background image

Dashiell Hammett 

Szklany klucz 

PrzełoŜyła Julita Wroniak 

 

„KB” 

 

 

Trup na China Street 

 1 

Zielone  kości  potoczyły  się  po  zielonym  suknie  i  odbiły  od  bandy.  Pierwsza 

zatrzymała się tuŜ przy brzegu, druga poturlała się na środek stołu: szóstka i jedynka. 

Ned Beaumont jęknął cicho, patrząc jak szczęśliwcy zgarniają forsę. 

Harry Sloss wyciągnął szeroką, owłosioną rękę, podniósł kości, potrząsnął nimi. 

- Stawiam dwadzieścia pięć - oznajmił, rzucając na stół dwa banknoty, dwudziesto - i 

pięciodolarowy. 

-  No,  chłopaki,  pokaŜcie,  co  umiecie  -  powiedział  Ned  Beaumont,  odsuwając  się  od 

graczy. - Ja na razie pauzuję. 

Ruszył przez salę bilardową w stronę drzwi. W progu natknął się na Waltera Ivansa. 

- Cześć, Walt - rzekł. Zamierzał minąć męŜczyznę, ale ten obrócił się i chwycił go za 

łokieć. 

- M-m-mówiłeś z P-p-paulem? - spytał, strzykając śliną przy ostatnim słowie. 

-  Właśnie  do  niego  idę  -  odparł  Ned,  ale  widząc,  jak  jasna,  okrągła  twarz  Waltera 

oŜywia się, a w niebieskich oczach pojawia się błysk podniecenia, dodał przezornie: - Raczej 

się na nic nie nastawiaj. To jeszcze trochę potrwa. 

- Ale ona r-r-rodzi juŜ za m-m-miesiąc - wyjąkał Ivans. Broda mu drŜała. 

W  piwnych  oczach  Neda  odmalowało  się  zaskoczenie.  Uwolnił  łokieć  z  uścisku 

niŜszego męŜczyzny i cofnął się o krok, wykrzywiając wargi pod ciemnym wąsem. 

- To nie najlepszy czas na załatwianie tego typu spraw, Walt. Nie licz na wiele przed 

listopadem. Oszczędzisz sobie zawodu. - Spojrzenie Neda stało się chłodne, badawcze. 

- Ale mu p-p-powiesz... 

-  Powiem,  spokojna  głowa.  Dobrze  wiesz,  Walt,  Ŝe  Paul  zrobiłby  wszystko,  aby  ci 

pomóc, teraz jednak ma związane ręce. - Wyprostował ramiona. Twarz mu się nachmurzyła, 

ale oczy wciąŜ miał czujne. 

background image

Walter Ivans oblizał wargi i zamrugał nerwowo, po czym wciągnął głęboko powietrze 

i obiema rękami poklepał Neda Beaumonta po piersi. 

- P-p-pogadaj z nim - poprosił błagalnym tonem. - Z-z-zaczekam tu na ciebie. 

 2 

Idąc  po  schodach  Ned  Beaumont  zapalił  cienkie  zielonkawe  cygaro.  Na  pierwszym 

piętrze  skręcił  przy  wiszącym  na  wprost  schodów  portrecie  gubernatora  i  ruszył  w  stronę 

frontu  budynku.  Korytarz  kończył  się  szerokimi  dębowymi  drzwiami.  Ned  zapukał.  Słysząc 

głośne „proszę!”, nacisnął klamkę i wszedł do środka. 

Paul  Madvig  był  sam  w  pokoju;  stał  przy  oknie,  tyłem  do  drzwi,  z  rękami  w 

kieszeniach spodni, i spoglądał w dół na ciemną China Street. Powoli odwrócił się od okna. 

- A, jesteś - powiedział. 

Był  to  męŜczyzna  czterdziestopięcioletni,  wzrostu  Beaumonta,  choć  ze  dwadzieścia 

kilo od niego cięŜszy, o zwartej budowie ciała. Włosy miał jasne, z przedziałkiem pośrodku, 

gładko  przyczesane,  twarz  czerstwą,  o  grubych  rysach,  w  sumie  jednak  dość  przystojną. 

Ubrany był w nieco krzykliwy garnitur, ale z doskonałego materiału i o nieskazitelnym kroju. 

Ned Beaumont zamknął drzwi. 

-  PoŜycz  mi  trochę  forsy  -  poprosił.  Blondyn  sięgnął  do  wewnętrznej  kieszeni 

marynarki i wyciągnął duŜy brązowy portfel. 

- Ile chcesz? 

- Dwieście. 

Madvig podał Nedowi setkę i pięć dwudziestek. 

- Znów przegrałeś w kości? 

- Tak. - Beaumont schował pieniądze. - Dzięki. 

- Jakoś długo trwa ta twoja zła passa - stwierdził Madvig wsuwając ręce z powrotem 

do kieszeni. 

- Nie. Ze cztery tygodnie, moŜe sześć. Paul Madvig uśmiechnął się. 

- To długo, jak się przegrywa. 

- Bywało gorzej. - Z głosu Beaumonta przebijała lekka irytacja. 

Blondyn potrząsnął bilonem w kieszeni. 

-  Jak  dzisiaj  grają?  -  spytał.  -  Stawki  wysokie?  -  Przysiadł  na  krawędzi  biurka  i 

spojrzał  w  dół  na  swoje  lśniące  brązowe  buty.  Ned  Beaumont  popatrzył  uwaŜnie  na 

jasnowłosego męŜczyznę, po czym wolno pokręcił głową. 

- Nędzne - odparł. 

background image

ZbliŜył  się  do  okna.  Niebo  nad  budynkami  po  drugiej  stronie  ulicy  było  czarne, 

zasnute  chmurami.  Potem  obszedł  biurko,  sięgnął  po  stojący  na  nim  telefon  i  wykręcił  jakiś 

numer. 

-  Halo,  Bernie?  Tu  Ned.  Ile  płacą  za  Peggy  OToole...?  Tylko  tyle...?  No  dobra. 

Stawiam  pięćset,  Ŝe  przyjdzie  pierwsza,  pięćset,  Ŝe  druga,  i  pięćset,  Ŝe  trzecia...  Jasne... 

Jestem pewien, Ŝe będzie lało, a wtedy bez trudu pokona  Incineratora...  W porządku, daj mi 

lepsze warunki... Dobra. - OdłoŜył słuchawkę na widełki i stanął przed Paulem. 

- Nie mądrzej się wstrzymać, aŜ szczęście powróci? - spytał blondyn. 

Ned Beaumont skrzywił się. 

- Cholera, powinienem był postawić półtora kafla, Ŝe przyjdzie pierwsza,  zamiast się 

tak rozdrabniać. A czekanie na szczęście nic nie daje. Złą passę trzeba przełamać. 

Blondyn podniósł głowę i roześmiał się. 

- Oby to przełamywanie za bardzo nie bolało. Beaumont skrzywił się jeszcze bardziej; 

kąciki ust powędrowały w dół, za nimi koniuszki wąsów. 

- Wytrzymam kaŜdy ból - rzekł ruszając do drzwi. 

PołoŜył dłoń na klamce, kiedy z głębi pokoju doleciał go powaŜny głos Madviga: 

- Chyba rzeczywiście, Ned. Beaumont odwrócił się i cofnął od drzwi. 

- Co rzeczywiście? - spytał z rozdraŜnieniem. 

- Potrafisz wszystko wytrzymać - odparł Madvig, spoglądając przez okno. 

Ned Beaumont przez chwilę obserwował profil blondyna. Czując na sobie jego wzrok, 

blondyn  poruszył  się  niespokojnie  i  ponownie  brzęknął  monetami  w  kieszeni.  Przybierając 

niewinny wyraz twarzy, Beaumont spytał zaskoczonym tonem: 

- Kto? Ja? 

Paul Madvig oblał się rumieńcem. Zeskoczył z biurka i postąpił krok naprzód. 

- Idź do diabła! 

Ned  Beaumont  parsknął  śmiechem.  Madvig  uśmiechnął  się  speszony  i  otarł  twarz 

białą chustką o zielonej obwódce. 

- Dawno u nas nie byłeś, Ned - powiedział. 

- Mama wczoraj mówiła, Ŝe juŜ z miesiąc cię nie widziała. 

- MoŜe zajrzę w tym tygodniu. 

-  Wpadnij  na  kolację.  Wiesz,  jak  matka  cię  lubi.  -  Madvig  schował  do  kieszeni 

chustkę. 

Ned Beaumont ruszył wolno do drzwi, patrząc spod oka na drugiego męŜczyznę. 

- Czy dlatego chciałeś się ze mną widzieć? 

background image

- spytał z ręką na klamce. Madvig zmarszczył czoło. 

- Tak. Nie... - Chrząknął. - Jest jeszcze coś. 

- Nagle jego nieśmiałość ulotniła się; stał się opanowany, pewien siebie. - Znasz się na 

tym  lepiej  niŜ  ja  -  rzekł.  -  W  czwartek  panna  Henry  obchodzi  urodziny.  Jak  myślisz,  co  jej 

kupić? 

Ned  Beaumont  puścił  klamkę.  Zanim  odwrócił  się  twarzą  do  Madviga,  z  jego  oczu 

znikł wyraz niedowierzania. Wydmuchując kłęby dymu, zapytał: 

- Wydają z tej okazji przyjęcie? 

- Tak.- Jesteś zaproszony? Madvig potrząsnął głową. 

- Nie. Ale jutro mam być u nich na kolacji. 

Beaumont  popatrzył  na  rozŜarzony  koniec  cygara,  po  czym  ponownie  skierował 

wzrok na blondyna. 

- Zamierzasz poprzeć kandydaturę senatora, Paul? 

- Chyba tak. 

Beaumont uśmiechnął się łagodnie i łagodnym tonem zadał kolejne pytanie: 

- Dlaczego? 

-  Dlatego...  -  Madvig  odwzajemnił  uśmiech  -  ...Ŝe  z  naszym  poparciem  rozłoŜy  na 

łopatki  Roana,  a  my  z  jego  pomocą  bez  najmniejszego  trudu  przepchniemy  wszystkich 

naszych kandydatów. 

Beaumont wsadził cygaro do ust. 

- Czy bez twojego poparcia senator miałby szansę ponownie wygrać wybory? - spytał 

nie zmieniając tonu. 

- Nie - odparł stanowczo Madvig. 

- A czy zdaje sobie z tego sprawę? 

- Powinien. Gdyby sobie nie zdawał... O co ci, do diabła, chodzi, Ned? 

Beaumont roześmiał się ironicznie. 

- Gdyby sobie nie zdawał, nie zaprosiłby cię jutro na kolację, tak? 

- O co ci chodzi, Ned? - powtórzył Madvig marszcząc czoło. 

Ned Beaumont wyjął z ust cygaro. Koniec był całkiem zniszczony, zgnieciony zębami 

na miazgę. 

-  O  nic,  Paul.  -  Na  moment  się  zadumał.  -  Myślisz,  Ŝe  nasi  kandydaci  rzeczywiście 

potrzebują jego pomocy? 

- Pomoc nigdy nie zaszkodzi - zauwaŜył beztrosko blondyn. - Ale nie obawiaj się; bez 

niego teŜ damy sobie radę. 

background image

- Obiecałeś mu poparcie? Madvig wydął wargi. 

- Właściwie wszystko juŜ ustalone. 

Ned  Beaumont  zbladł.  Pochylił  nisko  głowę  i  spoglądając  spod  brwi  na  swojego 

rozmówcę, powiedział ochrypłym głosem: 

- Nie zadawaj się z nim, Paul. Daj mu przegrać. 

-  A  niech  mnie  licho!  -  zawołał  cicho,  ze  zdumieniem,  blondyn,  opierając  pięści  na 

biodrach. 

Beaumont  obszedł  go  i  chudymi,  drŜącymi  palcami  zgasił  niedopałek  w  mosięŜnej 

popielnicy na biurku. Madvig obserwował w milczeniu pochylone plecy Neda, po czym - gdy 

ten  się  wyprostował  i  odwrócił  -  uśmiechnął  się  do  niego  z  sympatią,  a  zarazem  z  lekkim 

zniecierpliwieniem. 

- Co się z tobą dzieje, Ned? Przez jakiś czas wszystko jest cacy, a potem nagle nic ci 

się nie podoba. Jak Boga kocham, czasem zupełnie cię nie rozumiem. 

Ned Beaumont skrzywił się z niesmakiem. 

- Nie przejmuj się mną - powiedział, lecz bynajmniej nie dał za wygraną. - Myślisz, Ŝe 

po wyborach senator będzie cię słuchał? - spytał. 

- Poradzę sobie z nim - odparł Madvig; nie sprawiał wraŜenia zaniepokojonego. 

- MoŜe, ale pamiętaj, Ŝe jeszcze nikt z nim nie wygrał. 

- No właśnie. - Madvig skinął głową. - I to najlepszy powód, Ŝeby z nim trzymać. 

-  Nie,  Paul,  to  najgorszy.  Choćby  miał  cię  łeb  rozboleć  od  myślenia,  dobrze  się  nad 

tym  zastanów.  Czy...  czy  przypadkiem  jego  piękna,  jasnowłosa  córunia  nie  zawróciła  ci  w 

głowie? 

-  Zamierzam się oŜenić  z panną Henry. Beaumont złoŜył usta jak do  gwizdu, ale nie 

zagwizdał. 

-  To  część  transakcji?  -  spytał  mruŜąc  oczy.  Łobuzerski  uśmiech  rozjaśnił  twarz 

blondyna. 

- Jeszcze nikt o tym nie wie, tylko ty i ja. Chude policzki Neda zarumieniły się. 

-  Na  pewno  nikomu  nie  powiem  -  rzekł,  zdobywając  się  na  najbardziej  czarujący 

uśmiech. - Ale dobrze ci radzę: jeśli zaleŜy ci na małŜeństwie, sporządź pisemną, notarialnie 

potwierdzoną  umowę,  z  klauzulą  przewidującą  karę  za  jej  niedotrzymanie.  Albo  jeszcze 

lepiej: Ŝądaj, aby ślub odbył się przed wyborami. Bierz z góry to, co ci się naleŜy. 

Madvig przestąpił z nogi na nogę. 

- Słuchając cię moŜna by sądzić, Ŝe senator to jakiś oprych - oznajmił unikając wzroku 

Neda. - A przecieŜ to dŜentelmen i... 

background image

-  Zgadza  się.  W  „Post”  piszą,  Ŝe  jest  jednym  z  niewielu  arystokratów  na  scenie 

politycznej Ameryki. Jego córka to teŜ arystokratka. I dlatego ci radzę, Ŝebyś przyszył sobie 

koszulę do ciała, bo inaczej wyjdziesz od nich goły jak cię Pan Bóg stworzył. Dla takich jak 

oni jesteś pariasem, podrzędną formą Ŝycia, więc Ŝadne obietnice ich nie obowiązują. 

Madvig westchnął głęboko. 

- Dlaczego jesteś tak cholernie... - zaczął. 

Ale  Ned  Beaumont  nagle  sobie  coś  przypomniał  i  ze  złośliwym  błyskiem  w  oczach 

mówił dalej: 

-  Nie  zapominajmy,  Ŝe  młody  Taylor  Henry  równieŜ  naleŜy  do  arystokracji.  Pewnie 

dlatego  nie  chciałeś,  Ŝeby  Opal  się  z  nim  widywała,  co?  A  kiedy  oŜenisz  się  z  jego  siostrą, 

Taylor  stanie  się  dla  Opal  kimś  w  rodzaju  wuja.  Czy  to  mu  da  prawo  zadawać  się  z  twoją 

córką? 

-  Nie  zrozumieliśmy  się,  Ned.  -  Madvig  ziewnął.  -  Nie  zamierzałem  toczyć  z  tobą 

dyskusji. Po prostu spytałem, jaki prezent kupić pannie Henry na urodziny. 

Ned  Beaumont  opanował  się  błyskawicznie;  jego  twarz  przybrała  spokojny,  nieco 

posępny wyraz. 

- Co was łączy? - zapytał obojętnym tonem. 

- Właściwie nic. Kilka razy rozmawiałem z senatorem u niego w domu. Czasem panna 

Henry była obecna, ale zamieniałem z nią tylko parę grzecznościowych słów. Zawsze kręciło 

się wokół pełno osób, więc nie miałem okazji, Ŝeby z nią pogadać. 

Ned  spojrzał  z  rozbawieniem  na  blondyna,  po  czym  przygładził  kciukiem  wąsy  i 

spytał: 

- Czyli jutro wybierasz się tam po raz pierwszy na kolację? 

- Tak. Ale na pewno nie po raz ostatni. 

- Na przyjęcie urodzinowe cię jednak nie zaprosili? 

- Nie. - Paul Madvig zawahał się. - Jeszcze nie. 

- Moja rada ci się nie spodoba. 

- Trudno. Wal. - Twarz Madviga nie zdradzała Ŝadnych uczuć. 

- Nic nie kupuj. Do licha, Ned! 

Beaumont wzruszył ramionami. 

- Prosiłeś o radę. Zrobisz, co zechcesz.- Ale dlaczego? - spytał Madvig. 

- Bo nie daje się ludziom prezentów nie wiedząc, czy mają ochotę je od ciebie przyjąć. 

- PrzecieŜ kaŜdy lubi dostawać... 

background image

-  MoŜe,  ale  jest  i  drugi,  waŜniejszy  powód.  Kiedy  coś  komuś  dajesz,  to  tak  jakbyś 

ogłaszał wszem wobec, Ŝe wiesz, iŜ dana osoba pragnie być przez ciebie obdarowana... 

-  Kapuję.  -  Palcami  prawej  ręki  Madvig  potarł  brodę,  po  czym  zmarszczył  czoło.  - 

Chyba masz rację  - przyznał, po chwili jednak twarz mu się rozpogodziła. - Ale co mi tam! 

Nie zamierzam przegapić takiej okazji! 

-  Od  biedy  mogą  być  kwiaty  -  wtrącił  szybko  Beaumont.  -  Albo  czekoladki.  Coś 

niezobowiązującego. 

- Kwiaty? Chryste! Myślałem... 

- O pięknym wozie sportowym albo o dwóch metrach pereł? Co się odwlecze, to nie 

uciecze. Zacznij skromnie, na perły przyjdzie czas. 

Madvig skrzywił się. 

- No dobra. Lepiej się na tym znasz niŜ ja. Kupię kwiaty. 

- Tylko pamiętaj, mały bukiet, a nie Ŝaden kosz - oznajmił Ned i zmienił temat. - Walt 

Ivans wszystkim wkoło mówi, Ŝe powinieneś wyciągnąć jego brata. 

- To niech wszyscy wkoło powiedzą Waltowi, Ŝe Tim pozostanie w pierdlu do czasu 

wyborów. 

- Pozwolisz, Ŝeby wytoczono mu proces, a nawet go skazano? 

-  Tak  -  odparł  Madvig  i  z  Ŝarem  w  głosie  dodał:  -  Cholera,  Ned,  przecieŜ  wiesz,  Ŝe 

mam związane ręce. ZbliŜają się wybory, atakują nas róŜne organizacje kobiece... Gdybyśmy 

próbowali wyciągnąć Tima, sami rzucalibyśmy sobie kłody pod nogi. 

Ned Beaumont wyszczerzył zęby w uśmiechu. 

-  Zanim  związaliśmy  się  z  arystokracją,  nie  przejmowaliśmy  się  jakimiś  babami  - 

stwierdził. 

- A teraz będziemy się przejmować - rzekł Madvig. Spojrzenie miał gniewne. 

- śona Tima rodzi w przyszłym miesiącu. Blondyn westchnął ze zniecierpliwieniem. 

-  Tego  brakowało!  Dlaczego,  do  cholery,  nie  pomyślą  o  takich  rzeczach,  zanim 

wpakują się w kłopoty? Nie mają za grosz rozumu! 

- Ale ich głosy się liczą - zauwaŜył Beaumont. 

-  Niestety  -  burknął  Madvig.  Przez  chwilę  wpatrywał  się  w  podłogę,  potem  uniósł 

wzrok. 

- Od razu po wyborach zajmiemy się Timem; wcześniej mowy nie ma. 

- To się chłopakom nie spodoba - powiedział Ned, zerkając spod oka na rozmówcę. - 

Bez względu na to, co sądzisz o ich moŜliwościach intelektualnych, przyzwyczaili się, Ŝe im 

pomagasz. 

background image

Madvig  wysunął  do  przodu  brodę  i  utkwiwszy  swoje  okrągłe,  niebieskie  oczy  w 

twarzy Beaumonta, spytał cicho: 

- I co z tego? 

- To, Ŝe wkrótce zaczną szeptać między sobą, Ŝe kiedyś, zanim zacząłeś kombinować 

z senatorem, było zupełnie inaczej - odparł rzeczowym tonem Ned. Uśmiech nie schodził mu 

z ust. 

- I co z tego? 

- To, Ŝe nim się spostrzeŜesz, będą mówić, Ŝe Shad 0’Rory lepiej się opiekuje swoimi 

ludźmi 

- wyjaśnił Ned tym samym rzeczowym tonem i z tym samym uśmiechem na twarzy. 

Madvig ze skupieniem słuchał jego słów.- Wiem, Ŝe ty nie tylko ich przeciwko mnie 

nie podburzysz, ale postarasz się ukrócić te narzekania - powiedział w końcu. 

Przez chwilę męŜczyźni stali w milczeniu, mierząc się wzrokiem. Ani jeden, ani drugi 

nie zmienił wyrazu twarzy. Wreszcie Ned Beaumont przerwał ciszę. 

- Dobrze by było, Ŝebyś przynajmniej zaopiekował się Ŝoną Tima i jego dzieciakiem. 

- Masz rację! - Madvig cofnął wysuniętą do przodu brodę, z jego oczu znikł gniew. - 

Zajmij się tym, zgoda? Zapewnij im wszystko, czego potrzebują. 

 3 

Walter Ivans czekał na dole przy schodach; z jego oczu przebijała nadzieja. 

- N-no i co p-p-powiedział? 

- Tak jak ci mówiłem. Na razie nic nie moŜe zrobić. Postara się wyciągnąć Tima, ale 

dopiero po wyborach. 

Walter  Ivans  zwiesił  głowę,  z  jego  piersi  wydobył  się  cichy  jęk.  Beaumont  połoŜył 

rękę na ramieniu niŜszego męŜczyzny. 

- Akurat tak się pechowo złoŜyło, Walt - rzekł współczująco. - Paulowi jest naprawdę 

bardzo przykro, ale na razie nic nie moŜe wskórać. PrzekaŜ od niego Ŝonie Tima, Ŝe do czasu 

wyjścia  męŜa  za  nic  sama  nie  musi  płacić.  Niech  wszystkie  rachunki  za  czynsz,  Ŝywność, 

lekarza, szpital, przysyła Paulowi. 

Walter Ivans podniósł głowę i chwycił w dwie ręce dłoń Beaumonta. 

- T-to ładnie ze s-strony szefa! - zawołał. Niebieskie oczy mu się zaszkliły. - T-tylko 

szkoda, Ŝe n-nie moŜe p-p-pomóc Timowi. 

-  Nigdy  nic  nie  wiadomo,  jeszcze  wiele  moŜe  się  zdarzyć  -  powiedział  Ned  i 

oswobodził rękę. - Głowa do góry. 

background image

Zostawił  Ivansa  i  wszedł  do  sali  bilardowej.  Była  pusta.  Wziął  z  szatni  płaszcz, 

kapelusz  i  ruszył  do  drzwi  wyjściowych.  Ulica  była  ledwo  widoczna  w  gęstych,  szarych 

strugach deszczu. Uśmiechając się pod nosem, Beaumont szepnął sam do siebie: 

-  Kapcie,  kapcie,  kropeleczki.  Od  was  zaleŜy,  czy  wygram  trzy  tysiące  dwieście 

pięćdziesiąt dolców. 

Wrócił do środka i zadzwonił po taksówkę. 

 4 

Ned  Beaumont  cofnął  ręce  od  trupa  i  podniósł  się.  MęŜczyzna  leŜał  z  głową  przy 

krawęŜniku  i  twarzą  dobrze  widoczną  w  blasku  palącej  się  na  rogu  latarni.  Była  to  młoda 

twarz  o  gniewnym  wyrazie,  spotęgowanym  przez  ciemną  bruzdę  ciągnącą  się  od  nasady 

jasnych kręconych włosów po lewą brew. 

Beaumont,  wytęŜając  wzrok,  rozejrzał  się  po  China  Street.  Popatrzył  w  prawo:  nie 

było  tam  Ŝywej  duszy,  ale  kiedy  popatrzył  w  lewo,  dwie  przecznice  dalej  dostrzegł  parę 

męŜczyzn.  Wysiedli  z  wozu  zaparkowanego  przed  klubem  „Chata”  naleŜącym  do  Paula 

Madviga i szli w stronę wejścia. 

Przez  kilka  sekund  obserwował  wóz,  po  czym  znów  zerknął  w  prawo,  a  następnie 

jednym  płynnym  ruchem  obrócił  się,  skoczył  na  chodnik  i  skrył  się  w  cieniu  najbliŜszego 

drzewa. Wciągał powietrze ustami. Mimo Ŝe przed chwilą, gdy stał w świetle latarni, na jego 

dłoniach lśniły kropelki potu, teraz wzdrygnął się z zimna i postawił kołnierz płaszcza. 

Przez dobre pół minuty tkwił bez ruchu w cieniu konarów, oparty ręką o pień. Potem 

wyprostował  się  i  ruszył  w  kierunku  „Chaty”.  Pochylony  do  przodu,  szedł  coraz  szybiej, 

niemal  biegł,  gdy  nagle  zobaczył  zbliŜającą  się  z  naprzeciwka  postać.  Natychmiast  zwolnił 

kroku. Zanim się minęli, postać skręciła i znikła w drzwiach jakiegoś budynku. 

Kiedy  dotarł  do  klubu,  oddychał  juŜ  normalnie,  przez  nos,  ale  usta  wciąŜ  miał  sine. 

Nie  zatrzymując  się,  spojrzał  na  zaparkowany  przed  budynkiem  pusty  wóz,  po  czym  wspiął 

się po oświetlonych dwiema latarniami schodach i pchnął drzwi. 

Harry Sloss i Ben Ferris szli przez hol, zostawiwszy płaszcze w szatni. 

- Cześć, Ned - powiedzieli obaj naraz, a Harry Sloss dodał: - Słyszałem, Ŝe postawiłeś 

na Peggy OToole. 

- Owszem. 

- Ile ci wpadło? 

- Trzy dwieście. 

- Ładnie. - Sloss przesunął językiem po dolnej wardze. - Nie zagrałbyś dziś z nami? 

- MoŜe później. Jest Paul? 

background image

-  Nie  wiem.  Dopierośmy  przyszli.  Słuchaj,  powiedziałem  swojej  dziewczynie,  Ŝe 

wrócę wcześnie do domu, więc nie kaŜ nam zbyt długo na siebie czekać. 

- Dobra - obiecał Beaumont i ruszył do szatni. - Widziałeś Paula? - zapytał szatniarza. 

- Zjawił się jakieś dziesięć minut temu. 

Ned Beaumont spojrzał na zegarek: wpół do jedenastej. Udał się szybko na pierwsze 

piętro,  do  pokoju  z  widokiem  na  ulicę.  Madvig  podniósł  głowę.  Wystrojony  w  smoking, 

siedział przy biurku i właśnie sięgał po telefon. 

-  Co  słychać,  Ned?  -  spytał  cofając  rękę.  Na  jego  duŜej,  przystojnej  twarzy  malował 

się spokój. 

-  Bywało  gorzej  -  odparł  Beaumont.  Zamknął  za  sobą  drzwi,  po  czym  usiadł  na 

krześle nie opodal blondyna. - Jak tam przyjęcie u senatora? 

Paul Madvig zmruŜył oczy. 

- Bywałem na gorszych. 

Beaumont  zaczął  przycinać  koniec  jasnego,  cętkowanego  cygara.  Ręce  mu  lekko 

drŜały, lecz głos miał opanowany. 

- Czy młody Taylor był obecny? - Spojrzał na Madviga, nie podnosząc głowy. 

- Nie siedział z nami przy stole. A bo co? 

Ned Beaumont wyciągnął przed siebie skrzyŜowane w kostkach nogi, odchylił się na 

krześle i ręką, w której trzymał cygaro, niedbale zatoczył w powietrzu łuk. 

- Bo leŜy martwy w rynsztoku, niedaleko stąd. 

- CzyŜby? - spytał beznamiętnie Madvig. Beaumont pochylił się do przodu, zaciskając 

szczęki. Celofan, którym owinięte było cygaro, pękł z cichym trzaskiem w jego palcach. 

- Czy zrozumiałeś, co powiedziałem? - rzekł z irytacją.Madvig pokiwał wolno głową. 

- No i? - zapytał Ned. 

- No i co? 

- Ktoś go ukatrupił. 

- Czego ode mnie chcesz? śebym rozrywał szaty? 

Beaumont wyprostował się na krześle. 

- Mam zawiadomić policję? - spytał. Madvig uniósł ze zdziwieniem brwi. 

- To policja jeszcze nie wie? 

-  W  pobliŜu  nie  było  nikogo  -  wyjaśnił  Ned,  nie  spuszczając  oczu  z  blondyna.  - 

Pomyślałem  sobie,  Ŝe  zanim  gdziekolwiek  zadzwonię,  pogadam  z  tobą.  Czyli  co,  mogę  im 

powiedzieć, Ŝe to ja go znalazłem? 

- Czemu nie? - Madvig opuścił brwi. 

background image

Ned  Beaumont  wstał,  postąpił  dwa  kroki  w  stronę  telefonu,  po  czym  przystanął  i 

ponownie zwrócił się do blondyna: 

- Taylor nie miał kapelusza - rzekł. 

- Teraz juŜ mu nie będzie potrzebny - odparł Madvig i skrzywiwszy się dodał: - Ale z 

ciebie dureń, Ned. 

-  Albo  ze  mnie,  albo  z  ciebie,  Paul  -  oświadczył  Beaumont,  wyciągając  rękę  po 

słuchawkę. 

 5 

ZABÓJSTWO SYNA SENATORA NA CHINA STREET 

Wczoraj  tuŜ  po  dziesiątej  wieczorem  na  rogu  China  Street  i  Pamela  Avenue 

znaleziono  zwłoki  Taylora  Henry’ego,  lat  26,  syna  senatora  Ralpha  Bancrofta  Henry’ego. 

Policja  podejrzewa,  Ŝe  powodem  zabójstwa  był  napad  rabunkowy.  Zdaniem  lekarza 

sądowego,  doktora  Williama  J.  Hoopsa,  śmierć  nastąpiła  na  skutek  pęknięcia  czaszki  i 

wstrząsu  mózgu,  kiedy  Taylor  Henry,  trafiony  w  czoło  pałką  lub  innym  tępym  narzędziem, 

upadł na ziemię i uderzył tyłem głowy w krawęŜnik. 

Prawdopodobnie  pierwszą  osobą,  która  natknęła  się  na  ciało,  był  Ned  Beaumont 

zamieszkały  przy  Randall  Avenue  pod  numerem  911.  Zanim  jednak  Beaumont  dotarł  do 

klubu „Chata” oddalonego o dwie przecznice od miejsca zbrodni, skąd zadzwonił na policję, 

zwłoki  zostały  znalezione  przez  policjanta  Michaela  Smitta.  Komisarz  Frederick  M.  Rainey 

polecił  natychmiast  zatrzymać  wszystkich  podejrzanych  osobników  w  mieście.  Oświadczył 

równieŜ, Ŝe poruszy niebo i ziemię, aby jak najszybciej ująć sprawcę bądź sprawców zbrodni. 

Jak  twierdzi  rodzina,  Taylor  Henry  wyszedł  z  willi  przy  Charles  Street  około  wpół  do 

dziesiątej wieczorem, Ŝeby... 

Ned  Beaumont  odłoŜył  na  bok  gazetę,  dopił  kawę,  po  czym  odstawił  filiŜankę  na 

stolik  przy  łóŜku  i  oparł  się  wygodnie  o  poduszki.  Twarz  miał  bladą,  zmęczoną.  Podciągnął 

kołdrę pod szyję, następnie splótł ręce za głową i leŜał tak, wpatrując się z niezadowoleniem 

w akwafortę, która wisiała na ścianie między dwoma oknami. 

Nie ruszał się, jeśli nie liczyć mrugania powiek, przez dobre pół godziny. Potem znów 

sięgnął po gazetę i jeszcze raz przeczytał artykuł. Niezadowolenie malujące się w jego oczach 

rozprzestrzeniło się na całą twarz. Kiedy skończył  czytać, cisnął  gazetę  na podłogę i wolno, 

ze  znuŜeniem,  wstał  z  łóŜka.  Na  swoje  szczupłe,  odziane  w  piŜamę  ciało  zarzucił  czarno-

brązowe kimono, wsunął stopy w brązowe pantofle i lekko pokasłując przeszedł do salonu. 

Był  to  duŜy,  staroświecko  urządzony  pokój  o  wysokim  suficie  i  szerokich  oknach,  z 

olbrzymim  lustrem  zawieszonym  nad  kominkiem  i  meblach  obitych  czerwonym  pluszem. 

background image

Beaumont  wyjął  cygaro  z  pudełka  na  stole,  po  czym  usiadł  w  wielkim  czerwonym  fotelu. 

Wyciągnął nogi tak,  aby spoczywały na jasnym  kwadracie utworzonym  przez wpadające do 

ś

rodka promienie słońca i obserwował wypuszczane z ust kłęby dymu, które w słońcu jakby 

nabierały kształtów. Siedział ze zmarszczonym  czołem, na zmianę to zaciągając się dymem, 

to obgryzając paznokcie. 

Słysząc  pukanie  do  drzwi,  szybko  wyprostował  się.  Na  jego  twarzy  pojawiła  się 

czujność. 

- Proszę! - zawołał. 

Do pokoju wszedł kelner w białej marynarce. 

- Tak, skończyłem śniadanie - powiedział zawiedzionym tonem Ned i ponownie oparł 

się o czerwone, pluszowe obicie. 

Kelner  znikł  w  sypialni,  skąd  po  chwili  wyłonił  się  z  tacą  pełną  talerzy.  Kiedy  Ned 

Beaumont znów został sam, rzucił niedopałek do kominka i pomaszerował do łazienki. Gdy 

po  kilku  minutach  wyszedł  ogolony,  wykąpany  i  ubrany,  wyglądał  zupełnie  inaczej;  twarz 

straciła niezdrowy, blady odcień, w ruchach i całej posturze prawie nie było widać zmęczenia. 

 6 

ZbliŜało się południe, kiedy Ned Beaumont opuścił mieszkanie i ruszył na piechotę do 

szarego  budynku  znajdującego  się  osiem  przecznic  dalej  na  Link  Street.  Nacisnął  dzwonek 

domofonu. Gdy rozległo się ciche buczenie, pchnął drzwi wejściowe i wjechał windą na piąte 

piętro. 

Zadzwonił do mieszkania numer 511. Drzwi otworzyły się natychmiast. Stała w nich 

drobna dziewczyna, z wyglądu dziewiętnasto-, moŜe dwudziestoletnia. Na jej bladej twarzy i 

w ciemnych oczach malowała się wściekłość. 

-  A,  cześć  -  powiedziała  cienkim,  metalicznym  głosem  i  uśmiechnęła  się,  podnosząc 

uspokajającym  gestem  dłoń,  jakby  chciała  przeprosić  za  swój  nastrój.  Miała  krótkie,  lśniące 

jak  emalia,  kruczoczarne  włosy  przylegające  gładko  do  kształtnej  głowy.  Z  uszu  zwisały  jej 

długie złote kolczyki z krwawnikami. Ubrana była w brązowe futerko. 

Cofnęła się, otwierając szerzej drzwi. Ned Beaumont wszedł do środka i spytał: 

- Bernie juŜ wstał? 

Na młodej twarzy znów oŜyła wściekłość. 

- Co za podły skurwysyn! - zawołała piskliwie Nie odwracając się, Beaumont zaniknął 

za  sobą  drzwi.  Dziewczyna  podeszła  bliŜej,  chwyciła  go  za  ramiona,  nieco  powyŜej  łokci,  i 

usiłując nim potrząsnąć, zaczęła krzyczeć: 

background image

-  Wiesz,  co  ja  poświęciłam  dla  tego  drania?  Odeszłam  z  domu,  z  najlepszego  domu, 

jaki moŜna sobie wyobrazić! Zostawiłam matkę i ojca! Byłam ich oczkiem w głowie! Mówili 

mi, Ŝe Bernie jest nic nie wart! Wszyscy mnie uprzedzali! I mieli rację! Ale ja byłam głupia i 

ś

lepa! Dopiero teraz zmądrzałam! Co za skurwysyn, co za... - Dalej z jej ust popłynęły same 

przekleństwa. 

Ned Beaumont stał bez ruchu, słuchając z powagą. Jego spojrzenie przybierało coraz 

bardziej  posępny  wyraz.  Wreszcie,  gdy  dziewczyna  na  chwilę  zamilkła,  Ŝeby  nabrać  tchu, 

wtrącił pośpiesznie: 

- Co ci zrobił? 

- Co zrobił? Dał drapaka! Ten nędzny... - Znów posypały się przekleństwa. 

Beaumont  poruszył  się  nerwowo.  Rozchylając  wargi  w  słabym,  wymuszonym 

uśmiechu, spytał: 

-  Przypadkiem  nie  zostawił  nic  dla  mnie?  Dziewczyna  cmoknęła  cicho  i 

wytrzeszczając oczy, przysunęła twarz bliŜej twarzy Neda. 

- Był ci coś winien? 

- Wygrałem... -  Zakasłał. - Za czwartą wczorajszą gonitwę naleŜy mi się trzy tysiące 

dwieście pięćdziesiąt zielonych. 

Dziewczyna przestała nim potrząsać; opuściła dłonie i roześmiała się szyderczo. 

-  MoŜesz  się  poŜegnać  z  forsą!  Spójrz.  -  Wyciągnęła  lewą  rękę.  Na  małym  palcu 

połyskiwał  pierścionek  z  czerwonym  oczkiem.  Podniosła  obie  ręce  do  uszu  i  delikatnie 

dotknęła  kolczyków  z  krwawnikami.  -  To  wszystko,  co  mi  zostało.  Gdybym  nie  miała  tych 

drobiazgów na sobie, to teŜ by mi je podwędził. 

- Kiedy się zmył? - spytał Beaumont dziwnie opanowanym głosem. 

-  Wczoraj  wieczorem,  chociaŜ  odkryłam  to  dopiero  dziś  rano.  Ale  ja  mu  pokaŜę! 

Będzie przeklinał dzień, w którym mnie poznał! 

Wsunęła rękę za dekolt sukni. Po chwili wyciągnęła ją, zaciśniętą w pięść, i uniosła na 

wysokość twarzy męŜczyzny. Rozprostowała palce, ukazując trzy zmięte kulki papieru. Kiedy 

Beaumont po nie sięgnął, zacisnęła ponownie palce i cofnęła się o krok. 

Beaumont opuścił rękę; na jego twarzy pojawił się wyraz zniecierpliwienia. 

- Czytałeś w gazecie o Taylorze Henrym? - spytała podnieconym głosem dziewczyna. 

Zaczerpnął gwałtownie powietrza, ale odpowiedział spokojnie: 

- Tak. 

- Wiesz, co tu mam? - Dziewczyna znów rozprostowała palce, ukazując zmięte kulki. 

MruŜąc oczy, pokręcił głową. 

background image

- Weksle wystawione przez Taylora Henry’ego 

- oznajmiła triumfalnie. - Na tysiąc dwieście dolców! 

Otworzył usta, Ŝeby coś powiedzieć, ale szybko ugryzł się w język. 

- Teraz są gówno warte - stwierdził po chwili beznamiętnym tonem. 

Dziewczyna wsunęła świstki z powrotem za dekolt i znów podeszła bliŜej. 

- Przedtem teŜ były gówno warte - rzekła - i dlatego facet nie Ŝyje. 

- Wiesz, czy zgadujesz? 

-  Nie  muszę  zgadywać.  Słyszałam,  jak  w  piątek  Bernie  zadzwonił  do  Taylora  i 

powiedział, Ŝe daje mu trzy dni na zwrot szmalu. 

Beaumont pogładził kciukiem wąs. 

- Nie mówisz tego, bo jesteś wściekła, co? 

-  spytał  podejrzliwie.  Dziewczynie  oczy  rozbłysły  złością.-  Pewnie,  Ŝe  jestem 

wściekła! - zawołała. - Jestem taka wściekła, Ŝe mam ochotę zanieść to na policję. I chyba tak 

zrobię. Jeśli myślisz, Ŝe Bernie go nie sprzątnął, jesteś skończonym durniem. 

Ned Beaumont wciąŜ nie był przekonany. 

- Skąd masz te weksle? - spytał. 

- Znalazłam w sejfie. - Ruchem gładko uczesanej głowy wskazała w stronę pokoju. 

- O której się Bernie wczoraj zmył? 

- Nie wiem. Wróciłam do domu o wpół do dziesiątej i siedziałam całą noc czekając, aŜ 

się zjawi. Dopiero nad ranem coś mnie tknęło. Przetrząsnęłam dokładnie mieszkanie. Okazało 

się,  Ŝe  zabrał  wszystko,  całą  forsę  i  całą  moją  biŜuterię  poza  tym  jednym  pierścionkiem  - 

podniosła rękę - i kolczykami, które miałam w uszach. 

Beaumont ponownie pogładził kciukiem wąs. 

- Jak myślisz? - spytał. - Dokąd uciekł? 

W  dziewczynę  wstąpiła  furia;  zaczęła  tupać,  wymachiwać  pięściami,  piskliwym 

głosem wyzywać Berniego od najgorszych. 

-  Uspokój  się,  Lee!  -  Ned  chwycił  ją  za  nadgarstki.  -  Jeśli  zamierzasz  tu  stać  i  się 

wydzierać, to lepiej daj mi te świstki i ja z nimi coś zrobię. 

Uwolniła ręce z jego uchwytu. 

- Akurat! - krzyknęła. - Nikomu ich nie dam. Sama zaniosę je na policję. 

- W porządku. Zanieś - oznajmił Ned i ponownie spytał: - Jak myślisz, dokąd uciekł? 

Odparła z goryczą, Ŝe nie wie, ale ma nadzieję, Ŝe smaŜy się w piekle. 

-  Nie  wygłupiaj  się,  Lee  -  powiedział  znuŜonym  tonem.  -  Złością  nic  nie  wskórasz. 

Sądzisz, Ŝe wrócił do Nowego Jorku? 

background image

- Skąd mam wiedzieć? 

Nagle spojrzenie dziewczyny stało się czujne. Beaumontowi poczerwieniały policzki. 

- Co knujesz? - zapytał podejrzliwie. 

- Ja? - zdziwiła się Lee, przybierając niewinną minę. - Nic. 

Pochylił się nad nią i pokręcił wolno głową. 

-  Chcesz  czy  nie,  kochana  -  powiedział  wymawiając  dobitnie  kaŜde  słowo  -  zgłosisz 

się z tymi wekslami na policję. 

- AleŜ oczywiście, Ned. 

 7 

Na  parterze  budynku  znajdowała  się  drogeria.  Ned  Beaumont  udał  się  tam,  Ŝeby 

skorzystać  z  telefonu.  Wykręciwszy  numer  komisariatu,  poprosił  do  aparatu  porucznika 

Doolana. 

-  Halo?  Porucznik  Doolan?  Dzień  dobry.  Dzwonię  w  imieniu  panny  Lee  Wilshire, 

która  przebywa  w  mieszkaniu  Berniego  Despaina  przy  Link  Street,  pod  numerem  1666. 

Despain  znikł  nagle  wczoraj  wieczorem,  zostawiając  w  domu  kilka  weksli  wystawionych 

przez Taylora Henry’ego... No właśnie... Panna Wilshire twierdzi, Ŝe parę dni temu słyszała, 

jak  mu  groził...  Tak,  chciałaby  z  panem  porozmawiać,  najszybciej  jak  to  moŜliwe...  Nie, 

lepiej, Ŝeby pan tu przyjechał albo kogoś przysłał, i to zaraz... Tak... Moje nazwisko? Co za 

róŜnica? Pan mnie nie zna. Panna Wilshire prosiła, Ŝebym zadzwonił, bo wolała nie korzystać 

z telefonu w mieszkaniu Despaina... - Przez chwilę słuchał głosu dobiegającego z aparatu, po 

czym odłoŜył słuchawkę i wyszedł z drogerii. 

 8 

Ned  Beaumont  skierował  swoje  kroki  do  schludnego  domu  z  czerwonej  cegły 

stojącego w rzędzie innych schludnych domów z czerwonej cegły na Thames Street. Nacisnął 

dzwonek. Drzwi uchyliła młoda Murzynka, która na widok gościa uśmiechnęła się od ucha do 

ucha. 

- Jak to miło pana widzieć, panie Beaumont - powiedziała, otwierając szeroko drzwi. 

- Cześć, June. Zastałem domowników? 

-  Tak,  proszę  pana.  Jedzą  obiad.  Beaumont  przeszedł  do  jadalni.  Paul  Madvig  i  jego 

matka  siedzieli  naprzeciw  siebie  przy  stole  przykrytym  czerwono-białym  obrusem;  trzecie 

krzesło stało puste, trzeci talerz i sztućce czekały nie tknięte. 

Pani  Madvig  była  wysoką,  chudą  kobietą  o  jasnych,  jeszcze  nie  całkiem  siwych 

włosach,  mimo  Ŝe  dawno  skończyła  siedemdziesiątkę.  Oczy  miała  niebieskie  i  błyszczące, 

background image

równie  młodzieńcze  jak  oczy  syna.  Obróciła  się,  Ŝeby  zerknąć  na  wchodzącego  do  jadalni 

gościa i posłała mu szelmowskie spojrzenie. 

-  No,  nareszcie!  Niedobry!  Nie  wstyd  ci  tak  zaniedbywać  starą  kobietę?  -  spytała, 

marszcząc czoło. 

Ned uśmiechnął się promiennie. 

-  AleŜ,  mamuśku,  jestem  duŜym  chłopcem,  a  duzi  chłopcy  mają  duŜo  pracy.  - 

Pomachał ręką do Madviga. - Cześć, Paul. 

- Siadaj, Ned - powiedział blondyn. - June zaraz przyniesie ci talerz. 

Beaumont pochylił się, Ŝeby pocałować kościstą dłoń, którą pani Madvig wyciągnęła 

na powitanie. Staruszka wyszarpnęła ją pośpiesznie. 

- Co to za dziwne obyczaje? - spytała. 

-  Mówiłem  ci,  mamuśku,  jestem  duŜym  chłopcem...  Dzięki,  stary  -  zwrócił  się  do 

Paula - ale niedawno jadłem śniadanie. - Spojrzał na puste krzesło. - Gdzie Opal? 

- Śpi - wyjaśniła pani Madvig. - Nie czuje się najlepiej. 

Ned Beaumont skinął głową, po czym wbił wzrok w twarz Paula. 

- Mam nadzieję, Ŝe to nic powaŜnego? 

- A skądŜe - zapewnił go blondyn. - Przetańczyła pół nocy, więc nic dziwnego, Ŝe boli 

ją głowa. 

-  Co  z  ciebie  za  ojciec!  -  oburzyła  się  pani  Madvig.  -  Nie  wiesz,  kiedy  córka  jest 

niedysponowana? 

Paul uśmiechnął się, mruŜąc lekko oczy. 

-  Mamo,  nie  przy  gościu...  Co  słychać,  Ned?  Beaumont  obszedł  stół  i  usiadł  na 

wolnym krześle. 

- Bernie Despain dał wczoraj nogę z miasta - powiedział. - Razem z moją wygraną. 

Paul Madvig uniósł brwi. 

- Zostawił weksle podpisane przez Taylora Henry’ego - ciągnął Beaumont. - Na sumę 

tysiąca dwustu zielonych. 

Madvig zmruŜył powieki. 

- Lee twierdzi, Ŝe w piątek zadzwonił do Taylora i dał mu trzy dni na skombinowanie 

forsy. 

- Co za Lee? - zdziwił się Paul, pocierając ręką brodę. 

- Dziewczyna Berniego. 

- Aha. - Widząc, Ŝe Ned nie zamierza kontynuować rozmowy na ten temat, w końcu 

spytał: - Mówił, co będzie, jeśli Taylor się nie wywiąŜe? 

background image

-  Nie  wiem,  Paul.  -  Ned  Beaumont  oparł  łokieć  o  blat  stołu  i  pochylił  się  w  stronę 

blondyna. - Słuchaj, załatw, Ŝeby mianowano mnie zastępcą szeryfa albo kimś w tym rodzaju. 

- Czyś ty oszalał! - Madvig zamrugał zdumiony. - Po jaką cholerę? 

- Zamierzam dopaść tego drania. Gwiazda szeryfa ułatwi mi zadanie. 

Madvig spojrzał na niego z zatroskaniem. 

- O co chodzi, Ned? - spytał po chwili. 

- Oskubał mnie na trzy tysiące dwieście pięćdziesiąt dolców. 

-  Zgadza  się  -  powiedział  wolno  Madvig  -  ale  wczoraj  teŜ  byłeś  jakiś  rozdraŜniony, 

choć jeszcze nie wiedziałeś, Ŝe Bernie nawiał z miasta. 

Beaumont machnął zniecierpliwiony ręką. 

-  Niecodziennie,  mój  drogi,  natykam  się  na  trupy  -  odparł.  -  Ale  to  teraz  niewaŜne. 

WaŜny jest Bernie. Dopadnę go. Muszę go dopaść. - Twarz miał bladą, wzrok zacięty; z głosu 

przebijał  Ŝar.  -  Słuchaj,  Paul.  Nie  idzie  mi  o  forsę,  choć  co  tu  duŜo  gadać,  trzy  dwieście 

pięćdziesiąt  to  kupa  szmalu,  ale  tak  samo  bym  zareagował,  gdyby  w  grę  wchodziło  pięć 

dolców. Od dwóch miesięcy przegrywałem. To  mnie, cholera, dołowało. No bo  co jest  wart 

człowiek, którego opuściło szczęście? Czułem się jak zbity pies. Ale wreszcie fortuna się do 

mnie  uśmiechnęła.  Wyprostowałem  podkulony  ogon,  wypiąłem  dumnie  pierś,  zacząłem 

patrzeć  ludziom  w  oczy.  Owszem,  forsa  się  liczy,  ale  nie  jest  najwaŜniejsza.  NajwaŜniejsze 

jest przełamanie złej passy. Rozumiesz? Ciągłe przegrywanie wykańczało mnie psychicznie. I 

kiedy  wreszcie  zły  los  się  ode  mnie  odwrócił,  Bernie  dał  drapaka.  Nie  puszczę  mu  tego 

płazem. Nie będę znów chodził jak zbity pies. Za nic w świecie! Dopadnę skurwiela, czy mi 

pomoŜesz, czy nie! 

Paul Madvig wyciągnął nad stołem potęŜną dłoń i poklepał napiętą twarz rozmówcy. 

- Do diabła, Ned, przecieŜ wiesz, Ŝe ci pomogę - rzekł. - Nie lubię, kiedy się wdajesz 

w  takie  historie,  ale  skoro  musisz,  to  najlepiej  zrobimy  cię  specjalnym  oficerem 

dochodzeniowym  w  prokuraturze  okręgowej.  Twoim  zwierzchnikiem  będzie  Fair,  który  na 

pewno w nic nie będzie ingerował. 

Matka Paula wstała od stołu, z talerzami w kościstych rękach. 

-  Gdyby  nie  to,  Ŝe  obiecałam  sobie  nigdy  nie  wtrącać  się  do  męskich  spraw  - 

oznajmiła  surowym  tonem  -  powiedziałabym  wam,  co  o  tym  wszystkim  myślę.  Bóg  jeden 

wie, w jakie wpakujecie się tarapaty i Bóg jeden wie, czy zdołacie się z nich wykaraskać. 

Ned Beaumont uśmiechnął się szeroko. Dopiero kiedy staruszka wyszła z jadalni, jego 

twarz znów spowaŜniała. 

background image

-  Załatwisz to teraz, tak  Ŝebym po południu miał juŜ papiery? - spytał, zwracając się 

do Madviga. 

- Jasne. - Madvig wstał. - Zaraz zadzwonię do Farra. Daj znać, gdybyś jeszcze czegoś 

potrzebował. 

- W porządku. 

Blondyn znikł za drzwiami. Po chwili zjawiła się June i zaczęła sprzątać ze stołu. 

- Czy panna Opal śpi? - zapytał Ned.- Nie, proszę pana - odparła Murzynka. - Właśnie 

zaniosłam jej na górę herbatę i kilka grzanek. 

- Bądź tak miła i spytaj Opal, czy mogę do niej zajrzeć. 

- Dobrze, proszę pana. 

Kiedy  Murzynka  wyszła,  Beaumont  wstał  od  stołu  i  zaczął  przemierzać  pokój. 

Policzki  miał  zarumienione,  rozgrzane.  Zatrzymał  się  dopiero  wtedy,  gdy  Paul  wrócił  do 

jadalni. 

- Załatwione - oznajmił blondyn. - Gdyby Farra nie było, zgłoś się do Barbera. Zajmie 

się wszystkim i o nic nie będzie pytał. 

- Dzięki. - Ned spojrzał na Murzynkę, która ukazała się w drzwiach. 

- Opal zaprasza pana na górę. 

 9 

Pokój  Opal  Madvig  utrzymany  był  w  niebieskiej  tonacji.  Dziewczyna,  ubrana  w 

opalizujący  niebieski  szlafrok,  leŜała  na  łóŜku,  wsparta  o  poduszki.  Podobnie  jak  ojciec  i 

babka była szczupła, wysoka, cerę miała jasną, róŜową, wręcz dziecięcą, oczy - tak jak oni - 

błękitne, choć teraz zaczerwienione od płaczu. 

Na widok gościa odłoŜyła na tacę grzankę i wyciągnęła rękę. 

- Cześć, Ned - zawołała, ukazując w uśmiechu równe, białe zęby. Ale głos jej drŜał. 

Beaumont poklepał ją lekko po dłoni. 

-  Cześć,  kwiatuszku  -  powiedział,  siadając  na  skraju  łóŜka.  ZałoŜył  nogę  na  nogę  i 

wyjął z kieszeni cygaro. - Dym ci nie będzie przeszkadzał? 

- Nie. 

Bez  słowa  wsunął  cygaro  z  powrotem  do  kieszeni  i  zrezygnował  z  nonszalanckiej 

pozy. Odwrócił się twarzą do dziewczyny i popatrzył na nią ze współczuciem. 

- Wiem, mała. śycie jest paskudne - rzekł zachrypłym głosem. 

Wytrzeszczyła niewinnie oczy. 

- Ech, nie ma o czym mówić. Ból głowy prawie mi minął, a zresztą wcale nie był taki 

silny. 

background image

- Zdołała się juŜ opanować. Ned uśmiechnął się ironicznie. 

- Nie wygłupiaj się. PrzecieŜ znam cię nie od dziś - powiedział. 

Opal zmarszczyła brwi. 

- Nie rozumiem, o co ci chodzi, Ned. 

- O Taylora - odparł, przybierając surową minę. 

- No tak. - Taca, która leŜała na jej kolanach, zadrŜała, lecz wyraz twarzy dziewczyny 

nie zmienił się. - Ale wiesz... właściwie to nie widzieliśmy się od kilku miesięcy, odkąd tata 

zakazał mi... 

Ned Beaumont podniósł się z łóŜka. 

- W porządku. Cześć - rzucił przez ramię, kierując się do drzwi. 

Opal nie zareagowała. 

Beaumont wyszedł z pokoju i ruszył schodami na dół. W holu na parterze zastał Paula 

Madviga. 

-  Muszę  jechać  do  biura  w  sprawie  tych  kontraktów  kanalizacyjnych  -  powiedział 

blondyn. 

- Jak chcesz, podwiozę cię do prokuratury. 

- Dobra. 

Nagle doleciał ich z góry głos Opal. 

- Ned! Hej, Ned! 

- Słyszę! - zawołał Beaumont. - Jeśli się śpieszysz, nie czekaj na mnie - zwrócił się do 

blondyna. 

Madvig spojrzał na zegarek. 

- Niestety, muszę ruszać - powiedział. - Zobaczymy się wieczorem w klubie? 

- Aha - mruknął Ned i udał się na górę. Taca leŜała teraz w nogach łóŜka. 

-  Zamknij  drzwi  -  poprosiła  dziewczyna,  a  kiedy  spełnił  jej  Ŝyczenie,  przesunęła  się, 

robiąc mu miejsce obok siebie. - Dlaczego tak nagle wyszedłeś? 

- Bo mnie okłamałaś - odparł z powagą, siadając przy niej na posłaniu. 

- Ja? - Wbiła niebieskie oczy w piwne oczy męŜczyzny. 

- Kiedy ostatni raz widziałaś się z Taylorem? 

- Rozmawialiśmy... bo ja wiem? Kilka tygodni temu. - Była uosobieniem szczerości. 

Ned Beaumont podniósł się i znów ruszył do wyjścia. 

- W porządku - rzucił przez ramię, tak jak przedtem. 

- Ned! - zawołała, gdy był juŜ o krok od drzwi. - Dlaczego tak się nade mną znęcasz? 

Odwrócił się powoli, nic po sobie nie okazując. 

background image

- Myślałam, Ŝe jesteśmy przyjaciółmi - rzekła z wyrzutem. 

-  Jesteśmy  -  przyznał  obojętnie  -  ale  trudno  mi  o  tym  pamiętać,  kiedy  mnie 

okłamujesz. 

Wyciągnęła się bokiem na łóŜku, oparła policzek o poduszkę i zaczęła płakać. Płakała 

bezgłośnie. Łzy ciekły na poszewkę, tworząc mokrą szarą plamę. 

Ned  cofnął  się  od  drzwi,  usiadł  z  powrotem  na  posłaniu,  podniósł  dziewczynę  i 

przytulił do siebie. Przez kilka minut łkała w milczeniu, z twarzą wciśniętą w jego płaszcz, i 

wreszcie przytłumionym głosem spytała: 

- Wiedziałeś... wiedziałeś, Ŝe wciąŜ się z nim spotykam? 

- Tak. 

Poderwała się wystraszona. 

- Tata teŜ wiedział? 

- Nie wiem. Chyba nie. 

PołoŜyła głowę na jego ramieniu i wyszeptała ochryple: 

- Och, Ned, byłam z Taylorem wczoraj po południu. Pół dnia spędziliśmy razem! 

Beaumont przytulił mocniej dziewczynę, ale nic nie powiedział. 

- Jak myślisz, kto... kto go zabił? - spytała po chwili. 

Zesztywniał. Opal podniosła głowę. W jej spojrzeniu nie było juŜ śladu słabości. 

- Czy wiesz, kto go zabił, Ned? Beaumont zawahał się, po czym zwilŜył wargi. 

- Chyba tak - szepnął. 

- Kto? Powiedz, kto! - zaŜądała. 

Przez chwilę znów się wahał unikając jej wzroku. 

- Obiecasz, Ŝe będziesz trzymać język za zębami? - spytał w końcu. 

-  Tak  -  odparła  szybko,  ale  zanim  męŜczyzna  zdąŜył  otworzyć  usta,  chwyciła  go 

obiema  dłońmi  za  ramię.  -  Nie!  Poczekaj.  Obiecam,  jeśli  dasz  mi  słowo,  Ŝe  mordercy  nie 

ujdzie to płazem, Ŝe zostanie schwytany i ukarany. 

- Nie mogę ci tego przyrzec, ani ja, ani nikt inny. Patrzyła na Beaumonta przygryzając 

wargę. Wreszcie powiedziała: 

- No dobrze. Obiecuję. Kto? 

-  Czy  Taylor  mówił  ci  kiedykolwiek  o  tym,  Ŝe  ma  dług  u  bukmachera,  Berniego 

Despaina? Dług, którego nie moŜe spłacić? 

- Czy to właśnie ten... ten Bernie Despain...? 

- Tak mi się zdaje. Przypomnij sobie, Opal, czy Taylor wspominał coś o długu? 

background image

- Wiedziałam, Ŝe ma jakieś kłopoty. Nie mówił jakie, wspomniał tylko, Ŝe pokłócił się 

z ojcem o forsę i Ŝe jest zdesperowany. To jego słowa. 

- Nazwisko Despaina nie padło? 

- Nie. Myślisz, Ŝe to on go zabił? 

- Miał weksle wystawione przez Taylora na ponad tysiąc dolców. Wczoraj wieczorem 

wyjechał  pośpiesznie  z  miasta.  Cała  policja  go  szuka.  -  Beaumont  zniŜył  głos  i  patrząc  na 

dziewczynę kątem oka, spytał: - Zrobiłabyś coś, Ŝeby pomóc go schwytać? 

- Oczywiście! Co? 

- Wymyśliłem pewien drobny podstęp. To trochę lewa sprawa, ale bez tego mogą być 

trudności  ze  skazaniem  Despaina.  Jeśli  jednak  zabił  Taylora  i  jeśli  ty  pójdziesz  mi  na  rękę, 

wtedy juŜ się nie wywinie. 

- Zrobię wszystko, co chcesz. Ned westchnął i zagryzł usta. 

- No mów. Co mam zrobić? - spytała podniecona. 

- Zdobyć dla mnie kapelusz Taylora. 

- Co?. 

-  Musisz  zdobyć  jakiś  kapelusz  Taylora  -  powtórzył.  Na  jego  twarzy  zakwitł 

rumieniec. - Dasz radę? 

- Ale po co? - zdziwiła się. 

- Po to, Ŝeby załatwić Despaina. Na razie nic więcej nie mogę ci zdradzić. Więc jak? 

- Postaram się, ale wolałabym, Ŝebyś... 

- Kiedy tam pójdziesz? - przerwał jej. 

- Dziś po południu - rzekła. - Ale powiedz mi... 

-  Lepiej,  Ŝebyś  jak  najmniej  wiedziała  -  oświadczył,  ponownie  przerywając  jej  wpół 

słowa.  -  I  Ŝeby  jak  najmniej  osób  o  czymkolwiek  wiedziało.  Nie  mów  nikomu  o  naszej 

rozmowie.  -  Objął  dziewczynę  ramieniem  i  przyciągnął  do  siebie.  -  Naprawdę  go, 

kwiatuszku, kochałaś, czy po prostu ze złości na ojca... 

