background image

Hammett Dashiell -  

Papierowy człowiek 

PrzełoŜył Krzysztof Zarzecki 

 

„KB” 

 

Oparty  o  bar  w  knajpie  na  Pięćdziesiątej  Drugiej  Ulicy  czekałem,  aŜ  Nora  skończy 

gwiazdkowe zakupy, kiedy od stolika, przy którym siedziały cztery osoby, wstała dziewczyna 

i  podeszła  do  mnie.  Była  drobną  blondynką  i  zarówno  jej  buzia,  jak  cała  postać  w 

jasnoniebieskim sportowym kostiumie i obiła przyjemne wraŜenie. 

- Czy pan Nick Charles? - zapytała. 

- Tak - odparłem. Wyciągnęła rękę. 

-  Jestem  Dorota  Wynant.  Pewnie  pan  mnie  nie  pamięta,  ale  powinien  pan  pamiętać 

mojego ojca, Clyde’a Wynanta. Zajmował się pan... 

-  Jasne  -  powiedziałem.  -  Teraz  przypominam  sobie  i  panią.  Była  pani  wtedy 

jedenasto-, dwunastoletnią dziewczynką? 

-  Tak,  to  było  osiem  lat  temu.  A  propos,  pamięta  pan  te  historie,  które  mi  pan 

opowiadał? Czy to była prawda? 

- Pewnie raczej nie. Jak tam pani ojciec? Roześmiała się. 

-  Właśnie  miałam  pana  o  to  zapytać.  Wie  pan,  mamusia  się  z  nim  rozwiodła  i 

właściwie nic o nim obecnie nie wiemy. Chyba Ŝe od czasu do czasu przeczytamy w gazetach 

o jakichś jego nowych ekstrawagancjach. Pan go równieŜ nie spotyka? 

Mój  kieliszek  był  pusty.  Zapytałem,  czego  się  napije;  odparła,  Ŝe  whisky  z  sodą. 

Zamówiłem dwie whisky z sodą i powiedziałem: 

- Nie, mieszkam teraz w San Francisco. 

- Chętnie bym się z nim zobaczyła - powiedziała z namysłem. - Mamusia zrobiłaby mi 

piekło, gdyby się o tym dowiedziała. Ale mimo wszystko chętnie bym się z nim zobaczyła. 

- I co? 

-  Nie  mieszka  juŜ  tam,  gdzie  mieszkaliśmy  kiedyś  razem,  na  Riverside  Drive.  Nie 

figuruje w ksiąŜce telefonicznej ani w ksiąŜce adresowej. 

- Niech pani spróbuje poszukać go przez adwokata - podsunąłem. 

Jej twarz się rozpromieniła. 

- A kto jest jego adwokatem? 

background image

-  Kiedyś  był  nim  niejaki  Mac-coś-tam...  Macaulay,  tak,  Herbert  Macaulay.  Miał 

kancelarię w Gmachu Singera. 

-  Pan  mi  poŜyczy  pięć  centów  -  poprosiła  i  poszła  zatelefonować.  Wróciła  jeszcze 

bardziej rozpromieniona. - Znalazłam go. TuŜ za rogiem na Piątej Alei. 

- Ojca? 

-  Nie,  adwokata.  Mówi,  Ŝe  tatusia  nie  ma  w  Nowym  Jorku.  Mam  do  niego  wpaść.  - 

Podniosła kieliszek w moją stronę. - Spotkania rodzinne. A moŜe i pan... 

Asta skoczyła mi łapami na brzuch. Nora, na drugim końcu smyczy, opowiadała: 

- Miała fajne popołudnie: przewróciła stół z zabawkami u Lorda & Taylora, napędziła 

ś

miertelnego strachu zaŜywnej jejmości, którą polizała w nogę u Saksa, i  dała się pogłaskać 

trzem policjantom. 

Dokonałem prezentacji. 

- Moja Ŝona, Dorota Wynant. Jej ojciec był kiedyś moim klientem. Była wtedy taka. - 

Pokazałem dłonią. - Świetny facet, tylko trochę dziwak. 

- Byłam nim urzeczona - oznajmiła Dorota, mając na myśli mnie. - Prawdziwy, Ŝywy 

detektyw.  Chodziłam  za  nim  i  kazałam  sobie  opowiadać  o  jego  przygodach.  Opowiadał  mi 

wierutne kłamstwa, ale wierzyłam w kaŜdziutkie słowo. 

- Wyglądasz na zmęczoną, Noro - zauwaŜyłem. 

- Bo i jestem. Usiądźmy. 

Dorota  Wynant  oświadczyła,  Ŝe  musi  wracać  do  swego  towarzystwa.  Podała  dłoń 

Norze.  MoŜe  byśmy  wpadli  któregoś  dnia  na  kieliszek,  mieszkają  w  hotelu  Courtland, 

mamusia  nazywa  się  teraz  Jorgensen.  Z  wielką  przyjemnością,  ona  teŜ  niech  nas  odwiedzi, 

mieszkamy  w  hotelu  Normandie  i  będziemy  w  Nowym  Jorku  jeszcze  tydzień  albo  dwa. 

Dorota pogłaskała psa i odeszła. Znaleźliśmy wolny stolik. 

- Ładna - powiedziała Nora. 

- Jeśli ktoś lubi ten typ. Pokazała zęby w uśmiechu. 

- Więc ty masz typy? 

- Tylko ciebie, kochanie: szczupłą brunetkę o wyzywających ustach. 

- A ta ruda, z którą się urwałeś wczoraj wieczorem u Quinnów? 

- Nonsens - powiedziałem. - Chciała mi tylko pokazać francuskie sztychy. 

Następnego dnia zadzwonił Herbert Macaulay. 

-  Cześć.  Nie  wiedziałem,  Ŝe  jesteś  w  Nowym  Jorku.  Powiedziała  mi  dopiero  Dorota 

Wynant. MoŜe byśmy zjedli razem lunch? 

- Która godzina? 

background image

- Wpół do dwunastej. Obudziłem cię? 

- Tak, ale nic nie szkodzi. MoŜe byś przyszedł tutaj na lunch. Mam kaca i nie chce mi 

się nigdzie włóczyć... Dobra, powiedzmy o pierwszej. 

Wypiłem cocktail z Norą, która wybierała się do fryzjera umyć głowę, potem drugi po 

kąpieli i czułem się juŜ znacznie lepiej, kiedy znowu zadzwonił telefon. Kobiecy głos zapytał: 

- Czy jest tam moŜe pan Macaulay? 

- Jeszcze nie. 

- Przepraszam za kłopot, ale czy nie byłby pan łaskaw powtórzyć mu, Ŝeby zadzwonił 

do biura, jak tylko przyjdzie. WaŜna sprawa. 

Obiecałem, Ŝe powtórzę. 

Macaulay  zjawił  się  jakieś  dziesięć  minut  później.  Był  wysokim,  kędzierzawym, 

rumianym, dość przystojnym męŜczyzną mniej więcej w moim wieku - czterdzieści jeden lat 

-  chociaŜ  wyglądał  młodziej.  Uchodził  za  świetnego  adwokata.  Pomagałem  mu  w  kilku 

sprawach,  kiedy  jeszcze  mieszkałem  w  Nowym  Jorku,  i  zawsze  pracowało  nam  się  dobrze. 

Uścisnęliśmy  sobie  teraz  dłonie,  poklepaliśmy  się  po  plecach,  zapytał  mnie,  jak  mi  sdę 

powodzi,  a  ja  odparłem:  „Świetnie”,  potem  ja  go  zapytałem  o  to  samo,  on  odpowiedział: 

„Świetnie” - i wreszcie mogłem mu powtórzyć, Ŝeby zadzwonił do biura. Wrócił od telefonu 

ze zmarszczonym czołem. 

- Wynant jest w Nowym Jorku - powiedział. - Chce się ze mną zobaczyć. 

Obróciłem się do niego ze szklaneczkami, które właśnie napełniłem. 

- Lunch moŜe poczekać. 

- Niech Wynant poczeka - powiedział biorąc ode mnie szklaneczkę. 

- Ciągle taki narwany? 

-  To  nie  Ŝarty  -  powiedział  Macaulay  powaŜnie.  -  Słyszałeś,  Ŝe  w  dwudziestym 

dziewiątym przesiedział blisko rok w sanatorium? 

- Nie. 

Kiwnął głową. Usiadł, postawił szlaneczkę na stoliku koło fotela i pochylił się w moją 

stronę. 

- Co właściwie knuje Mimi? 

- Mimi? A, jego Ŝona... była Ŝona. Nie wiem. Musi koniecznie coś knuć? 

-  Zwykle  coś  knuje  -  rzekł  sucho,  po  czym  dodał  bardzo  wolno:  -  Sądziłem,  Ŝe 

będziesz wiedział. 

Więc o to chodziło. 

background image

-  Słuchaj,  Mac  -  powiedziałem.  -  Nie  jestem  detektywem  juŜ  od  sześciu  lat,  od 

dwudziestego siódmego roku. 

Nie spuszczał ze mnie oka. 

-  Nie  bujam  -  zapewniłem  go.  -  W  rok  po  naszym  ślubie  umarł  teść  i zostawił  Ŝonie 

tartak,  kolejkę  wąskotorową  i  jeszcze  parę  rzeczy,  więc  rzuciłem  agencję,  Ŝeby  się  tym 

wszystkim zająć. Zresztą i tak bym nie pracował dla Mimi Wynant czy Jorgensen, czy jak tam 

się teraz nazywa... Nigdy jej nie lubiłem... Ani ona mnie. 

- Och, nie sądziłem, Ŝe... - Macaulay urwał z nieokreślonym gestem dłoni i sięgnął po 

szklaneczkę.  Pociągnąwszy  łyk,  podjął:  -  Tak  się  tylko  zastanawiam.  Trzy  dni  temu,  we 

wtorek,  dzwoni  Mimi,  chce  znaleźć  Wynanta;  wczoraj  dzwoni  Dorota  i  mówi,  Ŝe  ty  ją 

skierowałeś, potem się zjawia i... Myślałem, Ŝe się jeszcze ciągle zajmujesz niuchaniem, i nie 

wiedziałem, co to wszystko ma znaczyć. 

- Nie powiedzieli ci? 

- Jasne. Chcą się z nim zobaczyć, przypomnieć sobie dawne czasy. To moŜe znaczyć 

wszystko. 

-  AleŜ  wy,  adwokaoi,  jesteście  podejrzliwi  -  zauwaŜyłem.  -  MoŜe  naprawdę  dlatego 

chcą się z nim zobaczyć. No, i dla pieniędzy. Ale o co właściwie ten cały krzyk? Czy Wynant 

się ukrywa? 

Macaulay wzruszył ramionami. 

- Wiesz tyle, co i ja. Nie widziałem go od października. - Pociągnął ze szklaneczki. - 

Jak długo będziesz w Nowym Jorku? 

-  Do  Nowego  Roku  albo  dłuŜej  -  poinformowałem  go  i  podszedłem  do  telefonu 

zapytać, jakie dzisiaj mają menu. 

Wieczorem poszedłem z Norą na premierę „Miodowego miesiąca” w Teatrze Małym, 

a  potem  na  przyjęcie  do  jakichś  ludzi,  którzy  się  nazywali  Freemanowie  czy  Fieldingowie, 

czy jeszcze jakoś inaczej. Czułem się podle, kiedy Nora obudziła mnie następnego dnia rano. 

Podała mi gazetę i filiŜankę kawy, mówiąc: 

- Czytaj! 

Cierpliwie  odczytałem  akapit  czy  dwa,  po  czym  odłoŜyłem  gazetę  i  wypiłem  łyk 

kawy. 

-  śarty  Ŝartami  -  powiedziałem  -  ale  w  tej  chwili  zamieniłbym  wszystkie  wywiady  z 

nowo  obranym  burmistrzem  0’Brienem,  dorzucając  na  dokładkę  ten  indiański  oleodruk  ze 

ś

ciany, za kieliszek whis... 

- Nie to, głupcze. - PołoŜyła palec na gazecie. - To. 

background image

SEKRETARKA 

WYNALAZCY 

ZAMORDOWANA 

WE 

WŁASNYM 

MIESZKANIU  ZNALEZIONO  PODZIURAWIONE  KULAMI  CIAŁO  JULII  WOLF 

POLICJA SZUKA JEJ PRACODAWCY, CLYDE’A WYNANTA 

Wczoraj  po  -  południu  znaleziono  podziurawione  kulami  ciało  Julii  Wolf, 

trzydziestodwuletniej sekretarki osobistej głośnego wynalazcy Clyde’a Millera Wynanta, w jej 

mieszkaniu  pod  numerem  411  na  Pięćdziesiątej  Czwartej  Wschodniej  Ulicy.  Odkrycia 

dokonała  pani  Chrystianowa  Jorgensen,  rozwiedziona  Ŝona  wynalazcy,  która  udała  się  do 

panny  Wolf  po  adres  byłego  męŜa.  Pani  Jorgensen,  która  w  poniedziałek  wróciła  po 

sześcioletnim  pobycie  w  Europie,  oświadczyła  policji,  Ŝe  nacisnąwszy  dzwonek  usłyszała  za 

drzwiami  słabe  jęki.  Zawiadomiła  windziarza,  Mervina  Holly,  który  z  kolei  wezwał 

administratora, Waltera Meany. Wszedłszy do mieszkania znaleźli pannę Wolf na podłodze w 

sypialni z czterema kulami kalibru 32 w piersi. Ranna zmarła nie odzyskawszy przytomności, 

przed przybyciem policji i lekarza. 

Pełnomocnik  Wynanta,  Herbert Macaulay, zapewnił policję, Ŝe Wynant zadzwonił do 

niego wczoraj i umówił się na spotkanie, na które jednak nie przybył. Adwokat oświadczył, Ŝe 

nic  nie  wie  o  miejscu  pobytu  wynalazcy.  Panna  Wolf,  jak  zeznał  Macaulay,  pracowała  u 

Wynanta  od  ośmiu  lat.  Adwokat  nie  wie  nic  o  rodzinie  zamordowanej  ani  o  jej  Ŝyciu 

prywatnym i nie moŜe dostarczyć Ŝadnej informacji, która by rzuciła światło na sprawę. 

Według zapewnień biegłych strzały nie mogły być oddane przez samą ofiarę... 

Następowały zwykłe sformułowania biuletynu policyjnego. 

- Myślisz, Ŝe to on ją zamordował? - zapytała Nora, kiedy odłoŜyłem gazetę. 

- Wynant? Nie zdziwiłbym się zbytnio. Jest narwany jak diabli. 

- Znałeś ją? 

- Tak. MoŜe byśmy się napili czegoś dla przepłukania gardła. 

- Jaka ona była? 

-  Niczego  sobie.  Niebrzydka,  miała  głowę  na  karku  i  zdrowe  nerwy.  Potrzebne  jej 

było jedno i drugie, Ŝeby Ŝyć z tym facetem. 

- śyła z nim? 

-  Tak.  Proszę  cię,  daj  mi  coś  do  picia.  To  znaczy,  Ŝyła,  kiedy  miałem  z  nim  do 

czynienia. 

- MoŜe byś najpierw zjadł śniadanie? Kochała go czy tylko tak, dla interesu? 

- Nie wiem. Za wcześnie jeszcze na śniadanie. 

Nora  wyszła  zostawiając  otwarte  drzwi  i  do  sypialni  wpadła  Asta.  Wskoczyła 

przednimi łapami na łóŜko, sięgając pyskiem do mojej twarzy. Podrapałem ją po łbie, usiłując 

background image

sobie  przypomnieć  coś,  co  mi  kiedyś  powiedział  Wynant  o  psach  i  o  kobietach.  Nie  był  to 

jednak zwykły dowcip typu, jaka jest róŜnica między kobietą, spanielem a włoskim orzechem. 

Nie mogłem sobie przypomnieć, a nie wiem, czemu zdawało mi się, Ŝe jednak powinienem. 

Nora wróciła z dwoma cocktailami i następnym pytaniem: 

- Jak on wygląda? 

-  Wysoki,  dobrze  ponad  metr  osiemdziesiąt,  przy  tym  jeden  z  najchudszych  ludzi, 

jakich w Ŝyciu widziałem. Musi mieć teraz około pięćdziesiątki, a był juŜ prawie siwy, kiedy 

go  znałem.  PrzewaŜnie  chodzi  nie  ostrzyŜony,  nosi  niechlujne  szpakowatorude  wąsiki, 

obgryza paznokcie. 

Odepchnąłem psa, Ŝeby wziąć od Nory szklaneczkę. 

- Brzmi to zachęcająco. I co ty z nim miałeś wspólnego? 

-  Jeden  ze  współpracowników  oskarŜył  go,  Ŝe  mu  ukradł  jakiś  wynalazek.  Facet 

nazywał się Kelterman. Próbował go szantaŜować, groŜąc, Ŝe jeśli Wynant mu nie zapłaci, to 

go zabije, wysadzi mu dom w powietrze, porwie dzieci, poderŜnie Ŝonie gardło i bo ja wiem, 

co  jeszcze.  Nigdy  nie  złapaliśmy  faceta,  ale  musieliśmy  mu  napędzić  nielichego  pietra,  bo 

groźby ustały i do niczego nie doszło.. 

Nora odjęła szklaneczkę od ust, Ŝeby zapytać: 

- Czy Wynant rzeczywiście ukradł mu ten wynalazek? 

-  Cicho-sza  -  powiedziałem.  -  Jest  Wigilia,  więc  postaraj  się  nie  myśleć  nic  złego  o 

bliźnich. 

Po  południu  wyszedłem  z  Astą  na  spacer,  wyjaśniłem  dwu  osobom  Ŝe  jest 

sznaucerem, nie mieszańcem szkockiego i irlandzkiego teriera, wstąpiłem do baru na jednego, 

wpadłem na Larry’ego Crowleya i przyprowadziłem go ze sobą do hotelu. Nora mieszała juŜ 

cocktaile  dla  Quinnów,  Margot  Innes,  jakiegoś  męŜczyzny,  którego  nazwiska  nie 

dosłyszałem,  oraz  Doroty  Wynant.  Dorota  oznajmiła,  Ŝe  chce  ze  mną  porozmawiać,  więc 

wzięliśmy szklaneczki i przeszliśmy do sypialni. Przystąpiła od razu do rzeczy. 

- UwaŜa pan Ŝe tatuś ją zabił? 

- Nie - powiedziałem. - Dlaczego miałbym tak uwaŜać? 

- No, policja jest tego zdania... Była jego kochanką, prawda? 

Kiwnąłem głową. 

- Kiedy się z nimi stykałem, tak. 

Nie odrywając wzroku od szklaneczki powiedziała: 

background image

- Jest moim ojcem, ale nigdy go nie lubiłam. Mamusi teŜ. - Podniosła na mnie wzrok. 

- Gilberta teŜ nie lubię. 

Gilbert był jej bratem. 

- Nie przejmuj się - pocieszyłem ją. - Mnóstwo ludzi nie lubi swoich rodzin. 

- A pan lubi? 

- Swoją rodzinę? 

- Moją. - Spojrzała na mnie podejrzliwie. - I niech pan ze mną nie rozmawia, jakbym 

ciągle jeszcze miała dwanaście lat. 

- Zdaje ci się - powiedziałem. - MoŜe to dlatego, Ŝe jestem juŜ trochę wstawiony. 

- No więc jak? Pokręciłem głową. 

-  Nie  miałem  nic  przeciwko  tobie,  był  z  ciebie  po  prostu  rozpieszczony  bachor.  Bez 

reszty rodzinki mógłbym się obejść. 

- Co z nami właściwie jest? - zapytała bez goryczy, takim tonem, jakby rzeczywiście 

chciała się dowiedzieć. 

- Mnóstwo rzeczy. Twój... 

Do sypialni zajrzał Harrison Quinn. 

- Chodź zagrać w ping-ponga, Nick. 

- Za chwilę. 

- Tylko przyprowadź ze sobą naszą ślicznotkę. Spojrzał łakomie na Dorotę i wyszedł. 

Dorota powiedziała: 

- Zdaje się, Ŝe pan nie zna Jorgensena. 

- Znam Nelsa Jorgensena. 

- Szczęściarz z pana. Ten ma na imię Chrystian. Uroczy typek. To jest cała mamusia: 

rozwodzi  się  z  szaleńcem,  Ŝeby  wyjść  za  Ŝigolaka.  -  Oczy  jej  zwilgotniały.  Powstrzymując 

łkanie zapytała: - Co ja mam robić, Nick? 

Miała  głos  przestraszonego  dziecka.  Objąłem  ją  ramieniem,  wydając  uspokajające 

pomruki.  Rozpłakała  się  na  mojej  piersi.  Koło  łóŜka  zadzwonił  telefon.  W  drugim  pokoju 

radio grało „Wzejdź i świeć”. Moja szklaneczka była pusta. 

- Odetnij się od nich - powiedziałem. Załkała znowu. 

- Człowiek nie moŜe odciąć się od swojego domu. 

- Nie powiem, Ŝebym zbyt dobrze rozumiał, co cię trzyma. 

-  Proszę  cię,  nie  dokuczaj  mi  -  rzekła  pokornie.  Nora,  która  weszła  odebrać  telefon, 

obrzuciła mnie pytającym spojrzeniem. Zrobiłem do niej minę nad głową Doroty. Kiedy Nora 

powiedziała do telefonu: „Halo” - Dorota odskoczyła ode mnie, oblewając się rumieńcem. 

background image

-  P-przepraszam  -  wyjąkała.  -  Nie  chciałam...  Nora  uśmiechnęła  się  do  niej 

wyrozumiale. 

-  Nie  bądź  głupia  -  powiedziałem.  Dziewczyna  wyciągnęła  chusteczkę  i  zaczęła 

ocierać oczy. Nora mówiła do telefonu: 

Tak..  Zobaczę,  czy  jest.  A  kto  mówi,  jeśli  moŜna  wiedzieć?  -  Zakryła  dłonią  tubę  i 

obróciła się do mnie: - Jakiś facet, nazywa się Norman. Chcesz z nim rozmawiać? 

Odparłem, Ŝe bo ja wiem, i podszedłem do telefonu. 

- Halo. 

Odezwał się nieco chrapliwy głos: 

-  Pan  Charles...?  Słyszałem,  Ŝe  był  pan  kiedyś  związany  z  Wszechamerykańską 

Agencją Detektywistyczną. 

- Kto mówi? - zapytałem. 

-  Nazywam  się  Albert  Norman.  Prawdopodobnie  nie  słyszał  pan  o  mnie,  ale 

chciałbym panu zrobić pewną propozycję. Jestem przekonany, Ŝe... 

- Co za propozycję? 

- Trudno mi mówić przez telefon, ale jeśliby mi pan poświęcił pół godzinki, to mogę 

obiecać... 

- Niestety - powiedziałem. - Jestem bardzo zajęty, a poza tym... 

- Ale, panie Charles, to bardzo... 

Rozległ  się  głośny  huk:  mógł  to  być  strzał  albo  coś  upadającego  na  podłogę,  albo  w 

ogóle  jakikolwiek  głuchy  odgłos.  Powtórzyłem  kilka  razy:  „Halo”,  ale  nie  było  odpowiedzi. 

OdłoŜyłem słuchawkę. 

Nora przed lustrem pocieszała Dorotę za pomocą pudru i róŜu.- Jakiś facet, sprzedaje 

polisy ubezpieczeniowe - powiedziałem i poszedłem się napić do salonu. 

Zjawiło się jeszcze kilka osób. Porozmawiałem z nimi chwilę. Harrison Quinn wstał z 

kanapy, na której siedział wraz z Margot Innes, i zaproponował: 

- To chodźmy zagrać w tego ping-ponga. 

Asta  skoczyła  mi  łapami  na  brzuch.  Wyłączyłem  radio  i  zrobiłem  sobie  cocktail. 

MęŜczyzna, którego nazwiska nie dosłyszałem, perorował: 

- Przyjdzie rewolucja i z miejsca postawią nas wszystkich pod ścianką. 

UwaŜał,  zdaje  się,  Ŝe  to  świetny  dowcip.  Podszedł  Quinn,  Ŝeby  sobie  napełnić  na 

nowo szklankę. Spojrzał w stronę sypialni. 

- Skąd wytrzasnąłeś tę blondyneczkę? 

- Huśtałem ją kiedyś na kolanie. 

background image

- Na którym? - zapytał. - Mógłbym je pomacać? 

Nora  i  Dorota  wyszły  z  sypialni.  Zobaczyłem  na  radiu  popołudniową  gazetę,  więc 

sięgnąłem po nią. Tytuły krzyczały wielkimi czcionkami: 

JULIA  WOLF  BYŁA  KOCHANKĄ  GANGSTERA  ARTUR  NUNHEIM 

IDENTYFIKUJE ZWŁOKI DOTĄD NIE ODNALEZIONO WYNANTA 

Nora odezwała się cicho tuŜ przy moim ramieniu: 

- Zaprosiłam ją na kolację. Bądź dobry dla tej małej. - Nora miała sama dwadzieścia 

sześć lat. - Jest zupełnie wytrącona z równowagi. 

- Jak sobie Ŝyczysz. - Odwróciłem się. W drugim końcu pokoju Dorota zaśmiewała się 

z  czegoś,  co  jej  opowiadał  Quinn.  -  Jeśli  masz  ochotę  się  mieszać  w  nie  swoje  sprawy,  to 

proszę bardzo, ale nie spodziewaj się, Ŝe będę ci robił okłady, jak sobie nabijesz guza. 

- Nie nabiję. Jesteś słodki dureń. Nie czytaj teraz. Odebrała mi gazetę i wetknęła ją za 

radio. 

W  nocy  Nora  nie  mogła  spać.  Czytała  pamiętniki  Szaliapina,  dopóki  nie  zacząłem 

zapadać w sen, po czym zbudziła mnie pytaniem: 

- Spisz? 

Odpowiedziałem, Ŝe tak. Zapaliła mi papierosa, drugiego sobie. 

- Nie miałbyś czasami ochoty zabawić się znowu w detektywa? Wiesz, kiedy wydarzy 

się coś niezwykłego, jak na przykład sprawa Lindbergha... 

-  Moja  droga  -  powiedziałem  -  przypuszczalnie  to  Wynant  ją  zamordował  i  policja 

złapie go bez mojej pomocy. A w ogóle niewiele mnie to obchodzi. 

- Nie to miałam na myśli, tylko Ŝe... 

- Zresztą i tak nie mam czasu: jestem zbyt zajęty pilnowaniem, Ŝebyś nie przepuściła 

tych wszystkich pieniędzy, dla których się z tobą oŜeniłem. - Pocałowałem ją. - Nie sądzisz, 

Ŝ

e kieliszeczek whisky pomógłby ci zasnąć? 

- Nie, dziękuję. 

- Ale mnie by dobrze zrobił. 

Wstałem i poszedłem przynieść sobie whisky z sodą. Kiedy wróciłem, Nora siedziała 

ze zmarszczonym czołem, zapatrzona w przestrzeń. 

-  MoŜe  ta  mała  jest  i  milutka  -  powiedziałem  -  ale  ma  kuku  na  muniu.  Nie  byłaby 

inaczej córką Wynanta. Nigdy nie wiadomo, ile z tego, co mówi, myśli naprawdę, i nigdy nie 

wiadomo, ile z tego, co myśli, rzeczywiście się wydarzyło. Lubię ją, ale coś mi się wydaje, Ŝe 

twoje... 

background image

- Ja nie jestem taka pewna, czy ją lubię - odparła Nora z namysłem. - Wygląda mi na 

małe ścierwo, ale jeŜeli  chociaŜ ćwierć tego, co  nam naopowiadała, jest  prawdą, to znajduje 

się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. 

- Nic na to nie poradzę. 

- Ona uwaŜa, Ŝe byś mógł. 

- I ty teŜ, z czego wynika, Ŝe bez względu na to, co uwaŜasz, zawsze znajdziesz kogoś, 

kto będzie tego samego zdania. 

Nora westchnęła. 

- Szkoda, Ŝe nie jesteś trzeźwy i nie moŜna z tobą serio porozmawiać. - Pochyliła się i 

wypiła łyk z mojej szklaneczki. - Dam ci prezent gwiazdkowy, jeśli ty mi teŜ dasz. 

Potrząsnąłem głową. 

- Przy śniadaniu. 

- Ale juŜ jest BoŜe Narodzenie. 

- Przy śniadaniu. 

- Cokolwiek mi dasz - oświadczyła - mam nadzieję, Ŝe mi się nie spodoba. 

- Nic ci to nie pomoŜe. I tak będziesz je musiała hodować, bo ten facet w „Akwarium” 

zapowiedział,  Ŝe  pod  Ŝadnym  warunkiem  nie  przyjmie  ich  z  powrotem.  Mówi,  Ŝe  i  tak  juŜ 

poobgryzały ogony... 

- Co by ci szkodziło spróbować? A nuŜ się okaŜe, Ŝe mógłbyś jej pomóc. Ma do ciebie 

takie zaufanie, Nicky. 

- Tak, wszyscy mają zaufanie do Greków. 

- Proszę cię. 

- Ty byś tylko wścibiała nos w sprawy, które... 

-  Aha,  chciałam  cię  właśnie  zapytać:  czy  jego  Ŝona  wiedziała,  Ŝe  ta  panna  Wolf  jest 

jego kochanką? 

- Nie wiem. W kaŜdym razie jej nie lubiła. 

- A jaka ona jest? 

- śona? Bo ja wiem? Jak kobieta. 

- Przystojna? 

- Kiedyś była bardzo. 

- Ile ma lat? 

-  Czterdzieści,  moŜe  czterdzieści  dwa.  Skończ  z  tym  wreszcie,  Noro.  Po  co  ci  to 

potrzebne? Niech Charlesowie pilnują swoich interesów, a Wynantowie swoich. 

Wydęła wargi. 

background image

- MoŜe jednak dobrze by mi zrobił kieliszek. Wstałem z łóŜka i zrobiłem jej cocktail. 

Wracałem  do  sypialni,  kiedy  zadzwonił  telefon.  Popatrzyłem  na  swój  zegarek  leŜący  na 

stoliku nocnym. Dochodziła piąta. Nora odezwała się do telefonu: 

-  Halo...  Tak,  to  ja.  -  Spojrzała  na  mnie  z,  ukosa.  Potrząsnęła  głowę,  Ŝe  nie.  -  Tak... 

AleŜ oczywiście... Naturalnie. 

OdłoŜyła słuchawkę i pokazała zęby w uśmiechu. 

- Rozkoszna jesteś - powiedziałem. - No i co? 

- Zaraz tu przyjdzie Dorota. Jest, zdaje się, zalana. 

- A to wspaniale. - Sięgnąłem po szlafrok. - Bo juŜ się obawiałem, Ŝe będę musiał iść 

spać. 

Nora pochyliła się szukając rannych pantofli. 

- Nie bądź takim tetrykiem. MoŜesz sobie spać przez cały dzień. - Znalazła pantofle i 

wstała. - Czy ona się naprawdę boi matki tak, jak mówi? 

- JeŜeli ma odrobinę oleju w głowie. Mimi to zgaga. 

Nora podniosła swoje czarne oczy i powiedziała wolno: 

- Ty coś przede mną ukrywasz. 

- Och, kochanie - odparłem. - Miałem nadzieję, Ŝe nie będę ci musiał mówić. Dorota 

jest naprawdę moją córką. Sam nie wiedziałem, co robię, Noro. To było wiosną, w Wenecji, 

byłem taki młody, świecił księŜyc... 

- Powygłupiaj się jeszcze trochę. Nie przegryzłbyś czegoś? 

- JeŜeli ty masz ochotę. Co byś chciała? 

- Kanapkę z befsztykiem po tatarsku i z cebulką, i czarną kawę. 

Dorota  się  zjawiła,  kiedy  dzwoniłem  do  nocnej  garmaŜerii.  Kiedy  wszedłem  do 

salonu, wstała nie bez trudności, mówiąc: 

- Strasznie przepraszam, Nick, Ŝe was tak nachodzę. Ale nie mogę wrócić do domu w 

takim  stanie.  Nie  mogę.  Boję  się.  Nie  wiem,  co  by  się  mogło  stać,  co  bym  mogła  zrobić. 

Błagam, nie wyrzucaj mnie. 

Była bardzo pijana. Asta obwąchiwała jej nogi. 

-  Cii  -  powiedziałem.  -  śle  ci  tutaj?  Siadaj.  Za  chwilę  będzie  kawa.  Gdzieś  się  tak 

doprawiła? 

Usiadła, potrząsając niemądrze głową. 

- Sama nie wiem. Obijałam się po lokalach, jak stąd wyszłam. Byłam wszędzie, tylko 

nie  w  domu.  Nie  mogę  wrócić  do  domu  w  takim  stanie.  Patrz,  co  mam.  -  Podniosła  się 

wyciągając z kieszeni płaszcza poobtłukiwany pistolet. - Patrz. 

background image

Zaczęła nim wywijać w moim kierunku, podczas gdy Asta, wesoło machając ogonem, 

próbowała  na  nią  skakać.  Nora  wciągnęła  głośno  powietrze,  ja  poczułem  chłód  w  karku. 

Odepchnąłem psa i odebrałem Dorocie pistolet. 

- Co to za wygłupy? Siadaj. 

Schowałem pistolet do kieszeni szlafroka i popchnąłem Dorotę na fotel. 

- Nie  gniewaj się na mnie, Nick - jęknęła. - MoŜesz go zatrzymać. Nie chcę ci robić 

kłopotu. 

- Skąd to wzięłaś? 

-  Dostałam  od  jednego  faceta  w  knajpie  na  Dziesiątej  Alei.  Dałam  mu  za  to 

bransoletkę, tę ze szmaragdami i brylantami. 

- A potem wygrałaś ją z powrotem w kości - powiedziałem. - Bo masz ją na ręce. 

Wbiła wzrok w bransoletkę. 

- Myślałam, Ŝe jej nie mam. 

Popatrzyłem na Norę i potrząsnąłem głową. Nora powiedziała: 

- Nie piłuj jej tak, Nick. Jest... 

-  Wcale  mnie  nie  piłuje,  Noro,  naprawdę  mnie  nie  piłuje  -  wtrąciła  Dorota  szybko.  - 

Jest... jest jedynym człowiekiem na świecie, do którego się mogę zwrócić. 

Przypomniałem sobie, Ŝe Nora nie tknęła swojej whisky, więc poszedłem do sypialni i 

wychyliłem  szklaneczkę  duszkiem.  Kiedy  wróciłem,  Nora  siedziała  na  poręczy  fotela, 

obejmując Dorotę ramieniem. Dorota pociągała nosem, Nora mówiła: 

- AleŜ Nick wcale nie jest na ciebie wściekły, kochanie, bardzo cię lubi. - Spojrzała na 

mnie. - Prawda, Ŝe nie jesteś na nią wściekły, Nick? 

- Nie, jestem tylko trochę zawiedziony. - Usiadłem na sofie. - Skąd masz ten pistolet, 

Doroto? 

- Od jednego faceta, przecieŜ ci mówiłam. 

- Od jakiego faceta? 

- JuŜ ci mówiłam. Od jakiegoś faceta w knajpie. 

- I dałaś mu w zamian bransoletkę? 

- Tak myślałam, ale patrz, mam ją na ręce. 

- ZauwaŜyłem. 

Nora poklepała dziewczynę po plecach. 

- Oczywiście, Ŝe masz. 

-  Kiedy  przyjdzie  chłopak  z  kanapkami  i  kawą,  dam  mu  w  łapę,  Ŝeby  tu  posiedział. 

Ani mi się śni zostać samemu z dwiema... 

background image

Nora popatrzyła na mnie z ukosa i powiedziała do Doroty: 

- Nie zwracaj na niego uwagi. Przez cały wieczór jest taki przyjemny. 

- UwaŜa mnie za małą, pijaną idiotkę - powiedziała Dorota. 

Nora poklepała ją znowu po plecach. 

- Po co ci był ten pistolet? - zapytałem. Dorota wyprostowała się na fotelu, patrząc na 

mnie szeroko otwartymi, pijanymi oczami. 

-  Na  niego  -  szepnęła  gorączkowo  -  jakby  mnie  napastował.  Bałam  się,  bo  jestem 

pijana. Więc się bałam. A potem wystraszyłam się tego pistoletu, więc przyszłam tutaj. 

- Masz na myśli ojca? - zapytała Nora starając się opanować podniecenie. 

Dziewczyna potrząsnęła głową. 

- Clyde Wynant jest moim ojcem. Mam na myśli ojczyma. 

PołoŜyła Norze głowę na piersi. 

-  Aha  -  rzekła  Nora  tonem  pełnego  zrozumienia.  Potem  dodała:  -  Biedne  dziecko  -  i 

spojrzała na mnie znacząco. 

- Napijmy się czegoś - powiedziałem. 

- Ja nie. - Nora zmierzyła mnie znowu z ukosa. - UwaŜam, Ŝe Dorota teŜ nie powinna 

pić. 

-  I  owszem,  wypije.  PomoŜe  jej  to  zasnąć.  Nalałem  jej  solidną  porcję  whisky  i 

dopilnowałem, Ŝeby wypiła. Alkohol zrobił swoje: kiedy przyniesiono kawę i kanapki, Dorota 

smacznie spała. 

- Teraz jesteś zadowolony? - zapytała Nora. 

- Jestem. MoŜe ją połoŜymy, zanim się weźmiemy do jedzenia? 

Zaniosłem  ją  do  sypialni  i  pomogłem  Norze  rozebrać.  Miała  ładne,  drobne  ciało. 

Wróciliśmy  do  salonu.  Wyciągnąłem  z  kieszeni  pistolet  i  obejrzałem  go.  Był  mocno 

sfatygowany. Znajdowały się w nim dwa naboje - jeden w komorze, drugi w magazynku. 

- Co z nim zrobisz? - zapytała Nora. 

-  Nic,  dopóki  się  nie  dowiem,  czy  z  niego  została  zastrzelona  Julia  Wolf.  To  kaliber 

32. 

- AleŜ ona mówiła... 

- ...Ŝe go dostała w knajpie od jednego faceta za bransoletkę. Słyszałem. 

Nora  z  kanapką  w  ustach  pochyliła  się  w  moją  stronę.  Oczy  jej  błyszczały  i  były 

bardzo czarne. 

- Myślisz, Ŝe go dostała od ojczyma? 

- Myślę - powiedziałem, ale powiedziałem to zbyt serio. 

background image

-  Jesteś  wstrętna  grecka  glista  -  zawyrokowała  Nora.  -  MoŜe  naprawdę  dostała. 

PrzecieŜ nie wiesz. Nie wierzysz w to, co ci powiedziała. 

-  Posłuchaj,  kochanie.  Kupię  ci  jutro  cały  stos  powieści  kryminalnych,  tylko  nie  łam 

sobie  dzisiaj  juŜ  swojej  ślicznej  główki.  Wszystko,  co  ci  miała  do  zakomunikowania, 

sprowadza  się  do  jednego:  bała  się,  Ŝe  Jorgensen  spróbuje  się  do  niej  dobrać,  jeśli  wróci  do 

domu, i Ŝe jest dość pijana, by mu ulec. 

- PrzecieŜ ma matkę! 

- To lepsza rodzinka. MoŜesz... 

W drzwiach, mrugając oczami od światła, stanęła niepewnie Dorota Wynant w nocnej 

koszuli o wiele na nią za duŜej. 

- Mogę wejść na chwilkę? - zapytała. - Boję się sama. 

- Jasne. 

Podeszła  i  zwinęła  się  koło  mnie  na  kanapie.  Nora  wstała,  Ŝeby  jej  przynieść  coś  do 

okrycia. 

Jedliśmy 

wczesnym 

popołudniem 

we 

troje 

ś

niadanie, 

kiedy 

zadzwonili 

Jorgensenowie.  Nora  odebrała  telefon  i  wróciła  z  sypialni  starając  się  nie  okazać  po  sobie 

podniecenia. 

-  Dzwoniła  twoja  matka  -  poinformowała  Dorotę.  Są  na  dole.  Powiedziałam,  Ŝeby 

weszli na górę. 

- Niech to diabli - odparła Dorota. - śałuję, Ŝe do niej zadzwoniłam. 

- Równie dobrze moglibyśmy mieszkać w hallu - dorzuciłem. 

- On wcale nie myśli tego, co mówi - powiedziała Nora. 

Poklepała  Dorotę  po  plecach.  Rozległ  się  dzwonek.  Poszedłem  otworzyć.  Osiem  lat 

nie  poczyniło  zbytniego  spustoszenia  w  wyglądzie  Mimi.  Była  bardziej  dojrzała,  bardziej 

efektowna - to wszystko. Wzrostem górowała nad swoją córką, jej blond włosy miały Ŝywszy 

odcień. Śmiejąc się wyciągnęła do mnie obydwie ręce. 

-  Wesołych  świąt.  Miło  cię  znowu  zobaczyć  po  tylu  latach.  To  jest  mój  mąŜ.  Pan 

Charles, Chrystian. 

-  I  ja  się  cieszę,  Ŝe  cię  widzę,  Mimi  -  powiedziałem,  po  czym  wyciągnąłem  dłoń  do 

Jorgensena. 

Co  najmniej  pięć  lat  młodszy  od  swojej  Ŝony,  Jorgensen  był  wysokim,  szczupłym, 

prosto  się  trzymającym,  smagłym  męŜczyzną,  starannie  i  szykownie  ubranym,  o  gładkich 

włosach i wypomadowanych wąsikach. Ukłonił się w pas. 

background image

- Miło mi pana poznać. 

Miał cięŜki germański akcent i smukłą muskularną dłoń. 

Weszliśmy do pokoju. Mimi, po dopełnieniu prezentacji, zaczęła przepraszać Norę za 

najście. 

-  Chciałam  się  zobaczyć  z  pani  męŜem  po  tylu  latach  -  powiedziała.  -  Przy  tym 

wiedziałam, Ŝe jedynym sposobem dotarcia gdziekolwiek na czas z moją córką jest fizyczny 

przymus. - Zwróciła się z uśmiechem do Doroty: - MoŜe byś się ubrała, złotko. 

Złotko  odburknęło  ustami  pełnymi  grzanki,  Ŝe  święta  czy  nie  święta,  nie  widzi 

powodu do marnowania jeszcze jednego popołudnia u ciotki Alicji. 

- Gilbert na pewno nie pójdzie. 

Mimi stwierdziła, Ŝe Asta jest ślicznym psem, po czym zapytała, czy przypadkiem nie 

wiem, gdzie moŜe się podziewać jej były mąŜ. 

- Nie. 

Mimi bawiła się dalej z psem. 

-  Jest  pomylony,  kompletnie  pomylony.  śeby  znikać  w  takim  momencie!  Nic 

dziwnego, Ŝe policja uwaŜała z początku, Ŝe musiał w tym maczać palce. 

- A co teraz uwaŜa? - zapytałem. Podniosła na mnie wzrok. 

- Nie czytałeś gazet? 

- Nie. 

- Podobno to niejaki Morelli. Gangster. On ją zabił. Był jej kochankiem. 

- Złapali go? 

- Jeszcze nie, ale to on ją zabił. Chciałabym odnaleźć Clyde’a. Macaulay nie chce mi 

nic pomóc. Twierdzi, Ŝe nie ma pojęcia, gdzie Clyde się podziewa, ale to przecieŜ śmieszne. 

Jest jego pełnomocnikiem i w ogóle, zresztą wiem dobrze, Ŝe się z nim kontaktuje. UwaŜasz, 

Ŝ

e Macaulay jest godny zaufania? 

- Jest adwokatem Clyde’a - odparłem. - Nie widzę powodu, dlaczego ty byś mu miała 

ufać. 

- Tak i myślałam. - Przesunęła się na kanapie. - Siadaj. Mam do ciebie milion spraw. 

- MoŜe byśmy się najpierw czegoś napili? 

-  Dla  mnie  moŜe  być  cokolwiek,  byle  nie  ajerkoniak  -  powiedziała.  -  Szkodzi  mi  na 

wątrobę. 

Kiedy  wróciłem  z  trunkami,  Nora  i  Jorgensen  popisywali  się  jedno  przed  drugim 

swoją  francuszczyzną,  Dorota  nadal  udawała,  Ŝe  je,  a  Mimi  znowu  bawiła  się  z  psem. 

Rozdałem szklaneczki i usiadłem koło Mimi. 

background image

- Masz uroczą Ŝonę - zauwaŜyła. 

- Podoba ci się? Mnie teŜ. 

-  Powiedz  mi  prawdę,  Nick:  czy  uwaŜasz,  Ŝe  Clyde  jest  naprawdę  pomylony? 

Rozumiesz, pomylony na tyle, Ŝe powinno się coś z tym zrobić? 

- Skąd mogę wiedzieć? 

-  Martwię  się  ze  względu  na  dzieci  -  oznajmiła.  -  Ja  nie  mam  Ŝadnych  roszczeń,  w 

umowie  rozwodowej  zostało  wszystko  uregulowane.  Ale  dzieci!  Zostaliśmy  bez  centa, 

martwię się ze względu na nie. JeŜeli jest naprawdę pomylony, to gotów wszystko przeputać i 

zostawić je na lodzie. Czy uwaŜasz, Ŝe powinnam coś zrobić? 

- Chciałabyś go zamknąć w domu wariatów? 

- N-nie - powiedziała wolno - ale chciałabym z nim pomówić. - PołoŜyła mi rękę na 

ramieniu. - Ty byś go znalazł. 

Potrząsnąłem głową. 

- Nie chcesz mi pomóc, Nick? Byliśmy przecieŜ przyjaciółmi. 

Jej  wielkie  niebieskie  oczy  przybrały  wyraz  łagodny  i  błagalny.  Dorota  przyglądała 

nam się podejrzliwie z końca stołu. 

-  Na  miłość  boską,  Mimi  -  powiedziałem.  -  W  Nowym  Jorku  są  setki  detektywów. 

WeŜ któregoś. Ja się tym juŜ nie zajmuję. 

- Wiem, ale... Czy Dorota była wczoraj bardzo pijana? 

- To raczej ja byłem pijany. Ona wydawała mi się zupełnie trzeźwa. 

- Nie uwaŜasz, Ŝe wyrosła na ładne stworzenie? 

- Zawsze uwaŜałem, Ŝe jest ładna. Zastanowiła się chwilę. 

- To jeszcze dziecko, Nick - powiedziała. 

- Co ma piernik do wiatraka? - zapytałem. Uśmiechnęła się. 

- MoŜe byś coś na siebie włoŜyła, Doro? 

Dorota  powtórzyła  ponuro,  Ŝe  nie  widzi  powodu  do  marnowania  jeszcze  jednego 

popołudnia u ciotki Alicji. Teraz i Jorgensen zwrócił się do Ŝony: 

- Pani Charles była uprzejma zaproponować... 

- Tak, tak - powiedziała Nora. - Czemu nie mieliby państwo zostać? Będzie parę osób. 

Nic nadzwyczajnego, ale... 

Zamiast zakończenia zrobiła nieokreślony ruch szklaneczką. 

- Bardzo bym chciała - odparła Mimi z namysłem - ale obawiam się, Ŝe Alicja... 

- Zadzwoń i przeproś ją - zaproponował Jorgensen. 

- Ja zadzwonię - zaofiarowała się Dorota. Mimi kiwnęła głową. 

background image

- Tylko bądź dla niej miła. 

Dorota  poszła  do  sypialni.  Wszyscy  od  razu  się  rozpogodzili,  Nora  napotkała  mój 

wzrok i mrugnęła wesoło, a ja musiałem zrobić dobrą minę, bo akurat patrzyła na mnie Mimi. 

- Zdaje się, wcale nie chciałeś, Ŝebyśmy zostali? 

- Co znowu! 

- Wszystko wskazuje, Ŝe kłamiesz. Ty zdaje się dosyć lubiłeś biedną Julię? 

- Biedną Julię. To brzmi wspaniale w twoich ustach. Owszem, lubiłem. 

Mimi połoŜyła mi znowu rękę na ramieniu. 

-  Rozbiła  moje  małŜeństwo  z  Clyde’em.  Ma  się  rozumieć,  nienawidziłam  jej  w  tym 

czasie.  Ale  to  było  juŜ  tak  dawno.  Nie  miałam  do  niej  Ŝadnego  Ŝalu  idąc  tam  w  piątek.  I 

popatrz,  Nick,  znalazłam  ją  umierającą.  Nie  zasłuŜyła  na  to.  To  było  straszne.  Jeśli  nawet 

miałam  do  niej  jeszcze  jakąś  resztkę  Ŝalu,  w  tym  momencie  nie  pozostało  juŜ  nic  prócz 

współczucia. Mówiąc: biedna Julia, to rzeczywiście chciałam powiedzieć. 

-  Nie  mam  pojęcia,  do  czego  zmierzasz  -  odparłem.  -  Nie  mam  pojęcia,  do  czego 

wszyscy zmierzacie. 

- Wszyscy? - powtórzyła. - Czy Dora teŜ... Dorota wróciła z sypialni. 

- Załatwione. Pocałowała matkę w usta i usiadła obok niej. Mimi, przeglądając się w 

lusterku, czy przypadkiem nie rozmazała jej szminki, zapytała: 

- Nie była uraŜona? 

- Nie, wytłumaczyłam jej. Co trzeba zrobić, Ŝeby dostać cocktail? 

- Podejść do stolika, na którym stoją butelki, i nala» sobie - poinformowałem. 

- Za duŜo pijesz - powiedziała Mimi. 

- Nie tyle co Nick. Podeszła do stolika, który słuŜył za bar. Mimi potrzasnęła głową. 

- Te dzieci. Więc lubiłeś Julię Wolf? 

- Nalać ci teŜ, Nick? - zawołała Dorota. 

- Proszę - odkrzyknąłem, po czym zwróciłem się do Mimi: - Owszem, lubiłem. 

-  Okropny  jesteś,  odpowiadasz  zawsze  półsłówkami  -  poskarŜyła  się.  -  Konkretnie. 

Lubiłeś ją tak jak mnie kiedyś? 

- Masz na myśli te parę popołudni, kiedy razem zabijaliśmy nudę? 

Jej śmiech był szczery 

-  To  jest  odpowiedź.  -  Zwróciła  się  do  Doroty,  która  podeszła  ze  szklaneczkami.  - 

Musisz sobie sprawić szlafrok w tym odcieniu, kochanie. Bardzo ci do twarzy w niebieskim. 

Wziąłem szklaneczkę od Doroty i powiedziałem, Ŝe będę musiał się chyba ubrać. 

background image

Kiedy  wyszedłem  z  łazienki,  w  sypialni  była  Nora  z  Dorotą.  Nora  czesała  włosy, 

Dorota  siedziała  na  brzegu  łóŜka,  bawiąc  się  pończochą.  Nora  posłała  mi  całusa  w  lustrze. 

Miała bardzo szczęśliwą minę. 

- Bardzo lubisz Nicka, co Noro? - zapytała Dorota. 

- Jest zakutym Grekiem, ale przyzwyczaiłam się do niego. 

- Charles to nie jest greckie nazwisko. 

- Naprawdę nazywam się Charalambides - wyjaśniłem. - Kiedy mój ojciec przyjechał 

do Ameryki, gryzipiórek w Urzędzie Imigracyjnym na Ellis Island orzekł, Ŝe Charalambides 

to  za  długie  nazwisko,  za  wiele  zachodu  z  pisaniem,  i  ostrugał  je  tak,  Ŝe  zostało  Charles. 

Mojemu  ojcu  było  wszystko  jedno.  Mogli  go  nazwać  równie  dobrze  panem  X,  byleby  go 

wpuścili do Ameryki. 

Dorota nie spuszczała ze mnie oczu. 

-  Nigdy  nie  wiem,  kiedy  kłamiesz.  -  Zaczęła  naciągać  pończochę,  zatrzymała  się.  - 

Czego mamusia chce od ciebie? 

- Nic złego. Próbuje ze mnie wydusić, ile się da. Chciałaby się dowiedzieć, co robiłaś i 

mówiłaś wczoraj wieczorem. 

- Tak myślałam. I co jej powiedziałeś? 

- Co jej mogłem powiedzieć? Nic nie mówiłaś, nic nie robiłaś. 

Ze  zmarszczonym  czołem  zamyśliła  się  nad  moimi  słowami,  ale  kiedy  się  wreszcie 

odezwała, chodziło jej o coś zupełnie innego: 

-  Nie  wiedziałam,  Ŝe  coś  cię  łączyło  z  mamusią.  Naturalnie  byłam  dzieckiem  i  nie 

rozumiałabym nic i tak. Ale nawet nie wiedziałam, Ŝe jesteście po imieniu. 

Nora odwróciła się od lustra ze śmiechem. 

- No wreszcie do czegoś dochodzimy. -  Zrobiła ruch grzebieniem w stronę Doroty.  - 

Mów dalej, kochanie. 

Dorota powiedziała z powagą: 

- Naprawdę nie wiedziałam. 

Byłem zajęty wyciąganiem szpilek, którymi pospinano koszulę w pralni. 

- A co teraz wiesz? - zapytałem. 

- Nic - odparła wolno i jej twarz nabiegła czerwienią - ale się domyślam. 

Pochyliła się nad pończochą. 

-  Domyślaj  się,  domyślaj  -  burknąłem.  -  Głuptas  jesteś,  ale  nie  rób  zaraz  takiej 

zakłopotanej miny. Nie twoja wina, Ŝe masz kosmate myśli. 

background image

Podniosła  głowę  i  parsknęła  śmiechem,  ale  kiedy  zapytała:  „UwaŜasz,  Ŝe  jestem 

bardzo podobna do mamusi?” - jej głos brzmiał serio. 

- Nie dziwiłbym się zbytnio. 

- Ale czy tak uwaŜasz? 

- Chcesz usłyszeć, Ŝe nie. Więc nie. 

- I ja muszę z nim Ŝyć - wtrąciła wesoło Nora. - Nie ma na niego sposobu. 

Skończyłem się ubierać pierwszy i wyszedłem do salonu. Mimi siedziała na kolanach 

Jorgensena. Wstała i zapytała: 

- Co dostałeś na gwiazdkę? 

- Nora dała mi zegarek. 

Pokazałem jej. Powiedziała, Ŝe jest śliczny. Rzeczywiście był. 

- A co ty jej dałeś? 

- Naszyjnik. 

Jorgensen zapytał: „Czy moŜna” - i wstał zrobić sobie cocktail. Rozległ się dzwonek. 

Wpuściłem  Quinnów  i  Margot  Innes,  przedstawiłem  ich  Jorgensenom.  Nora  i  Dorota 

skończyły  się  wreszcie  ubierać  i  wyszły  z  sypialni.  Quinn  przypiął  się  z  miejsca  do  Doroty. 

Przyszedł  Larry  Crowley  z  dziewczyną  imieniem  Denis,  a  parę  minut  później  Edgesowie. 

Wygrałem  od  Margot  trzydzieści  dwa  dolary  w  tryktraka,  ale  powiedziała,  Ŝe  mi  zapłaci 

później.  Dziewczyna  imieniem  Denis  musiała  wyjść  do  sypialni  i  połoŜyć  się  na  chwilę. 

Trochę  po  szóstej  Alicja  Quinn,  przy  pomocy  Margot,  oderwała  swojego  męŜa  od  Doroty  i 

powlokła na jakieś spotkanie. Potem poszli Edgesowie. Mimi nałoŜyła płaszcz, ubrała męŜa i 

córkę. 

- To trochę spóźnione zaproszenie - powiedziała - ale moŜe wpadlibyście do nas jutro 

na kolację? 

- Oczywiście - odparła Nora. 

PoŜegnaliśmy  się,  wymieniliśmy  parę  grzecznościowych  uwag  i  Jorgensenowie 

wyszli. Nora zamknęła za nimi drzwi i oparła się o nie plecami. 

- Rany, ale to przystojny facet - powiedziała. 

Jak dotąd, znałem swoje miejsce w sprawie Wolf-Wynant-Jorgensen i wiedziałem, co 

mam  robić.  To  znaczy,  wiedziałem,  Ŝe  nie  ma  dla  mnie  w  tej  sprawie  miejsca  i  Ŝe  nic  nie 

powinienem  robić.  Kiedy  jednak  wracając  do  domu  o  czwartej  nad  ranem  następnego  dnia 

wstąpiliśmy  do  Reubena  na  -  kawę  i  Nora  rozpostarła  gazetę,  znalazła  na  jednej  z  kolumn 

towarzyskich następującą wzmiankę: „Nick Charles, były  as Wszech-amerykańskiej Agencji 

background image

Detektywistycznej,  przybył  z  Zachodniego  WybrzeŜa,  Ŝeby  się  zająć  sprawą  zabójstwa  Julii 

Wolf”. A kiedy sześć godzin później, potrząsany przez Norę, otworzyłem oczy i usiadłem na 

łóŜku, w drzwiach sypialni stał męŜczyzna z pistoletem w ręce. 

Był  to  tęga  wy,  smagły,  jeszcze  dość  młody  osobnik  średniego  wzrostu,  o  szerokich 

szczękach i wąsko osa dzonych oczach. Miał na sobie czarny melonik, czarne palto, odrobinę 

za  ciasne,  ciemny  garnitur  i  czarne  pantofle  -  wszystko  wyglądające  tak,  jakby  zostało 

kupione  przed  piętnastoma  minutami.  Pistolet,  o  tępej  czarnej  lufie  kalibru  38,  spoczywał 

niedbale w jego dłoni, w nic specjalnie nie wycelowany. Nora tłumaczyła: 

- Wepchnął się na siłę, Nick. Powiedział, Ŝe musi... 

-  Muszę  z  panem  pogadać  -  powiedział  męŜczyzna  z  pistoletem.  -  Muszę  pogadać  i 

juŜ. 

Miał  niski,  chrapiący  głos.  ZdąŜyłem  się  tymczasem  otrząsnąć  ze  snu.  Mrugając 

oczami  popatrzyłem  na  Norę.  Była  podekscytowana,  ale  nie  wyglądała  na  przestraszoną. 

MoŜna  by  pomyśleć,  Ŝe  śledzi  konia,  na  którego  postawiła  i  który  wychodzi  na  prostą, 

prowadząc o głowę. 

- Dobra, niech pan mówi - powiedziałem. - Ale nie mógłby pan przedtem schować tej 

pukawki?  Mojej  Ŝonie  to  nie  robi  róŜnicy,  ale  ja  jestem  w  ciąŜy,  a  nie  chciałbym,  Ŝeby 

dziecko się urodziło z... 

Uśmiechnął się dolną wargą. 

-  I  bez  tego  wiem,  Ŝe  z  pana  twardy  facet.  Słyszałem  o  panu.  -  Schował  pistolet  do 

kieszeni palta. - Shep Morelli jestem. 

- Nigdy o panu nie słyszałem - odrzekłem. Zrobił krok w głąb pokoju i jął energicznie 

kręcić głową. 

- To nie ja stuknąłem Julię. 

- MoŜe i nie pan, ale przyszedł pan z tą wiadomością pod niewłaściwy adres. Nie mam 

z tym nic wspólnego. 

- Nie widziałem jej od trzech miesięcy - poinformował mnie. - Zerwaliśmy ze sobą. 

- Niech pan to powie policji. 

- Co bym jej miał robić krzywdę? Zawsze trzymała ze mną sztamę. 

- To byczo - odparłem. - Ale tutaj nie znajdzie pan kupca na swój towar. 

- Pan posłucha. - Podszedł jeden krok w stronę łóŜka. - Studs Burkę mówi, Ŝe z pana 

był morowy facet. Dlatego tu przyszedłem... 

-  Jak  się  ma  Studs?  -  zapytałem.  -  Nie  widziałem  go,  odkąd  poszedł  na  odsiadkę  w 

dwudziestym trzecim czy dwudziestym czwartym roku. 

background image

-  Dobrze.  Chciałby  się  z  panem  zobaczyć.  Ma  knajpę  na  Czterdziestej  Dziewiątej 

Zachodniej  Ulicy.  „Pod  Fuzlem”  się  nazywa...  Pan  posłucha:  czego  prawo  się  mnie  czepia? 

Ubzdurali sobie, Ŝe to ja ją stuknąłem? Czy chcą mnie wrobić w jeszcze jedną sprawę? 

Potrząsnąłem głową. 

-  Powiedziałbym  panu,  gdybym  wiedział.  Niech  pan  nie  wierzy  gazetom,  nie  mam  z 

tym nic wspólnego. Niech pan zapyta policji. 

- To by był dopiero numer. - Uśmiechnął się dolną wargą. - Najlepszy numer w moim 

Ŝ

yciu. Tutaj pan kapitan się przeleŜał trzy tygodnie w szpitalu, bośmy się trochę poprztykali. 

Chłopaki  tylko  czekają  z  pytaniami:  aŜ  ich  pałki  świerzbią,  Ŝeby  mnie  pomacać,  a  ja  się 

zjawiam  jakby  nigdy  nic.  -  Wyciągnął  otwartą  dłoń.  -  Z  sercem  do  pana  przychodzę.  Studs 

mówi, Ŝe pan jest swój chłop. Więc niech pan będzie swój chłop. 

- Jestem swój chłop - zapewniłem go. - Gdybym cokolwiek wiedział... 

Rozległo  się  trzykrotne  ostre  dudnienie  w  drzwi  od  korytarza.  Nim  ucichło,  pistolet 

znalazł się w ręce Morellego. Jego oczy zdawały się biegać we wszystkie strony naraz, głos 

zabrzmiał jak metaliczne warknięcie z głębi piersi: 

- No? 

- A bo ja wiem. - Usiadłem trochę wyŜej na łóŜku i wskazałem palcem pistolet w jego 

dłoni. - Pan ma pukawkę, pan tu rządzi. 

Pistolet był wycelowany dokładnie w moją pierś. Słyszałem łomotanie krwi w uszach, 

czułem, jak drętwieją mi wargi. Powiedziałem: 

-  Nie  ma  drabinki  przeciwpoŜarowej.  Wysunąłem  lewą  rękę  w  strony  Nory,  która 

siedziała na drugim brzegu łóŜka. Pięści załomotały znowu w drzwi, rozległ się niski głos: 

- Otwierać! Policja! 

Dolna  warga  Morellego  uniosła  się  tak,  Ŝe  zachodziła  na  górną,  białka  jego  oczu 

ukazały się zza tęczówek. 

- Ty sukinsynu jeden - powiedział wolno, prawie jakby mnie Ŝałował. 

Przesunął  nieznacznie  stopy,  rozstawiając  szerzej  nogi.  W  zamku  zazgrzytał  klucz. 

WyrŜnąłem  lewą  pięścią  Norę  tak,  Ŝe  poleciała  w  kąt  pokoju.  Poduszka,  którą  prawą  ręką 

cisnąłem w pistolet Morellego, wydawała się lekka, jakby nic nie waŜyła; leciała powoli jak 

kawałek  bibułki.  śaden  dźwięk  przedtem  ani  potem  nie  zahuczał  tak  głośno  jak  wystrzał  z 

pistoletu  Morellego.  Coś  mnie  uderzyło  w  lewy  bok,  nim  zdąŜyłem  się  rzucić  na  ziemię. 

Złapałem  Morellego  za  kostkę  i  pociągnąłem  za  sobą  na  podłogę.  Wywrócił  się  na  mnie  i 

okładał  mnie  kolbą  pistoletu,  dopóki  nie  oswobodziłem  ręki  i  nie  zacząłem  go  walić  w  sam 

dół brzucha. 

background image

Do  pokoju  wpadli  męŜczyźni  i  rozdzielili  nas.  Minęło  dobre  pięć  minut,  zanim 

ocuciliśmy Norę. Usiadła na łóŜku, trzymając się za policzek i rozglądając po pokoju, dopóki 

nie dostrzegła Morellego stojącego między dwoma tajniakami w bransoletce na prawej ręce. 

Twarz miał zakrwawioną, bo tajniacy zabawili się trochę jego kosztem. Nora łypnęła na mnie 

złym okiem. 

- Ty idioto jeden - powiedziała. - Musiałeś mnie rąbnąć w łeb? Wiedziałam, Ŝe się z 

nim rozprawisz, ale chciałam to zobaczyć. 

Jeden z policjantów parsknął śmiechem. 

- Rany Jezusa - powiedział z podziwem. - Kobitka z charakterem, jak Boga kocham. 

Uśmiechnęła się do niego i wstała. Spojrzała na mnie i uśmiech zamarł na jej twarzy. 

- Nick, ty jesteś... 

Oświadczyłem,  Ŝe  to  nic,  i  rozpiąłem  resztki  piŜamy.  Kula  Morellego  wyŜłobiła  pod 

moją  lewą  sutką  rowek  długości  moŜe  dziesięciu  centymetrów.  Rana  solidnie  krwawiła,  ale 

nie była głęboka. 

- Pieskie szczęście - powiedział Morelli. - Parę centymetrów róŜnicy i miałby pan za 

swoje. 

