background image

MARGIT SANDEMO

OCALENIE

Z norweskiego przełożyła

LUCYNA CHOMICZ - DĄBROWSKA

POL - NORDICA

Otwock 1997

background image

ROZDZIAŁ I

Każdego   dnia   siedmioro   dzieci   z   indiańskiej   wioski   wyruszało   w   stronę   potoku 

płynącego leniwie przez dolinę. Brodząc po kostki w wodzie, przechodziły na drugi brzeg na 

niewielkie poletko, które same uprawiały. Najstarszy w tej grupie był dziesięcioletni Manuel. 

To na nim spoczywała odpowiedzialność za czteroletniego brata, Antonia, który dreptał, ufnie 

trzymając go za rękę, i za siostrzenicę Rosę śpiącą w chuście przewiązanej na jego plecach. 

Praca na poletku posuwała się powoli, bo choć kierujący dziećmi Manuel traktował ją bardzo 

sumiennie, to jednak nie wszyscy wykonywali ją z równym zapałem.

Teresa   miała   dziewięć   lat.   Była   surowa   i   pobożna,   a   na   jej   twarzy  rzadko   gościł 

uśmiech. Ale za to dziewczynka rwała się do pracy i zawsze przykładnie wywiązywała się ze 

swych obowiązków w przeciwieństwie do siedmioletniej Esmeraldy, która mimo dziecięcego 

wieku zachowywała się z iście kobiecą kokieterią. Nieraz z tego powodu dochodziło między 

dziewczętami do konfliktów. Na łajanie Teresy Esmeralda reagowała chichotem i trzepocząc 

długimi   rzęsami   okalającymi   jej   duże   ciemne   oczy,   zerkała   w   kierunku   Manuela,   który 

udawał, że niczego nie dostrzega. Wynajdywała tysiące wymówek, by wymigać się od zajęć. 

Brat   Esmeraldy,   młodszy   od   niej   zaledwie   o   dziesięć   miesięcy   Pablo,   był   prawdziwym 

figlarzem i tak jak jego siostra specjalnie się nie przepracowywał. Miał dużo wdzięku i nie 

sposób się było na niego gniewać, co szybko nauczył się wykorzystywać. Siódmy członek tej 

gromadki, chorowity dwulatek Carlitos, mówił niewiele, a na skierowane do niego pytania 

odpowiadał pogodnym uśmiechem.

Dzieci   szczyciły   się   tym,   że   mają   własną   uprawę,   za   którą   są   odpowiedzialne. 

Nieopodal   na   znacznie   większej   plantacji   pracowały   ich   matki.   Obie   plantacje   dzieliła 

niewielka   odległość,   tak   że   w   razie   potrzeby   obie   gromadki   mogły   porozumiewać   się 

wołaniem.

Matka   Manuela   oczekiwała   dziesiątego   już   potomka   i   z   ulgą   przyjęła   pomoc 

najstarszego syna, który podjął się opieki nad Antoniem i Rosą, dzieckiem jej piętnastoletniej, 

niezbyt odpowiedzialnej córki. Pozostałe matki także były wdzięczne chłopcu, że zobowiązał 

się   rzucić   okiem   na   maluchy,   które   dzięki   temu   nie   kręciły   się   im   pod   nogami   i   nie 

przeszkadzały w pracy. Wiedziały, że dzieci są bezpieczne, bo poletko z trzech stron otaczały 

strome skały, a potok, z którym graniczyło, był w tym miejscu płytki i niegroźny. Zresztą 

Manuel pilnował, by żaden malec nie wpadł do wody.

Chłopcy nosili długie spodnie, wetknięte w cholewki wysokich, miękkich kamaszy. 

Ramiona okrywały im kolorowe poncha, a głowy osłaniały kapelusze z szerokimi rondami. 

background image

Dziewczynki były ubrane w przyciasne sukienki.

Ich   widok   radował   serca:   czarnookie,   o   śniadych   twarzach   z   wystającymi   kośćmi 

policzkowymi   i   płaskich   nosach,   odsłaniały   w   uśmiechu   rzędy   mocnych   białych   zębów. 

Kruczoczarne włosy chłopcy mieli podcięte równo poniżej ucha, a dziewczynki zaplatały w 

grube   warkocze.   Szczególną   urodą   w   tym   gronie   wyróżniało   się   rodzeństwo   Pablo   i 

Esmeralda. Patrząc na nich odnosiło się wrażenie, że są arcydziełami natury.

Antonio i Carlitos, znudzeni pracą, poszli się pobawić. Współzawodniczyli w rzucaniu 

na odległość dzid wykonanych z bambusowej trzciny. Wygrał oczywiście Antonio, starszy i 

silniejszy  od  słabowitego   Carlitosa.  Pablo   pod   pozorem,   że   chce   coś   pokazać   chłopcom, 

kilkakrotnie próbował wykręcić się od pracy. Ale Manuel i Teresa przejrzeli jego zamiary i 

kazali mu natychmiast wracać na pole.

Carlitos szybko  zmęczył  się  zabawą i  zdyszany przysiadł  z boku, żeby odpocząć. 

Antonio, jego najlepszy przyjaciel, brzydkie kaczątko w gromadzie, otoczył go ramieniem i 

zapytał życzliwie:

- Może pobawimy się w cos, co cię tak nie zmęczy?

Carlitos pokiwał tylko głową i uśmiechnął się promiennie.

- Esmeraldo! - odezwała się Teresa z wyrzutem. - W tym czasie, gdy ja związałam 

dziesięć snopków, ty związałaś tylko jeden. Pamiętaj, Pan Bóg widzi z góry każdy twój krok!

Esmeralda, wykrzywiając w grymasie twarz, podniosła demonstracyjnie garść kłosów, 

ale zaraz je upuściła, bo zaczęła z zapałem wymachiwać rękami do przechodzących niedaleko 

znajomych dzieci.

Ich   rodzinna   wioska,   położona   samotnie   w   zalesionej   dolinie   wśród   ośnieżonych 

szczytów Andów, była niewielka i nie miała nawet nazwy. Czasami któryś z jej mieszkańców 

ruszył zarośniętymi ścieżkami w dół rzeki do oceanu. Wędrując wzdłuż wybrzeża łatwiej się 

było   przedostać   do   gęściej   zaludnionych   traktów,   ale   taka   wyprawa   wymagała   nie   lada 

orientacji w terenie. Wielu było śmiałków - tak Indian, jak i białych - którzy, zapuściwszy się 

w gęstą dżunglę, pobłądzili i przepadli bez wieści.

Indiańskie dzieci nie znały pojęcia „szkoła”. Tylko raz w roku pojawiał się w ich 

wiosce misjonarz, który starał się je czegoś nauczyć.

Czasami w rodzinne strony zaglądał jeden ze współplemieńców, który przeniósł się do 

stolicy, i przywoził stamtąd nowinki. Poza tym Indianie utrzymywali kontakt z mieszkańcami 

sąsiednich wiosek, tyle że ze względu na dzielącą ich odległość wielu mil zdarzało się to dość 

rzadko.

Codzienne   życie   w   wiosce   toczyło   się   cicho   i   spokojnie,   z   dala   od   problemów 

background image

wielkiego świata.

Dzieci wiodły w gruncie rzeczy beztroski żywot. Pablo nieustannie wymyślał psoty. 

Najchętniej do chusty, w której leżała Rosa, wrzucał jakieś owady. Teresa puszyła się, że jest 

bardziej cnotliwa od Esmeraldy, a Antonio i Carlitos uciekali we własny świat pełen tajemnic 

i fantazji.

Tego dnia, kiedy malcy rzucali dzidami z bambusowej trzciny, a Rosa spała słodko w 

chuście   przewiązanej   na   plecach   Manuela,   kiedy   najstarsze   dzieci   usiłowały   okiełznać 

niesforne rodzeństwo, Esmeraldę i Pabla, wysoko w górach decydował się ich los...

Bogaci   przemysłowcy   wydali   okrutny   wyrok   na   ubogich,   nieświadomych 

niebezpieczeństwa Indian.

Na szczycie stanął mężczyzna ze stertą projektów w rękach i popatrzył  na dolinę 

ścielącą się u jego stóp. W pobliżu huczał potężny wodospad, nie zagłuszając jednak warkotu 

spychaczy i koparek.

- Ten plan jest po prostu genialny, señor - zwrócił się do drugiego, przewyższającego 

go   wzrostem   mężczyzny.   -   Wodospad   zasłania   bogate   złoża   minerałów.   Tu   się   kryje 

prawdziwa   żyła   złota!   -   Roześmiał   się,   uświadomiwszy   sobie   dwuznaczność 

wypowiedzianych słów, i dodał: - O, złoto jest zaledwie drobną cząstką ukrytych tu bogactw.

- Co na to władze? - zapytał jego towarzysz, który, sądząc z wyglądu, nie pochodził z 

tych stron.

Juan Rodriquez potrząsnął ręką.

- A to już pańskie zadanie, señor. Temu krajowi potrzebny jest zagraniczny kapitał. 

Mam znajomości w ministerstwie. Moi ludzie przymkną oko na niektóre nasze działania, a 

pozostali   nie   muszą   o   niczym   wiedzieć.   Oficjalnie   ściągnąłem   tu   maszyny   i   sprzęt   do 

realizacji innych zaakceptowanych już wcześniej projektów. Tutaj nikt nigdy nie dotrze - 

zapewnił,   otulając   się   szczelniej   ciepłą   kurtką,   bo   wiatr   dmuchał   przejmująco.  A  potem 

zwrócił się do swego kierowcy, który stał w pobliżu: - Przyjedziesz po nas za pięć dni, 

O'Donell! Zazdroszczę ci, że możesz już dzisiaj opuścić to paskudne miejsce.

Kieron O'Donell nic nie odpowiedział. Wybrano go, by przywiózł tutaj tych ludzi, 

między innymi dlatego, że nie zwykł wścibiać nosa w cudze sprawy, poza tym oczywiście 

świetnie znał Andy. Był to niezwykle przystojny, wysoki mężczyzna o ciemnych włosach i 

szarych   oczach   w   czarnej   oprawie.   Mocno   zarysowane   usta   wykrzywiały   się   w   pełnym 

goryczy grymasie. Na jego twarzy rzadko gościł uśmiech. Kroki stawiał miękko, a w jego 

gestach i leniwym spojrzeniu kryło się coś podniecającego. Może to dziwne, ale Kieron nie 

uświadamiał   sobie,   jak   bardzo   może   podobać   się   kobietom.   Był   typem   indywidualisty, 

background image

mającym w pogardzie opinie innych.

Rodriquez, gestykulując z ożywieniem, znów zagadnął obcokrajowca:

- Moi inżynierowie, señor, odwalili kawał dobrej roboty. Jak pan widzi, zamierzają 

zmienić bieg rzeki i skierować wody do nowego koryta, tak by w miejscu, gdzie teraz huczy 

wodospad, można było zacząć wydobycie.

- Czy to znaczy, że rzeka popłynie w dół do doliny? - dopytywała się obcokrajowiec, 

przedstawiciel nielegalnej spółki zamierzającej rozpocząć działalność w tym kraju.

- Zgadza się - potwierdził Rodriquez. - Potem, w niższych partiach gór, rzeka znowu 

wróci do swego naturalnego koryta, tak więc nikt nie nabierze żadnych podejrzeń.

Kieron O'Donell popatrzył na usypywane przez robotników wały i powiódł wzrokiem 

aż po zasłaniające widok szczyty.

- Czy w tej dolinie nie leży przypadkiem wioska indiańska? - zapytał.

- Co takiego? - Rodriquez popatrzył na niego ze zdziwieniem. - Możliwe, że jest jakaś 

nieduża, licząca zaledwie kilka duszyczek osada, o ile w ogóle w tym przypadku można użyć 

określenia „duszyczki”...

- Czy Indianie zostali powiadomieni? - zainteresował się obcokrajowiec.

Rodriquez z trudem krył irytację.

-   Zostaną   powiadomieni   w   odpowiednim   czasie,   o   ile   już   tego   nie   uczyniono. 

Pozostaje tylko kwestia, czy te tępaki cokolwiek zrozumieją.

- Kto im przekazał wiadomość? - chciał wiedzieć Kieron.

Rodriquez popatrzył na niego tak, jakby chciał go zabić wzrokiem, ale zaraz na jego 

ustach pojawił się fałszywy uśmiech.

- Słyszałem, że nigdy nie zadajesz zbędnych pytań - syknął. - Przecież nie mogę znać 

szczegółów! Wyślę tam kogoś, żeby to sprawdzić. Czyżbyś mi nie dowierzał?

Kieron nic nie odpowiedział. Ostatecznie to nie jego sprawa...

Kiedy Kieron O'Donell zjechał w dół ze szczytów Andów, odczuł gwałtowną zmianę 

temperatury. Wysoko w górach wiał lodowaty wiatr, a tymczasem tu powietrze było gorące 

jak parujący kocioł z wrzątkiem.

Jeepem zarzucało i trzęsło na  wertepach,  które w niczym  nie  przypominały drogi 

dopuszczonej dla ruchu kołowego, ale ponieważ tylko tędy można się było dostać do miasta, 

nie miał wyboru...

Ten   silny,   spokojny   mężczyzna   należał   do   tego   typu   ludzi,   których   trudno   sobie 

wyobrazić w roli dziecka. Zdawać by się mogło, że urodził się dorosły. Był zamknięty w 

sobie, chłodny i twardy jak głaz. Jako młody chłopak uciekł z domu z Irlandii i już nigdy 

background image

więcej   nie   wrócił   do   swej   ojczyzny.   Po   licznych   perypetiach   znalazł   się   w   niewielkiej 

republice na kontynencie południowoamerykańskim. Oczywiście dostrzegał, że panujące tu 

stosunki dalekie są od ideału. Wytrzymał tu jednak kilkanaście lat, tracąc do reszty złudzenia 

wobec swych bliźnich. Utwierdziwszy się w przekonaniu, że ludzie są skrajnymi egoistami, 

stronił od nich i zdecydował się na życie w samotności. Nie potrafił wymazać z pamięci złe, 

którego doznał w przeszłości dalszej i bliższej.

Kieron zwolnił nieco, dostrzegłszy z daleka jakąś postać. Jak się po chwili okazało, 

była   to   młoda   dziewczyna,   spoglądająca   z   nadzieją   na   nadjeżdżający   samochód.   Kieron 

westchnął ciężko. Nie miał najmniejszej ochoty na towarzystwo, a tym bardziej towarzystwo 

kobiety,   która,   jak   wszystkie,   będzie   trajkotać   o   głupstwach.   Nie   czuł   żadnej   potrzeby 

kontaktu z ludźmi.  Jego stosunek  do życia  przepełniały nieufność i pogarda.  Oczywiście 

kiedyś miał przyjaciół - kilku kumpli w wojsku, kolegów i koleżanki z lat szkolnych, ale 

wyrzucił ich z pamięci, gdy tylko się rozstali. Właściwie nigdy nie przywiązywał się do ludzi 

na tyle, by potem za nimi tęsknic. Była to swoista postawa obronna. I chociaż taki sposób 

życia wymagał nie lada hartu, Kieron O'Donell nie narzekał na swój los.

Już miał wyminąć dziewczynę i jechać dalej, gdy naraz wewnętrzny głos nakazał mu 

się zatrzymać. Od ludzkich siedzib dzieliła to miejsce odległość wielu kilometrów. Jeśli nikt 

inny nie będzie tędy przejeżdżał, dziewczynie przyjdzie spędzić noc na pustkowiu. Co ją tutaj 

przygnało? Co tu robi całkiem sama, na dodatek pieszo? Naraz dostrzegł motocykl oparty o 

pień drzewa. Zatrzymał się niechętnie.

- Awaria? Coś się zepsuło? - zapytał po angielsku, gdyż dziewczyna nie była Indianką. 

Hiszpanką również nie, sądząc po wyglądzie, mimo że okazała się niewysoka i miała ciemne 

włosy.   Najbardziej   mu   pasowała   na   angielkę.   Domyślił   się   natychmiast,   że   przebywa   w 

Ameryce Południowej dopiero od niedawna, bo twarz miała spieczoną od ostrego słońca, a z 

czerwonego nosa schodziła jej skóra.

- Nie - odpowiedziała nieznajoma. - Zabrakło mi benzyny.

Święta naiwności! Wybierać się na te bezdroża z niepełnym zbiornikiem! Co ona 

sobie w ogóle myśli? Że tutaj na każdym kroku stoją stacje benzynowe?

Kieronowi   przez   moment   przemknęła   myśl,   że   ma   szansę   wymigać   się   od 

towarzystwa.   Wystarczyłoby   przelać   trochę   benzyny   do   baku   motocykla,   a   dziewczyna 

mogłaby   dalej   pojechać   sama.   Szybko   jednak   odrzucił   ten   pomysł.   Słońce   piekło 

niemiłosiernie,   a   droga   do   miasta   była   dość   uciążliwa.   Nie   wiadomo,   jakie   przeszkody 

dziewczyna może jeszcze napotkać.

Westchnąwszy   ciężko,   wrzucił   motocykl   na   przyczepę   jeepa.   Liczył   na   to,   że 

background image

nieznajoma wsiądzie do szoferki bez zbędnych ceregieli.

Dziewczyna stała przez moment nieporuszona, jakby się wahała. Chyba nie sądzi, że 

ją będę jeszcze zapraszać do środka, pomyślał oburzony. Niedoczekanie!

Wreszcie! Otworzyła drzwiczki i usadowiła się na siedzeniu. Kieron wszedł do kabiny 

z drugiej strony. Z głośnym warkotem silnika samochód ruszył z miejsca.

- Bardzo dziękuję! To miło z pana strony!

W  odpowiedzi   Kieron   mruknął   tylko   coś   pod   nosem,   ale   widząc,   że   dziewczyna 

wyraźnie się speszyła, uznał, że powinien coś powiedzieć.

- Pochodzi pani ze Skandynawii? Słyszę obcy akcent.

Popatrzyła zdumiona, a potem wybuchnęła śmiechem.

- A ja sądziłam, że mówię perfekt po angielsku! Ma pan rację, jestem Szwedką.

-   Szwedką?   -   powtórzył,   patrząc   na   nią   zdumiony.   -   Sądziłem,   że   mieszkańcy 

Szwecji... - urwał.

Ale dziewczyna, domyślając się, o co mu chodzi, dokończyła:

- Są długonodzy, mają jasne włosy i prowadzą się amoralnie, prawda?

Kieron zirytował się, bo rzeczywiście odgadła jego myśli. Dziewczyna nie pasowała 

do tego stereotypu: była bowiem średniego wzrostu i pomimo szczupłej talii, wydawała się 

dość korpulentna. Miała rumieńce na policzkach, duże piwne oczy i ciemne włosy związane 

w koński ogon. Trudno ją było nazwać pięknością, ale niewątpliwie miała dużo wdzięku.

To   taki   typ,   który   zyskuje   przy   bliższym   poznaniu,   pomyślał   Kieron,   chociaż 

bynajmniej nie zamierzał tego sprawdzać.

- Nazywam się Susan Lind - przedstawiła się z naturalną swobodą. - Możemy chyba 

mówić sobie po imieniu?

Kieron także wymienił swoje imię i nazwisko, na co dziewczyna zareagowała tak jak 

wszyscy:

- Pochodzisz z Irlandii?

Skinął głową.

Westchnęła i oparła się wygodniej na siedzeniu.

- Całe szczęście, że przejeżdżałeś tędy! Stałam cztery godziny i zaczynało mi się już 

robić gorąco! Postanowiłam popchać kawałek, ale wyskoczyły mi wielkie bąble na rękach.

- Co tu, u diabła, robisz? - zapytał Kieron.

- Pracuję w organizacji pomocy humanitarnej.

A niech to! Jeszcze jedna idealistka, która pragnie zbawić świat, zaśmiał się w duchu.

Ale ona po raz kolejny odgadła jego myśli.

background image

- Niestety, nie pracuję w terenie, wśród potrzebujących! Siedzę w biurze, w stolicy, i 

przekładam papiery. To było moje pierwsze ciekawe zadanie. Pojechałam do jednej z naszych 

placówek odebrać dokumenty. Tymczasem taka kompromitacja! W ogóle nie pomyślałam o 

tym, że nie będę miała gdzie zatankować.

O rany, co to za gaduła! westchnął w duchu Kieron. Głowa mnie już rozbolała.

- Och, co za ulga, usiąść wreszcie. Padam z nóg.

Kieron tylko coś burknął.

Kilometry uciekały im spod kół, a dziewczynie nie zamykały się usta. Opowiedziała o 

podróży samolotem do Ameryki Południowej, o gafach, jakie popełniła, o swym pozytywnym 

nastawieniu   do   świata,   o   złudzeniach,   które   prysły,   a   w   każdym   razie   zostały   mocno 

nadwątlone w zderzeniu z rzeczywistością, o wrażeniach, jakie wywarł na niej, dziewczynie z 

uporządkowanej Szwecji, ten pełen kontrastów kraj. Co prawda przybyła tu niedawno, ale 

zdążyła się już zetknąć z wieloma szokującymi zjawiskami.

Wydawała się szczera i otwarta. Kieron wyczuwał, że go polubiła. Była taka naiwna i 

ufna,   zwracała   się   do   niego   jak   do   eksperta.   Może   wszyscy   Skandynawowie   są   tacy? 

zastanawiał   się.   Zrazu   odpowiadał   dziewczynie   półsłówkami,   ale   ani   się   spostrzegł,   gdy 

włączył się do rozmowy, i choć nie bez pewnych oporów, opowiedział o swym ostatnim 

zadaniu w górach.

A kiedy samochód wtoczył się na przepełnione ulice stolicy, poczuł zawód, że podróż 

tak szybko minęła. Dawno nie spotkał równie naturalnej dziewczyny! Wysadziwszy ją jednak 

przed   biurem   organizacji   pomocy   humanitarnej,   szybko   zdławił   w   sobie   uczucie 

rozczarowania. Kieron O'Donell znów był sobą...

background image

ROZDZIAŁ II

Kieron   z   trudem   omijał   rozłożone   na   ulicy   towary,   nie   zważając   na   zachęcające 

okrzyki sprzedawców. Poirytowany torował sobie w tłumie przejście do okazałego biurowca 

koncernu. Wrócił właśnie do stolicy po wykonaniu kolejnego powierzonego mu zadania i 

śpieszył się, by złożyć raport.

Nagle jego uwagę przykuła młoda dziewczyna z długimi ciemnymi włosami. Czy to 

nie Susan Lind, ta Szwedka, którą podwoził jeepem w ubiegłym tygodniu?

Kieron nie chciał się przyznać przed samym sobą, że wyjątkowo często o niej myślał, 

brakowało mu jej beztroskiego śmiechu.

Dziewczyna najwyraźniej nie mogła się opędzić od natrętnego handlarza i gromadki 

dzieciaków   indiańskich,   które   miały   nadzieję,   że   dziewczyna   rzuci   im   parę   zbędnych 

centavos. Z ust sprzedawcy lał się nieprzerwany potok słów, a kiedy Kieron zbliżył się nieco, 

usłyszał, że ten zachwala z ożywieniem swój towar.

- Nie daj się oszukać! - odezwał się ostro. - Ta narzuta nie jest warta nawet jednej 

dziesiątej ceny, którą ci podał.

Dziewczyna, odwróciwszy głowę, rozpromieniła się na widok Kierona, a jej policzki 

pokrył rumieniec.

Przyjął to ze zdziwieniem, Susan jednak szybko pokonała konsternację i znów była tą 

samą pełną życia dziewczyną, która zapadła mu w pamięć.

- Wiem o tym - roześmiała się. - Ale on przecież potrzebuje pieniędzy, czyż nie?

Jej  głos miał takie czyste, jasne brzmienie, w ostatnich dniach nie przestawał mu 

dźwięczeć w uszach. Kieron starał się unikać spojrzeniem drobnej, radosnej twarzyczki z 

pąsowymi policzkami, ale ona przyciągała go jak magnes. Gdy ich oczy napotkały się, odczuł 

głęboką wewnętrzną radość, że znów widzi tę niezwykłą dziewczynę. Jednocześnie jednak 

ogarnął go lęk, odezwał się więc pogardliwym tonem:

- Nic im nie dawaj, nie potrafią obchodzić się z pieniędzmi, wszystko przepuszczą na 

wódkę!

- No cóż, to my nauczyliśmy ich pić! - odparła Susan.

Cholerna   dziewczyna!   Na   wszystko   znajdzie   odpowiedź!   Kieron   nie   przepadał   za 

idealistami, zniecierpliwiony zmarszczył więc czoło.

Dziewczyna, nie zważając na nic, zapłaciła wygórowaną cenę podaną przez handlarza 

i   wziąwszy   narzutę   pod   pachę,   ruszyła   powolnym   krokiem.   Bardzo   chciała,   by   Kieron 

dotrzymał jej towarzystwa, ale wstydziła mu się to zaproponować. Kieron mimowolnie się 

background image

wzruszył. Ta na pozór pewna siebie osoba zachowuje się z taką nieśmiałością, najwyraźniej 

nie przyzwyczajona do kontaktów z mężczyznami. Wahając się przez chwilę, patrzył na nią, 

po czym dogonił ją szybkim krokiem.

- Nie powinnaś chodzić sama po tej okolicy - powiedział ostro, zły na siebie, że nie 

potrafi trzymać języka za zębami.

Zatrzymała się gwałtownie.

- Przecież tędy jest o wiele bliżej, a zresztą Indianie chyba nie są groźni?

- Głód i bieda mogą sprawić, że człowiek posuwa się do czegoś, czego normalnie 

nigdy by nie uczynił. A ty pokazałaś, że masz pieniądze. Chodź, odprowadzę cię.

Susan patrzyła na niego niezdecydowana.

- Wracam prosto z dżungli - usiłował się uśmiechnąć, ale zamiast tego usta wykrzywił 

mu grymas. - Nie zdążyłem się jeszcze nawet umyć, więc jeśli ci...

- Nie zwróciłam na to uwagi, nie o to mi chodzi - przerwała mu Susan. - Wydaje mi 

się tylko, że masz takie negatywne nastawienie do wszystkiego.

- Nie rozumiem. Co masz na myśli?

Roześmiała się przepraszająco.

- Nic, tylko tyle, że niechęć do świata pozbawia cię odrobiny dobrego humoru.

- Twoim zdaniem człowiek powinien założyć klapki na oczy i chodzić po świecie z 

przekonaniem, że wszyscy ludzie to anioły? Mylisz się, w ten sposób można zebrać zbyt 

wiele kuksańców.

A kiedy przyglądał się jej z powagą, spytała zaczepnie:

- Czyżbyś wziął tęgie cięgi od życia?

- Owszem, dostałem dobrą lekcję już dawno temu - uciął krótko.

Ruszyli powoli przez dzielnicę zamieszkaną przez Indian. Na przeraźliwie brudnych 

uliczkach,   wśród   niskich   lepianek,   roiło   się   od   dzieci   i   psów.   Bez   słowa   przeciskali   się 

naprzód.

- Mógłbyś mi opowiedzieć o sobie? - poprosiła znienacka Susan.

Kieron, trochę zdziwiony, uśmiechnął się przekornie i odrzekł:

- Obawiam się, że będzie to piekielnie negatywna historia. Ale jeśli chcesz posłuchać...

- Oczywiście, że chcę - zapewniła z powagą i popatrzyła na niego oczami, których nie 

potrafił zapomnieć.

Kieron   zmieszał   się,  nie   przywykł   bowiem  mówić   o   sobie.   Poza   tym   zawsze   był 

nastawiony   sceptycznie   do   kobiet.   Wydawało   mu   się,   że   są   kłótliwymi   egoistkami, 

przysparzającymi mężczyznom kłopotów. Dlatego Susan tak go zaskoczyła swą szczerością i 

background image

prostolinijnością.   Była   inna   niż   dziewczyny,   które   do   tej   pory   spotykał.   Nie   ulegało 

najmniejszej wątpliwości, że naprawdę chce się czegoś o nim dowiedzieć.

- Chyba dane mi było poznać zbyt wiele ciemnych stron życia - zaczął. - Zdaje się, że 

w   tym   tkwi   przyczyna   mojej   wrogości   wobec   świata.   Zawsze   pragnąłem   stać   się   kimś 

wielkim, ale bez wiedzy i niezbędnego przygotowania nie miałem po temu szans. Pewnie 

dlatego   zostałem   zwykłym   obieżyświatem,   niespokojnym   duchem   i   samotnikiem.   Byłem 

żołnierzem   najemnym   w   Afryce,   służyłem   w   lotnictwie.   Wykonywałem   zadania   tak 

niebezpieczne i karkołomne, że w końcu przestałem dociekać, o co w tym wszystkim chodzi i 

komu   to   przynosi   korzyści.  Trafiłem   do  tego   kraju  w  związku   w  wielkim   zagranicznym 

przedsięwzięciem   dotyczącym   eksploatacji   bogatych   złóż   rud   różnych   metali.  Ale   jestem 

wolnym strzelcem.

- Próbujesz się wymigać - przerwała mu Susan. - Nie wspomniałeś ani słowem o 

swym dzieciństwie, zacząłeś od tego, co robiłeś jako dorosły.

- Mieszkam w tym kraju już od dawna - ciągnął, a Susan zrozumiała, że nie chce 

mówić   o   swych   przeżyciach   z   najmłodszych   lat.   -   Przemierzyłem   go   wzdłuż   i   wszerz, 

towarzysząc różnym ludziom: takim jak ja poszukiwaczom szczęścia, a także typom spod 

ciemnej gwiazdy. Oto co złożyło się na moje życie. Niczego się nie dorobiłem. Nie mam 

cadillaca ani pięknej willi z basenem...

- A czy to jest celem twego życia?

Kieron wzruszył ramionami.

- Nie mam żadnego celu, żyję teraźniejszością i zdaję się na to, co przyniesie mi los...

Szli dalej w milczeniu, aż wreszcie Susan szepnęła pod nosem:

- Właściwie jest mi wstyd.

- Dlaczego? - zapytał zdumiony.

- Ponieważ jestem taka szczęśliwa.

Kieron nie od razu pojął, o co właściwie jej chodzi, ale im dłużej rozmyślał ad sensem 

wypowiedzianych przez nią słów, tym mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że dziewczyna 

się nad nim litowała.

Poczuł się zawiedziony, ale nie dał tego po sobie poznać...

Cały ten dzień spędzili razem. Kieron pośpiesznie doprowadził się do względnego 

porządku,   chociaż   Susan   zapewniała,   że   z   tygodniowym   zarostem   jest   mu   do   twarzy. 

Ucieszyły go te słowa. Nic na to nie mógł poradzić, ale na tej dziewczynie coraz bardziej mu 

zależało.

Zjedli wspólnie obiad w eleganckiej restauracji, w której nigdy dotąd jego noga nie 

background image

postała.   Sadził,   że   Susan   przywykła   do   takich   miejsc.   Ale   gdy   mu   wyznała,   że   w 

ekskluzywnych wnętrzach czuje się nieco zagubiona, zrobiło mu się cieplej na sercu, choć 

nadal próbował grać przed nią rolę światowca z nonszalancją okazującego zainteresowanie 

damie, z którą siedział przy stole. Coś mu jednak podpowiadało, że Susan go przejrzała, choć 

nie zdradziła się ani jednym słowem. Pozostała równie pogodna i sympatyczna, a usta wprost 

jej się nie zamykały. Tyle że teraz Kieronowi to zupełnie nie przeszkadzało. Z przyjemnością 

słuchał jej rozsądnych opinii.

Starał   się   odwlec   moment   rozstania.   Co   prawda   na   pozór   zachowywał   się   dość 

sztywno, udawał umiarkowane zainteresowanie i wykazywał dużą rezerwę, niechętnie jednak 

wstał od stołu, gdy kelner dał im znak, że już zamykają. Przytrzymał dziewczynie żakiet i 

otworzył drzwi. Pragnął za wszelką cenę przeciągnąć chwilę pożegnania, choć się do tego nie 

przyznał. Taki był bowiem właśnie Kieron O'Donell.

Długo spacerowali po wyludnionych ulicach, wreszcie w milczeniu ruszyli w stronę 

budynku,   w   którym   Susan   wynajmowała   niewielkie   mieszkanie.   Zatrzymali   się   przed 

wejściem i popatrzyli na siebie. Kieron nie wiedział, co powiedzieć.

- Zjesz kanapkę? - zapytała w końcu niepewnie i nieco bez sensu dziewczyna, nie 

patrząc mu w oczy. - Nic lepszego nie mam. Chyba że wolisz pójść do domu.

- Chętnie coś zjem - mruknął.

Kiedy przekroczyli próg jej domu, Susan zachowywała się trochę nerwowo. Pokazała 

mu   mieszkanie,   bliskie   sercu   przedmioty,   w   końcu   umilkła,   jakby  zabrakło   jej   tematów. 

Zapadła pełna napięcia cisza. Przygotowując kanapki, nakładała wędlinę drżącymi dłońmi. W 

gardle całkiem jej zaschło. Przy stole także niewiele mówiła, potrząsała tylko lub kiwała 

głową.

Kieron poczuł się niepewnie, nie wiedział, czy powinien sobie pójść, czy też może 

dziewczyna chce, by został.

Gdy   zjedli,   podeszli   do   okna   i   zapatrzyli   się   na   przepiękny   widok,   jaki   się   stąd 

roztaczał.

- To takie banalne - rzuciła nagle.

- Co takiego? - spytał Kieron wyrwany z zamyślenia. Nie przywykł jeszcze do jej 

zaskakujących reakcji.

- Że mężczyzna po pierwszej randce odwiedza dziewczynę...

- Po drugiej - poprawił ją.

- Dziwne, a mimo to wydaje mi się, że znam cię już bardzo długo. Tak cudownie nam 

się ze sobą rozmawia. Czy zawsze w ten sposób postępujesz z dziewczynami?

background image

- Nie, nie zawsze - odrzekł z naciskiem.

Uśmiechnęła się.

- Może lepiej będzie, jeśli już sobie pójdziesz, Kieron?

Nie chciał, pragnął zostać z nią jeszcze przez chwilę.

- Nie - szepnął, dotykając jej dłoni, a potem nie do końca pojmując, co robi, przycisnął 

mocniej dziewczynę i pocałował ją. Miała takie delikatne wargi! Zakręciło mu się w głowie. 

Susan najpierw  starała  się  odsunąć,  ale  zaraz  ufnie  wtuliła  się  w jego ramię,  a  jej  ciało 

poddało się pieszczotom.

Samotność długich miesięcy gwałtownie dała o sobie znać. Kieron całkiem stracił 

rozsądek. Czuł jedynie palące pragnienie, by dotknąć dłońmi nagiej skóry dziewczyny.

Wydawała się mu taka piękna, taka doskonała!

- Kieron, proszę... - próbowała protestować. - Nigdy jeszcze nie byłam z mężczyzną, 

nie mam ochoty na przelotny romans...

Przytulił ją mocniej i szepnął do ucha drżącym głosem:

-   Pozwól   mi   tu   zostać   jeszcze   chwilę,   Susan.   Nie   bój   się   mnie!   Potrzebuję   cię, 

bezgranicznie cię potrzebuję...

Czuła,   że   mówi   szczerze.   Kieron   nie   należał   do   tych   mężczyzn,   którzy   pytają   o 

pozwolenie, ale też nie chodziło mu o przelotny flirt. Był tak samotny, tak tęsknił za ciepłem i 

zrozumieniem ze strony drugiego człowieka, że nie mógł się opanować.

A  Susan,   która   już   w   momencie   poznania   straciła   głowę   dla   tego   zgorzkniałego 

samotnika, jęknęła cicho i zarzuciwszy mu ręce na szyję, pozwoliła jego dłoniom błądzić po 

swym ciele.

Raz  jeszcze   prosząc,   by  był  ostrożny,   popatrzyła  Kieronowi  w  twarz,   która  w  tej 

krótkiej chwili była całkowicie otwarta, pozbawiona maski.

To jej szukał, jej potrzebował.

Która kobieta byłaby w stanie oprzeć się takiej pewności?

Było,   minęło,   pomyślał   Kieron,   udając   się   następnego   ranka   do   biura   po   nowe 

zlecenie. Wyjątkowo miła dziewczyna, wspaniała i dobra, ale ponieważ Kieron O'Donell nie 

lubił się z nikim wiązać, postanowił czym prędzej zakończyć tę znajomość.

Ale pomylił się, sądząc, ze przyjdzie mu to z łatwością. Kiedy Susan wyszła z pracy,  

zobaczyła, że stoi i czeka na nią ze stężałą twarzą. Widać było, że toczy ze sobą wewnętrzną 

walkę. Podbiegła do niego, a jej oczy rozpromieniły się radością.

-   Kieron!   Przepraszam,   że   tak   długo   musiałeś   na   mnie   czekać,   ale   byłam   niemal 

pewna, że cię już więcej nie zobaczę. Odchodząc, nie wspomniałeś ani słowem o kolejnym 

background image

spotkaniu.

Popatrzył na nią, uśmiechając się czule. Do diabła! Czemu tak mu ciepło na sercu na 

jej widok?

Zarumieniła się lekko, a on domyślił się, że i jej myśli powędrowały do wydarzeń 

poprzedniej nocy. Spędzili z sobą cudowne chwile. Oboje czuli się tacy niepewni, przerażeni 

intensywnością   swych   doznań,   ale   tak   bardzo   się   starali,   by   ofiarować   sobie   miłość. 

Wzajemnie usiłowali pokonać trudności.

- Chodź! - odezwał się Kieron. - Mam cztery dni urlopu. Chcę spędzić z tobą każdą 

wolną chwilę.

- Och, Kieron! - westchnęła z podejrzanie wilgotnymi oczami. - Czy powiedziałam ci 

już, jak bardzo cię kocham?

- Owszem, powiedziałaś dużo więcej - uśmiechnął się czule. - Ale możesz powtórzyć 

raz jeszcze, uwielbiam słuchać tych słów.

Spędzili  razem cztery  niezwykłe  dni.  Po raz  pierwszy od  wielu,  wielu  lat  Kieron 

rozkoszował się życiem, jakby wreszcie odnalazł klucz do samego siebie. Oprowadzał Susan 

po mieście i pokazywał jej takie zakątki, gdzie młoda dziewczyna nie mogłaby pokazać się 

sama.   Kiedy   obejmował   ją   ramieniem,   czuła   się   taka   bezpieczna.   Razem   z   Kieronem 

wszystko było cudowną przygodą. Nosił w kieszeniach jedzenie dla bezpańskich kotów i 

psów i, ku zdumieniu dziewczyny, bez przerwy towarzyszył im długi sznur zwierzaków.

Ale szczęście nie trwa wiecznie. Któregoś dnia Kieron oznajmił, że musi wyjechać. 

Nie podobało mu się zlecenie, jakie otrzymał, choć obiecano mu godziwą zapłatę. Wydawało 

mu się, że za wyprawą do nie zamieszkanych rejonów sąsiedniego państwa kryje się coś 

podejrzanego, ale ponieważ nigdy nie stawiał zbędnych pytań, tym razem także tego nie 

uczynił.

Po sześciu tygodniach znów wrócił do stolicy i udał się wprost do Susan. Dla obojga 

rozłąka zdawała się trwać całą wieczność. Stęsknieni, nie zorientowali się nawet, kiedy nastał 

świt.

Kieron zauważył, że dziewczyna jest jakaś odmieniona. W jej oczach pojawił się nowy 

blask. Z niepokojem rzucała mu raz po raz ukradkowe spojrzenia, jakby chciała go o coś 

zapytać, lecz brakowało jej odwagi. W końcu Kieron nie wytrzymał i kiedy czule objęci 

siedzieli na kanapie, zapytał, co się z nią dzieje.

- Naprawdę domyśliłeś się, że chcę ci coś powiedzieć? - zdumiała się. - Och, Kieron, 

jak my do siebie pasujemy. Rozumiemy się bez słów.

- No, co jest, najdroższa? - zapytał, gładząc ją po policzku, jakby próbował dodać jej 

background image

odwagi.

Jąkając się opowiedziała mu wszystko z rozpaczą w głosie.

Kieron zbladł. Bezwiednie pogłaskał dziewczynę po włosach, choć w głowie miał 

prawdziwy chaos.

Nie,   to  niemożliwe,   powtarzał   w  myślach.   Spotkanie   Susan  to   najwspanialsze,   co 

mogło   mi   się   przytrafić.   Dobrze   było   być   z   nią   od   czasu   do   czasu,   wracać   do   niej   jak 

najczęściej, ale żeby to... Niemożliwe!

Ale wiedział doskonale, że Susan nie kłamie. Nie posunęłaby się do tego, by wmawiać 

mu ojcostwo, zresztą był jej pierwszym mężczyzną i niewątpliwie nikt inny dla niej się nie 

liczył. Było mu z nią tak dobrze, że zapomniał się zabezpieczyć.

Ale nawarzył piwa! Sobie i jej!

Przez moment ogarnęło go radosne uczucie wspólnoty, ale szybko je w sobie zdusił. 

Wiedział, że nie potrafiliby związać się z kimś na stałe, to niemożliwe!

Nie bój się - szepnął odruchowo. - Wszystko będzie dobrze.

- Nie jesteś na mnie zły? - chlipnęła. - Nie zostawisz mnie?

Czy potrafiła czytać w jego myślach? Na ile go właściwie znała?

- Nie, nie zostawię - wydusił z wysiłkiem. - Pobierzemy się, oczywiście, tak szybko, 

jak to możliwe.

- Kieron, kochanie! - powiedziała tylko i łzy spłynęły jej po policzkach. - Tak strasznie 

się bałam.

Muszę   coś   wymyślić,   powtarzał   w   duchu,   czując,   jak   ogarnia   go   panika.   Muszę 

znaleźć jakieś wyjście! Przecież nie zrezygnuję z wolności! Co ja zrobiłem? Nie mogę się 

wiązać, nie mogę, nie mogę!

Na myśl o całej przyszłości u boku jednej kobiety oblał się zimnym potem.

Nie pamiętał, jak to się stało, że nagle znalazł się na ulicy. Szedł na oślep, nie zdając 

sobie sprawy, co czyni. Nieoczekiwanie stanął przed biurowcem swego pracodawcy. Jak w 

transie otworzył drzwi i wszedł do środka. Co robić? tłukła mu się w głowie jedna myśl. Czy 

uda mi się z tego wywinąć? Koniecznie muszę wziąć nowe zlecenie. Tylko co potem?

Ktoś   wymówił   jego   nazwisko.   Kieron   uśmiechnął   się   z   wdzięcznością,   ujrzawszy 

Rodriqueza.

- O'Donell, to ty? Z nieba mi spadasz, chłopie!

- O, niebo to ostatnie miejsce, w którym mógłbym się znaleźć - odrzekł oschle. - O co 

chodzi?

Nie poznawał swego głosu, ale Rodriquez wcale nie zwrócił na to uwagi.

background image

- Mam kłopoty, O'Donell. Pamiętasz tamtą rzekę, którą zamierzaliśmy poprowadzić 

nowym korytem?

- Tak, pamiętam.

-   Popełniliśmy   straszny   błąd.   Najprawdopodobniej   w   wiosce   indiańskiej   nikt 

wcześniej nie został uprzedzony o tym, co ma nastąpić. Trudno, żebym wszystkiego sam 

dopilnował. Jeden Indianin zdołał się uratować i półżywy przepłynął w górę rzeki. Bredził 

podobno, że jakieś dzieciaki są uwięzione nad wodą wśród skał. Pozostali mieszkańcy wioski 

odeszli w krainę wiecznej szczęśliwości, porwał ich wartki nurt, pokój z nimi! Przynajmniej 

paru dzikusów mniej w tym kraju.

- Indianie Andyjscy nie są dzikusami - zaprotestował Kieron.

- Niech ci będzie, są oswojeni - uśmiechnął się szyderczo Rodriquez. - Ale jakkolwiek 

by ich nazwać, możemy mieć duże problemy, O'Donell. Pomyśl o organizacjach broniących 

praw Indian!  Przeklęci idealiści!  Na całym  świecie  mają  swoje siedziby i ściśle  ze sobą 

współpracują. To ktoś od nich wyłowił tego nieszczęśnika. Nie wiadomo, ile się od niego 

dowiedzieli, rozumiesz? Jeśli poznali prawdę, cały świat zwali nam się na kark.

- Tak, ale czego pan w takim razie oczekuje ode mnie?

- Znasz dobrze tamte okolice, prawda? Pozornie łatwo tam trafić, wystarczy posuwać 

się od szczytu wzdłuż nowego koryta rzeki, ale nic bardziej złudnego. Tylko ty jesteś w stanie 

sprostać trudnościom, jakie mnożą się tam na każdym kroku.

- Mam więc wydostać z pułapki te dzieciaki i wyprowadzić je z doliny?

- Nie, nie! - Rodriquez zaczął wymachiwać rękami. - Nie możemy dopuścić do tego, 

by dotarły do ludzi i wygadały, co się naprawdę stało. Dlatego jesteś nam teraz potrzebny! 

Gdyby ktoś pojawił się u nas, opowiemy wzruszającą historyjkę o tym, jak jeden z naszych 

pracowników,   narażając   życie,   wyruszył   na   ratunek   bezbronnym   dzieciakom.   Jakoś   się 

wymigamy   od   odpowiedzialności.   Moja   w   tym   głowa.   Ogłosimy,   że   wioska   została 

uprzedzona   o   planowanym   przedsięwzięciu,   ale   Indianie   najwyraźniej   zlekceważyli 

ostrzeżenia i nie opuścili doliny. Mam nadzieję, że wszystko się dobrze skończy.

Kieron   myślał   intensywnie,   bo   nagle   dostrzegł   szansę   na   rozwiązanie   swoich 

własnych problemów.

- Muszę stąd zniknąć - rzekł krótko. - Na zawsze!

Rodriquez popatrzył na niego przebiegle.

- Kłopoty z policją? Czy z pieniędzmi?

- Nie, chodzi o dziewczynę.

-   A   więc   wpadłeś!   Cóż,   nawet   najlepszym   to   się   zdarza,   O'Donell,   choć   to 

background image

niewątpliwie paskudna sprawa.

Kieron zacisnął zęby.

-   To   porządna   dziewczyna.   Jaka   będzie   oficjalna   wersja   mojego   zniknięcia: 

nieszczęśliwy wypadek w dżungli, czy może coś innego?

- Może być nieszczęśliwy wypadek. Tymczasem po cichu przedostaniesz się przez 

zieloną granicę. Tylko pamiętaj, że szlak jest wyjątkowo niebezpieczny:  zimno, zamiecie 

śnieżne, spiekota, wszystkiego możesz się tam spodziewać. Ale próbuj, jeśli chcesz. Zresztą 

to dla ciebie nie nowina.