- Kochałam, Ned, naprawdę kochałam. - Zaczęła szlochać. 

II 

Numer z kapeluszem 

 1 

W  kapeluszu,  który  nie  całkiem  na  niego  pasował,  Ned  Beaumont  ruszył  za 

bagaŜowym przez halę dworca Grand Central do wyjścia na Czterdziestej Drugiej, a następnie 

do  stojącej  nie  opodal  brązowej  taksówki.  Wręczył  bagaŜowemu  napiwek,  wsiadł  do  wozu, 

background image

podał  kierowcy  adres  hotelu  na  rogu  Broadway  i  Czterdziestej  którejś,  po  czym  zapalił 

cygaro; właściwie bardziej je Ŝuł niŜ palił. Taksówka wolno sunęła zatłoczoną ulicą. Ruch o 

tej porze był duŜy, bo wkrótce rozpoczynały się wieczorne przedstawienia. 

Na  skrzyŜowaniu  Czterdziestej  Drugiej  z  Madison  zielona  taksówka  skręciła  na 

czerwonym świetle i wpadła na brązową, którą jechał Ned, wgniatając ją w zaparkowany przy 

krawęŜniku samochód. Beaumont poleciał w róg, posypało się na niego szkło. 

Po  chwili  doszedł  do  siebie  i  wysiadł  z  uszkodzonego  pojazdu.  Wokół  zaczął 

gromadzić się tłum. Beaumont zapewnił policjanta, Ŝe nic mu się nie stało, odpowiedział na 

kilka  pytań,  po  czym  odszukał  na  tylnym  siedzeniu  kapelusz,  który  nie  całkiem  na  niego 

pasował, i włoŜył  go na  głowę. Przeniósł bagaŜ  do innej taksówki, podał nowemu kierowcy 

adres hotelu i przez resztę drogi siedział wciśnięty w kąt, próbując opanować dreszcze. 

Meldując się w hotelu zapytał, czy nie ma dla niego poczty. Recepcjonista wręczył mu 

dwie  kartki  z  wiadomościami  przekazanymi  telefonicznie  oraz  dwie  zaklejone  koperty  bez 

znaczków. 

Na górze Ned powiedział boyowi, który wniósł jego walizki do pokoju, Ŝeby przyniósł 

mu  półlitrową  butelkę  whisky.  Kiedy  boy  wyszedł,  Ned  przekręcił  klucz  w  zamku  i  rzucił 

okiem na kartki, które trzymał w ręce. Na obu widniała dzisiejsza data, choć róŜne godziny: 

szesnasta  pięćdziesiąt  i  dwudziesta  zero  pięć.  Spojrzał  na  zegarek.  Była  za  kwadrans 

dziewiąta. 

Pierwsza wiadomość brzmiała: W „Gargoyle”, druga: W „Tom & Jeny’s”. Zadzwonię 

później. Obie podpisane były: Jack. 

Rozerwał kopertę. W środku znajdowały się dwa arkusze papieru, z wczorajszą datą, 

pokryte zamaszystym charakterem pisma. 

Zatrzymała  się  w  hotelu  „Matin”,  w  pokoju  1211,  pod  nazwiskiem  Eileen  Dale  z 

Chicago.  Z  dworca  kilkakrotnie  telefonowała.  Potem  spotkała  się  z  męŜczyzną  i  kobietą 

mieszkającymi  na  Wschodniej  Trzydziestej.  Razem  łazili  po  róŜnych  spelunach.  Pewnie  go 

szukali,  ale  bez  powodzenia.  Jestem  w  pokoju  734.  Aha,  facet  i  kobieta  nazywają  się 

Brookowie. 

Kartka  w  drugiej  kopercie,  pokryta  tym  samym  charakterem  pisma,  miała  dzisiejszą 

datę. 

Widziałem się rano z Dewardem Twierdzi, Ŝe numer z kapeluszem nic nie wie, jakoby 

Bernie Despain przyjechał do Nowego Jorku. Zadzwonię później. 

Wiadomości w obu kopertach równieŜ były podpisane Jack. 

background image

Ned  Beaumont  wziął  prysznic,  wyjął  z  walizki  świeŜą  bieliznę,  ubrał  się  i  właśnie 

zapalał  cygaro,  kiedy  rozległo  się  pukanie.  Otworzył  drzwi  i  zapłacił  boyowi  za  whisky,  po 

czym przyniósł sobie z łazienki dzbanek z wodą, przysunął krzesło do okna i usiadł. Siedział 

tak, paląc, pijąc i spoglądając w dół na ulicę, dopóki nie zadzwonił telefon. 

- Halo? - powiedział. - Tak, Jack... Niedawno... Gdzie..? Dobra... JuŜ ruszam. 

Pociągnął ze szklanki jeszcze jeden haust, po czym włoŜył kapelusz, który nie całkiem 

na niego pasował, narzucił płaszcz, poklepał się po kieszeni, jakby sprawdzając jej zawartość, 

zgasił światło i wyszedł z pokoju. 

Było dokładnie dziesięć po dziewiątej. 

 2 

Ned  Beaumont  skręcił  w  bok  z  Broadwayu  i  doszedłszy  do  duŜego,  lśniącego  neonu 

„Tom  &  Jerry’s”,  który  ciągnął  się  pionowo  wzdłuŜ  fasady  budynku,  pchnął  podwójne, 

szklane drzwi wahadłowe. Znalazł się w wąskim korytarzu. Po lewej ręce miał kolejne drzwi, 

teŜ wahadłowe, ale pojedyncze, prowadzące do nieduŜej sali restauracyjnej. 

Szczupły,  młody  męŜczyzna  średniego  wzrostu,  o  śniadej,  dość  przystojnej  twarzy, 

wstał od stolika w rogu sali i skinął na Beaumonta. Ned ruszył w jego stronę. 

- Cześć, Jack - powiedział. 

Uścisnęli sobie ręce i Jack Rumsen od razu przystąpił do sedna. 

-  Dziewczyna  i  Brookowie  są  na  piętrze.  Usiądź  tyłem  do  schodów,  to  cię  nie 

zauwaŜą.  Ja  będę  obserwował  drzwi;  dam  ci  znak,  gdyby  chcieli  wyjść  albo  gdyby  on  się 

nagle pojawił. Na szczęście, jest tu sporo ludzi, więc mała szansa, Ŝeby cię dojrzał. 

Beaumont usiadł. 

- Czekają na niego? - spytał. 

-  Nie  mam  pojęcia.  -  Jack  wzruszył  ramionami.  -  Ale  na  coś  czekają.  Jesteś  głodny? 

Bo na dole trunków nie podają. 

- Chętnie bym się napił! MoŜe usiądźmy na górze, tak Ŝeby nas nie widzieli. 

-  To  mały  lokal,  Ned  -  sprzeciwił  się  Jack.  -  Wprawdzie  jest  tam  na  piętrze  kilka 

stolików za przepierzeniem i moŜe ci troje by nas nie zauwaŜyli, ale jeśli on się zjawi... 

-  Zaryzykujmy.  Mam  ochotę  się  napić.  A  z  facetem  mogę  równie  dobrze  załatwić 

sprawę od razu. 

Jack popatrzył zdziwiony na Neda Beaumonta, po czym odwrócił wzrok. 

-  Ty  jesteś  szefem.  Zobaczę,  czy  są  wolne  miejsca.  -  Zawahał  się,  znów  wzruszył 

ramionami i oddalił się od stolika. 

background image

Ned obrócił się na krześle; obserwował Rumsena, gdy ten szedł po schodach na górę, 

a potem uwaŜnie wpatrywał się w nie, dopóki go ponownie nie ujrzał. Jack zatrzymał się na 

drugim stopniu i skinął na Beaumonta. 

- Najdalszy stolik jest pusty - powiedział, kiedy Ned się zbliŜył. - Dziewczyna siedzi 

plecami do przejścia, więc będziesz miał okazję przyjrzeć się Brookom. 

Ruszyli na górę. Część barowa - z kaŜdym stolikiem oddzielonym półtorametrowym, 

drewnianym przepierzeniem - mieściła się na prawo od schodów. Najpierw jednak zajrzeli do 

części restauracyjnej, do której prowadziło wejście zwieńczone szerokim łukiem. 

Beaumont  odszukał  wzrokiem  Lee  Wilshire.  Dziewczyna  ubrana  była  w  beŜową 

sukienkę  bez  rękawów,  na  głowie  miała  brązowy  kapelusz.  Brązowe  futerko  leŜało 

przerzucone  przez  oparcie  krzesła.  Przeniósł  spojrzenie  na  towarzyszącą  jej  parę.  Po  lewej 

ręce Lee siedział blady, czterdziestokilkuletni typ o wystającej brodzie i krogulczym nosie, na 

wprost niej - pulchna, roześmiana kobieta o szeroko rozstawionych oczach i rudych włosach. 

Po  chwili  obaj  męŜczyźni  wycofali  się  do  upatrzonego  stolika  i  usiedli  naprzeciw 

siebie.  Ned,  zwrócony  plecami  do  sali  restauracyjnej  i  wciśnięty  w  róg,  Ŝeby  jak  najlepiej 

skryć się za drewnianym przepierzeniem, zdjął kapelusz, ale pozostał w płaszczu. 

Do stolika podszedł kelner. Ned zamówił whisky. Jack poprosił o dŜin z tonikiem, po 

czym otworzył paczkę papierosów, wyjął jednego i zaczął go obracać w palcach, przyglądając 

mu się z uwagą. 

- Nie chcę się wtrącać, Ned, bo pewnie wiesz, co robisz - rzekł. - Ale to naprawdę nie 

jest dobre miejsce, Ŝeby załatwiać z nim porachunki, zwłaszcza jeśli ma tu przyjaciół. 

- Arna? 

Jack Rumsen wetknął papierosa w kącik ust. 

-  Skoro  ci  troje  na  niego  czekają,  to  znaczy,  Ŝe  często  tu  bywa.  -  Papieros  drgał 

rytmicznie przy kaŜdym słowie. 

Kelner  postawił  przed  nimi  szklanki.  Ned  wypił  whisky  jednym  haustem  i  skrzywił 

się. 

- Ale rozcieńczona! 

- Taką tu podają. - Jack pociągnął łyk dŜinu, zapalił papierosa i pociągnął kolejny łyk. 

- Rozprawię się z draniem, jak tylko się pojawi. 

-  W  porządku.  -  Śniada,  przystojna  twarz  Rumsena  była  nieprzenikniona.  -  Co  mam 

robić? 

- Nic. Sam sobie poradzę - odparł Ned i ruchem ręki przywołał kelnera. 

background image

Zamówił  podwójną  szkocką.  Jack  poprosił  o  jeszcze  jeden  dŜin  z  tonikiem;  nie 

oponował, kiedy kelner sprzątnął mu sprzed nosa do połowy opróŜnioną szklankę i postawił 

nową.  Pił  wolno,  małymi  łykami,  nie  nadąŜając  za  Beaumontem,  który  wypił  szkocką 

błyskawicznie, a potem szybko zamówił trzecią i czwartą. 

Nagle na schodach ukazał się Bernie Despain. 

Jack,  który  je  bacznie  obserwował,  rozpoznał  znajomą  sylwetkę  bukmachera  i  trącił 

pod stołem Beaumonta. Ned podniósł wzrok znad pustej szklanki; jego spojrzenie zrobiło się 

zimne. PołoŜył obie ręce na stole, dźwignął się i wyłonił zza przepierzenia. 

- Oddaj mi forsę, Bernie - powiedział stając naprzeciw Despaina. 

MęŜczyzna, który szedł po schodach za Despainem, wysunął się przed niego i z całej 

siły  huknął  Neda  pięścią  w  brzuch.  Facet  był  niski,  ale  szeroki  w  barach,  a  pięści  miał  jak 

bochny chleba.Beaumont poleciał do tyłu i uderzył plecami o drewniane przepierzenie. Zgiął 

się  w  pół,  nogi  zrobiły  mu  się  miękkie  jak  z  waty,  ale  nie  upadł  na  ziemię.  Przez  chwilę 

opierał się o przepierzenie, wodząc wkoło szklanym wzrokiem; jego twarz przybierała coraz 

bardziej zielony odcień. Wreszcie wybełkotał kilka niezrozumiałych słów i ruszył w kierunku 

schodów. 

Blady  i  bez  kapelusza,  zszedł  na  dół,  zataczając  się  co  krok.  Przemaszerował  przez 

salę restauracyjną na parterze, pchnął drzwi wejściowe i zwymiotował do rynsztoka, po czym 

dowlókł  się  do  stojącej nie  opodal  taksówki,  wsunął  się  na  tylne  siedzenie  i  podał  kierowcy 

adres w Greenwich Village. 

 3 

Wysiadł  przed  niepozornym  budynkiem  i  ruszył  w  dół  po  brązowych,  kamiennych 

schodkach do otwartych drzwi sutereny; ze środka sączyło się światło i dochodził zgiełk. Po 

chwili  Ned  znalazł  się  w  podłuŜnym  pomieszczeniu.  Dwaj  barmani  w  białych  fartuchach 

obsługiwali  klientów  siedzących  przy  sześciometrowym  barze,  a  dwaj  kelnerzy  gości  przy 

stolikach. 

-  Patrzcie  kto  przyszedł!  -  zawołał  łysiejący  barman  na  widok  Beaumonta.  Odstawił 

wysokie  naczynie,  w  którym  przygotowywał  róŜowy  koktajl,  i  pochylając  się  nad  ladą, 

wyciągnął na powitanie mokrą łapę. 

- Cześć, Mack - powiedział Ned, podając mu swoją. 

Jeden  z  kelnerów  teŜ  przyszedł  się  przywitać,  a  po  nim  gruby,  rumiany  Włoch  o 

imieniu  Tony.  Kiedy  uścisnęli  sobie  dłonie,  Ned  oznajmił,  Ŝe  chętnie  by  się  czegoś  napił. 

Sięgnął do kieszeni po pieniądze. 

background image

- Ani się waŜ! - oburzył się grubas i stuknął pustą szklanką o blat. - Ten facet pije na 

koszt firmy. Macie nie przyjmować od niego forsy - polecił barmanom. 

- Całkiem mi to odpowiada - rzekł Ned. - Podwójną szkocką, proszę. 

Dwie dziewczyny wstały od stolika na końcu sali. 

- Hej, hej, Ned! - zawołały jednocześnie. Beaumont przeprosił na moment Tony’ego i 

skierował  się  w  ich  stronę.  Wyściskały  go  serdecznie,  zasypując  pytariiami,  po  czym 

przedstawiły mu swoich towarzyszy i przysunęły do stolika dodatkowe krzesło. 

Ned usiadł, odpowiedział, Ŝe nie, nie wrócił na stałe do Nowego Jorku, jest tu tylko z 

krótką wizytą i owszem, juŜ zamówił drinka, podwójną szkocką. 

TuŜ  przed  trzecią  opuścili  bar  Tony’ego  i  udali  się  do  identycznego  lokalu  trzy 

przecznice  dalej,  usiedli przy  identycznym  stoliku  i zamówili  identyczne  trunki  jak  te,  które 

pili wcześniej. 

O  wpół  do  czwartej  jeden  z  męŜczyzn  wstał  od  stolika  i  wyszedł.  Z  nikim  się  nie 

poŜegnał, nikt nie próbował go zatrzymać. Ned wyszedł dziesięć minut później, wraz z resztą 

towarzystwa. Na rogu ulicy złapali taksówkę. MęŜczyzna i jedna z dziewczyn wysiedli przed 

hotelem  w  pobliŜu  Washington  Square.  Ned  z  drugą,  niejaką  Fedink,  pojechał  dalej,  do  jej 

mieszkania na Siedemdziesiątej Trzeciej. W mieszkaniu było gorąco. Kiedy otworzyli drzwi, 

powitał  ich  podmuch  ciepłego  powietrza.  W  salonie,  trzy  kroki  za  progiem,  dziewczyna 

zwaliła się na podłogę. 

Ned  Beaumont  zamknął  drzwi  i  próbował  ją  obudzić,  ale  spała  twardo.  Z  trudem 

dowlókł  ją  do  sypialni  i  połoŜył  na  obitym  kwiecistą  tkaniną  tapczanie.  Zdjął  z  dziewczyny 

wierzchnie ubranie, przykrył ją kocem, uchylił okno, po czym przeszedł do łazienki i zaczai 

wymiotować. Kiedy skończył, wrócił do salonu, wyciągnął się w płaszczu na kanapie i zapadł 

w sen. 

 4 

TuŜ przy jego głowie rozległ się terkot. Ned otworzył oczy, spuścił nogi na podłogę i 

rozejrzał się po pokoju. Kiedy zobaczył aparat telefoniczny, uspokoił się, przymknął powieki 

i opadł z powrotem na kanapę. 

Terkot nie ustawał. Ned jęknął, ponownie otworzył oczy i przez chwilę szamotał się, 

usiłując  uwolnić  spod  siebie  lewą  rękę.  Przysunął  nadgarstek  do  twarzy  i  mruŜąc  oczy 

spojrzał  na  zegarek.  Szkiełko  było  stłuczone,  wskazówki  nie  poruszały  się;  stanęły  o 

jedenastej czterdzieści osiem. 

Znów  zaczął  się  przewracać  z  boku  na  bok,  aŜ  w  końcu  wsparł  się  na  lewym  łokciu 

podtrzymując ręką głowę. Telefon nie przestawał dzwonić. Ned rozejrzał się wokoło mętnym, 

background image

otępiałym  wzrokiem.  W  pokoju  paliły  się  światła.  Przez  uchylone  drzwi  sypialni  dostrzegł 

kawałek tapczanu i przykryte kocem nogi Fedink. 

Jęcząc, usiadł na kanapie, po czym przejechał ręką po ciemnych, potarganych włosach 

i przycisnął obie dłonie do skroni. Wargi miał suche, jakby zeskorupiałe. Oblizał je i skrzywił 

się  z  niesmakiem.  Wstał  pokasłując,  ściągnął  rękawiczki,  płaszcz,  rzucił  je  na  kanapę  i 

przeszedł do łazienki. 

Następnie  skierował  się  do  sypialni  i  popatrzył  na  wyciągniętą  na  tapczanie  postać. 

Fedink  spała  jak  suseł,  z  twarzą  wtuloną  w  poduszkę;  jedną  rękę,  wystającą  z  niebieskiego 

rękawa, trzymała zgiętą nad głową. Terkot wreszcie ucichł. Ned poprawił krawat i wrócił do 

salonu. 

Zobaczył trzy papierosy w otwartym pudełku na stole. 

-  Bezczelny  typ  -  mruknął  do  siebie  pod  nosem,  częstując  się  jednym;  przypalił  go 

zapałką i udał się do kuchni. 

Wycisnął  sok  z  czterech  pomarańczy,  wypił  go,  po  czym  zaparzył  i  wypił  dwie 

filiŜanki kawy. Kiedy wyszedł z kuchni, dziewczyna zapytała płaskim, smętnym głosem: 

- Gdzie Ted? - Po tej stronie twarzy, która nie przylegała do poduszki, powiekę miała 

uniesioną. 

Ned Beaumont zbliŜył się do tapczanu. 

- Jaki Ted? 

- No, ten facet, mój narzeczony. 

- Nie mam pojęcia. Nawet nie wiedziałem, Ŝe jesteś zaręczona. 

Fedink ziewnęła szeroko; po chwili zamknęła usta z meprzyjeinnym mlaśnięciem. 

- Która godzina? 

- Diabli wiedzą. Ale juŜ świta. 

-  Zachowałam  się  jak  najgorsza  dziwka.  -  Potarła  twarz  o  kwiecistą  poduszkę.  - 

Obiecałam  wczoraj  Tedowi,  Ŝe  za  niego  wyjdę,  a  potem  wróciłam  do  domu  z  pierwszym 

lepszym  łachudrą,  jaki  się  nawinął.  -  Zacisnęła  palce  po  czym  je  rozprostowała.  -  Czy 

przynajmniej jestem u siebie? - spytała nagle. 

- Nie wiem, miałaś klucze... - odparł Ned. - Chcesz soku pomarańczowego albo kawy? 

-  Nie,  do  jasnej  cholery!  Chcę  tylko  umrzeć.  MoŜesz  coś  dla  mnie  zrobić,  Ned? 

ZjeŜdŜaj stąd i więcej nie wracaj. 

-  To  będzie  trudne,  ale  postaram  się.  -  WłoŜył  płaszcz,  rękawiczki,  wyciągnął  z 

kieszeni pomiętą, ciemną czapkę, którą nasadził na głowę, i opuścił mieszkanie. 

 5 

background image

Pół godziny później wszedł do hotelu, ale zamiast udać się do siebie, skierował się do 

pokoju 734. Zastukał. Wkrótce usłyszał zaspany głos Jacka Rumsena: 

- Kto tam? 

- Beaumont - odparł. 

Jack  otworzył  drzwi,  zapalił  światło.  Był  bosy,  w  piŜamie  w  zielone  grochy, 

spojrzenie miał ocięŜałe, twarz zaróŜowioną od snu. Ziewnął, po czym skinął głową i wrócił 

do łóŜka. Wyciągnięty na wznak, przez chwilę wpatrywał się w sufit i wreszcie, nie okazując 

zbytniego zainteresowania, spytał: 

- No i jak się czujesz? 

Ned  zamknął  drzwi,  stanął  na  środku  pokoju  i  wbił  ponure  spojrzenie  w  postać  na 

łóŜku. 

- Co się działo po moim wyjściu? - zapytał. 

-  Nic.  -  Jack  ponownie  ziewnął.  -  Chyba  Ŝe  chodzi  ci  o  to,  co  ja  zrobiłem?  -  Nie 

czekając na odpowiedź, mówił dalej: - Zszedłem na dół i czatowałem po drugiej stronie ulicy. 

Po  jakimś  czasie  zobaczyłem  Despaina  z  tą  dziewczyną  i  facetem,  który  ci  przyłoŜył. 

Pojechali  na  Czterdziestą  Ósmą  do  Buckman  Building.  Tam  się  Despain  ukrywa,  w 

mieszkaniu 938, które wynajął na nazwisko Barton Dewey. Czekałem do po trzeciej, a potem 

się  zmyłem.  Nie  widziałem,  aby  którekolwiek  z  nich  wychodziło,  chyba  Ŝe  mnie 

przechytrzyli.  -  Wskazał  brodą  w  róg  pokoju.  -  Na  krześle  leŜy  twój  kapelusz.  Pomyślałem 

sobie, Ŝe się nim zaopiekuję. 

Wsuwając do kieszeni pomiętą, ciemną czapkę, Beaumont podszedł do krzesła, wziął 

kapelusz, który nie całkiem na niego pasował, i nasadził na głowę. 

- Na stole jest butelka dŜinu - powiedział Jack. - Jeśli chcesz... 

- Nie, dzięki - odparł Ned. - Słuchaj, masz spluwę? 

Jack przestał wpatrywać się w sufit. Usiadł na łóŜku, przeciągnął się, ziewnął po  raz 

trzeci. 

- A co zamierzasz? - spytał z uprzejmym zainteresowaniem. 

- Odwiedzić Despaina. 

Jack  podciągnął  kolana  pod  brodę.  Siedział  lekko  pochylony  do  przodu,  spoglądając 

na koniec łóŜka. 

- Chyba nie powinieneś, nie teraz. 

- Muszę, i to właśnie teraz. 

background image

Ton,  jakim  to  Ned  powiedział,  sprawił,  Ŝe  Rumsen  podniósł  na  niego  oczy.  Ujrzał 

twarz  o  niezdrowym,  Ŝółtawoszarym  odcieniu,  spojrzenie  mętne,  oczy  przekrwione, 

zmruŜone tak, Ŝe nie widać było białek, wargi suche i jakby nieco spuchnięte. 

- Nie spałeś całą noc? - spytał. 

- Trochę się zdrzemnąłem. 

- Skacowany? 

- Tak. To co z tą spluwą? 

Jack zrzucił z siebie koc i spuścił nogi na podłogę. 

-  Prześpij  się,  co?  -  zaproponował.  -  Potem  razem  się  wybierzemy  do  Despaina.  Nie 

jesteś w najlepszej formie. 

- Śpieszy mi się. 

-  W  porządku,  ale  popełniasz  duŜy  błąd.  MoŜe  z  jakimiś  gówniarzami  poradziłbyś 

sobie na kacu. Ale Despain i jego kumple to zawodowcy. 

- Gdzie masz spluwę? 

Jack wstał z łóŜka i zaczął rozpinać kurtkę od piŜamy. 

- Daj mi broń i wracaj spać. Sam pójdę - oświadczył Beaumont. 

Jack zapiął z powrotem piŜamę i wyciągnął się znów na łóŜku. 

- LeŜy w górnej szufladzie biurka - powiedział. - Są tam równieŜ zapasowe naboje. - 

Przekręcił się na bok i zamknął oczy. 

Ned wyjął z szuflady broń i wsunął ją do prawej kieszeni spodni. 

- Do zobaczenia - rzucił przez ramię. Zgasił światło i wyszedł. 

 6 

Buckman Building - ogromny, pomalowany na Ŝółto budynek mieszkalny - zajmował 

niemal cały kwartał. W holu na dole Beaumont oznajmił straŜnikowi, Ŝe pragnie się zobaczyć 

z panem Deweyem. StraŜnik spytał, kogo ma zapowiedzieć. 

- Beaumonta - odparł Ned. 

Pięć  minut  później  wysiadł  z  windy  i  skierował  się  długim  korytarzem  w  stronę 

otwartych drzwi, w których czekał Bernie Despain. Był to drobny męŜczyzna, niski, Ŝylasty, z 

nieproporcjonalnie  duŜą  głową,  którą  jeszcze  powiększały  bujne,  gęste  loki.  Twarz  miał 

ś

niadą, o grubych rysach, oczy małe, czoło gęsto usiane zmarszczkami; dwie głębokie bruzdy 

ciągnęły  się  od  nosa  do  kącików  ust.  Na  jednym  policzku  widniała  czerwonawa  blizna. 

Ubrany był w starannie uprasowany, niebieski garnitur, na palcach nie miał sygnetów. 

- Dzień dobry, Ned - powiedział uśmiechając się ironicznie. 

- Chcę z tobą pogadać, Bernie. 

background image

-  Domyśliłem  się.  Kiedy  zadzwonili  z  dołu,  od  razu  sobie  pomyślałem:  Ned  chce  ze 

mną pogadać. 

Ned  Beaumont  nie  odezwał  się,  na  jego  Ŝółtawoszarej  twarzy  malował  się  zacięty 

wyraz. Ironiczny uśmiech znikł z ust Despaina. 

- No cóŜ, chłopcze - powiedział bukmacher. 

- Nie będziemy rozmawiać na korytarzu. Wejdź. 

- Odsunął się na bok. 

Za  drzwiami  znajdował  się  malutki  przedpokój.  Na  jego  końcu  były  drugie  drzwi 

prowadzące do salonu. Przez szparę Ned dojrzał Lee Wilshire oraz faceta, który przyłoŜył mu 

wczoraj  w  brzuch,  zajętych  pakowaniem  toreb  podróŜnych.  Na  jego  widok  przerwali  pracę. 

Wszedł do przedpokoju. 

-  Wiesz,  Mały  to  straszny  nerwus  -  wyjaśnił  Despain  zamykając  drzwi  wejściowe.  - 

Kiedy  zobaczył,  jak  walisz  wprost  na  mnie,  był  pewien,  Ŝe  szukasz  zaczepki.  Porządnie  go 

obsztorcowałem. Jak będziesz grzeczny, moŜe cię przeprosi. 

Mały szepnął coś na ucho Lee Wilshire, która 

- wpatrując się gniewnie w Neda - wybuchnęła nieprzyjemnym, złośliwym śmiechem. 

- Prawdziwy twardziel! - mruknęła. 

- Proszę dalej, do pokoju, Ned - rzekł Bernie Despain. - Znasz państwa, prawda? 

Beaumont wszedł do salonu. 

- Jak tam brzuch? - spytał Mały. Beaumont nie zareagował. 

- Cholera, jak na kogoś, kto twierdzi, Ŝe chce pogadać, jesteś wyjątkowo małomówny! 

- zawołał Despain. 

- Czy musimy rozmawiać przy nich? 

-  Ja  tak  -  odparł  bukmacher.  -  Ty  nie.  Drzwi  otwarte,  droga  wolna.  Nikt  cię  nie 

zatrzymuje. Zajmij się własnymi sprawami. 

- Właśnie to robię - oświadczył Ned. 

-  Zdaje  się,  Ŝe  chodzi  o  jakąś  forsę?  -  Despain  uśmiechnął  się  do  Małego.  -  Prawda, 

Mały? Mówił wczoraj coś o forsie, nie? 

Mały ustawił się między Nedem a drzwiami do przedpokoju. 

- Chyba tak - przyznał chrapliwym głosem. 

- Ale nie pamiętam co. 

Ned Beaumont zdjął płaszcz i przerzucił go przez oparcie brązowego fotela, po czym 

usiadł i połoŜył za sobą kapelusz. 

- Nie przyszedłem w tej sprawie - powiedział. 

background image

-  Jestem  tu  jako...  zaraz,  chwileczkę.  -  Z  wewnętrznej  kieszeni  płaszcza  wyciągnął 

złoŜoną  kartkę  papieru,  rozprostował  ją  i  rzucił  na  nią  okiem.  -  Jako  specjalny  oficer 

dochodzeniowy prokuratury okręgowej - dokończył. 

Na ułamek sekundy w oczach Despaina błysnął niepokój. 

- Proszę, proszę, cóŜ za niespodziewany awans! - zawołał bukmacher. - Kiedyśmy się 

ostatni raz widzieli, byłeś u Paula chłopcem na posyłki. 

Beaumont złoŜył z powrotem kartkę i schował ją do kieszeni. 

-  I  czego  tu  będziesz  dochodził,  oficerze  dochodzeniowy?  -  ciągnął  Despain.  - 

Umieram z ciekawości!  - Usiadł na wprost Neda i pokiwał swoją wielką  głową. -  Bo chyba 

nie jechałeś taki szmat drogi tylko po to, Ŝeby wypytać mnie o zabójstwo Taylora Henry’ego, 

co? 

- Owszem. 

- Szkoda. Mogłeś sobie zaoszczędzić fatygi. 

-  Wskazał  na  torby  podróŜne.  -  Kiedy  Lee  mi  wyjaśniła  w  czym  rzecz,  zacząłem  się 

pakować, Ŝeby wrócić do domu. Nie dam się wrobić w Ŝadne morderstwo. 

Beaumont oparł się wygodnie. Jedną rękę trzymał za plecami. 

-  Jeśli  ktokolwiek  chce  cię  w  coś  wrobić,  to  tylko  Lee  -  rzekł.  -  Ona  powiadomiła 

policję o wekslach. 

-  Musiałam,  ty  skurwysynu!  -  krzyknęła  ze  złością  dziewczyna.  -  Bo  ich  do  mnie 

przysłałeś!- Lee to głupia gęś - powiedział Despain. - Ale weksle nic nie znaczą. Są... 

- Głupia gęś?! - zdenerwowała się jeszcze bardziej dziewczyna. - A kto tu przyjechał, 

Ŝ

eby cię ostrzec, kiedy zwiałeś z całą moją... 

-  No  właśnie  -  przerwał  jej  męŜczyzna.  -  I  to  najlepszy  dowód  na  twoją  głupotę. 

Naprowadziłaś Beaumonta na mój trop. 

- Tak? To wiesz, co ci powiem? Cieszę się, Ŝe dałam policji te zasrane weksle! I co ty 

na to? 

-  Dowiesz  się,  jak  zostaniemy  sami.  -  Odwrócił  się  do  Neda.  -  A  więc  uczciwy, 

szlachetny Paul Madvig postanowił zwalić na mnie winę? 

-  Nikt  cię  nie  próbuje  wrobić,  Bernie,  i  dobrze  o  tym  wiesz.  -  Ned  uśmiechnął  się.  - 

Lee wskazała nam właściwy trop. Cała reszta pasuje. 

- Cała reszta? Macie coś jeszcze? 

- Mnóstwo. 

- Co? 

Ned ponownie wyszczerzył do niego zęby. 

background image

- Mnóstwo - powtórzył. - Ale wolałbym o tym nie mówić w obecności innych. 

- Pieprzysz! - warknął bukmacher. 

-  Wywalmy  tego  fiuta  na  zbity  pysk  i  ruszajmy  -  powiedział  ochryple  Mały,  który 

wciąŜ stał w drzwiach pokoju. 

- Nie, poczekaj - polecił mu Despain i marszcząc czoło zapytał Neda: -  Czy wydano 

nakaz aresztowania mnie? 

Beaumont zawahał się. 

- Tak czy nie? - W głosie bukmachera nie było juŜ śladu drwiny. 

- Nic mi o tym nie wiadomo - odparł wolno Ned. 

Despain wstał, odpychając krzesło. 

- W takim razie zjeŜdŜaj stąd i to szybko, bo kaŜę Małemu znów ci przyłoŜyć. 

Ned  podniósł  się,  wziął  z  fotela  płaszcz,  wyciągnął  z  kieszeni  pomiętą  czapkę. 

Trzymając ją w jednej ręce, płaszcz w drugiej, oznajmił z powagą: 

- PoŜałujesz. 

Dostojnym  krokiem  skierował  się  do  drzwi.  W  uszach  dźwięczał  mu  chrapliwy 

ś

miech Małego i piskliwy rechot Lee. 

 7 

Ned  Beaumont  wyszedł  z  budynku  i  ruszył  pośpiesznie  przed  siebie.  Jego  zmęczona 

twarz  promieniała  radością,  a  ciemne  wąsy  drgały,  ilekroć  uśmiech  przebiegał  mu  po 

wargach. 

Na pierwszym rogu niemal zderzył się z Jackiem Rumsenem. 

- Skąd się tu wziąłeś? - spytał. 

-  O  ile  wiem,  nadal  dla  ciebie  pracuję  -  odparł  Jack.  -  Przyszedłem  sprawdzić,  czy 

mogę się na coś przydać. 

- W porządku. Znajdź nam taryfę. Tylko szybko bo właśnie się wynoszą. 

Jack oddalił się w poszukiwaniu taksówki, Ned zaś pozostał na rogu, skąd było widać 

zarówno  drzwi  frontowe,  jak  i  boczne  wejście  do  Buckman  Building.  Wkrótce  Jack  wrócił 

taksówką. Ned wsiadł do środka i powiedział kierowcy, gdzie ma zaparkować. 

- Co tam robiłeś? - zapytał Jack, kiedy kierowca wykonał polecenie. 

-  Nic  takiego.-  Hm.  -  Po  dziesięciu  minutach  Jack  nagle  poderwał  się.  -  Patrz!  - 

krzyknął wskazując na taksówkę, która zajechała pod boczne wejście. 

Z  budynku  najpierw  wyłonił  się  Mały  z  dwiema  torbami  podróŜnymi,  a  po  chwili, 

kiedy  juŜ  siedział  w  wozie,  dołączył  do  niego  biegiem  Despain  z  dziewczyną.  Taksówka 

ruszyła z piskiem opon. 

background image

Jack  pochylił  się  do  przodu  i  wydał  kierowcy  nowe  polecenia.  Trzymając  się  w 

bezpiecznej  odległości,  jechali  za  taksówką  Despaina,  która  długo  kluczyła  po  skąpanych  w 

porannym  słońcu  ulicach,  aŜ  wreszcie  zatrzymała  się  przed  zniszczonym  budynkiem  z 

piaskowca na Czterdziestej Dziewiątej Ulicy. 

Tak jak przedtem, pierwszy z auta wyłonił się Mały. Rozejrzał się uwaŜnie na prawo i 

lewo,  po  czym  podszedł  do  drzwi  budynku,  otworzył  je  i  dopiero  wtedy  wrócił  po  bagaŜe. 

Despain  i  dziewczyna  szybko  wyskoczyli  z  taksówki  i  wbiegli  do  środka.  Mały  podąŜył  za 

nimi z torbami. 

- Zostań tu - powiedział Ned Beaumont. 

- Co zamierzasz? - spytał Jack. 

- Spróbować szczęścia. Jack pokręcił głową. 

- W tej części miasta łatwo oberwać po łbie, szefie - oznajmił. 

-  JeŜeli  wyjdę  z  Despainem,  zmykaj  czym  prędzej.  Łap  drugą  taryfę,  jedź  pod 

Buckman Building i obserwuj dom. JeŜeli nie wyjdę, kieruj się własnym rozumem. 

Otworzył  drzwi  i  wysiadł  z  taksówki.  DrŜał  na  całym  ciele.  Oczy  miał  rozognione. 

Nie  słuchając,  co  Jack  do  niego  mówi,  ruszył  szybko  przez  jezdnię  do  budynku,  w  którym 

przed chwilą znikli dwaj męŜczyźni i dziewczyna. 

Wbiegł  po  schodkach  i  połoŜył  rękę  na  klamce.  Ustąpiła  pod  jego  naciskiem.  Drzwi 

nie  były  zamknięte  na  zasuwę.  Pchnął  je,  zerknął  w  głąb  ciemnego  korytarza  i  wszedł  do 

ś

rodka. 

Nagle  drzwi  się  za  nim zatrzasnęły  i  pięść  Małego  walnęła  go  w  szczękę.  Uderzenie 

było tak silne, Ŝe czapka spadła mu z głowy, świat zawirował przed oczami, a on sam poleciał 

z hukiem na ścianę i zaczął się wolno osuwać na ziemię. Mały znów się zamachnął, ale tym 

razem trafił w ścianę. 

Szczerząc  w  złości  zęby,  Beaumont  zadał  napastnikowi  mocny,  celny  cios  prosto  w 

krocze.  Mały  odskoczył  z  jękiem;  wykorzystując  tę  krótką  przerwę  w  walce,  Ned  szybko 

poderwał się na nogi. 

Kilka  metrów  dalej  Bernie  Despain  stał  oparty  o  ścianę.  Usta  miał  wykrzywione  w 

drapieŜnym uśmiechu, oczy zmruŜone tak, Ŝe wyglądały jak dwie ciemne szparki. 

- Dowal mu, Mały, dowal mu... - powtarzał szeptem. 

Dziewczyny nie było widać. 

Kolejne  dwa  ciosy  Małego  wylądowały  na  klatce  piersiowej  Neda,  przygniatając  go 

do  ściany  i  wywołując  u  niego  atak  kaszlu.  Trzeciego  ciosu,  wymierzonego  w  twarz,  zdołał 

uniknąć.  Wyrzucając  przed  siebie  ramię,  odepchnął  napastnika  i  z  całej  siły  kopnął  go  w 

background image

brzuch.  Mały  ryknął  z  wściekłości,  po  czym  uniósł  obie  pięści  i  znów  skoczył  w  przód,  ale 

Ned  zdąŜył  sięgnąć  do  kieszeni  i  wydobyć  spluwę  Jacka.  Nie  miał  czasu  na  dokładne 

celowanie.  Pociągnął  za  spust.  Kula  trafiła  Małego  w  prawe  udo.  MęŜczyzna  zaskowytał  i 

zwalił się na podłogę. LeŜał tak, zaczerwienionymi oczami łypiąc ze strachem na Beaumonta. 

Ned  Beaumont  cofnął  się  kilka  kroków,  wsadził  lewą  rękę  do  kieszeni  i  z  wyrazem 

determinacji na twarzy powiedział do Despaina: 

- Wyjdźmy na zewnątrz. Chcę z tobą porozmawiać. 

Gdzieś  na  piętrze  rozległ  się  tupot  nóg  i  trzaśniecie  drzwiami;  słychać  było 

podniesione głosy, ale nikt się nie ukazał w polu widzenia. 

Przez  długą  chwilę  bukmacher  spoglądał  na  Neda  niemal  z  podziwem,  potem  bez 

słowa przestąpił Małego i ruszył w stronę wyjścia z budynku. Beaumont wsunął rewolwer do 

kieszeni marynarki, ale wciąŜ nie wypuszczał go z dłoni. Zeszli po schodach na ulicę. 

-  Do  taksówki  -  powiedział  Ned,  wskazując  wóz,  z  którego  właśnie  wysiadał  Jack. 

Kiedy  zajęli  miejsca,  zwrócił  się  do  kierowcy:  -  Na  razie  jedź  pan  przed  siebie.  Później 

powiem dokąd. 

Dopiero gdy taksówka włączyła się w ruch uliczny, Despain wydobył z siebie głos. 

- To porwanie, Beaumont. Zwykłe, ordynarne porwanie. Słuchaj, dam ci wszystko, co 

chcesz, tylko mnie nie zabijaj. 

Ned roześmiał się złośliwie i pokręcił głową. 

- Nie zapominaj, Bernie, Ŝe awansowałem i pracuję teraz w prokuraturze - oznajmił. 

-  PrzecieŜ  nie  jestem  o  nic  oskarŜony.  Nie  ma  nawet  nakazu  aresztowania.  Sam 

mówiłeś... 

- śartowałem, Bernie. Policja cię poszukuje. 

- Dlaczego? 

- Bo zabiłeś Taylora Henry’ego. 

- Znów do tego wracasz? Dobra, kurwa, jedziemy; wybronię się. Jakie macie dowody? 

ś

e  byłem  w  posiadaniu  jego  weksli?  śe  wyjechałem  tego  dnia,  kiedy  go  sprzątnięto?  śe 

nastraszyłem gówniarza, bo się migał z zapłatą? Owszem, wszystko się zgadza. Ale myślisz, 

Ŝ

e dobry adwokat mnie nie wybroni? PrzecieŜ, cholera, gdybym szedł tego wieczoru odebrać 

od Henry’ego dług, nie zostawiałbym weksli w sejfie! 

- Kto cię tam wie. Zresztą są inne dowody - oświadczył Ned. 

- NiemoŜliwie - powiedział z przekonaniem bukmacher. 

-  A  jednak,  Bernie.  -  Beaumont  znów  wyszczerzył  zęby.  -  Pamiętasz,  Ŝe  jak 

przyszedłem do Buckman Building, miałem na głowie kapelusz? 

background image

- MoŜe. Chyba tak. 

- A pamiętasz, Ŝe wychodząc wyjąłem z kieszeni czapkę? 

W małych oczach śniadego męŜczyzny odmalowało się zdezorientowanie i strach. 

- Cholera jasna, Beaumont! - zawołał. - Gadaj, o co chodzi! 

-  To  jest  właśnie  ten  inny  dowód,  Bernie.  Czy  pamiętasz,  Ŝe  kapelusz  nie  pasował 

całkiem na mnie? 

- Nie zauwaŜyłem. - Głos bukmachera stał się ochrypły. - Na miłość boską, o co... 

-  Nie  pasował  -  przerwał  mu  Ned  -  bo  nie  był  mój.  Pewnie  wiesz,  Ŝe  nie  znaleziono 

dotąd kapelusza, który Taylor miał na głowie, kiedy go zamordowano? 

- Nie wiem. Nic nie wiem o tej sprawie. 

-  Widzisz,  Bernie,  dziś  rano  przyszedłem  do  ciebie  w  kapeluszu  Taylora  - 

kontynuował Ned. 

- Teraz ten kapelusz znajduje się w mieszkaniu, które wynająłeś w Buckman Building, 

wciśnięty  w  szparę  między  oparciem  a  siedzeniem  fotela.  Jak  sądzisz,  czy  mając  dowody  w 

postaci weksli i kapelusza, sąd mógłby cię skazać na krzesło elektryczne? 

Krzyk  przeraŜenia  nie  rozległ  się  tylko  dlatego,  Ŝe  Ned  zatkał  Despainowi  usta  i 

warknął mu groźnie do ucha: 

- Siedź cicho! 

Po  śniadej  twarzy  Berniego  spływały  krople  potu.  Pochylił  się  w  stronę  Beaumonta, 

chwycił go za klapy płaszcza i zaczął skomleć: 

- Błagam, Ned, nie rób mi tego. Dostaniesz swój szmal, oddam ci wszystko, nawet z 

procentem. Nie zamierzałem cię okraść, Ned, przysięgam na Boga! Po prostu spłukałem się, 

potrzebowałem forsy. To była tylko poŜyczka, słowo honoru. Słuchaj, nie mam teraz nic przy 

sobie, ale za te świecidełka Lee powinno mi dzisiaj coś wpaść. I wtedy ci oddam, wszystko co 

do centa. Ile ci jestem winien, co, Ned? Przysięgam, zapłacę... 

Beaumont odepchnął bukmachera. 

- Trzy tysiące dwieście pięćdziesiąt dolców 

- powiedział. 

-  Trzy  tysiące  dwieście  pięćdziesiąt  -  powtórzył  za  nim  Despain.  -  Dostaniesz  je 

jeszcze  dziś,  wszystko  co  do  centa.  -  Spojrzał  na  zegarek.  -  JuŜ  niedługo,  juŜ  za  chwilę, 

wystarczy tam tylko pojechać, stary Stein zwykle wcześniej przychodzi do roboty. Tylko puść 

mnie, Ned. Po starej znajomości... 

Beaumont potarł z namysłem ręce. 

background image

- To nie takie proste,  Bernie - powiedział. - Widzisz, nie za bardzo mogę cię puścić. 

Bądź co bądź, pracuję dla prokuratury, a oni chcą cię przesłuchać. Więc jedynie moŜemy się 

targować o kapelusz... Mam propozycję: jeśli oddasz mi forsę, sam pójdę po kapelusz i nikt 

się  o  niczym  nie  dowie.  W  przeciwnym  razie  pójdę  tam  w  towarzystwie  całej  brygady 

nowojorskich gliniarzy i wtedy... Decyduj, wybór naleŜy do ciebie. 

-  O  BoŜe  -  jęknął  Bernie  Despain.  -  No  dobra,  jedźmy  do  starego  Steina.  -  Podał 

Nedowi adres. 

III 

Łom czy dynamit? 

 1 

Kiedy  wysiadł  z  pociągu,  którym  wrócił  z  Nowego  Jorku,  Ned  Beaumont  był 

odmienionym  człowiekiem  -  dumnie  wyprostowanym,  o  bystrym  spojrzeniu.  Wprawdzie 

klatkę piersiową miał lekko zapadłą, ale twarz znów pogodną, uśmiechniętą, a krok Ŝwawy i 

spręŜysty.  Wbiegł  szybko  po  betonowych  schodach  łączących  peron  z  dworcem,  minął 

poczekalnię i pomachawszy ręką do znajomej w okienku informacji, wyszedł na ulicę. 

Czekając  na  chodniku,  aŜ  bagaŜowy  zjawi  się  z  walizkami,  kupił  gazetę.  Podczas 

jazdy taksówką na Randall Avenue przeczytał artykuł na pierwszej stronie. 

DRUGI  BRAT  ZABITY!  FRANCIS  WEST  GINIE  OD  KUL  W  POBLIśU 

MIEJSCA ŚMIERCI BRATA Wczoraj po raz drugi w ciągu dwóch tygodni rodzinę Westów 

zamieszkałą  przy  North  Achland  Avenue  pod  numerem  1342  spotkało  nieszczęście. 

Trzydziestojednoletni  Francis  West  zmarł  od  kul  niecałą  przecznicę  od  skrzyŜowania,  gdzie 

dwa tygodnie temu był świadkiem śmierci swojego brata Normana, który zginął pod kołami 

samochodu naleŜącego do bimbrowników. 

TuŜ po północy Francis West, zatrudniony jako kelner w lokalu „Rockaway”, wracał z 

pracy do domu. Świadkowie zdarzenia twierdzą, Ŝe nagle na North Achland Avenue wjechał 

z  piskiem  opon  duŜy  czarny  kabriolet.  Mijając  Westa,  zbliŜył  się  do  chodnika;  padła  seria 

strzałów. Francis West runął na ziemię, przeszyty ośmioma kulami. Kiedy podbiegli do niego 

przechodnie, juŜ nie Ŝył. Wóz natychmiast przyśpieszył, skręcił w Bowman i po chwili znikł z 

pola widzenia. Ze względu na sprzeczne opisy podane przez świadków, policja ma trudności z 

odnalezieniem pojazdu. śaden ze świadków nie zdołał, niestety, dojrzeć twarzy kierowcy ani 

pasaŜerów. 

Boyd  West,  jedyny  z  braci  pozostały  przy  Ŝyciu,  który  podobnie  jak  Francis  widział 

tragiczną  śmierć  Normana,  nie  potrafi  powiedzieć,  dlaczego  ktoś  chciałby  zabić  Francisa. 

Twierdzi, Ŝe brat nie miał wrogów. Parma Marie Shepperd, zamieszkała przy Baker Avenue 

background image

pod  numerem  1917,  którą  Francis  West  zamierzał  poślubić  w  przyszłym  tygodniu,  równieŜ 

nie potrafi wskazać nikogo, komu zaleŜałoby na śmierci jej narzeczonego. 

Timothy  Ivans, oskarŜony  o to, Ŝe dwa tygodnie  temu nieumyślnie potrącił Normana 

Westa powodując jego zgon, odmówił rozmowy z dziennikarzami. Ivans przebywa obecnie w 

więzieniu, czekając na rozprawę sądową.Ned Beaumont powoli złoŜył gazetę i schował ją do 

kieszeni płaszcza. Usta miał zaciśnięte, spojrzenie skupione, poza tym jednak jego twarz nie 

zdradzała  Ŝadnych  uczuć.  Oparł  się  wygodnie  i  przez  resztę  drogi  bawił  się  nie  zapalonym 

cygarem. 

Wszedł  do  mieszkania  i  nie  zatrzymując  się,  Ŝeby  zdjąć  wierzchnie  okrycie,  ruszył 

prosto do telefonu. Zadzwonił w cztery miejsca; w kaŜdym prosił do aparatu Paula Madviga, 

a następnie pytał rozmówcę, czy przypadkiem nie orientuje się, gdzie moŜna Paula zastać. Po 

czwartym telefonie poddał się. 

Odwiesił słuchawkę, wziął ze stołu cygaro, zapalił je, po chwili jednak połoŜył je na 

krawędzi blatu i znów sięgnął po słuchawkę. Wykręciwszy numer ratusza, poprosił panienkę 

z centrali o połączenie go z gabinetem prokuratora. Czekając na rozmowę, przyciągnął sobie 

nogą krzesło, usiadł i podniósł cygaro do ust. 

-  Halo?  Chciałem  mówić  z  panem  Farrem  -  powiedział,  kiedy  na  drugim  końcu  linii 

odezwał się jakiś głos. - Ned Beaumont... Dobrze, dziękuję. - Zaciągnął się, po czym wolno 

wypuścił  dym  z  ust.  -  Halo,  Farr?  Wróciłem  kilka  minut  temu...  Tak.  Czy  moglibyśmy  się 

spotkać...?  No  właśnie.  Rozmawiałeś  z  Paulem  na  temat  zabójstwa  tego  Westa...?  A  nie 

wiesz,  gdzie  on  się  podziewa...?  Tak,  chciałbym  w  tej  sprawie  z  tobą  pogadać...  Za  pół 

godziny? Świetnie. 

Kiedy  skończył  rozmowę,  podszedł  do  stolika  przy  drzwiach,  Ŝeby  przejrzeć  pocztę. 

Znajdowało się na nim kilka gazet i dziewięć listów. Zerknął pośpiesznie na koperty, po czym 

je odłoŜył. W sypialni zdjął z siebie ubranie i ruszył do łazienki, Ŝeby się ogolić i wykąpać. 

 2 

Prokurator  Michael  Joseph  Farr  był  tęgim,  czterdziestoletnim  męŜczyzną  o  ryŜych 

włosach ostrzyŜonych najeŜa i rumianej, zadziornej twarzy. Urzędował przy biurku z orzecha 

włoskiego, na którym znajdował się tylko telefon oraz duŜy, oryginalny kałamarz z zielonego 

onyksu. Ozdobą kałamarza była mosięŜna figurka nagiej tancerki, która stała na jednej nodze 

między dwoma umieszczonymi pionowo czarno-białymi piórami i trzymała w górze samolot. 

MęŜczyzna chwycił rękę Neda w obie dłonie i uścisnął serdecznie, po czym posadził 

gościa na obitym skórą fotelu. Dopiero wtedy wrócił na swoje miejsce za biurkiem. 

- Jak podróŜ? - zapytał. Spoglądał na Neda przyjaźnie i z ciekawością. 

background image

-  W  porządku.  Słuchaj,  chodzi  mi  o  zabójstwo  Francisa  Westa.  Czy  to  wpłynie  na 

sytuację Tima Ivansa? 

Farr  drgnął,  jakby  chciał  się  poderwać  na  równe  nogi,  ale  w  mig  się  opanował  i  po 

prostu udał, Ŝe szuka wygodniejszej pozycji na fotelu. 

- Właściwie nie - odparł. - No, moŜe trochę, ale nie za bardzo. Jest przecieŜ trzeci brat, 

który będzie zeznawał przeciw Ivansowi. - Wpatrywał się w róg biurka, świadomie unikając 

wzroku gościa. - A dlaczego pytasz? 

- Bo tak się zastanawiałem... Myślisz, Ŝe wystąpi w sądzie i powie, Ŝe widział Tima za 

kierownicą? 

- Jasne. - WciąŜ patrząc gdzieś w bok, przez chwilę Farr bujał się na fotelu, w przód i 

w  tył,  w  przód  i  w  tył.  Jego  mięsiste  policzki  poruszały  się  lekko  przy  kaŜdym  ruchu. 

Wreszcie przełknął głośno i wstał. Spojrzenie znów miał przyjazne. - Przepraszam cię, muszę 

na  moment  wyjść.  Jak  się  podwładnych  nie  pilnuje,  zapominają  o  wszystkim.  Poczekaj  na 

mnie. Chcę pomówić o Despainie. 

- Nie śpiesz się - powiedział cicho Ned, kiedy prokurator był juŜ w drzwiach. 

Przez kwadrans siedział sam w gabinecie, spokojnie paląc cygaro. 

Farr wrócił z marsem na czole. 

-  Przepraszam,  Ŝe  to  tyle  trwało  -  rzekł  sadowiąc  się  za  biurkiem  -  ale  mamy  pełne 

ręce roboty. Jeśli tak dalej pójdzie, to sam nie wiem... 

- Wykonał bezradny gest. 

- Nie szkodzi. Jest coś nowego w sprawie zabójstwa Taylora Hemy’ego? 

-  Nie.  I  dlatego  chciałem  cię  spytać  o  Despaina.  -  Tak  jak  i  przedtem,  Farr  unikał 

wzroku gościa. 

- Właściwie, jak się dobrze zastanowić - powiedział Ned - to nic na niego nie mamy. - 

Ironiczny uśmiech, którego tamten nie zauwaŜył, przemknął po jego ustach. 

- MoŜe. - Wpatrując się w róg biurka, prokurator pokiwał wolno głową. - Ale fakt, Ŝe 

tego samego wieczoru zwiał z miasta, nie świadczy o nim najlepiej. 

- Miał powód. - Ned uśmiechnął się blado. 

- Całkiem waŜny powód. 

Farr znów pokiwał głową, jakby gotów był uwierzyć. 

- Więc myślisz, Ŝe nie zabił Henry’ego? - spytał. 

- Myślę, Ŝe nie - odparł beztrosko Ned - ale nigdy nic nie wiadomo. Jeśli chcesz go na 

jakiś czas przymknąć, masz wystarczająco duŜo poszlak. 

Prokurator podniósł wzrok i uśmiechnął się niepewnie do Beaumonta. 

background image

- Nie chcę być wścibski... moŜesz mi nic nie mówić... ale po kiego licha Paul kazał ci 

jechać za Despainem do Nowego Jorku? 

Przez chwilę Ned siedział zadumany, po czym wzruszył ramionami i rzekł: 

- Nie kazał. Pozwolił. 

Farr milczał. Ned zaciągnął się głęboko; wypuściwszy dym z ust, kontynuował: 

- Bernie orŜnął mnie na forsę. I dlatego dał nogę. Postawiłem tysiąc pięćset dolców na 

Peggy  OToole  i  tak  się  złoŜyło,  Ŝe  wygrała  gonitwę  akurat  tego  wieczoru,  kiedy  zabito 

Taylora. 

-  W  porządku,  Ned  -  powiedział  szybko  Farr.  -  To  nie  moja  sprawa,  co  ty  i  Paul 

robicie. Ale... Ale nie jestem pewien,  czy  Despain nie natknął się przypadkiem na Taylora  i 

nie  skorzystał  z  okazji,  Ŝeby  go  załatwić.  Lepiej  będzie,  jak  go  zatrzymam,  wiesz,  tak  na 

wszelki  wypadek.  -  Jego  szeroka,  wystająca  dolna  warga  rozciągnęła  się  w  przymilnym 

uśmiechu. - Tylko broń BoŜe, nie pomyśl sobie, Ŝe się wtrącam w wasze sprawy... 

Okrągła,  rumiana  twarz  prokuratora  lśniła  od  potu.  Nagle  pochylił  się  do  przodu, 

otworzył szufladę i zanurzył w niej ręce. Zaszeleściły kartki. Po chwili wstał i obszedł biurko. 

Stanął nad gościem, trzymając w dłoni małą, białą kopertę. 

- Masz - rzekł ochryple. - Przeczytaj i powiedz, co o tym sądzisz. 

Ned  Beaumont  wziął  kopertę,  ale  nie  raczył  na  nią  spojrzeć;  chłodnym,  badawczym 

wzrokiem  wpatrywał  się  w  rumiane  oblicze,  które  przybierało  coraz  głębszy  odcień 

czerwiem. Wreszcie Farr rozłoŜył tłuste ręce w pokornym, jakby przepraszającym geście. 

-  Nie  przywiązuję  do  tego  listu  Ŝadnej  wagi  -  powiedział  tonem,  który  równieŜ  był 

pokorny i przepraszający. - Ale... wiesz, za kaŜdym razem dostajemy takie róŜne donosy i... 

zresztą, sam przeczytaj. 

Dopiero  po  dłuŜszej  chwili  Beaumont  przeniósł  spojrzenie  z  Farra  na  kopertę.  Adres 

wystukany był na maszynie: 

Szanowny Pan M. J. Farr Prokurator okręgowy Ratusz Miejski (do rąk własnych) 

Na stemplu pocztowym widniała sobotnia data. W kopercie znajdował się pojedynczy 

arkusz białego papieru. List, bez nagłówka i podpisu, składał się z trzech następujących zdań: 

Dlaczego po śmierci Taylora Henry’ego Paul Madvig ukradł jeden z jego kapeluszy? 

Gdzie się podział kapelusz, który Taylor Henry miał na sobie w chwili morderstwa? 

Dlaczego  człowiek,  który  twierdzi,  Ŝe  pierwszy  znalazł  ciało  Taylora  Henry’  ego, 

został zatrudniony w prokuraturze? 

background image

Ned  Beaumont  złoŜył  kartkę  i  wsunął  ją  z  powrotem  do  koperty.  Rzucił  kopertę  na 

biurko,  przygładził  kciukiem  wąsa,  najpierw  z  lewej  strony,  potem  z  prawej,  i  patrząc 

spokojnym wzrokiem na Farra, zapytał równie spokojnym tonem: 

- I co? 

Policzki Farra znów lekko zadrŜały. 

-  Na  miłość  boską!  -  zawołał.  Czoło  miał  zmarszczone,  spojrzenie  wręcz  błagalne.  - 

Chyba  nie  sądzisz,  Ŝe  powaŜnie  traktuję  te  bzdury?  Zawsze  kiedy  coś  się  dzieje,  dostajemy 

tony takich listów. Chciałem ci go tylko pokazać. 

- Skoro tak, to w porządku - powiedział Beaumont. Z jego oczu i głosu wciąŜ przebijał 

ten sam spokój. - Wspominałeś o tym Paulowi? 

-  O  liście?  Nie.  Przyszedł  w  porannej  poczcie,  a  dziś  jeszcze  nie  widziałem  się  z 

Paulem. 

Ned wziął kopertę z biurka i schował do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Widać było, 

Ŝ

e  Farr  ma  ochotę  zaprotestować,  ale  się  nie  odwaŜył;  bez  słowa  obserwował  poczynania 

gościa. Ned sięgnął do innej kieszeni po cienkie, cętkowane cygaro. 

- Na twoim miejscu - rzekł - nic bym o tym Paulowi nie mówił. Ma dostatecznie duŜo 

na głowie i... 

- Dobrze, Ned - wtrącił Farr, zanim Beaumont dokończył zdanie. - Oczywiście. 

Przez jakiś czas obydwaj milczeli, Ned spoglądając z zadumą na Farra, Farr wpatrując 

się w róg biurka. W końcu ciszę przerwał terkot telefonu. Prokurator chwycił słuchawkę. 

-  Tak...  tak...  -  Wystająca  dolna  warga  zacisnęła  się  na  górnej,  a  rumianą  twarz 

pokryły  ciemniejsze  plamy.  -  Co  to  ma  znaczyć,  do  cholery?!  -  ryknął.  -  Sprowadźcie  go 

natychmiast! 

Jeśli  zacznie  kręcić,  damy  mu  popalić!  Tak...  Do  roboty.  -  Cisnął  słuchawkę  na 

widełki i wlepił wzrok w Neda. 

Beaumont, który właśnie zamierzał przypalić cygaro, zastygł na moment w bezruchu, 

z  cygarem  w  lewej  ręce,  z  zapalniczką  w  prawej.  Oczy  mu  błyszczały.  Wysunął  czubek 

języka, po czym cofnął go i rozchylił usta w uśmiechu, który nie wyraŜał jednak wesołości. 

- Niedobre wieści? - zapytał cicho. 

-  Chodzi  o  Boyda  Westa  -  odparł  ze  złością  prokurator.  -  Trzeciego  brata,  który  teŜ 

rozpoznał  Ivansa.  Kiedy  o  nim  wspomniałeś,  pomyślałem  sobie,  Ŝe  warto  go  jeszcze  raz 

wybadać. I wiesz co? Nagle drań twierdzi, Ŝe nie jest pewien, czy to był Ivans. 

Ned pokiwał głową, jakby ta informacja wcale go nie zdziwiła. 

- I co teraz? - spytał. 

background image

- Nie będzie gówniarz z nas drwił! Skoro rozpoznał w Ivansie faceta, który przejechał 

jego  brata,  to  tak  zezna  w  sądzie!  Kazałem  go  tu  przywieźć.  Zmieni  śpiewkę,  zanim  z  nim 

skończę! 

