background image

Wyspy Scilly, Kornwalia, Anglia 

Służba zamkowa ostrzegała go, że zapłaci za lekceważenie 

dziewczyny. Jeszcze tej samej nocy, kiedy przejął majątek, 

otoczyli go, by przepowiadać klęskę. Przekonywali, że dziew­

czyna obdarzona jest magiczną mocą, którą z pewnością 

przeciwko niemu wykorzysta, by się zemścić. 

- A cóż to za moc? - zapytał z rozbawieniem. 

- Potrafi po burzy sprowadzić na niebo tęczę - zdradziła 

z nieukrywaną dumą zamkowa gospodyni. 

Woźnica pokiwał głową. 

- Dzięki niej na naszej nieurodzajnej ziemi kwitną kwiaty. 

- Na Boga - westchnął Anthony, skrywając uśmiech. - To 

rzeczywiście groźne moce. Czy bezpiecznie jest opuszczać 

pokoje? 

- Dziewczyna jest pod opieką czarodziejki Morgan le Fay, 

siostry króla Artura - dodała wszystkowiedząca pokojówka. 

- Ale chyba nie tego saksońskiego króla Artura? - zapytał 

lekko już poirytowany Anthony, prowadząc służbę do biblio­

teki. - Nawet nie wiadomo, czy on faktycznie żył. A gdyby 

żył. z pewnością wtrąciłby was do lochu za podobne łgarstwa. 

- Tego samego - szepnęła pokojówka, chowając się za 

plecami woźnicy. - Stara Annie Jenkins miała wizję, że pan 

i panna Halliwell bierzecie ślub. 

background image

JILLIAN HUNTER 

KLIFY 

-

 Ślub? - mruknął pod nosem Anthony, dając znak ręką, 

by ta dziwaczna gromadka czym prędzej się oddaliła. - To 

dopiero przerażający pomysł. 

Zaczął podejrzewać, że chcąc pozbyć się sławnej panny 

Halliwell, będzie musiał porządnie ją nastraszyć i zniechęcić 

do siebie. Lekceważenie, jakie okazywał jej przez cały tydzień, 

nie przyniosło żadnych rezultatów. Co więcej, dudnienie, które 

dokładnie w tej chwili wstrząsnęło murami zamku, mogło 

wprawdzie wywołać potężne fale przybojowe, niestety, mogła 

to też być ona. 

Natarczywa młoda kobieta postawiła żądanie, którego nie 

zamierzał spełnić. Od tygodnia domagała się audiencji. 

Anthony Hartstone, trzeci książę Pentargonu, siedział bez 

ruchu w wygodnym fotelu. Obok na stoliku stała nietknięta 

brandy. Ogień płonący w kominku oświetlił cyniczny uśmiech 

na jego kanciastej twarzy, kiedy z korytarza dobiegły go 

podniesione głosy. No tak, wybiła pierwsza. Dręczycielka jak 

zwykle przybyła punktualnie. 

Zwariowana dziewczyna, ale i odważna, skoro ośmiela się 

drażnić lwa w jego własnym legowisku. Sądząc po hałasie, 

w końcu jednak przyprowadziła posiłki. Oczywiście zupełnie 

niepotrzebnie. Strata czasu. Anthony nie mógł jej pomóc, 

nawet gdyby chciał. 

Jego usta wykrzywiły się w lekkim uśmiechu, kiedy usłyszał 

krzyki mężczyzny. 

- Po moim trupie! Nie wolno przeszkadzać jego lordowskiej 

mości! 

Vincent, służący i kamerdyner, który niegdyś parał się 

rzeźnictwem, najwyraźniej zaczynał tracić cierpliwość, co nie 

wróżyło sukcesu sprawcom całego zamieszania. W innych 

okolicznościach Anthony chętnie obejrzałby spektakl z udziałem 

Tytana z Kornwalti i niesławnej panny Halliwell. Vincent nie 

podniósłby na damę nawet palca. Wystarczyłby delikatny 

uścisk jego potężnej dłoni, by zaczęła błagać o litość. 

10 

Zza okien dobiegały odgłosy piorunów, zwiastując nadejście 

burzy. Spienione fale wściekle rozbijały się o klify. W pokoju 

z wolna zapadał mrok. 

Anthony właśnie odłożył list kondolencyjny, który przed 

chwilą otrzymał, kiedy nagle za jego plecami otworzyły się 

drzwi. 

- Milordzie! - Vincent aż trząsł się ze zdenerwowania. -

Moja cierpliwość ma swoje granice. 

- Cóż, okazuje się, że łatwo wyprowadzić cię z równowagi. 

Policzki Vincenta, ukryte pod krzaczastymi bokobrodami, 

wyraźnie się zaczerwieniły. 

- Ta kobieta nie chce przyjąć odmowy do wiadomości. 

- Chyba że ją osobiście odprowadzisz na plażę. Oczywiście 

w niczym nie uchybiając dobrym manierom. 

- Milordzie, ona mnie szturchnęła. 

Wyraźnie rozbawiony Anthony pochylił się do przodu. 

- Co zrobiła? 

- Szturchnęła mnie parasolką. W... zadek. - Oburzony Vin-

cent oparł się o drzwi, próbując zatarasować wejście swoim 

ogromnym ciałem. - Przygotować się do obrony! - zdążył 

jeszcze krzyknąć, zanim do pokoju wdarła się chmura niebies-

koszarego muślinu. - To oblężenie! 

Oblężenie. 

Anthony zerwał się na równe nogi, wykrzywiając twarz na 

widok intruzów, Troje śmiałków wtargnęło do biblioteki, 

bezczeszcząc jego męskie sanktuarium i brutalnie wyrywając 

go z żałobnej zadumy nad losem niedawno zmarłego brata. 

Właściwie to do sali wdarła się niewiasta w intrygującym 

czepeczku zacieniającym twarz. Towarzyszący jej dwaj męż­

czyźni byli wyraźnie onieśmieleni i spoglądali na gospodarza 

przepraszająco. Przynajmniej oni mieli na tyle rozumu, by się 

go bać. 

Młoda kobieta była albo tak bezczelna, albo nie miała żadnej 

towarzyskiej ogłady. 

11 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Milordzie, prosimy o wybaczenie - odezwał się korpulent­

ny starszy mężczyzna ze starannie podstrzyżoną siwą brodą. 

Młodszy, wysoki brunet, miał około trzydziestu lat. Mrugając 

nerwowo zza okularów w złotych oprawkach, próbował wydusić 

z siebie przeprosiny. 

- Nie powinniśmy byli tak nalegać. Może lepiej przyjdziemy 

kiedy indziej... - wyjąkał. 

- Milcz. Elliotcie! - Młoda kobieta stuknęła parasolką 

w podłogę dla podkreślenia wagi swoich słów. - Onieśmiela 

cię, choć nie wyrzekł jeszcze nawet słowa. Przecież wiemy, 

że jego lordowska mość to najłagodniejszy człowiek na świecie. 

Wiemy, że nas ciepło przyjmie. 

- Wyjść. - Anthony wskazał drzwi. Na jego szczupłej twarzy 

nie było śladu ani łagodności, ani tym bardziej ciepła. - Nie 

mam czasu na takie bzdury. - Wpatrywał się w schowaną pod 

czepkiem twarz. - Żegnam panią, panno Hollywell. 

- Nazywam się Halliwell, lordzie Pendragon. Morwenna 

Halliwell. 

Uśmiechnął się chłodno. 

- Pentargon. 

- Och! -Jej usta wykrzywiły się w nieszczerym uśmiechu. -

Przepraszam. 

- Sir Dunstan Halliwell. - Starszy mężczyzna wyciągnął 

na powitanie rękę z taką pokorą, że Anthony nie był w stanie 

się oprzeć. - To prawdziwy zaszczyt poznać waszą lordowska 

mość. 

- Elliott Winleigh - odezwał się młodszy o palcach po­

plamionych inkaustem, odrywając wzrok od wiszących na 

ścianach akwarel. - Do pańskich usług, milordzie - dodał, 

pochylając się w ukłonie. 

Anthony skinął głową. 

- Może innym razem, bo dziś, a właściwie przez cały 

tydzień jestem bardzo zajęty. Interesy. 

- Właśnie dlatego przychodzimy. W interesach - wtrąciła 

12 

KLIFY 

zrozpaczona panna Halliwell, po czym niedbałym ruchem 

dłoni zsunęła czepek na kark, odsłaniając twarz z naturalnością 

bardziej rozbrajającą niż frontalny atak. 

Na ten widok Anthony jeszcze bardziej się skrzywił. Nim 

zdążył się otrząsnąć, jego myśli zakotłowały się i runęły 

niczym lawina kamieni toczących się po skalnym zboczu. 

Dziewczyna była wyjątkowo piękna, co do tego nie miał już 

żadnych wątpliwości. 

Jej zielone oczy patrzyły na niego niewinnie, przywołując 

jakieś odległe wspomnienia. Orzechowozłote włosy były zbyt 

ciężkie, by utrzymać się w nisko upiętym koku. Rysy twarzy 

miała tak delikatne, jak gdyby wyrzeźbiono je w bryle lodu. 

Anthony zastanawiał się, czy nie roztopiłaby się, gdyby na nią 

chuchnął. Najbardziej zaniepokoił go jednak fakt, że dziewczyna 

wydawała mu się dziwnie znajoma. 

- Czy my się znamy? - zapytał z zakłopotaniem. 

Spojrzała na niego jak na wariata. 

- Przed chwilą się przedstawiłam. Od tygodnia co rano 

prosiłam o spotkanie, ale Jack Morderca nie pozwolił mi nawet 

zbliżać się do drzwi. 

- Morwenno! - Stryj dyskretnie chrząknął. - Jego lordowska 

mość jest bardzo zajęty. Do rzeczy, kochanie. 

- Nie będzie żadnej rzeczy - odezwał się chłodno Anthony. -

Szkoda tracić czas. Wiem, o co wam chodzi. To niemożliwe. 

Morwenna spojrzała na niego przenikliwie. W jej oczach 

płonęły tak silne emocje, że aż zrobiło mu się gorąco. 

- Może znał pan mojego ojca, sir Rolanda Halliwella -

zaczęła. - Był uczonym i antykwariuszem. Jako człowiek 

wielkiego umysłu z pewnością ma pan w swej bibliotece 

książki jego autorstwa. „W krainie małych ludzi". 

- „Ekskalibur w Anglii" - dodał Elliott. 

Morwenna w przypływie entuzjazmu położyła parasolkę na 

sekretarzy ku. 

- Milordzie, nie dalej jak na dwa tygodnie przed swoją 

13 

background image

JILLIAN HUNTER 

tragiczną śmiercią ukochany brat pana czytał jedną z książek 

papy-

Anthony zaklął pod nosem, patrząc, jak jego listy błys­

kawicznie nasiąkają atramentem wyciekającym z kałamarza, 

który przewróciła parasolką. 

- Przykro nam z powodu pańskiego brata, milordzie -

szepnęła, wpatrując się w wolno rozlewającą się po blacie 

granatową plamę. Elliott rzucił się z chusteczką, by zetrzeć 

atrament. 

Anthony odwrócił się i szarpnął za dzwonek, by wezwać 

służącą. 

- Nie mogę pomóc, panno Halliwell. Rozumiem powody, 

dla których pani tu przybyła. Niestety, kontrakt na sprzedaż 

wyspy jest już gotowy. Pracowała nad nim cała armia pra­

wników. 

- Postępuje pan zbyt pochopnie - powiedziała. - Odkąd 

zjawił się pan na wyspie, prawie nie opuszcza pan murów 

zamku. Pański brat kochał Abandon. 

Jego niebieskoszare oczy groźnie pociemniały. 

- Gdyby nie zaszył się na tej zapomnianej przez cały świat 

kupie granitu, by badać te śmieszne zjawiska, na przykład 

syreny, prawdopodobnie żyłby do dziś. 

- Był tu szczęśliwy - odezwała się zaskoczona. - Nie znałam 

go osobiście, ale wiem, że mieszkańcy wyspy bardzo go kochali. 

Jestem przekonana, że nie sprzedałby nawet jednego kamyka. 

Anthony zacisnął dłoń na oparciu fotela i spojrzał na twarz 

dziewczyny z tą bezwzględną surowością, która sprawiała, że 

większość mężczyzn zapominała języka w gębie. 

- Mój brat odszedł. Im szybciej pozbędę się tej wyspy, tym 

lepiej. 

- Jak może być pan tak bezduszny, kiedy w grę wchodzi 

życie tylu rodzin? 

- Nie zamierzam się tłumaczyć ze swoich decyzji - stwier­

dził ostro. 

14 

KLIFY 

- Myślę, że powinien pan - mruknęła pod nosem. 

Groźną ciszę przerwało brzęczenie porcelany, które w tym 

momencie rozległo się za drzwiami. Nawet burza za oknem 

ustała na chwilę, jak gdyby oczekując na wynik potyczki, której 

ta odważna dziewczyna nie mogła wygrać. 

- Herbata dla gości, milordzie. - Śliczna komwalijska gos­

podyni, Tillie Treffry, z uśmiechem odsunęła łokciem karafkę 

brandy i postawiła na stole tacę. - Ciasteczka prosto z pieca 

i świeżutka śmietanka. 

Kiedy posłała pannic Halliwell ukradkowe spojrzenie, An­

thony od razu domyślił się, że kobiety są w spisku. 

- Nie prosiłem o herbatę, pani Treffry - rzucił oschle. -

Wezwałem panią, by uprzątnęła pani mój sekretarzyk. Goście 

już wychodzą. 

- Wychodzą? Milordzie, jakże oni w taką pogodę dopłyną 

na drugi koniec wyspy? 

- Tak samo, jak przypłynęli tutaj - powiedział Anthony, 

patrząc prosto w twarz sir Dunstana. - Proszę zrozumieć, w tej 

chwili przeprowadzam na wyspie jeszcze drobne prace, które 

są warunkiem sprzedaży. 

Sir Dunstan, dając znaki bratanicy, ruszył w kierunku drzwi. 

- Chodźmy, Morwenno. Powinniśmy byli wcześniej napisać 

list do jego lordowskiej mości i wyjaśnić nasz problem. 

Morwenna nawet nie drgnęła. 

- Lordzie Pentargon, sprzedając Abandon w obce ręce, 

skazuje pan mieszkańców wyspy na zagładę. 

Jej pełne emocji oczy przypominały plamę oleju na ciemno­

zielonej powierzchni kornwalijskiego morza. 

- Ależ markiz Camelbourne nie jest potworem. Nikogo nie 

pozbawi dachu nad głową ani nie ześle na wygnanie do Kanady. 

- Lord Kamienne Serce - powiedziała. - Tak pana nazywają. 

Nie wierzyłam ostrzeżeniom. Aż do teraz uważałam, że oceniają 

pana niesprawiedliwie. 

Roześmiał się. 

15 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Postępu nie da się powstrzymać parasolką. 

- Możliwe. - Patrzyła na niego, mrużąc oczy. - Ale z pew­

nością można zadać nią kilka ciosów. 

- Wiem coś o tym - mruknął Vincent, podsłuchujący całą 

rozmowę pod drzwiami. 

Nagle Anthony w zupełnie szaleńczym odruchu zapragnął 

wziąć pannę Halliwell w ramiona, rzucić ją na łoże i... cóż, 

w tym momencie powstrzymał wyobraźnię. W końcu był 

dżentelmenem, choć to dziewczę zdołało obudzić barbarzyńskie 

instynkty drzemiące w jego męskiej duszy. 

Rzucił jej spojrzenie, które miało zmiażdżyć jej butę. 

- Zawarłem już umowę, panno Halliwell. 

- Chyba z diabłem - odparowała. 

- Wystarczy, Morwenno. - Stryj mocno chwycił ją pod 

ramię i pociągnął w stronę drzwi. 

- Nie wyjdę stąd, dopóki nie zostanę wysłuchana - zagroziła, 

wciąż wpatrując się w twarz Anthony'ego, jak gdyby nie 

zdawała sobie sprawy z nietaktu. 

- W takim razie ja wyjdę - stwierdził. 

Kiedy ich mijał, w sali zapadła cisza. Zastanawiał się, czy 

zauważyła jego chwiejny krok. Dlaczego w ogóle go to ob­

chodziło? Jej skóra pachniała liliami. Zapach był tak ulotny, 

że ledwo go rozpoznał, kiedy odwrócił się i jeszcze raz na nią 

spojrzał. 

Ich oczy się spotkały. Przez moment myślał, że zdzieli go 

po głowie parasolką. Mocne ciało Vincenta z pewnością znało 

siłę wspomnianych przez nią ciosów. 

Tymczasem to nieśmiałemu Elliottowi udało się zatrzymać 

wychodzącego. Anthony nigdy w życiu nie słyszał czegoś tak 

niedorzecznego. 

- Jeśli można... chciałbym naszkicować pański portret, 

milordzie. 

Anthony oniemiał. 

- Słucham? 

16 

KLIFY 

Elliott zaczerwienił się. W dłoni wciąż trzymał jeden z po­

plamionych atramentem listów, czekając, aż pokojówka uprząt­

nie sekretarzyk. 

- Ilustruję książkę, która zostanie wydana na początku 

przyszłego roku. Chciałbym naszkicować pana w stroju z epoki. 

Rzecz dotyczy legend arturiańskich i ich związku z Kornwalią. 

Papa panny Halliwell zmarł przedwcześnie i nie zdążył dokoń­

czyć pracy. Byłbym za... zaszczycony, gdyby zechciał pan być 

moim modelem. 

- Szkicować? Mnie? Pochlebia mi pan, panie Winleigh -

powiedział z drwiną, a właściwie ze zdumieniem. Jako dziecko 

Anthony ciężko chorował. Nigdy nie uważał się za przystojnego 

mężczyznę, mimo że pociągał wiele kobiet. - Niestety, jestem 

bardzo zajęty. A poza tym nie wyobrażam sobie siebie w roli 

bohatera. 

- Jestem pewien, że będzie pan doskonałym sir Gawainem, 

milordzie - nalegał Elliott. - Ma pan posturę rycerza, a twarz... 

Pańska twarz przywodzi na myśl wojownika, jest w niej taka 

głębia charakteru. 

- Och, Elliotcie - szepnęła z rozdrażnieniem dziewczyna. -

Przesadzasz z tymi swoimi artystycznymi obsesjami. Jak mo­

żesz? To raczej typ Mordreda niż Gawaina. Sir Gawain był 

blondynem. 

Anthony omal się nie roześmiał. Znał opowieści arturiańskie 

na tyle dobrze, by wiedzieć, że z wszystkich postaci to Mordred, 

siostrzeniec legendarnego króla Artura, był najczarniejszym 

charakterem, zdrajcą, który zadał władcy śmiertelny cios. 

- Panie Winleigh, bardzo pan uprzejmy - mruknął, zamykając 

drzwi tuż przed nosami trójki zdumionych gości. - Zbyt uprzejmy. 

Lizie wczy na jęknęła głucho za jego plecami. Wyczuł jej 

konsternację i oburzenie pomieszane z niedowierzaniem. Roze­

śmiał się. Chichotał, wspinając się po schodach na wieżę, skąd 

17 

background image

JILLIAN HUNTER 

wraz z Vincentem przez kilka minut przyglądali się, jak 

natrętni goście, niczego nie załatwiwszy, odchodzą. 

- Vincencie, dlaczego miałbym się przejmować tym, co 

myśli ta panna? 

- Nie powinien pan, milordzie. Ani trochę. 

- Zrobiłem to, co było konieczne. A decyzję podjąłem 

miesiąc temu. 

- W rzeczy samej, milordzie. 

- Sam powiedz. Vincencie, stoimy tu w strugach deszczu. 

Ta głupia dziewczyna ośmiela się odwoływać do mojego 

sumienia, a przecież moje motywy są uczciwe. Nie sprzedaję 

tej przeklętej wyspy dla zysku. 

- Oczywiście, że nie, milordzie. 

Anthony zmarszczył czoło. Jego młodszy brat Ethan zmarł 

kilka miesięcy temu, zostawiając mu Abandon, maleńką wysep­

kę u wybrzeży Kornwalii. Pewnego ranka, prawdopodobnie 

podczas tych absurdalnych poszukiwań syren, Ethan spadł 

z klifu i się utopił. Zdaniem Anthony'ego, Ethan, który podczas 

wojny odniósł wiele ciężkich obrażeń, w ogóle nie powinien 

był sprowadzać się w to przeklęte miejsce. Im szybciej po­

zbędzie się wyspy, tym lepiej. 

Szczerze mówiąc, Anthony był zaskoczony ofertą. Kiedy 

dowiedział się, że wyspą interesuje się jego stary znajomy, 

wpływowy markiz Camelbourne, poważany mąż stanu i przy­

jaciel księcia Alberta, nie posiadał sie z radości. Od dwóch lat 

Anthony szukał politycznego sprzymierzeńca, który poparłby 

jego pomysł zreformowania ustawy dotyczącej niewolniczej 

pracy dzieci. 

Zawarli umowę. Camelbourne odkupi Abandon w zamian 

za polityczne wsparcie. Niewinne dzieci nie będą zmuszane 

do morderczej pracy w nieludzkich warunkach. 

- Czy nikt jej nie nauczył, że czasami trzeba poświęcić coś 

dla większej sprawy? - rozmyślał na głos Anthony. - Czy ta 

dziewczyna nie pojmuje, że człowiek czasami nie ma wyboru? 

18 

KLIFY 

Tym razem Vincent nie odpowiedział. Był zbyt zajęty 

obserwowaniem łodzi, która właśnie wypływała na pełne 

morze. Służba zgromadzona na zamkowej grobli z równym 

zainteresowaniem przyglądała się, jak dziewczyna w czepku 

kręci się nerwowo w kołyszącej się łodzi. Choć była dość 

daleko, Anthony widział jej profil. 

Vincent spojrzał przez lornetę. 

- Służba uważa, że wysyłamy ich na pewną śmierć. 

- Sztorm już się uspokaja - zauważył Anthony. Odetchnął 

z ulgą, widząc, że ciężkie chmury wiszące nad zamkiem powoli 

się rozpływają. - Właściwie mogli przeczekać ten deszcz 

w salonie. 

- Tak, rzeczywiście mogliśmy im to zaproponować, mi­

lordzie. 

Anthony spojrzał na niego. 

- Tyle że Jack Morderca i Mordred, Król Rębaczy, nie 

byliby najlepszymi gospodarzami. 

- Mimo to, milordzie, nie chcielibyśmy, żeby nam się potopili. 

- Nie - mruknął Anthony. - Nie chcielibyśmy. 

Deszcz zamienił się w drobny kapuśniaczek, ale morze 

wciąż było wzburzone. Zielone fale były tak przejrzyste, że 

widać było dno. Anthony patrzył na oddalającą się łódź i nagle 

poczuł niepokój o dziewczynę. Może i była utrapieniem, ale 

przecież nie życzył jej źle. 

1 wtedy dziewczyna spojrzała w jego stronę. Patrzyła na 

niego, a wiatr nagle przyniósł zapach lilii. Przed oczyma 

Anthony'ego pojawiły się zupełnie wyraźne i znajome obrazy, 

przenosząc go w przeszłość niczym zaklęcie. 

W głowie słyszał dziecięce głosy, podniecone i niecierp­

liwe. 

- Ethan, podaj miecz! Zabawimy się w króla Artura. Kto 

ostatni w lesie, ten będzie giermkiem. 

19 

background image

JILLIAN HUNTER 

Wtedy dobiegł go głos Ethana. 

- Hej, głupki, zaczekajcie na Anthony'ego. Przecież on nie 

może tak szybko biegać. 

- Ethan, czy my musimy go wszędzie ze sobą zabierać? 

Przez niego zawsze się tak wleczemy. 

- Musimy. To mój brat - powiedział Ethan, po czym dodał 

z lekką irytacją. - No, dalej, Anthony, wstawaj. Wysil się 

trochę i przejdź przez mur. Podsadzę cię. 

- Idź sam, dobrze? - Anthony wtulił twarz w trawę. - Nie 

mam ochoty się z wami bawić. I tak nigdy nie było żadnego 

króla Artura. To wszystko bujda dla głupków. 

Ethan spojrzał na niego surowo. 

- Pomogę ci wejść na górę, ale z muru musisz sam zeskoczyć. 

- Idź do diabła! 

- Ethan! Ethan! - zawołali chłopcy, którzy dobiegli już do 

skraju lasu. - Wasza guwernantka idzie! Schowajcie się, bo 

was złapie! 

Ethan zaczekał, aż koledzy znikną w lesie, po czym 

zwinnie wdrapał się na mur. Zarumieniony z dumy, ze­

skoczył po drugiej stronie, ruszył biegiem przed siebie, ale 

ledwo zrobił trzy kroki, potknął się na łopacie i runął jak 

długi. 

Anthony, słysząc śmiech chłopców, którzy już zdążyli scho­

wać się w leśnych gąszczach, zacisnął zęby. Nowa guwernantka, 

kobieta niezwykle stanowcza, zbliżała się, by schwytać krnąbr­

nych podopiecznych. 

W piersiach bolało go od wysiłku, z jakim próbował po­

wstrzymać łzy. Miał dziewięć łat, był najstarszym synem, 

słabeuszem cierpiącym na zanik mięśni. Ze względu na uciąż­

liwą przypadłość ojciec zabronił mu uprawiać sporty. Większość 

ludzi uważała, że książę podjął taką decyzję w trosce o jego 

zdrowie. Anthony znał jednak prawdę. Ojciec po prostu wstydził 

się niezdarnego syna i dlatego próbował trzymać go z dala od 

ludzkich oczu. 

20 

KLIFY 

Guwernantka znalazła go leżącego z twarzą w trawie. Udawał, 

że nie zwraca na nią uwagi. Położyła mu rękę na ramieniu, co 

za upokorzenie! 

- Nic ci nie jest, młody lordzie. 

Dziwne, ale teraz, w wyobraźni, zdanie to miało formę 

twierdzenia, nie pytania. 

Umarłby ze wstydu, gdyby wtedy, na oczach chłopców, 

pomogła mu wstać. Podniósł się, patrząc na nią z wyrzutem. 

Spojrzała w stronę lasu. 

- Nie idziesz bawić się z kolegami? 

- To nie są moi koledzy, a poza tym nie mam ochoty bawić 

się w króla Artura. To głupia zabawa. Nikogo takiego nie było. 

Guwernantka podniosła z ziemi patyk. 

- Twój miecz, dzielny rycerzu. 

Nie widział jej włosów, bo ukrywała je pod wielkim czep­

kiem, a jej oczy... były zielone, a może twarz tej drugiej 

dziewczyny wypełniła mu luki w pamięci? 

- Żadna guwernantka nie wytrzyma u nas zbyt długo -

zwierzył jej się w zaufaniu. - Mama jest uzależniona od 

laudanum, a tato ma bardzo wybuchowy temperament. 

- Twój tato wyjeżdża w interesach do Chin - mówiła niskim, 

hipnotyzującym głosem. - Długo go nie będzie, milordzie. Pod 

jego nieobecność urośniesz i zmężniejesz tak, że nie pozna cię 

po powrocie. 

Nie odłożyła patyka. Anthony miał ochotę ją uderzyć albo 

uciec, ale nie mógł się poruszyć. 

- Nigdy nie będę silny. A ty... ty jesteś głupia. 

- Będziesz ćwiczył szermierkę i zostaniesz najdzielniejszym 

rycerzem na dworze króla Artura. Twoim obowiązkiem stanie 

się obrona słabych i niewinnych istot. Młody lordzie, zawsze 

postępuj uczciwie. 

- Nikt oprócz Ethana nie chce się ze mną bawić. 

- Będziesz ćwiczył pod okiem mistrza szermierki. Dziś rano 

po niego posłano. 

21 

background image

JILLIAN HUNTER 

Albo z niego żartowała, albo była szalona, Anthony cofnął 

się niepewnie o krok. 

- Pasuję cię na rycerza, młody lordzie - powiedziała. -

Uklęknij. 

- Ja? Mam przed tobą klękać? Jesteś tylko służącą. - A jed­

nak kiedy zrobił jeszcze jeden krok w tył, jego biodro nagle 

znieruchomiało. Osunął się na kolano, mrugając z niedowie­

rzaniem. Gdy dotknęła patykiem jego ramienia, poczuł nagły 

przypływ siły. A może była to jedynie gra wyobraźni? Marzył 

o magicznej różdżce, której dotknięcie postawiłoby go na nogi, 

uzdrowiło, by mógł bawić się z chłopcami. 

Poderwał się z kolan, uświadamiając sobie z goryczą, że nic 

się nie zmieniło. Jego ruchy były nadal nieskoordynowane, 

wciąż kulał. Nie usłyszał, co mówiła, bo dławiło go roz­

czarowanie. 

- To głupie - szepnął. 

Dopiero teraz Anthony uświadomił sobie, że guwernantka 

pachniała liliami. W tamtych czasach zupełnie nie zwrócił na 

to uwagi, nie interesowało go to. Chciał wykrzyczeć, że nie 

miała racji, że nigdy nie będzie silny ani nie weźmie udziału 

w żadnej bitwie. 

Trzy tygodnie później guwernantka odeszła z ich domu 

w Devon, ale nie było czasu, żeby zastanawiać się nad jej 

tajemniczym zniknięciem. Tego samego dnia pojawił się bo­

wiem mistrz szermierki. Tydzień później zatrudniono nowego 

stajennego, pół-Cygana z Walii, który jako były dżokej udzielał 

chłopcom lekcji jazdy konnej. 

Z czasem uzależniona od laudanum matka poważnie zapadła 

na zdrowiu. Anthony zmężniał, jednak zmiany zachodziły 

w nim tak wolno, że właściwie on sam niczego nie zauważył. 

Któregoś dnia wdał się w bójkę z jednym z chłopców, który 

podbił Ethanowi oko. Od tej chwili życie Anthony'ego uległo 

zmianie. 

- Omal go nie zabiłeś! - krzyknął Ethan, kiedy chłopcy 

22 

KLIFY 

w milczeniu otoczyli leżącego. Anthony masował obolałą 

pięść. Nadal lekko utykał, wiedział, że to się już nigdy nie 

/mieni, ale jego sylwetka nabrała męskości. Miał szerokie 

ramiona i umięśnioną klatkę piersiową, a rysy twarzy dowodziły 

dojrzałości. Był wyższy od kolegów, żaden z nich nie potrafił 

tak dobrze jeździć konno. Dorównywał mu jedynie stajenny 

Leon, poł-Cygan, który pogratulował mu po walce. 

Przez te wszystkie lata Anthony nie miał żadnych wiado­

mości o guwernantce. Po śmierci rodziców odziedziczył cały 

majątek. Ethan pojechał walczyć do Indii i jak na ironię 

powrócił do Anglii jako kaleka z kulą tkwiącą w kręgo­

słupie. 

Anthony nigdy nie wspominał odważnej kobiety. Pomyślał 

o niej dopiero dziś, kiedy spotkał dziewczynę, która przypo­

mniała mu o królu Arturze. Powrócił ulotny zapach lilii. 

Nieposkromiony duch dziewczyny zdawał się krzyczeć: Nigdy 

nie zaakceptuję świata takiego jak ten! 

Urok został zdjęty. Anthony odetchnął. 

- Cóż takiego sprawiło, że mój brat był na tej ponurej 

wyspie taki szczęśliwy? 

Vincent. słuchający tylko jednym uchem, zerknął przez 

lornetę. 

- Niektórzy odnajdują spokój w prostocie. Dobry Boże, 

dziewczyna trzyma wiosło. Dziwne. 

- A co w tym dziwnego? - zapytał Anthony. - Tu, na 

wyspach Scilly, kobiety często same wiosłują. 

- Nie o tym mówię, milordzie... - Vincent opuścił lornetę 

i spojrzał na Anthony'ego z konsternacją. - Zdaje się, że 

sztorm jakimś dziwnym zrządzeniem omija ich łódź. 

- Co takiego?! - Anthony z niedowierzaniem wziął od 

Vincenta lornetkę. - Daj popatrzeć - powiedział, mrużąc oczy. 

Z daleka rzeczywiście wyglądało to tak, jakby fale wokół 

23 

background image

JILLIAN HUNTER 

łodzi uspokoiły się, podczas gdy za nimi wściekle szalało 

spienione morze. 

- To tylko złudzenie, gra świateł na wodzie - odezwał się 

w końcu. - Zobacz, deszcz ustał. Wiatr cichnie. 

- A to, w górze, to też tylko złudzenie? - Vincent wskazał 

dłonią idealną tęczę, która właśnie pojawiła się na niebie 

dokładnie nad łodzią Morwenny. 

W dole na grobli rozległy się oklaski i zdumione okrzyki 

służby. 

Anthony pokiwał głową. 

- Można by pomyśleć, że w życiu nie widzieli tęczy. 

- Milordzie, przy tej dziewczynie pojawiają się też inne 

niezwykłe zjawiska. 

- Jak na przykład oblężenie zamku? 

- Ostatnio na wyspie zakwitły bardzo rzadkie gatunki lilii, 

tak cenione przez botaników i kwiaciarzy na kontynencie. 

- Vincent, i ty wierzysz w te brednie? 

- Ani trochę, milordzie. 
Obaj mężczyźni stali przez chwilę w milczeniu, obserwując 

zniknięcie tęczy. Łódź panny Halliwell również znikła za 

klifami. 

- Dość już zmarnowałem dziś czasu - odezwał się An­

thony. - Camelbourne zamierza przejąć wyspę przed końcem 

miesiąca, a ja ledwo zacząłem pakować rzeczy Ethana. 

- Milordzie, służba obawia się, że markiz wypowie im 

posady. 

Anthony zmarszczył brwi. 

- Cóż, mogę spróbować znaleźć im coś na kontynencie. 

- Ale przecież nie dla całej wyspy - dokończył za niego 

Vincent, kiedy Anthony ruszył w kierunku drzwi. - To po to 

dziś przyjechała. 

- Wybacz, Vincencie. Czyżbyś próbował dodać coś do 

opisu niesamowitej panny Halliwell? Może powstała z morskiej 

piany, kiedy nie patrzyłem? 

24 

KLIFY 

Postawny kamerdyner był zakłopotany. 

- Niczego takiego nie zauważyłem, choć istotnie, milordzie, 

zapomniałem zwrócić pańską uwagę na tego kruka, który od 

jej powrotu krąży nad klifami. 

- Kruk? 

- Pojawia się, żeby ostrzec mieszkańców wyspy o zbliża­

jącym się niebezpieczeństwie - wyjaśnił Vincent. - Ptak przy­

prowadził matkę do dziecka uwięzionego na skałach podczas 

przypływu. Ostrzegł rybaków na łodzi przed śmiertelnie niebez­

piecznym wirem. 

- Zbieg okoliczności. 

- Tubylcy wierzą, że to duch króla Artura przybiera postać 

kruka i przybywa tu, by uratować Abandon przed złym losem. 

Anthony roześmiał się. 

- Zły los oczywiście przybywa pod moją postacią. 

Vincent pogładził bokobrody. 

- Miejscowi powiadają, że cała rodzina panny Halliwell jest 

obdarzona tajemniczą mocą. 

- Kruki - powiedział Anthony. - Tęcze, rzadkie gatunki 

lilii. Niech pokojówka przyniesie do biblioteki dzbanek mocnej 

kawy. Im szybciej opuścimy wyspę, tym lepiej. Ma na ciebie 

zbyt duży wpływ. 

background image

imo wczesnej pory granitowy domek na farmie tonął 

w blasku świec, niczym bezpieczna i przytulna przystań w czasie 

sztormów, które tak często nawiedzały Abandon. Morwenna 

w otoczeniu gromadki kotów usadowiła się wygodnie na sofie. 

Tydzień po jej powrocie, jak na zawołanie, na progu domostwa 

pojawiły się zwierzęta. 

Morwenna nie widziała w tym fakcie niczego nadzwyczaj­

nego. W życiu trzech sióstr Halliwell wydarzyło się już tyle 

niewytłumaczalnych zjawisk, że w końcu dziewczęta przywykły 

do tych dziwactw. Matka, która zmarła trzynaście lat temu, 

była znaną na całej wyspie uzdrowicielką, a ojciec Morwenny... 

cóż, wystarczało rozejrzeć się po domu, by stwierdzić, że i on 

był nie lada ekscentrykiem. 

Pokojówka nie nadążała z odkurzaniem przedziwnej kolekcji 

zabytkowych przedmiotów, jakie przez całe życie gromadził. 

Przy drzwiach leżały mówiące kamienie, które, o ile Morwenna 

pamiętała, nigdy nie odezwały się nawet słowem. Maleńka 

główka malajskiego szamana, wisząca w kuchni nad zlewem, 

napędzała tylko strachu. Choć Morwenna szczególnie przy­

wiązała się do wysadzanej kryształami bransolety, która rze­

komo należała do Morgan le Fay, nie potrafiła rozstać się 

z żadnym ze skarbów papy. Upłynęło już czternaście miesięcy, 

26 

KLIFY 

ale Morwenna nadal nie mogła się pogodzić z jego odejściem. 

Wciąż za nim tęskniła. 

Od niepamiętnych czasów Halliwellowie odstawali od reszty 

społeczeństwa. Spędziwszy rok w Londynie, Morwenna i stryj 

Dunstan postanowili wrócić do Komwalii. Oboje udawali, że 

do domu przygnały ich obowiązki. Twierdzili, że muszą dokoń­

czyć książkę papy, ale prawda była taka, że życie w Londynie 

zupełnie im nie odpowiadało. Brakowało im przyjaciół i pie­

niędzy. 

Dziś po raz pierwszy od powrotu Morwenna zastanawiała 

się, czy nie popełniła błędu. Położyła na podnóżku odziane 

w pończochy stopy i w zamyśleniu zapatrzyła się na spowity 

mgłą brzeg morza. 

Wyspa żywiła sto sześćdziesiąt osób, których los uzależniony 

był od połowu ryb i hodowli kwiatów. Jeśli markiz przejmie 

władzę, będzie to koniec dla tego raju. Już zapowiedział, że 

zamierza wykorzystać spory kawał terenu pod budowę pałacyku 

myśliwskiego. Przysłani przez niego robotnicy zdążyli rozdeptać 

Betki drogocennych cebulek. 

Lord Pentargon mógłby temu zapobiec jednym pstryknięciem 

palców. Niestety, postanowił, że tego nie uczyni. 

- W tym potworze nie ma odrobiny szlachetności. Żadnej 

cechy, której można by się spodziewać po rycerzu - mówiła, 

poruszając palcami u stóp. - Elliotcie, zupełnie nie rozumiem, 

jak mogłeś zaproponować, że będziesz go szkicował. Jesteś 

zdrajcą. 

Młody artysta uśmiechnął się słabo, pochylony nad szkicow-

nikiem. Siedział przy oknie, próbując wykorzystać resztki 

dziennego światła. Jego zwinne palce poruszały się, nawet 

kiedy mówił. 

- Jego twarz, Morwenno. Wspaniała. Jak wykuta w granicie. 

- Zupełnie jak jego serce. 

- Mógłbym przysiąc, że widziałem tłumioną pasję w jego 

oczach. 

27 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Zupełnie takich jak lodowato zimna woda pod powierzch­

nią zamarzniętego jeziora - wycedziła. 

- I te niezwykłe emocje - mówił dalej Elliott, potrząsając 

z podziwem głową. 

- Chciwość? - zastanawiała się Morwenna. - Niecierpli­

wość? Och... - Delikatnie zdjęła z kolan drzemiącego kota 

i wstała z sofy. - A co ty tam rysujesz? 

Uśmiechnął się, nie podnosząc głowy. 

Morwenna znała Elliotta od ośmiu lat. Pamiętała ten dzień, 

kiedy jeszcze jako chłopak na posyłki od kapelusznika zaczepił 

sir Rolanda na ulicy w Londynie i błagał, by ten pozwolił mu 

ilustrować jego książkę o królu Arturze. 

Początkowo ojciec śmiał się z tego pomysłu, ale Elliott 

nalegał. Ciągle podrzucał im pod drzwi jakieś rysunki, 

chodził za ojcem krok w krok. W końcu papa dał się 

przekonać i uwierzył w jego talent. Podobało mu się, że 

Elliott tak poważnie podchodzi do swojej twórczości. Był tak 

przejęty pracą nad książką, że prawie zapomniał o swojej 

młodziutkiej żonie, którą poślubił niecały rok wcześniej. 

Czasami Morwenna współczuła biednej kobiecie. Jeszcze 

niedawno Elliott był tak zakochany w żonie, że bez przerwy 

szkicował jej portrety, a teraz prawie nie wspominał jej 

imienia. 

W tamtych czasach zleceniodawca wycofał uzgodnione już 

zamówienie na fresk w pałacu Westminster. Wkrótce potem 

ojciec zmarł, a Elliott pogrążył się w depresji. Nalegał, by 

pozwoliła mu jechać ze sobą na Abandon i dokończyć książkę. 

Morwennę martwiły jego nastroje. 

- Twój ojciec okazał mi tyle serca. Chciałbym się od­

wdzięczyć za jego dobroć - mówił. 

Spojrzała mu przez ramię i aż westchnęła. Pracował nad 

rysunkiem przedstawiającym pannę w średniowiecznym stroju, 

pochyloną nad rannym wojownikiem. Szkic sam w sobie był 

uroczy, już przywykła do tego, że Elliott wykorzystywał ją 

28 

KLIFY 

jako modelkę. Przeraził ją fakt, że owym rycerzem był Pen-

largon. 

Zdumiała się, bo widok samej siebie w namiętnym uścisku 

Pentargona sprawił jej dziwną przyjemność. Przez krótką 

chwilę odczuwała niezwykle silne emocje, łączące dziew­

czynę i rannego rycerza, które Elliott uchwycił po mistrzow­

sku. Wydawało jej się, że płonie, na szczęście zdołała się 

uspokoić. 

Owszem, Pentargon był przystojny, i to w ten niebezpieczny 

dla kobiet sposób. Ciekawe, skąd Elliottowi przyszło do głowy, 

by nadać jego twarzy wyraz lojalności i wdzięczności. 

- Elliott, to najgorszy rysunek, jaki w życiu widziałam. 

Okropny. Jak mogłeś narysować coś takiego? 

Wzruszył ramionami. 

- On mi się podoba. Zamierzam wykorzystać go przy 

rysowaniu sir Gawaina. 

- Czyś ty oszalał? - wybuchnęła z oburzeniem. - Nie dość, 

że dziś rano tak się mu podlizywałeś, to jeszcze rysujesz 

Pentargona w roli bohatera. Przecież on chce sprzedać Abandon 

temu arystokracie, który urządzi tu... 

- Sama też mogłaś zachować się bardziej taktownie i zdobyć 

się na drobne pochlebstwa - wtrącił stryj, siedzący w kącie na 

fotelu. - Tyle razy ci powtarzałem, że większość dżentelmenów 

nic przepada za kobietami, które są całkowicie szczere. 

- Elliott - powiedziała, ignorując uwagę stryja. -Zabraniam 

ci wykorzystać ten rysunek w książce papy. 

- Sir Roland dał mi w tej sprawie wolną rękę, Morwenno -

odparł grzecznie. 

- Ale na pewno nie miał na myśli takiego wariactwa. 

- Złościsz się na Pentargona, nie na Elliotta - wytknął jej 

stryj. 

- Ach, poddaję się - rzuciła, opadając na sofę. Kiedy wypięła 

garść szpilek podtrzymujących kok, jej ciemnozłote włosy 

opadły kaskadą na ramiona. Koty natychmiast zaczęły bawić 

29 

background image

JILLIAN HUNTER 

się ich podwiniętymi końcówkami, ale Morwenna zaraz im 

tego zabroniła. 

- Panienko, nie może się panienka poddawać - odezwał się 

w progu zmartwiony głos. - Panienka jest naszym talizmanem. 

Do pokoju weszła Emily Jenkins, gospodyni sir Dunstana, 

niosąc tacę z herbatą i ciasteczkami. 

Tak jak wszyscy mieszkańcy wyspy, prababka Emily, Annie 

Jenkins, wierzyła, że Morwenna wróciła, by uratować wyspę. 

Nikt nie rozumiał, że przyjechała dokończyć książkę ojca. Nie 

mogła jednak siedzieć z założonymi rękami i patrzeć, jak jej 

przyjaciół z dzieciństwa pozbawia się dachu nad głową. 

Morwenna i jej dwie siostry mieszkały z rodzicami na 

Abandonie do czasu, kiedy papa wpadł na pomysł, by ruszyć 

w świat w poszukiwaniu tajemnic i dziwów. Najpierw była to 

Szkocja i Walia, potem Daleki Wschód. Dziewczęta wiele się 

nauczyły podczas podróży, w końcu jednak ich matka, Mildred, 

uznała, że pora wracać do Anglii. 

Oczywiście w tamtych czasach to do Mildred zwracali się 

mieszkańcy wyspy, kiedy zbliżało się jakieś zagrożenie. Z lis­

tów, jakie Morwenna otrzymywała od sióstr, które mieszkały 

ze starszymi ciotkami, wynikało, że wszystkie trzy odziedziczyły 

po matce skłonność do podejmowania się spraw skazanych na 

niepowodzenie. 

- Zawiodłam - powiedziała, kręcąc głową. - Ten człowiek 

już podjął decyzję. 

- Przecież jego brat był takim łagodnym człowiekiem -

wyszeptała Emily. - A jak kochał wyspę... 

Morwenna westchnęła. 

- Zdaje się, że on i Pentargon w niczym nie są do siebie 

podobni. Nie wiem, co robić. 

- Wszyscy na panienkę liczymy - powiedziała cicho Emi­

ly. - Czarownik zaproponował pomoc, ale żąda zbyt wysokiej 

ceny, więc wierzymy w panienkę. Wielu z nas żyje tylko dzięki 

panienki mamie. 

30 

KLIFY 

Morwenna, próbując zebrać myśli, patrzyła w ogień. Pasco 

Illugan, samozwańczy czarownik, był najstraszniejszym czło-

wiekiem, jakiego znała... no, może drugim po Pentargonie. Od 

powrotu na wyspę Morwenna stanowiła dla niego osobiste 

zagrożenie. Sprzedawał środki poronne i złe uroki. Ludzie 

powiadali, że pojawił się na wyspie nazajutrz po śmierci jej 

matki, niczym muchomor, który wyrasta, gdy tylko słońce 

zajdzie za chmurami. 

- Aż strach myśleć, co będzie, gdy ludzie pójdą do czarow-

nika. To zły człowiek, nie wiadomo, jaki los nas przy nim 

czeka. Jeśli wyspa ma zostać uratowana, będzie panienka 

musiała pokonać ich obu. Jego i lorda Kamienne Serce. 

N iecałe trzy godziny później Morwenna stanęła do walki 

ze złem. Czarownik mieszkał w mrocznym zakątku wyspy, na 

przylądku Skulla, gdzie nigdy nie kwitły lilie, a statki rozbijały 

się o skały ukryte pod powierzchnią wody. 

W jego ogrodzie rosły rośliny, które zwykle przynoszą 

nieszczęście: cykuta, lulek, kulczyba. Na parapecie okiennym 

siedział posępny jednooki kruk i przyglądał się nadchodzącej 

Morwennie. Przystanęła, zastanawiając się, dlaczego spośród 

wszystkich mieszkańców właśnie ona została wyznaczona do 

uratowania wyspy. Uważała, że brak jej odwagi i nadziei na 

zwycięstwo w walce z wszechmocnym Pentargonem. 

Była zdesperowana. 

- No, chodź! - szepnęła przez ramię do białego kota, który 

do tej pory szedł jej śladem, a teraz nagle przystanął przed 

bramą i nie chciał zrobić ani kroku dalej. Morwenna widziała, 

jak niespokojnie się rozgląda i z niezadowoleniem wypręża 

grzbiet. W dali, wśród cisów, czekał jej kucyk. 

- Przynajmniej ty dotrzymaj mi towarzystwa - zachęcała 

kota. 

- Potrzebne ci towarzystwo, Morwenno? Drogie dziecko, 

31 

background image

JILLIAN HUNTER 

wystarczy poprosić. Połączymy nasze siły i wspólnie zawład­

niemy całym światem. 

Wykrzywiła twarz w grymasie, słysząc przymilny głos. 

Powoli odwróciła głowę. Pasco Illugan uśmiechał się tak 

złowrogo, że aż przeszły ją dreszcze. Jego przedwcześnie 

posiwiałe włosy układały się jak skrzydła. Nosił krótką pur­

purową pelerynę, na której czerwoną jedwabną nicią wyhaf­

towano mistyczne symbole. Na szyi miał wisiorek z kamieniem 

księżycowym, a na palcu taki sam pierścień. Widać było, że 

bardzo przejmował się swoją rolą czarownika. 

- Czym zasłużyłem na taki zaszczyt, młoda czarodziejko? -

zapytał, podnosząc do ust jej dłoń. 

Wyrwała rękę, kiedy jego usta musnęły jej skórę. Morwenna 

nie znosiła atmosfery ciemności, jaką się otaczał. Czuła, że 

w ogrodzie czai się zło. 

- Czy to nie oczywiste? Jestem zdesperowana. 

Pogładził kępkę siwych włosów opadających mu na policzek. 

- Nie rzuciłaś uroku na tę bestię, Pentargona? - zapytał, 

wiodąc ją ścieżką w głąb ogrodu, ku kamiennej ławce. 

Usiadła obok niego, najdalej jak to możliwe. 

- A więc już wiesz? 

- Moja droga, ja wiem wszystko, a więc oczywiście i to, 

dlaczego tu do mnie przyszłaś. Potrzebujesz mojej nadprzyro­

dzonej mądrości. 

- To także twoja wyspa, Pasco. Masz równie wiele do 

stracenia jak inni. 

Spojrzał w stronę swojego granitowego domu. 

- Tak sądzisz? 

- Chyba nie myślisz, że markiz pozwoli, żeby jakiś nawie­

dzony czarownik koczował na jego terytorium. 

Pasco zmarszczył wysokie czoło. 

- Myślałem, że może zostanę jego osobistym doradcą. Ja... 

- Nie bądź idiotą - przerwała mu. - Człowiek z taką pozycją 

nie będzie się zadawał z jakimś trzeciorzędnym magiem. 

32 

KLIFY 

- Niczego nie wskórasz, obrażając mnie, Morgan. - Mrugnął 

nerwowo. - Chciałem powiedzieć Morwenno. Odkąd zobaczy­

łem cię na tym rysunku jako czarodziejkę, nie mogę przestać 

myśleć o tobie w ten sposób. 

Morwenna westchnęła. Elliott unieśmiertelnił ją poprzez 

swoje ilustracje. Niestety, wątpliwa sława legendarnej cza­

rodziejki nie pomogła jej w zdobyciu szacunku społeczeń­

stwa. 

- Co ja mam robić, Pasco? Ten Pentargon to najzimniejszy 

człowiek, jakiego w życiu spotkałam. 

- Wróć do niego. 

- Nie! Był wobec nas wyjątkowo niegrzeczny. A zresztą 

i tak by mnie nie przyjął. 

Jego jasne oczy błysnęły, kiedy wyjął z kieszeni aksamitną 

sakiewkę. 

- Spal to w jego obecności, a jego umysł otworzy się na 

wszystkie twoje sugestie. 

Spojrzała na sakiewkę z obrzydzeniem. 

- Co to takiego? A może nie powinnam pytać? 

- To tajemnica. Wiedz tylko, że te zioła sprawią, że będzie 

należał do ciebie. 

- Do mnie? - zapytała z przerażeniem. - Ależ ja nie chcę 

Pentargona! Chcę, żeby się wyniósł z wyspy, to wszystko. 

Zirytowany zacisnął usta. 

- Uroków nie sprzedaje się w takich zestawach. A teraz 

pomówmy o cenie. 

- Jakiej cenie? 

- Spędzisz ze mną noc świętojańską. U mnie w domu. 

Poderwała się na równe nogi. 

- Pasco, jesteś obrzydliwy. Myślisz, że sprzedam ciało za 

chwastów, które i tak pewnie nie działają? 

Stanął tuż za nią. 

- Czy ja mówię, że chcę twojego ciała? 

Zrobiła krok w tył i kątem oka dostrzegła na ścieżce biały 

33 

background image

JILLIAN HUNTER 

kształt. Kot w końcu zdecydował się przyjść za nią i teraz 

obwąchiwał ogrodowe mokradła. 

- Nie pij! - krzyknęła. - Woda może być zatruta. 

Pasco uśmiechnął się szeroko. 

- Jak to miło, że przyniosłaś mi prezent, Morwcnno. Właśnie 

mi się wyczerpał zapas kocich oczu. 

Chwyciła czarną sakiewkę i rzuciła mu w twarz. 

- Nie powinnam była tu przychodzić! Jesteś odrażający! 

- Pamiętaj, że jesteśmy sobie potrzebni - powiedział, nic 

przestając się uśmiechać. - Nawet tęcza nie może istnieć bez 

burzy. 

Następnego dnia Anthony z ociąganiem zajął się osobistymi 

rzeczami Ethana. Po godzinie miał już dosyć. Wychodząc 

z. biblioteki, kątem oka dostrzegł książkę leżącą na biurku brata. 

Na grzbiecie widniał tytuł wybity złotą czcionką: „Oto magia". 

Stronice z papieru welinowego były tak cienkie, że z początku 

bał się je przewracać. Książka napisana była ręcznie, eleganckim 

gotykiem. Staranne pismo i ilustracje zapierały dech w piersiach. 

Aż dziwne, że nie podpisał się ani autor, ani rysownik. Nie 

było też daty wydania. 

Na pierwszej stronie umieszczono prostą dedykację: 

Witaj w Avalonie, Ethanie. Wszystkiego dobrego. Obyś na 

tych stronicach, pośród starych opowieści, odnalazł magię, 
której szukasz. 

Twój przyjaciel 

Roland Halliwell 

- Oto magia - mruknął ponuro Anthony. - Nie wystarczyło 

jej, żeby uratować cię przed śmiercią. Ech, Ethanie, nie miałeś 

zdrowia, żeby wspinać się po klifach. Byłoby lepiej, gdybyś 

w ogóle tu nie przyjeżdżał. 

Zamknął księgę, kiedy do pokoju wszedł Vincent, bez 

35 

background image

JILLIAN HUNTER 

wątpienia zastanawiając się, czy jego pan przypadkiem nie 

zwariował. 

- Postaw skrzynie w holu. Dziś już nie mam do tego siły 

ani serca. Niech pani Treffry i lokaje zdecydują, co jeszcze 

spakować. 

Pocierając twarz, otworzył księgę. Ilustracja przedstawiała 

piękną kobietę w średniowiecznych szatach siedzącą na koniu. 

Niewinna zmysłowość na jej twarzy poruszyła wyobraźnię 

Anthony'ego. Dopiero po chwili uprzytomnił sobie, że wpatruje 

się w dziewczynę, która z całą pewnością właśnie w tym 

momencie życzy mu wszystkiego najgorszego. 

Pod rysunkiem znajdował się napis: „Dziewica spotyka 

rycerza". 

- Morwenna Halliwell - powiedział cicho. - Ależ oczywiś­

cie. -Ciekaw tego, jak artysta pokazał ją na innych ilustracjach. 

Anthony zabrał się do lektury. Okazało się, że cieniutkie 

stronice posklejały się i ich przewracanie groziło zniszczeniem 

księgi. 

- Morskie powietrze. - Podniósł głowę. - O co chodzi. 

Vincencie? Myślałem, że już poszedłeś. 

- Milordzie, nie chodzi o skrzynie. Ja w innej sprawie. 

Mamy problem z robotnikami pracującymi na wrzosowisku. 

Z tymi, których najął pan, by przygotowali teren pod pałacyk 

myśliwski. 

Anthony odłożył książkę na stół. 

- Jaki tu może być problem? Przecież przyjechali dopiero 

w ubiegłym tygodniu. 

~ Tak. sir. Właściwie to opóźnienie. Miejscowy czarownik 

ulokował się na grani i rzuca na nich przekleństwa. 

- A kim, na miłość boską, jest ten czarownik? 

Vincent wzruszył ramionami. 

- Pani Treffry mówi, że to potężny mag. Zrobił widowisko. 

Ze szczelin skalnych unosi się dym, a na ramieniu maga siedzi 

jednooki kruk. Jest i koziołek. 

36 

KLIFY 

-

 A górnicy, jako najbardziej przesądni ludzie na ziemi, 

uwierzyli w to śmieszne przedstawienie - parsknął Anthony. -

Zdaje się, że będę musiał osobiście stawić mu czoło. 

- Raczej nie, milordzie. 

- A to czemu? 

- Cóż, nie mam zwyczaju podsłuchiwać, ale dziś rano, 

mając na względzie pańskie dobro, sir, pozwoliłem sobie na 

drobne szpiegostwo. Otóż dowiedziałem się, że wczoraj po 

południu widziano, jak panna Halliwell składa czarownikowi 

wizytę. 

- Doprawdy? - W oczach Anthony'ego pojawił się błysk. 

- Obawiam się, że czeka pana trudniejsza walka, niż się 

pan spodziewał. Wygląda na to, że zawarli przeciwko panu 

pakt. milordzie. 

Anthony nie rzucał słów na wiatr. Nie lubił marnować 

czasu, zwłaszcza gdy wiedział, że zostało mu go bardzo 

niewiele. Camelbourne zamierzał przejąć wyspę za niecały 

miesiąc, za dwa tygodnie miała zjawić się armia prawników, by 

jeszcze raz przedyskutować warunki i podpisać ostateczny 

kontrakt. 

Jednym z warunków było zachowanie absolutnej tajemnicy. 

Camelbourne nie miał nic przeciwko temu, żeby ludzie dowie­

dzieli się, że kupił wyspę, ale nie zgodził się, by podawać 

warunki umowy do publicznej wiadomości. 

- Pentargon, jeśli moi koledzy dowiedzą się, że udzielam 

ci politycznego poparcia, do końca życia będą mi to wypominać. 

„Zawarłem już umowę, panno Halliwell". 

„Chyba z diabłem". 

Rozbawiony absurdalnością oskarżenia, Anthony śmiał się, 

jadąc konno w stronę klifów. Camelbourne może i był samolub-

nym politykiem, ale na pewno daleko mu do diabła. Cóż, nie 

podzielał pasji, z jaką Anthony walczył o reformę ustawy 

37 

background image

JILLIAN HUNTER 

o zatrudnianiu nieletnich, ale przecież nikt tej pasji nie podzielał. 

Anthony wiedział, że jego troska wynika z tego, że zawsze 

wspominał własne dzieciństwo jako bolesne. Jeszcze trzy lata 

temu, przed tragiczną śmiercią ukochanej żony, Camelbourne 

był całkiem miłym facetem. Anthony wierzył, że pod maską 

cynizmu zostało jeszcze ziarenko dobroci. 

Kogóż nie poruszy wiadomość o trzynastoletnich kominia­

rzach, którzy z powodu ustawicznego wdychania sadzy umierali 

na raka? Kto pozostałby obojętny, słysząc o kobietach rodzących 

w kopalniach podczas pracy, o nieletnich dziewczętach, które 

półnagie i skute łańcuchami harują pod ziemią, gwałcone i bite 

przez pracodawców? 

Panna Halliwell może sobie lamentować nad stratą kilku 

rzadkich kwiatów. Anthony ryzykował coś znacznie ważniej­

szego, życie niewinnych dzieci, które potrzebowały obrońcy. 

Nie był człowiekiem okrutnym, ale nie da się zwieść prośbom 

młodej kobiety, bez względu na to. jak była piękna. 

Najął i przywiózł na wyspę grupę sezonowych robotników, 

górników z kopalni cyny, by przygotowali teren pod budowę 

pałacyku myśliwskiego. Niestety, na obszarze wybranym przez 

markiza znajdował się krąg megalitowych głazów, które według 

miejscowej ludności miały moc uzdrawiania. 

Kiedy Anthony przybył na miejsce, zastał jedynie nadzorcę 

i dwóch górników. Pozostali robotnicy poszukali schronienia „Pod 

Siedmioma Gwiazdami", w jedynej tawernie na Abandonie. 

Anthony zsiadł z konia, omijając stos porzuconych łopat 

i kilofów. Nadzorca, przysadzisty jasnowłosy mężczyzna, ruszył 

przez błota, by go powitać. 

- Milordzie, mamy problem. 

- Zauważyłem - mruknął ponuro Anthony. 

- To przez niego. Przez te jego sztuczki. 

Na grani stał dumnie wyprostowany Pasco Illugan, miotając 

38 

KLIFY 

jakieś niezrozumiałe celtyckie przekleństwa. Jego siwe włosy 

przeczyły prawu przyciągania ziemskiego, stercząc niczym 

kolce jeża. Miał na sobie jedwabną purpurową pelerynę, 

po kruku nie było już śladu, ale chudy koziołek obwąchiwał 

kępki traw. 