- Jakoś sobie poradzę - zapewnił Kieron. - Tylko co z tymi biednymi dziećmi?

-   Kto   by   się   nimi   przejmował!   Nikt   ich   nie   znajdzie.   Zresztą   nawet   lepiej,   paru 

brudasów mniej na świecie! Dobrze, w takim razie umowa stoi. Ja pomogę tobie, a ty mnie. 

Po jakimś czasie ogłoszę, że odważny Kieron O'Donell poświęcił swe życie, próbując ratować 

garstkę indiańskich dzieci. W porządku?

- W porządku - odparł Kieron, na którego twarzy nie drgnął nawet jeden mięsień. - 

Mam zdaje się u pana zaległą wypłatę?

- Tak. Poza tym otrzymasz pokaźną sumkę za wykonanie tego zadania. Chcesz, bym ci 

wypłacił z góry?

- Tylko część. Resztę przekażecie dziewczynie, o której wspomniałem, ale dopiero 

wtedy, gdy zostanie podana wiadomość o mojej śmierci.

- Porządny z ciebie człowiek, O'Donell. Mając pieniądze, bez trudu załatwi aborcję. W 

dzisiejszych czasach nie ma z tym już problemu - rzekł obojętnie Rodriquez.

Susan tego nie zrobi, pomyślał Kieron. Za nic w świecie nie skrzywdziłaby dziecka. 

Ale w Szwecji samotne matki są akceptowane. Poradzi sobie, pocieszał się w duchu. A dzięki 

pieniądzom ode mnie zdoła się jakoś urządzić. Kieron poczuł przypływ dumy. Nie był z tych, 

którzy porzucają dziewczyny w potrzebie. Uznał, że zrobił wszystko, co do niego należało, a 

nawet więcej. Miał czyste sumienie, mógł spokojnie zniknąć z tego kraju.

-   Tylko   pamiętaj,   O'Donell!   Te   dzieciaki   muszą   umrzeć!   -   wdarł   się   w   jego 

rozmyślania ostry głos Rodriqueza.

Kieron, odwróciwszy się powoli do krępego mężczyzny, odrzekł z roztargnieniem:

- Tak, rozumiem.

Jeszcze tego samego dnia opowiedział wszystko Susan. Wpadł do niej do biura, nie 

chcąc odjeżdżać bez pożegnania. Zbyt wiele dla niego znaczyła. Rozmawiali po cichu, bo z 

tyłu siedziała szefowa dziewczyny, władcza kobieta w podeszłym wieku, i co chwila rzucała 

ku nim niezadowolone spojrzenia. Biedna Susan! Przeżyli ze sobą cudowne chwile. Niech to 

background image

diabli, że też tak się musiało skończyć!

- Oczywiście, rozumiem, że musisz jechać, Kieron - mówiła szeptem, by nikt nie 

usłyszał. - Biedne dzieci! Czy mogłabym pojechać z tobą?

- Do tego piekła? Nigdy w życiu, Susan. Wrócę tak szybko, jak będę mógł.

Czuł do siebie głęboką pogardę. Jak może tak kłamać w żywe oczy? Susan połykała 

łzy, by się nie rozpłakać, ale w jej oczach dostrzegł uwielbienie.

- Uważaj na siebie! Wiesz, jak bardzo mi jesteś potrzebny!

Zmusił twarz do uśmiechu i zapewnił ją:

- Nie obawiaj się, wrócę! Ale... gdyby coś mi się przydarzyło...

- Och, nie!

Koleżanki nadstawiały uszu, bezskutecznie usiłując podsłuchać rozmowę.

- Na pewno nic mi się nie stanie, Susan. Mówię to tylko tak na wszelki wypadek. W 

razie jakiegoś nieszczęścia moja firma skontaktuje się z tobą. Załatwiłem to.

Po twarzy dziewczyny spłynęły łzy wielkie jak grochy, teraz już nawet nie starała się 

ich powstrzymać.

- Nie wolno ci tak mówić, Kieron. Chcę, żebyś pojechał ze względu na te dzieci, ale 

kiedy pomyślę sobie, że będziesz tam w górach całkiem sam, może ranny, może będziesz 

potrzebował pomocy...

Martwi się o mnie, pomyślał zdumiony. Myśli o mnie, chociaż sama przeżywa ciężkie 

chwile. Nie chce mi się wierzyć, że tacy ludzie istnieją naprawdę, to chyba tylko gra! Na 

pewno udaje rozpacz.

Ujął dłoń dziewczyny i mocno ścisnął. A potem pośpiesznie wyszedł z biura.

background image

ROZDZIAŁ III

Zmierzchało. Kieron otulił się szczelniej kurtką, by ochronić się przed przejmującym 

chłodem.   Rozejrzał   się   wokół   jeszcze   raz   i   z   niepokojem   stwierdził,   że   nie   rozpoznaje 

majaczących przed nim szczytów. Nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Kotlina, przez którą 

usiłował się przedostać, sprawiała wrażenie nieprzebytej. Drogę zamykała mu gęsta ściana 

lasu i skalne wzniesienia. Wędrował już kilka dni. Zawsze zdawało mu się, że zna na wylot te 

góry   i   lasy,   ale   teraz   poczuł   się   pokonany.   Tę   część  Andów,   prawie   nie   zamieszkaną, 

przecinały wzdłuż i wszerz wąskie kaniony, między którymi piętrzyły się stromizny. Ostatni 

raz Kieron spotkał ludzi w osadzie, którą mijał przed trzema dniami. Indianie, zapytani o 

drogę do granicy, wskazali mu kierunek, ale przebąkiwali, że to daleko i niebezpiecznie. 

Potem już nie natknął się na nikogo. Kompletne pustkowie.

Kieron odniósł wrażenie, że krąży w kółko. Czy możliwe, że zabłądził? Przez cały 

czas starał się wyznaczać azymut według położenia masywu Andów, ale jeśli gdzieś tutaj 

łańcuch gór zakręcał gwałtownie? Kieron był doświadczonym traperem i nigdy nie ruszał w 

góry bez należytego wyposażenia. Zapasy jedzenia mogły mu wystarczyć na dość długo. 

Nauczył się od Indian, jak się chronić przed owadami i dzikimi zwierzętami. Miał przy sobie 

też   dobrze   zaopatrzoną   apteczkę.   Przygotował   się   do   wyprawy   należycie.   Nieliczni 

mieszkańcy tych stron znali go z widzenia, bo często przemierzał te bezdroża, wykonując 

zlecone mu zadania związane z poszukiwaniami złóż i badaniem zawartości rud metali w 

skałach, choć tę znajomość trudno raczej było nazwać przyjaźnią. Indianie odnosili się do 

niego   z   respektem,   rozmawiali   z   nim   rzeczowo   i   z   powagą,   ale   nigdy   nie   zaprosili   na 

szklaneczkę tequili. Kieron bynajmniej nie czuł się z tego powodu dotknięty, bo Bogiem a 

prawdą w ogóle nie miał na to ochoty. Nigdy nie przywiązywał wagi do tego, by bliżej kogoś 

poznać.

Noc   zapadła   gwałtownie.   Kieron   znalazł   bezpieczne   miejsce   na   nocleg   w   skalnej 

niszy. Otulił się ponchem, a na ramiona i plecy zarzucił lekki, ciepły koc. W promieniu 

kilkudziesięciu   kilometrów   był   zapewne   jedynym   człowiekiem,   ale   nie   robiło   to   na   nim 

wrażenia. Znacznie bardziej przejmował się tym, że nie wie, gdzie dokładnie jest. Zanim 

zasnął, dostrzegł jeszcze ciemne chmury gromadzące się nad ośnieżonymi szczytami Andów.

Muszę jutro znaleźć przełęcz i przedostać się na drugą stronę, pomyślał.

Kieron doszedł do skalnego występu tuż pod szczytem. Tego dnia szczególnie silnie 

prześladowało go wrażenie, że porusza się w kółko. Położenie słońca także wydało mu się 

zaskakujące w stosunku do pasma gór. Nie mógł opędzić się od ponurej myśli, że oto zgubił 

background image

azymut,   pomylił   kierunek.  A  może   już   minął   granicę   i   stąpa   po   terytorium   sąsiedniego 

państwa? Nie, to niemożliwe!

U   podnóża   szczytu   rozciągała   się   szeroka   dolina,   która   wydala   mu   się   dziwnie 

znajoma. Czyżby już ją kiedyś widział? Ostatecznie nie było to całkiem niemożliwe, wszak 

poznał większość zakątków tego kraju.

Trzy godziny zajęło mu zejście tą trudną trasą. Odetchnął z ulgą, gdy cały i zdrowy 

znalazł   się   w   dole.   Co   dalej?   Po   chwili   zastanowienia   zdecydował   się   posuwać   ścieżką 

prowadzącą   pod   górę.   Prędzej   czy   później   wszak   musi   przedostać   się   na   drugą   stronę 

masywu, równie dobrze może więc zrobić to od razu.

Uszedł zaledwie kawałek, gdy usłyszał głośny szum. To oczywiście musi być rzeka, 

pomyślał,   nie   zatrzymując   się,   ale   nagle   stanął   gwałtownie,   bo   jego   oczom   ukazał   się 

niesamowity  widok:  potężny wir  wciągał  w swe odmęty  prastarą  dżunglę.  Toczące  się  z 

rykiem masy wody porywały ze sobą wielkie drzewa połamane jak zapałki. W jednej chwili 

uprzytomnił sobie, że widział już tę dolinę ze szczytu. W uszach zadźwięczały mu słowa 

Rodriqueza: „Skierujemy rzekę do nowego koryta, żeby zyskać dostęp do złoża ukrytego za 

wodospadem”.

Nareszcie Kieron zorientował się w swym położeniu. Wprawdzie nie tędy zamierzał 

iść, ale najważniejsze, że zachował właściwy kierunek. Co prawda ten szlak jest trudny, ale 

chyba krótszy. Pójdzie kawałek wzdłuż doliny, a potem przeprawi się na drugi brzeg rzeki. 

Tylko czy mu się to uda?

Kieron skierował się w górę zalanej doliny. Musiał się wspiąć na skały, bo pod nim 

burzyła się rwąca rzeka. Ale wyraźnie poprawił mu się humor. Pora była jeszcze wczesna, no 

i w końcu przestał błądzić.

Słońce stało w zenicie, kiedy Kieron ze skalnej półki spojrzał w dół w szaroburą 

kipiel. U stóp skały, tuż pod nim, znajdował się skrawek lądu, którego woda nie zalała. Tam 

też Kieron spostrzegł niewielkie poletko. Przetarł oczy ze zdumienia: pole uprawne na tym 

odludziu?

Tuż przy skalnej ścianie dostrzegł gwałtowny ruch. Zrazu przyszło mu na myśl, że to 

jakieś zwierzę, ale wtedy jedna z istot podniosła głowę i spojrzała na niego. Kieron poczuł 

ukłucie w sercu. Przecież to dzieci! Biedne indiańskie dzieciaki! Zaklął głośno, ciągle nie 

mogąc uwierzyć, że rzeczywiście zdołał je odnaleźć.

Stał tak przez długą chwilę, myśląc gorączkowo, co powinien zrobić. W pierwszym 

odruchu zapragnął uciec stąd czym prędzej, ale resztki człowieczeństwa, jakie zdołał w sobie 

ocalić, kazały mu pozostać. Niewątpliwie wielki wpływ na jego decyzję wywarła Susan i jej 

background image

pozytywny stosunek do świata, którym zdołał się zarazić spędzając z dziewczyną tak wiele 

chwil w ostatnim okresie.

Ale czas naglił Był już mocno spóźniony przez to, że pobłądził po drodze, poza tym 

nie wolno mu było zapomnieć o tym, że musi rozsądnie gospodarować zapasami żywności, 

by wystarczyło ich do końca wędrówki. Choć był już niedaleko granicy, to jednak od terenów 

zamieszkanych dzieliła go jeszcze spora odległość. Na domiar złego rzeka, skierowana przez 

Rodriqueza do doliny, utworzyła nieprzewidzianą przeszkodę. Kieron nie miał pojęcia, jak 

długo jeszcze będzie musiał iść, dzień czy może kilka, by znaleźć miejsce, w którym uda mu 

się bezpiecznie przeprawić na drugi brzeg. Musi czym prędzej ruszyć w dalszą drogę! Czas 

nagli. Poza tym Rodriquez wyraźnie dał mu do zrozumienia, że indiańskie dzieci nie mogą 

dostać się do ludzi, by nie wyszło na jaw, że mieszkańcy wioski nie zostali uprzedzeni o 

planach regulacji rzeki. Nikt też nie może się dowiedzieć o nowo odkrytych bogatych złożach 

minerałów,   bo   to   przysporzyłoby   Rodriquezowi   samych   kłopotów.   Taka   Informacja 

ściągnęłaby tu amatorów łatwych zarobków, a także wielkie korporacje. Skończyłoby się na 

tym, że tereny wraz z surowcami zostałyby przejęte przez państwo!

Jedna z małych istot w dole podniosła się i wskazała ręką na Kierona. Berbeć, który z 

tej   odległości   wyglądał   bardzo   niepozornie,   potrząsnął   za   ramię   inne   dziecko,   leżące 

nieruchomo. Zapewne coś wołał, ale Kieron i tak nic nie słyszał, bo huk masy wody zagłuszał 

wszystkie inne dźwięki. Usiłował policzyć, ile czasu minęło od dnia, kiedy rzeka została 

skierowana do nowego koryta, i wyszło mu, że wiele, zbyt wiele. Dzieci nie miały żadnych 

szans na przeżycie, a więc równie dobrze może się stąd od razu oddalić.

Biedny   maluch   siedział   i   machał   obiema   rączkami,   ale   widać   było,   że   robi   to 

ostatkiem sił. Kieron jeszcze raz rzucił okiem w dół, a potem odwróciwszy się na pięcie, 

pośpiesznie odszedł. I tak nie mają żadnej szansy na przeżycie, pozostało im co najwyżej 

kilka dni, usprawiedliwiał w duchu swą decyzję.

Przedzierał się przez gęste zarośla, ale coś go powstrzymywało. Ile ich tam leżało 

zbitych w gromadkę? Dwoje, troje czy może więcej? Znajdowały się na niewielkiej plantacji, 

może więc wystarczy im pożywienia do czasu, aż nadejdzie pomoc?

Kieron   był   tak   rozdarty,   że   nie   zdawał   sobie   nawet   sprawy  z   tego,   że   sam   sobie 

zaprzecza. Popędził jak szalony, by uciec od natrętnie powracającego w myślach obrazu: 

skrawka ziemi pomiędzy skałami i potężnej ryczącej rzeki, wypełniającej całą dolinę.

Jego   kroki   jednak   stawały   się   coraz   wolniejsze.  Aż   nadejdzie   pomoc?  A  któż   tu 

przyjdzie? Przecież nikt nie wiedział o przedsięwzięciu Rodriqueza. Nie wiadomo, komu i co 

powiedział ów biedny Indianin, który jako jedyny zdołał przedrzeć się do ludzi, ale umarł z 

background image

wycieńczenia.   Co   o   tym   mówił   Rodriquez?   Organizacja   broniąca   praw   Indian...   Jeśli   jej 

członkowie zwąchają tę aferę, gotowi są tu przybyć. Tylko kiedy to nastąpi? Zresztą nie 

wiadomo, czy się w ogóle o tym dowiedzą. On sam trafił tu przecież przez przypadek, czy 

więc zdarzyć się może kolejny szczęśliwy zbieg okoliczności w najbliższych dniach? Zresztą 

dla tych dzieci nie liczyły się już dni, ale godziny.

Nagle Kieron uświadomił sobie, że od dłuższej chwili stoi nieruchomo. Ujrzał przed 

sobą twarz Susan, jak już wielokrotnie podczas tej wyprawy. Uśmiechała się promiennie, a jej 

oczy wyrażały bezgraniczny podziw. Poczuł tak silną tęsknotę za tą dziewczyną, że aż zakłuło 

go w piersiach. Pierwszy raz w życiu doświadczał czegoś podobnego. Czy musi wszystko 

zniszczyć,   pogrzebać   przyszłość   jej,   przyszłość   ich   obojga?   Co   prawda   ona   też   ponosiła 

częściowo winę za to, co się stało. Przecież w dzisiejszych czasach dziewczęta wiedzą, jak się 

zabezpieczyć przed nie planowaną ciążą. Musiała sobie zdawać sprawę, że on nie zrezygnuje 

ze   swej   wolności   i   życia   pełnego   przygód   dla   nierozsądnej   dziewczyny.   No   cóż,   nie 

zaprzecza, że popełnił błąd, ale on w roli ojca? Śmieszne. Przecież przy charakterze jego 

pracy - jakkolwiek by się na to zapatrywać - w życiu Kierona nie ma miejsca na żonę i dzieci. 

Poza tym nikt nie może kwestionować jego prawa do swobody.

Powoli ruszył dalej, ale po kilku metrach znów się zatrzymał. Może mógłby się trochę 

wstrzymać z ucieczką? Przecież aż tak się nie pali. Ale z drugiej strony dzieci są całkiem 

wycieńczone, nie mają szansy na ocalenie! Zresztą, jak zdołałby je wciągnąć na górę? Sam 

zresztą ledwie dałby radę zejść na dół. Nie, to beznadziejne, stwierdził i szybkim krokiem 

oddalił się od miejsca, gdzie rozgrywał się dramat.

Co   też   mu   w   ogóle   chodzi   po   głowie,   dlaczego   takie   myśli   prześladują   jego. 

O'Donella,   który   dotąd   żył   dla   siebie,   nieczuły   na   los   drugiego   człowieka?   Nigdy   nie 

obchodziły go kłopoty innych. Kroczył przed siebie, głuchy i ślepy na to, co działo się wokół. 

Takie życie było proste, dlaczego miałby więc z niego rezygnować?

Mimowolnie   przypomniał   sobie   dzieciństwo,   ale   szybko   odpędził   od   siebie   te 

wspomnienia. Jedyny wniosek, na jaki sobie pozwolił, to stwierdzenie, iż od samego początku 

spotykał   niewłaściwych   ludzi.   Im   bliżej   ich   poznawał,   tym   silniejszego   doznawał 

rozczarowania.   Z   czasem   zamknął   się  w  skorupie,   która   zasklepiała   się  coraz   szczelniej. 

Wreszcie stał się najtwardszym z ludzi i nic nie było go w stanie zranić.

- Muszę się przedostać przez granicę - powiedział sam do siebie. - Przede mną prosta 

droga, choć przyjdzie mi się zmagać raz ze spiekotą, raz ze śnieżną zamiecią. Po co miałbym 

się poświęcać dla innych? Sprawiają same kłopoty, gdy tylko dać im szansę. Muszę stąd 

zniknąć! Żeby zachować wolność.

background image

Zatrzymał się jednak przed kolejnym wzniesieniem. Przez długi czas stał bez ruchu, 

rozgoryczony, rozdarty, zrozpaczony swą niepewnością. Walił pięściami w skały, przeklinając 

na   cały  głos   i   buntując   się,   że   wszystko   stało   się   takie   trudne.  Wreszcie   odwrócił   się   z 

głośnym jękiem. Z początku ledwie się wlókł. Czuł głęboką nienawiść do siebie i do całego 

świata. Stopniowo przyspieszał.

Czy jeszcze daleko? zastanawiał się zdumiony, że pokonał taki kawał drogi. Szybko 

dotarł na miejsce, skąd, spoglądając w przepaść, zauważył dzieci. Dzieciaki najwyraźniej 

straciły resztki nadziei, a może po prostu zasnęły, bo w dole nie zaobserwował najmniejszego 

nawet ruchu. Kieron nie dopuszczał myśli, że mogło się stać najgorsze: że umarły.

Odsunąwszy   od   siebie   ponure   wizje,   zaczął   pośpiesznie   działać.   Wybrał   wysokie 

drzewo i upewniwszy się, czy mocno tkwi w ziemi, umocował wokół pnia cienką, ale mocną 

linę. Oszacował wzrokiem odległość i uznał, że liny powinno wystarczyć. Co prawda nie 

sięgnie do samego  podłoża, ale może uda mu  się zeskoczyć  z półki  skalnej. Najtrudniej 

będzie przetransportować dzieci na tę półkę, a potem jeszcze wyżej po skalnej ścianie...

Nie ma co się martwić na zapas, pomyślał. Kłopoty postaram się rozwiązywać na 

bieżąco.

Obejrzawszy jeszcze raz dokładnie skały wokół plantacji, uznał, że wybrał właściwą 

drogę. Tylko tędy może się dostać do dzieci. Gdyby spuścił się po sąsiedniej ścianie, zawisłby 

nad rzeką, ryzykując, że jej nurt w kilka sekund porwie go w dół, jeśli, nie daj Bóg, wpadłby 

do wody.

Kieron powoli zaczął się opuszczać po linie, kątem oka dostrzegając, że został już 

zauważony przez to samo dziecko, które wcześniej machało do niego. Chłopczyk próbował 

obudzić kilkoro innych, ale nawet się nie poruszyły.

Kieron zaklął znowu, ale tym razem nie z powodu swej decyzji. Lina rozhuśtała się i 

musiał bardzo uważać, żeby się nie rozbić o skały. Mimo że zawiązał na linie węzły, zsuwał 

się zbyt szybko. Powinien robić przerwy, żeby nie nabawić się pęcherzy na dłoniach.

Wreszcie dotarł do półki skalnej. Odetchnął z ulgą, choć to nie oznaczało jeszcze 

końca trudności. Gdyby tak miał drugą linę... Dostrzegł, że w dole na pagórku rosną trzciny 

bambusowe. Czy odważy się skoczyć?

Zaryzykował,   choć   od   poletka   dzieliło   go   kilka   metrów.   Wylądował   miękko   na 

zaoranej ziemi. Nikt nie wyszedł mu na spotkanie, wstał więc i sam ruszył ku dzieciom 

leżącym kilka metrów dalej. Troje z nich usiadło i wpatrywało się w niego błyszczącymi 

dużymi oczyma, jakby nie dowierzając temu, co widzą.

Kieron  przeżył  wstrząs, gdy  zorientował  się,  w  jakim  są  stanie,  i  pojął,  jak  nikłe 

background image

istnieją szanse, by można je uratować. Po co w ogóle spuścił się tu na dół? By dręczyć 

samego siebie? Przecież zawsze starał się tego unikać!

Wychudzone twarze wyraźnie wskazywały, że dzieci spędziły co najmniej kilka dni 

bez jedzenia. Właściwie widział tylko rozszerzone ze zdumienia, nic nie pojmujące oczy, w 

których ledwie tliło się życie.

Na   tym   skrawku   ocalałej   ziemi   maluchy   nie   miały   się   gdzie   schronić   ani   przed 

słonecznym żarem, ani przed nocnym chłodem. Jakim cudem udało im się przetrzymać tak 

długo? Chyba tylko dlatego, że pochodziły z ludu od pokoleń żyjącego za pan brat z naturą.

Kieron   rozpoznał   chłopczyka   o   rozumnym   spojrzeniu,   który   do   niego   machał. 

Wyglądało na to, że jest najstarszy i z całej gromadki w najlepszej formie. Będzie w stanie iść 

o   własnych   siłach,   pomyślał   Kieron,   ale   w   tej   samej   chwili   spostrzegł,   że   dziecko   ma 

spuchniętą nogę, owiniętą jakimś liściem.

-   Witaj,   panie   -   przywitał   go   chłopiec   uprzejmie   w   języku   Indian   Kiczua 

zamieszkujących te rejony Andów.

- Dzień dobry - odpowiedział Kieron w tym samym języku. - Jak się nazywasz i co ci 

się stało w nogę?

-   Nazywam   się   Manuel.   Wspinałem   się   po   skałach,   żeby   sprowadzić   pomoc,   ale 

spadłem i się potłukłem.

Kieron popatrzył w górę, ale ponure kamienne bloki zdawały się go przygniatać. Miał 

wrażenie,   że   szczyt   sięga   aż   po   samo   niebo.   Mocna   lina,   po   której   się   spuścił   w   dół, 

przypominała cienką nitkę na szpulce. Jak, na Boga, zdoła się stąd wydostać? Po jakiego 

czorta zamknął się w pułapce z tymi przeklętymi dzieciakami indiańskimi?

Kieron O'Donell klął w duchu własną głupotę. Zasępił się, a jego czoło poorało się 

głębokimi bruzdami. Powoli przykucnął przed chłopcem. Obejrzał dokładnie jego chorą nogę, 

równocześnie  zerkając  ukradkiem w stronę  pozostałych   dzieci.  Rana  była   dość  poważna, 

chłopiec więc przez pewien czas nie miał szans na to, by normalnie chodzić.

Mała   dziewczynka,   która   pomimo   wychudzenia   oznaczała   się   niezwykłą   urodą, 

popatrzyła na Kierona i szepnęła z wysiłkiem:

- Jeść.

- Zaraz dostaniesz - odpowiedział i pośpiesznie rozwiązał worek z zapasami żywności. 

Dzieci na ten widok wyraźnie się ożywiły.

- Wody, wody! - dochodziło zewsząd pojękiwanie.

Kieron kruszył chleb i mocząc go w wodzie wkładał po kolei wygłodzonym dzieciom 

do ust: żałosnej drobnej Esmeraldzie, większej od niej i silniejszej Teresie, która chyba od 

background image

kilku dni nie miała sił, by rozczesać włosy i zapleść warkocze, a następnie bardzo ładnemu 

chłopcu o imieniu Pablo. Na końcu podał chleb Manuelowi. Kieron zorientował się, że ten 

mądry chłopiec celowo znalazł się na końcu kolejki. Gdy ich spojrzenia się napotkały, Kieron 

poczuł łączące ich zrozumienie. Jaka szkoda, że Manuel był ranny, stanowiłby dla niego 

nieocenioną pomoc. Dzieci nie dość, że były skrajnie wycieńczone, to dodatkowo zmagały się 

z   chorobą.   Esmeralda   nabawiła   się   silnego   przeziębienia,   z   nosa   leciało   jej   ciurkiem   i 

okropnie kaszlała. Trudno się było zresztą dziwić, skoro miała na sobie tylko cienką sukienkę, 

a przecież na tym skrawku pola nie było się gdzie schronić przed nocnym chłodem.

Kieron   zdjął   poncho   i   okrył   dokładnie   dziewczynkę,   która   posławszy   mu   pełne 

wdzięczności spojrzenie, wtuliła się w miękką tkaninę. Kieron przymknął oko na to, że przy 

okazji wytarła w nią nos, bo zauważył jeszcze jednego chłopca, który, nie dając znaku życia, 

leżał w ramionach Manuela.

- To mój brat - powiedział cicho Manuel. - Nazywa się Antonio i zawsze był dla 

wszystkich miły.

Kieron pokiwał głową ze zrozumieniem.

- Zawsze z chęcią pomagał Carlitosowi i opiekował tym małym biedakiem, a teraz 

sam leży bez życia, nie wiem nawet, czy... - urwał.

Kieron nie pojmował, jak czterolatek może być dla kogoś wsparciem, ale porzucił tę 

myśl, bo nie miał czasu bliżej się nad tym zastanawiać.

- Nic się nie martw. Wszystko będzie dobrze - pocieszył Manuela, który westchnął z 

wyraźną ulgą.

Kieron otworzył butelkę z tequilą. Podniósł Antonia i nalał mu na język kilka kropel 

płynu. Chłopiec zareagował gwałtownie na mocny alkohol. Zakaszlał i po chwili otworzył 

oczy. Manuel uśmiechnął się lekko i wziął do ręki kawałek chleba umoczony w wodzie, by 

nakarmić swego brata. Kieron od pierwszej chwili polubił Antonia. Z jego śniadej twarzy, na 

której widoczne były skutki głodu, wprost biła dobroć.

Powoli   dzieci   ożywiały   się   i   Kieron   zaczynał   wierzyć,   że   może   uda   mu   się   je 

uratować. Młodszy brat Manuela był najsłabszy i trzeba by go nieść. Manuel zaś, żeby w 

ogóle było można myśleć o ratunku, powinien mieć kule, którymi mógłby się podpierać. A 

pozostała trójka? Esmeralda gorączkowała, mały Pablo nie miał nawet sił, by sam włożyć 

sobie jedzenie do ust. Teresa była z tego grona najmocniejsza, ale i ona nie miała siły się 

podnieść.

Powinien poczekać i zobaczyć, na ile wzmocni ich pożywienie, żeby ocenić, na jak 

długo starczy skąpych racji. Kieron z lękiem stwierdził spory ubytek w zapasach żywności.

background image

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, zapowiadając kres dnia.

- Przenocujemy tu - zarządził Kieron i ułożył po kolei na kocu lekkie jak piórka 

dzieciaki.

Esmeralda   pomimo   zmęczenia   uśmiechnęła   się   promiennie,   kiedy   przykrywał   ją 

swoim ponchem.

Ta dziewczyna wyrośnie na piękność i zawróci w głowie niejednemu indiańskiemu 

chłopakowi, uśmiechnął się Kieron, ale zaraz pomyślał z sarkazmem: O ile uda mi się ją żywą 

doprowadzić do ludzi!

Musi   mi   się   udać!   postanowił.   Zrobię   wszystko,   co   w   mojej   mocy!   Poczuł 

przytłaczający ciężar odpowiedzialności, przed którą uciekał przez całe życie.

- Señor - odezwał się nieśmiało Manuel.

- Słucham.

- Jest tu jeszcze z nami maleńkie dziecko, moja siostrzenica.

- Co? - Kieron wytrzeszczył na chłopca zdumione oczy.

- No i Carlitos, ale boję się, że już nie żyje.

- Niemożliwe, jest tu was jeszcze więcej? - przerwał mu przerażony O'Donell.

- Tak, señor, jeszcze dwoje, Rosa i Carlitos, nie wiem jednak, czy... - Manuel urwał w 

pół słowa, jakby lękając się ująć w słowa płynące z głębi serca obawy.

- Gdzie? Nie widziałem nikogo prócz was.

- Przykryliśmy ich słomą i liśćmi, żeby uchronić przed słońcem i nocnym chłodem.

Kieron poderwał się i pobiegł we wskazanym kierunku.

Uklęknąwszy, ostrożnie rozgrzebał liście, a wtedy jego oczom ukazała się drobniutka, 

żałosna twarzyczka, blada jak płótno. Dziewczynka miała zamknięte oczy.

- Boże święty! - jęknął Kieron i włożył rękę pod kaftanik, by sprawdzić, czy dziecko 

żyje. Ogarnęła go ulga, gdy poczuł bicie słabego serduszka. Pośpiesznie zdarł z siebie kurtkę i 

owinął w nią małą. Trzymając ją w ramionach, podszedł do Manuela.

- Żyje - powiedział. - Musisz dać jej coś do ssania, i to coś mocniejszego.

- To samo, co dostał Antonio?

- Tak, ale tylko odrobinę, żeby jej nie zaszkodziło.

Manuel bez ociągania wykonał polecenie, tłumacząc przy tym:

- Musiałem wybrać, czy ułożyć w słomie ją, czy Antonia. Nie miałem siły dźwigać na 

plecach ich obojga. Pomyślałem jednak, że Rosa jest młodsza.

- Postąpiłeś słusznie - Kieron skinął głową z aprobatą i wrócił po drugie dziecko. 

Liście stanowiły bardzo dobrą ochronę przed chłodem, ale kiedy Kieron zobaczył Carlitosa, 

background image

przemknęła mu przez głowę myśl, że w jego przypadku na nic się to nie zdało. Mniej więcej 

dwuletni malec przelewał mu się w ramionach.

-   Carlitos   zawsze   był   wątły  -   odezwał   się   Manuel.   -  Ale   cierpliwie   znosił   swoje 

słabości.

W głosie chłopca pobrzmiewało nie wypowiedziane pytanie, na które Kieron nie był w 

stanie udzielić pocieszającej odpowiedzi. Rzucił więc krótko:

-   Zrobimy   wszystko,   co   w   naszej   mocy.   Obawiam   się   jednak...   -   urwał,   tak   jak 

wcześniej Manuel.

Leżący   na   kocu   niczym   szmaciana   lalka   Antonio   wodził   oczami   za   Kieronem, 

uważnie obserwując każdy jego ruch. Szepnął coś tak cicho, że Kieron nie dosłyszał. Pochylił 

się więc nisko nad chłopcem, by zrozumieć, co mówi.

- Biedny Carlitos, na pewno bardzo cierpi.

Biedaku, a o sobie nie myślisz? wzruszył się Kieron. Lepiej zrozumiał teraz słowa 

Manuela, który wspomniał, że jego brat jest bardzo dobry i opiekuńczy.

Pochylił się nad Carlitosem, ale nagle wstał i spytał:

- Co tak śmierdzi?

Manuel, przepraszając spojrzeniem, odpowiedział:

- Kiedy skończył nam się zapas wody, byliśmy bardzo spragnieni. Pablo i Antonio nie 

mogli już dłużej wytrzymać i napili się wody z rzeki.

- Z rzeki? - krzyknął przerażony Kieron, spoglądając na szarożółtą spienioną zupę 

wypełniającą niemal całą dolinę.

- Zdaje się, że mają biegunkę - dodał Manuel.

Kieron zacisnął usta, przerażony, wiedząc, że identycznie objawia się dur brzuszny.

Sprawdził, czy chłopcy nie mają wysypki charakterystycznej dla tej strasznej choroby. 

Z całego serca pragnął wierzyć, że jest to mniej groźne zatrucie pokarmowe.

Po   raz   pierwszy   od   bardzo   dawna   szarpnęło   nim   gwałtowne   uczucie   nienawiści, 

skierowane przeciwko Juanowi Rodriquezowi.

background image

ROZDZIAŁ IV

Kieron wysypał z torby wszystkie lekarstwa i wybrał te, które należało podać przy 

zatruciach.

- Nie wiem, jakie bakterie zaatakowały ich układy pokarmowe, ale to powinno im 

pomóc - zwrócił się do Manuela. - Ja się zajmę Pablem, a ty Antoniem. Poradzisz sobie?

Manuel pokiwał głową, a Kieron tłumaczył dalej:

- Potem umyję chłopców i zdezynfekuję wszystko na tyle, na ile to możliwe. To trudne 

zadanie, ale musimy je wykonać. A wy, dziewczynki - zwrócił się do Esmeraldy i Teresy - 

trzymajcie się z dala od Pabla i Antonia. Potraficie określić, kiedy chłopcy zachorowali? Tak 

mniej więcej. Wczoraj? W takim razie istnieje szansa, że nie zdążyli zarazić innych. Manuelu, 

wspólnie przejmiemy odpowiedzialność za chorych, zgoda?

- Tak jest, señor - odpowiedział chłopiec z powagą.

- I jeszcze jedno, nazywam się Kieron O'Donell, możesz mówić do mnie po prostu 

Kieron.

- Dziękuję, señor.

Następną   godzinę   zajęło   Kieronowi   niezbyt   przyjemne   zajęcie.   Rozpalił   ogień   i 

zagrzał w kociołku wodę, po czym po kolei wyszorował i wysuszył  wszystkie dzieciaki, 

przeklinając w duchu, że musi to robić. Hamował się, by nie rzucać brzydkich słów na głos i 

nie   straszyć   już   i   tak   dostatecznie   zalęknionych   maluchów.   Na   wszelki   wypadek   podał 

wszystkim tabletki, a i sam, mimo że był szczepiony, dla bezpieczeństwa zażył lekarstwo.

Carlitos leżał, nie dając właściwie oznak życia, ale też nie można było uznać, że 

wyzionął ducha. Kieron ułożył go między dziewczynkami i pouczył je, że mają przez cały 

czas masować wątłe ciałko chłopca, by nie dopuścić do utraty ciepła. Prosił je też, żeby 

postarały się wmusić w nieprzytomnego trochę jedzenia.

Małe Indianki, choć same bardzo osłabione, posłusznie zaczęły wykonywać polecenia 

tego nie znanego im, ale tak życzliwego białego mężczyzny.

Niemowlę   natomiast   już   od   dłuższego   czasu   popłakiwało   żałośnie.   Kieron,   zajęty 

myciem   dwóch   cierpiących   na   biegunkę   malców,   nie   ustawał   w   wydawaniu   poleceń 

Manuelowi.

-   Nie   dawaj   Rosie   więcej   tequili!   Poszukaj   w   apteczce   glukozy,   jest   w   zielonym 

pudełeczku. O, właśnie ta! Jak myślisz, zdołasz nakłonić siostrzenicę, by possała tabletkę?

Manuel potrząsnął głową.

- W takim razie rozpuść ją w małej ilości wody i daj jej do picia. Koło ciebie stoi 

background image

kubek!

W tej samej chwili słońce schowało się za chmurami, a Kierona znów ogarnęła fala 

przygnębienia.   Ma   pod   opieką   siedmioro   dzieci,   na   dobrą   sprawę   wszystkie   wymagają 

natychmiastowej pomocy. Jak sobie poradzi? Właściwie każdym malcem powinien się zająć 

w pierwszej kolejności

- Señor Kieron! - dobiegł go naraz niezadowolony głos Teresy. - Esmeralda nie chce 

wcale mi pomagać. Tylko by spała!

Kieron rzucił okiem na kruchą indiańską piękność.

- Zdaje się, że potrzebuje snu - powiedział z powagą do Teresy, która zmęczona opadła 

na posłanie, ale nie przestawała masować Carlitosa. - Nie można wymagać zbyt wiele od 

młodszych. Poza tym Esmeralda jest przeziębiona i pewnie dlatego też tak szybko się męczy. 

Jak sądzisz, poradzisz sobie jeszcze przez chwilę sama? Przyjdę natychmiast, gdy będę mógł. 

Bardzo potrzebuję twojej pomocy.

Kieron sam był zaskoczony, że potrafił w taki sposób przemówić do dziecka. Teresa 

popatrzyła na niego uroczyście i poskarżyła się:

- Ale on wcale się nie rusza.

- Nie przestawaj go masować, za chwilę do ciebie przyjdę - zapewnił Kieron i zabrał 

się   do   dalszej   pracy.   Niestety,   ubranka  Antonia   i   Pabla   trzeba   było   spalić.   Pozwolił   im 

zachować jedynie buty. Rad nierad wyjął z plecaka spodnie i zapasowy podkoszulek, który 

założył Antoniowi. Chłopiec wyglądał żałośnie w zbyt dużym i obszernym podkoszulku, więc 

Kieron owinął malca w pasie paskiem, by ubranie nie plątało się po ziemi.

Potem obciął spodnie na odpowiednią długość i założywszy je Pablowi, obwiązał go 

w pasie sznurkiem. Obcięte nogawki schował, uznał bowiem, iż mogą się jeszcze przydać. Na 

ramiona zarzucił chłopcu ciepły koc. Z początku Kieron wykonywał wszystkie te czynności z 

niechęcią,   wręcz   z   obrzydzeniem,   uznając,   że   jest   to   zajęcie   niegodne   prawdziwego 

mężczyzny. Stopniowo jednak zmieniał swoje podejście. Postawił sobie za punkt honoru, że 

wyrwie dzieciaki z tej tragicznej sytuacji, jaka stała się ich udziałem. I z im trudniejszym 

przypadkiem się stykał, tym większe było jego zaangażowanie. Zapomniał o swej niechęci, 

teraz traktował te dzieci jako istoty, które potrzebują pomocy. Uporawszy się z myciem i 

ubieraniem, dał chłopcom po kawałku chleba umoczonego w tequili, licząc na to, że alkohol 

zadziała dezynfekująco i nie zaszkodzi przy tym maluchom. Na koniec przykazał im:

-  Pamiętajcie,   kiedy  tylko   poczujecie,   że   musicie   się   załatwić,   ściągajcie   spodnie. 

Zaoszczędzi to nam kłopotów, a poza tym nie dopuścimy do szerzenia się choroby. Wiem, że 

nie jest to takie proste, ale proszę was, postarajcie się!

background image

Pablo skinął lekko głową, a Antonio leżał nieporuszony niczym kukiełka odziana w 

zbyt obszerną koszulę.

Kieron pomyślał, że właściwie powinien spalić ubrania wszystkich dzieciaków, ale 

niestety, z prozaicznych przyczyn nie mógł tego uczynić. W co by je ubrał? A przecież noce w 

górach bywają przeraźliwie chłodne.

Zapadał zmrok i z wolna nikły im z oczu wszelkie kontury.

- Señor, señor - zawołała nagle Teresa z przejęciem. - Poczułam coś, wydaje mi się, że 

Carlitos oddycha.

- Nie przestawaj go masować, umyję się i zaraz do ciebie przyjdę.

Dokładnie   opłukując   się   wodą   rozmyślał   o   wydarzeniach   minionego   dnia.   Poczuł 

mimowolny triumf, gdy uświadomił sobie, że zdobył się na czyny, o które nigdy by siebie nie 

podejrzewał.   Nadal   jednak   nie   potrafił   zrozumieć,   dlaczego   wplątuje   się   w   to   wszystko. 

Przecież wynikną z tego wyłącznie problemy. Jeśli uratuje dzieci i doprowadzi je do miasta, 

pieniądze przejdą mu koło nosa i rozpęta się prawdziwe piekło. Rodriquez nie cofnie się 

przed niczym, by go zniszczyć.

Uzmysłowił sobie, że nie jest już twardzielem. Najpierw ta historia z Susan, teraz 

znów dzieciaki!

Lepiej   nie  myśleć  za  wiele.  Postara  się  działać  mechanicznie.  Zrobi,  co  do  niego 

należy,   a   potem   ruszy   dalej   drogą   ku   wolności.   Przeklęte   dzieciaki,   że   też   musiały   mu 

pokrzyżować plany!

- Manuel - odezwał się poirytowany. - Teresa nie zdoła zatroszczyć się i o Carlitosa, i 

o Rosę. A Esmeralda nie jest w stanie jej pomóc. Ty stykałeś się bezpośrednio z chorym 

Antoniem, mogłeś się zarazić, ja zaś myłem chłopców i też mogę przenosić zarazki. Nie ma 

więc komu zająć się Rosą.

Chłopiec popatrzył na Kierona zamyślony i po chwili powiedział:

- Jestem jej wujkiem, señor. Moja siostra nie potrafiła zatroszczyć się o swe dziecko, a 

wtedy mama poprosiła mnie o opiekę nad małą Rosą. Jeśli więc będziesz tak miły i zajmiesz 

się moim chorym bratem, to wtedy ja będę mógł się nią zaopiekować. Myślę, że się nie 

zarazi.

- To tylko pobożne życzenie - pokiwał głową Kieron. Ale musimy podjąć ryzyko. Na 

wszelki wypadek będziemy jej podawać odpowiednie lekarstwa. Miejmy nadzieję, że się uda. 

Najpierw jednak umyj się bardzo dokładnie i zdejmij poncho, w którym nosiłeś Antonia. Tu 

jest przegotowana woda, co prawda już trochę ostygła, ale nadaje się do mycia.

Wreszcie Kieron mógł zająć się Carlitosem. Teresa dokonała prawdziwego cudu, nie 

background image

ulegało   wątpliwości,   chłopiec   oddychał,   choć   bardzo   płytko.   Kiedy   O'Donell   dziękował 

dziewczynce, na jej bladej twarzy nie pojawił się nawet cień uśmiechu. Ale oczy zalśniły 

dumnie nowym blaskiem. Dłonie dorosłego mężczyzny mogły zdziałać jeszcze więcej niż 

dłonie osłabionej Indianki Kieron uciskał cherlawe ciałko, przerażony, że dziecko może być 

tak wątłe. Zapewne od dawna nic nie jadło. Jak zdołam nakarmić tego biedaka? zastanawiał 

się zafrasowany. W tym przypadku obawiał się podać tequilę. Niepewnie sięgnął po apteczkę 

i wyjął strzykawkę, którą napełnił glukozą. Antonio, najwyraźniej przestraszony, otworzył 

usta   w   niemym   proteście,   ale   kiedy   Kieron   uśmiechnął   się   do   niego   łagodnie,   chłopiec 

uspokoił się i popatrzył na niego z ufnością. Jak wbić igłę w tak chude ciałko? Może w 

pośladek? Kieron obrócił chłopca, czując, jak wzbiera i narasta w nim fala wściekłości na 

Rodriqueza.   W   ostatniej   chwili   przypomniał   sobie,   że   glukozę   wstrzykuje   się   przecież 

dożylnie, a nie domięśniowo. Ponownie ułożył Carlitosa na plecach i drżącą dłonią odszukał 

żyłę w cienkiej jak patyk rączce. Najchętniej zamknąłby oczy, by nie patrzeć. Po zrobieniu 

zastrzyku rozpuścił sproszkowane mleko w wodzie i nabrawszy go na łyżeczkę, pochylił się 

nad nieprzytomnym. Z trudem wlał chłopcu odrobinę płynu do ust, ale nie zdołał sprawić, by 

mały   przełknął.   Podał   więc   mleko   Manuelowi,   by   nakarmił   nim   Rosę,   sam   zaś   poszedł 

wypłukać chustę, w której chłopak nosił swego chorego brata. Kieron domyślił się po śladach, 

że malcy jedli siano i liście durra, ale nie wspomniał o tym Manuelowi, nie chcąc ranić dumy 

małego Indianina. Gdyby nie to, że było już po żniwach, dzieci miałyby dość pokarmu na 

maleńkiej plantacji. Teraz jednak nic już tu nie rosło, pozostało jedynie siano i suche liście, w 

których Manuel ukrył najmłodsze dzieci.

Kieron,   uporawszy   się   ze   wszystkim,   postanowił   odpocząć.   Położył   się   między 

umieszczonymi z brzegu chłopcami, cierpiącymi na biegunkę, a Carlitosem, którego bał się 

spuścić z oka. Dalej spała Teresa i Esmeralda, a na końcu Manuel, tuląc najmłodszą Rosę. 

Obszerne   poncho   trapera   starczyło   na   przykrycie   dla   wszystkich.   Ogień   z   dogasającego 

ogniska wysyłał miłe ciepło, a płomienie rozświetlały mrok, czający się dokoła.

Naraz Kieron poczuł wsuwającą się do jego dłoni małą rączkę, a gdy się obejrzał, 

napotkał ufne spojrzenie Antonia. Uścisnął drobną dłoń chłopca, postanawiając w duchu, że 

będzie walczyć ze wszystkich sił, by odegnać krążące nad nim widmo śmierci. Znajdzie w 

sobie dość uporu, by go ocalić. Nocną ciszę zakłócił cichy szept:

- Señor Kieron, co się stało z naszymi rodzicami, rodzeństwem i innymi mieszkańcami 

wioski?

