background image

MARGIT SANDEMO

ZAGINIONY

Z norweskiego przełożyła

MAGDALENA STANKIEWICZ

POL - NORDICA

Otwock 1998

background image

ROZDZIAŁ I

Jaka   cicha   letnia   noc!   Mrok   nadawał   wojskowym   barakom   niezwykły   charakter, 

rozmywał ich kontury, tak jakby zaraz miały się rozpłynąć w nieruchomym powietrzu.

David odruchowo odgarnął z czoła gęste popielatoblond włosy. W sali chorych palenie 

było  zabronione,  wyszedł  więc  na  zewnątrz.  Stał  na  schodach,  próbując  się  uspokoić  po 

nieoczekiwanej pobudce. Krzyk strachu brzmiał jeszcze w jego uszach.

Ta łagodna jasna noc obudziła w nim intensywną tęsknotę za domem, za Norwegią, za 

niepowtarzalną   atmosferą   północnych   letnich   nocy.   Oczywiście   Francja   była   cudownym 

krajem   i   czuł   się   tu   jak   u   siebie   w   domu,   ale   wychował   się   w   Norwegii,   spędził   tam 

dzieciństwo   i   pierwsze   lata   młodości.   Tam   też   została   jego   matka   i   rodzeństwo.   Tutaj 

mieszkał tylko jego stryj, z którym nigdy tak naprawdę się nie zgadzał.

Wyjazd do Francji na studia - czyż nie było to marzeniem większości młodych ludzi? 

A David de Saint - Colombe posiadał ku temu wszelkie możliwości: francuskie nazwisko z 

księgi   rodów   szlacheckich   i   wpływowego   stryja   w   Paryżu,   który   zapisał   go   na   studia 

medyczne na uniwersytecie. Rodzina chciała, aby David został lekarzem, a on sam nie miał 

nic przeciw takiej propozycji.

Dzięki studiom David nigdy nie myślał o służbie wojskowej. Ale powołanie do wojska 

przyszło pewnego dnia nagle i niespodziewanie. Początkowo sądził, że to jakaś potworna 

pomyłka, stryj jednak szybko wyprowadził go z błędu. Używając wzniosłych słów, wygłosił 

wykład   o   obowiązku   i   zaszczycie,   jakim   jest   obrona   ojczyzny.   Czyż   David   nie   był 

obywatelem francuskim po swoim ojcu? I czyż nad Europą nie wisiała groźba wojny? Czy 

Francja   nie   potrzebowała   wszystkich   zdolnych   do   służby   mężczyzn,   czy   nie   zauważył 

powszechnej mobilizacji?

Tak, David musiał się z tym zgodzić. W owym roku, 1914, atmosfera w Europie była 

niezwykle   napięta.   David   przerwał   więc   swoje   prawie   ukończone   studia   medyczne   i 

przywdział mundur.

Jego niebieskie oczy zwęziły się, kiedy przebiegł wzrokiem dziedziniec i posępne 

koszary. W głębi duszy nienawidził tego wszystkiego! Nie był materiałem na żołnierza, nigdy 

nie   mógłby   nim   być.   Od   razu   mianowano   go   oficerem   -   ze   względu   na   wykształcenie 

automatycznie został porucznikiem i nic na to nie mógł poradzić. Uparcie jednak trwał przy 

swoim:   przy  pracy w  lazarecie,  która   jako  jedyna  interesowała   go  w służbie  wojskowej. 

Chciał   także   jakoś   wypełnić   przymusową   przerwę   w   studiach.   Ostatecznie   zwyciężył. 

Rodzina musiała uznać, że nigdy nie uda się uczynić z niego ambitnego żołnierza.

background image

Jean - Pierre’owi znowu śnił się koszmar. Był na razie jedynym pacjentem w polowym 

szpitalu. Załamanie  nerwowe.  To ostatnia  rzecz,  jakiej  można  by się spodziewać  po tym 

człowieku.   Niski,   krępy  Jean   -   Pierre   swój   niewielki   wzrost   rekompensował   arogancją   i 

zuchwalstwem. Odważniejszego niż on nie znalazłoby się w całym oddziale. Jean - Pierre 

należał do urodzonych bohaterów wojennych, takich, którzy wycinają rysy na kolbie karabinu 

na   oznaczenie   każdego   zabitego   nieprzyjaciela   i   dostają   odznaczenia   za   odwagę   na   polu 

bitwy. Jean - Pierre żałował z pewnością, że Francja nie bierze udziału w żadnej wojnie. To 

niepojęte, że taki człowiek w ogóle posiada nerwy.

David ponownie odgarnął do tyłu spadające na czoło włosy. Papieros zaczął parzyć 

mu czubki palców, więc rzucił niedopałek i przydeptał butem na cementowych schodach. 

Jean - Pierre gardził nim, David wiedział o tym. Nazywał go pupilkiem tatusia. Cokolwiek 

niesprawiedliwie, ponieważ ojciec Davida zmarł wiele lat temu. Nie każdy automatycznie 

staje   się   złotym   młodzieńcem   tylko   dlatego,   że   otrzymał   szlacheckie   nazwisko   i   trochę 

pieniędzy do własnej dyspozycji. Ale Jean - Pierre myślał schematycznie jak rzadko kto. 

„Wyższe sfery to warstwa snobów, którzy dbają tylko o forsę”. Koniec i kropka!

Ktoś stanął z tyłu w drzwiach niczym ogromny cień czyhającego zła. David nie musiał 

się oglądać, żeby wiedzieć, kto. Poczuł, jak mu ciarki przechodzą po plecach, nie chciał się 

odwracać. Nie dość że miał pod swą opieką tego nieszczęsnego Jean - Pierre’a, to w dodatku 

był tu jeszcze Marc le Fey, najbardziej tajemniczy żołnierz w kompanii. Marc nie przyszedł 

porozmawiać, David wiedział o tym. Jego intrygujący asystent stał tylko oparty o framugę 

drzwi, samotny, zamknięty w swym milczeniu.

Człowiek zwykle obawia się tego, czego nie rozumie. Wszyscy w jednostce trzymali 

się więc z dala od Marca le Fey, obserwowali go z respektem pomieszanym ze strachem, 

szeptali za plecami przedziwne historie, które stawały się tym bardziej niesamowite, im dalej 

były powtarzane. Nikt właściwie nie wiedział nic o tym człowieku, o tym, co kryło się za 

nieustanną wrogością w jego lodowato szarych oczach.

Jedynie   David   wiedział   nieco   więcej.   Pamiętał   moment   przybycia   Marca   do 

garnizonu. Przywieziono go jak jakieś zwierzę, zamkniętego i skrępowanego. Dano mu broń, 

lecz on cisnął ją na ziemię i za nic nie chciał wziąć do ręki. David zobaczył jeszcze coś, co 

przyprawiło   go   o   dreszcze   -   nadgarstki   Marca   z   głębokimi   bliznami   po   rzemieniach   lub 

łańcuchach. A jego plecy! Trudno by zliczyć, ile razów otrzymał w swoim życiu ten człowiek. 

Inni żołnierze już pierwszego wieczoru nie chcieli spać z nim w jednej Sali, obawiali się siły 

jego mięśni i niemej nienawiści.

Francja   jednak   potrzebowała   każdego   mężczyzny   zdolnego   do   służby   wojskowej, 

background image

zamiast   więc   wsadzić   Marca   le   Fey   do   aresztu   lub   po   prostu   zwolnić   z   obozu   pracy, 

dowództwo ofiarowało go „w prezencie” Davidowi. Teraz pełnił funkcję asystenta w szpitalu, 

gdzie otrzymał  osobny kąt  do spania. Być  może przełożeni liczyli  też  na to, że  łagodne 

usposobienie Davida będzie miało na tego dziwaka dobry wpływ?

David zacisnął wargi. Nic na tym świecie nie mogło mieć jakiegokolwiek wpływu na 

Marca le Fey!

Współpraca między nimi układała się właściwie w bardzo dziwny sposób. Przeważnie 

Marc wykonywał polecenia Davida, zachowując całkowitą obojętność, czasami tylko jego 

oczy płonęły nienawiścią. Davidowi nigdy się nie udało dowiedzieć, co napełniało takim 

gniewem tego człowieka, i, mimo że nie chciał się do tego przyznać, śmiertelnie się go bał.

David minął w drzwiach Marca, rzucając tylko krótko:

- Chodź.

Szare   oczy   mężczyzny   zwęziły   się   pod   gęstymi,   czarnymi   brwiami,   ale   nic   nie 

powiedział. Weszli do Sali chorych. Stało tam pięć pustych łóżek, starannie zaścielonych, na 

szóstym w skotłowanej pościeli spał Jean - Pierre.

David lekko trącił pacjenta w ramię.

- Jean - Pierre! Obudź się!

Żołnierz odwrócił się oszołomiony i spojrzał nieprzytomnym, przerażonym wzrokiem. 

Jęknął jeszcze ze strachu, na wpół pogrążony w swym dławiącym śnie.

- David de Saint - Colombe? Co tu robisz?

- Jesteś w szpitalu. Coś ci się śniło.

- Ech, idź do...

Pospolita   twarz,   nie   odpychająca,   ale   też   niezbyt   sympatyczna,   wyrażała   niechęć. 

Chory odwrócił się do ściany.

- Musisz wziąć tabletkę - powiedział David stanowczo. - Twoje nerwy są zbyt napięte.

- Nic mi nie jest - odparł Jean - Pierre z naciskiem. - A poza tym nie chcę więcej tego 

świństwa, którym mnie szpikujecie. To i tak nic nie pomoże.

- A może papierosa? - spytał David ostrożnie.

Pacjent odwrócił się gwałtownie i spojrzał podejrzliwie.

- Przecież tu nie wolno palić.

- Zdarzają się czasami wyjątki - uśmiechnął się David. - Proszę! wyświadczysz mi 

przysługę, jeżeli weźmiesz, bo postanowiłem skończyć z paleniem. Proszę bardzo!

Jean - Pierre z wahaniem wyjął papierosa drżącymi palcami, David podał mu ogień. 

Przez chwilę zaciągali się dymem w milczeniu. Jean - Pierre rzucił niespokojne spojrzenie w 

background image

stronę Marca, który stał przy oknie zwrócony do nich plecami. Jakby rozumiejąc, że jego 

obecność jest niepożądana, Marc le Fey wyszedł po chwili do innego pokoju.

- Może chciałbyś porozmawiać? - spytał cicho David.

Nagle Jean - Pierre stał się czujny. Usta wykrzywił mu grymas pogardy.

- Psycholog - amator, początkujący księżulek, co? - I dodał arogancko: - Nie ma o 

czym gadać.

- A jednak. Taki człowiek jak ty nie załamie się nerwowo z byle powodu. Musisz 

pozbyć się tego balastu, Jean - Pierre, musisz uporządkować swoje życie i teraz masz szansę. 

Możesz być pewien, że twoich słów nie powtórzę nikomu. Sądzę, że będzie ci lżej, jeżeli 

częścią swoich kłopotów podzielisz się z innymi.

- Gadanie - odparł tamten niepewnie. - A nawet jeżeli to zrobię, to dlaczego akurat z 

tobą? Jesteś chyba ostatnim, który by mnie zrozumiał. Ty, z twoimi pieniędzmi i stryjem, i 

całą tą bandą snobów. Chowasz się w tym szpitalu, bo nie chcesz wziąć broni do ręki! Co z 

ciebie za mężczyzna?

David   zmarszczył   czoło.   Różnili   się   jak   noc   i   dzień,   mimo   to   uważał,   że   musi 

wyjaśnić przyczynę koszmarów dręczących Jean - Pierre’a.

- Mam własne poglądy i myślę, że trwanie przy nich wymaga także pewnej odwagi. 

Byłoby  mi   o   wiele   łatwiej   postępować   tak,   jak  nakazuje   dowództwo.  Nie   można   jednak 

działać wbrew swym zasadom. Po prostu nie nadaję się na żołnierza. Ale nie o mnie mieliśmy 

rozmawiać, lecz o tobie. Musi chyba istnieć jakieś wytłumaczenie twoich koszmarnych snów? 

Zostałeś   tu   przeniesiony,   ponieważ   chłopaki   z   twojej   Sali   nie   mogli   przez   ciebie   spać. 

Tabletki na dłuższą metę niczego nie załatwią. Co ci się śni?

David nie otrzymał odpowiedzi. Jednak opór Jean - Pierre’a zaczął słabnąć, pacjent 

wahał się, więc David czekał.

- Czy masz jeszcze papierosa? - spytał po chwili Jean - Pierre.

David podał mu następnego.

Tamten zapalił i głęboko się zaciągnął.

- Czy potrafisz dochować tajemnicy?

- Naturalnie - zapewnił David.

Znowu zapadła cisza. Jean - Pierre nie wiedział widocznie, od czego zacząć.

- Dlaczego mówisz po francusku z takim dziwnym akcentem?

-   Ponieważ   przez   prawie   całe   życie   mieszkałem   w   Norwegii.   Moja   matka   jest 

Norweżką.

Jean - Pierre spojrzał na Davida podejrzliwie, jak gdyby uważał go za szpiega, lecz 

background image

widocznie w końcu uznał, że skoro Norwegia jest neutralnym krajem, to nic mu nie grozi. 

Uczynił ruch w stronę drzwi.

- A ten kryminalista...?

- Marc? Nie ma go.

- No dobrze. Czy zdarzyło ci się kiedyś, by jakiś sen ciągle powracał? Noc w noc?

- Tak, jeżeli coś oznaczał.

- No, ale mój sen niczego nie oznacza - przerwał mu Jean - Pierre. - Ja w ogóle nie 

wierzę... - Zamilkł i westchnął smutno. - Śni mi się dwoje oczu, Davidzie - podjął po chwili. - 

Najbardziej niezwykłych oczu na świecie. Stają się coraz większe i większe. Kryje się w nich 

żal i rozczarowanie całego świata. Nie mogę się od nich uwolnić!

Ukrył twarz w poduszce, waląc bezsilnie pięścią w łóżko.

- A więc kogoś zawiodłeś? - spytał David łagodnie. - Dziewczyna?

Jean - Pierre uspokoił się. Odetchnął.

-  Tak,   ale   to   nie   to,   o   czym   myślisz.   Nic   między  nami   nie   zaszło.   Nic.   Krótkie, 

niezwykłe spotkanie, tylko tyle. Była przecież dzieckiem.

Krótkie spotkanie? Jakże mogło aż tak poruszyć tego cynicznego człowieka?

-   Zacznij   od   początku.  A  więc   skrzywdziłeś   dziewczynę.  Ale...   opowiedz   może 

najpierw o sobie.

- Hm... cóż mogę powiedzieć o sobie? Nie mieszkam w luksusowej willi, nie mam...

- Daruj to sobie! - przerwał mu ostro David. - Marudzisz i marudzisz w kółko o tych 

swoich kompleksach.

- Kompleksach! Ja? - najeżył się Jean - Pierre. - Uważaj, co mówisz! No, dobrze. W 

cywilu pracuję w ogrodnictwie. Jako praktykant. Mam ojca, matkę i tak dalej. Lubię motory i 

gorzałkę od czasu do czasu. Mam dziewczynę, z którą się związałem. Inez. Powinieneś ją 

zobaczyć!

Zakreślił w powietrzu jej kształty.

- A więc zostawiłeś „dziewczynę z oczami” dla tej Inez?

- Nie, nie - zaprzeczył Jean - Pierre. - To zupełnie nie tak!

David popatrzył w sufit, pod którym smugi dymu unosiły się w lekkim tańcu.

- Czy wreszcie opowiesz tę historię?

- To nie żadna historia. Tylko krótki epizod. Chociaż bardzo tajemniczy. Wybraliśmy 

się w pewną niedzielę na wycieczkę do północnej Francji, mój przyjaciel, Inez, no i ja, i moja 

sympatia, rozumiesz? Jechaliśmy do ciotki przyjaciela. Inez była wtedy z nim, ale od razu 

zauważyłem, że się mną interesuje. I naturalnie zakochałem się na śmierć!

background image

- A co z twoją dziewczyną?

- Ech, nic. Jest teraz z moim kolegą. Wymieniliśmy się dziewczynami.

- Wspaniale - skomentował sucho David. - I co dalej?

- Miejscowość nazywała się Croix - sur - les - Collines. Wszyscy chcieli koniecznie 

zwiedzić  kościół.  Ja  nie  znoszę  takich  zabytków i  zamiast  tego  wybrałem się  na  spacer. 

Rozmyślałem o Inez i... Zaszedłem dość daleko, dotarłem na szczyt wzgórza i zobaczyłem 

tam  ogromny  kamienny  krzyż.  Potem  znowu  wszedłem  do  lasu.  Nagle  znalazłem  się  na 

polanie.   Ty   byś   pewnie   powiedział,   że   jest   cudowna,   dla   mnie   była   nieciekawa.   Jednak 

panował tam dziwny nastrój. Sądzę, że to za sprawą światła księżyca wszystko wydawało się 

takie tajemnicze. Dokładnie jak w powieści grozy, z gęstą mgłą i temu podobnymi, wiesz, tuż 

przed pojawieniem się potwora. Kiedy więc zobaczyłem, że ktoś wychodzi spomiędzy drzew, 

nawet nie byłem zaskoczony. Najpierw myślałem, że to rusałka albo zjawa, ale potem się 

zorientowałem, że to dziewczyna w białej koszuli nocnej z długimi, rozwianymi włosami. 

Wpadła prosto na mnie. Musiała się potwornie przestraszyć, bo tylko pisnęła z przerażeniem, 

kiedy   złapałem   ją   za   ramię.   „Spokojnie,   panienko,   nie   zjadam   małych   dziewczynek   na 

kolację”,   powiedziałem.   Na   początku   z   trudem   łapała   oddech,   ale   wkrótce   udało   mi   się 

uspokoić   to   pisklątko.   Była   naprawdę   ładną   młodziutką   dziewczyną,   lecz   nie   dla   mnie, 

oczywiście. Ani też dla ciebie. Na takie faceci z twojej klasy nawet nie spojrzą albo tylko 

wykorzystują i znikają. Ze wsi, wiesz. Wydawała się taka czysta i świeża jak nowo narodzone 

dziecko. Oczy jak gwiazdy, krągłe policzki, a jaki uśmiech, chłopie!

Jean   -   Pierre   zgasił   papierosa.   Echo   jego   słów   brzmiało   jeszcze   w   gęstniejącym 

powietrzu. David wstał i otworzył okno. Dym z papierosów wolno wypełzał w jasną noc.

- A więc to jest ta „dziewczyna z oczami”?

- Tak. Te przeklęte oczy prześladują mnie wszędzie!

Otarł czoło, na którym David dostrzegł krople potu:

-   To   była   naprawdę   dziwna   młodziutka   istota   -   mówił   dalej   Jean   -   Pierre   w 

zamyśleniu.   -   Zazwyczaj   dziewczyny   kojarzą   mi   się   tylko   z   jednym.  Ale   z   tą   mogłem 

porozmawiać. Spytała, kim jestem, i powiedziałem jej wszystko. No, może niezupełnie, nie 

wspomniałem o Inez, bo z dziewczynami trzeba uważać, nawet jeżeli nie są jeszcze dorosłe, a 

ta   wprost   pożerała   mnie   oczami.   Potrafiła   nakłonić   mnie   do   rozmowy.   Nie,   ty   tego   nie 

rozumiesz.

-   Jednak   rozumiem   -   zapewnił   łagodnie   David.   -   Umiała   słuchać,   prawda? 

Rzeczywiście interesowało ją to, co mówiłeś. Rzadko spotyka się takich ludzi.

- No właśnie. Inez nie potrafi słuchać. W pośpiechu rzuca nerwowo jakąś uwagę i 

background image

sięga po puderniczkę. Ale do rzeczy. To dziewczę... Kiedy odkryłem przed nią całą swoją 

duszę, że tak powiem, wtedy przypomniałem sobie, jak bardzo się przeraziła na początku. 

Zapytałem   więc,   kim   jest   i   co   tu   robi.  Wtedy   uchwyciła   się   mocno   mego   ramienia,   aż 

poczułem się trochę zakłopotany, i patrząc na mnie tymi swoimi oczami, zaczęła błagać i 

zaklinać: „Proszę nas stąd zabrać, monsieur Jean - Pierre, mnie i mojego brata! Chociaż 

kawałek   drogi,   nie   będziemy   sprawiać   kłopotu,   obiecuję!   Oni   nas   śledzą,   chcą   nas 

skrzywdzić, próbowaliśmy uciekać, ale oni są wszędzie!”

Jean - Pierre przeżywał całą sytuację od nowa.

-   Zastanawiałem   się,   czy   ci   „oni”   w   ogóle   istnieją.   Sprawiała   wrażenie 

rozhisteryzowanej. Jedyne, co mogłem z niej wydobyć, to że „oni” porwali jej młodszego 

brata. Nie mogła uciec, mówiła, bo z pewnością by ją zabili.

Jean - Pierre przerwał i próbował oddychać spokojniej.

- Z początku jej nie wierzyłem, ale cały czas powtarzała swoją prośbę oraz, że „oni” są 

niebezpieczni. Ich przywódca nazywał się chyba Lasalle lub jakoś tak. W końcu obiecałem 

beztrosko, że ich ze sobą zabiorę. Jezu, jak się ucieszyła! Ale nie mogła przecież wyjechać w 

koszuli nocnej i koniecznie musiała zabrać ze sobą brata. Uzgodniliśmy więc, że spotkamy się 

za  dwie  godziny w tym  samym   miejscu.  Davidzie,  wtedy  naprawdę chciałem  dotrzymać 

obietnicy. Uległem chyba temu tajemniczemu nastrojowi.

- A potem?

Westchnął głęboko i ciągnął dalej udręczony:

- Potem moja dziewczyna i kolega nie chcieli ze mną rozmawiać. Twierdzili, że coś 

zaszło między mną a Inez. Była to i prawda, i nie. Więc kiedy Inez zaproponowała, żebyśmy 

jak   najszybciej   wracali   we   dwoje   do   domu,   byłem   tak   podniecony,   że   zapomniałem   o 

dziewczynie z lasu. Aż do następnego ranka, kiedy to byliśmy już w Paryżu, nie myślałem o 

Madeleine.

- Tak miała na imię?

- Tak. Wtedy jednak znajdowaliśmy się już wiele kilometrów od tego miejsca, był 

jasny   dzień   i   po   prostu   uznałem   historię   opowiedzianą   przez   Madeleine   za   wytwór   jej 

wybujałej wyobraźni.

Jean - Pierre uniósł się na łokciu i mówił dalej:

- Ale potem, kiedy Inez mi spowszedniała, rozmyślałem o Madeleine. Często!

Jego twarz wykrzywił grymas.

- Widziałem ją, Davidzie, jak tam stoi, trzymając brata za rękę... i czekała na mnie. A 

ja nigdy nie przyszedłem! Do diabła! - Bezsilny uderzył pięścią w łóżko. - A jeśli jej historia 

background image

była prawdziwa! Pomyśl tylko, Davidzie!

David nie odpowiedział. Sama opowieść Jean - Pierre’a niespecjalnie go poruszyła, o 

wiele więcej mówiły gwałtowne reakcje pacjenta.

-   Nigdy   nie   udało   mi   się   zapomnieć   o   Madeleine,   Davidzie.   Podobała   mi   się, 

rozumiesz. Była taka ufna i... Zawsze, kiedy czuję się przygnębiony, myślę o tej nocy i wiem, 

że Madeleine potrafiłaby mnie zrozumieć. Jest to dla mnie pewnego rodzaju pociechą. Byłoby 

pociechą, gdybym nie zachował się tak podle wobec niej.

Na pozór obojętnie, lecz z drżeniem w głosie, dodał:

- Jest tak, jak mówiłem, żadnego punktu zaczepienia. Nie wiem już, czy to prawda, 

czy nie.

David   wyjrzał   na   zewnątrz.   Światło   poranka   przedzierało   się  przez   korony  brzóz, 

odkrywając  brzydotę   baraków.  Z   pomieszczenia   obok  dochodził   odgłos  stąpania   ciężkich 

żołnierskich butów. To Marc le Fey chodził tam i z powrotem.

-   Jednego   możesz   być   pewien,   Jean   -   Pierre   -   stwierdził   David.  To   zdarzyło   się 

naprawdę i myślę, że dziewczyna niczego sobie nie wymyśliła. Bardzo mocno to przeżywasz.

- Wiesz, nie chciałem skrzywdzić tego dziecka!

- Dwojga dzieci - poprawił go David. - Brata także. Czy zresztą była dzieckiem? Coś 

mi mówi, że to dorosła dziewczyna.

- Hm, możliwe, ale nie miała w sobie nic z dorosłości. Trudno ocenić, ale sądzę, że to 

dziecinna osiemnastolatka.

- Wiesz, podejrzewam, że się w niej zakochałeś.

-  W  Madeleine?   Nigdy!   Nie   jest   w   moim   typie.  Ale,   do   licha,   polubiłem   ja.   Po 

bratersku.

David spojrzał na swego pacjenta.

- Sądzę, że jedyny sposób na pozbycie się wyrzutów sumienia, to pojechać tam i 

spróbować naprawić swój błąd. Jedź i sprawdź, co się z nią stało.

Jean - Pierre się żachnął.

- Wtedy za podróż płacił mój kolega. W tej służbie nie zarabia się aż tyle!

- Mam nadzieję, że niedługo dostaniemy urlop. Pojadę tam z tobą. O pieniądze nie 

musisz się martwić. Czuję się za ciebie odpowiedzialny, a poza tym ta historia wzbudziła 

moją ciekawość. Zgoda?

- Jesteś chyba niespełna rozumu!

- Nie chcesz?

- A jakże, do diabła, strasznie chciałbym tam znowu pojechać. Bóg jeden wie, jak 

background image

bardzo! Ale...

- Możemy wziąć mojego bugatti.

- Bugatti? Samochód?

Jean - Pierre gwałtownie wyskoczył z łóżka, że zaplątał się w pościel i runął jak długi 

na   podłogę.   Kiedy,   wściekle   przeklinając,   zdołał   się   wreszcie   wyswobodzić,   spojrzał   na 

Davida rozradowany.

- Na co czekamy? Kiedy wyruszamy?

David uśmiechnął się trochę kwaśno.

- Bogactwo nie jest takie złe, kiedy można z niego korzystać, co?

- Bugatti! - wyszeptał Jean - Pierre. - Ten nowy, mały sportowy model? Nie? Ale ten 

duży też jest rekordowo szybki. Bugatti! Inez powinna go zobaczyć! Myślisz, że moglibyśmy 

zabrać Inez? Nie, zresztą nie. Nie bierzemy jej!

Los jednak sprawił, że stało się inaczej. Podróż Davida i Jean - Pierre’a musiała zostać 

odłożona.

- Chcę do domu, do mamy!

- Tak, kochanie, wiem o tym.

- Kiedy będziemy w domu, Madeleine?

- Wkrótce, braciszku, już wkrótce.

Jednak w głosie dziewczyny nie było przekonania, tylko ledwie wyczuwalny strach, 

którego nie udało jej się całkowicie ukryć. Siedzieli obok siebie na łóżku w pięknym pokoju 

dużej posiadłości. Kiedy dni spędzone w całkowitym odosobnieniu zamieniają się w tygodnie 

i miesiące, pryskają wszelkie nadzieje i pozostaje tylko dławienie w gardle.

Usłyszała pukanie do drzwi. Dla Madeleine był  to sygnał, że przyniesiono tacę z 

jedzeniem.   Drzwi   otworzyły   się   i   stanął   w   nich   mężczyzna   o   wyzywającym   spojrzeniu. 

Chłopiec nigdy go nie widział.

Ale   Madeleine   widywała   go   wielokrotnie.   Znała   właściwie   wszystkich,   którzy 

mieszkali   w   posiadłości.   Madeleine,   choć   prosta   dziewczyna,   nie   była   wcale   głupia. 

Wiedziała, co to oznacza. Prześladowcy nie bali się pokazywać jej swych twarzy, bo i tak nie 

będzie miała okazji żadnego z nich zdemaskować.

- Spójrz, ile pyszności dostaliśmy! - zawołała z udawaną radością do chłopca. - Chodź 

i siadaj przy stole!

Sama   ledwie   napoczęła   jedzenie.   Spojrzała   w   górę   na   niewielki   skrawek   nieba 

widoczny przez zasłonięte okno. Czy już nigdy nikt tu się nie zjawi, żeby ich uratować?

O, nie, szlachetni książęta na wspaniałych koniach istnieją tylko w bajkach. Jean - 

background image

Pierre? Musi o nim zapomnieć!

Gdzie się podziały jej dziewczęce marzenia o życiu wypełnionym miłością i radością? 

Czyż nie dość już zaznała goryczy? Czy nie dostanie od losu nic więcej, niż tylko pełne 

zakazów dzieciństwo i zbyt szybko przerwana młodość?

Dla   niej   i   dla   chłopca   nie   było   żadnego   ratunku,   wiedziała   o   tym.   Poprzednia 

opiekunka   próbowała   ucieczki...   Madeleine   pamiętała   jeszcze   strzał   i   ciszę,   jaka   potem 

zapadła. O innym grożącym jej niebezpieczeństwie starała się nie myśleć. Wiedziała jednak, 

że najważniejszy z przetrzymujących ich tu ludzi (to pewnie on nazywał się Lasalle) miał 

wyjechać dziś wieczorem. Wówczas pilnujący jej i chłopca strażnicy zostaną sami. Madeleine 

słyszała,   o   czym   chichocząc   szeptali   między   sobą.   Od   czasu   do   czasu   zerkali   na   nią 

pożądliwie.

Przełknęła dławienie w gardle i szybko otarła oczy.

- Oj! - roześmiała się niepewnie. - Widziałeś? Dostaliśmy na deser cytrynowy budyń!

Nagle oboje zaczęli nasłuchiwać. Gdzieś w głębi domu rozległy się krzyk i pośpieszne 

kroki. Z oddali dochodził nieznany, dziwny odgłos.

- Co to? - zdziwiła się Madeleine.

- Wołają, że ktoś obcy tu nadchodzi, nie mogę zrozumieć dokładnie, co mówią. I że 

posiadłość się pali!

Madeleine przytuliła do siebie chłopca. Słyszała swoje i jego serce, bijące mocno ze 

strachu.

David otrzymał list od swojego stryja z Paryża:

Mój kochany bratanku!

Słyszałem, że wszystkie urlopy zostały wstrzymane. Ale odwagi, to jeszcze niczego 

nie oznacza! Pisała Twoja matka, martwi się o Ciebie. Odpisałem jej i uspokoiłem ją. Niemcy 

nigdy   nie   wtargną   do   Francji,   nie   odważą   się,   nasza   granica   na   wschodzie   jest   dobrze 

zabezpieczona!   Tutaj   pogoda   jest   wspaniała.   Odwiedziłem   niedawno   mojego   przyjaciela 

ministra. Nie dość że ma tyle zmartwień, związanych z wiszącą nad krajem groźbą wojny, to 

na dodatek jego ukochany chrześniak został uprowadzony, prawdopodobnie dla okupu. Świat 

jest naprawdę okrutny! Wysłałem Twój najlepszy garnitur do pralni, był w okropnym stanie - 

moje psy zbyt jawnie okazywały Ci wyrazy swej sympatii, naprawdę mi je rozpuściłeś...

Trzeciego sierpnia 1914 roku Niemcy wkroczyli niespodziewanie do neutralnej Belgii 

i po trwających około dwu tygodni zaciętych walkach dotarli do północnej granicy Francji. 

Na to Francuzi zupełnie nie byli przygotowani; granicę z Belgią uznawano za granicę pokoju 

i nie pobudowano tu odpowiednich umocnień jak na granicy z Niemcami. Francuskie pociągi 

background image

wojskowe, pełne żołnierzy i broni, gnały na północ dzień i noc, jednak Niemcy nieubłaganie 

parli   naprzód,   paląc   i   niszcząc   za   sobą   wszystko.   Wydawało   się,   że   nic   nie   zdoła   ich 

zatrzymać.

W samo centrum tego piekła trafił David ze swoim szpitalem polowym, który ciągle 

się   przenosił,   podążając   za   wojskiem.   Pomoc   musiała   dotrzeć   tam,   gdzie   toczyły   się 

najbardziej zacięte walki. Niestety, przesuwały się one coraz bardziej na południe, ku sercu 

Francji. Oddziały niemieckie opanowały już tereny położone na północ od rzek Somme i 

Aisne.   Był   to   górski   region   z   rozrzuconymi   tu   i   ówdzie   niewielkimi   wioskami.   Ich 

mieszkańcy, spokojni chłopi, musieli ponosić konsekwencje decyzji możnych tego świata, 

odpowiedzialnych za tę wojnę.

David leżał na trawie przed wejściem do lazaretu. Właściwie mógłby to być cudowny 

letni wieczór, jednak on tego nie dostrzegał. Widział tylko gęsty dym, snujący się nad polem 

bitwy, ciężki, ołowianoszary dym na tle pomarańczowoczerwonego nieba. David odpoczywał. 

Nie miał siły podnieść choćby ręki. Przez cały dzień i noc, i jeszcze jeden straszny dzień 

wynosił rannych spod kul. Starał się ich jakoś opatrzyć na miejscu, żeby zdążyli trafić na stół 

operacyjny w namiocie. Teraz musiał zrobić sobie przerwę, inaczej zasnąłby przy noszach.

Słyszał krzyki bólu i strachu tych, którzy jeszcze nie zostali ewakuowani. Niemcy 

także mieli wielu rannych, ale Davidowi zabroniono się nimi zajmować. Dowódcom łatwo 

było rozkazywać. Nie musieli biegać z noszami pośród poszkodowanych, nie słyszeli ani nie 

widzieli okaleczonych żołnierzy...

Trudno nie popadać w rozgoryczenie! Nasze siły ponownie zostały rozbite, myślał 

David. Niemcy zdobyli jeszcze jeden kawałek francuskiej ziemi, żołnierze się wycofywali. 

Manewr strategiczny, tak to chyba nazywano.

Kolejni ranni... Sanitariusze w największym pośpiechu wnosili ich do namiotu. Spod 

wpół   przymkniętych   powiek   David   obserwował   jednego   ze   swych   pomocników,   silnego, 

nieugiętego i nieprzeniknionego mężczyznę, od którego chyba nigdy się nie uwolni. Marc le 

Fey   pracował   tak   samo   długo   jak   David,   ale   nie   okazywał   najmniejszych   nawet   oznak 

zmęczenia. Twarz miał czarną od ziemi i błota, błyszczały w niej tylko niezwykle jasne oczy i 

białe   zęby.   Marc   le   Fey   był   bardzo   przystojny,   ale   wrogość,   jaką   okazywał   otoczeniu, 

sprawiała, że nikt nie myślał o nim w ten sposób. W ciągu miesiąca wspólnej pracy David 

usłyszał z jego ust nie więcej niż dziesięć słów. Tak naprawdę unikali się nawzajem, na ile to 

tylko było możliwe.

Kilka   razy   doszło   między   nimi   do   spięć.   Działo   się   tak   wówczas,   kiedy   David 

wydawał   Marcowi   polecenia   zbyt   ostrym   tonem.   Przekonał   się   wtedy,   jak   intensywną 

background image

nienawiść ten człowiek tłumił w sobie, i później już uważał na słowa, trzymając się od Marca 

możliwie   najdalej.   David   starał   się   w   dowództwie,   by   uwolniono   go   od   kłopotliwego 

pomocnika,   ale   odpowiedziano   mu   tylko:   „Trudno,   jesteśmy  w   potrzebie   i   musimy  brać 

wszystkich, których nam przysyłają”.

Jeden z lekarzy zawołał Davida do środka. Z zaczerwienionymi oczami, wyczerpany i 

brudny powlókł się więc do namiotu.

- Ktoś cię wzywa.

- Mnie?

- Mówi, że musi z tobą porozmawiać.

David ruszył w ślad za lekarzem przez przepełniony namiot do baraków robotniczych, 

przekształconych w prowizoryczne sale chorych. Wszędzie leżeli ranni, panował zaduch nie 

do wytrzymania i nieustannie rozlegały się jęki.

- Kto to jest? - spytał David.

- Nie pytaj mnie! - rzucił lekarz przez ramię. - Teraz nie rozpoznałaby go chyba nawet 

jego własna matka. O, jest tutaj. Proszę bardzo!

Lekarz wrócił na salę operacyjną. Przed Davidem leżał człowiek, cały obandażowany, 

i   tylko   dzięki   wąskiej   szparze   pozostawionej   na   usta   można   było   się   domyślić,   że   pod 

opatrunkiem znajduje się żywa istota. Ponieważ ranny nie mógł go widzieć, David usiadł na 

brzegu łóżka i dotknął ramienia pacjenta.

- Nazywam się David de Saint - Colombe. Dlaczego mnie wołałeś?

Spod bandaży wydobyło się kilka niezrozumiałych słów. David przysunął się bliżej i 

poprosił o powtórzenie.

Z wielkim wysiłkiem mężczyzna powiedział coś trochę wyraźniej.

- Jean - Pierre? - spytał David zaskoczony. - Czy to naprawdę ty? Przyjacielu, co mogę 

dla ciebie zrobić?

Jean - Pierre wyszeptał z trudem:

- Jesteśmy... prawie na miejscu.

- Na miejscu? - spytał David. - Masz na myśli Croix - sur - les - Collines?

- Rozpoznałem... to miasto. Krzyż... na szczycie... tu na górze.

- Co ty mówisz, Jean - Pierre? Cóż za ironia losu!

- Odszukaj Ma...

- Nie musisz nic więcej mówić, spróbuję ją odnaleźć. Jak tylko wydostaniemy się z 

tego piekła, znajdę ją. A wygląda na to, że na froncie już się uspokaja.

Ranny prosił niecierpliwie:

background image

- Dziś! Dziś!

Zmęczenie dokuczało jak piasek pod powiekami.

- Dziś? - powtórzył David. - W jaki sposób mógłbym...

-   Chcę...   ją   jeszcze   zobaczyć!   Muszę   poprosić   ją   o...   przebaczenie.   Muszę   się 

upewnić... że ma się dobrze. Ona mnie potrzebuje.

David chciał zaprotestować, właściwie nic przecież nie wiedział o tym niewyraźnym 

cieniu, który był jakoby żywą Madeleine. Ale brakło czasu na dyskusje.

- Obiecaj! - prosił uparcie Jean - Pierre. David słyszał w jego głosie determinację i 

strach. - Obiecaj!

Stłumił westchnienie.

- Obiecuję.

Obandażowany ranny się uspokoił.

- Zaopiekuj się nią... Davidzie!

- Będę o nią dbał.

David   ostrożnie   klepnął   Jean   -   Pierre’a   po   ramieniu,   po   czym   wstał   i   wrócił   do 

lekarza.

- W jakim jest stanie?

Doktor wzruszył ramionami.

-   Żadnych   szans.   Przyniósł   go   tu   twój   ponury   pomocnik.   Nie   rozumiem,   po   co 

przywlókł tego biedaka, ale jakoś go poskładaliśmy, przedłużając jego cierpienia. Nic więcej 

nie możemy zrobić.

Od wejścia rozległy się podniesione głosy.

-   Nowe   oddziały   Niemców!   Nasi   odpowiadają   ogniem.   Zaraz   znajdziemy   się   w 

samym środku bitwy!

Lekarz nie krył zaskoczenia.

- Przecież tu już nie ma się o co bić, został tylko szpital polowy!

Ktoś odpowiedział z goryczą w głosie:

- Utkniemy w samym środku tego bagna, nie ma żadnej wątpliwości. I to niebawem!

Lekarz przymknął oczy i westchnął głęboko.

- A więc ewakuujemy się! Lecz tylko sam diabeł wie, dokąd. Chyba on tu dowodzi.

W   ciągu   następnej   godziny   w   obozie   panowało   całkowite   zamieszanie.   Rannych 

wywożono na wszystkim, co tylko miało koła, baraki opustoszały, namiot został zwinięty. 

Dookoła wybuchały granaty, świszczały kule, huk dział przybliżał się coraz bardziej.

Ambulans, w którym ułożono Jean - Pierre’a, dosięgła seria strzałów, pojazd zapalił 

background image

się i eksplodował. Marc le Fey, znajdujący się w pobliżu, upadł odrzucony siłą wybuchu.

David został trafiony w głowę. Pocisk wykosił mu włosy długą linią nad uchem i 

powalił na ziemię; mózg wydawał się palącym piekłem bólu.

- Pomóżcie mi! - zawołał David. - Weźcie mnie ze sobą!

Nikt nie słyszał. Nikt nie miał na to ani czasu, ani dość siły. David leżał zupełnie sam 

na rozoranym pociskami i wybuchami polu. On, który wyniósł tylu rannych z pola bitwy.

Teraz o Madeleine nie wiedział już nikt...

Marzył o nocy i śmierci. O nocy, która mogłaby go ukoić, i o śmierci, która mogłaby 

go wyzwolić, dać mu nieskończony spokój.

Madeleine. Musi odnaleźć Madeleine!

Glina pod palcami? Palce czepiały się krwistoczerwonych maków i trawy zmieszanej 

z błotem. Ręce sięgnęły odrobinę dalej, próbował przesunąć się do przodu.

Ziemia w ustach.

Nie mogę. Już nie mogę.

Chyba   krzyknął.   Lecz   nikt   nie   odpowiedział,   nikt   oprócz   innych   potrzebujących 

pomocy. Nic nie mógł dla nich zrobić.

Trawa pod kolanami, czysta, świeża trawa? Madeleine... Musi odszukać Madeleine...!

Niejasno David zdał sobie sprawę z tego, że znalazł się w innym miejscu.

Ktoś mu pomógł!

- Zostaw mnie - wymamrotał. - Już nie mogę!

Był na wpół nieprzytomny z bólu i niemal ślepy z powodu krwi, która spływała na 

oczy. Krew? Czyjeś ramię obejmowało go i podtrzymywało... Cieknąca po twarzy krew nie 

była jego własną.

David nie był w stanie myśleć.

- Madeleine! - To jedyne, co udało mu się wymówić. - Obiecałem... muszę odnaleźć...