Ze szczelin pod jego stopami wydobywały się opary 

siarki i dym. 

- Ale występ - westchnął Anthony. 

- Milordzie, może i udałoby mi się przekonać ludzi, żeby 

dalej rozbijali kamienie, ale pokazał się biały królik i przeskoczył 

nad kilofem Harry'ego. Dla górników to bardzo zły znak. A po 

króliku - mówił dalej Carew - czarownik nasłał na nas ograbki. 

- A co to takiego? - zapytał Anthony. 

- Ograbki? To takie złośliwe stworki o szczególnym upo­

dobaniu do bitki. 

Anthony położył mu rękę na ramieniu. 

- A więc, Carew, chcesz powiedzieć, że chłopcy przestali 

pracować, bo zobaczyli królika i jakieś latające stworzenia, 

które, o ile dobrze rozumiem, nawet was nie zaatakowały? 

Carew zaczerwienił się. 

- Tak naprawdę, to przerwała nam kobieta. 

Anthony nie musiał pytać o jej imię. Nieomal wyczuwał jej 

wrogą obecność we mgle nad wrzosowiskiem. 

- Kobieta wam przerwała, tak? A w jaki sposób? - dopy­

tywał się. - Przystawiła wam do głowy parasolkę? 

- Nie było takiej potrzeby, milordzie. 

- A może jej towarzysze mierzyli do was z pistoletu? -

zgadywał zimno. 

- Towarzysz. - Carew zniżył głos do niewyraźnego szeptu. -

To był artysta. Miał przy sobie ołówki, nie pistolet. Przy­

prowadził tu tę kobietę, żeby narysować jej portret. Chłopcy 

patrzyli na nią jak zaczarowani. No cóż, niegrzecznie byłoby 

zachlapać jej śliczną suknię błotem. Milordzie, wyglądała jak 

średniowieczna księżniczka. 

39 

background image

JILLIAN HUNTER 

-

 Czy ja wam płacę, żebyście byli grzeczni? 

- Ale oni pracowali nad tym rysunkiem... to do książki, 

milordzie. Nie chcieliśmy przeszkadzać artyście. Ech, cóż to 

był za widok! 

Anthony odwrócił się na pięcie. 

- Niedługo zobaczycie inny widok. Niech tylko markiz się 

dowie, że nie dotrzymałem obietnicy. A wszystko przez was, 

przez jakieś króliki, ograbki i kobietę w ślicznej sukience. Nic 

z tego, Carew. Rozumiesz? Jeszcze dziś z tym skończę. 

ała wyspa wiedziała, że książę jest niezadowolony. Póź­

nym popołudniem przed dom Morwenny zajechała kolaska 

należąca do jego brata. Zakłopotany woźnica poinformował 

Morwennę, że została wezwana do zamku w sprawie prywatnej. 

Niestety, na Abandonie nic nie pozostawało sprawą prywatną 

dłużej niż kilka minut. Plotki błyskawicznie obiegły całą wyspę. 

Ludzie zebrali się na drodze przy klifach, by popatrzeć, jak 

ich bohaterka jedzie na spotkanie z mrocznym przeznaczeniem. 

Nikt już nie wierzył, że ta „prywatna" rozmowa z Pentargonem 

będzie miała pomyślne zakończenie. 

Wszyscy zgodzili się co do tego, że Morwenna wyglądała 

prześlicznie. Włożyła oszałamiającą, błękitną jedwabnu suknię 

Z haftowanym gorsetem, która wspaniale podkreślała jej smukłą 

figurę. 

Prawda była taka, że Morwenna nie zdążyła się przebrać 

w odpowiedni strój, kiedy nadeszło aroganckie wezwanie. 

Elliott upierał się. żeby tego dnia wykorzystać ostatnie chwile, 

kiedy ogród spowija światło dzienne, a ona nie potrafiła mu 

odmówić. Rysunki miały przecież ozdobić ostatnią książkę 

papy, dzieło jego życia. 

Elliott tak bardzo angażował się w swoją pracę, że czasami 

przerażał tym Morwennę. Oczywiście, ich przyjaźni nie był 

nawet w połowie tak oddany. Tchórz! Zniknął w tajemniczych 

40 

KLIFY 

okolicznościach. właśnie wtedy kiedy Morwenna wyruszała do 

zamku. Stryja też nie było w domu, bo od rana zajmował się 

badaniem jaskiń, pozostawiając sprawy w jej rękach. 

Gromadka mieszkańców wyspy, którzy spowolnili kolaskę, 

rzucając pod koła lilie, wcale nie zmniejszyła jej zdener-

wowania. Morwenna nagle poczuła się jak żywy nieboszczyk 

w drodze na własny pogrzeb. Czegóż on mógł od niej chcieć? 

Po tej stronie wyspy zaczynał się już przypływ, kiedy na 

horyzoncie ukazał się zamek, równie nieprzystępny jak jego 

pan. Fale atakowały koła toczącej się kolaski. Za godzinę woda 

zaleje zamkowe fundamenty. Ogarnął ją strach na myśl, że 

będzie odcięta od wyspy. 

Oczywiście, to głupie, że się bała. Przecież w zamku jest 

służba, która obroni ją przed Pentargonem. Och, już sama ta 

myśl była niedorzeczna! Był tylko człowiekiem, księciem, nie 

jakimś potworem, aczkolwiek aroganckim i skłonnym do 

tyranii, gotowym jednym pociągnięciem pióra zdecydować 

o losie jej ludzi. 

Kolaska, zwalniając, wjechała na dziedziniec. 

Morwenna miała złe przeczucia. Nikt nie wyszedł jej na 

powitanie. Czy to wyobraźnia, czy nad jej głową rzeczywiście 

zaczęły się gromadzić czarne chmury? Gdzie się podziało jasne 

niebo? Dlaczego nie wzięła do towarzystwa, a tak naprawdę 

to dla ochrony, Emily? 

Czy Pentargon pożre ją żywcem? Może obraziła go swoim 

zachowaniem? A może jednak zmienił zdanie i zechce wy­

słuchać tego, co ma mu do powiedzenia? 

Ta myśl nieco ją uspokoiła. Sięgnęła po leżące na siedzeniu 

portfołio ojca, kiedy Goonie, niestary jeszcze woźnica, ze­

skoczył z ławki, by pomóc jej przy wysiadaniu. 

- Powodzenia, moja droga - szepnął, podając jej rękę. 

Serce Morwenny mocniej zabiło. Czy będzie potrzebować 

powodzenia? Czyżby wszechmocny Pentargon był na nią tak 

wściekły, że aż wszyscy o tym wiedzieli? 

41 

background image

JILLIAN HUNTER 

Obawy potwierdziła pani Treffry, która przywitała ją w pro­

gu. Drzwi wypaczone przez morski wiatr zaskrzypiały nie­

przyjemnie. 

- On już wie - powiedziała teatralnym szeptem. - Przygotuj 

się do obrony. 

- Wie? O czym? - zapytała przerażona Morwenna. - Co ja 

takiego zrobiłam, że mam się teraz bronić? 

- O pakcie z czarownikiem. - Głos pani Treffry drżał. -

Och, moja kochana, zdobyłaś się na takie poświęcenie. Nie 

martw się, Morwenno, dobro zawsze w końcu zwycięża. Wszys-

cy wierzymy w twoją moc. 

- Moc? - Morwenna omal nie upuściła portfolia ojca. Za 

oknami w wyłożonym mahoniem holu niebo było już prawie 

czame. Na szczycie klatki schodowej zdobionej kutymi w że­

lazie balustradami mignęła jakaś sylwetka, Morwenna zniżyła 

głos. - Co masz na myśli? 

- Moc, jak.i odziedziczyłaś po matce. - Pani Treffry zbladła, 

słysząc odgłos kroków dobiegający ze skrzypiących schodów. -

Och, niebiosa, to on... 

Morwenna zerknęła w stronę drzwi, zastanawiając się, czy 

nie uciec, kiedy za plecami usłyszała ciemny, aksamitny głos 

poplecznika szatana. 

- Cieszę się, że tak szybko odpowiedziała pani na moje 

wezwanie, panno Halliwell. Ma pani szczęście, ominie panią 

jeszcze jedna niebezpieczna burza. 

Odwróciła się powoli i spojrzała w twarz niezaprzeczalnie 

przystojnego wroga, myśląc, że wcale nie ominie jej niebez­

pieczeństwo. Przecież właśnie patrzyła mu prosto w oczy. 

óż to, panno Halliwell, kot odgryzł pani język? Jest pani 

zdecydowanie mniej rozmowna niż ostatnim razem. 

Niepokój to zbyt mało powiedziane, by opisać to, co czuła 

Morwenna. Ogarnął ją paniczny strach. Pakt z czarownikiem, 

42 

KLIFY 

a więc to taką plotkę rozpuścił ten wstrętny Pasco Illugan. Jak 

to zwykle z plotkami bywa, tak i w tej było ziarenko prawdy, 

które sprawiało, że nie dało się jej zaprzeczyć. 

Zresztą wcale nie zamierzała się przed Pentargonem tłuma­

czyć. Wprawdzie był właścicielem ziemi, po której chodziła, 

ale jej życie osobiste nie powinno go interesować. 

W holu pojawił się Vincent, by zabrać jej wytarty płaszcz 

i szare skórkowe rękawiczki. Jedno z kociąt wygryzło dziurę 

w lewym kciuku. Policzki Morwenny spłonęły rumieńcem, 

kiedy zauważyła zdumione spojrzenie Pentargona. 

- Milordzie, w jakiej sprawie mnie pan wezwał? - zapytała 

z obojętnością, jak się domyślił, udawaną. 

Uśmiech rozbawienia pogłębił lekkie zmarszczki na jego 

policzkach. To niesprawiedliwe, że ten mężczyzna jest tak 

przystojny, pomyślała. W jego obecności czuła się niechlujna 

i nieokrzesana. 

Kiedy wziął ją pod ramię, jej ciało przeszyły dreszcze. 

- Chodźmy do biblioteki, panno Halliwell. Tam będziemy 

mogli spokojnie porozmawiać. 

Próbowała się opierać, rzucając błagalne spojrzenie w kie­

runku służących, którzy kręcili się po korytarzu i holu. Nie 

zostawiajcie mnie z nim samej. Pomóżcie, prosiła w milczeniu. 

Pani Treffry zareagowała na jej nieme błagania. Wpadła 

znienacka między nich i odwróciła się w stronę karcianego 

stolika. 

- Proszę pozwolić, że opuszczę lampy. 

- Nie trzeba - powiedział Pentargon. -Jedynie mole wydają 

się nie odróżniać dnia od nocy. 

Mówiąc to, na oczach przerażonych kobiet, wsunął dłoń pod 

abażur, odcinając insektowi drogę ucieczki. Natychmiast cofnął 

rękę, bo gospodyni narobiła straszliwego krzyku. 

- Nie, milordzie! Och, nie! 
- Niech go pan nie zabija! - zawołała Morwenna, rzucając 

się w stronę lampy niczym wojownik. 

43 

background image

JILLIAN HUNTER 

W osłupieniu przyglądał się szarym skrzydełkom trzepoczą-

cym w szklany abażur. 

- To mole, panno Halliwell. Zjadają ubrania. 

- To nie są zwyczajne mole, milordzie - wyjaśniła gos­

podyni. - To baśniowe stworki, mali ludzie. 

Spojrzał na nią poważnie. 

- Znów jakieś ograbki? 

Morwenna oblała się rumieńcem, wyczuwając jego kpinę. 

- Nie ograbki, bo one są złe. To piskowie, czyli mali ludzie. 

- Na miłość boską - westchnął. 

- Milordzie, jeśli pan zabije piska, któregoś dnia straci pan 

wzrok - stwierdziła ze znajomością rzeczy pani Treffry. 

- Tracisz czas - powiedziała cicho Morwenna. - Jego lor-

dowska mość nie wierzy w takie bzdury. 

- Ma pani rację - potwierdził Pentargon, opierając się 

ramieniem o gzyms kamiennego kominka. - Nie wierzę. Pani 

Treffry, proszę przynieść sherry i szafranowe ciasteczka dla 

naszego... - spojrzał na Morwennę - ...gościa. Czy mam ro­

zumieć, że przyjechała pani bez eskorty? 

- Tak jak pan rozkazał - odparła. 

Parsknął. 

- Zakładałem, że nie będzie pani sama. A gdzie stryj? 

Znów się zarumieniła. W jego obecności czuła się jak 

dwunastolatka. 

- Szuka groty Artura. Zbliża .się noc świętojańska, szansę 

na jej znalezienie rosną. Zna pan legendę... 

Przerwał jej w pół zdania, zauważywszy, że pod drzwiami 

kręci się podejrzanie dużo osób ze służby. 

- Panno Halli well, przejdźmy na górę, do słonecznego 

salonu. Będziemy mogli w spokoju napić się sherry. Nie życzę 

sobie, żeby służba wiedziała o tej sprawie. 

- Na górę? - Przycisnęła portfolio do piersi. - Sami? 

- Prawie sami. Zostawimy otwarte drzwi. Pani Treffry 

stanie na straży. 

44 

KLIFY 

Morwenna ruszyła za nim, z trwogą przyglądając się jego 

wysokiej sylwetce. Elliott miał jednak rację. Pentargon, przynaj­

mniej z wyglądu, pasował do roli rycerza króla Artura. 

- Pasco Illugan przerwał roboty, które zleciłem na Wzgórzu 

Czarownika. 

Zacisnęła palce na balustradzie. 

- Nie mam z tym nic wspólnego. 

Przez chwilę odnosiła wrażenie, że zastanawiał się nad jej 

odpowiedzią. 

- Te schody to tortura - odezwał się w końcu. - Mogę 

sobie wyobrazić, z jakim trudem wspinał się po nich mój 

schorowany brat. 

- Kilka razy widziałam go wspinającego się po grani -

powiedziała cicho Morwenna. 

- Nie mam pojęcia, dlaczego czuł się tu taki szczęśliwy. -

Anthony potrząsał głową. - Mógł mieszkać w Dartmoor, żyć 

w luksusie. Miał do dyspozycji całą rezydencję, bo ja większą 

część roku spędzam w Londynie - dodał, kiedy przechodzili 

przez długą galerię. 

Morwenna odetchnęła z ulgą, widząc zbliżającą się panią 

Treffry. 

- Ale wyspa należała do niego. 

- Żył tu jak odludek. 

- I zginął jak bohater - powiedziała Morwenna, zdumiona 

faktem, że tego nie dostrzegał. 

- Co takiego? - Odwrócił się i spojrzał jej w twarz. Mor­

wenna wyczuła jego napięcie. - Co pani powiedziała? 

Onieśmielała ją jego siła i błysk w oczach. Był zdenerwowany 

i to ona go sprowokowała. Skąd jej przyszło do głowy, że 

dziewczyna tak niedoświadczona jak ona mogłaby uważać się 

za równa komuś takiemu? 

- Z pewnością wie pan, jak zginął pański brat? 

- Spadł z tych błogosławionych skał. Nie wiem, z czego tu 

robić legendę. 

45 

background image

JILLIAN HUNTER 

Omal nie zaczęła mu współczuć, temu człowiekowi o kamien­

nym sercu. 

- Dawał znaki latarnią, próbując ostrzec załogę okrętu przed 

przylądkiem Skulla. Uratował dwunastu ludzi. Mieszkańcy 

wyspy będą mu zawsze wdzięczni. 

- Bohater. - Wyjrzał przez okno na morze, szare i wściekłe, 

nu wiejący wiatr. - Biedny głupiec. 

- Może śmierć była dła niego nie karą, ale nagrodą - dodała, 

nie wiedząc, co powiedzieć. 

Rzucił jej tak badawcze spojrzenie, że aż przeszły ją dreszcze. 

- Może dla takich romantyków jak pani, panno Halliwell. 

Reszta z nas, zwyczajnych śmiertelników, ceni te ulotne chwile 

ludzkiej egzystencji, co sprowadza nas na ziemię. Zamierzam 

pozbyć się tej przeklętej wyspy, a pani przeszkadza mi w re­

alizacji planów. 

Teraz i ona się zdenerwowała. Co miała do stracenia? 

- Ta wyspa nie jest przeklęta. Czy wie pan, że czarodziej 

Merlin po śmierci Artura wywołał trzęsienie ziemi, w wyniku 

czego powstały wyspy Scilly? 

- Merlin? - roześmiał się. - Nikt taki nie istniał. 

- Merlin, którego znamy, został stworzony przez Geoffreya 

z Monmouth, ale z całą pewnością w walijskich legendach 

można odnaleźć dowody na jego istnienie. 

- Z całą pewnością? 

- Istnieją podstawy, by wierzyć, że Abandon jest miejscem 

wiecznego spoczynku króla Artura. 

- Oczywiście o ile ktoś w ogóle wierzy w istnienie króla 

Artura - stwierdził z irytującym uśmiechem. 

Jego arogancja denerwowała ją do tego stopnia, że Morwenna 

omal nie wybuchła. 

- Według mitologii celtyckiej Avalon jest bramą do miejsca 

spoczynku zmarłych, a dostać się tam można wyłącznie drogą 

wodną. 

- Do czego pani zmierza, panno Halliwell? 

46 

KLIFY 

Miała ochotę chwycić go za szerokie ramiona i nim po­

trząsnąć. 

- Nie widzi pan związku? 

Wzruszył ramionami. 

- Jakiego związku? 

- Avalon. Abandon. Och, niech pan pójdzie ze mną. Coś 

panu pokażę. 

Udał zaskoczonego, kiedy wzięła go za rękę i wyszła z salonu, 

ciągnąc go za sobą. 

- Tu? W moim zamku? Chwileczkę, a co z pani reputacją? 

- Chyba nie muszę się niczego obawiać z pańskiej strony, 

nieprawdaż? - rzuciła odważnie. 

- Z pewnością. 

- To dobrze. - Jej złotobrązowe włosy wydostały się spod 

wstążki. - Pani Treffry, dziękujemy za poczęstunek. Niech 

pani zostawi tacę w salonie. Zamierzam pokazać jego lordow-

skiej mości północną wieżę. 

Pani Treffry, która właśnie wchodziła do salonu z tacą, 

rozpromieniła się. 

- Północna wieża. Och, to bardzo dobrze, panienko. Napa­

liłam w kominku, kiedy dziewczęta tam sprzątały, możliwe, 

że ogień wciąż się pali. Będę czekać, aż mnie panienka zawoła. 

Morwenna uśmiechnęła się przebiegle. 

- Tak. Daj mi trochę czasu. Pokażę jego lordowskiej mości 

magię Abandonu. 

background image

agia. 

Gdyby ta dziewczyna wiedziała, jak bardzo jej pożądał, 

nie wiodłaby go z takim entuzjazmem do jakiejś zapom­

nianej wieży. Nie zdawała sobie sprawy, jak zagrożona 

była jej niewinność. Miała szczęście, że potrafił z żelazną 

konsekwencją zapanować nad swoimi impulsami. Bawiła 

go ta dziwna mieszanina kapryśności i zapału, żałował. 

że nie może spełnić jej żądań choćby po to, by zdobyć 

jej podziw. Sam nie rozumiał, dlaczego pozwala jej się 

prowadzić jak dziecko. W końcu przecież i tak będzie go 

nienawidziła. 

Zdawała się nie uświadamiać sobie, jak oszałamiająco wy­

gląda w tym stroju i zniszczonych bucikach. Palce miała kruche 

jak ptaszek. Jej dłoń drżała, kiedy ciągnęła go tak za sobą 

schodami w górę, Bóg raczy wiedzieć w jakim celu. Bała się 

go, choć oczywiście w sensie fizycznym nic jej nie groziło. 

Może rozumiała, że zniszczy jej marzenia. 

Wąska klatka schodowa załamywała się pod niemożliwie 

ostrym kątem. Nagle pomyślał o ucieczce. Chciał skończyć 

z tymi pozorami zgody, przecież i lak nie zmieni zdania. Nawet 

gdyby wyspa przypominała Pola Elizejskie, będzie należeć do 

markiza 

48 

KLIFY 

- Mój brat z jego przypadłościami nie był w stanie wspinać 

się tak wysoko - mruknął. 

- Robił więcej, niż pan sobie może wyobrazić, milordzie -

powiedziała z lekko przyspieszonym oddechem. - Cóż, istnieją 

dużo gorsze przypadłości niż fizyczna niesprawność. 

Potrafił rozpoznać aluzję. 

- Większość młodych kobiet tak nie uważa. Mój brat przy­

jechał tu, by wyleczyć złamane serce, a stracił życie przez 

głupie bohaterstwo i alkohol. 

- A może więcej odnalazł, niż stracił? 

Zatrzymali się przed drzwiami i spojrzeli po sobie. 

- Dobry Boże - powiedział w końcu. - Ależ pani naiwna, 

żeby rozmawiać ze mną w ten sposób. 

Pobladła. 

- Zastanawiam się, jakie to uczucie mieć władzę nad ludzkim 

życiem i losem. 

Pomyślał o dzieciach, które zamierzał uratować dzięki tej 

„władzy". Oczywiście nie zamierzał się przed dziewczyną 

z tego tłumaczyć. 

- Cóż, to całkiem miłe. 

Przełknęła głośno ślinę. 

- A więc pan się przyznaje? 

- Pani zapytała, więc odpowiedziałem. Może mnie pani 

uważać za człowieka bez serca, ale na pewno nie bez honoru. -

Pchnął drzwi do wieży. - Proszę pokazać tę magię. Robi się 

późno, powinna pani wracać. Mam nadzieję, że nie będzie mi 

pani więcej przeszkadzać w interesach. 

Weszła za nim do sali wyłożonej kamiennymi płytkami. 

W środku panował półmrok, przez zakratowane okna do środka 

sączyła się resztka dziennego światła. W powietrzu czuć było 

zbliżającą się burzę. Mimo wysokości wibracje morza, ude­

rza jacego ciężkimi falami w klif, na którym stały mury zamku, 

były wyraźne. 

- Nie wiem. o czym pan mówi. 

49 

background image

JILLIAN HUNTER 

Ależ była uwodzicielska! Jego wzrok wędrował od pulsującej 

szyi do przykrytej gorsetem wypukłości piersi. 

- Zaprzeczy pani, że złożyła wizytę miejscowemu czarow­

nikowi? 

Milczała. 

- Odwiedziłam go, ale nie doszliśmy do porozumienia. 

Zażądał zbyt wysokiej ceny. 

- Zażyczył sobie, by oddała mu pani swoje pierwsze dziecko 

w zamian za pomoc w pozbyciu się mnie z wyspy? 

- Niezupełnie, milordzie. 

Zarumieniła się pod jego badawczym spojrzeniem, 

- Rozumiem. Słusznie pani postąpiła, odmawiając. Pani 

dziewictwo jest z pewnością cenniejsze niż to. 

- Nie powiedziałam, że taka była jego cena. 

- Nie musiała pani - uśmiechnął się. - Jest pani tak niewinna, 

że nie sposób tego nie zauważyć. Niech pani zachowa cnotę 

dla mężczyzny, którego pani poślubi. 

Odsunęła się od niego, oburzona. 

- Zrobię to i bez pańskich rad. 

- I proszę się więcej nie wtrącać w nie swoje sprawy. Płacę 

tym ludziom fortunę za ich pracę. Markiz wybuduje tu pałacyk 

myśliwski, bez względu na to, czy zniszczy pani swoją reputację, 

na próżno próbując mnie powstrzymać. 

- Co za nieuprzejmość. Rzeczywiście jest pan potworem. 

- Niech pani uważa, panno Halliwell. Obraża pani potwora 

w jego własnej wieży. Lepiej nie posuwać się zbyt daleko, bo 

może pani obudzić bestię. 

- Czy pan wie, że markiz zamierza przybliżyć Abandon do 

Kornwalii i w tym celu uruchomi połączenie wycieczkowym 

parostatkiem? - zapytała drżącym głosem. 

Zdumiewała go. Co za nieustraszona dziewczyna, nie po­

zwoliła, by jego brutalne uwagi wytrąciły ją z równowagi. 

- Moja droga, to już jego sprawa. W przeciwieństwie do 

niektórych, ja pilnuję tylko swoich interesów. 

50 

KLIFY 

Nie ustępowała. 

- Parostatek wypłoszy sardynki. Jak zatem przeżyją miesz­

kańcy wyspy, kiedy nie będzie co jeść i czego sprzedawać, bo 

i kwiaty zostaną zniszczone? 

- Sardynki? 

- Tak, ryby - odparła, unosząc głos. - Pojawiają się w sier­

pniu i znikają w listopadzie. Ludzie żyją z zysków z połowu 

przez cały rok. 

- Wątpię, żeby lord Camelbourne skazał mieszkańców na 

głód - powiedział bez przekonania. Tak naprawdę nigdy nie 

brał tego problemu pod uwagę. 

- Nie dzięki pańskiej trosce - wtrąciła. 

- Zdaje się, że przedstawiłem pani swoje argumenty, panno 

Halliwell. 

- A ja nie widzę powodu, by przedstawiać moje - dokoń­

czyła z ponurym westchnieniem. 

- Zwłaszcza bezdusznemu łajdakowi. 

- Pan to powiedział, milordzie. - Podeszła do krzesła, by 

zabrać portfolio. - Nie widzę też powodu, by tu dłużej zostawać 

i cokolwiek panu pokazywać. 

Spojrzał w okno, odwracając się do niej szerokimi plecami. 

Walczył z tą cząstką siebie, która tak bardzo pragnęła ją 

zadowolić. 

- Istotnie, nie ma takiego powodu. Jak wspomniałem, oboje 

tracimy tylko czas. 

tyłu dobiegły odgłosy jej kroków. Po chwili drzwi 

wieży trzasnęły z takim hukiem, że dziewczyna musiała 

chyba zmobilizować w tym celu wszystkie siły. Uśmiechając 

się na myśl o jej gwałtownym temperamencie, odwrócił się. 

W drzwiach stała zdumiona Morwenna, jej portfolio leżało na 

podłodze. 

- To wcale nie było zabawne, milordzie - powiedziała 

51 

background image

JILLIAN HUNTER 

z przerażeniem. - Omal nie złamał mi pan ręki. Będę mieć 

teraz okropne sińce. 

- O czym pani mówi? - przerwał jej ze zdziwie­

niem. - Myśli pani, że to ja zatrzasnąłem drzwi? Z takiej 
odległości? 

- Zamknęły mi się przed nosem - wyjaśniła Morwenna. -

Tyle wiem. 

Podszedł do niej. 

- W takim razie to musiał być wiatr. 

- Zawiało w odpowiednim momencie - zauważyła pode­

jrzliwie, przyglądając się, jak bezskutecznie próbuje otworzyć 

ciężkie drzwi. - Zatrzaśnięte. 

Oparł stopę o ścianę i z całej siły pociągnął za klamkę. 

- Właśnie widzę. Do kaduka, to nie był wiatr. Te drzwi są 

zaklinowane. 

- Proszę, niech je pan otworzy. Nie zamierzam tkwić tu 

godzinami, wysłuchując, jak mnie pan obraża. 

Zdjął płaszcz t rzucił go na krzesło, posyłając jej ponure 

spojrzenie. 

- Zdaje się, że pani Treffry wpadła na wyjątkowo sprytny 

pomysł, by uwięzić złego lorda do czasu, aż panna zdoła go 

zmusić do zmiany planów. 

Morwenna splotła ręce na piersiach. 

- Pani Treffry nie było w pobliżu, kiedy te drzwi się 

zamknęły. 

- Ależ, panno Halliwell, pewnie jeszcze każe mi pani 

uwierzyć, że to piskowie... a może raczej te... jak im tam... 

ograbki przeciw nam spiskowały? 

Przez chwilę obserwowała z ciekawością jego ramiona, po 

czym zaczęła się rozglądać po sali. Niebo za okienną kratą 

było już zupełnie czarne. 

- Powinniśmy wezwać pomoc - mruknęła. - Robi się ciem­

no i zimno. 

Anthony przyklęknął, by dokładnie obejrzeć klamkę. 

52 

KLIFY 

-

 Na mój znak niech pani szarpnie za klamkę. Moim 

zdaniem, te drzwi się po prostu wypaczyły od morskiego 

powietrza. 

- Dobrze, milordzie. 

- Trzy... cztc.ry. - Spojrzał na nią z irytacją. - Panno 

Halliwell, niech pani nie pcha, tylko ciągnie do siebie -

powiedział, odsuwając z twarzy rąbek jej sukni. - Jeszcze raz. 

- Milordzie, jeśli to magia, to nic nie poradzimy. 

- Magia? Co za bzdury. Niechże pani ciągnie za klamkę. 

Chyba wiem, w czym problem. 

Chwyciła klamkę obiema rękami i szarpnęła z całej siły. 

W tym momencie z haftowanego stanika wypadło zawiniątko. 

Anthony, potrząsając głową, podniósł je z podłogi. 

- Nic z tego. Proszę, wypadło pani. Będziemy musieli 

zawołać pomoc. 

Morwenna z przerażeniem spojrzała na sakiewkę z czarnego 

aksamitu, 

- Niech pan to wyrzuci, milordzie. Natychmiast. Przysięgam, 

nie mam pojęcia, skąd to się tu wzięło. Przecież... nawet nie 

miałam na sobie tej sukni. 

- Co to takiego, panno Halliwell? - Rozbawiła go jej poważ­

na mina. - Eliksir miłości? 

- Całkiem możliwe - odparła ponuro. - To od Pasco II-

lugana. 

- Oko traszki i tym podobne głupstwa? - parsknął i ignorując 

jej ostrzegawcze westchnienie, wydobył z sakiewki woskową 

figurkę mężczyzny. Choć dość prymitywna, nie było wąt­

pliwości, że przedstawiała Anthony'ego. Dumnie wyprostowana 

postać miała arystokratyczne rysy i czarny strój, identyczny 

z tym, jaki nosił Anthony. Dostrzegł nawet perłowe guziczki 

przy kamizelce. 

Z trudem powstrzymał uśmiech. 

- Gdybym wierzył w te rzeczy, byłbym na panią wściekły, 

Co my tu jeszcze mamy? Suche liście? 

53 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Nie mam pojęcia. Nie sprawdzałam. Rzuciłam mu to 

w twarz. 

- Ach, tak. 

Morwenna z rosnącym przerażeniem patrzyła, jak podszedł 

do kominka i z obojętną miną rzucił w ogień figurkę razem 

z sakiewką. 

- Nie! - krzyknęła, podbiegając do paleniska. - Nie! 

Wystraszony Anthony zamrugał, kiedy w kominku buchnął 

ogień, w jednej chwili pochłaniając woskową postać. Zanim 

dotarło do niej, co robi, Morwenna upadła na kolana i bez 

namysłu wyjęła figurkę z płomieni. 

- Szlachetny uczynek - powiedział, kiedy położyła nad­

topioną kukiełkę na kamiennej posadzce. - Ale zupełnie zby­

teczny. Nie boję się... 

Tym razem w kominku coś zasyczało i pod ich stopy posypał 

się deszcz iskier i popiołu. Anthony chwycił Morwennę za 

ramiona i nim zdążyła wydobyć z ognia sakiewkę, odciągnął 

dziewczynę w bezpieczne miejsce. Przez chwilę oboje wpat­

rywali się w płomienie tańczące wokół aksamitnego woreczka, 

W powietrzu unosił się słodkawy, a jednocześnie gryzący dym 

palonych ziół. 

- Dobry Boże - westchnął Anthony. - Co pani tam miała? 

Proch strzelniczy? 

- To sakiewka Pasco - odparła, potrząsając głową. - Mó­

wiłam, żeby jej pan nie dotykał. Bóg jeden wie, jakie zło pan 

uwolnił. 

Spoglądając na nią, zdał sobie sprawę, że wciąż trzyma ją 

w ramionach. Była tak krucha i delikatna, że mógłby ją 

podnieść jedną ręką. 

- Czy pani naprawdę wierzy, że rośliny mogą wpływać na 

nasze zachowanie? 

- Tak - przyznała się. - Wierzę, choć osobiście nigdy nie 

korzystałam z uroków od Pasco. 

- Nie przypuszczam, żeby miała pani taką potrzebę. 

54 

KLIFY 

-

 Co pan ma na myśli, milordzie? 

- Kiedy patrzę w pani oczy, gotów jestem uwierzyć w czary, 

panno Halliwell. 

- Mógłby... 

Dotknął jej brody i delikatnie odchylił w tył jej głowę. Nie 

protestowała. Szczerze mówiąc, nie dał jej czasu ani okazji do 

ucieczki. Ze zdumieniem uświadomił sobie, że jeszcze żadna 

kobieta nie wydawała mu się tak pociągająca. Nie był w stanie 

się jej oprzeć. Anthony wiedział, co to złamane serce, doświad­

czył tego dwukrotnie, dlatego nie chciał, by i ona zaznała tego 

bólu. Westchnął, kiedy poczuł, jak słabnie w jego objęciach. 

Przez głowę przebiegła mu jedna myśl. Oto zadecydowała się 

jego przyszłość. Przypieczętował ją tym jednym impulsywnym 

aktem. 

orwenna nawet nie próbowała myśleć. Odkąd przyszła 

na świat, wychowana w szacunku dla intuicji, kierowała się 

instynktem. Rodzice zawsze dawali jej zbyt dużo wolności, 

dlatego w Londynie nie odniosła sukcesu towarzyskiego, a teraz, 

kiedy powinna myśleć o zamążpójściu, całowała mężczyznę, 

który postanowił ją zniszczyć. 

Niestety, nie potrafiła oprzeć się jego zmysłowym ustom. 

Uwodził ją po mistrzowsku. Jego pocałunek wywołał burzę 

zmysłów, poruszył jej duszę. W niczym nie przypominał 

wstydliwych całusów, jakie kradli chłopcy z wyspy. Pentargon 

był dojrzałym mężczyzną, doświadczonym w sprawach, o ist­

nieniu których nawet nie wiedziała. Jego palące wargi delikat­

nie muskały jej usta. Stała przed nim ufna i pobudzona, 

a kiedy przestał ją całować, zdawało jej się, że lada moment 

upadnie. 

- Panno Halliwell - odezwał się niskim głosem. - Na przy­

szłość niech pani nie dopuszcza do podobnych sytuacji. 

Dotknęła swoich ledwo zbudzonych ust, a jemu przyszło do 

55 

background image

JILLIAN HUNTER 

głowy, że sam powinien był się zastosować do swojej przemąd­

rzałej rady. Jaki sens miało uwodzenie bezbronnej dziewczyny, 

która kpiła z jego władzy? Czyżby niszcząc ją, próbował jej 
udowodnić swoją siłę? 

Zdaje się, że określenie „bezbronna" nie było w tym przypad­

ku najlepsze. 

Przyglądając się jej twarzy, czuł swój przyspieszony puls. 

Nie wiedział, co się z nim dzieje, miał wrażenie, jakby przed 

chwilą spadł z klifu. Pragnął zanurzyć pałce w burzy złoto-
brązowych włosów, chciał położyć ją na podłodze. 

- Przepraszam - powiedział ponuro. 

- Za co? 
- Za co? Panno Halłiwell, nie powinna pani pozwalać, by 

mężczyzna tak panią całował. 

- Nie musi pan przepraszać, milordzie. 
- Wprost przeciwnie. Gdybym się w porę nie opanował, 

mogłoby dojść... - Cóż, nie było potrzeby wdawać się w szcze­
góły. 

- Ale to nie pańska wina, że rzuciła na nas urok - powie­

działa cicho. 

- Rzuciła? 

- Morgan, czarodziejka. W końcu to jej wyspa, miejsce 

z innego świata. Od czasu do czasu należy się spodziewać 
aktów magii. Podejrzewam, że to ona zamknęła drzwi. 

- Panno Halliwell, czy pani wie, co to pożądanie? - zapytał 

z rozbawieniem. 

- Ależ tak. Oczywiście nie z własnego doświadczenia. 

- Proszę mi wierzyć, czasami bywa silniejsze niż magiczne 

eliksiry. A winą za to, co tu się stało, obarczałbym raczej 

ludzką słabość. Nikt z nas nie wie, kiedy jej ulegnie. 

Pokręciła głową, jak gdyby znała jakąś wielką tajemnicę. 

- Annie Jenkins przewidziała, że to się stanie. Powiedziała. 

te skoro zwykłymi sposobami nie można pana nakłonić do 

56 

KLIFY 

uratowania Abandonu przed katastrofą, należy odwołać się do 

sił nadprzyrodzonych. 

Anthony musiał przyznać, że reakcja panny Halłiwell na 

pocałunek była dość niezwykła i daleka od zwyczajowego 
wymierzenia policzka czy zalania się łzami. 

- Może jeszcze raz spróbujemy otworzyć drzwi? - zapro­

ponował uprzejmie, odsuwając się od niej. 

- Pan mi nie wierzy. - Podeszła do okna. - Proszę spojrzeć, 

właśnie to chciałam panu pokazać. 

Szarpnął za klamkę, ale drzwi nawet nie drgnęły. Nikt nie 

odpowiadał na wołanie o pomoc. Nagle przyszło mu na 

myśl, że jeśli nie zostaną uratowani przed zapadnięciem 

nocy, jeśli on i Morwenna spędzą tu razem noc, być może 

będzie zmuszony ją poślubić. Zaczął łomotać w drzwi. Na 

próżno. 

- Nikt nie usłyszy - mruknęła Morwenna. - A poza tym 

oni się pana boją. 

- Nie rozumiem dlaczego - powiedział, odwracając się do 

niej. - Przecież nie pożeram niemowląt ani nie nabijam tubyl­
ców na pal. 

- Nie. - Morwenna wetknęła swój mały nosek między 

żelazne okienne kraty. - Poprzysiągł pan jedynie zabrać im 

jedzenie ze stołów, zniszczyć ich domy i święte miejsca, 

pozbawić honoru i niezależności. 

Uniósł brwi. Jej język też nie był bezbronny. 
- Jeśli zobaczy pani kogoś na dole, na plaży, niech pani 

woła o pomoc. Zdaje się, że potrzebujemy ratunku. 

- Widzi pan ten łańcuch skalny za zamkiem? - zapytała 

łagodnie. 

Stanął za jej plecami. 

- Tak, ale... 

- Dawno temu Morgan le Fay zamieniła smoka w kamień. 

Czasami spod powierzchni wody wynurza się jego grzbiet, by 

pochwycić w pułapkę statki, które ośmieliły się podpłynąć zbyt 

57 

background image

JILLIAN HUNTER 

blisko śpiącego króla. Kiedy spokój Artura jest zagrożony, 

smok budzi się i odstrasza intruzów uderzeniami ogonem. 

Wygląda to zupełnie jak sztorm. 

- Morskie katastrofy? Ta czarodziejka nie jest zbyt miła. 

- Och, lepiej nie krzywdzić tych, którzy są pod jej ochroną. 

Jej zemsta bywa okrutna. Przez lata legendę wypaczyły fałszywe 

opowieści o jej złym charakterze. Dawniej opisywano ją jako 

uzdrowicielkę i wspaniałą czarodziejkę. 

- Pani Treffry wspominała, że wraz ze stryjem poszukuje 

pani groty Artura. 

Kiwnęła głową. 

- Nie znajdziemy jej bez błogosławieństwa Morgan. 

W obecności króla będą przebywać jedynie ludzie o czystym 

sercu. 

- A pani serce nie jest czyste? 

Próbowała go ignorować. 

- Legenda głosi, że słynna kraina Lyonesse leży gdzieś 

pomiędzy krańcem lądu a wyspami Scilly. Niektórzy uczeni 

uważają, że to tu rozegrała się ostatnia bitwa Artura. Czasami 

od morza słychać bicie setek dzwonów z zatopionych wież 

kościelnych. 

- Słyszała pani te dzwony? - Wyraźnie miał ochotę wybuch­

nąć śmiechem. 

- Nie - odparła, sztywniejąc. - Jeszcze nie. 

- Coś pani powiem, panno Halliwell. Z dobroci mojego 

kamiennego serca gwarantuję pani prawo do kontynuowania 

poszukiwań związanych z książką pani ojca. Nawet kiedy już 

wyspa zmieni właściciela. 

Spojrzała mu w twarz, jej usta wykrzywiły się w lekkim 

uśmiechu. 

- Pan wciąż nie rozumie, milordzie. 

- Czego nie rozumiem? - zapytał, uwodzicielsko się uśmie­

chając. 

58 

KLIFY 

- Wyspa nie zmieni właściciela. Czarodziejka przywiodła 

tu pana nie bez powodu. Annie Jenkins powiada, że od dawna 

nie było u nas wojownika. 

inęło kolejne pół godziny. 

Kiedy Anthony zupełnie poważnie zaczął się obawiać, czy 

on i Morwenna nie zostaną posądzeni o niemoralne zachowanie, 

na ratunek przyszedł sir Dunstan. Jakimś cudem baron zdołał 

otworzyć drzwi i od progu zaczął uniżenie przepraszać An-

thony'ego, jak gdyby Morwenna nie pierwszy raz uwięziła 

mężczyznę w wieży. Nie przestając się kłaniać, wyprowadził 

Morwennę z sali. 

Anthony stał przy drzwiach. Echo niosło ich głosy w górę 

kamiennej klatki schodowej, kiedy pośpiesznie opuszczali 

zamek. 

- Dziecko drogie - beształ dziewczynę sir Dunstan. - Co 

też ci strzeliło do głowy, żeby tu samej przychodzić? Czy przez 

ten rok w Londynie nie nauczyłaś się niczego na temat stosow­

nego zachowania? 

- Tylko tego, że często bywa złudą. Stryju, przecież posłałam 

wiadomość z prośbą, żebyś się tu ze mną spotkał. 

- Pokonałem morze jak na skrzydłach, kiedy się dowiedzia­

łem, dokąd się wybrałaś. 

- A tak nawiasem mówiąc, gdzie byłeś? Och, stryju Dun-

stanie, czy może znalazłeś grotę Artura? 

- Możliwe, moje dziecko, możliwe. 

Głosy stawały się ledwo słyszalne, Anthony musiał nadstawić 

ucha, żeby zrozumieć, o czym mówią. 

- Kiedy opisałem znalezisko Elliottowi, stwierdził, że kiedyś 

narysował identyczną grotę z wyobraźni. Wiesz, że on ma 

niesamowity zmysł do tych rzeczy. 

- Chciałabym jutro obejrzeć to miejsce - powiedziała. 

59 

background image

JILLIAN HUNTER 

Chwila ciszy. 

- Jak myślisz, Morwenno, czy udało ci się go przekonać? 

Anthony nie czekał na jej odpowiedź. Wrócił do sali. To, 

co myślała, było bez znaczenia. 

Sztorm wyraźnie się oddalił, przez okienne kraty wpadała 

blada poświata. Ogień w kominku wygasł, ale nad paleniskiem 

wciąż unosiły się kłęby gryzącego dymu. Podszedł bliżej 

i z rozbawieniem zauważył, że na posadzce ciągłe leży jego 

woskowa podobizna. 

- Dzięki Bogu. że się nie stopiłem - mruknął, pochylając 

się nad paleniskiem. 

Nagle zastygł w bezruchu. 

Przed kominkiem leżała nie jedna, ale dwie woskowe figurki. 

On i kobieta w niebieskiej sukni. Gorące powietrze połączyło 

ich ciała w uścisku. Mężczyzna oplatał kobietę ramionami, jak 

gdyby chciał ją przed czymś obronić. 

Wyprostował się. Figurki były jeszcze ciepłe. Oczywiście 

wszystko, co dzieje się na tej wyspie, można logicznie wy­

tłumaczyć. To panna Halliwell podrzuciła tu tę lalkę, żeby 

z niego zakpić. Wszystko ma swoje wytłumaczenie. 

Coś skrobało w okno. 

Kiedy się odwrócił, zauważył wielkiego czarnego kruka, 

szukającego odpoczynku na parapecie. Błyszczące ciemne 

oczy wpatrywały się w Anthony'ego zza krat. Po chwili już 

go nie było. 

Anthony podbiegł do okna, by zobaczyć, jak ptak wzbija się 

w powietrze. Patrzył, jak czarne skrzydła niosą go pod niebo... 

w stronę pojawiającej się nad chmurami tęczy. 

- Wszystko ma swoje logiczne uzasadnienie. 
- Milordzie? 

Obejrzał się. W drzwiach stał zmieszany Vincent. 
- Prosił pan, żebym powiadomił, kiedy przybędą ludzie 

lorda Camelbourne'a. Milordzie, czekają w pomieszczeniu dla 

60 

KLIFY 

służby, posilają się. W życiu nie widziałem paskudniejszej 

gromady. 

Anthony kiwnął głową. 

- A zatem niech jak najszybciej biorą się do roboty. Ufam, 

że zrozumieli, iż nie życzę sobie żadnej przemocy. 

- Wyraźnie to podkreśliłem, milordzie. Sądząc jednak po 

ich wyglądzie, nie jestem pewny, czy przyjęli to do wia­

domości. 

background image

1 ej nocy zasypiał z jej figlarną twarzyczką przed oczyma. 

Już nie pamiętał, kiedy pocałunek wywołał u niego taką falę 

emocji. Z pewnością nie w ciągu ostatnich lat. Ale przecież 

zawsze najlepiej smakuje zakazany owoc. Choć bawiło go 

zrażanie jej do siebie, nie mógł przecież zrujnować reputacji 

ulubienicy całej wyspy. 

Brakło mu siły, by wrzucić woskowe figurki do ognia. Jeszcze 

nie teraz. Wzbudzały w nim jakieś niezrozumiałe dla niego 

samego obawy, poruszyły go, wywołując coś w rodzaju erotycz­

nego niepokoju. Uświadomił sobie, że źródłem tej reakcji jesi nie 

żadna magia, ale jego fascynacja zadziorną dziewczyną. Wie­

dział też, że lepiej, jeśli będzie się trzymał od niej z daleka. 

Właściwie dziewczyna, przynajmniej w oczach prawa feudal­

nego, podlegała jego zwierzchnictwu. Zawsze mógł z tego 

skorzystać, choć wydawała się mieć serce tam, gdzie wszyscy. 

To nie jej wina, że rodzice nie wytłumaczyli, gdzie jest jej 

miejsce w hierarchii społecznej. Oddawał jej przysługę, pod­

kreślając swoją wyższość. 

Ranek minął spokojnie. Żadna piękna dziewczyna nie wtarg­

nęła siłą do zamku, żaden czarownik nie groził, że zbudzi 

zmarłych. Jedynym nieprzyjemnym akcentem było zachowanie 

pani Treffry, która trzasnęła drzwiami do biblioteki, kiedy 

KLIFY 

zagłębiał się w rachunkach Ethana. Oczywiście wszystko było 

tak skomplikowane i pomieszane, jak przypuszczał. 

Powinien był się spodziewać, że spokój nie będzie trwał 

wiecznie. Wczesnym popołudniem zjawił się człowiek z in­

formacją, że między robotnikami pracującymi na wrzosowisku 

doszło do bójki. 

Anthony porzucił nadzieję, że zdoła dokończyć porząd­

kowanie dokumentów, i natychmiast ruszył w drogę. 

Po przybyciu na miejsce okazało się, że problem został już 

rozwiązany, a Carew nad wszystkim panuje. Niestety, prace 

zupełnie nie posuwały się do przodu. 

- Gdzie są wszyscy. Danielu? - zapytał, zsiadając z konia. 

- Odesłałem ich, żeby się uspokoili, milordzie. 

- A więc jednak była bójka? 
- Była. Między naszymi ludźmi a tą ekipą, która się tu 

wczoraj pojawiła. 

- Ciekawe, o co poszło, przecież oni dopiero co przyjechali -

zastanawiał się na głos Anthony. 

- O kwiaty, milordzie. 

- Co takiego? 

- Słyszał pan, co powiedział - wtrąciła się Morwenna, 

podjeżdżając do nich na kucyku. - Poszło o kwiaty. 

Widząc ją, Anthony zmarszczył brwi. 

- Nie widziałem pani na drodze. 

- Poruszam się mniej uczęszczanymi szlakami. 

- Co pani tu robi? - zapytał. 

- Ot, wybrałam się na niewinną przejażdżkę po wrzosowisku. 

- Ha! 

- Słucham? 
- Wątpię, by ta przejażdżka była taka niewinna, panno 

Halli well. 

- Niczego nie zrobiłam - powiedziała z oburzeniem. 

Anthony spojrzał na nią z uwagą. Za każdym razem, kiedy ją 

potykał, działo się z nim coś dziwnego. 

63 

background image

JILLIAN HUNTER 

-

 Carew, co to za bzdury o kwiatach? - zapytał zniecierp-

łiwiony. 

- To lilie - wyjaśnił Carew, z szacunkiem ustępując z drogi 

Morwennie. - Urosły w nocy, dokładnie w miejscu, z którego 
wczoraj usunęliśmy jeden z tych głazów. 

Anthony znów spojrzał na Morwennę. Zauważył, że na jej 

twarzy na moment pojawił się uśmiech. 

- Więc je wyrwijcie. 
Carew zaczął szybciej oddychać. Anthony był gotów przysiąc, 

że nadzorca denerwował się obecnością Morwenny, a nic 

swojego pana. 

- Już to zrobiłem, mi lord/ ic. 
- To, na miłość boską, w czym problem? - Anthony pod­

niósł głos. 

- Może lepiej wezwijmy zwierzchnika - zaproponowała 

Morwenna. 

Carew spojrzał znacząco na Anthony'ego. 
- To właśnie jest zwierzchnik, panienko. 

Morwenna przyglądała się Anthony'emu. 

- Czy może pan aresztować kwiaty, milordzie? 

Pochylił się w siodle, uśmiechając się nieprzyjaźnie. 

- Wolałbym aresztować osobę, która je tu wsadziła. 

- A czy to jest sprzeczne z prawem? - zapytała niewinnie. 

Wziął głęboki oddech, po czym skierował swoją złość na 

nadzorcę. 

- Dlaczego nie zaczęliście kopać? 

- Cóż, zaczęlibyśmy, milordzie - mamrotał Carew. - Ludzie 

poszli wyrzucić te wykopane kwiatki do morza, ale zanim 
wrócili, wyrosły nowe. 

Anthony zacisnął zęby. 

- W ciągu kilku chwil? Carew, ktoś zrobił wam kawał. 
- To samo powiedziałem - odezwał się ściszonym głosem. 

Za drugim razem zostawiłem na straży trzech ludzi. 

Anthony powoli spojrzał na Morwennę. 

64 

KLIFY 

- Panno Halliwell, pozwolę sobie na bezpośredniość. Czy 

to pani posadziła tu te kwiaty? 

Morwenna z zainteresowaniem przyglądała się swoim butom. 

- Nie. 

- Pasco? 

Zerknęła na niego. 
- On prędzej posadziłby muchomory i oset. 

Anthony westchnął ciężko. 

- Jednak, Carew, kwiaty to chyba nie jest powód, żeby 

dorośli mężczyźni się między sobą bili. 

- Nie, milordzie - zawahał się Carew. - Wie pan, że do­

póki nie skończymy, ludzie będą spać na wrzosowisku w sza­
­asach? 

- Tak, tak - rzucił niecierpliwie Anthony. - O ile to w ogóle 

nastąpi. Co chcesz przez to powiedzieć? 

- Eee... no, jeden z robotników obudził się o północy, za 

potrzebą. Twierdzi, że słyszał jakieś dziwne odgłosy. 

- Wiatr - powiedział Anthony. - Sam słyszałem. 
- To nie był wiatr, milordzie, tylko tętent końskich kopyt 

i szczęk broni - wyjaśnił Carew. 

Morwenna pokiwała głową. 
- Może mnie pan i o to obwiniać. 
- Wiatr - powtórzył Anthony, cedząc słowo przez zęby. 

Niestety, nie dosłyszał odpowiedzi nadzorcy, bo akurat w tym 

momencie Morwenna postanowiła opuścić miejsce przestępstwa 
i ruszyła na swoim kucyku w stronę ścieżki prowadzącej nad 

morze. 

- I tak, milordzie - kończył zdanie Carew. - Widzi pan, 

jaki mam problem. 

Anthony odwrócił wzrok od oddalającej się panny Halliwell 

i spojrzał na nadzorcę. 

- Nie widzę. Co więcej, mam wrażenie, że nie chcesz 

zarobić tej okrągłej sumy, o której mówiliśmy. Czy ty w ogóle 
masz nad tymi ludźmi jakąś władzę, skoro oni ciągle się biją? 

65 

background image

JILLIAN HUNTER 

Carew wskazał głową w stronę ścieżki. 
- To wszystko przez nią, milordzie. Taka jest prawda. 

- Przez pannę Halliwell? - zapytał Anthony. Wcale nie był 

zdziwiony. - O nią się bili? 

- Ten drugi nadzorca, od Camelbourne'a, to on zaczął. 

Twarda z niego sztuka, milordzie. Chciał pokazać panience, 
co o niej myśli. Powiedziałem, że pan by na to nie pozwolił. 

- To prawda. 

- Nie spodobała mu się moja uwaga, więc wyraził się 

obraźliwie o mojej kuzynce. Wie pan, od słowa do słowa, jak 

to wśród chłopów, doszło do bitki, 

- Postąpiłeś słusznie, Carew, ale na miłość boską, niech się 

wreszcie zabiorą do roboty. I nigdy więcej mi nie mów, że 

pracę przerwano z powodu kwiatów. 

- Tak jest, sir. 

nthony powinien był pozostawić sprawę własnemu bie­

gowi, jednak instynkt podpowiedział mu, że problemy się 

jeszcze nie skończyły. Ich źródło nie zostało zniszczone. 

A poza tym szukał pretekstu, żeby ją jeszcze raz zobaczyć. 

Odnalazł ją bez trudu. Oglądała niewielką grotę u stóp 

klifu, tam gdzie plaża przechodzi w przylądek Skulla. Ujrzał 

ją z daleka. Zostawił swojego konia obok jej kucyka. Przez 

chwilę po prostu stał i patrzył, jak odgania mewy od kra­

bów. Był pewny, że go zauważyła, ale udawała, że nie 

widzi. Zareagowała dopiero, kiedy podszedł bardzo blisko. 

- Tak, tak, wiem. - Podniosła ręce w geście poddania. -

Przyszedł pan zbesztać mnie za złe zachowanie moich kwiatów. 

Cóż, to nie ja je tam posadziłam. Przysięgam, choć muszę 

przyznać, że się czegoś podobnego spodziewałam. 

Zauważył, że zdjęła buty, które leżały teraz na piasku. 

- Czy to znaczy, że te pani kwiaty mają zwyczaj prze-

66 

KLIFY 

szkadzać w prowadzeniu ważnych robót? - zapytał, opierając 

stopę na kamieniu. 

Zsunęła z głowy czepek i puściła go luźno na plecy. Jej 

nosek był niemodnie zaróżowiony od słońca i morskiego 

wiatru. 

- Sądzę, że moje kwiaty jeszcze nigdy nie protestowały 

w tak wspaniały sposób. To sprawka motyli. 

- Motyli? - powtórzył. - Dowodzi pani armią motyli, tak? 

Była zupełnie odporna na jego kpiny. 

- Nie ja. Moja siostra Mallory. A może Meredyth... tak, 

raczej Merry. Widzi pan, tamten wstrętny człowiek uparł się, 

że otworzy starą kopalnię, w której zginęło kilkoro pracujących 

tam dzieci. Podobno duchy tych nieszczęśników zamieszkują 

szyby. Tego dnia, kiedy pańscy ludzie mieli rozpocząć budowę, 

pojawiła się, jak pan to ujął, cała armia motyli. Znikąd. I nie 

chciały odlecieć. 

Nie odezwał się ani słowem. Patrzył w głąb znajdującej się 

za nimi groty, a spienione fale obmywały mu buty. 

- Wiem, że uważa to pan za bzdury - powiedziała. - Ludzie 

pańskiego pokroju nie zawracają sobie głowy losem dzieci 

z ubogich rodzin, zwłaszcza tymi, które nie żyją, ale Merry 

postanowiła zapobiec kolejnej tragedii. Ta kopalnia nie po­

chłonie już ani jednego niewinnego życia. 

Odwrócił głowę i spojrzał na Morwennę z tajemniczą miną. 

- Tak więc pani siostra nasłała tu motyle. 

- Nie jestem pewna, jak do tego doszło. Żadna z nas nie 

wie, kiedy coś takiego się wydarzy. - Strzepnęła piasek z su­

kienki. - Zdaje się, że pojawiają się w równie tajemniczych 

okolicznościach, jak lilie i tęcza. 

Wbił w nią wzrok. 

- Czy te niezwykłe zjawiska towarzyszą wam przez całe 

życie? 

Morwenna podniosła z piasku kraba i wpuściła go do wody. 

- Obawiam się, że tak. Zdaje się, że w naszej rodzinie to 

67 

background image

JILLIAN HUNTER 

dziedziczne... ciotki, wujowie, kuzyni... to trwa od wieków. 

A moje siostry, cóż, Mallory urodziła się w święto Beltane, 

Meredyth w Samhain, a ja w noc świętojańska.. Podczas 

sztormu, choć to nie był sezon burzowy. 

- Domyślam się, że w chwili pani urodzin, w środku nocy, 

na niebie pojawiła się tęcza. 

- Och, nie - odparła ze złośliwym uśmieszkiem, schylając 

się po buty. - Jedynie deszcz meteorytów. Niech pan uważa, 

idzie przypływ. 

Wdrapali się po skałach na ścieżkę dokładnie w chwili, kiedy 

ogromna fala wdarła się na plażę. Ogier Anthony'ego czekał 

posłusznie tam. gdzie zostawił go jego pan, kucyk Morwenny 

oddalił się i obwąchiwał kupki kamieni. 

- Pomijając zjawiska nadprzyrodzone, obawiam się, że nie 

osiągnęła pani celu, panno Halliwell. Głazy zostaną jutro 

usunięte, żeby nie zasłaniały lordowi Camelbourne'owi widoku 

morza. 

Potrząsnęła głową. 

- Wtedy stanie się coś strasznego. Annie Jenkins uważa, że 

Morgan nie bez powodu umieściła je akurat w tym miejscu. 

Czy markiz wie o ich magicznych właściwościach? 

- Szczerze wątpię. 

- Rozumiem. Może ktoś powinien go uświadomić. 

- Panno Halliwell, w pani oczach dostrzegam dziwny błysk. 

Ostrzegam, Camelbourne połyka takie młode panienki bez 

gryzienia. 

- To obrzydliwe. 

Uśmiechnął się. 

- Proszę wybaczyć dosadność. Z nim nie pójdzie pani tak 

łatwo jak ze mną. 

Wiatr igrał z jej włosami. Na jej twarzy pojawił się uśmiech. 

- Czyżby z panem łatwo mi poszło? 
- Dwukrotnie mi się pani przeciwstawiła, a mimo to wciąż 

żyje. Cały Londyn aż huczy - odparł z czarnym humorem. 

68 

KLIFY 

- Dziękuję, milordzie. 

- Raczej nie był to komplement - wyjaśnił Anthony. - Na 

pewno nie. Prawdę mówiąc, zatruwanie innym życia, graso­

wanie po zamkach i grotach bez eskorty nie dodaje atrakcyjności 

towarzyskiej. Pani pozwoli, że ją odprowadzę do domu. Na­

legam, żeby została tam pani do rana. Nie chciałbym, żeby 

cos się pani stało, podczas gdy moi ludzie będą pracować na 

wrzosowisku. 

Rzuciła mu ponure spojrzenie. 

- Panu radzę zrobić to samo. 

- Co takiego? - zapytał zdumiony. 

- Dobre duchy Bucca Guidden nie pochwalają uporu, 

z jakim usuwa pan głazy. Na pańskim miejscu ukryłabym się 

w zamku. 

Chwycił ją za ramię. 

- Panno Halliwell, dam sobie radę, mimo tych pani figurek, 

którymi próbuje mnie pani straszyć. 

- Figurek? - Patrzyła na niego, a w jej oczach odbijało się 

morze. - Czy mówi pan o tej woskowej lalce? 

- Mówię o lalkach. 1 niech pani nie mydli mi oczu. Nie 

jestem Danielem Carew, który wierzy w te pani historie 

o złośliwych ograbkach wyskakujących spod ziemi. 

- Lalki? 

Anthony z rozbawieniem wyjął z kieszeni kamizelki lnianą 

chusteczkę, w której trzymał na wpół stopione figurki. 

- Może je pani zatrzymać na pamiątkę tego zwariowa­

nego popołudnia w wieży w towarzystwie potwora. Niech 

będą dla pani ostrzeżeniem na przyszłość. Wątpię, żeby 

inny mężczyzna w podobnej sytuacji tolerował podobne 

wybryki. 

Morwenna z uwagą obejrzała figurki, ale nie wzięła ich 

do ręki. 