Przez cały czas się obawiał, że w końcu padnie to pytanie, choć z całego serca pragnął 

go   uniknąć.   Gorączkowo   szukał   w   myślach   odpowiedzi.   Jeśli   skłamie,   że   wszyscy   żyją, 

background image

łatwiej   mu   będzie   nakłonić   dzieci   do   wysiłku   podczas   wyprawy,   ale   tym   większe 

rozczarowanie stanie się później ich udziałem.

Nad obozowiskiem zaległa głucha cisza.

Są   tacy   osłabieni,   myślał   dalej.   Zbyt   wycieńczeni,   by   stawić   czoło   brutalnej 

prawdzie...

Poza tym nie wiadomo, ile z nich usłyszy jego odpowiedź. Właściwie mógłby udać, że 

o niczym nie wie, ale zachowałby się wówczas jak tchórz.

- Porozmawiamy o tym jutro, Manuelu - wydusił w końcu.

- Rozumiem, señor Kieron - oznajmił po długiej chwili milczenia chłopiec i Kieron nie 

miał najmniejszych wątpliwości, że pojął tragiczną prawdę.

Kieron jako doświadczony wędrowiec wiedział, jak ważny jest nocny odpoczynek, a 

mimo to nie mógł zasnąć. Obok niego leżeli ciężko chorzy chłopcy, którzy co chwila wołali 

zrozpaczeni,  że   nie  zdążą  za   potrzebą.  Wstawał  więc   i  im  pomagał.  Dopiero  nad   ranem 

zasnęli   obaj   spokojnie.   Kieron   uznał   to   za   dobry   znak   i   sprawdziwszy   jeszcze,   co   z 

Carlitosem, zasnął drżąc z zimna, bo wszystkie ciepłe okrycia oddał dzieciom.

We   śnie   znów   trzymał   Susan   w   ramionach,   dotykał   jej   ciała,   słyszał   ciepły   głos 

dziewczyny, szepczący miłosne wyznania. Chłonął jej słowa niczym wyschnięty strumień 

wodę, zatracał się w nich. Muskał wargami szyję dziewczyny, pieścił językiem. Upojony 

szczęściem nie pojmował, skąd się bierze tyle miłości w tej drobnej kobiecie. Nigdy nie 

przypuszczał, że będzie tak bardzo za nią tęsknił.

Skostniały z zimna, skulił się w niewygodnej pozycji.

Najmilsza Susan, jakże upojne, jakże gorące były noce spędzone z tobą! Dlaczego nie 

mogło to trwać dłużej?

Moje życie stało się stokroć bardziej samotne, po tym jak poznałem ciebie, ukochana!

Obudził go słaby szum rzeki. Szczękając zębami z zimna, ocknął się gwałtownie. 

Znów był sobą, szorstkim, nieczułym na sentymenty macho. Do diabła! próbował strząsnąć z 

siebie   senne   marzenia.   Przecież   to   była   taka   sobie,   zwyczajna   dziewczyna,   nawet 

niespecjalnie ładna. Na dodatek ściągnęła na mnie same kłopoty!

Noc przetrzymali wszyscy.

Kierona obudziły ciche szepty. Okazało się, że spał najdłużej, nie licząc oczywiście 

nieprzytomnego Carlitosa. Dzieciaki uśmiechnęły się do zaspanego wielkiego mężczyzny, 

jakby chciały mu dodać otuchy. Wyszczerzone w uśmiechach białe mocne zęby stanowiły 

niezbity dowód na to, że jego trud nie poszedł na marne. Kieron zirytował się sam na siebie, 

tłumiąc zalewającą go falę wzruszenia. Mali Indianie wyrażali mu swą wdzięczność, on zaś 

background image

nie czuł się w tej sytuacji najlepiej.

Zawsze wolał otaczać się ludźmi, którymi w głębi duszy pogardzał, bo nie mogli go 

zranić.

Na długo przed wschodem słońca rozpoczęli przygotowania do drogi. Kieron pragnął 

jak najprędzej wyprowadzić malców z miejsca, które stało się ich więzieniem. Naradziwszy 

się z Manuelem, naciął długich pędów bambusa, które potem powiązali giętkimi lianami w 

drabinkę. Kieron lękał się, że pomimo użycia kilku łodyg drabina okaże się za krótka, ale 

nawet najlżejszym grymasem nie zdradził swych obaw. Jego kamienna twarz pozostała nie 

zmieniona. Nie mógł jednak odpędzić powracających jak bumerang natrętnych myśli. Jeśli 

nawet   uda   im   się   wydostać   na   skalną   półkę,   to   co   później?   Dokąd   pójdzie   z   gromadką 

wycieńczonych dzieci? Przecież nie weźmie ich z sobą na szlak prowadzący przez najwyższe 

szczyty Andów do granicy! Zresztą zapasów żywności, jakie zabrał z sobą, wystarczy dla 

ośmiu osób najwyżej na dwa dni.

Kieron   nie   chciał   wracać   do   stolicy.   Co   do   tego,   że   Rodriquez   nie   zgotuje   mu 

gorącego powitania, nie miał najmniejszych wątpliwości. Poza tym musi uciec od Susan. 

Najlepiej dla niego byłoby więc pozostawić dzieci w którejś z indiańskich wiosek pod opieką 

jej mieszkańców i ruszyć dalej własną drogą. Tyle że dzieci były w tak kiepskim stanie, że 

rozsądek   nakazywał   zawieźć   je   do   szpitala,   gdzie   udzielono   by   im   niezbędnej   pomocy 

lekarskiej.

Niepewny,   zapytał   o   radę   Manuela.   Chłopiec   objaśnił,   że   najlepiej   kierować   się 

wzdłuż masywu w kierunku oceanu, bo stamtąd łatwiej cokolwiek przedsięwziąć. W duchu 

Kieron przyznał chłopcu rację, nie chciał jednak wracać do cywilizacji. Zamierzał zniknąć 

gdzieś na zawsze.

- Mieszkaliście sami w tej dolinie? Nie mieliście żadnych sąsiadów?

- Czasami odwiedzali nas krewni z innej wioski - odpowiedział Manuel po chwili 

namysłu. - Ale chyba dość oddalonej od naszej. Pamiętam, że opowiadali, iż mieszka tam 

wielu Indian. Nie wiem jednak dokładnie, gdzie to jest.

Kieron także nie orientował się dobrze w tych okolicach. Nie odważyłby się narażać 

dzieci na niepewny los, ciągnąc je do celu, którego mogliby nigdy nie odnaleźć.

- W takim razie ruszamy w stronę oceanu - oznajmił. - Potem zastanowimy się, co 

dalej.

Nie   ma   sensu   zadręczać   się   przyszłością,   tłumaczył   sobie   w   duchu.   Teraz 

najważniejsze jest, by wydostać się z tego miejsca, gdzie czeka nas tylko śmierć.

Kieron   przez   cały   czas   unikał   spoglądania   na   ponure   strome   skały.   Czy   nie   jest 

background image

zbytnim zuchwalstwem  z jego strony  przekonanie,  że  wyniesie  na górę  siedmioro  ledwo 

żywych malców, tak by nie runęły w przepaść?

Popatrzył   uważniej   na   dzieci.   Zaczynał   z   wolna   rozróżniać   ich   twarze,   które 

początkowo zdawały mu się odlane z tej samej formy. Manuel i jego młodszy brat Antonio 

mieli wystające kości policzkowe. Nie odznaczali się zbytnią urodą, szczególnie Antonio, ale 

Kieron polubił bardzo tych chłopców. Mimowolnie przypomniał sobie ufną rączkę szukającą 

w nocy pociechy w jego silnej dłoni. Rosa natomiast nie wzbudzała w nim cieplejszych 

uczuć. Niemowlęta, z którymi dotąd właściwie nie miał styczności, kojarzyły mu się jedynie z 

kłopotami i głośnym płaczem.

Z nogą Manuela nie było dobrze. Bardzo spuchła, wyglądało na to, że chłopiec ma 

zerwane ścięgno. Kieron nie zdążył wcześniej się nim zająć, dopiero teraz zrobił mu okład z 

wilgotnych   liści   i   zabandażował   nogę.   Obiecał,   że   kiedy   już   wydostaną   się   na   szczyt, 

wystruga dla niego kule, by miał się na czym podpierać. Manuel kiwał cierpliwie głową, 

starając się ukryć, jak bardzo dokucza mu ból, ale Kieron i tak się domyślił prawdy, widząc 

ściągniętą twarz chłopca.

Antonio obudził się tego ranka w znacznie lepszej formie. Najwyraźniej lekarstwa, a 

także   posiłek   dokonały   cudu.   Chłopczyk   był   jednak   bardzo   odwodniony,   więc   Kieron 

zdecydował się zagotować w kociołku mętną wodę z rzeki i napoić chorych. Długo trzymał 

wrzącą wodę nad ogniem, by zabić w niej wszelkie zarazki. Obejrzał jeszcze raz uważnie 

Antonia, ucisnął mu kilka razy brzuch, sprawdzając, czy nie dostrzeże symptomów chorób 

zakaźnych, zagrażających życiu. Antonio nie spuszczał go z oka, a gdy tylko ich spojrzenia 

napotykały   się,   twarz   malca   rozpromieniała   się   w   uśmiechu   pełnym   uwielbienia   dla 

wędrowca o silnych dłoniach. Wprawiało to Kierona w lekkie zakłopotanie.

Rosa, choć nadal bardzo słaba, co rusz popłakiwała, co samo w sobie stanowiło dobry 

znak. Kieron podał jej kilka okruchów chleba zamoczonego w mleku, a ona wlepiła w niego 

zdziwione ślepka, zapewne po raz pierwszy widząc białego człowieka.

Esmeralda,   połknąwszy   pośpiesznie   swą   porcję,   poprosiła   z   czarującym 

uśmiechem o jeszcze.

- Tylko jedną kromkę, señor Kieron, tylko jedną!

Kieron, mimo że z niepokojem obserwował, jak szybko ubywa zapasów żywności, nie 

mógł się oprzeć spojrzeniu pięknych oczu. Nachylił się i wytarł dziewczynce nos, pragnąc 

zyskać na czasie.

-   Niech   jej   señor   nie   daje   -   odezwała   się   chłodno  Teresa.   -   Nawet   jeśli   dostanie 

dokładkę, nie przestanie prosić o więcej. Już taka jest, a nikt nie potrafi jej odmówić.

background image

Kieron popatrzył uważnie na Teresę i uznawszy, że ma rację, schował chleb.

Ta dziewczynka o pociągłej twarzy, z której nie znikała surowość, miała oliwkową 

cerę i wyraźnie odróżniała się urodą od innych dzieci. Przez cały ranek uparcie zmagała się ze 

swą słabością, pragnąc utrzymać się na nogach. Chwiała się i padała na ziemię, ale Kieron 

zachęcał, by nie rezygnowała. Dał jej kubek mleka i zaaplikował wzmacniający zastrzyk 

glukozy. Nie krył przed sobą, że kieruje się przy tym egoistycznymi pobudkami. Potrzebował 

kogoś, kto będzie zdolny poruszać się o własnych siłach. Dziewczynka dość szybko poczuła 

się lepiej, a gdy już rozczesała włosy i starannie zaplotła je w warkocze, stała się dla Kierona 

nieocenioną pomocą. Stan zdrowia Pabla, urodziwego brata Esmeraldy, niewiele się poprawił. 

Chłopiec   był   odwodniony,   bo   nie   mógł   utrzymać   w   żołądku   ani   płynów,   ani   stałego 

pożywienia. Dosłownie lało się z niego. Kierona martwiła dodatkowo apatia chłopca, ale 

Manuel pocieszał go, że ma to swoje dobre strony, bo Pablo, zwykle psotny, potrafi nieźle 

zaleźć innym za skórę.

Nadal w najgorszej formie pozostawał Carlitos, mizerota o skośnych oczach i gęstych 

włosach,   którego   drobna   twarzyczka   przypominała   maskę.   Leżał   nieprzytomny,   ledwie 

wyczuwało się jego oddech. Kieron obawiał się, że w każdej chwili może zgasnąć tląca się w 

nim   iskierka   życia.   Gdyby   mógł   go   nakarmić!   Organizm   tego   dziecka   potrzebował 

pożywienia, jak najwięcej pożywienia! Odwrócił wzrok, by choć na chwilę zapomnieć o 

przytłaczającej go odpowiedzialności.

Ale   oto   nadeszła   pora,   gdy   wszystko   było   gotowe.   Komu   w   drogę,   temu   czas, 

pomyślał Kieron, czując nagły przypływ lęku.

Jak   zdołam   wnieść   po   stromej   skale   siedmioro   bezradnych   malców?   Czy 

sprostam temu wyzwaniu?

background image

ROZDZIAŁ V

Kieron podniósł bambusową drabinkę i oparł ją o skałę. Sięgnęła prawie do kamiennej 

półki.

- Manuelu - zwrócił się do chłopca. - Pójdziesz pierwszy, żeby przypilnować młodsze 

dzieci, które po kolei będę wnosił. Postaraj się zabrać z sobą tyle bagażu, ile udźwigniesz!

Kiedy dzieci zrozumiały, co ma nastąpić, podniosły głośny płacz, wołając żałośnie: 

„Mamo, mamo, chcę do mamy!”

Kieron zaklął pod nosem. Tego właśnie przez cały czas najbardziej się obawiał. Co ma 

powiedzieć tym biedakom?

Z   kłopotu   wybawił   go   niespodziewanie   Manuel,   który   odezwał   się   opanowanym 

głosem:

- Uspokój się, Esmeraldo! Czy nie dość wołaliśmy nasze mamy i ojców w ciągu 

minionych dni? Dobrze wiesz, że nie mogą po nas przyjść. A my musimy się stąd wydostać. 

Nie denerwuj więc tego dobrego señora, bo tylko on może nam pomóc.

Płacz ustał równie gwałtownie, jak się zaczął. Wychudzone twarzyczki zwróciły się 

ufnie do Kierona, który zarządził:

- Manuelu, czas na nas!

Z chłopcem na plecach, krok po kroku Kieron wspinał się po bambusowej drabince, 

która niepokojąco trzeszczała. Niektóre szczebelki zsunęły się pod ich ciężarem, ale Kieron 

powtarzał sobie w myślach, że jeśli drabinka przetrzyma ten kurs, to dalej pójdzie już jak z 

płatka. Najbardziej lękał się, by nie poluzowały się wiązania łączące tyczki, ale na szczęście 

okazały   się   solidne.   Zatrwożone   dzieci   obserwowały   z   niepokojem   każdy   krok   swego 

wybawcy. Dotarłszy wreszcie do skalnej półki, Kieron zdjął Manuela z pleców i rozejrzał się 

wokół,   potrząsając   głową.   Poprzedniego   dnia,   kiedy  tędy  schodził,   półka   wydała   mu   się 

szeroka i bezpieczna. Teraz jednak ogarnęły go wątpliwości, czy zdoła pomieścić osiem osób, 

jego bagaż i skromny dobytek indiańskich dzieci.

Bez   zwłoki   ruszył   jednak   w   dół,   poprawiając   po   drodze   przesunięte   szczebelki   i 

zaciskając  mocniej   poluzowane  węzły.  Na  tyczkach  porobił   nacięcia,   by  szczeble  się  nie 

zsuwały. Gdy znalazł się znów wśród dzieci, zawiązał sobie na plecach chustę, tak jak to 

zwykle robią Indianki, i nakazał Teresie ułożyć w niej Carlitosa. Tobołek prawie nic nie 

ważył, ale ciałko chłopca było ciepłe, co oznaczało, że malec żyje.

- Ja poradzę sobie sama, señor Kieron. Nie musisz mnie nieść - odezwała się Teresa.

Spojrzał na nią sceptycznie, ale zrozumiał, że jest to dla niej sprawa honoru.

background image

- Dobrze - zgodził się. - Będzie to dla mnie wielka pomoc, pozwól jednak, że w 

pierwszej kolejności wniosę młodsze dzieci.

- Oczywiście - odrzekła z powagą dziewczynka.

Powoli, jedno po drugim, mali Indianie docierali na skalną półkę, na której robiło się 

coraz ciaśniej.

Rosa płakała nieprzerwanie. Esmeralda znowu przysporzyła mu kłopotów, nie mogąc 

się zdecydować, co jest gorsze: znienawidzona, odcięta od świata plantacja, czy wznosząca 

się nad nią ponuro stroma skała. Krzyczała i płakała głośno, przerażona i jednym, i drugim. W 

końcu jednak udało się ją uspokoić. Na dole został tylko Pablo z Teresą. Kieron wrócił po 

nich, umieścił Pabla na plecach i przepuściwszy przodem dziewczynkę, ruszyli w górę. Teresa 

jednak przeceniła swe siły. Szybko się męczyła i co chwila musiała przystawać, by odpocząć.

- Tylko nie patrz w dół - przykazywał jej Kieron. - Spójrz lepiej, jak już jesteśmy 

blisko!

Dotarli na ostatni szczebel drabinki, skąd wystarczyło podciągnąć się na rękach na 

skalną półkę. I nagle okazało się, że jest to punkt krytyczny. Z czynnością, którą Kieron 

wykonywał bez trudu, Teresa nie potrafiła się uporać..

Manuel, leżąc na brzuchu, wyciągnął ręce do dziewczynki, ale ona, kompletnie już 

wyczerpana, całkiem straciła odwagę.

Kieron westchnął ciężko i uznawszy, że nie ma innej rady, zszedł powoli na dół, a za 

nim   blada   jak   ściana   Teresa.   Siedzący   mu   na   plecach   Pablo   rozpłakał   się   ze   złości   i 

rozczarowania, nie pojmując, dlaczego wracają. Po chwili Kieron ponownie wspiął się po 

drabince, zostawiając na dole samotną, zatrwożoną dziewczynkę. Zwykle nie przejmował się 

uczuciami bliźnich, tym razem jednak gorąco współczuł Teresie i ulokowawszy bezpiecznie 

Pabla   wśród   dzieci,   pośpiesznie   zszedł   do   ledwie   żywej   z   przerażenia   Indianki.   Zanim 

umieścił ją sobie na plecach, przemówił łagodnie:

- Jesteś bardzo dzielna, Tereso, podziwiam twoją siłę woli. Nie sądziłem, że zdołasz 

wejść sama tak wysoko.

Rozdygotana dziewczynka nie potrafiła wydusić z siebie słowa.

Kieron,   przywiązawszy   dla   bezpieczeństwa   usadowioną   na   swych   plecach  Teresę, 

mocno już zmęczony powoli pokonywał kolejne szczeble bambusowej drabinki. Po chwili 

oboje znaleźli się u celu.

Rosa chlipała cienko i monotonnie, a jej płacz przypominał uporczywe brzęczenie 

komarów. Malcy z lękiem spoglądali w dół na przetaczającą wartkie wody rzekę i swoją małą 

plantację, jedyny skrawek oszczędzonego przez nią lądu. Wydawało im się, że są strasznie 

background image

wysoko, a przecież był to ledwie ułamek drogi, jaką musieli pokonać, by dotrzeć na szczyt. 

Na razie wszystko przebiegało zgodnie z planem, najtrudniejsze jednak było dopiero przed 

nimi.   Kieron   poczuł   się   bardzo   zmęczony.   Uznał,   że   musi   trochę   odpocząć,   ale   słysząc 

popłakiwanie i marudzenie przestraszonych dzieci, stracił na to ochotę. Zabrał się więc od 

razu do dalszych przygotowań. Chwycił koniec liny, po której poprzedniego dnia zsunął się w 

dół, i zawołał Manuela, żeby mu pokazać, w jaki sposób przygotować Pabla, Esmeraldę i 

Antonia   do   wjazdu   na   szczyt.   Dzieci,   odwrócone   do   siebie   plecami,   należało   dokładnie 

przywiązać, nie krępując im jednak nóg, tak by w razie konieczności mogły odbijać się od 

skalnej ściany. Manuel starał się zapamiętać dokładnie instrukcje Kierona, ale ten ciągle nie 

był zadowolony. Rozwiązywał i poprawiał węzły, nakazując Manuelowi próbować od nowa i 

tłumacząc, że od tego, czy dzieci zostaną właściwie przywiązane, zależy ich życie. Dopiero za 

piątym razem udało się chłopcu wykonać prawidłowo powierzone mu zadanie.

Wreszcie Kieron uznał, że Manuel jest właściwie przygotowany. Trójkę dzieci, które 

zamierzał wciągnąć na górę później, ułożył ponownie w bezpiecznym miejscu na skalnej 

półce.   Następnie   zawiązał   chustę   z   maleńkim   Carlitosem   na   plecach   Teresy   i   wziął 

dziewczynkę na barana. Zabezpieczywszy odpowiednio dzieci, stanął na moment przy linie i, 

nim zaczął się wspinać, pomodlił się cicho, by wytrzymała ciężar. Lina była dość cienka, ale 

w równych odstępach miała powiązane węzły, dzięki czemu dłonie się nie ześlizgiwały.

Rozbujała się jednak niebezpiecznie, zawołał więc do Teresy, by odpychała się nogami 

od skały.

- Uważaj tylko, żeby się nie uderzył Carlitos! - ostrzegał.

Teresa,   wczepiona   kurczowo   w   Kierona,   nie   odezwała   się   nawet   słowem,   ale   za 

każdym razem, gdy zbliżali się do ściany, wystawiała desperacko jedną rękę i nie dopuściła 

do tego, by się potłukli o skałę.

Z dołu doleciało Kierona cienkie wołanie:

- Señor Kieron, wrócisz po nas? Na pewno wrócisz?

Popatrzył z góry na zalęknione twarzyczki, które z tej odległości na tle ponurych skał 

wydały mu się szczególnie drobne.

- Wrócę! - krzyknął, żeby uspokoić dzieci. - Tylko nie wpadajcie w panikę, jeśli to 

trochę potrwa. Odpocznę przez chwilę na szczycie i wrócę. Cierpliwości!

O ile w ogóle dostanę się tam, pomyślał z goryczą.

Kieron zatrzymywał się raz po raz, żeby odpocząć. Mimo że miał dobrą kondycję, 

czuł, jak drżą mu mięśnie. Kurczowo zacisnął dłonie na linie.

Jeszcze nigdy nie wspinał się tak wysoko, na dodatek z dwojgiem dzieci na plecach. 

background image

Teresa milczała, ale na karku czuł jej nierówny oddech.

Biedna mała, pomyślał, pewnie umiera ze strachu i pragnie jak najszybciej znaleźć się 

u celu, ale chyba wierzy we mnie.

Wreszcie uznał, że odzyskał siły, i powoli, kawałek po kawałku, wciągał się wyżej i 

wyżej. Huśtanie liny stawało się coraz słabsze.

- Co z Carlitosem? - zapytał.

- Nie wiem, señor Kieron. Trzymam go na plecach i nie uderzył się o skałę.

- Bardzo dobrze, Tereso - pochwalił dziewczynkę, której cichy, drżący głos zdradzał, 

jak bardzo jest zatrwożona. Miał nadzieję, że nie patrzy w dół, bo ten widok przyprawiłby o 

szok nawet dorosłego.

Wreszcie   ukazał   się   ich   oczom   upragniony  szczyt,   ale   Kieron   ciągle   nie   czuł   się 

bezpieczny. Przez cały czas dręczył go niepokój, czy lina nie przetrze się na ostrej krawędzi, i 

uspokoił się dopiero, gdy się przekonał, że skała w tym miejscu jest gładka.

Ostatnie metry...

- Tereso, spróbuj się przytrzymać! - zawołał.

- Złapię się tego wystającego korzenia - odparła.

- Świetnie, ale upewnij się najpierw, czy mocno tkwi w podłożu.

- Wytrzyma - powiedziała dziewczynka, sprawdziwszy dokładnie.

- Dobrze, to nam ułatwi zadanie - krzyknął Kieron i podciągnął się na skałę. Sapiąc 

ciężko, rozwiązał węzły i zdjął z pleców Teresę, a potem uwolnił małego Carlitosa. Ułożył 

dzieci w bezpiecznym zagłębieniu i sam osunął się obok nich. Zamknął oczy, kompletnie 

wyczerpany.

- Jesteś bardzo silny, señor Kieron - odezwała się cicho Teresa.

- A ty bardzo dzielna - odpowiedział jej ze spokojem.

- Umierałam ze strachu. - Dziewczynka popatrzyła mu prosto w oczy, ale ani jeden 

mięsień nie drgnął na jej twarzy.

- Właśnie dlatego sądzę, że jesteś odważna.

- Pomogła mi Najświętsza Panienka - wyjaśniła Teresa, odwracając głowę. Ale Kieron 

wiedział, że zawojował serce zamkniętej w sobie dziewczynki.

Dwoje uratowałem, dwoje z siedmiorga, rozmyślał. Uratowałem, czyżby? Co się z 

nimi stanie, jeśli nie uda mi się wspiąć na szczyt z kolejnymi dziećmi? Jaką mają szansę na 

przeżycie? Co zrobią, same, z dala od ludzi? Gdybym tak mógł wziąć tych dwoje i ruszyć w 

dalszą drogę, gdyby tylko one potrzebowały pomocy!

Carlitos   leżał   blady,   bez   przytomności.   Jego   stan   nie   uległ   jednak   na   szczęście 

background image

pogorszeniu. Kieron podszedł do krawędzi skały, nadal czując, jak drżą mu mięśnie nóg i rąk. 

Spuścił w dół linę i popatrzył na Manuela, który przywiązywał do jej, końca troje malców. 

Kieron znajdował się zbyt wysoko, by wydawać polecenia, pozostawało mu więc ufać, że 

Manuel zapamiętał jego wskazówki i właściwie przymocował dzieci.

Chłopiec dał ręką znak, że wszystko gotowe. Kieron zacisnął zęby. W tej samej chwili 

do krawędzi podeszła Teresa, ale gdy zerknęła w przepaść, zbladła jak kreda.

- Tereso! - zawołał Kieron. - Teraz potrzebuję twojej żarliwej modlitwy. Proś o pomoc 

Najświętszą Panienkę!

Dziewczynka   bez   wahania   upadła   na   kolana   i   ze   wzrokiem   utkwionym   w   niebo 

zaczęła   powtarzać   monotonnie   pacierze.   Kieron,   który   nie   spodziewał   się   takiej   reakcji, 

poczuł lekkie zakłopotanie.

Troje   chorych   dzieci:   zakatarzona   i   kaszląca   Esmeralda,   Pablo   cierpiący   na   nie 

słabnące bóle brzucha i Antonio, który czuł się już trochę lepiej, zawisło w powietrzu. W 

swych kapeluszach z rondami wyglądały z góry jak grzyby. Kieron przywiązał się do pnia 

drzewa i powoli wybierał linę, oplątując jej nadmiar na wystających konarach.

Dzieci nie ważyły dużo, ale było ich troje. Kieron odpędzał od siebie natrętną myśl, co 

się stanie, jeśli Manuel zawiązał nieprawidłowo choć jeden węzeł...

W dole rozległ się płacz. Żeby tylko nie wpadły w panikę! zatrwożył się. Wystarczy, 

że któreś zacznie się szarpać, i nieszczęście gotowe.

Zawołał, by się uspokoiły, i chyba go usłyszały, bo zadarły do góry głowy. Płacz 

przemienił   się   w   tłumiony   szloch.   Nagle   lina   rozbujała   się   mocno   i   odchyliła   w   stronę 

kamiennej ściany. Kieron nie zdążył nawet krzyknąć ostrzegawczo, na szczęście dzieciaki 

odepchnęły się nogami. Uczyniły to jednak zbyt gwałtownie.

- Tereso, módl się, dziecko, najgoręcej jak potrafisz! - krzyknął, zdjęty przerażeniem.

W  dole   mignęła   mu   pobladła   twarz   Manuela,   wykrzykującego   coś   do   szybującej 

prosto na skałę trójki.

Czuł się całkowicie bezsilny, w żaden sposób nie mógł im pomóc. Wydawało mu się, 

że   silne   uderzenie   przyjął   na   swe   nogi   mały   Pablo.   Usłyszał   okrzyk,   który   urwał   się 

raptownie... Z desperacją wybierał linę. Dzieci znajdowały się na wysokości, na której skalna 

ściana już nie stanowiła dla nich zagrożenia. Przez cały czas Kierona gnębiła jednak myśl, co 

z nogami Pabla.

Wreszcie dzieciaki dotarły na szczyt. Razem z Teresą pomógł im przedostać się poza 

krawędź i uwolnił je, rozwiązując pospiesznie linę.

-   Pablo,   co   z   tobą,   chłopcze?   -   zapytał   niecierpliwie,   ale   nie   usłyszał   żadnej 

background image

odpowiedzi.

Cała trójka wrzeszczała jak opętana, a Esmeralda, rzuciwszy się Kieronowi na szyję, 

tak mocno go ścisnęła, że omal nie udusiła. Ledwie zdołał się od niej oswobodzić. To samo 

zamierzał uczynić Antonio, na szczęście Kieron w porę złapał go za nadgarstki.

- Dowiem się w końcu, co się stało Pablowi? - krzyknął. Ale jeszcze długą chwilę 

trwało, nim się uspokoili, a wtedy Pablo, połykając łzy, wydusił:

- Señor Kieron...

- Co z twoimi nogami?

- Zabolało mnie, ale zaparłem się z całych sił, żeby odbić się od skały, a wtedy... 

wtedy   narobiłem   w   spodnie...   -   wyznał,   jąkając   się,   i   wielkie   łzy   potoczyły   się   mu   po 

policzkach.

Kieron   poczuł   taką   ulgę,   że   omal   nie   zareagował   gromkim   śmiechem.   Z   trudem 

powstrzymując rozbawienie, rzekł:

- Co za szczęście, że mamy tylko takie zmartwienie! Tak się bałem, że połamałeś nogi!

Śliczne oczy chłopca się rozpromieniły.

- Nie gniewasz się na mnie, señor Kieron?

- Oczywiście, że nie. To przecież nie twoja wina. Nie pojmujesz, w jakim byliście 

niebezpieczeństwie? Mogliście się tam zabić, wszyscy troje! Jesteś bardzo dzielny, Pablo!

Jeszcze   kilka   dni   temu   Kieron   O'Donell   wstydziłby   się   rozmawiać   z   takimi 

smarkaczami. Teraz jednak wydało mu  się to całkiem naturalne i wcale nie uważał tych 

indiańskich dzieci za głupsze od siebie. Widok rozjaśnionej twarzy Pabla wzruszył go do 

głębi.

Przeniósł po kolei całą trójkę i położył obok Carlitosa, przykazując surowo, by się 

nigdzie nie oddalali, a już, broń Boże, nie podchodzili do krawędzi.

- A ja już mogę sam iść - pochwalił się Antonio, pragnąc zasłużyć na pochwałę swego 

bożyszcza.

- Ja też - zawtórowała mu Esmeralda.

Kieron   miał   co   do   tego   wątpliwości,   ale   kazał   dwojgu   chwalipiętom   wstać,   sam 

tymczasem poświęcając chwilę Carlitosowi.

Rzeczywiście, Antonio stanął i przeszedł nawet dwa, trzy kroki, ale zaraz kolana się 

pod nim ugięły. Esmeralda zaś nawet nie potrafiła utrzymać się na nogach. Osunęła się na 

ziemię niczym lalka szmaciana.

- Nie martwcie się! - pocieszył ich Kieron. - Wkrótce odzyskacie siły. Za chwilę zjemy 

solidny posiłek, bo teraz najważniejsze jest, żebyście dużo jadły. Później znowu poćwiczycie.

background image

Następnie zdjąwszy Pablowi spodnie, wypłukał je w strumieniu i powiesił w słońcu na 

gałęzi, żeby się wysuszyły. Na szczęście katastrofa nie okazała się znów tak wielka, przecież 

chłopiec od dawna nic nie jadł. Noga natomiast była tylko lekko potłuczona, na kolanie i na 

łydce pojawiły się rozległe sińce. Ale Pablo był tak wycieńczony, że i tak próżno by się 

łudzić, że zdoła iść o własnych siłach.

Kieron wytarł Esmeraldzie nos i wrócił na skraj skały. Niechętnie popatrzył w dół. 

Najlepiej byłoby wciągnąć Rosę i Manuela na linie, tak samo jak tych troje, ale nie nauczył 

chłopca, w jaki sposób powinien się zabezpieczyć, a poza tym pozostały bagaże, których 

jedna osoba nie była w stanie udźwignąć. Pomstując w duchu, spuścił się z powrotem na 

znienawidzoną skalną półkę.

Manuel powitał go z wyraźną ulgą. Zapewne czas samotnego oczekiwania wydał mu 

się nieznośnie długi.

- Teraz zabierzemy już ze sobą całą resztę - oznajmił Kieron. Umieścił na plecach 

Manuela maleńką Rosę, przywiązując ją starannie, by nie spadła, a potem wziął chłopca na 

barana. Na końcu liny zawiesili bagaże.

Zmęczenie zaczynało dawać się Kieronowi we znaki i tym razem wspinaczka szła mu 

o wiele oporniej. Kilkakrotnie nachodziła go chęć, by zwolnić uchwyt wokół śliskiej liny i 

osunąć   się   przepaść,   by   już   na   zawsze   mieć   spokój.   Zaraz   jednak   przywoływał   się   do 

porządku i, zacinając zęby, wspinał się powoli wyżej i wyżej. Manuel starał się go wspierać. 

Widząc, że O'Donell opada z sił, zaciskał swe mocne, choć małe dłonie na linie i mówił:

- Odpocznij chwilę.

I mimo że Kieron nie mógł całkiem puścić liny, przez tę krótką chwilę czuł znacznie 

mniejszy ciężar.

Wiedział, że nikt go nie ubezpiecza i tylko od niego zależy, czy cali i zdrowi dotrą na 

szczyt.

Śmiertelnie zmęczony, wniósł wreszcie ostatnie dzieciaki w bezpieczne miejsce. Nie 

był nawet w stanie rozwiązać Manuela i Rosy. Na szczęście zajęła się tym Teresa, dzielna i 

obowiązkowa dziewczynka.

Zaopiekowała się Rosą i przeniosła ją w miejsce, gdzie leżeli pozostali. Manuel zaś 

czekał, aż Kieron dojdzie do siebie. Wtedy zwinęli starannie linę i zebrali bagaże. Kieron z 

Manuelem na plecach zbliżyli się do oczekującej ich gromadki.

- Tak bardzo bym chciał chodzić o własnych siłach - westchnął Manuel.

- Wystrugam ci kule - pocieszył go Kieron, który zdawał sobie sprawę, że będą mogli 

kontynuować wyprawę tylko wówczas, gdy Manuel będzie się poruszał samodzielnie.

background image

Kieron   miał   wrażenie,   jakby   ktoś   przekręcił   go   przez   maszynkę   do   mięsa.   Nogi 

uginały się pod nim i nie mógł powstrzymać drżenia rąk, ale w głębi duszy triumfował. Zdołał 

wyrwać te dzieciaki ze śmiertelnej pułapki, całą siódemkę!

Prawie pół godziny stracił na szukanie gałęzi, które nadawałyby się na kule, ale w 

końcu   znalazł   je   i   przyciął   na   odpowiednią   długość.   Oczywiście   były   to   niezwykle 

prymitywne podpórki, ale Manuel promieniał ze szczęścia. Posłał Kieronowi uśmiech pełen 

wdzięczności, poruszając się najpierw chwiejnie, ale w miarę upływu czasu z coraz większą 

wprawą.

Kiedy Kieron strugał kule, starsze dzieci zbiły się ciasno w gromadkę, szepcząc coś 

między sobą. Po chwili wstała Teresa i podeszła do Kierona.

- Señor Kieron - powiedziała. - Nie posiadamy nic cennego, gdybyś jednak zechciał 

przyjąć od nas mój różaniec, uczyniłbyś nam wielki honor. To od nas wszystkich. - I podała 

mu różaniec.

Kieron drgnął, zastanawiając się, czy może przyjąć taki podarunek. Długo wpatrywał 

się w paciorki różańca, ze wzruszenia nie mogąc wydobyć słów.

- Bardzo wam dziękuję - odezwał się w końcu. Zdawał sobie sprawę, jak wiele ten 

przedmiot znaczy dla dziewczynki. - Ale muszę wam wyznać, że nie potrafię się modlić, nikt 

mnie tego nie nauczył. Czy mógłbym cię prosić, Tereso, żebyś zatrzymała różaniec, póki nie 

dotrzemy do celu, i modliła się na nim za mnie? Ty to potrafisz najlepiej. Zgadzasz się?

Teresa skinęła głową i z wyraźną ulgą zabrała różaniec, bez którego czuła się zapewne 

jak poganka.

- Bardzo wam wszystkim dziękuję - rzekł uroczystym tonem do dzieci, które zwróciły 

ku niemu mizerne, lecz teraz rozpromienione radością twarze. - Chciałbym prosić was jeszcze 

o jedno: Nie mówcie na mnie „señor”. Będzie mi przyjemniej, jeśli zwracać się będziecie do 

mnie po imieniu. Dobrze?

- Dobrze, señor - odpowiedziały chórem wyraźnie zaskoczone.

Kiedy dotrzemy do celu? Dobry Boże, czy te dzieciaki zdają sobie sprawę, jaka je 

czeka droga? Doprawdy potrzebne nam będą modlitwy Teresy!

- Niedaleko stąd jest miejsce, gdzie moglibyśmy zatrzymać się i coś zjeść. Przy okazji 

obejrzę   wszystkich   chorych   i   rannych.   Zaniosę   was   tam   po   kolei.   Wytrzymacie   jeszcze 

trochę?

- Chcemy iść w gromadzie, señor... to znaczy Kieron. Gdybyś został na plantacji sam, 

patrząc, jak jedno dziecko po drugim znika, nie proponowałbyś tego.

Kieron pokiwał głową.

background image

- Ale jak chcecie to zrobić? - zapytał, spoglądając na gromadkę wycieńczonych dzieci, 

które leżały i siedziały wokół niego. Ich pomysł wydał mu się kompletnie absurdalny.

- Damy radę - zapewniał go z zapałem Manuel. - Pod warunkiem, że weźmiemy 

Antonia za rękę.

Kieron popatrzył na małego szkraba z namysłem i zapytał:

- Poradzisz sobie, Antonio?

-   Oczywiście   -   odpowiedział   chłopiec   z   pewnością   siebie,   jaką   tylko   może   mieć 

czterolatek.

Zastanowiwszy się chwilę, Kieron przyznał dzieciom rację. Najważniejsze, żeby nie 

musieli się rozdzielać, by nikt nie czuł się porzucony.

I tak się zaczęła ich mozolna i pełna trudów droga ku ocaleniu.

Manuel, podpierając się kulami, niósł w zawiązanej na plecach chuście Rosę. Teresa, 

która   rwała   się   do   pomocy,   wzięła   na   plecy   dwuletniego   Carlitosa,   nadal   leżącego   bez 

przytomności. Pablo, Esmeralda i Antonio zaś znaleźli się pod opieką Kierona. Pabla umieścił 

sobie na plecach, Esmeraldę niósł na jednym ręku, drugą trzymał za rękę Antonia. Z drugiej 

strony trzymała chłopca Teresa. Wszystkie bagaże zostały sprawiedliwie rozdzielone. Niestety 

karawana   poruszała   się   bardzo   wolno.   Najbardziej   hamował   tempo  Antonio.   Małe   nogi 

czterolatka   nie   nadążały   i   szybko   się   męczyły.   Dlatego   też   co   chwila   wszyscy   musieli 

przystawać. Kieron raz po raz stawiał na ziemi Esmeraldę i brał na ręce Antonia. Niestety, 

było wówczas jeszcze gorzej, bo Esmeralda marudziła, że woli być niesiona. Przeziębienie i 

kilkudniowy głód mocno ją osłabiły. Kieron łudził się nadzieją, że niebawem wyjdzie z tego.

Choć droga do miejsca wyznaczonego na postój była krótka, to jednak przejście jej 

zajęło im dużo czasu. W końcu jednak dotarli.

Słońce   świeciło   jasno   na   rozległą   zieloną   równinę,   wśród   której   szemrał   wartki 

strumyk. Dla dzieci, które oglądały ostatnio tylko ponure pionowe skały i groźną rwącą rzekę, 

była to prawdziwa sielanka. Pokrzykując radośnie, zatrzymały się na nagrzanym, porośniętym 

trawą zboczu. Kieron rozpalił ognisko i zagotował krystaliczną wodę ze strumyka. Wrzucił do 

niej suszone mięso, pokrojone w cienkie kawałki. Teresa ofiarowała się, że poszuka ziół. 

Kieron   wiedząc,   że   Indianie   doskonale   potrafią   wyszukiwać   pożywienie   w   przyrodzie,   z 

wdzięcznością przystał na jej propozycję. Dziewczynka w mig się uwinęła, znosząc pełną 

garść   aromatycznych   liści   różnych   gatunków   roślin.   Kieron   nawet   nie   pytając,   jak   się 

nazywają,   pokroił   je  drobno   i  wrzucił   do  wywaru.  W  chwilę   później   nad  obozowiskiem 

rozszedł się smakowity zapach.

- Tereso, cóż ja bym bez ciebie zrobił?

background image

Nie odpowiedziała, ale usadowiła się obok ogniska z założonymi  rękami, a kiedy 

Antonio usiłował podejść blisko kociołka z zupą, ofuknęła go ostro i dała mu po łapach.

Kieron tymczasem przyjrzał się uważnie bezbronnym szkrabom. Manuelowi założył 

świeży opatrunek i surowo upomniał, by nie stąpał na chorej nodze. Antonio, który obudził 

się   z   krótkiej   drzemki,   nie   potrzebował   pomocy   medycznej,   choć   nadal   był   słaby   i 

wycieńczony wskutek głodu i przebytej infekcji. Teresa także była w niezłej formie. I Rosa, 

która nieustannym płaczem upominała się o jedzenie.

Gorzej było z Pablem, który nie mógł zwalczyć choroby, choć Kieron podawał mu 

lekarstwa tak często, jak to uważał za bezpieczne. Ale chłopcu nic nie pomagało. Cokolwiek 

zjadł, natychmiast wymiotował. Do tej pory żadne dziecko nie zdradzało oznak zarażenia się 

od Pabla i Antonia. Kieron gorąco wierzył, że było to tylko niegroźne zatrucie żołądkowe, 

wywołane  przez  zanieczyszczone  wody rzeki,  która  została  przez  Rodriqueza  skierowana 

nowym korytem.

Kieron owinął Esmeraldę w swoje poncho i umieścił blisko ogniska. Kiedy wycierał 

jej nos, uśmiechnęła się do niego blado. Ta mała była tak czarująca, że ze wzruszenia ścisnęło 

go w gardle. Przez chwilę nasłuchiwał z niepokojem, czy nie pokasłuje, ale na szczęście póki 

co kaszel ustąpił.

Potem   Kieron   zatrzymał   się   przy   Carlitosie.   Ściągnąwszy   okrycie   z   dwulatka, 

popatrzył z przerażeniem na wystające żebra pokryte cienką jak papier skórą. Jak nakarmić 

tego malca? zastanawiał się zdesperowany. Nie chciał przyznać przed samym sobą, że już 

właściwie postawił na nim krzyżyk, choć nadal nie chciał się poddać.

Zupa   była   gotowa.   Ubrał   więc   najmłodszego   w   gromadce   chłopca   i   z   ciężkim 

westchnieniem położył  go z boku. Pięcioro starszych zasiadło uroczyście wokół ogniska. 

Ponieważ Kieron miał tylko jedną łyżkę, nakarmił najpierw Teresę, Manuela i Esmeraldę. 

Potem   przyszła   kolej   na   chłopców,   którzy   chorowali   na   biegunkę.   Zupa   dobrze   zrobiła 

dzieciom, jedynie Pablo natychmiast zwymiotował to, co zjadł.

- W porządku - przemawiał do niego łagodnie i cierpliwie Kieron. - Zaczynamy od 

nowa. Za każdym razem coś na pewno zostanie ci w żołądku.

I Pablo jadł, wymiotował i popłakiwał, ale Kieron był nieubłagany. Wierzył, że w 

końcu organizm chłopca przyswoi trochę pożywienia.

Potem wyparzył łyżkę i zwrócił się do Manuela:

- Zostały nam tylko maluchy. Potrzymaj Rosę, a ja ją nakarmię. Tereso, może i ty nam 

trochę pomożesz?

Dzieci pokiwały zgodnie głową. Okazało się, że Rosa z apetytem zaczęła jeść ciepłą, 

background image

pożywną zupę. Otwierała buzię jak pisklę dziobek i rozglądała się wokół ciekawie.

- Bardzo ładnie! Grzeczna dziewczynka! - pochwalił ją Kieron, a potem odciągnął na 

bok Manuela i zapytał: - Pozostał nam jeszcze Carlitos. Tylko jedzenie może przywrócić mu 

siły, ale jak go nakarmić?

- Nie możemy wmusić w niego parę łyżek?

- Nie - potrząsnął głową Kieron. - Nieprzytomny nie przełyka. Zupa mogłaby się 

dostać do tchawicy. Zastanawiam się, czy nie rozpuścić w wodzie witamin i wstrzyknąć mu. 

Ale nie mam odwagi, bo może to równie dobrze spowodować katastrofę. Nie, chyba podam 

mu glukozę.

- A co to właściwie jest glukoza? - przerwał jego rozważania Manuel.

- Cukier gronowy, który natychmiast działa wzmacniająco i pobudzająco do życia, ale 

jako pożywienie jest raczej bezwartościowy.

- Spróbujmy więc jeszcze raz z glukozą - doradził Manuel tonem dorosłego. - Nie 

widzę innej możliwości.

- Ja tez nie.

I Kieron znów musiał wbić igłę w chudą rączkę Carlitosa. W ponurym milczeniu 

niezadowolony z siebie dokonał zabiegu, a potem wlał do butelki trochę wywaru i schował, 

wymieniwszy porozumiewawcze spojrzenie z Manuelem.

- Tym sposobem wszyscy zjedli - stwierdził.

- A ty, señor? To znaczy Kieron? - Manuel ciągle jeszcze nie mógł się przyzwyczaić, 

by mówić temu dorosłemu mężczyźnie po imieniu.

- Zjem to, co zostało.

- Koniecznie. Musisz dużo jeść, Kieron, bo gdybyśmy cię stracili, oznaczałoby to 

koniec dla nas wszystkich.