Potykał się i upadał, ciągle podtrzymywany przez owo silne ramię pełzł na kolanach, 

w górę, w stronę lasu pora stającego wzgórze.

Wiedział, co się działo tam na dole. Widział to już przedtem. Niemcy krążyli pośród 

pobojowiska i dobijali tych, którzy jeszcze pozostali przy życiu...

Davidowi udało się uniknąć śmierci.

Nagle dostrzegł pierwsze drzewa. Oparł się o pień wielkiego dębu, potem osunął na 

ziemię. Przez dłuższą chwilę siedział bez ruchu, zupełnie wyczerpany. Potem wytarł twarz i 

szyję.

- Już...  nie  mogę  - szepnął.  Ból rozsadzał  mu   głowę.  Cały  świat  rozpłynął  się  w 

background image

czarnej nieświadomości.

background image

ROZDZIAŁ II

Wieczór   zaczynał   ustępować   miejsca   nocy.   Powietrze   było   przesycone   zapachem 

wojny - tak trudnym do opisania i tak szczególnym.

David otworzył piekące oczy. Na najbliższym wzniesieniu ujrzał pradawny kamienny 

krzyż, który odcinał się na tle nieba.

Croix   -   sur   -   les   -   Collines?  „Krzyż   na   wzgórzu”   z   opowieści   Jean   -   Pierre’a? 

Madeleine i jej młodszy brat...

Czy rzeczywiście dotarł na miejsce? Nie, stare krzyże i figury Chrystusa można we 

Francji często spotkać.

Gdyby tylko mógł zebrać myśli, rozumować jasno i logicznie!

Jean - Pierre mówił, że wszedł do lasu. Jeżeli krzyż jest tym, o którym opowiadał, to 

gdzieś tutaj powinna przebiegać ścieżka... O, jest.

Nie, nie ma czasu na wyzwalanie dziewic z niewoli! Musi znaleźć ludzi i poprosić o 

pomoc, zanim się wykrwawi.

Nareszcie jakaś rozsądna myśl! Widocznie dochodzi do siebie.

Miasteczko? Zniknęło. Zwały dymiących jeszcze ruin to wszystko, co pozostało z 

miejsca, w którym mieszkała ciotka kolegi Jean - Pierre’a. Co się z nią stało? A gdzie był 

teraz sam Jean - Pierre? A szpital polowy? Może on, David, przeżył jako jedyny? Okolica 

wydawała się całkiem wymarła. Pod niebem zasnutym dymem o barwie żelaza panowała 

zupełna cisza.

Ta dziewczyna, Madeleine... Musiała przyjść z jakiegoś domu w lesie lub pod lasem. 

A więc tu niedaleko powinni być ludzie.

To jedyna nadzieja Davida.

Ale zaraz! W jaki sposób się tu dostał? Krwawiące ramię, które go podtrzymywało... 

Kim był jego nieznany wybawca?

David rozejrzał się dokoła. W pobliżu ani żywej duszy. Ale czyż, nie słyszał szeptu: 

„Muszę sprowadzić pomoc”?

Wstał na chwiejnych nogach i zaczął iść wzdłuż ścieżki. Nagle dostrzegł ślady krwi. 

Małe   i   niewyraźne   prowadziły   od   drzewa   do   drzewa.   Pnie   również   były   zabarwione   na 

czerwono od zakrwawionych rąk, szukających tu oparcia...

Żaden ptak nie śpiewał w tym zasnutym dymem lesie, kiedy David z trudem posuwał 

się naprzód. Tak, to z pewnością ta ścieżka, po której szedł Jean - Pierre, jeżeli to w ogóle 

było tutaj. Wkrótce David znalazł się na polance.

background image

Dotarł na właściwe miejsce!

Również teraz księżyc rzucał blade światło. Ścieżka wiodła dalej w głąb lasu. David 

łudził się, że prowadziła do domu Madeleine lub do innych ludzi.

Miał też nadzieję, że wojna tu nie dotarła...

Chyba leżał jakiś czas nieprzytomny, bo kiedy ponownie spojrzał w górę, księżyc 

zmienił nieco swoje położenie. Czuł, że traci siły, rana przestała wprawdzie krwawić, ale 

upływ krwi musiał być znaczny. Podejrzewał też, że prawdopodobnie doznał silnego wstrząsu 

mózgu.

Nie potrafił już utrzymać się w pozycji stojącej, lecz jego wola życia była niezłomna. 

Posuwał się do przodu na czworakach, choć często ramiona załamywały się pod nim i musiał 

odpoczywać.

Ale jego myśli były teraz bardziej jasne i to dodawało mu sił.

Niespodziewanie ujrzał przed sobą jakąś przeszkodę. Mur? Tak, to był mur, ścieżka 

prowadziła właśnie do drzwi w tym murze. Czyżby jakieś tylne wejście?

Drzwi wisiały na zawiasach, na wpół otwarte. David dotarł do nich, przytrzymał się i 

wstał. Ostrożnie zajrzał przez małą bramę.

A jednak wojna zawitała i tutaj...

Zawiedziony David patrzył na ruiny tego, co kiedyś musiało być dużą posiadłością. 

Kilka osmalonych kominów, tu i ówdzie resztki ścian... W tym domu nie mógł nikt mieszkać.

Mimo   wszystko   David   nie   zamierzał   się   poddać.   Przedostał   się   przez   bramę,   z 

wielkim wysiłkiem ominął ruiny i po dłuższej chwili, wypełnionej bólem i cierpieniem, dotarł 

do głównej bramy. Kiedy ponownie znalazł się w lesie, odczuł ulgę. Prowadziła tędy szeroka 

droga. Las nieco się przerzedzał, widocznie za drzewami kryła się kolejna polana. I wtedy po 

prawej stronie David ujrzał przed sobą światło. W tej samej chwili potknął się o coś leżącego 

na ziemi. Pochylił się. To człowiek, żołnierz.

- A więc dalej nie dotarłeś, kolego - szepnął do siebie. - W każdym razie gorąco ci 

dziękuję!

Próbował dojrzeć twarz mężczyzny, pokrytą zaschniętą krwią i ziemią, ale księżyc 

skrył się właśnie za drzewami.

Puls nieznajomego był wyczuwalny, choć bardzo słaby. David przetoczył rannego pod 

drzewa, okrył mchem i gałęziami i postawił przy nim manierkę z wodą.

W tej samej chwili światło księżyca przedarło się przez korony drzew i oświetliło 

leżącego. David zadrżał.

- Marc le Fey?

background image

To ostatnia rzecz, jakiej by się spodziewał. Człowiek, który tak bardzo go nienawidził!

- Zaraz wrócę - mruknął w nadziei, że mówi prawdę, i powlókł się dalej.

Wkrótce potem przystanął, uchwyciwszy się kurczowo drzewa. Stał tak i patrzył na 

dwa domy, dwie wspaniałe wille położone blisko obok siebie. Wydawało mu się, że dalej 

znajdowały się jeszcze inne zabudowania, ale nie miał co do tego pewności.

Jeden   z   domów   był   oświetlony.   W   drugim   budynku,   noszącym   wyraźne   ślady 

zniszczeń, panowała ciemność.

David próbował zebrać myśli, co wcale nie było łatwe. W głowie huczało mu tak, 

jakby  tysiące   diablików  od   środka  tłukło   w  nią   z   zapałem.   Potrzebował   pomocy,   z  tego 

jednego zdawał sobie sprawę. Nie podobało mu się jednak to światło, które zapalono tak 

odważnie. Przecież wszystkie domy w czasie wojny starannie zaciemniano! Nie wiedział, kto 

tu mieszka, Francuzi czy Niemcy. Druga willa była chyba pusta.

David przedostał się do zaciemnionego domu, na szczęście zamek w drzwiach był 

wyłamany. Przeczołgał się przez zimny marmur - podłogę w holu, jak zgadywał. Czerwone i 

żółte kręgi nieprzerwanie wirowały mu przed oczyma. Nie mogę tu zostać, muszę znaleźć 

jakieś   miejsce,   żeby  się  ukryć,   pomyślał.   Zaraz   potem  głowa   opadła   mu   na   marmurową 

posadzkę i zapadł w głęboki sen.

Chwilami docierały do niego szepty, ciche, podniecone głosy, które sprzeczały się ze 

sobą. Ktoś go podniósł... Ciągnął po podłodze. To boli, chciał zaprotestować, ale nie mógł 

wykrztusić nawet jednego słowa.

Szepty   dały   się   słyszeć   ponownie.   Coś   przytknięto   do   jego   suchych   warg,   coś 

miękkiego i chłodnego. Instynktownie wypił trochę, przełykając z trudem.

Ciało miał rozpalone jak w gorączce. Delikatne ręce uniosły mu głowę z poduszki. 

Skąd się tu wzięła? Na jego ranę położono piekący kompres.

Ktoś obmył mu twarz, ręce, kark... Posłyszał szept: „Musi pan coś zjeść, żołnierzu!” 

Potem wszystko na powrót stało się ciszą i ciemnością. Długą, długą ciszą.

Po jakimś czasie David się obudził.

Leżał na prowizorycznym łóżku w jakimś niedużym pokoju. Nie było tu miejsca na 

nic więcej niż jego posłanie i kilka krzeseł. Obok, na podłodze, stała miska z jabłkami i 

kawałkiem kiełbasy oraz szklanka z wodą.

David dotknął swej głowy i wyczuł trochę poplątany bandaż.

Po kilku nieudanych próbach stanął wreszcie na nogi. Zaczął od sprawdzenia drzwi. 

Były zamknięte. Czy został uwięziony?

Dostrzegł jeszcze jedne drzwi, mniejsze. Opierając się o ścianę, ruszył w tamtą stronę. 

background image

Drzwi prowadziły do niewielkiej toalety. Wisiało w niej lustro.

Na widok własnego odbicia David się cofnął. Miał zapadnięte oczy i był blady jak 

ściana. I kimkolwiek był ten, kto go umył, nie zrobił tego zbyt dokładnie.

Być może półmrok panujący w tym pomieszczeniu czynił go tak bladym i obcym? 

Zarówno tu, jak i w jego pokoju przydymione, barwione szyby utrudniały dostęp światła.

Na półce pod lustrem leżała brzytwa, znalazł także wodę do mycia, ręcznik i mydło.

Jest jeszcze we mnie odrobina życia, pomyślał, uśmiechnąwszy się krzywo, skoro 

mam ochotę umyć się i ogolić.

Spędził w łazience chyba całą wieczność, zmył zakrzepłą krew, ogolił się i poprawił 

bandaż. Z pewnością nie pielęgniarz zakładał ten opatrunek! Przy okazji David obejrzał ranę 

na swojej głowie. Była długa, nie wyglądała dobrze.

Często musiał siadać i odpoczywać, drżały mu ręce i nogi. I kiedy wreszcie skończył 

toaletę,   łóżko   okazało   się   najcudowniejszym   miejscem,   do   którego   można   było   wrócić. 

Zasnął natychmiast.

Jakiś ciężki mebel odsunięto spod drzwi do jego pokoiku. Ktoś włożył klucz do zamka 

i ostrożnie go przekręcił. David lekko uchylił powiek, żeby cokolwiek zobaczyć.

Do pokoju wśliznął się chłopiec w wieku około dziesięciu lat. Wątły, ciemnowłosy, o 

szczupłej   twarzy,   należący   do   tego   typu   dzieci,   które   szachy   i   lekcje   gry   na   pianinie 

przedkładają nad szalone zabawy z rówieśnikami. Wystraszył się, kiedy zauważył, że jedzenie 

zniknęło, a żołnierz jest umyty i ogolony. Chciał uciec, ale David mocno schwycił go za 

nadgarstek.

- Zaraz zawołam służbę - pisnął malec z przerażeniem w oczach. - Claude’a i Gerarda, 

i mojego ojca, i...

- Nic ci nie zrobię - próbował uspokoić go David. - Chcę tylko wiedzieć, kim jesteś i 

co to za dom. Czy to ty mi pomogłeś?

- Tak. Całkiem sam.

David spojrzał na chłopca z niedowierzaniem.

- Ale wcześniej z kimś rozmawiałeś?

- Nie, nie było tu nikogo oprócz mnie.

No cóż... David podziękował za pomoc i spytał, czy może obejrzeć dom.

Oczy chłopca ponownie się rozszerzyły.

- Nie! Nie, żołnierzu, tego panu nie wolno!

- Dlaczego  nie?  Kiedy przyszedłem, dom wyglądał na  opuszczony.  Jest spalony i 

częściowo zburzony.

background image

- To nic nie szkodzi. Mieszkamy tu wszyscy razem. Jesteśmy uzbrojeni.

- Wierzę w to, ponieważ mój pistolet zniknął - stwierdził David. - Jak się nazywasz?

- Mi... August.

- Kłamiesz - rzekł David. - Chciałeś powiedzieć coś innego. Michel?

Mimo energicznych zaprzeczeń oczy dziecka zdradzały, że David zgadł.

- Dlaczego trzymasz mnie w zamknięciu?

Chłopiec obejrzał się przez ramię, jakby chciał sprawdzić, czy ktoś za nim nie stoi.

- Proszę nie pytać, żołnierzu!

- Michel, potrzebuję lekarza, żeby opatrzył moją ranę.

Chłopiec potrząsnął głową. Zacisnął usta mocno i zdecydowanie.

- Ranę trzeba oczyścić i zeszyć, zanim będzie za późno, i założyć nowy, czysty bandaż 

- nalegał David.

Wiedział, że to konieczne. Gorączka wciąż nie ustępowała. Nagle pociemniało mu w 

oczach.

Kiedy się ocknął, chłopca nie było, a drzwi zostały zamknięte.

Po raz pierwszy dotarła do Davida brutalna prawda: samotny, bezradny, znalazł się z 

dala od swojego domu w Norwegii, a jego szanse, by ponownie zobaczyć rodzinę, równały 

się niemal zeru. Pomyślał o matce... rodzeństwie, o Sissi, swej bliźniaczej siostrze. Ona i 

David   byli   w  dzieciństwie   nierozłączni.   Dziwna,   ekscentryczna   Sissi!  W  ostatnich   latach 

dochodziło między nimi do nieporozumień. On dorósł, stał się poważnym, odpowiedzialnym 

mężczyzną,   a   odpowiedzialność   nie   stanowiła   akurat   najmocniejszej   strony   Sissi. 

Wielokrotnie dał się ponieść emocjom z powodu jej egoizmu i dziecinnej beztroski. Ale teraz 

tak bardzo za nią tęsknił! A myśl, że nigdy już jej nie ujrzy, doprowadzała go do rozpaczy!

Mniej   więcej   w   tym   samym   czasie   stryj   Davida   otrzymał   list   z   dowództwa   sił 

zbrojnych:

Przypadł nam przykry obowiązek zawiadomienia Pana, że porucznik David de Saint - 

Colombe został uznany za zaginionego w bitwie nad północną granicą Francji...

Teraz stryj musiał przekazać tę smutną wiadomość do Norwegii, do matki Davida.

Coś twardego i kanciastego leżało pod materacem. David sięgnął tam i wyciągnął 

niewielką książkę, zniszczoną od częstego wertowania. Ku swemu zaskoczeniu stwierdził, że 

to   czyjś   dziennik.   W   normalnych   okolicznościach   nigdy   nie   przyszłoby   mu   do   głowy 

naruszać prywatność innego człowieka, ale teraz, oszołomiony, działał bez zastanowienia. 

Otworzył na pierwszej stronie. Widniała tam data 14 maja 1911 roku. Ponad trzy lata temu. 

Okrągłe, niewyrobione pismo:

background image

Kochany pamiętniku!

Tak trudno jest znaleźć coś, co warto by tu zanotować! Nie wiem, o czym pisać. Nie 

istnieje przecież nic...

Dostałam cię dzisiaj od Lucille na piętnaste urodziny. Dobrze cię schowam, żeby nikt 

do ciebie nie zaglądał...

Potem   następowało   kilka   stron   zawierających   banalną   dziewczęcą   paplaninę, 

najwidoczniej autorka usilnie próbowała znaleźć coś godnego zanotowania. Nie pisała też 

codziennie. Aż nareszcie w tonie opisu pojawiło się pewne ożywienie:

To bardzo trudne być najstarszą spośród jedenaściorga rodzeństwa! Matka i ojciec 

nigdy nie są ze mnie zadowoleni, mimo że staram się jak mogę.

3 czerwca: Ojciec znowu mnie uderzył, a mama była dla mnie surowa. Nie rozumiem, 

dlaczego, przecież nic nie zrobiłam. Tylko na chwilę się zatrzymałam w drodze do domu, 

żeby porozmawiać z Emile. Dlaczego nagle nie wolno mi już rozmawiać z chłopcami? Matka 

nazywa mnie grzesznicą i każe iść do kościoła się wyspowiadać. Z czego?

6 czerwca: Dzisiaj matka mnie uderzyła. Jeszcze mam czerwony ślad na policzku. 

Bardzo płakałam. Była zła, ponieważ stanęłam przed lustrem i rozpuściłam włosy tak jak 

Lucille. Ty grzesznico! krzyczała. Nie wolno mi przez tydzień wychodzić z domu.

15 sierpnia: Muszę dzisiaj napisać. Jestem taka szczęśliwa! Kiedy rano poszłam po 

mleko i chleb, widziałam nieznajomego chłopca! Był taki piękny, miał białą koszulę. Spojrzał 

na mnie i to było takie niezwykle, takie przyjemne!

16   sierpnia:   Musiał   dziś   wyjechać,   był   tu   tylko   przejazdem,   już   go   więcej   nie 

widziałam...

10 lutego 1912 roku: Dużo czasu upłynęło od ostatniego zapisu w pamiętniku. Tyle się 

wydarzyło. Już nie jestem wesoła. Wiem, że jestem grzeszną istotą, tak mówią matka i ojciec, 

ponieważ często śmieję się bez powodu. Życie wcale nie jest zabawą. Teraz muszę zawsze 

ubierać się na czarno. Wiem także, że mężczyźni są niebezpieczni. Chłopcy też. Miłość jest 

zła! Nie wiem, czym jest miłość, być może czułam to trochę, kiedy ten nieznajomy chłopiec 

spojrzał na mnie ostatniego lata. Muszę o tym zapomnieć...

Przestałam tęsknić. Kiedyś strasznie tęskniłam za czymś pięknym i wspaniałym, co 

dopiero miało się wydarzyć. Teraz wiem, że to grzech.

Jestem taka smutna.

4 września: Co za obrzydliwość! Nigdy więcej nie pójdę na próbę chóru kościelnego! 

Ten paskudny mężczyzna stal za mną i gładził mnie po plecach, a ja nie mogłam się odsunąć. 

Nigdy więcej tam nie pójdę!

background image

1 stycznia 1913 roku: Wszystko jest dla mnie zbyt trudne! Dlaczego świat jest taki 

cudowny, jeżeli me można się nim cieszyć? Moje rodzeństwo dorasta i sprawia wrażenie, że 

jest zadowolone z surowego życia w naszym domu. Wkrótce moi bracia i siostry staną się 

tacy sami jak rodzice. Może tylko ja jestem dziwna? Wczoraj wyciągnęłam ręce do ognistego 

wschodu słońca i śmiałam się ze szczęścia, że istnieje coś tak pięknego. A moja siostra, ona 

ma szesnaście lat, spojrzała na mnie surowymi oczami matki i spytała, czy spotkałam może 

jakiegoś chłopaka. Opowiedziała matce, jak się zachowywałam, i musiałam prosić Boga o 

przebaczenie. Ale Bóg na pewno mnie rozumie. Przecież to z powodu Jego wschodu słońca 

byłam taka szczęśliwa. Ciągle mam ogromne poczucie winy, gdyż nigdy do końca nie potrafię 

zgasić w sobie tej radości, tej tęsknoty za wolnością, za czymś...!

17 czerwca: Emile mnie pocałował. To było straszne, okropne! Teraz wiem, co to jest 

grzech, i żadnemu chłopcu już nigdy nie pozwolę tego zrobić. Szorowałam i szorowałam 

policzek,  w który mnie  pocałował,  ale  tego nie  da się zmyć.  Matka  i ojciec mają rację, 

wszystko,   co   się   dzieje   pomiędzy   kobietą   a   mężczyzną,   jest   nieczyste.   Dzisiaj   się 

spowiadałam. Teraz jestem silna, teraz znam swoją drogę i wiem, że to, za czym tęskniłam, 

jest nic nie warte.

Potem następowały opisy mało ważnych zdarzeń z życia młodej wiejskiej dziewczyny. 

David   szybko   przerzucał   kolejne   kartki,   aż   wreszcie   natrafił   na   fragmenty   o   bardziej 

dramatycznej wymowie.

Grudzień   1913   roku:   Jak   matka   i   ojciec   mogli   mi   to   zrobić?   Przecież 

podporządkowałam się ich woli, zaczęłam patrzeć na świat ich oczami, ale tego już za wiele! 

Jest przecież taki stary i obmierzły, boję się go, wlepia we mnie oczy, jakby chciał mnie 

połknąć. Ja go nie chcę, nie chcę!

26 marca 1914 roku: Pomyśleć tylko, że jestem w Paryżu. Czy to nie wspaniale? Sama 

nie mogę w to uwierzyć! Czuję się taka wolna. Jest mi też trochę smutno, bo nigdy już nie 

wrócę do domu, ale matka i ojciec muszą przecież zrozumieć, że nie mogłam wyjść za tego 

okropnego człowieka. A teraz, kiedy ci dobrzy ludzie wzięli mnie do siebie na służbę, rodzice 

powinni być zadowoleni. Zapowiedzieli jednak, że jeżeli pojadę do tej rodziny, to już nigdy 

więcej nie będę mogła wrócić do domu, ponieważ ściągnęłam na nich hańbę we wsi.

Jest wiosna, nie wiem, jaki to dzień. Znaleźliśmy się w jakimś dużym domu. Boję się. 

Michel jest ze mną, ale jego opiekunka zniknęła. Wiem, co się z nią stało. O mój Boże, co 

mam robić? Odpowiedzialność jest tak ogromna!

Następnych   kilka   słów   zostało   przekreślonych   grubą   kreską.   David   próbował   je 

odczytać. W końcu mu się udało, kiedy sprawdził odcisk na odwrocie: Jean - Pierre.

background image

A potem był już tylko krótki fragment.

Dziś w nocy znaleźliśmy rannego żołnierza. Michel chciał go zostawić, tak bardzo się 

bał,   ale   ja   byłam   innego   zdania.   Wydal   mi   się   bardzo   przystojny.   Ktoś   tak   piękny   nie 

powinien umierać. Był nieprzytomny, biedak, miał wielką ranę na głowie. Może okaże się 

niebezpieczny, może jest jednym z nich, ale ma na sobie francuski mundur, a jego skóra jest 

taka   delikatna   w   dotyku.   Oprócz   policzków,   bo   one   są   szorstkie.   Nigdy   przedtem   nie 

dotykałam męskiej twarzy, potwornie się wstydzę i nie odważyłabym się opowiedzieć o tym 

matce, chociaż i tak już nie wrócę do domu. Jestem taka oszołomiona. Ale być może będzie 

mógł nam pomóc. Wiem, że to głupie tak myśleć, bo właściwie to on potrzebuje naszej 

pomocy.

Po tym zaskakującym wyznaniu nie było już więcej zapisów. David odłożył pamiętnik 

na miejsce. Miał ogromne poczucie winy z powodu swojej niedyskrecji i obiecał sobie, że 

nigdy nie przyzna się do tego, że go czytał.

Czy kiedykolwiek spotka jego młodziutką autorkę?

David przypominał sobie jak przez mgłę, że zaglądał do jego pokoju chłopiec, który 

przyniósł świeże jabłka.

Niezbyt urozmaicona dieta, pomyślał.

I   oto   niespodziewanie   usłyszał   na   zewnątrz   obce   głosy.   Groźne   głosy   dorosłych 

mężczyzn.

- Szukaliśmy wszędzie. Nic nie rozumiem, nie mogli przecież się wymknąć.

- Pamiętaj, że strażnik odszedł z posterunku na parę minut ostatniej nocy, kiedy pod 

Croix - sur - les - Collines toczyły się walki!

- Tak, ale widzieliśmy później ich cienie. Oni na pewno są w domu!

Kroki zatrzymały się przed drzwiami Davida. Rozejrzał się za czymś, co mogłoby 

posłużyć jako broń, ale nic nie znalazł. Nie miał też odwagi poruszyć się i ukryć w łazience, 

najmniejszy dźwięk mógł go zdradzić.

Po   chwili   usłyszał   coś,   co   przypominało   przestawianie   książek   na   półce.   Bystry 

chłopak, zamaskował drzwi od zewnątrz! Żeby tylko prześladowcy tego nie odkryli!

- Prędzej czy później ich dostaniemy - mówił jeden z głosów. - A wtedy...!

- Musimy! - mruknął inny. - Mam na myśli przede wszystkim dziewczynę. Małe, 

niewinne   dziewczę   ze   wsi,   świeże   jak   kwiatuszek.   Powinna   być   wdzięczna   za   odrobinę 

rozrywki przed opuszczeniem tego padołu!

Roześmiali się.

Wyjęta książka została odłożona na miejsce i kroki się oddaliły. David odetchnął z 

background image

ulgą.

Nadal nie pragnął niczego innego, jak tylko móc się położyć. Dużo spał, gorączkujący, 

spocony i bardzo wyczerpany...

Obudził się, kiedy chłopiec delikatnie potrząsnął go za ramię.

- Co się stało, Michel?

- Służył pan w Czerwonym Krzyżu, prawda? Widzę to po pańskim mundurze.

- Zgadza się.

- Moja siostra jest chora.

- A więc jest was jednak dwoje?

- Proszę pójść za mną, żołnierzu!

Widać było, jak bardzo chłopiec się boi. David natomiast z radością przyjął możliwość 

opuszczenia swego więzienia. Wstał i z pomocą Michela założył buty.

- Jak długo tu jestem?

- Dwie i pół doby.

- Nie dłużej? Wydaje mi się, że minęła cała wieczność.

- Proszę starać się iść cicho, żołnierzu. I proszę nie pokazywać się w oknie. Wszędzie 

mają straże.

Nareszcie wydostał się ze swojej klatki. Stanął na pokrytej marmurem posadzce w 

holu, przysuwając się jak najbliżej ściany, żeby go nie dostrzeżono z zewnątrz.

Ku zdumieniu Davida, chłopiec nie skierował się na schody prowadzące na pierwsze 

piętro,   lecz   poprowadził   go   przez   spaloną   kuchnię   na   mroczne,   rozchwiane   schody   do 

piwnicy.

- Wydawało mi się, że mówiłeś, iż dom jest pełen twoich krewnych i służby?

- To prawda. Wszyscy są na górze. Ale moja siostra jest tutaj.

David nie odezwał się więcej. Wąskie schody wiodły w dół do pustych pomieszczeń, 

zniszczonych   i  splądrowanych.  Zobaczył   jedynie   kilka   jabłek   na  półce.  O,  pomyślał,   nic 

dziwnego, że moja dieta jest tak jednostajna.

Dotarli do piwnicy, gdzie przechowywano wino.

- Proszę tu przyjść, żołnierzu!

W najbardziej odległym kącie, tuż przy ścianie, stała beczka na wino. Michel nacisnął 

okrągłe wieko, które odskoczyło, kołysząc się na metalowych zawiasach.

- Proszę iść za mną - powiedział chłopiec, wchodząc do środka.

Oniemiały ze zdziwienia David zrobił, co mu kazano. Zapach beczki świadczył o tym, 

że nigdy nie wykorzystywano jej zgodnie z przeznaczeniem. Następnie Michel pchnął dno, 

background image

które otwierając się ukazało pomieszczenie po drugiej stronie piwnicznej ściany.

- Jak to znalazłeś? - spytał szeptem David, zamykając za sobą wejście do beczki.

-   Bardzo   prosto   -   odpowiedział   Michel,   zeskakując   na   podłogę.   -   Wieko   było 

uchylone. Niemcy najwidoczniej się nie zorientowali, że jest tu jeszcze jakieś pomieszczenie. 

Byli chyba tylko rozczarowani, że beczka została opróżniona do ostatniej kropli. Albo za 

bardzo się upili, żeby coś podejrzewać.

W małym, ciemnym pokoiku panowało nieprzyjemne zimno i wilgoć. Michel zapalił 

świecę i David rozejrzał się wokół. Widocznie przechowywano tutaj najstarsze szlachetne 

roczniki, bo na półkach ujrzał dna niezliczonych butelek. Tego schowka Niemcy nie znaleźli.

Michel poszedł dalej do wąskiego korytarzyka, który skręcał pod kątem prostym. Na 

podłodze leżała dziewczyna owinięta prześcieradłem.

Spojrzała na Davida dużymi czarnymi oczyma.

Ciemne włosy, mokre od potu, opadały na czoło. Na bladej twarzy malował się strach. 

David uznał, że mogła mieć około osiemnastu lat. Była bardzo piękna i bardzo chora.

David ukląkł i spytał:

- Gdzie panią boli?

Drgnęła.

- Pan nie jest Francuzem! - szepnęła przerażona.

- Jestem obywatelem francuskim - odparł David spokojnie.

Opanował ją silny atak kaszlu.

- Słyszę, że nie jest dobrze - stwierdził, kiedy kaszel ucichł. - Tutaj nie może pani 

zostać. Musimy panią przenieść na górę.

- Ale to niemożliwe. Nie możemy się ukryć w pana pokoju, tam zaraz nas znajdą.

- Czy nie moglibyśmy wydostać się z tego domu?

Zaśmiała się gorzko.

- Próbowałam pierwszej nocy, kiedy tu dotarliśmy. Momentalnie na ścianie tuż obok 

mnie rozprysnęła się seria kul.

- Rozumiem - odparł David, lecz, szczerze mówiąc, nie rozumiał zbyt wiele. - Czy nie 

ma tu innego pomieszczenia? W tej zatęchłej piwnicy czeka panią śmierć!

Zastanawiała się przez chwilę, drżąc z zimna na całym ciele.

- Jest jeden pokój na tyłach domu, który możemy zabarykadować od wewnątrz. Ale 

tam odkryją nas bez trudu. Teraz nawet nie wiedzą, że w ogóle jesteśmy w domu!

- Nie ma innej rady. Tu na dole nie wytrzyma pani zbyt długo. Pomóż mi, Michel, 

przeniesiemy się na górę.

background image

Dziewczyna, próbowała protestować, ale uporczywy kaszel odebrał jej resztki sił. Z 

pomocą Davida i Michela przedostała się przez tajemne przejście. Potem David wziął chorą 

na ręce, Michel zaś zebrał rzeczy obojga. David sam był bardzo słaby, czuł, jak drżą mu 

ramiona i szumi w głowie. W końcu udało im się wyjść na górę. Dziewczyna wskazywała 

drogę, cały czas trzymając coś w ręku za jego plecami. Łatwo zgadł, co to takiego. Czyżby 

nikomu nie ufali?

Pokój,   do   którego   ostrożnie   się   wśliznęli,   był   ciemny,   dość   długi   i   zastawiony 

ciężkimi,   stylowymi   meblami.   W   oknach   wisiały   długie,   jedwabne   zasłony.   Okazały   się 

bardzo przydatne, gdyż jeden ze strażników pilnował domu również od tej strony. Wspólnymi 

siłami Michel i David przesunęli ciężkie meble pod drzwi, a potem zajęli się dziewczyną, 

którą wcześniej ułożyli na sofie.

Wyglądała naprawdę pięknie: twarz o wyrazistych rysach, złocistobrązowa skóra z 

rumieńcami na wysokich kościach policzkowych, białe zęby i błyszczące oczy - wszystko to 

nadawało jej cech zdrowej, silnej wiejskiej dziewczyny. Jednak teraz powodem rumieńców i 

blasku w oczach była wysoka gorączka.

- Muszę panią zbadać, mademoiselle Madeleine!

Oboje drgnęli ze strachu. Dziewczyna spojrzała z wyrzutem na Michela.

- Nie powiedziałem mu, jak się nazywasz - zapewnił pośpiesznie chłopiec.

Zanim   David   zdążył   zareagować,   ujrzał   wycelowany   w   siebie   własny   pistolet. 

Dziewczyna wyjęła go spod prześcieradła.

- A więc jest pan jednym z nich! - stwierdziła z goryczą. - Michel miał rację, nie 

powinniśmy się panem zajmować. Ale pan wyglądał tak...

- Myli się pani, mademoiselle - wyjaśnił szybko David. - Jestem przyjacielem Jean - 

Pierre’a. Czy pamięta pani Jean - Pierre’a? On mnie tu przysłał.

Z wahaniem opuściła broń.

- Jean - Pierre? Tak, pamiętam go. Czy był na mnie zły?

- Zły? Dlaczego?

- Ponieważ nie przyszłam. Nie mogliśmy się z nim spotkać, bo nas znowu zamknęli.

David się roześmiał.

- Nie, nie był zły: Sam miał potworne wyrzuty sumienia, ponieważ on też nie mógł 

przyjść.

W błyszczących z gorączki oczach dostrzegł wyraźną ulgę.

- Mówi pan, że on pana przysłał?

- Tak. Kiedy ostatni raz go widziałem, był bardzo ciężko ranny. Gorąco prosił mnie, 

background image

abym sprawdził, co się z wami stało. Chciał też, żebym was do niego przyprowadził i żeby 

mógł poprosić o przebaczenie, że wtedy nie dotrzymał słowa. Sądzę, że teraz jest już za 

późno...

Zapadła cisza. Nawet Michel zrozumiał, choć David nie dokończył zdania.

- Oto pański pistolet - powiedziała Madeleine.

- Dziękuję! Poza tym mam na imię David. Jestem z pochodzenia Norwegiem, dlatego 

trochę kaleczę język. A teraz muszę panią zbadać, mademoiselle Madeleine. Michel, czy 

możesz przejść w drugi koniec pokoju?

David usiadł na brzegu sofy i ostrożnie zsunął prześcieradło. Dziewczyna wstydliwie 

naciągnęła je z powrotem.

- No, no - uspokoił ją David. - Jestem prawie lekarzem, przed wojną studiowałem 

medycynę. Proszę się nie obawiać, mademoiselle.

Ciało   Madeleine   było   rozpalone.   David   nawet   bez   stetoskopu   słyszał   szmery   w 

płucach. Nie mógł nie zwrócić uwagi na zgrabną sylwetkę tej dziewczyny: w talii szczupła 

jak lilia, poza tym kształty miała pełne.

David uśmiechnął się, aby dodać chorej otuchy, i starannie ją okrył.

- Ma pani zapalenie płuc. Ale poradzimy sobie z tym! Nie ma obawy!

W głowie mu huczało i zlewał go zimny pot, kiedy przeszukiwał dom w nadziei, że 

może trafi na jakieś lekarstwa. Zmontował znalezioną gdzieś w kącie maszynkę spirytusową i 

zagotował wodę. Potem dał Madeleine tabletkę chininy ze swojej skromnej apteczki polowej i 

nałożył  jej na piersi rozgrzewające kompresy z terpentyny i oleju. Dziewczyna nie kryła 

wzruszenia i wdzięczności za to, że troszczył się o nią z takim oddaniem. Dlatego też, kiedy 

sprawdzał, czy jest dobrze okryta, pogłaskał ją lekko po policzku. Zauważył, że zarumieniła 

się jeszcze bardziej.

Potem usiedli przy łóżku Madeleine, on i Michel, i zjedli ostatnie zapasy żywności, 

składające się z kiełbasy i jabłek.

-   Mademoiselle   Madeleine,   czy   będzie   pani   w   stanie   wyjaśnić   mi   kilka   spraw? 

Zupełnie nic nie rozumiem z tego, co się tu dzieje.

Spojrzała na niego zamyślona.

- Spróbuję. Ale muszę bardzo cofnąć się w czasie.

- Dobrze. Proszę zacząć od siebie.

Zaczerwieniła się zaskoczona.

- Od siebie? Ale ja jestem postacią drugoplanową.

David   nie   chciał   się  zdradzić,   że   dzięki   pamiętnikowi   wiedział   o   niej   więcej,   niż 

background image

myślała. Wstydził się, że go czytał, ale tak naprawdę nie żałował tego. Rozumiał teraz lepiej 

tę młodą dziewczynę.

Skinął zachęcająco.

I Madeleine zaczęła opowiadać...

background image

ROZDZIAŁ III

Podniosła wzrok na przystojnego żołnierza o niezwykle niebieskich oczach. Czuła do 

niego bezgraniczne zaufanie. Dotykał jej tak ostrożnie, żaden inny mężczyzna nie czynił tego 

w taki sposób. Ale jest przecież lekarzem i tylko chciał ją zbadać, nie było więc w tym nic 

zdrożnego. I na pewno jej pomógł! Czuła się teraz o wiele lepiej.

-   Pochodzę   z   małej   wioski   położonej   na   południe   od   Paryża   -   zaczęła   jakby 

przepraszając, że mówi o czymś tak niewiele znaczącym. Ale chciała wszystko opowiedzieć, 

on   na   pewno   zrozumie,   a   poza   tym   przecież   o   to   prosił!   -   Mój   ojciec   miał   nieduże 

gospodarstwo... - ciągnęła, zastanawiając się w duchu, czy też monsieur David uważa ją za 

duże   dziecko,   czy też  za   kobietę.   -  Rodzice   dali   mi   dobre  wychowanie,  byli   wyjątkowo 

surowi,  nauczyli  mnie,  jak  powinna  zachowywać   się  porządna   dziewczyna   z  szanowanej 

rodziny. Nie byliśmy jednak bogaci. Dlatego...

Zawahała się.

- Co się stało? - spytał David.

W pięknych oczach Madeleine pojawiła się desperacja.

- Dlatego kiedy najbogatszy gospodarz w okolicy poprosił o moją rękę, uznali, że 

wygrałam los na loterii.

- Ale pani nie była szczęśliwa?

- Nie! - odpowiedziała stanowczo. - Ma pięćdziesiąt lat i już pochował dwie żony. 

Mały,   gruby   i   odpychający.   Kiedyś   powiedział   o   mnie:   „Jest   wprawdzie   jeszcze   trochę 

dziecinna i niedoświadczona, ale będzie się nadawała. Wygląda na to, że jest silna. I może 

urodzić mi synów. Muszę mieć syna. Moja pierwsza żona dała mi jedynie córki, a druga 

ciągle   chorowała.   Potrzebuję   młodej,   zdrowej   dziewczyny.   Tak,   Madeleine   będzie 

odpowiednia!”

David wziął ją za rękę. Wiedziałam, że zrozumie, pomyślała.

- Jego córki były ode mnie starsze, monsieur! Jednak rodzice, nie pytając mnie o 

zdanie, postanowili, że zostanę jego żoną, jak tylko skończę osiemnaście lat. Poszłam do 

mojej kryjówki nad rzeką i płakałam cały dzień. W tym czasie przyjechali do nas bogaci 

paryżanie... Spytali moich rodziców, czy mogłabym do nich pojechać na pół roku, zająć się 

domem,   a   od   czasu   do   czasu   ich   synem.   Dziewczyna   do   dziecka   musiała   mieć   czasem 

wychodne. Ale matka i ojciec stanowczo się sprzeciwili. Ile ja się naprosiłam! W końcu 

wyjechałam wbrew ich woli, więc się mnie wyrzekli. Nie wolno mi już wrócić do domu, 

sprowadziłam na nich wstyd i hańbę we wsi, ponieważ odrzuciłam najlepszą partię. Taki 

background image

grzech!

Madeleine zrobiła przerwę. Odetchnęła głęboko.

- Czułam się dobrze w dużym domu u tej nowej rodziny w Paryżu i ci państwo też byli 

ze mnie zadowoleni. Lecz nagle, jakieś dwa - trzy miesiące temu, Michel i jego opiekunka 

zniknęli...

- Chwileczkę - przerwał jej David. - Coś pani ominęła. Michel nie jest więc pani 

młodszym bratem?

- Nie, mówiliśmy tylko, że jesteśmy rodzeństwem. Tak na wszelki wypadek.

- A ten piękny dom był rodzinnym domem Michela?

Chłopiec wpadł im w słowo:

- Tak, mój ojciec jest dyrektorem.

David zwrócił się do niego.

- I zostałeś uprowadzony, ty i twoja opiekunka?

- Tak. Samochodem.

- Dokąd?

-  Tutaj,   do   tej   dużej   posiadłości   tuż   obok,   która   w   nocy,   kilka   dni   temu,   została 

spalona.

- Czy tam byliście więzieni?

- Tak. Ale tamta dziewczyna próbowała uciekać. Wtedy ją zastrzelili. - Oczy chłopca 

posmutniały i spoważniały.

- A jak pani tu trafiła? - spytał David Madeleine.

-   W   domu   dyrektora,   ojca   Michela,   zapanowała   oczywiście   wielka   panika   - 

odpowiedziała, starając się, żeby jej słowa brzmiały mądrze. - Słyszałam urywki rozmowy 

przy stole, kryły się za tym jakieś polityczne sprawy.

- Poczekaj! - zawołał David. - Chyba już wiem, kim jesteś, Michel! Czy nazywasz się 

Bouget?

- Tak - odparł zaskoczony chłopiec.

- Ale skąd pan o tym wie? - spytała zaniepokojona Madeleine. - Wszystko miało być 

tajemnicą, gazety o niczym się nie dowiedziały.

- Mój stryj ma znajomego w rządzie, rozumiecie? I ten znajomy jest ojcem chrzestnym 

Michela. Prawda, Michel?

- Tak, mój ojciec chrzestny rządzi krajem.

-   No,   nie   całkiem   sam   -   roześmiał   się   David.   -  A  więc   kidnaperzy   wykorzystali 

dziecko jako pewnego rodzaju gwarancję?

background image

-   Tak   -   skinęła   głową   Madeleine.   -   Zrozumiałam,   że   próbowali   zmusić   ojca 

chrzestnego Michela do ustępstw wobec Niemców, żeby ci mogli zawładnąć Francją. Lecz 

dyrektor Bouget przekonał swego przyjaciela ministra, żeby nie ustępował, bo i tak na pewno 

znajdą Michela. Jakże ojciec chłopca się zestarzał w ciągu zaledwie kilku dni! No i pewnego 

razu, kiedy wracałam do domu państwa Bouget, zostałam napadnięta przez dwóch mężczyzn i 

przewieziona samochodem aż tu. No, nie od razu. Pamiętam, że o zmroku podjechaliśmy do 

ogromnego zamku znajdującego się przy drodze z Paryża. Kazali mi wysiąść z samochodu. 