- Bardzo dziwne - odezwała się w końcu. - Ciekawe, co 

to może znaczyć. 

69 

background image

JILLIAN HUNTER 

-

 To znaczy, ze dziewczyna pozostawiona bez opieki próbuje 

sztuczek, by wpłynąć na zmianę mojej decyzji. Pani oszustwo 

się nie udało. 

- Nigdy nie widziałam tej kobiecej lalki. 

- W porządku. A zatem podrzucił ją ktoś ze służby, żeby 

mnie nastraszyć. - Było to bardzo mało prawdopodobne, bo 

Anthony odwrócił się tylko na moment. Z tego co wiedział, 

w wieży znajdują się różne sekretne przejścia, więc całą 

sytuację prawdopodobnie ukartowano. 

- Nosi pan figurki na sercu? - zapytała zaskoczona. 

- Panno Halliwell, nie ma pani nic więcej do powiedzenia? 

Ta kobieta to z całą pewnością pani. 

- Owszem, włosy są całkiem podobne. 

- Moim zdaniem, to są pani włosy. - Wyciągnął rękę, 

podając jej figurki. - Chce pani je zatrzymać? 

- A pan? 

Westchnął. 

- Ukryję je przez kilka dni w bezpiecznym miejscu, Bóg 

jeden wie dlaczego. 

Odetchnęła z ulgą, kiedy owinął lalki w chusteczkę. 

- Wyglądają na szczęśliwe, nie sądzi pan? 

- Szaleją z radości - rzucił chłodno. 

- Nie mam pojęcia, skąd się wzięłam - powiedziała. - To 

znaczy, skąd się tam wzięła moja podobizna. 

Nie wiedział, co powiedzieć, więc jeszcze raz ujął ją pod 

ramię. 

- Odprowadzę panią do domu. Czy pani wie, że dziś rano 

na wrzosowisku moi ludzie przez panią się pobili? 

- Doprawdy? - zapytała wyraźnie zadowolona. 

Zmarszczył czoło. 

- Owszem. Zwrócę uwagę pani stryja na te pani samotne 

eskapady. 

Roześmiała się, a jej śmiech przypominał dźwięk krysz­

tałowych dzwoneczków. 

70 

KLIFY 

- Tak, powinien pan to zrobić. Prawdopodobnie akurat w tej 

chwili sam się zapomniał w swoich poszukiwaniach. 

odążali w górę ścieżki. On na swoim wspaniałym wierz­

chowcu, ona tuż za nim, na grubiutkim kucyku. Widok 

Pentargona na masywnym koniu niespodziewanie wprawił 

jej serce w drżenie. Cóż to za piękny mężczyzna, o praw­

dziwie rycerskich manierach, surowy niczym pradawny wo­

jownik! Oczywiście, jeśli zapomnieć o tym jego wstrętnym 

pomyśle, by sprzedać wyspę. Choć był tak zimny, Morwenna 

nigdy nie spotkała bardziej intrygującego mężczyzny. Była 

przekonana, że wczorajszy pocałunek całkowicie zmienił jej 

życie. 

Po pierwsze, przez całą noc nad jej łóżkiem tańczyły pro­

mienie księżyca tak jasne, że ani ona, ani jej koty nawet na 

chwilę nie zmrużyły oka. Po drugie, słyszała, jak mówiące 

kamienie o czymś szeptały, kiedy je mijała. Mogła tylko 

zgadywać, o czym mówiły. 

„Morwenna jest we władzy Pentargona. Pozwoliła mu się 

pocałować..." 

Zastanawiała się, jak by się czuła, należąc do mężczyzny 

takiego jak Pentargon. Jak głębokie są jego emocje? Czy w jego 

kamiennym sercu w ogóle jest miejsce na uczucia? Ciekawe, 

dlaczego chwilami zdawał się mocniej stawać na prawej nodze. 

Większość ludzi oczywiście niczego by nie zauważyła, ale 

wprawne oko artysty i rzeźbiarza ciała, jakim był Elliott, 

dostrzegło ten szczegół. 

Czyżby Pentargon odniósł rany w pojedynku? Jeździł konno 

z ogromną wprawą, miał prostą strzelistą sylwetkę. Morwenna 

wyobrażała go sobie jako zaborczego, ale troskliwego męża. 

Pewnie żadna kobieta nie miałaby nic przeciwko wykonywaniu 

jego rozkazów. 

Nie wiedziała, skąd u niego wzięła się jej woskowa podobiz-

71 

background image

JILLIAN HUNTER 

na. Czy w ogóle pochodziła z tego świata? A jeśli ktoś rzucił 

na nią urok? Może to Pasco mścił się za to, że ośmieliła sic 

go obrazić? W zamyśleniu nie zauważyła, że Pentargon skręcił 

w złą ścieżkę wzdłuż klifu. 

Ufnie jechała za nim, podziwiając jego szerokie ramiona 

i smukłe plecy. Kiedy nagle nad ich głowami pojawił się wielki 

czarny kruk, była bardziej zaskoczona niż Anthony. 

Kruk krążył przez chwilę nad Pentargonem. po czym zni­

żył lot, jak gdyby szykował się do ataku. Czarne skrzydła 

lśniły złowieszczo, a gardłowe krakanie odbijało się echem 

o skały. 

- Co to jest. na miłość boską? - krzyknął Pentargon, gwał­

townie zatrzymując konia. 

Zwierzę, wyczuwając, że jego pan ma całkowitą kontrolę, 

nie wpadło w panikę, ale posłusznie przystanęło. Ptak za­

trzepotał skrzydłami i odleciał, znikając za klifem. 

Tymczasem kucyk Morwenny, łagodny konik, który zwykle 

ciągnął wóz, wystraszył się czarnej zjawy i przypadł do skalne) 

ściany, próbując się ukryć. Morwenna z krzykiem spadła na 

kamienną ścieżkę. 

Zanim zdążyła wyplątać suknię z krzaków, Pentargon już 

się nad nią pochylał. 

- Panno Halliwell, nic się pani nie stało? 

Pozwoliła sobie na chwilę błogiej rozkoszy w jego ramio­

nach. Owionął ją zapach świeżo wykrochmalonego ubrania 

i męskiego mydła. Pod sztywną koszulą wyczuła przyspie­

szone bicie jego serca. Teraz już nie miała wątpliwości, że je 

posiadał. 

- Panno Halliwell, niech pani na mnie spojrzy. Jest pani 

ranna? 

- Nie, nie sądzę. - Westchnęła, kiedy postawił ją na ziemi. -

Widział pan to, milordzie? 

- Tak, przeklęte ptaszysko omal nie wysłało nas na pewną 

śmierć. Mogliśmy spaść z klifu. - Spojrzał z niechęcią w dół. 

72 

KLIFY 

- Och, myli się pan! - wykrzyknęła. - Ptak uratował nam 

życie. Ta ścieżka się urywa. Pewnie sztorm zniszczył tabliczkę 

z ostrzeżeniem. Wszyscy na wyspie wiedza, że nie należy tędy 

chodzić. Byłam zajęta... cóż, nieważne czym... w każdym razie 

zamyśliłam się i nie zwróciłam uwagi. 

Anthony przyglądał jej się z posępną miną. 

- Pojawienie się kruka to nie przypadek - dodała. - Nie 

rozumie pan? 

- Niezupełnie - mruknął. - No chyba że to jeden z tych 

szkodników szkolonych przez Pasco. To by tłumaczyło, dla­

czego ptaszysko przyglądało mi się zza krat. 

Morwenna otworzyła ze zdumieniem usta. 

- Pan już widział tego kruka? 

- Paskudnik rozsiadł się na parapecie zaraz po tym, jak 

opuściła pani wczoraj zamek. Dziwny zbieg okoliczności, 

nieprawdaż? 

- Niemożliwe. 

- Możliwe, przecież pani mówię. 

Spojrzała na niego, mrużąc oczy. 

- Nie wierzę. 

- Panno Halliwell, to nie jest żadna ważna sprawa, żeby 

człowiek musiał kłamać. 

- Och, myli się pan. 

- Co takiego? 

Przyglądała mu się podejrzliwie. 

- Tylko nieliczni wybrańcy dostąpili tego honoru, by kruk 

ratował im życie. Czy pan wie, kto właśnie nas ocalił? 

- Nie przypominam sobie, by ten błogosławiony ptak się 

przedstawił. 

Wyplątała z włosów gałązkę. 

- To sam król Artur, a przynajmniej tak głosi legenda. 

- Nie wiem, co powiedzieć. 

- Sądząc po ironicznym wyrazie pańskiej twarzy, może to 

i lepiej. 

73 

background image

JILLIAN HUNTER 

Roześmiał się. 

Morwenna założyła ręce na piersi i zmarszczyła brwi. 

- Szydzi pan z naszej największej legendy. 

Kręcił głową, nie przestając się śmiać. 

- Nie, przysięgam, że nie. Vincent próbował mi to już 

wyjaśnić, ale... ale... 

- Hmmm. 

- Panno Halliwell. proszę o wybaczenie. 

Czuła, że drgają jej kąciki ust. 

- Nie zdziwiłabym się, gdyby kruk usiadł panu na ramieniu 

i puknął pana w tę arogancką głowę. 

Próbował zrobić skruszoną minę. 

- Cóż, bez wątpienia zasłużyłem na taki los. Czy mi pani 

wybaczy? 

Wpatrywał się w Morwennę tak długo, aż i ona zaczęła się 

śmiać. 

- Tylko jeśli pan wybaczy moim kwiatom. 

- Już wybaczyłem. - Nie mógł oderwać od niej oczu. - Czy 

będziemy przyjaciółmi? 

Uśmiechnęła się. 

- Mam nadzieję. 

Morwenna nie mogła dosiąść kucyka po tym, co biedak 

przeżył. Musiała udawać niezadowolenie, kiedy Pentargon 

zmusił ją, by razem z nim jechała na jego wierzchowcu. Błyski 

w jego oczach wskazywały jednak, że nie była najlepszą aktorką. 

- Przecież mogę iść pieszo - oponowała. 

- Nie wątpię. 

Przycisnęła policzek do jego wspaniale umięśnionych pleców. 

Był w doskonałej formie fizycznej. 

- Powiadają, że kruk ratuje tylko tych, których los wyznaczył 

do wyższych celów. 

Anthony aż się zakrztusił. 

- Lordzie Pentargon, nie może pan dłużej wątpić w istnienie 

sił nadprzyrodzonych. 

74 

KLIFY 

-

 Ależ oczywiście, że mogę. 

- Silniejsi od pana stawali przeciwko czarodziejce. 

- Mówi pani o rycerzach z baśni. - Na jego ustach pojawił 

się chłodny uśmiech. - Oni nie są prawdziwi, ale ja jestem. 

W milczeniu spoglądała mu przez ramię. Patrzyła na zamek, 

wyrastający nad skałami. Zawsze uważała fortecę za klejnot 

zwieńczający koronę Abandonu, leżącego nieco poza kręgiem 

wysp Scilly. 

Jako własność Kościoła, wyspa wchodziła niegdyś w skład 

Księstwa Kornwalii. W czasie wojny domowej trafiła w prywat-

ne ręce i stała się schronieniem wielu rodzin sympatyzujących 

z rojalistami. 

Odkąd Morwenna sięgała pamięcią, Abandon zawsze spo-

wijały gęste mgły. Legendy łączyły wyspę z megalityczną 

Brytanią. Syreny zamieszkujące u brzegów zwodziły żeglarzy, 

przynosząc im zgubę, chroniły chore dzieci i sieroty. 

Na wrzosowiskach olbrzymy grały w kręgle, tocząc głazy, 

a czarodziejka Morgan le Fay sprowadziła tu śmiertelnie 

rannego w pojedynku króla Artura, by go leczyć. Ukryła go 

razem z rycerzami w grocie, z której wyjdą i staną do boju 

w obronie Brytanii, gdy nadejdzie pora. 

Uśmiechnęła się lekko. 

- Pożałuje pan swojej arogancji, milordzie. 

- Och, tak? 

- I to wcześniej, niż pan przypuszcza. 

nthony wątpił, by kiedykolwiek miał żałować swojej 

arogancji. Dobrze się czuł, zachowując dystans wobec świata, 

Podejrzewał jednak, że przyjdzie mu pożałować tego, że 

widywał się z dziewczyną bez obecności przyzwoitki. Spotkania 

z nią sprawiały mu ogromną przyjemność, choć zawsze towa-

rzyszyło mu jakieś niepokojące przeczucie, że oto igrał z własną 

kleską. 

75 

background image

JILLIAN HUNTER 

Nigdy nie był przesądny. Doświadczenie podpowiadało 

mu. że prędzej czy później zapłaci za te spotkania, prawda 

jednak była taka, że uwielbiał tę mieszaninę jej wrogości 

i inteligencji. 

- Stryj pani powinien mieć na panią oko - powiedział. 

Wyczuł, że się od niego odsunęła. Było mu tak dobrze, 

kiedy jej drobne ciało tuliło się do niego. Zastanawiał się 

nawet, czy nie wybrać okrężnej drogi, by mieć ją przy sobie 

jak najdłużej. 

- A w tym czasie ktoś inny będzie musiał mieć oko na 

stryja - odparła. - Zupełnie nie dba o własne bezpieczeństwo. 

Anthony uśmiechnął się do siebie. Wierzchowiec skręcił 

w wykładaną kamieniami drogę wiodącą na farmę. Obok nich 

truchtał kucyk. Wzdłuż ścieżki rosły krzaki dzikiej róży i kępki 

przewiercieni. W powietrzu unosiła się niezwykła woń ziół 

pomieszana z morską bryzą. 

- Może powinna pani wrócić ze stryjem do Londynu choć 

na jeden sezon? 

- Żeby znaleźć męża, czy to chciał pan powiedzieć? - Była 

nieco zmieszana. - Już próbowaliśmy, niestety, bez rezultatu. 

Większość mężczyzn, jakich poznałam, dawała mi do zro­

zumienia, że jestem zbyt otwarta jak na ich gust. 

- Pani... otwarta? 

- Tak. Trudno w to uwierzyć, prawda? 

Uśmiechnął się. 

- Zupełnie nie potrafię tego wyjaśnić. 

- Stryj zawsze mi powtarza, że kobieta nie powinna mówić 

tego, co myśli. Czy pan też tak uważa? 

- Nie, kiedy jej umysł jest tak fascynujący jak pani. 

Rozpromieniła się. 

- Czy to komplement? 

- W zasadzie tak - odparł, chrząkąjąc. 

- Dobry Boże, zrobię się zarozumiała - uśmiechała się 

z kpiną. - Jak pan. 

76 

KLIFY 

- Jak ja? A może myli pani zarozumiałość z pewnością 

siebie. 

Dojechali do wysypanej kamieniami ścieżki. Słońce prze­

świetlało jasne kępy janowca i wrzosów. W oddali dostrzegli 

poruszający się ciemny kształt, który po chwili przybrał postać 

mężczyzny pędzącego konno w ich kierunku. 

- To Elliott - powiedziała zaskoczona Morwenna, podcią­

gając się nieco wyżej, by lepiej widzieć. - Musiało się coś 

stać. Mam nadzieję, że stryj Dunstan nie utknął znów między 

skałami. Mówiłam mu, żeby trzymał się z daleka od przylądka 

Skulla. 

Zanim Anthony zdołał ją powstrzymać, Morwenna zesko­

czyła z konia i unosząc spódnicę, rzuciła się biegiem przez 

wrzosowisko. Jechał tuż za nią. Widok rozczochranego i zdener­

wowanego, z rozwianym włosem Elliotta potwierdził jej pode­

jrzenia. Musiał zdarzyć się jakiś wypadek. 

- Co się stało? - zapytała, kiedy Elliott zatrzymał się przed 

nimi. - Czy to stryj? 

Elliott spojrzał na Pentargona. 

- Nie, dzięki Bogu nic mu nie jest. Ale niewiele brakowało. 

To dom. 

- Dom? - Potknęła się o kamień, a ponieważ miała roz­

wiązane buty, omal nie straciła równowagi. Na szczęście 

zdążyła się oprzeć o wierzchowca Pentargona. - Masz na 

rękach sadzę. Pożar... och nie, tylko nie Emily. Nie koty. 

Elliott przetarł czarnymi palcami spoconą twarz. 

- Zdewastowali nasz dom. Zdaje się, że kotom nic się stało. 

Emily wpadła w histerię, ale nie jest ranna. Podejrzewam, że 

wracając z poczty, przeszkodziła napastnikom. Twój stryj 

drzemał i niczego nie słyszał, co zakrawa na cud, zważywszy 

na to, jak potworne są zniszczenia. 

Anthony zsiadł z konia, gotów wziąć sprawę w swoje ręce. 

- Co dokładnie się stało? Wspomniał pan o napastnikach. 

Czy podłożyli ogień? 

77 

background image

JILLIAN HUNTER 

Elliott posłał mu spojrzenie, które można by uznać za 

oskarżycielskie. 

- Nie było pożaru, lordzie Pentargon. Ktoś się włamał 

i zniszczył co się dało. Spalili w kominku dokumenty i papiery 

sir Rolanda, a także część moich rysunków. Ratowałem, co 

było można, ale kiedy uświadomiłem sobie, że nie wiem, gdzie 

podziewa się Morwenna, cóż... naturalnie postanowiłem się 

upewnić, czy jest bezpieczna. 

- Elliott, zabierz mnie do domu - powiedziała. - Muszę 

przeliczyć koty i oszacować straty. 

- Niech Elliott poprowadzi kucyka - zdecydował An-

thony, sadzając ją na swoim wierzchowcu. - Ja panią od­

wiozę. 

nthony od razu domyślił się, że nie był to zwyczajny akt 

wandalizmu. Stał w milczeniu w progu domu, próbując ukryć 

zdumienie nad wielkością zniszczeń. Koronkowe firany i obicie 

sofy pocięto nożyczkami, które sterczały wbite w poduszkę. 

Tapety zbryzgano mokrym piaskiem. Książki w pozłacanych 

okładkach leżały porozrzucane na podłodze, w kominku tlił 

się stos papierów i rysunków. 

Morwenna, otoczona przez pół tuzina żałośnie miauczących 

kotów, nie wyglądała na wystraszoną. Była zdumiona tym, co 

zobaczyła. 

- Och, Elliott, zniszczyli twoje rysunki przedstawiające 

papę jako króla Artura. Tak mi przykro. 

Podsunął jej fotel. 

- To nic. Znajdziemy kogoś innego do pozowania albo 

spróbuję narysować z pamięci. Te rysunki i tak nie były 

najlepsze. 

Usiadła ciężko przy kominku i zaczęła grzebać w popiele. 

- Och, tylko spójrzcie, cała historia zamku Tintagel, holen­

derska wersja Tristana. I gdzie ja teraz znajdę inne tłumaczenie? 

78 

KLIFY 

Anthony wyjął spod biurka spłoszone kocię. 

- Zastanawiam się, czy przypadkiem nie jest za to od­

powiedzialna ta sama osoba, która zostawiła w zamku pani 

woskową podobiznę. Jeśli tak, to żarty stały się niesmaczne. 

Spojrzała na niego. 

- Na pewno nie zrobił tego nikt z mieszkańców wyspy. 

Nawet Pasco nie byłby zdolny do takiej potworności. Mu­

sieli to być pańscy ludzie. A za nich pan jest odpowie­

dzialny. 

Jego twarz pociemniała, kiedy kładł kota na krześle. Wszędzie 

pełno było papierów, podłoga zasypana była nadpalonymi 

stronami z islandzkich sag, średniowiecznych kronik, między 

nimi leżał szkic przedstawiający Merlina uciszającego z klifu 

wzburzone morze. 

- Wątpię, żeby ludzie, których zatrudniłem, dopuścili się 

czegoś podobnego. 

- Skąd ta pewność? 

Nie przywykł do tego, by kwestionowano jego uwagi. Patrzył 

na nią ze zdziwieniem. 

- Wiedzą, że każdy, kto naruszy moje rozkazy, zostanie 

ukarany. Carew już dla mnie pracował. Przekonał się, że dobrze 

płacę, ale surowo karzę. 

Poderwała się na równe nogi. 

- A więc kto? Nic podobnego nie zdarzało się na wyspie, 

dopóki pan się tu nie zjawił. A zresztą, nieważne. Nie ma sensu 

prosić pana o pomoc. Sama sobie poradzę. 

- Z niczym nie będzie sobie pani sama radzić, panno 

Halliwell. Może z wyjątkiem własnego nastroju. Przesłucham 

moich ludzi. 

- Jego lordowska mość ma rację, Morwenno - powiedział 

sir Dunstan, wchodząc do pokoju. - Nie możemy rzucać oskar­

żeń, nie mając dowodów. Rybacy najęli na lato kilku obcych. 

- Ktoś zupełnie nam obcy nie miałby powodu, żeby robić 

coś takiego - odparła, patrząc w oczy Anthony'ego. 

79 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Gdzie gospodyni? - zapytał cicho. 

- Leży z okładem z octu na czole - wyjaśnił Elliott, przy­

glądając się nadpalonemu rysunkowi, który Morwenna wydo­

była z kominka. - Cały mój wysiłek poszedł na marne -

mruknął. - Lata studiów, pracy. Wszystko na nic. Nigdy tego 

nie odzyskam. 

Morwenna rzuciła Anthony'cmu ponure spojrzenie i uklękła 

obok Elliotta. 

- Narysujesz wszystko od nowa, Masz talent. 

- Obawiam się, że mój talent jest za mały. Owszem, 

miałem kilka dobrych momentów, ale to już jest za mną. -

Obejrzał się, uśmiechając się z przymusem do Morwenny. -

Posłuchaj, Morwenno. To ciebie i twojego stryja należałoby 

pocieszać. Ten, kto to zrobił, z całą pewnością chciał was 

nastraszyć. 

- Odnoszę takie samo wrażenie. - Morwenna wstała i spo­

jrzała Anthony'emu w twarz, ale on już odwrócił się do drzwi, 

w których stała zapłakana gospodyni wezwana przez sir Dun-

stana. 

- Pani Jenkins - odezwał się. - Wiem, że jest pani zde­

nerwowana. - Mówił tak cichym i łagodnym głosem, że 

Morwenna aż wstrzymała oddech. - Chciałbym zadać pani 

kilka pytań, a potem będzie pani mogła wrócić do siebie. 

Czy widziała pani sprawców? Czy mogłaby ich pani roz­

poznać? 

Pokręciła smutno głową. 

- Kiedy weszłam do kuchni, zauważyłam postać odzianą 

na czarno, milordzie. Czarny płaszcz, czarny kaptur. Rozmawiał 

z kimś, kto, zdaje się, był w salonie. Nie widziałam dokładnie. 

Ten drugi tylko mi mignął przed oczami. Krzyknęłam, a wtedy 

on się odwrócił i rzucił we mnie krzesłem. Chyba potem znów 

krzyczałam, nic więcej nie pamiętam. 

Sir Dunstan poklepał ją po ramieniu. 

- Oj, krzyczałaś, krzyczałaś. Milordzie, biedna pani Jenkins 

80 

KLIFY 

narobiła takiego hałasu, że aż mnie wyrwała ze snu. Znalazłem 

ją zemdloną na podłodze. W pierwszej chwili myślałem, że 

ktoś na nią napadł. 

- Brakuje szarego kotka, tego ze spuchniętą łapką! - zawo­

łała nagle Morwenna. - Jeśli zrobili mu jakąś krzywdę... 

Znikła razem z gospodynią, nim Anthony zdążył odezwać 

się choćby jednym słowem. Zwrócił się więc do sir Dun-

stana. 

- Nie wierzę, żeby zrobili to moi ludzie, ale osobiście zajmę 

się tą sprawą. Ma pan moje słowo. 

Sir Dunstan kiwnął na Anthony'ego głową, by ten wyszedł 

z nim na korytarz. Elliott zaczął już sprzątać bałagan w salonie. 

- Chciałbym panu coś pokazać, milordzie - powiedział sir 

Dunstan, zniżając głos. - Nie wiem, co o tym sądzić. Może 

pan zechce wyrazić swoją opinię. 

Zaprowadził Anthony'ego do sypialni Morwenny. Pokój był 

zagracony, ale na swój sposób uroczy. Podczas kiedy większość 

dziewcząt kolekcjonowała flakoniki perfum i wachlarze, ona 

ozdobiła swój pokój tak dziwacznymi przedmiotami jak abo-

rygeńskie maski, gładkie kamienie czy muszle. Na toaletce 

znajdował się stos starych ksiąg i saksońskie mapy. Wtedy 

Anthony zauważył łóżku. 

- Na miłość boską, a cóż to... 

Na samym środku łóżka, przykrytego spłowiała kapą, usypano 

wielką kupę błota. Wokół niego ułożono krąg z białych lilii. 

Ich zapach był tak intensywny, że Anthony poczuł niemiłe 

skurcze żołądka. 

Dramatyzmu dodawał niewielki kamienny krzyż, wbity 

krzywo w sam środek błotnego kurhanu. Choć Anthony nie 

rozumiał jego symboliki, wyczuwał złą energię, jaką emanował. 

- Co to znaczy? - zapytał spiętym głosem. 

- To krzyż z pogańskiego grobu z wrzosowiska, gdzie kopią 

pańscy ludzie, milordzie - wyjaśnił ponuro sir Dunstan. -

Został wyrwany z ziemi dziś rano. Bóg jeden wie, jakiej duszy 

81 

background image

JILLIAN HUNTER 

zakłócono wieczny spokój. Lilie należą do Morwenny... a raczej 

do jej matki. To Mildred sprowadziła je na wyspę. Symbolika 

jest dla mnie oczywista. Ktoś grozi mojej bratanicy. 

Anthony spojrzał w okno, zza którego dobiegał dziewczęcy 

głos. Morwenna przebiegła obok domu, próbując zagonić kota 

do stodoły. Mimo woli uśmiechnął się, zastanawiając się, jakim 

cudem nagle znalazł się w jej sypialni. Czuł, że musi chronić 

dziewczynę, której życie być może znalazło się w niebez­

pieczeństwie. 

Możliwe, że ludzie CameIbourne'a postanowili ją nastraszyć. 

Markiz czy nie, to jego rozkazy musieli wypełniać. Wmawiał 

sobie, że to jedyny powód, dla którego zaangażował się w tę 

sprawę. Boże, nie dopuść, by jego uczucia wobec tej dziewczyny 

jeszcze bardziej się skomplikowały. 

Nie był w stanie wyobrazić sobie tego romansu. On, książę, 

i ta postrzelona panna! Kto przy zdrowych zmysłach chciałby 

mieć za żonę kobietę, która biega w niezasznurowanych bu­

cikach i wykłóca się z gospodarzem w jego własnym zamku? 

Publiczny skandal zatrułby mu życie. To śmieszne, że miałby 

adorować tego małego elfa. Na samą myśl o tym usta An­

thony'ego wygięły się w uśmiechu. 

1 wtedy znów zobaczył ją przez okno. Od razu zrozumiał, 

że sam siebie okłamuje. Coś go do niej ciągnęło. Przecież 

gdyby było inaczej, nie stałby tu, w jej sypialni. 

Kątem oka w lustrze zauważył, że sir Dunstan mu się 

przygląda. 

- Jak pan myśli, kto mógł to zrobić? 

Sir Dunstan szybko odwrócił wzrok i zapatrzył się na 

podłogę. Było oczywiste, że uważał, iż Anthony pośrednio jest 

w to wmieszany. 

- Nie mam pojęcia. Był taki jeden niesforny chłopiec, który 

starał się o rękę Morwenny, ale to było dawno temu. Jeszcze 

przed naszym wyjazdem do Londynu. Teraz się ustatkował. 

- A Pasco Illugan? 

82 

KLIFY 

- Podejrzewam, że jest zdolny do wszystkiego. Zawsze 

jednak mi się zdawało, że ma słabość do Morwenny. Być może 

ta słabość przerodziła się w obsesję. 

Anthony patrzył na kamienny krzyż. 

- Dziwny sposób okazywania uczuć. 

- Jeśli to robota Pasco... - Sir Dunstan tak nie uważał. -

Aż boję się myśleć, co by było, gdyby sprawcy zastali tu 

Morwennę. 

Anthony zacisnął usta. 

- Dopóki nie dowiemy się kto to, lepiej nie ryzykować. 

Zapraszam was wszystkich do zamku. Będziecie pod moją 

opieką. Proszę zabrać Elliotta i gospodynię. W wieży jest dość 

miejsca, a i odległość dzieląca ją od moich komnat wystarczy, 

by zapobiec plotkom. 

- W pańskim zamku? - Sir Dunstan był tak zachwycony 

propozycją, że Anthony musiał się uśmiechnąć. - Och, moja 

bratanica i ja będziemy dla pana kłopotem, milordzie. 

- Nie większym, niż jesteście do tej pory - odparł po­

godnie. - Ufam, że pańska bratanica nie poczuje się dotknięta 

moją propozycją ani nie dopatrzy się w niej niczego nie­

stosownego. 

- Do diabła z niestosownością - powiedział sir Dunstan. -

Życie tej dziewczyny jest dla mnie cenniejsze niż reputacja. 

Morwenna zrobi to, co jej każę. 

Anthony podniósł z podłogi kryształowy wisiorek. 

- Łańcuszek się urwał. 

- Dobrze, że nie zauważyła, bo pękłoby jej serce. Należał 

do jej matki. Morwenna miała siedem lat, kiedy ją straciła. 

- Z powodu choroby? 

Dunstan zawahał się, kiedy Anthony wręczył mu wisiorek. 

- Nie jestem pewien. Nikt tego nie wie. 

- Jak to? 

- Którejś nocy po prostu znikła we mgle. Czy ugrzęzła na 

bagnach, czy padła ofiarą przestępstwa, nigdy się tego nie 

83 

background image

JILLIAN HUNTER 

dowiedzieliśmy. Roland szukał jej przez rok. Myślę, że to 

dlatego wrócił tu, żeby umrzeć. Miał nadzieję, że ją odnajdzie. 

Anthony podszedł do drzwi. 

- Każę przygotować pokoje. 

- Morwenna będzie panu wdzięczna, milordzie. 

W drodze powrotnej Anthony rozmyślał nad ostatnimi sło­

wami sir Dunstana. O ile znał Morwennę, jej reakcja będzie 

dokładnie odwrotna. Ale przecież nie poznał jej aż tak dobrze... 

a przynajmniej nie tak, jak by tego chciał. 

ie marnował czasu na okazywanie wściekłości. Przemknął 

po wrzosowisku, zwalniając dopiero, gdy dotarł do hałdy darni 

i granitu na skraju placu budowy. 

Jeźdźca obserwował mężczyzna o posiniaczonej twarzy, na 

której wyraźnie malowała się bezczelność. 

- Gdzie Carew? - zapytał Anthony, zsiadając z konia. 

- Nie ma go. - Kornwalijczyk splunął przez ramię. - Na­

zywam się John Hawkey. Teraz ja tu jestem nadzorcą. 

- Nie ma go? - Anthony rozejrzał się z niedowierzaniem. -

Był tu jeszcze godzinę temu. 

- Odesłałem go, milordzie. On nie ma nerwów do tej roboty. 

- A kto, u diabła, dał ci prawo wydawania rozkazów moim 

ludziom? - zapytał z oburzeniem Anthony. - Przecież ty pra­

cujesz dla mnie. 

Mężczyzna oparł się na kilofie. Był niski, przysadzisty, 

zalatywał alkoholem i potem. Anthony nic zatrudniłby go 

nawet do wywozu śmieci. 

- Właściwie, milordzie, to ja pracuję dla markiza. Jego 

lordowska wysokość zaczął się niecierpliwić. Chce mieć ten 

pałacyk, zanim przejmie wyspę, więc mnie tu przysłał, żebym 

wszystkiego dopilnował. 

Anthony z trudem panował nad wściekłością. 

- Camelbourne przysłał cię, żebyś wszystkiego dopilnował. 

84 

KLIFY 

Czy zakres twoich obowiązków obejmuje również napadanie 

na gospodynię i niszczenie domów młodych dziewcząt? 

Hawkey nawet nie mrugnął okiem. 

- Możliwe. Jeśli będą mi przeszkadzać w pracy. Lord 

Camelbourne dał mi wolną rękę, milordzie. 

- Czy ty albo twoi ludzie splądrowaliście dziś dom na farmie? 

Twarz Hawkeya spochmurniała. 

- Mogę się rozliczyć z każdej minuty, jaką spędziłem na 

tej wyspie. Tak samo moi ludzie. Niech się pan rozpyta, jak 

mi pan nie wierzy. 

- Zamierzam to zrobić. 

Nieopodal wrzosowiska zgromadził się tłum mieszkańców 

wyspy. Anthony widział na ich twarzach wzburzenie, ale ono 

w niczym nie przypominało jego gniewu. 

- Posłuchaj, Johnie Hawkeyu. Jeśli komuś z mieszkańców 

tej wyspy coś się stanie, bez względu na rozkazy Camelbourne'a, 

trafisz do więzienia w Bodmin tak szybko, że nawet nie zdążysz 

się pożegnać z pracą. Dopóki nie podpiszemy umowy, wyspa 

należy do mnie. a jej mieszkańcy są pod moją opieką. Zro­

zumiałeś? 

W oczach mężczyzny zapłonął gniew, który musiał jednak 

ustąpić przed władzą. 

- Zrozumiałem. 
- To dobrze. Nie zmuszaj mnie, żebym wyjaśniał to w bar­

dziej brutalny sposób. 

Odjeżdżając. Anthony czuł na plecach palące spojrzenie 

czarnych oczu nadzorcy. Ludzie - farmerzy, rybacy, nauczyciel­

ka i jej mali podopieczni - przyglądali mu się z niepokojem, jak 

gdyby był jednym z tych najeźdźców, którzy według legend 

w zamierzchłej przeszłości podbili wyspę. 

Nagle zawrócił i ruszył kłusem z przeciwnym kierunku. 

Przypomniał sobie, że nie poruszył jeszcze jednego kamienia. 

Dotarcie do granitowego domu przy klifie, gdzie mieszkał 

Pasco Illugan, zajęło mu godzinę. 

85 

background image

JILLIAN HUNTER 

Szedł przez ogród, miażdżąc butami cykutę. Przystanął, 

słysząc piskliwy męski śmiech. 

- I tak olbrzym Thunderbore przemierzał ziemię, niszcząc 

wszystkie stworzenia, jakie napotkał na swojej drodze. Witam 
w moich skromnych progach, lordzie Pentargon. 

Anthony spojrzał na niego z niedowierzaniem. Nawet nie 

próbował ukryć wściekłości. 

- Dziś zniszczono dom panny Halliwell. Czy to twoja 

sprawka? 

Pasco uśmiechnął się do niego. 

- Niestety, nie wszystko zło, jakie nawiedza Abandon, to 

moje dzieło. Nie, tym razem to nie ja. 

- Czy potrafisz udowodnić, że w tym czasie robiłeś coś 

innego? 

Uśmiech zniknął z twarzy Pasco. 

- Byłem na Black Carn, rzucałem uroki. Siły, jakie we­

zwałem, nie opowiedzą o tym w sądzie. 

Anthony sięgnął do kieszeni płaszcza. 

- Czy ty albo te twoje siły podrzuciliście mi to w wieży? 

Pasco spojrzał na złączone woskowe figurki i otworzył 

szeroko oczy. 

- Morwenna zrobiła pańską podobiznę. Nie wiedziałem, że 

aż tak ją pan pociąga. Proszę wybaczyć, milordzie, ale uwie­
rzyłem jej, kiedy powiedziała, że pana nienawidzi. Z całą 
pewnością nie o taki urok prosiła. 

- Prosiła o urok? Przeciw mnie? 
- To poufna informacja. - Pasco ściszył głos. - Nigdy nie 

wyjawiam tajemnic moich klientów. Właściwie to już za dużo 
powiedziałem. 

- Ktoś usypał jej na łóżku błotny kurhan. Domyślasz się 

dlaczego? 

- Kurhan? Ależ to cudownie makabryczne. 

- Jej stryj uważa, że to ty - dokończył chłodno Anthony. 
- Doprawdy? Cóż, widzę, że moja sława rośnie. 

86 

KLIFY 

-

 Jesteś małym obleśnym robakiem, Pasco. 

Pasco udawał dotkniętego. 
- Czy to znaczy, że nie zechce mi pan uczynić tego zaszczytu 

i nie zje pan ze mną rosołu z krabów, milordzie? 

- Jeden fałszywy ruch i znajdziesz się na dnie morza, Pasco. 

Będę miał cię na oku. 

Pasco zachichotał. 

- Mam nie zasłaniać okien? Wie pan, czasami lubię tańczyć 

nago. 

Anthony, trzymając w dłoni woskowe lalki, odwrócił się. 

Zanim zrobił pierwszy krok, spod jego stóp wytrysnął deszcz 

iskier, a bramę spowiła chmura siarkowego dymu. Pasco, 

klaszcząc w dłonie, aż pisnął z zadowolenia. 

Anthony, nie zwracając na niego uwagi, podszedł do swojego 

wierzchowca. 

- Tanie sztuczki, Pasco. Widziałem lepsze u aktorów na 

targu. 

- Pewny siebie łajdak - mruknął pod nosem Pasco, czekając, 

aż opadnie dym. - Była moja, zanim się tu pojawiłeś. Nie 
oddam jej. 

orwenna zalała się łzami, kiedy zobaczyła swoją sypial­

nię. Nie tylko dlatego, że na łóżku znalazła błotny kurhan. Na 
ten widok rozbolał ją brzuch. 

Ogarnęła ją wściekłość. Przede wszystkim jej słodki bury 

kotek miał stłuczone żebra. Niewątpliwie kopnął go jeden 
z napastników. Ci sami źli ludzie zniszczyli jedwabną kapę 

mamy. Morwenna miała po niej tak niewiele pamiątek, 
a plam po czerwonym błocie z wrzosowiska za nic nie da się 
wywabić. 

Najgorsze jednak było to, że Pentargon zajął się ich sprawą 

z tą swoją arogancją, która wprawdzie ją denerwowała, ale 

jednocześnie dodawała otuchy. Elliott był z natury zbyt emo-

87 

background image

JILLIAN HUNTER 

cjonalny, by poradzić sobie z kryzysem. Wciąż nie mógł dojść 

do siebie po stracie kontraktu na wymalowanie królewskiej 

przebieralni. Stryj zaś był zbyt stary, żeby zadawać się z robot­

nikami z wrzosowiska. 

Morwenna była przekonana, że zrobili to ludzie Pentar-

gona. Nigdy wcześniej na wyspie nie było żadnych incyden­

tów, z wyjątkiem tej zabawy z okazji Beltane, kiedy to 

chłopcy wrzucili im do ogrodu ognistą kulę. Był to jednak 

zwykły pijacki wybryk, jakich należało się od czasu do czasu 

spodziewać. Ostatnio podejrzewała, że Pasco zapłacił kilku 

osieroconym chłopcom, żeby podrzucili jej pod drzwi mar­

twe ropuchy, co było raczej dziwaczną forma adorowania 

kobiety. 

Coś tak okropnego przydarzyło jej się pierwszy raz. Jak teraz 

odzyska spalone stronice z rękopisu papy? Przecież książka 

miała się ukazać już za kilka miesięcy. 

Nagle poczuła na ramieniu dłoń stryja. Siedziała przed 

toaletką, próbując złożyć razem nadpalone szczątki księgi 

z walijską poezją. 

- Lord Pentargon zaofiarował nam schronienie w swoim 

zamku do czasu, aż złapią złoczyńców. Przyjąłem jego pomoc, 

nie czekając, aż widząc twój upór, zmieni zdanie. Spakuj tylko 

to co najważniejsze, kochanie. 

Podniosła głowę. Jej twarz była blada jak ściana. 

- Przyjąłeś... och, stryju Dunstanie, co za upokorzenie. To 

straszne mieszkać pod jednym dachem z wrogiem. 

- Posłuchaj, Morwenno... 

Poderwała się na równe nogi. 

- Czy ty wiesz, co on chciał mi zrobić wtedy w wieży? 

Sir Dunstan otworzył usta, ale słowa uwięzły mu w gardle. 

Morwenna rzuciła mu pogardliwe spojrzenie. 

- Nie, nie to, ale niewiele brakowało, a musiałabym czuć 

zażenowanie. 

- Książę czy nie, dopilnuję, by traktował cię z należnym 

88 

KLIFY 

szacunkiem. Twój ojciec na łożu śmierci prosił, żebym się tobą 

opiekował. 

Westchnęła. 

- Dziękuję, stryju Dunstanie. 

- Niestety, najwyraźniej przyszło nam wybrać mniejsze zło. 

Wolę poświęcić twoje dobre imię niż życie. 

- Nigdzie nie pojadę, stryju Dunstanie. 

- Owszem, Morwenno, pojedziesz. Pakuj się. 

- Jedyne, co spakuję, to moje koty. Annie Jenkins zaraz 

zrobi gorący okład temu buremu biedactwu. 

- Okład? Kotu? - Podrapał się po łysinie. - Jesteś tak 

podobna do matki, że czasami aż mnie to przeraża. 

Zerknęła na kamienny krzyż. 

- Wiem. Czasami sama siebie przerażam. 

background image

nthony stał przy oknie i wypatrywał kolaski, którą miała 

przyjechać Morwenna. Bawiła go jego własna niecierpliwość. 

Jak to się stało, że tak bardzo pragnął spotkać się z tą dziew­

czyną? Przecież ona odwoływała się do magicznych zaklęć, 

by się go pozbyć! 

Odpowiedziała na jego pocałunek. Jej ciało idealnie przyle­

gało do jego ciała, jak gdyby byli dla siebie stworzeni. Oczywiś­

cie coś podobnego nigdy więcej się nie powtórzy. Jedynym 

wyjątkiem będzie powitalna kolacja, jakq zaplanował na ten 

wieczór. Po tym grzecznościowym spotkaniu oddali się do 

swojego apartamentu. 

- Jadą, milordzie! - zawołał z podnieceniem stojący na 

blankach Vincent. Anthony wystawił go tam na czaty i kazał 

się powiadomić, gdy tylko na horyzoncie ukaże się kolaska. 

- Dziękuję. - Anthony odsunął się od okna. Nie chciał, by 

ktokolwiek go zobaczył. - Nie ma potrzeby trąbić o tym 

całemu światu. 

Zszedł na dół i labiryntem nieoświetlonych korytarzy i tajem­

nych przejść dotarł do holu. Nie chciał, by pomyślała, że nie 

może się na nią doczekać, ale byłoby niegrzecznie, gdyby nie 

wyszedł jej na spotkanie na dziedziniec. Omal nie zderzył się 

w drzwiach z panią Treffry. 

90 

KLIFY 

- Już są, milordzie. Czy mam przynieść do salonu sherry 

i ciasteczka? 

- Nie. Tak. Dobry Boże, co za zamieszanie. Można by 

pomyśleć, że sama królowa zaszczyca nas swoją obecnością. -

Cały zamek przystrojono świeżymi kwiatami, podłogę wypo­

lerowano na błysk, a w powietrzu nie unosił się nawet naj­

mniejszy pyłek. 

Anthony zerknął na swoje odbicie w dużym stojącym w holu 

lustrze. Dokładnie ogolony, włosy gładko zaczesane do tyłu, 

elegancki czarny surdut, podkreślający jego wyprostowaną 

sylwetkę, ale czy musiał być tak zadowolony z siebie? I ta 

protekcjonalna mina... 

Obawiał się, że wystraszy dziewczynę tym swoim aroganckim 

uśmieszkiem. Z drugiej strony, może to i lepiej... A jednak 

mógłby spróbować nie onieśmielać jej tak już od progu. 

Nie, nie mógłby. Nie, kiedy na sam jej widok krew zaczynała 

mu szybciej krążyć. Nie, kiedy już setki razy rozebrał ją, 

uwiódł i kochał się z nią w myślach. Ach, jakże upojne były 

te wyimaginowane zbliżenia dla obojga. Anthony może nie 

był najprzystojniejszym kawalerem w Londynie, ale z pewnością 

wiedział, jak zadowolić kobietę. Na jego twarzy znów pojawił 

się arogancki uśmiech. 

- Proszę, milordzie. - Z zamyślenia wyrwała go pani Treffry, 

wręczając mu bukiet lilii. Ich zapach był bardzo mocny. - Dla 

panny Halliwell. 

Zmarszczył brwi. 

- Myśli pani, że... 

- O, tak, milordzie. Piękny gest pojednania. Udowodni jej 

pan, jak panu przykro. 

Westchnął. Jedynym powodem, z jakiego było mu teraz 

przykro, było to, że romans z panną Halliwell będzie musiał 

pozostać jedynie fantazją. Drugi raz nie zamierzał jej dotykać. 

Jeszcze skończy przed ołtarzaem... Niech Bóg broni poślubić 

tę dziewczynę! 

91 

background image

JILLIAN HUNTER 

Czuł się idiotycznie, wychodząc z bukietem na powitanie 

kolaski, która właśnie zatrzymała się na dokładnie zamiecionym 

podjeździe. Sir Dunstan spojrzał na niego ponuro. Panna 

Halliwell, a raczej jej dolna połowa, oddawała się jakiemuś 

tajemniczemu zajęciu, wystawiając w stronę gospodarza sporych 

rozmiarów pupę. Anthony oniemiał na ten widok. Wydawało 

mu się, że dziewczyna jest nieco szczuplejsza. 

Ciszę przerwały dziwne piski. Anthony spojrzał w niebo, 

zastanawiając się, czy przypadkiem zamku nie atakuje stado 

mew. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że dźwięki dobiegają 

ze środka kolaski, a zaskakująco szerokie siedzenie należy nie 

do panny Halliwell. ale jej gospodyni, Emily Jenkins. 

Morwenna nie przyjechała. Jego usta wykrzywiły się w nie­

znacznym uśmiechu. Czyżby nie rozumiała, że przełknął własiną 

dumę, by ją chronić? Nie wie, że ofiarując jej schronienie, 

zrezygnował z podkreślającego jego władzę dystansu? Czy ta 

dziewczyna uważa go za człowieka, który wpuszcza byle kogo 

do własnego zamka? 

Stał w milczeniu, obserwując, jak sir Dunstan wysiada 

z kolaski. 

- Co to ma znaczyć? - zapytał lekko poirytowany. - A gdzie 

pańska bratanica? 

- Nie zgodziła się przyjechać, milordzie - wyjaśnił zaże­

nowany mężczyzna. 

- Rozumiem. 

- Prosiła, żeby podziękować panu za troskę, i przysłała koty 

i gospodynię. 

- Rozumiem i to. - W oczach Anthony'ego pojawiło się 

rozbawienie. - A czy pan zostanie? 

- Oczywiście, że nie, milordzie. - Sir Dunstan wbił wzrok 

w ziemię. - Pewnie chce pan, żebym zabrał koty z powrotem? 

- Koty mogą zostać - odparł z westchnieniem. 

92 

KLIFY 

W czesnym rankiem Anthony udał się do domku na farmie. 

Zatrzymał się przed bramą, kiedy zauważył w ogrodzie Mor-

wennę, pozującą Elliottowi. Nie zdradzając swojej obecności, 

obserwował ich przez kilka minut. 

Ellioit zdawał się nie reagować na urok Morwenny albo 

potrafił się dobrze ukrywać pod maską zawodowej obojętności. 

Anthony nie był do tego zdolny. Z dnia na dzień czuł, że 

dziewczyna coraz bardziej go pociąga. 

Ciepła bryza zdawała się pieścić jej skórę. Błękitna suknia 

przylegająca do jej ciała podkreślała gibkość figury. Z daleka 

wyglądała jak niewinna bogini, oszałamiająco piękna i nie­

osiągalna dla zwykłego śmiertelnika. Dziewczyna najwyraźniej 

nie była świadoma swojej urody. Oniemiały z zachwytu An­

thony podziwiał to przecudne zjawisko, które nagle ni stąd, ni 

zowąd ziewnęło przeciągle, zupełnie nie po kobiecemu. 

- Morwenno! - Niezadowolony Elliott odłożył ołówek. -

Co się z tobą dzieje? 

Uśmiechnęła się smutno, zdejmując z czoła srebrną tiarę. 

- Przez całą noc nie zmrużyłam oka. Dziwnie się czuję. 

Raz jest mi gorąco, za chwilę znów zimno... 

Podniosła wzrok i dostrzegła czekającego przed bramą 

Anthony'ego. Ich oczy się spotkały. Anthony poczuł dreszcze, 

z wrażenia aż znieruchomiał. Dziewczyna położyła dłoń na 

sercu, ze strachu czy z innego powodu... nie miał pojęcia. 

Wiedział tylko, że powinna się go bać. Był tak rozgniewany, 

że miał ochotę nią potrząsnąć. Niestety, nie był pewien, czy 

może sobie na tyle zaufać, by jej dotknąć. 

Pchnął bramę i wjechał do ogrodu. Był to prawdziwy raj na 

ziemi, gdzie zmysły upajały lilie, łubin i róże w pełnym 

rozkwicie. 

- Lordzie Pentargon. - Zmieszany Elliott spojrzał na Mor-

wennę. Być może dopiero teraz zrozumiał, dlaczego jej uśmiech 

zamienił się nagle w grymas, - Proszę nie mówić, że przyjechał 

pan pozować do rysunku. Morwenno, znajdź miecz twojego 

93 

background image

JILLIAN HUNTER 

ojca i hełm dla jego lordowskiej mości. Czy mamy jeszcze tę 

zbroję? 

Anthony patrzył na Morwenne. 

- Niech się pani nie kłopocze, panno Halliwell. Nie przy­

jechałem pozować. 

Elliott. nie chcąc tracić najlepszego światła, sam pobiegł do 

domu poszukać kostiumu. Anthony westchnął, marszcząc brwi. 

- Pani wie, dlaczego tu jestem, panno Halliwell - odezwał 

się posępnie. 

Domyślił się, że odwróciła się do niego plecami, żeby ukryć 

uśmiech. Najwyraźniej jego surowość nie przynosiła efektu. 

- Pani koty opanowały zamek - powiedział chłodno, okrą­

żając Morwenne. - Żaden nie zrobi kroku, żeby nie ciągnąć 

za sobą całej gromady. Dziś rano znalazłem jednego z pani 

podopiecznych w łóżku. 

Naturalnie, marzył, by na miejscu niesfornego kota w końcu 

znalazła się ich pani. Na szczęście, sprawy nie posunęły się 

aż tak daleko. 

- Ugryzł mnie w palec - dodał. 

Roześmiała się, zerkając na niego ukradkiem. 

- Dziękuję, że się pan nimi zaopiekował. 

- Wolałbym zaopiekować się panią. - Otworzyła szeroko 

oczy. Słowa wyrwały mu się z ust, zanim zdążył się po­

wstrzymać. - To znaczy... cóż, nie mogę zapewnić, że nie 

jestem po części odpowiedzialny za to, co się tu wczoraj stało. 

Spojrzała na niego z niedowierzaniem. 

- Pańscy ludzie przyznali... 

- Do niczego się nie przyznali. Nowy nadzorca jest wyjąt­

kowo bezczelny. Twierdzi, że jest niewinny, ale nie zdziwił 

się, kiedy oskarżyłem go o popełnienie przestępstwa. Podobnie 

rzecz ma się z Pasco. 

- Pasco? - Zmarszczyła nos. - Och, cóż, możliwe, że to on. 

Mógł się mścić, bo nie zgodziłam się na jego cenę. 

Uniósł brwi. 

94 

KLIFY 

- Cenę za pozbycie się mnie z wyspy? 

Uśmiechnęła się tęsknie. 

- Obawiam się, że tak, choć teraz wydaje mi się to głupotą. 

Odwrócił wzrok, nie rozumiejąc, co się stało. Przyjechał tu, 

żeby ją zbesztać, a nie kolejny raz poddawać się jej urokowi, 

Z niejakim wysiłkiem przybrał groźną minę. 

- Głupotą było odrzucenie mojej propozycji - powiedział 

surowo. - Powinna pani przenieść się do zamku do czasu, aż 

sprawcy zostaną ujęci. 

- A jeśli nigdy nie uda się ich złapać? 

Zacisnął zęby. 

- Najważniejsze, żeby pani była bezpieczna. 

Oparła się o różaną pergolę. Anthony przyglądał się jej 

z zachwytem. Zafascynowała go jej jedwabna suknia, pod którą 

zadziwiająco wyraźnie rysowały się piersi. Czuł się urażony 

faktern, że to Elliott, a nie on, dostąpił zaszczytu oglądania 

tego widoku przez cały ranek. 

- Może to zabrzmi niemądrze, milordzie - powiedziała -

ale jestem przekonana, że tu, na Abandonie, nie grozi mi nic 

złego. 

Tak bardzo marzył, by ją pocałować, że aż go to zabolało, 

Chciał ją położyć i wziąć na łożu z kwiatów. Skąd u niego to 

pragnienie? To szaleństwo, tu, prawie na progu jej domu! Nagle 

powietrze wypełnił zapach lilii. Morwenna przywiodła go na 

rabatę obsadzoną pachnącymi kwiatami i patrzyła, jak upaja 

się ich zapachem i przeklina samego siebie za to, że jej pożąda. 

- Dobrze się pan czuje, milordzie? - zapytała nieco wy-

straszona. 

Uświadomił sobie, że dziewczyna dostrzegła zamęt, jaki 

panował w jego myślach. 

- Tak, oczywiście... Owszem, to, co pani przed chwilą 

powiedziała, jest niemądre. Zdenerwowałem się. Mój brat 

zginął na tej przeklętej wyspie. Niech pani nie każe mi wierzyć, 

że nigdy nie dzieje się tu nic złego. 

95 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Nie musi pan wierzyć we wszystko, o co proszę. Niech 

pan tylko powie markizowi, że zmienił pan zdanie. 

- Ale ja go nie zmieniłem. 

Wyrzuciła zerwany przed chwilą kwiat i odwróciła się na 

pięcie. 

- A zatem proszę odejść. 

- Zaraz, jak tylko skończę. - Szedł za nią, omijając po­

rzucony kwiatek. - Rozumiem, że to, co robię, nie przysparza 

mi sympatii wśród mieszkańców wyspy. 

- Nie myli się pan, milordzie. 

- Nie dbam o to, co myślą o mnie ludzie. 

- To też jest oczywiste. 
- To znaczy, większość ludzi. 

Zagryzła wargi. 
- Szczęśliwi ci, należący do wąskiego grona wybrańców, 

na których panu zależy. 

Uśmiechnął się. 

- Jestem lojalnym przyjacielem. 
- Tych wybrańców. 
- Mam nadzieję, że ich grono się powiększyło - powiedział 

niskim głosem. - O jedną osobę. 

Zaniepokoiła się. Jej krew zaczęła boleśnie szybko krążyć. 

Stała między ścianą łubinu a pułapką jego ciała. Czy wyobrażała 

sobie jego dotyk? Może jej kobiecy instynkt ostrzegał ją: Nie 

poddawaj się, bo na zawsze utracisz duszę. On ci ją zabierze... 

Jego głos był pewny i mocny, a w oczach płonęła siła. która 

tak bardzo przemawiała do jakiejś odległej cząstki jej duszy. 

- Panno Halliwell, jeszcze raz powtarzam, że nie kazałem 

moim ludziom pani straszyć, ale prace muszą zostać doprowa­

dzone do końca. Dla własnego spokoju proponuję pani bez­

pieczne schronienie w zamku. Młodej kobiecie potrzebny jest 

ktoś, kto ją ochroni. Nawet tu, na wyspie. 

- Cóż, mój stryj... - powiedziała, odwracając się. 

Anthony zmrużył oczy. 

96 

KLIFY 

- Nie jest już pierwszej młodości. 

Obrzucił ją władczym spojrzeniem, dając jej do zrozumienia. 

że on, w przeciwieństwie do jej styja. był mężczyzną w pełni 

sił, w razie konieczności zdolnym obronić i całą wyspę. 

Dlaczego udawał, że robi jej grzeczność? Czyżby próbował 

zagłuszyć poczucie winy? A może chciał jej coś udowodnić? 

A jeśli szukał jedynie rozrywki na czas pobytu na wyspie? 

- Moja noga nigdy więcej nie postanie w pańskim zamku, 

milordzie. 

Przeszył ją wzrokiem. 

- Dlaczego? Ach, chodzi o ten pocałunek. Zapewniam 

panią, że to się nie powtórzy, chyba że na pani wyraźne życzenie. 

- Jak pan śmie mówić takie rzeczy! - zawołała oburzona. 

W jego oczach błysnęło rozbawienie. 
- Czekam na pani decyzję. 

- Będzie pan długo czekał. 

- Może warto, ale oczywiście zależy to od pani. 

W tym momencie do ogrodu wrócił Elliott. uginając się pod 

ciężarem zbroi i rycerskiego oręża, które z hukiem rzucił pod 

stopy Anthony'ego. Morwenna parsknęła śmiechem, widząc 

jego zdumioną minę. 

- Pańska zbroja, milordzie - wysapał Elliott. 

Anthony na chwilę zaniemówił, a potem zaczął się śmiać. 

- O nie. 

- Nie? - Rozczarowany Elliott pokręcił głową. 

Morwenna podniosła zmatowiałą tarczę. 

- Lord Pentargon nie chce być niczyim bohaterem. Ani 

w życiu, ani w sztuce. I nie zamierza brać udziału w potyczkach, 

które nie przyniosą mu zysku. - Patrzyła prosto w twarz 

Anthony'ego - Mam rację, milordzie? 

- Nie wiem. - Gniew, jaki go tu przywiódł, przerodził się 

w subtelniejsze i bardziej niebezpieczne uczucie. - To zależy. 

Czy rozważy pani moją propozycję? 

- Nigdy. - Stała w ukwieconym ogrodzie, trzymając w dłoni 

97 

background image

JILLIAN HUNTER 

tarczę niczym wojownicza królowa. W jej błyszczących zie­

lonych oczach malowało się zdecydowanie. - Nie zamieszkam 

w pańskim zamku, dopóki nie zmieni pan zdania. 

Lekko się ukłonił i dosiadł swojego wierzchowca. Odjeż­

dżając, usłyszał jeszcze słowa Elliotta: 

- Do diabła, Morwenno, mogłaś go namówić do pozowania. 

Dla dobra książki. Wszyscy wiedzą, że ten nieszczęśnik cię 

pożąda. 

sercem w gardle patrzyła na oddalającego się An-

thony'ego. Część jej duszy pragnęła pobiec za nim, ale równo­

cześnie czuła do niego odrazę za to, jak traktował ludzi 

i miejsce, które kochała. Jakim cudem ktoś taki mógł ją aż tak 

pociągać? A jednak. Wciąż drżała na wspomnienie jego szaro-

niebieskich oczu przeszywających ją aroganckim spojrzeniem. 

Morwenna dostrzegła w nich głęboko ukryte pragnienie. „Po­

winna pani przenieść się do zamku", tak powiedział, co mogło 

oznaczać: powinna pani przenieść się do mojego łoża. 

- Trzeba było z nim jechać - odezwał się z rozbawieniem 

Elliott. 

Nie zdawała sobie sprawy z tego, że konflikt uczuć targający 

jej duszę był aż tak widoczny. 

- Chyba po to, żeby zepchnąć go z klifu. 

- Byłabyś bezpieczna. - Elliott wbił wzrok w tarczę, którą 

zasłaniała piersi. - Morwenno, przecież go lubisz. 

- Zapewniam cię, że się mylisz. I nie potrzebuję jego 

ochrony. 

- Tylko pomyśl, jaki jest przystojny i jak wspaniale zbu­

dowany. 

- Sam sobie o tym myśl, skoro tak go podziwiasz. 

Uśmiechnął się łagodnie. 

- Rycerz, który nie potrzebuje zbroi, żeby cię bronić. 

- Przed czym? 

98 

KLIFY 

- To chyba jasne. Ktoś pragnie twojej śmierci. 

Przeraziły ją słowa Elliotta. 

- Co masz na myśli? 

Zmarszczył czoło. 

- Ten kamienny krzyż na twoim łóżku, Morwenno, czyżbyś 

nie rozumiała jego znaczenia? Boże, myślałem, że to oczywiste. 

Nie masz ojca. Powinnaś się bać. 

- Boję się, ale mój strach mnie nie powstrzyma. Ten, kto 

zostawił krzyż, z pewnością chce, żebym się bała. Na szczęście 

mam ciebie i stryja Dunstana, prawda? 

Elliott pokiwał głową i spojrzał ponuro w niebo. 

- Kolejny dzień zmarnowany. No cóż, chyba zajmę się 

poszukiwaniem groty. Tym razem wypłynę łodzią i nie wrócę, 

dopóki czegoś nie znajdę. 

- Elliott, uważam, że nie powinieneś wypływać. Nie dziś. 

Uśmiechnął się do niej smutno. 

