Chcemy zabić kurę. 

— Prądem? 

— A ty, Benek, jak zabijasz kurę? — wyartykułował powoli dziadek. 

Wujek Benek spojrzał mu głęboko w oczy. Pływało w nich spokojne morze. Spojrzał w oczy ojca. 

Nieskazitelny spokój. Wtedy wujek Benek zwątpił: — Ja zabijam siekierą — wycedził ostrożnie. 

—  Siekierą?  —  ojciec  był  zszokowany,  a  w  głowie  wybuchła  mu  jasna  myśl:  mamy  go!  Dziadek 
zachowywał kamienną twarz, choć podeszła mu lekko rumieńcem. Można by pomyśleć, że od piwa, 
które akurat pili. 

—  No,  po  prostu  —  pogrążał  się  wujek  Benek.  —  Łapię  kurę,  trzymam  za  nogi,  przyciskam  do 
pieńka i ucinam łeb siekierą. 

— Jak tak można? — obruszył się dziadek. 

— To ty, Benek, jesteś sto lat za Murzynami. My z tatą zabijamy humanitarnie! — uniósł się ojciec. 

— Humanitarnie? — wujek Benek skamlał jak zbity pies. 

— A jak inaczej? Łapiemy kurę. Głaszczemy ją, żeby się nie denerwowała. Tato kładzie ją na pieńku, 
a  ja  włączam  prąd  i  biorę  elektrody.  Czekamy,  aż  kura  się  jeszcze  bardziej  uspokoi  i  przestanie 
kręcić łbem. Niech całkowicie się odstresuje... 

background image

 

 

Wujek Benek miał oczy jak dwa kurze jaja, ugotowane i obrane ze skorupki. 

— A jak widzimy, że zaczyna przysypiać, przykładam jej elektrody do oczu i walę prądem — ciągnął 
bez mrugnięcia ojciec. — Proste jak świński ryj. 

Kura nawet nie czuje, że już jej nie ma. To najnowsze trendy. Z Ameryki... 

I wtedy dziadek zaczął chichotać. Tego jednego z ojcem później żałowali. Nie pociągnęli tematu do 
końca.  Zamiast opowiadać, powinni spróbować zabić kurę prądem. To  by dopiero  był numer! Ale 
wujek Benek i tak tylko jęknął: „W mordę rogala!". 

Został  pokonany  własną  bronią.  Przecież  uchodził  za  wybitnego  kawalarza,  a  tu  taka  wpadka! 
Dokończyli swoje butelki, tyle że Benkowi nie smakowało, bo Benek już rozpoczął polowanie. Ojciec 
ostrzegał dziadka: „Tato, Benek czeka tylko na okazję. Musimy być czujni". „Wiem, wiem, uważam" 
— uspokajał dziadek. 

Podchody trwały dwa tygodnie. Dziadek się nie dawał. Ale któregoś dnia zaczął chwalić się przed 
Benkiem, jaka ta Saba, jego ukochany wilczur, jest mądra: — Położę jej kiełbasę przed nosem, nie 
ruszy,  będzie  się  oblizywać,  a  nie  ruszy.  Dopiero  jak  pozwolę,  weźmie  w  dwa  zęby,  powolutku, 
kulturalnie... 

— Naprawdę? — wujek Benek czekał na rozwój sytuacji. 

— Kury mogą szczypać ją w ucho, nie ruszy żadnej, bo  wie, że  nie może... Ale  ma jeden feler: sra 
gdzie popadnie. No nie mogę jej nauczyć, żeby nie obsrywała podwórka. Co chwilę wchodzę w jej 
gówna. 

— Ej, ja to ze swoim Berylem nie mam takich kłopotów — wujek Benek wypuścił czujki. Beryl to 
było  skrzyżowanie  kundla  z  wychudzonym  knurem  i  srającą  kozą.  —  Mój  Beryl  robi  w  jedno 
miejsce. 

— Co ty powiesz? — dziadek był wyraźnie zainteresowany. Szczerze i z oddaniem. 

— Ano tak — ciągnął Benek. — Ma takie miejsce w kącie podwórka. Jak mu się zachce, biegnie tam i 
zaczyna kopać. 

Dziadek uważnie wsłuchiwał się w każde słowo. 

—  Jak  wykopie,  wali  w  ten  dołek,  wytrze  tyłek  o  trawę,  zakopie  dołek  i  poklepie  łapą  o  tak!  — 
wykrzyknął Benek i uderzył kilka razy w stół otwartą dłonią. 

—  Cholera  jaśnista!  —  dziadek  tylko  jęknął,  a  Benkowi  zakwitła  twarz.  Nie  było  rady.  Trzeba 
postawić wódkę. — Synu, biegaj po flaszkę! — zawołał dziadek i z szacunku do siebie cała trójka 
szczęśliwie się upiła. Bo lepiej, gdy jest wesoło, niż wesoło nie jest, no nie? 

Należeli  do  tego  typu  wykolej  eńców,  co  to  lubią  się  rozśmieszać.  Żaden  z  nich  nie  potrafił 
opowiadać kawałów, ale znali po tysiąc anegdot sytuacyjnych, 87 wymyślonych i przeżytych przez 
siebie  dla  siebie  i  przez  siebie  dla  innych,  jak  również  przez  innych  dla  nich.  Byli  twórcami 

background image

 

 

komediowymi. Uwielbiali sytuacje dramatyczne, które kończyły się ogólnym śmiechem. Oczywiście 
zawsze ktoś był w nich ofiarą i ta ofiara nie zawsze wiedziała, o co chodzi. Z takiego numeru czerpali 
zaledwie połowę radości. 

Ogólne  szczęście  jaśniało  dopiero,  gdy  ofiara  potrafiła  sprostać  śmiechowi  z  samej  siebie, 
przełamywała samouwielbienie i też zaczynała się śmiać. 

Podstawową zasadą dobrego kawalarza jest zachowanie miny pokerzysty. Nie wolno dać po sobie 
poznać,  że  właśnie  wycina  się  numer.  Mistrzem  kamiennej  twarzy  był  wujek  Benek.  Sztukę 
kamuflażu  miał  opanowaną  do  perfekcji.  Dlatego  by  lepiej  się  bawić,  stawiał  przed  sobą  coraz 
wyższe wymagania. 

Jak choćby wtedy, gdy pracował na tankowcach jako kucharz. Powiedział kumplom z załogi, że tak 
rewelacyjnie  gotuje,  że  gdyby  tylko  chciał,  to  zrobiłby  kotlety  z  papieru  i  nikt  by  się  nie  poznał, 
przeciwnie,  zaczęliby  wychwalać  pod  niebiosa,  że  takie  wykwintne.  Wyśmiali  go.  Prowokacja  się 
udała.  Wujek  zakodował  sobie  ich  śmiech.  Odczekał  i  po  jakimś  czasie  zapowiedział  w  menu 
schabowe. 

Chłopakom drżały uszy i pracowały grdyki. Oczy błyszczały jak po pierwszej wódce. Ocierali tłuszcz 
z kącików ust, cicho  pojękując z rozkoszy. Gdy wujek Benek oświadczył im, że  właśnie przełknęli 
plastry papieru toaletowego w panierce z bułki i jajek, chcieli go wyrzucić za burtę. Do morderstwa 
zagrzewał  ich  śmiech  wujka  Benka,  od  morderstwa  powstrzymał  fakt,  że  uczciwie  ich  ostrzegał, 
poinformował, a nawet obiecał im, że zrobi, jak zrobił, i właściwie można by rzec, że zachował się 
honorowo, bo obietnicę spełnił. Dlatego postawili go delikatnie na pokładzie. 

Adam  wysłuchiwał  tych  opowieści  z  nie  słabnącym  podziwem  dla  życia,  w  którym  liczyły  się 
prawdziwe historie, a nie te wywiedzione z telewizji czy gazet. I nawet jeśli ojciec koloryzował, nie 
miało to znaczenia, skoro były dobrze opowiedziane. 

Sztandarowa  była  historia  miłości  dziadka,  który  w  młodości  przegonił  syna  hrabiego,  co  ruchał 
wszystkie  kobiety  w  wiosce.  Gdy  arystokratyczny  jebaka  próbował  posmakować  śliczną  córkę 
zarządcy majątku, której pisane było zostać babką Adama, dziadek chwycił widły i pobiegł w stronę 
syna  hrabiego,  ale  nie  dogonił  go,  bo  za  bardzo  mu  ciążyły  drewniane  chodaki.  W  dodatku  syn 
hrabiego miał porządne, podkute buty z ostrogami, którymi lekko wybił się w powietrze, wskoczył 
na  konia  i  pognał  do  dworu  pod  skrzydła  ojca.  Potem  była  afera  i  dziadek  Adama  za  karę  przez 
miesiąc  zbierał  z  kobietami  kamienie  z  pól.  Ale  pojawiło  się  i  zwycięstwo,  bo  hrabia  w  obawie  o 
życie  i  przyrodzenie  chutliwego  syna  wysłał  go  na  nauki  do  Paryża.  Odtąd  już  nikt  nie  ważył  się 
przystawiać do ślicznej córki zarządcy majątku, tym bardziej że dziadek nie krył swojej miłości do 
dziewczyny. Chłopy śmiali się z niego. 

Prędzej te pola zamienią się w góry, niż ta ślicznotka  ci się odda. Ale dziadek był biedny, a skoro 
biedny,  to  uparty.  Zbierał  przez  rok  na  garnitur,  a  drugi  rok  na  buty,  aż  uzbierał.  Ślicznotka 
cierpliwie czekała. 

Wreszcie nastąpił dzień, w którym dziadek szczęśliwie przebrnął przez zabłocone drogi i bez kropli 
brudu  na  garniturze  i  butach  ukazał  się  w  drzwiach  zarządcy.  Zarządca  nie  lubił  dziadka,  bo 

background image

 

 

wiedział, że poza tym garniturem i butami nic nie ma. Ale śliczna córka była harda, no i zakochana. 
Wyrzekła  się  majątku  ojca  i  zamieszkała  z  dziadkiem  w  biedzie.  Dziadek  pracował  za  pięciu  i  na 
pięcioro dzieci, ale to nie było śmieszne, dlatego lepiej niech pozostanie w mrokach niepamięci. 

Nie  gorsze  były  historie  wujka  Benka.  Te  wszystkie  numerki,  które  odprawiał  z  portowymi 
kochankami. .. Albo to, że na motorach przekraczał szybkość ponaddźwiękową, a gdy tylko przesiadł 
się  na  samochód,  nie  przekraczał  osiemdziesiątki  na  godzinę,  bo  pewniej  się  czuł  na  dwóch  niż 
czterech kółkach. Podobnie jak łatwiej mu było utrzymać równowagę z butelką piwa w ręce niż bez 
butelki. 

Gdy wujek Benek umierał, poprosił o ukochanego martina mocnego, bo coś uwierało go w boku i 
przełyku, a tylko martin na to pomagał. I gdy mu podali ciemne mocne, na chwilę rozświetlił oczami 
mrok pokoju, a później zgasł z uśmiechem na ustach i opróżnioną butelką. 

Czego on w swym życiu nie robił! Kucharz na statkach, hodowca lisów, jebaka, w pewnym okre90 
sie życia nawet klawisz. Niezbyt lojalny klawisz. Po kilku miesiącach pracy w więzieniu sam znalazł 
się za kratkami. Przemycał dla więźniów herbatę (wtedy o narkotykach nawet nie śniono), z której 
przyrządzali sobie wywar obezwładniający umysł, ale rozszerzający ciasną i duszną rzeczywistość 
celi.  Po  wyjściu  z  więzienia  tych,  którzy  się  stawiali,  dobrodusznie  ostrzegał,  że  niezły  z  niego 
skurwiel,  ale  nie  wszyscy  mu  wierzyli.  Zawsze  znalazł  się  palant,  który  pragnął  jego 
prawdomówność wypróbować. 

Wtedy wujek Benek kilkoma szybkimi ciosami niszczył faceta i szedł dalej swoją drogą. 

Zabijaka  był  z  niego  okrutny.  Potrafił  rozłożyć  najsilniejszego.  Miał  swoje  sposoby.  Zazwyczaj 
zaczynał od błyskawicznego kopnięcia w obciążoną nogę. Przeciwnik upadał na wysokości kolana, 
którym  wujek  umiejętnie  przestawiał  nosy.  Uwielbiał  też  kopać  z  czuba  w  pachwinę,  a  cios  miał 
silny  i  precyzyjny.  Po  takim  kopnięciu  delikwent  srał  w  gacie  i  nie  było  co  zbierać.  Dla  zabawy 
stosował też wypróbowaną metodę silnych pchnięć otwartymi dłońmi w pierś, które następowały 
jedno po drugim tak szybko, że zaskoczona ofiara traciła równowagę, waląc dupskiem o posadzkę. 
Wtedy wujek kończył, co zaczął, dokładnie odmierzonym kopnięciem w twarz. Nikt go nie pokonał. 
Może dlatego że miał szczęście, a może dlatego że nigdy nie zaczynał. Zawsze się bronił i dzięki temu 
miał nad przeciwnikiem przewagę moralną. Podobnie jak nad kobietami. Żadnej nie trzymał przy 
sobie  dłużej  niż  kilka  dni.  Być  może  powodem  tego  była  pierwsza  miłość,  o  której  bąknął  kiedyś 
Adamowi po pijaku. 

O Marysi jakiejś mruczał wujek Benek, narzeczonej, co zmarła, zanim się pobrali, pozostawiając w 
sercu wujka głęboką wyrwę, wprawdzie po latach zrośniętą, ale zrośniętą źle. I odtąd wujek Benek 
nie potrafił pokochać żadnej innej kobiety. Jedynie używał sobie na nich, tak dla zdrowia fizycznego 
i psychicznego. 

Ojciec  najlepiej  opowiadał  o  sobie  samym.  Czasami  podochocony  piwem  wspominał  wojsko.  Nie 
lubił  munduru.  Jego  wolna  dusza  dusiła  się  w  uniformie.  Ale  żył  w  czasach,  gdy  wojsko  było 
obowiązkowe.  Choć  pewnie  mógłby  narzekać,  wspominał  tylko  te  lepsze  chwile.  O  najcięższych 
zapomniał. 

background image

 

 

Był  w  komandosach.  A  komandosi  jak  komandosi  —  rygor.  No  i  chłopaki  wybrani  z  tych 
bystrzejszych. Potrafili sobie wycinać numery. Choćby klasyczny ze świeczką. W zimne noce trzeba 
było utrzymywać ogień w kozie, która ogrzewała cały namiot. Ojciec lubił sobie pospać, a w dodatku 
gdy  wypadł  na  niego  dyżur,  był  wyczerpany  po  szczególnie  ciężkim  dniu  na  poligonie.  Żeby  nie 
przerywać sobie  snu  dorzucaniem  do  ognia,  wymyślił,  że  gdy  wszyscy  posną,  a  ogień  przygaśnie, 
wstawi do kozy zapaloną świeczkę, która będzie imitowała rozżarzone polana. W namiocie robiło 
się coraz zim92 niej, ale gdy któryś zerknął w stronę kozy, widział szklane drzwiczki rozświetlone 
płomieniem  świeczki,  a  skoro  płomień,  to  znaczyło,  że  ogień,  a  skoro  ogień,  to  że  zaraz  zrobi  się 
ciepło.  Ale  ciepło  się  nie  robiło.  Przeciwnie.  Nad  ranem  zdemaskowano  podstęp  ojca,  który  jako 
jedyny dobrze się wyspał, bo przezornie opatulił się dodatkowo płaszczem. 

Wrodzony spryt ojca sprawił, że dość szybko awansował. Działo mu się lepiej, gdy został pisarzem 
kreślarzem  sztabowym.  Mógł  wtedy  żonglować  losem  nie  tylko  szeregowców,  ale  też  kaprali  i 
plutonowych. Prawdziwym palantom ustawiał służbę w święta albo soboty i niedziele. Tym, których 
ojciec  lubił,  wpisywał  warty  o  najmniej  uciążliwych  porach.  Choć  nie  zawsze  to  się  udawało. 
Któregoś  razu,  czy  chciał,  czy  nie,  musiał  wyznaczyć  nocną  wartę  Pyzdrze,  swojemu  najlepszemu 
kumplowi. Pyzdra uczciwie ostrzegał: — Mój przyjacielu, ty lepiej mi nie dawaj nocnej warty. 

— Pyzdra — próbował mu tłumaczyć ojciec — każdy musi chociaż jedną nockę odbębnić, nie mogę 
cię już dłużej chronić. 

Pyzdra był nieprzejednany: — Stary, radzę ci, żebym jej nie miał. 

— Musisz, pieprzone przepisy. 

— Stary, będziesz żałował. 

Ojciec  wyznaczył  Pyzdrze  nocną  wartę,  ale  nigdy  tej  nocy  nie  zapomniał.  Gdy  tylko  udało  mu  się 
przysnąć, natychmiast Pyzdra pojawiał się przy jego łóżku i szarpał za ramię z pytaniem: — Stary, 
nie chce ci się lać? 

— Nie chce — bronił się ojciec. 

— Ale na pewno nie chce ci się lać? 

— No nie! 

— To dobrze, bo bałem się, że chce ci się lać i zeszczasz się w łóżko — mówił Pyzdra i wychodził. 

Rozbudzony  ojciec  przewracał  się  na  drugi  bok  i  gdy  tylko  zaczynał  zapadać  się  w  miłe  i  ciepłe 
urojenia,  gdy  tylko  odpływał  w  miłą  kolebkę  szczęścia  i  zachwytu,  a  oczy  sklejał  mu  miód 
zmęczenia,  natychmiast  jak  na  zawołanie  pojawiał  się  Pyzdra,  szarpał  za  ramię,  a  gdy  ojciec  się 
rozbudzał, Pyzdra zaczynał: — Stary, nie chce ci się lać? 

— Nie! — bronił się ojciec. 

— Ale na pewno nie chce ci się lać? — ciągnął zatroskany Pyzdra. 

background image

 

 

— Kurwa, nie! — błagał o litość ojciec. 

— To  dobrze, że  nie,  bo jakby chciało  ci się,  to mógłbyś nalać w łóżko, a to by nie było  dobre  — 
kończył Pyzdra. 

I powtarzało się to z dziesięć razy. Ranek powitał ojca gwałtownym ciosem w głowę. Nieprzytomny 
z braku snu ledwo stał na apelu. Już wiedział, że zrobi wszystko, by Pyzdra nie miał więcej nocnej 
warty. 

Z  trzy  razy  ojciec  wspomniał  dowódcę  jednostki  pułkownika  Raduchę.  Pułkownik  Raducha  lubił 
ojca. W ogóle lubił inteligentnych i obrotnych żołnierzy. E tam, żołnierzy, komandosów. „Wy byczki 
niedojone!"  —  krzyczał  na  odprawach.  „Jesteście  przykładem  dla  całego  wojska.  I  macie  być 
przykładem,  czy  wam  się  podoba,  czy  nie!"  Łysy,  wysoki,  dobrze  zbudowany,  pod  pięćdziesiątkę. 
Miał  posłuch  w  jednostce.  Wzbudzał  respekt,  gdy  przechodził  tym  swoim  sprężystym  krokiem. 
Chłopaki go szanowali, bo we wszystkim, co robili, pułkownik Raducha był lepszy. No może nie na 
placu  ćwiczeń,  ale  już  na  strzelnicy  nie  miał  sobie  równych.  Zapamiętał  sobie  ojca  po  słynnym 
buncie  na  stołówce,  który  ojciec  zorganizował  z  Pyzdrą.  Poszła  za  nimi  cała  jednostka.  Chłopaki 
mieli  dość  śledzi  i  zepsutego  mięsa.  Ogłosili  strajk  głodowy  do  czasu,  aż  nie  dostaną  porządnego 
jedzenia.  Pismo,  które  wysłali  do  generała  Oliwy,  zastępcy  ministra  obrony  narodowej  do  spraw 
politycznych,  napisał  ojciec  drukowanymi  literami,  dzięki  czemu  dowódca  jednostki  nie  mógł 
rozszyfrować autora. Pod skargą wśród stu czterdziestu czterech podpisów tylko dwa były czytelne: 
ojca i Pyzdry. Pułkownik Raducha był wściekły, bo przez to pismo zrobiła się afera. Centrala kazała 
wyremontować  stołówkę,  a  jedzenie  miała  wydzielać  kuchnia  polowa.  Pyzdra,  czując  burzę, 
powiedział  ojcu:  „Nowak,  jak  będą  kłopoty,  powiem, że  to  ja  napisałem  list.  Zostały  mi  tylko  dwa 
miesiące do wyjścia i jakoś wytrzymam, a ciebie przecież przez ten rok zajebią". 

No i były kłopoty. Pułkownik Raducha wezwał Pyzdrę i ojca na spowiedź. Pyzdra wziął autorstwo 
listu na siebie i ostatnie dwa miesiące spędził w kanałach, myjąc i naprawiając czołgi, skąpany po 
uszy  w  smarach.  Pułkownik  Raducha  wychodził  z  założenia,  że  za  niesubordynację  należy  kogoś 
ukarać,  ale  w  głębi  ducha  był  dumny  ze  zgrania  swojej  jednostki.  Na  odprawie,  zamiast  (jak  się 
spodziewali) zganić organizatorów buntu, pochwalił: „Dbałość o jakość życia w jednostce jest cechą 
godną komandosa". A Pyzdra, wesoło pogwizdując, grzebał w podwoziach amfibii. 

Odtąd  pułkownik  Raducha  uważnie  ojca obserwował.  Raz  przyłapał  go,  jak  coś  kombinował  przy 
piecyku ogrzewającym namiot. 

— Starszy szeregowy Nowak, co wy tam robicie?! — huknął. Ojciec stanął na baczność. 

— Obywatelu pułkowniku, melduję, że piekę sobie przydziałową słoninę. 

— Pokażcie no tę słoninę — rozkazał pułkownik Raducha. 

Ojciec podał patyk, na którego końcu chwiał się doskonale przypieczony kawałek. — Bardzo dobra 
— powiedział pułkownik Raducha, gdy już skończył ją jeść.  — A teraz, starszy szeregowy Nowak, 
biegiem  marsz  do  stołówki  i  powiedzcie,  że  pozwoliłem  wam  wziąć  dla  siebie  nie  jedną,  ale  trzy 
puszki słoniny. 

background image

 

 

Ojciec już chciał biec, gdy pułkownik go zatrzymał i stanowczo zaznaczył: — Ale tylko dziś. 

Tak,  pułkownik  Raducha  lubił  ojca.  Chociaż  raz  ojciec  wspomniał  o  drobnej  wpadce,  jaka  mu  się 
zdarzyła.  Tego  dnia odpowiadał  za  czyszczenie  piecyka,  który  ogrzewał  pokój  pułkownika.  Wciąż 
zatykała  się  rura  odprowadzająca  spaliny.  Ojcu  bardzo  nie  pasowało,  że  pobrudzi  sobie  mundur 
sadzą, dlatego zaryzykował, że być może tym razem piecyk wytrzyma bez czyszczenia do drugiego 
dnia.  Godzinę  od  podjęcia  feralnej  decyzji  pokój  pułkownika  wypełnił  czarny  dym.  Pułkownik 
Raducha krztusił się. 

—  Starszy  szeregowy  Nowak!  —  wezwał  do  siebie  ojca.  —  Jaki  jest  pierwszy  punkt  regulaminu 
obowiązującego żołnierza w stosunku do swojego dowódcy? 

— Dbać o zdrowie i bezpieczeństwo dowódcy, obywatelu pułkowniku! — palnął natychmiast ojciec. 

— No właśnie, starszy szeregowy Nowak. A powiedzcie mi, jak wy dbacie o swojego dowódcę. 

— Źle dbam, obywatelu pułkowniku! 

— Źle? 

— W ogóle nie dbam, obywatelu pułkowniku. 

—  No  właśnie  —  pułkownik  Raducha  był  wyraźnie  zadowolony  z  postawy  podwładnego.  — 
Skrucha popłaca. Odejmij sobie jeden dzień urlopu. 

— Ale... 

— Dwa dni urlopu sobie odejmij. 

Mimo  tej  wpadki  pułkownik  Raducha  pewnego  dnia  zlecił  ojcu  sekretne  zadanie.  Jego  wnuk  miał 
komunię,  a  pułkownik  nie  chciał  (wiadomo,  głęboka  komuna),  by  ktoś  w  mieście  się  o  tym 
dowiedział. 

Wysłał  ojca  po  komunijny  garnitur  dla  chłopca  aż  do  Gdańska.  Oczywiście  z  surowym  zakazem 
zatrzymywania  się  gdziekolwiek  po  drodze.  Pułkownik  wiedział,  że  na  trasie  z  Kołobrzegu  do 
Gdańska leży Kostyń, gdzie żyli ojca rodzice. Nie wiedział, ale domyślał się, że w Kostyniu może też 
czekać  na  ojca  jakaś  dziewczyna.  Tak  też  było.  Od  roku  ojciec  był  zakochany  z  wzajemnością  w 
drobnej  i  ślicznej  brunetce,  która  za  kilka  lat  miała  urodzić  Adama,  a  później  Sylwka.  Ojciec 
oczywiście  tak  ułożył  sobie  trasę,  by  zdążyć  do  Gdańska,  odebrać  garnitur  od  brata  pułkownika 
Raduchy, który miał przyjaciela krawca, i odmówić gościny — choć szanowna bratowa biadała, że 
wychudzony  żołnierzyk  powinien  zjeść  z  nimi  obiad.  Ojciec  wymigał  się  surową  dyscypliną 
wojskową, nakazującą mu wrócić do jednostki o tej i o tej godzinie, dzięki czemu zdążył wskoczyć 
do  wcześniejszego  pociągu  do  Kostynia,  gdzie  czekała  na  niego  drobna  brunetka  o  błękitnych 
oczach, i on te oczy wycałował. Po trzech godzinach miłości wrócił zaczerwieniony i lekko osłabiony 
na  dworzec,  z  którego  odjechał  do  Kołobrzegu.  Miał  udać  się  bezpośrednio  do  mieszkania 
pułkownika Raduchy. Tak też uczynił. 

background image

 

 

Przywitał go serdeczny uśmiech szanownej małżonki i surowo zaciśnięta szczęka pułkownika, który 
wiedział, czuł, był pewny przekrętu ojca, bo dzwonił do brata, a ten mu powiedział, o której godzinie 
ojciec  wyszedł  od  nich  z  domu.  Pułkownik  Raducha  wszystko  sobie  obliczył,  analitycznie 
wyrachował i wyszło mu, że ojciec musiał sobie zrobić gdzieś po drodze trzygodzinny przystanek. 
Szanowna małżonka chciała poczęstować ojca herbatą, ale Raducha dobitnie rozkazał, choć w domu 
nie miał tego zwyczaju: „Żadnej herbaty". Ojciec odmaszerował do jednostki. 

Na  drugi  dzień  odbywały  się  zajęcia  z  analizy  dyscypliny.  Bezsensowne  wykłady,  które 
obowiązywały raz w tygodniu. Jeśli były wybory, mówiono o wyborach, jeśli coś trzeba było zrobić 
w mieście, mówiono o społecznej pomocy. Tym razem pułkownik Raducha napisał na tablicy temat: 
„Zaufanie  dowódcy  do  żołnierza".  W  sali  dusznej  od  męskiego  potu  pułkownik  zaczął  nudzić  o 
obowiązkach  żołnierzy  wobec  przełożonego.  W  pewnym  momencie  powiedział  słowa,  które 
wyraźnie  były  skierowane  do  ojca:  —  I  nie  może  być  tak,  żeby  jakaś  nocna  koszula,  kobieta, 
podlotek byle jaki zakręcił żołnierzowi w głowie i rozporku tak, że ten podważy zaufanie dowódcy! 

Ojciec zerwał się z krzesła jak oparzony. 

— Obywatelu pułkowniku, ja wypraszam sobie tak mówić o kobiecie, która będzie moją żoną! 

—  O  ty,  byczku  niedojony!  —  pułkownik  Raducha  tylko  na  to  czekał.  —  Padnij!  —  wrzasnął.  — 
Powstań! Padnij! Powstań! Łeb na pałę i do aresztu biegiem marsz! 

Ojciec swoje odsiedział i pewnego dnia przyszedł do pułkownika Raduchy, meldując: — Obywatelu 
pułkowniku, uzbierałem dwadzieścia dni urlopu i chciałbym je wziąć wszystkie naraz. 

— Dwadzieścia dni?! Starszy szeregowy Nowak, jak ci się udało uzbierać dwadzieścia dni? 

I  wtedy  ojciec  wesoło  podchmielony  wspominał  przy  ognisku  o  zdobyciu  mistrzostwa  Polski  w 
biegach przełajowych żołnierzy i o nagrodzie za wartę, gdy nie przepuścił generała, który nie znał 
hasła, i jeszcze o kilku czynach, za które dostał wolne dni. 

A gdy mówił o tym, oczy mu błyszczały wspomnieniem silnej młodości. Adam nie miał powodu mu 
nie  wierzyć,  bo  gdy  naliczał  te  dni  i  wymieniał  za  co,  nigdy  się  nie  pomylił,  a  to  znaczyło,  że  nie 
wymyślał. I  nawet gdy dobił sędziwego wieku, sportowa sylwetka potwierdzała jego młodzieńcze 
osiągnięcia. 

— Dwadzieścia dni to dużo. Nie spotkałem się z czymś takim — mruknął na to pułkownik Raducha, 
z  niedowierzaniem  wpatrując  się  w  papiery,  gdzie  tkwiło  jak  wół  dwadzieścia  wolnych  dni.  —  I 
chcecie wszystkie naraz? — spytał ojca. 

— Tak jest, obywatelu pułkowniku. 

— Dlaczego? 

— Obywatelu pułkowniku, biorę ślub z piękną dziewczyną i to będzie nasz miesiąc miodowy! 

Pułkownik Raducha zmierzył ojca od stóp do głowy i westchnął: — Starszy szeregowy Nowak, ile 
wam zostało do końca służby? 

background image

 

 

— Dziewięćdziesiąt trzy dni, obywatelu pułkowniku! 

— To może weźmiesz sobie dwa razy po dziesięć dni urlopu z kilkunastodniową przerwą? 

— Gdybym mógł, obywatelu pułkowniku, to wolałbym wziąć dwadzieścia dni razem. 

— Tak — ponownie westchnął pułkownik Raducha. — Spieszno wam do ożenku. 

— Obywatelu pułkowniku, to bardzo ładna dziewczyna. 

— Starszy szeregowy Nowak, wy wiecie, że po tych dwudziestu dniach ciężko wam będzie wrócić do 
wojska i wytrzymać ostatnie miesiące. 

— Obywatelu pułkowniku, śmiem twierdzić, że wytrzymam. 

— No cóż, jak tak, to tak — i pułkownik Raducha podpisał ojcu dwudziestodniowy urlop. 

Chwila  powrotu  do  wojska  na  ostatnie  siedemdziesiąt  trzy  dni  była  dla  ojca  bardzo  ciężka,  ale 
jeszcze  cięższe  były  te  ostatnie  dwa  miesiące  w  jednostce.  Pułkownik  Raducha  miał  rację.  Ojciec 
prawie podciął sobie żyły. Ale o tym nie mówił. Po co psuć wieczór skoro ognisko, synowie i piwo... 

Ognisko przygasło. Mrok wchłonął postacie, z którymi jeszcze przed chwilą Adam przesiadywał. 

W  głowie  czuł  płynny  ołów.  To  utrudniało  logiczne  wyjaśnienie  tego,  co  się  z  nim  działo.  Był 
przekonany, że jest bohaterem snu, ale czuł i widział zbyt wyraźnie. 

— Czas wujków, ojców, dziadków i matek bezpowrotnie minął — szepnął pod nosem, by strząsnąć z 
siebie dotyk zmarłych. 

Nie miał nic przeciwko wspomnieniom, ale obawiał się, że coś zaczyna kontrolować jego myśli. A co 
gorsza,  zaczynał  nabierać  pewności,  że  to  nie  on  wywołuje  wspomnienia,  ale  wspomnienia 
wywołują jego. Przecież to było niedorzeczne! Ale wystarczająco wiarygodne, by oszaleć. 

Splunął w bok i zabrał się do wygrzebywania z żaru pierwszego ziemniaka. Miał mocno spieczoną 
skórkę, która pękała pod palcami, buchając parą ugotowanych wnętrzności. Pierwsze ogniska, jakie 
pamiętał, były właśnie na fermie lisów. To ojciec nauczył Adama układać gałązki, podpalać gazetę, w 
odpowiednim momencie rozdmuchiwać ogień. 

No  i  te  dwie  studnie  —  tak  utkwiły  w  jego  pamięci,  że  często  przepoczwarzone  w  długie  tunele 
pojawiały się w koszmarach sennych. 

Pierwsza  tkwiła  zaraz  przy  wejściu  do  zagrody,  naprzeciwko  rozwalającej  się  kanciapy,  w  której 
ojciec  z  dziadkiem  obdzierali  ze  skóry  lisy,  nutrie  i  tchórzofretki.  Studnia  z  betonowych  kręgów 
rozwierała się w wilgotny komin, zachłanną gębę. 

Mech między kręgami był spoiwem. Stęchłe wyziewy dochodzące z głębokości uderzyły po latach z 
taką mocą, że nawet intensywny zapach ogniska nie potrafił ich zabić. Adam skurczony w małego 
chłopca wbijał palce w krawędź najwyższej obręczy. 

background image

 

 

Ciekawość brała górę nad strachem. Sparaliżowany tym, że może wpaść, przechylał się jednak, by 
dojrzeć podziemny świat. A tam w dole, na dnie studni zawsze znalazła się jakaś żaba, ledwo żywa, 
jeszcze  pływająca.  Niemrawo  podrygiwała,  coraz  bardziej  zmęczona.  Wyczerpana  ślizgała  się 
łapkami  o  wilgotną  ścianę.  Obok  niej  unosił  się  białym  brzuchem  do  góry  świeży  trup  brata  czy 
siostry.  Adam  przyglądał  się  agonii,  podanej  na  talerzu  o  kolorze  odbitego  nieba.  No  i  to  dziwne 
uczucie, gdy wreszcie wszystko zamarło. Okrąg nieba rozlany w dole, a na jego tle dziecięca główka, 
czarna i bez twarzy. 

Co jakiś czas napływały na nią dwa żabie trupy. 

Ojciec  wyławiał  je  wiadrem,  cicho  przeklinając  żabią  skłonność  do  skakania.  Nie  wiedział,  że 
niektóre żaby Adam wrzucał dla eksperymentu, z ciekawości i kaprysu. Ojciec wyciągał je,  by nie 
rozłożyły się, paskudząc swoimi ścierwami wodę, choć to i tak nie miało znaczenia, bo z tej studni 
woda była przeznaczona do mycia koryt, taczek, lisich klatek, no i rąk. 

Wodę do pojenia zwierząt ojciec nabierał z drugiej studni. Tkwiła w ziemi na przeciwległym końcu 
zagrody. Trzeba było przejść przez całą długość klatek z lisami, później obok klatek z królikami, co 
jak  w  bajkach  zajadały  marchewkę,  przytrzymując  ją  dwiema  przednimi  łapkami,  potem  przejść 
obok nutrii i zwinnych jak bestie tchórzofretek — bru103 natnych błyskawic — a w końcu minąć 
mały kurnik i wejść do ogródka. Tutaj po prawej nachylały się dwa powykręcane krzewy białego i 
fioletowego  bzu  —  mocno  pachniały  sobą.  Za  krzewami  zaczynało  się  pole  z  pięcioma  krowami. 
Krowy były wyjątkowo spokojne. Może dlatego że żarły kaczeńce i grzyby halucynogenne? Mama z 
zamiłowaniem na twarzy i zacięciem w ruchach  pieliła grządki, które obejmował drewniany płot. 
Wzdłuż płotu rosły krzaki czerwonej i czarnej porzeczki, no i agrestu. 

Pod którymś z krzaków rozkładała się jamniczka Nora. Jak na psa przystało, w kartonowym pudle, 
bez  znaku  krzyża  nad  czaszką.  Urodzenie  trójki  szczeniaków  kosztowało  ją  życie.  Za  jakiś  czas 
dołączy do niej jamniczka Dora, przepołowiona jednym kłapnięciem szczęki wilczura, który nie lubił 
małych  psów.  Życie  jest  kruche  jak  kości...  No,  a  po  lewej  była  druga  studnia  —  to  właśnie  w  jej 
pobliżu ojciec palił obdarte trupy lisów. 

Do  tej  studni  ojciec  zabraniał  Adamowi  zaglądać.  Pewnie  dlatego,  że  była  niska  i  nawet  dziecku 
łatwo  było  się  przez  nią  przechylić.  W  dodatku  była  bardzo  głęboka.  Zasłaniały  ją  wysokie 
pokrzywy,  wśród  których  wiła  się  wydeptana  dróżka.  Pokrzywy  tworzyły  żywy  mur  odcinający 
światło  i  tym  bardziej  zasłoniłyby  małego  Adama.  Dziecko  jednak  zawsze  wykorzysta  nieuwagę 
rodziców.  Potrafi  chwycić  się  luki  w  czasie,  kiedy  to  dorosłym  wydaje  się,  że  kontrolują  każdą 
minutę. Wskoczy w ten moment, który dla dorosłych jest niewidoczny, i tak ukryte zniknie dla ich 
oczu.  Wtedy  wszystko  może  się  zdarzyć.  Dziecko  zaginie  albo  odnajdzie  się  w  całkiem  innym 
miejscu,  niż  można  by  się  spodziewać.  Takie  podróże  w  czasie  i  przestrzeni  dla  dorosłego  mogą 
trwać  moment,  podczas  gdy  dla  dziecka  trwają  całe  lata.  Adam  pewnego  dnia  wykorzystał  taką 
chwilę i ukryty za ochronnym murem pokrzyw podszedł do studni. 

Była  kwadratowa  i  drewniana.  Zapadnięta  ze  starości  i  już  lekko  podgniła.  Ojciec  przykrywał  ją 
półokrągłym wiekiem od blaszanej wanienki. Adam z trudem zsunął je i zobaczył, że woda tu stała o 
wiele wyżej niż w studni okrągłej. Pewnie łatwiej było z niej nabierać. Drewniany wałek z korbką 

background image

 

 

pokrytą rdzą nawijał na siebie przetarty sznur, a na końcu sznura drapieżną szczęką błyszczała duża 
raksa na wiadro i... to wszystko. Cała tajemnica. Muchy latały nad głową Adama, bzyczały pszczoły z 
niedalekich uli sąsiada, Mariana Więcka, który zawsze chodził w tym samym ubraniu — drelichowej 
kurtce, spodniach i w kaloszach, a głowę przykrywał beretem oświnionym kurzym gównem, nawet 
wtedy  gdy  grzało  słońce...  Adam  pamiętał  ciszę  wokół  studni  i  to,  że  poczuł  się  nagle  bardzo 
samotny,  jakby  na  świecie  nie  było  żadnego  człowieka.  Tajemnica,  której  oczekiwał,  okazała  się 
niewypałem. Przygoda okazała się zwykłą studnią, tyle że drewnianą i kwadratową. Opuszczała go 
magia, a porywała ze sobą samotność. Kto wie, czy właśnie w takich chwilach z dziecka nie zaczyna 
się wykluwać doro105 sły — ta dojrzała postać osoby, która uporczywie kamienieje, przestaje być 
elastyczna  i  często  zaczyna  postrzegać  świat  jako  scenę,  po  której  wystarczy  się  przetoczyć,  bez 
dociekania sensu drogi, jaka przypadła jej w udziale. 