- MoŜe tak, moŜe nie... 

-  Ręczę  ci,  Ŝe  zmieni!  -  Prokuratorskie  biurko  zatrzęsło  się  od  ciosu  prokuratorskiej 

pięści. 

Wściekłość  Farra  nie  zrobiła  na  Nedzie  Ŝadnego  wraŜenia.  Zapalił  cygaro,  po  czym 

schował do kieszeni zapalniczkę i wypuścił z ust kłęby dymu. 

- Masz oczywiście rację, ale moŜe się zdarzyć, Ŝe popatrzy na Tima i oświadczy: „Nie, 

wysoki  sądzie,  nie  mogę  przysiąc,  Ŝe  to  on”.  Co  wtedy  zrobisz?  -  spytał,  uśmiechając  się 

lekko. 

Farr znów huknął pięścią w biurko. 

- O, nie! Kiedy ja z nim skończę, to wstanie potulnie, wskaŜe Ivansa i powie: „To on!” 

Ned przestał się uśmiechać. 

- Nie oszukuj się - rzekł znuŜonym tonem. 

- Dobrze wiesz, Ŝe nic takiego nie powie. I nic na to nie poradzisz. A bez jego zeznań 

całe oskarŜenie diabli wezmą. Znaleźliście wóz z bimbrem, ale nie macie Ŝadnego dowodu, Ŝe 

to  Tim  Ivans  siedział  za  kierownicą,  kiedy  wóz  wpadł  na  Normana  Westa.  Z  dwóch 

naocznych świadków jeden, Francis, nie Ŝyje, a drugi, Boyd, boi się zeznawać. Nie zdołacie 

Tima skazać. 

- Jeśli myślisz - zdenerwował się Farr - Ŝe zamierzam leŜeć do góry brzuchem i... 

- Wszystko jedno, czy będziesz leŜał, stał, czy jeździł na rowerze - przerwał mu Ned, 

machając ze zniecierpliwieniem ręką. - Przegrałeś i koniec. 

- CzyŜby? Jako prokurator okręgowy mogę... 

- Nagle Farr urwał. Chrząknął, przełknął ślinę. Z jego oczu znikł wojowniczy wyraz, 

pojawiło się natomiast zmieszanie, a po chwili strach. MęŜczyzna pochylił się nad biurkiem, 

zbyt  przeraŜony,  aby  starać  się  go  ukryć.  -  Naturalnie  jeśli  ty...  jeśli  Paul...  słuchaj,  jeŜeli 

istnieje jakikolwiek powód, Ŝebym się tym nie zajmował... mogę nie wnosić oskarŜenia... 

Uśmiech,  który  nie  wyraŜał  wesołości,  ponownie  zagościł  na  ustach  Neda.  Poprzez 

opary  dymu  Beaumont  spojrzał  roziskrzonym  wzrokiem  na  swojego  rozmówcę,  potrząsnął 

wolno głową i powiedział nieprzyjemnym, choć ociekającym słodyczą głosem: 

- Nie, Farr, nie istnieje taki powód. Paul obiecał Ivansowi, Ŝe po wyborach wyciągnie 

go  z  paki.  Ale  bez  względu  na  to,  co  ty  o  tym  sądzisz,  Paul  nie  zlecał  nikomu  Ŝadnego 

zabójstwa.  Zresztą  Ivans  nie  jest  kimś  aŜ  tak  waŜnym,  Ŝeby  dla  ratowania  jego  skóry 

background image

mordować świadków. Więc jak mówię, nie istnieje taki powód. Chciałbym, Ŝebyś miał w tej 

sprawie jasność. 

-  AleŜ  źle  mnie  zrozumiałeś,  Ned!  -  oburzył  się  prokurator.  -  Do  jasnej  cholery, 

przecieŜ  wiesz,  Ŝe  jestem  i  twoim,  i  Paula  największym  poplecznikiem.  Tyle  razy  dawałem 

temu wyraz! Ja... ja naprawdę nic złego nie miałem na myśli! Chciałem tylko powiedzieć, Ŝe 

zawsze moŜecie na mnie liczyć. 

- To dobrze - rzekł bez entuzjazmu Ned, podnosząc się z fotela. 

Farr równieŜ wstał i wyciągając czerwoną łapę, wyszedł zza biurka. 

- Musisz juŜ iść? - spytał. - Nie chcesz zobaczyć, jak się ten West zachowa, kiedy go 

tu  przywiozą?  -  Spojrzał  na  zegarek.  -  Słuchaj,  a  co  robisz  wieczorem?  MoŜe  byśmy  się 

wybrali na kolację? 

- Niestety, nie mogę - odparł Ned. - No, czas na mnie. 

Pozwolił, Ŝeby Farr serdecznie uściskał na poŜegnanie jego dłoń, mruknął pod nosem, 

Ŝ

e  dobrze,  na  pewno  wpadnie,  gdy  będzie  w  pobliŜu,  i  tak,  muszą  się  koniecznie  wybrać 

kiedyś na kolację, po czym opuścił gabinet. 

 3 

Kiedy  Ned  Beaumont zjawił się w wytwórni skrzyń,  w której Walter  Ivans pracował 

jako  brygadzista,  Walter  stał  akurat  obok  jednego  z  męŜczyzn,  którzy  obsługiwali  rząd 

maszyn  do  wbijania  gwoździ.  Spostrzegłszy  Neda,  skinął  mu  głową  na  powitanie,  po  czym 

ruszył  w  jego  stronę  starając  się  nadać  swoim  niebieskim  oczom  i  bladej,  okrągłej  twarzy 

wyraz radości, jakiej bynajmniej nie odczuwał. 

- Cześć, Walt - powiedział Ned i odwróciwszy się bokiem do drzwi, udał, Ŝe nie widzi 

wyciągniętej ręki brygadzisty. - Wyjdźmy z tego hałasu. 

Słowa  Ivansa  zagłuszył  łoskot  wbijanych  w  drewno  gwoździ.  MęŜczyźni  skierowali 

się do otwartych drzwi, za którymi znajdował się szeroki drewniany pomost oraz prowadzące 

na ziemię drewniane schody. 

-  Wiesz, Ŝe  wczoraj  wieczorem  sprzątnięto  jednego  z  dwóch  świadków,  którzy  mieli 

zeznawać przeciw twojemu bratu? - spytał Beaumont, kiedy stali na drewnianym pomoście. 

- T-tak, cz-cz-czytałem w g-gazecie. 

- I wiesz, Ŝe ten drugi świadek nagle nie jest pewien, czy potrafi rozpoznać Tima? 

- Nie w-w-wiedziałem o tym, N-ned. 

- Jeśli nie rozpozna, Tim zostanie zwolniony. 

- N-no tak. 

- Myślałem, Ŝe ta wiadomość cię bardziej ucieszy. 

background image

-  A-a-aleŜ  ja  się  c-cieszę,  jak  B-boga  kocham!  -  zawołał  Ivans,  wycierając  rękawem 

czoło. 

- Znałeś Francisa Westa? Tego zamordowanego? 

-  Nie.  W-w-widziałem  go  t-tylko  raz,  kiedy  P-poszedłem  go  p-prosić,  Ŝeby  z-z-

zlitował się nad Timem. 

- I co powiedział? - zapytał Ned.- ś-Ŝebym się w-w-wypchal. 

- Kiedy to było? 

Walter Ivans przestąpił nerwowo z nogi na nogę, znów otarł rękawem czoło. 

- D-dwa albo trzy d-dni temu - rzekł. 

- Nie wiesz, kto mógł go zabić, Walt? - spytał cicho Ned. 

Ivans pokręcił głową. 

Przez  chwilę  Ned  Beaumont  patrzył  z  zadumą  gdzieś  ponad  ramieniem  brygadzisty. 

TuŜ  obok,  zza  drzwi,  dolatywał  stukot  maszyn  do  wbijania  gwoździ,  z  wyŜszego  piętra 

dochodziło wycie pił. Ivans wziął głęboki oddech i wolno wypuścił powietrze. 

Wreszcie  Ned  spojrzał  w  niebieskie  oczy  hansa,  a  na  jego  twarzy  odmalowało  się 

zatroskanie. Pochylając się do przodu, zapytał: 

-  Dasz  sobie  radę,  Walt?  Bo  niektórzy  będą  myśleć,  Ŝe  zastrzeliłeś  Westa,  Ŝeby 

ratować Tima. Czy... 

-  M-mam  alibi.  C-c-cały  wieczór,  od  ósmej  do  d-drugiej  nad  r-ranem,  byłem  w  k-

klubie  -  wyjąkał  pośpiesznie  Ivans.  -  H-harry  Sloss,  Ben  F-ferris  i  B-brager  mogą  to  p-p-

potwierdzić. 

Ned Beaumont roześmiał się. 

- Masz szczęście! - oznajmił lekko, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył w dół po 

schodach, nie reagując na przyjazny, poŜegnalny gest Ivansa. 

 4 

Cztery  przecznice  dalej  wszedł  do  restauracji,  Ŝeby  skorzystać  z  telefonu.  Zadzwonił 

w  te  same  cztery  miejsca  co  wcześniej,  w  kaŜdym  prosząc  do  telefonu  Paula  Madviga  i  w 

kaŜdym  zostawiając  wiadomość,  Ŝeby  Madvig  się  z  nim  skontaktował.  Następnie  złapał 

taksówkę i pojechał do domu. 

Na stole przy drzwiach, opócz starych listów, leŜała porcja nowych. Ned powiesił na 

wieszaku  płaszcz  i  kapelusz,  zapalił  cygaro  i  usiadł  z  pocztą  w  największym  z  obitych 

czerwonym  pluszem  foteli.  Czwarta  koperta,  którą  otworzył,  była  łudząco  podobna  do  tej, 

jaką zabrał ze sobą od Farra. Znajdujący się w środku list, bez nagłówka i podpisu, składał się 

z trzech wystukanych na maszynie zdań: 

background image

Czy  Taylor  Henry  nie  Ŝył,  kiedy  go  znalazłeś,  czy  moŜe  byłeś  przy  tym,  jak  go 

mordowano? 

Dlaczego zwlekałeś z telefonem na policję, dopóki policja sama nie odkryła zwłok? 

Czy myślisz, Ŝe fabrykując dowody przeciwko niewinnym zdołasz ochronić winnych? 

Przez  chwilę  Ned  siedział  zadumany,  ze  zmruŜonymi  oczami  i  nachmurzoną  miną, 

zaciągając  się  cygarem,  po  czym  porównał  swój  list  z  listem  do  Farra.  Papier,  czcionka  i 

rozmieszczenie trzech pytań były identyczne, data na stemplu pocztowym równieŜ. 

Marszcząc czoło, schował oba listy do kopert, a koperty do kieszeni, lecz natychmiast 

wyciągnął je z powrotem, ponownie przeczytał i ponownie się im przyjrzał. Cygaro paliło się 

nierówno, bo zbyt raptownie zaciągał się dymem. OdłoŜył je więc z niesmakiem na krawędź 

stołu  i  nerwowo  potarł  palcem  wąs.  Znów  wsunął  listy  do  kieszeni.  Wcisnął  się  głębiej  w 

fotel, wbił wzrok w sufit i zaczął obgryzać paznokcie. Po paru sekundach przejechał ręką po 

włosach, rozluźnił nieco kołnierzyk koszuli i nagle się wyprostował. Wyjął koperty, ale zaraz, 

nawet  nie  rzuciwszy  na  nie  okiem,  znów  je  schował  do  kieszeni.  Przygryzł  dolną  wargę. 

Wreszcie, zniecierpliwiony, otrząsnął się z zadumy i sięgnął po resztę korespondencji. Czytał 

któryś z kolei list, kiedy zadzwonił telefon. 

- Halo? A cześć, Paul. Gdzie jesteś...? Długo tam jeszcze będziesz...? Dobrze, wpadnij 

do mnie po drodze... Tak, będę w domu. 

OdłoŜył słuchawkę i wrócił do czytania listów. 

 5 

Paul Madvig, ubrany w szary tweedowy garnitur, zjawił się w mieszkaniu Neda, kiedy 

w kościele po drugiej stronie ulicy dzwony biły na Anioł Pański. 

- Jak się masz, Ned? - spytał serdecznie. - Kiedy wróciłeś? 

- Około południa - odparł Beaumont, ściskając dłoń postawnego blondyna. 

- I co, wszystko w porządku? 

- Owszem. Zdobyłem to, co chciałem. - Zadowolony z siebie, Ned wyszczerzył zęby 

w uśmiechu. 

- To świetnie. - Madvig rzucił kapelusz na krzesło i usiadł w fotelu przy kominku. 

Ned równieŜ usiadł. 

-  Nic  się  nie  wydarzyło  podczas  mojej  nieobecności?  -  zapytał,  biorąc  ze  stolika  do 

połowy opróŜnioną szklankę, która stała obok srebrnego naczynia do przyrządzania koktajli. 

- Wyjaśniła się sprawa kontraktów kanalizacyjnych. 

- Zgodziłeś się na mniejszy zysk? - Ned pociągnął łyk ze szklanki. 

background image

- Na duŜo mniejszy. Nie zarobimy tyle, ile powinniśmy, ale nie chciałem wprowadzać 

zamętu  tuŜ  przed  wyborami.  Odbijemy  to  sobie  w  przyszłym  roku,  kiedy  rozszerzymy 

działalność na Salem i Chestnut. 

Ned  skinął  głową.  Patrząc  na  długie,  skrzyŜowane  w  kostkach  nogi  blondyna, 

zauwaŜył: 

- Do tweedu nie nosi się jedwabnych skarpet. 

- Nie? - Madvig wyprostował nogę i przyjrzał się skarpetom. - Lubię jedwab. 

- To zrezygnuj z tweedu. Odbył się juŜ pogrzeb Taylora? 

- W piątek. 

- Brałeś udział? 

-  Tak  -  odparł  Madvig  i  po  chwili  dodał,  jakby  lekko  zaŜenowany:  -  Senatorowi  na 

tym zaleŜało. 

Ned  Beaumont  odstawił  szklankę  na  stolik,  z  kieszeni  na  piersi  wyciągnął  białą 

chustkę i otarł nią usta. 

-  Jak  się  miewa  senator?  -  zapytał.  Zerknął  ukosem  na  blondyna,  nie  kryjąc 

rozbawienia. 

- Dobrze. - Madvig wciąŜ sprawiał wraŜenie zaŜenowanego. - Spędziłem z nim prawie 

całe dzisiejsze popołudnie. 

- U niego w domu? 

- Tak. 

- Twoje jasnowłose cudo teŜ tam było?Madvig uniósł pytająco brew. 

- Janet? Owszem, była. 

- Aha, więc jesteśmy juŜ po imieniu? - Ned schował chustkę; z jego  gardła wydobył 

się cichy, stłumiony rechot. - Jak tam wasze sprawy? 

Blondyn zdołał się wreszcie opanować. 

- Nadal zamierzam się z nią oŜenić - odparł z powagą. 

- Czy ona wie, Ŝe... Ŝe masz wobec niej tak szlachetne zamiary? 

- Chryste, Ned! - zezłościł się Paul Madvig. 

- Długo się będziesz bawił w prokuratora? Beaumont roześmiał się. Sięgnął po srebrne 

naczynie, potrząsnął nim i napełnił szklankę. 

-  Co  sądzisz  o zabójstwie  Francisa  Westa?  -  spytał,  kiedy  juŜ  siedział ze  szklanką  w 

ręce. 

Madvig  zrobił  zdziwioną  minę,  jakby  nie  wiedział,  o  co  chodzi.  Po  chwili  pokiwał 

głową. 

background image

- To ten, którego zastrzelono wczoraj na North Achland, prawda? 

- Zgadza się. 

W niebieskich oczach Madviga znów pojawiło się zdziwienie. 

- Nie znałem go - powiedział. 

-  Miał  zeznawać  przeciwko  bratu  Waltera  Ivansa.  Teraz  drugi  świadek,  Boyd  West, 

boi się i woli trzymać język za zębami, więc prokurator musi zwolnić Tima. 

-  Bardzo  dobrze  -  ucieszył  się  Madvig,  ale  ledwo  wypowiedział  te  słowa, 

spochmurniał. Podciągnął nogi i pochylając się w fotelu, spytał: 

- Boi się? 

- Tak. Ma potwornego pietra. 

Blondyn siedział skupiony, powaŜny, patrząc na Beaumonta zimnym wzrokiem. 

- Ned, do czego zmierzasz? 

Beaumont opróŜnił szklankę i postawił ją na stole. 

-  Kiedy  Walter  usłyszał,  Ŝe  do  czasu  wyborów  nie  kiwniesz  palcem,  Ŝeby  pomóc 

Timowi, udał się do Shada 0’Rory. - Ned mówił wolno, monotonnie, jakby recytował tekst z 

pamięci.  -  Shad  wysłał  kilku  swoich  goryli,  aby  przekonali  braci  Westów,  Ŝe  nie  warto 

zeznawać przeciwko Timowi. Jeden z nich nie dał się przekonać, więc go zastrzelili. 

Madvig zmarszczył czoło. 

- Bzdura! - krzyknął. - Co Shada obchodzą kłopoty Tima Ivansa? 

-  Nie  wiem,  tak  sobie  tylko  zgaduję  -  powiedział  z  irytacją  Ned  i  znów  sięgnął  po 

srebrne naczynie. - MoŜemy mówić o czym innym. 

-  Nie  wygłupiaj  się,  Ned.  Wiesz,  Ŝe  ufam  twojej  intuicji.  Gadaj,  co  ci  przyszło  do 

głowy. 

Beaumont odstawił naczynie, nie napełniwszy szklanki. 

- No dobra, Paul. MoŜe się mylę, ale... OtóŜ ogólnie wiadomo, Ŝe Walter Ivans pracuje 

dla ciebie i jest członkiem twojego klubu, więc  gdyby cię prosił, zrobiłbyś co  w twej mocy, 

Ŝ

eby wyciągnąć jego brata z tarapatów. Teraz wszyscy będą się zastanawiać, czy nie kazałeś 

sprzątnąć  jednego  ze  świadków,  a  drugiemu  napędzić  stracha.  Mówiąc  „wszyscy”,  mam 

oczywiście na myśli zwykłych ludzi, tak zwanych porządnych obywateli, oraz te róŜne kółka 

kobiece,  którym  ostatnio  boisz  się  narazić.  Bo  cały  półświatek,  któremu  zwisa  to,  czy  dałeś 

rozkaz zabicia Westa czy  nie, będzie gadać o czymś zupełnie innym. O tym, Ŝe nie chciałeś 

kiwnąć palcem, Ŝeby pomóc jednemu ze swoich  chłopaków, więc ten musiał się zwrócić do 

Shada.  I  Ŝe  Shad  mu  pomógł.  Tylko  pomyśl,  w  jakim  cię  to  stawia  świetle.  A  moŜe  nie 

wierzysz, Ŝe Shad zaciera ręce z uciechy? 

background image

-  Cholerny  pętak!  -  warknął  przez  zaciśnięte  zęby  Madvig,  wpatrując  się  w  zielony 

liść, który przykleił się do dywanu. - Wszystkiego się po nim moŜna spodziewać! 

Ned wbił wzrok w rozmówcę. 

- Jest jeszcze coś, co trzeba rozwaŜyć - kontynuował po chwili. - Nie mówię, Ŝe tak się 

stanie, ale Shad moŜe ci wyciąć znacznie gorszy numer. 

- Jaki? 

-  Walter  Ivans  był  wczoraj  w  klubie  do  drugiej  nad  ranem.  Załatwiał  sobie  alibi. 

Zawsze  wychodzi  koło  jedenastej;  jedynie  wtedy,  gdy  jest  bankiet,  zdarza  się  mu  zostać 

dłuŜej.  -  Ned  zniŜył  głos.  Jego  piwne  oczy  były  skupione,  powaŜne.  -  Co  będzie,  jeśli  Shad 

spreparuje  jakieś  dowody  rzeczowe,  Ŝeby  wrobić  go  w  morderstwo?  Wszystkie  te  panie  z 

kółek kobiecych i ci porządni obywatele będą pewni, Ŝe alibi Walta jest lipne, Ŝe starasz się 

go osłonić. 

-  Cholerny  pętak  -  powtórzył  Madvig.  Wstał  z  fotela  i  wsadził  ręce  do  kieszeni.  - 

BoŜe, Ŝeby było juŜ po wyborach! Albo Ŝeby odbywały się dopiero za kilka miesięcy! 

- Ba! 

Klnąc  z  wściekłości  pod  nosem,  Madvig  postąpił  kilka  kroków  do  przodu.  Jego 

potęŜna  klatka  piersiowa  falowała.  Stanął  na  środku  pokoju,  z  marsem  na  czole,  i  utkwił 

wzrok  w  telefonie  znajdującym  się  na  stoliku  przy  drzwiach  sypialni.  Nie  patrząc  na 

Beaumonta, zawołał do niego przez ramię: 

-  Wymyśl  coś!  -  Ruszył  w  stronę  telefonu,  ale  znów  stanął.  -  JuŜ  wiem  - powiedział 

odwracając się. - Przepędzimy Shada z miasta. DraŜni mnie ten facet. Załatwimy  go jeszcze 

dziś. 

- W jaki sposób? - spytał Beaumont. Madvig uśmiechnął się. 

- Bardzo prosty. Powiem Raineyowi, Ŝeby zrobił nalot na „Psią budę”, „Rajski ogród” 

i inne lokale, którymi zawiaduje Shad i jego kumple. Powiem mu, Ŝeby zamknął je po kolei, 

jeden po drugim, wszystkie dzisiejszego wieczoru. 

- Postawisz Raineya w niezręcznej sytuacji - rzekł z wahaniem  Ned.  - Nasi gliniarze 

nie nawykli do egzekwowania kar za łamanie prohibicji. Wcale im się to nie spodoba. 

-  Trudno.  Nawet  jeśli  mi  wyświadczą  tę  drobną  przysługę,  nadal  będą  moimi 

dłuŜnikami. 

-  Niby  tak.  -  W  twarzy  Beaumonta  wciąŜ  było  widać  wahanie.  -  Ale  Ŝeby  otworzyć 

kasę pancerną, czasem wystarczy zwykły łom, więc po co od razu podkładać dynamit? 

- Masz inny pomysł? 

- Nie, ale moŜe lepiej wstrzymać się kilka dni, dopóki... 

background image

Paul Madvig pokręcił głową. 

-  Nic  z  tego,  Ned.  Nie  zamierzam  czekać.  Nie  znam  się  na  kasach  pancernych,  nie 

umiem ich otwierać, ale umiem walczyć. Po swojemu, waląc bykiem między oczy. Nigdy nie 

nauczyłem się boksować zgodnie z przepisami; raz czy dwa razy próbowałem, ale kiepsko na 

tym wyszedłem. Zdecydowanie wolę dynamit. Wysadzimy Shada 0’Rory w powietrze! 

 6 

- Więc moŜesz się o nic nie martwić  - powiedział chudeusz w rogowych okularach i 

zadowolony z siebie usiadł z powrotem na krześle. 

- Mnie to, cholera, nie przekonuje - rzekł siedzący po jego lewej ręce kościsty facet z 

ciemnymi, krzaczastymi wąsami i mizerną resztką czupryny na głowie. 

- Nie? - Chudeusz popatrzył na niego przez okulary. - U mnie Paul nie musi zjawiać 

się osobiście, Ŝeby... 

Wąsacz zaklął pod nosem. 

- Hej, Breen - zwrócił się do niego Madvig. - Widziałeś się z Parkerem? 

-  Tak  -  odparł  wąsacz.  -  Zgadza  się  dać  pięć,  ale  myślę,  Ŝe  moŜna  wydusić  z  niego 

trochę więcej. 

- Trochę? - spytał pogardliwie chudy okularnik. - Sądzę, Ŝe sporo więcej! 

Wąsacz skrzywił się. 

- Tak? - Zerknął ukosem na chudego. - A niby z kogo udało ci się aŜ tyle wydusić, co? 

Do  dębowych  drzwi  rozległo  się  trzykrotne  pukanie.  Ned  Beaumont  wstał  z  krzesła, 

na którym siedział okrakiem, i ruszył w ich stronę. Uchylił je na szerokość dłoni. 

W  korytarzu  stał  śniady  męŜczyzna  o  niskim  czole,  ubrany  w  granatowy  garnitur, 

który aŜ się prosił o Ŝelazko. Facet nie próbował wejść do środka, usiłował natomiast mówić 

zniŜonym głosem, ale był tak przejęty, Ŝe wszyscy usłyszeli jego słowa. 

- Shad 0’Rory jest na dole! Chce się widzieć z Paulem! 

Beaumont zamknął drzwi i opierając się o nie plecami, spojrzał na Madviga. Spośród 

dziesięciu męŜczyzn znajdujących się w gabinecie tylko oni dwaj zachowywali się tak, jakby 

wiadomość,  którą  przed  chwilą  usłyszeli,  nie  zrobiła  na  nich  wraŜenia.  Inni  starali  się 

wprawdzie  nic  po  sobie  nie  okazywać,  ale  byli  wyraźnie  podnieceni,  oddechy  mieli 

przyśpieszone. 

-  Paul,  0’Rory  chce  się  z  tobą  widzieć.  Jest  na  dole  -  powiedział  Ned  Beaumont 

udając, iŜ nie zdaje sobie sprawy z tego, Ŝe nie musi powtarzać słów śniadego męŜczyzny. 

Madvig popatrzył na zegarek. 

- Teraz nie mogę - stwierdził. - Ale jeśli gotów jest zaczekać, niedługo będę wolny. 

background image

Ned skinął głową i otworzył drzwi. 

-  Powiedz,  Ŝe  na  razie  Paul  jest  zajęty,  ale  potem  moŜe  go  przyjąć  -  poinformował 

męŜczyznę na korytarzu i zamknął drzwi. 

Madvig  wrócił  do  przerwanej  rozmowy;  zapytał  jednego  z  obecnych,  gościa  o 

kwadratowej  szczęce  i  Ŝółtej  cerze,  ile  mogą  zdobyć  głosów  na  północ  od  Chestnut  Street. 

Indagowany odparł, Ŝe jego zdaniem „o niebo więcej” niŜ zeszłym razem, ale wciąŜ za mało, 

Ŝ

eby wygrać. Kiedy mówił, co rusz spoglądał kątem oka w stronę drzwi. 

Beaumont znów usiadł okrakiem na krześle przy oknie i zapalił cygaro. 

Madvig  zadał  kolejne  pytanie:  jaką  sumą  wesprze  kampanię  wyborczą  Hartwick? 

MęŜczyzna, do którego pytanie było skierowane, powstrzymał się od patrzenia na drzwi, lecz 

nie potrafił udzielić jednoznacznej odpowiedzi. 

Napięcie  w  gabinecie  rosło  mimo  spokoju  bijącego  z  twarzy  MacMga  i  Beaumonta 

oraz ich rzeczowej analizy ewentualnych problemów związanych z kampanią wyborczą. 

Wreszcie po kwadransie Madvig wstał. 

- No dobra - oświadczył. - Czeka nas jeszcze kupa roboty, ale wkrótce powinno być z 

górki. Jeśli się dobrze przyłoŜycie, wygramy bez trudu. 

Stanął w drzwiach i kaŜdemu z wychodzących ściskał dłoń. Widać było, Ŝe męŜczyźni 

chcą jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz. Beaumont nie ruszył się z miejsca. 

- Mam zostać, czy wolisz, Ŝebym się wyniósł? - spytał blondyna, gdy byli juŜ sami. 

-  Zostań.  -  Madvig  podszedł  do  okna  i  popatrzył  w  dół  na  skąpaną  w  słońcu  China 

Street. 

- Czyli co, będziesz walczył po swojemu, bykiem między oczy? 

-  Albo  z  kopa  -  odparł  blondyn.  Odwrócił  się  od  okna  i  uśmiechnął  łobuzersko.  - 

Inaczej nie umiem. 

Beaumont  zamierzał  coś  odpowiedzieć,  ale  w  tym  momencie  ktoś  nacisnął  klamkę  i 

otworzył drzwi. 

Do  gabinetu  weszło  dwóch  męŜczyzn  trochę  powyŜej  średniego  wzrostu.  Pierwszy 

odznaczał  się  niezwykle  szczupłą  budową  ciała,  ale  wraŜenie  jego  kruchości  było  złudne. 

Mimo białych jak śnieg  włosów, mógł liczyć niewiele ponad trzydzieści  pięć lat. Oczy miał 

Ŝ

ywe, szaroniebieskie, twarz chudą, pociągłą, o regularnych rysach. Ubrany był w granatowy 

garnitur i granatowy płaszcz; w dłoni obciągniętej czarną rękawiczką trzymał czarny melonik. 

Jego  ciemnowłosy  towarzysz  wyglądał  jak  typowy  bandzior.  Kabłąkowate  nogi, 

szerokie ramiona, długie, potęŜne łapy i płaska twarz sprawiały, Ŝe przypominał goryla. Nie 

background image

zdejmując  z  głowy  szarego  filcowego  kapelusza,  zamknął  drzwi,  po  czym  oparł  się  o  nie  i 

wsunął ręce do kieszeni płaszcza. 

Tymczasem  siwowłosy  przybysz  postąpił  kilka  kroków  w  głąb  gabinetu,  połoŜył 

melonik na krześle i zaczął zdejmować rękawiczki. 

- Jak się masz, Shad? - zapytał przyjaźnie Madvig, z rękami w kieszeniach spodni. 

- Dobrze, Paul - odparł śpiewnym barytonem Shad 0’Rory. - A ty? - Mówił z lekkim 

irlandzkim akcentem. 

- Znasz Beaumonta, prawda? - Blondyn nieznacznym ruchem głowy wskazał Neda. 

- Tak. 

Ned nie wstał z krzesła ani nie skinął Shadowi na powitanie; Shad jemu teŜ nie. 

- Tak sądziłem - rzekł Madvig. 

Shad 0’Rory zdjął drugą rękawiczkę, po czym schował obie do kieszeni płaszcza. 

-  Słuchaj,  Paul,  nie  mieszajmy  polityki  z  interesami  -  powiedział.  -  Płaciłem,  płacę  i 

jestem gotów nadal płacić, ale chcę mieć coś w zamian. 

- To znaczy? - spytał bez większego zainteresowania Madvig. 

-  To  znaczy,  Ŝe  połowa  gliniarzy  w  tym  mieście  je,  pije  i  popuszcza  pasa  za  szmal, 

który dostają ode mnie i moich przyjaciół. 

Madvig usiadł przy stole. 

- No i? - Jego ton był równie obojętny jak przedtem. 

- No i chcę mieć to, za co płacę. A płacę za spokój. Za to, Ŝeby nie mieć problemów z 

glinami.Paul Madvig parsknął śmiechem. 

-  Masz  do  mnie  pretensje,  Ŝe  opłacani  przez  ciebie  gliniarze  zachowują  się 

niepokornie? 

- Doolan przyznał mi się wczoraj, Ŝe poleciłeś im zamknąć moje lokale - rzekł 0’Rory. 

Madvig znów zarechotał. 

- Co ty na to, Ned? - zwrócił się do Beaumonta. 

Beaumont uśmiechnął się krzywo, ale nie odezwał się słowem. 

- Wiesz, co myślę? - Madvig w dalszym  ciągu patrzył na Neda. - Myślę, Ŝe kapitam 

Doolan  zbytnio  się  przepracowuje.  Myślę,  Ŝe  trzeba  go  wysłać  na  długi,  zasłuŜony  urlop. 

Przypomnij mi o tym, Ned. 

-  Płacę  za  ochronę,  Paul,  i  chcę  ją  mieć  -  oświadczył  Shad  0’Rory.  -  Co  innego 

interesy, co innego polityka. Nie mieszajmy tych dwóch rzeczy. 

- Nic z tego. 

background image

Przez  chwilę  niebieskie  oczy  gościa  wpatrywały  się  z  rozmarzeniem  w  jakiś  odległy 

punkt.  MęŜczyzna  uśmiechnął  się  smutno.  Kiedy  w  końcu  przemówił  swoim  melodyjnym 

barytonem, z jego głosu równieŜ przebijał smutek. 

- Poleje się krew. 

-  To  zaleŜy  wyłącznie  od  ciebie.  -  Z  głosu  i  spojrzenia  Madviga  nie  sposób  było  nic 

wyczytać. 

Siwowłosy męŜczyzna skinął głową. 

-  Poleje  się  -  stwierdził  ze  smutkiem.  -  Jestem  za  silny,  Ŝebyś  mógł  się  mnie  ot  tak 

pozbyć. 

Madvig rozparł się w fotelu, wyciągnął przed siebie nogi, skrzyŜował je w kostkach i 

powiedział jakby od niechcenia: 

-  MoŜe  jesteś  za  silny,  Ŝeby  ulec  mi  bez  stawiania  oporu,  ale  poradzę  sobie.  - 

Zasznurował usta, na chwilę się zamyślił, a potem dodał: - Przegrałeś, mały. 

Z  oczu  Shada  0’Rory  znikł  zarówno  smutek,  jak  i  wyraz  rozmarzenia.  MęŜczyzna 

włoŜył  czarny  melonik,  poprawił  kołnierz  płaszcza  i  mierząc  w  Madviga  długim,  białym 

palcem, oznajmił: 

-  Dziś  wieczorem  zamierzam  ponownie  otworzyć  „Psią  budę”.  Nie  Ŝyczę  sobie 

Ŝ

adnych kawałów. Bo nie pozostanę ci dłuŜny. 

Madvig  rozprostował  nogi  i  sięgnął  po  telefon  na  stole.  Wykręciwszy  numer  policji, 

poprosił do aparatu komisarza Raineya. 

-  Halo,  Rainey...?  Doskonale,  dziękuję.  Jak  tam  rodzina...?  No  to  świetnie...  Doszły 

mnie  słuchy,  Ŝe  Shad  ponownie  zamierza  otworzyć  „Psią  budę”...  Tak,  dziś  wieczorem. 

Załatw  go  tak,  Ŝeby  więcej  nie  podskakiwał...  W  porządku...  Jasne...  śegnam.  -  Odsunął  od 

siebie  telefon  i  popatrzył  na  gościa.  -  Zrozumiałeś  wreszcie?  Jesteś  skończony,  Shad.  Nie 

masz tu więcej czego szukać. 

- Zrozumiałem - powiedział cicho 0’Rory i skierował się do drzwi. Otworzył je i znikł 

na korytarzu. 

Bandzior  o  kabłąkowatych  nogach  został  chwilę  dłuŜej.  Najpierw  splunął  na  dywan, 

potem zmierzył  groźnym, wyzywającym  wzrokiem obu męŜczyzn i dopiero wtedy ruszył za 

swoim szefem. 

Ned  Beaumont  wytarł  dłonie  chustką  do  nosa.  Spojrzenie  miał  ponure.  Siedział  bez 

słowa, nie odzywając się do Madviga, który patrzył na niego wyczekująco. Wreszcie Madvig 

przerwał ciszę.- No i co sądzisz? - spytał. 

- Popełniasz błąd, Paul. Blondyn wstał i podszedł do okna. 

background image

- Cholera jasna! - warknął. - Czy musisz mieć zastrzeŜenia do wszystkiego, co robię? 

Beaumont podniósł się i postąpił krok w stronę drzwi. 

Madvig odwrócił się od okna. 

- Gdzie idziesz? - spytał ze złością. 

-  Zmywam  się  -  odparł  Beaumont  i  wyszedł  z  gabinetu.  Zbiegł  na  dół  po  schodach, 

odebrał z szatni kapelusz i opuścił teren klubu. Poszedł piechotą na dworzec, gdzie kupił bilet 

z miejscówką na nocny pociąg do Nowego Jorku. Po czym wrócił taksówką do domu. 

 7 

Akurat  doglądał  pracy  ubranej  na  szaro  grubej,  niezgrabnej  kobiety  oraz  pyzatego 

wyrostka, którzy pakowali jego dobytek do skrzyni i trzech skórzanych walizek, kiedy nagle 

rozległ się dzwonek do drzwi. 

Kobieta, mrucząc coś pod nosem, podniosła się z kolan i poszła otworzyć. 

- Mój BoŜe, pan Madvig! - zawołała. - Proszę, niech pan wejdzie. 

- Jak się pani miewa, pani Duveen? - spytał Paul, wchodząc do pokoju. - Słowo daję, 

wygląda  pani  coraz  młodziej!  -  Powiódł  spojrzeniem  po  skrzyni,  po  walizkach  i  zatrzymał 

wzrok na wyrostku. - Cześć, Charley. Chyba juŜ niedługo zaczniesz u mnie pracować, co? 

Chłopiec zarumienił się. 

-  Dzień  dobry  panu  -  powiedział  nieśmiało.  Wreszcie  Madvig  wyszczerzył  zęby  do 

Neda. 

- WyjeŜdŜasz? - spytał. 

- Owszem. - Beaumont uśmiechnął się uprzejmie. 

Blondyn rozejrzał się wkoło, popatrzył na skrzynię i walizki, na stosy ubrań piętrzące 

się na krzesłach, na szuflady powyciągane z komody. Kobieta i wyrostek wrócili do pracy. Z 

jednego ze stosów Ned wyciągnął dwie wyblakłe ko szule i odłoŜył je na bok. 

- Mogę ci zająć pół godziny? - spytał Madvig. 

- Pewnie. Mam mnóstwo czasu. 

- Wyjdźmy stąd. 

Ned włoŜył płaszcz i kapelusz. 

- Niech pani spakuje, co się da - powiedział do kobiety. - Resztę wyślemy. 

Zeszli na dół i ruszyli do najbliŜszego skrzyŜowania. 

- Dokąd się wybierasz? 

- Do Nowgo Jorku. Skręcili w boczną uliczkę. 

- Wracasz tam na stałe? 

- Nie wiem. - Ned wzruszył ramionami. - W kaŜdym razie stąd wyjeŜdŜam na zawsze. 

background image

Pchnęli  pomalowane  na  zielono  drewniane  drzwi  na  tyłach  murowanego  budynku  i 

wąskim  przejściem  doszli  do  kolejnych  drzwi,  które  prowadziły  do  baru.  Przywitali  się  z 

barmanem oraz z trzema spośród kilku męŜczyzn siedzących ze szklankami w dłoni, po czym 

udali się do małej pustej salki mieszczącej cztery stoliki. Usiedli. 

Barman wsunął głowę przez drzwi i spytał: 

- Piwo, jak zwykle? 

-  Tak  -  odpowiedział  Madvig.  -  Dlaczego,Ned?  -  zwrócił  się  do  Beaumonta,  kiedy 

barman odszedł. 

- Bo mi bokiem wyłazi prowincja. 

- Nie prowincja, tylko ja, prawda? 

Ned  milczał.  Przez  chwilę  Madvig  równieŜ  nic  nie  mówił,  wreszcie  westchnął 

głęboko. 

- Cholera, aleś sobie wybrał moment! WyjeŜdŜasz w najgorętszym okresie. 

Do sali wkroczył barman z dwoma duŜymi kuflami jasnego piwa oraz talerzem precli. 

Dopiero  gdy  postawił  wszystko  na  stoliku  i  wyszedł,  zamykając  za  sobą  drzwi,  Madvig 

kontynuował. 

- CięŜko się z tobą dogadać, Ned! Beaumont wzruszył ramionami. 

- Nie przeczę. - Uniósł kufel i pociągnął łyk. 

- Naprawdę chcesz wyjechać? - spytał blondyn, biorąc precel i łamiąc go na mniejsze 

kawałki. 

- JuŜ podjąłem decyzję. 

Madvig otrzepał z okruchów ręce i sięgnął do kieszeni po ksiąŜeczkę czekową; z innej 

kieszeni  wydobył  pióro  wieczne.  Wyrwał  z  ksiąŜeczki  blankiet,  wypełnił  go.  Chwilę 

powachlował  nim  w  powietrzu,  Ŝeby  atrament  wysechł,  a  następnie  połoŜył  czek  przed 

Nedem. 

Beaumont spojrzał na wypisaną sumę i potrząsnął głową. 

- Nie potrzebuję pieniędzy - rzekł. - I nic mi nie jesteś winien. 

- AleŜ jestem. Więcej niŜ sobie wyobraŜasz. Weź to, Ned, proszę cię. 

- No dobrze, dzięki. - Beaumont schował czek do kieszeni. 

Madvig  wypił  łyk  piwa,  zjadł  precel,  znów  pociągnął  łyk,  po  czym  odstawił  kufel  i 

spytał: 

- Co się z tobą dzieje, Ned? Co ci dziś odbiło w klubie? 

- UwaŜaj na słowa! 

- Rany, przecieŜ nic takiego nie powiedziałem! 

background image

Beaumont nie odezwał się. Madvig pociągnął kolejny łyk piwa. 

-  MoŜesz  mi  wyjaśnić,  dlaczego  twoim  zdaniem  źle  postąpiłem  z  Shadem  0’Rory?  - 

zapytał. 

- To nic nie da. 

- Kto wie? 

- To nic nie da - powtórzył Beaumont. - Ale dobra. - Odchylił się na krześle, trzymając 

w  jednej  ręce  kufel,  a  w  drugiej  precel.  -  Dałeś  Shadowi  jasno  do  zrozumienia,  Ŝe  go 

zniszczysz.  Facet  nie  ma  innego  wyjścia,  musi  się  bronić.  Wóz  albo  przewóz.  Będzie  się 

starał,  Ŝeby  twoi  kandydaci  przerŜnęli  wybory,  bo  jak  wygrają,  to  tym  łatwiej  się  z  nim 

rozprawisz.  Skoro  posługujesz  się  policją,  Ŝeby  go  wykończyć,  zacznie  walczyć  z  glinami. 

Ludzie  odniosą  wraŜenie,  Ŝe  w  mieście  szaleją  gangi.  Tobie  zaleŜy  na  tym,  Ŝeby  obecne 

władze  miejskie  zostały  wybrane  ponownie,  a  przecieŜ  gwałtowny  wzrost  przestępczości  od 

razu  zmniejszy  ich  szanse.  Myślisz,  Ŝe  mieszkańcy  oddadzą  głosy  na  nieudolnych 

urzędników,  którzy  nie  potrafią  -  a  ręczę  ci,  Ŝe nie  będą  potrafili  -  zaprowadzić  porządku  w 

mieście? Czy... 

Madvig skrzywił się. 

- UwaŜasz, Ŝe powinienem był mu odpuścić? - zapytał. 

-  Nie.  Ale  powinieneś  był  mu  zostawić  jakąś  furtkę.  Ty  natomiast  przyparłeś  go  do 

muru.Madvig skrzywił się jeszcze bardziej. 

- Nie znam się na twoich metodach walki, Ned - powiedział. - On zaczął. A ja wiem 

tylko  tyle,  Ŝe  jak  się  przyprze  przeciwnika  do  muru,  to  trzeba  mu  zadać  ostateczny  cios. 

Zawsze  tak  postępowałem.  -  Lekki  rumieniec  oblał  mu  twarz.  -  Nie  zrozum  mnie  źle,  Ned. 

Wcale nie uwaŜam się za Napoleona. Ale jak na kogoś, kto zaczynał jako chłopak na posyłki 

u starego Packy’ego Flooda na Piątej, całkiem wysoko zaszedłem. 

Beaumont opróŜnił kufel i pochylił się do przodu, pozwalając, by dwie przednie nogi 

krzesła opadły z powrotem na podłogę. 

- Wiedziałem, Ŝe ta rozmowa nic nie da - rzekł. - Rób, jak chcesz. I jak chcesz, stosuj 

sobie te same metody co Packy Flood. 

- Nie masz o mnie, jako o polityku, zbyt dobrego mniemania, prawda? - spytał Madvig 

z mieszaniną pokory i urazy w głosie. 

- Tego nie powiedziałem, Paul. - Teraz z kolei Ned się lekko zarumienił. 

- Ale do tego się wszystko sprowadza, no nie? 

- Nie. Sądzę jednak, Ŝe tym razem dałeś się przechytrzyć. Senator przekonał cię, Ŝebyś 

poparł  jego  kandydaturę.  Mogłeś  wykończyć  przeciwnika,  który  juŜ  ledwo  trzymał  się  na 

background image

nogach,  ale  poniewaŜ  ten  przeciwnik  ma  córkę,  która  wpadła  ci  w  oko,  pozycję  społeczną  i 

diabli wiedzą co jeszcze, zgodziłeś się... 

-  Odczep  się,  Ned  -  mruknął  blondyn.  Twarz  Beaumonta  nie  wyraŜała  Ŝadnych 

emocji. Wstał od stołu. 

- Czas na mnie - oznajmił i skierował się do drzwi. 

Madvig poderwał się z miejsca. 

- Poczekaj! - zawołał kładąc rękę na ramieniu Neda. 

Beaumont nawet się nie odwrócił. Powiedział tylko: 

- Zabierz łapę. 

Madvig zacisnął drugą rękę na łokciu Neda i odwrócił go siłą. 

- Posłuchaj... - zaczął. 

- Puść mnie! - warknął Ned przez blade, zaciśnięte wargi. 

Madvig potrząsnął nim. 

- Nie bądź idiotą, Ned!  Ty i ja...  Beaumont walnął  go lewą pięścią w twarz. Madvig 

zwolnił uchwyt, zatoczył się w tył. 

Przez  kilka  sekund  stał  z  szeroko  otwartymi  ustami  i  z  niedowierzaniem  w  oczach. 

Wreszcie  zacisnął  szczęki  i  poczerwieniały  z  gniewu  zwinął  dłonie  w  pięści.  Przygarbił  się, 

gotowy do walki. 

Beaumont  pochylił  się  nieco  w  bok  i  połoŜył  rękę  na  jednym  z  cięŜkich,  szklanych 

kufli;  nie  podniósł  go  jednak  ze  stolika.  Stał  przodem  do  blondyna,  czekając,  co  ten  zrobi. 

Wargi  mu  zbielały,  a  na  chudej,  posępnej  twarzy  malowało  się  napięcie.  Jego  piwne  oczy 

wpatrywały się groźnie w niebieskie oczy Madviga. 

Trwali  tak  bez  ruchu,  w  odległości  niecałego  metra  od  siebie  -  pochylony  do  przodu 

wysoki,  silnie  zbudowany  blondyn  o  potęŜnych,  przygarbionych  ramionach  i  ogromnych 

pięściach  oraz  przegięty  w  stronę  stolika  wysoki,  szczupły  szatyn  z  ręką  zaciśniętą  na 

uchwycie  cięŜkiego  kufla.  Tylko  ich  przyśpieszone  oddechy  zakłócały  ciszę  panującą  w 

pomieszczeniu.  Z  sąsiedniejsali  nie  docierały  Ŝadne  odgłosy  -  ani  brzęk  szkła,  ani  gwar 

rozmów, ani szmer lecącej z kranu wody. 

Po upływie mniej więcej dwóch minut Beaumont cofnął rękę od kufla i odwrócił się 

plecami  do  Madviga.  Wyraz  jego  twarzy  nie  uległ  zmianie,  ale  w  spojrzeniu  miejsce  złości 

zajęła lodowata obojętność. Ruszył leniwie do drzwi. 

- Ned... - Ochrypły głos Madviga wydobywał się jakby z głębi trzewi. 

Beaumont zbladł. Zatrzymał się, ale nie obejrzał. 

- Ty głupi sukinsynu! 

background image

Słysząc to, Beaumont powoli się odwrócił. 

Madvig wyciągnął przed siebie rozwartą dłoń, dotknął nią policzka Neda i pchnął go 

na tyle silnie, Ŝe ten - aby nie stracić równowagi - musiał przytrzymać się oparcia krzesła. 

-  Powinienem  ci  tak  przyrŜnąć...  Beaumont  uśmiechnął  się  zawstydzony  i  usiadł  na 

krześle. Madvig usiadł po drugiej stronie stolika i uderzył kuflem w blat. 

Barman otworzył drzwi i zajrzał do środka. 

- Jeszcze po jednym - powiedział Madvig. 

Z sąsiedniej sali doleciały ich przez otwarte drzwi odgłosy rozmów, brzęk szkła i stuk 

kufli o drewniane blaty. 

IV 

„Psia buda” 

 1 

Ned Beaumont leŜał w łóŜku i jadł śniadanie. 

-  Proszę!  -  zawołał  słysząc  pukanie,  a  po  chwili,  kiedy  drzwi  się  zamknęły,  spytał:  - 

Kto tam? 

-  Gdzie  jesteś,  do  diabła!  -  Odezwał  się  z  salonu  niski,  chrapliwy  głos.  I  zanim  Ned 

zdąŜył  zareagować,  właściciel  chrapliwego  głosu  pojawił  się  w  sypialni.  -  Przytulnie  tu  - 

rzekł. 

Był to dobrze zbudowany  młody męŜczyzna o ziemistej cerze, kwadratowej twarzy i 

pełnych, szerokich wargach. Jego ciemne, zmruŜone oczy iskrzyły się wesoło, a z kącika ust 

zwisał mu papieros. 

- Cześć, Whisky - powiedział Beaumont. - Nie stój tak w drzwiach. Siadaj. 

Whisky rozejrzał się po pokoju. 

- Całkiem nieźle się urządziłeś - oznajmił. Wyjął papierosa z ust i nie odwracając się, 

wskazał riim za siebie. - Co znaczą te walizki? Wybierasz się gdzieś? 

Beaumont  najpierw  dokładnie  przeŜuł  jajecznicę,  którą  miał  w  ustach,  potem  ją 

połknął i dopiero wtedy odparł:- MoŜe. 

- Tak? - Whisky podszedł do krzesła naprzeciw łóŜka i usiadł. - A dokąd? 

- Chyba do Nowego Jorku. 

- Chyba? 

- Kupiłem juŜ bilet. 

Whisky strząsnął popiół na podłogę i wetknął z powrotem papierosa w lewy kącik ust. 

Zaciągnął się dymem. 

- Na długo? - spytał. 

background image

Beaumont  podniósł  z  tacy  filiŜankę  kawy.  Spoglądając  nad  nią,  przez  chwilę 

wpatrywał się z namysłem w gościa. 

- Kupiłem bilet w jedną stronę - rzekł. Whisky jeszcze bardziej zmruŜył ciemne oczy; 

jedno  zamknęło  się  zupełnie,  drugie  zwęziło  w  cienką,  czarną  szparkę.  Znów  wyjął  z  ust 

papierosa i ponownie strzepnął popiół na dywan. 

- A moŜe wpadłbyś do Shada przed wyjazdem? - zaproponował; jego chrapliwy głos 

przybrał przymilny ton. 

Beaumont odstawił filiŜankę i uśmiechnął się. 

-  Nie  jesteśmy  aŜ  tak  zaprzyjaźnieni,  aby  miał  mi  za  złe,  Ŝe  wyjeŜdŜam  bez 

poŜegnania. 

- Nie o to chodzi - stwierdził Whisky. 

Ned Beaumont zdjął z kolan tacę i odstawił ją na stolik nocny. Przekręcił się na bok, 

oparł wygodnie na łokciu, po czym podciągnął kołdrę pod brodę. 

- A o co? - zapytał. 

- Ty i Shad moglibyście się dogadać. Ned potrząsnął głową. 

- Nie sądzę. 

- Nigdy się nie mylisz? 

- Owszem. Raz się pomyliłem. Z piętnaście lat temu. Nie pamiętam, w jakiej sprawie. 

Whisky podniósł się z krzesła i podszedł do stolika nocnego, Ŝeby zgasić papierosa na 

jednym z talerzy. 

- MoŜe byś jednak spróbował, Ned - powiedział stojąc tuŜ przy łóŜku. 

-  Strata  czasu.  -  Beaumont  zmarszczył  czoło.  -  Chyba  nie  znaleźlibyśmy  wspólnego 

języka. 

Whisky cmoknął głośno i wydął dolną wargę, co nadało jego twarzy nieco pogardliwy 

wyraz. 

- Shad jest odmiennego zdania - oznajmił po chwili. 

- CzyŜby? - Ned Beaumont otworzył szeroko oczy. - Więc to on cię tu przysłał... 

- No jasne. A co, myślałeś, Ŝe sam z siebie przyszedłem na pogaduszki? 

Beaumont zmruŜył oczy. 

- Dlaczego? - spytał. 

- Dlaczego mnie przysłał? JuŜ mówiłem: uwaŜa, Ŝe moglibyście się dogadać. 

- Pytam, dlaczego myśli, Ŝe mogłoby mnie to interesować. 

Whisky skrzywił się z niesmakiem. 

- Jaja sobie ze mnie robisz czy co, Ned? 

background image

- Bynajmniej. 

-  Kurwa,  przecieŜ  całe  miasto  huczy  o  tym,  jak  wczoraj  w  knajpie  Pipa  Carsona 

pokłóciłeś się z Paulem. 

Ned pokiwał głową. 

- Ach, więc o to chodzi - powiedział cicho, jakby sam do siebie. 

-  Właśnie  -  potwierdził  chrapliwym  głosem  gość.  -  Tak  się  składa,  Ŝe  Shad  wie 

dokładnie, o co się pokłóciliście. Byłeś zły na Paula, Ŝe kazał pozamykać lokale Shada. Masz 

u Shada fory, skorzystaj z okazji... 

- Bo ja wiem? - Ned zamyślił się. - Ciągnie mnie do wielkiego miasta... 

-  Rusz  głową.  Wielkie  miasto  ci  nie  ucieknie,  jeszcze  zdąŜysz  wyjechać.  A  Shad 

rozdaje forsę na prawo i lewo, Ŝeby tylko pokonać Madviga. Jak zostaniesz, wpadnie ci kawał 

szmalu. 

- Hmm. Nie szkodzi pogadać - powiedział z namysłem Ned. 

- Nareszcie mówisz do rzeczy - ucieszył się Whisky. - Wkładaj pieluchy i chodźmy. 

- No dobra. - Beaumont zwlókł się z łóŜka. 

 2 

Shad 0’Rory wstał i skłonił się. 

- Miło cię widzieć, Beaumont. Rozbierz się. - Nie wyciągnął ręki na powitanie. 

- Dzień dobry - rzekł Ned zdejmując płaszcz. 

- Zmywam się, dobra? - powiedział Whisky, a kiedy 0’Rory skinął głową, wyszedł z 

pokoju i zamknął drzwi. 

Beaumont przerzucił płaszcz przez oparcie kanapy, kapelusz połoŜył na płaszczu, sam 

usiadł obok i spojrzał obojętnie na Shada 0’Rory. 

Gospodarz wrócił na miejsce, usiadł w głębokim fotelu obitym wzorzystą, wiśniowo-

złotą  tkaniną,  załoŜył  nogę  na  nogę,  złączył  dłonie  i  oparł  je  na  kolanie.  Następnie  pochylił 

nisko głowę i unosząc brwi, popatrzył niebieskimi oczami na gościa. 

-  Jestem  twoim  dłuŜnikiem  -  oświadczył  miłym,  melodyjnym  barytonem  z  lekkim 

irlandzkim akcentem. - Wiem, Ŝe próbowałeś wyperswadować Paulowi... 

- Nic mi nie jesteś winien - przerwał mu Ned. 

- Nic? 

- Nic. Pracowałem wtedy dla niego. Radziłem mu to, co uwaŜałem za słuszne. Byłem 

zdania, Ŝe źle tę sprawę rozgrywa. 

0’Rory uśmiechnął się łagodnie. 

background image

-  Wkrótce  i  on  się  o  tym  przekona  -  rzekł.  Zapadło  milczenie.  0’Rory  siedział 

wciśnięty głęboko w fotel, z uśmiechem wpatrując się w Beaumonta. Ned z kolei siedział na 

kanapie,  z  nieprzeniknionym  wyrazem  twarzy,  i  wpatrywał  się  w  Shada  0’Rory.  Wreszcie 

gospodarz przerwał ciszę. 

- Co ci Whisky powiedział? 

- Niewiele. śe chcesz się ze mną widzieć. 

-  Zgadza  się.  -  0’Rory  rozsunął  złączone  palce  i  klasnął  cicho  w  dłonie.  -  Czy  to 

prawda, Ŝe rozstałeś się z Paulem na dobre? 

- Myślałem, Ŝe wiesz - odparł Ned. - I Ŝe dlatego po mnie posłałeś. 

-  Słyszałem  o  waszym  rozstaniu,  ale  czasem  ludzie  rozpuszczają  głupie  plotki.  Co 

teraz zamierzasz? 

- Mam w kieszeni bilet do Nowego Jorku, spakowałem manatki. 

0’Rory podniósł rękę do głowy i przygładził siwe włosy. 

- Mieszkałeś tam, zanim tu przyjechałeś, prawda? - spytał. 

- Nie zwierzam się nikomu ze swojej przeszłości. 

0’Rory  opuścił  rękę  i  wykonał  nią  taki  gest,  jakby  chciał  zaprotestować.-  Chyba  nie 

sądzisz, Ŝe robi mi jakąkolwiek róŜnicę, skąd kto pochodzi, co? 

Ned Beaumont nie zareagował. 

-  Interesuje  mnie  wyłącznie  twoja  przyszłość  -  ciągnął  gospodarz.  -  Wyjazd  do 

Nowego Jorku nie wydaje mi się w tym momencie najlepszym pomysłem. Nie przyszło ci do 

głowy, Ŝe moŜe opłacałoby ci się zabawić tu trochę dłuŜej? 

- Nie - odparł Ned. - To znaczy, dopóki Whisky mi nie uświadomił... 

- No właśnie. I jak? 

- Nie wiem. ZaleŜy, co mi zaproponujesz. 0’Rory znów zaczął się gładzić po włosach. 

Niebieskie oczy wpatrywały się w Beaumonta przyjaźnie, ale i przenikliwie. 

- Kiedy się tu przeniosłeś? 

- Rok i trzy miesiące temu - powiedział Ned. 

- A od jak dawna trzymasz z Paulem? 

- Od roku. 0’Rory skinął głową. 

- Czyli sporo o nim wiesz, prawda? 

- Prawda. 

- Sporo takich rzeczy, z których mógłbym zrobić uŜytek... 

- Czekam na konkretną propozycję - oświadczył spokojnie Ned. 

background image

0’Rory wydobył się z czeluści fotela i skierował do drzwi na wprost tych, przez które 

Whisky wprowadził Beaumonta. Kiedy je otworzył, do środka wmaszerował - zarzucając na 

boki  zadem  -  ogromny  angielski  buldog.  0’Rory  usiadł  z  powrotem  na  wiśniowo-złotym 

fotelu, psisko zaś ułoŜyło się na dywanie, u stóp właściciela, i wbiło w niego posępny wzrok. 

- Więc dobrze - oznajmił gospodarz. - Dam ci szansę odegrać się na Paulu. 

- To mnie nie bierze. 

- Nie? 

- Nie. Paul i ja jesteśmy kwita. 0’Rory uniósł ze zdziwieniem brwi. 

- I nie chciałbyś mu dokopać? - spytał cicho. 

- Tego nie powiedziałem. - W głosie Neda brzmiała nuta irytacji. - Ale mogę to zrobić 

sam, bez twojej pomocy czy błogosławieństwa. 

0’Rory pokiwał głową. 

-  Chodzi  mi  o  cokolwiek,  co  mogłoby  mu  zaszkodzić  -  rzekł.  -  Dlaczego  sprzątnął 

Taylora Henry’ego? 

-  Hola!  Nie  tak  szybko!  -  Beaumont  roześmiał  się.  -  WciąŜ  czekam  na  propozycję. 

Miły piesek. Ile ma lat? 

-  Siedem.  JuŜ  długo  nie  pociągnie.  -  0’Rory  wysunął  nogę  i  czubkiem  buta  zaczął 

gładzić zwierzę po nosie. Psisko pomerdało leniwie ogonem.  - Dobra, słuchaj: po wyborach 

przydzielę  ci  najlepsze  kasyno  w  tym  stanie,  zapewnię  maksymalną  ochronę  i  dam  zupełnie 

wolną rękę. 

-  To  ma  być  konkretna  oferta?  -  spytał  znudzonym  tonem  Beaumont.  -  A  jeśli 

przepadniesz w wyborach? Zresztą nie wiem, czy chcę tu tkwić tak długo. 

0’Rory cofnął nogę z psiej mordy i popatrzył na gościa, uśmiechając się sennie. 

- Nie wierzysz, Ŝe wygramy, Beaumont? Ned wyszczerzył zęby. 

- Sam nie obstawiałbyś zbyt wysoko własnego zwycięstwa. 

0’Rory,  wciąŜ  z  sennym  uśmiechem  na  twarzy,  zadał  kolejne  pytanie:-  Jakoś  się, 

cholera, nie palisz do współpracy, co? 

-  Zgadłeś  -  odparł  beznamiętnie  Ned.  Wstał,  podniósł  kapelusz.  -  To  nie  był  mój 

pomysł. 

- Wyraz twarzy miał uprzejmy, lecz obojętny. 

-  Uprzedzałem  twojego  posłańca,  Ŝe  ta  rozmowa  będzie  stratą  czasu.  -  Sięgnął  po 

płaszcz. 

- Poczekaj - poprosił siwowłosy męŜczyzna. 

- Pogadajmy jeszcze chwilę. Kto wie, moŜe jednak do czegoś dojdziemy. 

background image

Ned zawahał się, po czym wzruszył ramionami, rzucił płaszcz i kapelusz na kanapę i 

usiadł. 

-  Jeśli  się  do  mnie  przyłączysz,  dam  ci  teraz  dziesięć  tysięcy  gotówką  -  oznajmił 

0’Rory. - I drugie tyle w dzień po wyborach, jeśli pokonamy Paula. A oferta z kasynem nadal 

będzie aktualna. 

Beaumont  ściągnął  usta  i  przez  chwilę  milczał,  patrząc  ponuro  spod  brwi  na  swego 

rozmówcę. 

- Chcesz znać wszystkie brudy na temat Paula, tak? - spytał wreszcie. 

-  Chcę,  Ŝebyś  opowiedział  dziennikarzowi  „Observera”  o  róŜnych  ciemnych 

sprawkach  Madviga,  o  szwindlach  z  kanalizacją,  o  tym  jak  i  dlaczego  zabił  Taylora 

Henry’ego, o tej historii z Shoemakerem zeszłej zimy, o nieuczciwych metodach zarządzania 

miastem... 

-  Z  kanalizacją  nie  było  Ŝadnych  szwindli  -  przerwał  mu  Ned.  Wyglądał  tak,  jakby 

myślami był gdzieś daleko. - Paul zrezygnował ze szmalu, Ŝeby uniknąć afery. 

