background image
background image

Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment

pełnej wersji całej publikacji.

Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji 

kliknij tutaj

.

Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie
rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez
NetPress Digital Sp. z o.o., operatora 

sklepu na którym  można

nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji

. Zabronione są

jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody
NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej 
od-sprzedaży, zgodnie z 

regulaminem serwisu

.

Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie

internetowym 

e-booksweb.pl - audiobooki, e-booki

.

background image

Erica Spindler

Ślepa zemsta

Przełożyła

Małgorzata Borkowska

background image

CZĘŚĆ PIERWSZA

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Nowy Orlean, Luizjana
Niedziela, 28 sierpnia 2005 r.
16.00

Bogowie  czuwali  nad  Nowym  Orleanem.  A  przynajmniej  wszystko

na  to  wskazywało.  Jakże  inaczej  to  historyczne  miasto  zbudowane
poniżej  poziomu  morza,  ten  brylant  położony  na  bagnach,  mogłoby
przetrwać?

Przetrwanie.  Gatunków,  najsilniejszych  osobników,  własne...

Instynktowny odruch, by walczyć o życie. Żeby ocaleć.

Czy ona też będzie próbowała się bronić?
Podejdź do drzwi. Otwórz je.
Była  tutaj.  Leżała  na  łóżku.  Spała.  Suka!  Nędzna,  niewierna

dziwka!

Zasłużyła na to. Zdradziła cię. Złamała ci serce.
Przekręciła się. Jęknęła, jej powieki zadrżały.
Szybko! Podejdź do łóżka. Zaciśnij dłonie na jej szyi.
Gwałtownie  otworzyła  oczy.  Sadzawki  przerażonego  błękitu.

Szarpała się i wyrywała.

Mocniej. Jeszcze mocniej. To jej wina. Jej. Suka! Zdrajczyni!
Kremowa skóra pokryła się plamami, po czym spurpurowiała. Oczy

wyszły  jej  z  orbit,  wytrzeszczone  jak  u  jakiejś  dziwacznej  postaci
z kreskówki.

Żadnego żalu. Żadnego wahania. Sama była sobie winna. Zasłużyła

na to.

Jej ręce opadły. Ciało zadrżało, po czym znieruchomiało.
To już połowa zadania. Oddychaj głęboko. Uspokój się. Skończ to,

do czego cię zmusiła.

background image

Ciszę  przerwało  wycie.  Głośny  jak  wystrzał  trzask  wstrząsnął

domem.

To  tylko  wiatr.  Wściekłość  Katriny.  No  już,  szybko!  Dobrze.

Sprawdź, czy masz wszystko, co ci potrzebne.

Mocne,  przemysłowe  worki  na  śmieci.  Gumowe  rękawice  i  buty.

Ubranie  przeciwsztormowe.  Nowa,  błyszcząca  piła  do  cięcia  kości.
Piękna, śliczna piła.

Plastikowy worek zapinany na zamek błyskawiczny.
Nikt nic nie usłyszy. Nikt nie przyjdzie. Wszyscy uciekli.
Puste miasto.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Nowy Orlean, Luizjana
Środa, 31 sierpnia 2005 r.
15.00

Miasto  duchów,  pomyślała  kapitan  Patti  O’Shay.  Wszystko  wokół

wyglądało  jak  scena  z  jakiegoś  apokaliptycznego  horroru.  Ani
jednego samochodu czy autobusu. Ani jednej osoby idącej chodnikiem
czy siedzącej na werandzie. Upiorna cisza.

Sunęła wolno wzdłuż Tchoupitoulas Street w kierunku przedmieść,

manewrując  ostrożnie  między  powalonymi  słupami  wysokiego
napięcia, gałęziami i drzewami, a czasem z konieczności zjeżdżając
z drogi. Walczyła z sobą, żeby skupić się na prowadzeniu samochodu
i zapanować nad wyczerpaniem i rozpaczą.

Katrina uderzyła, a wtedy sprawdziły się najgorsze przepowiednie

dotyczące  Sądu  Ostatecznego:  wały  przeciwpowodziowe  zaczęły
pękać,  i  niecka,  którą  było  to  miasto  totalnego  luzu,  wypełniła  się
wodą.

Zalało  osiemdziesiąt  procent  obszaru  miasta,  w  tym  również

kwaterę  główną  policji.  Ocalały  tylko  położone  wyżej  tereny:
Dzielnica  Francuska,  fragmenty  centrum  biznesowego,  niektóre
zakątki  Dzielnicy  Ogrodów  i  zamożnych  przedmieść.  No  i  biegnąca
wzdłuż Missisipi ulica, którą właśnie jechała.

Miasto było pozbawione elektryczności, bieżącej wody, dostępu do

żywności.  Dwadzieścia  pięć  procent  pojazdów  należących  do
nowoorleańskiej policji znalazło się pod wodą.

Mieszkańcy, którzy nie wyjechali, byli teraz uwięzieni na dachach

lub  strychach.  Także  na  drogach  międzystanowych  i  mostach.
Umierali w okrutnym upale, bez jedzenia, wody i pomocy medycznej.

background image

Na ulice wyszli szabrownicy, ćpuny i inne zbiry.
Departament  policji  urządził  punkt  zborny  w  kasynie  Harrah,

stojącym  samotnie  u  wylotu  Canal  Street.  „Royal  Sonesta”,  jeden
z  najbardziej  imponujących  hoteli  w  Dzielnicy  Francuskiej,  służył
teraz za tymczasową kwaterę główną policji.

Patti  zacisnęła  palce  na  kierownicy.  Łączności  również  nie  było.

Policjanci  mieli  do  dyspozycji  wyłącznie  krótkofalówki  i  jeden
doraźny kanał radiowy, z którego korzystali wspólnie ze wszystkimi
pozostałymi agencjami oraz policją stanową.

Z powodu zakłóceń porozumienie się z kimś, kto znajdował się dalej

niż  sześć  kilometrów,  było  niemożliwe,  a  więc  dowódcy
poszczególnych  oddziałów  utracili  zdolność  dowodzenia.  Co  gorsza,
różne urzędy zagłuszały się nawzajem, tworząc kakofonię dźwięków,
której  właśnie  słuchała.  Długa  litania  chaotycznych  ostrzeżeń,
doniesień, próśb o wsparcie.

Oczywista  oznaka,  że  ci,  którzy  przeżyli,  walczą  o  powrót  do

normalności.  Ten  hałas  dowodził,  że  koniec  świata  jeszcze  nie
nastąpił.

Chociaż  Patti  obawiała  się,  że  jej  świat  już  się  skończył.  Tak  po

prostu.

Jej mąż, kapitan Sammy O’Shay, zaginął.
Od  niedzieli  poprzedzającej  huragan  nie  miała  od  niego  żadnych

wiadomości.  Wydano  wówczas  rozkaz,  żeby  wszyscy  oficerowie
pozostali  na  służbie.  Razem  z  Sammym  poszli  na  wczesne
nabożeństwo  do  katedry  świętego  Ludwika,  po  czym  każde  z  nich
udało się na swój patrol.

Pamiętała,  jak  po  wyjściu  z  kościoła  ogarnęło  ją  uczucie

przytłaczającej  pustki.  I  lęku.  Było  tak  przejmujące,  że  z  trudem
chwyciła oddech.

Sammy spojrzał na nią z niepokojem.
– Co się stało, kochanie?

background image

– Nic. – Pokręciła głową.
Ale on znał ją zbyt dobrze. Zacisnął palce na jej dłoni. Był dla niej

podporą i zawsze ją chronił.

–  Będzie  dobrze,  Patti.  Do  środy  wszystko  zacznie  działać

normalnie.

Przytulił ją i uścisnął na pożegnanie. A potem rozpętało się piekło.
Patti  uświadomiła  sobie,  że  właśnie  dzisiaj  jest  środa.  I  nic  nie

działa normalnie.

Gdzie on jest?
Zadrżała  nagle,  choć  przez  otwarte  okna  do  wnętrza  radiowozu

wpadało  nieznośnie  gorące,  wilgotne  powietrze.  Potrząsnęła  głową,
próbując się pozbyć ogarniającego ją przerażenia.

Z Sammym z pewnością wszystko jest w porządku. Pewno pojechał

do  domu,  żeby  zobaczyć,  co  się  tam  dzieje,  albo  szukał  jej  i  został
odcięty przez wodę. Możliwe też, że utknął gdzieś, próbując ratować
ludzi. To oczywiste.

Zawsze  był  bardzo  zaradny.  Gdyby  został  ranny,  z  pewnością

znalazłby jakieś schronienie i czekał na pomoc.

Tylu ludzi zaginęło. Tylu zmarło.
W krótkofalówce rozległy się jakieś trzaski i piski. W mieście znów

spłonęło  kilka  budynków.  Były  raporty  o  setkach  mieszkańców
skupionych  w  centrum  konferencyjnym,  o  strzelaninie  na  stadionie
Superdome,  o  prywatnych  zbrojnych  oddziałach,  które  przylatywały
tu helikopterami.

Plotki i pogłoski, których nie sposób zweryfikować z powodu braku

łączności.

Gdzie jest Sammy?
Nagle wszystkie rozmowy ucichły, przerwane przeciągłym piskiem.

Przeraźliwy  dźwięk  podziałał  na  nią  jak  uderzenie.  Przytrzymanie
jednego  z  przycisków  było  jedyną  metodą,  żeby  wyregulować  kanał
alarmowy.  To  był  sygnał,  żeby  użytkownicy  nie  korzystali  z  kanału,

background image

dopóki nie zostanie podany komunikat.

– Ranny policjant. Powtarzam, ranny policjant. Audubon Place.
Patti podniosła krótkofalówkę do ust.
–  Zgłasza  się  kapitan  Patti  O’Shay.  Jestem  na  ulicy  Tchoupitoulas,

zbliżam się do Jackson Avenue. Czy stąd dojadę na Audubon Place?
Czekam.

Natychmiast  przekazano  jej  informację,  że  przejezdne  są  aleje

Jackson i Louisiana, na których oczyszczono po jednym pasie. Na St.
Charles Avenue należało jechać po torach tramwajowych.

Audubon  Place  była  ulicą,  gdzie  stało  najwięcej  wytwornych

rezydencji w Nowym Orleanie, a być może nawet na całym Południu.
Zamknięty  teren,  na  którym  usytuowanych  było  dwadzieścia  osiem
pałaców  zajmowanych  przez  stare  nowoorleańskie  rody.  Tu
mieszkała 

sama 

śmietanka: 

magnaci 

przemysłowi, 

rektor

uniwersytetu  Tulane.  Położona  na  północ  od  St.  Charles  Avenue,
naprzeciwko  parku  Audubon  i  granicząca  z  uniwersyteckim
kampusem, przetrwała huragan prawie bez szkód. A teraz, całkiem
bezbronna,  stała  się  łakomym  kąskiem  i  łatwym  celem  dla
grabieżców.

Patti  miała  mętlik  w  głowie.  Alarm  mógł  być  fałszywy.  W  ciągu

ostatnich  dni  zdarzało  się  to  wielokrotnie.  A  jeśli  nie...  Kim  był  ten
policjant?  Jak  ciężkie  odniósł  obrażenia  i  jak,  do  diabła,  miała  mu
zapewnić pomoc lekarską?

W  końcu  dojechała  na  miejsce.  Dostrzegła,  że  przed  nią  dotarł

jeszcze jeden radiowóz.

Najwyraźniej  raporty  o  prywatnych  siłach  policyjnych  nie  były

przesadzone.  Czterech  uzbrojonych  mężczyzn  w  maskujących
mundurach  stało  w  bramie,  która  zamykała  eleganckie,  zwieńczone
łukiem  wejście.  Tuż  obok  zaparkowano  prywatne  hummery
i spychacz.

Kiedy wysiadła, w drugim radiowozie po stronie kierowcy również

background image

otworzyły się drzwi. To był jeden z jej ludzi. Detektyw Tony Sciame.
Miał  za  sobą  trzydzieści  lat  służby  i  chyba  nie  było  rzeczy,  które
mogłyby go zaskoczyć.

Teraz  ruszył  w  jej  stronę.  Odniosła  wrażenie,  że  od  chwili  gdy

widziała go po raz ostatni, postarzał się o dziesięć lat. Nie odezwała
się jednak, bo z pewnością wyglądała równie źle.

– Co tam mamy? – spytała.
–  Nie  jestem  pewien.  Przyjechałem  kilka  minut  przed  tobą.  Nie

pozwolili mi wejść.

– Słucham? – zdumiała się.
–  Powiedzieli,  że  mają  ten  teren  pod  kontrolą.  Prywatna  straż,

wynajęta przez mieszkańców do ochrony ich własności.

Być może za pieniądze nie można kupić miłości, lecz wszystko inne

miało swoją cenę.

Razem  podeszli  do  strażników.  Serce  jej  zadrżało,  gdy  za  bramą

spostrzegła kolejny radiowóz.

– Kto tu dowodzi? – spytała mężczyzn.
– Ja. Major Stephens. Prywatna armia Blackwater.
–  Kapitan  Patti  O’Shay,  Departament  Policji  Nowego  Orleanu  –

przedstawiła się, pokazując legitymację. – Dostaliśmy informację, że
jest tu ranny oficer.