Wydrążony  z  zachwytu  jak  łupinka  po  orzechu,  Adam  spojrzał  jednak  we  wnętrze  studni.  Twarz 
odbita w wodzie była na tyle blisko, że widział kolor własnych oczu. I gdy uśmiechał się do swojego 
sobowtóra, twarz zaczęła się zmieniać. Dostał młodzieńczych pryszczy, które momentalnie zasłonił 
pierwszy zarost, natychmiast sztywniejący jak u dziadka Leona. Dziadek miał zarost jak druty i gdy 
się golił, każde pociągnięcie ostrzem po twarzy zostawiało krwawe żniwo, dlatego musiał się golić 
brzytwą. 

I Adam zobaczył, jak broda mu siwieje, wypadają włosy, a gdy błysnął łysą czaszką, zaczęły wyłaniać 
się znad niej inne twarze, które  zasłoniły błękit odbitego  w wodzie nieba. I  Adam zobaczył ojca i 
matkę, i swoich nie narodzonych jeszcze synów, którzy tak się znienawidzą, i pięknie uśmiechniętą 
Ewę, którą dopiero miał spotkać i pokochać. I nawet przez chwilę, jak żart nie na miejscu, wmieszał 
się  między  nich  dzisiejszy  Tomasz  Lebioda  i  ci  wszyscy  ludzie  z  wioski,  których  miał  poznać  za 
jakieś kilkanaście lat... 

Twarze  jakby  cofały  się  w  sobie  i  Adam  rozpoznawał  w  nich  rysy  charakterystyczne  dla  swojej 
rodziny: pieprzyk po lewej stronie nosa, krzaczaste brwi z tendencją do zrastania się, czarne wło106 
sy,  które  w  zależności  od  gałęzi  drzewa  rodzinnego  jaśniały  srebrnym  ogniskiem  lub  wypadały, 
pozostawiając po sobie wypaloną pustynię czaszki, wydatne usta, ukrwione częstym uśmiechem — 
bo  widocznie  i  przodkowie  Adama  lubili  się  pośmiać...  Te  twarze  były  jakieś  zaśniedziałe, 
zapleśniałe, pokryte glonami. A gdy Adam wydychał powietrze, oddalały się i stawały obce, mniej w 
nich  było  rozpoznawalnych  cech,  jakby  były  z  innego  miotu,  gdy  zaś  Adam  wdychał  powietrze, 
twarze się zbliżały i jaśniały obliczami matki i ojca, i przyszłych synów Adama... 

To  było  zbyt  ciężkie  nawet  dla  pojemnej  wyobraźni  dziecka.  Głowy  w  wodzie  widniały  na  tyle 
blisko, że można było ich sięgnąć. Zniszczyć jednym ruchem ręki, roztrącić hipnotyzujące spojrzenia 
duchów, zabić przeszłość i przyszłość. Lepsza już samotność niż takie towarzystwo! I Adam nachylił 
się,  by  pozbyć  się  udręki,  i  stanął  już  na  palcach,  i  przewiesił  przez  krawędź  studni,  a  gdy  stopy 
oderwały się od ziemi i zaczął szybować w dół, w twarze, w ostatniej chwili chwyciła go silna ręka i 
jak szczeniaka pociągnęła za kark. To był ojciec. „Uff!" — sapnął tylko. Miał załzawione oczy. 

—  Synu,  nie  słyszałeś,  jak  wołałem?  —  bełkotał  wzruszony  i  tulił  do  siebie  zesztywniałego  ze 
strachu  Adama.  —  Ostrzegałem!  —  szeptał,  a  Adam  zadrżał  od  wysokiej  gorączki.  Telepała  nim 

background image

 

 

przez następne trzy dni. Na zawsze zapamiętał chichot lisów, które w klatkach czepiały się szybkiej 
miłości. 

W trzydniowej malignie widział piłę tarczową, której jedna połowa wystawała ponad stół, a drugą 
połowę  zakrywał  silnik.  Błyszczała  zębami  w  słoń-  cu,  a  jej  wypolerowane  ciało  mętniało,  kiedy 
tylko  ojciec  ją  włączał.  Rozpędzona  piła  traciła  zęby  i  stawała  się  wirującym  talerzem,  szarym 
dyskiem,  który  pragnął  wyrwać  się  i  poszybować  w  górę,  do  nieba.  A  gdy  się  przyłożyło  do 
rozchybotanej krawędzi deskę, wióry aż szły od dysku i pachniało ranionym drzewem. Ojciec dość 
często pracował przy pile, ale Adam zapamiętał to jedno zdarzenie, gdy na pile ciął Gienek, kulawy i 
garbaty pomocnik wujka Benka. Gienek ciął dechę za dechą, nawykły do cięcia, właściwie do cięcia 
stworzony, ciął dechę za dechą, gdy nagle jęknął: „Ups!" — i w trociny spadły dwa palce prawej ręki, 
wskazujący i środkowy. 

Gienek  był  tak  zaskoczony,  że  przez  kilka  sekund  przyglądał  się  świeżo  okrojonym  kikutom. 
Zareagował dopiero, gdy puściła się z nich krew. Bo z krwią wypłynął na wierzch ból, i Gienek skulił 
się, cicho stękając: „Pomóżcie!". 

Na pogotowiu zrobili mu gustowny opatrunek. 

Biały  bandaż  szybko  zszarzał  od  brudu,  a  czerwona  plama  w  miejscu,  gdzie  tkwiły  kikuty, 
poczerniała. 

Przez jakiś czas Gienek szukał tych dwóch palców. 

Chciał je zanurzyć w słoiku z formaliną, tak na pamiątkę, żeby od czasu do czasu sobie przypomnieć, 
że kiedyś je miał, ale palce gdzieś przepadły. Pewnie w brzuchu Saby albo Beryla, albo tych kotów, 
co to przeciągały się na płotach i wygrzewały na dachach. 

Gienek  nie  narzekał  na swój  los, mimo  że  dla  większości  jego  życie miałoby  smak  przesolonego i 
przypalonego  placka ziemniaczanego  w najtańszym w mieście barze mlecznym. Ale  na los Gienka 
narzekał wujek Benek: „Nie dość, że kulawy i garbaty, to jeszcze nie sprawdzi, skąd wieje wiatr, ani 
nie wskaże drogi" — marudził. „No i jak sobie teraz poradzi z taczką?" — dodawał. Ale Gienek radził 
sobie z taczką. W ogóle sobie radził. Choćby z tymi kundlami, co zebrane w watahy biegały między 
fermami i próbowały go podgryzać w kostkę lewej nogi, tej zdrowej. Gienek podstawiał im prawą 
protezę, żeby psy szczerbiły sobie zęby na drewnie, ale one nie były takie głupie i okrążały go, by 
podgryzać właśnie lewą, tę zdrową, czasami nawet boleśnie. 

Gienek  jednak  nie  narzekał.  Znalazł  sobie  długi  kij,  mocny  i  twardy,  i  lał  tym  drągalem  psy  po 
pyskach, a one skamlały grupowo i przez to bicie stawały się jeszcze zajadlejsze, jeszcze złośliwsze, 
bardziej kąśliwe i pałające zemstą. Ale  Gienek nie narzekał. Przeciwnie, miał w sobie taką siłę, że 
potrafił pocieszać. 

Wujek Benek jak to wujek Benek — od czasu do czasu lubił sobie sprowadzać na zagrodę koleżankę. 

Szczupłą na lato, grubaśną na zimę. Był starym kawalerem i przed nikim nie musiał się tłumaczyć. 
Za  to  w  swojej  kanciapie  miał  rozkładaną  kanapę  i  czystą  pościel.  Wujek  Benek  obdarowany  był 
specyficznym urokiem osobistym. Niezbyt przystojny, raczej z brzuszkiem, łysiejący przeciętniak z 

background image

 

 

dwoma złotymi zębami, potrafił ściągnąć swoje kochanki nawet na taką fermę, buchającą smrodem 
lisich odchodów. 

No ale ciepła kanciapa w zimie i chłodna latem, rozkładana kanapa i czysta pościel mogły być jakąś 
pokusą.  No  i  wielki  chuj  wujka.  Chuj,  o  którym  krążyły  wśród  kobiet  legendy,  mógł  wzbudzać 
ciekawość. 

Duma  i  argument  wujka.  Ojciec  z  dziadkiem  lubili  sobie  z  tego  pożartować.  Raz,  czy  to  z  męskiej 
zazdrości, czy z przyjacielskiego przekomarzania się, podali w wątpliwość osiągi wujka. Zdarzyło się 
to w dodatku przy jednej z niedoszłych kochanek, która przyjechała na fermę, ale jakoś wzbraniała 
się wejść do kanciapy. Wujek wkurzył się i kazał ojcu nabrać wiadro wody, a gdy ojciec je przyniósł, 
wujek  spojrzał  na  niedoszłą  kochankę,  przebił  się  rentgenowskim  wzrokiem  przez  jej  ubranie  i 
zobaczył  ją  nagą  —  wtedy  nabrzmiała  mu  w  rozporku  duma  i  wujek  wypuścił  ją  na  wolność.  I 
zawiesił sobie na chuju wiadro, i stanął z tym wiadrem na chuju w rozkroku, i z rękoma założonymi 
na karku zrobił dziesięć przysiadów. Honor został uratowany. Tyle że niedoszła kochanka zemdlała 
i trzeba było  ją cucić. A potem ojciec musiał ją odwieźć do domu. Widocznie nie spodziewała się, 
biedaczka. 

No  i  wujek  sprowadzał  te  kochanki  na  fermę.  Ale  raz  złamał  swoją  niepisaną  regułę  i  zaprosił 
kochankę  w  okresie  lęgu.  Lisie  matki  jęczały  z  bólu  od  ciężkich  porodów,  podczas  gdy  kochanka 
wujka  pod  wujkiem  w  kanciapie  jęczała  z  rozkoszy.  A  że  lubiła  żarty,  wyrwała  się  w  pewnym 
momencie  wujkowi  z  ramion  i  zaczęła  biegać  na  golasa  między  klatkami,  że  niby  to  takie 
romantyczne,  jak  na  tych  rosyjskich  filmach,  gdzie  kochankowie  biegają  między  brzozami.  I  tak 
biegając,  piszczała:  „Łap  mnie,  Benciu,  łap!".  Wydzierała  się,  a  wujek  Benek  przemykał  za  nią  na 
paluszkach,  sycząc:  „Ciiii!  Zamknij  się,  głupia!".  Szeptał  wściekły,  bo  rodzące  samice  są  bardzo 
nerwowe i byle gwałtowny ruch albo nagły okrzyk mogły sprawić, że któraś z nich przestraszy się i 
zagryzie swoje małe, by ochronić je przed nieznanym wrogiem. 

Gdy wujek odprawił kochankę, co to lubiła biegać między klatkami, naliczył dwanaście zagryzionych 
lisków.  „Moje  małe  liski"  —  zaszlochał  w  pierwszym  przypływie  emocji.  A  w  drugim  przypływie 
zaczął  zgrzytać:  „Ta  głupia  pizda  niewarta  była  tych  dwunastu  małych".  A  w  trzecim  przypływie 
znowu zaszlochał: „Ta głupia pizda nie była warta dwunastu futer!". Wtedy przygnieciony garbem 
Gienek,  powłócząc  drewnianą  protezą,  poklepał  wujka  po  plecach  ręką  bez  palca  wskazującego  i 
środkowego  i  powiedział:  „Benek,  co  tam  lisy,  co  tam  futra!  Najważniejsze,  że  jesteśmy  cali  i 
zdrowi". 

Ech,  życie  jest  piękne.  Otwarte  na  oścież  jak  polna  droga,  która  kieruje  w  las,  a  gdy  już  idziesz 
między  pachnącymi  drzewami,  przechodzisz  wśród  brzóz,  sosen  i  buków,  wiesz,  że  tu  jest  twoje 
miejsce. 

Prawdziwy oddech możesz też poznać na pełnym morzu. Tu niebo łączy się z wodą i wzajemnie się 
przenikając, kołyszą rozbiegane myśli w spokojną kontemplację otoczenia. Poza oddechem, niebem 
i  wodą  nie ma  już  nic. Troska o  ból, strach  przed agonią są  odsunięte  w  przyszłość,  która  się  nie 
liczy,  bo  w  tym  momencie  władzę  ma  teraźniejszość.  Tak,  pełne  i  wnikliwe  przeżywanie 
teraźniejszości — to sposób na wdzięczność za to, że się narodziliśmy. 

background image

 

 

A  podróże  w  górach  albo  nad  chmurami,  bo  sprostaliśmy  możliwościom  ptaków?  Spotkania  z 
ludźmi, którzy nie wymagają od ciebie rozmowy i zobowiązań,  a milczenie między wami staje się 
najtrwalszą  nicią  porozumienia?  Odrobina  szczęścia  i  można  życie  pokochać.  A  wtedy  żal,  że 
bezpowrotnie przemija. 

Ciepły i gęsty oddech ogniska rozmywał postać ojca i Adam nie wiedział, skąd dolatuje opowieść. 

W półśnie, w jaki zapadł, usłyszał głos, który mówił, że kończył się dziesiąty rok harówy na fermie. 
Dziadek z ojcem byli już tym zmęczeni. Byli też zmęczeni sobą. Dochodziło do kłótni, które nie brały 
się ze wzajemnej niechęci (kochali się przecież, dranie!), ale z wyczerpania. Jak choćby wtedy, gdy 
trzeba było zrobić nowe koryta do klatek i nastąpiła cicha rywalizacja. Dziadek zaczął wyklepywać 
młotkiem swój kawałek blachy, podczas gdy ojciec pomyślał, pomierzył i powyginał swoje kawałki 
wzdłuż krawędzi stołu. Pach, pach! Jeden ruch i jeden bok gotowy, drugi ruch i drugi bok gotowy. 
Zanim  dzia112  dek  skończył  swoje  nierówno  wyklepane  koryto,  pokancerowane  nerwowymi 
uderzeniami  młotka,  ojciec  miał  już  siedem  wyglądających  jak  fabryczne,  gładkie  i  z  idealnymi 
kątami  na  zagięciach.  „Cholera  jaśnista!"  —  machnął  tylko  ręką  dziadek  i  dał  sobie  spokój  z 
korytami.  Wszystkie  zrobił  ojciec,  który  zawsze  zwyciężał,  jeśli  mieli  tylko  wykonać  jakąś  robotę 
wymagającą technicznych zdolności. Dziadek chodził wtedy do końca dnia nachmurzony, bo ciężko 
mu  było  przyznać,  że  syn  w  czymś  jest  lepszy.  Taki  już  miał  charakter.  Był  zdania,  że  to  ojciec 
powinien uczyć syna, a nie odwrotnie. Ale zawsze jakoś przełykał gorycz porażki i na drugi dzień 
było po staremu, czyli dużo śmiechu przetykanego przypadkowymi sprzeczkami. 

Pewnego jednak razu zdarzyła się kłótnia, która mogła zabić wszystkie lekkie wspomnienia. Było to 
wtedy,  gdy  jak  każdej  jesieni  ojciec,  unurzany  w  krwi  i  tłuszczu  lisów,  mdlejący  ze  zmęczenia, 
zdzierał  futra  i  odpowiednio  je  oczyszczał.  W  końcu  pakował  do  worków  po  dziesięć.  Zawsze  po 
dziesięć. A tu mu nagle dziadek mówi, że ojciec nie zapakował dziesięciu futer, jak powinno być, ale 
dziewięć. 

— Dziesięć — powiedział jeszcze spokojny ojciec. 

— Dziewięć — flegmatycznie wycedził dziadek, co momentalnie doprowadziło ojca do szału, ale nie 
wybuchnął, tylko przez zaciśnięte zęby wysyczał: — Dziesięć. 

— Dziewięć. 

— Tato, jak mówię, że dziesięć, to dziesięć. 

— A ja mówię, że dziewięć! 

Wtedy ojciec potrząsnął workiem i powiedział do dziadka: — Tata! Jeśli jest dziewięć futer, to bierz 
sobie całą hodowlę i radź sobie sam. Nie chcę już z tobą pracować. A jeśli jest dziesięć i mam rację, to 
też sam sobie hoduj lisy. Ja już mam dosyć! 

Spojrzeli sobie głęboko w oczy. 

— Mam liczyć? — wykrztusił zalany wściekłością ojciec. 

background image

 

 

Dziadek nie ustąpił. Zresztą jak zwykle. Przeliczyli futra w worku. Było dziesięć. Dziadek zbladł. 

Ojciec bez słowa poszedł do kanciapy się przebrać. 

Na drugi dzień ojciec szedł do rodziców ostatecznie rozmówić się z dziadkiem. Nie spał całą noc. 

Wciąż był przekonany, że już nigdy nie obedrze ze skóry żadnego lisa. Żal za straconym zarobkiem 
mieszał się z radością, że już nie będzie musiał tak harować. Drzwi otworzył mu dziadek. To było 
pierwsze  zaskoczenie.  Zawsze  otwierała  babcia.  Dziadek  zaprosił  ojca  do  pokoju  gościnnego  i 
zapytał, czego się napije. 

— Herbaty — powiedział ojciec ponuro. Brzmiało to jak groźba. 

— Kochanie, proszę, przynieś dwie herbaty i dwa kieliszki — dziadek łagodnie zwrócił się do babci. 

Usiedli przy stole. Zapach suszonych na piecu jabłek mieszał się z wodą kolońską, która owiewała 
świeżo ogolone policzki dziadka. Zanim babcia przyniosła herbatę, dziadek powiedział do ojca: — 
Synu, ja ciebie bardzo przepraszam. Pomyliłem się. 

Gdyby ojciec coś pił, pewnie by się tym zakrztusił, a że nie pił nic, to zakrztusił się własną śliną. 

Dziadek nigdy nie przyznawał się do własnej pomyłki i taka kapitulacja musiała go wiele kosztować. 

— Przepraszam, miałeś rację — powtórzył dziadek. — W worku było dziesięć futer. 

—  Tata,  tu  nie  chodzi  o  futra.  Tu  chodzi  o  to,  że  ty  wciąż  mnie  traktujesz  jak  dziecko,  a  ja  mam 
dwóch synów, żonę i jestem dorosłym mężczyzną, nie widzisz tego?! 

Dziadek zamrugał oczami, jakby dopiero teraz coś zrozumiał. 

— No, tak... — westchnął tylko i podszedł do kredensu, z którego wyciągnął butelkę czystej. 

Na fermie pracowali jeszcze dwa lata. Potem dali sobie spokój. Hodowla lisów już tak bardzo się nie 
opłacała.  No  i  dziadek  nie  miał  już  siły.  Zaczęły  mu  szwankować  pamięć  i  wzrok.  Jeśli  chodzi  o 
pamięć,  to  z  czasem  przestał  poznawać  swoich  najbliższych,  no,  może  poza  żoną.  Jeśli  chodzi  o 
wzrok, to nigdy nie nosił okularów i nie zamierzał nosić. Miał jedną parę w złoconych oprawkach, 
ale  trzymał  je  w  barku  pomiędzy  wiśniówką  a  żubrówką.  Gardził  okularami.  Nie  przynależały 
prawdziwemu mężczyźnie. Prawdziwy mężczyzna powinien znosić swoje słabości bez ułatwień. Ale 
była jedna okazja, przy której dziadek łamał swoją zasadę nieułatwiania sobie życia. Tą okazją były 
wybory miss świata albo Polski, w ogóle wybory pięknych kobiet. Wtedy dziadek wyciągał z barku 
okulary i wkładał na nos, by nikt go nie oszukał w selekcji pięknych ciał. 

Świat się wyostrzał, a z nim osąd dziadka. Wpatrywał się oniemiały w telewizor, a po pierwszym 
zauroczeniu, że takie cuda rodzi człowiek, zaczynał się werdykt. Po chwilowym zacietrzewieniu, że 
jednak  można  tak  dobrze  widzieć,  dziadek  szybko  łagodniał.  Raczej  nie  krytykował.  Cenił  ogólną 
smukłość, długie nogi i duże piersi, brzydkich twarzy nie było, słowa dziewczyn nie miały znaczenia. 
Każda z kandydatek na najpiękniejszą zasługiwała na pochwałę, ale zawsze znalazło się tych kilka, 
które natura wyróżniała spośród innych. Dziadek zazwyczaj trafiał i jego faworytki wygrywały albo 

background image

 

 

były w ścisłej czołówce. Po zakończeniu relacji z konkursu jeszcze przez jakiś czas nie zdejmował 
okularów. Teraz przyglądał się swojej żonie, która była też matką i babcią. Wzdychał ciężko, ale w 
jego oczach iskrzyły się filuterne ogniki. A żona dziadka, która była też matką i babcią, uśmiechała 
się pod nosem, bo w tym momencie wspólnie z dziadkiem podróżowali wokół własnej młodości i 
dotykali tych chwil, kiedy nie liczyło się nic poza ich miłością, a starość była jeszcze nie narodzonym 
krajobrazem. 

Adam  dorzucił  do  ognia  ostatnie  gałęzie.  Niebo,  które  na  wschodzie  zaczęło  nieśmiało  jaśnieć,  w 
bla116  sku  ogniska  znowu  pociemniało.  Wiedział, że  mimo  przepicia  piwem  już  nie  uśnie.  Wstał, 
otrzepał się i poszedł do chaty po ćwiartkę. Musiał przejść jakieś pięćdziesiąt kroków w górę polany. 
Swego  czasu  ojciec  uporczywie  ścinał  trawę  kosiarką  spalinową,  z  piwem  w  ręce,  spocony,  coraz 
szybciej się męczący. 

Polana, dawno nie koszona, ponownie stała się królestwem zwierząt. Gdy Adam wydeptywał w niej 
ścieżki, wyczuwał pod stopami kłębiące się życie. 

Chrzęściły świerszcze, śniły motyle, myszy płochliwie umykały spod butów, zielone jaszczurki wiły 
się w labiryncie traw, a żaby żuły swój śmiercionośny język. By nie potknąć się o schodki werandy, 
Adam włączył światło. Oślepiająca energia stuwatowej żarówki próbowała przebić się przez szklany 
klosz upstrzony trupami komarów i muszek. Za chwilę zlecą się ćmy. 

Na  bezdechu,  by  nie  zaciągnąć  się  zwietrzałą  trucizną  na  robaki,  Adam  otworzył  lodówkę. 
Oszroniona butelka kleiła się do dłoni. Kątem oka dostrzegł na kredensie niewielkiego drewnianego 
cherubina.  Chwycił  rzeźbę  i  wyszedł  na  werandę.  Głęboko  wciągnął  wilgotną  zapowiedź  dnia.  Za 
sobą,  tam,  w  domu,  pozostawił  grobowiec  owadów.  Nowak  odkręcił  kapsel  i  koniuszkiem  palca 
ostrożnie  wyciągnął  z  butelki  pływającą  w  wódce  trawkę.  Przełknął  zawartość  za  jednym 
przechyłem i głośno beknął. 

Żubrówka  zawsze  odbijała  mu  się  perfumami.  Nie  Przepadał  za  tą  wódką,  ale  kto  powiedział,  że 
wódka musi smakować? 

Czasami  to  miłe,  gdy  rzeczywistość  wyskakuje  ze  swoich  kolein  i  człowiekowi  pobudzonemu 
gwałtowną  dawką  alkoholu  wydaje  się,  że  jest  w  stanie  coś  sobie  wytłumaczyć.  Ale  tym  razem 
wódka  zmąciła  Adamowi  kolejność  zdarzeń.  Zamiast  następnego  obrazu  z  ojcem  w  roli  głównej, 
przywołała na myśl Ewę. Wciąż jednak bolało. Kumple,  o  których dawno  zapomniał, przytakiwali 
mu,  gdy  szlochał  im  o  żonie  kurwie.  Mieli  podobne  doświadczenia  i  bardzo  podobne  wyciągali 
wnioski. Winną rozstania zawsze była kobieta. Kobieta się puszczała, oni byli pokrzywdzeni. Zapijali 
swoją przegraną, bo mężczyzna, któremu kobietę ukradł drugi mężczyzna, niewart jest szacunku. 

Pijane podróże ulicami, które rozszerzały się lub zwężały w ulice miast znanych mu z zagranicznych 
wyjazdów  literackich.  Zapamiętane  na  zawsze  flesze  śpiewającej  na  balkonie  gdzieś  we  Fryburgu 
dziewczyny,  która  kołysała  w  hamaku  swojego  kilkuletniego  braciszka,  a  jej  głos  odbijał  się  od 
przedwojennych kamienic jak echo zapomnianych snów. 

Zbyt szerokie ulice Wiednia, gdzie czuł się jak eksponat w monumentalnym muzeum, zwężały się w 
ciasne uliczki włoskich i chorwackich miasteczek. 

background image

 

 

Po kolejnym rzyganiu na chodnik, na własne buty, obraz nieco się przeczyszczał. I wydawało mu się, 
że da sobie radę, że dzięki wieloletniej przyjaźni z dziekanem uczelni, gdzie wykładał na pół etatu 
współczesną  literaturę,  załatwi  sobie  mały  pokoik  w  akademiku.  Jednak  gdy  tylko  ruszał  dalej, 
zwykły  blok  przeinaczał  się  w  oszklony  budynek,  pewnie  gdzieś  z  Monachium.  Każde  okno 
wypełniał  pokój  z  biurkiem,  za  którym  siedział  urzędnik  wpatrzony  w  komputer.  Powielone 
kolorowe obrazki z jedną postacią w centrum. Statyczne uzurpacje malarskich aktów. Mężczyźni w 
garniturach  i  elegancko  ubrane  kobiety  stukali  palcami  w  klawiatury,  odcięci  jedni  od  drugich 
ścianami. Zanurzali się w imitację świata, gdzie przyjaciele i kontrahenci istnieli tysiące kilometrów 
dalej.  Świat  bez  dotyku,  świat  rozmów  na  odległość,  świat  samotników  przekonanych,  że 
rozmawiają z nieskończoną liczbą ludzi. 

A przecież nie czuli zapachu swoich rozmówców ani nie widzieli gestów. Wpatrywali się zaledwie w 
twarze  na  ekranie  i  słyszeli  głos  zniekształcony  przez  fale  radiowe.  Nigdy  nie  chuchnęli  sobie  w 
nosy, bo nigdy nie stanęli naprzeciwko siebie. 

W  pewnym  momencie  kilka  urzędniczek  się  zbuntowało.  Jedna  po  drugiej,  niezależnie  od  siebie, 
każda  w  swoim  pokoju  klękała  na  krześle,  opierając  się  łokciami  o  biurko,  i  wpatrzona  w  ekran 
zaczęła  wypinać  kształtny  tyłek  opięty  spódniczką.  Zamiast  długopisów  trzymały  w  ustach  palce 
wskazujące. 

Porozumiewawczo zaczęły mrugać na Adama, który subtelnym zwichnięciem umysłu znalazł się w 
hamburskiej dzielnicy St Pauli, gdzie piękne nastolatki z całego świata stały jedna obok drugiej na 
ulicy,  co  przylegała  do  policyjnego  komisariatu,  i  każda  z  nich  była  dziewczyną  udającą  kobietę. 
Szarpały  Adama  za  kurtkę,  ale  natychmiast  puszczały,  gdy  z  uśmiechem  mówił,  że  jest  z  Polski. 
Odwracały się, zawiedzione, bo Polak nie mógł mieć przecież pieniędzy, skoro młode punki gadające 
po polsku żebrały pod Lidlem. 

Różowofioletowe  ulice  nocnego  St  Pauli  mieniły  się  zygzakami  świateł  okalających  wejścia  do 
burdeli.  Plakaty  z  nagimi  pięknościami  oblepiały  ściany  budynków,  a  witryny  zawalone 
wibratorami, biczami, skórzanymi maskami i ułożonymi w wachlarze kondomami lśniły od czystych 
szyb. Purpurowe wejścia do klubów wabiły rozgrzanymi ciałami i błyszczącą politurą depilowanych 
nóg.  Całość  wyglądała  jak  cyrkowa  atrapa,  lukrowane  ciasteczko  dla  zachłannych  dzieci,  słodki 
światek  zbudowany  wyłącznie  dla  zabawy.  Naganiacze  zachęcali  do  rozkoszy.  Zapamiętał  dwóch. 
Przystojnego  bruneta w smokingu i starego marynarza, który siedział na taborecie i pokrzykiwał, 
jakby wyrywał się z pijackiego  letargu: „Just for furii Only for  funt", zapraszając w ten sposób do 
skorzystania z kobiecego ciepła. W jednym z klubów śpiewała Patti Smith, ale rytmiczną perkusję 
zagłuszały  dzwony  z  kościoła,  który  stał  wśród  burdeli  i  błogosławił  pospiesznej  miłości.  Przez 
zatłoczone uliczki ciężko było się przepchać. Ocienione wejścia do hoteli tkwiły ściśnięte pomiędzy 
rozgwieżdżonymi  peep-showami.  Przypominały  pewien  hotel  z  Bordeaux,  gdzie  Adam  próbował 
zasnąć w koszmarnie ciasnym pokoju, ale za ścianą przez całą noc wrzeszczała z rozkoszy kobieta, 
zagłuszając  swoimi  jękami  basowe  posapywa120  nia  partnera.  Pracowali  rytmicznie  i  z 
zaangażowaniem.  Nie  przerywali  nawet  na  drzemkę.  Kobieta  krzyczała  do  samego  rana.  Adam 
podziwiał ich kondycję. 

background image

 

 

Lotem  pijanej  myśli  przeniósł  się  do  Paryża  i  widział  plac  Concorde,  którego  bruk  krył  ziemię 
wilgotną od krwi głów ściętych przez francuską rewolucję. 

Widział  nocne  podróże  metrem  i  ulicznych  muzyków  w  wagonach:  młodą  Rosjankę  o  długich 
brunatnych  włosach,  puszczającą  podkład  muzyczny  z  elektrycznych  klawiszy  i  śpiewającą  tak 
smutno, że nikt nie chciał jej wrzucić grzecznościowej monety; albo jej przeciwieństwo, Murzynkę z 
dredami,  śpiewającą  czysty  gospel  a  cappella  tak  dźwięcznie,  że  ludzie  zasypali  ją  nie  tylko 
oklaskami. Usta wypełnił posmak metalu, gdy metro nagle się zatrzymało i zgasły światła, a ludzie 
znieruchomieli ze strachu, bo czuć było dym i stygnącą krew. Pijane wspomnienia powoływały do 
życia wesołe wieczory na drewnianym moście nad Sekwaną w towarzystwie ukopconych Arabów i 
rastafarian,  którzy  bujali  się  w  rytmie  reggae  puszczanego  z  magnetofonów.  Pijana  panorama  ze 
szczytu Wieży Eiffla; nocny spacer Polami Elizejskimi, gdzie na trawie leżał i siedział wesoły tłum, i 
pił wino, i grał na gitarach, i śmiał się, a naprzeciwko Adama szło czterech facetów, którzy ledwo 
trzymali się na nogach, i gdy już mieli się z nim minąć, jeden z nich powiedział po polsku: „A może 
mu  tak  wpierdolimy?".  Adam  wiedział,  że  chodzi  im  o  niego,  ale  nie  zareagował,  że  rozumie  po 
polsku, 121 bo wyczuł, że gdyby się przyznał, że jest rodakiem, na pewno rzuciliby się na niego, bo 
nic  nie  smakuje  Polakowi  bardziej,  jak  wpieprzyć  rodakowi  na  obczyźnie.  Paryż  Adama  to  też 
tygodniowy pobyt z Ewą. Stracił wtedy fortunę na kawiarenki i zakupy w sklepach, które były dla 
nich  za  drogie,  ale  Ewa  była  wymagająca,  tym  bardziej  że  uparcie  rysowała  przed  nim  karierę 
wybitnego pisarza. 

I gdy tak przetaczał się po ulicach w pijanym widzie, zobaczył zakopcony pub gdzieś w walijskim 
Hay-on-Way, gdzie rozmawiał z chłopami o polityce i piłce nożnej. Pub rozrastał się w katedrę w 
Lipsku. 

Miał  szczęście  usłyszeć  organy,  na  których  czterysta  lat  temu  grał  Bach.  Melodia  dolatywała  z 
bocznej nawy. Była doskonale wytłumiona dzięki budowie ścian, od których się odbijała, unikając 
zbędnego  pogłosu.  Adam  potknął  się  i  usłyszał  szum  hali  targowej  w  Cognac,  skąd  zapamiętał 
stoisko  z  obdartymi  ze  skóry  królikami.  W  równym  szeregu  leżały  z  wywieszonymi  języczkami  i 
oczami utkwionymi w niebyt. Później Ewa mu wytłumaczyła, że po oczach można poznać, czy mięso 
jest świeże. 

Wszystkie te obrazki i dźwięki wrzucały go w czas, którego już nie było, a przecież budził się w nim 
na  nowo.  Nie  nazwałby  tego  ucieczką  w  głąb  siebie.  Po  prostu  świat,  którego  się  dotąd  trzymał, 
rozsypał się i być może umysł szukał w jego miejsce jakiegoś wypełnienia, a że alkohol powołał do 
życia przypadkowe zdarzenia z przeszłości, wcale nie najważniejsze, a może nawet nic nie znaczące, 
to już inna sprawa. 

Podczas  kilkumiesięcznej  delirki  koszmary  wyprzedzały  chronologię.  Marzenia  spóźniały  się  z 
samookreśleniem. Zanim powstał zarys odważniejszej myśli, łamała ją rozterka: kim będę? Co teraz 
będę robił? Był tak skołowany, że jeśli zapowiadało to obłęd, pragnął, żeby to było pewnego rodzaju 
zadośćuczynienie za zbyt rozbuchaną wyobraźnię. 

By nie spanikować, musiał odzwyczaić się od dotychczasowego życia — co tu ukrywać, dwadzieścia 
lat  z  jedną  kobietą  robi  swoje.  Był  wierny  i  żaden  skok  w  bok  nie  miał  prawa  rozbijać  w  nim 

background image

 

 

ustalonych rytuałów: przed pójściem do łóżka Ewa wiedziała, że Adam najpierw pójdzie do łazienki 
wystękać  z  siebie  przetrawiony  ładunek  całego  dnia,  następnie  podmyje  sobie  jajka  i  pachy.  To 
dobrze  —  mogła  sobie  myśleć  —  przynajmniej  trafiła  na  czystego  chłopa.  Ale  jakie  to  nudne!  — 
pewnie dodawała. Bo gdy zapalał świece, wiadomo było, że mają się kochać. Z czasem coraz częściej 
mu odmawiała. 

Adam zapalał te swoje świeczki, stawiał przy lustrze, by odbicie płomienia falowało na suficie, pełen 
nadziei  wsuwał  się  pod  kołdrę,  a  wtedy  Ewa  słodko  całowała  go  w  usta,  właściwie  delikatnie 
muskała, cmokała najwyżej, i z kocim miauknięciem odwracała się do niego plecami. Jej tyłek grzał 
mu  jądra.  Ile  to  razy  myślał,  by  ją  zgwałcić,  tak  w  ramach  eksperymentów  literackich,  ale  nie 
starczało mu odwagi, 123 no i jednak przeczuwał, że Ewa nie byłaby z tego za bardzo zadowolona. 

Pewnego dnia obudził się i stwierdził, że na jakiś czas przestaje pić. 

Na  rozprawy  sądowe  stawiał  się  ogolony  i  wyperfumowany.  Ewa  patrzyła  na  niego  zaskoczona  i 
pewnie wietrzyła w tym jakiś podstęp. Nie było żadnego podstępu. Adam zgadzał się na wszystko. 

Wierzył,  że  Ewa  nie  będzie  chciała  wykorzystać  jego  uległości.  Wkupiła  się  przecież  w 
wystarczająco  bogatego  faceta,  aby  nie  zależało  jej  jeszcze  na  ograbieniu  Adama.  Pieniądze  ze 
sprzedaży mieszkania podzielili równo. Nic więcej od niego nie chciała. 

Do żarówki oświetlającej werandę zleciały się ćmy. Biły skrzydłami o klosz z grubego szkła, niektóre 
po nim chodziły, inne przycupnęły w załomach belek. Zatrzęsienie szarych motyli wyglądających jak 
odłamki  kory  drzew  urozmaicała  obecność  dużych  zmroczników.  Zmroczniki  miały  trójkątne 
skrzydła  i  pękate  odwłoki  pokryte  drobnymi  włoskami.  Były  zamalowane  soczystą  pomarańczą 
przechodzącą w czerwień. Tak mogły wyglądać broszki wykute w kuźniach piekła. Piękne ćmy, ale 
Adama  zachwycały  niedźwiedziówki  gosposie.  Z  trudem  unosiły  kosmaty  szal  na  grzbiecie,  od 
którego odchodziły głośno trzepocące skrzydła, będące mapami, gdzie brązowe lądy opływały białe 
rzeki tworzące zatoczki i wysepki. Jeśli coś zaniepokoiło niedźwiedziówkę, odsłaniała tylne skrzydła 
—  czerwone  z  czarnymi  oczami  —  które  ostrzegały  drapieżniki,  że  nasza  krew  jest  trująca  i 
utkniemy ci w gardle, jeśli będziesz próbował nas przełknąć. Adam po raz pierwszy zobaczył je w 
nocy.  Do  dziś  pamięta,  jak  pewnego  razu  mama  nałapała  mu  pięć  niedźwiedziówek  do  słoika,  by 
rano mógł je sfotografować. 

Wytrząsł na stół poobijane i na wpół żywe motyle. 

Nie mogły już latać. Kładł je na liście i kwiaty, by na zdjęciu wyglądały naturalnie, ale nic nie ukryło 
ich postrzępionych  skrzydeł i zdartych  kolorów, spod których  wyzierały przezroczyste tkanki. To 
wtedy postanowił, że nie będzie łapał motyli, tylko je fotografował. 

Chmurę wokół światła wypełniały na pierwszy rzut oka podobne do komarów, drobne i ruchliwe 
molowce.  Najpiękniejsze  były  śnieżnobiałe  piórolotki.  Wyglądały  jak  nerwowe  znaki  dążenia  ku 
nieznanemu.  Nieporadnie  latały,  wymachując  na  wszystkie  strony  chudymi  jak  włos  nogami  o 
wyjątkowo długich  goleniach. Skrzydła przypominały pomniejszone do  długości centymetra pióra 
białych  ptaków.  Wystarczyło  mocniej  dmuchnąć,  by  piórolotki  traciły  równowagę  i  bezwładnie 
przetaczały  się  w  powietrzu.  Do  powały  werandy  przylgnęły  niepozorne  walginy  o  kształcie 

background image

 

 

latawca. Podzielone przez szerokość dwóch skrzydeł brązową linią mogły odgrywać flagę jakiegoś 
roponośnego państwa, gdzie góra byłaby jaśniejszym odcieniem oli125 wy, a dół jej ciemniejszym 
odbiciem. Walginy stapiały się z kolorem belek. 