Kieron dobrze wiedział, że chłopiec ma rację, i opróżnił kociołek. Dzieci zasnęły 

tymczasem bezpieczne i syte w cieple słońca i ognia.

- Ile nam zostało jedzenia? - zapytał ostrożnie Manuel.

Nie patrząc na chłopca, Kieron odrzekł:

- Mięsa mamy jeszcze na jeden dzień, chleba też mniej więcej na tyle.

- A ile dni będziemy iść?

- Nie jestem pewien, Manuelu, ale szacuję, że około tygodnia.

Manuel zamilkł na chwilę, wreszcie rzekł:

- Może upolujemy coś?

- Nie.

background image

- Dlaczego nie?

Kieron, zacisnąwszy usta, westchnął ciężko.

- Każdy człowiek ma jakąś słabość. Rozumiesz? Ja nie przepadam za ludźmi, ale nie 

mógłbym skrzywdzić zwierzęcia.

Manuel rozmyślał przez chwilę nad jego słowami, tymczasem Kieron patrzył na dzieci 

leżące błogo na wspaniałej nasłonecznionej polanie. Nagle wypełniło go osobliwe uczucie, że 

oto dokonał niezwykłego czynu, z którego może być dumny. Przełknął ślinę i potrząsnął 

głową, żeby odegnać wzruszenie.

- Powiedziałeś, że nie lubisz ludzi? - zdziwił się Manuel.

- Nigdy nie lubiłem, z jednym wyjątkiem.

- Kobieta?

- Tak, ale musiałem ją opuścić.

-   Dlaczego?   -   Manuel   spojrzał   na   niego   zdziwiony,   ale   Kieron   poderwał   się 

pośpiesznie i zarządził:

- Musimy ruszać dalej. Obudź wszystkich!

background image

ROZDZIAŁ VI

Kieron odetchnął z zadowoleniem, patrząc na dzieci, które po posiłku wyraźnie się 

ożywiły. Gorąca zupa dokonała prawdziwego cudu.

Może jednak uda mi się je wyrwać ze szponów śmierci, pomyślał z nadzieją. Skoro 

niewielka porcja pożywienia tak bardzo poprawiła ich stan...

- Gdybyśmy codziennie mogli zjeść taki posiłek - rozmarzył  się Manuel i polecił 

Teresie, by po drodze nazbierała na zapas ziół.

W   ślimaczym   tempie   pokonywali   nierówny   teren.   Esmeralda   najszybciej   ze 

wszystkich   chorych   odzyskiwała   formę.   Nadal   była   wprawdzie   trochę   zakatarzona,   ale 

przeziębienie minęło. Teraz częściej zamieniała się z Antoniem, by i on mógł trochę odpocząć 

na ręku u Kierona. Chłopiec obejmował drobnymi brązowymi rączkami swego bohatera za 

szyję i zaglądał mu głęboko w oczy. Kieron jeszcze nigdy w życiu nie był obiektem tak 

szczerego uwielbienia.

Manuel,   podpierając   się   na   kulach,   z   Rosą   na   plecach   posuwał   się   z   wysiłkiem 

naprzód. Z wdzięcznością uśmiechał się do Kierona, który nie spuszczał oka z niesionego 

dziecka i dawał chłopcu znaki, że wszystko jest w porządku.

Teresa wzbudziła w Kieronie szczery podziw. Właściwie wielokrotnie zapominał, że 

dziewięcioletnia dziewczynka ma prawo być zmęczona, tak jak pozostali, dźwigała bowiem 

Carlitosa bez słowa skargi. W przypływie serdeczności O'Donell poklepał ją po policzku, a 

ona, zachęcona jego niemą pochwałą, jeszcze bardziej się starała.

Kieron poważnie niepokoił się o Carlitosa, który nadal nie odzyskał przytomności. 

Wydawało mu się jednak, że mizerna twarzyczka nie jest już tak przeraźliwie blada. Chłopiec 

chyba też nabrał trochę ciałka. Może zastrzyki glukozy jednak pomogły? Nie, nie powinien 

sobie za wiele obiecywać!

Niemały kłopot miał też z Pablem. Od chwili kiedy opuścili obozowisko, chłopiec 

leżał pogrążony w apatii, jakby uszła z niego wszelka wola życia. Kieron poprosił Manuela, 

by zerknął, co z nim.

- Chyba śpi. Tak mi się przynajmniej zdaje - odpowiedział chłopiec.

Kieron zaczął się poważnie lękać o tego niezwykle urodziwego Indianina, którego stan 

ciągle się pogarszał i z którym jak do tej pory nie udało mu się nawiązać kontaktu.

Przeklęty   Rodriquez!   W   imię   własnych   interesów,   własnej   nienasyconej   żądzy 

posiadania,   pozbawił   te   dzieci   wszystkiego:   rodziców,   rodzeństwa,   domu,   poczucia 

bezpieczeństwa! On i jemu podobni. Ciągle mało im pieniędzy na nowe limuzyny, podróże, 

background image

nowe   kochanki!   Śpią   na   swych   fortunach   pozbawieni   wszelkich   skrupułów,   nic   ich   nie 

obchodzą indiańskie dzieci z małej wioski w górach z dala od hałaśliwej stolicy. Któżby 

troszczył się o takie biedactwa?

Po raz pierwszy myśli Kierona popłynęły ku ludziom, którzy zginęli w rwącym nurcie 

rzeki. Co czuli, nim pochłonęła ich wielka woda? Z pewnością dławił ich strach o dzieci, o to, 

co się z nimi stało.

W imię pamięci  o zmarłych Kieron  przyrzekł  sobie  uczynić  wszystko,  co w jego 

mocy, by pomóc tym bezbronnym istotom.

Przybądź   tu,   Rodriquez!   Zobacz,   czego   dokonałeś!   A   potem   pogadamy,   ale   po 

mojemu!

Antonio   jęknął   żałośnie,   bo   ręka   Kierona   na   samo   wspomnienie   o   Rodriquezie 

zacisnęła się w żelaznym uścisku.

Na nocleg zatrzymali się w wydrążonej w skale jaskini. Kieron przed zapadnięciem 

zmroku zarządził postój, nie chcąc zbytnio przemęczać dzieci, które i tak pokonały dość 

daleką trasę.

Kiedy   przygotowywał   dla   nich   posłania,   wszystkie   chciały   leżeć   obok   niego,   ale 

Kieron zadecydował, że przy nim spać będą najmłodsi.

Obudził się w nocy z niemiłym uczuciem, że nie może złapać oddechu, i zorientował 

się, że leży przygnieciony gromadką stłoczonych dzieci. W odruchu przerażenia wygrzebał 

maleńkiego Carlitosa, który ani chybi udusiłby się, gdyby Kieron nie ocknął się w porę. Rosa 

na szczęście wypełzła na bok, ale leżała bez przykrycia całkiem przemarznięta.

Kieron ułożył maluchy i otulił je porządnie, ale nie zdołał przesunąć Antonia, który 

wczepił się rączką w jego koszulę. Pozostawił go więc wtulonego w swe plecy. Miał nadzieję, 

że będzie spać na tyle czujnie, by nie przygnieść chłopca.

Mijały godziny, a on tymczasem nie mógł zmrużyć oka, kłębiące się myśli nie dawały 

mu spokoju. Wstał po cichu i ominąwszy śpiące dzieci, wymknął się ukradkiem z jaskini. Na 

zewnątrz panował przenikliwy chłód. Słońce jeszcze nie wzeszło. W dolinie huczała rwąca 

rzeka.   Wiatr   hulał   nad   wysokogórskim   płaskowyżem,   porośniętym   trawą   i   kępami 

skarłowaciałego bambusa.

Kieron przeciągnął się, nie przestając dumać nad losem siedmiorga dzieci. Ruszył w 

stronę   skały,   ale   nagle   przystanął,   bo   zdawało   mu   się,   że   coś   słyszy.   O,   nie,   pomyślał 

błagalnie. Czy człowiek nie może nawet przez chwilę pobyć sam? Słuch go jednak nie mylił: 

Z tylu dochodziło dreptanie małych stóp.

Czy rzeczywiście pragnąłem samotności? zastanowił się. Może jedynie próbowałem 

background image

uciec od natrętnych myśli?

Jak przypuszczał, przyszedł tu za nim Antonio.

- Pomyślałem, że ci smutno samemu - odezwał się malec, obrzucając go spojrzeniem, 

w którym lęk mieszał się z nadzieją.

Kieron stłumił ciężkie westchnienie i podał chłopcu rękę, którą ten błyskawicznie 

chwycił, wyraźnie ucieszony, że jego bohater się nie gniewa.

Przenikał ich lodowaty wiatr. Bez słowa podeszli do krawędzi skały i popatrzyli w dół 

na dolinę pogrążoną w mroku, nie rozświetloną jeszcze promieniami wschodzącego słońca. 

Ptaki zanosiły się śpiewem.

Za   każdym   razem,   gdy   Kieron   zerkał   na   chłopca,   niezbyt   urodziwa   twarz   malca 

rozpromieniała się, a jego usta rozszerzały się w uśmiechu. Antonio za wszelką cenę pragnął 

wyrazić swe bezgraniczne przywiązanie do dorosłego mężczyzny, który w tej sytuacji czuł się 

bardzo niepewnie. O czym miał rozmawiać z czteroletnim chłopcem?

- Hej! - rzucił mu wreszcie po chwili.

Mały   z   zachwytu   roztopił   się   jak   masło.  Wzruszony,   ledwie   wydobył   z   siebie   w 

odpowiedzi cichy szept.

- Usiądźmy sobie tutaj - zaproponował Kieron i schylając się, usiadł na brzegu skały. 

Chłopiec natychmiast uczynił to samo, zmartwiony nieco, że jego krótkie nóżki nie sięgają 

poza krawędź. Taką miał ochotę pomachać nimi w powietrzu jak Kieron, ale jego bohater nie 

pozwolił mu się przesunąć bliżej.

-   Jeszcze   nigdy  nie   byłem   na   dworze   w  nocy  -   odezwał   się  Antonio   uroczystym 

głosem.

Kieron tylko odchrząknął.

- Nie boję się - zapewnił mały.

- Nie ma czego, jest pięknie. - Kieron zapatrzył się na odległe szczyty.

- Bardzo pięknie - westchnął z zachwytem chłopiec.

Nagle z jaskini doleciał ich żałosny płacz.

- Rosa się obudziła - powiedział Kieron i wstał. - Chodźmy do niej, zanim zbudzi 

innych!

Antonio podniósł się niechętnie, żałując, że miła pogawędka tak szybko się skończyła.

Ale obowiązki ich wzywały.

Przez cały dzień posuwali się wzdłuż doliny. Ogromny kondor sfrunął z wysokich 

andyjskich szczytów tuż nad głowy wędrowców, ale widząc, że ewentualny cel łowów się 

przemieszcza, odleciał zawiedziony dalej w poszukiwaniu pożywienia.

background image

Powolne tempo marszu doprowadzało Kierona do rozpaczy. Najchętniej przeniósłby 

na rękach kilkoro dzieci, a potem wrócił po resztę, ale przecież obiecał im, że nie będą się 

rozdzielać. Zresztą, Bogiem a prawdą, sam uważał rozdzielanie się za ryzykowne. Trudno 

przecież   przewidzieć   wszystkie   niebezpieczeństwa.   Jeśli   któreś   dziecko   się   zgubi?  Albo 

napadnie na nie jakieś dzikie zwierzę, choć w tych okolicach nie napotyka się ich tak wiele? 

Któreś może też nagle zachorować pod jego nieobecność. Nie! Lepiej już prowadzić je w 

zwartej gromadzie w takim tempie, jakie wytrzymują.

Po południu dostrzegli z góry lśniące w oddali wody 

oceanu.

- Tam trochę odpoczniemy - obiecał Kieron.

U gotowali resztki mięsa razem z ziołami nazbieranymi przez Teresę. Tym razem zupa 

wyszła znacznie rzadsza, ale i tak była pożywna. Ten dzień przyniósł im radosne wydarzenia. 

Pabla opuściły wreszcie nudności. Kieron odetchnął z ulgą, gdy chłopiec zdołał utrzymać w 

żołądku zjedzone kęsy chleba.

- Wydaje mi się, że Carlitos wygląda dziś już znacznie lepiej - odezwał się Manuel. - 

Jeszcze jeden zastrzyk glukozy i znów będzie pełen wigoru.

Traper jednak z rozpaczą popatrzył Manuelowi w oczy i wyszeptał:

- Glukoza się skończyła...

W tym samym czasie, gdy Kieron ratował indiańskie dzieci od niechybnej śmierci, 

Susan została wezwana do biura koncernu.

Szła uliczkami bardziej pochłonięta zmianami, jakie dokonały się w ostatnim czasie z 

jej ciałem, niż tym, co działo się wokół. Coś ty zmajstrował, Kieron? pomyślała rozbawiona, 

wcale nie martwiąc się o swą przyszłość. Szczęście malujące się na jej twarzy każdy mógł bez 

trudu odczytać. Przechodnie uśmiechali się do młodej dziewczyny, która lekkim, tanecznym 

krokiem stąpała po asfalcie.

Nieprzyjemne   zadanie   powiadomienia   dziewczyny   o   tym,   co   się   stało,   przypadło 

dyrektorowi przedsięwzięcia.

- Nie rozumiem - wyjąkała Susan. - Przecież Kieron wyjechał zaledwie siedemnaście 

dni temu. Na pewno się jeszcze odnajdzie!

W   gabinecie   pojawił   się   niski   otyły   mężczyzna   z   przetłuszczonymi   włosami   i 

świdrującymi oczami.

- Czy O'Donell wspomniał pani, dokąd się udaje? - zapytał z chytrym błyskiem w oku.

Susan przyjrzała się mu uważnie. Czy to był ów Rodriquez? Coś w zachowaniu tego 

człowieka powiedziało jej, że powinna zachować ostrożność.

-   Nie   -   odpowiedziała   spokojnie.   -   Wspomniał   jedynie,   że   musi   na   pewien   czas 

background image

wyjechać. Zdaje się, że miał przywieźć jakieś dzieci.

- Jakie dzieci i skąd je miał przywieźć?

- Tego mi nie powiedział.

Rodriquez zdawał się być zadowolony z odpowiedzi dziewczyny.

- Powinien już dawno wrócić do stolicy, panno Lind - przemówił znów dyrektor.

- Ale może przybędzie z opóźnieniem. Może nie udało mu się zabrać naraz wszystkich 

dzieci? - Susan za wszelką cenę usiłowała zachować optymizm.

Dyrektor tylko wzruszył ramionami.

- Wyznaczył termin dziesięciu dni. Powiedział, że jeśli w tym czasie nie wróci, mamy 

się skontaktować z panią i przekazać pani jego honorarium. Minęło już siedemnaście dni... 

Odwlekaliśmy ten moment, ale...

Susan wpatrywała się w niego rozszerzonymi z lęku oczyma, krew odpłynęła jej z 

twarzy. Dyrektor tymczasem ciągnął obojętnym tonem:

- Należy mu się od nas pięć tysięcy dolarów. Proszę bardzo, żeby pani była tak miła i 

złożyła tu swój podpis. - Susan nawet nie drgnęła, on tymczasem kontynuował: - Proszę 

przyjąć od nas najszczersze wyrazy współczucia, panno Lind. W osobie Kierona O'Donella 

straciliśmy niezastąpionego pracownika, nie możemy się jeszcze otrząsnąć z tego dramatu.

-   Kieron   żyje!   -   wyszeptała   Susan.   -   Taki   mężczyzna   jak   on   nie   mógł   zginąć! 

Samotnie, z dala od ludzi... Znikąd pomocy. Muszę tam pojechać!

- Panno Lind! - przerwał jej surowy głos. - Nikt nie wie dokładnie, w którą stronę 

Kieron   się   udał,   to   obszar   kilku   tysięcy   kilometrów   kwadratowych,   porośnięty   dżunglą. 

Zrobimy oczywiście wszystko, co w naszej mocy, ale... Panno Lind! Panno Lind!

Ktoś   pochlapał   jej   twarz   wodą,   która   spłynęła   strużkami   na   szyję.   Po   chwili 

dziewczyna ocknęła się i chwiejnym krokiem opuściła gmach firmy.

- Jak myślisz, czy coś wie? - zagadnął Juan Rodriquez.

- Chyba nie - stwierdził dyrektor, potrząsając głową.

- Mnie się też wydaje, że O'Donell nic jej nie powiedział o wiosce indiańskiej. Na 

marginesie,   dziwię   się,   że   ma   tak   kiepski   gust.   Przeciętna,   niczym   nie   wyróżniająca   się 

dziewczyna, na dodatek niezbyt elegancka. Moim zdaniem, jeśli już mężczyzna bierze sobie 

kochankę, to powinien wybrać kobietę z klasą. Zapewne traktował tę znajomość przelotnie i 

dlatego   nie   widział   powodu,   by   wtajemniczać   dziewczynę   w   szczegóły   wyprawy.   - 

Odgryzając   koniec   cygara,   Rodriquez   ciągnął:   -   Nie   rozumiem   tylko,   po   co   w   ogóle 

powiedział jej o dzieciach. Cholerny głupiec!

- Ale przecież nie zdradził, o jakie dzieciaki chodzi! Można by równie dobrze sądzić, 

background image

że miał przywieźć z wakacji dzieci jakichś bogatych snobów czy coś w tym rodzaju.

- Hmm - mruknął Rodriquez ze sceptycyzmem. - Na wszelki wypadek przez kilka dni 

nie   powinniśmy   spuszczać   tej   małej   z   oka.   O   ile   mi   wiadomo,   pracuje   w   szwedzkiej 

organizacji pomocy humanitarnej, a przed takimi cholernymi idealistami człowiek powinien 

mieć się na baczności. W każdym razie należy się upewnić, czy nie będzie szukała kontaktu z 

organizacją   broniącą   praw   Indian,   policją   czy   innymi   władzami.   Nie   podoba   mi   się   to 

wszystko! Jeśli ta dziewczyna stanie, się zbyt uciążliwa, trzeba będzie się jej pozbyć.

- Czy nikt nie nagłośnił sprawy wioski?

- Nie! Wygląda na to, że Indianin, który się stamtąd wydostał, nie zdołał wyjawić 

przed śmiercią żadnych szczegółów. Mieliśmy dużo szczęścia!

-  A  co   będzie,   jeśli   w   przyszłości   ktoś   odkryje   zniknięcie   wioski?   Co   wówczas 

powiemy?

-   Że   Indianie,   odpowiednio   wcześniej,   zanim   skierowaliśmy  nurt   rzeki   do   doliny, 

gdzieś się przenieśli. Gdzie? Nie wiemy! Sądzę jednak, że możemy być spokojni. Nic się nie 

wyda, o ile dziewczyna nie zacznie mącić...

Kieron czuł przeraźliwy ból w ramionach. Antonio uwiesił się mu na szyi, Esmeralda 

uczepiła   ręki.   Chłopiec,   którego   niósł   na   plecach,   także   zaczynał   mu   ciążyć.   Tuż   obok 

posuwali się naprzód Manuel i Teresa, dźwigający z mozołem najmłodsze dzieci.

Już trzeci dzień wędrowali przez góry. Skończyło się jedzenie. Poprzednią noc spędzili 

pod   gołym   niebem.   Dla   Kierona   była   to   okropna   noc!   Nie   zmrużył   oka.   Czuwał   przy 

Carlitosie, nie mogąc w żaden sposób pomóc chłopcu. Wiele razy nachodziła go pokusa, by 

wstrzyknąć mu dożylnie witaminy rozpuszczone w wodzie, ale brakło mu odwagi. Zbyt mało 

się znał na tych sprawach. Tulił więc drobne ciałko, by malec nie zmarzł w nocnym chłodzie, 

i desperacko walczył, by przywrócić mu przytomność. Nadaremnie.

Szli i szli. Dzieci, ufając Kieronowi i wierząc, że prowadzi je właściwą drogą, dreptały 

bez słowa naprzód. Kiedy dotarli do oceanu, Manuel wykrzyknął:

- Może nałowimy ryb?

- Czym? - zapytał sceptycznie Kieron, ale mali Indianie zawołali z zapałem:

- Poradzimy sobie! Posiedź teraz i odpocznij, póki nie wrócimy z rybami!

Kieron chętnie przystał na tę propozycję.

- Tylko nie wpadnijcie do wody - ostrzegał. - Bo nie mamy czasu suszyć ubrań.

Antonio poderwał się i jak strzała pomknął na brzeg za Manuelem, który zostawił 

Kieronowi pod opieką Rosę. Pablo nagle także poczuł się lepiej.

- Pozwól mi pójść z nimi - poprosił.

background image

Niechętnie   zdjął   chłopca   z   pleców.   Co   prawda   dzisiejszego   dnia   malec   już   nie 

gorączkował, a pomysł łowienia ryb i wykazania się swymi umiejętnościami dodatkowo go 

zmobilizował. Chwiejnym krokiem zszedł na plażę.

- Ja też umiem łowić - odezwała się Teresa, ruszając za innymi.

Kieron, który usiadł, by odpocząć, przytrzymał dziewczynkę:

-   Nie,   Tereso,   zdejmij   z   pleców   Carlitosa   i   posiedź   tu   ze   mną.   Razem   na   nich 

poczekamy. Musisz trochę odpocząć, bo inaczej się, dziecino, zamęczysz.

Teresa zrazu nie bardzo wiedziała, co robić, w końcu jednak zrezygnowała z łowienia 

ryb   i   usiadła   obok  Kierona   na   suchej   ziemi,   gdy  tymczasem   Esmeralda,   w  znacznie   już 

lepszej formie, dołączyła do chłopców.

- Doszli do siebie - powiedział Kieron z nieukrywaną dumą w głosie.

- Tak, wszyscy z wyjątkiem tych dwóch biedaków - odparła Teresa.

Kieron popatrzył na maluchy i westchnął:

- Myślę, że Rosa jakoś się z tego wygrzebie, chociaż nie mam pojęcia, dlaczego ciągle 

tak płacze, ale Carlitos...

Wziął   maleńką   Rosę   na   ręce.   Dziewczynka   popatrzyła   na   niego   zdziwiona,   bo 

zdarzyło się to po raz pierwszy. Do tej pory cała odpowiedzialność za nią spoczywała na 

Manuelu.

- Rosita - zagadnął poważnie, postanawiając sprawdzić w końcu, z jakiego powodu to 

dziecko ciągle płacze. - Czy coś cię boli?

Mała długo wpatrywała się w niego swymi czarnymi świdrującymi oczkami.

- Czy może boli cię tutaj? - zapytał naciskając jej brzuszek.

Bez reakcji. Zbadał więc dokładnie całe drobne ciałko, ale dziewczynka w dalszym 

ciągu nie reagowała. Zaprotestowała dopiero wówczas, kiedy Kieron zamierzał odłożyć ją na 

bok. W jednej chwili Kieron pojął, że to dziecko spragnione jest kontaktu z innymi ludźmi. 

Biedna mała, pozostawiona samej sobie, tęskniła za tym, by posiedzieć na kolanach u kogoś 

dorosłego.

Roczne dziecko potrzebuje ciepła i miłości obojga rodziców. Kieron O'Donell uważał 

się za ostatnią osobę, zdolną ofiarować uczucia niemowlęciu, i przerażony szybko oddał Rosę 

Teresie. Ale mała płakała, póki nie wziął jej z powrotem na kolana i nie przytulił mocniej. 

Dopiero wówczas się uspokoiła i zaczęła nawet wesoło gaworzyć.

Niedługo potem rozległy się radosne głosy dzieciaków powracających znad wody.

Pierwsza   pojawiła   się   Esmeralda,   triumfalnie   machając   ręką,   w   której   trzymała 

połyskujące w słońcu ryby.

background image

- Kieron, oni coś złowili! - wykrzyknęła Teresa.

Były to trzy naprawdę duże okazy ryby najprzedniejszego gatunku. Za Esmeraldą 

biegł Antonio, daremnie usiłując dotrzymać jej kroku. Pablo i Manuel pojawili się na końcu, 

zmęczeni podchodzeniem pod strome wzniesienie.

- Wspaniale! - ucieszył się Kieron. - Jak się wam to udało? Zaraz rozpalę ogień.

Ale Manuel, mile zaskoczony tym, że widzi Rosę na kolanach u Kierona, przerwał 

mu:

- Nie, nie wstawaj! Poradzimy sobie!

Kieron po chwili namysłu podał chłopcu niezwykle cenne pudełko z zapałkami.

- Ale nie zmarnuj więcej niż jedną - upomniał.

Udało się, jedna zapałka wystarczyła, by stos drew zapłonął jasnym blaskiem. Manuel 

z pomocą Esmeraldy umieścili nad nim kociołek z wodą. Kieron uznał bowiem, że najlepiej 

będzie ugotować ryby, bo ciągle jeszcze kilkoro dzieci odczuwało dolegliwości żołądkowe. 

Pablo leżał na trawie i zasapany dyszał niczym miech kowalski.

- Tak się zmęczyłem - szepnął. - Ale czy widziałeś, Kieron, że szedłem zupełnie sam, 

bez podpierania?

-   Widziałem   -   skinął   głową   O'Donell,   ujmując   drobną   rączkę   chłopca.   -   I   nawet 

pojęcia nie masz, jak mnie to uradowało. Czy brzuch cię już też przestał boleć?

- Już mi jest dużo lepiej - odpowiedział z wdzięcznością Pablo, kierując na O'Donella 

swoje piękne oczy. - Jak myślisz, wyjdę z tego?

Czy   to   znaczy,   że   Pablo   bał   się,   iż   umrze?  To   musiało   być   straszne   dla   małego 

cierpiącego chłopca.

Kieron,   któremu   się   cały   czas   zdawało,   że   jako   jedyny   obawia   się   przyszłości, 

zapewnił zmienionym głosem:

- Jesteś poza wszelkim niebezpieczeństwem, Pablo.

Promienny uśmiech rozjaśnił śliczną twarz chłopca. Gdyby jakiś artysta zobaczył to 

urodziwe rodzeństwo! pomyślał Kieron. Ale nie producent filmowy, bo taki zniszczyłby w 

tych dzieciach całą naturalność.

Co   ja   robię?   Czy   powinienem   zabierać   te   szkraby   do   stolicy?   Jak   one,   Indianie 

wychowani w górach, poradzą sobie w wielkim mieście? Przecież te dzieci są częścią natury, 

ich miejsce jest tutaj!

Niestety, tu nikt nie udzieli im pomocy lekarskiej, a tej potrzebują, i to jak najprędzej!

Rzucił   niespokojne   spojrzenie   na   Carlitosa,   który   nie   dawał   znaku   życia,   chociaż 

Kieron ze wszystkich sił wmawiał sobie, że chłopiec po kilku zastrzykach glukozy trochę 

background image

przybrał na wadze. Ale przecież to nonsens! Uporczywe zabiegi co najwyżej przedłużą o 

kilka dni życie tej niewinnej istoty.

Kiedy spożyli ryby, w obozowisku zapanowała cisza.

Wszyscy leżeli w trawie i odpoczywali.

- Jak twoja noga, Manuelu? - zapytał Kieron.

-   Odkąd   mam   kule,   nie   stąpam   na   niej   i   wydaje   mi   się,   że   jest   znacznie   lepiej. 

Opuchlizna już mi prawie całkiem zeszła.

- To dobrze. Pablo też niebawem będzie mógł iść sam, a wtedy przejmę od ciebie i 

Teresy maluchy. - Kieron uśmiechnął się ciepło.

- Dam sobie radę - próbował protestować Manuel, ale Kieron usłyszał pobrzmiewającą 

w jego głosie nutę radości.

Nagle Antonio przysunął się do Kierona i wtuliwszy się w jego ramię, popatrzył na 

niego z największym uwielbieniem. Oczy mu omal nie wyszły z orbit.

- Tato - odezwał się uszczęśliwiony.

Kieron poderwał się z miejsca.

- Do diabła - krzyknął. - Zmykaj stąd!

Esmeralda   wybuchnęła   śmiechem,   a   mały   Antonio   uderzył   w   płacz.   Teresa 

rozgniewała się na Esmeraldę i rzuciła na nią z pięściami. W jednej chwili rozgorzała między 

nimi  bójka. Manuel, zapomniawszy o chorej nodze, zerwał się, żeby rozdzielić walczące 

dziewczęta.

- Uważajcie na Carlitosa! - krzyczał Pablo przestraszony. Kieron na próżno usiłował 

zapanować   nad   tym   chaosem,   zaszokowany   wulgaryzmami   ciskanymi   przez   indiańskie 

dziewczynki. Mała Rosa siedziała na trawie i darła się, jakby ją ktoś obdzierał ze skóry.

I w samym środku tego zamieszania Carlitos otworzył oczy.

- Uciszcie się, Carlitos odzyskał przytomność!

Jak   za   dotknięciem   czarodziejskiej   różdżki   nagle   wszyscy   umilkli   i   spojrzeli   na 

chłopczyka. Tylko tłumiony szloch wydobył się z czyjegoś gardła. Po chwili jednak Rosa, 

siedząca na trawie, rozpłakała się na nowo, ale nikt na nią nie zwracał uwagi, bo wszyscy 

wpatrywali   się   w   Carlitosa.   Kieron   przyklęknął   pośpiesznie   przy   chłopcu,   zaraz   też 

przykuśtykał Manuel.

- Carlitos - przemówił do niego. - Poznajesz mnie?

Śliczne   ciemne   oczy  chłopca   przesuwały  się   kolejno   po   wszystkich,   nie   okazując 

cienia zainteresowania, ale kiedy zatrzymały się na zapłakanej, zasmarkanej twarzy Antonia, 

bledziutką buzię rozjaśnił słaby uśmiech.

background image

- Toni - przemówił Carlitos zachrypniętym głosem. - Pobawimy się?

Do oczu Kierona napłynęły łzy.

-  Nie   teraz,   Carlitos   -   odpowiedział   przyjaźnie  Antonio.   -  Spójrz,   to   Kieron!   Jest 

bardzo miły! - Ale nagle chłopiec przypomniał sobie, jak jego uwielbiany bohater zareagował, 

gdy powiedział do niego „tato”, i na nowo uderzył w płacz, a Rosa przyłączyła się do niego. 

Teraz jednak Kieron nie miał dla nich czasu, najważniejszy był Carlitos. Chodziło wszak o 

jego życie!

- Manuelu - zarządził. - Szybko podgrzej zupę na mięsie, którą schowaliśmy. A może 

lepszy byłby wywar z ryby? - zawahał się. - Tereso, jak sądzisz?

Dziewczynka poczuła się bardzo dumna, że Kieron pyta ją o radę.

- Nie jestem pewna - odrzekła - ale w zupie jest dużo ziół...

- W takim razie damy mu zupę. Mam przecież drugi garnek, w którym możemy ją 

podgrzać. Nie musimy wylewać wywaru z ryb. Jeszcze nam się przyda.

Kiedy dwoje najstarszych dzieci grzało zupę, Kieron robił, co mógł, by Carlitos nie 

zasnął.

- Chodź mi pomóc, Antonio! - zawołał. - I przestań wreszcie szlochać, bo wystraszysz 

biednego Carlitosa.

Kieron zdawał sobie sprawę, że niepotrzebnie odzywa się tak ostro, ale nie mógł 

pozbyć się lęku, że maluch na nowo straci przytomność.

Antonio pociągnął nosem, choć usiłował stłumić szloch, łkanie wciąż wstrząsało jego 

ciałem. Przemawiał jednak ciepło do swego najlepszego przyjaciela. Carlitos odpowiadał mu 

uśmiechem, ale nie mówił ani słowa. Kieron, czekając na Manuela i Teresę, czuł, że ma 

nerwy  napięte   do   ostatnich   granic.  Wreszcie   przybiegli   z   kubkiem   i   łyżką.  Wszyscy   się 

ożywili, pragnąc jakoś pomóc. Kieron podał chłopcu pierwszą łyżkę podgrzanej zupy, bardzo 

rzadkiej, bez warzyw i mięsa... I oto stał się cud: Carlitos przełknął.

Kieron nie posiadał się z radości.

Nawet w najśmielszych marzeniach nie przypuszczał, że malec przyjmie jedzenie. 

Karmił chłopca powoli, uważając, by nie dać mu za dużo na raz.

A  potem  położył   Carlitosa,   dokładnie  otulając   go  kocem.   Chłopczyk  wydawał   się 

bardzo   zadowolony   i   nim   usnął,   uśmiechnął   się   do   Kierona,   który   wiedział,   że   dziecko 

potrzebuje teraz snu i że nie grozi mu ponowna utrata przytomności.

Ale   usiadł,   by   czuwać   przy   nim.   Ciągle   nie   mógł   uwierzyć,   że   to   prawda.   Nie 

zauważył nawet Manuela, dopóki ten nie odezwał się do niego.

- Kieron, powinieneś wybaczyć małemu Antoniowi. On... rozumiesz, nasz ojciec...

background image

- Co takiego? - nastawił uszu Kieron.

- Nie powinno się mówić źle o zmarłych, ale prawdą jest, że nasz ojciec pił. Spłodził 

wiele dzieci, ale wcale się nami nie zajmował. Antonio natomiast tak bardzo go potrzebował. 

Kiedy ojciec był pijany, wykrzykiwał bez przerwy, że Antonio jest szkaradny. Antonio bardzo 

sobie to wziął do serca, stał się nieśmiały i zamknięty w sobie.

Kieron, usiłując zrozumieć sens słów Manuela, powiódł spojrzeniem ku gromadce 

dzieci i dostrzegł samotną drobną postać, odwróconą plecami do pozostałych. Wydawało mu 

się, że nadal wstrząsa nią płacz.

- Czy to znaczy, że wasz ojciec nie kochał Antonia?

Manuel pokiwał głową.

- Ojciec ciągle się na niego denerwował. Kiedy Antonio był mały, chodził za tatą jak 

cień, co ojca doprowadzało do pasji. Dopiero niedawno przestał, a teraz pojawiłeś się ty, 

dwakroć potężniejszy, silniejszy i milszy niż ojciec.

Kieron zagryzł wargi aż do krwi.

- Dziękuję, że mi o tym opowiedziałeś, Manuelu. Ale on nie może nazywać mnie... 

nazywać mnie...

- Poproszę go o to - powiedział pośpiesznie Manuel.

- Nie dlatego, że go nie lubię. Przeciwnie.

- Wiem - przerwał mu Manuel i uśmiechnął się szeroko.

Ponieważ słońce powoli chyliło się ku zachodowi, rozbili obóz. Mimo że nie przeszli 

całej   zaplanowanej   na   ten   dzień   trasy,   rozpierała   ich   radość   -   poprawił   się   stan   zdrowia 

Carlitosa.

Kiedy   Kieron   ułożył   się   do   snu   na   trawie   pod   osłoną   wielkiego   głazu,   otoczony 

gromadką uśpionych dzieci, okrytych kocami i ponchem, znów powróciły myśli o Susan. 

Ujrzał przed oczami jej twarz. Przypomniało mu się, jak kochał się z nią po raz pierwszy. Siłą 

narzucił   jej   swą   wolę   -   tak,   to   prawda   -   choć   trudno   to   przyznać   przed   samym   sobą. 

Dziewczyna nie chciała tego, ale uległa, żeby udowodnić, jak bardzo jej na nim zależy.

Jednak z  jego strony  nie  było  to  chłodne  wyrachowanie.  Jeszcze  nigdy  dotąd  nie 

odpowiedział tak szczerze na czyjeś uczucia. Dobroć dziewczyny, jej uczciwość wydawały 

mu   się   kołem   ratunkowym,   którego   podświadomie   uczepił   się   jak   tonący.  Wielkie   oczy, 

wpatrujące   się   weń   z   lękiem,   wyrażały   ufność.   Chłodne   zrazu   usta   Susan   szybko 

odpowiedziały   gorącymi   pocałunkami.   Wreszcie   blask   w   jej   oczach   powiedział   mu,   że 

uczynił ją szczęśliwą.

A kiedy następnego dnia zamierzał od niej odejść, okazało się, że to wcale nie jest 

background image

takie proste.

Coś go ciągnęło z powrotem ku Susan. Nienawidził siebie za to, ale nie był w stanie 

bez niej wytrzymać. Uwielbiał jej towarzystwo, zachował w pamięci każdą wspólną chwilę. 

Gdy byli razem, nawet zwykłe, błahe sprawy nabierały szczególnego znaczenia. Przypomniał 

sobie, jak kiedyś drobna Indianka dała im pomarańcze i Susan schowała je do torby. A potem 

chciała mu zrobić zdjęcie i wyjmując aparat, niechcący nacisnęła na guzik.

- Jeśli zobaczysz zdjęcie pomarańczy, to się nie zdziw! - żartowała.

Nawet   takie   na   pozór   pozbawione   znaczenia   epizody   coraz   mocniej   ich   ze   sobą 

wiązały.

Zastanawiał się coraz częściej nad tym, że może istnieje inny sposób na życie oprócz 

ciągłego poszukiwania przygód.

Któreś z dzieci zapłakało przez sen.

Pięć tysięcy dolarów... Czuł się taki hojny i dobry. Niewielu mężczyzn zostawiało 

porzuconym kobietom taką fortunę. Tak myślał wtedy. Susan...

Ale wolność dla mężczyzny jego pokroju jest sprawą życia i śmierci!

Poczuł, jak ściska mu się serce. Przemknął się pomiędzy uśpionymi dziećmi i uklęknął 

obok Antonia.

Ostrożnie pogłaskał mokrą od łez twarz chłopca, który drgnął i otworzył przerażone 

oczy.

- Nie będę już więcej płakał - zapewnił pośpiesznie.

- To dobrze, Antonio. Bardzo mi przykro, że tak na ciebie nakrzyczałem. Nie chciałem 

tego, czy możesz mi wybaczyć?

Antonio błyskawicznie zerwał się na nogi i rzucił się swemu bohaterowi na szyję. 

Uścisnął go z całych sił i przytulił się do jego policzka. Kieron także go uścisnął.

- Dlaczego nikt mnie nie lubi, Kieron? - pociągnął nosem Antonio. - Wszyscy mówią, 

że jestem szkaradny, co to znaczy?

- Cii - szepnął Kieron. - Obudzisz innych. Wcale nie uważam, że jesteś szkaradny. 

Masz najpiękniejszy i najmilszy w świecie uśmiech. Poza tym dobro, które nosisz w sobie, 

jest ważniejsze od urody. Carlitos ma szczęście, że los mu zesłał takiego przyjaciela.

- Powiedz coś jeszcze, Kieron! - Chłopiec wprost nie posiadał się z radości.

- Dobrze. Czy mógłbym zostać twoim najlepszym dorosłym przyjacielem? Takim, 

który zawsze będzie w pobliżu, kiedy będziesz go potrzebował? Wiesz już, że bardzo ciebie 

lubię, nawet jeśli czasem się trochę złoszczę.

Chłopczyk uścisnął go z całych sił.

background image

- Tata mnie nie kochał - wyszeptał nieszczęśliwy.

Kieron milczał przez chwilę.

- Myślisz, że nie wiem, co się wtedy czuje? - rzekł po chwili. - Myślisz, że nie wiem, 

jak to jest, gdy wszyscy odwracają się do ciebie plecami?

Klęcząc, przytulił chłopca mocno do siebie. A gdy zobaczył, że główka znużonego 

snem malca zaczęła opadać, położył go na posłaniu i wrócił na swoje miejsce. Do rana już nie 

zmrużył oka. Zamyślony, wpatrywał się w ciemny nieboskłon.

background image

ROZDZIAŁ VII

Następnego   ranka   dzieci   znów   poszły  łowić   ryby.  Wróciły  zadowolone,   bo   i   tym 

razem im się powiodło. Kieron oczyścił ryby i przyrządził je tak, by przez kilka dni nadawały 

się do spożycia. Był to prawdziwy dar niebios, bo wszelkie inne zapasy żywności już się 

skończyły.

Carlitos od poprzedniego dnia jadł niemal co dwie godziny. Teraz też nakarmili go 

wywarem   z   ryby,   żeby   jego   organizmowi   dostarczyć   jak   najbardziej   różnorodnego 

pożywienia.  Wypił   również   mleko   przygotowane   z  proszku   i   wody.   Niestety  była   to   już 

resztka, więc Kieron wydzielał proszek z aptekarską dokładnością.

- Dlaczego właściwie Carlitos jest taki słabowity? - zagadnął Manuela.

- Nie wiadomo - odpowiedział chłopiec. - Słyszałem kiedyś, że jego matka miała 

bardzo   ciężki   i   skomplikowany  poród,   podczas   którego   omal   nie   umarła.   Była   samotna. 

Właściwie Carlitos w ogóle ją nie obchodził.

Kieron poczuł ukłucie w sercu i pośpiesznie zmienił temat.

A potem znów przygotowali się do drogi. Największą ulgę odczuli Manuel i Teresa, 

bowiem Kieron wziął na plecy Carlitosa, a Rosę na rękę. Pablo był już niemal całkiem zdrów 

i   mógł   iść   sam,   podobnie   Esmeralda,   którą   zresztą   poprzedniego   dnia   widzieli   wszyscy 

biegnącą triumfalnie z rybami. Trochę niechętnie wędrowała więc na własnych nogach razem 

z pozostałymi. Mały Antonio za nic w świecie nie chciał zrezygnować ze swego przywileju i 

mocno   ściskał   dłoń   Kierona,   który   nie   miał   serca   odsunąć   chłopca,   choć   byłoby   mu 

wygodniej trzymać Rosę w obu rękach.

Teren zaczął się gwałtownie wznosić. Do wysokich szczytów, które rysowały się na 

horyzoncie,   było   coraz   bliżej.   Manuel   miał   rację,   od   wybrzeża   ciągnęła   się   wyraźnie 

wytyczona   droga   prowadząca   na   drugą   stronę   masywu.   Czekała   ich   więc   najpierw 

wspinaczka pod górę, a potem strome zejście w dół. O ile zdołamy dotrzeć do położonej tak 

wysoko przełęczy, pomyślał Kieron z troską.

Przepełniał go niepokój, bo powietrze stawało się coraz ostrzejsze. Nie dawał jednak 

tego po sobie poznać, żeby nie siać niepotrzebnie paniki wśród dzieci, które ciekawe i pełne 

nadziei rozmawiały o nieznanym świecie, jaki znajduje się za górami. Jedynie Manuel szedł 

zamyślony.

Gdy zapadł wieczór, rozbili obóz. Było bardzo zimno. Zmęczeni wędrowcy otulili się 

kocami, ale i tak marzli, nie mogąc się rozgrzać.

Carlitos czuł się znacznie lepiej, wyraźnie przybrał na wadze, a Kierona rozpierała 

background image

duma, że stan zdrowia tego malca tak się poprawił.

Następnego ranka stanęli przed wielkim dylematem. Dotarli już dość wysoko, ale do 

przełęczy pozostał im jeszcze spory dystans, tymczasem szczyty gór zasnuły się ciężkimi 

chmurami.

-   Śnieżyca   -   mruknął   Kieron.   -   Wiedziałem,   że   tu   często   można   się   natknąć   na 

niepogodę, ale miałem nadzieję, że nam się uda.

- Byłeś już tu kiedyś? - Manuel popatrzył na niego zdziwiony.

- Tu nie, ale wędrowałem często po drugiej stronie tego szczytu. Poza tym znam 

dobrze wzniesienia, które pozostały daleko za nami, te, które osłaniały waszą dolinę.

Naszły go niemiłe wspomnienia. Przypomniał sobie, jak stał razem z Rodriquezem i z 

jakimś   obcokrajowcem,   który   chłodno   i   beznamiętnie   wytyczał   nowe   koryto   rzeki. 

Wysłuchiwał ich słów obojętnie, rozmowa o wiosce indiańskiej w ogóle go nie obchodziła. 

Chociaż... tak, zapytał chyba, kto przekaże Indianom wiadomość o planach zalania doliny, ale 

zadowolił się wykrętną odpowiedzią.

Kieron zdawał sobie sprawę, że i on ponosi odpowiedzialność za to, co się stało, mimo 

że wtedy był przecież tylko kierowcą i nie miał prawa wtrącać się do rozmów potężnych 

przemysłowców. Nie, to nie jest żadna wymówka!

Zacisnął zęby. Uczyni wszystko, by ocalić te dzieci, nawet gdyby przyszło mu zginąć!

Nie! zatrwożył się. Nie wolno mi teraz stracić życia, nie teraz...

- Co zrobimy, Kieron? - wyrwał go z zamyślenia rozsądny dziesięciolatek.

Kieron otrząsnął się i przyznał:

-   Nie   wiem,   Manuelu.   Powinniśmy   przejść   na   drugą   stronę,   nim   zapadnie   noc. 

Musimy przyspieszyć, bo to jeszcze szmat drogi. Jeśli w ciemnościach złapie nas zawieja 

śnieżna, to już po nas.

- A może zatrzymamy się tutaj na noc i ruszymy dalej o świcie?

- Nie mamy dość jedzenia, chłopcze. Kończą się ryby. Dzieci, choć czują się już 

znacznie lepiej, nie są jeszcze zupełnie zdrowe.

- Tak, Rosa pokasłuje i ma katar.

- Słyszałem, pewnie zaraziła się od Esmeraldy. A Carlitos... Och, Manuelu, tak bardzo 

się o niego martwię. Powinien jak najszybciej zostać zbadany przez lekarza. To samo zresztą 

dotyczy was wszystkich... Pablo jest chudy jak szkielet, a Antonio wcale nie wygląda lepiej. 

To zatrucie pokarmowe strasznie wycieńczyło ich organizmy. Teresa się przemęcza. Ciągle 

zapominam,   że   ma   prawo   być   tak   samo   zmęczona   jak   pozostali,   a   biedna   Esmeralda 

przywiędła jak kwiat po dzisiejszej pieszej wędrówce. Jest jeszcze bardzo osłabiona. Górski 

background image

chłód może jej bardzo zaszkodzić, nie wyszła przecież jeszcze całkiem z przeziębienia. A 

twoja   noga,   Manuelu!   Doprawdy   żałosna   z   was   gromadka   -   uśmiechnął   się   Kieron   z 

przymusem.

-   Byliśmy   w   znacznie   gorszym   stanie,   kiedy   nas   odnalazłeś   -   przypomniał   mu 

chłopiec. - Bez żadnej nadziei na ratunek.

Jego słowa podziałały niczym balsam na znękaną duszę Kierona.

- Może masz rację - powiedział. - Ale ta przełęcz...

- Jak myślisz, mamy szansę dotrzeć dziś do niej?

Kieron zmrużywszy oczy popatrzył na słońce.