Przeszłam przez dziedziniec. Wtedy na schodach pojawił się właściciel zamku z żoną, bardzo 

nieprzyjemną kobietą. Był wściekły i wrzeszczał: „Nie, nie tutaj, idioci! Do mojej letniej 

rezydencji, ma przecież pilnować chłopaka!” Rozpoznałam tego człowieka... No, a potem 

przywieźli mnie do tej wspaniałej posiadłości. Porywacze musieli mieć kogoś do opieki nad 

chłopcem, jego poprzednia opiekunka nie chciała z nimi współpracować. Oni... ją... zabili - 

Madeleine przełknęła ślinę. - Pewnej nocy udało mi się wydostać i chciałam sprowadzić 

pomoc. Wtedy spotkałam Jean - Pierre’a, ale kiedy wróciłam, żeby zabrać chłopca, zamknęli 

dom na klucz i już nie mogliśmy wyjść.

Madeleine musiała chwilę odpocząć, zanim mogła mówić dalej. Ataki kaszlu nie były 

już takie częste i gorączka wydawała się nie tak bardzo wysoka. Prawdopodobnie za sprawą 

chininy.

- Upłynęło wiele czasu i nagle zjawili się tu Niemcy. To śmieszne, ale zbyt późno się 

zorientowali, że zniszczyli dom swego sprzymierzeńca. Może pan sobie wyobrazić, właściciel 

szalał ze złości!

Madeleine   uśmiechnęła   się,   kiedy   o   tym   pomyślała,   ale   był   to   blady   uśmiech, 

pomieszany z melancholią i bólem.

-   W   ogólnym   popłochu,   kiedy   posiadłość   się   paliła,   udało   nam   się   uciec. 

Próbowaliśmy ukryć się w lesie, ale tam aż roi się od Niemców. Wtedy natrafiliśmy na ten 

dom, który wprawdzie też się palił, lecz widocznie ogień sam zgasł. Strażnicy musieli nas 

jednak   zobaczyć,   bo   otoczyli   willę.   Przeszukiwali   wszystkie   pomieszczenia,   ale   nas   nie 

znaleźli.

- Czy wie pani, kim oni są?

- Wiem tylko, że właściciel zamku i letniej rezydencji, która została spalona, jest ich 

przywódcą i że sprzyja Niemcom. A potem, następnej nocy, zjawił się pan, monsieur David... 

Musiał pan przyjść w chwili, kiedy nie było strażników. Chyba ta wielka bitwa w pobliskim 

mieście   wywabiła   ich   z   domu.   Spieraliśmy   się   z   Michelem   przez   chwilę,   ale   w   końcu 

uzgodniliśmy, że powinniśmy panu pomóc.

background image

- Bardzo wam dziękuję!

- Uważaliśmy, że pan wygląda tak...

Nagle umilkła. Nie mogła mu chyba powiedzieć, że jej się podobał i wydał jej się 

bardzo przystojny? On zauważył jej zmieszanie i nie nalegał, by skończyła zdanie.

- Mademoiselle Madeleine - powiedział zmartwiony. - Muszę jednak wydostać się stąd 

jak najszybciej.

- To niemożliwe!

- Wiem. Ale muszę. Mój... kolega (ledwie mu przeszło przez gardło nazwanie Marca 

le Fey kolegą) leży bezbronny w lesie. Uratował mi życie, rozumie pani, i jest ciężko ranny.

- To straszne! - zawołała. - Oczywiście należy mu pomóc!

- Poza tym trzeba zeszyć moją ranę! l pani też wymaga opieki. I Michel musi wrócić 

do domu, żeby jego ojciec chrzestny, minister, mógł spokojnie pracować i nie pozostawał 

dłużej pod presją.

Madeleine skinęła głową.

Zrobiło   się   późno,   zapadł   już   zmrok.   Wszyscy   troje   potrzebowali   snu.   David 

przygotował   na   dwu   zsuniętych   fotelach   posłanie   dla   Michela.   Dla   siebie   przeciągnął   z 

drugiego   pomieszczenia   łóżko.   Ustawił   je   w   najodleglejszym   kącie   pokoju,   żeby   nie 

krępować dziewczyny.

Madeleine   wodziła   za   nim   wzrokiem.   Po   dłuższym   wahaniu   (jak   mogła   być   tak 

śmiała, a gdyby źle ją zrozumiał?) zawołała go.

David usiadł tuż obok. Oczy Madeleine wyrażały strach i zawstydzenie, ale w końcu 

zebrała się na odwagę.

-   Co   teraz   zrobimy,   monsieur   David?   -   szepnęła,   żeby   nie   zbudzić   śpiącego   już 

Michela.

Westchnął ciężko.

- Musimy się stąd wydostać. To śmiertelna pułapka.

- Ale oni strzegą domu ze wszystkich stron. Nie rozumiem tylko, dlaczego, przecież 

Francja została już opanowana. Co zamierzają zrobić z Michelem?

David spojrzał na dziewczynę w zamyśleniu.

- Powiedziała pani, że zna pani właściciela tej posiadłości i zamku - zaczął, powoli 

wymawiając słowa.

- Tak, widziałam go już wcześniej. Nie jestem pewna, ale chyba nazywa się Lasalle. 

Jest przyjacielem rodziców Michela.

 - Lasalle? Czyżby ten bogaty Lasalle? Właściciel banków i koncernów, który 

background image

często udziela państwu pożyczek?

- To możliwe... Myślę, że to on.

Oczy Davida pociemniały.

- Więc w takim razie jest zdrajcą. Prawdopodobnie nie ma go tutaj, wrócił zapewne do 

swego zamku lub do Paryża. Myślę, że chyba bardzo by nie chciał, żeby ktoś dowiedział się o 

jego   skrywanej   sympatii   dla   okupanta.   Albo   o   tym,   że   jest   porywaczem   syna   swego 

przyjaciela.

- A więc sądzi pan...? - Madeleine przyszła do głowy tak przerażająca myśl, że z 

wrażenia dostała ataku kaszlu.

- Właśnie - potwierdził, kiedy już mogła normalnie oddychać. - Lasalle z pewnością 

nie chce, aby zachowali się świadkowie jego niecnych poczynań. Teraz jednak proszę się 

położyć i dobrze przykryć, to ważne! Obawiam się, że jest pani zbyt chora, aby dokądkolwiek 

iść!

- Pan także - zauważyła nieśmiało. - Widzę, że każdy wysiłek wiele pana kosztuje. 

Zdjął pan bandaż?

- Tak, rana musi mieć dostęp powietrza. Czy nie wygląda już lepiej?

- Tak, to prawda. Ale martwi mnie jeszcze coś innego. Pański mundur... Wie pan, że 

jesteśmy na terenie okupowanym przez Niemców.

Madeleine czuła się bardzo dumna, że może dyskutować z dorosłym mężczyzną jak 

równy z równym. Miała wrażenie, że David naprawdę przywiązuje wagę do jej słów, nie 

traktuje jej jak niepoważnego podlotka, tak jak wszyscy do tej pory.

- Ja też o tym myślałem - odparł. - I jeszcze jedno: nie wiemy, jak daleko musimy iść, 

żeby dotrzeć do strefy wolnej od okupanta. Nie mamy przecież pojęcia o sytuacji na froncie, 

być może cała Francja została już zajęta?

Madeleine złapała go za rękę.

- O, nie! - szepnęła przerażona. - Nie, nie wierzę w to. Czy nie słyszał pan huku 

armat? Nie czuł swądu dymu?

David zauważył jej zmieszanie, kiedy zdała sobie sprawę, że ściska jego dłoń, i rzekł 

łagodnie:

- Nie bój się, dziewczyno, na pewno nam się uda! Obyśmy tylko zdołali przekazać 

wiadomość do rodziców Michela! Obawiam się jednak, że telefony tu nie działają?

- Nie, już sprawdzałam.

- Jak to naprawdę jest z tym, co mówił Michel? - spytał David. - Że na górze jest cała 

służba i jego ojciec?

background image

Spojrzeli na chłopca, który spał spokojnie. Madeleine szepnęła:

- Był bardzo dzielny. Ale kiedy tu uciekliśmy i do mnie strzelano, i kiedy zrozumiał, 

że   znowu   jesteśmy   uwięzieni,   wpadł   w   histerię.   I   wtedy   wymyśliłam   tę   służbę.   Choć 

właściwie w to nie wierzy, trochę się uspokoił. Zastanawiam się jeszcze, co mam zrobić z 

ubraniem? Jest tak brudne i podarte, że będę zwracać na siebie uwagę.

David wstał.

- Pójdę na górę i rozejrzę się, może znajdę tam dla nas jakieś rzeczy.

- Ale nie wolno nam przecież...

- Nie można tego nazwać kradzieżą, tu chodzi o nasze życie! Przypuszczam, że jest to 

dom letniskowy, więc jeśli są tu jakieś ubrania, na pewno teraz nikt ich nie potrzebuje.

Z niepokojem w sercu patrzyła, jak David znika w drzwiach.

On tymczasem wszedł na górę do mocno zniszczonej przez pożar części budynku. 

Światło księżyca wpadało przez ogromne dziury w dachu, więc nie musiał marnować czasu 

na szukanie i skierował się prosto do garderoby.

Po chwili był już na dole. Znalazł spodnie, koszulę i kurtkę dla siebie, ciemnożółtą 

sukienkę, która, miał nadzieję, pasowała na Madeleine, oraz kurtkę chłopięcą.

Widział, że Madeleine nie do końca była przekonana, czy może założyć cudze ubranie 

bez pozwolenia, wzięła jednak sukienkę i przewiesiła ją przez poręcz krzesła.

- Kiedy spróbujemy?

- Nie dzisiejszej nocy, jest pani zbyt chora i nie może wychodzić. Musimy wytrzymać 

jeszcze jeden dzień. Czy sądzi pani, że pani podoła?

- Żeby tylko tu znowu nie przyszli, to... W jaki sposób się stąd wydostaniemy?

- Nie wiem, mademoiselle Madeleine - szepnął, walcząc z ogarniającą go sennością.

- Pan jest przemęczony - zauważyła dziewczyna ze współczuciem.

- Przepraszam - roześmiał się.

- Nic nie szkodzi, monsieur David.

Myśl o tym, że młody mężczyzna niemal zasnął na jej łóżku, rozczuliła Madeleine i 

zarazem oszołomiła. Co by mama na to powiedziała?

Stryj Davida wszedł do salonu w paryskim mieszkaniu swego przyjaciela ministra. 

Siedziało tam już dwóch gości, jednym z nich był ojciec Michela.

- Witaj, drogi przyjacielu! - odezwał się gospodarz, zapraszając ostatniego gościa do 

środka. - Słyszałem o twoim bratanku. To prawdziwa tragedia.

Gaston de Saint - Colombe skinął głową.

- Zupełnie nie mogę uwierzyć w to, że nie żyje. Został tylko uznany za zaginionego.

background image

- Bitwa była niezwykle krwawa - zauważył pan domu. - Nie chciałbym odbierać ci 

nadziei, ale szanse odnalezienia go są znikome.

Stryj Davida spuścił głowę. Po chwili spojrzał na Bougeta.

- Teraz wiem, co czujesz, drogi Bouget! Nadal żadnych wieści o Michelu?

- Żadnych - odpowiedział zbolały i załamany ojciec. - Jego poszukiwania nadal trwają, 

oczywiście   dyskretnie,   ale   jeżeli   chłopiec   znalazł   się   w   rękach   naszych   przeciwników 

politycznych, to pewnie wywieźli go do strefy okupowanej przez Niemców. A tam nikt go nie 

znajdzie.

Czwarty w grupie, szpakowaty mężczyzna o ciemnej karnacji i ostrym profilu, zwrócił 

się do gospodarza:

- Czy nadal wywierane są naciski na pana w związku z Michelem?

- Tak, drogi Lasalle - odrzekł minister. - I dlatego mamy nadzieję, że chłopiec jeszcze 

żyje. Jest moim synem chrzestnym, jak pan wie, i mógłbym zrobić dla niego wiele! Ale 

warunki, które stawiają porywacze, są nie do przyjęcia!

- Rozumiem, że poświęcenie życia chłopca musi być trudne - powiedział rozparty w 

fotelu Lasalle.

-   Niezmiernie!   Tym   bardziej   że   nie   jest   moim   synem.   Spoczywa   na   mnie 

odpowiedzialność   za   dziecko   mojego   najlepszego   przyjaciela!   Proszę   mi   wierzyć,   taka 

sytuacja jest nie do wytrzymania! Czasami mam ochotę...

Oczy Lasalle'a stały się czujne.

- Musiał bardzo cierpieć w tych ostatnich miesiącach. Taki mały i delikatny!

Minister westchnął cicho.

- Bouget, czy nie powinniśmy...

Ale ojciec Michela szybko mu przerwał:

- Zabraniam ci spełniać najmniejsze nawet żądania tych drani! Myślisz, że zadowolą 

się drobnymi ustępstwami? O, nie, jeżeli teraz dostaną to, czego chcą, wkrótce będą mieli w 

swoim ręku całą Francję. Nie! Znajdziemy Michela, musimy.

Lasalle   przybrał   na   nowo   pozę   obojętności.   W   salonie   nastała   cisza.   Bouget   i 

gospodarz   myśleli   o  Michelu.   Hrabia   Gaston   de   Saint   -  Colombe   martwił   się  z   powodu 

Davida.

Wcześnie dziś skończyli. Umawiali się zazwyczaj raz w tygodniu na brydża, lecz tym 

razem nikt nie był w stanie skupić się na kartach.

W wielkiej willi na przedmieściach Christianii

1

 w Norwegii panowała przygniatająca 

1 Christiania - dawna nazwa Oslo (przyp. tłum.).

background image

cisza. Od czasu kiedy przyszedł telegram z Francji, nikt nie był w stanie wydobyć słowa. Cóż 

zresztą można mówić w takiej sytuacji?

W milczeniu, z czerwonymi od płaczu oczami, matka i młodsze rodzeństwo Davida 

snuli się po domu z uczuciem, że odtąd nic już nie ma znaczenia.

Wszyscy byli przygnębieni, oprócz jego bliźniaczej siostry, Sissi.

- Tu jest tylko napisane, że zaginął! - przerwała milczenie z błyskiem buntu w oczach.

Sissi   odznaczała   się   niezwykłą,   oszałamiającą   wprost   urodą.   Miała   jasne   włosy   i 

ciemnobrązowe oczy, które odziedziczyła po ojcu Francuzie. Wysoka i szczupła, ubierała się 

bardzo kobieco. Jej włosy nie poddawały się żadnemu grzebieniowi, drobne loczki opadały 

zawsze na czoło i na skronie. Skórę miała gładką jak jedwab; usta, pełne i na wpół otwarte, 

zdradzały niewiarygodną ciekawość świata. Mężczyzn na jej widok opanowywał instynkt 

łowiecki. Ale mogli się bardzo rozczarować!

Sissi, ochrzczona jako Cecilie, hrabianka af Saint - Colombe, nie obawiała się nikogo i 

niczego. Inteligentna i bystra, bez skrupułów wykorzystywała swoją urodę, kiedy chciała coś 

osiągnąć.

- Musimy oczywiście tam pojechać i szukać go!

- Nie bądź niemądra, Sissi! - ofuknęła ją matka.

- On żyje, wiem, że żyje! - zawołała Sissi z rozpalonymi policzkami. - Bliźniacy 

wiedzą takie rzeczy,  mamo! Zawsze łączyła  nas bardzo silna więź. Wiem, że mnie teraz 

potrzebuje.

- Kochane dziecko, wyobrażam sobie, co czujesz, chyba wszyscy myślimy podobnie. 

Ale w Europie trwa wojna, okrutna wojna. Nie możemy teraz jechać do Francji. Twój stryj 

zrobi na pewno wszystko, co będzie mógł.

- Ten stary pryk! Nie ma za grosz fantazji, nie potrafi się postawić w...

- Sissi, jestem zmęczona i bardzo przygnębiona. Proszę cię, skończ już.

Sissi nie rzekła nic więcej. Gdyby jednak matka potrafiła lepiej czytać w jej oczach, 

stałaby się bardziej czujna.

Przez cały dzień Sissi była bardzo milcząca i niezwykle zajęta. Spędziła dużo czasu w 

banku, sklepach i na dworcu kolejowym.

Późnym wieczorem postawiła list na półce nad kominkiem i cicho wymknęła się z 

domu. Konduktor nocnego pociągu wyruszającego z Christianii na południe zwrócił uwagę na 

niezwykle urodziwą młodą kobietę w bieli z eleganckim bagażem. Nikt nie odprowadził jej 

na stację.

Wszystko szło gładko aż do niemieckiej granicy. Dopiero tu Sissi się przekonała, że w 

background image

Europie   panuje   wojna.   Zmarnowała   wiele   godzin   na   telefony   do   konsulatu   i   wszelkiego 

rodzaju   wyjaśnienia.   Faktycznie   decyzja   o   cofnięciu   zezwolenia   na   przejazd   wisiała   na 

włosku.  Tylko   umiejętność   prowadzenia   rozmowy   z   urzędnikami   w   smutnych   okienkach 

uratowała   Sissi   od   przymusowego   powrotu   do   domu.   Wreszcie   siedziała   w   pociągu 

zmierzającym  do Szwajcarii,  mając  nadzieję,  że przez  ten kraj  uda jej  się przedostać do 

Paryża. Drogi przez Belgię i północną Francję były zamknięte, na tych terenach toczyły się 

zaciekłe walki.

Podróż przez Niemcy Sissi zapamiętała jako prawdziwy koszmar. Pociąg pełen był 

żołnierzy cieszących się zwycięstwem. Zwykłych pasażerów, ściśniętych pomiędzy całą tą 

hałaśliwą gromadą, jechało niewielu.

Sissi z trudem znosiła tłok w pociągu, brudne ręce i twarze, które zanadto się do niej 

zbliżały. Ale wystarczyło błagalne spojrzenie przesłane konduktorowi (i banknot wciśnięty w 

jego dłoń), by znalazł się jakiś pusty przedział, w którym mogła się zamknąć od wewnątrz.

Niemieccy żołnierze wkrótce wysiedli, ale zaczęły się problemy z konduktorem, który 

również posiadał klucz do przedziału. Sissi jednak wybrnęła szczęśliwie i z tego kłopotu.

Na terenie Szwajcarii sytuacja się poprawiła, a w pociągu francuskim udało się nawet 

Sissi przespać kilka godzin.

W zimny poranek pociąg wtoczył się do Paryża. Sissi natychmiast skierowała się do 

hotelu i poprosiła o pokój. Potem spędziła sporo czasu w łazience, musiała się wykąpać, 

uczesać i umalować. Elegancka i świeża stawiła się przed stryjem w jego biurze.

Dopiero kiedy ,umilkły wszelkie „achy” i „ochy”, zaczął odpowiadać na jej pytania.

- Drogie dziecko, zrobiłem wszystko, ażeby trafić na jakikolwiek ślad Davida lub 

potwierdzić jego śmierć. Ale zupełnie nic, żadnego znaku!

- Czy pojechałeś tam, stryju Gastonie, osobiście?

- Nie, nie mogłem opuścić Paryża, a poza tym trudno się przedostać przez linię frontu. 

Wiem tylko, że miejscowość nazywa się Croix - sur - les - Collines i że cała została spalona. 

Tak to bywa na wojnie, chyba wiesz. Rozegrała się tam straszna bitwa. Trwała wiele dni i 

obie strony poniosły ogromne straty.

- Czy to miejsce... Czy nadal jest w rękach Francuzów?

-   Niestety,   nie!   Wróg   dotarł   już   dalej   na   południe.  Ale   walczymy,   Sissi,   wciąż 

walczymy!

Sissi pomyślała, że stryj chyba nie włożył zbyt wiele wysiłku w poszukiwanie Davida. 

Stała przez chwilę, głęboko zamyślona.

- Dokąd trzeba się zwrócić, jeśli się szuka osób zaginionych? Mam na myśli instytucje 

background image

wojskowe.

Zanim Gaston de Saint - Colombe zdążył się zastanowić, czemu o to pyta, wymienił 

interesujący Sissi adres. Zaraz jednak dodał:

- Ale już wydobyłem stamtąd wszystkie możliwe informacje. Wszystkie!

-   I   nic   nie   znaleziono?   -   spytała   Sissi   z   niedowierzaniem.   -   Nawet   znaczka 

rozpoznawczego?

- Nic. Ale powiedzieli mi, że nie ma w tym nic niezwykłego. Nowa broń ma wielką 

siłę rażenia. Wiesz, Sissi, wyrosłaś na uroczą młodą damę. Może zostaniesz u nas? Zjemy 

gdzieś razem obiad?

- Jutro, stryju Gastonie. Już zarezerwowałam hotel na najbliższą noc i mam dziś trochę 

spraw do załatwienia.

- Naturalnie,  zakupy w Paryżu!  -  uśmiechnął  się stryj  pobłażliwie.  -  Potrzebujesz 

pieniędzy? Nie? Zaraz zatelegrafuję do twojej matki, że tu dotarłaś i jesteś w dobrych rękach.

- Ach, jeszcze jedno. Chodzi o samochód Davida... - rzuciła Sissi na pozór obojętnie. - 

Mój brat Paul potrzebuje go w Norwegii i obiecałam, że go dostarczę.

- Załatwię to.

- Nie, nie chciałabym sprawiać kłopotu! - przerwała szybko. - Jeżeli dostałabym klucz 

do garażu, załatwiłabym to jeszcze dzisiaj. Stryj nie będzie już musiał się tym martwić.

Skapitulował i podał Sissi klucze.

- Zawsze byłaś samodzielna jak mało kto, Sissi! Już w dzieciństwie. To ty powinnaś 

być chłopcem, a nie ten twój łagodny brat David.

-   Jestem   całkiem   zadowolona   ze   swej   roli   -   zaśmiała   się   i   wypadła   z   biura, 

odprowadzana pełnymi podziwu spojrzeniami urzędników.

Oficer sztabowy, czy kim był ten mężczyzna w mundurze, niewiele mógł pomóc Sissi, 

chociaż wydawał się być olśniony jej urodą i elegancją.

- Mademoiselle, to prawda, co mówi hrabia Gaston de Saint - Colombe, często się 

zdarza, że żołnierze przepadają bez śladu. Zwłaszcza w bitwach takich jak ta.

- Czy był jedynym, którego nie odnaleziono?

-   Nie   -   oficer   zajrzał   do   swoich   papierów.   -   Straciliśmy   wielu   ludzi. 

Zidentyfikowaliśmy wszystkich, oprócz dwóch, po których ślad zaginął. To dziwne, ale obaj 

pracowali w lazarecie, pani brat, który pełnił funkcję lekarza, mimo że nie zdążył przed wojną 

skończyć studiów, oraz Marc le Fey, sanitariusz.

- Można więc przypuszczać, że znaleźli się w tym samym miejscu?

- To bardzo możliwe.

background image

Sissi zmarszczyła czoło.

- David nigdy by nie zdezerterował - rzuciła zamyślona.

Oficer się uśmiechnął.

- Jeśli pani myśli, że mogliby razem zbiec z pola walki, to się pani myli. Ci dwaj 

nienawidzili się nawzajem.

- Nienawidzili się? - zdumiała się Sissi. - David nie mógłby nikogo nienawidzić. Jest 

najbardziej zgodnym człowiekiem na świecie.

- Marc le Fey rozzłościłby nawet anioła. Z nikim się nie przyjaźnił. Pani brat był 

jedynym, który tolerował jego obecność, ale czasami sypały się między nimi iskry, proszę mi 

wierzyć!

- Czy mogli trafić do niewoli niemieckiej?

- O ile wiemy, Niemcy nie wzięli żadnych jeńców.

- Gdzie leży miasto, w którym toczyła się bitwa?

- Mademoiselle, nie może pani tam jechać! Nie taka dama jak pani! Nic już pani tam 

nie znajdzie. Poza tym...

- Tak?

- Jak zamierza pani przekroczyć linię frontu?

-   Przyjechałam   specjalnie   aż   z   Norwegii,   żeby   szukać   swojego   brata,   panie 

pułkowniku.

Oficer, który zaledwie był kapitanem, poczuł się oszołomiony i mile zaskoczony.

Sissi wypytywała dalej:

- Jak się nazywa niemiecki dowódca?

- Na tamtym terenie? Kutsche. Czemu pani pyta? Chyba nie zamierza pani zwrócić się 

w tej sprawie do Niemców?

- Nie, oczywiście, że nie! Którędy przebiega najbezpieczniejsza droga do Croix - sur - 

les - Collines?

- Panienko, miasto jest przecież w rękach niemieckich, nie może pani...

Spojrzenie Sissi sprawiło, że się poddał. Westchnął ciężko. Podszedł do mapy wiszącej 

na ścianie i powiedział:

- Tutaj leży to miasto.

- Tak daleko na północ?

- Tak. A tu... - wskazał bardziej na lewo. - Tu jest najspokojniej. Ale to nie znaczy, że  

bezpiecznie. W żadnym razie! Nie dociera tam kolej, a ja niestety nie mogę pani pomóc. Nasi 

żołnierze tam się nie przedostaną.

background image

- Nie ma takiej potrzeby - zapewniła szybko Sissi. - Ale gdyby mógł pan wystawić mi 

jakieś pismo...

- Naturalnie! W tej samej chwili.

Usiadł i zaczął pisać.

- Jednak jest to tylko przepustka przez francuskie linie.

Sissi mruknęła coś niezrozumiale.

Kapitan przystawił pieczęć i podał jej dokument. Westchnął znowu:

- Mademoiselle, oby się pani udało!

Sissi przesłała mu uśmiech, który mógłby skruszyć kamień.

Oficer się zaczerwienił po same uszy.

- Był pan niespotykanie uprzejmy, monsieur.

Podała mu rękę, a on ucałował ją z iście francuską elegancją.

Jednak spojrzenie, jakim ją odprowadził, wyrażało jedynie troskę.

background image

ROZDZIAŁ IV

Sissi wiedziała, że stryj Gaston nigdy w życiu nie udostępniłby jej samochodu, gdyby 

się   domyślał,   że   sama   zamierza   z   niego   skorzystać.   Już   tylko   taka   myśl   mogłaby   go 

przyprawić   o   zawał   serca.   Młoda   dama   licząca   sobie   dwadzieścia   trzy   wiosny!   Kobiety 

przecież nie mają pojęcia, co się znajduje pod maską samochodu. Nawet nie powinno ich to 

interesować.

Ale Sissi już od dawna potrafiła prowadzić auto, choć nikt oprócz jej o dwa lata 

młodszego   brata   Paula   o   tym   nie   wiedział.   To   on   dawał   jej   lekcje,   ćwiczyli   pilnie   na 

nieuczęszczanych drogach w Norwegii. Paul był pełen podziwu dla umiejętności siostry jako 

kierowcy.

Sissi wyprowadziła z garażu samochód Davida i zatankowała większą ilość benzyny 

na dłuższą podróż. Chyba nie to miał na myśli jej stryj, mówiąc o zakupach w Paryżu. Potem 

wróciła do hotelu, gdzie spędziła wieczór na tajemniczych ćwiczeniach pisemnych.

Następnego   dnia   wczesnym   rankiem,   kiedy   wołanie   mleczarza   rozlegało   się   w 

milczącym o tej porze mieście, hrabianka Cecilie de Saint - Colombe wyjeżdżała z Paryża 

nowym,   ekstrawaganckim   samochodem   marki   bugatti,   pokrytym   żółtym   lakierem,   z 

ciemnobrązowymi   wyściełanymi   siedzeniami...   Niewielki   bagaż,   który  wydawał   się   Sissi 

niezbędny, leżał upchnięty z tyłu, resztę przesłała na adres stryja. Tak więc i tym razem się 

udało.

Nic nie wskazuje na to, że w tym kraju toczy się wojna, myślała, pokonując pierwsze 

kilometry drogi. W okolicy panował spokój, maki otwierały się ku porannemu słońcu, rosa 

zaczynała znikać z pól.

Sissi czuła się jak na przyjemnej niedzielnej wycieczce w rodzinnej Norwegii...

Z   natury   była   beztroska.   Dzięki   osobistemu   urokowi   wszystko   układało   się   jej 

wspaniale. Przyzwyczaiła się do tego, że osiąga w życiu to, czego chce, wielkie problemy 

tego świata właściwie jej nie interesowały. Nie zwracała uwagi na drobne ślady wojny w 

Paryżu i na przedmieściach. Bywała we Francji już wiele razy wcześniej, mieszkała tu przez 

rok jako dziecko, kiedy jeszcze żył jej ojciec. Dobrze znała ten kraj. Wspaniale było mieć 

drogę  tylko  dla  siebie,  niemal  pustą  w  tych  wczesnych  godzinach  rannych,  móc  trąbić  i 

machać do chłopów jadących na furach i słyszeć ich okrzyki przerażenia na widok młodej 

damy za kierownicą.

Nuciła pod nosem. Uważała, że skoro jest we Francji,  Auprès de ma blonde  będzie 

odpowiednie. Droga nie była niestety najlepsza. Koleiny wcinały się głęboko, wyrobione po 

background image

deszczu przez liczne przejeżdżające tędy chłopskie wozy, ale bugatti świetnie sobie poradził z 

nierównościami.   Sissi   miała   wiele   uciechy,   omijając   największe   kałuże.  Albo   wjeżdżając 

prosto w nie, aż rozpryskiwała się woda.

Wojna?

Phi! Cecilie de Saint - Colombe poradzi sobie w każdej sytuacji!

W tym samym czasie w zniszczonej willi w lesie panowała przygnębiająca atmosfera.

Dzień,   który   właśnie   się   zaczął,   był   chyba   najtrudniejszym   spośród   innych. 

Uwięzionym zaczął dokuczać głód, kiełbasa i jabłka już się skończyły. Michel kaprysił. Lęk 

przed strażnikami, którzy w każdej chwili mogli wejść do domu, wprost paraliżował całą 

trójkę.

Jednak najwięcej obaw budziła choroba Madeleine. Tego dnia nastąpił kryzys.

David czuł się już znacznie lepiej i robił wszystko, żeby pomóc dziewczynie. Podawał 

jej tabletki chininy w możliwie najkrótszych odstępach czasu, ale lekarstwa nie pozostało 

wiele.   Ciepło   otulił   Madeleine,   wykorzystując   całą   pościel,   jaką   posiadali,   zmieniał   jej 

bieliznę na suchą, kiedy się pociła, a nawet sam kładł się obok, żeby ją ogrzać, gdy wstrząsały 

nią dreszcze. Kaszel chorej rozlegał się echem w dużym pokoju. David próbował go tłumić, 

przysłaniając usta dziewczyny prześcieradłem, a Michel łkał ze strachu.

Madeleine nie pamiętała wiele z tego dnia. Czuła się źle i bolało ją w piersiach, ale 

monsieur David był blisko niej, czasami bardzo blisko. Wtedy na krótko się uspokajała.

Po   południu   pokój   wokół   niej   dziwnie   pojaśniał   i   popatrzyła   na   świat   bardziej 

przytomnymi oczami. Uradowany David rzekł:

- Dzięki Bogu, Michel, wydaje mi się, że nam się udało!

Madeleine znowu zapadła w sen i obudziła się dopiero następnego dnia. Michel był 

wtedy już tak głodny, że nie panował nad sobą. Miał do Davida pretensje, że nie zatroszczył 

się o pożywienie. David przyjmował to spokojnie, ale Madeleine dobrze wiedziała, jak bardzo 

był zmartwiony.

- Jak tam samopoczucie? Czy będzie pani na siłach wstać dziś w nocy? - spytał po 

chwili.

Nie musiała się zastanawiać nad odpowiedzią, dobrze wiedziała, że nie jest w stanie 

zdobyć   się   na   najdrobniejszy   nawet   wysiłek.   Przy  każdym   ruchu   oblewał   ją   zimny   pot. 

Zdawała  sobie  sprawę,  że  to  z  osłabienia.  Choroba  chwilowo  utraciła  swą siłę,  ale  żeby 

wstać...

David także był tego świadom. Istniała szansa, że Madeleine dojdzie do siebie, ale 

potrzebowała spokoju i dobrej opieki. Lecz właśnie tego jej brakowało!

background image

Dziewczyna spojrzała na Davida.

- Chyba dam radę - powiedziała z trudem, bo w ustach jej zaschło. - Tylko jak się stąd 

wymkniemy?

David zacisnął zęby.

-   Pozostaje   nam   jedno   wyjście,   musimy   zaryzykować   i   wydostać   się   po   prostu 

głównymi drzwiami, kiedy będzie najciemniej.

- Ach, monsieur David! - szepnęła z lękiem.

Spojrzał na nią. Bez trudu odgadł, co myślała o szansach tego przedsięwzięcia.

Starał się, by jego głos zabrzmiał beztrosko i pokrzepiająco, gdy powiedział:

- Zaczniemy od zmiany ubrania, musimy być gotowi przed zapadnięciem zmroku.

Michel, którego opuściła cała odwaga, narzekał, że kurtka jest za mała.

- Nie mogłeś znaleźć większej? - spytał nadąsany.

David i Madeleine wymienili spojrzenia, ale zdołali się opanować.

Kiedy   David   założył   cywilne   ubranie,   które   pasowało   na   niego   niemal   idealnie, 

ofiarował pomoc Madeleine.

- Chciałabym się umyć - poprosiła nieśmiało.

Rozumiał to. Przyniósł wodę w misce i ostrożnie zaczął zmywać pot z twarzy, karku i 

ramion dziewczyny.

- Czy z resztą poradzi sobie pani sama? Sukienkę położę tutaj.

Skinęła   głową   i   David   zabrał   Michela   w   przeciwległy   koniec   pokoju.   Po   chwili 

dziewczyna zawołała zakłopotana:

- Monsieur David, nie mogę zapiąć sukni na plecach.

Podszedł do niej.

Kiedy tak stała w ciemnożółtej sukni, blada, z wielkimi, czarnymi oczami, David 

zrozumiał, jakie wrażenie odniósł Jean - Pierre, patrząc na nią tamtego pamiętnego wieczoru. 

W lesie, w świetle księżyca, musiała wydać mu się nierzeczywista, jak ze snu.

David zapiął Madeleine suknię na plecach, potem ściągnął pasek w talii. Musiał go 

dwa razy owinąć, taka była szczupła.

-   O,   tak   -   powiedział   i   spojrzał   na   dziewczynę.   Przeraził   się,   bo   dostrzegł   w   jej 

spojrzeniu   coś   niesamowitego,   a   zaraz   potem   Madeleine   niespodziewanie   straciła 

przytomność   i   osunęła   się   na   niego.   Przytrzymał   ją   i   ostrożnie   położył   na   posłaniu.   Na 

szczęście szybko doszła do siebie. Leżała teraz wyczerpana, kurczowo trzymając Davida za 

rękę, on zaś siedział obok oniemiały, ciągle nie mogąc zapomnieć wyrazu oczu dziewczyny. 

Przypomniał sobie opowieść Jean - Pierre’a o prześladującym go śnie.

background image

- Idziemy już? - jęknął Michel.

-   Nie   -   odrzekł   David   wyrwany   z   zamyślenia.   -   Nie,   dopóki   się   nie   ściemni. 

Mademoiselle Madeleine jest bardzo chora. Nie mam pojęcia, jak sobie poradzi!

- Czy musimy ją brać ze sobą?

Teraz David rozzłościł się nie na żarty.

- Posłuchaj, Michel! Madeleine narażała dla ciebie życie. Zrobiła wszystko, żeby cię 

ocalić. Nigdy nie myślała o sobie. Miała okazję uciec, udało jej się nawet stąd wydostać i 

pewien mój przyjaciel chciał jej pomóc, ale wróciła po ciebie, ty rozpieszczony dzieciaku! A 

teraz chcesz ją zostawić na pastwę losu, teraz, kiedy naprawdę nas potrzebuje?

Zawstydzony Michel wbił wzrok w podłogę.

- Nie chciałem tego powiedzieć - zapewnił, tłumiąc płacz. - Tylko że jestem bardzo 

głodny i tak strasznie się boję.

David natychmiast złagodniał.

- Rozumiem. Wybacz mi, Michel, widocznie i ja tracę panowanie nad sobą.

Madeleine w milczeniu przysłuchiwała się ich rozmowie.

- Ale musimy coś zjeść - westchnął chłopiec.

- Wiem - odparł David i dodał: - Wiedzą zresztą o tym także ci, którzy nas pilnują.

Chcą nas zagłodzić, pomyślał. Mamy jednak nad nimi przewagę: nawet im do głowy 

nie przyjdzie, że ja tu jestem. W każdym razie na to liczę.

- Nie możemy wyruszyć dziś w nocy - oznajmił, spojrzawszy na bladą jak śmierć 

dziewczynę. - Musimy jeszcze trochę wytrzymać.

Michel zaczął krzyczeć.

- Nie, nie zostanę tu ani chwili dłużej! Chcę wyjść, chcę jeść!

Rzucił się na meble barykadujące drzwi.

- Michel, przestań! - syknął David i przytrzymał chłopca, ale ten zdołał się wyrwać i 

rzucił się do okna. Jednym szarpnięciem oderwał część zasłony.

Na trwającą wieki sekundę w pokoju zapadła cisza.

Michel   i   sparaliżowany   strachem   David   wpatrywali   się   w   strażnika   stojącego   w 

półmroku, który z uśmiechem spoglądał w ich stronę.

W samochodzie potwornie trzęsło, chociaż bugatti należał do modeli luksusowych. 

Sissi widziała w oddali skupiska wojska, a raz minęła ją cała kolumna żołnierzy. Musiała 

zjechać   na   bok,   żeby  ich   przepuścić.   Kiedy  kilkuset   mężczyzn   w   mundurach   machało   z 

zachwytem pięknej młodej damie za kierownicą, odpowiadała im uśmiechem.

Na   noc   zatrzymała   się   w   niewielkiej   gospodzie.  Tu   również   odradzano   jej   dalszą 

background image

jazdę. Przez linię walk? Chyba oszalała! Nic jednak nie mogło powstrzymać Sissi. Chociaż 

teraz, po paru godzinach drugiego dnia jazdy, przy niebezpiecznie wysokiej prędkości 35 

kilometrów na godzinę, jej odwaga nieco zbladła...

Horyzont   przybrał   niezwykłą   barwę:   ciemnoszarą   z   rozrzuconymi   gdzieniegdzie 

czerwonożółtymi  plamami.  Dopiero  po  chwili  Sissi  się  zorientowała,   że  niebo  przesłania 

gęsty dym, który przeszywają błyski wystrzałów.

Gwiżdżę na to, przecież nie jadę w tamtą stronę, mówiła do siebie w duchu.

Tak było w istocie. Po chwili jednak minęła falę uciekinierów. Świadczące o bliskim 

niebezpieczeństwie sygnały pojawiały się w ciągu całego dnia, ale Sissi, nonszalancka jak 

zwykle, nie zastanawiała się, dlaczego natyka się na takie masy ludzi. Teraz nie mogła już 

dłużej tego nie zauważać. Załadowane po brzegi wozy, wlokące się nie spiesznie za nimi 

bydło, zmęczone, pozbawione nadziei ludzkie twarze, płaczące dzieci - to mówiło samo za 

siebie. Sissi już nawet nie trąbiła, kiedy droga była zablokowana.

Kilka godzin później zaczęły się pierwsze poważne kłopoty. Sissi zatrzymał francuski 

patrol wojskowy.

Chociaż oficer zdumiał się niezmiernie, widząc piękną, młodą kobietę za kierownicą, 

nie dał tego po sobie poznać, zachowując kamienną twarz.

W kilku słowach zakomunikował Sissi o niebezpieczeństwie i zakazie przejazdu.

- Ale dowiedziałam się, że tutaj nie toczą się żadne walki - próbowała protestować.

- Na razie rzeczywiście nie, ale obie strony wciąż trwają w pogotowiu. Byle pretekst 

może stać się powodem do ponownego otwarcia ognia.

Sissi wyjęła dokument, który otrzymała w Paryżu. Oficer czytał w milczeniu.

-   To   nieodpowiedzialne!   -   powiedział   po   chwili.   -   Co   oni   tam   w   stolicy   mogą 

wiedzieć... Jak pani zamierza przekroczyć linie niemieckie?

- To moja sprawa - oświadczyła Sissi.

- Mogą panią zabić.

- Niekoniecznie.

- Croix - sur - les - Collines już nie istnieje.

- To nie miasta szukam.

-   Żołnierze   są   podenerwowani.   Wystarczy   przypadkowy   strzał...   Albo   pani 

prowokujące zachowanie... W każdej chwili walki mogą wybuchnąć na nowo.

- Nie zamierzam nikogo prowokować. Wszystko, czego chcę, to odnaleźć brata. On 

mnie potrzebuje.

- Skąd pani wie, że żyje?

background image

- Jesteśmy bliźniętami - odparła Sissi, jakby to wszystko wyjaśniało.

Oficer spojrzał na nią zrezygnowany. Czy ktoś tak uroczy musi być jednocześnie tak 

naiwny i uparty?

- Pierwszą rzeczą, jaką zrobią, będzie skonfiskowanie tego samochodu - mówił dalej. - 

W jednej chwili!

- Nie sądzę.

- Jak pani właściwie zamierza się tam przedostać?

Sissi uśmiechnęła się tajemniczo i przysunęła się bliżej.

Pokazała oficerowi kolejny dokument, jednocześnie szepcząc mu coś na ucho.

Spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami. Kąciki jego ust zaczęły drżeć.

- Mon Dieu, myślę, że naprawdę się pani uda! - Ruchem ręki przywołał do siebie 

samochód wojskowy i polecił kierowcy eskortować Sissi przez francuską strefę.

