background image
background image

JILLIAN HUNTER 

background image

Szkocja, 1662 

Zdobycie księżniczki byłoby jego ostatnim pod­

bojem. 

Pirat zamierzał zagarnąć dla siebie tę kobietę tak 

samo jak wszystkie inne łupy, które zdobywał do tej 

pory - podstępem. 

Ta metoda nigdy go jeszcze nie zawiodła. Pod fał­

szywą hiszpańską banderą potrafił zmylić eskortę gale­

onu i wykraść cenny ładunek bez jednego wystrzału. 

Zawsze wolał walkę wręcz niż z użyciem broni, a teraz 

w dodatku miał do czynienia z kobietą. 

Niewinną kobietą. Przez całe życie chroniono ją 

przed łajdakami jego pokroju. Przyzwyczajony do łat­

wych zwycięstw, nie przypuszczał, że zdobycie jej 

zajmie tak wiele czasu. 

Wiedział z doświadczenia, że walka podjazdowa 

może być niebezpieczną grą. Księżniczka miała być 

jego osobistym zwycięstwem, lecz nie chciał jej zranić, 

background image

JILLIAN HUNTER 

co niejednokrotnie zdarzało mu się w przeszłości. Zbyt 

wiele miał już na sumieniu. 

Chmury przesłoniły księżyc. Wiatr hulał po blankach 

murów. Bryza rozwiewała mgłę spowijającą potężne 

wieże zamku Dunmoral. 

Z szerokiej piersi pirata wyrwało się głębokie wes­

tchnienie. Był szalbierzem i czuł to teraz całym swoim 

jestestwem. 

Cztery potężne postacie uważnie mu się przyglądały. 

Czekali na rozkazy. Czuli się równie niezręcznie jak on 

na niebezpiecznych wodach społecznych konwenansów. 

Nie znali reguł rządzących w tym świecie. 

- Powinna już tu być - powiedział. - Dlaczego po 

nią nie wyjechałem? Może się zgubiła. Nawet my 

zgubiliśmy się tu za pierwszym razem. Tutejsze drogi 

to istny labirynt. 

- To przez rabusiów, Douglas... - odezwał się za 

jego plecami kobiecy głos. - To wszystko przez nich. 

Nie można było nic poradzić. Gdybyśmy przez cały 

dzień nie ścigali bydła, wyjechalibyśmy po nią. 

Twarz mu pociemniała, gdy sobie to przypomniał. 

O świcie tego samego dnia banda rozbójników znowu 

napadła na bezbronną wioskę Dunmoral. Uprowadzili 

bydło, z którym mieszkańcy przetrwaliby zbliżającą się 

surową zimę. Znieważyli młodą kobietę. Król nie mógł 

sobie pozwolić na utrzymywanie wojska w tych odleg­

łych górskich stronach, toteż wojny między klanami 

i najazdy, zdarzające się tu od dwóch wieków, znowu 

zaczęły pustoszyć okolicę. 

Zamiast przygotowywać się na przyjęcie księżniczki, 

background image

SMOK 

Douglas siedem godzin daremnie przeczesywał wzgórza 

w poszukiwaniu skradzionego bydła. 

Rabusie uciekli, przyrzekając rychły powrót. Ich 

przywódca, Neacail z Glengaldy, bezskutecznie rosz­

czący sobie prawa do własności zamku Dunmoral, 

wypowiedział nowemu lordowi otwartą wojnę. Douglas 

galopem wrócił do zamku, wściekły, że nie był w stanie 

ani zapobiec, ani pomścić ataku. 

Najwyższy z trzech pozostałych piratów zbliżył się 

do niego. Był to prawdziwy olbrzym, oddany sługa 

i prawa ręka Douglasa. Jeszcze miesiąc temu, gdy 

dotarła do nich wieść o przybyciu księżniczki, był 

pierwszym oficerem na pirackim statku „Zauroczenie". 

Jednak gdy zamieszkali w zamku, Dainty, kornwalijski 

gigant, wydawał się tak zagubiony w nowej sytuacji, że 

Douglas nadał mu oficjalny tytuł kapitana. 

- Możemy pojechać z Aidanem jej poszukać, sir -

powiedział Dainty. 

Douglas zerknął na drugiego z piratów, który stał 

obok wsparty o mur. 

- To nie jest dobry pomysł - odpowiedział z prze­

kąsem. - Na wasz widok każdy by się przeraził, a cóż 

dopiero księżniczka. Poczekamy, aż Willie i Roy wrócą 

z patrolu. 

Aidan poruszył się, sięgając ręką do szpady. Szarpane 

wiatrem włosy co chwila opadały mu na spiętą, ponurą 

twarz. Douglas wiedział jednak, że gdzieś w głębi serca 

tego młodego pirata kryje się dobroć. 

- Rabusie wciąż tu są, sir. 

- Wiem o tym. - Douglas przesunął wzrokiem po 

background image

JILLIAN HUNTER 

wzgórzach ograniczających ziemie, które powierzono 

jego opiece. - Sam pojadę po księżniczkę. Ktoś musi 

tu zostać na wypadek jakichś kłopotów. 

A kłopoty będą z pewnością. To po prostu wisiało 

w powietrzu. Jego ludzie też to czuli. Douglas nigdy 

nie spotkał pirata, który na milę nie wyczuwałby 

awantury. 

- A niech to wszyscy diabli... - powiedział cicho. -

A my spokojnie czekamy na rozwój wydarzeń... Piraci 

przebrani za szlachetnych rycerzy. Dobry Boże, co też 

strzeliło mi do głowy, że to się uda? Łatwiej byłoby 

oswoić stado wilków. 

Dainty potrząsnął łysą głową. 

- Nie trzeba nas oswajać, sir. Nasze maniery nie są 

wcale takie straszne. 

- A jakże...! - skomentował sarkastycznie Douglas. -

Baldwin pluje w dłonie i wciera ślinę we włosy, żeby 

błyszczały. Willie miażdży orzechy pod pachami. Roy 

wciska do pustego oczodołu rozkwaszone winogrono, 

żeby straszyć dzieciaki. - Umilkł i uśmiechnął się iro­

nicznie. - A ty, Dainty, no cóż, któż nie padłby z wra­

żenia, widząc, jak pochłaniasz sto osiem marynowanych 

cebul za jednym zamachem, a potem czkasz jak armata? 

Księżniczka z pewnością byłaby zachwycona takim 

wyrafinowanym wyczynem. 

- Sto dziesięć - sprostował Dainty, niezrażony sar­

kazmem komentarza. 

Douglas znów ciężko westchnął. W skupieniu zacisnął 

usta. Zimny wiatr hulający na wieży strażniczej smagał 

jego twarz, ostre rysy pozostawały jednak nieporuszone 

background image

SMOK 

w świetle księżyca. Jak pirat może przypodobać się 

księżniczce? 

Powinien zapomnieć teraz o pirackiej przeszłości, ale 

na swoje nieszczęście nie potrafił tak szybko pozbyć 

się instynktu wykradania tego, co należy do innych. 

Siedem miesięcy wcześniej Douglas Moncrieff, Smok 

z Darien i postrach hiszpańskiej floty, został oczyszczony 

dekretem królewskim z wszelkich występków wobec 

prawa. Wkrótce postać Smoka z Darien rozpłynie się 

w mgle legendy, pozostanie już tylko bohaterem ludo­

wych opowieści. Czasy, gdy żeglował z patentem kaper-

skim wygnanego króla, skończyły się bezpowrotnie. 

Niech Smok spoczywa w pokoju. Douglas nie będzie 

za nim tęsknił. Czasem sam się dziwił, jakie niestworzone 

historie o jego niegodziwościach opowiadają ludzie. 

Niestety jednak, sporo tych plotek okazywało się prawdą. 

Król z dynastii Stuartów odzyskał tron. Nagrodą dla 

Douglasa za potężny wkład w zasoby królewskiej kiesy 

był tytuł lordowski i ponury zamek zagubiony w szkoc­

kich górach. Złote czasy piractwa miały teraz pójść 

w niepamięć. Korona brytyjska nie będzie już chronić 

morskich rozbójników, a król oczekiwał, że Douglas 

zacznie odtąd żyć jak przykładny obywatel. 

Łatwo powiedzieć. 

Baldwin, niewysoki Szkot w średnim wieku o rudo-

-siwych, kręconych włosach i odstających uszach, po­

stąpił krok naprzód. Zaniepokojony, zmarszczył spalone 

słońcem czoło. Był od samego początku kwatermistrzem 

Douglasa i nie czuł się specjalnie uszczęśliwiony mia­

nowaniem na zarządcę zamku. 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Nie rozumiem, po co nam ta księżniczka - odezwał 

się. - Chyba żebyśmy mieli dostać za nią jakiś porządny 

okup. Z kobietami zawsze więcej kłopotów niż to warte. 

- Nie będziemy przetrzymywać księżniczki Roweny 

dla żadnego okupu! - wykrzyknął Douglas. - Czy to 

jest jasne? Lordowie nie porywają kobiet. Skąd ci 

przyszedł do głowy taki bezbożny pomysł? 

- Już kiedyś się to zdarzyło... - Baldwin podrapał się 

po zmierzwionym bokobrodzie. - Zapomniałeś, jaką 

piękną sumkę zapłacił za donnę Marię jej ojciec w Kar-

tagenie? I obyło się bez żadnego zamieszania. 

- Te czasy minęły. - Douglas przesunął dłonią po 

oczach, starając się zachować surowy wyraz twarzy. -

Księżniczka nie będzie tu więźniem, tylko naszym 

honorowym gościem. 

- A jeśli to jakaś straszna maszkara? - głośno za­

stanawiał się Baldwin. 

Douglas ściągnął brwi. 

- Mój brat nie zalecałby się do nieatrakcyjnej kobiety. 

- Ale jeżeli to po prostu zwykła brzydula, sir? -

spytał Dainty, mrugając do Aidana. 

- Niedługo się przekonamy - odparł Douglas. - A te­

raz przestańcie zadawać głupie pytania i róbcie to, co 

do was należy. 

- Dobrze, Douglas, zrobimy wszystko, co każesz -

odezwała się Gemma. 

Siostra Douglasa miała zaledwie siedemnaście lat, 

z czego połowę spędziła w domu publicznym, a połowę 

na pirackiej wyspie. O arystokratycznej etykiecie wie­

działa tyle samo co Douglas. 

10 

background image

SMOK 

Trzej pozostali mężczyźni zapadli w ponure milczenie. 

Na ich wysmaganych morskim wiatrem twarzach ma­

lowała się ta sama niepewność, którą odczuwał Douglas. 

Obecność dawnych członków załogi „Zauroczenia" nie 

ułatwiała mu sytuacji. Przywlekli się za nim do Szkocji, 

bo nie mieli pojęcia, gdzie się podziać i co ze sobą 

począć. 

Douglas nie wiedział, jak się ich pozbyć, powierzył 

im więc różne funkcje w zaniku. Piraci jednak wciąż 

mieli nadzieję, że Douglas wróci z nimi na morze. Nadal 

marzyli o złocie i przygodach. 

- Z bożą pomocą księżniczka powinna dotrzeć tu 

szczęśliwie w ciągu godziny. Pamiętajcie: żadnych 

uwag o przeszłości. Ani słowa o korsarstwie, okupach 

lub zrabowanych bogactwach. 

- Tak jest, kapitanie - powiedział Baldwin. 

- Nie „Tak jest, kapitanie". — Douglas łypnął na 

niego groźnie spod gęstych ciemnych brwi. - Od dzisiaj 

macie mówić: „Tak, milordzie." Jestem trzecim wice­

hrabią Strathkeld i dziewiątym lordem Dunmoral... 

- Ósmym - poprawiła go Gemma. - Jesteś ósmym 

dziedzicem Dunmoral. 

- Odrobina ogłady i ona nigdy nie zorientuje się, 

że jesteśmy zwykłymi szumowinami - powiedział Da-

inty z krzywym uśmieszkiem. 

- Mary MacVittie, siostra doktora, dała nam kilka 

lekcji dobrego wychowania- z dumą przypomniała 

Gemma. - Przed rokiem była pomocnicą szwaczki na 

dworze. Szyła dla niańki u księcia Buckingham. 

Douglas popatrzył na swoje ubranie - spodnie w szkoc-

11 

background image

JILLIAN HUNTER 

ką kratę i granatowo-zielony pled spięty na ramieniu 

srebrną broszą w kształcie głowy jelenia. Buty z klam­

rami i szkocki sztylet dopełniały stroju. Ciemne włosy 

do ramion związane miał z tyłu rzemieniem. Pani Mac-

Yittie zapewniła go, że tak właśnie powinien wyglądać 

szkocki szlachcic na powitanie zagranicznej księżniczki. 

Jest teraz szlachcicem ubranym przez pomocnicę 

szwaczki. 

Kobieta chciała mu pomóc, ponieważ Douglas z kolei 

obiecał pomoc ludziom z Dunmoral. Jej drżący głos 

wciąż brzmiał mu w uszach: 

- Pled świetnie pasuje mężczyźnie o budowie praw­

dziwego wojownika, takiemu jak ty, milordzie. Na 

powitanie księżniczki nie możesz mieć na sobie jask­

rawego kaftana i obcisłych skórzanych bryczesów. Spo­

doba jej się element tradycji w twoim stroju. 

Element tradycji jako kamuflaż dla nieokrzesanego 

dzikusa. 

Jeszcze bardziej spochmurniał. To dziwne, że mniej 

przejmował się zatapianiem hiszpańskich galeonów, niż 

spotkaniem z tą Roweną z Hartzburga, która zresztą nie 

po to podróżowała dzień i noc, by spotkać się z pozbawio­

nym czci piratem, lecz z przyrodnim bratem tegoż pirata, 

ogólnie szanowanym sir Mateuszem Delacourt. 

- Prawdopodobnie nie spędzi w Dunmoral nawet 

jednej nocy, gdy dowie się, że nie ma tu jej księcia 

z bajki - mrukną) ponuro. - Czmychnie jak wystraszona 

myszka, kiedy domyśli się, że to ja jestem tym czarnym 

charakterem. 

- Może nie... - Gemma starała się pocieszyć brata. -

12 

background image

SMOK 

Nadal nie wiemy, dlaczego Mateusz wyznaczył jej 

spotkanie w Dunmoral. Oboje mają przecież rezydencje 

w Londynie. 

Douglas wiedział, dlaczego. Mateusz od lat prze­

chwalał się swoją przyjaźnią z Roweną. Opisywał ją 

szczegółowo, opowiadał, jaka jest ciepła, czarująca, 

szlachetna i bogata. Szczycił się, że walczył dla jej 

rodziny, gdy rebelianci zamierzali zaatakować ich pałac. 

Święty Mateusz, pogromca smoków i czuły adorator. 

Rycerz bez skazy. 

W przeciwieństwie do Douglasa - pirata, zbója, wy­

rzutka społeczeństwa. 

- Sądzisz, że chciał ją uwieść? - spytała ciekawie 

Gemma. 

- Jestem o tym przekonany. - Douglas zmarszczył 

czoło. - Myślę, że wybrał ten zamek na miejsce swojego 

podboju. Wie, że ja nie mogę odgrywać stróża prawa 

i dobrych obyczajów. 

- Co za pech, że utknął w Szwecji z tą złamaną 

nogą - odezwał się stojący w cieniu Aidan. 

- Doprawdy...? - zapytał Douglas zjadliwym tonem. 

Gemma westchnęła. Była zbyt niewinna, żeby zro­

zumieć znaczenie sarkazmu w głosie brata. 

- Mateusz pewnie planuje ożenić się z nią w Szkocji. 

„To się jeszcze okaże..." Douglas wyprostował sze­

rokie ramiona, jakby przygotowywał się do starcia. 

Zgodził się przyjąć tytuł szlachecki w nadziei, że uda 

mu się ukoić wewnętrzny ból. Pragnął zapomnieć o krzy­

wdach, jakie wyrządził ludziom w swojej ślepej pogoni 

za władzą i bogactwem. I wylądował wśród ludzi, którzy 

13 

background image

JILLIAN HUNTER 

są w jeszcze większej opresji niż on, w okolicy zruj­

nowanej przez wewnętrzne walki, głód i bandy zbójów. 

Księżniczka może okazać mu się pomocna. 

- Biedny sir Mateusz... - Dainty wydobył z siebie 

dramatyczne westchnienie. - Taki dzielny, próbował 

wyciągnąć rannego konia z parowu. 

Douglas przyłożył rękę do serca. 

- Bohater w pełnym znaczeniu tego słowa. 

- Tylko pirat wykorzystałby cudze nieszczęście -

mruknął pod nosem Aidan. 

- Szkoda, że nie jesteśmy już piratami - stwierdził 

stanowczo Douglas, lecz w jego oczach zabłysły szatań­

skie iskierki. - Jako poddani Korony musimy przyjąć 

księżniczkę z otwartymi ramionami. 

- Jak sobie życzysz, Douglas. - Gemma potrząsnęła 

głową. - Ale pamiętaj, że razem ze statkiem straciliśmy 

wszystko. Jesteśmy nędzarzami mieszkającymi w wiel­

kim zamku. Nadal sądzę, że powinieneś zapomnieć 

o dumie i przyjąć pożyczkę od Mateusza. 

- Pożyczkę, Gemmo... - Pogłaskał ją delikatnie po 

ciemnych, lśniących włosach i uśmiechnął się szelmow­

sko. - Może nawet wymyślimy coś lepszego, jeśli tylko 

nasz szacowny gość w końcu przyjedzie. 

- Nie ma się czym trapić, sir - powiedział Baldwin. -

Któregoś dnia twoja księżniczka się pojawi. 

background image

Rowena opuściła łuk i wróciła do groty, gdy tętent 

koni dwóch jeźdźców oddalił się w stronę wzgórz. 

Zdjęła z ramienia kołczan z borsuczej skóry. Ci uzbro­

jeni ludzie przeszukiwali lasy. 

- Kogoś szukają. - Jej niski głos odbił się cichym 

echem o ściany jaskini. - Ciekawe, kim są. W całej 

okolicy nie widać żadnych świateł. 

- Sądząc z ich wyglądu, uciekli z głębin Hadesu -

Towarzysząca jej starsza kobieta aż się wzdrygnęła. -

Któż oprócz zbójców napadałby w tej niegościnnej 

krainie na dwie zagubione kobiety? 

- Nie napadli na nas - odparła Rowena. - Nawet nas 

nie widzieli. Może Mateusz wysłał ich jako naszą 

eskortę, a my, jak wystraszone gapy, ukryłyśmy się, 

więc nie mogą nam pomóc. 

- Sir Mateusz wysłałby takich ludzi? Nigdy. 

Rowena westchnęła. 

15 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Nawet jeśli pomyliliśmy drogę, nie jesteśmy już 

same. Fryderyk właśnie wraca. 

Księżniczka, równie smukła i silna jak strzały, którymi 

tak wprawnie się posługiwała, wskazała sobolową mufką 

zbliżającego się jeźdźca. Grube ciemnokasztanowe włosy 

opadały jej do bioder. Listopadowy chłód zaróżowił 

czubek jej nosa. Czuła się wyczerpana. Od samego 

Londynu podróżowała bez wytchnienia na spotkanie 

starego przyjaciela. 

Rzeczywiście, to było dziwne, że Mateusza wysłał 

takich zbirów albo w ogóle zapomniał o eskorcie, ale 

nie chciała głośno zgodzić się z Hildegardą. 

Od trzech dni, polegając na instynkcie Roweny, jechali 

jakąś nieznaną drogą, ale teraz już ostatecznie się zgubili. 

Wysoki mężczyzna z kozią bródką zeskoczył z konia 

i podszedł do groty. Zanim przemówił, skłonił się 

odruchowo. Ze złotych epoletów jego niebieskiego 

aksamitnego kaftana posypał się kurz. Fryderyk był jej 

osobistym doradcą i opiekunem i mimo iż bywał oschły 

w sposobie bycia, Rowena zawsze mogła na nim polegać. 

Po nim również widać było trud podróży w tak niebez­

piecznych okolicznościach. 

Hartzburg był niewielkim księstwem u podnóża Wo-

gezów w dorzeczu Renu, w sąsiedztwie przyjaznej 

Francji. Jednak nawet Francja wydawała się obojętna 

wobec faktu, że księstwo jest bliskie upadku w obliczu 

rebeliantów pragnących przejąć władzę. 

Brat Roweny, książę Eryk, dziedzic Hartzburga, znik­

nął w tajemniczych okolicznościach podczas polowania. 

Nikt nie wiedział, czy padł ofiarą spisku, w obawie 

16 

background image

SMOK 

jednak przed porwaniem Roweny i próbą wykorzystania 

jej w grze politycznej, ich ojciec, książę Randolf, wysłał 

córkę do Londynu. 

Niedługo po przyjeździe dostała list od sir Mateusza 

Delacourt. Jego treść wciąż powracała w pamięci Ro­

weny w tę lodowatą szkocką noc. 

Najdroższa Roweno! 

Dotarły do mnie wieści o Twym ciężkim położeniu. 

Musisz pozostawać pod dobrą opieką. Spotkajmy się 

w zamku Dunmoral w Szkocji. Gdybym nie dotarł na 

czas, zaufaj memu bratu, lordowi Dunmoral. 

Twój sługa 

Mateusz 

-

 Były jakieś kłopoty?- ściągając brwi Fryderyk 

popatrzył na łuk leżący obok torby podróżnej Roweny. 

Hildegarda odpowiedziała zamiast swej pani: 

- Dwóch jeźdźców kogoś goniło. Wyglądali na rze­

zimieszków. 

Rowena wzruszyła ramionami. 

- To mogli być po prostu mieszkańcy okolicy śpie­

szący po polowaniu do domu. Dowiedziałeś się czegoś? 

Nie było cię cały dzień. 

Jego szczupła twarz stężała. 

- Nie mogłem znaleźć żywej duszy mówiącej cywi­

lizowanym językiem, musiałem więc zawrócić do roz­

staju dróg, gdzie zostawiliśmy powóz. Tam natknąłem 

się na pastora, który błagał, żebym nie pozwolił wam 

jechać dalej. 

17 

background image

JILLIAN HUNTER 

Hildegarda wydała z siebie cichy okrzyk. Była młod­

sza niż wyglądała, nie miała jeszcze pięćdziesięciu lat, 

lecz troski pozostawiły ślady na jej twarzy, przyprószyły 

siwizną włosy. 

- Buntownicy z Hartzburga przysłali tu kogoś za 

nami? 

Fryderyk zmarszczył czoło. 

- Kobieto, masz więcej wyobraźni niż rozumu. Nie 

powiedziałem nic o buntownikach. 

Broda Hildegardy zaczęła drżeć. Rowena pogłaskała 

ją po ręce. Pamiętała czasy, gdy przyjaciółka nie była 

tak strachliwa, zanim okrutni baronowie grasujący w gó­

rach Hartzburga nie zamordowali jej męża i trzech 

rosłych synów. 

- Wszystko będzie dobrze - powiedziała spokojnie, 

przyglądając się twarzy Fryderyka. - Co powiedział ten 

człowiek? Czy coś stało się sir Mateuszowi? 

- Pastor nie słyszał o żadnym sir Mateuszu. - Fry­

deryk zawiesił głos dla wywołania większego efektu. -

A jeśli chodzi o lorda Dunmoral, to wieść głosi, że nie 

ma nic wspólnego z rodziną, do której tytułu się przy­

znaje. Zamek jest najprawdopodobniej w rękach nik­

czemnego pirata, znanego niegdyś jako Smok z Darien. 

Rowena poczuła pulsowanie w skroniach. 

- Sądziłam, że... W Londynie mówiło się, że Smok 

nie żyje. 

- Najwyraźniej żyje i miewa się świetnie. - Fryderyk 

jeszcze bardziej się nachmurzył. - Plotka niesie, że król 

nakazał mu zmienić nazwisko i rozpocząć przyzwoite 

życie. Ale skąd wasza wysokość wie o tym zbóju? 

18 

background image

SMOK 

Rowena powstrzymała uśmiech. 

- Był kimś ważnym w naszej historii, prawda? A his­

toria była moim ulubionym przedmiotem w klasztorze. 

Lecz nie śniło mi się nawet, że jest przyrodnim bratem 

Mateusza. Mateusz kiedyś o nim wspomniał, ale nie 

wdawał się w żadne szczegóły. 

- Ludzie zwykle nie opowiadają o czarnej owcy w ro­

dzinie - odparł Fryderyk. - Lord Dunmoral wyprawia 

podobno w zamku dzikie orgie. O kobietach z wioski, które 

przekroczyły bramy tego domostwa, zaginął wszelki słuch. 

- Może tak dobrze się bawiły, że nie miały ochoty 

wracać - powiedziała Rowena. - Poza tym Mateusz 

ryzykował za nas życie i jeśli twierdzi, że mam zaufać 

lordowi Dunmoral, to tak ma być i koniec. Nie powi­

nieneś wierzyć we wszystko, co ludzie gadają. 

- Ale to może być ten pirat! - wykrzyknął Fryderyk. 

- Albo i nie - skwitowała Rowena. - Najważniejsze, 

że to brat Mateusza. O, Boże, co za cudowna kombina­

cja - żołnierskie zdolności Mateusza i odwaga Smoka. 

Fryderyk ciężko westchnął. 

- Prowadzić cię wprost do jaskini lwa... Już sobie 

wyobrażam, co tam się dzieje. 

Wyobraźnia Roweny pracowała równie intensywnie. 

Żadna rozsądna księżniczka nie wróciłaby teraz do 

bezpiecznego Londynu. Tam, w przerwach między 

przyjęciami i balami maskowymi, mogłaby jedynie 

szlochać w swoją uperfumowaną chusteczkę, lamentując 

nad losem papy. Albo flirtowałaby z księciem Karolem, 

który wraz z kondolencjami przesłał jej pudełko z przy­

borami do robótek ręcznych. 

19 

background image

JILLIAN HUNTER 

Rowena miała jednak własny rozum i po raz pierwszy 

mogła decydować sama o sobie. Wolność roztaczała się 

teraz przed nią jak niezbadana, rozległa przestrzeń, 

pełna niespodzianek i przygód. 

Rozpieszczana i wychowywana pod stałą opieką, 

zapragnęła nagle wyrwać się spod kontroli najbliższych. 

Poza tym nikt inny nie miał planu, jak pomóc jej ojcu. 

Dwa tygodnie powinny wystarczyć, by przekonać Smo­

ka, żeby wyruszył na kolejną wyprawę. Mateusz też 

z pewnością do niego dołączy. 

Rowena nie miała nic do stracenia. 

Wierzyła też w przeznaczenie. 

Nawet w jej ponurym księstwie, znanym głównie 

z aroganckich władców i trufli, podczas posiłków mówiło 

się o Smoku z Darien. Jedni go podziwiali, inni obrzucali 

błotem, w zależności od poglądów politycznych. 

- Czy jest żonaty? - spytała obojętnym tonem. 

- Wasza wysokość...! - wykrzyknął Fryderyk. - Co 

to może mieć za znaczenie? 

Hildegarda uśmiechnęła się pod nosem. 

- Jeśli księżniczka okazuje zainteresowanie jakąś 

osobą, to znaczy, że ma ku temu powody. 

- Zainteresowanie piratem? Ten łajdak mordował 

ludzi dla złota. Nie ma najmniejszego szacunku dla 

ludzkiego życia... 

- Baronowie, którzy grozili, że uwiężą ojca w jego 

własnym domu, to barbarzyńcy -powiedziała Rowena. -

Palili wioski i mordowali całe rodziny. Zabili najbliż­

szych mojej biednej Hildegardy. Któż lepiej może stawić 

im czoło niż zaprawiony w rozbojach pirat? 

20 

background image

SMOK 

Fryderyk przyjrzał jej się spod oka. 

- Zakonnicom nie udało się utemperować twego 

uporu, ale z pewnością nauczyły cię myśleć. 

- Dziękuję ci, Fryderyku. 

- Nie jestem przekonany, czy umiejętność myślenia 

dobrze służy kobiecie - dodał. 

- Zrobisz jednak to, o co proszę? - Rowena splotła 

ręce w mufce. 

Mężczyzna zacisnął szczęki. 

- Twój ojciec powierzył mi pewną sumę na sprowa­

dzenie najemników. Sądził, że w tych górach znajdę 

walecznych ludzi. 

- Nawet armia najemników potrzebuje przywódcy -

stwierdziła Rowena. 

Fryderyk puścił tę uwagę mimo uszu. 

- Myślę, że mogę zostawić was na jakieś dwa tygo­

dnie w zamku, kiedy pojadę do Dunbrodie zobaczyć się 

z generałem Crichtonem. Nie służy już w wojsku, lecz 

obiecał pomóc mi znaleźć porządnych żołnierzy. 

- To daleko stąd? - spytała Rowena. 

- Trzy dni konno w jedną stronę. 

- Zaopiekuję się księżniczką- powiedziała Hilde-

garda. 

Rowena poczuła ulgę. 

- Moja babka zawsze mawiała, że jeśli człowiek 

podda się swemu losowi, odnajdzie prawdziwe szczęście. 

- Albo nieszczęście - mruknął Fryderyk. 

Hildegarda parsknęła i podsumowała tę złotą myśl: 

- Mnie w tej chwili do prawdziwego szczęścia po­

trzebna jest miska gorącej zupy i ciepło bijące od 

21 

background image

JILLIAN HUNTER 

kominka. Wiatr w tym kraju przeszywa człowieka na 

wskroś, nie wspominając o tym, jak to pobudza apetyt. 

Rowena zakręciła się na pięcie. 

- Pomóż mi się ubrać w tę purpurową suknię obszytą 

gronostajami. Znajdź też perfumowane rękawiczki i per­

ły. I tiarę mamy. 

- Tiarę? - spytał zdumiony Fryderyk. 

Rowena parsknęła śmiechem. 

- Chcę zrobić dobre wrażenie. 

- Wrażenie? - Zakrył twarz rękami. - Na piracie? 

Dobry Boże... 

Rowena roześmiała się na całe gardło. Nie umiała 

się dłużej powstrzymywać. Poza tym nie mogła do­

czekać się chwili, gdy stanie oko w oko z mężczyzną, 

który miał odwagę wprowadzić w życie swoje naj­

skrytsze marzenia. W końcu przyjechała do Szkocji 

w konkretnym celu. 

Wreszcie nadszedł czas, by księżniczka wkroczyła na 

scenę. 

Przecież... - powiedziała Gemma - w twoich żyłach 

płynie ta sama krew co w żyłach Mateusza. 

- O tak... - odparł Douglas uśmiechając się lekko. 

W ich żyłach płynie ta sama krew, lecz nie mają 

ze sobą nic wspólnego. Mateusz prowadził uczciwe 

życie. Douglas wyrobił sobie reputację zbira. Mateusz 

nosił białe aksamity i otaczała go gloria chwały. Dou­

glas - złoty kolczyk w uchu i blizny po niezliczonych 

potyczkach. 

22 

background image

SMOK 

Bracia przyrodni, których nie łączy nic oprócz księżni­

czki Roweny z Hartzburga, jednej z najbogatszych dziedzi­

czek i najświetniejszych partii w Europie. Douglas miał 

jednak pewne wątpliwości co do tej panny. Jak niewinna 

dziewczyna mogła zgodzić się na schadzkę z Mateuszem 

w jego zamku? Nastały czasy upadku moralnego. W środo­

wisku arystokracji wciąż słyszało się o jakichś skandalach. 

Echo kroków na schodach wyrwało go z rozmyślań. 

Odwrócił się i rozpoznał krępą postać młodego żeglarza 

z Devon, który jako trzynastoletni chłopiec uciekł z sie­

rocińca. 

- Szukałem cię po całym tym przeklętym zamku, 

panie - odezwał się ponuro Willie. - Co wszyscy, do 

diabła, robią w taką pogodę na rufie? 

- To nie jest rufa, Willie - powiedziała Gemma. -

To się nazywa blanki murów obronnych. 

- Blan... co? 

- Blanki, półgłówku- powtórzyła podpierając się 

pod boki. - A jeśli będziesz używał tego pirackiego 

języka przy księżniczce, zrzucę cię stąd na zbity pysk. 

- Odnalazłeś księżniczkę? - spytał Douglas. 

Willie ściągnął z głowy wełnianą czapkę. Jasne włosy 

stanęły dęba jak wiązka słomy. 

- Tak, widziałem ich, a potem zgubiłem. Zostawili 

powóz wiele mil stąd, tam, gdzie droga się kończy. 

Chyba resztę podróży odbędą konno. 

- Kazałem ci pilnować tej kobiety - cicho powiedział 

Douglas. - Jak mogłeś zgubić książęcy orszak? 

- Przelecieli obok nas jak diabły wcielone i mój koń 

się spłoszył. Ledwie utrzymałem się na tym zwierzaku. 

23 

background image

JILLIAN HUNTER 

Nie jestem najlepszym jeźdźcem. Kiedy zebrałem się 

w kupę i opanowałem jakoś tę bestię, orszak księżniczki 

zniknął. - Zamrugał. - Zresztą, co to tam za orszak. 

Wyglądali raczej jak cygańska rodzina jadąca na targ. 

Powóz też był odrapany. 

Baldwin wykrzywił się w uśmiechu patrząc na 

chłopaka. 

- Willi, czy czasem nie ścigałeś innej księżniczki? 

- Nie - odparł urażony. - Dobrze jej się przyjrzałem. 

Miała twarz anioła, jasne loczki, zęby jak perły i koronę na 

głowie... - Zawahał się. - Przynajmniej tak mi się zdaje. 

Gemma parsknęła. 

- Podobno przeleciała obok ciebie jak diabeł wcie­

lony. 

- Widział zupełnie kogo innego. - Baldwin uderzył 

się dłonią po kolanie. - Co za głupek. 

Douglas powoli ruszył w stronę Williego, aż niższy 

od niego chłopak oparł się o potężną pierś Dainty'ego. 

- Jeśli księżniczka się zgubiła, będziemy musieli ją 

odnaleźć, prawda?- powiedział lodowato spokojnym 

tonem, który przyprawiał jego podwładnych o dreszcze. 

Douglas bardzo rzadko podnosił głos czy rękę na 

swoich ludzi, robił to tylko wtedy, gdy był naprawdę 

zmuszony. Zwykle już jego groźne milczenie i prze­

szywający wzrok sprawiały, że żeglarze drżeli przed karą. 

- Nie wyobrażam sobie młodej, wysoko urodzonej 

kobiety, która podróżowałaby po tych bezdrożach w lis­

topadową noc - dorzucił przez zęby. - Dainty, każ 

osiodłać dwa konie. Aidan, pojedziesz razem z nim, 

tylko nie wyciągaj z pochwy tej przeklętej szpady. 

24 

background image

SMOK 

W tym momencie wzrok Douglasa przyciągnęło mi­

gotliwe światełko na mrocznych wzgórzach. Przesuwało 

się przez pewien czas w stronę zamku, po czym znikło 

jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. 

Douglas czujnie wpatrywał się w ciemność. Niektórzy 

górale w Dunmoral odprawiali celtyckie magiczne obrzę­

dy. W okolicznych lasach ukrywali się wyjęci spod prawa 

bandyci, którzy wypowiedzieli wojnę Douglasowi i wszyst­

kim jego podopiecznym. Gdzieś na tych dzikich wzgó­

rzach była też teraz Rowena, księżniczka Hartzburga. 

Światełko znów się pojawiło. Douglas dotknął złotego 

kolczyka w lewym uchu, jakby to był talizman. 

- Ktoś nadjeżdża- odezwał się głębokim głosem, 

tak spokojnie, jakby oznajmiał porę dnia. - Gemmo, 

zejdź na dół i sprawdź, czy wszystko jest w porządku. 

Nie chcę, żeby potknęła się na schodach o beczkę po 

piwie albo drewnianą nogę Simona. 

Gemma stała nieporuszona. Jej ciemne kręcone włosy 

powiewały wokół bladej twarzy. 

- O co chodzi, dziewczyno? 

- Nie wiem, co jej mam powiedzieć - szepnęła rzu­

cając mu przerażone spojrzenie. 

- Pamiętaj o radzie pani MacVittie - odparł udając 

surowość. - Kiedy masz wątpliwości, cytuj Szekspira. 

- Szekspira... - Gemma skinęła głową, wzdychając 

głęboko. 

Stukot kół po drugiej stronie fosy przerwał ciszę. 

Douglas odwrócił się. 

- Nadjeżdża. Pamiętajcie o wszystkim, co wam mó­

wiłem, a dobrze na tym wyjdziemy. 

25 

background image

JULIAN HUNTER 

Po chwili grobowego milczenia cała szóstka rzuciła 

się do blanków, żeby wyjrzeć na dół. Wydawało się, że 

minęła cała wieczność, zanim koła zadudniły na drew­

nianym moście prowadzącym do zamku. 

Nawet Aidan, najbardziej opanowany i sceptyczny ze 

wszystkich, nerwowo wpatrywał się w podnóże murów. 

- Wjeżdża już prawie na most zwodzony - powiedział 

podniecony Baldwin, zapominając całkiem o planach 

porwania i wymuszenia okupu. - Nigdy nie widziałem 

prawdziwej księżniczki. 

- Nie sądzę, żebyśmy tym razem mieli przyjemność 

z prawdziwą księżniczką - w zamyśleniu rzuciła Gem­

ma. - Jeśli mnie oczy nie mylą, to nie jest żaden powóz. 

- To wózek do przewożenia torfu. - Douglas podniósł 

wzrok. - Willie, nie widziałeś przecież żadnego takiego 

wózka na wzgórzach. 

Twarz Williego pokrył rumieniec. 

- Nie widziałem nic takiego po drodze, sir. Przy­

sięgam. 

Pozbawiony woźnicy, ciągnięty przez dwa osły wózek 

zatrzymał się pod zewnętrznym murem obronnym. Jak 

poleciła zawczasu ich nauczycielka, pani Vittie, dwie 

młode służące podskoczyły w świetle pochodni przed 

wózek, by rzucić pod stopy księżniczki pęki wrzosu. 

Wrzos upadł w kurz, a osiołki obwąchując go postąpiły 

kilka kroków do przodu. Jednak żadna księżniczka nie 

wychynęła z wózka, by postawić szlachetną stopę na 

ukwieconej ziemi. 

- Nie znam zbyt dobrze historii - stwierdził Douglas -

ale ten wózek przywodzi mi na myśl konia trojań-

26 

background image

SMOK 

skiego. Dainty, zabierz te dziewczyny w bezpieczne 

miejsce i przynieś mi szpadę i pistolety. 

Olbrzym zniknął z zaskakującą jak na jego zwalistą 

postać zręcznością. Douglas spojrzał znów w dół. W jego 

oczach widać było złość. 

- Pistolety? - Baldwin przyglądał mu się zdumiony. -

Nie możesz witać księżniczki pistoletem. To nie przystoi. 

- Moglibyśmy powitać ją salwą armatnią - odezwał 

się Willie. - Spodobałoby jej się to. 

- W tym wozie nie ma żadnej księżniczki - stwierdził 

nagle Douglas. - Nie zauważyliście, że pokrycie poru­

szyło się, kiedy dziewczyny podeszły bliżej? Leży tam 

coś bardzo żywego i idę o zakład, że nie jest to jasno­

włosa księżniczka z koroną na głowie. 

- Pozwól nam najpierw sprawdzić, panie. - Aidan 

spojrzał mu w oczy. - Nie będziesz musiał brudzić 

prochem tego pięknego stroju. 

Douglas westchnął. 

- Przestańcie w końcu martwić się moim wyglądem. 

- Chcemy tylko pomóc - powiedział Aidan. - Przed 

przyjazdem księżniczki nie możesz brudzić sobie rąk 

zabijaniem rzezimieszków. 

- Co za szaleniec śmiałby napadać na ciebie na 

twoim własnym terenie? - spytał Baldwin. 

Douglas nie odpowiedział. W milczeniu chwycił broń, 

którą rzucił mu Dainty. Światło księżyca kładło cienie na 

jego spalonej słońcem twarzy, gdy zapinał pas ze szpadą. 

- Zbierz ludzi, Gemmo. Po cichu. 

Dziewczyna cofnęła się w stronę kamiennej ławki 

strażniczej, drżąc w swojej zielonej jedwabnej sukni. 

27 

background image

JILLIAN HUNTER 

- A co z księżniczką? 

- Podnieście most zwodzony. - Douglas zawiesił 

pistolety na szerokiej piersi. Hebanowe lufy lśniły na 

tle intensywnych barw szkockiego pledu. - Wyślijcie 

dwóch ludzi, by trzymali ją stąd z dala. Ostatnia rzecz, 

jakiej pragnę, to wplątanie niewinnej kobiety w sam 

środek jatki. 

Baldwin smutno potrząsnął głową. 

- Nie mogę nawet o tym myśleć, panie. Biedna 

księżniczka zagubiona w tej dziczy pośród zbójów 

i złodziei. Co z nią będzie? 

- Zbóje i złodzieje... - zamruczał pod nosem Douglas 

kierując się w stronę schodów. - W jakim kierunku 

zmierza ten świat? 

background image

Douglas obiema rękami uniósł nad wozem wielki 

szkocki pałasz. Mięśnie na jego ramionach napięły się 

pod ciężarem broni. Pistolet byłby skuteczniejszy, lecz 

na wozie mógł być ukryty proch i wtedy z ciemności 

posypałby się nagle deszcz płonących strzał. 

Znał wszystkie możliwe triki. I nie miał zamiaru 

posłużyć za żywą pochodnię. 

Czyżby Neacail z Glengaldy przysłał jednego ze 

swoich ludzi z samobójczą misją wysadzenia w powietrze 

zamku, do którego rościł sobie prawo? 

- Co najmniej dwudziestu uzbrojonych ludzi otacza 

ten wóz - powiedział lodowatym tonem Douglas. -

Odrzuć broń i wyjdź powoli albo przerąbię cię na pół. 

Pokrycie wozu zafalowało i spod spodu wydobył się 

cichy, stłumiony jęk. Douglas poczuł, że po szyi spływa 

mu strużka potu i wsiąka w szorstką wełnę pledu. 

Zwilżył wargi i czekał. 

29 

background image

JILLIAN HUNTER 

Nie zdziwiłby się, gdyby wyskoczyła na niego cała 

banda rzezimieszków. Mocniej zacisnął dłonie na ręko­

jeści miecza. 

Każdy nerw i mięsień jego ciała był napięty jak 

struna. W oczekiwaniu najgorszego czuł, że oddech pali 

mu gardło. 

Oczekiwał wszystkiego z wyjątkiem ledwo słyszal­

nego łkania, które wydobyło się teraz spod plandeki. 

Płacz był tak pełen bólu, że Douglas opuścił miecz 

i zerwał pokrycie wozu. 

Dainty i Aidan podskoczyli za nim jak nieodłączne 

mroczne cienie. 

- To księżniczka? - z niedowierzaniem spytał Dain­

ty. - Czy ci łajdacy dopadli ją na drodze? 

Douglas w milczeniu zacisnął wargi, wściekły na myśl, 

że ktoś mógł wykorzystać kobietę w porachunkach z nim. 

Ofiarą nie była jednak kobieta, lecz chłopiec, dwunasto -

czy trzynastoletni, związany, pobity i zakneblowany 

brudną szmatą. Jego nagie ciało drżało konwulsyjnie. 

Miał zapuchnięte oczy i całą twarz pokrytą ranami. 

Leżał zwinięty na omszałym torfie, którego tutejsza 

ludność używała jako opału. 

Dainty podniósł poranione dziecko z wozu i przycisnął 

do piersi. Aidan delikatnie wyjął knebel. Jedna ze 

służących okryła chłopca swoim szalem. 

- No, mały... - powiedział Douglas odgarniając włosy 

z jego twarzy. - Nic ci już nie grozi. Kto to zrobił... 

Chłopak ukrył twarz na piersi Dainty'ego. 

- Boli... - Jego ciało naprężyło się, a słowa z trudem 

wydobywały się z ust. - Źli... ludzie... 

30 

background image

SMOK 

- Neacail i jego zbiry? - spytał cicho Douglas. 

Chłopiec potakująco szarpnął głową. Douglas spojrzał 

na Dainty'ego. 

- Zanieś go do domu. Willie, zawołaj z kuchni 

Frances. Zajmie się nim. 

Gemma, z trudem powstrzymując łzy, oparła się 

o ramię brata. 

- Wiem, kim jest ten chłopak. Słyszałam, jak błagał 

ojca, by pozwolił mu samemu przywieźć torf do zam­

ku. Chciał udowodnić, że jest już duży i można mu 

zaufać. 

Douglas wpatrywał się w wóz. Torf do ogrzania 

wielkiej sali, gdzie zamierzał przywitać księżniczkę. 

Oczarować ją, uwieść, zdobyć jej przyjaźń. Sam nie 

wiedział dokładnie, na czym mu najbardziej zależało. 

Od tygodnia nie myślał o niczym innym, snując roz­

ważania na temat różnych możliwości. 

Jednak nawet przez chwilę nie przyszło mu do głowy, 

że księżniczka Rowena będzie miała kłopoty z dotarciem 

do zamku, że grozi jej jakieś niebezpieczeństwo. 

- Aidan. - Ich oczy spotkały się i kompan natychmiast 

stanął u jego boku. - Pojedziesz ze mną. Ja przeszukam 

drogi, ty torfowisko. Musimy odnaleźć tę kobietę. 

Aidan odnalazł ich na torfowisku. Stanął jak wryty. 

Księżniczka w tiarze na kucyku. Nadęty mężczyzna 

przypominający starego kozła i jasnowłosa kobieta zbu­

dowana jak Walkiria, wydająca kozłowi rozkazy w tonie 

nie znoszącym sprzeciwu. 

31 

background image

JILLIAN HUNTER 

Aidan potrząsnął głową, żeby dojść do siebie. Anio­

łowie muszą czuwać nad tym niesamowitym trio. Neacail 

z Glengaldy mógłby utrzymać swoich rzezimiechów 

przez dwadzieścia lat, sprzedając po kolei klejnoty 

z tiary księżniczki. 

Z uśmieszkiem pod nosem, pchnął konia do galopu. 

Ciekaw był, jaką minę zrobi na ich widok Douglas. 

Rowena wstrzymała oddech, kiedy jeździec cwałem 

nadjechał ze wzgórza. Zastanowiła się, czy jest to ten 

niecny Smok z Darien. Z daleka wyglądał jak pirat. Po 

chwili jednak wydał jej się podobny do mieszkańców 

tych gór - miał surową twarz i ciemne włosy opadające 

na ramiona. 

- To ty jesteś księżniczką Rowena?- spytał bez­

namiętnie, podjeżdżając bliżej i nie zważając na pis­

tolet wycelowany przez Fryderyka prosto w jego 

pierś. 

- Tak. 

Przyglądała mu się w milczeniu, coraz bardziej roz­

czarowana. Przystojny, silny, ponury. Mężczyzna, który 

mógł z pewnością łamać serca i wygrywać bitwy. Lecz 

nie jej serce. No cóż, czego się właściwie spodziewała? 

Wewnętrzny głos intuicji niczego jej nie podpowiadał. 

A Rowena wierzyła w swoją intuicję, która rzadko ją 

zawodziła. 

Westchnęła z rezygnacją. 

- Tak, to ja. 

- Jestem Aidan z Dunmoral - powiedział zawracając 

32 

background image

SMOK 

konia szerokim łukiem. - Jedźmy. Lord Dunmoral za­

wrócił właśnie do zamku, by zabrać więcej ludzi na 

poszukiwania. Jeśli się pośpieszymy, dojedziemy, zanim 

wyruszy na kolejną wyprawę. 

On przypomina mojego średniego syna, pomyślała 

Hildegarda, podążając za Aidanem przez wzgórza. Łzy 

ścisnęły jej gardło, gdy przypomniała sobie, że nie dane 

jej było nawet ten ostatni raz utulić w ramionach uko­

chanego dziecka, zanim umarło. 

Jednak jej Stefan nigdy nie był piratem. Przez całe 

życie nikogo nie skrzywdził. Ten mężczyzna żył z rabun­

ku. Mimo jego godnych manier i urodziwej twarzy, nie 

była pewna, czy można mu zaufać. 

Ciekawe, jaki jest jego pan, pomyślała. Czyżbym 

popełniła błąd, pozwalając mojej pani tu przyjechać? 

To piraci, pomyślał Fryderyk. Książę Randolf na­

dzieje moją głowę na pikę, gdy dowie się, na co ze­

zwoliłem. Ale może to i lepsze, niż wysłuchiwanie 

dniem i nocą gadania Roweny i tej starej. Radzenie 

sobie z tymi kobietami to gorsze od wojny. 

Aidanowi przyszedł do głowy pewien pomysł. Za­

gram Douglasowi na nosie, postanowił. Ten skurczybyk 

na to zasługuje. Zabije mnie, oczywiście, ale przynaj­

mniej umrę ze śmiechem na ustach. Wciąż nie zapłacił 

mi za wsadzenie tego żółwia do łóżka zeszłego lata. 

33 

background image

JILLIAN HUNTER 

Zrobił się z niego ostatnio taki świętoszek... Ja nie mam 

jeszcze ochoty się ustatkować. 

Zycie chłopca nie było zagrożone, lecz tylko dlatego, 

że Neacail chciał, by zmaltretowane ciało dziecka sta­

nowiło ostrzeżenie dla mieszkańców zamku. Douglas 

miał zrozumieć, że jego wrogowie nie mają skrupułów. 

Dla człowieka, który wciąż krążył wokół zamku, życie 

chłopca nie znaczyło zupełnie nic. 

Frances Jagger była Angielką, która prowadziła gos­

podarstwo na pirackiej wyspie Tortuga. Teraz zarządzała 

zamkową kuchnią. Uspokoiła chłopca i kazała go umyć. 

Potem usnął na jej kolanach przed kominkiem. Nigdy 

nie miała własnych dzieci. Mąż opuścił ją, gdy była 

w ciąży. Frances straciła to dziecko, wiedziała jednak 

doskonale, jak zająć się rannym. 

Douglas przyglądał się jej stojąc w drzwiach. Nie 

powiedział ani słowa. Frances też nie. 

Lecz kiedy wyszedł, pogłaskała chłopca po buzi 

i powiedziała pewnym tonem: 

- Neacail jest już martwy, mały. Nie martw się. Zło 

zostanie pomszczone. 

background image

Pierwsza kobieta, a właściwie jedyna kobieta, jaką 

Douglas zobaczył pod murami, miała na sobie czarną 

bombazynową suknię i skórzane, oblamowane koronką 

trzewiki. Przyprószone siwizną, jasne kosmyki powie­

wały spod obszytego rysim futrem czepka. Na szerokie 

ramiona miała narzucony płaszcz ze skór wiewiórek. 

Niosła torbę podróżną i ciężką kasetę. Posturą przy­

pominała wojownika. 

Dainty cicho zagwizdał. 

- To się nazywa baba jak dąb... 

- Widziałeś, jaką ma zadartą rufę? - odezwał się 

Gunther, cieśla z „Zauroczenia". - Wdrapać się na coś 

takiego... 

- To księżniczka? - spytała szeptem Gemma, wy­

chylając się zza pleców Douglasa. 

- Jak na księżniczkę, ma dość pospolitą urodę -

stwierdził rozczarowany Baldwin. 

35 

background image

JILLIAN HUNTER 

-

 Pospolitą? - parsknął Willie. - Do diabła, ona jest 

po prostu okropna. 

- Cicho - warknął Douglas. - Okażcie trochę szacun­

ku. - Zerknął na Aidana, który stał na uboczu z rękami 

założynymi na piersi. - Czy to księżniczka? 

Aidan nic nie odpowiedział. Lekko wzruszył ramio­

nami, jakby chciał powiedzieć: „Przykro mi, to nie moja 

wina". 

Dainty uśmiechnął się krzywo do Douglasa. 

- Mówiłeś, że zrobisz wszystko, by jej się przypo­

dobać. 

Douglas zawahał się. Po chwili na jego zaciśniętych 

wargach pojawił się cień uśmiechu. 

- Jeśli to jest księżniczka, to raczej rzucę się z murów. 

Jego ludzie roześmieli się z aprobatą, a Douglas 

ruszył na powitanie przybyłej. Skłonił się z gracją. 

- Wasza wysokość... 

Hildegarda upuściła kasetę pod jego nogi. 

- Boże Najświętszy, to strasznie ciężkie! 

Douglas gwałtownie się wyprostował. 

- Jesteś panem tego zamku?- spytała Hildegarda, 

krzepką dłonią obmacując mu szczękę. - Niech no ci 

się przyjrzę. Stara Hildegarda ma dobre oko, jak mówią. 

Pokaż no twarz. 

Przyjrzała mu się bacznie. Douglas przez chwilę 

stał jak zamurowany. Prawda powoli do niego do­

cierała. 

- Nazywasz się Hildegarda?- spytał, uwalniając 

szczękę z jej uścisku. - Nie jesteś więc księżniczką 

Roweną? 

36 

background image

SMOK 

Hildegarda wybuchnęła głośnym śmiechem. 