- Tak, pod warunkiem, że będziemy się posuwać bardzo szybko. Musimy przejść na 

drugą stronę, bo w przeciwnym razie jutro przez cały dzień nie będziemy mieli co włożyć do 

ust. Tutaj nie ma szans na zdobycie jakiegokolwiek pożywienia. Nie mogę podjąć takiego 

ryzyka.

- A co ze śnieżycą?

- Właśnie, przecież nie mogę narazić was na takie niebezpieczeństwo. Jeszcze nigdy 

nie   czułem   się   tak   rozdarty.   Zresztą   zawsze   wędrowałem   sam   i   nie   ciążyła   na   mnie 

odpowiedzialność za innych.

- A jeśli jutro także będzie zawieja i pojutrze? Skąd możemy wiedzieć?

Słowa Manuela pomogły Kieronowi podjąć decyzję.

- Masz rację - westchnął. - Musimy spróbować!

Zawołał dzieci i wyjaśnił im, że przed nimi daleka i niebezpieczna droga, że muszą za 

wszelką cenę jeszcze dziś dotrzeć do przełęczy.

Dzieci   przyjęły   ze   spokojem   jego   słowa.   Po   trudach   i   niebezpieczeństwach,   jakie 

przeżyły w ostatnim czasie, przedstawiona im perspektywa nie była w stanie ich przerazić.

Kieron po raz ostatni obejrzał się za siebie, uświadamiając sobie, jak zatrważająco 

krótki odcinek przebyli. Byli już w drodze od pięciu dni, tymczasem nadal mogli dostrzec 

fragment doliny, w której niegdyś leżała wioska indiańska. Nie przeszli jeszcze nawet połowy 

drogi. Kieron nie przewidywał tak powolnego tempa. Ale ile można wymagać od osłabionych 

dzieci?   Bez   słowa   skargi   szły   naprzód   na   granicy   wyczerpania.   Ufały   Kieronowi   i, 

dostrzegając jego rozterki, nie chciały mu dodawać zmartwień.

Do diabła! zbuntował się. Czy to sprawiedliwe, żeby obarczać człowieka, który gardzi 

całą ludzkością, takim brzemieniem?

Koło   południa   pierwsze   płatki   śniegu   zawirowały   im   przed   oczyma.   Dotarli   w 

wysokie partie gór, gdzie panował przejmujący chłód, a powietrze było tak rozrzedzone, że 

background image

oddychanie sprawiało coraz większą trudność.

Kieron lękał się, jak dzieci to zniosą, szczególnie przeziębione dziewczynki i Carlitos, 

dla którego kłopoty z tlenem mogły okazać się katastrofalne.

Chłopczyk   był   przez   cały   czas   przytomny.   Kiedy   Kieron   kierował   ku   niemu 

zatroskane spojrzenie, uśmiechał się ciepło, a jego duże, lekko skośne oczy ufnie patrzyły na 

dorosłego mężczyznę.

Kieron otulił najmłodsze dzieci, by nie marzły. Przydały się teraz odcięte nogawki, 

które   przezornie   schował   w   plecaku.   Sporządził   z   nich   dzieciom   osłony  na   nosy  i   usta. 

Nacisnął im mocniej kapelusze, tak by przykrywały uszy, i zawiązał je dokładnie pod brodą.

Pablo miał najcieńsze ubranie, a i Antonio oprócz obszernej bluzy Kierona i pary 

butów nie miał na sobie nic więcej.

Naradziwszy się więc, dzieci rozdzieliły między siebie ubrania tak, by każde z nich 

przykryło wszystkie części ciała. Antonio śmiertelnie się obraził za to, że musiał założyć 

„dziewczyńskie” majtki, a i Teresa z niezadowoloną miną oddawała jedną ich parę.

Ale jak ochronić przed zimnem siedem par drobnych rąk? Przykazał dzieciom surowo, 

by chowały dłonie w rękawach lub w kieszeniach, gdy tylko to będzie możliwe.

W końcu przywiązał Rosę na plecach Manuela, a Carlitosa na plecach Teresy. Sam 

posadził sobie na barana małego Antonia. Po kolei opasał wszystkich wspólną liną, tak by się 

nie pogubili w drodze, i ruszyli naprzód. Szli obok siebie szeroko, trzymając się za ręce, z 

brzegu Manuel, który wyrzucił jedną kulę i stąpał ostrożnie na chorej nodze, obok Esmeralda, 

Kieron, Pablo i Teresa.

Padał coraz gęstszy śnieg,  a właściwie  drobny grad. Kieron ściskał  mocno dłonie 

Esmeraldy i Pabla, modląc się w duchu, by pogoda nie pogorszyła się jeszcze bardziej.

Skały pokryły się śniegiem, na tych wysokościach oprócz potężnych głazów nie było 

nic, nawet najdrobniejszej roślinności Kieron, mrużąc oczy, popatrzył na zakryte twarzyczki 

dzieci,   które,   zaciskając   powieki,   szły  dzielnie   naprzód.   Carlitos   uśmiechał   się   błogo   do 

Kierona, natomiast Rosa krzyczała wniebogłosy na plecach Manuela.

Tymczasem w stolicy Susan snuła się bez celu po zalanej skwarem ulicy. Czuła się 

okropnie. Przez ostatnie dni ledwie zauważała, co się wokół niej dzieje, bo w głowie tłukła jej 

się nieustannie jedna myśl: Kieron nie wróci! Leży gdzieś sam, na odludziu, pozbawiony 

wszelkiej pomocy.

Znowu   łzy   napłynęły   jej   do   oczu.   Nosiła   w   sobie   zalążek   nowego   życia.   Miała 

nadzieję, że dziecko będzie podobne do ojca.

Ścisnęła   mocniej   torebkę,   w   której   ukryła   wszystkie   zdjęcia   zrobione   w   czasie 

background image

wspólnych   spacerów   po   mieście.   Kilka   pstryknął   jej   Kieron,   ale   większość   ona   jemu. 

Fotografowała jak opętana, nie mogąc się nasycić zgrabnym ciałem ukochanego, które tak ją 

pociągało,   jego   cudowną   twarzą,   którą   próbował   ukryć   pod   chłodną   maską   cynizmu.  Te 

zdjęcia stały się dla niej cenniejsze od złota. Gdy dziecko kiedyś dorośnie, pokaże mu, jak 

wyglądał jego ojciec - bohater.

Gdyby  tak   wiedziała,   gdzie   ma   swoją   siedzibę   organizacja   broniąca   praw   Indian! 

Niestety,   nie   znała   jeszcze   dobrze   miasta,   przebywała   tu   wszak   od   niedawna.   Poza   tym 

zauważyła   w   ostatnich   dniach,   że   ktoś   ją   śledzi.  W  oknach   wystawowych,   przy  których 

przystawała,   dostrzegła   kilkakrotnie   odbijającą   się   niewyraźnie   postać,   poza   tym   ktoś 

rozpytywał o nią dyskretnie w pracy.

Susan   domyśliła   się,   że   ma   to   jakiś   związek   z   Kieronem.   Całe   szczęście,   że   nie 

wygadała się przed Rodriquezem, że wie o indiańskich dzieciach. Co prawda Kieron nie 

wyjawił   jej   wiele,   ale   Susan   domyśliła   się,   że   Rodriquez   z   jakiegoś   powodu   obawia   się 

rozmów na ten temat. Dlatego też bała się zapytać kogokolwiek, gdzie mieści się organizacja 

obrońców Indian.

W biurze zaczęto posyłać jej zdziwione spojrzenia. Dziewczyna zamknęła się całkiem 

w sobie, spóźniała się, bo zaczęły jej dokuczać poranne nudności. Bała się, że ją w końcu 

zwolnią.

Kieron, Kieron! powtarzała ciągle w myślach. Jakie wszystko wydawało się proste, 

gdy byliśmy razem. Powinieneś tu teraz trwać przy mnie, pocieszać mnie i opiekować się 

mną. Potrafisz okazać tyle czułości!

Nie było w tobie krzty wyrachowania, nigdy nie opuściłbyś swojej dziewczyny, która 

spodziewa   się   dziecka.   Czy   jeszcze   żyjesz?   Może   leżysz   umierający   gdzieś   daleko   na 

bezdrożach?

Susan tak bardzo pragnęła go szukać, ale czy to miałoby jakiś sens? Przecież chodziło 

o rozległy obszar, a ona w ogóle nie znała tych terenów. Poza tym była odpowiedzialna za 

dziecko, które nosiła w swym łonie, jego dziecko! Musi je chronić, w imię jego pamięci!

Nagle poczuła, że robi jej się słabo, i szybko zawróciła w stronę domu.

Kieron   stał   nieruchomo,   otoczony  ciasno   gromadką   dzieci.   Znaleźli   się   w  samym 

sercu   śnieżnej   nawałnicy.   Wiatr   smagał   ich   bezlitośnie,   przenikał   przez   ubrania.   Dzieci 

stopniowo traciły cierpliwość. Chyba po raz setny chował rączki Rosy pod ubranie i otulał 

pozostałych.

Pomóż nam, dobry Boże! powtarzał w duchu.

Nie widzieli nic nawet na odległość jednego metra.

background image

Wreszcie skończyło się strome podejście i znaleźli się na płaskiej drodze. Dotarli do 

przełęczy! Kieron zastanawiał się, czy jest bardzo szeroka i czy uda im się przed nocą przejść 

na drugą stronę.

Ubrania   trzepotały   na   wietrze   jak   chorągiewki,   grad   zacinał   prosto   w   twarze 

wędrowców. Dzieci ogarnęło śmiertelne przerażenie, czepiały się nóg swego opiekuna. Nawet 

Teresa   i   Manuel   zapomnieli,   że   są   „duzi”.   Kieron   opatulił   Carlitosa   i   Rosę,   tak   że   nie 

wystawały im nawet czubki nosów, i zawołał głośno, usiłując przekrzyczeć wiatr:

- Manuelu, owiń tak samo Antonia!

Chłopiec   posłuchał   go,   ale   gdy   puścił   dłoń   Kierona,   potężny   podmuch   wiatru 

przewrócił go na ziemię. O'Donell pochylił się, by podnieść chłopca, który zgubił kulę i cały 

dygotał z przerażenia. Esmeralda uderzyła w rozpacz, aż Kieron musiał na nią krzyknąć, by 

się uspokoiła.

- Manuelu, przytrzymaj się mojej kurtki, tylko mocno, nie puszczaj. Udało ci się otulić 

Antonia?

- Tak.

- A co z tobą, Pablo?

- Dobrze - odpowiedział chłopiec. - Ale Teresa, ona ma bardzo zimne ręce!

Kieron, ukrywszy w swoich dłoniach zziębnięte ręce dziewczynki, zaczął je mocno 

rozcierać.

- Czy możesz trochę opuścić rękawy? - zawołał do niej.

- Nic nie słyszę! - krzyknęła.

- Obciągnij rękawy! Czy nie za ciężko ci z Carlitosem?

Po chwili wahania Teresa odpowiedziała spokojnie:

- Nie, wytrzymam. Tylko strasznie bolą mnie oczy.

- Wiem, ale musimy iść dalej.

Gdy gromadka ruszyła z miejsca, z ust Pabla wydobył się rozpaczliwy szloch:

- Tak się boję!

- Nic na to nie poradzę, Pablo - próbował go uspokoić Kieron. - Musimy iść naprzód.

Prawie siłą uwalniał się od dzieci. Na jego plecach płakał przestraszony Antonio, ale 

teraz nie mógł go pocieszyć.

Skuleni parli pod wiatr krok po kroku. Co chwila musieli przystawać, by poczekać na 

Manuela,   który   potykał   się   i   przewracał.   Każdą   taką   okazję   Kieron   wykorzystywał,   by 

rozmasować dzieciom ręce i twarze. Pablo opadł całkiem z sił i było mu już wszystko jedno. 

Teresa i Kieron ciągnęli go za ręce. Esmeralda nie przestawała płakać.

background image

- Przestań! - prosił ją Kieron. - Bo łzy ci zamarzną.

Esmeralda uspokoiła się, a jej pozbawiona życia twarz przypominała teraz maskę. 

Kieron ze zgrozą myślał o najmłodszych z gromadki.

Tymczasem rozszalała się burza gradowa.

Takiemu żywiołowi dzieci nie zdołają stawić czoła, uznał Kieron. Przerażony zawołał 

do nich:

- Szybko, ukryjmy się za tamtym głazem.

Potem zsadził z pleców najstarszych dzieci Carlitosa i Rosę i zawołał do Teresy, by 

zdjęła Antonia.

- Nie mogę - jęknęła dziewczynka. - Moje ręce...

- Dobry Boże!

Z pomocą przyszedł mu Manuel. Kiedy położyli małego Antonia na ziemi, wydawało 

się, że jest całkiem zmarznięty, ale gdy Kieron chuchnął mu w twarz, usłyszał cichy jęk.

Chyba nie ma dla nich szans, przemknęła mu straszna myśl.

Kieron założył na głowę kaptur. Czuł, że grad zacina mu w plecy i w kark z taką siłą, 

jakby miał przebić na wylot tkaninę kurtki.

O'Donell przytulał do piersi dwoje najmłodszych, Carlitosa i Rosę, otulił ich połami 

kurtki, by było im choć trochę cieplej. Manuel i Teresa rozciągnęli nad głowami wszystkich 

koc. Wiatr szarpał go straszliwie, jakimś cudem jednak nie wyrwał go całkiem dzieciakom z 

rąk.

-   Tereso,   uważaj   na   swoje   dłonie!   -   zawołał   Kieron   i   kazał   chwycić   brzeg   koca 

Pablowi i Esmeraldzie. Pociągnął starszą dziewczynkę do siebie i wsunął jej zesztywniałe 

ręce pod swoją kurtkę.

- Nie wyjmuj ich na razie! - zawołał.

Teresa popatrzyła na niego dziwnie, nic nie mówiąc, ale go posłuchała.

Kieron starał się zadbać o wszystkich, choć nie było to takie proste. Połami kurtki 

okrywał Carlitosa i Rosę, Antonia starał się ochronić przed utratą ciepła, Teresa grzała dłonie 

pod jego ubraniem. Pozostałej trójce nie był w stanie już pomóc, przylgnęły tylko do niego 

całymi ciałami.

- Trzymajcie koc! - krzyknął Kieron. - Bo jeśli odleci, już go nie znajdziemy. - A pod 

nosem mruknął: - Dzięki ci, mroczny głazie, że stoisz akurat w tym miejscu. Co byśmy bez 

ciebie zrobili?

Westchnął zrezygnowany. Od trwania w kucki, niewygodnej pozycji, cierpły mu stopy, 

lecz bał się poruszyć. Długa wędrówka po twardym podłożu mocno mu się dała we znaki, a 

background image

skoro jego bolały nogi, to co mówić o tych biednych dzieciakach.

Skurcz   w   stopach   stawał   się   coraz   dokuczliwszy,   jednak   Kieron   zacisnął   zęby   i 

cierpiał w milczeniu.

Po kilku minutach, które zdawały się ciągnąć w nieskończoność, Manuel zawołał:

- Chyba wiatr osłabł!

Burza gradowa przeszła i teraz sypał tylko śnieg. Dzieci podniosły się i kiedy Kieron 

znów je przygotował do drogi, ruszyli dalej.

Teresa nic nie mówiąc parła naprzód; widać było, że o czymś intensywnie myśli. 

Podeszła do Kierona i krzyknęła mu do ucha:

- Jesteś taki gorący, Kieron.

Indiańskie dziewczęta dojrzewają szybciej niż ich białe rówieśnice. Dziewięciolatka 

najwyraźniej odkryła nagle dorosły świat!

Po straszliwej burzy gradowej śnieżna zawieja wydała się im niczym, ot, tak jakby po 

deszczu   wyjrzało   słońce.   Powoli   śnieżyca   także   ustąpiła   i   oczom   znużonej   gromadki 

wędrowców ukazał się potężny łańcuch górski. Najbardziej zaskakujące było to, że nadal 

trwał dzień.

-   Nie   zabłądziliśmy!   -   wykrzyknął   Manuel   uszczęśliwiony.   -  A  tak   się   bałem,   że 

chodzimy w kółko.

Kieron także poczuł ulgę, ale nie dał tego po sobie poznać.

- Zaraz powinniśmy się znaleźć na drodze prowadzącej w dół - powiedział, starając się 

dodać otuchy zmęczonym malcom.

Kieron, który dotąd wiódł żywot samotnego wilka i niewiele czasu poświęcał innym, 

nagle   poczuł   przypływ   czułości   dla   siedmiorga   dzielnych   Indian.   I   choć   to   może   trochę 

niesprawiedliwe, pomyślał nie bez satysfakcji, że białe dzieci z miasta nie podołałyby takim 

trudom.

Zatrzymał   się   i   ogarnął   spojrzeniem   swoją   gromadkę,   kulącą   się   z   zimna.   Znów 

powiał przejmujący zimny wiatr.

Cóż, mogło być gorzej, lecz i tak Kieronowi nie brakowało powodów do zmartwień. 

Carlitos kolejny raz stracił przytomność, a Teresa miała sine dłonie.

- Myślę, że trochę odmroziłaś ręce, mam jednak nadzieję, że nie jest jeszcze całkiem 

źle - odezwał się do dziewczynki. - Postaraj się je schować w rękawach.

Przy okazji obejrzał nogi wszystkich dzieci, bo przecież brnęły w grubej warstwie 

śniegu, na szczęście indiańskie buty były mocne i szczelne. Tylko Esmeralda miała lekko 

wilgotne i przemarznięte stopy, ukląkł więc przy niej i tak długo je masował, aż krew na 

background image

nowo zaczęła w nich krążyć.

Właściwie to trochę zaniedbał urodziwe rodzeństwo. Nie poświęcił dość czasu, by je 

bliżej poznać, ale jak miał wszystkiemu podołać? Musiał przede wszystkim zająć się tymi, 

którzy najbardziej potrzebowali pomocy. Sumienie jednak nie dawało mu spokoju, pochylił 

się   więc   nad   drobną   Esmeraldą   i   leciutko   ugryzł   ją   w   duży  palec   u   nogi.   Dziewczynka 

roześmiała się głośno, uszczypnęła go w policzek i pocałowała.

Teresa odwróciła się gwałtownie.

O, nie, panienki! pomyślał Kieron rozbawiony. Za małe jeszcze jesteście na sceny 

zazdrości! W gruncie rzeczy jednak zdawał sobie sprawę, że nie chodzi tu o zazdrość w 

potocznym tego słowa znaczeniu.

Stał  się   dla  tych   dzieci  ojcem  i   matką,   stanowił   jedyny pewny punkt  w  obcym   i 

groźnym świecie. Nie wolno mu było żadnego z nich zawieść.

Słyszał, jak podczas któregoś z pierwszych postojów Manuel powiedział im, że nigdy 

więcej nie zobaczą swoich rodziców, bo wszyscy zginęli. Dzieci z płaczem przyjęły jego 

słowa, ale gdy pierwsza rozpacz minęła, jeszcze mocniej przylgnęły do Kierona. Na jego 

barki spadła więc ogromna odpowiedzialność.

Szli  naprzód   smagani   lodowatym   wiatrem,   znów  rozszalała  się   zamieć.  Ale  teraz, 

kiedy już pokonali najgorsze, nic nie mogło ich przerazić. Najmłodsze dzieci spały lub leżały 

nieprzytomne, otulone ciepło. Kieron co chwila sprawdzał, co z nimi, masował im rączki i 

twarze.   Nic   więcej   nie   mógł   uczynić,   pozostała   mu   jedynie   wiara,   że   zdoła   je   ocalić. 

Pozostałe dzieci skarżyły się na przemarznięte policzki i nosy, zatrzymywał się więc często i 

rozcierał im skórę.

Ponieważ słońce nie było widoczne, nie dało się według niego ustalić godziny, ale po 

zapadającym   zmroku   Kieron   poznawał,   że   dzień   chyli   się   ku   końcowi.   O'Donell   jęknął 

zrozpaczony,   gdyż   nadal   szli   przełęczą,   a   on   nie   miał   najmniejszego   pojęcia,   jak   długi 

odcinek pozostał im jeszcze do pokonania.

- Jestem głodny! - zawołał Pablo.

- Na razie nawet o tym nie myśl - odrzekł mu sucho Kieron.

Krok po kroku posuwali się z wysiłkiem naprzód, stąpając ostrożnie. Przed oczyma 

migały  im   bezlitosne,   ostre   jak   igiełki   drobiny  śniegu.  Wreszcie   teren   zaczął   się   powoli 

obniżać. Dotarli do zejścia.

Kieron   przymknął   oczy   i   podziękował   Bogu,   bo   przed   momentem   naszła   go 

koszmarna myśl, że zbłądzili w śnieżycy i wracają tam, skąd przyszli.

Dzieci padały ze zmęczenia, potykając się co chwila o własne nogi i przewracając. 

background image

Dobrze,   że   mocno   powiązał   malców   liną,   bo   jakże   łatwo   któryś   mógłby   się   zgubić   w 

półmroku!

Są wykończone, pomyślał Kieron. Powinny odpocząć, ale postój byłby równoznaczny 

z wyrokiem śmierci.

Kolejno   więc   brał   dzieci   na   ręce   i   niósł   po   kawałku,   by   choć   na   chwilę   dać 

wytchnienie   ich   zmęczonym   nóżkom.   Dzieci   wieszały   mu   się   na   szyi,   przytulały   do 

policzków, by trochę się ogrzać, ale natykały się na lodowato zimną, kłującą brodę.

Nagle, całkiem nieoczekiwanie, Teresa jęknąwszy cicho osunęła się w głęboką zaspę, 

a śnieg przykrył Carlitosa, którego dźwigała na plecach.

- Zatrzymajcie się! - krzyknął Kieron.

Biedna Teresa! Zawsze taka dzielna, taka wymagająca wobec siebie i wytrzymała, 

teraz leżała kompletnie wyczerpana.

Kieron postawił Pabla i podniósł z ziemi zemdloną dziewczynkę, czując, jak mu się 

serce ściska z żalu. Pośpiesznie sprawdzał, czy nie ma odmrożeń, ale w zapadającym zmroku 

trudno   było   ustalić   coś   na   pewno.   Przypuszczał   jednak,   że   dziewczynka   zemdlała   z 

przemęczenia.

Wziął ją na ręce i polecił przyspieszyć kroku pozostałym dzieciom, które od tej chwili 

zdane były wyłącznie na własne siły. Zresztą Kieron też posuwał się jak w półśnie. Był już 

tak   wyczerpany,   że   najchętniej   położyłby   się   gdziekolwiek   i   zasnął.   Dźwiganie   dzieci, 

szczególnie tych starszych, mocno nadszarpnęło jego siły. A teraz niósł na rękach dwoje 

naraz: Teresę i przywiązanego do jej pleców Carlitosa.

Najbardziej ciążyła jednak Kieronowi odpowiedzialność za małych Indian, o których 

nikt nie wiedział i których nikt nie szukał. Pozostawieni samym sobie, zginęliby już dawno, 

gdyby nie on.

Antonio,   którego   dźwigał   na   plecach,   rozpłakał   się,   ale   to   Kierona   ucieszyło: 

stanowiło dowód, że chłopiec żyje.

Obok, uczepiona kurczowo jego kurtki i przytrzymywana za rękę przez Manuela, szła 

Esmeralda, która, pociągając nosem, klęła jak szewc. Ta mała nie traciła ducha, wiedziała, 

czego chce.

Manuel, pojmując zdenerwowanie Kierona, nieustannie poganiał dzieci, choć zdawał 

sobie sprawę, jak bardzo bolą je nogi.

- Kieron! - zawołał Pablo. - Przestaje padać!

- Chyba masz rację - przyznał O'Donell, zmuszając się do uśmiechu. Nikt więcej się 

nie odezwał, ale słowa Pabla najwyraźniej dodały animuszu utrudzonej gromadce.

background image

Po chwili znów przeciął ciszę kolejny okrzyk chłopca:

- Zniknął śnieg z ziemi!

- Chyba trochę się ociepliło - dodał cicho Manuel, ledwie poruszając zdrętwiałymi z 

zimna wargami. - Powietrze nie jest już takie ostre.

- Jeszcze tylko kawałek - powiedział Kieron.

Było już ciemno, powinni już więc docierać do celu.

Dzieci potykały się i popłakiwały, ale stopniowo nastrój im się poprawiał. Raz po raz 

rozbrzmiewał piskliwy głosik.

- Widzę drzewo! - zawołała Esmeralda.

Zaraz przerwał jej Pablo:

- A ja dwa drzewa, o, i jeszcze jedno!

- W takim razie jesteśmy już prawie na miejscu, zaraz się schronimy pod ich osłoną - 

obiecał Kieron.

Dzieci zaprotestowały. Nie były już w stanie zdobyć się na jakikolwiek wysiłek, nawet 

na wykonanie paru małych kroków. Przypominały roboty, niezdolne zgiąć nogi w kolanach 

czy ręce w łokciach. Ale Kieron, choć doskonale je rozumiał, nalegał:

- Musimy przejść jeszcze kawałek. Tu jest za zimno.

- Nieprawda, jest ciepło - sprzeciwiła się Esmeralda.

Biedne dziecko, pomyślał Kieron. Po tej iście arktycznej temperaturze, z jaką przyszło 

się nam zmagać na przełęczy, wydaje się jej, że tu jest ciepło! Ale choć po części przyznawał 

rację Esmeraldzie, dla dobra ich wszystkich musiał postępować nieco brutalnie.

- Nie marudzić! Idziemy! - zawołał.

Dzieci niechętnie ruszyły za nim, krok po kroku, i stanęły dopiero wówczas, gdy 

zakomenderował:

- Tutaj możemy się zatrzymać. Słyszę w pobliżu szemranie strumyka. Potrzebna nam 

jest woda. Rozwiąż linę, Manuelu, ale trzymajcie się razem. Ja tymczasem się trochę rozejrzę 

dookoła.

- Nie odchodź od nas, Kieron! - prosił błagalnie Manuel.

- Nic się nie bójcie! Będziecie mnie słyszeć. Przez cały czas będę do was mówił. 

Muszę poszukać odpowiedniego miejsca, gdzie moglibyśmy rozbić obóz.

W lesie panowała błoga cisza, nie dochodził tu hulający wiatr, mogli więc rozmawiać 

bez   konieczności   podnoszenia   głosu.   Kieron   położył  Teresę   na   trawie   i   nim   się   oddalił, 

przykazał jeszcze raz surowo dzieciom, by się nie rozchodziły. Udał się w kierunku, skąd 

dochodziły odgłosy spływającej  wartko wody,  i szybko znalazł  miejsce dobre na  nocleg. 

background image

Nazbierał gałęzi i rozpalił ognisko. Dzieci odetchnęły z ulgą, gdy jasny płomień oświetlił 

zagajnik i miękkie poszycie.

Teraz przydałaby mi się Teresa, pomyślał Kieron, ale póki co ona sama potrzebuje 

pomocy.

W   pobliżu   ogniska   rozłożyli   koc.   Pierwsza   położyła   się   na   nim   Esmeralda. 

Wzdychając błogo, wystawiła ręce w stronę tańczących płomieni. Pablo stał ciągle tam, gdzie 

się zatrzymali, i wyciągając dłonie, darł się wniebogłosy. Trząsł się z zimna, ale nie miał siły 

zrobić kroku. Kieron, przeniósł go i położył na kocu obok siostry, ale chłopiec nie przestawał 

szlochać.

Kieron nakazał dzieciom, by dokładnie otrzepały się ze śniegu, w przeciwnym razie 

zaraz będą mieć całkiem mokre ubrania.

Obowiązkowy Manuel zapytał, czy może w czymś pomóc.

-   Nie   -   odrzekł   Kieron.   -  Tylko   zdejmij   Rosę   i   połóż   ją   na   kocu,   a   potem   sam 

odpocznij. Potrzebujesz tego.

- A ty? - zapytał chłopiec.

- Czuję się doskonale - skłamał. W uszach mu bowiem huczało, miał zawroty głowy. Z 

największym trudem unosił opadające powieki. Całkiem stracił wiarę, że jego skostniałe ciało 

kiedykolwiek odzyska ciepło.

Ale najważniejsze były dzieci. Najpierw ułożył przy ogniu Carlitosa i Antonia, potem 

Teresę. Nastawił w kociołku wodę przyniesioną ze strumyka, a gdy się gotowała, zajął się nie 

dającym oznak życia Carlitosem. Masował i rozcierał ostrożnie drobne ciałko, ale jedynym 

dowodem na to, że chłopiec żyje, było lekko zaparowane ostrze noża, które zbliżył do ust 

malca. Potem rozcierał Rosę i Antonia, który chyba najlepiej zniósł trudy wyprawy, choć i 

Rosa wyszła obronną ręką z tego koszmaru, mimo że brzydko kaszlała. Ale Carlitos? Co z 

nim będzie?

- Spójrz na mnie - prosił cicho, pochylony nad chłopcem. - Popatrz na mnie i się 

uśmiechnij!

Czy walka o życie malca miałaby pójść na marne? Troska... Triumf, jaki go ogarnął, 

gdy   chłopiec   odzyskał   przytomność,   uporczywe   staranie   o   przełknięcie   choćby   kęsa, 

karmienie na okrągło całymi dobami, radość z każdego przybranego grama. Czy to wszystko 

było nadaremne?

Nie chciał w to uwierzyć. Znów trzeba wszystko zaczynać od nowa, o ile w ogóle nie 

jest za późno.

- Carlitos przeżyje - odezwał się ze spokojem Manuel.

background image

- Skąd wiesz? - Kieron popatrzył na niego zdziwiony.

- Jest silny. Przetrwał już tak wiele w swoim krótkim życiu.

Być może, ale żaden kryzys nie był tak głęboki jak ten, pomyślał Kieron, patrząc ze 

smutkiem  na   drobną   nieruchomą   postać.  W  blasku   płomieni   malec   przypominał   gałązkę. 

Kieron   tak   bardzo   chciał   wierzyć   słowom   Manuela,   bo   niczego   nie   pragnął   bardziej   niż 

ocalenia Carlitosa.

- Manuelu, spróbuj tchnąć w niego odrobinę życia, ja muszę się zająć Teresą.

- Dobrze.

Manuel nauczył się od Kierona wykonywać sztuczne oddychanie metodą usta - usta i 

już wcześniej praktykował na Carlitosie. I mimo że padał z nóg ze zmęczenia, niezwłocznie 

przystąpił do działania.

Teresa ocknęła się sama, ciepło bijące od ognia dokonało swego. Kieron wsypał teraz 

do gotującej się wody zwiędłe już zioła zebrane wcześniej przez dziewczynkę. Martwił się, że 

to już resztka. Po chwili przypomniał sobie jednak, że przecież gdzieś powinien jeszcze mieć 

schowaną rybę. Wrzucił ją z triumfalnym uśmiechem do wrzątku, ciesząc się, że zupa będzie 

nieco pożywniejsza.

Karmił   po   kolei   malców,   którzy   nie   byli   w   stanie   utrzymać   łyżki   w   zgrabiałych 

palcach.

Radował się, że, o dziwo, żadne dziecko nie nabawiło się poważniejszych odmrożeń. 

A więc starania i troska, jaką wykazał podczas wędrówki w lodowatym chłodzie, nie poszły 

na marne! Przykazał jednak malcom, że gdyby poczuli drętwienie na twarzy, rękach albo 

stopach, mają natychmiast mu o tym powiedzieć. Najmłodsi dzięki temu, że byli dokładnie 

otuleni i nieustannie doglądani na trasie, wyszli bez szwanku.

Dzieci po zjedzeniu ciepłej zupy rozgrzały się trochę i kolejno zapadały w błogi sen.

Kieron został z Carlitosem na rękach. Wykazał skrajną desperację, usiłując zmusić 

nieprzytomnego chłopca, by coś przełknął. Ale w końcu musiał się poddać. Ułożył małego na 

kocu i okrył go dokładnie. Potem przyniósł chrust i dorzucił solidnie do ognia, gdyż dobrze 

wiedział, że noce na tej wysokości bywają chłodne. Kiedy wszystko zostało już zrobione, 

ułożył się w kurtce, żeby pilnować ognia. Nie miał się czym przykryć, bo wszystkimi kocami 

otulił dzieciaki.

Zasnął, nim zdążył wyszeptać imię Susan, ale śnił o ukochanej, która spoglądała na 

niego swymi pełnymi dobroci i miłości oczyma.

Bezwiednie przysunął się do uśpionych dzieci, by uszczknąć od nich choć odrobinę 

ciepła...

background image

ROZDZIAŁ VIII

O świcie Kieron obudził się skostniały z zimna. Płomienie wygasły, w ognisku tliła się 

resztka żaru. Szybko dołożył chrustu. Sypnęły w górę iskry i ogień zapłonął na nowo. Kieron 

odetchnął z ulgą i zaraz poczuł, jak błogie ciepło rozchodzi mu się po całym ciele.

Dzieci   jeszcze   spały.   Okrył   te,   które   się   rozkopały,   i   ostrożnie   pochylił   się   nad 

Carlitosem. Ledwie starczyło mu odwagi, by odchylić koc, tak bardzo się obawiał tego, co 

zobaczy. Napotkał jednak rozmarzone spojrzenie pary lekko skośnych ciemnych oczu. Kieron 

poczuł,   że   kamień   spada   mu   z   serca,   i   szczerze   się   wzruszył,   gdy  niemal   przezroczysta 

twarzyczka Carlitosa rozpromieniła się w uśmiechu.

-   Cześć,   Carlitos   -   szepnął,   a   chłopiec   znów   się   uśmiechnął.   Co   za   osobliwy 

chłopczyk! Nikt nie znał przyczyny jego częstych omdleń, a jednak za każdym razem, gdy już 

prawie tracili nadzieję, Carlitos niespodziewanie otwierał oczy.

Trzymając naczynie drżącymi dłońmi, O'Donell podgrzał nad ogniem resztkę zupy i 

zaczął karmić małego.

W koronach drzew rozbudziło się ptactwo. I chociaż skrzydlate towarzystwo czyniło 

nie lada rwetes, Kieron słuchał z zachwytem szczebiotów, treli i kląskania.

- Co się stało? - zapytał Manuel wybity ze snu.

Kieron oznajmił mu, że Carlitos odzyskał przytomność.

- Niesamowite dziecko - uśmiechnął się Manuel. - Sprawia wrażenie takiego wątłego, 

tymczasem jest silny jak stary korzeń drzewa. I kto by pomyślał, że miało go nie być.

- Nie rozumiem - rzekł O'Donell, otulając szczelniej chłopca.

- Nie miał ojca, a jego matka omal nie umarła...

- Wspominałeś o tym.

- Ludzie gadali, że go nie chciała, że próbowała... Nie wiem, jak to się mówi.

- Popełnić samobójstwo?

- Nie, nie to - Manuel uśmiechnął się z wyższością, a Kieron poczuł mdłości.

- Usunąć ciążę? - zapytał.

- O właśnie! Ale Carlitos przetrzyma wszystko.

- Najwyraźniej - potwierdził Kieron.

Manuel zamyślił się głęboko.

- Niedobrze jest dzieciom, które nie mają ojca. Przynajmniej u nas. Czy u was jest tak 

samo?

Kieronowi wydawało się, że krew odpływa mu z twarzy.

background image

- Nie wiem. Ale wydaje mi się, że dość często matki same wychowują dzieci.

- Wszystkie dzieci mają prawo do ojca - oświadczył z powagą Manuel. - Popatrz 

choćby na Antonia, który co prawda miał ojca, ale ten w ogóle o niego nie dbał. A matce 

Carlitosa było samej bardzo ciężko.

Nagle urwał i spojrzał zdumiony na Kierona.

- Czy powiedziałem coś nie tak?

- Nie, Manuelu, tylko jestem trochę zmęczony - wydusił O'Donell. - Najlepiej będzie, 

jak się położysz. Jeszcze trochę pośpimy.

Późnym rankiem obozowisko znów zatętniło życiem. Dzieci, czekając, aż podgrzeje 

się ugotowana poprzedniego wieczoru zupa, wysłuchały mowy Kierona.

- Kochani - zaczął uroczyście. - Nie potrafię wyrazić słowami, jak bardzo jestem z was 

dumny. Czy zdajecie sobie sprawę, czego dokonałyście wczoraj, Wy, takie głodne, zziębnięte 

i wycieńczone? Niewielu ludzi innej rasy wytrzymałoby trudy przeprawy przez góry. Tak się 

cieszę, że poznałem was, Indian. Byliście bardzo dzielni!

Dzieciaki słuchały w skupieniu, promieniejąc niczym słoneczka. Antonio przysunął 

się bliżej Kierona i nawet mała Rosa przestała płakać. Carlitos leżał na wznak i przechyliwszy 

głowę,   wpatrywał   się   w   swego   wybawcę   błyszczącymi   oczyma,   przysłoniętymi   gęstą 

grzywką.

- My także jesteśmy z ciebie dumni, Kieron - uśmiechnęła się nieśmiało Teresa.

- Dziękuję.

- Jesteś odważny jak prawdziwy Indianin - dodał Pablo.

- To największa pochwała, jaką kiedykolwiek usłyszałem - odrzekł Kieron z powagą. - 

Teraz, gdy tylko wiatr przegoni chmury, ujrzycie lasy. Lasy tak wielkie, o jakich się wam 

nawet nie śniło, a daleko w dole waszym oczom ukaże się rozległy płaskowyż, ku któremu 

właśnie zmierzamy. Tam jest bardzo ciepło, cieplej niż do tego przywykliście. Kłopoty z 

zimnem i pustkowiem zostały za nami, ale czyhają na nas inne niebezpieczeństwa.

- Jakie?

- Dzikie zwierzęta. Nie będziemy już mogli spać na gołej ziemi, gdzie roi się od węży 

i   różnych   płazów.   Musimy   też   być   przygotowani   na   spotkanie   z   drapieżnikami,   nie 

wspominając już o wielu gatunkach owadów, groźnych dla człowieka.

Przerwała mu Esmeralda, która wymachując rękami zawołała z ożywieniem:

- Potrafimy wyplatać hamaki!

- Naprawdę? - Surowa twarz Kierona złagodniała w przyjaznym uśmiechu. - Kochane 

dzieci! W takim razie o jedno zmartwienie mniej!

background image

-   Dokąd   właściwie   zmierzamy?   -   zapytał   cicho   Manuel.   -   Do   najbliższej   wioski 

indiańskiej?

Kieron potrząsnął głową.

- Na pewno zatrzymamy się u Indian, ale naszym celem jest stolica, Manuelu. I nic 

mnie nie obchodzi, jak na to zareaguje Rodriquez!

Dzieci popatrzyły zalęknione na zmienioną twarz Kierona, na której odmalowała się 

złość i gorycz.

- Muszę was umieścić w szpitalu, wszystkie. Nie wiadomo bowiem, w jakim stopniu 

odbiły się na waszym zdrowiu te dni, które spędziłyście w głodzie i chłodzie na plantacji 

odciętej od świata, przerażone i bezradne. Nadal jesteście wychudzone. Szczególnej opieki 

lekarskiej wymaga Carlitos.

- Wspominałeś wcześniej, że zmierzasz w kierunku granicy - odezwała się Teresa.

- Co takiego? - ocknął się Kieron. - Tak, rzeczywiście miałem takie plany, ale je 

porzuciłem. Teraz wy jesteście najważniejsze!

- Nie chcielibyśmy, żebyś zmieniał swoje plany z naszego powodu - rzekł wyraźnie 

zakłopotany Manuel.

Kieron skierował na chłopca spojrzenie i ważąc każde słowo, oświadczył:

- Uwierzcie mi, że nic na tym nie tracę. Bardzo chcę wrócić do stolicy, muszę tam 

wrócić, i to tak szybko, jak to w ogóle jest możliwe.

Kieron zapatrzył się w dal i długo siedział nieporuszony. W końcu Pablo zdobył się na 

odwagę i chrząknął głośno.

-   Chcę   wiedzieć   dokładnie,   jak   się   czujecie   -   ocknął   się   Kieron.   -   Musicie   mi 

powiedzieć o każdej nawet najmniejszej dolegliwości. I bardzo proszę, przestańcie udawać 

bohaterów, bo nie czas na to. Zaczynamy! Manuel?

- Ja... - chłopiec poruszył lekko stopą - czuję się dość dobrze, ale chyba trochę za dużo 

stąpałem wczoraj na chorej nodze.

- Tego się właśnie obawiam. Dzisiaj będziesz używał kul. Co jeszcze?

Manuel potrząsnął głową na znak, że nie ma nic więcej do dodania.

- Teresa?

-   Strasznie   mi   wstyd,   że   wczoraj   zemdlałam   -   wystękała   dziewczynka,   patrząc 

Kieronowi prosto w oczy.

- Każdemu może się zdarzyć coś takiego - uśmiechnął się do niej łagodnie. A dzisiaj? 

Lepiej z tobą?

- Czuję się strasznie słaba, najchętniej bym tylko spała.

background image

-   Przeforsowałaś   się!   Zbyt   wielki   ciężar   dźwigałaś   ostatnio   na   swoich   drobnych 

barkach. Dzisiaj Pablo poniesie Carlitosa, a ty trochę odpoczniesz. A jak twoje dłonie?

- Spuchły mi i trochę mnie bolą, ale myślę, że wszystko będzie dobrze.

- Świetnie - powiedział miękko Kieron, trochę niepewny w rozmowie z Teresą, która 

pod chłodną, pełną powagi maską skrywała niezwykle intensywne uczucia.

Pablo wyprężył się dumnie, gdy usłyszał, że na nim spocznie odpowiedzialność za 

Carlitosa.  Odpowiadał   rezolutnie   na  pytania  Kierona,   pokazywał  wszystkie   swoje  sińce   i 

odmrożenia.   Kieron,  marszcząc  brwi,  obejrzał   go  dokładnie  i  stwierdził,   że  oprócz   kilku 

obrzęków na szyi nic mu właściwie nie dolega.

- A czy brzuch już cię nie boli?

Pablo popatrzył na niego wyraźnie zmartwiony i szepnął mu coś do ucha.

- A czego się spodziewałeś? - odpowiedział mu także szeptem Kieron. - Przecież przez 

tyle   dni  nic  nie  mogłeś  utrzymać   w  żołądku.  Nadal  nie  jesz jeszcze  zbyt  dużych  porcji. 

Musisz być cierpliwy, na pewno wszystko się z czasem ureguluje.

Chłopiec odetchnął z wyraźną ulgą, a Kieron z trudem powstrzymał się od śmiechu.

Też   mu   się   trafiło!   On,   zatwardziały   stary   kawaler,   nagle   musi   stawić   czoło 

problemom siedmiorga dzieci!

- A jak ty się masz? - zapytał Esmeraldę, kładąc rękę na jej kruchych jak porcelana 

ramionach.

Śliczna jak z obrazka dziewczynka spojrzała na niego zalotnie.

- Tutaj ciągle mnie boli - powiedziała i przyłożyła jego dłoń do klatki piersiowej.

Kieron   osłuchał   ją,   ale   nie   stwierdziwszy   nic   niepokojącego,   uśmiechnął   się 

uspokojony. Esmeralda, za wszelką cenę pragnąc przedłużyć tę chwilę, dodała pośpiesznie:

- Ale ciągle jest mi bardzo zimno.

-   Wszyscy   jesteśmy   przemarznięci,   ale   już   niedługo   będziemy   mieli   ciepła   w 

nadmiarze. Coś jeszcze, Esmeraldo?

Dziewczynka próbowała coś wymyślić na poczekaniu, ale najwyraźniej nic jej nie 

przychodziło do głowy.

- Antonio, teraz ty!

Uśmiechając się promiennie do dorosłego przyjaciela, którego darzył największym 

uwielbieniem, chłopczyk oświadczył krótko i zwięźle:

- Mam mokro!

Upłynęła chwila, nim sens jego słów dotarł do świadomości O'Donella. Przez cały 

czas tymi problemami zajmowała się Teresa.

background image

- O Boże! Dlaczego nic nie powiedziałeś Teresie... Och, przepraszam...

Kieron   zupełnie   zapomniał,   że   jeśli   chodzi   o   te   sprawy,   trzeba   pilnować   trojga 

najmłodszych dzieci. Pewnie przez całą przeprawę przez góry i długą chłodną noc miały 

mokro!

- Manuel, podgrzej wodę i przygotuj jakiś wieszak do suszenia ubrań. Pośpiesz się! 

Nie, Tereso, dziś pomoże mi Esmeralda, ty musisz odpocząć.

O dziwo, niechętna zwykle Esmeralda nie protestowała. Rzuciwszy Teresie spojrzenie 

pełne triumfu, zaczęła rozbierać Rosę.

Co za grę prowadzą te dziewczynki? zastanawiał się Kieron, ale zaraz jego uwagę 

pochłonęły maluchy, których spodenki całkiem zesztywniały od wilgoci.

Zdjął więc z malców brudną odzież, wypłukał pośpiesznie i powiesił na słońcu, a 

potem porządnie umył dzieci.

Antonio,   poza   tym,   był   w   niezłej   formie.   Ten   najmniej   chyba   urodziwy   z   całej 

gromadki chłopczyk miał tyle wdzięku, że zatwardziałe serce obieżyświata rozpływało się, 

ilekroć na niego spoglądał. Malec był wniebowzięty, gdy Kieron, przekomarzając się z nim, 

masował mu dłonie i stopy.

U   Rosy   przeziębienie   minęło   bez   śladu,   dziewczynka   przestała   kaszleć,   jednak 

marudziła   bardziej   niż   zwykle.   Jej   żałosne   popłakiwanie   trochę   niepokoiło   Kierona,   ale 

trudno było oczekiwać od rocznego dziecka, by powiedziało, co mu dolega.

- Czy ona zawsze jest taka marudna? - zapytał Manuela.

- Nie - odpowiedział zatroskany chłopiec. - Dopiero w ostatnim tygodniu się taka 

zrobiła.

- Miejmy nadzieję, że to tylko z powodu niedożywienia - mruknął Kieron zmartwiony.

Kiedy przyszła pora na oględziny Carlitosa, malec siedzący na kolanach u Teresy 

uśmiechnął się promiennie. Wyglądał znacznie lepiej, choć nadal można było policzyć mu 

wszystkie żebra, a nogi miał cienkie jak zapałki.

- Trochę rzęzi mu w piersiach - powiedziała Teresa.

Kieron popatrzył na nią z powagą.

- Wygląda na to, że zaraził się od innych. Najpierw Esmeralda, Rosa, Pablo, a teraz i 

on. Biedak, przynajmniej tą mogło mu być darowane. Jak się czujesz, malutki?