Do   linii   frontu   po   niemieckiej   stronie   Sissi   dotarła   samotnie.   Była   zmęczona   i 

zirytowana z powodu częstych przeszkód na drogach. Zawalony most opóźnił jej podróż o 

wiele godzin. Nie mogła kupić jedzenia, jej cierpliwość została wystawiona na ciężką próbę. 

Ale kiedy francuska eskorta pożegnała ją, życząc powodzenia, Sissi zatrzymała się i sięgnęła 

po lusterko. Każdy lok został starannie ułożony, poprawiła makijaż, otrzepała ubranie. Teraz 

czekała ją próba ognia!

Nad lasem, przez który prowadziła dalsza droga Sissi, panowała ponura cisza. Sissi 

wiedziała jednak, iż drzewa kryją całe uzbrojone oddziały, wyczuwała je, te zamaskowane 

działa i okopy... Wszystko trwało w pogotowiu.

Sissi  straciła  już  sporo ze  swojej  odwagi.  Miała  wrażenie,  że  silnik  bugatti  czyni 

przeraźliwy hałas, który na pewno przyciągnie wrogów lub sprowokuje ich do otwarcia ognia.

Przejechała całkiem spory odcinek trasy, gdy pojawili się oni, budzący przerażenie 

żołnierze  niemieccy.  Dali  znak,  żeby się  zatrzymała,  i  Sissi  po raz  pierwszy  zdała  sobie 

sprawę z tego, na co się naraża.

Ale nie dała po sobie poznać, że się boi. Przybrała minę osoby bardzo pewnej siebie i 

zahamowała z grymasem irytacji na twarzy.

Kilku Niemców zbliżyło się do samochodu, trzymając broń gotową do strzału. Sissi 

udała, że nie zauważa ich zdumienia. Nonszalancko zamachała własnoręcznie podrobionym 

dokumentem.

-   Oczekuje   mnie   Oberbefehlshaber   Kutsche   -   oświadczyła   w   swojej   najlepszej 

szkolnej niemczyźnie. - Czy możecie mi wskazać najdogodniejszą drogę do niego?

Nie powiedziała niczego wprost, jedynie swym wyglądem i sposobem bycia starała się 

background image

sprawić wrażenie, że jest luksusową kochanką Kutschego.

Zaświadczenie   było   w   miarę   autentyczne.   Druk   »wypożyczyła»   od   pewnego 

niemieckiego oficera, który beztrosko zostawił swoje papiery w przedziale na siedzeniu, a 

sam udał się do wagonu restauracyjnego. Dokument miał wszystkie niezbędne nagłówki. 

Pieczęć Sissi ukradła na stacji kolejowej, korzystając z nieuwagi kasjera. Przybiła ją tak, by 

napis stał się niewyraźny, ale co do dwugłowego orła nie mogło być żadnych wątpliwości.

Gorzej przedstawiała się sprawa z charakterem pisma Kutschego. Długo ćwiczyła w 

swym   pokoju   hotelowym   w   Paryżu,   nim   nauczyła   się   składać   nieczytelny  podpis,   który, 

wierzyła, wyglądał na sporządzony silną męską ręką.

Miała też niemało kłopotów z językiem niemieckim, ufała jednak, iż udało jej się 

poprawnie sklecić zdanie mówiące o tym, że zezwala się hrabiance de Saint - Colombe na 

wjazd do okupowanej przez Niemcy Francji.

Niezbyt rozgarnięty dowódca patrolu, słysząc nazwisko dowódcy wysokiego szczebla, 

połknął przynętę.

- Czy także pan, majorze, mógłby podpisać ten dokument? Nie chciałabym być więcej 

zatrzymywana   -   poprosiła   Sissi,   przekonana,   że   ten   człowiek   nigdy   nie   osiągnie   nawet 

najniższego stopnia oficerskiego.

Wyciągnął   pióro   i   zamaszyście   złożył   swój   podpis   pod   fałszywym   podpisem 

Kutschego.

- Dziękuję! - powiedziała Sissi i uśmiechnęła się uwodzicielsko. - Ach, jeszcze jedno... 

Którędy mam jechać? Jestem już bardzo spóźniona przez te okropne francuskie drogi.

- Oberbefehlshaber Kutsche niestety przebywa obecnie nieco bardziej na południe - 

odparł. (Wiem, że go tu nie ma, i chwała Bogu, pomyślała Sissi). - Może pani jechać dalej tą 

drogą aż do skrzyżowania około trzydziestu kilometrów stąd. Potem skręci pani na wschód w 

stronę Vervins. Tam spyta pani o dalszą drogę. Czy może potrzebuje pani, benzyny, Fräulein?

- Tak - odparła Sissi bezwstydnie.

Niewybaczalną zuchwałością było zatrzymywanie się w tym niebezpiecznym miejscu 

dłużej niż to konieczne, ale nigdy nie wiadomo, kiedy znowu będzie można napełnić bak. 

Trzeba skorzystać z nadarzającej się okazji.

Dalej podróż przebiegała stosunkowo spokojnie. Wprawdzie Sissi dotarła do rejonów 

okrutnie zniszczonych przez wojnę, ale nie toczyły się już tutaj walki. Sissi udało się uniknąć 

najgorszego.

Dopiero teraz w pełni zdała sobie sprawę, że naprawdę urodziła się pod szczęśliwą 

gwiazdą,   że   została   wprost   stworzona   do   pokonywania   wszelkich   trudności.   Inaczej   już 

background image

dawno nie byłoby małej Sissi i pięknego samochodu jej brata Davida.

Zatrzymała się przy starym kamiennym krzyżu. Wokół widziała dziesiątki, a może 

setki, niskich, najwyraźniej niedawno ustawionych krzyży drewnianych.

Opuściła ją cała odwaga. Do tej chwili prowadziła ją niezachwiana wiara, że odnajdzie 

Davida. Nigdy nie myślała o nim jako zmarłym, czuła całym sercem, że on żyje. Aż do tego 

momentu podróż była wspaniałą, śmiałą przygodą, sprawdzianem tego, co potrafi.

Sissi wreszcie uświadomiła sobie, co niesie ze sobą wojna. Każdy krzyż oznaczał 

smutek i trudną do zniesienia tęsknotę w jakiejś rodzinie i kręgu przyjaciół. Przerwane nagle 

życie, nadzieje, plany na przyszłość. Opustoszał jakiś pokój, przedmioty straciły właściciela. 

Matkom pozostały wspomnienia...

Młodzi mężczyźni, którzy ledwie zdążyli pojąć, czym może być miłość. Bez sensu!

I to tylko jedna bitwa wojny, która dopiero się zaczęła! Nikt nie wie, ile tygodni 

jeszcze potrwa ta krwawa zawierucha. Może miesięcy?

Nie, nie może być tak długa.

Jacyś mężczyźni  postawili dalej  w dole jeszcze jeden krzyż. Sissi odwróciła się i 

powoli poszła z powrotem do pobliskiego miasta. Wybrała okrężną drogę, która omijała las. Z 

trudem ciągnęła za sobą nogi, w głowie huczało jej boleśnie od myśli, które wolałaby od 

siebie odsunąć.

Kiedy przechodziła tuż obok pola bitwy, zobaczyła w popiele maleńki pęd, cudem 

ocalały czerwony pączek maku, który lada dzień pewnie rozkwitnie. Sissi przystanęła na 

chwilę, przyglądając się roślince. W miejscach, gdzie popiół nie przykrył grubą warstwą tego, 

co   kiedyś   było   świeże   i   zielone,   widziała   wiele   innych   kwiatów   zdeptanych   ciężkimi 

żołnierskimi buciorami.

- Hej! - zawołała do maleńkiego pączka. - Właśnie tego teraz potrzebowałam!

Pochyliła się i ostrożnie pogładziła maleńki mak, żeby dodać mu odwagi i siły. Potem 

poszła dalej.

Nie   zatrzymywała   się   już,   póki   nie   dotarła   do   miasta.   Zobaczyła   szarobrązowe, 

częściowo   zburzone   murowane   domy.   Bardziej   zniszczone   wydawały   się   budynki   leżące 

nieco wyżej na wzgórzu i znacznie cofnięte w las. Jakaś posiadłość? Może... Teraz pozostały 

z niej tylko komin i kilka ścian, czarnych i osmalonych.

Ale   w   dole,   w   mieście,   życie   toczyło   się   zwykłym   rytmem.   Sissi   dotarła   tu 

poprzedniego wieczoru i zamieszkała w domu, który chyba jako jedyny można było nazwać 

hotelem. Dyskretne pytania o to, czy ktoś w pobliżu nie widział francuskiego żołnierza, nie 

przyniosły  rezultatu.   Ludzie   byli   wyjątkowo   ostrożni   w   swych   wypowiedziach,   wszędzie 

background image

widzieli   donosicieli.   Ponieważ   niemieckie   patrole   kontrolowały   miasto   przez   cały   czas, 

właściciel   hotelu   poradził   Sissi,   żeby   korzystała   z   samochodu   tylko   w   wyjątkowych 

sytuacjach,   inaczej   może   zostać   skonfiskowany.   Tak   więc   na   dalsze   poszukiwania   brata 

wymknęła się z miasta pieszo i równie niepostrzeżenie wróciła.

Kiedy w recepcji poprosiła o klucz do pokoju, gospodarz wraz z kluczem wsunął jej 

dyskretnie do ręki karteczkę. Sissi zrozumiała jego spojrzenie i dobrze schowała skrawek 

papieru w dłoni. W pokoju rozwinęła go.

Ktoś drżącą ręką zapisał na nim informację:

Stary   Bernard,   mieszkający   na   skraju   miasta,   ukrywa   w   swojej   stodole   rannego 

francuskiego żołnierza.

Sissi   stała   przez   dłuższą   chwilę,   nie   mogąc   się   poruszyć.   David!   ucieszyła   się. 

Wiedziałam! Wiedziałam, że żyje! Wiedziałam, że mnie potrzebuje, że go odnajdę! Dziękuję, 

nieznany przyjacielu!

Żeby nie tracić czasu, zrezygnowała z obiadu, ale kiedy wyszła na ulicę, próbowała iść 

tak spokojnie, jak to możliwe. Żołnierz, było napisane. Przecież David nie może poruszać się 

po mieście w mundurze! Powinna się postarać o cywilną odzież dla brata. Sissi wstąpiła więc 

do sklepu, gdzie kupiła nie rzucające się w oczy ubranie w rozmiarze Davida. Miała nadzieję, 

że sprzedawca nie nabierze żadnych podejrzeń. Z paczką w dużej plecionej torbie przeszła 

przez miasto aż do ostatniego domu.

Stary Bernard nie był skory do rozmowy. Drobny, zgarbiony, bezzębny, zaprzeczył 

wszystkiemu. Zaraz też zjawiła się w kuchni jego żona, kobieta stanowcza i podejrzliwa. 

Uważnie obserwowała elegancką Sissi.

- Z Norwegii? To daleko, Bernardzie! Ale u nas nie ma pani brata, mademoiselle.

Sissi położyła na stole banknot.

- Będzie należał do was, jeżeli pozwolicie mi zajrzeć do stodoły. A jeśli przypadkiem 

znajdę   tam   mojego   brata   i   okaże   się,   że   byliście   tak   mili   i   zaopiekowaliście   się   nim, 

dostaniecie więcej takich banknotów.

Dwoje staruszków przez chwilę patrzyło na siebie nawzajem.

-   Zapewniam   was,   że   nie   jestem   donosicielem   -   próbowała   ich   uspokoić   Sissi.   - 

Jedyne, czego pragnę, to odnaleźć mego brata, hrabiego de Saint - Colombe.

Sissi nie była fałszywie skromna. Zawsze używała należnego jej tytułu bez względu 

na to, czy przynosiło to jakiś pożytek, czy nie. Gospodyni głęboko wciągnęła powietrze.

-   Nie   wiem,   jak   się   nazywa   ten   mężczyzna   -   powiedziała   po   chwili.   -   Ale   to 

niemożliwe, aby był pani bratem. Pani jest prawdziwą damą, mademoiselle, a on jest dziki jak 

background image

zwierzę. To bestia!

Szok? Czyżby David doznał szoku? A może stara kobieta po prostu przesadzała?

- Ale mimo to zaopiekowaliście się nim?

Wzruszyła ramionami.

- Tylko dlatego, że jest francuskim żołnierzem. Poza tym trudno się z nim dogadać.

- Czy coś mówił?

- On? Nic. Zanosimy mu jedzenie jak zwierzęciu.

Jak zwierzęciu! Och, Davidzie!

- Tylko proszę zachować ostrożność - rzekł w końcu Bernard, ustępując. - I proszę 

wyjść tylnymi drzwiami, aby nikt pani nie zobaczył!

Sissi zbliżyła się do stodoły. Jej nerwy były napięte do granic wytrzymałości. Zaraz 

zobaczy brata. Myślała już o tym, jak zareagują w domu, kiedy przyjedzie razem z Davidem. 

A stryj Gaston... Ależ się wszyscy ucieszą!

Przekręciła   klucz   i   skrzypiące   drzwi   wolno   się   otworzyły.   W   stodole   panował 

półmrok. Po prawej stronie leżało siano, jego zapach był silny i przyjemny.

- David? - odezwała się cicho.

Usłyszała jakiś szelest, dochodzący zza siana.

- David, to ja, Sissi! - powiedziała po norwesku.

Postąpiła kilka kroków do przodu, omijając zagradzające jej drogę narzędzia. I stanęła 

jak wryta.

Nie od razu odczuła rozczarowanie, znacznie silniejszy był szok spowodowany tym, 

co zobaczyła.

Dziki, mówili...

Nigdy  jeszcze   Sissi   nie   widziała   tak   przystojnego,   a   jednocześnie   budzącego   taki 

strach mężczyzny. Był wysoki i silny, o ciemnej, opalonej skórze, pokrytej brudem i zakrzepłą 

krwią. Włosy miał czarne, a oczy tak jasnoszare, że niemal świeciły w mroku. Białe zęby 

obcego   lśniły   w   złośliwym   uśmiechu,   ramiona   i   dłonie   wyglądały   strasznie,   jakby   jakiś 

oszalały kot rozorał je pazurami.

Sissi użyła wszystkich sił, aby się opanować. Przypomniała sobie nazwisko zasłyszane 

w Paryżu.

- Marc le Fey?

background image

ROZDZIAŁ V

Dziewczyna dostrzegła błysk w niesamowitych oczach.

- Tak - odpowiedział krótko, a jego głos brzmiał głęboko i ochryple, jakby rzadko go 

używano.

Na   widok   nieznajomego   Sissi   doznała   tak   silnego   i   gorzkiego   rozczarowania,   że 

poczuła,   jak   ziemia   usuwa   się   jej   spod   stóp.   David!   Dlaczego   właśnie   on?   To   dzikie 

stworzenie   ocalało,   gdy  tymczasem   David,   mój   delikatny,   wrażliwy  David,   który  był   mi 

najbliższy spośród wszystkich ludzi... Dlaczego jego tu nie ma? Krzyże, cmentarz!

O mój Boże!

Po chwili uświadomiła sobie, że nie tylko ona stoi jak oniemiała. Mężczyzna również 

milczał, nie odrywając od niej wzroku. Jednak to nie podziw widziała w jego oczach. Raczej 

zdziwienie i strach. Tak, właśnie to! Jakby spadła z innej planety.

Opanowała się i spytała:

- Czy znał pan Davida de Saint - Colombe?

Mężczyzna ledwie skinął głową.

- Jestem jego siostrą Sissi... Wy obaj... jesteście jedynymi, których nie odnaleziono po 

bitwie. Czy wie pan... Czy widział pan Davida... w czasie bitwy?

Ponownie skinął głową.

Sissi z trudem przeszło przez gardło następne pytanie.

- Czy również... potem?

- Tak.

Zapadła przeraźliwa cisza. W końcu Sissi wykrztusiła:

- Czy żył?

Stał przez chwilę zatopiony we własnych myślach, nie spuszczając z niej wzroku. 

Sissi postąpiła krok naprzód. W mgnieniu oka odwrócił się, złapał widły do siana i skierował 

w jej stronę.

Krzyknęła:

- Nie zachowuj się jak idiota!

Trwali w milczeniu, obserwując się nawzajem. Sissi odezwała się pierwsza.

- Przepraszam za mój wybuch, ale proszę zrozumieć! Przyjechałam aż z Norwegii, 

żeby go odnaleźć. Proszę mi tylko powiedzieć, czy on żyje, czy... zginął?

Marc le Fey wzruszył ramionami.

- A więc nie był martwy, kiedy go ostatnio widziałeś?

background image

Nieświadomie zwróciła się do niego na „ty”.

- Nie - odrzekł krótko. - Ale został postrzelony. W głowę.

Sissi drgnęła.

- Czy to poważna rana?

Marc le Fey uczynił tylko grymas, świadczący o tym, że nie wie ani też wcale nie chce 

tego wiedzieć.

Zagryzła wargi.

- Gdzie go widziałeś?

Marc le Fey machnął ręką w stronę Croix - sur - les - Collines. Wydawało się, że ta 

sprawa w ogóle go nie interesuje.

- Musimy go znaleźć! - powiedziała Sissi stanowczo. - Proszę, kupiłam trochę ubrań 

dla Davida, ale możesz je na razie pożyczyć. Najpierw jednak musisz się umyć, przyniosę 

wodę. Czy jesteś ranny, czy możesz chodzić?

Zaskoczony  mnóstwem   pytań   i   nieoczekiwaną   propozycją   Marc   le   Fey  po   prostu 

oniemiał. Nie znał nieposkromionej energii Sissi i jej ogromnej wiary w siebie. Poza tym 

przywykł   do   tego,   że   ludzie   nie   brali   go   pod   uwagę   w   swoich   planach.   Zanim   zdążył 

przywołać do porządku tę bezczelną dziewczynę, zniknęła. Zaraz jednak wróciła z ciepłą 

wodą i brzytwą Bernarda.

- Proszę, teraz zrób z sobą porządek, nie chcę mieć do czynienia z takim smoluchem! 

Nie mogę iść przez miasto z obszarpańcem, bo Niemcy nabiorą podejrzeń. Czy potrafisz 

prowadzić samochód? Nie, zresztą wolę prowadzić sama. Pospiesz się!

W innych okolicznościach Sissi z pewnością wystraszyłaby się na widok Marca le 

Fey. Teraz jednak nad wszystkimi jej uczuciami dominowało pragnienie odnalezienia Davida. 

Trafiła na ślad brata, nic poza tym się nie liczyło.

Marc źle zrozumiał jej gest, kiedy chciała podać mu brzytwę, w okamgnieniu mocno 

chwycił ją za nadgarstek. Nagle wyraz agresji na jego twarzy przeszedł w zdumienie. Spojrzał 

na przegub Sissi, który ściskał swoimi silnymi palcami, zmarszczył czoło, jakby czegoś nie 

rozumiał. Potem niemal wyszarpnął jej brzytwę z ręki i odłożył na bok. Zaczął zdejmować 

postrzępioną kurtkę. Sissi wyszła pospiesznie ze stodoły. Wróciła do Bernarda i jego żony.

- Teraz ja zajmę się żołnierzem - oświadczyła. - Nie, to nie jest mój brat, ale ten 

człowiek może mnie do niego zaprowadzić. Bardzo wam dziękuję za wszystko, co dla niego 

zrobiliście, proszę, to są pieniądze za poniesione wydatki.

Żona Bernarda była zmartwiona.

- Ale chyba taka delikatna kobieta nie weźmie ze sobą tego... tego...

background image

- Och, jakoś dam sobie radę - odparła Sissi beztrosko, podczas gdy Bernard z zapałem 

liczył nowiutkie banknoty. - Gdybyście jednak mogli postarać się o trochę jedzenia dla nas na 

drogę, byłoby świetnie, ponieważ przez jakiś czas będziemy się chyba musieli ukrywać.

Kobieta natychmiast przygotowała sporą paczkę z żywnością, którą Sissi wsunęła do 

swego koszyka. Potem uznała, że najwyższy czas wracać do stodoły.

Mężczyzna stojący przed nią w pogrążonym w półmroku pomieszczeniu przeszedł 

znaczną przemianę.

Przede  wszystkim  był  czysty i  ogolony i  sam  ten  fakt  stanowił  już  niemały  krok 

naprzód, mimo że twarz miał pozacinaną. Założył ubranie pozostawione przez Sissi, kurtkę, 

spodnie i sandały. Swój mundur zakopał, zatarł też wszystkie ślady, świadczące o tym, że tu 

mieszkał.   Ubrany   na   czarno   od   stóp   do   głów,   mógłby   teraz   uchodzić   za   przeciętnego 

Francuza, gdyby nie wyraz jego oczu.

„Marc le Fey nie jest niczyim przyjacielem!” powiedział ten oficer w Paryżu. Tak, to 

samo mogła stwierdzić Sissi. Ten człowiek nie chciał mieć przyjaciół.

„Został uznany za zaginionego...” Coś mówiło jej, że oto widzi zaginionego żołnierza, 

którego nikt nie poszukuje.

Po plecach przebiegł jej dreszcz. Jednak Marc le Fey jako jedyny mógł doprowadzić ją 

do Davida...

-   Świetnie!   Chodźmy!   -   zawołała,   siląc   się   na   wesołość,   choć   tak   naprawdę   nie 

wiedziała, jak odnosić się do tego człowieka. Jak się do niego zwracać? Przecież on w każdej 

chwili   może   zaatakować.   Nie,   to   bezsensowna   myśl!   Było   w   nim   jednak   coś,   co 

przypominało wygłodzonego wilka: miał bardzo chudą twarz, białe zęby i podłużne, wąskie, 

błyszczące oczy.

On   także   zdaje   się   czuć   niepewnie   w   mojej   obecności,   pomyślała   Sissi,   kiedy 

zamykała za sobą drzwi do stodoły. Nie lubi mnie, widać to wyraźnie. Skąd w nim tyle 

pogardy dla innych? Dostrzegła jednak w jego oczach jeszcze coś, czego nie rozumiała. Sissi 

zawsze potrafiła postępować z mężczyznami, również z tymi zbyt nachalnymi i brutalnymi. 

Marc le Fey sprawiał jednak wrażenie, że nie pociągała go w najmniejszym stopniu, jego 

oczy bynajmniej nie wyrażały podziwu, wyrażały raczej...

Nie, nie udało jej się tego nazwać.

Musiała przyznać, że ani trochę nie rozumie tego człowieka. Wszystko w nim było 

zagadkowe.   A   już   zwłaszcza   to   niezwykłe   połączenie   niepohamowanej   nienawiści   z 

obojętnością wobec wszystkiego i wszystkich. I sposób, w jaki wypełniał jej polecenia: bez 

słów i bez emocji, niemal mechanicznie. Nie wiadomo było, co może obudzić go do życia i 

background image

wyzwolić ogrom zła, które kryło się w jego duszy.

- No tak - odezwała się niepewnie. - Jak to zorganizujemy? Utykasz? Rana z bitwy?

- Tak.

- Może to i lepiej - rzekła po namyśle. - Jeśli ktoś zapyta, mów, że to dawna ułomność. 

Wtedy ludzie pomyślą, że nigdy nie byłeś żołnierzem.

Sissi   nie   miała   najmniejszej   ochoty   przebywać   w   towarzystwie   tego   człowieka. 

Zauważyła, że Marc le Fey bynajmniej nie darzy jej sympatią, co oczywiście ją dotykało, ale 

wiedziała także, że i on dostrzega jej niechęć. To wzajemne oddziaływanie sprawiało, że ich 

wrogość wobec siebie wciąż rosła.

Tak. David był chyba jedynym człowiekiem na ziemi, który mógł znieść towarzystwo 

Marca le Fey. Powinna się zastanowić, jak się go pozbędzie, gdy tylko znajdzie Davida.

Jeżeli znajdzie Davida. I jeżeli on będzie żył.

Aby okazać nieco dobrej woli, powiedziała szybko:

- Potem lepiej opatrzymy twoje rany.

Mogła to sobie darować. Marc rzucił jakieś przekleństwo, które oznaczało tylko jedno: 

życzył sobie, by trzymała się od niego z daleka.

- Myślę, że będzie najlepiej, jeżeli poczekasz tam pod topolami, na skraju drogi - 

stwierdziła,   starając   się   zachować   choć   trochę   godności.   -   Nie   warto   ryzykować.   Muszę 

jeszcze wpaść do hotelu i założyć coś cieplejszego, wygląda na to, że wieczorem się ochłodzi.

Rozstali się we wrogim milczeniu.

W hotelu czekały Sissi złe wieści. Okazało się, że zaglądali tu Niemcy i wypytywali o 

młodą blondynkę, która wygląda na przyjezdną. Właściciel, przyparty do muru, wyjaśnił im, 

że już opuściła miasto, ale nie wie, w jakim udała się kierunku.

Sissi skinęła głową.

- Dziękuję za ostrzeżenie! Proszę mi wystawić rachunek, a ja tymczasem pójdę na 

górę się spakować. Mógłby pan sprawdzić, czy ulica jest czysta, kiedy będę wyprowadzać 

samochód?

- Naturalnie, mademoiselle.

Tak   więc   Sissi   nie   mogła   już   traktować   tego   miasteczka   jako   punktu   wyjścia   do 

swoich poszukiwań. I nie dość tego - teraz mogła polegać jedynie na dobrej woli Marca le 

Fey. A jeśli on nagle się rozmyśli i nie będzie chciał jej pomóc w odnalezieniu Davida? A 

jeżeli już czmychnął do lasu? W jaki sposób dowie się wtedy czegoś o losie swego brata?

Kiedy   zniosła   na   dół   wszystkie   swoje   rzeczy   i   zapłaciła   za   hotel,   wyprowadziła 

samochód.   Usłyszała   sygnał,   że   droga   jest   wolna,   i   wyjechała   ostrożnie   na   ulicę.   Tam 

background image

zwiększyła prędkość.

David   i   człowiek   za   oknem   zareagowali   równocześnie.   Kiedy   strażnik,   stojący 

zaledwie o metr czy dwa od nich, przez ułamek sekundy się zastanawiał, czy wezwać pomoc, 

David pchnął Michela na podłogę i błyskawicznie otworzył okno. Potem chwycił z biurka 

mosiężny świecznik. W chwili gdy mężczyzna odbezpieczał broń, David zamachnął się i z 

całej siły rzucił w niego ciężkim przedmiotem.

-  Teraz   ta   strona   domu   jest   wolna   -   powiedział   gorączkowo.   -   Mamy   szansę   się 

wymknąć. Bądź gotów do skoku, Michel, ja wezmę na ręce Madeleine...

- Pójdę sama - wyszeptała dziewczyna niewyraźnie. Wstała powoli, z trudem, ale już 

po kilku krokach poczuła się pewniej. - Ależ monsieur David! - zawołała nagle przestraszona. 

- Czy znowu się pan gorzej czuje, jest pan taki blady?

- Nie - odparł cicho. - Tylko... nie potrafię zabijać.

Delikatnie musnęła dłonią jego ramię i David zrozumiał, że ten gest ma zastąpić słowa 

pociechy.

- Mam tylko nadzieję, że nikt z pozostałych strażników nic nie słyszał - szepnął.

Wszedł na parapet.

- Najpierw wezmę Michela. Tylko proszę teraz nie zemdleć, mademoiselle Madeleine! 

Obawiam się, że nie zdołam wspiąć się ponownie na górę, jest za wysoko.

- Postaram się - zapewniła z bladym uśmiechem.

David  zniknął  za  oknem.  Po  chwili,  która  czekającym   wydawała  się wiecznością, 

usłyszeli, że zeskakuje.

Michel i Madeleine spojrzeli ze strachem na siebie. Dziewczyna skinęła zachęcająco.

- To tak wysoko! - pisnął chłopiec.

- Monsieur David ci pomoże - rzekła z przekonaniem. - No, już!

Michel  wyskoczył.  Teraz została sama.  Kurczowo trzymała się  framugi,  zlewał  ją 

zimny pot, a serce mocno biło. Cały pokój dosłownie wirował.

Usłyszała szept Davida; zebrała wszystkie siły, żeby wspiąć się na okno. Poczuła silne 

dłonie, które ją przytrzymały. Już na ziemi pośpiesznie poprawiła suknię.

- Świetnie, wszystko poszło gładko. Chodźmy! Nie, Michel, lepiej tam nie patrz!

Odciągnął   chłopca,   który   zafascynowany   przyglądał   się   leżącemu   wartownikowi. 

Madeleine starała się nie spoglądać w tę stronę.

Pobiegli do lasu. Kiedy skryli się już między drzewami, David powiedział:

- Najpierw muszę pomóc koledze.

- Oczywiście - zdążyła przytaknąć Madeleine, lecz w tej samej chwili pociemniało jej 

background image

przed oczami i upadła. David jednym skokiem znalazł się przy niej.

- Jak się pani czuje? - spytał zaniepokojony.

- Muszę tylko... trochę odpocząć - jęknęła. - Kłuje mnie w boku.

- Tylko nie kasłaj! - prosił Michel. - Mogą nas usłyszeć!

David obejrzał się w stronę willi, z której dopiero co się wydostali. Na szczęście 

panował tam spokój.

- Mademoiselle, podejrzewam, że w ciągu ostatnich dni dawała pani mnie i Michelowi 

większe porcje jedzenia szepnął. - Sprawia pani wrażenie całkowicie wyczerpanej.

-   Mieliśmy   tak   mało   żywności   -   odrzekła   z   wysiłkiem.   -   A   Michel   i   pan 

potrzebowaliście jej bardziej niż ja.

- Tak, teraz to widać! - syknął David. - Nic dziwnego, że pani zachorowała!

- Mogę już iść - zapewniła Madeleine, wstając. - Pański przyjaciel...

- Zostawiłem go gdzieś tu w pobliżu. Ale proszę nie nazywać go moim przyjacielem!

- Czy nie uratował panu życia?

- Tak - przyznał zawstydzony David. - Tak, to prawda.

Kiedy przedzierali się przez las, tłumaczył Madeleine, jak powinni się zachowywać 

wśród ludzi.

- W dole mignęło mi miasto. Kiedy tam dotrzemy, będziemy udawać młodą zakochaną 

parę, która wybrała się na wieczorny spacer.

Madeleine spojrzała na niego przestraszona.

- Z tego nie wolno żartować! - powiedziała z naciskiem.

David   był   zaskoczony   jej   reakcją,   przecież   nie   miał   na   myśli   nic   złego.   I   nagle 

przypomniał sobie o surowym wychowaniu, jakie otrzymała na wsi.

- Proszę nie mieć mi tego za złe, nie zamierzałem stroić sobie żartów - zapewnił, z 

trudem   zachowując   powagę.   -   Mamy   szczęście,   nasi   prześladowcy   nie   wiedzą   o   moim 

istnieniu. I chyba  na myśl im nie przyjdzie, że dama w tej  żółtej jedwabnej sukience to 

mogłaby być właśnie pani.

- Może powinnam zaczesać włosy do góry? - spytała.

- Kiedy dotrzemy do miasta, będzie ciemno, nikt nie odróżni takich szczegółów. Tędy! 

Tu jest ścieżka, którą szedłem. A tam ukryłem Marca.

- Pańskiego przyjaciela?

David znowu się skrzywił.

- Tak, przyjaciela. Tam, pod drzewami.

- Nikogo tu nie ma - zawołał Michel, który pobiegł przodem.

background image

- Jesteś pewien?

- Proszę samemu sprawdzić!

David odnalazł zagłębienie, w którym ukrył Marca le Fey. Teraz było puste. Michel i 

David szukali dokoła, ale bez rezultatu.

A jednak coś zobaczyli!

W miejscu, w którym leżał Marc, znaleźli portfel z jego dokumentami. Musiał wypaść 

mu z kieszeni.

- Marc le Fey... - przeczytał David.

Madeleine drgnęła.

- Le Fey? - spytała, marszcząc brwi.

- Tak, czy coś w tym niezwykłego?

- Widziałam to nazwisko całkiem niedawno, ale nie pamiętam gdzie.

- Może w jakiejś książce?

- Nie, nie - powiedziała szybko. - To na pewno nie było zapisane na papierze.

David zajrzał do dokumentów Marca i powiedział:

-   Ma   dwadzieścia   sześć   lat.   Zastanawiam   się,   którędy   poszedł.   Może   jego   także 

złapali...

- Pospieszcie się - pisnął Michel. - Mogą tu zaraz być!

- Oczywiście. Proszę mi dać rękę, mademoiselle!

Ruszyli dalej przez las.

- Czy był ciężko ranny?

- Tak, na pewno, stracił wiele krwi. Nie dotarł więc chyba daleko. Szkoda, że nic nie 

mogę dla niego zrobić, ale nie wolno nam na dłużej się zatrzymać.

- Zgubił pan jakiś dokument.

- No tak, dziękuję. To wojskowe papiery. Nie powinienem chyba tego czytać, ale... O 

mój Boże!

- Co się stało?

- Posłuchajcie:

Niniejszym Marc le Fey zostaje przeniesiony z więzienia Briant do batalionu itd. itd. 

Skazany   na   dożywotnie   roboty   przymusowe   za   morderstwo   z   premedytacją.   Sadysta   i 

psychopata. Zwolniony dla służby ojczyźnie na wniosek dyrektora karnej kolonii, który uznał, 

że   nie   istnieje   niebezpieczeństwo   powtórzenia   przez   skazanego   podobnych   przestępstw. 

Należy jednak postępować z nim z największą ostrożnością.

David złożył dokument.

background image

- Dzięki! I kogoś takiego przydzielili mi do pomocy.

-   Cóż   za   niekonsekwencja!   -   wtrąciła   Madeleine.   -   Najpierw   zamykają   go   jako 

groźnego psychopatę, a później puszczają wolno.

-  Tak,   wydaje   się,   że   nowy  dyrektor   więzienia   ma   bielmo   na   oczach.  Wystarczy 

spojrzeć na Marca, by się przekonać... Cóż, co się stało, to się nie odstanie, mam tylko 

nadzieję, że nie udało mu się przeżyć. Tak byłoby dla niego najlepiej.

Nagle od strony willi, z której niedawno się wymknęli, dobiegły ich głośne krzyki.

- Znaleźli strażnika - stwierdził David. Bez zastanowienia chwycił Madeleine za rękę, 

pociągając ją za sobą, i zawołał: - Biegnij, Michel! Biegnij, ile sił w nogach!

Marc   wstał   z   ziemi.   Oniemiały,   szeroko   otwartymi   oczyma   wpatrywał   się   w 

samochód,   który   zbliżał   się   w   jego   stronę.   Sissi,   ubrana   w   elegancki   płaszcz   i   modny 

kapelusz, przewiązany cienką jak mgiełka wstążką, zahamowała tuż przed Markiem i dała mu 

znak, żeby wskakiwał do środka. Posłuchał jej po chwili wahania.

A jednak zaczekał, pomyślała. Dlaczego? Równie dobrze mógł pójść swoją drogą, był 

przecież   tak   wrogo   usposobiony.   Ona   sama   czuła   przemożną   niechęć   do   tego   prostaka. 

Musiała   zebrać   wszystkie   siły,   by   zapanować   nad   tym   uczuciem.   Powiedziała   mu   o 

Niemcach, którzy poszukiwali jej w hotelu.

- Nie mamy więc gdzie mieszkać - zakończyła z westchnieniem.

Marca   najwyraźniej   to   nie   zmartwiło.   Nie,   dla   niego   było   to   normalne,   przecież 

istniały jeszcze stodoły. Sissi jednak nie zadowalały takie kwatery.

Wkrótce okrążyli porośnięte lasem wzgórze i zobaczyli przed sobą spalone Croix - sur 

-   les   -   Collines.   W   samochodzie   siedzieli   blisko   siebie,   ale   to   wcale   nie   zmniejszyło 

panującego między nimi napięcia. Przeciwnie - wydawało się, że Marc uczepił się swoich 

drzwi,   gotów   w   każdej   chwili   wyskoczyć.   Obserwował   nieufnie,   jak   Sissi   prowadzi,   i 

wyraźnie nie czuł się najlepiej. Dziewczyna nie mogła ukryć rozkosznego uczucia tryumfu.

-   Rozumiem,   że   nie   jesteś   przyzwyczajony   do   widoku   kobiet   kierujących   autem. 

Sądziłeś, że nie potrafię?

Odwrócił wzrok.

- Nic nie sądziłem.

W jego odpowiedzi było coś, co sprawiło, że musiała na niego spojrzeć. Siedział z 

odwróconą twarzą, jego poranione ręce spoczywały trochę nieporadnie na kolanach.

Nagle  Sissi  przeszył  dreszcz.  Zobaczyła   to samo,  co  niegdyś   zauważył  David:  na 

wystających spod przykrótkich rękawów kurtki nadgarstkach Marca widniały stare, głębokie 

blizny...

background image

Odruchowo spojrzała w dół, na kostkach nóg dostrzegła podobne ślady, tylko szersze i 

głębsze.

Mocniej ścisnęła kierownicę, by opanować drżenie rąk.

- No i? - spytała Sissi niespokojnie, gdy dojechali do cmentarza polowego. - Którędy 

teraz?

Wskazał kamienny krzyż, który zdawał się sięgać nieba.

-   Tam?   -   zdziwiła   się.   -   Byłam   tam   przecież   kilka   godzin   temu.   Nikogo   nie 

widziałam... Dobrze, schowamy samochód.

Wjechali na skraj lasu i ukryli auto między drzewami.

W chwilę później dotarli do krzyża. Słońce było już nisko, ale do zachodu zostało 

jeszcze   trochę   czasu.   Ponad   lekko   pofałdowaną   równiną   kładł   się   wieczorny  spokój.   Od 

zachodu, za ruinami miasteczka, wznosił się las, od wschodu ujrzeli błękitniejące szczyty gór, 

mogli się domyślać, że to Ardeny.

Marc le Fey zatrzymał się przy potężnym dębie.

- Tutaj go zostawiłem - zabrzmiał jego ochrypły głos.

Sissi   spojrzała   na   Marca   pytającym   wzrokiem,   ale   nic   więcej   nie   powiedział. 

„Zostawiłem go”? Starała się odtworzyć przebieg wydarzeń.

- Czy został ranny tam na równinie?

- Tak.

Marc niechętnie odpowiadał, nie był przyzwyczajony do używania aż tylu słów.

- Ja... dalej nie mogłem. Musiałem sprowadzić pomoc. Wszedłem do lasu. Więcej nie 

pamiętam.

- A szpital polowy?

- Poszedł do diabła! - rzucił szorstko, a po chwili szepnął sam do siebie: - Madeleine...

To imię padło tak nieoczekiwanie, że Sissi drgnęła.

- Kim jest Madeleine? - spytała ostro.

Lodowato szare oczy powoli zwróciły się w jej stronę. Sissi z trudem wytrzymała ich 

spojrzenie.

- David miał ją odnaleźć. Jean - Pierre...

- Nic nie rozumiem.

- Ech - mruknął zniecierpliwiony, nie zamierzał najwidoczniej  marnować cennych 

słów na wyjaśnienia.

Ruszył w głąb lasu, nie upewniwszy się nawet, czy Sissi pójdzie za nim.

Co za okropny człowiek! pomyślała dziewczyna. Na ile można być niewychowanym i 

background image

bezczelnym?

Posuwała się za nim ostrożnie, myśląc o usłyszanym imieniu. W jaki sposób pojawiło 

się ono tu, w samym środku wojny? Wiedziała, że David nie przebywał w tej okolicy zbyt 

długo   i,   o   ile   się   orientowała,   nie   miał   ani   chwili   wytchnienia.   Kiedy   znalazł   czas   na 

zawieranie znajomości z dziewczętami? A Jean - Pierre? Kto to był?

Nagle Sissi poczuła ogarniający ją lęk. Uświadomiła sobie, że znalazła się oto w głębi 

lasu sam na sam z tym odpychającym mężczyzną. Patrzyła na jego silne, umięśnione ciało, na 

jego   ruchy,   zwinne   jak   u   dzikiego   kota.   Był   bardziej   drapieżnym   zwierzęciem   niż 

człowiekiem,   ale   Sissi   owładnęło   nagle   współczucie,   kiedy   tak   na   niego   patrzyła. 

Współczucie   dla   Marca   le   Fey?   Co   za   absurd!   Mimo   to   dławiło   ją   w   gardle,   sama   nie 

rozumiała, dlaczego.

Właściwie nie bała się go tak bardzo, właściwie nie wierzyła, że mógłby jej zrobić coś 

złego. Zachowywał taką obojętność... Nagle jednak wyobraziła sobie ręce Marca, obejmujące 

jej ciało, jego dziką twarz tuż przy swojej i wtedy ogarnęła ją przemożna ochota, by odwrócić 

się i pobiec daleko, daleko stąd.

Dlaczego? Przecież nic jej nie zrobił! Ledwie zwracał na nią uwagę.

background image

ROZDZIAŁ VI

Marc zatrzymał się przed starą bramą w ogrodzeniu.

- Ja już tu byłem - szepnął.

- Tak? Pamiętasz to?

Skierował na Sissi wzrok jakby nie z tego świata. Potem powoli wszedł do środka. 

Sissi pospieszyła za nim.

Dopiero teraz się zorientowała, że stoją obok ruin posiadłości, którą widziała z miasta.

Reakcja Marca była zaskakująca. Zagryzł zęby z całej siły, po raz pierwszy w jego 

lodowato   szarych   oczach   pojawiło   się   ożywienie.   Wydawało   się,   że   zapomniał   o   jej 

obecności,   gdy   tak   błądził   wzrokiem   po   resztkach   spalonych   ścian   i   poczerniałych 

fundamentach.

Sissi czekała. W końcu, aby przerwać ciszę, spytała:

- Jak właściwie trafiłeś do stodoły Bernarda?

Na powrót stał się sobą, obojętny i niewzruszony.

- Nie wiem. Zostawiłem Davida... Obudziłem się gdzieś w lesie. Ktoś przykrył mnie 

zielonymi gałęziami...

Nagle, jakby dopiero teraz to sobie uświadomił, dodał zaskoczony:

- To musiał być David!