Policjant,  który  podziwiał  przed  chwilą  Norę  -  był  to  rosły  rudawy  męŜczyzna  w 

wieku  czterdziestu  ośmiu,:  pięćdziesięciu  lat,  w  popielatym  garniturze,  który  nie  bardzo  na 

nim leŜał - trzepnął Morellego w usta. Dyrektor hotelu, Keyser, oznajmił, Ŝe wezwie doktora i 

podszedł  do  telefonu.  Nora  pobiegła  do  łazienki  po  ręczniki.  PrzyłoŜyłem  ręcznik  do  rany  i 

wyciągnąłem się na łóŜku. 

-  Nic  mi  nie  będzie.  Nie  zaprzątaj  sobie  tym  głowy,  dopóki  nie  przyjdzie  doktor. 

Czemu zawdzięczam, Ŝeście panowie akurat tutaj wpadli? 

Policjant, który trzepnął Morellego, odrzekł: 

-  Ano,  dowiedzieliśmy  się,  Ŝe  to  miejsce  spotkań  rodziny  Wynantów,  adwokata  i  w 

ogóle  wszystkich,  więc  pomyśleliśmy  sobie,  Ŝe  dobrze  by  było  pokapować,  a  nuŜ  i  Wynant 

się  zjawi.  No  i  dzisiaj  rano  Mack,  który  jak  raz  miał  dyŜur,  patrzy,  a  tu  ten  ptaszek.  Więc 

zadzwonił do nas, wzięliśmy pana Keysera i jedziemy na górę. Miał pan szczęście. 

- Cholerne, bo inaczej moŜe bym w ogóle nie został postrzelony. 

Zmierzył mnie podejrzliwym wzrokiem. Miał jasnoszare, wodniste oczy. 

- Ten ptaszek to pański kumpel? 

- Pierwszy raz go widzę na oczy. 

- Czego chciał od pana? 

- Powiedzieć mi, Ŝe to nie on stuknął Julię Wolf. 

background image

- A co pan ma z tym wspólnego? 

- Nic. 

- A on myślał, Ŝe co? 

- Zapytajcie jego. Ja nie wiem. 

- Pytam pana. 

- MoŜe pan długo pytać. 

- Wobec tego zapytam o co innego: zezna pan pod przysięgą, Ŝe do pana strzelał? 

- Nie odpowiem na to w tej chwili. MoŜe to był nieszczęśliwy wypadek. 

-  Dobra,  nie  ma  pośpiechu.  Zdaje  się,  Ŝe  będziemy  musieli  pana  zapytać  o  więcej 

rzeczy,  niŜ  myślałem.  -  Zwrócił  się  do  jednego  ze  swoich  towarzyszy  (było  ich  czterech):  - 

Przetrząśniemy melinę. 

- Nie macie nakazu rewizji - zaprotestowałem. 

- Co pan powie? Bierz się do roboty, Andy. 

Zabrali się do rewidowania apartamentu. 

Przyszedł doktor - bezbarwny, niepozorny człowieczek z sapką - pocmokał nad moim 

bokiem,  posiąkał  nosem,  zatamował  krew,  obandaŜował  mnie  i  powiedział,  Ŝe  nie  ma  się 

czym przejmować, ale muszę poleŜeć parę dni w łóŜku. Nikt mu nic nie wyjaśnił. Policjanci 

nie  pozwolili  mu  opatrzyć  Morellego.  Wychodząc  miał  jeszcze  bardziej  bezbarwny  i 

niepozorny wygląd. Wysoki rudy wrócił z salonu z dłońmi ukrytymi za plecami. Odczekał, aŜ 

doktor wyjdzie, po czym zapytał: 

- Ma pan pozwolenie na broń? 

- Nie. 

- A to co tu robi? 

Wyciągnął  zza  pleców  pistolet,  który  odebrałem  Dorocie  Wynant.  CóŜ  miałem 

powiedzieć. 

- Słyszał pan o ustawie Sullivana? - zapytał. 

- Słyszałem. 

- Więc wie pan, co panu grozi. To pański pistolet? 

- Nie. 

- A czyj? 

- Spróbuję sobie przypomnieć. 

Schował pistolet do kieszeni i usiadł na fotelu koło łóŜka. 

- Niech pan posłucha, panie Charles - powiedział. - Coś mi się zdaje, Ŝe obydwaj źle 

podeszliśmy do sprawy. Nie mam ochoty iść z panem na udry, a pan teŜ chyba nie ma ochoty 

background image

zadzierać  ze  mną.  Ta  dziura  w  boku  na  pewno  nie  poprawiła  panu  samopoczucia,  więc  nie 

będę  pana  dłuŜej  męczył.  Niech  pan  trochę  odpocznie,  potem  moŜe  łatwiej  dojdziemy  do 

porozumienia. 

- Dziękuję - odparłem i byłem mu rzeczywiście wdzięczny. - Napiją się panowie? 

- Jasne - powiedziała Nora i podniosła się z brzegu łóŜka. 

Wysoki  odprowadził  ją  wzrokiem,  kiedy  wychodziła.  Potrząsnął  z  podziwem  głową. 

W jego głosie brzmiał równieŜ podziw: 

-  Rany,  ale  z  pana  szczęściarz.  -  Wyciągnął  raptownie  rękę.  -  Nazywam  się  Guild, 

John Guild. 

- Moje nazwisko pan zna. 

Wymieniliśmy  uścisk  dłoni.  Nora  wróciła  z  syfonem,  butelką  szkockiej  whisky  i 

kilkoma szklaneczkami na tacy. Chciała dać cocktail Morellemu, ale Guild ją powstrzymał. 

- Bardzo ładnie z pani strony, ale to jest sprzeczne z przepisami. Alkohol i narkotyki 

wolno podawać aresztantom tylko na zlecenie lekarza. - Popatrzył na mnie. - Dobrze mówię? 

Odparłem, Ŝe dobrze. Wypiliśmy. Guild odstawił pustą szklaneczkę i wstał. 

- Muszę wziąć ze sobą tę pukawkę, ale niech pan się nic nie przejmuje. Będzie dosyć 

czasu,  Ŝeby  pogadać,  jak  pan  przyjdzie  do  siebie.  -  Ujął  dłoń  Nory  i  pochylił  się  nad  nią  w 

niezgrabnym  ukłonie.  -  Mam  nadzieję,  Ŝe  nie  wzięła  mi  pani  za  złe  tego,  co  powiedziałem 

przed chwilą. To prawda. 

Nora  umie  się  miło  uśmiechać.  Odbarzyła  go  jednym  ze  swoich  najmilszych 

uśmiechów. 

- Za złe? Bardzo mi się to podobało. 

Wypuściła policjantów i aresztanta. Keyser wyszedł juŜ parę minut wcześniej. 

- Jest słodki - oświadczyła wróciwszy od drzwi. - Boli bardzo? 

- Nie. 

- To wszystko moja wina? 

- Nonsens. MoŜe byśmy wypili jeszcze po jednym? Nalała mi. 

- Nie radziłabym ci dzisiaj za duŜo pić. 

-  Nie  będę  -  obiecałem.  -  Zjadłbym  wędzoną  rybkę  na  śniadanie.  Aha,  i  skoro  nasze 

kłopoty skończyły się na jakiś czas, zadzwoń, Ŝeby przyprowadzili na górę naszego brytana. 

A telefonistce powiedz, Ŝeby nie łączyła Ŝadnych rozmów. 

- Co zeznasz policji o tym pistolecie Doroty? Będziesz to musiał jakoś wytłumaczyć, 

nie? 

- Jeszcze nie wiem. 

background image

- Powiedz mi prawdę, Nick: zachowałam się bardzo głupio? 

Potrząsnąłem głową. - W miarę. 

Parsknęła śmiechem, rzuciła: „Ty grecka glisto” - i podeszła do telefonu. 

- Popisujesz się i tyle - mówiła Nora. -  I po co  ci to? Ja wiem, Ŝe kule się ciebie nie 

imają. Nie musisz mi tego dowodzić. 

- Nic mi nie będzie, jak wstanę. 

- Jak poleŜysz dzień w łóŜku, teŜ ci nic nie będzie. Doktor powiedział... 

-  Jakby  miał  o  czymkolwiek  pojęcie,  toby  się  przede  wszystkim  wyleczył  ze  swojej 

sapki. 

Usiadłem na łóŜku i spuściłem nogi na podłogę. Asta połachotała mi stopy językiem. 

Nora przysunęła pantofle i szlafrok. 

- Dobrze, mądralo. Wstań i wykrwaw się na dywan. 

Wstałem ostroŜnie i wszystko było w porządku; musiałem tylko uwaŜać na lewy bok i 

trzymać się z dala od Asty. 

-  Pomyśl  realnie  -  powiedziałem.  -  Nie  miałem  najmniejszej  ochoty  zadawać  się  z 

tymi ludźmi i w dalszym ciągu nie mam, ale duŜo mi z tego przyszło. Teraz juŜ nie mogę się 

wyplątać. Muszę trochę poniuchać. 

-  Wyjedźmy  -  zaproponowała.  -  Pojedźmy  na  tydzień  na  Bermudy  albo  do  Hawany. 

Albo wracajmy do San Francisco. 

-  I  tak  musiałbym  opowiedzieć  policji  jakąś  historyjkę  o  tym  pistolecie.  A  jeśli  się 

okaŜe,  Ŝe  z  niego  została  zastrzelona  Julia?  Jeszcze  tego  nie  wiedzą,  ale  niedługo  będą 

wiedzieli. 

- Myślisz, Ŝe to naprawdę ten pistolet? 

- To są przypuszczenia. Pójdziemy wieczorem do Jorgensenów i... 

-  Ani  mi  się  śni.  Czyś  ty  zupełnie  oszalał?  Jeśli,  chcesz  się  z  kimś  zobaczyć,  to 

ś

ciągnij go tutaj. 

- To nie będzie to samo. - Objąłem ją ramieniem. - Przestań myśleć o tym draśnięciu. 

Czuję się i zupełnie dobrze. 

-  Popisujesz  się  -  powiedziała.  -  Chcesz  wszystkim  pokazać,  Ŝe  jesteś  bohaterem, 

którego nawet kule nie powstrzymają... 

- Nie bądź złośliwa. 

- Właśnie, Ŝe będę. Nie pozwolę ci... Zamknąłem jej usta dłonią. 

background image

- Chcę się przyjrzeć Jorgensenom w rodzinnyi gronie, chcę się spotkać z Macaulayem 

i  chcę  odwiedzić  Studsa  Burke’a.  Za  długo  mnie  poszturchiwane  Teraz  ja  poszturcham 

innych. 

-  Ale  z  ciebie  uparty  osioł!  -  poskarŜyła  się.  -  Jest  dopiero  piąta.  Poleź  na  razie, 

powiem ci, jak będzie czas się ubierać. 

Wyciągnąłem  się  wygodnie  na  kanapie  w  salonie!  Kazaliśmy  przysłać  na  górę 

popołudniowe  gazety.  Morelli,  jak  się  okazało,  postrzelił  mnie  -  dwukrotnie,  według  jednej 

gazety, trzykrotnie według drugiej - i w momencie, gdy go chciałem aresztować za zabójstwo 

Julii  Wolf,  i  teraz  jestem  zbyt  bliski  śmierci,  by  kogokolwiek  przyjmować,  a  nawet  zostać 

przewieziony  do  szpitala.  Gazety  zamieściły  zdjęcie  Morellego  oraz  moje  w  komicznym 

kapeluszu, w którym - jak sobie przypomniałem - chodziłem przed trzynastu laty, prowadząc 

dochodzenie w sprawie wybuchu na Wall Street. Następowały szczegóły dotyczące zabójstwa 

Julii Wolf, po większej części dosyć mętne. Byliśmy zajęci lekturą, kiedy zjawił się nasz stały 

gość, Dorota Wynant. Usłyszałem jej głos, ledwo Nora otwarła drzwi: 

-  Nie  pozwolili  mi  zadzwonić  na  górę,  więc  się  przekradłam.  Błagam,  nie  wyrzucaj 

mnie. Pomogę ci pielęgnować Nicka. Mogę robić wszystko, proszę cię, Noro. 

Norze udało się wtrącić: 

- Wejdź. 

Dorota weszła. Wybałuszyła na mnie oczy. 

- AleŜ gazety piszą... 

-  Wyglądam  na  umierającego?  Co  ci  się  stało?  Dolną  wargę  miała  nabrzmiałą  i 

rozciętą  w  kąciku  ust,  na  jednym  policzku  siniak,  na  drugim  ślady  dwu  ostrych  paznokci,  a 

oczy czerwone i zapuchnięte. 

-  Mamusia  mnie  tak  urządziła  -  odparła.  -  Patrz.  Zrzuciła  palto  na  podłogę,  urwała 

guzik  rozpinając  sukienkę,  po  czym  wyjęła  rękę  z  rękawa  i  ściągnęła  sukienkę,  Ŝeby  mi 

pokazać  plecy.  Na  ramieniu  miała  ciemne  siniaki,  plecy  poznaczone  długimi  czerwonymi 

pręgami. Rozpłakała się. 

- Widzisz? 

Nora objęła ją ramieniem. 

- Biedne dziecko. 

- Za co cię pobiła? - zapytałem. 

Odwróciła się od Nory i uklękła na podłodze koło kanapy. Asta podeszła ją obwąchać. 

-  Myślała,  Ŝe  przyszłam...  Ŝe  przyszłam  tutaj  z  powodu  tej  historii  z  tatusiem  i  Julią 

Wolf. - Łkanie przerywało jej słowa. - Dlatego za mną przyleciała... Ŝeby się dowiedzieć... i 

background image

doszła do przekonania, Ŝe się myli... Przekonałeś ją, Ŝe... Ŝe nic cię to nie obchodzi, tak samo 

jak mnie...  I wszystko było dobrze, dopóki nie zobaczyła popołudniowych gazet... Teraz juŜ 

miała  pewność...  pewność,  Ŝe  ją  okłamałeś...  Biła  mnie,  Ŝeby  ze  mnie  wydusić,  co  ci 

powiedziałam. 

- I wydusiła coś? 

- Nie mogłam jej nic powiedzieć. Nie mogłam... nie mogłam jej przecieŜ powiedzieć o 

Chrystianie. Nie mogłam jej nic powiedzieć. 

- A on był przy tym? 

- Tak. 

- I pozwolił cię tak zbić? 

- AleŜ on... on jej nigdy nie przeszkadza. 

- Na miłość boską - zwróciłem się do Nory - daj; nam coś do picia. 

- Jasne. 

Nora  podniosła  płaszcz  Doroty  i  przerzuciwszy  go  przez  oparcie  fotela  wyszła  do 

kuchenki. 

- Proszę cię, pozwól mi tu zostać, Nick - powici działa Dorota. - Nie będziesz miał ze 

mną Ŝadnyclj kłopotów, słowo daję. Zresztą sam mówisz, Ŝe po winnam się wynieść z domu. 

Pamiętasz, sam mówiłeś, a ja nie mam gdzie iść. Proszę cię. 

-  Spokojnie.  Nad  tym  trzeba  się  dobrze  zastanowić.  Widzisz,  ja  się  boję  Mimi  tak 

samo jak ty. Co ona sobie myśli? śe coś mi mogła powiedzieć? 

- Musi coś wiedzieć, coś dotyczącego morderstwa, i uwaŜa, Ŝe ja to teŜ wiem. Ale ja 

nic nie wiem, Nick. Jak Boga kocham, nie wiem. 

-  DuŜo  nam  z  tego  przyjdzie  -  westchnąłem.  -  Ale  posłuchaj,  siostrzyczko.  Coś 

przecieŜ wiesz, od tego zaczniemy. Tylko mów wszystko jak na spowiedzi, inaczej się z tobą 

nie bawię. 

Zrobiła taki ruch, jakby się chciała przeŜegnać. 

- Przysięgam. 

- To ładnie. Napijmy się. - Wzięliśmy szklaneczki od Nory. - Powiedziałaś jej, Ŝe się 

wynosisz z domu? 

- Nie, w ogóle nic nie mówiłam. MoŜe do tej chwili myśli, Ŝe jestem w swoim pokoju. 

- To juŜ coś. 

- Ale nie kaŜesz mi wracać? - krzyknęła. Nora odezwała się znad szklaneczki: 

- Nie moŜemy dziecka naraŜać na takie traktowanie, Nick. 

background image

- Sza - powiedziałem. - Sam nie wiem. Przychodzi mi tylko do głowy, Ŝe jeśli mamy 

tam iść na kolację, to moŜe rzeczywiście lepiej, Ŝeby Mimi nie wiedziała... 

Dorota zmierzyła mnie przeraŜonym wzrokiem, a Nora rzuciła: 

- Nie wyobraŜaj sobie, Ŝe pójdę z tobą do Mimi. 

Teraz wyrwała się Dorota: 

- AleŜ mamusia was się wcale nie spodziewa. Nie wiem nawet, czy będzie w domu. W 

gazetach napisali, Ŝe jesteś umierający. Nie spodziewa się was. 

- Tym lepiej - powiedziałem. - Zrobimy jej niespodziankę. 

Przysunęła  tuŜ  do  mnie  nagle  pobladłą  twarz,  z  podniecenia  oblewając  mi  rękaw 

cocktailem. 

-  Nie  idź  tam,  nie  moŜesz  tam  iść.  Posłuchaj  mnie,  posłuchaj  Nory.  Nie  moŜesz  tam 

iść. - Obróciła bladą twarz do Nory. - Prawda, Ŝe nie moŜe. Powiedz sama. 

Nora, nie odrywając ciemnych oczu od mojej twarzy, odparła: 

- Poczekaj, Doroto. Sam powinien wiedzieć, jak będzie najlepiej. Jak, Nick? 

Zrobiłem do niej minę. 

-  Sam  błądzę  po  omacku.  Jeśli  chcesz,  Ŝeby  Dorota  tutaj  została,  to  niech  zostanie. 

MoŜe spać z Astą. Ale reszta naleŜy do mnie. Nie wiem jeszcze, co zrobię, bo nie wiem, w co 

mnie chcą wrobić. Muszę dopiero wyniuchać. Po swojemu. 

- Nie będziemy ci przeszkadzały - powiedziała Dorota. - Prawda, Noro? 

Nora wpatrywała się we mnie nadal bez słowa. Zwróciłem się do Doroty: 

- Skąd wzięłaś ten pistolet? Tylko bez Ŝadnych historyjek. 

Oblizała dolną wargę i oblała się rumieńcem. Odchrząknęła. 

-  UwaŜaj,  co  mówisz  -  ostrzegłem.  -  Jeśli  mi  spróbujesz  znów  opowiadać  głodne 

kawałki, zadzwonię do Mimi, Ŝeby po ciebie przyszła. 

- Daj jej szansę - wtrąciła Nora. Dorota chrząknęła znowu. 

- Czy...  czy mogłabym ci opowiedzieć coś, co mi się przydarzyło, kiedy byłam małą 

dziewczynką? 

- Czy to ma coś wspólnego z pistoletem? 

- No, nie bardzo, ale pomoŜe ci zrozumieć... 

- Nie teraz. Kiedy indziej. Skąd wzięłaś ten pistolet? 

- Powinieneś mi pozwolić. Zwiesiła głowę. 

- Skąd wzięłaś ten pistolet? Głos jej był ledwo słyszalny. 

- Od tego faceta w knajpie. 

- No, wiedziałem, Ŝe w końcu dowiemy się prawdy - zauwaŜyłem. 

background image

Nora zmarszczyła czoło i potrząsnęła głową w moją stronę. 

- JuŜ dobrze, dobrze. W jakiej knajpie? Dorota podniosła głowę. 

-  Nie  wiem.  Zdaje  się,  Ŝe  to  było  na  Dziesiątej  Alei.  Ale  będzie  wiedział  ten  wasz 

znajomy, Harrison Quinn. On mnie tam zaprowadził. 

- Spotkałaś się z nim po wyjściu od nas? 

- Tak. 

- Przypadkiem, co? Popatrzyła na mnie z wyrzutem. 

-  Usiłuję  ci  powiedzieć  prawdę,  Nick.  Umówiłam  się  z  nim  w  klubie  „Pod  Palmą”. 

Zapisał  mi  adres  na  kartce.  Po  wyjściu  od  was  spotkałam  się  z  nim  i  włóczyliśmy  się  od 

lokalu  do  lokalu.  W  końcu  wylądowaliśmy  w  tej  knajpie,  gdzie  dostałam  pistolet.  To  była 

okropna spelunka. MoŜesz go zapytać, czy nie mówię prawdy. 

- Quinn ci się wystarał o ten pistolet? 

- Nie, on był juŜ nieprzytomny. Zasnął z głową na stole. Zostawiłam go tam. Obiecali, 

Ŝ

e go odwiozą do domu. 

- A pistolet? 

-  Właśnie  chcę  o  tym  mówić.  -  Jej  twarz  zaczynała  znowu  nabiegać  czerwienią.  - 

Quinn  mi  powiedział,  Ŝe  to  bandycka  melina.  Dlatego  chciałam  tam  koniecznie  iść.  I  kiedy 

zasnął, wdałam się w rozmowę z jakimś typem. Wyglądał na diablo niebezpiecznego. Byłam 

jak urzeczona.  I przez cały  czas nie chciałam wracać do domu, chciałam  wrócić do was, ale 

nie  wiedziałam,  czy  mnie  przyjmiecie.  -  Twarz  miała  juŜ  całą  w  wypiekach,  z  zakłopotania 

język  jej  się  plątał.  -  I  przyszło  mi  do  głowy,  Ŝe  jak...  jak  będziesz  myślał,  Ŝe  jestem  w 

opałach... A przy tym nie czułabym się tak głupio... Więc zapytałam tego gangstera, czy kto 

to  był,  czy  mi  nie  mógłby  sprzedać  pistoletu  albo  przynajmniej  powiedzieć,  gdzie  mogę 

kupić.  Z  początku  myślał,  Ŝe Ŝartuję,  i  śmiał  się, ale  go  zapewniłam,  Ŝe  nic  podobnego.  Nie 

przestał się śmiać, ale powiedział, Ŝe zobaczy.  Wrócił z wiadomością, Ŝe i owszem, mógłby 

się  wystarać  o  pistolet,  i  zapytał,  ile  zapłacę.  Miałam  nieduŜo  pieniędzy,  więc  mu 

zaproponowałam bransoletkę, ale pewnie myślał, Ŝe jest nic niewarta, bo powiedział, Ŝe nie, 

muszę  zapłacić  gotówką.  W  rezultacie  dałam  mu  dwanaście  dolarów,  wszystko,  co  miałam, 

oprócz  dolara,  którego  sobie  zostawiłam  na  taksówkę,  a  on  dał  mi  pistolet.  Potem 

przyjechałam  do  was  i  zmyśliłam  tę  historyjkę,  Ŝe  nie  chcę  wracać  do  domu,  bo  się  boję 

Chrystiana. 

Skończyła jednym tchem, po czym westchnęła z ulgą, Ŝe to juŜ koniec. 

- Więc Chrystian wcale się do ciebie nie zalecał? Zagryzła wargę. 

background image

- I owszem, ale... ale nie tak bardzo. - PołoŜyła mi obydwie ręce na ramieniu, jej twarz 

niemal  dotykała  mojej.  -  Musisz  mi  wierzyć.  Nie  opowiadałabym  ci  przecieŜ  tego 

wszystkiego,  nie  robiłabym  z  siebie  takiej  nędznej,  głupiej  blagierki,  gdyby  to  nie  była 

prawda. 

-  Rozsądniej  byłoby  nie  wierzyć  -  odrzekłem.  -  Dwanaście  dolarów  to  za  mało.  Ale 

zostawmy to na razie. Czy wiedziałaś, Ŝe Mimi wybiera się tamtego dnia do Julii Wolf? 

- Nie. Nie wiedziałam nawet, Ŝe szuka tatusia. Nic mi nie mówili, gdzie się wybierają. 

- Nie mówili? 

- Tak. Chrystian wyszedł razem z nią. 

- O której to było? Zmarszczyła czoło. 

- Musiała dochodzić trzecia, w kaŜdym razie było po wpół do trzeciej. Tak, o wpół do 

trzeciej  się  umówiłam  na  zakupy  z  Elsie  Hamilton  i  ubierałam  się  na  gwałt,  bo  juŜ  byłam 

spóźniona. 

- Wrócili razem? 

- Nie wiem. Byli juŜ obydwoje w domu, kiedy wróciłam. 

- O której wróciłaś? 

-  Jakoś  po  szóstej.  Nick,  chyba  nie  myślisz,  Ŝe  oni...  Och,  przypomniałam  sobie  coś, 

co  mamusia  powiedziała  ubierając  się.  Nie  słyszałam,  co  mówił  Chrystian,  ale  ona  odparła 

tym swoim tonem francuskiej królowej, który czasem przybiera, wiesz: „Jak ją poproszę, na 

pewno mi powie”. Więcej nie słyszałam. Czy to ma jakieś znaczenie? 

- Opowiedziała ci o morderstwie, kiedy wróciłaś do domu? 

- No, powiedziała, Ŝe ją znalazła, Ŝe jest wstrząśnięta, Ŝe była policja i w ogóle. 

- Wyglądała na bardzo wzburzoną? Dorota potrząsnęła głową. 

- Nie, była tylko trochę  podenerwowana.  Znasz mamusię. - Wpatrywała  się we mnie 

przez chwilę, po czym spytała wolno: - Nie sądzisz chyba, Ŝe miała z tym coś wspólnego? 

- A ty jak myślisz? 

-  Nie  zastanawiałam  się  nad  tym.  Myślałam  tylko  o  tatusiu.  -  Po  chwili  dodała 

powaŜnym tonem: - Jeśli on to zrobił, to dlatego Ŝe jest pomylony, ale ona potrafiłaby zabić 

człowieka z zimną krwią, gdyby chciała. 

-  Nie  powiedziane,  Ŝe  to  musi  być  któreś  z  nich  -  przypomniałem  jej.  -  Policja 

aresztowała przecieŜ Morellego. Po co ona szuka tatusia? 

-  Potrzebuje  pieniędzy.  Jesteśmy  zrujnowani,  Chrystian  wszystko  przepuścił.  - 

Ś

ciągnęła kąciki ust. - Prawdę mówiąc, wszyscy się do tego przyłoŜyliśmy,  ale on  wydawał 

najwięcej. Mamusia się boi, Ŝe ją rzuci, jak nie będzie miała pieniędzy. 

background image

- Skąd ty to wszystko wiesz? 

- Słyszałam, jak rozmawiali. 

- I sądzisz, Ŝe ją naprawdę rzuci? Kiwnęła z przekonaniem głową. 

- Jeśli nie zdobędzie pieniędzy. Spojrzałem na zegarek i powiedziałem. 

- Reszta będzie musiała poczekać do naszego powrotu. MoŜesz dzisiaj zostać na noc. 

Pewnie lepiej, Ŝebyś nie wychodziła. 

Popatrzyła  na  mnie  niezadowolonym  wzrokiem,  ale  nic  nie  powiedziała.  Nora 

poklepała ją po ramieniu. 

-  Nie  wiem,  do  czego  on  zmierza,  Doroto,  ale  jeśli  uwaŜa,  Ŝe  powinniśmy  iść  na 

kolację, to prawdopodobnie wie, co robi. Nie kazałby mi... 

Dorota z uśmiechem poderwała się z podłogi. 

-  Wierzę  wam.  Nie  będę  juŜ  robiła  Ŝadnych  głupstw.  Zadzwoniłem  do  recepcji  i 

poprosiłem  o  przysłanie  na  górę  poczty.  Przyszło  parę  listów  do  Nory,  jeden  do  mnie,  parę 

spóźnionych  kartek  świątecznych  (między  innymi  od  Larry’ego  Crowleya  reprodukcja  karty 

tytułowej  numeru  1534  Małej  Niebieskiej  Serii  Haldemana-Juliusa  z  czerwonym  dopiskiem 

„Wesołych  Świąt”  i  czerwonym  podpisem  Larry’ego,  wszystko  w  wianuszku  z  ostrokrzewu 

wyrysowanym  pod  tytułem  broszury:  „Jak  zrobić  w  domu  analizę  moczu”),  parę  notatek 

telefonistki  z  nazwiskami  i  numerami  ludzi,  którzy  dzwonili  zapytać  o  moje  zdrowie,  oraz 

telegram z Filadelfii: 

NICK CHARLES 

HOTEL NORMANDIE, NOWY JORK BĄDŹ TAK DOBRY POROZUMIEĆ SIĘ Z 

HERBERTEM  MACAULAYEM  W  SPRAWIE  ZABÓJSTWA  JULII  WOLF  STOP 

PRZESYŁAM MU WYCZERPUJĄCE INSTRUKCJE STOP UKŁONY 

CLYDE MILLER WYNANT 

WłoŜyłem  telegram  do  koperty,  załączając  informację,  Ŝe  właśnie  go  dostałem,  i 

odesłałem wszystko przez boya do Wydziału Kryminalnego Komendy Policji. 

10 

W taksówce Nora zapytała: 

- Na pewno czujesz się dobrze? 

- Jasne. 

- I nie zmęczy cię to za bardzo? 

- Czuję się zupełnie dobrze. Co myślisz o historii Doroty? 

Zawahała się. 

- Nie wierzysz jej? 

background image

- Niech Bóg broni, wierzę... Przynajmniej dopóki się nie przekonam, Ŝe kłamie. 

-  Masz  w  takich  sprawach  większe  doświadczenie  ode  mnie.  Ale  zdaje  się,  Ŝe  w 

kaŜdym razie starała się powiedzieć prawdę. 

- Znacznie bardziej fantastyczne historyjki moŜna usłyszeć od ludzi, którzy się starają 

mówić prawdę. To niełatwa sprawa, kiedy się człowiek raz odzwyczai. 

- Widzę, Ŝe mój małŜonek wie masę o naturze ludzkiej - oświadczyła. - Będziesz mi 

musiał kiedyś opowiedzieć o swoich przeŜyciach z czasów, kiedy byłeś detektywem. 

- Kupiła pistolet za dwanaście dolarów w knajpie... No, moŜe, ale... 

Minęliśmy w milczeniu parę przecznic. W końcu Nora zapytała: 

- Co jej właściwie jest? 

- Jej ojciec jest stuknięty. Myśli, Ŝe ona teŜ. 

- Skąd wiesz? 

- Pytałaś, więc ci odpowiadam. 

- Znaczy, Ŝe to domysły? 

-  Znaczy,  Ŝe  to  jej  jest.  Nie  wiem,  czy  Wynant  jest  rzeczywiście  stuknięty,  a  jeśli 

nawet,  to  nie  wiem,  czy  Dorota  coś  z  tego  odziedziczyła.  Ale  ona  uwaŜa,  Ŝe  odpowiedź  na 

obydwa pytania brzmi tak, no i wyprawia róŜne dziwne rzeczy. 

Kiedy taksówka się zatrzymała przed hotelem Courtland, Nora powiedziała. 

- To okropne, Nick. Ktoś powinien... 

Odparłem, Ŝe nie wiem. MoŜe Dorocie nic nie jest. 

- Bardzo prawdopodobne, Ŝe robi w tej chwili kubraczek dla Asty. 

Podaliśmy  swoje  nazwisko  w  recepcji  i  po  jakimś  czasie  Jorgensenowie 

odpowiedzieli,  Ŝe  proszą  nas  na  górę.  Mimi  czekała  na  korytarzu  i  ledwie  wysiedliśmy  z 

windy, powitała nas otwartymi ramionami i potokiem słów: 

-  Te  przeklęte  gazety!  Doprowadziły  mnie  do  rozpaczy  swoimi  bzdurami,  Ŝe  jesteś 

bliski śmierci. Dzwoniłam dwa razy, ale nie chcieli mnie połączyć z wami ani powiedzieć, jak 

się czujesz. - Ściskała mi obydwie ręce. - Tak się cieszę, Nick, Ŝe to wszystko stek kłamstw, 

mimo  Ŝe  w  rezultacie  będziecie  się  musieli  zadowolić  tym,  co  akurat  mam  w  spiŜarce.  Bo 

rozumiecie, nie spodziewałam się juŜ, Ŝe przyjdziecie, i... Ale ty jesteś blady. Jesteś naprawdę 

ranny. 

- Drobiazg - powiedziałem. - Kula drasnęła mnii w bok, ale to nic wielkiego. 

- I mimo wszystko przyjechałeś. To bardzo ładni z twojej strony, ale obawiam się, Ŝe 

takŜe niemądrze. Zwróciła się do Nory: - Czy jest pani pewna, Ŝe rozsądnie pozwalać mu... 

- Nie jestem - odparła Nora - ale cóŜ, kiedy się uparł. 

background image

- MęŜczyźni to tacy idioci - odrzekła Mimi obejmując mnie wpół. - Albo robią z igły 

widły, alb bagatelizują sprawy, które mogą... Ale proszę, wejdźcie. Pomogę ci. 

- Nie jest ze mną aŜ tak źle - zapewniłem ją, ale uparła się odprowadzić mnie do fotela 

i obłoŜyć tuzinem poduszek. 

Zjawił  się  Jorgensen,  podał  nam  rękę  i  powiedział-  Ŝe  się  cieszy  widząc  mnie  w 

lepszym zdrowiu, niŜ donosiły gazety. Pochylił się nad dłonią Nory. 

- Jeśli państwo wybaczą, przeproszę jeszcze na chwilę i pójdę skończyć cocktaile. 

Wyszedł, Mimi poinformowała nas. 

- Nie wiem, gdzie jest Dora. Poszła pewnie wyładować gdzieś swoje humory. Pani nie 

ma dzieci, prawda? 

- Nie - odparła Nora. 

- DuŜo pani traci, chociaŜ czasami jest z nimi krzyŜ pański. - Mimi westchnęła. - Coś 

mi się zdaje, Ŝe nie trzymam ich dość krótko. Skutek jest taki, Ŝe jak czasami skrzyczę Dorę, 

to od razu jej się zdaje, Ŝe jestem skończonym potworem. - Twarz jej się rozjaśniła. - O, jest 

mój drugi gagatek. Pamiętasz pana Charlesa? A to pani Charles. 

Gilbert  Wynant,  młodszy  o  dwa  lata  od  swojej  siostry,  był  wyrośniętym,  mizernym 

osiemnastoletnim  blondynkiem  o  zbyt  małym  podbródku  pod  miękkimi  ustami.  Wielkie, 

uderzająco błyszczące niebieskie oczy i długie rzęsy nadawały mu nieco dziewczęcy wygląd. 

Westchnąłem w duchu, Ŝeby nie okazał się wciąŜ tym wiecznie skomlącym, naprzykrzonym 

bachorem, jakim był przed ośmiu laty. 

Wrócił Jorgensen z cocktailami. Mimi uparła się, Ŝeby jej opowiedzieć o strzelaninie. 

Opowiedziałem nadając sprawie jeszcze mniejsze znaczenie, niŜ miała w rzeczywistości. 

- Ale po co on do ciebie przyszedł? - zapytała. 

- Bóg raczy wiedzieć. Sam zachodzę w głowę. Policja teŜ. 

- Czytałem gdzieś - wtrącił Gilbert - Ŝe kiedy się oskarŜa zawodowych przestępców o 

rzeczy, których nie zrobili, nawet o drobne rzeczy, biorą to sobie bardziej do serca niŜ zwykli 

ludzie. Czy to prawda, proszę pana? 

- W kaŜdym razie to prawdopodobne. 

- Oczywiście - dorzucił Gilbert - o ile to nie jest coś powaŜnego. Rozumie pan, coś, co 

by chcieli popełnić. 

Powtórzyłem, Ŝe to prawdopodobne. 

- Nie staraj się być uprzejmy dla Gila, kiedy zaczyna opowiadać swoje głupstwa, Nick 

-  ostrzegła  Mimi.  -  Ma  głowę  kompletnie  zaśmieconą  rzeczami,  których  się  naczyta.  Zrób 

nam jeszcze po cocktailu, kochanie. 

background image

Gilbert poszedł po mikser. Nora i Jorgensen wybierali w kącie płyty gramofonowe. 

- Dostałem dzisiaj telegram od Wynanta - zakomunikowałem. 

Mimi rozejrzała się po pokoju, potem pochyliła się i powiedziała niemal szeptem: 

- I co w nim było? 

-  Chce,  Ŝebym  się  zajął  sprawą  Julii.  Telegram  został  wysłany  dzisiaj  po  południu  z 

Filadelfii. 

Słyszałem jej cięŜki oddech. 

- I co, zajmiesz się? Wzruszyłem ramionami. 

- Odesłałem telegram policji. 

Gilbert  wrócił  z  mikserem.  Jorgensen  i  Nora  nastawili  „Małą  fugę”  Bacha.  Mimi 

wychyliła duszkiem szklaneczkę i kazała Gilbertowi nalać sobie jeszcze jedną. Spełniwszy jej 

Ŝą

danie Gilbert usiadł i oznajmił: 

- Chcę pana jeszcze o coś zapytać. Czy moŜna po wyglądzie poznać narkomana? 

DrŜał cały. 

- Bardzo trudno. Dlaczego? 

- Tak się zastanawiam. Nawet chronicznych narkomanów? 

-  Im  dłuŜej  to  trwa,  tym  większe  są  szanse  zauwaŜenia,  Ŝe  coś  jest  z  nimi  nie  w 

porządku. Ale często trudno być pewnym, czy to akurat narkotyki. 

- I jeszcze jedno - powiedział. - Gross twierdzi, Ŝe człowiek pchnięty noŜem czuje w 

pierwszej chwili tylko uderzenie, a dopiero później przychodzi ból. Czy to prawda? 

-  Tak,  jeŜeli  pchnięcie  jest  stosunkowo  silne  i  nóŜ  stosunkowo  ostry.  Tak  samo  jest 

przy  postrzale:  w  pierwszej  chwili  czuje  się  tylko  uderzenie,  a  jeśli  kula  jest  stalowa  i  z 

małokalibrowego pistoletu, to nawet nie bardzo silne. Ból przychodzi dopiero, kiedy do rany 

dostanie się powietrze. 

Mimi wychyliła trzeci cocktail. 

-  To  okropne  i  nie  na  miejscu,  co  obaj  wygadujecie  -  powiedziała.  -  Szczególnie  po 

tym,  co  się  przydarzyło  dzisiaj  Nickowi.  Poszukałbyś  lepiej  Dory,  Gil.  Znasz  przecieŜ  jej 

koleŜanki.  Podzwoń  do  nich.  Prawdopodobnie  zjawi  się  niedługo,  ale  jestem  o  nią  trochę 

niespokojna. 

- Dorota jest u nas - oznajmiłem. 

- U was w hotelu? 

Jej zdziwienie mogło być szczere. 

- Przyszła po południu i poprosiła, czy moŜe zostać przez jakiś czas. 

Uśmiechnęła się pobłaŜliwie i potrząsnęła głową. 

background image

- Ta młodzieŜ! - Uśmiech zamarł na jej wargach. - Przez jakiś czas? 

Kiwnąłem  głową.  Gilbert,  najwidoczniej  czekając  tylko,  kiedy  będzie  mógł  zadać 

następne  pytanie,  nie  okazywał  Ŝadnego  zainteresowania  rozmową.  Mimi  uśmiechnęła  się  i 

rzekła: 

- Przykro mi, Ŝe wam zawraca głowę, ale mimo wszystko to ulga, Ŝe jest u was, a nie 

Bóg wie gdzie. Odeślijcie ją do domu, dobrze? Na pewno przejdą jej fumy, zanim wrócicie. - 

Napełniła mi na nowo szklaneczkę. - Jesteście dla niej za dobrzy. 

Nie odezwałem się. 

-  Proszę  pana  -  zaczął  Gilbert  -  czy  kryminaliści,  myślę  o  zawodowych 

kryminalistach, zawsze... 

- Nie przerywaj, Gil - powiedziała Mimi. - Odeślecie ją do domu, prawda? 

Była uprzejma, ale mówiła tonem, jak to określiła Dorota, francuskiej królowej. 

- MoŜe u nas zostać, jeŜeli zecnce. Nora ją bardzo lubi. 

Pogroziła mi zakrzywionym palcem. 

- Nie pozwolę jej tak rozpaskudzać. Naopowiadała wam pewnie o mnie bzdur. 

- Wspominała, Ŝe ją zbiłaś! 

- No, widzisz - przytaknęła Mimi nie speszona, jakby to potwierdzało jej słowa. - Nie, 

musicie ją odesłać do domu, Nick. 

Dopiłem resztę cocktailu. 

- Więc jak będzie? - zapytała. 

- MoŜe u nas zostać, jeśli zechce, Mimi. Bardzo nam z nią dobrze. 

-  AleŜ  to  śmieszne. Jej  miejsce  jest  w  domu.  Chcę  ją  mieć  tutaj.  -  Jej  głos  był  nieco 

ostrzejszy. - PrzecieŜ to jeszcze dziecko. Nie powinniście tolerować jej fanaberii. 

- Nic takiego nie robimy. Jeśli będzie chciała, to zostanie. 

Mimi było bardzo do twarzy z gniewem w błękitnych oczach. 

-  Jest  moją  córką  i  jest  niepełnoletnia.  Okazaliście  jej  duŜo  serca,  ale  to  juŜ  nie  jest 

okazywanie  serca  ani  jej,  ani  mnie.  Nigdy  się  na  to  nie  zgodzę.  Jeśli  jej  nie  odeślecie  do 

domu, będę musiała przedsięwziąć odpowiednie kroki. Nie chciałabym być nieuprzejma, ale - 

pochyliła się do przodu, z naciskiem wymawiając słowa - Dora wróci do domu. 

- Chcesz się ze mną kłócić, Mimi? 

Obrzuciła  mnie  takim  spojrzeniem,  jakby  miała  ochotę  powiedzieć:  „Kocham  cię”  - 

ale zapytała tylko: 

- Czy to groźba? 

background image

- Więc dobrze - odrzekłem - kaŜ mnie aresztować za kidnaperstwo, demoralizowanie 

nieletnich i co tam jeszcze wymyślisz. 

Rzuciła z nagłą wściekłością: 

- I bądź taki dobry, zwróć swojej Ŝonie uwagę, Ŝeby przestała miętosić mojego męŜa. 

Nora,  która  oglądała  z  Jorgensenem  płytę,  trzymała  dłoń  na  jego  rękawie.  Odwrócili 

się zaskoczeni do Mimi. 

- Noro - powiedziałem - pani Jorgensen prosi, Ŝebyś nie dotykała jej męŜa. 

-  Strasznie  przepraszam.  -  Nora  uśmiechnęła  się  do  Mimi,  potem  spojrzała  na  mnie, 

przybrała wyraz sztucznej troski i nieco bezbarwnym głosem, jak dziecko recytujące w szkole 

wyuczoną  lekcję,  oświadczyła:  -  Och,  Nick,  jaki  ty  jesteś  blady!  Zdaje  się,  Ŝe  przeceniłeś 

swoje  siły  i  Ŝe  się  gorzej  czujesz.  Pani  wybaczy,  ale  będę  go  chyba  musiała  zabrać  z 

powrotem do domu i zapakować do łóŜka. Nie obrazi się pani, prawda? 

Mimi odparła, Ŝe nie. Wszyscy stali się uosobieniem grzeczności. Zjechaliśmy na dół i 

wsiedliśmy do taksówki. 

-  No,  doigrałeś  się  tym  swoim  gadaniem  -  zauwaŜyła  Nora.  -  Kolacja  śledzia  zjadła. 

Co teraz zrobimy? Chcesz wrócić do hotelu i zjeść z Dorotą? 

Potrząsnąłem głową. 

-  Wytrzymam  przez  jakiś  czas  bez  Wynantów.  Chodźmy  do  Maxa,  mam  ochotę  na 

ś

limaki. 

- Dobrze. Dowiedziałeś się czegoś? 

- Nie. 

Nora skonstatowała melancholijnie: 

- To nieprzyzwoitość, Ŝeby męŜczyzna był taki ładny. 

- Jaki on właściwie jest? 

- Zupełnie jak wielka lalka. To nieprzyzwoitość. 

Zjedliśmy kolację, po czym wróciliśmy do Normandie. Doroty nie było. Pomyślałem, 

Ŝ

e  właściwie  mogłem  się  tego  spodziewać.  Nora  przeszukała  wszystkie  pokoje,  potem 

zadzwoniła do recepcji. Nie, nikt nie zostawił Ŝadnej kartki, nie kazał nic powtórzyć. 

- I co będzie? - zapytała Nora. Dochodziła dziesiąta. 

-  MoŜe  nic  -  odparłem.  -  A  moŜe  coś.  Przypuszczalnie  zjawi  się  koło  trzeciej  nad 

ranem, pijana, z karabinem maszynowym, który kupiła u Childsa. 

- Do diabła z nią - powiedziała Nora. - Wskakuj w piŜamę i do łóŜka. 

11 

background image

Bok  dolegał  mi  znacznie  mniej,  kiedy  Nora  obudziła  mnie  następnego  dnia  w 

południe. 

- Ten mdły policjant chce się z tobą zobaczyć - oznajmiła. - Jak się czujesz? 

- Okropnie. Musiałem pójść spać trzeźwy. Odsunąłem Astę i wstałem. Guild podniósł 

się  ze  szklaneczką  w  ręku,  kiedy  wszedłem  do  salonu.  Uśmiech  rozjaśnił  jego  szeroką, 

piegowatą twarz. 

-  No,  no,  wygląda  pan  dzisiaj  całkiem  rześko.  Podałem  mu  rękę  i  powiedziałem,  Ŝe 

owszem, czuję się całkiem dobrze. Usiedliśmy. Guild naburmuszył się dobrodusznie.- Mimo 

wszystko nieładnie, Ŝe mi pan spłatał takiego psikusa. 

- Psikusa? 

- Jasne. Poszedł pan z wizytą do jakichś ludzi, kiedy ja odłoŜyłem rozmowę z panem, 

Ŝ

eby pan mógł wypocząć. Sądziłem, Ŝe naleŜy mi się prawo pierwszeństwa, jeśli tak moŜna to 

określić. 

-  Nie  pomyślałem  o  tym  -  odrzekłem.  -  Przepraszam.  Widział  pan  telegram,  który 

dostałem od Wynanta? 

- Yhm. Sprawdzamy w Filadelfii. 

- Co do tego pistoletu - zacząłem - to... Przerwał mi: 

-  Jakiego  tam  pistoletu?  To  juŜ  nie  pistolet.  Iglica  złamana,  w  środku  wszystko 

zardzewiałe.  Jeśli  ktoś  z  tego  strzelał  w  ciągu  ostatniego  pół  roku,  jeśli  w  ogóle  mógłby 

wystrzelić, to ja jestem papieŜem. Nie traćmy czasu na rozmowy o tym starym Ŝelastwie. 

Parsknąłem śmiechem. 

- To duŜo wyjaśnia. Odebrałem go pewnej pijanej osobie, która twierdzi, Ŝe go kupiła 

za dwanaście dolarów w knajpie. Teraz jej wierzę. 

- Pewnego pięknego dnia ktoś sprzeda tej osobie ratusz. Między nami męŜczyznami, 

panie Charles, czy pan się właściwie zajmuje sprawą Julii Wolf, czy nie? 

- Widział pan przecieŜ telegram Wynanta. 

- Widziałem. Więc nie zajmuje się pan? Nie otrzymałem jeszcze odpowiedzi. 

- Nie jestem juŜ detektywem prywatnym. Nie jestem w ogóle detektywem. 

- Słyszałem. Ale ciągle jeszcze nie otrzymałem odpowiedzi. 

- Więc dobrze. Nie zajmuję się. Pomyślał chwilę, po czym podjął: 

- Sformułuję pytanie inaczej: interesuje się pan tą sprawą? 

- Znam wszystkie wplątane osoby, więc naturalnie, Ŝe się interesuję. 

- To wszystko? 

- Tak. 

background image

- A nie ma pan zamiaru zająć się tym bliŜej? Zadzwonił telefon i Nora poszła odebrać. 

- Prawdę mówiąc, sam nie wiem. Jeśli wszyscy będą mnie nadal szarpać, to nie wiem, 

jak daleko mogą mnie wciągnąć. 

Guild pokiwał głową. 

-  Rozumiem.  Nie  będę  ukrywał,  Ŝe  nie  miałbym  nic  przeciwko  temu,  Ŝeby  pana 

wciągnęli. Oczywiście po właściwej stronie. 

- To znaczy, nie po stronie Wynanta? Myśli pan, Ŝe to on jest mordercą? 

-  Na  to  nie  potrafię  odpowiedzieć.  Ale  nie  muszę  panu  mówić,  Ŝe  nie  pomaga  nam 

zbytnio w odszukaniu mordercy. 

Nora ukazała się w drzwiach. 

- Telefon, Nick. Dzwonił Herbert Macaulay. 

- Czołem, Charles. Jak się ma nasz ranny? 

- Dziękuję, dobrze. 

- Dostałeś wiadomość od Wynanta? 

- Tak. 

- Ja teŜ dostałem list. Pisze, Ŝe wysłał do ciebie telegram. Jesteś zbyt chory, Ŝeby... 

- Nie, jestem na nogach. Jeśli będziesz po południu w biurze, to mógłbym wpaść. 

- Świetnie - powiedział. - Będę czekał do szóstej. 

Wróciłem do salonu. Nora właśnie proponowała Guildowi, Ŝeby zjadł lunch, podczas 

gdy my będziemy jedli śniadanie. Odparł, Ŝe to bardzo uprzejmie z jej strony. Oświadczyłem, 

Ŝ

e  muszę  się  czegoś  napić  przed  jedzeniem,  i  Nora  wyszła  zamówić  jedzenie  i  zrobić 

cocktaile. Guild potrząsnął głową. 

- Klasa kobieta, panie Charles. Przytaknąłem powaŜnie. 

-  Gdyby  pana  wciągnęli  w  sprawę,  jak  pan  mówi,  czułbym  się  znacznie  lepiej 

wiedząc, Ŝe pracuje pan razem z nami, a nie przeciwko nam. 

- Ja równieŜ. 

- No, to dobiliśmy targu - powiedział. Przechylił się odrobinę razem z krzesłem. - Pan 

mnie  pewnie  nie  pamięta,  ale  w  czasach  kiedy  pan  pracował  w  Nowym  Jorku,  miałem  tu 

rewir w okolicach Czterdziestej Trzeciej Ulicy. 

-  AleŜ  oczywiście  -  skłamałem  uprzejmie.  -  Od  razu  mi  się  zdawało,  Ŝe  skądś  pana 

znam... Jest pan po cywilnemu, to zmienia człowieka. 

- I ja tak sądzę. Czy mogę przyjąć za pewnik, Ŝe nie ukrywa pan przed nami nic, czego 

jeszcze nie wiemy? 

background image

- Przynajmniej nie miałem zamiaru. Nie wiem, co panowie wiecie.  Zresztą nie wiem 

zbyt wiele. Nie widziałem się z Macaulayem od czasu morderstwa, nawet nie czytałem gazet. 

Telefon znowu zadzwonił. Nora podała nam szklaneczki i poszła odebrać. 

-  Nie  robimy  zbyt  wielkiego  sekretu  z  tego,  co  wiemy  -  oświadczył  Guild.  -  Jeśli 

zechce  pan  poświęcić  trochę  czasu,  to  nic  nie  stoi  na  przeszkodzie,  Ŝebym  panu  pokrótce 

streścił.  -  Spróbował  cocktailu  i  pokiwał  z  aprobatą  głową.  -  Aha,  tylko  chciałbym  pana 

najpierw o coś zapytać. Czy będąc wczoraj u pani Jorgensen mówił jej pan o tym telegramie? 

- Tak. I powiedziałem, Ŝe go przekazałem policji. 

- A co ona na to? 

- Nic. Próbowała mnie ciągnąć za język. Chce odnaleźć Wynanta. 

Przechylił głowę lekko w bok i przymknął jedno oko. 

-  Nie  myśli  pan,  Ŝe  oni  mogą  być  w  zmowie?  -  Podniósł  dłoń.  -  Rozumie  pan,  nie 

wiem  nic  konkretnego  ani  nie  mam  pojęcia,  dlaczego  mieliby  być  w  zmowie.  Po  prostu 

pytam. 

- Niewykluczone - odparłem - ale z duŜą dozą prawdopodobieństwa moŜna przyjąć, Ŝe 

nie są w zmowie. Dlaczego? 

- Ma pan chyba rację. Ale - dodał - jest parę spraw niejasnych. - Westchnął. - Zawsze 

musi  być  coś  niejasnego.  Więc  jeśli  będzie  pan  mógł  dorzucić  coś  tu  i  ówdzie  do  moich 

wywodów, będę panu bardzo wdzięczny. 

Odparłem, Ŝe zrobię, co w mojej mocy. 

- A więc gdzieś koło trzeciego października Wynant powiada Macaulayowi, Ŝe będzie 

musiał wyjechać na jakiś czas z Nowego Jorku. Nie mówi, gdzie ani po co, ale Macaulay się 

domyśla, Ŝe ma zamiar pracować nad jakimś wynalazkiem, który chce utrzymać w tajemnicy. 

I  rzeczywiście  uzyskuje  później  potwierdzenie  tego  od  Julii  Wolf.  Przypuszcza,  Ŝe  Wynant 

zaszył się gdzieś w Adirondackach, ale kiedy pyta o to Julię, ta powiada, Ŝe wie tyle co on. 

- A wiedziała, co to za wynalazek? Guild potrząsnął głową. 

- Według Macaulaya, nie. Tylko Ŝe to musiało być coś wymagającego duŜo miejsca i 

aparatury,  a  przede  wszystkim  znacznych  nakładów  pienięŜnych,  bo  to  właśnie  omówił  z 

Macaulayem.  ZaaranŜował  sprawy  tak,  Ŝeby  Macaulay  mógł  rozporządzać  jego  akcjami  i 

obligacjami,  w  ogóle  wszystkim,  co  miał.  śeby  mógł  wszystko  spienięŜać  i  rozporządzać 

kontem Wynanta jak on sam. 

- Coś w rodzaju generalnego pełnomocnictwa? 

- Właśnie. I niech pan słucha: kiedy potrzebował pieniędzy, Ŝądał zawsze gotówki. 

- Zawsze miał dziwaczne pomysły - powiedziałem. 

background image

-  Wszyscy  to  mówią.  Chodziło  zdaje  się  o  to,  Ŝeby  czeki  nie  zdradziły  jego  miejsca 

pobytu i Ŝeby nikt się nie dowiedział w tych górach, Ŝe jest Wynantem. Dlatego nie wziął ze 

sobą  dziewczyny,  nie  zdradził  jej  nawet,  gdzie  będzie,  jeśli  nie  kłamała,  i  dlatego  zapuścił 

brodę. 

Lewą ręką zrobił ruch, jakby się głaskał po nie istniejącej brodzie. 

- W górach - powtórzyłem. - A więc przebywał w Adirondackach? 

Guild wzruszył jednym ramieniem. 

-  Powiedziałem  tak,  bo  Adirondacki  i  Filadelfia  to  jedyne  miejsca,  jakie  ktokolwiek 

nam wskazał. Szukamy go w górach, ale kto wie, równie dobrze moŜe hyć w Australii. 

- Ile podjął tej gotówki? 

-  Mogę  panu  podać  dokładnie.  -  Wyjął  plik  brudnych,  wymiętoszonych  i 

pozaginanych  kartek,  wybrał  kopertę  o  ton  brudniejszą  od  pozostałych  papierów,  a  resztę 

schował z powrotem do kieszeni. - Następnego dnia po rozmowie z Macaulayem podjął sam z 

banku  pięć  tysięcy  gotówką.  Dwudziestego  ósmego,  to  jest  październik,  kazał  podjąć 

Macaulayowi następne pięć tysięcy, dwa i pół tysiąca szóstego listopada, tysiąc piętnastego, 

siedem  i  pół  tysiąca  trzydziestego,  tysiąc  pięćset  szóstego,  to  juŜ  będzie  grudzień,  tysiąc 

osiemnastego i pięć tysięcy dwudziestego drugiego, a więc w przeddzień jej zabójstwa. 

- Blisko trzydzieści kawałków - powiedziałem. - Musiał mieć ładne konto. 

-  Dwadzieścia  osiem  tysięcy  pięćset,  dla  ścisłego  rachunku.  -  Guild  schował  kopertę 

do kieszeni. - Ale rozumie pan, nie miał tego wszystkiego w banku. Macaulay sprzedawał coś 

za  kaŜdym  razem,  Ŝeby  zebrać  pieniądze.  -  Sięgnął  znowu  do  kieszeni.  -  Mam  spis 

wszystkiego, co sprzedał, jeśli pan chce zobaczyć. 

Odparłem, Ŝe dziękuję. 

- W jaki sposób przekazywał te pieniądze Wynantowi? 

-  Wynant  pisał  do  dziewczyny,  Ŝe  potrzebuje  pieniędzy,  a  ona  odbierała  od 

Macaulaya. Ma jej pokwitowania. 

- W jaki sposób przekazywała Wynantowi? Guild potrząsnął głową. 

- Mówiła Macaulayowi, Ŝe spotyka się z nim za kaŜdym razem w innym miejscu, ale 

Macaulay sądzi, Ŝe znała miejsce jego pobytu, chociaŜ do końca się wypierała. 

- MoŜe miała jeszcze przy sobie te pięć tysięcy, kiedy została zamordowana? 

-  Wówczas  byłoby  to  morderstwo  rabunkowe.  Oczywiście  -  wodnistoszare  oczy 

Guilda były prawie zamknięte - jeśli to nie Wynant ją zabił, przyszedłszy odebrać pieniądze. 

-  Względnie  -  poddałem  -  ktoś  inny,  kto  ją  zabił  z  jakiegoś  innego  powodu,  mógł 

znaleźć te pieniądze i pomyśleć sobie, Ŝe co mu szkodzi zabrać. 

background image

- Jasne - zgodził się. - Takie rzeczy się zdarzają. Zdarza się nawet czasami, Ŝe osoba, 

która  znajdzie  ciało,  bierze  sobie  coś  na  pamiątkę,  zanim  narobi  krzyku.  -  Podniósł  wielką 

dłoń. - Ale w wypadku takiej kobiety jak pani Jorgensen nie myśli pan chyba... 

- Zresztą - wtrąciłem - nie była przecieŜ sama, prawda? 

-  Została  chwilę  sama.  Telefon  w  mieszkaniu  był  zepsuty,  więc  windziarz  zwiózł 

administratora na dół do biura. Ale chciałbym, Ŝeby pan mnie dobrze zrozumiał: nie twierdzę, 

Ŝ

e pani Jorgensen zrobiła coś takiego. To mało prawdopodobne, Ŝeby osoba... 

- A co się stało z telefonem? - zapytałem. Rozległ się dzwonek u drzwi. 

- Nie bardzo wiem - odparł Guild - co o tym myśleć. Telefon... 

Przerwał, bo do pokoju wszedł kelner i zaczął nakrywać do stołu. 

- Co do tego telefonu - podjął, kiedy zasiedliśmy do jedzenia - nie bardzo wiem, co o 

tym myśleć, jak juŜ mówiłem. Zbrodniarz wpakował kulę prosto w tubę. 

- Przypadkiem, czy...? 

- Równie dobrze mogę pana o to zapytać. Kula była z tego samego pistoletu co cztery, 

które  wydobyliśmy  z  jej  ciała,  ale  czy  spudłował,  czy  teŜ  zrobił  to  naumyślnie,  nie  wiemy. 

Wydawałoby się, Ŝe to dość hałaśliwy sposób unieszkodliwiania telefonu. 

-  A  propos,  czy  nikt  nie  słyszał  strzałów?  Trzydziestka  dwójka  to  wprawdzie  nie 

karabin, ale mimo wszystko ktoś powinien słyszeć. 

-  Jasne  -  odparł  Guild  z  niesmakiem.  -  Kamienica  roi  się  od  ludzi,  którym  się  teraz 

zdaje,  Ŝe  słyszeli  róŜne  rzeczy.  Ale  wtedy  nikt  nie  ruszył  palcem.  I  Bóg  mi  świadkiem,  Ŝe 

kaŜdy słyszał co innego. 

- Tak jest zawsze - powiedziałem ze współczuciem. 

-  Bo  to  ja  nie  wiem!  -  WłoŜył  kęs  do  ust.  -  Na  czym  stanąłem?  A  tak,  mówiłem  o 

Wynancie.  Zlikwidował  swoje  mieszkanie  wyjeŜdŜając,  a  rzeczy  oddał  na  przechowanie. 

Przejrzeliśmy  wszystkie  graty,  ale  nie  znaleźliśmy  nic,  co  by  wskazywało,  dokąd  pojechał 

albo  nad  czym  pracował.  A  mieliśmy  nadzieję,  Ŝe  moŜe  nam  to  coś  da.  Nie  lepiej 

poszczęściło nam się w jego warsztacie na Pierwszej Alei. Jest takŜe zamknięty od czasu jego 

wyjazdu, chodziła tam tylko Julia Wolf na godzinę, dwie raz czy dwa razy w tygodniu, Ŝeby 

odebrać pocztę i załatwić bieŜące sprawy. Nie było równieŜ nic ciekawego w poczcie, która 

nadeszła po jej śmierci. W jej mieszkaniu nie znaleźliśmy teŜ nic, co by nam mogło pomóc. - 

Uśmiechnął się w stronę Nory. - To pewnie musi być dla pani okropnie nudne? 

- Nudne? - Nora była zaskoczona. - Ledwo mogę usiedzieć na miejscu. 

-  Kobiety  wolą  zwykle  barwniejsze  historyjki  -  powiedział  i  zakaszlał.  -  Dość  Ŝe  nie 

znaleźliśmy  nic,  co  by  wskazywało,  gdzie  jest.  Jedyne,  co  wiemy,  to  Ŝe  zadzwonił  w  piątek 

background image

do  Macaulaya  zawiadomić,  Ŝe  będzie  na  niego  czekał  o  drugiej  w  hallu  hotelu  PlaŜa. 

Macaulay się spóźnił, więc zostawił wiadomość. 

- Macaulay był tutaj - powiedziałem. - Jedliśmy razem lunch. 

- Mówił mi. Macaulay dotarł do hotelu dopiero koło trzeciej i nie zastał juŜ Wynanta. 

Nie  znalazł  równieŜ  jego  nazwiska  na  liście  gości.  Próbował  go  opisywać,  z  brodą  i  bez 

brody,  ale  nikt  w  hotelu  nie  mógł  sobi  nic  przypomnieć.  Zadzwonił  do  siebie  do  biura,  ale 

Wynant  się  nie  odezwał  po  raz  drugi.  Wobec  tego  zadzwonił  do  Julii  Wolf,  która  mu 

oświadczyła, Ŝe pierwsze słyszy o pobycie Wynanta w Nowym Jorku, co uznał za oczywiste 

kłamstwo, bo dopiero wczoraj przekazał jej dla Wynanta pięć tysięcy dolarów. Domyślał się, 

Ŝ

e  Wynant  po  nie  przyjechał,  ale  powiedział:  „Dobrze”  -  odłoŜył  słuchawkę  i  wrócił  do 

swoich spraw. 

- Do jakich spraw? - zapytałem. 

Guild przestał gryźć kawałek bułki, który właśnie włoŜył do ust. 

- Nie zawadzi sprawdzić, skoro o tym mowa. Dowiemy się. Nie było poszlak, które by 

wskazywały  na  Macaulaya,  więc  nie  zawracaliśmy  sobie  tym  głowy,  ale  nigdy  nie  zawadzi 

sprawdzić, kto ma alibi, a kto nie. 

Pokręciłem głową w odpowiedzi na pytanie, którego Guild nie zadał. 

-  I  ja  nie  widzę  nic,  co  by  wskazywało  na  Macaulaya,  prócz  tego,  Ŝe  jako  adwokat 

Wynanta prawdopodobnie wie więcej, niŜ chce przyznać. 

-  Rozumiem.  No,  nie  po  co  innego  ludzie  angaŜują  adwokatów.  Wracając  do  tej 

dziewczyny:  Julia  Wolf  to  zdaje  się  nie  jest  jej  prawdziwe  nazwisko.  Nie  wiemy  jeszcze 

wszystkiego,  ale  na  pewno  nie  była  to  osoba,  której  Wynant  powinien  zawierzać  taką  kupę 

forsy... To znaczy, gdyby wiedział o niej prawdę? 

- Była karana? Guild kiwnął głową. 

- Parę lat przedtem, nim zaczęła u niego pracować, odsiedziała pod nazwiskiem Rhoda 

Stewart  sześć  miesięcy  na  Zachodzie  w  Cleveland.  Stary  trick.  Podstawiali  ją  na  wabia,  po 

czym jej wspólnik nakrywał faceta in flagranti i zaczynali go szantaŜować. 

- Myśli pan, Ŝe Wynant się w tym orientował. 

- Nie mam pojęcia. Nie wydaje mi się, Ŝeby jej zawierzał taką furę pieniędzy, gdyby 

wiedział,  ale  nigdy  nie  moŜna  być  pewnym.  Podobno  stracił  dla  niej  głowę,  a  sam  pan 

rozumie, po zakochanym męŜczyźnie moŜna się wszystkiego spodziewać. Na dodatek szlajała 

się jeszcze z tym Shepem Morellim i jego kumplami. 