Carlitos tylko się uśmiechnął, cierpliwy jak aniołek.

- Czy coś cię boli?

- Ki - on.

Próbuje wymówić moje imię! zdumiał się Kieron, podniecony, a zarazem szczęśliwy.

background image

- Antonio! - zawołał. - Jesteś najlepszym przyjacielem Carlitosa, prawda? Zapytaj, czy 

coś mu dolega?

Patrzył   wzruszony,   jak  świetnie  porozumiewają  się  dwaj  indiańscy malcy,  gdy on 

tymczasem nic nie pojmował z dziecięcego paplania Carlitosa.

- Nie, nic mu nie jest. Carlitosa nigdy nic nie boli. Co chcesz jeszcze wiedzieć? - 

Antonio stanął w rozkroku, mały chudy chłopiec w za dużej bluzce, i przybrawszy dorosłą 

minę, patrzył na Kierona.

- Dziękuję, to mi na razie wystarczy.

Kierona   naszła   nagle   przemożna   ochota,   by   wyściskać   tego   malca,   tak   bardzo 

spragnionego   ojcowskiej   miłości,   któremu   powtarzano   nieustannie,   że   jest   brzydki   i   nie 

zasługuje na to, by go kochać. Powstrzymał się jednak, przypomniawszy sobie, że ustalili 

między sobą, iż są przyjaciółmi.

Kieron w zamyśleniu wyjął z kabury rewolwer. Pablo patrzył z zachwytem, oczami 

wielkimi jak spodki, gdy Kieron wkładał naboje do magazynka. Manuel i Antonio także 

podeszli bliżej z szacunkiem.

- Co robisz? - zapytał pełnym nabożeństwa tonem Manuel.

Kieron popatrzył na niego przeciągle.

- Pamiętasz, mówiłem ci, że nie lubię krzywdzić zwierząt, ale czasem bywają takie 

sytuacje,   że   jestem   do   tego   zmuszony.   Będę   musiał   użyć   broni,   jeśli   zagrozi   wam 

niebezpieczeństwo.

- Rozumiem - odparł z powagą Manuel. - Mogę trochę potrzymać?

- Nie, teraz rewolwer jest naładowany.

Chłopcy na całym świecie są tacy sami, pomyślał, uśmiechając się pod nosem. Broń 

przyciąga ich jak magnes. Susan na pewno by to zaniepokoiło, małą, piękną Susan...

Teraz posuwali się znacznie szybciej, bo droga wiodła w dół. Miejscami jednak było 

bardzo stromo. Ogromne drzewa prastarej dżungli stopniowo zastąpiły drzewa liściaste, a 

potem już widzieli iście tropikalną roślinność. Kieron wiedział, jak się poruszać w takim 

terenie, dzieci tymczasem rozglądały się z lękiem wokół w nowym dla nich świecie.

W ciągu dnia dotarli do rozległego płaskowyżu. Tu właśnie pobudowano stolicę i 

mnóstwo mniejszych miast i osad. Ziemia była tutaj  urodzajna, a temperatury korzystne, 

inaczej niż w rejonach nad oceanem, gdzie panowała dużo większa wilgotność i rosła gęsta 

nieprzebyta dżungla. Tam zresztą prawie nikt nie mieszkał prócz kilku indiańskich szczepów 

w ukrytych wioskach.

W   miarę   jak   słońce   wznosiło   się   coraz   wyżej,   robiło   się   coraz   goręcej.   Dzieci 

background image

narzekały, że Kieron nie pozwala im zdjąć ubrań. Ten jednak nie ustąpił, obawiając się, że 

zbyt   gwałtowne   zmiany  temperatur   mogą   się   odbić   na   ich   i   tak   słabym   zdrowiu.  A  już 

szczególną stanowczość wykazał, zabraniając dzieciom zdjąć buty.

Prowadził swą gromadkę przez gęsty las znajomymi dróżkami wzdłuż bystrej rzeki, 

nad której podmokłymi brzegami unosiły się roje owadów. Zapowiedział dzieciom, że kiedy 

zauważą taki rój, mają uciekać ile sił w nogach jak najdalej od tego miejsca. Ale i tak Pablo 

został ukąszony w szyję przez jakieś paskudztwo, na szczęście niegroźnie. Raz po raz widzieli 

węże pełzające wśród zarośli, tu i ówdzie podrywał się spłoszony ptak i przemykały inne 

większe   stworzenia.  A  nad   nimi   fruwały   różnobarwne   papugi,   przepiękne,   choć   bardzo 

hałaśliwe.

Etap, który pokonali w ciągu tego dnia, był chyba najdłuższy w ich dotychczasowej 

wędrówce.   Do   wieczora   mieli   jeszcze   parę   godzin,   kiedy   Kieron   zarządził   postój   na 

niewielkiej polanie otoczonej gęstym lasem. Na środku polany rosło wysokie drzewo, obok 

kilka mniejszych. Mężczyzna zadecydował:

- Tutaj przenocujemy. Zabierajcie się do pracy! Trzeba wypleść hamaki.

Chociaż dzieci były już bardzo znużone, nazbierały trzcin i cienkich gałęzi, a potem 

wzięły się ochoczo do roboty. Kieron patrzył oniemiały z podziwu, gdy spod palców małych 

Indian zaczęły wychodzić przepięknie splecione maty. Usiadł obok, żeby przygotować hamak 

dla siebie, ale jego palce nie były tak zręczne. Przekładał witki powoli i niezdarnie, często się 

mylił, choć był doświadczonym traperem i to zajęcie nie było mu całkiem obce. Teraz jednak 

przy tych zręcznych dzieciach indiańskich czuł się okropnie niezgrabny. Siedzący obok niego 

Antonio nieustannie go poprawiał i udzielał mu dobrych rad, co Kierona zbijało z tropu. 

Esmeralda,   zerkająca   na   niego   od   dłuższej   chwili,   w   końcu   zaproponowała   mu   jak 

bezradnemu dziecku pomoc, bo właśnie skończyła wyplatać swój hamak.

Z wdzięcznością przyjął propozycję. Teraz, spoglądając na zręczne i szybkie palce 

dziewczynki, słuchał jej beztroskiej paplaniny.

- Bardzo się cieszę, że zobaczę stolicę!

O ile zdołamy tam dotrzeć, pomyślał ponuro Kieron.

- Jeden z mieszkańców naszej wioski był tam i opowiadał, jakie tam cuda! A najwięcej 

mówił o pięknych kobietach. Podobno najpiękniejsze były te najdroższe. Ja także zostanę taką 

damą - uśmiechnęła się rozmarzona, wyobrażając sobie, jak spaceruje w pięknych strojach po 

ulicach miasta.

- Jesteś piękna, Esmeraldo, taka jaka jesteś, wcale nie musisz się zmieniać - przerwał 

jej Kieron. - Nie pozwól, żeby wielkie miasto cię zepsuło, moja przyjaciółko!

background image

- Jestem twoją przyjaciółką?

Poklepał ją po policzku.

- Przecież wiesz. Wszyscy jesteście moimi najdroższymi przyjaciółmi!

- Chyba wyjdę za ciebie za mąż, gdy dorosnę - oznajmiła mała piękność z wysokich 

gór.

A to ci dopiero! roześmiał się w duchu Kieron, ale dalsze słowa Esmeraldy całkiem go 

zaskoczyły.

- Jesteś taki przystojny, taki piękny! - wyszeptała, zarzuciwszy mu ręce na szyję.

- Ja?

Właściwie słyszał takie opinie niejednokrotnie, ale nigdy nie przywiązywał do nich 

wagi. Nagle jednak zapragnął z całego serca, by podobać się Susan. A może Susan też była 

podobnego zdania? Wszak bez przerwy pstrykała mu zdjęcia, kiedy spacerowali razem po 

mieście.

Esmeralda łasiła się do niego jak kociak, a Kieron się nie odsunął, wiedząc, jak bardzo 

spragniona jest pieszczot. Dopiero co straciła przecież ojca.

Kierona   często   budził   w   nocy   płacz   maluchów.   Wstawał   wówczas,   brał   na   ręce 

niespokojne dziecko i kołysząc je, koił do snu. Czasem szeptały mu do ucha, że strasznie 

tęsknią za swymi rodzicami. W takich chwilach Kieron czuł się kompletnie bezradny,  ta 

sytuacja po prostu go przerastała. Ale przytulał dzieci mocno i przemawiał do nich słowami, o 

jakie   nigdy   wcześniej   by   nie   podejrzewał   siebie,   silnego,   bezwzględnego   i   niezależnego 

mężczyznę...

Wreszcie zakończyli przygotowania do nocnego odpoczynku. Dzieci wyplotły cztery 

hamaki. Manuel miał spać razem z Pablem, dziewczynki każda z maleństwem, którym się 

opiekowała, a Antonio z Kieronem. Kieron obawiał się, że może im być trochę ciasno, ale 

uznał,   że   jakoś   się   prześpią.   Zanim   się   ułożyli,   posmarował   cuchnącą   mazią   liny 

przytrzymujące hamaki, żeby ochronić siebie i dzieci przed natrętnymi owadami, których 

ukąszenie mogło powodować nawet śmierć. Przydałyby się im moskitiery. Jedyną, jaką miał 

w plecaku, rozpostarł nad Teresą i Carlitosem.

- Tereso - zwrócił się do dziewczynki. - Skończyły nam się zioła. Może nazbierałabyś 

świeżych na zupę?

- Nie mam odwagi - wyznała żałośnie. - Nie znam tutejszych roślin.

Kieron zrozumiał. Nie warto było ryzykować. Przyniósł więc wody ze źródełka, ale 

kiedy chciał ją zagotować, przeżył prawdziwy szok. Pozostała mu jedna zapałka.

Tego wieczoru pili wodę rozmieszaną z resztą sproszkowanego mleka. Kieron nakazał 

background image

dzieciom wypić jak najwięcej, by oszukać puste żołądki.

Kiedy ułożyli się do snu, długo leżeli z otwartymi oczyma, wsłuchując się w groźne i 

tajemnicze odgłosy dochodzące z dżungli. Antonio bał się śmiertelnie. Wtulił się w opiekuna i 

drżał   na   całym   ciele.   Kieronowi   było   strasznie   niewygodnie,   bo   przez   cały   czas   musiał 

uważać, by nie przygnieść drobnego chłopca.

Nagle   wszystkie   dźwięki   gwałtownie   ucichły   i   zdarzyło   się   coś,   czego   Kieron 

najbardziej się obawiał: nocną ciszę przecięło pomrukiwanie jakiegoś drapieżnego kota.

- Kieron! - krzyknął Pablo. - Idziemy do ciebie!

- Leżcie spokojnie! - polecił stanowczo O'Donell i uniósł się ostrożnie na łokciach.

- Kieron, Kieron! - dochodziło do niego ze wszystkich stron.

- Bądźcie teraz cicho i pod żadnym pozorem nie schodźcie na ziemię!

Wszystkie maty były przywiązane jednym końcem do wysokiego drzewa na środku 

polany, drugim zaś do mniejszych, tworząc coś na kształt gwiazdy. Leżeli dość wysoko nad 

ziemią, ale czy wystarczająco?

Kieron odbezpieczył broń. Cichy szczęk podziałał na dzieci uspokajająco.

- Strzelaj - szepnął Manuel.

- Jeszcze nie teraz, głuptasie.

Minuty ciągnęły się w nieskończoność. Dzieci leżały cicho jak trusie, ale drapieżnik, 

który zapewne zwietrzył ludzi, nie odchodził. Na szczęście jednak nie podsuwał się też bliżej. 

Kieron nie chciał go zabijać. Kochał te piękne koty, dzikie i dumne. Nie rozumiał ludzi, 

którzy   odbierali   im   życie.  Ale   teraz   ze   strony   zwierząt   groziło   wędrowcom   śmiertelne 

niebezpieczeństwo.

Zwierzę czaiło się w zaroślach to z jednej, to z drugiej strony, ale ciągle zachowywało 

ten sam dystans. Kieronowi zdawało się, że to jaguar. Całą gromadkę otaczał cichy i mroczny 

las, ucichły odgłosy ptaków i pokrzykiwanie małp. Słychać było jedynie stłumiony szloch 

przerażonych dzieci.

- Nie bójcie się! - szeptał. - Mam rewolwer gotowy do strzału.

Płacz stopniowo ucichł, ale Kieron czuł, że ogarnia go panika.

Czy starczy mi refleksu, gdy zwierzę nagle zaatakuje? myślał gorączkowo. A jeśli 

naboje zamokły?

- Puść mnie, Antonio - poprosił szeptem.

Nie mógł  się ruszyć, chłopiec  bardzo mu teraz przeszkadzał.  Wreszcie Kieronowi 

udało   się   usiąść   z   nogami   zwieszonymi   poza   hamak   i   Antoniem   za   plecami   Mata 

zatrzeszczała,   w   końcu   była   dość   prymitywna.   Dzieciaki,   pragnąc   się   popisać   swoją 

background image

zręcznością, splotły szybko i trochę niedokładnie, bo tu i ówdzie się rozsuwała.

- Leż cicho - powtórzył, zwracając się do Antonia.

Byliby bezpieczni, gdyby paliło się ognisko, ale Kieron w obawie o pożar nie rozpalił 

ognia tak blisko ściany lasu. Pablo i Manuel bali się chyba najbardziej, bo ich hamak wisiał 

najbliżej miejsca, z którego dochodziło pomrukiwanie drapieżnika.

Kieron drgnął. Zwierzę podeszło bliżej. Na skraju lasu usłyszeli mlaskanie.

- Nie ruszajcie się! - znowu polecił Kieron.

Czy mam użyć ostatniej zapałki? zastanawiał się i chwycił suchą gałąź, przygotowaną 

jeszcze przed snem.

Nagle zaczęła popłakiwać Rosa. Esmeralda, usiłując uciszyć małą, zakryła jej ręką 

usta, ale bezskutecznie. Cichy szloch przemienił się w głośny wrzask.

Kieron   podpalił   zapałkę   i   przystawił   do   gałęzi,   przez   moment   niepewny,   czy   nie 

zgaśnie,   ale   suche   drewno   zapłonęło   jasno.   Dostrzegł   błysk   zwężających   się   zielonych 

szparek oczu. Zwierzę zaraz zniknęło w głębi lasu. Płomień rozświetlił koronę drzewa, grube 

liście i obrośnięty lianami pień, do którego były przymocowane maty. Jakieś drobne zwierzęta 

umykały pośpiesznie, a z lasu rozległ się przeciągły ryk wycofującego się drapieżnego kota, 

który ruszył na poszukiwanie nowego terenu łowów. Wszystko ucichło.

Wokół dały się słyszeć westchnienia ulgi.

- Chcę do domu! - pisnęła Esmeralda.

- Boję się - dodał Manuel. - Chyba nigdy nie odważę się zejść na ziemię.

- Owszem, odważysz się i ty, i wszyscy pozostali. Te zwierzęta polują wyłącznie nocą. 

W ciągu dnia nic nam więc nie grozi.

- Zapal jeszcze jedną gałąź - poprosił Pablo.

- Nie mam więcej pod ręką - przerwał mu Kieron. - Spróbujcie zasnąć!

Lękał   się   wyznać   dzieciom,   że   skończyły  się   zapałki.   Nie   chciał   im   odbierać   tej 

odrobiny poczucia bezpieczeństwa.

Dzieci   zgodnie   zastrzegały  się,   że   nie   zdołają   zasnąć,   ale   po   chwili   czuwał   tylko 

Kieron. I nie położył się już tej nocy w obawie, że drapieżnik może wrócić.

background image

ROZDZIAŁ IX

Po   kilku   dniach   błądzenia   po   nieznanych   ulicach   miasta   Susan   znalazła   wreszcie 

siedzibę organizacji broniącej praw Indian. Rozejrzawszy się uważnie, czy nikt jej nie śledzi, 

dziewczyna wśliznęła się do środka. W biurze siedział bardzo miły mężczyzna. Powtórzyła 

mu historię opowiedzianą przez Kierona. Mężczyzna popatrzył na nią zdumiony i oświadczył, 

że nic nie słyszał o planach regulacji żadnej z rzek. Poprosił, by uściśliła, o jakie dokładnie 

tereny chodzi.

- Tego właśnie Kieron mi nie zdradził, wspominał jedynie, że do wioski indiańskiej 

prowadzi bardzo daleka i niebezpieczna droga.

Urzędnik pokręcił głową.

- Z pani opisu nic nie wynika, Andy są rozległe, tak samo jak i nasz kraj. Ale jeśli  

prawdą jest to, co pani mówi, to znaczy, że zostało popełnione bardzo poważne przestępstwo 

wobec   Indian.   Skontaktuję   się   bezzwłocznie   z   władzami.   Kieron   O'Donell?   Znamy   tego 

człowieka.

Susan się rozpromieniła.

- To bardzo chłodny i bezwzględny typ - ciągnął urzędnik. - Świetnie zna góry, pod 

tym   względem   chyba   nie   ma   sobie   równych,   ale   nie   przypuszczam,   by   los   Indian   go 

szczególnie wzruszał. A tym bardziej los indiańskich dzieci.

- Kieron O'Donell jest bardzo dobrym człowiekiem - zaprzeczyła Susan, czując, jak 

strach chwyta ją za gardło.

- Hmmm... Mogę panią zapewnić, że O'Donell nie wyruszyłby w góry, gdyby nie 

zaoferowano mu dużych pieniędzy. Zresztą on tak łatwo nie zginie! Tyle razy był już w 

poważnych tarapatach i wyszedł z nich cało. Ten człowiek potrafi się odradzać jak feniks z 

popiołów! Sądzę więc, że została pani wprowadzona w błąd.

Susan   odjęło   mowę.   Zapragnęła   opowiedzieć   o   dobroci,   jaką   widziała   w   oczach 

Kierona, kiedy się z nią kochał, o jego cierpliwości i miłości, ale przecież o tak intymnych 

sprawach trudno rozmawiać z kimś obcym.

- Właściwie w naszym polu zainteresowań są głównie pierwotne szczepy. Na terenie 

całej  Ameryki   Południowej   jej   rodowici   mieszkańcy   są   coraz   bardziej   wypierani   przez 

białych. Sytuacja Indian, którzy powoli się cywilizują, nie jest jeszcze taka zła, gorzej z tymi, 

którzy nadal mieszkają w górach. Jeśli zaś chodzi o Juana Rodriqueza, to doskonale wiemy, 

czym się zajmuje - ciągnął urzędnik z obojętnym wyrazem twarzy. - Wcale by mnie nie 

zdziwiło, gdyby dokonawszy odkrycia bogatych złóż mineralnych, skierował rzekę nowym 

background image

korytem   i   zalał   dolinę   zamieszkaną   przez   Indian,   nie   zawiadamiając   o   tym   ani   samych 

zainteresowanych,   ani   władz.  Ale   przecież   O'Donell   pracuje   dla   Rodriqueza   i   w   gruncie 

rzeczy są to ludzie tego samego pokroju. Może pani znajomy nie jest do końca taką kanalią, 

ale nie ustępuje swemu mocodawcy cynizmem i bezwzględnością.

Nie! protestowało wszystko w Susan. To nieprawda!

-   Naturalnie   przeprowadzimy   dyskretny   wywiad   o   ostatnich   przedsięwzięciach 

Rodriqueza, ale wątpię, czy coś uda nam się znaleźć. Ten człowiek potrafi jak mało kto 

zacierać za sobą ślady.

Susan wstała i skierowała się ku drzwiom.

- Bardzo proszę - powiedziała. - Proszę odnaleźć Kierona O'Donella. Nie chcę, żeby 

leżał martwy gdzieś na pustkowiu... A poza tym te biedne indiańskie dzieci!

- Czy mówił, ile ich jest?

- Tego nie wiedział, ale bardzo proszę...

- Pan O'Donell nas nie interesuje, ale jeśli się okaże, że jakieś dzieci indiańskie są w 

potrzebie, uczynimy wszystko, co w naszej mocy, by im pomóc. Musimy tylko mieć więcej 

wskazówek. Chyba sama pani rozumie, że nie możemy zacząć poszukiwań na oślep.

- A rzeka Rodriqueza?

- Tak, to jest jakiś ślad! Zbadamy sprawę. Ale jeśli chce pani znać moje zdanie, to 

podejrzewam,   że   O'Donell   zamydlił   pani   oczy.   Najprawdopodobniej   musiał   zniknąć   z 

powodu jakiejś nieczystej afery i opowiedział pani ckliwą historyjkę, żeby zrobić na pani 

wrażenie. Zapewne już go więcej nie ujrzymy w naszym kraju!

Susan   patrzyła   na   człowieka   za   biurkiem   podejrzanie   błyszczącymi   oczyma. 

Potrząsnęła głową, ale nie mogła z siebie wydobyć głosu.

- Tak więc, jak już obiecałem, zbadamy sprawę.

Susan   opuściła   biuro   ze   zwieszoną   głową.   Nie   udało   jej   się   uczynić   niczego   dla 

Kierona. Jak ten urzędnik mógł wyrażać się o nim tak pogardliwie? Powiedział tyle rzeczy, 

których nie rozumiała. Przecież wcale nie zna jej Kierona, nie ma pojęcia, jaki potrafi być 

dobry i czuły!

Na   ulicy   uczepił   się   jej   jakiś   mężczyzna   o   hiszpańskiej   urodzie.   Szedł   za   nią   i 

próbował poderwać na wszystkie możliwe sposoby. Susan, rozdygotana ze strachu, weszła do 

hotelu tylko po to, by się go pozbyć. Z Kieronem nigdy by mi się to nie zdarzyło, myślała 

poruszona. Zawsze chronił mnie przed natarczywymi typami. A wszystkie bezpańskie psy i 

koty, przy których się zatrzymywał i z którymi rozmawiał, a potem rzucał im jakiś kąsek? Jak 

można nazwać takiego człowieka bezwzględnym cynikiem?

background image

Nagle poczuła taką tęsknotę za ukochanym, że myślała, iż oszaleje. To okrutne mówić 

o   nim   takie   rzeczy   i   próbować   zasiać   w   jej   duszy   zwątpienie.   O,   nie!   Kocha   Kierona 

niezależnie od okoliczności i ufa mu ponad wszystko.

Następny dzień okazał się dla Kierona krytycznym dniem całej tej długiej wyprawy. 

Takiego dnia nic nie zdoła wymazać z pamięci, jakkolwiek by człowiek tego pragnął.

Obudził się zmarznięty, co znaczyło, że w końcu jednak sen go zmorzył. Antonio spał 

spokojnie przytulony do niego. Na sąsiednich hamakach panowała cisza. Kieron zsunął się 

ostrożnie i usiadł na ziemi. Nie chciał budzić chłopca. Miał dziwnie ścierpnięte ramię, kręciło 

mu się w głowie, a ciałem wstrząsały dreszcze, co nie zapowiadało niczego dobrego.

Boże, co się dzieje? pomyślał zatrwożony.

Coś musiało mu się stać w rękę. Bolała go strasznie aż do barku. Zdjął ostrożnie 

kurtkę i podciągnął rękaw koszuli. Zalała go fala przerażenia na widok opuchniętej ręki i 

kilku śladów ukąszeń na wysokości łokcia. W panice zrzucił z siebie kurtkę i koszulę i zaczął 

je nerwowo wytrząsać. Z rękawa wypełzł jakiś owad i rozłożywszy skrzydła, zniknął wśród 

drzew.

Kieron natychmiast obudził Antonia i ściągnął z niego ubranie. Odetchnął z ulgą, gdy 

na ciele chłopca nie dostrzegł żadnych śladów. Ale oto poczuł, jak oblewa go nowa fala 

gorąca, więc szybko usiadł na ziemi.

- Jesteś chory, Kieron? - spytał zdziwiony Antonio.

Pokazał chłopcu rękę i rzekł:

- Czy możesz mi przynieść apteczkę? O, tak, właśnie tę. Dziękuję.

Chłopiec ożywił się, jak zwykle, gdy mógł w czymś pomóc. Uklęknął przed Kieronem 

i   uważnie   obserwował,   co   robi   jego   bohater,   opowiadając   przy   tym   różne   historie   o 

ukąszeniach rodem z jego wioski. Chyba poniosła go trochę fantazja, bo opowieści brzmiały 

dość nieprawdopodobnie. Kieron, wyjmując antystaminę i surowicę podawane przy wszelkich 

ukąszeniach, powtarzał gorączkowo w myślach, że przecież nie może zachorować.

Nie chodziło mu właściwie o siebie, choć bardzo go przeraził ów nieznany owad, 

których tyle różnych gatunków żyło w dżungli; bał się o dzieci. Gdyby coś mu się stało, będą 

stracone.

Kieron obudził pospiesznie Manuela, który natychmiast zeskoczył na ziemię, a potem 

przeprowadził z braćmi poważną rozmowę. Antonio koniecznie chciał także mieć coś do 

powiedzenia. Kieron ledwie powstrzymał się od śmiechu, patrząc na skupioną twarzyczkę 

chłopca.

- Chłopcy, posłuchajcie uważnie, co wam teraz powiem. Jeśli coś się ze mną stanie, 

background image

będziecie musieli dalej iść sami! Kierujcie się przez cały czas brzegiem rzeki, aż dojdziecie 

do wioski indiańskiej!

Kochane   dzieciaki,   same   nie   dacie   sobie   rady!   Nie   potraficie   się   obronić   przed 

wszystkimi niebezpieczeństwami, jakie na was czyhają, nie macie jedzenia, myślał z goryczą. 

Znów zakręciło mu się w głowie, widział chłopców podwójnie.

-   Czy   to   daleko   stąd?   -   zapytał   Manuel,   patrząc   w   napięciu   na   opiekuna, 

wstrzykującego sobie surowicę.

Kieron zwlekał z odpowiedzią.

-   Idąc   w   tym   tempie...   dotrzecie   tam   za   cztery,   może   pięć   dni.   Manuelu,   jeśli 

zostaniecie   sami,   weźmiesz   mój   rewolwer.   Tylko   pamiętaj!   Musisz   zachować   wielką 

ostrożność. Chodź, wszystko ci pokażę.

Gdy instruował podnieconego chłopca, perlisty pot spływał mu po twarzy. Co chwila 

opadała mu ręka, nie był w stanie utrzymać broni.

- Kieron - wyszeptał chłopiec zrozpaczony. - Nie choruj! Nie możesz nas zostawić. 

My... cię kochamy!

Na   te   słowa   Kieron   poczuł   ucisk   w   piersiach   i   ogarnęło   go   przemożne   uczucie 

szczęścia.

- Mam nadzieję, że zastrzyk i lekarstwa mi pomogą - roześmiał się z przymusem. - 

Manuelu, jeśli dotrzecie do ludzi... poproś, by ci pomogli odnaleźć...

- Tę kobietę, o której opowiadałeś?

- Tak, to właściwie jest młoda dziewczyna.

Nagle bardzo mu się spodobało określenie Manuela. Tak, Susan to jego kobieta...

- Popatrz, zapiszę ci tu jej adres. Pokaż go ludziom, a na pewno zaprowadzą cię do 

niej.   Pozdrów   ją   ode   mnie,   Manuelu,   ale   nie   wspominaj,   że   wybierałem   się  w  kierunku 

granicy. Bardzo by ją to zmartwiło, a nie zasłużyła na to.

Oparł się o pień drzewa.

- Rozumiem - odrzekł chłopiec. - Opowiem jej, jaki jesteś dobry i miły, że jesteś 

najwspanialszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkałem.

Na twarzy Kierona odmalowała się gorycz. Czy tygodniowa opieka nad dziećmi może 

zrównoważyć całe życie przepełnione egoizmem? Tak, teraz zrozumiał, że był egoistą! To 

ciągłe   gadanie   o   wolności.  Wolność   w   jego   przypadku   oznaczała   po   prostu   ucieczkę   od 

odpowiedzialności. Prawdziwa wolność polega na tym, że człowiek żyje w zgodzie z samym 

sobą,   swoim   sumieniem,   ma   świadomość,   że   jest   radością   dla   swych   najbliższych. 

Tymczasem on nie należał ani do żadnego człowieka, ani do żadnego miejsca.

background image

Nowa fala gorąca przeniknęła jego ciało.

- Manuelu - wyszeptał i chwycił chłopca za ramię. - Nie chcę umierać! Nie teraz, gdy 

odkryłem, że mam dla kogo żyć.

Obaj bracia przytulili się do niego, a Manuel mocno ściskał jego dłoń.

- Och, Kieron, nie umieraj, ja nie chcę!

- Spróbuję - zażartował, ale nie wiedział, czy jego usta wykrzywiły się w uśmiechu. - 

Posiedzę tu sobie trochę.

- Oczywiście. Czy mam obudzić pozostałych?

- Tak, powinniśmy jak najszybciej ruszyć dalej, opuścić to przeklęte miejsce.

Manuel posłał mu zatroskane spojrzenie. Widział, że Kieron nie jest w stanie utrzymać 

się na własnych nogach, a co dopiero iść. Ale nie brał pod uwagę siły charakteru i niezwykłej 

wewnętrznej dyscypliny tego człowieka.

Kiedy   wszystkie   dzieci   się   obudziły   i   przygotowały   do   drogi,   Kieron   wstał,   ale 

wydawał   się   dużo   starszy,   gdy   tak   chwiał   się   niepewnie.   Na   twarzy   malowała   mu   się 

determinacja.   Musiał   kontynuować   wyprawę.   Dzieci   patrzyły   na   niego   zalęknione, 

wyczuwając, że jest z nim źle. Ruszyli w drogę bez jedzenia. Posuwali się wolniej niż zwykle, 

bo   Kieron   był   tak   słaby,   że   musiał   odpoczywać   co   kilkadziesiąt   metrów.   Dzieci 

podtrzymywały go, głęboko zaniepokojone.

-   Czy   to   możliwe,   żeby   taki   mały   latający   robak   był   w   stanie   zabić   silnego 

mężczyznę? - mamrotał Kieron pod nosem.

Jakby   nie   dość   było   kłopotów,   stan   Carlitosa   z   powodu   silnego   przeziębienia 

gwałtownie się pogorszył. Kieron szedł za Teresą, która dźwigała małego na plecach, i nie 

spuszczał z niego oka. Chłopiec miał przymknięte powieki i z trudem łapał oddech przez 

zsiniałe usta.

Carlitos umrze, prześladowała Kierona natrętna myśl. Stracimy to dziecko o anielskim 

uśmiechu, tak pokornie znoszące wszystkie cierpienia! A ja nie mogę uczynić niczego, by mu 

pomóc. Nawet zwilżyć wodą spękanych ust! Przecież nie podam mu nie przegotowanej wody 

z rzeki, a zapałki się skończyły.

Rosa znów uderzyła w płacz.

Nagle otworzyła się przed nimi polana, na której rosło drzewo bananowe.

- Kto posadził to drzewo na naszej drodze? - roześmiał się Kieron.

- Wiem, kto - odpowiedziała ze spokojem Teresa. - Modliłam się do Boga, by zesłał 

nam trochę pożywienia.

Banany były niewielkie i mocno dojrzałe, bo właściwie sezon owocowania tych drzew 

background image

już minął. Ten gatunek bananów zresztą szybko się psuł, już po kilku godzinach owoce nie 

nadawały się do jedzenia. Nie mogli więc zabrać zapasów na drogę. Najważniejsze jednak, że 

dzieci mogły najeść się do syta, na jakiś czas im wystarczy.

Tylko Carlitos nie posmakował owoców. Był taki słaby, że nie mógł nawet przełykać.

Pod bananowcem Kieron poczuł przypływ nadziei. Co prawda dłonie mu drżały, a 

gorączka nadal trawiła ciało, ale organizm najwyraźniej walczył. Kieron pragnął wierzyć, że 

zdoła pokonać zatrucie.

Manuel wyrzucił już kule i jedynym śladem po przebytej dolegliwości było lekkie 

utykanie. Pabla bardzo bolało gardło, za to Teresa, Esmeralda i Antonio byli niemal całkiem 

zdrowi.

Kieron pomyślał z zadowoleniem, że stan dzieci poprawia się z dnia na dzień, ale jego 

radość  trwała  krótko,  bo  w  tej  samej   chwili  Carlitos zaczął  się  dusić.  Ropna  wydzielina 

utkwiła mu w gardle, a osłabiony chłopiec nie był w stanie jej odkrztusić. Kieron poderwał 

się, uniósł chłopca za nogi i poklepał go kilka razy po plecach. Nie był lekarzem i nie miał 

pojęcia, czy postępuje słusznie, po prostu kierował się impulsem.

Malec zakaszlał gwałtownie i złapał oddech. Biedny Carlitos, był taki słabiutki!

- Oddychaj, chłopcze - przemawiał błagalnie Kieron do rozpalonego gorączką dziecka. 

A potem zawołał do pozostałych: - Przynieście wszystkie koce i chusty!

Dzieci błyskawicznie wykonały jego polecenie i owinęły Carlitosa tak szczelnie, że. 

przypominał   tobołek,   z   którego   wystawał   tylko   czubek   nosa.   Dziewczynki   protestowały, 

mówiąc,   że   chłopiec   jest   przecież   taki   gorący,   ale   w   odpowiedzi   usłyszały,   że   musi   się 

porządnie   wypocić.   Kieron   zapomniał   o   własnej   słabości.   Nerwowo   grzebał   w   apteczce, 

szukając lekarstw, których tak niewiele pozostało. Zresztą nie miał nic nad to, co zwykle 

turysta zabiera ze sobą na wędrówkę. Co podać maleńkiemu umierającemu dziecku, które na 

domiar złego nie ma siły przełykać? Gdyby chociaż mógł zagotować wodę, ale nie było jej 

skąd nabrać, a zresztą zabrakło już zapałek. Może zastrzyk penicyliny? Lękał się podjąć taką 

decyzję,  przecież  nawet  dorosłemu  nie  wolno  było  zaordynować  tego  leku  bez  zalecenia 

lekarza, a co dopiero małemu dziecku.

Rozmyślania przerwał mu okrzyk przerażonego Manuela.

- Kieron, Rosa umiera!

Poczuł   wyrzuty   sumienia.   Jak   mógł   zlekceważyć   ciągły   płacz   niemowlęcia? 

Wydawało mu się przez cały czas, że Rosa sobie poradzi.

Zerwał się i pozostawiwszy Carlitosa pod opieką dziewczynek, podbiegł z Antoniem 

do Manuela. Pablo już tam był, blady jak kreda, z drżącymi wargami.

background image

- Kieron, ona umiera - wyszeptał.

Tu   nie   mogło   pomóc   poklepywanie   po   plecach.   W   gwałtownym   ataku   skurczu 

twarzyczka Rosy posiniała, maleńkie rączki zacisnęły się w piąstki, nóżki podkurczyły. W 

kącikach ust pojawiła się piana.

Kieron stanął bezradny z dzieckiem na ręku.

- Co robić? - pojękiwał żałośnie Manuel.

Nim Kieron zdążył  cokolwiek odpowiedzieć, nastąpił kolejny atak i dziewczynka, 

wyciągnąwszy ku niemu brązową rączkę, osunęła się jak szmaciana lalka.

Kieron zachwiał się, podał więc szybko dziecko Manuelowi. Próbował dotknąć leżącej 

nieruchomo Rosy, ale niebezpiecznie przechylił się w tył i gdyby nie Pablo, który podbiegł i 

go podtrzymał, z pewnością runąłby na ziemię. Usiłował wziąć się w garść, ale znów mu się 

zrobiło   słabo.  Osunąwszy  się   na   pień,   ukrył   twarz   w  rękach.   Nie   poruszył   się,   póki   nie 

podszedł do niego Manuel.

- Kieron... mam wykopać grób?

Pokiwał głową, nie odkrywając twarzy. Był taki zmęczony, tak strasznie zmęczony!

- Dla jednego czy dla dwojga?

- Czy ona... - urwał, nie będąc w stanie wypowiedzieć tych strasznych słów.

- Jeszcze żyje, ale zaraz umrze. Nie mam siły się temu przyglądać.

Kieron   siedział   z   twarzą   białą   jak   kreda,   a   jego   ciało   trawiła   gorączka.   Prastara 

dżungla trwała w ciszy, słychać było jedynie tępy odgłos wbijanego w ziemię noża, którym 

Manuel wygrzebywał dół.

Kieron wstał i chwiejnym krokiem zbliżył się do chłopca, który pracował zawzięcie, 

ocierając co chwila łzy zalewające mu twarz.

- Wybacz mi, Manuelu - rzekł. - Nie udało mi się.

Tylko   tyle   zdołał   z   siebie   wydusić.   Chłopiec   potrząsnął   głową   i   szlochając,   dalej 

grzebał w ziemi.

- Tak, całą odpowiedzialnością za Rosę obarczyłem ciebie.

- Jest nas tyle, wszystkimi naraz nie mogłeś się zająć - nieswoim głosem odpowiedział 

mu Manuel.

Kieron ostrożnie wyjął mu nóż z ręki i odłożył na ziemię.

A potem ukucnął i mocno przygarnął do siebie chłopca. Kiedy Manuel zobaczył łzy w 

oczach   Kierona,   całkiem   się   załamał   i   wtulając   się   w   swego   dorosłego   przyjaciela, 

rozszlochał się na dobre.

I   tak   trwali   w   uścisku   długą   chwilę:   dojrzały   biały   mężczyzna   i   mały   indiański 

background image

chłopiec. Kieron głaskał Manuela po głowie i wpatrywał się w wykopany dołek. Wyobraził 

sobie drobne ciałko Rosy, przysypywane coraz grubszą warstwą ziemi, i maleńki samotny 

grób w środku dżungli.

- Nie! - krzyknął, targnięty gwałtowną rozpaczą. - Nie! Nie!

Podbiegł do dziewczynek, które roztrzęsione stały przy umierających maleństwach. 

Rzuciwszy krótkie spojrzenie na Carlitosa, który leżał tak jak przedtem, z trudem oddychając, 

podniósł Rosę i zaczął ją rozbierać. Skurcze zmieniły się w ledwie dostrzegalne drżenie, 

jakby organizm nie miał siły już walczyć.

Co robić? zastanawiał się ogarnięty desperacją. Nawet laik by się zorientował, że temu 

dziecku pozostało zaledwie parę minut życia. A Carlitos? Ile jeszcze będzie żył? Dzień czy 

dwa?

Kieron zagryzł wargi i mruknął coś niezrozumiale. Gdyby nie Rodriquez, te małe 

istoty bawiłyby się beztrosko w rodzinnej wiosce, pod opieką swoich rodziców! Tymczasem 

słabe i wychudzone leżą tu, w obcym,  przerażającym ich świecie, bez żadnej nadziei na 

ratunek. A pozostali? Ich przyszłość wcale nie jawi się w jaśniejszych barwach, bo Kieron 

O'Donell nie mógł im wiele pomóc.

- Nie dostaniesz ich, Rodriquez! Ani jednego ci nie oddam! - krzyknął nagle, a z oczu 

popłynęły mu łzy. - Nie dostaniesz ani jednego mojego dziecka!

Poczuł wielką dumę, nazywając małych Indian swoimi dziećmi.

Zrobił zastrzyk z penicyliny, najpierw Rosie, później Carlitosowi. Potem przygotował 

po kolei wszystkie lekarstwa, jakie mu pozostały: sulfamidy, chininę, paracetamol w dawkach 

zbyt silnych jak dla drobnych dzieci, ale zdecydował się postawić wszystko na jedną kartę. 

Nie miał wszak nic do stracenia. Pochylając się kolejno nad malcami, zaczął im wykonywać 

sztuczne oddychanie metodą usta - usta i masaż serca.

Potem, starannie otuliwszy maleństwa, osunął się na trawę kompletnie wykończony. 

Tylko gniew i rozpacz podtrzymywały go jeszcze przy życiu.

- Proszę, dajcie mi Rosę - wyszeptał ostatkiem sił.

Przytulił dziecko do siebie i przykrył połami swej kurtki, by nie marzło.

- Pilnujcie, żeby Carlitos miał ciepło - poprosił przez łzy.

A potem stracił przytomność, trawiony wysoką gorączką.

Gdy się obudził, było już późne popołudnie. Poczuł w sercu wielki żal, gdy dostrzegł, 

że w ramionach nie trzyma nikogo.

- Czuwaliśmy przy tobie przez cały czas - odezwał się z dumą Pablo. - Nawet jednej 

musze nie pozwoliliśmy usiąść!

background image

-   Dziękuję   -   wyszeptał   Kieron,   szukając   spojrzeniem   Manuela,   a   gdy   go   ujrzał, 

zapytał: - Już?

- Co już?

- Nie utrudniaj mi. Czy Rosa?

W tej samej chwili twarzyczki wszystkich dzieci się rozpromieniły.

- Rosa żyje! - zawołał Manuel. - I zjadła nawet trochę bananów. Teraz śpi.

Kieron nie mógł uwierzyć w to, co słyszał.

- A Carlitos?

- Nie wiemy, co z nim, ale chyba boli go brzuch.

Nic   dziwnego,   pomyślał   Kieron.   Po   tej   końskiej   dawce   leków,   jaką   mu 

zaaplikowałem!

- Teraz właściwie jest z nim tak jak przedtem. Nie wygląda ani lepiej, ani gorzej - 

uśmiechnął się Manuel.

- To znaczy, że oboje żyją?

- Oboje! Zasypaliśmy dół, wszyscy razem.

- Dziękuję, dzieci - rzekł Kieron ochrypłym głosem.

- To my chcemy ci podziękować - szepnął Manuel.

- W takim razie podziękujmy sobie nawzajem - zaśmiał się, przymykając oczy.

- A jak ty się czujesz, Kieron? - zapytała Teresa.

- Dobrze - uśmiechnął się, dotykając swojej ręki. - Trochę jest jeszcze drętwa, ale poza 

tym nic mi nie dolega. Taki jestem szczęśliwy, dzieci, taki szczęśliwy. - I usadowiwszy się 

wygodniej, dodał: - Posłuchajcie, co mam wam do powiedzenia, jestem ciekaw waszej opinii.

Wszyscy przysunęli się bliżej, Antonio zaś niemal wdrapał mu się na kolana.

- Nie bardzo mam chęć odchodzić od tego drzewa, które daje nam pokarm.

-   Zostaniemy   tu   na   noc?   -   spytała   Teresa   z   przerażeniem.   -   A  jeśli   wróci   ten 

drapieżnik?

- Odeszliśmy spory kawałek od miejsca, gdzie nocowaliśmy wczoraj. Wnet zapadnie 

zmierzch, a to miejsce nadaje się na nocleg.

Dzieci westchnęły przestraszone. Ten pomysł nie podniósł ich na duchu.

- Ale pomyślałem o czymś jeszcze - ciągnął. - Będę szczery, w takim tempie nie mamy 

szans dojść do wioski indiańskiej bez jedzenia i wody, a do tego z dwojgiem chorych dzieci.

- To prawda, Kieron - przerwał mu Manuel. - Nie chcieliśmy ci marudzić, ale strasznie 

chce nam się pić.

Kieron uśmiechnął się krzywo.

background image

- Mnie też. W dżungli rosną dwa gatunki roślin, z liści których można wyssać płyn, ale 

tutaj ich nie widziałem. Póki co, do rzeki nie przedrzemy się przez tę gęstwinę, a poza tym nie 

bardzo wierzę w czystość wód.

- W takim razie co zamierzasz?

Popatrzył na zalęknione twarze dzieci.

- Jest pewien sposób, który mógłby rozwiązać nasze problemy. Ale uprzedzam, że nie 

jest prosty. Kilka kilometrów stąd las się przerzedza i możliwe jest dojście nad brzeg rzeki. 

Gdybyśmy mieli tratwę...

- Tak! - wykrzyknął entuzjastycznie Pablo.

- Spokojnie! Niełatwo zbudować tratwę dla ośmiu osób, która utrzyma się na rzece. 

Na   dodatek   bez   odpowiednich   narzędzi.   Będzie   trzeba   was   wszystkich   przywiązać,   żeby 

woda nikogo nie zmyła na tych odcinkach, gdzie nurt jest bardzo bystry.

- Poradzimy sobie - oświadczył pewnym głosem Manuel. - Sądzisz, że dzięki temu 

zyskamy dużo czasu?

- Oczywiście. Jeśli jutro rano tratwa będzie gotowa, przed wieczorem dopłyniemy do 

celu.

-   W   takim   razie   na   co   czekamy?   -   zapytał   Pablo   i   poderwał   się   z   miejsca.   - 

Zaczynajmy od razu!

- Stój, głuptasie! Chyba rozumiesz, że nie zaczniemy budować tratwy tutaj. Musimy 

dojść najpierw na brzeg rzeki.

Dzieci   zaczęły   gwałtownie   namawiać   Kierona,   by   ruszyli   tam   jeszcze   przed 

wieczorem.   Śmiertelnie   przerażał   ich   las,   w   którym   się   znajdowali,   gotowe   były   więc 

zrezygnować   z   bananów   na   śniadanie,   byleby   tylko   opuścić   to   miejsce.   Poczuły   nagły 

przypływ sił, gdy nowa nadzieja zakiełkowała w ich sercach.

Kieron uległ im w końcu, choć trochę niechętnie. Przykazał jednak, by najedli się 

najpierw do syta, ale ponieważ dzieciom bardziej chciało się pić, szybko zrezygnowały z 

posiłku. Kieron wziął Antonia na barana, a Carlitosa na ręce. Polecił Manuelowi iść przodem, 

by przez cały czas obserwować Rosę.

Chociaż było już późno, dzieci szły lekkim krokiem. Kieron, prawdę powiedziawszy, 

nie   miał   wielkiej   nadziei   w   powodzenie   planu,   nie   chciał   jednak   gasić   zapału   swych 

podopiecznych. Z rozmów, jakie prowadziły między sobą, wywnioskował, że znają się trochę 

na budowie tratw i w duchu je błogosławił. I takie dzieci nauczyciele w szkole nazywają 

prymitywnymi!

Przez całą drogę Pablo był niezwykle aktywny. Biegał, skakał, to zostawał w tyle, to 

background image

znowu biegł z przodu. Drażnił się z Antoniem, wkładał dziewczynkom za sukienki liście i 

gałęzie, aż w końcu Kieron musiał przywołać go do porządku, obawiając się, że jeszcze przez 

przypadek wrzuci dzieciom za ubrania jakieś owady, do których po ostatnich przeżyciach 

nabrał awersji. Pablo tylko na moment się uspokoił, by zaraz znów rzucać kamykami  w 

korony drzew. Teraz dopiero Kieron zrozumiał wcześniejsze słowa Manuela, że mniejszy 

kłopot jest z chorym, a przez to spokojnym Pablem.