Sprawdził jej tożsamość, po czym gestem pokazał, żeby szli za nim.
– Chodźcie.
Poprowadził  ich  w  stronę  radiowozu.  Patti  słyszała  szum

generatorów, które zapewniały prąd pałacom. Tak właśnie wygląda
świat, pomyślała. Klęska znacznie bardziej dotknęła biedotę niż ludzi
z elity.

Jak  widać,  dla  najzamożniejszych  była  zaledwie  drobną

niedogodnością.

Ofiara leżała kilka metrów przed pojazdem, twarzą w błocie.
– Nie ma odznaki – odezwał się mężczyzna. – Ani broni.

background image

Kiedy  się  zbliżyli,  nasilił  się  odór  śmierci.  Patti  poczuła,  że  mimo

upału jej dłonie są lodowate.

–  Wygląda  na  to,  że  został  uderzony  w  głowę  jakimś  ciężkim

przedmiotem  –  ciągnął  major.  –  Potem  go  zastrzelono.  Dostał  dwie
kule w plecy.

Podeszli  do  ciała.  Patti  wpatrywała  się  w  ofiarę.  W  głowie  jej  się

kręciło, w uszach szumiała pulsująca krew.

–  Rozkład  ciała  wskazuje,  że  to  nie  mogło  się  stać  po  huraganie  –

odezwał się Tony.

Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale nie była w stanie mówić.

Znała tego policjanta. Ze wspólnego życia, z dzielonych z nim trosk,
nadziei i marzeń. Z prawie trzydziestu lat małżeństwa.

To nie mogło być prawdą. A jednak było.
Jej mąż nie żył.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Czwartek, 20 października 2005 r.
11.00

Patti  wpatrywała  się  w  ekran  komputera,  na  którym  wyświetlona

była  nowoorleańska  strona  informacyjna  NOLA.com  z  wiadomością
sprzed prawie dwóch miesięcy.

Kapitan nowoorleańskiej policji zastrzelony przez szabrowników.
9/01/05, godz. 8.10

W  środę  policjanci  znaleźli  w  Audubon  Place  ciało  zastrzelonego

kolegi,  kapitana  Sammy’ego  O’Shaya,  oficera  o  trzydziestoletnim
stażu.  Zdaniem  szefa  policji,  Eddiego  Compassa,  morderstwo  było
dziełem  szabrowników,  których  ściągnęły  w  tę  okolicę  zamożne
rezydencje. Śledztwo jest w toku.

Śmiechu  warte.  Nie  było  żadnego  śledztwa  wówczas,  nie  było  go

i  teraz.  W  mieście  i  wszystkich  jego  urzędach,  łącznie
z departamentem policji, panował chaos. W tej chwili najważniejsze
było  przetrwanie.  Jak  można  prowadzić  dochodzenie  bez  żadnych
szans  znalezienia  dowodów,  bez  wyposażenia,  ludzi  do  pracy?  Do
diabła,  przecież  w  niektórych  częściach  miasta  nadal  brakowało
wody pitnej.

Patti zmarszczyła czoło. Chciała poznać odpowiedzi na wiele pytań.

Doprowadzić  do  niepodważalnych  ustaleń.  Tymczasem  nie  miała
nawet  pewności,  czy  Sammy  został  zabity  przed  uderzeniem
huraganu czy po nim.

Szef uznał, że Sammy musiał przeszkodzić szabrownikom, dlatego

go  zastrzelili.  Takie  rozumowanie  wydawało  się  sensowne,  jeśli

background image

weźmie się pod uwagę miejsce i czas. Jeżeli jednak tak było, czemu
nie  miała  od  męża  żadnych  wieści  od  chwili,  gdy  rozstali  się  pod
katedrą?

Powodów  mogło  być  mnóstwo...  Kolejne  pytania  bez  odpowiedzi.

Jakże to wszystko frustrujące.

Masując  skronie,  żeby  pozbyć  się  napięcia,  próbowała  zebrać

w myślach wszystkie fakty dotyczące śmierci męża. Został uderzony
w tył głowy, co sugerowało, że zabójca go zaskoczył. Potem rozbroił
i w końcu zabił Sammy’ego z jego własnej broni, oddając dwa strzały
w plecy.

Wóz  Sammy’ego  stał  otwarty,  kluczyki  były  w  środku.  Wnętrze

samochodu  było  czyste.  Przy  Sammym  nie  znaleziono  ani  broni,  ani
odznaki.  Miejsce  zbrodni  nie  zostało  zbadane.  Wszelkie  ślady,  o  ile
jakieś były, dawno uległy zniszczeniu.

– Pani kapitan? Wszystko w porządku?
Patti  oderwała  wzrok  od  monitora.  W  progu  jej  prowizorycznego

gabinetu  stał  detektyw  Spencer  Malone.  Był  nie  tylko  jej
podwładnym,  ale  również  siostrzeńcem  i  chrześniakiem.  Przyglądał
się jej ze zmarszczonym czołem.

– Oczywiście. O co chodzi?
– Masowałaś skronie – powiedział cicho, ignorując jej pytanie.
–  Naprawdę?  –  Ze  złością  opuściła  dłonie.  Minęły  prawie  dwa

miesiące od chwili, gdy Sammy zginął, ale ludzie wciąż ją traktowali,
jakby  miała  za  chwilę  się  rozsypać.  Chyba  już  wystarczająco
cierpiała,  a  ta  nieustająca  troska  ciągle  przypominała  jej  o  stracie,
jaką poniosła.

Pochodziła  z  rodu,  z  którego  w  nowoorleańskiej  policji  poza  nią

służyli  również  jej  ojciec  i  dziadek,  szwagier,  trzech  siostrzeńców
i siostrzenica. Nie było sposobu, żeby coś przed nimi ukryć.

– To tylko ból głowy.
– Jesteś pewna? Przed zawałem...

background image

– Byłam wciąż zmęczona i rozcierałam skronie?
– Właśnie.
Na  wiosnę  przed  huraganem  przeszła  niegroźny  atak  serca,  ale

teraz to było coś zupełnie innego.

– Nic mi nie jest. Chciałeś coś?
– Mamy robotę – odpowiedział Spencer. – Na jednym z cmentarzy

lodówek.

Nowoorleańczycy,  uciekając  przed  Katriną,  porzucali  wypełnione

lodówki  i  zamrażarki,  które  przez  te  wszystkie  tygodnie  były
pozbawione prądu. Po powrocie większość ludzi po prostu zamykała
szczelnie  cuchnące  urządzenia  i  wystawiała  na  ulicę.  Stamtąd
wywożono je na wysypiska śmieci, gdzie zajmowała się nimi Agencja
Ochrony  Środowiska.  Właśnie  te  śmietniska  zyskały  miano
cmentarzy lodówek.

– Robotę? – powtórzyła.
–  I  to  dużą.  Agencja  Ochrony  Środowiska  dokonała  ciekawego

odkrycia w jednej z zamrażarek. Pół tuzina ludzkich dłoni.

Patti postanowiła pojechać do wezwania razem ze Spencerem. Na

miejscu czekał na nich inspektor Jim Douglas.

–  Cholera,  czegoś  takiego  jeszcze  nie  widziałem  –  powiedział.  –

W  pierwszej  chwili  myślałem,  że  Paul,  który  miał  oczyścić  tę
zamrażarkę, zrobił mi kawał. Kiedy cały dzień człowiek zajmuje się
czymś takim... – zatoczył ręką, pokazując wysypisko – dobry żart jest
nawet mile widziany. Rozumiecie, co mam na myśli?

– Jasna sprawa – mruknął Spencer. – Coś takiego nadaje nowy sens

śmierdzącej robocie.

–  No  właśnie.  Nie  martwcie  się,  do  tego  smrodu  można

przywyknąć.

Patti  nie  zamierzała  go  informować,  że  jedną  z  pierwszych  i  być

może  najważniejszych  lekcji,  jakie  pobiera  gliniarz,  jest  informacja,

background image

że przed pojawieniem się na miejscu zdarzenia, należy rozetrzeć pod
nosem  trochę  maści  mentolowej.  Zwłaszcza  gdy  dostanie  się
zgłoszenie o takiej sprawie jak ta...

Chociaż musiała przyznać, że w tak cuchnącym miejscu znalazła się

chyba  po  raz  pierwszy,  a  przecież  wiele  już  widziała.  Stała  na
samych obrzeżach wysypiska, ale i tak zaczęły jej łzawić oczy.

Inspektor poprowadził ich w stronę wozu agencji.
–  Mam  tu  dla  was  kombinezony  ochronne  i  maski.  Z  pewnością

będą  wam  potrzebne.  –  Wprowadził  ich  do  środka  i  podał  białe
skafandry, specjalne kaptury i buty oraz maski przeciwgazowe.

Przebrali  się  i  ruszyli  na  cmentarzysko.  Patti  czuła  się  jak

w  nierealnym  świecie.  Gdzie  okiem  sięgnąć  stały  niezliczone  rzędy
lodówek  i  zamrażarek.  Wielki  śmierdzący  cmentarz  pełen
pogrzebanej żywności.

I  zupełnie  jak  na  prawdziwym  cmentarzu,  na  wyrzuconych

urządzeniach  mieszkańcy  Nowego  Orleanu  dawali  upust  swym
uczuciom.  Wypisane  sprayem  uwagi  wyrażały  rozpacz,  gniew,
beznadzieję.  „Świetna  robota,  Brownie!”  –  głosił  jeden  z  napisów,
wymalowany pomarańczową farbą. Był to cytat z prezydenta Busha,
który  tak  zwrócił  się  do  Michaela  Browna,  nieudolnego  szefa
Federalnej  Agencji  Zarządzania  Kryzysowego.  „Na  razie,  Panie
Śmierdzielu!” widniało na innej lodówce. A jeszcze gdzie indziej: „Tu
leży Wujek Gnój. Wielkie dzięki, Katrino!”.

Na  wielu  drzwiach  wciąż  były  poprzyczepiane  kalendarze,

dziecięce  rysunki  i  zdjęcia.  Obrazy  zniweczonego  życia,
zatrzymanego czasu.

–  Te  urządzenia  zakwalifikowane  są  jako  niebezpieczne  odpady  –

wyjaśniał Douglas, gdy szli wzdłuż rzędu lodówek. – Dlatego właśnie
zajmuje  się  tym  Agencja  Ochrony  Środowiska.  Zaczynamy  od
opróżniania  zawartości.  Podczas  takiej  akcji  trafiliśmy  na  te  ręce.
Najpierw lodówka jest myta pod ciśnieniem. Później ściągamy freon

background image

z wężownicy i olej ze sprężarki.

–  Ile  ich  tu  macie?  –  spytał  Spencer.  Słysząc  ton  jego  głosu,  Patti

domyśliła  się,  że  jemu  również  to  miejsce  wydaje  się  nierealne.
Prawdę mówiąc, od 29 sierpnia prawie wszystko w Nowym Orleanie
sprawiało takie wrażenie.

–  Dziesięć  tysięcy  –  odparł  mężczyzna.  –  A  dopiero  zaczęliśmy.

Spodziewamy się, że zanim to się skończy, będzie ich ćwierć miliona.

Spencer gwizdnął.
– Całe mnóstwo cuchnących lodówek.
Douglas  zaśmiał  się,  choć  „cuchnący”  było  dość  łagodnym

określeniem.

–  I  tak  dobrze,  że  da  się  je  zutylizować.  Kiedy  z  nimi  skończymy,

zostaną  sprasowane,  potem  odesłane  do  firmy,  w  której  przejdą
przez  niszczarki  i  separatory.  No,  jesteśmy  –  oznajmił  całkiem
niepotrzebnie,  bo  trudno  było  nie  zauważyć  lodówki,  w  sprawie
której tu przyjechali. Jeden z policjantów otoczył ją i najbliższy teren
policyjną  taśmą.  Tuż  za  taśmą  stało  dwóch  mężczyzn,  również
ubranych w ochronne kombinezony.

I  wtedy  właśnie  zobaczyła  ręce.  A  raczej  to,  co  z  nich  pozostało.

W większości były to jedynie kości, rozłożone na ziemi na plastikowej
płachcie. Obok leżały zapinane na suwak worki. Nie była pewna, czy
z tych szczątków lub z tego, co pozostało w workach, a wyglądało jak
słynna kreolska zupa gumbo, uda się uzyskać jakiś materiał DNA.

Zupa DNA, przemknęło jej przez myśl. Cudownie.
Podniosła  wzrok  na  lodówkę.  Typowa  lodówko-zamrażarka,  bez

dozownika wody czy urządzenia do robienia kostek lodu. Żaden cud
techniki.

Potężniejszy z mężczyzn postąpił do przodu.
– Funkcjonariusz Connelly, kapitanie. To ja odebrałem zgłoszenie.
– I to pan ogrodził teren taśmą?
– Tak. Sprawdziłem zgłoszenie i wezwałem pomoc.

background image

–  Świetnie.  Proszę  skontaktować  się  z  komendą  i  sprawdzić,  czy

mogą  przysłać  nam  techników.  –  Odwróciła  się  do  drugiego
z  mężczyzn.  –  Jestem  kapitan  O’Shay,  a  to  detektyw  Malone.  Jak
rozumiem, to pan znalazł te dłonie.