- Och, zdaje się, że żadne z nas nigdy nie korzysta z dobrych 

rad. 

nthony rzucił rękawice na stół w bibliotece, świadom 

tego, że każdy jego ruch jest obserwowany przez cztery koty. 

Domyślał się, że zwierzaki lubią to pomieszczenie ze względu 

na panujący tu spokój i ciepło, promieniujące od gotyckiego 

kominka. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że koty mogłyby 

lubić jego towarzystwo. 

Już miał się rozsiąść w swoim fotelu, kiedy zauważył na 

siedzeniu książkę Ethana. Ogień płonący w kominku i ciężkie 

czerwone zasłony sprawiały, że w bibliotece panowała przytulna 

atmosfera. Anthony spostrzegł na ścianie swój ogromny cień. 

Był to cień człowieka samotnego. 

Otwórz mnie. 

Przeczytaj mnie. 

Zmarszczył czoło i potarł brodę. Na dziś już wystarczy 

99 

background image

JILLIAN HUNTER 

bajek. Nie będzie żadnego ratowania dziewic ani pertraktowania 

z szalonymi czarownikami. Marzył o butelce brandy, która 

sprowadziłaby na niego błogosławione otępienie. 

Otwórz mnie. 

Przeczytaj mnie. 

Poznaj swoje przeznaczenie, młody lordzie. 

Dobry Boże, był taki zmęczony i samotny i... podener­

wowany. Tęsknił za przyjaciółmi, za domem. Jak Ełhan mógł 

tu żyć bez żony czy kochanki? Po co on znów dziś pojechał 

do domu Morwenny, skoro zrobiła z niego głupca, przysyłając 

te przeklęte koty, z których jeden właśnie nieśmiało sadowił 

się obok niego w fotelu? Nagle przyszło mu do głowy, że 

Elliott i Morwenna są kochankami. Czyżby dziewczyna tylko 

udawała niewinną? Nie miało to jednak żadnego znaczenia. 

Przecież jej życie osobiste to nie jego sprawa. 

Otwórz mnie. 

Przeczytaj mnie... 

Chrząknął, rzucając książkę na podłogę i sięgnął po karafkę 

brandy, kiedy nagle morze groźnym rykiem przerwało ciszę. 

Nad Abandon nadciągała kolejna burza. Anthony miał nadzieję, 

że kiedy sztorm rozszaleje się na dobre, on będzie już słodko 

pijany. 

orwenna waliła w drzwi zamkowe tak długo, aż rozbolały 

ją kostki. W głowie wciąż słyszała własną przysięgę, po­

wtarzającą się jak refren. „Nigdy, nigdy, nigdy. Moja noga 

nigdy więcej nie postanie w pańskim zamku..." 

I oto niecałe osiem godzin po tym, jak odmówiła Pentar-

gonowi, stała przed wejściem do jego jaskini, zdana na jego 

łaskę i niełaskę, błagając o pomoc. 

Do kogo miała się zwrócić? Jego spokój i siła były jak 

obietnica bezpieczeństwa, niczym latarnia morska w czasie 

sztormu, który przetaczał się właśnie nad wyspą. Potrzebowała 

jego pewności siebie, jego przewodnictwa, choć czuła, że to 

nie ma sensu. Spodziewała się, że ją wyśmieje. Była dla niego 

niegrzeczna, dlaczego miałby jej pomagać? 

Elliott wyruszył na poszukiwanie i do tej pory nie wrócił 

do domu. Po ich rozmowie w ogrodzie wziął łódź i popłynął 

na przylądek Skulla, by obejrzeć grotę, wypatrzoną przez sir 

Dunstana. Morwenna wiedziała, że podczas sztormu to miejsce 

zamienia się w śmiertelną pułapkę. 

Kiedy nie wrócił na kolację, zaniepokojona Morwenna 

z pomocą kilu mieszkańców wyspy wszczęła poszukiwania. 

Odwiedzili tawernę, sklepy, wstąpili na plebanię i do domów, 

w których Elliott mógł szukać schronienia. 

101 

background image

JILLIAN HUNTER 

Wtedy jeden z rybaków przyniósł porażającą wiadomość. 

Ktoś widział przewróconą łódź Elliotta w niedostępnej 

zatoczce zwanej Paszczą Smoka. Z tego, co można było 

zobaczyć z klifu, Elliott nie dał się uwięzić między skałami. 

Nikt jednak nie podjął się wspinaczki podczas deszczu. Dopóki 

morze się nie uspokoi, nie można było ryzykować i podpływać 

do wywróconej lodzi, by sprawdzić, czy przypadkiem Elliott, 

żywy lub martwy, nie tkwi pod spodem. 

Oby tylko żył. 

Morwenna, przekrzykując szum deszczu, z całych sił łomotała 

w drzwi. Nie dopuszczała do siebie tej najgorszej myśli. 

Pentargon. 
Był pierwszym człowiekiem, do którego postanowiła zwrócić 

się po pomoc, a jednocześnie ostatnim, którego powinna o to 

prosić. Będzie triumfował, ale jej to nie obchodziło. Dlaczego 

nie otwiera drzwi? Gdzie podziała się służba? Smagany wiatrem 

i deszczem zamek był pogrążony w ciemności. Dokąd oni 

mogli pójść? Zacisnęła dzwoniące z zimna zęby. Przemokła 

do suchej nitki, wiec strugi deszczu lejącego się z nieba już 

jej nie przeszkadzały. 

- Lordzie Pentargon! - Uderzyła pięścią w dębowe drzwi. 

Zachrypła już od krzyków. - Anthony, błagam, otwórz drzwi! 

o tej pory powinien już być pijany. Zamierzał się upić 

kosztownym koniakiem Etbana. Rozsiadł się wygodnie w fotelu 

i zapatrzył na dogasający ogień w kominku. Oddałby wszystko, 

co posiadał, byle tylko jego brat mógł tu z nim choć przez 

chwilę posiedzieć. Nie rozmawiali ze sobą od lat, a teraz było 

już za późno. 

Oddałby wszystko, by ona tu była, by do niego przyszła. 

Tak bardzo tego pragnął. Marzył o tym. Schował twarz w dło­

niach i sam się z siebie śmiał. Jak mógł pożądać tak niepopraw-

102 

KLIFY 

nej i frustrującej kobiety? Jak mógł wykorzystywać jej brak 

doświadczenia, wiedząc, że za miesiąc opuści to miejsce? 

Deszcz wciąż dzwonił o szyby. Tym razem sztorm wydawał 

się wyjątkowo gwałtowny. Po czymś takim nawet Morwenna 

nie byłaby zdolna przywołać tej swojej ukochanej tęczy. Fałe 

wściekle rozbijały się o skały, a on w alkoholowym upojeniu 

wyobrażał sobie, że słyszy jej głos. 

Nagle w drzwiach pojawiła się wysoka postać. 

- Vincencie, dałem wam wszystkim wolny wieczór. Czy 

w pomieszczeniach dla służby jest może jakieś przyjęcie? 

Urodziny Gunthera? 

- Tak, milordzie, ale przed drzwiami czeka ta młoda kobieta. 

Anthony powoli wstał. 

- Ta kobieta? 

Vincent zerknął na opróżnioną do połowy butelkę. 
- Powinien pan szybko do niej zejść. 
- Czy coś się stało? 

- Obawiam się, że tak, milordzie. 

wyobraźni widział ją stojącą w ciemności i przez głowę 

przebiegły mu setki scenariuszy. Tak bardzo chciał wziąć ją za 
rękę, zaprowadzić na górę i kochać się z nią w dramatycznym 

momencie kulminacji sztormu. Ależ ma wyczucie czasu! Samo­
tnie stawiła czoło rozwścieczonej przyrodzie, by się z nim 

spotkać. Natychmiast wytrzeźwiał, uprzytomniwszy sobie, że jej 

impulsywne zachowanie może okazać się bardzo niebezpieczne. 

- Panno Halliwell, czy mogę pani pomóc? 

Wzięła głęboki oddech. 

- Tak, milordzie. Wygrał pan. Jestem tu i potrzebuję pańskiej 

pomocy. 

Uśmiechnął się lekko, widząc, jak stoi przed nim, milcząco 

nieszczęśliwa, przemoczona, przygotowana na jego zemstę. 

103 

background image

JILLIAN HUNTER 

Jakże łatwo byłoby rzucić jej teraz w twarz jej własne 

słowa. „Moja noga nigdy więcej nie postanie w zamku". 

Powstrzymał się. Kiedy tak na nią patrzył, czuł troskę, nie 

zadowolenie. 

- Dalej - powiedziała z westchnieniem. - Nadeszła chwila 

pańskiego triumfu. Widziałam ten uśmiech. 

Wbił w nią wzrok. Stała w strugach błotnistego deszczu, 

a jej twarz była blada jak wosk. 

- Morwenno, ma pani tylko częściowo rację. Uśmiechnąłem 

się, bo pani tu jest, nie z powodu, jaki pani podejrzewa. Wezmę 

pani płaszcz. 

Zamknęła oczy i wbrew sobie poczuła miłe odprężenie, 

kiedy zdjął z niej przemoknięte ubranie. Cześć drogi pokonała 

na swoim kucyku, jednak kiedy ścieżkę zalała woda, zostawiła 

zwierzę w najbliższej chacie i ruszyła biegiem, co sił w nogach. 

Była wyczerpana i tak świadoma jego siły, że na jego widok 

ugięły się pod nią kolana. 

- A zatem skąd ten uśmiech? 
- Wiedziała pani, że może zwrócić się do mnie o pomoc 

i że ja na pewno nie odmówię, a to znaczy, że ma pani do 

mnie zaufanie. Czasami tak głęboką więź tworzy się przez całe 

życie. 

- Czy będę musiała zapłacić? - zapytała cicho, pamiętając, 

co mówił o Pasco i w ogóle o mężczyznach. 

- Możliwe. - Wyciągnął rękę i ujął jej delikatną, szczupłą 

dłoń. - Być może kiedy nadejdzie odpowiednia pora, z chęcią 

pani zapłaci. Może nawet nie spodziewa się pani takiej ceny. 

iedy dotarli do biblioteki, gdzie miał nadzieje trochę 

ukoić jej zdenerwowanie, ogień w kominku trzaskał tak wesoło, 

że Anthony aż przystanął ze zdziwieniem. Przez chwilę w za­

myśleniu wpatrywał się w tańczące płomienie. Kiedy wychodził, 

104 

KLIFY 

ogień dogasał. Gotów był przysiąc, że po zamku nie kręcił się 

nikt ze służby, bo wszyscy bawili się na dole na przyjęciu. Kto 

więc napalił w kominku? 

- Morwenno, niech pani usiądzie i powie, z czym przychodzi. 

Aż pani posiniała z zimna. Może kieliszek brandy? 

Zerknął na stolik, na którym stała kryształowa karafka, 

a obok niej dwa kieliszki. Dwa. Do diabła... ach, jest przecież 

Vincent. To on przygotował pokój dla jej wygody. Anthony 

napełnił kieliszek. 

- Zdejmiemy mokre buty i pończochy. 

- Chodzi o Elliotta - odezwała się drżącym głosem. - Wy­

płynął szukać groty Artura i zniknął. Sztorm rozpętał się tak 

niespodziewanie, martwię się o niego. 

Uklęknął przed nią, marszcząc czoło. 
- A gdzie łódź? 

- Utknęła między skałami nieopodal przylądka Skulla. -

Zaczął rozwiązywać jej buciki. - Och, dobry Boże, naniosłam 

błota. Pan się wybrudzi. 

- Obawiam się, że nim skończy się ta noc, ucierpię dużo 

bardziej. 

Pochyliła się do przodu, by mu pomóc. 

- Błagam, milordzie, czuję się niezręcznie, kiedy usługuje 

mi pan jak służący. 

Ale buciki były już rozwiązane. Oparła się na krześle 

i znieruchomiała, kiedy jego silne dłonie zaczęły zsuwać z jej 

nóg pończochy. 

- Elfie, ty drżysz z zimna. - Długo nie zabierał dłoni z jej 

kolana. - Zaraz wezwę gospodynię, zaprowadzi panią do 

łóżka. 

- Do łóżka? - zapytała ze zdumieniem. - Nie pójdę do 

łóżka, dopóki Elliolt... W ogóle nie będę tu leżeć w łóżku. 

- Nie wypuszczę pani z zamku w środku nocy. Drogi toną 

w błocie. Czy to jasne? 

105 

background image

JILLIAN HUNTER 

-

 Ale Elliott... 

- Jeśli coś mu się stało, nie pomoże mu pani, ryzykując 

własne życie. 

- Twardy z pana człowiek, milordzie. 

- Fortuna nie sprzyja miękkim, nieprawdaż? 
- Przybyłam prosić pana o pomoc w odnalezieniu Elliotta -

powiedziała z rozpaczą. 

- Zrobię to, gdy tylko upewnię się, że jest pani bezpieczna. 

Spojrzała na jego poważną twarz. 

- Nie czuję się bezpieczna - wyszeptała. 

Jego place zacisnęły się nieznacznie wokół jej kostki, wpra­

wiając jej ciało w przyjemne drżenie. Przez chwilę nie mogła 

złapać oddechu. Patrzyła w jego ciemniejące oczy. Przeszywał 

ją wzrokiem głębiej niż jakikolwiek inny mężczyzna. 

- Proszę mi podać surdut - odezwał się niskim, nieco 

zachrypniętym głosem. - Honor nakazuje mi dołączyć do 

ekipy szukającej pani przyjaciela. 

Zdjęła czarny surdut z oparcia fotela, a kiedy mu go podawała, 

usłyszała dobiegający z korytarza głos stryja. Ledwo zdążyła 

się odwrócić, gdy do biblioteki wpadł jak burza Dunstan, a tuż 

za nim Vincent. 

- Milordzie, proszę wybaczyć to najście, ale moja bra­

tanica... Och, tu jesteś Morwenno. Odchodziłem od zmysłów 

z niepokoju. 

- Jego lordowska wysokość zamierza dołączyć do ekipy 

poszukiwawczej - zerknęła ukradkiem na Anthony'ego. - Mi­

lordzie, radziłabym włożyć coś cieplejszego. Najlepiej płaszcz 

przeciwdeszczowy. 

Na jego twarzy na sekundę pojawiło się rozbawienie. 

- Dziękuję, panno Halliwell. 
Wyszedł, kłaniając się uprzejmie sir Dunstanowi. Starszy 

mężczyzna odwrócił się, żeby za nim iść, ale wcześniej zdążył 

jeszcze zerknąć w stronę stolika i wskazać głową dwa kieliszki. 

106 

KLIFY 

- Porozmawiamy o tym później, moja panno - odezwał się 

do Morwenny. 

Westchnęła. 

- Nie ma o czym rozmawiać. 

Spojrzał na nią. Włosy miała w nieładzie, bose stopy, 

pończochy na podłodze, a w oczach blask. 

- Obawiam się, że jest. 

background image

nthony zwołał swoich robotników i kilku rybaków, którzy 

utworzyli druga ekipę poszukiwawczą. Przy tak silnym sztormie 

ciało Elliotta mogło być już dawno w morzu lub tkwiło 

uwięzione gdzieś między skałami. Ratownicy, przewiązani 

w pasie sznurami i wyposażeni w latarnie, opuścili się z klifu 

na przylądku Skulla. Na czarnej, spienionej wodzie kołysała 

się przewrócona łódź Elliotta, raz po raz uderzając burtą 

o skałę, Anthony z pomocą trzech młodych rybaków przyciągnął 

łódź na brzeg. Niestety, Elliotta nie było. 

Ratownicy podziękowali Anthony emu za wysiłek i pospiesz­

nie się oddalili. Owszem, szanowali go jako przedstawiciela 

władzy, ale nikt nawet nie udawał, że ma do niego zaufanie. 

Wracając ścieżką wzdłuż klifu, zauważył Pasco stojącego 

samotnie w deszczu i mroku. Anthony przystanął, by mu się 

przyjrzeć, po czym ruszył przed siebie. Był zbyt mokry i zmę­

czony, by dyskutować z tym niebezpiecznym głupcem. 

- Nie znaleźliście go?! - zawołał, przekrzykując wyjący 

wiatr, Pasco. 

Anthony zastygł w bezruchu. 

- Wiesz coś o tym? 
- Dziękuję za uznanie, ale niestety, nie ponoszę winy ~ 

zachichotał Pasco, rozpościerając ramiona na wietrze. 

108 

KLIFY 

Anthony zawahał się. Z obawą myślał o powrocie do zamku. 

Morwenna na pewno na niego czekała, a on miał być posłańcem 

przynoszącym złe wiadomości. Jak jej powiedzieć, że ta jej 

ukochana wyspa pochłonęła kolejne życie? Znienawidzi go 

jeszcze bardziej. 

- Lordzie Pentargon, niech pan na to spojrzy! - krzyknął 

podniecony Pasco. Anthony wbiegł do niego na górę i ledwo 

się opanował, by nie zepchnąć go z klifu. - Znalazłem to pod 

żywopłotem, milordzie. Co pan o tym sądzi? 

Anthony spojrzał na długi biały fartuch i fular. Materiał 

nasiąknięty był krwią i błotem. Wczoraj rano w ogrodzie Elliott 

miał na sobie identyczne ubranie. 

- Oddaj to. Pasco - rzucił szorstko. - Gdzie to znalazłeś? 

- Och, niczego więcej tam nie ma. - Pasco był mocno 

poruszony. - Widzi pan tę krew? Możliwe, że doszło do walki 

na śmierć i życie. 

odzinę później Anthony stał z Morwenna i jej stryjem 

w pogrążonym w mroku korytarzu. 

- To może oznaczać wszystko - tłumaczył. - Mógł upaść 

na skałach i skaleczyć się w rękę, a potem obandażować ją 

fularem. 

Morwenna pokiwała głową. 

- Tak, to ma sens. Gdyby Elliott się skaleczył, nie prze­

jmowałby się tym, że zniszczy sobie ubranie. 

- Cóż, a jednak go nie znaleźli - wtrącił sir Dunstan, kładąc 

rękę na jej ramieniu, 

- Znajdą, On żyje. - Podniosła głowę. Jej oczy pociemniały 

ze wzruszenia. - Czuję, że znalazł grotę i rysuje w przypływie 

natchnienia. Wybierał się na dwa dni, wziął ze sobą jedzenie 

i lampę. Nie zna pan Elliotta, milordzie. Kiedy zacznie rysować, 

traci poczucie czasu. 

Sir Dunstan westchnął ciężko. 

109 

background image

JILLIAN HUNTER 

- To zaczyna przybierać rozmiary obsesji. Elliott oszalał. 

Ech, ci artyści! Czasami trafiają się wśród nich prawdziwi 

dziwacy. Nawet mu do głowy nie przyjdzie, że tak się o niego 

martwimy. 

- Teraz wiem, że go znajdziemy - powiedziała Morwenna. -

Wierzę w to całym sercem. Czuję, że jest bezpieczny. Tak, na 

pewno odnalazł grotę i boi się z niej wyjść. 

Anthony odwrócił wzrok. 

~ Możliwe, panno Halliwell. Dowiemy się tego na pewno 

w ciągu tygodnia. A teraz proponuję udać się na spoczynek. 

Wasze pokoje czekają. 

Sir Dunstan jeszcze raz zerknął na zakrwawiony fular, po 

czym spojrzał w oczy Anthony'ego. 

- Doceniamy pańską gościnność, milordzie. 

I opiekę. Choć sir Dunstan nie wypowiedział tych słów na 

głos, Anthony wiedział, że miał je na myśli. 

Anthony otworzył oczy tuż przed świtaniem. Obudziły go 

ciche dźwięki muzyki dobiegające ze wschodniej wieży. Gotów 

zrobić zakłócającemu spokój w zamku awanturę, ruszył po 

cichu schodami na górę. Wiatr hulający w chłodnym korytarzu 

zagasił większość świec w wiszących na ścianach mosiężnych 

świecznikach. Anthony zdziwił się, że w ogóle ktoś zapalał tu 

światło. 

Przez uchylone drzwi dostrzegł zgrabną kobiecą postać 

pochylającą się nad podłogą. Tym razem nie miał wątpliwości. 

Pani Treffry była zdecydowanie pulchniejsza. Morwenna 

miała dużo bardziej ponętne kształty. Wszedł do pokoju i uklęk­

nął obok niej na podłodze, 

- Czego szukamy, panno Halliwell? Ukrytych skarbów, 

a może kolejnych woskowych lalek? 

Drgnęła spłoszona i spojrzała na niego. Tuż obok niej 

w świeczniku płonęła cienka świeca. 

110 

KLIFY 

-

 O Boże! To pan. 

- Elfie, czegóż szukasz o tak nieludzkiej porze? 

- Nor- mruknęła. Orzechowozłote włosy opadły jej na 

twarz. - Kiedy tu pana przyprowadziłam, zauważyłam, że 

pełno w nich kurzu, ale o nich zapomniałam, bo wtedy 

pan... 

-

 Co ja? 

Machnęła niedbale dłonią. 
- Pan i ja... och, dobry Boże... rozmawialiśmy o tym w ogro­

dzie. Musi pan pamiętać. 

- Z pewnością. 

- O czymś takim się nie zapomina, prawda? - szepnęła. 

- Istotnie. Prawdę mówiąc, całe popołudnie się nad tym 

zastanawiałem. 

- Czy doszedł pan do jakichś wniosków? - zapytała. 

- Owszem, ale na razie zachowam je dla siebie. 

- Ach, tak, rozumiem. 

- Czyżby? 

Przełknęła ślinę. 

- Nie mogę spać. Ciągle myślę o Elliotcie. 

- Jeszcze nie zakończyliśmy poszukiwań. 

Spojrzała mu w oczy. 

- Ale pan wierzy, że zginął, prawda? 

- Ta wyspa zabrała mi brata - powiedział zduszonym gło-

sem. - A jednak nie należy porzucać nadziei. Jutro znów 

przyłączę się do poszukiwań. 

Odwróciła wzrok. Miała na sobie grubą ciężką koszulę 

nocną, najwyraźniej pożyczoną od służącej. Robiła w niej 

wrażenie osoby niewiarygodnie kruchej. Choć efekt powinien 

być odwrotny, w tym stroju dziewczyna wydawała się szalenie 

pociągająca. 

- Nory? - Wyprostował się, zawiedziony, bo stracił wątek. -

Coś w stylu mysich norek? 

- Nie. To norki pisków. Małych ludzi. Podejrzewam, że 

111 

background image

JILLIAN HUNTER 

w zamku zgromadziła się zła energia, bo coś blokowało wejścia 

do ich norek, 

Anihony chrząknął. 
- Ach, więc to zła energia, a juz myślałem, że ja. 

Spojrzała na niego poważnie. 

- To jedna z możliwości. 

- Morwenno, niech pani wraca do swojej sypialni. Pani 

muzyka wyrwała mnie ze snu. 

- Muzyka? 
- Tak, to harfa, prawda? - rozejrzał się po mrocznym 

pokoju. - Gdzie ją pani ukryła? 

Dziewczyna otworzyła ze zdumieniem oczy. 

- Słyszał pan... muzykę? 

- Nie mam problemów ze słuchem, 
- A wiec to ona. Czarodziejka. Tylko że nikt nie słyszał 

jeszcze harfy. - Odsunęła się od niego i przyglądała mu się 

podejrzliwie. - Pan znów ze mnie kpi? Czy ktoś ze służby 

opowiedział panu tę legendę? 

Patrzył na nią, siedzącą beztrosko na piętach. Długie włosy 

spływały jej na piersi. Jego krew zaczęła szybciej krążyć, kiedy 

wyobraził sobie, jak wsuwa dłoń pod jej grubą koszulę i dotyka 

gładkiej skóry. Nawet się nie domyślała, jak mało obchodziły 

go w tym momencie legendy. Teraz interesowały go bardziej 

przyziemne sprawy. 

- O zamku Camelot wiem tylko to, co wmuszono we mnie 

w szkole - przyznał się. 

- Nie chodzi o Camelot. Poza tym, co napisał średniowieczny 

autor romansów Chretien de Troyes, mój ojciec nie znalazł 

żadnych dowodów potwierdzających jego istnienie. Mówię 

o czymś dużo późniejszym. 

Przysunął się do niej jeszcze bliżej, tak że Morwenna prawie 

opierała się już o ścianę. 

- Wie pani, co najlepiej zapamiętałem z legendy o królu 

Arturze? 

112 

KLIFY 

- Czuję, że nie powinnam poznawać odpowiedzi na to 

pytanie. 

Uśmiechnął się tak uwodzicielsko, że jej serce zaczęło 

łomotać jak oszalałe. 

- O ile sobie dobrze przypominam, ci rycerze i ich damy 

wiedli burzliwy żywot. Kochali przygody, brutalną walkę 

i oddawali się cielesnym pokusom. 

- To ludzkie cechy, milordzie. 
- Czuję, że i ja mam sporo tych ludzkich cech - wyszeptał 

z nutką kpiny. 

Zacisnęła usta, próbując opanować uśmiech. 
- Mam nadzieję, że zapamiętał pan też, że wszyscy ci mężni 

rycerze zapłacili za swoje grzechy. 

- Czasami opieranie się pokusie jest wystarczającą karą za 

grzechy. 

Starała się nie patrzeć na niego, choć on nie odrywał od 

niej wzroku. Przyglądał jej się z bezwstydnym rozbawie­

niem. Nigdy nie spotkała przystojniejszego mężczyzny. Fas­

cynowała ją jego mroczna witalność i pociągała imponująca 

fizyczność. Jego mocne, pięknie umięśnione ciało odziane 

w białą płócienną koszulę i eleganckie czarne spodnie. Pach­

niał oszałamiająco, mieszaniną brandy, męskości i kroch­

malonego ubrania. Nienawidziła się za to, że tak go po­

dziwiała. 

Odwróciła się do ściany. 

- Och, wszystko jasne. 

Był tuż za nią. Zadrżała, kiedy dotknął jej ramieniem. Nie 

potrafiła mu się oprzeć. Jego niski głos przyprawiał ją o dre­

szcze. 

- Morwenno, czy dokonała pani jakiegoś ponurego odkrycia? 

- Znalazłam to skrzydełko - wyjaśniła smutno. 

Spojrzał na płowy strzępek w jej dłoni. Nie miał serca 

tłumaczyć jej, że to skrzydło zwyczajnej ćmy. 

Podniosła wzrok. Ich oczy spotkały się na moment. 

113 

background image

JILLIAN HUNTER 

- O co chodzi? Czy coś się stało? 

- Zaraz się stanie, jeśli natychmiast nie opuści pani tego 

pokoju - odparł cicho. 

Wyprostowała się z gracją, omijając świecę. Anthony także 

wstał. Jego dłonie dotknęły troczków pod jej szyją. Kiedy 

nocna koszula rozsunęła się, pocałował jej piersi. Przegrał 

wojnę z samym sobą, stracił kontrolę. Jej ciało było takie 

miękkie. Delikatne różowe sutki stwardniały pod naciskiem 

jego języka. Dziewczyna była tak czysta, że miała władzę nad 

tęczą, a on chciał z nią.... 

- Boże, Morwenno - wyszeptał łamiącym się głosem. -

Przynajmniej udawaj, że mi się opierasz. Nie ułatwiaj mi tego. 

Nie była w stanie się poruszyć, pokój wirował wokół 

niej. Nagle zrobiło jej się słabo i gorąco z nadmiaru emocji. 

Kiedy ją całował, jego usta zachłannie kosztowały jej ust, 

a robił to tak, że miała wrażenie, iż lada chwila osunie 

się na podłogę. Wiedziała, że nie zdoła nawet dojść do 

drzwi. 

Oparł ją o ścianę. Jego silne ciało przylgnęło do niej 

tak blisko, że nie mogła złapać tchu. Jego dłonie pieści­

ły przez ciężki materiał jej pośladki. Westchnął gwał­

townie na samą myśl o niej, nagiej i bezbronnej, w jego 

sypialni. 

Nic nie mówiła, tylko cicho wzdychała. Wiedział, że ma 

nad nią władzę, że może ją uwieść, zdobyć, kochać się z nią. 

Niestety, wieki temu, jako chłopiec złożył przysięgę, a teraz 

jako mężczyzna, przeklinał tamto wspomnienie. Nie chciał 

myśleć o honorze i zasadach. Chciał jej. Jego dłoń wędrowała 

po jej miękkim brzuchu. 

Uratowała ją muzyka. Początkowo bardzo cicha, z oddali 

dobiegała ta sama, zapadająca w pamięć melodia wygrywana 

na harfie. Dźwięki stopniowo narastały, przybliżały się, aż 

w końcu cały pokój zaczął wibrować. 

Oderwał się od niej. 

114 

KLIFY 

~

 Słyszała pani? 

- Co takiego?- zapytała, otwierając oczy. 

Naciągnął jej na ramiona rozpiętą nocną koszulę i zawiązał 

troczki. Jego twarz znów była mroczna. 

- Och, nic. To tylko morze. Niech pani wraca do łóżka. 

- Milordzie, czy znów słyszał pan muzykę? - zapytała 

łagodnie, bardziej z ciekawością niż strachem. 

- To morze. Niech pani posłucha. 

Szum fal i cisza, którą mącił dobiegający z korytarza odgłos 

kroków. Kroki przybliżały się, a kiedy były już blisko, drzwi 

nagle się otwarły i do pokoju wszedł biały kot Morwenny. 

Zwierzak skierował się prosto w stronę Anthony'ego i zaczął 

ocierać się o jego nogę. 

- Uff - odetchnęła z ulgą Morwenna, kładąc rękę na sercu. -

Myślałam, że to... 

W ostatniej chwili zauważyła ostrzegawcze sygnały, jakie 

wysyłał jej Anthony, bo oto drzwi rozchyliły się szerzej i stanął 
w nich stryj. 

- Morwenno - odezwał się rozgniewany sir Dunstan. - Nie 

zastałem cię w twoim pokoju, więc przyszedłem za kotem aż 

tutaj. Co to ma znaczyć? 

Anthony wyprostował się, nieświadomie próbując ochronić 

dziewczynę. Właściwie powinien był się od niej odsunąć, ale 

stryj wyglądał na tak zdenerwowanego, że jeszcze gotów był 

ją ukarać, Anthony nie poruszył się, spodziewając się, że 

Dunstan podniesie rękę, by uderzyć ją za grzech, któremu nie 

była winna. 

- Szukałam norek pisków - powiedziała bardziej trzeźwo, 

niż Anthony się spodziewał. 

- Dobry Boże, Morwenno - zniecierpliwił się Dunstan. -

O tej porze? 

- Uznałam, że to pilne, zwłaszcza po tym, co przydarzyło 

się Elliottowi. 

- A pan, milordzie? - zapytał, - Pan też szukał pisków? 

115 

background image

JILLIAN HUNTER 

Anthony poczuł się zupełnie niedorzecznie. 

- Zdawało mi się, że słyszę muzykę. Ktoś grał na harfie, 

ale... to tylko morze. 

- To była ona. - Morwenna wyjrzała zza jego potężnych 

pleców. - Uwierzysz? 

- Wróć do swojego pokoju, Morwenno - polecił Dunstan. -

Chciałbym zamienić słowo z jego lordowską mością. 

Zawahała się, w końcu jednak wzruszyła ramionami, pod­

niosła kota łaszącego się Anthony'emu do nóg i wyszła z pokoju. 

Atmosfera stała się gęsta. 

Sir Dunstan pokręcił z niezadowoleniem głową. 

- Nie mam pretensji o to, że moja bratanica szuka nad ranem 

norek pisków. Niepokoi mnie fakt, że zastałem ją tu z męż­

czyzną. 

- Rozumiem. 

- Milordzie, czy mam powody do niepokoju? 

- Sir, czy ja wyglądam na człowieka zdolnego zniszczyć 

dziewczynie reputację? 

- Nie mam pojęcia, jak ktoś taki wygląda, milordzie. Ze­

psucie przybiera różne formy, niektóre bywają bardzo pocią­

gające. Morwenna nie przywykła do wyszukanych zalotów ani 

do tak doświadczonych zalotników. Wśród londyńskiego to­

warzystwa poniosła sromotną kieskę. 

Anthony strzepnął skrzydło ćmy z koszuli. 

- Trudno mi w to uwierzyć. 

- Czy ma pan wobec mojej bratanicy zamiary, o jakich 

powinienem wiedzieć? 

- Zapewniam, że jestem człowiekiem honoru. - Anthony 

patrzył mu prosto w oczy. - Czy przyjmie pan moje zaproszenie 

i zostanie w zamku? 

- Myśli pan, że grozi nam niebezpieczeństwo? 

Anthony wiedział, że pytanie ma podwójne znaczenie. Czy 

Morwennie grozi niebezpieczeństwo z jego strony? Pokręcił 

głową. 

116 

KLIFY 

- Tak długo, jak pozostaniecie w moim zamku, oboje 

jesteście bezpieczni. 

Było to pierwsze przyrzeczenie, jakie złożył, i miał nadzieję 

go dotrzymać. 

iedy kilka minut później Anthony wrócił do swojej 

sypialni, książka Ethana leżała na nocnym stoliku przy łóżku, 

a obok niej płonęła nowa świeca. Vincent poszedł spać godzinę 

temu, Anthony podejrzewał, że znów igra z nim ten tajemniczy 

zamkowy wichrzyciel. 

Usiadł na łóżku i sięgnął po książkę. 

- Wiadomość zza grobu, braciszku? - mruknął pod nosem. -

Jak mogłeś wierzyć w te bzdury? 

Otworzył na stronie tytułowej i aż przeszły go dreszcze. 

Śmiała męska ręka nakreśliła dedykację: 

Dla Anthony'ego. 
Młody lordzie, zawsze postępuj uczciwie. Broń słabych 

i niewinnych. 

Ktoś, kto dobrze Ci życzy. 

Oczywiście istniało logiczne uzasadnienie. Choć tego nie 

pamiętał, Anthony musiał opowiedzieć Ethanowi o dziwnej 

przygodzie z guwernantką wiele lat temu. Ethan zapewne 

poprosił sir Rolanda, by podpisał jeszcze jeden egzemplarz 

z zamiarem ofiarowania go bratu. Ktoś ze służby pewnie 

znalazł książkę i ją tu położył, w nadziei, że dedykacja poruszy 

jego sumienie. 

Wrzucił książkę pod łóżko, zdmuchnął świecę i oparł się 

na poduszce. Nie był w nastroju do oglądania portretów 

młodych panien przypominających mu Morwennę, bo i tak nie 

będzie myślał o niczym innym. Tak niewiele brakowało, 

a popełniłby ten nieodwracalny uczynek. 

117 

background image

JILLIAN HUNTER 

Jeśli tak dalej pójdzie, będzie musiał porozmawiać ze służbą 

na temat tych ordynarnych prób przekonania go, by nie sprze­

dawał wyspy. Skoro nie udało się to cudownie zmysłowej 

Morwennie Hałliwell, żadna ziemska siła go do tego nie nakłoni. 

z t o r m nie ustawał przez cały następny dzień. Dopiero pod 

wieczór fale się uspokoiły. Nazajutrz po zniknięciu Elliotta na 

plaży znaleziono jego szkicownik. Ostatni rysunek przedstawiał 

wejście do olbrzymiej groty. Nawet najbardziej doświadczeni 

rybacy nie spotkali się na Abandonie z podobną budową 

geologiczną. 

Morwenna i jej stryj, zamartwiając się losem zaginionego 

przyjaciela, nie opuszczali swoich apartamentów w wieży. 

Anthony wraz z grupą rybaków przeczesywał okolicę w po­

szukiwaniu jakichkolwiek śladów bytności Elliotta. Niestety, 

wrócił z niczym, milczący i zniechęcony. 

Rankiem trzeciego dnia sir Dunstan odnalazł Anthony'ego 

w bibliotece, gdzie na półkach z książkami rezydował cały 

tabun kotów Morwenny. Siedzący przy biurku Anthony podniósł 

głowę znad szkicu reformy ustawy o zatrudnianiu nieletnich, 

który zamierzał przedstawić markizowi. 

- Jest pan zajęty, milordzie - zaczął sir Dunstan. - Prze­

praszam, że przerywam, ale chodzi o Morwennę. Podejrzewam, 

że udała się na poszukiwanie Elliotta. Znikła jedna z zamkowych 

łodzi, W innych okolicznościach bym się nie martwił, bo 

dziewczyna wiosłuje jak młoda amazonka, ale po tym, co stało 

się z naszym domem, no i ten fular Elliotta... Krew, milordzie. 

Jest w tym coś niepokojącego. 

Anthony sięgnął po surdut. Jego twarz spochmurniała. 

- Nie ukrywam, że podzielam pańską troskę. Prawdę mó­

wiąc, sam zamierzałem wypłynąć za godzinę. Czy pańska 

bratanica zawsze tak lekce sobie waży własne bezpieczeństwo 

i konwenanse? 

118 

KLIFY 

Sir Dunstan kiwnął głową. 

- Jej ojciec całe życie z córkami podróżował, nigdy nie 

zwracał uwagi na ich towarzyskie obycie. Kiedyś nawet do 

opieki nad dziewczynkami zatrudnił łowcę głów. Powiem 

panu, że mi ulżyło, kiedy postanowił ograniczyć teren po­

szukiwań do Wysp Brytyjskich. 

- Rozumiem pana. 

Dunstan odprowadził go do drzwi. 

- Milordzie, czy myśli pan, że powinienem powiadomić 

żonę Elliotta? Mieszka w St. Ives. 

Anthony nie odpowiedział. Zżerał go irracjonalny niepokój 

o Morwennę. Pragnął czym prędzej ją odnaleźć i położyć kres 

tym jej niebezpiecznym wyprawom. 

- Proszę poczekać jeszcze kilka dni. Złe wiadomości po­

winien pan przekazać osobiście. 

W iosłując w kierunku przylądka Skulla, zauważył, że prąd 

morski jest w tej okolicy wyjątkowo podstępny i zaskakująco 

silny jak na tak spokojny dzień. Sir Dunstan wybrał się do 

domu, by sprawdzić, czy Morwenna przypadkiem nie zaszła 

tam po książki lub czy nie odwiedza licznych znajomych. 

Instynkt podpowiadał jednak Anthony'emu, że dziewczyna 

wyruszyła na poszukiwanie Elliotta. Nie wiedzieć czemu, nie 

mógł przestać wyobrażać jej sobie, uwięzionej w grocie, 

zdradzonej przez ukochaną wyspę. 

Po pewnym czasie zaczął wątpić. Rybacy twierdzili, że ją 

widzieli. Podobno miała się dobrze i machała do nich z ło­

dzi. Anthony zastanawiał się, czy przypadkiem nie ściga jej 

wkoło wyspy. Być może do tej pory zdążyła już wrócić do 

zamku. 

Po tej stronie wyspy nawet w najpiękniejszy dzień panował 

półmrok. Nagle zauważył, że prąd porwał jego łódź. Choć 

wiosłował z całych sił, nie był w stanie nawrócić ani pokonać 

119 

background image

JILLIAN HUNTER 

niewidocznego uścisku wody. W tej sytuacji jedyne co mu 

pozostało, to poddać się i pozwolić ponieść się wodzie. Kiedy 

już zdoła się uwolnić, powiosłuje prosto do brzegu. Nie sądził, 

żeby w tak spokojny dzień groziło mu jakieś niebezpieczeństwo. 

Choć z drugiej strony, właśnie taki los mógł spotkać Elliotta 

Winleigha. 

Prąd zniósł go na drugą stronę zatoczki, nie na pełne morze, 

ale miedzy skały sterczące nad wodą niczym kły. Oczami 

wyobraźni widział już, jak jego łódź zderza się ze skałą. Nagle 

dostrzegł, że płynie prosto w stronę wejścia do ogromnej groty, 

które dawało się zauważyć dopiero, kiedy znalazło się tuż przed 

nim. Przy czarnym jak noc wejściu Anthony zobaczył kobietę 

w jasnej sukni. Morwenna, pomyślał z wściekłością, a jedno­

cześnie ulgą. Kobieta odwróciła się do niego, ukazując twarz. 

Była starsza od Morwenny, ale wciąż piękna Już miał ją 

zawołać, kiedy nagle znikła. Najprawdopodobniej weszła do 

środka. 

Dobijając do brzegu, uświadomił sobie, że być może trafił 

na tę jedyną, legendarną grotę. Tymczasem morska woda zalała 

już wejście do połowy. Czy możliwe, żeby Morwenna i ta 

kobieta nadal znajdowały się w środku? Może znalazły Elliotta, 

który nie chciał stamtąd wyjść? 

Ruszył z powrotem, brodząc w wodzie sięgającej mu już 

do piersi. Nigdzie nie było śladu ani tej kobiety, ani Elliotta. 

Pewnie uciekła plażą, kiedy zakotwiczał łódź. Nie było też 

Morwenny. 

W głębi groty błyszczało dziwne światło. Anthony pomyślał, 

że to jakiś fluorescencyjny morski osad na ścianach, choć efekt 

był bardziej niż niesamowity. Coś pchało go do środka, Anthony 

nagle zapragnął zbadać tajemnice ukrytych w grocie szczelin. 

Ciekawe, dokąd zaniosłyby go fale, gdyby się nie wyrwał. 

Nawet tu, wewnątrz, prąd był bardzo silny. 

Postanowił jednak wracać do łodzi. Podciągnął się na skalną 

półkę, a następnie wdrapał się po ścianie do wyjścia. Chłopięca 

120 

KLIFY 

żądza przygody może zaczekać. Najpierw musi odnaleźć Mor-

wennę i jasno jej wytłumaczyć, że dopóki Abandon jest w jego 

rękach, nie pozwoli, by dziewczyna ryzykowała własne życie. 

nalazł ją na plaży, na drugim końcu wyspy. Poderwała 

się na widok jego łodzi i ruszyła biegiem w jego stronę. Jej 

sukienka była ciężka od soli i wilgoci. Wywołała uśmiech na 

jego twarzy, kiedy z gracją i wprawą przeskakiwała nad 

skałami, by uchronić jego łódź przed falami. 

Niecierpliwie wypatrywała znaków na jego twarzy. Jej 

policzki, pieszczone słońcem i wiatrem, zaróżowiły się, czepek 

został gdzieś na plaży. 

- Znalazł pan Elliotta? - zapytała z nadzieją. 

Zapomniał, że miał być na nią zły. 

- Niestety, szukałem, ale nie trafiłem na żaden ślad. 

- Och! - Odwróciła się strapiona. - Dziękuję za pański 

wysiłek. 

- Ale być może znalazłem grotę. 

- Grotę? - Chwyciła go za rękę, nie bacząc na to, że omal 

nie wepchnęła go z powrotem do łodzi. - A trafi pan tam 

jeszcze raz? 

Milczał przez chwilę. 

- Tak naprawdę, to ona mnie znalazła. Owszem, myślę, że 

trafię, choć nie dziś. Nie podczas przypływu. 

- Jutro? 

- Cóż... możliwe. - Patrzył na nią z pochmurną miną. -

A pani co tu robi tak zupełnie sama? 

- Szukam Elliotla. Uczeń Pasco powiedział, że tamtej nocy, 

kiedy Elliott zniknął, widział coś dziwnego z klifu. 

Wciąż trzymała go za rękę. Jej palce był ciepłe i delikatne, 

ale jednocześnie silne. Anthony wyobraził sobie, że jej dłoń 

dotyka jego nagiego ciała, ale szybko otrząsnął się z rozkosznego 

zamyśienia. 

121 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Nie powinna była pani rozmawiać z uczniem Pasco. 

Trzeba było zwrócić się do mnie. 

Wiatr wzmagał się. Kosmyki jej włosów tańczyły wokół 

jego nadgarstka, poruszane morską bryzą. 

- Pomyślałam, że każe mi pan zostać w zamku. 
- Tak. - Miała najpiękniejsze usta, jakie w życiu widział. -

Tak bym zrobił. 

- Ale i ja coś zobaczyłam. - Puściła jego rękę i przesunęła 

się, by nie stać we wzbierającej wodzie. - O, tam, za tymi 

skałami. Tam coś jest, coś białego. 

Odwrócił się i spojrzał we wskazanym przez nią kierunku. 

Istotnie, na wodzie kołysał się jakiś jasny przedmiot. 

- Nie ma pani przy sobie okularów? 
- Nie. - Niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę. -

Czekałam na rybaków, może oni mi pomogą. 

Zmarszczył czoło. 

- Podpłynę tam. 

- Nie da pan rady. Mnie też się nie udało. Tam są niebez­

pieczne wiry. 

- Panno Halliwełl, zapewniam, źe jestem od pani trochę 

silniejszy. 

Jej usta wygięły się w tak figlarnym uśmiechu, że miał 

ochotę ją schrupać. 

- Wierzę panu, ale zapewniam, że woda jest silniejsza od 

nas obojga. 

Zdjął płaszcz. 
- Proszę tu zostać. 
- Chcę pójść z panem. 

- Zostań tu, elfie. 
Zepchnął łódkę z powrotem do wody, pochylił się nad 

wiosłami i zaczął płynąć w kierunku skalnych wysepek. Prąd 

był wyraźnie wyczuwalny, jednak to nic w porównaniu z wo­

dami wokół przylądka Skulla. Teraz poradzi sobie bez problemu. 

122 

KLIFY 

Czul, że panuje nad sytuacją, dopóki się nie odwrócił i nie 

zauważył płynącej tuż za nim Morwenny. 

- Do wszystkich diabłów! - ryknął wściekle. - Nie słyszała 

pani, co powiedziałem? 

Wzruszyła ramionami, udając, że nic jej to nie obchodzi. 

i marszcząc z wysiłku nos, próbowała go dogonić. 

- Bałam się, że coś się panu stanie i będzie pan potrzebował 

mojej pomocy! - zawołała, przekrzykując szum morza. 

- Co się może stać... - Zacisnął zęby i pochylił się do 

przodu. Ominął prąd, wiosłując tuż przy skałach. Morwenna 

zrobiła to samo i chwilę później uderzyła w kadłub jego 

łodzi. 

- Udało się - powiedziała, uśmiechając się triumfalnie. 

Rzucił jej piorunujące spojrzenie. 

- Nie lubię, kiedy lekceważy się moje polecenia. 

Uśmiech powoli znikał z jej twarzy. 

- Ale chyba nie chciałby się pan tu utopić? 

- Czy ja wyglądam na kogoś, komu grozi utonięcie? -

zapytał z wściekłością. 

Morwenna nie mogła oderwać oczu od jego pięknej szyi 

i wspaniale umięśnionej klatki piersiowej, rysującej się pod 

mokrą koszulą. 

- Nieee - przyznała z ociąganiem. 

- A czy słyszała pani, co powiedziałem na plaży? 

Odgarnęła z oczu kosmyk włosów. 

- Że znalazł pan grotę Artura. Słyszałam każde słowo, 

milordzie. 

Był tak zdenerwowany, że miał ochotę nią potrząsnąć. 

- Z wyjątkiem zdania „Proszę tu zostać". Tego pani nie 

słyszała? 

-

 Zdawało mi się, że powiedział pan „Powinna pani zostać", 

co oznacza, że miałam wybór. 

- Kiedy wydaję polecenia, nie ma żadnego wyboru. Rozumie 

mnie pani? 

123 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Nie wiem. 

- Jak mam wyrazić się jeszcze jaśniej? - zapytał podnie­

sionym głosem. 

- Myślę, że nie powinien pan krzyczeć. 

- Czy mam wydać polecenie w inny sposób? 

- Słucham? 

- Czy lubi pani zagadki, panno Halliwell? 

- Nie w łodzi. 

Przez chwilę kołysali się na falach, nagle łódka Mor-

wenny zaczęła się oddalać. W obawie, by nie zniosło 

jej na otwarte morze, Anthony, nie namyślając się zbyt 

długo, chwycił Morwennę za ramiona i wciągnął do swojej 

łodzi. 

- Och, dobry Boże! - krzyknęła. 

Postawił ją na dnie i spojrzał surowo w jej zdumione oczy. 

- Zrozumiała pani? 

- To zwykłe barbarzyństwo - powiedziała, nie mogąc złapać 

oddechu. - Piractwo. Zachowywał się pan jak wiking. 

- Czy wyraziłem się jasno, panno Halliwell? 

- Tak, milordzie. Jest pan barbarzyńcą - odparła, wyżymając 

dół przemoczonej spódnicy i halki. -To przemoc wobec mojej 

osoby. 

- To nie była żadna przemoc. - Na skałach za nimi przysiadła 

mewa. - To zwykła frustracja, spowodowana przez kobiecy 

upór - dodał. 

- Cóż - westchnęła ciężko. - Wobec tego nie chciałabym, 

aby kiedyś zastosował pan wobec mnie przemoc. To wszystko, 

co mogę powiedzieć. 

Uśmiechnął się ponuro. 

- To racja, nie chciałaby pani tego. A teraz proszę posłuchać. 

Na tej wyspie utonęły dwie bliskie nam osoby. 

- Dwie? - zapytała z niepokojem. - Na razie nie wiemy, 

czy Elliott nie żyje. Niech pan tak nie mówi. 

Było mu przykro, że ją zdenerwował, ałe powinna wiedzieć, 

124 

KLIFY 

ze prędzej czy później poniesie konsekwencje takiego za­

chowania. 

- Panno Haliiwell, zaczyna się odpływ. Spróbuję wspiąć się 

na skały i zajść od drugiej strony. Może uda mi się dowiedzieć, 

co utkwiło w tej szczelinie. 

Westchnęła. 

- To bardzo niebezpieczne przedsięwzięcie, A jeśli pan 

spadnie? 

- Jeśli będziemy czekać na rybaków, woda zabierze ze sobą 

to coś i zniesie do morza. 

- Czy myśli pan... 

Nie dokończyła zdania. Nie potrafiła się zdobyć na to, by 

zapytać, czy uważa, że między skałami utkwiło ciało Elliotta. 

Choć wszyscy byli przekonani, że Elliott nie żyje, Morwenna 

nie potrafiła wypowiedzieć tego na głos. 

- Milordzie, niech się pan nie przewróci! - zawołała za nim, 

kiedy wysiadł z łodzi. 

Tak go zaskoczyła, że omal nie potknął się na kamieniach. 

- Postaram się - odparł oschle. 

Skały były ostre, z trudem znajdował miejsce, by po­

stawić stopę. Niełatwo będzie przejść na drugą stronę. An­

thony postanowił zdjąć buty i skarpety, w których mógłby 

się poślizgnąć. Podtrzymując się jedną ręką za sterczące 

granitowe wypustki, powoli i ostrożnie przesuwał się do 

przodu. 

Morwenna wkrótce straciła go z oczu. 

- Jest pan tam, milordzie? 
- Nie, panno Haliiwell. Wyjechałem do północnego Devonu. 

A jak pani myśli, gdzie mogę być? 

- No cóż - powiedziała. - Nie widzę pana. 

- Ja też pani nie widzę, ałe za to wyraźnie panią słyszę. 

Przeszkadza rni pani, nie mogę się skoncentrować. 

- Och! - Opadła na ławeczkę. - Już nie będę się odzywać, 

o to panu chodzi? 

125 

background image

JILLIAN HUNTER 

Cisza. Morwenna chwyciła za wiosła, próbując tak wyma­

newrować łodzią, by dostrzec choć jego cień. 

- Cholera - warknął. W tym samym momencie rozłegł się 

chlupot. 

Morwenna pobladła. 

- Dobry Boże. Jest pan w wodzie? 

- But mi spadł. 

- Och, nie! 

- Och, tak! 

- A który to był? - zapytała. - Och, och, och, nie... 

- Co się stało?! - krzyknął zaalarmowany Anthony, omal 

przy tym nie spadając ze skały. - Morwenno, niech pani 

odpowie. Czy coś się stało? 

- Moja łódź odpływa. 

- To wszystko? - warknął zniecierpliwiony. 

- To wszystko? Zdenerwował się pan utratą głupiego buta. 

Łódź jest chyba ważniejsza niż jakieś buty. 

Znów cisza. I jeszcze jedno chłupnięcie, tym razem głoś­

niejsze. Morwenna podskoczyła w miejscu. Załamała ręce na 

piersi, widząc, że niebo nagle zasnuło się fioletem. Mijały 

minuty, a on nie dawał żadnego znaku. Zbyt dużo minut, jak 

na jej nerwy. Morze zaczynało się burzyć. Czuła, że woda pod 

dnem łodzi staje się coraz bardziej niespokojna. 

- Lordzie Pentargon? - szepnęła. Czuła, że dłużej nie wy­

trzyma tej niepewności. - Wiem, że będzie pan na mnie 

krzyczał, ale muszę wiedzieć, czy nic panu nie jest. 

Już miała ruszyć w ślad za nim, kiedy wyłonił się zza 

skał i wskoczył do łodzi. Był cały przemoczony, ociekające 

wodą włosy przykleiły mu się do czoła. Przedramię miał 

całe we krwi. 

Pochyliła się nad nim z troską. 

- Co się panu stało? 

- Skaleczyłem się, kiedy sięgałem po ten biały przedmiot. 

To tylko kawałek starego podartego żagla. - Uśmiechnął się 

126 

KLIFY 

do niej ponuro, próbując zatamować krwotok skarpetą. - Te 
skały są ostre jak noże. 

- Jak smocze zęby - powiedziała bez namysłu. - Nie wy-

gląda to dobrze. Zaraz opatrzę panu ranę rękawem. 

- Nie! Niech pani nie niszczy sukienki... 

-.- Bzdura! - rozerwała materiał wzdłuż szwów, nim zdołał 

ją powstrzymać. Przez chwilę zauroczony wpatrywał się w jej 

nagie ramię. Jej skóra była brązowa, a mięśnie twarde od 

wiosłowania. 

- No i po sukience. 

- Niech się pan nie rusza - mruknęła, obwiązując mu ramię 

muślinem. - Gotowe. Powinno wystarczyć. Boli pana? 

- Nie - skłamał. 

- Pomogę panu wiosłować. 

- Nie ma mowy. 

A jednak mu pomogła. Pozwolił jej na to wyłącznie po to, 

by móc cieszyć się widokiem jej silnego, młodego ciała pra­

cującego z nim w harmonii. Niespodziewana intymność tej 

chwili sprawiła, że zupełnie zapomniał o straconym bucie, 

zniszczonej koszuli i spodniach oraz bolącym ramieniu. 

Kiedy dobili do brzegu, padła na piasku na kolana. 

- To było straszne. Przez chwilę myślałam, że porwał 

pana prąd. 

Przyglądał się jej drobnej postaci. Słońce schowało się za 

ciężkimi chmurami, jego płaszcz, porwany ze skały przez 

fale, kołysał się na wodzie. Nagle ogarnęły go jakieś złe 

przeczucia. 

- Panno Halliwell, wygląda pani tak, jakby ktoś panią 

zhańbił. 

Spojrzała na swoją sukienkę. 

- Rzeczywiście, to prawda. 

Wyciągnął do niej rękę i pomógł jej wstać. 

-

 Myślę, że powinienem wrócić z panią do domu i wyjaśnić 

wszystko pani stryjowi. 

127 

background image

JILLIAN HUNTER 

Ich oczy się spotkały. 

- Ale przecież nic się nie stało. 

- Czyżby? 
- Cóż... 

- Chyba na razie. 

Wtedy czas się zatrzymał. Spojrzała na niego i ogarnęło 

ją drżenie. Te zmysłowe usta, ciężkie powieki, płonące 

oczy. Mokra koszula i spodnie przylgnęły do kształtnego 

ciała, ukazując płaski brzuch i wąskie biodra. Choć stała 

w lodowatej morskiej pianie, zrobiło jej się gorąco, kiedy 

chwycił jej dłoń. Zastanawiała się, co czułaby, tuląc się 

do jego silnego, męskiego ciała, ale ta fantazja szybko się 

rozwiała. 

Stała się rzeczywistością. 

Nad ich głowami krzyczały mewy. Pociągnął ją w dół, na 

piasek. Wzdychając, całował ją, aż zaparło jej dech w piersiach. 

Rozchyliła usta, pozwalając, by jego język wsunął się do 

środka. Nawet nie zauważyła, że fale obmywają jej ramię. 

Kiedy wsunął rękę pod sukienkę, jęknęła cicho, a kiedy ukrył 

twarz między jej piersiami, zdawało jej się, że ziemia usuwa 

się jej spod pleców. 

- Anthony, nie możemy - wyszeptała, walcząc z tą częś­

cią siebie, która pragnęła, by nie przestawał. - Nie powin­

niśmy. 

Zasypał pocałunkami jej piersi. Czuła, że w jej brzuchu 

płonie ogień rozkoszy. 

- Marzyłem o tym od tego dnia w wieży - wyznał cicho. 

- Fale zaraz nas zaleją - ostrzegła, dziwiąc się, że w tym 

upojnym zamroczeniu znalazła siłę, by protestować. Jak wy­

tłumaczyć ten instynkt, który nakazywał, by mu się całkowicie 

poddała? 

- Morwenno, chcę cię wziąć tu, na piasku - szeptał, całując 

jej szyję. - Chcę wsunąć twarz między twoje uda i robić rzeczy, 

o jakich nawet nie wypada mówić. 

128 

KLIFY 

Z jej gardła wyrwał się jeszcze jeden jęk. 

- Na miłość boską, nie mów o nich. 

- Śniłaś mi się - powiedział szelmowsko słodkim głosem. 

- Czy to był miły sen? - zapytała szeptem. 

Uśmiechnął się. 

- W tym śnie przywiązałem cię do łóżka i lizałem całe 

twoje ciało. 

- Sny to jedno, milordzie, ale... - Przywiązana do łóżka 

jako więzień jego namiętności. Och, Boże. Zadrżała, bo jej 

wyobraźnia mknęła w nieznanym kierunku. -To... to haniebne. 

- Och, wiem. A ty, moja mała dziewico, byłaś zachwycona 

tymi perwersyjnymi rzeczami, które z tobą robiłem. 

- Ma pan na mnie zgubny wpływ - wyszeptała. 

- Tak jak i ty na mnie - odparł, przymykając oczy. Walczył 

z własną namiętnością, w końcu powoli zaczął odzyskiwać 

panowanie nad sobą. Była słodka i soczysta niczym dojrzały 

owoc. gotowy do zerwania. Drżała, przytłoczona tym, co 

zaszło. Nie potrafił tego wyjaśnić, ale wiedział, że jeszcze 

nigdy żadna kobieta nie wzbudziła w nim podobnej pasji. Był 

tak podniecony, że zastanawiał się. czy ten stan kiedykolwiek 
minie, a jednak nie mógł zbrukać jej czystości. 

Jego silne ramiona objęły ją w pasie i postawiły na nogach. 

Z rozpaczą patrzył, jak strzepuje piasek z sukienki. 

- Morwenno, przyjmij moją radę - powiedział cicho. -

Nigdy więcej nie zostawaj ze mną sam na sam. Ukryj się przede 

mną. dopóki stąd nie wyjadę. Uciekaj, kiedy mnie zobaczysz, 

bo następnym razem z pewnością odbiorę ci cnotę. Broń się 

przede mną, zanim będzie za późno. 

-

 Już jest za późno - wyszeptała. Jej dłonie, rozplątujące 

mokre włosy, zastygły w bezruchu. 

- Nie, moja droga, ty nie rozumiesz - odparł, tęsknie wzdy­

chając. - Jesteś tak wzruszająco niewinna. To, co tu między 

nami zaszło, będzie naszą tajemnicą. Nikt nie może się o tym 

dowiedzieć. Ja dotrzymam słowa. 

129 

background image

JILLIAN HUNTER 

Opuściła ręce i przełknęła ślinę. 

- To pan nie rozumie. 

Podniósł głowę i spojrzał w kierunku, w którym patrzyła. 

Na klifie stała grupka ludzi, obserwujących każdy ich ruch. 

Sir Dunstan, wielebny Miles Trecombe, nawet Vincent. Oprócz 

nich było też kilkoro mieszkańców wyspy. 

- Świadkowie - powiedział, z trudem łapiąc oddech. 

- Myśli pan, że nas widzieli? - zapytała w popłochu. 

Roześmiał się ironicznie. 

- Chyba nie zdołamy ich przekonać, że szukaliśmy małż. 

Odwróciła się w nadziei, że może uda jej się uciec przed 

wściekłą publicznością. Szybko chwycił ją za ramiona i za­

trzymał. Ci, którzy ich obserwowali, mogli uznać ten gest za 

arogancki lub władczy. 

- Proszę mnie puścić, milordzie - rzuciła z oburzeniem. -

Mój stryj tu idzie. Wygląda, jakby chciał nas pozabijać. 

- Tak, widzę i właśnie dlatego cię trzymam. 

Otworzyła szeroko oczy. 

- Mam być tarczą ochronną? 

Znów się roześmiał. W jego oczach pojawił się niebezpieczny 

błysk, iskierka buntu, jakiej nigdy wcześniej u niego nie 

widziała. Nie miała pojęcia, co chciał zrobić. 