Sissi spontanicznie złapała go za ramię.

- Tak myślisz? Czy myślisz, że to zrobił David?

Albo go zabolało, albo nie chciał, żeby go dotykała. Energicznie cofnął rękę.

- Przepraszam - powiedziała Sissi. - No a potem?

- Nie pamiętam. Przypuszczam, że szedłem w nocy. Chyba widziałem przed sobą 

jakieś domy. Stodołę...? Nie wiem.

- Rozumiem.

Dotarł więc do skraju miasta sam, zamroczony bólem i osłabiony utratą krwi.

- Ale jeżeli to był David? - spytała Sissi żałośnie. - To gdzie on teraz jest? Nikt go  

przecież nie widział.

Zapadła cisza. Oboje pomyśleli o tym samym. Gdzieś tutaj, niedaleko w lesie, leżał 

bezradny ranny żołnierz. Trwało to wiele dni...

Sissi nie zdawała sobie sprawy, że myśli głośno:

- Taki szmat drogi od domu w Norwegii! Samotny, bez jedzenia, bez pomocy... Chyba 

sobie nie poradził.

background image

Czuła, że blednie. Zamknęła oczy, a kiedy na powrót je otworzyła, napotkała wzrok 

Marca. Był całkiem pozbawiony wyrazu.

Ten mężczyzna ma  niespotykaną zdolność ukrywania wszelkich uczuć, pomyślała. 

Długotrwały trening? A może David nic dla niego nie znaczy? Nie jest wszak jego bratem 

bliźniakiem, nie wychowywali się razem, nie stali razem przy trumnie ojca.

Marc drgnął i syknął:

- Cicho!

Dotarły do nich podniecone głosy, mówiące po francusku. Jacyś ludzie zbliżali się do 

głównej bramy posiadłości. Sissi udało się zrozumieć ich słowa.

- Chłopca chcę mieć żywego, dziewczynę możecie zastrzelić.

- Sądzę, że im ktoś pomaga.

- Jego także zastrzelić. Weźcie oba samochody, zablokować wszystkie drogi!

Marc trącił łokciem Sissi.

- Wracamy, szybko!

Po raz pierwszy okazał odrobinę solidarności. Ale czy naprawdę po raz pierwszy? 

Czyż wcześniej nie pomógł Davidowi?

Marc le Fey był w istocie dziwnym stworzeniem!

Dotarli do auta i już po chwili mknęli z powrotem ku miastu. Nie bardzo wiedzieli, co 

począć. Sissi zastanawiała się nad tym, co usłyszała. Francuzi goniący chłopca i dziewczynę? 

I kogoś, kto im pomagał?

Kiedy zbliżyli się do pierwszych domów, zobaczyli jadący z przeciwka niemiecki wóz 

patrolowy.

Marc krzyknął i złapał kierownicę.

- Widzę - powiedziała Sissi spokojnie i zawróciła tak gwałtownie, że niemal otarła się 

o ściany domów. Niemiecki wóz przyspieszył.

- Twój samochód jest chyba szybszy? - spytał Marc.

- Mam nadzieję - odrzekła.

Nagle krzyknęła tak przeraźliwie, że aż zabolały go uszy:

- Spójrz! Tam w dole, na skraju lasu! Widzisz te trzy osoby? Młoda dziewczyna, która 

ledwie trzyma się na nogach, mały chłopiec. I... Marc, to jest David!

David przerzucił sobie Madeleine przez ramię i niósł ją przez las. Chwała Bogu, że 

Michel daje sobie radę sam, pomyślał. Udało im się zniknąć z oczu prześladowcom, ale na jak 

długo?

Madeleine oddychała ciężko, świszczało jej w płucach. David obawiał się o jej stan, 

background image

sam także czuł się bardzo źle. Bolała go zraniona głowa, nie mógł już dłużej nieść chorej 

dziewczyny.

Potrzebujemy żywności, pomyślał. Wtedy moglibyśmy dokonywać cudów! Ale jak 

myśleć o zdobyciu jedzenia, kiedy i przed nami, i za nami czai się niebezpieczeństwo?

Dlaczego pobiegli właśnie w tym kierunku? Jeżeli wyjdą z lasu, trafią prosto w ręce 

wroga. Jakie mieli szanse? Żadnych. Absolutnie żadnych!

Mimo to nie przestawał powtarzać:

- Szybciej, szybciej!

Zbiegli na dół i znaleźli się na drodze.

- Samochód! - zawołał Michel zrozpaczony. - Są już tutaj!

David usłyszał krzyk Madeleine, która osunęła się na kolana. Również chłopiec się 

poddał.

Cóż innego mogli uczynić? I tak by nie uciekli przed samochodem, nie mieli też sił, 

by zawrócić, zwłaszcza Madeleine.

Zrozpaczony   David   patrzył   na   zbliżający   się   pojazd.   Przypomina   mój   własny, 

pomyślał nagle ze zdumieniem.

Właściwie   nawet   bardzo.   Bugatti,   oczywiście.   Dokładnie   ten   sam  model,   ten   sam 

żywy żółty kolor i...

Drgnął.

- Mógłbym przysiąc, że... to moje auto! Ale to oczywiście niemożliwe!

Michel odwrócił głowę.

- Dlaczego nie strzelają?

David potrząsnął głową, jakby chciał wyraźniej widzieć. Kto tam siedzi... Marc? Nie, 

to nie może chyba...

- Jakaś kobieta prowadzi! - zawołał Michel. - Bardzo piękna kobieta!

David otworzył usta ze zdziwienia.

- Sissi? Czy ja oszalałem, czy też...? Moja siostra Sissi, ale ona jest przecież w... 

Norwegii!   O   mój   Boże,   to   ona!   Ona   jest   tutaj!   Razem   z   Markiem   le   Fey,   w   moim 

samochodzie!

- Za nimi jedzie jeszcze jeden wóz. Tam daleko, od strony miasta - zauważył Michel.

- Madeleine, Madeleine, wstawaj! - zawołał David. - To zakrawa na cud, ale myślę, że 

jesteśmy uratowani!

Dziewczyna z trudem uniosła głowę, spojrzała nieprzytomnie, jakby nie rozumiejąc 

jego słów. Bugatti zahamował niebezpiecznie blisko.

background image

- Davidzie, och, Davidzie! - zawołała Sissi, energicznie ocierając oczy. - Pospieszcie 

się, wskakujcie prędko, musimy uciekać, ścigają nas!

- A myślicie, że nas nie? Przesiądź się do tyłu, Sissi!

- Ale ja mogę...

- Nie, nie możesz! - zaprotestował David, sadzając Madeleine i Michela na tylnym 

siedzeniu. - Koniec niedzielnej jazdy.

Sissi nie marnowała czasu na dyskusje. David zajął miejsce przy kierownicy.

- Cześć, Marc, miło cię znowu widzieć - rzucił przez ramię jakby nie pamiętając, 

czego właśnie dowiedział się swoim pomocniku.

Samochód gwałtownie ruszył i pognał do przodu z taką prędkością, jakiej Sissi nigdy 

nie udało się osiągnąć. Choć niechętnie, musiała to przyznać.

- Jesteśmy lepsi, jesteśmy lepsi! - wykrzykiwał Michel podniecony.

- Sissi, nie potrafię wyrazić tego, co czuję! - zawołał David ochrypłym głosem. - To 

fantastyczne, że się zjawiłaś tu i właśnie w tej chwili!

- Wiem - odparła Sissi. - Zostałeś niemal uznany za zmarłego. Ojej, jak ty kaszlesz! - 

zwróciła się zmartwiona w stronę Madeleine. - Proszę, weź mój płaszcz, jest ciepły.

Narzuciła okrycie na ramiona dziewczyny, choć przyszło jej to z trudem, bo w tyle 

samochodu trzęsło niemiłosiernie.

- David, nie przedstawiłeś nas sobie!

Jęknął zrezygnowany.

-  Sissi,   jesteś  niepoprawna!   No  dobrze:  moja  siostra  Cecilie  de  Saint  -  Colombe, 

Madeleine... Hm, właściwie nie wiem, jak się pani nazywa.

- Forgeron - wykrztusiła Madeleine między atakami kaszlu.

- Miło mi - powiedziała Sissi i wyciągnęła rękę.

- Jest z nami jeszcze Michel Bouget i to właśnie jego ścigają nasi prześladowcy, i 

Marc le Fey. Czy wszyscy już się znają?

David mówił spokojnie, pewnie prowadząc samochód po wyboistej drodze.

- Gdzie... - zaczęła Sissi.

- Później. Czy mamy dość benzyny?

- Nie wiem. Ale myślę, że całkiem sporo.

I nagle odezwał się Marc.

- Jakiś samochód jedzie z przeciwka w naszą stronę!

- Tego tylko brakowało - mruknął David. - To nasi strażnicy z willi. Co robimy?

- O, przed nami jest jakaś boczna droga! - zawołała Sissi z przejęciem. - Zaraz na 

background image

prawo. Zdążymy?

- Może.

- Davidzie, czy masz pistolet? - spytała.

- Tak, ale nie potrafię strzelać.

- Marc go weźmie - zdecydowała Sissi.

David rzucił pistolet w ręce Marca. Ale ten upuścił broń, jakby się oparzył.

- Wybacz mi moją głupotę - zreflektował się David.

- Tak, wybacz nam - powtórzyła Sissi. - Jesteśmy bezmyślni, zostawiamy zabijanie dla 

ciebie.

Uważaj, Sissi, chciał powiedzieć David. Na myśl o siostrze, która przebywała sam na 

sam z tak groźnym przestępcą jak Marc le Fey, oblał go zimny pot.

Sissi zauważyła, że Madeleine wprost panicznie boi się Marca. Irytowało ją to, także 

jakby w jego imieniu. Sissi nie wiedziała jednakże o tym dziwnym człowieku tego, czego 

dowiedziała się o nim Madeleine.

- O, możemy jechać tędy - zauważył Marc bezbarwnie.

David skręcił ostro i wjechali na nierówną drogę.

- Ona prowadzi do samego Croix - sur - les - Collines - stwierdziła Sissi. - Mam 

nadzieję, że przecina miasto.

Ścigające ich samochody spotkały się na rozdrożu i zatrzymały na chwilę. Tymczasem 

bugatti gnał naprzód.

- Nas gonią Niemcy, to chyba nie jest dziwne - zauważyła Sissi. - Ale was ścigają 

Francuzi! Dlaczego?

- Są sprzymierzeńcami  Niemców - wyjaśnił David.  - Zdrajcami  kraju. Więcej  nie 

mogę teraz powiedzieć. Sam zresztą mam mnóstwo pytań, ale odłóżmy je na potem.

- Oczywiście. Davidzie, czy nie mógłbyś omijać tych kolein? - poprosiła siostra. - 

Trudno jest zachować godność w czasie takiej zwariowanej jazdy.

David tylko uśmiechnął się pod nosem. Gdy wjechali pomiędzy ruiny domów, Sissi 

zadrżała. To prawdziwe miasto upiorów, czarne i osmalone, zasnute gęstym dymem. Słońce 

właśnie zaszło, wszystko wokół stało się jeszcze bardziej ponure.

Lawirowali między zburzonymi budynkami, gdy klęczący na tylnym siedzeniu Michel 

zawołał:

- Znowu są za nami! Na przedzie jadą Niemcy. Wygląda na to, że nas dogonią.

- Naturalnie, ale na to trzeba czasu - syknął David.

- I co teraz? Dalej nie przejedziemy!

background image

Na drodze pojawiła się przeszkoda w postaci kamiennego bloku. Marc bez namysłu 

wyskoczył z samochodu i odtoczył go na bok, a gdy przejechali, umieścił w poprzednim 

miejscu.

- Ale jesteś silny - zauważyła Sissi z podziwem.

Marc nie odpowiedział, za to David syknął przez zęby po norwesku:

- Sissi, na miłość boską, nie flirtuj z tym mężczyzną! On jest niebezpieczny!

- Nie flirtuję, jestem tylko miła! Czy on może na to nie zasłużył?

- Oczywiście, że tak - odparł David. - Tylko tak bardzo się boję...

- Wierz mi, nie rzucam się na pierwszego lepszego mężczyznę!

-   Sissi,   twój   sposób   mówienia   jest   czasami...   No,   nareszcie   przejechaliśmy!   - 

wykrzyknął znowu po francusku. - Teraz nabierzemy prędkości!

Nigdy dotąd silnik bugatti nie pracował na takich obrotach! Wszyscy trzymali się 

mocno,   rozmowy  ucichły.   Madeleine   pobladła,   jej   ciemne   włosy  kleiły  się  na   spoconym 

czole.

Droga prowadziła wśród pól na północny wschód, w stronę rozległego, porośniętego 

lasem wzgórza. Pozostałe samochody właśnie wyjechały z miasta, ale odległość od nich była 

jeszcze bezpieczna.

- Kiedy tylko dotrzemy do lasu, będziemy mieli większe szanse! - zawołał David.

- Most - zauważył Marc. - Patrzcie, jest zniszczony!

David   zahamował   z   piskiem   opon.  Właściwie   nad   głębokim,   wypełnionym   wodą 

rowem pozostał tylko szkielet mostu. Marc wysiadł z samochodu, pobiegł naprzód i pomachał 

do Davida, aby jechał. David z wahaniem zapalił silnik. Mógł się poruszać tylko po dwóch 

grubych belkach, z całej konstrukcji nie pozostało nic więcej.

Wszyscy siedzieli w całkowitym milczeniu, podczas gdy samochód balansował na 

chybotliwym podłożu. Marc przyglądał się im w napięciu. W miarę jak zbliżali się w jego 

stronę, wyraźnie się uspokajał.

- Przednie koła już przeszły... teraz tylne!

W samochodzie rozległo się westchnienie ulgi na cztery głosy.

- Naprawdę potrafisz prowadzić, braciszku - mruknęła z uznaniem Sissi.

Nagle usłyszeli za sobą ogłuszający hałas. To Marc zniszczył jedno z przęseł i most 

runął z hukiem. Poczekali, aż wsiądzie, i ruszyli dalej.

- Czy myślicie, że jesteśmy teraz bezpieczni? - spytała niepewnie Madeleine.

- Na pewien czas tak! - odparł David. - Dziękuję, Marc, za to powinieneś otrzymać 

medal!

background image

- Zatrzymali się po drugiej  stronie i nie mogą przejechać! - cieszył się Michel. - 

Utknęli w błocie!

Sissi roześmiała się z ulgą.

-   Dopiero   teraz   czuję,   jakie   to   było   napięcie!   Davidzie,   Madeleine   jest   bardzo 

osłabiona! Musimy ją zawieźć do szpitala, biedne dziecko!

- Najgorsze już ma za sobą, dziś rano nastąpiło przesilenie - wyjaśnił David. - Chociaż 

to oczywiście czyste szaleństwo narażać ją na takie trudy. Najbardziej potrzeba jej jedzenia. 

Ale gdzie teraz zdobyć żywność?

- Simsalabim! - wymówiła zaklęcie Sissi. - Marc, podaj mi mój koszyk, stoi obok 

ciebie. Madeleine, zaraz zobaczymy, co też mama Bernarda przygotowała dla Marca i dla 

mnie. Ach! Spójrz na te kanapki! Z szynką i serem! O, a tu jest mleko! Marc, obok twojego 

siedzenia leży kubek. Zawinięty w papier. Wszyscy pozostali możemy pić prosto z butelki, 

prawda?

- Sissi, jesteś aniołem! - wykrzyknął David.

- A jakże, wiem o tym. Ale częściowo to także zasługa gospodyni i Marca.

Rozdzieliła kanapki. Michel szybko chwycił swoją i zaczął łapczywie pić mleko z 

butelki.

- Marc? - spytała Sissi. - To właściwie twoje kanapki. Chcesz jedną?

- Jeżeli jest mało, to nie. Niech najpierw zje chłopiec.

-   Marc   był   ostatnio   karmiony   zdrowym   wiejskim   jedzeniem   -   wyjaśniła   Sissi.   - 

Podzielimy się jedną, ty i ja.

Ku niezadowoleniu Davida, Sissi zwracała się do Marca bardzo poufale. Ale to była 

cała Sissi, nie można jej było zmienić.

Potem   zapadła   cisza.   David   prowadził   samochód   jedną   ręką,   trzymając   w   drugiej 

kanapkę. Nad lasem powoli zapadał zmrok.

Kiedy wszystko zostało zjedzone i Sissi strzepnęła ostatnie okruchy, spytała:

- Czy będziemy jechać całą noc?

- Tak byłoby najlepiej - odparł jej brat. - Ale chyba nie wystarczy benzyny.

- I myślę też, że Madeleine musi odpocząć. Jak się teraz czujesz?

-   O   wiele   lepiej,   dziękuję   -   uśmiechnęła   się   słabo   dziewczyna,   wzruszona 

troskliwością niezwykle pięknej damy.

- Tak, wyglądasz chyba lepiej, choć w tych ciemnościach niewiele można zobaczyć. 

Już nie kaszlesz.

- Gdzie przenocujemy?

background image

- Myślę, że w stodole.

-   O,   dziękuję   -   odparła   Sissi.   -   Beze   mnie!   Dojedziemy  chyba   zaraz   do   jakiegoś 

miasta?

David się zirytował:

- Sissi, wkrótce wszędzie będą nas szukali!

- Telegraf i telefon nie działa, wiem o tym. Cała łączność została przerwana. Jesteśmy 

więc bezpieczni.

- Bzdura! Widzieli przecież, dokąd jedziemy! Niemcy dysponują własnymi środkami 

łączności, wierz mi!

- Róbcie, co chcecie. Ja muszę mieć pokój w hotelu, i to z łazienką!

David westchnął.

- Twoja siostra jest zbyt lekko ubrana - odezwał się nagle Marc.

- W samochodzie jest ciepło - odpowiedział David.

-   Ba   -   prychnęła   Sissi.   -   Nigdy  nie   siedziałeś   na   tylnym   siedzeniu!  Tutaj   można 

przemarznąć do szpiku kości. Nie, Madeleine, nie oddawaj mi płaszcza. W bagażniku leży 

kilka pledów.

David   zatrzymał   się,   a   Marc   przyniósł   koce.   Kiedy   Sissi   brała   jeden   z   nich, 

wymruczała pod nosem:

- Dziękuję za troskę.

- Nie możemy sobie pozwolić na dodatkowe kłopoty z następnymi chorymi - syknął w 

odpowiedzi.

Nie ma jeszcze niebezpieczeństwa, pomyślał David uspokojony. Ci dwoje nie znoszą 

się nawzajem.

Ale zdumiony był widząc, jak jego siostra troszczy się o Madeleine, jak otula pledem 

jej nogi. Sissi znano z tego, że nie darzyła innych kobiet szczególną życzliwością. Potrafiła 

być drapieżną kocicą. Widocznie ta młodziutka dziewczyna budzi w niej instynkt opiekuńczy.

Sissi, otulając kocem Michela i siebie samą, przyglądała się Madeleine. Przecież ta 

dziewczyna pożera mego brata oczami! stwierdziła ze zdumieniem. Mała dzika różyczko, 

wiem, że on wart jest zachodu! Ale strzeż się, jesteś dla niego niczym, rozumiesz? Oby tylko 

David cię nie zranił!

Nagle las zaczął się przerzedzać i oczom jadących ukazały się w oddali zabudowania.

- Gdzie jesteśmy? - spytała Madeleine.

- A skąd ja mam wiedzieć? - odparł David.

W tej samej chwili silnik dziwnie zawarczał.

background image

- No tak, koniec jazdy! Byle tylko udało mi się dotrzeć do tego zagajnika, zanim 

benzyna wyczerpie się do reszty. Samochód trzeba ukryć, jest zbyt charakterystyczny.

- Czy mamy iść na piechotę? - zdziwiła się Sissi.

- A cóż nam innego pozostaje? Jeszcze tylko kilkaset metrów.

- To chyba jakieś wyjątkowo długie metry!

Przez zagajnik prowadziła droga, przy której widniała tabliczka z napisem Chateau - 

coś i „pokoje w malowniczej scenerii”.

- Sądząc po stanie tabliczki, są chyba aż nadto malownicze - zauważył David. - Muszę 

iść do apteki po lekarstwa dla Madeleine, a Sissi dostanie chyba to, czego chciała. Tylko że ja 

jestem spłukany. Czy masz jakieś pieniądze, siostro?

- No pewnie! Ile chcesz, bracie?

Wziął jeden banknot z wyciągniętego przez nią pliku i poszli naprzód. Po bagaż Sissi 

mieli wrócić później, kiedy już znajdą nocleg, który przypadnie jej do gustu.

Miasto spoczywało w mroku, nieodgadnione i tajemnicze. Nigdzie nawet znaku życia. 

Wszyscy poczuli kwaśny zapach starego dymu. O, tak, wojna zawitała chyba także i tu. Ale 

nie poczyniła takich spustoszeń jak na terenach, z których przybywali.

Domyślili się, że znajdują się na głównej ulicy. Stopniowo przyzwyczaili oczy do 

ciemności panujących pod lipami, które rosły po obu stronach, i powoli rozróżniali szczegóły. 

Mała piekarnia, poręcz do przywiązywania koni, salon fryzjerski...

- Tam! - odezwał się nagle David. - Tam daleko, widzę szyld gospody. Spróbujemy 

spytać o nocleg.

W tej samej chwili dał się słyszeć rytmiczny stukot butów żołnierzy, nadchodzących z 

bocznej ulicy.

- Niemcy! - rzucił David.

Rozpaczliwie rozejrzeli się wokół. Żadnego zakątka, żeby się ukryć, nagie mury po 

obu stronach ulicy...

background image

ROZDZIAŁ VII

Pierwszy zareagował David.

- Trzeba ukryć Michela, nie wiadomo jeszcze, ile Niemcy o nas wiedzą. Musimy się 

rozdzielić. Sissi i ty, Marc, pójdziecie dalej, udając zakochanych.

- Chyba jesteś niespełna rozumu! - syknęła ze złością Sissi.

- Idźcie, idźcie już!

Przy samym murze rosło drzewo. W szczelinę między ścianą a grubym pniem David 

wcisnął Michela, a przed nim ustawił Madeleine, tak by jej szeroka suknia zasłoniła chłopca. 

Następnie objął dziewczynę.

- Ależ monsieur David...!

- Nic nie mów, Madeleine, i nie ruszaj się! Od tego zależy nasze życie!

Przyciągnął ją do siebie i przytulił. Kątem oka dostrzegł Marca i siostrę. Nigdy jeszcze 

nie widział zakochanej pary idącej w większej odległości od siebie! Wyglądali tak, jakby 

właśnie się pokłócili O Boże, westchnął David zrezygnowany.

Madeleine nie była w stanie uczynić jakiegokolwiek ruchu.

- Zachowuj się naturalnie! - szepnął.

Patrol niemiecki zmierzał już główną ulicą w ich stronę.

Powoli, niezręcznie i niechętnie Madeleine uniosła ręce i położyła je na ramionach 

Davida. Całe jej wychowanie sprzeciwiało się takiemu postępowaniu. Przechodzący Niemcy 

ujrzeli   plecy   mężczyzny   i   obejmujące   jego   szyję   ręce   dziewczyny.   David   uniósł   głowę 

Madeleine i pocałował ją najpierw w czoło, a potem w usta.

Madeleine   otworzyła   szeroko   oczy.   O   Boże,   co   on   robi?   pomyślała   wystraszona. 

Mama uważałaby pewnie, że teraz powinnam wymierzyć mu policzek, ale nie mogę. Wybacz 

mi, mamo, i spróbuj zrozumieć! Tu chodzi o życie pięciorga ludzi. A poza tym to mi się 

podoba...

Ach, jak bardzo mi się podoba!

Przed oczyma przemknął jej obraz tłustego, starego gospodarza, za którego chcieli ją 

wydać   rodzice,   i   dopiero   teraz   w   pełni   sobie   uświadomiła,   co   by   ją   czekało   w   takim 

małżeństwie.   To   sprawiło,   że   niemal   desperacko   objęła   Davida   i   oddała   mu   pocałunek. 

Odegrała swą rolę z większym zaangażowaniem, niż się spodziewał.

Dowódca patrolu skoncentrował się tymczasem na Sissi i na Marcu. Mówił długo po 

niemiecku o godzinie policyjnej i zakazie poruszania się po mieście o tej porze, ale Sissi 

udawała, że nie rozumie. Powtórzył to w łamanym francuskim, znacznie łagodniej, czując na 

background image

sobie niewinne spojrzenie niezwykłe urodziwej blondynki.

- Ach - zaszczebiotała. - Właśnie wracamy do domu, mój mąż i ja, tylko trochę się 

zasiedzieliśmy u znajomych. Bardzo nam przykro z tego powodu, panie oficerze!

Jej   zwykle   stosowany   chwyt   nie   zawiódł   także   i   tym   razem.   Oficer   spytał   ich   o 

nazwisko i adres i zanim Marc zdążył wyskoczyć z czymś niemądrym, jednym tchem podała 

jakieś zupełnie wymyślone dane.

Patrol ruszył dalej.

- Hej, wy tam! - ryknął dowódca patrolu w stronę Davida i Madeleine. - To także was 

dotyczy!

- Żegnam się tylko z moją dziewczyną - odpowiedział David. - Już idziemy!

Dowódca musiał przyspieszyć, aby dogonić swoich żołnierzy, i tylko rzucił za siebie 

kilka słów ostrym tonem.

-   Tak   jest,   panie   majorze   -   zgodził   się   David,   pozwalając   Niemcowi   szybko 

awansować.

Patrol pomaszerował inną ulicą. David ujął twarz Madeleine w swoje dłonie i przez 

chwilę przyglądał się jej uważnie.

- No, nareszcie poszli! - szepnął zniecierpliwiony Michel.

- Na szczęście - odparł David, budząc się z zamyślenia.

Marc i Sissi czekali już na nich. Sissi wprost gotowała się z wściekłości, a oczy Marca 

dziwnie lśniły. Otarł rękę, którą trzymał Sissi za suknię, jakby chciał zetrzeć wstyd.

- Rozumiem, że chcesz sobie zafundować zapalenie płuc? - złośliwie spytała Sissi, 

czyniąc aluzję do niedawnego zachowania brata.

David nie odpowiedział.

Szli teraz szybko w stronę zajazdu, ale gdy usłyszeli dochodzący stamtąd śpiew w 

języku niemieckim, od razu się zatrzymali.

Sissi głęboko wciągnęła powietrze i zapytała zrezygnowana:

- Gdzie macie tę waszą stodołę?

Nie   musieli   jednak   szukać   stodoły.   Kiedy   wrócili   w   miejsce,   gdzie   zostawili 

samochód, w pobliżu zobaczyli duży, choć nieco zaniedbany dom, otoczony parkiem. Gdy 

odważyli   się   zapukać,   otworzył   im   dystyngowany   starszy   mężczyzna.   W   kilku   słowach 

przedstawili mu swoje położenie.

-  Ach,   już   tak   dużo   czasu   minęło,   odkąd   ostatni   raz   przyjmowaliśmy   tu   gości   - 

uśmiechnął się życzliwie. - Ale wejdźcie, wejdźcie. Urządzimy panu i pańskim przyjaciołom 

jakieś spanie, hrabio de Saint - Colombe, chociaż pewnie będzie tu trochę niewygodnie. Ja 

background image

także noszę tytuł hrabiowski, jednak nie mogę się poszczycić równie znakomitymi przodkami 

jak pan. Miło mi będzie zaprosić na kolację i nocleg takich młodych ludzi.

Weszli   do   mrocznego   holu.   Hrabia   otworzył   drzwi   i   przybysze   znaleźli   się   w 

przepięknym salonie z kominkiem, w którym palił się ogień.

- O, jak tu cudownie! - z podziwem zawołała Sissi.

- Poleciłem już służącemu, żeby przygotowano wam sypialnię. Przykro mi, ale będzie 

to tylko jeden pokój, pozostałe nie nadają się już do zamieszkania.

- Ale... - zaczęła Sissi.

- Cicho! - syknął David po norwesku. - Masz natychmiast zejść z obłoków na ziemię, 

Sissi! W tym kraju toczy się wojna, czy nie rozumiesz tego? Musimy wspólnie dzielić troski i 

kłopoty.

- O nieba, Davidzie, kiedy zostałeś socjalistą?

- Jesteś okropna - odparł. - Myślisz, że jesteś kobietą wyzwoloną, ale w gruncie rzeczy 

ulegasz konwenansom.

Zrobiło jej się przykro. Przecież starała się nie pamiętać o swym arystokratycznym 

wychowaniu i znosiła w milczeniu niewygody.

Godzinę później, kiedy jedli skromną, lecz bardzo smaczną kolację w towarzystwie 

gospodarza, wszedł jeden ze służących. Przekazał wiadomość, że Niemcy szukają w okolicy 

żółtego   bugatti   i   jego   pasażerów.   Szczególnie   interesuje   ich   chłopiec   w   wieku   około 

dziesięciu lat i młoda, ciemnowłosa dziewczyna. Twierdzą, że w samochodzie znajdowały się 

jeszcze dwie inne osoby, a właścicielka wozu jest uroczą, młodą blondynką.

- Dziękuję za komplement - rzuciła oschle Sissi. - Dobrze, że przynajmniej ukryliście 

samochód w stajni. Tak czy owak, depczą nam już po piętach!

Gospodarz chrząknął.

- Chciałbym coś państwu zaproponować - zaczął nieśmiało. - Nie możecie dalej jechać 

swoim   autem,   ja   natomiast   zawsze   marzyłem,   by   mieć   jeden   z   tych   nowoczesnych 

drobiazgów! Chętnie kupię od pana ten wóz, hrabio de Saint - Colombe. Nie myślcie sobie, że 

jestem biedny jak mysz kościelna, chociaż pozwalam, by niszczała moja posiadłość. Po prostu 

teraz nie opłaca się już wydawać pieniędzy na jej utrzymanie, a kilka pokoi to więcej niż dość 

dla mojej samotnej osoby. Samochód każę przemalować... A wam radzę jechać dalej jutro 

rano pociągiem, który odchodzi z miasta o siódmej trzydzieści.

- Czy tym pociągiem dojedziemy do Paryża?

- Na to nie potrafię odpowiedzieć. Ale podam wam pewien adres, pod którym możecie 

po drodze szukać pomocy.

background image

- Jest pan niezmiernie życzliwy - rzekł David. - Chętnie na to przystanę. Wie pan, po 

tym koszmarze, przez jaki wszyscy przeszliśmy, czujemy się tu jak w raju!

Stary hrabia przyglądał się przez chwilę wszystkim po kolei. Spojrzał na jasnowłose 

rodzeństwo i delikatnego, małego chłopca, i zdziwił się, w jaki sposób tych troje znalazło się 

w towarzystwie mężczyzny o ponurym spojrzeniu i prostej z wyglądu dziewczyny.

Prawdę mówiąc, bardzo szczególna gromadka!

Pokój, który przygotowano dla niespodziewanych gości, był na szczęście duży, ale 

stały w nim tylko trzy łóżka. Michel od razu wskoczył do jednego z nich i zasnął, zanim 

jeszcze zdążył dobrze przyłożyć głowę do poduszki.

Mężczyźni czuli się nieswojo, dziewczęta były zmieszane. Na szczęście znalazł się 

parawan, którym przedzielili pokój. Madeleine, chora i osłabiona, potrzebowała osobnego 

łóżka. Sissi z kolei nawet nie wyobrażała sobie, że mogłaby dzielić z kimś posłanie. To takie 

barbarzyńskie! Tak więc mężczyznom pozostawało legowisko z mat, wyprawionych skór i 

pościeli.

- Ojej, Madeleine, zapomniałem o twoim lekarstwie! - zawołał nagle David.

- Mogę pójść do apteki - zaproponował ponuro Marc. - Najmniej z nas wszystkich 

rzucam się w oczy.

Akurat! pomyślała Sissi. Rozumiała jednak, o co mu chodziło, wszyscy pozostali byli 

poszukiwani.

- Och, Marc - zawołała z ożywieniem. - Teraz nareszcie wymówiłeś więcej niż pięć 

słów naraz! Dlaczego zawsze nie możesz tak mówić? Wszystko trzeba z ciebie wyciągać.

Spojrzał w podłogę.

- Nie chcę rozmawiać.

- Dlaczego nie?

- Ponieważ nie znam żadnych pięknych słów. Nauczyłem się tylko brzydkich.

- Ale teraz uczysz się od nas?

- Tak.

-   W   takim   razie   musimy   się   możliwie   najładniej   wysławiać.   Pamiętaj   o   tym, 

braciszku! Nie przeklinaj od tej chwili, nawet jeśli siostra cię zdenerwuje!

Kiedy Marc wyszedł, we trójkę usiedli przy piecu.

- Musimy pozbyć się Marca - zaczął David. - Nie mogę wziąć odpowiedzialności za 

to, co się może wydarzyć, jeżeli on z nami zostanie.

- Może masz rację, choć nie bardzo wiem, czym zasłużył na to, byśmy go tak po 

prostu wyrzucili? - spytała Sissi. - Uważam, że zachowuje się lojalnie.

background image

- Tak - roześmiał się David. - Ale dlaczego? Co chce na tym zyskać? Może zamierza 

nas ograbić. Wymachujesz tymi swoimi pieniędzmi...

- Marc nie jest złodziejem!

-   Jest   kimś   znacznie   gorszym   -   rzekł   David   surowo.   -   Przeczytaj   pismo,   które 

znaleźliśmy w lesie razem z jego dokumentami.

Nastała cisza. Sissi czytała podany jej papier w milczeniu. David nie umiał ocenić, czy 

to od blasku ognia oczy siostry zaczęły tak błyszczeć.

- Rozumiesz teraz, dlaczego? - spytał David. - Morderca, sadysta i psychopata. Zdjęcie 

się zgadza, prawda?

-   Nie   przeczytaliście   chyba   dokładnie   -   odparła   Sissi   stłumionym   głosem.   -   Nie 

spojrzeliście na datę.

David i Madeleine, którzy siedzieli blisko siebie, pochylili się nad dokumentem.

- On ma dwadzieścia sześć lat - wyjaśniła Sissi. - A został skazany na dożywotnie 

roboty czternaście lat temu.

- Czternaście lat temu! - zdumiała się Madeleine. - Coś tu się nie zgadza!

- Dziecko!  Skazali  dwunastoletnie  dziecko  na dożywotnie  więzienie  - wykrzyknął 

David wzburzony. - Teraz już rozumiem, dlaczego nowy dyrektor go odesłał do wojska.

- Ta gorycz i nienawiść... - mruknęła Sissi w zamyśleniu. David spojrzał na siostrę, z 

trudem łapiąc oddech.

-   O   dobry   Boże,   teraz   jeszcze   coś   zrozumiałem!   Gdy   pojawił   się   w   jednostce, 

zachowywał się jak osaczone zwierzę. I mogę cię zapewnić, że w obozie stykał się wyłącznie 

z mężczyznami. Cecilie, moja droga, musiałaś być pierwszą kobietą, jaką zobaczył od czasu, 

gdy był dzieckiem!

Sissi doznała olśnienia.

- Oczywiście! Patrzył na mnie, jakbym spadła z księżyca!

- Jak długo się znacie? - spytał David.

- Poznaliśmy się dokładnie na dwie godziny przed spotkaniem z wami.

- Chwała Bogu! Z poufałego tonu, jakim zwracałaś się do niego, można by sądzić, że 

jesteście starymi znajomymi. Ale teraz musi odejść! Im szybciej, tym lepiej.

- Davidzie, zapewniam cię, że potrafię się upilnować.

- To prawda. Ale czy również przed nim?

- Nie wiem. Naprawdę nie wiem. On mnie przeraża. (Zamierzała dodać „i niepokoi”, 

ale rozsądek nakazał jej to przemilczeć). Zresztą w ogóle nie jest mną zainteresowany. Nie 

znosi mnie.

background image

- Tak, zauważyłem to. Ale muszę myśleć także o Madeleine.

Sissi chciała powiedzieć, że Marc wcale nie zwraca uwagi na tę dziewczynę. Zdała 

sobie jednak sprawę, że jej słowa mogą być źle zrozumiane.

- Idę do łazienki - mruknęła tylko i wstała.

Madeleine siedziała zupełnie cicho. Dopiero po chwili wyszeptała:

- Jeszcze przecież panu nie podziękowałam, monsieur David. Bez pana...

-   Bez   pani,   mademoiselle,   chyba   bym   dziś   już   nie   żył.   Darujmy   więc   sobie   te 

podziękowania!

Znowu zapadła cisza. Słychać było jedynie miarowy oddech śpiącego Michela.

- Monsieur... - zaczęła znowu Madeleine nieśmiało i z wahaniem. - Zauważyłam. że 

pana coś dręczy. I pana oczy są... pełne smutku. Co się stało?

Jej łagodny głos podziałał na Davida jak balsam.

- Nie jestem może prawdziwym mężczyzną - zaczął ale obiecałem sobie, że już nikogo 

więcej nie zabiję w czasie tej wojny. Moja praca polega na ratowaniu ludzkiego życia, a nie 

na odbieraniu go.

-   Dokładnie   rozumiem,   co   pan   czuje   -   szepnęła.   -   I   gdyby   istniały   jakieś   słowa 

pociechy, wypowiedziałabym je.

- Dziękuję! Jest pani niezwykłą dziewczyną. Taką czystą i zarazem tak mądrą!

Nie mogła opanować łez.

- Co się stało, mademoiselle?

- Nie wiem. Nagle poczułam taką ulgę. Tyle miesięcy przeżytych w lęku, bez żadnej 

nadziei na to, że koszmar się kiedyś skończy. Porwanie chłopca, nieustanna groźba śmierci, 

żadnych szans ucieczki. Och, monsieur David!

Rzuciła się w jego ramiona, drżąc ze strachu.

David gładził ją po włosach i próbował uspokoić.

- To całkiem naturalna reakcja - tłumaczył jej. - To musiały być dla pani potworne 

przeżycia,   drogie   dziecko.   Ma   pani   zaledwie   osiemnaście   lat,   a   już   spadła   na   panią   tak 

ogromna odpowiedzialność. I tak poradziła sobie pani wspaniale, lepiej niż niejeden dorosły!

Drżała w jego ramionach jak liść osiki. Ufnie tuliła się do niego, a on trwał bez ruchu. 

Kiedy jednak szlochając oparła głowę na jego piersi, uznał, że to już za wiele. Tyle czasu 

minęło od chwili, kiedy ostatni raz trzymał w ramionach dziewczynę! Nieznacznie odsunął 

Madeleine.

- Proszę mnie posłuchać. Czy matka nigdy nie przestrzegała pani przed mężczyznami?

Spojrzała na niego, nie rozumiejąc.

background image

- Dla swojego i mojego dobra powinna pani trzymać się ode mnie z daleka.

Zmieszana wyszeptała:

- Proszę mi wybaczyć, monsieur! Tak się wstydzę!

David tylko uśmiechnął się smutno i pogłaskał ją po policzku.

Wszedł Marc i rozejrzał się dokoła.

- Jej wysokość właśnie się kąpie - zakomunikował David sarkastycznie. - Wywalczyła 

dla siebie nawet łazienkę. Jest niezmordowana! Dziękuję, to właśnie to lekarstwo, o które mi 

chodziło.

Po czym zwrócił się ponownie do Madeleine.

- Czy możemy mówić sobie po imieniu, Madeleine? Tak chyba będzie wygodniej, 

skoro mamy razem podróżować.

Kilkakrotnie skinęła głową w milczeniu, zanim odzyskała głos:

- Tak, naturalnie! Ale ja chyba nie potrafię tak zwracać się do pana... Davidzie?

- Dlaczego nie?

- To chyba nie przystoi - szepnęła. - jestem tylko prostą służącą ze wsi, a pan...

-   Całkiem   prawidłowo!   -   usłyszeli   od   drzwi   czysty   głos   Sissi.   -   Nie   zmuszaj 

dziewczyny do czegoś, co jest sprzeczne z jej naturą, braciszku!

- A ty? - spytał David złośliwie. - Ty mówisz do Marca po imieniu?

- Tak, naturalnie.

- A jak on zwraca się do ciebie?

- On? - odparła Sissi i spojrzała na Marca. - Nie wiem. Do tej pory unikał tego w 

bardzo elegancki sposób.

- Jak się do niej zwracasz? - spytał David.

- Nijak! - syknął Marc z wściekłością.

Już   otwierał   usta,   aby   dodać   parę   ostrych   słów,   ale   odwrócił   się   tylko   i   zaczął 

przygotowywać dla siebie posłanie na podłodze. David dostrzegł, że drżą mu ręce.

Kiedy już wszyscy byli gotowi do snu, David uznał, że przyszedł czas na wyjaśnienia.

- A teraz - zaczął - teraz każdy z nas powinien opowiedzieć o swoich przeżyciach. 

Przede wszystkim: co, u licha, moja siostra robi tu we Francji?

- Nie cieszysz się, że przyjechałam?

- To jasne, przecież uratowałaś nas wszystkich od niechybnej śmierci.

- Tak się szczęśliwie złożyło. Ja z kolei chciałabym wiedzieć, kim jest Madeleine, 

Michel i Jean - Pierre...

- Zaraz się dowiesz. Ach, prawda, Marc - powiedział David - Oto twoje dokumenty. 

background image

które znaleźliśmy w lesie. Uważam, że powinieneś wiedzieć, iż je czytaliśmy. Myśleliśmy, że 

nie żyjesz, inaczej nie zrobilibyśmy tego.

Nastała   pełna   napięcia   cisza,   podczas   gdy   Marc   wkładał   dokumenty   do   kieszeni. 

Przebiegł wzrokiem wszystkich po kolei, zatrzymał spojrzenie na twarzy Sissi. Z jej oczu 

wyczytał smutek. Ale jaki był tego powód? Ona sama miała nadzieję, że nikomu nie uda się 

tego zgadnąć.

- No? - odezwał się David. - Kto zaczyna? Ty, Sissi!

Po Sissi głos zabrał David.

- Teraz rozumiecie, jak ważne jest sprowadzenie Michela całego i zdrowego do Paryża 

- stwierdził na zakończenie. - Teraz on jest najważniejszy z nas wszystkich.