Szli już jakiś czas, gdy nagle Kieron przystanął gwałtownie niczym rażony gromem. 

Przypominał sobie czas spędzony z Susan, o której zresztą nie przestawał myśleć w dzień i w 

nocy, a także wydarzenia ostatnich dni. Zlekceważył polecenie Rodriqueza i nie zlikwidował 

ocalałych z powodzi dzieci indiańskich, na dodatek prowadzi je do stolicy. Czy może to 

zagrozić   wysokiej   pozycji   Rodriqueza?   I   nagle   skojarzył   dwa   fakty.   Susan...   przecież 

wystawił na niebezpieczeństwo życie Susan! Bezmyślnie opowiedział dziewczynie o wiosce 

indiańskiej   zatopionej   przez   rzekę,   którą   Rodriquez   skierował   do   doliny.   Mówił   też   o 

dzieciach. Jak mógł być taki nierozsądny? Skoncentrowany na własnych problemach, nie 

przewidział konsekwencji swego postępowania. Susan miała zostać powiadomiona o jego 

zaginięciu w górach i otrzymać pieniądze. Znał jednak tę dziewczynę na tyle, by wiedzieć, że 

enigmatyczne wyjaśnienia jej nie zadowolą i że poruszy niebo i ziemię, by go odnaleźć. 

Zapewne zwróci się do wielu instytucji z prośbą o udzielenie pomocy w poszukiwaniach tego, 

który tak bezwstydnie ją oszukał i zrobił z siebie bohatera. Niewykluczone, że najpierw uda 

się do Juana Rodriqueza!

Oparłszy dłoń o pień drzewa, jęknął:

- Juan Rodriquez! Przecież ten drań nie zawaha się ani chwili, by usunąć kolejne 

zagrażające mu niebezpieczeństwo! A jaki to kłopot dla niego zniszczyć młodą dziewczynę z 

obcego kraju? Młodą dziewczynę, która nosi pod sercem niewinną istotę!

Czy Rodriquez odbierze mi wszystko, co mam? pomyślał z rozpaczą.

Dzieci otoczyły go kołem i patrzyły zalęknione.

- Co się stało? - spytał Manuel ostrożnie. - Poczułeś się gorzej?

Jak przez mgłę Kieron widział dziesięciolatka, który podczas tej wyprawy był jego 

największą podporą. Położył mu rękę na ramieniu, a potem mocno przytulił chłopca do siebie.

-   Nie,   Manuelu.  Ale   muszę   się   śpieszyć,   żeby  dotrzeć   jak   najszybciej   do   stolicy. 

Natychmiast... Muszę... Rodriquez... Nie ma chwili do stracenia!

Manuel spuścił wzrok.

- Przeszkadzamy ci, Kieron?

-   Wy?   Mielibyście   mi   przeszkadzać?   -   zaprotestował   -   To   przecież   dzięki   wam 

background image

poczułem, że życie ma sens. Manuelu, przez tyle lat tłukłem się po świecie, ocierając się 

nieustannie o śmierć i nienawiść. Ale teraz już z tym koniec! Podjąłem taką decyzję dzięki 

wam   i   pewnej   niepozornej   dziewczynie   ze   Szwecji.   Niestety,   Rodriquez   chce   zniszczyć 

wszystkich, których kocham. Nie pozwolę mu na to!

- Dlaczego chce zabić dziewczynę ze Szwecji?

- Dlatego, że dowiedziała się przypadkiem o przestępstwie, jakiego się dopuścił.

- Myślisz, że dziewczyna się nie domyśli, jaki on jest groźny? - zapytał Manuel po 

chwili zastanowienia.

Kieron   nagle   ujrzał   całą   sprawę   w   innym   świetle.   Słowa   Manuela   zabrzmiały 

sensownie. Przecież Susan jest mądra i na pewno nie da się zwieść obłudnemu Rodriquezowi. 

Poczuł gwałtowną ulgę i roześmiał się na cały głos. Ruszyli dalej w szybkim tempie, bo teraz, 

gdy starsze dzieci nie dźwigały bagażu, a młodsze były niesione, mogli trochę przyspieszyć. 

Dokuczało im jedynie straszne pragnienie.

Dotarli do rzeki, zanim zapadł zmrok, i zatrzymali się na nocleg w skalnej jaskini. 

Dziewczynki z przejęciem rozłożyły na ziemi plecione maty i w grocie od razu zrobiło się 

przytulniej.   Dzieci   na   wyścigi   starały   się   przygotować   najlepsze   posłanie   dla   Kierona. 

Oznajmił im jednak, że w nocy będzie trzymał straż przy wejściu, by nie zaskoczył ich żaden 

drapieżnik, co maluchy przyjęły z wyraźną ulgą.

Oparty o skałę, nie spuszczał wzroku z pogrążonych we śnie dzieci. Dopiero wraz z 

nastaniem świtu pochłonęła Kierona cudowna gra kolorów nad rzeką i lasem, a jego myśli 

znów poszybowały do Susan. Któregoś równie pięknego ranka obudził się pierwszy i patrzył 

na śpiącą dziewczynę. Jej długie rzęsy kładły się cieniem na policzki. Tak bardzo poruszyło 

go   to   wspomnienie,   że   aż   wstrzymał   oddech.   Teraz   już   nie   myślał   o   tym,   jak   złym 

człowiekiem   jest   Rodriquez.   Dręczyło   go   coś,   co   lękał   się   nazwać.   Słowa   Manuela   o 

nieszczęśliwej matce Carlitosa... Takiej samotnej... Nie, lepiej o tym nie myśleć!

Pablo wyczołgał się z jaskini i usiadł obok Kierona. Trząsł się z zimna, więc Kieron 

owinął go swym ponchem.

-  Ale   pięknie!   -   zachwycił   się   Pablo.   -   Spójrz   na   ptaki,   które   wyfruwają   z   mgły 

unoszącej się nad rzeką!

- Tak, a jakie piękne są drzewa i zarośla w świetle poranka!

- Zupełnie jak w bajce - westchnął zachwycony chłopiec.

Właściwie   z   Pablem   Kieron   miał   dotąd   najmniejszy   kontakt.   Teraz   chłopiec,   tak 

bardzo cierpiący z powodu zatrucia pokarmowego, wrócił wreszcie do zdrowia.

- Czy w nocy nie kręciły się tu żadne zwierzęta? - dociekał malec.

background image

- Nie, tu nie, ale z wodopoju w dole rzeki dochodziły różne odgłosy.

- A nasze zwierzę? - Pablo popatrzył na niego w napięciu.

- Nie słyszałem jaguara. Zresztą trochę się też zdrzemnąłem.

Po chwili milczenia Pablo zapytał:

- Jak myślisz, Kieron, dojdziemy?

Na twarzy mężczyzny odmalowały się przez moment wszystkie wątpliwości, jakie 

nim targały, ale odpowiedział lekkim tonem:

- Miejmy nadzieję! W każdym razie gorąco w to wierzę.

- Ze względu na nas czy ze względu na siebie?

- Ze względu na nas wszystkich Ja także pragnę żyć. - I dodał po chwili: - Teraz.

- Jeśli dojdziemy, co się z nami stanie?

- Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by wam pomóc. Pragnę jedynie waszego dobra. 

A ty sam, Pablo, czego pragniesz? - zapytał go Kieron.

- Chcę zostać z tobą - odpowiedział chłopiec wprost.

Kieron roześmiał się.

- Nie jestem pewien, czy to się da zrobić, ale możesz być pewien, że będę się starał, by 

sąd   uznał   mnie   za   waszego   prawnego   opiekuna.   Będę   was   odwiedzał   tak   często,   jak   to 

możliwe.

Jak   mogę   snuć   przed   tym   dzieckiem   wizję   przyszłości,   która   może   nigdy   nie 

nadejdzie? przeraził się w duchu. Jak zbuduję tratwę bez narzędzi, jak przepłynę z dziećmi 

rzeką, której przecież nie znam? Naraz ogarnęło go zmęczenie i pesymizm. Wydało mu się, że 

porywa się z motyką na słońce.

- Pytałem właściwie, gdzie najbardziej chciałbyś mieszkać, w stolicy, w górach czy 

może jeszcze gdzieś indziej.

-  Na  pewno  nie  tu,   nie  lubię  tego   lasu. Ale   nie  umiem  ci   odpowiedzieć,  Kieron. 

Słyszałem   wiele   ciekawych   opowieści   o   stolicy.   O   kinach,   pojazdach,   które   same   się 

poruszają, czy to naprawdę możliwe?

Kieron pokiwał z uśmiechem głową.

- O światłach, które zapalają się, gdy nacisnąć na guzik. A w ogóle to chcę zostać 

żołnierzem, chciałbym strzelać z karabinu. Chyba jednak najpierw muszę zobaczyć miasto, 

zanim się zdecyduję.

- Bardzo rozsądnie - pochwalił Kieron.

Chłopiec zmarszczył nos.

- Esmeralda chce się tam dostać za wszelką cenę, ale ja nie wiem. Wydaje mi się, że u 

background image

nas w górach jest pięknie.

- Tak, ale może trochę samotnie?

- Dzieci tak nie myślą. Ale jak tylko dorosną, zaczynają się niecierpliwić i chcą odejść 

do ludzi.

- Tak jest na całym świecie. - Kieron pogłaskał chłopca po głowie. - Przynajmniej tak 

było ze mną.

Pablo odwrócił się i popatrzył mu w oczy.

- Ty też wyjechałeś ze swojego rodzinnego miasta?

- Tak, dawno temu. Nie jest ci zimno?

- Nie, ale całkiem zaschło mi w gardle.

Kieron westchnął. Tuż obok płynęła rzeka, ale czy picie z niej wody nie jest zbyt 

ryzykowne? Nie chciał kolejnej infekcji w tej gromadce wyczerpanych dzieci.

background image

ROZDZIAŁ X

Dzieci   okazały   się   wprost   niezrównane   w   pokonywaniu   trudności.   Co   prawda 

propozycje  Antonia   były   bardziej   fantastyczne   niż   praktyczne,   ale   czy   można   tak   wiele 

wymagać od czterolatka? Mali Indianie pracowali jak mrówki, znosili liany i kawałki drewna, 

i pomagali swymi nożykami przycinać na odpowiednią długość pnie drzewa balsa. Ta praca 

doprawdy wymagała nie lada cierpliwości. Kieron z niekłamanym podziwem obserwował ich 

zapał.   Kiedy   szukał   odpowiednich   pni   na   tratwę,   natknął   się   na   źródełko.   Był   to 

najpiękniejszy podarunek, jaki mógł im zesłać los. Pili, nie mogąc się nasycić, a Kieron ciągle 

nie pojmował, skąd te dzieciaki, wycieńczone i zdrożone, brały siły, by znieść takie trudy.

Najgorzej   było   z   Carlitosem,   flegma   cały  czas   spływała   mu   do   gardła   i   zatykała 

tchawicę, a chłopczyk, skrajnie osłabiony, nie mógł jej odkrztusić. Leżał, nie otwierając oczu, 

i dawno się już przestał uśmiechać.

Stan   zdrowia   Rosy   natomiast   trochę   się   poprawił,   chociaż   dziewczynka   nadal 

popłakiwała żałośnie. Kieron przez cały czas czuwał przy niej, lękając się nowego ataku 

kolki.

Starsze dzieci natomiast stały się dużo bardziej żywotne. Esmeralda, gdy na moment 

została  bez   pracy,   wdrapała  się   na  drzewo  i  rozsiadłszy się  wygodnie   na  gałęzi,  zaczęła 

wyśpiewywać na całe gardło dość frywolne piosenki. Teresa, wyraźnie zgorszona, nakazała 

jej przestać, ale Kieron roześmiał się tylko, próbując udobruchać srogą dziewczynkę.

- Niech śpiewa - powiedział. - Trochę radości wszystkim nam się przyda. Dość już 

przeżyliśmy smutków.

Teresa   zacisnęła   usta,   a   potem   zaczęła   demonstracyjnie   nucić   pieśń,   która   była 

wprawdzie znacznie piękniejsza niż przyśpiewki Esmeraldy, ale nawet w połowie nie tak 

zabawna.

Po południu, gdy słońce prażyło najmocniej, tratwa była gotowa. Nie prezentowała się 

może   szczególnie   imponująco,   ale   co   najważniejsze,   utrzymywała   się   na   wodzie.   Kieron 

wiele razy dokładnie sprawdzał wszystkie wiązania, nim uznał, że można na nią wsiąść.

Sam sporządził i umocował na tratwie dwie drabinki, z których był bardzo dumny. 

Umieścił je po bokach, między nimi posadził dzieci i przywiązał je mocno, by fala ich nie 

zmyła. Wreszcie chwycił w dłoń wiosło, które miało mu służyć także jako ster. Zaparł się 

mocno stopami, by nie wpaść do wody.

Niepoprawny ze mnie optymista, pomyślał. Przecież jeśli tratwa się wywróci, dzieci 

się potopią, nim zdążę ponownie postawić na wodzie tę ciężką konstrukcję.

background image

Ale przecież nie mógł ich posadzić bez zabezpieczenia. Czy utrzymałyby się, gdy 

tratwą zacznie trząść i kołysać na wszystkie strony? Usiłował sobie przypomnieć, jaka jest ta 

rzeka. Niestety, nigdy nią nie płynął, jedynie wędrował jej brzegami, ale wydawało mu się, że 

na tym odcinku nie powinna być groźna. Jedynie w górnym swym biegu płynęła rwącym 

nurtem. W tych rejonach nie żyły krokodyle ani krwiożercze piranie. Może więc jakoś im się 

uda?

Właściwie lepiej byłoby ruszyć o świcie i mieć przed sobą cały dzień, ale czas naglił. 

Brakowało   im   jedzenia,   a   stan   zdrowia   najmłodszych   dzieci   nadal   był   bardzo   niepewny. 

Kieron obawiał się, że znów może nastąpić kryzys. Najbardziej jednak lękał się o Carlitosa. 

Jak malec przy tych swoich kłopotach z oddychaniem, zniesie kolejne trudy? Co będzie, jeśli 

woda chluśnie mu w twarz i dostanie się do płuc?

Chyba oszalałem, podejmując takie ryzyko, pomyślał. Jak mogę wierzyć, że uda mi 

się cało i zdrowo spłynąć z siedmiorgiem dzieci w dół nie znanej mi rzeki? Ale czy mam 

jakieś inne wyjście?

Oddalili się od brzegu i za późno było już na takie rozważania. Bystry nurt uniósł 

tratwę i wnet stracili z oczu jaskinię, w której nocowali. Posuwali się bardzo szybko, szybciej, 

niż Kieron przypuszczał. Strach chwytał go za gardło, gdy słyszał, jak trzeszczą wiązania. 

Dzieci   siedziały   skulone,   trzymając   się   kurczowo   poręczy,   aż   im   zbielały   kostki.   Z   ich 

rozszerzonych oczu wyzierał strach. Carlitos i Rosa zdani byli teraz na siebie, bo Kieron nie 

mógł   wypuścić   z   rąk   steru.   Posadził   dwoje   maluchów   odwróconych   plecami   do   siebie   i 

przywiązał w zasięgu ręki w miejscu, które wydawało mu się najbezpieczniejsze. Tylko czy w 

ogóle na tratwie jest takie?

Płynęli w takim tempie, że drzewa i zarośla wprost migały im przed oczyma. Kieron 

koncentrował całą swoją uwagę na tym, by omijać wystające kamienie i pojawiające się nagle 

terasy.

Jeśli   nam   się   powiedzie,   zaoszczędzimy   mnóstwo   czasu,   pomyślał   z   radością, 

wyostrzając   wszystkie   zmysły.   W   ciągu   dziesięciu   minut   pokonali   odległość,   jaką 

przemierzali zwykle pieszo przez cały dzień.

Antonio zaczął krzyczeć, ale Kieron przykazał mu, by zamknął buzię, bo może się 

zachłysnąć wodą. Starsi chłopcy siedzieli spięci, a dziewczynki, zaciskając powieki, skuliły 

się w sobie.

Ale oto nurt osłabł i teraz tratwa sunęła leniwie. Wszyscy się odprężyli i uśmiechnęli 

ostrożnie   do   siebie.   Tratwa   płynęła.   Poza   tym   że   bagaże   i   ubrania   mieli   przemoczone, 

wszystko poszło znakomicie. Rosa płakała przestraszona, ale Kieron nie zwracał na to uwagi, 

background image

bo i tak nie był w stanie zrobić nic, by ją uspokoić. Carlitos siedział jak w półśnie z głową 

wciśniętą w ramiona. Oczy nadal miał zamknięte, przysłonięte przemoczoną grzywką. Jaki on 

śliczny, pomyślał Kieron i poczuł ból w sercu. Tak bardzo chciał pomóc temu dziecku, a tak 

niewiele mógł.

- Co tak powoli? - zaczął narzekać Pablo.

- Ciesz się z tego! - zawołał do chłopca. - Ja w każdym razie jestem zadowolony, że 

nurt osłabł.

- Popatrzcie! Tam na drzewie! - krzyknęła Teresa i wskazała na dryfujący pień, na 

którym owinęła się ogromna anakonda.

Dzieci bardzo się wystraszyły, na szczęście Kieron zdołał skręcić. Ale oto tratwa znów 

zaczęła   płynąć   szybciej.   Rzeka   wyraźnie   się   zwęziła,   a   jej   nurt   stał   się   bardziej   wartki. 

Piaszczyste   brzegi   tworzyły  teraz   strome   urwiska.   Kieron   nie   pamiętał,   by  kiedykolwiek 

wędrował w tych okolicach. Było jednak już za późno, by się wycofać.

- Trzymajcie się! - zawołał do dzieci. - Tereso, módl się do Najświętszej Panienki!

Skinęła z powagą i poruszając wargami, szeptała cicho słowa modlitwy.

Nagle porwał ich silny prąd i zniósł ku skałom, zza których dochodził potężny grzmot.

Boże, tylko nie wodospad! przeraził się Kieron, zdając sobie sprawę, że nie mają 

żadnych szans, jeśli dostaną się w spadające z hukiem masy wody.

Kurczowo   ściskając   wiosło,   kątem   oka   dostrzegł,   że   teren   się   obniżył,   a   brzegi 

złagodniały.  Skąd na tym  odcinku rzeki wodospad?  zastanawiał się, patrząc na spienioną 

wodę.

Raz kozie śmierć! Zobaczymy, co warta jest ta tratwa! pomyślał Kieron, zaciskając 

mocno dłonie na wiośle sterującym.

I wtedy nastąpił pierwszy mocny wstrząs, tratwa nadziała się na podwodną skałę. 

Zatrzeszczały   wiązania,   dziećmi   szarpnęło   w   przód,   na   szczęście   żadne   nie   wypadło. 

Chlusnęła na nie potężna fala, ale Kieron w ostatniej chwili zdążył zdjąć z wiosła lewą rękę i 

zasłonić Carlitosowi usta i nos. Tratwa zatańczyła na wodzie, ale zdołała utrzymać się na 

powierzchni, zaraz jednak znów porwał ją bystry nurt. Dzieci uczepiły się kurczowo drabinki 

i zacisnęły mocno wargi, by się nie zachłysnąć. Tratwą rzucało, skłębione wiry próbowały 

wciągnąć ją w głąb. Kieron chwycił mocniej wiosło, pełen obaw, czy woda go nie połamie.

Na   środku   wzburzonej   rzeki   dostrzegł   pokaźną   skałę.   Znosiło   ich   wprost   na   nią, 

dosłownie   w   ostatniej   sekundzie   szarpnął   wiosłem   i   skręcił   w   lewo.   Dzieci   krzyknęły 

zatrwożone. Tratwa runęła stromo w dół. Kieron przechylił się z całych sił do tyłu, aby ją 

zrównoważyć.

background image

Na szczęście silny prąd ustąpił równie gwałtownie, jak się pojawił. Tratwa, zanurzona 

przednią częścią, płynęła dalej. Kieron zauważył, że poluzowały się wiązania z prawej strony, 

blisko Manuela i Esmeraldy. Nie mógł jednak na razie nic z tym zrobić. Pozostawało mu 

wierzyć, że bale nie rozsuną się zbyt szybko.

Koryto   rzeki   znów   się   poszerzyło,   a   brzegi   stały   się   łagodne.  Antonio,   kaszląc, 

wypluwał wodę, podobnie dziewczynki. Zmagania z żywiołem trwały zaledwie kilka minut, 

ale Kieron ze zgrozą pomyślał, że dla Carlitosa te chwile mogły się okazać brzemienne w 

skutki. Pochylił się nad chłopcem jednak dopiero wtedy, gdy mógł wypuścić na moment 

wiosło. Malec dyszał ciężko, usiłując złapać oddech.

- Odkaszlnij, Carlitos! - zawołał Kieron, z radością przyjmując tę nikłą oznakę życia. 

Poklepał chłopca mocno po plecach. - Odkaszlnij!

Ku zaskoczeniu wszystkich Carlitos otworzył oczy i popatrzył przytomnie.

Kieron rzucił spojrzenie przed siebie i stwierdził, że na razie rzeka nie szykuje im 

żadnych niespodzianek.

- Spróbuj odkaszlnąć, Carlitos - prosił.

Chłopiec nabrał oddechu i nagle zaniósł się straszliwym kaszlem.

- Dobrze! - pochwalił go Kieron. Uśmiechnął się, podtrzymując jedną ręką dwulatka, 

który wypluwszy flegmę i wodę, zaczął oddychać swobodniej.

Poprzednim   razem   także   odzyskał   przytomność   pod   wpływem   szoku,   pomyślał 

Kieron, zatroskany, że nie wie, co naprawdę dolega temu chłopcu.

- Ki - on - szepnął Carlitos uśmiechając się do niego, a odwracając głowę w stronę 

Antonia ochrypłym głosem dodał: - Toni...

Kieron ze wzruszenia poczuł ścisk w gardle. Ale Carlitos znów zamknął oczy, a głowa 

opadła mu na bok. Słyszeli jednak, że oddycha, i to było najważniejsze.

- Bale się rozsuwają - powiedział zdenerwowany Manuel.

- Widzę, miejmy nadzieję, że jeszcze przez chwilę wiązania wytrzymają.

Rzeka   teraz   płynęła   spokojnie,   tratwa   sunęła   powoli   po   lekko   pofalowanej 

powierzchni. Gdy zepchnęło ich na mieliznę, Kieron zszedł na piasek, żeby naprawić tratwę. 

Najwyższy czas, bowiem Manuel siedział już całkiem zanurzony w wodzie. Wiążąc na nowo 

poluzowane   bale,   Kieron   ze   zdziwieniem   stwierdził,   że   jednak   nurt   wciąż   jest   wartki. 

Rzeczny prąd szarpał go i popychał, jakby chciał go ze sobą porwać. Ruszyli dalej dopiero 

wtedy, gdy tratwa znów była sprawna.

Brzegi   rzeki   wciąż   się   zmieniały.   Opuścili   tereny   tropikalnej   dżungli,   las   się 

przerzedził i tu i ówdzie dostrzegali na lądzie rozległe łąki.

background image

Słońce chyliło się ku zachodowi. Dzieci coraz gorzej znosiły rejs. Przemoczone do 

suchej nitki, stały się niespokojne i marudne, doskwierał im też głód. Kieron przyjmował z 

wyrozumiałością  ich  skargi.  Przecież  i  tak  były  bardzo  dzielne,  znosząc  tyle  trudów.  On 

zresztą też z wolna tracił cierpliwość.

Nagle Manuel zawołał:

- Popatrzcie! Domy! To jakaś osada. Kieron, dotarliśmy do celu!

Na twarzy Kierona odmalowała się ulga i radość. Musiał mieć dość zabawną minę, bo 

aż dzieci się roześmiały, ale i one były szczęśliwe.

Gdy   wreszcie   stanęli   na,   brzegu,   przedstawiali   sobą   doprawdy   żałosny   widok. 

Przemoczone,   zmęczone   dzieci,   zbite   w   gromadkę   wokół   mężczyzny,   na   którego   rękach 

spoczywał jeszcze jeden malec.

Ze wszystkich stron nadchodzili Indianie, zdumieni osobliwymi gośćmi.

- Znalazłem te dzieci wysoko w górach - wyjaśnił krótko Kieron. - Tylko one ocalały z 

katastrofy. Od prawie trzech tygodni nie dojadają. Dostaniemy trochę mleka?

Indianie   w   osadzie   okazali   się   niezwykle   życzliwi.   Postawili   na   nogi   wszystkich 

współmieszkańców   i   nim   upłynęło   parę   minut,   przynieśli   suche   ubrania   dla   znużonych 

przybyszów. Zebrani ciasno w największej chacie, wysłuchali opowieści Kierona. Załamując 

ręce, przeklinali Rodriqueza i ze łzami w oczach tulili cudem ocalałe dzieci.

Okazało się, że z tej właśnie osady pochodziła matka Teresy. Dziewczynka nie miała o 

tym   pojęcia,   ze   zdumieniem   więc   wpatrywała   się   w   otaczających   ją   ciasnym   kręgiem 

dziadków   i   liczne   kuzynostwo,   którzy   wprost   wychodzili   z   siebie,   starając   się   dogodzić 

dziewczynce. Natychmiast też zapadła decyzja, że mała zostanie u nich.

Kieron   spojrzał   na   Teresę,   trochę   zakłopotaną,   ale   i   dumną   z   zamieszania,   jakie 

wywołało jej przybycie. Nie przestawała jednak rzucać błagalnych spojrzeń w stronę Kierona, 

który pragnął zawołać, że te wszystkie dzieci są jego. Złapał Teresę za rękę i przytrzymał 

mocno, a w twarzy dziewczynki wyczytał, że także przeżywa rozterki.

Ale ponieważ w tej kwestii musiał zwyciężyć rozsądek, Kieron pokiwał głową na 

znak, że się zgadza.

- Wspaniale! - rzekł, zwracając się do krewnych Teresy. - Najpierw jednak wszystkie 

dzieci muszą przejść dokładne badania w szpitalu. Trzy tygodnie, podczas których nie miały 

prawie co jeść, to nie żarty.

Indianie pokiwali głowami ze zrozumieniem.

- Teresa to niezwykle mądra i dzielna dziewczynka - uśmiechnął się Kieron ciepło. - 

Jest chyba najpoważniejsza z całej gromady, a przy tym bardzo pobożna.

background image

- To dobrze - odezwała się jej babcia. - Matka Teresy, świeć, Panie, nad jej duszą, też 

była taka.

- Chyba możemy uznać, że najgorsze mamy za sobą. - Kieron uśmiechnął się do 

dziewczynki i podsunął ku niej otwartą dłoń.

Dziewczynka rozpromieniła się i podała mu różaniec.

- Tak bardzo się bałam, że nie zapytasz o niego!

- Sądzisz, że mógłbym zapomnieć o najpiękniejszym podarunku, jaki kiedykolwiek mi 

ofiarowano? O, nie! Bardzo ci dziękuję, że przechowałaś go dla mnie podczas wyprawy przez 

góry. Nikt nie potrafiłby z niego uczynić lepszego pożytku.

Teresa skinęła głową i z powagą rzekła do babci:

- Najświętsza Panienka wiele razy przyszła nam z pomocą!

- O ile to nie była twoja zmarła mama - szepnęła staruszka.

Na chwilę zapadła cisza, którą przerwały słowa Kierona:

- Kupię ci, Tereso, nowy różaniec, ten pragnę zachować dla siebie.

Oczy Teresy zapłonęły radością.

- Dostanie różaniec od nas - wtrąciła babcia. - Señor O'Donell nie musi pan sobie 

zawracać tym głowy. Uczyniłeś już aż nadto!

W ich rozmowę wdarł się płacz Rosy.

- Nie wiem, co robić z tym dzieckiem - pożalił się Kieron zmartwiony. - Przez całą 

drogę tak popłakiwała, a potem miała straszny atak kolki. Nie mam pojęcia, czy to na skutek 

niedożywienia, czy może jest to coś gorszego.

- Biedactwo, jest taka maleńka i chudziutka - odezwała się jakaś kobieta. - Pewnie 

karmiłeś ją tym samym, co pozostałych?

- Nie miałem innego wyjścia - westchnął Kieron.

- Takie maleństwo potrzebuje naturalnego pokarmu - stwierdziła i odeszła na bok 

naradzić się z innymi kobietami.

Jedna z nich, ożywiona, krzyknęła:

- Consuela! Sprowadźcie Consuelę!

- A kim ona jest? Szamanką? - spytał z lękiem Kieron.

- Nie - uspokoił go ktoś z boku. - To młoda matka, która przedwczoraj straciła swoje 

trzytygodniowe dziecko.

- Rozumiem - Kieron skinął z powagą głową.

W drzwiach pojawiła się Indianka niezwykłej urody, z twarzą naznaczoną rozpaczą. 

Spojrzawszy na Rosę, wzięła ją w ramiona i bez słowa przeszła z nią do sąsiedniej izby.

background image

- Wszystko   będzie   dobrze,  señor  -  rozgadały się   kobiety.   -  One   potrzebują  siebie 

nawzajem.

Kieron pochylił głowę, bo akurat ta dziedzina życia stanowiła dla niego kompletną 

zagadkę.

Potem mieszkańcy wioski zaczęli przygotowania do uroczystości. Na długim stole 

postawili tyle smakowitych potraw, że nawet ta wygłodniała gromadka nie była w stanie 

spożyć   połowy  przyniesionych   dań.  Wspomagali   ich   jednak   Indianie,   dla   których   był   to 

znakomity pretekst do świętowania. Kieron podniósł do ust naczynie, do którego nalano mu 

tequili, uznawszy, że zasłużył sobie na ten trunek. A dzieci, które od tak dawna nie miały 

możliwości najeść się do syta, nie mogły oderwać się od jadła. Znużony Antonio zasnął przy 

stole, zaciskając w jednej rączce kawałek ciasta, drugą zaś trzymając dłoń Kierona.

Kiedy Carlitos się ocknął, podano mu letnie mleko. Chłopiec uśmiechnął się anielsko, 

przyprawiając o łzy wzruszenia stojących obok Indian.

Chwilę później pojawiła się Consuela, trzymając na ręku śpiącą Rosę.

- Señor - zwróciła się błagalnie do Kierona. - Czy mogłabym ją zatrzymać?

Jeszcze jedno dziecko chcą mi odebrać! krzyczało wszystko w jego duszy. Kieron 

zdawał sobie sprawę, że nie będzie mógł zatrzymać malców, za każdym razem jednak, gdy o 

tym pomyślał, czuł się tak, jakby ktoś mu wbijał nóż w serce.

Zagryzł   wargi.   W   sprawie   Teresy   nie   było   wątpliwości,   gdyż   miała   się   nią 

zaopiekować rodzina, ale oddać Rosę całkiem obcym ludziom?

- A co na to twój mąż?

- Pytałam go i nie ma nic przeciwko temu. Nasze maleństwo urodziło się z ciężką 

wadą i lekarz powiedział, że nie powinnam rodzić więcej dzieci.

Obok Consueli stanął młody Indianin. Skinął głową na potwierdzenie słów żony.

- Będziemy dobrzy dla małej - zapewnił. - Jeśli tylko señor się zgodzi, by u nas 

została.

Kieron rzekł wolno, z namysłem:

- Przedłożę waszą prośbę władzom, które będą rozstrzygać sprawę dzieci. Myślę, że 

ustosunkują się do niej pozytywnie. Rozumiecie chyba jednak, że sam nie mogę podjąć takiej 

decyzji. Póki co Rosa musi zostać poddana obserwacji w szpitalu.

- Señor, proszę... - Consuela patrzyła na niego uporczywie, a jej głos zadrżał.

- Rozumiem. Mogłabyś pojechać razem z nami do szpitala, żeby być przy małej? Musi 

tam pobyć zapewne kilka dni.

- Ależ oczywiście! Niczego bardziej nie pragnę! - Twarz kobiety się rozpromieniła.

background image

A   więc   dwoje   dzieci   znalazło   już   opiekunów,   pomyślał   targany   sprzecznymi 

uczuciami.

Trafią do dobrych ludzi, a warunki ich życia nie zmienią się drastycznie w stosunku do 

tego, do czego przywykły.  Nie było tu wokół dżungli, która wzbudzała w nich strach, a 

jedynie równina, na której znajdowały się poletka uprawne i rzeka i mieszkali ludzie tej samej 

rasy.

Dzieci jadły i jadły, aż niektóre z nich rozbolały brzuchy, a Kieron sięgnął po jeszcze 

jedną szklaneczkę z tequilą.

Nie wiedział, że Indianie wyprowadzili motocykl, z którego byli bardzo dumni, i jeden 

z nich pojechał do stolicy jeszcze tego wieczoru. Udał się wprost do siedziby organizacji 

broniącej   praw   Indian   i   opowiedział   o   całym   zdarzeniu.   Urzędnicy,   którzy   zlekceważyli 

wcześniej   historię   Susan,   teraz   natychmiast   podjęli   odpowiednie   działania.   Ze   skruchą 

wyznali, że pomylili się trochę w ocenie Kierona O'Donella. Zobowiązali się poinformować o 

wszystkim   władze   i   media.   Jeden   ze   skorumpowanych   pracowników   ministerstwa 

dowiedziawszy się, co się szykuje, natychmiast zatelefonował do Juana Rodriqueza...

Wieczorem w niewielkim kościółku w wiosce indiańskiej odprawiono nabożeństwo za 

dusze zmarłych. Przybyli wszyscy mieszkańcy. Kieron i dzieci jednak nie uczestniczyli w 

modlitwach,   gdyż   zasnęli   kamiennym   snem.   Poczucie   bezpieczeństwa,   a   w   przypadku 

Kierona parę szklaneczek tequili, zapewniły im spokojny sen...

Następnego dnia ruszyli do stolicy jedyną ciężarówką, jaka była w osadzie. Zmieścili 

się wszyscy: Kieron wraz z podekscytowanymi dziećmi, Consuela, babcia Teresy, szofer i 

jeszcze parę innych osób, które czuły się związane ze sprawą. Consuela usiadła w szoferce, 

trzymając na kolanach spokojną i zadowoloną Rosę. Kieron siedział z tyłu z Carlitosem na 

rękach, a wokół niego stłoczyły się wpatrujące się w niego z uwielbieniem maluchy. Syte i 

wesołe wymachiwały na pożegnanie mieszkańcom osady.

Manuel, Esmeralda i Pablo odśpiewali cały swój repertuar, a Kieron zachęcał je, by 

nie przestawały.

Carlitos budził  się coraz  częściej   i  dłużej  pozostawał  przytomny.  Kieron  pilnował 

wówczas,  by chłopiec  odkasływał  flegmę.  Samo  przeziębienie  nie  było  takie  groźne,  jak 

zaburzenia w oddychaniu, które powodowało.

Boże! Pozwól nam go zachować przy życiu. Tyle walczyliśmy o niego, niech nam nie 

zgaśnie teraz po drodze! modlił się w duchu.

Carlitos tymczasem spoglądał na niego łagodnie i oddychał płytko, ale nakarmiony 

dobrze   poprzedniego   dnia,   wydawał   się   trochę   silniejszy.   Przynajmniej   tak   sobie   Kieron 

background image

wmawiał.

Jechali przez piękne stare mosty, mijali lasy, otwarte równiny i niewielkie doliny. Tu i 

ówdzie widzieli bielone chaty.

Słońce prażyło niemiłosiernie, ale z tyłu, na przyczepie ciężarówki, owiewał ich lekki 

wietrzyk.

Kieron uśmiechał się zadowolony z siebie...

Do późnej nocy Juan Rodriquez miotał się po gabinecie, klnąc jak szewc.

Wreszcie, patrząc na dwóch swoich ludzi przeznaczonych do specjalnych zadań, rzekł:

- Zrozumieliście? Kieron O'Donell z dzieciakami nie może tu dotrzeć! Zatrzymacie 

ich w miejscu, gdzie droga biegnie nad przepaścią, i zepchniecie ciężarówkę. Nie sprawi to 

wam   najmniejszego   problemu,   bo   ciężarówką   kieruje   Indianin.   Upozorujecie   wypadek,   a 

potem dyskretnie znikniecie. W żadnym razie nie może wyjść na jaw, że mam z tym jakiś 

związek. Wszystko jasne?

Mężczyźni  skinęli   głowami   i  odeszli,  a  Rodriquez  drżącą  ręką   sięgnął  po  kolejne 

cygaro.

- Co za głupiec! - mamrotał sam do siebie. - Kompletny idiota! Żeby ciągnąć ze sobą 

półżywe sieroty indiańskie, których nikt nie potrzebuje! Jak śmiał się poważyć na coś takiego, 

zgarnąwszy uprzednio tyle szmalu! Niech mu się jednak nie zdaje, że dotrze do stolicy!

Zniecierpliwiony Rodriquez cisnął na podłogę połamane cygaro.

Zarówno Rodriquez, jak i jego poplecznicy popełnili poważny błąd. Wiedzieli, że o 

zdarzeniu   zostały   poinformowane   władze   i   organizacja   broniąca   praw   Indian,   a   także 

dziennikarze prasowi. Zlekceważyli to jednak, sądząc, że skoro Kieron nie zdoła dotrzeć do 

stolicy, afera nie nabierze rozgłosu. Nie przyszło im na myśl, że żurnaliści uznają całą sprawę 

za pierwszorzędny temat!

Niedaleko stolicy, w miejscu, gdzie droga wiła się pod górę tuż nad przepaścią, czekali 

ludzie Rodriqueza. Przepuścili starą rozklekotaną ciężarówkę i zaczęli polowanie.

Szofer niespokojnie zerknął w boczne lusterko. Przeklęty idiota! pomyślał ze złością, 

patrząc na nowoczesne szybkie auto, które usiłowało go wyminąć. Przecież tu jest strasznie 

wąsko! Postanowił udawać, że nie słyszy uporczywego trąbienia, i spokojnie jechał środkiem.

Nieco   dalej   droga   poszerzyła   się   i   auto   zrównało   się   z   ciężarówką.   Chłopcy   aż 

otworzyli z zachwytu buzie, spoglądając na wspaniały wóz, ale Kieron nagle się zaniepokoił. 

Wydawało mu się, że zna z widzenia mężczyznę siedzącego obok kierowcy. Czy nie spotkał 

go przypadkiem u Rodriqueza? Nie był pewien.

- Dużo ich - odezwał się jeden z gangsterów.

background image

- E tam, sami Indianie - odparł drugi. - Załatwimy wszystkich!

Kierowca   ciężarówki   zaczął   się   naprawdę   denerwować.   Dlaczego   auto   go   nie 

wyprzedza? Co za głupiec! O co mu właściwie chodzi?

Samochód osobowy podjechał bliżej.

- Nie! - krzyknął szofer. - Czy ten wariat nie widzi, że z prawej strony jest przepaść?

Kieron przycisnął mocniej Antonia i Esmeraldę, a jego oczy rozszerzyły się ze strachu, 

gdy pojął, co się święci.

Auto   podjechało   tak   blisko,   że   prawie   ocierało   się   o   ciężarówkę.   Twarz   szofera 

wykrzywiła się w napięciu. Co robić, myślał gorączkowo. Mam się zatrzymać? Ale co się 

wtedy zdarzy? Przecież ten kierowca jest niepoczytalny!

W   tej   samej   chwili   zza   zakrętu   przed   nimi   wyłoniło   się   kilka   samochodów   z 

tabliczkami:   „Prasa”.   Dziennikarze   kilku   stołecznych   dzienników   jechali   w   stronę   osady 

indiańskiej, żeby przeprowadzić wywiad z O'Donellem, i każdy z nich liczył w skrytości 

ducha,   że   jego   gazeta   pierwsza   zamieści   reportaż   o   uratowanych   cudem   dzieciach. 

Tymczasem to, na co przypadkowo trafili, okazało się jeszcze większą sensacją.

Gangsterzy   Rodriqueza   starali   się   udawać   niewiniątka,   ale   to,   co   zobaczyli 

dziennikarze,   nie   pozostawiało   najmniejszych   wątpliwości   co   do   ich   zamiarów.   Kilku 

fotoreporterów zdołało nawet pstryknąć zdjęcie w chwili, gdy samochód usiłował zepchnąć 

ciężarówkę w przepaść. Uwiecznili także moment, kiedy napastnicy pośpiesznie zawrócili i z 

piskiem opon uciekli.

Kieron bez żadnych skrupułów poinformował dziennikarzy, że głównym winowajcą 

jest   Juan   Rodriquez.  Tę   wiadomość   jednak   przekazali   wcześniej   mediom   przedstawiciele 

organizacji broniącej praw Indian. Kieron dowiedział się więc o aresztowaniu Rodriqueza, a 

także o tym, że jeszcze na ten sam dzień zaplanowano przesłuchania osób zamieszanych w tę 

aferę. Korupcja wśród polityków i policji na szczęście nie była powszechna.

- Czy jest pan pewien, że to ludzie Rodriqueza usiłowali was zabić?

- Tak - odpowiedział Kieron. - Rozpoznałem jednego z nich.

Nie wspomniał jednak ani słowem, że kiedyś pracowali razem.

Antonio, który stał obok Kierona na rozgrzanym od słońca asfalcie, podniósł głowę i 

promieniejąc ze szczęścia, popatrzył w oczy swemu bohaterowi.

background image

ROZDZIAŁ XI

Wjazd do stolicy dostarczył im wielu wrażeń. Dziennikarze, którzy na własne oczy się 

przekonali,   że   dzieciom   grozi   niebezpieczeństwo,   konwojowali   ciężarówkę   aż   do   bramy 

szpitala.

W  wyobraźni   już  widzieli   nagłówki   na  pierwszych   stronach   porannej   prasy:   ,,»El 

Nacional« udaremnił zamach na indiańskie dzieci”, ,,»El Hecho« ratuje życie dzieciom”, i tak 

dalej, i tak dalej...

Kierowca ciężarówki zamierzał właściwie zawieźć dzieci do szpitala miejskiego, ale 

reporterzy   zdecydowanie   się   temu   przeciwstawili,   twierdząc,   że   dzieci   powinny   zostać 

umieszczone w klinice, która zapewni im najlepszą opiekę, i to bez względu na przekonania 

zamożnych białych pacjentów.

Kieron pozostał w szpitalu tak długo, póki nie zdał lekarzom relacji o każdym dziecku 

z   osobna.   Potem   zajrzał   do   sal,   gdzie   umieszczono   małych   Indian,   i   obiecawszy   swym 

podopiecznym, że odwiedzi ich nazajutrz, skierował się ku wyjściu. Strasznie się śpieszył, nie 

mogąc pozbyć się przeczucia, że przybył za późno.

W korytarzu usłyszał nagle za plecami odgłos kroków i rozpaczliwy krzyk Antonia:

- Kieron! Kieron! Nie odchodź ode mnie!

Chłopczyk wybiegł boso w krótkiej szpitalnej koszulce, a po policzkach płynęły mu 

łzy jak groch.

Westchnąwszy ciężko, Kieron zawrócił i wziął małego na ręce. Jeszcze raz zaczął mu 

tłumaczyć, że przyjdzie jutro, ale Antonio w ogóle nie reagował na jego słowa. Na szczęście 

któraś z pielęgniarek, usłyszawszy płacz, przybiegła do nich. Wspólnymi siłami udało im się 

rozluźnić uścisk rączek chłopca na szyi Kierona, po czym pielęgniarka zaniosła szlochającego 

rozpaczliwie pacjenta do sali.

Z   ciężkim   sercem   Kieron   minął   bramę   szpitalną,   wciąż   myśląc   o  Antoniu.  Teraz 

jednak ktoś inny bardziej potrzebował jego pomocy. O ile nie przybył za późno.

Już poprzedniego wieczora, gdy dotarł do osady indiańskiej, poczuł niepokojący ucisk 

w żołądku. Właściwie najchętniej od razu ruszyłby w drogę. Coś go gnało do stolicy, nie mógł 

wprost usiedzieć na miejscu.

Dzieci znalazły się w pewnych rękach, czemuż więc tracił czas? prześladowała go 

natrętna myśl. Jeszcze w osadzie ogolił się porządnie i umył, żeby jako tako wyglądać.

Powinien się przebrać, ale szkoda mu było każdej minuty. Przeczesał się jedynie kilka 

razy, nim uznał, że od biedy ujdzie.

background image

Wyobraźnia tymczasem podsuwała mu przerażające wydarzenia, które mogły zajść, 

kiedy on krążył po bezdrożach wyniosłych Andów.

Bezwiednie zacisnąwszy w ręku różaniec Teresy, pomyślał:

Żebym tylko nie przybył za późno!

W   biurze   organizacji   pomocy   humanitarnej   młoda   urzędniczka   potrząsnęła   z 

ubolewaniem głową:

- Niestety, Susan Lind już tutaj nie pracuje.

- Jak to nie pracuje? - Kieron wpatrywał się w nią zdziwiony.

Ale   nie   czekając   na   odpowiedź,   pognał   do   wynajmowanego   przez   dziewczynę 

mieszkania. Tam przeżył kolejny szok. Na drzwiach widniała tabliczka z obcym nazwiskiem. 

Zadzwonił, ale nikt mu nie otworzył. A jeśli wyjechała? Jak zdoła ją teraz odszukać?

Serce dudniło mu z przerażenia, kiedy zbiegał w dół po dwa schodki. Uświadomił 

sobie w całej pełni, jaka Susan musiała się czuć samotna i opuszczona.

Muszę ją odnaleźć! powtarzał w myślach. Od tego zależy całe moje życie, cała moja 

przyszłość!

Kobieta za biurkiem patrzyła cierpliwie na mężczyznę w zniszczonym ubraniu. Gdzie 

on był? Czyżby nocował gdzieś poza domem? Wyglądał dziś jeszcze gorzej niż po przedniego 

dnia, kiedy zajrzał tu po raz pierwszy.

-   Czy   nie   orientuje   się   pani,   gdzie   aktualnie   przebywa   Susan   Lind?   -   zapytał   z 

wymuszonym spokojem.

- Niestety, nie mam pojęcia. Była w biurze przed paroma dniami i powiedziała, że 

poda   nam   nowy   adres,   gdy   tylko   będzie   taki   miała.   Właściwie   sama   jeszcze   nie   była 

zdecydowana, dokąd się uda, do Szwecji, czy może gdzie indziej...

Kieron poczuł, że krew odpływa mu z twarzy.

- Ale dlaczego zrezygnowała z posady?

Kobieta spoważniała.

- Susan Lind w ostatnim czasie nie czuła się najlepiej. Często nie przychodziła do 

pracy i była bardzo przygnębiona.