- Ja- księżniczką? Ale z ciebie pochlebca! Jakby 

taką prostą góralkę jak ja można było wziąć za księż­

niczkę! 

Douglas zerknął przez ramię na Aidana, którego ra­

miona trzęsły się od powstrzymywanego śmiechu. 

- Pani - powiedział uroczyście. - Z głębi serca proszę 

o wybaczenie za tę pomyłkę. 

- Dlaczego? - spytała ze zdumieniem Hildegarda. -

Od lat się tak serdecznie nie uśmiałam. Fryderyku! -

wrzasnęła do zbliżającej się kozłopodobnej postaci. -

Poczekaj, aż ci opowiem... 

Douglas nagle przestał jej słuchać. Nie zwracał uwagi 

na wysokiego mężczyznę, który patrzył na niego spod 

oka. Jego wzrok przykuła druga kobieta zdążająca ku 

nim od strony murów. Była smukła, ciemnowłosa i o ile 

mógł dostrzec z tej odległości, w jej profilu było coś 

pociągającego. Poczuł ulgę, a jednocześnie podniecające 

zainteresowanie. 

Chętnie zagarnąłby majątek księżniczki, tak, nie 

wypierał się tego. Może zresztą wydała mu się bar­

dziej atrakcyjna, gdyż była jedyną kobietą, dla zdoby­

cia której jego świętoszkowaty brat posunął się tak 

daleko. A rywalizacja między nimi trwała od najmłod­

szych lat. 

Przez moment nie mógł się zdecydować, czy chodzi 

mu jedynie o pognębienie brata. A może dzięki tej 

kobiecie umiałby odzyskać tę cząstkę szlachetności, 

którą zagubił wiele lat temu? Przez chwilę miał uczucie, 

że takiej kobiety jeszcze nigdy nie spotkał. 

37 

background image

JILLIAN HUNTER 

Zbliżyli się do siebie na środku zalanego światłem 

księżyca dziedzińca, jak dwie postacie zatrzymane w tań­

cu. Ludzie Douglasa nigdy nie widzieli, by ich Smok 

zachowywał się tak dziwnie. 

Skłonił się nisko, zaintrygowany uśmiechem, z jakim 

bacznie mu się przyglądała. Nie była pięknością, na 

widok której zapiera dech. Nie miała złotych pukli ani 

błękitnych oczu, jakie wydawał się preferować Mateusz. 

Była to raczej pełnokrwista brunetka z zaróżowionym 

nosem o wyraźnie zarysowanych kościach policzkowych, 

nadających wdzięku twarzy, której pewnie można by 

nie zauważyć w tłumie. 

Co Mateusz w niej widzi? Nie potrzebuje przecież 

jej majątku. 

Nie potrzebuje jej tak bardzo jak Douglas, który 

doprowadził do mistrzostwa sztukę odbierania ludziom 

ich własności. Lecz teraz po raz pierwszy motywem 

jego działania nie były pobudki egoistyczne. Nie po­

zwoli, by jeszcze jedno dziecko zamieszkujące powie­

rzone mu ziemie umarło z głodu. Pomoże swoim 

ludziom. 

Mimo wszystko nie miał jednak czystego sumienia. 

Zamierzał przecież wykorzystać nieszczęśliwy wypadek 

brata dla swych osobistych celów. 

Smok z Darien, przyzwyczajony do obcowania z ko­

bietami różnej konduity, pożarłby tę dziewczynę jednym 

haustem. Nie kosztowałoby go to więcej wysiłku niż 

wyłowienie z balii hiszpańskiego galeonu. 

Jednak lord Dunmoral musiał postępować bardziej 

dyplomatycznie. 

38 

background image

SMOK 

- Wasza wysokość... - powiedział powstrzymując 

uśmiech i spojrzał w jej piwne oczy. 

Ze zdumieniem stwierdził, że Rowena przeszywa go 

chłodnym, badawczym spojrzeniem. Było w tym jakieś 

wyzwanie. Podniecające wyzwanie. 

Czyżby do tej pory nie dostrzegł, jaka jest piękna? 

Musiał być chyba ślepy. Była naprawdę niebezpieczna. 

Była inteligentna. 

- Jestem Douglas Moncrieff, lord Dunmoral - dokoń­

czył po sekundzie wahania. - Mam nadzieję, że podróż 

przebiegła spokojnie. 

Zanim księżniczka odpowiedziała, Gemma podeszła 

bliżej i dygnęła z przejęciem, stosując się do nauk 

pani MacVittie, która zresztą zamęczała ją ćwiczeniem 

„dygów". 

- Witamy w Dunmoral, wasza wysokość. Jestem 

siostrą lorda Dunmoral, mam na imię Gemma. 

Spojrzała wyczekująco na Baldwina, a ten, zapomi­

nając o rozkazie Douglasa, żeby trzymał się z daleka, 

zbliżył się do Gemmy z zamiarem przyłączenia się do 

powitania. Na jego twarzy malowało się zmieszanie. 

Wszyscy się teraz na niego gapili. 

A niech to wszyscy diabli, pomyślał. Księżniczka 

wydała mu się tak piękna, że kompletnie stracił gło­

wę. Nie był pewien, czy ma się skłonić, czy dygnąć. 

Wiedział, że ukłony mają coś wspólnego z chłopca­

mi, a dyganie z dziewczętami. Ale czy trzeba dygnąć 

przed dziewczyną dlatego, że jest dziewczyną? Czy 

trzeba złożyć ukłon? 

Dygnął. 

39 

background image

JILLIAN HUNTER 

-

 Rad jestem cię poznać, księżniczko - powiedział, 

szczęśliwy, że wybrnął jakoś z sytuacji i że Douglas go 

nie zabił. Douglas prawdopodobnie nie widział dyg­

nięcia, ponieważ przez cały czas oczy miał zasłonięte 

ręką. - Zwą mnie Baldwin McGee. 

- Jestem zaszczycona, panie McGee- odparła 

z uśmiechem Rowena. 

Baldwin rozdziawił usta i zaczął: 

- Tak? No, ja... 

- ... zajmiesz się swoimi obowiązkami - morderczym 

tonem przerwał mu Douglas. - Miałeś sprawdzić, czy 

komnaty jej wysokości są gotowe. 

- Mam nadzieję, że nie sprawiłam kłopotu - niskim 

głosem powiedziała Rowena. 

Douglas odwrócił się do niej. 

Wpatrywała się w jego twarz, jakby szukała tego, co 

Douglas chciał ukryć. Po chwili dodała: 

- Podróż mieliśmy nużącą, lecz bezpieczną, aż do 

miejsca o kilka mil stąd, gdzie musieliśmy zostawić 

powóz na rozstajach dróg. 

- Droga się skończyła - wtrąciła Hildegarda. 

- Dalej zdaliśmy się na instynkt - dodała Rowena. 

- Gonili nas zbóje - ciągnęła Hildegarda. - Schroni­

liśmy się w jaskini. 

Douglas ponuro popatrzył na swych ludzi. 

- Zbóje? 

- Tego nie jesteśmy pewni - powiedziała Rowena 

postępując w stronę mrocznego zamku. - Czy sir Ma­

teusz wyjechał na nasze poszukiwanie? 

- Och, sir Mateusz... - Douglas rozmyślnie zawiesił 

40 

background image

SMOK 

głos. Jego ludzie z szacunkiem pochylili głowy, niektórzy 

wzdychali. Po chwili Douglas delikatnie ujął jej dłoń 

w rękawiczce i spojrzał głęboko w oczy. - Może będzie 

lepiej, jeśli wejdziemy do środka, zanim przekażę smutne 

wieści. 

background image

Co o tym sądzisz? - spytała szeptem Rowena, kiedy 

wraz z Hildegarda podążały za lordem Dunmoral w stro­

nę domostwa. 

- Sądzę, że to niezłe ziółka, wasza wysokość - od-

szepnęła Hildegarda. - Ten człowiek podobny do trolla 

dygnął przed tobą. 

Rowena uśmiechnęła się lekko. 

- Może to szkocki zwyczaj. 

Hildegarda potrząsnęła głową przyglądając się ostrym 

rysom Douglasa. 

- Pirat zawsze pozostanie piratem - szepnęła. - Pa­

miętaj o tym. 

Rowena nie zamierzała o tym zapominać. Prawdę 

mówiąc, miała nadzieję, że ten mężczyzna jest praw­

dziwym piratem i że potrafi być bezwzględny. Zerknęła 

na niego kątem oka. Wysoka, potężna postać, arogancki 

profil... Rzeczywiście, wyglądał na przysłowiową czarną 

42 

background image

SMOK 

owcę w rodzinie. W jego zadumanych oczach nie było 

tyle ciepła i wesołości co w oczach Mateusza. Ostro 

zarysowane usta sugerowały skrywaną zmysłowość. 

Obie te cechy niezwykle fascynowały Rowenę. 

Zerknęła na jego potężną dłoń, którą władczym gestem 

obejmował jej rękę. Była w tym pewność siebie i coś 

w rodzaju zaborczości. Poczuła się dziwnie kobieco. 

Nigdy w życiu nie czuła się naprawdę kobietą. Zawsze 

była silniejsza i sprytniejsza od synów pałacowych 

strażników, z którymi bawiła się w dzieciństwie. Rzadko 

zdarzało się, by ktoś śmiał zapomnieć o jej wysokiej 

pozycji. 

Ze zdumieniem zdała sobie sprawę, że sprawia jej 

przyjemność tak inne zachowanie tego mężczyzny. 

Zdziwił ją trochę pled z szorstkiej wełny, który miał 

na sobie. Jednak ten strój pasował do niego, podkreślał 

potężną figurę. Ojciec Roweny prawdopodobnie docenił­

by w tym ubraniu szacunek dla tradycji, ona jednak 

wyobrażała sobie pirata w obcisłych skórzanych spod­

niach i rozchełstanej koszuli, ze sztyletem w dłoni 

i z rozwianym włosem. Przeklinałby pewnie jak szewc, 

ale z drugiej strony nikt tak jak on nie umiałby wyznawać 

miłości. 

Czekałaby na niego na statku, kiedy zajmowałby się 

tym, czym zajmują się piraci. Pewnie przywiązałby ją 

do łóżka jedwabnymi chustami. Boże święty! Powstrzy­

mała uśmiech, zastanawiając się, skąd takie szatańskie 

myśli przychodzą jej do głowy. 

Kiedy podeszli do zewnętrznych schodów domostwa, 

lord Dunmoral zawahał się. Rowena z rozkoszą pomyś-

43 

background image

JILLIAN HUNTER 

lała, że może weźmie ją na ręce i wniesie po wąskich 

schodach. Jednak marzenie o uścisku jego muskularnych 

ramion okazało się czystą fantazją. 

- Bardzo proszę, wasza wysokość - powiedział, ustę­

pując jej z drogi. 

Rowena westchnęła. Wspinaczka okazała się dość 

trudna ze względu na jej szeroką aksamitną suknię, 

sterczącą na kilku jedwabnych halkach i bombiastych 

pantalonach. Nie żałowała jednak, że przebrała się 

w jaskini z zakurzonych łachów, które nosiła w podróży. 

Miała nadzieję, że tiara trzyma się prosto na głowie. 

Lord tylko raz zawołał i czarne dębowe drzwi domo­

stwa natychmiast się otworzyły. Doskonale, pomyślała. 

Jest stworzony do rozkazywania tak samo w zamku, jak 

na pirackim statku. 

Musi przekonać go, by jej pomógł. Oczywiście 

dopiero wtedy, gdy przekona się, że może mu cał­

kowicie zaufać. 

Przeszył ją dreszcz na dźwięk jego niskiego, melodyj­

nego głosu. 

- Moje skromne domostwo jest do twojej dyspozycji, 

pani. 

Kolejne schody doprowadziły ich do wąskiego, oświet­

lonego pochodniami korytarza. Szorstkie kamienne mury 

wydzielały zapach wilgoci. Lord Dunmoral pasował do 

tej mrocznej atmosfery. Jego cień wypełniał całkowicie 

niewielką przestrzeń. Odwrócił się do niej, dotykając 

szeroką piersią jej ramienia. Rowena wstrzymała oddech. 

Hildegarda i inni nadal wdrapywali się po schodach. 

Uwolnił jej dłoń. 

44 

background image

SMOK 

Rowena powoli podniosła wzrok na jego twarz, czarne 

oczy, surowe rysy. Zauważyła złoty kolczyk pobłys-

kujący w jego lewym uchu. Wszyscy eleganci na dworze 

nosili teraz kolczyki. Mogło to oznaczać, że nie rozstał 

się całkowicie ze swoją przeszłością albo że po prostu 

podąża za najnowszą modą. 

Fryderyk niedługo odjedzie w poszukiwaniu najem­

ników, a one z Hildegardą zostaną same w tym zamku. 

Przez najbliższe dwa tygodnie ich jedyną bronią będą 

spryt i zdrowy rozsądek. 

Ale przed czym miałyby się bronić? Czy Smok stanowi 

jakiekolwiek zagrożenie? Może ten napotkany w podróży 

pastor naopowiadał bzdur? 

- No cóż... - powiedział Douglas i zawiesił głos, 

jakby chciał, żeby domyśliła się, ile mogą znaczyć te 

dwa proste słowa. 

Serce zaczęło jej bić mocniej. Z trudem łapała powie­

trze. Stała jak zaczarowana w cieniu jego wielkiej 

postaci. Powiedział to, jakby miał dodać: „Teraz jesteś 

na mojej łasce..." 

Rowena była zawsze posłuszną córką. Robiła wszyst­

ko, czego oczekiwał od niej ojciec. 

A teraz, żeby go ratować, znalazła się w tak niezręcz­

nej sytuacji, że gdyby biedny staruszek o tym wiedział, 

mogłoby go to wpędzić do grobu. 

Douglas stał tuż przy księżniczce, jakby chciał 

ją przed czymś chronić. Jego ludzie gapili się na nią 

z podziwem. Przyglądali się też Hildegardzie, lecz 

45 

background image

JILLIAN HUNTER 

zupełnie z innego powodu. Chyba budziła w nich 

strach. 

Poza tym bliskość Roweny sprawiała Douglasowi przy­

jemność. Bawiło go, że kobieta o tak zdecydowanym 

wejrzeniu posłusznie idzie za nim krok w krok. Dawno 

nie zdarzyło mu się, by tak bardzo pragnął kogoś chronić. 

A przecież to właśnie jego powinna się najbardziej obawiać. 

- Musisz być zmęczona po podróży- powiedział 

uprzejmie. - Po szklance gorącego mleka i wieczornej 

modlitwie służba zaprowadzi cię do twoich komnat. 

- Mleko i wieczorna modlitwa? - powtórzyła Rowe-

na, jakby niedokładnie usłyszała. 

Douglas zmarszczył czoło. Był pewien, że pani Mac-

Vittie takie właśnie zachowanie uznałaby za właściwe 

w tej sytuacji. Czyżby księżniczka była rozczarowana? 

Może powinien był zorganizować wieczór poetycki albo 

spędzić całą okoliczną ludność na jej powitanie? Czy 

Mateusz przywitałby ją z fanfarami? 

Powstrzymał cyniczny uśmiech. Do diabła, jeśli ta 

kobieta pragnie atrakcji, powinna była przybyć tutaj 

cztery godziny wcześniej, kiedy Willie upuścił swoje 

sztuczne zęby do wychodka. A potem je wyciągał. 

Odchrząknął i powiedział słodkim tonem: 

- Pomyślałem, że dobrze będzie, jeśli odpoczniesz 

i posilisz się, zanim usłyszysz wieści o Mateuszu. 

Rowena przyjęła to w milczeniu. Po pewnym czasie 

spytała drżącym głosem: 

- Jakie wieści? 

Westchnął nieco teatralnie i po chwili napięcia po­

chylił ku niej głowę. 

46 

background image

SMOK 

- Mojego biednego brata spotkał nieszczęśliwy wy­

padek... 

- Wypadek? - spytała zaskoczona. Douglas cały czas 

przyglądał jej się z udawaną troską. - Nie Mateusz... -

szepnęła. - Och, nie. 

- Złamał sobie nogę w Szwecji - powiedział tragicz­

nym tonem. 

- Ratował konia swego dowódcy. Wyciągnął go 

z jakiejś strasznej rozpadliny - dodała stojąca z tyłu 

Gemma. 

Douglas rzucił siostrze ostre spojrzenie. Nie widział 

powodu, by świetlaną postać Mateusza otaczać jeszcze 

aurą epickiego heroizmu. Znów spojrzał na Rowenę, 

zastanawiając się, czy zemdleje. Nic jednak na to nie 

wskazywało, ciągnął więc tym samym pełnym współ­

czucia tonem: 

- Brat niezmiernie żałuje, że nie może się z tobą 

spotkać. 

Rowena przygryzła wargę. Douglas bezwiednie zapa­

trzył się na linię jej ust... stworzonych do całowania. 

A teraz kłamstwo. 

- Mateusz prosił, bym go zastąpił i zaoferował wszel­

ką pomoc. 

Z reakcji Roweny nie mógł wywnioskować niczego 

na temat stosunków łączących ją z Mateuszem. A do­

słownie płonął z ciekawości, jak głęboko są ze sobą 

związani. 

- Nie może się ze mną spotkać? - spytała Rowena. -

To straszne. Przejechałam setki mil... 

- Raczej koło tysiąca - poprawiła ją Hildegarda. 

47 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Przez wszystkie te wzgórza... - dodała Rowena. 

- To były góry, wasza wysokość. 

Uśmiechnęła się lekko. 

- Góry, wzgórza... Czyż różnią się czymś w ciemno­

ściach? 

- Owszem, jeśli komuś powinie się noga na zboczu -

nieśmiało, z głębi korytarza, odezwał się Baldwin. - Nie 

chcielibyśmy, żeby coś ci się stało, księżniczko, więc może 

dobrze byłoby nauczyć się odróżniać jedno od drugiego. 

- Nie sądzę, by trzeba było niepokoić jej wysokość 

wyimaginowanymi zagrożeniami- powiedział ostro 

Douglas. 

- Ostrożność nigdy nie zaszkodzi - wtrąciła się Hil-

degarda. 

Douglas uprzejmie skinął głową. 

- To prawda. 

- Ja raz spadłem z prawdziwej góry - dorzucił Bald­

win. 

- A to ci nowina... - mruknęła ironicznie Gemma. 

Douglas zmarszczył czoło. 

- Księżniczka nie spadnie z żadnej góry. O tym mogę 

zapewnić. 

- To miłe z twej strony - z wdzięcznością zauważyła 

Rowena. 

W głębi korytarza powstało nagle jakieś zamieszanie. 

Dainty wysunął właśnie głowę przez okute żelaznymi 

sztabami drzwi wielkiej sali i szeptał nerwowo do 

Gemmy. Potem Gemma szepnęła coś Williemu, a ten 

Baldwinowi, który podszedł w końcu do Douglasa 

i klepnął go po ramieniu. 

48 

background image

SMOK 

-

 Mamy mały kłopot, milordzie - powiedział z wa­

haniem. 

Douglas rzucił mu ostre spojrzenie. 

- Później, McGee. Przede wszystkim musimy za­

pewnić wygodę jej wysokości. Podejrzewam, że księż­

niczka z przyjemnością ogrzeje się przy ogniu, który 

przygotowaliśmy w wielkiej sali. 

- Jesteśmy przemarznięci do szpiku kości - odezwała 

się Hildegarda. - I głodni. A osobisty doradca księżniczki 

musi wyjechać jutro o świcie. Potrzebuje strawy i od­

poczynku. 

Baldwin wydął wargi. 

- Nie możemy wprowadzić tam księżniczki, sir -

powiedział cicho. - Chłopcy znów narozrabiali. 

Douglas poczuł, że włosy jeżą mu się na karku. 

Rozłożył ręce w przepraszającym geście i zwrócił się 

do księżniczki: 

- Proszę wybaczyć na chwilę, wasza wysokość. -

Skłonił się lekko i pociągnął Baldwina w stronę drzwi. 

- Co ty, u diabła, wygadujesz? 

Dainty zajrzał znowu do wielkiej sali. 

- To Shandy i Phelps, sir. Pokłócili się o to, czy 

podać księżniczce rum czy piwo. Shandy rozwalił całą 

baryłkę rumu na czerepie Phelpsa. Potem Phelps połamał 

krzesło na głowie Shandy'ego. A później się pogodzili 

i upili, żeby to uczcić. 

Twarz Douglasa pociemniała. Jego głos zabrzmiał 

śmiertelnie spokojnie: 

- Rum czy piwo? Zastanawiali się, czy poczęstować 

księżniczkę rumem czy piwem? 

49 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Ci idioci nie chcieli mnie słuchać- powiedział 

z irytacją Baldwin. - Mówiłem im, że rum jest za mocny 

dla takiej panienki. A piwo zbyt pospolite. Powiedziałem, 

że powinniśmy podać jej dobrego ponczu. 

Usta Douglasa drgnęły w kąciku. 

- Cóż poczęlibyśmy bez twojej mądrości? 

- Shandy i Phelps nie będą już dziś wieczorem 

sprawiać żadnych kłopotów, sir - odezwał się Dainty. -

Padli nieprzytomni. Z nimi nie będzie już więc prob­

lemów... 

Douglas przyjrzał mu się podejrzliwie. 

- A jakich problemów możemy się jeszcze spodzie­

wać? 

- No... Simon założył się z Guntherem, że zeskoczy 

z galerii dla grajków prosto na ramiona Martina. 

Douglas przesunął dłonią po twarzy. 

- I co, nie trafił? 

- Owszem, trafił. Ale Martin trochę się zdenerwował, 

bo naprawiał właśnie ruszającą się deskę na podium dla 

tancerzy i nie miał pojęcia, co zwaliło mu się na głowę. 

Tam jest teraz istne pobojowisko. 

Douglas opuścił dłoń. 

- Zaprowadź ich wszystkich pięciu wewnętrznymi 

schodami do lochu. Niech spędzą noc w tym przytulnym 

miejscu. A potem każ pomywaczkom uprzątnąć ten 

bałagan. 

Dainty uśmiechnął się pod nosem i zniknął, zanim 

Rowena podeszła do drzwi, próbując zajrzeć do środka. 

- W kominku płonie ogień, prawda? - spytała z na­

dzieją w głosie. 

50 

background image

SMOK 

- W kominku?- Douglas wysunął nogę, by nie 

prześlizgnęła się obok niego. - Tak, ale nie mogę za­

prosić tam waszej wysokości. Wielka sala nie jest 

sprzątnięta. Kurz i pajęczyny w każdym kącie, okruchy 

na stole... Bardzo mi... bardzo mi wstyd. 

- Przyrzekam nie osądzać cię z powodu drobnych 

nieporządków, milordzie - powiedziała z rozbawieniem, 

próbując przecisnąć się w stronę drzwi. - Ze zbocza 

góry również nie spadnę. Proszę jedynie o możliwość 

ogrzania się przy kominku. 

Podniósł ramię, barykadując w ten sposób przejście. 

- Niestety. Jakiś łotr włożył do kominka torf. A za­

broniłem palenia torfem w twojej obecności. 

Rowena uśmiechnęła się lekko. Przyglądała mu się 

jak żołnierz, który za chwilę zaatakuje cytadelę. 

- Ależ proszę nie robić sobie tak wiele kłopotu, 

milordzie. 

- To doprawdy żaden kłopot. 

Opuścił ramię, kiedy zmieniła kierunek natarcia. 

Przez chwilę wydało mu się, że dojdzie do bezpośred­

niego starcia. Nie wypadałoby chyba przygwoździć jej 

teraz jedną ręką do podłogi. Mateusz nigdy nie wspo­

mniał w swoich peanach, że ta kobieta ma tak diabelnie 

silną wolę. 

- Trzeba dbać o zdrowie głów koronowanych -

stwierdził. 

- Trudy życia w Hartzburgu wymagają od władców 

dużej wytrzymałości... - powiedziała cicho, patrząc mu 

w oczy, jakby chciała go udusić. 

- Jej wysokość jest silna jak tur - wtrąciła Hildegarda. 

51 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Dziękuję ci, Hildegardo - powiedziała Rowena. 

Douglas zmusił się do uśmiechu. Boże, do czego 

może doprowadzić kłamstwo. 

- Silna czy nie, nie będę narażał jej zdrowia. Torf 

sprowadzany jest z moczarów. Tutejsi górale używają 

go jako taniego opału. Komuś niezwyczajnemu dym 

może zaszkodzić. 

- Naprawdę? - spytał zaniepokojony Baldwin. -

Szkoda, że nikt mi o tym wcześniej nie powiedział. Od 

dawna sypiam przy tym ogniu w kuchni. Mogłem 

obudzić się martwy. 

- Chciałabym to zobaczyć. - Gemma parsknęła. 

Douglas delikatnie poprowadził Rowenę na bok. 

- Wszyscy w zamku są bardzo przejęci twoim przy­

jazdem - powiedział przepraszająco. - Służba pragnie 

zadbać o najmniejsze drobiazgi. 

- Dobry Boże, ale mnie naprawdę nie tak trudno 

dogodzić. Czy mogłybyśmy z moją towarzyszką przejść 

do solarium i napić się gorącej czekolady? 

Douglas zamarł na moment w bezruchu, po czym 

szturchnął Gemmę łokciem. 

- Gdzie jest solarium? - szepnął kącikiem ust. 

- Tuż nad wielką salą, gamoniu - odszepnęła. - Na 

lewo od kręconych schodów. 

Rowena przyglądała się im z lekkim rozbawieniem. 

- Jeśli nie sprawi to zbyt wiele kłopotu, prosiłabym 

o ogrzanie naszej pościeli. 

Wyraz twarzy Douglasa pozostał niewzruszony i pew­

nie dobrze się stało. Jej słowa przyprawiły go o ciarki -

w wyobraźni natychmiast zobaczył, że leży z nią w swo-

52 

background image

SMOK 

im wielkim łożu i czuje ciepło jej niewinnego ciała tuż 

obok siebie. Chyba że Mateusz zagarnął już tę niewin­

ność dla siebie... Douglas jednak w to wątpił, patrząc 

w oczy Roweny i widząc w nich niebywałą czystość. 

Wciąż jednak bardziej pożądał złota niż cnoty tej kobiety, 

bez względu na to, jak kusząca zdawała mu się ta myśl. 

A jeśli koło fortuny nie obróci się zgodnie z jego 

zamierzeniami? Cóż, zna wiele sposobów, by siłą nagiąć 

los do swoich planów. 

background image

Rowena oddałaby chętnie swoją tiarę, by tylko do­

wiedzieć się, co pirat ukrywał w wielkiej sali. Może 

dawna kochanka niezapowiedzianie zjawiła się u jego 

drzwi z dzieckiem na rękach? A może nie skończyła 

się jeszcze jedna z jego słynnych orgii? Nie sądził 

chyba, że uwierzy w tę bajeczkę o szkodliwym dymie. 

Lecz jeśli już mowa o dymie... Nie ma dymu bez ognia. 

Chętnie powiedziałaby mu wprost, że słyszała o jego 

niecnej przeszłości. Taka szczerość była jednak wy­

kluczona, a nawet niebezpieczna, biorąc pod uwagę, że 

król nakazał mu przyjąć nową tożsamość. Lepiej nic nie 

dać po sobie poznać. W końcu nie mogła być przecież 

zupełnie pewna, czy nie naopowiadano jej zwykłych 

plotek. 

Musi z tym poczekać, aż zdobędzie jego zaufanie, 

a także pewność co do jego osoby. Podejrzewała, że 

rzeczywiście był piratem, lecz chciała przekonać się, 

54 

background image

SMOK 

jaki jest naprawdę w głębi duszy. Nigdy nie poprosiłaby 

o pomoc człowieka, który mógłby ją zdradzić. W grę 

wchodził jej kraj rodzinny i życie ojca. 

Tak, on coś ukrywa. Hildegarda też była o tym 

przekonana, toteż rzucała podejrzliwe spojrzenia dooko­

ła, jakby obawiała się, że spod ziemi wyskoczy nagle 

jakaś groźna zjawa. 

Hildegarda poświęciła prawie dwadzieścia ostatnich 

lat opiece nad Roweną. Chroniła ją przed zdrajcami, 

którzy mogliby porwać jej ukochany skarb, i przed 

złymi mocami, które mogłyby rzucić urok na czystą 

duszę księżniczki. 

Zamek Dunmoral najwyraźniej stanowił według Hil-

degardy przykład obydwóch tych zagrożeń. 

Rowena ziewnęła cicho, zasłaniając usta dłonią. Może 

po dobrze przespanej nocy zobaczy wszystko w jaśniej­

szym świetle. Może poranne słońce rozproszy ponurą 

atmosferę panującą w tym średniowiecznym zamku. 

Cokolwiek jednak przyniesie jutro, będzie musiała dawać 

sobie radę bez pomocy biednego Mateusza. Będzie 

musiała sama ujarzmić smoka. 

- Nie powinnyśmy tak się śpieszyć z wysyłaniem 

stąd Fryderyka - mruknęła Hildegarda do ucha Roweny. 

A potem dodała: - Boże Święty, co to jest na podłodze? 

Rowena zerknęła na mokre plamy na nierównej ka­

miennej posadzce. 

- A jak sądzisz? - spytała zaczepnie. - Kałuże krwi 

ostatniej księżniczki, którą Smok zaciągnął do swojej 

jamy na kolację. 

Hildegarda popatrzyła w głąb korytarza na potężną 

55 

background image

JILLIAN HUNTER 

sylwetkę Douglasa, który wydawał polecenia swoim 

ludziom. 

- Jeśli to naprawdę Smok z Darien, to zabijał kiedyś 

ludzi. I potrafił być bardzo okrutny. 

Rowena przyklękła ukradkiem, żeby przypatrzeć się 

posadzce. 

- To pachnie jak wódka. Może ostatnia księżniczka, 

którą tu zaciągnął, upiła się do nieprzytomności. Albo, 

co bardziej prawdopodobne, jego lordowska mość ma 

w piwnicach własną gorzelnię, tak jak wuj Karol. 

Hildegarda nie wydawała się uspokojona. 

- Dzika istota nie złagodnieje tylko dlatego, że 

każe jej się zamieszkać w klatce - stwierdziła. - Albo 

w zamku. 

Zanim Rowena zdążyła odpowiedzieć, Douglas stał 

już u jej boku. Jego białe zęby błysnęły w rozbrajającym 

uśmiechu, zaoferował jej ramię i Rowena natychmiast 

zapomniała o przestrogach towarzyszki. 

- Poprowadzę panie do solarium. - Był po prostu 

wcieleniem wdzięku i czaru osobistego. - Służba zaraz 

przyniesie chleb i czekoladę. Niestety, inny mały kłopot 

zmusi mnie do opuszczenia zamku. 

- Czy mogę jakoś pomóc, milordzie?- spytała 

Rowena. 

- Pani? - Nie posiadał się ze zdumienia. - Wielkie 

Nieba, wasza wysokość, nie pozwoliłbym, byś poruszyła 

nawet małym paluszkiem. Zresztą muszę tylko odwieźć 

do domu chłopca z wioski - tego samego, który przy­

wiózł do zamku ten okropny torf. Chłopaka spotkał po 

drodze nieszczęśliwy wypadek. 

56 

background image

SMOK 

- Jak to szlachetnie, milordzie. Niewielu ludzi twej 

rangi okazałoby osobiste zainteresowanie dzieckiem. 

W migotliwym blasku pochodni nie mogła niczego 

wyczytać z jego twarzy. Wydawało się, że czarne oczy 

Douglasa pochłaniają światło. 

- Pragnę, by pobyt w Dunmoral dostarczył ci samych 

przyjemności. 

Pomyślała, że zabrzmiało to nieco dwuznacznie, ale 

położyła dłoń na jego ramieniu. 

Jestem tak samo niemądra jak stara Hildegarda, skar­

ciła się w myślach, powstrzymując śmiech. Czy męż­

czyzna, który przejmuje się pajęczynami i okruchami na 

stole, mógłby mnie skrzywdzić? A może to jakaś mas­

karada? 

W momencie, gdy poczuła pod palcami jego muskuły 

i siłę bijącą od niego nawet w najsubtelniejszych gestach, 

zrozumiała, że ten człowiek z pewnością nie zawraca 

sobie głowy drobnymi nieporządkami. 

Bijąca od niego moc budziła w niej jakieś dziwne 

uczucia. Może Hildegarda miała jednak powody do 

obaw. 

Piraci są ze swej natury nieprzewidywalni. Kradną, 

mordują i niszczą tak jak baroni, którzy zagrozili życiu 

jej ojca. 

Mateusz jest dobrym żołnierzem, ale nie myśli jak 

barbarzyńca. 

Pomyślała, że potrzebuje właśnie tego człowieka. 

Niebezpieczne dreszcze przebiegły jej po skórze, 

kiedy ujął ją za ramię, by poprowadzić ciemnymi 

schodami. 

57 

background image

JILLIAN HUNTER 

-

 Proszę wybaczyć śmiałość. - Jego głos otulił ją jak 

aksamit w mroku. - Pochodnie się wypaliły i nie chcę, 

pani, byś się poślizgnęła. W tym zamku czyha na 

człowieka wiele pułapek. Miejsce to ma tragiczną his­

torię. Niektórzy mówią, że zamek powinien zostać 

zniszczony. 

Serce Roweny zabiło szybciej. Czyżby w jego słowach 

brzmiało ostrzeżenie? 

- Może ta historia nadaje zamkowi jego niepowtarzal­

ny charakter - powiedziała szybko. 

- Może - odezwał się w końcu. - Nadal jednak radzę 

mieć się na baczności. Nigdy nie wybaczyłbym sobie, 

gdyby stała ci się, pani, jakaś krzywda. 

Wydało jej się, że powietrze zgęstniało, nabrało 

ciężkiej słodyczy jakiegoś egzotycznego kadzidła. Czy 

to pożądanie? Jego spojrzenie przesuwało się po niej 

leniwie; paliło jak rozżarzone żelazo. Zrobiło jej się 

gorąco, gdy ledwie zauważalnie zacisnął palce na jej 

ramieniu. 

Nieomal bała się oddychać. Żaden mężczyzna oprócz 

jej braci, którzy nabili jej w dzieciństwie sporo sińców, 

nigdy nie ważył się jej dotknąć. Teraz czuła, że dzieje 

się z nią coś niepokojącego, choć bardzo przyjemnego. 

Przez całe życie otaczali ją ogromni, krzepcy żoł­

nierze, ojciec, bracia, najemnicy, którym papa płacił, 

żeby bronili Hartzburga, potężni strażnicy w pałacu. 

Jednak żaden z tych mężczyzn nie zrobił na niej 

takiego wrażenia jak ten. Żaden nie wzbudzał takiej 

ciekawości, jakiejś wewnętrznej tęsknoty. Nikt nie do­

tykał jej tak bezceremonialnie. 

58 

background image

SMOK 

Było w nim coś nieodparcie męskiego. Pod maską 

ogłady wyczuwała niezwykłą moc mrocznych namięt­

ności, coś zwierzęcego i nieokiełznanego, co cały czas 

trzymał na wodzy. 

Działało to na nią jak magnes. 

Westchnęła, zawstydzona własnymi myślami. 

Potrzebuje tego człowieka ze względu na jego do­

świadczenie w walce, a nie samcze walory, których, 

jak się domyślała, z pewnością również potrafiłby 

dowieść w odpowiednich okolicznościach. Czy ma 

stracić głowę tylko dlatego, że po raz pierwszy w ży­

ciu jest sam na sam z nieprzyzwoicie przystojnym 

mężczyzną? 

U szczytu schodów Douglas poprowadził ją następnym 

korytarzem. Dopalające się pochodnie rzucały cienie na 

mury. Potężna postać Douglasa sprawiła, że znowu 

ogarnęło ją to niemądre uczucie słabości, które poczuła 

chwilę wcześniej. 

Gwałtownie krążąca krew w żyłach przyprawiła ją 

o zawrót głowy. 

- Chodź za mną - powiedział uprzejmie. 

W jego tonie zabrzmiała jednak taka pewność siebie, 

jakby doskonale zdawał sobie sprawę, jakie robi na niej 

wrażenie i czekał, aż Rowena się opanuje. 

Poszła za nim bez słowa, przerażona, że odpowiedziała 

sobie właśnie na wcześniej zadane pytania. Była zde­

cydowana przeżyć do końca to, co los jej przeznaczy. 

Nie miała już wątpliwości, że straci głowę. 

59 

background image

JILLIAN HUNTER 

Douglas klął w myślach w trzech różnych językach. 

Oto jest sam na sam z jedną z najbogatszych dziedziczek 

świata. Jego sypialnia jest o rzut kamieniem. Poszła za 

nim, jest tak niewinna, że nie zdaje sobie zupełnie 

sprawy ze swojej sytuacji. 

Czy całuje ją po szyi, szepcząc czułe słówka do ucha? 

Czy zdejmuje delikatnie rękawiczki, żeby całować dło­

nie? Nie. Zajmuje się gorącą czekoladą i skacze koło 

niej jak kwoka. Ta księżniczka rzeczywiście ma nad 

nim dziwną władzę. 

Douglas nie sądził, że układne zachowanie może 

sprawić mu przyjemność. Zaprzeczanie samemu sobie 

nie leżało w jego naturze. Czuł się wręcz fizycznie źle, 

kiedy musiał udawać, że nie widzi jej kuszących kształ­

tów pod suknią i że jej kobiecy urok nie robi na nim 

wrażenia. Powstrzymał się, ale miał ochotę przygnieść 

ją do muru i całować, aż zacznie tracić oddech. 

Musi zadowolić się dotknięciem jej dłoni. 

Do diabła, nie może nawet olśnić jej recytacją sonetu 

Szekspira, bo musi pędzić na dół pomóc uprzątnąć 

wielką salę, zanim księżniczka zorientuje się, że wpadła 

do jaskini dzikich morskich zbójów. 

Jego księżniczka... 

Uśmiechnął się do siebie. 

Czuł unoszącą się wokół niej delikatną, kwiatową 

woń, pewnie jakiegoś francuskiego mydła o zapachu 

lilii czy fiołków. Ciekaw był, jak by zareagowała, gdyby 

potraktował ją tak jak inne kobiety. Czy podobałyby jej 

się subtelne zaloty? Księżniczce nie przypadłoby chyba 

do gustu, gdyby przerzucił ją sobie przez ramię jak 

60 

background image

SMOK 

dziewkę z tawerny. Założyłby się o swoje najlepsze 

buty, że pod jej opanowaniem kryje się zmysłowa 

natura, która tylko czeka na odpowiedniego mężczyznę. 

No cóż, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, jeśli 

uda mu się przekonać ją, że nie jest diabłem wcielonym, 

może to on rozpali jej uśpione zmysły. 

Podprowadził ją pod zwieńczone łukiem drzwi. 

- Oto solarium, wasza wysokość. Proszę się rozgoś­

cić, a ja zejdę na dół sprawdzić, co te niedorobione 

znajdy się tak grzebią. 

Rowena z rozbawieniem podniosła na niego oczy. 

- Czy nazwałeś swoją służbę... znajdami, milordzie? 

- Co? - Popatrzył na nią zaskoczony. - Zdaje mi się, 

że powiedziałem niedorajdy. Znaczy... nieroby, próż­

niacy. 

- Ach, nieroby... - Rowena przygryzła wargę po­

wstrzymując uśmiech. 

- Właśnie. 

Rzuciła okiem do środka i ze zdziwieniem powie­

działa: 

- Och, jeśli się nie mylę, to nie jest solarium. Wygląda 

na kaplicę. 

Douglas gwałtownie odwrócił się na pięcie. Ołtarz, 

świece, kropielnica i światło księżyca wpadające przez 

okno. Co się z nim, do kroćset, dzieje? Poszedł na prawo 

zamiast na lewo? Poczuł się jak kompletny półgłówek. 

- Tak często się ostatnio modliłem, że odruchowo 

skierowałem tu swoje kroki- powiedział potrząsając 

głową. - Oczywiście, że to jest kaplica. Jakiż ze mnie 

głupiec. Solarium jest po lewej stronie. 

61 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Ach tak... - Rowena wydawała się zażenowana. -

Czy wolno spytać, o co tak gorąco się modlisz, milordzie? 

A może to osobista sprawa? 

- Modlę się, by brat powrócił do zdrowia- odpo­

wiedział. Byle nie za szybko, dodał w myśli. 

- Ja też się o to pomodlę- powiedziała szczerze 

Rowena. 

Douglas poczuł nieznane mu dotąd ukłucie zazdrości. 

Będzie się modliła za jego brata. Poza seksem nigdy 

nie łączyło go z kobietami nic intymnego i wcale mu 

tego nie brakowało, a teraz czuje coś tak intensywnego... 

Jeszcze rok temu umarłby ze śmiechu na samą myśl 

o czymś podobnym. 

Jakże oni są naiwni, sir Mateusz i jego księżniczka. 

Douglas nie przypominał sobie, by kiedykolwiek czuł 

w sobie prawdziwą wiarę. Chyba od początku życia był 

zepsuty do szpiku kości. 

Przez chwilę przyglądał się jej z uwagą. 

- Czy łączy was z Mateuszem coś więcej niż przyjaźń? 

Odparła bez zastanowienia: 

- Powierzyłabym mu życie. 

A serce? O to nie mógł już spytać. Zapadło niezręczne 

milczenie. 

- On mówi o tobie z wielką serdecznością - powie­

działa z naciskiem Rowena, jakby wyczuła brak brater­

skiej lojalności z jego strony. 

- Mateusz? 

- Wydajesz się zaskoczony, milordzie. 

- No cóż, nie wychowywaliśmy się razem - powie­

dział z ociąganiem. 

62 

background image

SMOK 

- Rozumiem. - Najwyraźniej jednak nie rozumiała. -

Z pewnością przychodzisz tu modlić się też o inne 

sprawy, oprócz zdrowia Mateusza? 

Pomyślał, że zmieniła temat w nadziei, że na gruncie 

spraw duchowych odnajdą porozumienie. Rozmodlony 

pirat. Gdyby choć trochę go znała... Z trudem powstrzy­

mał grymas, ironii. 

- Oczywiście modlę się za swoją duszę. - Niespo­

dziewanie poczuł się winny, patrząc teraz na ołtarz. -

Modlę się również o to, by moja wieś nie przeżywała 

już więcej najazdów i cierpień. 

To przynajmniej była prawda. Douglas nie czuł się 

jakoś szczególnie związany z garstką górali zamiesz­

kujących wieś w pobliżu zamku, ale zawsze chronił to, 

co do niego należało. 

- Najazdy? Sądziłam, że wojna domowa już się 

skończyła. 

- Skończyła się. - Douglas odwrócił się od ołtarza. 

Wolał nie myśleć o poczuciu winy, jakie niespodziewanie 

wzbudził w nim widok kaplicy. - Ale zostali angielscy 

żołnierze, których zadaniem było utrzymanie pokoju. 

Po zakończeniu wojen często pojawiają się wilki, cza­

tujące na słabych i bezbronnych. 

- Wilki? 

- Ich ludzka odmiana, wasza wysokość. Chociaż na 

naszych wzgórzach żyją też prawdziwe wilki i żbiki. 

- Odmiana ludzka jest najgorsza - powiedziała ze 

zrozumieniem. - Sądzę jednak, że taki człowiek jak ty 

szybko się z nimi upora. 

Niewiele brakowało, by Douglas porwał ją w ramiona 

63 

background image

JILLIAN HUNTER 

i ucałował za ten komplement. Jej wiara w niego była 

wzruszająca, choć może bezpodstawna. 

- Taki mam zamiar. 

- Włączę twoją wieś do swoich modlitw - powie­

działa cicho, kiedy wychodzili z kaplicy. - I oczywiście 

twoją duszę, milordzie. 

Douglas nic nie odpowiedział. 

Niech księżniczka się modli. 

Może jej niewinna wiara wzruszy Wszechmocnego, 

jeśli nie wzruszyły Go modlitwy zmasakrowanego, 

bezbronnego dziecka. Do diabła, to z pewnością nie 

zaszkodzi. Nawet jeśli Douglas w głębi duszy był prze­

konany, że Opatrzność opuściła go ostatecznie w dniu, 

kiedy się urodził. 

background image

Douglas ściągnął lejce, by kucyki zwolniły. Z po­

chyloną głową wpatrywał się w ciemności panujące na 

wzgórzach. Samotny nietoperz nadleciał znad kępy 

drzew rosnących na skraju traktu. Wózek zaklinował 

się na jakimś występie i kilka kamieni stoczyło się 

z niewidocznego zbocza. A księżniczka zapewne popijała 

teraz gorącą czekoladę. 

- Co jest z tym cholernym światłem?- warknął 

Douglas. 

- Baldwin zgubił latarnię - odezwała się z tyłu wozu 

Gemma. 

- Nic nie mogłem poradzić - nieszczęsnym głosem 

powiedział Baldwin, który szedł z przodu jako prze­

wodnik. - Fiknąłem kozła na ogromnym hamulcu ster­

czącym na środku drogi. Budowali ją jacyś ciem­

niacy. 

- Nie ciemniacy, tylko przemytnicy. 

65 

background image

JILLIAN HUNTER 

Wiał ostry wiatr. Douglas chwycił turkoczący w jego 

porywach i zsuwający mu się z ramion płaszcz. 

- Nie pisałem się na takie rzeczy, kapitanie. 

- W ogóle na nic się nie pisałeś - powiedział sucho 

Douglas. - Możesz iść, dokąd cię oczy poniosą. Nie 

będę za tobą tęsknił. 

- Nie kłóćcie się, ten chłopak ledwo dycha - odezwał 

się Dainty, który siedział na wozie trzymając dziecko na 

kolanach. - Odwieźmy go już do domu. 

Douglas skierował wóz w stronę doliny. Koła trzeszcza­

ły na pokrytej kamieniami dróżce prowadzącej wzdłuż 

jeziora. Grzywiaste fale pokrywały powierzchnię wody. 

Douglas zapatrzył się na maleńką wyspę pośrodku jeziora. 

- Dobre miejsce na kryjówkę- powiedział cicho 

Dainty. - Mogli wymknąć się stąd i zaatakować wioskę 

nie zauważeni przez nikogo. 

Douglas z ponurą miną przyglądał się wyspie. 

- Możliwe. Sprawdzimy to jutro. A teraz odwieźmy 

tego chłopaka do rodziny. Odkąd odzyskał przytomność, 

bez przerwy pyta o matkę. 

Ciemne kontury zamku górowały nad nimi na tle 

granatowego nieba. 

- Mam nadzieję, że księżniczka nie patrzy na nas 

z okna - powiedział Baldwin. - Pomyślałaby, że coś 

knujemy. 

Douglas uśmiechnął się pod nosem. 

- Księżniczka jest kobietą, a nikt nie jest w stanie 

przewidzieć, co myślą kobiety. A teraz dość już gadania. 

Chcę, żebyśmy zanieśli tego chłopca do jego chaty, nie 

zwracając na siebie uwagi. 

66 

background image

SMOK 

Mary

 MacVittie roześmiała się wesoło. Luneta w jej 

oknie skierowana była na jezioro tuż pod kamienną 

chatą przytuloną do zbocza wzgórza. 

- Piraci coś przemycają - powiedziała do swojego 

brata, który siedział na drewnianej skrzyni za jej ple-

cami. - Ciekawa jestem, jak odbyło się powitanie księż­

niczki. Powinnam tam być, żeby im pomóc. 

- Musiałaś pomóc mnie - stwierdził brat. - Wydaje 

mi się, że opieka nad chorymi jest ważniejsza niż 

uczenie rzezimieszków, jak zrobić dobre wrażenie na 

księżniczce. 

- Nie zapominaj, że ten rzezimieszek chce pomóc 

ludziom z Dunmoral. 

- Coś takiego... Tak ci powiedział? 

- Tak. - Podeszła do skrzyni i podniosła zniszczoną 

księgę. - Czytałam tu o miejscowych zabobonach. 

I wiem już, co pomoże nam uratować wioskę. 

Mężczyzna wstał i zajął jej miejsce przy oknie. 

- Wioski nie da się uratować. Ci ludzie zmuszeni są 

tolerować nawet mnie, lekarza pijaka, wygnanego z dwo­

ru królewskiego za to, że pozwolił umrzeć kochance 

jego wysokości. Ale żeby mieć pirata za opiekuna... 

- Nawróconego pirata, Normanie- mruknęła pod 

nosem. 

- Co prawda dawny właściciel tych ziem nie był 

o wiele lepszy - zauważył. - Spędzał czas na uwodzeniu 

podkuchennych, kiedy wojna szalała wokół jego zamku. 

- To się nazywa Ogień Pociechy, jeśli cię to inte­

resuje - powiedziała wpatrzona w książkę Mary. 

Brat poprawił ustawienie lunety. 

67 

background image

JILLIAN HUNTER 

-

 Dobry Boże. Piraci niosą coś zawiniętego w pled. 

Idą w stronę wioski. 

- Słyszałeś mnie, Norman? Powiedziałam, że jedy­

nym sposobem uratowania Dunmoral jest rozpalenie 

Ognia Pociechy. 

- Dopiero co rozpaliłem ogień - powiedział. - Cie­

kawe, czy te łobuzy zakopują jakiś skarb na wzgórzach. 

Albo jakieś ciało. Sadzisz, że już kogoś ukatrupili? 

Piraci znani są z pijackich burd. 

Mary zacisnęła usta. 

- Nie mówiłam o ogniu w naszym domu. Ogień 

Pociechy to stary celtycki rytuał, wciąż potajemnie 

odprawiany w tych stronach. Druidzi w ten sposób 

prosili bogów o błogosławieństwo. 

Norman opuścił lunetę. 

- Boże, znowu te pogańskie bzdury. Wróżki, rusałki 

i druidzi. Myślący człowiek nie może tego słuchać. 

Mary postukała palcem w książkę. 

- Rytuał polega na pocieraniu dwóch gałązek, aż 

powstanie iskra. Wszystkie ogniska w wiosce muszą 

być wtedy wygaszone, a potem znów rozpalone od 

świętego ognia. - Zamyśliła się na chwilę. - Za wszelką 

cenę muszę z tego pirata zrobić dżentelmena. 

- Pirat dżentelmenem? - Popatrzył na nią sceptycz­

nie. - W takim razie poproś celtyckich bogów o pomoc. 

Nie potrzebujemy w tym zamku dżentelmena, tylko 

odważnego człowieka, który twardą ręką zapanuje nad 

okolicą. 

background image

Godzinę po powrocie do zamku Douglas stał w oknie 

swojej sypialni trzymając w dłoni nietknięty kielich 

bordeaux. W oknie wschodniej wieży widział oświetlony 

płomieniem świecy cień Roweny. Przyciągała jego 

uwagę jak samotna gwiazda na mrocznym niebie jego 

życia. Ostre ukłucie w sercu przypomniało mu, że to 

skarb, którego nie wolno mu tknąć - przynajmniej jesz­

cze nie teraz. 

Jednak jej widok sprawiał mu przyjemność. 

Chodziła po komnacie. Ciekawy był, jakie niepokoje 

nie pozwalają jej zasnąć o tak późnej porze. A może 

tak bardzo przeżywa nieobecność Mateusza? 

Ale dlaczego Mateusz zwabił ją tutaj nie uprzedzając, 

że jego przyrodni brat jest bestią w przebraniu szlach­

cica? Nie pozwoliłaby się przecież prowadzić za rękę 

tymi ciemnymi zakamarkami, gdyby wiedziała, kim 

Douglas jest naprawdę. 

69 

background image

JILLIAN HUNTER 

Uśmiechając się ironicznie, podniósł kielich do ust. 

- Jeden brat coś traci, a drugi zyskuje. 

- Dlaczego recytujesz Szekspira gapiąc się w ten 

kielich wina?- odezwał się zdziwiony głos za jego 

plecami. - Jesteś aż tak pijany? 

- To nie był Szekspir, dziewczyno - powiedział i zer­

knął w stronę drzwi, gdzie stała zatroskana Gemma. -

Nie, nie jestem pijany. 

Spojrzała na okno. 

- Chyba nie podglądasz księżniczki? To nieprzy­

zwoite przyglądać się komuś nie ubranemu. 

- No, rzeczywiście... Jakże tak przyzwoitemu czło­

wiekowi jak ja mogłoby przyjść do głowy podobne 

bezeceństwo? - Zerknął na nią i uśmiechnął się szel­

mowsko. 

- Zdaje się, że cię polubiła - powiedziała wślizgując 

się do pokoju. - Policzyłeś klejnoty w jej tiarze? 

- W jakiej tiarze? 

Przyjrzała mu się z niepokojem. 

- Jak mogłeś nie zauważyć czegoś takiego? 

- Nie wiem. Chyba byłem trochę roztargniony. To 

czarująca kobieta. 

- Ona nie jest twoja. Należy do Mateusza. 

- To się jeszcze okaże. - Pociągnął duży łyk wina 

i z irytacją zmarszczył brwi. 

- Bądź ostrożny, Douglas. Bez względu na to, jaki 

tytuł ci nadano, w głębi serca wciąż jesteś piratem. 