- Tak, oczywiście - przyznała Sissi. - A jak to właściwie było z Jean - Pierrem?

- Został poważnie ranny. Ale to typ człowieka, któremu zwykle wszystko się udaje, a 

więc może...

- On nie żyje - oznajmił Marc. - Widziałem, jak ambulans, którym jechał, rozerwało na 

drobne kawałki.

- Och - jęknęła Madeleine.

- A teraz, Marc - odezwała się Sissi. - Teraz twoja kolej!

Marc przez cały czas milczał. Tylko parę razy, kiedy opowiadała Madeleine, podniósł 

głowę i uważnie słuchał. Potem na powrót pogrążał się w swej zwykłej apatii. Historia Sissi 

wydawała   się   bezgranicznie   go   nudzić,   mimo   że   trochę   ją   ubarwiła,   aby   zaimponować 

słuchającym.

- Nie - odrzekł krótko.

- Dlaczego nie? - spytała Sissi zaczepnie. - My wszyscy wyznaliśmy nasze grzechy, a 

teraz ty musisz wyznać swoje!

- Sissi - rzucił ostrzegawczo David.

Ale nie dała się powstrzymać.

- Czy to prawda, co jest napisane w tym liście? Że kogoś zamordowałeś?

- Zamknij się! - krzyknął Marc, podrywając się z posłania.

Sissi także błyskawicznie wstała.

- Sądzę, że to zrobiłeś - powiedziała bez tchu. - Myślę tak dlatego, że nie chcesz brać 

do ręki broni palnej. Ale nie wydaje mi się, by...

- Sissi, na litość boską! - prosił David.

Marc podszedł do okna. Stanął tam zwrócony do wszystkich plecami i tak mocno 

ścisnął framugę, jakby chciał ją skruszyć. Sissi zbliżyła się do niego i położyła mu ręce na 

background image

ramionach. Odwrócił się i wściekły potrząsnął nią, a z jego ust posypał się grad najgorszych 

wyzwisk. Potem odsunął Sissi od siebie, spojrzał na nią z nienawiścią, a jego usta wykrzywił 

pogardliwy uśmiech.

David wpadł pomiędzy nich.

- Puść ją, Marc! A ty, Sissi, nie powinnaś zachowywać się w ten sposób.

Marc powoli się uspokoił. Opuścił ręce i wolno od wrócił się tyłem do pozostałych.

Sissi rozcierała obolałe ramiona. Nie odezwała się więcej, podeszła tylko do swojego 

łóżka i usiadła na nim.

- Marc, lepiej by było, żebyś nie zostawał w tym pokoju na noc - powiedział David.

- Nie ma  się czego  bać - mruknął le  Fey,  choć jego głos ciągle jeszcze  drżał ze 

zdenerwowania. - Jeżeli tylko zostawicie mnie w spokoju!

- Nie zamierzam ci więcej przeszkadzać - rzekła na pozór obojętnie Sissi, ale David 

usłyszał głęboką urazę w jej głosie. Rozumiał, jak bardzo czuła się zraniona.

Dziesięć minut później w pokoju było zupełnie ciemno i cicho. Ale nikt z czworga 

dorosłych nie mógł zasnąć.

background image

ROZDZIAŁ VIII

Następny   ranek   wstał   dość   zimny.   Mgła   kładła   się   nad   rzeką,   kiedy   opuszczali 

gościnny dom starego hrabiego. Dopiero teraz zobaczyli, że miasto było znacznie bardziej 

zniszczone, niż początkowo sądzili, właściwie zachowały się jedynie budynki przy głównej 

ulicy.   Mieszkańców   dostrzegli   niewielu,   jakaś  chłopska   furmanka   z   sianem  toczyła   się   z 

hałasem po bruku.

Wkrótce znaleźli się na przedmieściu i wyszli na leśną drogę. Kiedy dotarli do jej 

najwyższego   punktu,   roztoczył   się   przed   nimi   wspaniały   widok   na   północ:   w   oddali 

majaczyły  sinoniebieskie   wzgórza,   nieco   bliżej   widać   było   pola,   miasto,   kościoły  i   stary 

zamek.

Jednak horyzont na południu przybrał barwę czerwoną.

Niewielka stacja kolejowa, do której zmierzali, leżała w dole, ujrzeli przed sobą tory 

wijące się u podnóża gór.

Rodzeństwo szło nieco z tyłu.

- David, rozmyślałam trochę dziś w nocy...

- Ja także.

Wymienili porozumiewawcze uśmiechy jak za dawnych czasów.

- Gdybyśmy poprosili Marca, żeby odszedł, byłoby to równoznaczne z przyznaniem 

się do porażki, prawda? - spytała Sissi. - A ja do tej pory nigdy tego nie zrobiłam.

- Wiem. Kiedyś skręcisz kark z tego powodu. Ja myślałem o tym samym. Wydaje mi 

się, że w pewien sposób przyzwyczaiłem się do niego. On stał się częścią mego życia. Mimo 

całej   swej   nieprzystępności   i   trudnego   charakteru   jest   z   nami.   Zresztą   mamy  zbyt   wielu 

wrogów, aby przysparzać sobie jeszcze jednego.

Sissi skinęła głową.

- Na swój sposób brakowałoby nam Marca. Potrzebujemy go.

- Ależ, Sissi, nie jako służącego!

-   Nie,   nie!   Nie   jestem   aż   tak   zmanierowana.  Ale   wiesz,   myślę,   że   on   nas   także 

potrzebuje. Dlaczego tak po prostu nie odejdzie?

- Naprawdę nie wiem, czemu z nami został.

Sissi obserwowała Marca, który w skupieniu słuchał Michela. Obaj szli na samym 

przodzie. Madeleine miała ochotę poczekać na Davida i Sissi, ale rozumiała, że brat i siostra 

chcą porozmawiać w spokoju.

- Czuję do niego wstręt - powiedziała Sissi w zamyśleniu. - Szczególnie po dzisiejszej 

background image

nocy. Ale jednocześnie jest dla mnie podniecającym wyzwaniem.

-   Jak   to   rozumiesz?   Spędziłaś   dziś   rano   dużo   czasu   przed   lustrem.   Chyba   nie 

zamierzasz go uwieść?

-   Oszalałeś?   -   oburzyła   się   Sissi.   -   Nie,   ale   chcę   się   dowiedzieć,   co   się   za   tym 

wszystkim kryje...

-   Ja   także.   I   nie   sądzę,   bym   musiał   się   niepokoić   z   jego   powodu   o   Michela   i 

Madeleine. Oni go w ogóle nie obchodzą, dla Michela jest nawet miły. Tylko ty i ja coś dla 

niego znaczymy. Ale co? On nas nie lubi... Myślisz, że chce nas skrzywdzić?

Upłynęło sporo czasu, zanim odpowiedziała:

- Nie wiem. Jeżeli ma taki zamiar, to biada nam! Może jestem głupia, ale w pewien 

sposób mi go żal. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego. Lecz sądzę, że mylisz się co do niego. 

Podejrzewam, że istnieje jakiś związek między Markiem a Madeleine. Nie żeby osobiście był 

nią zainteresowany, oczywiście - dodała trochę nazbyt pośpiesznie. - Ale coś w tym jest...

- Wiem, o co ci chodzi - odparł David. - Ja też zwróciłem na to uwagę.

Madeleine nagle przystanęła.

- Patrzcie! Na stacji stoi samochód! I tych dwóch ubranych na czarno mężczyzn... Oni 

już tam są, monsieur David!

David zastanawiał się przez kilka sekund.

- Domyślają się, że będziemy chcieli pojechać pociągiem - mruknął. - Ale budynek 

stacji leży po przeciwnej stronie torów. Możemy się przedostać pod osłoną magazynu aż do 

samego wagonu. A potem możemy zrobić to, co tysiące podróżujących na gapę uczyniło 

przed nami.

- Wskoczyć do pociągu od drugiej strony? - spytał ożywiony Michel. - O, tak!

Pozostali nie byli zachwyceni tym pomysłem. Szczególnie Sissi myślała z niesmakiem 

o wspinaczce na wysokie stopnie wagonu w długiej sukni.

-   Nasi   prześladowcy   są   teraz   zdecydowani   na   wszystko   -   stwierdził   David.   -   Za 

wszelką   cenę   będą   chcieli   udaremnić   nam   ucieczkę.   Jeżeli   Michel   i   Madeleine   dotrą   do 

Paryża, Lasalle zostanie zdemaskowany...

W tym momencie Marc zatrzymał się gwałtownie, ale niemal natychmiast ruszył dalej. 

Sissi   powstrzymała   się,   żeby   nie   skomentować   jego   reakcji,   wymieniła   tylko   z   bratem 

porozumiewawcze spojrzenia.

I wtedy Michel powiedział coś, co zaskoczyło dorosłych.

- Jesteście moimi przyjaciółmi, wszyscy razem! - rzekł z uśmiechem. - I wszystkich 

was   potrzebuję!   Mądrego   Davida,   silnego   Marca,   miłej   Madeleine   i   pięknej   Sissi,   która 

background image

potrafi   wyprowadzić   w   pole   tych   głupich   mężczyzn!   Czy   mógłbym   marzyć   o   lepszej 

ochronie?

Sissi   była   zdumiona   bystrością   umysłu   dziesięciolatka.   Nawet   Marc   musiał   się 

odwrócić, a wszyscy pozostali mogliby przysiąc, że w kącikach jego ust czaił się tłumiony 

uśmiech. Ale to oczywiście niemożliwe!

- Rozmawiałem dziś rano z naszym miłym, starym gospodarzem - zaczął David. - 

Mówił, że pociągi są teraz bardzo przepełnione z powodu ogromnej liczby uchodźców, którzy 

pragną się dostać na tereny jeszcze nie zajęte przez Niemców. Podróż nie jest bezpieczna i 

możliwe, że w ogóle nie dotrzemy do celu. Wiele pociągów staje, nie ujechawszy daleko, albo 

po prostu przepada bez wieści.

- Przepada bez wieści? - powtórzył przestraszony Michel.

- Linia frontu przebiega całkiem niedaleko, chyba widziałeś?

- Ale jakieś pociągi dojeżdżają do Paryża? - spytała Madeleine.

David wzruszył ramionami.

-   Musimy   zaryzykować.  W  każdym   razie   może   o   jakieś   kilkadziesiąt   kilometrów 

zbliżymy się do stolicy, a to już jest coś.

Przemknęli przez las i skryli się w krzakach za magazynem. Z niepokojem jednak 

patrzyli na stację, a zwłaszcza na dwóch osobników w czerni, uważnie obserwujących peron. 

Widzieli też niemieckich żandarmów, lecz nie oni stanowili teraz największe zagrożenie.

David szepnął do swych towarzyszy:

- Ponieważ pociąg będzie przepełniony, może się zdarzyć, że się pogubimy. Zresztą i 

tak się chyba wkrótce rozdzielimy. Jak wiecie, sprzedałem dziś rano samochód i mam sporo 

pieniędzy, więcej niż teraz potrzebuję. Sissi też ma ich niemało. Weźcie te banknoty, Marc i 

Madeleine, możecie ich potrzebować. Nie, żadnych protestów! Marc, ty nie wiesz chyba 

dokładnie, dokąd jechać i co robić?

Marc nie odpowiedział. Patrzył zakłopotany na pieniądze.

-   To   jest   banknot   stufrankowy   -   podpowiedziała   Sissi   dyskretnie.   -   A   to   jest 

pięćdziesiąt franków...

Marc wsunął pieniądze do kieszeni.

- Traktuję to jako pożyczkę - oświadczył z godnością.

Daleko   na   równinie   zagwizdał   parowóz,   przesuwając   się   powoli   ku   stacji   i 

wypuszczając czarne obłoki dymu. Sissi strzepnęła sukienkę i poprawiła włosy.

- Jak wyglądam z tyłu? - zwróciła się do Madeleine.

- Dobrze, tylko trochę siana zostało we włosach.

background image

Madeleine wyjęła pojedyncze źdźbła, a Sissi podziękowała jej uśmiechem.

- Pamiętajcie: pociąg stoi dziesięć minut. W tym czasie nie wolno wam się nawet 

poruszyć! - upominał po raz kolejny David.

- Strasznie się denerwuję - wyrwało się Madeleine.

David uspokajająco uścisnął jej rękę.

- Ile tu ludzi! - szepnął Michel.

Teraz   już   widzieli,   że   długi   skład   był   wprost   oblężony   przez   pasażerów,   którzy 

wychylali się z okien, stali stłoczeni na platformach, a nawet wisieli na stopniach.

- Nigdy się nie dostaniemy - mruknęła Sissi.

- Na pewno nam się uda. Musi! - odparł David. - Jak się czujesz, Madeleine?

- Trochę słabo. Poza tym dobrze. Już nie boli mnie w piersiach.

-   Świetnie!   Wkrótce   będziemy   w   domu,   w   Paryżu.   Jeszcze   tylko   kilka   godzin   i 

otrzymacie porządną opiekę.

- Myślę o tym, jak się czuje mój kucyk - westchnął Michel. - I moje psy. Tęsknię za 

nimi.

Stali w milczeniu, gdy tymczasem pociąg hamował z piskiem i zgrzytem kół.

Budynku stacji i peronu nie było widać zza wagonów.

Minęło   kilka   długich   minut.   Zgromadzeni   na   peronie   ludzie   robili   dużo   hałasu, 

wszyscy byli podenerwowani. Uciekinierzy widzieli ze swej kryjówki ubranych na czarno 

mężczyzn,   którzy   przeciskali   się   przez   środek   pociągu   zapewne   przy   akompaniamencie 

przekleństw stłoczonych pasażerów. Zaglądali do każdego przedziału, a minuty płynęły.

W końcu wysiedli. Maszynista dał sygnał odjazdu.

- Teraz! - szepnął David.

Przebiegli przez boczny tor do najbliższego wagonu.

Na szczęście pomiędzy pasażerami siedzącymi na stopniach pozostało trochę wolnego 

miejsca.   Kiedy   pociąg   wytaczał   się   ze   stacji,   piątka   zbiegów   stała   już   na   zatłoczonej 

platformie.

Sissi uśmiechała się uszczęśliwiona, a wiatr rozwiewał jej włosy. Ledwo dosięgała do 

poręczy i z trudem utrzymywała równowagę. Marc znalazł się obok niej. Sissi nie była z tego 

zadowolona, ale on stał jak gdyby nigdy nic, trzymając za rękę Michela. Sissi zauważyła, że 

David i Madeleine także stoją bardzo blisko siebie, ale cóż było robić w tym tłoku. Udała, że 

nie dostrzega rozpromienionej twarzy dziewczyny.

Ach, było cudownie, byli niezwyciężeni, Sissi wprost rozpierała radość życia! Mknęli 

na południe, ku wolności!

background image

- Przykro mi - rzekł David do Madeleine. - Jako lekarz nie mogę patrzeć, jak tu stoisz. 

Sissi, chodź z nami, może znajdę wam jakieś miejsca siedzące!

Protesty   dziewcząt   nic   nie   pomogły.   David   utorował   sobie   przejście   do   wagonu, 

dosłownie wcisnął Sissi i Madeleine na ławki i po chwili wrócił na platformę.

Madeleine nie podobało się w przedziale. Sissi także nie. Czuły się tu intruzami. Sissi 

siedziała pomiędzy pulchną damą a jegomościem, który kątem oka rzucał na nią pożądliwe 

spojrzenia.   Na   wprost   siebie   miała   wysokiego   mężczyznę,   który   wyraźnie   okazywał 

niezadowolenie, ponieważ przez nią nie mógł wyprostować długich nóg.

Wyglądała   przez   okno,   na  ile   to   w  ogóle   było   możliwe.  Widziała   rozległe,   lekko 

pofałdowane równiny, porośnięte winnicami, i skupiska wiejskich zagród, czasem tak duże, 

że można by je nazwać wsiami, innym razem zaś składające się z kilku domostw. Gęsty, 

popielatoczerwony dym nad horyzontem był coraz bliżej. Do tej pory mijali mało zniszczone 

tereny,  ale pociąg stopniowo zmniejszał prędkość, jakby nie miał ochoty jechać dalej, w 

okolice ogarnięte wojną.

W przedziale panowała straszliwa duchota. Madeleine czuła się źle, pot wystąpił jej na 

czoło, wszystko przed oczyma wirowało. Nie mogła dłużej tego znieść, wstała, a Sissi wyszła 

za nią. Zwolnione przez nie miejsca natychmiast zostały zajęte.

- I co? - spytał David, kiedy wreszcie dziewczętom udało się wrócić na platformę. 

Tutaj było przynajmniej świeże powietrze, choć parowóz potężnie dymił.

-  Wpadłam   w   panikę   -   wyjaśniła   Madeleine.   -   Myślałam,   że   zemdleję   z   powodu 

ciasnoty i braku powietrza.

- A ja miałam problemy z jakimś podrywaczem, który próbował mnie obmacywać - 

dodała   Sissi.   -  Ale   ukłułam   go   szpilką   do   kapelusza.   Madeleine   była   jednak   w   gorszej 

sytuacji, wciąż dotykały jej czyjeś ręce.

- Co? - zawołał gniewnie David. - A to rozpustnicy! Czy nie mogli zostawić w spokoju 

chorej dziewczyny?

- To nie było takie groźne - uspokajała go Madeleine.

- A jednak! Poza tym jesteś moją...

Spojrzała na niego zdumiona.

- ... pod moją opieką - dokończył.

Madeleine odwróciła się, aby nie mógł zobaczyć, jak zabłysły jej oczy.

Davidzie,   Davidzie,   zastanów   się,   co   ty   robisz!   pomyślała   Sissi.   Nie   krzywdź   tej 

dziewczyny, przecież między wami nigdy nic nie będzie!

Krajobraz wokół nich powoli się zmieniał. Spalone miasta, dym wijący się ponad 

background image

winnicami,   drogi   pełne   długich   kolumn   uchodźców.   Zbliżali   się   do   terenów   objętych 

działaniami wojennymi.

- David, mam nieczyste sumienie - zaczęła Sissi. - Jedziemy na gapę. Czy nie ma tu 

konduktora?

- A którędy miałby przejść? - odparł David. Zrobił dla Madeleine trochę miejsca przy 

poręczy, żeby mogła się oprzeć i odpocząć. Michel usiadł w kucki przy ścianie wagonu i 

rozmawiał   z   innymi   dziećmi.   Sissi   i   Marc   musieli   stać   przy  drzwiach   prowadzących   na 

korytarz, które bez przerwy otwierały się i zamykały.

Sissi   czuła,   że   cała   jest   przesiąknięta   dymem,   włosy  wciąż   opadały  jej   na   twarz. 

Kapelusz musiała zdjąć, nie utrzymałby się na tym wietrze.

Wagonem szarpnęło, znów ktoś popchnął ją na Marca. Dziwne, ale nie sprawiało jej to 

przykrości.   Za   każdym   razem   przez   kilka   sekund,   zanim   nie   powróciła   do   poprzedniej 

pozycji, czuła pod swoimi dłońmi jego ciało. To dziwne myśleć o Marcu jako o ciepłej, żywej 

osobie. Taki kontrast w zestawieniu z jego szczególnym sposobem bycia! Jedno do drugiego 

całkiem nie pasowało.

Pociąg zatrzymał się na stacji.

- Nie! - zawołał Michel. - Czyżby zamierzali zabrać jeszcze więcej pasażerów? Chyba 

oszaleli!

David westchnął zmartwiony. Jak się okazało, pociąg został zatrzymany na rozkaz 

Niemców. Była ich cała kompania.

- Chyba nie chcą tu wsiąść? - spytała przerażona Madeleine.

- Nie wygląda na to.

Nagle Sissi drgnęła, usłyszała bowiem, jak ktoś mówi, że właśnie za chwilę pojawi się 

sam  głównodowodzący  Kutsche.  Zbiegowie  popatrzyli   po  sobie.  Sissi   wychyliła   się,  aby 

lepiej widzieć.

Zaskoczona zobaczyła starszego, bardzo niskiego mężczyznę z ogromnymi wąsami i 

w zbyt dużej czapce, opadającej mu na nos. Odebrał on meldunek dowódcy ustawionej w 

karnym dwuszeregu kompanii, a potem cienkim głosem wydał jakąś komendę.

Sissi oniemiała. Kiedy pociąg wytaczał się że stacji, David próbował stłumić śmiech, 

lecz mu się to nie udało. Po chwili także Sissi parsknęła śmiechem.

Marc spojrzał na nich zdziwiony.

- Co się stało?

David, krztusząc się ze śmiechu, wyjaśnił:

- Sissi podała się za metresę tego człowieka!

background image

Marc zmarszczył brwi.

- Metresę?

- Tak, kochankę albo damę do towarzystwa, jak wolisz. Pamiętasz, jak opowiadała o 

sfałszowanym przez siebie dokumencie?

- Tak, ale kochanka? Co to takiego?

Nagle olśniło go.

- Ach, rozumiem! - powiedział i wymienił określenie tak wulgarne, aż Sissi pobladła 

na twarzy.

- Marc! - zawołał David. - Cofnij to słowo!

- Mówiłem wam, że uczyłem się samych brzydkich słów!

David powoli się uspokajał.

- Ale musiałeś chyba dowiedzieć się czegoś o... kobietach... tam gdzie byłeś?

- Tak, inni o tym mówili. Ale to chyba nie mogła być prawda...

- Potrafię sobie wyobrazić te opowieści - stwierdził David z głębokim niesmakiem. - 

Czy nigdy nie słyszałeś o miłości? Miłość między kobietą i mężczyzną może być czymś 

pięknym i wspaniałym. I bardzo łatwo ją zniszczyć.

- Myślisz, że on coś z tego rozumie? - rzuciła ostro Sissi. - A ty, Marc, powinieneś 

wiedzieć, że nie jestem jak te kobiety... o których słyszałeś - dodała wyniośle.

David i Madeleine popatrzyli po sobie zakłopotani. Wszyscy czworo stali w zupełnym 

milczeniu. Słychać było tylko sapanie lokomotywy, stukot kół i szmer rozmów pozostałych 

pasażerów.

Gęsty dym pożarów, zmieszany z dymem wypuszczanym przez parowóz, był nie do 

zniesienia.   Pociąg   wlókł   się   w   ślimaczym   tempie,   maszynista   zatrzymywał   go 

niejednokrotnie, żeby sprawdzić, w jakim stanie są tory. W pewnym momencie stojący na 

platformie pasażerowie zobaczyli na sąsiednim torze wykolejony pociąg, który najwidoczniej 

także zmierzał na południe. Rozległy się krzyki przerażenia. Podziurawione od pocisków, na 

wpół spalone wagony musiały tu leżeć już od paru dni.

Pociąg minął to straszne miejsce i znowu zwiększył prędkość.

Po krótkiej chwili zdarzyło się jednak to, czego wszyscy się obawiali: jakiś kolejarz 

zatrzymał lokomotywę, machając czerwoną chorągiewką.

Od czoła pociągu nadbiegł zdenerwowany człowiek.

- Dalej nie pojedziemy! - zawołał. - Most kolejowy nad Oise został zburzony godzinę 

temu.

-  Oise   -  powtórzył   David   z   namysłem.   -   Oise?  Adres,  który  dostałem   od  starego 

background image

hrabiego...

Nagle   powietrze   przeszył   złowróżbny   świst.   Marc   energicznie   popchnął   Sissi   ku 

ścianie.

- Nie stój tak i nie gap się, idiotko! - krzyknął.

Padli tuż obok siedzącego na podłodze Michela. Pocisk rozerwał się gdzieś w pobliżu, 

wagonem potężnie zatrzęsło, a z jego drugiego końca dobiegł krzyk.

Przerażona   Sissi   uniosła   głowę   i   zobaczyła   twarz   Marca   tuż   przy   swojej.   Michel 

zaczął płakać.

- David! - zawołała Sissi. - Co z wami?

- Nic się nie stało - odparł jej brat niepewnym głosem. - Chodźmy, musimy przedostać 

się do rzeki, tu nie możemy zostać.

Większość pasażerów opuściła już wagony i ruszyła zwartym strumieniem wzdłuż 

torów. Pomiędzy rodzeństwem rozgorzał spór na temat bagażu Sissi, w końcu oboje poszli na 

kompromis i ustalili, że Sissi może zatrzymać najmniejszą torbę. Teraz próbowała upchnąć w 

niej jak najwięcej rzeczy.

- Ale sama ją będziesz niosła! - uprzedził David. - Myślę, że nie powinniśmy iść 

wzdłuż szyn, to zbyt niebezpieczne. Zejdźmy na dół, w te krzaki!

Kiedy przebyli biegiem jakieś sto metrów, David zwolnił i spojrzał z rozbawieniem na 

Sissi.

- Nie rozumiem, po co się kąpałaś wczoraj wieczorem. Próżny trud.

Natychmiast wyjęła lusterko.

- O nieba! - zawołała. Jej twarz pokrywały czarne plamy od sadzy, elegancka fryzura 

przestała istnieć, a śliczna sukienka poszarzała. Roześmiała się. - Dobrze więc. Jeżeli tak ma 

być, to niech będzie.

Wyjęła wszystkie szpilki do włosów i jej jasne loki opadły swobodnie na ramiona.

Kiedy przechodzili nad wąskim kanałem, umyła sobie twarz.

- Mówcie sobie co chcecie o mojej zwariowanej siostrze - zaśmiał się David. - Ale ona 

nigdy nie traci stylu!

Nagle   Sissi   zadrżała   z   przerażenia.   Dostrzegła,   że   w   kanale   coś   płynie.   Gdy 

zrozumiała, że to zwłoki mężczyzny w mundurze, rzuciła torbę i zaczęła uciekać. Po paru 

metrach zdołała się opanować i wróciła do pozostałych.

-   Davidzie   -   powiedziała   po   dłuższej   chwili   z   ledwie   wyczuwalnym   drżeniem   w 

głosie. - Zabawa skończona. Twoja nieznośna siostra wreszcie pojęła, że znaleźliśmy się w 

samym środku wojny!

background image

Madeleine tymczasem przyniosła ciężką torbę Sissi.

- Zostawiła ją pani, mademoiselle Cecilie.

- Dziękuję - uśmiechnęła się Sissi. - Słuchajcie, musimy uporządkować pewne sprawy. 

Po pierwsze, wszyscy będziemy zwracać się do siebie na ty. Słyszałam, że Marc już zaczął 

tak do mnie mówić. W pociągu nazwał mnie nawet idiotką. A więc została tylko Madeleine.

Twarz dziewczyny pokryła się rumieńcem.

- Ale ja przecież nie mogę... Dobrze, obiecuję, ze spróbuję.

- Świetnie! A po drugie, nie zamierzam dłużej dźwigać tej głupiej torby...

Seria   niedalekich   strzałów,   która   właśnie   przeszyła   powietrze,   zagłuszyła   resztę 

zdania. Wszyscy jednak mogliby przysiąc, że powiedziała: „skoro muszę robić to sama”.

Kiedy znowu zapadła cisza, Sissi oświadczyła:

- Chętnie zostawię resztę rzeczy, jeśli tylko dacie mnie i Madeleine trochę czasu na 

zmianę sukien.

-   Nareszcie   rozsądne   słowa   -   pochwalił   ją   David.   -   Zaczynajcie,   my   już   się 

odwracamy.

Zmieszana Madeleine zaczęła nieśmiało:

- Ale ja nie mogę... Przecież to pani ubrania...

Sissi zareagowała stanowczo.

- Pokora jest cenną cnotą, ale nie może przeradzać się w uniżoność! Nie zapominaj 

nigdy o swojej wartości jako człowieka, a przede wszystkim jako kobiety!

- Słuchaj i zapamiętaj, Madeleine! - zaśmiał się David zwrócony do nich plecami. - W 

tej dziedzinie możesz się wiele nauczyć od mojej siostry!

O   zmroku,   zdruzgotani   psychicznie,   głodni   i   wyczerpani,   dotarli   do   niewielkiego 

młyna nad rzeką Oise. Niezdolni do dalszego wysiłku padli na trawę. Mieli za sobą straszny 

dzień. Ponieważ znajdowali się w strefie ogarniętej walkami, musieli wybierać okrężne drogi, 

nadkładając   kilometrów.   Nie   raz   i   nie   dwa   kule   świszczały   im   tuż   nad   głowami.  Trudy 

wędrówki zbliżyły ich bardzo do siebie i solidarnie pomagali sobie nawzajem.

Starali się posuwać wzdłuż rzeki Oise. David wykorzystywał każdą okazję, by się 

upewnić, czy idą w dobrym kierunku. Pragnęli jak najszybciej trafić pod adres wskazany 

przez starego hrabiego. Ale teraz nie mieli już siły.

background image

ROZDZIAŁ IX

Leżeli wyczerpani w miękkiej trawie i jedli resztki żywności, którą zabrali na drogę. 

W oddali grzmiały armaty, niebo rozbłyskiwało jak na pokazie fajerwerków.

- Michel, muszę cię pochwalić - powiedział David. - Zachowywałeś się naprawdę 

wspaniale!

Chłopiec się rozpromienił.

- To nie takie trudne, jeżeli w pobliżu jest Marc.

- Tak - zgodził się David. - Dobrze opiekowałeś się chłopcem!

- Dzieci nie powinny cierpieć - mruknął Marc.

- Masz do nich odpowiednie podejście. Powinieneś mieć własne.

Twarz Marca spochmurniała.

- Niby w jaki sposób? Może mam je ukraść?

Ma rację, pomyśleli pozostali. Jaka kobieta zechciałaby kogoś takiego jak on?

- Jest jeden problem - David zmienił temat. - Gdzie przenocujemy?

- Tutaj - odparła Sissi niewyraźnie.

- Cóż to znowu? Nie w hotelu?

- Chyba że jakiś tu przestawisz i wniesiesz mnie do środka.

- Co ty na to, Marc?

- Ja zostaję tutaj.

- Madeleine?

- Ja też.

- I ja również - dodał Michel. - Poobcierałem sobie nogi.

- A jeżeli będzie zimno? Madeleine nie może marznąć.

- To ją ogrzejesz. Kładź się i bądź cicho! - przerwała mu Sissi. - Mnie już zamykają się 

oczy.

David zrezygnował. Dziesięć minut później wszyscy już spali.

Nad ranem Sissi się przebudziła. Czuła, że ktoś poprawia płaszcz, którym była okryta. 

Lekko uchyliła oczu. To Marc...

Szarzało. Ptaki zaczynały śpiewać, nad rzeką kładła się mgła, a trawa była mokra od 

rosy. Sissi drżała z zimna.

Udawała, że śpi, nie miała ochoty rozmawiać z Markiem. Czekała, aż odejdzie, ale 

tego nie zrobił. Z bijącym sercem leżała nieruchomo.

Nic się nie zdarzyło. Po prostu tylko siedział. Wiedziała, że patrzy na nią. A potem 

background image

ostrożnie, bardzo ostrożnie musnął dłonią jej policzek. Robił to tak, jakby nigdy wcześniej nie 

dotykał skóry kobiety. Sissi uświadomiła sobie, że tak w istocie było. Z trudem opanowywała 

drżenie.

Teraz Marc delikatnie okręcał wokół swoich palców małe loczki przy policzku Sissi, a 

kiedy położył rękę na jej szyi i powoli zsuwał coraz niżej, rozległ się głos Davida.

- Marc!

To   jedno   jedyne   słowo   zabrzmiało   niczym   strzał   w   panującej   wokół   ciszy.   Marc 

natychmiast wstał i odszedł.

Sissi skuliła się pod płaszczem, po raz pierwszy była naprawdę wściekła na swego 

opiekuńczego brata.

Po kilku godzinach obudziła ich potężna wymiana  ognia  po drugiej  stronie rzeki. 

Instynktownie poszukali schronienia w pobliżu na wpół zrujnowanego młyna.

- Brr - trzęsła się z zimna Sissi. - Czuję się, jakbym sama przeszła przez żarna.

- Ja też - dodał Michel. - Jestem zmarznięty, poobijany i brudny. Chyba nie za bardzo 

lubię takie życie.

- To widać! - powiedziała Sissi i przytuliła go. - Wreszcie jakaś bratnia dusza wśród 

tych wszystkich zahartowanych sportowców - szaleńców!

David roześmiał się.

- Może ruszymy się stąd, zanim do reszty to zburzą?

Wstali, choć nogi odmawiały im posłuszeństwa.

- Nie odważę się przejrzeć w lustrze - westchnęła Sissi.

David przyglądał się jej z ukosa.

- Choć raz jesteś naturalna, to ci dodaje uroku. Źdźbła trawy we włosach, okruchy 

chleba na kołnierzyku. Jesteś młodsza o co najmniej trzy lata. Co o tym sądzisz, Marc?

Marc szybko odwrócił oczy. Sissi jednak nie raz i nie dwa przyłapała go na tym, że 

przypatrywał się jej ukradkiem, zamyślony. I do tego jeszcze to jego dziwne zachowanie nad 

ranem... Świadomość, że czternaście lat spędził w więzieniu, wypełniała Sissi nieopisanym 

niepokojem. I ten niepokój nie dotyczył wcale Marca. Był to strach przed tym, co drzemało w 

niej samej i czego nie pojmowała.

Taki niewychowany gbur! myślała z gniewem. Czy nikt go nie nauczył, że nie wolno 

tak bezczelnie się gapić?

Ale podświadomie poruszała się z większą gracją albo powolnym ruchem odrzucała 

włosy z karku.

Będzie   świetnie,   kiedy   nareszcie   się   go   pozbędziemy,   myślała.   Nigdy  jeszcze   nie 

background image

spotkałam tak nieokrzesanego mężczyzny.

Dwie godziny później stanęli przed dużym budynkiem w pobliskim mieście.

- Ale to przecież szpital! - zawołała Madeleine zaskoczona.

- Tak - odparł David - Adres jednak się zgadza. A mężczyzna, do którego mamy się 

zgłosić, jest lekarzem.

W recepcji doktor Duclair podniósł wzrok znad listu, który wręczył mu David.

- Jeżeli mój stary przyjaciel prosi mnie o przysługę, wiem, że to poważna sprawa, 

ponieważ czyni to bardzo rzadko. Z listu wynika, że trzeba coś szybko postanowić w sprawie 

tego   małego   chłopca.   Macie   szczęście,   żeście   mnie   tu   spotkali.   Jutro   w  nocy  znowu   się 

przenosimy.

- Przenosicie się? - spytał David.

- To hrabia o tym nie wspomniał? Mamy specjalnie przystosowaną dużą łódź. Mały 

pływający   lazaret,   jeśli   wolicie.   W   czasie   pokoju   jest   to   szpital   ruchomy,   ale   teraz... 

Przewozimy rannych żołnierzy, ale też i innych ludzi, którzy muszą przedostać się do nie 

okupowanej części Francji. Nawet do samego Paryża, jeśli to konieczne.

Uciekinierzy z trudem ukrywali radość.

- A co na to Niemcy?

- Nie pytamy ich o zgodę. Do tej pory jakoś nam się udawało, choć dziś w nocy było 

naprawdę niebezpiecznie. Trafiliśmy pod bomby... Ale wszystko się powiodło. Czy możecie 

poczekać półtora dnia?

- Tego nam właśnie trzeba! Mała Madeleine potrzebuje odpoczynku. Ja natomiast 

prawie jestem lekarzem, a mój... przyjaciel Marc zwykle asystuje mi przy prostych zabiegach. 

Więc jeżeli moglibyśmy w czymś pomóc...

Doktor Duclair przyjął tę propozycję jak dar niebios.

- Ma pan paskudną ranę na głowie, hrabio de Saint - Colombe. Zobaczę, może będę 

mógł założyć panu parę szwów po południu. A tę młodą dziewczynę powinienem właściwie 

umieścić w szpitalu. Co jej dolega?

David opowiadając o chorobie Madeleine z troską patrzył na jej okoloną ciemnymi 

włosami twarz. Z żalem myślał o tym, jak wiele musiała wycierpieć ta drobna i krucha, a 

jednocześnie tak silna dziewczyna. Wiele dałby za to, żeby usłyszeć jej beztroski śmiech.

- A ta druga młoda dama? - zainteresował się doktor Duclair. - Sądzi pani, że mogłaby 

pomóc przy chorych?

- Hm - mruknął David i otrząsnął się z zamyślenia. - Co ty na to, Sissi?

- Phi! - odparła. - Czy słyszałeś o jakiejś rzeczy, której bym nie potrafiła? Zawsze 

background image

marzyłam o tym, żeby pobawić się we Florence Nightingale.

- Teraz ma pani okazję - rzucił szorstko lekarz.

Sissi, nie zrażona tonem głosu doktora, dodała szybko:

- Czy mógłby pan także zbadać Marca?

Marc wyglądał na wściekłego, lecz na prośbę lekarza zdjął niechętnie koszulę.

- Co, do licha, się panu stało? - zdziwił się lekarz. - Przejechała po panu brona? Ale 

tym zajmiemy się później. Teraz opatrzymy tylko tę zaognioną ranę.

Kiedy wyjmował odłamek, Marc nawet się nie skrzywił.

- Chyba pan przywykł do cierpienia - rzekł lekarz.

- Sądzę, że on ma poważne kłopoty z prawą nogą - nie poddawała się Sissi.

Marc, posławszy jej soczyste przekleństwo, uniósł nogawkę spodni. Sissi zakryła ręką 

usta i odwróciła oczy.

- Co się dzieje? - spytał lekarz. - Będzie pani musiała znosić gorsze widoki niż ten, 

jeżeli chce pani iść w ślady Florence Nightingale.

- Ale to dotyczy Marca - odparła Sissi bez zastanowienia.

David i Marc spojrzeli na nią zdumieni.

- Co przez to rozumiesz? - spytał David groźnie.

Sissi się speszyła.

- Nic specjalnego. Pomyślałam tylko o tym, jak biegł przez las z tą okropną raną, jak 

niszczył przęsło mostu i dźwigał ogromne kamienie...

- Tak, tak - przerwał jej David. - Zawsze masz na wszystko odpowiedź.

Lekarz zajął się nogą Marca, oczyścił ranę i zabandażował ją. Potem rozlokował całą 

piątkę w osobnych pokoikach, by mogli odpocząć.

Mimo że wojna krążyła wokół miasta, czuli się tak, jakby trafili do prawdziwej oazy.

Sissi wyprostowała obolałe plecy i odgarnęła włosy z czoła. Wiele godzin spędzili w 

sali chorych, David, Marc, ona i lekarz imieniem Victor. Był to pewny siebie młody człowiek, 

zdolny, lecz zarozumiały i skory do flirtów. Sissi znała przynajmniej tuzin jemu podobnych 

jeszcze z Norwegii. Odpowiadała mu zaczepnie, jak to czyniła w stosunku do mężczyzn tego 

typu, ale teraz ze zdziwieniem stwierdziła, że towarzystwo owego młodzieńca zupełnie jej nie 

bawi.

Przez pierwsze godziny była tak wstrząśnięta tym, co zobaczyła w szpitalu, że musiała 

robić   sobie   długie   przerwy.   Stawała   wówczas   przy   wejściu,   aby   zaczerpnąć   świeżego 

powietrza. Nie chciała, by ktokolwiek zauważył, że robi jej się słabo i jest bliska załamania. 

Do tego nie przyznałaby się nawet sama przed sobą. Nie Sissi!

background image

Na   zewnątrz   o   wiele   wyraźniej   słychać   było   odgłosy   walk,   wydawało   się,   że 

przybierają na sile za każdym razem, gdy wychodziła. Sissi zmuszała się więc, żeby wrócić 

do szpitalnej sali. Ale nigdy, przenigdy nie zostanie Florence Nightingale, wystarczy, że tego 

rodzaju bezinteresowną służbę podejmie David.

Ciągle przybywało rannych, żołnierzy i cywilów. I za każdym razem Sissi musiała 

narzucać sobie żelazną dyscyplinę, aby się nimi zająć. Nie uświadamiała sobie nawet, ile ją to 

wszystko kosztuje. Zwykle człowiek nie przygotowany do pielęgnowania chorych nie jest w 

stanie podołać tego rodzaju obowiązkom. Sissi jednak do perfekcji posiadła sztukę panowania 

nad sobą.

David pracował ze zdwojoną energią, był w swoim żywiole. Sissi podziwiała brata, 

naprawdę jej imponował.

Marc   chodził   milczący   i   ponury.   Powodem   złego   nastroju   nie   była   praca,   którą 

wykonywał niemal mechanicznie. Nie, dręczyło go coś zupełnie innego.

Sissi musiała odpocząć, wyszła więc na korytarz i stanęła przy oknie. Na zewnątrz już 

się ściemniało. Eksplodujące granaty i pociski rozjaśniały horyzont, grzmiało i huczało, ale 

Sissi przyzwyczaiła się do tych dźwięków i już jej nie przerażały.

Jak łatwo człowiek się przystosowuje! pomyślała. Jak łatwo obojętnieje!

Obok niej przechodził Marc z brudną pościelą.

- Hej - zagadnęła go Sissi. - Jak ci idzie?

Zatrzymał się niechętnie.

- Dobrze.

Nagle Sissi poczuła się dziwnie onieśmielona.

- Strasznie mnie bolą plecy - westchnęła.

- Ach, tak - Marc nie okazał szczególnego zainteresowania. - David i pozostali pytali o 

ciebie - rzucił krótko.

- Uff! - powiedziała Sissi, odchodząc od okna. - Nie znoszę Victora, tej nadętej ryby! 

Tego śmiertelnie nudnego idioty!

Marc schylił się, by podnieść prześcieradło, które wypadło mu z rąk. Choć głowę miał 

opuszczoną, Sissi spostrzegła, że się uśmiecha.

Stanęła jak wryta. Mógł to być jego zwykły pogardliwy grymas. Lecz równie dobrze 

mógł to być uśmiech, który próbował ukryć. Uśmiech na ustach Marca? Niemożliwe!