Migotliwa obecność nocnych motyli ulepiła z rozpadu ciepłe wieczory sprzed lat. Chłopcy wtuleni w 
Ewę spali na antresoli, a Adam popijał piwo z Sylwkiem, wsłuchując się w skrzypienie powały, gdy 
Adrian albo Kamil przewrócili się na drugi bok. Ojciec z mamą leżeli przed domkiem na leżakach, 
wpatrzeni  w  czarne  niebo  posrebrzone  pyłem  gwiazd.  Boże,  jak  wtedy  wszyscy  dobrze  się  czuli! 
Myśli wzajemnego szczęścia łączyły się w przestrzeni niewidzialnymi węzłami — głowy wypełniał 
boski  dźwięk.  Ale  gdy  tylko  Adam  pomyślał,  że  wszystko  przepadło,  powietrze  natychmiast 
nieprzyjemnie  zgęstniało  i  w  przełyku  poczuł  bolesne  łaskotanie.  Przełknął,  odłożył  opróżnioną 
butelkę,  wyłączył  światło  i  ulżyło.  Ciemność  ostudziła  strach,  który  zrosił  mu  skórę.  Czekał,  aż 
wzrok  oswoi  się  z  czernią.  Nasłuchiwał  trzepotu  spanikowanych  motyli.  Kula  światła  pękła  i  w 
hipnotyczny trans wdarł się chaos. Ale po chwili ćmy odzyskały swobodę i rozpierzchły się po łące, 
wreszcie uwolnione spod władzy lśniącego oka. 

Adam wciąż ściskał w dłoni drewnianego cherubina. Gdy chwilowa ślepota minęła i zobaczył plamę 
dogasającego ogniska, ruszył w jego kierunku. Krok mu się lekko rozkołysał. 

Drewniany cherubin. Dziełko ojca. Jeden z kilkudziesięciu drewnianych aniołów, jakie ojciec zaczął 
rzeźbić, gdy zrozumiał, że życie nie zdoła go już ni126 czym zaskoczyć. Wnuki mu wyrosły, synowie 
też, żona się zestarzała, ale nie było mu tego nawet żal. 

Po  okresie  młodzieńczego  buntu  i  dojrzałej  stanowczości  wreszcie  usiadł  lekko  przygarbiony  i 
przyznał,  że  wola  czasu  nie  ma  nic  wspólnego  z  wolą  człowieka.  Ale  i  nie  to  go  smuciło.  Ojciec 
żałował,  że  już  nigdy  nie  pobiegnie.  A  uwielbiał  czuć  wysiłek  mięśni,  mielić  w  płucach  ostre 
strumienie powietrza. Odkąd jednak zerwał sobie ścięgno Achillesa, utykał. Mógł tylko spacerować i 
były to coraz krótsze wycieczki. Pewnego dnia, gdy rąbał drewno do kominka, przyjrzał się bliżej 
jednemu z pieńków. 

Zdawało mu się, że w pokarbowanym rysunku kory dostrzegł twarz. Przeniósł pieniek na werandę i 
postanowił wokół twarzy wyrzeźbić ciało. Wyszedł mu czteroskrzydły anioł. Pomalował go w złoto-
błękitną  mozaikę,  ale  to  nie  rozjaśniło  surowego  oblicza  rzeźby.  Żadna  poprawka  nie  zmieniła 
zaciętego wyrazu twarzy anioła, twarzy mężczyzny, który obiecuje zemstę. 

Ojciec nie był zadowolony ze swojego pierwszego dzieła, ale nie zniszczył go. Wziął się za drugiego 
anioła. Próbował wielokrotnie, ale nie udawało mu się wyrzeźbić uśmiechniętej twarzy. Dopiero ten 
ostatni mały cherubin, którego Adam ściskał w ręce, był naznaczony upragnionym uśmiechem. 

Wtedy ojciec rozpalił ognisko i wrzucił w płomienie wszystkie anioły prócz ostatniego. Spłonęły bez 
skargi, a ojciec odłożył dłuto i młotek. Mama nie mogła się pogodzić z tym, że ojciec spalił rzeźby. 
Prze127 cież już zgłaszali się z muzeum, żeby kupić kilka na wystawę sakralnej sztuki ludowej — 
zawsze to jakieś grosze. Ale ojciec twierdził, że każdy z aniołów miał skażoną naturę. Inaczej być nie 
mogło,  skoro  układały  się  w  rodzaj  spowiedzi  z  kolejnych  etapów  życia.  Dopiero  ostatni  wyszedł 
czysty — nie na sprzedaż, choćby dlatego że dla ojca był świadectwem oczyszczonego sumienia. 

background image

 

 

Tyle  wspólnie  przeżyli  z  matką,  że  już  nie  potrzebowali  rozmów.  W  ogóle  rzadko  się  kłócili. 
Zakochani w sobie, powinni wypełnić pamięć Adama spokojnymi obrazami, na których uśmiechają 
się do siebie, cmokają, delikatnie głaszczą po głowie. 

Ale  Adam  najczęściej  i  wciąż  na  nowo  widział  ojca  zsiadającego  z  motocykla,  zesztywniałego  od 
mrozu, z kroplą krwi kapiącą z nosa. Matka pilnowała, by ojciec nie usnął w wannie. Spodnie suszyły 
się na piecu. Później ojciec zasypiał przed telewizorem. 

Zebrane w obraz piksele rozpadały się w snach na tysiąc migotliwych opiłków rozpalonego drewna, 
które mieniły się w oczach. Zanikały jeden po drugim jak resztki energii wysyłanej przez rozsypane 
ciała.  Podobne  wytartym  na  grobowcach  imionom  i  nazwiskom,  których  już  nie  ma  kto 
odmalowywać, farba płowieje, łuszczy się, kamień kruszeje, upada krzyż i zgodnie z obowiązującymi 
paragrafami grabarze likwidują zapomniany grób, by na jego miejscu postawić nowy, lśniący równo 
przyciętym granitem i złotymi literami. Ci, których życie rozsławiło, co z tego mają, skoro nie mogą 
dać świadectwa swo128 jej satysfakcji? Czy wierzyć, że przyglądają nam się i pomrukują: „Moja idea 
zwyciężyła,  a  nie  tamtego,  moja  sztuka  przetrwała  wieki,  a  nie  innych,  dzieci  moich  dzieci  wciąż 
żyją...". Ale też jaka nasza pycha, że skoro zmarli nie dają znaków, przestają dla nas istnieć. Owszem, 
czytamy, słuchamy i oglądamy ich dzieła. Cmokamy z podziwu, wydymamy lekceważąco wargi, jacy 
byli  głupi,  wypełniamy  głowy  ich  sentencjami,  obrazami  i  melodią,  właściwie  w  jakiś  sposób 
oddajemy im nasz cenny czas. Przypuśćmy, że tyle mamy z nich, ile zabierają nam czasu. Ale oni. 

Co z nas mają? Skoro utracili ciała, to czy nadal zależy im na naszej pamięci? 

Ostatnie płomienie ogniska przyduszała wydychana przez ziemię mgła. Chłodny i siny świt zawisnął 
pomiędzy  nocą  a  dniem  jak  mętna  szyba.  Adamowi  brakowało  obecności  świata.  Wiedział,  że 
otaczają go drzewa, gdzieś tam w dole jest jezioro, ale było to zaledwie przeczucie drzew i jeziora. 
Po  nocy  z  duchami  pragnął  rekwizytów,  które  dałyby  oparcie  dla  oka,  które  obudziłyby  w  nim 
poczucie, że jednak jest, istnieje, żyje, że otaczają go inni, wciąż żywi. Zamknięty w sobie, odcięty od 
świata  mgłą,  zaczął  się  męczyć.  Nie  potrafił  odgonić  od  siebie  myśli,  że  został  sam,  jeden  jedyny, 
pierwszy  albo  ostatni  człowiek.  Pozbawiony  rozmów,  otoczony  duchami,  bezcielesnymi  zjawami. 
Już nic nikomu nie przekaże, nic nie będzie mu przekazane. 

Nie przespana noc pozostawiła w rozchybotanym umyśle ślady, które niewiele miały wspólnego z 
rozsądkiem.  Postanowił  przeczekać.  Słońce  wyraźnie  mu  sprzyjało.  Spieszyło  się,  by  dopiec 
zziębniętym. I precyzyjnymi strzałami ciepła rozbijało coraz lżejszą obecność mgły. 

Wokół Adama, jak każdego dnia o świcie, świat się samookreślał. Ale on jeszcze przez jakiś czas tego 
nie  dostrzegał.  Mamrotał  pod  nosem  szkic  opowiadania,  w  którym  chciałby  opisać,  że  koło  jako 
figura  czasu  narysowane  na  szkolnej  tablicy  łuszczy  rękę  nauczyciela,  a  uczniom  zmienia  głosy. 
Obłudnym  postępowaniem  wiatru  łamie  drzewa  i  rozpyla  nasiona.  Objawia  zdecydowaną 
dwulicowość słońca, co wzmacnia konstrukcję ciała, by tym łatwiej ją skruszyć. Chciałby opisać, jak 
to  czas  wyznacza  cyrkulację  krwi  i  powietrza,  przemiany  wody  i  wpływ  ognia  na  przemiany. 
Przesądza  o  kształcie  roślin  zaciśniętych  w  pięści,  które  otwierają się  odśrodkowym  pragnieniem 
gwiazd, by rozkwit, a nie uwiąd, stał się pierwotną siłą świata. Gdy jednak dziecko rysuje żółte koło i 
mówi: „słońce", natychmiast wysycha na wiór. Kobieta obejmuje mężczyznę i mówi: „dziecko", by 

background image

 

 

odtąd bać się lustra. A mężczyzna przestaje gryźć i szarpać, gdy traci ostatnie zęby. Dlatego bohater 
opowiadania  Adama  miałby  zadawać  pytania  w  rodzaju:  „Co  po  wierze  w  obroty  rzeczy,  ich 
powstawanie i rozkwit, skoro brakuje relacji z okresów przebytych? A świadkowie własnej śmierci 
nie wypadają spomiędzy nóg w kolejnych odnowach? 

I  kto  widział,  by  miałkość  ciała  rozsypanego  w  proch  zlepiła  się  w  ukrwione  grudy  mięśni  i  z 
odtworzo130  nej  krtani  ponownie  głosiła  znajome  sobie  i  innym  dźwięki?  Zmarli  przecież  nie 
wracają,  by  zapach  ich  ciał  ponownie  wzbogacał  powietrze,  a  odtworzona  struktura  skóry 
odzwierciedlała fakturę ziemi, a słowa nasycały przestrzeń od lat powtarzanymi opowieściami. Co 
najwyżej  pływają  w  naszych  snach  albo  stygną  przygniecieni  stronami  albumów  rodzinnych. 
Niektórzy  krzyczą  z  ekranów  i  nic  nowego  nie  mówią...".  Na  końcu  opowiadania  bohater  Adama 
doszedłby do smutnego wniosku, że koło jako figura czasu pęka i wydłuża się w skalpel, który tnie 
równo i bez wyjątku. Zbędna tkanka staje się pożywką dla natury w ogniu przekutej w stal. To, co 
zostaje po zmarłych, zapełnia świat i jest coraz mniej miejsca dla żywych. 

Adam przysnął. Obudził się po dwóch godzinach, gdy słońce zaczynało już grzać. Z ogniska pozostał 
popiół. Nie było już śladu po rosie. Pierwsze, o czym pomyślał, to że musi iść do sklepu, by kupić coś 
na kaca. Wstał i otrzepał się z ostatnich nitek snu. Nowy dzień! — jaśniało w nim radością. Wysiłek 
kogutów dawno już poprzecinał tkankę nieba i słoneczne pęknięcia brzasku rozlały się w błękitną 
kałużę poranka. Zaczynał się kolejny dzień! Zielony oddech liści napędzał śpiewy ptaków. Dzięki za 
nowy dzień! Skoro każdy kolejny dzień i słowo zbliżają ku końcu... 

I Adam ruszył w stronę sklepu pani Zosi. 

background image

 

 

 

3.

 

W

IOSKI

,

 LASY I MOTYLE 

 

Wioska  jak  wioska  —  żyła  własnym  rytmem.  Lebioda  mimo  niedzieli  pojechał  na  rowerze 
(samochód stał przecież z przekłutymi oponami) załatwiać rzeźnika na jutrzejsze świniobicie. Jadzia 
Lebiodowa kazała młodemu Helmutowi nakarmić świnie i krowy, a potem obejść pola, ale Helmut 
wymknął się z samego rana, i do wieczora nikt go nie zobaczy. 

Ogród Kwiczoła zarastał trawą, którą przycinała jego żona. Sam Kwiczoł nie robił nic. Całymi dniami 
tkwił przed telewizorem z przetrąconym kręgosłupem moralnym i nie pokazywał się na zewnątrz. 

Był  przekonany,  że  ze  strony  sąsiadów  grozi  mu  poważne  niebezpieczeństwo.  Pogorzelisko  po 
domu  Piechnalów  dawno  było  uprzątnięte,  a  oni  sami  jeszcze  nie  wrócili  z  podróży.  Budziszowa 
twierdziła,  że  lada  dzień  się  zjawią.  Sierżant  Paluch  tego  dnia  wioski  nie  najeżdżał,  zajęty  w 
głębokim lesie zdejmowaniem majtek z okrągłej pupy Malwiny, na której robił wrażenie owłosiony 
tors  policjanta.  Ani  Malwina,  ani  sierżant  Paluch  nie  wiedzieli,  że  ich  igraszki  podgląda  młody 
Helmut, zakochany w Malwinie po uszy. 

Pod sklepem pani Zosi Adam spotkał Oskara. 

Oskar nie był stąd, ale żył w wiosce od trzydziestu lat. Przyszedł tu gdzieś spod Poznania. Piechotą. 

I odtąd nic innego nie robił, jak tylko chodził i robił u gospodarzy za jedzenie. Czasami któryś mu 
zapłacił, a wtedy Oskar wszystko przepijał. Pił jednak na tyle mądrze, że nigdy się nie odwodnił, jak 
to się zdarzało Piechnalowi, który chlał po kilka dni bez żadnego podkładu i już trzy razy karetka go 
zabierała, boby się chłop przekręcił. Oskar taki głupi nie był i zawsze pił z podkładem, a to ogórek 
jakiś  albo  jabłko,  byle  cokolwiek  było  na  żołądku.  Nikt  go  nigdy  nie  widział  spitego  do 
nieprzytomności. Uważał, by nie narazić się swoim przyszłym pracodawcom. 

Gdyby uchodził za pijaka, nikt by go nie wziął do pomocy, nawet za kromkę chleba. Sypiał w stodole 
gospodarza,  u  którego  akurat  robił.  Znał  w  wiosce  wszystkie  stodoły,  a  był  wybredny.  U  Lebiody 
przeszkadzały  mu  we  śnie  gołębie,  które  zawsze  budziły  go  przed  świtem.  U  Majcherka  szczury 
biegały po ścianach, a Oskar brzydził się gryzoniami. U sołtysa przeszkadzały mu przeciągi. Ale tak 
po prawdzie to narzekał tylko przed Adamem, bo mało  rzeczy na tym świecie go  uwierało. Teraz 
mógł nocować w stodole Kwiczoła, jednak noce były tak ciepłe,  że wolał spać nad jeziorem. Żona 
Kwiczoła  zatrudniła  go  do  pomocy  w  ogrodzie  i  Oskar  trochę  narzekał,  że  za  mało  mu  dawała 
jedzenia,  a  jeśli  już,  to  ukrywając  przed  mężem,  który  najchętniej  chciałby,  żeby  Oskar  zdechł  z 
głodu... Gdy tak mówił, twarz kur133 czyła mu się z żalu, że ludzie tak żałują drugim chleba. Kiedyś 
(podczas któregoś z nielicznych pobytów na wiosce) Ewa stwierdziła, że Oskar to chodzący imbecyl, 
ale on po prostu był sobą i miał swoją życiową mądrość. 

background image

 

 

Adam  kupił  Oskarowi  chleb  i  kiełbasę.  I  ten  jadł  w  pośpiechu,  jakby  mu  ktoś  miał  zabrać  —  pół 
chleba zostawił sobie na później. Wypili też po piwie. Przy drugim Adam powiedział, że zamierza 
przebudować domek rodziców i każda pomoc by się przydała. A siła Oskara była znana w wiosce, za 
przyzwoite jedzenie to i pole  by własnymi rękoma przeorał, dlatego  niech tylko Adam da znak, a 
Oskar pomoże. — No to trzeba znaleźć jeszcze Mundka — stwierdził Adam i Oskar powiedział, że 
Mundek jak każdej niedzieli jest w Bolkowie. 

Adam zdecydował, że przejdzie się do Bolkowa. 

Na drogę kupił sobie dużą butelkę zimnej wody, bo upał był straszny jak wczoraj, przedwczoraj i 
wcześniej, i ruszył w stronę lasu. 

Przez tyle lat tęsknił za tym miejscem, śnił o nim, wspominał — wreszcie znowu tu był. Znowu w 
tych  lasach.  Bolkowo,  Brusy,  Łęgi,  Studzienice...  Nazwy  kojarzone  ze  wzgórzami  i  jeziorami, 
charakterystyczne  dla  danej  miejscowości  układy  domów,  kościoły  plamy  gospodarstw.  Widział 
szosy  i  polne  drogi,  jakie  do  nich  prowadziły.  Wdychał  piasek  nieurodzaj134  nej  ziemi  i 
słodkozgniłe  zapachy  torfowisk  porośniętych  przedpotopowymi  widłakami  i  mięsożernymi 
rosiczkami. Nasłuchiwał delikatnego szelestu spragnionych roślin i strasznie się pocił. 

Bo ciężko wytrzymać upał w lesie. Liście są suche jak karton. Te żywe ocierają się o głowę. Martwe 
pękają  pod  butami  i  rozsypują  się  w  pył,  który  rzadką  chmurą  atakuje  nozdrza.  Kurz  wisi  w 
powietrzu i chce się kichać. Brakuje wiatru — niewidzialnego znaku dziania się, czyli życia. Ale gdy 
Adam przystawał i jego kroki nie zagłuszały świata, po jakimś czasie słyszał potężną melodię. Gęste 
powietrze  cięły  niezliczone  skrzydła,  odnóża  i  odwłoki.  Irytująco  dźwięczały  w  uszach, 
przypominając o obecności owadów. W głowie zagnieżdżał się latający rój, a wyobraźnia pomnażała 
jego  wielkość.  Buczenie  skrzydeł  potężniało  i  wkradał  się  strach,  że  nasz  świat  jest  światem 
robaków, dla których jesteśmy wyłącznie krwistym posiłkiem. Adam widział rozpędzone maszyny z 
lśniącymi od smaru stawami sprężystych odnóży. Tłoki odwłoków, kleszcze szczękoczułek. 

Las stawał się upiornym więzieniem organicznej fabryki. Człowiek kurczył się do wielkości mrówki. 

Żeby  nie  oszaleć,  Adam  ruszył  przed  siebie,  wsłuchując  się  we  własne  kroki,  kruszone  liście  i 
gałęzie. 

Byle tylko głowa uwolniła się od owadów. 

Ciało wpadało w banie powietrza jak jajko w gotującą się wodę. Na spoconej twarzy rozmazywały 
się pajęczyny. Upał lepił się do skóry i trzeba było odpocząć. Ale brakowało miłego posłania. Mech 
był szorstki i twardy. Nieprzyjemnie się na nim leżało, tym bardziej że igły sosen i świerków wbijały 
się w plecy. 

Tym razem oparty o skraj brzozowego zagajnika Adam wszedł w drogę, która przecinała sosnowy 
las przetykany płonącymi na zielono jałowcami. Drogę znał dobrze, ale nigdy mu się nie nudziła. W 
lesie uwolnionym od nachalnej obecności ludzi myśli stają się odbiciem otoczenia. Wynikają z niego 
i  dostosowują  się  do  jego  rytmu.  Wędrówka  lasem  przyciąga  geometrycznymi  kompozycjami  z 

background image

 

 

drzew,  hipnotyzuje  rozrzedzonymi  dźwiękami,  które  nie  mają  nic  wspólnego  z  gęstą  zupą 
mechanicznego hałasu. 

Luki  w  myślach  wypełniają  ostrokątne  prześwity  między  gałęziami.  Tu  zachwyt  nad  ogólnością 
możliwą do objęcia zmysłami z czasem przeradza się w fascynację szczegółem. Adam przystawał i 
przyglądał się pniom. Odkrywał rany, które rozdrapywała starość. Popękana kora zionęła otworami 
zalepionymi żywicą, która tężała w brudne kryształy, kruszące się pod palcami. Soki wysychały w 
tych  drzewach  i  dawno  utraciły  swój  żywiczny  zapach.  Fantazyjne  narośle  i  zgrubienia 
przypominały stawy powykręcane reumatyzmem. Niektóre rany otwierały się jak kobiety na miłość, 
ale wykwitał z nich ból, nie zachęta. Ból lepiła zepsuta krew, przygotowując drzewo do upadku w 
próchno i robactwo. 

Pomiędzy  skazańcami  już  rosły  nowe  pokolenia.  Prześcigały  się  w  dotknięciu  słońca.  Morderczy 
wyścig.  Silniejsze  drzewa  zaduszą  słabsze.  Za136  biorą  światło,  które  pozwala  rosnąć.  Mniejsze 
umrą, a większe wypchną stare, wycieńczone długim życiem pokolenia. Dopóki będą giętkie, do nich 
będzie  należał  świat.  Ale  przyjdzie  czas,  że  im  też  stwardnieją  wnętrzności,  a  przez  zarośnięte 
kanały  nie  przecisną  się  soki  rodzące  liście.  Zacznie  pękać  skóra.  Aż  zbyt  wybujała  korona 
wyschniętych gałęzi pociągnie tułów w dół. 

Upadek  drzew  kojarzył  się  Adamowi  z  opuszczonymi  wioskami,  po  których  zostały  jedynie 
niewyraźne ślady. Miejsce, gdzie jeszcze kilkadziesiąt lat wcześniej krzątał się człowiek, można było 
rozpoznać  po  resztkach  płotów,  po  kilku  kamieniach  —  pozostałości  po  podmurówce  jakiegoś 
domu,  po  zdziczałych  gruszach  i  jabłoniach,  które  powoli  umierały  w  cieniu  rozłożystych  sosen  i 
buków. Rozmowy zastąpił wiatr, miłosne podboje — wirujące w powietrzu zarodniki i wkopujące 
się w ziemię nasiona. Tam, gdzie piszczały dzieci, teraz śpiewały ptaki, gdzie mieniły się w słońcu 
dziewczyny,  przemykały  sarny,  zamiast  złodzieja  czmychnął  lis,  ściganą  przez  oprawców  ofiarę 
zastąpił  zając.  Natura  udowadniała  swoją  siłę  i  przewagę.  Natychmiast  zagospodarowywała 
opuszczone  przez  człowieka  miejsca.  Nie  gardziła  żadną  szczeliną,  żadnym  punktem.  Co  dla  nas 
niewiele warte albo ukryte, dla niej było pożywką, która zapewniała jej wzrost. 

Zdarzało  się,  że  Adam  całymi  dniami  nie  spotykał  człowieka.  Ścieżki,  którymi  chodził,  nikogo  nie 
zachęcały do spaceru. No bo kogo ciągnie na bagna? 

Tego  lata  niezmienny  upał  wysuszył  dojście  do  podmokłych  terenów  i  ruchomy  dywan  trochę 
stwardniał, ale i tak trzeba było uważać, żeby nie zapadła się noga, a za nią reszta ciała, jak wtedy w 
dzieciństwie,  gdy  Adam  poszedł  łowić  na  podmiejskie  stawki  rozwielitki  dla  rybek  akwariowych. 
Były już pierwsze przymrozki i powierzchnię wody pokrył cienki lód. Adamowi się wydawało, że go 
utrzyma,  ale  się  przeliczył.  Prawa  noga  wpadła  mu  po  biodro  i  natychmiast  stracił  równowagę. 
Skąpał  się  w  lodowatej  wodzie,  a  gdy  biegł  do  domu,  czuł,  jak  z  zimna  sztywnieją  mu  kurtka  i 
spodnie,  jak  twardnieje  na  głowie  czapka,  a  twarz  pokrywa  przezroczysty  śluz,  który  zastygał  w 
kruchy  lukier.  Miał  szczęście.  Nie  zachorował.  Ale  już  więcej  nie  wybrał  się  po  rozwielitki.  Ryby 
przełykały suchy pokarm. 

Tutaj upadek w bagno mógł się skończyć tragicznie. Nikogo dokoła. Jeśliby w kostkę ciachnęła żmija, 
przyjemna  wędrówka  spotworniałaby  w  horror  długiej  męki.  Gdy  tylko  Adam  dostrzegał  białe 

background image

 

 

kwiaty  wełnianek,  od  których  nazywano  bagna  białymi  błotami,  wiedział,  że  dalej  iść  nie  należy. 
Błota  porośnięte  kolorowymi  plamami  mchów,  wrzosu  i  żurawiny  niebezpiecznie  się  pod  nim 
uginały.  Wtedy  zatrzymywał  się  na  skraju  torfowiska  i  wsłuchiwał  w  ciszę,  którą  wypełniały 
pokrzykiwania ptaków. 

Pływające po gęstej jasnobrązowej wodzie wysepki porastały młode brzozy i sosny. Wyspy dobijały 
do  brzegu  i  wrastały  w  niego,  zabierając  jezioru  przestrzeń.  To  były  chwile  totalnej  samotności. 
Chwile naiwnej wiary w to, że do szczęścia nie potrzeba obecności drugiego człowieka. 

Adam szedł dalej i trafiał na leśne oczka wodne. Zanurzał się w miękkiej wodzie i czuł, że odnajduje 
spokój, z którego powstał. Smukłe sylwetki świerków ocieniały brzegi i barwiły zieleń granatem, a 
buki sięgały liśćmi lustra odbijającego czystą przestrzeń nieba. Kolory zależały od przechyłu głowy. 

Na piaszczystym dnie gałęzie budowały porośnięte glonami miasta. Drzewami podwodnych miast 
były trujące lobelie, które przetrwały tysiące lat. 

Wśród  nich  przemykały  ławice  okoni.  Niektóre  ocierały  się  o  nogi  Adama.  Pragnął  krzyczeć  z 
radości, ale żal mu było zagłuszać odległą rozmowę żurawi. 

Ich język brzmiał jak skarga, lecz Adam słyszał wyłącznie pochwałę życia. 

Bezwładnie  szybował  w  wodzie  jak  w  łonie  matki.  Oświetlony  przez  jasne  oko  słońca  trwał  w 
ciekłym bursztynie. Chwile stapiały się w nieogarnioną całość. Czas powoli zanikał — zanurzał się w 
wodzie leśnego jeziora, gdzie znajdował spokój, z którego powstał. 

Po  kilku  dniach  wędrówki,  kąpielach  w  jeziorach,  nocowania  po  lasach,  jedzenia  w 
małomiasteczkowych  knajpach  Adam  wracał  do  chaty.  Mama czekała  z dobrym  jedzeniem.  Ojciec 
albo  kosił  trawnik,  albo  siedział  na  werandzie  i  rzeźbił  te  swoje  anioły.  Gdy  się  tak  pochylał  nad 
kawałkiem  drewna,  przypominał  mu  pana  Boleckiego,  jego  starego  kolegę,  z  którym  od  czasu  do 
czasu popijali piwo. 

Pan Bolecki był trumniarzem. Często zapraszał ojca do swojego zakładu. Ojciec, żeby nie tłumaczyć 
się  przed  mamą,  że  szlaja  się  gdzieś  po  knajpach,  brał  ze  sobą  Adama,  że  niby  szedł  z  synem  na 
spacer. 

A tymczasem skręcali na piwo do pana Boleckiego. 

Tam  zawsze  czekała  na  Adama  niespodzianka.  Pan  Bolecki  z  desek,  których  nie  wykorzystał  na 
trumny, strugał, konstruował i zbijał dziecięce zabawki. 

Raz to był wóz strażacki z otwieraną kabiną i wysuwaną drabiną, innym razem wiatrak skarbonka, 
który  kręcił  skrzydłami,  gdy  wrzucało  się  do  niego  monetę.  Drewniany  samolot  był  hitem  na 
podwórku  —  choć  chłopaki  zrzucali  go  z  drugiego  piętra,  nie  rozwalał  się,  taki  był  wytrzymały. 
Dopiero jak go podpalili, że to niby samolot kamikadze, zwęglił się i przestał istnieć. 

Adam lubił chodzić do pana Boleckiego. Bawił się nową zabawką, podczas gdy trumniarz rozpijał z 
ojcem  kolejną  butelkę  piwa.  Dorośli  robili  swoje,  a  on  po  pierwszym  zachłyśnięciu  otrzymanym 

background image

 

 

prezentem  niezmiennie  zaczynał  rozglądać  się  po  zakładzie.  Nigdy  mu  się  tu  nie  nudziło.  Dłuta 
różnej szerokości i długości, młotki, śrubokręty, hebel, stoły i półki, słoiki na półkach  — wszystko 
przyprószone  miałem  w  kolorze  plażowego  piasku.  Przez  szyby  wpadało  przytłumione  pyłem 
słońce,  które  prześwietlało  ruchome  powietrze  w  zakładzie  promie140  niami  żółci.  W  powietrzu 
mżył  rój  trocin.  Przy  najmniejszym  ruchu  panikował  i  rozwiewał  się  w  cień  kątów.  Gdy 
niebezpieczeństwo  mijało,  ponownie  skupiał  się  w  mętną  chmurę,  która  przelewała  się  przez 
słoneczne aleje, przetykane pasami mroku. 

Najbardziej ciągnęło Adama do magazynu, gdzie w rzędach, oparte o ściany stały trumny. Sosnowe 
dla biedoty, dębowe dla bogatych. Duże dla dorosłych, małe dla dzieci, choć byli i tacy, co zamawiali 
małe trumny dla psów. Stały same skrzynki z desek, bez wyściełających materiałów, w które kładło 
się trupa, by było mu wygodniej. Wygodę trupom zapewniały zakłady pogrzebowe, a pan Bolecki, 
jak sam mawiał, tylko zbijał deski do kupy. 

Zdarzyło  się  raz,  że  ojciec  trochę  zabarłożył  z  panem  Boleckim  i  Adama  zmorzyło  zmęczenie.  Na 
podłodze  leżała  trumna  w  sam  raz  dla  dorastającego  chłopaka.  Adam  długo  się  nie  zastanawiał. 
Położył  się  do  niej,  ściskając  w  dłoni  talizman  na  dziewczyny,  który  według  celtyckich  wzorów 
wystrugał mu pan Bolecki. To wtedy przyśnił mu się sen, którego nigdy nie zapomniał. Co więcej, 
sen co najmniej raz w roku się powtarzał. Niezmiennie ten sam, choć z upływem lat samoistnie się 
modyfikujący. 

W tym śnie Adam próbował przekonać ludzi w mieście, że może lepiej byłoby kłaść się do trumny 
dopiero po śmierci. „Synu" —błagała matka, którą za rok mieli pogrzebać. „Nie przyznawaj się przed 
innymi ze swoim buntem, bo to może źle się dla nas skończyć. Gdyby żył ojciec, zabroniłby ci tak 
myśleć, 141 a co dopiero mówić". Ze swoich wątpliwości zwierzył się Rozalii, dziewczynie z klasy, w 
której  był  zakochany  po  uszy.  Wyśmiała  go  i  powiedziała  o  tym  nauczycielce,  a  ta  dyrektorowi. 
Dyscyplinarnie wydalono go ze szkoły — w kolejnych wersjach snu: z uczelni. 

Adam uparł się. Nadal twierdził, że powinno się grzebać wyłącznie zmarłych. Jedni widzieli w nim 
wariata,  inni  błazna.  Śmiali  się.  Bo  jak  on  to  sobie  wyobraża  —  kłaść  się  martwym  do  trumny?! 
Przecież  wszystkim  wiadomo,  że  do  trumny  trzeba  położyć  się  w  kwiecie  wieku.  Rodzina  żegna 
takiego  delikwenta,  śpiewając  radosne  pieśni.  Szanowny  żywy  unurzany  w  kwiatach,  wygodnie 
ułożony  w  materiałach,  leży  w  trumnie  i  czeka.  A  potem  opada  wieko  i  trumna  ląduje  w  ziemi. 
Grabarze zakopują, a szanowny żywy zapada w nieprzerwany sen... 

Zawsze tak było, jest i będzie, czy to się komuś podoba, czy nie. Byli tacy, co próbowali łykać środki 
nasenne  albo  upijali  się,  ale  wystarczało  płukanie  żołądka,  by  z  całą  świadomością  przyjmowali 
śmierć za życia. 

Adam nie mógł się z tym pogodzić. Uważał, że tradycja, nawet wielowiekowa, nie powinna zabierać 
człowiekowi wolnego wyboru. I nie należy zmuszać go do czegoś, na co nie ma ochoty. Pisał odezwy, 
próbował przekonać do siebie media, ale jego działalność odbiła się rykoszetem. Sprawą zajęła się 
policja i sąd. „Nie można dopuścić, by takie herezje podkopywały morale społeczeństwa. Takich jak 
obywatel Nowak należy zamykać i to nie w więzieniu, ale właśnie w trumnie, by osobiście przekonał 
się o mądrości tradycji, która nakazuje grzebać żywcem. Przecież brak oddechu w chwili krytycznej 

background image

 

 

jest  hołdem  złożonym  pierwszemu  zachłyśnięciu  powietrzem  zaraz  po  narodzinach.  Świadome 
przeżycie  ostatniego  wydechu  przypomni  nieświadome  przeżycie  pierwszego  wdechu  i  w  ten 
sposób można odbyć podróż po nieznanej półkuli naszego życia, potocznie zwanej śmiercią". 

„Obywatelu Nowak!" — brzmiał wyrok sądu. 

„To, że zamkniemy ciebie żywego w trumnie (choćbyś nie wiem jak się wyrywał) i trumnę z tobą 
żywym zakopiemy w ziemi, nie ulega wątpliwości. 

Twoje  twierdzenie  o  tym,  że  powinniśmy  wpierw  umrzeć,  by  mieć  pogrzeb,  jest  absurdalne  i  nie 
poparte  zbyt  przekonującymi  dowodami.  Bo  czyż  tragiczne  zabójstwa,  samobójstwa  i  wypadki 
losowe można uznać za naturalne pożegnanie z życiem? 

Naturalną śmiercią jest śmierć w trumnie, do której kładziemy się w sile wieku. Jako że sprzeciwiasz 
się tradycji, zostaniesz pochowany wcześniej, niż jest to wymagane. W ten sposób przekonujemy do 
naszej racji wszystkich buntowników. Przed tobą nie było ich wielu, ale się zdarzali. Rozstrzygnięcie 
twojej  sprawy  nazywaj  jak  chcesz.  Według  nas  to  jedyny  sposób  resocjalizacji  jednostek  tobie 
podobnych. 

Sposób niezawodny! Dlatego wciskamy niepokornych w bardzo ciasne skrzynie, by przed śmiercią 
nie zrobili sobie krzywdy. To samo uczynimy z tobą. 

Znaj naszą łaskę..." Taki to sen miał Adam. 

Obudził go ojciec. W drodze powrotnej Adam musiał go podtrzymywać, by nie upadł. Jak zawsze od 
pana Boleckiego szli ulicą Rajską. Wtedy ojciec mruczał pod nosem starą piosenkę: Na ulicy Rajskiej 
piły tną nagrobki. 

Na ulicy Rajskiej grzeje się kamień i stal. 

Kamieniarze w ubraniach ochronnych i goglach przycinają kamienne łóżka, gdzie trup będzie spał. 

Słowa piosenki nie kłamały. Wśród starych, niskich i zniszczonych budynków rozkładały się brudne 
podwórka zakładów kamieniarskich i murarskich. Na każdym stały oparte o siebie bloki granitu i 
marmuru.  Iskry  szły  spod  szlifierek  i  sypały  się  na  zdobione  w  czarne  zasłony  witryny  sklepów 
pogrzebowych  o  konkurujących  ze  sobą  nazwach.  Sam  Adam  prędzej skorzystałby  z  usług  Edenu 
czy Arkadii niż Hadesu. Ale tym razem nie to go interesowało. Właśnie mijali jedyny budynek, który 
miał okiennice. Okiennice były zaniedbane i łuszczyła się na nich wyblakła zielona farba. Jednak nie 
na okiennice Adam patrzył. 

Na  pierwszym  piętrze  mieszkały  bliźniaczki,  które  miały  najpiękniejsze  piersi  w  dzielnicy. 
Bliźniaczki ćwiczyły piłkę ręczną. Rosły im mięśnie i rosła ich siła, ale nie traciły urody. Przeciwnie, 
im bardziej potężniały w barach i piersiach, tym bardziej piękniały. I zdarzyło się pewnego dnia, że 
Adamowi sypnął  się  zarost,  a  jego  brat Sylwek  zrozumiał,  że  to,  co  pręży mu  się  w  majtkach,  nie 
tylko  służy  do  sikania.  Przełom  w  dojrzewaniu  braci  zbiegł  się  z  nieoczekiwanym  przyjazdem 
bliźniaczek  na  wioskę.  Okazało  się,  że  bliźniaczki  były  jakąś  daleką  rodziną  Budziszowej  i 
postanowiły wypocząć nad jeziorem. Sylwkowi i Adamowi właśnie wtedy odbiło na punkcie gitar. 

background image

 

 

Ćwiczyli  całymi  wieczorami  przy  ognisku,  a  wiadomo,  gitara  i  ognisko  to  najsilniejszy  lep  na 
dziewczyny,  nawet  takie,  które  grały  w  piłkę  ręczną.  Bliźniaczki  potrafiły  przerzucić  kamieniem 
jezioro, codziennie rano przepływały dwukilometrowy odcinek, biegały godzinny dystans i jeździły 
na  rowerach,  ale  każdego  wieczoru  przychodziły  wystrojone  i  wyperfumowane  na  ognisko,  przy 
którym  pocili  się  nad  strunami  i  z  udręki  oczekiwania  Adam  i  Sylwek.  Ich  muzyczne  zmagania 
zostały  wynagrodzone.  Siostry  pozwoliły  całować  swoje  usta  i  dotykać  swoich  piersi.  Pierwsze 
dotknięcia były nieśmiałe. Pierwsze pocałunki delikatne. Szybko jednak okazało się, że dziewczyny 
są naprawdę silne. Po jednym ze spotkań Sylwek wrócił z odbitymi nerkami, bo bliźniaczka, z którą 
poszedł  na  randkę,  w  przypływie  namiętności  tak  mocno  rzuciła  go  na  plecy,  że  zabrakło  mu  na 
chwilę  oddechu.  Ale  nie  żałował.  Podobnie  Adam,  który  nigdy  nie  zapomniał  muskularnego 
ramienia swojej bliźniaczki. 

Po  wakacjach  w  mieście  spotykali  się  jeszcze  przez  jakiś  czas.  Na  jedną  z  randek  Adam  nawet 
pożyczył od ojca samochód. Niestety na swoją zgubę. 