Potakująco kiwnął głową.
– Pewno powinienem od razu wezwać Jima, ale w pierwszej chwili

nie  mogłem  uwierzyć  w  to,  co  zobaczyłem.  Powiem  szczerze,
diabelnie mnie to zaskoczyło.

– Każdy by tak zareagował, Paul. Opowiedz nam dokładnie, jak to

było.

–  Jak  wiecie,  musimy  postępować  według  ściśle  określonej

procedury.  Najpierw  opróżniamy  lodówki.  Jeśli  to  możliwe,
zawartość  ładujemy  do  pojemników.  Robimy  to  ręcznie  albo  przy
pomocy  mechanicznego  chwytaka.  Później  myjemy  je  wodą  pod
ciśnieniem. W większości lodówek znajdujemy rozkładającą się maź.
To oczywiste, bo przez długi czas stały bez prądu. Obrzydlistwo.

Nie zamierzała zaprzeczać.
– A jak znalazłeś te dłonie?
–  Były  tam  –  wskazał  jedno  z  urządzeń  –  w  zamrażarce.  W  ogóle

bym  ich  nie  znalazł,  gdyby  jeden  z  worków  się  nie  otworzył.
Wyślizgnął mi się z rąk i pękł. Zrządzenie losu.

– Ale nie wezwałeś wtedy pana Douglasa?
– Wiecie, zaskoczyło mnie to. W pierwszej chwili pomyślałem, że to

może  nie  są  prawdziwe  dłonie.  Przyszło  mi  do  głowy,  że  ktoś  je  tu
podrzucił dla kawału.

Głos  mu  zadrżał,  ale  nie  potrafiłaby  ocenić,  czy  sprawiło  to

przerażenie czy może podekscytowanie.

– Położyłem więc jedną tutaj, żeby dobrze jej się przyjrzeć, ale nie

wyglądała  jak  z  plastiku.  A  potem  znalazłem  następną.  –  Przeniósł
spojrzenie na Douglasa. – I wtedy poszedłem po Jima.

– I już razem wyjęliście cztery pozostałe?

background image

Kiwnął głową.
– Kiedy zrozumieliśmy, co to jest, byliśmy bardzo ostrożni.
– Doceniamy to. – Patti zwróciła się do Douglasa. – Czy wiadomo,

skąd pochodzi ta lodówka?

– Z terenu miasta.
– Nie znacie ulicy, dzielnicy lub...
– Po prostu z tego okręgu.
Prawdę  mówiąc,  nie  była  zaskoczona.  Uprzątnięcie  zalanych

terenów  wymagało  ogromnego  wysiłku.  Słyszała,  że  po  huraganie
było  w  mieście  tyle  gruzu,  ile  wywożono  z  Nowego  Orleanu  przez
trzydzieści cztery lata. Około stu milionów metrów sześciennych, co
przeciętnemu człowiekowi w ogóle nie mieściło się w głowie.

Ponownie spojrzała na Paula.
– Czy zauważyłeś w tej lodówce coś charakterystycznego?
Zastanawiał się przez chwilę.
– Nie. Przykro mi.
– Daj nam znać, gdyby coś ci przyszło do głowy. – Wyciągnęła rękę

do  Jima  Douglasa.  –  Zabierzemy  to  stąd.  Kiedy  pojawi  się  nasza
ekipa, proszę ją tu skierować, dobrze?

Obiecał, że to zrobi, po czym obaj z Paulem odeszli.
Spencer  zbliżył  się  do  płachty  i  przykucnął,  przyglądając  się

szczątkom.

– To są wszystko prawe dłonie – powiedział. – Sześć różnych ofiar.
Patti zmarszczyła czoło.
– Dlaczego prawe dłonie?
– Czemu w ogóle dłonie? – odparował.
– To trofea. Nie ma wątpliwości.
–  Katrina  zaatakowała  miasto  i  ten  chory  sukinsyn  stracił  swoją

kolekcję.  –  Włożył  lateksowe  rękawiczki  i  wyciągnął  rękę.  –  To
kobiece dłonie. Za małe na męskie.

Patti  również  naciągnęła  rękawiczki  i  podeszła  bliżej.  Dłonie  na

background image

płachcie były prawie tej samej wielkości co jej dłoń.

–  Chyba  mogłyby  należeć  do  młodego  mężczyzny,  na  przykład

nastolatka.

– Możliwe. – Spencer z namysłem przechylił głowę. – Spójrz tutaj.

Te cztery były bardzo starannie odcięte.

– Za to te dwie – mruknęła Patti – zwyczajnie odrąbane.
– Z upływem czasu udoskonalił technikę.
– Praktyka czyni mistrza.
– Ponura uwaga.
–  Niestety  nie  jedyna.  –  Patti  wyprostowała  się.  –  Wszystkie  były

zamrożone. Rozkład zaczął się, kiedy zabrakło prądu.

–  A  więc  nie  będziemy  w  stanie  określić,  kiedy  doszło  do  tych

okaleczeń  –  podjął  Spencer.  –  Mogło  się  to  zdarzyć  tuż  przed
huraganem...

– Albo całe lata wcześniej.
– Właśnie.
– To ponury fakt numer dwa. W dodatku nie wiemy, ile osób kręciło

się przy tej lodówce ani jak długo stała na powietrzu, wystawiona na
działanie warunków atmosferycznych.

– Znalezienie jakiegokolwiek śladu będzie graniczyć z cudem.
Wiedziała,  że  Spencer  mówi  o  czymś,  co  można  by  wykorzystać

jako materiał dowodowy. Czymś takim jak włosy lub włókna.

–  To  samo  z  odciskami  –  dodała.  –  Nie  uda  nam  się  ustalić,  skąd

przywieziono  lodówkę,  więc  nie  mamy  żadnego  punktu  zaczepienia,
od którego można by rozpocząć dochodzenie.

– To byłby już ponury fakt numer trzy – ocenił Spencer.
–  Zgadza  się.  A  DNA,  jeśli  w  ogóle  uda  się  pozyskać  jakąś

nieskażoną  próbkę,  też  nam  nic  nie  da,  bo  przecież  nie  będziemy
mieli z czym jej porównać.

–  To  już  numer  czwarty  –  burknął  Spencer,  siląc  się  na  żart.  –

Piękne dzięki. Tego mi właśnie było trzeba.

background image

Pojawiła  się  wreszcie  ekipa  techniczna,  jak  się  okazało,

jednoosobowa. Patti rozpoznała technika po sprzęcie. Wyglądało na
to,  że  będzie  musiał  sam  wykonać  całą  robotę,  poczynając  od
zrobienia zdjęć, a kończąc na zbieraniu odcisków palców i wszelkich
innych śladów.

Zresztą  i  tak  cud,  że  go  skądś  wytrzasnęli.  Większość  domów

uległa  zniszczeniu,  brakowało  miejsc  dla  urzędów  i  biur.  Setki
funkcjonariuszy  nowoorleańskiej  policji  mieszkało  na  statku
wycieczkowym  „Ecstasy”,  który  stał  na  Missisipi  w  śródmiejskim
porcie.

– Cześć – przywitał się technik, odstawiając walizkę ze sprzętem. –

Co tu mamy?

– Czyjąś kolekcję. – Spencer wskazał ręką płachtę ze szczątkami.
Mężczyzna skrzywił się i pokręcił głową.
–  Wszystko  się  popieprzyło.  Podobno  niedawno  zauważyli  rekina

płynącego Bulwarem Kombatantów. Nie wiem, jak po tym wszystkim
można  dojść  do  siebie.  –  Załadował  aparat.  –  Mama  mieszka  w  St.
Tammany,  przeniosłem  się  do  niej.  Na  jej  posiadłości  powaliło
czterdzieści  drzew,  ale  żadne  z  nich  nie  uderzyło  w  dom.  Dacie
wiarę?

Nie  oczekując  odpowiedzi,  zabrał  się  do  pracy.  Takie  opowieści

słyszeli zresztą już wielokrotnie. Właściwie od każdej osoby, z którą
się  zetknęli.  W  tym  świecie  po  katastrofie  wszyscy  mieli  jakąś
historię do opowiedzenia.

Odwróciła się do policjanta.
–  Connelly,  pomóż  mu  w  pracy.  Dopilnuj,  żeby  zostały

zabezpieczone  wszystkie  dowody.  Zamelduj  się  u  mnie,  gdy
skończycie.

Wrócili  ze  Spencerem  do  wozu.  Dopiero  gdy  pozbyli  się

kombinezonów  i  wsiedli  do  podstarzałego  chevroleta  camaro
Spencera, Patti przerwała milczenie.

background image

–  Szukamy  ofiary.  Sprawdź,  czy  komputer  znajdzie  kogoś

okaleczonego w ten sposób. Poproś Tony’ego, żeby...

Niewiele  brakowało,  a  użyłaby  zwrotu  „podał  ci  pomocną  dłoń”.

Sądząc po uniesionych brwiach Spencera, domyślił się tego.

– Detektyw Sciame na pewno ci pomoże – dokończyła z posępnym

uśmiechem. – Informuj mnie o wszystkim na bieżąco.

Znów zapadło milczenie. Patti patrzyła przez okno na spustoszone

miasto.  Nie  dość  że  Katrina  dokonała  takich  zniszczeń,  to  teraz
jeszcze mieli na głowie seryjnego mordercę.

background image

CZĘŚĆ DRUGA

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Piątek, 20 kwietnia 2007 r.
Południe

Park  Miejski  zajmował  powierzchnię  tysiąca  trzystu  akrów

w samym sercu Nowego Orleanu. Przed Katriną mógł się poszczycić
polem  golfowym  z  osiemnastoma  dołkami,  kortami  tenisowymi,
stawami,  po  których  pływały  gondole  i  parowce  ze  staromodnymi
kołami  napędowymi,  Krainą  Bajek,  parkiem  rozrywki,  a  także
Muzeum  Sztuki.  Chociaż  po  huraganie  przedstawiał  dość  opłakany
widok, nadal przecież był jednym z najstarszych miejskich obiektów
parkowych w Stanach Zjednoczonych.

Dziś  jednak  stał  się  miejscem  makabrycznego  odkrycia  ludzkich

szczątków.

Spencer  zaparkował  trzydziestoletniego  chevroleta  camaro  przed

Bayou  Oaks,  dwupoziomowym  centrum  treningowym  golfa.
Meldunek mówił o szkielecie. Z pewnością nie byłby to pierwszy taki
przypadek  w  karierze  Spencera.  Podzwrotnikowy  klimat  Luizjany
z  obfitymi  opadami,  długim  upalnym  latem  i  kwaśną  glebą
przyspieszał proces rozkładu. Wystarczyły dwa tygodnie, żeby z ciała
pozostały kości i kilka ścięgien.

Detektyw  Tony  Sciame  z  łoskotem  wjechał  na  żwirowy  parking.

Spencer  podchodził  właśnie  do  pamiętającego  lepsze  czasy  forda
taurusa,  gdy  drzwiczki  się  otworzyły  i  Tony  wygramolił  się  z  wozu.
Sądząc  po  zapachu  frytek,  który  się  za  nim  ciągnął,  wezwanie
przerwało mu lunch.

–  Cześć,  Makaroniarzu  –  powitał  partnera  Spencer.  –  Czy  Betty

wie, że jadasz to świństwo?

Betty  od  trzydziestu  czterech  lat  była  żoną  Tony’ego.

background image

W przeciwieństwie do męża, który w ogóle nie przywiązywał do tego
wagi, uważnie kontrolowała jakość jego posiłków.

– Oczywiście, Bystrzaku. Moja Betty jest rozgarniętą kobietą.
Spencer zaśmiał się i podniósł wzrok na niebo.
– Dobra pogoda na rundkę golfa.
Tony zaniósł się śmiechem.
–  O  ile  dobrze  pamiętam,  Bystrzaku,  najbliżej  kija  golfowego

znalazłeś  się  w  chwili,  gdy  przerwałeś  bójkę  tych  dwóch  gości
w gaciach w szkocką kratę.

– To nie znaczy, że jeszcze kiedyś nie zagram. – Rzucił partnerowi

rozbawione  spojrzenie.  –  A  w  ogóle  na  twoim  miejscu  nie
komentowałbym gustów innych, jeśli chodzi o dobór ciuchów.

–  Bo  co?  –  Tony  zerknął  na  swoje  ubranie.  –  Przecież  wyglądam

dobrze.

Miał na sobie spodnie trochę zbyt zielone, żeby mogły uchodzić za

khaki,  a  zbyt  brązowe,  by  nazwać  je  zielonymi.  Prawdę  mówiąc,
miały  kolor  wymiocin,  chyba  to  określenie  należałoby  uznać  za
najtrafniejsze.  Do  nich  Tony  włożył  bardzo  wzorzystą  koszulę,  na
której dominował kolor pomarańczowy.

– Tak, jasne. Chyba wyłacznie dla kogoś dotkniętego daltonizmem.
– Po prostu nie mam oporów, żeby nosić jaskrawe kolory – prychnął

Tony. – A ty mi zwyczajnie zazdrościsz pewności siebie.

– Jasne, jak uważasz. Skoro takie wyjaśnienie poprawi ci humor –

zakpił 

Spencer. 