- Idź spać, Gemmo. Jest już chyba druga nad ranem. 

- Myślisz, że mógłbyś się w niej zakochać? - Przy­

kucnęła przy podeście jego wielkiego łoża. 

70 

background image

SMOK 

- Jeśli w głębi serca jestem piratem, to powinnaś 

pamiętać, że nie mam serca. Nie mogę się zakochać. 

- Dainty powiedział, że Henry Morgan został ad­

mirałem Czarnej Floty - ciągnęła znów Gemma. - Szuka 

ludzi na wyprawę w poszukiwaniu Maracaibo. 

Douglas nie zareagował, ale na wspomnienie morskich 

podbojów obudziła się w nim znów ta dzikość, którą 

miał nadzieję na zawsze w sobie stłumić. Maracaibo 

było miastem zbudowanym ze złota na drodze do legen­

darnego El Dorado. Czy jakikolwiek pirat nie marzył 

o odkryciu tego miejsca? 

Gemma podciągnęła kolana pod brodę. 

- Powiedział, że Morgan chce mianować cię wicead­

mirałem. Miałbyś do dyspozycji całą flotę. 

Douglas uśmiechnął się i odstawił kielich na stolik 

przy łóżku. 

- Cóż znaczą bogactwa całego świata, jeśli człowiek 

zaprzeda własną duszę? 

Gemma zerknęła na swoje zniszczone trzewiki. 

- Sądzę, że jakaś cząstka tych bogactw nie byłaby 

dla nas zbytnim ciężarem. 

Roześmiał się cicho i pokiwał głową. 

- Tak, masz rację. 

- Czy ona nam pomoże?- z niepokojem spytała 

Gemma. 

- Nie, jeśli dowie się, jakie z nas łachmyty. 

Gemma zachichotała. 

- Nie ma się z czego śmiać, dziewczyno. Jesteśmy 

szumowinami tego świata. To tylko kwestia czasu, 

kiedy własnym zachowaniem zdradzimy, jacy z nas 

71 

background image

JILLIAN HUNTER 

łajdacy. Wystarczy, żeby księżniczka weszła do wielkiej 

sali, a jakiś pirat ze szczerbatą gębą i drewnianą nogą 

skoczy jej na ramiona z galerii dla grajków. 

- Jest urocza, prawda? - Gemma w zamyśleniu potar­

ła brodą o kolana. - Rozumiem teraz, dlaczego Mateusz 

chce zatrzymać ją tylko dla siebie. 

Mateusz, który pod ostrzałem armatnim ratował uko­

chanego konia swego dowódcy. Obrońca niewinnych 

ludzi i bezbronnych zwierząt. 

A Douglas, uwodziciel niewinnych kobiet  i . . . czasem 

sam jak bezbronne zwierzę. 

Gemma trajkotała coś dalej. Douglas wyjął z kieszeni 

złotą monetę i przerzucał ją z ręki do ręki. Powstrzymał 

się, by znowu nie spojrzeć przez okno. Widok tej kobiety 

budził w nim dziwne uczucia. Czy to możliwe, żeby 

mężczyznę uwiodła łagodność i inteligencja kobiety? 

- Zostaw mnie teraz - powiedział nagle, przerywając 

potok słów Gemmy. - Zamierzam tej nocy znaleźć tego 

Neacaila. Aż się prosi, żeby go zabić. 

- Sądzisz, że spodobałam się księżniczce? - spytała. -

Zachowałam się jak trzeba, prawda? 

- Tak, oczywiście. 

- Baldwin przed nią dygnął. Nawet mu nie powie­

działa jaki z niego głupek. 

- To niezwykła osoba - stwierdził zamyślony Dou­

glas. 

- Ożenisz się z nią? 

- Co za absurdalny pomysł! 

Dziewczyna wstała i popatrzyła podejrzliwie na ot­

warte okno. 

72 

background image

SMOK 

- Weźmiesz ją do łóżka? 

- A to, moja panno - odpowiedział, popychając ją 

w stronę drzwi - nie jest już twoja sprawa. 

- Dlaczego tak nienawidzisz Mateusza? - zapytała 

szeptem. 

- Nie chcę o tym mówić. - Douglas westchnął. 

- Proszę cię... Czy to ma jakiś związek z mamą? 

- Mama przez długi czas ciężko chorowała, a ty 

byłaś wtedy małym brzdącem - powiedział po chwili 

milczenia. - Starałem się opiekować wami obiema. 

Kradłem i pracowałem, żeby postawić chociaż prosty 

kamienny krzyż przy wiejskim kościele, kiedy umar­

ła. - Jego twarz nabrała ostrości. - Wtedy pojawił 

się Mateusz, w swoich pięknych szatach i inkrusto­

wanej karecie, kiedy ja prosiłem jedynie o wóz. Za­

brał jej ciało i pochował na prywatnym cmentarzu 

w Anglii. 

- To chyba nie taki straszny grzech, prawda? - po­

wiedziała łagodnie. 

- Pozbawił mnie ostatniej szansy udowodnienia, że 

ją kochałem i że jest we mnie coś dobrego. 

- Mama o tym wiedziała- stwierdziła z przeko­

naniem. 

Podniósł ją i wystawił na korytarz, jakby była nie­

znośnym kociakiem. 

- To już przeszłość. Chcę się teraz przebrać, Gemmo, 

a jak sama mówiłaś, nieprzyzwoicie jest przyglądać się 

komuś nie ubranemu. 

73 

background image

JILLIAN HUNTER 

Rozległo się znajome pukanie do drzwi. Aidan. 

Oznaczało to kłopoty. 

Douglas otworzył drzwi człowiekowi, który był do 

niego bardziej podobny, fizycznie i z charakteru, niż 

jego przyrodni brat. 

Czarne włosy, czarne oczy, czarny charakter. Tak, 

Douglas i Aidan mogli uchodzić za ten sam szatański 

pomiot. 

Aidan był ubrany jak na polowanie. Minę miał ponurą. 

- Przyszedłem poprosić o pozwolenie, sir. 

Douglas uniósł brew. Rzadko wtrącał się w prywatne 

życie swoich ludzi, ich miłości, ich przeszłość. Dawno 

temu Aidan wyznał, że jego młoda żona zginęła podczas 

podróży dyliżansem, że to on ponosi za to winę i że 

jego szlachecka rodzina go za to wydziedziczyła. Z pew­

nością miał swoje tajemnice, był jednak posłuszny, 

lojalny i bystry. Douglas nie wymagał niczego więcej. 

- Zgodę na co? - spytał, rozglądając się po korytarzu. 

- Na zamordowanie człowieka - odpowiedział Aidan. 

- Do wszystkich diabłów! - Douglas wciągnął go do 

komnaty. - Straciłeś zmysły? Nie pamiętasz, co mówi­

łem? Jak to się stało, że zdążyłeś zrobić sobie wroga, 

skoro tak krótko tu jesteśmy? 

Aidan wpatrywał się w niego z kamienną twarzą. 

- Odpowiedz mi, Aidan. - Douglas w zdenerwowaniu 

potrząsnął głową. - Mam nadzieję, że nikomu nie wspo­

mniałeś o tym szaleństwie. Kogo chcesz zamordować? 

- Łajdaka, który zgwałcił dziewczynę w wiosce i zo­

stawił ją umierającą. Ten sam człowiek zmasakrował 

tego chłopca. Znam cię, Douglas. Dziś w nocy będziesz 

74 

background image

SMOK 

szukał zemsty, a ja ci pomogę. Ten zamek... przypomina 

mi pewne bolesne sprawy. 

Douglas odwrócił się powoli. 

- Mówisz o przeszłości po raz pierwszy, choć od 

dawna się znamy. 

Aidan wzruszył ramionami i zmienił temat: 

- Wieśniacy mają zamiar złapać go w zasadzkę 

na bagnach. Dadzą się wyrżnąć jak owce. Musimy 

jechać, sir. 

Douglas nie pytał, czy Aidan miał jeszcze jakieś inne 

powody do powzięcia tej decyzji. 

- Jeśli chcesz, możesz ze mną jechać. Chcę się tylko 

godzinę przespać, zanim wyruszymy. 

Aidan sztywno skinął głową. 

- Będziemy gotowi przed świtem. Przy odrobinie 

szczęścia znajdziemy tego łotra Neacaila. 

- Czy Dainty o tym wie? - spytał Douglas. 

- Nic mu nie mówiłem. 

Douglasowi stanęła przed oczami twarz Roweny, 

niewinna, ale i kusząca. Banda Neacaila nigdy w życiu 

nie widziała nic tak pięknego. Douglas nie chciał, by 

wieści o rozbojach w okolicy dotarły do jej uszu. 

- Niech Dainty tu zostanie - powiedział. - Ma czuwać 

nad bezpieczeństwem księżniczki. 

Nie mógł jednak zasnąć. 

W ciemności przemierzał swoją komnatę, całą siłą 

woli opierając się palącemu pragnieniu- tak bardzo 

chciało mu się podejść do okna i na nią popatrzeć. 

75 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Pragnę jej - szepnął do siebie. - Nie planowałem 

tego, ale po raz pierwszy w życiu pragnę czegoś czystego 

i pięknego, czego nigdy nie miał inny mężczyzna. Pragnę 

kobiety, która by należała tylko do mnie. Kogoś, komu 

nie musiałbym płacić ani odbierać go komuś innemu. 

„Ona nie jest twoja. Należy do Mateusza". 

Przełknął ślinę i odwrócił zbolałą twarz do okna. Nie 

jest księciem w tej bajce. Jest smokiem. Jak długo 

Rowena będzie wierzyła w tę maskaradę? 

Zamknął oczy, ale wspomnienia przeszłości nie ode­

szły. Mury zamku zniknęły. Światło świec stojących 

w komnacie zamieniło się w palące słońce Hiszpanii. 

Umysł Douglasa wypełniły bolesne obrazy, które odżyły 

nagle, jakby tamten dzień był wczoraj. 

Hiszpański statek handlowy podpłynął do niego na 

morzu. Na pokładzie tłoczyła się grupka kobiet. Wokół 

ich bladych twarzy, uniesionych jak kwiaty ku słońcu, 

trzepotały poruszane wiatrem czepki. Jedna z nich 

trzymała w ramionach dziecko. 

To podstęp. 

Był wtedy pewien, że to podstęp. 

Hiszpanie używali wcześniej takich pułapek. Udawali 

kupców, a załogę przebierali za kobiety. 

Smok z Darien był wtedy młody i ponad wszystko 

chciał dowieść swojej waleczności. Pot spływał mu 

stróżkami po ogorzałej twarzy, kiedy podniósł rękę na 

znak ataku. Przez chwilę się zawahał. Dlaczego zig­

norował ten dziwny moment niepewności? 

- Boże - szepnął i z wysiłkiem otworzył oczy. -

Boże, wybacz mi. 

76 

background image

SMOK 

Zaatakował statek, którego jedynym cennym ładun­

kiem była garstka kobiet wiezionych na sprzedaż jako 

niewolnice. Dwie z nich zginęły, a dziecko zostało 

sierotą. 

Zabrał zdobyty statek na Tortugę i wyprawił zmar­

łym królewski pogrzeb. Hiszpański ksiądz, którego 

przywlókł na wyspę, był pewien, że Douglas oszalał. 

Przyjaciele śmieli się z niego. Nikt nie rozpaczał nad 

grobami jego ofiar. Nikogo nie wzruszało, że zabił 

kilka niewolnic, a przez to jego ból był jeszcze do­

tkliwszy. 

Postanowił wtedy, że będzie najlepszym z najgor­

szych. Nie mógł sobie pozwolić na okazywanie poczucia 

winy, jeśli chciał zachować szacunek swych ludzi. 

W tamtych dniach nie zdawał sobie sprawy, że przyjdzie 

czas, kiedy szacunek dla samego siebie nabierze dla 

niego tak wielkiego znaczenia. 

Rowena siedziała w łóżku i rozczesywała włosy, 

podczas gdy Hildegarda sprawdzała, czy w komnacie 

nie ma tajemnych przejść i otworów w ścianach, przez 

które ktoś mógłby podglądać księżniczkę. 

- Jest trochę inny, niż się spodziewałam. 

- Fryderk próbował cię ostrzec. - Hildegarda wy­

próbowała zasuwę na ciężkich drzwiach. Syknęła z nie­

zadowoleniem- Nie powinnam była pozwolić ci odesłać 

tego starego głupca. Zrzęda z niego, ale nie wątpię, że 

oddałby życie w twojej obronie. 

- Przed czym miałby mnie bronić? - Rowena uśmiech-

77 

background image

JILLIAN HUNTER 

nęła się lekko. - Przed piratem, który cały swój wolny 

czas spędza na modlitwie? Może powinnam pójść do 

kaplicy i prosić Boga, by Smok się nie nawrócił. Jeśli 

ten pastor mówił prawdę... 

- Pastor by nie kłamał- stwierdziła Hildegarda. 

- Ale mógł się mylić. 

Hildegarda potrząsnęła głową i uklękła na podłodze, 

żeby zajrzeć pod łóżko. - Nie można prosić Wszechmoc­

nego, żeby grzesznik się nie nawrócił. 

- Jeśli się nawrócił, na nic się nam nie przyda -

powiedziała Rowena w zamyśleniu. - Hartzburg po­

trzebuje człowieka na tyle przebiegłego, żeby pokonał 

moich wrogów. - Odłożyła oprawioną w srebro szczot­

kę. - Jak sądzisz, ilu szpiegów ukrywa się pod moim 

materacem? 

- Nie widzę tu żadnego. - Hildegarda chwyciła po­

grzebacz leżący na kominku i odgarnęła nim grubą 

warstwę kurzu. - Spójrz, co za brud. A sir Mateusz nie 

jest przebiegłym człowiekiem. Mimo to jednak liczyłaś 

na jego pomoc, zanim ten pirat zawrócił ci w głowie. 

- To prawda - zgodziła się cicho Rowena. - W po­

równaniu ze Smokiem z Darien Mateusz jest łagodny 

jak baranek. 

Hildegarda wyrzuciła zgarnięty z kominka kurz 

za okno. 

- Sir Mateusz byłby dobrym mężem. 

- Lepszym niż książę Vandever albo mój kuzyn, 

z tym się zgadzam. Lecz Mateusz to tylko przyjaciel. 

Gdyby nie jego męstwo na polu bitwy... 

Zamilkła i nagle posmutniała. Hildegarda jak zwykle 

78 

background image

SMOK 

jej nie słuchała. Jakieś poruszenie na dole pod murami 

przyciągnęło jej uwagę. 

- To ten małomówny człowiek o imieniu Aidan 

i jego lordowska mość- szepnęła wyglądając przez 

okno. - Dokąd oni się wybierają tak późną nocą? 

Rowena wstała, wzdychając z rezygnacją. W pożółk­

łym lustrze zobaczyła swoje nachmurzone oblicze. Nie 

była kobietą, która jedynie dzięki urodzie zdobędzie tak 

niezwykłego mężczyznę. 

Hildegarda odwróciła się od okna. 

- Nie możemy zapomnieć, co w przeszłości robił 

nasz gospodarz. 

- Jego matka- również matka Mateusza- była 

podobno prawdziwą pięknością. - Rowena odsunęła 

się od lustra ze smutnym uśmiechem. - Była pokojów­

ką w wielkim domu i zwróciła uwagę pewnego szla­

chcica. 

- Mateusz ci o tym powiedział? 

Rowena kiwnęła głową. 

- Dziewięć miesięcy później urodziła syna tego szla­

chcica, który zginaj wkrótce w jakiejś bitwie. Mateusz 

jest właśnie tym dzieckiem. Jego matkę wygnano na 

ulicę razem z bękartem. 

- Sir Mateusz jest przecież szanowanym człowie­

kiem - zdumiała się Hildegarda. 

- Jedynie dzięki temu, że rodzina szlachcica odnalazła 

go w nędznej dzielnicy, gdzie mieszkał z matką. Był 

jedynym dzieckiem ich zmarłego syna i zdecydowali się 

go uznać. 

- Ale nie matkę? - słusznie domyśliła się Hildegarda. 

79 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Była kobietą pozbawioną czci - powiedziała cicho 

Rowena. - Dziadkowie Mateusza nigdy nie pozwolili 

mu się z nią spotkać. Nie wiedział o istnieniu matki aż 

do dnia, gdy umierała. 

- Mateusz jest dobrym człowiekiem - upierała się Hil-

degarda. - Najwyraźniej ufa ci na tyle, żeby wyjawić 

to, czego nie powiedziałby nikomu innemu. A jednak 

nie ostrzegł cię, że jego brat był piratem. 

- Jeśli to prawda... 

- Roweno, jak sobie z tym wszystkim poradzisz? 

- Jeszcze nie wiem. Narazie muszę ciągnąć tę grę 

z Douglasem, udając, że wierzę w to, czego on sobie 

życzy. 

- Mateusz nigdy nie był piratem- mruknęła do 

siebie Hildegarda. 

Rowena ze znużeniem pokiwała głową i wróciła do 

łóżka. Gdy tylko zamknęła powieki, przeraziła się, że 

ma przed oczami nie jasne rysy Mateusza, tylko ciemną 

twarz Douglasa, który całkowicie opanował jej myśli. 

Jego uśmiech, tak urokliwy  i . . . zniewalający. 

- Zamknij dobrze drzwi - szepnęła z korytarza Hil­

degarda. - Podejrzewam, że z kominka prowadzi tajemne 

przejście, ale wygląda na zamurowane. Nie odejdę, 

dopóki nie będę pewna, że jesteś bezpieczna. 

Rowena posłusznie podeszła do drzwi i zatrzasnęła 

zasuwę. 

Hildegarda niepotrzebnie się martwi, pomyślała. Wie­

działa, że jeśli wszystko pójdzie po jej myśli, obowiązek 

wobec kraju i ojca postawi ją wkrótce w sytuacjach o wiele 

bardziej niebezpiecznych, niż mogła sobie wyobrazić. 

80 

background image

SMOK 

Zaczął siąpić deszcz. Poszukiwania na mokradłach 

okazały się bezowocne. Douglas machnął na Aidana, 

żeby wracali do zamku. Nagle zatrzymał się, kierowany 

instynktem. 

- Objedziemy jeszcze raz dolinę. 

Aidan wzruszył ramionami. 

- Dlaczego nie? 

Dolina wydawała się spokojna. Kamienne chaty ma­

jaczyły w mroku; jakiś pies cicho zawarczał, kiedy 

przejeżdżali. Dopiero około pół mili za wioską Douglas 

zauważył, że nad stojącą samotnie chatą unosi się dym. 

Płaczliwy kobiecy głos przerwał ciszę. W pobliskim 

lesie zarżały konie. 

Douglas zeskoczył na ziemię. 

- Aidan, przeszukaj te drzewa. 

Poszedł w stronę chaty. Drzwi były otwarte na oścież. 

Bezszelestnie wszedł do środka, mrużąc oczy w torfo­

wych oparach unoszących się z dogasającego paleniska. 

Klęcząca pod ścianą młoda kobieta błagała o litość 

mężczyznę w wystrzępionym kilcie. 

- Napracowałeś się już dzisiaj, chłopie - powiedział 

Douglas. 

Mężczyzna gwałtownie się obrócił. Oczy błyszczały 

wściekle w zarośniętej twarzy. 

- Kim, do diabła, jesteś? 

Douglas zignorował pytanie. Z sąsiedniej izby dobieg­

ło jakieś skrzypnięcie. 

- Jestem lordem Dunmoral -powiedział, przytykając 

szpadę do brzucha mężczyzny. - A ty, śmierdzący 

szakalu? 

81 

background image

JILLIAN HUNTER 

~

 To Liam z Glengaldy - wykrztusiła kobieta i schowa­

ła się za plecami Douglasa. - Zgwałcił dzisiaj dziewczynę 

we wsi i strasznie pobił małego Daviego. Jego brat... 

Zanim skończyła, Liam wyciągnął zza pasa toporek. 

Umarł natychmiast, wpatrzony w przeszywającą go 

szpadę. 

- Ten drugi - szepnęła kobieta, ciągnąc Douglasa za 

wolne ramię - poszedł kraść moje zapasy i groził, że 

zabije mi dzieci. 

Douglas wskoczył za skórzane przepierzenie. Zakap-

turzony mężczyzna z workiem owsa przyciśniętym do 

piersi wyskakiwał właśnie przez okno. 

Douglas schował szpadę i rzucił się za nim do wąs­

kiego okna. Na strychu błysnęło światło i Douglas 

pomyślał, że ktoś zapalił świeczkę. Usłyszał szlochanie 

dziecka, ale nie miał czasu sprawdzić, co się tam dzieje. 

Wyskoczył na deszcz. Na skraju lasu powalił na 

ziemię człowieka, który uciekł z chaty. 

- Miej litość nade mną - załkał mężczyzna. - Nie 

chciałem przyłączać się do tych zbirów. Powiedzieli, że 

mnie zabiją, jeśli nie będę dla nich kradł jedzenia. 

Douglas nie widział osłoniętej kapturem twarzy. 

- Gdzie jest Neacail z Glengaldy? - spytał ostro. 

- Ten tchórz ukrywa się i wysyła na rozbój biednych 

ludzi, takich jak ja. 

Douglas podniósł się z ziemi. 

- Chodź ze mną - rozkazał. 

- Dobrze - potulnie zgodził się więzień. 

Kiedy wstał, kaptur zsunął mu się z głowy odsłaniając 

wykrzywioną w grymasie, pokancerowaną twarz. 

82 

background image

SMOK 

- Moje dzieci...!- Z wnętrza chaty dobiegł krzyk 

kobiety. - Podłożył ogień na poddaszu! 

- Chryste!... - krzyczał Aidan. - Kobieto, wyjdź 

stamtąd! Dach się zaraz zawali. Douglas, pomóż mi! 

Mężczyzna cofnął się o krok. 

- Nie możesz gasić pożaru i jednocześnie mnie za­

trzymać - stwierdził przebiegle. 

Douglas wpatrywał się w jego twarz. 

- Kim jesteś? 

- A jak myślisz? 

- Neacail... - Douglas sięgnął do pasa. - Ty szalony 

sukinsynu. 

Aidan chwiejnym krokiem wydostał się z chaty z dziec­

kiem na ręku. Ten widok odwrócił uwagę Douglasa, 

a Neacail wykorzystał okazję i skoczył w stronę lasu. 

Douglas rzucił się za nim z pistoletem wyszarpniętym 

zza pasa. Nacisnął cyngiel, lecz pistolet nie wystrzelił -

widocznie proch zmoczył się na deszczu. 

- Boże...! - ryknął, zaciskając szczęki z wściekłości. 

Neacail odwrócił się ze śmiechem. Douglas pociągnął 

drugi zamek pistoletu. Tym razem trafił uciekiniera 

w ramię. 

Neacail zesztywniał, ale nie zatrzymał się. Douglas 

mógł mieć tylko nadzieję, że później znajdzie go w lesie, 

martwego lub rannego. 

- Douglas!- wrzeszczał Aidan.- Pomóż mi, na 

miłość boską! 

Nie miał wyboru. Nie mógł teraz ścigać Neacaila 

i pozwolić, żeby te dzieci spaliły się żywcem. 

background image

w porównaniu z hiszpańskimi wyspami Szkocja 

leżała na drugim końcu świata. 

Kilka godzin później Douglas stał w przedporannym 

mroku na kamienistym brzegu jeziora Dunmoral. Pioruny 

przewalały się przez niebo nad jego głową jak echo 

boskiego śmiechu. Deszcz zalewał mu twarz. 

Piraci zrobili żart swojemu kapitanowi. 

Właściwie miał to być dowód uznania. 

Wyciągnęli na jezioro łódź wiosłową znalezioną w zam­

ku i zamienili w cudowną, miniaturową kopię „Zauro­

czenia" - korwety Douglasa, która zatonęła u wybrzeży 

Kuby podczas ostatniej wyprawy. 

Phelps, cieśla okrętowy, umocował nawet topsel, a na 

dziobie wyrzeźbił czarnego, ziejącego ogniem smoka. 

W ciemnej wodzie odbijały się zarysy miniaturowych 

mosiężnych dział. 

W pierwszym momencie Douglasa ogarnęła nostalgia, 

84 

background image

SMOK 

ale już po kilkunastu sekundach jej miejsce zastąpiła 

panika. 

- Jak ja to, do diabła, wytłumaczę księżniczce? -

wykrzyknął. - Co ludzie z doliny pomyślą na widok 

pirackiego statku żeglującego po spokojnych wodach 

ich jeziora? 

W tym momencie trudno byłoby powiedzieć, że 

jezioro jest spokojne. Deszcz siekł spienione pod wpły­

wem wiatru fale, które z łoskotem uderzały o brzeg. 

Douglas i Dainty musieli wiosłować przez godzinę, żeby 

dotrzeć do wysepki, na której mieli nadzieję złapać ludzi 

Neacaila. 

Znaleźli tylko kilka kamieni, martwego ptaka i opusz­

czone gniazdo kobuza. 

- Spróbujemy jeszcze raz jutro - powiedział ponuro 

Douglas, kiedy dopływali do brzegu. - Może pojechali 

na kolejną wyprawę. Jest już prawie widno. Ostatnia 

rzecz, jakiej nam trzeba, to żeby księżniczka zobaczyła 

swego gospodarza na pirackim statku. 

Księżniczka spała przez cały dzień w swojej wieży 

pod czujnym okiem Hildegardy. Przespała burzę i pio­

runy, nieświadoma otaczającej ją mrocznej atmosfery. 

Douglas nerwowo chodził po komnacie i przeklinał 

burzę, która nie pozwalała mu przeszukać okolicznych 

wrzosowisk i wzgórz. Lało jak z cebra, woda rozmywała 

drogi, rzeki występowały z brzegów. Nie znał tego 

dzikiego kraju, gdzie uczyniono go lordem, ale miał 

zamiar dobrze go poznać. 

85 

background image

JILLIAN HUNTER 

Tego dnia nie widział Roweny. Jednak kiedy położył 

się spać, odczuł dziwne zadowolenie na myśl, że ona 

bezpiecznie śpi w wieży i szalejące wokół zamku żywioły 

nie mogą jej dosięgnąć. 

Jest bezpieczna pod opieką smoka, a nie rycerza bez 

skazy ze złamaną nogą, o którym bez wątpienia śni 

i którego jest warta. 

Neacail z Glengaldy stał przy kominku w komnacie 

u szczytu wieży. Pamiętał ukryte przejście w zamku, 

który miał nadzieję odzyskać. 

Patrzył na kobietę śpiącą w łóżku zaledwie o kilka 

kroków od niego. 

Kilka godzin wcześniej przyglądał się wysokiemu 

mężczyźnie, swemu wrogowi, który nie zważając na 

burzę przeszukiwał okolicę. Człowiek ten ukradł to, co 

należało do Neacaila i próbował go zabić. Postanowił, 

że zapłaci za to. Ból w zranionym ramieniu wzmógł 

jeszcze jego nienawiść. 

Neacail jest prawowitym dziedzicem Dunmoral. 

Tak przynajmniej zeszłego lata wyznała księdzu na 

łożu śmierci jego matka ulicznica. Przysięgała, że oj­

cem Neacaila był bratanek poprzedniego lorda Dun­

moral, zresztą każdy mógł zauważyć rodzinne podo­

bieństwo. 

Neacail nie miał żadnych dokumentów, które by to 

potwierdzały, a poprzedni dziedzic i jego bratanek nie 

żyli. Neacail wiedział jednak zawsze, że urodził się, by 

sprawować władzę. 

86 

background image

SMOK 

Pół roku wcześniej wniósł roszczenia do sądu, lecz 

sędzia roześmiał mu się w twarz. 

- Może dokumenty świadczące o twoim szlacheckim 

pochodzeniu, panie, spaliły się w jakimś pożarze -

zasugerował ironicznie. 

Tydzień później Neacail spalił doszczętnie wiejski 

dom sędziego, nie przejmując się tym, że w środku 

uwięziona jest złożona chorobą siostra gospodarza. 

Spokojnie przyglądał się, kiedy waliła pięściami w ok­

no jak ptak uwięziony w klatce. Sprawiło mu to przyjem­

ność, a ci, którzy się z niego śmieli, dostali nauczkę. 

Wytarł nos o rękaw swojej wyświechtanej szafranowej 

koszuli. Jego głęboko osadzone oczy płonęły niepo­

skromioną ambicją. Czuł ból w ramienu, ale ta słabość 

go nie powstrzyma. 

Dzisiejszej nocy będzie spał w jaskini jak zwierzę. 

Obudzi się wśród zawszonych kamratów, a powinien 

przecież mieszkać w tym zamku jak lord. 

Wiele lat temu Neacail najął się do pracy w zamkowej 

kuchni. Poznał kilka tajemnych przejść, o których inni 

zapomnieli. Już wtedy myślał, że może mu się to kiedyś 

przydać. 

Nie jest jednak głupcem. Nie przyszedł do zamku, 

żeby dać się złapać. Jego plan sięgał o wiele dalej. 

Mieszkańcy Dunmoral w pierwszej kolejności zapłacą 

mu za napiętnowanie. 

A potem będzie cierpieć ten, który ukradł mu prawo 

do zamku, oraz ludzie, których miał zamiar chronić. 

Popatrzył z daleka na kobietę, która tak spokojnie 

spała w swoim łóżku. Wydawało się, że burza jej nie 

87 

background image

JILLIAN HUNTER 

przeszkadza. Był ciekaw, czy obudziłaby się, gdyby jej 

dotknął. 

Dotknął jednak jedynie obszytego koronką peniuaru 

leżącego na łóżku. 

- Ładne - powiedział cicho. - I czyste. 

Podniósł jedną z jedwabnych pończoch, które spadły 

na podłogę. Użyje ich do obandażowania ramienia. 

Kobieta na łóżku poruszyła się i przesunęła ręką po 

twarzy. Neacail w całym swoim życiu nie widział takiej 

istoty. Czy ona należy do jego wroga? Skąd się tu wzięła? 

Odsunął się od łóżka i wślizgnął w przejście za 

kominkiem. Przy następnej wizycie zostawi podarek. 

Ależ ona będzie zdziwiona. 

background image

10 

Następnego ranka pani MacVittie przyniosła Gemmie 

oprawioną w skórę książkę z pozłacanymi brzegami. 

- Znalazłam to zeszłej nocy i pomyślałam o twoim 

bracie. Są tutaj wspomnienia pewnego szkockiego wice­

hrabiego, który żył na dworze Ludwika XIV. 

Gemma rozejrzała się po pustym dziedzińcu. 

- Bardzo dziękuję, pani MacVittie. Douglasowi przy­

da się każda pomoc. Czy ta książka nam powie, jak 

zachowywać się przy księżniczce? 

- Powinna okazać się pomocna, mimo że niektóre 

opisy są nieco ryzykowne. Pomyślałam, że szczególnie 

przyda wam się opis królewskiej uczty. 

- Uczty? 

- No cóż, musicie wydać przyjęcie na powitanie 

księżniczki. Tak jest przyjęte, nawet w najbardziej 

odległych miejscach na ziemi, takich jak nasze. Głowy 

koronowane przyjmowane są wystawnymi ucztami od 

czasów starożytnych. 

89 

background image

JILLIAN HUNTER 

Gemma przygryzła wargę. 

- Rozumiem. 

- Macie w zamku kucharza, prawda? 

Gemma zawahała się. Ich jedyną kucharką była Fran­

ces, która prowadziła dom publiczny w pirackiej twier­

dzy. Braki w sztuce kulinarnej nadrabiała pewnością 

siebie. 

- Mamy kucharkę - z determinacją odparła Gemma. 

Pani MacVittie skinęła głową. 

- To dobrze. W książce jest menu, na którym powinna 

się wzorować. Nie chciałabym być niemiła, moja droga, 

ale ty i ludzie twojego brata powinniście sami przejrzeć 

tę książkę, by poprawić swoje maniery. Nie chcecie 

przecież uchybić swemu dostojnemu gościowi. 

Gemma przełknęła ślinę przyciskając książkę do 

serca. Była gotowa zrobić wszystko, by przypodobać 

się bratu. 

- Oczywiście, że nie. Nie chcemy jej obrazić. 

Hildegarda stała pod drzwiami komnaty Douglasa, 

kiedy otworzył je następnego ranka. Widząc ją, zdusił 

przekleństwo. 

- Dzień dobry, madame - powiedział. 

- Idę właśnie do kuchni przekazać kucharce życzenia 

księżniczki w kwestii śniadań. 

- Ja się tym zajmę, madame - odpowiedział pomyś­

lawszy, że dla Hildegardy i Frances jednocześnie kuchnia 

mogłaby okazać się za ciasna. 

- Jeśli nie sprawi to kłopotu. 

90 

background image

SMOK 

- Oczywiście, że nie - odparł. 

Hildegarda skinęła głową z zadowoleniem. 

- W niedziele będziemy jadły grzanki i galaretkę 

z czarnych porzeczek. Kawa i czekolada powinny być 

podawane do wszystkich posiłków. 

- Rozumiem. 

- W poniedziałki jadamy galaretkę z nóżek cielęcych 

i grzanki. We wtorki grzanki i galaretkę a la russe. 

W środy do wyboru mogą być nóżki wołowe albo 

galaretka pomarańczowa. Bardzo lubimy galaretkę z czar­

nego bzu w czwartki. 

Douglas westchnął. 

- Z grzankami? 

- Z grzankami. 

- A w piątek? - spytał. 

- Piątek jest zarezerwowany dla galaretki z pigwy. 

- A w soboty, madame? 

- W soboty pragniemy mieć do wyboru wszystko, 

co wymieniłam wcześniej. - Uśmiechnęła się do niego. -

Jaki dziś mamy dzień? 

- Sobotę - odparł zgnębiony. 

- Dobrze byłoby również zawiesić w wielkiej sali 

proporzec księżniczki - podsumowała Hildegarda. -

Mam nadzieję, że nie sprawi to kłopotu. 

- Dla księżniczki wszystko- powiedział z miną 

zbitego psa. 

K i l k a minut później osobisty doradca księżniczki 

wpadł na Douglasa w kuchni. Przygotowywał się do 

91 

background image

JILLIAN HUNTER 

odjazdu i najwyraźniej zależało mu, by szybko załat­

wić sprawy wojskowe i jak najprędzej wrócić do 

Roweny. 

Fryderyk bez ogródek dał Douglasowi do zrozumienia, 

że jego podstawowym obowiązkiem jest dbanie o bez­

pieczeństwo księżniczki. Nie ukrywał, że niechętnie 

zostawia obie kobiety same. 

- Nie wypuszczę ich bez eskorty ani na krok za most 

zwodzony - obiecał Douglas. 

Fryderyk bez słowa odwrócił się na pięcie i wyszedł. 

- Niełatwo będzie upilnować tej kobiety - proroczym 

tonem stwierdziła Frances. 

Douglas westchnął. 

- Czy mamy spore zapasy galaretek? 

- Tak - odparła zdziwiona Frances. - Dlaczego? 

- Sytą kobietę łatwiej upilnować - powiedział. -

Przynajmniej tak mi się wydaje. 

Blade promienie ranka wpadały przez wysokie okna 

wielkiej sali, oświetlając tarcze herbowe na ścianie. 

W ogromnym kominku z szerokim okapem płonął słaby 

ogień. Gdy wysoka postać księżniczki ukazała się w sali, 

Douglas poczuł podekscytowanie. 

Dzienne światło podkreślało subtelność jej klasycz­

nych rysów i bystrość spojrzenia. 

Popatrzyła na niego, a on ze zdumieniem zdał sobie 

sprawę, że przygląda mu się chłodno, niczym kupiec 

szacujący konia na targu. Przez chwilę miał ochotę 

pokazać jej zęby i postukać nogą w podłogę. 

92 

background image

SMOK 

-

 Dobrze spałaś, wasza wysokość? - spytał cierpko, 

podprowadzając ją do stołu. 

- Tak, dziękuję. - Usiadła przy starannie nakrytym 

stole i popatrzyła na adamaszkowy obrus i chińską 

porcelanę. - A ty, milordzie? 

- Wspaniale - skłamał bez mrugnięcia okiem i rozej­

rzał się. 

Nie wierzył własnym oczom. Byli sami. Pomyślał, 

że guwernantka prawdopodobnie ukradkiem pociąga 

sznapsa, a reszta mieszkańców zamku zgodnie z jego 

poleceniem trzyma się na wszelki wypadek z daleka, 

żeby czegoś nie zbroić. 

Zmarszczył czoło. Piraci trzymający się z dala, żeby 

czegoś nie zbroić - nie do wiary. Co te łobuzy knują? 

Rowena wpatrywała się w obficie zastawiony stół. 

Wyglądała na osłupiałą. Douglas pomyślał, że pewnie 

jest pod wrażeniem, że postarał się o jej ulubione 

przysmaki, i czeka, aż jej usłuży. 

- Grzanka z galaretką, wasza wysokość? - spytał. -

Mamy czarne porzeczki, nóżki, galaretkę a la russe, 

z czarnego bzu, pigwy i pomarańczową. 

Milczała przez chwilę. 

- Czy zawsze jesz takie ilości grzanek i galaretek, 

milordzie? 

- A ty nie? - zapytał zaskoczony. 

- Nie. Nie znoszę grzanek i galaretek. Hildegarda 

to lubi. 

- Może więc napijesz się kawy lub gorącej czekolady? 

Uśmiechnęła się lekko. 

- Chętnie. 

93 

background image

JILLIAN HUNTER 

Odwzajemnił jej uśmiech i sięgnął po wypolerowane 

srebrne dzbanki. 

- Kawa czy czekolada? 

- Proszę o czekoladę. - Okiem znawcy przypatrzyła 

się belkom na stropie sali. - Piętnasty wiek? 

Douglas obejrzał badawczo dzbanek w swej dłoni. 

- Nie sądzę. A jeśli tak, to jest w wyjątkowo dobrym 

stanie. 

Rowena przygryzła wargę. 

- Miałam na myśli zamek. Belkowanie stropu. 

Uśmiechnął się pobłażliwie. 

- Wiem, wasza wysokość. Tak, to piętnasty wiek. 

Albo trzynasty, albo czternasty. Do diabła, żeby choć 

pamiętał historię Dunmoral. Odstawił dzbanek, nagle 

zdając sobie sprawę, że niebezpieczeństwo czyha w każ­

dym najprostszym pytaniu. Musi mieć się na baczności 

w kwestii swojego zmyślonego pochodzenia. Nawet 

pytanie o ustronne miejsce mogło zdradzić, że jest 

kłamcą. Albo wariatem. 

- Czy w Hartzburgu mieszkasz w piętnastowiecznym 

zamku? - spytał lekkim tonem. 

Rowena spochmurniała. Douglas zastanowił się, czy 

nie powiedział czegoś głupiego. Czyżby w Hartzburgu 

nie mieli zamków? Może mieszkają w jaskiniach? Był 

przekonany, że Mateusz wiedziałby takie rzeczy. 

- Wywieziono mnie do różowego letniego pałacu 

w lesie - odpowiedziała cicho. - Nasz zamek jest ob­

legany przez rebeliantów. 

- Oblegany? Przez rebeliantów? - Douglas zupełnie 

nie interesował się polityką. - W twoim kraju? 

94 

background image

SMOK 

Rowena uśmiechnęła się z wdzięcznością, słysząc 

autentyczne oburzenie w jego głosie. 

- To jeszcze nie jest najgorsze, milordzie. Ojciec jest 

praktycznie więźniem rebeliantów. Wytrzyma oblężenie 

jeszcze pięć miesięcy, ale potem będzie zmuszony się 

poddać. Grożą, że go zabiją, jeśli nie spełni ich żądań. 

- Ależ to... ależ to... 

- ...zdrada. 

- Tak, to niedopuszczalna zdrada stanu. - Douglas 

mógł zadawać się z najgorszymi łotrami, ale nawet on 

posiadał pewien zmysł porządku. - Dlaczego ktoś nie 

przepędzi tych drani... miałem na myśli, tych złoczyńców. 

- W zupełności zgadzam się z twoimi odczuciami, 

milordzie. - Rowena zmarszczyła brwi. - Próbowałam 

przeciwstawić się rebeliantom, lecz bez skutku. Nie 

chcę, żeby zginął choć jeszcze jeden z moich lojalnych 

poddanych. Niektórzy rwący się do walki chłopcy mają 

zaledwie po dwanaście lat. Wszyscy nasi dojrzali męż­

czyźni polegli albo są ranni. - Umilkła. - Albo zdradzili 

mnie i przeszli na stronę wroga. 

- Przykro mi to słyszeć - powiedział z troską Douglas, 

zaskoczony, że naprawdę tak myśli. 

- Wrogowie ojca dysponują całą armią najemników. 

Mnie nie wystarczyło talentu, albo może zdolności 

przywódczych, żeby opanować sytuację. 

- Tu jest potrzebny doświadczony żołnierz, a nie 

kobieta - z naciskiem stwierdził Douglas. 

- Zrobiłam wszystko, co w mojej nocy. - Rowena 

wypiła łyk czekolady. - Słyszałeś o Pokoju Westfalskim? 

- Któż by o nim nie słyszał...? 

95 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Wiesz więc, że mimo iż Francja zyskała władzę 

nad pewnymi terytoriami, Hartzburg zachował swoją 

niezależność. 

Douglas milczał. Nie dość, że nic o tym nie wiedział, 

to w ogóle nie rozumiał, o czym ta kobieta mówi. 

- Francja i cesarz walczyli o nas - dodała Rowena. 

- Nie dziwię się... 

Rowena zmarszczyła brwi. 

- Bardzo cenimy sobie niezależność, milordzie. 

- Ależ oczywiście. - Spochmurniał jeszcze bar­

dziej. - Słyszałem, że masz trzech starszych braci. 

Może nie powinienem o to pytać, ale dlaczego bezradna 

kobieta musi sama bronić zamku i życia ojca? 

- Nie czuję się bezradna, milordzie. 

Douglas uważnie jej się przyjrzał, skrywając uśmiech. 

- W takim razie bezbronna, ale tylko w sensie fi­

zycznym. 

- To słuszne pytanie - powiedziała ze smutkiem. -

Mój najstarszy brat, książę Eryk, zniknął w tajemniczych 

okolicznościach podczas polowania. Rupert wypłynął 

na Morze Śródziemne z ekspedycją handlową. Ostatniej 

wiosny wpadł w jakąś zasadzkę. 

Ścigających go kobiet, pomyślał Douglas. 

Rowena ciągnęła: 

- Najmłodszy, Antoni, wiedzie życie zakonne we 

francuskich Pirenejach. 

Boi się kobiet, pomyślał Douglas. Powstrzymał się 

przed jakąkolwiek reakcją. Mężczyźni w jej rodzinie są 

zupełne do niczego. 

- Czy twoi bracia wiedzą o rebelii? 

96 

background image

SMOK 

-

 Wysłałam wiele listów - Mateusz mi w tym po­

magał - ale jeśli wkrótce nie wrócą do domu albo jeśli 

zginą, będę musiała nie tylko sama uratować ojca, ale 

również urodzić dziedziców, którzy zapewnią ciągłość 

dynastii. 

- Dziedziców? - Douglas napił się kawy, by nie 

zwróciła uwagi, że jego głos zabrzmiał o oktawę wyżej. 

- Muszę szybko urodzić dzieci - powiedziała z roz­

brajającą szczerością. - Ciągłość dynastii nie może 

zostać przerwana, gdyż rebelianci wykorzystają to, by 

zbuntować przeciwko nam ludność Hartzburga. 

- To rzeczywiście poważny problem- powiedział 

Douglas. - Szczególnie część dotycząca pośpiechu w ro­

bieniu dzieci. 

Rowena westchnęła. 

- Moja siostra Michalina została wygnana do klasz­

toru za karygodne zachowanie, tak więc naturalnie nie 

może zajść w ciążę. 

- Naturalnie - potwierdził Douglas. 

- Oczywiście jeżeli chodzi o Michalinę, to nawet 

to jest możliwe. 

Myśl o współpracy z księżniczką w kwesti dostar­

czenia dziedziców niebezpiecznie działała na wyobraźnię 

Douglasa. Przez chwilę miał ochotę porwać ją na górę 

i pomóc wypełnić jej polityczne obowiązki. Była pierw­

szą napotkaną kobietą, przy której myśl o posiadaniu 

dzieci wydała mu się w pewnym sensie zachęcająca. 

Zrobiło mu się gorąco, kiedy wyobraził sobie, że stoją 

wśród gromady małych piratów i księżniczek. 

97 

background image

JILLIAN HUNTER 

Siedziała zapatrzona gdzieś w dal, myśląc o spiskach 

i nieszczęściach rodziny. Czy naprawdę jest tak niewin­

na? - zastanawiał się cynicznie. 

Ta kobieta z pewnością nie jest głupia. Czyżby 

wystawiała jego charakter na próbę? Czy ma zamiar 

go zdemaskować? Ktoś w jej sytuacji nie mógł zaufać 

wielu ludziom. Została zdradzona. To zrozumiałe, że 

jest ostrożna. 

Ma do niego zaufanie, ponieważ jest bratem Mateusza. 

Każdy pirat skorzystałby z okazji, żeby zaciągnąć ją do 

łóżka, nie mówiąc o położeniu łapy na jej majątku. 

Do diabła, gdyby wiedziała, że jeszcze kilka miesięcy 

temu nękał te cholerne hiszpańskie psy, półnagi, z nożem 

w zębach... Uciekłaby przerażona do swojego różowego 

letniego pałacu. 

Musi zdobyć jej zaufanie poczuciem godności i sa­

mokontrolą. Oczywiście, najpierw będzie musiał jakimś 

cudem odnaleźć w sobie te cechy. Nigdy nie podejrzewał, 

że będzie mu na tym zależało. 

Zacisnął usta. Jej słowa znów zaczęły do niego do­

cierać. 

-  . . . i jak zaznaczono w kontrakcie małżeńskim, za­

chowam kontrolę nad handlem truflami. 

Pochylił się, żeby ponownie napełnić jej filiżankę. 

- Handlujecie trunkami? 

- Chyba nieuważnie słuchałeś, milordzie - zauważyła 

lekko urażonym tonem. 

Douglas uśmiechnął się. Ta kobieta nie pozwoli się 

łatwo zbić z tropu. Stwierdził jednak, że zupełnie mu 

to nie przeszkadza. 

98 

background image

SMOK 

- Oczywiście, wasza wysokość. Wiem coś na temat 

handlu trunkami. Wyobraź sobie, w zeszłym tygo­

dniu... 

Rowena głośno westchnęła. Patrzyła na niego jak na 

błazna. 

- Nie mówiłam o trunkach. Mówiłam o truflach. 

Trufle!!! Hartzburg z nich słynie. To wielki przysmak, 

który rozsyłamy po całej Europie. Próbowałeś ich kie­

dykolwiek? 

- Oczywiście- bez zająknięcia skłamał Douglas. 

Przecież na statku codziennie jedliśmy trufle jako do­

datek do robaczywych sucharów i solonej wieprzowiny, 

dodał w myśli. - Nic nie może zastąpić trufli jako 

ozdoby wykwintnego posiłku, prawda? 

Rowena uśmiechnęła się trochę złośliwie. 

- Najwyraźniej reszta świata jest twojego zdania, 

milordzie. Ja ich nie znoszę. Co może bardziej odebrać 

apetyt niż czarne, pokryte brodawkami grzyby? Papa 

podaje je przy każdej uroczystej okazji. 

Douglas oparł się na łokciach i pochylił do przodu, 

jakby trufle były najbardziej fascynującym tematem na 

świecie. 

- Doprawdy? 

- Uczył nas zbierania tego obrzydlistwa w nadbrzeż­

nych lasach z pomocą wyćwiczonych świń. 

- Coś takiego... 

- W tamtych czasach był radosnym człowiekiem, 

jeszcze przed śmiercią mamy -powiedziała uśmiechając 

się w zadumie. - Zmienił się po jej stracie. Stał się 

ponury i nieufny. 

99 

background image

JILLIAN HUNTER 

Douglas zauważył drżenie palców dziewczyny, gdy 

dotknęła filiżanki. Powrócił wzrokiem do jej twarzy. 

- Za dużo mówię - stwierdziła. - Umiesz słuchać, 

milordzie, a to może być niebezpieczne. 

- Nie muszę chyba zapewniać, że twoje sekrety 

zostaną między nami? - spytał cicho. 

- Zupełnie cię nie znam- powiedziała, a uśmiech 

znów powrócił na jej twarz. - Lecz jeśli Mateusz nalegał, 

bym powierzyła się twej opiece, musisz być człowiekiem 

godnym zaufania. 

Hałas przy drzwiach przerwał coraz bardziej intymną 

atmosferę. 

Hildegarda z pochmurną miną przyczłapała do stołu 

hałasując drewniakami. 

- Nie wypada obarczać jego lordowskiej mości 

naszymi kłopotami - powiedziała, obrzucając Rowenę 

ostrym spojrzeniem. 

- Dyskutowaliśmy o truflach, a nie o kłopotach-

odparła Rowena, zerkając porozumiewawczo na Dou­

glasa. 

Wyraźnie czymś zmartwiona Hildegarda zasiadła 

obok księżniczki. 

- Wiem, dlaczego masz kłopoty w tym zamku, milor­

dzie - powiedziała. - Nie spałam całą noc i odkryłam 

tę szatańską tajemnicę. 

- Tajemnicę?- Douglas uniósł głowę. Na skórze 

poczuł gęsią skórkę. Czyżby został zdemaskowany? -

Jaką tajemnicę? - spytał z całą nonszalancją, na jaką 

było go stać. 

100 

background image

SMOK 

Gemma zwołała nadzwyczajne zebranie w ogrodzie, 

którego celem miała być nauka dworskiej etykiety. 

Księga pani MacVittie krążyła z rąk do rąk. Wyszukane 

rysunki wzbudzały chichoty i okrzyki zdumienia. 

Baldwin nie mógł oderwać od nich oczu. 

- A ludzie mówią, że piraci to zbereźnicy. Ci fran­

cuscy panowie tylko żrą i urządzają orgie. Jestem zgor­

szony. 

Stojąca nad nim pani MacVittie uśmiechnęła się. 

- Słuszna uwaga, panie McGee. Dwór francuski 

słynny jest z rozwiązłości. 

- Ależ to obrzydliwe! - wykrzyknął Willie. - Gem­

ma przeczytała, że brat króla ubiera się jak kobieta 

i tańczy z mężczyznami. 

Baldwin potrząsnął głową. 

- Dla mnie to jeszcze nie tak straszne jak kawałek 

o tym, że dworzanie używają kominków jako wychodka. 

- Przecież ogień by zgasł... - głośno zastanawiał się 

Willie. 

- Nie obchodzą mnie takie sprawy- powiedziała 

Gemma. - Zwołałam was tu, żebyśmy poćwiczyli ety­

kietę. Baldwin, czy jako zarządca zamku wiesz, jakie 

są twoje obowiązki wobec księżniczki? 

Baldwin miał niepewną minę. 

- Tak... 

- Masz dbać o jej wygodę - powiedziała pani Mac-

Vittie. - To poważna funkcja. 

- To znaczy, że mam nosić za nią gorącą cegłę, jeśli 

zmarzną jej nogi, albo herbatę miętową, jeżeli po kolacji 

będą ją męczyć wiatry? 

101 

background image

JULIAN HUNTER 

Gemma opadła na ławkę i zapatrzyła się na opadłe 

liście tańczące po trawie. 

- To beznadziejne... - stwierdziła z rezygnacją. 

Pani MacVittie poklepała ją po ramieniu. 

- Nie sądzę, żeby należało interesować się, czy księż­

niczce dokuczają wiatry, panie McGee- powiedziała 

łagodnie. - A jeśli chodzi o zmarznięte nogi, to takimi 

osobistymi sprawami może zająć się jej towarzyszka. 

Natomiast twoim zadaniem jest pokazać jej wysokości 

zamek i zadbać, by zawsze miała zapas świec. 

- I nie dygaj przed nią więcej, bo cię zamorduję -

dorzuciła Gemma. 

- Nie będzie takiej potrzeby - taktownie zauważyła 

pani MacVittie. - Pan McGee rozumie swoje zadanie, 

prawda? 

- Jakie zadanie? - spytał Baldwin. 

Pani MacVittie potrząsnęła głową i odwróciła się do 

wątłej kobiety stojącej samotnie przy żywopłocie. 

- A ty, Frances? Jak tam twoje przygotowania do uczty? 

- Nie będzie żadnej uczty, jeśli nie zdobędę przy­

zwoitego jedzenia. - Jej delikatna twarz nachmurzyła 

się, a jasne loczki, luźno upięte na czubku głowy, zadrżały 

wymownie. - W spiżarni mamy tylko owies i suszony 

groch. Raczej się to nie nadaje na królewskie przyjęcie. 

Kiedyś w naszym burdelu przygotowałam kolację dla 

jednego księcia. Powiedział mi, że jada takie dziwaczne 

rzeczy jak rybia ikra, pawie i ostrygi - oznajmiła pod­

niecona. - Na pewno możemy zdobyć trochę ostryg. 