Zajechali z bliźniaczką na peryferie miasta nad rzekę, żeby było romantycznie i miłośnie. Ale Adam 
nie  przewidział,  że  skoro  był  to  pierwszy  dzień  po  trzydniowych  ulewach,  to  leśna  droga 
prowadząca do rzeki zamieni się w koryto błota. Zanim dojechali na romantyczny piknik, fiat ojca 
zakopał się po drzwi. 

Bliźniaczka nie umiała kierować, a że w dodatku była silniejsza od Adama, na nią przypadło pchanie 
samochodu. Koła zabuksowały w lepkiej mazi, a bliźniaczka wściekle zawyła. Błoto zachlapało ją po 
czubek  głowy,  no  i  jej  nową  sukienkę  w  kolorowe  kwiaty,  która  tak  seksownie  opinała  jej 
umięśnioną  i  cycatą  figurę.  Jakoś  się  wydostali  z  błota,  lecz  żadne  zaklinania  Adama  nie 
rozchmurzyły dziewczyny. To była ich ostatnia randka. 

Co  gorsza,  bliźniaczka  zaczęła  odtąd  buntować  swoją  siostrę  przeciwko  Sylwkowi.  Jątrzyła,  że 
Nowaki  to  kurduple  i  słabeusze.  Szybko  znalazła  sobie  nowego  chłopaka  z  sekcji  oszczepników, 
który wyglądał jak orangutan na sterydach. Kwadratowa szczęka miała świadczyć  o  jego  stałości. 
Kręcone blond włosy zawracać w głowach innych dziewczyn, które powinny zielenieć z zazdrości, 
że bliźniaczka wyrwała takiego przystojniaka, w dodatku dwumetrowego. Z pewnością to on rzucał 
bliźniaczką,  a  nie  bliźniaczka  nim.  Był  argumentem  przemawiającym  za  tym,  że  sportowiec 
powinien  trzymać  ze sportowcem.  Umięśniona zdobycz  nie  podziałała  jednak  w  żaden  sposób  na 
siostrę, która nadal trzymała z Sylwkiem. I pewnie ich związek przetrwałby jeszcze kilka miesięcy, 
gdyby Sylwek nie skusił się na propozycję kumpla, który postanowił mu pożyczyć jawę na randkę 
nad morze. Motocykl to wspaniała przynęta na taką dziewczynę jak bliźniaczka. 

I  pewnie  byłoby  miłośnie,  gdyby  Sylwek  nie  wybrał  wschodniego  wybrzeża,  które  wspaniale  się 
prezentowało,  ale  miało  strome  pięćdziesięciometrowe  klify,  opadające  szerokimi  tarasami,  gęsto 
pozarastanymi potężnymi bukami — w żaden sposób nie można było zjechać na plażę motorem, nie 
mówiąc  już  o  tym,  by  zobaczyć  morze  i  spędzić  nad  nim  romantyczny  zachód  słońca.  To  trochę 
rozzłościło piłkarkę, dla której dobra organizacja wycieczki była sprawdzianem zaradności Sylwka, 
o czym on nie wiedział. W dodatku rozpadał się deszcz i bliźniaczka się przeziębiła. 

Wraz z kilkudniową gorączką wystygła w niej miłość do Sylwka. Jednak chłopacy nie żałowali. 

background image

 

 

Swoją piankę spili. I po latach, gdy Adam mijał na ulicy którąś z nich (choć nie rozpoznawał którą), 
zawsze  się  do  siebie  słonecznie  uśmiechali.  No  chyba  że  bliźniaczka  szła  z  mężem  jednym  czy 
drugim, wtedy uciekała wzrokiem gdzieś w bok. Ale Adam wiedział, że od wspomnień z wakacji na 
wiosce  żadna  z  nich  nie  zdoła  uciec.  To  były  czasy  zbyt  barwne,  by  o  nich  zapomnieć.  Pachniały 
przecież pierwszymi pocałunkami. I jeszcze czymś więcej... 

 Z Ewą było inaczej, na wioskę przyjechała zaledwie kilka razy. Nie lubiła tego miejsca. Brzydziła się 
owadów, narzekała na łazienkę. Nie spacerowała po okolicy, bo bała się wioskowych psów. Kamil i 
Adrian,  jeszcze  pędraki,  piszczeli  z  radości.  Dziadek  przygotowywał  im  zawsze  jakieś  atrakcje. 
Pływali kajakami, grali w piłkę,  lali się wodą ze szlauchu, a Ewa mruczała, że  się przeziębią, choć 
przecież  zawsze  panował  tu  upał.  Dobrze,  że  weranda  ocieniona,  wzdychała  wtedy  i  wracała  do 
udawanej przyjaźni z matką Adama. 

Niepokoiła  ją  pasja  męża,  który  całymi  dniami  fotografował  motyle.  „Czy  na  pewno  wszystko  w 
porządku?"  —  udawała  troskliwość,  przez  którą  przebijały  kpina  i  poirytowanie.  Adam  wyraźnie 
izolował się od świata. Wciąż nie mógł napisać kolejnej książki. Najchętniej siedziałby całe życie na 
tej przeklętej wiosce, wśród tych swoich motyli, mrówek czy innego robactwa. A ona nudziła się, jak 
ona się nudziła! Dobrze, że  chociaż słońce świeciło, mogła się przynajmniej opalać. Aż dziwne, że 
tyle ze mną wytrzymała — po latach uczciwie przyznawał Adam. 

Bardziej niż o Adama Ewa martwiła się o to, co sobie pomyślą ludzie, kiedy zobaczą go zastygłego 
przed krzewiną kocimiętki. Do sąsiednich domków przyjeżdżali nawet Niemcy. Jak tu wytłumaczyć 
się z męża, który godzinami wpatrywał się w kupę liści? 

Woń  ziół  przyciągała  pękate  bąki  i  pszczoły,  ale  przede  wszystkim  motyle.  Przeważały 
ognistoczerwone  dukaciki  i  wszelkie  odmiany  rusałek  —  w  oczach  mieniły  się  niebieskie  plamki 
pokrzywnika,  kontrastujące  z  pomarańczowym  tłem  jego  skrzydeł.  Przekrój  pereł  wypełniony 
błękitnymi łuskami był popisowym wcieleniem pawika, który po złożeniu skrzydeł obnażał swoje 
brunatne oblicze. 

Od  czasu  do  czasu  dostojnie  lądował  perłowiec  królewicz  —  wielki,  jaskrawopomarańczowy, 
upstrzony  czarnymi  plamkami i  liniami.  Gdy  patrzyło  się  pod  słońce,  jego  skrzydła  wydawały  się 
skórzane  i  grubsze  niż  u  pozostałych  motyli.  Jakby  natura  próbowała  ukryć  ich  rzeczywistą 
kruchość. Motyle zamroczone zapachem i smakiem nie zważały na okrutnego wroga, który czaił się 
na łodygach i pod drobnymi kwiatami. 

Najbardziej  nieudolne  były  przestrojniki.  Drobne  motyle  składały  skrzydła  tak  często,  jakby 
wstydziły się, że z wierzchu są czarne. Od spodu odsłaniały przybrudzony karmazyn, poplamiony 
niesymetrycznymi ciemnymi dziurami z wpuszczoną do środka białą kroplą. To przede wszystkim 
ich  trupy  zaścielały  teren  dokoła  krzewiny.  Zbyt  naiwne  i  rozkochane  w  słońcu,  nie  zważały  na 
krwiożerczość  białych  pająków,  prawdziwych  maszyn  do  zabijania,  które  cierpliwie  czekały  na 
roztańczony obiad. 

Nie plotły sieci, ale czaiły się bez  ruchu, z wystawio149 nymi do przodu  przednimi odnóżami, na 
których  skraplała  się  trucizna.  Ich  duże  odwłoki  w  chwili  ataku  stawały  się  przeciwwagą  dla 

background image

 

 

szarpiącej się ofiary. Żaden motyl nie miał szans. Jeśli dostał się w szpony białego  pająka, łopotał 
jeszcze przez jakiś czas skrzydłami, ale szybko słabł i chudł. 

Adam  potrafił  przyglądać  się  takim  scenom  godzinami,  podczas  gdy  Ewa  ciężko  wzdychała  i 
zastanawiała się, jak przezwyciężyć nudę. Dlatego coraz więcej piła. Tymczasem Adam lawirował w 
innym,  lekceważącym  normy  ludzkie  czasie,  czasie  łamiącym  uporządkowaną  strukturę  sekund, 
minut i godzin. Nigdzie się nie spieszył, nic go nie poganiało. 

Żadne silniejsze uczucie go  nie dotyczyło. Tragedia owadów zwalniała go  ze współczucia,  bo  była 
zbyt abstrakcyjna dla ludzkiej wrażliwości. 

Podobnie  było  z  mrówkami.  Ewa  krzyczała  z  obrzydzenia,  gdy  rój  skrzydlatych  świństw  (jak 
mówiła) obsiadał biały parasol, który chronił ją przed słońcem. Co roku w połowie sierpnia pewna 
odmiana leśnych mrówek wydawała na świat latające roje. 

I co roku biały parasol stał na środku toru ich lotu. 

Przysiadały,  by  odpocząć.  Ewa  wydzierała  się,  że  już  nigdy  tu  nie  przyjedzie,  a  Adam  biegał  z 
trucizną w spreju i spryskiwał owady. Później ich trupy zbierali dziecięcą łopatką. 

Nie  potrafili  jednak  ich  zwalczyć.  Były  zbyt  wytrzymałe.  Adam  pobudzony  swoją  nową  pasją 
przyglądał się jednej mrówce, którą specjalnie lekko przygniótł palcem, stwierdzając, że owady te 
szybko wstają z martwych. Przetrącony odwłok okazał się dla niej niewielkim problemem. Mrówka 
po  uporczywych  ćwiczeniach  wyprostowała  się  i  prawie  odzyskała  swobodę  ruchów  sprzed 
wypadku. Wystarczyło kilka chwil, by Adam nie potrafił odróżnić jej od zdrowych kumpli, którzy z 
determinacją  ciągnęli  trupy  owadów  w  stronę  mrowiska.  Niektóre  jeszcze  się  ruszały,  co  tylko 
przyspieszało  wędrówkę  trucizny  po  ich  wnętrznościach.  Toksyna  łatwo  znajdowała  drogę  do 
mózgu i świat stawał się mrowiskiem. 

W  końcu  musiało  to  nastąpić.  Ewa  powiedziała  pas!  Już  nigdy  więcej  nie  pojedzie  na  wioskę.  Co 
rajcowało Adama,  ją męczyło. Co męczyło  Adama, dla niej było  rajem. On stronił od ludzi, ona do 
ludzi  lgnęła.  Uwielbiała  zakupy  w  tłocznych  galeriach  handlowych,  podczas  gdy  on  pocił  się  z 
nerwów w zwykłym spożywczym, bo stały przed nim dwie osoby. Załatwić sprawę w urzędzie — 
dla Adama koszmar, dla Ewy wyzwanie. Skończyło się na tym, że zaczęli oddzielnie spędzać urlopy. 
Ewa  jeździła  z  dwiema  przyjaciółkami  na  plaże  Majorki,  byle  tylko  było  słońce  (tu  też  było),  ale 
przede wszystkim jeździła dla szpanu — Adam nie próbował nawet się domyślać, co tak naprawdę 
tam  wyprawiały,  trzy  laski  spuszczone  z  łańcucha.  Później  Ewa  zaklinała  się,  że  była  mu  wierna, 
choć  odkąd  poznała  Barana,  151  trochę  żałowała,  że  wcześniej  nie  zdradzała  Adama,  bo  teraz 
musiała być wierna Baranowi — tak ją wychowano, tak czuje. 

Ta jej pokrętna logika, myślał Adam. Ale jak mogli tyle wytrwać w złudzeniu, że wciąż powinni być 
ze  sobą.  Co  ją  tyle  czasu  przy  mnie  trzymało?  —  Przecież  ja  ciebie  kochałam.  Ale  pewnego  dnia 
umarło to we mnie — powiedziała mu. — Tak jak strzela przepalona żarówka, przestałam do ciebie 
czuć  coś  więcej  niż  pogardę.  Wtedy  obudziło  się  poczucie  winy.  Szybko  mnie  z  niego  wyleczyłeś 
swoją obojętnością. 

background image

 

 

— Swoją obojętnością? Ja bym to raczej nazwał delikatnością albo subtelnością, ale obojętnością?! 

— W takim razie byłeś zbyt delikatny albo subtelny, wybierz, co ci bardziej pasuje. Kobietą czasami 
trzeba potrząsnąć, by nie usnęła. Prawie zanudziłeś mnie na śmierć — kończyła zawsze zwycięska. 
A on stał przed nią i nawet nie potrafił wrzasnąć. 

Ewa gdzieś na antypodach, a Adam na wsi u rodziców, czasami z Adrianem i Kamilem, jeśli chłopacy 
nie  pojechali  akurat  na  kolonie.  Niestety,  nawet  jeśli  byli  razem,  Adam  nie  potrafił  się  z  nimi 
dogadać, nie mówiąc już o tym, by czymś im zaimponować. Byli tak podobni do matki, że przerażało 
go to. 

A może coś zaniedbał? Spieprzył całą sprawę? Gdy chłopacy mieli po siedem, osiem lat, był jeszcze 
czas na przytulanie ich, zabawę w zapasy, bieganie po lasach z łukami, grę w szklane kulki, spływy 
kajakowe — w tym wszystkim zastępował go ojciec, uko152 chany dziadek. Wymyślał zabawy, na 
które Adam nie miał czasu. Jak choćby wtedy, gdy ojciec skonstruował system szlauchów. Gumowe 
węże miały po kilkadziesiąt metrów i kończyły się trzema ogrodowymi pistoletami. Ojciec lał się z 
Adrianem  i  Kamilem  wodą.  Rozpylona  woda  barwiła  powietrze  tęczami,  a  chłopacy  wołali: 
„Dziadek!  Dziadek!",  i  strzelali  w  niego  roziskrzonymi  strumieniami.  Zroszona  trawa  robiła  się 
miękka i śliska. Cała trójka tarzała się po niej, celując w siebie wodnymi pociskami. Ojciec z lekką 
nadwagą  i  mięśniami  zesztywniałymi  przez  czas  stawał  się  tak  samo  młody  jak  jego  ośmioletnie 
wnuki.  Dotrzymywał  im  kroku,  prychali  tak  samo  często  i  tak  samo  głośno  się  śmiali.  Wspólna 
radość  przekraczała  granice  wieku  i  ciała.  Adam  rzadko  widział  tak  szczęśliwego  ojca,  a  mama, 
przyglądając się zabawie z werandy, powtarzała półgłosem jak zaklęcie: „Niech to nie będzie sen". 

Życie powoli mijało. Wysuszało skórę i mózg. 

Chłopcy  zaczęli  go  lekceważyć,  Ewa  promieniała  blaskiem  Barana,  a  Adam  łysiał  nad  pustymi 
kartkami  papieru.  Później  zabrakło  rodziców  i  dopiero  wtedy  Adam  zobaczył,  jak  był  do  nich 
przywiązany,  a  rodzina,  którą  próbował  zbudować,  stała  się  jeszcze  bardziej  obca  i  nachalna  niż 
dotychczas. 

Po  wyjściu  z  lasu  droga  rozchodziła  się  w  dwie  strony.  Jak  to  bywa  w  tych  okolicach,  pośrodku 
rozwidlenia stał krzyż z umęczonym Chrystusem. 

Adam w takich krzyżach nie widział drogowskazów. Przeciwnie, na tle nieba wyglądały na skargę, 
że stać człowieka na morderstwo. Otwarte ramiona równą poziomą linią wcale nie pragnęły objąć 
świata. Raczej oskarżały go o nadmierne okrucieństwo. 

Adam minął krzyż jak natrętne wyrzuty sumienia i po kilku krokach w ukropie otworzyła się przed 
nim  panorama  pól,  wzgórz  i  domów.  Między  budynkami  wiły  się  długie  i  głębokie  jeziora, 
wyżłobione przed wiekami przez ostre dłuta gór lodowych. 

Ale to było dawno, w czasach młodego słońca. 

Do dziś słońce się nieco postarzało i teraz oświetlało świat zbyt natarczywie. Wyostrzało kontury 
rzeczy tak mocno, że bolały oczy i łzy rozmazywały krajobraz. Upał gotował w głowie szaleństwo. 
Zmęczony umysł zaczynał dostrzegać ciemność w rzeczach jasnych, a w cieniach odbicie jasności. 

background image

 

 

Adam schodził do Bolkowa, rozdeptując małe żaby, które nie zdążyły przebrnąć przez spiekotę do 
jeziora. Wysychały w pyle drogi. Setki filigranowych płazów dopiero co przekształconych z kijanek. 
Karawana  zagubiona  na  pustyni.  Exodus  z  domu  niewoli  do  wody  obiecanej.  Niektórym  już  tak 
niewiele  brakowało, ludzki  krok, pięćdziesiąt podskoków, niemożliwych  jednak do wykonania, bo 
żar słońca przylepiał żabie odnóża do piasku. 

Piaszczysta  droga  przechodziła  w  kamienną  i  ciągnęła  się  przez  wieś,  by  na  wysokości  kościoła, 
który  stał  w  samym  sercu  Bolkowa,  zagęścić  się  w  asfalt.  Musiał  być  asfalt,  bo  to  była  wieś  z 
kościołem. Nie każda wieś ma kościół, a już na pewno nie taka, w jakiej mieszkał Tomasz Lebioda i 
spółka. 

W Bolkowie kościół był. A że trwała niedziela, ludzie akurat z niego wychodzili. Po skończonej mszy 
mężczyźni  szli  do  ogródka  piwnego  na  tyłach  spożywczego,  który  stał  na  samym  rogu  asfaltowej 
drogi i szosy biegnącej z Kostynia do Brus, a stamtąd dalej przez pola, wzdłuż jezior do  Chojnic i 
okolic, których nawet najstarsi nie znali. 

Żadnych  luksusów.  Udeptane  podwórko  z  jedną  ławką  pod  ścianą  sklepu,  na  której  siedzieli 
zasłużeni wiekiem i ilością wypitego  piwa.  Stało, kucało i siedziało  na plastikowych  skrzynkach z 
trzydziestu  chłopa.  Niemiecki  mieszał  się  z  polskim  i  miejscową  gwarą.  Dyskusje  były  głośne  i 
przyjacielskie, choć niektórzy już dojrzewali do kłótni. Adam lubił to miejsce, mimo że rozumiał co 
trzecie słowo i nie było gdzie schować się przed słońcem. 

Kiedyś przyszedł tu z Sylwkiem. Poza nimi na podwórku nie było nikogo. Przy drugim piwie Sylwek 
powiedział, że opustoszał wewnątrz i nic mu już nie smakowało, stracił czucie w palcach i źle słyszał 
dźwięki,  nie  dochodziły  do  niego  zapachy  i  nie  widział  kolorów.  Wszystko,  co  dawało  mu  radość 
życia,  przestało  istnieć.  Rozpadło  się  w  proch...  Do  chaty  wracali  w  milczeniu...  Odtąd  to  miejsce 
zaczęło mu się źle kojarzyć i Adam tu nie zachodził, ale tym razem wiedział przecież od Oskara, że 
znajdzie tu Mundka. 

A Mundka niełatwo było odszukać. Stary kawaler chodził swoimi ścieżkami, jednak nie przekraczał 
kręgu zakreślonego przez własne potrzeby i obawy. 

Czerstwy na twarzy jak tygodniowy chleb. Szorstki w obejściu jak trzydniowy zarost. Do Bolkowa 
chodził  tylko  w  niedzielę,  ale  nigdy  na  mszę.  Gardził  instytucją  Kościoła.  Nie  miał  szacunku  do 
tutejszego księdza, który trzymał na plebanii młodą pomocnicę i wiadomo, co z nią robił. Wszyscy 
wiedzieli. 

Ksiądz przez dwa lata zbierał pieniądze na odrestaurowanie kościoła. Wciąż napominał z ambony, 
że na dom Pański nie można żałować. Ludzie rzucali datki i według ich obliczeń dawno już powinny 
się rozpocząć pierwsze prace, ale kościół jak od końca osiemnastego wieku stał nie ruszony, tak stał 
nie ruszony na początku dwudziestego pierwszego wieku — żadnego przy nim robotnika. A potem 
poszła plotka, że ksiądz pojechał ze swoją lady na wycieczkę do Włoch, Hiszpanii i chyba jeszcze do 
Grecji. 

To wzbudziło w ludziach pewne podejrzenia. Ale milczeli, bo ksiądz wszystkich potrafił zagadać, no 
i miał za sobą siłę boskiego majestatu. Tylko młodzi mieli odwagę trochę go uszczypnąć. Pisali maile 

background image

 

 

na oficjalną stronę parafii (ksiądz był nowoczesny i na komputerze się znał) z zapytaniem: „Jak tam 
twoja lady, klecho?". Ale on sobie nic z tego nie robił. Był ponad to. Chroniła go sutanna. Nie przed 
takimi jednak jak Mundek. Kiedyś, gdy zajechał Mundkowi drogę tym swoim nowym błyszczącym 
samochodem, który codziennie pucowały mu dzieciaki i pogroził palcem, że dawno nie widział go na 
mszy, Mundek tylko odpowiedział: „Bo nie mam ochoty księdza oglądać". A ksiądz na to, że tu nie 
chodzi o wzajemne niechęci, ale o zbawienie. Wtedy Mundek, że co to za zbawienie, za które trzeba 
płacić, bo wszyscy w Bolkowie i okolicach płacili za spowiedź i miejsce w ławkach, na których były 
przypięte kartki z nazwiskami, gdzie kto miał siedzieć. 

W  tych  najbliżej  ołtarza  sadowili  się  oczywiście  najbogatsi,  jak  choćby  Zawtra,  który  hodował  te 
swoje konie i wbrew tutejszym zwyczajom sprzedawał je do rzeźni. Hodował przyjaciela człowieka 
na mięso i tutejsi nie mogli mu tego wybaczyć. A Zawtra dzisiaj był tak bezczelny albo załamany, że 
przyszedł wypić piwo na krechę i rozlewał innym do kubków resztki miodówki, co to ją wcześniej 
do połowy upił. 

Bo okazało  się na mszy, że  nie ma drobnych, a kościelny trzymał przed nim tacę,  na którą trzeba 
było  coś  rzucić.  Zawtra  jak  na  złość  znalazł  w  kieszeni  tylko  sto  euro,  żadnej  monety,  żadnego 
banknotu  o  mniejszym  nominale,  tylko  te  jebane  w  jednym  papierku  sto  euro!  I  szkoda  mu  było 
rzucić te sto euro. Każdemu byłoby szkoda, ale kościelny nie odpuszczał i potrząsał mu przed nosem 
tą pierdoloną tacą, aż wszyscy w kościele zaczęli się odwracać w stronę Zawtry i widać było w ich 
oczach wzbierającą pogardę: patrzcie, taki bogaty, a jaki skąpy! 

Konie  na  kiełbasy  sprzedaje,  a  pieniędzy  na  kościół  żałuje.  I  Zawtra  pękł  jak  tama  pod  naporem 
Wody  i  rzucił  te  sto  euro,  wymięte,  przepocone,  a  gdy  kościelny  odchodził  z  takim  dziwnym, 
podejrzanym,  złośliwym  uśmieszkiem  na  ustach,  Zawtra  nie  wytrzymał  i  wybiegł  z  kościoła  i 
wskoczył do swojego dżipa. Pod siedzeniem miał flaszkę miodówki, i natychmiast łyknął połowę, co 
trochę go uspokoiło. Ale chciał się komuś wyżalić, a przecież żonie nie mógł, boby mu w pysk dała, 
no to podjechał pod sklep i teraz razem sobie wszyscy siedzieli i rozmawiali sobie, i podśpiewywali, 
a wśród nich nieutulony w żalu Zawtra... 

Mundek nie chodził do Bolkowa na msze. Mundek chodził do Bolkowa, by przy piwie posłuchać, co 
na  świecie.  A  po  mszy  na  podwórku  pod  sklepem  zbierało  się  najwięcej  chłopów.  Sam  Mundek 
niewiele widział świata poza tym, w którym się narodził. Najdalej, gdzie zaszedł, to ze trzydzieści 
kilometrów stąd, do Kostynia. W mieście nie podobało mu się. Od spalin rozbolała go głowa, dostał 
kaszlu, piwo, które wypił w parku, waliło jak młotem i Mundek zaczął się potykać. Czuł, że jeszcze 
trochę, a zemdleje, co mu się nigdy nie zdarzyło i nie miało zdarzyć. Na szczęście nie musiał długo 
czekać na powrotny autobus. 

Gdy zobaczył Adama, nie uśmiechnął się, ale Adam poznał, że Mundek się cieszy na jego widok. 

Stary  druh  lekko  wysunął  podbródek  i  wydął  dolną  wargę.  Kto  wie,  czy  nie  była  to  oznaka 
wzruszenia? 

Mundek przyjaźnił się z rodzicami Adama. Cenił ojca, mamie przynosił grzyby z sobie tylko znanych 
miejsc,  no  i  zbudował  im  domek.  Lubił  Adama,  choć  go  nie  rozumiał.  Nie  rozumiał,  dlaczego  taki 
samotnik związał się z taką kobietą jak Ewa, rozbawioną, rozkrzyczaną, potrzebującą adoratorów i 

background image

 

 

wytwornego życia. No i teraz stał przed nim Adam, ten zamyślony chłopak, później zahukany mąż, 
wreszcie spocony, łysiejący facet, który nie wiadomo dlaczego tu się zjawił. 

— Mundek, jeszcze jedno piwo? 

— Taaak... 

Siedzieli  koło  siebie  bez  słowa  i  przysłuchiwali  się  rozmowom,  z  których  Adam  wyławiał 
przyjemność słuchania melodii  języka,  a Mundek  tego  języka  treść.  Pod  ich  nogami  dyszał  Mikus, 
pies Mundka, przedstawiciel trzeciego pokolenia po Dzikusie. 

O tego Dzikusa Mundek kiedyś toczył walkę z Tomaszem Lebiodą. 

Dzikus był wiernym kompanem podróży Mundka przez życie. Nigdy nie dał się do końca oswoić i to 
Mundek w nim szczególnie cenił. Biały kundel o wyglądzie wilka cicho przemykał w nocy między 
domami.  Co  chwilę  zatrzymując  się,  nasłuchiwał  wroga,  strzygł  przy  tym  ostrymi  trójkątnymi 
uszami, a potem znowu biegł dalej i szarpał rytm kroków. Musiał być czujny. Inaczej dawno by go w 
wiosce zgładzili, bo zimą z głodu podkradał kury. Noc była jego światem. Tylko jej ufał. 

Adam pamiętał tamtą noc jak dziś. Niebo wypełnione gwiazdami nachylało się nad głową i odbijało 
w  strukturze  ziemi  —  w  jej  dolinach,  górach  i  wodach  —  swoje  mroki  i  cienie,  w  które  jako 
zwierzęta  dzienne  nie  zawsze  chcemy  się  zanurzać.  No  bo  co  można  dostrzec  nocą?  Czarne 
złudzenia? Intuicyjne podejrzenia wobec rzeczywistości, możliwe do sprawdzenia dopiero za dnia? 
To czy już nie lepiej na wszystko machnąć ręką i zanurzyć się w barwnych halucynacjach snu? Może 
i tak. Ale Adam od śmierci brata miał kłopoty z zasypianiem. 

W  wiejskim  domku  rodziców  nie  było  telewizora.  Bezsenność  wyczerpywała  się  zatem  dzięki 
nocnym  spacerom  wzdłuż  brunatnego  jeziora.  Adam  nasłuchiwał  plusku  pojedynczych  ryb, 
wyobrażał  sobie,  że  coś  połykają  i  trawią  w  głębokich  tunelach  trzewi.  Wspominał  młodzieńcze 
polowania na raki. 

Przygoda z latarką i zmoczonymi nogawkami, które źle podciągnięte, bez przerwy spadały na łydki. 
Bawił się w wyobrażanie sobie raków powiększonych do wielkości człowieka, co było przyzwoitym 
materiałem  na  całkiem  nieprzyzwoity,  paranoiczny  horror  klasy  D.  Takie  sobie  figle  zmęczonego 
umysłu. 

Ale przechodziły go dreszcze, gdy zanurzał rękę w wiadrze pełnym gwałtownie rozwierających się i 
boleśnie  zamykających  na  palcu  szczypiec.  Gdy  szturchał  segmentowane  odwłoki,  pokryte 
chitynowym pancerzem, śliskim od brunatno-zielonego szlamu. Niezbyt przyjemny był dotyk setek 
twardych  wąsów  i  czarnych  wypustek,  jednolitych  paciorków,  które  służyły  rakom  za  oczy.  Tym 
przedpotopowym  potworkom  nie  brakowało  niczego,  co  można  by  nazwać  dziwactwem  natury. 
Niektóre z nich z braku miejsca w przepełnionym wiadrze le160 żały trupiobladymi podbrzuszami 
do  góry.  Dusiły  się,  mimo  że  wodę  w  wiadrze  wzruszała  cienka  strużka  ściekająca  z  kranu...  A 
później  leżały  zagotowane  ze  wstydu  na  śmierć,  starannie  ułożone  na  półmisku,  z  wplątanym 
koperkiem w szczeliny popękanego od temperatury pancerza... 

background image

 

 

Jeśli  było  bardzo  ciemno,  z  pojedynczych  trzasków  gałęzi  i  osuwających  się  kamieni  układał 
niepokojące  scenariusze,  które  podnosiły  mu  adrenalinę  i  jednocześnie  dawały  radość  i  ulgę,  że 
mimo  zmęczenia  chodził,  działał,  myślał,  a  nie  dogorywał  w  grubych  murach  przedwojennej 
kamienicy, przed ekranem wydalającym z siebie sztuczne raje i piekła. 

Tamtą  noc  rozświetlał  jednak  księżyc.  Odmieniał  świat  w  inną  planetę.  Długie  cienie  przecinały 
srebrną,  mglistą  powłokę,  której  kawałki  każdy  kolejny  krok  rozrywał  jak  cienki  materiał. 
Ochładzało się,  ale wciąż było  ciepło, i Adam stąpał po mokrej trawie na bosaka. Parująca ziemia 
wsiąkała w ciało, przez pory skóry do serca i głowy. Na wpół świadomy nasłuchiwał rechotu żab i 
pohukiwań sów. 

Na tle srebrnej tafli księżyca zamigotał nietoperz. 

Takie obrazki przypominały Adamowi bajki, które opowiadał swoim synom, gdy mieli koło pięciu, 
sześciu lat. Bajki o zwierzętach, z których każde inaczej widziało księżyc. Dla polnych myszy księżyc 
był sowią matką rodzącą milczących zabójców, którzy z jej mlecznego brzucha wylatywali na łowy. 
Wilk widział w księżycu czaszkę swojej ofiary, a nocne motyle słyszały jego potężne brzmienie; był 
dla nich srebrzystym gongiem, zagłuszającym rechot żab, przez  co ćmy głupiały i wpadały do ich 
rozwartych paszcz... 

Idąc, widział, jak drzewa przecinały gęste smugi mlecznych rzek. Najmniejszy ruch gałęzi tworzył 
dziwaczne  kształty.  Zaniepokojona  wyobraźnia  zaczęła  podpowiadać  mu  dodatkowe  dźwięki, 
próbowała  narzucić  zimną  obecność  obrazów  wywołujących  strach.  Tym  razem  zamiast  urojeń  i 
bajek Adam trafił na prawdziwą, choć niesamowitą scenę. 

Najpierw usłyszał,  a  potem  wypatrzył  między  drzewami,  na małej  polanie,  dwa  posągi  wsparte o 
siebie,  znieruchomiałe,  zastygłe  w  martwy  kamień,  ale  ciężko  posapujące.  W  srebrnej  zalewie 
księżyca poznał Lebiodę i Mundka. 

Mocowali  się  jakoś  nieudolnie,  widocznie  pijani.  Syczeli  na  siebie,  ale  chyba  jeden  drugiemu  nie 
chciał  wyrządzić  krzywdy.  Być  może  obawiali  się  tego,  że  mogliby  się  pozabijać.  Stać  ich  było  na 
mord. 

Tymczasem  trwali  w  uścisku,  jakby  oczekiwali  na  coś  bardzo  ważnego,  coś,  co  rozwiązałoby  ich 
wzajemne kleszcze.  Już, już wydawało się,  że powietrze napięte do ostateczności strzeli krzykiem 
któregoś z nich, a tu nic. Posąg. Jakby Lebioda i Mundek scaleni złością nie mieli zamiaru się rozpaść. 
Jakby  chcieli  trwać  we  wzajemnym  uścisku  do  świtu,  a  może  jeszcze  dłużej,  przez  całe  lato,  a 
później, chlastani jesiennym deszczem i przysypani śniegiem, doczekać wiosny... 

Nagle jednak Lebioda splunął gdzieś w bok i zerwał uchwyt. Mundek cofnął się dwa kroki i czekał 
ciągle przygotowany na atak, zawsze czujny. 

—  A  twój  kundel  i  tak  będzie  martwy  —  syknął  Lebioda  i  sztywno  chwiejąc  się,  ruszył  w  stronę 
swojego domu. Mundek popatrzył za nim, a potem do góry, dookoła — nie zauważył Adama, który 
stał w cieniu drzew. Wreszcie sięgnął do kieszeni. 

background image

 

 

Wyciągnął  papierosa  i  zapalił.  Płomień  zapałki  na  chwilę  rozświetlił  jego  twarz.  Pokarbowana 
wiatrami kora, w której szczelinach rozbłysły dwie ciemne iskry. 

Gdy Lebioda odszedł już daleko, do Mundka podbiegł Dzikus. Trącił nosem w rękę swojego kumpla, 
czy  wszystko  w  porządku,  a  gdy  ten  poklepał  go  po  głowie,  Dzikus  podbiegł  do  Adama  i  cichym 
skomleniem  wywabił  go  z  ukrycia.  —  Cześć,  Mundek!  Mundek  nie  odpowiedział,  ale  ścisnął 
Adamowi  dłoń.  Ręka  Mundka  była  twarda  i  ciężka.  Ręka  cieśli.  Poczęstował  Adama  papierosem. 
Wspólnie zaciągnęli się nocą... 

Jak  Lebiodzie  udało  się  dorwać  Dzikusa?  Przecież  on  nikomu  nie  ufał,  a  co  dopiero  Lebiodzie  — 
zastanawiał  się  jeszcze  kilka  lat  po  tamtym  zdarzeniu  Mundek.  Bo  tamta  noc  była  ostatnią  nocą 
Dzikusa. Już nigdy go nie zobaczyli. Widocznie Lebioda spełnił swoją groźbę. Ale nie można mu było 
nicze163 go udowodnić. Pewnie zakopał gdzieś trupa albo wrzucił do jeziora na pożarcie rybom. 

Pył  sklepowego  podwórka  drażnił  w  gardle  i  Adam  poszedł  po  następne  piwo.  Po  każdym  łyku 
Mundek  wlewał  Mikusowi  w  pysk  jego  porcję,  tak  by  pies  i  człowiek  upijali  się  równo,  choć  w 
przeliczeniu na wagę ciała pies chyba jednak upijał się trochę szybciej. 

— Trochę szkoda tego Holendra — te słowa wypowiedział siwy czterdziestolatek. 

—  Mówisz  tak,  bo  nie  z  twojej  wioski  —  odpowiedział  jego  zezowaty  kumpel,  kiepując  w  piachu 
ogarek papierosa. 

— Podobno porządny człowiek. 

— Porządny, nieporządny, ale pracowitości nie można mu odebrać. 

— Bo mądra kobieta ceni mężczyznę nie długością chuja, ale jakością  — zawyrokował mocno już 
wstawiony Zawtra, który wziął na krechę u sklepowej jeszcze flaszkę żołądkówki. 

Młodzi głupio się uśmiechali, a starzy byli wyrozumiali, bo Zawtra częstował wódką. 

— No i żonę miał Holender niczego sobie — westchnął siwy. 

— Ale trochę niskopodłogowa. 

— No, ale dupsko jakie! 

— Dupsko to tak — przyznał z podziwem zezowaty. — Ale nogi za krótkie. 

— Niektórzy mają jak u konia. Podobno tak mają Murzyni. Ale porównajcie wagę człowieka i konia. 

Jak  koniowi  stanie,  to  i  koń  stoi.  A  jak  stanie  takiemu,  co  ma  długość  kutasa  równą  końskiemu 
kutasowi, z pewnością zemdleje. Po prostu krew odpłynie mu z mózgu w fujarę i zemdleje. A wtedy 
co kobiecie z takiego? — ciągnął swój wykład Zawtra. 

—  A  mi  się  wydaje,  że  Boga  nie  ma  —  bełkotał  jego  towarzysz,  który  zawsze  nim  pogardzał,  ale 
dzisiaj  Zawtra  stawiał,  a  tym  pogardzać  nie  można.  Co  więcej,  grzechem  byłoby  odmówić 
częstującemu. — Są ludzie, ale Boga nie ma  — dokończył i splunął pod nogi. A potem spojrzał na 

background image

 

 

swoje ręce i filozoficznie spytał samego siebie: — Czy to moje ręce, czy kogoś innego? Niech mi ktoś 
odpowie. 

— Czy mówicie o tym Holendrze, co to go spalili? — wtrącił się w rozmowę koleś w podkoszulku na 
ramiączkach,  spod  którego  wypływał  brzuch  wzdęty  od  wieloletniego  picia  piwa.  Głowę  miał 
przewiązaną chustką do nosa. 

— A znasz jakiegoś innego Holendra? — odpalił siwy czterdziestolatek. 

Pośrodku podwórka roztańczył się jeden ze starców, którego bardzo szanowano w Bolkowie, bo już 
nic nie miał do powiedzenia. Mimo upału ubrany był w przykrótki garnitur. Ulizane resztki włosów 
zsunęły  się  na  spoconą  twarz  i  teraz  przykrywały  ją  jak  rzadka  pajęczyna.  Roztańczony  starzec 
śpiewał  pieśń  o  sile  słońca  i  jego  potencji,  i  jeszcze  o  tym,  jak  to  słońce  pomaga  w  masturbacji 
dorastającym chłopcom i dziewczętom. Bo starzec wywinął pi165 ruet, a w głowie zatoczył koło i 
miał właśnie kilkanaście lat. 

— Ten Holender... Z tym Holendrem to trochę przesadzacie... On nie był taki dobry — zaczął ględzić 
facet z chustką na głowie. 

— A co on przeszkadzał? Wyremontował dwie obory? Wyremontował. Wstawił dwieście krów? 

Wstawił — wyliczał siwy czterdziestolatek. 

— Krowy dawały dobre mleko? Dawały — dodał zezowaty. 

— Dał pracę osiemnastu chłopa? Dał. A osiemnastu z pracą to osiemnaście najedzonych rodzin  — 
dokończył siwy. 

— Fiut był z tego Holendra — strzelił grubas. 

— Fiut? — siwy podniósł prawą brew. 

— Rządził się za bardzo... 