Nadał 

starszemu 

partnerowi 

przydomek

Makaroniarz  z  powodu  jego  dużego  brzucha.  Tony  zaś  nazwał  go
Bystrzakiem,  bo  młody  i  niedoświadczony  Spencer  był  wygadany
i  zuchwały.  Chociaż  przez  większą  część  dnia  obrzucali  się
inwektywami,  lubili  się  i  szanowali,  a  co  najważniejsze  ufali  sobie
i wiedzieli, że zawsze mogą na siebie liczyć.

W nowoorleańskiej policji detektywom nie przydzielano partnerów

na stałe. Pracowali w systemie rotacyjnym. Kiedy pojawiała się jakaś

background image

sprawa,  brał  ją  pierwszy  wolny  policjant  i  sam  dobierał  sobie
pomocnika. Właśnie w ten sposób tworzyli zespoły.

Spencer  i  Tony  prawdę  mówiąc,  przedstawiali  dość  dziwną  parę.

Trzydziestotrzyletni  Spencer  był  kawalerem.  Tony  miał  czworo
dzieci, a ożenił się, zanim jego partner przyszedł na świat. Spencer
był  nowicjuszem  w  Pomocniczym  Wydziale  Dochodzeniowym,
a  w  Wydziale  Zabójstw  też  pracował  od  niedawna.  Tony  służył  tam
od  dwudziestu  siedmiu  lat.  Młodszy  funkcjonariusz  miał  opinię
porywczego  narwańca.  O  Tonym  mówiło  się,  że  jest  ostrożny
i powolny.

Jak  żółw  i  zając.  Może  niezbyt  atrakcyjna  para,  lecz  –  w  ich

przypadku – skuteczna.

– Cześć, Mickey – Spencer powitał oficera, który kończył akademię

razem  z  jego  bratem  Percym.  Przed  ślubem  Mike’a  byli  kumplami
i często razem imprezowali. – Co tu mamy?

Mężczyzna uśmiechnął się.
–  Witaj,  Spencer.  Cześć,  detektywie  Sciame.  Pierwszy  dołek,

zachodnie pole. Ludzki szkielet. Prawie nienaruszony.

– Mężczyzna czy kobieta?
– Nie wiem. Nie moja działka.
– Kogo przysłali z biura koronera?
– Tę kobitkę od szkieletów, Elizabeth Walker.
– Jakieś dokumenty?
–  Nie.  Nie  ma  też  żadnych  przedmiotów  osobistych,  chociaż

możliwe,  że  znajdzie  się  coś  w  grobie.  Nie  ruszaliśmy  ciała.
Wezwaliśmy ludzi z Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego z trzeciego
okręgu. Przysłali Laundry’ego.

Prawie dziesięć lat temu władze nowoorleańskiej policji uznały, że

najskuteczniej  walczy  się  z  przestępstwami  tam,  gdzie  zostały
popełnione. 

Zdecentralizowano 

wówczas 

cały 

departament,

przenosząc  różne  jednostki  dochodzeniowe  do  ośmiu  okręgowych

background image

komend i skupiając je w wydziale, któremu nadano nazwę Wydziału
Dochodzeniowo-Śledczego.  Funkcjonariusze  tego  wydziału  nie
specjalizowali  się  w  jakichś  konkretnych  działaniach.  Zajmowali  się
wszystkim  poza  gwałtami,  molestowaniem  dzieci  i  głośnymi
morderstwami.  Takie  przestępstwa  brał  na  siebie  Pomocniczy
Wydział Dochodzeniowy.

–  Miło  to  słyszeć,  Mickey.  Może  jeszcze  będzie  z  ciebie  dobry

glina.

– Pocałuj mnie w dupę, Malone.
– Jeszcze czego. Za bardzo byś to polubił.
– Czy możemy zostawić te osobiste problemy na później? – wtrącił

oschle  Tony.  –  Przyjechali  już  z  tego  pieprzonego  wydziału.
Chciałbym coś zobaczyć, zanim zapakują ofiarę do worka.

Młodszy oficer nie wydawał się tym speszony.
–  Grób  znaleźli  inżynier  i  architekt  krajobrazu,  którzy  mają  zająć

się odbudową pola. Prawdę powiedziawszy, potknęli się o niego.

– Co to dokładnie oznacza? – Spencer zmarszczył brwi.
– Dokładnie to, co słyszysz. Inżynier był nieźle spanikowany. Biedak

właściwie wylądował na szkielecie. Gdyby się nie przewrócił, pewno
w ogóle by go nie zauważyli.

– Wziąłeś ich dane?
Mickey przytaknął i dodał:
– Uprzedziłem ich, że dziś po południu mogą się spodziewać wizyty

policji.  –  Wskazał  stojące  w  pobliżu  wózki  golfowe.  –  Weźcie  sobie
któryś. Kluczyki są w środku. Podążajcie za znakami.

–  Co  za  ironia,  że  to  tutaj  znaleziono  ciało  –  powiedział  Spencer,

gdy wsiedli do wózka.

Przez  kilka  miesięcy,  zanim  wrócili  do  swojej  siedziby  na  Broad

Street,  cały  wydział  pracował  w  przyczepach  kempingowych
ustawionych właśnie w tym parku.

– To wcale nie jest śmieszne.

background image

Tony  prowadził,  a  Spencer  rozglądał  się  po  okolicy.  Katrina

zdziesiątkowała  park.  Następnego  dnia  po  przejściu  burzy
dziewięćdziesiąt  procent  terenu  znajdowało  się  pod  wodą,  której
poziom  osiągał  nawet  trzy  metry.  Na  domiar  złego  była  to  słona
woda  z  Zatoki  Meksykańskiej.  Sól  zabiła  trawę  i  ogromną  liczbę
delikatnych roślin.

Ale  dwa  lata  po  Katrinie  park  –  tak,  jak  reszta  miasta  –  powoli

wracał  do  życia,  choć  z  pewnością  daleko  mu  było  do  świetności
sprzed katastrofy.

Dojechali  na  miejsce.  Mickey  wraz  z  partnerem  ogrodzili  taśmą

policyjną  szeroki  pas  ziemi  wokół  pierwszego  dołka.  Detektywi
wysiedli  z  wózka  i  podeszli  do  stojącego  na  straży  policjanta.
Spencer nie rozpoznał Mickeya. Uznał, że chłopak jest z naboru już
po Katrinie.

Wszystko  w  Nowym  Orleanie  określało  się  teraz  w  ten  sposób:

przed  lub  po  huraganie.  Taki  właśnie  punkt  odniesienia  stosowali
mieszkańcy, żeby określić czas i własne dzieje.

A z pewnością tak robił Spencer.
Przed tragedią wierzył już, że udało mu się dojść do ładu z samym

sobą.  Czuł  się  bezpiecznie  i  znalazł  swoje  miejsce  na  ziemi.
Nieważne, że to miejsce jest bardzo niewielkie.

Jednak  morderstwo  Sammy’ego,  Katrina  i  chaos,  jaki  potem

zapanował,  podkopały  jego  wiarę  i  poczucie  bezpieczeństwa.  Teraz
już  miał  wątpliwości.  A  także  uprzedzenia.  Zrozumiał,  jak  bardzo
kruche  jest  ludzkie  życie.  Czasami  o  naszej  przyszłości  decydują
dosłownie sekundy.

Wiele  o  tym  myślał.  Jednego  dnia  wszystko  toczyło  się  normalnie,

a  już  następnego  świat  przewrócił  się  do  góry  nogami.  W  życiu
gliniarza jest mnóstwo niepewności, ale to było coś zupełnie innego.
Katrina sprawiła, że ta niepewność nabrała globalnego znaczenia.

Obaj  z  Tonym  wpisali  się  do  dziennika  operacyjnego,  przeszli  pod

background image

taśmą  i  ruszyli  w  stronę  grupy  ludzi  zebranych  wokół  grobu
znajdującego  się  jakieś  dwa  metry  od  dołka,  w  cieniu  wielkiego
drzewa.

Spencer zauważył, że technicy zrobili już zdjęcia i zabierali się do

kopania.  Elizabeth  Walker  przykucnęła  obok,  uważnie  wszystko
obserwując.

Szkielet faktycznie był prawie nienaruszony, umieszczony w grobie

twarzą  do  góry.  Skrawki  czegoś,  co  pewno  kiedyś  było  ubraniem,
przylgnęło do kości, które wyglądały jak z marmuru.

–  Hej,  Terry!  –  Spencer  przywitał  się  z  detektywem  z  Wydziału

Pomocniczego. – Jak leci?

–  Nie  mogę  narzekać,  chociaż  zazwyczaj  to  robię.  –  Policjant

z uśmiechem uścisnął mu rękę, po czym przywitał się z Tonym. – A co
u ciebie?

– Tak samo, stary. Powiem Quentinowi, że cię spotkałem.
–  Cholera,  nie!  Ale  możesz  przypomnieć  temu  głupiemu

Walijczykowi, że wciąż jest mi winien piwo.

Spencer  roześmiał  się.  Terry  Laundry  i  Quentin  byli  partnerami,

póki  Quentin  nie  zdecydował  się  rzucić  pracy  w  policji  i  pójść  na
prawo.  Teraz  pracował  jako  asystent  prokuratora  okręgowego.
Prawdę  mówiąc,  gdziekolwiek  w  tym  mieście  człowiek  by  się  nie
obrócił, zawsze trafiał na któregoś z klanu Malone’ów.

Elizabeth Walker zerknęła na niego przez ramię. Afroamerykanka,

która  wychowała  się  w  Nowym  Orleanie,  zanim  miasto  się
zintegrowało, miała zmysł orientacji, cięty język i trzeźwe spojrzenie
kobiety, która ciężko zapracowała na sukces.

– Znowu Malone, dopomóż nam, Panie.
– Ja też się cieszę, że cię widzę. – Przykucnął obok niej. – Co o tym

myślisz?

–  To  z  całą  pewnością  kobieta.  –  Wskazała  kości  miednicy.  –

Widzisz, jaka jest krótka? Jakie szerokie jest dno miednicy?

background image

– Wiek?
– Młoda, poniżej dwudziestego piątego roku życia. Jej kości jeszcze

rosły. Będę wiedziała więcej po zrobieniu prześwietlenia. – Zamilkła,
a  po  chwili  podjęła:  –  Sądząc  po  barwie,  jest  tu  już  od  dłuższego
czasu. Chyba jakieś dwa lata.

– Mówiąc „tutaj”, masz na myśli to, że była wystawiona na działanie

warunków atmosferycznych?

–  Właśnie.  –  Wyciągnęła  rękę  w  stronę  szkieletu.  –  Powinny  być

gładkie  i  błyszczące  jak  kość  słoniowa,  a  wyglądają  na  wysuszone.
W  dodatku  te  szaro-białe  plamy...  Kości  są  porowate,  więc  gdyby
leżały w ziemi, przybrałyby barwę gleby.

– Czy w ogóle była zakopana?
– Tak podejrzewam, ale grób musiał być płytki. Wiatr i deszcz albo

powódź, którą przyniosła Katrina, wypłukały warstwę ziemi.

Spencer z namysłem przyglądał się szczątkom.
– Możliwe, że leży tu aż tak długo?
– Oczywiście.
Podniósł wzrok na Tony’ego.
– Płytki grób. To może oznaczać, że facet bardzo się spieszył.
Tony pokiwał głową.
– Albo nie obchodziło go, czy ktoś ją znajdzie.
Spencer  naciągnął  lateksowe  rękawiczki  i  ostrożnie  odsunął  liście

i  resztki  roślin.  Do  kości  biodrowej  przyczepiły  się  skrawki
materiału. Pewno bielizna, pomyślał. Czy miała na sobie coś jeszcze?

Lekarka wydawała się czytać w jego myślach.
–  Syntetyk  –  powiedziała.  –  Prawdopodobnie  nylon.  Czynniki

atmosferyczne  szybko  niszczą  naturalne  włókna,  takie  jak  bawełna
i  jedwab,  ale  syntetyk  może  przetrwać  wiele  lat.  Była  ubrana.
Spójrzcie na to.

Spośród  liści  i  sosnowych  igieł  wystawał  suwak.  Natomiast  samo

ubranie dawno zniknęło.

background image

– Jest jeszcze coś ciekawego?
– Miała wszczepiane implanty. W przeciwieństwie do ciała one się

nie rozkładają.

–  Sprzęt  na  całe  życie  –  mruknął  Tony  drwiąco.  –  Co  za  idealny

towar.

– Coś o tym wiem – zaśmiała się Elizabeth.
– Czy to wszystko? – spytał Spencer.
– Przed przewiezieniem jej do laboratorium? To chyba i tak dużo.

Brak  prawej  dłoni,  ale  poza  tym  kości  nie  noszą  żadnych  śladów
uszkodzeń,  a  zatem  nie  sposób  wywnioskować  z  nich  o  przyczynie
śmierci.

Brak  dłoni?  Przez  chwilę  podejrzewał,  że  źle  ją  zrozumiał.

Przesunął  spojrzenie  na  prawe  ramię  szkieletu  i  na  miejsce,  gdzie
powinna się znajdować prawa dłoń.

Powinna, ale wcale jej tam nie było...
Seryjny  morderca,  którego  nazwali  Chirurg,  nigdy  nie  został

złapany. Z powodu braku dowodów i zamieszania, jakie panowało po
Katrinie,  śledztwo  utknęło  w  martwym  punkcie  i  w  końcu  zostało
umorzone.