- No dobrze. - 0’Rory nie zamierzał się kłócić. 

-  Ale  w  zabójstwie  Henry’ego  maczał  palce,  prawda?  -  W  jego  głosie  brzmiało 

przekonanie. 

-  Tak,  to  moglibyśmy  wykorzystać...  -  Ned  skrzywił  się  i  po  chwili  wahania 

kontynuował. 

- Ale gdybyśmy nadali rozgłos sprawie Shoemakera, sam znalazłbym się w tarapatach. 

- Więc nie będziemy jej tykać - obiecał pośpiesznie 0’Rory. - Co jeszcze mamy? 

-  PrzedłuŜenie  koncesji  na  linie  tramwajowe,  machlojki  w  urzędzie  gminnym  w 

zeszłym roku... ale wpierw trzeba by poszperać w papierach. 

- Zobaczysz, obaj na tym dobrze wyjdziemy 

- rzekł Shad 0’Rory. - Opowiesz Hickle’owi, to ten facet z „Observera”, o wszystkich 

ś

mierdzących  sprawkach,  a  on  juŜ  wysmaŜy  serię  artykułów.  Najlepiej  zacząć  od  zabójstwa 

Henry’ego... 

- MoŜe tak, moŜe nie - mruknął Beaumont, gładząc kciukiem wąs. 

0’Rory parsknął śmiechem. 

- UwaŜasz, Ŝe lepiej zacząć od dziesięciu tysięcy dolców? Słusznie! 

Wstał  i  otworzył  drzwi,  którymi  niedawno  wpuścił  psa.  Wszedł  do  sąsiedniego 

pokoju,  po  czym  zamknął  drzwi  za  sobą.  Zwierzę  nie  ruszyło  się  z  miejsca;  wciąŜ  leŜało 

przed  wiśniowo-złotym  fotelem  swojego  pana.  Dopiero  kiedy  Beaumont  zapalił  cygaro, 

psisko odwróciło łeb i popatrzyło na niego. 

background image

0’Rory  wrócił  z  grubym  plikiem  zielonych  stu-dolarowych  banknotów  obwiązanych 

brązowym paskiem papieru, na którym widniała zapisana atramentem suma: $10 000. 

- Hinkle juŜ tu jest - oznajmił, uderzając pieniędzmi w otwartą dłoń. - Powiedziałem 

mu, Ŝeby za kilka minut przyszedł do nas na górę. 

Ned zmarszczył czoło. 

- Potrzebuję trochę czasu, Ŝeby zebrać myśli... 

- Ty masz tylko mówić. Jego głowa w tym, Ŝeby wszystko trzymało się kupy. 

- No dobra - zgodził się Ned i wydmuchał z ust kłęby dymu. 

0’Rory podał mu plik banknotów. 

-  Dziękuję.  -  Beaumont  schował  je  do  wewnętrznej  kieszeni.  Na  jego  chudej  klatce 

piersiowej powstało pod marynarką spore wybrzuszenie. 

- Ja równieŜ - powiedział siwowłosy męŜczyzna, siadając z powrotem w fotelu. 

-  Aha,  póki  pamiętam...  -  Ned  wyjął  cygaro  z  ust.  -  Lepiej  nie  próbuj  wrobić  Walta 

Ivansa w morderstwo Westa, bo nie będziesz miał z tego Ŝadnego poŜytku. 

0’Rory popatrzył zaintrygowany na gościa. 

- Dlaczego? - spytał po chwili. 

- Bo Paul nie zamierza dać Waltowi alibi. 

- KaŜe chłopakom zapomnieć, Ŝe widzieli go w klubie? 

- Tak. 

0’Rory cmoknął zdziwiony. 

- Jak na to wpadł, Ŝe chcę wrobić Ivansa? 

- Domyśliliśmy się. 

- Nie wy, tylko ty. - Gospodarz uśmiechnął się. - Paul nie jest aŜ taki cwany. 

Ned spuścił skromnie oczy, po czym spytał: 

- A co macie na Ivansa? 

-  Wysłaliśmy  głupka  do  Braywood  po  broń,  którą  się  potem  chłopcy  posłuŜyli.  - 

MęŜczyzna zarechotał. Nagle jego niebieskoszare oczy stały się zimne, świdrujące. Po chwili 

jednak znów zaiskrzyły się wesoło. - Teraz to juŜ niewaŜne, skoro Paul chce rozróby, ale... od 

tego się wszystko zaczęło, prawda? Wściekł się o Ivansa? 

- Owszem - przyznał Ned. - Choć prędzej czy później i tak by doszło między wami do 

rozprawy. Paul uwaŜa, Ŝe dzięki niemu rozwinąłeś skrzydła i Ŝe powinieneś o tym pamiętać, a 

nie kopać pod nim dołki. 0’Rory uśmiechnął się. 

- Jeszcze będzie gorzko Ŝałował swojej wspaniałomyślności - rzekł. - Kiedy... 

background image

Wtem  drzwi  się  otworzyły  i  w  progu  stanął  młody  męŜczyzna  w  luźnym  szarym 

garniturze.  Miał  wielki  nos,  odstające  uszy  i  długie,  dawno  nie  strzyŜone  brązowe  włosy,  a 

jego posępną twarz pokrywały głębokie bruzdy, dziwne u kogoś w tym wieku. 

- Wejdź, Hinkle! - zawołał 0’Rory. - To jest właśnie pan Beaumont, który ci wszystko 

opowie. Jak skończysz, pokaŜ mi tekst. Myślę, Ŝe jutro puścimy pierwszy odcinek. 

Hinkle  obnaŜył  w  uśmiechu  sczerniałe  zęby  i  mruknął  coś  niezrozumiale  do 

Beaumonta. 

- Dobra. - Ned podniósł się z kanapy. - Chodźmy do mnie i bierzmy się do pracy. 

0’Rory potrząsnął głową. 

- Lepiej tu zostańcie. 

-  Przykro  mi  -  rzekł  Ned,  wkładając  płaszcz.  -  Ale  spodziewam  się  kilku  waŜnych 

telefonów. Idziemy, panie Hinkle. 

Hinkle, przeraŜony, nie ruszył się z miejsca. 

-  Nigdzie  nie  pójdziesz,  Beaumont  -  oznajmił  gospodarz.  -  Nie  moŜemy  sobie 

pozwolić na to, Ŝeby cokolwiek ci się stało. Tu będziesz bezpieczny. 

Beaumont przesłał mu najbardziej czarujący uśmiech, na jaki potrafił się zdobyć. 

- Jeśli boisz się o forsę... - wsunął rękę do kieszeni i wyjął plik banknotów - moŜesz ją 

zatrzymać,  dopóki  się  nie  wywiąŜę...-  O  nic  się  nie  boję  -  przerwał  mu  spokojnym  głosem 

0’Rory. - Ale jeśli Paul się dowie, Ŝeśmy się skumali, moŜe kazać cię sprzątnąć. Wolałbym do 

tego nie dopuścić. 

- Trudno, zaryzykuję. 

- Nigdzie nie pójdziesz. 

- Pójdę. 

Hinkle obrócił się na pięcie i wybiegł do sąsiedniego pokoju. 

Ned  Beaumont  ruszył wolnym, dostojnym krokiem w stronę drzwi prowadzących na 

korytarz. 

0’Rory  szepnął  coś  do  psa,  który  leŜał  przed  jego  fotelem.  Buldog  poderwał  się 

niezgrabnie  z  podłogi  i  kręcąc  zadem  poczłapał  do  wyjścia.  Ustawił  się  przed  drzwiami  na 

szeroko rozstawionych łapach i wbił posępne ślepia w Beaumonta. 

Beaumont  uśmiechnął  się  przez  zaciśnięte  usta  i  odwrócił  do  Shada  0’Rory.  W  ręce 

miał paczkę zielonych banknotów. 

- Wiesz, gdzie moŜesz sobie to wsadzić? - zawołał i cisnął pieniędzmi w gospodarza. 

background image

W chwili gdy Ned opuszczał ramię, pies odbił się niezdarnie od ziemi, skoczył w górę 

i zacisnął szczęki na nadgarstku męŜczyzny. Ned zatoczył się w bok, po czym szybko osunął 

się na kolano i opuścił nisko rękę, Ŝeby zwierzę nie mogło uwiesić się na niej całym cięŜarem. 

Shad  0’Rory  podniósł  się  z  fotela  i  podszedł  do  drzwi,  za  którymi  zniknął  Hinkle; 

otworzył je i zawołał: 

- Chodźcie no tu! 

ZbliŜył się do Beaumonta, który wciąŜ klęczał na jednym kolanie, nawet nie próbując 

się  oswobodzić.  Buldog  z  całej  siły  ciągnął  go  za  rękę,  zapierając  się  wszystkimi  czterema 

łapami i niemal szorując brzuchem po podłodze. 

Do  pokoju  weszło  trzech  męŜczyzn:  Whisky,  podobny  do  goryla  bandzior  o 

kabłąkowatych  nogach,  który  towarzyszył  Shadowi  u  Paula,  oraz  krępy  rudzielec,  na  oko 

dziewiętnasto  -  albo  dwudziestoletni,  o  naburmuszonej  twarzy  i  róŜowych  policzkach. 

Rudzielec  obszedł  Beaumonta  i  ustawił  się  między  nim  a  drzwiami  na  korytarz,  Whisky 

ulokował  się  między  Beaumontem  a  drzwiami  do  drugiego  pokoju,  natomiast  krzywonogi 

goryl połoŜył prawą rękę na lewym ramieniu klęczącego. 

-  Pusia,  zostaw!  -  rozkazał  psu  0’Rory.  Buldog  rozwarł  szczęki  i  kołysząc  zadem 

poczłapał do swojego pana. 

Beaumont podniósł się z podłogi. Był blady, twarz miał zroszoną potem. Spojrzał na 

podarty rękaw płaszcza i poszarpany nadgarstek, z którego ciekła krew. Ręka mu drŜała. 

- Sam tego chciałeś - stwierdził melodyjnym głosem 0’Rory. 

Beaumont przeniósł oczy z nadgarstka na siwowłosego męŜczyznę. 

- I tak mnie tu nie zatrzymacie - powiedział. 

 3 

Ned Beaumont uniósł powieki i wydał z siebie jęk. 

Rudzielec o róŜowych policzkach obejrzał się przez ramię i warknął: 

- Stul pysk, ty dupku! 

-  Zostaw  go,  Rusty  -  powiedział  do  towarzysza  krzywonogi  goryl.  -  MoŜe  znów 

będzie  chciał  wyjść  i  znów  się  z  nim  zabawimy.  -  Popatrzył  z  uśmiechem  na  swoje 

zaczerwienione kłykcie. - Rozdawaj karty. 

Ned Beaumont mruknął coś na temat Fedink i zaczął się wolno podnosić. Twarz miał 

spuchniętą, posiniaczoną i - podobnie jak rękę - umazaną krwią. Mankiet koszuli przykleił mu 

się do rozharatanego przez psa nadgarstka. 

LeŜał na wąskim, zakrwawionym materacu. Pozbawione pościeli łóŜko stało w małym 

pokoju  o  biało-Ŝółtych  ścianach;  znajdował  się  tu  równieŜ  stół,  dwa  krzesła,  komoda,  duŜe 

background image

lustro  oraz  trzy  ryciny  w  białych  ramkach.  Uchylone  drzwi  prowadziły  do  wyłoŜonej  białą 

glazurą łazienki, drugie drzwi były zamknięte. W pokoju nie było okien. 

Ciemnowłosy  goryl  i  rudy  młokos  siedzieli  przy  stole  i  grali  w  karty.  Przed  nimi 

leŜało ze dwadzieścia dolarów w banknotach i bilonie. 

Ned  Beaumont  popatrzył  na  graczy;  w  jego  piwnych  oczach  tliła  się  głęboka 

nienawiść.  Wstanie  z  łóŜka  wymagało  nie  lada  wysiłku,  tym  bardziej  Ŝe  prawą  rękę  miał 

całkiem  bezuŜyteczną.  Pomagając  sobie  lewą,  zsunął  z  łóŜka  najpierw  jedną  nogę,  potem 

drugą, a gdy juŜ siedział, okazało się, Ŝe ledwo moŜe utrzymać równowagę: dwa razy upadał 

na bok i dwa razy z najwyŜszym trudem dźwigał się z powrotem do pozycji siedzącej. 

MęŜczyźni grający w karty nie interesowali się nim. Tylko raz gorylowaty typ oderwał 

wzrok od kart i spytał z rozbawieniem: 

- Jak ci idzie, frajerze? 

Wreszcie Nedowi udało się wstać. DrŜąc na całym ciele i przytrzymując się lewą ręką 

materaca,  doczłapał  do  końca  łóŜka.  Wówczas  wyprostował  się  i  nie  spuszczając  oczu  z 

zamkniętych drzwi, ruszył w ich stronę. Zanim dotarł do celu, nogi się pod nim ugięły i zwalił 

się na kolana, ale padając, rozpaczliwym gestem wyrzucił przed siebie lewą rękę i chwycił za 

klamkę. Po chwili podciągnął się z powrotem na nogi. Goryl powoli odłoŜył karty. 

-  No,  nareszcie  -  powiedział,  ukazując  w  uśmiechu  wyjątkowo  piękne,  białe  zęby 

(gdyby nie uśmiechnął się tak szeroko, nie byłoby widać, Ŝe są sztuczne), po czym wstał od 

stołu i podszedł do Neda, który mocował się z klamką. - Hej, Houdini, po co się tak męczysz? 

- spytał i z całej siły walnął go pięścią w twarz. 

Beaumont poleciał na ścianę i huknął w nią tyłem głowy, po czym powoli osunął się 

na podłogę. 

Rudy młokos o imieniu Rusty wciąŜ siedział przy stole, z kartami w ręce. 

- Chryste, Jeff, bo go ukatrupisz - mruknął obojętnie. 

-  Jego?  -  spytał  Jeff,  kopiąc  Beaumonta  niezbyt  mocno  w  udo.  -  Nie  przesadzaj.  To 

twardziel.  Lubi  być  bity.  Prawda,  ptaszku,  Ŝe  lubisz  być  bity?  -  Schylił  się  nad 

nieprzytomnym  męŜczyzną,  chwycił  go  za  klapy  marynarki  i  zaczął  podnosić.  -  Prawda,  Ŝe 

lubisz być bity? - Dźwignął Neda na kolana, przytrzymał go jedną ręką, a drugą znów rąbnął 

w szczękę. 

Po drugiej stronie drzwi ktoś energicznie poruszył klamką. 

- Kto tam? - zawołał Jeff. 

- Ja - rozległ się przyjemny głos Shada 0’Rory.Goryl odciągnął Beaumonta od drzwi, 

po czym zwalił go bezceremonialnie na podłogę, wyjął z kieszeni klucz i wsunął do zamka. 

background image

Do pokoju wszedł 0’Rory z Whisky. Siwowłosy męŜczyzna spojrzał na nieprzytomną 

postać,  po  chwili  przeniósł  wzrok  na  Rusty’ego  i  w  końcu  na  Jeffa.  Jego  niebieskie  oczy 

zachmurzyły się. 

- Czy Jeff z nudów tak mu skuł mordę? - spytał rudzielca. 

Młokos potrząsnął głową. 

-  Z  tego  Beaumonta  to  kawał  sukinsyna,  szefie  -  powiedział  smętnie.  -  Jak  tylko 

dochodzi do siebie, znów zaczyna rozrabiać. 

- Chcę go mieć Ŝywego, przynajmniej na razie. - 0’Rory popatrzył na Neda. - Ocućcie 

go. Muszę z nim pogadać. 

Rusty wstał od stołu. 

- Nie wiem, czy się uda - rzekł. - Dość mocno oberwał. 

Jeff był większym optymistą. 

-  Pewnie,  Ŝe  się  uda!  -  zawołał.  -  Zaraz  ci  pokaŜę.  -  Wsunął  ręce  pod  pachy 

Beaumonta. - Rusty, chwyć go za giry! 

Przenieśli  nieprzytomnego  do  łazienki  i  wrzucili  do  wanny.  Jeff  zatkał  odpływ,  po 

czym odkręcił kurek, tak by zimna woda leciała i z kranu, i z prysznicu. 

- Tylko patrzeć jak się obudzi - powiedział zadowolony z siebie. 

Pięć minut później, kiedy wywlekli go z wanny, Ned znów był w stanie utrzymać się 

na  nogach.  Zaprowadzili  ociekającego  wodą  męŜczyznę  z  powrotem  do  pokoju.  0’Rory 

siedział na krześle paląc papierosa. Whisky gdzieś wybył. 

- Dajcie go na łóŜko - polecił 0’Rory. 

Jeff i Rusty ustawili więźnia tyłem do materaca i lekko pchnęli. Beaumont zwalił się 

jak  długi.  Dźwignęli  go  do  pozycji  siedzącej  i  Jeff  walnął  Neda  dłonią  w  pokiereszowaną 

twarz. 

- No, misiu, zbudź się z zimowego snu! 

- Twoje niedoczekanie - mruknął pod nosem Rusty. 

- Zakład? - spytał wesoło Jeff i wymierzył Nedowi kolejny policzek. 

Beaumont otworzył mniej spuchnięte oko; drugiego nawet nie próbował otwierać. 

- Beaumont... - powiedział 0’Rory. 

Ned  podniósł  głowę  i  rozejrzał  się  po  pokoju;  sprawiał  wraŜenie,  jakby  nikogo  nie 

widział. 

Shad  0’Rory  wstał  z  krzesła  i  podszedł  do  łóŜka.  Pochylił  się  nisko  i  kiedy  jakieś 

dwadzieścia centymetrów dzieliło jego twarz od twarzy więźnia, zapytał: 

- Beaumont, słyszysz mnie? 

background image

W otwartym oku Neda pojawił się błysk nienawiści. 

- Beaumont, to ja, Shad 0’Rory. Słyszysz mnie? 

- Tak - wycharczał Ned, z trudem poruszając spuchniętymi wargami. 

- To dobrze. A teraz słuchaj uwaŜnie. Opowiesz mi o wszystkich brudnych sprawkach 

Madviga.  -  Siwowłosy  męŜczyzna  mówił  wolno  i  dobitnie;  jego  piękny  baryton  brzmiał 

równie  melodyjnie  jak  zawsze.  -  MoŜe  ci  się  wydaje,  Ŝe  nic  mi  nie  powiesz,  ale  jesteś  w 

błędzie. Tak długo będziemy cię maglować, aŜ nam wszystko wyśpiewasz. Rozumiesz? 

Ned uśmiechnął się. ZwaŜywszy na stan jego twarzy, był to wyjątkowo nieatrakcyjny 

uśmiech.- Pocałuj mnie w dupę. 

- Chłopaki, zajmijcie się nim - polecił 0’Rory i cofnął się o krok. 

Rusty zawahał się, ale goryl odtrącił uniesioną rękę Neda i pchnął go na materac. 

-  Chcę  coś  wypróbować  -  oznajmił  pozostałym.  Chwycił  zwisające  z  łóŜka  nogi  i 

rzucił je na materac, po czym pochylił się nad leŜącym i wziął się do roboty. 

Przez  chwilę  Beaumont  próbował  się  szamotać,  potem  jęknął  trzy  razy  i 

znieruchomiał. 

Jeff zwolnił ucisk i wyprostował się. Usta miał otwarte, dyszał cięŜko. 

- Nic z tego. Znów zemdlał - wysapał przepraszająco, ale i z pretensją w głosie. 

 4 

Kiedy Ned Beaumont odzyskał przytomność, w pokoju nikogo poza nim nie było. U 

sufitu  paliło  się  światło.  Z  trudem  nie  mniejszym  niŜ  poprzednio,  wygramolił  się  z  łóŜka  i 

doczłapał do drzwi. Były zamknięte. Manipulował przy klamce, kiedy nagle ktoś otworzył je 

na ościeŜ. Ned zatoczył się i wpadł na ścianę. 

Do pokoju wszedł Jeff, bosy i tylko w bieliźnie. 

-  Ale  z  ciebie  uparty  osioł!  Jeszcze  ci  się  nie  znudziło  mordobicie?  -  Lewą  rękę 

zacisnął na gardle Neda, prawą zwinął w pięść i walnął go dwukrotnie w szczękę, trochę lŜej 

niŜ  uprzednio,  po  czym  pchnął  Beaumonta  z  powrotem  na  materac.  -  LeŜ,  do  cholery!  - 

warknął. 

Beaumont leŜał bez ruchu, z zamkniętymi oczami. 

Goryl wyszedł i przekręcił w zamku klucz. 

Sycząc z bólu, Beaumont dźwignął się z łóŜka i krok po kroku dowlókł się do drzwi. 

Nacisnął  klamkę.  Potem  cofnął  się,  wziął  niewielki  rozbieg  i  rzucił  się  na  nie,  Ŝeby  je 

wyłamać. Nie udało mu się, ale raz po raz ponawiał próbę, aŜ wreszcie Jeff otworzył drzwi. 

- Ale z nas dobrana para - powiedział. - Ty lubisz obrywać, a ja lubię cię tłuc. 

Schylił się i zamachnął z całej siły. 

background image

Beaumont stał dokładnie na linii ciosu. Nie widział zbliŜającej się pięści. Trafiony w 

szczękę,  poleciał  przez  długość  pokoju  i  zwalił  się  nieprzytomny  na  podłogę.  LeŜał  tam, 

kiedy dwie godziny później do pokoju zajrzał Whisky. 

Whisky przyniósł z łazienki wodę, ocucił Neda i pomógł mu dojść do łóŜka. 

- Zastanów się, co robisz - rzekł błagalnym tonem. - PrzecieŜ te męty cię zabiją. Nie 

mają za grosz rozumu. 

Ned popatrzył na męŜczyznę spuchniętym, przekrwionym okiem i wybełkotał: 

- Niech zabiją. 

Spał,  dopóki  nie  zjawił  się  0’Rory  z  Jeffem  i  Rustym.  Ale  poniewaŜ  odmówił 

ujawnienia  czegokolwiek  o  Madvigu,  wyciągnięto  go  z  łóŜka,  zbito  do  nieprzytomności  i 

znów pozostawiono samego. 

Identyczny  przebieg  miała  wizyta  Shada  0’Rory  kilka  godzin  później.  Ani  razu  nie 

dano Nedowi nic do jedzenia. 

Kiedy  po  ostatnim  biciu  odzyskał  przytomność  i  doczołgał  się  na  czworakach  do 

łazienki,  ujrzał  leŜącą  na  posadzce,  tuŜ  za  podstawką  umywalki,  Ŝyletkę  pokrytą 

wielomiesięczną rdzą. Zanim zdołał wydobyć ją zza podstawki, minęło dobre dziesięć minut, 

a  potem  kolejne  dziesięć,  zanim  sztywnymi  palcami  pozbawionymi  czucia  podniósł  ją  z 

podłogi. Usiłował podciąć sobie gardło, ale Ŝyletka wciąŜ wypadała mu z rąk; jedyne, co mu 

się udało, to trzy razy drasnąć brodę. Zwinął się na chłodnej posadzce szlochając jak dziecko. 

Wkrótce zasnął. 

Obudził  się  trochę  silniejszy.  Wstał,  wsunął  $owę  pod  kran,  wypił  cztery  szklanki 

wody, natychmiast zwymiotował i zaczął się trząść z zimna. Przeszedł do pokoju i rzucił się 

na  zakrwawiony  materac,  ale  po  chwili  zerwał  się  i  chwiejnym  krokiem,  co  rusz  się 

potykając,  dowlókł  się  do  łazienki..  Osunął  się  na  kolana  i  zaczął  obmacywać  podłogę, 

szukając  zardzewiałej  Ŝyletki.  Wreszcie  ją  znalazł  i  schował  do  kieszonki  kamizelki.  Przy 

okazji  natrafił  palcami  na  zapalniczkę.  Kiedy  jej  się  przyglądał,  w  jego  zdrowym,  nie 

zapuchniętym oku pojawił się dziwny błysk. Błysk szaleństwa. 

DrŜąc  tak,  Ŝe  dzwoniły  mu  zęby,  Ned  podniósł  się  z  podłogi  i  wrócił  do  pokoju.  Na 

widok  gazety  leŜącej  pod  stołem,  przy  którym  krzywonogi  goryl  grał  w  karty  z  młodym 

rudzielcem, wybuchnął  gromkim śmiechem. Chwycił ją, podarł, pogniótł i cisnął pod drzwi, 

po czym  rozpruł Ŝyletką materac i zaczął wyciągać ze środka  garści szarej bawełny i rzucać 

na  gazety.  JuŜ  nie  drŜał,  nie  słaniał  się  na  nogach,  obiema  rękami  pracowicie  wybebeszał 

materac, a kiedy się zmęczył, ściągnął go z łóŜka i zataszczył pod drzwi. 

background image

Zarechotał  pod  nosem  i  potarł  zapalniczkę;  przy  trzeciej  próbie  błysnął  płomień. 

MęŜczyzna  przysunął  ogień  do  gazet  i  kucnął  przy  stosie.  Po  pewnym  czasie  kłęby  dymu 

zmusiły go do wstania. Krztusząc się, niechętnie cofnął się w głąb pokoju. Nieco później udał 

się do łazienki, zmoczył wodą ręcznik i okręcił go sobie wkoło głowy, zasłaniając oczy, nos, 

usta.  Wrócił  po  omacku  do  zadymionego  pokoju,  potknął  się  o  ramę  łóŜka  i  usiadł  na 

podłodze. 

Właśnie tam, na podłodze przy łóŜku, zastał go Jeff. 

Napierając barkiem na drzwi, goryl przesunął na bok płonący stos, a potem ze szmatą 

przy  twarzy,  pokasłując  i  miotając  przekleństwa,  zaczął  odpychać  nogą  zajęte  ogniem  kłęby 

bawełny,  Ŝeby  utorować  sobie  drogę  do  Beaumonta.  Wreszcie  chwycił  go  za  kołnierz  i 

wywlókł na zewnątrz. 

Kopniakiem zmusił więźnia do wstania i wciąŜ trzymając go za kołnierz, pociągnął za 

sobą  na  koniec  korytarza.  Tam  wepchnął  go  do  jakiegoś  pokoju,  poczęstował  kolejnym 

kopniakiem i ryknął: 

- Ty głupi sukinsynu! Jak wrócę, powyrywam ci nogi z dupy! 

Cofnął  się  na  korytarz,  zatrzasnął  drzwi  i  przekręcił  klucz  w  zamku.  Beaumont 

poleciał  na  środek  pokoju  i  zwaliłby  się  jak  długi,  gdyby  w  ostatniej  chwili  nie  uczepił  się 

krawędzi  stołu.  Dźwignął  się  do  pozycji  niemal  pionowej  i  rozejrzał  po  wnętrzu.  Ręcznik, 

który spadł mu z głowy na ramiona, przypominał teraz szalik. W pokoju były dwa okna. Ned 

podszedł do bliŜszego i otworzył je. Na zewnątrz panowały ciemności. PrzełoŜył jedną nogę 

przez  parapet,  potem  drugą,  obrócił  się  na  brzuch  i  zaczął  się  powoli  zsuwać.  Przez  chwilę 

szukał stopami jakiegoś oparcia, a kiedy go nie znalazł, puścił ramę okienną i runął w dół. 

Szpital 

 1 

Pielęgniarka zmieniała Beaumontowi opatrunek na twarzy. 

- Gdzie jestem? - zapytał. 

-  W  Szpitalu  Świętego  Łukasza  -  odparła  cicho,  lekko  zdyszanym  głosem.  Była 

drobną osóbką o wielkich, lśniących piwnych oczach i pachniała mimozą. 

- Jaki dziś dzień? 

- Poniedziałek. 

-  A  miesiąc?  Rok?  Zresztą  mniejsza  z  tym  -  dodał  szybko,  widząc,  jak  dziewczyna 

marszczy ze zdziwieniem brwi. - Długo tu leŜę? 

- Trzeci dzień. 

background image

- Gdzie jest telefon? - Usiłował się podnieść. 

- Proszę nie wstawać. Nie wolno się panu podniecać. A z telefonu pacjenci nie mogą 

korzystać. 

-  To  niech  siostra  zadzwoni  za  mnie  pod  numer  6116  i  powie  panu  Madvigowi,  Ŝe 

chcę się z nim natychmiast zobaczyć. 

- Pan Madvig wpada tu codziennie po południu - rzekła pielęgniarka - ale wątpię, Ŝeby 

doktor  Tait  pozwolił  się  panu  z  nim  widzieć.  Musi  pan  odpocząć,  nie  wolno  panu  za  duŜo 

mówić. Teraz teŜ powinien pan milczeć. 

- Jest rano czy popołudnie? 

- Rano. 

- Nie mogę tak długo czekać. Proszę zadzwonić do pana Madviga. 

- Doktor Tait wkrótce do pana zajrzy. 

-  Nie  chcę  Ŝadnego  doktora  Tarta!  -  zdenerwował  się  Ned.  -  Chcę  się  widzieć  z 

Paulem Madvigiem! 

-  Niech  się  pan  nie  zachowuje  jak  dziecko.  Proszę  leŜeć  spokojnie,  pan  doktor 

niedługo się zjawi. 

Ned Beaumont skrzywił się. 

- Co z siostry za pielęgniarka? - spytał. - Nie uczono siostry, Ŝe nie naleŜy kłócić się z 

pacjentami? 

Dziewczyna zignorowała zaczepkę. 

- A poza tym sprawia mi siostra ból. 

- Jak pan przestanie się wiercić, nie będzie bolało. 

Przez chwilę Ned milczał. 

- A w ogóle skąd się tu wziąłem? - spytał. - Co mi się stało? A moŜe i tego siostrze nie 

powiedziano? 

- Pewnie wdał się pan w pijacką bójkę - rzekła. Nie potrafiła jednak utrzymać powagi 

i  roześmiała  się.  -  Naprawdę  nie  powinien  pan  tyle  mówić.  I  dopóki  lekarz  nie  zezwoli,  nie 

moŜe pana nikt odwiedzać. 

 2 

Paul Madvig przybył wczesnym popołudniem. 

-  BoŜe,  ale  się  cieszę,  Ŝe  Ŝyjesz!  -  Obiema  dłońmi  uścisnął  lewą,  nie  obandaŜowaną 

rękę przyjaciela. 

- E tam, nic mi nie jest - powiedział Beaumont. - A teraz słuchaj uwaŜnie: kaŜ zawieźć 

Walta Ivansa do Braywood, pokaŜ go sprzedawcom w sklepie z bronią. Jak go rozpoznają... 

background image

- JuŜ mi to mówiłeś - przerwał mu Madvig. 

- I juŜ to zrobiliśmy. 

- Kiedy ci mówiłem? - zdziwił się Ned. 

- Tego ranka, kiedy cię znaleziono i przywieziono karetką do szpitala. Nie pozwoliłeś 

się  lekarzom  dotknąć,  dopóki  mnie  nie  wezwą.  Więc  przyjechałem,  powiedziałeś  mi  o 

Ivansie, po czym natychmiast zemdlałeś. 

- Nic nie pamiętam. I co, powiodło się? 

- Z Ivansem poradziliśmy sobie bez trudu. Kiedy rozpoznano go w Braywood, od razu 

wszystko  wyśpiewał.  Jest  nakaz  aresztowania  Jeffa  Gardnera  i  dwóch  innych  facetów,  ale 

wątpię, by zdołano dowieść, Ŝe działali na polecenie Shada 0’Rory. Ivans załatwiał wszystko 

z Gardnerem. KaŜdy głupiec wie, Ŝe Gardner palcem nie kiwnie bez rozkazu Shada, ale sądu 

nie przekonamy. 

- Gardner to ten gość o wyglądzie goryla? 

- upewnił się Ned. - Czy glinom udało się go przyskrzynić? 

- Nie. Zamelinował się gdzieś z Shadem, pewnie po tym, jak im zwiałeś. Bo to oni tak 

cię urządzili, co? 

-  Tak.  Na  piętrze  „Psiej  budy”.  Chciałem  zastawić  na  Shada  pułapkę,  ale  mnie 

przechytrzył. - Beaumont zamyślił się. - Pamiętam, Ŝe poszedłem tam z Whisky Vassosem, Ŝe 

pogryzł mnie pies i Ŝe Jeff z takim młodym rudzielcem tłukli mnie ile wlazło. Aha, pamiętam 

jeszcze jakiś poŜar, a potem film mi się urwał. Skąd się tu wziąłem? Kto mnie znalazł? 

-  Gliniarz.  Szedłeś  na  czworakach,  o  trzeciej  nad  ranem,  środkiem  Colman  Street 

brocząc krwią. 

- Czasem miewam zabawne pomysły, no nie? 

 3 

Drobna  pielęgniarka  o  wielkich  oczach  uchyliła  ostroŜnie  drzwi  i  wsunęła  głowę  do 

pokoju. 

-  W  ciuciubabkę  się  siostra  bawi?  -  spytał  znuŜonem  tonem  Ned  Beaumont.  -  Nie 

sądzi siostra, Ŝe to dobre dla przedszkolaków? 

Dziewczyna pchnęła szerzej drzwi i stanęła w progu, z ręką na framudze. 

-  Nic  dziwnego,  Ŝe  pana  pobito  -  powiedziała  swoim  zadyszanym  głosikiem.  - 

Chciałam  sprawdzić,  czy  pan  nie  śpi,  bo  przyszedł  pan  Madvig  z...  -  oczy  zalśniły  jej  z 

przejęcia - ...z jedną panią. 

Ned popatrzył na nią rozbawiony. 

- Z jaką jedną panią? - spytał ironicznie. 

background image

-  Z  Janet  Henry  -  odparła  pielęgniarka,  jakby  zdradzała  mu  wyjątkowo  radosną 

nowinę. 

Ned  odwrócił  się  na  bok,  plecami  do  dziewczyny,  i  zamknął  oczy.  Kąciki  ust  mu 

drgały, ale opanował wesołość. 

- Niech im siostra powie, Ŝe śpię.- Nie mogę. Nawet jeśli pana nie słyszą, domyśla się, 

Ŝ

e kłamię, skoro od razu od pana nie wyszłam. 

MęŜczyzna jęknął teatralnie, po czym oparł się na łokciu. 

- No dobrze - mruknął pod nosem. - Jak ją dziś odeślę, to wróci jutro. Lepiej mieć to z 

głowy. 

Pielęgniarka rzuciła mu pogardliwe spojrzenie. 

-  Słusznie,  bo  juŜ  ledwo  sobie  radzimy  -  rzekła  drwiąco.  -  Musieliśmy  sprowadzić 

policjantów, Ŝeby nie wpuszczali do szpitala tłumów pańskich wielbicielek. 

- Łatwo siostrze mówić. Siostra zna te senatorskie córki tylko z kronik towarzyskich, a 

ja nie mogę się od nich opędzić. Gdziekolwiek się ruszę, zaraz mnie dopadają. śeby chociaŜ 

dla odmiany trafiła się córka jakiegoś kongresmana albo ministra czy radnego, ale gdzie tam! 

Myśli siostra, Ŝe senatorowie są bardziej... hm... płodni niŜ... 

- Wcale nie jest pan zabawny - przerwała mu. - Ma pan jedynie śmieszne kukuryku na 

głowie. Idę po pańskich gości. 

Beaumont  wziął  głęboki  oddech.  Oczy  mu  błyszczały.  ZwilŜył  usta  i  zadowolony  z 

siebie  uśmiechnął  się  szeroko,  ale  kiedy  Janet  Henry  ukazała  się  w  drzwiach,  jego  twarz 

przybrała uprzejmy, lecz obojętny wyraz. 

-  Panie  Beaumont,  nawet  pan  nie  wie,  jak  się  cieszę,  Ŝe  wraca  pan  do  zdrowia  - 

oznajmiła  senatorska  córka.  Podeszła  do  łóŜka,  wzięła  Neda  za  rękę  i  obdarzyła  go 

promiennym uśmiechem. Przy płowych włosach i jasnej cerze jej oczy, które wcale nie były 

ciemne,  wydawały  się  niemal  piwne.  -  Jeśli  przeszkadza  panu  moja  obecność,  proszę  nie 

winić Paula. Zmusiłam go, Ŝeby zabrał mnie ze sobą. 

Ned odwzajemnił jej uśmiech. 

- Miło mi, Ŝe pani przyszła. Naprawdę. 

Paul  Madvig  stanął  po  drugiej  stronie  łóŜka  i  patrzył  z  sympatią  to  na  kobietę,  to  na 

pacjenta. 

-  Wiedziałem,  Ŝe  wizyta  Janet  sprawi  ci  przyjemność  -  powiedział  do  Neda.  - 

Mówiłem jej, Ŝe się ucieszysz. Jak się dzisiaj czujesz? 

- Świetnie. Przysuńcie sobie krzesła. 

background image

-  Nie,  wpadliśmy  tylko  na  sekundę.  Jestem  umówiony  w  „Grandcourt”  z 

M’Laughlinem. 

- A ja nie. - Janet Henry znów posłała Nedowi uśmiech. - Mogłabym chwilkę dłuŜej 

zostać, gdyby... 

- Było mi niezmiernie miło - zapewnił ją Beaumont. 

- Koniecznie zostań, Janet - rzekł Paul Madvig, spoglądając uszczęśliwiony to na nią, 

to na Neda. Obszedł łóŜko i podsunął kobiecie krzesło. Kiedy usiadła, zarzuciwszy na oparcie 

czarny płaszcz, Madvig zerknął na zegarek. - Niestety, muszę juŜ iść. - Uścisnął dłoń Neda. - 

Niczego nie potrzebujesz? 

- Nie, dzięki, Paul. 

-  No,  zachowuj  się.  -  Odwrócił  się  w  stronę  Janet  Henry  i  nagle  sobie  coś 

przypomniał. - Słuchaj, Ned, co powiedzieć M’Laughlinowi? 

Beaumont wzruszył ramionami. 

-  Co  chcesz,  bylebyś  uŜywał  długich,  zawiłych  zdań.  Krótkie,  proste  polecenia  go 

przeraŜają.  Natomiast  na  wszystko  się  zgodzi,  nawet  popełnić  morderstwo,  jeśli  przedstawi 

mu  się  sprawę  w  odpowiedni,  czyli  bardzo  okręŜny  sposób.  Na  przykład:  „Dajmy  na  to,  Ŝe 

przy takiej to a takiej ulicy mieszka człowiek o nazwisku Smith i dajmy na to, Ŝe ten Smith 

zachorowałby albo zaniemógł, i juŜ by nie wyzdrowiał i dajmy na to, Ŝe któregoś dnia pan by 

mnie  odwiedził,  a  ja  bym  dostał  zalakowaną  przesyłkę  zaadresowaną  na  pana,  to  skąd  bym 

wiedział, Ŝe w środku znajduje się pięćset dolarów?” 

Madvig skinął ze zrozumieniem głową. 

- Nie chcę Ŝadnych morderstw - powiedział - ale głosy kolejarzy by mi się przydały. - 

Na moment zmarszczył czoło. - Ty teŜ byś mi się przydał, Ned. 

- Za dzień czy dwa będę na chodzie. Czytałeś dzisiejszego „Observera”? 

- Nie. 

Ned rozejrzał się po pokoju. 

- Chyba ktoś mi podwędził gazetę, W kaŜdym razie w ramkach, na środku pierwszej 

strony,  jest  artykuł  wstępny  pod  tytułem  „Co  na  to  władze  miejskie?”  Zawiera  długą  listę 

zbrodni popełnionych w czasie ostatnich sześciu tygodni, co ma wskazywać na nagły wzrost 

przestępczości,  oraz  bardzo  krótką  listę  schwytanych  przestępców,  co  ma  świadczyć  o 

nieudolności policji. Sporo jest teŜ o zabójstwie Taylora Henry’ego. 

Kiedy  padło  nazwisko  jej  brata,  Janet  Henry  wzdrygnęła  się  i  wciągnęła  gwałtownie 

powietrze.  Madvig  spojrzał  na  nią,  a  potem  szybko  na  Neda  i  pokręcił  ostrzegawczo  głową. 

Ten jednak mówił dalej, nie zwaŜając na reakcję gości. 

background image

-  Omawiając  zabójstwo  Henry’ego,  dziennikarz  nie  zostawił  na  policji  suchej  nitki. 

Napisał,  Ŝe  policja  specjalnie  przez  tydzień  nie  aresztowała  mordercy,  Ŝeby  pewien 

hazardzista  z  powiązaniami  w  sferach  politycznych  miał  czas  załatwić  porachunki  z  innym 

hazardzista. Chodzi oczywiście o mnie i o to, Ŝe pojechałem za Despainem do Nowego Jorku, 

aby  odebrać  swoją  forsę.  Ciekawe,  co  pomyśli  senator,  kiedy  przeczyta,  Ŝe  jego  nowi 

sprzymierzeńcy polityczni wykorzystują do własnych celów śmierć jego syna? 

Madvig spurpurowiał, po czym podciągnął nerwowo rękaw i spojrzał na zegarek. 

- Kupię po drodze gazetę - oznajmił pośpiesznie. - A teraz juŜ naprawdę muszę... 

- Ten sam dziennikarz - ciągnął najspokojniej w świecie Ned - oskarŜa policję o to, Ŝe 

całymi latami zapewniała ochronę róŜnym lokalom serwującym alkohol, a teraz nagle zaczęła 

robić  naloty  na  knajpy,  których  właściciele  nie  chcą  przekazać  odpowiednich  datków  na 

kampanię wyborczą określonych osób. To dotyczy twojej awantury z Shadem 0’Rory. Gazeta 

obiecuje zamieścić listę lokali, które nadal normalnie funkcjonują, bo ich właściciele zapłacili 

haracz. 

-  Hm  -  mruknął  pod  nosem  Madvig,  wyraźnie  speszony,  po  czym  odwrócił  się  do 

Janet Henry. - śyczę ci miłej wizyty - rzekł. - Cześć, Ned - zawołał i szybko opuścił pokój. 

Janet Henry pochyliła się w stronę łóŜka. 

- Dlaczego mnie pan nie lubi? - zapytała. 

- Chyba się pani coś pomyliło. 

- Na pewno nie. - Potrząsnęła głową. 

- To, Ŝe jestem źle wychowany, nie znaczy, Ŝe pani nie lubię. Po prostu mam okropne 

maniery.-  Nie  lubi  mnie  pan.  -  Nie  odwzajemniła  jego  uśmiechu.  -  A  chciałabym,  Ŝeby 

polubił. 

- Dlaczego? 

- Bo jest pan najlepszym przyjacielem Paula. 

- Paul ma wielu przyjaciół. - Popatrzył na nią spod oka. - Bądź co bądź to polityk. 

Kobieta machnęła ze zniecierpliwieniem ręką. 

-  Jest  pan  jego  najlepszym  przyjacielem  -  powtórzyła,  a  po  chwili  dodała:  -  Paul  tak 

uwaŜa. 

- Pani teŜ? - spytał Ŝartem. 

- Tak. W przeciwnym razie nie leŜałby pan w szpitalu. AŜ tak by się pan dla niego nie 

poświęcał. 

Nedowi drgnęły kąciki ust, ale milczał. 

background image

- Proszę, niech pan spróbuje mnie polubić - rzekła Janet Henry, kiedy zrozumiała, Ŝe 

Ned nie zamierza nic powiedzieć. 

- Ale ja chyba naprawdę... 

-  Nie.  -  Znów  potrząsnęła  głową.  Beaumont  popatrzył  na  kobietę  speszonym 

wzrokiem, po czym obdarzył ją czarującym, młodzieńczym uśmiechem. 

-  Wiem,  dlaczego  pani  tak  sądzi,  panno  Henry  -  zaczął  nieśmiało.  -  Widzi  pani... 

byłem na samym dnie, kiedy mniej  więcej  rok temu poznałem Paula... on mnie wyciągnął z 

rynsztoku  i...  czuję  się  niezręcznie,  trochę  nie  na  miejscu  w  towarzystwie  takich  osób  jak 

pani,  które  naleŜą  do  innego  świata,  do  śmietanki  towarzyskiej...  no  a  pani  ten  mój  brak 

ogłady, to moje zakłopotanie odczytuje jako wrogość, a gdzieŜ ja bym śmiał... 

Janet Henry wstała. 

- Pan sobie ze mnie Ŝartuje - powiedziała, ale bez pretensji w głosie. 

Kiedy wyszła z pokoju, Beaumont wyciągnął się na wznak i utkwił wzrok w suficie. 

LeŜał tak, dopóki nie zjawiła się pielęgniarka. 

- Co pan jej zrobił? - spytała. 

Ned Beaumont uniósł głowę i popatrzył ponuro na pielęgniarkę. Nie odezwał się. 

- Ta biedna dziewczyna wyglądała tak, jakby za chwilę miała się rozpłakać. 

-  Widocznie  wychodzę  z  wprawy.  -  Opuścił  głowę  z  powrotem  na  poduszkę.  - 

Większość senatorskich córek beczy od razu. 

 4 

W  drzwiach  stanął  szczupły  młody  męŜczyzna  średniego  wzrostu,  o  śniadej,  dość 

przystojnej twarzy. 

- Cześć, Jack - powiedział Ned, siadając na posłaniu. 

- Bałem się, Ŝe będzie z tobą gorzej. - Rumsen podszedł do łóŜka. 

- Nie, nie jest tak źle. Przysuń krzesło. Jack Rumsen usiadł, wyjął paczkę papierosów. 

-  Mam  dla  ciebie  robotę  -  oznajmił  Ned.  Wsunął  rękę  pod  poduszkę  i  wyciągnął 

kopertę. 

Zanim  ją  wziął  od  Neda,  Jack  zapalił  papierosa.  Była  to  zwykła  biała  koperta 

przysłana  na  adres  szpitala  Św.  Łukasza;  jako  adresat  figurował  Ned  Beaumont.  Data  na 

stemplu  świadczyła,  Ŝe  list  został  nadany  dwa  dni  temu  z  miejscowej  poczty.  W  środku 

znajdował się pojedynczy arkusz papieru z trzema pytaniami wystukanymi na maszynie. Jakie 

informacje o Paulu Madvigu chciał z ciebie wydobyć Shad 0’Rory? 

Czy miały coś wspólnego z zabójstwem Taylora Henry’ ego? 

Jeśli nie, dlaczego wolałeś trafić do szpitala niŜ mu je zdradzić? 

background image

Jack złoŜył z powrotem kartkę i wsunął ją do koperty. 

- Czy to się trzyma kupy? - spytał, patrząc Nedowi w oczy. 

- Nie. Dowiedz się, kto jest autorem. 

- Mogę wziąć ten list? 

- Tak. 

Jack schował kopertę do kieszeni. 

- Podejrzewasz kogoś? 

- Nie - odparł Beaumont. 

Przez chwilę Jack spoglądał w milczeniu na Ŝarzący się ognik papierosa. 

- Zajmie mi to trochę czasu - powiedział wreszcie. 

- Wiem. Z tego, co się orientuję, w zeszłym tygodniu nadawca nie próŜnował. To juŜ 

mój trzeci list. Farr otrzymał przynajmniej jeden. MoŜe jeszcze ktoś... 

- Mogę zobaczyć poprzednie? 

-  Wyrzuciłem  je.  Ale  wszystkie  są  do  siebie  podobne.  Ten  sam  papier,  ta  sama 

czcionka, zawsze trzy pytania, zawsze na ten sam temat. 

Jack przyjrzał się uwaŜnie Nedowi. 

- Ale pytania są za kaŜdym razem inne? 

- Inaczej sformułowane, lecz chodzi w nich o to samo. 

Jack pokiwał głową i zaciągnął się papierosem. 

- ZaleŜy mi na twojej dyskrecji - powiedział Ned. 

-  Jasne.  -  MęŜczyzna  wyjął  papierosa  z  ust.  -  Pytania  sugerują,  Ŝe  Madvig  miał  coś 

wspólnego z tym morderstwem, tak? 

- Tak - przyznał Ned, patrząc prosto w oczy rozmówcy. - Ale to bzdura. 

Z przystojnej, śniadej twarzy gościa nie sposób było nic wyczytać. 

- Oczywiście - rzekł, zbierając się do wyjścia. 

 5 

-  Prawda,  Ŝe  piękny?  -  spytała  pielęgniarka,  stawiając  na  stoliku  ogromny  kosz 

owoców. 

Ned skinął niepewnie głową. 

Kobieta wyjęła z kosza małą, sztywną kopertę. 

- To pewnie od niej. - Podała ją Beaumontowi. 

- O co się siostra załoŜy? 

- O cokolwiek. 

Ned spojrzał na pielęgniarkę takim wzrokiem, jakby sprawdziły się jego podejrzenia. 

background image

- Zajrzała siostra do środka! 

- Co za bezczelny... - Urwała, kiedy parsknął śmiechem, ale wyraz oburzenia pozostał 

na jej twarzy. 

Na kartce, którą Beaumont wyjął z koperty, widniały trzy słowa: Polubi mnie pan? 

- Wygrała siostra - rzekł i marszcząc czoło, postukał paznokciem w kartkę. - Niech się 

siostra poczęstuje. Śmiało, więcej, Ŝeby wyglądało na to, Ŝe się tym zajadam. 

Po południu napisał krótki list: Droga panno Henry! 

Jestem  głęboko  wzruszony  pani  dobrocią:  najpierw  raczyła  mnie  pani  odwiedzić,  a 

teraz jeszcze przysłała wspaniały kosz owoców! Nie wiem, jak pani dziękować. Mam nadzieję, 

Ŝ

e mą wdzięczność zdołam pani kiedyś okazać. 

Z powaŜaniem, Ned Beaumont. 

Przeczytał list, po czym podarł go i napisał na nowo, uŜywając tych samych słów, lecz 

zmieniając  ich  szyk  tak,  by  ostatnie  zdanie  brzmiało:  „Ŝe  kiedyś  zdołam  okazać  pani  moją 

wdzięczność”. 

Ned  Beaumont  siedział  w  kapciach  i  szlafroku  przy  stoliku  pod  oknem,  jedząc 

ś

niadanie  i  czytając  „Observera”,  kiedy  do  szpitalnego  pokoju  weszła  Opal  Madvig. 

MęŜczyzna złoŜył gazetę - winietą do środka - rzucił ją obok tacy i wstał. 

- Cześć, kwiatuszku - powiedział przyjaźnie. 

-  Dlaczego  do  mnie  nie  zadzwoniłeś  po  powrocie  z  Nowego  Jorku?  -  spytała 

oskarŜycielskim tonem córka Madviga. 

Podobnie  jak  Beaumont,  była  blada.  Bladość  podkreślała  młodzieńczą  gładkość  jej 

cery,  ale  trochę  dziewczynę  postarzała.  Opal  patrzyła  na  Neda  szeroko  otwartymi  oczami; 

kłębiły się w niej róŜne emocje, ale starała się nad nimi panować. Stała wyprostowana, w jej 

postawie nie było jednak sztywności, moŜe tylko jakieś napięcie. Ignorując krzesło, które Ned 

przysunął spod ściany, tym samym oskarŜycielskim tonem powtórzyła pytanie: 

- Dlaczego do mnie nie zadzwoniłeś? Beaumont roześmiał się cicho, pobłaŜliwie. 

- Do twarzy ci w tej brązowej bluzce - powiedział. 

- Ned, proszę cię... 

- No więc dobrze. Zamierzałem wpaść do ciebie, ale wiesz, tyle się tu działo po moim 

powrocie, tyloma sprawami musiałem się zająć... Kiedy w końcu się ze wszystkim uporałem, 

natknąłem się na Shada 0’Rory i wylądowałem w tym uroczym zakątku. - Wskazał na pokój. 

Lekki ton, jakim mówił, nie zmienił powaŜnego nastroju dziewczyny. 

- Powieszą Despaina? - spytała krótko. Ned znów się roześmiał. 

background image

- Daleko nie zajdziemy, jeśli tak będziemy ze sobą rozmawiać - rzekł. 

Opal zmarszczyła czoło. 

- Odpowiedz mi, Ned - poprosiła nieco mniej bojowym tonem. 

- Chyba nie. - Potrząsnął głową. - Prawdopodobnie to jednak nie on zabił Taylora. 

Informacja ta nie zdziwiła Opal. 

-  Wiedziałeś  o  tym,  kiedy  prosiłeś,  Ŝebym  pomogła  ci  zdobyć,  a  raczej  sfabrykować 

dowody przeciwko niemu? - spytała. 

Popatrzył na nią z wyrzutem. 

- AleŜ skąd, kwiatuszku! Za kogo ty mnie masz? 

-  Wiedziałeś.  -  Jej  głos  był  zimny  i  pogardliwy,  podobnie  jak  spojrzenie  jej 

niebieskich  oczu.  -  Chciałeś  odzyskać  swoje  pieniądze  i  wykorzystałeś  w  tym  celu  śmierć 

Taylora. 

-  Nie  będę  ci  się  tłumaczył  -  rzucił  obojętnie.Podeszła  bliŜej.  Przez  ułamek  sekundy 

broda jej drŜała, ale dziewczyna szybko wzięła się w garść. Po chwili znów była opanowana. 

- Wiesz, kto go zabił? - UwaŜnie badała wzrokiem twarz Beaumonta. 

Pokręcił wolno głową. 

- Tata? - spytała. Zamrugał oczami. 

- Pytasz, czy Paul wie, kto zabił Taylora? 

- Nie! - Tupnęła nogą. - Pytam, czy tata go zabił! 

Beaumont  wyciągnął  rękę  i  patrząc  nerwowo  w  stronę  zamkniętych  drzwi,  zatkał 

dziewczynie usta. 

- Przestań - szepnął. 

Odtrąciła jego dłoń i cofnęła się o krok. 

- Czy tata go zabił? - powtórzyła. 

- Jeśli koniecznie chcesz być idiotką - szepnął z wściekłością Ned - to twoja sprawa. 

Nie obchodzi mnie, jakie idiotyczne myśli snują ci się po głowie, ale masz ich nie rozgłaszać. 

Wytrzeszczyła oczy. 

- Czyli go zabił - stwierdziła płaskim, bezbarwnym głosem, w którym nie było cienia 

wątpliwości. 

Ned pochylił się nad dziewczyną. 

-  Nie,  moja  droga  -  oznajmił  łagodnie,  z  trudem  hamując  furię.  -  Paul  nie  zabił 

Taylora. 

background image

WciąŜ  stał  pochylony  nad  Opal,  nie  spuszczając  z  niej  wzroku.  DrapieŜny  uśmiech 

wykrzywiał mu twarz. Ale bliskość Neda nie zbiła dziewczyny z tropu. Odwzajemniając jego 

zimne spojrzenie, spytała: 

- JeŜeli nie zabił, to co za róŜnica, co, kiedy i komu będę rozgłaszać? 

Wargi mu zadrŜały. 

-  Wielu  spraw  nie  rozumiesz  -  powiedział  ze  złością.  -  I  nigdy  nie  zrozumiesz,  jeśli 

będziesz  się  tak  zachowywać.  -  Cofnął  się  o  krok,  długi  krok,  i  wsunął  ręce  do  kieszeni 

szlafroka. Zasznurował usta, zmarszczył czoło, zmruŜył oczy i przez chwilę wpatrywał się w 

milczeniu w podłogę. - Skąd ci w ogóle przyszedł do głowy ten kretyński pomysł? - spytał w 

końcu. 

- Wcale nie jest kretyński. I dobrze o tym wiesz. 

Wzruszył  niecierpliwie  ramionami  i  powtórzył  pytanie.  Dziewczyna  teŜ  wzruszyła 

ramionami. 

- Nie wiem - rzekła. - Po prostu przyszedł. 

- Kłamiesz. - Zerknął na nią spod brwi. - Czytałaś dzisiejszego „Observera”? 

- Nie. 

Wbił w nią twarde, nieufne spojrzenie. Dziewczyna zirytowała się, jej blade policzki 

pokryły się rumieńcem. 

- Naprawdę nie czytałam. Dlaczego pytasz? 

-  Nie  czytałaś,  tak?  -  W  jego  głosie  wciąŜ  brzmiała  nuta  niedowierzania,  ale  ze 

spojrzenia  znikł  wyraz  nieufności;  zastąpiła  go  zaduma.  Nagle  oczy  męŜczyzny  rozbłysły. 

Wyjął rękę z kieszeni i wyciągnął ją w stronę Opal. - PokaŜ mi list. 

- Co? - zdumiała się. 

- List. No wiesz, pisany na maszynie, zawierający trzy pytania, nie podpisany... 

Speszona spuściła wzrok i na moment straciła pewność siebie. 

- Skąd o nim wiesz? - spytała po chwili, otwierając brązową torebkę. 

- Bo juŜ wszyscy dostali co najmniej po jednym - odparł beztroskim tonem. - To twój 

pierwszy? 

- Tak. - Podała Nedowi zmiętą kartkę papieru. 

Wyprostował ją i przeczytał: 

Czy  naprawdę  jesteś  tak  głupia,  iŜ  nie  wiesz,  Ŝe  to  twój  ojciec  zabił  twojego 

kochanka? 

JeŜeli  nie  wiesz,  to  dlaczego  pomagałaś  jemu  i  Beaumontowi  wrobić  w  morderstwo 

niewinnego człowieka? 

background image

Czy  zdajesz  sobie  sprawę  z  tego,  Ŝe  pomagając  ojcu  uniknąć  kary,  stajesz  się 

współwinna zbrodni? 

Ned pokiwał głową i uśmiechnął się pod nosem. 

-  Wszystkie  te  anonimy  są  dość  podobne  -  rzekł.  Zmiął  kartkę  i  wrzucił  ją  do 

stojącego  przy  stoliku  kosza  na  śmieci.  -  Skoro  raz  trafiłaś  na  listę  wysyłkową,  pewnie 

wkrótce dostaniesz kolejne. 

Opal przygryzła dolną wargę. Niebieskie oczy dziewczyny lśniły chłodnym blaskiem, 

kiedy obserwowała spokojną twarz Neda. 

-  0’Rory  próbuje  wykorzystać  zabójstwo  Taylora  do  własnych  egoistycznych  celów. 

Słyszałaś o moim starciu z Paulem? OtóŜ 0’Rory mylnie sądził, Ŝe poniewaŜ rozstałem się z 

Paulem, to za forsę zgodzę się wrobić go w morderstwo, którego nie popełnił, a przynajmniej 

oczernić go na tyle, Ŝeby jego kandydaci przepadli w wyborach. 

- O co się z ojcem pokłóciłeś? - Wyraz jej oczu nie zmienił się. 

-  Nie  twój  interes,  mała  -  powiedział  łagodnie  Ned.  -  Zresztą  moŜe  wcale  się  nie 

pokłóciliśmy. 

- Nie kłam, wszyscy u Carsona słyszeli - stwierdziła przez zaciśnięte zęby. - Odkryłeś, 

Ŝ

e to on zabił Taylora i chciałeś... 

Ned parsknął śmiechem. 

- Odkryłem? - spytał ironicznie. - Więc nie wiedziałem od początku? 

Jego drwiący ton nie wywarł na niej wraŜenia. 

- Dlaczego pytałeś, czy czytałam dzisiejszego „Observera”? Co w nim jest? 

-  Stek  bzdur  -  odparł.  -  Jeśli  cię  to  interesuje,  gazeta  leŜy  na  stole.  Podobnych 

artykułów ukaŜe się więcej, zanim kampania wyborcza dobiegnie końca. Będzie miał ojciec z 

ciebie niezłą pociechę, jeśli tak łatwowiernie... - Urwał i machnął ze zniecierpliwieniem ręką, 

bo dziewczyna nie słuchała. 

Podeszła do stołu pod oknem, sięgnęła po gazetę i zaczęła czytać artykuł na pierwszej 

stronie - „List otwarty do burmistrza”. Po chwili drŜała na całym ciele; drŜały jej kolana, ręce, 

wargi,  drŜały  tak  bardzo,  Ŝe  Ned  patrzył  na  nią  zaniepokojony,  ale  kiedy  skończyła  czytać  i 

odłoŜyła  gazetę  z  powrotem  na  stół,  a  potem  obróciła  się,  ujrzał  przed  sobą  zimny, 

nieruchomy posąg. 

- Nie odwaŜyliby się pisać takich rzeczy, gdyby nie były prawdą - powiedziała cicho, 

niemal nie otwierając ust. 

- To dopiero drobna próbka tego, co będą pisać później - oznajmił wesoło. 

background image

Na  twarzy  męŜczyzny  malowało  się  rozbawienie,  ale  w  jego  oczach  wciąŜ  czaił  się 

ledwo  tłumiony  gniew.  Przez  długą  chwilę  dziewczyna  wpatrywała  się  uwaŜnie  w  Neda,  po 

czym bez słowa skierowała się do drzwi. 

- Poczekaj! - zawołał. 

Odwróciła się. Uśmiechnął się do niej przyjaźnie, lecz jej twarz była kamienną maską. 

-  Polityka  to  gra,  brutalna  gra,  kwiatuszku.  Dziennikarze  „Observera”  kibicują 

przeciwnej stronie i mało ich obchodzi prawda. Chcą zaszkodzić Paulowi. Chcą... 

-  Nie  wierzę  -  przerwała  mu.  -  Znam  pana  Mathewsa.  Jego  Ŝona  uczęszczała  do  tej 

samej  szkoły  co  ja,  kilka  klas  wyŜej;  przyjaźniłyśmy  się.  Pan  Mathews  nie  pisałby  takich 

rzeczy  o  tatusiu,  gdyby  nie  były  prawdą,  albo  gdyby  nie  miał  podstaw  sądzić,  Ŝe  są 

prawdziwe. 

- BoŜe, ale jesteś naiwna! - Ned zarechotał. 

-  Mathews  jest  zadłuŜony  po  uszy  w  spółce  State  Central.  MoŜe  w  kaŜdej  chwili 

stracić nie tylko gazetę, ale nawet dom. State Central naleŜy do Billa Roana, który walczy z 

Henrym o fotel senatora. Mathews drukuje, co mu kaŜe Roan. 

Opal Madvig milczała. Nic nie wskazywało na to, Ŝeby argumenty Beaumonta trafiały 

jej do przekonania. Po chwili Ned znów podjął wątek, starając się wytłumaczyć dziewczynie, 

na czym wszystko polega. 

- To... - wskazał na gazetę leŜącą na stole 

- ...jeszcze nic w porównaniu z tym, co później zaczną wypisywać. Do czasu wyborów 

dziennikarze  „Observera”  będą  krąŜyć  jak  sępy  wokół  zabójstwa  Taylora  Henry’ego  i 

wymyślać  coraz  gorsze  rzeczy.  Musisz  do  tego  przywyknąć  i  nie  zwracać  więcej  uwagi  na 

bzdury, które wypisują. Paul przymyka na nie oczy. Jest politykiem i wie... 