- Ostrygi jadają ludzie pospolici - powiedziała Gem­

ma marszcząc czoło. 

102 

background image

SMOK 

Willie rzucił przed siebie kamyk. 

- Do najbliższego miasteczka, w którym jest targ, są 

cztery dni drogi w każdą stronę. Ostrygi ześmierdną się 

na śmierć, zanim je podasz. Douglas nie byłby za­

chwycony, gdybyśmy struli biedną księżniczkę. 

- Zatoka jest tylko kilka mil stąd - w zamyśleniu 

powiedziała pani MacVittie. - Nigdy nie jadłam ostryg 

z Dunmoral, jeśli takowe istnieją, ale wydaje mi się, że 

wicehrabia wspominał o mięczakach podawanych na 

królewskim stole. 

- Warto spróbować. - Gemma zerknęła niespokojnie 

w stronę zamku. - Chyba już zjedli śniadanie. Sądzę, 

że powinniśmy się pokazać, bo księżniczka weźmie nas 

za nieobytych wieśniaków. 

- I będzie miała rację - stwierdził Baldwin. 

Gemma popatrzyła na Frances. 

- Nie widziałaś jej wczoraj wieczorem. Pójdziesz 

z nami? 

Frances potrząsnęła przecząco głową. Gemma podejrze­

wała, że kucharka z radością pracuje dla Douglasa, ale woli 

zostać w cieniu ze względu na swoją przeszłość prostytutki. 

- Chodź z nami, Frances, poznasz ją - powiedziała. 

- Żartujesz? - Kobieta wyprostowała się sztywno. -

Muszę zająć się przygotowaniami do tej przeklętej 

uczty. To będzie naprawdę cud przemienić bochenki 

owsianego chleba w królewski bankiet. 

Douglas rozparł się nonszalancko na krześle. Poza 

ta najwyraźniej wskazywała na jego zdenerwowanie. 

103 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Tajemnica? - Uśmiechnął się, jakby usłyszał dow­

cip. - Nie znalazłaś chyba, pani, cebulek tulipanów pod 

swoim łóżkiem. Pewnie dojrzewają tam od dziesięciu 

lat, od czasów zbzikowanego starego lorda. 

Rowena uśmiechnęła się. 

- Co za szczególny sposób wyrażania się o zmarłym 

ojcu. 

- Czyim ojcu? - Douglas odwzajemnił jej uśmiech. 

- Twoim. - Rowena popatrzyła na niego pytająco. -

Starym zbzikowanym lordzie. 

- Ach... tak. Biedny stary papa. 

Uśmiech zamarł na twarzy Douglasa. Nie znając jego 

prawdziwego pochodzenia, księżniczka sądziła, że odzie­

dziczył dobra po poprzednim lordzie. No cóż, stary lord 

zyskał właśnie syna, a Douglas drugiego ojca, który 

zaczynał wydawać mu się bliższy niż arystokracina, 

który opuścił go, zanim Douglas przyszedł na świat. 

- Widzę, że jego lordowska mość jest w krotochwil-

nym nastroju - zauważyła Hildegarda, uśmiechając się 

czule do Roweny. Jej twarz stężała, kiedy znów przenios­

ła wzrok na Douglasa. Pokiwała mu palcem przed 

nosem. - Lecz nadal twierdzę, że wiem, dlaczego masz 

kłopoty w wiosce. Jezioro otaczające zamek jest nawie­

dzane. 

- Nawiedzane? - Douglas z trudem powstrzymał się, 

żeby nie dotknąć swojego kolczyka. Był przesądny. 

Żaden pirat nie kpi sobie z losu. 

Rowena westchnęła. 

- Hildegarda nie pozwoliła mi spać pół nocy przez 

104 

background image

SMOK 

swoje wizje. Utrzymuje, że w waszym jeziorze mieszka 

koń wodny. 

Douglas wpatrywał się w nią osłupiały. Boże, czy to 

możliwe? Czyżby Hildegarda zauważyła na jeziorze 

„Zauroczenie"? 

- Koń wodny? - spytał uprzejmie. 

- Wy, Szkoci, nazywacie tego stwora wodnym du­

chem konia. - Hildegarda przeżegnała się, a potem 

przesądnie dotknęła amuletu z krzemiennych grotów, 

który nosiła na szyi. - Szatańskie stworzenia. Pożerają 

ludzi i zieją siarką. Bałam się zostawić moją panią aż 

do świtu. 

Douglas zakrztusił się, maskując śmiech. 

- Zeszłej nocy było bardzo ciemno, pani. To, co 

widziałaś, było prawdopodobnie iluzją wywołaną cie­

niami fal i szuwarów. 

- Ten stwór miał rozwichrzoną grzywę na karku -

stwierdziła Hildegarda, najwyraźniej bardzo przejęta 

tym, co widziała. 

Douglas splótł dłonie pod brodą, nie okazując najmniej­

szego niepokoju. Koniem wodnym mógł być jedynie ten 

przeklęty piracki statek, który ofiarowali mu jego ludzie. 

Z „Zauroczeniem" zawsze wiązały się jakieś kłopoty. 

Zastanowił się, jakby tu wymknąć się niepostrzeżenie 

i ukryć łódź, nie zwracając niczyjej uwagi. 

Kto mógłby zająć się w tym czasie księżniczką i jej 

straszliwą guwernantką? Dainty nie wrócił jeszcze z ob­

jazdu doliny, co ze względu na niedawne wypadki 

trochę go niepokoiło. Aidan jak zwykle gdzieś zniknął. 

Nagle w drzwiach ukazała się grupka jego przyjaciół. 

105 

background image

JILLIAN HUNTER 

Douglas zmrużył oczy, przyglądając im się badawczo. 

Podeszli do stołu, by złożyć szacunek księżniczce. 

Albo zwalić ją z nóg swoim zachowaniem. 

Pewne było, że przynajmniej jedno z nich zrobi 

z siebie głupca. 

Gemma dygnęła i nieśmiało spytała, czy księżniczka 

dobrze spała. Nikomu nie przyszłoby do głowy, że od 

trzeciego roku życia wychowywała się wśród piratów 

i pierwsze słowa, jakie wypowiedziała jako dziecko, 

brzmiały: „Żadnych sztuczek, żadnych chwytów, dawaj 

złoto!" 

Pani MacVittie ofiarowała księżniczce słój wrzoso­

wego miodu obwiązany wstążeczką w szkocką kratę. 

Willie skłonił się niezdarnie. Douglas z ulgą stwier­

dził, że tym razem Willie mocno trzyma w ustach 

wypadające wciąż sztuczne zęby. 

Jednak serce mu zamarło, gdy do stołu zbliżył się 

Baldwin, wpatrzony w Rowenę jak w obraz. 

Cisza wydawała się nie do zniesienia. 

Douglas chrząknął znacząco. 

W końcu Baldwin skłonił się. 

- Bardzo dobrze- powiedział półgłosem Douglas, 

odprawiając ich machnięciem ręki. - Możecie już wra­

cać do swoich obowiązków. 

- Chwileczkę - zdecydowanym tonem odezwała się 

Hildegarda i sięgnęła po grzankę. - Może ktoś z nich 

widział konia wodnego. 

- Konia wodnego?- Pani MacVittie wyglądała na 

zaintrygowaną. - W naszym jeziorze? 

- Jakiego konia? - spytała zdezorientowana Gemma. 

106 

background image

SMOK 

Douglas przesunął się na krawędź krzesła. W jego 

oczach zaiskrzyły ostrzegawcze błyski. 

- Nad zamkiem wisi jakaś klątwa - stwierdziła z ta­

kim przekonaniem Hildegarda, że nawet Douglas przez 

moment bliski był tego, by jej uwierzyć. - W jeziorze 

mieszka duch wodnego konia. 

- Nikt nie widział konia wodnego w tym jeziorze od 

stu lat - powiedziała w zamyśleniu pani MacVittie. -

Ciekawe, co go tu sprowadziło. 

- Obawiam się, że ma to związek z niewinną duszą 

księżniczki - stwierdziła z przejęciem Hildegarda. - Złe 

zawsze lgnie do niewinności. 

Douglas zerknął na Rowenę spod gęstych brwi. O mały 

włos nie powiedział prawdy, żeby gości uspokoić. Księż­

niczka jednak nie wyglądała na przestraszoną. 

- Żadne potwory nie istnieją - odezwała się. - Na 

dowód tego jeszcze dzisiejszego ranka udam się na 

przejażdżkę po jeziorze. 

Douglas powstrzymał okrzyk przerażenia. 

- To absolutnie niemożliwe. Osobiście zajmę się tą 

sprawą. 

Hildegarda posłała mu aprobujące spojrzenie. 

- To bardzo słuszna decyzja, milordzie, lecz jestem 

zmuszona poradzić mojej pani, by natychmiast opuściła 

ten zamek. Są tu też inne niebezpieczeństwa. 

Cień przemknął po twarzy Douglasa. Poczuł wzras­

tające napięcie. 

- By opuściła zamek? Ależ dopiero co przybyła. 

- O jakich niebezpieczeństwach mówisz? - spytała 

szorstko Rowena. 

107 

background image

JILLIAN HUNTER 

Hildegarda spuściła oczy. 

- Mam na myśli zbójów, którzy zaatakowali wioskę 

jego lordowskiej mości. Młoda kobieta została zgwałcona 

i wrzucona do rzeki. Zaledwie na godzinę przed naszym 

przybyciem zeszłej nocy pobito prawie na śmierć małego 

chłopca. Słyszałam, jak służba o tym mówiła. 

- Tą sprawą już się zająłem - powiedział ostro Dou­

glas. Nagła zmiana w jego tonie zdumiała Rowenę. -

Zafajdany łajdak, który dopuścił się gwałtu, już nigdy 

nie napadnie na bezbronną kobietę. Ta padlina gnije 

pewnie teraz w śmierdzącym łajnie. 

- Douglas... - ostrzegawczo szepnęła Gemma, za­

krywając dłonią usta. 

Ale on nie mógł się już dłużej powstrzymywać. 

Maska układności spadła z oblicza pirata. Pochylił się 

do przodu, jakby miał przewrócić stół. 

- Nikt nie zrobi krzywdy twojej pani, dopóki ja tu 

jestem! - ryknął. - A jeśli chodzi o pozostałych rzezi-

miechów - ktokolwiek spróbuje podnieść rękę na księż­

niczkę, zobaczy swoje wyprute flaki w kałuży własnej 

krwi, zanim zdąży mrugnąć okiem. Osobiście poćwiar­

tuję skurwysyna... 

- Douglas... - odezwała się znów przerażona Gemma. 

-  . . . i kości tego ścierwa rzucę psom na pożarcie! 

Rozparł się w krześle, nagle uspokojony. 

W sali panowała absolutna cisza. Hildegarda gapiła 

się na niego, jakby zobaczyła ducha. 

Rowena wyglądała na autentycznie zaskoczoną. 

Stało się, pomyślał. Odsłonił swoje prawdziwe oblicze. 

Żaden szlachetnie urodzony człowiek nie użyłby takiego 

108 

background image

SMOK 

obrazowego języka w obecności dam. Na pewno wy­

straszył księżniczkę na śmierć. 

Lord Dunmoral powinien kierować się rozwagą, a nie 

przemocą. 

Czy zniszczył wszystko tym wybuchem furii? Jak 

wiele prawdy odsłonił swoim zachowaniem? 

background image

11 

Wyraziłem się może nieco obrazowo - powiedział 

i przepraszająco się uśmiechnął, próbując naprawić 

błąd. - Złoczyńcy muszą stanąć przed sądem, zgodnie 

z królewskim dekretem. Daleki jestem od wymierzania 

sprawiedliwości własnymi rękami. Proszę wybaczyć mi 

te ostre słowa. Przemoc wywołuje tylko jeszcze większą 

przemoc. 

Rowena zmarszczyła czoło. 

- Czasami musimy działać, a dopiero potem zasta­

nawiać się nad konsekwencjami. 

Douglas odpowiedział najłagodniejszym tonem, na 

jaki go było w tej chwili stać: 

- Wszyscy winniśmy przestrzegać prawa, wasza wy­

sokość. 

- Jeśli dobrze zrozumiałam, brytyjski rząd wycofał 

swoje oddziały ze Szkocji - powiedziała z dezaprobatą 

Hildegarda. 

110 

background image

SMOK 

-

 To prawda, pani - odparł Douglas. 

- Komu więc księżniczka może zawierzyć swoje 

bezpieczeństwo? - z niepokojem spytała guwernantka. 

Spuścił głowę. Starał się wyglądać nobliwie. Nie było 

to łatwe po tyradzie o śmierdzącym łajnie i wyprutych 

flakach, którą przed chwilą wygłosił. 

- Musimy zaufać Opatrzności Bożej. I nie pozwolić, 

by księżniczka oddalała się z zamku bez eskorty. 

Jego słowa wywołały po raz drugi absolutną ciszę. 

Czy teraz zamiast Smokiem z Darien będą go nazywać 

Strachajłem z Dunmoral? 

- A co z tym koniem wodnym?- nie ustępowała 

Hildegarda. - Słyszałam, że konie wodne porywają 

kobiety, żeby ulżyć swoim chuciom. 

- Boże Przenajświętszy... - wyrwało się Douglasowi. 

- Tak. - Głos Roweny brzmiał cierpko. - Ten lu­

bieżny stwór podszedł podobno tak blisko jej okna, 

że widziała ziejące ogniem węże w jego grzywie. Hil­

degarda jest przekonana, że ten potwór płonie dziką 

namiętnością do mnie. 

- Nie dziwię się - powiedział Douglas. - To znaczy... 

Mam na myśli, że nie dziwi mnie jej niepokój. Młoda 

kobieta z twoją pozycją uważana jest za cenny łup 

w całej Europie. 

Twarz Roweny pojaśniała rozbawieniem. 

- Cenny łup? 

- Miałem na myśli bezczelnych łupieżców, którzy, 

wziąwszy pod uwagę twą słynną w całym świecie urodę, 

poważyliby się dybać na twoją nieskalaną cnotę. 

- To przesada - powiedziała Rowena. 

111 

background image

JULIAN HUNTER 

- Ależ skąd, to prawda. 

Popatrzyła na niego spod oka. 

- Zupełnie jakbym słyszała twojego brata Mateusza. 

- Dziękuję. - Douglas skłonił się. 

- To nie był komplement - zaczepnie rzuciła Rowena. 

- Doprawdy? 

- Sprawa konia wodnego musi zostać rozwiązana 

dzisiaj, albo będę nalegać, by księżniczka opuściła to 

miejsce - przerwała im Hildegarda. - Złapanie konia 

wodnego to dość trudne zadanie. 

Baldwin, Willie, Shandy, Phelps i inni członkowie 

załogi „Zauroczenia" słuchali każdego słowa z ros­

nącym przerażeniem. 

Jak wszyscy piraci, mieli wielki respekt dla sił nad­

przyrodzonych. Zdejmij kolczyk, a stracisz oko. Spluń 

trzy razy w dłonie, zanim podpalisz lont armaty. Nigdy 

nie pozwól, żeby mewa wylądowała z twojej lewej 

strony. Całym sercem wierzyli w potwory. 

Shandy, niski żylasty Anglik z czarnym wąsem, 

przemówił w imieniu reszty: 

- Trzeba coś zrobić z tym stworem, sir. 

- Wioskę, gdzie się urodziłem, nawiedzała zjawa -

stwierdził rzeczowo Baldwin. - Ten straszliwy upiór 

zabił pięć osób. 

Douglas wstał zza stołu. 

- To pięknie, że przyszliście pokłonić się księżniczce, 

ale czas już wracać do obowiązków. A jeśli chodzi 

o potwora z jeziora... - Umilkł znacząco. - Może ta 

bestia ma dobre serce. Może, gdybyśmy go lepiej poznali, 

wręcz by nas zauroczył... 

112 

background image

SMOK 

Gemma od razu zrozumiała, co brat ma na myśli. 

Do pozostałych dotarło to po chwili, z wyjątkiem 

Baldwina, którego lotność umysłu, nad czym Douglas 

szczerze ubolewał, pozostawiała wiele do życzenia. 

- Nikt nigdy nie słyszał, by koń wodny miał dobre 

serce - stwierdziła stanowczo Hildegarda. - Te potwory 

pożerają żeglarzy podczas sztormu. Sądzę, że powin­

niśmy odprawić egzorcyzmy. 

Baldwin rozdziawił szeroko usta. 

- Przepraszam, ale nie wydaje mi się, żeby to był 

dobry pomysł. Trzeba go zostawić w spokoju. Egzor­

cyzmy wzbudzą tylko jeszcze większy apetyt bestii. 

Może nawet zacznie pożerać kobiety i dzieci. 

Przez twarz Roweny przemknął uśmiech. Zniknął, 

gdy Douglas położył ciężką dłoń na ramieniu Baldwina. 

- Zauważyłem, że pochodnie w korytarzu przy kom­

nacie jej wysokości nie są wystarczająco nasączone 

oliwą. Nie możemy przecież pozwolić, by księżniczka 

potknęła się w ciemnościach, prawda? 

Baldwin nachmurzył się, podejrzewając, że zrobił coś 

niestosownego. Uznał, że zniknie Douglasowi z oczu, 

zanim ten go zabije. Do diabła, co ma teraz powiedzieć? 

Gemma kazała mu studiować tę durną francuską książkę 

cały ranek, zaś Douglas od tygodnia przestrzegał, by 

nie zrobił jakiegoś głupstwa. A teraz wszystko mu się 

pomieszało w głowie po tych opowieściach o potworze 

z jeziora. 

Nagle sobie przypomniał. Jest zarządcą zamku. Ma 

dbać o wygodę księżniczki i o to, żeby dziewczyna nie 

zgubiła się w jakichś mrocznych zakamarkach. 

113 

background image

JILLIAN HUNTER 

Wypiął pierś i wyrzucił z siebie prawie krzycząc: 

- Ustronne miejsce to drugie drzwi od twej kom­

naty, księżniczko. Nie chciałem, żebyś się zgubiła, 

namalowałem więc wyraźny krzyżyk na tych 

drzwiach. 

Gemma podskoczyła do niego obrzucając go morder­

czym spojrzeniem. 

- Baldwin...! 

Lecz on nadal nie odrywał od Roweny rozanielonego 

wzroku. 

- Namalowałem ten krzyżyk dziś rano, gdybyś w naj­

bliższym czasie śpieszyła się za potrzebą. 

Rowena osłupiała. 

Douglas zamknął oczy. 

- Ruszże głową - powiedziała dobitnie Gemma. 

- Że co? - spytał Baldwin. 

Gemma uśmiechnęła się cierpko. 

- Masz chyba coś do zrobienia, prawda? Wspomi­

nałeś niedawno, że księżniczce może zabraknąć świec, 

jeśli zechce czytać długo w nocy. 

- Nie. - Baldwin wyglądał na zmieszanego. - Nic 

takiego nie mówiłem. 

Rowena uśmiechnęła się zażenowana. 

- Bardzo proszę, zapomnijmy o mojej pozycji i ety­

kiecie. 

- To nie będzie trudne... - mruknęła pod nosem 

Gemma. - Szczególnie że nie mamy bladego pojęcia 

o etykiecie. 

114 

background image

Krzyżyk na drzwiach ustronnego miejsca! Śmier­

dzące łajno i cenne łupy! - wyrzucał sobie Douglas 

wiosłując zawzięcie. - Dlaczego nie odtańczymy przed 

nią po prostu barbarzyńskiego tańca ze sztyletami w zę­

bach? Nie będzie już miała żadnych wątpliwości, że 

jesteśmy bandą krwiożerczych piratów. 

- A, niech to diabli, kapitanie - powiedział Baldwin. -

Ja tam nie mam się czego wstydzić. Jestem dumny, że 

służyłem pod dowództwem Smoka. 

Nad doliną powoli zapadał zmierzch. Douglas wios­

łował w milczeniu, zapatrzony w wyszczerzonego smoka 

na dziobie łodzi. W pewnym momencie jego wzrok 

powędrował ku wysepce na środku jeziora. 

- Gdzie jest Aidan? - spytał nagle. 

- Jak zwykle gdzieś zniknął, sir - odparł Dainty. -

Poza tym ostrzegałeś wszystkich, by bez potrzeby nie 

wchodzili księżniczce w drogę. Pewnie woli trzymać 

się z daleka, żeby nie strzelić jakiejś gafy. 

- Nie tylko Aidan powinien trzymać się w ryzach -

powiedział Douglas. - Ta kobieta dziwnie na mnie 

działa. Całe to gadanie o rodzeniu dziedziców... Za­

stanawiam się, czy ona nie chce czasem wykorzystać 

mnie jako ogiera rozpłodowego. 

Dainty uśmiechnął się półgębkiem; cały czas twardo 

utrzymywał rytm wiosłowania nadany przez Douglasa. 

Spotkali się jako galernicy na Karaibach mniej więcej 

piętnaście lat temu. Dainty dzięki swej ogromnej posturze 

wkrótce został nadzorcą kapitana. Kilka razy uratował 

Douglasa od chłosty, kilka razy sam mu ją wymierzył, 

a kiedy wybuchł bunt galerników, mieli już dawno 

sprecyzowane plany wspólnej pirackiej przyszłości. 

115 

background image

JILLIAN HUNTER 

Douglas westchnął. 

- Może ona po prostu domyśla się, jaki jestem na­

prawdę. Ciekawe, dlaczego Mateusz nie powiedział jej, 

że jestem piratem i skończonym łajdakiem. 

- To najszczersza prawda, sir - powiedział Baldwin. -

Jesteś największym łotrem, pod jakim służyłem. 

- Powiedziałem Mateuszowi, że się nawrócę - ode­

zwał się Douglas.- Czyżby naprawdę mi uwierzył? 

Dainty parsknął śmiechem. 

- Gdzie ukryjemy „Zauroczenie"? 

- Tam, między tamtymi drzewami. - Douglas z nie­

dowierzaniem wpatrywał się w grupkę ludzi zebranych 

na brzegu. Przeklął pod nosem. - No, to mamy to­

warzystwo. 

Dwaj pozostali mężczyźni w łodzi odwrócili głowy 

w stronę brzegu. Kilkunastu mieszkańców wioski stało 

tuż nad wodą. Kobiety miały na sobie znoszone spódnice 

ze zgrzebnej wełny, mężczyźni spłowiałe kilty. Kilku 

z nich zdjęło czapki w geście szacunku dla Douglasa. 

Pirat czy nie, był teraz lordem Dunmoral i należał do 

nich tak samo jak oni do niego. Wraz z tytułem i mająt­

kiem spadł na niego również obowiązek obrony wymie­

rającego klanu MacAultow, którzy ponieśli krwawe 

ofiary podczas tyranii Olivera Cromwella. 

Kilku najśmielszych mężczyzn weszło do wody, by 

pomóc przyciągnąć łódź do brzegu. 

Douglas westchnął głęboko, niepewny, co zrobić 

z tymi ludźmi. 

Przyglądali mu się w milczeniu. Pirat, a od niedawna 

szlachcic, dzięki jednemu podpisowi króla. 

116 

background image

SMOK 

Najwyraźniej jednak postanowili uwierzyć, że jako 

pan tych ziem będzie ich obrońcą. 

Douglas sam nie był pewien, kim jest i czuł się 

zażenowany, kiedy przyglądali mu się z tym specyficz­

nym humorem szkockich górali, których wydawały się 

nie dziwić żadne absurdy życia. Udawali, że nie widzą 

repliki pirackiego statku na brzegu swojego jeziora. 

Smok z Darien, Postrach Siedmiu Mórz, pojawił się 

teraz na szkockich wodach. 

- Witaj, milordzie. 

- Wasza lordowska mość wybrał się na połów? 

Łódź zakołysała się w szuwarach. Douglas siedział 

nieporuszony, nie mając pojęcia, jak wytłumaczyć obec­

ność pirackiej łodzi. Może, jeśli nic nie powie, ludzie 

z Dunmoral nadal będą udawać, że nic nie zauważyli. 

Wiedzieli, że był piratem. Gemma, ze swoją skłon­

nością do paplania przy lada okazji, wyjawiła całą 

prawdę już pierwszej nocy po ich przybyciu do zamku. 

Niewiele od niego oczekiwali -jedynie ochrony przed 

grabieżcami, którzy wykorzystywali ich bezbronność. 

Nagle jedno z dzieci bez cienia strachu wyrwało się 

do przodu i krzyknęło ze szczerym zachwytem: 

- To piracki statek! Możemy nim popływać? 

Matka dziewczynki zeszła nad wodę, żeby odciągnąć 

niesforne dziecko. 

Do łodzi zbliżył się brodaty mężczyzna w skórzanym 

fartuchu kowala. W jego oczach błysnęło rozbawienie, 

kiedy spojrzał Douglasowi w oczy. 

- Piękne cacko, milordzie. Mam na imię Henryk. Do 

mnie należy kuźnia na końcu wsi. 

117 

background image

JILLIAN HUNTER 

ZE

 spojrzenia mężczyzny Douglas wyczytał, że żadne 

kłamstwo nie uratuje mu skóry. Musi powiedzieć prawdę 

o „Zauroczeniu". 

- Potrzebuję pomocy - oznajmił. - Chcę ukryć tę 

łódź. Z powodów sentymentalnych moi ludzie nie mogą 

zdobyć się na zniszczenie tej przeklętej łajby. 

Henryk podrapał się po zarośniętym policzku. 

- Chcesz ją ukryć, panie, przed księżniczką? 

- O niej też wiecie?- spytał z niedowierzaniem 

Douglas. 

- O, tak. W tej okolicy trudno utrzymać coś w sek­

recie. 

Douglas westchnął. 

- No cóż, istnienie tej łodzi musimy utrzymać w sek­

recie. 

Henryk zaciągnął się głęboko dymem ze swojej fajki 

z korzenia wrzośca. 

- W wiosce jest pusta stodoła, gdzie moglibyśmy 

mieć na nią oko. 

- Dziękuję. - Douglas wyskoczył z łodzi i poklepał 

mężczyznę po plecach. - Ja również wam pomogę. Moi 

ludzie będą patrolować wioskę i okolicę. 

Z oczu Henryka znikło rozbawienie. 

- Na rozstaju dróg znaleziono dziś rano młodszego 

brata Neacaila z piersią przebitą jednym pchnięciem 

szpady. To on zgwałcił tę biedną Aggie i pobił prawie 

na śmierć małego Davie. 

Wyraz twarzy Douglasa pozostał niezmieniony. Aidan 

porzucił ciało na widoku jako znak dla ludzi Neacaila, 

że Douglas pomści każdy ich zbrodniczy wybryk. 

118 

background image

SMOK 

- Może to ostrzeże Neacaila, że ludzi z Dunmoral 

nie można bezkarnie krzywdzić - powiedział. 

- Ta rodzina i ich poplecznicy to banda szubraw­

ców. - Henryk zniżył głos. - Uciekinierzy z armii, 

zaciekli wrogowie naszego klanu. Na pewno wezmą 

odwet za śmierć brata. 

- Jestem na to przygotowany - powiedział Douglas. 

Henryk z troską pokiwał głową. 

- Znam Neacaila od czasu, gdy jako mały bękart 

z lubością topił w jeziorze małe zwierzęta. Pokuma się 

z samym szatanem, żeby dostać to, co chce. 

Głos Douglasa zabrzmiał cicho, ale była w nim 

niewzruszona pewność siebie. 

- To niech się kuma. Szatan zawsze jest pod ręką. 

background image

12 

Kilka

 mil od jeziora Dunmoral rybacka łódź uderzyła 

o kamienie wybrzeża w pobliżu miejsca, gdzie rzeka 

wpływa do morza. Gemma wychyliła się za burtę wypat­

rując w mętnej zielonej wodzie łysej głowy Dainty'ego. 

Przejmujący wieczorny chłód potęgowała wilgotna 

mgła. 

- Strasznie długo tam siedzi - powiedziała dziew­

czyna. - Może Baldwin powinien go poszukać. 

- Ja? - żachnął się Baldwin. 

- Na mnie też nie patrz. - Frances schowała ręce 

w fałdy spódnicy. - Zawdzięczam Douglasowi życie, 

ale nikt mnie nie zmusi, żebym wlazła do szkockiego 

morza w listopadzie. 

Nagle Dainty wynurzył się spomiędzy skał jak Posejdon. 

Miał zsiniałe usta, ale jego oczy błyszczały triumfująco. 

- Księżniczka będzie miała wykwintną kolację -

obwieścił. 

120 

background image

SMOK 

- Znalazłeś je? - spytała Gemma. 

- Jasne, że znalazłem. - Wgramolił się do łodzi z sie­

cią rybacką przewieszoną przez nagie ramię. - Nigdy nie 

uwierzycie gdzie, omal się nie utopiłem w tym dzwonie 

do nurkowania, szukając tych paskudztw. W końcu je 

znalazłem. Były przyklejone do skał niedaleko brzegu. 

Wszyscy wlepili wzrok w coś połyskująco czarnego, 

co rzucił na dno łodzi. Pękając z dumy, Dainty schował 

nóż za pas ociekających wodą spodni. 

Frances zmroziła go wzrokiem. 

- To nie są ostrygi, ty półgłówku. To są wielkie, 

obrzydliwe małże. 

- Małże! - Baldwin z wrażenia tupnął w dno łodzi. -

Ależ ty jesteś głupi, Dainty! Co z ciebie za pirat, jeśli 

nie umiesz odróżnić małży od ostryg? 

Dainty przesunął ręką po łysej głowie. 

- To sam poszukaj tych przeklętych stworów w ta­

kiej lodowatej wodzie, że mózg zamarza. Zrobiłem, 

co się dało. 

Urażony, zwalił się na ławkę, nieomalże przewracając 

niewielką łódkę. 

- Ostrygi żyją w muszlach- powiedziała zdegus­

towana Frances. 

Baldwin zachichotał. 

- No, trzeba było dobrze poszukać, może wyłowiłbyś 

jakieś perły. 

Dainty skrzyżował na piersi umięśnione ręce. 

- Powiedzcie jej wysokości, że to są szkockie ostrygi, 

albo ty, Frances, podaj je w jakimś sosie. Nie będę 

więcej nurkował. 

121 

background image

JILLIAN HUNTER 

Gemma trąciła stopą oślizłą zdobycz Dainty'ego. 

- Chcecie, żeby księżniczka się rozchorowała ? Nie­

które małże mogą być trujące. 

- Mamy niecały tydzień na wydanie uczty - ponuro 

stwierdziła Frances. - Zamierzam podać ostrygi i muszę 

mieć pawia na środek stołu. 

- Pawia? - wykrzyknął Dainty. 

- Tak - poparła pomysł Gemma. - Pawia. Najpierw 

znajdziecie mi jakąś porządną sztukę, a potem poprosicie 

panią MacVittie o dodatkowe lekcje dobrego wycho­

wania. - Podniosła wiosło. - Po tym wszystkim, co 

Douglas dla nas zrobił, niech chociaż raz będzie z nas 

dumny. 

Nie powiedziała tego, ale nie chodziło tu jedynie 

o wdzięczność. Ich los nierozerwalnie związany był 

z losem Douglasa. Jeśli jego zamiar nawrócenia powie­

dzie się, to i ich życie nabierze prawdziwego sensu. 

A jeśli nie, stoczą się razem z nim na samo dno. 

Co prawda gotowi byli pójść za nim nawet do piekła. 

Zresztą, zdarzyłoby się to nie po raz pierwszy. 

Następnego ranka Douglas czekał na księżniczkę 

w wielkiej sali przy stole nakrytym do śniadania. Była 

niedziela - dzień galaretki z czarnych porzeczek. Wy­

kąpał się dziś w zimnej wodzie i wyszorował brzozowym 

mydłem. Zamiast stroju, który nosił na polowanie, 

włożył czystą koszulę i kilt. Długie ciemne włosy 

związał czarną wstążką. Jego myśli nie krążyły jednak 

tylko wokół towarzyskich konwenansów. 

122 

background image

nie układały się po jego myśli. 

Pirackie rzemiosło to dziecinna igraszka w porównaniu 

z pułapkami, które na każdym kroku czyhały na niego 

w świecie dworskich manier. Mówiąc wprost, zalecanie 

się do księżniczki było niezwykle niebezpieczne. Podo­

bała mu się i uświadomił sobie, że nie chciałby jej 

zawieść. Ta maskarada ciążyła mu coraz bardziej. 

Poza tym, mimo że nie lubił angażować się uczu­

ciowo, polubił tych ufnych górali z Dunmoral. Po 

raz pierwszy poczuł, że jest związany z tym miejscem 

i jego mieszkańcami. 

Za wszelką cenę musi położyć kres rozbojom i ok­

rucieństwom Neacaila. 

Kilka godzin wcześniej, kierując się wskazówką Hen-

ryka MacAulta, pojechał na porośnięte lasem wzgórza 

w poszukiwaniu Neacaila. Nie znalazł jednak żadnych 

śladów. 

Rozsadzała go wściekłość. Wyczuwał, że ci łajdacy 

obserwują go z ukrycia. W licznych jaskiniach i skalis­

tych rozpadlinach bez trudu mogłaby się ukryć mała 

armia. A może Neacail liże w jakiejś norze swoje rany? 

Niestety, trudno było sądzić, że wyzionął ducha po tym 

jednym postrzale. 

- Położę temu kres - powiedział, jakby głośno wy­

powiedziane słowa miały dodać mu sił. 

Nie było mu jednak łatwo uganiać się za tą bandą 

123 

background image

JILLIAN HUNTER 

oprychów, a potem wracać do zamku i w pogodnym 

nastroju, z galanterią zabawiać księżniczkę przy ko­

lacji. 

Zerknął w górę i z przerażeniem zauważył grube 

świece w sosnowym żyrandolu wiszącym nad stołem. 

Jego kompani, chcąc zabić nudę, wyrzeźbili w nich 

nagie postacie kobiet we frywolnych pozach. 

- O Boże... - wykrztusił, zrywając się z krzesła. 

Gemma, pogrążona w lekturze francuskiej księgi 

o życiu dworskim, ze zdumieniem patrzyła na brata, 

który odstawiał jakiś dziwny taniec na środku stołu. 

- Co ty, na miłość boską, wyprawiasz? 

- Księżniczka! Te nagie kobiety. Pomocy! 

Było za późno. Zdążył upchnąć nieprzyzwoite świece 

do kieszeni, lecz nie zdążył zeskoczyć ze stołu. Rowena 

i jej guwernantka już tu były. 

Popatrzył na Rowenę z góry, uśmiechając się z za­

żenowaniem. Miała na sobie błękitną jedwabną suknię 

z pasem haftowanym srebrną nicią. Długie ciemne 

włosy luźno opadały jej na ramiona. Wyglądała tak 

uroczo, że na chwilę zabrakło mu tchu. 

Jak mógł próbować oszukać tę kobietę? 

Kiedy jego wzrok padł na jej zmysłowe usta, poczuł, 

jakby ogarnęły go płomienie. Z trudem się powstrzymał -

miał ochotę dotknąć delikatnie jej uśmiechniętej twarzy, 

przesunąć dłonią po włosach, poczuć jej zapach. 

Musiał też powstrzymać jeszcze silniejsze pragnienie, 

żeby zabrać ją do łóżka, zaryglować drzwi i pokazać, 

jak to jest, kiedy kobieta należy do mężczyzny. 

Zatopiony w tych rozkosznych myślach, z woskowymi 

124 

background image

SMOK 

figurkami sterczącymi z kieszeni, stał wciąż na stole, 

na którym księżniczka miała za chwilę jeść śniadanie. 

- Pewnie zastanawiasz się, dlaczego tu stoję - stwier­

dził z rozbrajającym uśmiechem. 

Usta Roweny drżały w kącikach. 

- Jestem przekonana, że miałeś ku temu jakiś ważny 

powód, milordzie. 

- W istocie. - Zerknął na siostrę. - Nieprawdaż, 

Gemmo ? 

- To była mysz - bez zastanowienia odpowiedziała 

Gemma. - Przebiegła Douglasowi po nodze. Panicznie 

boi się myszy od czasu, kiedy... kiedy przypadkowo 

ktoś zamknął go na całą noc w piwnicy, gdy miał 

trzy lata. 

- Mysz? 

Rowena wyglądała na poruszoną. Domyślił się jednak, 

że jej reakcja nie wynika z lęku przed myszami. Nie 

spodziewała się po prostu, że dorosły mężczyzna może 

zachować się jak płochliwe dziewczę. 

Zeskoczył na podłogę i półgłosem rzucił w stronę 

siostry: 

- Dziękuję ci, Gemmo. 

- Nie ma za co. - Niewzruszona jego zażenowaniem, 

z podziwem wpatrywała się w Rowenę. - Zajmę się 

śniadaniem, wasza wysokość. 

- Gdzie jest ta mysz?- spytała drżącym głosem 

Hildegarda, co poprawiło Douglasowi nieco nastrój. 

- Przegoniłam ją - odparła Gemma. - Douglas był 

za bardzo wystraszony. 

Rowena uniosła brew, podnosząc wzrok na wciąż 

125 

background image

JILLIAN HUNTER 

rozkołysany żyrandol. Chciała być sama z Douglasem, 

z dala od tego zamku i jego mieszkańców, w sytuacji, 

która pozwoliłaby jej lepiej go poznać. Była coraz 

bardziej przekonana, że jego zachowanie to jakaś poza, 

nie wiedziała jednak, co się za tym kryje i jakie są jego 

intencje. 

To prawda, że poznała go dopiero cztery dni temu. 

Zdążył już jednak zademonstrować swoją legendarną 

wybuchowość. Może odgrywał tę farsę w obawie przed 

królewskim gniewem? Rowena wiedziała, że musi szyb­

ko przejrzeć tę grę i przeciągnąć go na swoją stronę. 

Po powrocie Fryderyka będzie to niemożliwe. 

- Zjem później, dziękuję - powiedziała. - W tej 

chwili marzę wprost o przejażdżce po wrzosowiskach. 

Czy to możliwe, milordzie ? Mógłbyś mi pokazać 

swoją posiadłość? 

Jej prośba wywołała u Douglasa dreszcz podniecenia. 

Nie było to jednak takie proste. Ich pojawienie się na 

wrzosowiskach byłoby kuszeniem bandy tych drani, 

którzy nie mieli szacunku dla niczego ani dla nikogo, 

nie wspominając już o ludzkim życiu. 

Potrząsnął przecząco głową. 

- Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł. 

- Ależ nie ma mowy, żebyś opuściła zamek bez 

eskorty - wtrąciła oburzona Hildegarda. 

- Byłabym przecież pod opieką jego lordowskiej 

mości. - Rowena uśmiechnęła się przymilnie. 

Coraz bardziej go to kusiło. Wybrać się z nią na 

przejażdżkę sam na sam, patrzeć razem na połyskującą 

w słońcu taflę jeziora, pokazać jej jelenia przemykają-

126 

background image

SMOK 

cego wśród drzew. I jeśli nadejdzie taki moment, ocza­

rować ją czułymi słówkami, skraść pocałunek. Jej ma­

jątek stał się nagle ostatnią rzeczą, o którą mu chodziło. 

Ona sama jest bezcennym skarbem. 

Nie mógł jednak uwodzić kobiety i równocześnie cały 

czas mieć się na baczności, czy ktoś nie szykuje na nich 

zasadzki. Nie mógł się przyznać, że pozwolił, by banda 

dzikich łotrów panoszyła się w okolicy. I tak zrobił już 

z siebie głupca odgrywając całą tę maskaradę. Zamiast 

prowadzić dworne konwersacje, powinien ścigać tych 

bezwzględnych bandziorów. 

- W okolicy krążą niebezpieczni bandyci - powie­

dział przepraszającym tonem. 

- Mój brat zawsze wolał poczytać dobrą książkę, 

niż bez celu włóczyć się po wzgórzach. - Gemma 

zrobiła niewinną minę. - Jako dziecko był bardzo sła­

bowitego zdrowia. Mama odchodziła od zmysłów, gdy 

tylko zakasłał. 

Rowena popatrzyła na Douglasa ze zdziwieniem. 

- Doprawdy...? 

- Omal nie straciliśmy go kilka razy - ciągnęła Gem­

ma, ignorując mordercze spojrzenie brata. - Nawet katar 

był dla niego groźny. 

Douglas wysilił się na uśmiech. 

- Gemmo, nie zanudzajmy naszego gościa szczegó­

łami mojej nieszczęsnej młodości. Przesadzasz. 

- Ależ to wcale nie jest nudne - pośpiesznie rzuciła 

Rowena. - Twoja przeszłość wydaje mi się wprost 

fascynująca. Może przejażdżka po wrzosowiskach do­

brze wpłynęłaby na... twoje wątłe zdrowie. 

127 

background image

JILLIAN HUNTER 

Douglas przyjrzał jej się uważnie. Tajemnice i nie­

dopowiedzenia między nimi stwarzały coraz większe 

napięcie. Przemknęło mu przez myśl, że może nie jest 

jeszcze za późno, by wyznać prawdę o swej barbarzyń­

skiej przeszłości, bał się jednak, że ostatecznie straci 

jej zaufanie. 

- Miałem inne plany na popołudnie - powiedział. 

- Jakie, milordzie? 

Ich oczy spotkały się. 

- Myślałem, że moglibyśmy - wziął głęboki oddech -

poczytać Szekspira przy ogniu kominka. 

- Wspaniały pomysł, milordzie. - Hildegarda wes­

tchnęła z ulgą. 

- Nie mogę się już doczekać... - powiedziała Rowena. 

Douglas skłonił głowę. 

- Myślę jedynie o twoim bezpieczeństwie. 

- Nie wątpię w to - odparła. - Lecz jeśli nie mogę 

oddalać się od zamku, proszę pozwolić mi chociaż na 

spacer po ogrodach. Ogrodnictwo jest moją ukrytą pasją. 

- Po ogrodach... 

Douglas zerknął na Gemmę w poszukiwaniu pomocy. 

Wiedział, że jest jakiś ogród w zamku, lecz nie inte­

resował się tym do tej pory. Poprzedni właściciel Dun-

moral zbudował tu cieplarnię, ale Douglas nie miał 

pojęcia, co tam hodowano. 

- Sądzę, że możemy pójść na krótki spacer - powie­

dział, myśląc już jednak o poszukiwaniach, które zaraz 

potem powinien podjąć razem z Aidanem. 

- Jeśli cię to nie zmęczy, milordzie - powiedziała 

trochę zaczepnie Rowena. 

128 

background image

SMOK 

-

 Ogród jest w strasznym stanie - wtrąciła Gemma. 

Rowena wyprostowała ramiona i powiedziała zdecy­

dowanym tonem: 

- Jeśli nie wyjdę na spacer, to oszaleję. I nie chcę 

już o tym dyskutować. 

Douglas podprowadził Gemmę do stołu. Maska 

Uprzejmości spadła z jego twarzy. Był wściekły. Księż­

niczka wyszła razem z Hildegardą, żeby zabrać płaszcz 

ze swojej komnaty. 

- Dlaczego, do diabła, powiedziałaś jej, że boję się 

myszy? 

Gemma schowała się za krzesło. 

- A co miałam jej powiedzieć? 

- Nie mogłaś powiedzieć, że wymieniam wypalone 

świece na żyrandolu? 

- Dlaczego sam tego nie powiedziałeś? - odparowała. 

Z wściekłością odwrócił wzrok. Miał się przyznać, 

że przy Rowenie trudno mu czasem zebrać myśli? 

- Księżniczka ma ochotę na spacer po ogrodzie -

stwierdził posępnie. 

- Słyszałeś przecież, jak zdecydowanie tego zażąda­

ła. - Gemma uśmiechnęła się złośliwie pod nosem. 

Machnął ręką zirytowany. 

- Idź już, dziewczyno. Sprawdź, czy te łajzy nie 

wlały rumu do fontanny i czy ścieżki nie są usłane 

trupami ani pustymi baryłkami po wódce. 

Gemma głośno westchnęła. 

- Ktoś powinien mi płacić za to wszystko, co dla 

129 

background image

JILLIAN HUNTER 

ciebie robię. A poza tym ciągle masz w kieszeni te nagie 

figurki. Jeśli obecność księżniczki znowu odejmie ci 

rozum, wyciągniesz jedną z nich i podasz jej zamiast 

chusteczki do nosa. 

Zdrowy rozsądek podpowiadał Rowenie, że próba 

ujarzmienia smoka niesie ze sobą pewne niebezpieczeń­

stwa. Intuicyjnie przeczuwała, że igra z ogniem. Smok 

z Darien jest bez wątpienia niebezpiecznym człowiekiem. 

Nie wierzyła w to, że lord Dunmoral boi się myszy 

i woli poezję Szekspira od typowo męskich zajęć. 

A może rzeczywiście jej wymarzony rycerz nie jest 

tym, za kogo go miała? Może legendy na jego temat są 

czystym wymysłem? 

- Wątłe zdrowie... - powiedziała do siebie. - Jeśli 

ten mężczyzna ma w sobie coś wątłego, to ja jestem 

kacykiem perskim. 

- Pozory mylą. - Hildegarda parsknęła. - Patrząc na 

ciebie, nikt nie domyśliłby się, że masz więcej rozumu 

i silnej woli od niejednego mężczyzny. 

Rowena pociągnęła usta różem. 

- Nie zauważył, że mam rozpuszczone włosy. Nie 

zerknął nawet na haftowany srebrną nicią pas, w którym 

jest mi ładnie, co przyznają nawet moi okropni bracia. 

Dobrze pomalowałam usta? 

- Już więcej tego wściekłego różu nie mogłabyś 

nałożyć. 

- Dlaczego on mnie okłamuje? Sądzi, iż uwierzę, że 

boi się myszy? 

130 

background image

SMOK 

- Przyznałabyś się do swojej barbarzyńskiej prze­

szłości, gdyby podarowno ci drugą szansę w życiu, 

wasza wysokość? 

- Sama nie wiem - odparła Rowena. - Nigdy nie 

byłam barbarzyńcą. Ale sądzę, że mogłoby mi się to 

spodobać. 

- Może musi ukrywać swoją prawdziwą naturę, by 

zachować nadany tytuł i dobra - w zamyśleniu powie­

działa Hildegarda. 

- Jak mam więc do niego dotrzeć? - Zastanawiała 

się głośno Rowena. - Jak mogę mu zaufać? 

- Nie możesz. - Hildegarda narzuciła jej na ramiona 

obszyty sobolami płaszcz, jakby to była zbroja. - Za­

czekaj. Zapomniałyśmy przypiąć to na piersi. Nie możesz 

nikomu ufać, wasza wysokość. Nikomu. 

Rowena zapatrzyła się na amulet, który przyniosła 

Hildegarda. 

- Chcesz, żebym nosiła te zwiędłe gałązki? 

- To jarzębina - powiedziała Hildegarda. - Szkoci 

wierzą, że to chroni przed niebezpieczeństwem. 

Rowena westchnęła z rezygnacją i pozwoliła jej 

przypiąć ten dziwny talizman pod gorsetem. Kłótnie 

z Hildegarda zwykle niewiele dawały. 

Jednak jaki sens miało noszenie talizmanu, jeśli cho­

dziło jej właśnie o przyciągnięcie Douglasa, i to bez 

względu na niebezpieczeństwo, jakie mogło się z tym 

wiązać. 

- Czy mam powiedzieć mu wprost to, co myślę? -

zapytała guwernantkę. 

- Każdy człowiek powinien mieć szansę poprawy -

131 

background image

JULIAN HUNTER 

zabrzmiała odpowiedź. - Jeśli przyznasz, że znasz jego 

przeszłość, którą najwyraźniej się nie przechwala, urazisz 

jego dumę. Gorzej, znajdziesz się na łasce człowieka, 

który nie ma nic do stracenia. Nie można przewidzieć, 

co zrobi ten mężczyzna. 

- Radzisz mi więc nadal odgrywać tę komedię? 

- Do powrotu Fryderyka, tak. Musisz udawać, że jest 

synem poprzedniego lorda Dunmoral. 

- Obserwowałam go w obecności siostry i jego ludzi -

powiedziała Rowena. - Wiem, że potrafi być wściekły, 

delikatny i władczy. Ale czuję, że wciąż nie mogę 

przebić się przez jakąś mgłę i zobaczyć, jaki jest na­

prawdę. 

- Może to i lepiej - skonstatowała Hildegarda. -

Może zobaczyłabyś diabła wcielonego. 

- Coś mnie do niego strasznie ciągnie- wyznała 

cicho. 

- Wasza wysokość! Nie mów takich rzeczy. Nie 

masz żadnego doświadczenia z mężczyznami. 

- Właśnie mam zamiar je zdobyć - stwierdziła z na­

ciskiem Rowena. 

background image

13 

O tej porze roku nie było już wiele zieleni w oto­

czonym murem zamkowym ogrodzie. Zaledwie kilka 

kępek rozmarynu i tymianku, trochę ostów i dwa czy 

trzy więdnące michałki. Rowena patrzyła jednak wokół 

zachwyconym wzrokiem. 

Douglas przyglądał jej się z nonszalanckim rozba­

wieniem, którym starał się pokryć coraz silniejszy pociąg 

fizyczny do tej kobiety. 

Niewiele mówił, żeby nie palnąć jakiegoś głupstwa. 

Najwyraźniej jej to nie przeszkadzało. Odsunęła ręką 

zwisające prawie do ziemi gałązki wierzby płaczącej 

i ruszyła przed siebie zarośniętą ścieżką. 

- Nie wiedziałam, że jest tu takie niezwykłe miejsce -

krzyknęła przez ramię. - Czy pójdziemy później do 

labiryntu? A może do rosarium? 

- Rosarium...? 

Nie miał pojęcia, o co jej chodzi z tym labiryntem. 

Rosarium wydawało się bezpieczniejsze. 

133 

background image

JILLIAN HUNTER 

Obawiał się przebywać z nią sam na sam w cieniu 

ligustrowych tuneli wyhodowanych przez poprzedniego 

właściciela. Muśnięcie jej ręki, przypadkowe dotknięcie 

ramieniem, i straci całkowicie kontrolę nad sobą. A tym 

samym udowodni jednoznacznie, że nie jest jej wart. 

Spoglądała na niego, uroczo uśmiechnięta. Miał ochotę 

zbliżyć się do niej. Pociągała go jej niewinność, ale bał 

się, że coś zniszczy. Sam już nie wiedział, czego od 

niej chce. I czego ona chce od niego. Jeszcze godzinę 

temu myślał o ściganiu śmiertelnego wroga. Jak mógł 

knuć krwawą zemstę w jej obecności? 

- Jakie to piękne. - Stała kilka kroków dalej przed 

zniszczoną kratą obrośniętą czerwonymi kwiatami. -

Nie przekonasz mnie, że Rosa cinamomea kwitnie o tej 

porze roku. 

- Dobrze - zgodził się Douglas. - Nie będę cię prze­

konywał. 

- Co za niezwykły widok. - Rowena wpatrywała się 

z zachwytem w kwiaty. - Co za... 

- Na miłość boską, co mają róże wspólnego z cyna­

monem? - powiedział do siebie półgłosem. 

Nagle coś go tknęło. 

Kwiaty na kracie podejrzanie przypominały jaskrawe 

jedwabne różyczki naszyte na halkę, którą kupił jakiś 

czas temu w hrabstwie Nairn, nie mogąc już dłużej 

wysłuchiwać błagań Gemmy. 

- Nieprawdaż? - spytała Rowena. 

Douglas odwrócił się, w panice rozglądając się po 

ogrodzie, czy jego szalona siostra nie wymyśliła czegoś 

jeszcze oryginalniejszego. 

134 

background image

SMOK 

-

 Słucham? 

- Czy to jest Rosa cinamomea simplex? 

Nie. - Douglas nachmurzył się i stwierdził posęp-

nie: - To jest Halkovatis Gemma idiotica. 

-

 Och... - Rowena przysunęła się do kraty. Nagle 

wybuchnęła głośnym śmiechem. - Świetny żart - po-

wiedziała. - Dałam się nabrać. 

Odwrócił się i zauważył siostrę przekradającą się 

przez krzewy ligustrów. Skąd jej przyszło do głowy, że 

księżniczka da się nabrać na różyczki wyprute z halki? 

- Sądzę, że nie musicie ich ani podlewać, ani przy-

cinać- powiedziała Rowena, wciąż krztusząc się ze 

śmiechu. 

- Co? 

- Przycinacie je? 

- Nie robiłem ostatnio żadnych przecinek w tym 

ogrodzie - odpowiedział z roztargnieniem. 

Rowena ściągnęła brwi. 

- Słucham? 

Ze złością machnął ręką w stronę zarośli. Rowena 

odwróciła się w jego stronę w momencie, gdy groził 

Gemmie zaciśniętą pięścią. 

- Co ty, na miłość boską, wyprawiasz, milordzie? -

spytała Rowena. 

Rozluźnił pięść i zamachał ręką przed nosem. 

- To te przeklęte muszki. Nie można się od nich 

opędzić. Coś obrzydliwego. 

- A mnie się zdaje, że stroisz sobie ze mnie obrzyd-

liwe żarty - powiedziała cicho. 