- Naprawdę macie coś przeciwko niemu? - zapytałem. 

background image

-  Jeśli  chodzi  o  tę  sprawę,  to  nie  -  odparł  z  Ŝalem.  -  Ale  poszukiwaliśmy  go  za  parę 

innych  numerów.  -  Ściągnął  swoje  jasne  brwi.  -  Chciałbym  wiedzieć,  co  mu  strzeliło  do 

głowy,  Ŝeby  przyjść  do  pana.  Oczywiście  po  szprycerach  moŜna  się  wszystkiego 

spodziewać... Ale chciałbym wiedzieć. 

- Powiedziałem panu juŜ wszystko. 

-  Nie  wątpię  -  zapewnił  mnie.  Obrócił  się  do  Nory.  -  Nie  chciałbym,  Ŝeby  pani 

uwaŜała, Ŝe obeszliśmy się z nim zbyt brutalnie. Widzi pani, czasami musimy... 

Nora uśmiechnęła się i odparła, Ŝe doskonale rozumie, po czym dolała mu kawy. 

- Dziękuję pani. 

- Co to jest szprycer? - zapytała. 

- Narkoman. Zmierzyła mnie wzrokiem. 

- Więc Morelli...? 

- Tak, był solidnie nafaszerowany - wyjaśniłem. 

-  Czemu  mi  nie  powiedziałeś?  -  rzekła  z  wyrzutem.  -  Nie  wiem  najwaŜniejszych 

rzeczy. 

Wstała od stołu, Ŝeby przyjąć telefon. Guild zapytał: 

- Ma pan go zamiar skarŜyć o ten postrzał? 

- Nie, chyba Ŝe wam to potrzebne. 

Potrząsnął głową. Jego głos brzmiał obojętnie, ale oczy zabłysły ciekawością. 

- Przypuszczam, Ŝe wystarczy to, co mamy przeciwko niemu. 

- Opowiadał mi pan o dziewczynie. 

- Tak - odparł. - Wiemy, Ŝe często nie nocowała w domu; czasami nie było jej przez 

dwa, trzy dni z rzędu. MoŜe właśnie wtedy spotykała się z Wynantem, nie wiem. Nie udało 

nam  się  podwaŜyć  zeznania  Morellego,  Ŝe  nie  widział  jej  od  trzech  miesięcy.  Co  pan  o  tym 

sądzi? 

- To samo, co pan - odrzekłem. - Mija trzy miesiące od wyjazdu Wynanta. MoŜe to ma 

jakieś znaczenie, moŜe nie. 

Wróciła Nora z wiadomością, Ŝe Harrison Quinn czeka przy telefonie. Poinformował 

mnie, Ŝe sprzedał trochę obligacji, które leciały w dół, i podał mi ceny. 

- Widziałeś się z Dorotą Wynant? - zapytałem. 

- Ostatni raz wtedy u was, ale umówiłem się z nią dzisiaj po południu na jednego „Pod 

Palmą”. Aha, zapomniałem: prosiła, Ŝeby wam nie mówić. Co będzie z tymi akcjami kopalni 

złota,  Nick?  Okazja  przejdzie  ci  koło  nosa,  jeśli  się  teraz  nie  zdecydujesz.  Ci  szaleńcy  z 

background image

Zachodu chcą wszystkich puścić z torbami, jak się tylko zbierze Kongres, to jasne. A nawet 

jeśli nie, to wszyscy się tego spodziewają. Jak ci mówiłem w zeszłym tygodniu... 

-  Dobrze  -  odpowiedziałem  i  kazałem  mu  kupić  trochę  akcji  kopalni  Dome  po 

dwanaście i pół. 

W tym momencie przypomniał sobie, Ŝe czytał coś w gazetach o moim postrzale. Nie 

bardzo wiedział, o co chodzi, i niezbyt uwaŜnie słuchał zapewnień, Ŝe nic mi nie jest. 

- Znaczy, Ŝe nici będą z naszego ping-ponga przez parę najbliŜszych dni - powiedział, 

jak mi się wydawało, ze szczerym Ŝalem. - A, słuchaj: zdaje się, macie bilety na tę dzisiejszą 

premierę. Jeślibyście nie mogli iść, to ja bardzo chętnie... 

- Mam zamiar iść. Ale dziękuję. 

Parsknął  śmiechem  i  rzucił:  „Do  widzenia”.  Kelner  wynosił  akurat  stolik,  kiedy 

wróciłem do salonu. Guild rozsiadł się na kanapie. Nora mówiła: 

...zawsze  wyjeŜdŜamy  na  BoŜe  Narodzenie,  bo  choć  juŜ  niewiele  jej  zostało,  moja 

rodzina  robi  mnóstwo  szumu  dokoła  świąt,  składają  nam  wizyty,  jeśli  jesteśmy  w  domu, 

potem my im musimy składać wizyty, a Nick strasznie tego nie lubi. 

Asta lizała łapy w kącie pokoju. Guild spojrzał na zegarek. 

- Zająłem państwu okropnie duŜo czasu. Nie chciałbym się naprzykrzać... 

Usiadłem i powiedziałem: 

- Zdaje się, doszliśmy do zabójstwa, prawda? 

-  Tak  jakby.  -  Usadowił  się  wygodniej  na  kanapie.  -  Było  to  w  piątek  dwudziestego 

trzeciego,  trochę  przed  trzecią  dwadzieścia  po  południu,  bo  o  tej  godzinie  znalazła  ją  pani 

Jorgensen. Trudno stwierdzić, jak długo leŜała ranna, ale wiemy, Ŝe Ŝyła i rozmawiała przez 

telefon,  telefon  był  jeszcze  czynny,  koło  wpół  do  trzeciej,  kiedy  dzwoniła  pani  Jorgensen,  i 

koło trzeciej, kiedy dzwonił Macaulay. 

- Nie wiedziałem, Ŝe pani Jorgensen dzwoniła. 

- Fakt. - Guild chrząknął. - Nie mieliśmy Ŝadnych specjalnych podejrzeń, ale rozumie 

pan,  sprawdziliśmy  dla  porządku  i  okazało  się,  Ŝe  telefonistka  w  hotelu  Courtland  łączyła 

panią Jorgensen z tym numerem koło wpół do trzeciej. 

- A co mówi pani J? 

-  śe  dzwoniła  zapytać,  gdzie  moŜe  znaleźć  Wynanta.  Julia  Wolf  powiedziała  jej,  Ŝe 

nie wie, ale pani J. uznała to za kłamstwo. UwaŜała, Ŝe w bezpośredniej rozmowie łatwiej ją 

skłoni do powiedzenia prawdy, więc spytała, czy moŜe wpaść na minutkę, a Julia odparła, Ŝe 

oczywiście. - Ze zmarszczonym czołem wpatrywał się w moje prawe kolano. - No i znalazła 

ją  umierającą.  Lokatorzy  domu  nie  widzieli  nikogo  wchodzącego  ani  wychodzącego  z 

background image

mieszkania,  ale  to  nic  nadzwyczajnego:  tuzin  osób  mogło  wejść  i  wyjść  nie  zauwaŜone. 

Pistoletu  nie  znaleźliśmy.  Nie  było  takŜe  Ŝadnych  śladów  włamania  i  nic  w  mieszkaniu  nie 

zostało ruszone poza tym, co juŜ panu mówiłem. Jednym słowem, nic nie wskazuje, Ŝeby ktoś 

czegoś  szukał.  Julia  miała  na  palcu  pierścionek  z  brylantem,  który  musi  być  wart  kilkaset 

dolarów,  i  trzydzieści  parę  dolarów  w  torebce.  Sąsiedzi  znają  zarówno  Wynanta,  jak 

Morellego,  obaj  bywali  u  niej  często,  ale  twierdzą,  Ŝe  nie  widzieli  Ŝadnego  z  nich  od 

dłuŜszego  czasu.  Okno  wychodzące  na  drabinkę  przeciwpoŜarową  było  zamknięte  i  nic  nie 

wskazuje, Ŝeby ktoś ostatnio jej uŜywał. - RozłoŜył dłonie. - To chyba wszystko. 

- Nie było Ŝadnych odcisków? 

-  Tylko  jej,  kilka  sprzątaczki  i  to  wszystko,  co  nam  się  udało  znaleźć.  Nic,  co  by 

mogło pomóc. 

- Nie dowiedzieliście się nic od jej znajomych? 

- Wygląda, Ŝe nie miała Ŝadnych znajomych, przynajmniej bliŜszych. 

-  A  ten...  jak  mu  tam...  Nunheim,  który  ją  zidentyfikował  jako  przyjaciółkę 

Morellego? 

-  Znał  ją  tylko  z  widzenia,  spotykał  ją  w  towarzystwie  Morellego  i  rozpoznał  na 

fotografii, którą zobaczył w gazecie. 

- Co to za jeden? 

- Pewny facet. Wiemy o nim, co trzeba. 

- Chyba nie ukrywacie nic przede mną? - zapytałem. - Kazaliście mi obiecać, Ŝe ja nic 

nie będę przed wami ukrywał. 

-  Więc  dobrze  -  ustąpił  Guild  -  pod  warunkiem,  Ŝe  to  zostanie  między  nami.  Facet 

trochę dla nas pracuje. 

- Aha. Guild wstał. 

- Przykro mi, ale to juŜ chyba wszystko, co do tej pory zdziałaliśmy. Wie pan coś, co 

by nam mogło pomóc? 

- Nie. 

Wpatrywał się we mnie chwilę badawczym wzrokiem. 

- A co pan o tym sądzi? 

- Ten pierścionek z brylantem, czy to był pierścionek zaręczynowy? 

- Miała go na palcu, na którym się nosi pierścionki zaręczynowe. - Po chwili zapytał: - 

Bo co? 

background image

-  MoŜe  dobrze  byłoby  sprawdzić,  od  kogo  go  dostała.  Umówiłem  się  po  południu  z 

Macaulayem. Jeśli coś nowego wyjdzie na jaw, zadzwonię do pana. Wygląda, Ŝe to Wynant, 

trudno zaprzeczyć, ale... 

Mruknął  dobrodusznie:  „Yhm,  ale...”  -  podał  rękę  Norze  i  mnie,  podziękował  za 

whisky, lunch, gościnność i w ogóle za Ŝyczliwość i wyszedł. Zwróciłem się do Nory: 

-  Nie  chciałbym  podawać  w  wątpliwość  twojego  czaru,  który  sprawia,  Ŝe  męŜczyźni 

jedzą ci z ręki, ale nie dałbym głowy, czy ten osobnik nie bierze nas na bajer. 

- Więc do tego doszło - odparła. - Jesteś juŜ zazdrosny o policjantów. 

12 

List, który Macaulay dostał od Clyde’a Wynanta, był wcale obszernym dokumentem. 

Wystukany  nieudolnie  na  maszynie,  na  zwykłym  białym  papierze,  był  datowany  z  Filadelfii 

26 grudnia 1932 roku. Brzmiał następująco:Drogi Herbercie! 

Równocześnie wysyłam telegram do Nicka Charlesa - który, jak pamiętasz, pracował 

dla  mnie  przed  paroma  laty  i  który  jest  obecnie  w  Nowym  Jorku  -  Ŝeby  się  z  Tobą 

skontaktował  w  sprawie  tej  okropnej  śmierci  biednej  Julii.  Zrób,  co  w  Twojej  mocy,  Ŝeby 

(następował  wiersz  zaiksowany  i  zaemowany  tak,  Ŝe  nie  moŜna  było  nic  odczytać)  go 

namówić do podjęcia śledztwa i wykrycia mordercy. Zapłać, cokolwiek to będzie kosztowało. 

Podaję parę faktów, które bądź tak dobry zakomunikować mu w uzupełnieniu tego, co 

sam  wiesz.  Myślę,  Ŝe  raczej  nie  powinien  przekazywać  ich  do  wiadomości  policji,  ale  sam 

zadecyduje,  jak  będzie  najlepiej.  Zostawiam  mu  całkowicie  wolną  rękę,  bo  mam  do  niego 

bezwzględne  zaufanie.  MoŜe  najlepiej  pokaŜ  mu  ten  list,  po  czym  proszę  Cię,  Ŝebyś  go 

starannie zniszczył. 

Oto fakty. 

Kiedy spotkałem się z  Julią w czwartek wieczorem, Ŝeby odebrać ten tysiąc dolarów, 

zakomunikowała  mi,  Ŝe  zamierza  rzucić  pracę.  Powiedziała,  Ŝe  od  pewnego  czasu  nie  czuje 

się  najlepiej  i  doktor  kazał  jej  wyjechać,  na  co  moŜe  sobie  obecnie  pozwolić,  poniewaŜ 

postępowanie  spadkowe  po  jej  stryju  dobiegło  końca.  Nigdy  dotąd  nie  wspominała  o  złym 

zdrowiu,  więc  uwaŜałem,  Ŝe  ukrywa  prawdziwe  powody,  i  próbowałem  wydobyć  od  niej  coś 

więcej, ale bezskutecznie. Nigdy nie słyszałem równieŜ o śmierci Ŝadnego stryja. Wyjaśniła, Ŝe 

chodzi o stryja Johna z Chicago. Sądzę, Ŝe moŜna by to sprawdzić w razie potrzeby. Nie udało 

mi  się  jej  namówić  do  zmiany  postępowania  i  uzgodniliśmy,  Ŝe  odejdzie  z  końcem  miesiąca. 

Odniosłem wraŜenie, Ŝe ma jakieś powaŜne kłopoty albo się czegoś boi, ale nie chciała mi nic 

powiedzieć.  Z  początku  Ŝałowałem,  Ŝe  odchodzi,  ale  później  przestałem.  Miałem  do  niej 

background image

zawsze całkowite zaufanie, którego nie mógłbym mieć teraz, gdy zaczęła mnie okłamywać, o 

czym jestem święcie przekonany. 

Następnie chciałbym zapewnić Charlesa, Ŝe bez względu na to, co ludzie mogą myśleć 

i  co  było  prawdą  jakiś  czas  temu,  z  Julią  („łączy  mnie  obecnie”  zostało  lekko  zaiksowane) 

łączył mnie od paru lat aŜ do chwili jej śmierci jedynie stosunek pracodawcy do pracownicy. 

Stosunek  ten  był  rezultatem  obopólnej  zgody.  Dalej,  jak  sądzę,  naleŜałoby  dowiedzieć  się 

czegoś o obecnym miejscu pobytu Sidneya Keltermana, z którym mieliśmy przed paroma laty 

te  kłopoty.  Doświadczenia,  które  obecnie  przeprowadzam,  łączą  się  w  pewien  sposób  z 

odkryciami, które mu rzekomo ukradłem, a jestem przekonany, Ŝe Kelterman był dostatecznie 

szalony, by zabić Julię w napadzie wściekłości, jeśli mu odmówiła podania mojego adresu. 

Sprawa  czwarta  i  najwaŜniejsza:  czy  moja  była  Ŝona  nie  utrzymywała  jakichś 

kontaktów  z  Keltermanem.  Skąd  się  dowiedziała,  Ŝe  powróciłem  do  eksperymentów,  przy 

których mi kiedyś asystował? 

Sprawa  piąta:  naleŜy  za  wszelką  cenę  przekonać  policję,  Ŝe  nie  jestem  w  stanie 

udzielić im Ŝadnych informacji w sprawie tego morderstwa. Jakiekolwiek kroki przedsiębrane 

przez  nich  dla  odszukania  mnie  mogłyby  doprowadzić  do  odkrycia  i  przedwczesnego 

wyjaśnienia moich eksperymentów, co uwaŜałbym w obecnej chwili za wysoce niebezpieczne. 

Najłatwiej  moŜna  tego  uniknąć  przez  szybkie  wyjaśnienie  tajemnicy  morderstwa,  co  aby  się 

spełniło. 

Będę się z Tobą od  czasu do czasu  kontaktował, a gdyby wynikło coś wymagającego 

niezwłocznego porozumienia, zamieść w „New York Timesie” ogłoszenie następującej treści: 

„Abner. Zgoda. Bunny”. W odpowiedzi postaram się z Tobą niezwłocznie spotkać. 

Sądzę,  Ŝe  doceniasz  wagę  pozyskania  Charlesa:  zna  sprawę  i  zna  większość 

zainteresowanych osób. 

Serdeczne pozdrowienia, Clyde Miller Wynant. 

OdłoŜyłem list na biurko Macaulaya i powiedziałem: 

- To wiele tłumaczy. Pamiętasz, o co była ta awantura z Keltermanem? 

- Chodziło o jakieś przekształcenia struktury kryształów. Mogę sprawdzić. - Macaulay 

wziął  pierwszą  kartkę  listu  i  zmarszczył  czoło.  -  Pisze,  Ŝe  dostał  od  Julii  tego  dnia  tysiąc 

dolarów. Podniosłem dla niego pięć tysięcy, tyle miał zaŜądać. 

- MoŜe te cztery tysiące to właśnie część spadku po stryju Johnie? - podsunąłem. 

-  Na  to  wychodzi.  Głupia  sprawa,  nigdy  jej  o  to  nie  podejrzewałem.  Będę  musiał 

sprawdzić, co się stało z resztą pieniędzy, które jej przekazywałem. 

- Słyszałeś, Ŝe siedziała w więzieniu w Cleveland za szantaŜ? 

background image

- Nie. To pewne? 

- Tak twierdzi policja. Pod nazwiskiem Rhoda Stewart. Skąd Wynant ją wytrzasnął? 

Wzruszył ramionami. 

- Nie mam zielonego pojęcia. 

- Nie wiesz, skąd pochodziła, czy miała jakichś krewnych. 

Znowu wzruszył ramionami. 

- Az kim była zaręczona? - zapytałem. 

- Nie wiedziałem, Ŝe w ogóle była zaręczona. 

-  Miała  pierścionek  z  brylantem  na  tym  palcu,  na  którym  kobiety  noszą  pierścionki 

zaręczynowe. 

- Pierwsze słyszę - powiedział. Zamknął oczy i przez chwilę się zastanawiał. - Nie, nie 

przypominam sobie, Ŝebym kiedykolwiek zauwaŜył u niej pierścionek zaręczynowy. - Oparł 

się łokciami o biurko i pokazał mi zęby w uśmiechu. - Czy są jakieś szanse namówienia cię 

na to, o co prosi Wynant? 

- Nikłe. 

- Tak myślałem. - Sięgnął ręką po list. - Wiesz o jego sprawach tyle co ja. Co by cię 

mogło skłonić do zmiany stanowiska? 

- Nie sądzę... 

-  Czy  by  pomogło,  gdybym  go  namówił  na  spotkanie  z  tobą?  MoŜe  gdybym  mu 

powiedział, Ŝe to jedyny sposób nakłonienia cię... 

- Chętnie z nim porozmawiam - odrzekłem - ale musiałby przestać kołować tak jak w 

liście. 

Macaulay zapytał wolno: 

- Myślisz, Ŝe ją zabił? 

-  Nie  mogę  nic  powiedzieć  na  ten  temat  -  odparłem.  -  Nie  wiem  tyle,  co  policja,  ale 

jestem  przekonany,  Ŝe  nie  mają  wystarczających  dowodów,  Ŝeby  go  przymknąć,  gdyby  go 

nawet znaleźli. 

Macaulay westchnął. 

- Być adwokatem takiego pomyleńca to średnia przyjemność. Spróbuję mu przemówić 

do rozumu, ale wiem, Ŝe mnie nie posłucha. 

-  Aha,  chciałem  się  jeszcze  spytać,  jak  przedstawiały  się  ostatnio  jego  finanse?  Jest 

ciągle tak dobrze zabezpieczony jak dawniej? 

-  Prawie.  Kryzys  dał  mu  się  oczywiście  trochę  we  znaki,  jak  wszystkim.  Odkąd  się 

zrobił zastój w hutnictwie, diabli wzięli większą część honorariów z tej metody wytopu, którą 

background image

opracował.  Ale  ciągle  jeszcze  moŜna  liczyć  na  jakieś  pięćdziesiąt,  sześćdziesiąt  tysięcy 

rocznie  z  patentu  celofanu  i  izolacji  akustycznej,  no  i  jeszcze  na  jakieś  drobne  dochody  z 

takich źródeł, jak... Urwał, by spytać: - Chyba nie wątpisz, Ŝe będzie ci w stanie zapłacić? 

-  Nie.  Tak  się  tylko  zainteresowałem.  -  Przyszła  mi  do  głowy  nowa  myśl:  -  Czy  ma 

jakichś krewnych poza Ŝoną i dziećmi? 

- Siostrę, Alicję Wynant, która z nim nie rozmawia juŜ chyba od jakichś czterech czy 

pięciu lat. 

Domyśliłem się, Ŝe to pewnie owa ciotka Alicja, do której Jorgensenowie nie poszli w 

BoŜe Narodzenie. 

- O co się poprztykali? - zapytałem. 

- Udzielając jakiejś gazecie wywiadu powiedział, Ŝe nie sądzi, by rosyjska pięciolatka 

była koniecznie skazana na niepowodzenie. Naprawdę nie sformułował tego mocniej. 

Parsknął śmiechem. 

- To lepsza rodzinka! 

- O, ta siostrunia jest  chyba jeszcze bardziej kopnięta od niego. Wszystko zapomina. 

Kiedy Wynant leŜał w szpitalu na ślepą kiszkę, jechała z Mimi taksówką odwiedzić go tuŜ po 

operacji i trzeba trafu, Ŝe od strony szpitala nadjechał karawan. Panna Alicja zbladła, złapała 

Mimi za rękę i pyta: „Och kochanie, to chyba nie jest ten, jak on się nazywa...?” 

- Gdzie mieszka? 

- Na Madison Avenue. MoŜna sprawdzić w ksiąŜce telefonicznej. - Zawahał się. - Nie 

sądzę... 

- Nie mam zamiaru jej niepokoić. 

Nie  zdąŜyłem  powiedzieć  nic  więcej,  bo  zadzwonił  telefon.  Macaulay  podniósł 

słuchawkę. 

-  Halo...  Tak,  to  ja...  Kto...?  A,  tak...  -  Mięśnie  napięły  mu  się  dokoła  ust,”  oczy 

otwarły szerzej. - Gdzie? 

- Znowu słuchał przez chwilę. - Oczywiście, oczywiście. Tylko czy zdąŜę? - Spojrzał 

na  zegarek.  -  Dobrze.  Spotkamy  się  w  pociągu.  -  OdłoŜył  słuchawkę.  -  Dzwonił  porucznik 

Guild - poinformował mnie. 

- Wynant próbował popełnić samobójstwo w Allen-town, w Pensylwanii. 

Dorota  i  Quinn  siedzieli  przy  barze,  kiedy  wszedłem  do  klubu  „Pod  Palmą”.  Nie 

spostrzegli mnie, dopóki nie zbliŜyłem się do Doroty i nie powiedziałem: 

- Jak się macie? 

background image

Dorota  była  ubrana  tak  samo  jak  ostatnio,  kiedy  ją  widziałem.  Popatrzyła  na  mnie, 

potem na Quinna i twarz jej poczerwieniała. 

- Musiałeś wypaplać?! 

- Jest zła jak psa - poinformował wesoło Quinn. - Mam dla ciebie te akcje. Powinieneś 

kupić więcej. Co będziesz pił? 

-  DŜin  z  kropelkami.  Miły  z  ciebie  gość,  wynosisz  się  i  nawet  nie  raczysz  napisać 

słowa. 

Dorota  spojrzała  mi  znowu  w  oczy.  Siady  podrapania  zbladły  na  jej  twarzy,  siniaki 

były ledwie widoczne, a spuchnięte wargi stęchły. 

- Wierzyłam ci! Była bliska płaczu. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

- Dobrze wiesz. Nawet jak poszliście na kolację do mamusi, jeszcze ci wierzyłam. 

- A czemu byś miała nie wierzyć? 

-  Przez  całe  popołudnie  jest  wściekła  jak  osa  -  powiedział  Quinn.  -  Nie  draŜnij  się  z 

nią. - PołoŜył dłoń na jej ręce. - No, no, kochanie, nie bądź... 

- Zamknij się, dobrze? - Wyrwała rękę z jego dłoni. - Dobrze wiesz, o co mi chodzi - 

zwróciła się do mnie. - Nabijaliście się ze mnie oboje z Norą u mamusi... 

Zaczynałem rozumieć, co zaszło. 

- Nagadała ci głupstw, a ty jej uwierzyłaś? - Roześmiałem się. - Po dwudziestu latach 

ciągle  dajesz  się  nabierać  na  jej  kłamstwa?  Pewnie  dzwoniła  do  ciebie  po  naszym  wyjściu? 

Bo przemówiliśmy się i niedługo wyszliśmy. 

Zwiesiła  głowę  i  powiedziała:  „Och,  ja  głupia”  -  cichym,  Ŝałosnym  głosem.  Potem 

chwyciła mnie za obie ręce mówiąc: 

- Słuchaj, muszę się zaraz zobaczyć z Norą. Muszę się przed nią wytłumaczyć. Co ze 

mnie za oślica. Będę miała za swoje, jeśli nie zechce ze mną więcej... 

- Oczywiście. Ale bez pośpiechu. Wypijmy najpierw. 

- Niech ci uściskam dłoń, przyjacielu Charles -  wtrącił Quinn. - Sprawiłeś, Ŝe słońce 

znowu się uśmiechnęło do naszej panienki. - OpróŜnił kieliszek. - No, to jedziemy do Nory. 

Sznaps jest u niej równie dobry, a mniej kosztuje. 

- Ty moŜesz zostać - powiedziała. Roześmiał się i potrząsnął głową. 

- Co to, to nie. MoŜe uda ci się namówić Nicka, Ŝeby został. Ja jadę z tobą. Przez całe 

popołudnie znosiłem twoje humory, teraz chcę się kąpać w blasku słońca. 

background image

Kiedy wróciliśmy do hotelu, Nora siedziała w towarzystwie Gilberta Wynanta. Gilbert 

pocałował siostrę, uścisnął dłoń mnie i Quinnowi, z którym go zapoznaliśmy. Dorota zaczęła 

się z miejsca gęsto, serio i mętnie tłumaczyć przed Norą. Nora jej przerwała: 

-  Skończ  z  tym.  Nie  mam  ci  nic  do  wybaczenia.  JeŜeli  Nick  ci  nagadał,  Ŝe  jestem 

wściekła, obraŜona czy coś w tym rodzaju, to jest wstrętnym  greckim łgarzem. Daj mi swój 

płaszcz. 

Quinn  włączył  radio.  Z  uderzeniem  gongu  mijała  godzina  piąta  trzydzieści  jeden  i 

piętnaście  sekund  czasu  wschodnioamerykańskiego.  Nora  rzuciła  Quinnowi:  „Zabaw  się  w 

barmana; wiesz, gdzie wszystko jest” - i wyszła za mną do łazienki. 

- Gdzieś ją znalazł? 

- W knajpie. Co tu robi Gilbert? 

-  Mówi,  Ŝe  chciał  się  z  nią  zobaczyć.  Nie  wróciła  na  noc  do  domu,  więc  myślał,  Ŝe 

jeszcze tu jest. - Roześmiała się. - Ale nie był zbyt zdziwiony, Ŝe jej nie zastał. Powiedział, Ŝe 

stale  się  gdzieś  włóczy,  Ŝe  te  skłonności  do  włóczęgostwa  są  u  niej  chorobliwe,  wzięły 

początek  z  kompleksu  matki,  i  Ŝe  to  w  ogóle  bardzo  interesujące.  Poinformował  mnie,  Ŝe 

zdaniem  Stekla  ludzie,  którzy  na  to  cierpią,  wykazują  równieŜ  skłonności  do  kleptomanii, 

więc  zostawia  róŜne  rzeczy,  Ŝeby  się  przekonać,  czy  ich  nie  ukradnie,  ale  jak  dotąd  nie 

stwierdził, Ŝeby coś zginęło. 

- Miły chłoptaś. Nie mówił nic o ojcu? 

- Nie. 

- MoŜe jeszcze nie wie. Wynant próbował popełnić samobójstwo w Allentown. Guild 

i Macaulay tam pojechali. Nie wiem, mówić szczeniakom czy nie. Ciekaw jestem, czy Mimi 

przykładała rękę do tej wizyty Gilberta u nas. 

- Nie przypuszczam, ale jeŜeli ty... 

- Zastanawiam się tylko - odparłem. - Dawno tu jest? 

-  Jakąś  godzinę.  Zabawny  chłopak.  Uczy  się  chińskiego,  pisze  ksiąŜkę  o  nauce  i 

wierze, to juŜ nie po chińsku, i uwaŜa Jacka Oakie za znakomitość. 

- Ja teŜ. Bardzo jesteś wstawiona? 

- Nie bardzo. 

Kiedy  wróciliśmy  do  salonu,  Dorota  i  Quinn  tańczyli  w  takt  „Arno  była  damą”. 

Gilbert odłoŜył magazyn, który przeglądał, i wyraził grzeczną nadzieję, Ŝe moja rana się goi. 

Odrzekłem, Ŝe owszem. 

background image

-  Nigdy  nie  byłem  naprawdę  ranny  -  podjął.  -  Oczywiście  próbowałem  się  kaleczyć 

sam, ale to zupełnie co innego. Tylko się czułem podle, pociłem się jak mysz i w ogóle byłem 

wściekły. 

- A jednak prawie nie ma róŜnicy. 

- Naprawdę? Sądziłem, Ŝe to robi mimo wszystko, no, większe wraŜenie. - Przysunął 

się do mnie. - To są właśnie rzeczy, które chciałbym wiedzieć. Jestem jeszcze okropnie młody 

i nie miałem okazji... Proszę pana, jeśli pan jest zajęty albo nie ma pan ochoty rozmawiać, to 

sądzę,  Ŝe  pan  mi  powie.  Ale  byłbym  bardzo  wdzięczny,  gdyby  pan  zechciał  ze  mną  kiedyś 

pogadać,  jak  nie  będzie  tłumu  przerywających  ludzi.  O  tyle  rzeczy  chciałbym  pana  zapytać, 

rzeczy, których nie wiem i których nikt inny nie potrafi mi wyjaśnić... 

- Nie jestem pewny, czy ja potrafię - odrzekłem. - 

Ale chętnie z tobą kiedyś porozmawiam, jak tylko będziesz miał ochotę. 

- Naprawdę nie ma pan nic przeciwko temu? Nie mówi pan tego przez uprzejmość? 

- Nie, mówię serio, tylko nie jestem pewien, czy się nie zawiedziesz. ZaleŜy, o jakie 

rzeczy ci chodzi. 

-  No,  na  przykład  ludoŜerstwo  -  powiedział.  -  Nie  myślę  o  takich  miejscach,  jak 

Afryka czy Nowa Gwinea... Ale w Stanach Zjednoczonych? Często się zdarza? 

- Nie w naszych czasach. W kaŜdym razie o niczym takim nie słyszałem. 

- Ale kiedyś się zdarzało? 

-  Nie  wiem,  jak  często,  ale  zdarzało  się,  nim  kraj  został  całkowicie  zasiedlony. 

Poczekaj  chwilę,  dam  ci  próbkę.  -  Podszedłem  do  półki  i  wyjąłem  egzemplarz  „Słynnych 

spraw  kryminalnych  Ameryki”  Duke’a,  który  Nora  kupiła  w  jakimś  antykwariacie. 

Wyszukałem odpowiednie miejsce i podałem mu. - Wszystkiego trzy czy cztery strony. 

ALFRED  G.  PACKER,  „LUDOśERCA”,  KTÓRY  ZAMORDOWAŁ  SWOICH 

PIĘCIU  TOWARZYSZY  W  GÓRACH  KOLORADO,  ZJADŁ  ICH  CIAŁA  I  UKRADŁ 

PIENIĄDZE. 

Jesienią 1873 roku grupa diuudziestu śmiałych męŜczyzn wyruszyła z Salt Lake City w 

stanie Utah na poszukiwanie złota w okolicach San Juan. Nasłuchawszy się entuzjastycznych 

opowieści o zdobytych majątkach wyruszyli w drogę z lekkim sercem i pełni nadziei, jednakŜe 

w  miarę  jak  mijały  tygodnie,  a  nie  widać  było  nic  prócz  jałowych  pustkowi  i  śnieŜnych  gór, 

zaczęło  ich  ogarniać  coraz  większe  przygnębienie.  Im  dalej  się  zapuszczali,  tym  mniej 

zachęcająca stawała się okolica, aŜ w końcu wpadli w rozpacz, zrozumiawszy, Ŝe ich jedyną 

nagrodą  będzie  śmierć  głodowa.  Utracili  juŜ  resztki  nadziei,  kiedy  w  oddali  ujrzeli 

obozowisko  indiańskie.  Mimo  niepewności,  jakie  przyjęcie  zgotują  im  „czerwonoskórzy”, 

background image

postanowili  zaryzykować  uznawszy,  Ŝe  lepsza  będzie  najgorsza  śmierć  z  ich  rąk  od  śmierci 

głodowej. 

W  pobliŜu  obozowiska  natknęli  się  na  Indianina,  który  się  zachowywał  przyjaźnie  i 

zaprowadził  ich  do  wodza  Ouraya.  Ku  swemu  najwyŜszemu  zdumieniu  przekonali  się,  Ŝe 

Indianie odnoszą się do nich z wielkimi względami. Nalegali, by podróŜni pozostali w obozie, 

dopóki  nie  odzyskają  pełni  sił.  W  końcu  jednak  męŜczyźni  zdecydowali  się  ruszyć  w  dalszą 

drogę,  obierając  za  cel  faktorię  Los  Pinos.  Ouray  próbował  im  odradzać  dalszą  podróŜ  i 

udało  mu  się  przekonać  dziesięciu,  Ŝeby  wrócili  do  Salt  Lake  City.  Pozostałych  dziesięciu 

postanowiło jednak iść dalej, wobec czego Ouray zaopatrzył ich w prowiant i przestrzegł, by 

się trzymali rzeki Gunnison, nazwanej tak na cześć porucznika Gunnisona, zamordowanego w 

roku 185 . (Patrz: Ŝycie Joego Smitha, mormona). 

Alfred  G.  Packer,  który  objął  dowództwo  grupki  ruszającej  dalej,  przechwalał  się 

swoją  znajomością  topografii  kraju,  dając  wyraz  przekonaniu,  Ŝe  będzie  w  sta-  nie 

poprowadzić  ich  bez  kłopotu.  Po  przebyciu  niewielkiej  odległości  Packer  oznajmił,  Ŝe 

niedawno nad górnymi dopływami Rio Grandę zostały odkryte bogate złoŜa, i zaofiarował się 

doprowadzić  do  nich  towarzyszy.  Czterech  ludzi  obstawało,  Ŝeby  się  trzymać  wskazówek 

Ouraya, jednakŜe Packer przekonał pozostałych pięciu, nazwiskiem Swan, Miller, Noon, Bell 

i  Humphrey,  którzy  ruszyli  z  nim  w  stronę  nowo  odkrytych  pokładów,  podczas  gdy  tamci 

czterej kontynuowali wędrówkę z biegiem rzeki. 

Z tych czterech dwóch zmarło z głodu i niewygód, pozostałych dwóch dotarło jednak 

ostatecznie  do  faktorii  Los  Pinos  w  lutym  1874  roku  po  przebyciu  nieopisanych  trudów. 

Naczelnikiem  faktorii  był  wówczas  generał  Adams,  który  przyjął  nieszczęśliwych  ze 

wszystkimi  względami.  Po  odzyskaniu  sił  wyruszyli  oni  w  drogę  powrotną  do  okolic 

cywilizowanych. 

W  marcu  1874  generał  Adams  został  wezwany  słuŜbowo  do  Denver  i  w  czasie  jego 

nieobecności  pracownicy  faktorii,  którzy  pewnego  mroźnego  ranka  podczas  zawiei  siedzieli 

akurat przy śniadaniu, ze zdumieniem ujrzeli w drzwiach męŜczyznę o dzikim wyglądzie, który 

jął  Ŝałośnie  błagać  o  strawę  i  schronienie.  Miał  twarz  okropnie  spuchniętą,  lecz  poza  tym 

znajdował się we względnie dobrym stanie, jakkolwiek jego Ŝołądek nie przyjmował pokarmu. 

Oświadczył,  Ŝe  nazywam  się  Packer  i  Ŝe  jego  pięciu  towarzyszy  porzuciło  go  chorego  na 

pastwę losu, pozostawiając mu jedynie fuzję, z którą dotarł do faktorii. 

Po dziesięciu dniach korzystania z gościnności pracowników faktorii Packer wyruszył 

do  miejscowości  Saquache,  oświadczając,  Ŝe  będzie  się  starał  dotrzeć  stamtąd  do 

Pensylwanii, gdzie ma brata.  W Saquache Packer pił duŜo i okazało się, Ŝe posiada większe 

background image

zasoby  gotówki.  W  stanie  zamroczenia  opowiadał  wiele  sprzecznych  historii  o  losie  swoich 

towarzyszy, wzbudzając podejrzenia, Ŝe rozprawił się z nimi w niegodziwy sposób. 

W  tym  czasie  zatrzymał  się  w  Saquache  generał  Adams,  wracający  z  Denver  do 

faktorii. Mieszkał w domu niejakiego Otto Mearsa, który mu doradził aresztowanie Packera i 

zbadanie  jego  poczynań.  Generał  postanowił  zabrać  go  ze  sobą  do  faktorii.  Po  drodze 

zatrzymali się w domu majora Downeya, gdzie spotkali dziesięciu męŜczyzn, którzy posłuchali 

rad wodza Indian i zrezygnowali z dalszej podróŜy. Przy tej okazji wyszło na jaw, Ŝe znaczna 

część  zeznań  Packera  była  kłamliwa,  wobec  czego  generał  uznał,  Ŝe  sprawa  wymaga 

drobiazgowego  śledztwa,  i  dowiózł  Packera  skrępowanego  do  faktorii,  gdzie  kazał  go 

umieścić w ścisłym areszcie. 

2  kwietnia  tegoŜ  roku  do  faktorii  przybiegli  w  wielkim  wzburzeniu  dwaj  Indianie  z 

paskami mięsa, które określili jako „mięso białego człowieka”. Jak oświadczyli, znaleźli je w 

ś

niegu niedaleko faktorii. PoniewaŜ pogoda była nader mroźna, mięso znajdowało się jeszcze 

w  dobrym  stanie.  Ujrzawszy,  co  przynieśli,  Packer  zrobił  się  trupio  blady  i  osunął  z  cichym 

jękiem na ziemię. Podano mu środki trzeźwiące, po czym wśród błagań o łaskę złoŜył zeznanie 

tej mniej więcej treści: 

„Wyruszywszy  w  szóstkę  z  obozu  Ouraya,  uwaŜaliśmy,  Ŝe  prowianty,  które  mamy, 

starczą nam na czekającą nas długą i uciąŜliwą wędrówką, jednakŜe zapasy szybko malały i 

wkrótce  znaleźliśmy  się  w  obliczu  głodu.  Przez  parę  dni  odŜywialiśmy  się  korzonkami 

wykopanymi z ziemi, lecz był to zbyt mizerny pokarm, wielkie zaś mrozy wygnały do kryjówek 

wszelką  zwierzynę  i  ptactwo,  tak  Ŝe  nasza  sytuacja  stawała  się  rozpaczliwa.  Dziki  wyraz 

pojawił  się  w  oczach  wszystkich,  zaczęliśmy  się  stawać  podejrzliwi  jeden  wobec  drugiego. 

Pewnego  dnia  poszedłem  nazbierać  drewna  na  ognisko,  a  wróciwszy  zastałem  pana  Swana, 

najstarszego  z  nas,  zabitego  uderzeniem  w  głowę,  resztę  zaś  towarzyszy  zajętych 

ć

wiartowaniem  jego  ciała,  które  zamierzali  zjeść.  Jego  pieniądze,  w  sumie  blisko  dwóch 

tysięcy dolarów, zostały rozdzielone pomiędzy pozostałych członków wyprawy. 

Mięsa  starczyło  nam  zaledwie  na  parę  dni,  po  których  zaproponowałem,  Ŝeby 

następną  ofiarą  uczynić  Millera  ze  względu  na  jego  tuszę.  Rozpłataliśmy  mul  czaszkę 

toporkiem,  gdy  się  schylił  po  gałąź.  Następni  padli  ofiarą  Humphrey  i  Noon.  Wówczas 

poprzysięgliśmy sobie uroczyście z Bellem, Ŝe jako ostatni pozostali przy Ŝyciu będziemy sobie 

wzajem  pomagali  bez  względu  na  wszystko  i  raczej  umrzemy  z  głodu,  niŜ  uczynimy  jeden 

drugiemu krzywdę. Ale któregoś dnia Bell z okrzykiem: «DłuŜej tego nie zniosę... - rzucił się 

na mnie jak wygłodniały tygrys, usiłując mnie powalić uderzeniem kolby. Odparowałem cios i 

zabiłem  go  toporkiem.  Następnie  pociąłem  jego  mięso  na  paski,  które  zabrałem  ze  sobą  w 

background image

dalszą  drogę.  Dostrzegłszy  ze  szczytu  wzgórza  zabudowania  faktorii,  wyrzuciłem  kawałki 

mięsa,  które  mi  jeszcze  zostały,  a  wyznaję,  Ŝe  zrobiłem  to  z  niechęcią,  polubiłem  bowiem 

ludzkie mięso, szczególnie część wyciętą z piersi”. 

Opowiedziawszy  tę  ponurą  historię  Packer  zgodził  się  poprowadzić  grupę  ludzi  pod 

dowództwem  H.  Lautera  do  miejsca,  gdzie  się  znajdują  szczątki  pomordowanych. 

Wyprowadził  ich  w  wysokie,  niedostępne  góry,  po  czym  oświadczył,  Ŝe  zgubił  drogę,  wobec 

czego  postanowiono  zaniechać  poszukiwań  i  wyruszyć  następnego  dnia  z  powrotem. 

Wieczorem Packer i Lauter ułoŜyli się do snu obok siebie i w nocy Packer spróbował targnąć 

się  na  Ŝycie  towarzysza,  licząc,  Ŝe  go  zabije  i  zdoła  uciec.  Został  jednakŜe  obezwładniony, 

skrępowany, a po powrocie do faktorii przekazany do dyspozycji szeryfa. 

Na  początku  czerwca  malarz  z  Peorii  w  stanie  Illinois,  nazwiskiem  Reynolds,  który 

szkicował  nad  brzegami  jeziora  Christoval,  odkrył  w  zagajniku  choin  szczątki  pięciu  ludzi. 

Cztery  ciała  leŜały  rzędem  jedno  przy  drugim,  piąte  zaś  bez  głowy  w  niewielkiej  odległości. 

Ciała  Bella,  Swana,  Humphreya  i  Noona  miały  kule  w  tyle  czaszki,  a  głowa  Millera,  którą 

takŜe  odnaleziono,  była  zmiaŜdŜona,  prawdopodobnie  uderzeniem  fuzji,  która  leŜała  nie 

opodal z kolbą odłamaną od lufy. 

Oględziny  ciał  niedwuznacznie  potwierdziły,  Ŝe  Packer  jest  winien  zarówno 

morderstwa, jak kanibalizmu. Zapewne mówił prawdę, zeznając, Ŝe najbardziej lubi mięso z 

piersi, poniewaŜ wszystkie ciała miały wycięte piersi aŜ do Ŝeber. Odkryto równieŜ wydeptaną 

ś

cieŜkę prowadzącą od zwłok do pobliskiego szałasu, gdzie znaleziono koce i inne przedmioty 

naleŜące do ofiar, i wszystko wskazywało na to, Ŝe Packer przez wiele dni po zamordowaniu 

towarzyszy  mieszkał  w  szałasie,  dokonując  częstych  wędrówek  do  zwłok  po  nowe  zapasy 

ludzkiego mięsa. 

Po  dokonaniu  tych  odkryć  szeryf  uzyskał  nakaz  postawienia  go  przed  sądem  pod 

zarzutem  pięciu  morderstw,  jednakŜe  w  czasie  jego  nieobecności  więzień  zbiegł.  Nie  było  o 

nim  Ŝadnej  wiadomości  przez  dziewięć  lat,  aŜ  do  29  stycznia  1883  roku,  kiedy  to  generał 

Adams otrzymał list z Cheyenne w stanie Wyoming, w którym pewien poszukiwacz złota z Salt 

Lake  donosił,  Ŝe  natknął  się  tutaj  twarzą  w  twarz  na  Packera.  Informator  wyjaśnił,  Ŝe  zbieg 

występuje  obecnie  pod  nazwiskiem  John  Schwartze  i  jest  podejrzany  o  konszachty  z  bandą 

okolicznych  opryszków.  Detektywi  podjęli  śledztwo  i  12  marca  1883  roku  szeryf  Sharpless  z 

hrabstwa Laramie aresztował Packera, który został tegoŜ miesiąca dostawiony przez szeryfa 

Smitha z hrabstwa Hinsdale do więzienia w Lake City, stan Kolorado. 

3  kwietnia  1883  roku  otwarto  przeciwko  niemu  przewód  sądowy  pod  zarzutem 

zamordowania w dniu 1 marca 1874 w hrabstwie Hinsdale Izraela Swana.  Wyszło wówczas 

background image

na  jaw,  Ŝe  wszyscy  uczestnicy  wyprawy,  z  wyjątkiem  samego  Packera,  byli  w  posiadaniu  

znacznych  sum.  OskarŜony  powtórzył  swoje  wcześniejsze  zeznania,  utrzymując,  Ŝe  zabił 

jedynie Bella, i to w obronie własnej. 13 kwietnia sąd przysięgłych uznał oskarŜonego winnym 

zarzucanego  czynu  i  skazał  go  na  karę  śmierci.  Udzielono  jednak  zgody  na  odroczenie 

egzekucji  i  Packer  natychmiast  złoŜył  apelacją  w  Sądzie  NajwyŜszym.  Równocześnie 

przeniesiono go do więzienia w Gunnison, aby go uchronić przed groŜącym linczem. 

W  październiku  1885  Sąd  NajwyŜszy  zarządził  wznowienie  postępowania,  przy  czym 

akt  oskarŜenia  zarzucał  Packerowi  pięć  zabójstw,  jednakŜe  bez  premedytacji.  Uznano  go 

winnym wszystkich pięciu i skazano na karę ośmiu lat więzienia za kaŜde, co uczyniło w sumie 

czterdzieści lat. Został ułaskawiony 1 stycznia 1901 roku i zmarł na ranczo w pobliŜu Denver 

24 kwietnia 1907. 

Korzystając,  Ŝe  Gilbert  jest  pochłonięty  czytaniem,  przygotowałem  sobie  cocktail. 

Dorota przerwała taniec, Ŝeby do mnie podejść. 

- Lubisz go? - spytała wskazując głową Quinna. 

- Nie mam nic przeciwko niemu. 

-  Niech  ci  będzie,  chociaŜ  potrafi  być  okropnie  głupi.  Nie  zapytałeś  mnie,  gdzie 

spędziłam noc. Nic cię to nie obchodzi? 

- Nie mój interes. 

- Ale odkryłam coś, co cię zainteresuje. 

- Co takiego? 

-  Nocowałam  u  cioci  Alicji.  Ona  ma  niezupełnie  dobrze  w  głowie,  ale  jest  bardzo 

słodka. Powiedziała mi, Ŝe dostała od tatusia list, w którym ją ostrzega przed mamusią. 

- Jak to ostrzega? Co dokładnie pisze? 

- Nie wiem. Ciocia Alicja gniewa się na niego od paru lat, więc podarła list. Mówi, Ŝe 

jest  komunistą  i  Ŝe  to  na  pewno  komuniści  zamordowali  Julię  Wolf,  a  jego  teŜ  w  końcu 

zamordują. UwaŜa, Ŝe to wszystko z powodu jakiejś tajemnicy, którą we dwoje zdradzili. 

- Dobry BoŜe! - westchnąłem. 

-  Nie  moŜesz  mieć  o  to  do  mnie  pretensji.  Powtarzam  tylko,  co  mi  powiedziała. 

Mówiłam ci, Ŝe ma niezupełnie dobrze w głowie. 

- Twierdzi, Ŝe te wszystkie brednie były w liście? Dorota potrząsnęła głową. 

- Nie, tylko ostrzeŜenie przed mamusią. JeŜeli dobrze powtarzam jej słowa, pisał, Ŝeby 

nie ufała nikomu, kto ma jakąkolwiek styczność z mamusią, co prawdopodobnie odnosi się do 

nas wszystkich. 

- Spróbuj przypomnieć sobie coś więcej. 

background image

- Kiedy nic więcej nie wiem. Tylko tyle mi powiedziała. 

- Skąd był nadany ten list? - zapytałem. 

-  Nie  wiedziała.  Wie  tylko,  Ŝe  przyszedł  pocztą  lotniczą.  Twierdzi,  Ŝe  nic  jej  to  nie 

obchodzi. 

- A co o tym sądzi? Chodzi mi przede wszystkim o to, czy wzięła ostrzeŜenie na serio. 

- Powiedziała, Ŝe tatuś jest niebezpiecznym radykałem, to dokładnie jej słowa, i Ŝe nie 

obchodzi jej, co pisze. 

-  A  ty  wzięłaś  sobie  to  ostrzeŜenie  do  serca?  Wpatrywała  się  we  mnie  przez  dłuŜszą 

chwilę. Oblizała wargi, nim się odezwała: 

- Myślę, Ŝe on... 

Podszedł  Gilbert  z  ksiąŜką  w  ręku.  Wydawał  się  zawiedziony  historią,  którą  mu 

podsunąłem. 

-  To  bardzo  interesujące  -  powiedział  -  ale  rozumie  pan,  to  nie  jest  przypadek 

patologiczny. - Objął siostrę wpół. - Gość miał do wyboru to albo śmierć głodową. 

- Chyba Ŝeby wierzyć jego własnym słowom - zauwaŜyłem. 

- O czym mówicie? - zainteresowała się Dorota. 

- O jednej rzeczy z ksiąŜki - odparł Gilbert. 

-  Powiedz  mu  o  tym  liście  -  zwróciłem  się  do  Doroty.  Zrobiła  to.  Gdy  skończyła, 

Gilbert wykrzywił się ze zniecierpliwieniem. 

-  To  idiotyczne.  Mamusia  nie  jest  naprawdę  niebezpieczna.  Jest  po  prostu  okazem 

tego, co nazywamy zahamowaniem w rozwoju. Większość ludzi wyrasta z zasad etycznych, 

moralności i w ogóle. Mamusia jeszcze do nich nie dorosła. - Zmarszczył czoło i poprawił się 

po  chwili  namysłu:  -  Zresztą  moŜe  i  jest  niebezpieczna,  ale  tylko  tak  jak  dziecko,  które  się 

bawi zapałkami. 

Nora tańczyła z Quinnem. 

- A co sądzisz o swoim ojcu? - zapytałem. Gilbert wzruszył ramionami. 

- Byłem małym chłopcem, kiedy go widziałem po raz ostatni. Mam co do jego osoby 

swoją  teorię,  ale  opiera  się  to  w  znacznej  mierze  na  przypuszczeniach.  Chciałbym... 

najwaŜniejsze, czego bym się chciał dowiedzieć, to czy jest impotentem. 

- Próbował dzisiaj popełnić samobójstwo w Allentown. 

-  Nieprawda!  -  krzyknęła  Dorota  tak  ostro,  Ŝe  Quinn  i  Nora  zatrzymali  się  w  tańcu. 

Obróciła się przysuwając twarz do twarzy brata. - Gdzie jest Chrystian? - zapytała. 

Gilbert powiódł wzrokiem od jej twarzy do mojej i szybko z powrotem. 

background image

-  Nie  bądź  idiotką  -  powiedział  chłodno.  -  Wypuścił  się  gdzieś  z  tą  swoją  panną 

Fenton. 

Mina Doroty nie świadczyła, Ŝe mu wierzy. 

- Jest o niego zazdrosna - wyjaśnił mi. - To ten kompleks matki. 

-  Czy  Ŝadne  z  was  nie  znało  Sidneya  Keltermana,  z  którym  ojciec  miał  te  kłopoty 

przed paroma laty? 

Dorota potrząsnęła głową. Gilbert powiedział: 

- Nie. A bo co? 

- Tak mi przyszło do  głowy. Ja teŜ  go nigdy nie widziałem, ale jego rysopis mógłby 

pasować z niewielkimi zmianami do tego waszego Chrystiana Jorgensena. 

14 

Wieczorem  wybraliśmy  się  z  Norą  na  premierę  do  Radio  City  Musicallu,  ale  po 

godzinie mieliśmy dosyć i wyszliśmy. 

- Dokąd teraz? - zapytała Nora. 

-  Obojętnie.  Nie  miałabyś  ochoty  pójść  do  tej  knajpy,  o  której  mówił  Morelli?  Na 

pewno  będziesz  zachwycona  Studsem  Burkę.  Trudnił  się  kiedyś  rozpruwaniem  kas 

pancernych. Twierdzi, Ŝe rozpruł safes w więzieniu w Hagerstown, kiedy odsiadywał miesiąc 

za zakłócenie porządku publicznego. 

- MoŜemy iść - zgodziła się. 

Pojechaliśmy  na  Czterdziestą  Dziewiątą  Ulicę  i  po  zasięgnięciu  informacji  u  dwóch 

taksówkarzy,  dwóch  gazeciarzy  i  policjanta  -  odnaleźliśmy  lokal.  Wykidajło  przy  drzwiach 

oświadczył, Ŝe nie zna Ŝadnego Burke’a, ale zobaczy. Po chwili zjawił się Studs. 

- Sie masz, Nick! - powiedział. - Właźcie. 

Był  barczystym  męŜczyzną,  niezbyt  wysokim  i  zaczynającym  lekko  tyć,  ale 

bynajmniej  nie  słabym.  Co  najmniej  pięćdziesięcioletni,  wyglądał  o  dziesięć  lat  młodziej. 

Miał szeroką, ospowatą twarz, sympatyczną w swej brzydocie, i resztki bezbarwnych włosów 

na głowie, lecz nawet łysina nie była w stanie ukryć faktu, Ŝe ma nader niskie czoło. Mówił 

głębokim, dudniącym basem. Uścisnąłem mu rękę i przedstawiłem Norę. 

-  śonka.  Pomyśleć  tylko  -  skomentował.  -  Jak  rany,  musicie  się  napić  szampana. 

Inaczej będziecie mieli ze mną do czynienia. 

Odparłem,  Ŝe  wolimy  nie  mieć  z  nim  do  czynienia,  po  czym  weszliśmy  do  środka. 

Lokal miał przytulnie obskurny wygląd. W środku było tylko trzech gości, gdyŜ przyszliśmy 

przed  godzinami  ruchu.  Usiedliśmy  przy  stoliku  w  kącie  i  Studs  wytłumaczył  kelnerowi 

dokładnie, którą butelkę wina ma przynieść. Potem mi się przyjrzał i pokiwał głową. 

background image

-  MałŜeństwo  dobrze  ci  słuŜy.  -  Podrapał  się  po  brodzie.  -  Kupę  czasu  cię  nie 

widziałem. 

- Faktycznie - przytaknąłem. 

- Wpakował mnie do pudła - poinformował Norę. Nora cmoknęła ze współczuciem. 

- Był dobrym detektywem? 

Studs zmarszczył nędzną imitację swego czoła. 

- Tak mówili, ale ja tam wiem? Wtedy, co mnie załatwił, to sam się podstawiłem. 

- Czemuś na mnie napuścił tego kopniętego Morellego? - zapytałem. 

-  Wiesz,  jacy  są  ci  cudzoziemcy  -  odrzekł.  -  Co  jeden  to  bardziej  narwany.  Skąd 

miałem  wiedzieć,  Ŝe  narozrabia?  Chłopak  się  truł,  Ŝe  gliny  chcą  go  wrobić  w  zabójstwo  tej 

Julii Wolf, a tu jak raz czytamy w gazecie, Ŝe ty koło tego chodzisz. Więc mu mówię: „Nick 

to  facet,  który  by  pewnie  nie  sprzedał  rodzonej  matki.  Chcesz  się  koniecznie  przed  kimś 

wypłakać, wal do niego jak w dym”. On na to, Ŝe dobra. Coś ty mu zrobił? Język pokazałeś? 

-  Dał  się  przykapować,  jak  wchodził,  a  potem  miał  do  mnie  pretensję.  Jak  mnie 

znalazł? 

- Ma znajomości, zresztą się nie ukrywałeś, nie? 

-  Jestem  w  Nowym  Jorku  raptem  tydzień,  a  w  gazetach  nic  nie  pisali,  gdzie  się 

zatrzymałem. 

- Mówisz? - zapytał Studs z zainteresowaniem. - A gdzie byłeś? 

- Mieszkam teraz w San Francisco. Jak mnie znalazł? 

-  Bycze  miasto.  Nie  byłem  tam  od  lat,  ale  miasto  bycze.  Nie  mogę  ci  powiedzieć, 

Nick. Zapytaj jego. Nie mój interes. 

- Nie twój, jeśli pominąć fakt, Ŝe mi go ściągnąłeś na kark. 

- Zgadza się. Jeśli to pominąć. Ale widzisz, chciałem ci zrobić reklamę. 

Powiedział to najpowaŜniej w świecie. 

- Dobry kumpel z ciebie. 

-  Skąd  mogłem  wiedzieć,  Ŝe  chłopak  wyjdzie  z  nerw?  Zresztą  nie  uszkodził  cię 

zbytnio, nie? 

- MoŜe, ale dobrze mi to teŜ nie zrobiło. A w dodatku... 

Urwałem, bo przyszedł kelner z szampanem. Spróbowaliśmy i powiedzieliśmy, Ŝe jest 

pierwsza klasa. Był okropny. 

- Myślisz, Ŝe stuknął dziewczynę? - zapytałem. Studs z przekonaniem pokręcił głową. 

- Co ty? 

- Takiego faceta moŜna namówić, Ŝeby sobie popukał - powiedziałem. 

background image

- Wiem, ci cudzoziemcy są narwani, ale siedział tutaj przez całe popołudnie. 

- Całe? 

-  Całe.  Pod  hajrem.  Chłopaki  urządzili  sobie  na  górze  popijawę  z  dziewczynkami  i 

Morelli  przez  całe  popołudnie  nie  pofatygował  się  na  dół.  Co  tu  dopiero  mówić,  Ŝeby  miał 

wyskoczyć na miasto. Nie zalewam, są świadkowie. 

- To czemu ma taką cykorię? 

- Bo ja wiem? Myślisz, Ŝe sam go o to nie pytałem? Wiesz, jacy są ci cudzoziemcy. 

-  Yhm  -  odparłem.  -  Narwani.  A  nie  posłał  przypadkiem  jakiegoś  kumpla,  Ŝeby 

pogadał z dziewczyną w jego imieniu, co? 

- Coś mi się zdaje, Ŝe krzywdzisz chłopaka - oświadczył Studs. - Znałem lalę. Czasem 

tu z nim przychodziła, ale tylko dla hecy. Nie leciał na nią tak, Ŝeby miał powód ją stuknąć. 

Jak Boga kocham! 

- Ona teŜ się szprycowała? 

-  A  ja  wiem.  Widziałem  parę  razy,  ale  moŜe  to  tylko  dla  towarzystwa.  On  się 

szprycował, to i ona. 

- Z kim jeszcze kombinowała? 

- Nie wiem o nikim - odparł Studs obojętnie. - Kręcił się tu taki jeden typ, Nunheim 

się nazywa, Ostrzył sobie na nią zęby, ale nie zauwaŜyłem, Ŝeby co z tego wyszło. 

- Więc to od niego Morelli dowiedział się mojego adresu. 

- Nie bądź głupi. Jeśli Morelli co od niego chciał, to obić mu ryło. Po kiego facet latał 

na policję z gębą, Ŝe Morelli znał lalkę? To twój przyjaciel? 

Pomyślałem chwilę. 

- Nie znam go. Ale słyszałem, Ŝe pracuje trochę dla policji. 

- Mmm. Dzięki. 

- Dzięki? Za co? Ja nic nie mówiłem. 

-  Kapuję.  To  teraz  mi  coś  powiedz:  o  co  ta  cała  rozróba?  PrzecieŜ  to  ten  Wynant  ją 

stuknął, nie? 

- Tak wszyscy myślą - odparłem. - Ale stawiam sto dolarów przeciw pięćdziesięciu, Ŝe 

to nie on. 

Potrząsnął głową. 

-  Nie  zakładam  się,  nie  moja  branŜa.  -  Twarz  mu  się  rozjaśniła.  -  Ale  wiesz,  co  ci 

powiem:  na  co  mogę  postawić  trochę  forsy,  jakbyś  chciał?  Pamiętasz,  jak  mnie  wtedy 

załatwiłeś?  Myślałem,  Ŝe  cię  połoŜę  tym  prawym  hakiem,  wszystkich  kładłem.  Przez  cały 

background image

czas w mamrze zachodziłem potem w głowę, czybyś umiał jeszcze raz powtórzyć taki numer. 

Kiedyś, jak się będziesz lepiej czuł, moglibyśmy... 

Roześmiałem się. 

- E, jestem zupełnie bez formy. 

- Ja teŜ się roztyłem jak wieprz - nalegał. 

- Zresztą to był fuks na torze: straciłeś akurat równowagę, a ja stałem mocno. 

- Bierzesz mnie pod bajer - powiedział, po czym dodał z namysłem: - ale faktycznie, 

moŜe ci i podleciało trafne. No, jak nie chcesz... Dajcie kieliszki, to wam doleję. 

Nora  oświadczyła,  Ŝe  chce  raz  wrócić  do  domu  wcześniej  i  z  trzeźwą  głową,  więc 

poŜegnaliśmy  Studsa  i  klub  „Pod  Fuzlem”  parę  minut  po  jedenastej.  Studs  odprowadził  nas 

do taksówki i potrząsnął energicznie naszymi dłońmi. 

-  Zrobiliście  mi  wielką  frajdę  -  oświadczył.  Odpłaciliśmy  mu  podobnymi 

grzecznościami i odjechaliśmy. Nora orzekła, Ŝe Studs jest cudowny. 

- Nie rozumiałam połowy z tego, co mówił. 

- Morowy facet. 

- Nie powiedziałeś mu, Ŝe nie jesteś juŜ detektywem. 

- Myślałby, Ŝe go kantuję - wyjaśniłem. - Dla takich jak on, kto raz był detektywem, 

zawsze nim zostanie. Wolałem raczej kłamać niŜ narazić się na posądzenie o kłamstwo. Nie 

masz papierosa? On mi rzeczy-j wiście ufa na swój sposób. 

- Naprawdę myślisz, Ŝe Wynant jej nie zabił? 

- Czy ja wiem? Nie wydaje mi się, Ŝeby to on. 

W hotelu czekał na mnie telegram od Macaulayaj z Allentown: 

TO  WCALE  NIE  WYNANT  I  WCALE  NU  PRÓBOWAŁ  POPEŁNIĆ 

SAMOBÓJSTWA 

15 

Następnego dnia rano zamówiłem stenotypistkę i wyekspediowałem większość listów 

czekających  na  odpowiedź;  przeprowadziłem  telefoniczną  konferencję  z  adwokatem  w  San 

Francisco w sprawie jednego z klien-j tów naszego tartaku, którego chcieliśmy ratować przed 

plajtą;  spędziłem  godzinę  nad  planem  obniŜenia  podatkuj  w  naszym  stanie,  który  właśnie 

przygotowywaliśmy;  wreszcie  o  godzinie  drugiej,  czując  się  jak  prawdziwy,  zboŜny 

biznesmen, uznałem, Ŝe dość pracy na dzisiaj i poszedłem z Norą na lunch. Po lunchu Nora 

była umówiona na brydŜa, ja zaś pojechałem zobaczyć się? z Guildem, z którym juŜ tego dnia 

rozmawiałem przez telefon. 

background image

- Więc alarm okazał się fałszywy? - powiedziałem ścisnąwszy mu dłoń i usadowiwszy 

się wygodnie w fotelu. 

-  Trudno  zaprzeczyć.  Facet  miał  tyle  wspólnego  z Wynantem,  co  ja.  Wie  pan,  jak  to 

jest: zawiadomiliśmy policję w Filadelfii, Ŝe wysłał stamtąd telegram, podaliśmy jego rysopis 

do radia i teraz przez najbliŜszy tydzień kaŜdy, kto jest chudy i nie daj BoŜe ma brodę, będzie 

Wynantem jak Pensylwania długa i szeroka. Ten facet nazywa się Barlow, jest bezrobotnym 

cieślą, o ile mogliśmy ustalić, i został postrzelony przez Murzyna, który chciał go obrabować. 

Nie bardzo moŜe jeszcze mówić. 

-  A  moŜe  ten,  kto  go  postrzelił,  popełnił  tę  samą  omyłkę  co  policja  w  Allentown?  - 

zauwaŜyłem. 

-  Chce  pan  powiedzieć,  Ŝe  go  wziął  za  Wynanta?  I  to  moŜliwe,  jeśli  nam  co  z  tego 

przyjdzie. Ale czy przyjdzie? 

Odparłem, Ŝe nie wiem. 