- Jest mordercą - oświadczyła cichym, stanowczym głosem Opal. 

- A jego córka jest półgłówkiem - zezłościł się Ned. - Przestań się wygłupiać, dobrze? 

- Ojciec jest mordercą - powtórzyła. 

-  Nie  bądź  kretynką.  Posłuchaj.  Paul  nie  ma  nic  wspólnego  z  zabójstwem  Taylora. 

On... 

-  Nie  wierzę  ci.  JuŜ  nigdy  ci  nie  uwierzę.  Ned  zmarszczył  gniewnie  czoło.  Opal 

odwróciła się i ruszyła do wyjścia. 

- Poczekaj! - zawołał. - Chcę ci coś... Wyszła z pokoju trzaskając drzwiami. 

 7 

Przez  chwilę  Ned  Beaumont  patrzył  z  wściekłością  na  zamknięte  drzwi,  po  czym 

pogrąŜył  się  w  zadumie.  Czoło  pokryło  mu  się  zmarszczkami,  ciemne  oczy  zwęziły  się, 

background image

spojrzenie  stało  się  nieobecne.  Zacisnął  ocienione  wąsem  wargi,  odruchowo  zbliŜył  rękę  do 

ust i zaczął obgryzać paznokcie. Oddychał miarowo, choć nieco głębiej niŜ zwykle. 

Na korytarzu rozległy się kroki. Ned otrząsnął się szybko z zamyślenia i podszedł do 

okna, nucąc jakąś melodię. Kiedy kroki oddaliły się, przestał nucić, wyjął z kosza na śmieci 

zmiętą w kulkę kartkę papieru z trzema pytaniami adresowanymi do Opal Madvig i wsunął ją 

do kieszeni szlafroka. 

Wetknął do ust cygaro, zapalił je i mruŜąc powieki, Ŝeby dym nie wpadał mu do oczu, 

przeczytał  ponownie  artykuł  z  pierwszej  strony  „Observera”.  LIST  OTWARTY  DO 

BURMISTRZA Szanowny Panie! 

„Observer”  wszedł  w  posiadanie  pewnych  informacji,  które  -  jak  przypuszczamy  - 

mogą  w  znacznym  stopniu  przyczynić  się  do  wyjaśnienia  sprawy  niedawnego  morderstwa 

Taylora Henry’ego. 

Nasi 

informatorzy 

złoŜyli 

pod 

przysięgą 

pisemne 

oświadczenia, 

które 

zdeponowaliśmy w redakcyjnym sejfie. Z ich treści wynika, co następuje: 

1.  Kilka  miesięcy  temu  Paul  Madvig  pokłócił  się  z  Taylorem  Henrym  o  to,  Ŝe  syn 

senatora zalecał się do jego córki; Madvig zabronił córce widywać się z Taylorem. 

2.  Mimo  to  młodzi  nadal  spotykali  się  w  umeblowanej  garsonierze,  którą  Taylor 

Henry wynajął w tym celu. 

3. W tym samym dniu, w którym zamordowano Taylora Henry’ego, młodzi spędzili w 

garsonierze całe popołudnie. 

4.  Wieczorem  Paul  Madvig  udał  się  do  willi  senatora,  Ŝeby  ponownie  zakazać 

Taylorowi Henry’emu widywania się z jego córką. 

5. Kilka minut przed śmiercią Taylora Henry’ego Paul Madvig opuścił willę senatora; 

sprawiał wraŜenie wzburzonego. 

6.  Obu  męŜczyzn,  Madviga  i  Taylora  Henry’ego,  widziano  w  pewnej  odległości  od 

siebie, zaledwie kilkadziesiąt metrów od miejsca, gdzie kwadrans później znaleziono zwłoki. 

7.  W  chwili  obecnej  policja  nie  prowadzi  śledztwa  w  sprawie  zabójstwa  Taylora 

Henry’ego. Redakcja uwaŜa, Ŝe zarówno pan, jak i wszyscy wyborcy oraz podatnicy powinni 

o tym wiedzieć. 

Podając  te  informacje  do  wiadomości  publicznej  działamy  bezinteresownie,  pragnąc 

jedynie,  aby  sprawiedliwości  stało  się  zadość.  Panie  burmistrzu,  chętnie  przekaŜemy  we 

właściwe ręce - panu albo odpowiednim władzom miejskim lub stanowym - posiadane przez 

nas  oświadczenia  oraz  inne  dowody.  Dla  dobra  śledztwa  gotowi  jesteśmy  wstrzymać  się  od 

ujawnienia  szczegółów  sprawy.  JednakŜe  nie  pozwolimy  na  to,  Ŝeby  dowody  były 

background image

zignorowane. Jeśli osoby, które z racji piastowanych stanowisk powinny stać na straŜy prawa 

i  porządku,  nie  podejmą  stosownych  działań,  wówczas  wydrukujemy  nasze  materiały  w 

całości, Ŝeby sprawę osądził najwyŜszy trybunał, czyli obywatele tego miasta. 

H. K. Mathews, wydawca Ned Beaumont prychnął pogardliwie i dmuchnął na gazetę 

dymem z cygara, ale spojrzenie miał posępne. 

 8 

Wczesnym popołudniem wpadła z wizytą matka Paula Madviga. 

Ned  objął  staruszkę  i  zaczął  całować  ją  to  w  jeden  policzek,  to  w  drugi,  aŜ  wreszcie 

kobieta odepchnęła go od siebie. 

-  Przestań.  Jesteś  gorszy  niŜ  ten  terier,  którego  Paul  kiedyś  kupił  -  powiedziała  z 

udanym oburzeniem. 

-  To  po  ojcu.  Był  istnym  psem  na  kobietki  -  zaŜartował,  pomagając  jej  zdjąć  futro  z 

fok.Matka Paula wygładziła czarną suknię, podeszła do łóŜka i usiadła. Ned przerzucił futro 

przez oparcie krzesła i stanął przed nią w rozkroku, z obiema rękami w kieszeniach szlafroka. 

Zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów. 

-  Nawet  nie  wyglądasz  tak  źle  -  oceniła  po  chwili.  -  Ale  kwitnąco  teŜ  nie.  Jak  się 

czujesz? 

- Świetnie. Nie wypisuję się tylko ze względu na ponętne pielęgniarki. 

- Znając cię, wcale by mnie to nie zdziwiło. Co się we mnie tak wpatrujesz jak sroka 

w  gnat?  Zaraz  się  zarumienię.  Chodź,  usiądź  tutaj.  -  Poklepała  miejsce  obok  siebie,  a  kiedy 

usłuchał, mówiła dalej: - Paul uwaŜa, Ŝe robiąc to, co zrobiłeś, postąpiłeś bardzo szlachetnie i 

wspaniałomyślnie, a ja uwaŜam, Ŝe gdybyś był grzecznym chłopcem, nie wpakowałbyś się w 

te tarapaty, w które najwyraźniej się wpakowałeś. 

- Oj, mamuśku... 

- Powiedz mi prawdę, Ned - przerwała mu, świdrując go niebieskimi oczami, równie 

młodzieńczymi jak oczy jej syna. - Paul nie zabił tego zakichanego uwodziciela, co? 

Nedowi szczęka opadła ze zdziwienia. 

- AleŜ skąd! - zaprzeczył. 

- Tak myślałam - powiedziała staruszka. - To dobry chłopiec, ale ostatnio krąŜą o nim 

bardzo brzydkie plotki. Bóg jeden wie, o co chodzi w tej całej polityce. Ja się na tym zupełnie 

nie znam. 

Spoglądał na jej chudą, kościstą twarz z mieszaniną zdumienia i wesołości. 

background image

- A patrz się na mnie, patrz - mruknęła staruszka. - Ale skąd mam wiedzieć, co wam, 

męŜczyznom, moŜe strzelić do głowy! Nigdy się niczym nie przejmujecie! Nawet nie próbuję 

was zrozumieć; przestałam próbować, zanim jeszcze pojawiłeś się na świecie. 

Ned poklepał ją delikatnie po ramieniu. 

- Jesteś kapitalna, mamuśku - rzekł z podziwem. 

Odsunęła się od niego i ponownie zmierzyła go świdrującym wzrokiem. 

- A gdyby Paul go zabił, powiedziałbyś mi prawdę? - spytała. 

Potrząsnął głową, Ŝe nie. 

- To skąd mam wiedzieć, Ŝe nie zabił? Roześmiał się. 

-  Bo  gdyby  zabił,  to  na  twoje  pytanie,  czy  powiedziałbym  ci  prawdę,  odparłbym,  Ŝe 

tak. 

- Wesołość ulotniła się z jego głosu i spojrzenia. 

- On tego nie zrobił, mamuśku. - Uśmiechnął się ponuro. - Dobrze by było, gdyby ktoś 

poza mną wierzył w jego niewinność, a zwłaszcza dobrze by było, gdyby tym kimś była jego 

rodzona matka. 

 9 

Godzinę po wyjściu pani Madvig Ned Beaumont otrzymał paczkę zawierającą cztery 

ksiąŜki i wizytówkę Janet Henry. Pisał akurat, Ŝeby jej podziękować, kiedy do pokoju wszedł 

Jack Rumsen. 

-  Mam  coś  dla  ciebie  -  rzekł  gość,  wypuszczając  ustami  dym  z  papierosa  -  ale  nie 

wiem, czy będziesz zadowolony. 

Beaumont popatrzył uwaŜnie na młodego męŜczyznę i przygładził palcem lewy wąs.- 

Spokojna głowa. - Jego głos był równie rzeczowy jak Jacka. - Siadaj i mów. 

Rumsen  usiadł  na  krześle,  załoŜył  nogę  na  nogę,  umieścił  kapelusz  na  podłodze  i 

przenosząc wzrok z papierosa na Neda, oznajmił: 

- Zdaje się, Ŝe autorką anonimów jest córka Madviga. 

Beaumont wytrzeszczył oczy. 

-  Dlaczego  tak  uwaŜasz?  -  zapytał.  Głos  miał  nie  zmieniony,  ale  twarz  mu  lekko 

podbladła. 

Z  wewnętrznej  kieszeni  marynarki  Jack  wyciągnął  dwie  kartki  papieru,  tego  samego 

gatunku  i  formatu,  obie  podobnie  złoŜone.  Podał  je  Nedowi.  Kiedy  ten  je  wyprostował,  na 

kaŜdej ujrzał trzy identycznie sformułowane pytania wypisane na maszynie. 

- Jedną z tych kartek dałeś mi wczoraj. Wiesz którą? 

Ned nie potrafił rozpoznać właściwej. 

background image

-  Niczym  się  nie  róŜnią  -  ciągnął  Rumsen.  -  Pytania  na  drugiej  wystukałem  sam,  w 

mieszkaniu na Charter Street, gdzie Taylor Henry spotykał się z córką Madviga. PosłuŜyłem 

się  znalezioną  tam  maszyną  i  papierem,  który  przy  niej  leŜał.  Z  tego,  co  udało  mi  się 

dowiedzieć, były tylko dwa klucze do mieszkania. Jeden nosił przy sobie Taylor, drugi miała 

dziewczyna. Od czasu zabójstwa była tam kilkakrotnie. 

Spoglądając ponurym wzrokiem na kartki, które trzymał w dłoni, Ned pokiwał wolno 

głową. 

Jack przypalił papierosa od papierosa, po czym wstał, podszedł do stołu i zgasiwszy w 

popielniczce  niedopałek,  wrócił  na  miejsce.  Nic  w  jego  twarzy  ani  ruchach  nie  wskazywało 

na to, Ŝe interesuje go reakcja Beaumonta. 

Mniej więcej po minucie milczenia Ned podniósł oczy i spytał: 

- Jak wpadłeś na pomysł mieszkania? 

-  Po  dzisiejszym  artykule  w  „Observerze”.  -  Wetknięty  w  kącik  ust  papieros  drgał 

przy  kaŜdym  słowie.  -  Policja  wpadła  na  ten  sam  pomysł  i  zjawiła  się  przede  mną.  Ale 

miałem  fart:  gliniarz,  którego  pozostawiono  na  straŜy,  to  mój  kumpel,  Fred  Hurley;  za 

dziesięć dolców wpuścił mnie, Ŝebym sobie pogrzebał. 

- Czy policja wie o tych listach? - spytał Ned, unosząc zapisane kartki. 

Jack wzruszył ramionami. 

- MoŜe tak, moŜe nie. Nie mam pojęcia. Ja im nic nie mówiłem. Próbowałem wybadać 

Freda, ale on jest słabo zorientowany w sytuacji. Po prostu kazano mu pilnować mieszkania. - 

Strząsnął popiół na podłogę. - Jak chcesz, spróbuję powęszyć. 

- Nie, niewaŜne. Co jeszcze odkryłeś? 

- Niczego więcej nie szukałem. 

Ned  zerknął  pośpiesznie  na  nieprzeniknioną  twarz  młodego  męŜczyzny,  po  czym 

spojrzał na kartki z pytaniami. 

- Co to za mieszkanie? - spytał. 

-  Pokój  z  łazienką  przy  Charter  Street  pod  numerem  1324,  wynajęty  na  nazwisko 

French.  Dozorczyni  twierdzi,  Ŝe  dopiero  dziś,  kiedy  zjawiła  się  policja,  poznała  prawdziwe 

nazwiska lokatorów. Niewykluczone. W takich  miejscach nie zadaje się  gościom zbyt  wielu 

pytań.  Dozorczyni  twierdzi,  Ŝe  przychodzili  często,  zwykle  po  południu,  i  Ŝe  w  ciągu 

ostatniego  tygodnia  widziała  dziewczynę  ze  dwa  albo  trzy  razy,  co  nie  znaczy,  Ŝe  córka 

Madviga nie mogła tam bywać częściej.- Jesteś pewien, Ŝe o nią chodzi? Jack rozłoŜył ręce. 

background image

-  Rysopis  się  zgadza  -  powiedział  wypuszczając  dym,  a  po  chwili  dodał  jakby  od 

niechcenia:  -  Dozorczyni  mówi,  Ŝe  od  czasu  zabójstwa  Henry’ego  Ŝadnej  innej  tam  nie 

widziała. 

Beaumont znów podniósł oczy na swego rozmówcę. Tym razem jego spojrzenie było 

zimne. 

- To znaczy, Ŝe Taylor Henry sprowadzał sobie równieŜ inne dziewczyny? 

Jack ponownie rozłoŜył ręce. 

- Dozorczyni nie była pewna. Mówiła, Ŝe nie wie, ale sądząc po jej minie, łgała. 

- A nie zauwaŜyłeś w mieszkaniu niczego, co by wskazywało na... 

-  Nie.  -  Jack  pokręcił  głową.  -  W  ogóle  niewiele  tam  damskich  fatałaszków  czy 

przyborów, tylko jakieś kimono, piŜama, kilka kosmetyków. 

- Az rzeczy Taylora? 

- Garnitur, buty, trochę bielizny, piŜama, skarpety i tak dalej. 

- Kapelusze? 

- Nie. - Jack uśmiechnął się. - śadnych kapeluszy. 

Beaumont  wstał  i  podszedł  do  okna.  Na  zewnątrz  zalegał  mrok.  Krople  deszczu 

uderzały w szybę i wolno po niej spływały. 

-  Dzięki,  Jack  -  powiedział,  odwracając  się  do  gościa.  Przez  chwilę  patrzył  na  niego 

ponuro,  nieobecny  myślami.  -  Wkrótce,  moŜe  jeszcze  dziś  w  nocy,  będę  miał  dla  ciebie 

kolejną robotę. Zadzwonię. 

- W porządku. 

MęŜczyzna ruszył do drzwi. Po jego wyjściu Beaumont wyjął z szary ubranie, zaniósł 

je  do  łazienki,  przebrał  się.  Kiedy  wrócił  do  pokoju,  ujrzał  przy  łóŜku  wysoką,  zaŜywną 

pielęgniarkę o spoconej bladej twarzy. 

- Pan się przebrał! - zawołała. 

- Tak. Muszę wyjść. 

Jej zdumienie ustąpiło miejsca przeraŜeniu. 

-  AleŜ  nie  moŜe  pan!  Jest  wieczór  i  właśnie  zaczął  padać  deszcz,  a  poza  tym  doktor 

Tait na pewno by panu nie... 

- Wszystko się zgadza - przyznał niecierpliwie Ned, mijając ją w drodze do drzwi. 

VI 

„Observer 

 1 

background image

-  Ned!  -  zawołała  matka  Paula  otworzywszy  drzwi.  -  Czyś  ty  oszalał?  Dlaczego 

włóczysz się po deszczu? Ledwo wyszedłeś ze szpitala! 

- W taksówce nie padało - odparł uśmiechając się słabo. - Jest Paul? 

-  Nie,  wyszedł  jakieś  pół  godziny  temu,  chyba  pojechał  do  klubu.  Ale  nie  stój  na 

deszczu. Wejdź. 

- A Opal? - Zamknął drzwi i ruszył holem za staruszką. 

- Jej teŜ nie ma. Cały dzień gdzieś lata. Wszedł do salonu i stanął tuŜ za progiem. 

-  Nie  mogę  zostać,  mamuśku.  Zajrzę  do  klubu,  muszę  pogadać  z  Paulem.  -  Głos  mu 

lekko drŜał. 

Staruszka odwróciła się do niego. 

- Nigdzie nie pójdziesz - sprzeciwiła się stanowczo. - Tylko spójrz na siebie, cały się 

trzęsiesz. Przeziębienie murowane. Usiądź przy kominku. Zaraz przyniosę ci coś ciepłego do 

picia. 

- Nie mogę, mamuśku. Mam mnóstwo spraw na głowie. 

W jej niebieskich oczach, po których nie było widać wieku, odmalowała się troska. 

- Kiedy wyszedłeś ze szpitala? 

- Przed chwilą. 

Kobieta zacisnęła mocno usta. 

-  Uciekłeś,  prawda?  -  spytała  z  naganą.  Niebieskie  oczy  zachmurzyły  się.  Podeszła 

bliŜej do Beaumonta i ujęła jego twarz w swoje ręce; byli niemal jednego wzrostu. Głos miała 

dziwnie gruby, chropowaty, jakby z trudem dobywał się z głębi jej wysuszonego gardła. - Coś 

się stało... chodzi o Paula, tak? - Z oczu staruszki zaczął wyzierać strach. - I o Opal? 

-  Muszę  z  nimi  porozmawiać  -  wyszeptał  Ned.  Chudą,  kościstą  ręką  pogładziła  go 

nieśmiało po twarzy. 

- Dobry z ciebie chłopak, Ned. 

-  Nie  martw  się,  mamuśku.  -  Otoczył  staruszkę  ramieniem.  -  Nie  jest  tak  źle,  jak 

myślisz. Kiedy Opal wróci, przypilnuj, Ŝeby juŜ dziś nie wychodziła. 

- Nie moŜesz mi nic zdradzić, Ned? 

- Nie... Dobrze by było, gdyby Paul i Opal nie domyślili się, Ŝe coś cię gryzie. 

 2 

Moknąc na deszczu, Beaumont przeszedł kilka przecznic do drogerii, gdzie skorzystał 

z telefonu; zamówił taksówkę, a potem zadzwonił w dwa miejsca, w obu prosząc do aparatu 

pana Mathewsa. Pod Ŝadnym numerem go nie zastał. 

background image

Zadzwonił  pod  trzeci  numer  i  oznajmił,  Ŝe  chce  mówić  z  panem  Rumsenem.-  Halo, 

Jack?  -  spytał  po  chwili.  -  Tu  Beaumont.  Nie  przeszkadzam...?  Świetnie.  Słuchaj,  chcę 

wiedzieć,  czy  dziewczyna,  o  której  rozmawialiśmy,  spotkała  się  dziś  z  Mathewsem  w 

„Observerze”  i  jeśli  tak,  to  co  robiła  później...  Tak,  z  Halem  Mathewsem...  Próbowałem  się 

do niego dodzwonić, i do domu, i do biura, ale niestety... JeŜeli moŜesz, to lepiej dyskretnie... 

Tak,  zaleŜy  mi  na  pośpiechu...  Nie,  juŜ  wyszedłem  ze  szpitala.  Będę  w  domu.  Znasz  mój 

numer, prawda...? W porządku, Jack... Dobra, dzięki... i dzwoń o dowolnej porze. Cześć. 

Wyszedł  do  czekającej  na  zewnątrz  taksówki,  wsiadł  i  podał  kierowcy  swój  adres, 

zanim jednak ujechali ze dwa kilometry, zastukał w szybę oddzielającą kierowcę i podał inny 

adres. Wkrótce taksówka zatrzymała się przed niskim, szarym budynkiem stojącym pośrodku 

stromo opadającego, wypielęgnowanego trawnika. 

- Proszę zaczekać. 

Wysiadł  z  wozu  i  nacisnął  dzwonek  u  drzwi.  Otworzyła  je  ruda  kobieta  w  stroju 

słuŜącej. 

- Zastałem pana Farra? 

- Sprawdzę, czy jest. Pana nazwisko? 

- Beaumont. 

Prokurator  wszedł  do  holu,  wyciągając  na  powitanie  obie  ręce.  Na  jego  róŜowej, 

zadziornej twarzy gościł serdeczny uśmiech. 

- Ned Beaumont! Co za miła niespodzianka! Daj, wezmę od ciebie płaszcz i kapelusz. 

Ned równieŜ się uśmiechnął, ale potrząsnął głową. 

- Nie, wpadłem tylko na chwilę w drodze ze szpitala do domu. 

- Widzę, Ŝe znów jesteś w formie. Doskonale! 

- Tak, czuję się całkiem nieźle. Masz jakieś nowe wieści? 

- Nic waŜnego. Te typy, które cię tak urządziły, są jeszcze na wolności. Ukrywają się, 

ale spokojna głowa, złapiemy ich. 

Beaumont skrzywił się pogardliwie. 

- Nie zabili mnie, nawet nie mieli takiego zamiaru. Co najwyŜej moŜna ich oskarŜyć o 

pobicie. - Popatrzył na Farra sennym wzrokiem. - Dostałeś jakieś kolejne anonimy? 

- A tak. - Prokurator chrząknął. - Ze dwa lub trzy. 

-  Więc  ile?  Dwa  czy  trzy?  -  spytał  lekkim  tonem  Ned.  Kąciki  ust  miał  uniesione  do 

góry w niedbałym uśmiechu, spojrzenie rozbawione. Nie spuszczał oczu z twarzy Farra. 

Prokurator znów chrząknął. 

background image

-  Trzy  -  przyznał  z  ociąganiem;  po  chwili  rozpromienił  się.  -  Słyszałeś  o  tym 

wspaniałym zebraniu, jakie... 

- Wszystkie o podobnej treści? - przerwał mu Ned. 

- Mniej więcej. - MęŜczyzna oblizał wargi i popatrzył błagalnie na swego rozmówcę. 

- Mniej czy więcej? 

Farr przeniósł wzrok z oczu Neda na jego krawat, a potem w bok, na jego lewe ramię. 

Poruszył  ustami,  ale  nie  wydobył  się  z  nich  Ŝaden  dźwięk.  Beaumont  wyszczerzył  zęby  w 

złośliwym uśmiechu. 

-  Wszystkie  sugerowały,  Ŝe  Paul  jest  mordercą,  tak?  -  spytał  ociekającym  słodyczą 

głosem. 

Prokurator  niemal  podskoczył  z  przejęcia  i  znów  utkwił  spojrzenie  w  oczach  gościa; 

jego rumiana twarz pobladła, przybierając jasno-marchewkowy kolor. 

- Chryste, Ned! - jęknął. Beaumont roześmiał się. 

- Stajesz się coraz bardziej nerwowy, Farr - powiedział z tą samą słodyczą w głosie. - 

Tracisz zimną krew. - Po chwili spowaŜniał: - Paul nic ci na ten temat nie mówił? śe nerwy ci 

puszczają? 

- Nie... 

- Hm, moŜe jeszcze nie zauwaŜył. - Podciągnął mankiet, zerknął na zegarek, potem na 

gospodarza. - Wiesz juŜ, kto pisze te anonimy? 

- spytał ostrym tonem. 

- Słuchaj... ja... - Farr zaczął się jąkać. - To znaczy... moŜe... 

- Co moŜe? 

Farr przełknął ślinę. 

-  Wpadliśmy  na  pewien  trop  -  oznajmił  szybko.  -  Ale  za  wcześnie  na  jakiekolwiek 

wnioski. MoŜe nic z tego nie wyjść. Wiesz, jak to bywa... 

Beaumont skinął głową, przybierając przyjazny wyraz twarzy. 

- Odkryliście lokal, w którym je pisano - rzekł spokojnie, bez cienia złośliwości - oraz 

maszynę, którą się posługiwano. Ale nie macie zielonego pojęcia, kto jest autorem, prawda? 

- Prawda - przyznał z wyraźną ulgą Farr. 

-  No,  muszę  juŜ  lecieć.  -  Beaumont  uścisnął  serdecznie  dłoń  prokuratora.  -  Tak 

trzymaj,  Farr.  Nie  warto  działać  pochopnie.  Trzeba  wszystko  dokładnie  przemyśleć.  Wierz 

mi, wiem co mówię. 

Twarz prokuratora rozpogodziła się. 

- Dziękuję, Ned - powiedział drŜącym ze wzruszenia głosem. 

background image

 3 

Dziesięć po dziewiątej wieczorem w mieszkaniu Neda Beaumonta zaterkotał telefon. 

Ned podniósł szybko słuchawkę. 

- Halo...? Tak, Jack... Tak... Tak... Gdzie...? Dobrze... Na dziś to juŜ wszystko. Dzięki 

ogromne. 

Kiedy skończył rozmowę, wargi miał blade, a oczy płonące dziwnym blaskiem. Ręce 

mu się lekko trzęsły. Zaledwie odszedł trzy kroki od telefonu, a znów rozległ się terkot. Ned 

zawahał się, po czym zawrócił do aparatu. 

- Halo...? Cześć, Paul... Tak, znudziło mi się szpitalne Ŝycie... Nic takiego, po prostu 

uznałem,  Ŝe  wpadnę  i  pogadamy...  Nie,  teraz  juŜ  nie.  Chyba  jednak  przeceniłem  swoje  siły; 

lepiej będzie, jak pójdę spać... Jutro? Oczywiście... Dobranoc. 

Ruszył  w  dół  po  schodach,  wkładając  w  biegu  płaszcz  i  kapelusz.  Ledwo  otworzył 

drzwi,  smagnął  go  wilgotny  podmuch  wiatru,  a  potem  przez  całą  drogę,  gdy  szedł  do 

warsztatu na rogu, deszcz zacinał mu prosto w twarz. 

Wewnątrz,  w  oszklonym  pokoiku,  chudy  ciemnowłosy  męŜczyzna  w  kombinezonie, 

który kiedyś był zapewne biały, siedział odchylony do tyłu na drewnianym krześle, z nogami 

opartymi o półkę wiszącą nad piecykiem elektrycznym. 

- Cześć, Tommy - powiedział Ned. 

Zza  gazety,  którą  czytał,  wyłoniła  się  twarz  Tommy’ego,  twarz  tak  umorusana,  Ŝe 

kiedy wyszczerzył zęby, na jej tle wydały się białe jak śnieg. 

- Paskudny wieczór...- Paskudny. Słuchaj, nie masz jakiegoś grata, którego mógłbym 

poŜyczyć? - spytał Ned. - Takiego, co się nie rozkraczy na wiejskiej drodze? 

-  Wybierasz  się  za  miasto?  Osobiście  wolę  wypady  na  wieś,  kiedy  świeci  słońce... 

Hm, mogę ci dać starego Buicka; wszystko mi jedno, co się z nim stanie. 

- A dojadę nim? 

- W taką pogodę nie ręczę za Ŝaden wóz. 

- W porządku. Napełnij bak. Jak najlepiej dotrzeć nad Lazy Creek? 

- ZaleŜy, w które miejsce. 

Beaumont popatrzył w zamyśleniu na mechanika. 

- Tam, gdzie strumień wpływa do rzeki - odparł po chwili. 

MęŜczyzna pokiwał głową. 

- Chodzi ci o posiadłość Mathewsa? - spytał. Beaumont nie odpowiedział. 

- Słuchaj, Ned, tam prowadzi wiele dróg, więc... 

- Tak. Chodzi o posiadłość Mathewsa. Tylko nikomu o tym ani słowa! 

background image

- PrzecieŜ dlatego do mnie przyszedłeś, nie? Bo umiem trzymać język za zębami. 

- Śpieszę się, Tommy. 

- W porządku. Jedź szosą nadbrzeŜną aŜ do Barton. Tam będzie bity trakt, tylko go nie 

przegap,  prowadzący  na  drugą  stronę  mostu.  Na  pierwszym  skrzyŜowaniu  za  mostem  skręć 

na  wschód.  Droga  wiedzie  szczytem  wzgórza  tuŜ  za  posiadłością  Mathewsa.  Gdybyś  w  tym 

deszczu przegapił trakt, to jedź dalej do kolejnego mostu, a potem zawróć. 

- Dzięki, Tommy. 

- W schowku na drzwiach jest zapasowa spluwa - powiedział od niechcenia mechanik, 

kiedy Ned wsiadał do wozu. 

- Zapasowa? - Beaumont podniósł pytająco brwi. 

- Miłej podróŜy. 

Ned zatrzasnął drzwiczki i odjechał. 

 4 

Zegar  na  tablicy  rozdzielczej  wskazywał  dziesiątą  trzydzieści  dwie.  Beaumont 

wyłączył reflektory i nieco zesztywniały wysiadł z samochodu.  Lało jak  z cebra, silny wiatr 

chłostał  drzewa,  krzaki,  wóz  i  ramiona  męŜczyzny.  W  oddali,  za  ścianą  deszczu  i  gałęziami 

drzew, migotały nisko na zboczu Ŝółte światła. Beaumont zadrŜał z zimna, otulił się mocniej 

płaszczem,  po  czym  zaczął  się  przedzierać  przez  mokre  zarośla  w  kierunku  migoczących 

jasnych plam. 

Podmuchy  zacinającego  deszczem  wiatru  uderzały  go  w  plecy,  popychając  w  dół 

zbocza.  Sztywność  w  kościach  ustąpiła  i  chociaŜ  szedł  chwiejnym  krokiem,  a  w  dodatku  co 

rusz się potykał o sterczące z ziemi korzenie, w miarę szybko zbliŜał się do celu. 

W  pewnym  momencie  trafił  na  ścieŜkę,  której  starał  się  trzymać.  Wprawdzie  nie 

widział  jej  w  ciemności,  ale  czuł  pod  nogami  rozmiękłą  nawierzchnię,  a  ilekroć  zbaczał, 

gałęzie krzaków siekły go po twarzy, to z jednej, to z drugiej strony. ŚcieŜka skręcała nieco w 

lewo,  potem  wiodła  szerokim  łukiem  nad  skrajem  niewielkiego  wąwozu,  którym  płynął 

szemrzący strumyk, i wreszcie kolejnym łukiem prowadziła do oświetlonego budynku. 

Ned Beaumont doszedł do drzwi i zastukał. 

Otworzył je siwy męŜczyzna o łagodnej, szarawej twarzy i szarych oczach patrzących 

nieufnie  przez  okulary  w  jasnej,  rogowej  oprawie.  Ubrany  był  w  porządny,  choć  niezbyt 

modnie  skrojony  brązowy  garnitur  oraz  białą  koszulę,  której  wysoki,  sztywny  kołnierzyk 

zdąŜyło juŜ zmoczyć kilka kropli deszczu. MęŜczyzna odsunął się na bok i otworzył szerzej 

drzwi. 

background image

- Proszę wejść! Niech pan nie stoi w tej ulewie! - powiedział uprzejmym, choć moŜe 

niezbyt entuzjastycznym tonem. - Co za parszywa pogoda. 

Beaumont opuścił nieco  głowę, jakby skinieniem dziękował za zaproszenie, i wszedł 

do  środka.  Znalazł  się  w  duŜym  pokoju  zajmującym  całą  powierzchnię  parteru.  Niewielka 

liczba  prostych,  niewyszukanych  mebli  nadawała  pomieszczeniu  miły,  bezpretensjonalny 

charakter. Pokój spełniał funkcję kuchni, jadalni, a zarazem salonu. 

Opal Madvig siedziała na podnóŜku przy kominku. Na widok gościa poderwała się na 

nogi i popatrzyła na niego z nie skrywaną wrogością. 

Inni rozpoznali go dopiero wtedy, gdy zdjął kapelusz i zaczął rozpinać płaszcz. 

-  Pan  Beaumont!  -  zawołał  z  niedowierzaniem  męŜczyzna,  który  otworzył  Nedowi 

drzwi, i zerknął przeraŜony na Shada 0’Rory. 

0’Rory  siedział  w  fotelu  z  drewnianymi  poręczami  ustawionym  na  środku  pokoju, 

przodem do kominka. 

-  Istotnie  -  przyznał  swoim  charakterystycznym,  melodyjnym  barytonem  z  lekkim 

irlandzkim akcentem i uśmiechnął się marzycielsko. - Jak się masz, Ned? 

Gorylowaty  Jeff  Gardner  zmruŜył  małe,  czerwone  oczka  i  rozchylił  usta  w  szerokim 

uśmiechu, obnaŜając dwa rzędy pięknych, sztucznych zębów. 

-  Patrz,  Rusty!  -  Trącił  łokciem  siedzącego  obok  na  ławie  rudego  młokosa.  -  Wrócił 

nasz worek treningowy. A nie mówiłem, Ŝe lubi, jak się go wali? 

Rusty łypnął okiem na Neda i burknął coś pod nosem. 

Szczupła  dziewczyna  w  czerwieni,  siedząca  nie  opodal  podnóŜka,  z  którego  zerwała 

się Opal, odwróciła się zaintrygowana i podniosła na przybysza piwne oczy. 

Jego  pociągła  twarz,  wciąŜ  nosząca  ślady  pięści  Jeffa  i  Rusty’ego,  promieniała 

spokojem,  ale  spojrzenie  miał  drapieŜne.  Zdjął  płaszcz,  połoŜył  go  wraz  z  kapeluszem  na 

długiej  drewnianej  skrzyni  stojącej  przy  ścianie  koło  wejścia,  po  czym  uśmiechnął  się 

uprzejmie do męŜczyzny, który otworzył mu drzwi. 

-  Zepsuł  mi  się  w  pobliŜu  samochód.  To  miło  z  pana  strony,  panie  Mathews,  Ŝe 

pozwolił mi pan schronić się przed deszczem. Dziękuję. 

- Nie ma... nie ma za co - wydukał Mathews i wystraszony znów zerknął błagalnie na 

Shada 0’Rory. 

0’Rory  uniósł  chudą,  bladą  dłoń  i  przygładził  swoje  białe  jak  śnieg  włosy.  Nic  nie 

mówił, ale przyjazny uśmiech nie schodził mu z twarzy. 

Ned  podszedł  do  kominka.-  Cześć,  kwiatuszku  -  powiedział  do  Opal.  Nie 

zareagowała. Stała bez słowa, mierząc go gniewnym wzrokiem. 

background image

- A pani jest zapewne Ŝoną pana Mathewsa? - zwrócił się do szczupłej dziewczyny w 

czerwieni. 

-  Tak,  zgadza  się  -  odparła  miękkim,  niemal  pieszczotliwym  tonem  i  wyciągnęła  na 

powitanie rękę. 

- Opal mówiła mi, Ŝe chodziły panie do tej samej szkoły. - Uścisnął jej dłoń, po czym 

spojrzał na swoich dwóch prześladowców. - Cześć, chłopaki. Miałem nadzieję, Ŝe się wkrótce 

znów spotkamy. 

Rusty nie odpowiedział, za to Jeff wykrzywił swoją tępą twarz w radosnym uśmiechu. 

-  Ja  teŜ!  -  zawołał.  -  Łapy  juŜ  mi  się  zagoiły.  Jak  myślisz,  dlaczego  pranie  cię  po 

mordzie sprawia mi taką frajdę, co? 

- Za duŜo mielesz jęzorem, Jeff - powiedział łagodnie 0’Rory, nie patrząc na goryla. - 

MoŜe, gdybyś tyle nie gadał, wciąŜ miałbyś własne zęby. 

Dziewczyna  w  czerwieni  szepnęła  coś  do  Opal.  Ta  potrząsnęła  głową  i  po  chwili 

usiadła z powrotem na podnóŜku. 

-  MoŜe  pan  usiądzie?  -  zaproponował  nerwowo  gospodarz,  wskazując  krzesło  nie 

opodal kominka. - Wysuszy się, ogrzeje... 

- Dziękuję. - Beaumont przysunął krzesło bliŜej ognia. 

Shad 0’Rory zapalił papierosa, zaciągnął się, po czym wyjął go z ust i spytał: 

- Jak się czujesz, Ned? 

- Całkiem nieźle, Shad. 

-  To  dobrze.  -  0’Rory  obrócił  się  w  stronę  Jeffa  i  Rusty’ego.  -  MoŜecie,  chłopcy, 

wracać  jutro  do  domu.  -  Znów  popatrzył  na  Neda.  -  Woleliśmy  być  ostroŜni,  bo  mogłeś 

przecieŜ wykorkować. Ale za pobicie gotowi jesteśmy odpowiadać. 

-  Nie  będzie  mi  się  chciało  chodzić  do  sądu,  Ŝeby  przeciwko  wam  zeznawać  -  rzekł 

Ned.  -  Szkoda  fatygi.  Ale  nie  zaponiinaj,  Ŝe  twój  przyjaciel  Jeff  jest  poszukiwany  za 

zabójstwo  Westa.  -  Powiedział  to  niefrasobliwym  tonem,  lecz  wpatrzone  w  ogień  oczy 

zaiskrzyły  się  gniewnie.  Opanował  się  i  kiedy  po  chwili  przeniósł  wzrok  z  kominka  na 

gospodarza, w jego oczach była juŜ tylko drwina. - Zresztą kto wie, moŜe jednak wystąpię w 

roli  poszkodowanego.  Choćby  po  to,  Ŝeby  narobić  Mathewsowi  kłopotów.  Bądź  co  bądź 

ukrywa zbirów poszukiwanych przez policję. 

-  To  nieprawda,  panie  Beaumont  -  zaoponował  gospodarz.  -  Ja  o  niczym  nie 

wiedziałem.  Przyjechałem  tu  dziś  z  Ŝoną  i  byłem  równie  zaskoczony...  -  Wtem  urwał  i, 

przeraŜony,  zwrócił  się  płaczliwym  głosem  do  Shada:  -  Oczywiście,  jest  pan  tu  mile 

widziany,  panie  0’Rory.  Chodzi  mi  jedynie  o  to,  Ŝe...  -  nagle  radosny  uśmiech  rozpromienił 

background image

jego  twarz  -  ...Ŝe  nie  mogę  być  pociągnięty  do  odpowiedzialności  karnej  za  nieświadome 

udzielanie pomocy... 

-  Tak,  pan  Mathews  nieświadomie  udzielił  nam  pomocy  -  potwierdził  0’Rory, 

spoglądając obojętnie na wydawcę „Observera”. 

Najpierw radość znikła z uśmiechu Mathewsa, potem zgasł sam uśmiech. MęŜczyzna 

zaczął nerwowo miętosić krawat, unikając spojrzenia Shada.- Strasznie tu było nudno, dopóki 

pan się nie zjawił - powiedziała przymilnie do Neda dziewczyna w czerwieni. 

Popatrzył  na  nią  zaciekawiony.  Jej  ciemne  oczy  lśniły  miękko,  uwodzicielsko.  Po 

chwili  dziewczyna  spuściła  głowę  i  wydęła  kokieteryjnie  wargi.  Usta  miała  wąskie,  zbyt 

mocno  pociągnięte  szminką,  lecz  pięknie  wykrojone.  Ned  uśmiechnął  się,  po  czym  wstał  i 

ruszył w jej stronę. 

Opal Madvig wpatrywała się w podłogę. Mathews, 0’Rory i dwóch rzezimieszków na 

ławie obserwowali Neda Beaumonta i dziewczynę w czerwieni. 

-  Dlaczego  było  nudno?  -  Ned  usiadł  po  turecku  na  podłodze,  plecami  do  kominka, 

bokiem do dziewczyny, i odchyliwszy się nieco do tyłu, oparł się na wyprostowanych rękach. 

-  Nie  wiem,  naprawdę  nie  wiem  -  odparła  nadąsana.  -  Ucieszyłam  się,  kiedy  Hal 

zaproponował,  Ŝebyśmy  się  tu  wybrali  razem  z  Opal.  Ale  kiedy  przyjechaliśmy  na  miejsce, 

zastaliśmy  w  domu  tych...  -  zawahała  się,  niepewna,  jak  ich  określić  -  ...przyjaciół  Hala.  - 

Wszyscy zachowywali się okropnie, ciągle mówili o jakiejś tajemniczej sprawie, o której nie 

mam zielonego pojęcia. JuŜ mnie to zaczęło denerwować. Opal zachowywała się tak samo jak 

oni... 

-  Przestań,  Eloise  -  przerwał  Ŝonie  Mathews,  siląc  się  na  władczy  ton,  ale  kiedy 

dziewczyna podniosła na niego oczy, speszył się i spuścił wzrok. 

- Nie mam zamiaru - odparła rozdraŜniona. - Mówię jak było. Opal zachowywała się 

równie okropnie jak wy wszyscy. Po co tu przyjechaliśmy, skoro nawet nie porozmawiałeś z 

nią o tym, o czym chciałeś porozmawiać? Gdyby nie burza, juŜ dawno bym się stąd wyniosła. 

Opal  Madvig  oblała  się  rumieńcem;  wciąŜ  siedziała  z  wzrokiem  wbitym  w  podłogę. 

Eloise Mathews pochyliła się do Neda i zapominając o złości, uśmiechnęła się zalotnie. 

-  Kiedy  pojawił  się  pan  w  drzwiach,  ucieszyłam  się  nie  dlatego,  Ŝe  jest  pan  taki 

przystojny, ale dlatego, Ŝe nareszcie przyszedł ktoś, kto moŜe rozrusza towarzystwo. 

Ned, rozbawiony, zmarszczył brwi. Dziewczyna natychmiast spochmurniała. 

- Czy pana samochód naprawdę się zepsuł? 

background image

- spytała nagle. - Czy moŜe przyjechał pan, Ŝeby omawiać z tymi nudziarzami te ich 

potwornie  nudne,  tajemnicze  sprawy,  co?  BoŜe,  na  pewno  po  to  pan  przyjechał!  Kolejny 

nudziarz! Ja chyba zwariuję! 

Ned roześmiał się. 

-  A  jeśli  na  pani  widok  odeszła  mi  ochota  na  rozmowę  z  nudziarzami,  to  chyba 

zmienia sytuację? 

- MoŜe. - WciąŜ była nieufna. - A odeszła panu? 

-  Obiecuję,  Ŝe  nie  będę  z  nimi  mówił  o  Ŝadnych  tajemniczych  sprawach  -  oznajmił 

lekko. 

- Pani naprawdę nie wie, czym się dręczą? 

-  Nie,  ale  podejrzewam,  Ŝe  czymś  bardzo  głupim  i  pewnie  związanym  z  polityką  - 

powiedziała złośliwie. 

Poklepał ją po ręce. 

-  Bystra  dziewczyna.  Trafiła  pani  w  dziesiątkę.  -  Odwrócił  się  do  Shada  0’Rory  i 

Mathewsa.  Kiedy  po  chwili  znów  popatrzył  na  Eloise,  w  jego  oczach  migotały  wesołe 

iskierki. - Zdradzić pani, o co chodzi? 

- Nie. 

- Po pierwsze, Opal sądzi, Ŝe jej ojciec zamordował Taylora Henry’ego. 

Opal Madvig skoczyła na równe nogi, zasłoniła ręką usta. Z jej gardła wydobywał się 

przeraźliwy  charkot.  Oczy  miała  tak  wytrzeszczone,  Ŝe  dokoła  źrenic  widać  było  białka. 

Patrzyła na Neda wpółprzytomnym wzrokiem. 

Rusty poderwał się z miejsca, czerwony z wściekłości, ale Jeff chwycił go za ramię. 

- Spokojnie, mały - mruknął. - Nie warto. Młokos stał wypręŜony, gotów do ataku, nie 

próbował jednak się oswobodzić. 

Eloise  siedziała  bez  ruchu,  spoglądając  na  przyjaciółkę  nic  nie  rozumiejącym 

wzrokiem. 

Mathews skurczył się w sobie, wargi i powieki mu drŜały jak u schorowanego starca. 

Shad 0’Rory pochylił się do przodu i zacisnął ręce na poręczach fotela. Jego podłuŜna, 

foremna twarz powlekła się bladością, niebieskoszare oczy stały się lodowate. 

Ale oznaki zdenerwowania u innych w najmniejszym stopniu nie zachwiały pewności 

siebie Neda. 

- Po drugie, Opal chce... - zaczął. 

- Ned, przestań! - krzyknęła córka Madviga. Obrócił się i spojrzał na nią. 

background image

Odjęła  dłoń  od  ust.  Stała  teraz  z  rękami  przyciśniętymi  do  piersi.  Twarz  miała 

rozpaloną, jej przeraŜone oczy błagały go o zmiłowanie. 

Przez  chwilę  przyglądał  się  jej  chłodno,  z  powagą.  Na  zewnątrz  słychać  było,  jak 

deszcz  wali  w  okna  i  ściany  domu,  a  gdy  wiatr  na  moment  cichł,  natychmiast  wzmagał  się 

szum wzburzonej rzeki. 

- A nie po to tu przyjechałaś, Opal? - spytał uprzejmie, choć z rezerwą. 

- Ned, proszę cię! - zawołała ochrypłym głosem. 

Uśmiechnął się blado, jego spojrzenie jednak pozostało chłodne, powaŜne. 

- Co, tylko tobie i wrogom twojego ojca wolno o tym mówić? 

Dziewczyna  opuściła  ręce  wzdłuŜ  ciała,  zacisnęła  je  w  pięści  i  uniosła  gniewnie 

głowę. 

- Ojciec naprawdę zabił Taylora - powiedziała twardo. 

Beaumont odchylił się znów do tyłu i popatrzył na Eloise Mathews. 

-  No  widzi  pani?  -  kontynuował  jak  gdyby  nigdy  nic.  -  Opal  przeczytała  rano  te 

bzdury w „Observerze” i poniewaŜ sama teŜ podejrzewa ojca o zabicie jej ukochanego, udała 

się do pani męŜa. Naturalnie pani mąŜ wcale nie wierzy, Ŝe Paul mógł mieć coś wspólnego z 

tym  morderstwem.  Napisał  artykuł,  bo  znalazł  się  w  sytuacji  bez  wyjścia;  musi  robić  to,  co 

mu  Shad  kaŜe,  gdyŜ  jest  zadłuŜony  po  uszy  w  spółce  State  Central,  której  właścicielem  jest 

popierany przez Shada kandydat na senatora. A Opal... 

-  Wypraszam  sobie,  panie  Beaumont!  -  zapiszczał  wystraszony  Mathews.  -  Nie 

pozwolę... 

Jemu z kolei przerwał 0’Rory. 

-  Niech  mówi  -  rzekł  spokojnym,  melodyjnym  barytonem.  -  Zobaczymy,  co  ma  do 

powiedzenia. 

- Dzięki, Shad - rzucił przez ramię Ned. - No więc Opal udała się do pani męŜa, Ŝeby 

potwierdził  jej  podejrzenia.  Nie  mógł  jednak  tego  zrobić,  bo  nic  nie  wie.  Po  prostu  jest 

posłusznym  wykonawcą  cudzych  poleceń  i  obrzuca  błotem  tego,  kogo  Shad  mu  wskaŜe. 

Wpadł  jednak  na  genialny  pomysł:  postanowił  opisać  w  jutrzejszym  wydaniu  gazety,  jak 

córka  Madviga  przyszła  do  redakcji  i  zdradziła  mu,  Ŝe  podejrzewa  własnego  ojca  o 

zamordowanie jej kochanka. Ale byłaby sensacja! WyobraŜa sobie pani te wielkie nagłówki? 

„Opal Madvig oskarŜa ojca o morderstwo! Twierdzi, Ŝe to on zabił syna senatora!” 

Przez  cały  czas  Eloise  Mathews  siedziała  blada,  z  wytrzeszczonymi  oczami,  lekko 

pochylona do przodu, i słuchała z zapartym tchem. Deszcz wciąŜ tłukł o okna i ściany domu. 

Rusty wciągnął głęboko powietrze i wypuścił je z głośnym sykiem. 

background image

Po  chwili  Ned  wysunął  czubek  języka,  oblizał  usta  i  z  uśmiechem  na  twarzy  mówił 

dalej: 

-  Dlatego  pani  mąŜ  wywiózł  Opal  z  miasta.  Chciał  ją  trzymać  z  dala  od  wszystkich, 

dopóki  się  nie  ukaŜe  jutrzejsza  gazeta.  MoŜe  się  orientował,  Ŝe  Shad  z  chłopakami  się  tu 

ukrywa,  moŜe  nie.  To  nie  ma  znaczenia.  ZaleŜało  mu  tylko  na  tym,  Ŝeby  nikt  się  nie 

dowiedział o wizycie Opal w redakcji. Nie twierdzę, oczywiście, Ŝe zmusił Opal do wyjazdu z 

miasta, ani Ŝe trzyma ją  tu siłą. Porwanie nie byłoby zbyt mądrym posunięciem. W kaŜdym 

razie nie potrzebował jej porywać: Opal gotowa jest uczynić wszystko, Ŝeby pogrąŜyć ojca. 

- Bo zabił Taylora - powiedziała cicho, lecz dobitnie córka Madviga. 

Ned zerknął na nią smętnym wzrokiem, uśmiechnął się i pokręcił z rezygnacją głową. 

Eloise  Mathews  wpatrywała  się  w  męŜa.  W  jej  spojrzeniu  malowało  się  bezkresne 

zdumienie. Mathews usiadł, zwiesił głowę, po czym ukrył ją w dłoniach. 

Shad 0’Rory rozprostował nogi i na powrót je skrzyŜował. 

- Skończyłeś? - spytał wyjmując papierosa. 

-  Jeszcze  ci  mało?  -  odparł  Ned.  Siedział  tyłem  do  Shada  i  nawet  się  nie  odwrócił. 

Głos miał spokojny, ale na jego twarz wypełzło zmęczenie. 

0’Rory zapalił papierosa. 

-  No  i  po  kiego  licha  to  całe  przedstawienie?  Gazeta  juŜ  się  drukuje.  Dziewczyna 

przyszła  do  redakcji  z  własnej  woli,  tu  teŜ  nikt  jej  nie  ciągnął  na  siłę.  Podobnie  jak  ciebie. 

Jesteście wolni, moŜecie w kaŜdej chwili stąd wyjechać. Róbcie, co chcecie. - Wstał. - Ja idę 

spać. Panie Mathews, gdzie jest pokój gościnny? 

- Powiedz, Hal, Ŝe to nieprawda - rzekła Eloise do męŜa. 

Mathews odsłonił wolno twarz. 

-  Kochanie,  istnieje  tyle  poszlak  wskazujących  na  winę  Madviga,  Ŝe  mamy  prawo 

nalegać,  aby  policja  przynajmniej  go  przesłuchała  -  oznajmił  z  godnością.  -  Niczego  więcej 

nie Ŝądamy. 

- Nie to miałam na myśli. 

-  Kochanie...  -  głos  mu  drŜał  -  kiedy  Opal  Madvig  przyszła...  -  Nagle  urwał  i  jakby 

kuląc się pod spojrzeniem Ŝony, znów zakrył rękami twarz. 

 5 

Eloise  Mathews  i  Ned  Beaumont  zostali  sami  w  pokoju  na  parterze.  Siedzieli 

naprzeciw  siebie  przed  korninkiem.  Ona,  lekko  pochylona  do  przodu,  obolałym  wzrokiem 

wpatrywała  się  w  ostatnią  płonącą  szczapę;  on,  z  nogą  załoŜoną  na  nogę,  z  ręką  wspartą 

niedbale o oparcie krzesła, palił cygaro i ukradkiem obserwował dziewczynę. 

background image

Nagle zaskrzypiały schody i na podeście stanął jej mąŜ. Miał na sobie ten sam garnitur 

co  wcześniej,  zdjął  jedynie  sztywny  kołnierzyk,  poluzował  pod  szyją  krawat  i  wyciągnął  go 

spod kamizelki. 

- Kochanie, chodź do łóŜka. JuŜ północ. Dziewczyna nawet nie drgnęła. 

- Panie Beaumont, nie mógłby pan... 

Na dźwięk swojego nazwiska Ned odwrócił się do męŜczyzny na schodach i popatrzył 

na  niego  z  okrutną  obojętnością,  a  kiedy  temu  głos  się  załamał,  skupił  się  ponownie  na 

paleniu cygara i obserwacji dziewczyny. 

Po chwili Mathews poczłapał z powrotem na górę. 

-  W  kredensie  stoi  butelka  whisky.  Mógłbyś  ją  przynieść?  -  poprosiła  Eloise,  nie 

odrywając oczu od ognia. 

- Jasne. - Podał jej butelkę, po czym rozejrzał się za szklankami. - Z wodą? 

Potrząsnęła  głową,  Ŝe  nie.  Oddech  miała  przyśpieszony,  piersi  falowały  jej  pod 

czerwoną, jedwabną suknią. 

Nalał dwie duŜe porcje. 

Dopiero kiedy poczuła, jak wtyka jej szklankę do ręki, Eloise przeniosła spojrzenie z 

kominka  na  twarz  męŜczyzny  i  wykrzywiła  wąskie,  zbyt  mocno  pomalowane  wargi  w 

cierpkim uśmiechu. Pomarańczowy płomień odbijał się w jej oczach, które lśniły niezdrowym 

blaskiem. 

Ned odwzajemnił uśmiech. 

Podniosła szklankę. 

- Zdrowie mojego męŜa! - zawołała. 

-  O  nie  -  powiedział  lekko  Ned  i  wylał  zawartość  szklanki  do  kominka;  ogień 

zabuzował. 

Eloise roześmiała się zachwycona i poderwała na nogi. 

- Nalej sobie znów! 

Ned podniósł z podłogi butelkę i napełnił szklankę. 

Eloise uniosła swoją wysoko nad głowę. 

- Twoje zdrowie! 

Wypili do dna. Dziewczyna wzdrygnęła się. 

- Lepiej coś zjedz - poradził jej Ned. 

- Nie, nie chcę. - PołoŜyła rękę na jego  ramieniu i odwróciła się plecami  do ognia. - 

Przyciągnijmy tu ławę. 

- Dobry pomysł. 

background image

Odsunęli na bok krzesła, po czym wzięli za oba końce niską, szeroką ławę bez oparcia 

i ustawili ją przed kominkiem. 

- Zgaś światło - poprosiła Eloise. 

Kiedy  to  uczynił  i  wrócił  na  miejsce,  siedziała  juŜ  na  ławie  nalewając  whisky  do 

szklanek. 

-  Tym  razem  pijemy  za  ciebie  -  powiedział.  Wypili  i  dziewczyna  znów  się 

wzdrygnęła. Usiadł koło niej. Ogień w kominku rzucał na ich twarze ciepły róŜowy blask. 

Schody ponownie zaskrzypiały i po chwili ukazał się na nich Mathews. Zatrzymał się 

na ostatnim stopniu.- Kochanie, proszę cię... 

- Rzuć czymś w niego - szepnęła dziewczyna do Neda. 

Roześmiał się. 

- Gdzie masz szklankę? - spytała, podnosząc z podłogi butelkę. 

Kiedy nalewała trunek, Mathews wrócił na górę. 

Eloise  i  Ned  stuknęli  się  szklankami.  Oczy  dziewczyny  lśniły  w  pomarańczowym 

blasku płomieni. Kosmyk ciemnych włosów zwisał jej zadziornie na czoło. Oddychała przez 

usta, lekko posapując. 

- Nasze zdrowie - szepnęła. 

Ponownie wypili do dna. Dziewczyna wypuściła z ręki pustą szklankę i rzuciła się w 

ramiona  Neda.  Tym  razem,  kiedy  się  wzdrygnęła,  ich  wargi  były  zwarte  w  pocałunku. 

Szklanka  rozbiła  się  z  hukiem  na  drewnianej  podłodze.  Ned  patrzył  na  dziewczynę  przez 

zmruŜone powieki. Ona oczy miała zamknięte. 

Nie  zareagowali  na  odgłos  skrzypienia.  To  znaczy  Ned  nie  zareagował,  Eloise  zaś 

przytuliła  się  do  niego  jeszcze  mocniej.  Nie  widział  schodów,  był  zwrócony  do  nich  tyłem. 

Oboje mieli przyśpieszone oddechy. 

Kiedy  po  chwili  schody  znów  zaskrzypiały,  przerwali  pocałunek,  ale  wciąŜ  siedzieli 

objęci. Ned obejrzał się. Na schodach nie było nikogo. 

Dziewczyna  połoŜyła  rękę  na  karku  męŜczyzny,  zaczęła  targać  go  za  włosy,  wbijać 

mu paznokcie w skórę. Oczy miała wpółprzymknięte, ale roześmiane. 

- Takie jest Ŝycie - powiedziała cicho, z lekką drwiną w głosie. Odchyliła się na ławie, 

ciągnąc za sobą Neda i ponownie przylgnęła wargami do jego ust. 

Znajdowali się w półleŜącej pozycji, kiedy usłyszeli strzał. 

Ned Beaumont błyskawicznie wyrwał się z objęć dziewczyny. 

-  Gdzie  jest  sypialnia?  -  spytał  ostro.  Eloise,  sparaliŜowana  strachem,  nie  odezwała 

się. 

background image

- Gdzie jest sypialnia? - powtórzył. 

- Na piętrze, w przedniej części domu - rzekła ochryple, unosząc bezradnie rękę. 

Popędził ile sił na górę, pokonując po kilka stopni na raz. U szczytu schodów natknął 

się na Jeffa, który stał w ubraniu, ale boso. Mrugając spuchniętymi od snu oczami, goryl oparł 

jedną rękę na biodrze, a drugą wysunął przed siebie, Ŝeby zagrodzić Nedowi drogę. 

- Co się dzieje, do cholery? - warknął. 

Niewiele się zastanawiając, Ned przyłoŜył gorylowi w szczękę. Kiedy ten zatoczył się 

od  siły  ciosu,  Ned  wyminął  go  i  pognał  w  stronę  sypialni  Mathewsów.  Z  innego  pokoju 

wybiegł 0’Rory i ruszył za nim. 

Z dołu doleciał ich krzyk Eloise. 

Ned  Beaumont pchnięciem otworzył na ościeŜ drzwi i znieruchomiał. Mathews leŜał 

wyciągnięty na wznak na podłodze pod lampą. Usta miał otwarte, z kącika sączyła się struŜka 

krwi.  Jedna  ręka  spoczywała  na  klatce  piersiowej,  a  druga,  wyrzucona  w  bok,  zdawała  się 

wskazywać  czarny  rewolwer  pod  ścianą.  Na  stoliku  przy  oknie  Ned  spostrzegł  otwarty 

kałamarz, pióro i kartkę papieru. Obok stolika stało krzesło. 

Shad 0’Rory przecisnął się koło Beaumonta i kucnął przy Mathewsie. Kiedy pochylił 

się nad nim, Ned podszedł do stolika, zerknął pośpiesznie na kartkę, po czym schował ją do 

kieszeni. 

Po chwili zjawił się Jeff, a za nim nagi Rusty. 0’Rory wstał i rozłoŜył ręce. 

- Strzelił sobie w podniebienie - rzekł. - Nie Ŝyje. 

Beaumont opuścił sypialnię. W holu spotkał Opal Madvig. 

- Co się stało, Ned? - spytała wystraszona. 

-  Mathews  się  zastrzelił.  Nie  zaglądaj  tam.  Ubierz  się  i  zejdź  na  dół  do  Eloise. 

Postaram się ją uspokoić. 

Kiedy zbiegł na dół po schodach, ujrzał ciemny kształt leŜący na podłodze przy ławie. 

Ruszył w jego stronę, ale po dwóch krokach zatrzymał się i chłodnym, badawczym wzrokiem 

rozejrzał  się  wokoło.  Dopiero  wtedy  podszedł  do  dziewczyny,  ukląkł  na  jedno  kolano  i 

sprawdził jej puls. Przez chwilę wpatrywał się w nią uwaŜnie w słabym blasku dogasającego 

ognia. Sprawiała wraŜenie nieprzytomnej. Wyjął z kieszeni kartkę, którą zabrał ze stolika na 

górze, i przysunął się na kolanach bliŜej kominka, Ŝeby przeczytać, co Mathews napisał przed 

ś

miercią. 

Ja, Howard Keith Mathews, będąc zdrowy na ciele i umyśle, postanawiam niniejszym 

co następuje: 

background image

Cały swój majątek oraz wszystkie rzeczy osobiste pozostawiam mojej ukochanej Ŝonie, 

Eloise Braden Mathews. 

Ustanawiam spółkę State Central jedynym wykonawcą mojego testamentu. 

PowyŜsze poświadczam własnoręcznym podpisem.. 

Ned  przerwał  lekturę  i  uśmiechając  się  ponuro  pod  nosem,  podarł  kartkę  na  trzy 

części; następnie wstał, wsunął rękę w szparę nad Ŝelazną kratą i rzucił podarty testament na 

Ŝ

arzące  się  kawałki  drewna.  Kartki  zajęły  się  ogniem  i  po  chwili  nie  było  po  nich  śladu. 

MęŜczyzna wziął stojącą obok szufelkę i na wszelki wypadek rozgarnął Ŝar, po czym wrócił 

do  leŜącej  na  podłodze  postaci,  nalał  do  szklanki  odrobinę  whisky,  podniósł  głowę 

dziewczyny i wlał jej do ust alkohol. Kiedy Opal Madvig zeszła na dół, Eloise odzyskała juŜ 

przytomność i siedziała na ławie pokasłując. 

 6 

Na schodach ukazał się Shad 0’Rory, za nim Jeff i Rusty. Wszyscy trzej byli ubrani. 

Beaumont stał przy drzwiach, w płaszczu i kapeluszu. 