- Żarty? Kto... ja? 

135 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Ja też jestem siostrą. Wiem, co to znaczy mieć braci. 

Douglas przesunął dłonią po włosach. 

- Zapewne nie stawiasz ich w kłopotliwej sytuacji, 

rozrzucając po ogrodzie fragmenty bielizny. 

- Bywało gorzej. - W jej oczach pojawiły się szel­

mowskie błyski. - Moi bracia zawsze twierdzili, że 

rujnuję im życie. 

- Ty? 

Przesunął wzrok na jej usta. Jak mogłaby zrujnować 

komukolwiek życie? Ta kobieta jest stworzona do miło­

ści i śmiechu. Ogarnęła go fala gorąca. Cały zesztywniał 

pod wpływem desperackiego pragnienia, do którego 

sam przed sobą nie chciał się przyznać. 

- Dlaczego się tak we mnie wpatrujesz, milordzie? -

spytała. 

Podszedł o krok bliżej. 

- Ty również się we mnie wpatrujesz. 

- Wpatrywałeś się w moje usta - powiedziała szep­

tem. 

Czy to zaproszenie, czy kolejna próba charakteru? 

Księżniczka igra z ogniem. Nie zdaje sobie chyba 

sprawy, że drażni śpiącego smoka. Jeśli się nie opamięta, 

będzie musiała stawić czoło potworowi. 

- Patrzyłem na róż na twoich wargach - powiedział. 

Dotknęła palcami ust. 

- Zauważyłeś? 

- Jestem mężczyzną, wasza wysokość. 

- Nie wątpię w to ani przez chwilę. - A potem nagle 

dorzuciła: - Nikt mnie nigdy nie całował. 

Douglas gwałtownie zaczerpnął tchu. Boże Miłosier-

136 

background image

SMOK 

teraz nie drażni już smoka. Dźga go po prostu 

między oczy. 

Podniosła wzrok ku jego twarzy. 

- Powiedz mi prawdę, milordzie. Czy jestem nieatr-

akcyjna dla mężczyzn? 

Gdy usłyszał to absurdalne pytanie, jego oczy pociem-

niały. Jak można było poddawać w wątpliwość jej 

kobiece wdzięki? I na kim chciała zrobić wrażenie? Jeśli 

to ktoś z jego zamku, to niedługo pożyje. 

- Dlaczego zaprzątasz sobie tym głowę? - spytał. 

- Za rok muszę wyjść za mąż. - Znów wyrwało jej 

się westchnienie.- Papa rozmawiał z wieloma kon-

kurentami do mojej ręki. Tuż przed wybuchem rebelii 

dał mi do zrozumienia, że lista przyzwoitych męż­

czyzn, którzy pragną się ze mną ożenić, nie jest zbyt 

długa. 

- Przyzwoitych mężczyzn... - powtórzył pod nosem 

Douglas. - W naszych czasach trudno ich znaleźć. 

Lista nieprzyzwoitych mężczyzn, którzy jej pragną, 

byłaby z pewnością nieskończona, z jego imieniem na 

czele. 

- Czasami nie rozumiem papy - powiedziała. - Pije 

i wciąż wplątuje się w jakieś potyczki z sąsiadami. 

W środku nocy wypada galopem z zamku, żeby ścigać 

buntowników. Czasem wydaje mi się, że szuka śmierci. 

- Są tacy mężczyźni. - Pomyślał o sobie i Aidanie, 

o ich szalonych wyczynach i pogardzie dla śmierci. 

Aidan stracił żonę. A Douglas stracił duszę. Byli nieroz-

137 

background image

JILLIAN HUNTER 

łączną parą łotrów. - Czasem to, co trzeba ukrywać 

w głębi serca, staje się ciężarem nie do zniesienia. 

Głos Roweny był pełen smutku, kiedy wyszeptała: 

- Ostatnie słowa, jakie do mnie powiedział, brzmiały: 

„Na tym strasznym świecie zabija się bezbronne kobiety 

i dzieci. Roweno, nigdy nikomu nie ufaj. Nikomu, kogo 

nie wypróbowałaś". 

- To bardzo mądre ostrzeżenie. 

- Ale muszę komuś zaufać - powiedziała. - Muszę 

słuchać głosu serca. Serce papy pełne jest bolesnych 

ran i goryczy. 

- A co podpowiada ci serce? - spytał z namysłem. 

Zamknęła oczy. Czyżby jego usta musnęły jej włosy, 

czy tylko tak jej się zdawało? Czy wyobraziła sobie 

jedynie to cudowne napięcie, które iskrzyło między nimi? 

- Podpowiada mi... - Odwróciła się w stronę pokrytej 

różyczkami kraty. - Podpowiada mi, że nie odpowie­

działeś na moje pytanie. 

Przysunął się bliżej. Jego potężna pierś była przy­

tłaczająca jak mur i Rovena poczuła się wręcz uwięziona. 

Nagle objął ją ramionami i głębokim głosem, który 

przyprawiał ją o dreszcze, powiedział: 

- Jesteś olśniewająco piękna. Twoje oczy lśnią jak 

gwiazdy. Twoje... 

- A tobie chyba pomieszało się w głowie, jeśli sądzisz, 

że chcę słuchać tych bzdur. - Odwróciła się do niego 

ze złością. - Chodzi mi o uczciwość. Jeżeli nie jesteś 

do niej zdolny, to zatrzymaj te pochlebstwa dla siebie. 

138 

background image

SMOK 

Powiedziła, że pomieszało mu się w głowie. 

W pierwszym odruchu miał ochotę dać jej to, o co 

sama się prosiła. 

Pocałunek, który zaparłby jej dech w piersi, tak dziko 

żarliwy, że już nigdy nie marzyłaby o niczym innym. 

Księżniczka czy nie, najwyraźniej szukała kłopotów. 

Tak, w tej chwili mógł pokazać jej, jaka jest atrak­

cyjna. 

Ją jednak interesowała uczciwość. 

Czy ma jej uczciwie powiedzieć, że podejrzewa, iż 

Rowena nie opuści tego zamku tak niewinna, jak tu 

przybyła? Czy ma odsłonić swoją prawdziwą twarz, 

zanim stanie się to, co nieuchronne? 

- Pocałuj mnie - powiedziała nagle. 

Douglas nawet nie drgnął. Nie miał pojęcia, jak 

dżentelmen powinien zareagować na takie dictum. Wie­

dział natomiast doskonale, jak on sam miałby ochotę 

zareagować. Niestety, wzięcie jej w warzywniku nie 

byłoby chyba najfortunniejszym posunięciem. 

Rowena podniosła głos: 

- Powiedziałam, żebyś... 

- Dobrze słyszałem, co powiedziałaś. - Zacisnął 

szczęki, chwycił ją za ramię i przyciągnął do piersi. -

Prawdopodobnie tak samo dobrze jak moja siostra. 

Schowała się gdzieś w tych zaroślach. 

Rowena wyjrzała zza jego ramienia. 

- Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym wcześniej? -

spytała zirytowana. 

- Nie sądziłem, że nasza konwersacja przybierze tak... 

interesujący obrót. Popchnął ją lekko w kierunku ścieżki. 

139 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Pocałowałbyś mnie, gdybyśmy byli sami? - szep­

nęła. 

Douglas na chwilę niebezpiecznie zacisnął dłoń na 

jej ramieniu. W końcu puścił ją; miał nieodgadniony 

wyraz twarzy. 

- Widzisz tamte fioletowe kwiatki? 

- To są osty, milordzie. 

Przyklęknął, żeby ukryć podniecenie. 

- Chyba masz rację - wycedził przez zęby. 

- Powinnam była poprosić Aidana, żeby mnie poca­

łował - stwierdziła z zadumą. 

Douglas podniósł na nią groźny wzrok. 

- Nie radziłbym - powiedział lodowato spokojnym 

głosem. - Widzisz, Aidan jest moją prawą ręką, a prędzej 

odciąłbym sobie ramię, niż pozwolił, żeby cię dotknął. 

Przełknęła ślinę i cofnęła się o krok. 

- Nie mówiłam poważnie... 

- To dobrze. - Jego twarz znów nie zdradzała żadnych 

emocji, w głębi serca czuł jednak jakiś piekielny ogień. 

Nie mógł znieść myśli, że miałaby prosić Aidana o poca­

łunki. - Chciałabyś, żeby Aidan cię pocałował? 

- Oczywiście że nie. Ten człowiek w ogóle nie 

zwraca na mnie uwagi. 

Westchnął z ulgą, że nie będzie musiał zamordować 

jednego ze swoich najlepszych przyjaciół. Wyrwał kłu­

jącą roślinę z korzeniami. - Może to przeklęte zielsko 

to jakieś zioło? 

Rowena ściągnęła brwi i zadowolona, że minął mu 

gniew, powiedziała: 

- To zwykły oset, milordzie. Najwidoczniej nie jesteś 

140 

background image

SMOK 

podobny do ojca. Zdaje się, że był namiętnym ogrod-

nikiem. 

- Prawdę mówiąc, był z niego kawał skurwysyna -

palnął bez zastanowienia. 

Rowena przycisnęła rękę do ust. Podświadomie go 

prowokowała, mając nadzieję, że wyciągnie z niego 

część prawdy. Smoka z Darien i poprzedniego 

lorda Dunmoral nie łączyły żadne więzy krwi. Czy 

leżało jej na tym, by złapać go na kłamstwie? 

- Twój ojciec był kim?- spytała. 

Douglas podskoczył na równe nogi. Ta kobieta kom-

pletnie wyprowadzała go z równowagi. 

- No cóż, wydało się - odparł natychmiast, nie tracąc 

rezonu. Założył ręce na plecach i ciągnął: - Papie 

zdarzało się podkradać nasiona i sadzonki z cudzych 

ogrodów. Mam nadzieję, że nie weźmiesz sobie do serca 

tego wstydliwego fragmentu historii rodzinnej. 

Rowena patrzyła na niego osłupiała. Mistrzostwo, 

z jakim naprawiał swoje gafy, budziło w niej autentyczny 

podziw. 

Douglas niewinnie patrzył jej w oczy. Gra znów się 

zaczęła. 

Odezwał się z westchnieniem: 

- Papa tak ogromnie kochał swoje roślinki... Do tego 

stopnia, że posuwał się nawet do przestępstwa. 

Rowena patrzyła mu prosto w oczy. Działało mu to 

na nerwy. Może to prawda, że jest młoda i naiwna 

wobec mężczyzn, ale z pewnością przebiegła z niej 

bestia. Jeżeli uda mu się wyprowadzić ją w pole, to 

tylko dlatego, że ona sama na to pozwoli. 

141 

background image

JILLIAN HUNTER 

-

 Nie musisz tłumaczyć ojca - powiedziała. - Mój 

praprapradziadek był wieśniakiem, który zdobył władzę 

i sam koronował się księciem. 

- Ambitny człowiek. 

- Mężczyźni w mojej rodzinie biorą to, co chcą -

powiedziała z uśmiechem. 

Zupełnie jak Douglas. 

Poprowadził ją przez ozdobną kładkę. 

- A kobiety? - spytał. 

- Na ten temat nie mam zbyt wiele do opowiadania. Jak 

już wspomniałam, moja młodsza siostra Michalina została 

zamknięta w klasztorze. Matka zmarła wiele lat temu. 

Poczuł dziwne pragnienie, by przytulić ją do piersi 

i ochronić przed całym złem tego świata. 

- Życie bywa trudne, nawet dla księżniczki. 

- Czasami. Ojciec nigdy nie doszedł do siebie po 

śmierci mamy. Ma tylko mnie. Przez wiele lat byłam 

jedyną osobą, przy której się uśmiechał. 

I poświęcasz dla niego życie, pomyślał. Czy twój 

ojciec to docenia? Chcesz wybawić go z potrzasku. Czy 

on by się niepokoił, gdyby wiedział, że zawędrowałaś 

pod dach takiego łotra jak ja? 

- Twoje drobne ramiona nie uniosą takiego ciężaru. 

Oparł się o fontannę. Rozdziawiona paszcza kamien­

nego lwa pełna była uschłych liści. 

- Za to twoje ramiona wyglądają dość solidnie -

powiedziała. 

Serce zabiło mu szybciej. Mówiła niebezpieczne 

rzeczy. Sprawiała, że czuł się dzielny i silny, podczas 

gdy on sam miał się za zwykłego szubrawca. 

142 

background image

SMOK 

-

 Powinnaś być dumna ze swojej niewinności -

stwierdził. 

Rowena zmarszczyła czoło. 

- Dlaczego? 

- Mężczyźni podziwiają u kobiet niewinność. 

- Doprawdy? - powiedziała zaczepnie. - To tłuma-

czyłoby, dlaczego pół życia spędzają na znęcaniu się 

kobietami, jak to się dzieje na przykład pod murami 

twojego własnego zamku. 

- Nie wszyscy mężczyźni są tacy - powiedział Dou­

glas, mimo że w żaden sposób nie mógł sobie przypa­

mnieć choć jednego, który byłby inny. 

- Nie chcę, by mężczyźni mnie podziwiali - zwie-

rzyła się Rowena. - Wolałabym, by szaleli za mną tak 

jak za moją siostrą. 

Douglasa ogarnęła fala niepohamowanej żądzy. Rozej-

rzał się dokoła. Gdyby ta kobieta wiedziała, jak działają 

na niego jej prowokujące uwagi, miałaby się bardziej 

na baczności. 

- To niezbyt bezpieczne zwierzenie, wasza wysokość. 

Nieodpowiedni mężczyzna mógłby wykorzystać takie 

stwierdzenie przeciwko tobie. 

Rowena zignorowała ostrzeżenie. 

- Oczywiście, musiałabym znaleźć mężczyznę god­

nego w równym stopniu mojego zaufania, jak i po­

żądania. - Uśmiechnęła się. - Czyżbym zaczęła mówić 

do rymu? 

- Niezbyt wyszukane te rymy- powiedział zaci­

skając szczęki. 

- Mężczyzna pełen godności, ale biegły w miłości? 

143 

background image

JILLIAN HUNTER 

Popchnął ją do przodu. 

- Sądzę, że czas już wracać. 

Westchnęła z żalem. 

- Dziękuję. Odrobina ruchu była mi bardzo potrzebna. 

Nieużywane ciało marnieje. 

- Owszem, znam to uczucie. 

- Prawdę mówiąc - powiedziała Rowena - jeśli ist­

nieje coś, co kocham bardziej od ogrodnictwa, to jest 

to polowanie z sokołem. Gdy tylko przybyliśmy do 

zamku, zauważyłam, że macie tu klatki dla sokołów. 

Czy Mateusz wspominał ci, że tak się poznaliśmy? 

Na polowaniu z sokołami w lasach mego ojca? 

Douglas uśmiechnął się cierpko. 

- Nie, ten drań nigdy mi o tym nie mówił. 

- Byłam pod wielkim wrażeniem - powiedziała bez­

ceremonialnie, krocząc z wysoko podniesioną głową, 

jak księżniczka, która przechodzi obok lokaja. - Jesteś 

zupełnie inny niż on, milordzie. Zdaje się, że nie po­

dzielasz prawdziwie męskich zainteresowań swego brata. 

Pewnie wolisz tak spokojne zajęcia jak czytanie poezji. 

Poszedł za nią powoli, z cynicznym uśmiechem na 

ustach. 

Kiedy ty uczyłaś się jeździć na kucyku w pałacowych 

ogrodach swego ojca, ja łupiłem zamek w San Lorenzo. 

Ty brałaś pachnące kąpiele i popijałaś hiszpańską cze­

koladę przed snem. Ja kąpałem się we krwi i upijałem 

do nieprzytomności w podziurawionej kulami jak sito 

łodzi. 

144 

background image

SMOK 

Kiedy ty studiowałaś historię starożytnego Rzymu, 

ja przewodziłem bandzie ulicznych rzezimieszków. Two­

ja guwernantka wpajała ci chrześcijańskie wartości. 

Jedyną wartością, jaka miała znaczenie dla mnie, było 

utrzymanie się przy życiu. 

I zanim zaczęłaś marzyć o tym pierwszym poca­

łunku, ja miałem już na sumieniu śmierć innego czło­

wieka. 

Spokojne zajęcia. 

Gdyby tylko wiedziała... 

Wspaniale, pomyślała Rowena, wspinając się po 

schodach do swojej komnaty. Teraz Douglas pomyśli, 

że jest nie tylko głupia, ale w dodatku kompletnie 

szalona. Brakowało tylko, żeby rzuciła mu się do kolan. 

- Pocałuj mnie... - mruknęła do siebie, chowając 

twarz w dłoniach na wspomnienie swoich własnych 

słów. - Mężczyzna pełen godności, ale biegły w miłości. 

Czy ja to naprawdę powiedziałam? 

Dotarła do komnaty i zatrzasnęła za sobą ciężkie 

drzwi. Zrzuciła wyszywane perłami pantofle i cisnęła 

nimi w okno. Kopnęła krawędź łóżka, wyobrażając 

sobie, że to noga jego lordowskiej mości. 

Zacisnęła usta i wszystkie rzeczy z sosnowej szafy 

wyrzuciła na łóżko. 

Szara podróżna suknia, na której nie widać kurzu. 

Jasnoniebieska, która podkreśla blask jej oczu. Kilka 

brązowych i ciemnozielonych strojów- księżniczka 

musi przecież w każdej sytuacji wyglądać godnie. 

145 

background image

JILLIAN HUNTER 

Na samym spodzie tego stosu dostrzegła bladomali-

nowy jedwab i skrawek halki przetykanej złotą nicią. 

Głęboko wycięty dekolt sukni odsłaniał ramiona, piersi 

i plecy. Ten bezwstydny krój pasowałby doskonale do 

kurtyzany. Był to prezent, który jej siostra dostała od 

jednego z adoratorów- przywiózł go z Paryża. Ta 

niesforna Michalina, zamknięta teraz w klasztorze, zmu­

siła Rowenę, by przyjęła tę suknię w podarunku przed 

wyjazdem do Francji. 

- Nie mogę tego założyć! - wykrzyknęła Rowena. -

Ależ w tym widać... 

- ...że jesteś piękną kobietą, a nie tylko skromną 

i posłuszną córką, która nigdy w życiu nie zrobiła 

nic ekscytującego. - Słowa Michaliny ostro zabrzmiały 

w jej pamięci. - Teraz czas na ciebie, siostro. Żyj 

pełnią życia. Siej zamęt w umysłach i sercach męż­

czyzn. Baw się do woli. 

- Ale... 

- Nie wstydź się pokazać piersi, Roweno. Są większe 

niż moje. 

Douglas czuł się trochę lepiej. Po spacerze z Roweną 

pojechał z Aidanem na wrzosowiska i natknął się na 

dwóch ludzi Neacaila, którzy polowali na kuropatwy. 

Douglas starł się z pierwszym z nich i mężczyzna 

leżał teraz ranny na dnie lochu, gdzie z pewnością umrze. 

Drugi poddał się bez walki. On również czekał na 

swój koniec w mrocznych podziemiach Dunmoral. 

146 

background image

SMOK 

Tak, Douglas był zadowolony po tym popołudniowym 

wypadzie. Czułby się jeszcze lepiej, gdyby mu się udało 

schwytać i przywlec do zamku Neacaila. I gdyby mógł 

zdobyć przychylność księżniczki dzięki swoim własnym 

zasługom, a nie dzięki tej maskaradzie. 

background image

14 

Gemma rzuciła zabłocone buty na stopnie przed 

wejściem do zamku. 

- Douglas, dlaczego nie pocałowałeś jej wczoraj 

w ogrodzie? Nie rozumiem cię. Przecież lubisz całować 

kobiety. Odjęło ci rozum? 

- Prawdopodobnie. - Westchnął; miał zgnębioną mi­

nę. - Skąd by tu wziąć sokoła? 

Przysiadła na stopniach i popatrzyła na niego po­

ważnie. 

- Jakiego znów sokoła? 

Douglas zapatrzył się ponad jej głową na Rowenę, 

która dawała właśnie popis łucznictwa przed zachwy­

conym tłumkiem służby i piratów w stanie spoczynku. 

Te łobuzy jadły jej po prostu z ręki. Przepychali się, 

żeby podać jej kołczan, przynieść chłodnej wody ze 

studni, gdyby miała pragnienie, pokazać nowo narodzone 

kociaki w stajni. 

148 

background image

SMOK 

-

 Jak to się dzieje, że ona potrafi oczarować nawet 

kamienie? - Zastanawiał się głośno. 

- Jest po prostu urocza i traktuje wszystkich z szacun­

kiem - powiedziała w zamyśleniu Gemma. - Nazwała 

Baldwina „dobrym człowiekiem". Nikt wcześniej nie 

nazwał tego hultaja dobrym człowiekiem. I dała Dain-

ty'emu jakąś maść na bolące kolano. - Gemma wes­

tchnęła i objęła drobną buzię dłońmi. - Poszła nawet 

sama do kuchni, żeby podziękować Frances za te okropne 

owsiane ciasteczka. Frances, która jeszcze rok temu 

wrzeszczała na klientów burdelu. 

- Wszyscy jesteśmy zakałą społeczeństwa - stwier­

dził Douglas. - Zgraja typów spod ciemnej gwiazdy. 

Nie wiem, dlaczego sądziłem, że to się uda. 

- Powinieneś był ją pocałować. Przecież wręcz ci to 

rozkazała. 

- To nie jest dziwka - odparł sztywno. - To młoda 

dziewczyna, tak samo jak ty, a gdybym złapał męż­

czyznę, całującego cię przed zaręczynami, rozwaliłbym 

mu łeb. 

Gemma zachichotała, a potem klasnęła w ręce, kiedy 

Rowena trafiła w sam środek tarczy. 

- Jakiego sokoła mam ci znaleźć? 

- Wszystko mi jedno. Dużego, małego, brązowego, 

czarnego... - Zmarszczył brwi, widząc, jak Shandy, 

Willie i Baldwin łażą za Roweną krok w krok. - Żartuję, 

Gemmo. Nie jestem sokolnikiem. Nie jestem Mateuszem. 

Już sam, do diabła, nie wiem, kim jestem. 

- Wciąż chcesz zagarnąć jej majątek? - spytała Gem­

ma. 

149 

background image

JILLIAN HUNTER 

Zawahał się. Jeszcze bardziej spochmurniał, kiedy 

Rowena zaczęła przymilnie namawiać Aidana, żeby 

spróbował strzału. 

- Tego też już nie wiem, dziewczyno. 

- Och, Douglas. - W jej głosie zabrzmiała troska. -

Teraz naprawdę zaczynam się o ciebie martwić. 

To jest zdechłe! - na całe solarium zagrzmiał Dain-

ty. - To jest wypchany ptak, Gemmo! Do wszystkich 

diabłów, co Douglas ma z tym zrobić? 

Willie i Baldwin, stojący na czatach przy drzwiach, 

zaśmieli się cicho, kiedy Gemma zerwała się z ławeczki 

w wykuszu okna, żeby uspokoić olbrzyma. 

- Rusz głową, Dainty. Umocujemy go na szczycie 

wieży. Nikt nie zauważy różnicy. 

- To ptaszysko jest nieżywe! 

Skrzyżowała ramiona na piersi. 

- Jeśli przestaniesz się tak wydzierać, księżniczka 

w niczym się nie zorientuje. 

- A jeśli powie Douglasowi, że chce popatrzeć, jak 

on lata? - spytał z przekąsem Dainty. 

Cień niepewności przemknął przez twarz Gemmy. 

Bezradnie opuściła ręce. 

- O tym nie pomyślałam. 

Dainty wziął ptaka ze stołu i mruknął: 

- To nie był najlepszy pomysł. 

- Lepszy, niż te twoje ohydne małże - rzucił stojący 

w drzwiach Baldwin. 

Gemma westchnęła z rozpaczą. 

150 

background image

SMOK 

- Nie, nie poddałam się jeszcze... Chodź, Dainty. Ten 

stwór musi przed wieczorem wrócić do saloniku pani 

MacVittie. Mary mówi, że doktor liczy wszystkie okazy 

swojej kolekcji codziennie przed zaśnięciem. 

Olbrzym nie poruszył się, kiedy wyrwała mu wy­

pchanego ptaka z ręki. 

- Co ty znowu knujesz, Gemmo? 

Z ptaszyskiem pod pachą, zdecydowanym krokiem 

ruszyła do drzwi. 

- Przypomniało mi się coś, co widziałam na wiejskim 

targu. Chodźcie! Musicie mi pomóc. 

background image

15 

Jeszcze tego samego dnia Gemma namówiła Da-

inty'ego, żeby ze sznurków i drewnianych bloczków 

skonstruował urządzenie, dzięki któremu ich sokół bę­

dzie latać między dwoma oknami wieży. Gemma zajęła 

pozycję we wschodnim oknie, a Dainty w zachodnim. 

Aidan stwierdził, że nie chce mieć nic wspólnego 

z całą tą sprawą. Wolał przyglądać się wszystkiemu 

z bezpiecznej odległości, kiedy Douglas się domyśli 

i rozpocznie masakrę. 

Baldwin stał na dole i dawał Gemmie znaki, żeby 

sokół nie roztrzaskał się o mur. 

Przedsięwzięcie było równie dobrze przygotowane, 

co gromadzące tłumy ciekawskich występy kuglarzy na 

targu. 

Gemma miała smykałkę do przedstawień. Była prze­

konana, że jej plan się powiedzie. Serce jej się krajało, 

152 

background image

SMOK 

kiedy przypomniała sobie, jak strasznie Douglas jest 

przybity z powodu kobiety. Zasługiwał na księżniczkę, 

mimo iż Gemma nadal sądziła, że powinien przestać 

udawać przed Roweną, tylko być po prostu sobą. Jak 

mogłaby nie pokochać jej brata? 

Douglas poczuł ostrzegawczy dreszcz na plecach 

i zimny pot pokrył mu skórę pod ciężkim pledem. 

Gemma zwołała wszystkich pod mury obronne, obie­

cując rozrywkę. 

Zabrzmiało to niegroźnie. Roweną była wprost za­

chwycona, ponieważ zaczynała się już skarżyć, że od 

tygodnia nie wolno jej opuścić zamku. Lecz teraz Dou­

glas zastanawiał się, co za szalony pomysł przyszedł 

Gemmie do głowy. 

- Zaufaj mi, Douglas - powiedziała, uśmiechając się 

porozumiewawczo. 

Kiedy dziewczyna pobiegła do schodów wieży, pod­

szedł do Baldwina i spytał: 

- Co uknuła moja siostra? 

- To tajemnica, sir. 

- Natychmiast mi powiedz, albo powieszę cię za 

uszy nad bramą. 

- Obiecałem, że nie pisnę ani słówka, sir. - Ale na 

widok groźnego wzroku Douglasa dodał: - Znalazła ci 

sokoła. 

- Sokoła? - Douglas uśmiechnął się lekko. - Na­

prawdę? Sprytna dziewczyna. 

153 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Tak. - Baldwin zacisnął usta, żeby nie powiedzieć 

już nic więcej. 

- Prawdziwy żywy sokół... - cicho powiedział Dou­

glas. - Czy jest wyćwiczony? 

Baldwin wciągnął powietrze przez zęby, udając, że 

wpatruje się uważnie w wieżę. 

Wyraz twarzy Douglasa nagle się zmienił. 

- No, dalejże, Baldwin! Gadaj mi tu zaraz, co wymyś­

liła ta wariatka! 

Wypchany. Dobry Boże... Douglas potrząsnął głową 

w nadziei, że księżniczka jest krótkowidzem albo że 

przyjmie występ Gemmy jako żart. Mgła osnuwająca 

szczyty wież powinna okazać się pomocna. Kolejne 

oszukaństwo, pomyślał z westchnieniem. 

- Ten sokół chyba zawisł w powietrzu- szepnęła 

Hildegarda, poprawiając szal na ramionach Roweny. -

Musisz się okryć, wasza wysokość. We mgle łatwo się 

przeziębić. 

Rowena strząsnęła rękę guwernantki, nie odrywając 

wzroku od wieży. 

- Nigdy nie widziałam, żeby sokół utrzymywał taką 

pozycję w powietrzu. 

- I pewnie już nigdy nie zobaczysz - odezwał się 

Douglas, ponuro wpatrzony w drobną twarz siostry na 

wieży. - A może on to robi, żeby się popisać? 

- Ona - poprawiła go Rowena. 

- Co? 

154 

background image

SMOK 

- Ona to robi, żeby się popisać - powiedziała Ro-

wena. - Do polowań używane są samice. 

- Właśnie to chciałem powiedzeć - odparł z irytacją 

i zaczął krążyć wokół niej, żeby zasłonić sobą widok. -

Najwyraźniej uwielbia się popisywać. 

- Czy moglibyśmy wejść na blanki, żeby lepiej wi­

dzieć? - spytała. 

- Nie sądzę. Ona wysiaduje właśnie jaja, wasza 

wysokość. Wiesz, jakie sokoły są wrażliwe w tym 

okresie. 

Przyjrzała mu się badawczo. 

- To miła niespodzianka, że dzielisz moją pasję. 

Sokolnictwo to sztuka wymierająca. 

Spojrzał do góry na wypchanego ptaka. 

- Och, tak. Z pewnością. 

Nagle Gemma najwidoczniej straciła kontrolę nad 

sznurkami, bo sokół wykonał serię dzikich obrotów 

w powietrzu. Douglas zesztywniał. 

- Pikuje - ze zdziwieniem stwierdziła Rowena i od­

sunęła Douglasa, żeby lepiej widzieć. - A teraz znowu 

wznosi się do góry! Coś wspaniałego! 

Douglas zrobił się blady jak ściana. To cholerne 

ptaszysko nie pikowało, tylko spadało w dół jak 

kamień. 

Douglas odłączył się od tłumu na dziedzińcu. Ciekaw 

był, w którym miejscu wypchany sokół uderzy o ziemię. 

Jednak w ostatnim momencie Dainty mocno pociągnął 

za sznurki i ptak gwałtownie wzniósł się ponad blanki. 

Kilka piór powoli spłynęło na ziemię. 

- Znowu się uniosła- powiedziała zdumiona Hil-

155 

background image

JILLIAN HUNTER 

degarda. - Nigdy nie sądziłam, że coś takiego jest 

możliwe. 

- Ja też nie - stwierdziła sceptycznie Rowena. 

Hildegarda wydała z siebie niemy okrzyk. 

- Ależ ona gubi pióra! 

- Jest w okresie godowym - szybko powiedział Dou­

glas. 

Rowena podejrzliwie zmarszczyła czoło. 

- Mówiłeś, że wysiaduje jaja. 

Chwycił w powietrzu jedno ze spadających piór. 

- Tak, to zadziwiające, jak wiele rzeczy te ptaki 

mogą robić jednocześnie. Chciałbym, żeby moi ludzie 

byli choć w połowie tak wyćwiczeni jak ona. 

- Co jego lordowska mość zrobi z jej jajami?-

Hildegarda zwróciła się do Baldwina. 

Pirat stał tuż obok niej i obserwował spektakl w na­

pięciu. 

- Nie wiem, madame - odpowiedział szczerze. -

Chyba je ugotuje. 

- Ugotuje? - Hildegarda miała przerażenie w oczach. 

Douglas zmierzył Baldwina lodowatym spojrzeniem. 

- Miał na myśli, że je zachowam, madame. Będziemy 

na nie chuchać i dmuchać. 

Rowena przyjrzała mu się przenikliwie. Douglas 

wiedział już, że został zdemaskowany. Zagwizdał cicho 

przez zęby i demonstracyjne odwrócił wzrok. 

- To raczej dziwna pora roku na rozmnażanie, praw­

da, milordzie? - spytała cierpko Rowena. 

- Dlaczego? - odezwał się Baldwin, zanim Douglas 

zdążył otworzyć usta. - My tu w Szkocji rozmnażamy 

156 

background image

SMOK 

się przez cały rok. Czy w twoim kraju jest inaczej, 

księżniczko? - spytał, wpatrzony w nią jak zwykle 

rozanielonym wzrokiem. - Czy wy płodzicie dzieci 

tylko w pewnych okresach? 

background image

16 

M a r y MacVittie przyszła do zamku następnego ranka. 

Głęboko wierzyła, że Dunmoral powinno mieć swoją 

księżniczkę. Jej obecność podniosłaby rangę tego zapom­

nianego miejsca. 

Przeszła przez wielką salę do stołu ze swoją słynną 

księgą w ręce. Czekało ją trudne zadanie. 

Książę Piratów siedział rozparty na krześle i rzucał 

dookoła wściekłe spojrzenia. Z przerażeniem zauważyła, 

że trzyma nogi na stole! 

- Oczekiwaliśmy cię wcześniej, madame - rzucił przez 

zęby, przyglądając się jej spod przymkniętych powiek. 

Mary w napięciu zaczerpnęła tchu. Trochę obawiała 

się tego człowieka. Nerwowo stukał teraz wysadzanym 

klejnotami sztyletem o masywne udo. Kto wie, co zrobi 

za chwilę? 

- Twoja siostra studiowała tę książkę- odezwała 

się. - To traktat na temat stosunków towarzyskich. 

158 

background image

SMOK 

- Jakich stosunków? - Douglas rzucił Gemmie groźne 

spojrzenie i zdjął nogi ze stołu. - Powinienem zamknąć 

cię w wieży razem z tymi głupotami. Naczytałabyś się 

za wszystkie czasy. 

Mary poczuła się trochę niepewnie. Wolała nie do-

puszczać do konfrontacji z tym groźnym człowiekiem. 

Może kazałby jej iść na śmierć z zawiązanymi oczami 

po desce wystającej za burtę albo, Boże broń, wy-

stawiłby ją nagą na licytację przed swoimi ludźmi. 

Zakręciło jej się w głowie. 

- Książki na temat etykiety są teraz w modzie -

powiedziała. - Maniery to podstawa, milordzie, i jeśli 

mogę być szczera, twoim ludziom nie zaszkodziłoby 

zapoznać się z konwenansami obowiązującymi na dwo­

rze Ludwika XIV. 

- Co ta kobieta opowiada? - szepnął Baldwin. 

Willie potrząsnął głową. 

- Powiedziała chyba, że ma na imię Ludwika. 

- Na przykład ty, Gemmo - ciągnęła pani MacVit-

tie. - Czy wiedziałaś, że nie wypada, by młoda dama 

zadzierała spódnicę przed kominkiem, gdy w pomie­

szczeniu są osoby płci przeciwnej? 

- Powinna ją z siebie ściągnąć? - Głośno zastanawiał 

się Baldwin. 

- Oczywiście, że ona o tym wie. - Douglas wydawał 

się zniecierpliwiony. 

Mary popatrzyła mu prosto w oczy. 

- A czy ty, sir, wiesz o tym, że bezmyślne maj­

strowanie pogrzebaczem w kominku podczas przyjęcia 

uważane jest za szczyt złego wychowania? 

159 

background image

JILLIAN HUNTER 

-

 Zapamiętam, żeby nigdy niczym nie majstrować 

w towarzystwie płci przeciwnej, madame. 

- Pomajstruje sobie w swojej komnacie - powiedział 

Dainty, ale umilkł nagle, kiedy Gemma walnęła go 

łokciem w żebra. 

- Uroczysta kolacja jest sztuką samą w sobie - oświad­

czyła Mary. - Dobre wychowanie wymaga pięknego 

nakrycia stołu i wykwintnych dań. Dla księżniczki 

wszystko musi być doskonałe. Król Francji wybiera 

podczas jednego posiłku spośród stu przygotowanych 

wcześniej potraw. 

- Stu? - Willie zagwizdał przeciągle. - Po takiej kola­

cji musielibyśmy wytoczyć księżniczkę z sali jak beczkę. 

Mary obeszła stół, z niezadowoleniem wydymając 

usta. 

- Zróbmy próbę generalną bankietu. Ty zostaniesz 

na swoim krześle, milordzie. Ze względów praktycznych 

będę odgrywała rolę księżniczki. 

- Czy ja mogę być księciem? - spytał Baldwin. 

- Nie będzie żadnego księcia, półgłówku- odparł 

Douglas. - Będziesz podawał wino. 

- Milordzie... - Mary zsunęła łokieć Douglasa ze 

stołu. Nabrała teraz odwagi, zrozumiawszy, jak bardzo 

te biedne dusze potrzebują ratunku. 

- Łokcie trzymamy blisko tułowia, a nie na stole. 

A teraz wyobraźmy sobie, że podajemy sobie półmisek. 

- Półmisek z czym? - spytał Phelps. 

- Z podróbkami baranimi, to szkocka potrawa naro­

dowa - powiedział Douglas. - Frances od tygodnia 

pracuje nad idealną recepturą. 

160 

background image

SMOK 

- Tak coś właśnie czułem - odezwał się Baldwin. -

• Myślałem, że ktoś tam w kuchni wyzionął ducha i czeka 

od tygodnia na pochówek. 

Gemma zatkała nos palcami. 

- Nienawidzę podróbek baranich. Nie będę tego jadła. 

- Będziesz, jeśli księżniczka zechce ich spróbować -

powiedziała pani MacVittie autorytatywnie i usiadła na 

krześle. Po chwili dodała: - Panie McGee, co też pan 

wyprawiasz? 

- Wydłubuję cebulę z tych podróbek. Dostaję od tego 

zgagi. 

- Dłubanie w talerzu jest niedopuszczalne - powie­

działa z niesmakiem. - Dainty, dlaczego masz taką 

zbolałą minę? 

- Język mnie szczypie od tej okropnej cebuli. 

- Język mnie szczypie, wasza wysokość. I proszę 

powstrzymać się od jedzenia, zanim zacznę. Panie 

McGee, proszę otworzyć wino. 

Baldwin, zdumiony, rozejrzał się dookoła. 

- A gdzie butelka? 

- Posłuż się wyobraźnią - powiedział Douglas, tracąc 

cierpliwość. - Pani MacVittie, czy mogę wtrącić słówko? 

- Oczywiście, milordzie. Ty jesteś tu gospodarzem. 

Douglas rzucił swoim ludziom miażdżące spojrzenie. 

- Żadnego plucia, bekania ani pierdzenia. A ty, 

Willie, nie grzeb nożem w sztucznych zębach. - Skinął 

głową do Mary. - To wszystko, co miałem do powie-

dzenia. 

- To bardzo słuszne uwagi - powiedziała cicho. -

Czy możemy kontynuować? 

161 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Czy nie powinniśmy najpierw użyć miski z pach­

nącą wodą? - spytała Gemma. 

- Rzeczywiście, powinniśmy - zgodziła się Mary. -

Oto czarka z wodą. Zacznijmy od początku. 

- A gdzie się podziały podróbki? - spytał Dainty. 

- Będziemy myć nogi w tej wodzie?- Willie był 

najwyraźniej zaciekawiony. 

- Z pewnością nie - stanowczo stwierdziła Mary. -

Zresztą, wziąwszy pod uwagę wasze maniery, jest raczej 

mało prawdopodobne, byście spożywali kolację w obec­

ności księżniczki. 

- Kapitan pozwolił nam jeść suchary razem z córką 

Don Alfonsa - bronił się Willie. 

- To co innego - stwierdził Dainty. - Porwaliśmy ją 

dla okupu. Księżniczka jest tutaj gościem. 

Pani MacVittie zmarszczyła czoło. 

- Dobrze byłoby powstrzymać się od uwag przy jej 

wysokości na temat waszych dawniejszych wyczynów. 

- Co ona mówi? - szepnął Baldwin. 

Douglas pochylił się groźnie nad stołem. 

- Mówi, że rozwalę ci ten pusty czerep, jeśli piśniesz, 

że byliśmy piratami. 

Mary westchnęła głęboko. 

- Willie, podnieś swój nóż. 

- Jaki nóż? 

- Hipotetyczny nóż. 

- Nigdy nie słyszałem o niczym takim - stwierdził. -

A co to takiego? 

Dainty parsknął pod nosem. 

- Nóż do jedzenia hipotetów, ty idioto. 

162 

background image

SMOK 

-

 Chyba nigdy nie jadłem niczego takiego. - Willie 

zadumał się. 

- Słyszałem kiedyś, jak kapitan nazwał Morgana 

hipotetą - odezwał się Baldwin. Na jego twarzy rysował 

się potężny wysiłek umysłowy. 

Dainty rzucił mu ironiczny uśmieszek. 

- Chyba hipokrytą. 

- Do tego też są specjalne noże?- Temat coraz 

bardzej ciekawił Baldwina. 

- Nie, Baldwin - odparł Dainty. - Hipokrytów je się 

łyżkami. 

Baldwin wlepił wzrok w siedzącą po drugiej stronie 

stołu Mary. 

- Naprawdę masz na imię Ludwika? 

- Boże Wszechmogący... - wykrzyknęła pani Mac-

Vittie. - Wasze braki w wychowaniu są większe, niż 

sądziłam. - Odwróciła się do Douglasa. - Chyba nie 

potrafię im pomóc, milordzie. 

- Ja też nie - powiedział zgnębiony Douglas. 

- Może szklaneczkę wina, sir?- spytał Baldwin, 

żonglując w powietrzu wyimaginowaną butelką. - Wy­

daje mi się, że dobrze ci to zrobi. 

Douglas zabrał Rowenę na przejażdżkę do wioski 

jeszcze tego samego dnia o zmierzchu. Dwie godziny 

wcześniej przeszukał wrzosowiska i okoliczne lasy, 

mając nadzieję, że znów natknie się na jakichś polujących 

ludzi Neacaila. Kiedy wrócił, Rowena czekała już, 

gotowa do drogi. Tak bardzo miała ochotę wyrwać się 

163 

background image

JILLIAN HUNTER 

z zamku. Obmyślając ten spacer, Douglas w tajemnicy 

poprosił swoich ludzi o pomoc. 

Henryk, tutejszy kowal i przywódca klanu, obiecał 

pełną współpracę wioskowej starszyzny. 

Douglas nie spodziewał się jednak, jak daleko sięgnie 

ta „współpraca". 

Fanfary kobziarzy, skrzypków i huczące bębny po­

witały Rowenę na skraju doliny. Trzy młode dziewczyny 

wręczyły jej uroczyście kosz z jabłkami i orzechami. 

Z wdzięcznością przyjęła ten podarunek. 

- Jestem głęboko wzruszona - zaczęła. - Jego lor-

dowska mość mówił mi o waszych nieszczęściach... 

Nie było jednak sposobu, by dokończyła ułożone 

wcześniej przemówienie. Ludzie z Dunmoral na to nie 

pozwolili. 

- Nieszczęścia? - spytała kobieta w pledzie z kap­

turem. - Już dawno nie ostałaby się tu żadna żywa 

dusza, gdyby nie jego lordowska mość. 

Gdzieś z tyłu głośno zabrzmiał młody męski głos: 

- W zeszłym miesiącu nasz dobry pan ugasił pożar 

w domu mojej ciotki dosłownie gołymi rękami. 

Rowena podniosła wzrok na Douglasa. 

- Naprawdę? 

Wzruszył ramionami. 

- Nic takiego... 

Mężczyzna z długimi siwymi włosami zbliżył się do 

Roweny. 

- Wyrwał mi zgniły ząb, kiedy sam kowal nie mógł 

mu dać rady. - Rozdziawił szeroko usta. - Wsadził tam 

rękę i wyrwał go jednym szarpnięciem. Możesz włożyć 

palec do dziury, jeśli chcesz, księżniczo. 

164 

background image

SMOK 

Rowena zacisnęła usta. 

- W porządku. Wierzę ci na słowo. 

Tuż obok staruszka wyrósł spod ziemi kilkuletni 

chłopczyk. 

- Jego lordowska mość uratował naszą siostrę, kiedy 

poszła za rybami i topiła się w jeziorze. 

- Opiekował się moją chorą babką, kiedy zaniemogła. 

- I moim koziołkiem, jak coś mu wlazło w nogę. 

Douglas zerknął na Rowenę. Stała obok niego nieru-

chomo jak posąg. Czyżby miała w oczach łzy wzrusze­

nia? Poruszyło ją to paplanie? 

- Zawiózł mojego ojca na targ i kupił nam nową 

maśelnicę. 

-

 Przyjął na świat mojego braciszka. 

- Wyrzeźbił nowy nagrobek dla wuja Angusa. 

Douglas znowu popatrzył na Rowenę. Wyglądała, 

jakby była w jakimś transie. 

Odchrząknął i odezwał się: 

- Dosyć już tego... 

Nie zwracali na niego uwagi. Tłoczyli się coraz bliżej, 

coraz głośniej wykrzykując pochwały. 

- Wykopał studnię. 

- To naprawdę święty człowiek. 

Ale moment kulminacyjny nadszedł, kiedy stary Rob-

bie, dawny kołodziej, przyklęknął z wyraźnym wysiłkiem 

i trzymając czapkę w ręce, ze łzami spływającymi mu 

na gęstą brodę, uniósł twarz ku Rowenie. 

- To nasz anioł stróż, taka jest prawda. Lord Dun-

moral ma tak czyste serce, że złożył nawet śluby czys­

tości, aż do chwili, gdy wszyscy będziemy tu bezpieczni. 

- Co złożyłem...? - spytał przerażony Douglas. 

165 

background image

JILLIAN HUNTER 

Przez całą drogę powrotną do zamku Rowena nie 

odezwała się do niego ani słowem. Nic dziwnego. Jej 

biedna głowa pękała pewnie od tych opowieści na temat 

jego anielskiej dobroci. Jednak efekt był dziwnie niejedno­

znaczny - miała minę, jakby go chciała zabić. 

Douglas nie miał o to do niej pretensji. Nie dość, że 

jest bezczelnym kłamcą, to dokleili mu jeszcze łatkę 

prawiczka. 

Podobno złożył śluby czystości! - Rowena wybuch-

nęła dzikim śmiechem i upadła na łóżko. - No to 

rzeczywiście szybko urodzę dziedziców! 

Hildegarda pośpiesznie podeszła do drzwi, żeby je 

dokładnie zamknąć. 

- Uspokój się, wasza wysokość. Śluby można złamać. 

- Jak? 

- No cóż, istnieją pewne mikstury... - Hildegarda 

nagle zakryła twarz rękami. - Boże, co ja mówię? Jeśli 

ten człowiek pragnie dochować czystości, grzechem 

byłoby go od tego odwodzić. 

Nadszedł wieczór uroczystej uczty. W zamku huczało 

jak w ulu. Wszyscy biegali strasznie czymś zajęci. 

Douglas przebierał się do kolacji z entuzjazmem czło­

wieka idącego na szafot. Stało się jasne, że nie będzie 

mógł dłużej trzymać Roweny zamkniętej w zamku. Jest 

już w Dunmoral ponad tydzień. Jasne było również to, 

że nie jest zachwycona jego wizerunkiem „Lorda Pra-

166 

background image

SMOK 

wiczka". Prychała śmiechem za każdym razem, gdy na 

niego patrzyła. Odwrócił się i popatrzył na swój profil 

w lustrze. 

- No i jak wyglądam? 

- Załóż ten pikowany kaftan, sir - odezwał się z głębi 

szafy Willie. 

Gemma potrząsnęła głową. 

- Może w nim wyglądać za grubo. 

Douglas wykrzywił się z niesmakiem. Jego załoga 

rzeczywiście ostatnio zbyt wiele próżnowała i wszystkim 

zaczęły rosnąć brzuchy. Nawet on sam wyczuwał, że 

odrobinę przybrał na wadze. 

Miesiąc temu postanowił codziennie rano pływać 

w lodowatym jeziorze. Nie miał zamiaru zupełnie zgnuś-

nieć. 

Klepnął się po twardym jak kamień brzuchu. 

- Pirat z tłustym bębnem? Po moim trupie. 

Przypiął pas ze szpadą. Jego złoty kolczyk błyszczał 

w świetle świecy. 

- Wyglądasz wspaniale, sir- z aprobatą stwierdził 

Baldwin. - Nigdy nie wyglądałeś lepiej. 

- Wyglądasz jak pirat- dodała Gemma ściągając 

brwi. 

Willie podszedł z tyłu z flakonem perfum. 

- A co w tym złego, że wygląda jak pirat? 

Gemma zerknęła na odbicie brata w lustrze. 

- Powinien wyglądać jak prawdziwy pan. Dlaczego 

nie włożyłeś tych czerwonych butów na obcasach, które 

kupiliśmy w hrabstwie Nairn? 

- Bo nie będę stukał obcasami jak kobieta. - Poprawił 

167 

background image

JILLIAN HUNTER 

fular pod brodą. - Kto rozpalił taki wielki ogień? Upiekę 

się zaraz w tych wszystkich koronkach. Willie, spróbuj 

tylko dotknąć mnie tym pachnidłem, to cię zatłukę. Nie 

mam zamiaru pachnieć jak francuska lilia. Męczy mnie 

już odgrywanie tej komedii. 

- Jeśli nie włożysz tych butów na obcasach, to musisz 

włożyć kilt - powiedziała Gemma. - Zdejmuj to wszyst­

ko, Douglas. 

- Ani mi się śni. Nie będę się już przebierał - mruknął 

wściekły. 

- Douglas, posłuchaj, czerwone buty na obcasach są 

modne na dworze królewskim. 

Nałożył swój kapelusz z długimi piórami. 

- Jak w tym wyglądam? 

- Te pióra nie najlepiej się układają. - Gemma przy­

glądała mu się krytycznie. - Lord powinien mieć na 

głowie beret. 

- Beret? - Douglas roześmiał się, a potem wziął dwa 

pistolety leżące na stoliku obok i wetknął je za szarfę 

na piersi. - Teraz lepiej? 

Gemma nie spuszczała z niego wzroku. 

- Owszem, jeśli chcesz wyzwać księżniczkę na po­

jedynek. 

- A może powinien założyć ten diamentowy krzyż, 

który ukradł w Kartagenie? - spytał Willie. 

Gemma potrząsnęła głową. 

- To byłoby zbyt rażące. Musi włożyć szkocki kilt. 

- Nie - rzucił krótko Douglas. 

Dainty wyciągnął z kieszeni pomarszczony szary 

trójkąt. 

168 

background image

SMOK 

- To płetwa rekina na szczęście. 

- Boże, nie wezmę tego. 

- W tych obcisłych skórzanych spodniach wyglądasz 

jak zbój - powiedziała Gemma. 

Douglas podrapał się po policzku. 

- Do diabła, to strojenie się zabrało tyle czasu, że 

będę musiał drugi raz się ogolić. 

- Nie ma na to czasu. - Gemma podeszła do drzwi 

i kiwnęła na pozostałych, żeby poszli za nią. - Baldwin, 

Willie, idźcie się szybko przebrać. A tobie, Douglas, 

powtarzam, że powinieneś włożyć kilt i spiąć go tą 

piękną broszą. 

Pięć minut później Douglas znów wślizgnął się do 

swojej komnaty. Przebrał się w granatowo-zielony kilt, 

jednak nie zmienił zdania co do butów na wysokich 

obcasach. To już był zbytek elegancji jak na jego gust. 

Po chwili namysłu wsunął pod koszulę płetwę rekina. 

Trochę szczęścia nie zaszkodzi. 

Pirat w przebraniu szkockiego lorda. 

Te kłamstwa wcześniej czy później z pewnością 

wyjdą na jaw. 

Douglas obszedł stół z rękami założonymi na plecach. 

- Cóż to za potrawa kryje się na półmisku? - spytał. 

Światło świec igrało na wykrzywionej w uśmiechu 

twarzy Baldwina. 

- To paw dla księżniczki. 

169 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Paw? - Douglas utkwił wzrok w pokrywie półmiska 

stojącego na środku stołu. - Nie wiedziałem, że mamy 

pawie w Dunmoral. Jeśli to jakiś kolejny pomysł mojej 

stukniętej siostry... 

Urwał zaskoczony, kiedy z galerii rozległ się ryk 

trąby. Po chwili zawtórowały jej kobzy i skrzypki. 

Płomienie świec na żyrandolu nad stołem zadrżały. 

Zasłonił uszy rękami. 

- Och, nie... Skąd ten piekielny hałas? 

- To grajkowie z wioski - wrzasnął Baldwin. - Księż­

niczka musi już nadchodzić. Mieli zacząć grać, gdy 

tylko opuści swoją komnatę. To na jej cześć. 

- Przecież ona od tego ogłuchnie - powiedział Dou­

glas, kierując się zamaszystym krokiem w stronę drzwi. -

Po kilku minutach wszyscy oszalejemy w tym huku. 

Rowena zeszła właśnie ze schodów, kiedy do niej 

podszedł. Szara jedwabna suknia podkreślała jej subtelną 

urodę. Bujne włosy opadały kaskadami na ramiona. 

Wyglądała jak bogini płodności. Douglas przypomniał 

sobie jej zwierzenia, że jak najszybciej chce mieć 

potomstwo. Ta myśl po raz kolejny niebezpiecznie go 

podnieciła. Kiedy spojrzał jej w oczy, przeszedł go 

dreszcz. Patrzyła na niego z taką nadzieją i otwartością, 

że nienawidził teraz siebie za te wszystkie kłamstwa. 