- Mówił panu Macaulay, Ŝe dostał list od Wynanta? - zapytałem. 

- Tak, ale nie zdradził, co w nim było. 

Wobec tego ja zdradziłem. Powiedziałem równieŜ, co wiem o Keltermanie. 

- To ciekawe - odrzekł. 

Następnie opowiedziałem o liście, który Wynant napisał do siostry. 

- Ale się rozpisał! - skomentował Guild. 

- I mnie to zastanowiło. 

Z kolei poinformowałem go, Ŝe rysopis Sidneya Kel- 

termana pasuje z niewielkimi zmianami do Chrystiana Jorgensena. 

-  Nigdy  nie  zawadzi  posłuchać  takiego  człowieka  jak  pan  -  rzekł.  -  Niech  pan  mówi 

dalej. 

Odparłem,  Ŝe  to  juŜ  wszystko.  Huśtał  się  przez  chwilę  na  krześle,  z  wyblakłymi 

szarymi oczami wbitymi w sufit. 

- Będzie trochę robótki - zauwaŜył. 

-  Czy  ten  facet  w  Allentown  nie  został  przypadkiem  postrzelony  z  trzydziestki 

dwójki? - zapytałem. 

Guild patrzył na mnie chwilę ciekawie, po czym potrząsnął głową. 

- Z czterdziestki czwórki. Ma pan coś określonego na myśli? 

- Nie. Tak tylko rozwaŜam moŜliwości. 

-  Rozumiem  -  powiedział  i  przechylił  się,  wpatrzony  znowu  w  sufit.  Kiedy  się 

odezwał, moŜna było odnieść wraŜenie, Ŝe myśli o czymś zupełnie innym. - Co do tego alibi 

background image

Macaulaya,  o  które  pan  wczoraj  pytał:  jest  w  porządku.  Spóźnił  się  tego  dnia  na  umówione 

spotkanie  i  sprawdziliśmy,  Ŝe  siedział  w  biurze  niejakiego  Hermanna  na  Pięćdziesiątej 

Siódmej Ulicy w krytycznym czasie, od pięć po trzeciej do dwadzieścia po trzeciej. 

- Jak to od pięć po trzeciej? 

-  Słusznie,  jeszcze  pan  o  tym  nie  wie.  Zgłosił  się  osobnik  nazwiskiem  Caress,  który 

prowadzi  pralnię  i  farbiarnię  na  Pierwszej  Alei.  Dzwonił  do  niej  pięć  po  trzeciej,  Ŝeby 

zapytać,  czy  ma  przysłać  po  rzeczy  do  prania.  Powiedziała,  Ŝe  nie  i  Ŝe  prawdopodobnie 

wyjedzie.  To  zawęŜa  czas,  w  którym  dokonano  zbrodni,  od  trzeciej  pięć  do  trzeciej 

dwadzieścia. Chyba nie podejrzewał pan serio Macaulaya? 

-  Podejrzewam  wszystkich  -  powiedziałem.  -  Gdzie  pan  był  między  trzecią  pięć  a 

trzecią dwadzieścia? 

Roześmiał się. 

- Jeśli mam być szczery, to jestem bodajŜe jedyną z zainteresowanych osób, która nie 

ma zbyt pewnego alibi. Byłem w kinie. 

- Więc wszyscy pozostali mają alibi? Pokiwał głową. 

-  Jorgensen  wyszedł  razem  z  Ŝoną  mniej  więcej  za  pięć  trzecia  i  urwał  jej  się,  Ŝeby 

skoczyć na Siedemdziesiątą Trzecią Zachodnią Ulicę do dziewczyny, która nazywa się Olga 

Fenton. Obiecaliśmy, Ŝe nie powiemy Ŝonie. Siedział u niej do piątej. Wiemy, co robiła pani 

Jorgensen.  Córunia  się  ubierała,  kiedy  wychodzili,  a  piętnaście  po  trzeciej  wsiadła  w 

taksówkę  i  pojechała  na  zakupy  do  Bergdorfa-Goodmana.  Synalek  siedział  przez  całe 

popołudnie  w  Bibliotece  Publicznej...  BoŜe,  ale  on  czyta  dziwne  ksiąŜki!  Morelli  był  w 

pewnym lokalu na Czterdziestej Którejś Ulicy. - Roześmiał się. - A gdzie pan był? 

- Ja zachowam swoje alibi do chwili, kiedy będzie mi naprawdę potrzebne. Nikt z tej 

paczki nie ma zbyt murowanego alibi, ale to się rzadko zdarza ludziom, którzy są w zgodzie z 

prawem. A co z Nunheimem? 

Guild zdawał się zaskoczony. 

- Dlaczego panu przyszedł na myśl Nunheim? 

- Słyszałem, Ŝe miał chrapkę na dziewczynę. 

- Gdzie pan to słyszał? 

- Słyszałem. Zmierzył mnie z ukosa. 

- UwaŜa pan, Ŝe to pewna wiadomość? 

- Tak. 

-  No  -  powiedział  powoli  -  jeśli  o  to  chodzi,  moŜemy  sprawdzić.  Ale  dlaczego  pana 

właściwie tak interesują ci wszyscy ludzie? Sądzi pan, Ŝe to nie Wynant ją zabił? 

background image

Dałem mu te same fory co Studsowi. 

- Stawiam pięćdziesiąt przeciwko dwudziestu pięciu, Ŝe to nie on. 

Teraz mierzył mnie przez dłuŜszą chwilę spod oka. W końcu rzekł: 

- To coś nowego. A kto jest pańskim kandydatem? 

- Nie doszedłem jeszcze do tego. Rozumie pan, nie wiem nic pewnego. Nie twierdzę, 

Ŝ

e Wynant nie mógł jej zabić. Chcę tylko powiedzieć, Ŝe wiele rzeczy wskazuje nie na niego. 

- I Ŝe szanse są jak dwa do jednego. Co to za rzeczy, które wskazują nie na niego? 

- MoŜe pan uznać, Ŝe to intuicja - powiedziałem - ale... 

-  Nic  nie  chcę  uznawać  -  odparł.  -  UwaŜam  pana  za  bystrego  detektywa.  Chętnie 

posłucham, co pan ma do powiedzenia. 

-  Mam  przede  wszystkim  pytania.  Na  przykład:  ile  czasu  minęło  od  chwili,  kiedy 

windziarz wysadził panią Jorgensen na piętrze, gdzie mieszkała Julia Wolf, do chwili, kiedy 

na niego znowu zadzwoniła i powiedziała, Ŝe słyszy jęki. 

Guild siedział chwilę z wydętymi wargami, po czym spytał: 

- Sądzi pan, Ŝe mogła...? 

Reszta pytania zawisła nie dopowiedziana w powietrzu. 

-  Sądzę,  Ŝe  mogła.  Chciałbym  się  następnie  dowiedzieć,  gdzie  był  Nunheim. 

Chciałbym  znać  odpowiedzi  na  pytania  postawione  w  liście  Wynanta.  Chciałbym  wiedzieć, 

co  się  stało  z  tymi  brakującymi  czterema  tysiącami  dolarów.  Chciałbym  wiedzieć,  skąd 

pochodził pierścionek Julii Wolf. 

-  Robimy,  co  w  naszej  mocy  -  odparł  Guild.  -  Co  do  mnie,  to  najbardziej  chciałbym 

się  obecnie  dowiedzieć,  dlaczego  Wynant,  jeśli  jej  nie  zabił,  nie  zjawi  się  i  nie  odpowie  na 

nasze pytania. 

- Jednym z powodów moŜe być to, Ŝe pani Jorgensen chce  go powtórnie wsadzić do 

domu  wariatów.  -  Nagle  przyszła  mi  nowa  myśl  do  głowy.  -  Herbert  Macaulay  jest 

rzecznikiem  interesów  Wynanta.  Chyba  nie  uwierzyliście  mu  na  słowo,  Ŝe  ten  facet  w 

Allentown to nie Wynant? 

-  Nie.  Jest  znacznie  młodszy  od  Wynanta,  ma  o  wiele  za  mało  siwych  włosów,  nie 

farbuje ich, zresztą jest zupełnie niepodobny do fotografii, które mamy. - Sprawiał wraŜenie 

pewnego swoich słów. - Ma pan coś do roboty przez następną godzinę czy dwie? 

- Nie. 

-  To  świetnie.  -  Wstał.  -  Powiem  chłopcom,  Ŝeby  się  zajęli  sprawami,  o  których 

mówiliśmy, a potem moŜe złoŜymy razem parę wizyt. 

background image

Zgodziłem  się  i  Guild  wyszedł  z  gabinetu.  W  koszu  leŜał  egzemplarz  „New  York 

Timesa”.  Wyłowiłem  go  i  otworzyłem  na  kolumnie  z  ogłoszeniami.  Było  wśród  nich 

ogłoszenie Macaulaya: „Abner. Zgoda. Bunny”. Kiedy Guild wrócił, zapytałem: 

-  A  co  z  pracownikami  Wynanta?  Miał  przecieŜ  jakichś  pomocników  w  warsztacie? 

Interesowaliście się nimi? 

- Yhm. Ale nic nie wiedzą. Zostali zwolnieni z końcem tygodnia, w którym wyjechał. 

Było ich dwóch, Ŝaden nie widział go od tej pory. 

- Nad czym pracowali, kiedy warsztat został zwinięty? 

-  Nad  jakimiś  barwnikami,  jakąś  trwałą  zielenią.  Zresztą  nie  wiem.  Mogę  się 

dowiedzieć, jeśli pan chce. 

- Nie myślę, Ŝeby to miało znaczenie. Czy warsztat jest duŜy? 

- Wygląda jak nieźle wyposaŜone laboratorium,  o ile się mogłem zorientować. Sądzi 

pan, Ŝe warsztat moŜe mieć z tym coś wspólnego? 

- Wszystko moŜe mieć coś wspólnego. 

- Yhm. No to chodźmy. 

16 

-  Najpierw  -  powiedział  Guild  po  wyjściu  z  Komendy  -  odwiedzimy  Nunheima. 

Powinien być w domu: kazałem mu siedzieć, póki nie zadzwonię. 

Mieszkanie  Nunheima  mieściło  się  na  czwartym  piętrze  ciemnej,  wilgotnej  i 

smrodliwej kamienicy, wstrząsanej dudnieniem kolei nadziemnej kursującej po Szóstej Alei. 

Guild zapukał. Za drzwiami dały się słyszeć odgłosy spiesznej krzątaniny, po czym jakiś głos 

zapytał? 

- Kto tam? 

Głos był męski, nosowy, lekko poirytowany. 

- John - odparł Guild. 

Drzwi  otworzyły  się  natychmiast  i  ukazał  się  w  nich  niski,  ziemisty  męŜczyzna  w 

wieku  trzydziestu  pięciu,  sześciu  lat,  ubrany  w  podkoszulek,  granatowe  spodnie  i  czarne 

jedwabne skarpetki. 

- Nie spodziewałem się pana porucznika - jęknął. - Obiecał pan zadzwonić. 

Sprawiał wraŜenie wystraszonego. Oczy miał ciemne, małe i bardzo blisko osadzone, 

usta szerokie, cienkie, miękko zarysowane, nos wyjątkowo mięsisty, długi, jakby zwisający i 

zupełnie pozbawiony kości. 

Guild dotknął dłonią mojego łokcia i weszliśmy. Przez otwarte drzwi po lewej widać 

było  nie  posłane  łóŜko.  Pokój,  do  którego  męŜczyzna  nas  wprowadził,  okazał  się  nędznym, 

background image

zapuszczonym salonikiem z porozrzucanymi ubraniami, gazetami i brudnymi naczyniami. W 

alkowie  po  prawej  mieścił  się  zlew  i  kuchnia.  Między  nimi  stała  kobieta  ze  skwierczącą 

patelnią  w  ręce.  Była  to  grubokoścista,  tęgawa  ruda  kobieta  lat  moŜe  dwudziestu  ośmiu, 

przystojna  na  swój  wulgarny,  niechlujny  sposób.  Miała  na  sobie  wymięty  róŜowy  szlafrok  i 

postrzępione róŜowe pantofle ranne bez pięt, z przekrzywionymi kokardkami. Zmierzyła nas 

złym wzrokiem. Guild nie przedstawił mnie Nunheimowi i nie zwracał uwagi na kobietę. 

-  Niech  pan  siada  -  powiedział  i  odsunął  jakieś  części  garderoby,  Ŝeby  sobie  zrobić 

miejsce na brzegu kanapy. 

Odsunąłem kawałek gazety z bujanego fotela i usiadłem. PoniewaŜ Guild pozostał w 

kapeluszu  na  głowie,  więc  i  ja  nie  zdjąłem  swojego.  Nunheim  podszedł do  stołu,  na  którym 

stała półlitrowa butelka z resztką whisky oraz kilka szklaneczek, i zapytał: 

- MoŜe łyczek? Guild się skrzywił. 

- Tego świństwa? Co to za głodne kawałki, Ŝe znałeś Julię Wolf tylko z widzenia? 

-  Tak  było,  poruczniku,  jak  rany  Chrystusa!  -  Dwa  razy  zerknął  na  mnie  ukradkiem, 

ale  zaraz  odwracał  wzrok.  -  MoŜe  jej  rzuciłem  w  przelocie:  „Cześć!”  albo  „Jak  leci?”.  To 

wszystko, jak rany Chrystusa. 

Kobieta  w  alkowie  prychnęła  raz,  drwiąco;  na  jej  twarzy  nie  było  cienia  wesołości. 

Nunheim obrócił się do niej. 

-  Spróbuj  tylko  otworzyć  gębę  -  powiedział  głosem  łamiącym  się  z  wściekłości  - 

wybiję ci wszystkie zęby. 

Kobieta zamachnęła się i cisnęła patelnią w jego głowę. Nie trafiła i patelnia uderzyła 

w  ścianę.  Tłuszcz  i  Ŝółtka  rozlały  się  świeŜymi  plamami  po  ścianie,  podłodze  i  meblach. 

Nunheim skoczył w jej stronę. Nie musiałem się nawet unosić na fotelu, Ŝeby mu podstawić 

nogę. Wyciągnął się jak długi na podłodze. Kobieta czekała uzbrojona w nóŜ kuchenny. 

- Skończcie z tym - warknął Guild. RównieŜ się nie podniósł. - Przyszliśmy pogadać a 

nie oglądać rodzinną sielankę. Wstawaj i zachowuj się przyzwoicie. 

Nunheim podniósł się powoli z podłogi. 

- Doprowadza mnie do szału, kiedy zacznie pić - powiedział. - Czepia się od samego 

rana. Zrobił prawą dłonią ruch w jedną i drugą stronę. - Zdaje się, Ŝe sobie skręciłem rękę. 

Kobieta  przeszła  przez  pokój  nie  patrząc  na  Ŝadnego  z  nas  i  zniknęła  zamykając  za 

sobą drzwi do sypialni. Guild powiedział: 

- MoŜe jakbyś się przestał uganiać za dziwkami, to byś nie miał tyle kłopotu ze swoją 

kobitą. 

- Co pan, poruczniku? 

background image

Nunheim był zaskoczony, dotknięty w swojej niewinności. 

- A Julia Wolf? 

Teraz ziemisty męŜczyzna zapałał oburzeniem. 

- Pan w to nie wierzy, panie poruczniku. Nagadał panu jakiś... 

Guild przerwał mu, zwracając się do mnie: 

- Jak pan się chce z nim policzyć, to niech pan się nie krępuje tą skręconą ręką. On się 

nigdy nie rwał do bitki. 

Nunheim obrócił się w moją stronę, wyciągając rozpostarte dłonie. 

- Nie mówię, Ŝe pan łŜe. MoŜe ktoś pana wprowadził w błąd... 

Guild przerwał mu znowu: 

- Więc twierdzisz, Ŝebyś nie skorzystał, jakbyś ją mógł przelecieć? 

Nunheim oblizał dolną wargę i rzucił niepewnym wzrokiem na drzwi sypialni. 

- Co to, to moŜe nie - powiedział powoli, przezornie przyciszając głos. - To była klasa 

lala. Pewnie bym jej nie przepuścił. 

- Ale nigdy nie próbowałeś się do niej zabierać? Nunheim się zawahał, lecz po chwili 

wzruszył ramionami i powiedział: 

- Wie pan, jak to jest. Człowiek się obija, to próbuje wszystkiego, co się nawinie. 

Guild zmierzył go z niesmakiem. 

- Nie lepiej było tak od razu śpiewać? Gdzie byłeś, kiedy ją stuknięto? 

Mały człowieczek podskoczył, jakby go ktoś ukłuł szpilką. 

- Jak rany Chrystusa, chyba pan porucznik nie myśli, Ŝe w tym maczałem palce? Co 

by mi z tego przyszło, Ŝe ją stuknę? 

- Gdzie byłeś? 

Miękkie wargi Nunheima zadrgały nerwowo. 

- Kiedy to było? Urwał, bo drzwi od sypialni się otworzyły. Ukazała się tęga kobieta z 

walizką w ręce, ubrana jak do wyj ścia. 

-  Miriam  -  powiedział  Nunheim.  Zmierzyła  go  obojętnym  wzrokiem,  po  czym 

oświadczyła: 

- Nie lubię kanciarzy. A nawet jakbym lubiła, to bym nie lubiła kanciarzy, którzy są 

na  dodatek  kapusiami.  A  jakbym  lubiła  kanciarzy,  którzy  są  na  dodatek  kapusiami,  to  i  tak 

bym miała ciebie dosyć. 

Odwróciła się w stronę wyjścia. Guild złapał za ramię Nunheima, który chciał biec za 

kobietą. 

- Gdzie byłeś? - powtórzył. 

background image

- Miriam - zawołał Nunheim - nie odchodź!  Będę dla ciebie dobry, zrobię wszystko, 

co chcesz. Nie odchodź, Miriam. 

Kobieta wyszła trzaskając drzwiami. 

- Pan mnie puści - jął błagać Nunheim - panie poruczniku. Sprowadzę ją z powrotem, 

nie mogę bez niej Ŝyć. Skoczę na jednej nodze i jak tylko wrócę, powiem panu wszystko, co 

pan kaŜe. Pan mnie puści, muszę ją sprowadzić. 

- JuŜ się rozpędziłem - warknął Guild. - Siadaj. - Pchnął męŜczyznę na krzesło. - Nie 

przyszliśmy tutaj patrzeć, jak się bawicie w berka. Gdzie byłeś, kiedy zabito dziewczynę? 

Nunheim zakrył twarz dłońmi i rozpłakał się. 

- Kręć dalej - powiedział Guild - ani się obejrzysz, jak ci powybijam zęby. 

Nalałem do szklaneczki trochę whisky i podałem Nunheimowi. 

-  Dziękuję  panu,  bardzo  dziękuję.  -  Wypił,  za-krztusił  się  i  wyciągnął  z  kieszeni 

brudną  chusteczkę,  Ŝeby  obetrzeć  twarz.  -  Nie  mogę  sobie  tak  z  miejsca  przypomnieć,  pan 

porucznik wie. - Jęknął. - MoŜe grałem u Charliego w bilard, moŜe siedziałem w domu. 

Miriam to by pamiętała, jakby mi pan pozwolił po nią skoczyć. 

- Nie mydl mi tu oczu Miriam - powiedział Guild. - UwaŜaj, Ŝebyś przypadkiem nie 

wylądował w mamrze przez ten brak pamięci. 

- Pan mi da minutkę, na pewno sobie przypomnę. Nie kręcę, pan porucznik mnie zna. 

Zawsze panu wszystko mówię, jak rodzonemu ojcu. Tylko z nerw mnie to wyprowadziło. Pan 

patrzy  na  moją  rękę.  -  Podniósł  prawą  dłoń,  Ŝeby  nam  pokazać  spuchnięty  przegub.  -  Jedną 

minutkę. 

Ukrył znowu twarz w dłoniach. Guild mrugnął do mnie, dając mi do zrozumienia, Ŝe 

za  chwilę  Nunheimowi  wróci  pamięć.  Nagle  mały  człowieczek  odjął  dłonie  od  twarzy  i 

parsknął śmiechem. 

-  Rany  boskie!  Miałbym  za  swoje,  jakby  mnie  pan  porucznik  zamknął.  PrzecieŜ  to 

tego dnia byłem... Pan poczeka, zaraz panu pokaŜę. 

Wybiegł do sypialni. Po paru minutach Guild zawołał: 

- Hej, do rana będziemy czekali? Pośpiesz się. 

Nie otrzymał odpowiedzi. W sypialni nie znaleźliśmy nikogo. Zajrzeliśmy do łazienki, 

ale  teŜ  była  pusta.  Okno  wychodzące  na  drabinkę  przeciwpoŜarową  stało  otworem.  Nie 

powiedziałem  nic,  starałem  się  zachować  obojętną  minę.  Guild  zsunął  kapelusz  odrobinę  na 

tył głowy. 

- I po co mu to było? - zapytał. 

background image

Wrócił do telefonu w saloniku. Podczas gdy telefonował, zacząłem trochę szperać po 

szufladach,  ale  nic  nie  znalazłem.  Nie  szukałem  zresztą  zbyt  dokładnie  i  dałem  spokój,  gdy 

tylko Guild postawił na nogi machinę policyjną. 

-  Nie  ma  strachu,  na  pewno  go  znajdziemy  -  powiedział.  -  Mam  dla  pana  nowinę. 

Zidentyfikowaliśmy Jorgensena jako Keltermana. 

- Kto go zidentyfikował? 

- Posłałem jednego pracownika, Ŝeby  pogadał z  tą dziewczyną, która mu dostarczyła 

alibi, tą Olgą Fenton. No, i wydusił z niej. Ale przy alibi się upiera. Pójdę sam, spróbuję z nią 

pogadać. Chce pan ze mną iść? 

Spojrzałem na zegarek. 

- Chętnie bym poszedł, ale zrobiło się późno. Macie go juŜ? 

- Mamy nakaz aresztowania. - Popatrzył na mnie z namysłem w oczach. - Pogadamy z 

chłoptasiem. 

Pokazałem zęby w uśmiechu. 

- No, i jak pan myśli, kto ją zabił? - zapytałem. 

- Nie ma zmartwienia - odparł. - Niech tylko zbiorę więcej poszlak, przycisnę jeszcze 

parę osób, ani się pan obejrzy, jak będę miał ptaszka. 

Na  ulicy  obiecał  informować  mnie  o  rozwoju  wypadków,  po  czym  wymieniliśmy 

uścisk  dłoni  i  rozstaliśmy  się.  Po  paru  sekundach  dogonił  mnie,  Ŝeby  przesłać  ukłony  dla 

Nory. 

W domu przekazałem Norze pozdrowienia Guilda I i opowiedziałem jej nowiny. 

- Ja teŜ mam dla ciebie wiadomość - odrzekła. - Wpadł tu Gilbert Wynant i był bardzo 

zawiedziony, Ŝe I cię nie zastał. Kazał ci powtórzyć, Ŝe ma waŜną nowinę. 

- Pewnie odkrył, Ŝe Jorgensen ma kompleks matki.  

- UwaŜasz, Ŝe to Jorgensen ją zabił? - zapytała. 

- Zdawało mi się, Ŝe wiem kto ją zabił - odparłem - I ale wszystko się pokręciło. Mogę 

tylko zgadywać. 

- I na kogo stawiasz? 

-  Na  Mimi,  na  Wynanta,  na  Nunheima,  na  Gilberta,  na  Dorotę,  na  ciotkę  Alicję,  na 

Morellego,  na  ciebie,  na  siebie  i  na  Guilda.  MoŜe  jeszcze  na  Studsa.  Nie  zrobiłabyś  mi 

cocktailu? 

Przygotowała od razu większą ilość. Piłem drugi czy trzeci, kiedy zadzwonił telefon. 

Nora poszła odebrać I i wróciła ze słowami: 

- Twoja przyjaciółka Mimi chce z tobą mówić. Podszedłem do telefonu. 

background image

- Jak się masz, Mimi. 

-  Strasznie  mi  przykro,  Ŝe  się  tak  niegrzecznie  zachowałam  przedwczoraj,  Nick.  Ale 

byłam  taka  zdener  -  wowana,  zupełnie  nad  sobą  nie  panowałam,  no  i  zrobiłam  z  siebie 

pośmiewisko. Przepraszam cię bardzo. 

Powiedziała to wszystko bardzo szybko, jakby chcąc czym prędzej załatwić sprawę. 

- Nie gniewam się - odparłem. 

Ledwie  mi  pozwoliła  wtrącić  te  trzy  słowa  i  juŜ  mówiła  dalej,  ale  teraz  wolniej  i 

powaŜniej:- Czy nie mogłabym się z tobą zobaczyć, Nick? Stało się coś strasznego, coś... Nie 

wiem, co robić, do kogo się zwrócić. 

- Co się stało? 

-  Nie  mogę  ci  powiedzieć  przez  telefon,  ale  musisz  mi  pomóc.  Potrzebuję  rady.  Nie 

mógłbyś wpaść? 

- Teraz? 

- Tak. Bardzo cię proszę. 

-  Dobrze  -  obiecałem  i  wróciłem  do  salonu.  -  Mimi  chce,  Ŝebym  do  niej  wpadł.  Ma 

jakieś kłopoty i potrzebuje pomocy. 

Nora się roześmiała. 

- JuŜ się nie tłumacz. Przeprosiła cię? Mnie przeprosiła. 

- Tak, jednym tchem. Czy Dorota wróciła juŜ do domu, czy teŜ ciągle mieszka u ciotki 

Alicji? 

- Ciągle jest u ciotki, tak przynajmniej twierdzi Gilbert. Kiedy wrócisz? 

- Na pewno nie będę siedział dłuŜej, niŜ to konieczne. Pewnie przymknęli Jorgensena i 

chce się dowiedzieć, czyby nie moŜna tego jakoś załatwić. 

- Mogą mu coś zrobić? To znaczy, jeśli nie zabił Julii Wolf? 

-  Mogliby  prawdopodobnie  wygrzebać  stare  sprawki:  listy  z  pogróŜkami,  próbę 

szantaŜu... - Odsunąłem szklaneczkę od ust, Ŝeby zadać Norze i sobie pytanie: - Ciekawe, czy 

się  znają  z  Nunheimem. -  Zastanawiałem  się  chwilę,  ale  doszedłem  do  wniosku,  Ŝe  to tylko 

jedna z moŜliwości. - No, czas na mnie. 

Mimi przyjęła mnie z otwartymi ramionami. 

-  To  strasznie  miło,  Ŝe  się  na  mnie  nie  gniewasz.  Nick.  Ty  zawsze  byłeś  dla  mnie 

strasznie miły. Sama nie wiem, co mnie ugryzło wtedy w poniedziałek. 

- Nie ma o czym mówić. 

background image

Twarz  miała  bardziej  róŜową  niŜ  zwykle,  napięte  mięśnie  nadawały  jej  młodszy 

wygląd.  Jej  błękitne  oczy  błyszczały,  dłonie,  którymi  ściskała  moje  ręce,  były  chłodne. 

Czułem przenikające ją podniecenie, ale nie mogłem się zorientować w jego charakterze. 

- To ładnie ze strony twojej Ŝony, Ŝe... 

- Nie ma o czym mówić - powtórzyłem. 

- Nick, co grozi za ukrycie dowodu, kto popełnił morderstwo? 

-  JeŜeli  zechcą,  mogą  cię  pociągnąć  do  odpowiedzialności  z  paragrafu  o  osłanianie 

przestępcy. 

- A jeśli po namyśle dobrowolnie przekaŜe się po licji dowód? 

- Mogą cię tak samo pociągnąć do odpowiedzialność Ale zazwyczaj tego nie robią. 

Rozejrzała się po pokoju, jakby chcąc się upewni Ŝe nie ma nikogo poza mną. 

- To Clyde zabił Julię - oznajmiła. - Znalazłam dowód, który ukryłam. Jak myślisz, co 

mi zrobią? 

-  Prawdopodobnie  skończy  się  na  tym,  Ŝe  cię  zdrowo  objadą.  Oczywiście,  jeśli  im 

dobrowolnie  przekaŜesz  to,  co  znalazłaś. Jako  były  mąŜ  jest  ci  na  tyle  bliski,  Ŝe Ŝadna  ława 

przysięgłych  nie  będzie  miała  do  ciebie  pretensji  o  próbę  krycia  go.  Chyba  Ŝeby  były 

podstawy do posądzania cię o inne motywy. 

- A ty mnie o to posądzasz? - zapytała chłodno, z namysłem. 

- Czy ja wiem - odrzekłem. - Byłbym skłonny przypuszczać, Ŝe miałaś zamiar ukryć 

dowód  jego  winy  po  to,  Ŝeby  wydusić  trochę  forsy,  jak  tylko  się  pokaŜe.  Ale  zaszło  coś,  co 

wpłynęło na zmianę twego postanowienia. 

Rozstawiła palce jak szpony i sięgnęła ostrymi paznokciami do mojego policzka. Zęby 

miała zaciśnięte, wargi szeroko rozchylone. Złapałem ją za przegub. 

-  Kobiety  pokazują  pazurki  -  powiedziałem  starając  się  nadać  głosowi  marzycielskie 

brzmienie. - Niedawno miałem do czynienia z taką, która próbowała zdzielić faceta patelnią. 

Roześmiała się, ale wyraz jej oczu nie uległ zmianie. 

- Sukinsyn jesteś - syknęła. - Zawsze myślisz o mnie najgorsze rzeczy. 

Puściłem jej rękę, a ona zaczęła rozcierać ślady po moich palcach. 

- Co to za kobieta próbowała kogoś zdzielić patelnią? - zapytała. - Znam ją? 

-  Nie  Nora,  jeśli  to  masz  na  myśli.  Czy  juŜ  aresztowali  Wiktora-Chrystiana 

Keltermana-Jorgensena? 

- Co? 

Uwierzyłem  w  jej  zdumienie,  chociaŜ  zarówno  ono,  jak  i  moja  własna  wiara 

zaskoczyły mnie całkowicie. 

background image

-  Jorgensen  okazał  się  Keltermanem  -  powiedziałem.  -  Pamiętasz  go?  Myślałem,  Ŝe 

wiesz. 

- Masz na myśli tego okropnego człowieka, który...  

- Tak. 

- Nigdy w to nie uwierzę. - Wyprostowała się, I splatając i rozplatając palce. - Nigdy. 

Przenigdy.  -  Jej  twarz  wykrzywił  strach,  głos  miała  zduszony,  niesamowity  jak  głos 

brzuchomówcy. - Nigdy w to nie I uwierzę. 

- To ci nawet duŜo pomoŜe - zauwaŜyłem. 

Nie  słuchała.  Odwróciła  się  do  mnie  plecami  i  podeszła  do  okna.  Stanęła  tyłem  do 

mnie. 

-  Przed  domem  czeka  wóz  -  powiedziałem  -  a  w  nim  panowie  wyglądający  na 

tajniaków. Czekają, i Ŝeby go aresztować, jak tylko... 

Obróciła się i spytała ostro: 

-  Pewien  jesteś,  Ŝe  Chrystian  to  Kelterman?  Strach  prawie  zniknął  z  jej  twarzy,  głos 

brzmiał znowu po ludzku. 

- Policja wydaje się pewna. 

Mierzyliśmy  się  wzrokiem,  pochłonięci  własnymi  myślami.  Przeraziło  ją  nie  tyle 

prawdopodobieństwo,  Ŝe  Jorgensen  zabił  Julię  Wolf  -  uświadomiłem  sobie  -  ani  nawet  Ŝe 

moŜe  zostać  aresztowany,  lecz  odkrycie,  Ŝe  małŜeństwo  z  nią  było  tylko  jakimś  jego 

pociągnięciem w rozgrywce z Wynantem.  Kiedy się roześmiałem  - nie  dlatego Ŝeby to było 

ś

mieszne,  lecz  dlatego,  Ŝe  mi  tak  nagle  przyszło  do  głowy  -  drgnęła  i  uśmiechnęła  się 

niepewnie. 

- Nie uwierzę w to - oświadczyła, a jej głos był znowu bardzo cichy - dopóki mi sam 

nie powie. 

- A kiedy ci powie? 

Wzruszyła lekko ramionami i dolna warga znowu jej zadrgała. 

- Jest moim męŜem. 

Powinno mnie to rozśmieszyć, lecz tylko mnie rozzłościło. 

- Mimi, jestem Nick - powiedziałem. - Poznajesz mnie? Nick. 

- Wiem, nigdy nie byłeś o mnie dobrego zdania - stwierdziła powaŜnie. - UwaŜasz, Ŝe 

jestem... 

- JuŜ dobrze, dobrze. Mniejsza z tym. Wróćmy do dowodu, który znalazłaś. 

- Ach, to - powiedziała i odwróciła się do mnie plecami. Gdy się obróciła z powrotem, 

warga  jej  znowu  drŜała.  -  To  było  kłamstwo,  Nick.  Ja  nic  nie  znalazłam.  -  Podeszła  tuŜ  do 

background image

mnie.  -  Clyde  nie  miał  prawa  wysyłać  tych  listów  do  Alicji  i  do  Macaulaya,  podsuwać 

wszystkim  podejrzenia  przeciwko  mnie...  Więc  przyszło  mi  do  głowy,  Ŝe  będzie  się  miał  z 

pyszna, jak coś na niego wymyślę... Bo ja naprawdę sądziłam... to jest sądzę, Ŝe on ją zabił, i 

dlatego... 

- I co takiego wymyśliłaś? - zapytałem. 

- Ja... jeszcze sama nie wiem. Chciałam się najpierw dowiedzieć tego wszystkiego, co 

mi  mogą  zrobić,  rozumiesz,  tego,  o  co  cię  pytałam.  Mogłabym  na  przykład  powiedzieć,  Ŝe 

Julia odzyskała na chwilę przytomność, jak zostałam z nią sama, bo wszyscy poszli dzwonić, 

i zdołała wyszeptać... 

-  Nie  mówiłaś,  Ŝe  słyszałaś  coś  i  przemilczałaś.  Powiedziałaś,  Ŝe  znalazłaś  coś  i 

ukryłaś. 

- Bo sama jeszcze nie wiedziałam, co... 

- Kiedy się dowiedziałaś o liście Wynanta do Macaulaya? 

- Dzisiaj po południu. - Był tu ktoś z policji. - Nie pytał cię o Keltermana? 

- Pytał, czy go znam albo znałam. Zaprzeczyłam. Byłam przekonana, Ŝe mówię świętą 

prawdę. 

-  MoŜe  i  mówiłaś  -  odparłem.  -  I  po  raz  pierwszy  zaczynam  wierzyć,  Ŝe  naprawdę 

znalazłaś coś kompromitującego Wynanta. 

Otwarła szerzej oczy. 

- Nie rozumiem. 

- Ja teŜ nie bardzo. Ale mogło być tak: znalazłaś coś i schowałaś, prawdopodobnie z 

myślą  o  sprzedaniu  Wynantowi.  Potem,  kiedy  zaczęły  nadchodzić  listy  i  wszyscy  zaczęli  ci 

patrzeć  na  ręce,  postanowiłaś  zrezygnować  z  pieniędzy  i  oddać  to  policji,  za  jednym 

zamachem  odpłacając  Wynantowi  i  zabezpieczając  siebie.  Ale  nagle  się  dowiadujesz,  Ŝe 

Jorgensen  jest  Keltermanem,  więc  robisz  nową  woltę:  postanawiasz  zatrzymać  sprawę  przy 

sobie, juŜ nie dla pieniędzy, ale Ŝeby pogrąŜyć Jorgensena za karę, Ŝe się z tobą oŜenił nie z 

miłości, tylko dla jakiegoś numeru przeciwko Wynantowi. 

Uśmiechnęła się spokojnie i spytała: 

- Ty naprawdę sądzisz, Ŝe jestem zdolna do wszystkiego? 

-  To  niewaŜne  -  odparłem.  -  Powinnaś  teraz  myśleć  o  tym,  Ŝeby  nie  wylądować  na 

resztę Ŝycia w więzieniu. 

Pisk, który wydała, choć niegłośny, był straszny, a przeraŜenie, które odmalowało się 

na  jej  twarzy  przed  chwilą,  było  niczym  w  porównaniu  z  obecnym.  Złapała  mnie  za  klapy  i 

przywarła do nich bełkocząc: 

background image

- Nie mów tego, błagam. Powiedz, Ŝe nie myślisz tego naprawdę. 

Chwiała  się,  więc  ją  objąłem  ramieniem,  Ŝeby  nie  upadła.  Nie  słyszeliśmy  Gilberta, 

dopóki nie zakaszlał. 

- śle się czujesz, mamusiu? - spytał. 

Powoli odjęła ręce od moich klap i odstąpiwszy o krok powiedziała do niego: 

-  Twoja  matka  jest  niemądra.  -  Ciągle  drŜała,  ale  uśmiechała  się  do  mnie  i  dorzuciła 

Ŝ

artobliwym tonem: - Brutal jesteś. śeby mnie tak przestraszyć. 

Odparłem, Ŝe nie chciałem jej straszyć. Gilbert połoŜył płaszcz i kapelusz na krześle i 

z grzecznym zainteresowaniem wodził wzrokiem ode mnie do niej. Kiedy stało się jasne, Ŝe 

Ŝ

adne  z  nas  nie  ma  zamiaru  mu  nic  wyjaśnić,  zakaszlał  znowu,  powiedział:  „Strasznie  się 

cieszę, Ŝe pana widzę” - i podszedł uścisnąć mi rękę. Odparłem, Ŝe i ja się cieszę. 

- Masz bardzo zmęczone oczy - zauwaŜyła Mimi. - Pewnie znowu czytałeś przez całe 

popołudnie  bez  okularów.  -  Potrząsnęła  głową  i  poinformowała  mnie:  -  Jest  taki  sam 

niemądry jak jego ojciec. 

- Są jakieś wiadomości od tatusia? - zapytał. 

-  Nie,  od  czasu  tego  fałszywego  alarmu  -  odparłem.  -  Chyba  wiesz,  Ŝe  alarm  był 

fałszywy. 

- Tak. - Zawahał się. - Chciałbym porozmawiać z panem, zanim pan wyjdzie. 

- Oczywiście. 

-  PrzecieŜ  z  nim  rozmawiasz,  kochanie  -  wtrąciła  Mimi.  -  Macie  przede  mną  jakieś 

sekrety? 

Powiedziała to zupełnie lekkim tonem. Nie drŜała juŜ. 

- Znudziłoby cię to. 

Gilbert  wziął  płaszcz  i  kapelusz,  skinął  w  moją  stronę  i  wyszedł  z  pokoju.  Mimi 

potrząsnęła głową. 

-  Zupełnie  nie  rozumiem  tego  chłopca.  Ciekawam,  co  sobie  pomyślał  o  tej  scenie.  - 

Nie  sprawiała  wraŜenia  zbytnio  przejętej.  Po  chwili  zapytała  powaŜnie:  -  Dlaczegoś  to 

powiedział, Nick? 

- śe wylądujesz w...? 

-  Zresztą  mniejsza  o  to.  -  Wzruszyła  ramionami.  -  Nie  chcę  o  tym  więcej  słyszeć. 

MoŜe zostaniesz na kolacji? Będę pewnie sama. 

- Niestety nie mogę. Wróćmy lepiej do tego dowodu, który znalazłaś. 

- Kiedy ja nic nie znalazłam. To było kłamstwo. - Zmarszczyła powaŜnie czoło. - Nie 

patrz na mnie takim wzrokiem. To było naprawdę kłamstwo. 

background image

-  Więc  sprowadziłaś  mnie  tutaj,  Ŝeby  kłamać?  -  zapytałem.  -  A  moŜna  wiedzieć, 

dlaczego się rozmyśliłaś? 

Parsknęła śmiechem. 

-  Ty  mnie  musisz  naprawdę  bardzo  lubić,  Nick.  Inaczej  nie  byłbyś  dla  mnie  taki 

niesympatyczny. 

Jakoś nie potrafiłem się w tym dopatrzyć sensu. 

- Więc dobrze - powiedziałem. - Wpadnę do Gilberta i uciekam. 

- Szkoda, Ŝe nie moŜesz zostać. 

- Niestety - powtórzyłem. - Gdzie mam go szukać? 

- Drugie drzwi na... Czy oni zatrzymają Chrystiana? 

- To zaleŜy od tego, co im powie. Jeśli będzie mówił prawdę, to moŜe go puszczą. 

-  Och,  on...  -  Urwała  i  zmierzyła  mnie  ostrym  spojrzeniem.  -  Czy  ty  mnie 

przypadkiem nie nabierasz? Chrystian jest naprawdę tym Keltermanem? 

- Policja tak uwaŜa. 

- Ale ten tajniak, który tu dzisiaj był, nie zadał mi ani jednego pytania o Chrystiana - 

zaprotestowała. - Pytał tylko, czy znałam... 

-  Nie  byli  wtedy  pewni  -  wyjaśniłem.  -  Sprawa  obracała  się  jeszcze  w  sferze 

podejrzeń. 

- A teraz są pewni? Przytaknąłem skinieniem głowy. 

- Skąd się dowiedzieli? 

- Od jednej jego znajomej. 

- Co to znowu za znajoma? 

Jej oczy pociemniały lekko, ale nie straciła panowania nad głosem. 

-  Nie  pamiętam  nazwiska  -  skłamałem.  Ale  zaraz  powróciłem  do  prawdy:  -  Ta 

dziewczyna, która mu dostarczyła alibi na czas morderstwa. 

- Alibi? - zapytała z oburzeniem. - Nie chcesz chyba powiedzieć, Ŝe policja uwierzyła 

takiej dziewczynie na słowo? 

- Jakiej dziewczynie? 

- Dobrze wiesz, o co mi chodzi. 

- Nie wiem. Znasz ją? 

- Nie - odparła takim tonem, jakbym ją obraził. Zwęziła oczy i przyciszyła głos niemal 

do szeptu: - Nick, sądzisz, Ŝe to on zabił Julię? 

- Dlaczego by ją miał zabijać? 

background image

- A jeśli małŜeństwo ze mną było mu potrzebne tylko dla zemszczenia się na Clydzie? 

Namawiał  mnie  do  powrotu,  liczył,  Ŝe  uda  się  od  niego  wydusić  jakieś  pieniądze.  Sama  nie 

wiem, moŜe pomysł był mój, ale w kaŜdym razie bardzo nalegał. I jeśli po przyjeździe spotkał 

tutaj Julię... Znała go oczywiście, przecieŜ pracowała juŜ wtedy u Clyde’a. Więc kiedy się z 

nią umówiłam tego dnia, zląkł się, Ŝe jak ją wyprowadzę z równowagi, gotowa go sypnąć w 

rezultacie... Nie mogło tak być? 

-  To  wszystko  się  nie  trzyma  kupy.  PrzecieŜ  wyszliście  razem  z  domu.  Nie  miałby 

czasu, Ŝeby... 

-  Taksówka,  którą  jechałam,  strasznie  się  wlokła  -  powiedziała.  -  Zresztą  moŜe  po 

drodze gdzieś wstępowałam... Zdaje się, Ŝe wstępowałam do drogerii po aspirynę. - Kiwnęła 

energicznie głową. - Tak, teraz sobie przypominam. 

-  A  Jorgensen  wiedział,  Ŝe  się  zatrzymasz,  bo  go  przezornie  poinformowałaś  - 

dokończyłem.  -  Tak  nie  moŜna,  Mimi,  morderstwo  to  powaŜna  rzecz.  Nie  moŜna  wrabiać 

ludzi tylko dlatego, Ŝe ci wycięli brzydki kawał. 

- Kawał? - zapytała i spojrzała na mnie wściekłym wzrokiem. - Ten, ten... 

Obrzuciła  Jorgensena  stekiem  nieprzyzwoitych,  wulgarnych,  obelŜywych  słów,  przy 

czym  jej  głos  stopniowo  się  podnosił,  aŜ  pod  koniec  wrzeszczała  mi  prosto  w  twarz.  Kiedy 

zrobiła przerwę dla nabrania tchu, wtrąciłem: 

- Ładnie klniesz, ale... 

-  I  jeszcze  miał  czelność  sugerować,  Ŝe  ją  mogłam  zabić  -  przerwała  mi.  -  Nie  miał 

odwagi  spytać  mnie  wprost,  tylko  ciągle  wracał  do  tego  tematu,  dopóki  mu  wyraźnie  nie 

powiedziałam, Ŝe to... no, Ŝe to nie ja ją zabiłam. 

- Co innego zaczęłaś mówić. Dopóki mu wyraźnie nie powiedziałaś, Ŝe co? 

Tupnęła nogą. 

- Przestań mnie łapać za słówka! 

-  Dobrze  i  niech  cię  szlag  trafi  -  powiedziałem.  -  Nie  przyszedłem  tu  ze  swojej 

inicjatywy. 

Ruszyłem po płaszcz i kapelusz. Dogoniła mnie i złapała za ramię. 

-  Proszę  cię,  Nick,  nie  gniewaj  się.  To  ten  mój  cholerny  brak  opanowania.  Sama  nie 

wiem, co... 

Wszedł Gilbert. 

- Przejdę się z panem kawałek - oznajmił. Mimi zmierzyła go z ukosa. 

- Podsłuchiwałeś? 

background image

- Tak krzyczałaś, Ŝe choćbym nie chciał, musiałem słyszeć - odparł. - MoŜesz mi dać 

trochę pieniędzy? 

- Nie skończyliśmy jeszcze rozmawiać - powiedziała. 

Spojrzałem na zegarek. 

- Muszę uciekać, Mimi. Zrobiło się późno. 

- Wrócisz, jak załatwisz swoje sprawy? 

- Jeśli nie będzie bardzo późno. Ale nie czekaj na mnie. 

- Będę w domu - powiedziała. - Przyjdź bez względu na godzinę. 

Obiecałem,  Ŝe  będę  się  starał.  Mimi  dała  Gilbertowi  pieniądze  i  zjechaliśmy  obaj  na 

dół. 

19 

- Podsłuchiwałem - poinformował mnie Gilbert, kiedy wyszliśmy na ulicę. - Głupotą 

byłoby  nie  słuchać  przy  nadarzającej  się  okazji,  jeśli  ktoś  się interesuje  psychologią.  Ludzie 

zachowują  się  zawsze  inaczej  w  obecności  drugich.  Oczywiście  nikt  nie  lubi  być 

obserwowany,  jeśli  o  tym  wie,  ale  -  uśmiechnął  się  -  ptaki  i  zwierzęta  pewnie  teŜ  nie  lubią, 

kiedy przyrodnicy je podglądają. 

- DuŜo słyszałeś? - zapytałem. 

- Och, dostatecznie. Na pewno nie umknęło mi nic waŜnego. 

- I co o tym sądzisz? Wydął wargi, zmarszczył czoło i odrzekł z rozwagą: 

-  Trudno  na  pewno  powiedzieć.  Mamusia  potrafi  czasem  zręcznie  ukrywać  róŜne 

rzeczy, ale nigdy nie umiała zmyślać. To komiczne, chyba pan to zauwaŜył, Ŝe ludzie, którzy 

najczęściej kłamią, robią to najmniej zręcznie i łatwiej dają się wyprowadzać w pole niŜ inni. 

Myślałby  człowiek,  Ŝe  będą  się  mieli  szczególnie  na  baczności,  a  tymczasem  gotowi  są 

uwierzyć niemal we wszystko. Musiał pan to chyba zauwaŜyć, prawda? 

- Tak. 

-  Ale  nie  o  tym  chciałem  mówić  -  podjął.  -  Chrystian  nie  wrócił  dzisiaj  na  noc. 

Dlatego mamusia jest zdenerwowana bardziej niŜ zwykle. W rannej poczcie był do niego list i 

pomyślałem,  Ŝe  moŜe  jest  w  nim  coś  ciekawego,  więc  go  otworzyłem  nad  parą.  -  Wyjął  z 

kieszeni  list.  -  Niech  pan  przeczyta,  potem  go  zakleję  i  dołączę  do  jutrzejszej  poczty. 

Oczywiście, jeśli Chrystian wróci, ale nie przypuszczam. 

- CzemuŜ to? - spytałem biorąc od niego list. 

- Bo on jest naprawdę tym Keltermanem. 

- Rozmawiałeś z nim na ten temat? 

- Nie miałem okazji. Nie widziałem go od czasu, kiedy pan mi to powiedział. 

background image

Obejrzałem list. Stempel na kopercie pochodził z Bostonu, stan Massachusetts, i nosił 

datę  27  grudnia  1932  roku.  List  był  adresowany  nieco  dziecinną  kobiecą  ręką  do  pana 

Chrystiana Jorgensena, hotel Courtland, Nowy Jork. 

- Dlaczego otworzyłeś? - zapytałem wyjmując list z koperty. 

- Nie wierzę w intuicję - powiedział - ale muszą istnieć jakieś zapachy, dźwięki, moŜe 

coś  w  charakterze  pisma,  co  trudno  zanalizować,  z  czego  moŜe  nawet  człowiek  nie  zdaje 

sobie sprawy, co wywiera jednak jakiś wpływ. Sam nie wiem, co to jest. Po prostu czułem, Ŝe 

musi być w tym liście coś waŜnego. 

- Często miewasz takie przeczucia w stosunku do rodzinnej poczty? 

Rzucił na mnie szybkie spojrzenie, Ŝeby się przekonać, czy z niego nie drwię. 

- Często to moŜe nie - odparł. - Ale juŜ otwierałem listy. Mówiłem panu przecieŜ, Ŝe 

się interesuję I ludźmi. 

Przeczytałem list. 

Kochany Wiktorze! 

Olga  mi  napisała,  Ŝe  wróciłeś  do  Stanów,  Ŝe  masz  drugą  Ŝoną  i  Ŝe  posługujesz  sią 

nazwiskiem  Chrystian    Jorgensen.  To  bardzo  nieładnie,  Wik,  sam  dobrze  wiesz.  Tak  samo 

nieładnie postąpiłeś zostawiając mnie tyle lat bez jednego słówka. I bez pieniędzy. Rozumiem, 

Ŝ

e  musiałeś  wyjechać  przez  tę  historię  z  panem  Wynantem,  ale  on  juŜ  na  pewno  dawno  o 

wszystkim  zapomniał  i  mogłeś  chyba  do  mnie  napisać,  dobrze  wiesz,  Ŝe  byłam  ci  zawsze 

Ŝ

yczliwa  i  w  kaŜdej  chwili  uczyniłabym  dla  ciebie  wszystko,  co  w  mojej  mocy.  Nie  chcę  Ci 

robić  wymówek,  Wik,  ale  muszę  się  z  Tobą  zobaczyć.  Będę  miała  wolne  w  sklepie  przez 

niedzielę  i  poniedziałek,  bo  to  Nowy  Rok,  więc  przyjadę  do  Nowego  Jorku  w  sobotę 

wieczorem i muszę koniecznie z Tobą pogadać. Napisz, gdzie i o której będziesz czekał, bo nie 

chciałabym Ci nawarzyć jakiegoś piwa. Tylko odpisz zaraz, Ŝeby list przyszedł na czas. 

Twoja wierna Ŝona Georgia. 

Następował adres. 

-  No,  no  -  powiedziałem  wkładając  list  z  powrotem  do  koperty  -  Więc  oparłeś  się 

pokusie poinformowania o wszystkim mamusi? 

-  Och,  wiedziałem,  jakby  zareagowała.  Sam  pan  widział,  w  jaką  histerię  wpadła  po 

tym, co pan jej powiedział. Jak pan myśli, co teraz powinienem zrobić? 

- Pozwolić mi zawiadomić policję. Kiwnął bez namysłu głową. 

- Jeśli pan uwaŜa, Ŝe tak będzie najlepiej. MoŜe im pan pokazać ten list, jak pan chce. 

Powiedziałem: „Dziękuję” - i schowałem list do kieszeni. 

background image

- Teraz druga sprawa. Miałem trochę morfiny, z którą eksperymentowałem, i ktoś mi 

to świsnął. 

- Jak to eksperymentowałeś? 

- No, próbowałem uŜywać. Chciałem poznać działanie. 

- I co, podobało ci się? - zapytałem. 

- Och, nie oczekiwałem tego. Chciałem tylko wiedzieć, jak to jest. Nie uznaję rzeczy, 

które przytępiają umysł.  Dlatego rzadko piję, a nawet palę. Chciałbym natomiast spróbować 

kokainy, to podobno wyostrza umysł, prawda? 

- Podobno. Jak myślisz, kto ci to mógł świsnąć? 

-  Podejrzewam  Dorotę.  Mam  co  do  niej  swoją  teorię.  Wybieram  się  właśnie  w 

związku z tym na kolację do cioci Alicji. Dora ciągle tam mieszka, a chciałbym ją wybadać. 

Powie mi wszystko, co tylko zechcę. 

- No dobrze, ale skoro jest u ciotki - zapytałem - to jak mogła... 

- Wpadła wczoraj wieczorem do domu - odparł. - 

Zresztą  nie  wiem  dokładnie,  kiedy  to  zginęło.  Nie  zaglądałem  do  pudełeczka  od 

jakichś trzech czy czterech dni. Dopiero dzisiaj. 

- Czy Dorota wiedziała, Ŝe to masz? 

- Tak. To jeden z powodów, dla których ją podejrzewam. Nie sądzę, Ŝeby ktoś jeszcze 

wiedział. Eksperymentowałem na niej teŜ. 

- I co, podobało jej się? 

-  Owszem,  dosyć.  Ale  nie  przypuszczam,  Ŝeby  świsnęła  dlatego.  Właśnie  o  to 

chciałem pana zapytać: czy mogła się stać narkomanką w tak krótkim czasie? 

- Jakim czasie? 

- W ciągu tygodnia, nie, dziesięciu dni. 

- Raczej nie, chyba Ŝe sobie wmówiła. DuŜo jej dałeś? 

- Nie. 

-  Zadzwoń,  jak  się  czegoś  dowiesz  -  powiedziałem.  -  Złapię  tę  taksówkę.  To  do 

zobaczenia. 

- Wróci pan dzisiaj wieczorem, prawda? 

- Jak mi się uda. MoŜe się jeszcze zobaczymy. 

- Na pewno - odparł. - Dziękuję bardzo. 

Zatrzymałem  się  przed  pierwszą  drogerią,  Ŝeby  zadzwonić  do  Guilda.  Nie 

spodziewałem  się,  Ŝe  go  jeszcze  zastanę  w  Komendzie,  ale  miałem  nadzieję  dowiedzieć  się 

jego domowego telefonu. Powiedziano mi jednak, Ŝe jeszcze nie wyszedł. 

background image

- Dotąd pan pracuje? - zapytałem. 

Jego: „CóŜ robić?” - zabrzmiało bardzo wesoło. Odczytałem mu list Georgii i podałem 

adres. 

- Niezły połów - oświadczył poinformowałem  go, Ŝe Jorgensen nie wrócił na noc do 

domu. 

- Myśli pan, Ŝe go znajdziemy w Bostonie? - zapytał. 

- MoŜe. A moŜe na Południu, najdalej jak zdąŜył prysnąć. 

- Będziemy szukali i tu, i tam - powiedział tym samym wesołym tonem. - Ja mam teŜ 

dla  pana  niezłą  nowinę.  Ktoś  nafaszerował  naszego  przyjaciela  Nunheima  z  trzydziestki 

dwójki.  Trup  na  miejscu.  Wygląda,  Ŝe  pigułki  są  z  tej  samej  pukawki,  z  której  zabito  Julię 

Wolf. Eksperci juŜ je porównują. Pewnie teraz chłopak Ŝałuje, Ŝe nie został z nami. 

20 

Nora w jednej ręce trzymała kawałek zimnej kaczki, drugą układała łamigłówkę. 

-  JuŜ  myślałam,  Ŝe  się  do  niej  przeprowadziłeś  -  powiedziała.  -  Byłeś  kiedyś 

detektywem: znajdź mi brązowy kawałek w kształcie ślimaka z długą szyją. 

- Kawałek kaczki czy łamigłówki? Nie chodźmy dzisiaj do Edge’ów to tacy nudziarze. 

- Dobrze, tylko Ŝe się obraŜą. 

- Nie wierzę, to by było zbyt wiele szczęścia. Na Quinnów obraŜali się juŜ parę razy... 

-  Dzwonił  Harrisom  Kazał  ci  powiedzieć,  Ŝe  jest  odpowiednia  chwila,  Ŝeby  do  tej 

kopalni  Dome  dokupić  trochę  akcji  Mclntyre-JeŜatka,  dobrze  mówię?  W  momencie 

zamknięcia giełdy szły dwadzieścia i ćwierć. - PołoŜyła palec na łamigłówce. - Potrzebny mi 

kawałek w to miejsce. 

Znalazłem brakujący kawałek, po czym jej opowiedziałem niemal słowo w słowo, co 

było u Mimi. 

- Nie wierzę ci - odparła. - Wymyśliłeś to, nie ma takich ludzi na świecie. Co im jest? 

NaleŜą do nowej rasy potworów? 

- Mówię ci tylko, co się wydarzyło. Nie próbuję tego tłumaczyć. 

-  Czy  to  moŜna  wytłumaczyć?  Teraz,  kiedy  Mimi  obróciła  się  przeciwko  swojemu 

Chrystiankowi,  w  całej  rodzinie  nie  ma  juŜ  chyba  nikogo,  kto  by  Ŝywił  choć  odrobinę 

Ŝ

yczliwości do kogoś drugiego. A mimo to łączy ich jakieś podobieństwo. 

- MoŜe to właśnie wytłumaczenie - podsunąłem. 

- Chciałabym poznać jeszcze ciotkę Alicję - zauwaŜyła. - Masz zamiar przekazać ten 

list policji? 

- Dzwoniłem juŜ do Guilda - odrzekłem, po czym powiedziałem jej o Nunheimie. 

background image

- I co z tego wynika? - zapytała. 

-  Po  pierwsze,  jeśli  Jorgensena  nie  ma  w  Nowym  Jorku,  a  chyba  nie  ma,  kule  zaś 

pochodzą  z  pistoletu,  z  którego  zastrzelono  Julię  Wolf,  a  chyba  pochodzą,  to  policja  będzie 

się musiała rozejrzeć za jakimś wspólnikiem, Ŝeby cokolwiek dowieść Jorgensenowi. 

-  Gdybyś  był  naprawdę  dobrym  detektywem,  potrafiłbyś  mi  to  znacznie  jaśniej 

wytłumaczyć. - Zajęła się swoją łamigłówką. - Masz zamiar iść jeszcze raz do Mimi? 

- Wątpię. MoŜe byś odłoŜyła tę zabawkę i zjadła ze mną kolację? 

Zadzwonił telefon. Powiedziałem, Ŝe sam odbiorę. Była to Dorota Wynant. 

- Halo? Nick? 

- A któŜ by inny? Jak się masz, Doroto? 

-  Przed  chwilą  przyszedł  Gil  zapytać  mnie,  no,  wiesz,  o  co.  Więc  chciałam  ci 

powiedzieć, Ŝe to ja wzięłam, ale tylko dlatego, Ŝeby się nie stał narkomanem. 

- I co z tym zrobiłaś? 

-  Zmusił  mnie  do  oddania.  I  nie  chce  mi  wierzyć,  ale  słowo  daję,  tylko  dlatego  to 

zabrałam. 

- Wierzę ci. 

-  Powiesz  to  Gilowi?  Jak  ty  mi  wierzysz,  to  i  on  uwierzy,  bo  uwaŜa,  Ŝe  ty  się 

doskonale znasz na takich sprawach. 

-  Powiem  mu  przy  najbliŜszej  okazji  -  obiecałem.  Nastąpiła  chwila  milczenia,  po 

czym Dorota zapytała: 

- Jak tam Nora? 

- Chyba dobrze. Chcesz z nią mówić? 

-  Owszem,  ale  przedtem  chciałam  ciebie  o  coś  zapytać.  Czy...  czy  mamusia  nie 

mówiła nic o mnie, jak tam dzisiaj byłeś? 

- Nie przypominam sobie. Dlaczego? 

- A Gil? 

- Tylko o tej morfinie. 

- Jesteś pewien? 

- Tak - odparłem. - Dlaczego? 

- Och, nic takiego... Skoro jesteś pewien... Idiotka ze mnie. 

-  Aha.  To  poproszę  Norę.  -  Poszedłem  do  salonu.  -  Dorota  chce  z  tobą  mówić.  Nie 

zapraszaj jej tylko na kolację. 

Nora wróciła od telefonu z dziwnym błyskiem w oku. 

- Co znowu? - zapytałem. 

background image

- Właściwie nic. Co słychać i tak dalej. 

- Jeśli okłamujesz własnego męŜa, to Bozia cię skarŜę. 

Poszliśmy na kolację do japońskiej restauracji na Pięćdziesiątej Ósmej Ulicy, po czym 

dałem się jednak Norze namówić na wpadnięcie do Edge’ów. 

Halsey Edge był wysokim, chudym męŜczyzną po pięćdziesiątce, o zapadłej twarzy i 

bez jednego włosa na głowie. Nazywał siebie „hieną cmentarną z zawodu i powołania” - jego 

jedyny  dowcip,  jeśli  to  moŜna  uznać  za  dowcip  -  przy  czym  miał  na  myśli  fakt,  Ŝe  jest 

archeologiem. Jego chlubę stanowiła kolekcja toporów bojowych, ale nie było to jeszcze takie 

najgorsze,  naleŜało  się  tylko  pogodzić  z  losem  i  od  czasu  do  czasu  wziąć  udział  w 

inwentaryzacji  jego  zbrojowni.  Składały  się  na  nią  siekierki  obosieczne,  toporki  wielokątne, 

toporki z ornamentem ząbkowym, młokosie-kiery, berdysze, toporki mezopotamskie, toporki 

węgierskie, toporki nordyckie - wszystkie jednakowo nadgryzione zębem czasu. 

Znacznie  większe  zastrzeŜenia  budziła  jego  Ŝona.  Miała  na  imię  Leda,  ale  mąŜ 

nazywał  ją  Pestką.  Była  bardzo  drobna  i  jej  włosy,  oczy,  skóra,  choć  oczywiście  róŜniły  się 

odcieniem, utrzymane były w tonacji szarej. Rzadko zdarzało jej się siedzieć; przysiadała jak 

kura na grzędzie i jak kura wykręcała głowę to w jedną, to w drugą stronę. Nora twierdziła, Ŝe 

Pestka wyskoczyła z jakiegoś staroŜytnego  grobu rozkopanego przez Halseya, Margot  Innes 

zaś nazywała ją zawsze Gnomem, wymawiając kaŜdą literę z osobna. Pestka powiedziała mi 

kiedyś,  Ŝe  Ŝaden  utwór  literacki  sprzed  dwudziestu  lat  nie  wytrzyma  próby  czasu,  poniewaŜ 

nie znano wówczas psychoanalizy. 

Edge’owie  mieszkali  w  przyjemnym  dwupiętrowym  domu  na  skraju  Greenwich 

Village  i  podawali  doskonałe  trunki.  Było  juŜ  tuzin  albo  więcej  osób,  kiedy  przyszliśmy. 

Pestka przedstawiła nas tym, których nie znaliśmy, po czym zapędziła mnie w kąt pokoju. 

-  Dlaczego  mi  nic  nie  powiedziałeś,  Ŝe  ci  państwo,  których  poznaliśmy  u  was  w 

ś

więta, są zamieszani w sprawę morderstwa? - zapytała pochylając głowę w lewo, tak Ŝe jej 

ucho spoczywało niemal na ramieniu. 

- Nic o tym nie wiem. Zresztą co dzisiaj znaczy jedno morderstwo? 

Pochyliła głowę w prawo. 

- Nie powiedziałeś mi nawet tego, Ŝe podjąłeś się prowadzenia sprawy. 

-  Czego  się  podjąłem?  Aaa,  rozumiem.  Niczego  się  nie  podjąłem  i  nie  mam  zamiaru 

niczego się podejmować. Fakt, Ŝe zostałem tylko przygodnym widzem. 

- Boli cię bardzo? 

- Swędzi. Zapomniałem zmienić po południu opatrunek. 

- Nora bardzo się wystraszyła? 

background image

-  Nora    ja,  i  ten  facet,  który  mnie  postrzelił.  O,  jest  Halsey.  Jeszcze  się  z  nim  nie 

przywitałem. 

Nim zdąŜyłem się wydostać z kąta i uciec, dorzuciła jeszcze: 

- Harrison obiecał przyprowadzić tę ich córkę. 

Rozmawiałem  parę  minut  z  Halseyem,  głównie  o  nieruchomości,  którą  miał  zamiar 

kupić  w  Pensylwanii,  po  czym  zaopatrzyłem  się  w  cocktail  i  słuchałem  chwilę  świńskich 

kawałów,  którymi  się  nawzajem  raczyli  Larry  Crowley  i  Phil  Thames,  dopóki  nie  podeszła 

jakaś  kobieta  zapytać  Phila,  który  wykładał  na  uniwersytecie  Columbia,  co  sądzi  o 

technokracji - temat, którym wszyscy się interesowali od tygodnia. Wycofałem siej z Larrym i 

dołączyliśmy do Nory, która siedziała w kącie. 