Czyżby to była jedna z jego ofiar?
Podniósł  wzburzone  spojrzenie  na  Tony’ego.  Po  minie  partnera

poznał, że jemu to samo przyszło do głowy.

– Mógł to zrobić jakiś padlinożerca – odezwał się po chwili Tony.
Elizabeth zdecydowanie pokręciła głową.
–  Niemożliwe.  Niech  pan  spojrzy  na  kości,  detektywie.  To  było

precyzyjne cięcie. Jak amputacja.

Wymienili spojrzenia.
–  Cholera,  to  rzeczywiście  interesujące.  Jeżeli  oczywiście  okaże

się, że te szczątki pasują do jednej z ofiar Chirurga.

– Sądzicie, że tak właśnie będzie?
Antropolog również podniosła się na nogi.

background image

–  Domyślam  się,  że  w  pierwszym  rzędzie  chcecie  się  dowiedzieć,

czy któraś z tamtych dłoni należy do tej kobiety.

– Ile czasu to potrwa?
– Niedługo. Zaraz przewieziemy ją do laboratorium. Kości każdego

osobnika mają niepowtarzalne cechy. I nie kłamią. Jeśli któraś z dłoni
należy do niej, dowiemy się o tym z całą pewnością.

–  Zidentyfikowanie  ofiary  byłoby  punktem  zwrotnym  w  całej

sprawie. Dzięki temu będzie można ruszyć z dochodzeniem.

– Będę szukać śladu urazu kości, na pewno niczego nie przegapię.

To powinno pomóc. Tak jak zęby.

– Czy z tym, co masz, da się określić czas zgonu?
–  Przykro  mi,  ale  bardziej  precyzyjnie  nie  zdołam  tego  ustalić.

Zabiorę się do niej od razu i dam wam znać, gdy będę coś wiedzieć.

Spencer  podziękował  i  razem  z  Tonym  odeszli  w  stronę  wózka

golfowego.

–  Jeśli  została  zamordowana  po  huraganie,  to  znaczy,  że  Chirurg

jest tutaj. I znów wziął się do pracy.

–  Detektywie!  –  dobiegło  ich  wołanie  Elizabeth  Walker.  –  Coś  tu

znaleźliśmy.

Zawrócili  i  podeszli  do  pani  technik,  która  w  obciągniętej

rękawiczką dłoni trzymała jakiś przedmiot.

Policyjna odznaka. Numer 364.
Spencer  z  bijącym  sercem  wpatrywał  się  w  odznakę.  Wszyscy  na

niego spojrzeli, gdy z ust wydarł mu się cichy okrzyk. Zdawał sobie
sprawę z mijających sekund.

Znał ten numer odznaki. Nawet bardzo dobrze.
– Co jest, Bystrzaku?
Spencer podniósł wzrok.
– Mamy już jedną odpowiedź. Została zabita przed huraganem. Tuż

przed nim.

Widząc, że starszy kolega nic nie rozumie, dodał:

background image

– Ta odznaka należała do kapitana Sammy’ego O’Shaya.
Można  było  odnieść  wrażenie,  że  jego  słowa  wywołały  taki  sam

efekt jak wybuch bomby. Na chwilę zapadło głuche milczenie.

Tony odezwał się pierwszy.
– Jesteś pewny? Absolutnie pew...
– Do diabła, oczywiście!
Elizabeth odchrząknęła.
– Co pan zamierza zrobić, detektywie?
–  Zadzwonię  do  kapitan  O’Shay.  Z  pewnością  będzie  chciała  tu

przyjechać. A potem sama przejmie dowodzenie.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Piątek, 20 kwietnia 2007 r.
15.00

Patti  trzymała  odznakę  w  dłoniach  obciągniętych  lateksowymi

rękawiczkami.  Jej  ręce  trochę  drżały.  W  piersi  czuła  ból,  jak  po
uderzeniu.  Chłodny  wiatr  szeleścił  liśćmi  klonu.  Jeden  z  techników
niepewnie  przestąpił  z  nogi  na  nogę.  Nikt  się  nie  odzywał.  Czekali.
Musieli jej dać trochę czasu.

Patti  podniosła  wzrok  i  przesunęła  spojrzeniem  po  obecnych.

Widziała ich współczujące twarze. Zaskoczenie i smutek.

A także gniew.
Zabito gliniarza. Jednego z nich.
– Tak mi przykro, ciociu Patti – odezwał się miękko Spencer, kładąc

rękę na jej ramieniu.

– A mnie nie. – Jej głos brzmiał czysto i mocno. – Jego już nie ma.

A to daje mi szansę przygwożdżenia skurwysyna, który go zabił.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytał.
–  Że  to  wszystko  zmienia.  Teoria  „zabity  przez  szabrowników”

okazuje się diabła warta.

– Być może.
–  Żadne  „być  może”.  Sammy  natknął  się  na  zabójcę.  Zapewne

złapał go na gorącym uczynku albo chwilę później. Dlatego zginął.

– To jedno wytłumaczenie.
– Masz jakieś inne?
– To ona mogła go zabić.
– Mało prawdopodobne.
– A jednak możliwe.
Prychnęła z irytacją.

background image

– Wszystko jest możliwe.
– Odznaka – ciągnął Spencer – mogła znaleźć się w grobie...
–  Przypadkiem?  Daj  spokój,  detektywie.  Znaleziono  ją  pod

szczątkami  ofiary,  a  nie  zmieszaną  z  ziemią  i  liśćmi  wokół.  Moim
zdaniem ten sukinsyn cisnął odznakę Sammy’ego do dołu, a dopiero
potem wrzucił ciało.

–  Mogło  tak  być,  bez  wątpienia.  Ale  nie  powinniśmy  z  góry

odrzucać innych możliwości.

– Innych możliwości? – powtórzyła. W jej głosie pojawił się gniew. –

Niby jakich? Na razie mam tę jedną. I zamierzam się jej trzymać.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Piątek, 20 kwietnia 2007 r.
19.10

Kilka  godzin  później  Patti  usiadła  za  biurkiem.  W  całym  wydziale

było już prawie cicho. Detektywi pracowali od ósmej do piątej, chyba
że  akurat  prowadzili  śledztwo,  więc  większość  funkcjonariuszy
z  Pomocniczego  Wydziału  Dochodzeniowego  dawno  już  wyszła.
Zresztą  wszyscy  zdawali  sobie  sprawę,  że  muszą  być  do  dyspozycji
dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę,  dlatego  każdy  miał  przy  sobie
telefon komórkowy lub pager.

Patti jednak nie zamierzała kończyć pracy. Ani teraz, ani przez cały

weekend.  W  końcu  znalazła  jakiś  ślad  w  sprawie  zabójstwa
Sammy’ego.

Dwa  lata,  które  minęły  od  jego  śmierci,  nie  złagodziły  jej  bólu.

Ludzie  wciąż  powtarzali:  „To  minie”  albo  „W  końcu  dojdziesz  do
siebie”,  ale  ona  wiedziała,  że  to  tylko  puste  frazesy.  Nie  zazna
ukojenia, póki nie pomści śmierci Sammy’ego.

Nie umiała pozbyć się bólu. Ani gniewu.
W  jej  życiu  liczyły  się  tylko  dwie  rzeczy:  małżeństwo  i  praca

w policji. A czuła się tak, jakby straciła i jedno, i drugie. Zawiodła się
na  wydziale.  Sammy  poświęcił  całe  życie  policji,  lecz  gdy  zginął  na
służbie, 

przeprowadzono 

jedynie 

powierzchowne 

śledztwo.

Dowództwo skupiło się na huraganie i własnej przyszłości. W końcu
sprawa  została  zamknięta.  Wszyscy  zajęli  się  czymś  innym,
a przecież Sammy zasługiwał na coś więcej.

Ona jedna nigdy nie odpuściła. Nie zamierzała tego tak zostawić.
A teraz wreszcie coś znalazła.
Chociaż  musiała  przyznać,  że  na  razie  niewiele  rozumiała.  Co

background image

można wywnioskować z faktu, że w płytkim grobie w parku miejskim
znaleziono  odznakę  Sammy’ego  razem  ze  szczątkami  młodej
kobiety? Kobiety, której odcięto prawą dłoń.

Poprosiła o wszystkie akta Chirurga. Było tego cholernie mało, jeśli

wziąć pod uwagę, że ten drań zabił przynajmniej sześć kobiet.

I policjanta, dodała w myślach. Jej męża.
Przyrzekła  sobie,  że  postawi  jego  zabójcę  przed  sądem.  Aż  do

dzisiaj ta obietnica wydawała się prawie niemożliwa do spełnienia.

Potrzebne były dane osobowe ofiary. Musiała znaleźć coś, choćby

najmniejszy  dowód,  który  pozwoliłby  połączyć  te  dwie  sprawy.  Nie
spocznie, póki jej się nie uda.

– Ciociu Patti?
W drzwiach gabinetu stał Spencer. Gestem zaprosiła go do środka.

Z pewnym wysiłkiem przywołała na usta spokojny uśmiech.

– Gotowy na weekend? – spytała.
–  Oczywiście.  –  Wszedł  do  pokoju  i  usiadł  na  krześle  naprzeciwko

biurka.  Uśmiechał  się,  lecz  widziała,  że  przygląda  się  jej
z niepokojem. – Wspaniały dzień, co?

– Rzeczywiście.
– Dobrze się czujesz?
– Naturalnie.
– Jadłaś coś?
Uśmiechnęła się, słysząc to pytanie.
– Obiecuję, że zjem.
Zmarszczył brwi i przesunął spojrzeniem po jej biurku.
– Akta Chirurga? Dopóki biuro koronera nie przyśle...
– Wiem. Ale chcę sama wszystko przejrzeć. Muszę mieć pewność,

że nic nie przeoczymy.

–  Zajmujemy  się  tym  z  Tonym.  Zapewniam  cię,  my  też  nic  nie

przeoczymy.

– Tu chodzi o mnie, nie o ciebie czy moje zaufanie do was.

background image

– Dzisiaj i tak nic już nie wskórasz. Nie ma sensu, żebyś tu siedziała

po nocy.

– Jest... – spojrzała na ścienny zegar – dopiero po siódmej. Czym się

denerwujesz?

– Martwię się o ciebie.
– Zapewniam, że nie ma takiej potrzeby. Wracaj do domu. Zaproś

Stacy  na  kolację  do  jakiegoś  sympatycznego  lokalu.  –  Pogroziła  mu
palcem. – To nie tylko rozkaz starszego stopniem zwierzchnika, ale
również twojej matki chrzestnej.

Ze śmiechem obszedł biurko i pocałował ją w policzek.
– Zrobię, jak każesz.
W progu zatrzymał się jeszcze.
– Wyjdziesz zaraz po mnie, dobrze?
– Jasna sprawa.
Kiedy jednak zniknął za drzwiami, jej uśmiech przygasł.
Bóg  jej  z  pewnością  wybaczy.  To  było  jedynie  maleńkie

kłamstewko. Musiała po prostu uspokoić Spencera.

Zamierzała tu siedzieć, dopóki nie nauczy się tych akt na pamięć.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Piątek, 20 kwietnia 2007 r.
19.55

Spencer otworzył drzwi domku na Riverbend. Swojego chevroleta

kupił od starszego brata numer jeden, Johna juniora, po jego ślubie.
Dom  natomiast  odkupił  od  Quentina,  starszego  brata  numer  dwa,
kiedy i on się ożenił. Ponieważ sam był numerem trzecim na tej liście,
domyślał się, że teraz jego kolej pożegnać się z wolnością.

Wcale mu się to nie uśmiechało. Jego bracia mieli cholernie dobry

gust, pewnie nigdy im nie dorówna.

Na  razie  cieszył  się  ze  swojego  domku.  Dzielnica  Riverbend,

usytuowana  w  starej  części  miasta,  w  zakolu  rzeki,  znalazła  się
wśród tych dwudziestu procent miasta, które ominęła powódź.

Po  sztormie  gościł  u  siebie  dwanaście  osób  z  rodziny.  Również

Stacy  Killian,  jego  dziewczyna  i  jednocześnie  koleżanka  z  wydziału,
zamieszkała u niego, gdy jej mieszkanie w pobliżu parku miejskiego
zostało zalane. Poziom wody wynosił prawie półtora metra.

Teraz już tylko ona z nim została.
– Wróciłem! – zawołał, wchodząc do środka.
– Tu jestem – odkrzyknęła.
Poszedł w kierunku, skąd dochodził głos, i znalazł ją przed lustrem

w łazience nakładającą makijaż. Miała na sobie obcisłe dżinsy z niską
talią  i  krótki,  bardzo  opięty  top.  Z  wyeksponowanym  brzuchem
wyglądała dość wyzywająco.

– Ładnie wyglądasz, Killian.
Uśmiechnęła  się  do  jego  odbicia.  Dopiero  teraz  spostrzegł,  że  na

powieki nałożyła mocny szary cień.

– Cieszę się, że ci się podoba.

background image

– No... Wyglądasz trochę inaczej niż zwykle, ale chyba mógłbym się

przyzwyczaić. – Kiwnął na nią palcem. – Chodź tutaj, to ci pokażę, jak
bardzo.

Podeszła wolnym krokiem i gdy objęła go ramionami, pocałował ją

w szyję.