Tak bardzo wierzyła w swoje siły. Ta młoda dzie­

wczyna chciała poprowadzić armię na ratunek ojcu. 

Była przekonana, że powiedzie jej się tam, gdzie po­

nieśli klęskę doświadczeni żołnierze. I sądziła, że może 

igrać ze smokiem, nie plamiąc sobie delikatnych pa­

luszków. 

170 

background image

SMOK 

Dla Douglasa jej wyzwanie było dziecinną zabawą 

w porównaniu z przebiegłymi intrygami, w których był 

mistrzem. Jednak jego plany wobec niej uległy zmianie, 

Nie pragnął jej już ze względu na majątek czy wpływową 

pozycję. Ku swojemu przerażeniu uświadomił sobie, że 

pragnie zdobyć jej serce. 

- A gdzież podziewa się twoja nieodstępna opiekun-

ka? - spytał rozbawionym tonem. 

Rowena uśmiechnęła się lekko. 

- Modli się w kaplicy o moje bezpieczeństwo. Ma 

przeczucie, że moje życie jest zagrożone. 

Zmroził go nagły niepokój. Pamiętał, że Hildegarda 

uważała się za jasnowidzącą. 

-

 Przeczuć nigdy nie należy lekceważyć - powiedział 

poważnie, ujmując jej dłoń. 

Rowena wzruszyła ramionami, jakby chciała od­

pędzić tę myśl. 

- Nie dożyłabym trzech lat, gdyby miały się spraw-

dzać takie przepowiednie. 

Zacisnął palce na jej dłoni, zaskoczony, że tak bardzo 

pragnie ją chronić. 

- Powinniśmy chyba lepiej cię pilnować. 

Rowena spojrzała mu w oczy, zdziwiona powagą 

w jego głosie. 

- Sądzisz, że jestem w niebezpieczeństwie? 

Douglas zawahał się. Chłopięcy uśmiech rozjaśnił 

jego spaloną słońcem twarz. 

- Trudno powiedzieć. Różne tajemnicze potrawy 

mają pojawić się dziś na naszym stole. Może żadne 

z nas nie przeżyje tej kolacji? 

171 

background image

JILLIAN HUNTER 

Rowena nagle rozejrzała się dookoła. 

- Skąd dochodzi ten straszliwy hałas? 

- Z galerii dla muzykantów - odparł zgnębiony. -

To na twoją cześć. 

- Boże Święty, w takim razie pośpieszmy się do 

stołu, zanim zaczną pękać mury. 

Poprowadził ją korytarzem, a potem do wielkiej 

sali, gdzie w świetle świec srebrne naczynia błysz­

czały na pokrytym adamaszkowym obrusem stole. 

Muzyka osiągnęła szczytowe crescendo w momencie 

wejścia Roweny. Goście przy stole, a wśród nich 

Gemma i doktor MacVittie, podnieśli się z miejsc, 

witając ją ukłonami. Baldwin i Willie stali pod ścianą 

w białych upudrowanych perukach i aksamitnych spod­

niach do kolan. 

Rowena podniosła głos, żeby przekrzyczeć muzykę: 

- Ależ milordzie, po co tak wielkie zamieszanie 

wokół mojej osoby? 

Douglas nadstawił ucha. 

- Słucham? 

- Będę musiała podziękować kucharce za jej wysi­

łek - powiedziała jeszcze głośniej. 

- Co powiedziałaś? 

- Placki z jabłkami wyglądają wyśmienicie - wrzas­

nęła mu prosto w ucho. - Placki!! 

Douglas odsunął się od niej z półuśmieszkiem. Kom­

plementy prawdopodobnie zamarłyby jej na ustach, 

gdyby dowiedziała się, że jeszcze rok temu ta sama 

kucharka obsługiwała zupełnie inny rodzaj klienteli. 

Rowena przygryzła wargę. 

172 

background image

SMOK 

- Przyślij do mnie kucharkę, milordzie. Sama z nią 

porozmawiam. 

- Przepraszam. - Douglas bezradnie rozłożył ręce. -

Nic nie słyszę. 

- Chcę widzieć kucharkę!!- na całą salę ryknęła 

Rowena. 

Nagle muzyka umilkła. Jedna z tarcz herbowych 

z hukiem spadła na podłogę. Baldwin ściągnął perukę 

i otarł czoło rękawem. 

Rowena zaczerwieniła się. 

Douglas wskazał jej miejsce przy stole. 

- Może spróbujesz placka, jeśli tak bardzo cię to kusi? 

- Nie częstuj jeszcze plackiem. - Gemma podeszła 

do nich pośpiesznie. - Zaraz podadzą ostrygi. 

- Ostrygi?- spytał Douglas, przyglądając się jej 

podejrzliwie. 

- Placki miały być podane dopiero po daniach 

głównych- wyjaśniła dziewczyna.- Shandy pomylił 

się i przyniósł z kuchni nie to, co trzeba. Frances 

o mało go nie zamordowała. - Spojrzała na Rowe-

nę. - Mam nadzieję, że wybaczysz nam tę niezręcz­

ność. 

- Nic nie szkodzi - z wdziękiem powiedziała Rowe-

na. - Placki z jabłkami mogę jeść przez cały dzień. 

Douglas poprowadził ją do krzesła. Służący, którzy 

rok temu ścigali hiszpańską eskadrę aż po wybrzeża 

Indii Zachodnich, wmaszerowali uroczyście zza para-

wanów z półmiskami pełnymi jadła. Rowena usiadła 

i przyglądała im się łaskawie. 

Postawiono przed nią pieczone jagnię z koroną z pereł 

173 

background image

JILLIAN HUNTER 

na głowie. Następnie pojawił się marcepan i łosoś 

w złocistym cieście. 

Dainty podszedł z galaretką migdałową uformowaną 

na kształt baśniowego zamku. Wieżyczki zawaliły się, 

zanim dotarł do stołu, a gdy nadeszła Hildegarda, z głoś­

nym plaśnięciem zawalił się most zwodzony. 

Następnie zbliżył się Baldwin, żeby nalać wina. 

Wszyscy przy stole wstrzymali oddech, kiedy napełniał 

kielich Roweny lekkim czerwonym winem. 

- Nie uroniłem ani kropelki - oświadczył na koniec, 

a wszyscy zebrani odetchnęli z ulgą. 

- Bardzo dobrze, Baldwin - odezwał się półgłosem 

Douglas. - A teraz popraw perukę, jest tyłem do przodu. 

Hildegarda i doktor MacVittie rozpoczęli dyskusję na 

temat leczenia odcisków i sztuki upuszczania krwi. Pani 

MacVittie dyskretnie kierowała służbą. 

- Nadchodzą ostrygi- zaanonsował z końca sali 

Dainty. - Zróbcie miejsce dla ostryg. 

Z takim trudem zdobyte ostrygi pojawiły się na stole, 

ułożone misternie na połówkach muszli. Douglas w na­

pięciu zacisnął szczęki, kiedy Willie ruszył od gościa 

do gościa z paterą najdziwaczniejszych mięczaków, 

jakie kiedykolwiek widział. 

Hildegarda ujęła w palce jedną z białych prążkowa­

nych muszli. 

- Nigdy wcześniej nie widziałam takich ostryg. 

- To szkockie ostrygi - powiedziała szybko Gemma, 

unikając wzroku brata. 

- W mojej szkockiej ostrydze jest perła! - wykrzyk­

nęła Hildegarda. 

174 

background image

SMOK 

Rowena uniosła brew. 

- W mojej jest pierścionek z perłą. 

Douglas z niesmakiem wbił wzrok w swój talerz. 

- Gemmo - szepnął przez zęby. - Co to jest? 

- Małże - odszepnęła. - Dainty zdobył je dziś rano, 

ja pomalowałam je na biało. 

Starał się uśmiechnąć, ale na jego twarzy pojawił się 

jedynie nieokreślony grymas. 

- Małże przemalowane na ostrygi... Dlaczego po 

prostu nie podaliście ostryg? 

- Po pierwsze, nie mogliśmy tu żadnych znaleźć. 

Potem Dainty jakoś je zdobył, ale przez ten czas Frances 

przypomniała sobie coś o jedzeniu ostryg w miesiącu, 

w którego nazwie jest „r". -Gemma potrząsnęła głową. -

; Problem polegał na tym, że nikt w Dunmoral nie mógł 

sobie przypomnieć, czy podczas trwania takiego miesiąca 

; ostrygi są dobre do jedzenia, czy trujące. 

Douglas westchnął. 

- Dobry Boże... 

- Frances karmiła ludzi tymi małżami przez cały 

tydzień, by upewnić się, czy to jadalna odmiana. Nikt 

nie umarł. - Uśmiechnęła się- Przynajmniej na razie. 

Douglas chwycił Rowenę za nadgarstek, gdy podnosiła 

widelec do ust. - Nie jedz tego. 

Uśmiechnęła się rozbrajająco. 

- Ostrygi są afrodyzjakiem, milordzie. Nie słyszałeś 

o tym? 

- Afrodyzjakiem? Na stole Lorda Prawiczka? - Pstryk-

nięciem palców przywołał Baldwina. - Zabierz stąd te 

niebezpieczne ostrygi. 

175 

background image

JILLIAN HUNTER 

Rowena ostentacyjnie sięgnęła do swego talerza. 

Douglas przycisnął jej rękę do stołu. 

- Co robisz, milordzie? - spytała zaczepnie. - To nie 

ja składałam śluby czystości. 

Douglas poczuł, że krew zaczyna mu wrzeć. Przypo­

mniał sobie, jak wiele czasu upłynęło od chwili, gdy po 

raz ostatni dotykał kobiety i jak bardzo pragnie tej, która 

siedzi obok. Jej zapach mącił mu umysł. Unosiła się 

wokół niej jakaś kwiatowa woń kobiecości. Jej uśmiech 

rzucał na niego niezwykły czar. Zdawało mu się, że 

zamiast kontrolować sytuację, bezradnie ulega urokowi 

tej kobiety. 

Zerknął na siostrę. Za wszelką cenę chciał oderwać 

się od tych myśli. 

- Czy nie czas już odkryć główne danie? 

Gemma skinęła głową i Willie zbliżył się, żeby zdjąć 

pokrywę z półmiska. Zapadła cisza. Douglas stłumił jęk. 

Rowena chwyciła kielich z winem, by ukryć napad 

śmiechu. Koścista, mizerna kuropatwa sterczała na środ­

ku stołu, a w jej kuprze tkwiły pawie pióra z najpięk­

niejszego wachlarza pani MacVittie. 

Osłupiała Hildegarda uniosła się na krześle. 

- Boże Przenajświętszy- wydusiła.- A to co ta­

kiego? 

- Szkocki paw - z dumą odparł Baldwin- Złapaliśmy 

go z Williem własnymi rękami. Jest świeżutki. Jeśli się 

bliżej przysunie ucho, usłyszy się, że jeszcze oddycha. -

Poklepał Rowenę po plecach. - Jedz, księżniczko, póki 

całkiem nie ostygnie. 

176 

background image

SMOK 

Aidan pojawił się nagle na galerii. Douglasowi wy-

starczyło jedno skinienie głowy przyjaciela, by zro-

zumiał, że wydarzyło się coś złego. 

Przeprosił zebranych i odszedł od stołu, kiedy Rowena 

była przy trzecim kawałku placka. 

Dainty poszedł za nim jak cień. Wszyscy trzej przeszli 

przez galerię portretów. Nie przerywając milczenia 

doszli aż do oświetlonego pochodnią korytarza. 

- Co się stało? - spytał Douglas. 

Aidan uniósł dziwnie wyglądający pakunek. 

- Chryste...!- wykrzyknął Dainty.- Skąd to się 

wzięło? 

Aidan odwinął z zakrwawionej koszuli głowę wilka. 

Koszula należała do Roweny, pomyślał od razu Douglas. 

Przerażenie ścisnęło mu gardło. Żadna inna kobieta 

w zamku nie miała ubrań z tak delikatnej koronki. 

Spojrzał na wyszczerzony w śmiertelnym bezruchu 

pysk wilka. 

- To było przybite do drzwi jej pokoju - cicho po­

wiedział Aidan. 

Douglas poczuł, że całe jego ciało ogarnia lodowata 

fala. 

- Kiedy? 

- Podczas bankietu - odparł Aidan. 

- Więc to ktoś z zamku. - Dainty zapatrzył się w głąb 

korytarza. - Mogli ukryć się gdziekolwiek. Dlaczego, 

do stu piorunów, stoimy tu jak trzy wystraszone 

dziewice? 

Aidan potrząsnął głową. 

- Gunther przysięga, że strażnicy nie widzieli nikogo, 

177 

background image

JILLIAN HUNTER 

kto wchodziłby albo wychodził z zamku. Przeszukałem 

jej komnatę. Nikogo tam nie było. 

- Ktokolwiek to był, chcę go dostać w swoje ręce. -

Douglas odwrócił się na pięcie, ale po chwli zatrzymał 

się i popatrzył Aidanowi w oczy. 

- A skąd ty się wziąłeś w jej komnacie? 

Aidan wyglądał na zaskoczonego. 

- Wszyscy byliście zajęci przyjęciem. Chodziłem po 

zamku, by sprawdzić, czy wszystko w porządku. Za­

uważyłem, że drzwi jej komnaty są otwarte na oścież. 

- Cholernie dobrze zrobiłeś -ponuro stwierdził Dain-

ty. - Ta kobieta padłaby z nóg na ten widok, nie mówiąc 

już, że mogła natknąć się na intruzów. 

- Rzeczywiście, cholernie dobrze... - Douglas spoj­

rzał na głowę wilka. - Pozbądź się tego, a potem spot­

kamy się w stajni. Dainty, zostaniesz tu z Roweną. 

- Co mam powiedzieć, kiedy zapyta, gdzie się po­

dzieliście? - spytał olbrzym. 

Douglas i Aidan byli już w połowie korytarza. Od 

murów odbijało się dudniące echo ich kroków. Głos 

Douglasa dobiegł z klatki schodowej. 

- Powiedz jej... Powiedz, że w pobliżu zamku za­

uważono wściekłego wilka i że pojechaliśmy go zabić, 

zanim kogoś skrzywdzi. 

Nie boję się wilków - szepnęła kilka godzin później 

Rowena stojąc przy oknie. - Ale boję się, że przejecha­

łam cały ten szmat drogi na nic. Boję się, że zakochałam 

się we własnym marzeniu. 

178 

background image

SMOK 

Stukot końskich kopyt na moście zwodzonym przerwał 

ciszę. Potem rozległ się zgrzyt łańcuchów podnoszonej 

w bramie kraty. Kilka minut później zobaczyła Douglasa 

idącego od strony stajni. Jego potężna sylwetka natych-

miast przyciągała wzrok. Aidan szedł tuż za nim. Dainty 

wybiegł z zamku, żeby ich o wszystko wypytać. 

Rowena wstrzymała oddech na widok dzikiej energii 

emanującej od Douglasa. Nie podejrzewał, że ktoś go 

obserwuje. Z każdego jego ruchu biła jakaś żywiołowa 

siła. Z niecierpliwych gestów Rowena wywnioskowała, że 

nie udało mu się osiągnąć celu, dla którego opuścił ucztę. 

Alarmujący głos Hildegardy wyrwał ją ze snu. 

- Wasza wysokość, musimy natychmiast opuścić to 

miejsce. 

Rowena z bijącym sercem usiadła na łóżku. Grube 

warkocze opadły jej na kolana. Półprzytomnie przy-

glądała się znajomej postaci ciskającej się wokół łóżka. 

- Co się stało? 

- Mam straszne przeczucie co do Fryderyka. 

- Fryderyka? Nie minęły jeszcze dwa tygodnie -

powiedziała Rowena. - Czy nie możemy przedyskuto­

wać tego rano? 

- Miałam sen. Koszmar senny. 

Rowena wydała z siebie głębokie westchnienie. 

- Byłaś przykuta łańcuchami do krzyża. - Broda 

Hildegardy drżała. - To było tak wyraźne, że widziałam 

krople deszczu na twojej twarzy i wiatr rozwiewający ci 

włosy. 

179 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Hildegardo... - odezwała się łagodnie i objęła przy­

jaciółkę. - To był tylko sen. Fryderyk poszukuje żoł­

nierzy i niedługo wróci. Jestem bezpieczna w swoim 

łóżku. 

- U twoich stóp był mężczyzna - ciągnęła guwernant­

ka, jakby wciąż miała ten obraz przed oczami. - Miał 

w zębach nóż. 

- Taki, jakich używaliśmy podczas kolacji? - Rowena 

starała się obrócić wszystko w żart. 

- Tym mężczyzną był człowiek zwany Aidanem-

wyszeptała schrypnięta Hildegarda. - Człowiek o tajem­

niczym spojrzeniu. Ten, który przypomina mojego bied­

nego Stefana. 

- Aidan jest przyjacielem jego lordowskiej mości -

stwierdziła stanowczo Rowena. - Jest wobec mnie nie­

zwykle uprzejmy i ma w sobie coś szlachetnego, co 

podziwiam. Poza tym nie on jeden w tym zamku ma 

swoje sekrety. A teraz idź już do swojej komnaty. 

Przerwałaś mi bardzo przyjemny sen. 

Hildegarda posłuchała niechętnie. 

- Drzwi nie były zamknięte na zasuwę... 

- Idź już, Hildegardo. Strażnicy jego lordowskiej 

mości patrolują cały czas tereny wokół zamku. 

- Na twoich drzwiach są ciemne plamy... 

- Znowu jakieś ślady krwi? - fuknęła Rowena. - Idź 

spać, Hildegardo, zanim twoje wymysły sprowadzą tu 

połowę mieszkańców zamku. Nawet księżniczka po­

trzebuje czasem snu. 

180 

background image

SMOK 

Neacail stał ukryty za kamiennymi blokami zasła­

­­ającymi tajemne przejście do komnaty. Słyszał roz­

mowę Roveny z Hildegardą. Miał zamiar znowu popat-

rzeć na młodą kobietę, gdy będzie spała, lecz ta stara 

pozbawiła go tej przyjemności. 

Księżniczka, pomyślał z niedowierzaniem. Księżnicz­

ka śpiąca w jego zamku. 

Zastanawiał się, czy spodobał jej się podarek, który 

tu zostawił i co z nią zrobi, gdy odzyska to, co do niego 

należy. 

Nagle usłyszał stłumiony okrzyk wartownika. Natych-

miast odwrócił się i zaczął biec w dół po mrocznych 

Stopniach. Przez pewien czas nie będzie mógł jej od-

wiedzać. Wszędzie kręci się zbyt wielu ludzi i ktoś 

mógłby zauważyć jego konia przy wyjściu z tunelu nad 

jeziorem. Uśmiechnął się na wspomnienie głowy wilka 

przybitej do drzwi jej sypialni. 

Poza tym miał pewne sprawy do załatwienia. I musiał 

rozniecić kilka pożarów. Właściwie następny może być 

stosem podpalonym na cześć księżniczki. Będzie mogła 

przyglądać się płomieniom ze swego okna. 

background image

20 

Była księżniczką, która wyrosła w pięknym pałacu 

i w dzieciństwie jeździła na kucyku po wypielęgnowa­

nym ogrodzie. Lecz jej życie nie było bajką. Matka 

zmarła na zakażenie krwi, gdy Rowena miała trzy lata. 

Rodzina nigdy nie otrząsnęła się po stracie tej mądrej 

kobiety, która była jej sercem i dobrym duchem. 

Siostra Roweny, Michalina, zawsze była zbuntowana 

i chodziła własnymi drogami. Rowena znajdowała uko­

jenie w obcowaniu z naturą, łucznictwie i zakazanych 

wędrówkach po lesie. Przez większą część życia starała 

się wywołać uśmiech zgorzkniałego ojca. 

Książę Randolf ledwie zdawał sobie sprawę z istnienia 

swoich dzieci. Wciąż prowadził wojny z sąsiadami. 

Rana w jego sercu po śmierci żony nigdy się nie zagoiła. 

Rowena bardzo go kochała, ale pragnęła, by choć raz 

pomyślał poważnie o bezpieczeństwie i szczęściu ro­

dziny. Do tej pory widziała przed sobą jedynie smutne 

226 

background image

SMOK 

życie

 złożone z uciążliwych obowiązków i potyczek 

z sąsiadami, wyniszczających ziemię, ludzi i jej duszę. 

W Dunmoral znalazła nareszcie świat, w którym 

mogła zasmakować życia. Sprawdzić swoje siły jako 

kobieta. Poddać się wewnętrznym pragnieniom. Cier­

pieć, ponieważ mężczyzna, którego pokochała, ją oszu-

kiwał, a ona kochała go mimo wszystko. 

„Maria czy Elżbieta? 

Maria-Elżbieta". 

„Ależ to nie jest solarium. Wygląda raczej na kaplicę. 

Oczywiście, że to kaplica. Ale ze mnie głupiec..." 

Zgrzyt kamienia trącego o kamień wyrwał ją z zamyś­

lenia. Odwróciła się natychmiast i zobaczyła, że Jerome 

wychodzi zza wystrzępionej tapety, zakrywającej frag-

ment ściany tuż przy kominku - tajne przejście, którego 

szukała Hildegarda. Serce zabiło jej gwałtownie, lecz 

zachowała spokój. Wiedziała, że krzyk sprowadzi tu 

natychmiast Dainty'ego. 

Jej młody arogancki kuzyn miał na sobie brązową 

tunikę do polowania i płaszcz z wilczej skóry. Wzrok 

Roweny padł na inkrustowane srebrem pistolety za 

pasem Jerome'a. Wyglądał jak dziecko bawiące się 

w żołnierzyka. 

- Roweno. - Jego głos nie brzmiał już tak jak w dzie­

ciństwie. Jerome nie był już tym chłopcem, który uwal­

niał króliki z sideł. - Podsłuchiwałem w kuchni. Służąca 

znalazła to na rozstaju dróg przy starym opactwie. 

Należało do Fryderyka, prawda? 

Rowena spojrzała na strzęp ubrania w dłoni kuzyna. 

Była to szarfa ze złotym medalionem, którą Fryderyk 

227 

background image

JILLIAN HUNTER 

z dumą nosił na piersi. Na metalu widniały ciemne 

plamy zakrzepłej krwi. Rowena przełknęła ślinę. Zrobiło 

jej się słabo. 

- Jadę go poszukać - powiedział Jerome. - Mógł 

wpaść do jakiejś rozpadliny i tkwi tam, nie mogąc 

wezwać pomocy. Nie jest już młodym człowiekiem. 

Pomożesz mi? 

Zapadła cisza. Pod drzwiami stał na straży Dainty. 

Hildegarda zeszła do kuchni asystować przy przygo­

towaniach do kolacji - obawiała się, że zostaną otrute, 

jeśli sama nie dopilnuje warzenia zupy. 

Obie lubiły Jerome'a jako dziecko, lecz teraz kuzynów 

zaczęły dzielić cele i ambicje. Czy to możliwe, że 

buntownicy chcą osadzić Jerome'a na tronie jako swoją 

marionetkę? Czy przyjechał tu naprawdę po jej pomoc, 

czy też po to, by nie wróciła do domu? Przestrogi ojca 

na temat zaufania wciąż brzmiały jej w uszach. 

- Zawsze umiałaś odnaleźć ludzi w lesie - powiedział 

z przekonaniem. - Ludzi i zwierzęta. 

To prawda. Rowena posiadała szósty zmysł w tro­

pieniu śladów. Intuicyjnie wyczuwała, gdzie się urywają 

i jak je odszukać. Była cierpliwa, uważna i słuchała 

wewnętrznego instynktu. Jednak szkockie góry w niczym 

nie przypominały rodzinnych stron. Tutaj nawet mgła 

wibrowała jakąś tajemniczą magią. 

Postanowiła zaufać kuzynowi, tak samo jak zaufała 

Douglasowi. 

- Daj mi chwilkę, zaraz się przebiorę. 

Westchnął z ulgą. 

- Pośpiesz się. 

228 

background image

SMOK 

Douglas przemierzał wrzosowisko. Spod kopyt konia 

wylatywały w powietrze grudy torfu. Zimny wiatr znad 

gór smagał mu twarz. Było wczesne popołudnie, lecz 

purpurowozłote, ciężkie chmury zasnuwały niebo. Burza 

rozpęta się z pewnością jeszcze przed zmierzchem. 

W taki dzień nawet pirat miał ochotę pomodlić się 

do Pana Boga. 

Aidan trzymał się tuż za nim. Przeszukali każdy 

strumień, jaskinię i zagajnik w promieniu wielu mil, 

lecz nie znaleźli kryjówki bandy Neacaila. 

Kiedy zacznie się burza, sami będą musieli szukać 

schronienia. 

Douglas ściągnął wodze. W oddali zobaczył krążącego 

nad jednym z wzniesień myszołowa. Skinął na Aidana, 

który właśnie sięgał do pistoletu za pasem. 

- Nie jedź za mną - powiedział Douglas, kiedy przy­

jaciel się zbliżył. - To dobre miejsce na zasadzkę. 

Aidan podniósł wzrok na wzniesienie i skinął głową. 

- Tak. 

Douglas zszedł z konia, Aidan zaś położył sobie na 

kolanach pistolet i łuk. 

Wiatr ucichł. Douglas szedł w stronę wzniesienia 

przez wysokie wrzosy. W prawej dłoni trzymał pistolet, 

a w lewej sztylet. Ramię cały czas sprawiało mu ból, 

ale nie zwracał na to uwagi. 

Poczuł, że Aidan podnosi łuk. 

Gdy zaczął wspinać się po zboczu, myszołów odleciał 

w mroczne niebo. Drapieżnik nie krążyłby nad grupą 

uzbrojonych ludzi. 

Martwy człowiek to co innego. 

229 

background image

JILLIAN HUNTER 

Poczuł skurcz żołądka, gdy odwrócił ciało twarzą do 

góry. Aksamitna tunika leżącego na ziemi mężczyzny 

była rozdarta od gardła do pasa. Krew z niezliczonych 

ran od pchnięć nożem wsiąkła w ubranie. 

- Fryderyk... - powiedział cicho. 

Z trudem rozpoznał doradcę księżniczki, lecz błękitny 

krzyż Hartzburga zdobiący pustą pochwę miecza nie 

pozostawiał wątpliwości. 

Atak był brutalny i niespodziewany. Osaczyli go jak 

wilki, z tą różnicą, że wilki nie rozszarpują nikogo dla 

rozrywki. 

Odruchowo przyłożył kciuk do tętnicy szyjnej Fryde­

ryka. Wyczuł leciutkie pulsowanie, cień życia tak słaby, 

że w pierwszej chwili nie był pewien, czy się nie myli. 

Oddech rannego wydawał się słyszalny. Była jednak 

nadzieja. 

Nadjechał Aidan. Trzymał w dłoniach ogromny pła­

ski kamień. 

Popatrzył życzliwie na Fryderyka i opuścił kamień. 

- Pochowam go. 

- Nie. On żyje. 

Głos Douglasa zabrzmiał tak chrapliwie, jak skrze­

czenie kruków nadlatujących znad opuszczonego opac­

twa za wzgórzami. 

Nie wiedział, jak wytłumaczy to Rowennie. Przecież 

jeśli Fryderyk umrze, to on będzie za to odpowiedzialny. 

Nie doszłoby do tego, gdyby wytrzebił wcześniej zbójów 

Neacaila. 

- Zawiozę go do zaniku, zanim rozpęta się burza. 

Może te rany nie są tak groźne, jak wyglądają. Przynieś 

230 

background image

SMOK 

mi swój pled z konia, Aidan, może uda nam się uniknąć 

ponurego obowiązku kopania mu grobu. 

Dainty był wściekły i przerażony. Po raz drugi 

z rzędu zawiódł Douglasa. Jak się wytłumaczy z tego, 

ta dziewczyna go przechytrzyła? Dlaczego jej zaufał, 

gdy poprosiła, żeby nie niepokoił jej w komnacie? 

Zamek był cały naszpikowany tajemnymi korytarzami. 

- Ten idiota Baldwin miał rację - mruknął do siebie. -

Co

 pirat może mieć wspólnego z księżniczką? 

Rozpaczliwe krzyki Hildegardy brzmiały mu 

w uszach, gdy galopem przekraczał most zwodzony. 

Ogołocił zbrojownię ze wszystkiego, co tylko zdołał na 

siebie włożyć. By ratować księżniczkę, był gotów zmie­

rzyć się z samym szatanem. 

- Moja pani będzie już martwa, gdy ją znajdziesz! -

krzyczała za nim z wartowni Hildegarda. - Ten kraj roi 

się od wilków i zbójów. A jeśli Jerome zabrał ją, kiedy 

warowałeś pod drzwiami? A jeśli te łotry poderżnęły jej 

gardło, gdy gotowałam zupę? 

Dainty wciągnął wilgotne powietrze głęboko w płuca. 

Ani Jerome, ani wilki nie budziły jednak jego obaw. 

Przerażała go wizja furii Smoka, kiedy odkryje, że 

Dainty znowu go zawiódł. 

Douglas pochylił się nad stołem, poszarzały jak granit. 

- Kobieto, jeśli nie przestaniesz zawodzić, nie ręczę 

za swoje czyny. Kiedy twoja pani odjechała? 

231 

background image

JILLIAN HUNTER 

Hildegarda jęknęła, chowając twarz w dłoniach. 

- Nie wiem. Jerome ją zabrał. Zostawiła mi wiado­

mość - mieli szukać biednego Fryderyka. A jeśli i ją 

napadną? Dlaczego pozwoliłam jej tu przyjechać? Dla­

czego? 

Douglas odepchnął się od stołu. Po poprzedniej wy­

prawie konie wciąż były zmęczone i niegotowe na 

kolejne długie poszukiwania. 

Burza szalała nad Dunmoral. Serce Douglasa zamarło 

na myśl o Rowenie błąkającej się bez opieki po okolicy. 

background image

21 

Jerome, coś musiało się stać -powiedziała Rowena. -

Fryderyk bardzo się o mnie bał. Przysłałby przynajmniej 

jakąś wiadomość. 

- Mówiłem ci. - Jerome rozglądał się nerwowo do­

okoła. - Mówiłem ci, żebyś schroniła się we Francji, 

a nie w Szkocji. Ludzie tutaj to jeszcze poganie. 

Roześmiała się. 

- A my w Hartzburgu, z naszą wiarą w leśne trolle 

i czarownice, nie jesteśmy poganami? 

Jechali na oklep na klaczy, którą Jerome wykradł 

jednemu z wartowników patrolujących brzeg jeziora. 

Rowena odwróciła jego uwagę, rzucając z drzewa 

kamyki do wody. W dzieciństwie często używali takiego 

podstępu. 

Kilka wron zakrakało od strony kępy wynędzniałych 

olch. 

- Ptaki śmierci - mruknął Jerome. 

233 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Mówisz jak Hildegarda. - Rowena wpatrywała się 

przed siebie. Miała na sobie zielone wełniane trykoty 

pod marszczoną spódnicą do konnej jazdy. - Ta biedna 

kobieta prawdopodobnie jest teraz przekonana, że mnie 

porwałeś. 

Poczuła, że zesztywniał. 

- Jak gdybym mógł cię skrzywdzić... 

Wysiliła się na uśmiech. 

- Zaledwie siedem miesięcy temu sugerowałeś, by 

papa zamknął mnie w lochu, jeśli odmówię poślubienia 

księcia Vandever. Stwierdziłeś, że potrzebny mi spokój 

do przemyśleń. 

- Dla dobra Hartzburga - odparł urażony. 

- Piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami. Jero-

me, nie wyjdę za tego człowieka. 

Uderzył kolanem o jej kolano. Niebo zrobiło się 

mroczne, tylko pojedyncze promienie światła prześwie­

cały przez chmury. Wyglądały jak włócznie przebi­

jające Unię lasu. 

- Z powodu nieskazitelnego i pompatycznego Ma­

teusza? - spytał. 

- Dlaczego wszyscy myślą, że jestem zakochana 

w Mateuszu? 

- Jeśli nie chcesz Mateusza, czemu nie poślubisz 

księcia? Obaj są przystojni. 

- Nie wiem - odparła. - Może żaden z nich nie jest 

moim przeznaczeniem. 

Jerome zaśmiał się drwiąco. 

- Przeznaczenie... Przestrzegałem twego ojca, by nie 

trzymał w zamku Cyganów. 

234 

background image

SMOK 

- Chodzi o miłość - powiedziała sucho. - Albo jest, 

albo jej nie ma. 

- Kobieta z twoją pozycją nie może budować życia 

na ideałach. 

- Dlaczego nie? 

- Myślisz o lordzie Dunmoral, prawda?-Zastanawiał 

się głośno. - Czarny rycerz zawsze zwycięża. Pozwoliłaś 

mu się pocałować. Nie uwierzyłbym, gdybym nie widział 

tego na własne oczy. W domu wisiałby już za taką 

śmiałość. 

Rowena uśmiechnęła się do siebie i nic nie powie-

działa, wspominając pocałunek Douglasa. Nawet teraz 

zrobiło jej się gorąco. Nie miała już wątpliwości, że jej 

Smok żywi dla niej uczucie, że zdobyła serce tego 

groźnego wojownika. 

Ale po chwili zmroziła ją myśl, że Douglas może być 

w tym samym momencie w śmiertelnym niebezpieczeń­

stwie. Uśmiech zamarł na jej wargach. Jakże łatwo mógł 

wpaść w pułapkę zastawioną przez ludzi Neacaila i przez 

wiele dni nikt by o tym nawet nie wiedział. 

-

 Wracajmy - zaproponował Jerome. - Zbliża się 

burza. Nie powinienem był cię zabierać. Pojedziemy do 

zamku i kiedy lord Dunmoral wróci z wyprawy, po­

prosimy go o pomoc. 

Wjechali w sosnowy las, za którym zaczynała się 

kręta droga prowadząca do zamku. 

- Coś widziałam... Jakiś płaszcz - powiedziała nagle 

Rowena. 

Jerome rozejrzał się zaniepokojony. 

- Nie podoba mi się to... 

235 

background image

JILLIAN HUNTER 

-

 Mnie też nie - powiedziała. - Popatrz, paprocie nie 

rosną w ten sposób. 

Zatrzymali się przy kępie jesionów, wśród których 

rosły stare leszczyny i ostrokrzewy. Między dwoma 

drzewami wisiał wełniany pled. 

- To kryjówka - szepnęła. - Można stąd obserwować 

drogę, a samemu nie być widzianym. 

- Nie widzę nic poza starą szmatą i zeschłymi liśćmi -

stwierdził Jerome. 

- Kobieta ma rację, chłopcze. 

- Głos dobiegł zza pobliskich drzew. Zanim Jerome 

sięgnął po broń tkwiącą w fałdach płaszcza Roweny, 

kilku górali w zniszczonych kiltach wypadło z zarośli 

i ściągnęło go na ziemię. 

Rowena nieruchomo siedziała na koniu. Jak na ironię, 

uczono ją kiedyś, jak ma zachować się podczas porwania. 

Wepchnęła drżące dłonie do mufki, którą miała za­

wieszoną na szyi na pozłacanym łańcuszku. Nie chciała 

pokazać strachu, dać im jeszcze większej przewagi. 

Niski mężczyzna z poczerniałymi resztkami zębów 

i włosami w tłustych strąkach ściągnął z głowy czapkę 

i wykonał drwiący ukłon. 

- Witamy w piekle, wasza wysokość. Właśnie nie­

dawno dowiedzieliśmy się, z kim mamy do czynienia. 

Podobał ci się podarek, który mój brat zostawił w twojej 

komnacie? 

- Boże... - Pochyliła się nad nim z niesmakiem. -

Ktoś powinien zająć się twoimi zębami! Wyglądasz jak 

rzepa z wyciętymi zębiskami w wilię Święta Zmarłych. 

Zmarszczył czoło, zdezorientowany. 

236 

background image

SMOK 

- Co to znaczy? 

- Powiedziała, że jesteś ohydny jak zgniła rzepa -

ze śmiechem wytłumaczył jeden z jego ludzi. 

Serce waliło Rowenie jak młotem. U boku szczer-

batego bandyty wisiał miecz z damasceńskiej stali. 

Rowena widziała wyryte na nim błogosławieństwo swe­

go ojca chrzestnego, arcybiskupa Hartzburga. Z trudem 

się opanowała. Wiedziała, że miecz należał do Fryderyka, 

że ci zbóje go znaleźli. Miała nadzieję, że nie cierpiał 

i przed śmiercią. Modliła się, by Bóg dodał jej sił. 

Najwidoczniej nie wiedzieli, co z nią zrobić. 

Potem jeden z ludzi trzymających Jerome'a kiwnął 

na tego, który niósł miecz Fryderyka. Neacaila nie było 

między nimi. Rowena dobrze przyjrzała się jego pokie-

reszowanej twarzy, gdy wtedy, w nocy, walczył z Dou­

glasem na mostku. 

Ten szczerbaty był pewnie jednym z jego krewnych. 

- Co mamy z nią zrobić, Eachuinn? 

Podszedł bliżej, przyglądając jej się podejrzliwie. 

Zauważyła zaschniętą krew na jego łachach. Starała się 

nie wyobrażać sobie, co Fryderyk przeżył przed śmiercią. 

I tego, co ją czeka. 

- Świnia - powiedziała dobitnie. - Zawszony knur. 

Niech cię piekło pochłonie! 

Mimo brudu i zarostu, zauważyła, że zbladł. Jego 

ludzie znów się roześmieli, ale już z mniejszym prze­

konaniem. 

- Obraziła cię, Eachuinn. 

- Zawszony knur, a to ci dopiero... 

- A może to czarownica? - mruknął któryś z nich. 

237 

background image

JILLIAN HUNTER 

Szczerbaty drgnął. 

- Zaprowadzimy ja więc do Kamienia Czarownicy. 

Niech wzywa pomocy swego pana. 

- Neacail będzie chciał wziąć za nią okup - odezwał 

się ktoś stojący pośród drzew. - Nie powinniśmy za­

czekać, aż wróci? 

Echo grzmotów przewalało się po wzgórzach, kiedy 

się naradzali. Rowena zerknęła na Jerome'a. Wyglądał 

na przerażonego. Marzył o wygrywaniu bitew, o zade­

monstrowaniu, jakim jest bohaterem. Rzeczywistość 

jednak nie była podobna do bajek o herosach, w których 

tęcza unosi się nad szlachetnymi zwycięzcami. 

Nagle ktoś wyrwał jej mufkę razem z ukrytym w środ­

ku pistoletem. Trzech mężczyzn ściągnęło ją na ziemię. 

Kiedy potknęła się i upadła na kolana, chwycili ją za 

ramiona i szarpnęli do góry. Jerome coś krzyknął. 

Zamknęła oczy. 

Udało jej się zachować kontrolę nad sobą. Wiara 

dodała jej sił. 

Bandyci jeszcze o tym nie wiedzieli, lecz instynkt 

podpowiadał jej, że nie pożyją zbyt długo i nie doczekają 

żadnego okupu. 

Douglas i Dainty prawie jednocześnie dojechali do 

wzgórza, na którym ludzie Neacaila trzymali Rowenę. 

Pierwsza myśl Dainty'ego na widok wściekłej twarzy 

Douglasa była: „No, to już po mnie. Mogę się sam wbić 

na własny miecz". 

Douglas jednak nie marnował energii. Wpatrywał się 

238 

background image

SMOK 

w Rowenę przywiązaną do skały na szczycie wzgórza. 

Wiatr szarpał włosy wokół jej delikatnej twarzy, deszcz 

spływał po szyi. Ubranie miała doszczętnie poszarpane. 

Leżała nieruchomo, z zamkniętymi oczami, dziwnie 

wygięta. Na chwilę przestał oddychać, zastanawiając 

się, czy jeszcze żyje. 

Poruszyła się. Dzięki Bogu, pomyślał. Krew znowu 

-uderzyła mu do głowy w dzikim napadzie furii. Ten 

widok sprawił, że ogarnęła go jakaś nieludzka wściek­

łość. 

Wyglądała jak piękna średniowieczna czarownica 

w podartych, szarpanych przez wiatr jedwabiach. Dou-

glas z trudem przełknął ślinę zaciśniętym gardłem. 

Zerknął na olbrzyma. 

- Gdzie ten chłystek, jej kuzyn? 

- W jaskini, razem z nimi - odparł Dainty. 

Jeszcze nigdy nie widział Douglasa w takim stanie. 

W oczach miał jakiś dziki ogień. Piractwo zawsze było 

pewnego rodzaju grą. To nie jest gra. 

- Chłopak żyje?- spytał Douglas. 

- Kiedy go widziałem ostatni raz, żył. 

Douglas patrzył. Deszcz spływał po jego napiętej 

twarzy. Wydawało się, że kumuluje w sobie całą energię 

otaczających ich żywiołów. 

Nagle w mroku burzy dostrzegł Aidana. Był już 

w połowie zbocza. Czołgał się od skały do skały jak 

żmija. Douglas ufał mu. 

- Sir... - odezwał się Dainty. 

Po raz pierwszy tego dnia Douglas przyjrzał się 

przyjacielowi. 

239 

background image

JILLIAN HUNTER 

-

 Boże jedyny... - powiedział uśmiechając się lek­

ko. - Potwór w zbroi. Skąd wziąłeś cały ten arsenał? 

- Obrabowałem zbrojownię przed opuszczeniem 

zamku. 

Ciężka kolczuga pokrywała jego ciemną pierś. 

Obok miecza, u boku, wisiał stalowy puklerz i topór. 

W dłoni miał średniowieczną gwiazdę poranną - na­

bijaną kolcami metalową kulę na łańcuchu. Jedno 

uderzenie tej broni mogło rozłupać głowę człowieka 

na pół. 

- Mam nadzieję, że nie zardzewiejesz na tym desz­

czu - mruknął Douglas. 

Dainty przełknął ślinę, myśląc cały czas o zawodzie, 

który sprawił swemu dowódcy. 

- Sir... 

Douglas odwrócił się, zmrużonymi oczami wpatrując 

się w zbocze. 

- Aidan dotarł już prawie do Roweny. Pamiętasz 

naszą pierwszą wyprawę w Kartagenie? 

- Mam tu czekać?- spytał zawiedziony Dainty. 

- Dopóki nie wejdę do jaskini i nie wykurzę ich 

stamtąd. - Wyszczerzył zęby w zabójczym uśmiechu. -

Potem możesz puścić w ruch swój arsenał. 

Rowena wstrzymała oddech na widok ciemnej syl­

wetki Douglasa galopującego przez wrzosowisko. Wy­

glądał jak mityczny wojownik, który niespodziewanie 

wyłonił się z mgieł dziejów. Pomyślała, że rana na 

ramieniu musi sprawiać mu ból, lecz biła od niego taka 

240 

background image

SMOK 

siła, że nikomu nie przyszłoby teraz do głowy, iż 

zaledwie kilka dni temu walczył ze śmiercią. 

Włosy opadały mu na szerokie ramiona. Patrzył na 

nią. Mimo że odległość była zbyt duża, by dostrzec rysy 

twarzy, Rowena wyczuwała jego wściekłość i deter­

minację. I to dodało jej odwagi. 

Tydzień temu, gdy odgrywał swoją komedię, mogła 

spodziewać się jedynie, że ten człowiek odprawi modły 

za dusze jej prześladowców. Lecz wspominając walkę 

z Neacailem nie miała wątpliwości, że Douglas potrafi 

być bezwzględny. 

Wstrząsnął nią dreszcz strachu. Deszcz siekł ją po 

twarzy i strugami spływał po szyi. Na szczęście jej nie 

zgwałcili. Eachuinn, mając na względzie okup, nie 

pozwolił swoim ludziom jej tknąć. Uderzył ją raz, gdy 

zdejmując na jego żądanie pierścienie, niechący go 

zadrapała. Policzek palił ją od ciosu. Potem, wyśmie­

wając się urągliwie, pociął sztyletem jej ubranie. 

Była cała zdrętwiała, miała ręce i nogi przywiązane 

do kamienia. Deszcz powoli ustawał, ale wiatr przenikał 

ją do szpiku kości. „Pośpiesz się, milordzie". 

Douglas zniknął u stóp wzgórza. Dainty też. Ich konie 

stały ukryte w cieniu nawisu skalnego. Krew uderzyła 

jej do głowy, kiedy spojrzała w dół i zobaczyła Aidana. 

Ze sztyletem w zębach czołgał się na brzuchu między 

kamieniami. 

- Nie ruszaj się, milady - szepnął. - Udawaj, że 

patrzysz przed siebie. 

Poczuła skurcz żołądka, gdy jeden ze zbirów wyszedł 

z jaskini. Popatrzył na jej postać rozciągniętą na kamieniu 

241 

background image

JILLIAN HUNTER 

jak ofiara dla bogów, a potem potoczył wzrokiem po 

wzgórzu, pociągając z butelki tęgi łyk wody życia. 

Wysłali wiadomość do zamku i czekali na odpowiedź. 

- Dobrze... - odezwał się cicho Aidan. - Wrócił do 

jaskini ogrzać się przy ognisku, zanim Smok pośle go 

do piekła. Przetnę ci więzy. Nie ruszaj się. 

Rowena z trudem chwytała oddech. Wydawało jej 

się, że nie wytrzyma tego napięcia już ani chwili dłużej. 

- Leż tak, dopóki nie powiem, że możesz się poru­

szyć - ciągnął tym samym cichym, spokojnym tonem. -

Potem ukryjesz się za skałami. 

Zacisnęła zęby. Nie drgnęła nawet, mimo że łzy 

cisnęły jej się do oczu. Aidan zniknął, a po chwili 

Douglas wypadł z ukrycia jak strzała i wbiegł do jaskini. 

W ciszy rozległy się okrzyki zaskoczenia i zgrzyt stali. 

Spełnienie rozkazu Aidana stawało się coraz trudniej­

sze, szczególnie gdy walczący wypadli z jaskini. Było 

już ciemno. Światło wschodzącego księżyca nadawało 

bitwie niesamowity wymiar. Spostrzegła Jerome'a, który 

z mieczem Fryderyka pędził za jednym z rabusiów 

w stronę kępy janowców. 

W następnej chwili z jaskini wypadł Douglas. Ugodził 

jednocześnie dwóch przeciwników szpadą i sztyletem, 

jakby opanował go jakiś demon. Na twarzach zbójów 

malował się strach i zdumienie, gdy niezdarnie próbowali 

stawić mu opór. 

Kto by się spodziewał, że Douglas wpadnie do jaskini, 

by stanąć przeciw czterem uzbrojonym ludziom? Za­

stanawiali się pewnie, czy nie jest wcieleniem szatana, 

a ona służącą mu czarownicą. 

242 

background image

SMOK 

Poprzedni lord Dunmoral nie ruszył nawet palcem 

swojej obronie. Nie potrafili pojąć, kim jest ten 

potężny napastnik, który wyłonił się nagle spośród skał 

jak Bran, celtycki bóg podziemi. 

On nie jest legendą. 

Nie jest też zwykłym szkockim szlachcicem. 

Kimkolwiek jednak jest, Rowena wiedziała, że 

pod swoją maską ukrywa wielkie i waleczne serce i że 

ani ona, ani jego ludzie, nie mogą go stracić. Swej 

prawdziwej legendy ten człowiek nie będzie zawdzięczać 

pirackiej przeszłości, lecz współczuciu i odwadze. 

Douglas z barbarzyńską satysfakcją patrzył na miny 

oprychów, gdy Dainty natarł na nich konno, wymachując 

gwiazdą poranną nad łysą głową. 

Pierwsza ofiara upadła Douglasowi pod stopy wydając 

jęk rozpaczy. 

- Panie, oszczędź nas. Robiliśmy tylko to, co nam 

kazano. 

Jego kompanion zamachnął się mieczem, chcąc od­

rąbać Dainty'emu nogę. Douglas odwrócił się w momen­

cie, kiedy gwiazda poranna trafiła napastnika w pierś, 

gruchocząc mu żebra i płuca. 

Jeden z trzech ukrywających się za skałami mężczyzn 

zdołał uciec, lecz Douglas dopadł i powalił dwóch 

pozostałych. Szwy na ramieniu puściły i rana znowu się 

otworzyła. Ból i wściekłość, że wciąż nie schwytał 

Neacaila, rozsadzały go od środka. 

243 

background image

JILLIAN HUNTER 

Poza tym musiał zająć się Roweną. Dał sygnał Ai-

danowi, że może ją już bezpiecznie sprowadzić na dół. 

Bezpiecznie... Z pewnością nie będzie już miała do 

czynienia z tymi podłymi psami. Ale będzie miała do 

czynienia z nim. Douglas chętnie sprałby jej książęcą 

pupę na kwaśnie jabłko. 

Wyglądała zadziwiająco godnie, gdy wyprostowała 

się i poprawiła strzępy ubrania. To również go zezłościło. 

Nie wiedziała, co przeżywał, szukając jej po wrzosowis­

kach. Że obawiał się odnaleźć jej porzucone ciało, tak 

jak Fryderyka. 

Nie miała pojęcia, że gdyby odnalazł ją martwą, sam 

też nie chciałby dłużej żyć. 

Dobra robota, Aidan - powiedział cicho, kiedy przy­

jaciel zbliżył się do niego. - Dlaczego księżniczka 

jeszcze nie zeszła na dół? 

- Zdaje się, że musiała oddalić się na chwilę, sir. 

Douglas skinął głową, a potem z przerażeniem wbił 

wzrok w kamień na wzgórzu. 

- O Boże... Roweno. 

Eachuinn, starszy brat Neacaila, nie uciekł jednak. 

Wykorzystał moment zamętu i schował się z drugiej 

strony wielkiego kamienia. 

Trzymał teraz sztylet na gardle Roweny. 

- Rzućcie broń, albo ją zabiję! - wrzasnął. - I dawaj­

cie tu konia. 

244 

background image

SMOK 

Aidan popatrzył w górę z kamienną twarzą. Po chwili 

miecz wypadł mu z ręki. 

Dainty zsunął się z siodła, zostawił broń i spokojnie 

podprowadził konia do podnóża zbocza. 

- Szybciej, do pioruna! - krzyknął Eachuinn przycis­

­­­­­ policzek do włosów Roweny. - Ten drugi też. 

Wszyscy trzej. Naliczyłem was trzech. 

Jerome popatrzył na Aidana i rzucił miecz na ziemię. 

Był blady z wyczerpania po walce. 

Kropelka krwi spłynęła po szyi Roweny. Prawie nie 

oddychała. Nagle w powietrzu błysnął sztylet i po 

sekundzie Eachuinn zwalił się na ziemię, wpatrzony 

nie widzącym wzrokiem w ponurą twarz Douglasa. 

Aidan rzucił jej pełne uznania spojrzenie. 

- Jak na kobietę, znasz wagę milczenia. 

- Nic już nie wiem... - szepnęła Rowena i oparła się 

o kamień. Zimny wiatr owiewał jej drżące ciało. - Za 

bardzo się bałam, żeby wymówić choć jedno słowo. 

Douglas stał nad nią z nieprzeniknionym wyrazem 

twarzy. 

- Nie podoba mi się to - powiedział, narzucając pled 

na jej drobne ramiona. 

Rowena nie dała się zbić z tropu. 

- Jakbym specjalnie dała się złapać. 

N i e miał zamiaru się poniżać. Nie przyzna, jak 

bardzo czuł się bezradny. Rowena nie dowie się, że 

245 

background image

JILLIAN HUNTER 

prawie stracił kontrolę nad sobą, kiedy Eachuinn przy­

łożył jej nóż do gardła. Ta scena wbiła mu się w pamięć 

na zawsze. 

Nie zrobi z siebie jeszcze większego słabeusza, wy­

znając, że na widok jej krwi zrobiło mu się słabo'. Nie 

wydusił z siebie ani słowa, gdy zrozpaczona powiedziała 

że Fryderyk nie żyje. Troska o nią odbierała mu siły' 

Pogardzał sobą. 

Kiedy zaczęła płakać, odszedł na bok. 

Nie chwyci jej przecież w ramiona jak baba, żeby 

utulić i pocieszyć. Szczególnie w obecności Aidana 

i Dainty'ego. Odgłos jej cichego płaczu rozrywał mu 

serce. 

- Sir...?- odezwał się pytająco Aidan, patrząc na 

Rowenę samotnie siedzącą na zboczu. 

- Jeśli chcesz, powiedz jej, że Fryderyk żyje - po­

wiedział oschle. - Jestem zbyt wściekły, by ją pocieszać. 

Dźgnął piętami konia i ruszyli w mroczną ulewę. 

Rowena siedziała sztywno na jego kolanach. Kiedy 

dalsza jazda okazała się niemożliwa, skręcili w stronę 

opuszczonego opactwa. Dainty, Aidan i Jeromie ułożyli 

się na błotnistej ziemi pod murem, żeby mieć oko 

na wrzosowiska. 

Douglas wprowadził Rowenę do ruin refektarza. Uży­

wając topora Aidana, zaczął rąbać drewniany stołek. 

Rowena podskakiwała przy każdym uderzeniu, a on tym 

mocniej rąbał. Potem rozpalił ogień w resztkach tego, 

co kiedyś musiało być kominkiem. 