Miasto   zostało   już   zdobyte   przez   Niemców,   ale   Francuzi   nie   chcieli   się   z   tym 

pogodzić. Przez cały następny dzień na ulicach toczyły się krwawe walki. Sissi zastanawiała 

się, czy oddanie miasta nie byłoby rozsądniejszym rozwiązaniem. Rannych i umierających 

background image

wnoszono nieprzerwanym strumieniem. Wszystkie łóżka były zajęte, podłogi w salach i na 

korytarzach również.

Kiedy   Sissi   po   raz   pierwszy   zobaczyła   konającego,   poczuła,   że   musi   się   kogoś 

przytrzymać, by nie upaść. Najbliżej stał akurat Marc. Ze złością odsunęła się od niego. Za 

nic nie chciała, by odkrył jej słabość. Zacisnęła zęby i znowu starała się zachowywać tak, 

jakby nic na świecie nie było w stanie jej poruszyć.

Po południu następnego dnia, kiedy Sissi odpoczywała w swoim pokoju na górze, do 

szpitala przyszli Niemcy.

Było ich trzech. Wtargnęli do sali chorych i od razu przystąpili do rzeczy:

- Otrzymaliśmy wiadomość, że wczoraj  rano przybył tu mały chłopiec z czwórką 

dorosłych.   Dwoje   z   nich   to   kobieta   i   mężczyzna   o   jasnych   włosach   Wszyscy   oni   są 

poszukiwani.

Doktor Duclair spojrzał na intruzów z udanym zdziwieniem. David i Marc wymienili 

spojrzenia, ale nie przerywali swoich zajęć. Czapka lekarska przysłaniała jasne włosy Davida 

i, na ile to możliwe, próbował kryć się za innymi.

- Mamy tu tak wielu pacjentów - odparł lekarz. - Ale małego chłopca nie mogę sobie 

przypomnieć. W każdym razie nie w ostatnim czasie.

- Przeszukamy szpital!

- Bardzo proszę.

Niemcy   sprawdzili   wszystkie   sale   i   w   końcu   dotarli   na   poddasze.   Otworzyli   z 

rozmachem drzwi do pokoju Sissi.

Przestraszyła się, ale nie dała tego po sobie poznać. Głośno, tak by mogli ją usłyszeć 

przebywający w sąsiednim pokoju Madeleine i Michel, zawołała oburzona:

- Niemieccy oficerowie? Czego tu szukacie? Precz stąd!

- Aha! - odezwał się jeden z Niemców. - Blondyna, w dodatku taka harda! Czy pani 

przypadkiem nie jest właścicielką wspaniałego bugatti?

Czas. Michel potrzebował czasu! Mimo ogromnego napięcia Sissi zachowała spokój. 

Powaga sytuacji dodawała jej siły.

- Bugatti? - spytała głosem słodkim jak miód. - A co to takiego?

- Nie udawaj głupiej, maleńka - odparł porucznik, widać najważniejszy z całej trójki. 

Podszedł do łóżka i uniósł jej brodę.

- Moi panowie, jestem norweską pielęgniarką, a was nie powinni obchodzić obywatele 

Norwegii!

Mówiąc to rozminęła się z prawdą, była obywatelką francuską, tak jak David, ale 

background image

uważała, że w tej sytuacji kłamstwo jest usprawiedliwione.

Porucznik   usiadł   na   brzegu   łóżka.   Próbował   powiedzieć   po   norwesku   coś,   co   w 

rzeczywistości okazało się szwedzkim „na zdrowie”:

- Skål, mina vänner!

- ...Starej krowie, ty ohydna klucho! - odparła Sissi po norwesku, bo domyśliła się, że 

Niemiec nie rozumie tego języka.

Niemcy popatrzyli pożądliwie na dziewczynę. Podeszli bliżej łóżka...

Tymczasem Madeleine przebywająca z Michelem w sąsiednim pokoju pozwoliła sobie 

na chwilę marzeń.

David, powtarzała w myślach, och, David! Pamiętała jeszcze wciąż przestrogi matki: 

„Nie  słuchaj   eleganckich   panów  z   miasta,   używają   niezwykle   pięknych   słów,  ale  one  są 

fałszywe! Dla nich służąca ze wsi nic nie znaczy. Bawią się nią, uwodzą, kuszą do występku, 

a potem, kiedy osiągną swój cel, udają, że w ogóle nie znali tej dziewczyny!”

Ale monsieur David nie jest taki, Madeleine wiedziała o tym. Jest delikatny, miły, to 

prawdziwy dżentelmen.

Nagle znieruchomiała. Głosy z pokoju Sissi... Co powiedziała panienka?

- Michel - szepnęła Madeleine. - Szybko na górę!

Chłopiec błyskawicznie wydostał się na dach. Ukryty za kominem, siedział słuchając 

odgłosów   strzałów   dochodzących   z   miasta.   Serce   biło   mu   mocno   ze   strachu,   nie   był 

stworzony do szalonych przygód.

Madeleine nastawiła uszu.

Z pokoju obok dobiegł ją krzyk.

Zbiegła na dół, narzuciwszy na ramiona szpitalny szlafrok.

- David! Och, David! W pokoju Sissi są Niemcy i myślę, że... O mój Boże!

Marc   upuścił   naczynie,   które   trzymał   właśnie   w   rękach,   i   wypadł   z   sali,   zanim 

ktokolwiek zdążył zareagować.

Kiedy David i doktor Duclair dotarli do pokoju Sissi, dziewczyna siedziała skulona w 

samym   końcu   łóżka,   przy   poduszce,   blada   jak   kreda.   Drżącymi   rękami   desperacko 

przytrzymywała przykrywające ją prześcieradło. Jeden z Niemców był już unieszkodliwiony, 

drugi został właśnie „powalony przez Marca, a trzeciego rozbrojono w chwili, kiedy kierował 

pistolet w stronę obrońcy Sissi.

David podbiegł do siostry.

- Jak to się stało? - zawołał.

Skierowała wzrok w stronę Marca, to on rzucił jej prześcieradło.

background image

- Przyszliście w samą porę. Dzięki Bogu!

David zobaczył ślady paznokci na twarzy jednego z Niemców.

- Widzę, że dzielnie się broniłaś?

- Kobieta ma swoją broń - odparła, próbując się uśmiechnąć.

- Czy teraz, wreszcie zrozumiesz, że nie można przez całe życie się bawić? - krzyczał 

rozgniewany David. - Myślisz, że poradzisz sobie w każdej sytuacji za pomocą kobiecego 

wdzięku i urody? Czy mogłaś spodziewać się czegoś innego?

Nerwowy uśmiech Sissi stał się jeszcze bardziej nienaturalny.

- Co teraz z nimi zrobimy? - spytał Marc.

- Przekażemy dowództwu francuskiemu - odpowiedział doktor Duclair. - Niech tam 

zdecydują. Gwałt jest poważnym przestępstwem.

Sissi szybko się opanowała. Nie chciała, by ktokolwiek się nad nią litował.

- Nic mi się nie stało - oświadczyła z dawną pewnością w głosie. - David, wracaj do 

swej pracy, ja też zaraz schodzę.

Spojrzał na nią ponuro.

-   Twoja   samodyscyplina   jest   przerażająca!   Zachowujesz   się   tak,   jakby   nic   tu   nie 

zaszło. Jesteś jedną wielką zagadką, Sissi.

Madeleine odezwała się cicho:

- Mylisz się, Davidzie! Bardzo się mylisz!

- Sissi, naprawdę niczego ci nie potrzeba? - upewniał się David.

- Nie! Chociaż... tak! Chciałabym porozmawiać z Markiem w cztery oczy.

- Ze mną? - zdziwił się Marc.

David i Madeleine opuścili pokój. Zrobiło się cicho. Sissi siedziała nie ruchomo.

- Podejdź tu, Marc!

Stanął przed nią.

- Usiądź - poprosiła.

- Nie.

Westchnęła, ale nie nalegała.

- David ma z pewnością rację, mówiąc, że jestem lekkomyślna, ale on nic nie rozumie. 

Marc... ty rozumiesz, prawda?

Nie odpowiedział.

- Muszę z tobą porozmawiać. Ponieważ jesteś jedynym, który wie, jak ja się teraz 

czuję. Poniżenie... upokorzenie. Znasz to, prawda?

- Tak.

background image

Zapadła cisza. Sissi z wahaniem wyciągnęła rękę w stronę Marca, on jednak się nie 

poruszył.

- Ty drżysz? - spytał tylko.

- Tak,  drżę.  Oni...  oni  tak  na  mnie  patrzyli,  Marc.  Dotykali  mnie.  Czuję  się  taka 

brudna, taka zbrukana!

- Powinnaś płakać, Sissi.

- Tak, ale nie umiem! Ty także powinieneś był płakać wiele, wiele lat temu.

- Nie potrafiłem. Ale ty możesz. Teraz!

Wreszcie nawiązali jakiś kontakt! W każdym razie tak się wydawało Sissi.

- Nie, w moim przypadku też jest za późno. To dlatego prosiłam cię o pomoc, ale ty 

nie chcesz mi jej dać.

- Nie mogę.

Potrząsnęła głową, nieobecna myślami.

- David tak niewiele rozumie - wyznała szeptem. - Chociaż jest mądry. Ty i ja, Marc... 

Jesteśmy do siebie tak podobni.

- My?

Podszedł do okna i oparł się o szeroką framugę.

- Dziecko bardzo łatwo jest zranić - powiedziała w zadumie. - Ale ono broni się przed 

tym. Wznosi wokół siebie mur, żeby uniknąć cierpienia. To tchórzostwo, oczywiście, ale... Ty 

zbudowałeś   sobie   mur   nienawiści   i   goryczy.   Ja   schowałam   się   za   maską   dumy   i 

lekkomyślności. W ten sposób nic już nie boli.

Marc stał w milczeniu.

- Tak   cię   potrzebowałam  -   mówiła   dalej   z   gorzkim  uśmiechem.   -  Potrzebowałam 

twojego wsparcia. Chciałam poczuć, że mnie rozumiesz, i wierzyłam, że uda ci się stopić we 

mnie cały chłód, teraz, w chwili słabości. Ale się pomyliłam.

- Czy mogę już odejść? - spytał obojętnie.

- Tak, możesz iść. Audiencja skończona.

Marc wyszedł bez słowa. Sissi siedziała długo na brzegu łóżka. Tym razem trudno jej 

było   odzyskać   równowagę.   Upokorzenie,   którego   teraz   doznała,   było   trudniejsze   do 

zniesienia niż wszystko, co ją dotychczas spotkało.

Ktoś zapukał ostrożnie do drzwi.

- Proszę wejść!

Do pokoju wśliznął się Michel.

- Co się stało Marcowi? - spytał. - Był taki dziwny.

background image

- To znaczy?

- Stał tu za drzwiami i zakrywał rękami twarz, jakby płakał. Ale nie płakał.

Sissi się ożywiła.

- Czy coś mówił?

-   Bardzo   wiele.  Więcej   niż   kiedykolwiek.   Kucnął   przede   mną   i   uścisnął   mnie   na 

pożegnanie.

background image

ROZDZIAŁ X

- Pożegnał się?

- Tak, tak sądzę. Mówił, że ma nadzieję, iż wszystko mi się uda, bo nie chciałby, aby 

dzieci   cierpiały,   choć   nie   wiem,   co   miał   na   myśli.   Wtedy   spytałem,   kto   wyrządził   mu 

krzywdę, ale wtedy odpowiedział, że to on wyrządził komuś krzywdę, i dodał: „Nie chciałem 

tego, Michel, chciałem jej pomóc, ale nie potrafiłem. Nie mogłem się do niej zbliżyć, bo nie 

jestem ani trochę lepszy od Niemców. Jestem od nich gorszy!” Co przez to rozumiał?

Sissi zrobiło się gorąco.

-   Och,   biedny   Marc!   -   szepnęła.   -   Zapomniałam,   kim   jest!   Czternaście   lat   w 

więzieniu... - Odwróciła twarz. - Czy powiedział coś jeszcze?

-   Tak,   coś,   co   zabrzmiało   okrutnie.   Nie   pamiętam   dokładnie,   co,   ale   spytałem 

przerażony: „Czy chcesz sobie odebrać życie, Marc?”

- Ach, Michel!

- Wyglądał tak dziwnie. A potem dodał, że najpierw musi coś załatwić.

- Najpierw? Pewnie zamierzał... Muszę natychmiast porozmawiać z Davidem. Gdzie 

jest   moja   suknia?   Nie   ma   chwili   do   stracenia!   Czy   widziałeś   Marca?   -   zawołała,   kiedy 

znalazła się już na dole i zobaczyła brata. Właśnie mył ręce.

- Nie, myślałem, że jest na górze u ciebie.

- On odszedł, Davidzie! Zniknął. Chyba zamierza odebrać sobie życie!

- Co ty opowiadasz! Ale to chyba mimo wszystko byłoby najlepsze rozwiązanie.

- Och, Davidzie, jesteś bez serca! Zasłużył przecież na to, żeby dać mu szansę! Idę za 

nim, muszę go odnaleźć.

Chwycił ją za ręce.

- Zostaw go w spokoju! - rzekł z naciskiem. - Wydaje ci się, że się w nim zakochałaś, 

ponieważ jest jedynym, który Ci nie uległ. Zapomnij choć na chwilę o swej próżności, Sissi.

- W cale się nie...

Przerwał jej z goryczą w głosie.

-   Czy   nie   potrafisz   spojrzeć   prawdzie   prosto   w   oczy?   Ten   prymitywny   samiec 

odwołuje się do twoich najniższych instynktów! Hrabianka i skazaniec. Czy może być coś 

bardziej banalnego?

- Nic nie rozumiesz! Nie wierzę, aby był psychopatą czy mordercą!

- Mówisz tak, bo chcesz, żeby tak było!

- Może częściowo masz rację, Davidzie. Jest niebezpieczny, ale sam o tym wie i nic na 

background image

to nie może poradzić! Jest głęboko nieszczęśliwy i mnie potrzebuje.

- W ręcz przeciwnie, ty tylko wszystko pogarszasz. Pozwól mu odejść!

- Nie! Idę go szukać!

David przytrzymał ją mocniej.

- Nie zrobisz tego!

- Posłuchaj, Davidzie  - rzekła  Sissi  z  wyrzutem w  głosie.  - Sam  także  nie  jesteś 

całkiem w porządku wobec Madeleine! Czy nie widzisz, że jest w tobie zakochana?

- Jeśli tak, to z wzajemnością - odparł krótko.

- I co zamierzasz? Przeżyć krótką przygodę?

- Zabiorę ją ze sobą do Norwegii.

- Jesteś okrutny. Gotowa uwierzyć, że chcesz się z nią ożenić.

- A jeśli tak? - spytał David zaczepnie.

- Zmarnujesz jej życie. Sądzisz, że będzie się dobrze czuła wśród naszych przyjaciół? 

Czy potrafi zachowywać się jak hrabina? Albo żona lekarza? Nie, Davidzie, Madeleine jest 

zbyt szlachetna, by ją w ten sposób upokorzyć. Postara się zrobić wszystko, żebyś nie musiał 

się jej wstydzić. Ale jej się nie uda! Nie ma warunków, aby zostać kimś innym, niż tylko 

prostą...

David przerwał jej blady z wściekłości:

- Tak? Być może lepiej pasowałaby do kogoś takiego jak Marc? To miałaś na myśli?

Sissi znieruchomiała.

- Puść mnie - syknęła.

Wiedziała, że David bardzo ją kocha. Pewnie dlatego zawsze na nią krzyczał. Chyba 

na to zasługiwała.

Kiedy tylko brat ją puścił, Sissi wybiegła z budynku. Była zrozpaczona. A jeśli Marc 

odszedł już daleko?

Zajęta pracą w szpitalu, zupełnie zapomniała o wojnie. Była zdumiona, jak może się 

zmienić miasto w ciągu zaledwie dwóch dni. Otwory okienne ze sterczącymi resztkami szkła 

zionęły pustką, ulice zawalał gruz.

Sissi zapytała jakiegoś mężczyznę o drogę na południe, sądziła, że Marc poszedł w 

tym kierunku. Słyszała odgłosy walki dochodzące z niedaleka, ale nie zwracała na to uwagi. 

Pospiesznie szła naprzód.

Po głowie krążyła jej tylko jedna myśl: znaleźć Marca. Nad tym, co mogło się zdarzyć 

później, wolała się nie zastanawiać. Wiedziała, że ona i Marc potrzebowali siebie nawzajem.

Wreszcie dostrzegła jego wysoką postać rysującą się na tle nieba. Kierował się wzdłuż 

background image

plaży prosto na południe. Krzyknęła jego imię, ale głosowi zabrakło siły, była zbyt zmęczona 

długim biegiem.

- Marc! Marc!

Zatrzymał się, może pięćdziesiąt metrów przed nią.

Zobaczyła, że był zły. Dał jej znak, żeby wracała, i zaczął iść szybciej. Lecz Sissi nie 

chciała zrezygnować.

- Marc, proszę cię, wróć! Potrzebujemy ciebie!

Udał, że nie słyszy, i przyspieszył kroku.

Sissi zrozumiała, że nigdy go nie dogoni. Ukryła twarz w dłoniach.

W   tej   samej   sekundzie   rozległa   się   w   pobliżu   seria   strzałów.   Marc   przystanął 

gwałtownie, odwrócił się i pobiegł w stronę dziewczyny. Popchnął ją z całej siły, upadli na 

trawę i stoczyli się razem w dół plaży, cudem unikając kul, świszczących nad ich głowami.

Zatrzymali się między kamieniami. Sissi spojrzała na wykrzywioną gniewem twarz 

Marca.

- Ty nieznośna dziewczyno! - syknął. - Czy nie możesz zostawić mnie w spokoju?

Sissi czuła dławienie w gardle.

- Obiecuję, że będę się trzymała z dala. Jeżeli ty obiecasz, że nie zrobisz sobie nic 

złego. Nie chcę, żebyś umarł, Marc - zakończyła nieszczęśliwa.

Zamknął oczy, jakby nie mogąc na nią patrzeć. Jego 

twarz była zmęczona, pełna 

bólu.

- Nie chcę ci zrobić krzywdy, Sissi.

- Nie zrobisz - powiedziała z przekonaniem. - Wiem, że nie jesteś złym człowiekiem.

- Ale ty jesteś taka piękna. Pragnę cię - szepnął, a jego ręka objęła jej szyję, wśliznęła 

się pod sukienkę, dotknęła ramion. Sissi czuła, jak jego palce drżą, i próbowała opanować 

strach.

- Czy to wszystko, co dla ciebie znaczę? Piękne ciało, pierwsza lepsza kobieta po 

latach więzienia?

- Nie - odparł, z trudem łapiąc oddech, i spojrzał na nią znowu. - Obrałem własną 

drogę. Byłem silny, twardy i zimny, nic nie mogło mnie złamać. Lecz nikt mi nie powiedział, 

że istnieje na świecie coś takiego, jak ty... tak czystego, tak delikatnego... i tak dumnego...

- Madeleine również nie jest z tych złych kobiet, o których tyle słyszałeś.

- Wiem, ale do niej nic nie czuję. Sissi, tak bardzo chciałem cię przytulić tam na górze 

w twoim pokoju, pocieszyć cię i bronić, i dać ci się wypłakać, tak jak tego chciałaś. Ale nie 

miałem odwagi, chyba to rozumiesz, prawda?

background image

- Tak, zrozumiałam to dopiero później. To miło z twojej strony, Marc.

Jego twarz znalazła się bardzo blisko jej twarzy, a jego oczy, które teraz patrzyły tylko 

na nią, były oszałamiająco piękne.

- Czego ty właściwie ode mnie chcesz, Sissi? Nikt nigdy niczego ode mnie nie chciał.

- Czy muszę o tym mówić? Dla kobiety nie jest to łatwe.

- Tak, powiedz!

- Jeżeli obiecasz, że zaraz mnie puścisz.

Jego ręce zacisnęły się mocno na jej ramionach. Upłynęła dłuższa chwila, nim rzucił:

- Obiecuję.

- Nigdy tego jeszcze nie robiłam, Marc, musisz to zrozumieć!

Ostrożnie przyciągnęła go do siebie i delikatnie dotknęła jego ust swymi wargami. 

Marc drgnął i pocałował ją tak mocno, że zabrakło jej tchu.

Przeraziła się, gdy zrozumiała, jakie w nim wyzwoliła siły. Zaczęła płakać. Marc z 

głębokim  westchnieniem  wypuścił   ją  ze   swych   ramion   i  usiadł.  Trwał   tak   przez   dłuższą 

chwilę z pochyloną głową, obejmując kolana rękami i drżąc jak liść osiki. Sissi położyła się 

na brzuchu i pozwoliła płynąć łzom.

Wtedy poczuła, jak Marc delikatnie ją podnosi i przytula do swej piersi.

Poczuła się bezpieczna.

-   Ach,   Marc,   widziałam   tyle   zła,   tyle   bólu   i,   krzywdy   wśród   tych   wszystkich 

nieszczęsnych rannych. Dlaczego ludzie muszą tak cierpieć?

- Tak już jest, moja przyjaciółko - szepnął. - Ale, Sissi, udało nam się! Obojgu nam się 

udało. Ty płakałaś, a ja... ja okazałem się silniejszy, niż myślałem.

Po czym dodał z nikłym uśmiechem:

- Ale to było bardzo trudne!

Kiedy   dotarli   do   szpitala,   zapadł   już   zmrok   i   wszyscy   czekali   gotowi   do   drogi. 

Obsługa i ranni, których należało przewieźć do lepiej wyposażonych szpitali w Paryżu, a z 

nimi   wielu   innych,   którym   nic   nie   dolegało,   ale   którym   na   wszelki   wypadek   nałożono 

opatrunki. Były to osoby poszukiwane przez Niemców, zmuszone ukrywać się i uciekać.

David szalał z niepokoju o Sissi. Ale kiedy ją ujrzał, jak idzie korytarzem spokojna i 

opanowana razem z Markiem, stłumił złość i powiedział tylko:

- No, nareszcie jesteście! Szybko na statek, odpływamy za pół godziny.

Poczuł ogromną ulgę. Gdyby tych dwoje nie wróciło na czas, musieliby zostać i ich 

szukać. Od razu też zauważył dziwną przemianę, jaka dokonała się w nich obojgu. Spostrzegł, 

że z twarzy Marca zniknęła hardość i pogarda, Sissi zaś... płakała...? Czegoś podobnego nigdy 

background image

jeszcze nie widział! Zacisnął powieki. Co się właściwie stało?

Sissi jednak szybko go uspokoiła:

- Wiem, o czym myślisz, kochany bracie. Ale hrabianka wróciła do domu, zachowując 

swą cnotę i godność.

Powoli odbijali od brzegu. Patrząc z pokładu statku na szeroką rzekę, Sissi pomyślała 

o czekającej ją podróży. Z napięciem obserwowała toczące się wokół walki.

Płynęli w dół rzeki Oise. Stateczek sunął cicho z prądem pogrążony w ciemności, 

wszystkie   światła   były  zgaszone.  Towarzyszył   im   nieprzerwany  huk   dział.   Niekiedy  tu   i 

ówdzie ukazywał się czysty kawałek nieba i wtedy widzieli gwiazdy. Prawie zapomnieli, że te 

małe jasne punkciki nadziei w ogóle istnieją.

Siedzieli   na   stopniach   prowadzących   na   pokład.   Pacjenci   nie   potrzebowali   teraz 

szczególnej   opieki,   można   więc   było   odpocząć.   Michel   przysunął   się   do   Madeleine. 

Dziewczyna przyniosła koc z sali na dole i otuliła nim chłopca, który szybko zasnął.

Madeleine jest taka ciepła, pomyślała Sissi. Mogłaby z niej być świetna pani domu i 

matka. Ale David de Saint - Colombe potrzebuje czegoś więcej niż gospodyni domowej, 

potrzebuje kogoś bardziej reprezentacyjnego. Madeleine tego właśnie brakuje.

Sissi spojrzała na Marca, który siedział tuż za nią. Jego twarz pozostawała w cieniu. 

Wiedziała,   czego   chciała;   gotowa   była   pójść   za   nim,   dokądkolwiek   by   ją   zaprowadził. 

Powiedziała   mu   o   tym.   Marc   odwrócił   się,   w   jego   oczach   dojrzała   smutek.   David 

przypadkiem usłyszał jej słowa, zrezygnowany westchnął tylko ciężko. Obaj myśleli chyba, 

że to jej kolejny kaprys. Ale Sissi nigdy w życiu nie była niczego bardziej pewna. Z całego 

serca pragnęła pomóc Marcowi przebyć trudną drogę powrotu do normalnego życia i odkryć 

nowe wartości. Mógłby pojechać do Norwegii i... O, nie, złapała się na tym, że teraz myśli 

dokładnie jak David.

- No, Marc - odezwał się jej brat tak niespodziewanie, że zadrżała. - Winien nam jesteś 

jakieś wyjaśnienia, prawda?

- Chyba tak - odparł Marc po krótkiej chwili. - Tak, myślę, że teraz mogę już mówić. 

Ale proszę, pamiętajcie o jednym: dopiero się uczę „ludzkiego” języka.

- Wiemy - uspokoiła go Sissi. - No, zaczynaj.

Marc westchnął.

- Chyba jednak nie potrafię.

- Może moglibyśmy ci jakoś pomóc - zaproponował David. - Myślę, że to nie był 

przypadek, że uratowałeś mi życie. Podejrzewam, że cały czas podążałeś za nami świadomie, 

od kiedy Jean - Pierre po raz pierwszy opowiedział o swoim spotkaniu z Madeleine. W 

background image

naszym obozie, zanim jeszcze wybuchła wojna. To nazwisko Lasalle zwróciło twoją uwagę, 

prawda?

- Tak, to Lasalle - potwierdził Marc ochrypłym głosem.

Sissi musiała się odwrócić i spojrzeć na niego. W mroku dostrzegła tę samą straszną 

twarz,   której   tak   się   przeraziła   przy   pierwszym   spotkaniu.   Zadrżała.   Czy   rzeczywiście 

odważyła się pocałować tego demona, który tam siedział? I czy to jego dłonie głaskały ją po 

włosach czule i delikatnie?

Trudno w to uwierzyć!

-   Powiedz   mi   -   poprosiła   -   czy  kogoś   zamordowałeś?   Nie,   to   nie   było   właściwe 

pytanie. Czy kogoś zabiłeś?

- Tak - szepnął Marc.

- Kogo?

- Mojego brata.

- Ojej! - jęknęła Madeleine.

- Zacznij od początku, Marc - zaproponował David.

- Stało się to bardzo dawno temu - powiedział Marc cicho. - Było nas dwóch braci, on 

o rok starszy ode mnie.

- A więc miał trzynaście lat, kiedy to się zdarzyło? - upewniła się Sissi.

-   Tak.   Nie   pamiętam   mojej   matki.   Ojciec   wcześnie   ożenił   się   po   raz   drugi.   Nie 

lubiliśmy  naszej   macochy.   Była   piękna,   o,   tak,   bardzo   piękna   i   bardzo   chłodna.   Szybko 

zrozumieliśmy, że miała innego. On nazywał się Lasalle...

- To niesłychane - zdumiał się David.

- Wkrótce nasz ojciec zmarł i zostaliśmy sami z macochą i z tym Lasallem, który 

coraz częściej do nas przychodził.

- W jaki sposób umarł twój ojciec? - spytała szybko Sissi.

- Nie wiem, byliśmy jeszcze dziećmi. Pewnie na serce.

- Mów dalej!

Marcowi trudno było teraz znaleźć właściwe słowa.

- I pewnego dnia... bawiliśmy się bronią, mój brat i ja... Broń wystrzeliła i zabiłem 

brata.

Zapadła ciężka cisza. Słychać było tylko szmer wody.

- Byłem załamany - podjął po chwili Marc - leżałem całymi dniami w łóżku, nie 

mogłem   wstać,   niczego   już   nie   chciałem.  Ale   przyszła   policja   i   zabrała   mnie.   Nic   nie 

rozumiałem. Usłyszałem jednak... O Boże, usłyszałem to! Moja macocha powiedziała, że 

background image

zabiłem swego brata, żeby otrzymać jego część spadku! Utrzymywała, że od urodzenia byłem 

psychicznie chory, ale zachowywała to w tajemnicy, aby nie szkodzić dobremu imieniu mego 

ojca. O, jakże ona kłamała! Że byłem sadystą, dręczyłem mniejsze dzieci i zwierzęta, ja, który 

tak kochałem wszystkie stworzenia...

- Zawsze byłeś dobry dla Michela - powiedziała ciepłym głosem Madeleine.

Sissi nie miała odwagi na niego spojrzeć.

- Czy nie było nikogo, kto mógłby wystąpić w twojej obronie? - zdziwił się David.

- Odprawiła wszystkich starych służących i zatrudniła nowych. A Lasalle zaświadczył, 

że moja macocha mówi prawdę. Potwierdził, że byłem bardzo zazdrosny o mego starszego 

brata  -  ciągnął   Marc   -  i  że   słyszał,  jakobym   zawsze  marzył  o  tym,  by być  jedynakiem. 

Macocha się mnie bała, zeznał Lasalle, gdyż ponoć groziłem, że i ją kiedyś zabiję. No i mnie 

zamknęli.

- Ale nie mogli chyba zamknąć dwunastoletniego dziecka do więzienia?

- Prawo karne na przełomie wieków nie było doskonałe - odparł Marc. - Poza tym 

uznano mnie za psychopatę i sadystę niespełna rozumu.

-   Zaczekaj   chwilę   -   rzekł   David   -   Z   tego   wszystkiego   wynika,   że   byli   jacyś 

świadkowie, prawda? Mówiłeś o służących...

- O! - zawołała Madeleine. - Teraz sobie przypomniałam!

- Co takiego?

-   Gdzie   widziałam   nazwisko   le   Fey.   Pamiętacie,   jak   mówiłam,   że   porywacze 

zaprowadzili mnie najpierw do dużego zamku? Wtedy to Lasalle wyszedł na schody ze swą 

piękną żoną... czy to właśnie twoja macocha, Marc?

- Na pewno!

Tak mocno ścisnął palcami ramię Sissi, że aż ją zabolało. Nie był w stanie zapanować 

nad sobą.

Madeleine mówiła dalej:

- No i ten Lasalle był bardzo wściekły, że jego ludzie zabrali mnie tam z sobą. Teraz 

pamiętam! Nad portalem widniał  herb rodowy,  chyba ze  smokiem w środku. I tam,  pod 

herbem, widniało wyryte w kamieniu nazwisko le Fey.

Marc skinął głową.

- Ależ to... - wybuchnął David. - Więc właściwie to ty jesteś właścicielem zamku? A 

co z majątkiem Lasalle'a? Jest przecież potwornie bogaty.

-  Dobrze   wybrał   -  odparł   sucho   Marc.  -   Moja   macocha   odziedziczyła   oczywiście 

wszystko, kiedy uznano mnie za psychicznie chorego i skazano na dożywotnie roboty.

background image

Milczeli. Sissi i David wymienili ukradkiem spojrzenia.

-   Cieszę   się,   że   powiedziałam,   iż   poszłabym   za   tobą   wszędzie,   zanim   o   tym 

usłyszałam - odezwała się Sissi.

- Mnie także to cieszy - szepnął Marc.

- Opowiadaj, co się działo dalej - poprosił David.

- Co tu jest jeszcze do opowiadania? Czy mogę nie mówić o następnych latach?

- Oczywiście.

-   To   niewiarygodne,   jak   szybko   człowiek   może   stać   się   nieczuły   na   wszystko   - 

mruknął.   -   Na   początku   starałem   się   trzymać   z   daleka   od   pozostałych   więźniów...   lecz 

wkrótce stałem się niemal jednym z nich... No i w tym roku nastał nowy dyrektor. Zauważył 

widocznie,   że   jednak   różnię   się   od   reszty.   Zwrócił   na   mnie   uwagę,   kiedy   polecono   mu 

przesłać do wojska niektórych dobrze sprawujących się więźniów.

- A ty do nich należałeś?

- Widocznie tak. Wszystko, co pamiętam z tamtego okresu, to bardzo ciężka praca, 

znęcający   się   nad   nami   strażnicy   i   twardy   pancerz   obojętności,   jaki   wokół   siebie 

zbudowałem.

Słuchali go w milczeniu. Rozumieli.

-   Kiedy   przybyłem   do   obozu   wojskowego,   byłem   w   pewnym   sensie   pozbawiony 

własnej   świadomości.   Pamiętam,   że   trwałem   w   ciągłej   gotowości   do   ataku   przeciwko 

wszystkim i wszystkiemu. Agresywny, pełen nienawiści.

- Tak, rzeczywiście - przyznał David.

- I tak trafiłem pod dowództwo Davida, o ile w tym przypadku można mówić o jakimś 

dowództwie. Ledwie odważył się poprosić: „Czy mógłbyś być tak miły i zrobić to, Marc...?” 

Takiego tonu nie znałem. Z początku nim pogardzałem, choć jednocześnie zdumiewała mnie 

jego łagodność i... tak, życzliwość. Wietrzyłem w tym podstęp.

- Och, Marc!

- Potem usłyszałem rozmowę Davida z Jean - Pierrem. O Lasalle'u i Croix - sur - les - 

Collines.  Rozpoznałem to nazwisko. I los chciał, że kiedy wybuchła wojna przybyliśmy z 

naszym   oddziałem   właśnie   w   to   miejsce.   Śledziłem   Jean   -   Pierre’a   i   ciebie,   Davidzie; 

chciałem iść z wami, gdybyście udali się na poszukiwanie Madeleine. Wiedziałem, że to musi 

być ten sam Lasalle. Między innymi dlatego, że taki drań jak on zdolny był porwać dziecko. 

Wtedy Jean - Pierre został ciężko ranny. Wiedziałem, że jest w beznadziejnym stanie, ale 

zabrałem go do szpitala. Nie widziałeś mnie wtedy, Davidzie, ale stałem całkiem blisko w 

czasie waszej ostatniej rozmowy, kiedy obiecałeś odnaleźć nie znaną ci Madeleine. Ona nie 

background image

była dla mnie ważna, to Lasalle mnie interesował. Potem widziałem, jak Jean - Pierre umarł. 

Sam też byłem ranny, ale udało mi się odnaleźć ciebie i doprowadzić do miejsca, w którym 

Jean   -   Pierre   widział   Madeleine.  Ale   powinieneś   też   wiedzieć,   Davidzie,   że   trochę   cię 

poznałem i pomogłem ci nie tylko dlatego, że pragnąłem zemsty na Lasalle'u. Chciałem, 

żebyś przeżył, bo byłeś pierwszym człowiekiem, do którego się przywiązałem od śmierci 

mego brata. Może nie umiałem okazać ci przyjaźni. Nigdy nie miałem powodów, by uwierzyć 

w dobroć człowieka.

- Dziękuję, Marc - szepnął David. - Teraz rozumiem motywy twego postępowania.

- Jak wiecie, nie zdołałem ujść daleko. Ocknąłem się w stodole Bernarda...

- Tak - odezwała się Madeleine. - Ale tych oboje staruszków chyba też okazywało ci 

życzliwość?

Marc prychnął.

- Rzucali mi kawałki starego chleba i obgryzione kości! A na mój widok czynili znak 

krzyża. Uważali, że jestem samym szatanem.

- Nie wyglądałeś wcale lepiej - zauważyła Sissi. - Potrafię ich zrozumieć.

Marc pociągnął ją lekko za włosy.

-   I   wtedy   zjawiła   się   Sissi.  To   był   dla   mnie   największy  wstrząs.   Mogłem   znosić 

szturchańce i razy, mogłem ścierpieć wszystko. Ale oto przyszła do mnie kobieta. I to nie byle 

jaka! Byłem bardzo nieufny. Wiecie, znałem tylko jedną piękną kobietę, moją macochę. I 

nagle zjawia się taka dumna piękność i wykrzykuje: „Umyj się, nie mogę się pokazać z takim 

smoluchem!” - Marc roześmiał się i mówił dalej: - Ktoś tak nie znośnie pewny siebie aż się 

prosił, by go poskromić.

Sissi westchnęła ciężko.

- Ale strasznie mnie onieśmielała, nie wiedziałem, jakie ma słabe punkty. Wydawało 

się, że w ogóle ich nie posiada. No i była siostrą Davida, więc postanowiłem jej pomóc. 

Pojechałem z nią, by szukać ciebie, Davidzie.

-   Aha   -   przytaknęła   Sissi.   -   Następnie   dotarliśmy   do   spalonej   posiadłości   i 

powiedziałeś, że już tam byłeś. Sądziłam, że miało to miejsce parę dni wcześniej. Ale tobie 

chodziło o to, że byłeś tam wiele lat temu, prawda?

-  Tak,   w   dzieciństwie   spędzałem   tam   letnie   wakacje.  Ta   ziemia,   na   której   wtedy 

stanęliśmy, jest właściwie moja, Sissi. No a resztę już znacie. O tym, że Sissi podobała mi się 

coraz bardziej, nie muszę mówić, ona i tak jest zbyt zarozumiała. Aj! Uważaj na moje rany, to 

boli.

Sissi odpowiedziała uśmiechem.

background image

- Co zamierzasz teraz zrobić, Marc? - spytał David.

- Miałem tylko jeden cel, zemścić się. Kiedy uświadomiłem sobie, co łączy Sissi i 

mnie, kiedy zrozumiałem, że mogę ją unieszczęśliwić, postanowiłem odnaleźć Lasalle'a i jego 

żonę i najpierw zabić ich oboje, a potem samemu popełnić samobójstwo. Później nadbiegła ta 

szalona dziewczyna i dzięki niej zrozumiałem, że są rzeczy więcej warte niż zemsta i śmierć. 

A teraz już sam nie wiem, czego chcę...

background image

ROZDZIAŁ XI

- Naturalnie pomożemy ci odzyskać twoją własność - zapewnił David. - Nam również 

zależy na tym, by Lasalle'a spotkała zasłużona kara. Ale czy nie uważacie, że powinniśmy to 

zostawić wymiarowi sprawiedliwości?

Marc zgodził się po chwili wahania.

- Tak byłoby najlepiej. Przynajmniej z jej powodu.

Spojrzał na Sissi.

- Patrzcie! - szepnął.

Sissi zasnęła z głową opartą na kolanie Marca.

- Tak ciężko dziś pracowała - rzekł z czułością. - Biedna mała!

David otworzył szeroko oczy ze zdumienia.

- Pierwszy raz w życiu słyszę, by ktoś powiedział o niej „biedna mała”!

- Nie znasz jej - odparł z uśmiechem Marc. - W gruncie rzeczy jest bardzo wrażliwa. 

Nawet człowiek z tak zwanym korzystnym wyglądem może przecież czuć się przerażony i 

samotny.

Sissi poruszyła się w półśnie.

- I tak cię słyszę - mruknęła. - Mów jeszcze!

Marc uniósł ją ostrożnie.

- Kocham tę jej nieugiętą wolę walki - powiedział do Davida. - Jej poczcie humoru i 

zaraźliwą radość życia, ale i dumę. Żal rozdziera mi serce, że muszę ją opuścić.

- Ale dlaczego? - zdziwił się David. - Dlaczego uważasz, że musisz się z nią rozstać?

- Co mogę jej dać? Czy naprawdę sądzisz, że uda mi się odzyskać z powrotem moje 

dobre imię i mój dom? Cóż ja mogę przeciwstawić takiemu chytremu lisowi, jak Lasalle? A 

poza tym, czy wyobrażasz sobie, co czuję, trzymając w ramionach kogoś takiego jak Sissi? 

Przecież przez czternaście lat nie widziałem żadnej kobiety! Raz udało mi się opanować, ale 

nie mam dość siły, by oprzeć jej się ponownie!

Sissi ułożyła się wygodniej w jego ramionach.

- Nic nie szkodzi, Marc - zamruczała mu do ucha. - To absolutnie nic nie szkodzi!

Marc przeniósł Sissi w zaciszny kąt pod pokładem, gdzie urządził jej prowizoryczne 

posłanie.

Przyklęknął   obok.   We   śnie   zniknął   z   jej   twarzy   wyraz   wyższości,   była   blada   i 

bezbronna. Marc poczuł, jak budzi się w nim ogromna czułość. Wiedział, że jest jedynym, 

który poznał inną Sissi - delikatną i łagodną, skłonną do poświęceń, gotową zapomnieć o 

background image

sobie.

David, który pozostał na pokładzie z Madeleine i Michelem, przyglądał się im w 

zamyśleniu. Dziewczyna właśnie sprawdzała, czy Michel jest dobrze okryty. Chłopiec spał 

głęboko. Kiedy zamierzała odejść, David chwycił ją za rękę.

- Madeleine, poczekaj!

Zatrzymała się z wahaniem, zdziwiona powagą w jego głosie.

- Jutro zakończy się nasza podróż - szepnął. - Nie chciałbym cię stracić, Madeleine.

Uczyniła   nieśmiały  ruch   ręką,   jakby  chciała   odgarnąć   coś   z   twarzy.   Kiedy  David 

spróbował przyciągnąć ją bliżej, stawiła niepewny opór. David najostrożniej jak umiał uniósł 

jej twarz ku swojej.

- Pocałowałem cię jeden raz - uśmiechnął się. - I to było piękne. Długo nie mogłem 

zapomnieć tego pocałunku...

-   Ja   także   nie,   monsieur...   to   znaczy  Davidzie   -   szepnęła   tak   cicho,   że   ledwie   ją 

usłyszał. - Ale nie powinniśmy...

- Ależ Madeleine! Kto ci naopowiadał tych głupstw? Nie ma nic złego w pocałunku.

- Na pewno?

- Absolutnie!

Jej wargi były tak miękkie i wspaniałe, jak je zapamiętał. David czuł, że ogarnia go 

fala gorąca, pocałunek przerodził się w wiele następnych, przerywanych gorącymi szeptami.

- Madeleine - mówił gorączkowo. - Poproszę o oddzielną kabinę dla ciebie i przyjdę 

dziś w nocy.

Znieruchomiała. Stała przez chwilę całkiem zaskoczona, a potem odparła z uległością 

w głosie:

- Jak pan sobie życzy, monsieur David!

W świetle lampy dostrzegł, że w jej oczach zabłysły łzy, i natychmiast się opanował.