— Chuj musi stać jak na zawołanie. Bez wspomagania wyobraźni albo alkoholu. Gotowy jak żołnierz. 
W  każdej  chwili  przygotowany  do  ataku.  Wypisz,  wymaluj  mój  chuj  —  rozsiewał  pewność  siebie 
Zawtra. 

Roztańczony starzec silniej uderzył butami i przykryła go chmura pyłu, aż łzy pociekły mu z oczu. 

Śpiewnie recytował, że świat jest piękny od zawsze, ale życie jeszcze piękniejsze, gdy ma się mało 
lat. 

— Kutas złamany z tego Holendra. Dobrze, że go spalili — ciągnął grubas. 

— Chłopy straciły pracę. Za co będą teraz żarli? — rozsądnie zagadnął siwy czterdziestolatek. 

— Chuj z nimi! Holender chciał naszą ziemię! — pienił się grubas. 

background image

 

 

— Kupił ją, to jego — powiedział zezowaty. 

— O, właśnie, kupił! Kupił! I pewnie ruchał nasze baby! 

— Kobietę to miał swoją. A jaki tyłek... — znowu rozmarzył się siwy. 

— Ale nogi miała za krótkie — upierał się zezowaty. 

— Jakby mu nasze dały, to pewnie by i nasze ruchał — ciągnął swoje grubas. 

— Ludzie we własne gniazdo nasrali — zawyrokował siwy. — Benzynę kradli, paszę podbierali... 

Kij im w oko! Ale od razu palić? 

— A ja wam mówię, że taki Holender potrzebny tu jak w cipie zęby! — grubas uparcie trzymał się 
swego. 

— A co? Marian i Kostek nie jeżdżą do Holandii? 

Zapierdalają, że im z uszu dymi! A jacy zadowoleni. 

Że  to  taki  spokojny  kraj,  póki  chamy  z  Polski  nie  zaczęły  przyjeżdżać.  A  największe  chamy  to  ze 
Śląska. 

Że niby coś lepszego niż Polacy. A raz jak chłopaki oglądali mecz Polski z kimś tam, to Ślązaki chcieli 
się  przysiąść,  ale  chłopaki  powiedzieli:  „Wy  przecież  wielkie  Ślązaki,  a  to  Polska  gra  — 
wypierdalać!" — wygarnął grubemu zezowaty. 

— A mnie to gówno obchodzi! Holender niech dyma w Holandii — ciężko oddychał grubas. Wycierał 
spoconą twarz i kark. W tym upale takim gru167 basom ciężej żyć niż innym, szczególnie gdy taki 
grubas woli pluć na świat, niż go całować. 

—  Dobrze,  że  chociaż  uratował  krowy.  Sprzedał  i  wyjechał  —  smutno  podsumował  siwy 
czterdziestolatek. 

Roztańczony  starzec  śpiewał  teraz  pieśń  o  tym,  że  woda  to  boski  smak,  a  ziemia  boski  zapach,  a 
wiatr to boski dotyk, powietrze boski dźwięk, a ogień boska barwa... 

— Mundek — przeszedł do rzeczy Adam — pomożesz mi w przebudowie domku? 

Mundek dokończył piwo. 

— Zapłacę — dodał Adam. 

— To nie o to chodzi — powiedział Mundek. — Pomogę. 

W drodze powrotnej Adam odwiedził Zbyszka Wieliczkę, który mieszkał niedaleko wioski. Znali się 
od lat i od lat szanowali. Zbyszek Wieliczka był pasjonatem przeszłości i przestrzeni. Na wzgórzu, 
które należało do niego, sam z własnych drzew wybudował pięćdziesięciometrową wieżę. Nikt mu 
w budowie nie pomagał. Twardy facet. I marzyciel. 

background image

 

 

Każdego dnia wspinał się na nią, by oglądać swoje ziemie, lasy i wody, ziemie, lasy i wody innych, 
wreszcie ziemie, lasy i wody niczyje. „Kiedyś patrzono z takich wież, czy nie zbliża się wróg", lubił 
powtarzać. „No i gdy patrzy się na taką rozległość, to w głowie perspektywy się otwierają", dodawał 
powoli,  cedząc  każde  słowo.  A  było  co  oglądać.  Zbyszek  Wieliczka  miał  głowę  do  interesów. 
Pewnego dnia przyjechała nawet telewizja i zrobiła krótką informację o wieży, taką ciekawostkę na 
zapchanie  regionalnych  wiadomości.  W  telewizji  Wieliczka  powiedział  o  ogólnopolskim  zlocie 
czarownic,  który  organizował  właśnie  na  swoim  wzgórzu.  Załatwił  piwo,  grilla,  nawet  dwóch 
aktorów  z  kostyńskiego  teatru  lalki.  Za  pierwszym  razem  na  zlot  przyjechało  zaledwie  kilka 
poprzebieranych  dziewczyn  z  okolicznych  wiosek,  ale  już  w  następnym  roku  Wieliczka  przeżył 
prawdziwy  najazd  czarownic.  Turystom,  którzy  spędzali  urlopy  w  okolicy,  takie  imprezy 
urozmaicały czas. Wieża stała się atrakcją, którą trzeba było zobaczyć. Wieliczce to nie wystarczyło. 
Rozpowiedział, że wybuduje replikę średniowiecznej osady. Jeden z turystów przyznał się, że jest 
archeologiem, w dodatku mediewistą. Zadeklarował pomoc. 

Rok  później  studenci  wydziału  archeologicznego  znosili  pierwsze  kamienie  pod  fundamenty. 
Wieliczka  umiejscowił  osadę  w  najpiękniejszym  zakątku  swojej  ziemi.  Siedem  domków  krytych 
strzechą  stanęło  na  stokach  doliny  łagodnie  opadającej  w  niewielki  staw,  pośrodku  którego  na 
zielonej  wysepce  studenci  wybudowali  miniaturowy  gród,  gdzie  mogło  nocować  dziesięć  osób 
naraz.  Do  wysepki  prowadził  nasyp  z  drewnianym  pomostem.  Odtąd  każdego  lata  w  osadzie 
odbywały się turnieje rycerskie. 

Poszła fama, że ciekawe miejsce i na wcześniej umó169 wione turnusy zaczęli przyjeżdżać ludzie z 
całej Polski. 

Zielone stoki ubarwiły namioty, które kryły się w cieniu drzew należących do Wieliczki. Wieliczka 
stosował się do życzeń turystów i wymyślał, co wymyślić potrafił. Jeśli chcieli zabawy, organizował 
dyskoteki, ale wtedy zjeżdżali się wioskowi i bywało niebezpiecznie. Dlatego z czasem ograniczył się 
do zapewnienia przyjezdnym obiadów, które gotowały jego  żona i córka. Jeśli byli chętni, córka z 
przyjaciółką  ze  szkoły  prowadziły  szkółkę  jeździecką.  Wieliczka  miał  dwa  konie,  gniadosza  i 
kasztana. Ćwiczenia jazdy konnej odbywały się po leśnych drogach, ale by nadać im status szkółki 
— Wieliczka wybudował w środku lasu ujeżdżalnię. Nie, „wybudował" to było niewłaściwe słowo. 
Po  prostu  ogrodził  kawałek  leśnej  polany  drewnianym  płotem,  który  składał  się  z  okorowanych 
żerdzi, ułożonych poziomo po trzy. 

Adam lubił tu przychodzić i przyglądać się zajęciom. 

Dzieci na koniach krążyły po polanie, a okrzyki córki Wieliczki, która prowadziła zajęcia, odbijały się 
od ściany starych świerków i unosiły w przestrzeń nieba. 

Adam wiele razy śnił ten kawałek leśnej polany wydzielony drewnianym płotem. Wzdłuż płotu na 
koniach  wymiennie  jeździli  mama  i  ojciec,  Sylwek,  Ewa,  Adrian  i  Kamil.  Czasami  któreś  z  nich 
przybierało postać klauna albo zgrabnej woltyżerki w krótkiej spódniczce połyskującej srebrnymi 
cekinami. 

Jeśli pokazy odbywały się w słońcu, to pół biedy, ale jeśli w nocy, w ostrym świetle halogenowych 
reflektorów, Adam budził się z bolącym sercem. Po  takim śnie nie czuł się dobrze, trawił go  jakiś 

background image

 

 

niepokój,  chorobliwe  przejście  pomiędzy  światami,  coś  w  rodzaju  psychicznego  wahadła,  które 
mogło go strącić w mentalne piekło lub niebo. 

Wieliczka prowadził też skromny sklepik z piwem, chipsami, lodami i turystycznymi puszkami. 

Tak żeby zawsze  coś było  pod ręką  do jedzenia. Do  wioski  przecież  niedaleko i kto  chciał więcej, 
mógł sobie kupić u pani Zosi. W ciągu dwóch miesięcy lata Wieliczka zarabiał na cały rok. Nawet nie 
musiał robić w polu. 

I właśnie o tym rozmawiał Adam z Wieliczką na szczycie wieży. Spojrzał jeszcze z góry na kłębiącą 
się w dole grupkę fanów gier planszowych, którzy przyjeżdżali tu regularnie. Właśnie szykowali się 
do kąpieli w jeziorze. Adam był już trochę zmęczony piwem, upałem i w ogóle całym dniem. Zbliżał 
się wieczór i trzeba było wracać do wioski. Pożegnał się z Wieliczką i wszedł w leśną drogę ozłoconą 
zachodzącym słońcem. 

Znowu dopadły go obrazy bez chronologii, zjawiające się bez dokładnych dat, nieważne zdarzenia, 
zakotwiczone  jednak  w  pamięci,  nie  wiadomo  dlaczego  i  po  co.  To  było  kilka  lat  temu.  Pewnego 
południa na tej samej drodze mijał trzech kamieniarzy. Szedł przez ten sam las i pewnie był ten sam 
upał, jakże inaczej. Ani drobiny wiatru. Gałęzie tworzyły kopulaste dziurawe sklepienie, przez które 
przeświecało  słońce,  znacząc  piaszczystą  drogę  skomplikowaną  mozaiką.  Było  zbyt  sucho  na 
zapachy.  Powietrze  o  temperaturze  ludzkiego  ciała  nie  pozwalało  nozdrzom  na  wyczucie,  czy  w 
ogóle  coś  wdychają.  Człowiek  miał  wrażenie,  że  to  nie  on  oddycha,  ale  coś  oddycha  za  niego.  To 
zrównanie  się  temperaturą  ciała  z  otoczeniem  przy  odrobinie  koncentracji  pozwalało  na  idealne 
współistnienie z przestrzenią, coś w rodzaju  wykroczenia poza kontury, którymi obrysowana jest 
postać.  Łagodnie  przelać  się  przez  granice  ciała  i  rozpuścić  w  rozległości,  zachowując  jednak 
poczucie samego siebie. 

Już od jakiegoś czasu Adam słyszał głuche uderzenia. Odgłosy dodatkowo tłumiły i zniekształcały 
drzewa. Wreszcie gdy prawa strona lasu ustąpiła nie zaoranemu polu, zobaczył traktor z przyczepą i 
trzech  mężczyzn  rozebranych  do  pasa.  Faceci  wrzucali  na  przyczepę  duże  kamienie.  Niektóre 
musieli dźwigać w dwójkę. Drżały im mięśnie. Zdawało się, że z zimna, a przecież lśnili na słońcu od 
potu. 

Nie  rozmawiali,  zbyt  zajęci  wysiłkiem.  Jeden  łyknął  z  butelki  rozgrzane  piwo,  przepłukał  usta  i 
strzyknął  w  ziemię  rozgazowaną  zupą.  Nawet  nie  spojrzeli  w  stronę  Adama.  Jeśli  kątem  oka  go 
zauważyli,  na  pewno  nie  przetrwał  w  ich  pamięci.  Natomiast  oni,  czy  Adam  tego  chciał,  czy  nie, 
zagnieździli się w jego głowie. Żyją od tamtego czasu gdzieś w swoich domach, śpią z żonami albo 
kochankami, piją z kumplami, oglądają telewizję, nie wiedząc o tym, że zda172 rza im się prowadzić 
podwójne życie i być w dwóch miejscach naraz. 

Innym  razem  spotkał  drwali.  Tych  to  było  słychać  z  daleka.  Pisk  pilarek  fastrygowany 
ostrzegawczymi  okrzykami  i  trzaskiem  upadającego  drzewa  odbijał  się  o  kolumny  lasu  jak  w 
potężnej  świątyni  z  nieskończoną  liczbą  naw.  W  nozdrzach  gilgotał  przesiąknięty  spalinami 
żywiczny zapach świeżo otwartych wnętrzności. Niepokojąca aura masowej rzezi świadczyła o tym, 
że ta część lasu należała do ludzi. 

background image

 

 

Gdy  się  do  nich  zbliżał,  akurat  zrobili  sobie  przerwę.  Trzech  mężczyzn,  których  ciała  zionęły 
przetrawionymi fajkami. Jedli kanapki odwijane z plastikowych jednorazówek. Każdemu brakowało 
któregoś  palca  u  ręki.  Odcięte  knykcie  były  zakończone  okrągłymi  zgrubieniami.  Takie  samo 
zgrubienie  miała  pani  Halina,  opiekunka  Adama  z  przedszkola.  Któregoś  dnia,  kiedy  Adam 
rozmawiał z ojcem, zrozumiał, że pani Halina nie ma palca, ale trapiło go, dlaczego ma takie okrągłe 
na  końcu.  Ojciec  odpowiedział  mu,  że  w  człowieku  wszystko  jest  zaokrąglone  i  człowiek  nie  ma 
żadnego kantu. Tego już Adam nie potrafił pojąć. 

Wypalił z drwalami po papierosie. Ich zdaniem wycinali tylko chore drzewa. Uważali się za lekarzy 
lasu, dentystów — zaśmiał się najstarszy i zarechotał dwoma żółtymi zębami, jedynymi, jakie ostały 
mu się przez te wszystkie lata. Najmłodszy jęknął coś o kąpieli, lepili się przecież od potu i żywicy. 

Największy  wskazał  Adamowi,  że  dwa  kilometry  w  tamtą  stronę,  a  dojdzie  do  pięknego  stawu 
leśnego, w którym miękka woda i balsam dla ciała. Adam właśnie tam szedł. 

Posłuchali ptaków, rozglądnęli się. Wokół lekko chwiały się żywe kolumny. Suchy wiatr nie dawał 
żadnej ochłody. Przeciwnie, wytrącał z ciała ostatnie drobiny wilgoci i przyspieszał pragnienie. W 
górze  pomiędzy  gałęziami  otwierały  się  okna  na  czyste  niebo.  Okna,  przez  które  można  było 
spojrzeć jeszcze dalej, jeszcze głębiej, wysoko poza błękitne złudzenie. 

Wypalili jeszcze po papierosie, aż skończył się fajrant i drwale chwycili za pilarki. Adam poszedł w 
swoją stronę. Po drodze mijał setki pni ułożonych w sterty. Pachniały ulatującym życiem. Dźwięki 
higienicznego mordu cichły z każdym krokiem. 

Dotarł  do  swojej  ulubionej  polany.  Na  jej  skraju  rosły  potężne  sosny.  Rzucały  cień,  który  żył. 
Pierwsze  spojrzenie  w  ciemną  przestrzeń  pomiędzy  drzewami  łudziło,  że  świat  jest  pusty  i  nie 
zasiedla  go  żadna  energia.  Ale  w  chłodnej  świątyni  coś  się  działo.  To  obłok  komarów  zawisł  w 
bezruchu.  Można  go  było  nie  zauważyć,  bo  zlewał  się  z  tłem  igliwia,  które  pokrywało  skarpę. 
Wydawało  się,  że  komary  wypadły  poza  czas i  tkwiły  zalane  w  przestrzeni,  która  była  doskonale 
przejrzystym  szkłem.  Wokół  drobnych  plamek  owadów  błyskały  refleksy  światła.  To  pracowały 
przezroczyste  skrzydełka.  W  orzeźwia174  jącym  cieniu  sosen  stado  komarów  kryło  się  przed 
słońcem. 

W nieruchomym locie owady zachowywały między sobą idealnie symetryczne odległości. Cierpliwie 
czekały  na  późny  wieczór.  Gdy  słońce  osłabnie,  wystartują  w  różnych  kierunkach,  ale  w  jednym 
celu. Za krwią, co pulsowała pod skórą zwierząt. 

I będą ssać lepki strumień, by mieć siłę. 

Na  razie  jednak  chłodziły  się  w  cieniu  olbrzymich  sosen.  Wyposzczone.  W  ich  zawieszeniu  był 
spokój obcy owadziej naturze. Silne w grupie, nagle rozsypały się na pokruszone kryształy. To duży 
motyl wpadł na nie i rozbił żywą chmurę. Skrzydłami zagarnął pod siebie powietrze i rozrzucił we 
wszystkie  strony.  Motyl  witraż  —  niestrzęp  głogowiec.  Przez  jego  skrzydła  —  mleczne  szyby  z 
czarnymi  pęknięciami  —  było  widać  świat  przemieniony,  świat,  gdzie  łagodniały  krawędzie 
kształtów. 

background image

 

 

Gdy motyl zniknął pomiędzy pniami drzew, komary wróciły na swoje miejsca, znowu tworząc obłok 
ukryty w cieniu. 

Tymczasem upał wysuszał trawę, liście i ziemię. Upał wysuszał skórę i stosowna była modlitwa o 
deszcz. Gdy Adam doszedł do domku, coś go podkusiło i spojrzał w górę. Poczuł na twarzy krople 
zimnego  deszczu. Zadrżał, bo  poznał dzień, w którym znaleźli martwego Sylwka.  Zamknął oczy, a 
wtedy usłyszał wrzask mew. Oblizał usta i sól potu wydawała mu się solą morza. Jeszcze trochę, a 
uwierzyłby w świat, który należał do przeszłości, i zwątpił w czas i miejsce, w jakich tkwił. Przysiadł 
na schodkach werandy i przełknął narastający smutek. 

By  odgonić  męczące  obrazy,  zdecydował,  że  rozwali  spróchniałe  rusztowanie  pergoli.  Wytnie 
wysuszone zwoje kokornaku i wiciokrzewu. Rozpali z tego ognisko. Jeśli się porządnie uwinie, zdąży 
przed zachodem słońca. 

Pracował wściekle. Rozbiórka zabrała mu godzinę. A potem kąpał się w złotych wodach kończącego 
się dnia. Demolka i kąpiel ostudziła mu głowę. 

Z czerniejącego rysunku lasów i pól wyłaniało się oblicze kolejnej nocy. Nawoływania psów wiązały 
jeszcze zmysły z mijającym dniem. Ale w powoli zapadającej ciszy swoje głosy szlifowali nieobecni. 

background image

 

 

 

4.

 

U

TRACONY RAJ 

I

 

ŚWINIOBICIE 

 

Noc była rozgrzana po upalnym dniu i dlatego Adam znowu spał na powietrzu. Ognisko dogasało. 
Domek się wietrzył, a upchane w jego wnętrzu przeżycia sączyły się przez otwarte okna i drzwi, by 
sunąć  po  miękkiej  trawie  łąki,  wypełnić  śniącą  głowę  promiennym  uśmiechem  mamy,  która 
smakowała kolejny kieliszek półwytrawnego wina. Podobno czerwone wino wzmacniało krew, a już 
na  pewno  dobre  samopoczucie.  Na  wiosce  mama  często  się  uśmiechała.  Zanurzona  w  soczystej 
zieleni  drzew  i  traw,  spędzała  całe  dnie  w  ogrodzie,  który  rozciągał  się  przed  domkiem.  Sama 
przycinała każdy krzaczek i roślinkę. Troszczyła się o wielki krzak białej hortensji, która ocieniała 
werandę, dając schronienie przed wścibskimi spojrzeniami. Rano, zanim zaczęło przypiekać słońce, 
podlewała  czerwone  kępy  pelargonii  i  żółte  kielichy  nasturcji,  którymi  często  ozdabiała  jedzenie. 
Wdychała  intensywne  zapachy  melisy,  mięty,  tymianku  i  bazylii,  które  sadziła  każdego  roku,  by 
kąśliwym komarom kręciło się w głowach. 

Mama upojona winem, niebem i zapachem ziemi. Na zawsze piękna i zadbana. Jej gładkiej cery nie 
zmarszczył czas. Nie wplótł w brunatne włosy białych skaz i nie zmusił do pochylenia głowy. 

Ale śmierć Sylwka sprawiła, że jej serce przestało bić równo. Przyzwyczajona do stanu równowagi, 
jaką było wspomnienie dwóch synków siedzących na przeciwnych końcach wahadłowej huśtawki, 
bawiących się w pokoju resorakami, wreszcie grających w zespole... Gdy jednego z nich zabrakło, w 
jej życie wdarła się arytmia. I tylko lasy i jeziora wypełniające oczy, i niebo kołyszące się w głowie 
wyrównywały bicie serca i tłumiły ból po Sylwku. Dlatego coraz więcej czasu spędzała na wiosce. 
Ojciec bardzo żałował, że brakuje mu pieniędzy na przebudowę chaty. Późną jesienią, nie mówiąc 
już o zimie, nie dało się wytrzymać w źle ocieplonej izbie, a nie ogrzewana łazienka gwarantowała 
groźne przeziębienia. Musieli wracać do miasta. 

A przecież właśnie na wsi mama miała swój raj. 

Uwielbiała  w  tutejszych  lasach  zbierać  grzyby.  Jej  grzybobranie  nie  miało  nic  wspólnego  z 
rekreacyjnym  spacerem.  Mama  po  lasach  biegała.  Nikt  nie  mógł  za  nią  nadążyć.  Wyszukiwała 
brudzące ręce maślaki i kurki żółte jak zeschłe liście brzozy. Pokrzykiwała z radości, gdy wyśledziła 
pękate  prawdziwki  o  białym  podniebieniu  i  brązowej  czaszce  kapelusza,  na  obrzeżach 
pomarszczonej jak kora starego dębu. Czerwone koźlaki wyglądające spomiędzy traw brzozowych 
zagajników mogłyby ozdabiać ilustracje do bajek. Podgrzybki wolały kamuflaż bukowych liści, ale 
przed mamą nic się nie ukryło. 

background image

 

 

Z piasków wyłuskiwała chłodne w dotyku zielonki i smukłe niemki, dla niewprawnego oka łudząco 
podobne  do muchomorów  sromotnikowych.  Niemki  najlepsze  były  marynowane  w  occie  (Sylwek 
się  nimi  dosłownie  zajadał).  Adam  z  kolei  wolał  siwe  kanie,  smażone  w  panierce  z  jajek  i  bułki. 
Kiedyś się nimi przejadł i już więcej ich nie przełknął. Mama znała się na wszystkich grzybach, ale 
dla  spokoju  ojca  zbierała  tylko  te  najbardziej  popularne.  Raz  na  łące  przy  domku  znalazła 
cienkonogie psylocyby. 

Nikt  nie  wiedział,  co  z  nimi  zrobiła.  Adam  podejrzewał,  że  któregoś  dnia,  gdy  była  sama,  zjadła 
halucynogeny usmażone w jajecznicy i jeszcze bardziej pokochała życie. 

Mama nie miała żalu o klęski, które spotykały maluczkich. Los przyjmowała z pokorą, choć tęsknota 
za straconym synem nie mijała. Wciąż jednak doceniała to, że udało jej się przespać kolejną noc. 

Zwłaszcza wtedy powtarzała pod nosem: „Niech to nie będzie sen!". 

Podobnie  wołała,  na  przywitanie  rozkładając  ramiona,  gdy  Adam  odwiedzał  ją  na  wiosce  z  całą 
rodzinką. Chłopcy wysypywali się ze śmiechem z samochodu, a dumna Ewa szła w stronę teściowej. 

Mama  powtarzała  delikatnie  swoje  zaklęcie,  sącząc  kolejny  kieliszek  półwytrawnego  wina 
(najbardziej smakowały jej chilijskie), jakby chciała zatrzymać przemijanie i zatopić krajobraz, jego 
zapach i dźwięk w schnącej bryle bursztynu. 

Choć była miastowa, ludzie z wioski ją lubili. 

Mundek, któremu duma nie pozwalała na wylewność, tylko mamie zwierzył się z krwawego bólu po 
stracie swojego  ukochanego  Dzikusa.  Ojciec,  nie  pogodzony  z  tym,  że  drobne  zwichnięcie  umysłu 
odebrało  mu  syna,  potrafił  utożsamić  się  jedynie  z  pokrzywdzonymi,  których  dotknęła  podobna 
klęska. 

Dlatego rozwścieczała go rozpacz Mundka za psem. 

Ale  ludziom  samotnym  zwierzę  często  zastępuje  człowieka  i  mama  znała  tę  banalną  prawdę. 
Dlatego szczerze współczuła Mundkowi i cierpliwie go pocieszała, że trzeba tylko trochę poczekać, a 
ból osłabnie, nawet jeśli pamięci o stracie nie zamażą upływające dni. 

Czy sama w to wierzyła? W nieoczekiwanych momentach nawet uderzenie dzioba dzięcioła o pień 
robaczywego  drzewa  przypominało  jej  siedzącego  Sylwka  na  schodach  werandy,  zapatrzonego 
gdzieś  w  niewidoczny  punkt  nieba,  tam,  nad  drzewami,  które  skrywały  wschodnią  część  jeziora. 
Innym  razem  nadepnięta  gałązka  w  miejscu,  gdzie  kilka  lat  temu  Sylwek  znalazł  prawdziwka, 
łamała mamie siły i musiała przysiąść na mchu i czekać, aż bolesne wspomnienie minie. Albo gdy 
szła  polną  drogą,  którą  w  nie  istniejącym  już  czasie  szła  z  Sylwkiem  do  krzyża  na  rozstajach,  i 
wystarczył głębszy oddech, by mama poczuła ucisk w przełyku, łzy szkliły jej życie, i wtedy łapała 
się na tym, że od śmierci syna właściwie niewiele czuła. I wtedy mama upadała w smutek, którego 
nie da się smakować ani anali180 zować, bo miażdżył swoim ciężarem i wypłukiwał kolory, tak że 
człowiek stawał się daltonistą i trzeba go było silnie uszczypnąć, by znowu zaczął dostrzegać kolory 
życia. 

background image

 

 

Po śmierci Sylwka rodzice mało mieli przespanych chwil, dni, nocy. Smutek pożarł ich sny. Każdej 
nocy mama pilnowała ojca, a ojciec pilnował mamę. 

Jeśli spali, to krótkimi drzemkami urywanymi nerwowym oddechem. Mama przewracała się z boku 
na  bok,  włączała  nocną  lampkę,  próbowała  rozwiązywać  krzyżówkę,  ale  hasła  okazywały  się  za 
trudne albo bezsensowne. Odkładała krzyżówkę, wstawała zaparzyć sobie herbatę, a wtedy ojciec 
natychmiast przebudzał się, nasłuchując, co mama robi w kuchni, czy nie wychodzi czasem z domu i 
nie idzie gdzieś w stronę morza, by własne oczy zalać solą fal, zanurzyć się w nich, jak to zrobił jej 
syn, i już więcej z tej wody nie wyjść. Z kolei gdy mama drzemała, a ojciec się przebudzał i zaczynał 
krążyć  po  mieszkaniu  albo  gdy  przyjeżdżali  na  wioskę  do  domku,  gdzie  mamie  się  trochę  lepiej 
spało,  ale  ojcu  trochę  gorzej,  i  pewnie  dlatego  całymi  nocami  przesiadywał  na  werandzie, 
nasłuchując odgłosów lasu i obecności Sylwka, wtedy to z kolei mama uważała, była czujna. I gdy 
tylko  ojciec  po  cichu,  jak  najciszej  wygrzebywał  się  z  łóżka,  natychmiast  budziła  się,  ale  nie 
otwierała  oczu  i  próbowała  utrzymać  w  miarę  swobodny  oddech,  by  ze  swoją  czujnością  nie 
zdradzić  się  przed  mężem.  I  śledziła  jego  kroki  jak  zając  nasłuchujący  skrzydeł  sowy  i  przez 
przymknięte  oczy  patrzyła  za  ojcem,  gdzie  idzie  i  co  robi.  I  ojciec  bezwiednie  chodził  w  świetle 
księżyca jak złamany w krzyżu cień, w pełni świadomy swojej klęski i tą klęską się niszczący, nosem 
pochylony do kolan. 

I  gdyby  był  dzień,  w  tym  swoim  pochyleniu  ojciec  wyglądałby  pewnie  jak  wytrawny  grzybiarz 
szukający grzybów, ale że była noc, to pewnie wyglądał jak szukający wytłumaczenia sprawy, która 
nie  była  do  wytłumaczenia...  Mama  tymczasem  smakowała  słony  smak  łez...  Nie  obnażała  się  ze 
swoją tęsknotą za utraconym synem. Jej ból mógł zrozumieć tylko ojciec. I może dlatego, że milczała 
o swoim bólu, tak wielu zwierzało jej się ze swojego. 

Przychodziła  Lebiodowa.  Wylewała  przed  mamą  swoje  rozterki,  szczególnie  gdy  Tomasz  za  dużo 
sobie  popił.  Sączyły  wtedy  na  werandzie  kawę  z mlekiem  i ciężko  wzdychały.  Dodatkową  udręką 
Lebiodowej był jej jedyny syn, który wyjechał do Niemiec, gdzie dobrze mu się powodziło i pewnie 
dlatego nie chciał wracać na wioskę; a wtedy kto przejmie po nich gospodarstwo i te ziemie, i lasy, 
gdy oni umrą? 

Często  też  odwiedzała  mamę  sklepowa  Zosia,  której  mąż  wyjeżdżał  do  roboty  w  Holandii.  Młoda 
dziewczyna bardzo tęskniła i ciężko tęsknotę znosiła. 

Mama,  choć  zawsze  twierdziła,  że  dobrymi  radami  piekło  jest  wybrukowane,  mówiła  Zosi,  jak 
zachować spokój, gdy w dziewczynie burzyła się krew na widok policjanta Palucha („Co też baby w 
nim  widziały?"  —  mruczała  mama.  „Mięśnie,  motocykl,  tępotę?"),  który  czasami  kupował  u  niej 
jajka, bo jego żona twierdziła, że u Zosi najtańsze, największe i najświeższe. 

Ludzie cenili sobie dyskrecję mamy i cierpliwość w wysłuchiwaniu trosk. Adamowi nigdy nie udało 
się podsłuchać tych  rozmów, a w swoim śnie wcale nie był mądrzejszy. Wyobraźnia i intuicja nie 
podsunęły  mu  słów,  które  mama  mogła  szeptać  swoim  spowiednikom.  Zamiast  tego  po  latach 
przerwy,  choć  tym  razem  we  śnie,  Adam  znowu  zobaczył  Jędrka  i  Maksyma,  tutejszych  rybaków. 
Jako jedyni w wiosce mieli pozwolenie na połów sieciami. 

background image

 

 

Każdego sobotniego ranka przywozili mamie największe okonie i płotki, nie mówiąc już o specjalnie 
dla niej wybranych szczupakach. Ojciec siadał z Jędrkiem i Maksymem na werandzie, częstował ich 
piwem  i  rozmawiali  o  kolejnym  wyskoku  Tomasza  Lebiody  albo  sierżanta  Palucha,  o  następnej 
złośliwości  Kwiczoła,  tego  starego  esbeka,  i  pijackich  ariach  Piechnala  do  swojej  Piechnalowej,  o 
dziesiątej już z rzędu trafionej przepowiedni Budziszowej i kolejnym wyjeździe księdza z Bolkowa 
za  granicę,  oczywiście  w towarzystwie swojej  lady  i  pewnie  za  parafialne  pieniądze. Tak  to  sobie 
gadali, a Adam przewracał się na drugi bok i nieświadomie pomrukiwał pod gołym niebem. 

Zaraz  po  odjeździe  Maksyma  i  Jędrka  mama  zabierała  się  do  ryb.  Trzeba  je  było  szybko 
wypatroszyć, by się nie zepsuły. Dobrze, gdy wpierw trupa pociągnęło się za łeb i ogon, aż chrupnął 
mu kręgosłup — wtedy zesztywniałe ciało wiotczało. Po chwili spod noża strzelały łuski — pancerz 
ochronny niezdatny już na nic bił ślepakami w powietrze, nawet nie brzmiąc groźnie. Łuski lepiły 
się  do  ubrań  jak  kobiety  błagające  oprawców  o  litość  nad  swoimi  dziećmi.  Nóż  rozcinał  brzuch  i 
wyskrobywał jelita, serce i żołądek, ikrę albo mlecz. Trzeba było uważać na woreczek żółciowy, by 
przecięty  nie  zapaskudził  goryczą  całej  ryby.  Czasami  nóż  wyskrobywał  zagubiony  haczyk  albo 
filigranową ofiarę, którą w całości połknął drapieżnik. Wreszcie palec podważał szczękę, by łatwiej 
było wyciąć skrzela, a wtedy wydawało się, że rozwarty pysk woła o pomoc. Ale zamiast tego nóż z 
precyzją kata odcinał łeb, jeśli to była płotka, a jeśli okoń, wydłubywał oczy, bo mama uwielbiała łeb 
smażonego  okonia.  Adamowi  też  smakował,  wolał  jednak  marynowane  w  occie  płotki.  Jednak 
największym  rarytasem  były  dzwonki  szczupaka  faszerowane  czosnkowym  masłem  z  pietruszką, 
zawijane  w  folię  aluminiową  i  pieczone  na  grillu.  Palce  lizać!  Lepsze  nawet  od  pstrąga,  którego 
mama przyrządzała w ten sam sposób. 

Adam  rozbudził  się  na  chwilę  i  zobaczył  nachylone  nad  sobą  niebo.  Upstrzone  gwiazdami,  w 
pierwszej chwili skojarzyło mu się z pajęczyną oblepioną o świcie srebrnymi kroplami rosy. Ale do 
świtu  było  daleko.  Środek  nocy. Skoro  Adam widział  niebo,  to  znaczy,  że ognisko  przygasało.  Nie 
wiedział,  czy  śnił,  czy  rzeczywiście  dorzucił  kilka  gałęzi,  by  natychmiast  zobaczyć,  jak  z  ojcem 
zbierają  chrust.  Ale  gdy  tak  dźwigał  chrust,  gładkie  ręce  dziecka  stężały  mu  w  dłonie  podrostka, 
który  rozładowywał  pocięte  na  półmetrowe  polana  pnie  buku.  Przywiózł  je  Tomasz  Lebioda,  by 
jesienią  było  czym  palić  w  kominku.  Później  trzeba  było  rąbać,  ale  Adam  to  lubił.  Przy  każdym 
uderzeniu siekierą czuł tężejącą w mięśniach dorosłość. Szybko nauczył się rozłupywać pnie jednym 
uderzeniem i rosło w nim przekonanie o własnej sile. 

Jednak  siła  jest  ułudą  chwili,  podobna  postaciom  rozpływającym  się  w  rozgrzanym  nad  ogniem 
powietrzu. Rodzice siedzieli po drugiej stronie ogniska, milcząco wpatrzeni w płonące gałęzie. Ich 
twarze  rozmazywał  dym.  Ciężko  było  jednoznacznie  stwierdzić,  czy  rzeczywiście  istnieli.  Obok 
Adama na rozkładanym krześle drzemał Sylwek. To był chyba zmierzch dawno zapomnianego dnia, 
kiedy Nowakowie grali w piłkę z drużyną z wioski. Mecz zorganizował syn Tomasza Lebiody. Grali 
siedmiu  na  siedmiu.  Akurat  zjechało  się  kilku  znajomych  i  można  było  skompletować  zespół.  W 
drużynie Nowaków i spółki obrona była trochę sędziwa, ale inaczej być nie mogło, skoro na bramce 
stanął  wujek  Benek,  ojciec  tkwił  na obronie,  a  towarzyszył mu  wujek  Zbyszek.  W  pomocy  biegali 
dwaj  kuzyni  dowodzeni na  środku  przez  Adama. Na  ataku  stanął Sylwek  słynący  z  brawurowego 
dryblingu i strasznej bomby w lewej nodze. 

background image

 

 

Początek  meczu  zapowiadał  zaciętą  walkę.  Nowakowie  jakoś  się  trzymali,  a  nawet  prowadzili 
dwoma  golami,  które  sypały  się  jeden  za  drugim.  Nieste185  ty  szybko  siadła  im  kondycja.  Linia 
obrony  trochę  popiła  przed  meczem  i  po  dwudziestu  minutach  spotkania  ledwo  trzymała  się  na 
nogach. A grali przecież dwa razy po pół godziny. Chłopaki z wioski zaczęli coraz swobodniej mijać 
wujka  Zbyszka  i  ojca.  Trochę  to  przypominało  slalom  między  tycz  kami.  Od  blamażu  ratowała 
Nowaków w miarę zgrana pomoc, która umiejętnie zagęszczała obronę i determinacja wujka Benka, 
bezpardonowo rzuca jącego się pod nogi atakujących. Na długo jednak to nie mogło starczyć. Tym 
bardziej że Sylwek nie ist niał na boisku. Od kilku dni brał leki na smutek (nie chciał w ogóle grać, 
ale Adam go namówił) i zamiast biegać, chodził jak źle naoliwiony robot. Zagubiony we mgle. Jego 
nieporadność rozwścieczała Adama. 

Dopingujące do gry pokrzykiwania odbijały się od Sylwka bez odzewu. To był najgorszy mecz w jego 
życiu. Nie odegrał żadnej piłki, nie wykonał żadnego strzału. Gdyby mógł, schowałby się za słupek. 

W drugiej połowie drużyna wioski rozpoczęła egzekucję. Nowakowie przegrali pięcioma bramkami. 
Po meczu Sylwek był wyczerpany najbardziej ze wszystkich, choć najmniej ze wszystkich zrobił. 

Adam narzekał, że siły były nierówne, bo grało sześciu zawodników na siedmiu. Sylwek milczał, nie 
tłumaczył  się,  a  Adam  niewiele  wtedy  jeszcze  rozumiał.  Po  śmierci  brata  zrobił  spóźniony 
eksperyment  i  przez  kilka  dni  połykał  te  kilkanaście  tabletek,  jakie  zostały  po  Sylwku.  Dokładnie 
przestrzegał  dawek i  godzin,  w  których  należało  je  brać. Niedo186  brze  się  z  nim działo.  Chodził 
otumaniony  i  chciało  mu  się  spać,  ale  gdy  próbował  usnąć,  sen  nie  nadchodził.  Nie  wiedział,  czy 
odczuwa  radość,  czy  smutek.  Miał  wrażenie,  że  stoi  obok  i  obserwuje  siebie,  czekając  na  jakieś 
reakcje. Gdy poszli z Ewą na jedną z typowych imprez u jej znajomych, nie mógł tańczyć. Jego ciało 
obdarte  ze  skóry  tkwiło  wbite  w  zmrożone  futro,  które  krępowało  ruchy.  Poruszał  się  jak 
niedźwiedź i wszyscy na niego  patrzyli, a co więcej  — wszyscy po kryjomu naśmiewali się z jego 
nieporadności!  Dlatego  wolał  siedzieć,  ale  wtedy  nie  potrafił  włączyć  się  do  rozmowy.  Słowa  nie 
składały się w logiczną całość i dobrze wiedział, że śmieje się w nieodpowiednich momentach. Kilka 
łyków  alkoholu  pogłębiło  tylko  brak  pewności  w  ocenie  sytuacji,  w  jakiej  się  znalazł.  Dlatego  do 
końca zabawy pił tylko wodę mineralną. Po imprezie Ewa miała pretensje, że zachowywał się jak 
skończony bufon. Podobno gospodarze pytali ją, o co Adam się obraził. 