– Mniejsza o to, że nie wypuszczę cię z sypialni w tym stroju, ale...

Aj, cholera!

– Przykro mi, kowboju. – Otarła się o niego prowokująco. – To do

mojej nowej pracy.

Spencer uniósł brwi.
–  Nowej  pracy?  Odeszłaś  z  Wydziału  Dochodzeniowego?

Zrezygnowałaś z pracy w policji? – W sumie nic dziwnego. Kiedy ją
poznał,  rzuciła  właśnie  pracę  w  policji  w  Dallas  i  przeniosła  się  do
Nowego  Orleanu,  gdzie  postanowiła  skończyć  studia  podyplomowe.
Na wydziale literatury.

Nie wytrwała tam nawet jednego semestru.
Prawda  wygląda  tak,  że  albo  jesteś  gliną,  albo  nie.  To  nie  jest

zawód,  który  można  rzucić  jak  palenie  albo  miłość  do  butelki.  Nie
istniał program dwunastu kroków dla nawróconych gliniarzy.

Chociaż  Spencer  czasami  dochodził  do  wniosku,  że  ktoś  powinien

opracować taki program.

– Mhm – przytaknęła. – Idę do „Hustle” na Bourbon Street.
„Hustle”  reklamował  się  jako  klub  dla  dżentelmenów.  W  gruncie

rzeczy była to dość podrzędna knajpa, gdzie największą atrakcją były
mocno wydekoltowane dziewczyny. Tak czy inaczej lokal zaspokajał
potrzeby turystów, motocyklistów i wszystkich tych, których nie było
stać na ekskluzywny „Rick’s Cabaret” lub „Temptations”.

Kilka  lat  temu  na  Bourbon  Street  roiło  się  od  podobnych  lokali.

Nieco  później,  gdy  w  Nowym  Orleanie  pojawiły  się  elitarne,
wykwintne  kluby,  małe  bary  zaczęły  znikać  z  mapy  miasta.  Ludzie,
którzy  nie  chcieli,  aby  ich  przydybano  w  cieszącym  się  złą  sławą

background image

„Hustle”, chętnie bywali w tych nowych klubach.

Biorąc  pod  uwagę  wygląd  i  renomę  pozostałych  ocalałych  klubów

z Bourbon Street, „Hustle” nie plasował się na samym dole, chociaż
był tego bliski.

Stacy pocałowała go i cofnęła się o krok.
– To przykrywka. Dziś zaczynam swój występ.
On był policjantem, ona również. Miała zadanie do wykonania i bez

wątpienia umiała o siebie zadbać. A jednak myśl, że pójdzie tam tak
ubrana i spowoduje ślinotok u różnych napalonych drani, zupełnie mu
się nie podobała. Mówiąc delikatnie.

Opuścił  wzrok  na  jej  biust.  Jej  piersi  zdawały  się  wylewać  spod

obcisłej bluzeczki.

Zaśmiała się, widząc jego minę.
–  Biustonosz  firmy  Wonderbra  ze  sklepu  przy  Victoria  Street.

Diabelnie 

niewygodny. 

– 

Ponownie 

podeszła 

do 

lustra

i z zadowoleniem spojrzała na rysujący się między piersiami rowek. –
Ale moje maleństwa przyniosą mi niezłe napiwki.

Nie to chciałby usłyszeć.
– Muszę napić się piwa.
– Wyjmij dla mnie dietetyczną colę, dobrze? Za minutę skończę.
Przyszła,  gdy  właśnie  pił.  Omal  się  nie  zadławił.  Jej  krótka  blond

fryzurka zmieniła się w grzywę długich kasztanowych włosów. Z tym
makijażem i peruką nie rozpoznałby jej na ulicy.

I właśnie o to chodziło.
–  Zawsze  chciałam  być  ruda,  teraz  wreszcie  mam  okazję.  –

Uśmiechnęła  się,  chwytając  puszkę,  którą  jej  rzucił.  –  Będzie
zabawnie.

Za  bardzo  jej  się  podoba  to  zadanie,  pomyślał.  Nie  zamierzał

jednak  okazać  dezaprobaty  czy  niezadowolenia.  To  byłby  dopiero
obciach.

– Co to za sprawa?

background image

–  Przymknęliśmy  jednego  drobnego  dilera.  Okazało  się,  że  jest

barmanem  w  „Hustle”.  Od  razu  zaczął  sypać  i  zaproponował,  że
poda nam nazwisko grubej ryby.

– A tą grubą rybą jest ich stały gość.
–  Przychodzi  co  wieczór.  Wygląda  na  to,  że  ma  tam  dziewczynę.

Muszę ją namierzyć i zapoznać się z nią.

– A kim jest ten facet?
Stacy otworzyła puszkę.
– Nazywa się Marcus Gabrielle. W papierach nic na niego nie ma.

Czysty  jak  łza.  Jest  pośrednikiem  w  handlu  komercyjnymi
nieruchomościami. Żonaty, dwoje dzieci. Mieszka w północnej części
miasta.

– Jego żona wie o tej panience?
–  Wątpię.  –  Pociągnęła  długi  łyk  z  puszki.  –  Według  naszego

informatora  facet  zajmuje  się  produkcją  i  dystrybucją.  Kiedy  go
dorwiemy, rozbijemy obie siatki.

– Czy będzie tam ktoś z naszych poza tobą?
– Baxter. No i Waldon. Baxter będzie obsługiwał bar razem z tym

gościem, którego zatrzymaliśmy. Waldon ma udawać klienta.

Rene Baxter był dobrym gliną. Niewysoki, żylasty, o nie rzucającej

się w oczy twarzy, idealnej do pracy pod przykrywką. Waldon zaś był
potwornym  głupkiem,  który  uważał  się  za  świetnego  detektywa.
W dodatku kobieciarz. A niech to!

– Będziesz miała podsłuch?
– Oczywiście. A w furgonetce za rogiem będzie cała kawaleria.
Zanim zdążył zadać kolejne pytanie, Stacy zmieniła temat.
– Słyszałam, co się wydarzyło w parku. O tym, że znaleźliście obok

zwłok kobiety odznakę wujka Sammy’ego. Tak mi przykro.

No tak, takie informacje rozchodziły się lotem błyskawicy.
Obrócił w dłoniach zimną puszkę.
– Ta odznaka obok zwłok... prawie zwaliło mnie z nóg.

background image

– A jak Patti?
– Nie wiem. – Zmarszczył czoło. – Niby mówiła to, co zwykle mówi

się w takich momentach, ale boję się, że ona... – Zamyślił się.

– Że ona co?
–  Kiedy  wychodziłem,  ciągle  siedziała  w  biurze.  Przeglądała  akta

Chirurga.

– I?
–  Sprawą  zajmujemy  się  razem  z  Tonym.  Było  już  po  godzinach.

Dopóki  nie  dostaniemy  raportu  koronera,  nie  wiemy  nawet,  czy  ta
kobieta jest w ogóle ofiarą Chirurga.

Odwrócił wzrok, po czym znów spojrzał na Stacy.
– Nie chce nawet rozważyć innych możliwości. Wmówiła sobie, że

Sammy’ego zabił ten szaleniec. Kropka.

–  Uwierzy,  jeśli  okaże  się,  że  to  ślepy  zaułek.  A  na  razie  ma  coś,

czym może się zająć.

–  Wiem,  ale...  Ona  nie  jest  sobą  od  czasu  śmierci  Sammy’ego.

Zmieniła się, chociaż nie potrafię powiedzieć, na czym to konkretnie
polega.

– To musi potrwać – powiedziała Stacy łagodnie. – Nam wszystkim

potrzeba czasu.

Domyślił się, że nie mówi wyłącznie o zabójstwie Sammy’ego, lecz

o zniszczeniach, nie tylko materialnych, jakich dokonała Katrina.

Katrina zmieniła ich wszystkich.
–  Masz  rację.  Chodź  tutaj.  –  Odstawił  puszkę,  którą  wyjął  jej

z dłoni, przyciągnął ją do siebie. – Będę tęsknił dziś w nocy.

–  Ja  również.  –  Pocałowała  go  i  wyswobodziła  się  z  jego  objęć.  –

O dziewiątej zaczynam. Muszę iść.

Ponownie wziął ją w ramiona i przytulił do siebie. Trzymał ją trochę

za  długo  i  zbyt  mocno.  Kiedy  ją  puścił,  dostrzegł  pytanie  w  jej
spojrzeniu.

–  Ci,  którzy  mają  wiele  do  stracenia,  zacięcie  walczą,  żeby  to

background image

zatrzymać. Nie zapomnij o tym, Stacy.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Piątek, 20 kwietnia 2007 r.
21.00

Kiedy Stacy weszła do „Hustle” na Bourbon Street, Baxter był już

na  miejscu.  Ich  spojrzenia  spotkały  się  na  chwilę,  gdy  podeszła  do
baru,  jednak  Baxter  zaraz  wrócił  do  mieszania  drinków.  Stacy
przeniosła wzrok na drugiego barmana.

Ted  Parrish,  ich  informator.  Wysoki,  z  długimi  czarnymi  włosami

i  niewielką  bródką.  Wydawał  się  niespokojny.  Możliwe,  że
denerwował  się  sytuacją,  w  jakiej  się  znalazł.  Albo  też  dał  sobie
w żyłę.

– Jestem Brandi – powiedziała, wchodząc w swoją rolę. – Nowa.
– Idź do Toni – odparł, nalewając piwo z beczki. – Jest za kulisami.

Wyjaśni ci, co masz robić.

Tonia Messinger, szefowa kelnerek i występujących tu dziewczyn.
– Jak mam się tam dostać?
– Z prawej strony sceny. Są tam garderoby i całe zaplecze.
–  Dzięki!  –  zawołała  i  ruszyła  we  wskazanym  kierunku.  Kręcąc

biodrami,  omijała  stoliki  i  grupki  mężczyzn.  Jakiś  facet  z  wielkim
piwnym  brzuchem  i  czerwoną  twarzą  próbował  ją  zatrzymać.
Odskoczyła,  grożąc  mu  żartobliwie  palcem.  Żałowała,  że  nie  może
zareagować tak, jak nakazywał jej instynkt. Niestety, gdyby złamała
mu rękę, natychmiast byłaby spalona.

Z rozkładem klubu zapoznała się już wcześniej, oglądając zdjęcia.

Teraz rozglądała się uważnie, próbując zapamiętać szczegóły, które
później mogłyby okazać się przydatne. Trzypoziomowa scena była tu
największą  atrakcją.  Główna  część  była  największa  i  okrągła,  dwa
pozostałe  poziomy  stanowiły  skrzydła,  które  sterczały  na  dwie

background image

strony.  Wokół  ustawiono  stoliki.  Te  najbliżej  sceny  były
przeznaczone dla VIP-ów.

Właściciele  postarali  się,  żeby  ukryć  niedoskonałości  klubu

i  stworzyć  atmosferę  luksusu:  przytłumione,  fachowe  oświetlenie,
białe  obrusy,  zapalona  świeca  na  każdym  stoliku,  aksamitne
draperie.

Długi  bar  zajmował  ścianę  dokładnie  naprzeciwko  sceny.  Stąd

mogli oglądać występy klienci, którzy woleli siedzieć trochę dalej.

Z  tego,  co  wiedziała,  było  tu  również  kilka  na  pół  prywatnych

i  całkiem  prywatnych  pomieszczeń,  gdzie  odbywały  się  kameralne
występy.  Być  może  była  zbyt  podejrzliwa,  ale  mogłaby  się  założyć
o  wszystkie  dzisiejsze  napiwki,  że  ludziom  wynajmującym  te  salki
chodziło  o  coś  więcej  niż  tylko  taniec  erotyczny.  A  już  z  całą
pewnością to, co tam się odbywało, było sprzeczne z prawem.

Dochodziła  właśnie  do  wejścia  za  kulisy,  gdy  lampy  przygasły,

zaczęło  migać  światło  stroboskopowe  i  klub  wypełniła  tętniąca
muzyka.  Na  scenę  wbiegła  młoda  kobieta,  ubrana  w  cekiny,  pióra
i skrawki materiału, które bez trudu zmieściłyby się w jej dłoniach.

Yvette 

Borger. 

Dziewczyna 

Marcusa 

Gabrielle’a. 

Miała

dwadzieścia  dwa  lata.  Drobna,  o  długich,  kruczoczarnych  włosach
i  wspaniałej  figurze.  Piersi  wydawały  się  za  duże  w  stosunku  do  jej
filigranowej sylwetki.

Przytulanki,  oceniła  Stacy  w  myślach,  używając  gwarowego

określenia,  jakim  często  posługiwali  się  w  wydziale.  W  porównaniu
z  nimi  jej  własny  biust  powiększony  nabytkiem  z  Victoria  Street
wyglądał niestety dość skromnie.

Stacy  przyglądała  jej  się  przez  chwilę,  po  czym  minęła  drzwi.  Od

razu  dostrzegła  Tonię,  którą  rozpoznała  z  fotografii.  Stała  za
kulisami, obserwując występ Yvette.

– Tonia? – spytała, podchodząc do niej.
– Tak?

background image

– Jestem Brandi. Nowa.
Tonia  Messinger  wyglądała  na  osobę,  która  widziała  już  niejedno,

a  także  jak  ktoś,  w  kim  lepiej  nie  mieć  wroga.  Stacy  oceniła  ją  na
pięćdziesiątkę, choć możliwe, że się myliła. Papierosy, alkohol i trudy
życia z pewnością pozostawiły ślad na wyglądzie kobiety.