- Nie... niech pan nie robi niczego, czego potem będzie pan 

żałował. 

Spojrzał na nią z rozbawieniem. 

- Kochanie, już za późno. 

- Puść mnie - zażądała, ignorując jego fatalizm. 

- I na to już za późno. 

Rzeczywiście tak było. 

Sir Dunstan sunął po piachu niczym rozjuszony buldog. Był 

tak naładowany wściekłością, że aż dziw, że w ogóle mógł się 

poruszać. Tuż za nim kroczył pastor i Vincent, który najwyraź­

niej zamierzał dotrzeć do swojego pana, zanim stryj Morwenny 

go zaatakuje. Morwenna stała śmiertelnie przerażona, a jedno-

130 

KLIFY 

cześnie zafascynowana niespodziewanym obrotem, jaki na­

stępował w jej życiu. 

- I na to... - mruknął Anthony, kiedy sir Dunstan zamachnął 

się i wymierzył mu cios w twarz. - Na to też za późno. Cholera, 

to boli. 

Anthony, z zaczerwienionym policzkiem, całym ciałem 

zasłaniał Morwennę, nie dbając o to, czy sir Dunstan zechce 

zadać jeszcze jeden cios. 

- Mam się nim zająć, milordzie? - zapytał Vincent, pod-

ciągając rękawy. 

Sir Dunstan patrzył z pogardą na Anthony'ego. 

- A ja panu zaufałem. Dał pan słowo, że ją ochroni. 

Morwenna wyrwała się z uścisku, ale Anthony zręcznie 

złapał ją za nadgarstki i zdecydowanym ruchem przyciągnął 

do siebie. 

- Żadne z nas przed tym nie ucieknie - powiedział, uśmie-

chająe się sardonicznie. - Zostań Morwenno, razem zwycię­

żymy łub przegramy. 

Zakłopotany pastor przyglądał się zajściu bez cienia współ­

czucia. 

- Powinien mu pan oddać, milordzie - podpowiedział Yin­

cent. - Ma pan czerwony policzek. 

Anthony westchnął. 

- Nie wypada bić się z rodziną. 

- Z rodziną? - Morwenna pierwsza zrozumiała, co miał na 

myśli. Wyrwała się z jego uścisku i spojrzała mu z niedowie-

rzaniem w twarz. - O czym pan mówi? 

Uśmiechnął się do niej i ku własnemu zdumieniu uświadomił 

sobie, że to, co jeszcze do niedawna napawało go strachem, 

teraz okazało się bardzo przyjemne. 

- Morwenna zgodziła się zostać moją żoną. 

Sir Dunstan mrugnął nerwowo. Wiadomość wyraźnie go 

zaskoczyła 

- Ale... ale co pan zrobił z jej sukienką? 

131 

background image

JILLIAN HUNTER 

Pastor uścisnął dłoń Anthony'ego. 
- Moje gratulacje, lordzie Pentargon. Będę zaszczycony, 

mogąc odprawić ceremonię, chyba że woli pan, by uroczystość 

odbyła się w stolicy. 

Anthony z rozbawieniem spojrzał na Morwennę. 

- Wszystko zależy od tego, co postanowi moja ukochana. 

Zdezorientowana Morwenna rozglądała się po plaży. Grupka 

rybaków i przyjaciele, z którymi znała się od dziecka, podeszli 
bliżej, by nieśmiało złożyć gratulacje, jednak w ich oczach 
widziała niedowierzanie. Zdawali się pytać wzrokiem, czy to 
ona nawróciła wroga, czy też on ją. Sama nie wiedziała. 

Przyszłość wyspy stała pod znakiem zapytania, ale przecież tu 

chodziło o jej życie. Przejął nad nim kontrolę, nie pytając jej 

nawet o zdanie. 

Nie było żadnego „Morwenno. czy zostaniesz moją żoną?" 

ani „Uważam, że powinniśmy się pobrać" czy choćby „Wyjdź 

za mnie, Morwenno. Nie chcę, żeby twój stryj mnie zamor­

dował". 

Ani słowa. Tylko „Morwenna zgodziła się zostać moją żoną". 

Czuła, że ta sytuacja ją przerasta. Zazdrościła mu zimnej 

krwi i arogancji, a jednak nie mogła zaprzeczyć, że i na niej 
spoczywała wina. Mogła nie reagować. A teraz oboje będą 

musieli zapłacić. Koło fortuny obróciło się na gorsze. Czy 
rzeczywiście było tak źle? Gdzieś w głębi serca odczuwała 

jednak radość i dumę, że ją wybrał. Jej kobieca dusza pragnęła 

się mu poddać. 

- Och - westchnęła, nie mogąc zdobyć się na inteligent­

niejszą odpowiedź. - Co masz na myśli? 

Uśmiechał się znacząco. To. o czym myślał w tym momencie, 

absolutnie nie nadawało się do wiadomości publicznej. A już 

z pewnością nie powinien rozmawiać o tym z jej stryjem 

i pastorem. 

Myślał o tym, że za jakieś dwa tygodnie Morwenna będzie 

należała tylko do niego. Zadomowi się w jego łóżku, i to 

132 

KLIFY 

w całkowitej zgodzie z prawem i moralnością. Jej ubranie 
będzie odsłaniać więcej niż ta sukienka z naderwanym rękawem. 

To cudowne nagie ciało będzie lylko jego, tylko on będzie go 

dotykał. Nikt i nic nie powstrzyma go przed dostarczeniem 
swojej żonie tych perwersyjnych przyjemności, o jakich marzył. 

Jego żona. Dobry Boże, co oni najlepszego zrobili? Przecież 

powinien wracać do stolicy, zamiast stać tu u jej boku i naj­

spokojniej w świecie wiązać się na całe życie z elfem. 

Uśmiechnął się do niej promiennie. 

- Kochanie, proponuję skromny ślub na wyspie. Jeśli jednak 

twoje małe serduszko pragnie czegoś bardziej wystawnego, 

jestem pewien, że to da się załatwić. 

Obrzuciła go lodowatym spojrzeniem, uświadomiwszy sobie, 

że łajdak nie dał jej żadnego wyboru. 

- Moje małe serduszko pragnie długiego narzeczeństwa. Co 

pan powie na pięćdziesiąt lat. milordzie? 

Anthony objął ją w pasie i ścisnął, odbierając możliwość 

ucieczki. 

- Zbyt długo byłbym pozbawiony twojego uroczego towa­

rzystwa. 

- Rozłąka sprawia, że serce staje się bardziej czułe. -

Próbowała odepchnąć jego ramię, ale napotkała opór stalowych 
mięśni. - Nie zna pan tego powiedzenia? 

Uśmiechał się diabelsko. 
- Rozłąka z ukochaną osobą jest gorsza niż śmierć. Nie 

wierzę w długie narzeczeństwo. 

- Ani ja ~ powiedział sir Dunstan, uśmiechając się ponuro. 

Spochmurniał jeszcze bardziej, kiedy spojrzał na jej sukienkę, 
a potem na ramię Anthony

 r

ego, jak gdyby dopiero teraz 

zauważył związek. - Szkoda, że nie wybraliście odpowiedniej­
szego momentu, by ogłosić tę nowinę. Przeraziłem się, gdy 

tak długo nie wracaliście do zamku. Jeden z rybaków zaalar­

mował nas, kiedy zauważył na morzu pustą łódź Morwenny. 
Myślałem, że stało się jakieś nieszczęście. 

133 

background image

JILLIAN HUNTER 

Pastor uśmiechnął się. 

- Nie przypuszczaliśmy, ze szykuje się ślub. 

- Nikt nie przypuszczał - mruknął Anthony, spoglądając 

z zadowoleniem na twarz Morwenny. 

Nie uśmiechnęła się do niego. Zapadło niezręcznie milczenie, 

jak gdyby nagle wszyscy zaczęli podejrzewać, ze miedzy 

przyszłymi małżonkami powstało jakieś napięcie. Nikt jednak 

nie odważył się zabrać głosu. W końcu Pentargon był panem 

wyspy. Wciąż istniała nadzieja, że jego tęczowa żona nakłoni 

go do pozostania na Abandonie. 

- Morwenno. - Potrząsnął nią delikatnie, zdając sobie 

sprawę z tego, że jego oświadczyny wprawiły ją w osłupienie. 

Czy myślała, że to sobie zaplanował? Czy przerażała ją 

perspektywa małżeństwa? Może chodziło o jego wiek? Miał 

w życiu do czynienia z tyloma kobietami, że dokładnie 

wiedział, jakiej żony pragnie. Takiej jak ona. Pragnął właśnie 

jej. W tym momencie to musiało wystarczyć za ich oboje. To 

bez znaczenia, że zadecydował o tym tylko dlatego, że zmusiła 

go sytuacja. Był dojrzałym mężczyzną, odpowiadał za własne 

czyny. Lepiej się z nią ożenić, niż zostawić ją tu i do końca 

życia tego żałować. 

- Zrobimy wszystko, żeby nam się ułożyło - szepnął tak, 

by nikt inny tego nie usłyszał. 

- Ale jak? - zapytała. Jak na kobietę, która właśnie się 

zaręczyła, nie była zbyt szczęśliwa. 

- Zawierano już bardziej niebezpieczne małżeństwa. 

- Kiedy? W czasach Henryka VIII? 

Parsknął z rozbawieniem. 

- Postępujemy właściwie - powiedział. 

Zerknęła na stryja, który nie spuszczał z nich oka. 

- Obawiam się, że nie mamy wyboru. Tak, masz rację. 

Zrobimy wszystko, żeby nam się ułożyło. 

134 

KLIFY 

rzez wzgląd na zniknięcie Elliotta Anthony nie chciał 

obnosić się ze swoim narzeczeństwem. Owszem, wstydził się 

tego, w jaki sposób doszło do zaręczyn. Vincent zachował 

zimną krew i zaproponował wydanie skromnego przyjęcia, by 

uczcić to szczęśliwe wydarzenie. Pani Treffry, promieniejąc 

ze szczęścia, zgodziła się przygotować kolację, ale Anthony 

nie miał złudzeń. Wiedział, że gospodyni jest dla niego miła, 

bo liczy na to, że przyszła żona przekona go do zmiany zdania 

na temat sprzedaży wyspy. 

Otóż do tego nie dojdzie! Anthony dotrzyma prawnego 

i moralnego zobowiązania, a Morwenna, jako jego żona, 

będzie musiała się z tym pogodzić. Z czasem może nawet 

mu wybaczy. A jeśli nie, to i tak będzie musiała być mu 

posłuszna. 

Odkąd powrócili do zamku, nawet raz na niego nie spo­

jrzała. Kiedy pocałował ją, powiadamiając służbę o zaręczy­

nach, czuł, że jej opór słabnie pod jego dotykiem. Podobał jej 

się, co dobrze wróżyło. To z pewnością wiele ułatwi i zbliży 

go do niej. 

Wiedział, że przyjaciele w stolicy go wyśmieją. Będą pytać, 

jakim cudem pozwolił się usidlić dziewczynie bez majątku 

i pochodzenia. Kiedy poznają Morwennę, wszystko zrozumieją. 

Ich wesołość zamieni się w zazdrość. 

Przebrał się do kolacji, choć Morwenna nie przysłała żadnej 

wiadomości, czy zejdzie na dół, by mu towarzyszyć. Prawdę 

mówiąc, kiedy wypuścił ją z uścisku, znikła jak obłok dymu. 

Stracił z oczu jej drobną postać. 

- Vincencie, czy ja jestem potworem? - zapytał, kiedy 

kamerdyner przyniósł mu czarny surdut. 

- Nie dla mnie, milordzie. 

- Moja przyszła żona mnie unika. 

- Denerwuje się, jak każda panna młoda, milordzie. 

- Denerwuje się - burknął pod nosem Anthony. - Czy 

panna Halliwell nie wydaje ci się nieco zwariowana? 

135 

background image

JILLIAN HUNTER 

-

 Nie, milordzie. - Vincent przetarł szczotką surdut An-

thony'ego. - Lady Pentargon jest naprawdę czarująca, milor­

dzie. I biegle posługuje się parasolką. 

- Na razie nie jest żadną lady. Wciąż może zmienić zdanie. 

Podobnie i ja. Kim była ta młoda kobieta, którą poznałem 

w zeszłym roku podczas polowania u Finleya? 

- Jej nazwisko wyleciało mi z głowy, milordzie. 

- Z tego, co zdążyłem zauważyć, tobie nie wylatują z głowy 

niczyje nazwiska, 

- Była raczej niepozorna. 

Anthony uśmiechnął się. 

- Oczywiście, w porównaniu z Morwenną. 

- Czy to wszystko, milordzie? 

- Nie. - Anthony odwrócił się od lustra. - Potrzebne mi 

pozwolenie. Mam kuzyna w biurze arcybiskupa Canterbury, 

pomoże przyspieszyć procedurę. 

- Wyjadę z samego rana. 

- Nie. Czuję, że będziesz mi tu potrzebny. Poślij Gunthera. 

Powiedz mu, żeby w drodze powrotnej skontaktował się z moim 

jubilerem i zamówił naszyjnik i obrączkę dla mojej żony. Coś 

prostego, ale eleganckiego. 

Kiedy Vincent wyszedł, Anthony zgasił świece i rozejrzał 

się po zadymionym pokoju. Jego wzrok zatrzymał się na łóżku. 

Na poduszce leżała ciężka książka. Pewnie pokojówka położyła 

ją tu podczas sprzątania. 

Przez chwilę miał ochotę jeszcze raz ją przejrzeć. Morwenną 

była gdzieś w zamku, przecież nie mogła unikać go w nie­

skończoność. Będą musieli się pogodzić. A w tym łóżku już 

wkrótce nigdy więcej nie będzie czytał. Od tej pory jedynym 

jego zajęciem będzie czułe uwodzenie żony. Zanim opuszczą 

wyspę, niejedno się tu wydarzy. Ale na pewno nikt nie będzie 

czytał. 

136 

KLIFY 

odczas kolacji jego przyszła żona, nieprzywykła do 

mocnych trunków, jakie pijali Anthony i Ethan, lekko się 

wstawiła. Kolację zjadła w milczeniu, ale gdy Anthony 

zaproponował toast na jej cześć, ni stąd, ni zowąd zaczęła 

chichotać. 

Jego ukochana śmiertelnie się go bala, pomyślał, ukrywając 

uśmiech. Była zbyt młoda, by rozumieć, jakie rozkosze ją przy 

nim czekały, a jednocześnie nie miała w sobie nic z dziecka. 

Była dojrzałą kobietą, W jasnozielonej jedwabnej sukience 

wyglądała niezwykle pociągająco. Tak, zawstydzi londyńską 

socjetę. Anthony czuł, że jego przyjaciele pękną z zazdrości. 

Już on dopilnuje, żeby żona nie pozostawała sam na sam 

z żadnym z tych łotrów. 

- Jesteś niespokojna. Morwenno- odezwał się łagodnie, 

obracając w palcach wysoki kieliszek. -Czym się niepokoisz? 

Przestała się śmiać i spojrzała na niego nad zabytkowym 

świecznikiem stojącym na stole. Goście szybko ich opuścili. 

Pastor wrócił do siebie układać kazanie, a sir Dunstan wyszedł 

zażyć tabletki na niestrawność. 

- Niepokoi mnie... - Czubkiem języka zwilżyła wargi. Dla­

czego wypiła ryle brandy? Czyżby chciała zagłuszyć cudowne 

wspomnienie jego pocałunku? W głowie jej wirowało, a jego 

delikatność i niecierpliwość zupełnie ją rozbrajały. Chciała 

uciec, zanim nie będzie w stanie się przed nim bronić. Czuła, 

że coraz bardziej ją pociąga. 

- Tak? - próbował jej pomóc. Pochylił się ku niej, by 

podziwiać jej urodę w delikatnym blasku świec. Teraz już nie 

musiał kryć swojego pożądania. - Kochanie, bądź szczera. 

- Niepokoi mnie... - Popatrzyła mu w oczy. Jej spojrzenie 

było niewinne i płoche. - Boję się. bo wychodzę za mąż za 

diabła. 

Oparł się wygodniej na krześle, a jego usta wygięły się 

w uśmiechu. 

- Nie wiem, czy powinienem być urażony, czy rozbawiony. 

137 

background image

JILLIAN HUNTER 

Diabeł, no cóż... takie zło wiąże się z ogromną odpowiedzial­

nością, ale i daje pewne przywileje. Mówisz poważnie? 

Jej głowa stawała się coraz cięższa. Czuła, że oczy zachodzą 

jej mgłą, wiec mrugnęła nerwowo. Te świece sterczące nad 

stołem... wyglądał zupełnie tak, jak gdyby ze skroni wyrastały 

mu rogi. Tak, to diabeł, piękny i męski. To, co do niego czuła, 

musiało być dziełem sił nieczystych. Zadrżała na myśl o tym, 

że jako jej mąż, Anthony będzie wykorzystywał te siły. 

- Anthony, ty masz grzeszną moc - powiedziała po chwili 

zadumy. - Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że słyszałeś magiczną 

harfę i trafiłeś do groty Artura? Dlaczego kruk pojawił się 

dwukrotnie w ciągu tygodnia, kiedy w tej okolicy nie widziano 

go od wieków? 

Wzruszył szerokimi ramionami, 

- Nie wiem, jak to wytłumaczyć. 

Morwenna przyglądała się jego palcom, bębniącym od nie­

chcenia w blat stołu. Nie rozumiała dlaczego, ale ten widok 

ją podniecał. W jej głowie pojawiły się obrazy. Jego silne ręce 

zrywające z niej sukienkę, dotykające jej piersi i innych 

bardziej intymnych miejsc. Westchnęła, przymykając oczy, jej 

ciało zaczęło drżeć. Jakie to straszne, a jednocześnie cudowne, 

wyobrażać sobie to wszystko, co on z nią zrobi. 

- Kochanie, czy ty aby nie zasypiasz? - wyszeptał jej do 

ucha. - Może potrzebujesz... stymulacji? 

Jej ciało już nie drżało, Morwenna trzęsła się, jak gdyby na 

końcu każdego jej nerwu płonął ogień. Nie usłyszała, kiedy 

wstał z krzesła. Nagle pochylił się nad nią, a jego usta odnalazły 

wyjątkowo czułe miejsce za lewym uchem. Pocałował jej 

gładką skórę, wzbudzając w niej burzę zmysłów. 

- Gwarantuję, że w moim łóżku nie będziesz się nudzić. 

Wyprostowała się na krześle na sekundę przed powrotem 

sir Dunstana, Starszy pan spojrzał najpierw na swoją piękną 

bratanicę, potem na lorda, który przyglądał jej się w milczeniu. 

Atmosfera miedzy młodymi była gęsta jak mgła, jednak sir 

138 

KLIFY 

Dunstan o nic nie pytał. Było oczywiste, że szalenie się 

pociągają. Ich małżeńskie łoże będzie świadkiem ogromnej 

namiętności, ale i wielu problemów. 

Nawet Dunstan nie potrafił przewidzieć biegu zdarzeń. Jako 

człowiek wysoce moralny wiedział, że nie pozwoli, by ktokol­

wiek wykorzystał i zhańbił Morwennę. Pentargon zapłaci za 

błąd, jaki popełnił. Owszem, zachował się odpowiedzialnie, 

jak prawdziwy dżentelmen. Niech Bóg broni, by w odwecie 

zniszczył dziewczynę, wykorzystując swoją władzę! 

- Lepiej się czujesz, stryju Dunstanie? 

Głos Morwenny wyrwał go z zamyślenia. Na jej twarzy 

malował się niepokój, ale i magiczna siła. Jeszcze nie miała 

okazji się o niej przekonać, jednak Dunstan wiedział, że 

bratanica dorównuje mocą swojemu przyszłemu mężowi. Nie 

wejdzie w to małżeństwo bez broni. Ta myśl była mu wielką 

pociechą. Pentargon, jeśli był tak inteligentny, na jakiego 

wyglądał, znajdzie w niej godną partnerkę. 

Tych dwoje nie siebie miało się obawiać. Dunstan spojrzał 

w okno. Niebo nad morzem było czarne jak aksamit. Będą 

musieli stawić czoło proste potężniejszemu wrogowi. Sam nie 

wiedział, skąd wzięła się u niego ta ponura myśl. Pewnie przez 

tę sprawę z Elliottem. Z każdym dniem śmierć młodego artysty 

stawała się coraz bardziej prawdopodobna. 

- Dziękuję, już mi lepiej - skłamał. 

Morwenna spojrzała na Pentargona. 

- Chcę do ślubu mieszkać w domku na farmie. Tak będzie 

lepiej, a poza tym muszę popracować nad rękopisem papy. Tu 

zbyt wiele mnie rozprasza. 

Dunstan zastygł, spodziewając się, że książę odmówi, ale 

Pentargon tylko kiwnął głową. 

- Spodziewałem się tego - powiedział. - Vincent zamieszka 

z wami jako służący i opiekun. 

Jej twarz spochmurniała. 

- Vincent... 

139 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Król Rębaczy, - Oczy Pentargona błysnęły rozbawieniem 

na wspomnienie dnia, w którym ją poznał. - Możecie wyjechać 

rankiem. Jeśli pogoda dopisze, kolaska zawiezie was do domu. 

Wstała od stołu. 

- A czy mam też prosić o pozwolenie, by udać się na 

spoczynek? 

Stryj omal nie zakrztusił się pigułką. 

- Morwenno, dziecko, lwój brak manier mnie przeraża. 

Rzuciła mu gniewne spojrzenie. 

- Po co komu maniery, kiedy ma do czynienia z... wilkiem. 

Pentargon roześmiał się i machnął dłonią na pożegnanie. 

- Idź już spać. Niech sen złagodzi złość. Rankiem wszystko 

będzie wyglądać lepiej. 

Pokręciła głową. 

- Albo gorzej. Chyba że po przebudzeniu okaże się, że to 

był tylko zły sen. 

Zauważył przebłysk czarnego humoru. 

- Ranisz mnie. ukochana. 

- Nie kuś, milordzie - odparła ze słodyczą. 

Zrozpaczony Dunstan ukrył twarz w dłoniach. 

- Kotku, czy chcesz zabrać do łóżka świecę? - zapytał 

Pentargon, wstając. 

- Wolałabym wbić ci ją w głowę. 

- Może wobec tego weźmiesz lampę, moja przyszła żono? 

Uśmiechnęła się z ociąganiem, przyznając mu zwycięstwo. 

- Nie, dziękuję, trafię po ciemku. 

Odwróciła się dumnie wyprostowana i ruszyła w stronę 

drzwi, a za nią trzy koty, które przez całą kolację drzemały 

pod stołem. Anthony z rozbawieniem przyglądał się procesji. 

Zanim wyszła, spojrzała na niego z niepokojem. 

- Pamiętaj, zrobimy wszystko, żeby nam się ułożyło -

powiedział łagodnie. 

- Już ja się o to postaram - mruknęła, otwierając drzwi. 

- Nie spadnij ze schodów, najdroższa - zawołał za nią. 

140 

KLIFY 

- Czyż można upaść jeszcze niżej, milordzie - usłyszał 

z korytarza. 

Wszystko jasne. Anthony westchnął i spojrzał w zatroskane 

oczy sir Dunstana. 

- Proszę o wybaczenie, milordzie. Dziewczyna nie jesl sobą. 

- Ależ jest - odparł Anthony. - ł właśnie to mi się w niej 

najbardziej podoba. - Zapatrzył się w płonący w kominku 

ogień. - Bardzo mi się podoba. 

- Czy pański kamerdyner to człowiek godny zaufania, 

milordzie? 

Pytanie zaskoczyło Anthony'ego. Usiadł na krześle. 

- Oczywiście. Gotów jest oddać życie za moją narzeczoną 

i pana. 

- Naturalnie, nie wątpię - powiedział Dunstan. - Chodzi 

o to, że... no cóż, pomyślałem, że pora jechać do St. Ives 

i przekazać żonie Elliotta złą wiadomość. Nie chciałbym 

zostawiać Morwenny samej aż do dnia ślubu. 

„Nie chcę jej też zostawiać z tobą". 

Niewypowiedziane zdanie zawisło w powietrzu. 

Anthony uśmiechnął się. 

- Będzie z nią Vincent i pani Treffry. Sam też będę miał 

ją na oku. - Jak jastrząb. Będę wiedział o każdym jej kroku, 

dodał w myśli. 

- To dobrze, milordzie. 

- Spodziewam sie, że zanim pan wróci, pozwolenie już 

dotrze - dodał Anthony. 

Dunstan uniósł brwi. 

- Ślub. w środku lata? Ktoś przesądny mógłby uznać, że 

kusi pan los. 

- Albo los kusi mnie. - Na cynicznie uśmiechniętej twarzy 

Anthonyego pojawiły się zmarszczki. - Mimo to nie będziemy 

czekać ze ślubem. 

141 

background image

JILLIAN HUNTER 

ale, na zmianę delikatne i gwałtowne, przez całą noc 

rozbijały się o skały wokół zamku. Na drugim końcu wyspy, 

w mrocznej pieczarze strzeżonej przez smoczy ogon, budziły 

się starożytne moce. Zgodnie z legendą, raz do roku, w noc 

świętojańską król Artur i jego rycerze wyruszali na wielkie 

łowy. Tylko wybrańcy mieli okazję ujrzeć polowanie tajem­

niczych duchów. Nieliczni świadkowie tego niezwykłego wy­

darzenia zgodnie twierdzili, że ich życie już nigdy potem nie 

było takie jak dawniej. 

Morwenna leżała w łóżku, nasłuchując szumu morza, jednak 

jej myśli zajęte były czymś innym. Nie słyszała ostrzeżeń, jakie 

szeptały fale. Jej umysł zaprzątał mężczyzna, który całkowicie 

posiadł jej serce. 

„Uważaj, 

Nim upłynie miesiąc, jeszcze jedno życie dobiegnie końca". 

odejmując kamizelkę, Anthony zauważył leżącą na łóżku 

książkę. Była otwarta, choć dokładnie pamiętał, że zostawił ją 

zamkniętą. 

Kiedy poirytowany podszedł, by zrzucić ją na podłogę, jego 

uwagę przykuła ilustracja, przedstawiająca dwie postacie w śred­

niowiecznych strojach, klęczące przed ołtarzem, 

„Rycerz bierze dziewicę za żonę". 

Przyjrzał się pięknemu rysunkowi, ze zdumieniem rozpo­

znając profil Morwenny i swój własny. Postacie spoglądały na 

siebie z taką miłością i oddaniem, że Anthony prawie czuł 

pożądanie, jakie w rycerzu wzbudzała jego młoda żona. 

Zbieg okoliczności? Sztuczka? Nikt nie był w stanie w ciągu 

kilku godzin wykonać tak precyzyjnego rysunku i umieścić go 

w książce. A mimo to... 

Sięgnął do biurka Ethana i w jednej z szuflad znalazł 

nożyk do otwierania listów. Ostrożnie spróbował rozciąć skle­

jone strony. Kiedy ten sposób zawiódł, zbiegł na dół do 

142 

KLIFY 

kuchni i zażądał, by pani Treffry czym prędzej zagotowała 

czajnik wody. 

Gospodyni postawiła na podłodze miseczkę z mlekiem dla 

kotów i spojrzała na niego z niepokojem, jak gdyby obawiała 

się, że postradał zmysły. 

- Zaraz przygotuję... py...py...pyszną herbatę i przyniosę do 

biblioteki, milordzie - wyjąkała. 

- Kobieto, ja nie chcę żadnej herbaty! - wykrzyknął. Wi­

dząc jej panikę, uświadomił sobie, że przedstawiał dość 

alarmujący widok. Ze spodni wystawała mu rozpięta koszula. 

W tym momencie w drzwiach pojawił się zamkowy stajenny 

Barnabas. Zaalarmowany głosami przybiegł do kuchni z wid­

łami w dłoni. Za jego plecami .stały rozespane kuchenne 

pomocnice. 

- Nie chce pan herbaty? - Pani Treffry potknęła się i wpadła 

na piec. - Może kawy, milordzie? Albo czekolady? Ciepłej 

wody do mycia? 

- Potrzebna mi para, kobieto. Rozumiesz? Para! 

Barnabas odłożył widły i wszedł do kuchni. 

- Jego lordowskiej mości chodzi o parę, Tillie - powiedział, 

odsuwając gospodynię od pieca. - To do parostatku, prawda, 

milordzie? - zapytał, spoglądając znacząco na Anthony'ego. -

Może zaczeka pan z tym do rana? 

- Urządzimy wodowanie w ogrodowym stawie - zapropo­

nowała służąca. 

- Urządzimy chrzest, otworzymy butelkę szampana - dodała 

druga. 

Anthony spojrzał na nich i dopiero po chwili dotarło do 

niego, że służba uznała go za wariata albo pijanego. A może 

jedno i drugie. 

- Nie będę wodował żadnego statku, idioci. Potrzebna mi 

para, żeby otworzyć sklejone strony książki... - Anthony wy­

machiwał palcem pod nosem gospodyni. -Tej przeklętej książ­

ki, którą ktoś, prawdopodobnie pani, ciągle gdzieś przekłada 

143 

background image

JILLIAN HUNTER 

i nosi po całym zamku, próbując wpłynąć na moją decyzję. 

Ostrzegam, to na nic. Słyszy pani? 

- Wszyscy słyszą, milordzie. Stąd aż do Penzance - po­

wiedziała stojąca w drzwiach Morwenna. - O co ta awantura? 

Pani Treffry przygryzła wargę, bliska płaczu. 

- O parę... o książkę. 

- O książkę Ethana - warknął Anthony. - Tę, którą poda­

rował mu twój ojciec. Ilustracje ciągle się zmieniają. Rozumiesz, 

o co mi chodzi? 

Morwenna spojrzała z wyrzutem na gospodynię. 

- Czy podawała pani jego lordowskiej mości mocne trunki 

po kolacji? 

- Nie jestem pijany. - Anthony chwycił ją za ramię. -

Posłuchaj, chodź ze mną. Zostawiłem tę przeklętą książkę przy 

schodach. Chodź i sama zobacz. 

Zdezorientowana Morwenna zerknęła przez ramię na gos­

podynię i stajennego. 

- Lepiej zrobić to, czego chce - szepnęła zrezygnowana, 

po czym westchnęła, kiedy Anthony pociągnął w stronę 

drzwi. 

Książki nie było. Wściekły Anthony rozglądał się z niedo­

wierzaniem wokół siebie, a zgromadzona pod schodami służba 

obserwowała go w milczeniu. 

- Była tu, mówię ci, Morwenno. Zostawiłem ją z twoją białą 

kotką. 

Pokręciła głową. 

- Ta biała kotka nie należy do mnie, milordzie. Ona do 

nikogo nie należy, wyłącznie do siebie. 

- Przysięgam, że była tu biała kotka. 

- Boże, miej nas w swej opiece - mruknął pod nosem 

Goonie. - Najpierw widzi jakieś parostatki, a teraz koty. 

Ciekawe, co następne? 

Anthony krążył wokół grupki. Był tak zdenerwowany, że 

dziewczyny kuchenne ze strachu aż do siebie przylgnęły. 

144 

KLIFY 

- Jutro przetrząśnięcie każdy kąt w tym zamku. Książka 

musi się znaleźć. 

Służba rozpierzchła się, nie czekając na polecenie, Anthony 

został na korytarzu sam z Morwenna. 

- Co też było w tej książce takiego, że wyprowadziło pana 

z równowagi, milordzie? - zapytała z troską. 

Patrząc na jej twarz, przypomniał sobie ilustrację przed­

stawiającą średniowieczną pannę młodą. Czy Morwenna kie­

dykolwiek spojrzy na niego z takim oddaniem? Kiedy z jej 

oczu zniknie ta nieufność? 

- Rysunki przedstawiają wydarzenia z mojego życia - po­

wiedział powoli. - A przecież to niemożliwe. Czy to dzieła 

Elliotta? 

- Nie, książkę ilustrował przyjaciel mojej matki. 

- Widziałaś tę książkę, prawda? Pamiętasz ją? Czy nie 

miałaś wrażenia, że rysunki są trochę dziwne? 

Morwenna uśmiechnęła się. 

- Wszystko, co dotyczyło mojej matki, było dziwne. A przy­

najmniej tak się uważa. - Ziewnęła dyskretnie, zasłaniając 

dłonią usta. - Cóż, poszukamy zguby rano i razem obejrzymy 

ilustracje, dobrze? Jestem taka zmęczona, że nie pamiętam 

nawet, jak się nazywam. Tyle się dziś wydarzyło. Przepraszam, 

za niemiłe zachowanie podczas kolacji. Chyba byłam w szoku. 

- A więc nie jesteś nieszczęśliwa z powodu zaręczyn? 

- A pan? 

- Ja zapytałem pierwszy. 

Morwenna ściszyła głos do szeptu. 

- Dobrze. Przyznam się. Nie jestem nieszczęśliwa. 

- Czy to taka tajemnica, że nie możesz mówić głośno? -

zapytał z rozbawieniem, pochylając się nad nią. 

Z wrażenia zaparło jej dech w piersiach. 

- Tak, jeśłi zamierza się pan śmiać. 

- Och, Morwenno, wcale się z ciebie nie śmieję. Mówiąc 

szczerze, jestem zakochany. 

145 

background image

JILLIAN HUNTER 

- We mnie? - Położyła dłoń na sercu. - Czy mówi to pan 

po to, żeby mi poprawić samopoczucie w związku ze ślubem? 

- A czy to ci poprawia samopoczucie? 

- Tylko jeśli nie mówi pan tego po to, żeby mi poprawić 

samopoczucie. 

Roześmiał się. 

- No proszę, wiedziałam. - Morwenna też się uśmiechała. -

A jednak pan ze mnie kpi. 

Kiedy zaczęła wchodzić po schodach na górę, miał ochotę 

iść za nią, ale w tym momencie na półpiętrze pojawił się jej stryj. 

- Morwenno, nie było cię w pokoju. Czego tym razem 

szukasz? 

Anthony uśmiechnął się, widząc jej irytację. Nagle kątem 

oka dostrzegł jakiś ruch. 

Biały kot 

Zwierzak przemknął mu miedzy nogami, omal go nie prze­

wracając, po czym zniknął w mrocznym korytarzu prowadzą­

cym do pomieszczeń zajmowanych przez służbę. Anthony 

pomyślał, że gdyby poszedł jego śladem, a może nawet udałoby 

mu się go złapać, rozwiązałby niejedną tajemnicę. Jednak nie 

daj Bóg, żeby ktoś podpatrzył jak ściga kota i pyta o książkę! 

I tak wszyscy uważają, że zwariował. Nie ma potrzeby utwier­

dzać ich w tym przekonaniu. 

Jutro znajdą książkę i wtedy Morwenna wszystko zrozumie. 

Zamiast wracać do sypialni, Anthony postanowił zajść do 

biblioteki na kieliszek sherry i przy okazji napisać list z prośbą 

o pozwolenie na zawarcie małżeństwa. 

Markiz pojawi się na wyspie za mniej więcej dwa tygodnie. 

Jeśli Anthony'emu dopisze szczęście, zdobędzie do tego czasu 

pozwolenie, co zaoszczędzi mu wielu upokorzeń. Nie będzie 

musiał się tłumaczyć, jak to się stało, że dał się złapać Morwen-

nie w pułapkę. Camelbourne był postacią tragiczną. Z rozpaczy 

po stracie żony zaczął traktować kobiety jak pudełka czekoladek. 

Bez skrupułów je wyrzucał, gdy tylko zaspokoiły jego żądze. 

146 

KLIFY 

- Po co się żenić? - pytałby Camelbourne. - Dziewczyna 

nie ma pieniędzy. Z twoim doświadczeniem bez wysiłku 

zaciągniesz ją do łóżka. Zrób z niej na jakiś czas kochankę. 

Ale Anthony wiedział, czego chce. Czekał na to wystar­

czająco długo i teraz nikt, nawet polityczny sprzymierzeniec, 

nie powstrzyma go przed poślubieniem Morwenny. Małżeństwo 

oznaczało dzieci, trwały związek, poświecenie, wspólną starość, 

poznawanie swoich tajemnic i oczywiście szalony seks, który 

uniesie ich prosto do nieba. 

Uśmiechając się do własnych myśli, dotarł przed drzwi 

biblioteki. Pozostawili tam okropny bałagan, kiedy z Vincentem 

pakowali do pudeł osobiste rzeczy Ethana. 

Otworzył drzwi. 
Wszystkie rzeczy znajdowały się dokładnie w tym samym 

miejscu, w jakim zastał je pierwszego dnia po przyjeździe do 

zamku. Książki, listy, nawet pióro i kałamarz leżały tam, gdzie 

zostawił je Ethan. 

Zasłony były rozsunięte, a przez otwarte okna wpadała 

morska bryza. W fotelu drzemał biały kot. 

- Boże! - jęknął Anthony, stojąc jak skamieniały 

w drzwiach. - O Boże! 

background image

ankiem przypomniał sobie, że przecież powinno istnieć 

jakie- racjonalne wyjaśnienie tajemnic. Pani Treffry nie była 

taka niewinna, na jaką wyglądała. Na pewno to ona, chcąc mu 

dokuczyć, poprzekładała rzeczy Ethana. Z książką było tak 

samo. Anthony wciąż jej nie odnalazł. Gdzieś w zakamarkach 

zamku musiało być ukrytych z dziesięć egzemplarzy. Z tego 

co wiedział, w piwnicach znajdowała się drukarnia, którą 

obsługiwała służba. A niech z nim grają. I lak to on będzie 

zwycięzcą. 

Kot... no cóż. kot był tylko kotem. Nieprzewidywalnym 

i zwodniczym stworzeniem. Wyglądało na to, że zwierzęta 

przejęły w zamku rządy. Nawet Morwenna rzuciła pod ich 

adresem kilka barwnych epitetów, kiedy próbowała je wszystkie 

zebrać przed powrotem do domku na farmie. Anthony i Vincent 

przez trzy godziny ganiali za nimi po korytarzach, blankach 

i pokojach. 

- Milordzie - wysapał Vincent, kiedy mijali się w galerii -

jestem wyczerpany. 

Anthony roześmiał się, wydobywając kociaka zza stojaka 

na parasole. 

- A ja chciałem, żebyś jechał ze mną na wrzosowisko. 

Hawkey obiecał, że na dziś wszystko będzie uprzątnięte. 

148 

KLIFY 

Vincent nie odpowiedział. Na jego surowej twarzy pojawiło 

się ostrzeżenie. Anthony wyprostował się i zauważył idącą 

w ich kierunku Morwennę z torbą w ręce. 

- Obawiam się, że pana słyszała, milordzie - zauważył 

smutno Vincent. 

-

 No i co z tego? - Anthony miał ochotę wykrzyczeć swoją 

frustrację. Oto stał z piszczącym kotem pod pachą, przygoto­

wując się do ślubu z kobietą, która spodziewała się otrzymać 

całą wyspę w prezencie ślubnym. Gdzie się podziała jego 

władza, nie wspominając już o godności? Jakim cudem ta 

filigranowa panna zdołała wstrząsnąć jego światem? 

- Nie patrz tak na mnie, Vincencie. Dobrze wiesz, że tak 

musi być. 

- Tak jest, milordzie - Lokaj odwrócił się. - Właśnie dlatego 

tak patrzę. 

łowa Anthony'ego rozbrzmiewały w jej głowie niczym 

echo, kiedy błąkała się po zamku. Narzeczona Pentargona. jego 

żona, matka jego dzieci. Już wkrótce te słowa się ziszczą, 

Poślubi tego mężczyznę, choć nie zdołała zmiękczyć jego 

serca. Zdradziło ją jej własne zachowanie, dlatego teraz będzie 

należeć do lorda Pentargona. 

Sama nie zauważyła, kiedy znalazła się w bibliotece. Wdy-

chała męski zapach cygar, skóry i brandy, złamany subtelną 

wonią pszczelego wosku. Dotykając obicia fotela, w którym 

tak lubił przesiadywać, wyobraziła sobie jego surową twarz. 

Sprawiło jej to wielką przyjemność. 

Wzięła do ręki czarne skórzane rękawiczki, leżące na jego 

biurku i dotknęła nimi policzka. Przypomniała sobie pod-

niecający dotyk jego dłoni. Już wkrótce będzie miał prawo 

robić z nią. co tylko zechce. Będzie zasypiała i budziła się 

w jego ramionach. 

On też będzie do niej należał. Do jej myśli niespodziewanie 

149 

background image

JILLIAN HUNTER 

wkradł się niepokój. Będzie należał do niej, a jednak ona nigdy 

nie odda mu całego swojego serca. Nie odda go mężczyźnie, 

który nad ludzkie życie wyżej ceni interesy. 

Jeśli Anthony pozwoli, by jej dom zrównano z ziemią, a na 

jego miejscu powstał teren łowiecki dla bogaczy, jakaś część 

niej będzie na zawsze nim pogardzać. Reszta jej duszy należy 

już do niego. Wygrał ją mężczyzna, którego prawie nie znała. 

Morwenna gubiła się w sprzecznościach. Czy to możliwe, by 

ta jego uprzejmość była jedynie podstępem? 

Dobry czy okrutny, Morwenna będzie do niego należeć. 

Oczywiście marzyła o zamążpójściu. śniła o mężu, rycerzu 

w lśniącej zbroi, który pojawiał się znikąd. W Londynie nie 

czekał na nią żaden bohater. Otaczali ją znudzeni młodzieńcy, 

którzy kpili z jej prowincjonalnej niewinności i intelektu. 

Chłopcy z wyspy ją uwielbiali, jeden czy dwaj odważniejsi 

nawet się o nią starali, jednak wszyscy szanowali niepisaną 

zasadę, że Morwenna Halliwell jest od nich o klasę lepsza. 

Pentargon zdobył ją, ustanawiając własne prawa i zasady. 

Teraz ona będzie mu posłuszna. 

Podniosła głowę. W drzwiach stał Anthony. Znów ogarnęło 

ją to słodkie zmieszanie. Na jego widok jej serce zaczęło 

szybciej bić. 

- Jestem gotowa do wyjazdu - powiedziała ze ściśniętym 

gardłem. 

Podszedł do niej i wziął torbę, którą ściskała w dłoni. Jego 

usta musnęły jej skroń. Pocałunek mężczyzny pełnego namięt­

ności, który wie, czego chce. 

- To nie ucieczka, ale rozstanie - powiedział cicho. - Poślę 

po ciebie, kiedy nadejdzie pozwolenie. Oczywiście, o ile tak 

długo wytrzymasz beze mnie. 

Słyszała jego urywany oddech. Gdyby nie oparła się o fotel, 

ugięłyby się pod nią kolana. Bliskość jego ciała wprawiała ją 

w drżenie. 

- Wytrzymam. 

150 

KLIFY 

- Doprawdy? - zapytał z rozbawieniem. -Tak, założę się, że 

wytrzymasz, choćby z czystego uporu. Kiedy jednak otrzymam 

pozwolenie, to będzie bez znaczenia. Zostaniesz moją żoną. 

zuła buty i usiadła na klepisku w rybackiej chacie. 

Zmęczona atmosferą panującą w zamku Pentargona, miała 

nadzieję, że tu, między przyjaciółmi, poczuje się jak w domu. 

Niestety, przemiana w księżnę już się rozpoczęła. Zawstydziła 

się tym, że zwróciła uwagę na przetarte zasłony, odór suszących 

się ryb, skrzynie na kwiaty udające krzesła i zaczęła porów­

nywać je z dyskretną elegancją wyrafinowanego świata, do 

którego wkrótce będzie należeć. 

Wokół niej rozsiadła się rodzina Lanreathów: Matthew, jego 

żona Rosę, trójka dzieci i siostra Matthew, Jane, z czarnowłosym 

niemowlęciem przy piersi. Jane nie nosiła obrączki i nikomu 

nie chciała zdradzić imienia ojca dziecka, ale i tak cała wyspa 

wiedziała. Widziano ją wymykającą się z zamku tuż przed 

śmiercią Ethana. 

Sól tej ziemi, ciężko pracujący, dumni, niezależni. Ci ludzie 

gotowi byli oddać życie za Morwennę, a ona w sercu czuła, 

że ich zdradziła. 

- Słyszeliśmy straszną nowinę, Morwenno- powiedziała 

Rose, podsuwając jej miskę rosołu z baraniny i łyżkę z kości. 

Kościana łyżka. Na stole u Pentargona leżały piękne rzeź-

bione srebrne sztućce. Pogardzała sobą, że tak jej zaimpono-

wał. Chcąc zagłuszyć poczucie winy, postanowiła, że zubo-

ży przyszłego męża, rozdając jego majątek ludziom, których 

kochała. Będzie po kolei wykradać cenne srebra, świecz­

niki... 

- To nieprawda, Morwenno? - zapytała Rose, tym razem 

w jej głosie dał się wyczuć strach i niepokój. - Nie zamierzasz 

poślubić tego człowieka? 

- To prawda - odezwała się Jane, piękna czarnowłosa szwa-

151 

background image

JILLIAN HUNTER 

gierka Rosę. - Czyż nie trzymam w ramionach dowodu nie­

odpartego uroku Hartstone'ów? Spójrz na biedną Morwennę, 

straciliśmy ją dla tego mężczyzny. 

Morwenna wstrząsnęła się. 

- Nie mów takich rzeczy! My po prostu nie mieliśmy wyboru. 

Matthew podniósł głowę znad talerza. 

- Jeśli zechcesz, w tajemnicy wywieziemy cię z wyspy. Nie 

musisz się tak poświęcać, żeby nas ratować. 

Odwróciła się w stronę okna, by uniknąć jego wzroku. Jak 

miała im wytłumaczyć, że nawet wychodząc za Anthony'ego, 

nie uratuje przyjaciół? Co ma zrobić, żeby zrozumieli jej 

zdradę, skoro ona sama jej nie rozumie? Nigdy nie zdoła im 

wytłumaczyć, co czuje do tego człowieka. 

- Wywożenie jej to nie najlepszy pomysł - odezwała się 

cicho Rosę, wskazując głową okno. 

Morwenna odsunęła zasłonę. Za oknem, na końcu drogi 

ukazał się mężczyzna na białym koniu. Był to Pentargon, 

ubrany na czarno. Jego oslry profil wyraźnie zaznaczał się na 

tle ciemnego nieba. Morwenna miała ochotę wybiec mu na 

spotkanie. 

- Czeka na nią. Nie spuszcza jej z oka. Morwenno, myślę, 

że on cię kocha - dodała ze zdumieniem Rosę. 

- Więc ciągle jeszcze jest nadzieja - powiedział z uśmiechem 

Matthew. - Jane, twój chłopak dorośnie na Abandonie, tak jak 

chciałaś. Może nawet zamieszkasz we własnym domu, kiedy 

jego lordowska mość dowie się, że ma bratanka. Nie będzie 

tak źle, co Morwenno? 

Morwenna przełknęła ślinę, kiedy Anthony, zauważywszy 

ją stojącą przy oknie, podniósł rękę w ironicznym salucie. 

Uśmiechnęła się, nim zdążyła opanować rozkoszny dreszcz, 

jaki przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa. 

- Nie, nie będzie tak źle - odparła ze ściśniętym sercem. 

iespełna tydzień później, na dzień przed letnim przesile­

niem, wzięli ślub w normańskim kościele pod wezwaniem 

świętego Gerainta. Anthony ubrał się u najlepszego krawca 

z Bond Street. Miał na sobie elegancki niebieski frak, muchę, 

białą koszulę, kamizelkę i doskonale skrojone czarne spodnie 

o prostych nogawkach. Szykowną całość dopełniały białe 

rękawiczki. 

W oczach Morwenny jeszcze nigdy nie był tak przystojny 

i pociągający. Vincent ogolił go tak starannie, że jego twarz 

wyglądała jak wykuta w kamieniu. Marszczył brwi w sposób 

tak onieśmielający, że Morwenna miała ochotę odwrócić się 

i uciec. Kiedy jednak ją dostrzegł, jego kanciaste rysy złagod­

niały, a na twarzy pojawił się uśmiech, który kojarzył jej się 

z aroganckim zadowoleniem i... ulgą? 

Czy naprawdę bał się, że mu ucieknie? Czy ona mogła sobie 

wyobrazić taką słabość? Czy będzie się nią opiekował? Na­

dzieja, że jednak zdobędzie jego serce, pchała ją ku niemu. 

- Wyglądasz cudownie - powiedział z dumą. 

Stała przed ołtarzem z czasów Jakuba I. Miała na sobie 

koronkową suknię z rękawami ozdobionymi perłowymi guzicz­

kami, w kolorze kości słoniowej, należącą niegdyś do jej matki, 

która doskonale leżała na filigranowej Morwennie. Ślubny 

153 

background image

JILLIAN HUNTER 

bukiet różowych lilii wypełnił kościół odurzającym zapa­

chem. Anthony przypomniał sobie, że Morwenna tak samo 

pachniała tego dnia, kiedy ją poznał. Już wtedy myślał 

o ślubie. 

Od początku wiedział, że była dla niego stworzona. 

Anthony zatrzymał się przed ołtarzem. 

- Oddaję cię temu mężczyźnie z trwogą, ale i nadzieją -

powiedział stryj. - Robię to, bo muszę. Sami zgotowaliście 

sobie taki los. 

Anthony objął ją w pasie. 

- Nie jestem pewien, czy to błogosławieństwo, czy prze­

kleństwo - wyszeptał. 

Jej serce łomotało jak oszalałe. Zastanawiała się nad tym, 

co ich czeka, nad dniami i nocami wspólnych rozkoszy, nad 

dzieleniem się myślami. Dotknął jej w tak intymny sposób, 

jak tylko może dotykać mąż. 

- Ani ja, milordzie. 

Ceremonia miała charakter ściśle prywatny. Uczestniczyła 

w niej tylko służba zamkowa i rodzina pastora. Przyjaciele 

Morwenny nie pojawili się, jak gdyby opłakiwali stratę wyjąt­

kowej i ukochanej córki wyspy. Jej serce przepełnił żal, że ich 

zawiodła, choć przecież nie miała innego wyjścia. 

Kiedy składali przysięgę, zaczęło padać. Pod koniec cere­

monii zza chmur wyjrzało słońce. Gdy podpisywali dokumenty, 

nad morzem pojawiła się tęcza. 

rzed kościołem czekała kolaska. Sir Dunstan bez entu­

zjazmu odprowadził ich do bramy. 

- Stryju Dunstanie, jesteś pewny, że nie chcesz wrócić do 

zamku na ciasto i szampana? - zapytała Morwenna. Anthony 

uśmiechnął się, widząc jej niepokój. 

- Nie, nie. - Dunstan dotknął palcem brzegu czarnego 

jedwabnego kapelusza. - Zbyt długo odkładałem wizytę w St. 

154 

KLIFY 

Ives u żony Elłiotta. Miałem nadzieję, że Elliott się tu jednak 

pojawi. Myślę, że chciałby narysować twój ślub. 

- Może nas jeszcze zaskoczy - powiedziała cicho. - Może 

jako prezent ślubny podaruje mi rysunek przedstawiający grotę 

Artura? 

Dunstan odwrócił wzrok. Wyraźnie był innego zdania. Wszy­

scy oprócz Morwenny porzucili już nadzieję na odnalezienie 

Elliotta żywego. 

- Być może. 

Anthony znów objął ją w pasie, ten gest wydał jej się pełen 

cierpliwości i troski. Ich oczy się spotkały, kiedy zajmowali 

miejsca w kolasce. Odwróciła wzrok, próbując uciec przed 

jego ironicznym uśmiechem. Nie mogła jednak uciec przed 

jego głębokim głosem. Wprawiał ją w drżenie. Zagryzła wargi, 

wiedząc, że jej los spoczywa w jego rękach. 

-

 Lady Pentargon, przyznam się, że z niecierpliwością 

czekam na dzisiejszą noc. 

- Och. - Cóż innego mogła powiedzieć? Serce podeszło jej 

do gardła. Kiedy kolaska ruszyła, pomachała na pożegnanie 

stryjowi. 

- Morwenno. - Anthony dotknął jej brody i zaczął ją 

całować. Jego druga dłoń wędrowała po jej piersiach. Mimo 

zasłaniającej je sukienki, jego palce obudziły w niej słodki 

ogień. Jej ciało płonęło. - Czy zechcesz przyjść do mojego 

łoża? 

Wzięła głęboki wdech, dopiero wtedy odważyła się na 

niego spojrzeć. Pieścił jej pierś, jego kciuk muskał tward­

niejące sutki. Czuła, że krew zaczyna się burzyć w jej 

żyłach. 

- Nie w kolasce, Anthony - powiedziała, wzdychając. 

- Mam postawić dach? - prowokował. 

- Ani się waż! Wszyscy na nas patrzą. 

- Wszyscy?- uśmiechnął się, spoglądając przez jej ramię 

na drogę. - Nie ma tu nikogo z wyjątkiem woźnicy i ludzi 

155 

background image

JILLIAN HUNTER 

pracujących na Wzgórzu Czarownika, ale oni są zbyt zajęci, 

żeby podglądać, co ich pracodawca robi ze swoją młodą żoną. 

Odwróciła się, kiedy nagle coś mroczniejszego niż pożądanie 

wstrząsnęło jej ciałem. 

- Wiem, że ktoś na nas patrzył. Wyraźnie to czułam, 

Anthony jeszcze raz się rozejrzał. 

- Może to kot. Założę się, że niedługo będą to nasze dzieci. 

tał ukryty w szczelinie grani i obserwował, jak młoda para 

opuszcza kościół. Tęcza była doskonałym zwieńczeniem uro­

czystości. Panna młoda wyglądała przepięknie, cała promieniała, 

pan młody znacznie przewyższał ją wzrostem. Na twarzy miał 

ten arogancki uśmiech, typowy dla arystokratów, którym wydaje 

się, że cały świat do nich należy. 

Oto oczarowany mąż bierze ją pod ramię i prowadzi. Młoda 

żona poddaje się jego władzy i idzie posłusznie. Po dzisiejszej 

nocy nie będzie już dziewicą. Jej krew splami książęcą pościel. 

Krew. 

Spojrzał pod stopy, na zająca, którego przed chwilą upolował. 

Krew ściekała z gardła, kapała na kamienie. Panna młoda 

zasługuje na bardziej wyrafinowaną śmierć, pomyślał, zacis­

kając dłoń na rączce kilofa. Będzie umierać powoli. Zasłużyła 

na taką karę. 

hoć Anthony starał się ją uspokoić. Morwenna bardzo 

przeżywała uroczystość zaślubin. Szampan okazał się pomocny. 

Ciasto nie przeszło jej przez gardło. Kiedy zobaczyła służbę, 

czekającą w holu, by jej pogratulować, nie wytrzymała i zaczęła 

się śmiać. Był to jednak nerwowy śmiech, ot, kolejny absurd 

życia stał się jej udziałem. 

Kiedy znikła matka Morwenny, pani Treffry trzymała ją 

w ramionach. Gdy miała siedem lat, Goonie wyratował ją 

156 

KLIFY 

z pułapki jeżynowego krzaka i całą podrapaną zaniósł na 

rękach do domu. Davy i Travis, lokaje, jeszcze w ubiegłym 

miesiącu pomagali jej łatać dach w domku na farmie. Jak 

mogłaby udawać, że wydaje tym ludziom rozkazy? Byli jej 

rodziną, najdroższymi przyjaciółmi. Czuła się jak oszustka, 

nazywając się ich panią. Zrobi wszystko, by ich ochronić, kiedy 

wyspa przejdzie w inne ręce. 

- Chodź. Morwenno. Na górze jest szampan i ogień w ko­

minku. 

Głos męża. Patrzyła na Anthony'ego z szacunkiem i rosnącą 

niecierpliwością. To on będzie wydawał rozkazy, a wszyscy, 

w tym i ona, będą je wykonywać. 

Wziął ją za rękę. Morwenna ledwo się pohamowała, żeby 

nie powiedzieć, że ogień nie będzie im potrzebny. Ona sama 

płonęła, gdy jej dotykał. Ale szampan z pewnością się przyda. 

background image

amknął drzwi do sypialni i wziaj ją w ramiona. 

- Nic nie zjadłaś - powiedział łagodnie. - Czy moja żona 

zamierza zagłodzić się na moich oczach? 

- Piłam szampana - odparła słabo. 

Patrzył jej w oczy, próbując się nie uśmiechać. 

- Żeby się wzmocnić przed spotkaniem z potworem? 

Pocałował ją, zanim zdołała wykrztusić jakąś sensowną 

odpowiedź. Jego dłonie szybko odnalazły haftki z tyłu sukni 

ślubnej. Nagle zatonęła w erotycznej mocy jego ust. Topniała 

pod naporem męskiego ciała, przyciskającego ją do drzwi. 

Anthony rozbierał ją, nie pytając o zdanie. 

Ten prawie obcy człowiek był jej mężem. Jego sprawne 

palce zdążyły już rozwiązać troczki gorsetu. Widok jej nagich 

piersi sprawił mu ogromną przyjemność. Zamknęła oczy, 

ogarnięta paniką, a równocześnie z radosnym niepokojem 

oczekiwała na to, co się wydarzy. 

- Morwenno, czy ty mnie choć trochę kochasz? 

Dotykał jej piersi, delikatnie muskając różowe czubeczki. 

Nawet w najskrytszych marzeniach nie wyobrażała sobie tak 

słodkiego bólu. Zaskoczył ją swoim pytaniem. 

- Czy mnie kochasz? - powtórzył, chwytając ją za ramiona. 

Jeszcze nigdy żadna odpowiedź nie była dla niego tak ważna. 

158 

KLIFY 

Jego cichy, głęboki głos zupełnie ją zauroczył. Jej serce 

zamarło, kiedy otworzyła oczy i ujrzała na jego przystojnej 

twarzy nadzieję. 

- Należę do ciebie - wyszeptała. - Powietrze, którym od­

dycham, jest twoje, czy to nie wystarczy? 

Jego usta wykrzywiły się w ironicznym uśmiechu. 

- Większości mężczyzn może wystarczy, aJe ja chcę więcej. 

Morwenno, chcę od ciebie wszystkiego. Twojego zaufania, 

oddania. 

- Czy ty mnie kochasz? 

Patrzył na nią palącym wzrokiem. 

- Wiem, że jeszcze nigdy nie czułem tego do żadnej 

kobiety. Tak, do diabła, kocham cię. Czyż to nie jest oczy-

wiste? 

- A czy jeszcze raz zastanowisz się nad sprzedażą wyspy? -

wyszeptała. 

Jego twarz spochmumiała. 

- Och, Morwenno, proś o wszystko inne. 

- Ale dlaczego? Dlaczego? 
- Powiem ci, jak tylko dokonam transakcji. Zrozumiesz, 

Do tego czasu zobowiązałem się zachować wszystko w ta-

jemnicy. 

- Transakcja? - W jej głosie słychać było cierpienie. - Czy 

ten markiz to diabeł? Dlaczego ma nad tobą taką władzę? To 

jakiś szantaż, milordzie? 

Przyciągnął ją do siebie. Guziki jego kamizelki ocierały się 

o jej piersi. 

- Nie ma żadnej władzy, ponad tą, którą sam mu dałem, 

Gdybym chciał mu ją odebrać, mógłbym to zrobić. 

- Jak ja teraz spojrzę w oczy tym wszystkim ludziom... 

Zawiodłam ich. - Morwenna była bliska łez. 

Jej słowa zabolały. W jego oczach pojawiły się gniewne 

błyski. 

- Wolałbym, żeby moja żona nie traktowała naszego mał-

159 

background image

JILLIAN HUNTER 

żeńskiego łoża jak ołtarza ofiarnego. To mnie masz zadowolić. 

Zaufaj mi, Morwenno. 

- Nie wiem na jakiej podstawie. 

Zapadła niezręczna cisza. Morwenna zrozumiała, że go 

zraniła, ale wmówiła sobie, że na to zasłużył. Był twardym 

człowiekiem. Prawda była taka

t

 że oto stała przed nim półnaga. 

Miał ją w ramionach nie dzięki manipulacjom, ale dlatego, że 

ona tego chciała. Mimo wszystko wierzyła w niego, gdyby 

było inaczej, nigdy nie wypowiedziałaby przysięgi ślubnej. 

Chciała żyć właśnie z tym mężczyzną. 

Zauważył, że jej twarz złagodniała. Pragnął jej tak bardzo, 

że postanowił to wykorzystać. 

- Morwenno, chcę, żebyś była ze mną z własnej woli. 

Powiedz, że mnie pragniesz, a wszystko się między nami ułoży. 

Pochylił głowę, by pocałować ciemniejące aureole wokół 

jej sutków. Zarzuciła mu ręce na szyję, poddając się jego 

pieszczotom. Powoli osunął się na kolana i objął ją w pasie. 