Nic dziwnego, że po takich lekach Sylwek nie mógł grać w piłkę. Ale wieczór przy ognisku był wcale 
przyjemny. Piwo go ocuciło (podczas dalszego leczenia picie alkoholu było surowo zabronione). 

Wesoło  piekli  kiełbaski  —  tłuszcz  ściekał  i  skwierczał  na  rozżarzonych  gałęziach.  Dobrze  im  się 
rozmawiało.  Sylwek  nawet  próbował  coś  zagrać  na  gitarze,  ale  nie  za  bardzo  mu  wychodziło, 
dlatego szybko i jakoś bez żalu odłożył instrument. Rodzice wcześniej poszli spać, a bracia siedzieli 
przy ognisku do świtu. 

Zanim czerń nocy przeszła w granat wschodzącego słońca, odwiedził ich rudy lis, który grasował na 
wiosce.  Próbował  podkraść  im  trzy  ostatnie  kiełbaski  leżące  na  talerzu  przy  ognisku.  Gdy  tylko 
zaczynali  rozmawiać,  lis,  sądząc  pewnie,  że  są  wystarczająco  zajęci,  zbliżał  się  bezszelestnie,  tak 
klucząc  wśród  cieni  rzucanych  na  trawę  i  krzaki,  by  nie  znaleźć  się  w  kręgu  światła.  Musiałby 
zwędzić kiełbaski prawie spod nóg Sylwka. I był na tyle zdesperowany i bezczelny, że zrobiłby to, 

background image

 

 

gdyby nie postanowili się z nim zabawić. Za każdym razem gdy tylko brakowało mu dwóch skoków 
do celu, gwałtownie zrywali się z miejsc i przeganiali go, wymachując kijami. 

Wtedy lis przemykał lasem na werandę,  wskakiwał na stół i szukał resztek tłuszczu na talerzach, 
których jakoś nikt nie sprzątnął po obiedzie. Nic sobie nie robił z wilczura rodziców ujadającego w 
domku. 

Wiedział,  że  wściekłość  zza  drzwi  zostanie  za  chwilę  uciszona.  Ojciec  ostrymi  syknięciami  kazał 
wilczurowi  milczeć.  A  pies  posłuchał  człowieka  i  choć  więcej  od  niego  wiedział,  przełykał  tylko 
wściekłość i nerwowo wąchał przez drzwi. 

Lis poruszał się po werandzie jak zjawa. Wskakiwał na stół miękko i bezszelestnie. Na pojedyncze 
szczeknięcia  wroga  nie  reagował  najmniejszym  drgnięciem.  Wierzył  w  swoje  możliwości.  Był 
dorodnym samcem w sile wieku. Z ogonem mierzył półtora metra. Duży okaz. Zdążyłby umknąć w 
las  i  powiewając  na  boki  białą  latarnią  na  końcu  rudego  ogona,  który  wtapiałby  się  w  cienie, 
ośmieszyłby każdą pogoń. 

Adam i Sylwek specjalnie podchodzili jak najbliżej werandy i wiedzieli, że on ich widzi i czuje. Gdy 
tylko  lis  oceniał,  że  są  dostatecznie  daleko  od  ogniska  i  kiełbasek,  natychmiast  znikał  w  lesie  i 
musieli szybko wracać. Wyprzedzali go zaledwie o  kilka kroków. Bracia stawali przy kiełbaskach, 
podrzucali  chrustu  do  ogniska,  a  wtedy  gwałtowna  bomba  światła  wyławiała  z  rozproszonego 
cienia trójkątny pysk i świecące oczy. Lis znowu znikał między drzewami i za chwilę znowu widzieli 
go na werandzie. Szli zobaczyć, co tam robi, a on w las i do ogniska. Takie mijanki powtórzyły się 
kilka  razy.  Nie  dali  mu  jednak  ukraść  kiełbasek.  Rano  zobaczyli  jego  zemstę.  Nasrał  do  talerzy 
zostawionych na werandzie. 

Lis  odszedł,  gdy  zaczęło  świtać.  Długie  cienie  kreśliły  wyraźne  granice  między  jasnymi  polami  a 
brunatną ścianą drzew. Wyłaniały się ze srebrnego blasku księżyca, który bladł, w miarę jak zbliżało 
się  panowanie  słońca.  Dwie  planety  walczyły  o  dominację  nad  wyobraźnią  ludzi  i  miejsce  w  ich 
snach. 

Wąski  rogal  bieli  powoli  nikł,  a  już  po  drugiej  stronie  nieba  wyłaniały  się  żółte  promienie  ognia, 
które  rozmazywały  na  błękitniejącym  niebie  zieleń  wywabioną  z  nasączonych  nocą  drzew. 
Skowronki krztusiły się z wysiłku. Ich odwieczny wyścig o najdłuższą frazę przeszkadzał Adamowi 
w oddychaniu. 

Mimowolnie wsłuchiwał się w przerwę na nabranie powietrza, ale te ptaki nie znały pojęcia pauzy. 
Melodia wirowała w nich niezmiennie, jak wirują planety wokół własnej osi. 

Wreszcie świat zanurzył się w seledynowych oparach poranka, a nocne motyle zaczęły ukrywać się 
w wilgotnych od rosy trawach. Jedni zasypiali, by inni mogli się przebudzić. Adam otworzył oczy i 
zobaczył  zapłakaną  twarz  mamy.  Tuż  nad  swoją  twarzą.  Tak  jakby  się  nad  nim  pochyliła.  I 
przeskoczył lata świetlne i kontynenty, by zanurzyć się w ten dzień, w którym ponownie jego życie 
skręciło  w  inną  stronę.  Tego  dnia  ojciec  był  zmęczony  i  źle  mu  się  jechało  po  krętych  drogach 
prowadzących  do  wioski.  Obok  niego  siedziała  mama,  a  zza  zakrętu  wyjechała  ciężarówka,  która 

background image

 

 

próbowała wyhamować, ale zarzuciło przyczepą z wielotonowym ładunkiem nie okorowanych pni 
drzew... 

Ranek osuszył spoconą twarz Adama. Resztki snów zawisły na niebie, przeobrażone w cienką watę, 
którą za chwilę roztopi słońce. Początek tygodnia, dobry dzień na pracę. Ale Adam już wiedział, że 
robotę przy domku znowu trzeba będzie przełożyć na jutro. Przecież dzisiaj miało być świniobicie u 
Lebiody.  Nie  pasowało  mu  zaproszenie  na  świeżynkę.  W  nocy  nawiedziło  go  za  wiele  męczących 
wspomnień  i  nie  chciało  mu  się  do  ludzi,  jednak  wiedział,  że  tym  razem  nie  może  odmówić. 
Wyczuwał,  że  Lebioda  chce  z  nim  porozmawiać.  Pewnie  przy  wódce.  I  rzeczywiście  Lebioda  miał 
alkohol,  ale  był  to  bimber  sołtysa.  Podstępnie  zwalający  z  nóg  i  mieszający  język.  Zanim  jeszcze 
przyszedł pan Misztal — najlepszy rzeźnik w okolicy — już Adam z Lebiodą wypili po trzy kieliszki. 

—  Widzisz,  i  jak  stał,  tak  stoi.  —  Lebioda  wskazał  na  złotego  szerszenia  z  przekłutymi  przez 
sierżanta Palucha oponami. — Przepchnąłem go trochę w bok, żeby mnie tak nie drażnił. 

Siedzieli  przy  stole  z  surowego  drewna,  pod  dachem  wiaty  dodatkowo  ocienionej  przez  liście 
starego buka, którego gałęzie prawie sięgały okien domu. 

— A co u tego Palucha? — spytał Adam dla podtrzymania tematu. 

— Nawet mi nie mów o tym skurwielu — syknął Tomasz. 

— Lata za cycatą Malwiną — wtrąciła Lebiodowa, która akurat przechodziła z pustymi wiadrami na 
mięso. Postawiła je przy drzwiach obory, które wyjęte z zawiasów stały oparte na grubych deskach 
wbitych w ziemię. Na nich będzie wisiała świnia. 

— Malwiną? — Adam nie kojarzył dziewczyny. 

— A taka jedna, ruda... — machnął ręką Tomasz, że niby nic go to nie obchodzi, ale Adam wyczuł, że 
Malwina była z tych dziewczyn, które podobają się każdemu. Śniła się wszystkim facetom w wiosce. 
Opleceni sennymi omamami, tryskali nad ranem w gacie. 

— I jak to bywa, wszyscy na wiosce wiedzą, tylko żona Palucha nie wie — powiedziała Lebiodowa. 
— Albo udaje, że nie wie... — dodała i weszła do obory, by po raz ostatni sprawdzić, czy u maciory 
wszystko dobrze. 

Tomasz zapatrzył się w czarny otwór wejścia, w którym zniknęła jego żona, i mruknął: — Tyle tego 
owocu na ziemi, a ja przywarłem do jednej. — I spojrzał na Adama, a jego oczy błyszczały. — Ale 
kocham  ją  —  powiedział  cicho  i  Adam  zrozumiał,  że  Tomasz  nieczęsto  to  mówi.  Może  dlatego 
natychmiast  nalał  jeszcze  po  kieliszku. Tak żeby miał się  czego  trzymać  po  niespodziewanym  dla 
siebie  wyznaniu.  —  Nie  najlepiej  wyglądasz  —  zagadnął  Adama.  —  Podpuchnięte  oczy,  jakbyś 
przyjął kilka ciosów. 

— No tak — westchnął Adam. — Rozliczam się z kilku spraw... Takie zaszłości... Wspomnienia... 

Muszę  sobie  ułożyć  ostatnie  czterdzieści  lat,  ostatnie  kilka  lat,  dwa  lata,  miesiące...  ostatnie...  — 
bimber sołtysa nie ułatwiał mówienia o sobie. 

background image

 

 

— Musisz... — powiedział jakby do siebie Tomasz i po chwili wykrztusił, a nie przyszło mu to łatwo: 
— Szkoda twoich rodziców... Szkoda... 

— Tak, szkoda... — Zanim Adam to powiedział, nad ich głowami przeleciało kilka ptaków. — Jakoś 
tak dziwnie... — Chwiało się w nim wzruszenie. 

— Bardzo ich  lubiłem... Twój ojciec...  — Błękit nieba był czysty jak umyty talerz.  — Iw ogóle... — 
Lebiodzie zabrakło słów, dlatego zamilkł. 

To takie proste: gdy już nie ma co mówić, po prostu się nie mówi. Lepiej milczeć i wyglądać chmur 
na niebie. Wypili jeszcze po siarczystym pocisku, a wtedy Tomasz się przebudził, jak na gospodarza 
przystało. 

—  A  wiesz,  że  mój  Jurek  chyba  z  tych  Niemiec  nie  wróci  —  zagadnął,  gdy  zagryźli  kiszonym 
ogórkiem. 

— Trochę lat tam już jest, no nie? — Adam był wdzięczny, że Tomasz nie ciągnął tematu rodziców. 

— Ano jest, grzebie w samochodach... Tam przynajmniej wie, za jakie pieniądze robi, nie to, co tu... 

—  Lebioda  splunął  na  ziemię.  —  A  czas  leci.  Kiedyś  mój  dom  był  na  końcu  wioski,  teraz  jest  w 
środku. 

Ale mój syn uważa, że tutaj nie ma nic do roboty, nudno i w ogóle. A przecież robota by się znalazła, 
tym bardziej teraz, jak jest forsa z Unii. No ale on zawsze wolał robić w samochodach niż w ziemi... 

A  teraz,  jak  jest  tam,  to  nawet  nie  ma  komu  tych  kół  zrobić  w  moim  szerszeniu...  Czy  to  nie 
śmieszne? 

Mój  syn  u  Niemców,  a  Niemcy  przysyłają  mi  swojego  chłopaka,  żeby  choć  dobrego,  ale  szrot  mi 
przysłali, lenia śmierdzącego. Płaciliby o połowę mniej, nie wziąłbym!... A właśnie, kiedy mam ci go 
dać do roboty przy domu? 

— Ale nie trzeba. 

— Co nie trzeba?! Jak powiedziałem, że ci go pożyczę, to pożyczę. U nas jak chłop powie, to święte. 

Zresztą ten gnojek przeskrobał coś w życiu, a mi płacą duże pieniądze, żeby go nie musieli mieć u 
siebie. 

No to jak taki z niego bandzior, niech trochę porobi, pozna, co to praca. Ciągle lata gdzieś po okolicy. 

Dzisiaj  miał  być  na  świniobiciu  i  co?  Gówno!  Nie  ma  Helmuta...  Ale  jak  przyjdzie,  to...  —  Lebioda 
zaciął się. — Wiesz, mógłbym mu wpierdolić, ale nie zrobię tego. Gnojek ma w oczach jakąś chorobę. 
Lepiej  nie  ryzykować,  żeby  rozlała  się  na  świat.  Jakoś  go  przetrzymam.  Za  te  dwa  tysiące  euro 
miesięcznie warto, no nie? Wiele nie je, to nawet jeśli nic nie robi na gospodarstwie, opłaca się, no 
nie? 

Pod bramę wjazdową podjechał biały ford escort. 

background image

 

 

— O, przyjechał Misztal — mruknął Lebioda i wstał, by przywitać się z rzeźnikiem. 

Był to wielki chłop z łagodną twarzą dziecka. 

Wszyscy  mieszkańcy  okolicznych  wiosek  mówili  o  nim  „pan  Misztal",  bo  wzbudzał  szacunek  nie 
tylko z racji swojego zawodu, w którym nie miał sobie równych, ale i z racji legendarnej siły. Tylko 
Lebioda  z  przyjaźni  mówił  na  niego  „Misztal".  U  Lebiody  bił  zwierzęta  za  pół  ceny.  Ich  przyjaźń 
obfitowała  w  opowieści,  którymi  można  by  zapisać  grube  księgi  albo  posłużyć  się  do  nakręcenia 
kilku  dobrych  filmów  pełnych  komediowych  gagów.  Przede  wszystkim  pan  Misztal  i  Lebioda 
uwielbiali się zakładać. 

Nie były to jednak zakłady, w których zwycięstwo zależałoby od kogoś innego. Zwycięstwo musiało 
zależeć od któregoś z nich. Dlatego prowokowali sytuacje życiowe, gdzie jeden musiał udowodnić 
drugiemu swoją rację. Już pierwsze spotkanie Tomasza z panem Misztalem zakończyło się zakła194 
dem.  Chcieli  sprawdzić,  który  z  nich  jest  silniejszy  na  rękę.  Założyli  się  oczywiście  o  flaszkę. 
Wiadomo, stawia ten, kto przegra. Pan Misztal był pewny swego, bo łapę miał jak niedźwiedź, ale 
nie docenił krótkiego przedramienia swojego przeciwnika, który w dodatku miał gruby nadgarstek i 
twardy jak skała biceps. Siłowali się wpierw na prawą. To zaproponował Lebioda, bo  prawą miał 
słabszą. Brał pod uwagę przegraną, ale wiedział, że może liczyć na swoją lewą, a zawsze lepszy efekt 
pozostawia wygrana na drugą rękę, nawet jeśli przegrało się na pierwszą, niż wygrana na pierwszą, 
gdy zaraz potem przegrało się na drugą. Psychologia! Tomasz Lebioda uwielbiał to słowo, choć nie 
wiedział,  skąd  je  zna.  Nie  przegrał  z  Misztalem  na  prawą,  ale  też  nie  wygrał.  Po  dwudziestu 
minutach  strzelania  mięśni  ogłosili  remis  i  pan  Misztal  był  głęboko  poruszony  oporem  swojego 
przyszłego  przyjaciela.  Świat  mu  się  jednak  dopiero  zawalił,  gdy  Lebioda  już  po  kilku  sekundach 
położył go na lewą. Odtąd pan Misztal szukał rewanżu. Pewnie mu się udało nieraz, ale Tomasz o 
tym nie opowiadał. Mówił za to o swoim drugim zwycięstwie nad przyjacielem. 

Dzień był upalny jak dzisiaj, a im strzeliło do głów, że będą się ścigać do Bolkowa i z powrotem. 

W  sumie  ładnych  parę  kilometrów.  Byli  wtedy  młodzi  i  w  głowach  im  się  gotowało.  Założyli  się 
oczywiście o flaszkę. Pan Misztal był pewny wygranej. 

Sprawny  i  wyćwiczony,  nie  obrósł  jeszcze  tłuszczem,  który  już  od  wielu  lat  utrudniał  mu 
oddycha195  nie.  Wtedy  był  jeszcze  szczupły.  Poza  tym  miał  silnie  umięśnione  nogi,  szczególnie 
łydki. I te łydki, gdy już biegli, trochę niepokoiły Lebiodę. Z takimi łydkami nie miał szans. Czuł, że 
równe  tempo  biegu  będzie  dla  niego  zabójcze,  dlatego  zastosował  taktykę.  Gdy  już  biegli  z 
powrotem  i  do  mety,  którą  była  tablica  z  nazwą  wioski,  brakowało  kilometra,  Lebioda  zaczął 
przyspieszać. Wyprzedzał pana Misztala o dwadzieścia metrów, ten go doganiał, przeganiał i znowu 
przez  krótki  moment  prowadził,  uspokajał  tempo,  wpadał  w  swój  rytm,  a  gdy  tylko  poczuł,  że 
kontroluje  bieg,  Lebioda  znowu  przyspieszał,  wyprzedzał  i  pan  Misztal  musiał  go  gonić.  Rwane 
tempo było  kluczem  do  zwycięstwa. Po dziesięciu takich  pozorowanych ucieczkach pana Misztala 
zaczęły łapać skurcze w potężnie umięśnionych łydkach. Wściekły krzyknął do Lebiody: — Jak ty, 
kurwa, biegasz?! 

— No jak? — wysapał Lebioda. — Do przodu! 

background image

 

 

—  Do  przodu?  Do  przodu?  Ty  biegniesz,  kurwa,  niehonorowo!  —  nie  krył  żalu  Misztal,  no  i  na 
kilkadziesiąt  metrów  przed  metą  padł  w  trawę  z  twarzą  wykrzywioną  z  bólu.  Skurcze  przeszły 
dopiero,  gdy  wypili flaszkę,  kupioną  oczywiście  przez  pana  Misztala.  Próbował  jeszcze  przekonać 
Lebiodę, że to nie były skurcze, ale zwichnięta noga, lecz obaj swoje wiedzieli. 

No  i  trzeci  zakład,  o  którym  kiedyś  opowiadał  Tomasz  Lebioda.  Pewnego  dnia  siedzieli  z  panem 
Misztalem  w  Bolkowie  naprzeciwko  najsłynniej196  szej  w  promieniu  dziesięciu  kilometrów 
restauracji. 

Pod  szerokie schody  prowadzące  do  środka  zajechał  swoim  wozem  ciągniętym  przez  konia  stary 
Werszko, słynący na całą okolicę z wielkiego spokoju. Werszko wdrapał się do restauracji na piwo, a 
Tomasz Lebioda popatrzył na konia, popatrzył i wypalił do pana Misztala, że wejdzie z koniem do 
restauracji i wypije z nim po piwie. Pan Misztal przyjął zakład, a Lebioda odwiązał konia od wozu i 
zaczął  szeptać  mu  coś  do  ucha.  Po  krótkim  wahaniu  koń  postawił  przednie  kopyto  na  pierwszy 
schodek. Koń Werszki był stary i spokojny jak jego właściciel. Wszedł za Lebiodą po schodach i dał 
się  wprowadzić  do  restauracji.  Siedziało  tam  kilku  chłopów  i  gdy  zobaczyli  Lebiodę  z  kobyłą 
Werszki, zastygli z kuflami przy ustach. Lebioda podszedł z koniem do zahipnotyzowanej kelnerki i 
spokojnie powiedział: — Kochanie, nalej nam piwa, ale mojemu koledze — tu wskazał na pysk konia 
— nalej do miski, bo z kufla jakoś się nie nauczył. 

Sala buchnęła śmiechem. Werszko podszedł do swojej kobyły i pogłaskał ją po pysku: — Och, ty mój 
pijaku — czule mówił w końskie ucho. Chłopy klepały Lebiodę po plecach, a pan Misztal postawił 
flaszkę i każdy sobie podpił co nieco. 

To  były  trzy  zwycięstwa  Tomasza  Lebiody.  Być  może  tylko  trzy,  bo  tylko  o  nich  mówił.  O 
przegranych nie wspominał, jakby ich nie było. A przecież musiały być, żeby przyjaźń mogła trwać. 

Pan  Misztal  miał  już  swoje  pięćdziesiąt  kilka  lat,  ale  nadal  był  silniejszy  od  najsilniejszych.  Gdy 
wszedł na podwórko, zwierzęta w oborze zaczęły przeraźliwie piszczeć, chrząkać i zawodzić, jakby 
przeczuwały  obecność  swojego  kata,  a  przecież  pan  Misztal  był  łagodnym,  nieco  flegmatycznym 
człowiekiem. Jego pogodna twarz rozjaśniła się uśmiechem, gdy zobaczył zbliżającego się Tomasza 
Lebiodę  z  kieliszkiem  sołtysowego  bimbru.  Lebioda  poczęstował  na  przywitanie  przyjaciela 
alkoholem i objęli się. 

— Dobrych kilka miesięcy! — zawołał Lebioda. 

—  Ano  tak,  gdyby  nie  zwierzaki,  pewnie  zobaczylibyśmy  się  na  moim  albo  twoim  pogrzebie  — 
huknął pan Misztal i obaj się roześmiali. 

Usiedli przy stole naprzeciwko Adama. Pan Misztal przywitał się i Adam ledwo wytrzymał żelazny 
uścisk dłoni. 

— Uff! Trochę smali — sapnął pan Misztal, ale z ulgą, bo zanurzył się w cieniu buka. Te kilka kro 
ków, które zrobił od samochodu do stołu, zalały go potem. 

— Ma tak smalić przez całe lato — zauważył Le bioda. 

background image

 

 

Wrzask zwierząt w oborze nie ustawał. 

— I niech ktoś mi powie, że zwierzęta są głu pie. — Pan Misztal skinął głową w stronę obory. 

Lebioda nalał jeszcze po kieliszku i gdy Adam wypił, poczuł, że granice jego ciała rozpłynęły  się i 
boleśnie zaczął odczuwać strach zwierząt. Zdarzy ło mu się to kilka razy w dzieciństwie. Szczególnie 
w  momentach,  gdy  widział  śmierć  lub  przeczuwał  jej  obecność.  Tracił  wtedy  wiedzę  o  własnym 
ciele. 

Mógłby powiedzieć: „Moje ciało mnie tylko udaje". 

Tracił świadomość ciała, ale zmysły miał nienaturalnie wyostrzone. Czuł zapachy zbyt odległe dla 
ludzkiego nosa, widział nadmiernie nasycone kolory i słyszał szum krwi przyspieszającej w żyłach 
ofiary.  Skóra  stawała  się  nadwrażliwa.  W  okolicach,  gdzie  powinien  się  znajdować  kark, 
przechodziło  go  nieprzyjemne  mrowienie.  Tam,  gdzie  powinny  być  palce  dłoni,  przepływały 
chłodne strumyki. Podobne stany nie zdarzały mu się, gdy miał rodzinę. 

W gęstej zupie południowego słońca zobaczył, jak Lebioda i pan Misztal wchodzą w ciemną gardziel 
obory.  Ruszył  za  nimi.  Nie  zastanawiał  się  dlaczego.  Chłód  i  ostry  swąd  zwierzęcego  łajna  ze 
zdwojoną siłą uderzył w mózg i Adamowi zdawało się, że rozumie treść wrzasku wielkiej maciory, 
którą  pan  Misztal  i  Lebioda  wyciągnęli  za  uszy  z  zagrody  z  kilkoma  warchlakami.  Prosiaki 
wydzierały się za mamą. A ona kwiczała: „Oprawca jak zwykle ma twarz człowieka!". 

— Kurwa, co się ze mną dzieje?! — spanikował Adam i przestraszył się, że za chwilę zemdleje. 

Poprzez  kwik  świń  przedarły  się  słowa  pana  Misztala.  Bardzo  rzeczowe:  —  Świnię  trzeba  bić 
jednym uderzeniem między oczy — oznajmił, jakby rozpoczynał kuglarskie przedstawienie. Na tym 
stwierdzeniu  zakończył  jednak  wstęp  do  pokazu  i  bez  zbędnego  zamachu, krótkim,  ale  piekielnie 
silnym ciosem walnął świnię obuchem w łeb. — Bo jeśli nie trafisz dobrze, to pod skórą zrobi się 
gąbka twarda jak eternit i nie zabijesz... 

Ogłuszona świnia zachwiała się i ciężko zwaliła na bok. Adama sparaliżowało. Oniemiały patrzył na 
zwierzę,  co  traciło  resztki  siebie.  Tomasz  Lebioda  trzymał  świnię  za  tylne  nogi,  a  pan  Misztal 
odstawił siekierę. 

— Po siekierze trzeba poprawić na ostro — sapnął. 

Nachylił się i długim, cienkim nożem dźgnął maciorę w podgardle. Z dziury strzeliła krew i w tym 
momencie  Adam  ogłuchł  na  skargi  zdychającej  świni.  Umierające  ciało  zwierzęcia  dzieliły  od 
oddychającego  ciała  człowieka  lata  świetlne,  przestrzeń  nie  do  pokonania.  Nieprzekraczalna 
pustynia. Zamiast wpatrzonych w siebie oczu Adam widział kamienie, zamiast współczucia mroziła 
go obojętność. 

— Ma coś koło dwustu kilo — mruknął pan Misztal, a jego pulchne policzki radośnie zadrgały.  — 
Będzie trochę pasztetu i kiełbas — mlasnął z lubością. 

Warchlaki zanosiły się w chlewie, gdy wywlekali ich matkę na podwórko. 

background image

 

 

— Tomek, zgarnij słomę — powiedział pan Misztal do Lebiody, który załadował widłami na taczkę 
ściętą przez krew słomę. Słoma wyglądała jak składowisko cierniowych koron. 

Pan  Misztal  lubił,  gdy  mu  ktoś  pomagał.  Z  pomocnikiem  dzielił się  swoją pasją i  pewnie  po  cichu 
liczył,  że  jego  sztuka  innych  zauroczy.  Dlatego  dużo  mówił,  a  każde  jego  słowo  ogłuszało  Adama 
praktyczną mądrością. 

—  Inaczej  zabija się  byka.  —  Pan  Misztal  zatańczył  przy  leżącej matce ze  szlauchem  w dłoni.  Był 
najczystszym  rzeźnikiem  w  okolicy,  a  przecież  zużywał  tylko  tyle  wody,  ile  na  jedno  pojenie 
przychówku. A że przychówku było niewiele, to wychodziło na to, że pan Misztal był też oszczędny. 
— Bykowi trzeba jak toreador trafić ostrzem w takie przęsło na karku. — I pan Misztal wbił haki w 
tylne  nóżki  maciory,  tak  jak  wbija  się  gwoździe  w  nadgarstki.  W  trójkę  wciągnęli  trupa  na  stare 
drzwi  od  obory.  —  Kiedyś  pomagał  mi  Mietek  —  ciężko  dyszał  pan  Misztal  —  jeździł  ze  mną  na 
każde bicie, ale nie dawał nadziei na następcę, bo był głupi, a głupi rzeźnik nie nauczy się obrabiać 
mięsa rękami i do końca będzie kaleczył je nożem. 

Haki zaczepiły o górę drzwi, a zakrwawiony nos świni zarył w ziemię. 

— Wcale nie taka ciężka — wysapał pan Misztal i wrócił do wcześniejszej myśli: — Dwieście kilo to 
wcale nie tak wiele. 

Lebioda  przykucnął,  szeroko  rozstawił  przednie  nóżki  świni  i  poprzybijał  do  drzwi  na  wysokości 
świńskich uszu. 

—  Jak  pracowałem  w  rzeźni,  były  i  trzystukilowe.  —  Pan  Misztal  pościnał  matczyne  wymiona  i 
zo201 stały po nich białe plamki. — Podczas transportu łamały sobie nogi. Bardzo kwiczały, ale ja 
tego nie słyszałem. — I jednym pociągnięciem noża rozpiął dwustukilowy płaszcz ciała na świat. 

Adam  patrzył  na  wnętrzności  i  zgłębiał  wiedzę  o  martwych.  Kamienną  i  niezmienną.  Bał  się 
dopuścić do siebie myśl, że martwych już nie można czuć. 

Że  można  się  im  tylko  przyglądać.  A  współodczuwanie  zastrzeżone  jest  tylko  dla  żywych.  Ale 
zamiast bezruchu błyszczące wnętrzności świni wywołały w nim dziwne skojarzenie, wspomnienie 
ruchu tak żywego, że jak dziś zobaczył ten moment, gdy szedł z Ewą i małymi jeszcze chłopakami do 
Bolkowa. Była też z nimi jego mama. Uwielbiała takie wycieczki i właśnie tylko ze względu na mamę 
(pewnie  żeby  podlizać  się  teściowej)  Ewa  stwierdziła,  że  zabierze  się  z  nimi.  Trzeba  jednak 
przyznać,  że  nie  narzekała  na  narastający  upał  ani  bolące  nogi.  Przeciwnie,  gdy  szli  polami, 
nastawiała twarz na słońce, a w cieniu lasu namawiała wszystkich na krótki piknik, co dla Kamila i 
Adriana było najlepszą zabawą. 

To były jedne z najszczęśliwszych chwil, jakie Adam spędził z rodziną. 

Gdy weszli na kamienną drogę dzielącą na pół rozległą równinę łąk, zobaczyli stado koni Zawtry, 
który dlatego hodował je na kiełbasy, bo uważał, że konie są głupie, a głupie zwierzęta powinno się 
zjadać. Zawtra w hierarchii zwierząt  stawiał je zaraz za  krowami  — krowy cenił tylko dla mleka. 
Konie nie miały szans z kotami albo psami, które od za202 wsze potrafiły z człowiekiem nie tylko 
rozmawiać, ale również się z nim dogadywać, a nawet potrafiły człowiekiem rządzić. Taka to była 

background image

 

 

zwierzęca filozofia Zawtry. Niech mu tam będzie. Każdy sądzi, co chce. Ale skąd jego konie wzięły się 
na drodze? 

Przecież powinny tuczyć się w specjalnych stajniach z wąskimi boksami i w zamknięciu pęcznieć na 
ubój. 

A  tu  szły  sobie  polną  drogą,  jakby  pozwolono  im  na  ostatni  przedśmiertny  spacer.  Prowadził  je 
chłopak, którego Adam nie znał. I gdy były jakieś czterdzieści kroków przed rodzinną wycieczką, coś 
nagle  je  spłoszyło.  Lekkie  skrzypnięcie  gałęzi,  tak  niepodobne  do  innych;  nierówny  kamień,  z 
którego ześliznęło się kopyto, a może chłopak wykonał niepotrzebny ruch ręką, który obudził w łbie 
jednego z koni podstępny podszept. Słowem, w koński spokój uderzył drobny kamyk, który ożywił 
lawinę. Dziesięć bydląt napięło mięśnie, co pod skórą zaskrzypiały jak drzewa na wietrze. 

Konie  Zawtry  to  były  prawdziwe  olbrzymy.  Miały  kopyta  jak  ludzkie  głowy.  I  te  głowy  dudniły  o 
kamienie.  Pluły  ogniem,  który  rozpalał  mózgi,  a  w  nich  pragnienie  wolności,  co  chichotało  w 
końskim języku, że możemy biec przed siebie, że galop przed siebie to jedyne wyjście! I wtedy konie 
rżały, jakby krzyczał cały świat: „W  ruchu i pędzie rozwija się sens. Nie należy czekać na śmierć! 
Trzeba ją wyprzedzić!". 

Stado biegło prosto na rodzinę. Adam zastygł w bezruchu. Oniemiały patrzył na rozpędzone ko203 
nie. Już widział, jak ginie pod kopytami. Zwierzęta były tak blisko, że nawet nie zdążyła narodzić się 
w nim skarga, dlaczego akurat on, dlaczego jego to wszystko spotyka. 

Adrian  i  Kamil  nie  krzyczeli,  Ewa  zamknęła  oczy  i  tylko  mama,  drobna  i  lekko  utykająca  na  lewą 
nogę, wybiegła przed wszystkich i zamachała rękoma w przekrwione oczy stada. „Szuuu! Szuuu!" — 
pokrzykiwała,  wciąż machając rękami. Konie nawet nikogo  nie potrąciły. Opłynęły całą piątkę jak 
rozpędzona  woda.  Odskoczyły  na  łąki  po  obu  stronach  drogi,  jakby  rodzina  Nowaków  była  jakąś 
zarazą. 

Musiały  przepychać  się  między  drzewami  jarzębin  rosnącymi  na  poboczu.  Kopytami 
pokiereszowały skórę łąk, aby tuż za Adamem, który był ostatni, znowu zlać się w rozpędzone stado. 

Wiele  razy  jak  na  zwolnionym  filmie  Adam  widział  spienione  pyski.  Do  dziś  pamiętał  wilgotne 
plamy na końskich kadłubach. Kwaśny swąd strachu, szeroko otwarte oczy koni, dudnienie kopyt... 

— Adam, wszystko w porządku? — głos Lebiody wyrwał go z letargu. 

— A tak, tak... 

—  Na  widok  krwi  pewnie  się  robi  niedobrze?  —  z  delikatną  nutką  ironii  bardziej  stwierdził,  niż 
zapytał, pan Misztal. 

— Anie, nie... 

— Może po kielonie? — zaproponował troskliwie Lebioda. 

— Dlaczego nie? 

background image

 

 

Cała  trójka  śmignęła  po  jednym  i  zaraz  świat  zrzucił  starą  skórę.  Powietrze  przesycone  słońcem 
stało  się  przezroczyste.  Tak  jakby  pragnęło  ukazać  oczom  rzeczy  i  sprawy  do  tej  pory  zakryte. 
Wewnętrzną  sferę  balonu,  w  którym  żyjemy,  nie  zastanawiając  się  nad  postaciami  i  rekwizytami 
nam  towarzyszącymi.  Słońce  odbijało  się  od  plamy  podwórka  jak  od  lustrzanej  blachy,  rzucając 
migotliwe refleksy na ściany domu, obory i stodoły. Cień, który wypłynął spod dachu wiaty, był tak 
czarny, że utworzył na piasku szczelinę. Nieostrożny umysł mógł w nią wpaść, a czeluść zamknęłaby 
się  nad  nim,  gdy  tylko  słońce  przesunęłoby  się  trochę  na  zachód,  grzebiąc  rozsądek  głęboko  pod 
ziemią.  Adam  patrzył  na  Lebiodę  i  pana  Misztala  jak  na  figurki  wycięte  z  kolorowego  papieru. 
Pomyślał,  że  są  to  pierwsi  ludzie,  których  spotkał.  Do  tej  pory  żył  na  tym  świecie  sam  jak  palec. 
Musiał nazywać rzeczy i istoty, które nie miały nazw. Wymyślać dla nich kategorie i segregować je. 
Wiedział,  że  nie  starczy  mu  na  to  sił  i  czasu.  Na  szczęście  pojawili  się  ludzie.  Stali  bez  ruchu  i 
milczeli.  Patrzyli  na  coś  w  górze.  A  tam  było  puste  błękitne  niebo  i  gdzieś  daleko,  wysoko 
przelatujący  samolot  kreślił  śnieżnobiałą  linię.  Ślad  cięcia  znaczył  jego  drogę.  Blizna  szybko  się 
zasklepiała i niebo znowu było puste, jakby się nic nie zdarzyło. Dopiero gdy z plastikową miską na 
mięso podeszła do nich Jadzia Lebiodowa, Adam usłyszał ruch świata. Lebiodowa powiedziała coś 
do  mężczyzn,  a  oni  zgodnie  jej  przytaknęli.  Dalekie  szczek205  nięcie  psa  ożywiło  wioskę  i  Adam 
znowu znalazł się w krainie, którą dobrze znał. 

Odświeżeni bimbrem sołtysa wrócili do roboty. 

Pan  Misztal  cicho  pogwizdywał.  Świnia  otwierała  się  na  świat  jak  ramiona  na  przyjaciela. 
Harmonijna  mozaika  jej  wnętrzności  potwierdzała  doskonałość  stworzenia.  Pan  Misztal  wywijał 
przy  niej  rękami  jak  dyrygent.  Tak,  to  była  muzyka.  Zafalował  prawą  ręką  i  prawy  płat  tłuszczu 
spływał  do  garnka,  lewą  i  lewy  płat  schodził  z  rusztowania  jak  skórka  z  gotowanego  pomidora. 
Dwoma  palcami  wyłuskał  wątrobę  niczym  pestkę  z  moreli.  Oczyścił  ożebrowania  z  płucnej 
galaretki. W sercu zobaczył główkę niemowlaka, pieszczotliwie otulił dłońmi i delikatnie oddzielił, 
by  nie  zapłakało.  Żołądek  wyjął  ostrożnie,  lecz  zdecydowanie,  jak  zapomnianą  myśl,  która  w 
olśnieniu  wróciła,  pozwalając  na  płynną  kontynuację  rozmowy.  Wreszcie  braterskim 
przedramieniem zagarnął jelita i strącił do miski. 

— Piękne umeblowanie jest tego mieszkania — mruczał pod nosem pan Misztal i przemywał ręce w 
ciepłej  wodzie,  którą  lał  mu  Lebioda.  —  Wieprzowina  jest  dobra,  ale  na  kiełbasy  najlepsza  z 
domieszką innego mięsa. Krowy nie opłaca się zabijać, bo więcej z niej korzyści, gdy żywa... Chyba że 
młoda. .. — ciągnął swoją gawędę pan Misztal. 

Lebioda puścił do Adama oczko, że gaduła z tego Misztala. Lebioda nie miał młodych krów. Jedną 
jałówkę  dawno  sprzedał,  a  drugą  przepił.  Lebiodowa  o  tym  nie  wiedziała.  Wyjechała  na  tydzień 
odwie206  dzić  syna  w  Niemczech  i  Lebiodzie  zabrakło  na  picie.  Kombinował,  kombinował,  aż 
wykombinował. 

Sprzedał  jałówkę  za  pół  ceny,  a  żonie  po  powrocie  powiedział,  że  zdechła.  Dlatego  do  mieszanki 
zostały  kozy.  Lebioda  miał  dwie.  Szlochały  w  drugiej  oborze.  Czuły  krew.  Do  nich  właśnie  szedł 
gospodarz,  a  miał  na  sobie  trochę  świńskiej  krwi.  Wydłużony  w  kozich  źrenicach,  złapał  za  rogi 
większą. Opierała się, ale Lebioda był silniejszy. Zaciągnął kozę do pana Misztala i ustawił jak przed 
sędzią. Pan Misztal lekko ją tylko pchnął, przymierzył i rąbnął obuchem siekiery między oczy raz! i 

background image

 

 

w tył łba, tuż za rogami drugi raz. Mocno i pewnie. Rzucili z Lebiodą kozę na snopek, a pan Misztal 
gładko i bez wysiłku odciął jej głowę, jakby szyja była z masła. Lebioda się napiął. Twardo trzymał 
trupa za nogi. Bezgłowy tułów zaczął drżeć i się naprężać. Pewnie chciał pobiec na łąkę, poskakać... 
Koza wierzgnęła po raz ostatni, a Adama znowu rozbolała głowa. 