– Spóźniłaś się.
– Naprawdę? Myślałam...
Tonia przerwała jej w pół słowa.
–  Kiedy  zmiana  zaczyna  się  o  dziewiątej,  chcę  cię  tu  widzieć

o  ósmej  czterdzieści  pięć.  O  dziewiątej  masz  już  być  na  swoim
stanowisku. Żadnych wymówek.

Obrzuciła  ją  wzrokiem  i  Stacy  odniosła  wrażenie,  że  przez  tę

krótką  chwilę  Tonia  bezbłędnie  określiła  jej  wiek,  wagę  i  rozmiar
biustu.

– Jesteś pewna, że nie chcesz tańczyć? Przydałaby się nam jeszcze

jedna dziewczyna. A i napiwki są znacznie lepsze.

No nie, Wonderbra nie był aż takim cudownym wynalazkiem.
– Taniec mi nie leży. Nie jestem w tym dobra.
Tonia  roześmiała  się.  Po  latach  palenia  jej  głos  stał  się  gardłowy

i ochrypły.

–  Kochana,  to  nie  dzięki  umiejętnościom  tanecznym  odnosi  się  tu

sukces. Uwierz mi, masz talent. Wystarczy odpowiednie nastawienie
i możesz zaczynać.

Stacy udała, że jej to pochlebiło.
– Och, dzięki. Pomyślę nad tym.
– Dobrze ci radzę. A na razie pójdziesz na salę.
Kiedy ruszyły w stronę wyjścia, Tonia udzielała jej wskazówek.
– Moim zadaniem jest trzymanie dziewcząt w ryzach. Nie toleruję

narkotyków, prezentów od klientów czy przepychanek, chyba że jest
to część występu. To dotyczy również personelu kelnerskiego.

Spojrzała  znacząco  na  Stacy,  która  kiwnęła  głową  na  znak,  że

background image

zrozumiała.

–  Do  twoich  obowiązków  należą  dwie  rzeczy.  Podsuwać  drinki,

przede  wszystkim  nakłaniać  do  kupowania  znanych  marek.
Dziewczyny  zarabiają  na  napiwkach.  Nie  wchodź  im  w  drogę,  bo
pożałujesz. Niektóre z nich piją, inne nie. Tak czy inaczej, jeśli klient
zaproponuje im drinka, płaci za niego. Dowiesz się od dziewcząt, co
masz  im  podawać.  Niektóre  chcą  tonik,  inne  jakiś  napój
bezalkoholowy albo sok. Kiedy klient płaci za koktajl, musi zobaczyć,
że  jego  partnerka  go  dostała.  Czasami  klienci  poproszą,  żebyś
dostarczyła  jakąś  wiadomość,  napiwek  albo  drobny  podarek.  Nie
pomyl  się,  bo  gorzko  pożałujesz.  A  przede  wszystkim  –  ciągnęła
Tonia  –  flirtuj.  Bądź  sexy.  Jeżeli  jednak  jakiś  klient  zacznie  się  do
ciebie  przystawiać,  odmów  mu.  Twoim  zadaniem  jest  wciskanie  im
drinków. Koniec i kropka. Łapiesz?

Stacy  przytaknęła.  Następne  kilka  godzin  upłynęło  jako  mgliste

wspomnienie  poklepywań  po  pupie,  niedwuznacznych  uwag,
natarczywych  spojrzeń.  Obsługiwała  stolik,  przy  którym  siedzieli
ludzie  z  Indiany.  Z  ich  rozmowy  wynikało,  że  nigdy  jeszcze  nie
widzieli  „czegoś  podobnego”.  Wydawali  się  lekko  zawstydzeni,
patrzyli  na  scenę  z  otwartymi  ustami.  W  jej  rewirze  był  też  stolik
chłopaków  ze  Stanowego  Uniwersytetu  Luizjany,  których  musiała
wylegitymować.  Zachowywali  się  wobec  niej  nienagannie,  a  nawet
okazywali  szacunek.  Było  to  bardzo  sympatyczne,  jednak  z  drugiej
strony  jaka  kobieta  chciałaby  być  traktowana  niczym  wiekowa
matrona?

Przy jednym z jej stolików usiadł Waldon, który w końcu się pojawił.

Odniosła  wrażenie,  że  podchodzi  zbyt  entuzjastycznie  do  tego
zadania,  więc  kiedy  zaczął  się  jej  zbyt  natrętnie  przyglądać,  niby
przypadkiem oblała go drinkiem, natychmiast studząc jego zapał.

Ich  podejrzany  na  razie  się  nie  pokazał,  a  do  Yvette  udało  jej  się

zbliżyć  tylko  dlatego,  że  tancerka  podeszła  do  stolika  studentów.

background image

Chłopcy jednak nie mieli wiele pieniędzy, więc dziewczyna szybko ich
zostawiła.

Dopiero  późnym  wieczorem  trafiła  się  okazja.  Tonia  podała  Stacy

kartkę, którą należało zanieść za kulisy.

Znalazła  Yvette  w  garderobie,  gdzie  dziewczyna  poprawiała

makijaż. W popielniczce leżał palący się papieros.

–  Tonia  prosiła,  żeby  ci  to  przekazać  –  powiedziała  Stacy,  stając

w progu.

Yvette  rzuciła  okiem  na  liścik.  Na  jej  czole  pojawiła  się

zmarszczka.

Stacy obserwowała ją bacznie.
– Coś nie tak?
Dziewczyna cisnęła kartkę na toaletkę.
–  Po  prostu  jakiś  świr  –  odparła  lekceważąco.  –  Dostaję  sporo

takich.

– Nie dziwię się. Jesteś naprawdę świetna.
– Tak myślisz?
Zachłanność,  z  jaką  domagała  się  komplementów,  świadczyła

o  młodym  wieku.  Stacy  zniżyła  głos,  żeby  nikt  przypadkiem  nie
usłyszał tej rozmowy.

– Twój numer jest najlepszy. Bijesz je wszystkie na głowę.
– Jak masz na imię?
– Brandi.
– Podoba ci się praca?
Stacy wzruszyła ramionami.
– Jest w porządku. Napiwki są niezłe.
– Chcesz posłuchać mojej rady?
– Jasne.
– Nie narażaj się Toni, bo naprawdę potrafi być wredna. Stosuj się

do zasad ich gry. Nic ci się nie stanie, a zarobisz znacznie więcej.

– Co to za gra?

background image

–  No  wiesz.  Dogadzaj  facetom.  Daj  im  to,  czego  pragną.  –  Yvette

zaciągnęła się, po czym zgasiła papierosa. – Ted to cholerny łajdak.
Będzie chciał cię przelecieć, więc się pilnuj. Zaproponuje ci działkę,
tabletki, wódę... Trzymaj się od tego z daleka.

– Wygląda na to, że wszystko tu rozgryzłaś.
– Pilnuję własnego tyłka, rozumiesz? Nie zamierzam do końca życia

siedzieć w tym bagnie. Mam inne plany.

Stacy  chętnie  poznałaby  te  plany  i  zapytała  Yvette  o  chłopaka,

jednak  zdawała  sobie  sprawę,  że  podczas  pierwszej  rozmowy  nie
powinna zbytnio naciskać, bo to mogłoby się wydać podejrzane.

– Cóż, dzięki – powiedziała, cofając się. – Muszę wracać na salę.
Kilka  godzin  później  skończyła  swoją  zmianę  i  wróciła  do  domu.

Marcus w ogóle się nie pokazał. Stacy miała nadzieję, że nie został
ostrzeżony.  Zastanawiała  się  też,  czy  zdenerwowanie,  jakie  Yvette
zaczęła  okazywać  pod  koniec  wieczoru,  ma  jakiś  związek
z nieobecnością jej chłopaka.

Z  zainteresowaniem  obserwowała  pracę  dziewcząt  w  klubie.

Wyglądały,  jakby  ktoś  je  włączał  i  wyłączał.  Kiedy  występowały  dla
jakiegoś klienta, wydawały się w pełni skoncentrowane tylko na tym
facecie. Jednakże już w następnej chwili, gdy tylko od niego odeszły,
z taką samą uwagą skupiały się na kolejnym gościu.

Sprawiało to wrażenie wielkiego oszustwa.
Czy  aby  na  pewno?  Przecież  faceci  zdawali  sobie  z  tego  sprawę,

wiedzieli,  o  co  tu  chodzi.  Chyba  nie  wierzyli,  że  dziewczyny  są
naprawdę  na  nich  napalone?  Nie,  po  prostu  ujawniali  swoje
erotyczne fantazje.

Czy  właśnie  tego  pragną  mężczyźni?  –  zamyśliła  się.  Jak  często

zanurzają  się  w  świecie  fantazji?  Czy  Spencer  również  marzył
o takich rzeczach?

Prawdę  mówiąc,  nie  miała  pojęcia,  czego  pragnął.  Zamieszkali

razem  właściwie  przez  przypadek.  Z  powodu  Katriny.  Ona

background image

potrzebowała jakiegoś kąta, a on miał dużo wolnego miejsca.

A  potem  została.  Za  obopólną,  milczącą  zgodą.  Było  to  dwa  lata

temu, a teraz mogła powiedzieć, że przez ten czas ich uczucia ani nie
wygasły, ani się nie nasiliły.

Bezwład, stagnacja. Czy właśnie tak określiłaby ich związek? Nie,

chyba  jednak  nie.  Czułaby  się  nieswojo,  formułując  takie  sądy.
Nieswojo i trochę niepoważnie. Więc jak należałoby opisać to, co ich
łączyło?  Zamieszkali  ze  sobą  „prawie  przez  przypadek”.  Pozostali
razem  „za  milczącą  zgodą”...  Spencer  nigdy  nie  poruszył  tematu
małżeństwa. Nie powiedział, że ją kocha. Ona także nigdy nie mówiła
o swoich uczuciach.

Stała  w  drzwiach  sypialni,  patrząc  na  śpiącego  Spencera.  Pod

prysznicem  zmyła  z  siebie  smród  papierosów  i  warstwy  makijażu,
a potem wciągnęła zbyt wielką koszulkę. Może czekam, aż Spencer
wystąpi  z  jakąś  inicjatywą?  –  zastanawiała  się.  Czy  właśnie  o  to  jej
chodziło?

Chciała małżeństwa, dzieci, normalnego życia. Te marzenia skłoniły

ją już kiedyś do porzucenia pracy w policji i rozpoczęcia wszystkiego
od początku w nowym mieście.

Tymczasem  ponownie  została  wciągnięta  w  policyjną  robotę

i  wtedy  poznała  Spencera.  Zaangażowała  się,  no  i  skończyła  w  tym
prawie przypadkowym, milcząco uzgodnionym związku.

Tylko jak mogła liczyć na normalne życie, gdy przyszłość była taka

niepewna?  Wystarczy  przypomnieć  sobie  Sammy’ego:  niewłaściwe
miejsce  o  niewłaściwym  czasie,  i  teraz  Patti  była  wdową.  Oboje  ze
Spencerem  byli  stworzeni  do  tej  pracy.  Czy  to  uczciwe  pragnąć
dzieci, a potem narażać je na takie ryzyko?

Wsunęła się do łóżka obok Spencera.
– Jak poszło? – wymamrotał.
– W porządku. Nasz podejrzany nawet się nie pokazał.
Mruknął coś, czego nie zrozumiała.

background image

Uniosła się na łokciu.
– Malone, płaciłeś kiedyś za taniec erotyczny?
Nagle obudzony, przekręcił się na bok i spojrzał na nią.
– Słucham?
– Bywasz w takich miejscach jak „Hustle”?
– Czy kiedyś byłem w takim klubie?
Wyglądał teraz, jakby został wyrwany ze snu za pomocą wstrząsu

elektrycznego.

– Właśnie – potwierdziła. – Czy byłeś. Pytam z czystej ciekawości.
– No tak, byłem, żeby się powygłupiać z kumplami. Ale płacić za to,

żeby jakaś kobieta ocierała się o mnie... To nie w moim guście.

– Chodzi o płacenie? A może o to, że to jakaś kobieta albo...
Spencer uniósł brew.
– Albo o to, że jakaś seksowna kobieta tuli się do mnie? Daj spokój,

Stacy. Wystarczy, że o tym mówię, a już jestem gotowy.

Uśmiechnęła się.
– Myślę, że na to mogę coś poradzić.
– Ach tak?
–  Mmm...  –  Usiadła,  ściągnęła  T-shirt  i  cisnęła  go  na  podłogę.  –

Dzisiaj jestem bardzo wspaniałomyślna, a nawet zrobię to za darmo.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Sobota, 21 kwietnia 2007 r.
3.30

Yvette siedziała z podkulonymi nogami na kanapie. Po powrocie do

mieszkania  w  Dzielnicy  Francuskiej  wzięła  prysznic,  umyła  włosy,
dokładnie  usunęła  makijaż  i  przebrała  się  w  bawełnianą  piżamę
i wielkie, zabawne kapcie. Potem przygotowała sobie kubek gorącej
czekolady,  takiej  prawdziwej,  z  mlekiem  i  syropem,  a  nie  ten
proszkowany  chłam.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  wygląda  raczej  jak
naiwna  nastolatka  niż  cyniczna  striptizerka,  która  niejedno  w  życiu
widziała.