Nawet nie zauważyła, kiedy rozwiązał halki, które opadły jej 

do stóp. obok ślubnej sukni. Zdejmując jej majteczki, aż jęknął 

z zachwytu, kiedy wreszcie jego oczom ukazało się jej idealnie 

proporcjonalne ciało. 

Morwenna westchnęła i odruchowo zasłoniła dłonią pod­

brzusze. Ten świadczący o skromności odruch okazał się 

bezużyteczny. Anthony zaśmiał się cicho, objął ją za pośladki 

i przysunął do niej twarz. 

- Anthony! 

- Hmmm? 

Jego ciepły oddech łaskotał ją po brzuchu. Chciała się 

wywinąć, ale on tylko wzmocnił uścisk. Zamarła, kiedy jego 

twarz zniknęła między jej udami. Jęknęła, gdy jego język 

penetrował najintymniejsze miejsca jej ciała, szybko jednak 

zamilkła, zawstydzona. Wstyd zamienił się w najgrzeszniejszą 

rozkosz, jaką znała. Była tak podniecona, że miękkie kręcone 

włoski na jej łonie stały się wilgotne. 

160 

KLIFY 

- Czy

 przyjdziesz do mojego łoża z własnej woli? - Oderwał 

od niej twarz i patrzył na nią pożądliwie. Pod jego spojrzeniem 

nawet kamień by stopniał. 

Ich oczy się spodcały. 

Kiedy musnął jej zaróżowioną kobiecość, Morwenna zupełnie 

się zatraciła. 

Wyprężyła się, zupełnie się przed nim otwierając. Jęcząc, 

oparła głowę o drzwi. Jego język wspomagany teraz przez 

palce doprowadzał ją do utraty zmysłów. Czuła, że rośnie 

w niej napięcie, a w brzuchu zaciska się węzeł rozkoszy. Ugięły 

się pod nią kolana, opadła razem z nim na dywan. 

- Boże, Morwenno. - Jego usta i dłonie były wszędzie, 

przeszukiwały każdy zakamarek jej ciała. Zupełnie ją rozbroił, 

pozbawiając jakiejkolwiek możliwości obrony. 

Jego głos dobiegał jakby z oddali. Nie była w stanie panować 

nad własnym ciałem. Nie panowała nad nim. 

- Nie sądzę... - rozpiął elegancki frak marynarkę, kamizelkę 

i koszulę - ...byśmy zdołali dotrzeć do łóżka, żono. 

Roześmiała się, kuląc się na dywanie. Wypiła za dużo szampa-

na... nie, wypiła za mało. Czy ludzie robią to na podłodze? Taka 

ceneria w niczym nie przypominała jej dziewczęcych marzeń 

o ślubie z bajki, sama nie rozumiała dlaczego, a jednak go całowała 

i było to słodsze, niż mogła sobie wyobrazić. Dotrzyma przysięgi, 

jaką złożyła temu mężczyźnie, choćby miał jej złamać serce. 

Zachwyciły go jej nieporadne pocałunki. Roześmiał się 

chrapliwie, a ona domyśliła się, że ten śmiech zwycięstwa to 

zapowiedź kłopotów. Oplatając jej talię kosmykiem długich 

włosów, delikatnie podniósł ją na kolana. Całował namiętnie 

i głęboko. Chciał przygwoździć ją do dywanu, rozsunąć jej 

uda i kochać ją do nieprzytomności. 

- Moja żona - głos mu drżał, kiedy zręcznym ruchem zdjął 

z siebie resztkę ubrania. Jego dłoń nie przestawała pieścić jej 

twarzy. - Nigdy nikogo nie pragnąłem tak jak ciebie. Chcesz 

poduszkę? 

161 

background image

JILLIAN HUNTER 

Zamknęła oczy. 

- Anthony... 
- Nie. - Wstał, podnosząc ją z dywanu. - Nie na podłodze. 

To twój pierwszy raz, nie chcę, żeby tak się to odbyło. 

- Dzięki Bogu. 
- Może za drugim razem. Albo trzecim. 

Wziął ją w ramiona i przytulił do nagiego torsu. Była lekka 

jak piórko. Jego męska siła zapierała jej dech w piersiach. 

Kiedy położył ją na łóżku, zauważyła, że był zupełnie nagi. 

Onieśmielona odwróciła wzrok. Był pięknym mężczyzną, 

wspaniale umięśnionym i w pełni pobudzonym. 

Wsunął się między jej uda i poruszał w najbardziej nieprzy­

zwoity sposób. Nie mogła powstrzymać rozkosznych dreszczy, 

kiedy jego nabrzmiała włócznia ocierała się o jej łono. Sprawiał, 

że chciała rozchylić nogi jeszcze szerzej, żeby wszedł w nią 

aż do końca. 

Całował jej ciało od stóp do głów. Jego zręczne palce igrały 

z nią, delikatnie masując jej sutki. Drżała z podniecenia pod 

jego czułym dotykiem. Był jej mężem. Pozwoliła, by robił 

z nią rzeczy, o jakich jej się nawet nie śniło. W jego półprzy-

mkniętych oczach dostrzegła zadowolenie, wiedziała, że jej 

uległość sprawiała mu przyjemność. Była wobec niego cał­

kowicie bezbronna. 

Pokój zdawał się kurczyć, kiedy się nad nią pochylił i wsunął 

w nią swoją twardą męskość. Podniósł jej nogi i założył je 

sobie na ramiona, a wtedy świeca stojąca na nocnym stoliku 

buchnęła radosnym płomieniem. 

- Moja żona - powiedział, patrząc na nią. - Zdobędę twoją 

miłość, choćbyś nie wiem jak długo się opierała. 

Odebrał jej dziewictwo jednym mocnym pchnięciem. Widok 

jej targanej niezwykłymi uczuciami twarzy jeszcze bardziej go 

podniecił. Czuł, jak drżała, tracąc niewinność, i zrozumiał, jak 

wiele dla niego znaczyła. Od teraz naprawdę należała do niego, 

będzie ją chronił i kochał. 

162 

KLIFY 

Krzyknęła zaskoczona, kiedy zaczął się w niej poruszać. 

- Co ty robisz? 

- A jak myślisz? - zapytał łagodnie, uśmiechając się do 

niej - Próbuję się do ciebie dopasować. 

Leżała nieruchomo, patrząc na niego z zawstydzeniem. 

- To się chyba nie uda. 

- Uda się. - Poruszył na bok biodrami i aż westchnął 

z rozkoszy, dając dowód, że nie rzuca słów na wiatr. 

- Ledwo mogę złapać oddech. 

- A zatem nie jestem wystarczająco głęboko, bo wtedy 

w ogóle nie mogłabyś oddychać. 

Mimo bólu i zawstydzenia czuła, że ogarnia ją fala roz­

koszy. Był taki duży, wciąż nie mogła uwierzyć, że się w niej 

zmieścił. Zaczęła się delikatnie kręcić, ale on przytrzymał ją. 

i krzywiąc się z niezadowoleniem. Jęknęła tylko, oddając się 

mu w niewolę. 

- Nie pozwoliłem ci się poruszać - wyszeptał, przeszywając 

ją wzrokiem. 

- Ależ ja się nie mogę ruszyć - zaprotestowała. 

Pochylił głowę i całując ją, nagle się z niej wysunął, tylko 

po to, by pchnąć jeszcze raz, dużo głębiej. 

- Morwenno. pozwól mi dać ci rozkosz - wyszeptał, całując 

jej szyję. - Zaufaj mi przynajmniej tej nocy. 

- Postaram się, milordzie - odparła, tłumiąc jęk. 

Przycisnął ją biodrami, a ona wyprężyła się ku niemu, 

napinając ciało. Poruszał się teraz rytmicznie i szybko, jego 

przystojna twarz wykrzywiła się w grymasie rozkoszy. Objęła 

go w pasie i przylgnęła do niego całym ciałem, wczuwając się 

w jego rytm. 

- Lepiej? - zapytał, znając odpowiedź. 

- Jeszcze - odparła lubieżnym głosem, który nie mógł 

należeć do niej. - Mocniej. Och, jeszcze, Anthony, jeszcze. 

- Wszystko, czego życzy sobie moja żona. 

Jej palce zaciskały się na jego silnych biodrach. 

163 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Pragnę cię, wejdź we mnie. Głębiej. - Nie mogła uwierzyć, 

że to mówi. - Teraz. 

- Z rozkoszą. - Mięśnie jego ramion napięły się z wysiłku, 

kiedy przycisnął ją mocno. 

Łóżko uderzyło w nocny stolik, z którego na podłogę spadła 

karafka z brandy. Morwenna podniosła głowę. 

- Anthony, zbudzisz służbę. 

- Myślisz, że mnie to obchodzi? 

Poruszał się w niej z takim wigorem, że aż łóżko przesuwało 

się po podłodze. 

- Najwyraźniej nie. 

Kochał ją z taką intensywnością, że aż serce zamarło jej 

w piersiach. Wygięła się w łuk, przekonana, że zaraz skona 

z rozkoszy. Chwycił jej nadgarstki i podniósł je nad jej głowę, 

wpijając się w jej usta w namiętnym pocałunku. Zamknęła 

oczy, a z jej gardła wyrwał się cichy jęk. Mąż zdawał się 

czerpać rozkosz z dawania jej przyjemności i dominowania 

nad nią. Pulsowanie w jej brzuchu stawało się nie do zniesienia, 

nasilało się do tego stopnia, że wydawało jej się, że zaraz 

eksploduje. 

Objął jej twarz. 
- Patrz na mnie, kiedy osiągniesz rozkosz. Pamiętaj, jesteś 

moja, kocham cię. 

Jak gdyby mogła o tym zapomnieć! Otworzyła oczy i spo­

jrzała w jego mroczną twarz. Jego usta wykrzywiły się w eks­

tazie, kiedy jej ciałem wstrząsnął orgazm. 

- Jesteś taka piękna - powiedział. Nagle poczuł niesamowitą 

bliskość, jak gdyby ich dusze połączyły się na zawsze. 

N ie poruszał się tak długo, że Morwenna zaczęła się 

zastanawiać, czy przypadkiem nie zasnął. Ku własnemu za­

skoczeniu jego widok wzbudził w niej czułość i wzruszenie, 

wciąż nie mogła przestać myśleć o burzy, która jeszcze przed 

164 

KLIFY 

chwilą przetoczyła się przez ich sypialnię. Nigdy dotąd nie 

czuła takiej bliskości. Delikatnie dotknęła jego ramienia, po-

dziwiając to piękne męskie ciało. Powoli odwrócił się na bok 

i przyciągnął ją do siebie. 

Próbowała się wyrwać, ale on trzymał ją mocno i nie 

zamierzał wypuścić z ramion. 

- Dokąd się wybierasz? 

- Chciałam ci przynieść zimny okład. Zdaje się, że potrzebne 

ci wytchnienie. 

- Ty mi jesteś potrzebna. - Otworzył oczy i spojrzał na nią 

z leniwym uśmiechem. Z zadowoleniem zauważył, że nie ma 

na sobie niczego, oprócz obrączki. 

- Jakie będzie nasze małżeństwo, milordzie? - zapytała po 

chwili ciszy. 

Parsknął z rozbawieniem. 

- Bardzo intensywne, jeśli można sądzić po pierwszej nocy. 

Przytuliła się do niego. 

- A wierność? 

- Jak możesz wątpić, Morwenno. - Wyraźnie zdenerwował 

się tym pytaniem. - Jestem człowiekiem, który zawsze do­

trzymuje słowa. Angażuję się całym sobą. 

Kątem oka studiowała jego imponująco umięśniony tors. 

Z pewnością mogła potwierdzić jego prawdomówność. 

- Anthony, jeśli zawsze jesteś taki gorliwy, uważam, że 

w przyszłości powinniśmy być ostrożniejsi. 

Zmarszczył ciemne brwi. 

- Ostrożniejsi? 

- Tak, przykręcimy łóżko do podłogi i przed udaniem się 

na spoczynek będziemy gasić świece. 

Spojrzał na stolik nocny i po chwili się uśmiechnął. 

- Nawet nie zauważyłem. Byłem zbyt pochłonięty miłością. 

Jego uśmiech był szalenie zmysłowy. Poczuła mrowienie na 

całej skórze. 

- Anthony, jest coś, o czym musisz wiedzieć. - Odsunęła 

165 

background image

JILLIAN HUNTER 

się od niego na bezpieczna odległość. - Właściwie powinnam 

była powiedzieć ci o tym przed naszym ślubem. 

- Wyznania w noc poślubną. Jestem bardzo ciekaw, oczywiś­

cie, o ile nie dotyczą innych mężczyzn. 

- Dotyczą, i to całego miasta, 

- Co takiego? - zdziwił się. Był tak zaskoczony, że aż 

podniósł głowę z poduszki. 

- Chodzi też o kobiety. 

- Coraz bardziej jestem ciekawy. 

- Mówię w imieniu całej społeczności. - Wzięła głęboki 

wdech. - Nie wiem, co stryj naopowiadał ci o moim beznadziej­

nym debiucie towarzyskim w Londynie. Podejrzewam, że opisał 

mnie pochlebnie, żeby cię nie zniechęcić do oświadczyn. 

Anthony nie odpowiedział od razu. Wydało mu się, iż 

niegrzecznie byłoby wyznać, ze Dunstan ostrzegł go przed 

nieporadnością Morwenny, wspominając coś o owieczce za­

gubionej między wilkami. 

- Już dokładnie nie pamiętam, co mówił - skłamał. - Ale 

rzeczywiście, brzmiało to zachęcająco. 

Morwenna pokręciła głową. 

- A więc kochany staruszek zełgał, żeby zrobić na tobie 

wrażenie. Szczerze powiedziawszy, to była wielka klapa. 

- Klapa? 

- Tak. - Westchnęła na wspomnienie o swoim upokorze­

niu. - Klęska. Miałam ogromne nadzieje, które bardzo szybko 

się rozwiały. Rozumiesz, o czym mówię? 

Pochylił się i przyciągnął ją z powrotem do siebie. 

- Nie mam zielonego pojęcia. Morwenno, o czym ty mówisz? 

- Nie wiem, jak być żoną księcia, Anthony. Nie potrafię 

oczarować... powiedzmy... hiszpańskiego ambasadora. Na pew­

no ktoś taki będzie bywał u nas na kolacji. 

- Nie znam go, więc raczej nie masz powodu do zmartwień. -

Przytulił ją, śmiejąc się cicho. - A poza rym mnie oczarowałaś 

bez większych problemów. 

166 

KLIFY 

- Naprawdę? 

- Zupełnie. 

Poczuła przyjemny skurcz żołądka, kiedy ich czoła się 

dotknęły. 

- Jak myślisz, będziemy zadowoleni? 

Co za pytanie! Jedyne, czego pragnął, to odpocząć kilka 

minut i znów się z nią kochać. 

- Jeszcze nigdy nie byłem taki zadowolony. - Ku własnemu 

zaskoczeniu, uświadomił sobie, że była to szczera prawda. Nie 

pamiętał, czy kiedykolwiek czuł się szczęśliwszy i bardziej 

wierzył w przyszłość. - A ty, czy ty jesteś zadowolona z męża, 

jakiego zesłał ci los? 

Przez chwilę w milczeniu przyglądała się jego twarzy, 

uwodzicielskim szaroniebieskim oczom, wyraźnym kościom 

policzkowym i dołeczkowi w brodzie. 

- Tak, Anthony. Jestem zadowolona ze wszystkiego, oprócz 

tej sprawy, która nas dzieli. 

- Mam nadzieję, że w swoim czasie wszystko zrozumiesz -

powiedział. - Trudno będzie ci nienawidzić ojca swoich dzieci. 

- Dzieci? 

Zacisnął ręce wokół jej szczupłej tali. 

- Sądząc po dzisiejszej nocy, będziemy mieć dużą rodzinę. 

- Trudno to sobie wyobrazić - mruknęła. 

- Zanim cię poznałem, też tak uważałem, ale teraz, Mor­

wenno, niemożliwe wydaje się nie tylko możliwe, ale wręcz 

prawdopodobne. 

Usiadła, a wzburzone włosy rozsypały się jej na ramiona. 

- Cóż, mogłeś sobie wybrać lepszą żonę z towarzystwa. 

Wielu mężczyzn byłoby wściekłych, gdyby zostali w ten 

sposób zmuszeni do małżeństwa. 

- Nie po tym, co właśnie zrobiliśmy - westchnął z zado-

woleniem. - Większość mężczyzn dałaby się za to zabić. 

- Naprawdę? 

- Wierz mi. 

167 

background image

JILLIAN HUNTER 

Pomyślał, ze Morwenna nie miała pojęcia o tym, że wzbudza 

pożądanie. Żyjąc na wyspie, w izolacji, zatopiona w wyima­

ginowanym świecie legend ojca, nie zdawała sobie sprawy ze 

swojej wartości. 

- Jestem dojrzałym mężczyzną, Morwenno. Byłem głupi, 

uwodząc cię tam, na plaży, na oczach tylu ludzi, ale nie mogę 

narzekać na konsekwencje. Mówiąc szczerze... - urwał, od­

wracając głowę w stronę okna. - Słyszałaś? 

Zmarszczyła czoło. 

- Co takiego? 

- To chyba dzwony. 

Spojrzała z niedowierzaniem w okno. 

- Słyszałeś dzwony? Te dzwony? Dzwony Lyonesse? Dobry 

Boże, to znaczy, że Artur lada chwila się zbudzi. 

- Do diabła z Arturem - uśmiechnął się szatańsko. - Ja się 

już dawno zbudziłem. 

- Ale... te dzwony... to może być ostrzeżenie albo... 

Przyciągnął ją do siebie i zamknął jej usta pocałunkiem. 

Jego dłonie wędrowały po jej miękkich pośladkach, pałce 

wsuwały się między uda. Morwennę ogarnęła zmysłowa go­

rączka. 

- Mogą znaczyć... och. Boże, Anthony, to naprawdę nie­

przyzwoite. Te dzwony mogą cię wzywać. 

- Będę to miał na uwadze, Morwenno. - Już nie słyszał 

tych przeklętych dzwonów, co więcej, zastanawiał się, czy one 

w ogóle się odezwały. Prawdę mówiąc, nie pamiętał, o czym 

rozmawiali dwie sekundy temu. 

Ona też zapomniała. 

łode kobiety, z którymi Morwenna dorastała, zgroma­

dziły się w salonie w domku na farmie, by zobaczyć się z nią 

w pierwszy dzień po ślubie. Jak duch powracający w rodzinne 

strony, tęskniła za widokiem domu. Chciała jeszcze raz zobaczyć 

to, co za sobą zostawiła. Obudziwszy się w łóżku Anthony'ego, 

doznała tak silnego wzruszenia, że zapragnęła czym prędzej 

wybiec z zamku, nie czekając, aż mąż się obudzi. „Pamiętaj, 

jesteś moja". 

Już stała w drzwiach, ale jeszcze raz spojrzała na jego nagie 

ciało. Wspaniale umięśnione nogi swobodnie spoczywały na 

łóżku. W świetle poranka jego symetryczne rysy twarzy nabrały 

większej ostrości. Nawet we śnie roztaczał aurę władczej męsko­

ści i ukrytej siły, a jednak ostatniej nocy to ona go oczarowała. 

- Ty też jesteś mój - wyszeptała, obejmując się. - Od­

powiedź brzmi „tak". Kocham cię. 

Pospiesznie się ubrała i bosa wybiegła z sypialni. Wcale by 

się nie zdziwiła, gdyby czekał na nią na dole, w holu. Jak 

gdyby posłużył się magią. 

Otwierając zamkowe wrota, miała przed oczami jego piękną 

twarz, wciąż czuła dotyk jego dłoni, skóra pamiętała jego 

pocałunki. Jej włosy ciągle pachniały jego zapachem. Była nim 

całkowicie urzeczona. 

169 

background image

JILLIAN HUNTER 

Rozmarzona wybiegła na zewnątrz, na słońce, jak gdyby 

morska bryza miała oczyścić jej duszę. 

Stanęła w drzwiach domku na farmie. Ten raj jeszcze 

niedawno był jej rodzinnym domem, a mimo to dziś czuła się 

tu obco. jak eksponat w muzeum. Wszyscy przyglądali jej się, 

komentowali każdy szczegół. 

- Morwenno, bałyśmy się, że już nigdy nie wyjdziesz 

z zamku. 

- Myślałyście, że mnie zamurował w wieży? - zapytała 

z oburzeniem. 

- Pasco Dlugan powiedział, że Pentargon jest czarownikiem, 

że rzucił na ciebie urok i teraz nas zdradzisz. 

- Czarownik! - Morwennę przeszły dreszcze. - Co za bzdu­

ra. Jest prawdziwym mężczyzną. 

- Widzisz, już go bronisz. Jesteś w jego mocy, Morwenno. 

- Nieprawda - odparła, opadając ciężko na starą sofę. -

Przecież tu do was przyszłam. 

- A ta jego rzecz, czy to magiczna różdżka? - zapytała 

szeptem jedna z dziewcząt. - Machał nią w powietrzu? 

- Przestańcie! Uspokójcie się - zawołała Morwenna, za­

gryzając wargi, żeby nie wybuchnąć śmiechem, wyobraziwszy 

sobie Anthony'ego w tak komiczny sposób. 

Otoczyły ją jak stado głupich gęsi, a nie dziewczyny, które 

uważała za swoje przyjaciółki. 

- Udało ci się nakłonić go do zmiany decyzji? Nie sprzeda 

wyspy? 

- Idiotki. Przecież jestem jego żoną dopiero od wczoraj. 

W dzień świętego Jana powietrze było aż gęste od magii. 

To wiele tłumaczyło. 

Siedząca przy niej Jane była jedyną kobietą, która ją rozu­

miała, jako że sama dała się oczarować poprzedniemu właś­

cicielowi zamku. 

- Pastor i jego żona wydają dziś wieczorem przyjęcie na 

waszą cześć. Czy ty i twój mąż przyjedziecie? 

170 

KLIFY 

- Nie wiem. - Morwenna westchnęła, przypomniawszy 

sobie, czym zajmowali się poprzedniego wieczoru. 

- A na zabawę na wrzosowisku? - zapytała Vivian Wes-

cott. - Pasco zbiera w tawernie zakłady, że mąż zabroni ci 

przyjść. Powiada, że księżna nie może tańczyć jak prosta 

dziewczyna. 

W oczach Morwenny pojawiły się błyski. 

- Oczywiście, że przyjdę. Czy kiedykolwiek opuściłam 

tańce? Nawet gdy mieszkałam w Londynie, przyjechałam na 

zabawę sobótkową. To się nie zmieni. Dziś jest... 

Urwała, bo do domu wbiegła zapłakana kilkuletnia dziew­

czynka. 

- Zaaabraaał mi psaaa! - zawodziła przez łzy. - Będzie go 

szkolił, żeby krzywdził ludzi. Nienawidzę go! 

Morwenna wstała i przepychając się przez tłum, podeszła 

do dziewczynki. 

- Kto ci zabrał psa, Saro? 

- To znowu Pasco - odparła ponuro Vivian. - Straszył, że 

będzie kradł nasze zwierzęta. 

- I nikt go nie powstrzymał? - zapytała z niedowierzaniem 

Morwenna. 

- W zeszłym roku Darren Sennen pobił Pasco prawie na 

śmierć - wyjaśniła Jane. - Zaraz potem żona Darrena poro­

niła w piątym miesiącu. Teraz nikt się nie odważy zadzierać 

z Pasco. 

- To nie Pasco sprawił, że poroniła - powiedziała z prze­

konaniem Morwenna. - Straciła dziecko, bo chorowała na 

odrę. 

- Pasco twierdzi, że to on zesłał chorobę, żeby ich ukarać. 

Tej nocy, kiedy dziecko zmarło, Darren znalazł na progu domu 

lalkę z czerwonymi kropkami. 

-

 Morwenna chwyciła słomkowy kapelusz i stare ubłocone 

trzewiki, leżące przy kominku. 

- Dokąd idziesz? - zawołała za nią Jane. 

171 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Po męża - szepnęła jedna z dziewcząt. - Na wrzosowisku 

odbędzie się pojedynek czarowników. 

- To tam jest Pasco? - Morwenna włożyła buty. Myślała, 

że wróci do domu po rękopisy ojca i w końcu zabierze się do 

pracy, którą porzuciła, kiedy poznała Anthony'ego. Teraz 

zanosiło się na to, że książka będzie musiała jeszcze trochę 

poczekać, aż Morwenna rozwiąże kolejny problem. Kradzież 

psa należącego do dziecka była grzechem, którego nie mogła 

zignorować. 

- Uważaj - powiedziała starsza siostra Sary, kiedy Mor­

wenna była już przy drzwiach. - Pasco ma wielki nóż. 

- Wczoraj, podczas twojego ślubu, sporządzał jakiś eliksir 

na Wzgórzu Czarownika. - zawołała za nią jedna z przyjació­

łek. - Szkoda, że wiatr nie zepchnął go do morza. Zapowiedział, 

że dziś wieczorem zrobi coś paskudnego, żeby pokazać, jak 

pogardza lordem Pentargonem. 

Jane rozsunęła firanki i patrzyła, jak Morwenna wyprowadza 

ze stajni kucyka. 

- O ile żona Pentargona wcześniej mu nie pokaże swojej 

pogardy. Morwenno, bądź ostrożna- szepnęła, zasłaniając 

dłonią usta. - Pasco zaprzedał duszę diabłu. Zawsze miał na 

twoim punkcie obsesję. 

Był a tak wściekła, że nie mogła wydobyć słowa, kiedy 

znalazła go kucającego między zachlapanymi woskiem ka­

mieniami na płaskim głazie obok wrzosowiska. Szczeniak 

miotał się zamknięty w drewnianej klatce. Morwenna ot­

worzyła drzwiczki i uwolniła zwierzę, zanim Pasco w ogóle 

ją zauważył. 

Psiak nie mógł jednak uciec. Morwennie tak drżały pałce, 

że nie była w stanie rozplatać sznurków, którymi Pasco związał 

mu pysk. Kiedy się pochyliła, spłoszony szczeniak podrapał 

ją po rękach i szyi. W końcu rozwiązała pęta. 

172 

KLIFY 

- Uciekaj! - Morwenna tupnęła, a psiak rzucił się do uciecz­

ki. Zbiegając ze wzgórza, radośnie poszczekiwał, ciesząc się 

z odzyskanej wolności. 

Pasco zeskoczył z głazu. Jego sterczące włosy nadawały mu 

wygląd wielkiego jeża. 

- Ty mała idiotko, potrzebuję tego przeklętego psa! 

Szczeniak zbiegł na dół, po czym pędem powrócił do Mor-

wenny. Pasco, złorzecząc, rzucił się na niego. Widząc to, 

Morwenna chwyciła kilka kamyków i zaczęła rzucać nimi 

w głowę Pasco. 

- Tego już za wiele! - wrzasnął, usiłując chwycić psiaka. 

Jego twarz poczerwieniała z wysiłku. Biegał jak opętany, 

więc Morwenna podstawiła mu nogę. Upadł jak długi. Pasco 

miał trzydzieści dwa lata, ale czasami zachowywał się jak 

dzieciak. 

Odwrócił się na plecy i spojrzał na nią z wściekłością. 

Z kącika ust sączyła mu się ślina. 

- Pożałujesz tego - syknął. 

- Żałuję jedynie, że nie mogę ci zakneblować ust i zamknąć 

w klatce. 

- Nie wiesz, co mówisz. 

- Owszem, wiem. 

- W głębi serca zawsze ci się podobałem. Razem mielibyśmy 

straszliwą moc. Ty i ja. 

Cofnęła się o krok. Wiatr podwiał jej sukienkę powyżej kolan. 

- Mogłabym cię teraz zabić, Pasco, tak bardzo cię kocham. 

- Nie ruszaj się, Morwenno! - Podniósł się i oparł na łokciu, 

na jego trójkątnej twarzy nagle pojawiło się napięcie. - Ani 

kroku dalej. 

- Dlaczego? - Morwenna odgarnęła włosy z oczu i spojrzała 

pod nogi. 

Jego lisia twarz wykrzywiła się lubieżnie. 

- Bo teraz mogę zaglądać ci pod spódnicę i podziwiać twoje 

majteczki. Piękny widok. 

173 

background image

JILLIAN HUNTER 

Podniosła ciężki kamień i rzuciła mu prosto w brzuch. Wyjąc 

z bólu, poderwał się na równe nogi. Jego krótka peleryna 

rozpostarła się na wietrze jak skrzydła nietoperza. 

- Lepiej stąd uciekaj, wiedźmo, bo jak cię złapię, zaciągnę 

do jaskini i nauczę pokory. 

Odsunęła się od niego. 

- Pasco, dzieciak z ciebie - powiedziała wyzywająco. -

Potrafisz łapać tylko te bezbronne istoty. 

- Chciałbym widzieć, jaka ty jesteś bezbronna, Morwen-

no. Założę się, że sam na sam ze mną nie byłabyś taka 

odważna. 

Poprawiła sukienkę. 

- Żałosny robak z ciebie, Pasco!- krzyknęła, po czym 

odwróciła się i uciekła. 

- Dzieciak? Robak? Już ja ci pokażę, co ten dzieciak potrafi. 

Ruszył w pogoń za nią i psiakiem. Zbiegł ze wzgórza 

i wąską ścieżką pędził w kierunku grupki dziewcząt, które 

czekały, by ratować psa. Dziewczyny z przerażeniem patrzyły, 

jak biegnie za Morwenną. Byli już na wrzosowisku, gdy nagle 

Morwenna się zatrzymała. Wstrząsnął nią widok świętej ziemi 

ogołoconej ze starożytnych głazów, które robotnicy wrzucili 

do morza. 

Pasco złapał ją za ramię, ale mu się wyrwała. Oboje byli 

zbyt roztrzęsieni, by kontynuować walkę. Przeżyli szok, 

widząc, jakiego gwałtu dopuszczono się na dziewiczym wrzo­

sowisku. W miejscu, gdzie znajdowały się starożytne grobow­

ce, wykopano rowy. Święte głazy zastąpiono ręcznie ciosanymi 

belkami. Markiz specjalnie sprowadził drewno ze Skandyna­

wii. Wokół pełno było wiader, młotków, kilofów i worków 

z wapnem. 

- Oni naprawdę chcą tu wybudować pałacyk myśliwski -

powiedziała ze ściśniętym gardłem. Oto wybiła ostatnia 

godzina. Nadchodziła śmierć wszystkiego, co było jej naj­

droższe. 

174 

KLIFY 

Pasco rzucił jej ponure spojrzenie. 

- To przez twojego męża. Poślubiłaś oprawcę. 

Jej mąż. Stłumiła poczucie winy po tym, jak zostawiła 

Anthony'ego samego w ich ślubnym łożu. Na pewno za­

stanawiał się, gdzie się podziała. Żałowała, że go tak porzuciła. 

Jak mógł jej tak złamać serce? Ogarnął ją niepokój, kiedy 

uświadomiła sobie, że szuka jakiegokolwiek powodu, by go 

usprawiedliwić. 

- To własność prywatna. - John Hawkey zbliżał się do nich 

w zabłoconych butach i skórzanym fartuchu. - Wynoście się 

stąd, oboje! Nie wolno ruszać tego drewna. 

Pasco uśmiechnął się do niego. 
- Wiesz, kim ona jest? 

- Wiem tylko, że ty jesteś tym miejscowym idiotą. -

Spojrzał na Morwennę i widząc jej brudną sukienkę i rozwiane 

włosy, ukłonił się z pogardą. - A to pewnie urocza lady 

Pentargon? Proszę nie mówić, że pana młoda już przestała się 

rumienić. 

- Ty tumanie, gdyby jej mąż usłyszał, że ją obrażasz, sam 

byś się przestał rumienić. Na zawsze - warknął Pasco. 

Ale Morwenna ich nie słuchała. Zrozpaczona krążyła wokół 

ogromnej rany w ziemi, gdzie niegdyś stał głaz spełniający 

życzenia. Ból, jaki jej zadano, był tak potworny, że nawet nie 

mogła płakać. Za rok nie pozostanie tu nawet ślad. 

Tymczasem Pasco i Hawkey obrzucali się wyzwiskami. 

Przy odrobinie szczęścia może się pozabijają, pomyślała 

Morwenna. 

- Przypuszczam, że nie zaszczycisz nas swoją obecnością 

podczas dzisiejszej zabawy? - zawołał za nią Pasco. - Pewnie 

ten twój wszechmocny mąż ma inne plany na wieczór? 

Zignorowała jego drwiny i odeszła w milczeniu. Czuła na 

plecach nieprzyjemnie przeszywający wzrok Hawkeya. Kucyk 

czekał na nią tam, gdzie go zostawiła. Oszołomiona tym, co 

zobaczyła na wrzosowisku, pozwoliła, by zwierzę samo zaniosło 

175 

background image

JILLIAN HUNTER 

ją do domu. Była tak pogrążona w rozpaczy, ze nie zauważyła 

olbrzymiego jachtu przycumowanego u brzegu. 

Wiedziała tylko, że miała rację, oskarżając Anthony'ego 

o konszachty z diabłem. 

Nawet przez myśl jej nie przeszło, że diabeł mógłby czekać 

na nią w zamku. 

nthony wpadł w popłoch, kiedy rankiem przebudziwszy 

się, odkrył, że nie ma przy nim żony. Ubrał się stęskniony 
i ruszył szukać jej w przylegających do sypialni pokojach. 

Próbował sobie tłumaczyć, że pewnie ukrywa się gdzieś 

w zamku, jak te jej koty, onieśmielona po upojnych nocnych 

igraszkach. Tak pięknie rozpoczęło się ich małżeństwo. An­

­­ony nie mógł się doczekać, by zacząć nowy dzień ze swoją 

tęczową żoną. 

Przeszukał wieże i dolne piętro w zamku. Kiedy wyszedł 

do ogrodu, zastał tam Vincenta i panią Treffiry, kręcących się 

między krzewami i dziwacznie wymachujących rękami, to 

znów składających dłonie jak do modlitwy. 

- Wielkie nieba - odezwał się Anthony. - Po ogrodzie kreci 

się para szaleńców, z których jeden z nich dziwnie przypomina 

mojego kamerdynera. 

Vincent obejrzał się i położył palec na ustach. 

Anthony wziął się pod boki. 

- Uciszasz mnie? 

- Wypłoszy je pan, milordzie. - Vincent machnął ręką nad 

kępką kwiatów. Anthony gotów był przysiąc, że jeszcze wczoraj 

na grobie jego brata nie było żadnych kwiatów. 

Spojrzał w niebo. 

177 

background image

JILLIAN HUNTER 

-

 Kogo znów wypłoszę? 

- Biedronki, milordzie. Przyjaciółka lady Pentargon, stara 

Annie Jenkins, przyniosła je dziś w słoiku. To prezent ślub­

ny. Będą chronić kwiaty. W ich ciałach mieszkają mali 

ludzie. 

Jakie znów kwiaty? Jeszcze wczoraj Anthony mógłby zadać 

takie pytanie, ale teraz niczemu się nie dziwił. Oto jego oczom 

ukazał się niezwykły widok. Cała posiadłość tonęła w kwiatach. 

Wokół kamiennej fontanny wyrastały kępki kapryfolium, a za­

mek przypominał ogród botaniczny i pachniał jak francuska 

perfumeria. 

- A gdzie moja ukochana żona? Dziś są jej urodziny, mam 

dla niej prezent. 

Pani Treffry odpędziła biedronkę, siedzącą jej na nosie. 

- Wspominała coś o rękopisie, który został w domku na 

farmie, milordzie. 

Anthony zmarszczył czoło. 

- A kto ją eskortował w drodze przez wyspę? Vincent? 

Vincent spojrzał na niego przepraszająco. 
- Milordzie, musiała wyjść z zamku, jeszcze zanim wsta­

łem - powiedział ze skruchą. - Aż do tej chwili byłem prze­

konany, że pan i pańska żona... że państwo ciągle śpią. 

Anthony jeszcze groźniej zmarszczył czoło. 

- Idę na górę się przebrać. Racz osiodłać mojego wierz­

chowca, przynajmniej przywiozę ją bezpiecznie do domu. 

- Tak jest, milordzie. 

Kilka minut później, schodząc na dół, Anthony postanowił, 

że porozmawia z Morwenną o ograniczeniu jej niezależności. 

Pewnie wszystko było w porządku, a ona tylko korzystała ze 

świeżego porannego powietrza. Anthony jednak wciąż niepokoił 

się na wspomnienie brutalnego napadu na domek. Choć nadal 

wypytywał i znienacka wizytował wrzosowisko, wciąż nie 

znalazł żadnych dowodów na to, by jego robotnicy mieli coś 

wspólnego z tamtym aktem wandalizmu. 

178 

KLIFY 

W drzwiach zatrzymał go Vincent, z biedronką na rękawie, 

informując, że do zamku zbliża się gość. 

- Ktokolwiek to jest, będzie musiał poczekać - powiedział 

Anthony. - Wymyśl jakiś powód mojej nieobecności. 

- To on, milordzie - szepnął poufale Vincent. - Służba go 

wypatrzyła. 

- On... chyba nie Camelbourne? 

- Obawiam się, że tak. 

Za każdym razem, kiedy markiz Camelbourne składał 

wizytę, czas zdawał się boleśnie zatrzymywać. Wraz z nim 

pojawiało się kilka osób, które wokół niego biegały i speł­

niały wszystkie jego zachcianki. Anthony nie znosił pod­

lizywania się temu nadętemu tyranowi, ale nie mógł sobie 

pozwolić na jakiekolwiek uchybienie. W sumie, czasami 

nawet go lubił. 

- Przybył o tydzień za wcześnie - powiedział z wyrzutem. 

- Tak jest, milordzie. - Vincent kiwnął smutno głową. 

- A tobie co dolega? - Anthony przyglądał mu się pode­

jrzliwie. - Zginęła ci biedronka? 

- Milordzie, pewnie nie będzie pan chciał słuchać. 

- Pewnie masz rację. 

- Chodzi o to... a zresztą nieważne. 

- Vincencie, powiedz wreszcie, o co chodzi, bo zaraz tobą 

potrząsnę. 

- Po prostu mi żal, że chce pan sprzedać tę cudowną wyspę, 

milordzie. To wstyd. 

W tym momencie w holu pojawił się markiz wraz ze 

Swoim służącym, sekretarzem i dwoma lokajami. Anthony 
powitał go z należnym szacunkiem. Podczas gdy Camelbour­

ne opowiadał o polowaniu i budowlach z kamienia, Anthony 

co chwilę nerwowo zerkał na zegar. Potem polecił Vincen-

towi oprowadzić markiza po zamku. Kiedy wybiła druga, 

uznał, że bez względu na to, czy obrazi markiza, musi 

odszukać Morwennę. 

179 

background image

JILLIAN HUNTER 

Wychodząc z biblioteki, natknął się na Camelbourne'a, który 

właśnie zakończył zwiedzanie zamku. Rozbawienie na twarzy 

markiza nieco go zaskoczyło, ale szybko zrozumiał powód. 

Sam Anthony, odwróciwszy się w stronę drzwi, zatrzymał 

się jak wryty. 

Na środku holu stała Morwenna, jego żona, ukochane dziecko 

wyspy, w ubłoconych butach i sukni w nieładzie. Anthony 

podbiegł do niej i chwycił ją w ramiona. Był tak przejęty, że 

kompletnie zapomniał o Camelbournie. 

- Boże, Morwenno, nic ci nie jest? Co się stało? Kto ci to 

zrobił? 

Camelbourne zdjął z ciemnej ściany zabytkową zdobioną 

lancę. 

- Pojedynek o służącą. Podoba mi się tu, Anthony. W domu 

rzadko trafiają się podobne rozrywki. Chodźmy, dziewczyno, 

pokaż tego łotra. Pentargon i ja posiekamy go na kawałki. 

Morwenna, blada i roztrzęsiona, omal nie zemdlała. Na 

szczęście Anthony ją podtrzymał w silnych ramionach. 

- To Pasco. 

- Pasco. - Anthony odsunął się od niej, kiwając ponuro 

głową. - Już nie żyje. 

- Nie. - Chwyciła go za rękę. - Prawdę mówiąc, to ja go 

zaatakowałam. 

Camelbourne podszedł bliżej. 

- Robi się coraz ciekawiej. 
- Jak to go zaatakowałaś? - dopytywał się zdumiony An­

thony. 

Morwenna powoli odzyskiwała spokój. Doszła do siebie na 

tyle, by uświadomić sobie, że obcy mężczyzna, przyglądający 

jej się z takim zainteresowaniem, może okazać się jej najgroź­

niejszym wrogiem. Był niezwykle przystojny, choć nieco 

bardziej krępy niż Anthony. Czarne włosy dyskretnie przy­

prószone siwizną i arystokratyczna twarz sprawiały, że wyglądał 

na kogoś ważnego. 

180 

KLIFY 

- Pasco ukradł psa należącego do pewnej dziewczynki. 

Chciał go wyszkolić przeciwko ludziom, musiałam go po­

wstrzymać. 

Anthony zamarł. 

- W jaki sposób? 

- Nie wiem... zdaje się, że go kopałam i rzucałam kamie­

niami. A potem pobiegliśmy na wrzosowisko, było straszne 

błoto. Spotkaliśmy tego okropnego Hawkeya. 

Camelbourne zagwizdał. 

- Wojowniczka. Podoba mi się ta wyspa. 

- To nie jest wojowniczka. - Anthony rzucił mu ponure 

spojrzenie. - To moja żona. 

- Twoja... - Choć raz doświadczony polityk zapomniał 

języka w gębie. Jego wyrazista twarz zastygła w niedowierzaniu. 

- Morwenno. - Anthony ścisnął jej dłoń jak w imadle. -

Masz podrapaną szyję i ręce, twoja suknia jest w nieładzie i ty 

twierdzisz, że Pasco cię nie dotknął? 

- Nie miał szansy. - Myślała, że umrze ze wstydu, stojąc 

w tak opłakanym stanie przed dwoma eleganckimi i władczymi 

mężczyznami. 

- Podrapał mnie ten piesek, kiedy próbowałam go uwolnić. 

Biedak był śmiertelnie przerażony. 

Camelbourne oparł lancę o ścianę. 

- Nic dziwnego, że nie odpisujesz na listy - powiedział do 

Anthony'ego. - Masz tu tyle rozrywek. 

- Więcej, niż możesz sobie wyobrazić - odparł Anthony. 

- W rzeczy samej. - Camelbourne uśmiechnął się drwiąco 

do Morwenny. - Moja droga, czy zechce pani napić się z na­

mi sherry? Przyznam się, że sam chętnie pozwolę się pani 

rozerwać. 

Nie odwzajemniła jego uśmiechu. 

- Jeśli mam być szczera, wolałabym pić ze świńskiego 

koryta niż z panem. 

Anthony zamknął oczy. 

181 

background image

JILLIAN HUNTER 

Zza drzwi biblioteki dobiegły stłumione chichoty. Vincent 

i pani Treffry kręcili się ostatnio w tym miejscu po ko­

rytarzu. 

- Moja żona wcale tak nie myśli - odezwał się Anthony. 

Morwenna była oburzona. 

- Owszem, myśli. 

Zaklął pod nosem. 

- Nie myśli. 
Spojrzała markizowi prosto w oczy. 

- Właśnie tak myślę. 
- Przepraszam. -Camelbourne położył rękę na sercu. - Czy 

my się znamy? Czy uczyniłem coś złego, by zasłużyć sobie 

na takie złośliwości? Moja droga, może zabiłem pani poprzed­

niego męża lub ojca w pojedynku? Jeśli tak, proszę o wyba­

czenie. 

- Na razie nikogo mi pan nie zabił- odparła z zimną 

krwią. - Ale to pewne jak wschód słońca, że pan to zrobi. 

Camelbourne rzucił Anthony'emu nerwowe spojrzenie. 

- Czy ona oszalała? 

- Nie, ale ostatnio spotkało ją wiele przykrości. - Anthony 

długo wpatrywał się w jej twarz, po czym zaciągnął ją w stronę 

schodów. - Weź kąpiel - powiedział ze zdenerwowaniem. -

Przebierz się, a ja się nim zajmę. 

- Widziałam, co zrobili z wrzosowiskiem. Dlaczego ich nie 

powstrzymałeś? 

- Proszę zjeść z nami lunch, lady Pentargon - powiedział 

chłodno Camelbourne. - Chciałbym lepiej poznać żonę mojego 

przyjaciela. 

- Anthony! - W jej oczach pojawiły się łzy wściekłości. -

Nie mogę tego znieść. 

- Jest pani odważna i czarująca, lady Pentargon - wyszeptał 

Anthony. - Jesteś czarodziejką. Jeśli chcesz na niego wpłynąć, 

użyj swojego talentu, a nie nerwów. On nie jest złym człowie­

kiem. Samolubnym i zajętym sobą... tak. Możesz w to uwierzyć 

182 

KLIFY 

lub nie, ale kiedyś uważałem go za przyjaciela. Teraz mam 

wobec niego dług. 

- Powiesz mi dlaczego? - zapytała szeptem. - Chcę zro-

zumieć. Jestem twoją żoną. 

- Dziś wieczorem. Obiecuję. 

Pokiwała głową, po czym udała się na górę. Zza pleców 

Camelbourne'a wybiegły dwa koty, które natychmiast ruszyły 

za nią. 

- Pentargon, zaprowadź mnie do biblioteki - odezwał się 

markiz. - Ta wyspa szalenie mnie intryguje. Chcę się jak najwięcej 

dowiedzieć o ziemi, która wkrótce będzie do mnie należeć. 

Anthony jeszcze przez chwilę patrzył na schody, nie mogąc 

się otrząsnąć z przygnębienia, jakie wywołał widok tak wzbu­

rzonej żony. 

- Lloyd, nasze interesy muszą zaczekać godzinę, może 

dwie. Obawiam się, że mam coś pilniejszego do załatwienia. 

- Może potrzebna ci pomoc? Wiesz, jak lubię pojedynki. 

- Nie, Ten jest mój. 

Anthony przyparł mężczyznę do ściany i obrzucił go 

lodowatym spojrzeniem. 

- Posłuchaj uważnie, Pasco. 

- Jak mam słuchać? - Pasco wił się z bólu. - Przecież ja 

już nie żyję. Nos mi krwawi. Zabił mnie pan. 

- Jeszcze nie, ale nie wykluczam takiej możliwości. Ostatni 

raz drwiłeś z mojej żony i innych kobiet na tej wyspie. Nie 

będzie więcej żadnego łapania zwierząt i wykorzystywania ich 

do tych twoich sztuczek. 

- Chyba nie spodziewa się pan, że będę zarabiał na życie, 

machając różdżką i spełniając dobre uczynki? - powiedział 

Pasco, z jękiem siadając na dębowej ławie. - Ludzie płacą za 

uroki, milordzie. Jest zapotrzebowanie na wypadki i złe czary. 

A mogłem wyszkolić tego kundla, byłby z niego jakiś pożytek. 

183 

background image

JILLIAN HUNTER 

Anthony opuścił rękawy koszuli i z obrzydzeniem rozejrzał się 

po zagraconym mieszkaniu Pasco. W rogu salonu w klatce siedział 

jednooki kruk. Tuż za nim stała szafa pełna fiolek z eliksirami 

i maściami. Na jednej z półek leżał średniowieczny hełm. 

- Gdzieś widziałem ten hełm - powiedział Anthony, mar­

szcząc czoło. 

- Nie ukradłem go.- Pasco niespodziewanie zaczął się 

bronić. - Znalazłem go na plaży - dodał, przykładając do nosa 

chustkę. 

- Kiedy? 

- A skąd ja mam, u diabła, wiedzieć! Dla metafizyka czas 

nie ma znaczenia. 

- Może jeszcze jedno spotkanie z moją pięścią odświeży ci 

pamięć. 

Pasco poprawił pelerynę. 

- W połowie domów na tej wyspie można znaleźć skarby 

z wraków - wyjaśni! stłumionym głosem. - Dwa dni temu... 

no, może trzy. 

- Gdzie? 

- W zatoce. Nie powiem dokładnie gdzie, bo zaraz się tam 

wszyscy zlecą, żeby mi podkradać moje znaleziska. Mam 

instynkt... 

Pisnął, bo Anthony szarpnął go za pelerynę. 

- Mów gdzie, ty nawiedzony głupku! 

- Przy Paszczy Smoka. 

- Należał do Winleigha - warknął Anthony. 

- Naprawdę? A ja myślałem, że do króla Artura. - Pasco 

odłożył zakrwawioną chustkę. - Teraz należy do mnie... Chyba 

nie myśli pan, że go zabiłem? 

- A zabiłeś? 

- Choć bardzo bym chciał, nie mogę przypisywać sobie 

każdej śmierci na wyspie, milordzie. 

Anthony ruszył w stronę drzwi. Miał dość tej bezsensownej 

rozmowy, 

184 

KLIFY 

-

 Nie jesteś na tyle sprytny, by kogoś zabić. Zostaw moją 

żonę w spokoju. 

- To czarownica - wycedził przez zęby Pasco. - Wiedział 

pan o tym? 

- Pasco, tobie chyba nie zależy na życiu. 

Pasco wstał. 

- Ja tylko pana ostrzegam, milordzie. Nie utrzyma jej pan 

przy sobie na długo. Morwenna nie będzie do pana wiecznie 

należeć. 

background image

iedział, że nie powinien przejmować się słowami Pasco, 

a jednak jego ostrzeżenie wciąż uparcie rozbrzmiewało w głowie 

Anthony'ego. „Morwenna nie będzie do pana wiecznie należeć. 

A czy teraz do niego nałeżała? 

Interesy z markizem wywietrzały mu z głowy. Przypomniał 

sobie o wszystkim dopiero wtedy, gdy wjechał na zamkowy 

podjazd. Zsiadając z konia, spojrzał na wieżę i nagle poczuł, jakby 

ogromny ciężar spoczął na jego barkach. Zdawało mu się, że 

kwiaty, które jeszcze rankiem tak wspaniale kwitły, zaczęły 

usychać. 

Wchodząc do holu spodziewał się, że zastanie Morwennę 

i Camelbourne'a skłóconych, tymczasem żona i gość siedzieli 

na bibliotecznej kanapie pochyleni nad jakąś książką. 

Przez dłuższą chwilę stał w progu biblioteki, czekając, aż 

go zauważą. Morwenna najwyraźniej wzięła sobie do serca 

jego rady. Miała na sobie jedwabną różową sukienkę, gęste 

włosy upięła w prosty kok, który w cudowny sposób podkreślał 

jej klasyczną urodę. Co więcej, oboje z Camelbourne'em śmiali 

się radośnie. Anthony'ego ogarnęła tak dotkliwa zazdrość, że 

nie mógł się poruszyć. Jeszcze nigdy nie czuł tak intensywnych 

emocji, nie wiedział, jak ma zareagować. Postępowanie zgodne 

186 

KLIFY 

z głosem instynktu nie było najlepszym pomysłem, bo jedyne, 

na co miał ochołę, to wyrzucić markiza przez okno. 

Obdarzony niezwykłym urokiem Camelbourne działał na 

kobiety jak magnes. Miał ten naturalny czar, którego Anthony 

w głębi duszy zawsze mu zazdrościł, a teraz roztaczał go nad 

jego młodą żoną. 

Anthony nie był jeszcze gotowy, by dzielić się nią z całym 

światem. Ich małżeństwo zbudowane było na zbyt kruchych 

fundamentach, by poddawać je takim testom. W jego głowie 

kłębiły się najczarniejsze myśli. A jeśli Camelbourne ją uwie­

dzie? Może potrafi spełnić jej najskrytsze pragnienia? Od tylu 

lat był wdowcem... 

- Widzę, że zdążyliście się zaprzyjaźnić - odezwał się 

głosem człowieka cierpiącego najgorsze emocjonalne ka­

tusze. 

Camelbourne podniósł głowę znad książki. Zanim się uśmiech­

nął, na jego twarzy pojawił się błysk irytacji. 

- Cóż za pasjonująca księga. Anthony, wiesz, że zawsze 

fascynowały mnie legendy arturiańskie? 

Książka Ethana. Zainteresowanie Anthony'ego tajemniczą 

książką odeszło w cień, kiedy spojrzał w oczy Morwenny. 

- Znalazłam ją pod twoim fotelem - powiedziała łagodnie. 

Wpatrywał się w nią, oszołomiony jej delikatną urodą. 

Zapomniał prawie o obecności Camelbourne'a, kiedy nagle 

uświadomił sobie, że markiz czeka na jego odpowiedź. 

- Legendy arturiańskie... Moja żona - specjalnie podkreślił 

to słowo - jest ekspertem w tej dziedzinie. 

- O tak. - Camelbourne spojrzał na nią z rozbawieniem. 

Anthony postanowił odwołać się do instynktu. 

- Ona jest moja. Jest niewinna. Nie będziesz jej miał, Ja ją 

pierwszy znalazłem - powiedział. 

Camelbourne mógł jej dać to, czego pragnęła, chyba że 

Anthony odstąpiłby od umowy. Wtedy jednak pozostałby 

jeszcze sąd. 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Słyszał pan niewątpliwie o sir Rolandzie Halliwellu? Był 

jednym z największych znawców mitologii arturiańskiej. 

- Nie tylko o nim słyszałem - odparł Camelbourne. - Znam 

każde dzieło, jakie wyszło spod jego pióra. 

Morwenna zamknęła książkę na ilustracji przedstawiającej 

zaślubiny. 

- Z wyjątkiem tego, które próbuję dokończyć. 

- Moja droga, to dla mnie prawdziwy zaszczyt - powiedział 

Camelbourne. - Jestem gorącym wielbicielem legend o królu 

Arturze. 

- A zatem musiał się pan natknąć na wzmianki o Abandonie 

i dostrzega pan związek wyspy z legendami?- zapytała 

z powagą. 

- Oczywiście. Lyonesse, Morgan le Fay... nie co dzień 

człowiek ma okazję kupić zaczarowaną wyspę. 

- Abandon to nie tylko legenda - zauważyła. - To dom dla 

dwustu ludzi. 

Anthony usiadł w fotelu. W milczeniu przyglądał się żonie, 

która z błyskiem w oku szykowała się do jeszcze jednej bitwy 

w imieniu króla Artura. Był przekonany, że Morwenna przegra. 

Camelbourne był bezwzględnym człowiekiem interesu, Ant­

hony czuł, że cały ten nonsens wokół arturiańskich legend miał 

na celu jedynie zaimponowanie Morwennie, bo jemu to nie 

imponowało. Mimo to wiedział, że jeśli ktoś mógłby wpłynąć 

na markiza i zmusić do zmiany zdania, to tylko jego czarodziejka 

w błękitnych pończochach. 

- Nie mam zamiaru niszczyć naturalnego piękna wyspy -

zapewnił Camelbourne. 

- Ależ już je pan zniszczył - odparła Morwenna. - Kamien­

ny krąg, nasze święte głazy zostały wrzucone do morza. 

- A więc sieje wyłowi - stwierdził bez wahania Camelbourne. 

Morwenna zerknęła na Anthony'ego, który uniósł lekko brew, 

dając jej znak, ze jest bliska zwycięstwa. Bardzo niewiele osób 

miało takie szczęście. Camelbourne był znany z uporu. 

188 

KLIFY 

- Głazy to jedna rzecz, milordzie, a dobro mieszkańców 

wyspy to druga - mówiła dalej. 

- Ich też wrzucamy do morza? - zapytał, udając przerażenie. 

Nie uśmiechnęła się. 

- To możliwe. Dokąd pójdą pozbawieni dachu nad głową 

i pracy? 

Wzruszył ramionami. 

- Dam im pracę, to chyba naturalne. W pałacyku myśliwskim 

będzie potrzebna służba i ogrodnicy. 

- To blisko dwieście osób. Zatrudni pan wszystkich? 

W tym momencie do biblioteki wszedł sekretarz Camel-

bourne'a, wybawiając go od składania obietnic. Anthony 

nie mógł się oprzeć wrażeniu, że jego pojawienie było ukar-

towane. Mężczyzna stał na korytarzu i czekał na odpowiednią 

chwilę, by swoją interwencją uratować Camelbourne'a. 

- Już siódma, milordzie - powiedział sekretarz. - Jeśli chce 

pan zdążyć na jutrzejsze śniadanie z architektami w Penzance, 

powinniśmy wypływać. 

Markiz wstał i nagle nastrój panujący w bibliotece uległ 

zmianie. 

Camelbourne znów stał się chłodnym politykiem. 

- To była prawdziwa przyjemność poznać panią, lady Pen-

targon. W przyszłości dopilnuję, by moi ludzie zwracali się do 

pani po radę, zanim ruszą jakikolwiek kamień... 

- Nadzorca nazywa się John Hawkey - wtrąciła szybko. -

To wyjątkowo nieuprzejmy człowiek. 

Camelbourne spojrzał na swojego sekretarza. 

- Wyślij Daviesa na wrzosowisko. Hawkey jest zwolniony. -

Uśmiechnął się uprzejmie do Morwenny. - Mam nadzieję, że 

zaszczycicie mnie swoją obecnością, kiedy ukończę budowę. 

Oczywiście pani i Anthony możecie zostać w zamku, jak długo 

będziecie mieć ochotę. Sam nie przepadam za zamkami. Spę­

dziłem w nich całe ponure dzieciństwo. 

Camelbourne wziął ze stołu swoje rękawiczki. Morwenna 

189 

background image

JILLIAN HUNTER 

wstała, przyciskając do serca książkę. W jej oczach widać 

było rozpacz, Anthony nie mógł tego znieść. Gdyby poznał ją 

trzy miesiące wcześniej, nigdy by się nie zgodził na coś 

takiego. Gdyby żył Ethan... niestety, nie było powrotu. Liczył, 

że kiedy wyjaśni jej swoje powody, Morwenna go zrozumie. 

Nigdy nie zraniłby jej w ten sposób. Chciał stworzyć z nią 

przyszłość. 

- Pieniądze prześlę na twoje konto pod koniec miesiąca -

rzucił Camelbourne, obojętny na rozpacz Morwenny. 

- Nie będziecie podpisywać wcześniej żadnych dokumen­

tów? - zapytała Anthony'ego. 

- Żony nie powinny zaprzątać sobie głów takimi sprawami. 

Zawarliśmy wiążącą umowę, prawda Pentargon? - Camelbourne 

spojrzał na Anthony'ego. - Ty korzystaj z miesiąca miodowego 

u boku pięknej żony, a ja, w ramach naszego układu, zajmę 

się przygotowaniem kilku ustaw. 

- Dziękuję - powiedział ponuro Anthony. 

- Nadal uważam, że to strata czasu - dodał Camelbourne. -

Gdyby te twoje dzieci pracowały, trzymałyby się z dala od 

kłopotów. 

Twarz Anthony'ego spochmurniała. 

- Chodzi o to, żeby te dzieci żyły. Szkoda, że tego nie 

rozumiesz - odparł z równą szczerością, 

- Anthony, zaledwie trzy lata temu wszedł w życie przepis 

ograniczający godziny pracy. Wprowadziliśmy wiele poprawek 

do ustawy o biedocie, nie wspominając już o pracach nad 

przepisem zabraniającym zatrudniania kobiet i dzieci w kopal­

niach. 

- To dopiero początek - powiedział Anthony, nie ustępując, 

Camelbourne założył rękawiczki, a na nie kilka drogich 

sygnetów. 

- Zmiany społeczne muszą potrwać. 

- Każdy dzień tego piekła to dla tych dzieci wieczność. 

Camelbourne uśmiechnął się protekcjonalnie. 

190 

KLIFY 

- Możliwe, Anthony. Uważam jednak, że nie warto, żebyśmy 

się o to kłócili. Szanuję twoje zaangażowanie, choć go nie 

podzielam. Żegnaj. Moje gratulacje dla was obojga. Lady 

Pentargon, mam nadzieję, że prześle mi pani egzemplarz 

książki pani ojca, kiedy już zostanie opublikowana. 

Po jego wyjściu Morwenna, nie wypuszczając z objęć książki 

Ethana, usiadła na sofie. Była zdenerwowana, zagubiona, 

a przede wszystkim zraniona. 

- Dzieci, Anthony? Czy masz dzieci, które próbujesz chro­

nić? Czy to jakiś szantaż? 

- To nie są moje dzieci, Morwenno - powiedział Anthony. -

Większość z nich to sieroty. Dawno temu, kiedy jako młody 

człowiek zostałem uleczony z ciężkiej choroby, która omal nie 

uczyniła mnie kaleką, przysiągłem sobie, że zrobię wszystko, 

by pomagać innym bezbronnym dzieciom. One nie mają 

pieniędzy, żeby same sobie pomóc. W zamian za wyspę 

Camelbourne dopomógł we wprowadzeniu dwóch przepisów, 

dzięki którym spełnię moją przysięgę. To najbardziej wpływowy 

polityk, jakiego znam. 