Gdy  miał  siedem  lat,  ojciec  powiedział,  że  najwyższy  czas,  by  nauczył  się  zabijać.  Jego  jednak 
zbierało  na  mdłości,  gdy  widział  kury  biegające  po  podwórku  z  odciętymi  głowami.  Zaczepiały 
czerwonymi  kikutami  o  zgęstniałe  powietrze,  aż  Adamowi  wychodziły  na  szyi  nerwowe  wypieki. 
Nie mógł później jeść rosołu. Ojciec krzyczał, a mama się obrażała. Wreszcie ojciec zadecydował, że 
najlepszym sposobem na kaca jest klin i dlatego Adam musi zabić, żeby się tak nie wczuwał. 

Na fermie było trochę gęsi i zbliżały się święta. 

Adam miał zabić trzy. Był na to sposób wzięty od babki. Żeby Adam się nie wahał, ojciec kładł gęś na 
pieńku i przykrywał ją wiadrem, tak że wystawał tylko kawałek szyi i łepek. Dziwne, ale w takim 
momencie gęsi jakby czekały na uderzenie. Niektóre nawet mrużyły oczy. Dzięki sztuczce z wiadrem 
nie miało  być tak strasznie. Szyja i głowa gęsi wystawały jak nadprogramowy sęk, który należało 
gładko  ściąć  tuż  przy  blaszanym  pniu.  Ojciec  zachęcał  Adama  wzrokiem,  a  Adam  drżał  w  głowie 
ptaka,  myśląc  po  raz  ostatni  gęsim  rozumem.  Nie  przeczuwał  końca,  ale  drażniła  go  pewność,  że 
stanie się coś złego. Tak jakby wyssał tę wiedzę z jajka, które określiło gęś. 

Zobaczył tylko krótkotrwały cień i delikatny wiatr, który przeciął przerażenie. To było mrugnięcie 
oka  i  już  Adam  stał  z  siekierą  w  ręce.  Patrzył  na  ojca.  Ojciec  przyciskał  ręką  wiadro,  w  którego 
wnętrzu szamotała się ofiara. O blachę wiadra drapała żywiołowość — przez chwilę. Adam uderzył, 
gęsia główka potoczyła się do butów, i rozbolało go gardło. 

Wyraźnie  słyszał,  jak  ptasia  energia  zastyga.  Tak  tężeje  woda  na  mrozie,  a  potem  rozpuszcza  ją 
słońce  i  wykluwają  się  nowe  gęsi.  Adam  bardzo  chciał  wierzyć  w  cykl  śmierci  i  narodzin,  że  gdy 
jedno  umiera,  zwalnia  miejsce  dla  drugiego.  Ojciec  uspokajał,  że  to  bardzo  humanitarny  sposób. 
Wystarczy tylko przypomnieć sobie subtelne ostrze gilotyny, co unicestwiało ból, zanim się obudził. 
Mówił, że oczy208 wiście są zakłady, gdzie maszyny ustawiają gęsi w szereg, a mechaniczna szyna 
chwyta je za głowy i zanurza w basenie z wodą pod napięciem. Ale nie był pewny, czy to lepsze niż 
śmierć przez ścięcie. 

Adam  powoli  się  uspokajał.  „Najtrudniej  jednak  być  człowiekiem,  najtrudniej  być  człowiekiem", 
powtarzał uparcie. Za jego plecami gęgały następne gęsi. Czekały na kolejny ruch. Ale ojciec zlitował 
się nad pobladłym synem i zabił je sam. 

Pan Misztal miał pięść wielką jak głowę. Nie bił się, bo mówiono, że może zabić jednym uderzeniem. 

Wierzono opowieściom. Nikt nie próbował sprawdzać. Poza jednym głupkiem. Uważał, że siła pana 
Misztala  to  lipa.  Że  używana  tylko  wobec  zwierząt,  nie  dorówna  wymaganiom  człowieka.  Pan 
Misztal  nawet  nie  musiał  zaciskać  palców.  Trzepnął  lekko  otwartą  ręką  w  twarz  i  dwumetrowy 
palant zasnął pod ścianą. Ludzie przeceniają siebie. 

background image

 

 

Ale teraz pan Misztal zacisnął pięść i wbił ją między skórę a mięśnie kozy, co wisiała tylnymi nogami 
przywiązana do belki. Drążył tą pięścią tunele, a drugą ręką zdzierał skórę. Z góry w dół. W kierunku 
dziury po głowie. Czoło pana Misztala błyszczało, oczy się śmiały. 

— Najlepsza skóra na bębny — mruczał zadowolony. — A mięso nawet lepsze od wołowego, lepiej 
wiąże z wieprzowym. Kiełbasy będą cycuś... — I splunął w taczkę ze skrwawioną słomą. 

— A ta druga beczy, jakby chciała nam coś powiedzieć — burknął Adam. 

— Ja tam nic nie słyszę. Jakbym miał słuchać, nie mógłbym zabić — skończył temat pan Misztal. 

Kozie  skóry  zwisały  przywiązane  powrozami  do  belki,  która  tuż  nad  głowami  biegła  w  poprzek 
obory.  Skóry  suszyły  się.  Adama  nie  interesowało  po  co.  Za  ścianą  Jadzia  Lebiodowa  wybierała 
mięso na świeżynkę. Pokroi je w kostki i usmaży na cebuli. 

Pod dachem wiaty usiedli do flaszki Lebioda i Misztal. Coś wołali do Adama.  Pewnie chcieli, żeby 
przyszedł, ale Adam jak zahipnotyzowany wpatrywał się w zgęstniałą kroplę krwi. Kropla stężała w 
sopel na brzegu futra, gdzie jeszcze przed chwilą była kozia szyja. Adam wiedział, że dziś upije się z 
Lebiodą  i  panem  Misztalem,  który  późnym  wieczorem  wróci  swoim  fordem  do  domu  w  Brusach. 
Przed  sierżantem  Paluchem  ukryją  go  wydłużone  cienie  lasów  i  pewnie  to,  że  sierżant  Paluch  za 
kilka godzin, dokładnie w tym momencie, gdy pan Misztal ruszy bardzo powoli spod bramy Lebiody, 
będzie leżał z cycatą Malwiną gdzieś w krzakach rozgrzanych zachodzącym słońcem. 

Dojrzewanie letniego zmierzchu rozciągnie się w długie godziny. Rozkochany w jasności dzień nie 
będzie chciał ściemnieć. Daleki rechot żab będzie próbował zagłuszyć wysokie trzaski świerszczy. 

I  po  jakimś  czasie  energia  zwierząt  się  wyczerpie,  a  dźwięki  i  kształty  pochłonie  krótka  jak 
kichnięcie i blada jak omdlenie noc. Ale choć ziemia zasypie słońce, prawie do świtu horyzont będzie 
podświetlany  blaskiem  tych  snów,  które  nigdy  się  nie  narodzą,  i  tych,  które  nigdy  nie  zostaną 
zapamiętane... 

Gdy  tak  patrzył  na  krew,  boleśnie  ubodła  go  świadomość,  że  jest  sam.  Ostatni  raz  widział  Ewę  i 
chłopaków  na  tym  nieszczęsnym  przyjęciu  u  teścia  Adriana.  Od  tamtej  pory  nawet  do  niego  nie 
zadzwonili.  On  zbierał  się  kilka  razy,  by  porozmawiać  z  Ewą,  ale  gdy  już  miał  wybrać  jej  numer, 
odechciewało mu się. Po co wracać do przeszłości? Zwłaszcza że za żoną wcale aż tak bardzo nie 
tęsknił.  Bardziej  brakowało  mu  synów.  Ich  strata  była  jak  dziura  w  swetrze,  która  będzie  się 
powiększać, jeśli się jej nie zaceruje. Adam nie widział szans naprawy tego, co zepsuł. Byle tylko nie 
stać się taką dziurą, pustką, w której nic się nie zakorzeni, przez którą wszystko przeleci. 

Świat  chwiał  się  w  miarowym  rytmie.  Po  podwórku  rozchodził  się  zapach  smażonej  cebuli, 
dodatkowo zagęszczając falujące od upału powietrze. 

Lebioda  i  pan  Misztal  pili  pod  wiatą  i  o  czymś  leniwie  rozmawiali.  Ich  postacie  rozmywały  się  w 
ukropie.  Nie  zwracali  już  uwagi  na  Adama,  który  wciąż  stał  w  dziurze  po  drzwiach  do  obory  i 
wpatrywał się w podwórko lśniące białym słońcem. Blask ognia odbity od ziemi sprawiał, że trzeba 
było  mrużyć  oczy.  Wyciskał  łzy.  Było  tak  gorąco,  że  nawet  koty  uciekły  w  cień.  Pies  ukrył  się  w 
budzie. 

background image

 

 

Za plecami Adama wisiały kozie skóry i źle się z tym czuł. Jakby z tych skór miało narodzić się coś 
złego,  coś  w  rodzaju  krwawej  zemsty.  Śmierć  tylu  zwierząt.  Śmierć,  która  nawiedziła  Adama  tyle 
razy  w  ciągu  ostatnich  godzin  (obrazy  mamy,  ojca,  Sylwka...)  Adam  próbował  wskrzesić  w  sobie 
wiarę  w  to,  że  życie ma  jednak  sens,  nawet  jeśli  nikt  nie  pamięta  kształtu  i  zapachu  ciała,  dzieł  i 
budowli,  jakie  zostawił  po  sobie  człowiek.  Ani  twarzy,  która  zniknęła  odbita  w  setkach  twarzy 
potomków, a pomieszanie krwi sprawiło, że stała się niepodobna do samej siebie. 

Pomiędzy  jednym  a  drugim  kieliszkiem  sołtysowego  bimbru  spośród  liści  starego  buku 
majestatycznie  wypłynął  paź  żeglarek.  Żółto-czarny  witraż  szybował  w  dół,  nie  poruszając 
skrzydłami.  Kwiaty,  w  których  się  kąpał,  osypywały  się  z  niego  złotym  pyłem.  Motyl  wielki  jak 
męska  dłoń  rzucał  na  ziemię  cień  liścia  klonu,  zniekształconego  przez  dwie  wypustki,  które 
wyglądały jak smocze ogony przedłużające tylne skrzydła. 

background image

 

 

 

5.

 

S

POTKANIA RODZINNE 

 

Przebudowa  domku  ruszyła  z  miejsca.  Adam  utonął  w  obfitym  pocie,  napiętych  mięśniach  i  bólu 
ścięgien.  Sekundowali  mu  Mundek,  Oskar  i  młody  Helmut,  który  nie  zawsze  się  zjawiał,  bo  jak 
lawina kamieni rozpędzała się jego namiętność do Malwiny. 

Doskonale  zaokrąglona  Malwina  zauważyła  jego  rozognione  oczy,  a  że  upał  ma  to  do  siebie,  że 
podsyca namiętność, zauważyła też młodość Niemca, którą porównała z coraz bardziej widocznym 
przekwitaniem sierżanta Palucha. Policjant prawie cały swój czas spędzał ostatnio na pogoniach za 
warszawiakami.  Warszawiacy  startowali  spod  wieży  Wieliczki  czterokołowymi  quadami,  orząc 
terenowymi oponami pola i leśne drogi, a Paluch uganiał się za nimi emzetką,  która  krztusiła się, 
zakopywała i powoli umierała z wycieńczenia. Zabijała ją ambicja sierżanta, który wciąż od nowa i 
od nowa ślepo wierzył, że schwytanie warszawiaków zapewni mu awans na starszego sierżanta i 
może  hondę...  Uganiał  się  za  uciekinierami,  którzy  poniżali  go  głośnym  śmiechem,  a  majtki 
wchodziły  mu  w  spocony  tyłek  i  nawet  odparzeń  dostał  tam,  gdzie  najbardziej  przeszkadzają. 
Wstydził  się  tych  odparzeń  nie  tyle  przed  żoną,  ile  przed  Malwiną,  której  z  racji  zawodowego 
poświęcenia od jakiegoś czasu unikał, a dla higieny ciała i umysłu co drugą noc kładł się na Annie, 
która była szczęśliwa, że chyba znowu mąż ją pokochał. 

Co  tam  żona,  przed  nią  nie  trzeba  wstydu  ukrywać,  przywiązana  jest  jak  pies,  tak  sobie  myślał 
pomiędzy wirażem a wystrzałem sierżant Paluch. 

Porównanie  sierżanta  Palucha  z  młodym  Niemcem  wypadło  na  korzyść  młodości.  Malwinę 
podnieciła dodatkowo wizja dalekich podróży na Zachód, za Odrę, do Europy, a może jeszcze dalej, 
dalej,  tak  daleko,  że  nie  starczało  wyobraźni.  I  być  może  dlatego  pewnego  dnia,  tak  samo 
słonecznego jak wszystkie dni tego lata, pozwoliła młodemu Helmutowi iść za sobą. A kiedy wyszli 
za  wioskę,  weszła  na  piaszczystą  drogę,  która  prowadziła  w  zagajnik  młodych  brzóz  i  starych 
buków.  Zagajnik  był  powybrzuszany  jak  łono  wielodzietnej  matki,  porośnięty  krzakami  na  tyle 
gęsto, że łatwo było się ukryć przed podglądaczami. Był tam też mech przetykany trawą, a że okryty 
cieniem,  bo  gałęzie  buków  i  gęste  liście  brzóz  osłaniały  go  od  nadmiernego  słońca,  mech  ten  był 
miękki i sprężynujący. W dodatku mało mrówek, najwyżej pojedyncza, zagubiona, czułkami u głowy 
badająca szlak, który miał ją doprowadzić do mrowiska. I gdy Malwina stanęła w zagajniku, a słońce 
posiekane  gałęziami  oprószyło  ją  w  oczach  młodego  Niemca  zjawiskowym  światłem,  kiwnęła  na 
niego palcem. Niemiec skoczył i utonął w gładkim ciele dziewczyny, miękkim i pachnącym wonią, 
która z mężczyzny potrafi zrobić osła, poddanego albo zdobywcę. 

Adam pocił się i przecinał, wbijał gwoździe i wyginał. Robota jakoś szła. Oczyścili z Mundkiem skład 
na narzędzia i wycięli w ścianach miejsca na drzwi — ze składu do domku i ze składu do łazienki. W 
ten sposób połączyli łazienkę z domem. 

background image

 

 

W  składzie  wstawili  okno  i  z  ciemnej  dziupli  zrobili  wcale  przytulne  pomieszczenie.  Wkopali  też 
głębiej rury wodociągowe. Jeszcze trzeba będzie zabudować miejsce po pergoli, no i wstawić wkład 
do  kominka.  Wśród  belek,  które  wykorzystywali  na  ściany,  Adam  odkrył  gniazdo  polnych  myszy. 
Małe były jeszcze ślepe i ledwo się ruszały. Mundek chciał je rozgnieść butem, ot tak, z wioskowego 
przyzwyczajenia,  ale  Adam  wyłapał  je  i  przeniósł  pod  krzak  na  skraju  lasu.  Nie  słuchał  Mundka, 
który narzekał, że ratując myszy, Adam pielęgnuje zarazę. 

— Jesienią te same myszy wyżrą ci izolację w ścianach — mruczał. 

Tymczasem  sprawy  wioski  rozwiązywały  się  same.  Tak  było  od  zawsze,  mimo  że  upływ  czasu 
zmieniał ludzi, których problemy dotyczyły, i zmieniał sytuacje, które problemy wywoływały. 

Kończył się lipiec i chmury motyli oblegały łąki. 

Kolorowe  skrzydła  pochłaniały  słońce  i  wzmacniały  jego  płomień,  rzucając  dokoła  migotliwe 
odblaski. 

Pulsujące  fale  spływały  po  ścianach  domku  i  sąsiadującego  z  domkiem  sosnowego  lasku 
przetykanego  dziką  jarzębiną.  Powietrze  pływało  i  wystarczyło  zatrzymać  się,  spokojniej 
pooddychać  i  lekko  zmrużyć  oczy,  by  poczuć  się  trochę  jak  na  początku  drogi,  w  ciepłym  łonie 
uspokajającego rytmu serca, które podpowiadało, że warto smakować chwile wypadłe spod władzy 
czasu. Ale Adam tego nie dostrzegał. 

W jego głowie pękł jakiś wrzód, z którego wypłynęła następna porcja wspomnień. Samotność, której 
zawsze pragnął, stała się przekleństwem. Pisała w głowie kolejne scenariusze, jak mógłby zapobiec 
śmierci Sylwka i rodziców. 

Pamiętał każdy szczegół: kamienny głos ojca w słuchawce, że znaleźli Sylwka. Zimowy ranek nabrał 
już ołowianej dojrzałości. Adam wybiegł z domu jak stał. Nie wsiadł do samochodu, bo zapomniał 
kluczyków, a właściwie w ogóle nie myślał o jeździe, bo ubzdurało mu się, że szybciej dobiegnie do 
morza, niż dojedzie. Po drodze dostał zadyszki i kolki. 

Mdliło  go.  Na  szczęście  przejeżdżała  taksówka.  Do  plaży  było  zaledwie  pięćset  metrów,  ale 
dokuczliwe  kłucie  w  piersi  nie  przechodziło,  i  Adam  zdecydowanym  ruchem  ręki  zatrzymał 
kremowego mercedesa. W taksówce był ukrop, gruby taksówkarz pocił się i śmierdział tanią wodą 
kolońską.  Pod  nosem  zbierała  mu  się  perlista  kałuża.  Miał  poszarpane  prawe  ucho,  jakby 
wygryzione  przez  drapieżne  zwierzę.  Chciał  gadać  o  zapowiadanym  sztormie  i  był  wyraźnie 
zawiedziony, że ma tak krótką trasę. 

Wiał chłodny i jeszcze lekki wiatr północny. Morze marszczyło się pierwszymi falami. Rodzice już 
byli na plaży. Stali z boku. Ojciec podtrzymywał na wpół zemdlałą mamę. Wyglądali jak wykute z 
jednej bryły czarne posągi wkomponowane w trójwarstwowe tło, gdzie wyblakły brąz zmrożonego 
piasku sięgał im do kolan, płynna stal morza do łokci, a powyżej rozciągało się pochmurne niebo. 
Nad ich głowami krążyły jazgotliwe mewy. Kilka osób nachylało się nad leżącym i pakowało go w 
błękitny  worek.  Kolor  worka  drażnił.  Uwypuklał  absurdalność  i  niewiarygodność  całej  sytuacji. 
Adamowi ciężko było uwierzyć, że wszystko to dzieje się naprawdę. Kucał co chwila, pochylał się i 

background image

 

 

prostował, by nie zwymiotować z nerwów. Próbował głęboko oddychać, ale powietrze morza tym 
razem  było  przesycone  odorem  zgniłych  ryb.  Twarz  Sylwka  zastygła  w  łagodną  maskę.  Była 
oszroniona  morską  solą,  ale  wreszcie  spokojna.  Tak  jakby  policzki  i  czoło,  spięte  przez  kilka 
ostatnich lat smutku, odtajały pod wpływem wyraźnej ulgi. Adam mógł przysiąc, że w kącikach ust 
Sylwka majaczył nikły uśmieszek... 

Tyle razy próbował pozbyć się męczących wrażeń, które od tamtego dnia ciągle go prześladowały. 
Jak  choćby  ten  mdlący  zapach  chłodnego  morza,  tłumiony  przez  smród  benzyny  zmieszanej  z 
żywicą.  Adam  pamiętał  dotkliwy  chłód  tamtych  dni.  Nie  mógł  opanować  dreszczy.  Mdliło  go  od 
gwałtownego strachu. Nie potrafił opanować bolesnej sraczki, miał kłopoty ze snem, mało mówił, 
smak jedzenia poczuł na nowo dopiero po kilku tygodniach. 

Nie udawało się wymazać tamtych dni. Coraz bardziej tęsknił za Adrianem i Kamilem. Najwygodniej 
było mu ich widzieć jako ośmiolatków. Wygadanych, rozkrzyczanych — był wtedy jeszcze dla nich 
jakimś autorytetem. Coraz trudniej przychodziło mu zrozumienie, że ich dzieciństwo minęło, a jego 
młodość zwiędła. Jak ze snu wyłaniała się Ewa. 

A przecież wiedział, że poza swoją głową już jej nie zobaczy, najwyżej przypadkiem. 

Od kilku dni Adam pracował już tylko z Mundkiem. Oskar poszedł do Zawtry, który za pomoc przy 
koniach nie tylko płacił jedzeniem, ale i porządnymi pieniędzmi. Młody Helmut przestał w ogóle się 
pojawiać.  Zakochany  z  wzajemnością  w  Malwinie,  zatracił  się  w  jej  ciele.  Wioska  huczała  jak 
wieczorne świerszcze i historia ich miłości szybko dotarła do sierżanta Palucha. Konfrontacja była 
krótka  i  bolesna.  Policjant  sprał  chłopaka  do  krwi,  a  Malwina  dostała  ataku  histerii.  Paluch 
próbował zastraszyć Malwinę, że  jeśli będzie się spotykać z młodym Helmutem, to go  zamknie w 
areszcie, ale ta splunęła sierżantowi w twarz i gdy oddał jej za zniewagę z otwartej dłoni w pulchny, 
różowy  policzek,  sprawa  rozwiązała  się  sama.  Malwina  nie  chciała  widzieć  sierżanta  na  oczy  i 
skruszona  władza  wróciła  na  wierne  łono  żony.  Odtąd  sierżant  Paluch  jeszcze  zacieklej  ścigał 
warszawiaków  po  leśnych  drogach,  aż  pewnego  dnia  zaślepiony  miłosną  porażką  i  wzrastającą 
nienawiścią  do  nieuchwytnych  uciekinierów  nie  zauważył  wystającego  korzenia,  któ218  ry 
wcześniej tyle razy omijał. Tym razem zahaczył o niego przednim kołem i przy stu trzydziestu na 
godzinę wystrzeliło go przez kierownicę. 

Sierżant Paluch leciał i leciał. Może nawet pomyślał sobie, że gdzieś doleci, ale że nie miał skrzydeł i 
był ciężki, spadł kilka metrów dalej jak bezwładnie rzucony worek kartofli. Zarył twarzą w piach i 
chyba coś mu strzeliło w karku, bo nie mógł wstać. Pewnie leżałby tak do nocy, gdyby akurat nie 
przechodzili  Malwina  i  Helmut.  Gruchali  sobie  w  uszka  i  trzymali  za  ręce,  ale  na  widok 
pokiereszowanego  sierżanta  Palucha  zareagowali  bardzo  etycznie.  Najpierw  jednak  Malwina 
nachyliła  się  nad  byłym  kochankiem  i  wyszeptała  mu  w  ucho,  że  wezwie  pomoc,  jeśli  obieca,  że 
przestanie ich prześladować. Sierżant Paluch szybko ocenił sytuację. Nie mógł skinąć głową na znak 
zgody,  ale  wyjęczał  z  amerykańska,  że  okej,  przy  czym  „o"  było  nienaturalnie  zduszone,  a  „kej" 
przypominało  kaszlnięcie.  Malwina  przez  policyjną  komórkę  wezwała  pogotowie.  Karetka 
przyjechała po jakiejś godzinie. Przez ten czas kochankowie pieścili się w towarzystwie połamanego 
sierżanta, a raz nawet zniknęli na kilka minut w krzakach. Pielęgniarze zapakowali zdruzgotanego 
fizycznie i psychicznie policjanta do wozu. W drodze do szpitala sierżant Paluch szlochał. Ale nie z 

background image

 

 

bólu połamanych kości. Z trudnością przełykał gorycz porażki, która mieszała się z ziarnami piasku 
zgrzytającymi mu między zębami. 

Miłość Malwiny i Helmuta trwała niezmiennie na najwyższej nucie. Świadków miała w drzewach, 
ptakach  i  leśnych  żukach.  Język  ciała  zastępował  rozmowy.  Dziewczęcy  głos  piskliwie  unosił  się 
ponad  basowym  posapywaniem  chłopaka.  Niepohamowana  wyobraźnia  Malwiny  rysowała 
przyszłość  w  rozległych  przestrzeniach.  Nurzała  się  w  zapachach  egzotycznych  krajów  i  potraw, 
przedkładając obietnicę, którą sobie formułowała, nad to, co ją otaczało i co się z nią działo. Chwila, 
która tworzyła w niej marzenia, była mniej ważna niż same marzenia. I choć młody Helmut gorliwie 
obdarzał  Malwinę  takimi  chwilami,  roznamiętniona  dziewczyna  ledwo  to  dostrzegała,  całkowicie 
pochłonięta przez wyobrażenie, co się stanie, gdy razem wyjadą z tej wioski i z tego kraju, gdzieś 
daleko,  gdzie  świat  będzie  piękniejszy  i  ciekawszy  (tak,  przede  wszystkim  ciekawszy!)  niż  ten  tu 
nudny i tak dobrze znany. 

Chłopaki z wioski zastanawiali się, czy aby Niemcowi nie wpierdolić: „Co on sobie pozwala, ruchać 
naszą  dziewczynę?!",  ale  Tomasz  Lebioda  stanowczo  zabronił.  Miał  z  Helmuta  zarobek,  a  za 
pokiereszowanego  pewnie  by  nic  nie  dostał.  Poza  tym  polubił  ostatnio  chłopaka,  który  choć  był 
leniem,  potrafił  przecież  rozkochać  w  sobie  taką  Malwinę,  a  to  okraszało  jego  postać  zwycięską 
poświatą — każdy mężczyzna w wiosce marzył przecież o jej pulchnej dupce. Lebioda miał posłuch i 
chłopaki odpuścili. 

Helmut mógł  swobodnie poruszać  się  po  wiosce.  Ale  by  za  bardzo  nie  denerwować miejscowych, 
nadal spotykał się z Malwiną w ukryciu. 

Adam  przestał  żyć  sprawami  wioski.  A  przecież  Mundek  kilka  razy  coś  mu  tam  bąknął,  dlaczego 
młody  Niemiec  nie  przychodził  do  roboty.  Adama  to  nie  interesowało.  Tkwił  w  sobie,  jeszcze 
bardziej zamknięty na świat. Owszem, robota przy przebudowie domku szła szybciej, niż Mundek 
się  spodziewał,  ale  intuicyjnie  czuł,  że  coś  tu  nie  gra.  Adam  pracował  jak  automat,  mało  mówił. 
Mundkowi  to  nie  przeszkadzało,  sam  nie  lubił  za  dużo  gadać,  ale  widział,  że  z  jego  przyjacielem 
dzieje się coś dziwnego. 

Jakby  zawiązywał  się  sam  w  sobie.  Zapadał  w  coraz  potężniejsze  myśli,  które  zarastały  cały 
dostępny mu świat. Mundek znał takie przypadki. Człowiek albo się ocknie, albo ucieknie we własne 
wnętrze. Wtedy świat, który w nim istnieje, zwycięży ten zewnętrzny i taki człowiek zaśnie na wieki, 
choć będzie jadł, pił i srał. I nawet jeśli coś od czasu do czasu powie, jego słowa nie będą dotyczyć 
świata żywych. 

Czas dla samotnego nie istnieje. Powstaje w spotkaniu z innym człowiekiem. Adam gubił poczucie 
czasu. Gdyby nie Mundek, pracowałby nocami i w niedzielę. Jeśli rozmawiał, były to duchy. Poruszał 
wtedy  bezgłośnie  wargami,  a  oczy  błyszczały  mu  jak  przy  wysokiej  gorączce.  Rozterki  wymagały 
rozwiązania.  Adam  unosił  się  we  wnętrzu  przezroczystej  kuli,  na  której  obrzeżach  widział  swoje 
dłonie  ściskające  młotek  czy  piłę.  Narzędzia  zakrzywione  na  owalnej  ścianie  zagęszczonego 
powietrza rozpływały się i wtedy dłonie znikały. Być może w takich chwilach płakał, ale nie był tego 
pewny. 

background image

 

 

W  zniekształconej  twarzy  Mundka  dostrzegał  troskę  i  pragnął  go  uspokoić,  ale  nie  potrafił 
wykrzesać z siebie nic poza poleceniami dotyczącymi pracy. 

Już wiedział, że nie było potrzeby powiększać domku. Taki w zupełności wystarczał. Samotny nie 
ma  kogo  do  siebie  zapraszać.  Raczej  nie  spodziewa  się  gości.  A  widziadłom,  które  wywołały 
wspomnienia, jedna izba w zupełności wystarczała. 

Któregoś  z  tych  upalnych  wieczorów,  gdy  sen  mieszał  się  z  jawą,  Adam  wyprawił  przyjęcie.  Nie 
zaprosił  nikogo  z  wioski.  Na  werandzie  zasiadła  najbliższa  rodzina.  Mama,  ojciec,  Sylwek,  Ewa  i 
chłopaki  podskakujące  w  głowie  niezmiennie  jako  ruchliwe  ośmio-,  dziewięciolatki.  Adam 
przygotował  grilla.  Skrzydełka  kurczaka  w  miodowej  bejcy,  karkówka  marynowana  w  czosnku  i 
półwytrawnym winie, kaszanka, kiszka ziemniaczana, którą uwielbiał ojciec, i dla chłopaków śląskie 
kiełbaski. Było wesoło. Mama z Ewą siedziały przy stole i piły wino. 

Co  chwila  z  czegoś  się  śmiały.  Adrian  i  Kamil  grali  w  piłkę  przed  werandą.  Ojciec  z  Sylwkiem 
towarzyszyli  Adamowi  przy  grillu.  Duże  liście  kokornaku  rozłożone  nad  ich  głowami  odbijały 
zachodzące  słońce.  Pili  piwo,  a  ojciec  opowiadał  jedną  z  tych  swoich  życiowych  anegdot,  które 
powierzał wyłącznie synom. Jak to poszedł raz do swojego kolegi, który był szefem kuchni w jednej 
z kostyńskich restauracji, i akurat na sali z okazji kawalerskiego upijało się czterdziestu chłopa. Na 
jednym  ze  stołów  zgrabna  dziewczyna  zdejmowała  z  siebie  przezroczystą  bluzeczkę,  każdy  ruch 
podkreślając  wyrzutem  bioder  do  przodu.  Gdy  pozbyła  się  obcisłych  spodni,  została  tylko  w 
stringach i staniku, który po chwili poszybował w stronę podnieconej publiczności. 

Kształtne piersi nadrabiały braki w twarzy. Ciało mamiło oczy i rozgrzewało wyobraźnię. 

— Zdrowa dziewczyna — powiedział do kolegi ojciec. Przyglądali się striptizowi, stojąc w wejściu 
do kuchni, a za nimi wspinała się na palce pani Basia, gruba kucharka. 

— Oj, zdrowa, zdrowa — jak odbicie w lustrze powtórzył po ojcu kumpel. 

— A jaka ma być? — wtrąciła pani Basia. — Przecież chorej by nie wzięli! 

Jedzenie  się  udało.  Adam  potrafił  grillować.  Gdy  wieczór  podejdzie  soczystą  barwą  zachodzącego 
słońca,  mama  pozapala  świeczki,  których  intensywny  zapach  odgoni  komary.  Za  chwilę  Sylwek 
zacznie  grać  na  gitarze.  Rytmiczny  blues  pod  jego  palcami  przekształci  się  w  rzewną  piosenkę  o 
miłości, o tęsknocie za miłością i wtedy Adam z przerażeniem zobaczy, że wszyscy zaczną płakać. 
Powie Sylwkowi, żeby już przestał, ale brat gdzieś zniknie i zostanie po nim tylko muzyka unosząca 
się w powietrzu, wwiercająca się w głowę. Zaplątany w dźwięki gitary zacznie szukać synów, którzy 
gdzieś się zapodziali, a gdy wróci na werandę, zobaczy, że nie ma też  Ewy. Usiądzie naprzeciwko 
rodziców. Przytuleni do siebie będą wpatrywać się w granatowe jezioro, a łzy w ich oczach zalśnią 
jak dawno zmarłe gwiazdy. Wtedy mama uśmiechnie się do niego i powie: „Nie martw się, synku, nie 
martw, to tylko sen". 

Tuż przed oczami zwisał lep na muchy. Poczerniały od trupów. Takie lepy rozwieszała mama. Kilka 
mu zostało i gdy tylko przyjechał na wioskę, też je powiesił. Właściwie nie wiedział, po co to zrobił. 

background image

 

 

Muchy  mu  nie  przeszkadzały,  ale  te  lepy,  obrzydliwe  rekwizyty,  budziły  w  nim  świat,  w  którym 
pragnął tkwić. Mama krzątająca się po izbie przy zlewie. Jej pochylona postać ciemniała na tle okna, 
które — wypełnione krzakiem białych hortensji — nie pozwalało spojrzeć dalej, na ojca koszącego 
trawę. Skądś dolatywały roześmiane głosy Adriana i Kamila. Ewa pewnie opalała się na zewnątrz. 

Adam leżał. Lubił się zdrzemnąć po obiedzie. Lep na muchy lekko się kołysał. Do ruchu pobudzały 
go walczące o życie owady. Pamiętał, jak przez długie minuty przyglądał się agonii tych much, które 
nabrały  się  na  złudne  zapachy.  Najwięcej  ofiar  było  na  lepie  zwisającym  z  żyrandola,  tuż  nad 
łóżkiem. 

Był na tyle nisko, że przy wstawaniu zaplątywał się we włosy. Odnóża martwych i dogorywających 
owadów lepiły klejącym śluzem włosy i aż człowiekiem wstrząsało  z obrzydzenia. Było  to jednak 
najlepsze  miejsce  w  izbie.  Widocznie  lep  przecinał  muszą  autostradę.  A  gdy  mucha  zwabiona 
podróbką zgniłego mięsa, nic nie podejrzewając, przysiadała, zaczynała się powolna agonia. Czasami 
taka mucha walczyła kilka dni. Nie udawało się nigdy. Jeśli mucha wpadała na lep pyskiem, śmierć 
nadchodziła szybko. Skrzydła uderzały przez chwilę, a potem babrały się w bagnie, które zastygało 
w  martwy  wosk.  A  wszystko  odbywało  się  w  ciszy  przerywanej  od  czasu  do  czasu  ludzkimi 
okrzykami. Zasłona świata, na której wyświetlały się obrazy, opadła, odsłaniając inną scenę. Scena 
rozgrywała się w tym samym miejscu, ale innym czasie. I Adam nie wiedział, co dzieje się teraz, a co 
już było. Czuł, jakby zalewały go kolejne fale, a on walczył o oddech pomiędzy nimi. Był pewny, że 
ktoś  go  woła.  Gdy  wyszedł  na  werandę,  dzień  był  w  pełni.  Upał  wypalał  zapachy.  Mundek  nie 
przyszedł, a to znaczy, że niedziela. Adam stał w cieniu, ale było tak gorąco, że nawet cień parzył 
skórę. Przemył twarz zimną wodą i pomyślał, że warto byłoby wypić piwo, tylko że nie chciało mu 
się iść do sklepu pani Zosi. Zresztą, jeśli rzeczywiście była niedziela, to pani Zosia otworzy dopiero 
po  obiedzie.  Krótkie  cienie  drzew  wskazywały  na  dwunastą  godzinę  i  ludzie  pewnie  jeszcze  nie 
wrócili z kościoła. Piwa nie było, ale w kredensie stało kilka butelek ojcowskiej nalewki, które Adam 
znalazł w składzie na narzędzia. Powiedział sobie, że wypije je po zakończeniu budowy. Dziś jednak 
był odpowiedni dzień, by co nieco naruszyć. 

Pierwszy  łyk  kilkuletniej  malinówkibył  tak  słodki,  że  aż  rozbolały  ślinianki.  Drugi  obudził 
wspomnienie,  jak  to  ojciec  zaczynał  swoją  przygodę  z  nalewkami.  Pierwszą  próbował  zrobić  z 
suszonych  śliwek,  migdałów  obranych  ze  skórki  i  kawy  z  rozpuszczonym  cukrem.  Całość  zalana 
wódką. Nalewka miała być gotowa już po czterech tygodniach. 

Była, ale nie taka, jaką ojciec sobie wyobraził. Wyobrażenie nie sprostało rzeczywistości, bo Adam z 
Sylwkiem  podczas  cotygodniowych  imprez,  które  wybuchały,  gdy  tylko  rodzice  wyjeżdżali  na 
wioskę,  skwapliwie  spijali  niegotową  jeszcze  kawówkę,  dolewając  do  niej  wody.  Po  czterech 
tygodniach  rodzice  uroczyście  wychylili  po  kieliszku.  Zamiast  alkoholu  wypili  słodką  wodę 
zabarwioną kawą z posmakiem śliwkowym. Ojciec nabrał pewnych podejrzeń, ale nie zdradził się z 
nimi. Przełknął litr brązowej wody do końca — zabrało mu to kilka wieczorów. 

Odtąd  wszystkie  nalewki  robił  na  wiosce,  żadnej  w  domu.  I  tak  najsłynniejsza  była  malinówka  o 
bordowej  barwie  krwi.  Świeże  maliny  przesypane  cukrem  i  zalane  spirytusem.  Czasami  ojciec 
dodawał trochę wódki i szklankę ginu na litr mocnego alkoholu. Owoce moczyły się w płynach przez 
trzy miesiące. Wyglądały trochę jak rozpadające się planety. 

background image

 

 

Alkohol wysysał z malin soki i potężną siłą promili rozsadzał owalne skupiska owocowych kulek na 
zagubione  w  przestrzeni  meteoryty,  które  po  jakimś  czasie  osiadały  na  dnie  gąsiora,  szczelnie 
zatkanego korkiem. Dobrze było co jakiś czas potrząsnąć naczyniem, żeby rozpuścił się cukier. Po 
trzech  miesiącach  ojciec  zlewał  zawartość  przez  tetrową  pieluchę  do  butelek  i  odstawiał  na 
następne trzy miesiące. 

Im  dłużej  stała,  tym  była  lepsza.  A  później  eksperymentował  z  gruszkami,  jarzębiną,  pigwami, 
wiśniami i jeżynami. Mieszał świeże z suszonym, dodawał miodu, cukru i soków, zalewał czystym 
alkoholem i kolorowym. Wyszukiwał stare sprawdzone przepisy i ryzykował własne wymysły. Miał 
swoje ulubione mieszanki. Uwielbiał imbirówkę — obrany ze skórki korzeń imbiru ciął w plasterki, 
dodawał do tego jabłek wydrążonych z nasion, trochę cytryny, a całość zalewał płynnym miodem i 
wódką; proporcje owoców i miodu zależały od ilości alkoholu. 

Ojca  fascynował  sam  proces  dojrzewania  nalewki.  To  że  miesiącami  trzeba  było  czekać,  by 
posmakować efektu. Lubił obserwować przemianę owoców, które wydawały z siebie, co najlepsze. 
Szarzały  i  wiotczały,  własnymi  sokami  zabarwiając  przezroczysty  spirytus  albo  wódkę  na  coraz 
intensywniejszy kolor. 