Doskonale ją rozumiem, pomyślał Kieron z goryczą. Niestety, wszystko to moja wina! 

Czy pomyślałem o tym tego dnia, w którym ją opuściłem? Pięć tysięcy dolarów! Dla Susan 

przecież nie pieniądze były ważne. Teraz dopiero widzę, jak można skrzywdzić drugiego 

człowieka, broniąc rzekomo swej wolności. Drogo okupiona ta wolność!

- Była nawet u lekarza - dorzuciła urzędniczka zza biurka.

O, nie!

background image

- Ale jej stan się nie poprawiał. Po kilku dniach zwolnienia wróciła jeszcze bardziej 

przygnębiona. W końcu musiała napisać wymówienie. Dłużej nie dało się tego ciągnąć.

Do lekarza... wróciła przygnębiona... Susan! Myśli wirowały mu w głowie i ogarniała 

go coraz większa rozpacz. Co ja zrobiłem? wyrzucał sobie.

Wybiegł z biura, nie do końca pewien, czy podziękował urzędniczce za informacje.

Złapał   taksówkę   i   kazał   się   zawieźć   na   lotnisko.   Kompletnie   rozbity,   nie   widział 

nawet, co się wokół niego dzieje.

Była w pracy kilka dni temu. Skoro tak, może jeszcze nie zdążyła opuścić kraju. Nikła 

nadzieja zakiełkowała mu w sercu.

Boże, spraw, żeby w tym czasie nie odlatywał samolot do Szwecji! modlił się żarliwie.

Rzuciwszy  taksówkarzowi   pieniądze,   pobiegł   do   ogromnej   poczekalni.   Metaliczny 

głos, płynący z głośników, informował o przylocie czy odlocie jakiegoś samolotu, ale Kieron 

nie dosłyszał nazwy miejscowości. Z tablicy informacyjnej też nic nie mógł odczytać, bo 

litery rozmazywały mu się w oczach.

Pytał w informacji, w kasie z biletami, w okienku, gdzie dokonywana jest odprawa 

paszportowa. Wszyscy kręcili przecząco głowami.

- Mamy tylu pasażerów...

Susan nie było więc na lotnisku. Poprzedniego dnia od leciał samolot do Szwecji, ale 

nikt nie pamiętał, by wśród  pasażerów znajdowała się opisana przez niego dziewczyna.

Kieron miał ochotę wyć z rozpaczy.

Złapał kolejną taksówkę i poprosił kierowcę, by odwiózł go do centrum. Poczuł, że 

ogarnia go rezygnacja.

Gdzie   ma   szukać   Susan?   W   hotelach?   Nie,   chyba   powinien   zacząć   od   dworców 

kolejowych.

Przepychał się przez zatłoczone poczekalnie, rozglądając się dokoła, ale nigdzie jej nie 

zauważył. Na jego pytania panie w okienkach odpowiadały jedynie wzruszeniem ramion.

Może teraz powinien sprawdzić dworce autobusowe?

Pozbawiony resztek nadziei wszedł do hali dworca autobusowego. Wielka poczekalnia 

była   równie   ponura   jak   wszystkie   inne   poczekalnie,   które   właściwie   różniły   się   tylko 

pasażerami. Na lotnisku czekali światowcy, na dworcu kolejowym przedstawiciele wszystkich 

warstw społecznych, tutaj zaś przeważała biedota: Indianie, paru białych oberwańców i kilku 

reprezentantów tak zwanej wyższej klasy, którzy trzymali się z dala od pozostałych.

Podszedł do okienka z biletami, zgrzany i zmęczony całodziennym poszukiwaniem.

I wtedy niespodziewanie ją zauważył. Stanął, jakby nagle wrósł w ziemię. Bał się 

background image

poruszyć, sądząc, że to tylko złudzenie. Dziewczyna siedziała na ławce tyłem do niego, a 

obok stały jej bagaże.

Chłonął spojrzeniem każdy szczegół jej postaci: długie ciemne włosy, wyprostowane 

plecy, peleryna... Jego Susan! Ta sama, która towarzyszyła mu w myślach przez cały czas 

niebezpiecznej przeprawy przez góry i dżunglę.

Odnalazł ją! Serce omal nie pękło mu z radości, z trudem łapał oddech. Niepewnym 

krokiem ruszył ku niej. Powoli, strasznie powoli zbliżał się do ławki, na której siedziała. 

Szedł wpatrzony w profil twarzy dziewczyny, mały zadarty nosek, usta, które on, największy, 

na świecie samotnik, całował tak gorąco, wygłodniały.

Susan siedziała, zaciskając nerwowo dłonie. Nie widziała go. Kieron podszedł i stanął 

przed nią, ale wciąż nie podnosiła wzroku. Zawsze była taka skromna i nieśmiała, nigdy nie 

odpowiadała na zaczepki nieznajomych.

- Susan - odezwał się cicho.

Zaskoczona spojrzała na niego, chciała wstać, ale nogi się pod nią ugięły i opadła z 

powrotem na ławkę. Usiadł więc pośpiesznie przy niej.

- Kieron - jęknęła. - Kieron! Kieron! Czy to naprawdę ty?

-  Tak   się   bałem,   że   odjechałaś,   Susan   -   powiedział   i   pogłaskał   ją   po   włosach.   - 

Szukałem ciebie przez cały dzień.

- Powiedzieli mi, że nie żyjesz. Myślałam... myślałam...

Widząc, że dziewczyna za chwilę się rozpłacze, przerwał jej szybko.

- Kupiłaś bilet?

Potrząsnęła głową.

- Dokąd chciałaś jechać?

- Na północ, żeby cię szukać.

- Autobusem? Biedactwo ty moje!

-   Nikt   nie   chciał   rozpocząć   poszukiwań.   -   Łzy   płynęły   jej   po   policzkach 

nieprzerwanym strumieniem. - Nikt nie chciał mnie słuchać, nie wierzyli mi!

- Chodź! - rzucił, wstając z miejsca. - Poszukamy jakiegoś pokoju w hotelu. Muszę z 

tobą pomówić. Natychmiast.

Wziął jej bagaże. Dziewczyna chwyciła za rączkę torby, nie tylko po to, żeby czuć 

jego bliskość, ale także dlatego, że ledwie trzymała się na nogach.

W taksówce nie odezwali się do siebie ani słowem. Siedzieli tylko mocno przytuleni. 

Susan oparła głowę na jego ramieniu, a on trzymał ją w objęciach, jakby w obawie, że znów 

może ją stracić.

background image

Prosząc w recepcji o wygodny pokój, rzekł:

- Dla mnie i mojej żony!

Susan, słysząc te słowa, zarumieniła się uszczęśliwiona.

Gdy wreszcie zostali sami. Kieron odstawił walizkę i wyszeptał:

- Susan. Myślałem o tobie dniem i nocą. Ciągle jeszcze nie mogę uwierzyć, że jestem 

tu z tobą. Tam w górach wydawało mi się, że już nie wrócę.

- Czy było tak trudno?

- Potwornie!

- A dzieci? Znalazłeś je?

- Tak - uśmiechnął się. - Przywiozłem je wszystkie, całą siódemkę - dokończył z 

wyraźną dumą.

- Siedmioro? Tak dużo? - zdziwiła się Susan i dodała: - Wiesz, Kieron, zmieniłeś się. Z 

kącików twoich ust zniknął grymas goryczy i niezadowolenia.

- Dokonałem czegoś ważnego dla innych. Nie zdawałem sobie sprawy, że może to 

mieć tak istotny wpływ na moje samopoczucie.

Susan spoglądała na niego, nie do końca pojmując, co miał na myśli, on jednak, nie 

tracąc czasu na zbędne wyjaśnienia, wziął ją w ramiona i mocno pocałował. Potem jeszcze 

raz   i   jeszcze   raz,   a   wreszcie   zadał   jej   najważniejsze   pytanie,   choć   tak   bardzo   lękał   się 

odpowiedzi:

- Masz je jeszcze?

- Co takiego? - zdziwiła się dziewczyna.

Położył dłoń na jej brzuchu, a wtedy Susan zawołała rozpromieniona:

- A, dziecko? Oczywiście. Byłam bardzo ostrożna.

Łzy zakręciły się Kieronowi w oczach, uklęknął przed dziewczyną i oparł czoło na jej 

łonie.

Wybacz mi! chciał powiedzieć. Wybaczcie mi oboje!

Ale nie powiedział ani słowa, nie dlatego, że pragnął udawać lepszego, niż był, po 

prostu uznał, że nie zawsze trzeba mówić najbliższym o wszystkich swoich słabościach. Bo 

może człowiek ucisza w ten sposób sumienie, ale jakże często rani przy tym boleśnie drugą 

stronę!

Ale   Susan   jak   zwykle   go   zaskoczyła.   Pogłaskała   go   czule   po   gęstych   ciemnych 

włosach i rzekła:

-   Kobiety   są   niesprawiedliwe,   potępiając   mężczyznę,   który   odszedł   przerażony 

wiadomością, że zostanie ojcem. One nie chcą się przyznać do podobnych reakcji. Tylko 

background image

nieliczne   niezamężne   kobiety   szczerze   się   cieszą,   że   zostaną   matkami.   Dla   większości 

pierwszą reakcją jest szok. Tyle że kobiety nie mogą po prostu uciec i dlatego obwiniają 

mężczyznę. Wiedziałam, że potrzebujesz trochę czasu, ale byłam pewna, że zechcesz wrócić. 

Co prawda z początku czułam się trochę nieszczęśliwa, bo zupełnie inaczej wyobrażałam 

sobie   swoją   przyszłość.   Ale   teraz   wydaje   mi   się,   że   już   oboje   zaakceptowaliśmy   to 

maleństwo, które noszę pod sercem. Prawda?

Skinął głową, nie mogąc wydobyć słowa, i przycisnął dziewczynę mocno do siebie. 

Był wdzięczny losowi, że ofiarował mu tak wiele. Jemu, który wcale na to nie zasłużył!

- Kocham was - wyszeptał. - Kocham was całym sercem!

Zjedli obiad w restauracji hotelowej, opowiadając sobie wszystkie przygody, jakie ich 

spotkały podczas rozłąki. Nie przerywali rozmowy ani w windzie, ani w korytarzu, bo Susan 

chciała  znać  każdy szczegół wyprawy.  Kazała  mu  opisać  kolejno wszystkie  dzieci, aż  w 

końcu wydawało się jej, że już je zna. A kiedy sama opowiedziała Kieronowi, że ktoś ją 

śledził, ten przeraził się nie na żarty.

Zmęczeni po całym dniu, tak bogatym w wydarzenia, wcześnie położyli się do łóżka, 

ale nie zasnęli od razu, bo ciągle jeszcze tak wiele mieli sobie do powiedzenia.

-   Susan,   muszę   cię   o   coś   zapytać:   czy   chciałabyś   mieć   jeszcze   jedno   dziecko?   - 

mówiąc to, Kieron popatrzył niepewnie na ukochaną.

- Ależ, najdroższy, bardzo chcę mieć z tobą dużo dzieci - uśmiechnęła się dziewczyna.

- Ale pytam, czy teraz?

- O... - zawahała się, ale zaraz dodała: - Chętnie spotkam się z twoimi indiańskimi 

dziećmi jutro.

Jaka to mądra dziewczyna, pomyślał Kieron. Nie trzeba jej wiele tłumaczyć, w mig 

pojmuje, o co chodzi.

- Oczywiście - rzekł z entuzjazmem. - Nie powiem ci, którym dzieckiem chciałbym się 

zaopiekować. Pragnę, byś najpierw zobaczyła je wszystkie. Nie chcę ci narzucać swojego 

zdania. Może nie będziesz chciała wziąć tego samego dziecka, a wtedy lepiej o wszystkim 

zapomnieć.

-   Zobaczymy   jutro,   kochanie   -   odpowiedziała   Susan   dyplomatycznie,   trochę 

przestraszona zapałem,  jaki  usłyszała  w jego głosie. Pojmowała, jak wiele  to znaczy dla 

Kierona, i miała nadzieję, że polubi małych Indian i że wybierze właściwe dziecko. Ukochany 

zapewniał, że wszystkie dzieci są wspaniałe, ale on spędził z nimi cały tydzień i mógł je 

poznać dokładnie, ona zaś będzie miała na to zaledwie kilka minut.

Susan zapragnęła, by ją przytulił. Tak bardzo tęskniła za jego silnymi ramionami, 

background image

gorącymi   ustami   i   ciałem,   które   tak   ją   pociągało.  Tymczasem   leżał   sztywno   przy  niej   i 

wpatrywał się w sufit. Kilkakrotnie pocałował ją, ale bardzo delikatnie i czule, podczas gdy 

ona pragnęła czegoś więcej. Zdecydowała, że weźmie sprawę w swoje ręce, jeśli Kieron za 

chwilę nie dostrzeże, że obok niego leży żywa, czująca kobieta. Zawstydziła się jednak, gdy 

dotarł do niej jego szept:

- Właściwie już na starcie byłem okaleczony.

Znieruchomiała, bojąc się odezwać, ale w końcu poprosiła:

- Opowiedz mi o swoim dzieciństwie, Kieron. Chyba możesz to zrobić?

- Tak, zdaje się, że nawet bardzo tego potrzebuję.

Położyła mu rękę na piersi, jakby chcąc dodać mu otuchy, a z jego ust popłynęła 

smutna historia. Kieron pochodził z tak zwanego dobrego domu. Jego ojciec był handlowcem 

w jednym z większych miast w Irlandii, matka natomiast troszczyła się jedynie o utrzymanie 

pozycji w elicie towarzyskiej. Ich związek nie był udany, przez wiele lat rodzice zachowywali 

jedynie pozory, na boku zaś romansowali i często zmieniali kochanki i kochanków. W końcu 

wszystko się zawaliło, doszło do rozwodu. Rozpoczęła się walka o jedynego syna. Rodzice 

obsypywali go miłością i prezentami, a on znalazł się między młotem a kowadłem. Zarówno 

matka, jak i ojciec usilnie namawiali go, by został właśnie u niego. Trwało to dopóty, dopóki 

Kieron nie odkrył, że jest jedynie kartą przetargową, bronią, której używają rodzice, by się 

wzajemnie ranić. Przejrzał ich i zrozumiał, że tak naprawdę wcale go nie kochają. Wtedy 

uciekł - miał wówczas czternaście lat - do ciotki, która, jak pamiętał, zawsze była dla niego 

dobra. Przyjęła go z otwartymi ramionami, udając, że się nad nim użala, ale za jego plecami 

skontaktowała się z rodzicami i zażądała pieniędzy. Po prostu chciała na nim zarobić, on sam 

wcale jej nie interesował.

Znów uciekł. Zamieszkał razem z młodymi chłopakami w jakiejś nędznej ruderze i 

tam poznał smak alkoholu i narkotyków. Dzięki silnemu charakterowi zdołał się wyrwać z 

tego towarzystwa i uciekł na morze. Surowe życie na niewielkiej krypie nie przypominało 

bynajmniej szkółki niedzielnej. To tu wyrobił w sobie przekonanie, że człowiek jest z gruntu 

zły.   A   potem   nieustannie   obracał   się   wśród   takich   ludzi,   którzy   go   w   tym   poglądzie 

utwierdzali Był żołnierzem najemnym w armii, gdzie spotkał takich samych jak on żądnych 

przygód awanturników. Nieliczni w wojskowych szeregach idealiści głęboko nim gardzili... I 

tak jego życie toczyło się ślepym torem aż do chwili, gdy spotkał Susan.

Kiedy skończył, dziewczyna powiedziała z namysłem:

- A mimo to jest w tobie niezwykła czystość, Kieron.

- Co masz na myśli?

background image

- Mogłeś się kompletnie zdegenerować, przebywając w takich środowiskach. Mogłeś 

stać   się   alkoholikiem   albo   kryminalistą   najgorszego   gatunku.   Ty   tymczasem   zostałeś   po 

prostu obieżyświatem, może nie aniołem, przyznaję, ale gdy cię poznałam, nic o tym nie 

wiedziałam. Myślałam, że jesteś taki wspaniały jak teraz - roześmiała się głośno.

- Dziwne, ale teraz czuję się rzeczywiście dobry i szlachetny jak nigdy przedtem.

Pogładził brzuch Susan. Moje dziecko, nasze, pomyślał wzruszony. Oto istota, która 

niebawem się narodzi, o którą będę mógł się troszczyć.

Susan przyciągnęła go do siebie i przytuliła się, nasłuchując bicia jego serca.

Mogłem stracić ich oboje, myślał Kieron. Boże, jak niewiele brakowało, bym ich 

stracił! Gdybym nie odnalazł indiańskich dzieci, żyłbym teraz w innym kraju przeraźliwie 

pusty i samotny!

Ciało Susan płonęło pod dotykiem jego rąk.

- Masz takie cudowne dłonie - szeptała dziewczyna czule - wiesz o tym? Wielkie, silne 

i gorące, chciałoby się w nie wtulić. Nie dziwię się, że dzieci tak cię pokochały.

- Czy to nie jest niebezpieczne? - mruknął Kieron, całując ją w szyję.

- Co takiego?

- Jeśli my...

- Ach, więc to dlatego jesteś taki ostrożny! Omal nie oszalałam z niepokoju. Nie, nic 

mi nie grozi.

Odetchnął z ulgą. Głaskał ją i pieścił, pytając jeszcze:

- Byłaś u lekarza?

-   Tak   -   uśmiechnęła   się   Susan.   -   Nie   chciałam   ryzykować   utraty   jedynego 

wspomnienia po tobie - zażartowała.

A potem już nic nie mówili...

Późną nocą, ukoiwszy tęsknotę, Kieron leżał wpatrzony w rozświetloną stolicę. Susan 

spała z głową opartą na jego ramieniu. Ostrożnie odgarnął włosy z jej czoła i pocałował ją.

Nareszcie   odnalazłem   bezpieczną   przystań,   pomyślał.   Tylko   przy   Susan   mogę 

odnaleźć sens i cel w życiu. Wolność dla mężczyzny to coś całkiem innego, niż do tej pory 

sądziłem.

Dopiero teraz czuję się naprawdę wolny i szczęśliwy!

background image

ROZDZIAŁ XII

Następnego   dnia   Juan   Rodriquez   został   wezwany   w   celu   złożenia   stosownych 

wyjaśnień w głośnej już aferze. Potentat przemysłowy wił się jak piskorz, za wszelką cenę 

usiłując zrzucić winę na Kierona O'Donella. Zeznał, że właśnie jemu zlecił poinformowanie 

Indian o planowanej regulacji rzeki. Nikt jednak nie uwierzył w tę wersję, bo fakty mówiły 

same za siebie.

Wiele razy podczas wyprawy Kieron przysięgał sobie, że własnymi rękami  zabije 

Rodriqueza. Teraz jednak nie czuł już do niego ani złości, ani nienawiści, pozostawił więc 

wymierzenie sprawiedliwości władzom. Poplecznicy Rodriqueza z ministerstwa także zostali 

aresztowani, gdy wyszło na jaw, że całe przedsięwzięcie było bezprawne. Ponieważ jednak 

kraj   potrzebował   zagranicznego   kapitału,   uczyniono   kozła   ofiarnego   z   Juana   Rodriqueza. 

Politycy zasiadający w rządzie uznali bogaty w surowce teren za własność skarbu państwa i 

teraz zamierzali robić tam świetne interesy.

Gazety tymczasem prześcigały się w drukowaniu ckliwych historyjek wyciskających 

czytelnikom łzy z oczu. Zdjęcie Esmeraldy umieszczano na pierwszych stronach pism, aż w 

końcu wydano zakaz fotografowania dzieci.

Kiedy   Kieron   i   Susan   pojawili   się   przed   południem   w   szpitalu,   już   na   korytarzu 

posłyszeli przejmujący płacz.

- Tak było przez całą noc - powiedziała pielęgniarka.

Weszli   pośpiesznie   do   sali.   Na   łóżku   siedział   Antonio,   zanosząc   się   głośnym 

szlochem. Był kompletnie wyczerpany po nie przespanej nocy.

- Kieron! - zawołały dzieci i rzuciły się ku swemu wybawcy. Fotoreporterowi, który 

przekradł   się   niepostrzeżenie   do   środka,   udało   się   zrobić   wspaniałe   zdjęcie   rosłego 

mężczyzny otoczonego gromadką tulących się do niego małych Indian.

Antonio, który nic nie widział przez łzy, omal nie spadł z łóżka, gdy wyciągnął ręce ku 

swemu największemu przyjacielowi. Na szczęście Susan w porę złapała chłopca i podała go 

Kieronowi. Podeszła też Consuela, by się z nimi przywitać.

Jakie są wychudzone, pomyślała Susan z przerażeniem. A przecież Kieron mówił, że 

w czasie drogi trochę się poprawiły. Jak więc wyglądały, kiedy je odnalazł?

Nagle   Kieron   zobaczył,   że   jedno   łóżko   stoi   puste,   a   pościel   na   nim   jest   świeżo 

powleczona.

- Carlitos - zawołał, czując, że serce podskoczyło mu do gardła. - Gdzie Carlitos?

-   Wcześnie   rano   zabrali   go   lekarze.   Wywieźli   na   wózku,   ale   nie   wiem   gdzie   - 

background image

wyjaśniała Teresa. - Rosa też już była na badaniach.

Kieron zwrócił pytające spojrzenie w stronę Consueli.

- Powiedziano mi jedynie, że wszystko z nią będzie dobrze - odpowiedziała Indianka. 

- Nic więcej nie wiem.

- Jej stan bardzo się polepszył - stwierdził Kieron, a młoda kobieta zarumieniła się z 

radości.

Kieron   koniecznie   chciał   się   dowiedzieć   czegoś   o   Carlitosie.   Mimo   że   miał 

świadomość, iż dzieci są pod doskonałą opieką medyczną, zaciskał nerwowo dłonie, pełen 

niepokoju. Susan uśmiechnęła się, by dodać mu otuchy, i wtedy nagle uświadomił sobie, że 

nie przedstawił jej dzieciom.

- Dzieci, to Susan, moja przyszła żona - oznajmił. - Liczę na to, że wszystkie będziecie 

mogły wziąć udział w naszej uroczystości ślubnej.

Gdy przetłumaczył swoje słowa dziewczynie, ta westchnęła zrezygnowana.

- Tyle trudu włożyłam, by nauczyć się hiszpańskiego, a teraz widzę, że będę musiała 

opanować jeszcze jeden język.

A potem szepnęła coś Kieronowi na ucho. Ten rozpromienił się i zawołał:

- Tereso, Esmeraldo, Susan pyta, czy nie zechciałybyście być jej druhnami?

Dziewczynki aż krzyknęły z radości, nawet Teresa na moment porzuciła swą zwykłą 

powagę.

- W kościele? - zapytała z przejęciem.

Kieron poklepał ją po policzku i zapewnił:

- W największym kościele w stolicy.

Dziewczynki westchnęły i popatrzyły z podziwem na Susan.

Kieron i Susan przymknęli oko na fakt, że ślub kościelny z welonem i w bieli w ich 

przypadku nie całkiem jest na miejscu, ale któżby był tak surowy! W każdym razie młodzi 

postanowili urządzić wesele, żeby sprawić dzieciom radość.

- Susan, to jest Manuel.

- Och! - zawołała Susan, podając chłopcu uroczyście rękę. - Twój mądry pomocnik.

Kieron uznał, że powinien przetłumaczyć Manuelowi jej słowa. Słysząc je chłopiec 

wyprostował się i posłał jej pełne wdzięczności spojrzenie.

-  A  chłopczyk,   którego   trzymam   na   rękach,   nazywa   się  Antonio   i   jest   młodszym 

bratem Manuela.

- Rozumiem, twój największy wielbiciel... zaraz po mnie - uśmiechnęła się Susan.

- A to Teresa...

background image

- Silna i zręczna - przerwała Susan. - To widać.

Dzieci   nie   rozumiały,   co   mówi   Susan,   ale   widziały,   że   jest   usposobiona   do   nich 

przyjaźnie. To im wystarczyło.

- To Pablo - Kieron kontynuował prezentację. - Trochę trudno się z nim dogadać, ale w 

gruncie rzeczy niezwykły z niego żartowniś i psotnik.

- Śliczny - mruknęła Susan.

- A to Esmeralda, siostra Pabla.

- Och, ta dziewczynka jest wręcz czarująca. Ale czy czasem nie zadziera trochę nosa? 

- Susan posłała Kieronowi pytające spojrzenie.

- Owszem. Ale bardziej obawiam się o Teresę, bo wydaje mi się, że jako jedyna nie 

traktuje mnie jak ojca.

- Ależ to przecież jeszcze dziecko! - przerwała mu zdziwiona Susan.

-   Dziewczynki   indiańskie   bardzo   szybko   dojrzewają.   Nierzadko   już   w   wieku 

dziesięciu,   jedenastu   lat   rodzą   dzieci.   Przypuszczam,   że   matką   Rosy  była   właśnie   około 

dwunastoletnia dziewczynka.

- Rosa już znalazła dom?

- Tak, Rosa i Teresa. Muszę porozmawiać z lekarzem i dowiedzieć się czegoś więcej o 

wynikach badań Rosy. Ale najpierw poszukam Carlitosa.

- Pójdę z tobą!

Antonio był tak zmęczony, że zasnął Kieronowi na ręku. Położyli go więc ostrożnie do 

łóżka, a potem, pomachawszy dzieciom, wyszli z sali.

Na korytarzu natknęli się na lekarza.

- O, jest już pan, panie O'Donell! Domyślam się, że widział się pan już z dziećmi?

- Co z Carlitosem? Gdzie przewieźliście tego chłopca? - wszedł mu w słowo Kieron i 

czekając na odpowiedź, wstrzymał oddech.

- Proszę ze mną - powiedział lekarz i poprowadził ich długim korytarzem. Susan 

ścisnęła mocniej dłoń Kierona. - O najmłodszą dziewczynkę nie musi się pan martwić. Po 

prostu   były   to   zwykłe   dolegliwości   żołądkowe   spowodowane   niedożywieniem   i 

niewłaściwym pokarmem.

- Wyglądało tak, jakby umierała.

Młody hiszpański lekarz zatrzymał się i rzekł z powagą:

- Wierzę, że mogło być z nią źle, panie O'Donell, chociaż teraz trudno mi cokolwiek 

stwierdzić. Nie mam pojęcia, jakiej mikstury pan użył, ale najważniejsze, że odniosła skutek. 

Teraz w każdym razie stan małej z godziny na godzinę ulega poprawie. Naturalny pokarm to 

background image

dla niej najlepsze lekarstwo, mimo że dziewczynka ma już prawie rok. Poza tym podajemy jej 

dodatkowo preparaty wzmacniające i witaminy.

- A pozostałe dzieci?

-   Noga   najstarszego   chłopca   goi   się   prawidłowo.   Najstarsza   dziewczynka   jest 

osłabiona i ma lekko odmrożone dłonie, a z tymi średnimi wszystko w porządku - uśmiechnął 

się uspokajająco lekarz.

- Czy zatrucie wodą nie pozostawiło żadnych poważniejszych śladów u chłopców?

-   Zupełnie   żadnych.   Wykonał   pan   fantastyczną   robotę,   panie   O'Donell!   Za   takie 

zasługi   powinno   się   ludzi   nagradzać   orderami   -   stwierdził   lekarz,   zatrzymując   się   pod 

drzwiami.

- Dziękuję - odrzekł sucho Kieron. - Proszę mi powiedzieć, co z małym Carlitosem, 

dzieckiem, z którym miałem najwięcej kłopotów!

Lekarz nacisnął na klamkę.

- Proszę - powiedział.

Na stole operacyjnym leżał Carlitos, maleńki żałosna figurka z burzą czarnych jak 

węgiel włosów. Oczy miał zamknięte, był całkiem nieruchomy.

Susan poczuła, jak serce ścisnęło się jej z żalu na widok tego biedactwa, które Kieron, 

jej cudowny Kieron, przeniósł przez pustkowia, walcząc o jego życie. Dopiero teraz w pełni 

pojęła strach i rozpacz, jakie tyle razy targały nim podczas uciążliwej wyprawy.

Pielęgniarka,   która   była   Indianką,   przykryła   delikatnie   chłopca   kocykiem,   a   dwaj 

lekarze odwrócili się w stronę przybyłych.

- Właśnie zakończyliśmy bardzo wnikliwe badanie, panie O'Donell.

Kieron patrzył z powagą, a lekarz pośpiesznie wyjaśniał dalej:

- Chłopiec cierpi na zwężenie tętnicy głównej. Dziecko trzeba będzie poddać operacji, 

jak tylko nabierze trochę sił. Wyraża pan zgodę?

Skinął głową i pomyślał z goryczą: Czy wyrażam zgodę? Pytają mnie jak kogoś z 

rodziny. Biedny malec, jest taki samotny!

- Oczywiście - powiedział.

- Wszystkie dzieci zatrzymamy przez kilka dni na obserwacji, ale ten chłopiec zostanie 

dłużej. Najpierw musimy zlikwidować anemię, a potem dopiero będziemy go operować.

- Jaki będzie rezultat operacji?

- Chłopiec ma szansę rozwijać się i żyć normalnie.

- Budzi się - odezwała się cicho pielęgniarka.

- Kion - wyszeptał Carlitos, a jego oczy zabłysły radością. A potem nagle po raz 

background image

pierwszy wyciągnął do Kierona rączki. O'Donell skierował pytający wzrok na lekarzy, ale oni 

z przyzwoleniem pokiwali głowami. Carlitos przytulił główkę do policzka Kierona, co tak 

wzruszyło tego silnego mężczyznę, że musiał się odwrócić, by nie pokazać innym łez.

Jacy są piękni! pomyślała Susan.

- To prawdziwy cud, że ten chłopiec przetrwał wszystkie trudy - rzekł cicho lekarz. - 

Chyba troszczył się pan o niego jak najczulsza pielęgniarka.

- Carlitos jest silny. Przetrwa wszystko! - roześmiał się Kieron, mając nadzieję, że nikt 

nie zauważył, jak drży mu głos. Pielęgniarka nie spuszczała z niego oczu, a kiedy zbierali się 

do wyjścia, wyszła z nimi na korytarz.

- Opiekuję się tym chłopcem od wczoraj, jak tylko trafił do nas na oddział - zaczęła 

niepewnie. - Mamy z mężem już dwoje dzieci w wieku szesnastu i siedemnastu lat, ale jeśli 

jeszcze   nie   znalazł   pan   rodziny   dla   Carlitosa,   to   chciałabym   powiedzieć,   że   chętnie   go 

przygarniemy. Gotowa jestem zrezygnować na pewien czas z pracy i zająć się nim w domu, 

aż podrośnie.

Susan zorientowała się, że Kieron zwleka z odpowiedzią, ale po chwili, obrzuciwszy 

spojrzeniem siostrę, rzekł:

- Proszę mi zostawić swój adres i nazwisko. Przedłożę władzom pani prośbę. Rozumie 

pani bowiem, że nie ja o tym decyduję. Zrobię, co w mojej mocy, choć nie wiem, czy dla 

Indianina z gór miasto jest najlepszym miejscem....

Pielęgniarka uśmiechnęła się z wdzięcznością i podała Kieronowi swoje dane. Kiedy 

już mieli odejść, z gabinetu wyszedł lekarz Hiszpan.

- Panie O'Donell - zagadnął. - Mam do pana jeszcze jedną sprawę...

Susan odeszła na bok, żeby nie przeszkadzać.

- Moja żona i ja... Jesteśmy bezdzietni....

Szybko to idzie, pomyślał Kieron. Słyszał, że w redakcjach gazet, które zamieściły 

reportaż o dzieciach, rozdzwoniły się telefony i ludzie ustawili się dosłownie w kolejce do 

adopcji małych Indian. Czy naprawdę w ludziach jest tyle dobra? dziwił się w duchu. Chyba 

przez   całe   życie   miałem   klapki   na   oczach   i   nie   chciałem   widzieć   w   bliźnich   nic   poza 

podłością i złem.

-   Możemy   im   zaoferować   spokojny   dom   i   możliwość   zdobycia   wykształcenia   - 

ciągnął lekarz.

- Ma pan na myśli konkretne dziecko?

- Rodzeństwo. Moja żona widziała je wczoraj i wyszła urzeczona.

- O którym rodzeństwie pan mówi? - rzekł Kieron z bijącym sercem. - O Esmeraldzie i 

background image

Pablu?

- Właśnie.

Czyżby snobizm?  Nie, lekarz wyglądał na porządnego człowieka. Cóż, Esmeraldę 

mógł sobie wyobrazić w wyższych sferach, ale Pabla?

Nagle rozbawiła go nieoczekiwana myśl. Ciekawe, jak zareagują ci wielcy państwo, 

kiedy Esmeralda zacznie wyśpiewywać sprośne piosenki?

Ale może to wcale nie jest zły pomysł? Dziewczynka miałaby bezpieczny dostatni 

dom i nie musiałaby się imać innych sposobów, by zostać „elegancką damą”.

- Przede wszystkim będę musiał porozmawiać z dziećmi - rzekł Kieron z wahaniem. - 

Ta dwójka jest dość kłopotliwa i muszą państwo liczyć się z tym, że będą z nimi problemy. 

Wiem, że Pablo i Esmeralda są bardzo ciekawi wielkiego miasta, ale niech pan nie zapomina, 

że urodziły się w wysokich Andach. Taka zmiana środowiska może powodować trudności z 

ich adaptacją.

- Mamy domek letniskowy w górach - powiedział lekarz.

- Przedłożę pana prośbę komisji - zapewnił Kieron.

- Wspaniale - ucieszył się lekarz. - A pan nie zamierza zaadoptować któregoś dziecka?

Kieron pokiwał głową.

- Tak, i zarezerwowałem sobie prawo wyboru.

- Jasne, proszę jednak pamiętać o tym, o czym rozmawialiśmy, panie O'Donell.

- Oczywiście.

Tam, w górach, wszystkie dzieci były moje, pomyślał i łzy zakręciły mu się w oku. 

Należeliśmy do siebie. Teraz wymykają mi się z rąk, jedno po drugim... to dzieje się zbyt 

szybko!

A może tak właśnie jest najlepiej, próbował się pocieszać. Przecież powinny mieć 

prawdziwy dom.

Susan czekała na niego. Nie słyszała rozmowy z lekarzem, ale od razu zauważyła, że 

Kieron ma podejrzanie błyszczące oczy i domyśliła się, o czym była mowa.

Szli powoli przez korytarze, a personel i pacjenci obrzucali zdziwionym spojrzeniem 

mężczyznę w niecodziennym stroju. Kieron dopiero teraz uświadomił sobie, że nadal ma na 

sobie zniszczoną kurtkę i wysokie sznurowane buty, a jego włosy są już stanowczo za długie.

-  Wiesz   -   odezwał   się   po   chwili   do   Susan.   -   Gdybym   zdawał   sobie   sprawę,   jak 

poważnie chory jest Carlitos, nigdy w życiu bym się nie odważył ciągnąć go z sobą.

- Co ty mówisz? - rzekła czule Susan. - Przecież byś go nie zostawił!

- Pewnie nie, ale byłbym śmiertelnie przerażony.

background image

- Z tego, co opowiadałeś wynika, że przeżywałeś taki stan niejednokrotnie.

- Tak. Właściwie przez cały czas bałem się potwornie, że stracę któreś z moich dzieci.

A teraz właśnie tak się dzieje, dodał w duchu.

- Teraz to zupełnie co innego - pocieszyła go Susan.

Drgnął.

- Czyżbyś umiała czytać w moich myślach?

- Nie, ale z twojej twarzy można czytać jak z otwartej księgi.

- Niemożliwe, a mnie się zawsze wydawało, że mam twarz pokerzysty - zażartował z 

przymusem.

- Nie dla mnie.

Kieron ujął ją za rękę i patrząc na nią w napięciu. zapytał:

- Powiedz, czy już wyrobiłaś sobie zdanie o dzieciach?

Susan milczała przez chwilę.

- Chyba tak - rzekła w końcu.

- Ale nie chcesz żadnego zaadoptować?

- Chciałabym... wszystkie. O ile się zgodzisz!

-   Nie   powinnaś   sugerować   się   moim   zdaniem   -   rzekł,   całując   ją.   -   Pamiętaj,   że 

wszystkie dzieci mają szansę zyskać dom, chociaż wiele z dzwoniących dziś osób kierowało 

się odruchem serca, ale nie przemyślało dokładnie swej decyzji. Możemy więc wybierać.

- Pomijając Teresę i Rosę?

- Tak, obie dziewczynki możesz pominąć, wybierając dziecko dla nas.

Kieron czuł nerwowe podniecenie. Co będzie, jeśli Susan wybierze inaczej...

- Z początku miałam pewność - zaczęła z uśmiechem na ustach. - Stuprocentową 

pewność. Ale kiedy zobaczyłam Carlitosa... Czy na pewno pytasz o moje pragnienia, czy 

chcesz, bym zgadła twoje?

-   Nie,   nie,   chodzi   o   ciebie.   Które   dziecko   chcesz   przyjąć?   Jeśli   okaże   się,   że 

wybraliśmy różnie, porzucimy cały ten pomysł. Musimy być całkowicie zgodni, bo inaczej 

może się to odbić na dziecku.

- No więc, zawahałam się, gdy ujrzałam Carlitosa. Ale wydaje mi się, że ten chłopczyk 

jest nazbyt delikatny, kruchy, jak dla nas. Nie zrozum mnie źle, kochałabym go całym sercem, 

ale  wydaje   mi  się,   że  będzie  bezpieczniejszy  u  ludzi,  którzy zapewnią  mu  profesjonalną 

opiekę medyczną. Tak więc, Kieron, zdecydowałam się na Antonia. To takie żywe i dobre 

dziecko.

- Susan, jesteś fantastyczna! Cudowna! - wykrzyknął Kieron rozpromieniony, a na 

background image

jego twarzy odmalowała się ogromna ulga. Zapomniał o lekarzach i pielęgniarkach i mocno 

przygarnął dziewczynę.

- Wiedziałam od razu, gdzie ulokowałeś swoje uczucia - rzekła dziewczyna ciepło. - 

Ale mój wybór był całkowicie niezależny.

Kieron uśmiechnął się zakłopotany.

- Rzeczywiście, zawsze potrafisz przejrzeć mnie na wylot. Nie kryję, że najtrudniej 

przyjdzie mi się rozstać z Carlitosem.

- Ale...

- O co chodzi? - Kieron popatrzył na Susan z lękiem.

- Antonio ma brata.

- Tak - odrzekł z westchnieniem. - Masz rację, nie wolno ich rozdzielać. Chyba więc 

powinniśmy zapomnieć o całej sprawie.

- Ależ,   Kieronie   -  przerwała   mu   z  czułością.  -  Nie   sądzę,  że   z  powodu  Manuela 

powinniśmy zrezygnować z Antonia.

Kieron zatrzymał się gwałtownie i spojrzał zdumiony.

- Sądzisz więc...

-   Przecież   Manuelowi   także   potrzebny   jest   dom.   Myślisz,   że   skoro   jest   starszy   i 

mądrzejszy od brata, nie potrzebuje autorytetu? Bardzo, ale to bardzo polubiłam Manuela, 

Kieron.

Chwycił ją w ramiona i patrzył wzruszony, nie mogąc od razu wypowiedzieć słów, 

które uwiązły mu w gardle.

- W twoim sercu jest tak wiele miejsca dla innych, Susan. Dziękuję ci, najdroższa. 

Nigdy nie odważyłbym się zaproponować ci, byś się zgodziła na adopcję dwojga dzieci. Ja 

także pragnę, by Manuel zamieszkał z nami.

Kieron porozmawiał z dziećmi przez chwilę i złożył im obietnicę, że będą utrzymywać 

ze sobą kontakt. Potem poprosił na korytarz dwóch braci. Antonia i Manuela. Antonio, który 

właśnie się obudził, podreptał do pustego pokoju dla odwiedzających. Spod krótkiej koszulki 

wystawały patykowate brązowe nóżki z nieproporcjonalnie dużymi kolanami. Usiadł od razu 

ufnie na kolanach Kierona.

Rozmowa toczyła się w dwóch językach, ale Kieron z radością przejął rolę tłumacza.

- Manuelu, Antonio - zaczął uroczyście. - Wiecie, że każde z was będzie miało nowy 

dom.   Rozmawialiśmy   z   Susan   na   ten   temat   i   chcielibyśmy   was   zapytać,   czy   zechcecie 

zamieszkać razem z nami.

Manuel popatrzył na nich, wstrzymując oddech.

background image

- Ja? Ja też? Nie tylko Antonio?

- Nigdy, nawet przez chwilę, nie rozważaliśmy innej możliwości - skłamał gładko 

Kieron.

Na wargach chłopca pojawił się drżący uśmiech. Antonio natomiast przyjął słowa 

Kierona z olimpijskim spokojem, ani przez chwilę nie wątpiąc, gdzie będzie jego dom.

- Postanowiliśmy osiedlić się tu w waszym kraju - ciągnął Kieron. - Susan nie ciągnie 

specjalnie do Szwecji ani mnie do Irlandii. Może pojedziemy w tamte strony, kiedy trochę 

podrośniecie, czas pokaże. W związku z tym, że doskonale znam góry, otrzymywałem już 

wcześniej wiele propozycji pracy. Kiedyś bym ich nie przyjął, bo lubiłem zarabiać szybko 

duże pieniądze. Sam nie wiem, dlaczego. W każdym razie propozycje nadal są aktualne, więc 

jakoś   to   będzie.   Nie   chcę   mieszkać   w   stolicy,   sądzę,   że   odpowiedniejsze   będzie   małe 

miasteczko w górach.

Susan miała także coś na sercu i poprosiła, by przetłumaczył chłopcom jej słowa:

- Wiem, że bardzo jesteście przywiązani do Kierona, ale czy wydaje się wam, że 

możecie mnie także polubić?

Z napięciem oczekiwała odpowiedzi, bo przecież od tego zależała jej przyszłość.

- Wydajesz się miła - oświadczył z powagą Manuel, przyglądając się jej uważnie. - To, 

że Kieron wybrał ciebie, a ty zgodziłaś się nami zaopiekować, bardzo wiele dla nas znaczy.

- Dziękuję. Manuelu.

Antonio nic nie mówił, wpatrzony z zachwytem w swego bohatera.

- Jest jeszcze coś, o czym powinniście wiedzieć - rzekł powoli Kieron. - Nie będziecie 

sami.

Manuel popatrzył na niego zdezorientowany.

- Susan i ja spodziewamy się dziecka.

Celowo nie użył słów „naszego własnego dziecka”, żeby chłopcy nie poczuli się gorsi.

- Miałem liczne rodzeństwo, jestem więc przyzwyczajony - powiedział Manuel i ze 

łzami w oczach wyszeptał: - Prawie wszystkich straciłem.

Susan uścisnęła mu dłoń, a on uśmiechnął się do niej trochę zawstydzony. Przytrzymał 

jej rękę, jakby zrozumiał, że i ona potrzebuje akceptacji. W jednej chwili Susan poczuła, jak 

bardzo z tym małym mądrym indiańskim chłopcem przypadli sobie do serca.

- Czy nie będzie ci, Manuelu, ciężko rozstać się z Rosą? - Kieron popatrzył na niego 

zatroskany.

- Może czasem będzie mi się zdawało, że zawiodłem mamę i siostrę, ale przecież 

będziemy się widywać. - I dodał z żartobliwym błyskiem w oku: - Zresztą, chwilami była mi 

background image

prawdziwym utrapieniem.

Ze śmiechem przyjęli jego słowa.

- Wiesz, Manuelu, postanowiłem wstąpić do organizacji broniącej praw Indian, wydaje 

mi się, że mogę wiele tam zdziałać.

Kieron popatrzył z dumą na Susan. Ta decyzja dojrzewała w nim, odkąd znalazł dzieci 

i   zrozumiał,   że   pod   płaszczykiem   legalnych   działań   popełniane   są   przestępstwa   wobec 

rodowitych mieszkańców tych ziem.

-  Tak   więc,   droga   Susan,   z   pewnością   nie   zabraknie   nam   pracy,   przynajmniej   na 

początku. Jak się na to zapatrujesz? Sądzisz, że podołasz wszystkiemu?

- Przyznaję, że przez ostatnie miesiące byłam w kiepskiej formie, ale teraz czuję się 

taka silna, że mogę przenosić góry. Szczerze mówiąc, mogłabym  odpowiedzieć na twoje 

pytanie spontanicznym: „Tak”, ale przypuszczam, że wolałbyś usłyszeć jakieś uzasadnienie.

Kieron skinął głową niepewnie i czekał w napięciu.

Susan po kilku minutach milczenia rzekła:

- No cóż, przyjdzie nam zrezygnować z cudownych chwil sam na sam, pożegnać się z 

wieczornymi spacerami pod rękę...

- Rozumiem, co masz na myśli - uśmiechnął się czule Kieron. - Ale przecież chyba 

uda nam się wygospodarować odrobinę czasu tylko dla siebie. Chłopcy będą mieli swoje 

pokoje i nie pozwolimy im wchodzić do naszej sypialni o wszystkich możliwych porach. 

Antonio   jest   bardzo   do   mnie   przywiązany,   ale   na   pewno   wszystko   się   unormuje,   gdy 

zrozumie, że ma bezpieczny dom. I nie mam bynajmniej ochoty przestać z tobą chodzić na 

spacery. Przecież od czasu do czasu Manuel będzie mógł zaopiekować się dziećmi.

- Dobrze - roześmiała się. - W takim razie nie mam już żadnych zastrzeżeń. Bardzo 

chętnie stworzę tym chłopcom dom. Właściwie zamierzałam wrócić do pracy w organizacji 

pomocy humanitarnej, ale coś mi się wydaje, że nie będę miała na to czasu - westchnęła.

- Sądzę, że nasz wkład w tę pomoc będzie znacznie bardziej efektywny - zaśmiał się 

Kieron. - Czy zawsze trzeba wszystko widzieć w makroskali?

- Z pewnością masz rację.

Antonio nadaremnie usiłował zrozumieć, o czym mówią dorośli. Jego wzrok przenosił 

się   to   na   Kierona,   to   na   Susan,   zupełnie   jakby   śledził   mecz   tenisa,   w   końcu   jednak 

zrezygnował i odwróciwszy się do swego idola, popatrzył mu głęboko w oczy.

- Tato - powiedział, uśmiechając się szeroko.

Urwał w obawie przed reakcją opiekuna, ale tym razem Kieron nie wyraził sprzeciwu.

Przytulił tylko chłopca i uścisnął go mocno.


Document Outline