- Madeleine, moja kochana - rzekł z żalem. - Wybacz mi, zachowałem się jak drań. 

Tak strasznie się wstydzę!

Uśmiechnęła się promiennie.

- Och. Davidzie! Ja...

- Co takiego?

- Nie, już nic.

- Powiedz!

Nieśmiało szepnęła mu do ucha, że go kocha i szybko zbiegła po stopniach.

David patrzył za nią, a potem wziął Michela na ręce i zniósł go na dół. Kiedy ułożył  

background image

małego, powiedział do Marca:

-   Chciałbym   się   przejść   po   pokładzie.   Szyper   mówił,   że   jeszcze   tylko   kilometr   i 

znajdziemy się w wolnej strefie francuskiej.

- Dzięki Bogu! - westchnął Marc.

Wyszli obaj na górę i rozglądali się dookoła, sprawdzając, czy wszystko w porządku. 

Nagle statek się zatrzymał.

- O, nie! - jęknął David. - Oby to nie oznaczało kłopotów!

Jeden z członków załogi powiedział im, że na dnie rzeki leży jakiś wrak.

- Jak długo będziemy tu stali? - spytał David.

- Wkrótce się okaże. Żeby tylko nie zainteresowali się nami Niemcy. Zaraz zacznie 

świtać, a nasi pasażerowie są niebezpiecznym ładunkiem.

Najbliższe godziny były pełne napięcia. David i Marc zeszli na dół i siedzieli przy 

trójce przyjaciół, która spokojnie spała.

Po   wielu   manewrach   udało   się   kapitanowi   przepłynąć   bezpiecznie   obok   wraku. 

Wszyscy na pokładzie odetchnęli z ulgą.

Jakieś pół godziny później minęli strefę działań wojennych. Znowu znaleźli się w 

wolnym kraju!

Marc spojrzał na dziewczęta i Michela, który spał między nimi na wyszorowanej do 

białości podłodze. Kiedy napotkał wzrok Davida, uśmiechnął się do niego szeroko, a David 

odpowiedział mu tym samym. Wywieźli z zagrożonej strefy drogocenny skarb.

Statek przybił do nabrzeża.

- Ale my nie schodzimy na ląd - uprzedził David. - Popłyniemy tak daleko, jak się uda, 

skoro możemy skorzystać z tak świetnego środka transportu całkiem gratis!

Jego radość okazała się niestety przedwczesna. Umknęli Niemcom, ale zapomnieli o 

innych   prześladowcach.   Bladym   świtem   na   pokład   weszło   pięciu   mężczyzn   w  ciemnych 

kapeluszach. David i Marc słyszeli, jak rozmawiają z szyprem.

- Mamy nakaz aresztowania czterech osób, które uprowadziły chłopca. Podejrzewamy, 

że znajdują się na pokładzie. Dziecko także.

- Ludzie Lasalle'a! - szepnął David. - Oczywiście spodziewali się, że jesteśmy na 

statku, ktoś pewnie widział, że schroniliśmy się w szpitalu. I tu na nas czekali. Czy już nigdy 

nie będziemy wolni? Doktorze Duclair - rzekł do lekarza, który przechodził właśnie obok. - 

Dziękujemy za pomoc! Musimy opuścić statek.

- Niech wam szczęście sprzyja! Czy zamierzacie skakać przez burtę?

David przytaknął, lecz Marc zaprotestował.

background image

- Madeleine nie zniesie takiej zimnej wody, a poza tym na pewno zostawili kogoś na 

pokładzie. Pozwól, że to załatwię.

Obudzili dziewczęta i Michela i wyjrzeli ostrożnie na pokład. Czterech ludzi Lasalle'a 

schodziło właśnie na dół schodami na dziobie, a piąty pilnował zejścia na ląd.

Marc schwycił niedużą beczkę i przeszedł przez pokład w stronę trapu. W swym 

czarnym ubraniu wyglądał jak członek załogi i strażnik nie zwrócił na niego uwagi.

Wracając na pokład Marc zatoczył się na strażnika i ogłuszył go mocnym ciosem.

Cała piątka błyskawicznie przemknęła na ląd. W następnej minucie znaleźli się na 

ulicy.

- Co teraz zrobimy? - spytała Sissi zdyszana.

- Telefon! - zawołał w odpowiedzi David. - Stąd chyba można połączyć się z Paryżem.

Biegli jak najdalej od portu. David z pomocą napotkanych ludzi odnalazł niedaleko 

parku miejskiego stację telefoniczną i telegraficzną.

W padli do środka wszyscy pięcioro, ale pomieszczenie okazało się bardzo ciasne.

- My wyjdziemy, a ty zadzwoń do stryja Gastona, Sissi - zarządził David.

- Ja? Dlaczego nie ty?

- Ponieważ ja muszę stanąć na straży. Poza tym powinnaś się wytłumaczyć z tego i 

owego, prawda?

- Tchórz! - syknęła, ale spełniła jego polecenie.

Musiała trochę poczekać. Siedziała w małym, dusznym pomieszczeniu i patrzyła, co 

robią pozostali czekający na zewnątrz. Madeleine i Michel próbowali zwabić do siebie kaczki 

pływające w stawie, a David rozmawiał z Markiem.

Kiedy połączono rozmowę, wprowadzono Sissi do kabiny. Na szczęście było bardzo 

wcześnie i zastała stryja w domu.

- Stryj Gaston? Tu Cecilie, Sissi!

- Cecilie, co ty wyprawiasz? - krzyczał zirytowany stryj. - Gdzieś ty się podziewała? 

Dzwoniła twoja matka, a ciotka...

- Znalazłam Davida, stryjku! - przerwała mu.

Zapadła cisza.

- Czy on...?

- Żyje! Jesteśmy teraz w drodze do Paryża. - Mówiła bardzo szybko, by nie dopuścić 

stryja do głosu: - Jest ranny, ale wyzdrowieje. I przekaż rodzinie Bouget, że znaleźliśmy także 

Michela!

- Kogo?

background image

- Michela Bouget! Chłopca, który został porwany. Jest tutaj z nami.

-   Co   ty   opowiadasz,   dziewczyno,   odnaleźliście   Michela?   Muszę   natychmiast 

zadzwonić do Bougeta. Ależ to szczęśliwy dzień! Gdzie jesteście?

- Nie wiem. Gdzieś nad rzeką Oise, to chyba Compiègne. Dobrze by było, gdybyście 

mogli przyjechać i zabrać nas, my...

- Przecież wzięłaś samochód?

- Tak, ale musieliśmy go sprzedać.

- Co takiego?

Stryj zawsze dokładnie liczył pieniądze.

- Potrzebujemy pomocy, bo Madeleine jest...

- Uspokój się. Kim jest Madeleine?

- Opiekunką. Opiekunką Michela.

- Ach, tak.

- Ona choruje. I znaleźliśmy też Marca le Fey!

W tym momencie stryj się zaniepokoił.

- Posłuchaj, Sissi! Czy tobie samej nic nie dolega? Czy naprawdę odnalazłaś Davida?

- Oczywiście!

- Ale ród le Fey wymarł! Już go nie ma.

- Nieprawda, Marc żyje.

Żyje, jak najbardziej, pomyślała Sissi i poczuła falę gorąca.

-   Marc?   Jak   to   z   nim   było?   To   zdarzyło   się   tak   dawno   temu.   Jakaś   tragedia...? 

Chłopiec, który zabił swego brata... Ależ Sissi, on był przecież psychicznie chory!

Sissi poczuła dławienie w gardle.

- Nie, Marc nie jest wariatem! To był nieszczęśliwy wypadek! Jego macocha i jej 

kochanek, Lasalle, wtrącili go do więzienia, żeby zagarnąć majątek.

- Nie, no wiesz, Sissi, teraz przesadziłaś! Czy ty piłaś? Mój przyjaciel, Lasalle? Nie 

chcę słuchać tych bzdur!

- Nie, poczekaj, nie odkładaj słuchawki! To Lasalle także uprowadził Michela!

- No nie...

Ach, że też on tak wolno kojarzy!

- Potrzebujemy pomocy, stryjku Gastonie, oni nas ścigają. Ostrzeż rodziców Michela 

przed Lasallem! On jest zdrajcą ojczyzny. Powiedz swojemu przyjacielowi ministrowi, aby 

natychmiast aresztował Lasalle'a i jego żonę!

Po krótkiej przerwie stryj odezwał się chłodnym tonem:

background image

- Lasalle'a nie ma teraz w Paryżu. On i jego żona wyjechali wczoraj do swojego 

zamku.

-   Do   zamku   le   Feyów   -   poprawiła   go   Sissi.   Potem   umilkła   przerażona   i   szeroko 

otwartymi oczami patrzyła, jak jakiś samochód zatrzymuje się w pobliżu stawu. Wysiadło z 

niego kilku mężczyzn.

- Stryju Gastonie,  oni tu są! Porwali  Michela  i Madeleine! Ratunku!  Strzelają  do 

Davida i Marca! Zabiją Michela i Madeleine, żeby nie mogli mówić. Musimy ruszać za nimi!

- Czekaj... znajdujecie się na wschód... od Oise, prawdopodobnie w Compiègne? Na 

południowy wschód... Tam leży zamek Lasalle'a. Nie, wiesz co, Sissi, już dość tego! Nie chcę 

dłużej słuchać tych bajek. Wracaj natychmiast do domu!

Stryj rzucił słuchawką.

Sissi jęknęła z bezsilności. Niemal w tym samym momencie zjawili się David i Marc.

- Widziałam, jak ich porwali - westchnęła Sissi. - Nie udało mi się przekonać tego 

uparciucha,  chociaż  wszystko  mu  opowiedziałam.  Dlaczego  ty z nim nie  porozmawiałeś, 

Davidzie? Tobie by uwierzył. Mówił, że tu niedaleko znajduje się zamek Lasalle'a. Pewnie 

tam pojechali.

- Zgadza się - potwierdził Marc. - Muszę jechać za nimi.

- My też. Ale jak?

David zamówił rozmowę i pół godziny później wyjeżdżali już z miasta w hispano - 

suiza. Co prawda nie był to najnowszy model, ale za to szybszy niż inne samochody. David 

nie chciał wyjaśnić swym towarzyszom, w jaki sposób zdobył auto. Uśmiechał się tylko 

tajemniczo.

Minister spojrzał na swych rozmówców.

- Niepojęte! A jeżeli dziewczyna ma rację?

- Właśnie - odparł gorączkowo ojciec Michela. - To pierwszy znak, że Michel żyje, 

jaki otrzymaliśmy od czasu, kiedy zniknął. Poza żądaniami porywaczy, oczywiście. Musimy 

spróbować, nawet gdybyśmy mieli popełnić błąd. Lasalle? Nie mogę w to uwierzyć!

Pani Bouget już się zdecydowała:

- Trzeba to sprawdzić. Jadę z wami. Zresztą nigdy nie lubiłam madame Lasalle. Bez 

trudu mogę ją sobie wyobrazić jako złą macochę.

- No, no! - zaprotestował jej mąż. - Madame Lasalle jest bardzo szykowną kobietą...

- Czy to jest gwarancją prawego charakteru?

Minister przerwał szybko tę bezsensowną dyskusję.

-   Jeśli   dobrze   zrozumiałem,   to   twoja   bratanica   wspomniała,   że   tych,   którzy 

background image

uprowadzili   Michela   i   jego   opiekunkę,   było   kilku.   Musimy   więc   zabrać   ze   sobą   paru 

policjantów.

- Sądzę, że mówiła prawdę - upierała się przy swoim pani Bouget. - Jedna z opiekunek 

Michela miała na imię Madeleine.

- To brzmiało jak jakaś zupełnie nieprawdopodobna sensacyjna historia - stwierdził 

Gaston de Saint - Colombe. - Najpierw pomyślałem, że Sissi po prostu to zmyśliła, ale po 

zastanowieniu doszedłem do wniosku, że powinienem o tym z wami porozmawiać.

- To była słuszna decyzja. Czy wszyscy są gotowi?

Wyjechali   z   Paryża   dużą   grupą:   hrabia   Gaston   de   Saint   -   Colombe,   małżeństwo 

Bouget, minister i naczelnik policji z ósemką uzbrojonych mężczyzn.

- Jeżeli  to  tylko  wytwór  bujnej  fantazji  Sissi,  nigdy  nie  będziemy  mogli  spojrzeć 

Lasalle'owi w oczy - myślał głośno Bouget.

- I dobrze - odparła jego żona.

-   Gdzie   odnalazła   brata,   Davida?   -   spytał   minister.   Jechali   jego   ogromnym 

samochodem   marki   Dion   -   Bouton.   Naprawdę   wspaniały   wóz,   wprost   stworzony   dla 

ministrów!

- Nie mówiła. David zaginął w pobliżu Croix - sur - les - Collines, ale naturalnie tam 

nie dotarła!

- Hm - zastanowił się minister. - To zaczyna się zgadzać. Lasalle ma w tych okolicach 

swoją letnią posiadłość.

- To nonsens! - oburzył się hrabia de Saint - Colombe. Czy nasza mała Sissi mogłaby 

przedostać się aż tam? Przez linię walk? I z powrotem? Jest tylko bezbronną dziewczyną!

- Proszę mi powiedzieć - spytała pani Bouget - czy mogła znać tragedię rodziny le 

Fey?

-   Nie,   jestem   pewien,   że   nie.   Była   wtedy   dzieckiem...   a   poza   tym   mieszkała   w 

Norwegii.

- A więc tym bardziej się zgadza! Skąd wiedziałaby o Marcu?

-  Właśnie!   -   powiedział   hrabia.   -   David   pisał   pewnego   razu,   że   przydzielono   mu 

bardzo   dziwnego   asystenta,   którego   nawet   się   trochę   obawiał.  A  w   urzędzie   do   spraw 

zaginionych poinformowano mnie, że po bitwie nie odnaleziono tylko dwóch żołnierzy. Tym 

drugim mógł być Marc le Fey. Chociaż w jaki sposób wydostał się z... Nie, obawiam się, że 

wprowadziłem was w błąd.

- Zobaczymy - odparł minister.

Resztę drogi przebyli w milczeniu. Wyprawa nie należała do przyjemnych. Nadzieja, 

background image

że odnajdą uprowadzone dziecko, była nikła. Tylko na podstawie fantastycznej opowieści 

Sissi zamierzali oskarżyć o wiele poważnych przestępstw jednego ze swych przyjaciół, w 

dodatku bardzo wpływowego obywatela Francji!

Sissi rzucało z boku na bok na tylnym siedzeniu samochodu.

- Prowadź trochę spokojniej, Davidzie, niedobrze mi.

David nie słuchał jej narzekań. Rozmawiał z Markiem.

- Czy jesteś pewien, że nie pojechali inną trasą?

- Przyglądałem się wszystkim bocznym drogom. Nie było na nich świeżych śladów 

kół.

- A sprawdzałeś rowy przydrożne?

- Cicho bądź, David - jęknęła Sissi. - Pozwól nam przynajmniej wierzyć, że jeszcze 

żyją!

- Miejmy nadzieję, że te ciemne typy zechcą się naradzić z Lasallem, co zrobić z 

porwanymi - powiedział David.

- Teraz w prawo! - zawołał nagle Marc.

- Widziałeś jakiś ślad?

-   Jesteśmy   na   miejscu   -   odparł   le   Fey   dziwnym   głosem.   Sissi   poklepała   go   po 

ramieniu. Czternaście lat minęło od czasu, kiedy Marc le Fey widział po raz ostatni tę piękną 

leśną drogę!

- Co zrobimy, kiedy już będziemy koło zamku? - niepokoiła się Sissi.

Nikt nie wiedział.

- Może byśmy się tam jakoś niepostrzeżenie wśliznęli? - spytała niepewnie.

- To niemożliwe - odpowiedział Marc.

- Mamy przecież pistolet - przypomniał David.

- I żaden z was go nie użyje, jestem tego pewna! - oświadczyła Sissi. - Jago wezmę.

- O, nie - zaprotestował jej brat. - Żadnej strzelaniny! Możemy ich postraszyć, że 

zawiadomiliśmy  ministra   i  wiele   innych   osób,  i   że   jeżeli   spadnie   nam  włos  z   głowy,   to 

wszyscy się dowiedzą, kto ponosi za to winę.

- To całkiem rozsądne - zauważył Marc. - Obyśmy tylko zdążyli.

Wjechali przez piękną bramę, nową, jak stwierdził Marc, a potem między wysokie 

drzewa   parku.   Następnie   droga   skręciła   i   ich   oczom   ukazał   się   ogromny   trawnik.   Dalej 

widniał zamek, niski i bez wieżyczek, ale stylowy i dobrze utrzymany.

- Och - westchnęła Sissi.

Marc nie odezwał się ani słowem, kiedy wysiedli z auta.

background image

- Żadnej delegacji powitalnej? - zdziwił się David.

- Ciesz się z tego - mruknęła Sissi.

Żwirową alejką dotarli do wejścia.

- Mnóstwo tu samochodów - zauważył David. - O, spójrzcie! Tam stoi ten, za którym 

jechaliśmy. A więc tu są! I nawet wielki dion - bouton, którego już gdzieś widziałem! Wiem, 

to wóz ministra, przyjaciela stryja Gastona!

- A może oni mimo wszystko uwierzyli? - zastanawiała się Sissi.

- Nie łudź się, minister może tu być z przyjacielską wizytą. Idziemy. Prosto w paszczę 

lwa! Chyba nie robimy zbyt mądrze, ale nie widzę innego sposobu.

Sissi odchyliła się do tyłu i przeczytała napis nad wejściem:

- Le Fey.

Czuła się dziwnie uroczyście. Wzięła Marca za rękę. David chciał zadzwonić, lecz 

Marc go powstrzymał.

- Nie będę dzwonić do własnego domu - rzekł z dumą w głosie.

Otworzyli drzwi i znaleźli się w ogromnym holu.

Stało tam wiele osób. Ich spojrzenia obróciły się w stronę wchodzących.

background image

ROZDZIAŁ XII

-   Sissi!   I   David!   Davidzie,   czy  to   naprawdę   ty?   -   wykrzyknął   Gaston   de   Saint   - 

Colombe i objął bratanka ze łza

mi w oczach.

David nie miał czasu na powitania.

- Znaleźliście ich?

-   Jeszcze   nie   -   odparł   minister,   który   podszedł   do   nowo   przybyłych.   -   Policja 

przeszukuje zamek. Czy to ci ludzie uprowadzili chłopca i dziewczynę?

Wskazał na mężczyzn pilnowanych przez policjantów.

- Myślę, że tak - powiedział David, a Marc skinął głową. Rozpoznał strażnika, którego 

uderzył na statku.

- Naturalnie zaprzeczają, jakoby znali Michela - wtrącił Bouget.

Jego żona chwyciła Sissi kurczowo za rękę.

- Czy to prawda, że Michel żyje? Proszę mnie nie okłamywać, nie wolno pani!

- Żył jeszcze przed kilkoma godzinami, zarówno on, jak i Madeleine.

- Opisz Madeleine! - poprosiła pani Bouget z rozpaczą w głosie.

-   Drobna,   ciemnowłosa,   ładna   -   mówiła   Sissi.   -   Z   łagodnym   ciepłem   w   oczach. 

Doskonała opiekunka.

Oczy pani Bouget zalśniły.

- A Michel?

-   Blady,   szczupły,   delikatny.   Faliste,   ciemnobrązowe   włosy.   Zaciska   usta   w 

specyficzny sposób.

Pani Bouget wybuchnęła płaczem.

- To on, to on! Znajdźcie go, znajdźcie jak najszybciej!

Naczelnik policji schodził właśnie ze swoimi ludźmi po schodach.

- Ani śladu - oznajmił. - Sądzę, że ich tu nie ma.

- A ja myślę, że są - nie zgodził się z nim David. - Całą drogę jechaliśmy ich śladem, a 

nikogo po drodze nie wysadzili. Madeleine i Michel muszą tu być!

Nagle otworzyły się drzwi wejściowe i do holu wkroczyli państwo Lasalle. Zapadła 

cisza. Marc zaczerpnął powietrza.

-  Widzieliśmy   na   dziedzińcu   wasze   samochody,   drodzy   przyjaciele   -   odezwał   się 

Lasalle. - Wybraliśmy się na krótką przejażdżkę po naszej posiadłości. Jak miło, że akurat 

zjawiliście się z wizytą. Ależ, moi drodzy, co za zgromadzenie! I policja! Czy coś się stało?

Nikt nie miał odwagi zacząć. Jeden z ludzi Lasalle'a po wiedział głośno:

background image

- Oskarżają nas o uprowadzenie dwojga dzieci. Mielibyśmy je jakoby tu schować.

Lasalle i jego żona rozejrzeli się dookoła zdumieni.

- Co to ma znaczyć? - spytał Lasalle. - Jakich dzieci?

- Michela - odparł cicho Bouget.

- Michela? - wybuchnęła pani Lasalle. - On miałby być ukryty w naszym domu?

Sissi nie zdołała się opanować.

- Chciała pani powiedzieć, w domu rodu le Fey?

Para brązowych oczu skierowała się w stronę Sissi. Pani Lasalle patrzyła na nią z 

nienawiścią.

- Kim pani jest? Pani nie ma prawa wypowiadać się na temat tego domu!

- Przeciwnie - włączył się Marc, który od chwili, kiedy wszedł Lasalle, wyglądał jak 

czający   się   do   skoku   drapieżnik.   -   Wkrótce   bowiem   zostanie   jego   panią,   jeżeli 

sprawiedliwości stanie się zadość.

Sissi zdumiona słuchała tych szczególnych oświadczyn.

- Co to za bzdury? - zawołał Lasalle ze złością. - Kim są ci ludzie?

Jego żona jednak cofnęła się z lękiem.

- Te oczy! Czy nie widzisz? To jest Marc! Marc le Fey!

Lasalle potrzebował ułamka sekundy, żeby się opanować.

- Panie naczelniku! Niech pan aresztuje tego człowieka! - zwrócił się do policjanta. - 

Jest psychicznie chorym mordercą, który zbiegł z więzienia!

- Chwileczkę! - odparł spokojnie naczelnik. - Nie wszystko tu jest jasne. Ci troje to 

rodzeństwo de Saint - Colombe i Marc le Fey. Oskarżają państwa o ukrywanie w zamku 

Michela Bouget i Madeleine Forgeron. My nikogo tu jednak nie znaleźliśmy. A co państwo 

sami mają do powiedzenia na ten temat, monsieur i madame Lasalle?

- Już pan słyszał. Oskarżenie jest fałszywe i krzywdzące, i nie spodziewałem się po 

panu, panie ministrze, że pan w to uwierzy. Wiem przecież, że Michela uprowadzili zdrajcy 

ojczyzny. Czyżby pan zapomniał, ile uczyniłem dla Francji?

- Tak, wiem - odpowiedział minister. - Czyż nie lepiej byłoby więc oczyścić się z 

zarzutów i raz na zawsze zakończyć tę sprawę?

- Tak, naturalnie - zgodził się Lasalle. - Ale proszę się nie spodziewać, że o tym 

zapomnę!   To   będzie   was   drogo   kosztować!   Prawdopodobnie   cofnę   moje   pożyczki   dla 

państwa...

-   Proszę   nie   obiecywać   więcej,   niż   pan   może   dotrzymać   -   wtrąciła   się   Sissi.   - 

Pieniądze, którymi pan szafował przez cały czas, należą do Marca, a więc mówimy tu o jego 

background image

pieniądzach dla państwa.

-   Marc   nie   ma   z   tymi   pieniędzmi   i   rodzinnym   majątkiem   nic   wspólnego!   - 

oświadczyła pani Lasalle. - Nie ma już do nich prawa.

- Zobaczymy - rzekł David. - Panie naczelniku, nikogo więc nie znaleźliście? Może 

nie dotarł pan do wszystkich schowków i zakamarków? Może powinniście poprosić o pomoc 

kogoś, kto zna ten zamek na wylot? Mali chłopcy bawiąc się biegają po starych zamkach od 

piwnicy po strych, prawda, Marc?

Na twarzy Marca pojawił się grymas, który miał być 

uśmiechem.

- Masz rację! Chodźcie, rozejrzymy się jeszcze raz!

Grupa policjantów ponownie udała się na poszukiwania. Pani Bouget poszła razem z 

nimi,   nie   mogła   już   dłużej   tkwić   bezczynnie.   David   także   chciał   do   nich   dołączyć,   ale 

powstrzymał go naczelnik.

Po dłuższym milczeniu odezwał się minister:

- Czy nie zaprosi nas pani do salonu, madame Lasalle?

Z   wymuszoną   grzecznością   zaprosiła   ich   do   środka.   Sissi   rozejrzała   się   wokół   i 

musiała przyznać, że ta kobieta ma dobry gust. A może to matka Marca urządzała te wnętrza? 

Albo jeszcze ktoś inny w poprzednim pokoleniu?

- Nie mogę wprost uwierzyć, że odnalazłaś Davida, Sissi! - przerwał milczenie stryj. - 

Cieszę się, że będę mógł wysłać do Norwegii telegram z dobrymi wieściami. Ale muszę 

przyznać, że ty, która zawsze tak dbałaś o siebie, wyglądasz teraz zupełnie nieszczególnie. 

Włosy, ubranie... Można by pomyśleć, że sypiałaś na podłodze!

-   Stryju   Gastonie,   jak   możesz?   -   odezwał   się   David   ostrym   tonem.   -   Najpierw 

wysłuchaj, przez co musieliśmy przejść, to może lepiej zrozumiesz! Sissi tak długo próbowała 

zachować swój styl, że chwilami wyglądało to komicznie. Była wprost fantastyczna!

Dziękuję, bracie! pomyślała Sissi. A więc nie powinna za bardzo brać sobie do serca 

wszystkich wymówek, które czynił jej w czasie tej niezwykłej podróży.

Stryj po chwili milczenia spytał:

- Gdzie się odnaleźliście?

- Niedaleko Croix - sur - les - Collines - odparł David. - Tam właśnie wytropiła Marca 

i mnie, a także Michela i Madeleine. I przejechała przez strefę działań wojennych.

- No tak - westchnęła Sissi. - A ja miałam przez cały czas odczucie, że traktujecie mnie 

jak zbędny bagaż.

Stryj nie zadawał już więcej pytań. Ledwie pojmował to, co się stało.

A Marca le Fey nikt nie szukał, pomyślała Sissi. Mógłby pozostać zapomniany do 

background image

końca życia... Zaszkliły się jej oczy i przełknęła dławienie w gardle.

Minister usiłował podtrzymywać grzecznościową rozmowę, lecz Lasalle i jego żona 

wyglądali na głęboko urażonych. A może byli przestraszeni? Bouget nie mógł usiedzieć ze 

zdenerwowania, a rodzina de Saint - Colombe drżała z niepokoju. Sissi napotkała wzrok pani 

Lasalle, kłujący jak szpilki, lecz dostrzegła w nim również strach.

Bouget wstał i zaczął chodzić tam i z powrotem. Co chwila wyjmował zegarek i 

wzdychał ciężko.

W salonie panowała cisza.

Nagle rozległy się głosy dochodzące z głębi zamku.

Ojciec   Michela   zatrzymał   się   i   nastawił   uszu.   Głosy   były   ożywione,   zbliżały   się 

szybko. Wszyscy wybiegli do holu.

Bouget znieruchomiał, słysząc lekkie kroki.

- Michel!

- Tata!

Chłopiec rzucił się ojcu na szyję. Pani Bouget szła za synkiem, zalana łzami. Potem 

pojawili   się   policjanci   i   Marc   z   zemdloną   Madeleine   na   rękach.   David   szybko   położył 

dziewczynę na sofie i zbadał jej puls.

- Myślę, że to z wrażenia - powiedział Marc. - Straciła przytomność, kiedy nas ujrzała.

- Gdzie ich znaleźliście? - spytał minister.

- W tajemnym schowku, są jeszcze takie trzy w tym zamku - odparł Marc.

Usłyszeli brzęk kajdanków.

Naczelnik policji stanął przed małżonkami Lasalle. Gdy ich wyprowadzano, minister 

zawołał:

- Tylko proszę dobrze za nimi zatrzasnąć drzwi! I sprawdzić, czy zamek wytrzyma!

- No tak, nie mamy teraz czym wrócić - stwierdził minister, gdy stróże prawa odjechali 

z dużą grupą aresztowanych. - Jestem głodny. Może coś przekąsimy, czekając na powrót 

samochodów?

- Bez gospodarzy? - spytała pani Bouget.

- Sądzę, że gospodarz jest z nami - odpowiedział minister. - Co pan na to powie, panie 

le Fey?

- Nie jedliśmy od wczoraj.

- Dobrze. Pójdę więc do kuchni i jakoś to załatwię. Nie wszyscy spośród służby są 

chyba przestępcami.

- Z pewnością znajdą się tacy, którzy nie darzą sympatią pani Lasalle - dodała Sissi. - 

background image

Zwłaszcza wśród kobiet.

- Odezwał się znawca - zakpił David.

Minister zniknął, aby poprosić o podanie posiłku.

Marc zwrócił się do Sissi.

- Czy masz ochotę obejrzeć razem ze mną zamek?

- Z przyjemnością!

Wychodząc słyszeli jeszcze, jak David mówi do państwa Bouget:

- Chciałbym powiedzieć kilka słów o Madeleine. O tym, co zrobiła dla Michela. Jej 

ofiarność, nieskończona dobroć...

- Tak - rozjaśnił się Michel. - Madeleine była dla mnie niemal jak starsza siostra.

Pani Bouget zaproponowała ciepło:

- Madeleine, bardzo chcielibyśmy, abyś została u nas jako opiekunka Michela...

- Istnieje pewien problem - wtrącił się David. - Mam inne plany co do niej...

Nie słyszeli dalszych słów, gdyż Marc zamknął drzwi.

Przechodzili od pokoju do pokoju, a Sissi wołała tylko od czasu do czasu „ach” i 

„och”.

Marc mówił jej, co było nowe, a co rozpoznawał z dawnych czasów.

Nie jest to zamek, w którym straszy, stwierdziła Sissi z zadowoleniem. Do wszystkich 

pomieszczeń   doprowadzono   prąd,   łazienki   były   naprawdę   nowoczesne,   przeważały   jasne 

barwy.

W końcu dotarli do dwojga pięknie rzeźbionych drzwi na pierwszym piętrze. Marc z 

wahaniem przystanął przed nimi.

- Wejdź - zachęciła go Sissi. - Najlepiej mieć to już za sobą.

Otworzył jedne drzwi.

- Przerobili go na pokój gościnny! - zawołał zdumiony, kiedy weszli do środka.

Oczom ich ukazał się maleńki pokoik z jednym łóżkiem, ładny i schludny, ale trochę 

bezosobowy.

- Tu był kiedyś pokój mojego brata - powiedział Marc. - A ten drugi jest mój.

- To także pokój gościnny - stwierdziła Sissi, wchodząc do sąsiedniego pomieszczenia.

- Wszystkie moje rzeczy zniknęły, z wyjątkiem łóżka, które pozostało na miejscu. 

Chyba nie liczyli się z tym, że kiedykolwiek miałbym...

Zamilkł. Sissi spojrzała na niego. Marc zbladł, kąciki jego ust drżały.

Ukrył twarz w dłoniach.

- Chodź - zachęciła go Sissi łagodnie. Zdjęła z łóżka narzutę ze złotego brokatu. - 

background image

Odpocznij trochę, ostatnio miałeś tak mało snu, że ledwo trzymasz się na nogach.

Niezdolny do sprzeciwu, bezsilny, położył się na posłaniu i ukrył twarz w poduszce. 

Sissi usiadła obok i gładziła Marca po włosach. Potem przytuliła się do niego.

- Myślisz, że cię nie rozumiem? - szepnęła.

-  Och,  Sissi!  -  jęknął   zrozpaczony.  Objął   ją  ramieniem  i   przycisnął   do  siebie   tak 

mocno, że musiała zacisnąć usta, żeby nie krzyknąć. - Tyle lat poniżenia! Stałem się dziki jak 

zwierzę! Czuję się tu obco, Sissi, już nigdy nie będę normalny!

- Nieprawda, zmienisz się, jesteś na dobrej drodze. Istnieje cała przepaść pomiędzy 

tobą dzisiaj a tą brudną, zaniedbaną dziką bestią, jaką znalazłam niedawno w stodole! Mimo 

wszystko podobałeś mi się już wtedy, Marc.

Uścisk jego ramion trochę zelżał, wydawało się, że zatopił się we wspomnieniach.

- Bili mnie, Sissi! Och, najdroższa, to wszystko było takie upadlające! Ja sam też się 

zmieniłem, stałem się niemal zwierzęciem, które musiało walczyć o resztki pożywienia...

Dalsze słowa zagłuszył jęk rozpaczy.

Serce Sissi uderzało mocno. Przed nikim innym Marc by się nie otworzył, uczynił to 

teraz   wobec   niej!   Ostrożnie   gładziła   jego   włosy,   szeptała   mu   do   ucha   słowa   pociechy. 

Ucałowała go w skroń.

- Marc - odezwała się wzruszona. - Wszystko to z czasem przeminie jak zły sen.

- Nie, nie! To nigdy nie minie. Te lata odcisnęły na mnie trwały ślad, sprawiły, że 

drzemie we mnie ukryte zło.

- Nie wierzę w to!

-   Idź   stąd,   Sissi!   Teraz,   natychmiast!   Byłem   samotny,   tak   strasznie   samotny, 

rozumiesz? Przez długie lata! A ty jesteś taka cudowna. Twoje usta... Twoje włosy, twój głos, 

tak łagodny i pełen czułości! Odejdź stąd! Zaraz!

- Nie mogę. Trzymasz mnie zbyt mocno.

- Odejdź mimo to. Wyrwij się i uciekaj!

Sissi starała się odsunąć, ale on natychmiast objął ją silniej.

- Marc! Proszę cię! - jęknęła.

Ale wiedziała, że jest już za późno. To jej wina, nie zachowała należytej ostrożności. 

Ale   miała   przed   sobą   człowieka   na   zawsze   skazanego   na   zapomnienie,   zrozumiała   jego 

ogromną samotność, pojęła, jak bardzo potrzebował dowodu, że jest ktoś, kto go kocha i dla 

niego żyje.

Kiedy Marc szukał jej ust, odwzajemniała pocałunki gorąco i z miłością.

- Sissi? - powiedział i spojrzał na nią swymi jasnymi oczami. - Sissi, nie bój się mnie! 

background image

Nie jestem bestią, kocham cię!

Tragedię rodziny Le Fey wyjaśniono ostatecznie podczas rozprawy sądowej. Marc 

został oczyszczony z wszystkich ciążących na nim zarzutów. Teraz był dorosłym mężczyzną, 

a nie przestraszonym dwunastolatkiem pogrążonym w rozpaczy, i mógł się należycie bronić. 

Zeznania   strażników   więziennych,   powołanych   na   świadków,   pozwoliły   na   jego   pełną 

rehabilitację.

Sissi   była   obecna   na   każdej   rozprawie   i   rzucała   nieśmiałe   spojrzenia   w   stronę 

przysięgłych. David stwierdził, że wyraźnie ich kokietowała.

Lasalle   i   jego   żona   trafili   do   więzienia.   Lista   ich   przewinień   była   długa.   Sprawa 

śmierci  ojca  Marca   nie  została  wyjaśniona,   podtrzymano  więc   wersję  o  ataku   serca.  Ale 

małżeństwo miało inną śmierć na sumieniu: śmierć opiekunki Michela. Kolejnym zarzutem 

była zdrada ojczyzny...

W obliczu takich oskarżeń małżonkowie obwiniali się nawzajem, ale to w niczym nie 

poprawiło ich sytuacji.

Lasalle dobrze gospodarował majątkiem żony i znacznie go pomnożył. Sąd uznał, że 

za lata spędzone w więzieniu Marcowi należy się odszkodowanie w takiej wysokości, iż 

małżonkom z całej ich fortuny nie pozostało właściwie nic. Na cóż im zresztą były pieniądze 

- czekał ich przecież sąd wojenny!

Zarówno Marc, jak i David z uwagi na odniesione rany zostali uznani za tymczasowo 

niezdolnych do służby wojskowej. Kiedy Niemcy wreszcie zostali powstrzymani nad rzeką 

Marną i  działania  wojenne na  froncie zachodnim wygasły,  wszyscy czworo  popłynęli  do 

Norwegii.   Był   smutny   jesienny   dzień.  Ani   Madeleine,   ani   Marc   nie   mogli   uwierzyć   w 

zapewnienia Davida i Sissi, jak piękna Norwegia jest w zimie.

- Marc, kim ty właściwie jesteś? - spytała Sissi, kiedy statek powoli dobijał do portu w 

Christianii. - Chodzi mi o to, jaki masz tytuł? Hrabiego czy barona... czy?

- Żadnego - uśmiechnął się Marc. - Kiedyś takich jak ja nazywano chevalier, ale teraz 

się tego nie praktykuje. Le Fey wywodzą się z bardzo bogatych chłopów.

- A co znaczy le Fey? Wydaje mi się, że to nie francuskie nazwisko?

- Jeden z moich przodków otrzymał je w szesnastym wieku od króla Szkocji. Oznacza 

ono mniej  więcej „naznaczony przez śmierć” lub „bliski śmierci”. Jemu udało się ocalić 

głowę... i mnie także.

-   Trafnie   to   określiłeś!   -   roześmiała   się   Sissi.   -   Tytuł   czy   nie,   mama   będzie 

zachwycona!

David stał przy relingu, trzymając Madeleine za rękę.

background image

- Nie obawiaj się, moja droga, na pewno wszyscy cię zaakceptują! - przekonywał.

W   jego   głosie   można   jednak   było   wyczuć   niepewność.   Wreszcie   zrozumiał,   że 

Madeleine nie bez powodu obawiała się spotkania z jego rodziną. Sissi także miała rację, 

zastanawiając   się,   jak   przyjmie   tę   młodą   Francuzkę   krąg   ich   wysoko   postawionych 

znajomych. David zdecydował się z nią ożenić trochę z przekory, chciał także otoczyć ją 

opieką.   Do   domu   nie   mogła   przecież   wrócić,   nie   mogła   także   przez   resztę   życia   być 

opiekunką Michela!

David wybrał się do domu rodzinnego Madeleine i poprosił o jej, rękę. Na początku 

rodzice dziewczyny nie chcieli z nim rozmawiać, twierdząc, że Madeleine nie jest już ich 

córką. Kiedy jednak się zorientowali, że jest bogatym człowiekiem, od razu zmienili zdanie.

Wtedy ostatecznie zdecydował, że zabierze Madeleine ze sobą do Norwegii.

Ale teraz...? Wiedział poza tym, jak głęboko tkwi w niej lęk przed wszystkim, co 

dotyczyło miłości między kobietą a mężczyzną. Dziewczyna odnosiła się do niego niemal z 

nabożeństwem, a to nie wróżyło udanego małżeństwa!

David westchnął. Cóż, może jakoś się to wszystko ułoży!

Ale rodzina przyjęła ich z otwartymi ramionami. Sissi usłyszała to i owo na temat 

swej lekkomyślności, ale tak naprawdę nikt się na nią nie gniewał.

Matka odbyła krótką rozmowę z Markiem:

- Chętnie uwierzę w to, że Sissi podąży za tobą na koniec świata. Nie sądziłam, że ta 

dumna   dziewczyna   spotka   kiedyś   mężczyznę,   na   którego   będzie   patrzeć   z   takim 

uwielbieniem. Ale musisz wiedzieć, Marc, że to rozsądne z twojej strony, iż masz w zanadrzu 

zamek i majątek. Sissi jest bowiem rozpieszczonym stworzeniem, przywykłym do życia w 

luksusie!

- Chyba wszystko ułoży się dobrze - roześmiał się Marc.

-   Jestem   tego   pewna!   Powinnam   była   wiedzieć:   ona   szukała   silnego   mężczyzny, 

którego mogłaby podziwiać. Kiedy mówię silnego, to mam na myśli nie tylko siłę mięśni. O 

Sissi się nie obawiam. Bardziej martwię się o Davida...

- Madeleine jest wspaniałą i piękną dziewczyną - powiedział z przekonaniem Marc.

- O, tak, z pewnością! Zaraz ją wyślemy do szkół, nauczy się sztuki prowadzenia 

domu,   etykiety   i   tak   dalej.   Niczego   więcej   Madeleine   nie   trzeba!  Ale   czy   David   myśli 

poważnie? - mówiła dalej pani de Saint - Colombe. - Czy on przypadkiem nie bawi się w 

błędnego rycerza albo dobrego samarytanina?

- Bzdura - wtrąciła się Sissi, która właśnie nadeszła. - David jest w niej naprawdę 

zakochany. Problem w tym, że dziewczyna jest tak cnotliwa, że nigdy nie będzie mógł jej 

background image

tknąć! Właśnie jej tłumaczyłam, że powinna gwizdać na cały świat. Trzeba żyć tylko dla tego 

kogoś, kogo się kocha. Dać mu wszystko. Myślę, że to pomogło!

- Ależ Sissi! - wybuchnęła matka wstrząśnięta.

-   Mamo,   czy   musimy   urządzać   wielkie   wesele?   -   szybko   zmieniła   temat   Sissi.   - 

Pomyśl o tych wszystkich snobach, którzy przyjdą tylko po to, żeby zmrozić spojrzeniem 

Madeleine. Poza tym Marc i ja musimy czym prędzej wracać do Francji i...

- Nikt nie będzie mroził wzrokiem Madeleine, mogę cię zapewnić! Proszę cię, nie 

odbieraj mi radości wyprawienia podwójnego wesela moim bliźniętom!

- No dobrze, mamo, jak chcesz! - zgodziła się w końcu Sissi.

... I odbyło się huczne wesele, na które przybyli  najznakomitsi goście. Madeleine 

wyglądała jak czarująca dzika róża u boku dumnego Davida.

A Sissi nigdy jeszcze nie była tak oszałamiająco piękna, jak w olśniewająco białej 

sukni i welonie, z białymi kwiatami w bukiecie ślubnym i wianku...

Sissi bowiem nigdy nie poddawała się konwenansom!


Document Outline