- Dokąd się wybierasz, Ned? 

- Zadzwonić na policję. 

-  Słusznie.  -  0’Rory  skinął  głową.  -  Ale  zanim  wyjdziesz,  chcę  cię  o  coś  zapytać.  - 

Zszedł na dół. Rusty i Jeff niemal deptali mu po piętach. 

- No? - Beaumont wyjął rękę z kieszeni i przekręcił się nieco w bok, tak Ŝeby pistolet, 

który trzymał w dłoni, był widoczny dla trzech męŜczyzn, lecz niewidoczny dla Eloise i Opal, 

która siedziała obok przyjaciółki, obejmując ją ramieniem. - Tylko bez głupich kawałów, bo 

się śpieszę. 

0’Rory zatrzymał się, sprawiał jednak wraŜenie, jakby nie zauwaŜył broni. 

- Nie wydaje ci się to dziwne - zaczai - Ŝe na stoliku w sypialni stoi otwarty kałamarz, 

obok leŜy pióro, a nie znaleźliśmy Ŝadnego listu... 

-  Nie  było  listu?  -  Ned  uśmiechnął  się  robiąc  zdumioną  minę,  po  czym  cofnął  się  o 

krok. - To rzeczywiście dziwne. Jak wrócę, moŜemy się wspólnie podziwie. 

- Wolałbym teraz... 

-  Przykro  mi...  -  Wymacał  ręką  klamkę.  -  Za  kilka  minut  będę  z  powrotem.  - 

Wyskoczył na zewnątrz, zatrzaskując za sobą drzwi. 

JuŜ  nie  padało.  Ruszył  pędem  przez  wysoką  trawę  i  skręcił  za  budynek.  Słyszał,  jak 

ktoś zatrzaskuje jakieś inne drzwi. Gdzieś nie opodal szumiała rzeka. Zaczął przedzierać się w 

jej stronę przez zarośla. 

background image

Na  lewo,  za  jego  plecami,  rozległ  się  ostry,  lecz  niezbyt  głośny  gwizd.  Brnąc  przez 

grząskie błoto, Ned dotarł do kępy drzew i odbił w bok od rzeki. Znów rozległ się gwizd, tym 

razem na prawo. Za kępą drzew Ned zagłębił się w krzaki sięgające mu do ramion. ChociaŜ 

była ciemna noc, na wszelki wypadek szedł lekko pochylony, Ŝeby go nikt nie dojrzał. 

Wspinał  się  pod  górę  po  śliskim,  nierównym  gruncie,  walcząc  z  gęstwiną  cienkich 

gałęzi,  które  smagały  go  po  twarzy,  po  rękach,  czepiały  się  jego  ubrania.  Trzy  razy  upadł. 

Potykał się bez przerwy. Gwizd się nie powtórzył. 

Nie znalazł Buicka. Nie znalazł nawet drogi, którą przyjechał. Wspinał się mozolnie, 

powłócząc nogami i potykając się nawet wtedy, kiedy nie było juŜ o co się potykać. Wreszcie 

dotarł na szczyt wzniesienia i po chwili zaczął schodzić z jego drugiej strony, ślizgając się i 

przewracając jeszcze częściej. Dołem biegła ścieŜka. Skręcił w prawo i brnął przed siebie, co 

rusz  przystając,  Ŝeby  zdrapać  z  butów  ogromne  grudy  lepkiego  błota.  Zdrapywał  je 

pistoletem. 

Wtem usłyszał za plecami szczekanie; zatrzymał się i zataczając jak pijak obejrzał za 

siebie.  W  odległości  mniej  więcej  dwudziestu  metrów  zobaczył  niewyraźny  zarys  domu, 

którego wcześniej nie zauwaŜył. Zawrócił. Po chwili stał przed wysoką bramą, na którą rzucał 

się, wściekle ujadając, pies - niewidoczny w ciemności potwór. 

Beaumont  wyciągnął  rękę,  znalazł  po  omacku  klamkę  i  odczepiwszy  haczyk,  wszedł 

na  teren  posesji.  Pies  odsunął  się;  krąŜąc  wokół  intruza  i  ujadając  hałaśliwie,  raz  po  raz 

przyskakiwał bliŜej, jakby miał zamiar go zaatakować. 

Ktoś otworzył okno i krzyknął grubym głosem: 

- Co pan, do cholery, wyprawia z psem? Ned roześmiał się w duszy, po czym wziął się 

w garść i odparł głosem niewiele cieńszym: 

- Jestem Beaumont z prokuratury okręgowej. Muszę skorzystać z pańskiego telefonu. 

Niedaleko stąd zginął człowiek! 

- Nic nie słyszę! - ryknął basem męŜczyzna w oknie. - Cicho, Jeannie! 

Jeannie zaszczekała jeszcze kilka razy ze zdwojoną energią i wreszcie się uspokoiła. 

- To co pan mówił? 

- Jestem z prokuratury. Chcę skorzystać z telefonu. Zginął człowiek.- O cholera! 

Kiedy  męŜczyzna  zamknął  z  trzaskiem  okno,  pies  znów  zaczął  szczekać  i  krąŜyć 

wkoło,  udając,  Ŝe  lada  moment  rzuci  się  do  ataku.  Ned  cisnął  w  zwierzę  swój  zabłocony 

pistolet. Psisko czym prędzej czmychnęło za dom. 

Drzwi otworzył czerwony  na twarzy, krępy męŜczyzna w długiej, niebieskiej koszuli 

nocnej. 

background image

-  Jezus  Maria!  Ale  pan  okropnie  wygląda!  -  wyrwało  mu  się,  gdy  Ned  podszedł  do 

ś

wiatła. 

- Gdzie jest telefon? 

MęŜczyzna złapał Neda, zanim ten się przewrócił. 

- W pokoju - mruknął. - Do kogo mam zadzwonić i co powiedzieć? Pan jest za słaby, 

Ŝ

eby... 

- Telefon! - warknął Ned. 

Podtrzymując go, Ŝeby się nie przewrócił, gospodarz wprowadził Neda do środka, po 

czym pchnął drzwi na końcu korytarza. 

- Tam - rzekł. - Ma pan szczęście, Ŝe starej nie ma w domu. Nie wpuściłaby kogoś tak 

zabłoconego. 

Ned  zwalił  się  na  krzesło,  ale  nie  sięgnął  po  telefon.  Patrząc  spod  oka  na  faceta  w 

koszuli nocnej, warknął ochryple: 

- Chciałbym zostać sam. 

MęŜczyzna cofnął się od progu i zamknął za sobą drzwi. 

Ned  podniósł  słuchawkę,  podparł  się  łokciami  na  stoliku  i  wykręcił  numer  Paula 

Madviga. Czekając na połączenie, walczył z sennością; powieki co rusz mu opadały, musiał 

na siłę otwierać oczy, ale kiedy wreszcie zaczął mówić, głos miał normalny, rześki. 

-  Cześć  Paul,  tu  Ned...  Mniejsza  z  tym...  Mathews  popełnił  samobójstwo  w  swoim 

domku  nad  rzeką  i  nie  zostawił  testamentu...  A  teraz  słuchaj,  bo  to  waŜne.  PoniewaŜ  miał 

sporo  długów,  a  nie  ustanowił  nikogo  wykonawcą  swej  woli,  sąd  będzie  musiał  wyznaczyć 

kogoś, kto by tymczasowo zarządzał majątkiem. Rozumiesz...? Tak. Przypilnuj, Ŝeby sprawa 

trafiła do właściwego sędziego, moŜe do Phelpsa; wtedy do czasu wyborów „Observer” nam 

nie podskoczy. Jasne...? W porządku, dobra, ale to nie wszystko. Jest pilna robota. Jutrzejsze 

wydanie  zawiera  sensacyjny  materiał.  Musisz  zatrzymać  cały  nakład...  Nie  wiem,  wyciągnij 

Phelpsa  z  łóŜka,  niech  wyda  sądowy  nakaz  albo  co,  w  kaŜdym  razie  gazeta  nie  moŜe  się 

ukazać! Potem juŜ się jakoś dogadamy z zespołem redakcyjnym; sami spuszczą z tonu, jak się 

dowiedzą,  Ŝe  przez  najbliŜszy  miesiąc  gazetą  będzie  zarządzał  ktoś  z  naszych...  Nie  mam 

czasu,  Paul,  ale  mówię  ci,  to  prawdziwa  bomba!  Musisz  zrobić  wszystko,  Ŝeby  gazeta  nie 

trafiła jutro do kiosków. Obudź Phelpsa, jedźcie do redakcji i sami się przekonajcie. Masz ze 

trzy godziny czasu... Tak... Co? Opal? Nie martw się. Jest tu ze mną... Tak, przywiozę ją do 

domu...  Aha,  zawiadom  policję  czy  prokuraturę  o  Mathewsie,  dobrze...?  Tak,  zaraz  tam 

wracam. W porządku. 

background image

Rzucił słuchawkę na widełki, wstał i chwiejnym krokiem doczłapał do drzwi. Szarpnął 

je  raz,  ale  nie  ustąpiły.  Kiedy  szarpnął  je  mocniej,  otworzyły  się  na  ościeŜ  i  Ned  wypadł  na 

korytarz; gdyby nie ściana, na której się zatrzymał, rymnąłby jak długi na podłogę. Gospodarz 

pośpieszył mu z pomocą.- Niech się pan o mnie oprze... Powinien pan odpocząć. RozłoŜyłem 

na tapczanie koc, Ŝeby nie zabrudził pan... 

-  PoŜyczy  mi  pan  samochód?  -  przerwał  mu  Ned.  -  Muszę  wrócić  do  domku 

Mathewsa. 

- To właśnie on nie Ŝyje? 

- Tak. 

MęŜczyzna uniósł brwi i zagwizdał cicho. 

- PoŜyczy mi pan samochód? - spytał ponownie Ned. 

- Bądź pan rozsądny! W takim stanie chce pan prowadzić?! 

- Dobra, wrócę pieszo - oznajmił Ned zataczając się. 

- Stój pan! - Gospodarz zmierzył gościa gniewnym wzrokiem. - Co za uparty osioł! W 

porządku, ubiorę się i sam pana podwiozę. Tylko nie wykorkuj mi pan po drodze! 

MęŜczyzna zaparkował pod domem Mathewsa i wprowadził, a raczej wniósł Neda do 

ś

rodka.  W  ogromnym  pokoju  na  parterze  zastali  tylko  Opal  i  Eloise.  Na  widok  przybyszy, 

którzy wtargnęli bez pukania, zaskoczone dziewczyny wytrzeszczyły szeroko oczy. 

Ned uwolnił się z objęć męŜczyzny i powiódł smętnym wzrokiem po pokoju. 

- Gdzie Shad? - wymamrotał. 

- Odjechał - rzekła Opal. - Wszyscy odjechali. 

- To dobrze. - Mówił z wyraźnym trudem. - Muszę z tobą porozmawiać na osobności. 

Eloise Mathews podbiegła w jego stronę. 

- Zabiłeś go! - krzyknęła. 

Zachichotał głupawo i próbował wziąć ją w ramiona. 

Dziewczyna wrzasnęła i z całej siły uderzyła go w twarz. 

Poleciał  do  tyłu  na  wyprostowanych  nogach  -  uczynny  sąsiad  nie  zdołał  go  złapać  - 

runął na podłogę i juŜ się nie poruszył. 

VII 

Słudzy 

 1 

Senator  Henry  odłoŜył  serwetkę  i  wstał  od  stołu.  Sprawiał  wraŜenie  wyŜszego  i 

młodszego  niŜ  był  w  rzeczywistości.  Głowę  miał  dość  małą,  porośniętą  rzadkimi,  siwymi 

włosami,  lecz  wyjątkowo  kształtną,  twarz  trochę  pomarszczoną,  z  zaledwie  kilkoma 

background image

wyrazistymi  bruzdami.  Oczy  nie  zdradzały  jego  wieku;  zielonoszare,  głęboko  osadzone  i 

niezbyt duŜe, patrzyły bystro. 

-  Pozwolą  państwo,  Ŝe  na  kilka  minut  zabiorę  Paula  na  górę?  -  spytał  powaŜnie,  z 

wystudiowaną uprzejmością. 

-  Pod  warunkiem,  Ŝe  zostawisz  mi  tu  pana  Beaumonta  -  odparła  jego  córka  -  i 

obiecasz, Ŝe niedługo do nas wrócicie. 

Ned Beaumont uśmiechnął się i skinął bez słowa głową, po czym przeszedł z Janet do 

pomalowanego na biało pokoju. W białym kominku leniwie buzował za kratą ogień, rzucając 

czerwonawy blask na mahoniowe meble. 

Janet Henry włączyła lampę stojącą przy fortepianie i usiadła na ławeczce, plecami do 

klawiszy. Padające z tyłu światło tworzyło aureolę wokół jej jasnych włosów. Kobieta ubrana 

była w czarną suknię z materiału przypominającego zamsz. Nie miała na sobie biŜuterii. 

Ned pochylił się, Ŝeby strzepnąć do kominka popiół z cygara. Osadzona w spince do 

krawata perła zalśniła w blasku ognia niby czerwone oko. 

- Zagra pani? - spytał prostując się. 

-  Nie  gram  zbyt  dobrze,  ale  jeśli  pan  chce...  tylko  moŜe  później.  Bo  chciałabym 

skorzystać  z  okazji,  Ŝe  jesteśmy  sami  i  porozmawiać  z  panem.  -  Siedziała  sztywno 

wyprostowana, z rękami splecionymi na kolanach. 

Ned skinął głową, ale nic nie odpowiedział. Cofnął się od kominka i zajął miejsce na 

stojącej  nie  opodal  stylowej  kanapie.  Spojrzał  wyczekująco  na  córkę  senatora,  lecz  nie 

zdradzał większego zainteresowania. 

Janet Henry obróciła się na ławeczce, tak aby siedzieć dokładnie na wprost Neda. 

- Jak się Opal czuje? - spytała ciepłym, poufałym tonem. 

- Nie widziałem jej od tygodnia, ale chyba dobrze. - Przysunął cygaro do ust, po czym 

zawahał się, jakby nagle coś sobie przypomniał. - Dlaczego pani pyta? 

Kobieta otworzyła szerzej piwne oczy. 

- Słyszałam, Ŝe cierpi na depresję i nie wstaje z łóŜka... 

- Ach, o to chodzi! - Ned uśmiechnął się lekko. - Więc Paul nic pani nie mówił? 

- No właśnie mówił. - Popatrzyła na niego zdziwiona. - Mówił, Ŝe Opal całymi dniami 

leŜy przygnębiona w łóŜku. Od niego to wiem. 

Uśmiech Neda stał się łagodny. 

-  Hm,  biedak  pewnie  czuje  się  trochę  skrępowany  -  powiedział  wolno,  po  czym 

przeniósł wzrok z cygara na Janet i wzruszył ramionami. 

background image

- Nie, Opal nie cierpi na Ŝadną depresję. Po prostu ubzdurała sobie, Ŝe Paul zabił pani 

brata  i  jak  idiotka  zaczęła  rozgłaszać  to  wszem  wobec.  Oczywiście  Paul  nie  moŜe  sobie 

pozwolić,  aby  jego  własna  córka  biegała  po  mieście  oskarŜając  go  o  morderstwo,  więc 

zakazał jej wychodzenia z domu, dopóki nie zmądrzeje. 

- To znaczy... - Zawahała się, jej oczy lśniły. 

- To znaczy, Ŝe więzi Opal? 

-  Więzi?  Bez  przesady!  -  zaprotestował.  -  Opal  jest  jeszcze  dzieckiem.  A  jak  dzieci 

coś przeskrobią, często za karę muszą siedzieć w domu, prawda? 

- No tak - przyznała Janet Henry. - Ale... - Popatrzyła na splecione na kolanach dłonie, 

potem znów na Neda. - Dlaczego ona podejrzewa Paula? 

-  A  któŜ  go  nie  podejrzewa?  -  odparł  kwaśno.  Janet  zacisnęła  ręce  na  krawędzi 

ławeczki i blada z przejęcia pochyliła się do przodu. 

- Właśnie o to chciałam pana spytać - rzekła. 

- Czy ludzie naprawdę myślą, Ŝe Paul jest mordercą? 

Skinął głową. Na jego twarzy malował się spokój. 

Kobieta tak mocno ściskała ławkę, Ŝe kłykcie miała niemal białe. 

- Dlaczego? - szepnęła ochryple. 

Ned  wstał  z  kanapy,  podszedł  do  kominka  i  wrzucił  do  ognia  niedopałek,  po  czym 

wrócił na miejsce, załoŜył nogę na nogę i odchylił się wygodnie do tyłu. 

- Bo konkurencja, Ŝeby wygrać, rozpuszcza takie plotki. - Nic w jego głosie, minie ani 

zachowaniu nie wskazywało na to, Ŝe ta sprawa jakoś osobiście go dotyczy. 

-  Ale...  -  kobieta  zmarszczyła  czoło  -  ale  czy  ludzie  by  w  nie  wierzyli,  gdyby  nie 

istniały jakieś dowody, jakieś poszlaki... 

Spojrzał na nią rozbawiony. 

- Rzecz w tym, Ŝe istnieją. Myślałem, Ŝe pani o tym wie. - Pogładził kciukiem wąs. - 

Jeszcze pani nie dostała jednego z tych anonimów, których tyle krąŜy? 

Janet Henry podniosła się z ławeczki, wyraźnie podniecona. 

- Dostałam! Właśnie dziś! Zaraz go panu pokaŜę... 

Roześmiał się cicho i ruchem dłoni powstrzymał ją. 

- Nie warto. JuŜ kilka widziałem, a niczym się od siebie nie róŜnią. 

Kobieta usiadła z ociąganiem. 

-  Te  wszystkie  anonimy,  te  artykuły,  które  ukazywały  się  w  „Observerze”,  póki  nie 

zmusiliśmy  gazety  do  wyłączenia  się  z  kampanii  wyborczej,  te  rozsiewane  plotki...  -  Ned 

background image

wzruszył  ramionami.  -  Posługując  się  paroma  poszlakami,  konkurencja  zmontowała 

przeciwko Paulowi oskarŜenie. 

- Czy... czy coś mu grozi? - Janet przygryzła dolną wargę.. 

Ned pokiwał głową. 

-  Jeśli  przegra  wybory,  to  znaczy,  jeśli  jego  kandydaci  przegrają,  wówczas  straci 

swoje wpływy we władzach miejskich oraz stanowych, i wyląduje na krześle elektrycznym - 

oznajmił spokojnie, z przekonaniem w głosie.Ciałem kobiety wstrząsnął dreszcz. 

- A jeśli wygra, to nic mu nie będzie? - spytała. 

- Nic a nic. 

Na  moment  wstrzymała  oddech.  Kiedy  w  końcu  odezwała  się,  usta  tak  bardzo  jej 

drŜały, Ŝe ledwo mogła mówić. 

- Czy wygra? 

- Tak sądzę. 

- I wtedy bez względu na istniejące dowody... 

- głos jej się załamał - ...nic mu nie będzie groziło? 

-  Nie  stanie  przed  sądem  -  wyjaśnił  Ned.  I  wtem  doznał  olśnienia.  Usiadł  prosto, 

zamknął oczy, potem otworzył je i wbił wzrok w bladą, napiętą twarz Janet Henry. Po chwili 

rozpromienił  się  i  parsknął  śmiechem,  niezbyt  głośnym,  ale  pełnym  radości.  -  Judyta  we 

własnej osobie! 

- zawołał wstając z kanapy. 

Kobieta znów wstrzymała oddech; siedziała blada, z pytaniem w oczach. 

Ned,  z  zadowoloną  miną,  zaczął  przemierzać  pokój  w  tę  i  z  powrotem,  rozmawiając 

ze sobą z oŜywieniem. Od czasu do czasu zerkał przez ramię na Janet Henry. 

- Oczywiście! Więc o to chodzi! Córka senatora tolerowała Paula, była dla niego miła, 

bo  chciała  pomóc  ojcu  zdobyć  poparcie,  którego  tak  bardzo  potrzebował,  ale  wyznaczyła 

sobie pewne granice. A Paul zakochał się w niej po uszy. Później, kiedy uznała, Ŝe to właśnie 

on zabił jej brata i Ŝe uniknie kary, chyba Ŝe ona... BoŜe, ale numer! Zarówno rodzona córka, 

jak  i  ukochana  kobieta  robią  co  mogą,  Ŝeby  wylądował  na  krześle  elektrycznym!  Ten  ma 

szczęście do kobiet! 

-  Zatrzymawszy  się  przed  Janet,  przyciął  koniec  cienkiego,  jasnozielonego  cygara,  z 

którym spacerował po pokoju. - To pani rozsyła te anonimy 

-  powiedział  tonem  bynajmniej  nie  oskarŜycielskim,  ale  tak  jakby  dzielił  się  z  nią 

dokonanym  przez  siebie  odkryciem.  -  Tak,  to  pani  robota.  Zostały  napisane  na  maszynie 

znajdującej się w  garsonierze, w której Taylor spotykał się z Opal.  Taylor miał jeden klucz, 

background image

Opal  drugi.  Opal  nie  spłodziła  tych  anonimów,  była  nimi  zbyt  zdruzgotana.  Ale  pani...  Tak, 

kiedy  policja  oddała  senatorowi  rzeczy  Taylora,  odszukała  pani  klucz,  zakradła  się  do 

tamtego mieszkanka i przystąpiła do pisania. W porządku. - Znów zaczął przemierzać pokój. - 

Hm,  trzeba  będzie  przekonać  senatora,  aby  wynajął  kilka  sprawnych,  silnych  pielęgniarek, 

zamknął  panią  w  sypialni  i  oznajmił  wszystkim,  Ŝe  córka  cierpi  na  depresję  i  nie  wstaje  z 

łóŜka.  Wygląda  na  to,  Ŝe  epidemia  depresji  grasuje  wśród  córek  naszych  polityków,  ale 

trudno, wygramy te wybory, choćby w kaŜdym domu ktoś się miał rozchorować. 

- Odwrócił się i uśmiechnął przyjaźnie do kobiety- 

PrzyłoŜyła rękę do szyi; nie poruszyła się ani nie odezwała. 

-  Na  szczęście  z  senatorem  nie  będziemy  mieli  kłopotów  -  ciągnął  po  chwili.  - 

Niewiele  go  obchodzi  pani  czy  zmarły  syn.  ZaleŜy  mu  tylko  na  tym,  Ŝeby  zostać  ponownie 

wybranym,  a  doskonale  zdaje  sobie  sprawę,  Ŝe  bez  pomocy  Paula  to  mu  się  nie  uda.  - 

Roześmiał  się.  -  Dlatego  poszła  pani  w  ślady  Judyty,  prawda?  Wiedziała  pani,  Ŝe  przed 

wyborami  ojciec  nie  zerwie  z  Paulem,  nawet  gdyby  uwaŜał,  Ŝe  to  właśnie  on  zabiłTaylora. 

CóŜ, to dla nas pocieszająca wiadomość. 

Kiedy  urwał  na  moment,  Ŝeby  zapalić  cygaro,  kobieta  opuściła  rękę  na  kolana  i 

wreszcie przemówiła. Siedziała wyprostowana, ale w jej postawie nie było sztywności. Głos 

miała opanowany, chłodny. 

- Nie potrafię dobrze kłamać... Tak, napisałam te listy. Wiem, Ŝe Paul zabił Taylora. 

Ned  Beaumont  wyjął  cygaro  z  ust,  podszedł  do  stylowej  kanapy  i  usiadł  naprzeciw 

Janet Henry. Popatrzył na nią z powagą, lecz bez wrogości. 

- Pani nienawidzi Paula, prawda? - spytał. - Nawet gdybym udowodnił, Ŝe wcale nie 

zamordował pani brata, nadal by go pani nienawidziła... 

- Tak, chyba tak... - odparła, nie spuszczając z niego oczu. 

-  No  właśnie.  Nie  dlatego  go  pani  nienawidzi,  Ŝe  pani  zdaniem  zabił  Taylora.  Jest 

dokładnie  odwrotnie.  Podejrzewa  go  pani  o  morderstwo,  poniewaŜ  tak  bardzo  go  pani 

nienawidzi. 

- Nie. - Pokręciła wolno głową. Ned uśmiechnął się sceptycznie. 

- Rozmawiała pani o tym z ojcem? - spytał. Przygryzła wargę i lekko się zarumieniła. 

- I co? - Ned ponownie się uśmiechnął. - Oświadczył pani, Ŝe to bzdura? 

Rumieniec pogłębił się. Zamierzała coś powiedzieć, ale rozmyśliła się. 

- Gdyby Paul zabił Taylora, pani ojciec by o tym wiedział. 

Spojrzała na swoje ręce. 

- Ojciec nie chce dopuścić do siebie prawdy - oznajmiła ponuro. 

background image

- Proszę mi wierzyć, on wie najlepiej. - Nagle zmruŜył oczy. - Czy tamtego wieczoru 

Paul mówił coś senatorowi na temat Taylora i Opal? 

Podniosła zdumiona głowę. 

- Pan nie wie, co się wtedy stało? - spytała. 

- Nie. 

- To nie miało nic wspólnego z Taylorem i Opal! - Była tak przejęta, Ŝe słowa się jej 

zlewały.  -  Ojciec...  -  Wtem  obróciła  sie  w  stronę  drzwi  i  zasznurowała  usta.  Za  drzwiami 

rozległ  się  niski,  gardłowy  śmiech  oraz  odgłos  zbliŜających  się  kroków.  Kobieta  zerknęła 

pośpiesznie na Beaumonta i podniosła błagalnie ręce. - Muszę ci wszystko opowiedzieć, Ned 

- szepnęła nerwowo, zwracając się do niego po imieniu. - MoŜemy się jutro spotkać? 

- Tak. 

- Gdzie? 

- U mnie? 

Kiedy zgodziła się, podał szybko swój adres. Kobieta zdąŜyła jeszcze spytać szeptem, 

czy  moŜe  wpaść  po  dziesiątej,  on  zdąŜył  skinąć  głową,  Ŝe  tak,  i  do  pokoju  wszedł  senator 

Henry z Paulem Madvigiem. 

 2 

O  wpół  do  jedenastej  poŜegnali  się  z  senatorem  i  jego  córką,  wsiedli  do  brązowej 

limuzyny i odjechali spod willi na Charles Street. Półtorej przecznicy dalej Madvig odetchnął 

głośno, z wyraźną ulgą. 

-  Nawet  nie  wiesz,  Ned,  jak  bardzo  się  cieszę,  Ŝeście  się  polubili  z  Janet.-  Ja  się  ze 

wszystkimi lubię - odparł Ned, patrząc spod oka na profil blondyna. 

Madvig zarechotał cicho. - Akurat! 

Na wargi Neda wypełzł tajemniczy uśmiech. 

- Słuchaj, Paul, chciałbym jutro coś z tobą omówić. Gdzie będziesz około drugiej? 

- Zaczyna się nowy miesiąc, więc w biurze. 

-  Madvig  skręcił  w  China  Street.  -  A  teraz  nie  moŜemy  pogadać?  Jeszcze  jest 

wcześnie. 

- Nie, jutro będę miał jaśniejszy obraz. Jak się miewa Opal? 

-  Dobrze  -  odparł  Paul  Madvig.  -  Cholera,  Ŝebym  chociaŜ  umiał  się  na  nią  gniewać! 

Byłoby  mi  znacznie  łatwiej.  -  Minęli  światła  na  skrzyŜowaniu.  -  Przynajmniej  smarkula  nie 

jest w ciąŜy 

- dodał po chwili. 

background image

Ned  nic  nie  powiedział.  Twarz  miał  pozbawioną  jakiegokolwiek  wyrazu.  Madvig 

zwolnił; zbliŜali się do klubu. 

- Jak myślisz, Ned? - spytał ochrypłym głosem i oblał się rumieńcem. - Czy Opal... - 

przełknął ślinę - czy oni ze sobą sypiali? Czy moŜe ich związek był czysto platoniczny? 

- Nie wiem. Nic mnie to nie obchodzi. I przypadkiem nie pytaj Opal, Paul. 

Madvig zatrzymał wóz i przez chwilę siedział z rękami na kierownicy, patrząc prosto 

przed siebie. Potem znów przełknął ślinę i niskim, ochrypłym głosem oznajmił: 

- Porządny z ciebie facet, Ned. 

- Jasne. 

Wysiedli  z  samochodu,  weszli  do  klubu  i  na  pierwszym  piętrze,  przed  portretem 

gubernatora, rozstali się bez słowa, kaŜdy udając się w swoją stronę. 

Ned  Beaumont  wstąpił  do  małego  pokoiku  na  zapleczu,  w  którym  pięciu  facetów 

grało w pokera, a trzech stało obok kibicując. Przyłączył się do graczy. O trzeciej nad ranem, 

kiedy gra dobiegła końca, wstał od stolika bogatszy o czterysta dolarów. 

 3 

Dochodziło  prawie  południe,  kiedy  wreszcie  zjawiła  się  Janet  Henry.  Beaumont  od 

ponad  godziny  przemierzał  nerwowo  pokój,  na  przemian  obgryzając  paznokcie  i  zaciągając 

się  cygarem.  Po  usłyszeniu  dzwonka  natychmiast  ruszył  do  drzwi,  otworzył  je  i  na  widok 

kobiety uśmiechnął się jakby nieco zaskoczony. 

- Dzień dobry, Janet - powiedział. 

- Przepraszam za spóźnienie, ale... 

-  Wcale  się  nie  spóźniłaś  -  zapewnił  ją,  zapraszając  do  środka.  -  Umówiliśmy  się  po 

dziesiątej, nie na Ŝadną konkretną godzinę. 

- Ładnie tu. - Rozglądała się wolno, podziwiając przestronny salon o wysokim suficie 

i  szerokich  oknach,  a  takŜe  zawieszone  nad  kominkiem  ogromne  lustro  oraz  meble  obite 

grubym,  czerwonym  pluszem.  -  Prześlicznie!  -  Skierowała  swoje  piwne  oczy  w  stronę 

uchylonych drzwi do drugiego pokoju. - Czy tam jest sypialnia? 

- Tak. Chcesz zobaczyć? 

- Bardzo. 

Pokazał jej sypialnię, potem kuchnię i łazienkę. 

- Co za wspaniałe mieszkanie - powiedziała, gdy wrócili do salonu. - Nie sądziłam, Ŝe 

takie piękne, staroświeckie wnętrza trafiają się jeszcze w tym mieście. 

Skinieniem głowy podziękował za miłe słowa. 

background image

- Mnie teŜ się podoba - rzekł. - I jak mogłaś się przekonać, nikt nas tu nie podsłuchuje, 

chyba Ŝe ukrył się w szafie. 

Popatrzyła mu prosto w oczy. 

-  Taka  moŜliwość  nawet  nie  przyszła  mi  do  głowy  -  oświadczyła.  -  Mogę  się  z  tobą 

nie zgadzać, mogę uwaŜać cię za wroga, ale wiem, Ŝe jesteś dŜentelmenem. Inaczej bym się z 

tobą tu nie umówiła. 

-  DŜentelmenem?  -  spytał  Ŝartobliwym  tonem.  -  Kimś,  kto  wie,  Ŝe  nie  nosi  się 

brązowych butów do granatowego garnituru? 

- Nie to miałam na myśli. 

- Zatem pomyliłaś się. Jestem hazardzista i totumfackim Madviga. 

-  Jesteś  dŜentelmenem.  -  W  jej  oczach  pojawił  się  błagalny  wyraz.  -  Proszę,  nie 

kłóćmy się, przynajmniej dopóki nie mamy o co. 

- Przepraszam. - Uśmiechnął się lekko stropiony. - MoŜe usiądziesz? 

Spoczęła  w  głębokim,  obitym  czerwonym  pluszem  fotelu,  a  on  zajął  miejsce 

naprzeciwko. 

- Obiecałaś, Ŝe mi powiesz, co się stało tego wieczoru, kiedy zginął twój brat. 

- Tak. - Jej szept był ledwo słyszalny. Zarumieniła się i przeniosła wzrok na podłogę. 

W końcu podniosła oczy i mimo wyraźnego speszenia mówiła dalej: - Chcę, Ŝebyś wiedział... 

Jesteś  przyjacielem  Paula...  moŜe  uwaŜasz  mnie  za  wroga...  ale  kiedy  dowiesz  się...  kiedy 

usłyszysz  prawdę,  moŜe  zmienisz  o  mnie  zdanie...  Nie  wiem,  moŜe...  Opowiem  ci  o 

wszystkim  i  sam  zdecydujesz...  -  Przyjrzała  mu  się  uwaŜnie;  jej  zmieszanie  znikło.  -  Paul 

naprawdę nic ci nie mówił? 

- Nic a nic. Daję słowo. 

- Czy to nie świadczy, Ŝe chce coś ukryć? - spytała pochylając się do przodu. 

Ned wzruszył ramionami. 

- Być moŜe, ale co z tego? - Głos miał spokojny, obojętny. 

Zmarszczyła brwi. 

-  Nie  widzisz,  Ŝe...  Zresztą  niewaŜne.  Opowiem  ci  o  jego  wizycie  i  sam  ocenisz.  - 

WciąŜ  siedziała  pochylona  do  przodu,  wpatrując  się  z  napięciem  w  jego  twarz.  -  Tego 

wieczoru Paul po raz pierwszy przyszedł do nas na kolację... 

- Wiem - wtrącił Ned. - Twojego brata nie było w domu. 

- Nie było go przy stole, ale był u siebie w pokoju - wyjaśniła. - Do stołu zasiedliśmy 

w trójkę, ojciec, ja i Paul. Taylor zamierzał zjeść na mieście. Nie chciał się do nas przyłączyć, 

miał Paulowi za złe, Ŝe nie pozwala mu się widywać z Opal. 

background image

Ned pokiwał chłodno głową. 

- Po kolacji ojciec wyszedł na chwilę, zostawiając nas samych. Nagle Paul objął mnie 

i pocałował. 

Beaumont  nie  umiał  powstrzymać  wesołości;  zarechotał  pod  nosem.  Kiedy  kobieta 

spojrzała na niego zdziwiona, opanował się i wyjaśnił z uśmiechem: 

-  Później  ci  powiem,  co  mnie  tak  rozbawiło.  Przepraszam.  I  cały  zamieniam  się  w 

słuch. - Zanim jednak Janet zdołała otworzyć usta, spytał: - Czy coś mówił?- Paul? Nie wiem. 

Chyba coś wymamrotał, ale nic nie rozumiałam. - Minę miała zakłopotaną. - A dlaczego? 

Beaumont znów się roześmiał. 

-  Powinien  był  powiedzieć,  Ŝe  chce  wziąć  z  góry  to,  co  mu  się  naleŜy.  Moja  wina. 

Usiłowałem  go  przekonać,  Ŝeby  nie  popierał  kandydatury  twojego  ojca,  tłumaczyłem,  Ŝe 

senator podsuwa mu ciebie jako przynętę i Ŝe jeśli on, Paul, chce się dać skusić, to niech się 

kusi przed wyborami, bo potem nic nie dostanie. 

Janet Henry wytrzeszczyła szeroko oczy. 

- Rozmawialiśmy, zanim był u was na kolacji 

- ciągnął Ned - ale nie sądziłem, Ŝe mnie posłucha. - Zmarszczył czoło. - Przyznaj się, 

czym  go  sprowokowałaś?  Bo  Paul  czcił  cię  jak  bóstwo,  chciał  się  z  tobą  Ŝenić,  nie  rzuciłby 

się na ciebie bez powodu... 

- Naprawdę go nie prowokowałam - odparła wolno. - To był długi, męczący wieczór. 

Oboje siedzieliśmy spięci. Starałam się nie okazywać... starałam się, Ŝeby Paul nie zauwaŜył, 

Ŝ

e  robię  dobrą  minę  do  złej  gry.  Widziałam,  Ŝe  czuje  się  nieswojo...  moŜe  zaczął 

podejrzewać, Ŝe miałeś jednak rację i dlatego postanowił... no, wiesz... 

- Urwała, wykonując rękami jakiś nieokreślony gest. 

- I co było potem? 

- Ogarnęła mnie taka złość, Ŝe wybiegłam z jadalni. 

- Bez słowa? - Z oczu Neda biła z trudem skrywana wesołość. 

-  Tak.  On  teŜ  nic  nie  powiedział,  a  przynajmniej  nic  nie  słyszałam.  Na  schodach 

spotkałam ojca... byłam na niego równie wściekła jak na Paula, bo to przecieŜ ojciec zaprosił 

go  na  kolację.  Zaczęłam  mu  opowiadać,  co  się  przed  chwilą  stało,  kiedy  drzwi  jadalni  się 

otworzyły i Paul wybiegł z domu. Nagle Taylor wyłonił się ze swojego pokoju. - Janet jeszcze 

bardziej  zbladła;  była  zdenerwowana,  głos  miała  ochrypły  z  przejęcia.  -  Słyszał,  jak 

rozmawiam  z  ojcem  i  spytał,  o  co  chodzi,  ale  byłam  zbyt  wzburzona,  Ŝeby  mu  tłumaczyć. 

Zostawiłam  go  z  ojcem  na  schodach  i  udałam  się  do  siebie.  Po  pewnym  czasie  ojciec 

przyszedł do mnie na górę i powiedział, Ŝe Taylor nie Ŝyje... Ŝe został zamordowany. 

background image

Siedziała  blada  jak  kreda,  z  oczami  utkwionymi  w  Beaumonta,  i  wyłamując  sobie 

palce czekała, jak zareaguje. Jego reakcja była dość chłodna. 

- A co Paul ma z tym wspólnego? 

-  Co  Paul  ma  z  tym  wspólnego?  -  powtórzyła  z  niedowierzaniem.  -  Nie  rozumiesz? 

Taylor wybiegł z domu, dogonił Paula, a ten go zabił! Mój brat wpadł w furię i... - Nagle coś 

sobie  przypomniała.  -  Wiesz,  Ŝe  nie  znaleziono  przy  nim  kapelusza?  Taylor  za  bardzo  się 

ś

pieszył i był zbyt wściekły, Ŝeby wkładać przed wyjściem kapelusz. Chciał... 

- To Ŝaden dowód - przerwał jej Ned i pokręcił wolno głową. W jego głosie nie było 

cienia wątpliwości. - Taylor nie zginął z rąk Paula. Po co miałby  go Paul zabijać, skoro bez 

trudu  mógłby  go  obezwładnić?  Paul  tak  łatwo  nie  traci  głowy.  Znam  go.  Widziałem,  jak 

walczy i sam się z nim biłem. Fakt, Ŝe Taylor za nim wybiegł, nie jest Ŝadnym dowodem. - 

ZmruŜył powieki; spojrzenie miał lodowate. - Zresztą nawet gdyby go Paul zabił... niechcący, 

rzecz jasna, chociaŜ i tak w to nie wierzę, uczyniłby to w obronie własnej. 

-  W  obronie  własnej?  -  spytała  z  pogardą  kobieta.  -  Więc  dlaczego  by  ukrywał 

prawdę? 

- Ze względu na ciebie. Wie, Ŝe gdyby przyznał się, Ŝe niechcący zabił twojego brata... 

- Ned roześmiał się. - BoŜe, co ja wygaduję? Paul naprawdę nie zabił Taylora. 

Janet  Henry  podniosła  głowę  i  popatrzyła  w  milczeniu  na  Beaumonta.  Jej  spojrzenie 

równieŜ stało się lodowate. 

Ned zadumał się. 

-  Na  czym  opierasz  swoje  podejrzenia?  -  spytał  po  chwili.  -  I  skąd  wiesz,  Ŝe  Taylor 

wybiegł akurat za Paulem? 

-  Bo  wiem.  W  przeciwnym  razie  skąd  by  się  znalazł  na  China  Street,  i  to  z  gołą 

głową? 

- Czy senator widział, jak Taylor wychodzi z domu? 

- Nie. Dopiero kiedy policja... Przerwał jej. 

- A podziela twoje zdanie? 

- Na pewno! - zawołała. - Nawet jeśli twierdzi co innego! PrzecieŜ sprawa jest jasna 

jak słońce. - Oczy zaszły jej Izami. - Myślę, Ŝe ty teŜ je podzielasz. Znalazłeś ciało. Nie wiem, 

co jeszcze odkryłeś, ale chyba teraz juŜ nie masz wątpliwości... 

Nedowi  zaczęły  się  trząść  ręce.  Usiadł  głębiej  w  fotelu,  Ŝeby  mógł  je  wsunąć 

niezauwaŜenie do kieszeni spodni. Choć z jego twarzy promieniował spokój, usta miał mocno 

zaciśnięte. 

- Znalazłem zwłoki. W pobliŜu nie było Ŝywej duszy. I tylko tyle wiem. 

background image

- Ale teraz masz pełniejszy obraz. Ocienione ciemnym wąsem wargi wykrzywiły się, 

oczy zaiskrzyły się gniewem. 

-  Ktokolwiek  zabił  Taylora,  wyświadczył  światu  ogromną  przysługę  -  oświadczył 

szorstko głosem przepojonym goryczą. 

Kobieta popatrzyła na niego z przeraŜeniem i mimo woli podniosła rękę do ust, ale po 

chwili ją opuściła, a jej spojrzenie stało się łagodne, współczujące. 

- Rozumiem. Paul jest twoim przyjacielem. Boli cię, Ŝe go oskarŜam. 

Ned spuścił głowę. 

- Przepraszam - mruknął. - Nie powinienem był tego mówić. Postąpiłem jak kretyn. - I 

uśmiechając  się  kwaśno,  dodał:  -  Widzisz?  Miałem  rację  mówiąc,  Ŝe  nie  jestem 

dŜentelmenem. - Uśmiech i zawstydzenie znikły z jego twarzy. Podniósł na kobietę spokojny, 

skupiony  wzrok  i  rzekł  cicho:  -  A  ty  masz  rację  mówiąc,  Ŝe  Paul  jest  moim  przyjacielem.  I 

pozostanie nim bez względu na to, kogo zabił. 

Przyglądała mu się długo i uwaŜnie. Wreszcie płaskim, bezbarwnym głosem spytała: 

- Czyli ta rozmowa nic nie zmieniła? Myślałam, Ŝe zdołam cię... - Urwała; rozłoŜyła 

bezradnie ręce i przygarbiła ramiona. 

Ned wolno pokręcił głową. Kobieta westchnęła, po czym wstała i wyciągnęła dłoń. 

-  śałuję  -  powiedziała.  -  I  przyznaję,  jestem  zawiedziona,  ale  mam  nadzieję,  Ŝe  nie 

będziemy wrogami. 

Ned  równieŜ  wstał,  lecz  zignorował  wyciągniętą  na  poŜegnanie  dłoń.-  Za  wroga 

uwaŜam tę część twojej osoby, która oszukuje Paula. 

Kobieta nie cofnęła dłoni. 

- A co z resztą? Z tą częścią, która nie ma z tym nic wspólnego? - spytała. 

Ned bez słowa ujął jej rękę i ukłonił się. 

 4 

Kiedy drzwi się zamknęły za Janet Henry, Ned podszedł do telefonu i wykręcił numer. 

- Halo? Tu Beaumont - przedstawił się. - Zastałem pana Madviga...? Kiedy przyjdzie, 

proszę mu powiedzieć, Ŝe dzwoniłem i Ŝe później do niego wpadnę... Tak, dziękuję. 

Spojrzał  na  zegarek.  Było  kilka  minut  po  pierwszej.  Zapalił  cygaro  i  usiadł  na 

parapecie;  wydmuchując  kłęby  dymu,  które  odbijały  się  od  szyby  i  tworzyły  gęstą  chmurę 

nad jego głową, patrzył w dół na szary kościół po drugiej stronie ulicy. Siedział tak z dziesięć 

minut, gryząc koniec cygara, dopóki nie zadzwonił telefon. 

- Halo? - powiedział do słuchawki. - Tak, Harry... W porządku, a gdzie jesteś...? Zaraz 

ruszam. Czekaj na mnie... Mniej więcej za pół godziny... Tak. 

background image

Cisnął  cygaro  do  kominka,  włoŜył  kapelusz,  płaszcz,  i  opuścił  mieszkanie.  Sześć 

przecznic  dalej  wstąpił  do  małej  restauracji,  zjadł  sałatkę  i  bułkę,  wypił  filiŜankę  kawy,  po 

czym  pokonał  następne  cztery  przecznice  i  wszedł  do  niepozornego  hoteliku  o  nazwie 

„Majestat”. Skierował się prosto do windy. Windziarz, niewyrośnięty młodzieniec, z którym 

był po imieniu, spytał go, co sądzi o trzeciej gonitwie. 

- Powinien wygrać Lord Byron - odparł po namyśle Beaumont. 

- Oby nie. Postawiłem na Pipeorgan. Ned wzruszył ramionami. 

- Biegnie z pokaźnym handicapem. - Wysiadł z windy na trzecim piętrze i zastukał do 

pokoju numer 317. 

Drzwi otworzył Harry Sloss, blady, tęgi facet o szerokiej twarzy. Choć nie mógł mieć 

więcej niŜ trzydzieści pięć lat, był prawie kompletnie łysy. 

- Punktualny co do minuty. Wejdź. 

- O co chodzi, Harry? - spytał Ned, kiedy męŜczyzna zamknął drzwi. 

Sloss podszedł do łóŜka, usiadł i z zaniepokojoną miną popatrzył na gościa. 

- Niezbyt mi się to podoba, Ned. 

- Co? 

- Wizyta Bena w ratuszu. 

- Słuchaj, Harry, albo gadasz jasno, albo sobie idę. 

Łysy podniósł potęŜną, bladą łapę. 

- Poczekaj, Ned - poprosił. - JuŜ ci wszystko mówię. - Sięgnął do kieszeni i wyciągnął 

zmiętą paczkę papierosów. - Pamiętasz ten wieczór, kiedy zginął młody Henry? 

- Tak - odparł niedbale Ned. 

- Pamiętasz, Ŝe kiedy przyszedłeś do klubu, Ben i ja akurat byliśmy przy szatni? 

- Tak. 

- Słuchaj, widzieliśmy, jak Paul kłócił się z tym małym... 

Ned  pogładził  kciukiem  wąs  i  popatrzył  na  Slossa  zdziwiony.-  Jak  to?  PrzecieŜ  na 

moich  oczach  wysiadaliście  z  wozu.  Znalazłem  ciało,  a  zaraz  potem  wyście  nadjechali  z 

przeciwnej strony. Poza tym Paul był juŜ w klubie. 

Łysy pokiwał energicznie głową. 

- Zgadza się. Tylko Ŝe myśmy najpierw minęli klub i pojechali w dół China Street do 

Pinky’ego Kleina, a kiedy okazało się, Ŝe Kleina nie ma, wróciliśmy do klubu. 

- No dobra, coście dokładnie widzieli? - zapytał Ned. 

- Paula z tym małym. Stali pod drzewem i się kłócili. 

- Jesteś pewien? 

background image

Sloss znów pokiwał energicznie głową. 

-  Pamiętaj,  Ŝe  było  ciemno,  Harry.  I  skoro  jechaliście  wozem,  to  widzieliście  ich 

najwyŜej przez moment. Chyba, Ŝeście się zatrzymali albo zwolnili... 

- Nie, ale Paula wszędzie bym rozpoznał. 

- MoŜe. Skąd jednak wiesz, Ŝe ten drugi to był akurat Taylor Henry? 

- Bo był. Wierz mi. Widziałem go wyraźnie. 

- I mówisz, Ŝe się kłócili? Czyli co, bili się? 

-  Nie,  ale  stali  tak,  jakby  się  kłócili.  Czasem  po  tym,  jak  ludzie  stoją,  moŜna  poznać 

czy rozmawiają, czy się kłócą. 

Ned uśmiechnął się ironicznie. 

-  Zwłaszcza  gdy  jeden  stoi  drugiemu  na  brzuchu.  -  Uśmiech  znikł  z  jego  warg.  -  I 

właśnie z tą informacją Ben polazł do ratusza? 

- Tak  - odparł Sloss. - Tylko nie wiem,  czy z własnej woli, czy  Farr coś  wywęszył i 

kazał mu się u siebie stawić. W kaŜdym razie Ben wszystko wczoraj wyśpiewał. 

- Skąd wiesz, Harry? 

- Stąd, Ŝe Farr mnie poszukuje. Ben przyznał się, Ŝe tamtego wieczoru byliśmy razem. 

I dziś dostałem wezwanie do prokuratury. Wolałbym nie zeznawać przeciwko Paulowi... 

- I słusznie - poparł Beaumont. - Więc co powiesz Farrowi, jak cię dopadnie? 

-  Postaram  się,  Ŝeby  nie  dopadł.  O  tym  chciałem  z  tobą  pogadać,  Ned.  -  Sloss 

przełknął  ślinę  i  zwilŜył  usta.  -  Mógłbym  wyjechać  na  tydzień  lub  dwa.  Dopóki  sprawa  nie 

przycichnie. Ale nie mam forsy... 

Beaumont pokręcił z uśmiechem głową. 

-  Nie,  Harry.  Jeśli  chcesz  pomóc  Paulowi,  to  idź  do  Farra;  powiedz  mu,  Ŝe  nie 

widziałeś twarzy tych ludzi stojących pod drzewem i nie sądzisz, aby w takim mroku i z takiej 

odległości ktokolwiek mógł ich rozpoznać. 

- W porządku, Ned - zgodził się chętnie łysy. 

-  Zrobię,  jak  mówisz,  ale  wiesz,  coś  mi  się  za  to  powinno  naleŜeć.  Bądź  co  bądź 

naraŜam się dla Paula i... sam wiesz, jak to jest. 

- Damy ci jakąś ciepłą posadkę po wyborach 

- obiecał Beaumont. - Taką, Ŝebyś musiał przychodzić do pracy najwyŜej na godzinę 

dziennie. 

-  To...  -  Sloss  podniósł  się  z  łóŜka;  w  jego  zielonych  oczach  pojawił  się  błagalny 

wyraz. - Słuchaj, Ned, jestem zupełnie spłukany. Czy zamiast ciepłej posadki nie mógłbyś mi 

od razu kapnąć co nieco? Potrzebuję forsy. 

background image

- Pogadam z Paulem. 

- Dobra. I zadzwoń do mnie. 

- Jasne. Do zobaczenia. 

 5 

Z „Majestatu” Beaumont udał się do ratusza, a konkretnie do sekretariatu prokuratora 

okręgowego.  Pyzatemu  młodzieńcowi  siedzącemu  w  recepcji  powiedział,  Ŝe  chciałby  się 

widzieć z panem Farrem. 

Recepcjonista znikł za jakimiś drzwiami, skąd wyłonił się po niecałej minucie. 

- Bardzo mi przykro - oznajmił - ale pana Farra nie ma w biurze. 

- A o której wróci? 

- Nie wiem. Jego sekretarka twierdzi, Ŝe nie mówił, na jak długo wychodzi. 

- Trudno. Zaryzykuję i poczekam u niego w gabinecie. 

Pyzaty młodzieniec zastąpił Nedowi drogę. 

- Nie moŜe pan... 

Ned uśmiechnął się czarująco i spytał zniŜając głos: 

-  Lubisz  swoją  pracę,  synku?  Młodzieniec  stropił  się,  przestąpił  nerwowo  z  nogi  na 

nogę,  wreszcie  usunął  się  na  bok.  Ned  Beaumont  pomaszerował  korytarzem  w  stronę 

gabinetu prokuratora. 

Farr spojrzał znad biurka i na widok gościa poderwał się na nogi. 

-  To  ty,  Ned?  -  zawołał.  -  Przeklęty  smarkacz!  Ciągle  się  myli.  Powiedział,  Ŝe 

przyszedł jakiś pan Bauman... 

-  Nie  szkodzi.  Nic  się  nie  stało  -  rzekł  Ned.  Pozwolił,  aby  Farr  długo  i  serdecznie 

ś

ciskał jego rękę, po czym dał się zaprowadzić do fotela. Kiedy juŜ obydwaj siedzieli, spytał 

od niechcenia: - Co słychać? 

-  Po  staremu.  -  Farr  zahaczył  kciuki  o  kieszenie  kamizelki  i  odchylił  się  do  tyłu.  - 

Roboty co niemiara. 

- A jak tam kampania wyborcza? 

- Mogłoby być lepiej. - Zadziorna, rumiana twarz prokuratora nachmurzyła się. - Ale 

nie martw się, poradzimy sobie. 

- Masz kłopoty? 

- A kto ich nie ma? 

-  MoŜe  ja  albo  Paul  moglibyśmy  ci  w  czymś  pomóc?  -  zaofiarował  się  Ned,  a  kiedy 

Farr pokręcił wolno swoją rudą głową, pochylił się i spytał: - Czy te plotki o Paulu, Ŝe niby 

spowodował śmierć Taylora... czy to one są źródłem twoich problemów? 

background image

W oczach prokuratora błysnęło przeraŜenie. Zamrugał szybko powiekami. 

- Wiesz - powiedział ostroŜnie, prostując się na fotelu - ludzie uwaŜają, Ŝe juŜ dawno 

powinniśmy byli wyjaśnić tę sprawę. Więc tak, mam przez nią kłopoty. 

- Dochodzenie nic nowego nie wykazało? Nie posunęliście się naprzód? 

Farr rozłoŜył bezradnie ręce. Spojrzenie miał przebiegłe. 

Ned uśmiechnął się chłodno. 

- Czyli stosujesz się do mojej rady, Ŝeby nie działać zbyt pochopnie? - spytał. 

- Jasne, Ned. Oczywiście. - Prokurator poprawił się w fotelu. 

Ned skinął z aprobatą. Oczy lśniły mu złowrogo. 

- Mam nadzieję, Ŝe opowieść Bena Ferrisa nie skłoniła cię do zmiany zdania. 

Prokurator  otworzył  ze  zdziwienia  usta.  Po  chwili  zamknął  je  i  potarł  wierzchem 

dłoni.Przez  moment  wpatrywał  się  z  natęŜeniem  w  gościa,  potem  jego  twarz  przybrała 

nieprzenikniony wyraz. 

-  SkądŜe  znowu,  Ned!  Trudno  opowieść  Ferrisa  traktować  powaŜnie.  Coś  mu  się 

przywidziało. Dlatego ci nawet o tym nie wspomniałem. 

Beaumont prychnął pogardliwie. 

-  PrzecieŜ  wiesz,  Ŝe  niczego  przed  tobą  i  Paulem  nie  ukrywam  -  ciągnął  Farr.  -  O 

wszystkich waŜnych rzeczach zawsze was informuję. Znasz mnie, Ned. 

-  I  to  na  wylot!  Ale  nie  przejmuj  się.  Jak  chcesz  pogadać  z  człowiekiem,  który  był 

tamtego wieczoru w samochodzie z Ferrisem, zajrzyj do „Majestatu”. Pokój 317. 

Farr  siedział  bez  słowa,  smętnie  wpatrzony  w  postać  nagiej  tancerki,  która  stała 

między dwoma piórami trzymając w górze samolot. 

Beaumont, szczerząc w uśmiechu zęby, dźwignął się z fotela. 

- Paul zawsze robi, co moŜe, Ŝeby wyciągnąć swoich ludzi z opresji - rzekł. - Myślisz, 

Ŝ

e  twoje  problemy  skończyłyby  się,  gdyby  dał  się  zaaresztować  i  stanął  przed  sądem  za 

zabójstwo Taylora Henry’ego? 

- Nie mnie mówić Paulowi, co ma czynić - stwierdził ponuro Farr, nie odrywając oczu 

od mosięŜnej figurki. 

-  Brawo!  -  zawołał  Ned.  Pochylił  się  nad  biurkiem  i  zbliŜywszy  usta  do  ucha 

prokuratora,  szepnął  poufnym  tonem:  -  Dam  ci  jeszcze  jedną  dobrą  radę.  Nie  rób  nic  bez 

porozumienia się z Paulem. 

Ruszył uśmiechnięty do drzwi; przestał się uśmiechać, kiedy zamknął je za sobą. 

VIII 

Rozstanie 

background image

 1 

Ned Beaumont pchnął drzwi z napisem „East State Construction Company”, przywitał 

się  z  dwiema  młodymi  kobietami  siedzącymi  przy  biurkach,  następnie  wszedł  do  większej 

sali,  w  której  pracowało  z  sześciu  facetów,  z  kaŜdym  zamienił  parę  słów,  po  czym  pchnął 

kolejne  drzwi  z  tabliczką  „Dyrektor”  i  znalazł  się  w  małym  kwadratowym  gabinecie.  Paul 

Madvig  podniósł  głowę  znad  starego,  zniszczonego  biurka,  przy  którym  przeglądał  jakieś 

dokumenty.  Człowiek,  który  je  przyniósł,  stał  obok,  nisko  pochylony,  i  z  szacunkiem 

spoglądał mu przez ramię. 

-  Cześć,  Ned.  -  Madvig  odsunął  na  bok  papiery.  -  Proszę  wrócić  z  tym  później  - 

polecił męŜczyźnie. 

-  Dobrze,  szefie.  -  MęŜczyzna  zgarnął  plik  dokumentów.  -  Miło  pana  znów  widzieć, 

panie Beaumont - rzekł i wyszedł z pokoju. 

- Wyglądasz tak, jakbyś nie spał całą noc, Ned. Siadaj. Dobrze się czujesz? 

Beaumont  zdjął  płaszcz,  połoŜył  go  na  krześle,  na  nim  połoŜył  kapelusz  i  wyjął 

cygaro.- Dobrze - odparł. - Co u ciebie? - Przysiadł na brzegu zniszczonego biurka. 

-  Słuchaj,  nie  pogadałbyś  z  M’Laughlinem?  MoŜe  uda  ci  się  przemówić  mu  do 

rozumu. 

- W porządku. A co się stało? 

- Diabli wiedzą. - Madvig skrzywił się. - Byłem pewien, Ŝe jest po naszej stronie, ale 

chyba zamierza wyciąć nam jakiś numer. 

Na twarzy Neda pojawił się wyraz zatroskania. 

- Co, on teŜ? - spytał, patrząc na przyjaciela. 

- Co przez to rozumiesz, Ned? Beaumont, zamiast wyjaśnić, spytał: 

- Jak twoje sprawy, Paul? 

Madvig wzruszył niecierpliwie ramionami, nie spuszczając wzroku z rozmówcy. 

-  Nie  najgorzej  -  rzekł.  -  Jeśli  zajdzie  konieczność,  poradzimy  sobie  bez  głosów 

M’Laughlina. 

-  MoŜe.  Ale  jak  wciąŜ  będziemy  tracić  głosy,  nie  wygramy  wyborów.  -  Beaumont 

wetknął  cygaro  do  ust  i  mówił  dalej:  -  Zdajesz  sobie  chyba  sprawę  z  tego,  Ŝe  dwa  tygodnie 

temu mieliśmy lepszą sytuację? 

Madvig uśmiechnął się z pobłaŜaniem. 

-  BoŜe,  Ned,  ale  z  ciebie  pesymista!  Zawsze  wszystko  musisz  widzieć  w  czarnych 

barwach? - I nie czekając na odpowiedź, ciągnął  spokojnie: - W kaŜdej kampanii wyborczej 

background image

nadchodzi  taka  chwila,  kiedy  wydaje  się,  Ŝe  nic z  tego  nie  będzie.  Człowiek  jest  pewien,  Ŝe 

przegra, a wcale nie przegrywa. 

Ned przytknął zapałkę do cygara i wydmuchał dym z ust. 

-  Co  nie  znaczy,  Ŝe  kiedyś  nie  poniesie  poraŜki  -  rzekł.  Wycelował  cygaro  w  pierś 

Madviga. 

-  Słuchaj,  Paul.  Jeśli  policja  szybko  nie  rozwikła  sprawy  zabójstwa  Taylora 

Henry’ego,  moŜesz  przestać  się  zadręczać  wynikami  kampanii.  Będziesz  miał  przechlapane 

bez względu na to, czy wygrają twoi kandydaci, czy ich przeciwnicy. 

Niebieskie  oczy  Madviga  zachmurzyły  się,  ale  i  głos,  i  wyraz  jego  twarzy  pozostały 

nie zmienione. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

- Całe miasto myśli, Ŝe zabiłeś Taylora. 

- Tak? - Blondyn potarł z zadumą brodę. - Nie przejmuj się tym, stary. Podejrzewano 

mnie o znacznie gorsze rzeczy. 

Ned uśmiechnął się kwaśno. 

- Czyli nic co ludzkie nie jest ci obce? - spytał ironicznie. - A siedziałeś juŜ na krześle 

elektrycznym? 

- Nie! - Madvig parsknął śmiechem. - I nie zamierzam. 

- Niewiele cię od niego dzieli, Paul. 

- Człowieku, chyba zwariowałeś! Ned wzruszył ramionami. 

- Nie przeszkadzam ci w pracy? - upewnił się. - Mogę dalej mówić? 

- Śmiało. Jeszcze nigdy mi źle nie doradziłeś 

- powiedział cicho blondyn. 

- Dzięki, łaskawy panie. Wiesz, dlaczego M’Laughlin próbuje się wycofać? 

Madvig pokręcił głową. 

-  Bo  uwaŜa,  Ŝe  nie  masz  szansy.  Ludzie  widzą,  Ŝe  policja  nie  szuka  mordercy 

Henry’ego  i  są  pewni,  Ŝe  opieszałość  glin  bierze  się  stąd,  Ŝe  właśnie  ty  nim  jesteś.  Więc 

M’Laughlin doszedł do wniosku, Ŝe tym razem twoi kandydaci przepadną w wyborach.- Tak? 

CzyŜby równieŜ doszedł do wniosku, Ŝe miastem powinien rządzić Shad? śe Shad ma lepszą 

reputację niŜ ktoś, na kim ciąŜy podejrzenie o jedno głupie morderstwo? 

Beaumont popatrzył gniewnie na Madviga. 

- Albo ci się coś pokręciło - powiedział - albo sobie ze mnie Ŝarty stroisz. Co ma do 

tego  reputacja  Shada?  On  nie  popiera  otwarcie  swoich  kandydatów,  ty  natomiast  czynnie 

background image

włączyłeś  się  w  kampanię.  I  właśnie  twoi  kandydaci  są  odpowiedzialni  za  to,  Ŝe  dotąd  nie 

wyjaśniono sprawy morderstwa. 

Madvig znów potarł brodę i oparł łokieć na biurku. Jego przystojnej, rumianej twarzy 

nie znaczyły Ŝadne zmarszczki. 