- Miej się na baczności - ostrzegła mnie. - Pestka jest zdecydowana wydusić z ciebie 

za wszelką cenę zakulisowe szczegóły morderstwa Julii Wolf. 

- MoŜe łatwiej uda jej się to z Dorotą - powiedziałem. - Ma przyjść z Quinnem. 

- Wiem. 

-  Zupełnie  oszalał  na  punkcie  tej  dziewczyny  -  oświadczył  Larry.  -  Wiecie,  co  mi 

wczoraj powiedział? śe się rozwodzi z Alicją i Ŝeni z nią. 

- Biedna Alicja - powiedziała Nora ze współczuciem. 

Nora nie lubiła Alicji.- ZaleŜy, z której strony na to spojrzeć - powiedział Larry, który 

lubił  Alicję.  -  Aha,  spotkałem  tego  jegomościa,  który  jest  oŜeniony  z  matką  dziewczyny. 

Wiesz, tego wysokiego faceta, którego u was poznałem. 

- Jorgensena? 

- O, właśnie. Wychodził z lombardu na Szóstej Alei koło Czterdziestej Szóstej Ulicy. 

- Rozmawiałeś z nim? 

- PrzejeŜdŜałem taksówką. Zresztą, zdaje się, do grzeczności naleŜy udawać, Ŝe się nie 

zauwaŜa ludzi wychodzących z lombardu. 

-  Ciii...  -  rzuciła  Pestka  we  wszystkie  strony,  po  czym  Levi  Oscant  zaczął  grać  na 

fortepianie. 

Quinn  i  Dorota  zjawili  się  w  czasie  koncertu.  Quinn  był  pijany  w  sztok,  Dorocie  teŜ 

niewiele brakowało. Podeszła do mnie i szepnęła: 

- Chcę wyjść z wami. 

- Nie zostaniesz na śniadaniu? - zapytałem. 

- Ciii... - rzuciła Pestka w moją stronę. 

Znowu słuchaliśmy chwilę. Dorota wierciła się koło mnie, w końcu nie wytrzymała i 

znowu szepnęła: 

background image

- Gil mówi, Ŝe masz być jeszcze dzisiaj u mamusi. Będziesz? 

- Wątpię. 

Podszedł do nas chwiejnym krokiem Quinn. 

- Jak się masz, chłopie? Jak się masz, Noro? Przekazałaś mu moją wiadomość? 

- Ciii... - rzuciła Pestka w jego stronę. 

Quinn nie zwracał na nią uwagi. Inna skorzystali z okazji i zaczęli takŜe rozmawiać.

Słuchaj, ty zdaje się trzymasz pieniądze w Banku Złotej Bramy w San Francisco? 

- I owszem, mam tam coś. 

- Podejmuj je szybko, chłopie. Słyszałem dzisiaj, Ŝe są bliscy plajty. 

- Dobrze. Ale nie mam tam duŜo. 

- Nie? To gdzie ty trzymasz forsę? 

- Ja? Tak jak Francuzi: ciułam złoto. Potrząsnął powaŜnie głową. 

- To przez takich jak ty kraj schodzi na psy. 

- Aha. I tacy jak ja nie schodzą razem z nim -. odparłem. - Gdzieś się tak zalał? 

-  To  wszystko  przez  Alicję.  Chodzi  wściekła  od  tygodnia.  Muszę  pić,  bobym 

oszalał. 

-■ Dlaczego chodzi wściekła? 

-  Bo  piję.  UwaŜa...  -  Pochylił  się  do  nas  i  zniŜył  konfidencjonalnie  głos:  - 

Słuchajcie, jesteście wszyscy moimi przyjaciółmi, powiem wam, co zrobię. Rozwiodę się i 

oŜenię... 

Chciał objąć Dorę ramieniem, ale go odepchnęła ze zniecierpliwieniem. 

- Jesteś głupi i nudny. Zostaw mnie wreszcie w spokoju. 

- UwaŜa, Ŝe jestem głupi i nudny - poinformował mnie. - Wiesz, dlaczego nie chce 

za mnie wyjść? Dlatego, Ŝe... 

-  Zamknij  się,  dobrze?  Pijany  idiota!  -  Dorota  zaczęła  go  okładać  pięściami  po 

głowie. Twarz jej poczerwieniała, głos zrobił się piskliwy. - Zabiję cię, jak jeszcze raz to 

powiesz. 

Odciągnąłem Dorotę; Larry złapał Quinna, który o mały włos byłby się przewrócił. 

- Uderzyła mnie, Nick - kwilił Quinn. 

Łzy  ciekły  mu  po  policzkach.  Dorota  ukryła  twarz  w  mojej  marynarce  i  chyba  teŜ 

płakała.  Goście  otoczyli  nas  zwartym  kołem.  Nadbiegła  Pestka  z  twarzą  promieniejącą 

ciekawością. 

- Co się stało, Nick? 

- Pijackie Ŝarty - powiedziałem. - Nic waŜnego. Odwiozę ich do domu. 

background image

Pestka  nie  mogła  na  to  pozwolić:  chciała  się  przedtem  przynajmniej  dowiedzieć,  co 

zaszło. Dorota niech się połoŜy, zaproponowała, a Quinnowi, który z ledwością trzymał się na 

nogach, zaraz coś przyniesie; tylko nie bardzo było wiadomo, co. 

Nie zwaŜając na protesty, wyprowadziłem ich przy pomocy Nory. Larry chciał jechać 

takŜe,  ale  uznaliśmy  to  za  niepotrzebne.  Quinn  spał  przez  całą  drogę  w  kącie  taksówki. 

Dorota siedziała sztywna i milcząca  w drugim kącie. Nora pomiędzy nimi; ja przycupnąłem 

na rozkładanym krzesełku. Pocieszałem się myślą, Ŝe przynajmniej nie siedzieliśmy długo u 

Edge’ów. Nora została z Dorotą w taksówce, a ja powlokłem Quinna na górę. Leciał mi przez 

ręce. 

Alicja  otworzyła,  gdy  tylko  zadzwoniłem.  Była  w  zielonej  piŜamie,  w  ręce  miała 

szczotkę  do  włosów.  Spojrzała  zmęczonym  wzrokiem  na  Quinna  i  powiedziała  zmęczonym 

głosem: 

- Wnieś to. 

Wniosłem i połoŜyłem na łóŜku. „To” mamrotało coś niezrozumiałego i wymachiwało 

bezwładnie jedną ręką, ale oczu nie otworzyło. 

- PołoŜę go do łóŜka - powiedziałem i zacząłem rozwiązywać Quinnowi krawat. 

Alicja oparła się o nogi łóŜka. 

-  Jak  chcesz.  Ja  juŜ  przestałam  się  przejmować.  Zdjąłem  mu  marynarkę,  kamizelkę, 

koszulę. 

- Gdzie się dzisiaj zalał? - zapytała bez większego zainteresowania. 

Stała ciągle w nogach łóŜka; czesała teraz włosy. 

- U Edge’ów. 

Zacząłem mu rozpinać spodnie. 

- Z tą małą suką, Dorotą Wynant? Pytanie było rzucone od niechcenia. 

- Była masa ludzi. 

- Oczywiście - odparła. - To nie w jego stylu kryć się po kątach. - Przeciągnęła parę 

razy szczotką po włosach. - UwaŜasz, Ŝe nieładnie byłoby zdradzić mi cokolwiek? 

Jej małŜonek poruszył się lekko, mrucząc: 

- Doro! 

Zdjąłem mu buty. Alicja westchnęła. 

- Pamiętam czasy, kiedy miał muskuły. 

Przyglądała  się  męŜowi,  póki  nie  skończyłem  go  rozbierać  i  nie  owinąłem  w  koce. 

Potem westchnęła i zaproponowała. 

- Zrobię ci cocktail. 

background image

- Tylko musisz się pośpieszyć. Nora czeka w taksówce.Otwarła usta, jakby chciała coś 

powiedzieć, zamknęła je, otwarła z powrotem. 

- Rozumiem - powiedziała. Poszedłem za nią do kuchni. 

- MoŜe nie powinnam o to pytać, Nick - wykrztusiła wreszcie - ale co ludzie o mnie 

myślą? 

-  To  samo  co  o  wszystkich.  Jedni  cię  lubią,  inni  nie,  jeszcze  inni  nie  mają  w  ogóle 

zdania. 

Zmarszczyła czoło. 

-  Nie  o  to  mi  chodzi.  Co  ludzie  myślą  o  tym,  Ŝe  nie  rzucam  Harrisona,  chociaŜ  nie 

przepuści Ŝadnej spódniczce? 

- Skąd mogę wiedzieć, Alicjo? 

- A ty, co myślisz? 

- Myślę, Ŝe wiesz, co robisz. Zresztą cokolwiek robisz, to wyłącznie twoja sprawa. 

Obrzuciła mnie niezadowolonym spojrzeniem. 

-  Nie  moŜna  powiedzieć,  Ŝebyś  był  rozmowny.  Ty  się  nigdy  nie  zagalopujesz.  - 

Uśmiechnęła  się  gorzko.  -  Dobrze  wiesz,  Ŝe  znoszę  jego  wybryki  dla  pieniędzy.  MoŜe  dla 

ciebie to nie ma znaczenia, ale dla mnie ma wielkie. Tak zostałam wychowana. 

- Istnieją jeszcze rozwody i alimenty. Powinnaś mieć... 

- Dopij cocktail i wynoś się - rzuciła zmęczonym głosem. 

W taksówce Nora zrobiła mi miejsce między sobą a Dorotą. 

- Pojechałabym gdzieś na kawę - oznajmiła. - 

Do Reubena? 

- Niech będzie - odparłem i podałem szoferowi adres. 

- Jego Ŝona nic nie mówiła? - spytała trwoŜnie Dorota. 

- Kazała cię ucałować. 

- Nie bądź uszczypliwy - powiedziała Nora. 

-  Ja  go  właściwie  nie  lubię,  Nick  -  oświadczyła  Dorota.  -  W  Ŝyciu  się  z  nim  nie 

zobaczę,  słowo  daję.  -  Sprawiała  teraz  wraŜenie  zupełnie  trzeźwej.  -  To  było  tylko... 

Rozumiesz, jestem taka sama, nie mam z kim wyjść... 

Zacząłem coś mówić, ale urwałem, bo Nora szturchnęła mnie w bok. 

- Nie przejmuj się - pocieszyła Dorotę. - Harrison był zawsze niemądry. 

-  Nie  chciałbym  dolewać  oliwy  do  ognia  -  powiedziałem  -  ale  uwaŜam,  Ŝe  jest 

naprawdę zakochany w Dorocie. 

Nora szturchnęła mnie znowu. Dorota, w mętnym świetle zajrzała mi w twarz. 

background image

- Nie nabijasz się ze mnie, Nick? 

- Właściwie powinienem. 

-  Słyszałam  dzisiaj  nową  historię  o  Gnomie  -  powiedziała  Nora  tonem  osoby,  która 

jest zdecydowana nie pozwolić sobie przerwać, po czym wyjaśniła Dorocie: - Gnom to pani 

Edge. Levi mówi... 

Historyjka  była  nawet  komiczna,  jeśli  ktoś  znał  pestkę.  Nora  opowiadała,  dopóki 

taksówka nie zatrzymała się przed Reubenem. 

W  restauracji  natknęliśmy  się  na  Herberta  Macaulaya,  siedzącego  z  pulchną 

czarnowłosą  dziewczyną  W  czerwonej  sukience.  Pomachałem  mu  ręką,  a  zrobiwszy 

zamówienie podszedłem zamienić parę słów. 

- Nick Charles, Luiza Jacobs - przedstawił nas. - Siadaj. Jakie nowiny? 

- Jorgensen i Kelterman to jedna i ta sama osoba - poinformowałem. 

- Co takiego? Kiwnąłem głową. 

- I podobno ma Ŝonę w Bostonie. 

- Chciałbym go zobaczyć - powiedział powoli. - Znałem Keltermana, chętnie bym się 

upewnił. 

- Policja nie ma wątpliwości. Nie wiem, czy go juŜ złapali. Sądzisz, Ŝe zabił Julię? 

Macaulay potrząsnął energicznie głową. 

-  Nie  wyobraŜam  sobie,  Ŝeby  Kelterman  mógł  kogokolwiek  zabić  pomimo  tych 

wszystkich  gróźb.  Pamiętasz,  nie  brałem  tej  całej  historii  zbyt  powaŜnie.  Zdarzyło  się  coś 

jeszcze? - PoniewaŜ się zawahałem, dorzucił: - Luiza jest pewna. MoŜesz mówić. 

- Nie o to chodzi, tylko muszę wracać do swojego towarzystwa.  Zresztą jedzenie juŜ 

czeka.  Przyszedłem  tylko  zapytać,  czy  miałeś  juŜ  odpowiedź  na  to  ogłoszenie  w  porannym 

„Timesie”. 

- Jeszcze nie. Posiedź chwilę, Nick, chcę cię zapytać o kupę rzeczy. Poinformowałeś 

policję o tym liście Wynanta, prawda? 

- Przyjdź jutro na lunch, to obgadamy sprawę. Muszę wracać do swoich pań. 

- Kto to jest ta blondyneczka? - zapytała Luiza Jacobs. - Widywałam ją z Harrisonem 

Quinnem. 

- Dorota Wynant. 

- Znasz Quinna? - spytał mnie Macaulay. 

- Przed dziesięcioma minutami połoŜyłem go do łóŜka. 

Macaulay pokazał zęby w uśmiechu. 

- Mam nadzieję, Ŝe ta znajomość ogranicza się do ram towarzyskich. 

background image

- Co chcesz przez to powiedzieć? Skrzywił się Ŝałośnie. 

- Był kiedyś moim maklerem, jego rady doprowadziły mnie do progu ruiny. 

- To wspaniale - odrzekłem. - Obecnie jest moim maklerem. Właśnie korzystam z jego 

rad. 

Macaulay i dziewczyna  parsknęli śmiechem. Udałem, Ŝe i ja się śmieję,  po czym się 

poŜegnałem i wróciłem do swojego stolika. Dorota powiedziała: 

-  Nie  ma  jeszcze  dwunastej,  a  mamusia  obiecała,  Ŝe  będzie  na  ciebie  czekała.  MoŜe 

byśmy do niej wpadli? 

Nora była zaabsorbowana nalewaniem kawy. 

- Po co? - zapytałem. - Co wy znowu knujecie? Trudniej byłoby znaleźć dwie bardziej 

niewinne twarze. 

- Nic - odparła Dorota. - Tak nam przyszło do głowy, Ŝe ładnie byłoby do niej wpaść. 

Jest jeszcze wcześnie i... 

- ...wszyscy kochamy Mimi. 

- Nnie, ale... 

- Jeszcze za wcześnie wracać do domu - powiedziała Nora. 

- Są przecieŜ knajpy, dansingi - podsunąłem. - Jest Harlem. 

Nora się skrzywiła. 

- Wymyśliłbyś coś nowego. 

- Więc moŜe pojedziemy do Barry’ego spróbować szczęścia w faraona? 

Dorota juŜ miała powiedzieć „Tak”, ale się powstrzymała, bo Nora zrobiła nową minę. 

- A ja nie mam ochoty oglądać Mimi - powiedziałem. - Wystarczy mi na jeden dzień. 

Nora westchnęła, dając do zrozumienia, ile trzeba do mnie cierpliwości. 

-  Jeśli  juŜ  mamy  wylądować  w  knajpie,  jak  co  dzień,  to  wolę  jechać  do  twojego 

przyjaciela Studsa. Jest taki miły. Ale pod warunkiem, Ŝe nie dasz się uraczyć tym okropnym 

szampanem. 

- Zrobię, co będę mógł - obiecałem, po czym spytałem Dorotę: - Czy Gilbert ci mówił, 

Ŝ

e mnie zaskoczył z Mimi w kompromitującej sytuacji? 

Próbowała  wymienić  spojrzenie  z  Norą,  ale  Nora  była  całkowicie  pochłonięta 

krajaniem blina z serem. 

- T-tego właściwie nie powiedział. 

-  A  mówił  ci  o  liście?- Od  Ŝony  Chrystiana?  Tak.  -  Jej  błękitne  oczy  zabłysły.  -  Ale 

mamusia będzie wściekła! 

- A tobie w to graj, co? 

background image

- Jeśli nawet, to co? Czy zrobiła dla mnie kiedykolwiek coś... 

- Przestań się znęcać nad dzieckiem, Nick - powiedziała Nora. 

Przestałem. 

22 

W  barze  „Pod  Fuzlem”  było  tłoczno,  hałaśliwie  i  pełno  dymu  -  lokal  prosperował. 

Studs wyszedł zza kasy automatycznej, Ŝeby nas powitać. 

- Czekałem, kiedy się zjawisz. 

Uścisnął dłoń mnie i Norze, uśmiechnął się szeroko do Doroty. 

- Wydarzyło się coś niezwykłego? - zapytałem. Uczynił głęboki ukłon. 

- Wszystko jest niezwykłe przy takich kobietach. Przedstawiłem go Dorocie. Ukłonił 

się,  powiedział  kilka  wyszukanych  słów  o  tym,  Ŝe  wszyscy  przyjaciele  Nicka  są  jego 

przyjaciółmi, po czym złapał kelnera. 

- Pete, dostaw stolik dla pana Charlesa. 

- Codziennie tak utykacie gości? - spytałem. 

- Nie mogę narzekać  - odparł. - Jak ktoś raz wpadnie, to juŜ przychodzi.  U mnie nie 

ma  spluwaczek  z  czarnego  marmuru,  ale  nikt  nie  musi  wypluwać  tego,  co  podaję.  MoŜe 

wypijecie coś przy barze, zanim przyniosą cocktaile. 

- Słyszałeś o Nunheimie? - zapytałem. 

Mierzył mnie chwilę wzrokiem, nim się zdecydował odpowiedzieć: 

-  Co  miałem  nie  słyszeć?  Jest  ta  jego  lalunia  -  wskazał  głową  drugi  koniec  sali  - 

zalewa robaka. 

Popatrzyłem we wskazanym kierunku i dostrzegłem tęgą rudowłosą Miriam, siedzącą 

w towarzystwie złoŜonym z pół tuzina osób obojga płci. 

- Nie słyszałeś, kto to zrobił? - spytałem. 

- Dziewczyna się klnie, Ŝe policja. Za duŜo wiedział. 

- Koń by się uśmiał - powiedziałem. 

- Fakt - przytaknął. - O, jest stolik. Rozgoście się, za minutkę wracam. 

Przeszliśmy  ze  szklaneczkami  do  stolika  wciśniętego  między  dwa  inne,  które 

zajmowały  przestrzeń  wystarczającą  akurat  na  jeden,  i  rozgościliśmy  się,  o  ile  to  było 

moŜliwe. Nora umoczyła wargi w szklaneczce i wzdrygnęła się. 

-  Jak  myślisz,  czy  to  moŜe  być  ten  absynt,  który  dawniej  tak  często  spotykało  się  w 

krzyŜówkach? 

-  Och,  patrzcie!  -  powiedziała  Dorota.  Podnieśliśmy  wzrok  i  ujrzeliśmy  Shepa 

Morellego. 

background image

Uwagę Doroty zwróciła jego twarz: tam, gdzie nie była spuchnięta, była wklęsła, a jej 

koloryt  wahał  się  od  głębokiego  fioletu  pod  jednym  okiem  do  lekkiej  róŜowości  gipsowej 

figury  na  podbródku.  Podszedł  do  naszego  stolika  i  pochylił  się  trochę,  Ŝeby  oprzeć  na  nim 

pięści. 

- Pan posłucha - powiedział. - Studs mówi, Ŝe powinienem pana przeprosić. 

- Poczciwy Studs. Kłania mu się Emily Post - I mruknęła Nora, ja zaś zapytałem: 

- I co? 

Morelli potrząsnął rozbitą głową. 

- Ja tam niezwyczajny przepraszać, moŜe się komu podobać albo nie. Ale co tu duŜo 

gadać, sam Ŝałuję, Ŝe wtedy wyszłem z nerw i wygarnąłem do pana. Chyba pana bardzo nie 

uszkodziłem? Jeśli mogę coś zrobić, Ŝeby naprawić... 

-  Nie  ma  o  czym  mówić.  Niech  pan  siada  i  napije  się  z  nami.  Pan  Morelli,  panna 

Wynant - przedstawiłem. 

Oczy  Doroty  zrobiły  się  okrągłe  ze  zdziwienia.  Morelli  znalazł  sobie  krzesło  i 

przysiadł się do stolika. 

- A pani nie ma do mnie złości? - zwrócił się do Nory. 

-  Dla  mnie  to  była  frajda  -  powiedziała  Nora.  Morelli  zmierzył  ją  podejrzliwym 

wzrokiem. 

- Puścili pana za kaucją? - zapytałem. 

-  Yhm,  dziś  po  południu.  -  Pomacał  ostroŜnie  twarz.  -  Widzi  pan  te  nowe  ślady? 

UwaŜali,  Ŝe  dobrze  mi  będzie  rozkwasić  jeszcze  facjatę,  zanim  mnie  puszczą.  Za  opór 

władzy, rozumie się. 

- To potworne - oburzyła się Nora. - Naprawdę pana... 

Poklepałem ją po ręce. 

-  Trzeba  być  na  to  przygotowanym  -  powiedział  Ivlorelli.  Jego  zapuchnięta  dolna 

warga  rozciągnęła  się  w  czymś,  co  miało  imitować  wzgardliwy  uśmieszek.  -  Człowiek  ma 

satysfakcję, Ŝe trzeba ich do tego dwóch albo trzech. 

Nora obróciła się w moją stronę. 

- Ty teŜ robiłeś takie rzeczy? 

- Co? Ja? 

Podszedł Studs z krzesłem. 

- Nieźle go urządzili - powiedział wskazując głową Morellego. 

Zrobiliśmy  mu  miejsce.  Usiadł  i  uśmiechnął  się  z  zadowoleniem  do  Nory  i  jej 

szklaneczki. 

background image

-  W  najelegantszym  lokalu  na  Piątej  Alei  nie  dostanie  pani  nic  lepszego.  Tyle  Ŝe  u 

mnie się płaci nędzną pięćdziesiątkę za kielonek. 

Nora  uśmiechnęła  się;  blado,  ale  się  uśmiechnęła.  Pod  stołem  przydeptała  mi  nogę. 

Zwróciłem się do Morellego: 

- Znał pan Julię Wolf w Cleveland? 

Spojrzał  ukosem  na  Studsa,  który  rozparty  w  krześle  rozglądał  się  po  sali,  licząc 

pewnie dochody. 

- Kiedy się jeszcze nazywała Stewart? - dorzuciłem. 

Zmierzył z kolei Dorotę. 

- MoŜe się pan nie krępować. To córka Clyde’a Wynanta. 

Studs przestał się rozglądać po sali i rozpromieniona zwrócił się do Doroty: 

- Więc to panienka? Jak się ma szanowny tatuś? 

- AleŜ ja go nie widziałam od czasu, kiedy byłan małą dziewczynką - odparła. 

Morelli zwilŜył koniuszek papierosa i wsadził go w zapuchnięte wargi. 

- Urodziłem się w Cleveland. - Potarł zapałkę Jego oczy były bez wyrazu; starał się o 

to. - Ona się wcale nie nazywała Rhoda Stewart, to było nazwisko na jeden skok. Naprawdę 

się nazywała Nancy Kane. - Popatrzył znowu na Dorotę. - Panienki tatuś to wiedział. 

- Zna pan mojego tatusia? 

- Zamieniliśmy kiedyś parę słów. 

- O czym? - zapytałem. 

-  O  niej.  -  Zapałka  się  dopaliła,  parząc  Morellego  w  palce.  Rzucił  ją,  wyjął  drugą  i 

zapalił papierosa. Uniósł brwi w moją stronę, zmarszczył czoło. - MoŜna gadać? 

- Oczywiście. Nie ma nikogo, przy kim nie mógłby pan mówić. 

- Dobra. Był o nią zazdrosny jak jasny gwint. Chciałem mu nawet kiedyś dać wycisk, 

ale mi nie pozwoliła. Jak nie, to nie. Ostatecznie jej jeleń, nie mój. 

- Kiedy to było? 

- Pół roku temu, moŜe osiem miesięcy. 

- Widział go pan po jej śmierci? Potrząsnął głową. 

- Widziałem go w ogóle parę razy. Wtedy ostatni raz. 

- Czy Julia go kantowała? 

- Zaklinała się, Ŝe nie. Ale tak po mojemu to nie bez tego, Ŝeby go od czasu do czasu 

nie skubnęła. 

- Dlaczego pan tak uwaŜa? 

background image

- Och, to była lala z główką nie od parady. Zawsze umiała skombinować monetę. Raz 

potrzebowałem pięć kawałków. - Strzelił z palców. - Przyniosła gotóweczką. 

Zrezygnowałem z pytania, czy jej zwrócił. 

- Mógł jej przecieŜ sam dać. 

- Rozumie się. Mógł. 

- Powiedział pan coś z tego policji? - zapytałem. Roześmiał się krótko, wzgardliwie. 

- Myśleli, Ŝe ze mnie wyduszą. Pan ich spyta, co teraz myślą. Pan to co innego, swój 

chłop.  Bo  tak...  -  Urwał,  wyjął  papierosa  z  ust.  -  Te,  flimon,  słuchy  przy  sobie  -  rzucił  i 

wyciągniętą  dłonią  złapał  za  ucho  męŜczyznę  siedzącego  przy  jednym  ze  stolików,  między 

które byliśmy wciśnięci. 

MęŜczyzna, który przysuwał się coraz bliŜej, podskoczył na krześle, pokazując przez 

ramię chudą, bladą, wystraszoną twarz. Morelli powiedział: 

- Trzymaj słuchy przy sobie, bo nam niedługo wlizą w kieliszki. 

- N-nie mam zamiaru z tobą zadzierać, Shep - wyjąkał męŜczyzna i wbił się brzuchem 

w stolik, odsuwając się, jak mógł najdalej, co mu bynajmniej nie przeszkodziło słuchać. 

-  Ty  nigdy  nie  masz  zamiaru,  tylko  co  i  raz  zadzierasz  -  odparł  Morelli,  po  czym 

skierował  uwagę  z  powrotem  w  naszym  kierunku.  -  Panu  to  powiem  wszystko,  Nancy  i  tak 

nie Ŝyje, nic jej juŜ nie zaszkodzi. Ale Mulrooney długo jeszcze nie znajdzie chłopców, którzy 

by mi umieli rozwiązać język. 

-  To  byczo  -  rzekłem.  -  Niech  mi  pan  o  niej  opowie  wszystko,  co  pan  wie.  Gdzie  ją 

pan pierwszyj raz spotkał? Co robiła, zanim poznała Wynanta? Jak ją poznał? 

-  Muszę  się  czegoś  napić.  -  Obrócił  się  na  krześle  i  zawołał:  -  Hej,  garson...  Ty,  z 

grzybkiem na plecach. 

Lekko  przygarbiony  kelner,  którego  Studs  nazywał  Pete’em,  przepchnął  się  do 

naszego stolika. Uśmiechnął się wylewnie do Morellego. 

- Co podać? 

Cmoknął głośno dziurawym zębem. Zrobiliśmy zamówienie i kelner odszedł. 

- Mieszkaliśmy z Nancy w jednej kamienicy - zaczął Morelli. - Stary Kane prowadził 

na  rogu  sklepik  ze  słodyczami  i  Nancy  co  i  rusz  gwizdnęła  dla  mnie  papierosy.  -  Parsknął 

ś

miechem.  -  Stary  mało  mnie  raz  nie  zakatrupił,  Ŝe  ją  uczę,  jak  wyciągać  drutem 

pięciocentówki  z  automatu  telefonicznego.  Wie  pan,  z  tych  starych  automatów.  Jezuniu, 

mogliśmy być najwyŜej w trzeciej klasie. - Roześmiał się znowu, z głębi gardła. - Chciałem 

coś rąbnąć z budowy za rogiem i podrzucić staremu w piwnicy, a później zawołać Schultza, 

to był nasz rewirowy, Ŝeby z nim pogadał. Ale Nancy mi nie dała. 

background image

- Musiał pan być czarującym chłopcem - zauwaŜyła Nora. 

- Jakby pani zgadła - odparł zadowolony. - Pani posłucha. Kiedyś, nie miałem więcej 

jak pięć albo... 

- Od razu wiedziałam, Ŝe to pan - odezwał się za nami kobiecy głos. 

Podniosłem głowę i stwierdziłem, Ŝe to ruda Miriam i Ŝe mówi do mnie. 

- Dobry wieczór - rzekłem. 

Oparła ręce na biodrach, przyglądając mi się ponuro. 

- Za duŜo wiedział, co? 

- MoŜe i za duŜo, ale się ulotnił, nim nam zdąŜył cokolwiek powiedzieć. Z butami w 

ręku, po drabince przeciwpoŜarowej. 

- Bajer! 

- Więc dobrze. Co takiego wiedział, Ŝe aŜ nam było za duŜo? 

- Gdzie jest Wynant - odparła. 

- Tak? A gdzie? 

- Nie wiem. Ale Art wiedział. 

- Szkoda, Ŝe nam nie powiedział. Bardzo... 

- Bajer! - powtórzyła. - Dobrze pan wie i policja teŜ. Komu pan idzie zalewać? 

- Nie zalewam. Nie wiem, gdzie jest Wynant. 

- Pracuje pan dla niego, a policja z panem. Bujać to my. Art myślał, Ŝe zrobi na tym 

kupę forsy, biedny dureń. Nie wiedział, czego się dorobi. 

- Mówił pani, Ŝe wie? - zapytałem. 

- Nie jestem taka tępa, jak pan sobie wyobraŜa.  Powiedział, Ŝe coś wie i Ŝe będzie z 

tego grubsza forsa. 

No i zobaczyłam, co z tego było. Jeszcze nie zapomniałam, ile jest dwa i dwa. 

-  Czasami  cztery  -  powiedziałem  -  a  czasami  dwadzieścia  dwa.  Ja  nie  pracuję  dla 

Wynanta. I niech pani nie powtarza znowu: Bajer! Jeśli pani chce pomóc... 

-  Jeszcze  czego!  Art  był  szpiclem,  ale  mu  się  zachciało  kantować  tych,  dla  których 

szpiclował.  Ma  za  swoje.  Ale  niech  pan  sobie  nie  wyobraŜa,  Ŝe  zapomnę:  zostawiłam  go  z 

panem i z Guildem i nikt go więcej nie widział Ŝywego. 

-  Nie  chcę,  Ŝeby  pani  cokolwiek  zapominała.  Chciałbym,  Ŝeby  pani  sobie 

przypomniała... 

- Muszę iść do kio - powiedziała i odeszła pełnym godności krokiem. 

- JuŜ ja tam wolałbym nie mieć do czynienia z tą panią - powiedział Studs z rozwagą. 

- To zgaga. 

background image

Morelli mrugnął do mnie. Dorota dotknęła mojego ramienia. 

- Nie rozumiem, Nick. 

Odparłem, Ŝe to niewaŜne, po czym zwróciłem się do Morellego: 

- Opowiadał pan o Julii Wolf. 

- Yhm. Miała piętnaście, szesnaście lat, jak się wdała z jednym nauczycielem w szkole 

i  stary  Kane  wylał  ją  na  zbitą  mordę  z  domu.  Więc  się  przeniosła  do  takiego  faceta,  Buźka 

Peppler  go  nazywali.  Nawet  był  z  niego  niezły  cwaniak,  tylko  nie  umiał  trzymać  języka  za 

zębami. Pamiętam, raz byliśmy z Buźką... - Urwał i chrząknął. - Aa, mniejsza z tym. Dość, Ŝe 

kombinowała z tym Buźką przez jakieś pięć, sześć lat, nie licząc okresu, kiedy był w wojsku, 

a  ona  Ŝyła  z  innym...  Nie  pamiętam,  jak  się  nazywał,  chudy  brunet,  kuzyn  Dicka  0’Briena, 

lubił sobie zdrowo popić. Ale jak Buźkę zwolnili z wojska, wróciła do niego i znowu razem 

pracowali, dopóki nie wpadli. Próbowali szantaŜować jednego jelenia z Toronto i noga im się 

powinęła.  Buźka  wziął  wszystko  na  siebie,  a  ona  dostała  tylko  pół  roku  za  to,  Ŝe  była 

podstawiona  na  wabia.  Buźka  jeszcze  chyba  siedzi,  a  ją  spotkałem  od  razu,  jak  wyszła. 

Szarpnęła mnie na parę setek, Ŝeby wiać z miasta. Odesłała mi potem forsę i napisała, Ŝe się 

teraz nazywa Julia Wolf i Ŝe jej dobrze leci w Nowym Jorku. Ale do Buźki pisała przez cały 

czas. Potem, jak się tutaj przeniosłem w dwudziestym ósmym, to do niej zajrzałem. Była... 

Wróciła Miriam i jak poprzednio stanęła za mną z rękami na biodrach. 

- Myślałam o tym, co pan mówił. Zdaje się panu, Ŝe jestem całkiem durna. 

- Ale skądŜe! - powiedziałem niezupełnie zgodnie z prawdą. 

- Spokojna głowa, nie jestem taka durna, Ŝeby się wziąć na tę śpiewkę, którą mi pan 

zasunął. Mam jeszcze oczy i widzę, co się dzieje pod moim nosem. 

- To dobrze. 

- Wcale niedobrze. Stuknął pan Arta, a teraz... 

-  Nie  tak  głośno,  mała  -  Studs  wstał  i  ujął  ją  pod  ramię.  Jego  głos  brzmiał 

uspokajająco. - Pozwól na chwileczkę, chcę z tobą pogadać. 

Poprowadził ją w stronę baru. Morelli mrugnął znowu. 

-  On  to  lubi.  Więc  jak  mówię,  zajrzałem  do  niej,  kiedy  się  tu  przeniosłem,  i 

dziewczyna powiada, Ŝe ma tę pracę u Wynanta,  Ŝe stary stracił dla niej głowę i Ŝe w ogóle 

urządziła się na sto dwa. Nauczyli ją stenografii przez te pół roku, kiedy pudłowała w Ohio, 

od razu sobie pomyślała, Ŝe moŜe jej się to na co przyda. Rozumie pan, moŜe podłapie pracę 

w jakimś miejscu, gdzie zostawiają otwartą kasę... No i trzeba trafu, Ŝe jedna agencja posłała 

ją  na  parę  dni  do  Wynanta.  Ale  dziewczyna  skombinowała  sobie,  Ŝe  moŜe  lepiej  będzie 

podoić  go  dłuŜej  niŜ  zarwać  raz  i  wiać,  więc  mu  dała,  no  i  wylądowała  na  stałe  w  ciepłym 

background image

łóŜeczku. Główkę miała nie od parady, więc od razu puściła farbę, Ŝe była karana, ale chce się 

poprawić i w ogóle, bo wszystko mogłoby wziąć w łeb, mówi, jakby sam wyniuchał, a miał 

tego adwokacinę, który patrzył na nią krzywym okiem i gotów by się jeszcze czegoś dokopać. 

Jak  detalicznie  to  wszystko  urządziła,  to  dobrze  nie  wiem.  Kapuje  pan,  interes  był  jej,  nie 

potrzebowała mojej pomocy, to po co miała mówić, Ŝebym jeszcze poleciał z gębą do starego. 

Niby byliśmy  starzy  kumple, bawiliśmy się  razem od takich szczeniaków, ale nie była moją 

dziewczyną  ani  nic...  Tyle  Ŝe  spotykać,  tośmy  się  spotykali  co  jakiś  czas,  często 

przychodziliśmy  tutaj,  dopóki  stary  się  nie  zaczął  rzucać.  Wtedy  ona  mówi,  Ŝe  koniec, 

kropka,  nie  myśli  tracić  ciepłego  łóŜeczka  dla  paru  głębszych  ze  mną.  I  tyle  tego.  Jak 

powiedziała, tak zrobiła. To było gdzieś w październiku. Więcej jej nie widziałem. Chodziła z 

kimś jeszcze? - zapytałem. 

Morelli pokręcił głową. 

- Bo ja wiem. Rozumie pan, nie była za bardzo rozmowna. 

- Nosiła pierścionek zaręczynowy z brylantem. Wie pan coś o tym? 

- Wiem tyle, Ŝe to nie ode mnie. Nie miała go, kiedy ją ostatni raz widziałem. 

- Myśli pan, Ŝe miała zamiar wrócić do Pepplera, jak wyjdzie z kryminału? 

-  MoŜe  i  miała.  Nie  przejmowała  się  nim  za  bardzo,  póki  siedział,  ale  lubiła  z  nim 

pracować i pewno by się znowu spiknęli. 

- A co z tym kuzynem  Dicka CBriena, tym chudym, trunkowym brunetem? Co się z 

nim stało? 

Morelli popatrzył na mnie ze zdziwieniem. 

- A ja wiem? Wrócił Studs, sam. 

- MoŜe nie mam racji - powiedział siadając - ale coś mi się zdaje, Ŝe moŜna by jeszcze 

zrobić ludzi z tej ciemnej masy, jakby się ktoś do niej dobrze zabrał. 

- Za gardło i przydusić - dorzucił Morelli. Studs wyszczerzył dobrodusznie zęby. 

- Ee, nie. Dziewczyna na głowie staje, Ŝeby wyjść na ludzi. Uczy się śpiewu jak głupia 

i... 

Morelli popatrzył na swój kieliszek i rzekł: 

-  To  twoje  mleczko  musi  jej  dobrze  robić  na  gardziołko.  -  Odwrócił  głowę,  by 

zawołać na Pete’a: - Ty, z plecakiem, jeszcze raz to samo. Mamy jutro śpiewać w chórze. 

-  JuŜ  się  robi,  Shep  -  odparł  Pete;  wyraz  tępej  apatii  znikał  z  jego  twarzy,  ilekroć 

zwracał się do Morellego. 

background image

Okropnie  gruby  blondyn,  który  siedział  z  Miriam,  tak  jasny,  Ŝe  sprawiał  niemal 

wraŜenie  albinosa,  podszedł  do  naszego  stolika  i  powiedział  do  mnie  cienkim,  wibrującym 

głosem kastrata: 

- Więc to pan jest tym typem, który nafaszerował Arta Nunhei... 

Morelli  rąbnął  grubasa  w  tęgi  brzuch,  jak  mógł  najmocniej,  bez  wstawania.  Studs, 

porwawszy  się  błyskawicznie  na  nogi,  przechylił  się  przez  Morellego  i  zdzielił  go  wielką 

pięścią w twarz. ZauwaŜyłem, niezbyt sensownie, Ŝe w dalszym ciągu posługuje się prawym 

hakiem. Przygarbiony Pete wyrósł jak spod ziemi za plecami grubasa i stuknął go z całej siły 

pustą tacą w głowę. Grubas runął do tyłu, przewracając stolik i trzy siedzące przy nim osoby. 

Teraz  na  miejscu  bójki  zjawili  się  równieŜ  dwaj  barmani.  Jeden  zdzielił  podnoszącego  się 

grubasa  pałką  w  głowę,  przewracając  go  tym  razem  na  czworaki,  drugi  złapał  go  z  tyłu  za 

kołnierz i zaczął dusić. Przy pomocy Morellego podnieśli go na nogi i wypchnęli z sali. Pete 

odprowadził ich wzrokiem i cmoknął z zęba. 

- Cholera z tym Wróblem - wyjaśnił. - Nie ma z nim Ŝartów, kiedy facet pije. 

Studs  krzątał  się  przy  przewróconym  stoliku,  pomagając  klientom  wstać  i  zebrać 

rzeczy. 

- Kiepska sprawa - powtarzał - szkodzi interesom. Ale wszystko ma swoje granice. To 

nie Ŝadna spelunka, ale i nie pensjonat dla panienek. 

Dorota siedziała blada, przeraŜona: Nora - zdumiona, z szeroko otwartymi oczami. 

- Dom wariatów - powiedziała. - Dlaczego oni to zrobili? 

- Wiesz tyle co ja - odparłem. 

Zjawili  się  z  powrotem Morelli  i  obaj  barmani, wszyscy  bardzo  z  siebie zadowoleni. 

Morelli i Studs wrócili do naszego stolika. 

- Ale wy, chłopcy, jesteście porywczy - powiedziałem. 

- Porywczy - powtórzył Studs i roześmiał się. - Cha, cha, cha. 

Morelli był powaŜny. 

-  To  szemrany  typek.  Jak  taki  zaczyna  rozróbę,  to  nie  ma  co  czekać.  Trzeba  rąbać, 

póki czas, bo jak się facet rozochoci, moŜe być za późno. Widzieliśmy juŜ takie numery, nie, 

Studs? 

- Jakie numery? - zapytałem. - PrzecieŜ on nic nie zrobił. 

- Niby prawda - powiedział Morelli wolno. - Ale czasami czuje się pismo nosem. śle 

mówię, Studs? 

- Yhm, to nieobliczalny facet - przytaknął Studs. 

23 

background image

Przed  drugą  poŜegnaliśmy  się  ze  Studsem  i  Morellim  i  wyszliśmy  z  baru  „Pod 

Fuzlem”. Dorota skuliła się w rogu taksówki. 

- Niedobrze mi - oznajmiła. - Będę chora. 

Powiedziała to takim tonem, Ŝe trudno było wątpić. 

- To ta wódka - oświadczyła Nora. PołoŜyła mi dłoń na ramieniu. - Twoja Ŝonka jest 

pijana, Nick. Słuchaj, musisz mi wytłumaczyć, co właściwie zaszło. Wszystko dokładnie, ale 

nie teraz, jutro. Oni są wspaniali. Nie rozumiałam połowy z tego, co mówili i robili. 

- Słuchajcie - powiedziała Dorota. - Nie mogę w takim stanie wrócić do ciotki Alicji. 

Dostałaby ataku. 

-  Nie  powinni  byli  tak  bić  tego  grubasa  -  ciągnęła  Nora.  -  ChociaŜ  moŜe  to  i  było 

ś

mieszne na swój okrutny sposób. 

- Chyba lepiej wrócę do mamusi - oświadczyła Dorota. 

- Jeleń nie ma chyba nic wspólnego z ogrodem zoologicznym - stwierdziła Nora. - A 

co to jest pinda, Nick? 

- Dziewczyna. 

- Musiałabym budzić ciocię Alicję, bo nie mam klucza. 

-  Kocham  cię,  Nicky  -  powiedziała  Nora  -  bo  tak  ładnie  pachniesz  i  znasz  takich 

fascynujących ludzi. 

- Nie będzie wam bardzo nie po drodze, jeśli mnie podrzucicie do mamusi? - zapytała 

Dorota. 

- Nie - odparłem i podałem adres Mimi. 

- Jedź do nas - zaproponowała Nora. 

- N-nie - odrzekła Dorota. - Wrócę lepiej do domu. 

- Dlaczego? - spytała Nora. 

- Czy ja wiem? Powinnam chyba wrócić. Rozmawiały na ten temat, dopóki taksówka 

nie  zatrzymała  się  przed  hotelem  Courtland.  Wysiadłem  i  pomogłem  wysiąść  Dorocie. 

Uwiesiła się bezwładnie na moim ramieniu. 

- Wpadnijcie na minutkę, błagam. 

- Ale tylko na minutkę - odparła Nora i wysiadła z taksówki. 

Kazałem  szoferowi  czekać.  Wjechaliśmy  na  górę.  Dorota  nacisnęła  dzwonek. 

Otworzył  Gilbert  w  piŜamie  i  szlafroku.  Podniósł  rękę  ostrzegawczym  gestem  i  powiedział 

stłumionym głosem: 

- Jest policja. 

Z salonu rozległ się głos Mimi: 

background image

- Kto to, Gil? 

- Państwo Charles z Dorotą. Mimi ukazała się w drzwiach salonu. 

- Nie mogliście się zjawić bardziej w porę. Nie wiedziałam zupełnie, co robić. 

Miała  na  sobie  atłasowy  szlafrok,  zarzucony  na  róŜową  jedwabną  nocną  koszulę.  Jej 

twarz była równieŜ zaróŜowiona, ale bynajmniej nie zdradzała przejęcia. Zignorowała Dorotę, 

jedną ręką uścisnęła dłoń Nory, drugą - moją. 

- Teraz mogę się juŜ nic nie martwić i spuścić się całkowicie na ciebie, Nick. Musisz 

poradzić biednej, głupiej kobiecie. 

-  Bajer!  -  powiedziała  za  moimi  plecami  Dorota,  niezbyt  głośno,  ale  z  duŜą  dozą 

uczucia. 

Mimi  nie  pokazała  po  sobie,  czy  słyszy  komentarz  córki.  Pociągnęła  nas  za  ręce  w 

stronę salonu, szczebiocząc przez cały czas.- Znacie porucznika Guilda. Jest bardzo miły, ale 

nie  wiem,  czy  nie  naduŜyłam  jego  cierpliwości.  Jestem  taka...  taka  zaskoczona...  Ale  teraz, 

kiedy Nick jest tutaj... 

Weszliśmy do salonu. Guild powiedział „Cześć” do mnie i „Dobry  wieczór pani” do 

Nory. Drugi męŜczyzna, ten sam, którego Guild nazywał Andym i który przeprowadzał u nas 

rewizję w dniu wizyty Morellego, kiwnął głową i mruknął coś w naszą stronę. 

- Co się stało? - zapytałem. 

Guild łypnął na Mimi kącikiem oka, po czym spojrzał na mnie i powiedział: 

- Policja bostońska zastała Jorgensena czy Keltermana, jak pan woli, u jego pierwszej 

Ŝ

ony i zadała mu w naszym imieniu parę pytań. NajwaŜniejsza odpowiedi brzmi, Ŝe nie miał 

nic  wspólnego  z  zabójstwem  Julii  Wolf,  a  pani  Jorgensen  moŜe  to  potwierdzić,  bo  ukrywa 

coś, co niezbicie dowodzi winy Wynanta. - Znowu spojrzał z ukosa na Mimi. - Ale szanowna 

pani  jakoś  nie  zdradza  ochoty  do  powiedzenia  tak  albo  nie.  Jeśli  mam  być  szczery,  panie 

Charles, to absolutnie nie wiem, co o niej myśleć. 

Rozumiałem go aŜ za dobrze. 

-  Pewnie  jest  przestraszona  -  zauwaŜyłem,  a  Mimi  zrobiła  natychmiast  wystraszoną 

minę. - Czy Jorgensen ma rozwód z pierwszą Ŝoną? 

- Nie, jeśli wierzyć pierwszej Ŝonie. 

- ŁŜe jak pies, głowę dam! - wykrzyknęła Mimi. 

- Ciii... - uspokoiłem. - Czy Jorgensena przywiozą, do Nowego Jorku? 

-  Wygląda,  Ŝe  zrobi  wszystko,  Ŝebyśmy  się  musieli  starać  o  ekstradycję.  Chłopcy  z 

Bostonu mówią, Ŝe cały czas się awanturuje o adwokata. 

- ZaleŜy wam na nim bardzo? 

background image

Guild wzruszył barczystymi ramionami. 

- Tylko jeśli nam to pomoŜe w sprawie tego morderstwa. Nic mnie nie obchodzą jego 

dawne  grzeszki  ani  bigamia.  Nie  mam  zwyczaju  mieszać  się  do  spraw,  które  nie  naleŜą  do 

moich kompetencji. 

Zwróciłem się do Mimi: 

- I co będzie? 

- Mogłabym z tobą pomówić na osobności? Popatrzyłem na Guilda, który rzekł: 

- Jeśli to ma pomóc. 

Dorota dotknęła mojego ramienia. 

- Nick, wysłuchaj najpierw mnie. Ja. Urwała. Wszyscy na nią patrzyli. 

- Co takiego? - zapytałem. 

- Ja... ja muszę z tobą najpierw pomówić. 

- To mów. 

- Ale w cztery oczy - powiedziała. Poklepałem ją po ręce. 

- Później. 

Mimi zaprowadziła mnie do swojego pokoju i starannie zamknęła drzwi. Usiadłem na 

łóŜku i zapaliłem papierosa. Mimi, oparta o drzwi, uśmiechała się do mnie bardzo łagodnie i 

ufnie. Minęło tak z pół minuty. 

-  Prawda,  Ŝe  mnie  lubisz,  Nick.  -  odezwała  się  w  końcu,  a  poniewaŜ  nie 

odpowiedziałem, spytała: - Nie lubisz mnie? 

- Nie. 

Prychnęła śmiechem i ruszyła w moją stronę. 

- Chcesz powiedzieć, Ŝe nie pochwalasz mojego postępowania. - Usiadła koło mnie na 

łóŜku. - Ale lubisz mnie na tyle, Ŝeby mi pomóc? 

- To zaleŜy. 

- Od cze... 

Drzwi się otwarły i weszła Dorota. 

- Nick, muszę z tobą... 

Mimi zerwała się i stanęła twarzą w twarz z córką. 

- Wynoś się stąd! - powiedziała przez zaciśnięte zęby. 

Dorota drgnęła, ale odparła: 

- Nie chcę. Nie moŜesz mi... 

Mimi trzepnęła Dorotę w twarz otwartą dłonią. 

- Wynoś się stąd! 

background image

Dorota  pisnęła  i  przytknęła  rękę  do  ust.  Nie  opuszczając  jej  i  nie  odrywając  szeroko 

otwartych, przeraŜonych oczu od twarzy Mimi, wycofała się tyłem z pokoju. Mimi zamknęła 

za nią drzwi. 

- Musisz do nas kiedyś wpaść i pokazać, jak się posługujesz swoimi słodkimi łapkami 

- powiedziałem. 

Zdawała  się  nie  słyszeć.  Wzrok  miała  nieprzytomny,  pogrąŜony  w  namyśle,  wargi 

wydęte  w  lekkim  półuśmiechu.  Kiedy  się  odezwała,  jej  głos  sprawiał  wraŜenie  głębszego, 

bardziej chrapliwego niŜ zwykle. 

- Moja córunia kocha się w tobie. 

- Nonsens. 

-  I  owszem,  kocha  się  i  jest  o  mnie  zazdrosna.  Dostaje  histerii,  kiedy  się  zbliŜam  do 

ciebie na pięć kroków. 

Mówiła tak, jakby była pochłonięta myślą o czymś innym. 

-  Nonsens.  MoŜe  pozostały  jej  resztki  dziecinnego  zadurzenia,  jakim  do  mnie  pałała 

mając dwanaście lat. To wszystko. 

Mimi potrząsnęła głową. 

- Mylisz się, ale mniejsza o to. - Usiadła z powrotem koło mnie na łóŜku. - Musisz mi 

pomóc. 

-  AleŜ  oczywiście  -  odparłem.  -  Jesteś  delikatnym  kwiatkiem,  potrzebującym  opieki 

silnego męskiego ramienia. 

- Ach, o to ci chodzi. - Zrobiła ręką ruch w kierunku drzwi. - Chyba nie będziesz... nie 

powiesz  mi,  Ŝe  nigdy  o  czymś  takim  nie  słyszałeś,  Ŝe  nigdy  tego  nie  widziałeś  i  sam  nie 

robiłeś.  Zawracanie  głowy.  -  Uśmiechnęła  się  tak  jak  przedtem,  z  głębokim  namysłem  w 

oczach i lekko wydętymi wargami. - Chcesz Dorotę, to ją bierz, tylko błagam cię, nie zrób się 

sentymentalny.  Zresztą  mniejsza  o  nią.  Jasne,  Ŝe  nie  jestem  delikatnym  kwiatkiem.  Nigdy 

mnie o to nie posądzałeś. 

- Nigdy - zgodziłem się. 

- Więc widzisz - powiedziała z odcieniem stanowczości. 

- Co widzę? 

-  Przestań  się  tak  idiotycznie  krygować.  Świetnie  wiesz,  o  co  mi  chodzi.  Rozumiesz 

mnie równie dobrze jak ja ciebie. 

- MoŜe. Ale jeśli chodzi o krygowanie, to raczej ty...- Wiem, wiem.  To  była  gra,  ale 

teraz nie udają. Ten sukinsyn zrobił ze mnie idiotkę, Nick, skończoną idiotkę. A teraz, kiedy 

sam  jest  w  tarapatach,  chce,  Ŝebym  mu  pomogła.  JuŜ  ja  mu  pomogę.  -  PołoŜyła  mi  dłoń  na 

background image

kolanie i wbiła ostre paznokietki. - Ci policjanci, oni mi nie wierzą. Co robić, Ŝeby uwierzyli, 

Ŝ

e nie kłamię? śe nie wiem o tym morderstwie nic prócz tego, co im powiedziałam? 

-  Prawdopodobnie  nic  się  nie  da  zrobić  -  odrzekłem  wolno.  -  Tym  bardziej  Ŝe 

Jorgensen powtórzył tylko to, co mi sama mówiłaś przed paroma godzinami. 

Wstrzymała dech i znowu wbiła mi paznokcie. 

- Powtórzyłeś im to? 

- Jeszcze nie. 

Odetchnęła z ulgą. Zdjąłem jej rękę ze swojego ko- 

- I oczywiście nie powtórzysz, prawda? 

- Niby dlaczego? 

- Bo to nieprawda. Ja kłamałam, kłamałam, nic nie znalazłam, absolutnie nic. 

- Wracamy do punktu wyjścia. Wierzę ci tak samo jak przedtem. I co się stało z tymi 

naszymi dobrymi stosunkami? Mieliśmy się nawzajem rozumieć, miało nie być krygowania, 

gierek, udawania. 

Uderzyła mnie lekko po ręce. 

-  JuŜ  dobrze.  Znalazłam  coś,  nic  waŜnego,  ale  znalazłam.  Tylko  Ŝe  nie  mam 

najmniejszego  zamiaru  zdradzać  się  z  tym,  Ŝeby  pomóc  temu  sukinsynowi.  Rozumiesz,  co 

czuję, Nick. Czułbyś to samo na moim miejscu. 

- Być moŜe - odparłem - ale tak jak sprawy stoją, nie widzę Ŝadnego powodu, Ŝeby się 

z tobą sprzymierzać. Twój Chrystianek nie jest bynajmniej moim wrogiem i nic mi z tego nie 

przyjdzie, Ŝe ci pomogę wpakować go do kryminału. 

Westchnęła. 

-  Długo  się  nad  tym  zastanawiałam.  Nie  myślę,  Ŝeby  pieniądze,  jakie  ci  mogę 

zaofiarować,  miały  teraz  dla  ciebie  jakieś  znaczenie.  -  Uśmiechnęła  się  przewrotnie.  -  Moje 

piękne białe ciało teŜ nie. Ale czy ci nie zaleŜy na ratowaniu Clyde’a? 

- Nie powiedziane. Roześmiała się. 

- Nie rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć. 

- MoŜe to, Ŝe nie wierzę, aby potrzebował ratowania. Policja nie ma przeciwko niemu 

Ŝ

adnych  dowodów.  Jest  narwany,  był  w  Nowym  Jorku  w  dniu  zabójstwa  Julii,  która  go 

kantowała: to jeszcze za mało, Ŝeby go aresztować. 

Roześmiała się znowu. 

- A jeśli ja się do tego przyłoŜę? 

background image

- Czy ja wiem? Co masz przeciwko niemu? - zapytałem, po czym ciągnąłem dalej, nie 

czekając na odpowiedź, której się nie spodziewałem: - Zresztą cokolwiek masz, jesteś głupia, 

Mimi. Jeśli chcesz pogrąŜyć Chrystiana, wystarczy ci bigamia. Trzymaj się tego. Nie ma... 

Uśmiechnęła się słodko. 

- AleŜ ja to trzymam w rezerwie na wypadek, gdyby... 

-  Gdyby  mu  się  udało  wykręcić  od  zarzutu  morderstwa?  Ten  numer  ci  nie  przejdzie, 

moja  panienko.  MoŜesz  go  wpakować  do  więzienia,  powiedzmy,  na  trzy  dni.  Tyle  czasu 

potrzeba  prokuratorowi  na  przeprowadzenie  wstępnych  przesłuchań  i  przekonanie  się,  Ŝe 

Jorgensen  nie  jest  mordercą  Julii,  a  ty  zrobiłaś  z  pana  prokuratora  durnia.  I  kiedy  potem 

wyskoczysz ze swoją bigamią, kaŜe ci się powiesić i odmówi prowadzenia dalszego śledztwa. 

- Nie moŜe tego zrobić, Nick. 

-  Owszem,  moŜe  i  zrobi  -  zapewniłem  ją.  -  A  jeśli  się  jeszcze  dogrŜebie,  Ŝe  ukryłaś 

jakieś istotne dowody, to juŜ na pewno ci tego nie puści płazem. 

Zagryzła dolną wargę, po czym spytała: 

- Nie nabierasz mnie? 

- Mówię ci dokładnie, co nastąpi. Chyba Ŝe prokuratorzy bardzo się zmienili od moich 

czasów. 

Znowu zagryzła dolną wargę. 

- Nie chcę, Ŝeby się z tego wykaraskał - powiedziała w końcu. - Ale nie chcę się takŜe 

sama wpakować w kabałę. - Podniosła na mnie wzrok. - Jeśli mnie okłamujesz, Nick... 

- Nic na to nie poradzisz. MoŜesz mi wierzyć albo nie. 

Uśmiechnęła się, połoŜyła mi dłoń na policzku, pocałowała w usta, po czym wstała. 

-  Jesteś  taki  drań.  Ale  trudno,  wierzę  ci.  Przespacerowała  się  tam  i  z  powrotem  po 

pokoju. 

Oczy jej błyszczały, na twarzy malowało się przyjemne podniecenie. 

- Zawołam Guilda - zaproponowałem. 

-  Nie,  poczekaj.  Wolałabym...  wolałabym,  Ŝebyś  najpierw  powiedział,  co  o  tym 

sądzisz. 

- Dobrze, ale bez Ŝadnego blazowania. 

- Boisz się własnego cienia - odparła. - Ale nie ma obawy, nie zrobię oi kawału. 

Odrzekłem,  Ŝe  się  cieszę  i  Ŝe  wobec  tego  moŜe  by  mi  wreszcie  pokazała,  co  ma  do 

pokazania. 

- Tamci juŜ się pewnie niecierpliwią. 

background image

OkrąŜyła  łóŜko  kierując  się  do  szafy  ściennej,  otworzyła  drzwi,  rozsunęła  wiszące 

ubrania i zanurzyła rękę w głębi. 

- Dziwne - powiedziała. 

- Dziwne? - Wstałem. - Boki zrywać. Guild będzie się tarzał ze śmiechu. 

- Nie bądź taki w gorącej wodzie kąpany - powstrzymała mnie. - JuŜ znalazłam. 

Obróciła się do mnie ze zwiniętą chusteczką w dłoni. Kiedy się zbliŜyłem, rozwinęła 

chusteczkę,  pokazując  mi  urwaną  dewizkę  długości  jakichś  dziesięciu  centymetrów,  z 

umocowanym  na  końcu  małym  złotym  scyzorykiem.  Chusteczka  była  damska,  widniały  na 

niej brudne plamy. 

- No? - zapytałem. 

- Miała to w ręce. Spostrzegłam, kiedy zostałam z nią sama. Od razu poznałam, Ŝe to 

Clyde’a, więc zabrałam. 

- Pewna jesteś? 

-  Tak  -  odparła  niecierpliwie.  -  Patrz,  dewizka  składa  się  ze  złotych,  srebrnych  i 

miedzianych kółek. 

Kazał  ją  zrobić  z  pierwszego  wytopu  metali  dokonanego  tą  jego  metodą.  KaŜdy,  kto 

go  zna  choć  trochę,  potrafi  ją  zidentyfikować.  Nie  ma  drugiej  takiej  na  świecie.  -  Obróciła 

scyzoryk, Ŝeby mi pokazać wygrawerowane litery C. M. W. - jego inicjały. Scyzoryka nigdy 

nie widziałam, ale dewizkę poznałabym wszędzie. Clyde nosił ją od lat. 

- Potrafiłabyś ją opisać z zamkniętymi oczami? 

- Oczywiście. 

- To twoja chusteczka? 

- Tak. 

- A te plamy to krew? 

- Tak. Trzymała dewizkę w ręce, juŜ ci mówiłam, było na niej trochę krwi. - Spojrzała 

na mnie ze zmarszczonym czołem. - Ty mi... Zachowujesz się tak, jakbyś mi nie wierzył. 

-  Nie  to  -  odrzekłem.  -  Tylko  radziłbym  ci  się  dobrze  zastanowić  i  tym  razem 

opowiedzieć juŜ swoją historyjkę bez Ŝadnego kręcenia. 

Tupnęła nogą. 

- Jesteś... - Roześmiała się i cały gniew zniknął z jej twarzy. - Potrafisz być okrutnie 

denerwujący. Mówię prawdę, Nick. Opowiedziałam ci wszystko tak, jak było. 

- Mam nadzieję. NajwyŜszy czas. Czy przypadkiem Julia nie odzyskała przytomności 

i nie powiedziała ci czegoś, kiedy zostałyście same? 

- Chcesz mnie znowu doprowadzić do wściekłości? Oczywiście, Ŝe nie. 

background image

- Dobrze. Poczekaj tu, przyślę Guilda. Ale jeśli mu powiesz, Ŝe Julia trzymała dewizkę 

w ręce, a Ŝyła jeszcze, to moŜe mu wpaść do głowy, czy nie musiałaś jej trochę potarmosić, 

Ŝ

eby to odebrać. 

Zrobiła wielkie oczy. 

- Więc co mam powiedzieć? 

Wyszedłem zamykając za sobą drzwi. 

Nora, z nieco sennym wyrazem twarzy, bawiła w salonie Guilda i Andy’ego. śadnej z 

dwu latorośli rodu Wynantów nie było na horyzoncie. 

- MoŜe pan iść - poinformowałem Guilda. - Pierwsze drzwi na lewo. Zdaje się, Ŝe jest 

gotowa. 

- Rozgryzł ją pan? - zapytał. Kiwnąłem głową. 

- I czego się pan dowiedział? 

- Zobaczymy, czego pan się dowie, a potem porównamy i sprawdzimy, czy się zgadza 

- zaproponowałem. 

- Dobra. To posuwamy, Andy. Wyszli. 

- Gdzie Dorota? - zapytałem. Nora ziewnęła. 

-  Myślałam,  Ŝe  jest  z  tobą  i  z  matką.  Gilbert  gdzieś  się  tutaj  kręci.  Zaglądał  przed 

paroma minutami. Długo tu jeszcze będziemy siedzieli? 

- JuŜ niedługo. 

Wyszedłem  z  powrotem  na  korytarz  i  minąwszy  pokój  Mimi,  zajrzałem  w  następne 

otwarte  drzwi.  Pokój  był  pusty.  Naprzeciwko  były  jeszcze  jedne  drzwi,  zamknięte. 

Zapukałem. Odezwał się głos Doroty. 

- Kto tam? 

- Nick - odpowiedziałem i wszedłem. 

LeŜała na boku, ubrana, tylko bez pantofli. Gilbert siedział koło niej na łóŜku. Jej usta 

sprawiały  wraŜenie  lekko  spuchniętych,  ale  mogło  to  być  od  płaczu,  bo  oczy  miała  całe 

zaczerwienione. Uniosła głowę, mierząc mnie ponurym wzrokiem. 

- Chcesz jeszcze ze mną mówić? - zapytałem. Gilbert wstał z łóŜka. 

- Gdzie mamusia? 

- Rozmawia z policjantami. 

Mruknął coś i wyszedł z pokoju. Dorota się wzdrygnęła. 

-  Ciarki  mnie  przechodzą  na  jego  widok  -  powiedziała,  po  czym  przypomniawszy 

sobie, Ŝe postanowiła się zachowywać chłodno, zmierzyła mnie znowu ponurym wzrokiem. 

- Chcesz jeszcze ze mną mówić? 

background image

- Dlaczego obróciłeś się przeciwko mnie? 

-  Niemądra  jesteś.  -  Usiadłem  na  miejscu  Gilberta.  -  Wiesz  coś  o  tym  scyzoryku  i 

dewizce, którą twoja matka miała rzekomo znaleźć? 

- Nie. Gdzie? 

- Co mi chciałaś powiedzieć? 

-  Nic,  juŜ  nic  -  odparła  nieuprzejmie.  -  Tylko  to,  Ŝe  mógłbyś  sobie  zetrzeć  z  ust  jej 

pomadkę. 

Starłem.  Wyrwała  mi  chusteczkę  z  ręki  i  przewróciła  się  na  łóŜku,  Ŝeby  sięgnąć  po 

paczkę zapałek na stoliku po drugiej stronie. Potarła zapałkę. 

- Narobisz okropnego swędu - powiedziałem. 

- Nic mnie to nie obchodzi - odrzekła, zdmuchnęła jednak zapałkę. 

Wziąłem  od  niej  chusteczkę,  podszedłem  do  okna,  otwarłem  je,  wyrzuciłem 

chusteczkę za okno i zamknąwszy wróciłem na swoje miejsce. 

- Jeśli ci to ulŜy. 

- Co mamusia mówiła... o mnie? 