Każda  nalewka  mieniła  się  innym  światłem.  Pachniała  wyssanym  i  zakonserwowanym  życiem. 
Smakowała duchami ciał, z których je wywabiła. 

Trzeci i czwarty kieliszek malinówki przeniósł Adama ponad lasami do Bolkowa. Jak każdej niedzieli 
mężczyźni  pili  zimne  piwo  na  podwórku  za  sklepem.  Pewnie  roztańczony  starzec  śpiewał  pieśń 
pochwalną  o  wodzie,  ogniu,  ziemi  i  powietrzu,  a  w  jego  oczach  mieniła  się  młodość.  Mundek 
wsłuchiwał  się  w  rozmowy,  a  przy  jego  nodze  z  wywieszonym  językiem  leżał  wierny  Mikus.  W 
powietrzu zastygło rżenie koni Zawtry, które nawet nie podejrzewały, że zostaną rozparcelowane 
na  kiełbasy.  Adam  w  końcu  ocknął  się  i  zorientował,  że  ciągle  siedzi  na  werandzie,  okryty 
zbawiennym cieniem. Ale głowa płonęła. 

Łąka i jezioro oślepiały odbitym światłem słońca. 

Było cicho. Jedynie drzewa szeleściły suchymi jak papier liśćmi, a owady skrzydłami. Gdzieniegdzie 
zaświszczał  ptak,  ale  skwar  południa  wciąż  trwał,  dlatego  słabe  to  było  śpiewanie  i  jakieś 
niewyraźne. 

Za gorąco na kłótnie ptaków, które ośmieli dopiero wieczór. Będą wtedy wrzeszczeć, że z końcem 
dnia kończy się świat. 

Malinówka zagęszczała krew i spowalniała reakcje. Adam się nie ruszał. Bezmyślnie wpatrzony w 
jasną plamę łąki. Sięgnął po szklankę zimnej wody, którą przezornie nalał sobie, zanim zasiadł do 
nalewki.  Powoli  przechylił  szklankę  i  nigdy  wcześniej  w  swoim  życiu  nie  był  tak  skupiony  na 
przełykaniu.  Medytował  nad  wędrówką  zimnej  wody  w  dół  do  rozgrzanego  żołądka.  W  oczach 
mieniły się kryształy lodu. Poczuł ulgę. Owionęły go sens i piękno życia. Czekał na swoich synów, 
którzy mieli za chwilę z ojcem wrócić znad jeziora. Będą się głośno śmiać, szczęśliwi, że mogli się 
wykąpać. Pod parasolem z boku werandy siedziała mama i rozwiązywała krzyżówkę. Kilka minut 

background image

 

 

temu Ewa zanurzyła się w przestrzeń antresoli i pewnie już drzemała nad głową Adama. Wyobrażał 
sobie jej delikatny oddech. Przed oczami zawisł mu cienkonogi pająk. 

Niesiony  lekkim  powiewem,  zahaczył  jednym  końcem  pajęczyny  o  róg  stołu  i  szybował  dalej, 
śmiesz228 nie rozczapierzony jak ręka, która próbuje złapać równowagę. 

Leniwe  obrazy  unicestwiały  czas.  Adam  był  tak  samo  młody  jak  stary.  Po  chwilowym  osłabieniu 
poczuł  w  sobie  siłę,  która  nie  pragnęła  ujścia.  Siedział  na  werandzie  w  miłym  cieniu  i  patrzył  w 
żółtozielone przeźrocze łąki. Wiedział, że roiło się tam od życia, ale nie rozmyślał jakiego. W głowie 
miał lekką pustkę. Mogłaby trwać tak bez końca... 

Adrian  i  Kamil  wracali  z  kąpieli.  Ich  śmiech  rozsypał  nieruchomy  spokój.  Opiłki  świeżej  energii 
zrosiły  skwar.  Gdy  o  werandę  uderzyły  stopy  kilkuletnich  pędraków,  Adam  gwałtownym  ruchem 
przechylił piąty kieliszek malinówki. Jak dotyk ukochanej poczuł swoją krew ocierającą się o ściany 
żył  i  tętnic.  Ale  serce  uderzało  zbyt  wyraźnie.  Jakby  należało  do  innego  człowieka.  Jakby  chciało 
udowodnić, że życie płynie nieprzerwanie, czy bierzemy w nim udział, czy nie. 

Adam  nie  pamiętał  dokładnie,  zbyt  zanurzony  w  sobie,  ale  jakiś  tydzień  temu  wioskę  poruszyła 
śmierć Piechnala. Nie to, żeby ludzie go kochali, ale był jednym z nich. Przyzwyczajeni do niego jak 
do  zęba  w  szczęce,  gdy  go  zabrakło,  przez  jakiś  czas  musieli  uczyć  się  inaczej  przeżuwać  życie. 
Korowód  szedł  zakurzoną  drogą  na  cmentarz  w  środku  bukowego  lasu.  Chłopaki  z  ochotniczej 
straży  pożarnej  nieśli  trumnę  na  swoich  barkach.  Mundek  grał  na  harmonijce.  Ale  jak  on  grał! 
Tremolando roznosiło się płaczliwym i czystym dźwiękiem w powietrzu i ptaki podłączały się pod 
ten śpiew, i płakać się chciało, że człowiek tak z przyrodą potrafi rozmawiać. 

A śmierć ścięła Piechnala w lesie. Jak zwykle był upał i nikomu nie chciało się ruszać z miejsca, ale 
Piechnal poszedł z Tomaszem Lebiodą i sołtysem w las. Pragnęli opić powrót Piechnala i jego żony. 

Oczywiście  z  poszukiwań  domu  gdzieś  po  innych  ziemiach  nic  nie  wyszło  i  po  kilku  tygodniach 
podróży Piechnalowie znów stanęli na ziemi, którą znali i kochali. Sołtys miał ten swój bimber, a 
mężczyźni nie chcieli, by ich kobiety wiedziały, że mają na ten bimber ochotę. Dlatego powiedzieli, 
że idą na grzyby. Gdy dotarli na skraj lasu i pierwsze cienie osłoniły ich od niemiłosiernego słońca, 
usiedli na wysuszonym mchu, otworzyli butelki i najpierw bez słowa opróżnili pierwszą, a po niej 
zaczęli drugą. I właśnie przy tej drugiej Piechnalowi strzeliła wątroba. 

— Wątroba mi pierdolnęła — wykrztusił Piechnal, kuląc się z bólu. 

— Dziwne, jesteś z nas najchudszy — powiedział sołtys, którego sto kilogramów topiło się w upale. 

— I najmłodszy — dodał Lebioda. 

— Uff — westchnął na to Piechnal i wystękał, że to koniec. 

— Tak, znany to bimber z tego, że ścina po czasie — wygłosił mądrość Tomasz Lebioda. 

— A każdy ma swój czas, czy tego chce, czy nie — filozoficznie rozmarzył się sołtys. 

background image

 

 

Piechnal nie słuchał ich, zbyt zajęty bólem. Rył nogami mech i zaczął skowyczeć, że życie jest takie 
piękne i to piękno jest mu zabierane, a oni będą jeszcze latami siedzieć wśród drzew i popijać sobie, 
a  on,  trup  już,  zgnije  w  ziemi  i  nigdy  już  nie  spojrzy  na  te  pola  złote  i  pagórki  zielone,  i  doliny 
wypełnione  wodą,  i  na  drzewa  szumiące...  Sączył  z  siebie  skargę,  a  życie  z  niego  wyciekało.  Ani 
Tomasz Lebioda, ani sołtys nie mieli siły zareagować na jego agonię. 

—  Chodź,  kolego,  weźmiemy  cię  do  domu  —  powiedział  Tomasz  Lebioda,  chcąc  złagodzić  strach 
Piechnala. Ale Piechnal zaczął krzyczeć: — Ja już nie mam domu! — i chwycił się drzewa, i przytulił 
do szorstkiego pnia świerku, który zdzierał mu skórę z twarzy. — Ja chcę tylko oddychać. 

— Jeśli umierasz, nie bądź taki zachłanny — rzekł sołtys. — Powietrze potrzebne jest dla żywych. 

— Trzeba coś zrobić — stwierdził głupkowato Tomasz Lebioda. 

—  Ano  trzeba...  —  ziewnął  sołtys  i  pewnie  by  się  zdrzemnął,  gdyby  nie  charcząca  spowiedź 
Piechnala:  —  Tyle  zobaczyłem,  ale  jeszcze  więcej  przespałem,  niewiele  zapamiętałem...  —  i  na 
koniec Piechnal splunął krwią. 

Przestraszyło ich to splunięcie, bo nagle na wierzch wyszła cała słabość człowieka. Jasny dzień stał 
się ciemny i zadrżeli z zimna. Zobaczyli, że Piechnala naprawdę dorwało i już go nie puści. 

I szkoda było jego bogatej przeszłości, co nie zapisana utonie w milionach jej podobnych. Opowieści 
o  tym,  jak  to  Piechnal  wznosił  toasty  ze  swoim  przyjacielem,  który  siedział  na  dachu  za  każdym 
razem,  gdy  Piechnal  był  bardzo  pijany.  I  rozmawiali  ze  sobą  przyjaźnie  o  urokach  alkoholu,  ale 
któregoś  dnia  przyjaciel  nie  odwzajemnił  Piechnalowi  toastu  i  Piechnal  wkurzył  się  na  niego,  i 
zaczął go wyzywać od parcianych chujów, co tak dotknęło nie istniejącego przyjaciela, że przestał 
się  Piechnalowi  ukazywać.  Odtąd  Piechnal  rozmawiał  sam  ze  sobą,  no  i  ze  swoją  ukochaną  żoną, 
która wiernie towarzyszyła mu w jego rozchwianej drodze. 

Sołtys  i  Lebioda  zrozumieli,  że  Piechnal  nie  zdąży  opowiedzieć  im  o  swoich  podróżach  w 
poszukiwaniu  nowego  domu.  O  nocach  przespanych  pod  czystym  niebem,  o  rozmowach  z 
gwiazdami  i  duchami,  które  ukazywały  się  w  zastępstwie  przyjaciela,  ale  nie  były  tak  miłe,  bo 
twarze miały nieludzkie. 

Jego świat zatrzasnął się dla nich na zawsze. Ciążył im w drodze powrotnej do wioski — bezwładny 
worek kości i mięsa,  jęczący coraz  ciszej. Próbowali  go  jeszcze posilić bimbrem, ale pierwszy raz, 
odkąd go znali, Piechnal odmówił trunku. Taszczyli go na własnych plecach i gdy przechodzili koło 
krzyża  z Chrystusem,  Lebioda  boleśnie stęknął: —  Nie  dam  już  rady  —  i  przerzucił  bezwładnego 
Piechnala na sołtysa, który aż przysiadł od ciężaru. 

Lebioda na sztywnych nogach podszedł do krzyża. 

Drewniany Chrystus patrzył na niego z góry z pobłażliwym uśmieszkiem. 

— Co robisz? — wystękał sołtys i położył Piechnala w pyle drogi, bo sam nie miał siły go utrzymać. 

— Leję — wyrzucił z siebie Lebioda. Umysł się nieco rozjaśnił, ale nogi osłabły. 

background image

 

 

— Pod krzyżem? 

— A w dupie tam! 

— Na krzyż? 

— A gdzie mam lać? Przecież muszę się o coś oprzeć — Lebioda opierał się czołem, by nie stracić 
równowagi. 

— Ale tyle drzew dokoła — rozłożył ręce sołtys. 

— Za daleko — stwierdził trzeźwo Lebioda. Kilka razy potrząsnął, podskoczył i zapiął rozporek. — 
Uff, co za ulga... — przeżegnał się i podszedł do leżącego Piechnala. — No, wstawaj, leniu! — stęknął, 
nachylając  się  nad  nieruchomym  kompanem.  Wzięli  go  z  sołtysem  pod  ramiona  i  ruszyli  dalej. 
Piechnal już nie żył, gdy dotarli do wioski. 

I teraz od jakiegoś tygodnia (Adam wciąż nie mógł przypomnieć sobie, ile to było dni temu) leżał 
Piechnal na cmentarzu w środku bukowego lasu. 

Miał miłe towarzystwo tych, którzy go wyprzedzili i w życiu, i w umieraniu. Pogrzeb był krótki, bo 
nie było o czym tu gadać. Ale przyszli wszyscy, którzy go znali. Nawet Kwiczoł. Nie miało znaczenia, 
czy  lubił  zmarłego,  czy  nie.  Jeśli  nie  chciał  być  ostatecznie  wyklęty  z  wioski,  musiał  pożegnać  w 
śmierci nawet swojego wroga. 

 Ludzie  rozeszli  się  do  swoich  spraw  i  tylko  Piechnalowa  została  przy  grobie  męża.  Nie  płakała. 
Przeciwnie, głupkowato się do siebie uśmiechała. Cicho i jakoś tak niewyraźnie. Jakby ten uśmiech 
nie z niej samej wychodził, ale został przez kogoś narzucony. 

Przy grobie stała trzy dni i trzy noce, bez jedzenia i picia. Chodziły po niej mrówki, ale jak drzewo 
nie zwracała na nie uwagi. Siadały na niej kolorowe motyle, a niektóre wplątywały się jej we włosy, 
ginąc  w  nich  jak  w  pajęczynie.  Kilka  cienkich  trawek  nieśmiało  wystających  spomiędzy  suchych 
brązowych liści zaczęło owijać się wokół jej stóp, ale czwartego  dnia Piechnalowa poruszyła się i 
odtąd nikt jej już nigdy nie zobaczył. Podobno poszła w świat, ciągnąc za sobą barwny obłok motyli. 
Inni  twierdzili,  że  weszła  w  jezioro,  ale  nigdy  nie  znaleziono  jej  ciała.  Dzieci  upierały  się,  że 
Piechnalowa po prostu znikła. 

Letarg,  w  jaki  zapadł,  musiał  już  trochę  trwać,  bo  gdy  Adam  znowu  zobaczył  łąkę  i  las,  a  nieco 
bardziej  w  dole  błękitną  wodę  jeziora,  zobaczył  też,  że  cienie  drzew  wydłużyły  się,  a  oślepiające 
światło słońca podeszło dojrzałą żółcią. 

Bujał się z bratem na huśtawce.  Raz Adam był w  górze, raz  Sylwek. Gdy Adam machał nogami w 
powietrzu,  zalewało  go  szczęście.  Latał  swobodnie  ponad  rzeczami,  a  jego  oddech  stawał  się 
równomierny i głęboki. Miłe głosy, które łagodnie szeptały mu  pochwałę życia i radość z tego, że 
jest  z  bratem,  że  bawi  się  z  nim  poza  czasem  i  bólem,  zaczynały  złośliwie  szczekać,  gdy  Adam 
opadał. Widział wtedy czarną postać Sylwka na tle wypalającego oczy słońca. Nieznośne ciśnienie 
rozsadzało  Adamowi  czaszkę.  Uparcie  jednak  wpatrywał  się  z  dołu  w  Sylwka,  który  machał  w 

background image

 

 

powietrzu  nogami.  Tyle  że  poza  czarną  postacią  brata  nie  widział  nic,  nie  widział  szczegółów 
ubrania, nie widział jego twarzy! 

To  było  straszne.  Tak  jakby  zamiast  z  bratem  bujał  się  na  huśtawce  z  cieniem.  I  gdy  już  miał 
zeskoczyć z huśtawki, tak żeby cień brata gwałtownie osunął się i zapadł pod ziemię, poczuł lekkie 
głaskanie po głowie. To była mama. „No, już wszystko dobrze, spokojnie, spokojnie synku. To tylko 
sen" — szeptała mu do ucha. „Tylko żeby nie było tak strasznie" — kwilił wtedy kilkuletni Adamek. 

Weranda  wciąż  była  na  swoim  miejscu  i  Adam  na  swoim.  Świat  przeżywał  własne  przemijanie  i 
oczekiwał wzrastania. Spiekota zapadała się w coraz głębsze cienie. A gdy Adam otarł łzy, zobaczył, 
że dzień spłonął wieczorem. Za jakiś czas wieczór zwęgli się w noc. 

Wreszcie  Mundeknie  wytrzymał.  Zaniepokojony  zachowaniem  Adama  poszedł  po  radę  do 
Budziszowej. Siedziała przy stole w kuchni nad rozłożonymi kartami tarota i mruczała pod nosem o 
ludziach, którzy po stracie bliskich potrafili latami żyć wśród zmarłych, a świat widzieli zaciemniony 
własną  wy235  obraźnią  i  tęsknotą.  Jedni  całymi  dniami  stali  przy  grobach,  inni  modlili  się  w 
kościołach, a jeszcze inni rozpijali się albo kończyli w wariatkowie. Był tylko jeden ratunek, zdaniem 
Budziszowej, dla zanurzonych w żałobnych wspomnieniach — silna wola. 

Dlatego  poradziła,  by Adam za  bardzo  się nie zastanawiał nad tym, co  było  —  bo  co  było, po raz 
drugi stać się nie może — ale by skupił się na robocie. 

Niech  zacznie analizować każdą czynność w oderwaniu  od siebie samego. Nie myśleć: „Ja wbijam 
gwóźdź",  ale:  „Gwóźdź  jest  wbijany".  Nie  mówić:  „Widzę  lecącego  ptaka",  ale  po  prostu:  „Lecący 
ptak". 

Nie: „Spociłem się", ale: „Skóra jest spocona". Miał to być sposób na czyste przeżywanie chwili, bez 
zamulania  rzeczywistości  rozmyślaniami  i  powoływania  do  życia  zjaw.  Takie  to  farmazony  plotła 
Budziszowa.  Dla  Mundka  za  skomplikowane.  Dlatego  gdy  stanął  przed  Adamem  z  mocnym 
postanowieniem  powtórzenia  zasłyszanych  porad,  nie  wiedział,  co  powiedzieć.  Adam  patrzył  na 
niego nie widzącymi oczami, a Mundek nie miał pojęcia, co zrobić, by zaczął go dostrzegać. Mundek 
przeżył  już  na  tej  ziemi  trochę  lat  i  spotkał  paru  ludzi,  którym  obłęd  zmieniał  oczy  w  błyszczące 
kamienie.  A  oczy  Adama  upodabniały  się  do  błyszczących  kamieni.  Od  takich  oczu  odbijało  się 
światło  otaczającego  życia,  a  wybrzuszały  je  cienie  życia  wewnętrznego,  które  napierały,  by 
wystrzelić  z  czaszki  i  zapełnić  sobą  świat.  Mundek  bał  się  takich  oczu  i  może  dlatego  szarpnął 
Adamem, a gdy ten spojrzał na niego ze zdziwieniem, wykrzyczał mu w twarz: „Obudź się". 

Adam nic nie powiedział. Odwrócił się tylko i poszedł dalej robić przy chałupie. 

I nastąpiło to, co zapowiadało się przez całe lato. 

Wybuchł pożar, który miał spopielić wioskę, lasy i wszystko, co było widać dokoła. 

Zaczęło się późnym wieczorem. Pijani studenci rozpalili ognisko na niewielkiej polanie,  niedaleko 
królestwa Wieliczki. I jak to bywa z pożądliwymi żywiołami, ogień rzucił się na drzewa, zachłanny, 
wiecznie nienażarty, drżący z rozkoszy. Tak, to było lato ognia. 

background image

 

 

Świat zamienił się w krzyk. Rozbudzone ptaki zawodziły nad wrzaskiem płonących lasów. Między 
gałęziami piekły się ich dzieci, zostawione w gniazdach. Kopyta saren i dzików uderzały o ziemię jak 
murzyńskie  tam-tamy.  Lisy  czuły  swąd  własnych  ogonów.  Małe  gryzonie  gotowały  się  w  norach. 
Żaby  i  jaszczurki  pękały  od  żaru.  Łuna  otwartych  wnętrzności  pulsowała  na  ciemniejszym  niż 
zazwyczaj niebie. I zdawało się, że nad smrodem masakry unosi się bezlitosny twór, który wszystko 
obserwuje. 

Do pożaru zjechali się wszyscy strażacy z okolicznych miejscowości. Wśród nich uwijali się Tomasz 
Lebioda i jego pięciu kamratów. Nadciągały posiłki z Kostynia i dwa samoloty rozpylające wodę ze 
specjalnymi środkami chemicznymi. 

Ludzie  na  tle  ognia  wyglądali  jak  cienie,  ruchliwe,  ale  pozbawione  życia.  To  płomienie  żyły,  a 
wszystko inne było zbędnym dodatkiem do szalonej zabawy. 

Nikomu  jednak  nie  było  do  śmiechu,  bo  z  każdą  minutą  ogień  zbliżał  się  do  zabudowań  i  żadne 
wysiłki  nie  pomniejszały  jego  władzy.  I  gdy  nad  ranem  morderca  wkroczył  do  sosnowego  lasu, 
sąsiadującego z domkiem Adama, wydawało się, że nic już nie uratuje drzew i chaty przed zagładą, 
ale  wiatr  zaczął  wiać  w  drugą  stronę  i  sprowadził  chmury,  które  od  jakiegoś  czasu  czaiły  się  na 
skraju świata. 

Nabrzmiałe  wodą  brzuchy  pękły  nad  pożogą,  zalewając  szaleństwo,  które  zapędzone  na  spaloną 
ziemię,  nie  miało  już  czym  się  żywić.  Parujący  dym  gryzł  jeszcze  przez  jakiś  czas  poparzony 
naskórek twarzy. Ostatnie płomienie próbowały wspólnie przemóc potop, ale zakrztusiły się tylko 
nienawiścią i zdechły jak nikomu niepotrzebna choroba. 

Lato  zbliżało  się  do  końca.  Domek—świeżo  przebudowany  i  zaimpregnowany  —  błyszczał 
kilkudniowym deszczem, który ugasił apokalipsę i sprawił, że ziemia znowu  zaczęła pachnieć. Na 
działce  zjawił  się  Adrian  z  żoną.  Adam  jak  co  tydzień  postanowił  wyprawić  rodzinne  przyjęcie. 
Rozpalić grilla, otworzyć kolejną nalewkę — tym razem imbirów238 kę — i spędzić miły, beztroski 
dzień. Przygotowania zaczął z samego rana. Oczywiście od nalewki. Ojcu smakowała bardzo, mamie 
trochę, a Ewie w ogóle. Sylwka brakowało. Pragnął usłyszeć brata grającego na gitarze i wiedział, że 
wystarczy odrobina koncentracji, by w powietrzu zawiązały się pierwsze dźwięki strun szarpanych 
palcami. Jednak zamiast nich uszy wypełniła mu rytmiczna praca silnika samochodu, który powoli 
wspinał się pod górkę w stronę domku. Adam rozpoznał granatowego opla Adriana i towarzystwo 
na werandzie rozprysło się w niebyt jak bańka mydlana. Gdy Adrian wysiadł z samochodu ze swoją 
żoną, Adam już szedł w ich stronę, zdezorientowany. 

—  Przyjechaliśmy  złożyć  ci  urodzinowe  życzenia  —  przywitał  Adrian  ojca.  Adam  stał 
niezdecydowany, nie wiedząc, co zrobić. Adrian, speszony, spojrzał na żonę, która uśmiechnęła się, 
chcąc  dodać  mu  otuchy.  —  Mamy  dla  ciebie  prezent  —  zagadnął  nieśmiało  ojca,  podając  mu 
niewielkie eleganckie pudełko. 

Adam machinalnie otworzył je i wyjął zegarek ze srebrną bransoletką. Wskazówkowy, pewnie drogi 
— przemknęło mu przez z głowę. 

background image

 

 

Rozmowa się nie kleiła. Właściwie nawet się nie zaczęła! Adrian spojrzał na ojca, który w milczeniu 
przyglądał się im uważnie, może nawet natarczywie. 

— Marta napiłaby się czegoś zimnego — rzucił, by mogli się czegoś chwycić. 

— Ach, tak, tak! Co ze mnie za gbur! — wykrzyknął Adam, zadowolony, że może ruszyć się z miejsca. 
— Mam gości i nic nie proponuję. Ale, ale... 

Wodę mam tylko. 

— Może być woda! — zawołał Adrian w imieniu żony, a potem powiedział to, co chciał powiedzieć 
od początku: — Tato, Marta jest w ciąży. 

Żona  Adriana  uśmiechnęła  się  nieśmiało.  Była  wyraźnie  skrępowana  dziwacznym  zachowaniem 
teścia. 

— Próbowaliśmy się do ciebie dodzwonić, ale chyba komórka ci się rozładowała — słowa Adriana 
zabrzmiały tak, jakby tłumaczył się z odwiedzin. 

— Tak, tak, pewnie tak... — Adam w ogóle zapomniał, że miał telefon. — Nawet nie wiesz, jak się 
cieszę, że przyjechaliście — wybełkotał wreszcie. — No i dzieciątko w Marcie... To wielkie szczęście! 

Wyznanie  Adama  rozładowało  napięcie.  Twarz  Marty  odtajała.  Adrian  spojrzał  na  ojca  z 
wdzięcznością. 

Adrian mówił jeszcze o Ewie, że u mamy wszystko w porządku i że Baran dobrze się nią opiekuje. 

— No i jeszcze jedno, tato, nie wiem, czy pamiętasz, ale chciałeś, żeby mama sprzedała mieszkanie 
po twoich rodzicach (Adam zapomniał na śmierć). 

I  wreszcie  udało  się.  Sprzedała  mieszkanie  dziadków  po  bardzo  dobrej  cenie  (wciąż  obrotna  — 
pomyślał Adam), tak że teraz, tato, będziesz miał z czego żyć przez dobre kilka lat, pisać spokojnie 
książki, tworzyć... — ostrożnie wyrażał się Adrian. 

— Niech i tak będzie — podsumował Adam całkowicie przekonany, że to takie obrzydliwe i jałowe 
udawać pisanie. 

Później mówili o Kamilu, który zachłysnął się wspinaczką i pewnie życie spędzi w górach, a rana na 
czole  się  zagoiła...  I  mówili,  że  Marta  urodzi  wczesną  wiosną...  I  o  świeżo  zakończonej  podróży 
poślubnej, o planach na przyszłość... A gdy Adrian z żoną wyjechali, Adam nigdzie nie mógł znaleźć 
zegarka. 

Nadszedł  czas,  gdy  zaczęły  opadać  liście,  a  z  nimi  skrzydła  motyli.  Deszcz  zmarłych  zasypywał 
ziemię.  Pająki  plotły  sieci  na  kolejne  ofiary,  które  —  zachłyśnięte  życiem  —  zapominały  o 
ostrożności. I to było dobre. Bo było, jak powinno być. 

Adam ostygł. W głowie trochę mniej się mąciło. 

Wraz z upałami minęła wielotygodniowa gorączka. 

background image

 

 

Dni stały się chłodniejsze i Adam zaczął nasłuchiwać wieści z wioski. Tak jakby jesień pochłaniająca 
lato pochłonęła też narastające w nim szaleństwo. 

Znajomi z wioski pomagali Adamowi odzyskiwać poczucie rzeczywistości. Na werandę przychodził 
Lebioda.  Opowiadał  o  niedawnym  pożarze,  po  którym  zostały  mu  na  lewym  policzku  blizny  od 
poparzeń, ale przede wszystkim wciąż na nowo przeżywał ostatnie zdarzenie z Helmutem. To było 
wtedy,  gdy  wrócił  z  pożaru,  brudny  i  poparzony.  Już  miał  wejść  do  łazienki,  gdy  usłyszał  huk  na 
poddaszu, gdzie był skład na rupiecie i wmurowany w ścianę sejf. Poza nim i żoną nikt o tym sejfie 
nie  wiedział,  bo  rzadko  do  niego  zaglądali,  skoro  przechowywali  w  nim  tylko  papiery  własności 
ziemi, no i... umowę na opiekę nad Helmutem. Głuche uderzenie powtórzyło się. To nie mogła być 
Jadźka, poszła przecież do sklepu. Tomasz ostrożnie wspiął się po schodach. 

Na poddaszu kręcił się przy sejfie młody Helmut. 

Wcisnął ostrze siekiery w szparę między drzwiczkami a ścianą i próbował podważyć. Gdy mu się to 
nie  udało,  rąbnął  w  pokrętło  z  kodem.  Głupi  gnojek,  pewnie  szuka  pieniędzy,  pomyślał  Lebioda  i 
chrząknął.  Helmut  odwrócił  się  gwałtownie.  Gdy  zobaczył  swojego  gospodarza,  uśmiechnął  się  z 
zakłopotaniem. 

— Pieniądze? Geld? — spytał Lebioda młodego Niemca. Helmut przytaknął. Na jego ustach błąkał 
się  niepewny  uśmieszek.  —  Hier  ist  kein  Geld  —  rozłożył  ręce  Tomasz  i  zmęczony  usiadł  na 
skrzynce, która stała tuż przy wejściu na poddasze. Z kieszeni koszuli wyciągnął paczkę mocnych i 
podsunął ją Helmutowi. Młody Niemiec ostrożnie sięgnął po papierosa, ale Lebioda nie miał zamiaru 
walczyć.  Zmęczenie  i  siekiera  w  ręce  Helmuta  nie  zachęcały  do  gwałtownych  ruchów.  Lebioda 
zapalił, głęboko się zaciągnął i rzucił zapalniczkę Niemcowi. I tak sobie wypalili po papierosie. Gdy 
Helmut odstawił siekierę na bok, Lebioda znów przemówił do niego: — Ja cię nawet rozumiem. To 
pewnie  z  miłości.  Wystar242  czy  twój  jeden  ruch  i  mnie  nie  ma...  Ale  lepiej  będzie,  jak  stąd 
znikniesz, bo to już koniec. Przecież jak nie ty mnie dzisiaj, to ja cię jutro. Lepiej stąd spierdalaj. Bo 
co moje, to nie twoje... 

No  i  na  drugi  dzień  Helmut  uciekł  z  Malwiną  do  Niemiec.  Bez  pieniędzy,  ale  z  miłością.  Lebioda 
martwił  się  tylko,  by  go  za  szybko  nie  dorwała  policja  albo  straż  graniczna,  bo  wtedy  straci 
pieniądze, które za niego dostawał. A jak go nikt nie dorwie, to może się ucieczka Helmuta nie wyda 
i Niemcy wciąż mu będą za niego płacili? No ale z taką Malwiną chłopak może stracić czujność i dać 
się złapać. 

Przecież muszą z czegoś żyć i trzeba jakoś kombinować, a poza kradzieżą Helmut niewiele potrafił. 

Gdyby wpadł na kradzieży, nie byłoby to dobre. 

Chłopaka  by  znowu  zamknęli,  a  Lebioda  straciłby  pieniądze.  Chociaż  i  tak  straci  (ze 
zrezygnowaniem machał ręką), przecież co jakiś czas przyjeżdża kurator,  by sprawdzić, jak tu się 
Helmut aklimatyzuje. 

Zaaklimatyzował  się,  nie  ma  co!...  A  tak  w  ogóle  to  Lebioda  nie  miał  prawa  narzekać.  Przede 
wszystkim jego syn przyjedzie do domu na tydzień, bo dostał urlop. Przyjedzie z jakąś dziewczyną, o 

background image

 

 

której  podobno  poważnie  myśli.  To  dobrze,  że  poważnie  myśli.  Jest  przecież  z  czego  wyprawić 
wesele.  Po  żniwach,  wykopkach  i  za  pieniądze  zarobione  na  Helmucie  naprawdę  jest  z  czego 
wyprawić wesele... 

Przychodził  też  Mundek  ze  swoim  nieodłącznym  Mikusem  przy  nodze.  Zazwyczaj  w  milczeniu 
wypijali  po  piwie,  chyba  że  jak  wszyscy  pogadali  tro243  chę  o  pożarze,  i  Mundek  szedł  dalej. 
Ostatnio  jednak  przyszedł  bez  Mikusa  i  Adam  zobaczył,  że  Mundek  płacze.  Nie  płakał  łzami,  ale 
sercem.  Szlochał,  że  psy  Lebiody  zagryzły  mu  Mikusa.  Lebioda  zaklinał  się,  że  to  nieprawda,  ale 
Mundek upierał się przy swoim i obiecywał zemstę. Zamiast zemsty jednak, bo naturę miał łagodną, 
zaszyje się na miesiąc w domu i będzie pił, a później przygarnie psa bardzo podobnego do Mikusa i 
nazwie go Fikus... 

Przychodził nawet Wieliczka tak sobie posiedzieć i porozmawiać o końcu turystycznego sezonu, o 
tym, że zbliża się leniwa zima i człowiek będzie mógł się wyspać i śnić barwne kraje i przygody. Bo 
Wieliczka lubił śnić, a że marzenia jego były nieskończone, to i sny układały mu się w tasiemcowe 
seriale z tysiącami bohaterów. I tak to Wieliczka opowiadał o świecie, w którym wystarczyło o kimś 
pomyśleć,  by  natychmiast  pojawił  się  przed  nami.  Albo  o  wędrówkach  przez  krainy  odurzające 
zapachami egzotycznych roślin, rozświetlające umysł śpiewem kolorowych ptaków, gdzie rozległe 
przestrzenie  błękitnozielonych  krajobrazów  natychmiast  kurczyły  się  w  śmierdzące  moczary,  w 
których roiło się od węży i krokodyli, gdy w łagodne myśli wtargnęły myśli złe i podstępne. Często 
wędrował miastami o monumentalnej architekturze, rozrastającej się z każdym kolejnym oddechem 
śniącego,  aż  budowle  sięgały  nieba  i  nie  było  widać  sklepień  olbrzymich  świątyń.  Adam  mógł 
słuchać Wieliczki godzinami. 

Dlatego odwiedzał go coraz częściej. Wchodzili na wieżę i widzieli świat kolorowych lasów, jezior i 
bagien, wśród których straszyły spalone połacie ziemi, powoli zarastające pierwszymi kępami traw. 
Przyglądali  się  przemianom  liści  w  proch  i  szybko  schodzili  z  wieży,  bo  zimno  było,  a  Wieliczka 
zapraszał do siebie na kieliszek wódki. 

Był  przekonany,  że  co  dwa  tygodnie  odwiedzał  go  Adrian  z  żoną.  Czasem  przywozili  mu  książki, 
wśród  których  obok  powieści,  tomików  poezji  i  traktatów  filozoficznych  były  atlasy  krajowych 
roślin i zwierząt. Tyle że gdy tylko wyjeżdżali, jakoś nie mógł tych książek znaleźć. 

Zdarzało się, że Adrian i Marta nocowali. Spędzali wtedy wspólnie długie, miłe wieczory. Próbował 
nie zauważać zatroskania na twarzy syna. Nie brał pod uwagę możliwości, że być może odwiedziny 
są kontrolą, czy aby z nim wszystko w porządku... Raz zadzwonił Kamil. Pewnie namówiony przez 
Adriana. Zapowiedział się, że też przyjedzie. Adam nie spieszył się z radością. 

Nie lękał się już własnego odbicia w lustrze. Opadła pajęczyna, która oplotła go, gdy po raz pierwszy 
wszedł do domku. Zresztą i lustro dawno umył z muszych gówien, a twarz rzeczywiście odzyskała 
pewność siebie. Przede wszystkim uśmiechała się, podnosiła brwi, marszczyła czoło... 

Znowu  dużo  chodził  po  leśnych  drogach.  Jedynym  celem  tych  wędrówek  było  pokonywanie 
kolejnych kilometrów. Rytmiczny chód uspokajał go. 

background image

 

 

Myśli stawały się lekkie, a wspomnienia już nie wal245 czyły tak zaciekle o wyłączność. Nigdzie się 
nie  spieszył.  Równy  oddech  odmierzał  kilkunastosekundowe  odcinki  zbliżające  ku  ostatecznemu 
rozwiązaniu. I to było dobre. Bo było, jak powinno być. Po drodze mijał niewiele osób. Ale pewnego 
razu  zobaczył  nadjeżdżającego  z  naprzeciwka  sierżanta  Palucha.  Siedział  na  motocyklu  sztywno 
wyprostowany, bez tego swojego amerykańskiego luzu. Nawet nie pomachał w stronę Adama, gdy 
się mijali, bo bał się, że jak puści kierownicę jedną ręką, to straci równowagę. Sierżant Paluch nie 
złapał  nikogo  z  tych,  których  ścigał.  Wygrzebał  się  jakoś  z  wypadku,  ale  nie  dostał  hondy  ani 
awansu. Poświęcenie przy awansie się nie liczyło — tylko osiągnięcia. Znał tę regułę i przyjął ją z 
pokorą. Ale oklapł jakoś i postanowił, że odbuduje siły w domowym cieple. 

Minie jesień, minie zima, a na wiosnę znowu zaczną się zjeżdżać turyści i znowu zacznie się ściganie. 

Trzeba podrasować emzetkę, odzyskać pewność siebie przy rutynowych czynnościach policyjnych 
(jak  zwykł  mawiać),  pooglądać  trochę  sensacyjnych  filmów  z  policjantami w  roli  głównej  i  seriali 
kryminalnych, by podbudować morale i wrócić w wielkim stylu. Może się przy okazji znajdzie jakaś 
kolejna  Malwina?  Córka  sąsiadki  już  błyszczała  oczami  i  cyckami.  Warto  jej  się  bliżej  przyjrzeć. 
Najpierw  jednak  wyleczy  odciski  i  odparzenia,  i  niech  zrobi  się  cieplej,  bo  w  zimnie  człowiekowi 
jakoś  się  nie  chce.  No  i wiek  już  nie  ten,  by  żar  w  kroczu  był  dostateczną  pokusą  na  bieganie  po 
śniegu bez majtek. Na zim246 no najlepsza żona. Przewidywalna i spokojna. Tak, przy niej sierżant 
Paluch odbuduje siły na wielki wiosenno-letni powrót! 

Tyle  o  sierżancie  Paluchu.  Adama  bardziej  interesował  krzyż,  pod  którym  swego  czasu  odlał  się 
Lebioda. Za każdym razem, gdy go mijał, trochę go gryzło, że taki zaniedbany. Wreszcie postanowił 
coś z tym zrobić. Nazbierał kamieni z pól i u podnóża krzyża usypał z nich kopiec. Każdy kamień 
symbolizował odkupiony dzień. Później naprawił mały płotek, który otaczał krzyż, i zawiesił na nim 
dwie wiązki sztucznych kwiatów. Nie zrobił tego z potrzeby wiary, ale raczej z potrzeby chwili. Za 
jakieś dwa lata napisze kilka projektów do Unii, zdobędzie pieniądze i zajmie się restaurowaniem 
zniszczonych  krzyży,  kapliczek  i  starych,  zagubionych  w  lasach  cmentarzy.  Będzie  to  robił,  by 
wypełnić  czas.  Przyglądał  się  światu  bez  męczących  emocji.  Znał  nazwy  każdego  krzaka. 
Rozpoznawał drzewa. Czuł się trochę jak opiekun, który przygląda się swojemu ogrodowi. 

I nie było już żadnej rzeczy, której Adam by żałował. Jak swobodnie szedł, tak swobodnie siedział, 
oddychał lekko i na nic nie czekał. Po prostu był. 

Czasami jednak wykrzywiał go szelmowski uśmieszek, którego nie potrafił opanować.