-  Ciągle  mówimy  o  innych,  Ned.  Pomówmy  o  tym,  co  ty  myślisz.  Więc  jak?  Mam 

szansę czy nie? 

-  śadnej  -  odparł  pewnym  siebie  głosem  Beaumont.  -  Zwłaszcza,  jeśli  będziesz 

siedział z załoŜonymi rękami: - Uśmiechnął się. - Ale twoi kandydaci powinni przejść. 

- Ja nie mam szansy, a oni wygrają? Nie rozumiem... 

Ned  pochylił  się  i  strząsnął  popiół  do  mosięŜnej  spluwaczki  przy  biurku,  po  czym 

oznajmił beznamiętnie: 

- Wykiwają cię. 

- Tak sądzisz? 

-  Jasne.  Większość  motłochu  pójdzie  za  Shadem.  Ty  liczysz  na  głosy  tak  zwanych 

porządnych obywateli, lecz oni stają się coraz bardziej podejrzliwi. Wiesz, co wkrótce zrobią 

twoi kandydaci? Podniosą rwetes, zaaresztują cię i wtedy  ci tak zwani porządni obywatele - 

zachwyceni  postawą  uczciwych,  odwaŜnych  urzędników,  którzy  nie  boją  się  wpakować  do 

pierdla wielkiego Paula Madviga, gdy ten łamie prawo - popędzą ile sił w nogach do punktów 

wyborczych,  Ŝeby  oddać  głosy  na  swoich  bohaterów.  Nawet  trudno  się  dziwić  twoim 

dotychczasowym  przyjaciołom.  Jeśli  cię  zdradzą,  będą  mogli  kolejne  cztery  lata  zarządzać 

miastem, jeśli pozostaną ci wierni, będą musieli poŜegnać się ze stołkami. 

- Więc nie wierzysz w ich lojalność? - spytał blondyn, odejmując rękę od brody. 

Beaumont uśmiechnął się. 

- A ty, Paul? Słuchaj, ja naprawdę nie bawię się w zgadywanki.  Byłem  dziś u Farra. 

Nie chciał się ze mną widzieć. Kazał powiedzieć, Ŝe nie ma go w biurze. Niemal siłą się do 

niego wdarłem. Dość energicznie prowadzi dochodzenie, choć udaje, Ŝe nic się w tej sprawie 

nie dzieje. Nie chciał się przyznać, co nowego odkrył. Nabrał wody w usta i juŜ. - Skrzywił 

się  z  pogardą.  -  Jest  to  ten  sam  facet,  który  jeszcze  niedawno  skakałby  na  jednej  nodze, 

gdybym go o to poprosił. 

- Jednym Farrem nie warto się... - zaczął Madvig. 

-  Warto,  warto!  -  przerwał  mu  Ned.  -  Gdyby  Rutlege,  Brody  czy  nawet  Rainey 

próbowali cię wykołować, to pół biedy, działaliby na własną rękę, lecz Farr nie robi nic bez 

poparcia innych. 

- Popatrzył na niewzruszoną minę przyjaciela. 

background image

- MoŜesz mi nie wierzyć, Paul, ale... 

- Wierzę - powiedział Madvig, wykonując dłonią nieokreślony ruch. - A swoją drogą, 

po co poszedłeś do Farra? 

- Rozmawiałem dziś z Harrym Slossem. Harry i Ben Ferris widzieli, jak kłóciłeś się z 

Taylorem  tego  wieczoru,  kiedy  popełniono  morderstwo,  a  przynajmniej  tak  twierdzą.  - 

Spojrzenie  Neda  było  obojętne,  ton  rzeczowy.  -  Ben  złoŜył  zeznanie  w  prokuraturze.  Harry 

chce,  Ŝeby  mu  zapłacić  za  milczenie.  Czyli  dwóch  członków  klubu  teŜ  wie,  co  w  trawie 

piszczy. A z Farrem... od jakiegoś czasu miałem wraŜenie, Ŝe coś jest nie tak, więc poszedłem 

go wybadać. 

- Jesteś pewien, Ŝe zmienił front? 

- Tak. 

Madvig podniósł się z fotela i podszedł do okna. Przez dobre trzy minuty stał z rękami 

w kieszeniach, wyglądając na ulicę. Ned wciąŜ siedział na krawędzi biurka; palił cygaro i w 

milczeniu wpatrywał się w szerokie plecy przyjaciela. Wreszcie, nie odwracając się, blondyn 

spytał: 

- Co powiedziałeś Harry’emu? 

- śe się zastanowimy. Zagrałem na zwłokę. 

Madvig  wrócił  do  biurka,  ale  nie  spoczął  w  fotelu.  Twarz  mu  poczerwieniała,  lecz 

jego spojrzenie nie zmieniło wyrazu, a głos miał nadal opanowany. 

- Co twoim zdaniem powinniśmy zrobić? 

-  Ze  Slossem?  Nic.  Skoro  jeden  skurwiel  juŜ  był  u  Farra,  to  niewaŜne,  co  pocznie 

drugi. 

- Nie pytam o Slossa, lecz o całą sytuację - powiedział Madvig. 

Beaumont wrzucił cygaro do spluwaczki. 

-  Mówiłem  ci.  LeŜysz,  jeśli  sprawa  Taylora  nie  zostanie  natychmiast  wyjaśniona. 

Trzeba znaleźć mordercę, Paul. Tylko to cię moŜe uratować. 

Madvig  przeniósł  wzrok  na  pustą  ścianę  i  zasznurował  mocno  usta.  Na  skroniach 

wystąpiły mu kropelki potu. 

-  Takie  rozwiązanie  nie  wchodzi  w  grę.  -  Jego  głos  brzmiał  tak,  jakby  z  trudem 

dobywał się z głębi klatki piersiowej. - Wymyśl coś innego. 

Beaumontowi zadrgały nozdrza, oczy pociemniały. 

-  To  jedyne  wyjście,  Paul.  Jeśli  zrobisz  cokolwiek  innego,  dasz  broń  do  ręki 

przeciwnikom. I wtedy albo Shad, albo Farr i jego poplecznicy cię zniszczą. 

- Musi być inne rozwiązanie, Ned - powiedział ochryple blondyn. - Myśl. 

background image

Beaumont zeskoczył z biurka i podszedł do przyjaciela. 

- Wierz mi, Paul, nie ma. Czy ci się to podoba czy nie, musisz postawić na nogi całą 

policję i prokuraturę. Niech szukają mordercy. Pogadam z Farrem... 

Madvig potrząsnął gwałtownie głową. 

- Nie! - zawołał. - Daj sobie z tym spokój i juŜ! 

- Nie mam zamiaru. 

Blondyn spojrzał Beaumontowi prosto w oczy i wyszeptał: 

- Ja go zabiłem. 

Beaumont wziął głęboki oddech, po czym wolno wypuścił powietrze. Madvig połoŜył 

ręce na ramionach przyjaciela. Słowa z trudem przeciskały mu się przez usta. 

-  To  był  wypadek,  Ned.  Na  kolacji  u  senatora  zaszło  drobne  nieporozumienie. 

Wyszedłem.  Taylor  wybiegł  za  mną  na  ulicę.  Z  laską,  którą  zabrał  z  domu.  Dogonił  mnie, 

próbował uderzyć. Nie  wiem, jak to się stało, ale wyrywając mu laskę, trafiłem  go w czoło, 

niezbyt  mocno,  na  pewno  niezbyt  mocno,  ale  upadł  i  rąbnął  głową  w  krawęŜnik.Ned  nie 

odezwał się. Przez chwilę stał głęboko skupiony, myśląc o tym, co właśnie usłyszał od Paula 

Madviga. 

- Gdzie się podziała laska? - zapytał w końcu beznamiętnym tonem. 

-  Spaliłem  ją.  Kiedy  zdałem  sobie  sprawę,  Ŝe  Taylor  nie  Ŝyje,  szybko  schowałem  ją 

pod płaszcz, a w klubie spaliłem. 

- Jaka to była laska? 

- Brązowa, cięŜka. 

- A co z kapeluszem Taylora? 

- Nie wiem, Ned. Pewnie spadł mu z głowy i ktoś go sobie przywłaszczył. 

- Ale był w kapeluszu, tak? 

- Tak. 

Ned pogładził kciukiem wąs. 

- Widziałeś Slossa z Ferrisem, kiedy przejeŜdŜali obok? 

- Nie. - Madvig potrząsnął głową. - Nie zauwaŜyłem. 

-  Aleś  sobie  narobił  bigosu  -  powiedział  Ned  marszcząc  czoło.  -  Po  jaką  cholerę  tak 

długo  milczałeś?  Po  jaką  cholerę  spaliłeś  laskę?  Trzeba  było  od  razu  przyznać  się  do  winy. 

PrzecieŜ działałeś w obronie własnej... 

- Wiem, ale bałem się. Jeszcze niczego tak w Ŝyciu nie pragnąłem jak poślubić Janet 

Henry. Jaką miałbym u niej szansę, gdyby wiedziała, Ŝe spowodowałem śmierć jej brata? 

Beaumont roześmiał się Madvigowi w twarz. Był to gorzki, ironiczny śmiech. 

background image

- Większą, niŜ masz teraz - oznajmił. Madvig patrzył na niego w milczeniu. 

-  Od  samego  początku  uwaŜała,  Ŝe  zabiłeś  Taylora  -  ciągnął  Ned.  -  Nienawidzi  cię. 

Robi  wszystko  co  moŜe,  Ŝebyś  wylądował  na  krześle  elektrycznym.  To  ona  rozesłała  te 

anonimowe  listy,  kierując  na  ciebie  podejrzenia.  To  ona  sprawiła,  Ŝe  Opal  obróciła  się 

przeciwko tobie. A wiesz, skąd o tym wiem? Bo była u mnie dziś rano i mnie teŜ próbowała 

przekabacić. Powiedziała... 

-  Dosyć!  -  krzyknął  Madvig.  Stał  przed  Nedem,  wysoki,  jasnowłosy,  a  z  jego 

niebieskich  oczu  bił  lodowaty  chłód.  -  O  co  chodzi,  Ned?  Sam  masz  na  nią  chrapkę  czy 

moŜe... - Urwał i machnął pogardliwie ręką. - Zresztą niewaŜne. 

- Niedbałym ruchem wskazał palcem na drzwi. 

- Wynoś się, łajdaku. I więcej nie wracaj. 

- Wyjdę, jak skończę mówić. 

- Wyjdziesz, jak ci kaŜę. Nie wierzę w to, co mówiłeś, i nie uwierzę w to, co powiesz. 

Nie mamy o czym gadać. Ani teraz, ani nigdy. 

- W porządku. - Ned Beaumont sięgnął po płaszcz, kapelusz, i ruszył do drzwi. 

Wrócił  do  domu.  Twarz miał  bladą,  posępną.  Wyciągnął  butelkę  whisky,  postawił  ją 

na  stoliku  przy  jednym  z  duŜych,  obitych  czerwonym  pluszem  foteli,  ale  nie  napełnił 

szklanki.  Siedział  obgryzając  paznokcie  i  wpatrując  się  ponuro  w  swoje  czarne  buty. 

Zadzwonił telefon. Nie odebrał go. W pokoju zaczął zapadać mrok. Było juŜ prawie ciemno, 

kiedy wreszcie Ned wstał i podszedł do aparatu. 

-  Halo?  Chciałbym  mówić  z  panną  Janet  Henry.  -  Czekając  aŜ  kobieta  podniesie 

słuchawkę, gwizdał coś pod nosem. - Halo? Dobry wieczór, Janet... Tak... Właśnie wróciłem 

od  Paula,  opowiedziałem  mu  o  tym,  co  mówiłaś...  Niestety,  miałaś  rację.  Zachował  się  tak, 

jak  przewidziałaś...  -  Roześmiał  się.  -  Naprawdę.  Nazwał  mnie  kłamcą,  nie  chciał  niczego 

słuchać i w końcu wyrzucił mnie za drzwi... Tak... Nie, nic nie szkodzi. Prędzej czy później 

musiało  do  tego  dojść...  Nie,  Janet,  nie  obwiniaj  się...  Chyba  jednak  rozstaliśmy  się  na 

zawsze; padły słowa, które nie powinny były paść... Tak, cały wieczór...  Świetnie... Dobrze, 

do widzenia. 

Kiedy  odłoŜył  słuchawkę,  nalał  sobie  porcję  whisky  i  wypił,  po  czym  udał  się  do 

mrocznej sypialni, nastawił budzik na ósmą i nie zdejmując ubrania, wyciągnął się na łóŜku. 

Przez  kilka  minut  spoglądał  w  sufit,  a  potem  oczy  mu  się  zamknęły.  Spał  oddychając 

nieregularnie, dopóki nie zadzwonił budzik. 

background image

Wstał ocięŜale z łóŜka i zapalając po drodze światła, skierował się do łazienki. Umył 

twarz,  ręce,  włoŜył  świeŜy  kołnierzyk,  po  czym  ruszył  do  salonu.  Rozpalił  w  kominku  i  do 

przyjścia Janet siedział czytając gazetę. 

Kobieta  była  wyraźnie  podniecona.  Od  razu  w  drzwiach  zaczęła  go  przepraszać, 

zapewniać,  Ŝe  naprawdę  nie  liczyła  na  taką  reakcję  Paula,  nie  sądziła,  iŜ  zerwie  przyjaźń  z 

Nedem,  kiedy  ten  mu  powie  o  czym  z  nią,  Janet,  rozmawiał,  jednakŜe  nie  umiała  ukryć 

radości,  która  biła  jej  z  oczu,  ani  powstrzymać  uśmiechu,  który  co  chwila  wypływał  jej  na 

usta. 

-  AleŜ  nie  ma  o  czym  mówić  -  oświadczył  Ned.  -  Nawet  gdybym  wiedział,  jak  się 

sprawa  zakończy,  i  tak  bym  się  do  Paula  wybrał.  Zresztą  moŜe  jakimś  szóstym  zmysłem 

czułem, Ŝe dojdzie do rozstania, nie wiem. A poza tym, gdybyś mnie z góry uprzedziła, jaka 

będzie  jego  reakcja,  potraktowałbym  to  jako  wyzwanie  i  tym  bardziej  chciałbym  z  nim 

pogadać. 

Kobieta wyciągnęła do Neda ręce. 

- Nie ukrywam, Ŝe się cieszę - powiedziała. 

- Ja nie. - Ujął jej dłonie. - A z drugiej strony to się musiało stać. 

- Teraz widzisz, Ŝe miałam rację? - Popatrzyła na niego pytająco. - Zabił Taylora. 

- Tak. Przyznał się. 

- PomoŜesz mi? - Nie wypuszczając jego rąk, przysunęła się bliŜej. 

Przez chwilę się wahał, patrząc z zatroskaniem na jej rozpaloną twarz. 

- Paul się tylko bronił... - rzekł wolno. - To był nieszczęśliwy wypadek. Nie mogę... 

-  To  było  morderstwo!  -  zawołała  Janet  Henry.  -  Twierdzi,  Ŝe  działał  w  obronie 

własnej?  A  co  ma  mówić?  -  Pokręciła  niecierpliwie  głową.  -  Zresztą  nawet  gdyby 

nieumyślnie spowodował śmierć mojego brata, czy nie powinien udowodnić tego w sądzie? 

-  Minęło  zbyt  wiele  czasu.  To,  Ŝe  przez  miesiąc  siedział  cicho,  liczyłoby  się  na  jego 

niekorzyść. 

-  A  czyja  wina,  Ŝe  siedział  cicho?  Gdyby  działał  w  obronie  własnej,  myślisz,  Ŝe 

musiałby... 

Ned pokiwał stanowczo głową. 

- Musiałby. Ze względu na ciebie. On cię kocha. Nie chciał, Ŝebyś się dowiedziała, Ŝe 

zabił Taylora. 

- PrzecieŜ i tak wiem! -  krzyknęła.  - A wkrótce  dowiedzą się wszyscy!Ned wzruszył 

rarnionami. Był przygnębiony. 

- Nie pomoŜesz mi? - spytała Janet. 

background image

- Nie. 

- Dlaczego? JuŜ nic cię z nim nie łączy. 

-  Nie  chcę  przyczyniać  się  do  jego  skazania.  Jestem  pewien,  Ŝe  mnie  nie  okłamał. 

Niestety, zbyt długo milczał, aby sąd dał mu wiarę. - ZwilŜył wargi. - Zostaw go w spokoju. 

Pewnie i tak spotka go kara. 

- O nie! Nie spocznę, dopóki nie odpowie za swój czyn! - Nagle wstrzymała oddech, 

zmruŜyła oczy. - Skoro mu wierzysz, to nie powinieneś się bać... 

- Czego? Nie rozumiem... - zaczął ostroŜnie. 

-  Prawdy.  Bez  względu  na  to,  jaka  ona  jest,  muszą  istnieć  jakieś  dowody.  Więc  jeśli 

wierzysz w niewinność Paula, pomóŜ mi je znaleźć. 

Przyjrzał się jej uwaŜnie. 

- JeŜeli się zgodzę - rzekł po chwili - i jeŜeli zdołamy coś odkryć, czy będziesz umiała 

zaakceptować... 

- Tak - przerwała mu. - Jeśli i ty będziesz umiał. 

- I obiecasz, Ŝe nikomu nic nie powiesz, dopóki nie poznamy całej prawdy? 

- Tak. 

- W porządku. Zgoda. 

Łzy wdzięczności zakręciły się w jej oczach. 

-  Usiądźmy  -  powiedział  Ned.  Na  jego  szczupłej  twarzy  malowało  się  napięcie.  - 

Trzeba obmyśleć plan. Czy po moim wyjściu od niego Paul się z tobą kontaktował? 

- Nie. 

- Więc nie wiemy, czy jego uczucia do ciebie nie osłabły. Bo mogły, jeśli po namyśle 

uznał, Ŝe jednak miałem rację. To by nic nie zmieniło między nami, to znaczy między mną a 

Paulem, bo nie zamierzam więcej dla niego pracować,  ale...  -  Zmarszczył czoło i pocierając 

kciukiem  wąs,  popatrzył  kobiecie  na  nogi.  -  Na  razie  musimy  czekać.  Ty  nie  masz  co  do 

niego  dzwonić,  skoro  nie  wiemy,  jak  stoją  u  niego  twoje  akcje.  Myślisz,  Ŝe  bardzo  mu  na 

tobie zaleŜy? Siedziała na fotelu przy stole. 

- Oj, bardzo. - Roześmiała się lekko zaŜenowana. - Wiem, Ŝe to brzmi nieskromnie... 

Ale kobieta wie, kiedy... 

-  W  porządku.  Więc  jest  szansa,  Ŝe  jutro  zadzwoni.  Czy  próbowałaś  wcześniej 

wyciągać z niego jakieś informacje? 

- Nie. Raczej nie. Wolałam... 

-  To  nie  próbuj.  Choćbyś  nie  wiem  jak  była  pewna  jego  uczuć,  musisz  zachować 

ostroŜność. Kolejne pytanie: czy jest coś, o czym mi jeszcze nie wspomniałaś? 

background image

-  Nie  -  odparła  potrząsając  głową.  -  Nie  wiedziałam,  jak  się  do  tego  wszystkiego 

zabrać. Dlatego chciałam, Ŝebyś... 

Przerwał jej wpół słowa. 

- Nie pomyślałaś o tym, Ŝeby wynająć prywatnego detektywa? 

- Nie miałam pojęcia, komu mogę zaufać. Bałam się, Ŝe trafię na takiego, który zaraz 

o wszystkim doniesie Paulowi. 

- Znam odpowiedniego faceta. - Przejechał palcami po swoich ciemnych włosach. - A 

teraz słuchaj. Musisz sprawdzić dla mnie dwie rzeczy. Pierwsza, to czy nie brakuje w domu 

jakiegoś  kapelusza  Taylora.  Paul  twierdzi,  Ŝe  Taylor  miał  na  głowie  kapelusz,  ale  Ŝadnego 

przy nim nie znaleziono. Rozejrzyj się, czy... - uśmiechnął się zdawkowo - czy poza jednym, 

który sam poŜyczyłem... 

Nie zwracając uwagi na jego uśmiech, podniosła ręce w bezradnym geście. 

-  To  niemoŜliwe  -  powiedziała.  -  Jakiś  czas  temu  pozbyliśmy  się  wszystkich  ubrań 

brata. A poza tym i tak nikt by się nie doliczył jego kapeluszy. 

-  -  Trudno.  -  Ned  wzruszył  ramionami.  -  Druga  sprawa  to  laska:  czy  nie  brakuje 

cięŜkiej, brązowej laski... 

- Ojciec ma taką - wtrąciła szybko kobieta. 

- I chyba widziałam ją w domu. 

-  Sprawdź.  -  Zaczął  obgryzać  paznokieć.  -  Na  razie  to  by  było  wszystko.  Miejmy 

nadzieję, Ŝe jutro Paul się do ciebie odezwie. 

- A o co chodzi? - spytała wstając. W jej głosie brzmiało podniecenie. - To znaczy, z 

tą laską? 

-  Paul  twierdzi,  Ŝe  Taylor  zaatakował  go  laską  i  Ŝe  kiedy  mu  ją  wyrywał,  niechcący 

uderzył Taylora w czoło. Zabrał laskę ze sobą, a potem ją spalił. 

-  Jestem  prawie  pewna,  Ŝe  wszystkie  laski  ojca  są  w  domu!  -  Twarz  Janet  pobladła, 

oczy zrobiły się wielkie. 

- A Taylor nie miał Ŝadnej? 

- Jedną, ale czarną, ze srebrnym uchwytem. 

- Zacisnęła palce na jego nadgarstku. - JeŜeli wszystkie brązowe laski są na miejscu, 

to... 

- To moŜe coś znaczyć. - Poklepał ją po dłoni. 

- Tylko pamiętaj, mamy być ze sobą szczerzy! 

-  Tak,  oczywiście  -  obiecała.  -  Oj,  Ned,  gdybyś  wiedział,  jak  strasznie  się  cieszę  z 

twojej pomocy i jak bardzo jej potrzebuję... Naprawdę moŜesz mi ufać. 

background image

- Mam nadzieję. - Oswobodził nadgarstek. 

 3 

Przez  kilka  minut  przechadzał  się  po  pokoju,  skupiony,  z  roziskrzonymi  oczami.  Za 

dwadzieścia  dziesiąta  spojrzał  na  zegarek,  po  czym  zarzucił  na  siebie  płaszcz  i  udał  się  do 

„Majestatu”. Kiedy w recepcji poinformowano go, Ŝe Harry Sloss wyszedł, złapał taksówkę i 

kazał się zawieźć do restauracji przy West Road. 

Restauracja mieściła się w białym, kwadratowym budynku, którego ściany wyglądały 

o tej porze dość szarawo, usytuowanym wśród drzew, z dala od szosy, jakieś pięć kilometrów 

za  rogatkami  miasta.  W  oknach  na  parterze  paliły  się  światła.  Przed  budynkiem  stało 

zaparkowanych kilka wozów, inne znajdowały się w długim, ciemnym garaŜu na lewo. 

Ned  Beaumont  skinął  głową  znajomemu  portierowi  i  skierował  się  do  duŜej  sali 

restauracyjnej,  w  której  trzyosobowy  zespół  przygrywał  z  zapałem,  a  cztery  lub  pięć  par 

tańczyło  na  parkiecie.  Ruszył  przejściem  między  stolikami  i  obszedłszy  parkiet,  dotarł  do 

baru w rogu sali. Był tam jedynym klientem. 

- Cześć, Ned - powiedział barman, grubas o ogromnym, porowatym nosie. - Rzadko tu 

ostatnio bywasz. 

- Staram się zbytnio nie szaleć. Nalej mi whisky z wermutem, Jimmy. 

Barman  zaczął  przyrządzać  koktajl.  Muzycy  przestali  grać.  W  ciszy,  która  zapadła, 

nagle rozległ się ostry kobiecy głos: 

- Nie zamierzam bawić się w tym samym lokalu, co ten skurwysyn Beaumont! 

Ned odwrócił się i oparł o krawędź lady. Barman zastygł bez ruchu, trzymając przed 

sobą naczynie do mieszania koktajli. 

Na  środku  parkietu  stała  Lee  Wilshire  z  ręką  zaciśniętą  na  ramieniu  otyłego 

młodzieńca w przyciasnym, granatowym garniturze i patrzyła gniewnie na Neda. Młodzieniec 

równieŜ się w niego wpatrywał, wzrokiem nieco tępym. 

- Albo wyrzucisz stąd tego skurwiela, albo wychodzę - rzekła do swego partnera Lee. 

Rozmowy ucichły. Obecni w sali goście nadstawili uszu. 

Młodzieniec oblał się rumieńcem. Próbował przybrać srogą minę, ale jeszcze bardziej 

się speszył. 

- Jeśli się boisz, to sama mu przyłoŜę - ciągnęła Lee. 

- Dobry wieczór, Lee - powiedział Beaumont. 

-  Widziałaś  się  z  Berniem  po  jego  wyjściu  z  paki?  Lee  przeklęła  głośno  i  postąpiła 

krok w jego stronę. 

Otyły młodzieniec powstrzymał ją. 

background image

- Poczekaj, ja się nim zajmę. - Poprawił kołnierzyk, obciągnął marynarkę i ruszył do 

baru. 

- No, co jest, do cholery? Dlaczego zaczepiasz tę panią? Nauczyć cię, gnojku, kultury? 

Nie  spuszczając  oczu  z  młodzieńca,  Ned  wyciągnął  za  siebie  rękę  i  połoŜył  ją  na 

kontuarze, dłonią do góry. 

- Daj mi jakiś łom, Jimmy - powiedział do barmana. - Szkoda mi własnych pięści. 

Barman szybko sięgnął pod ladę i wsunął Nedowi do ręki nieduŜą pałkę. Nawet na nią 

nie patrząc, Ned ponownie odezwał się do młodzieńca: 

-  Czy  ja  jestem  niekulturalny?  Zresztą  brak  kultury  nigdy  Lee  nie  przeszkadzał.  Ona 

lubi takich facetów. Ostatni, z którym była, nazywał ją głupią gęsią. 

Młodzieniec zawahał się i rozejrzał nerwowo po sali. 

- Zapamiętam cię, ty wszarzu - powiedział. 

- Jeszcze się kiedyś spotkamy. - Po czym odwrócił się do Lee Wushire. - Chodź, mała. 

Spływamy z tej speluny. 

- Sam sobie spływaj! - warknęła gniewnie. 

- Nigdzie z tobą nie idę. Mam cię po dziurki w nosie. 

Do baru podszedł mocno zbudowany męŜczyzna; prawie wszystkie zęby miał złote. 

- Wyjdziecie oboje - rzekł. - No, na co jeszcze czekacie? 

Ned Beaumont parsknął śmiechem. 

- Ta pani jest ze mną, Corky. 

- A, to co innego - oznajmił Corky i popatrzył na towarzyszącego  Lee młodzieńca. - 

Wynocha, szczylu - warknął. 

Młodzieniec bez słowa opuścił lokal. Lee wróciła do stolika. Siedziała z brodą opartą 

na pięściach, z wzrokiem utkwionym w obrusie. Po chwili Ned się do niej przysiadł. 

-  Corky,  przynieś  tu  moje  whisky  z  wermutem  -  poprosił  kelnera.  -  I  coś  bym 

zamówił... Jadłaś juŜ? - spytał dziewczynę. 

- Tak - odparła, nie podnosząc oczu. - Ale napiłabym się szampana.- Tak. - Popatrzyła 

na niego niepewnie. 

-  Chyba  powinniśmy  się  jeszcze  napić.  Podczas  gdy  Lee  pudrowała  sobie  nos,  Ned 

przywołał kelnera i zamówił następną kolejkę. 

 4 

Dzwonek do drzwi wyrwał Neda ze snu. Pokasłując cicho, zwlókł się z łóŜka, włoŜył 

pantofle,  kimono  i  wyszedł  z  sypialni.  Po  drodze  zerknął  na  budzik:  było  kilka  minut  po 

dziewiątej. 

background image

W drzwiach stała Janet Henry. 

- Wiem, Ŝe jest strasznie wcześnie - powiedziała przepraszająco. - Nie mogłam dłuŜej 

wytrzymać. Wczoraj, po powrocie do domu, usiłowałam się do ciebie dodzwonić, ale nikt nie 

odbierał. Prawie całą noc nie zmruŜyłam oka. OtóŜ sprawdziłam wszystkie laski i Ŝadnej nie 

brakuje. Paul kłamał. 

- A czy jest wśród nich cięŜka, brązowa... 

- Tak. Major Sawbridge przywiózł ją ojcu ze Szkocji. Stoi w szafie, bo tata jej nigdy 

nie uŜywa. - Uśmiechnęła się triumfalnie. 

Zamrugał sennie oczami, po czym przejechał dłonią po rozczochranych włosach. 

- Hm, czyli istotnie Paul kłamał. 

- I wiesz co? Był u nas, kiedy wróciłam do domu - oznajmiła wesoło. 

- Kto, Paul? 

- Tak. Poprosił mnie o rękę. Senność ulotniła się z oczu Neda. 

- Wspomniał ci o naszej kłótni i rozstaniu? - spytał. 

- Ani słowem - odparła. 

- Dobra. Szampan dla pani. A dla mnie befsztyk z pieczarkami, jakieś warzywa, byle 

nie z puszki, sałata i pomidory doprawione sosem z rokfora. I kawa. 

-  Jak  ten  gnój  śmiał  mnie  zostawić!  -  poskarŜyła  się  Lee,  kiedy  kelner  odszedł.  - 

Dlaczego na facetach nigdy nie moŜna polegać? - Zaczęła cicho pochlipywać. 

- MoŜe wybierasz nieodpowiednich? 

- I kto to mówi? - Popatrzyła na niego z wściekłością. - Ten, który mnie okantował! 

- Ja cię nie okantowałem - sprzeciwił się Ned. - To nie moja wina, Ŝe Bernie sprzedał 

twoje świecidełka, Ŝeby oddać mi forsę, na którą mnie orŜnął. 

Muzycy znów zaczęli grać. 

- Tak, wy zawsze jesteście niewinni! Chodź, zatańczymy. 

- No dobrze - zgodził się niechętnie. 

Gdy wrócili z parkietu, na stoliku juŜ stała whisky z wermutem i kieliszek szampana. 

- Co słychać u Berniego? - spytał Ned. 

- Nie wiem. Nie widzieliśmy się, odkąd go wypuścili, i nie mam ochoty na spotkanie. 

Jeszcze  jeden  wspaniały  męŜczyzna  w  moim  Ŝyciu!  Cholera,  co  za  pechowy  rok!  Najpierw 

Bernie, potem Taylor, a teraz ten szczeniak, którego Corky przepędził. 

- Taylor Henry? - zainteresował się Ned. 

-  Tak.  Ale  rzadko  się  z  nim  widywałam  -  wyjaśniła  szybko  dziewczyna  -  bo 

mieszkałam wówczas z Berniem. 

background image

Ned dopił koktajl. 

- Po prostu od czasu do czasu wpadałaś do jego mieszkanka na Charter Street, tak?ta, 

którego widziałeś z Paulem. Czy miał kapelusz...? Tak? Jesteś pewien...? A laskę...? Dobra... 

Nie,  Harry,  nie  udało  mi  się  nic  z Paulem  załatwić.  Lepiej  sam  się  do  niego  wybierz...  Tak. 

Cześć. - OdłoŜył słuchawkę i napotkał pytające spojrzenie Janet Henry. - Harry i jego kumpel 

twierdzą,  Ŝe  tamtego  wieczoru  widzieli,  jak  Paul  rozmawiał  na  ulicy  z  twoim  bratem  - 

wyjaśnił.  -  Zdaniem  Harry’ego,  Taylor  był  w  kapeluszu,  ale  nie  miał  laski.  Było  jednak 

ciemno, a Harry z kumplem widzieli ich z jadącego samochodu. Za bardzo nie polegałbym na 

tym, co mówią. 

- Dlaczego ten kapelusz tak cię interesuje? Ned wzruszył ramionami. 

-  Wydaje  mi  się,  Ŝe  moŜe  mieć  jakieś  znaczenie,  ale  nie  wiem.  Nie  jestem  przecieŜ 

detektywem. 

- Odkryłeś wczoraj coś nowego? 

- Nie. Cały wieczór fundowałem drinki dziewczynie, z którą Taylor się zadawał, lecz 

nie była w stanie mi pomóc. 

- Znam ją? 

- Wątpię. - Nagle zmierzył ją wzrokiem. - To nie była Opal, jeśli o to ci chodzi. 

- MoŜe... moŜe naleŜałoby z nią teŜ porozmawiać? 

-  Z  Opal?  Ona  nic  nie  wie.  Myśli,  Ŝe  Paul  zabił  Taylora  z  jej  powodu.  Po  prostu 

ubzdurała  to  sobie  na  podstawie  anonimowych  listów,  które  jej  wysyłałaś,  i  artykułów  w 

„Observerze”. 

Janet Henry pokiwała głową, ale nie sprawiała wraŜenia przekonanej. 

Z dołu przyniesiono śniadanie. Zasiedli do posiłku, kiedy znów zaterkotał telefon. Ned 

wstał od stołu i podniósł słuchawkę. 

- Co mu powiedziałaś? 

- śe minęło zbyt mało czasu od śmierci brata, abym mogła myśleć o zaręczynach czy 

ś

lubie. Ale starałam się nie odbierać mu nadziei, Ŝe moŜe kiedyś, w przyszłości... 

Popatrzył  na  nią  zdumiony.  Kobieta  stropiła  się.  PołoŜyła  rękę  na  jego  ramieniu  i 

załamującym się głosem rzekła: 

-  Naprawdę  nie  jestem  taka  zimna  i  wyrachowana,  jak  myślisz.  Po  prostu...  tak 

strasznie  chcę,  Ŝebyśmy  znaleźli  mordercę  Taylora,  Ŝe...  Ŝe  wszystko  inne  wydaje  mi  się 

niewaŜne. 

Ned zwilŜył wargi. 

- Biedny Paul - powiedział cicho, z powagą. 

background image

- Co by to było, gdybyś go kochała równie mocno, jak go nienawidzisz? 

- Przestań! - zawołała, tupiąc gniewnie nogą. 

- Nie mów tak! 

Ned zmarszczył czoło i zacisnął usta. 

- Błagam - szepnęła skruszonym głosem. - Czuję do niego wstręt. 

- Przepraszam. Jadłaś juŜ śniadanie? 

- Nie. Byłam zbyt przejęta; chciałam jak najszybciej powiedzieć ci o lasce. 

- Więc zjemy razem. Na co masz ochotę? - spytał, idąc do telefonu. 

Zamówiwszy śniadanie, poszedł do łazienki, Ŝeby doprowadzić się do porządku. Umył 

twarz, ręce, zęby, uczesał się. Kiedy wrócił do salonu, kobieta stała - bez płaszcza i kapelusza 

-  przy  kominku  paląc  papierosa.  Otworzyła  usta,  ale  zanim  zdąŜyła  cokolwiek  powiedzieć, 

zadzwonił telefon. 

-  Halo...?  Tak,  Harry,  byłem  u  ciebie,  ale  cię  nie  zastałem...  Chciałem  cię  spytać  o 

tego face 

-  Halo...?  Tak,  mamuśku...  Co?  -  Zmarszczył  czoło  i  przez  kilka  sekund  słuchał  w 

milczeniu. 

- Nie masz wyjścia, musisz go wpuścić. Nie martw się, nic jej nie będzie... Paul? Nie 

mam pojęcia... Nie, nie będę się z nim widział... Nie przejmuj się, wszystko będzie dobrze... 

Tak, na pewno... Do widzenia. - Wrócił uśmiechnięty do stolika. - To była matka Paula - rzekł 

siadając. 

-  Farr  wpadł  na  ten  sam  pomysł  co  ty.  Wysłał  do  Madvigów  swojego  pracownika, 

Ŝ

eby przesłuchał Opal. - Oczy zaiskrzyły mu się. - Nic się od niej nie dowiedzą, ale to znaczy, 

Ŝ

e pętla się zacieśnia. 

- Dlaczego tu zadzwoniła? - spytała Janet Henry. 

- śeby się poradzić. Bo Paula nie ma w domu. 

- Nie wie, Ŝeście się pokłócili? 

- Widocznie nie. - OdłoŜył na bok widelec. 

- Słuchaj, jesteś pewna, Ŝe chcesz znaleźć mordercę brata? 

- Jeszcze niczego tak bardzo w Ŝyciu nie pragnęłam - rzekła. 

Ned Beaumont roześmiał się gorzko. 

- Kiedy mi Paul mówił o tobie, uŜył prawie tych samych słów. 

Janet wzdrygnęła się. 

- Właściwie słabo cię znam - ciągnął Ned. 

background image

-  I  nie  wiem,  czy  moŜna  ci  ufać.  Śniłaś  mi  się  w  nocy  i  wcale  mi  się  ten  sen  nie 

podobał. 

- Wierzysz w sny? - zdziwiła się, uśmiechając się lekko. 

Nie odwzajemnił jej uśmiechu. 

- W nic nie wierzę, ale jako hazardzista często kieruję się irracjonalnymi czynnikami  

Jej uśmiech stał się mniej ironiczny. 

-  A  co  takiego  zrobiłam  w  tym  śnie,  Ŝeby  zawieść  twoje  zaufanie?  -  Siląc  się  na 

powagę, uniosła rękę jak do przysięgi. - Jeśli mi opowiesz, zdradzę ci, co mnie się śniło. 

-  Dobrze.  Więc  byłem  na  rybach.  Złowiłem  ogromnego  pstrąga,  takiego  naprawdę 

wielkiego. Chciałaś go obejrzeć. Zanim się spostrzegłem, wrzuciłaś go z powrotem do wody. 

Roześmiała się wesoło. 

- Co dalej? 

- Nic. Obudziłem się. 

-  Nie  bój  się.  Nie  będę  tykać  twoich  ryb.  A  wiesz,  co  mnie  się  śniło?  -  Nagle 

wytrzeszczyła oczy. - Kiedy miałeś ten sen? Po tym, jak byłeś u nas na kolacji? 

- Nie. Wczoraj. 

- Szkoda. Śmiesznie by  było,  gdybyśmy śnili o sobie tej samej nocy, dokładnie o tej 

samej porze. Bo ty mi się śniłeś właśnie po wizycie u nas w domu. Zgubiliśmy się w lesie i 

błądziliśmy, zmęczeni, głodni, aŜ wreszcie dotarliśmy do jakiejś małej chatki. Zastukaliśmy, 

ale  nikt  nie  otworzył.  Nacisnęliśmy  klamkę,  drzwi  były  jednak  zamknięte  na  klucz. 

Zajrzeliśmy  przez  okno  do  środka  i  zobaczyliśmy  wielki  stół  zastawiony  róŜnymi 

pysznościami. Niestety, w oknach były solidne kraty. Wróciliśmy więc do drzwi i zaczęliśmy 

się dobijać. Na próŜno. Nagle przypomnieliśmy sobie, Ŝe czasem ludzie zostawiają klucz pod 

słomianką; sprawdziliśmy i rzeczywiście tam leŜał. Ale kiedy otworzyliśmy drzwi, ujrzeliśmy 

na podłodze setki wijących się węŜy, które były niewidoczne przez okno. Wszystkie pełzły w 

naszą  stronę.  Szybko  zatrzasnęliśmy  drzwi,  przekręciliśmy  klucz  w  zamku  i  staliśmy 

ś

miertelnie  przeraŜeni,  słuchając  jak  syczą  i  uderzają  łbami  w  drzwi  od  środka.  I  wtedy 

powiedziałeś,  Ŝe  jeśli  zostawimy  szparę  w  drzwiach,  a  sami  się  ukryjemy,  to  moŜe  węŜe 

wyślizgną się na zewnątrz. Pomogłeś mi się wdrapać na dach, który w śnie był bardzo niski, 

po  czym  sam  się  wdrapałeś,  a  następnie  zwiesiłeś  się  nad  jego  krawędzią  i  uchyliłeś  drzwi. 

WęŜe  zaczęły  wypełzać.  LeŜeliśmy  na  dachu,  obserwując  je  z  zapartym  tchem,  dopóki  nie 

znikły  w  lesie.  Wówczas  zeskoczyliśmy  na  ziemię,  wbiegliśmy  do  chatki,  zamknęliśmy  za 

sobą  drzwi  i  rzuciliśmy  się  najedzenie.  Jedliśmy,  aŜ  uszy  nam  się  trzęsły.  Kiedy  się 

obudziłam, siedziałam na łóŜku, klaszcząc w dłonie i śmiejąc się do rozpuku. 

background image

- Zmyśliłaś tę bajeczkę - skwitował krótko Ned. 

- Tak? Dlaczego? 

- Bo początek nie przystaje do końca. Zaczyna się jak koszmar, a kończy wesoło. Poza 

tym ilekroć śni mi się Ŝarcie, zawsze budzę się, zanim zdąŜę cokolwiek skosztować. 

-  Troszkę  zmyśliłam,  ale  nie  wszystko  -  przyznała  ze  śmiechem.  -  Skoro  jednak 

zarzucasz mi kłamstwo, to nie powiem, co śniło mi się naprawdę. 

- Trudno. - Podniósł widelec, po czym nagle spytał takim tonem, jakby dopiero teraz 

przyszło mu to głowy: - Nie mówiłaś nic ojcu, prawda? Bo tak się zastanawiam... moŜe warto 

z nim porozmawiać? 

- Masz absolutną rację! - zawołała. Zmarszczył z zadumą czoło. 

-  Tylko  kłopot  w  tym  -  ciągnął  -  Ŝe  kiedy  usłyszy  o  Paulu,  moŜe  się  zdenerwować  i 

przedwcześnie rozdmuchać całą sprawę. Bo zdaje się, Ŝe ma dość wybuchowy charakter? 

-  Owszem  -  przyznała  niechętnie  kobieta  -  ale...  -  Twarz  się  jej  rozpogodziła.  -  Ale 

jeśli  wyjaśnimy  mu,  dlaczego  naleŜy  się  wstrzymać  z  oskarŜeniem,  to  na  pewno...  A  swoją 

drogą, przecieŜ moŜemy juŜ wszystko rozgłosić. 

- Jeszcze nie. Nadąsała się. 

- MoŜe jutro - powiedział. 

- Naprawdę? 

- Nie obiecuję, ale kto wie. Sięgnęła przez stół i ujęła jego dłoń. 

- Chcę być przy tym obecna. Bez względu na porę dnia czy nocy. Musisz mi przyrzec, 

Ŝ

e... 

- Przyrzekam. - Popatrzył na nią spod oka. - Czy na egzekucji teŜ będziesz chciała być 

obecna? 

Oblała się rumieńcem, lecz nie spuściła wzroku. 

- UwaŜasz mnie za potwora? MoŜe masz rację. 

- Obyś nie Ŝałowała swojej decyzji - rzekł, spoglądając na talerz. 

IX 

Gnidy 

Kiedy Janet wyszła, Ned podniósł słuchawkę i wykręcił numer Jacka Rumsena. 

- Jack? MoŜesz do mnie wpaść...? Świetnie. Cześć. 

Był  juŜ  ubrany,  kiedy  Jack  zastukał  do  drzwi.  Usiedli  naprzeciw  siebie,  kaŜdy  ze 

szklanką whisky w ręce. Ned zapalił cygaro, Jack papierosa. 

- Słyszałeś, Ŝe się rozstałem z Paulem? 

background image

- Owszem - potwierdził obojętnym tonem Rumsen. 

- Ico? 

- I nic. Ostatni raz rozstaliście się po to, Ŝebyś mógł podejść Shada 0’Rory. 

Ned uśmiechnął się, jakby oczekiwał takiej odpowiedzi. 

- I teraz ludzie teŜ myślą, Ŝe szykujemy jakiś podstęp? - spytał. 

- Większość tak. 

Ned zaciągnął się głęboko dymem. 

- A gdybym ci powiedział, Ŝe tym razem to naprawdę koniec? 

Jack nie odezwał się. Z jego twarzy nie sposób było nic wyczytać. 

- Wcale nie Ŝartuję, Jack. - Ned łyknął ze szklanki. - Ile ci jestem winien? 

- Trzydzieści dolców za ostatnią robotę. Za poprzednie juŜ zapłaciłeś. 

Beaumont wyjął z kieszeni spodni zwitek banknotów, wydobył z niego trzy dziesiątki 

i podał męŜczyźnie. 

- Dzięki. 

-  Czyli  jesteśmy  kwita.  -  Ned  ponownie  zaciągnął  się  cygarem.  Wypuszczając  z  ust 

kłęby  dymu,  powiedział:  -  Mam  dla  ciebie  kolejną  robotę.  Zamierzam  załatwić  Paula. 

Przyznał mi się, Ŝe zabił Henry’ego Taylora, ale potrzebuję dowodów. PomoŜesz mi? 

- Nie - odparł Jack. 

- Dlaczego? 

Rumsen wstał z fotela i postawił na stoliku opróŜnioną szklankę. 

- Rozwijamy tu z Fredem naszą agencję detektywistyczną - rzekł. - Mam nadzieję, Ŝe 

w ciągu najbliŜszych dwóch lat odłoŜymy sobie co nieco. Lubię cię, Ned, ale nie na tyle, Ŝeby 

zadzierać z człowiekiem, który rządzi całym miastem. 

- On juŜ jest na wylocie, Jack. Wszyscy się od niego odsuwają. Farr, Rainey... 

- Ich sprawa. Zresztą wątpię, czy dobrze na tym wyjdą. MoŜe zdołają mu zaszkodzić, 

ale  nie  wierzę,  Ŝeby  go  pokonali.  Znasz  Paula  lepiej  niŜ  ja.  To  facet  z  jajami.  Ma  więcej 

odwagi niŜ oni wszyscy razem wzięci. 

- Owszem, i właśnie tym sobie zaszkodził. Ale jak nie chcesz, to nie. 

- Nie chcę. - Jack sięgnął po kapelusz. - KaŜdą inną robotę wykonam z przyjemnością, 

ale nie tę... - Potrząsnął zdecydowanie głową. Beaumont równieŜ wstał. 

- Podejrzewałem, Ŝe tak zareagujesz - powiedział. Ani w jego twarzy, ani w głosie nie 

było  złości  czy  urazy.  Pogładził  kciukiem  wąs  i  zadumał  się  na  moment.  Wreszcie  spytał:  - 

Nie wiesz, gdzie mogę znaleźć Shada? 

Jack pokręcił głową. 

background image

- Nie. Ukrywa się, odkąd policja zrobiła mu trzeci nalot na knajpę. Zginęło wtedy tych 

dwóch gliniarzy. Wprawdzie nie mają przeciwko niemu zbyt wielu dowodów, ale... - Wyjął z 

ust papierosa. - Znasz Whisky Vassosa? 

- Tak. 

- MoŜe on ci coś powie. Zwykle bywa wieczorami w budzie Tima Walkera na Smith 

Street. 

- Zajrzę tam. Dzięki, Jack. 

-  Nie  ma  za  co.  -  MęŜczyzna  zawahał  się.  -  Cholera,  szkoda,  Ŝeś  się  rozstał  z 

Madvigiem. Wolałbym... - urwał i ruszył do drzwi. - Ale pewnie wiesz, co robisz. 

 2 

Po  wizycie  Jacka  Rumsena  Ned  udał  się  do  prokuratury.  Tym  razem  bez  trudu 

wpuszczono go do gabinetu Farra. 

Farr  nie  wstał  zza  biurka,  nie  wyciągnął  na  powitanie  ręki.  Jego  rumiana  twarz  była 

bledsza niŜ zazwyczaj. 

- Jak się masz, Beaumont? - spytał chłodno, patrząc na gościa wyniosłym, nieulękłym 

wzrokiem. 

Ned rozsiadł się wygodnie, załoŜył nogę na nogę, po czym oznajmił: 

-  Wczoraj,  po  wyjściu  od  ciebie,  zajrzałem  do  Paula.  Chcę  ci  opowiedzieć  o  tej 

wizycie. 

- Słucham. - Ton Farra wciąŜ był chłodny. 

- Opisałem Paulowi twoje nerwowe zachowanie... - Ned uśmiechnął się czarująco, po 

czym  kontynuował  z  taką  lekkością,  jakby  opowiadał  zabawną,  lecz  błahą  anegdotkę.  - 

Powiedziałem mu, Ŝe moim zdaniem usiłujesz zebrać w sobie dość odwagi, aby oskarŜyć go o 

zamordowanie Taylora  Henry’ego. Paul słuchał  uwaŜnie, ale kiedy zacząłem mu tłumaczyć, 

Ŝ

e w tej sytuacji ma tylko jedno wyjście, musi pomóc policji znaleźć prawdziwego mordercę, 

odparł,  Ŝe  to  niemoŜliwe.  Przyznał  się  do  zabójstwa,  choć  twierdził,  Ŝe  to  był  nieszczęśliwy 

wypadek, bo działał w obronie własnej czy coś takiego. 

Farr  siedział  z  wyrazem  napięcia  na  pobladłej  twarzy,  nie  odzywając  się  słowem. 

Beaumont podniósł pytająco brwi. 

- Nudzi cię moja historyjka? 

- Mów dalej - polecił chłodno prokurator. Beaumont odchylił się na krześle. 

-  Nie  wierzysz  mi,  prawda?  -  spytał  z  ironicznym  uśmiechem.  -  Myślisz,  Ŝe  to  jakaś 

sztuczka, Ŝe próbujemy nabić cię w butelkę? - Potrząsnął głową. - Strachliwy z ciebie człek, 

Farr. 

background image

-  Jeśli  masz  coś  do  powiedzenia,  to  mów.  Jeśli  nie,  to  wybacz,  ale  jestem  bardzo 

zajęty... 

- Nie denerwuj się, Farr. A nie wolałbyś, Ŝebym złoŜył oświadczenie na piśmie? 

-  MoŜe  być  na  piśmie.  -  Prokurator  wcisnął  jeden  z  szarych  przycisków  na  biurku.  - 

Pan  Beaumont  chce  podyktować  oświadczenie  -  powiedział,  kiedy  do  gabinetu  weszła 

siwowłosa kobieta. 

-  Dobrze,  proszę  pana  -  rzekła  kobieta.  Usiadła  po  drugiej  stronie  biurka,  połoŜyła 

notes na blacie i trzymając w ręce srebrny ołówek, skierowała na Neda piwne oczy. 

- Wczoraj po południu - zaczął Beaumont - podczas wizyty u Paula Madviga, Madvig 

wyznał  mi,  Ŝe  tego  wieczoru,  kiedy  zginął  Taylor  Henry,  był  na  kolacji  w  domu  senatora. 

Doszło między nimi do sprzeczki. Kiedy Paul wyszedł, Taylor wybiegł za nim i usiłował go 

zdzielić  cięŜką,  brązową  laską.  Próbując  mu  ją  wyrwać,  Paul  niechcący  uderzył  Taylora  w 

głowę;  chłopak  się  przewrócił.  Paul  zabrał  laskę  ze  sobą,  a  potem  ją  spalił.  Twierdzi,  Ŝe 

dlatego nie przyznał się do zabójstwa, bo nie chciał, Ŝeby Janet Henry dowiedziała się o tym, 

co uczynił. To wszystko. 

- Proszę przepisać oświadczenie na maszynie - polecił Farr stenografce. 

Kobieta pośpiesznie opuściła gabinet. 

- Myślałem, Ŝe ucieszy cię ta wiadomość - powiedział Beaumont. - śe będziesz skakał 

do góry z radości. 

Prokurator popatrzył na niego bez słowa. 

- Myślałem - kontynuował Ned, nie przejmując się brakiem reakcji ze strony Farra - Ŝe 

mając tak... - zawahał się, szukając właściwego  słowa - tak obciąŜające  go zeznania, kaŜesz 

natychmiast wezwać Paula i przyciśniesz go do muru. 

- Pozwolisz, Ŝe sam będę decydował o tym, co robić - rzekł ozięble Farr. 

Beaumont  roześmiał  się.  Potem  siedział  w  milczeniu,  dopóki  siwowłosa  stenografka 

nie wróciła z przepisanym na maszynie tekstem. Wtedy spytał: 

- Czy mam przysiąc na Biblię albo... 

- Nie - przerwał Farr. - Wystarczy twój podpis. 

Beaumont podpisał oświadczenie. 

- E, tam - mruknął zawiedzionym tonem. - Myślałem, Ŝe to będzie bardziej zabawne. 

- Myliłeś się - oznajmił z ponurą satysfakcją Farr i zacisnął zęby. 

-  Strachliwy  z  ciebie  człek  -  powtórzył  Ned.  -  Przechodząc  przez  jezdnię,  uwaŜaj  na 

taksówki. - Skłonił się. - Do zobaczenia. 

Po wyjściu z gabinetu skrzywił się gniewnie. 

background image

 3 

Wieczorem  Beaumont  zadzwonił  do  ciemnego,  dwupiętrowego  budynku  przy  Smith 

Street. Drzwi uchyliły się na szerokość kilku centymetrów; sprawdziwszy, kto dzwoni, niski 

męŜczyzna  o  małej  głowie  i  potęŜnych  ramionach  usunął  się  na  bok,  wpuszczając  Neda  do 

ś

rodka. 

- Serwus - powiedział Ned. 

Przeszedł z pięć metrów mrocznym korytarzem,  mijając po prawej stronie dwie pary 

zamkniętych drzwi; pchnął drzwi znajdujące się po lewej i ruszył drewnianymi schodami do 

sutereny, w której mieścił się bar i z której dochodziły dźwięki radia. 

Nie  opodal  lady  znajdowały  się  drzwi  z  matową  szybą,  na  której  widniał  napis 

„Toaleta”.  Po  chwili  ze  środka  wyłonił  się  barczysty,  ciemnowłosy  męŜczyzna  o  długich 

rękach,  płaskiej  twarzy  i  krótkich,  kabłąkowatych  nogach:  gorylowaty  Jeff  Gardner  we 

własnej osobie. Na widok Neda jego małe, czerwone ślepia wyraźnie się oŜywiły. 

- Do licha, przylazł mój worek treningowy! 

- ryknął, ukazując w uśmiechu piękne zębiska. 

- Cześć, Jeff - powiedział Ned, nie zwaŜając na zainteresowane spojrzenia pozostałych 

klientów. 

Goryl podszedł do niego chwiejnym krokiem, jedną łapę zarzucił mu na ramię, drugą 

chwycił jego rękę i trzymając ją w górze, zwrócił się wesoło do obecnych: 

- To jest najrówniejszy gość, jakiego w Ŝyciu waliłem po mordzie, a waliłem wićlu. - 

Zaciągnął  Neda  do  baru.  -  Najpierw  się  czegoś  napijemy,  a  potem  urządzimy  im  mały 

pokazik, dobrze? No, co pijesz? 

-  Szkocką  -  odparł  Ned,  patrząc  z  kamienną  miną  na  odraŜającą  twarz  niŜszego 

męŜczyzny. 

Jeff roześmiał się zachwycony i ponownie zwrócił do gości w barze: 

- Widzicie? On to uwielbia. Ten facet... - zmarszczył z namysłem czoło, oblizał wargi 

- ...ten facet to, kurwa, prawdziwy masakrysta! 

- Przeniósł wzrok na Neda. - Ty! Ty chociaŜ wiesz, co to znaczy masakrysta? 

- Wiem. 

Goryl sprawiał wraŜenie zawiedzionego. 

- Whisky - powiedział. 

Kiedy barman postawił przed nimi trunek, Jeff puścił rękę Neda, ale wciąŜ obejmował 

go ramieniem. Obywdaj szybko opróŜnili szklanki. Jeff odstawił swoją na ladę, po czym ujął 

Neda za nadgarstek. 

background image

-  Idziemy  na  górę  -  powiedział.  -  Jest  tam  taki  mały  pokoik,  tak  ciasny,  Ŝe  jak  cię 

zdzielę w ryło, to nie zwalisz się z nóg, tylko odbijesz od ściany, a wtedy znów cię zdzielę, a 

ty znów się odbijesz... Po jaką cholerę masz tracić czas na wstawanie, co? 

- Napijesz się jeszcze? - spytał Ned. 

- Jasne. Czemu nie? 

Wypili drugą kolejkę. Kiedy Ned zapłacił, goryl pchnął go w stronę schodów. 

-  Wybaczcie,  panowie  -  rzekł  do  obecnych.  -  Idziemy  teraz  na  górę  zrobić  próbę 

generalną. Ja i mój woreczek. - Poklepał Neda po ramieniu. 

Wspięli się po schodach na piętro i udali do małego, zagraconego pokoiku, w którym 

oprócz  sofy  i  dwóch  stołów  znajdowało  się  z  pół  tuzina  krzeseł.  Na  jednym  ze  stołów  stały 

puste szklanki oraz talerze z resztkami kanapek. 

MruŜąc oczy jak krótkowidz, Jeff rozejrzał się wokoło. 

-  Kurwa,  a  gdzie  ona  się  podziała?  -  Puścił  nadgarstek  Neda,  zdjął  rękę  z  jego 

ramienia i spytał: - Nie widzisz tu Ŝadnej baby? 

- Nie. 

-  Pewnie  wyszła  -  stwierdził  goryl,  kiwając  energicznie  głową.  Chwiejnym  krokiem 

zbliŜył się do drzwi, brudnym paluchem przycisnął dzwonek w ścianie, po czym wymachując 

zamaszyście ręką, skłonił się nisko. - Siadaj. 

Ned Beaumont usiadł przy mniej zabrudzonym stole. 

- Siadaj, gdzie tylko masz ochotę - powiedział Jeff, wielkopańskim gestem wskazując 

na  cały  pokój.  -  Jak  ci  tam  niewygodnie,  moŜesz  się  śmiało  przesiąść.  Jesteś,  kurwa,  moim 

gościem, chcesz czy nie.- To krzesło mi całkiem odpowiada. 

-  To  krzesło  jest  do  dupy.  Wszystkie  krzesła  w  tej  cholernej  budzie  są  do  dupy.  - 

Podniósł  najbliŜsze  i  wyrwał  jedną  z  przednich  nóg.  -  Ty  to  nazywasz  krzesłem?  Kurwa, 

Beaumont,  co  ty  wiesz  o  krzesłach!  -  Cisnął  je  na  podłogę,  a  wyrwaną  nogę  na  sofę.  -  Nie 

myśl, Ŝeś taki sprytny! Dobrze wiem, co ci chodzi po głowie. UwaŜasz, Ŝe się upiłem, no nie? 

Ned uśmiechnął się. 

- Nie, skąd. 

-  A  właśnie,  kurwa,  Ŝe  tak.  Jestem  bardziej  pijany  niŜ  ty,  bardziej  pijany  niŜ 

ktokolwiek w tej zasranej budzie, więc nie gadaj, kurwa, Ŝe się nie upiłem, bo... - Podniósł do 

góry tłusty, brudny paluch. 

W drzwiach ukazał się kelner. 

- Panowie sobie coś Ŝyczą? - spytał. Jeff odwrócił się do niego. 

- Co tak długo? Spałeś, do cholery, czy co? PrzecieŜ dzwoniłem z godzinę temu! 

background image

Kelner chciał coś powiedzieć, ale Jeff nie dopuścił go do słowa. 

-  Zapraszam  na  drinka  mojego  najlepszego  kumpla  i  co?  Musimy,  kurwa,  godzinę 

czekać na zasraną obsługę! - wrzasnął. - Nic dziwnego, Ŝe mój kumpel jest na mnie zły. 

- Co sobie panowie Ŝyczą? - powtórzył kelner. 

- śyczę sobie wiedzieć, gdzie się podziała ta dziewczyna, która tu była! - ryknął Jeff. 

- Poszła. 

- Dokąd? 

- Nie wiem. 

- No to się, cholera, dowiedz! I to szybko! Masz wiedzieć i koniec! W dupie mam taki 

lokal, w którym... - Nagle w jego czerwonych oczkach pojawił się chytry błysk. - Powiem ci, 

co masz zrobić. Idź do damskiej toalety i sprawdź, czy tam jej nie ma. 

- Nie ma - oznajmił kelner. - Widziałem, jak wychodziła z budynku. 

-  A  to  dziwka!  -  ryknął  Jeff  i  odwrócił  się  do  Neda.  -  I  co  byś  z  taką  zrobił,  no 

powiedz! Zapraszam cię na górę, Ŝebyś ją poznał, bo wiem, Ŝe by ci się spodobała, i Ŝe ty byś 

się jej spodobał... Za kogo ona się, cholera, uwaŜa? Jakim prawem wyszła bez pytania? 

Ned zapalił cygaro. Milczał. Jeff podrapał się po głowie. 

-  No  dobra,  przynieś  nam  coś  do  picia  -  warknął  do  kelnera,  siadając  naprzeciwko 

Neda. - Dla mnie whisky. 

- Dla mnie równieŜ - rzekł Beaumont. Kelner znikł za drzwiami. 

- Nie bądź taki cwany - powiedział goryl, wpatrując się gniewnie w swojego gościa. - 

Dobrze wiem, co knujesz. 

- Nic nie knuję - odparł obojętnie Ned. - Chciałem spotkać się z Shadem i pomyślałem 

sobie, Ŝe Whisky Vassos powie mi, gdzie go szukać. 

- Sądzisz, Ŝe ja nie wiem, gdzie jest Shad? 

- Pewnie wiesz. 

- To dlaczego mnie nie spytasz? 

- W porządku. Więc gdzie jest? 

-  ŁŜesz  jak  z  nut!  -  ryknął  Jeff  i  huknął  potęŜną  łapą  w  stół.  -  Gówno  cię  Shad 

obchodzi! Przylazłeś tu, Ŝeby się ze mną policzyć! 

Beaumont pokręcił z uśmiechem głową. 

-  Nie  kłam  -  upierał  się  goryl.  -  Dobrze,  kurwa,  wiesz...W  drzwiach  pojawił  się 

męŜczyzna w średnim wieku o mięsistych, czerwonych wargach i okrągłych oczach. 

- Przestań się wydzierać, Jeff - powiedział. - Robisz strasznie duŜo hałasu. 

Jeff obrócił się na krześle. 

background image

-  Bo  ten  skurwysyn  -  wskazał  za  siebie  na  Neda  -  myśli,  Ŝe  nie  wiem,  co  jest  grane. 

Ale się myli, gnida jedna! Tak mu skuję mordę, Ŝe rodzona matka go nie pozna. Zobaczysz. 