- śe się we mnie kochasz. Poderwała się na łóŜku. 

- I co jej powiedziałeś? 

- śe to pozostałości starego sentymentu z dziecinnych lat. 

ZadrŜała jej dolna warga. 

- UwaŜasz, Ŝe... Ŝe tak jest? 

- A jak ma być? 

-  Nie  wiem.  -  Rozpłakała  się.  -  Wszyscy  się  ze  mnie  nabijają...  Mamusia,  Gilbert, 

Harrison... Ja... 

Objąłem ją ramieniem. 

- Czort z nimi. Po chwili zapytała: 

- A mamusia się w tobie kocha? 

-  Mój  BoŜe,  nie.  Nienawidzi  męŜczyzn  bardziej  niŜ  jakakolwiek  znana  mi  kobieta  z 

wyjątkiem lesbijek. 

- PrzecieŜ ciągle ma jakieś... 

-  To  tylko  zmysły.  Nie  daj  się  zwieść.  Mimi  nienawidzi  męŜczyzn,  wszystkich 

męŜczyzn, z głębi duszy. 

Przestała płakać, zmarszczyła czoło i powiedziała: 

- Nie rozumiem. A ty jej nienawidzisz? 

- W zasadzie nie. 

background image

- A w tej chwili? 

-  Nie  wydaje  mi  się.  Zachowuje  się  głupio,  a  wyobraŜa  sobie,  Ŝe  jest  diablo 

przebiegła. Złości mnie to, ale nie sądzę, Ŝebym jej miał aŜ nienawidzić. 

- Ja jej nienawidzę - oświadczyła Dorota. 

- Mówiłaś mi to juŜ w zeszłym tygodniu. Chciałem cię o coś zapytać. Czy znałaś albo 

moŜe widziałaś kiedyś tego Artura Nunheima, o którym była mowa wieczorem? 

Zmierzyła mnie ostrym wzrokiem. 

- Chcesz zmienić temat? 

- Chcę się dowiedzieć. Znałaś go? 

- Nie. 

- Jego nazwisko było wymieniane w gazetach - przypomniałem. - To on poinformował 

policję o znajomości Morellego z Julią Wolf. 

-  Nie  przypominam  sobie  tego  nazwiska  -  powtórzyła.  -  Nie  przypominam  sobie, 

Ŝ

ebym je kiedykolwiek słyszała. 

Spróbowałem go opisać. 

- I nigdy go nie widziałaś? 

- Nie. 

- Mógł czasami występować jako Albert Norman. MoŜe to ci coś mówi? 

- Nie. 

- A znasz kogoś z tych ludzi, których spotkaliśmy dzisiaj u Studsa? Albo moŜe wiesz 

coś o nich? 

- Nie. Słowo daję, Nick. Powiedziałabym ci, gdybym wiedziała cokolwiek, co ci moŜe 

pomóc. 

- Bez względu ną to, komu to by mogło zaszkodzić? 

- Tak - odparła bez zastanowienia. A po chwili: - o czym ty myślisz? 

- Wiesz aŜ za dobrze. 

Ukryła twarz w dłoniach. Kiedy się odezwała, jej słowa były ledwo słyszalne. 

- Boję się, Nick, ja... 

Oderwała ręce od twarzy, bo rozległo się pukanie. 

- Proszę! - zawołałem. 

Drzwi  się  uchyliły  i  do  pokoju  wetknął  głowę  Andy.  Starał  się  nie  pokazać  po  sobie 

zainteresowania. 

- Porucznik chce się z panem zobaczyć. 

- JuŜ idę - obiecałem. Otworzył szerzej drzwi. 

background image

- Czeka na pana. 

Zrobił w moją stronę coś, co miało być znaczącym mrugnięciem, ale kącik ust drgnął 

mu bardziej niŜ oko i w rezultacie wyszedł dość niepokojący grymas. 

-  Wrócę  jeszcze  -  rzuciłem  Dorocie  wstając.  Zamknął  za  mną  drzwi  i  przysunął  usta 

do mojego ucha. 

- Ten szczeniak podglądał przez dziurkę od klucza - mruknął. 

- Gilbert? 

- Aha. ZdąŜył odskoczyć, jak usłyszał, Ŝe idę. Ale podglądał, nie ma wątpliwości. 

- To u niego normalne - powiedziałem. - Jak tam poszło z panią J? 

Wydął grube wargi w kształt litery O i gwizdnął głośno. - Ale kobitka! 

25 

Weszliśmy do pokoju Mimi, która siedziała w głębokim fotelu pod oknem. Sprawiała 

wraŜenie bardzo z siebie zadowolonej. Uśmiechnęła się do mnie wesoło i oświadczyła: 

- No, moja dusza jest bez jednej plamki. Powiedziałam wszystko. 

Guild stał koło stolika, ocierając twarz chusteczką. Parę kropli potu pozostało jeszcze 

na  jego  skroniach,  twarz  miał  zmęczoną  i  jakby  postarzałą.  Scyzoryk,  dewizka  i  chusteczka 

leŜały na stole. 

- Skończone? - spytałem. 

-  Nie  wiem.  -  odparł.  -  Fakt.  -  Obrócił  głowę,  Ŝeby  zapytać  Mimi:  -  UwaŜa  pani,  Ŝe 

skończone? 

Mimi się roześmiała. 

- Nie wyobraŜam sobie, co jeszcze moŜe być do powiedzenia. 

- No-o - rzekł Guild powoli, jakby z ociąganiem - wobec tego będę chciał pogadać z 

panem Charlesem, jeśli pani pozwoli. 

Zwinął starannie chusteczkę i schował do kieszeni. 

-  Mogą  panowie  rozmawiać  tutaj.  -  Mimi  wstała  z  fotela.  -  Ja  pójdę  porozmawiać  z 

panią  Charles,  póki  panowie  nie  skończą.  -  Przechodząc  stuknęła  mnie  filuternie  czubkiem 

wskazującego palca w policzek. - nie pozwól im mówić zbyt okropnych rzeczy o mnie, Nick. 

Andy  otworzył  przed  nią  drzwi.  Zamknąwszy  je  zagwizdał  ponownie  wargami 

złoŜonymi w kształt litery O. Wyciągnąłem się na łóŜku. 

- I co? - zapytałem. - Jak sprawy? Guild odchrząknął. 

- Twierdzi, Ŝe znalazła tę dewizkę i scyzoryk na podłodze u Julii Wolf. Julia jakoby ją 

oberwała podczas walki z Wynantem. Powiedziała takŜe, z jakich powodów przemilczała ten 

fakt,  ale  tak  na  zdrowy  rozum,  to  wszystko  nie  bardzo  się  trzyma  kupy.  MoŜe  jednak  nie 

background image

naleŜy  brać  tego  na  zdrowy  rozum?  Jeśli  mam  być  szczery,  to  nie  bardzo  wiem,  co  o  niej 

myśleć. Fakt. 

- NajwaŜniejsze - poradziłem - to nie dać jej się zmęczyć. Jak ją człowiek przyłapie na 

kłamstwie, to się przyznaje i wymyśla następne; a jak ją przyłapie na następnym, to się znowu 

przyznaje  i  wymyśla  jeszcze  jedno.  Tak  w  nieskończoność.  Większość  ludzi,  nawet  kobiet, 

zniechęca  się,  jak  ich  przyłapać  na  trzecim,  czwartym  bezczelnym  kłamstwie,  i  albo 

zaczynają  mówić  prawdę,  albo  milkną.  Ale  nie  Mimi.  Ona  próbuje  dalej  i  trzeba  się  mieć 

bardzo  na  baczności,  bo  ani  się  człowiek  spostrzeŜe,  jak  jej  uwierzy.  Nie  dlatego,  Ŝe  to,  co 

mówi,  za  którymś  tam  razem  jest  bardziej  prawdopodobne,  ale  dlatego,  Ŝe  się  po  prostu 

zmęczył. 

- Yhm - powiedział Guild. - MoŜe i racja. - Wsunął palec za kołnierzyk. Wyglądał na 

bardzo nieszczęśliwego. - Niech pan posłucha: sądzi pan, Ŝe to ona zabiła tę dziewczynę? 

Andy  wpatrywał  się  we  mnie  tak  natarczywie,  Ŝe  mało  mu  oczy  nie  wyszły  z  orbit. 

Podniosłem się na łóŜku i spuściłem nogi na podłogę. 

-  śebym  to  ja  wiedział.  Historia  z  tą  dewizką  wygląda  na  lipę,  ale...  No,  moŜna 

przecieŜ  sprawdzić,  czy  miał  taką  dewizkę,  ewentualnie,  czy  jeszcze  ma.  O  ile  Mimi 

rzeczywiście pamięta ją tak świetnie, jak twierdzi, mogła równie dobrze zamówić identyczną 

u  jubilera,  a  scyzoryk  kaŜdy  moŜe  kupić  i  kazać  wygrawerować  na  nim  inicjały.  Ale  mało 

prawdopodobne,  Ŝeby  się  posunęła  tak  daleko.  Jeśli  to  ona  ją  podrzuciła,  znacznie 

prawdopodobniejsze,  Ŝe  miała  tę  dewizkę,  moŜe  od  lat.  Ale  to  juŜ  policja  musi  sama 

sprawdzić. 

- Robimy, co moŜemy - odparł Guild cierpliwie. - Więc myśli pan, Ŝe to ona zrobiła? 

-  Zamordowała  Julię?  -  Potrząsnąłem  głową.  -  Nie  doszedłem  tak  daleko.  Co  tam  z 

Nunheimem? Kule pasują? 

- A jakŜe, pasują. Są z tej samej broni. Wszystkie pięć. 

- Strzelał pięć razy? 

- Tak, i to z tak bliska, Ŝe mu osmalił ubranie. 

-  Spotkałem  dzisiaj  tę  jego  rudą  kochankę  w  knajpie  -  poinformowałem.  -  Twierdzi, 

Ŝ

eśmy go sprzątnęli do spółki, bo za duŜo wiedział. 

- Hmm. Co to za knajpa? MoŜe będę chciał z nią porozmawiać. 

- Bar „Pod Fuzlem” Studsa Burke’a - odparłem i podałem adres. - Morelli teŜ tam się 

kręci.  Powiedział  mi,  Ŝe  Julia  Wolf  nazywała  się  naprawdę  Nancy  Kane  i  miała  kochanka, 

który odsiaduje wyrok w Ohio. Facet nazywa się Buźka Peppler. 

background image

Z tonu, jakim Guild burknął swoje: „Tak?”, domyśliłem się, Ŝe wie juŜ o Pepplerze i o 

przeszłości Julii. 

- I czego jeszcze pan się dowiedział w swoich wędrówkach? 

-  Jeden  z  moich  znajomych,  niejaki  Larry  Crowley,  agent  reklamowy,  widział 

Jorgensena wczoraj po południu wychodzącego z lombardu na Szóstej Alei koło Czterdziestej 

Szóstej Ulicy. 

- Tak? 

- Zdaje się, Ŝe niezbyt wielkie wraŜenie robią na panu moje rewelacje. Jestem... 

Drzwi  się  otworzyły  i  wkroczyła  Mimi  ze  szklaneczkami,  butelką  whisky  i  wodą 

mineralną na tacy. 

- Pomyślałam sobie, Ŝe moŜe będą się panowie chcieli napić - oznajmiła wesoło. 

Podziękowaliśmy. Mimi postawiła tacę na stole, powiedziała: „To nie przeszkadzam”, 

uśmiechnęła  się  z  ironiczną  pobłaŜliwością,  jaką  kobiety  lubią  okazywać  wobec  męskich 

zgromadzeń, i wyszła. 

- Zaczął pan coś mówić - przypomniał mi Guild. 

-  Tak.  Jeśli  uwaŜacie,  chłopcy,  Ŝe  nie  jestem  z  wami  szczery,  to  moŜecie  mi  to  po 

prostu powiedzieć. Współpracowaliśmy dotąd w zgodzie i nie chciałbym... 

-  AleŜ  nie  -  przerwał  Guild  spiesznie.  -  Nic  podobnego,  panie  Charles.  -  Jego  twarz 

lekko poczerwieniała. - Miałem... no, prawdę mówiąc, komisarz zdrowo nas objechał, Ŝe nic 

nie  robimy,  i  jakoś  mimo  woli:  zacząłem  przekazywać  to  dalej.  Drugie  morderstwo  bardzo 

pogorszyło sytuację. - Obrócił się w stronę tacy. - Co panu nalać? 

- Czystą, jeśli moŜna prosić. Nie macie Ŝadnych poszlak? 

-  No,  ta  sama  pukawka  i  kupa  kul,  identycznie  jak  w  wypadku  Julii  Wolf.  To 

wszystko.  Został  sprzątnięty  w  sieni  domu,  w  którym  wynajmują  pokoje  umeblowane, 

między dwoma sklepami. Nikt z mieszkańców ani personelu nie przyznaje się do znajomości 

z  Nunheimem  ani  Wynantem,  ani  w  ogóle  z  nikim  zamieszanym  w  sprawę.  Drzwi  od  ulicy 

były otwarte, kaŜdy mógł wejść. Wszystko to nie ma sensu, jak się bliŜej zastanowić. 

- Nikt nic nie widział ani nie słyszał? 

- Oczywiście, wszyscy słyszeli strzały, ale nikt nie wie, kto strzelał. 

Podał mi szklaneczkę whisky. 

- Znaleźliście puste łuski? - zapytałem. Potrząsnął głową. 

- Nie, ani w jednym, ani w drugim przypadku. Prawdopodobnie to nie pistolet, tylko 

rewolwer. 

background image

-  Iw  obu  wypadkach  wystrzelał  cały  magazynek,  wliczając  kulę,  która  trafiła  w 

telefon. Zakładam, Ŝe jak wiele osób, komorę pod kurkiem trzyma nie załadowaną. 

Guild opuścił szklaneczkę, którą juŜ zaczynał podnosić do ust. 

- Nie chce pan chyba zwalić wszystkiego na Chińczyków - jęknął - tylko dlatego, Ŝe w 

ten sposób strzelają? 

- Nie, chociaŜ na bezrybiu i rak ryba. Dowiedział się pan, gdzie był Nunheim w dniu 

zabójstwa Julii? 

- Yhm. Kręcił się koło jej domu, przynajmniej przez pewien czas. Widziano go przed 

domem  i  za  domem,  jeśli  wierzyć  ludziom,  którzy  początkowo  nie  przywiązywali  do  tego 

większej wagi i nie mają powodu kłamać. A w przeddzień zabójstwa był na górze, jak zeznał 

windziarz.  Twierdzi,  Ŝe  zjechał  prawie  natychmiast,  tak  Ŝe  nie  wiadomo,  czy  był  u  niej  w 

mieszkaniu, czy nie. 

- Więc moŜe Miriam ma rację, moŜe naprawdę wiedział za duŜo? Dowiedział się pan 

czegoś o tych czterech tysiącach róŜnicy między wersją Macaulaya a wersją Wynanta? 

- Nie. 

-  Morelli  twierdzi,  Ŝe  miała  zawsze  kupę  forsy.  PoŜyczyła  mu  kiedyś  pięć  tysięcy 

gotówką. 

Guild uniósł brwi. 

- Ta-ak? 

- Tak. Twierdzi takŜe, Ŝe Wynant wiedział o tym, Ŝe była karana. 

- Widzę - rzekł Guild wolno - Ŝe ten Morelli naopowiadał panu kupę róŜności. 

- Och, facet kocha mówić. Dowiedział się pan, nad czym Wynant pracował w chwili 

wyjazdu? Względnie nad czym pojechał pracować? 

- Nie. Coś bardzo pan się interesuje jego warsztatem? 

-  CzemuŜ  nie  miałbym  się  interesować.  Jest  wynalazcą,  warsztat  to  jego  miejsce 

pracy. Chętnie bym tam zaszedł przy okazji. 

- Niech pan się nie krępuje. Nie powie mi pan nic więcej o Morellim? W jaki sposób 

pan mu rozwiązał język? 

-  PrzecieŜ  mówię:  facet  kocha  gadać.  Zna  pan  osobnika,  którego  przezywają 

Wróblem? Wysoki, gruby blondyn o głosie kastrata. 

Guild zmarszczył brwi. 

- Nie. A bo co? 

- TeŜ tam był, siedział z Miriam. Chciał mi dać wycisk, ale mu nie pozwolili. 

- Dlaczego chciał panu dać wycisk? 

background image

-  Nie  wiem.  MoŜe  Miriam  mu  powiedziała,  Ŝe  pomogłem  sprzątnąć  Nunheima... 

Znaczy, pomogłem panu. 

- Aha - odparł Guild. Podrapał się kciukiem po I twarzy, spojrzał na zegarek. - Zrobiło 

się późno. Nie wpadłby pan do mnie jakoś jutro, to znaczy dzisiaj? 

- Oczywiście - odrzekłem, zamiast powiedzieć to, co myślę. 

Kiwnąłem  im  głową  i  wyszedłem  do  salonu.  Nora  spała  na  kanapie.  Mimi  odłoŜyła 

ksiąŜkę, którą czytała. I 

- Tajna sesja skończona? - spytała. 

- Tak. 

Podszedłem do kanapy. Mimi powiedziała: 

-  Niech  jeszcze  pośpi  chwilę,  Nick.  Zostań,  póki  ci  twoi  przyjaciele  z  policji  nie 

wyjdą, dobrze? 

- Dobrze. Chcę jeszcze pogadać z Dorotą. 

- AleŜ ona juŜ śpi. 

- Nie szkodzi. Obudzę ją. 

- AleŜ... 

Wszedł  Guild  z  Andym,  powiedzieli  „Dobranoc”,  Guild  popatrzył  tęsknie  na  śpiącą 

Norę, po czym wyszli. Mimi westchnęła. 

- Mam juŜ dość policjantów - oznajmiła. - Pamiętasz tę historię? 

- Pamiętam. Wszedł Gilbert. 

- Naprawdę myślą, Ŝe to Chrystian? 

- Nie - odparłem. 

- Więc kogo posądzają? 

- Mogłem ci to powiedzieć wczoraj. Dzisiaj nie wiem. 

-  To  śmieszne  -  zaprotestowała  Mimi.  -  Wiedzą  równie  dobrze  jak  ty,  Ŝe  to  Clyde.  - 

PoniewaŜ  nic  nie  odrzekłem,  powtórzyła  ostrzejszym  tonem:  -  PrzecieŜ  wiesz  dobrze,  Ŝe  to 

Clyde. 

- Nie Clyde - oświadczyłem. Wyraz triumfu rozjaśnił twarz Mimi. 

- Więc jednak dla niego pracujesz? 

Moje „nie” spłynęło po niej bez wraŜenia. Gilbert spytał takim tonem, jakby chciał się 

naprawdę dowiedzieć, nie dyskutować: 

- CzyŜ nie mógł jej zabić? 

-  Mógł,  ale  nie  zabił.  Nie  pisałby  tych  wszystkich  listów,  nie  rzucałby  podejrzeń  na 

Mimi, która mu pomagała ukryć jedyną istotną poszlakę przeciwko niemu. 

background image

- MoŜe o tym nie wiedział. MoŜe sądził, Ŝe policja po prostu nie zdradza wszystkiego, 

co wie. PrzecieŜ często tak postępują, prawda? Mógł takŜe liczyć, Ŝe mu się uda poderwać do 

niej zaufanie, tak Ŝeby jej nie uwierzyli, jeśli... 

- OtóŜ to - powiedziała Mimi. - Na to właśnie liczył, Nick. 

Zwróciłem się do Gilberta: 

- Ale ty nie wierzysz, Ŝe to on zabił? 

-  Nie,  nie  sądzę...  Ale  chciałbym  wiedzieć,  dlaczego  pan  nie  wierzy.  Rozumie  pan, 

chodzi md o metodę. 

-  A  ja  chciałbym  wiedzieć,  dlaczego  ty  nie  wierzysz.  Zaczerwienił  się  lekko;  w  jego 

uśmiechu było zakłopotanie. 

- Och, to... zupełnie co innego. 

- On wie, kto ją zabił - rozległ się w drzwiach głos Doroty. 

Ciągle  jeszcze  była  ubrana.  Wpatrywała  się  we  mnie  nieruchomym  wzrokiem,  jakby 

bojąc  się  spojrzeć  na  kogokolwiek  innego.  Twarz  miała  bladą,  drobne  ciało  sztywno 

wyprostowane. Nora otwarła oczy, uniosła się na łokciu i zapytała sennie: 

- Co-o? 

Nikt jej nie odpowiedział. 

- Moja Doro - odezwała się Mimi - oszczędź nam swoich idiotycznych popisów. 

- MoŜesz mnie sprać, jak sobie pójdą - odrzuciła Dorota. - Na pewno mnie spierzesz. 

Powiedziała  to  nie  odrywając  wzroku  od  moich  oczu.  Mimi  przybrała  taką  minę, 

jakby nie rozumiała, o czym Dorota mówi. 

- Więc Gilbert wie? I kto ją zabił? - spytała.- Robisz z siebie skończoną idiotkę, Doro 

- wtrącił się Gilbert. - Jesteś... 

Przerwałem mu: 

-  Nie  przeszkadzaj  jej.  Pozwól  jej  powiedzieć,  co  ma  do  powiedzenia.  Kto  ją  zabił, 

Doroto? 

Popatrzyła na brata i spuściła wzrok. Nie trzymała się juŜ prosto. Z opuszczoną głową 

wymamrotała niewyraźnie: 

- Nie wiem. On wie. - Podniosła wzrok na mnie i zaczęła drŜeć. - Nie widzisz, Ŝe się 

boję? - krzyknęła. - Boję się ich. Zabierz mnie stąd, to ci powiem. Tutaj sdę boję! 

Mimi roześmiała mi się w nos. 

- Masz, czego chciałeś. Dobrze ci tak. Gilbert się zaczerwienił. 

- To idiotyczne - mruknął. 

background image

-  Oczywiście,  Ŝe  cię  zabiorę  -  obiecałem.  -  Ale  chciałbym  wyjaśnić  sprawę,  póki 

jesteśmy wszyscy razem. 

Dorota potrząsnęła głową. 

- Boję się. 

-  Nie  cackaj  się  z  nią  tak,  Nick  -  powiedziała  Mimi.  -  Robi  się  tylko  bardziej 

nieznośna. Ona... 

- A co ty na to? - zapytałem Nory. 

Wstała i przeciągnęła się bez podnoszenia ramion. Twarz miała zaróŜowioną i uroczą 

jak zawsze, kiedy się budziła. Uśmiechnęła się do mnie sennie i rzekła: 

- Wracajmy do domu. Nie podobają mi się ci ludzie. Weź płaszcz i kapelusz i chodź, 

Doroto. 

- Natychmiast marsz do łóŜka - krzyknęła Mimi do Doroty. 

Dorota przyłoŜyła koniuszki palców lewej dłoni do ust i załkała. 

- Nie pozwól mnie bić, Nick. 

Obserwowałem  Mimi:  na  twarzy  miała  łagodny  uśmieszek,  ale  jej  nozdrza  się 

rozdymały i dyszała cięŜko. Nora podeszła do Doroty. 

- Chodź, obmyję ci twarz i... 

Mimi wydała zwierzęcy krzyk z głębi gardła, kark jej nabrzmiał, ciało spręŜyło się jak 

do  skoku.  Nora  stanęła  między  nią  a  Dorotą.  Kiedy  Mimi  rzuciła  się  do  przodu,  jedną  ręką 

złapałem  ją  za  ramię,  drugą  objąłem  wpół  i  podniosłem  z  ziemi.  Piszczała  i  okładała  mnie 

pięściami, jej ostre obcasy wbijały mi się w golenie. 

Nora wypchnęła Dorotę z pokoju, a sama się przyglądała stojąc w drzwiach. Mieniła 

się  cała  na  twarzy.  Widziałem  ją  ostro,  wyraźnie  -  wszystko  inne  było  zamazane.  Wtedy  na 

moje  plecy  i  ramiona  zaczęły  spadać  niezdarne,  nieskuteczne  ciosy  i  odwróciwszy  głowę 

zobaczyłem  Gilberta,  jego  postać  była  jak  za  mgłą.  Ledwo  poczułem  kontakt  z  jego  ciałem, 

kiedy go odepchnąłem w bok. 

-  Odwal  się.  Nie  chcę  ci  zrobić  krzywdy,  Gilbert.  Zaniosłem  Mimi  na  kanapę  i 

rzuciwszy  na  wznak,  usiadłem  jej  na  kolanach,  a  rękami  przygwoździłem  przeguby.  Gilbert 

przyskoczył  do  mnie  znowu.  Chciałem  go  kopnąć  w  rzepkę,  ale  wycelowałem  za  nisko  i 

zwaliłem go z nóg. Zamachnąłem się jeszcze raz, a nie trafiwszy powiedziałem: 

- MoŜemy się spróbować później. Teraz przynieś wody. 

Twarz  Mimi  robiła  się  purpurowa,  oczy  wychodziły  z  orbit,  szklane,  obłąkane, 

olbrzymie. Za kaŜdym oddechem ślina kipiała i pryskała spomiędzy jej zaciśniętych zębów, z 

głębi  czerwonego  gardła,  a  całe  ciało  było  jedną  wijącą  się  masą  mięśni  i  Ŝył  nabrzmiałych 

background image

tak,  Ŝe  lada  chwila  groziły  pęknięciem.  Z  ledwością  mogłem  utrzymać  jej  ręce,  gorące  i 

mokre od potu. Widok Nory ze szklanką wody wydał mi się błogosławieństwem. 

- Chluśnij jej w twarz - powiedziałem. 

Nora  chlusnęła.  Mimi  uchyliła  zaciśnięte  zęby,  łapiąc  powietrze,  i  zamknęła  oczy. 

Kręciła  szybko  głową  to  w  jedną,  to  w  drugą  stronę,  ale  jej  ciało  wiło  się  z  mniejszą 

gwałtownością. 

- Przynieś jeszcze szklankę - poleciłem. 

Druga  porcja  wody  wywołała  nieartykułowane  protesty  ze  strony  Mimi,  lecz  jej 

napięcie zmalało. LeŜała teraz bezwładnie, dysząc w milczeniu. Puściłem jej ręce i wstałem. 

Gilbert,  oparty  o  stół,  stał  na  jednej  nodze  i  rozcierał  drugą,  w  którą  go  kopnąłem.  Dorota, 

blada, z szeroko otwartymi oczami, tkwiła w drzwiach, nie wiedząc, czy wejść, czy teŜ uciec i 

schować się gdzieś. Nora, z pustą szklanką w ręce, spytała: 

- Myślisz, Ŝe nic jej nie będzie? 

- Jasne. 

Mimi  otworzyła  oczy  i  zaczęła  mrugać,  bo  woda  ją  szczypała.  Wsunąłem  jej 

chusteczkę w rękę. Otarła twarz, wydała długie, febryczne westchnienie i usiadłana kanapie. 

Rozejrzała się po pokoju, ciągle mrugając. Kiedy jej wzrok spoczął na mnie, uśmiechnęła się 

blado.  W  jej  uśmiechu  było  zakłopotanie,  ale  nic,  co  moŜna  by  uznać  za  skruchę.  Dotknęła 

niepewną ręką włosów i powiedziała: 

- Jestem cała mokra. 

-  Pewnego  pięknego  dnia  doprowadzisz  się  do  takiego  stanu,  Ŝe  wyzioniesz  ducha  - 

ostrzegłem. 

Nie patrzyła na mnie, lecz na syna. 

- Gil, co ci się stało? - zapytała. 

Gilbert cofnął pośpiesznie rękę i stanął na obydwu nogach. 

- Ja... Aaa, nic - wyjąkał. - Nic mi nie jest. Przygładził włosy, poprawił krawat. Mimi 

zaczęła się śmiać. 

- Och, Gil, naprawdę chciałeś mnie bronić? Przed Nickiem? - Jej śmiech się wzmagał. 

-  To  bardzo  ładnie  z  twojej  strony,  ale  okropnie  niemądrze.  To  potwór,  Gil.  Nikt  nie  da 

sobie... 

Przytknęła chusteczkę do ust, kołysząc się w przód i w tył. Spojrzałem spod okna na 

Norę. Usta miała zacięte, oczy prawie czarne ze złości. Dotknąłem jej ramienia. 

-  Zmykamy.  Zrób  mamusi  cocktail,  Gilbercie.  Za  minutę  dwie  poczuje  się  znacznie 

lepiej. 

background image

Dorota,  z  kapeluszem  i  paltem  w  ręce,  podeszła  na  palcach  do  drzwi.  Znaleźliśmy 

nasze  ubrania  i  wyszliśmy  za  nią,  pozostawiając  Mimi  na  kanapie,  zaśmiewającą  się 

spazmatycznie,  z  moją  chusteczką  przy  ustach.  śadne  z  nas  nie  było  zbyt  rozmowne  w 

taksówce.  Nora  przeŜuwała  wydarzenia,  Dorota  sprawiała  ciągle  jeszcze  wraŜenie 

wystraszonej, a ja byłem zmęczony - miałem dość jak na jeden dzień. 

Dochodziła  piąta,  kiedy  znaleźliśmy  się  w  hotelu.  Asta  powitała  nas  hałaśliwie. 

Usiadłem na podłodze, Ŝeby się z nią pobawić, podczas gdy Nora poszła do kuchni zaparzyć 

kawę. Dorota chciała mi opowiedzieć coś, co jej się przydarzyło jako małej dziewczynce. 

- Nie - oświadczyłem. - Próbowałaś tego juŜ w poniedziałek. Co znowu za komedia? 

Jest późno. Co mi się bałaś powiedzieć w domu. 

- Kiedy zrozumiałbyś lepiej, gdybyś mi pozwolił... 

-  Słyszałem  to  juŜ  w  poniedziałek.  Nie  jestem  psychoanalitykiem,  nie  znam  się  na 

wpływie dziecinnych przeŜyć. Nic mnie nie obchodzą. Poza tym jestem zmęczony, biegałem 

cały dzień. 

Wydęła usta w moją stronę. 

- Utrudniasz mi, jak moŜesz. 

- Posłuchaj, Doroto. Albo wiesz coś, czego się bałaś powiedzieć w obecności Mimi i 

Gilberta,  albo  nic  nie  wiesz.  JeŜeli  wiesz,  to  wal.  Będę  ci  zadawał  pytania,  gdybym  czegoś 

dobrze nie zrozumiał. 

Stała gniotąc plisę spódnicy i wpatrując się w nią posępnie, ale kiedy podniosła wzrok, 

jej  oczy  zabłysły  podnieceniem.  Mówiła  scenicznym  szeptem,  który  było  słychać  w  całym 

pokoju: 

- Gil spotyka się z tatusiem, widział się z nim dzisiaj i tatuś mu powiedział, kto zabił 

pannę Wolf. 

- Kto? 

Potrząsnęła głową. 

- Nie chciał mi powiedzieć. Powiedział mi tylko tyle. 

- I tego bałaś się powtórzyć w obecności Gilberta i Mimi? 

- Tak. Zrozumiałbyś to, gdybyś mi pozwolił opowiedzieć... 

- ...coś, co  ci się przydarzyło jako małej dziewczynce. Nie, skończ z tym raz.  I co ci 

jeszcze mówił? 

- Nic. 

- Nie mówił nic o Nunheimie? 

- Nie, nic. 

background image

- A gdzie jest tatuś? 

- Gilbert nie chciał mi zdradzić. 

- Kiedy się z nim widział? 

-  Nie  powiedział  mi.  Proszę  cię,  nie  gniewaj  się  na  mnie,  Nick.  Powtórzyłam  ci 

wszystko, co mi powiedział. 

- Rzeczywiście, kupę się dowiedziałem - odburknąłem. - Kiedy ci to mówił? 

- Wieczorem. Opowiadał mi, kiedy wszedłeś do pokoju. Słowo daję, to wszystko, co 

wiem. 

- Jakby to było cudownie - rzekłem - gdyby któreś z was złoŜyło kiedyś pełną i jasną 

relację. Wszystko jedno w jakiej sprawie. 

Weszła Nora z kawą. 

- Co cię znowu gryzie? - zapytała. 

-  RóŜne  rzeczy  -  odparłem.  -  Zagadki,  kłamstwa.  Jestem  za  stary  i  za  bardzo 

zmęczony, Ŝeby mnie to jeszcze bawiło. Wracajmy do San Francisco. 

- Przed Nowym Rokiem? 

- Jutro, dzisiaj. 

-  Ja  chętnie.  -  Podała  mi  filiŜankę.  -  MoŜemy  polecieć  aeroplanem,  jeśli  chcesz,  to 

zdąŜymy na Sylwestra. 

Dorota odezwała się drŜącym głosem: 

- Ja nie kłamię, Nick. Powiedziałam wszystko, co... Proszę cię, proszę, nie gniewaj się 

na mnie. Jestem taka... 

Urwała i wybuchnęła łkaniem. Jęknąłem i podrapałem Astę za uchem. 

-  Jesteśmy  wszyscy  zmęczeni  i  zdenerwowani  -  zauwaŜyła.  -  Odeślijmy  psa  na  dół  i 

kładźmy  się.  Porozmawiamy,  jak  trochę  odpoczniemy.  Chodź,  Doroto,  zaniosę  ci  kawę  do 

sypialni i dam jakąś koszulę do spania. 

Dorota wstała, powiedziała do mnie: „Dobranoc. Przykro mi, Ŝe jestem taka głupia” - i 

wyszła za Norą. Po chwili Nora wróciła i usiadła koło mnie na podłodze. 

-  Nasza  Dora  szlocha  i  spazmu  je  -  poinformowała.  -  Trzeba  przyznać,  Ŝe  Ŝycie  nie 

obchodzi się z nią zbyt łagodnie. - Ziewnęła. - Co to był za straszliwy sekret? 

Powtórzyłem jej. 

- Wygląda to na historyjkę wyssaną z palca - dorzuciłem. 

- Czemu? 

- Bo wygląda. Wszystko, czegokolwiek się od niej dowiadujemy, jest wyssane z palca. 

Nora ziewnęła ponownie. 

background image

-  MoŜe  to  dobre  dla  detektywów,  ale  dla  mnie  to  nie  bardzo  przekonujące.  Słuchaj, 

zrobimy  listę  wszystkich  podejrzanych  wraz  z  motywami  i  poszlakami.  Sprawdzimy,  jak  to 

gra. 

- Jak chcesz, to rób. Ja idę spać. Co to jest poszlaka, dziecko? 

-  Jak  Gilbert  podchodzi  na  palcach  do  telefonu,  kiedy  zostałam  sama  w  salonie  i 

myślał, Ŝe śpię, i mówi telefonistce, Ŝeby nie łączyła Ŝadnych rozmów aŜ do rana. 

- No, no. 

- Albo - ciągnęła - jak Dorota odkrywa, Ŝe przez cały  czas miała w torebce klucz do 

mieszkania ciotki Alicji. 

- No, no. 

-  Albo  jak  Studs  trąca  Morellego  pod  stołem,  kiedy  zaczął  opowiadać  o  trunkowym 

kuzynie tego, jak mu tam, Dicka 0’Briena, z którym Ŝyła Julia Wolf. 

Podniosłem się i odstawiłem filiŜanki na stół. 

-  Nie  wyobraŜam  sobie,  jak  moŜe  pracować  detektyw,  który  nie  ma  takiej  Ŝony.  Ale 

mimo wszystko chyba przesadzasz. Co do szturchania Morelleg pod stołem, to na mój rozum 

nie  ma  sobie  czym  za  wracać  głowy.  Raczej  bym  się  zastanawiał,  dlaczeg  poturbowali  tego 

Wróbla: Ŝeby mi nie zrobił krzyw dy czy Ŝeby mi czegoś nie zdradził. Spać mi się chce 

-  Mnie  teŜ.  Powiedz  mi  coś,  Nick.  Tylko  powied  prawdę.  Czy  nie  podnieciło  cię  to, 

jak się mocowałe z Mimi? 

- Och, trochę. 

Parsknęła  śmiechem,  po  czym  wstała  z  podłogi.  -  No,  no,  jeśli  nie  jesteś  wstrętnym, 

starym lubieŜnikiem... - oświadczyła. - Patrz, juŜ świta. 

26 

Potrząsany przez Norę, zbudziłem się kwadrans po dziewiątej. 

- Telefon - oznajmiła. - Dzwoni Herbert Macaulay. Mówi, Ŝe ma coś waŜnego. 

Poszedłem do sypialni, bo nocowałem w salonie. Dorota spała smacznie. Mruknąłem 

„Halo” do telefonu. Macaulay rzekł: 

- Za wcześnie jeszcze na lunch, ale muszę się z tobą zaraz zobaczyć. Mogę przyjść? 

- Jasne. Przyjdź na śniadanie. 

- JuŜ jadłem. Zjedz sam. Będę za piętnaście minut. 

- Dobrze. 

Dorota uchyliła jedno oko, powiedziała sennie: „Musi być późno”, przewróciła się na 

drugi  bok  i  zapadła  z  powrotem  w  stan  nieświadomości.  Obmyłem  twarz  i  ręce  w  zimnej 

wodzie, wyszorowałem zęby, wyszczotkowałem włosy i wróciłem do salonu. 

background image

-  Zaraz  tu  będzie  -  poinformowałem  Norę.  -  Jest  juŜ  po  śniadaniu,  ale  na  wszelki 

wypadek zamów dla niego kawę. Dla mnie wątróbkę z kurcząt. 

- Jestem zaproszona na waszą ucztę czy...? 

- Jasne. Nie widziałaś nigdy Macaulaya, prawda? 

Niczego  sobie  facet.  Zostałem  kiedyś  przydzielony  na  parę  dni  do  jego  jednostki,  w 

okolicach  Vaux.  Później,  po  wojnie,  spotykaliśmy  się  od  czasu  do  czasu.  Podsunął  mi  parę 

spraw,  między  innymi  sprawę  Wynanta.  MoŜe  byśmy  się  napili  czegoś  dla  przepłukania 

gardła? 

- Nie mógłbyś pozostać trzeźwy przez jeden dzień? 

-  Nie  po  to  przyjechałem  do  Nowego  Jorku,  Ŝeby  pozostawać  trzeźwy.  Chcesz  iść 

wieczorem na mecz hokejowy? 

- Chętnie. 

Zrobiła mi cocktail i poszła zamówić śniadanie. Przejrzałem poranne gazety. Pisały o 

aresztowaniu  Jorgensena  w  Bostonie  i  o  zamordowaniu  Nunheima,  ale  znacznie  więcej 

miejsca  poświęcały  rozwojowi  wojny  gangów  w  „Przedsionku  Piekieł”,  jak  brukowce 

ochrzciły  dzielnicę  portową  na  zachodnim  Manhattanie,  aresztowaniu  „Księcia  Mike’a” 

Gergusona  i  wywiadowi  z  „Jafsiem”,  który  brał  udział  w  negocjacjach  z  kidnaperami  syna 

Lindbergha. 

Macaulay  zjawił  się  jednocześnie  z  boyem,  który  przyprowadził  Astę.  Asta  zapałała 

sympatią  do  Macaulaya,  bo  mogła  się  porządnie  oprzeć  o  jego  cięŜkie  ciało,  kiedy  ją 

czochrał; Asta nigdy nie przepadała za delikatnością. 

Macaulay miał bruzdy koło ust, a jego policzki nie były juŜ takie róŜowe jak zwykle. 

- Jak policja wpadła na tę nową koncepcję - spytał. - Sądzisz... 

Urwał, bo weszła Nora. ZdąŜyła się juŜ ubrać. 

- Noro, to jest Herbert Macaulay - przedstawiłem. - Moja Ŝona. 

Uścisnęli sobie dłonie. 

- Nick nie pozwolił mi zamówić dla pana nic prócz kawy - oznajmiła Nora. - MoŜe... 

- Nie, dziękuję. Dopiero co skończyłem śniadanie. 

- Co z tą policją? - zapytałem. Zawahał się. 

- Nora wie wszystko - zapewniłem go. - Więc o ile to nie są sprawy, które... 

- Nie o to chodzi - powiedział. - Tylko... nie chciałbym, Ŝeby pani się niepokoiła. 

-  No  to  mów.  Nora  niepokoi  się  tylko  rzeczami,  których  nie  wie.  Co  to  za  nowa 

koncepcja policji? 

background image

-  Był  u  mnie  dzisiaj  rano  porucznik  Guild  -  oświadczył.  -  Najpierw  pokazał  mi 

kawałek  dewizki  ze  scyzorykiem  i  zapytał,  czy  je  kiedy  widziałem.  Widziałem,  były 

własnością  Wynanta.  Powiedziałem,  Ŝe  chyba  tak;  Wynant  miał  coś  takiego.  Wówczas 

zapytał,  czy  nie  wiem,  w  jaki  sposób  mogły  przejść  w  posiadanie  kogoś  innego,  i 

pociągnąwszy  go  trochę  za  język,  dowiedziałem  się,  Ŝe  ten  ktoś  inny  to  ty  albo  Mimi. 

Odparłem, Ŝe oczywiście: Wynant mógł je dać któremuś z was albo mogliście je ukraść czy 

znaleźć  na  ulicy,  albo  mogliście  je  dostać  od  kogoś,  kto  je  ukradł  czy  znalazł  na  ulicy,  albo 

mogliście je dostać od kogoś, komu Wynant je dał. Mogliście równieŜ wejść w ich posiadanie 

na  róŜne  inne  sposoby,  dorzuciłem,  ale  się  zorientował,  Ŝe  kpię,  i  nie  pozwolił  mi  więcej 

mówić. 

Na policzki Nory wystąpiły czerwone plamy, oczy jej pociemniały. 

- Idiota jeden! 

-  No,  no  -  powiedziałem  uspokajająco.  -  MoŜe  powinienem  cię  był  uprzedzić:  juŜ 

wczoraj  zmierzał  w  tym  kierunku.  Przypuszczam,  Ŝe  to  moja  stara  przyjaciółka,  Mimi, 

postarała się rzucić parę aluzji. Co jeszcze było przedmiotem jego dociekliwości? 

-  Chciał  się  dowiedzieć...  Pytanie,  które  zadał,  brzmiało  tak:  „Sądzi  pan,  Ŝe  Charles 

romansował jeszcze ciągle z tą Julią Wolf? Czy teŜ to juŜ była skończona historia?” 

- Nie ma co, czuję w tym geniusz Mimi - zauwaŜyłem. - I co mu odpowiedziałeś? 

- śe nie wiem, czy jeszcze z nią romansowałeś,; poniewaŜ nie słyszałem, Ŝebyś z nią 

w  ogóle  romansował.  Po  czym  mu  przypomniałem,  Ŝe  nie  mieszkasz  od  dłuŜszego  czasu  w 

Nowym Jorku. 

- Romansowałeś z nią? - spytała Nora. 

- Chyba nie masz zamiaru kwestionować prawdomówności Maca? - odpowiedziałem 

pytaniem na pytanie. - A co on na to? 

- Nic. Spytał, jak sądzę: czy Jorgensen wiedział o tobie i Mimi? A kiedy zapytałem, co 

o tobie i o Mimi, zarzucił mi, Ŝe udaję naiwniaka, to jego własne słowa, - tak Ŝe do niczego 

nie doszliśmy. Interesował się takŜe, kiedy i gdzie cię widziałem. Dokładnie co do centymetra 

i co do sekundy. 

- To miło z jego strony - powiedziałem. - Mam nędzne alibi. 

Zjawił  się  kelner  ze  śniadaniem.  Gawędziliśmy  o  tym  i  owym,  dopóki  nie  nakrył  do 

stołu i nie wyszedł. 

- MoŜesz się niczego nie obawiać - podjął Macaulay. - Mam zamiar oddać Wynanta w 

ręce policji. 

Głos miał drŜący i jakby zdławiony. 

background image

- Pewien jesteś, Ŝe to on? - zapytałem. - Bo ja nie. 

- Ja wiem - odparł po prostu. Odchrząknął. - Nawet gdyby była jedna szansa na tysiąc, 

Ŝ

e się mylę, a nie mylę się, to jest szaleńcem, Nick. Nie powinien się znajdować na wolności. 

- MoŜe masz rację. Zresztą skoro wiesz... 

- Wiem - powtórzył. -  Widziałem go w dniu zabójstwa. Nie mogło minąć więcej niŜ 

pół  godziny  od  momentu,  kiedy  ją  zabił.  Oczywiście  nie  wiedziałem  tego  wtedy,  nie 

wiedziałem jeszcze, Ŝe ją w ogóle zabił. No, ale teraz wiem. 

- Spotkałeś go w biurze tego Hermanna? 

- Co? 

- Podobno byłeś w biurze niejakiego Hermanna na Pięćdziesiątej Siódmej Ulicy mniej 

więcej od trzeciej do czwartej po południu. Tak przynajmniej twierdzi policja. 

- Zgadza się. - odrzekł. - To znaczy, tak im powiedziałem. Naprawdę było tak: kiedy 

nie zastałem Wynanta i nie znalazłem Ŝadnego śladu po nim w hotelu PlaŜa, i kiedy telefony 

do  biura  i  do  Julii  teŜ  nie  dały  Ŝadnego  rezultatu,  zrezygnowałem  ze  spotkania  i  ruszyłem 

spacerkiem do biura Hermanna. To inŜynier górnik, mój klient. Organizuje spółkę, dla której 

spisywałem  umowę,  i  trzeba  było  wprowadzić  kilka  drobnych  zmian.  Doszedłszy  do 

Pięćdziesiątej  Siódmej  Ulicy,  nagle  doznałem  wraŜenia,  Ŝe  ktoś  za  mną  idzie.  Znasz  to 

uczucie?  Nie  wiedziałem,  kto  i  dlaczego  miałby  mnie  śledzić,  ale  cóŜ,  jestem  adwokatem, 

zawsze  moŜe  się  zdarzyć.  Chciałem  się  upewnić,  więc  skręciłem  w  Pięćdziesiątą  Siódmą 

Ulicę  i  doszedłem  do  Madison  Avenue.  Ale  ciągle  nie  byłem  pewien.  Szedł  za  mną  niski, 

ziemisty osobnik, którego jak mi się zdawało, widziałem w PlaŜa, ale wiesz... Najłatwiejszym 

sposobem sprawdzenia wydało mi się wzięcie taksówki, więc wsiadłem i kazałem szoferowi 

jechać w kierunku wschodnim. Ale ruch był wielki i ciągle nie mogłem się zorientować, czy 

ten  facet  albo  ktoś  inny  jedzie  za  mną.  Kazałem  szoferowi  skręcić  w  Trzecią  Aleję  na 

południe,  potem  znowu  w  Pięćdziesiątą  Szóstą  Ulicę  na  wschód  i  znowu  w  Drugą  Aleję  na 

południe.  Teraz  byłem  juŜ  pewny,  Ŝe  jedzie  za  mną  Ŝółta  taksówka.  Oczywiście  nie 

widziałem,  czy  ten  jegomość  jest  w  niej,  dzieliła  nas  za  duŜa  odległość.  I  wtedy,  stojąc  pod 

czerwonym  światłem  na  następnym  rogu,  zobaczyłem  Wynanta  w  taksówce  jadącej 

Pięćdziesiątą  Piątą  Ulicą  w  kierunku  zachodnim.  Nie  zdziwiło  mnie  to  zbytnio, 

znajdowaliśmy  się  przecieŜ  zaledwie  o  dwie  przecznice  od  mieszkania  Julii.  Przyjąłem  za 

rzecz  zupełnie  naturalną,  Ŝe  mogła  nie  chcieć  odbierać  telefonu  w  jego  obecności,  kiedy 

dzwoniłem,  i  przypuszczałem,  Ŝe  Wynant  jedzie  teraz  na  spotkanie  ze  mną  do  hotelu  PlaŜa. 

Nigdy  nie  był  zbyt  punktualny.  Kazałem  szoferowi  skręcić,  ale  przy  Lexington  Avenue, 

jechałem o jakieś pół przecznicy za nim, taksówka Wynanta zboczyła na południe. Nie był to 

background image

ani  kierunek  hotelu,  ani  mojego  biura,  więc  powiedziałem  sobie,  czort  z nim,  i  zwróciłem  z 

powrotem uwagę na taksówkę jadącą za mną. Okazało się jednak, Ŝe zniknęła. Rozglądałem 

się przez cały czas jazdy do Hermanna, ale nic więcej nie spostrzegłem. 

- O której widziałeś Wynanta? - zapytałem. 

-  Musiało  być  jakieś  piętnaście,  dwadzieścia  po  trzeciej,  bo  za  dwadzieścia  czwarta 

byłem u Hermanna, a sądzę, Ŝe jazda zabrała mi jakieś dwadzieścia, dwadzieścia pięć minut. 

Kiedy  przyjechałem,  sekretarka,  Luiza  Jacobs,  z  którą  spotkałeś  mnie  wczoraj  wieczorem, 

powiedziała mi, Ŝe Hermann konferuje przez całe popołudnie, ale za parę minut powinien być 

wolny.  Rzeczywiście,  niedługo  wyszedł,  załatwiłem  z  nim  sprawę  w  dziesięć,  piętnaście 

minut, po czym wróciłem do biura. 

-  Widziałeś  Wynanta  w  przelocie,  więc  pewnie  nie  zauwaŜyłeś,  czy  jest 

zdenerwowany, czy ma dewizkę, czy pachnie prochem i tak dalej. 

-  Oczywiście.  Widziałem  tylko  jego  profil  w  przejeździe,  ale  nie  sądź,  Ŝe  mam 

wątpliwości, czy to był on. 

- Nie sądzę. I co dalej? - zapytałem. 

-  Nie  zadzwonił  więcej. Natomiast  w  jakąś  godzinę  później  miałem telefon  z  policji, 

Ŝ

e  Julia  nie  Ŝyje.  Chciałbym,  Ŝebyś  mnie  dobrze  zrozumiał;  nie  przypuszczałem  ani  przez 

sekundę,  Ŝe  Wynant  ją  zabił.  Chyba  to  rozumiesz,  sam  do  tej  chwili  nie  wierzysz.  Dość  Ŝe 

kiedy  zaczęli  mnie  o  niego  wypytywać  w  Komendzie,  a  zorientowałem  się  od  razu,  Ŝe  go 

podejrzewają,  uczyniłem  to,  co  dziewięćdziesięciu  dziewięciu  adwokatów  na  stu  uczyniłoby 

dla  swoich  klientów:  nie  wspomniałem,  Ŝe  go  widziałem  w  sąsiedztwie  Julii.  Powiedziałem 

tylko to, co tobie - Ŝe byłem z nim umówiony,  ale się nie zjawił - dając im jednocześnie do 

zrozumienia, Ŝe bezpośrednio z hotelu PlaŜa udałem się do Hermanna. 

-  To  zupełnie  naturalne  -  przyznałem.  -  Nie  chciałeś  nic  mówić,  dopóki  się  nie 

dowiesz, co on ci ma do powiedzenia. 

- Oczywiście, tylko Ŝe do dziś dnia nic się nie dowiedziałem. Miałem nadzieję, Ŝe się 

pokaŜe, zadzwoni, cokolwiek, ale nic nie nastąpiło aŜ do tego wtorku, kiedy dostałem listę z 

Filadelfii. W liście nie było ani słowa o piątkowym spotkaniu, które nie doszło do skutku, w 

ogóle nic... Zresztą sam czytałeś. I co sądzisz o tym liście? 

- Chodzi ci o to, czy mi się wydał podejrzany? 

- Tak. 

- Niespecjalnie - odparłem. - Czegoś w tym rodzaju moŜna się było spodziewać, jeśli 

jej  nie  zabił.  Nie  zdradzał  zbytniego  popłochu,  Ŝe  policja  go  podejrzewa,  tylko 

niezadowolenie,  Ŝe  moŜe  mu  to  przeszkodzić  w  pracy,  i  Ŝyczenie,  by  wyjaśnić  sprawę  bez 

background image

zawracania mu głowy. Niezbyt inteligentny list, gdyby go napisał ktoś inny, ale zgodny z jego 

narwanym charakterem. Widzę, jak go wysyła i ani mu przyjdzie do głowy, Ŝe najlepsze, co 

by mógł zrobić, to wytłumaczyć się ze swoich poczynań w dniu morderstwa. Jesteś pewien, 

Ŝ

e wracał od Julii, kiedy go widziałeś? 

- Teraz tak. Od razu tak myślałem, ale później przyszło mi do głowy, Ŝe mógł być w 

swoim warsztacie, który się mieści na Pierwszej Alei, o kilka przecznic od miejsca, gdzie go 

widziałem.  Wprawdzie  warsztat  jest  zamknięty  od  czasu  jego  wyjazdu,  ale  w  zeszłym 

miesiącu przedłuŜyliśmy dzierŜawę i wszystko czeka na jego powrót, więc mógł tam wpaść. 

Policja nie znalazła Ŝadnych śladów świadczących, czy tam był, czy nie. 

- Aha, miałem cię zapytać: coś mi się obiło o uszy, Ŝe zapuścił brodę. Czy... 

-  Nie,  ta  sama  długa,  koścista  twarz,  z  tymi  samymi  niechlujnymi  szpakowatymi 

wąsikami. 

- I jeszcze jedno: wczoraj został zabity niejaki Nunheim, niski... 

- Właśnie chciałem o tym mówić - odparł. 

- Myślę o tym niskim osobniku, którego posądzałeś, Ŝe cię śledzi. 

Macaulay patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami. 

- Myślisz, Ŝe to mógł być Nunheim? 

- Nie wiem. Zastanawiam się. 

- Ja teŜ nie wiem. Nigdy go nie widziałem. 

- Niski, drobny, najwyŜej metr sześćdziesiąt wzrostu, nie więcej niŜ sześćdziesiąt kilo 

wagi. Dałbym mu na oko jakieś trzydzieści pięć, sześć lat. Ziemista cera, ciemne włosy, oczy 

osadzone  blisko  siebie,  szerokie  usta,  długi,  miękki  nos,  odstające  uszy,  rozbiegane 

spojrzenie. 

- I owszem, to by się zgadzało, chociaŜ, rozumiesz, nie przyjrzałem się z bliska temu 

facetowi. Myślę, Ŝe policja pozwoliłaby mi  go obejrzeć. - Wzruszył ramionami. -  Zresztą to 

juŜ nie ma znaczenia. Na czym ja stanąłem? Aa, mówiłem, Ŝe nie udało mi się skontaktować z 

Wynantem.  Stawiało  mnie  to  w  niewygodnej  sytuacji,  gdyŜ  policja  niedwuznacznie 

podejrzewała, Ŝe jestem z nim w kontakcie. Zresztą ty teŜ tak uwaŜałeś, prawda? 

- Tak - przyznałem. 

- Tak jak policja, podejrzewałeś, Ŝe wbrew zapewnieniom spotkałem się z nim albo w 

hotelu PlaŜa, albo później w dniu morderstwa? 

- Wydawało mi się to prawdopodobne. 

- Tak. No i mieliście po części rację, bo go widziałem, i to w miejscu i w czasie, które 

w  oczach  policji  oznaczałyby  „Winien”  przez  wielkie  W.  Więc  skłamawszy  raz 

background image

instynktownie,  przez  niedomówienie,  kłamałem  teraz  dalej,  wprost  i  z  rozmysłem.  Hermann 

siedział  przez  całe  popołudnie  na  konferencji  i  nie  wiedział,  jak  długo  na  niego  czekałem,  a 

Luiza Jacobs jest moją dobrą przyjaciółką. Nie wdając się w szczegóły, zapytałem, czy by nie 

zechciała  pomóc  pewnemu  mojemu  klientowi  zeznaniem,  Ŝe  przyszedłem  minutę  albo  dwie 

po trzeciej. Zgodziła się, nawet chętnie. śeby jej nie naraŜać na ewentualne nieprzyjemności, 

podsunąłem  jej,  Ŝe  w  razie  czego  moŜe  się  zawsze  tłumaczyć,  Ŝe  nie  pamięta  dokładnie,  o 

której przyszedłem, tylko ja następnego dnia napomknąłem mimochodem, Ŝe przyszedłem o 

tej godzinie, a nie miała powodu mi nie wierzyć. Jednym słowem zwaliła wszystko na mnie - 

Macaulay  odetchnął  głośno. - Ale to juŜ bez znaczenia. NajwaŜniejsze, Ŝe miałem dziś rano 

wiadomość od Wynanta. 

- Znowu jakiś idiotyczny list? - zapytałem. 

-  Nie,  dzwonił.  Umówiłem  się  z  nim  na  wieczór;  mam  przyprowadzić  ciebie. 

Powiedziałem,  Ŝe  nie  kiwniesz  dla  niego  palcem,  dopóki  się  z  nim  nie  zobaczysz,  i  obiecał 

przyjść wieczorem.  Zawiadomię oczywiście policję. Nie mogę  go dłuŜej kryć w ten sposób. 

Jak  dojdzie  do  sprawy,  uzyskam  dla  niego  uniewinnienie  na  zasadzie  niepoczytalności,  no  i 

umieści się go w sanatorium. Nic więcej nie mogę zrobić. I nie chcę. 

- Zawiadomiłeś juŜ policję? 

- Nie. Zadzwonił po ich wyjściu. Chciałem się najpierw porozumieć z tobą. Chciałem, 

Ŝ

ebyś wiedział, Ŝe jeszcze nie zapomniałem, co ci zawdzięczam. 

- Nonsens - powiedziałem. 

- Wcale nie. - Obrócił się do Nory. - Pani pewnie nie wie, Ŝe podczas wojny ocalił mi 

Ŝ

ycie w pewnym leju... 

- Ma na tym punkcie bzika - wyjaśniłem Norze. - Po prostu strzelił do jednego Niemca 

i  nie  trafił,  a  ja  strzeliłem  i  trafiłem.  To  wszystko.  -  Obróciłem  się  do  Macaulaya:  -  Nie 

sądzisz,  Ŝe  moŜna  by  jeszcze  trochę  zaczekać  z  tą  policją?  Moglibyśmy  się  z  nim  spotkać  i 

wysłuchać, co ma do powiedzenia. Przyciśniemy go do muru i jeśli będziemy uwaŜali, Ŝe to 

on, wezwiemy policję, jak się będzie zbierał do wyjścia. 

Macaulay uśmiechnął się ze zmęczeniem. 

-  Masz  jeszcze  wątpliwości?  No,  ja  gotów  jestem  zrobić,  co  chcesz,  chociaŜ  wydaje 

mi się... Zresztą moŜe zmienisz zdanie, kiedy ci powtórzę naszą rozmowę. 

Do  salonu  weszła  ziewając  Dorota  w  nocnej  koszuli  i  szlafroku  Nory  -  i  jedno,  i 

drugie było na nią o wiele za długie. 

-  Och!  -  wykrzyknęła  na  widok  Macaulaya.  Po  chwili,  poznawszy  go,  dorzuciła:  - 

Dzień dobry panu. Nie wiedziałam, Ŝe pan tu jest. Są jakieś wiadomości o tatusiu? 

background image

Spojrzał na mnie. Pokręciłem głową. Macaulay powiedział: 

- Jak dotąd nie, ale moŜe dzisiaj coś będzie. 

-  Dorota  miała  pośrednią  wiadomość  -  poinformowałem.  -  Opowiedz  o  Gilbercie, 

Doroto. 

-  Masz  na  myśli  to...  to  z  tatusiem?  -  spytała  niepewnie,  ze  wzrokiem  wbitym  w 

podłogę. 

- SkądŜe znowu! - odparłem. 

Poczerwieniała  i  zmierzyła  mnie  z  wyrzutem,  po  czym  rzuciła  spiesznie  w  stronę 

Macaulaya: 

- Gilbert widział się wczoraj z tatusiem i tatuś mu powiedział, kto zabił pannę Wolf. 

- Co-o? 

Z powagą kiwnęła cztery czy pięć razy głową. Macaulay patrzył na mnie zdumionym 

wzrokiem. 

- To nie musi być prawda - zauwaŜyłem. - Tak twierdzi Gilbert. 

- Rozumiem. Więc sądzisz, Ŝe on...? 

- Zdaje się, nie miałeś zbyt wiele do czynienia z tą rodzinką? - zapytałem. 

- Nie. 

-  Powiadam  ci,  to  jest  coś.  Wszyscy  mają  ćwieczka  na  tle  seksualnym  i  od  czasu  do 

czasu uderza im do głowy. Zaczyna się zwykle... 

- Jesteś okropny - powiedziała Dorota ze złością. - Starałam się, jak mogłam... 

- Czemu się rzucasz? - zapytałem. - Idę ci tym razem na rękę: gotów jestem uwierzyć, 

Ŝ

e Gilbert ci to mówił. Nie moŜesz zbyt wiele wymagać. 

- I kto ją zabił? - spytał Macaulay. 

- Nie wiem. Gil nie chciał mi powiedzieć. 

- Pani brat często się z nim spotyka? 

- Nie wiem, czy często. Mówi, Ŝe się z nim widuje. 

- A nie wspomniał nic... o niejakim Nunheimie? 

- Nie. Nick pytał mnie o to samo. Gil nie chciał mi powiedzieć nic więcej. 

Napotkałem spojrzenie Nory i dałem jej znak. Nora wstała mówiąc: 

- Chodźmy do drugiego pokoju, Doroto. Niech męŜczyźni sobie spokojnie pogadają o 

swoich sprawach. 

Dorota ociągała się trochę, ale wyszła za Norą. Macaulay zauwaŜył: 

- Wyrosła z niej dziewczyna, buzi dać. - Chrząknął. - Mam nadzieję, Ŝe twoja Ŝona... 

background image

-  Nie  ma  o  czym  mówić.  Nora  nie  jest  taka.  Zacząłeś  mi  opowiadać  o  rozmowie  z 

Wynantem. 

- Zadzwonił zaraz po wyjściu policji, Ŝe widział ogłoszenie w „Timesie” i co od niego 

chcę. Poinformowałem go, Ŝe nie palisz się zbytnio do sprawy i palcem nie kiwniesz, dopóki 

się  z  nim  nie  rozmówisz.  Obiecał  zobaczyć  się  z  nami  wieczorem,  po  czym  pyta,  czy 

widziałem  się  z  Mimi.  Mówię,  Ŝe  owszem,  widziałem  się  raz  czy  dwa,  odkąd  wróciła  z 

Europy,  widziałem  się  takŜe  z  jego  córką.  Na  to  powiada  mi  tak:  „Jeśliby  się  zwróciła  o 

pieniądze, wypłać jej kaŜdą sumę w granicach zdrowego rozsądku”. 

- Coś takiego! Macaulay pokiwał głową. 

- Ja teŜ tak zareagowałem. Pytałem go, niby dlaczego mam jej dawać pieniądze, a on 

powiada, Ŝe to, co piszą poranne gazety, przekonuje go, Ŝe Mimi jest raczej ofiarą Keltermana 

niŜ  jego  wspólniczką,  i  ma  powody  sądzić,  Ŝe  jest  wobec  niego  Ŝyczliwie  usposobiona. 

Domyśliłem  się,  do  czego  pije,  i  mówię,  Ŝe  przekazała  juŜ  policji  scyzoryk  i  dewizkę.  I 

zgadnij, co mi na to powiedział. 

- Poddaję się. 

- Jąkał się chwilę, nie myśl, Ŝe długo, po czym pyta najobojętniej w świecie: „Masz na 

myśli scyzoryk i dewizkę, które zostawiłem Julii, Ŝeby oddała do reperacji?” 

Parsknąłem śmiechem. 

- A ty co na to? 

-  Zatkało  mnie.  Zanim  zdąŜyłem  zebrać  myśli,  on  mówi:  „Zresztą  pogadamy  o  tym, 

jak  się  zobaczymy  wieczorem”.  Spytałem,  gdzie  i  kiedy  mamy  czekać,  a  on  powiada,  Ŝe 

jeszcze zadzwoni, bo sam nie wie, gdzie będzie. Ma dzwonić o dziesiątej do mnie do domu. 

Zaczęło mu się nagle śpieszyć, chociaŜ dotąd rozmawiał jakby nigdy nic. Nie miał juŜ czasu 

odpowiedzieć  na  Ŝadne  z  pytań,  które  mu  chciałem  zadać.  Jak  tylko  się  rozłączył, 

zadzwoniłem do ciebie. I co teraz sądzisz o jego niewinności? 

- Nie jestem juŜ taki przekonany - odparłem wolno. - Pewien jesteś, Ŝe zadzwoni o tej 

dziesiątej? 

Macaulay wzruszył ramionami. 

- Wiesz tyle, co ja. 

-  Na  twoim  miejscu  nie  zawracałbym  głowy  policji,  dopóki  nie  będziemy  mieli 

naszego wariatuńcia w ręku. Coś mi się zdaje, Ŝe ta twoja historia nie przypadnie im zbytnio 

do gustu. MoŜe cię od razu nie zamkną, ale w kaŜdym razie zaleją ci porządnie sadła za skórę, 

jeśli Wynant da nogę. 

- Wiem, ale chciałbym wreszcie zrzucić kamień serca. 

background image

- Te parę godzin nie ma juŜ większego znaczenia - odparłem. - Nie rozmawialiście o 

tym niedoszłym spotkaniu w hotelu PlaŜa? 