- I nie ma innego sposobu? - zapytała, nie ruszając się. -

Czy w tej sprawie możemy coś zrobić razem? 

Usiadł obok niej. 

- Nasze wysiłki będą jedynie kroplą w morzu potrzeb. On 

ma wpływ na bardzo wielu ludzi. Ty i ja nawet nie spotkaliśmy 

w życiu tylu osób. 

Kiedy skończył opowiadać jej o ciężkiej doli dzieci zmusza­

nych do nadludzkiej pracy, poczuł, jakby ktoś zdjął mu z pleców 

brzemię. Jej oczy były pełne łez. Wiedział, że i ją głęboko 

poruszył okrutny los, jaki dotykał najbardziej bezbronnych. 

- Myślisz, że on zmieni zdanie? - zapytała nieśmiało. 

- Jeśli ty go nie przekonałaś, to nikt nie jest w stanie tego 

dokonać. Czy nadal mnie nienawidzisz? 

Morwenna nigdy nie spotkała nikogo obdarzonego takim 

magnetyzmem. 

191 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Jakżebym teraz mogła? A i wcześniej cię nie nienawidzi­

łam. Anthony, jestem z ciebie taka dumna. 

Chciał wziąć ją w ramiona i kochać się z nią. Była jego 

zoną dopiero jeden dzień, wiec ledwo mógł oderwać od niej 

ręce. Kiedy ją przytulił, w drzwiach zjawił się Vincent, by 

przypomnieć, że pastor spodziewa się ich za godzinę na kolacji 

na ich cześć. 

Wstając, Anthony zwierzył się Morwermie, że nie wyobraża 

sobie gorszych tortur niż udawanie zainteresowania religią, 

podczas gdy tak naprawdę jego myśli pochłaniała wyłącznie 

żona, której tak bardzo pożądał. 

Pocałowała go w drzwiach i wyjaśniła, że powinna się 

przebrać w suknię wizytową i włożyć pelerynę. Pomyślał, że 

chciała pobyć sama, i rozumiał to. Wzięła ze sobą książkę 

Ethana. Anthony chciał ją zapytać, czy ilustracje nie wydały 

jej się nieco dziwne, w końcu jednak uznał, że to nie był 

odpowiedni moment 

olacja na plebanii była jeszcze gorsza, niż Anthony 

przypuszczał. Córka pastora grała na pianinie przez bitą godzinę, 

a żona śpiewała pobożne hymny. Jedzenie okazało się okropne. 

Podano typową brytyjską strawę: gotowaną wołowinę, jag-

nięcinę, zielony groszek i ciasto z malinami. 

Anthony nie jadł. Był zbyt pochłonięty żoną, która nagle 

wydała mu się blada i dziwnie zamyślona. Spoglądała tęsknie 

w okno i milczała. Zaczął się martwić, że coś może się stać 

i Morwenna zniknie w równie tajemniczych okolicznościach 

jak jej matka. Przyszło mu do głowy, że sir Roland umarł, bo 

serce pękło mu z rozpaczy. 

- Przypuszczam, że markiz ma plany dotyczące plebanii -

stwierdził wielebny, kiedy wszyscy usiedli w salonie, by napić 

się kawy. 

Anthony kiwnął głową, choć tak naprawdę nie wiedział, 

192 

KLIFY 

o czym mowa. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że i pastor 

zamartwia się o swoją przyszłość na wyspie. 

- Wyjaśniłem mu, jak ważne jest, by życie na wyspie nie 

uległo zmianie - powiedział Anthony. Oczywiście nie znaczyło 

to, że Camelbourne będzie słuchał i zatrzyma duchownego, ale 

pastor odetchnął z ulgą, doceniając trud, jaki zadał sobie 

Anthony. 

Nagle rozległo się gwałtowne łomotanie w drzwi, po 

czym odezwały się rozbawione głosy i śmiech młodych 

ludzi. Córka pastora aż podskoczyła, nie mogąc ukryć pod­

niecenia. 

- Tatusiu, wszyscy już są. Idziemy na zabawę. Lordzie 

Pentargon i ty, Morwenno... to znaczy, milady, proszę o wy­

baczenie. A może wybierzesz się z nami? 

Anthony już chciał odpowiedzieć, że miał na wieczór inne 

plany, ale kiedy zobaczył zapał w oczach Morwenny, zmienił 

zdanie. 

- Morwenno, zrobisz, co zechcesz - powiedział cicho. -

O ile to bezpieczne. Czy nocą na wrzosowisku jest bezpiecz-

nie? 

- Naprawdę nie masz nic przeciwko temu? - zapytała 

z wdzięcznością. 

Owszem, miał. Nie chciał tracić jej z oczu i to nie tylko 

dlatego, że tak przepadał za jej towarzystwem. Uznał jednak, że 

pozwoli jej na tę małą słabostkę. 

- Oczywiście, że nie. 

- Milordzie, to zupełnie niewinna zabawa - powiedział 

pastor. - Może nieco zbyt pogańska, jak na mój gust, ale 

ponieważ nie zdarza się to częściej niż raz czy dwa razy do 

roku, przymykam na to oko. Służyć tym ludziom, to szanować 

ich wierzenia. Zdaję sobie sprawę z tego, że może to moje 

ostatnie lato jako duchowego doradcy na tej wyspie. Wszystko 

zależy od markiza. 

Przez chwilę Anthony próbował wyobrazić sobie Abandon 

193 

background image

JILLIAN HUNTER 

jako oazę myśliwych, bez wykształconego w Oksfordzie 

pastora, który wędrował ze swoimi psami od domu do domu, 

odwiedzając parafian, bez zabaw na wrzosowisku. Był to 

ponury obraz. Chwycił dłoń Morwenny, kiedy sięgała po 

pelerynę. 

- Zaczekaj. 

Pastor i jego żona odprowadzili ich wąskim korytarzem do 

drzwi, przy których kręciły się psy i córka pastora. 

- Nie chcę, żebyś tam szła. 
- Dlaczego? - szepnęła Morwenna. - Powiedziałeś, że nie 

masz nic przeciwko temu. 

- Będę się o ciebie martwił. 

- Anthony, jakie to słodkie. 

- To wcale nie jest słodkie. Nie wiem dlaczego, ale mam 

przeczucie, że ktoś mi cię odbierze. 

Roześmiała się. 

- Wrócę. 

- Obiecujesz? 

- Obiecuję. 

- Na grób króla Artura, gdziekolwiek się znajduje? 

- Och, Anthony, tak, na jego grób. 

Udał naburmuszonego. 
- A może powinienem najpierw obejrzeć tych twoich przy­

jaciół? 

- Ani mi się waż! 

- Zaczekaj jeszcze chwilę. - Sięgnął do kieszeni kamizelki 

i wyjął z niej małe aksamitne pudełeczko. - Mam dla ciebie 

prezent urodzinowy. 

- Pamiętałeś - szepnęła wzruszona. 

- Oczywiście. Proszę. 

Był to złoty łańcuszek ozdobiony perłami z maleńką brylan­

tową różyczką. 

- Jakie to piękne - westchnęła, kiedy ich oczy się spotkały. 

- Pozwól, że zapnę ci to na szyi, żebyś o mnie pamiętała. 

194 

KLIFY 

Serce zabiło jej gorączkowo, kiedy powiesił łańcuszek na 

jej szyi i poprawił pelerynę. Dotykał jej, nie zważając na to, 

czy ktoś ich obserwuje. Miał prawo i ją kochał. Ale nawet 

Anthony nie mógł zrozumieć jej przywiązania do tej wyspy, 

a ona pragnęła pobyć z dala od niego. Chciała przemyśleć 

pewne sprawy, odzyskać spokój wewnętrzny. 

- Spędzę z przyjaciółmi kilka godzin. 

Anthony spojrzał na stojącą przy drzwiach rozbawioną 

grupkę młodzieży. Chciał przypomnieć Morwennie, że to ich 

miesiąc miodowy, ale nie odezwał się ani słowem. Wiedział, 

jak musiała się czuć, przecież mają przed sobą całe życie, 

a prawdopodobnie już nigdy nie przydarzy jej się taka magiczna 

noc świętojańska, przynajmniej nie na Abandonie. 

- No cóż, dobrze - powiedział. - Ale trzymaj się grupy. 

Nie chodź nigdzie sama po nocy. 

- Oczywiście, Anthony. - Uśmiechnęła się rozbawiona jego 

nadmierną troskliwością. - A ty nie licz, że zaraz wrócę. 

I jeszcze jedno, pastor oszukuje w karty. 

Przyjaciele wyciągnęli ją na zewnątrz i wszyscy natychmiast 

'zniknęli we mgle. 

- Kiedy? - zawołał za nią jak zatroskany rodzic. - Jak długo 

cię nie będzie? 

- Młodzi dadzą sobie radę, milordzie - odezwał się za jego 

plecami pastor. - Chłopcy z wyspy to nie ułomki, zaopiekują 

się dziewczętami. W taką noc jak dziś to nie śmiertelników 

należy się obawiać. 

Anthony odwrócił się. Nie podobał mu się pomysł, by 

chłopcy z wyspy opiekowali się jego żoną. 

- Co pastor ma na myśli? 

Tęga i miła żona pastora stanęła między nimi. 

- Chodzi o wielkie łowy, milordzie. Legenda głosi, że król 

Artur i jego rycerze co roku właśnie w noc świętojańską budzą 

się i ruszają w pogoń po wrzosowisku. 

- A kogo gonią? - Anthony stał w drzwiach, nasłuchując 

195 

background image

JILLIAN HUNTER 

dobiegającego z oddali śmiechu żony. Już jej nie widział. 

Dostrzegał jedynie pochodnie, które nieśli chłopcy, i ogarnęła 

go bolesna zazdrość. 

- Nie wiem - odparł pastor. - Podobno tylko Annie Jenkins 

to widziała. 

- Ta kobieta ma chyba ze sto lat - dodała z uśmiechem 

jego żona, zamykając drzwi. - Zimna mgła, prawda, milordzie? 

Proszę do środka, niech pan usiądzie przy kominku. 

Pastor zaprowadził ich z powrotem do salonu. 

- Słyszałem, że właśnie w taką noc znikła żona sir Rolanda. 

Wtedy jeszcze mnie tu nie było, a poprzedni pastor zmarł pięć 

lat temu. To on odprawił symboliczny pogrzeb. 

Jego żona zmarszczyła czoło. 

- Lady Pentargon nigdzie nie zniknie, więc nie mówmy już 

o tym. A poza tym to tylko plotka. Miles, ale z ciebie plotkarz. 

Przecież tak naprawdę nie wiadomo, co stało się z matką lady 

Pentargon. 

Pastor chrząknął, przeganiając z korytarza trzy psy, tarasujące 

drogę. 

- Dobrze, powiem wam coś, co nie jest plotką. John Hawkey 

od dziś nie jest już nadzorcą. 

- Czyżby? - zadziwił się Anthony. - Tak szybko? 

- Człowiek markiza przyszedł na plac budowy i przy 

wszystkich wyrzucił go z pracy. - Pastor rozpiął kamizel­

kę. - Moim zdaniem, dobrze się stało. Krzyżyk na drogę dla 

łotra. Hawkey z wściekłością cisnął kilof i poprzysiągł 

zemstę. 

Żona pastora zadrżała. 

- I bardzo dobrze. Wreszcie skończą się kradzieże. Podobno 

Carew wrócił do pracy. 

- Jakie kradzieże? 
- A to kura, a to owce. Tu zginęła kołdra, tam lampa. 

Pastor poklepał się po brzuchu. 

- Moim zdaniem, to sztuczki Pasco. Wbił sobie do tej swojej 

196 

KLIFY 

pustej głowy, że ma magiczną moc, i teraz próbuje to udo­

wodnić. A na dodatek pracują dla niego ci dwaj paskudni 

kuzyni. 

- A moim zdaniem, to nie była robota Pasco. - Żona pastora 

postawiła przy karcianym stoliku krzesło dla Anthony'ego. -

Ale wkrótce się przekonamy, prawda? Kłopoty się skończą 

albo i nie. 

background image

ie minęła jeszcze północ, a Anthony nie mógł już dłużej 

bez niej wytrzymać. Chciał ją odnaleźć. Zignorował propozycję 

pastora, by został u nich na noc, nie słuchał jego żony, która 

ostrzegała, że mgła jest gęstsza niż zazwyczaj, nie przyjmował 

do wiadomości faktu, że John Hawkey został zwolniony. 

Dosiadł swojego wierzchowca i ruszył w kierunku wzgórza, 

gdzie w oddali płonęły ogniska. Mgła snująca się wokół grani 

przybierała najdziwniejsze kształty. Wrzosowisko wyglądało 

przepięknie, choć trochę niepokojąco. 

Nigdy by nie przypuszczał, że jeszcze w trakcie miodowego 

miesiąca będzie poszukiwał panny młodej. Kiedy w końcu ją 

odnalazł, przeżył szok, a jednocześnie ogarnęła go radość. 

Morwenna, lekko pijana, tańczyła boso w kręgu młodych ludzi. 

Ktoś włożył jej na szyję girlandę z lilii, jej długie złotobrązowe 

włosy sięgały bioder. Wyglądała jak ofiarna dziewica, tyle że 

po ostatniej nocy nie była już dziewicą. Była jego żoną, lady 

Pentargon. 

Anthony ruszył do przodu, by jej o tym przypomnieć. 

W iększość par małżeńskich wróciła już do domów, na 

wrzosowisku bawili się ci najbardziej wytrwali i nieostrożni. 

198 

KLIFY 

Nic nie wskazywało, by szaleństwo sobótkowe miało się ku 

końcowi. Przycupnięty na kamieniu skrzypek odgrywał skoczne 

melodie. Tańce stawały się coraz dziksze, tancerze wirowali 

w zapamiętaniu, niektórzy utworzyli węża, który jak szalony 

wił się między całującymi się parami. Dziewczęta zmieniały 

partnerów, chłopcy kradli całusy, dłonie wędrowały tam, gdzie 

nie powinny. 

Morwenna wykrzywiła się do Jonathana Illugana, który 

pobierał u Pasco lekcje czarnej magii. Chłopak chwycił ją 

w pasie i bezczelnie pocałował w usta. To on pomagał Pasco 

w rzucaniu najpaskudniejszych uroków. 

- Ropucha! - Morwenna z obrzydzeniem wycierała usta. -

Teraz nabawię się brodawek. 

Chłopak chrząknął, zachwiał się, po czym runął jak długi 

na plecy, kiedy nad głową Morwenny przemknęła czyjaś pięść, 

uderzając go prosto w twarz. 

- Anthony - wyszeptała zdumiona Morwenna, odwracając 

się do niego. 

- Spodziewałaś się hiszpańskiego ambasadora? - zapytał 

z lekką drwiną. 

Jej przyjaciele rozstąpili się przed nim. Nikt nie zamierzał 

wchodzić w drogę niebezpiecznemu lordowi, właścicielowi 

ziemi, po której stąpali. Co gorsza, książę odebrał im ich 

ukochane magiczne dziecko, urodzoną w burzliwą noc świę-

tojańską dziewczynę, która sprowadziła na wyspę tęcze 

i lilie. 

Nagle ktoś, zbyt pijany, by zauważyć groźną minę Pentar-

gona, lekko pchnął Morwennę w jego ramiona. 

- Zatańcz z mężem! 

Niewiele brakowało, a Morwenna potknęłaby się o Jonathana 

Illugana, który właśnie się ocknął i podpierając się na łokciu, 

zastanawiał się, kto wymierzył ten cios. Na szczęście Anthony 

chwycił ją w silne ramiona. Jego dłonie zacisnęły się wokół 

jej talii niczym sznur, a jednak kiedy się odezwał, głos miał 

199 

background image

JILLIAN HUNTER 

czuły. Nie złościł się, nie, był na to zbyt opanowany. Morwenna 

wiedziała, ze powinna bardziej obawiać się jego delikatności 

niż gniewu. 

- Czy jestem ci aż tak niemiły, że wolisz tańczyć z tymi 

durniami, niż spędzać wieczór w moim towarzystwie? -

zapytał. 

Chciała się wyrwać z jego uścisku, ich oczy się spotkały, 

a ona wiedziała, że przegrała ten pojedynek. 

- Wiesz, że to nieprawda. 

- Dlaczego uciekłaś z domu pastora jak zbiegły skazaniec? 

- Zawsze chodzę na sobótkowe tańce. 

- Mogłaś tańczyć ze mną. - W jego oczach pojawił się 

błysk. - Tęskniłem za tobą, panno młoda. 

Gdyby rozkazał jej wracać, na pewno miałaby do niego 

pretensje, ale on był na to zbyt przebiegły. Uwodził ją 

słowami. Domyśliła się, czego chciał, jej serce od razu 

mocniej zabiło. Nie miała już prawa czegokolwiek mu od­

mówić. 

- Chciałabym zaczekać na wróżby. 

Przyciągnął ją do siebie jeszcze mocniej. 

- Znasz już swoją przyszłość. To ja jestem twoim prze­

znaczeniem, Morwenno, od pierwszej chwili, gdy cię ujrzałem. 

Morwenna westchnęła. Co roku wszystkie dziewczyny 

zbierały się w chacie Annie Jenkins i błagały staruszkę, 

by wy wróżyła im przyszłość z płonącej darni. Wszystkie 

pytały o to samo: za kogo wyjdę za mąż? Kto będzie 

miłością mojego życia? Czyż w ubiegłym roku płomień 

nie powiedział, że Morwenna poślubi następnego dziedzica 

zamku? 

- Chcę się dowiedzieć, czy odnajdę grotę Artura - powie­

działa nagle. 

Uśmiechnął się uwodzicielsko. 

- Przecież mogę cię tam zabrać. 

- Jeśli...? 

200 

KLIFY 

-

 Jeśli obiecasz, że już nigdy nie zostawisz mnie samego 

z pastorem i jego żoną. 

Bez ostrzeżenia pociągnął ją za masywny głaz i zaczął 

całować jej twarz, ramiona, wypukłość piersi, aż poddała się 

słodkiej mgle pożądania i odchyliła głowę w tył. 

- Nigdy więcej mnie nie zostawiaj - powiedział, całując 

jej szyję. - Nigdy. Nigdy - Delikatnie gryzł jej piersi. -

Nigdy. 

Ogarnęło ją tak cudowne upojenie, że nie opierała się, kiedy 

jego dłonie zaczęły wędrować po jej ciele. 

- Anthony. 

- Pragnę cię - wymruczał, wtulając twarz w jej włosy. -

Tutaj. 

- Och - westchnęła, zanurzając się w obłoku rozkoszy. -

Nie tu. 

Jej przyjaciele ruszyli do ostatniego tańca, zapominając 

o obecności największego wroga. W oddali słychać było 

uderzenia piorunów, na pełnym morzu zaczynała się burza. 

Klify tonęły w srebrzystozielonej mgle. Podobno w mistyczne 

noce, takie jak ta, ludziom czasami objawiają się najbardziej 

niezwykłe i tajemnicze zjawiska, których wspomnienie prze­

śladuje ich potem do końca życia. 

- Morwenno, dołącz do nas! - zawołał męski głos. Jakiś 

rybak dopiero teraz zauważył jej zniknięcie. - Zatańcz z nami 

w kręgu! 

Nić odpowiedziała, bo nie mogła, uwięziona w ramionach 

Anthony'ego, który zasypywał jej piersi gorącymi pocałun­

kami. Czas przestał istnieć. Chwycił ją za rękę i razem zbiegli 

ze wzgórza, byle dalej od ognisk i rozbawionych tancerzy. 

Rozpiął jej suknię, a ona modliła się w duchu, by nikt ich nie 

zobaczył. 

- Anthony - Spróbowała podnieść głowę. - Ktoś może 

nadejść. Chyba nie zamierzasz... nie pod gołym niebem -

wyjąkała, kiedy zdjął płaszcz i rozłożył go na trawie. 

201 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Oczywiście, że zamierzam - odparł z uśmiechem. 

- Ktoś może nas zobaczyć. 

- Wszyscy normalni ludzie wrócili już do domów. Zostałem 

tylko ja, który nie potrafię oprzeć się własnej żonie. 

To prawda. Morwenna rozejrzała się po zasnutym mgłą 

wrzosowisku. Było puste, gdzieniegdzie z oparów mgły 

wystawały gigantyczne głazy, przypominające zastygłych 

w bezruchu olbrzymów. Pozostawione bez opieki ogniska 

dogasały. 

- Wystraszyłeś wszystkie mniejsze istoty - powiedziała 

cicho. 

- I dobrze - Rozpiął spodnie. - Nie chcę, żeby ktoś słyszał, 

jak krzyczysz. 

Zadarł jej spódnice w górę i ignorując jej nerwowy 

śmiech, zaczął ją całować, aż poddała się nastrojowi. Kiedy 

rozchylił jej uda, poczuła na skórze wilgotną trawę. Położył 

się na niej, a ona zarzuciła mu ramiona na szyję. Zanim 

zamknęła oczy, zobaczyła na niebie spadającą gwiazdę. 

Miała tylko jedno życzenie, by zawsze ją kochał. Wiedziała, 

że już nigdy nie będzie potrafiła mu się oprzeć. Jej serce 

należało do niego. W tym momencie poczuła, że zanurzył 

w niej czubek swojej włóczni. Wyprężyła się, a jej ciało 

otworzyło się, by go przyjąć. Po wczorajszej nocy była 

nadal opuchnięta, westchnęła cicho, rozkoszując się tym, jak 

ją wypełnił. 

- Błagam - wyszeptała, zagryzając wargi. 

Uśmiechnął się do niej, wpatrując się w jej lśniące od 

pocałunków piersi. 

- O co błagasz? 

- Anthony. - Chwyciła jego ramiona. - Przestań mnie tor­

turować. 

- Kochanie, jesteś taka ciasna. Nie chcę sprawiać ci bólu. 

- Zrób to. 

- Jesteś pewna? 

202 

KLIFY 

-

 Tak. 

Oszołomiona jęknęła, kiedy rozsunął jej szerzej uda i wszedł 

w nią jednym mocnym pchnięciem. Mgła rozpostarła się nad 

nimi niczym litościwa zasłona. Przestał się kontrolować, po­

ruszał się w niej ogarnięty namiętnością. Stali się jednym 

ciałem. Kobieta i mężczyzna opętani sobótkowym szaleństwem. 

Po kilku chwilach osiągnęli spełnienie. Kiedy zaczęła drżeć, 

Anthony osłonił ją własnym ciałem. Płaszcz powoli nasiąkał 

wilgocią traw. Leżeli w milczeniu, tuląc się do siebie pod 

rozgwieżdżonym niebem. 

Anthony westchnął z zadowoleniem i podniósł Morwennę. 

- Było cudownie. 

- Zachowaliśmy się zupełnie jak para młokosów - roze­

śmiała się Morwenna, poprawiając spódnice. - Nie wiem, jak 

ty to robisz, ale tracę przy tobie zmysły. 

- Potraktuję to jako komplement. - Przyciągnął ją do siebie, 

by jeszcze raz ją pocałować. - Chciałbym więcej. 

- Och, Anthony, wystarczy. Może najpierw wrócimy do 

domu? 

- Nie wiem... A kiedy wrócimy do domu? 

Zerknęła mu przez ramię. 

- O ile w ogóle wrócimy. Mgła zrobiła się gęsta jak śmietana. 

Wziął ją za rękę i zaprowadził na miejsce, gdzie czekał jego 

wierzchowiec. W powietrzu unosił się zapach palonych ziół, 

zmieszany z wilgotną morską mgłą i czymś, czego nie potrafiła 

rozpoznać. Z jakąś tajemniczą obecnością. 

- Spalili w ognisku woskową podobiznę markiza - mruk­

nęła. 

Chwycił ją w pasie i przyciągnął do siebie. 

- Dobrze, że nie moją. 

Uśmiechnęła się do niego. 

- Właściwie to miała być była twoja, ale namówiłam ich, 

żeby ją zmienili. 

- Och, jesteś bardzo troskliwa. 

203 

background image

JILLIAN HUNTER 

- W tej mgle wyczuwam coś dziwnego - wyszeptała. -

Zabierz mnie do domu, 

- Oczywiście. 

- Mam na myśli dom na farmie. Mój dom. Jest bliżej. 

- Morwenno, teraz twoim domem jest zamek. 
- Nie na długo. Przed końcem lata będziemy musieli się 

wyprowadzić. 

Bez większego wysiłku wsadził ją na siodło, muskając dłonią 

jej nagą łydkę. 

- Dziecino, gdzie twoje pończochy? Oj, trzeba cię utem-

perować - Wskoczył na konia. - Trzymaj się. 

- Nie muszę. 

- To się nie trzymaj. 

Wierzchowiec ostro ruszył. Anthony zrobił to celowo, pomyś­

lała. Zmusił ją, by przytuliła się do jego muskularnych pleców, 

inaczej spadłaby z pędzącego konia. 

- Anthony, czy zmusiłeś konia, by tak szarpnął? 

- Morwenno, kochanie, przypisujesz mi zbyt wielką moc. 

- Ależ ty masz zbyt wielką moc. 

Roześmiał się, a echo poniosło jego donośny śmiech po okolicy. 

- Po wczorajszej nocy wierzę, że oboje możemy się dzielić 

mocą. Lady Pentargon, jestem pani oddanym sługą. 

Oparła głowę na jego ramieniu, zdumiona własną reakcją 

na jego wyznanie. 

~ To noc świętojańska, milordzie. Wiesz, gdzie jesteśmy? 

- Dojeżdżamy do drogi przy klifie. A gdzie koty spędzają 

tę noc? - zapytał dla podtrzymania rozmowy. 

- Zamknięte w zamku, żeby Pasco ich nie ukradł. 

Jego twarz spochmumiała. 

- Jego uczeń ukradł ci dziś całusa. 

- 1 sądząc po sile twojego ciosu, zapłacił za to złamaną 

szczęką. 

- Miał szczęście, że nie życiem - odparł bez odrobiny 

współczucia. 

204 

KLIFY 

Wiatr zaczął się wzmagać, a powietrze wypełniło się 

wilgocią. Mgła niebawem miała się podnieść, na razie jed­

nak jechali przez krainę cieni, zdani wyłącznie na własne 

instynkty. 

- Ojciec opowiadał mi, że kiedyś po wyspie wędrował 

olbrzym Thunderbore i od czasu do czasu rzucał swoim ogrom­

nym młotem. 

- Szkoda, że nie rzucił tu kilku znaków drogowych -

mruknął Anthony. 

- Przecież tu są znaki - powiedziała cicho. - Chyba że 

usunęli je twoi ludzie. 

Chrząknął. 

- Te dziwaczne granitowe płyty na wprost nas... tak, An­

thony, te, w które omal nie wjechałeś... to także dzieła olb­

rzymów. 

- A więc wiesz, gdzie jesteśmy. 

- Na Boga, nie mam pojęcia. Olbrzymy zostawiły na wyspie 

masę podobnych znaków. 

- Pracowite pszczółki. 

Morwenna westchnęła. 

- Rodzi się pytanie, czy Artur odnalazł doskonały świat, 

którego poszukiwał? Czy on w ogóle istnieje? A może wyprawa 

była równocześnie celem i końcem? 

- Rodzi się pytanie, dokąd, do diabła, prowadzi ta droga? 

Pal licho doskonały świat 

Przytuliła się do niego. 

- Jeśli ktoś podczas pełni księżyca trzy razy przejdzie nago 

przez dziurawy głaz, wyleczy się z kurzajek. 

- I z nieśmiałości. 

- Morgan właśnie w taką noc przypłynęła tu z Arturem, 

teraz wyraźnie to widzę. 

- A ja nic nie widzę. 

- Kiedyś podczas mgieł ludzie modlili się o wraki statków. 

- Teraz to historia. - Zatrzymał konia. - Morwenno, jeśli 

205 

background image

JILLIAN HUNTER 

nie przestaniesz tak się o mnie ocierać, znajdziesz się z po­

wrotem na ziemi. I nie będę patrzył, czy jest mgła, czy nie. 

- To dziwne. 

- Nie ma w tym nic dziwnego. Po to cię poślubiłem. 

Wychyliła się zza niego. 

- Nie, nie o tym mówię. Chodziło mi o to, że... wydaje mi 

się, że dojeżdżamy do przylądku Skulla. 

- Niemożliwe. Przecież to pięć mil od plebanii. 

- Tak, ale to jedyna cześć wyspy, jakiej nie znam. Tu 

wszystko wydaje mi się obce. 

Mgła podniosła się na chwilę. 

- Spójrz tam, na górę, Morwenno. Tam jest jakiś człowiek. 

- Wygląda mi to na skarłowaciały dąb - wyjaśniła. - Wiatr 

wykręca je w przedziwne kształty. Niektóre przypominają 

tańczące w kręgu elfy. 

- To kucający człowiek. 

- Chyba powinieneś nosić okulary - powiedziała łagodnie. 

Uniósł brwi. 

- Mówię ci, to pasterz. Minutę temu zdawało mi się, 

że słyszę beczenie owiec. Zostań tu, zapytam go, gdzie 

jesteśmy. 

- Uważaj na siebie, Anthony. Może to Pasco składa ofiarę 

swojemu panu z piekieł. 

- Morwenno, a może to po prostu pasterz. Nie przyszło ci 

to do głowy? 

edwo zniknął jej z oczu we mgle, Morwenna od razu 

poczuła się samotna. Bez niego nagle zrobiło się cicho i pus­

to. W oddali słychać było szum morza, nieco bliżej rozlegało 

się miarowe kapanie wody skraplającej się na granitowych 

głazach. 

Włosy zjeźyły jej się na karku. 

Nie była sama. 

206 

KLIFY 

Powoli się odwróciła, oddech zamarł jej w gardle. 

Po prawej wśród głazów coś się poruszyło. Coś ją obser-

wowało, śledziło ją ukryte w cieniu. 

- Anthony? - wyszeptała, niczym modlitwę. 

Wierzchowiec odwrócił się. Morwenna znalazła się tyłem 

to wzgórza, na którym zniknął jej mąż. Pochyliła się do przodu, 

a niespokojny koń znów się obrócił. Nagle wydało jej się że 

dostrzegła jakiś srebrny błysk. Po chwili usłyszała uderzenie 

metalu o skałę. 

background image

iedy Ambony dotarł na wzniesienie, pasterza już nic 

było. Rozczarowany odwrócił się, by zawołać Morwennę, ale 

okazało się, ze mgła jest tak gęsta, że nie widać ani jej, ani konia. 

- Morwenno, gdzie jesteś? 

- Niedaleko, prawie tam, gdzie mnie zostawiłeś. 

- To znaczy gdzie? 

- Tutaj. Kilka kroków od tego miejsca, w którym byłam. 

Zdawało mi się, że coś widziałam - dodała zmieszana. - Mgła 

igra z naszą wyobraźnią. 

- A możesz mi jakoś pomóc cię odnaleźć? 

- Mam ci podać dokładną długość i szerokość geogra­

ficzną? 

- Może pomachasz swoją małą rączką? 

- Dobrze. 1 jak? 

- Co jak? 

- Macham do ciebie. 

- Naprawdę? 

- A teraz? 

- Co teraz? 

- Macham obiema rękami jak wiatrak. 

- Nie widzę cie, Morwenno. Teraz ja macham fularem, 

widzisz? 

208 

KLIFY 

- Chyba tak - odparła słabym głosem. - Nie, to znów mgła. 

Mógłbyś jeszcze raz wspiąć się na wzgórze? Może to coś da. 

- Mógłbym, gdybym tylko potrafił je znaleźć - mruknął 

pod nosem. Miał wrażenie, że cały czas rozmawia sam ze 

sobą. - Morwenno, mów do mnie. Nie zsiadaj z konia. 

Cisza. Anthony zaklął. 

Mgła znów się uniosła, odsłaniając wrzosowisko, które 

wyglądało dokładnie tak jak zawsze, a jednak jakoś inaczej. 

Nigdzie nie było śladu Morwenny. Zdawało mu się, że gdzieś 

z oddali doleciało go rżenie konia, po chwili wszystko znikło 

w miękkiej poświacie. 

Z niedowierzaniem odwrócił się, kiedy ciszę przerwał sygnał 

rogu myśliwskiego. Zanim zdążył się otrząsnąć ze zdumienia, 

usłyszał skrzypienie zardzewiałej bramy i tętent końskich 

kopyt. Jacyś niewidzialni jeźdźcy przekraczali właśnie most. 

- Na miłość boską, a to co... Morwenno, gdzie jesteś? Usuń 

się z drogi! Schowaj się! 

W dół ze wzgórza pędzili rycerze w lśniących zbrojach. Nie 

miał pojęcia, kogo ścigali. Nawet na niego nie spojrzeli, Anthony 

wyczuł jednak ich żądzę krwi i podniecenie. Widział determinację 

samotnego jeźdźca na siwym rumaku, który odłączył się od grupy, 

by okrążyć zwierzynę. Rycerze byli półprzezroczyści, promienio­

wali jednak prawie namacalną energią, pulsującą w powietrzu. 

Anthony widział, jak samotny jeździec zsiada z konia i trzy­

mając w dłoni włócznię, ostrożnie wchodzi między drzewa. 

Anthony gotów był przysiąc, że jeszcze przed chwilą na 

wrzosowisku nie było żadnych drzew. Choć to wszystko nie 

miało sensu, ferwor polowania udzielił się i jemu. Przestał się 

dziwić i szukać w tej iluzji jakiejkolwiek logiki. 

Kiedy z mgły wyłonił się niedźwiedź i ruszył prosto na 

rycerza, Anthony nie mógł się powstrzymać. 

- Uwaga! Z tyłu! - krzyknął. 

Czy myśliwy go usłyszał, tego Anthony nie wiedział. Rycerz 

uniósł włócznię i odwrócił się, niestety o kilka sekund za 

209 

background image

JILLIAN HUNTER 

późno. Groźny zwierz rzucił się na niego i wbijając kły w jego 

lewe biodro, przyparł go do głazu. Myśliwy upadł z jękiem 

agonii. Anthony nie miał pewności, czy ten jęk nie wyrwał się 

przypadkiem z jego gardła-

Nagle w boku poczuł przeszywający ból, oddychał tak 

ciężko, jakby walczył o życie. Powietrze wypełnił zwierzęcy 

odór. Pociemniało mu w oczach. Po chwili otoczyli go zbrojni 

rycerze, słyszał ich zatroskane głosy. 

To on był tym rannym rycerzem. Przyglądał się samemu 

sobie, jak podczas przedstawienia. 

Delikatna, ale silna ręka, królewska ręka w rękawicy zdjęła 

mu hełm i Anthony ujrzał własną twarz, jak gdyby patrzył 

w lustro. Widział grymas bólu, stoicki spokój i zgodę na śmierć. 

- Dzielny rycerzu - powiedział król. - Otrzymasz swoją 

nagrodę w innym świecie. 

W tym momencie wszystko znikło we mgle. 

Anthony zrobił krok w tył, odsuwając się od znikającego 

lustra czasu. Potknął się, upadł i zaczął staczać się ze wznie­

sienia, zaczepiając po drodze o ostre krzaki i uderzając o ster­

czące kamienie. Kiedy w końcu się zatrzymał i odwrócił na 

plecy, ujrzał pochylającą się nad nim Morwennę. Patrzyła na 

niego z rozbawieniem. 

- Och, Anthony! - rzuciła się na niego z takim impetem, 

że aż krzyknął z bólu. 

- Do diabła! - mruknął. - Co się stało? 

Roześmiała się. Najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy 

z jego cierpienia. 

- Stoczyłeś się ze wzgórza. Co to był za widok! 

- Ja w ogóle nie byłem na wzgórzu. Nie znalazłem drogi. 

- Ależ musiałeś tam być. O Boże, ty krwawisz, Anthony, 

a ja się z ciebie śmiałam. Pokaż. 

- Nic mi nie jest. - Wstał, tłumiąc jęk. - Dokąd pojechali? 

- Kto, milordzie? 

- Ci rycerze z polowania. Nie widziałaś ich? 

210 

KLIFY 

Rozejrzała się wokół siebie. 

- A ty kogoś widziałeś? - zapytała niepewnie. 

- Morwenno, nie pora na żarty. Ten róg myśliwski i jeździec 

na siwym rumaku, zaatakował go... 

Odsunęła się od niego, blednąc. On mówił poważnie. Do-

strzegła to na jego twarzy. 

- Wielkie łowy. A więc to widziałeś. To niesprawiedliwe. 

- Był tam niedźwiedź. Ten myśliwy go nie zauważył i... -

Anthony dotknął biodra. Na palcach miał ślady krwi. Nie 

pamiętał, by uczestniczył w łowach, nie pamiętał też upadku. 

Obrazy zaczęły zacierać się w jego pamięci, po chwili nie był 

pewien, czy miał halucynacje. 

„Otrzymasz swoją nagrodę w innym świecie". W głowie 

rozbrzmiewał mu czyjś niski głos. Kto to mógł być? O jaką 

nagrodę chodziło, bo chyba nie o tę ranę na biodrze? 

- Anthony, musimy natychmiast wracać do domu. Nie chcę 

cię tu zostawiać, by szukać pomocy. - Morwenna zagryzła 

dolną wargę, spoglądając w stronę grani. -Możliwe, że przypad­

kiem przeszliśmy przez zaczarowaną bramę. 

- Co takiego? 

- Zaczarowana brama to takie miejsce, tu, na wrzosowisku. 

Można przez nią wejść w inny wymiar czasowy i spotkać duchy. 

Kiwnął głową. Odczuwał zbyt silny ból, by się z nią sprzeczać. 

Kiedy zrobił kilka kroków w stronę wierzchowca, okazało się, 

że jego lewa noga jest bezwładna. 

To było jeszcze gorsze od bólu, nagle z przerażeniem 

pomyślał, że wróciła jego choroba z dzieciństwa. Modlił się, 

by żona niczego nie zauważyła. 

arkiz Camelbourne zaklął szpetnie, kiedy jego powóz 

zatrzymał się nagle na końcu drogi. Dalej były tylko drzewa. 

Okolica nie wydawała się znajoma, a on wcale nie miał ochoty 

jej poznawać. 

211 

background image

JILLIAN HUNTER 

Zastukał laską w sufit. 

- Woźnico, co z tobą? W tej mgle, na jakimś odludziu, 

jesteśmy łatwym łupem dla rabusiów. Dlaczego jedziemy 

objazdem? To nie jest droga do Penzance. 

Nie usłyszawszy odpowiedzi, Camelbourne wysiadł z karety. 

Woźnica gdzieś zniknął, prawdopodobnie poszedł zapytać 

o drogę. Markiz zerknął na zegarek z dewizką i jeszcze raz 

zaklął. Powozu, którym podróżował jego sekretarz, nic było 

widać, a.... 

Camelbourne powoli podniósł głowę. Na skraju drogi stała 

intrygująca kobieta w białej pelerynie. Przestraszył się, bo 

uzbrojony woźnica gdzieś się oddalił. Sam miał broń, ale pech 

chciał, że pistolet został w płaszczu, w powozie. 

Rozejrzał się, szukając lokajów. 

Nie było po nich nawet śladu. 

- Niech się pan nie niepokoi, milordzie. - Kobieta podeszła 

bliżej. Camelbourne nigdy nie słyszał tak pięknego głosu. 

Czyżby się znali? Stał jak skanieniały, zastanawiając się, czy 

to przypadkiem... nie, niemożliwe... to nie mogła być żona 

Pentargona. 

Kobieta zatrzymała się przed nim. 

Nie, to nie była Morwenna, choć podobieństwo było ude­

rzające. Pod kapturem ujrzał twarz o klasycznie pięknych 

rysach. Z Morwenny biła niewinność, od tej postaci promie­

niowała mądrość. 

- Czego pani chce? - Camelbourne był zafascynowany, 

a nie zaniepokojony. Choć w głębi duszy zdawał sobie sprawę 

z niezwykłości sytuacji, ciekawość zajęła miejsce zniecierp­

liwienia. Szaleństwo nocy świętojańskiej, pomyślał. 

Wzięła go za rękę i przeprowadziła przez zagajnik. Zatrzymali 

się w szczerym polu, Camelbourne dostrzegł w oddali napis 

„Kopalnie Barnstaple". To niemożliwe. Okolica przypominała 

piekło. Klekoczące taczki, stukot kilofów, na tyczkach kołysały 

się latarki. Półnagie dzieci uwijały się jak w ukropie. łch oczy 

212 

KLIFY 

były puste. Jak to możliwe, by gdzieś jeszcze pracowano w tak 

prymitywnych, pożałowania godnych warunkach? 

Camelbourne zostawił kobietę i podszedł do grupki dzieci 

siedzących przed namiotem. Jeden z chłopców, na oko sied­

miolatek, był tak podobny do jego syna, że Camelbourne omal 

nie zwrócił się do niego jego imieniem. Obojętny na wszystko 

chłopiec zanurzył palce w misce z jakąś papką i jadł łapczywie, 

jak gdyby był to jego jedyny posiłek tego dnia. 

Nagle w głębi namiotu rozległy się krzyki młodej dziewczyny. 

Camelbourne zauważył cień pochylającego się nad nią męż­

czyzny. Ich ciała poruszały się gwałtownie, złączone w brutal­

nym spółkowaniu. Wściekły, krzyknął, by mężczyzna przestał, 

i już chciał wejść do namiotu, kiedy kobieta powstrzymała go. 

- Nie słyszą pana i nie widzą - wyjaśniła łagodnie. 

- Ale jak to... - urwał, uświadomiwszy sobie, że to pytanie 

nie ma logicznej odpowiedzi. - Tak nie może być - powiedział, 

potrząsając z niedowierzaniem głową. - Przecież istnieją prawa, 

które zakazują podobnych praktyk. Dlaczego nikt ich nie 

przestrzega? Jak można do tego dopuszczać? 

- Istotnie - odezwała się smutno kobieta. - Jak można do 

tego dopuszczać, mój wszechmocny lordzie? 

Odprowadziła go z powrotem na skraj zagajnika, skąd 

dostrzegł czekających na niego lokajów i woźnicę. Mgła 

powoli się podnosiła, a odgłosy kopalni cichły w oddali. Szedł 

w stronę powozu, świadomy tego, że kobieta już mu nie 

towarzyszy. 

W połowie drogi odwrócił się i ostatni raz na nią spojrzał. 

- Kim jesteś? 

- Przyjacielem, milordzie. Tylko przyjacielem. 

background image

anim dotarli do pogrążonego w porannej ciszy zamku, 

Anthony zdołał sam siebie przekonać, że całe polowanie 

było jedynie przywidzeniem. Morwenna wypytywała o naj­

drobniejsze szczegóły, w końcu Anthony stracił cierpliwość 

i przestał odpowiadać na pytania, pogrążając się w mil­

czeniu. Nie mógł się pogodzić z tym, że on, człowiek 

tak logiczny, powściągliwy i rzeczowy, uległ tym samym 

absurdalnym przesądom, które przyczyniły się do śmierci 

Ethana. 

- Widziałeś sir Bedivere'a? - podpytywała podniecona Mor­

wenna. - Podobno sir Galahad jeździ na siwym koniu. Widziałeś 

króla? 

- Nie będę dziś więcej o tym rozmawiał. - Ból w biodrze 

ustępował, ale Anthony obawiał się, że coraz wyraźniej widać, 

że kuleje. Czyżby znów miał być kaleką? Zastanawiał się, 

kiedy Morwenna to zauważy i jak się będzie czuła jako żona 

człowieka fizycznie niepełnosprawnego. 

Dopilnował, by na górę po schodach weszła pierwsza. 

W sypialni odczekał, aż się rozbierze, po czym wciągnął ją 

do łóżka. 

- Anthony, nie włożyłam jeszcze nocnej koszuli. 

- Nie kłopocz się. - Jego dłoń pieściła wypukłość jej po-

214 

KLIFY 

śladków. Seks wydawał się najlepszym antidotum na zjawiska 

nadprzyrodzone. Zwykłe ziemskie pieszczoty powinny ukoić 

jego niespokojną duszę. 

- Myślałam, że jesteś ranny - powiedziała. 
- Bo jestem. - Pocałował wgłębienie w jej szyi, rozkoszu­

jąc się subtelnym zapachem jej perfum. - Ulecz mnie - wy­

szeptał. 

Sięgnęła między jego nogi i dotknęła członka. Anthony 

zmrużył oczy, wzdychając z zadowoleniem. 

- Niech Bóg ma mnie w swej opiece, lady Pentargon. Chyba 

będę żył. 

Nieśmiało zacisnęła palce wokół czubka jego włóczni i za-

czeła delikatnie poruszać dłonią. 

- Jak się teraz czujesz? 
- Zdecydowanie lepiej. Już prawie jestem zdrowy. - Ob­

jął ją w pasie i pomógł jej usadowić się na jego biodrach. 

Kiedy nadział ją na swoją różdżkę, Morwenna westchnęła. 

Unosiła się i opadała w rytmie, jaki dyktowały jego ręce, aż 

w końcu wpadła w trans. Jęcząc z rozkoszy, Anthony wsu­

nął ręce pod głowę i przyglądał się żonie. Jej drobne piersi 

kołysały się rytmicznie. Po kilku minutach chwycił jej po­

śladki i wyprężył się ku górze, doprowadzając ich oboje do 

ekstazy. 

Chwilę później ułożyła się do snu, wtulona w jego ciało. 

We włosach wciąż miała płatki lilii. Anthony przykrył ją 

kołdrą. 

- Moja pogańska panna młoda - wyszeptał z czułością. -

Rzuciłaś na mnie urok. 

- To ty rzuciłeś urok na mnie - powiedziała z westchnieniem 

i zamknęła oczy. - Moi przyjaciele mieli rację. Anthony, ty 

masz nadprzyrodzoną moc. To nie przypadek, że wyspa trafiła 

w twoje ręce. Jutro, zanim zapomnisz, zaczniemy badać groty -

mruknęła sennie. 

215 

background image

JILLIAN HUNTER 

-

 Morwenno, ledwo dwa dni temu wzięliśmy ślub. Chciałbym 

spędzić nasz pierwszy tydzień na rozkoszach łoza małżeńskiego, 

a nie wiosłować od brzegu do brzegu, szukając groty Ali Baby. 

Roześmiała się. 

- Pomyliły cię się legendy. Ojciec byłby wstrząśnięty. -

Otworzyła oczy, przypomniawszy sobie o czymś. - Mam 

nadzieję, że moja wcześniejsza teoria była prawdziwa. 

- Jaka teoria? 

- Podejrzewam, że to, co ci się dziś przydarzyło, miało 

związek z podróżą w czasie. Musiałeś przypadkiem wejść do 

zaczarowanej bramy i przeniosłeś się w czasie. 

- Oczywiście - odparł. - Często mi się coś takiego zdarza. 

W zeszłym tygodniu bytem rzymskim gladiatorem. Kto wie, 

może jak się jutro obudzisz, będę Joanną d' Arc? Mogę pożyczyć 

miecz i Biblię? 

- Och, Anthony. Nieładnie tak kpić z własnych talentów. 

- Talenty? Morwenno, dzięki tym talentom boli mnie bok. 

Dosłownie. 

- Oddałabym życie, żeby móc zobaczyć to co ty - wybuch-

nęła młodzieńczym entuzjazmem. 

Przeszły go dreszcze. 

- Nie mów tak. 

- Dlaczego? 
- Nie mogę znieść nawet myśli, że coś mogłoby ci się stać. 

- Przytul mnie, Anthony - wyszeptała, poruszona jego wy­

znaniem. 

Zrobił to, o co prosiła, i kilka minut potem oboje zasnęli. 

Ich oddechy mieszały się. W pewnej chwili Morwenna krzyk­

nęła przez sen. Za oknami majaczył blady świt. Anthony zerwał 

się i spojrzał na nią. 

- Co się stało? - zapytał z troską. 
- Śnił mi się Elliott Wołał mnie, Anthony, on potrzebuje 

mojej pomocy. 

216 

KLIFY 

- Kochanie, to tylko sen. Nie ma powodu do obaw. 

- Uważasz, że on nie żyje, prawda? 

- Wszystko na to wskazuje - odparł cicho. 

Nie wspomniał o tym, że znalazł u Pasco hełm Elliotta. 

Morwenna na pewno chciałaby osobiście porozmawiać o tym 

z Pasco, a na to nie mógł się zgodzić. Rano jak zwykle znów 

pójdzie z Vincentem przeszukiwać teren wokół domu Pasco 

na przylądku Skulla. 

Poprawił się na poduszkach i obserwował śpiącą Morwennę. 

Odprężyła się, oddychała miarowo i spokojnie. 

Ledwo i on zamknął oczy, ogarnął go dojmujący chłód. 

Anthony wyczuł czyjąś obecność. Odwrócił głowę. Na nocnym 

stoliku stał kielich ze zmatowiałego srebra, na którym wy­

grawerowana była scenka przedstawiająca średniowieczne łowy. 

Anthony usiadł ostrożnie, by nie zbudzić żony, i podniósł 

kielich do nosa. Zawartość pachniała wyjątkowo zachęcająco, 

jak grzane wino z miodem i ziołami. 

Przyszło mu na myśl, że takie trunki musieli pijać średnio-

wieczni rycerze wracający do domu po bitwie. Lub łowach. 

Kielich stał na kawałku zapisanego pergaminu. 

Wino uleczy twe rany. Słodkich snów, młody lordzie. 

- Młody lordzie - odczytał na głos. W pamięci odżyły 

wspomnienia z dzieciństwa. Nagle na leśnej polanie zobaczył 

niezdarnego kalekiego chłopca, tchórzliwego i nie wierzącego 
we własne siły. Obok niego stała zielonooka kobieta. Dotknęła 

jego ramienia patykiem, a wtedy w jego nieśmiałej duszy 

zrodziła się odwaga. 

- To ty - odezwał się Anthony, wstając nago z łóżka. 

Rozejrzał się po sypialni, ale nie zauważył nikogo, oprócz żony 

i trzech kotów drzemiących w koszyku obok ich łóżka. - Jak 

to być może? To nie jest możliwe. 

217 

background image

JILLIAN HUNTER 

Nagle poczuł wielką ochotę, by skosztować napoju. Nie 

wiedział, czy to nie trucizna i czy przypadkiem rano Morwenna 

nie znajdzie na podłodze jego martwego ciała. Wypił, a wtedy 

ogarnął go głęboki spokój. Wkrótce zasnął. 

rzez kilka godzin śniły mu się przedziwne sny. Większość 

nie miała sensu, jak choćby trajkocząca żona pastora. Morwenna 

na wrzosowisku wzywała jego pomocy, ale on nie mógł jej 

dosięgnąć. Był zdeformowanym kaleką, śmiałaby się z niego 

jak niegdyś ojciec i koledzy. 

Kulejąc, włóczył się po wrzosowisku, między rzędami gro­

bów, nad jego głową krążył ptak, prowadził go, popędzał... 

Obudziło go poranne słońce. Na stoliku nie było żadnego 

kielicha ani pergaminu. Nie było też Morwenny. Za oknem 

rozległo się trzepotanie skrzydeł. Zanim zdążył wstać z łóżka, 

nie było już na co patrzeć. Na tle błękitnego nieba przesuwał 

się jakiś cień. 

Anthony spojrzał przez okno. W zatoce cumował niewielki 

parostatek. Mężczyźni biegali tam i z powrotem, wyładowując 

na plażę meble, marmurowe popiersia, kredens, porcelanę. 

Poszukiwania Elliotta, albo jego ciała, będą musiały poczekać 

co najmniej kilka godzin. 

Ubrał się pospiesznie i zszedł na dół. Na szczęście już prawie 

zupełnie nie kulał, na biodrze nie było śladu obrażeń. Poczuł 

wielką ulgę. 

W korytarzu natknął się na panią Treffry. 
- Gdzie moja żona? 

- Wyszła z panem Vincentem, milordzie. 

- Wyszła? - Wyobraził sobie Morwennę i Vincenta polu­

jących na klifie na motyle. - Dokąd? 

- Dziecko Lanreathów poważnie zachorowało, milordzie. 

Poszła pomóc. 

218 

KLIFY 

- Jest pani pewna, że towarzyszy jej Vincent? 

- Najzupełniej, milordzie. Nalegał, że ją odwiezie i na nią 

zaczeka. 

- To dobrze. Zaraz i ja do nich dołączę. 

- A śniadanie, milordzie? 

- Dziękuję, nie jestem głodny. 

Choć Vincent był dobrym strażnikiem, Anthony'emu nie 

podobało się, że Morwenna wychodzi z domu bez niego. I nie 

miało znaczenia, że robiła tak przez całe życie. Te jej tęcze 

może i były piękne, ale nie chroniły jej przed niebezpieczeń­

stwami, jakie czyhały w świecie. 

Magia nie uratowała wyspy. 

Głośne pukanie w drzwi oznaczało, że przyniesiono meble 

CameIbourne'a. W ciągu kwadransa powściągliwa elegancja 

musiała ustąpić miejsca ozdobnym znakom czasu: krzesłom 

o dziwnych kształtach, barokowym sofom, kredensowi w stylu 
rokoko wielkości klifu. 

Kiedy wpadł na chiński stolik, ucieszył się, że nie ma tu 

Morwenny. Dobrze, że nie widziała tego gwałtu na dobrym 

smaku. A gdyby... 

Na stoliku markiza leżała zaginiona książka. 

Niewiele myśląc, Anthony sięgnął po nią. Nie wziął jej do 

ręki, bo w ostatniej chwili przypomniał sobie, że przecież może 

ją dokładniej obejrzeć, kiedy odnajdzie krnąbrną żonę. 

„Otwórz mnie". 

„Przeczytaj mnie". 
Odsunął się od stolika, zastanawiając się, czy przypadkiem nie 

postradał zmysłów. To pije jakieś dziwne napoje, to znów wydaje 

mu się, że uczestniczy w łowach. Tym razem odniósł zupełnie 

irracjonalne wrażenie, że książka wzywała go, by przekazać mu 

wiadomość, której z uporem do siebie nie dopuszczał. 

Odwrócił się zdecydowany wyjść. Przy drzwiach siedział 

biały kot, jak gdyby na coś czekał. 

219 

background image

JILLIAN HUNTER 

-

 To znowu ty - mruknął poirytowany. - Do diabła, a co 

mi tam... 

Sięgnął po książkę. 

Welinowe stronice przewracały się pod jego palcami jak 

gdyby pod wpływem czarów. Włosy zjeżyły mu się ze strachu, 

kiedy przyjrzał się ostatniej ilustracji. 

Rysunek przedstawiał kobietę zakutą w łańcuchy w morskiej 

grocie. Była to Morwenna, woda sięgała jej już do pasa. 

Obraz tak nim wstrząsnął, że Anthony nie usłyszał zbliża­

jących się kroków. 

- Milordzie, dzięki Bogu, że pana znalazłem. Zauważyłem 

jacht i zastanawiałem się... 

Anthony odwrócił się, próbując otrząsnąć się z szoku, jaki 

wywołała ilustracja. Sir Dunstan przeciskał się między greckimi 

wazami tarasującymi wejście. 

Anthony zmusił się do uśmiechu. 

- Sir Dunstanie, czyżby spotkanie z panią Winleigh miało 

gorszy przebieg, niż się pan spodziewał? Tak czy inaczej 

będziemy musieli przełożyć tę rozmowę na wieczór. 

- Lordzie Pentargon... 
- Niech mnie odprowadzi do stajni. Bardzo się spieszę, jadę 

szukać pańskiej bratanicy. 

Sir Dunstan nie odwzajemnił uśmiechu. 

- Przyjechałem najszybciej jak się dało. Niech pan powie, 

że nie wyszła z zamku sama. 

rzerażony Pasco, w średniowiecznym hełmie na głowie, 

wcisnął się między czarne świece ułożone w trójkąt. Tłumaczył 

sobie, ze Morwenna zasłużyła na to, co ją spotkało. Chciał, 

żeby cierpiała za to, że przez tyle lat go odpychała, ale po tym, 

co zrobił, teraz trząsł się ze strachu. 

Nie zamierzał karać jej aż tak okrutnie. Nawet duchy 

220 

KLIFY 

z piekła przestały do niego mówić. Rankiem Pasco znalazł 

w klatce martwego jednookiego kruka. Uznał lo za zwiastun 

tego, co miało nadejść. Przez noc ropuchy mieszkające w jego 

ogrodzie tak się rozmnożyły, że Pasco ledwo zdołał wydostać 

się domu. 

Nagle z rozpaczą uświadomił sobie, że moce ciemności, 

którym służył przez całe życie, odwróciły się od niego, a lord 

Pentargon z pewnością już się szykuje, żeby rozszarpać go na 

strzępy. Dobrze wiedział, że książę go zabije, jeśli Pasco nie 

odnajdzie ukrytej groty, która niebawem miała się stać grobow­

cem Morwenny. 

background image

ysunek wstrząsnął nim do głębi. Wprawdzie nie wierzył 

w takie rzeczy, jednak gdy w grę wchodziło życie Morwenny, 

Anthony nie zamierzał ryzykować. Co więcej, udzielił mu się 

niepokój Dunstana. Nie pytając stryja żony o zdanie, kazał 

przygotować dwa wierzchowce i zażądał, by sir Dunstan 

wyjaśnił mu wszystko po drodze. 

- Domyślam się, że z żoną Elliotta coś poszło nie tak -

odezwał się Anthony, kiedy opuścili teren posiadłości. 

- Jego żona nie żyje - odparł Dunstan zachrypłym ze strachu 

i zmęczenia głosem. - Kochanka Elliotta twierdzi, że pani 

Winleigh miała wypadek na łodzi. Któregoś dnia wypłynęła 

w morze i utonęła. Na dodatek była w ciąży. 

- Wypadek na łodzi? Jeszcze jeden? - W głowie Antho-

ny'ego kłębiły się czarne myśli. Przeczucia, jakie miał od 

dawna, zaczęły przybierać przerażająco realne kształty. - Miał 

kochankę, zanim zmarła mu żona? 

- On ma kochankę. - Zwolnili, dojechawszy do końca drogi 

na grobli. Pod nimi fale gniewnie uderzały w klify. Dunstan 

źle wyglądał, w końcu nie był już taki młody, a poza tym 

niepokoił się o bratanicę. - EUiott żyje, milordzie. Dlatego tak 

się spieszyłem z powrotem, żeby panu o tym powiedzieć. 

- Widział się pan z nim w St. Ives? 

222 

KLIFY 

- Nie, ale młoda kobieta, którą zastałem w jego domu, była 

tak pijana i wściekła na jego dziwaczne zachowanie, że wy-

starczyło kilka funtów, by go zdradziła. Powiedziała, że Elliotta 

interesuje wyłącznie sztuka, i że ona ma dosyć jego i tej jego 

chorej obsesji, 

- Chora obsesja. - W tych dwóch słowach Anthony wy­

czuwał cały przerażający świat. 

- Im dłużej się nad tym zastanawiam - mówił dalej Dun­

stan - tym bardziej jestem pewien, że mój brat na łożu śmierci 

ostrzegał mnie przed Elliottem. Roland miał wylew, więc to, 

co mówił, praktycznie było niezrozumiałym bełkotem. Myś­

lałem, że chodziło mu o to, żebym opiekował się Morwenną 

i Elliottem, bo Eliiott jest przewrażliwiony na punkcie swojej 

sztuki. 

- O Boże - westchnął Anthony. 

- Teraz wydaje mi się, że Roland chciał powiedzieć, że 

mam bronić Morwenny przed Elliottem. Jego kochanka wspo­

mniała, że Eliiott i Roland ciągle się kłócili o ilustracje do tej 

ostatniej książki. Eliiott odgrażał się, że odda sprawę do sądu. 

Ani ja, ani Morwenną nic o tym nie wiedzieliśmy. 

- Ale dlaczego Eliiott miałby zaaranżować własną śmierć? 

- Nie mam pojęcia. Kochanka uważa, że to część zemsty. 

Widzi pan, Eliiott niedawno dowiedział się, że Roland zasu­

gerował Radzie Koronnej, żeby wycofała się kontraktu na 

pomalowanie królewskiej gotowalni. To dzieło zapewniłoby 

mu artystyczną nieśmiertelność. Roland podejrzewał, jak widzę 

słusznie, że sztuka Elliotta odzwierciedla jego szaleństwo. 

Anthony potrząsnął głową. 
- A mnie te jego rysunki bardzo się podobały. 

- Mnie również, dopóki jego kochanka nie pokazała tego, 

który miał być dziełem jego życia. Przedstawiał młodą kobietę 

przykutą łańcuchem do Koła Fortuny. Milordzie, tą kobieta 

była Morwenną. Boję się o nią. 

Anthony opanował falę paniki. 

223 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Mówił pan, że Elliott jest w St. Ives. 

- Był w ubiegłym tygodniu. Kochanka podejrzewa, ze 

wrócił na Abandon i ukrywa się w jakiejś grocie. 