-  W  porządku  -  powiedział  uspokajająco  facet  w  drzwiach.  -  Ale  nie  musisz  się  tak 

wydzierać. - Puścił oko do Neda i wycofał się z pokoju. 

- Z tego Tima teŜ się robi gnida - mruknął Jeff i splunął na podłogę. 

Po chwili kelner przyniósł drinki. Beaumont uniósł szklankę. 

- Twoje zdrowie - rzekł, pociągając łyk. 

- Nie chcę, Ŝeby jakaś gnida piła moje zdrowie! 

- Odbiło ci. 

-  I  co  z  tego?  MoŜe  się  upiłem,  ale  nie  aŜ  tak,  Ŝeby  nie  wiedzieć,  co  knujesz.  - 

OpróŜnił szklankę, wierzchem dłoni wytarł usta. - Gnida! 

- Niech ci będzie. - Beaumont uśmiechnął się przyjaźnie. 

Jeff przysunął bliŜej swoją płaską, gorylowatą twarz. 

- Myślisz, Ŝe pozjadałeś wszystkie rozumy, co? Ned Beaumont milczał. 

-  Myślisz,  Ŝe  dam  się  nabrać  na  twoje  sztuczki?  -  ciągnął  Jeff.  -  Przejrzałem  cię. 

Chcesz mnie upić, a potem wydać glinom. 

- Glinom? - spytał niedbale Ned. - Ach, tak! Za zabójstwo Francisa Westa? 

- Do diabła z Western! Ned wzruszył ramionami. 

- W porządku - rzekł. - Nie znałem go. 

- Gnida. 

- Masz ochotę na jeszcze jedną kolejkę? Goryl skinął z powagą głową i odchylił się na 

krześle, Ŝeby sięgnąć do dzwonka. 

-  Ale  i  tak  jesteś  gnidą.  -  Krzesło  zachybotało  się,  więc  postawił  nogi  na  podłodze, 

Ŝ

eby się nie wywrócić. - Cholera! - warknął i przysunął krzesło z powrotem do stołu, po czym 

oparł się wygodnie łokciami o blat. - Zresztą co za róŜnica, kto mnie wyda glinom? I tak mnie 

nie usmaŜą na krześle elektrycznym. 

- Nie? 

-  Pewnie,  Ŝe  nie!  Przed  wyborami  nie  zdąŜą,  a  po  wyborach  Shad  będzie  miał 

wszystkich w kieszeni! 

- Nie wiadomo. 

- Wiadomo, kurwa, wiadomo. 

W drzwiach znów pojawił się kelner; zamówili po whisky. 

-  MoŜe  Shad  wcale  nie  kiwnie  palcem  w  twojej  obronie  -  powiedział  Ned,  kiedy 

zostali sami. - Czasem tak bywa. 

background image

- Spokojna głowa! - oburzył się goryl. - Za duŜo o nim wiem. 

Ned wypuścił ustami dym. 

- Co wiesz? 

-  Chryste!  -  Goryl  parsknął  pogardliwie  śmiechem.  -  Ten  kretyn  myśli,  Ŝe  mu 

wszystko wyśpiewam! Nie jestem aŜ tak pijany. 

-  AleŜ  powiedz  mu,  Jeff,  śmiało  -  rzekł  niski,  melodyjny  głos  z  charakterystycznym 

irlandzkim akcentem.W progu stal Shad 0’Rory i ze smutkiem w oczach  spoglądał na Jeffa. 

Goryl zadarł głowę. 

-  Jak  się  masz,  Shad?  -  spytał  wesoło.  -  Chodź,  napij  się  z  nami.  Znasz  Beaumonta, 

prawda? To gnida, wiesz? 

- Mówiłem ci, Jeff, Ŝebyś nie wychodził z ukrycia - oznajmił cicho 0’Rory. 

-  Chryste,  Shad,  juŜ  nie  mogłem  sam  ze  sobą  wytrzymać!  A  poza  tym  ta  buda  jest 

bezpieczna. 

0’Rory jeszcze przez chwilę mierzył Jeffa wzrokiem, po czym przeniósł spojrzenie na 

Neda. 

- Dobry wieczór, Beaumont - rzekł. 

- Serwus, Shad. 

-  I  co,  udało  ci  się  z  niego  coś  wydusić?  -  Uśmiechnął  się  łagodnie,  nieznacznym 

ruchem głowy wskazując na goryla. 

- Nic, czego bym wcześniej nie wiedział - odparł Ned. - DuŜo gada,  ale  większość z 

tego to pijacki bełkot. 

-  Obydwaj  jesteście  gnidy  -  warknął  Jeff.  Kelner  zjawił  się  z  drinkami.  0’Rory 

powstrzymał go w drzwiach. 

- Zabierz to z powrotem - polecił mu. - JuŜ dość wypili. 

Kelner wycofał się. 0’Rory wszedł do środka, zamknął drzwi i oparł się o nie plecami. 

- Za długi masz język, Jeff - stwierdził. - Ile razy mam ci to powtarzać? 

Beaumont puścił oko do goryla. 

- O co ci chodzi?! - spytał gniewnie Jeff. Beaumont wybuchnął śmiechem. 

- Mówię do ciebie, Jeff - powiedział 0’Rory. 

- PrzecieŜ, kurwa, słyszę. 

- Ale coś mi się zdaje, Ŝe wkrótce przestaniemy ze sobą rozmawiać. 

Jeff wstał z krzesła i obszedł stół. 

background image

-  Nie  bądź  gnidą,  Shad.  Co  cię  napadło?  PrzecieŜ  od  dawna  jesteśmy  kumplami,  ty 

moim, ja twoim. - Wyciągnąwszy ramiona, chwiejnym krokiem ruszył w jego stronę, aby go 

objąć. - Trochę się urŜnąłem, ale... 

0’Rory połoŜył bladą dłoń na piersi goryla i odepchnął go. 

- Siadaj - rozkazał mu, nie podnosząc głosu. Jeff zamachnął się lewą pięścią. 

0’Rory  przechylił  głowę  w  bok,  ledwo  unikając  ciosu.  Na  jego  szczupłej,  kształtnej 

twarzy wciąŜ malował się spokój, ale prawą dłoń wsunął błyskawicznie do kieszeni. Widząc 

to, Beaumont zerwał się z krzesła i chwycił Shada za rękę. 

Jeff, który z rozpędu poleciał na ścianę, odwrócił się szybko i zacisnął dłonie na szyi 

swojego szefa. Jego płaska, gorylowata morda była ohydnie wykrzywiona, ale sprawiał teraz 

wraŜenie zupełnie trzeźwego. 

- Zabrałeś mu spluwę? - spytał dysząc. 

- Tak. - Ned wyprostował się i cofnął o krok, celując w Shada z czarnego pistoletu. 

Irlandczykowi  oczy  wyszły  na  wierzch,  twarz  przybrała  siny,  niezdrowy  odcień. 

Nawet nie próbował się oswobodzić z uścisku goryla. 

Jeff obejrzał się przez ramię i wyszczerzył zęby  w szerokim, promiennym uśmiechu. 

Jego małe, czerwone oczka, oczka drapieŜnej bestii, błyszczały wesoło. 

-  Wiesz,  co  musimy  zrobić,  nie?  -  powiedział  ochrypłym  głosem.  -  Wyprawić  go  na 

tamten świat. 

-  Nie  chcę  mieć  z  tym  nic  wspólnego  -  oświadczył  Ned.  Mówił  spokojnie,  lecz 

nozdrza mu drgały.- Myślisz, Ŝe Shad puści nam płazem tę bójkę? - Goryl zwilŜył językiem 

wargi. - Zresztą masz rację. Puści. JuŜ ja tego dopilnuję. 

Uśmiechnięty  od  ucha  do  ucha,  wpatrywał  się  w  Beaumonta,  a  nie  w  człowieka,  na 

którego  szyi  miał  zaciśnięte  ręce.  Oddychał  głęboko.  Marynarka  coraz  bardziej  napinała  mu 

się na barkach i ramionach. Po ciemnych policzkach spływały krople potu. 

Beaumont  zbladł.  Oddech  miał  przyśpieszony,  skronie  wilgotne.  Stał  bez  słowa, 

obserwując zmiany zachodzące w twarzy Irlandczyka. 

0’Rory  zrobił  się  fioletowy.  Oczy  coraz  bardziej  wychodziły  mu  na  wierzch,  język 

zwisał spomiędzy sinych warg. Jego chude ciało wiło się, jedna pięść uderzała słabo w ścianę, 

o którą się opierał. 

WciąŜ  uśmiechając  się  do  Beaumonta  i  nie  patrząc  na  człowieka,  którego  dusił,  Jeff 

rozsunął  nieco  nogi  i  wygiął  plecy  w  kabłąk.  Pięść  bijąca  w  ścianę  zastygła  w  bezruchu. 

Rozległ się cichy, przytłumiony trzask, po chwili drugi, znacznie głośniejszy. 0’Rory przestał 

się miotać i zwisł bezwładnie w rękach oprawcy. 

background image

Jeff zaśmiał się chrapliwie. 

-  Taka  dola  -  mruknął,  po  czym  kopnął  na  bok  krzesło  zagradzające  drogę  i  rzucił 

ciało  na  sofę.  Upadło  twarzą  do  dołu;  jedna  ręka  i  nogi  zwisały  nad  podłogą.  Goryl  wytarł 

łapy o spodnie i odwrócił się do Beaumonta. - Wszyscy wiedzą, jaki ze mnie poczciwy gość. 

MoŜna mi dokuczać, pomiatać mną, a ja nic. 

- Bałeś się go, prawda? Jeff roześmiał się. 

-  Pewnie.  Jak  wszyscy,  którym  nie  brakowało  piątej  klepki.  A  ty  moŜe  nie?  -  Znów 

parsknął  śmiechem  i  powiódł  wzrokiem  po  pokoju.  -  Wiejmy,  zanim  ktoś  tu  zajrzy.  - 

Wyciągnął rękę. 

- Daj tę spluwę. Pozbędę się jej. 

- Nie. - Ned obrócił się wolno, kierując pistolet w brzuch Jeffa. - Powiemy, Ŝe zabiłeś 

go w obronie własnej. Ja poświadczę. Nikt się do niczego nie przyczepi. 

- Kurwa, czyś ty oszalał! - krzyknął goryl. 

-  Nie  wystarczy,  Ŝe  wisi  nade  mną  sprawa  o  zabójstwo  Westa?!  -  Małe,  czerwone 

oczka patrzyły to na twarz Beaumonta, to na broń, którą ten trzymał w ręce. 

Ned rozchylił blade wargi w beztroskim uśmiechu. 

- No właśnie - powiedział cicho. 

- Nie bądź idiotą - warknął Jeff podchodząc bliŜej. - Po jaką cholerę... 

Ned cofnął się za stół. 

- Bo cię zastrzelę, Jeff. Jeszcze nie zapomniałem, jak mnie skatowałeś. 

Goryl zatrzymał się w pół kroku i podrapał po głowie. 

- Ty naprawdę jesteś gnidą! - bąknął zdziwiony. 

- Dobra, dobra - Ned wskazał pistoletem krzesło. - Siadaj. 

Po  chwili  wahania  Jeff  spełnił  polecenie.  Beaumont  wyciągnął  lewą  rękę  i  nacisnął 

dzwonek przy drzwiach. Goryl poderwał się. 

- Siadaj! 

Jeff usiadł z powrotem. 

- PołóŜ łapy na stole! 

- Kretyn! Jak Boga kocham! - Jeff potrząsnął smętnie głową. - Chyba nie sądzisz, Ŝe ci 

na dole pozwolą, Ŝebyś mnie stąd wyprowadził, co? 

Ned obszedł ponownie stół i spoczął na krześle, twarzą do goryla i do drzwi. 

-  Radzę  ci,  daj  mi  spluwę  i  módl  się,  Ŝebym  zapomniał,  jaki  z  ciebie  kawał  drania  - 

powiedział  goryl.  -  Kurwa,  Ned,  w  tej  budzie  wszyscy  mnie  znają!  Nie  masz  najmniejszej 

szansy! 

background image

-  Trzymaj  łapę  z  dala  od  butelki  z  keczupem!  Kelner  otworzył  drzwi  i  wybałuszył 

oczy. 

- Zawołaj Tima - polecił mu Ned. - A ty stul pysk! - krzyknął do Jeffa, który właśnie 

rozdziawił usta, Ŝeby coś powiedzieć.  

Kelner pośpiesznie zamknął drzwi. 

- Ned, nie bądź idiotą - rzekł goryl. - Sam sobie kopiesz grób. Co ci z tego przyjdzie, 

Ŝ

e  oddasz  mnie  glinom?  Nic.  -  Ponownie  oblizał  wargi.  -  Wiem,  Ŝe  masz  mi  za  złe,  Ŝe  cię 

wtedy  stuknąłem  parę  razy,  ale  to  nie  była  moja  wina.  Robiłem,  co  mi  Shad  kazał.  Ale 

zabiłem skubańca, więc jesteśmy kwita, nie? 

- Cofnij łapę od butelki, bo ci ją przestrzelę! 

- Ale z ciebie gnida. 

Nagle  do  pokoju  wszedł  męŜczyzna  w  średnim  wieku,  o  czerwonych,  mięsistych 

ustach i okrągłych oczach, ten sam, który zaglądał wcześniej. Szybko zamknął za sobą drzwi. 

- Jeff zabił Shada 0’Rory - oznajmił Beaumont. - Zadzwoń na policję, alkohol zdąŜysz 

ukryć... I na wszelki wypadek wezwij lekarza. Kto wie, moŜe 0’Rory jeszcze Ŝyje. 

-  Pewnie!  Tylko  patrzeć  jak  się  poderwie!  -  Jeff  roześmiał  się  pogardliwie,  po  czym 

beztroskim, poufałym tonem zwrócił się do świeŜo przybyłego gościa: - Hej, Tim, ten kretyn 

myśli, Ŝe oddasz mnie glinom. Powiedz mu, jak go zaraz kaŜesz załatwić. 

Tim spojrzał ponurym wzrokiem na leŜącego na sofie trupa, potem na Jeffa i wreszcie 

na Beaumonta. 

-  Wolałbym  uniknąć  spotkania  z  glinami  -  rzekł  wolno  do  Neda.  -  Nie  moŜna  by 

wyciągnąć zwłok na ulicę i tam ich zostawić? 

Ned pokręcił przecząco głową. 

-  Jak  uprzątniesz  lokal,  zanim  się  gliny  zjawią,  nic  ci  nie  będzie.  Zresztą  ja  z  nimi 

pogadam. 

Tim przez chwilę się wahał. 

- Słuchaj, stary - zwrócił się do niego Jeff. 

- PrzecieŜ wiesz, Ŝe... 

- Na miłość boską, przymknij się, Jeff - przerwał mu Tim. 

Beaumont uśmiechnął się do goryla. 

- Teraz, kiedy Shad nie Ŝyje, jesteś zerem, Jeff. 

- Tak? - Goryl usiadł wygodniej, a jego twarz rozpogodziła się. - No to dzwońcie na 

policję. Wolę skończyć na krześle niŜ prosić o cokolwiek takich skurwysynów jak wy! 

Ignorując Jeffa, Tim spytał: 

background image

- Bez glin się nie obejdzie? Beaumont pokręcił głową. 

- Trudno, jakoś sobie poradzę - powiedział Tim, kładąc rękę na klamce. 

- Mógłbyś sprawdzić, czy Jeff nie ma broni? 

- poprosił go Ned. 

MęŜczyzna popatrzył na Beaumonta. 

- Nie miałem i nie chcę mieć z tym nic wspólnego - odparł i wyszedł z pokoju. 

Do  przyjścia  policji  Jeff  siedział  wygodnie  rozparty,  z  rękami  na  stole,  i  przez  cały 

czas mówił z oŜywieniem do Neda. Wymyślał mu, nie szczędząc obelg i inwektyw, przeklinał 

go, obraŜał. 

Ned słuchał z uprzejmym zainteresowaniem. 

Wkrótce do pokoju wszedł Ŝylasty, siwy męŜczyzna w mundurze porucznika, za nim 

pięciu czy sześciu innych. 

- Cześć, Brett - powiedział Ned. - UwaŜaj, on chyba jest uzbrojony. 

- Co tu się stało? - spytał porucznik, patrząc na zwłoki. 

Dwóch policjantów obeszło stół i zajęło się Jeffem. 

Beaumont  opisał  bieg  wypadków.  Jego  wersja  właściwie  nie  odbiegała  od  prawdy, 

choć wynikało z niej, Ŝe 0’Rory zginął w czasie zaciętej szamotaniny, a nie po tym, jak sam 

odebrał mu broń. 

W  trakcie  relacji  Neda  przybył  lekarz.  ZbliŜywszy  się  do  sofy,  przekręcił  Shada  na 

wznak i zbadał go pobieŜnie. Kiedy się wyprostował, porucznik spojrzał na niego pytająco. 

- Nie Ŝyje - oświadczył lekarz i zaraz opuścił mały zatłoczony pokój. 

Jeff  wymyślał  dwóm  trzymającym  go  policjantom.  Za  kaŜdym  razem,  gdy  miotał 

przekleństwo, któryś z nich walił go pięścią w twarz. Jeff reagował na ciosy śmiechem i dalej 

klął. Sztuczne zęby wypadły mu, z ust ciekła krew. 

Beaumont oddał Brettowi pistolet Shada. 

- Chcesz, Ŝebym teraz pojechał na komendę? - spytał. - Czy wystarczy, jak się zgłoszę 

jutro? 

- Lepiej jedź z nami. 

 4 

Było  juŜ  dobrze  po  północy,  kiedy  Ned  opuścił  komendę.  Na  ulicy  poŜegnał  się  z 

dwoma  dziennikarzami,  którzy  wyszli  razem  z  nim  z  budynku,  i  zatrzymał  przejeŜdŜającą 

taksówkę. Podał kierowcy adres Paula Madviga. 

Na  parterze  paliły  się  światła.  Zanim  doszedł  po  schodkach  do  drzwi,  same  się 

otworzyły. W progu stała pani Madvig; ubrana była na czarno, ramiona miała okryte szalem. 

background image

- Cześć, mamuśku. Jeszcze nie śpisz? 

-  Czekam  na  Paula.  Myślałam,  Ŝe  to  on  -  powiedziała.  W jej  oczach  nie  było  jednak 

zawodu. 

- Nie ma go? Szkoda. - Przyjrzał się jej uwaŜnie. - Czy coś się stało? 

Staruszka cofnęła się. 

-  Wejdź,  Ned  -  rzekła,  a  kiedy  ją  minął,  zamknęła  drzwi.  -  Opal  próbowała  popełnić 

samobójstwo. 

- Co? Jak to? - szepnął, patrząc pod nogi. 

-  Podcięła  sobie  Ŝyły,  zanim  pielęgniarka  zdołała  ją  powstrzymać.  Na  szczęście  nie 

straciła  wiele  krwi  i  czuje  się  juŜ  dobrze.  Oby  tylko  znów  nie  strzeliło  jej  co  do  głowy  - 

powiedziała cicho kobieta. Minę miała niepewną. 

- Gdzie Paul? - spytał drŜącym głosem. 

-  Nie  wiem.  Nie  mogłyśmy  go  nigdzie  znaleźć.  Zwykle  wraca  duŜo  wcześniej.  -  Jej 

głos równieŜ zaczął drŜeć. Zacisnęła chudą, kościstą rękę na ramieniu Neda. - Czy... czy ty i 

Paul... - Urwała. 

Pokiwał głową. 

- Rozstaliśmy się, mamuśku. 

- A czy... czy nie moŜecie się jakoś pogodzić? Czy... - Znów urwała. 

Podniósł wzrok. W jej oczach kręciły się łzy. 

- Niestety, mamuśku - oznajmił łagodnie. - Paul mówił ci o naszej kłótni? 

- Ale nic konkretnie. Kiedy wspomniałam mu, Ŝe dzwoniłam do ciebie, aby spytać o 

tego faceta z prokuratury, który nagle się tu zjawił, poprosił tylko, Ŝebym nigdy więcej tego 

nie robiła, bo juŜ nie jesteście przyjaciółmi. 

Ned przełknął ślinę. 

-  Powiedz  mu,  mamuśku,  Ŝe  muszę  z  nim  porozmawiać.  Powiedz  mu,  Ŝe  całą  noc 

będę czekał u siebie w domu. - Znów przełknął ślinę. - Nie zapomnij, proszę.  

Staruszka ponownie zacisnęła chude ręce na jego ramionach. 

- Dobry z  ciebie chłopak, Ned.  Nie  chcę, Ŝebyście się kłócili.  Bez względu na to,  co 

się  stało,  jesteś  najlepszym  przyjacielem,  jakiego  Paul  miał  w  Ŝyciu...  O  co  wam  poszło?  O 

Janet? 

-  Spytaj  Paula.  -  W  głosie  Neda  brzmiała  nuta  goryczy.  -  Muszę  juŜ  iść,  mamuśku. 

Niczego nie potrzebujesz? 

-  Nie.  Ale  mógłbyś  zajrzeć  do  Opal  -  powiedziała  kobieta.  -  Jeszcze  nie  śpi.  MoŜe 

rozmowa z tobą dobrze jej zrobi? Zawsze się ciebie słuchała. 

background image

Potrząsnął głową. 

- Nie. Opal teŜ nie miałaby ochoty się ze mną widzieć. 

Strzaskany klucz 

Beaumont wrócił do domu. Wypił kawę, wypalił cygaro, przeczytał gazetę codzienną, 

tygodnik,  pół  ksiąŜki.  Od  czasu  do  czasu  przerywał  czytanie  i  chodził  nerwowo  po 

mieszkaniu. Nikt nie zadzwonił do jego drzwi. Telefon teŜ milczał. 

O ósmej rano Ned wziął prysznic, ogolił się, włoŜył świeŜą koszulę, po czym zamówił 

i zjadł śniadanie. 

O dziewiątej podszedł do telefonu i wykręciwszy numer senatora, poprosił do aparatu 

Janet Henry. 

-  Dzień  dobry  -  powiedział.  -  Dobrze,  dziękuję...  Chyba  moŜemy  zaczynać...  Tak... 

Jeśli twój ojciec jest w domu, opowiemy mu o wszystkim... Świetnie, tylko ani słowa, dopóki 

nie  przyjdę...  Postaram  się  jak  najszybciej.  JuŜ  wychodzę...  W  porządku,  do  zobaczenia  za 

kilka minut. 

OdłoŜył słuchawkę; przez chwilę wpatrywał się w jakiś niewidoczny punkt na ścianie, 

po  czym  klasnął  głośno  w  dłonie  i  potarł  je  o  siebie.  Ocienione  wąsami  wargi  miał  mocno 

zaciśnięte, oczy zwęŜone w szparki. Wyjął z szafy  płaszcz i kapelusz, ubrał się pośpiesznie, 

zamknął mieszkanie, zszedł na dół i, pogwizdując, zamaszystym krokiem ruszył przed siebie. 

- Panna Henry mnie oczekuje - oznajmił, kiedy słuŜąca otworzyła drzwi. 

-  Tak,  proszę  pana.  -  Kobieta  wprowadziła  go  do  słonecznego  pokoju  o  ścianach 

pokrytych jasną tapetą, w którym senator z córką jedli śniadanie. 

Janet  Henry  natychmiast  poderwała  się  od  stołu  i  podbiegła  do  Neda,  wyciągając  na 

powitanie obie ręce. 

-  Och,  dzień  dobry!  -  zawołała  podniecona.  Senator,  patrząc  nieco  zaskoczony  na 

córkę, równieŜ wstał, tyle Ŝe bez pośpiechu, i uścisnął dłoń niespodziewanego gościa. 

- Dzień dobry, panie Beaumont - powiedział. - Miło mi pana widzieć. MoŜe przyłączy 

się pan... 

- Nie, dziękuję, juŜ jadłem - odparł Ned. 

Janet  Henry  drŜała  z  przejęcia.  Krew  odpłynęła  jej  z  twarzy,  wzrok  miała 

nieprzytomny; sprawiała wraŜenie jakby była pod wpływem narkotyków. 

background image

- Ojcze, chcemy ci o czymś powiedzieć - rzekła napiętym głosem. - O czymś bardzo... 

- Nagle urwała i obróciła się do Beaumonta. - Ty powiedz! 

Zerknął  na  nią  spod  oka,  po  czym  marszcząc  brwi  przeniósł  spojrzenie  na  senatora, 

który zdąŜył wrócić do stołu, lecz jeszcze nie usiadł. 

- Mamy przekonujące dowody - rzekł - Ŝe Paul Madvig zabił pana syna. Zresztą sam 

się do tego przyznał. 

Senator zmruŜył oczy i oparł rękę o stół. 

- Co pan rozumie przez przekonujące dowody, panie Beaumont? - spytał. 

-  NajwaŜniejszym,  panie  senatorze,  jest  fakt,  Ŝe  Madvig  przyznał  się  do  winy. 

Powiedział mi, Ŝe tamtego  wieczoru pański syn  wybiegł za nim z domu  i próbował uderzyć 

go cięŜką, brązową laską. Wyrywając mu laskę, Madvig niechcący trafił nią Taylora w głowę. 

Wystraszony, zabrał ze sobą narzędzie zbrodni i spalił je, lecz pańska córka... - wskazał głową 

na Janet - twierdzi, Ŝe laska wciąŜ znajduje się w domu. 

- Tak, ojcze - wtrąciła kobieta. - To ta, którą dostałeś od majora Sawbridge’a. 

Twarz senatora była blada i kamienna jak marmur. 

- Proszę kontynuować, panie Beaumont. 

-  No  cóŜ...  -  Ned  wykonał  ręką  drobny  ruch  -  to,  Ŝe  laska  znajduje  się  w  domu,  Ŝe 

pański syn nie miał jej ze sobą, wyklucza wersję o nieszczęśliwym wypadku czy działaniu w 

samoobronie.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Byłem  wczoraj  u  Farra.  Nasz  prokurator  nie  lubi  się 

naraŜać,  zresztą  sam  pan  wie,  ale  sądzę,  Ŝe  w  tej  sytuacji  nie  będzie  miał  wyjścia  i  kaŜe 

aresztować Paula. 

Janet  Henry  spojrzała  na  niego  ze  zdziwieniem  i  rozchyliła  wargi,  jakby  zamierzała 

coś powiedzieć, ale rozmyśliła się. 

Senator  wytarł  usta  serwetką,  którą  trzymał  w  lewej  ręce,  odłoŜył  serwetkę  na  stół  i 

spytał: 

- A czy są jakieś inne dowody? 

- Te nie wystarczą? 

- Ale są inne, prawda? - wtrąciła dziewczyna. 

-  Pośrednie  -  odparł  lekcewaŜąco  Beaumont  i  ponownie  zwrócił  się  do  senatora.  - 

Mogę je panu przedstawić, ale po co? Mordercę juŜ pan zna i to najwaŜniejsze, prawda? 

-  Prawda  -  rzekł  senator,  przykładając  rękę  do  czoła.  -  AŜ  trudno  mi  w  to  uwierzyć. 

Proszę  mi  wybaczyć,  panie  Beaumont...  ty  teŜ,  kochanie  -  powiedział  do  córki  -  ale  przez 

moment  chciałbym  być  sam,  muszę  to  wszystko  sobie  przemyśleć...  Nie,  nie,  zostańcie  tu. 

Udam się do swojego pokoju. Niech pan nie wychodzi, panie Beaumont... niedługo wrócę... 

background image

po prostu muszę oswoić się z myślą, Ŝe człowiek, z którym tak blisko wpółpracowałem, zabił 

mojego syna. 

Skinął głową i sztywno wyprostowani wyszedł z jadalni. 

Beaumont ujął kobietę za nadgarstek i cichym, napiętym głosem spytał: 

- Myślisz, Ŝe moŜe wpaść w szał? Janet popatrzyła na niego zdumiona. 

- Czy myślisz, Ŝe moŜe wpaść w szał i ruszyć na poszukiwanie Paula? Bo nie wolno 

nam do tego dopuścić. Mogłoby się to źle skończyć. 

- Nie wiem... - szepnęła. 

- Trzeba go powstrzymać. Na wszelki wypadek, stańmy gdzieś blisko drzwi. 

-  Dobrze.  -  Była  wystraszona.  Zaprowadziła  go  do  małego  pokoju  o  oknach 

przysłoniętych  grubymi  kotarami,  które  prawie  nie  przepuszczały  światła.  Drzwi  do  pokoju 

znajdowały się dwa metry od drzwi wejściowych; zostawili je lekko uchylone i skryli się za 

nimi.  Obydwoje  drŜeli.  Janet  zaczęła  mówić  coś  szeptem,  ale  Ned  przyłoŜył  palce  do  ust, 

dając jej znak, Ŝeby milczała. 

Nie czekali długo. Wkrótce rozległ się odgłos kroków stąpających miękko po dywanie 

w holu. 

Senator Henry, odziany w płaszcz i kapelusz, szedł pośpiesznie w stronę wyjścia. 

Beaumont wyłonił się z ciemnego pokoju. 

- Panie senatorze! 

Senator  odwrócił  się.  Miał  zimny,  skupiony  wyraz  twarzy.  Przeszył  Neda  władczym 

spojrzeniem i rzekł: 

- Przepraszam, ale muszę wyjść. 

-  Kiepski  pomysł  -  powiedział  Ned,  zbliŜając  się  do  męŜczyzny.  -  Tylko  wynikną  z 

tego nowe kłopoty. 

Janet stanęła przy boku ojca. 

- Tato, nie wychodź - rzekła błagalnie. - Słuchaj pana Beaumonta. 

-  JuŜ  go  wysłuchałem.  I  chętnie  znów  wysłucham,  jeŜeli  ma  inne  informacje.  W 

przeciwnym  razie...  -  Uśmiechnął  się  do  gościa.  -  Po  tym,  co  pan  mi  powiedział,  muszę 

zobaczyć się z Madvigiem. 

- Naprawdę panu nie radzę - oświadczył Ned, patrząc mu prosto w oczy. 

Senator obrzucił go wyniosłym spojrzeniem. 

- Tato... - zaczęła Janet i urwała pod karcącym wzrokiem ojca. 

Ned  przełknął  głośno  ślinę.  Rumieńce  wystąpiły  mu  na  policzki.  Wyciągnął  rękę  w 

stronę męŜczyzny i szybkim ruchem dotknął prawej kieszeni jego płaszcza. 

background image

Senator cofnął się oburzony. 

Ned pokiwał głową. 

- Kiepski pomysł - powtórzył i spoglądając na Janet, dodał: - Ma przy sobie broń. 

- Ojcze! - krzyknęła, unosząc rękę do ust. 

- Panie senatorze, naprawdę nie moŜemy pozwolić, Ŝeby wyszedł pan stąd uzbrojony.- 

Powstrzymaj go, Ned! 

Senator zmierzył ich pogardliwym wzrokiem. 

-  Wasze  zachowanie  jest  całkiem  nie  na  miejscu  -  oświadczył.  -  Janet,  proszę  iść  do 

swojego pokoju! 

Kobieta z ociąganiem ruszyła w głąb holu, jednakŜe po kilku krokach stanęła. 

- Nie! Nie pójdę! I nie wypuszczę cię z domu! Ned, nie pozwól mu... 

- Nie pozwolę - obiecał Beaumont. ZwilŜył wargi. 

Posyłając im lodowate spojrzenie, senator nacisnął klamkę. 

Ned błyskawicznym ruchem przysunął się bliŜej i połoŜył rękę na jego dłoni. 

-  Proszę  pana  -  powiedział  z  szacunkiem  w  głosie.  -  Zabraniam  panu  wychodzić.  I 

mam  do  tego  prawo.  -  Z  wewnętrznej  kieszeni  płaszcza  wydobył  złoŜony  kawałek  papieru, 

brudny, pomięty, gdzieniegdzie naddarty. - Oto moja nominacja na oficera dochodzeniowego 

prokuratury  okręgowej  wystawiona  w  zeszłym  miesiącu.  -  Wyprostował  papier  i  pokazał 

senatorowi. - O ile się orientuję, do tej pory mi jej nie cofnięto. Nie mogę pozwolić, Ŝeby pan 

strzelał do ludzi. 

Ojciec Janet nawet nie zerknął na dokument. 

-  Chce  pan  ratować  Ŝycie  swojego  przyjaciela,  chociaŜ  jest  mordercą?  -  spytał  z 

pogardą. 

- Dobrze pan wie, Ŝe nie o to chodzi. 

- Proszę zejść mi z drogi. - Senator ponownie nacisnął klamkę. 

- Jeśli pan wyjdzie za drzwi z bronią, zaaresztuję pana. 

- Ojcze, nie! - załkała Janet. 

MęŜczyźni stali na wprost siebie, oddychając głośno i mierząc się wzrokiem. Wreszcie 

senator przerwał ciszę. 

-  Kochanie  -  powiedział  do  córki.  -  Mogłabyś  nas  zostawić  samych  na  kilka  minut? 

Chciałbym porozmawiać z panem Beaumontem na osobności. 

Janet spojrzała pytająco na Neda. 

- Dobrze - rzekła, gdy skinął głową. - Ale pod warunkiem, Ŝe nie wyjdziesz podczas 

mojej nieobecności. 

background image

- Nie wyjdę - obiecał z uśmiechem ojciec. Ruszyła w głąb holu, po czym zerknąwszy 

przez ramię, otworzyła drzwi po lewej stronie i znikła za nimi. 

- Obawiam się - zauwaŜył ze smutkiem senator - Ŝe nie ma pan najlepszego wpływu 

na moją córkę. Zazwyczaj nie bywa tak krnąbrna. 

Ned uśmiechnął się przepraszająco, ale nic nie powiedział. 

- Od dawna się tym zajmujecie? 

-  To  znaczy  sprawą  zabójstwa?  -  spytał  Ned.  -  Ja  od  dwóch  dni,  a  pańska  córka  od 

samego początku. I od początku podejrzewała Paula. 

- Co? - Senator otworzył usta. 

- No właśnie. Nie wiedział pan o tym? Zieje do mego nienawiścią. 

- Janet nienawidzi Paula? - Zdumienie senatora nie miało granic. - To niemoŜliwe! 

Beaumont pokiwał głową i uśmiechnął się cierpko do starszego męŜczyzny. 

- Pan się tego nie domyślał, senatorze? Senator westchnął głęboko. 

- Niech pan pozwoli na moment. - Wprowadził Neda do małego, mrocznego pokoju o 

grubych  kotarach  w  oknie.  Zapalił  światło,  Ned  zamknął  drzwi,  po  czym  stanęli  naprzeciw 

siebie. - Chcę z panem porozmawiać jak męŜczyzna z męŜczyzną. Zapomnijmy o pańskich... 

- uśmiechnął się - oficjalnych powiązaniach, dobrze? 

- Dobrze. Pewnie Farr teŜ juŜ o nich zapomniał. 

-  Tak  sądzę.  Panie  Beaumont,  nie  jestem  mściwym  człowiekiem,  ale  na  myśl,  Ŝe 

morderca mojego syna chodzi bezkarnie po świecie... 

-  Niech  się  pan  nie  obawia,  wkrótce  go  zaaresztują.  Nie  mają  wyjścia.  Dysponują 

niezbitymi dowodami. 

Senator znów się uśmiechnął, tym razem dość lodowato. 

-  Obydwaj  wiemy,  jakimi  prawami  rządzi  się  świat  polityki,  więc  niech  mi  pan  nie 

próbuje wmówić, panie Beaumont, Ŝe jakakolwiek kara moŜe spotkać Paula Madviga. 

-  AleŜ  spotka.  Paul  nie  ma  szansy.  Zamierzają  go  wykiwać.  Wie  pan,  co  ich 

powstrzymuje?  To,  Ŝe  dotąd  robili  wszystko  pod  jego  dyktando;  potrzebują  czasu,  Ŝeby 

zebrać się na odwagę. 

Senator pokręcił wolno głową. 

-  Zajmowałem  się  polityką,  kiedy  pana  nie  było  na  świecie  -  powiedział.  -  A  zatem 

przyzna pan, Ŝe mam nieco większe doświadczenie w tych sprawach? 

- Oczywiście - odparł Ned. 

- Więc solennie pana zapewniam, Ŝe nigdy nie zbiorą się na odwagę. Madvig jest ich 

szefem i mimo buntu, jaki próbują podnieść, długo nim pozostanie. 

background image

- Nie zgadzam się z panem. Moim zdaniem, Paul leŜy. - Ned zmarszczył czoło. - A z 

tą bronią to kiepski pomysł, senatorze. Lepiej niech mi ją pan odda. - Wyciągnął rękę. 

Senator wsunął dłoń do kieszeni płaszcza. Beaumont podszedł bliŜej i zacisnął rękę na 

jego nadgarstku. 

- Niech mi pan odda broń - powtórzył. Senator spojrzał na niego z wściekłością. 

- W porządku - rzekł Ned. - Sam pan tego chciał... 

Po krótkiej szamotaninie, w czasie której jedno z krzeseł przewróciło się na podłogę, 

odebrał senatorowi staromodny, niklowany rewolwer. Akurat chował go do kieszeni, kiedy do 

pokoju wbiegła trupio blada Janet. 

- BoŜe, co się stało? - zawołała przestraszona. 

-  Uparł  się.  Musiałem  odebrać  mu  broń  siłą.  Senator  dyszał  cięŜko,  twarz  miał 

wykrzywioną. Postąpił krok w stronę Beaumonta. 

- Niech się pan stąd wynosi! - krzyknął. 

-  Nie  mam  zamiaru  -  oznajmił  Ned.  Kąciki  ust  mu  drgały,  oczy  płonęły  gniewnie. 

Wyciągnął  rękę  i  chwycił Janet  za  ramię.  - Siadaj  i  słuchaj  -  rzekł  do  kobiety.  -  Chcesz  czy 

nie,  zaraz  się  o  wszystkim  dowiesz.  -  Po  czym  zwrócił  się  do  jej  ojca.  -  To  trochę  potrwa, 

więc lepiej, Ŝeby i pan usiadł. 

Ani senator, ani jego córka nie wykonali polecenia. Janet patrzyła na Neda z trwogą, 

on na nią chłodno, ze znuŜeniem. Oboje byli jednakowo bladzi. 

- To pan, senatorze, zabił Taylora. Senator nie ruszył się z miejsca. Wyraz jego twarzy 

nie uległ zmienię. 

Przez kilka długich sekund Janet Henry równieŜ tkwiła bez ruchu, po czym nagle w jej 

oczach pojawiło się przeraŜenie i wolno osunęła się na podłogę. Nie upadła; po prostu zgięła 

kolana  i  osunęła  się.  Siedziała  z  głową  zadartą  do  góry,  opierając  się  na  prawej  ręce,  i 

spoglądała z osłupieniem na obu męŜczyzn. śaden z nich na nią nie patrzył. 

-  A  teraz  chciał  pan  zabić  Paula,  Ŝeby  przypadkiem  nikomu  nie  zdradził,  Ŝe  Taylor 

zginął  z  pańskiej  ręki.  Oczywiście,  uszłoby  to  panu  na  sucho.  Omamiłby  pan  wszystkich, 

odgrywając,  tak  jak  tu  przed  nami,  rolę  zdesperowanego  ojca,  który  chce  pomścić  śmierć 

syna... 

Senator milczał.  

-  Dobrze  pan  wie  -  ciągnął  Ned  -  Ŝe  gdyby  Paula  aresztowano,  przestałby  pana 

osłaniać,  bo  nie  chce,  Ŝeby  Janet  uwaŜała  go  za  zabójcę  jej  brata.  -  Roześmiał  się  gorzko.  - 

Biedny  zakochany  dureń!  -  Przejechał  ręką  po  włosach.  -  A  przebieg  tamtego  wieczoru  był 

prawdopodobnie  następujący:  kiedy  Taylor  usłyszał,  Ŝe  Paul  próbował  pocałować  Janet, 

background image

wybiegł  za  nim  z  domu,  z  laską  i  w  kapeluszu,  choć  to  akurat  jest  mniej  istotne.  Widząc 

wzburzenie syna, przeraził się pan, Ŝe przepadnie pan w wyborach, jeśli... 

-  Co  za  bzdury!  -  przerwał  mu  ochrypłym,  gniewnym  głosem  senator.  -  Nie  Ŝyczę 

sobie, Ŝeby moja córka słuchała... 

Beaumont prychnął pogardliwie. 

-  Bzdury?  MoŜe.  Ale  właśnie  takie  bzdury,  takie  drobne,  głupie  rzeczy  jak  to,  Ŝe 

wrócił pan do domu z laską, którą zabił pan syna, i w jego kapeluszu, bo wybiegł pan z gołą 

głową, przekonają sędziów o pańskiej winie. 

- A co z winą Paula? - spytał ironicznie senator. - PrzecieŜ przyznał się do zabójstwa. 

- OtóŜ to. - Ned wyszczerzył zęby. - Mam pomysł. Janet, zadzwoń do Paula i poproś 

go,  Ŝeby  tu  przyszedł.  Opowiemy  mu,  jaką  twój  ojciec  chciał  mu  dzisiaj  sprawić 

niespodziankę i zobaczymy, jak zareaguje. 

Janet  poruszyła  się,  lecz  nie  wstała  z  podłogi.  Na  jej  twarzy  malowało  się 

oszołomienie. 

- To śmieszne! - oburzył się senator. - Nic takiego nie zrobimy. 

- Zadzwoń, Janet - rozkazał Ned. 

Podniosła  się,  wciąŜ  oszołomiona,  i  nie  zwracając  uwagi  na  głośne  protesty  ojca, 

skierowała się do drzwi. Widząc to, senator przybrał pokorniej szy ton. 

-  Poczekaj,  kochanie  -  poprosił  i  zwrócił  się  do  Neda.  -  Chciałbym  z  panem  znów 

pomówić na osobności. 

- W porządku. - Ned spojrzał na Janet, czekając aŜ wyjdzie. Ona jednak stała uparcie 

w drzwiach. 

- Nie wyjdę - oznajmiła. - Mam prawo wiedzieć, o czym mówicie. 

Ned skinął głową i przeniósł wzrok na senatora. 

- To prawda - poparł ją. 

- Janet, kochanie... - zaczął senator. - Jedynie pragnę oszczędzić ci bólu... 

-  Nic  mi  nie  oszczędzisz  -  powiedziała  cichym,  słabym  głosem.  -  Chcę  wiedzieć,  co 

się stało. 

Senator zrezygnowany rozłoŜył ręce. 

- W takim razie nic nie powiem. 

- Dzwoń do Paula, Janet. Zanim postąpiła krok, senator zawołał: 

-  Nie!  BoŜe,  jak  wy  mi  to  utrudniacie...  -  Wyjął  chustkę  i  wytarł  dłonie.  -  Dobrze, 

panie  Beaumont,  wszystko  dokładnie  panu  opowiem,  a  potem  poproszę  pana  o  drobną 

background image

przysługę,  której,  jak  myślę,  pan  mi  nie  odmówi.  Najlepiej...  -  Urwał  i  spojrzał  na  córkę.  - 

Jeśli koniecznie chcesz być przy tym obecna, to wejdź, kochanie, i zamknij drzwi. 

Janet  spełniła  polecenie  ojca;  zamknęła  drzwi,  usiadła  na  krześle  i  pochyliła  się  w 

napięciu do przodu. 

Ś

ciskając  w  dłoni  chustkę,  senator  załoŜył  ręce  za  siebie  i  patrząc  bez  wrogości  na 

Beaumonta, oznajmił: 

- Tamtego wieczoru wybiegłem z domu za Taylorem, bo nie chciałem z powodu jego 

zapalczywości  stracić  przyjaźni  Paula.  Dogoniłem  ich  na  China  Street.  Paul  trzymał  laskę 

Taylora. Kłócili się, a właściwie to Taylor się awanturował. Poprosiłem Paula, Ŝeby zostawił 

nas  samych.  Wręczył  mi  laskę  i  zaczął  się  oddalać.  Taylor  odezwał  się  do  mnie  w  sposób 

niewybaczalny,  po  czym  próbował  mnie  odepchnąć,  Ŝeby  ruszyć  w  pogoń  za  Paulem.  Nie 

wiem,  kiedy  to  się  stało,  ale  musiałem  go  niechcący  uderzyć,  bo  upadł  i  trafił  głową  w 

krawęŜnik. Paul przybiegł z powrotem - nie odszedł zbyt daleko - i razem stwierdziliśmy, Ŝe 

Taylor  nie  Ŝyje.  Paul  zaczął  nalegać,  Ŝebyśmy  zostawili  ciało  i  nie  przyznawali  się  do 

niczego.  Tłumaczył  mi,  Ŝe  chociaŜ  był  to  nieszczęśliwy  wypadek,  przeciwnicy  -  na  uŜytek 

kampanii  wyborczej  -  zrobią  z  tego  aferę.  Dałem  się  przekonać.  Paul  podniósł  z  ziemi 

kapelusz Taylora i kazał mi wrócić do domu. Zapewnił mnie, Ŝe jeśli policja zacznie koło nas 

węszyć,  poleci  wstrzymać  dochodzenie.  Potem,  w  zeszłym  tygodniu,  kiedy  rozeszła  się 

plotka,  Ŝe  Paul  jest  mordercą,  przeraziłem  się.  Poszedłem  do  niego  i  namawiałem  go, 

Ŝ

ebyśmy sami zgłosili się na policję i powiedzieli, co się stało. Wyśmiał moje obawy mówiąc, 

Ŝ

ebym  się  niczym  nie  przejmował.  -  Wyjął  ręce  zza  pleców  i  przetarł  chustką  twarz.  - 

Przysięgam, Ŝe nie kłamię. 

- Jak mogłeś zostawić Taylora na ulicy? - zawołała zdławionym głosem Janet. 

Senator zmarszczył czoło, ale nic nie powiedział. 

Ciszę, która zapadła, przerwał Ned. 

- Brzmiało to jak mowa do wyborców - rzekł. 

- Trochę prawdy, trochę blagi. - Skrzywił się. 

- O jaką przysługę chciał pan prosić? Senator spojrzał na podłogę, po chwili podniósł 

wzrok. 

- Wolałbym nie przy córce... 

- Nic z tego - zaprotestował Ned. 

-  Wybacz  mi,  kochanie  -  szepnął  senator,  po  czym  odwrócił  się  do  Neda.  - 

Powiedziałem prawdę, zdaję sobie jednak sprawę z tego, w jak dwuznacznym znalazłem się 

background image

połoŜeniu.  Proszę,  Ŝeby  zechciał  mi  pan  oddać  rewolwer  i  zostawił  mnie  samego  w  tym 

pokoju na pięć minut. 

- Nie. 

Senator przyłoŜył rękę do serca i zachwiał się; w dłoni wciąŜ trzymał chustkę. 

- Nie wymknie się pan sprawiedliwości - rzekł Beaumont. 

 2 

Ned  Beaumont  odprowadził  do  drzwi  Farra,  siwowłosą  stenografkę,  dwóch 

policjantów oraz senatora Henry’ego. 

- Nie Idziesz z nami? - spytał prokurator. 

- Nie. Wpadnę kiedyś przy okazji. 

- Tylko nie kaŜ na siebie zbyt długo czekać, Ned. Jesteś zawsze mile u mnie widziany 

- rzekł Farr, serdecznie potrząsając ręką Beaumonta. - Lubisz płatać mi figle, ale nie mam ci 

tego za złe, zwłaszcza jeśli doprowadzają do ujęcia zabójcy. 

Ned  uśmiechnął  się  do  niego,  po  czym  skinieniem  głowy  poŜegnał  policjantów, 

ukłonił  się  stenografce  i  zamknąwszy  drzwi,  ruszył  po  schodach  do  pomalowanego  na  biało 

pokoju, w którym stał fortepian. Janet Henry podniosła się z kanapy. 

- Poszli - oznajmił, siląc się na rzeczowy ton. 

- Czy ojciec... czy... 

- ZłoŜył oświadczenie, podając trochę więcej szczegółów niŜ nam. 

- Ned, chcę cię spytać o kilka rzeczy... powiesz mi prawdę? 

- Tak - obiecał. 

- Co... - Urwała. - Co ojcu grozi? 

- ZwaŜywszy na jego wiek i stanowisko, myślę, Ŝe niewiele. OskarŜą go o nie umyśle 

spowodowanie śmierci i dostanie wyrok z zawieszeniem. 

- Myślisz, Ŝe uderzył Taylora niechcący? Ned potrząsnął głową. W jego oczach czaił 

się chłód. 

- Moim zdaniem zdenerwował się, Ŝe przez syna moŜe przepaść w wyborach i uderzył 

go ze złości. 

Janet  nie  zaprotestowała.  Wyłamując  sobie  nerwowo  palce,  z  widocznym  trudem 

zadała następne pytanie: 

- Czy ojciec... czy naprawdę chciał zastrzelić Paula? 

-  Tak,  i  uszłoby  mu  to  na  sucho.  Zrozpaczony  ojciec  mści  się  za  śmierć  ukochanego 

syna  na  człowieku,  który  stoi  ponad  prawem.  Miał  świadomość,  Ŝe  jeśli  Paul  zostanie 

aresztowany,  od  razu  puści  farbę.  Tylko  dlatego  trzymał  dotąd  język  za  zębami  i  popierał 

background image

kandydaturę twojego ojca, bo zaleŜało mu na tobie. Zdawał sobie jednak sprawę, Ŝe nigdy go 

nie zaakceptujesz, jeśli będziesz myślała, Ŝe zabił Taylora. Gdyby wiedział, Ŝe od początku go 

o to podejrzewasz, natychmiast oczyściłby się z zarzutów. 

Janet pokiwała smętnie głową. 

-  Czułam  do  niego  nienawiść.  Skrzywdziłam  go,  a  nadal  go  nienawidzę.  -  Załkała.  - 

Dlaczego, Ned? Dlaczego? 

Machnął niecierpliwie ręką. 

- Zagadki to nie moja specjalność... 

- Ty natomiast - ciągnęła kobieta - oszukałeś mnie, zrobiłeś ze mnie idiotkę, a jednak 

wciąŜ cię lubię. 

- Kolejna zagadka. 

- Kiedy domyśliłeś się, Ŝe... Ŝe właśnie ojciec... 

- Nie wiem. Od jakiegoś czasu chodziło mi to po głowie. Zastanawiałem się, dlaczego 

Paul zachowuje się tak dziwnie. Gdyby zabił Taylora, przyznałby mi się od razu. Nie miałby 

powodu ukrywać tego przede mną. Co innego, gdyby twój ojciec był winien zbrodni. Wtedy 

Paul istotnie trzymałby język za zębami i nie puszczał pary z ust. Był świadom, Ŝe nie cierpię 

senatora  i  mógł  się  bać,  Ŝe  go  pogrąŜę.  O  siebie  by  się  nie  bał;  wiedział,  Ŝe  nie  zrobię  mu 

krzywdy.  Kiedy  się  więc  uparłem,  Ŝe  bez  względu  na  to,  czy  mu  się  podoba  czy  nie,  trzeba 

znaleźć mordercę Taylora, uznał, Ŝe musi mnie powstrzymać. No i wziął całą winę na siebie. 

- Dlaczego nie cierpiałeś mojego ojca? 

-  Bo  nie  znoszę  alfonsów!  -  zawołał  gniewnie.  Kobieta  zarumieniła  się  i  spuściła 

wzrok. 

- A mnie dlaczego nie lubisz? - spytała zdławionym głosem. 

Ned milczał. Przygryzła wargę. 

- Odpowiedz mi! 

- Do ciebie nic nie mam, jedynie nie podoba mi się sposób, w jaki traktowałaś Paula. I 

ty,  i  twój  ojciec  próbowaliście  go  wykorzystać.  Mówiłem  to  Paulowi.  Mówiłem  mu,  Ŝe  dla 

takich jak wy on jest pariasem, podrzędną formą Ŝycia, śmieciem, z którym wszystko moŜna 

zrobić. Mówiłem, Ŝe twój ojciec przyzwyczaił się do tego, Ŝe zawsze bez trudu wygrywa i Ŝe 

jeśli nagle pojawią się jakieś kłopoty, to albo straci głowę, albo obróci się przeciwko niemu. 

Paul był jednak tak zakochany, Ŝe... - Ned urwał i podszedł do fortepianu. 

- Pogardzasz mną, prawda? - spytała cicho. - UwaŜasz mnie za dziwkę... 

-  Nie,  nie  pogardzam  -  odparł  zirytowany.  Stał  do  niej  tyłem.  -  Cokolwiek  zrobiłaś, 

spotkała cię niewspółmiernie wysoka kara. Wszyscy zapłaciliśmy wysoką cenę. 

background image

Janet przez chwilę milczała, po czym stwierdziła: 

- Teraz ty i Paul znów będziecie przyjaciółmi. Wzdrygnął się, odwrócił od fortepianu i 

spojrzał na zegarek. 

- No, czas na mnie - powiedział. Kobietę coś jakby tknęło. 

- WyjeŜdŜasz? - spytała. Skinął głową. 

- Tak, pociągiem o czwartej trzydzieści. 

- Ale wrócisz? 

- Nie, chyba Ŝe kaŜą mi się zjawić na rozprawie, w co wątpię. 

Impulsywnie wyciągnęła do niego ręce. 

- Zabierz mnie ze sobą - poprosiła. 

- Naprawdę tego chcesz, czy po prostu histeryzujesz? 

Oblała się głębokim rumieńcem. Zanim zdąŜyła cokolwiek powiedzieć, Ned ponownie 

się odezwał: 

- Zresztą niewaŜne. Jak chcesz, moŜesz jechać. - Nagle zmarszczył czoło. - A kto się 

zajmie domem i całą resztą? - spytał, zakreślając ręką koło. 

- Wszystko mi jedno... nasi wierzyciele - odparła gorzkim tonem. 

- Zastanów się. Ludzie będą mówić, Ŝe porzuciłaś ojca, kiedy znalazł się w potrzebie. 

- I dobrze, niech mówią. Nie obchodzi mnie, co kto będzie mówił. Zabierz mnie stąd. - 

Zaczęła  łkać.  -  Nie  opuszczałabym  go,  gdyby...  gdyby  nie  zostawił  biednego  Taylora  na  tej 

ciemnej ulicy... 

-  To  teraz  nie  ma  najmniejszego  znaczenia  -  przerwał  jej  szorstko.  -  Idź  się  spakuj. 

Góra dwie walizki. Resztę rzeczy moŜna później dosłać. 

Wybuchnęła  dziwnym,  nerwowym  śmiechem  i  wybiegła  z  pokoju.  Beaumont  zapalił 

cygaro,  po  czym  usiadł  na  stołku  przy  fortepianie  i  zaczął  cicho  grać.  Kiedy  Janet  wróciła, 

miała na sobie czarny płaszcz, czarny kapelusz, a w kaŜdej ręce trzymała po walizce. 

 3 

Pojechali taksówką do jego mieszkania. Większość drogi odbyli w milczeniu. 

-  Wiesz  -  powiedziała  nagle  Janet,  przerywając  ciszę  -  ten  klucz  w  moim  śnie  był 

szklany.  Musieliśmy  się  mocować  z  zamkiem,  bo  się  zaciął  i  kiedy  wreszcie  otworzyliśmy 

drzwi, klucz pękł i rozsypał się na drobne. 

Spojrzał na nią ukosem. 

- I? 

Wzdrygnęła się. 

background image

- Bez klucza nie mogliśmy zaniknąć drzwi i te wszystkie węŜe, które były w środku, 

wypełzły na zewnątrz i zaatakowały nas. Obudziłam się z krzykiem. 

- Nie przejmuj się, to tylko sen. - Uśmiechnął się ponuro. - W moim śnie wrzuciłaś mi 

pstrąga z powrotem do wody. 

Taksówka  zatrzymała  się  przed  budynkiem.  Na  górze  Janet  zaproponowała  Nedowi, 

Ŝ

e pomoŜe mu się spakować. 

- Nie. Sam to zrobię. Usiądź i odpocznij. Mamy godzinę czasu do odjazdu pociągu. 

Usiadła na obitym czerwonym pluszem fotelu. 

- Dokąd jedziemy? - spytała nieśmiało. 

- Najpierw do Nowego Jorku. 

Miał jedną torbę spakowaną, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. 

- Poczekaj w sypialni -  polecił kobiecie. Przeniósł tam jej walizki, po czym zamknął 

drzwi między sypialnią a salonem i ruszył otworzyć drzwi wejściowe. Na korytarzu stał Paul 

Madvig. 

- Przyszedłem ci powiedzieć, Ŝe jednak miałeś rację - rzekł. 

- Dlaczego nie przyszedłeś wczoraj? 

- Bo wczoraj jeszcze tego nie wiedziałem. Wróciłem do domu tuŜ po twoim wyjściu. 

Ned skinął głową i usunął się na bok. 

- Wejdź. 

Madvig wszedł do salonu. Spakowana torba od razu rzuciła mu się w oczy. Rozejrzał 

się wokoło, po czym spytał: 

- WyjeŜdŜasz? 

- Tak. 

Blondyn usiadł na tym samym fotelu, na którym przed chwilą siedziała Janet. Twarz 

miał postarzałą, w jego ruchach znać było znuŜenie. 

- Jak Opal? - zapytał Ned. 

- Dobrze. Nic jej nie będzie. 

- To przez ciebie próbowała się... 

- Wiem, nie musisz mi mówić. - Wyciągnął przed siebie nogi i utkwił wzrok w butach. 

- Nie myśl, Ŝe jestem dumny z tego, co zrobiłem. - Po chwili dodał: - Sądzę, Ŝe chętnie by się 

z tobą zobaczyła, zanim wyjedziesz. 

- Nie zdąŜę, mam pociąg o czwartej trzydzieści. PoŜegnaj ją ode mnie, mamuśkę teŜ. 

Madvig podniósł na Neda zmatowiałe od bólu oczy.- Nie dziwię się, Ŝe wyjeŜdŜasz... - 

powiedział ochryple. - Wcale ci się nie dziwię. - Znów spojrzał na buty. 

background image

-  Słuchaj,  Paul,  a  ci  twoi  nielojalni  słudzy...  Co  z  nimi?  -  zainteresował  się  Ned.  - 

Nauczysz ich pokory? Czy juŜ sami spokornieli? 

- Chodzi ci o Farra i resztę tych gnojów? 

- Owszem. 

-  Dam  im  taką  nauczkę,  Ŝe  ją  długo  popamiętają.  -  Madvig  wciąŜ  wpatrywał  się  w 

buty. Jego głos brzmiał stanowczo, ale nie było  w nim werwy. - Będzie mnie to kosztowało 

cztery lata, ale wykorzystam ten czas na uporządkowanie swoich sprawi stworzenie solidnej, 

stabilnej organizacji. 

Ned uniósł brwi. 

- Nie udzielisz im w wyborach poparcia? - spytał. 

-  Nie  tylko  nie  udzielę,  ale  wspomogę  po  cichu  konkurencję!  Shad  nie  Ŝyje.  Niech 

jego ludzie porządzą sobie miastem. Są za słabi, Ŝeby mogli mi zagrozić. Po czterech latach 

rozpędzę ich na cztery wiatry i znów przejmę ster. Do tego czasu będę gotów. 

- Te wybory moŜesz jeszcze wygrać. 

- Tak, ale nie zamierzam fundować łajdakom ciepłych posadek. 

Ned pokiwał głową. 

- Cierpliwość i odwaga to cechy dobrego gracza. 

-  Akurat  tych  cech  natura  mi  nie  poskąpiła,  choć  poskąpiła  rozumu  -  powiedział 

smętnie Madvig. Przeniósł wzrok z butów na kominek. - Musisz jechać, Ned? - spytał ledwo 

słyszalnym szeptem. 

- Muszę. 

Madvig przełknął ślinę. 

-  MoŜe  to  ci  się  wyda  głupie,  Ned,  ale  bez  względu  na  to,  czy  wyjedziesz  czy 

zostaniesz, chciałbym, Ŝebyś nie Ŝywił do mnie Ŝalu. 

- Nie Ŝywię, Paul - zapewnił go Beaumont. Madvig podniósł głowę. 

- Podasz mi rękę? 

- Jasne. 

Blondyn poderwał się z fotela, ujął rękę Neda i zgniótł ją w Ŝelaznym uścisku. 

- Nie wyjeŜdŜaj, stary. Zostań ze mną. Jak Boga kocham, jesteś mi potrzebny. Zrobię 

wszystko, Ŝeby ci wynagrodzić... 

Ned potrząsnął głową. 

- Nie masz mi co wynagradzać, Paul. 

- Zostaniesz? 

Ned znów potrząsnął głową. 

background image

- Nie mogę, Paul. Muszę jechać. 

Madvig puścił rękę Beaumonta i z ponurą miną wrócił na fotel. 

- Mam za swoje - mruknął. - Gdybym się ciebie posłuchał... 

-  To  nie  ma  nic  do  rzeczy  -  Ŝachnął  się  Ned.  Przygryzł  na  moment  wargę,  po  czym 

stwierdził bez ogródek: - Jest u mnie Janet. 

Oczy Madviga rozszerzyły się. 

Janet  Henry  otworzyła  drzwi  sypialni  i  weszła  do  salonu.  Zatrzymała  się  przed 

Paulem. Na jej bladej twarzy malowało się napięcie, ale głowę trzymała wysoko. 

- Wyrządziłam ci ogromną krzywdę, Paul. Byłam pewna, Ŝe... 

Madvigowi  krew  odpłynęła  z  twarzy,  kiedy  zobaczył  kobietę;  teraz  z  kolei  oblał  się 

rumieńcem.-  Nie,  Janet  -  powiedział  ochrypłym  z  przejęcia  głosem.  -  Ty  byś  nikomjuf  nie 

potrafiła... - Reszta zdania zlała się w niewyraźny bełkot. 

Kobieta zadrŜała i cofnęła się. 

-  Janet  wyjeŜdŜa  ze  mną  -  oświadczył  Ned.  Madvig  otworzył  usta.  Spojrzał 

oszołomiony na Beaumonta i krew znów odpłynęła mu z twarzy. Trupio blady, wymamrotał 

coś  pod  nosem,  z  czego  tylko  jedno  słowo  -  „powodzenia”  -  było  zrozumiałe,  po  czym 

podniósł się i ruszył chwiejnym krokiem do drzwi. Pchnął je i wyszedł, nie zamykając ich za 

sobą. 

Janet Henry spojrzała na Neda Beaumonta. Stał wpatrzony w otwarte drzwi. 

 

„KB”