- Nie. Nie zdąŜyłem go zapytać. No, skoro tak uwaŜasz, to poczekam, ale... 

-  Poczekamy  w  kaŜdym  razie  do  wieczora,  zobaczymy,  czy  zadzwoni.  Wtedy 

zdecydujemy, czy zawiadomić policję. 

- Nie wierzysz, Ŝe zadzwoni? 

- Nie jestem taki pewien - powiedziałem. - Nie stawił się na poprzednie spotkanie, a z 

tego,  co  mówisz,  widać,  Ŝe  zbył  cię  byle  czym,  usłyszawszy,  Ŝe  Mimi  przekazała  policji 

dewizkę  i  scyzoryk.  Nie  liczyłbym  zbytnio  na  ten  telefon.  Zresztą  zobaczymy.  Chyba  lepiej 

będzie, jak przyjdę do ciebie koło jakiejś dziewiątej, prawda? 

- Przyjdź na kolację. 

- Nie mogę, ale postaram się być jak najwcześniej, gdyby zadzwonił przed umówioną 

godziną. Trzeba będzie szybko działać. Gdzie mieszkasz? 

Macaulay podał mi swój adres w Scarsdale i zaczął się zbierać. 

- PoŜegnaj ode mnie Ŝonę, i podziękuj... Aha, mam nadzieję, Ŝe dobrze zrozumiałeś to, 

co  wczoraj  powiedziałem  o  Harrisonie  Quinnie.  Po  protu  nie  miałem  szczęścia  do  jego  rad. 

Nie  chciałem  sugerować,  Ŝe  coś  było  nie  w  porządku,  rozumiesz,  albo  Ŝe  inni  klienci  nie 

zarabiali dzięki niemu. 

- Rozumiem - odparłem i zawołałem Norę. 

Uścisnęli  sobie  dłonie,  wymienili  parę  grzecznościowych  uwag.  Macaulay  poklepał 

Astę, rzucił mi jeszcze od drzwi: „Postaraj się być jak najwcześniej” - i wyszedł. 

- Nici z naszego meczu - oznajmiłem. - Chyba Ŝe znajdziesz sobie inne towarzystwo. 

- DuŜo straciłam wychodząc? - spytała Nora. 

-  Nie.  -  Powtórzyłem  jej,  czego  się  dowiedziałem.-  Tylko  proszę  cię,  nie  pytaj,  co  o 

tym  sądzę.  Sam  nie  wiem.  Wiem,  Ŝe  Wynant  jest  kopnięty,  ale  nie  zachowuje  się  jak 

morderca. Zachowuje się, jak człowiek prowadzący jakąś grę, tylko Bóg wie, co to za gra. 

- Ja myślę - rzekła - Ŝe kogoś chroni. 

- A dlaczego uwaŜasz, Ŝe to nie on zabił? Popatrzyła na mnie zaskoczona. 

- Bo ty tak uwaŜasz. Odparłem, Ŝe to świetny powód. 

- A kogo chroni, jeśli moŜna wiedzieć? - zapytałem. 

-  Jeszcze  nie  doszłam.  Tylko  proszę  cię,  nie  nabijaj  się  ze  mnie.  Zastanawiałam  się 

nad tym długo. Nie Macaulaya, bo unika jego pomocy w chronieniu tego kogoś, i... 

...i nie mnie - podsunąłem - bo stara się skaptować mnie do pomocy. 

background image

- Nabijaj się ze mnie, nabijaj - powiedziała. - Dopiero będziesz miał głupią minę, jak 

zgadnę  pierwsza.  Nie  jest  to  takŜe  Mimi  ani  Jorgensen,  bo  próbował  na  nich  rzucać 

podejrzenia. I nie Nunheim, bo prawdopodobnie został zabity przez tę samą osobę; zresztą nie 

potrzeba go juŜ chronić. RównieŜ nie Morelli, bo Wynant był o niego zazdrosny i nie kochali 

się  zbytnio.  -  Zmarszczyła  czoło  w  moją  stronę.  -  Chciałabym,  Ŝebyś  się  dowiedział  czegoś 

więcej o tym grubasie, którego nazywali Wróblem, i o tej tęgiej rudej kobiecie. 

- A co z Dorotą i Gilbertem? 

-  Właśnie  miałam  cię  zapytać.  Sądzisz,  Ŝe  Ŝywi  do  nich  jakieś  głębsze  uczucia 

ojcowskie? 

- Nie. 

-  Prawdopodobnie  chcesz  mnie  po  prostu  zniechęcić  -  powiedziała.  -  Znając  ich, 

trudno przypuścić, Ŝeby któreś było winne zabójstwa, ale staram się odsunąć na bok osobiste 

wraŜenia  i  trzymać  się  wyłącznie  logiki.  Wczoraj  przed  zaśnięciem  zrobiłam  listę 

wszystkich...-  Nic  tak  dobrze  nie  robi  na  bezsenność  jak  odrobina  logicznego  rozumowania. 

To tak jak... 

-  Skończ  z  tą  cholerną  wyŜszością.  Jak  dotąd,  twoje  osiągnięcia  nie  są  zbyt 

oszałamiające. 

.-  Nie  chciałem  ci  zrobić  przykrości  -  powiedziałem  i  pocałowałem  ją.  -  To  nowa 

suknia? 

- Aha! Zmieniasz temat, tchórzu jeden. 

27 

Wczesnym  popołudniem  wybrałem  się  do  Guilda.  Przywitawszy  się  przystąpiłem  od 

razu do ataku. 

- Przyszedłem bez adwokata. UwaŜałem, Ŝe lepiej będzie wyglądało, jak przyjdę sam. 

Zmarszczył czoło i potrząsnął głową, jakbym go osobiście dotknął. 

- AleŜ nie miałem na myśli nic podobnego - powiedział cierpliwie. 

- I owszem, coś bardzo podobnego. Westchnął. 

-  Nie  sądziłem,  Ŝe  popełni  pan  ten  sam  błąd,  co  wszyscy,  którzy  sobie  wyobraŜają... 

PrzecieŜ pan dobrze wie, Ŝe musimy sprawdzić kaŜdy szczegół. 

- JuŜ to gdzieś słyszałem. Co pan chce wiedzieć? 

- Tylko jedno: kto zabił Julię i tego... 

- Niech pan spróbuje zapytać Gilberta - podsunąłem. 

Guild wydął wargi. 

- Dlaczego akurat jego? 

background image

-  Oznajmił  wczoraj  siostrze,  Ŝe  wie,  kto  to  zrobił.  Twierdzi,  Ŝe  się  dowiedział  od 

Wynanta. 

- Chce pan powiedzieć, Ŝe się widział ze starym? 

- Tak mówi siostra. Nie miałem okazji z nim samym. 

ZmruŜył swoje wodniste oczy. 

- Co tam się właściwie wyprawia, panie Charles? 

- U Jorgensenów? Wie pan chyba tyle co ja. 

- Nie wiem - oświadczył - fakt. - Nie mogę ich ani rusz rozgryźć. Na przykład ta cała 

pani Jorgensen, co to za kobieta? 

- Blondyna. Kiwnął ponuro głową. 

- Yhm. Mniej więcej tyle o niej wiem. Ale niech pan posłucha, pan ich przecieŜ zna od 

dawna. Pani Jorgensen mówi, Ŝe miał pan z nią... 

-  Z  nią,  z  jej  córką,  z  Julią  Wolf  i  z  królową  angielską.  W  ogóle  jestem  pies  na 

kobiety. 

Uniósł dłoń do góry. 

- Nie twierdzę, Ŝe naleŜy wierzyć we wszystko, co mówi. Nie ma się pan o co obraŜać. 

W  ogóle  przyjął  pan  niewłaściwą  postawę.  Zachowuje  się  pan  tak,  jakbyśmy  się  panu 

dobierali do skóry. Jest pan w błędzie, w absolutnym błędzie. 

- MoŜe i jestem, ale fakt, Ŝe od wczoraj prowadzi pan wobec mnie podwójną grę. 

Zmierzył mnie twardym spojrzeniem swoich bladych oczu i powiedział spokojnie: 

- Jestem policjantem i robię, co do mnie naleŜy. 

-  Uwaga  nie  pozbawiona  racji.  Kazał  mi  pan  dzisiaj  przyjść.  Czego  pan  ode  mnie 

chce? 

- Nie kazałem panu przychodzić. Prosiłem, Ŝeby pan wpadł. 

- Dobrze. I czego pan ode mnie chce? 

-  Mogę  powiedzieć,  czego  nie  chcę  -  odparł.  -  Nie  chcę,  Ŝeby  pan  to  tak  traktował. 

Byliśmy dotąd na przyjacielskiej stopie; chciałbym, Ŝeby tak pozostało. 

- Sam pan sobie winien. 

- Nie sądzę. Niech pan posłucha, panie Charles. Czy mógłby pan zeznać pod przysięgą 

czy choćby dać słowo, Ŝe wykładał pan na stół wszystkie karty? 

Nie było się co upierać - i tak by mi nie uwierzył. 

- Właściwie wszystkie - powiedziałem. 

-  Właściwie  -  burknął.  -  Wszyscy  mówią  mi  właś  -  i  ciwie  całą  prawdę.  Chciałbym, 

Ŝ

eby wreszcie ktoś się zachował właściwie i wywalił kawę na ławę. 

background image

Rozumiałem go, mogłemu mu tylko współczuć. 

- MoŜe nikt z ludzi, z którymi pan rozmawiał, nie zna całej prawdy? - zauwaŜyłem. 

Skrzywił się brzydko. 

- To nawet prawdopodobne, co? Niech pan posłucha, panie Charles. Rozmawiałem, z 

kim się dało. Jak pan mi wskaŜe jeszcze kogoś, teŜ chętnie porozmawiam. Myśli pan moŜe o 

Wynancie?  Co  pan  sobie  wyobraŜa:  Ŝe  nie  poruszyliśmy  wszystkich  spręŜyn,  jakimi 

rozporządzą policja, Ŝeby go znaleźć? 

- Jest jeszcze syn - podsunąłem. 

- Jest jeszcze syn - zgodził się. Wezwał Andy’ego i śniadego męŜczyznę o krzywych 

nogach,  nazwiskiem  Kline.  -  Macie  mi  dostarczyć  młodego  Wynanta,  wiecie,  tego 

szczeniaka.  Chcę  z  nim  pogadać.  -  A  kiedy  wyszli,  dorzucił:  -  Widzi  pan,  z  kaŜdym  gotów 

jestem rozmawiać. 

-  Zdaje  się,  Ŝe  nie  bardzo  panu  dzisiaj  dopisują  nerwy,  prawda?  Ma  pan  zamiar 

ś

ciągnąć Jorgensena z Bostonu? 

Wzruszył barczystymi ramionami. 

- Nie wiem. Jego historia brzmi dość przekonująco. Chce pan posłuchać i powiedzieć, 

co pan o tym sądzi? 

- Jasne. 

- A nerwy mi dzisiaj nie dopisują, fakt - przyznał. - Przez całą noc nie zmruŜyłem oka. 

Mówię  panu,  pieskie  Ŝycie.  Sam  nie  wiem,  czemu  tego  nie  rzucę.  Mógłby  sobie  człowiek 

kupić  kawałek  gruntu,  ogrodzić  siatką,  kupić  parę  srebrnych  lisów...  Ale  mniejsza  z  tym. 

Więc  kiedy  przepłoszyliście  Jorgensena  w  dwudziestym  piątym  roku,  facet  prysnął  do 

Niemiec,  zostawiając  Ŝonę  na  lodzie,  chociaŜ  tym  się  juŜ  zbytnio  nie  chwali.  Zmienił 

nazwisko, Ŝebyście mieli więcej kłopotu ze znalezieniem go. Z tego samego powodu bał się 

pracować w swoim zawodzie, podaje się za jakiegoś tam inŜyniera, takŜe nie bardzo był przy 

forsie.  Twierdzi,  Ŝe  robił  raz  to,  raz  tamto,  co  mu  się  nawinęło,  ale  o  ile  się  mogłem 

zorientować, głównie grał Ŝigolaka. Rozumie pan, co mam na myśli? Ale teŜ nie mógł znaleźć 

zbyt  wiele  facetek  przy  forsie.  AŜ  tu  kiedyś,  w  dwudziestym  siódmym  czy  w  dwudziestym 

ósmym roku w Mediolanie, to takie miasto we Włoszech, czyta w paryskim „Heraldzie”, Ŝe 

nasza  Mimi,  niedawno  rozwiedziona  z  Clyde’em  Millerem  Wynantem,  zjechała  właśnie  do 

ParyŜa. Nie zna jej osobiście ani ona jego, wie tylko, Ŝe jest szampańską blondyną, która lubi 

chłopców, lubi się bawić i ma nie za dobrze w  głowie. Kombinuje sobie,  Ŝe musiało jej coś 

kapnąć  z  majątku  Wynanta,  a  uwaŜa,  Ŝe  cokolwiek  od  niej  wyciągnie,  to  tak  jakby  odebrał 

background image

Wynantowi swoją naleŜność. Jednym słowem, sięga jak po swoje. Więc wyskrobał na bilet do 

ParyŜa i jedzie. W porządku, jak dotąd? 

- Chyba w porządku. 

- Ja teŜ tak myślę. Nie miał zbytniego kłopotu z poznaniem jej w ParyŜu: - przygadał 

ją czy teŜ znalazł kogoś, kto go przedstawił, nie wiem. Reszta idzie równie łatwo. Mimi traci 

dla  niego  głowę  od  pierwszego  wejrzenia,  jak  twierdzi.  Mało  tego,  ani  się  obejrzał  jak  go 

zdystansowała: chce się za niego wydać. Oczywiście ani myśli jej od tego odwodzić. Zamiast 

alimentów  wydusiła  od  Wynanta  jednorazowo  dwieście  tysięcy  dolarów,  jak  Boga  kocham, 

więc drugie małŜeństwo nie ma Ŝadnego wpływu na płatności, a pozwoli mu połoŜyć łapę na 

gotówce. Jednym słowem, pobierają się. Według niego ślub był lipny, ceremonia odbyła się w 

jakichś  górach,  które,  mówi,  leŜą  między  Hiszpanią  a  Francją,  i  została  odprawiona  przez 

hiszpańskiego  księdza  na  terenie  Francji,  co  ją  czyni  nielegalną.  Osobiście  nie  bardzo  w  to 

wierzę,  chodzi  mu  pewnie  o  wyperswadowanie  nam  sprawy  o  bigamię.  Zresztą  to  dla  mnie 

obojętne.  Istotne  było  to,  Ŝe  połoŜył  łapę  na  forsie  i  nie  popuścił,  dopóki  nie  roztrwonił 

wszystkiego. 

A  Ŝona,  uwaŜa  pan,  widziała  w  nim  przez  cały  czas  tylko  i  wyłącznie  Chrystiana 

Jorgensena,  którego  poznała  w  ParyŜu.  Nie  miała  pojęcia,  kim  jest,  aŜ  do  chwili  kiedy  go 

capnęli w Bostonie. W dalszym ciągu w porządku? 

-  W  dalszym  ciągu  -  odparłem.  -  Z  wyjątkiem,  jak  pan  sam  mówi,  historii  z  tym 

ś

lubem. ChociaŜ nawet to moŜe być prawda. 

-  Yhm.  Zresztą  cóŜ  to  ma  za  znaczenie? Wreszcie  przyszły  cięŜkie  czasy,  kapitał  się 

kończy  i  facet  zaczyna  przemyśliwać,  Ŝeby  dać  nogę  z  tym,  co  jeszcze  zostało.  Ale  w 

ostatniej  chwili  Ŝonka  proponuje,  Ŝeby  wrócić  do  Ameryki  i  przycisnąć  Wynanta  o  jeszcze 

trochę  forsy.  On  oczywiście  nie  ma  nic  przeciwko  temu,  jeśli  są  szanse  powodzenia,  a  ona 

twierdzi, Ŝe są. Wsiadają na statek i... 

- Historyjka zaczyna tutaj trzeszczeć w szwach - przerwałem. 

- Myśli pan? Facet nie wybiera się przecieŜ do Bostonu, gdzie mieszka pierwsza Ŝona, 

i  ma  zamiar  trzymać  się  jak  najdalej  od  tych  paru  osób,  które  go  znają,  szczególnie  od 

Wynanta.  Przy  tym  ktoś  mu  naopowiadał,  Ŝe  istnieje  ustawa  o  przedawnieniu,  tak  Ŝe  po 

upływie siedmiu lat nic mu nie grozi. Jest przekonany, Ŝe nie ryzykuje wiele, zresztą nie ma 

zamiaru siedzieć długo w Nowym Jorku. 

- W dalszym ciągu nie podoba mi się ta część historii - nie ustępowałem. - Ale niech 

pan jedzie dalej. 

background image

-  CóŜ,  kiedy  drugiego  dnia  po  przyjeździe  powija  mu  się  noga:  wpada  na  ulicy  na 

przyjaciółkę  swojej  pierwszej  Ŝony,  Olgę  Fenton,  i  dziewczyna  go  poznaje.  Próbuje  ją 

zagadać i udaje mu się zamknąć jej buzię bajeczką jakby Ŝywcem z filmu. Co za wyobraźnię 

ma ten facet! Ale nie na długo mu to starcza, bo po paru dniach dziewczyna idzie do swojego 

proboszcza, opowiada wszystko i pyta, jak powinna postąpić, a proboszcz kaŜe jej oczywiście 

zawiadomić  pierwszą  Ŝonę.  Więc  zawiadamia  i  przy  następnym  spotkaniu  mówi 

Jorgensenowi,  co  zrobiła.  Ten  wsiada  czym  prędzej  w  pociąg  i  jedzie  do  Bostonu 

powstrzymać Ŝonę, zanim mu nawarzy piwa. Tam go dostajemy w swoje ręce. 

- A co z tą wizytą w lombardzie? - zapytałem. 

- To oddzielny epizod. Twierdzi, Ŝe miał za kilkanaście minut pociąg, a zabrakło mu 

forsy.  Nie  zdąŜyłby  juŜ  wrócić  do  domu,  zresztą  nie  palił  się  zbytnio  do  spotkania  z  drugą 

Ŝ

oną,  póki  nie  zatka  buzi  pierwszej,  a  banki  były  juŜ  zamknięte,  więc  postanowił  zastawić 

zegarek. Gra wszystko? 

- Widział pan ten zegarek? 

- Mogę obejrzeć. Bo co? 

-  Tak  mi  wpadło  do  głowy.  Nie  sądzi  pan,  Ŝe  mógł  się  kiedyś  znajdować  na  drugim 

końcu tej dewizki, którą panu dała Mimi? 

Guild poderwał się na krześle. 

- Jak Boga kocham! - Spojrzał na mnie podejrzliwie. - Wie pan coś o tym czy tylko... 

-  Nie.  Tak  mi  wpadło  do  głowy.  A  co  mówi  o  tych  morderstwach?  Kogo  uwaŜa  za 

zabójcę? 

-  Wynanta.  Przyznaje,  Ŝe  przez  jakiś  czas  podejrzewał  Mimi,  ale  mu  to 

wyperswadowała. Upiera się, Ŝe nie chciała mu powiedzieć, co ma przeciwko Wynantowi. To 

ostatnie to pewne kłamstwo, chodzi mu o własną skórę. Moim zdaniem nie ma najmniejszej 

wątpliwości, Ŝe chcieli się tym posłuŜyć dla wyduszenia forsy od Wynanta. 

- Więc nie sądzi, Ŝe Mimi podrzuciła dewizkę i scyzoryk? 

Guild opuścił kąciki ust. 

- Mogła je podrzucić, Ŝeby go szantaŜować. Nic nie stało na przeszkodzie. 

-  To  trochę  skomplikowane  jak  na  mój  rozum.  Sprawdził  pan,  czy  Buźka  Peppler 

siedzi jeszcze w Ohio? 

- Yhm. Wychodzi w przyszłym tygodniu. To wyjaśnia historię z pierścionkiem. Miał 

na  wolności  kumpla,  który  doręczył  pierścionek  w  jego  imieniu.  Zdaje  się,  Ŝe  chcieli  się 

pobrać  i  wrócić  na  uczciwą  drogę,  coś  w  tym  guście.  W  kaŜdym  razie  dyrektor  więzienia 

pamięta, Ŝe była o tym mowa w listach. Ten Peppler nie wie nic, co by nam mogło pomóc, a 

background image

dyrektor  teŜ  sobie  nie  przypomina  nic  więcej.  No,  ale  dobre  i  to,  jest  motyw.  Wynant  był 

zazdrosny,  a  tu,  powiedzmy,  dziewczyna  ma  na  palcu  pierścionek  tamtego  i  szykuje  się  do 

odlotu. To nam... - Urwał, Ŝeby przyjąć telefon. - Tak - powiedział do tuby. - Tak... Co-o...? 

Jasne... Jasne, tylko zostawcie tam kogoś... Dobrze. - Odsunął telefon. - Znowu jakaś wyssana 

z  palca  informacja  o  tym  wczorajszym  zabójstwie  na  Dwudziestej  Dziewiątej  Zachodniej 

Ulicy. 

-  Ta-ak?  -  zapytałem.  -  A  zdawało  mi  się,  Ŝe  była  mowa  o  Wynancie.  Wie  pan,  jak 

czasami głos niesie z telefonu. 

Zaczerwienił się, chrząknął. 

-  Musiało  coś  zabrzmieć  podobnie.  MoŜe  wynajdzie...  Tak,  na  pewno  to  wynajdzie. 

Aha, byłbym zapomniał: sprawdziliśmy panu tego Wróbla. 

- I co? 

-  Wygląda,  Ŝe  nic  ciekawego.  Nazywa  się  Jim  Brophy.  Facet  podpala  się  do  tej 

dziewczyny  Nunheima,  a  Ŝe  była  cięta  na  pana,  więc  sobie  wykombinował  po  pijanemu,  Ŝe 

jego akcje pójdą w górę, jak się panu dobierze do skóry. 

- Szampański pomysł - odparłem. - Mam nadzieję, Ŝe Studs nie miał przykrości z tego 

powodu. 

- To pański przyjaciel? PrzecieŜ to kryminalista, ma przeszłość, jak stąd do Chicago. 

- Jasne, sam go raz wsadziłem. - Sięgnąłem po płaszcz i kapelusz. - Zajęty pan. Będę 

juŜ uciekał. 

-  Nie,  nie  -  powiedział.  -  Niech  pan  jeszcze  posiedzi,  jeśli  pan  ma  czas.  Jest  parę 

rzeczy, które pana pewnie zainteresują. PomoŜe mi pan z tym szczeniakiem? 

Usiadłem z powrotem. 

-  Napije  się  pan?  -  zaproponował  otwierając  szufladę,  ale  wiem  z  doświadczenia,  Ŝe 

nigdy nie wychodzi nic dobrego z picia policyjnej whisky, więc odparłem: 

- Nie, dziękuję. 

Zadzwonił znowu telefon i Guild powiedział: 

- Tak... Tak... W porządku, moŜecie wejść. 

Tym razem nic do mnie nie dotarło. Zakołysał się na krześle, połoŜył nogi na biurku. 

- Wie pan, ja serio myślę o tej lisiej farmie. I chciałem się pana poradzić, co pan sądzi 

o załoŜeniu jej w Kalifornii. 

Nim  się  namyśliłem,  czy  mu  mówić  o  hodowlach  lwów  i  strusi  w  dolnej  Kalifornii, 

drzwi się otworzyły i tęgi rudy męŜczyzna wepchnął do pokoju Gilberta Wynanta. Jedno oko 

background image

Gilberta było zupełnie niewidoczne spod opuchlizny, jego lewe kolano świeciło przez dziurę 

w nogawce. 

28 

Zwróciłem się do Guilda: 

- Widzę, Ŝe jak pan kaŜe kogoś dostarczyć, to go dostarczają. Dosłownie. 

- Niech pan poczeka - odparł. - To co innego, niŜ pan myśli. - Zwrócił się do rudego: - 

Wal, Flint. Jak to było? 

Flint otarł usta wierzchem dłoni. 

- Szczeniak bronił się jak Ŝbik. Nie wygląda na twardego, ale, no, no, w Ŝaden sposób 

nie chciał iść. Mówię panu porucznikowi. A jak wyciągał nogi! 

- Bohater z ciebie - warknął Guild. - Pójdę zaraz do komisarza, Ŝeby ci dali medal. Ale 

na razie gadaj do rzeczy. 

- PrzecieŜ nie mówię, Ŝe zrobiłem coś nadzwyczajnego - zaprotestował Flint. - Mówię 

tylko... 

-  Nic  mnie  nie  obchodzi,  co  zrobiłeś  -  przerwał  mu  Guild.  -  Chcę  wiedzieć,  co  on 

zrobił. 

- Tak jest, panie poruczniku. Właśnie chciałem mówić. Zluzowałem Morgana o ósmej 

rano  i  wszystko  szło  jak  po  maśle,  cisza  jak  makiem  zasiał,  jak  to  chłopcy  mówią.  AŜ  tu 

jakieś dziesięć po drugiej słucham, nic, tylko ktoś przekręca klucz w zamku. 

Cmoknął dając nam okazję do wyraŜenia podziwu. 

- W mieszkaniu Julii Wolf - wyjaśnił mi Guild. - Miałem nosa. 

- I to jakiego! - wykrzyknął Flint nie posiadając się z podziwu. - Jakiego nosa! 

Guild łypnął na niego i Flint podjął czym prędzej opowiadanie: 

- Więc jak mówię, słyszę klucz w zamku, a potem drzwi się otwierają i  wchodzi ten 

szczeniak.  -  Wyszczerzył  zęby,  spoglądając  z  dumą  i  zadowoleniem  na  Gilberta.  -  Od  razu 

widzę, Ŝe chłopak ma duszę na ramieniu, a jak do niego skoczyłem, wykręcił się na pięcie i 

juŜ go nie ma! Dopadłem go dopiero na parterze i jak Boga jedynego kocham, zaczął się ze 

mną szamotać! Musiałem mu dopiero przy fasować w oko, Ŝeby go trochę utemperować. Tak 

to nie wygląda na twardego, ale... 

- Czego szukał w mieszkaniu? - spytał Guild. 

- Nie bardzo miał czas szukać... 

- Więc nie poczekałeś nawet, Ŝeby zobaczyć, po co przyszedł? 

Kołnierzyk koszuli wpił się w nabrzmiały kark 

Guilda, jego twarz zrobiła się czerwona jak włosy Flinta. 

background image

- Wolałem nie iść na ryzyko. 

Guild  zmierzył  mnie  niedowierzającym  spojrzeniem.  Starałem  się  nie  pokazać  po 

sobie, co myślę. Powiedział zduszonym głosem: 

-  Dosyć  tego,  Flint.  Poczekaj  na  korytarzu.  Rudy  funkcjonariusz  nie  posiadał  się  ze 

zdumienia. 

-  Tak  jest,  panie  poruczniku  -  powiedział  wolno.  -  Proszę,  to  jego  klucz.  -  PołoŜył 

klucz na biurku i ruszył do drzwi. Wychodząc rzucił jeszcze przez ramię: - Podaje się za syna 

Clyde’a Wynanta. 

Zarechotał radośnie. Guild, ciągle nie panując nad głosem, wykrztusił: 

- Co ty powiesz? 

-  Ja  go  juŜ  przedtem  gdzieś  widziałem.  Nie  wiem,  czy  nie  naleŜał  przypadkiem  do 

bandy Grubego Dolana. Na pewno musiałem go juŜ widzieć. 

-  Wynoś  się  -  warknął  Guild  i  Flint  spiesznie  wyszedł.  Guild  jęknął  z  głębi  potęŜnej 

piersi: - Ten dureń mnie wykończy. Do bandy Grubego Dolana! Chryste  Panie! - Pokiwał z 

rozpaczą głową, po czym zwrócił się do Gilberta: - I co, synu? 

- Wiem, Ŝe nie powinienem był tego robić - powiedział Gilbert. 

-  No,  niezły  początek  -  odrzekł  Guild  dobrodusznie.  Jego  twarz  powracała  do 

normalnego  wyglądu.  -  Wszyscy  popełniamy  błędy.  Przysuń  sobie  krzesło  i  zobaczymy,  co 

się da zrobić, Ŝeby cię wyciągnąć z kabały. Chcesz coś na to oko? 

- Nie, dziękuję, nic mi nie jest. 

Gilbert przysunął krzesło o parę centymetrów i usiadł. 

- Czy ten łajdak nie obił cię przypadkiem dla spor - I tu? 

- Nie, nie. To moja wina. Ja... mu stawiałem opór. 

- Wiadomo - zauwaŜył Guild - nikt nie lubi być aresztowany. Ale co to za historia? 

Gilbert spojrzał na mnie zdrowym okiem. 

-  Nawarzyłeś  sobie  piwa  i  tylko  od  pana  porucznika  zaleŜy,  jak  to  się  skończy  - 

powiedziałem. - Im bardziej mu ułatwisz sprawę, tym lepiej dla ciebie. 

Guild przytaknął powaŜnie głową. 

-  Fakt.  -  Usadowił  się  wygodniej  i  zapytał  przyjaznym  tonem:  -  Skąd  wytrzasnąłeś 

klucz do mieszkania? 

- Tatuś mi przysłał w liście. 

Wyciągnął  z  kieszeni  białą  kopertę  i  podał  Guildowi.  Wsunąłem  się  za  biurko  i 

zajrzałem  Guildowi  przez  ramię.  List  był  zaadresowany  na  maszynie:  „Gilbert  Wynanat, 

Hotel Courtland”, i nie miał ani znaczka, ani stempla pocztowego. 

background image

- Kiedy go dostałeś? - zapytałem. 

-  Czekał  w  recepcji,  jak  wróciłem  wieczorem  koło  dziesiątej.  Nie  pytałem  portiera, 

odkąd leŜy, ale chyba go nie było, jak z panem wychodziłem, boby mi dali. 

Koperta  zawierała  dwie  kartki  zapisane  dobrze  mi  znanym,  nieudolnym  pismem 

maszynowym. Czytałem równocześnie z Guildem: 

Kochany Gilbercie! 

Jeśli  przez  tyle  lat  nie  utrzymywałem  z  Tobą  kontaktu,  to  tylko  dlatego,  Ŝe  mamusia 

sobie  tego  nie  Ŝyczyła.  I  jeśli  teraz  przerywam  milczenie,  to  tylko  dlatego,  Ŝe  nieodzowna 

potrzeba  Twojej  pomocy  zmusza  mnie  do  postępowania  wbrew  woli  mamusi.  Zresztą  jesteś 

juŜ  męŜczyzną  i  sam  powinieneś  zdecydować,  czy  nadal  mamy  pozostać  sobie  obcy,  czy  teŜ 

moŜemy postępować stosownie do łączących nas więzów krwi. Wiesz, jak sądzę, Ŝe znalazłem 

się w kłopotliwej sytuacji w związku z podejrzeniem o zamordowanie Julii  Wolf, i wierzę, Ŝe 

zachowałeś dla mnie przynajmniej tyle uczucia, by nie posądzać mnie o udział w tej sprawie. 

Zapewniam  Cię,  Ŝe  tak  jest  w  istocie.  Zwracając  się  do  Ciebie  o  pomoc  w  udowodnieniu 

policji i całemu światu mojej niewinności, czynię to z pełną wiarą, Ŝe jeślibym się mylił co do 

Twoich uczuć, to w kaŜdym razie mogę liczyć na Twoje naturalne pragnienie ocalenia dobrej 

sławy  nazwiska,  które  nosisz  zarówno  Ty  i  Twoja  siostra,  jak  Wasz  ojciec.  Mam  wprawdzie 

zdolnego adwokata, który wierzy w moją niewinność i uczyni wszystko dla jej udowodnienia, 

liczę równieŜ na przyciągnięcie do pomocy pana Nicka Charlesa. JeŜeli mimo to zwracam się 

do Ciebie, to dlatego, Ŝe nie mogę od Ŝadnego z nich wymagać czynu absolutnie niezgodnego 

z  prawem.  Nie  mam  równieŜ  nikogo  prócz  Ciebie,  komu  odwaŜyłbym  się  zaufać.  A  chcę  Cię 

prosić  o  rzecz  następującą:  idź  jutro  do  mieszkania  Julii  Wolf  pod  numerem  411  na 

Pięćdziesiątej  Czwartej Wschodniej  Ulicy  -  dostaniesz  się  za  pomocą  załączonego  klucza  -  i 

odszukaj  w  ksiąŜce  pt.  „Pańskie  maniery”  pewien  list,  czy  teŜ  dokument,  który  przeczytaj  i 

natychmiast  zniszcz.  Pamiętaj  zniszczyć  dokładnie,  tak  Ŝeby  nie  został  nawet  popiół.  Po 

przeczytaniu  zrozumiesz,  dlaczego  to  potrzebne  i  dlaczego  Tobie  powierzam  to  zadanie. 

Gdyby  coś  pokrzyŜowało  nasze  plany,  zadzwonię  dzisiaj  późnym  wieczorem.  W  przeciwnym 

przypadku  zadzwonię  jutro  wieczorem,  Ŝeby  się  upewnić,  czy  wykonałeś  moje  polecenie,  i 

umówić  się  z  Tobą.  Wierzę  głęboko,  Ŝe  pojmujesz  odpowiedzialność,  którą  kładę  na  Twoje 

barki, i nie zawiedziesz mojego zaufania. 

Twój kochający ojciec. 

Pod spodem widniał zamaszysty podpis Wynanta. Guild spojrzał na mnie czekając, co 

powiem, ale ja wolałem, Ŝeby on się odezwał pierwszy. Po chwili spytał Gilberta: 

- No i co, zadzwonił? 

background image

- Nie, proszę pana. 

-  Skąd  wiesz?  -  spytałem.  -  PrzecieŜ  powiedziałeś  telefonistce,  Ŝeby  nie  łączyła 

Ŝ

adnych rozmów. 

-  T-tak,  powiedziałem.  Bałem  się,  Ŝe  pan  się  połapie,  jeśli  zadzwoni  w  pana 

obecności. Ale chyba by zostawił wiadomość w recepcji, a nic nie było. 

- Więc wcale się z nim nie widywałeś? 

- Nie. 

- I wcale ci nie powiedział, kto zabił Julię Wolf? 

- Nie. 

- Okłamałeś Dorotę? 

Spuścił głowę i pokiwał nią w stronę podłogi. 

- Byłem... byłem chyba po prostu zazdrosny. - Podniósł czerwoną twarz. - Widzi pan, 

Dorota  liczyła  się  ze  mną,  uwaŜała,  Ŝe  wiem  prawie  o  wszystkim  więcej  niŜ  ktokolwiek... 

Rozumie pan, przychodziła do mnie, kiedy się chciała czegoś dowiedzieć, robiła wszystko, co 

jej powiedziałem... A potem poznała pana i wszystko się zmieniło. Imponował jej pan, ceniła 

pana  bardziej...  To  zrozumiałe,  byłaby  głupia,  gdyby  pana  nie  ceniła,  bo  oczywiście  nie  ma 

Ŝ

adnego porównania, ale ja... ja, rozumie pan, byłem zazdrosny i uraŜony... No, moŜe nawet 

nie uraŜony, bo pan mi teŜ imponuje... ale chciałem jej czymś znowu zaimponować, chciałem 

się popisać, jakby pan to pewno określił... Więc kiedy dostałem ten list, zacząłem udawać, Ŝe 

się widuję z tatusiem i Ŝe mi powiedział, kto popełnił te morderstwa... Chciałem ją zbujać, Ŝe 

wiem rzeczy, których nawet pan nie wie... 

Urwał bez tchu i wytarł twarz chusteczką. Znowu odczekałem, aŜ Guild się pierwszy 

odezwie: 

-  No,  chyba  nic  strasznego  się  nie  stało,  synu.  Jeśli  tylko  nie  ukrywasz  przed  nami 

jeszcze jakichś rzeczy, które powinniśmy wiedzieć... 

Chłopak potrząsnął głową. 

- Nie, nie, proszę pana. Nic nie ukrywam. 

-  Nie  wiesz  przypadkiem  czegoś  o  tym  scyzoryku  i  dewizce,  które  przekazała  nam 

mamusia? 

- Nie, proszę pana. W ogóle o nich nie wiedziałem, dopóki panu nie oddała. 

-  Jak  się  czuje  mamusia?  -  zapytałem.-  O-o,  chyba  dobrze.  ChociaŜ  powiedziała,  Ŝe 

nie będzie dziś wstawała z łóŜka. 

Guild zwęził oczy. 

- Co jej jest? 

background image

- Histeria - wyjaśniłem. - PoŜarły się wczoraj z córką i Mimi dostała histerii. 

- O co się poŜarły? 

- Bóg raczy wiedzieć. Typowa babska awantura. 

- Yhm. - powiedział Guild i podrapał się po brodzie. 

-  Czy  to  prawda,  Ŝe  Flint  nie  dał  ci  czasu  na  poszukanie  tego  listu?  -  zapytałem 

chłopca. 

- Prawda. Nie zdąŜyłem nawet zamknąć drzwi, jak się na mnie rzucił. 

- Wspaniałych mam ludzi - burknął Guild. - Nie krzyknął przypadkiem „Uuu”, jak się 

na ciebie rzucał? Ee, szkoda gadać! No, synu, mogę z tobą zrobić jedno z dwojga, to zaleŜy 

tylko  od  ciebie.  Mogę  cię  zatrzymać  na  jakiś  czas  albo  mogę  cię  wypuścić  w  zamian  za 

obietnicę, Ŝe mi dasz znać, jak tylko tatuś się odezwie, i powtórzysz wszystko, co ci powie i 

ewentualnie, gdzie się z tobą umówi. 

Wtrąciłem się, zanim Gilbert zdąŜył odpowiedzieć: 

- Nie moŜe pan tego od niego wymagać, Guild. PrzecieŜ to jego ojciec. 

- Nie mogę, tak? - Spojrzał na mnie z ukosa. - PrzecieŜ to dla dobra jego ojca, jeśli jest 

niewinny. 

Nie odezwałem się więcej. Twarz Guilda rozpogadzała się powoli. 

-  No  dobrze,  synu.  Wypuszczę  cię  na  słowo.  Obiecasz  mi  tylko,  Ŝe  gdyby  tatuś  czy 

ktokolwiek  inny  prosił  cię  o  zrobienie  czegoś  więcej,  powiesz,  Ŝe  nie  moŜesz,  bo  mi  dałeś 

słowo honoru. Gilbert spojrzał na mnie. 

- To brzmi rozsądnie - przytaknąłem. 

- Dobrze, proszę pana - odparł Gilbert. - Daję panu słowo. 

Guild uczynił szeroki gest dłonią. 

- Dobra. To moŜesz zmykać. Chłopak wstał. 

- Dziękuję bardzo, panie poruczniku. - Obrócił się w moją stronę. - Czy pan... 

- Poczekaj na korytarzu - powiedziałem - jeśli ci się nie śpieszy. 

- Dobrze, poczekam. Do widzenia, panie poruczniku. Jeszcze raz dziękuję. 

Po  jego  wyjściu  Guild  złapał  słuchawkę  i  wydał  polecenie,  Ŝeby  mu  dostarczono 

„Pańskie  maniery”  wraz  z  zawartością.  Następnie  splótł  ręce  na  karku  i  kołysząc  się  na 

krześle, zapytał: 

- I co pan o tym sądzi? 

- KaŜde przypuszczenie jest równie dobre - odrzekłem. 

- Chyba pan juŜ nie uwaŜa Wynanta za niewinnego? 

- Czy to istotne, co uwaŜam? Ma pan obecnie dość materiału przeciwko niemu. 

background image

-  Dla  mnie  to  istotne  -  zapewnił  mnie.  -  Bardzo  bym  chciał  wiedzieć,  co  pan  sądzi  i 

dlaczego. 

- Moja Ŝona przypuszcza, Ŝe Wynant kogoś chroni. 

- Ach tak? Hmm. Nigdy nie byłem skłonny do lekcewaŜenia kobiecej intuicji, a jeśli 

nie  weźmie  mi  pan  tego  za  złe,  to  uwaŜam  pańską  Ŝonę  za  wyjątkowo  bystrą  kobietę.  I  co 

sądzi, Ŝe kto to moŜe być? 

- Nie miała jeszcze zdania w tej sprawie, kiedy ostatnio z nią rozmawiałem. 

Westchnął. 

- No, moŜe nam coś powie ten list, który kazał spalić szczeniakowi. 

29 

Ale  list  nic  nam  nie  powiedział.  Ludzie  Guilda  nie  znaleźli  w  mieszkaniu  Julii Wolf 

Ŝ

adnego listu, nie znaleźli w ogóle egzemplarza „Pańskich manier”. 

Guild  wezwał  rudego  tajniaka  i  wziął  go  powtórnie  w  obroty.  Flint  pocił  się  tak,  Ŝe 

musiało  mu  ubyć  parę  kilo,  ale  z  uporem  twierdził,  Ŝe  Gilbert  nie  miał  czasu  tknąć  nic  w 

mieszkaniu  i  Ŝe  w  ogóle  nikt  nic  nie  tknął  w  czasie  jego  dyŜuru.  Nie  przypominał  sobie 

równieŜ ksiąŜki pod tytułem „Pańskie maniery”, ale Flint nie naleŜał do ludzi, których moŜna 

posądzać o to, Ŝe pamiętają tytuły ksiąŜek. Chciał być pomocny i robił idiotyczne sugestie, aŜ 

Guild go wyrzucił za drzwi. 

- Gilbert pewnie czeka na korytarzu - podsunąłem. - Jeśli pan uwaŜa, Ŝe moŜe nam coś 

więcej powiedzieć... 

- A pan tak uwaŜa? 

- Nie. 

-  Więc  nie  ma  o  czym  mówić.  Ale,  jak  Boga  kocham,  ktoś  zabrał  tę  ksiąŜkę  i  juŜ  ja 

mu... 

- Dlaczego? - zapytałem. 

- Co dlaczego? 

- Dlaczego miała w ogóle tam być i ktoś miał ją zabrać? 

Guild podrapał się po brodzie. 

- Co to znowu znaczy? 

- Wynant nie przyszedł na spotkanie z Macaulayem w dniu morderstwa, nie popełnił 

samobójstwa  w  Allentown,  utrzymuje,  Ŝe  dostał  od  Julii  tylko  tysiąc  dolarów,  podczas  gdy 

my wiemy o pięciu, twierdzi, Ŝe byli tylko przyjaciółmi, podczas gdy wszyscy uwaŜali ich za 

kochanków, jednym słowem zbyt często wprowadzał nas w błąd, Ŝebym był skłonny zbytnio 

mu wierzyć. 

background image

-  Fakt  -  przyznał  Guild.  -  Sam  bym  lepiej  rozumiał  tę  całą  historię,  gdyby  się  albo 

zgłosił, albo zmył gdzieś bez śladu. A tak pęta się w kółko i tylko robi szum. Rzeczywiście, to 

wszystko kupy się nie trzyma. 

- Czy pilnujecie jego warsztatu? 

- Mamy na niego oko. A bo co? 

- Nie wiem - odrzekłem zgodnie z prawdą. - Ale Wynant wskazywał nam tyle rzeczy, 

które do niczego nie doprowadziły, Ŝe moŜe powinniśmy zwrócić więcej uwagi na te, których 

nie wskazywał. Warsztat jest jedną z nich. 

- Hmm - mruknął Guild. 

- Zostawiam pana z tą genialną myślą - powiedziałem wkładając płaszcz i kapelusz. - 

Gdybym chciał się z panem skomunikować późnym wieczorem, to gdzie mogę pana łapać? 

Podał mi swój numer telefonu, wymieniliśmy uścisk dłoni i wyszedłem. Gilbert czekał 

na korytarzu. śaden z nas się nie odezwał, dopóki nie wsiedliśmy do taksówki. W taksówce 

Gilbert zapytał: 

- Chyba Guild wierzy, Ŝe mówiłem prawdę? 

- Oczywiście. A nie mówiłeś? 

-  Och,  mówiłem,  ale  ludzie  nie  zawsze  wierzą.  Nie  powie  pan  mamusi  o  tym 

wszystkim, dobrze? 

- Jeśli sobie nie Ŝyczysz. 

-  Dziękuję  -  rzekł.  -  Jak  pan  sądzi,  czy  młody  człowiek  ma  rzeczywiście  więcej 

moŜliwości na Zachodzie niŜ tutaj, na Wschodzie? 

Ujrzałem go pracującego na lisiej farmie Guilda. 

- Obecnie nie - odparłem. - Wybierasz się na Zachód? 

- Sam nie wiem. Chcę coś robić. - Zaczął manipulować przy krawacie. - Pewnie pan 

będzie uwaŜał, Ŝe to dziwne pytanie... Czy często się zdarza kazirodztwo? 

- Czasami - powiedziałem. - Inaczej nie byłoby nazwy. 

Poczerwieniał. 

- Nie Ŝartuję - pospieszyłem z wyjaśnieniem. - To jedna z rzeczy, których nikt nie wie. 

Bo skąd moŜna wiedzieć? 

Przejechaliśmy w milczeniu kilka ulic. 

- Chciałbym panu zadać jeszcze jedno dziwne pytanie - odezwał się w końcu. - Co pan 

o mnie myśli?Był bardziej zakłopotany niŜ Alicja Quinn, kiedy mnie pytała o to samo. 

- Na pozór nic ci nie moŜna zarzucić - odparłem - a w gruncie rzeczy wszystko. 

Nie patrzył na mnie, wyglądał przez okno. 

background image

- Jestem jeszcze taki strasznie młody. 

Znowu zaległa cisza. Gilbert zakaszlał i z kącika ust pociekła mu struŜka krwi. 

- Dał ci niezły wycisk - zauwaŜyłem. 

Kiwnął zawstydzony głową, przykładając chusteczkę do ust. 

- Wie pan, ja nie jestem bardzo silny. 

Przed  hotelem  Courtland  nie  pozwolił  sobie  pomóc  przy  wysiadaniu  i  upierał  się,  Ŝe 

sam da sobie radę, ale pojechałem z nim na górę, podejrzewając, Ŝe w przeciwnym razie nie 

przyzna  się  do  niczego.  Nacisnąłem  dzwonek,  zanim  zdąŜył  wyciągnąć  klucz.  Otworzyła 

Mimi. Łypnęła na jego podpuchnięte oko. 

- Został pobity - poinformowałem. - PołóŜ go do łóŜka i sprowadź doktora. 

- Co się stało? 

- Wynant go napuścił. 

- Na co? 

- Mniejsza o to. Najpierw zajmij się nim. 

- Ale Clyde był tutaj - oznajmiła. - Dlatego właśnie dzwoniłam. 

- Co-o? 

-  Był  naprawdę.  -  Kiwnęła  energicznie  głową.  -  Pytał  o  Gila.  Siedział  godzinę  albo 

więcej. Nie ma dziesięciu minut, jak wyszedł. 

- Dobrze, połóŜ go najpierw do łóŜka. 

Gilbert upierał się, Ŝe nic mu nie jest, więc zostawiłem go z matką w sypialni, a sam 

poszedłem zadzwonić. 

- Były jakieś telefony? - zapytałem, kiedy Nora podniosła słuchawkę. 

- Tak jest, proszę pana. Panowie Macaulay i Guild proszą o telefon, jak równieŜ panie 

Jorgensen i Quinn. Jak dotąd, nie dzwoniły jeszcze tylko dzieci. 

- Kiedy dzwonił Guild? 

- Z pięć minut temu. Nie zjadłbyś dziś sam kolacji? Larry chce mnie zabrać na nową 

rewię Osgooda Perkinsa. 

- Nie krępuj się. To do zobaczenia. Połączyłem się z Herbertem Macaulayem. 

- Spotkanie odwołane  -  poinformował mnie. - Rozmawiałem z naszym przyjacielem, 

znowu  knuje  Bóg  raczy  wiedzieć  co.  Słuchaj,  Nick,  wybieram  się  na  policję.  Mam  juŜ  tego 

dosyć. 

- Nic innego nie pozostało do zrobienia - odrzekłem. - Właśnie zamierzam zadzwonić 

do  wiadomego  policjanta.  Jestem  u  Mimi.  Wynant  był  tu  przed  paroma  minutami. 

Rozminąłem się z nim. 

background image

- Co tam znowu robił? 

- Spróbuję wymacać. 

- Serio mówisz, Ŝe zamierzałeś zawiadomić policję? 

- Jasne. 

- Więc zrób to. Przyjadę tam za parę minut. 

- Dobrze. Czekam na ciebie. Zadzwoniłem z kolei do Guilda. 

- Nadeszła dla pana maleńka nowinka, ledwo pan zdąŜył wyjść - oznajmił. - Jest pan 

w takim miejscu, Ŝe mogę swobodnie mówić? 

-  Jestem  u  pani  Jorgensen.  Musiałem  odwieźć  chłopaka.  Ten  pański  rudy  tajniak 

uszkodził mu coś w środku, bo chłopak ma krwotok wewnętrzny. 

- Zakatrupię łamignata - warknął. - Wobec tego nie mogę panu powiedzieć. 

- Ja teŜ mam dla pana wiadomość. Wynant był tu dzisiaj po południu. Siedział blisko 

godzinę według zeznań pani Jorgensen. Wyszedł tuŜ przed moim przyjściem. 

Nastąpiła chwila milczenia, po czym Guild oświadczył. 

- Niech pan się ze wszystkim wstrzyma. Zaraz tam będę. 

Mimi weszła do salonu, kiedy szukałem w ksiąŜce numeru Quinnów. 

- Jak myślisz, to coś powaŜnego z Gilbertem? - zapytała. 

-  Nie  wiem,  ale  powinnaś  zaraz  wezwać  doktora.  Podsunąłem  jej  telefon.  Kiedy 

skończyła dzwonić, powiedziałem: 

- Zawiadomiłem policję, Ŝe Wynant tu był. Kiwnęła głową. 

- Dzwoniłam właśnie po to, Ŝeby się poradzić, czy ich zawiadomić. 

- Rozmawiałem takŜe z Macaulayem. Zaraz tu przyjedzie. 

-  Nic  mi  nie  moŜe  zrobić  -  powiedziała  z  oburzeniem.  -  Clyde  mi  je  dał  z  własnej, 

nieprzymuszonej woli. Są moje. 

- Co jest twoje? 

- No, te obligacje i pieniądze. 

- Jakie obligacje? Jakie pieniądze? Podeszła do stolika i otworzyła szufladę. 

- Patrz! 

W  szufladzie  leŜały  trzy  pakiety  obligacji  związanych  szerokimi  gumowymi 

opaskami, na nich - róŜowy czek Towarzystwa Powierniczego Park Avenue, wystawiony na 

nazwisko  Mimi  Jorgensen  i  opiewający  na  sumę  dziesięciu  tysięcy  dolarów.  Podpisany  był 

przez Clyde’a Millera Wynanta i nosił datę 3 stycznia 1933 roku. 

- Postdatowany o pięć dni? - zapytałem. - Co to znowu za historia? 

background image

-  Powiedział,  Ŝe  nie  ma  w  tej  chwili  takiej  sumy  na  koncie  i  potrwa  parę  dni,  zanim 

zbierze. 

- Będzie awantura - ostrzegłem ją. - Mam nadzieję, Ŝe jesteś na to przygotowana? 

- Nie rozumiem, czemu ma być awantura - zaprotestowała. - Dlaczego niby mój mąŜ, 

były mąŜ, nie moŜe zaopatrzyć mnie i swoich dzieci, skoro ma ochotę? 

- Skończ z tymi bzdurami. Co za to kupił? 

- Kupił? 

-  Yhm.  Coś  obiecała  zrobić  w  przeciągu  tych  pięciu  dni?  Nie  bez  powodu  wystawił 

czek, który będzie niewaŜny, jeśli się nie wywiąŜesz. 

Zrobiła niecierpliwy grymas. 

-  Wiesz,  Nick,  czasami  sprawiasz  na  mnie  wraŜenie  półgłówka  z  tymi  swoimi 

wiecznymi idiotycznymi podejrzeniami. 

- Jeszcze trochę i rzeczywiście stanę się półgłówkiem. Dasz mi jeszcze ze trzy lekcje i 

zgłoszę się po dyplom. Ale pamiętaj, ostrzegałem cię juŜ wczoraj, Ŝe skończysz... 

- Przestań? - krzyknęła. Zatkała mi usta dłonią. - Musisz mi ciągle powtarzać? Wiesz, 

Ŝ

e mnie to przeraŜa i... - Jej głos zrobił się miękki, błagalny. - Nie rozumiesz, co przeŜyłam w 

ciągu tych paru dni, Nick? Nie moŜesz być dla mnie trochę milszy? 

- Nie zaprzątaj sobie głowy mną - poradziłem. - Pomyśl lepiej o policji. 

Podszedłem do telefonu i połączyłem się z Alicją Quinn. 

- Mówi Nick. Nora mi powtórzyła... 

- Tak, tak. Nie widziałeś Harrisona? 

- Ostatni raz wtedy, kiedy go odwiozłem do domu. 

-  Jeśli  go  zobaczysz,  to  nie  wspominaj  o  tym,  co  ci  wczoraj  powiedziałam,  dobrze? 

Nie myślę tego, nie było w tym ani słówka prawdy. 

-  Nie  wziąłem  tego  na  serio  -  zapewniłem  ją.  -  I  tak  bym  mu  nie  powiedział.  Jak 

Harrison się dzisiaj czuje? 

- Poszedł sobie - odparła. 

- Jak to poszedł? 

- No, poszedł. Rzucił mnie. 

- Nie pierwszy raz. Na pewno wróci. 

- Wiem. Ale tym razem się boję. Nie pokazał się w biurze. Mam nadzieję, Ŝe po prostu 

zalewa  gdzieś  robaka.  Ale...  ale  tym  razem  się  boję.  Słuchaj,  Nick.  Myślisz,  Ŝe  on  się 

naprawdę kocha w tej dziewczynie? 

- Tak mu się przynajmniej wydaje. 

background image

- Mówił ci, Ŝe ją kocha? 

- To by jeszcze nie miało znaczenia. 

- Jak sądzisz...? Pomogłoby co, gdybym z nią porozmawiała? 

- Nie. 

- Czemu nie? Myślisz, Ŝe ona go kocha? 

- Nie. 

- Co z tobą jest? - zapytała poirytowanym głosem. 

- Nic, nie jestem w domu. 

-  Co-o?  A-a,  chcesz  powiedzieć,  Ŝe  jesteś  w  jakimś  miejscu,  skąd  nie  moŜesz 

swobodnie rozmawiać? 

- Jakbyś zgadła. 

- Jesteś... jesteś moŜe u niej? 

- Tak. 

- A ona jest w domu. 

- Nie. 

- Myślisz, Ŝe moŜe być z nim? 

- Nie wiem. Ale nie sądzę. 

- Zadzwonisz, jak będziesz mógł swobodnie rozmawiać? Albo jeszcze lepiej, wpadnij. 

-  Oczywiście  -  obiecałem  i  odłoŜyłem  słuchawkę,  Mimi  obserwowała  mnie  z 

rozbawieniem w niebieskich oczach. 

- Widzę, Ŝe pewna osoba bierze na serio wybryki mojej córuni? 

Nie  odpowiedziałem,  więc  się  roześmiała  i  zapytała:-  Czy  Dorota  gra  ciągle  rolę 

uciśnionej dziewicy? 

- Chyba tak. 

- Nie przestanie, dopóki będzie miała kogoś, kto w to wierzy. Ale Ŝebyś ty, właśnie ty, 

dawał się na to nabierać? Ty, który boisz się uwierzyć, Ŝe ja, no, Ŝe mogłabym kiedykolwiek 

powiedzieć prawdę...? 

- To byłoby coś nowego - zauwaŜyłem. 

Zanim  zdąŜyła  odpowiedzieć,  rozległ  się  dzwonek.  Mimi  wpuściła  doktora  - 

okrągłego  przygarbionego  męŜczyznę  o  kaczym  chodzie  -  i  poprowadziła  go  do  Gilberta. 

Korzystając  z  okazji  otworzyłem  jeszcze  raz  szufladę  i  obejrzałem  dokładniej  obligacje. 

Poczta,  Telegraf  i  Telefon  -  pięcioprocentowe,  Magistrat  Miasta  Sao  Paulo  -  sześciu  i  pół-, 

Amerykańskie  Odlewnie  Czcionek  -  sześcio-,  Pewność  Herbaciana  -  pięcio-ipół-,  Górna 

Austria - sześciu i pół-, Zjednoczenie Farmaceutyczne - pięcio-, Koleje Filipińskie - cztero-, 

background image

wreszcie  Elektrownia  Tokijska  -  sześcioprocentowe.  Jakieś  sześćdziesiąt  tysięcy  dolarów 

wartości nominalnej i przypuszczalnie jedna czwarta do jednej trzeciej wartości rynkowej. 

Kiedy  rozległ  się  ponownie  dzwonek,  zamknąłem  szufladę  i  wpuściłem  Macaulaya. 

Wyglądał na zmęczonego. Usiadł nie zdejmując płaszcza. 

- Powiedz mi od razu najgorsze - zaŜądał. - Po co on tu przyszedł? 

- Jeszcze nie wiem. Wiem tylko, Ŝe dał Mimi trochę obligacji i czek. 

- To i ja wiem. 

Pogrzebał w kieszeni i podał mi list. 

Drogi Herbercie! 

Wręczam dzisiaj Mimi Jorgensen wyszczególnione poniŜej papiery wartościowe i czek 

na dziesięć tysięcy dolarów na Park Avenue z datą 3 stycznia. Bądź łaskaiv przygotować do 

tego  czasu  pokrycie.  Proponuję,  Ŝebyś  sprzedał  część  obligacji  zakładów  uŜyteczności 

publicznej,  ale  pozostawiam  sprawę  do  Twojej  decyzji.  Niestety,  nie  będę  mógł  tym  razem 

zostać  dłuŜej  w  Nowym  Jorku  i  prawdopodobnie  nie  będzie  mnie  przez  następne  parę 

miesięcy. Postaram się jednak dać Ci od czasu do czasu znak Ŝycia. Przykro mi, Ŝe nie mogę 

się spotkać dzisiaj wieczorem z Tobą i Charlesem. 

Pozdrowienia Clyde Miller Wynant. 

Pod zamaszystym podpisem widniał wykaz obligacji. 

- W jaki sposób doręczył ci ten list? - zapytałem. 

- Przez posłańca. Jak sądzisz, za co on jej płaci? Potrząsnąłem głową. 

- Próbowałem z niej wydusić. Twierdzi, Ŝe to zabezpieczenie dla niej i dla dzieci. 

-  Dobre  sobie!  To  równie  prawdopodobne  jak  to,  Ŝe  Mimi  splami  się  powiedzeniem 

prawdy. 

- A propos tych obligacji - zapytałem. - Sądziłem, Ŝe masz w swoich rękach cały jego 

majątek? 

-  Ja  teŜ  tak  sądziłem.  Ale  nie  miałem  tych  obligacji,  nie  wiedziałem  nawet  o  ich 

istnieniu. - Oparł łokcie na kolanach, brodę na dłoniach. - Gdyby zebrać wszystko, czego nie 

wiem... 

Wróciła Mimi z doktorem, powiedziała trochę sztywno do Macaulaya „O, dzień dobry 

panu” - i podała mu rękę. 

- Doktor Grant, pan Macaulay, pan Charles - przedstawiła. 

- Jak się ma chory? - zapytałem. 

Doktor  Grant  chrząknął  i  odparł,  Ŝe  to  chyba  nic  powaŜnego,  skutki  pobicia,  lekki 

wewnętrzny krwotok, oczywiście pacjent powinien poleŜeć w spokoju. Chrząknął jeszcze raz, 

background image

powiedział,  Ŝe  bardzo  mu  było  miło  nas  poznać,  po  czym  wyszedł  odprowadzony  przez 

Mimi. 

- Co się stało chłopcu? - spytał Macaulay. 

- Wynant posłał go do mieszkania Julii i chłopak trafił na brutalnego policjanta. 

Wróciła Mimi. 

- Czy pan Charles powiedział panu o obligacjach czeku? - zapytała. 

-  Otrzymałem  od  pani  męŜa...  byłego  męŜa  list  z  zawiadomieniem,  Ŝe  je  pani 

przekazuje - odrzekł Macaulay. 

- Więc nie będzie Ŝadnych... 

- Trudności? Nie przypuszczam. 

Napięcie Mimi zelŜało, oczy jej utraciły nieco ze swego chłodu. 

-  Nie  spodziewałam  się  trudności,  ale  on  -  wskazała  na  mnie  -  lubi  mi  od  czasu  do 

czasu napędzić strachu. 

Macaulay uśmiechnął się grzecznie. 

- Mogę spytać, czy pan Wynant nie wspominał nic o swoich planach? 

-  Wspominał  coś  o  wyjeździe,  ale  niestety  nie  słuchałam  zbyt  uwaŜnie.  Nie  mogę 

sobie przypomnieć, czy mówił, kiedy i gdzie się wybiera. 

Dałem chrząknięciem wyraz swemu powątpiewaniu. Macaulay udał, Ŝe jej wierzy. 

-  Mówił  coś,  co  by  nam  pani  mogła  powtórzyć?  -  spytał.  -  O  Julii  Wolf,  o  swoich 

kłopotach  czy  w  ogóle  o  jakichkolwiek  sprawach  związanych  z  zabójstwem?  Mimi 

potrząsnęła energicznie głową. 

- Ani słówka. Nic, co bym mogła powtórzyć ani czego bym nie mogła powtórzyć. Po 

prostu  o  niczym  się  nie  zająknął.  Próbowałam  nawet  pytać,  ale  wie  pan,  jaki  potrafi  być 

beznadziejny. Nie udało mi się wydobyć z niego ani sylaby. 

Zadałem  jej  pytanie,  które  grzeczny  Macaulay  uwaŜał  widocznie  za  zbyt 

bezceremonialne: 

- A o czym mówił? 

-  Właściwie  o  niczym  z  wyjątkiem  nas  obojga  i  dzieci.  Szczególnie  interesował  się 

Gilem. Chciał się z nim koniecznie zobaczyć, czekał prawie godzinę, miał nadzieję, Ŝe moŜe 

wróci. Pytał takŜe o Dorę, ale nie wydawał się nią zbytnio zainteresowany. 

- Mówił, Ŝe pisał do Gilberta? 

- Ani słowa. Mogę wam powtórzyć całą rozmowę, jeśli chcecie. Nie spodziewałam się 

jego wizyty, nie  raczył nawet zatelefonować z dołu. Po prostu usłyszałam dzwonek, a kiedy 

otworzyłam, stał na progu. Postarzał się bardzo, odkąd go ostatni raz widziałam, i jest chyba 

background image

jeszcze chudszy. Wykrzyknęłam: „AleŜ, Clyde!” czy coś w tym rodzaju, a on zapytał: „Sama 

jesteś?” Powiedziałam, Ŝe tak, i dopiero wtedy wszedł. Potem... Rozległ się dzwonek i Mimi 

poszła otworzyć. 

- Co ty o tym myślisz? - spytał Macaulay przyciszonym głosem. 

-  Jeśli  zacznę  kiedyś  wierzyć  Mimi  -  odparłem  -  to  zostanie  mi  chyba  dość  oleju  w 

głowie, Ŝeby się do tego nie przyznawać. 

Mimi  wróciła  z  Guildem  oraz  Andym.  Guild  kiwnął  mi  głową,  uścisnął  rękę 

Macaulayowi, po czym zwrócił się do Mimi. 

- Będę musiał pani zadać parę pytań... 

- Panie poruczniku - przerwał mu Macaulay. - MoŜe ja bym najpierw powiedział, co 

mam  do  powiedzenia?  Chodzi  o  sprawy  wcześniejsze  od  tego,  o  czym  będzie  mówiła  pani 

Jorgensen... 

Guild uczynił wielką dłonią przyzwalający gest. 

- Niech pan mówi. 

Usiadł  na  brzeŜku  kanapy  i  Macaulay  zrelacjonował  mu  to,  co  mnie  rano.  Kiedy 

wspomniał,  Ŝe  mówił  mi  to  rano,  Guild  łypnął  na  mnie  z  wyrzutem,  po  czym  zaczął  mnie 

kompletnie  ignorować.  Nie  przerywałem  Macaulayowi,  który  opowiadał  jasno  i  zwięźle. 

Mimi  chciała  coś  dwukrotnie  wtrącić,  ale  za  kaŜdym  razem  urywała,  by  słuchać  dalej. 

Skończywszy, Macaulay wręczył Guildowi list w sprawie obligacji i czeku. 

- Otrzymałem go po południu przez posłańca. Guild przeczytał bardzo uwaŜnie list, po 

czym zwrócił się do Mimi:- Kolej na panią. 

Mimi  opowiedziała  mu  to,  co  nam.  W  wyniku  jego  cierpliwych  indagacji  dorzuciła 

parę szczegółów, obstając jednak uparcie przy wersji, Ŝe Wynant nie chciał powiedzieć słowa 

na temat Julii Wolf, Ŝe obligacje i czek traktował po prostu jako zabezpieczenie dla niej i dla 

dzieci i Ŝe napomknął wprawdzie coś o wyjeździe, ale ona nie wie, kiedy i dokąd się wybiera. 