246 

background image

SMOK 

Rowena położyła przemoczone buty i płaszcz przy 

ogniu. Zebrała z ziemi kilka zeschłych gałązek i zmiatała 

do kąta walające się po podłodze kawałki szkła. 

Woda kapała miarowo z dziurawego dachu. 

Douglas zmarszczył czoło na widok tego sprzątania. 

- Spodziewamy się gości, Roweno? - spytał ostro. 

Wyprostowała się. 

- Nie chcę, żebyś się skaleczył, milordzie. 

Wyciągnął się przy ognisku. 

- Szkoda, że nie troszczyłaś się tak o mnie, kiedy 

Walczyłem z Neacailem - stwierdził ponuro. - Albo 

kiedy okazałaś nieposłuszeństwo. 

Rowena podeszła do niego z prowizoryczną miotłą 

w dłoni. 

- Zawsze winisz innych za swoje porażki? To nie 

moja wina, że nie udało ci się schwytać Neacaila. 

Nie powinna była tego mówić. Douglas usiadł gwał­

townie. Pled zsunął mu się z ramienia. 

- Schwytałbym go, gdybym nie odgrywał bufona, 

żeby zrobić na tobie wrażenie. 

Zapatrzyła się na krew przesiąkającą przez rękaw 

jego koszuli. 

- Dlaczego chciałeś zrobić na mnie wrażenie 

Douglas nie widział powodu, żeby kłamać. Już dość 

nałgał. 

- Na początku miałem chrapkę na twój majątek. 

Rowena pochyliła się nad nim, odchyliła pled i delikat­

nie wyjęła z rany kłaczki wełny. 

- Co zamierzałeś z nim zrobić? Wykorzystać na wy­

prawę na Maracaibo z Henrykiem Morganem? 

247 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Boże święty... - Spojrzał na nią groźnie, kiedy 

zaczęła odpinać mu guziki przy koszuli. - Wiesz więcej 

o moim życiu niż ja sam. 

- O Smoku z Darien mówi się we wszystkich salonach 

Europy - stwierdziła cicho. 

Złapał ją za nadgarstki. 

- Mówiło się. Nikt już nie wierzy w smoki. 

- Szczególnie te, które pożerają księżniczki. A co do 

pieniędzy... Dałabym ci je. 

Douglas przełknął ślinę i puścił jej ręce. Do diabła, 

czuł, że mija mu wściekłość, a nie był jeszcze gotów 

jej wybaczyć. 

- Wątpię, czy książę Randolf by to zaakceptował. 

Księżniczka wspierająca pirata...! 

- Matka zostawiła mi wielki spadek w klejnotach. 

Mogę nim dysponować według własnej woli. 

Wzdrygnął się, gdy musnęła palcami skórę na jego 

ramieniu. 

- Nie pragnę twoich pieniędzy, Roweno. 

- A czego pragniesz, milordzie? 

Najbardziej pragnął wziąć ją teraz na tej brudnej 

ziemi. Pragnął jednocześnie jej uległości i podziwiał 

hart ducha. Marzył, by dotykać ją całą, przyznać się, że 

go zdobyła. Dać wyraz swojemu uwielbieniu, a jedno­

cześnie panować nad nią. 

- Okłamywałem cię, chciałem cię zwieść. Twoje 

pieniądze miały pomóc ludziom z Dunmoral. Jednak, 

jak widać, przeliczyłem się w swoich planach. Nie 

planowałem zakochać się w tobie pierwszego wieczoru, 

gdy cię zobaczyłem - ciągnął. - Ale cóż, stało się. 

248 

background image

SMOK 

Chyba po raz pierwszy w swoim przeklętym życiu 

mówię prawdę. Kocham cię. 

Uśmiechnęła się. 

- W takim razie wszystko w porządku. Ja też cię 

kocham. 

- Nie jestem taki pewien... - powiedział i popatrzył 

na nią groźnie. - Byłaś nieposłuszna. Nie będę tego 

tolerował. Kazałem ci zostać w zamku. 

- Niepokoiłam się o Fryderyka. 

- Powinnaś bardziej niepokoić się o mnie. I o to, jak 

cię ukarzę. Jeśli ktoś jest ze mną, musi mi być posłuszny. 

- Czy mam się oddalić? - ściągnęła brwi. 

Pochylił się ku niej, zasłaniając potężną piersią światło 

Ogniska. Widziała tętnicę pulsującą na jego szyi. Groźne 

spojrzenie przyprawiło ją o dreszcz, tak samo jak niebez­

pieczny żar bijący od jego ciała. 

Stwierdziła, że nadszedł moment, by ona również go 

przeprosiła. Podejrzewała przecież, że Douglas jest 

Smokiem z Darien, lecz podtrzymywała tę maskaradę. 

Nie mogła się jednak zmusić do przeprosin. Po pierwsze, 

chciała go ukarać za kłamstwa. A po drugie, obawiała się 

jego furii. Nie, żeby miał ją skrzywdzić. Tego nie zrobi. Ale 

w napadzie złości mógłby zrobić krzywdę sobie samemu. 

Zacisnęła więc wargi. Powie mu o plotkach pastora 

innym razem. Może po narodzinach ich trzeciego dziec-

ka. Albo w dziesiątą rocznicę ślubu. Będzie już zbyt 

zmęczony, żeby rozrabiać. 

- Zostaniesz ze mną - powiedział. 

- Zdecyduj się, milordzie. Właśnie stwierdziłeś, że 

mogę z tobą zostać, jeśli nie będę posłuszna. 

249 

background image

JILLIAN HUNTER 

Uśmiechnął się, jakby sprawa została rozstrzygnięta. 

- Zostaniesz i będziesz posłuszna. 

- Ten temat wymaga jeszcze pewnych ustaleń -

stwierdziła dyplomatycznie. 

- Nie możesz mnie opuścić. - Tym razem nie był to 

rozkaz, lecz prośba dumnego mężczyzny, nieprzyzwy-

czajonego do błagania o cokolwiek. 

Odsunął się od niej. 

Rowena spuściła oczy i spod rzęs przypatrywała się, 

jak Douglas zrzuca spodnie i zakrwawioną koszulę. 

Poczuła zapach mężczyzny, słodki i drażniący. 

Westchnęła głęboko i złożyła ręce na kolanach. 

- O czym znowu myślisz? - spytał. 

- O tym, że wydało się kolejne kłamstwo. - Wzru­

szyła ramionami. - Masz ciało barbarzyńcy, a nie dżen­

telmena. 

Uśmiechnął się z satysfakcją. 

- Cała drżysz. Rozbierz się. 

- Co? 

- Chodź, okryjemy się pledem. Ogrzeje nas ciepło 

naszych ciał. 

- Nago? 

- Nie czas na panieńską skromność, Roweno. Prze­

żyłaś dziś straszne rzeczy. 

- Nie wiem, czy przytulanie się nago do ciebie ukoi 

moje nerwy. 

- Ale się rozgrzejesz - powiedział, znów uśmiechając 

się zaczepnie. 

- Nie wątpię... 

Opadła na łokcie, kiedy zręcznie zaczął rozpinać jej 

250 

background image

SMOK 

Uśmiech zamarł mu na ustach, gdy zobaczył 

sińce i zakrwawione obtarcia na jej ciele. 

- Słodki Jezu... - szepnął, oddychając ciężko. - Kiedy 

myślę, co ci zrobili, mam ochotę ich zabić. 

Dotknęła jego dłoni. Wzruszenie ścisnęło jej gardło, 

gdy ujął jej palce. 

- Już ich zabiłeś, milordzie. A twoi ludzie chronią 

teraz wioskę. 

Przesunął kciukami po sinych śladach na jej nadgarst­

kach. 

- Chciałbym zabić ich po raz drugi. Rozszarpałbym 

ich na kawałki za to, że śmieli cię skrzywdzić. 

Przestraszona złością w jego głosie, powiedziała, 

uśmiechając się zalotnie: 

- Jesteś strasznie gwałtowny, milordzie. 

- Ale nie wobec ciebie. - Podniósł na nią ciemne 

oczy. - Nigdy bym cię nie skrzywdził. - Głos mu się 

załamał. - To był najstraszniejszy moment w moim 

życiu... Bałem się, że cię utraciłem. 

- Douglas... 

- Nadal chcesz, żebym cię pocałował? - spytał tonem, 

któremu niewiele kobiet potrafiło się oprzeć. 

Zamknęła oczy, kiedy położył ręce na jej ramionach. 

Ubranie spadło na ziemię. Nie umiała bronić się przed 

takim mężczyzną jak on. I nie chciała się przed nim bronić. 

Uklękła, a Douglas ujął jej twarz w dłonie i pocałował 

tak namiętnie, że zaczęła drżeć. Zrobiło jej się ciemno 

przed oczami. 

- Czy moje pocałunki są tym, o czym marzyłaś? -

zapytał rozbawiony. 

251 

background image

JILLIAN HUNTER 

Nie mogła nic odpowiedzieć. Bez słowa objęła go 

w pasie. Miała nadzieję, że zrozumie, co się z nią dzieje. 

I że nie przestanie jej całować. 

Tak się też stało. Przesunął dłonie po jej piersiach. 

Kiedy pieścił delikatnie sutki, odchyliła głowę do tyłu 

pod wpływem zdumiewającej rozkoszy. Całe ciało drżało 

pod dotykiem jego palców. Budziła się w niej jakaś 

nieznana tęsknota. Nieznana i niebezpieczna siła. 

Jej reakcja przyprawiła Douglasa o zawrót głowy. 

Jęknął, kiedy otarła się piersią o jego ramię. Zbyt długo 

udawał świętego. Pragnienie zaczynało wymykać mu 

się spod kontroli. 

Mruknął groźnie i zrzucił pled z pleców. 

- Wiedziałem, że nic mnie już nie powstrzyma, gdy 

zacznę cię całować. 

Miał tak zmieniony głos, że Rowena z trudem go 

rozpoznawała. Otworzyła oczy. Tak, to on, jej Smok 

i jego wspaniałe, potężne, męskie ciało uniesione tuż 

nad nią. Pragnęła go dotykać. 

Przesunęła wzrok na blizny na ramionach. Po chwili 

ich oczy spotkały się. Otworzył usta, żeby to wytłuma­

czyć, ale ona odezwała się pierwsza: 

- Nic nie mów. Tych blizn nabawiłeś się ściągając 

podczas burzy kociaka z drzewa. 

- Byłem niewolnikiem w Algierze - powiedział po­

ważnie. - Uciekliśmy stamtąd razem z Daintym. 

- Wiem - szepnęła. 

Odgarnął jej włosy z twarzy. 

- Fryderyk żyje. Przynajmniej żył jeszcze, gdy go 

znalazłem. 

252 

background image

SMOK 

-

 O tym też wiem. Aidan mi powiedział. 

- Chciałbym tak wiele wiedzieć o tobie, Roweno. 

Zaczniemy od tajemnic twojego ciała. 

Przyglądał jej się w świetle ogniska. 

- Nigdy bardziej nie pragnąłem żadnej kobiety -

powiedział poruszając nozdrzami. 

Przesunęła językiem po wargach. Była pewna, że 

Douglas słyszy bicie jej serca. Powiedziała pierwszą 

rzecz, jaka przyszła jej do głowy: 

- Jesteś zupełnie inny niż Mateusz. 

Zmrużył oczy. 

- Brat czy nie brat, tego przeklętego głupka też zabiję. 

Rowena powstrzymała śmiech. Położyła ręce na jego 

piersi, a potem wstydliwie je cofnęła. 

- Może powinieneś zająć się sokolnictwem, milor-

dzie. To ciekawsze zajęcie niż zabijanie ludzi. 

Douglas patrzył na nią w milczeniu. Żadna kobieta 

nie dotykała go dotąd z taką czułością. Ta mieszanka 

i słodyczy i zmysłowości odbierała mu rozum. Budziła 

w duszy coś, czego zaparł się wiele lat temu. Ciało 

pulsowało z fizycznego podniecenia, jednak w sercu 

budziło się coś łagodnego, jakaś nadzieja. 

-

 Dotknij mnie, Roweno - odezwał się półgłosem. -

Dotknij mnie tak jak przed chwilą. 

Przesunęła palcami po twardych mięśniach jego piersi. 

Sięgnął ręką do jej biodra. 

- Chodź... 

Schowała twarz w zagłębieniu jego ramienia. 

- Tak - szepnęła. 

Dreszcz wstrząsnął jego potężnym ciałem. Delikatnie 

pogładził ją po twarzy. 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Wiesz, jakich czynów się dopuszczałem? Czy na­

prawdę wiesz, kim byłem? 

- Wiem. - Pocałowała go w szyję. - Ale wierzę ci, 

Smoku, i wierzę, że jest w tobie dobroć. 

- A jeśli nie? 

W ciszy rozległo się jej głębokie westchnienie. 

- I tak będę twoją kobietą. 

M a r y MacVittie prowadziła grupkę mieszkańców 

wioski w stronę lasu. Wolałaby zaprowadzić ich do 

Kamienia Czarownicy, gdyż czekała ich stara celtycka 

ceremonia, ale ludzie z doliny byli zbyt przestraszeni 

tym, co się tam niedawno wydarzyło. 

Nie ulegało wątpliwości, że Neacail będzie się chciał 

zemścić, gdy tylko dowie się, co stało się z jego starszym 

bratem Eachuinnem. Gunther, działając na rozkaz Dougla­

sa, powiedział wszystkim, by zebrali się w zamku przed 

świtem. Tam będą pod opieką jego lordowskiej mości. 

- Ogień Pociechy... - Doktor MacVittie pociągnął 

łyk wody życia z butelki podawanej z rąk do rąk. -

Jakby ktoś jeszcze wierzył w te bzdury. 

Księżyc świecił jasno. W powietrzu czuło się nad­

chodzącą zimę. 

Mary ubrała się w śnieżnobiałą jedwabną szatę. Właś­

ciwie była to jej koszula nocna, ale wiedziała, że nikt 

w Dunmoral się tego nie domyśli. Poprosiła też o pomoc 

starego Bruce'a i Ailag, zielarkę z wioski, za sprawą 

której na lewym kolanie Olivera Cromwella wyrosła 

podobno czarna brodawka. 

254 

background image

SMOK 

Mary uniosła magiczną gałązkę. 

Stary Bruce pobłogosławił płomienie, które rozbłysły 

a pochodni w jego dłoniach. 

- Światło... - szepnęła Mary - pozostań z nami. 

I niech bogowie spojrzą na nas łaskawie. 

background image

22 

Douglas uśmiechnął się drapieżnie, jak zwierz, który 

pochwycił właśnie ofiarę. 

- Teraz będziesz już posłuszna, Roweno. 

- Jestem księżniczką, Douglas. Mnie się nie rozkazuje. 

- Przede wszystkim jesteś kobietą. 

Zanurzył głowę między jej uda. Chciała uderzyć go 

za tę śmiałość, ale jej ciało najwidoczniej pragnęło 

czegoś innego. Pragnęło poddać się mężczyźnie. Jego 

władzy. Szarpnęła się lekko, ale Douglas trzymał mocno 

jej biodra. Nie mogła się poruszyć. 

- Nie masz chyba zamiaru... 

- Mam zamiar. 

Jego oddech podniecał ją i palił. Chwytał delikatnie 

zębami jej ciało, pieścił językiem, drażnił koniuszkami 

palców. To, co czuła, można było nazwać jedynie 

nieprzyzwoitą rozkoszą. Potem zsunął się niżej i wpił 

się ustami w jej najintymniejsze miejsce. 

256 

background image

SMOK 

-

 Jesteś stworzona do miłości, Roweno - szepnął. -

- Nigdy nie zasmakowałem takiej słodyczy... 

Miała wrażenie, że zemdleje. Nie mogła oddychać. 

Westchnęła głośno, ale Douglas nie przerywał. A potem 

nadeszło spełnienie jak wybuch słońca. Wiedziała już, 

i że nie zemdleje. Umrze. Jej ciałem wstrząsnęły kon­

wulsje. Serce zamarło w piersi. 

Douglas miał minę zadowolonego samca. Przyglądał 

się jej uśmiechnięty od ucha do ucha. 

Nie ochłonąwszy jeszcze, popatrzyła półprzytomnie 

na jego umięśnione, napięte ciało. Podniosła rękę, żeby 

dotknąć jego uda. Zadrżał, jakby go to zabolało. 

- Chcę, żebyś była moja- szepnął, pożerając ją 

oczami. 

- Czy to znaczy, że chcesz złamać śluby złożone 

przed całą wioską? - spytała niewinnie. 

Echo jego śmiechu odbiło się od ruin refektarza. 

Zanim przebrzmiało, przygwoździł ją do ziemi. 

Gwałtownie rozsunął jej uda kolanem i zakrył usta 

pocałunkiem, jakby brał wszystko, co miała do ofiaro-

wania. 

Zesztywniała, kiedy wszedł w nią głęboko. Krzyk 

bólu stłumił pocałunkiem. Powoli ból ustąpił i Douglas 

zaczaj poruszać się w rytuale, któremu nie mogła się 

oprzeć. Wygięła się do tyłu, a on przyciągnął ją jeszcze 

bliżej. 

Douglas poczuł ogarniający go ogień. Była tak delikat-

na, że bał się sprawić jej ból. Tracił jednak kontrolę nad 

sobą. Bliskość jej ciała budziła w nim zwierzęcy instynkt. 

Powstrzymywał się całą siłą woli. Zbyt długo jej pragnął. 

257 

background image

JILLIAN HUNTER 

Gdy zaczęła, się poruszać, krew uderzyła mu do głowy 

i samczy instynkt zwyciężył. 

Trwali w tym godowym tańcu, aż ogień zaczął przy­

gasać i w ruinach zapadł mrok. Była teraz jego kobietą. 

Zostanie z nim już na zawsze. 

Gałązka zajęła się ogniem. Błękinto-złote płomienie 

wystrzeliły z w niebo. 

Mary MacVittie odetchnęła z zadowoleniem. Podała 

płonącą gałąź młodemu człowiekowi stojącemu za nią. 

- Biegnij i rozpal od tej gałązki wszystkie ogniska 

w wiosce. W zamku też. Ogień musi się palić przez 

rok w co najmniej jednym domu. Inaczej rytuał będzie 

nieważny. 

background image

23 

Nad opactwem wstawał świt. Douglas narzucił pled 

na drżące ciało Roweny. Potrzebował odpoczynku przed 

bitwą, która go czekała. Nie przestanie ścigać Neacaila, 

dopóki nie wymierzy mu sprawiedliwości. 

- Napij się trochę brandy, Roweno. Dołożę do ognia. 

Na szczęście palił się przez całą noc. 

Podciągnęła nogi i sięgnęła po pled, żeby się mocniej 

otulić, lecz Douglas powstrzymał ją. 

- Masz krew na udach. Daj mi koszulę. 

- Sama to zrobię, Douglas. 

Ale nie pozwolił jej i delikatnie wytarł plamy. Potem 

wziął w ręce jej stopy i rozcierał, aż zrobiło jej się cieplej. 

- Pobierzemy się jak najszybciej - powiedział w za­

myśleniu. - Gdy tylko złapię Neacaila. Cieszę się, że 

tym razem wyruszę pogodzony z tobą. 

Rowena westchnęła, rozmarzona pieszczotą jego 

dłoni. 

259 

background image

JILLIAN HUNTER 

-

 Będę musiała złożyć prośbę o przygotowanie kon­

traktu ślubnego. 

- Tu jest Szkocja, Roweno. Ślub to prosta sprawa. 

Wystarczy, jeśli złożymy wspólną przysięgę. 

- Tak, milordzie. Kontrakt ślubny jest jedynie formal­

nością. Ale nawet ty musisz przestrzegać jego warunków. 

Uniósł brew. 

- A po co nam ten kontrakt? Nie chcę twoich pie­

niędzy. 

Rowena pociągnęła łyczek brandy. 

- Nie chodzi o pieniądze. Kontrakt musi zostać 

zaakceptowany przez Radę, by zapewnić sukcesję dynas­

tii. Muszą zaakceptować twoją osobę. Wziąwszy pod 

uwagę sytuację w mojej ojczyźnie, jest to konieczne. 

Zdaje się, że wspominałam ci już, jak ważna jest kwestia 

dziedziców. 

- Owszem - odpowiedział z uśmiechem, przesuwając 

dłonią po jej nodze. 

- Dla Hartzburga najświętszą sprawą jest to, czy 

jesteś w stanie wypełnić swój męski obowiązek. 

- Możesz to nazwać głupią dumą, ale dla mnie to 

też święta sprawa. 

- Ja mówię poważnie, milordzie. Hartzburg nie prze­

trwa, jeśli jego mężczyźni nie będą płodzić dzieci. 

- Z przyjemnością się tym zajmę. 

- Nie stracisz ochoty za rok, kiedy Rada da nam 

swoje przyzwolenie? - spytała. - Okres narzeczeństwa 

księżniczki powinien trwać rok. Przez ten czas możemy 

się widywać tylko w obecności co najmniej dwóch 

świadków. 

260 

background image

SMOK 

- Rok? - zapytał zdumiony. - To znaczy, że miałbym 

czekać rok, żeby znowu być z tobą? - Podniósł głos. -

Do diabła, nie będę udowadniał swojej męskości, udo-

wodnie, że jestem wulkanem płodności! 

Za drzwiami, gdzie Dainty stał na straży, rozległ się 

śmiech. Rowena popatrzyła na Douglasa z naganą. 

- Wystarczy, że pozwoliłam się skompromitować 

w ruinach budowli sakralnej - szepnęła dobitnie. - Nie 

życzę sobie, żeby cały świat się o tym dowiedział. 

Douglas przyglądał się jej z szelmowskim uśmie­

szkiem. 

- Gdybym wiedział, co z ciebie za ziółko, skom­

promitowałbym cię wcześniej w swoim własnym łóżku. 

Ale to nic straconego... 

Podniósł głowę, zirytowany waleniem w dębowe 

drzwi refektarza. 

- Dainty, przestań bawić się tą gwiazdą poranną! -

krzyknął. 

Walenie nie ustawało. Rowena naciągnęła pled na uszy. 

- Boże Wszechmogący... - mruknął Douglas, nacią-

gając ubranie. - Moi ludzie Kompletnie zdziecinnieli. 

Ubieraj się, Roweno. Nie pozwolę, by ktokolwiek oglądał 

cię w tym stanie. Jestem zaborczy. 

Rowena pośpiesznie sięgnęła po koszulę i zawołała 

za nim: 

- Uważaj na odłamki szkła, milordzie! Pełno ich 

w tym kurzu, a ty jesteś boso. 

Zamruczał tylko pod nosem. Jak ta kobieta może 

martwić się jakimiś odłamkami szkła, kiedy dopiero 

wczoraj stoczył śmiertelną walkę. 

261 

background image

JILLIAN HUNTER 

-

 Weź miecz! - dorzuciła. 

- Mam go, Roweno. 

- A trykoty? Jest zimno. 

- Boże... 

- Bardzo proszę, włóż buty. 

Potrząsnął głową z niedowierzaniem. Tylko jedna 

wspólnie spędzona noc, a oni już zachowują się tak, 

jakby od lat byli małżeństwem. 

Zerknął jeszcze, czy Rowena wygląda przyzwoicie 

i z rozmachem otworzył drzwi. Zamierzał powiedzieć 

parę słów do słuchu Aidanowi i Dainty'emu, albo 

najlepiej stuknąć ich tymi pustymi głowami. 

Z ponurą miną wyszedł na pokryty mgłą dziedziniec. 

Aidan siedział na koniu na skarpie utworzonej przez 

ruiny dawnej krypty. 

Dainty stał przy kropielnicy i wyciągał strzały z kol­

czugi na piersi. Jerome siedział ukryty pod murem. 

- Co tu się dzieje? - krzyknął Douglas. - Nie macie 

dość walki? Zabawiacie się z nudów? 

Dainty wyszarpnął z kolczugi kolejną strzałę i rzucił 

ją na ziemię. 

- A kto powiedział, że się bawimy? 

Aidan zsiadł z konia i zsunął się po błotnistej skarpie. 

- To był człowiek Neacaila. Diabelnie dobry łucznik. 

- Łucznik? - Douglas zmrużył oczy. - Dainty, jeden 

człowiek nabił cię strzałami jak jeża? Co wyście, na 

miłość boską, robili? 

Aidan zapatrzył się w niebo. 

262 

background image

SMOK 

Dainty lekko wzruszył ramionami. 

- Robiliśmy zakłady, sir - powiedział cicho. 

- O co? 

- O... - zaczął jąkać się Dainty. - O... 

- Czy wyjdziesz z refektarza z uśmiechem na twarzy, 

sir - odpowiedział Aidan. 

- I zakład o moje osobiste zadowolenie miał was 

kosztować życie? 

Aidan wyciągnął kolejną strzałę z napierśnika Dain­

ty'ego. 

- Ten łajdak nie żyje. Był sam. 

- A do ciebie nie strzelał, Aidan?- spytał cicho 

Douglas. 

- Aidan za nim pobiegł, sir, ale ten bękart już sam 

roztrzaskał sobie głowę o skały - powiedział Dainty. -

Przykryliśmy go kamieniami, żeby księżniczka nie zo­

baczyła tego ścierwa, kiedy będziemy odjeżdżać. 

- Słusznie. - Douglas popatrzył na naszpikowane 

strzałami drzwi refektarza. - Dainty jakoś uszedł z ży-

ciem, ale to samo może spotkać księżniczkę albo ciebie, 

Aidan. Nie mam zamiaru chować was pod tym drzewem. 

- Jedziemy ich szukać? - spytał Aidan. 

Douglas zapatrzył się na strzały rozrzucone po ziemi. 

- Jak tylko zamknę Rowenę bezpiecznie w zamku. 

Gęsta mgła unosiła się nad wrzosowiskami. Wiatr 

ucichł, ale burza znów nadciągała znad gór. Douglas 

poprowadził ich do zamku, uważnie obserwując okolicę. 

Rowena siedziała z nim na ogierze, Dainty i Aidan 

263 

background image

JILLIAN HUNTER 

jechali po bokach. Jerome vlókł się z tyłu, podskakując 

na każdym kamieniu. 

Douglas po raz pierwszy odetchnął z ulgą, gdy wje­

chali na most zwodzony. Rowena jest bezpieczna. Teraz 

będzie mógł z jasnym umysłem zająć się Neacailem. 

- Dawaj świeżego konia i jedzenie - powiedział do 

chłopca stajennego, który wybiegł im naprzeciw. 

Rowena sztywno zsunęła się z konia za jego plecami. 

- Trzeba opatrzyć ci ranę. 

- Sam sobie opatrzę. 
Nie chciał, żeby znowu go dotykała. Tylko go to 

rozproszy. I tak ciągle czuł jej zapach i trudno mu było 

skoncentrować się na czekającej go walce. 

- Milordzie... - Położyła mu rękę na ramieniu, ale 

odsunął się, nie patrząc jej w oczy. 

Nie umiał nawet udawać uprzejmości. Rozogniona 

rana paliła jak diabli. Przypomniał sobie jej nagie ciało 

w świetle ogniska. Odpędził tę wizję i pomyślał o tym, 

jaka była bezradna, przywiązana do tego kamienia na 

wzgórzu. 

Rowena odeszła, nie mówiąc nic więcej. W ubraniu 

sztywnym od zakrzepłej krwi, z pistoletami i mieczem 

u boku, Douglas wyglądał jak smok, o którym marzyła -

i którego mogła stracić. 

Podbiegła do niej zatroskana Hildegarda. 

- Bogu niech będą dzięki, że wróciłaś. Ale on chyba 

nie wyjedzie znowu bez chwili odpoczynku? 

Rowena kiwnęła głową. Gardło miała tak zaciśnięte, 

ze nie potrafiła wypowiedzieć słowa. 

Douglas ruszył w stronę stajni. 

264 

background image

SMOK 

w stajni wytarł sztylet w szmatę. Dainty poprawiał 

mu opatrunek na ramieniu. 

- Aidan może zostać, żeby jej pilnować - powiedział. 

- Lepiej niech Dainty zostanie - odezwał się Aidan. 

- Jeżeli będziecie się o to kłócić przez cały dzień -

powiedział Douglas - to może wyślę ją po prostu na 

pole bitwy i problem opieki nad nią zostanie rozwiązany. 

- Podejrzewam, że nieźle dałaby sobie radę - kwaśno 

stwierdził Dainty. 

- Łukiem posługuje się lepiej ode mnie - dodał Aidan. 

Douglas parsknął pod nosem. 

- To jeszcze nic nie znaczy. 

Wybuchnęli śmiechem. W drzwiach pojawiła się 

Rowena. 

- Przyniosłam ci ciepły pled i specjalny medalion, 

poświęcony przez spowiednika mego ojca, milordzie. 

- To miłe z twojej strony. - Douglas wciąż był 

rozbawiony. - Prawda, Dainty? 

Dainty otarł rękawem oko. 

- Łzy wzruszenia cisną mi się do oczu, sir. 

- Jesteś nieoceniona, księżniczko - powiedział Aidan 

i skłonił się nisko. 

- Mogłaby nas nauczyć kilku rzeczy- powiedział 

Douglas, co znów wywołało ich śmiech. 

Rowena popatrzyła na nich groźnie. 

- Jakże jestem szczęśliwa, że moja osoba wprawia 

Was w dobry humor. Czy mam wam jednak przypomnieć, 

że ten człowiek wybiera się na spotkanie z bezwzględ-

nym mordercą? 

Przestali się śmiać. 

265 

background image

JILLIAN HUNTER 

Rowena z satysfakcją kiwnęła głową. 

- Proszę, zostawcie mnie samą z jego lordowską 

mością. 

- Masz siedzieć w zaniku - powiedział, gdy tylko 

jego towarzysze wyszli. - Chcę widzieć twoją twarz za 

tym zakratowanym oknem, kiedy będę odjeżdżał. 

- Weź to ze sobą... - szepnęła. 

- Nie. Przyjemność zabicia Neacaila pozostawiam 

samemu sobie. Pocałuj mnie przed odjazdem. 

Podniosła głowę. Pocałunek Douglasa smakował grze­

chem i mroczną namiętnością. Serce znów zaczęło jej 

bić jak szalone. Poczuła ból w ramionach, kiedy chwycił 

ją i przyciągnął do siebie. 

- Poczekaj choć jeden dzień, Douglas - poprosiła, 

kiedy puścił ją i oparł o ścianę. 

- Nie mogę. - był nieprzejednany. Jak najszybciej 

chciał od niej uciec. - I nie będę również czekał rok, 

żeby wziąć cię do łóżka- dodał. Przez jego oblicze 

przemknął cień uśmiechu. 

Odwróciła się w stronę boksów, w których stały konie. 

Douglas pocałował ją w kark. Pachniała deszczem 

i miłością i kiedy przypomniał sobie, jak cudownie było 

w niej być, ogarnęło go znowu pożądanie. Nie, nie. 

Pokazał już dość słabości. 

Popatrzył na purpurowy ślad na jej szyi i jego furia 

przemieniła się w czułość. Na to będzie czas później. 

Nie wróci do niej, dopóki nie wypełni swego zadania. 

A jeśli mu się nie uda, no cóż, to nie wróci w ogóle. 

- Słuchaj Dainty'ego - powiedział, zmuszając się do 

obojętnego tonu. 

266 

background image

SMOK 

Odwróciła się do niego i z lękiem przycisnęła palce 

do ust. 

- To niemądre jechać samemu. Weź Aidana... 

Gwałtownie zwrócił do niej twarz. Nie było na niej 

nic poza dzikim pragnieniem zemsty. Cofnęła się od-

ruchowo na widok żądzy krwi w jego oczach. 

W drzwiach ukazał się chłopiec stajenny i z przerażenia 

zamarł w bezruchu. 

Rowenę ogarnęła panika. Nic go nie powstrzyma. 

Wyglądał teraz tak samo jak jej ojciec i bracia, gdy 

wyjeżdżali do bitwy, w świat, do którego kobiety nie 

mają wstępu. 

Tym razem Smok będzie walczył na śmierć i życie. 

Baldwin przerwał ciszę na strychu w stajni. 

- Księżniczka się o niego martwi. Dlaczego kobiety 

są takie bojaźliwe? 

- Poszedłbym z nim, gdyby chciał- odezwał się 

Willie przewracając się na drugi bok. - Chętnie roz­

grzałbym się w bitwie. 

- Powiedziała, że jest ranny - zatroskanym tonem 

ciągnął Baldwin. - To nie jest człowiek, który narzeka 

albo prosi o pomoc. 

Frances uniosła się na łokciach. 

- Niektórzy mężczyźni są już na marach, kiedy 

złapią katar. Inni, tak jak Douglas, uważają, że to 

niegodne okazać ból czy cierpienie. Jakby wciskali 

swoje troski do butelki z mocnym korkiem, a kiedy jest 

pełna, uciekają na pole i zabijają kogoś, żeby poczuć 

267 

background image

JILLIAN HUNTER 

się lepiej. Tacy przynajmniej byli mężczyźni, których 

znałam. 

- A znałaś ich wielu, Frances. - W ustach Baldwina 

zabrzmiało to jak komplement. 

Wyciągnęła się z powrotem na sianie. 

- Oczywiście, znałam samych łajdaków. Douglas 

jest teraz dżentelmenem, więc nie wiem, jak to z nim jest. 

Baldwin żuł słomkę siana. 

- Ciekawe, jak to jest być dżentelmenem... 

- Kto raz był piratem, zawsze nim pozostanie. -

Willie podał mu butelkę. Była pusta. - Napij się rumu. 

- Kto raz był... - Baldwin potrząsnął głową z po­

dziwem. - To najgłębsza myśl, jaką kiedykolwiek sły­

szałem. 

- Zawsze wypowiadam głębokie myśli, kiedy jestem 

pijany. - Willie zachichotał. - Prawda, Frances? 

- Nie, zawsze gadasz głupoty. - Frances wychyliła 

się i spojrzała na boksy stajenne w dole. - Ale powiem 

wam, jaka jest prawda. Pirat potrzebuje załogi. A nie 

trzech półgłówków na strychu. 

- Pustej flaszki też nie potrzebuje- stwierdził -

Baldwin, wpatrując się w dno butelki. - Willie, jesteś 

ohydnym samolubem. I taka jest prawda. 

background image

24 

Rowena nie mogła już tego znieść. Czekanie ją 

zabijało. Odworzyła usta, żeby dać temu wyraz. 

Jej opiekunowie nie mrugnęli nawet okiem. Mieli 

uszy zatkane kulkami z wełny od jej pierwszej niemi­

łosiernej tyrady trzy godziny temu. 

Chwyciła wyszywaną poduszkę i cisnęła ją na ziemię. 

Dainty nie podniósł wzroku. Zasłonił się tylko swoim 

skórzanym puklerzem i kontynuował grę. Złapała kielich 

i chlusnęła winem na stół. Aidan chrząknął cicho nie 

odrywając wzroku od planszy. 

Przy świetle świec grali w solarium w szachy, podczas 

gdy księżniczka miotała się nerwowo od ściany do 

ściany. 

- Powinniście być przy Douglasie! - krzyknęła. -

Jak wam nie wstyd! Grać w szachy, kiedy wasz pan 

naraża życie! 

Nie zwracali na nią uwagi. Nie słyszeli ani słowa. 

269 

background image

JILLIAN HUNTER 

Podeszła do stołu, pochyliła się i wyszarpnąwszy 

Dainty'emu z ucha wełnę, wrzasnęła: 

- Jak możecie spokojnie przesuwać te głupie figurki, 

kiedy Douglas sam walczy z Neacailem?! 

Dainty podskoczył. Pionek potoczył się na ziemię. 

Aidan wyjął wełnę z ucha i popatrzył na nią spokojnie. 

- Czy coś mówiłaś, wasza wysokość? 

Oczy błyszczały jej wściekle. 

- Jedźcie za nim. Potrzebuje was. Ludzie z wioski 

was potrzebują. A ja nie. 

- Nie możemy - stwierdził Dainty. 

Aidan przepraszająco wzruszył ramionami. 

- Obiecaliśmy. 

- Przysięgam, że się stąd nie ruszę - powiedziała 

Rowena. - Przykujcie mnie łańcuchami w lochu, jeśli nie 

wierzycie. Musicie mu pomóc. Zawsze byliście nierozłącz­

ni, prawda? Marnujecie czas gapiąc się na mnie. 

Mężczyźni przez chwilę patrzyli sobie w oczy, lecz 

nie przyznali od razu, że Rowena ma rację. Wstrzymała 

oddech. Czuła się chora. Przez cały dzień nie przełknęła 

nic poza kubkiem piwa z korzeniami. 

- Nie - powiedział Dainty, potrząsając łysą głową. -

Nie możemy zostawić cię tu samej. Douglasowi by się 

to nie spodobało. 

- Ale moglibyśmy przykuć cię łańcuchami w lochu -

rzucił uprzejmie Aidan. 

Trąciła biodrem szachownicę. Zaraz wyrzuci ją z całej 

siły w powietrze. 

- Jedźcie do wioski i każcie Shandy'emu i Phelpsowi, 

żeby do niego dołączyli. 

270 

background image

SMOK 

To nie jest zła myśl- stwierdził w zamyśleniu 

Dainty. - Ale musielibyśmy poczekać na Douglasa, 

żeby uzyskać jego zgodę. 

W takim razie ja to zrobię - powiedziała zdecydo­

wanie. 

Mężczyźni wrócili do gry. 

Rowena wymknęła się z sali. 

Rowena była na tyle rozsądna, by nie wyruszać na 

poszukiwanie Douglasa w zapadającym mroku. Prze­

szkodziłaby mu tylko. Mogła jednak pomóc, wysyłając 

za nim jego przyjaciół. Większości ludzi kazał pilnować 

zamku i wioski, gdyż mieszkańcy przygotowywali się 

do wejścia za mury obronne. Rowena zdecydowała, że 

każe kilku z nich jechać za Douglasem. 

W ciągu dwudziestu minut odnalazła tunel biegnący 

wzdłuż lochów. Kurz i pajęczyny osiadały jej na włosach, 

gdy przeciskała się korytarzem. W końcu triumfalnie 

dotarła do zardzewiałej zapadni. 

Poczuła zapach wilgotnej gliny i pomyślała, że wyjście 

prowadzi do lasu otaczającego jezioro. Przy odrobinie 

szczęścia znajdzie może jakąś łódkę. 

Łódka czekała w zapadającym zmierzchu. Dainty 

i Aidan również. 

Dainty pochylił się i spokojnie wyciągnął ją z ciemnej 

jamy. 

- Szukałam ustronnego miejsca... - powiedziała. 

Dainty otarł pajęczynę z jej policzka. 

- Z przyjemnością cię tam zaprowadzimy. 

271 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Na drzwiach namalowany jest krzyżyk - dodał Aidan. 

- Strasznie się o niego boję - szepnęła Rowena łamią­

cym się głosem. 

- Może na uspokojenie napijesz się jeszcze piwa 

z korzeniami? - spytał Aidan. 

Wyciągnęła pistolet z fałd zakurzonej aksamitnej sukni. 

- Zejdźcie mi z drogi. 

Dainty cofnął się odruchowo. Aidan skrzyżował ręce 

na piersi. 

- Którego z nas zastrzelisz? 

- Zabij mnie - powiedział Dainty. 

- Nie możesz zastrzelić nas obu - stwierdził chłodno 

Aidan. 

- Wolę umrzeć, niż znowu zawieść Douglasa - po­

wiedział Dainty. 

Rowena zacisnęła zęby. 

- Najchętniej zabiłabym was obu! On nie ma sił na 

kolejną bitwę. 

- Douglas jest Smokiem z Darien - powiedział Ai­

dan. - Nie można go zwyciężyć. 

Rowena rozpaczliwie potrząsnęła głową. 

- Nikt już nie wierzy w smoki. 

Aidan delikatnie wyjął jej pistolet z ręki. 

- No cóż, ja wierzę - powiedział cicho. - Ponieważ 

Smok był jedynym człowiekim, który uwierzył we 

mnie. Widzisz, moja rodzina była przekonana, że zabiłem 

żonę, bo prowadziłem powóz i straciłem kontrolę nad 

końmi. Douglas nigdy nie wątpił w moją niewinność. 

- Chodź, księżniczko. - Dainty wyciągnął do niej 

ramię. - Zaprowadzę cię do ustronnego miejsca. 

background image

25 

Neacail go przechytrzył. Douglas zjechał całe połacie 

wrzosowisk i przeszukał po drodze wszystkie jaskinie 

i rozpadliny między skałami. 

Cały wysiłek na nic. Jakby ścigał cień. 

Neacail zostawił fałszywy ślad, który prowadził Dou­

glasa coraz dalej od miejsca, gdzie powinien szukać. 

I coraz dalej od Dunmoral. 

Od strony lasu rozległo się dalekie wycie wilka. Echo 

przetoczyło się po nocy przyprawiając Douglasa 

o dreszcz. W tym wyciu było ostrzeżenie. Inny wilk 

odpowiedział głębokim pomrukiem od strony wzgórz. 

Napięty do granic wytrzymałości, Douglas zawrócił 

konia i wjechał na strome wzniesienie. Na początku nie 

zrozumiał, co zaniepokoiło wilki, stworzenia żyjące na 

pograniczu tak jak on. Stworzenia, które ludzie po­

dziwiają albo którymi gardzą, lecz których nie rozumieją. 

Nie widział zamku. Ciężkie szare chmury opadły na 

273 

background image

JILLIAN HUNTER 

prostokątne wieże i spowiły mury budowali, która nie­

oczekiwanie stała się jego domem. Gdzie czekała jego 

księżniczka i młodsza siostra. 

Po chwili chmury zaczęły się rozpraszać, odsłaniając 

czarno-złote niebo. Dym i ogień. Serce mu zamarło. 

Nie od razu zdał sobie sprawę, że to wioska, a nie 

zamek, świeci jak pochodnia. Mieszkańcy Dunmoral są 

już z pewnością w obrębie murów. 

Nigdy więcej nie splami rąk niewinną krwią. Zaciął 

konia ostrogami i popuścił wodze. Wierzchowiec natych­

miast zareagował. Był doskonale wytresowany. Stary 

lord Dunmoral był może głupcem hodującym kwiatki, 

ale na koniach się znał. Ogier Douglasa był wyćwiczony 

do wyścigów. 

Ogień się rozprzestrzeni. Rabusie Neacaila, upojeni 

sukcesem, ruszą na zamek, jeśli Douglas ich nie po­

wstrzyma. 

Douglas i Jerome walczyli oparci prawie o siebie 

plecami. Aidan pozwolił chłopakowi jechać z nimi, żeby 

ułagodzić Rowenę. Dym był tak gęsty, że chwilami 

wyczuwali swoją obecność tylko dzięki uderzeniom 

ramionami albo okrzykom. Douglas nie podejrzewał, że 

ten chudzielec potrafi tak zawzięcie walczyć. 

Cieszył się, że nadeszła pomoc. Ludzie Neacaila 

walczyli jak wściekli, a on nie był w najlepszej formie. 

- Uważaj! - krzyknął Jerome, gdy krzepki góral 

z brodą do pasa wyskoczył na Douglasa z mroku niczym 

odyniec. 

274 

background image

SMOK 

Ledwie Douglas powstrzymał jego atak ciosem mie­

cza, gdy jakiś inny skoczył na Jerome'a od tyłu. Zamach­

nął się toporem, ale Douglas w ostatniej chwili sięgnął 

po sztylet i rzucił nim z perfekcją, której nauczył się 

na morzu. 

Dym zaczynał rzednąć. Wioska zmieniła się w czarne 

zgliszcze. Shandy i Phelps pojechali na wzgórza w po­

goni za uciekającymi zbirami. 

Douglas wyjął sztylet z ciała zabitego i wyprostował 

się. Zimne powietrze chłodziło jego spływające potem 

ciało. Woń krwi i zwęglonego drewna drażniła mu 

nozdrza. Pobojowisko tonęło w niesamowitym w tej 

scenerii świetle księżyca. Douglas pomyślał, że nie 

może jeszcze spocząć. Neacail wciąż był na wolności. 

Jerome jak akrobata przeskoczył przez szuwary do 

jeziora, gdzie przy brzegu ukrywał się jeden z napast-

ników. Bandzior pożegnał się z życiem bez najmniej­

szego hałasu. 

Douglas mruknął uśmiechając się pod nosem. Podo­

bała mu się energia chłopaka. On sam nie czuł się 

najlepiej. 

- Przydatna umiejętność. Jeździłeś w dzieciństwie 

z trupą cyrkową? 

Chłopak kucnął tuż przy nim. 

- Widziałem jeszcze trzech plądrujących chaty na 

wzgórzu. Co robimy... 

Douglas nagle zesztywniał. Jerome przesunął oczy za 

jego wzrokiem i zobaczył jasnowłosego mężczyznę 

o potężnej budowie, który skrył się właśnie w jedynej 

ocalałej chacie. 

275 

background image

JILLIAN HUNTER 

- To Neacail?- spytał Jerome zerkając na Dou­

glasa. 

- Tak. - Douglas wytarł miecz o spodnie. - To chata 

starego Bruce'a. Neacail jest zbyt przesądny, by podłożyć 

ogień pod dom wróżbity. 

- Dzięki Bogu, że kazałeś wprowadzić mieszkańców 

wioski do zamku, zanim to się stało. 

Douglas ruszył szybkim krokiem. 

- Tak - rzucił, myśląc już o czym innym. - Dzięki 

Bogu. 

Popędził, zanim Jerome zorientował się, o co chodzi. 

Pchnął zdrowym ramieniem drzwi chaty i z dzikim 

okrzykiem bojowym wpadł do środka. Krew znowu 

uderzyła mu do głowy. 

Znalazł się w gnieździe zbójów. Neacail siedział na 

podłodze. 

Douglas powalił trzech uzbrojonych ludzi, zanim 

trzej pozostali rzucili go na ziemię. Gdzieś na strychu 

zamiauczał przeraźliwie kot. Douglas kopnął jednego 

z napastników w zęby, łamiąc mu szczękę. Na jego 

nogach roztrzaskał się jakiś stołek. Złapał kogoś za 

gardło, a innego rzucił głową w sam środek kominka. 

Nagle w mroku nocy rozległo się dzikie zawodzenie. 

Pogańskie lamenty. 

- A to co znowu? - odezwał się przerażony Neacail, 

sięgając po pistolet leżący na podłodze. 

Douglas wyszczerzył białe zęby w wilczym grymasie 

i sięgnął do pasa. 

- Piraci - wyjaśnił grzecznie. - Nie żaden grzeczny 

pieszczoszek, który wyciera buty przed wejściem na 

276 

background image

SMOK 

pokład, tylko wściekły, pijany rumem pirat, który roze­

­rze cię na kawałki. 

Drzwi otworzyły się z hukiem. Baldwin wystrzelił 

w powietrze z dwóch pistoletów. 

Willie zapomniał włożyć swoich sztucznych zębów. 

- Demony... - szepnął Neacail. - To prawda, co sły­

szałem... 

Douglas kopniakiem wytrącił mu z drżącej ręki pistolet 

i wyciągnął miecz. 

- Tym razem już nic mnie nie powstrzyma. 

Neacail zacisnął zęby i ruszył na niego ze sztyletem 

w dłoni. 

Douglas odmówił krótką modlitwę i dokonał zemsty, 

po czym obaj padli bez czucia na ziemię. 

background image

26 

Nie pozwolę, żeby moja kobieta zobaczyła mnie na 

noszach - powiedział Douglas. Leżał na wznak; twarz 

miał podrapaną i posiniaczoną. 

- Jeśli wolisz, potoczymy cię jak kłodę po ziemi, bo 

sam nie możesz iść. - Baldwin zatoczył się na linę 

mostu tuż nad ciemną wodą jeziora. 

Douglas przeklął siarczyście. 

- Chcecie mnie zabić, chociaż moim wrogom się to 

nie udało? 

- Gdybyśmy chcieli twojej śmierci, nie przyłączyli­

byśmy się do bitwy - odwarknął Baldwin i przehalsował 

do liny po drugiej stronie mostu. 

Douglas zacisnął szczęki, żeby nie krzyknąć, i tylko 

jęknął, próbując ułożyć wygodniej zbolałe ciało. 

- Zdaje się, że powinienem być wdzięczny - powie­

dział, wpatrując się w nocne niebo. - Rzeczywiście 

postaraliście się... 

278 

background image

SMOK 

-

 Cała przyjemność po naszej stronie - zaczął Bald-

win. - Postanowiliśmy... 

Douglas nagle usiadł na noszach i wrzasnął tak głośno, 

że Baldwin o mało nie upuścił go na ziemię. 

- Zawracajcie, do diabła! Chcę głowy tego prze­

klętego Neacaila z Glengaldy i to natychmiast! 

- Więc musisz wrócić do wioski i odgrzebać jego 

ciało, zanim wilki i robaki zrobią swoją robotę- po­

wiedział Willie. 

Douglas oparł się na łokciach i spojrzał na zamek. 

- Nie żyje? 

Mężczyźni niosący nosze wymienili uśmieszki. 

- Nie pamiętasz, że go zabiłeś? - spytał Baldwin. 

Douglas z jękiem upadł na nosze. 

- Odebrano mi najwidoczniej to przyjemne wspomnie­

nie. Dlaczego wszystko tańczy mi przed oczami jak woda 

laguny? Spoiliście mnie czymś, łotry, żebym złagodniał? 

- Złagodniał? - Chłopak niesiony na drugich noszach 

za Douglasem zaśmiał się cicho. - Douglas z Dunmoral 

nie zna tego słowa. 

- Douglas z Dunmoral... - Douglas westchnął. - Ła­

godny Douglas. Stokrotka z Dunmoral. 

Baldwin pokręcił głową. 

- To doktor dał tobie i temu młodemu jakąś miksturę. 

Żeby uśmierzyć ból. 

- Jaki ból? - spytał Douglas. - Jestem mężczyzną. 

Nie znam czegoś takiego jak ból. 

- Douglas! - Krzyk Roweny dobiegał od strony war­

towni, gdy opuszczono most zwodzony. - Boże, on jest 

na noszach. 

279 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Czy

 oni żyją? - spytała Hildegarda. 

Gemma też zaczęła krzyczeć: 

- Czy mój brat nie żyje? Odpowiadaj, Baldwin. Mam 

prawo wiedzieć! 

Frances dołączyła do ich szlochów i jęków. Douglas 

nie mógł tego dłużej słuchać. Zerwał się z noszy i za­

toczył po moście. 

Baldwin i Willi chwycili go w ostatnim momencie -

niewiele brakowało, a wpadłby do wody. 

- Woda... - Douglas zagapił się na jezioro. Potem 

przeniósł wzrok na most zwodzony. - Trap. 

Baldwin wykrzywił się w uśmiechu. 

- Niezupełnie, kapitanie. 

Douglas uniósł ciężką brew. 

- Przypomnijcie mi, żebym kazał was rano wychłos-

tać za niesubordynację. 

- Och, Douglas... - Rowena biegła do niego po 

moście. 

Odwrócił się sztywno w tamtą stronę. Spojrzał na nią 

szeroko otwartymi oczami. Po jej policzkach spływały 

łzy. W końcu uśmiechnęła się uszczęśliwiona, a Douglas 

przycisnął ją do piersi zdrowym ramieniem. Jej łzy 

spłynęły na jego brudną koszulę. 

Wciąż nic nie mówił. Przesuwał niepewnie palcami 

po jej włosach. Ze zdumieniem wpatrywał się w jej twarz. 

Rowena podejrzliwie ściągnęła brwi. 

- Nie wiesz, kim jestem, milordzie? Tak dziwnie 

patrzysz. 

Douglas obruszył się: 

- Oczywiście, że wiem, kim jesteś. Jesteś moją ko-

280 

background image

SMOK 

bietą. Czekałaś, aż wrócę z pola bitwy. Opatrzysz mnie, 

a potem wezmę cię do łóżka. 

Baldwin chrząknął znacząco. 

- To księżniczka, sir. 

- Księżniczka Rowena - dodał półgłosem Willie. 

- O mojej kuzynce wyrażasz się w ten sposób?-

odezwał się ze swoich noszy Jerome. - Przecież to 

dziedziczka Hartzburga. 

Douglas uśmiechnął się rozbrajająco. 

- Doskonale wiem, kim ona jest. To księżniczka 

Rowena Pięknowłosa. Księżniczka to dobra rzecz... -

Uśmiechnął się szerzej. - Czy ja jestem księciem? 

Baldwin parsknął śmiechem. 

- Księciem Port Royal, sir. 

- Sądzę, że jego wysokość powinien się położyć -

powiedziała łagodnie Rowena, zdejmując jego ręce ze 

swojej talii. 

Potulnie skinął głową. 

- Myślę, że my również powinniśmy się położyć. 

Mam bardzo wygodne łóżko nadające się do tego celu. 

Rowena smutno pokiwała głową. 

- Nie poznaje mnie. Połóżcie go na noszach i wnieście 

do zamku. 