- Znajdę Morwennę. Niech pan wraca do zamku, na wypadek 

gdyby się pokazała. I proszę ją tam zatrzymać. - Anthony 

mówił spokojnie, jak gdyby chciał sam siebie przekonać, ze 

jeszcze nie jest za późno. - Upewnię się, ze jest bezpieczna, 

a potem ruszę na poszukiwanie Winleigha. Moi ludzie mi 

pomogą. Wszystko inne musi zaczekać, aż Morwenna wróci 

bezpiecznie do zamku. Sir Dunstanie, niech się pan o nią nie 

martwi. Nie pozwolę, żeby coś jej się stało. 

- Tak. Tak, oczywiście, milordzie. Nie wątpię, że dotrzyma 

pan słowa. 

Anthony odetchnął z ulgą, widząc kolaskę czekającą przy 

granitowej chacie. Przed domostwem wokół sadzawki biega­

ły dzieci, goniąc kaczki. Gunther drzemał na plaży. Nad 

spokojnym gospodarstwem świeciło słońce. Na skałkach 

w glinianych misach suszyły się kraby, przy drzwiach stały 

skrzynie na kwiaty, przygotowane do jutrzejszego załadunku 

na statek. 

Widok był krzepiący, ale Anthony wiedział, że nie odetchnie 

spokojnie, dopóki nie zobaczy żony. Zapukał w drzwi. Kiedy 

usłyszał dobiegający ze środka śmiech Vincenta, poczuł ulgę. 

Drzwi otworzyła młoda kobieta z niemowlęciem na ręku. 

- Tak... Och, to pan, milordzie. - Dygnęła grzecznie, ze­

rkając przez ramię na Vincenta, który zawstydzony poderwał 

się z dębowej ławy. Dziecko zaczęło płakać. 

Anthony rozejrzał się po chacie, nie zwracając uwagi na 

szept kobiety. 

- Cichutko, Ethanie. Nie bój się. Lord Pentargon to dobry 

człowiek, jak twój tatuś. To dobry człowiek. 

- Gdzie moja żona? - zapytał Anthony. Nagle ogarnęła go 

224 

KLIFY 

pustka i wielki strach. Czy była w innym pokoju? Nie, jasne... 

była w ogrodzie, z dziećmi. 

Vincent spojrzał na niego ze zdziwieniem. 

- Przecież lady Pentargon jest z panem, milordzie. 

- Ze mną? Nie, nie, nie! 
- Przysłał pan wiadomość... - Vincent sięgnął po karteczkę, 

leżącą na parapecie. - Znam pańskie pismo, milordzie. Naj­

bardziej nieczytelne w całym królestwie. 

Anthony rozłożył karteczkę. Rzeczywiście, jego pismo zo­

stało podrobione idealnie. 

Morwenno! 

Chcę pokazać Ci grotę Artura. To mój prezent ślubny. 

Czekam na drodze przy klifie. Magia będzie tylko dla Ciebie. 

A. 

Tylko artysta mógł podrobić zawijasy, charakterystyczne dla 

niecierpliwego pisma Anthony'ego. W tym momencie przy­

pomniał sobie, jak Elliott ochoczo zbierał z podłogi jego listy, 

które Morwenna strąciła z sekretarzyka. 

- Vincencie, miałeś nie spuszczać z niej oka. Jak możesz 

być tak niewiarygodnie lekkomyślny? 

Vincent i Jane spojrzeli po sobie ze zdziwieniem. 

- Ależ, milordzie, widziałem pana na klifie - odparł z nie­

dowierzaniem Vincent - Machał pan do nas. Rozpoznałem 

pański płaszcz... 

Anthony był już przy drzwiach. Jego oczy płonęły z nie­

pokoju. 

- Ten, który zgubiłem na plaży? Vincencie, to nie mnie 

widziałeś. To był Elliott Winleigh. 

Nie musiał dodawać nic więcej. Vincent natychmiast był 

przy nim. Widząc zachowanie Anthony'ego, od razu się domyś­

lił, że Morwennie grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. 

- Co mam robić? 

225 

background image

JILLIAN HUNTER 

-

 Idź z sir Dunstanem i Danielem Carew na wrzosowisko. 

Skrzyknijcie trzy ekipy i zacznijcie przeszukiwać klify. Na 

pewno zabrał ją gdzieś daleko od zabudowań, ale na wszelki 

wypadek niech ktoś ma oko na zatokę i wypływające łodzie. 

- Moi bracia pomogą - wtrąciła się Jane. - Niech pan to 

weźmie ze sobą. 

Położyła dziecko w kołysce i odsunęła szufladę, z której 

wyjęła dwa piękne włoskie pistolety. Anthony przyglądał im 

się ze zdziwieniem, zastanawiając się, dlaczego wydają mu się 

znajome. Po chwili uświadomił sobie, że przecież dwa lata 

temu sam przywiózł je dla Ethana z Florencji, 

- Ethan chciał, żebym trzymała je dla własnego bezpieczeń­

stwa - wyjaśniła cicho. - Mówiłam mu, te nie będą mi po­

trzebne. Czekaliśmy na właściwy moment, żeby powiedzieć 

mojej rodzinie o dziecku. Mieliśmy się pobrać. 

Ale Ethan zmarł. Anthony spojrzał na leżące w kołysce 

dziecko, na swojego bratanka. Niestety, nie była to najlepsza 

pora, żeby się poznawać i zacieśniać więzy rodzinne. 

- Te pistolety nie są naładowane - powiedział. - Ale przyda 

mi się łódka. Możesz mi pomóc? 

- Oczywiście. Niech pan idzie ścieżką, aż do klifu. Moi 

bracia panu pomogą. Zrobią wszystko, by ratować Morwennę. 

orwenna stała przykuta do skalnej ściany. Poziom 

wody w grocie podnosił się bardzo szybko. Jakże była naiw­

na, wierząc w pokrętne wyjaśnienia Elliotta, kiedy zapytała, 

dlaczego sfałszował pismo Anthony'ego. Dlaczego nie usłu-

chała instynktu? Przecież coś jej podpowiadało, że Elliott 

kłamał, patrząc jej prosto w oczy. Twierdził, że chciał 

podzielić się z nią tajemnicą groty Artura, nim świat do 
reszty ją zniszczy. Dlaczego nie uciekła od niego tam, na 

klifie, kiedy jeszcze miała szansę? Vincent wszystko wi-
dział. 

Tak się ucieszyła, widząc Elliotta całego i zdrowego, że 

w ogóle nie zastanawiała się nad jego pokrętną opowieścią. 

- To ta grota? Elliocie, skąd masz pewność? - zapytała, 

kiedy chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą. - Gdzieś ty był? 

Wszyscy myśleli, że zginąłeś. Dlaczego nie dawałeś żadnych 

znaków życia? Gdzie znalazłeś płaszcz Anthony'ego? Gdzie 

twoje okulary? 

Powiedział, że ukrył się, by dokończyć dzieło swojego życia. 

Odkrycie groty zainspirowało go do pracy, nie chciał się 

rozpraszać. Czyżby nie dostała wiadomości, którą zostawił 

w dzień zniknięcia? Napisał jej, że wybiera się na poszukiwanie. 

Zapłacił jednemu z uczniów Pasco, by ten osobiście oddał jej 

227 

background image

JILLIAN HUNTER 

karteczkę, ale pewnie mały złodziejaszek wziął pieniądze 

i zapomniał. 

Teraz wiedziała, że to wierutne kłamstwa, zło, od którego 

nie ma ucieczki. 

- To nie jest grota Artura - powiedziała do siebie, próbując 

nie tracić zdrowego rozsądku. Legendarny król nigdy by jej 

nie zdradził. Morwenna z pogardą rozglądała się wokół siebie. 

Grota Artura jaśniała świętym światłem. Tu otaczał ją wyłącznie 

ponury granit. Nie było kryształów rozświetlających mrok ani 

rzadkich gatunków róż. Twarz Elliotta oświetlało kilka skra­

dzionych lamp. 

- Idiotko, nie ma żadnej groty. - Jego głos był obojętny, 

prawie znudzony. - Nie było żadnego Artura, Merlina ani 

Camelotu. To wszystko legendy. Twój ojciec zmarnował całe 

życie, pisząc naukowe rozprawy na temat jakichś bajek. Na 

dodatek zniszczył też moją karierę. 

- Nieprawda ... 

- Prawda. Doniósł komisji królewskiej, że jestem szalony, 

że moje prace to obraza królowej. Nie chciał, żebym ilustrował 

jego ostatnią książkę, ale bał się powiedzieć mi to w twarz. 

Myślał, że mógłbym cię skrzywdzić. Nie przypuszczał, że 

wiem o jego zdradzie. 

Pomocy. Pomocy. Niech mi ktoś pomoże, pomyślała roz­

paczliwie. 

Zamknęła oczy, żeby nie patrzeć mu w twarz. Jego głos 

wywoływał w niej zimne dreszcze. Kiedy spojrzała mu w oczy, 

nie było w nich duszy, człowieczeństwa ani nadziei. Woda 

sięgała już pasa. Elliott siedział nad nią, na półce skalnej, 

i w zamyśleniu szkicował jej portret. Po jego notatniku spa­

cerował krab. Morwenna czuła, że wokół kostek oplatają jej 

się wodorosty. 

- Elliott, woda zaraz sięgnie mi do ramion - odezwała się 

słabym głosem. 

- I dobrze. Lada chwila skończy się olej w lampach, a w tej 

228 

KLIFY 

grocie jest ciemno jak... -Podniósł wzrok znad kartki i uśmiech­

nął się złowieszczo. - Jak w grobie. 

- Boże, Elliott! Chyba tego nie zrobisz? Proszę, powiedz, 

że chciałeś mnie tylko nastraszyć. 

- Przestań kręcić głową - warknął poirytowany. - Jeśli 

chcesz się uratować, użyj magii. Co, nie działa? A to pech. 

W takim razie musisz zaczekać na tego swojego kulawego 

rycerza. Tylko jak on cię tu znajdzie w tej zapomnianej i pełnej 

wody grocie? Nikt cię nie znajdzie, Morwenno. Dopiero po 

śmierci. 

Patrzyła na niekończące się fale oceanu. W oddali na tle 

szarego nieba majaczył kontur zamku. Widok, który zawsze 

podnosił ją na duchu, przywoływał marzenia, teraz stał się 

koszmarem. Umrze przekonana, że magia, w którą całe życie 

wierzyła, była tylko złudzeniem. Ramiona, wyciągnięte od 

jakiegoś czasu nad głową, zaczęły boleć. Sznury, którymi była 

spętana, boleśnie ocierały skórę nadgarstków. Rozpuszczone 

włosy były całkiem mokre. 

„Na Abandonie nigdy nie dzieje się nic złego". 

Trzeba było słuchać męża. Powinna była zrobić to, o co ją 

od początku prosił, zamiast kierować się własnym uporem. 

Serce ścisnęło jej się z bólu, kiedy pomyślała jak bardzo będzie 

rozpaczał po stracie obojga, brata i żony. Był dobrym czło­

wiekiem, nie miała racji, podważając słuszność jego decyzji. 

Dlaczego uwierzyła w zwodniczą magię? 

„Magia. Och, tatusiu, magia nie istnieje". 

Zamknęła oczy, ale szybko je otworzyła, bo oto w grocie 

rozległo się stłumione bicie dzwonów kościelnych. Morwenna 

wzięła głęboki wdech i zerknęła ukradkiem na Elliotta, by 

przekonać się, czy i on słyszy tajemnicze dźwięki. Jego szczupła 

twarz pozostała obojętna, skoncentrowana na rysowaniu. 

Anthony słyszał kiedyś dzwony, podczas gdy do niej ich 

odgłos nie docierał. Czy teraz... głos dzwonów też do niego 

dotrze? Czy w ogóle wiedział, co się z nią stało? Przypuszczała, 

229 

background image

JILLIAN HUNTER 

ze Vincent wciąż przebywał w domu Jane, nieświadomy 

oszustwa, jakiego dopuścił się Elliott, a Anthony pewnie 

uważał, że żona wkrótce wróci do domu. 

Morwenna wsłuchiwała się w muzykę dzwonów. Tłumaczyła 

sobie, ze te odległe dźwięki to magiczna lina ratunkowa, znak, 

że wszystko będzie dobrze. Jeśli na chwilę podda się panice, 

jeśli uwierzy, że umrze... 

Walcząc z własnym przerażeniem, wyobrażała sobie twarz. 

Arithony'ego. Pamiętała, jak opowiadał jej o dzieciach wysy­

łanych do kopalni, o tym, jak cierpią, zmuszane do niewolniczej 

pracy. Morwenna nigdy nie spotkała człowieka, który tak 

bardzo przejmowałby się losem innych. Jeśli robił wrażenie 

twardego i nieprzejednanego, to tylko dlatego, że życie zmusiło 

go do takiego zachowania. Anthony będzie cudownym ojcem. 

Kiedy uświadomiła sobie, że właściwie mogłaby nosić jego 

dziecko, musiała zagryźć wargi, żeby się nie rozpłakać. 

Dzwony dodawały jej odwagi. Postanowiła skoncentrować 

się na ich melodii. Lyonesse istniało naprawdę. Ojciec miał 

rację. Ta myśl podnosiła ją na duchu, a jednocześnie zasmucała. 

Na jej twarzy musiały pojawić się jakieś dziwne emocje, bo 

Elliott odłożył nagle ołówek i zaczął się jej przyglądać. 

- Nigdy nie widziałem takiego wyrazu twojej twarzy, Mor-

wenno - odezwał się po chwili. - Bardzo ciekawy, ale to 

jeszcze nic w porównaniu z obliczem kobiety, która wydaje 

ostatnie tchnienie. Gdybyśmy mieli więcej czasu, pokazałbym 

ci portrety mojej żony, które sporządziłem, zanim ją zabiłem. 

Są naprawdę fascynujące. 

nthony energicznie zepchnął łódź na wodę. Fale wściekle 

uderzały o burtę, ale Anthony był zadowolony, bo mógł 

skoncentrować energię i myśli na walce z żywiołem. Zanim 

wsiadł do łodzi, między jego nogami przesmyknął się węgorz. 

W oddali słychać było odgłosy burzy, zbliżał się sztorm. Na 

klifach terkotały bryczki. Mieszkańcy wyspy zaczęli już szukać 

Morwenny. 

Nie znał wyspy tak dobrze jak Morwenna, ale wiedział, że 

do większości szczelin skalnych w klifach można się dostać 

wyłącznie łodzią w czasie przypływu. 

- Lordzie Pentargon! Lordzie Pentargon! 

Anthony już sięgał po wiosła, kiedy ujrzał Pasco zbiegającego 

na brzeg. W pierwszym odruchu chciał go zignorować. Szkoda 

czasu na tego małego łajdaka. Pasco nie dawał za wygraną, 

widząc, że Anthony nie zamierza na niego czekać, wbiegł do 

wody i zaczął płynąć. 

- Nie mam czasu na twoje żarty - wycedził przez zęby 

Anthony. kiedy Pasco był już przy burcie. 

- Musi mnie pan ze sobą zabrać. - Pasco wgramolił się do 

łodzi. Determinacja na jego twarzy dała Anthony'emu do 

myślenia. 

- Wiesz, gdzie ona jest? 

231 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Gdzieś na przylądku Skulla. - Pasco przetarł oczy brudnym 

rękawem i chwycił za wiosło. Była to łódź rybacka. Na dnie 

leżały sieci i nóż z rzeźbionym trzonkiem. 

- Pomogłem mu, milordzie. Wcale nie chciałem jej skrzyw­

dzić. - Pasco był przerażony. Zdaje się, że bardziej obawiał 

sic o siebie niż o Morwennę, co było całkiem słuszne. Anthony 

słuchał jego żałosnej spowiedzi i czuł, że ogarnia go furia. -

Nie wiedziałem, że on jest szalony. 

- Pomogłeś mu? Wiesz, dokąd ją zabrał? - Anthony wyrzucał 

z siebie urywane pytania. Nie przestawał wiosłować, bo obawiał 

się, że gdyby miał w tej chwili wolne ręce, siłą wydusiłby z Pasco 

odpowiedź. - Chcesz powiedzieć, że wiedziałeś, że on żyje? 

Pasco unikał jego wzroku. 
- Tak. Któregoś ranka, zastawiając sidła, natknąłem się na 

niego w zatoce. Namówił mnie, żeby dokuczyć panu i Mor-

wennie. 1 tak, kiedy sprowadzi się tu markiz, nie mam na 

wyspie przyszłości. To ja ukradłem panu płaszcz. Przyniosłem 

mu rzeczy, o które prosił. 

- To znaczy? 

- Jedzenie, koc, węgiel do szkicowania. - Jego głos się 

załamał. - Kajdanki. 

Anthony omal nie stracił nad sobą panowania. 

- Kajdanki? Ty bydlaku! Jeśli ją skrzywdził, jeśli... 

Pasco zaczął płakać. 

Anthony przełknął głośno Ślinę i odwrócił głowę w stronę 

klifów. 

- Jak myślisz, gdzie ją trzyma? 

- Nie jestem pewien. - Pasco wytarł oczy. - Powiedział, że 

znalazł grotę pełną skarbów. Obiecał, że mi wszystko wyna­

grodzi. 

- Nie znalazł żadnej groty - Anthony nie potrafił wyjaśnić, 

skąd miał taką pewność, ale czuł, że w świętej grocie, którą 

on znalazł, nie mogłoby przydarzyć się nic złego. - Ile tu może 

być grot? 

232 

KLIFY 

- Chyba siedem. Większość jest już pod wodą. Nie chciałby 

pan być w środku. 

Anthony spojrzał mu z obrzydzeniem w oczy. 

- A jeśli nie mógłbyś uciec, bo ktoś przykułby cię do 

ściany?! Daleko jeszcze? 

- Myślę, że... 

Obaj równocześnie spojrzeli w górę, na niebo. Nad klifami 

krążył wielki czarny kruk. Wbrew temu, co twierdzili miesz­

kańcy, na wyspie musiało mieszkać co najmniej tuzin tych 

samotnych ptaków, wybrzeże było dla nich doskonałym żero­

wiskiem. Anthony odnosił dziwne wrażenie, że był to ten sam 

kruk, który niedawno wskazywał drogę jemu i Morwennie. 

I tak nie miał zbyt dużego wyboru. Z desperacją wyglądał 

jakiegokolwiek znaku, wskazującego, gdzie więziono Mor­

wennę. W swej rozpaczy zaczął nawet wierzyć, że pod postacią 

ptaka ukrywa się legendarny król. 

- Czy ten kruk krąży nad przylądkiem Skulla? - zapytał. 

- Tak, ale wody są tam zbyt niebezpieczne dla łodzi. 

Podwodne skały są ostre jak brzytwa. Nie wiem, jak blisko 

uda nam się dotrzeć. Woda i tak zalała już groty. 

- Możemy podpłynąć? 

Pasco spojrzał na niego z przerażeniem. 

- Pan pewnie mógłby, bo ja nie mam tyle siły. 

- To zacznij jej szukać, Pasco. Będę potrzebował twojej 

pomocy. 

orwenna opadała z sił. Było jej zimno i nie mogła się 

poruszać. Oczy same jej się zamykały, kiedy nagle u wejścia 

do groty zauważyła jakiś poruszający się cień. Chwilę później 

usłyszała chlupot wody, który nie przypominał miarowego 

uderzania fal o granitowe ściany. 

Anthony. 

Widziała go przez ułamek sekundy, gdy wynurzył się, by 

233 

background image

JILLIAN HUNTER 

zaczerpnąć powietrza- Towarzyszyła mu jakaś szczupła postać. 

Zniknęli w ciemnozielonym mroku tak nagle, jak się pojawili. 

Czyżby była to tylko gra jej wyobraźni? Miała halucynacje? 

Ramiona coraz bardziej ją bolały, straciła czucie w dolnych 

partiach ciała. Nadzieja podziałała na nią jak elektrowstrząs. 

W nagłym przypływie energii Morwenna znalazła siłę, by 

poruszyć głową. 

- Morwenno - skarcił ją Elliott, marszcząc brwi. - Nie 

kręć się. 

Znów go zobaczyła. Jej mąż. Rozpoznała jego profil i tors, 

gdy przemykał się po skałach. Widząc jego poważną twarz, 

Morwenna zadrżała z niepokoju. I ulgi. Jego obecność zdawała 

się wypełniać całą grotę. Czyżby Elliott tego nie wyczuwał? 

Anthony był już prawie przy półce skalnej. Położył palec na 

ustach, dając jej sygnał, żeby go nie wydała. Przełknęła ślinę. 

Gardło miała tak ściśnięte, że i tak nie mogłaby wydusić ani 

słowa. Jedyne, na co się zdobyła, to westchnienie. Nie odważyła 

się spojrzeć na Elliotta, 

- Nudzisz się, Morwenno? - zapytał. - Chciałabyś... 

Anthony, z nożem w zębach, wynurzył się z wody. niczym 

mityczny władca mórz. Wskakując na skalną półkę, strącił do 

wody dwie latarnie. W grocie zapanował półmrok. Światła 

dziennego docierało tu tak niewiele, że Morwenna prawie nie 

widziała, co się dzieje. Anthony był taki potężny. Włosy 

ociekały mu wodą, a mokra koszula i czarne spodnie przylgnęły 

do jego muskularnego ciała. Rzucił się na Elliotta. 

Elliott, choć dał się zaskoczyć, zareagował błyskawicznie. 

Rzucił w Anthony'ego butelką terpentyny, trafiając go w twarz, 

a jednocześnie sięgnął po średniowieczny miecz, leżący u jego 

stóp. Morwenna zauważyła, że Anthony upuścił nóż. Ogarnęła 

ją bezradność i rozpacz. Nie wiedziała, jak pomóc mężowi. 

Zaczęła machać nogami w wodzie, próbując ochlapać twarz 

Elliotta i w ten sposób odwrócić jego uwagę. Włożyła w to 

całą swoją energię. 

234 

KLIFY 

-

 Uważaj, Anthony! - zawołała. - On jest silniejszy, niż 

myślisz. 

Z mroku wyłoniła się jeszcze jedna postać. Morwenna 

z początku nie wiedziała kto to. Dopiero po chwili rozpoznała 

Pasco. Wpadła w panikę. Elliott przechwalał się, jak to sprytnie 

namówił Pasco do współpracy. Czyżby Pasco śledził An­

thony'ego aż tutaj, żeby go zabić? 

Pasco wspiął się na półkę. Morwenna krzyknęła z przerażenia, 

kiedy sięgnął po leżący na skale nóż. W grocie paliła się tylko 

jedna latarnia, rzucając na ściany dziwaczne cienie. 

- Anthony, za tobą jest Pasco! Ma nóż! 

Rzucił się na Elliotta z taką zaciekłością, że zaczęła wątpić, 

czy ją usłyszał. 

Elliott wypuścił z dłoni miecz, który odbił się od ściany. 

W tym momencie Pasco ruszył do ataku, odpychając An­

thony'ego. Morwenna usłyszała rozdzierający jęk. Zrobiło jej 

się słabo, nie widziała, że Pasco dźgnął nożem Elliotta. Onie­

miała z przerażenia patrzyła, jak Anthony odsuwa się o krok. 

Spodziewała się, że upadnie. Dopiero po chwili uświadomiła 

sobie, że nie jest ranny. Wciąż nie mogła uwierzyć, że to Elliott 

słaniał się na nogach. Nagle, zaciskając dłoń na gardle, zatoczył 

się i wpadł do wody. 

- Boże, Pasco! Coś ty narobił? - wykrzyknął Anthony. 

Morwenna nie słuchała tego, co mówił. Liczyło się tylko to, 
że żył, że był przy niej. 

Upadł na kolana, próbując wyciągnąć Elliotta z wody, ale 

prąd zdążył już porwać ciało. 

- Miał klucz do kajdanek - powiedział zdesperowany. -

I jak my ją teraz uwolnimy? 

- Mam zapasowy - odparł Pasco. 

- Przy sobie? 

- Tak, tu, w mankiecie. Zaraz ją uwolnię. Niech pan stanie 

w wodzie, żeby ją złapać, jeśli zemdleje. 

Anthony spojrzał na Morwennę. 

235 

background image

JILLIAN HUNTER 

- O Boże - usłyszała jego szept. - Pasco, błagam, tylko nie 

upuść klucza. - W jego głosie wyczuła tyle miłości i troski, 

ze straciła nad sobą panowanie. Po policzkach płynęły jej łzy, 

drżała, czuła, ze zaraz całkiem osłabnie. Wdzięczność mieszała 

się w jej duszy z niepokojem. Wreszcie miała wolne ręce, krew 

zaczęła żywiej krążyć w żyłach, sprawiając palący ból. Mor-

wenna osunęła się bezwładnie w mrok, w najsilniejsze ramiona 

na świecie. 

niew zapłonął w nim na nowo, gdy wziął ją na ręce. 

Teraz, kiedy mógł odetchnąć z ulgą, bo była bezpieczna, zaczął 

żałować, że Pasco zabił Ełliotta, pozbawiając Anthony^ego 

tego przywileju. Ostrożnie położył Morwennę na skalnej półce 

i przykrył ją kocem Ełliotta. 

- Lepiej ci, kochanie? 

- Tak, nie zostawiaj mnie samej. 

- Nie. Nigdy. Już po wszystkim... Jesteś ranna? 

- Moje ramiona. Moje plecy. - Była zbyt zmęczona, żeby 

mówić. - Piecze, nic więcej. 

To wystarczy, pomyślał ponuro, wpatrując się z nienawiścią 

w kołyszące się na wodzie ciało Ełliotta. Niech tu gnije na 

zawsze. Węgorze będą miały ucztę. Niech jego kości bieleją 

na słońcu. Przykuł ją do ściany, jak w ofierze, po czym 

najspokojniej w świecie rysował jej portret, podczas gdy 

poziom wody cały czas się podnosił. Kiedy Anthony ich 

znalazł, woda sięgała jej prawie do szyi. Jeszcze kilka minut 

i byłoby za późno. Zasłonił wolną dłonią oczy, jak gdyby chciał 

wymazać z pamięci przerażające obrazy. Wiedział jednak, że 

wspomnienie tej sceny będzie go prześladować do końca życia. 

Jak to możliwe, żeby ludzki umysł był tak opętany? Czy 

kiedykolwiek zapomni, co czuł, kiedy nie mógł jej znaleźć? 

- Słyszałeś dzwony? - zapytała szeptem, walcząc z zamyka­

jącymi się powiekami. - Wiedziałam, że cię tu przywołają. 

236 

KLIFY 

Oparła głowę na jego piersi. Jego serce biło w tym samym 

niespokojnym rytmie, jak wtedy gdy ujrzał ją bladą i bez­

bronną. 

- Jakie dzwony? 

Jej twarz drgnęła w niewidocznym uśmiechu. 

- Wiec ich nie słyszałeś. Tym razem to ja miałam szczęście. 

Sprawiedliwości stało się zadość. 

- Przyprowadził nas kruk - wyjaśnił Pasco drżącym z emocji 

głosem. Siedział na skraju półki, nie mając pewności, czy 

wypada się wtrącać. 

- Kruk? - zapytała ze zdziwieniem. 

- Wybacz, Morwenno - powiedział cicho. 

- To ty mi wybacz. Z początku myślałam, że przyszedłeś 

pomóc Elliottowi. 

Anthony odwrócił wzrok. Nie chciał jej denerwować, więc 

nie wspomniał, że Pasco rzeczywiście pomagał Elliottowi, na 

szczęście w końcu jego sumienie zwyciężyło. Zbyt wiele 

przeszła, wybaczenie było dla niej lepszym lekarstwem niż 

gniew. 

- To Elliott splądrował nasz dom na farmie, żeby zemścić 

się na papie - powiedziała, tuląc twarz do piersi męża. -

Nienawidził go nawet po śmierci. 

Anthony mocno ją przytulił. Wiedział, że powinni wracać. 

Sądząc po suchych ścianach, poziom wody rzadko sięgał półki, 

jednak Anthony nie chciał zostawać w grocie przez całą noc. 

Morwennie potrzeba było ciepła, posiłku i bezpiecznego schro­

nienia w zamku. 

- Może uda mi się znaleźć inny sposób, żeby pomóc dzie­

ciom - odezwał się bez namysłu. - Postaram się przekonać 

Camelbourne'a, że będzie szczęśliwszy na jakiejś odludnej 

szkockiej wysepce. 

- Anthony... 

- Słucham? - spojrzał na nią niespokojnie. - Czy coś się 

stało? Zimno ci? Jesteś pewna, że nic ci nie zrobił? 

237 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Nie powinieneś wątpić w swoją decyzję - wyszeptała. -

Musimy ratować te dzieci, Anthony. Nie możemy ich zawieść. 

My. Wzruszony Anthony ukrył twarz w jej włosach. Do 

oczu napłynęły mu łzy. 

- Morwenno, zrobię dla ciebie wszystko, co zechcesz. 

- Wszystko? 

- Tak. 

- Zabierz mnie do groty Artura. 
- Dobry Boże - westchnął, zaskoczony jej prośbą. - Mój 

dobry Boże. 

I zaczął się śmiać. Pasco poszedł w jego ślady. Żyli, a wokół 

nich była magia. Postanowili jednak odłożyć tę dyskusję na 

później. Rybacy wypatrzyli na wodzie łódź Anthony'ego i chwi­

lę później ekipa ratunkowa z Danielem Carew na czele pojawiła 

się w grocie z linami i latarniami. 

orwenna, zatopiona w morzu papierów, dokumentów, 

rysunków oraz książek, siedziała na podłodze w bibliotece. 

Anthony, który biegle władał kilkoma językami, obiecał prze­

tłumaczyć z łaciny co trudniejsze fragmenty dotyczące nie­

znanych szczegółów na temat dworu króla Artura. 

Praca nad książką ojca dobiegła już prawie końca. Po długim 

namyśle Morwenna postanowiła dołączyć rysunek przedsta­

wiający grotę Artura, wykonany przez Elliotta. Niestety, An-

thony'emu nie udało się drugi raz odnaleźć groty, choć oboje 

szukali jej przez cztery dni. 

Jutro spróbują jeszcze raz, a potem wyspę przejmie markiz. 

Morwenna miała złamane serce. Wiedziała, że nic nie zniszczy 

magii otaczającej Abandon. Może to i lepiej, że groty nie 

odnaleźli. 

- Lady Pentargon, jest pani zbyt zadowolona z siebie -

powiedział Anthony, wchodząc do biblioteki. 

Zafascynowana, patrzyła, jak zdejmuje płaszcz i rękawiczki. 

Był taki przystojny, jego obecność dawała jej poczucie bez­

pieczeństwa. Uśmiechnęła się, przypomniawszy sobie, że kiedyś 

wydawał jej się arogancki i obojętny. Piękny na zewnątrz, pusty 

w środku. Jeszcze nigdy się tak nie pomyliła w ocenie. Anthony 

okazał się najsilniejszym i najmniej samolubnym człowiekiem, 

239 

background image

JILLIAN HUNTER 

jakiego znała. Ucieleśniał wszystkie zalety, cechujące rycerzy 

z dworu króla Artura. Jakieś cudowne moce sprawiły, ze 

pojawił się w jej tyciu i Morwenna była za to wdzięczna. 

Usiadł naprzeciw niej i zaczął przeglądać leżące na podłodze 

książki. Była tam kopia czternastowiecznej „Księgi Talesina", 

broszura zatytułowana .Zaginiona sztuka zmieniania postaci" 

autorstwa sir Rolanda Halliwella. 

- Zmienianie postaci - mruknął. - Dobry Boże, i co jesz­

cze? - odpowiedzią na to pytanie była druga broszura z tej 

samej serii. „Wywoływanie burzy. Celtycki talent" - Dlaczego 

się uśmiechasz, Morwenno? Skończyłaś książkę? 

- Och, chciałabym. Stryj Dunstan przez trzy miesiące pro­

wadził rozmowy z wydawcą książek papy. Obiecali egzemplarze 

autorskie, sam książę Albert napisze adnotację, a ja tymczasem 

nie mam jeszcze zakończenia. 

- Jak to? 

- Po prostu - odparła z rozdrażnieniem. - Nie ma groty, 

a bez niej obietnica czy przepowiednia, że Artur... - wypros­

towała się, marszcząc czoło. - Masz piasek na butach, wy-

brudzisz mi książki. Gdzie byłeś? 

- Zapoznawałem się z moim bratankiem, jego matką i jej 

rodziną. Zdaje się, że są teraz i moją rodziną. Martwią się, co 

przyniesie przyszłość. - Anthony zapatrzył się na ogień w ko­

minku. - Ja też. Jeśli Camelbourne zechce zaprosić latem 

przyjaciół na jacht, trzeba będzie się pożegnać z zyskami 

z połowu sardynek. 

- Mówisz jak prawdziwy wyspiarz -powiedziała łagodnie. -

Jak twoje biodro? Nie słyszałam, żebyś narzekał. Lepiej się 

czujesz czy jesteś taki dzielny? 

Wstał, podnosząc ją ze stosu papierzysk. 

- Czuję się na tyle dobrze, żeby cię zanieść na górę do łóżka. 

- Naprawdę nic ci nie jest? 

- Nie. - Wziął ją na ręce i wyszedł z nią na korytarz. - Czy 

nie przeszkadza ci, że utykam? 

240 

KLIFY 

- Zauważyłam to, dopiero kiedy powiedziałeś, że w noc 

świętojańską zaatakował cię rozwścieczony niedźwiedź. 

Uśmiechnął się do niej, widząc iskierki w jej oczach. 

- Czyżbyś mi nie wierzyła? Ty, która wciągnęłaś mnie w ten 

magiczny świat? 

Oparła głowę na jego silnym ramieniu. 

- Anthony, trochę trudno uwierzyć w niedźwiedzie biegające 

po Abandonie. Może jednak potrzebne ci okulary? A tak 

nawiasem mówiąc, wiesz, że twoja książka znów się gdzieś 

zapodziała? 

Otworzył nogą drzwi do sypialni. Ku ich miłemu zaskoczeniu 

okazało się, że w kominku wesoło trzaskał ogień, a łóżko było 

rozścielone na noc. 

- Nie, nie wiedziałem. A poza tym do tego, co będziemy 

teraz robić, niepotrzebne mi okulary. 

Spojrzała na niego niewinnie, kiedy ułożył ją na łóżku. 

- To znaczy? 

Pochylił się nad nią, rozpiął haftki sukni i zsunął ją z jej 

ramion. 

Półnaga uniosła się z poduszki. 

- Anthony. ktoś jest za drzwiami. 

Pchnął ją z powrotem na pościel i zdjął spódnice i halki. 

- Nie martw się, drzwi są zamknięte. 

Próbowała usiąść, ale on już ją całował. Ten człowiek nie 

miał wstydu, sprawiał, że zaczęła drzeć z niecierpliwości. 

- Zdaje mi się, że koty chcą tu wejść. 

- Niepotrzebna mi widownia. Dziękuję bardzo - powiedział, 

rozbierając się. 

Przytrzymał ją za ramiona, choć wcale nie zamierzała mu 

uciekać. Ani teraz, ani nigdy. Całował ją powoli i namiętnie, 

aż się rozluźniła i pozwoliła mu robić to, na co miał ochotę. 

A on chciał ją wielbić, pragnął, by zapomniała o horrorze, 

przez który przeszła. 

Ze wzruszającą czułością całował sińce na jej szyi i nadgarst-

241 

background image

JILLIAN HUNTER 

kach. Pieścił całe jej ciało, aź zaczęła błagać o litość, a chwilę 

potem domagać się więcej. Dżentelmen doskonały, sprawianie 

przyjemności żonie dawało mu szczęście. Jego palce łagodziły 

jej niepokój, delikatny dotyk koił skołatane nerwy i rozpalał 

ogień w jej żyłach. Po chwili zapomniała o gehennie, przez którą 

przeszła. Jego dłonie miały moc uzdrawiania i dawania rozkoszy. 

- Anthony -wyszeptała z westchnieniem. - Umieram z roz­

koszy. 

Zasypywał pocałunkami jej piersi i brzuch. 

- Mam przestać? 

Przygryzła wargi, kiedy podniósł głowę, by się do niej 

uśmiechnąć. 

- Ani mi się waż. 

Ich oczy się spotkały, była w nich miłość, pożądanie i oddanie. 

Morwenna drżała pod naciskiem jego ciała. Otworzyła się, 

doceniając jego mistrzostwo. 

- Moja żona - powiedział zachrypniętym i drżącym z uczu­

cia głosem. - Uwielbiam dawać ci rozkosz, - Zatopił się w jej 

ciele i poruszał rytmicznie, aż osiągnęła orgazm. Ukryty w jej 

jedwabnej miękkości przestał się kontrolować. Jego ciałem 

wstrząsnął dreszcz ekstazy, czuł, że serce mu się zatrzymało. 

Kiedy emocje nieco opadły, objął ją i mocno przytulił. Chciał 

coś powiedzieć, ale nie mógł znaleźć słów, by wyrazić, ile dla 

niego znaczyła. 

Wyglądała na wyczerpaną, kiedy chwilę później zaczął 

rozmowę. Zastanawiał się nawet, czy nie zrobił jej krzywdy. 

Uśmiechnęła się tylko, gdy zapytał, jak się czuje. Przyciągnął 

ją do siebie. 

- A ty jak się czujesz? - zapytała. - Nie nadwerężyłeś 

drugiego biodra? 

- Madame, wprawdzie jestem starszy, ale to zupełnie nie 

przeszkadza w wypełnianiu mężowskich powinności. 

Oparła głowę na jego piersi. Pod skotłowaną kołdrą ich nogi 

wciąż były splecione w miłosnym uścisku. 

242 

KLIFY 

-

 Muszę przyznać, że to prawda. 

- Morwenno, jeśli tak dalej pójdzie, będziemy mieć więcej 

dzieci niż kotów. 

- Nie miałabym nic przeciwko temu. - Pogładziła jego 

płaski brzuch, zachwycona jego doskonałą budową. Na biodrze 

wciąż miał sińce, ale nie było śladu rany. Pewnie zażartował 

z niej, opowiadając o wielkich łowach. - A ty? 

- O niczym innym nie marzę. Możliwe, że już jesteś w ciąży. 

- Tak myślisz? - zapytała z nadzieją. 

- A jeśli nie, to na pewno będziesz do jutra. 

- Jutro - nagle posmutniała. ~ Camelbourne ma się tu jutro 

pojawić, prawda? 

- Najdalej pojutrze. Ten jego ostatni list był bardzo dziwny -

powiedział, marszcząc czoło. Morwenna przymknęła oczy, 

gotowa do snu, a jego głowę znów wypełniły troski. Powinien 

zapewnić przyszłość bratankowi, synkowi Ethana. Anthony 

czuł, że jego obowiązkiem jest zadbanie o wszystkie rodziny 

z wyspy, na wypadek gdyby Camelbourne nie wywiązał się 

z obietnicy. 

- Wiedziałaś, że Ethan i Jane mają dziecko? - zapytał, 

całując czubek jej głowy. 

- Wszyscy się domyślali - wymruczała. - Oni bardzo się 

kochali. Annie Jenkins mówiła, że Ethan chciał poślubić Jane, 

a potem wydarzył się ten straszny wypadek. 

- A ona, czy ona go kochała? 

- Dlaczego nie miałaby go kochać? Czy tak trudno to 

zrozumieć? 

- Mój brat uważał, że jego kalectwo odstręcza kobiety. 

- To głupie. - Morwenna prawie zasypiała. Nie mogła sobie 

wyobrazić, by któryś z Hartstone'ów nie miał powodzenia 

u kobiet. Byli obdarzeni nieodpartym urokiem. -Och, Anthony, 

tak bardzo chciałam znaleźć grotę Artura. Co zrobiłeś z naszymi 

woskowymi podobiznami, które znalazłeś w wieży? 

- Kilka dni temu znikły z mojego biurka. 

243 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Znikły? Czy to nie dziwne? Były takie słodkie. 

Kiedy na nią spojrzał, Morwenna już spała. On jeszcze długo 

nie mógł się uspokoić. Przez czas swojego pobytu na wyspie 

zaniedbał obowiązki w domu, a teraz doszedł jeszcze jeden 

problem. Jak znaleźć pracę dla stu sześćdziesięciu niewy­

kwalifikowanych ludzi? 

Ostrożnie wyswobodził się z objęć żony, włożył spodnie 

i koszulę, po czym podszedł do stolika stojącego w rogu 

sypialni. Nie mógł się skoncentrować. Wokół małej lampy 

fruwały dwie ćmy. Anthony już sięgał, żeby je złapać, kiedy 

nagle rozległ się krzyk rozbudzonej z kamiennego snu Mor-

wenny. 

- Anthony, nie zabijaj ich! To nasi mniejsi bracia. 

- Mniejsi bracia? 
~

 Tak, Anthony. Ćmy mają dusze, tak samo jak ludzie. To 

okrutne tak je zabijać. A poza tym to przynosi pecha. 

- Wypuszczę je przez okno, dobrze? 

- Myślę, że lubią ogród 

- Czy te ćmy ci to powiedziały, Morwenno? Naprawdę 

wierzysz, że owady potrafią mówić? 

- A ty naprawdę wierzysz, że zaatakował cię niedźwiedź? 

- Czy mam je wypuścić w jakimś konkretnym miejscu 

w ogrodzie? - zapytał z lekką drwiną. - Czy ćmy mają pod 

tym względem jakieś upodobania? 

- Sądzę, ze to bez znaczenia. Najważniejsze, żeby w pobliżu 

nie było jeży. Ani żab. 

- O Boże. To wiele ułatwia. 

- Chyba nie masz nic przeciwko temu? 

- Dlaczego miałbym mieć coś przeciwko temu? 

- Niektórzy mężczyźni mają - odparła słodko. 

Westchnął, tłumacząc sobie, że po prostu do pewnych rzeczy 

będzie musiał przywyknąć. I tym sposobem, kilka minut po 

północy znalazł się w korytarzu z owadami w dłoni. 

Był już prawie w ogrodzie, kiedy dostrzegł jakąś postać 

244 

KLIFY 

przyczajoną za rododendronem. W pierwszej chwili pomyślał, 

że to Elliott, który jakimś sposobem uniknął śmierci, potem, 

że Pasco prowadzi tu jakieś podejrzane poszukiwania związane 

z czarną magią. W każdym razie, gdyby zaszła taka konieczność, 

Anthony gotów był w obronie Morwenny rozszarpać intruza na 

kawałki gołymi rękami. 

background image

imkolwiek jesteś, wyjdź z ukrycia. Mam pistolet - Oczy­

wiście Anthony był bez broni, zdążył jedynie chwycić leżący 

na ławce rydel. Jak większość szlachetnie urodzonych, nie miał 

zwyczaju spacerować w Środku nocy po domu z pistoletem 

w ręce. Ani tym bardziej z ćmami, które natychmiast wypuścił. 

- Wielkie nieba, milordzie - odezwał się wystraszony głos. -

Niech pan nie strzela. To ja. 

- Vincent? Co ty tu, u diabła, robisz o tej porze? 

- Wypuszczam ćmy, które zleciały się do kuchni. Pani 

Treffry nalegała, żebym zaczekał z tym, aż koty pójdą spać. -

Zmieszany Vincent wyszedł zza krzaka. - To mój ostatni 

wieczorny obowiązek. 

- Rozumiem. - Anthony ukradkiem odłożył rydel. 

- A pan, milordzie? Meczy pana bezsenność? 
- Coś w tyra rodzaju. 

Vincent pokiwał głową. 

- Ach, a ja myślałem, że rozmawia pan z lordem Camel­

boume'em w bibliotece. 

- W bibliotece? 

- Tak jest, milordzie. To pan nie wie? Przyjechał godzinę 

temu. Rozgościł się i chyba słusznie, bo zamek jest teraz jego 

własnością. 

246 

KLIFY 

- Jest tu jeszcze? 

- O ile mi wiadomo, tak. Kiedy ostatnio sprawdzałem, jego 

jacht stał w zatoce. Mam się nim zająć? 

- Nie, sam to zrobię. 

Anthony zerknął w stronę wieży, w której spała jego żona, 

i ruszył z powrotem do pogrążonego w mroku zamku. Obawiał 

się tego spotkania, ale odkładanie go nie miało sensu. 

Camelboume siedział w rogu i wpatrywał się w okno. 

- Lloyd, spodziewałem się ciebie dopiero jutro - powiedział 

w progu Anthony. 

Markiz odwrócił głowę. W jego twarzy było coś dziwnego, 

zmienił się wyraz jego oczu, ale w ciemności Anthony nie 

potrafił określić, co to było. Zauważył jednak, że na kolanach 

Camelbourne'a drzemał biały kot, najbardziej nieuchwytne 

stworzenie, jakie mieszkało w zamku. 

- Masz coś przeciwko temu? 

Anthony wzruszył ramionami. 

- To twoja wyspa. 

Camelboume w milczeniu głaskał kota. Jego uwagę przyciąg­

nął jakiś ruch na morzu. 

- Nie chciałem przeszkadzać twojej żonie. Czy doszła do 

siebie po tym strasznym zajściu? 

- Fizycznie chyba tak - wyjaśnił krótko Anthony. Drażniło 

go, że markiz okazał się tak niecierpliwy i od razu chciał 

przejąć posiadłość. Mógł pozwolić, by tę ostatnią noc spędzili 

sami. - Długo nie zapomni tego horroru. 

- Oczywiście. - Camelboume napił się whiskey. Biblioteka 

wyglądała tak jak wcześniej, tyle że z półek znikły książki, 

które Anthony jeszcze raz spakował. - Czy znalazła grotę? 

- Nie. - Anthony spojrzał znacząco na zegar. - 1 chyba już 

nie znajdzie. 

- Dlaczego? 

- Dlatego, że... do diabła, Lloyd, możemy pomówić o tym 

jutro? 

247 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Oczywiście, Pentargon. To twój dom, jesteś tu gospo­

darzem. 

- Już nie. 

- Owszem, jesteś. - Camelbourne usiadł prosto. Na jego 

poważnej twarzy odbijało się światło księżyca. - Nie mam 

pojęcia, jak czujesz się na tej wyspie. Twoja żona dała mi 

wyraźnie do zrozumienia, co o tym wszystkim sądzi, więc 

przynajmniej jedno z was będzie zadowolone. 

- Zadowolone z czego? 

- Zmieniłem zdanie. Nie tak wyobrażałem sobie atmosferę 

na Abandonie. Wiesz, że zanim tu wszedłeś, słyszałem jakieś 

dzwony? I tak nie potrzebuję tylu zamków. 

Anthony patrzył na niego z niedowierzaniem. 

- A co z twoją obietnicą? A poprawki do ustaw, które miałeś 

wprowadzać? 

- Twoje dzieci będą chronione - odparł chłodno Camel­

bourne. - Zamierzam osobiście zająć się tym w przyszłym 

roku. Napisałem już mowę, którą wygłoszę w parlamencie. 

Nasze prawo jest lekceważone, należy je tak zreformować, aby 

można było egzekwować przepisy. Uważam, że to znakomity 

program. Może nawet dzięki niemu przejdę do historii. 

- Tak, wierzę, że tak będzie. 

- Wracaj do łóżka, Pentargon - rzucił z ironią. - Gdybym 

ja miał taką piękną żonę, nie włóczyłbym się nocami po zamku 

jak grzeszna dusza. 

- Nie? 

- Nie. Jutro, jeśli Morwenna będzie się dobrze czuła, może 

zechce mi pokazać wyspę, zanim odpłynę. Chętnie opowiedział­

bym królowej, że to ja znalazłem grotę Artura. Ta legenda 

wciąż cieszy się popularnością na dworze i w kręgach artys­

tycznych. - Camelbourne położył dłoń na grubej książce leżącej 

na stole. - Jeśli ta grota choć trochę przypomina ilustrację, to 

chciałbym ją zobaczyć na własne oczy. 

Znów ta przeklęta książka. 

248 

KLIFY 

-

 Jaką ilustrację? - zapytał Anthony. 

- Nazwij to próżnością, Pentargon, ale lubię sobie wy­

obrażać, że jeden z tych rysunków przedstawia mnie... 

wiesz, jako tego przystojnego starszego rycerza, który zabija 

smoka. 

- Wszyscy jesteśmy próżni... - Anthony urwał, bo oto biały 

kot nagle zeskoczył z kolan Camelboume

ł

a i wybiegł z biblio­

teki. - Ten kot jest trochę dziwny. 

- Rzeczywiście, też to zauważyłem - odparł z uśmiechem 

Camelbourne. 

nthony wszedł na górę. Chciał jak najszybciej przekazać 

żonie dobre wiadomości. Już miał wejść do sypialni, kiedy 

nagle usłyszał jakąś cichą melodię. 

Idąc za dźwiękami muzyki, dotarł do wieży. Przy kominku 

siedziała kobieta i grała na srebrnej harfie. Kiedy go ujrzała, 

jej wiotkie palce zastygły w bezruchu na strunach. Uśmiechała 

się szelmowsko, a jednocześnie w jej oczach dostrzegł wielką 

mądrość. Była tak podobna do jego żony, że aż wstrzymał 

oddech. 

- Koło fortuny obróciło się na twoją korzyść, milordzie. 

Pamiętał ten głos z dzieciństwa. Głęboki, ironiczny, cierpliwy. 

- A więc to ty, Morgan, a może Mildred. Moja guwernantka, 

mój anioł stróż. 

- Albo morderczyni, jak głosi legenda - dodała z rozba­

wieniem. 

- Dlaczego Morwenna cię nie widzi? - zapytał. 

Odstawiła harfę. Na jej twarzy mignął smutek. 

- Jeszcze nie teraz. Ona dopiero poznaje swoją moc. Jeszcze 

nie nauczyła się panować nad emocjami. Chciałaby być ze 

mną, a to niemożliwe. 

- A dlaczego ja? - dopytywał się Anthony. - To niespra­

wiedliwe. Jeśli ona jest twoją córką... 

249 

background image

JILLIAN HUNTER 

- Zawsze stawiałeś dobro innych nad swoim, milordzie -

odparła z łagodnym uśmiechem. 

- Robiłem tylko to, co uważałem za słuszne. To wszystko. 

- Ale to więcej niż inni. Realizujesz swoje cele z wielkim 

zapałem. Merlin i ja jesteśmy pod wrażeniem. Nie każdy 

człowiek potrafi zwalczyć w sobie zło. 

Patrzył na nią za zdumieniem. 

- Chyba słyszałeś o Merlinie, prawda? 

Anthony zamrugał. Tak, to musiał być sen. W rzeczywistości 

słodko spał u boku żony. To wszystko nigdy się nie wydarzyło. 

- Merlin, czarownik, o ile mnie pamięć nie myli, twój wróg. 

- Kolejne łgarstwo. Merlin i ja nie spoczniemy, dopóki na 

świecie nie zapanuje prawo i dobroć. - W jej oczach pojawił 

się smutek. - Co stulecie zostawiamy na ziemi potomków, by 

stali na straży i bronili wartości, jakie wyznawał nasz ukochany 

król. Ogromu tego poświecenia nie potrafię nawet opisać. 

Zostawiać co sto lat potomków? Anthony uznał, że tak 

skomplikowany sen jest oznaką jego wysokiej inteligencji. A ci 

potomkowie... ależ wyzwanie! Bronić arturianskich wartości 

to nie takie proste. 

- Dlatego do pomocy wyznaczamy im ludzi o tak pięknych 

i potężnych duszach jak twoja - dodała z przebiegłym uśmie­

chem. 

Wyprostował się. Czyżby myślał na głos? 

- Czy napój, który zostawiłam, uleczył twoją ranę? - za­

pytała z troską. 

- Tak, tak, ale... 

- ...nadał lekko utykasz. Mam cię uzdrowić? To sprawiedliwa 

nagroda za twoje szlachetne czyny. Czy pragniesz fizycznej 

doskonałości? 

Roześmiał się. 

- Kiedyś tak, ale teraz już nie. Jeśli masz moc spełniania 

życzeń, spraw, żeby nasze dzieci nie odziedziczyły po mnie 

kalectwa. Ja mam wszystko, czego człowiek może pragnąć 

250 

KLIFY 

do szczęścia. Moja żona uważa, że jestem wystarczająco 

atrakcyjny. 

- Dlaczego więc nie jesteś w łóżku obok żony? - zapytał 

z rozbawieniem głos za jego plecami. 

Odwrócił się zaskoczony. W drzwiach stała wystraszona 

i zdumiona Morwenna. Nagle uświadomił sobie, że nie ma 

żadnego ognia w kominku ani kobiety grającej na srebrnej 

harfie. Anthony najwyraźniej mówił sam do siebie. Nie był 

pewien, czy ulotny zapach lilii, unoszący się w powietrzu, to 

też złudzenie. 

- Co się stało, Anthony? - zapytała Morwenna. - Dlaczego 

nie spisz? Boli cię biodro? - Weszła do pokoju, drżąc z zimna 

w cienkiej jedwabnej koszuli nocnej. - Chłodno tu i wilgotno, 

a ty mówiłeś tak poważnie. - Uśmiechnęła się z kpiną. -

Uciąłeś sobie pogawędkę sam ze sobą? 

Anthony spojrzał na nią. 

- Och, rozumiem. Znów słyszałeś muzykę, tak? 

Skierował się do drzwi. 

- Ja tylko sprawdzałem, czy nasz zamek jest bezpieczny, 

Morwenno. 

- Nasz zamek? Najwyżej przez kilka godzin. Prawie słyszę 

uderzenia katowskiej siekiery. 

Wziął ją pod ramię i poprowadził do sypialni. 

- Mam dla ciebie nowinę, która cię uspokoi. 

background image

inęło lato. Mieszkańcy wyspy nie pamięta]) tak udanych 

połowów sardynek jak tego roku. Ryby wprost błagały, żeby 

je złapać do sieci. Wyspa była w pełnym rozkwicie, kwiaty 

rosły nawet poza sezonem, a trzej francuscy perfumiarze 

podpisali kontrakt z rodziną Jane na dostawę destylatu z rzad­

kiego gatunku lilii, w której zapachu wyczuwali, jak to określili, 

„nadzieję i niewinność wianka panny młodej". 

Na wrzosowisko powróciły megalitowe głazy. 

Pasco Dlugan znów zajął się sprzedażą złych uroków, których 

całe zapasy nagromadził w swoim domu na przylądku Skulla. 

Nie wolno mu było jednak wykorzystywać do tego zwierząt. 

Niektórzy twierdzili, że lord Pentargon powinien raz na zawsze 

pozbyć się czarownika z wyspy, ale Anthony miał wobec Pasco 

dług wdzięczności za pomoc w uratowaniu Morwenny, a był 

przecież człowiekiem honoru. 

Morwenna nadal przeszukiwała groty i plaże, a Anthony, 

z odległości, czuwał nad jej bezpieczeństwem. Robił wszystko, 

byle nie dowiedziała się o jego tajnej misji opiekuna. 

Obserwował ją, kiedy odwiedzała przyjaciół, zwłaszcza 

Annie Jenkins. Staruszka podupadła ostatnio na zdrowiu i chcia­

ła jeszcze przed śmiercią podzielić się z Morwenna swoimi 

tajemnicami. Większość z nich dotyczyła mikstur na bezpłod-

252 

KLIFY 

ność. Domyślał się, że Morwenna co miesiąc przeżywała 

dramat, kiedy nie pojawiały się żadne oznaki upragnionej 

ciąży. Uspokoiła się, gdy któregoś dnia Anthony. odnalazł­

szy tajemniczą książkę Ethana, pokazał jej ostatnią ilus­

trację. 

- Spójrz, Morwenno- powiedział, wskazując rysunek, 

przedstawiający rycerza z damą i pięciorgiem dzieci. Trójka 

z nich byli to kilkuletni chłopcy, płci pary niemowląt w białych 

koronkowych becikach nie można było określić. 

Jak zwykle książka ujawniła tylko jeden rozdział z ich 

przyszłego życia. Pozostałe stronice nadal były sklejone. An­

thony zaczął coś podejrzewać. Dziwnym zbiegiem okoliczności, 

książka znikła z zamku w tym samym czasie co biały kot. 

Zastanawiał się, czy jeszcze kiedyś wrócą. 

Perspektywa wychowywania piątki dzieci dała im na jakiś 

czas sporo do myślenia. 

Pod koniec października Morwenna zwierzyła się Antho-

ny'emu, że jest w ciąży. Niestety, jej szczęście zmąciła śmierć 

Annie Jenkins. 

Anthony i Morwenna wracali razem ścieżką wzdłuż klifu 

z domku staruszki. Morwenna od godziny nie mogła przestać 

płakać, ale dla Anthony'ego jej zalana łzami twarz była naj­

piękniejsza na świecie. 

- To wszystko było zbyt doskonałe - powiedziała. - Dla­

czego nie mogła pożyć jeszcze kilku łat? Tak chciałam, żeby 

zobaczyła nasze dzieci. Och, Anthony, będzie mi jej brakować. 

Już za nią tęsknię, nie mogę tego znieść. Do kogo będę się 

teraz zwracać po rady? 

- Ja będę przy tobie, Morwenno. 

- Ale nie wtedy, kiedy będę chciała ponarzekać na kobiece 

problemy. - Zsunęła z głowy słomkowy kapelusz i uśmiechnęła 

się do niego. - W noc przed śmiercią Annie Jenkins miała 

straszne wizje. 

- Mam nadzieję, że nie dotyczyły nas. 

253 

background image

JILLIAN HUNTER 

-

 Nie. Pamiętasz, że według legendy, król Artur obudzi się, 

kiedy Brytania stanie do największej bitwy? 

- Czy przewidziała wojnę? Za naszych czasów? 

- Powiedziała, że nasze wnuki będą walczyć w jego armii. -

Morwenna spojrzała na morze. - Światem wstrząśnie wojna, 

którą wywoła prawdziwe monstrum. Zapanuje zło, jakiego 

jeszcze ziemia nie widziała. Wizja była tak okrutna, że złamała 

serce Annie. Zmarła z rozpaczy nad cierpieniem, jakiego 

doświadczy świat. 

- Ale twierdzisz... ona twierdzi... że Artur wróci pod postacią 

wojownika, żeby walczyć za Brytanię. I wygra. 

Pokiwała głową. 

- Powiedziała, że królowa za jego odwagę pasuje go na 

rycerza. 

- A czy wspomniała imię tego wojownika? - zapytał Ant-

hony. - Gdzie się urodzi? 

- Nie wiem. Annie była zbyt zamroczona i słaba, by można 

zrozumieć jej słowa. Wspominała coś o kościele na wzgórzu. 

Nie wiem, co by to mogło znaczyć. 

- Może się myliła - westchnął Anthony. - Może to się nie 

spełni. 

Morwenna uniosła brwi. 

- Annie przewidziała, że będziemy na zawsze razem. 

- A zatem ta kobieta była prawdziwą mistyczką. 

Anthony nie chciał myśleć o przyszłości. Wolał cieszyć się 

chwilą, zatrzymać ten moment na zawsze, a jeśli to niemożliwe, 

pragnął zatrzymać to. co do siebie czuli. Wiedział, że życie 

ich zmieni. Choć światem wstrząsną wojny, oni będą się razem 

starzeć jak splątane wiatrem trawy na kornwalijskim wybrzeżu. 

Będzie zawsze przy mej, żeby ją chronić. 

Wziął ją w ramiona i przytulił. 
- Wracajmy do zamku. 

- Jeszcze nie. Przejdźmy się kawałek. - Spojrzała na niego 

z troską. - Chyba że boli cię noga. 

254 

KLIFY 

Pocałował ją czule. 

- Nie, nie boli. To o ciebie się martwię. Ścieżka jest taka 

stroma. 

- To Abandon, Anthony. Ach, tak między nami, zauważy­

łam, że za mną chodzisz. To takie urocze. 

Roześmiał się. 

- Skąd wiedziałaś, że cię śledzę? Przecież byłem ostrożny 

jak francuski szpieg. 

- Och, Anthony. Po prostu wiem. 

Anthony rozumiał, że jeśli chce, by ich życie było szczęśliwe, 

będzie musiał zaakceptować wiele dziwnych rzeczy, jak choćby 

kwiaty kwitnące w dziwnych porach roku, całe połacie lilii 

porastających każdy najbardziej niedostępny zakątek wyspy. 

Musi przywyknąć do dźwięków harfy słyszanych w środku 

nocy. Przyzwyczai się do sześciu kotów sypiających w ich łóżku. 

Uśmiechając się, pokręcił głową i ruszył za nią wąską 

ścieżką prowadzącą na piaszczystą plażę. Deszcz przestał 

padać i na niebie, nad ich głowami, pokazała się tęcza. Anthony 

i Morwenna, trzymając się za ręce, poszli w stronę domu.