Wydawała  się  zupełnie  nie  speszona  faktem,  Ŝe  Ŝaden  z  nas  nie  ukrywa  swojego 

niedowierzania. Zakończyła z uśmiechem: 

- W wielu sprawach jest słodki, ale zupełnie pomylony. 

- Chce pani powiedzieć, Ŝe jest rzeczywiście nienormalny? - spytał Guild. - Nie tylko 

nieobliczalny? 

- Tak jest. 

- Na jakiej podstawie pani tak uwaŜa? 

-  Och,  musiałby  pan  z  nim  pomieszkać  przez  jakiś  czas,  Ŝeby  zrozumieć,  do  jakiego 

stopnia jest pomylony - odparła beztrosko. 

background image

Guild nie wydawał się przekonany. 

- A jakie miał ubranie? 

- Brązowy  garnitur, brązowy płaszcz i kapelusz, chyba brązowe buty, białą koszulę i 

szary krawat w czerwone względnie brązowe wzory. 

Guild uczynił głową ruch w kierunku Andy’ego. 

- IdŜ ich zawiadomić. 

Andy wyszedł. Guild zaczął się drapać w brodę, marszcząc czoło w namyśle. Wszyscy 

mu się przyglądali. Wreszcie przerwał drapanie, popatrzył na Mimi i na Macaulaya, starannie 

jednak ignorując mnie, i zapytał: 

- Zna ktoś z państwa osobę, która by miała inicjały D. W. Q.? 

Macaulay potrząsnął wolno głową. Mimi powiedziała: 

- Nie. A dlaczego? 

Guild zmierzył z kolei mnie. 

- A pan? 

- Nie znam. 

- Ale dlaczego? - powtórzyła Mimi. 

-  Niech  państwo  sobie  dobrze  przypomną  -  nalegał  Guild.  -  To  prawdopodobnie 

osobnik, którego łączyły Wynantem jakieś interesy. 

- Kiedy to było? - spytał Macaulay. 

- Trudno mi w tej chwili odpowiedzieć. MoŜe parę miesięcy temu, moŜe parę lat. Był 

to  wysoki,  dobrze  zbudowany  męŜczyzna,  prawdopodobnie  z  solidnym  brzuszkiem,  nie 

wykluczone, Ŝe utykał na nogę. 

Macaulay potrząsnął znowu głową. 

- Nie przypominam sobie nikogo takiego. 

-  Ja  teŜ  nie  -  zawtórowała  Mimi.  -  Ale  umieram  z  ciekawości.  MoŜe  by  nam  pan 

wreszcie powiedział, co chodzi? 

- I owszem, powiem. - Guild wyjął z kieszeni kamizelki cygaro, oglądał je chwilę, po 

czym schował powrotem. - Znaleźliśmy zwłoki męŜczyzny o takim wyglądzie. Pod podłogą 

warsztatu Wynanta. 

- Ta-ak? - mruknąłem. 

Mimi  przytknęła  ręce  do  ust.  Milczała,  ale  jej  oczy  zrobiły  się  szkliste  i  okrągłe. 

Macaulay zmarszczył czoło. 

- Jest pan pewien? - spytał. Guild westchnął. 

- Chyba pan nie przypuszcza, Ŝe zgaduję - odrzekł zmęczonym głosem. 

background image

Macaulay poczerwieniał. Uśmiechnął się głupawo. 

- Tak, to było idiotyczne pytanie. Jak pan go... chciałem powiedzieć, to znalazł? 

-  Nasz  pan  Charles  napomykał  raz  po  raz,  Ŝe  naleŜałoby  zwrócić  większą  uwagę  na 

warsztat, a poniewaŜ pan Charles nie naleŜy do osób skłonnych mówić wszystko, co wiedzą, 

więc posłałem dzisiaj ludzi, Ŝeby się rozejrzeli. Przeszukaliśmy juŜ raz warsztat, ale pobieŜnie 

i nic nie znaleźliśmy. Więc tym razem kazałem im rozebrać melinę na kawałki, bo nasz pan 

Charles twierdził, Ŝe naleŜałoby na nią zwrócić większą uwagę. I jak się okazuje, pan Charles 

miał  rację.  -  Zmierzył  mnie  z  zimną  wrogością.  -  Nasi  ludzie  doszukali  się  w  jednym  rogu 

kawałka  cementowej  podłogi  jakby  trochę  nowszej  niŜ  reszta,  więc  ją  zerwali  i  znaleźli 

doczesne szczątki pana D. W. Q. I co państwo o tym sądzą? 

- Sądzę - odparł Macaulay - Ŝe Charles miał cholernego nosa. - Zwrócił się do mnie: - 

JakŜeś na to... 

Guild mu przerwał: 

-  Nie  powinien  pan  tak  mówić.  Nie  oddaje  pan  naleŜytego  uznania  bystrości  pana 

Charlesa twierdząc, Ŝe to nos. 

Macaulay był zaskoczony tonem Guilda. Obrzucił mnie pytającym spojrzeniem. 

- Pan porucznik stawia mnie do kąta za karę, Ŝe mu nie powtórzyłem naszej porannej 

rozmowy - wyjaśniłem. 

- Ta-ak - przytaknął Guild spokojnie. - Między innymi. 

Mimi zachichotała i zaraz uśmiechnęła się przepraszająco do Guilda, który ją zmierzył 

ostro wzrokiem. 

W jaki sposób został zabity pan D. W. Q? - zapytałem. 

Guild  się  zawahał,  jakby  niepewny,  czy  powinien  odpowiedzieć.  W  końcu  wzruszył 

lekko ramionami i rzekł: 

-  Nie  wiem  jeszcze.  Ani  kiedy  został  zabity.  Nie  widziałem  jeszcze  zwłok,  a  raczej 

tego, co z nich zostało. Zresztą, o ile wiem, nie ukończono jeszcze sekcji. 

- Tego, co z nich zostało? - powtórzył Macaulay. 

- Yhm. Trupa, pocięto na kawałki i zakopano w wannie lub czymś podobnym, tak Ŝe 

niewiele  z  nich  zostało.  Natomiast  ubranie  było  zwinięte  w  węzełek  i  część  wewnętrzna 

zachowała  się  na  tyle,  Ŝe  moŜe  nam  to  coś  powie.  Jest  równieŜ  kawałek  laski  z  gumowym 

końcem: na tej podstawie przypuszczamy, Ŝe zamordowany utykał. 

Urwał na widok Andy’ego. 

- No? 

- Andy potrząsnął ponuro głową. 

background image

- Nikt nie widział, jak wchodził, nikt nie widział, jak wychodził. Zupełnie jak w tym 

dowcipie o facecie, który był taki cienki, Ŝe musiał stanąć dwa razy w jednym miejscu, Ŝeby 

rzucić cień. 

Roześmiałem się - nie z dowcipu - i powiedziałem: 

- Wynant nie jest aŜ taki cienki, ale wystarczająco cienki. Nie grubszy niŜ papier tego 

czeku i listów, które wszyscy od niego dostawali. 

-  Co  to  ma  znowu  znaczyć?  -  zapytał  Guild.  Twarz  mu  nabiegła  krwią,  w  oczach 

pojawił się gniew i podejrzliwość. 

- Wynant nie Ŝyje. Od dawna istniał tylko na papierze. ZałoŜę się o grubszą sumę, Ŝe 

to jego zwłoki leŜały w warsztacie, zakopane z ubraniem utykającego grubasa. 

Macaulay pochylił się w moją stronę. 

- Jesteś pewien, Nick? 

- Co to znowu za numer? - warknął Guild. 

- Chce się pan ze mną załoŜyć? Kto by sobie zadawał tyle trudu ze zwłokami, a potem 

zostawiał nietknięte ubranie, rzecz, której się najłatwiej pozbyć, jeśli nie... 

- AleŜ ubranie nie jest nietknięte. Jest... 

-  Oczywiście,  Ŝe  nie.  To  by  źle  wyglądało.  Oczywiście,  musiało  być  częściowo 

zniszczone, ale nie za bardzo, Ŝeby zdradzało to, co powinno.  ZałoŜę się,  Ŝe inicjały były w 

miejscu wpadającym od razu w oczy? 

- Nie wiem - odparł Guild z mniejszym przekonaniem. - Były na klamrze paska. 

Zaśmiałem się. Mimi wtrąciła się z gniewem. 

-  AleŜ  to  śmieszne,  Nick.  JakŜe  to  moŜe  być  Clyde?  PrzecieŜ  wiesz,  Ŝe  przyszedł  tu 

dzisiaj po południu. Wiesz dobrze, Ŝe... 

-  Ci-i...  To  bardzo  niemądrze  z  twojej  strony,  pozwalać  się  wciągać  w  jego  grę  - 

powiedziałem. - 

Wynant nie Ŝyje, spadkobiercami są prawdopodobnie twoje dzieci; to znacznie więcej 

pieniędzy,  niŜ  masz  w  szufladzie.  Nie  rozumiem,  dlaczego  byś  się  miała  zadowalać  częścią 

łupu, kiedy moŜesz połoŜyć rękę na wszystkim. 

- Nie wiem, o czym mówisz - powiedziała, ale zrobiła się bardzo blada. 

- Charles uwaŜa - wtrącił Macaulay - Ŝe Wynanta wcale tutaj nie było, a te papiery i 

czek dał pani ktoś inny albo moŜe sama je pani ukradła. Czy tak? - zwrócił się do mnie. 

- Mniej więcej. 

- AleŜ to śmieszne - upierała się Mimi. 

background image

- Bądź rozsądna, Mimi - powiedziałem. - Przypuśćmy, Ŝe Wynant został zabity przed 

trzema  miesiącami,  a  jego  zwłoki  ukryte  jako  zwłoki  kogoś  innego.  Co  wówczas?  Przed 

rzekomym wyjazdem zostawił pełnomocnictwo swojemu adwokatowi, Macaulayowi, a więc 

jego  majątek  jest  na  łasce  i  niełasce  Macaulaya.  I  to  na  wieczne  czasy  albo  przynajmniej 

dopóki pan mecenas nie skończy go plądrować. Ty nie moŜesz nawet... 

Macaulay poderwał się mówiąc: 

- Widzę, do czego zmierzasz, ale ja... 

- Spokojnie - wstrzymał go Guild. - Pan mu pozwoli skończyć. 

-  Zabił  Wynanta,  zabił  Julię  i  zabił  Nunheima  -  zapewniłem  Mimi.  -  Co najlepszego 

chcesz  zrobić?  Być  następną  ofiarą  na  jego  liście?  Powinnaś  wiedzieć,  Ŝe  jak  mu  raz 

pomoŜesz zeznając, Ŝe widziałaś Wynanta Ŝywego... a to jego słaby punkt, bo tylko on jeden 

przyznaje  się  do  kontaktów  z  nim  od  października...  to  nie  będzie  czekał,  aŜ  ci  wpadnie  do 

głowy  odwołać  zeznanie...  PrzecieŜ  to  drobiazg:  sprzątnąć  cię  z  tego  samego  rewolweru  i 

zwalić  winę  na  Wynanta.  I  po  co  to  robisz?  Dla  tych  paru  obligacji  w  szufladzie?  Marnej 

cząstki  tego,  na  czym  moŜesz  połoŜyć  rękę  za  pośrednictwem  dzieci,  jeśli  dowiedziesz,  Ŝe 

Wynant nie Ŝyje? Mimi obróciła się do Macaulaya i syknęła: 

- Ty skurwysynu jeden! 

Guild  patrzył  na  nią  z  otwartymi  ustami,  bardziej  zaskoczony  jej  reakcją  niŜ 

wszystkim,  co  powiedziałem.  Macaulay  uczynił  ruch.  Nie  czekałem,  co  zrobi,  tylko 

wyrŜnąłem go lewym sierpowym w szczękę. Cios był prawidłowy. Zwaliłem go z nóg, ale w 

lewym  boku  poczułem  piekący  ból  i  od  razu  wiedziałem,  Ŝe  rozerwałem  sobie  ranę  po 

postrzale. 

- Na co pan jeszcze czeka? - warknąłem do Guilda. - Mam go zapakować w celofan i 

odstawić na komisariat? 

31 

Dochodziła trzecia nad ranem, kiedy otworzyłem drzwi naszego apartamentu w hotelu 

Normandie. Nora Dorota i Larry Crowley siedzieli w salonie. Nora i Larry grali w tryktraka, 

Dorota czytała gazetę. 

- Naprawdę Macaulay ich zabił? - spytała Nora bez wstępu. 

- Tak. Czy w porannych gazetach nie ma nic o Wynancie? 

- Nie. - odpowiedziała Dorota. - Tylko o aresztowania Macaulaya. Dlaczego? 

- Macaulay zabił go takŜe. 

- Naprawdę? - zapytała Nora. 

- Niech mnie diabli! - zaklął Larry. 

background image

Dorota się rozpłakała. Nora popatrzyła na nią zdumiona. Dorota szlochała: 

- Ja chcę do domu, do mamusi. 

Larry ofiarował się bez zbytniego zapału: 

- Chętnie panią odwiozę, jeśli... 

Dorota powtórzyła, Ŝe chce wracać do domu. Nora zaczęła się nad nią rozczulać, ale 

nie próbowała jej odwodzić od zamiaru. Larry znalazł swój płaszcz i kapelusz, starając się nie 

okazywać zbytniego niezadowolenia. Wyszedł razem z Dorotą. Nora zamknęła za nimi drzwi 

i oparła się o nie. 

- Teraz opowie mi pan wszystko po kolei, panie Charalambides - oświadczyła. 

Pokiwałem głową. Nora usiadła obok mnie na tapczanie. 

- No, zaczynaj. A spróbuj przeskoczyć jeden szczegół... 

- Musisz mi najpierw dać coś do picia, jeśli mam mówić. 

Klnąc mnie poszła zrobić cocktail. 

- Przyznał się do winy? 

-  Przyznał  się?  Kto  się  przyznaje  do  zabójstwa  z premedytacją?  Za  wiele  trupów  ma 

na  sumieniu,  przy  tym  co  najmniej  dwa  morderstwa  popełnił  z  oczywistą  zimną  krwią.  Nie 

moŜe  liczyć  na  Ŝadne  okoliczności  łagodzące.  Nie  pozostaje  mu  nic  innego,  jak  walczyć  do 

końca. 

- Ale ich zamordował? 

- Jasne. 

PołoŜyła dłoń na szklaneczce, którą podnosiłem do ust. 

- Przestań mówić monosylabami i opowiadaj po kolei. 

- Więc wygląda na to, Ŝe od pewnego czasu Macaulay oszukiwał Wynanta do spółki z 

Julią  Wolf.  Stracił  kupę  forsy  na  giełdzie,  a  jak  juŜ  dawał  nam  do  zrozumienia  Morelli, 

wiedział o przeszłości Julii. Jednym słowem, spiknęli się przeciw staremu. Zasadziliśmy juŜ 

biegłych do ekspertyzy ksiąg Macaulaya i Wynanta i nie powinno być trudności z odkryciem 

przecieków z jednego konta na drugie. 

- Więc nie wiesz na pewno, Ŝe oszukiwał Wynanta? 

-  Oczywiście,  Ŝe  wiem.  Tylko  w  ten  sposób  wszystko  to  się  trzyma  kupy. 

Prawdopodobnie  Wynant  miał  gdzieś  rzeczywiście  wyjechać  trzeciego  października,  bo 

podjął sam pięć tysięcy gotówką, ale to nieprawda, Ŝe zamknął warsztat i zwinął mieszkanie. 

To  zrobił  Macaulay  w  parę  dni  później.  Wynant  został  zabity  w  mieszkaniu  Macaulaya  w 

Scarsdale  trzeciego  października  wieczorem.  Wiemy  to,  bo  czwartego  rano,  kiedy  gosposia 

Macaulaya  przyszła  do  pracy,  Macaulay  powitał  ją  w  przedpokoju  z  jakimiś  wyssanymi  z 

background image

palca  pretensjami  i  wyrzucił  z  miejsca,  płacąc  za  dwa  tygodnie  z  góry.  Nie  wpuścił  jej  w 

ogóle do domu, Ŝeby przypadkiem nie zobaczyła trupa albo śladów krwi. 

- Skąd to wiecie? Tylko nie opuszczaj szczegółów. 

- Normalne dochodzenie policyjne. Po aresztowaniu go poszliśmy naturalnie do jego 

kancelarii i do domu zobaczyć, czy się czegoś nie dogrzebiemy. Rozumiesz, zwykłe pytania 

w rodzaju: „Gdzie pani była wieczorem szóstego czerwca 1894 roku?” No i obecna gosposia 

powiedziała  nam,  Ŝe  pracuje  u  niego  dopiero  od  ósmego  października.  To  nas  naprowadziło 

na  ślad.  Znaleźliśmy  równieŜ  niedokładnie  wyszorowany  stół  ze  śladami  krwi, 

przypuszczalnie  ludzkiej.  Specjaliści  wzięli  juŜ  wióry  do  analizy  i  mamy  nadzieję,  Ŝe  coś 

wykryją. 

(Jak się później okazało, była to krew wołowa.) 

- Więc nie jesteście pewni, Ŝe... 

- Przestań to w kółko powtarzać. Oczywiście, Ŝe jesteśmy pewni. Tylko w ten sposób 

wszystko  gra.  Wynant  odkrył,  Ŝe  Julia  i  Macaulay  go  oszukują,  sądził  takŜe,  słusznie  czy 

niesłusznie, Ŝe Julia zdradza go z Macaulayem, a wiemy, jaki był zazdrosny, no i poszedł się 

z nim rozmówić. Pewnie wziął ze sobą, jakie tam miał dowody, i Macaulay stanąwszy wobec 

groźby  więzienia  zabił  go.  Tylko  nie  mów,  Ŝe  nie  jesteśmy  pewni.  Inaczej  wszystko  nie 

trzymałoby  się  kupy.  Teraz  pozostał  z  trupem,  a  to,  jak  wiadomo,  jedna  z  trudniejszych 

rzeczy do pozbycia się. Mogę się napić? 

- Ale tylko łyk - powiedziała Nora. - Wszystko to teoria. Musisz przyznać. 

- Nazywaj sobie to jak chcesz. Dla mnie to wystarczające. 

-  A  ja,  głupia,  sądziłam,  Ŝe  prawo  uwaŜa  kaŜdego  za  niewinnego,  dopóki  mu  się  nie 

dowiedzie winy. I jeśli istnieją jakiekolwiek uzasadnione wątpliwości... 

-  To  dobre  dla  sądu,  nie  dla  detektywów.  My  szukamy  mordercy,  pakujemy  go  do 

aresztu,  podajemy  do  ogólnej  wiadomości,  Ŝe  jest  podejrzany  o  morderstwo,  umieszczamy 

zdjęcia  we  wszystkich  gazetach,  po  czym  prokurator  na  podstawie  posiadanych  faktów 

sporządza akt oskarŜenia. Równocześnie wygrzebuje się dodatkowe szczegóły, ludzie, którzy 

poznali go na fotografii w gazecie, jak równieŜ ludzie, którzy go nigdy nie posądzali, dopóki 

nie został aresztowany, przychodzą z róŜnymi informacjami, i ani się facet obejrzy, jak ląduje 

na krześle elektrycznym. 

(Dwa  dni  później  zgłosiła  się  pewna  kobieta  z  Brooklynu,  która  rozpoznała  w 

Macaulayu człowieka wynajmującego u niej od trzech miesięcy mieszkanie pod nazwiskiem 

George Foley). 

- Ale to wszystko takie niekonkretne! 

background image

- Kiedy matematyk popełnia morderstwo - odrzekłem - moŜna prowadzić śledztwo z 

matematyczną dokładnością. Ale to się rzadko zdarza i w tym przypadku  nie miało miejsca. 

Nie  chciałbym  podwaŜyć  twojego  zaufania  do  sprawiedliwości,  jeśli  powiem,  Ŝe  Macaulay 

pociął  ciało  na  kawałki,  Ŝeby  je  wynieść  z  domu  w  walizkach,  ale  to  jest  najbardziej 

prawdopodobne.  Miało  to  miejsce  nie  wcześniej  niŜ  szóstego  października,  bo  dopiero  tego 

dnia  zwolnił  dwu  laborantów  Wynanta  i  zamknął  warsztat.  Teraz  mógł  pochować  ciało  pod 

podłogą  wraz  z  ubraniem  jakiegoś  grubasa,  laską  kogoś  utykającego  i  paskiem  z  inicjałami 

D.W.Q.  Wszystko  to  umieścił  tak,  Ŝeby  nie  było  zbytnio  naraŜone  na  działanie  wapna  czy 

czego  tam  uŜył  dla  zniekształcenia  rysów  i  sylwetki  zabitego.  Normalne  dochodzenie 

policyjne  w  połączeniu  z  rozgłosem  sprawy  rokują  nam  spore  szanse  wykrycia,  skąd  wziął 

ubranie, laskę i cement. 

(Znaleźliśmy  później  człowieka,  u  którego  kupił  cement,  właściciela  małego  składu 

opałowego  i  budowlanego  na  przedmieściu,  ale  nie  powiodło  nam  się  z  pozostałymi 

rzeczami.) 

- Mam nadzieję - powiedziała Nora bez zbytniej nadziei. 

-  Pozbywszy  się  trupa,  odnowił  dzierŜawę  na  pusty  warsztat,  który  rzekomo  miał 

czekać  na  powrót  Wynanta.  W  ten  sposób  zyskał  względną  pewność,  Ŝe  nikt  nie  odkryje 

zwłok,  a  jeśliby  przypadkiem  odkrył,  to  z  Wynanta  pozostaną  juŜ  niemal  czyste  kości.  Po 

szkielecie  nie  moŜna  poznać,  czy  zmarły  był  szczupły,  czy  gruby,  więc  wszystko  będzie 

wskazywało,  Ŝe  to  trup  pana  D.W.Q.  zabitego  przez  Wynanta,  co  wyjaśni  jego  zniknięcie. 

Zabezpieczywszy  się  od  tej  strony,  Macaulay  fałszuje  pełnomocnictwo  i  zabiera  się  do 

stopniowego  przekładania  pieniędzy  zamordowanego  do  kieszeni  swojej  i  Julii.  Teraz 

zaczynam  znowu  teoretyzować.  Julii  nie  podoba  się  zabójstwo,  ma  duszę  na  ramieniu  i 

Macaulay  nie  jest  pewien,  czy  nie  puści  farby.  Dlatego  zmusza  ją  do  zerwania  z  Morellim 

podając jako powód zazdrość Wynanta. Boi się, Ŝe Julia moŜe w chwili słabości zwierzyć się 

staremu  przyjacielowi.  Tymczasem  jednak  zbliŜa  się  moment  wyjścia  z  więzienia  jeszcze 

bliŜszego  przyjaciela,  Buźki  Pepplera,  i  Macaulay  niepokoi  się  jeszcze  bardziej.  Był 

bezpieczny,  dopóki  Buźka  siedział,  bo  Julia  na  pewno  nie  napisze  nic  w  liście,  który 

przechodzi  przez  cenzurę,  ale  teraz...  Snuje  plany  pozbycia  się  jej,  kiedy  nagle  sprawa 

zaczyna się jeszcze bardziej komplikować. Na głowę zwala mu się Mimi z dziećmi i zaczyna 

szukać Wynanta, potem zjeŜdŜam do Nowego Jorku ja, a Ŝe jestem z nimi w kontakcie, więc 

sądzi, Ŝe im pomagam. Postanawia nie ryzykować dłuŜej i usunąć Julię, póki czas. No, jak ci 

się to podoba? 

- Owszem, ale... 

background image

- Nic się nie martw, dalej będzie gorzej - zapewniłem ją. - Jadąc do mnie tego dnia na 

lunch, wstępuje gdzieś i dzwoni do swojej kancelarii, podając się za Wynanta i wyznaczając 

sobie  spotkanie  w  hotelu  PlaŜa.  Chodzi  mu  o  upozorowanie  obecności  Wynanta  w  Nowym 

Jorku.  Dla  uprawdopodobnienia  swojej  historyjki  jedzie  ode  mnie  do  hotelu  i  rozpytuje  się, 

czy ktoś nie widział Wynanta. Następnie znowu dzwoni do kancelarii i pyta, czy nie było od 

niego dalszych wiadomości. Potem dzwoni do Julii, która mu mówi, Ŝe się spodziewa wizyty 

Mimi. Mimi nie chciała jej wierzyć, Ŝe nie wie, gdzie jest Wynant, oświadcza, i Macaulay się 

orientuje,  Ŝe  Julia  jest  w  śmiertelnym  strachu.  Wobec  tego  postanawia  uprzedzić  wizytę 

Mimi.  Udaje  mu  się  zdąŜyć  na  czas  i  morduje  Julię.  Jest  wyjątkowo  podłym  strzelcem. 

Widziałem,  jak  strzela,  podczas  wojny.  Prawdopodobnie  spudłował  za  pierwszym  razem  i 

stąd  ta  kula  w  telefonie.  Nie  udało  mu  się  równieŜ  zabić  jej  pozostałymi  czterema  kulami, 

pewnie  jednak  sądził,  Ŝe  ją  zabił,  zresztą  tak  czy  inaczej  musi  wyjść  przed  zjawieniem  się 

Mimi.  Podrzuca  jeszcze urwaną  dewizkę  Wynanta,  którą  przyniósł  jako  dowód  obciąŜający, 

przy czym  fakt, Ŝe ją przechowywał przez trzy  miesiące, zdaje się wskazywać, Ŝe zamierzał 

zabić  Julię  od  początku. Teraz  pędzi  do  biura  tego  inŜyniera  Hermanna,  gdzie  wykorzystuje 

bliskie  stosunki  z  sekretarką,  Ŝeby  sobie  zapewnić  alibi.  Nie  spodziewa  się  jednak  dwu 

rzeczy,  których  nie  mógł  zresztą  przewidzieć:  Ŝe  Nunheim,  który  czatuje  na  dziewczynę, 

zobaczy go wychodzącego z jej mieszkania, moŜe nawet usłyszy strzały, i Ŝe Mimi, urodzona 

szantaŜystka,  schowa  dewizkę,  zeby  ją  sprzedać  za  grube  pieniądze  swojemu  eks-

małŜonkowi. To go zmusza do pojechania do Filadelfii, skąd wysyła do mnie telegram i list 

do  siebie,  a  później  takŜe  do  ciotki  Alicji.  Liczy,  Ŝe  podejrzewania  Wynanta  wprawią  Mimi 

we  wściekłość  i  skłonią  ją  do  przekazania  dewizki  i  scyzoryka  policji.  Chęć  zemsty  na 

Jorgensenie,  która  ogarnia  Mimi,  o  mało  nie  krzyŜuje  i  tego  planu.  A  propos,  Macaulay 

wiedział,  Ŝe  Jorgensen  jest  Keltermanem.  Zaraz  po  zamordowaniu  Wynanta  wysłał 

detektywów  do  Europy,  Ŝeby  wytropili  Mimi  i  jej  dzieci,  gdyŜ  ich  ewentualne  pretensje  do 

spadku  stanowiły  potencjalne  niebezpieczeństwo,  i  detektywi  dogrzebali  się,  kim  jest 

naprawdę  Jorgensen.  Znaleźliśmy  ich  raporty  w  papierach  Macaulaya.  Oczywiście  twierdzi, 

Ŝ

e  zbierał  informacje  dla  Wynanta.  Potem  zacząłem  go  niepokoić  ja,  fakt,  Ŝe  nie  uwaŜam 

Wynanta za winnego... 

- Ale dlaczego nie uwaŜałeś? 

-  Bo  nie  zraŜałby  sobie  Mimi,  jedynej  osoby,  która  mu  pomogła  ukrywając 

kompromitujące  dowody.  Dlatego  od  razu  uwaŜałem  historię  z  tą  dewizką  za  podejrzaną, 

tylko  trochę  za  łatwo  uwierzyłem,  Ŝe  podrzuciła  ją  Mimi.  RównieŜ  nie  na  rękę  było 

Macaulayowi aresztowanie Morellego, który próbując się oczyścić, mógł zwrócić podejrzenia 

background image

w  jego  kierunku.  Natomiast  Mimi  się  nie  obawiał,  bo  gdyby  ją  oskarŜono,  próbowałaby  na 

pewno zwalić winę na Wynanta, a o to mu właśnie chodziło. Rzucenie podejrzeń na Wynanta 

stanowiło  dla  niego  najlepsze  zabezpieczenie  przed  domysłami,  Ŝe  Wynant  nie  Ŝyje.  A  jeśli 

Macaulay nie zabił Wynanta, to po co miałby zabijać tamtych dwoje? Najbardziej oczywistą 

rzeczą w całym schemacie, kluczem do zagadki był fakt, Ŝe Wynant nie Ŝyje. 

-  Chcesz  powiedzieć,  Ŝe  domyślałeś  się  tego  od  początku?  -  zapytała  Nora,  mierząc 

mnie podejrzliwym wzrokiem. 

- Nie, kochanie, chociaŜ powinienem się tego wstydzić. Ale jak raz usłyszałem o tym 

trupie  pod  podłogą,  nie  uwierzyłbym,  gdyby  mnie  wszyscy  spece  od  medycyny  sądowej 

przekonywali, Ŝe to trup kobiety. 

Upierałbym się, Ŝe to musi być Wynant. To było jedyne moŜliwe rozwiązanie. 

- Jesteś chyba okropnie zmęczony. Inaczej nie opowiadałbyś takich głupstw. 

-  Następnie  musiał  coś  zrobić  z  Nunheimem,  który  rzuciwszy  podejrzenie  na 

Morellego,  Ŝeby  zamydlić  oczy  policji,  przyszedł  z  nim  porozmawiać.  To  znowu  domysły, 

kochanie.  Ale  miałem  telefon  od  męŜczyzny,  który  przedstawił  się  jako  Albert  Norman,  i 

nasza rozmowa została przerwana po tamtej stronie linii. Przypuszczam, Ŝe Nunheim poszedł 

do Macaulaya i zaŜądał za milczenie pieniędzy, a poniewaŜ Macaulay próbował kręcić, złapał 

za  telefon  i  zadzwonił  do  mnie  zaproponować  transakcję.  Macaulay  wyrwał  mu  pewnie 

słuchawkę  i  zatkał  buzię  obiecankami.  Ale  to  nie  na  długo  starczyło.  Kiedy  przyszliśmy  z 

Guildem, Ŝeby go przycisnąć, i Nunheim nam zwiał, zadzwonił czym prędzej do Macaulaya z 

Ŝą

daniem  wywiązania  się  z  obietnicy,  to  znaczy  jakiejś  okrągłej  sumki  w  zamian  za 

zobowiązanie  wyjazdu  z  Nowego  Jorku  i  trzymanie  się  z  dala  od  wszystkich  wścibskich 

detektywów.  Wiemy  na  pewno,  Ŝe  dzwonił  tego  popołudnia,  bo  telefonistka  Macaulaya 

pamięta,  Ŝe  łączyła  jakiegoś  pana  Alberta  Normana  i  Ŝe  Macaulay  wyszedł  zaraz  po 

rozmowie z nim, więc nie kręć noskiem na moje rekonstrukcje. Macaulay nie był głupi i ani 

przez chwilę nie wierzył, Ŝe pozbędzie się Nunheima, jeśli mu zapłaci. Zwabił go w miejsce, 

które  wybrał  prawdopodobnie  zawczasu,  i  sprzątnął.  Następna  sprawa  wydawała  się 

załatwiona. 

MoŜe - powiedziała Nora. 

-  Niestety,  często  musimy  się  posługiwać  tym  słowem.  Co  do  listu,  który  wysłał  do 

Gilberta, chodziło mu tylko o zwrócenie uwagi policji, Ŝe Wynant miał klucz do mieszkania 

Julii.  Mógł  być  pewien,  Ŝe  Gilbert  wpadnie  w  ręce  policji,  która  juŜ  wyciśnie  z  niego,  co 

trzeba.  Tymczasem  Mimi  decyduje  się  wydobyć  z  szafy  dewizkę,  równocześnie  jednak 

dochodzi  nowa  komplikacja:  udaje  jej  się  nakłonić  Guilda  do  zainteresowania  się  mną. 

background image

Przypuszczam,  Ŝe  wybierając  się  do  mnie  dziś  rano  ze  swoimi  rewelacjami,  Macaulay  miał 

zamiar  zwabić  mnie  do  Scarsdale  i  sprzątnąć  jako  rzekomą  trzecią  ofiarę  Wynanta.  MoŜe 

później  zmienił  plan,  moŜe  wydało  mu  się  podejrzane,  Ŝe  tak  chętnie  godzę  się  jechać  i 

nalegam  na  niezawiadamianie  policji?  Zresztą  kłamstwo  Gilberta,  Ŝe  spotyka  się  z 

Wynantem,  nasunęło  mu  lepszy  pomysł.  Gdyby  namówił  kogoś  do  zeznania,  Ŝe  widział 

Wynanta, i do trzymania się tej wersji... No, tę część znamy juŜ dokładniej. 

- Chwała Bogu! 

-  Wybrał  się  do  Mimi  w  południe,  zaproponować  transakcję.  Na  wszelki  wypadek 

kazał  się  zawieźć  dwa  piętra  wyŜej  i  zszedł  po  schodach,  Ŝeby  windziarze  nie  przypomnieli 

sobie, Ŝe go  wozili. Mimi powiedział, Ŝe wina Wynanta nie ulega najmniejszej wątpliwości, 

ale  jest  wątpliwe,  czy  policja  go  kiedykolwiek  złapie.  Tymczasem  on,  Macaulay,  ma  w 

swoich  rękach  cały  majątek  Wynanta.  Nie  moŜe  ryzykować  przywłaszczenia,  ale  mógłby 

zaaranŜować  sprawę  tak,  by  jej  coś  kapnęło,  o  ile  zgodzi  się  z  nim  podzielić.  Daje  jej 

obligacje,  które  ma  w  kieszeni,  oraz  czek,  ale  w  zamian  Ŝąda  zeznania,  Ŝe  dostała  je  od 

Wynanta,  oraz  wysłania  do  niego,  Macaulaya,  z  góry  przygotowanego  listu,  równieŜ 

pochodzącego rzekomo od Wynanta. Zapewnia ją, Ŝe Wynant, jako uciekinier, na pewno nie 

będzie kwestionował daru, a oprócz niej i dzieci nie ma nikogo, kto by się mógł interesować 

jego majątkiem i miał powody podawać w wątpliwość jej prawo do pieniędzy. Mimi nie jest 

zbyt  rozsądna, kiedy zwietrzy pieniądze,  więc się zgodziła, a Macaulay uzyskał to, na  czym 

mu najbardziej zaleŜało: osobę, która widziała Wynanta Ŝywego. Ostrzegł ją, Ŝe wszyscy będą 

podejrzewali, Ŝe Wynant płaci jej za jakąś usługę, ale jeśli się po prostu wyprze, nikt nie moŜe 

jej niczego dowieść. 

-  Więc  mówiąc  dzisiaj  rano,  Ŝe  Wynant  kazał  mu  wypłacić  Mimi  kaŜdą  sumę  w 

granicach zdrowego rozsądku, chciał sobie po prostu przygotować grunt? 

- MoŜe tak, a moŜe sam nie bardzo jeszcze wiedział, do czego zmierza. No, czy jesteś 

zadowolona z tego, co przeciwko niemu zebraliśmy? 

- Tak sobie. Uzbierało się sporo, ale nie jest to wszystko zbyt kompletne. 

- Wystarczająco, Ŝeby skończył na krześle elektrycznym - odparłem - a o to przecieŜ 

chodzi.  Wszystkie  szczegóły  się  zgadzają,  a  nie  sądzę,  Ŝeby  moŜna  je  było  wytłumaczyć  w 

jakikolwiek  inny  sposób.  Oczywiście,  nie  zaszkodziłoby,  gdybyśmy  odnaleźli  rewolwer  i 

maszynę,  na  której  pisał  domniemane  listy  Wynanta.  Muszą  być  gdzieś,  gdzie  miał  do  nich 

łatwy dostęp w razie potrzeby. 

(Znaleźliśmy je w mieszkaniu, które wynajmował jako George Foley w Brooklynie). 

background image

-  Niech  ci  będzie.  Ale  ja  zawsze  sądziłam,  Ŝe  detektywi  czekają,  aŜ  będą  mieli 

wszystko zapięte na ostatni guzik... 

-  Tak,  i  potem  zachodzą  w  głowę,  jak  podejrzany  zdąŜył  czmychnąć  do  najdalszego 

kraju, który nie ma z nami umowy o ekstradycję. 

Parsknęła śmiechem. 

- No dobrze. Ciągle chcesz wracać jutro do San Francisco? 

-  Nie,  chyba  Ŝe  tobie  się  śpieszy.  Moglibyśmy  jeszcze  trochę  posiedzieć.  Ta  cała 

historia weszła nam w paradę, tak Ŝe nie mieliśmy nawet okazji się napić. 

-  Ja  nie  mam  nic  przeciwko  temu.  Jak  sądzisz,  co  będzie  z  Mimi,  z  Dorotą  i 

Gilbertem? 

- Nic. Pozostaną sobą, tak jak my, jak Quinnowie, jak kaŜdy. Morderstwo nie zmienia 

niczyjego Ŝycia, z wyjątkiem Ŝycia ofiary i czasami zabójcy. 

- MoŜe masz i rację - powiedziała Nora. - Ale mnie się to wcale nie podoba. 

 

Posłowie 

 

Dashiell  Hammett  (1894-1961)  zapisał  się  na  trwałe  w  historii  powieści 

detektywistycznej jako jeden z najwybitniejszych twórców. 

Urodzony  na  farmie  swego  dziadka  w  stanie  Maryland  na  wschodnim  wybrzeŜu 

Stanów Zjednoczonych, nie odebrał niemal Ŝadnego formalnego wykształcenia. Jako chłopiec 

garnął się wprawdzie do nauki, poŜerał ksiąŜki i wykazywał nieprzeciętne zdolności, jednakŜe 

niepowodzenia  finansowe  ojca,  który  się  przeniósł  do  Baltimore,  gdzie  z  mizernymi 

rezultatami  szukał  szczęścia  w  interesach,  zmusiły  Dashiella  do  porzucenia  w  wieku 

czternastu  lat  średniej  szkoły  politechnicznej  i  podjęcia  pracy  dla  zasilenia  budŜetu 

rodzinnego. Imał się róŜnych zajęć, które często zmieniał, znudzony ich monotonią i brakiem 

perspektyw. Był posłańcem na kolei Baltimore-Ohio, dokerem, gońcem w biurze maklerskim, 

robotnikiem  w  fabryce  pudełek,  pracownikiem  transportu.  AŜ  w  roku  1915  otrzymał  z 

ogłoszenia pracę w baltimorskim oddziale słynnej Agencji Detektywistycznej Pinkertona. Po 

krótkim  staŜu  biurowym  i  przeszkoleniu  w  rudymentach  zawodu  -  został  wywiadowcą. 

Zajęcie  było  wprawdzie  uciąŜliwe,  ale  nareszcie  trafiło  mu  się  coś,  co  odpowiadało  jego 

ruchliwej,  niespokojnej  naturze.  Niestety,  pracę  przerwała  wojna.  SłuŜył  przez  rok  w 

wojskowej  kolumnie  sanitarnej  w  obozie  pod  Baltimore,  na  front  go  nie  wysłano.  Przeszedł 

natomiast  podczas  światowej  epidemii  1918  roku  influencę,  zwaną  wówczas  hiszpanką,  a  w 

jej wyniku nabawił się gruźlicy, do której skłonności odziedziczył prawdopodobnie po matce. 

background image

Choroba,  chociaŜ  zaleczana  podczas  paru  pobytów  w  szpitalach  wojskowych,  nadweręŜyła 

mu zdrowie na resztę Ŝycia. Pomiędzy kolejnymi nawrotami gruźlicy próbował podejmować 

na  nowo  pracę  agenta  Pinkertona,  tym  razem  na  zachodnim  wybrzeŜu,  w  Spokane  w  stanie 

Waszyngton i w San Francisco w Kalifornii, ale przerastało to juŜ jego siły. Zahaczył się więc 

jako  agent  reklamowy  wielkiej  kalifornijskiej  firmy  jubilerskiej,  a  równocześnie  zaczął 

gorączkowo pisać wiersze, opowiadania i artykuły do prasy. 

Cztery  i  pół  roku,  które  w  sumie  przepracował  w  agencji  Pinkertona,  przesądziło 

niewątpliwie o gatunku literackim, jaki sobie ostatecznie obrał i w jakim osiągnął wkrótce nie 

lada  sukcesy.  Od  1923  roku  w  poczytnym  magazynie  beletrystycznym  „Black  Mask” 

(„Czarna  Maska”)  zaczęły  się  regularnie  ukazywać  jego  pisane  w  pierwszej  osobie 

opowiadania  o  bezimiennym  wywiadowcy  Kontynentalnej  Agencji  Detektywistycznej, 

znanym  tylko  jako  Continental  Op  (skrót  od  „Operative”).  Osobiste  do-)  świadczenia 

przydawały  autentyzmu  jego  prozie.  Zarówno  w  utworach  beletrystycznych,  jak  i  w 

wypowiedziach  publicystycznych  demitologizował  zawód  detektywa.  Szczególnie  głośnym 

echem  odbił  się  cykl  sarkastycznych  uwag  o  jego  karierze  agenta  Pinkertona,  napisany  w 

1923 roku dla elitarnego miesięcznika literackiego „Smart Set” („Elegancki Świat”). A oto co 

dwa lata później pisał w artykule drukowanym w „Czarnej Masce”: 

„Wspaniałe bywają niektóre metody «naukowego śledztwa» pod warunkiem, Ŝe się je 

stosuje  z  umiarem.  Ale  kiedy  zaczyna  się  je  wysuwać  na  plan  pierwszy  jako  niezawodne, 

stają  się  zwykłą  szarlatanerią  i  niczym  więcej.  Kłopot  polega  na  tym,  Ŝe  przestępcy  są 

zazwyczaj  tak  cholernie  nienaukowi  i  Ŝe  takimi  pozostaną,  jak  długo  podstawową  cechą 

mentalności  przestępczej  będzie  infantylna  Ŝądza  szybkiego  wzbogacenia  się.  Chemik, 

fotograf  i  inni  eksperci  słuŜą  nieocenioną  pomocą  naszemu  staremu  przyjacielowi, 

niedouczonemu,  platfusowatemu  tajniakowi,  ale  w  ostatecznym  rozrachunku  to  on  jest  tym, 

który zapełnia więzienia przestępcami”. 

Błyskotliwa  kariera  literacka  Hammetta  trwała  niewiele  ponad  dziesięć  lat,  gdyŜ  w 

połowie lat trzydziestych przestał właściwie pisać. Pozostawił pięćdziesiąt dwa opowiadania i 

pięć  powieści,  z  których  dwie  ukazały  się  po  polsku:  Sokół  maltański  (The  Maltese  Falcon, 

1930,  przekład  Wacława  Niepokólczyckiego,  „Iskry”  1965)  oraz  Papierowy  człowiek  (The 

Thin  Man,  1932,  przekład  Krzysztofa  Zarzeckiego,  „Iskry”  1965).  Trzy  pozostałe  to  Red 

Harvest (Czerwone Ŝniwo, 1929), The Daine Curse (Fatum Daine’ów, 1929) i The Glass Key 

(Szklany  kluczyk,  1931).  W  trzech  najdojrzalszych  z  nich  wzniósł  gatunek  powieści 

kryminalnej na wyŜyny pełnoprawnej literatury, a jego reputacja jednego z najwybitniejszych 

pisarzy  amerykańskich  owej  epoki  utrzymywała  się  jeszcze  długo  potem,  jak  zamilkł. 

background image

Utrwalały  ją  równieŜ  wersje  radiowe  i  filmowe  jego  powieści.  Szczególnie  głośna  była 

ekranizacja Sokoła maltańskiego w reŜyserii Johna Hustona, z Humphreyem Bogartem w roli 

detektywa  Sama  Spade’a,  oraz  ekranizacje  Papierowego  człowieka  i  dalszych  przygód  pary 

jego  detektywów  z  przypadku,  Nicka  i  Nory  Charlesów,  granych  przez  popularnych 

hollywoodzkich aktorów lat trzydziestych Williama Powella i Myrnę Loy. Sympatyczna para 

bohaterów  tej  ostatniej  powieści  zdobyła  sobie  taką  popularność,  Ŝe  wytwórnia  Metro-

Goldwyn-Mayer po pierwszym sukcesie nakręciła jeszcze pięć filmów o państwu Charlesach. 

Dwa pierwsze z nich oparte były na nowelach filmowych samego Hammetta, dopiero w 1986 

roku  wydobytych  z  archiwów  i  opublikowanych  częściowo  w  kwartalniku  „New  Black 

Mask”  („Nowa  Czarna  Maska”).  Scenariusze  na  podstawie  tych  nowel  napisali  we 

współpracy z Hammettem zawodowi scenarzyści Frances Goodrich i Albert Hackett. Później 

Hammett „sprzedał” Charlesów wytwórni na wyłączną własność i pozostałe trzy filmy są juŜ 

w całości dziełem hollywoodzkich profesjonalistów. 

Hammett  pozostanie  na  zawsze  twórcą  i  pierwszym  mistrzem  tak  zwanego  czarnego 

kryminału,  który  w  następnych  dziesięcioleciach  zrobił  taką  karierę  po  obu  stronach 

Atlantyku.  Akcja  powieści  i  opowiadań  Hammetta  rozgrywa  się  w  dŜungli  znieprawionej 

Ameryki  lat  dwudziestych  i  wczesnych  trzydziestych.  Zbrodniarzami  bywają  tu  najczęściej 

ludzie  ze  zorganizowanego  świata  przestępczego  lub  teŜ  jakoś  z  nim  związani,  a  bohater-

detektyw chwyta się często sposobów działania niewiele mniej bezwzględnych niŜ przestępcy 

i  mimo  Ŝe  występuje  w  słusznej  sprawie,  nie  jest  romantycznym  obrońcą  prawa,  lecz 

pozbawionym  złudzeń  realistą,  nierzadko  bliskim  cynizmu.  Było  to  oczywiście  zgodne  z 

gorzkim duchem epoki, nie potrafiącej przejść lekko do porządku dziennego nad niedawnym 

wstrząsem 

wojny 

ś

wiatowej, 

która 

ostatecznie 

skompromitowała 

relikty 

dziewiętnastowiecznych  wartości  i  konwenansów.  Układna,  oparta  na  wierze  w  potęgę 

rozumu  powieść  detektywistyczna  w  stylu  Conan  Doyle’a,  choć  tak  świetnie  rozwijana  w 

Anglii przez Agatę Christie i Dorothy Sayers, nie odpowiadała gorączkowemu rytmowi Ŝycia 

amerykańskiego dekady zwanej epoką jazzu, jakkolwiek i tu miała swoich kontynuatorów. U 

Hammetta  dedukcja  schodzi  na  plan  drugi,  na  plan  pierwszy  wysuwa  się  dynamiczna  akcja, 

niekiedy wykraczająca poza granice prawdopodobieństwa. Nawet bowiem pamiętając, Ŝe lata 

dwudzieste były w USA okresem gwałtownego rozluźnienia norm obyczajowych, prohibicji z 

jej  wszystkimi  odwrotnymi  od  zamierzonych  skutkami  ubocznymi  oraz  szczytowego 

nasilenia  się  korupcji  i  gangsteryzmu  -  nie  moŜna  nie  zauwaŜyć,  Ŝe  w  niektórych  swoich 

utworach Hammett, opowiadając wprawdzie historie, od których trudno się oderwać, piętrzy 

sensacyjne wydarzenia w sposób, który nie wytrzymuje próby trzeźwiejszej refleksji. Dotyczy 

background image

to  jednak  w  głównej  mierze  wczesnych  opowiadań  i  dwóch  pierwszych  powieści,  których 

bohaterem  jest  Continental  Op,  poczynając  bowiem  od  Sokoła  maltańskiego  sensacja 

utrzymuje się juŜ na ogół w granicach zdrowego rozsądku. 

Mocne  efekty,  nawet  jeśli  wyraźnie  przerysowane,  były  wszakŜe  świadomym 

zabiegiem  pisarskim  Hammetta,  który  uciekał  się  do  nich  nie  dla  taniego  dreszczyku,  lecz 

przede  wszystkim  dlatego,  Ŝe  chciał  przez  wyolbrzymienie  piętnować  zło  i  odkłamywać 

zafałszowany  obraz  Ameryki,  utrwalany  przez  sentymentalną  literaturę.  Według  wszelkich 

przekazów  ludzi,  którzy  go  bliŜej  znali,  był  on  silną  indywidualnością  o  zdecydowanych 

przekonaniach  lewicowych,  a  przy  tym  człowiekiem  niezmiernie  trudnym  w  codziennym 

obcowaniu.  Takim  utrwaliła  go  w  trzech  tomach  swoich  wspomnień  jego  długoletnia 

przyjaciółka,  znakomita  dramatopisarka  Lillian  Hellman.  Na  podstawie  jednego  z  epizodów 

tych wspomnień reŜyser Fred Zinnemann nakręcił w 1977 roku wstrząsający film Julia, znany 

z  naszych  ekranów.  Obok  dwóch  głównych  bohaterek,  antyfaszystki  Julii,  która  ginie  z  rąk 

hitlerowców  (grała  ją  Vanessa  Redgrave),  i  narratorki,  debiutującej  pisarki  Lillian  (Jane 

Fonda), trzecią niezapomnianą kreację, przyjaciela i mentora literackiego tej ostatniej, właśnie 

Dashiella  Hammetta,  stworzył  Jason  Robards.  Kto  widział  ten  film,  moŜe  sobie  wyobrazić, 

jak  silną  osobowością  był  Hammett,  mimo  Ŝe  w  ekranowym  wcieleniu  sprawą,  o  którą 

walczy,  jest  właściwie  tylko  doskonałość  artystyczna  dramatów  przyjaciółki.  Rzeczywisty 

Hammett  przez  całe  Ŝycie  walczył  bezkompromisowo  o  rozmaite  sprawy,  które  uwaŜał  za 

słuszne, i niejednokrotnie ryzykował wiele w imię zasad. 

Najgłośniejszą powieścią Hammetta jest Sokół maltański, na ogół uwaŜany równieŜ za 

najlepszą.  Sam  autor  cenił  jednak  najwyŜej  Szklany  kluczyk,  być  moŜe  dlatego,  Ŝe  tu  w 

szczególnie drapieŜny sposób obnaŜył mechanizmy korupcji politycznej na przykładzie władz 

jakiegoś  nie  nazwanego  miasta,  powiązanych  ze  światem  gangsterskim.  Trzeba  teŜ 

podkreślić,  Ŝe  zwłaszcza  pod  względem  charakteryzacji  postaci  i  środowiska  góruje  nad 

Sokołem  równieŜ  tak  od  niego  odmienny  Papierowy  człowiek.  Niepowtarzalność  Sokoła 

maltańskiego  polega  wszakŜe  na  tym,  Ŝe  to  on  odegrał  nie  kwestionowaną  rolę  modelu 

nowego rodzaju powieści detektywistycznej i utrwalił w świadomości czytelników kanon jej 

cech  wyróŜniających,  a  postać  głównego  bohatera,  Sama  Spade’a,  stała  się  pierwowzorem 

większości późniejszych literackich detektywów prywatnych. 

W  tej  sytuacji  Papierowy  człowiek  musiał  się  spotkać  ze  znacznie  chłodniejszym 

przyjęciem  właśnie  dlatego,  Ŝe  Hammett  odszedł  w  nim  od  owego  sugestywnego  modelu 

czarnego  kryminału,  który  sam  stworzył.  Część  krytyki  pisała  nawet,  Ŝe  nowa  powieść  jest 

oczywistym  dowodem  załamania  się  jego  talentu,  i  dopatrywała  się  przyczyny  tego  w 

background image

demoralizującym  wpływie  sukcesu,  w  fakcie,  Ŝe  jako  wzięty  autor  Sokoła  maltańskiego 

Hammett wszedł w orbitę luksusowego Ŝycia śmietanki towarzyskiej Hollywoodu i Nowego 

Jorku, popadając przy tym w alkoholizm i rozprzęŜenie wewnętrzne. Dopiero z perspektywy 

czasu  doceniono  Papierowego  człowieka  jako  utwór  równie  wybitny,  łączący  w 

nieoczekiwanie  spójną  całość  pozornie  kłócące  się  ze  sobą  elementy  tradycyjnej  powieści 

detektywistycznej i powieści obyczajowej z wyŜszych sfer z niektórymi technikami czarnego 

kryminału.  Tak  czy  inaczej  róŜnice  dzielące  modelowego  Sokoła  maltańskiego  od 

Papierowego człowieka są wielorakie i uderzające. 

Continental  Op  i  Sam  Spade  byli  wyrobnikami  cięŜkiego  fachu  detektywa 

prywatnego,  operującymi  na  pograniczu  między  ponurym  światem  zbrodniarzy  a  często 

równieŜ  odpychającym  światem  oficjalnych  stróŜów  prawa.  Dla  utrzymania  się  na 

powierzchni musieli być przebiegli, twardzi, niekiedy brutalni. Z konieczności nieufni wobec 

ś

wiata i ludzi, nie angaŜowali się w Ŝadne związki uczuciowe, które by mogły krępować ich 

swobodę  działania,  paraliŜować  ich  w  wykonywaniu  zawodu.  Prowadzili  więc  Ŝycie 

samotników, za jedyną busolę mając etos wybranej profesji, który sami sobie wypracowali. 

Nick  Charles  Ŝyje  w  odmiennym  świecie,  nie  przypominającym  charakterem  ani 

atmosferą  poprzednich  powieści  Hammetta.  Nie  jest  to  juŜ  świat  młodych  lat  Hammetta, 

walczącego  z  trudem  o  byt  detektywa  agencji  Pinkertona,  lecz  świat  Hammetta  człowieka 

sukcesu,  głośnego  pisarza  obracającego  się  wśród  ludzi  co  najmniej  dobrze  sytuowanych. 

Charles,  potomek  ubogiego  imigranta  greckiego,  był  wprawdzie  kiedyś  detektywem 

prywatnym, asem Wszechamerykańskiej Agencji Detektywistycznej, jak napisze o nim jedna 

z  gazet,  teraz  jest  jednak  zamoŜnym  handlowcem,  zajmującym  się  administrowaniem 

majątkiem  swojej  Ŝony,  młodszej  o  piętnaście  lat  dziedziczki  pokaźnej  fortuny.  Urok 

Papierowego człowieka (jeśli moŜna uŜyć tego słowa w odniesieniu do powieści, której akcja 

obraca się wokół zagadki paru morderstw) polega między innymi na stosunku wzajemnym tej 

pary, pełnym ciepła i humoru, zapewne odzwierciedlającym w jakiejś mierze związek samego 

Hammetta  z  Lillian  Hellman.  Nick  i  Nora  przyjechali  do  Nowego  Jorku  z  San  Francisco, 

aŜeby przyjemnie spędzić BoŜe Narodzenie i Nowy Rok. I rzeczywiście Papierowy człowiek, 

jak powieść obyczajowa z Ŝycia wyŜszych sfer, rozpoczyna się od wizyt i przyjęć, wypadów 

do  lokali  i  teatrów.  Rychło  jednak  plany  świąteczne  państwa  Charlesów  zostaną  zakłócone 

zabójstwem  sekretarki  zwariowanego  milionera-wynalazcy,  Clyde’a  Wynanta,  na  którego 

zlecenie  Nick  prowadził  przed  laty  nie  rozwiązane  śledztwo.  Broni  się  teraz  przeciwko 

naciskom  dawnych  znajomych,  Ŝeby  wziął  udział  w  nowym  śledztwie,  w  końcu  jednak 

zostanie tak uwikłany przez rozwój wydarzeń, Ŝe musi się dla własnego spokoju jeszcze raz 

background image

przeobrazić w detektywa. Robi to wbrew sobie, porzucił bowiem dawną profesję świadomie, 

zmęczony  brzydotą,  jaka  go  ciągle  otaczała,  wiecznymi  oszustwami,  kłamstwami  i 

zagadkami, z jakimi się codziennie borykał. 

Nick Charles reprezentuje więc postawę z gruntu odmienną od bohaterów poprzednich 

powieści Hammetta, dla których zawód detektywa prywatnego był powołaniem, ale zarazem 

siłą  fatalną  kładącą  się  cieniem  na  ich  całej  egzystencji,  kształtującą  ich  mroczną  filozofię 

Ŝ

yciową.  Nick  uciekł  przed  tym  skaŜeniem  zbrodnią  i  bronił  się  przed  ponownym 

destrukcyjnym  zetknięciem  z  nią.  Znalazł  oparcie  w  trwałym  związku  uczuciowym, 

stanowiącym azyl przed napierającą zewsząd nędzą moralną. Jest Ŝyczliwy ludziom, daleki od 

pochopnego ich potępiania, roztropny dojrzałą mądrością, czyniącą z niego kogoś w rodzaju 

guru, u którego szukają pomocy i rady wszyscy, nie wyłączając policji i kryminalistów. Mimo 

pozy  światowca  jest  człowiekiem  nie  mniej  wraŜliwym  niŜ  jego  młoda  Ŝona,  tyle  Ŝe 

pozbawionym  juŜ  złudzeń.  I  jeŜeli  uchyla  się  od  pewnych  spotkań  towarzyskich,  dystansuje 

od  pewnych  ludzi,  to  dlatego,  Ŝe  sprawiają  mu  ból  kontakty  z  wszelką  głupotą  i  podłością. 

Okazuje  się  bowiem,  Ŝe  elegancki  świat,  w  jakim  się  rozgrywa  większa  część  akcji 

Papierowego  człowieka,  jest  tak  samo  skaŜony  chciwością,  gwałtem  i  okrucieństwem,  jak 

ś

wiat  poprzednich  powieści  Hammetta.  Tyle,  Ŝe  tam  był  to  przewaŜnie  prymitywny  gwałt 

fizyczny,  tutaj  jest  to  zwykle  bardziej  zawoalowane  okrucieństwo  moralne  i  psychiczne, 

chociaŜ  niekiedy  dochodzi  takŜe  do  aktów  przemocy  fizycznej.  Gwałt  fizyczny  łączy  się 

jednakŜe  w  większości  z  tymi  partiami  Papierowego  człowieka,  które  się  rozgrywają  w 

scenerii  typowej  dla  czarnego  kryminału.  Dawne  kontakty  Nicka  z  lat  jego  kariery 

detektywistycznej  oraz  wychodząca  powoli  na  jaw  przestępcza  przeszłość  zamordowanej 

sekretarki  i  kochanki  zaginionego  Wynanta  prowadzą  bowiem  bohatera  i  jego  Ŝonę  w 

półświatek zawodowych kryminalistów. Do dalszych kontaktów z ludźmi marginesu zmusza 

Nicka  współpraca,  jaką  nawiązuje  z  policją.  Rodem  z  czarnego  kryminału  są  równieŜ 

niejednoznaczne  stosunki  między  detektywem  a  policjantami,  którzy  niekiedy  uciekają  się 

takŜe  do  przemocy  fizycznej,  w  sumie  okazują  się  jednak  w  Papierowym  człowieku  raczej 

sympatyczni,  chociaŜ  niezbyt  błyskotliwi.  Bardziej  wszakŜe  zapadają  w  pamięć  partie 

powieści  rozgrywające  się  w  tak  zwanych  wyŜszych  sferach,  mające  charakter  drapieŜnej 

satyry obyczajowej. 

Najjaskrawszym  przykładem  anormalnych  stosunków  w  tym  świecie  jest  oczywiście 

pierwszoplanowa  rodzina  Clyde’a  Wynanta  -  jego  była  Ŝona,  pozbawiona  wszelkich 

hamulców  moralnych,  kierująca  się  jedynie  chciwością  i  Ŝądzą  utrzymania  młodszego 

drugiego  męŜa,  znęcająca  się  nad  własnymi  dziećmi;  jej  beznadziejnie  znerwicowana  córka, 

background image

maltretowana  przez  matkę,  ale  masochistycznie  do  niej  przywiązana,  Ŝyjąca  w  ustawicznym 

strachu,  czy  nie  odziedziczyła  po  ojcu  choroby  psychicznej,  i  w  lęku  przed  wiecznie 

powracającym jakimś koszmarem, który przeŜyła w dzieciństwie, a o którym Nick nigdy nie 

pozwala jej opowiedzieć, lecz pewne wzmianki w tekście sugerują, Ŝe mógł to być jakiś akt 

kazirodczy; wreszcie nie mogący sobie znaleźć miejsca syn, stosunkowo najsympatyczniejszy 

w tej rodzinie, ujmujący swoją lojalnością wobec matki i siostry, które go lekcewaŜą i wciąŜ 

ośmieszają,  dotknięty  jednak  obsesją  grzebania  się  we  wszelkiego  rodzaju  anomaliach, 

patologiach  i  perwersjach.  RównieŜ  drugi  plan  powieści  zaludniają  postacie  niewiele  mniej 

szokujące  swoim  zachowaniem.  Nic  przeto  dziwnego,  Ŝe  Nick  się  wzdraga  przed  kaŜdym 

kontaktem z Wynantami, Quinnami i Edge’ami, choć równocześnie rozumie, Ŝe są to ludzie 

głęboko  nieszczęśliwi,  i  chcąc  nie  chcąc  pełni  ciągle  funkcje  powiernika,  rozjemcy  i 

ratownika w rozmaitych konfliktowych sytuacjach rodzinnych i towarzyskich. Broni się przed 

rolą zawodowego uzdrawiacza, jaką Continental Op i Sam Spade podejmowali z wyboru, lecz 

cała  jego  postawa  Ŝyciowa  przesądza  o  tym,  Ŝe  taką  właśnie  rolę  odgrywa  od  początku  do 

końca  powieści.  A  w  swojej  rezerwie  wydaje  się  jakby  mądrzejszy,  dojrzalszy  i  bardziej 

ludzki od swych poprzedników. 

W  akcję  Sokoła  maltańskiego  wplótł  Hammett  marginesową  historię  niejakiego 

Flitcrafta, stanowiącą parabolę o przypadkowości i niestabilności świata. Ma swoją parabolę 

równieŜ  Papierowy  człowiek.  Jest  nią  parostronicowa  historia  ludoŜercy  Packera,  luźno 

związana  z  właściwą  akcją  powieści.  Wzajemnym  poŜeraniem  się,  kanibalizmem 

psychicznym i moralnym - zdaje się mówić Hammett przytaczając tę historię - są stosunki w 

ś

wiecie ludzkim. Ludzie popełniają akty okrucieństwa bynajmniej nie tylko z konieczności i 

zdarza  się,  Ŝe  zaczynają  czerpać  z  tego  perwersyjną  przyjemność.  Bywają  zdolni  do 

zadawania cierpienia drugim dlatego, Ŝe jak Packer „zasmakowali w ludzkim mięsie”. MoŜna 

to  uznać  za  metaforyczny  komentarz  autorski  do  niektórych  partii  Papierowego  człowieka, 

zwłaszcza do licznych scen pomiędzy ludźmi niby to bliskimi sobie, między którymi rwą się 

łączące  ich  więzi.  Najczęstszy  i  najwymowniejszy  jest  oczywiście  powtarzający  się  w 

róŜnych  wariantach  motyw  zwyrodniałej  miłości.  Kiedy  Nick  relacjonuje  Ŝonie  pewną 

szczególnie  niesmaczną  scenę  rodzinną,  jakiej  był  świadkiem  w  domu  Wynantów,  ta 

wybucha: „Nie wierzę ci. Wymyśliłeś to, nie ma takich ludzi na świecie. Co im jest? NaleŜą 

do  nowej  rasy  potworów?”  „Mówię  ci  tylko,  co  się  wydarzyło  -  odpowiada  Nick.  -  Nie 

próbuję tego tłumaczyć”. 

Wszystkiego  nie  moŜna  bowiem  nigdy  dociec  i  wytłumaczyć.  Taki  jest  ostateczny 

morał  końcowego  rozdziału,  w  którym  Nick  rekonstruuje  prawdopodobny  przebieg  zbrodni. 

background image

Zestawia  fakty,  próbuje  odtwarzać  tok  rozumowania  przestępcy  i  jego  kolejne  poczynania. 

Nory  to  nie  zadowala,  chciałaby,  Ŝeby  wszystko  było  logiczne,  konsekwentne,  całkowicie 

jasne,  Ŝeby  kaŜdy  postępek  ludzki  był  do  końca  wytłumaczalny.  Nick  wie,  Ŝe  musi  się 

zadowolić przybliŜeniem prawdy, poprzestać na ustaleniu faktów, które zaprowadzą mordercę 

na  ławę  oskarŜonych.  Rozumie  więcej  niŜ  inni  i  godzi  się  z  tym,  Ŝe  wszystkiego  zrozumieć 

nie moŜna. 

Krzysztof Zarzecki 

 

„KB”