Douglas opadł na nosze z takim jękiem, jakby ich 

rozmowa wycisnęła z niego resztkę sił. Splótł ręce na 

piersi i spojrzał w górę z zamyśloną miną. 

- Wiem, że jesteś księżniczką Rowena, a ja podobno 

jestem księciem. Jednak nie rozumiem jednej sprawy: 

dlaczego nie jesteśmy jeszcze na pokładzie mojego 

statku? 

background image

27 

Leż spokojnie, Douglas, i pozwól mi zawiązać opat­

runek. 

Śmiejąc się pod nosem, chwycił ją za nadgarstki. 

- Wolałbym przywiązać cię do łóżka, Roweno. Udo­

wodniłbym po raz drugi swoją męskość. Dla celów 

politycznych. 

- Dla celów politycznych? Czyżby? 

- Będziemy się kochać dla dobra twojej ojczyzny -

powiedział lubieżnym tonem. 

- Czy mam wezwać pomoc? 

- Pragnę jedynie dać wyraz patriotyzmowi, wasza 

wysokość. - Łypnął na nią szelmowsko. - Będę twoim 

najbardziej uległym poddanym. 

Rowena zmusiła go, żeby opadł na kołdrę. Przez 

chwilę udawał, że się poddaje. Potem chwycił ją za 

biodra i zamknął usta mocnym pocałunkiem. W kom­

nacie zapanowała zupełna cisza. Pomyślała, że na łożu 

282 

background image

SMOK 

śmierci ten mężczyzna też będzie udowadniał, jaki jest 

wspaniały. 

Gruba świeca na stoliku rzucała cienie na zielony 

aksamit zasłon przy łóżku. 

Douglas przesunął wargi w zagłębienie między jej 

piersiami, a wolną rękę wsunął pod pośladki. Każdy 

ruch sprawiał mu straszny ból, jednak nie chciał tego 

okazać. 

- Lekarz może tu wejść w każdej chwili - szepnęła 

Rowena. - Jesteś najgorszym pacjentem, jakiego kiedy­

kolwiek widziałam. Zresztą Fryderyk i Jerome nie są 

o wiele lepsi. 

Wciągnął ją pod siebie. Westchnęła, poddając się na 

chwilę. Jej włosy owinięte były wokół muskularnego 

ramienia Douglasa. Przygniatał ją całym ciężarem roz­

palonego ciała. Poczuła słodki dreszcz. 

- Z piratów nie są dobrzy inwalidzi- stwierdził, 

wpatrując się w nią roziskrzonym wzrokiem. - Biegamy 

za kobietami na naszych drewnianych nogach i kokie­

tujemy je spojrzeniem spod czarnej przepaski. Kiedy 

położymy już łapę na jakiejś księżniczce, orgii nie ma 

końca. 

- Ta okropna mikstura z okładu kapie mi na halkę -

poskarżyła się Rowena. 

Przesunął nie ogoloną twarz po jej piersiach. 

- Zdejmij ją. I okład też. 

- Pani MacVittie czeka na mnie na dole. Mamy 

razem zjeść kolację. - Rowena udawała, że jego bliskość 

nie robi na niej wrażenia. - Twoi ludzie ćwiczyli dobre 

maniery na uroczystość weselną. Chcą się pochwalić. 

283 

background image

JILLIAN HUNTER 

-

 Dlaczego na samą myśl o tym czuję dreszcz gro­

zy? - spytał ironicznie. 

- Nie wiem. - Rowena uśmiechnęła się. - To urocze 

istoty. A teraz bądź dobrym piratem i połóż się spokojnie. 

Kiedy skończę opatrunek, będziesz mógł założyć koron­

kowy temblak, który uszyła dla ciebie Hildegarda. 

Douglas usiadł gwałtownie. 

- Koronkowy temblak? Moi ludzie umrą ze śmiechu. 

- Nie będą się śmiać, kiedy pomyślą o tym, jak 

walczyłeś trzy dni temu - stwierdziła. - Jesteś pewien, 

że nie przydałby ci się jeszcze tydzień w łóżku, mi­

lordzie? 

- Roweno, muszę przygotować się do wyprawy na 

ratunek twemu ojcu. Mężczyznę leżenie w łóżku osłabia. 

Zacisnęła wargi. Douglas nie był w stanie nikogo 

ratować, ale duma nie pozwala mu najwidoczniej za­

akceptować tego smutnego faktu. Jednak jej ojciec po­

trzebuje czyjejś pomocy, więc nie będzie mogła zostać 

w tym zamku dłużej, niż zajmą przygotowania do podróży. 

Douglas popatrzył na nią groźnie. 

- Ze mną jest wszystko w porządku. Mogę bez 

problemu zejść na dół, żeby zjeść kolację. 

- Weźmiesz kule? 

- Kule? Nie potrzebuję żadnych kul. 

Na dowód tego podniósł się i zrobił kilka skłonów. 

Przez sekundę miał ochotę chwycić się kolumny łóżka, 

tak niemiłosiernie kręciło mu się w głowie. Serce biło 

jak oszalałe. 

- No właśnie. Mówiłam ci. 

Powściągnął grymas cierpienia i uśmiechnął się z wy-

284 

background image

SMOK 

siłkiem. Boże, wszystkie kości i mięśnie straszliwie go 

bolały. Nawet stopy go bolały po raz pierwszy w życiu. 

Ból w poranionych stopach był nie do zniesienia! 

- Roweno, zdobywałem hiszpańskie garnizony i ga­

leony. Drobne zadraśnięcia nie zwalą mnie z nóg. 

- Powaliłeś siedmiu ludzi w tej chacie, milordzie. 

- Siedmiu? Tylko tylu? 

Do diabła, sądząc po pogruchotanych kościach, przy­

siągłby, że było ich co najmniej pięćdziesięciu. Ale 

wygrał tę bitwę. Neacail nie żyje, a on nie okazał się 

stokrotką. Dotrzymał obietnicy danej ludziom z Dun-

moral i sobie samemu. Wyzdrowieje. Pożądanie Roweny 

będzie najlepszym lekarstwem. Po ślubie zajmą się 

słodkim obowiązkiem płodzenia dziedziców. 

- Teraz musimy myśleć jedynie o ratowaniu papy, 

jego powrocie do władzy i rozpędzeniu zdrajców, którzy 

zagrażają Hartzburgowi - powiedziała Rowena. 

Douglas zmarszczył czoło. 

- A więc na co czekamy? 

Chwiejnym krokiem ruszył w stronę szafy. Nie będzie 

przecież prowadził wyprawy wojennej w koszuli nocnej. 

- Nie jesteś w stanie dowodzić żadną armią, milor­

dzie - powiedziała, kiedy uderzył obandażowanym ko­

lanem o stolik przy łóżku.- Muszę znaleźć innego 

człowieka, który uratuje papę. 

Obrzucił ją miażdżącym spojrzeniem. 

- Po moim trupie, kobieto. 

- Jeśli nie pozwolisz odpocząć swemu zmaltretowa­

nemu ciału, padniesz martwy u moich stóp. 

- Zdobyłem hiszpański garnizon po ciężkim wstrząsie. 

285 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Dziesięć lat temu, milordzie. 

- Dziesięć? - powtórzył zaskoczony. - A skąd ty to, 

do diabła, wiesz? To było najdalej trzy lata temu. 

- Dziesięć, Douglas. Pamiętam doskonale daty i miej­

sca większości twoich wyczynów. 

Z trudem powstrzymał się, żeby nie pchnąć jej na 

łóżko i nie zwalić się na nią. Podejrzewał jednak, że 

mogłoby mu zabraknąć na to siły. Czyżby zgruchotał 

sobie kolana? 

- Mój ranny wojownik... -powiedziała i uśmiechnęła 

się czule. - Mój pokiereszowany smok. Będę się modlić 

o twój szybki powrót do zdrowia. 

Douglas z pomrukiem osunął się na łóżko. 

- Przestań z tymi żałosnymi lamentami, Roweno. Za 

dwa, trzy dni będę gotów do podróży do Hartzburga. 

- Najpierw sprawdźmy, czy dasz radę dojść do stołu, 

milordzie. 

Wstał, chwyciwszy kolumnę łóżka. Jedną ręką bez 

żadnego wysiłku przyciągnął Rowenę do siebie, a drugą 

zaczaj rozpinać guziki jej sukni. Rozwiązał troczki 

koszuli i halek. Rowena z niedowierzaniem patrzyła na 

stertę jedwabi spadających na podłogę. Douglas z uśmie­

chem zadowolenia zdejmował koszulę. 

- Nie możesz mi odmówić, Roweno - szepnął przy­

milnie. 

Niestety, była to prawda. 

Dreszcze przeszły jej po plecach, kiedy poczuła napór 

jego podnieconego ciała. Mięśnie brzucha napięły się, 

gdy zaczął szczypać lekko jej sutki. Zawstydziła się, 

czując, że robi się wilgotna. 

286 

background image

SMOK 

- Uwielbiam to, jak reagujesz na moje pieszczoty -

powiedział zachrypniętym głosem. 

Była zbyt zażenowana, by cokolwiek odpowiedzieć. 

Zamknęła oczy. Położył ją na łóżku i zaczał całować. 

-

 Było to tak cudowne, że miała ochotę umrzeć. Przesuwał 

dłonie i usta po całym jej ciele, dotykał najintymniejszych 

miejsc tak długo, aż zapragnęła poczuć go głęboko 

w sobie. 

Wszedł w nią powoli, ale już po chwili zaczaj poruszać 

się szybciej, coraz głębiej i mocniej. Zamruczał z satys -

fakcją, kiedy przywarła do niego każdym skrawkiem 

ciała. 

Kochali się tak długo w noc, że Frances spaliła kilka 

razy odgrzewaną kolację. Hildegarda, zaniepokojona 

nieobecnością swej pani, już prawie zdołała przekonać 

Aidana, że koń wodny znów się pojawił i porwał Rowenę. 

Kochali się, aż w zamku zapadła cisza, a Rowena nie 

miała już nawet siły wzdychać ze szczęścia. 

- A teraz kolacja - powiedział radośnie i wyskoczył z 

łóżka, prężąc swoje zbolałe ciało, by udowodnić, jaki 

jest niezmordowany. 

Było to kolejne łgarstwo - czuł się wykończony,ale 

prędzej wyzionąłby ducha, niż legł bez sił na łóżku. 

I kiedy pomagał ubrać się swojej pani, był zbyt zako -

chany i zbolały, żeby usłyszeć pełen zdziwienia okrzyk 

strażnika na wieży. 

Był zbyt zapatrzony w swoją księżniczkę, żeby zdać 

sobie sprawę, iż zagrożenie, którego najbardziej się 

obawiał, i o którym chwilowo zapomniał, właśnie się 

zbliża. 

background image

28 

Douglas stał w drzwiach wielkiej sali. Miał ponurą 

minę. 

- Kto sprosił tu wszystkich tych ludzi? Sądziłem, że 

wieczór zaręczyn spędzimy we dwoje. 

- Ja ich zaprosiłam - odparła Rowena. - To nasi 

przyjaciele. 

- Przyjaciele? Ci ludzie to piraci. Nie będę narażał 

przyszłej żony na udział w pijackiej orgii. Moja załoga 

nie umie zachować się porządnie nawet przez pięć minut. 

Piraci wstali z szacunkiem z miejsc, gdy Rowena 

zbliżyła się do stołu. Dainty, Aidan, Shandy, Phelps, 

Gunther, Baldwin, Willie, Martin i Roy. Nie byli już 

służącymi w szkockim zamku. Byli straszliwymi, auten­

tycznymi wilkami morskimi. Mieli na sobie brokatowe 

kapelusze, koronkowe mankiety, wysokie buty, szpady 

i sztylety. Wyjątkowa okazja wymagała elegancji. 

- To będzie katastrofa - powiedział Douglas. 

288 

background image

SMOK 

Pani MacVittie była wśród zebranych, by dopilnować 

przebiegu uroczystości. Byli tu również doktor i Henryk, 

jako przedstawiciel mieszkańców wioski. Jerome i Fry­

deryk podkuśtykali do stołu. Wyglądali równie nędznie 

Jak Douglas. 

Pan zamku, nie kryjąc niezadowolenia, usiadł przy 

stole. Za kwadrans wybije północ. Nie miał zamiaru 

ogłaszać zaręczyn w godzinę czarownic. Mimo iż na-

rzeczona opętała go jak prawdziwa czarownica. 

Patrząc na Rowenę, nie potrafił skryć dumy. Świat­

ło świec igrało na jej lśniących, upiętych wysoko 

włosach. Z uśmiechem zwracała się do jego przy-

jaciół, jakby byli jej równi. Jakie to dziwne, że on, 

ze swoją przeszłością i zbrukaną duszą, zdobył jej 

czułe serce. Nie będzie już między nimi żadnych 

kłamstw. 

Nagle uśmiech zniknął z jego twarzy. Jak jej bracia 

mogli pozwolić, żeby tak cudowna istota wyruszyła 

w świat w poszukiwaniu najemników? Krew mu za­

wrzała na samą tę myśl. 

Oczywiście wiedział, że jako mąż księżniczki będzie 

musiał pomóc ratować jej ojca. Nie ma co, czekał ich 

cudowny miesiąc miodowy... 

- Dobrze dziś wyglądasz, sir - skłamał Baldwin. 

Douglas dotknął podsiniaczonego oka, łypiąc na swo­

ich ludzi. Jeszcze nikt się nie pobił, nie splunął pod stół 

ani nie przeklął. To nie potrwa długo. 

- Co się z tobą dzieje?- spytał Williego, który 

czerwony jak burak, z kaskadą koronek pod brodą, 

siedział niczym na torturach. 

289 

background image

JILLIAN HUNTER 

-

 Gemma za mocno zawiązała mi fular- odparł 

Willie głosem duszonej żaby. - Nie mogę oddychać. 

Zdumiony Douglas zatrzymał wzrok na Aidanie. 

którego długie ciemne włosy opadały na ramiona w locz-. 

kach. 

- Na miłość boską, co się stało z twoimi włosami? 

- Frances potraktowała je rozgrzanymi w ognisku 

szczypcami - wycedził Aidan przez zaciśnięte zęby. 

- Twoi ludzie zachowują się jak anioły. - Rowena 

szeptała wprost do ucha Douglasa. - Ale dlaczego ku­

charka stoi w drzwiach? 

Sięgnął po kielich. 

- Pewnie wstydzi się tego, kim była. 

- Dlaczego? - spytała Rowena. - Czy kogoś zamor­

dowała? 

- Nie. Prowadziła burdel na Tortudze. Zajmowała 

się Gemmą, kiedy byłem na morzu. - Pociągnął duży 

łyk wina na wspomnienie tych burzliwych czasów. -

Byliśmy szumowinami, księżniczko. 

- Chcę z nią porozmawiać - powiedziała Rowena. -

Zawołaj ją tu. Ta kobieta prawie chowa się pod stół, 

kiedy wchodzę do kuchni. 

Douglas wzruszył ramionami i spełnił jej prośbę. Blada 

jak ściana Frances niepewnie podeszła do stołu, wbijając 

wzrok w ziemię. Nieśmiało dygnęła przed księżniczką. 

- Proszę, usiądź z nami, Frances - powiedziała Ro­

wena. - Słyszałam, że byłaś nianią siostry jej lordowskiej 

mości. 

- Nianią? - Frances wydawała się oszołomiona. -

Douglas tak powiedział? 

290 

background image

SMOK 

- Z

ajmij miejsce przy naszym stole - rozkazała sta-

nowczo Rowena. - W moim pałacu niania uważana jest 

za członka rodziny. 

Erances stała jak skamieniała. 

- Wasza wysokość... - Próbowała powstrzymać łzy 

Cisnące się do oczu. - Nie mogę. Jestm kobietą upadłą. 

Rowena uśmiechnęła się do niej. 

- A ja jestem upadłą księżniczką, pasujemy więc do 

siebie, Może znajdziemy z jego lordowską mością miej-

sce dla ciebie w pobliżu pokoi dziecinnych. 

- Powierzyłabyś mi swoje dzieci? ~ zapytała osłu­

piała Frances. 

Douglas uśmiechnął się. 
- Frances, masz lekką rękę i potrafisz wrzasnąć, 

a tego właśnie trzeba do wychowywania dzieci. 

- Musisz się tylko nauczyć puszczać mimo uszu 

utyskiwała Hildegardy. Ciągle się czegoś obawia -
dodała Rowena. - Bez wątpienia będzie chodzić za tobą 

i dziećmi krok w krok i gderać. 

Douglasa zastanowiło to niespodziewane zaintereso­

wanie Roweny wychowywaniem dzieci, ale nagle jego 
uwagę przyciągnęło jakieś zamieszanie wśród gości. 

Zerknął na złoty zegarek, który nosił w kieszeni.. 

Pomylił się. Zachowywanie manier nie trwało dłużej 

niż pięć minut. 

Kłopoty zaczęły się, kiedy Willie głośno siorbał zupę. 

- Zamknij się, Willie - odezwał się półgłosem Bald-

win. - Obrażasz księżniczkę. 

Willie opuścił łyżkę. 

- No cóż, już sama twoja gęba obraża tę biedną 

291 

background image

JILLIAN HUNTER 

kobietę. Wolałbym patrzeć na zadek pawiana niż na tę 

twoją szkaradną facjatę. 

- Nie musisz patrzeć na zadek pawiana, Willie, 

wystarczy, jak spojrzysz w lustro! - krzyknął Dainty. 

Rowena podniosła się, by ich uciszyć, lecz Frances, 

najwidoczniej przejęta tym, co się dzieje, pchnęła ją 

z powrotem na krzesło. 

- Jeśli zepsujesz jej przyjęcie zaręczynowe, ty łachud­

ro, skręcę ci ten przeklęty kark! Nigdy w życiu nie 

siedziałam obok księżniczki. 

Shandy opróżnił kufel piwa nad głową Frances. 

Frances chwyciła nóż. 

Douglas z głębokim westchnieniem rezygnacji rozparł 

się w krześle. Nad głowami biesiadników zaczęły latać 

przekleństwa i sztućce. 

- Czy orgia już się zaczyna? - szepnęła Rowena, gdy 

w jej talerzu wylądował czyjś but. 

Uśmiechnął się, ujął ją za rękę i podniósł z krzesła. 

Rzucili się do ucieczki, kiedy czterech ludzi przewróciło 

ławę. 

- Nie mam zamiaru się temu przyglądać. Masz 

ochotę na spacer po ogrodzie? Halka Gemmy nadal 

kwitnie. 

- Chętnie. - Zatrzymała się, żeby rzucić bochenkiem 

chleba w mężczyznę, który wrzucił jej but do talerza. -

Dziękuję, milordzie - powiedziała biegnąc za nim. - To 

była najciekawsza oficjalna kolacja, w jakiej uczest­

niczyłam. 

292 

background image

SMOK 

Ich dobry humor nie trwał długo. Pocałunki w ko­

rytarzu przerwał brzęk ostróg i radosny głos, którego 

Douglas miał nadzieję już nigdy nie usłyszeć. 

- Czy ktoś tu jest? - zabrzmiał głośno radosny okrzyk. 

- Boże, to on. 

Douglas ze stężałą z napięcia twarzą odepchnął Ro-

wenę, gdy zza załomu muru wynurzyła się postać w bia-

łym płaszczu. 

Był to Mateusz. Stał tu ze swoimi złocistymi włosami 

i anielskim uśmiechem - przeciwieństwo Douglasa. 

- Ach, tu jesteś - powiedział Mateusz. - Podszczy­

pujemy podkuchenne, braciszku? Gdzie się wszyscy 

podzieli? Musiałem sam rozsiodłać konia. Tak wita się 

gości w zamku jego lordowskiej mości? 

Rowena wyszła zza pleców Douglasa. 

- Podkuchenna... - powiedziała urażonym tonem. -

No, może ci to wybaczę. 

- Rowena - zdziwił się Mateusz, a potem, kiedy się 

roześmiała, chwycił ją w ramiona. 

Douglas zesztywniał przyglądając się temu czułemu 

powitaniu. Miał ochotę wyrwać Rowenę z objęć brata, 

ale tylko powiedział: 

- Jesteś jedynym człowiekiem na świecie, który 

potrafi odbyć podróż ze Szwecji do Szkocji w nie-

skazitelnie białym płaszczu. To nie jest normalne. 

Mateusz mrugnął do niego ponad ramieniem Roweny. 

- Przebrałem się w stajni. Nie chciałem pokazać się 

księżniczce w brudnych łachach. 

Douglas nie mógł już tego znieść. Pociągnął Rowenę 

do siebie nie siląc się nawet na delikatność. 

293 

background image

JILLIAN HUNTER 

Mateusz wyciągnął do niego ramiona. 

- Gratuluję ci powrotu na łono społeczeństwa, bracie. 

Zdajesz sobie sprawę, że teraz jesteś szacowniejszym 

obywatelem niż ja? 

Douglas zignorował serdeczny gest brata. 

- Jak na kogoś, kto złamał nogę, zadziwiająco szybko 

wróciłeś do zdrowia. 

- Prawda? - Mateusz podszedł bliżej, przyglądając 

się twarzy Douglasa w świetle pochodni. - Nie mogę 

jednak powiedzieć tego samego o tobie. Boże, Douglas, 

gdzieś się tak urządził? 

- Uratował swoją wieś przed zbójami - powiedziała 

Rowena, wpatrując się w ponurą twarz Douglasa z trosk­

liwym uśmiechem. - I nie chce leżeć w łóżku, żeby 

wyzdrowieć. 

Mateusz przez chwilę uważnie przyglądał się im 

obojgu. 

- Rozumiem. No cóż, może wysłucham tej heroicznej 

opowieści jutro rano. Roweno, teraz muszę porozmawiać 

z tobą w cztery oczy. To pilne. 

Douglas skrzyżował ręce na piersi. Patrzył na Mate­

usza z groźbą w ciemnych oczach. 

- Nie mamy przed sobą tajemnic. 

- Nie o wszystkim wiesz, bracie - odparł Mateusz, 

protekcjonalnie poklepując Douglasa po ramieniu. -

Roweno, gdzie możemy spokojnie porozmawiać? 

- W komnacie Hildegardy - odparła. - Tam nie we­

tknie nosa żaden szpieg ani demon. 

Mateusz zniżył głos. 

- Przywiozłem pierścień. 

294 

background image

SMOK 

Jej oczy pociemniały z radości. 

- Och, Mateuszu... To znaczy, że... 

Pociągnęła go> korytarzem, a potem krętymi schodami 

do komnaty Hildiegardy. Douglas szedł za nimi jak cień, 

bez skutku próbując podsłuchać, o czym mówią. Do­

cierały do niego tylko strzępki ich szeptów. Zazdrościł 

im tej bliskości, tej sprawy, która ich łączyła. 

- ...przeszmuglowano mi do Szwecji. 

- ...Eryk uciekł i jest gotowy. 

U szczytu schodów odwrócili się do Douglasa, jakby 

nagle przypomnieli sobie o nim. 

- Zadbaj, by nam nie przeszkadzano, bracie! - krzyk­

nął Mateusz. 

- I żeby nasi przyjaciele nie zrobili sobie krzywdy 

podczas uczty - dorzuciła Rowena i zamknęła drzwi na 

zasuwę. 

Douglas gapił się na zamknięte drzwi. Budziły się 

w nim demony. Z trudem przełknął ślinę. Czuł się 

opuszczony, niepotrzebny  i . . . przestraszony. 

Nie zrobi z siebie głupca. 

Nie pokaże rogów zazdrośnika, żeby rozwalić nimi 

te cholerne drzwi. 

Będzie zachowywał się nonszalancko i miło, mimo 

iż jego brat zamknął się w sypialni z jego przyszłą żoną. 

Nagle zaczął jak szaleniec walić pięściami w drzwi. 

Z całej siły kopnął w zamek. 

- Chcę wiedzieć, co tam oboje robicie! Nie mam 

zamiaru sterczeć na korytarzu jak lokaj. 

295 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Wszystko w porządku, Douglas - zza drzwi dobiegł 

słodki głos Roweny. - Twój brat pokazuje mi właśnie 

swoje klejnoty. 

- Co ci pokazuje...? 

- Właściwie to jej klejnoty. - Mateusz otworzył 

drzwi. Wyglądał na zniecierpliwionego. - Douglas, na 

miłość boską, to rozmowa na tematy polityczne. Nie 

możemy spokojnie omówić pewnych spraw, kiedy ry­

czysz na cały zamek. To są klejnoty koronne Hartzburga, 

przemycone z kraju przez jednego z lojalnych poddanych 

Roweny na sfinansowanie naszych działań. 

- Nic mnie nie obchodzą klejnoty. Chcę się tylko 

upewnić, czy jesteście ubrani. - Wepchnął się do kom­

naty i zdumiony popatrzył na Rowenę. Siedziała na 

łóżku wśród diamentów i szafirów. 

- Ubrani? - Mateusz nie rozumiał, o co chodzi. 

- Powinieneś przeprosić za tę uwagę - powiedziała 

Rowena. - Obraziłeś brata. 

Mateusz uśmiechnął się ciepło. 

- Rozumiem. To gorący temperament. Wybaczam 

ci, Douglas. 

- Nie potrzebuję twojego wybaczenia - warknął Dou­

glas. - Zabiję cię. Chcę cię zabić od czasu, gdy zabrałeś 

ciało mamy stamtąd, gdzie było jej miejsce. 

Mateusz potrząsnął głową w autentycznym zdumieniu. 

- Po tym wszystkim, co zrobiłem, byśmy poprawili 

nasze stosunki? Dlaczego pielęgnujesz w sobie nie­

nawiść? 

Rowena stanęła między nimi, żeby w świetle świecy 

przyjrzeć się jednemu z naszyjników. 

296 

background image

SMOK 

- Zastanawiam się, dlaczego bracia zawsze muszą 

się kłócić. Nie możecie zachować swoich wojowniczych 

instynktów na wyprawę do Hartzburga? 

Douglas prawie zionął ogniem. Patrzył na brata miaż­

dżącym wzrokiem. 

- Mówisz o poprawie stosunków. Nadal nie wiem, 

gdzie jest pochowana. Czuję się, jakbym nie był godzien 

stanąć nad jej grobem. 

Rowena powoli podniosła wzrok. Nigdy nie słyszała 

w głosie Douglasa takiego bólu. 

Mateusz cofnął się o krok. 

- Douglas, zrobiłeś z siebie demona. Piractwo nie 

jest raczej drogą do świętości. A na jej grób zabiorę cię, 

kiedy tylko zechcesz. Roweno, zobacz, co on ma pod 

okiem. Czy to ropieje? Doprowadził się do żałosnego 

stanu. 

- Nie, to nic poważnego. - Rowena pośpiesznie zbli­

żyła się do Douglasa, na jej ręku, od łokcia po nadgarstek, 

pobrzękiwały bransolety. - Chociaż może ma nawrót 

choroby. Jest strasznym pacjentem. Pokaż to oko, milor­

dzie, rzeczywiście jest przymrużone. 

Douglas odtrącił jej rękę. 

- To tik nerwowy. Zawsze mnie łapie, kiedy mam 

ochotę kogoś zabić. 

Mateusz ściągnął brwi. 

- Nie mów do niej w ten sposób, bracie. Chce ci 

tylko pomóc. 

- Mówiłem do ciebie, półgłówku - wycedził Dou­

glas. - Roweno, zdejmij z siebie te świecidełka. Wy­

glądasz jak cygańska wróżka. 

297 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Tym razem mówisz do mnie - odezwała się ura­

żona. 

- I obraża klejnoty koronne Hartzburga, twierdząc, że 

wyglądasz w nich jak Cyganka - podsumował Mateusz. 

Rowena ostentacyjnie założyła jeszcze jeden na­

szyjnik. 

- Uwielbiam Cyganów. Może nawet wśród moich 

przodków byli cyganie. Przeszkadza ci to, Douglas? 

- Moje pochodzenie też nie jest jednoznaczne -

odparł. 

- Jak to? - spytał Mateusz. - Ach, myślisz o swoim 

ojcu. Nie kłopocz się tym. Skromne pochodzenie to 

żaden wstyd. 

Douglas podszedł kilka kroków, przypierając Mate­

usza do szafy. 

- Nie mówiłem o ojcu, tylko o tym, że pokrewieństwo 

z tobą przynosi mi hańbę. 

Rowena pośpieszyła Mateuszowi z pomocą, właśnie 

gdy wpadał do szafy. 

- Zmieniłeś zdanie, Douglas? Nie chcesz się już ze 

mną ożenić, teraz, gdy wiesz, że w moich żyłach może 

płynąć cygańska krew? 

- Nic takiego nie mówiłem! - wrzasnął. 

Mateusz wygrzebał się spod sterty bielizny Hildegar-

dy, zaskoczony obrotem sytuacji. 

- Stało ci się coś? - spytała Rowena. 

Mateusz trzymał w ręku gorset. 

- Nie sądzę. Boże Miłosierny, Roweno, to największy 

gorset, jaki w życiu widziałem. Nigdy nie nosiłaś takiego 

rozmiaru. Czy ćwiczycie coś z Douglasem? 

298 

background image

SMOK 

- Nie, niczego nie ćwiczymy - odparła. - Zostałam 

uwięziona w tym zamku pod strażą. Jestem przecież 

dziką Cyganką o niepewnym pochodzeniu. A to jest 

gorset Hildegardy, nie mój. To jej sypialnia. 

Douglas wepchnął Mateusza z powrotem do szafy. 

- A ty skąd wiesz, jaki rozmiar gorsetu nosi Rowena? 

- Pozwoliłem ci się poszturchiwać, bo nie chciałem, 

żebyś zrobił z siebie głupca przed Roweną. - Mateusz 

1 podniósł się i ruszył na Douglasa z zaciśniętymi pięś­

ciami. - Ale dość tego. Żałuję, że to wszystko zaaran­

żowałem. Mimo niesamowitych opowieści, jakie o tobie 

słyszałem, broniłem cię zresztą, nigdy nie wyobrażałem 

sobie, że nie potrafisz zachować się przy kobiecie. 

- Zaaranżowałeś? Co?- Zastanawiała się głośno 

Rowena. 

Douglas zamierzył się na niego, ale nie trafił. Brat 

podskoczył do góry jak na sprężynie z okrzykiem, który 

może i mógł kogoś przestraszyć, gdyby Mateusz nie 

miał w tej chwili halek Hildegardy między nogami. 

Rowena westchnęła. 

- Na litość boską, przerwijcie tę bzdurną bójkę. On 

nie będzie z tobą walczył na pięści. 

Mateusz jęknął, kiedy Douglas walnął go w splot 

słoneczny. 

- Nie martw się... - powiedział, z trudem łapiąc 

oddech. - Nie zrobię mu krzywdy. Dam mu tylko małą 

naucz... Och...! 

Rowena weszła między walczących mężczyzn i od­

sunęła ich od siebie na odległość wyciągniętego ra­

mienia. 

299 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Nie chciałam, żeby Douglas zrobił ci krzywdę, 

szczególnie że dopiero niedawno zrosła ci się noga. Jest 

dwa razy wyższy od ciebie. 

- Moja noga?- Mateusz zatoczył się do tyłu i ze 

zdziwieniem popatrzył na swoje spodnie. - A!... Noga! 

No coż, prawdę mówiąc, nie była złamana. Tylko po­

tłuczona. Wymyśliłem taki mały żart, żebyście mieli 

trochę czasu dla siebie. 

- Mały żart? - Douglas patrzył na niego spode łba, 

jakby szykował się do kolejnego ataku. 

Mateusz spoglądał niepewnie to na jedno, to na drugie. 

- Udało się, prawda? Całowaliście się w korytarzu, 

kiedy przyjechałem? Czy mylę się, że połączyło was 

uczucie? 

- Mateuszu... - Rowena zbladła. - O czym ty mó­

wisz? 

Douglas poprawił koszulę. 

- Nieważne, co mówi ten półgłówek. Chcę wiedzieć, 

skąd zna szczegóły na temat twojej bielizny. 

- Nie mów mu, Mateuszu - powiedziała Rowena. 

Mateusz skinął głową. 

- Nigdy nie zdradzę zaufania księżniczki. Tajemnicę 

twego gorsetu zabiorę ze sobą do grobu. 

Douglas chwycił jedną z dwóch starych włóczni 

wiszących nad łóżkiem. 

- Przebiję cię jak wieprza, ty chłystku! 

Rowena wydała z siebie cichy okrzyk. 

- Mówisz jak prawdziwy pirat. Powiedz to jeszcze 

raz, Douglas. 

- On jest prawdziwym piratem. - Mateusz niepewnie 

300 

background image

SMOK 

wpatrywał się we włócznię. - Może właściwie powin­

niśmy mu powiedzieć? 

- Ani się waż! Nigdy nie przestanie nam tego wy­

pominać. 

- Nie mogę ci powiedzieć - stwierdził Mateusz. 

Douglas uśmiechnął się lodowato i dotknął końcem 

włóczni poły płaszcza brata. 

- Ponieważ jesteśmy przyrodnimi braćmi, dam ci 

wybór. Wolisz, żebym wbił ci to w serce czy między 

oczy? 

Mateusz zbladł. 

- Powiem ci... 

- Nie, Mateuszu. - Rowena przyłożyła palec do ust. -

Jeśli mu powiesz, nigdy więcej ci nie zaufam. 

Douglas skierował włócznię w żołądek brata. 

- Ale jeśli mu nie powiem, Roweno, nabije mnie na 

tę dzidę. 

- Nie zrobisz tego, prawda?- Popatrzyła na Dou­

glasa. 

Uśmiechnął się do niej. Był to groźny uśmiech. 

- Tak, zrobię. Och, braciszku, guzik ci odpadł...! -

Rząd perłowych guzików Mateusza poleciał w powietrze. 

- Powiem mu - szybko zdecydował Mateusz. - Dou­

glas, pożyczyłem od Roweny gorset na bal maskowy 

w Hartzburgu. To było zupełnie niewinne. 

Douglas opuścił włócznię. 

- Co? 

- Włożyłem jej gorset na bal maskowy. 

- To prawda - niechętnie przyznała Rowena. - Ale 

pourywał koronki i Hildegarda musiała doszyć skórzany 

301 

background image

JILLIAN HUNTER 

paseczek, żeby wszystko się trzymało. Na szczęście nie 

widać tego pod suknią. 

Douglas przesuwał wzrok z Roweny na Mateusza. 

W końcu mruknął z niedowierzaniem: 

- Mój brat ubiera się jak kobieta? 

- Mówiłam, żebyś mu nie mówił - z irytacją stwier­

dziła Rowena. - Teraz pomyśli, że mam męską figurę. 

- Nikomu nie przyszłoby to do głowy - powiedzieli 

obaj jednocześnie. 

Douglas z politowaniem patrzył na brata. 

- Nigdy nie miałem cię za lilijkę strojącą się w gorsety 

i tym podobne rzeczy. Widziałem tylko twoją szlachet­

ność i męstwo. - Zaśmiał się. - Święty Mateusz w gor­

secie. 

Mateusz poczerwieniał. 

- Nie ubieram się w gorsety! To był bal maskowy. 

Byłem przebrany za cesarzową. 

- Tylko mężczyzna pewny swej męskości mógł się 

odważyć przebrać za kobietę. - Popatrzyła ponuro na 

Mateusza. - Nie mów, że cię nie uprzedzałam. Będzie 

ci to wypominał latami. 

- Najwyraźniej jestem największym głupcem pod 

słońcem - stwierdził gorzko Mateusz. 

Douglas usiadł na brzegu łóżka i odłożył włócznię. 

Czuł się zmęczony. Ziewnął. 

- Jesteś głupcem, bo ubierasz się w damskie fatałaszki? 

- Nie! Bo poświęciłem się dla ciebie i Roweny. 

- Dlaczego ciągle coś opowiadasz o aranżowaniu 

i poświęceniach? - Rowena była zniecierpliwiona. -

Mów do rzeczy, Mateuszu. 

302 

background image

SMOK 

Douglas wyciągnął się na łóżku. Uśmiechnął się 

drwiąco. 

- Może gorset go ciśnie i krew nie dopływa do mózgu. 

- Wiem, że tak bywa. - Rowena zachichotała. -

Hildegarda nie może czasem złapać tchu, kiedy ściągnie 

się sznurowadłami jak kiełbasa. 

- Och, próżności ludzka... - Douglas z filozoficzną 

miną włożył ręce pod głowę. 

Rowena uśmiechnęła się do Mateusza. 

- Chcesz na dzisiejszy wieczór pożyczyć moją halkę? 

- Jesteście najbardziej niewdzięczną parą, jaką 

znam - powiedział Mateusz. 

Douglas spoważniał. 

- Dlaczego mi napisałeś, że masz złamaną nogę? 

- Zabawiłem się w Kupidyna - odpowiedział zrzęd­

liwie Mateusz. - W swojej naiwności sądziłem, że do 

siebie pasujecie. Miałem nadzieję, że Rowena pomoże 

ci wejść na dobrą drogę. 

- Rowena z pewnością mnie inspiruje- stwierdził 

Douglas, a po chwili dodał: - Roweno, czego szukasz? 

- Włóczni, żebyś mógł zabić swojego brata - odpar­

ła. - Zaufałam mu, a on mnie zawiódł. Nie pozwolę, by 

to się powtórzyło. 

Douglas poderwał się nagle. 

- Manipulował nami. Oto kolejny powód, dla którego 

powinienem go zamordować. 

Mateusz cofnął się do drzwi. 

- Nie rozumiem. Myślałem, że jesteście zakochani... 

- Już odpocząłem. - Douglas wziął od Roweny włócz­

nię. - Teraz jestem gotów nadziać cię na to jak wieprza. 

303 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Najpierw musisz mnie złapać - krzyknął Mateusz 

i wypadł na korytarz. Douglas popędził za nim. 

Rowena pokiwała głową słysząc, z jakim łomotem 

pędzą w dół po schodach, obrzucając się dzikimi wy­

zwiskami. Strażnicy przybiegli sprawdzić, co się stało. 

- Chłopcy - powiedziała. 

Do komnaty zajrzała Hildegarda. 

- Pozabijają się, wasza wysokość. 

- Wiem. - Rowena westchnęła bezradnie. 

- Czy mam wezwać lekarza? 

- Sądzę, że to nie zaszkodzi. 

- Czy sir Mateusz poprowadzi cię do ołtarza podczas 

ślubu? 

- Wziąwszy pod uwagę, jak Douglas go traktuje, nie 

wiem, czy obaj dożyją tego dnia. Dlaczego mężczyźni, 

którzy mnie otaczają, są tacy gwałtowni? 

- Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, wasza 

wysokość. - Hildegarda weszła do komnaty i spojrzała 

na zasypane klejnotami łóżko. - Dobry Boże. Klejnoty 

koronne Hartzburga... Ależ to znaczy, że... 

- Ojciec ma poważne kłopoty - powiedziała Rowe­

na. - Nie wytrzyma bez posiłków. Jerome mówił prawdę. 

Możesz pakować nasze rzeczy, Hildegardo. Zdaje się, 

że zaraz po ślubie wyślę męża na pole bitwy. 

background image

29 

Douglas nie mógł spać. Po pierwsze, nie mógł ruszyć 

ręką ani nogą, nie jęcząc z bólu. Po drugie, jutro się 

żeni i życie jest piękne. 

Jego pani leży w swojej sypialni w wieży i czeka na 

zaślubiny. Zamruczał pod nosem na myśl o długich 

nocach miłości i chłodnych porankach, kiedy będzie się 

do niej przytulać. Dzieci będą im przeszkadzać, wpadając 

do sypialni, roześmiane i paplające bez przerwy. Założą 

rodzinę i razem się zestarzeją, by wspominać to, co 

razem przeżyli. 

Ale czy on na to zasługuje? Czy ta jedna dobra rzecz, 

którą zrobił dla mieszkańców doliny, równoważy lata 

rozbojów i krzywdzenia innych? Czy zasłużył na szczęś­

cie? Czuł się winny, że zmarnował tyle lat i wyrządził 

tyle niesprawiedliwości, o których nie mógł zapomnieć. 

Dużo czasu upłynie, zanim pogodzi się z tym, kim był 

kiedyś. 

305 

background image

JILLIAN HUNTER 

Albo może umrze, nigdy nie pogodziwszy się ze sobą. 

Jednak czegoś brakowało w jego życiu. Miłość kobiety 

to bezcenne błogosławieństwo. Lecz wciąż czegoś mu 

brakowało w głębi duszy. 

Boże, pomóż mi... Jakby usłyszał krzyk własnego 

serca, krzyk niezliczonych skrzywdzonych dusz, krzyk, 

na który Niebiosa czekały tak długo. 

Ubrał się i nagle, sam nie wiedząc jak, znalazł się 

w zamkowej kaplicy. Ktoś zapalił świece na kamiennym 

ołtarzu. Pewnie Rowena. Jego księżniczka wierzyła 

w potęgę modlitwy. 

- Ona zasługuje na szczęście - powiedział głośno. 

- Ty też. 

Odwrócił się zaskoczony i zobaczył Dainty'ego. 

Klęczał tuż obok. 

- Nie wiedziałem, że zdarza ci się modlić - z nutą 

oskarżenia w głosie zauważył Douglas. 

Głęboki śmiech Dainty'ego odbił się echem o mury. 

- Jak ci się wydaje, Douglas, dlaczego udało nam 

się przeżyć razem tyle dzikich lat? 

- Sądziłem, że szatan nam sprzyja. 

Dainty tylko się uśmiechnął i zapatrzył na kamienny 

krzyż na ołtarzu. 

- Tu znajdujemy wybaczenie i cel życia. 

- Nie tacy ludzie jak ja... 

- Szczególnie tacy jak ty. 

Aidan przyszedł kilka minut później. Zatrzymał się 

gwałtownie, gdy spostrzegł, że nie jest sam. 

- Ty też przyszedłeś się za mnie pomodlić? - spytał 

Douglas. 

306 

background image

- Do diabła, nie 

jest solarium. 

Gemma czuła coś dziwnego w sercu. Kiedy szła 

korytarzem, zobaczyła dziwne światło promieniujące 

z kaplicy. 

Było silniejsze niż świt i dwie świece dopalające się 

na ołtarzu. To było światło, które wypełniło ją radoś­

cią i spokojem, a jego piękno aż wywołało w jej 

oczach łzy. 

Znieruchomiała, widząc klęczącego brata. Łzy poto­

czyły jej się po policzkach, kiedy do niego podchodziła. 

Objął ją i bez słowa przytulił. 

Po chwili powiedziała: 

- Urodziliśmy się biedni. Douglas, jak ci się wydaje, 

dlaczego mieszkamy teraz w zamku, a ty żenisz się 

z kimś tak cudownym jak Rowena? 

Jego głos zabrzmiał sucho: 

- Z pewnością nie dlatego, że prowadziliśmy przy­

kładne życie. 

- Byłeś łajdakiem - powiedziała dobitnie, kiedy wsta­

l i . - Dlaczego Bóg miałby obdarzyć cię łaską? 

- Nie umiem odpowiedzieć. 

SMOK 

-

 odparł Aidan. - Myślałem, że tu 

background image

JILLIAN HUNTER 

Odwrócił się do niej. 

- Może to zależy też trochę od nas. 

Rankiem w dniu ślubu Rowena pokryła twarz, szyję 

i ramiona kremem z mąki owsianej, smalcu, ubitych 

jajek i migdałów. Była to znana na dworach receptura 

upiększająca. Rowena dostała ją od pani MacVittie. 

Księżniczka chciała być piękna dla ukochanego. 

Douglas pragnął podarować swojej księżniczce sznur 

pereł, które sam wyłowił wiele lat temu na Jamajce dla 

kobiety, którą kiedyś pokocha. 

Zapukał teraz do drzwi komnaty tej kobiety. Kobiety 

swoich marzeń. Otworzył mu potwór. Krzyknął cicho, 

cofnął się i wpadł na Aidana. Potwór był prawdopodobnie 

samicą- miał ładny biust i nosił koronkową nocną 

koszulę. 

- Pan młody nie może widzieć narzeczonej w dzień 

ślubu! To przynosi nieszczęście! - wrzasnęła z głębi 

komnaty Hildegarda. 

Potwór zatrzasnął drzwi. 

- Narzeczona? - powiedział cicho. - To była moja 

księżniczka? 

Douglas i jego księżniczka pobrali się kilka godzin 

później w zamkowej kaplicy, pogodnego popołudnia 

w początkach grudnia. Fryderyk i Jerome jako przed­

stawiciele Rady udzielili zezwolenia na ceremonię. 

Piraci i wieśniacy tłoczyli się na dziedzińcu, by po-

308 

background image

SMOK 

dziwiąc żonę jego lordowskiej mości w jej przepięknej, 

obszytej lustryną srebrnej sukni i tiarze. 

Douglas wyglądał wspaniale w czarnych aksamitach, 

brokatowym kapeluszu i czerwonej szarfie, która służyła 

zarazem jako temblak. 

Grupa kobziarzy eskortowała parę młodą w drodze 

do doliny, gdzie przygotowano przyjęcie weselne. Za 

nimi jechał na swoim osiołku ojciec Gordon. 

Rowena wyglądała promiennie na wózku do przewo­

żenia torfu. 

- Przede wszystkim skromność - powiedziała, gdy 

Douglas spytał wcześniej, czy chce jechać prawdziwym 

powozem. 

W tym rejonie Szkocji panował zwyczaj rzucania 

w państwa młodych butem - na szczęście. Henry z roz­

machem wyrzucił w powietrze stary trzewik 

But wylądował na głowie osłupiałego Douglasa. 

- Och, Douglas, nic ci się nie stało? - Rowena śmiejąc 

się zakryła twarz dłońmi. 

- Nie wiem - odpowiedział. - Moje ciało jest tak 

obolałe, że już nic nie czuję. 

Było też szkockie wesele z plackami owsianymi, 

serem, zimną baraniną i gigantycznym ciastem ozdobio­

nym aniołkami. Goście pili piwo i wino z czarnego bzu. 

Miniaturowa korweta piracka „Zauroczenie". Z zapa­

lonymi świeczkami na pokładzie kołysała się na jeziorze. 

Pani MacVittie z dumą popatrzyła dookoła. 

- Zrealizowałam swoje marzenie. Banda piratów, 

a nikt nawet nie upuścił łyżeczki. - Westchnęła głębo­

ko. - To się nazywa dobra robota. 

309 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Banda piratów i nikt nikogo nie ukatrupił - powie­

dział półgłosem Douglas. - To się nazywa cud. 

Rowena drżała z pożądania poddając się pieszczotom 

Douglasa. Całował ją i wciąż szeptał do siebie: 

- Moja... 

Ogień palił się na kominku. Douglas, jak prawdziwy 

pirat i drapieżnik, nie zamierzał uronić ani kropli ze 

słodyczy jej ciała. 

Rowena szybko nauczyła się, jak sprawić mu rozkosz. 

Delikatnie poznawała jego ciało, pieściła każdy mięsień, 

wgłębienie, bliznę. Jej niewinny dotyk tak go podniecał, 

że z trudem oddychał. A kiedy poczuł jej usta na swojej 

męskości, odrzucił głowę i wydał z siebie długi jęk. 

- Kocham cię - powiedział, chowając dłonie w jej 

włosach. 

- Ja też cię kocham, milordzie - szepnęła. 

background image

30 

Minęły dwa dni. Byli gotowi do podróży do Hartz-

burga. Na wzgórzach pojawił się śnieg. Tajemnicza 

mgła unosiła się nad jeziorem i osnuwała zamek. Jesienne 

dni pory roku zwanej po celtycku ,,Foghara" zamieniły 

się w zimowy sen „Geamhradh". 

Mała armia, zgromadzona przez księżniczkę, opusz­

czała Szkocję przed nadejściem prawdziwej zimy. Zna­

lazła doskonałych wojowników, którzy ruszą na pomoc 

ojcu: piratów z „Zauroczenia" - najbardziej niespokojne 

duchy, jakie można było sobie wyobrazić. 

Piraci marzyli o legendarnym mieście ze złota, o ostat­

nim rejsie ze swoim kapitanem-Smokiem, z którego 

wróciliby bogaci i okryci sławą. Zamiast tego szli 

pod dowództwem Douglasa i jego świętego brata na 

wyprawę, by umocnić władzę księcia Randolfa i prze­

gonić rebeliantów. 

Willie powiedział do Douglasa: 

311 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Hartzburg potrzebuje nas bardziej niż ten zamek, 

sir. Ale nie martw się. Wszyscy tu niedługo wrócimy. 

Chłopcy nigdy cię nie zostawią. 

- Tego się właśnie obawiam - odparł Douglas. 

Wstał

 o świcie, żeby odprowadzić do mostu zwo­

dzonego Dainty'ego i Aidana. Jego dwaj najlepsi przy­

jaciele zdecydowali się pomóc Jerome'owi i Mateuszowi 

uwolnić wuja Roweny. Douglas, Fryderyk i reszta pi­

ratów miała wkrótce dołączyć, by wesprzeć w walce 

księcia Randolfa. 

Trzej mężczyźni żartowali chwilę, jak zwykle przed 

wyprawą. 

- Dokąd później pojedziecie? - spytał Douglas. 

- Nie wiem- odparł Aidan, patrząc na swojego 

deresza. - Może na Maracaibo. 

A Dainty powiedział: 

- Mam przyjaciela w Marsylii, który jest właścicielem 

zajazdu. Może spędzę tam rok, połowię ryby, zbuduję łódź. 

Popatrzyli na siebie, wiedząc, że może to być ich 

ostatnie spotkanie. Nie mieli jednak zwyczaju okazywać 

wzruszenia. 

- Więc jedźcie - powiedział Douglas, kiedy Mateusz 

w białym płaszczu wyłonił się na koniu ze stajni. -

Jedźcie, psy włóczykije. Dosyć mam waszych gęb, jeśli 

chcecie znać prawdę. 

Aidan kiwnął głową. 

- Niech Bóg będzie z tobą i twoją księżniczką-

powiedział Dainty. 

312 

background image

SMOK 

Douglas odwrócił się powoli i powiedział cicho: 

- Niech Bóg będzie z wami. 

Baldwin popatrzył na Douglasa. Na dziedzińcu zebrał 

się mały tłumek. 

- No cóż, kapitanie, żałuję, że muszę cię opuścić, 

ale Jerome poprosił mnie o pomoc. Chłopak potrzebuje 

takiej tęgiej głowy jak moja u swego boku. 

- Żal rozrywa mi serce... 

Baldwin zmrużył oczy. 

- Czy twoja smocza duma nie pozwala ci poprosić, 

bym dołączył do twojego wojska? 

- Kuzyn Roweny potrzebuje twojego bystrego umys­

łu, Baldwin - odparł Douglas. - Ja korzystałem z niego 

już zbyt długo. 

- Ależ zawsze powitamy go z otwartymi ramionami, 

jeśli kiedyś zechce do nas wrócić - wtrąciła się Rowe-

na. - Douglas, nie zapominaj o dobrych manierach 

wobec przyjaciół. 

Douglas rzucił jej ostre spojrzenie, lecz nie trwało to 

długo. Dostał swoją nagrodę. Czuł, że stać go na łas­

kawość. 

Ale gdy tylko zostaną sami, surowo upomni żonę, że 

wojownika nie strofuje się przy ludziach. 

background image

Epilog 

Szkocja, wrzesień 1663 

Fioletowe dzwoneczki i różowawe wrzosy pokrywały 

wzgórza otaczające zamek. Dzieci z wioski taplały się 

w zimnej wodzie jeziora i bawiły w piratów, staczając 

walki na drewniane miecze. 

Pogański Ogień Pociechy wciąż płonął w domostwach 

Dunmoral. Przy odrobinie szczęścia i pomocy bożej 

stary celtycki ogień nigdy nie wygaśnie. 

Zamek ma swego protektora, ósmego lorda Dunmoral, 

nawet jeśli on nadal nie odróżnia szkockej królowej 

Marii od królowej Elżbiety i parapetu od paradoksu. 

Księżniczka ma swego pirata. I zamierza zatrzymać 

go tylko dla siebie, nawet gdyby musiała zamknąć go 

w wieży na resztę życia. 

Za jakieś trzy miesiące Dunmoral będzie miało dzie­

dzica. 

Hartzburg został wyzwolony od rebeliantów. Flaga 

księcia Randolfa powiewa odtąd wysoko na wieży jego 

315 

background image

JILLIAN HUNTER 

zamku. Książę pobłogosławił małżeństwo córki ze Smo­

kiem. Zresztą opowiada wszystkim, którzy chcą słuchać, 

że zięć go uratował. 

- Zastanawiam się... - powiedziała w solarium Gem­

ma. - Czy to mój brat tak rozpuścił Rowenę, czy to ona 

nawróciła go na drogę cnoty? 

Hildegarda parsknęła śmiechem i zanurzyła pióro 

w kałamarzu, by skończyć listę rzeczy potrzebnych do 

dziecinnego pokoju. 

- Nie sądzę, by to miało jakieś znaczenie. Może 

powinnyśmy raczej martwić się o to, jakie ancymonki 

wyrosną z potomstwa tej pary.