Już dawno pozbyła się skrępowania i nie wstydziła się tego, w jaki

sposób  zarabia  na  życie.  To,  co  mówiła  tej  nowej  kelnerce,  Brandi,
było  szczerą  prawdą.  Nie  miała  nikogo,  kto  by  o  nią  zadbał  –  poza
sobą samą. Zresztą zawsze tak było, niemal od jej narodzin.

Przeżyła,  bo  była  wojowniczką.  I  realistką.  Dziś  zarobiła  pięćset

dolców. Jutro zarobi tyle samo, a może nawet więcej.

Co  z  tego,  że  musiała  się  ocierać  o  krocze  jakiegoś  faceta  albo

potrząsać cyckami przed bandą napalonych turystów? W ciągu roku
wyciągała grubo ponad sto tysięcy, z czego większość bez podatku,
a jedyną inwestycją, jaką poczyniła, było jej mieszkanie.

Gdzie  indziej  dwudziestodwulatka  bez  żadnego  zawodu,  praktyki

i wykształcenia mogłaby zarobić taką kasę?

Nigdzie. Taka była prawda. Doświadczyła tego na własnej skórze.
Pociągnęła  łyk  czekolady,  a  jej  myśli  powędrowały  do  Marcusa

i  jego  dzisiejszej  nieobecności.  Zmarszczyła  czoło,  gdy  uświadomiła
sobie, że nauczyła się oczekiwać go codziennie. Liczyła wręcz na to,
że się pojawi.

background image

Nie  miało  to  nic  wspólnego  z  uczuciami.  Zbyt  wiele  razy

przeżywała  różne  upokorzenia.  W  końcu  przestała  durzyć  się
w każdym facecie, który zachowywał się, jakby mu na niej zależało.
Wyleczyła się z bezsensownego ufania każdemu, kto wyciągał rękę,
udając przyjaźń.

Nie  kochała  Marcusa.  Aż  taka  głupia  nie  była.  Po  pierwsze  miał

żonę,  a  poza  tym  należeli  do  dwóch  różnych  światów.  Był  zbyt
wykształcony.  Za  bogaty.  Miał  zbyt  liczne  koneksje.  Po  Marcusie
mogła  się  najwyżej  spodziewać  miłego  spędzenia  czasu  i  mnóstwa
kasy.

Yvette zacisnęła palce wokół ciepłego kubka. W przeciwieństwie do

większości  dziewcząt,  nie  przepuszczała  pieniędzy.  Nie  żyła
wystawnie, nie wydawała forsy na biżuterię czy ciuchy. Skorzystała
z  pomocy  pewnego  maklera  i  zainwestowała  sporą  sumkę,  kupując
papiery  wartościowe,  a  także  lokując  je  na  staromodnym  rachunku
oszczędnościowym.

Nie zamierzała pozwolić, by ktokolwiek lub cokolwiek ją gnębiło –

ani  Marcus,  ani  huragan  nazwany  Kariną,  ani  samo  życie.  Już  raz
dostała  porządnie  w  kość.  Przysięgła  sobie,  że  to  się  nigdy  nie
powtórzy.

Zaparło jej dech, gdy niespodziewanie pojawiło się to wspomnienie.

Krew. Wielka kałuża krwi. Przerażenie. Brak nadziei.

Nie!  Nigdy  do  tego  nie  wróci.  To  dotyczyło  innego  życia.  Innej

osoby.

Zamierzała  iść  do  przodu.  Wyłącznie.  Zaoszczędzić  tyle,  aby  móc

skończyć szkołę. Kupić gdzieś mały domek. Wziąć sobie psa.

Wieść szczęśliwe życie.
Wróciła  myślami  do  niesamowitego  liściku,  który  dziś  dostała.  Od

tego świra, który podpisywał się Artysta. To nie był pierwszy list, jaki
jej  przysłał.  Zresztą  wcześniej  dostawała  liściki  od  różnych  fanów,
którzy deklarowali jej dozgonną miłość i oddanie. Taka praca zawsze

background image

przyciąga  dziwaków,  zboczeńców  i  samotnych  facetów,  którzy
szukają prawdziwej miłości.

Odstawiła kubek i sięgnęła po plecak, wygrzebała trzy listy.
Pierwszy  z  nich  dostała  tydzień  temu.  Rozłożyła  kartkę

i przeczytała krótką, zagadkową wiadomość.

Myślę,  że  to  właśnie  ty.  Nie  mam  pewności...  boję  się  żywić

nadzieję...  modlę  się  jednak,  aby  moje  marzenie  się  spełniło.  Czy
w końcu cię znalazłem, moja słodka muzo?

Twój Artysta

List był napisany ołówkiem na gładkiej kartce wyrwanej z zeszytu

albo  z  bloku  rysunkowego.  Litery  były  pełne  zawijasów,  tak
zazwyczaj pisali dość wiekowi ludzie.

Drugi list dostarczono trzy dni temu.

Powiedz, czy tęsknisz do miłości? Prawdziwej, dozgonnej, wiecznej

miłości? Do tego jedynego, który cię nigdy nie opuści? Wydaje mi się,
że tak. I to sprawia, że kocham cię jeszcze mocniej.

Twój Artysta

Przygryzła drżącą wargę. Wyglądało na to, że przejrzał ją na wylot.

Właśnie  tego  zawsze  pragnęła,  dozgonnej,  wiecznej  miłości,  kogoś,
kto będzie ją zawsze kochał i nigdy jej nie opuści.

Przeniosła  wzrok  na  dzisiejszy  list.  Ten  został  napisany  czarnym

atramentem  na  ślicznym  papierze  firmy  Crane.  Kopertę  zamknięto
lakową  pieczęcią,  która  przedstawiała  krwistoczerwoną  ozdobną
literę „A”.

Kiedy  patrzyłem  na  ciebie  ostatniego  wieczoru,  zrozumiałem,  że

naprawdę jesteś tą jedyną, na którą czekam. Mam wrażenie, że już
od wieków nie czułem takiej rozkoszy, takiego przypływu inwencji...
Takiego wzruszenia.

background image

Chcę,  abyś  to  wiedziała,  słodka  muzo.  Kocham  cię.  I  pewnego

dnia... pewnego specjalnego dnia będziemy razem. Na zawsze.

Twój Artysta

Zastanawiała  się,  kiedy  mężczyzna  wykona  następny  ruch.  Czy

znajdzie odwagę, żeby się do niej zbliżyć? Żeby zapłacić za prywatny
występ?

Zdumiona  uczuciem  niepokoju,  jakie  ją  nagle  ogarnęło,  odrzuciła

list. Po prostu kolejny palant, uznała zdecydowanie. Potraktowałaby
go  poważnie,  gdyby  zadał  sobie  trochę  trudu  i  włożył  do  koperty
dwudziestodolarowy banknot.

Ostatecznie prawdziwa miłość ma swoją cenę.
Nie, z pewnością nie przyszedłby do niej, żeby obejrzeć prywatny

występ.  Tacy  jak  on  woleli  patrzeć  z  daleka.  Podchodzili  do  tego
intelektualnie. A orgazm wywoływały u nich wyłącznie ich zboczone
myśli.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Sobota, 21 kwietnia 2007 r.
7.56

Brzęczenie  telefonu  wyrwało  Spencera  z  głębokiego  snu.  Nie

otwierając oczu, sięgnął po słuchawkę.

– No?
– Pobudka, detektywie. Trafiłam na coś.
Z  trudem  uniósł  powieki.  Mrużąc  oczy  od  światła,  spojrzał  na

zegar. Nie było jeszcze ósmej.

– Ciociu Patti?
–  Dziś  mówi  kapitan  O’Shay.  Podjadę  po  ciebie  za  dwadzieścia

minut.

Rozłączyła się, zanim zdołał odpowiedzieć. Znała go wystarczająco

dobrze,  by  wiedzieć,  że  będzie  próbował  negocjować,  by  urwać
jeszcze kilka minut.

Odłożył słuchawkę i niechętnie podniósł się z łóżka.
– Jakieś złe wieści? – spytała sennie Stacy.
– To ciocia Patti. Zaraz po mnie przyjedzie.
Mruknęła coś, co zabrzmiało jak „uważaj na siebie” i wtuliła twarz

w  poduszkę.  Pochylił  się,  żeby  ją  pocałować,  po  czym  wyszedł  do
łazienki.

Kapitan  Patti  O’Shay  bez  wątpienia  była  punktualna.  Dokładnie

dwadzieścia  minut  później  zatrzymała  auto  pod  domem  i  nacisnęła
klakson.  Spencer  wychynął  z  drzwi,  ściskając  w  ręku  podróżny
kubek.

Zapiął pas i odwrócił się do Patti.
– Możesz powiedzieć, dokąd jedziemy?
– Do Quentina i Anny – rzuciła, ruszając.

background image

Do brata i bratowej? Teraz go naprawdę zaintrygowała.
– Rozumiem, że nie chodzi o wizytę towarzyską?
–  Czytając  dokumenty  Chirurga,  trafiłam  na  coś,  co  umknęło  nam

poprzednio.  Na  jednym  ze  zdjęć.  Sam  zobacz.  –  Wskazała  teczkę
leżącą na desce rozdzielczej.

W teczce były zdjęcia lodówki, w której odkryto obcięte dłonie. Na

jednej  fotografii  Patti  coś  zakreśliła.  Jakiś  mały  przedmiot
przyklejony do drzwiczek, prawie pod samą rączką.

Łatwo  było  go  przeoczyć  zarówno  z  powodu  wielkości,

umiejscowienia,  a  także  pokrywającej  połowę  lodówki  srebrnej
taśmy izolacyjnej, którą zabezpieczano wywożony sprzęt.

–  Zrobiłam  powiększenie  –  powiedziała  Patti,  nie  odwracając

wzroku od drogi.

Spencer  sięgnął  po  następną  fotografię.  Reklamowy  magnesik.

Z informacją o thrillerze napisanym przez Annę North.

Jego bratową.
– Jasna cholera.
– To samo pomyślałam.
– Anna nie będzie zachwycona.
Wiedział,  że  to  grube  niedopowiedzenie.  W  wieku  czterech  lat

Anna,  jedyne  dziecko  bardzo  znanych  ludzi,  została  porwana.
Porywacze  odcięli  jej  mały  palec  i  wysłali  go  do  rodziców  jako
ostrzeżenie.  Została  uratowana,  ale  trauma,  jaką  przeżyła,
pozostawiła  po  sobie  trwały  uraz.  Dawała  sobie  radę  ze  swoimi
lękami, dopóki nie stała się celem jakiegoś innego maniaka.

Wtedy  właśnie  poznała  Quentina,  którego  przydzielono  do  jej

sprawy.  Mieszkali  teraz  z  synkiem  w  Mandeville,  miejscowości  po
drugiej stronie jeziora Pontchartrain.

– Nie powinniśmy byli tego przegapić – odezwał się w końcu.
– Zgadza się.
Miesiące,  które  nastąpiły  po  Katrinie,  były  koszmarne.  Wszyscy

background image

byli przytłoczeni, na granicy załamania. To sprawiło, że zdarzały im
się potknięcia o wiele częściej, niżby chcieli przyznać.

– Wiedzą, że do nich jedziemy?
– Rozmawiałam z Quentinem.
Znów zapadła cisza. Patti rzuciła okiem na Spencera.
– Nie wydawał się uszczęśliwiony.
Kolejne  niedopowiedzenie.  Malone’owie  poważnie  traktowali

bezpieczeństwo osób, które kochali. Świadomość, że Annie coś grozi
–  nawet  najmniejszy  ślad  takiego  podejrzenia  –  musiał  brata  nieźle
zdenerwować.

Bardzo prawdopodobne, że zachowywał się teraz jak lew w klatce.
A jednak nie. Kiedy pół godziny później zatrzymali się na podjeździe

przed  domem,  gospodarze  czekali  na  nich  na  szerokiej  werandzie.
Quentin, 

usadowiony 

fotelu, 

trzymał 

na 

kolanach

siedemnastomiesięcznego synka, Sama.

Anna podniosła się, gdy wysiadali z samochodu. Spencer uwielbiał

swoją  rudowłosą  bratową  od  pierwszej  chwili,  kiedy  ją  poznał.
Zresztą jak mogło być inaczej? Jego brat nigdy wcześniej nie był taki
szczęśliwy.

– Sam śpi – poinformowała ich ściszonym głosem. – Już się wyszalał,

a  przecież  nie  ma  jeszcze  wpół  do  dziewiątej.  A  ja  się  dziwię,  że
jestem zmęczona.

Mówiła  to  z  uśmiechem.  Widać  było,  że  nie  ma  nic  przeciwko

takiemu zmęczeniu.

Spencer  podszedł  do  werandy.  Maluch  rzeczywiście  spał.  Jego

czarne loczki były wilgotne od potu. Sam urodził się kilka dni przed
huraganem.  Kiedy  dali  mu  imię  po  Sammym,  nie  mieli  pojęcia,  jak
wzruszającego znaczenia nabierze ich decyzja.

Uścisnął Annę i przywitał się z Quentinem.
– Siema, bracie. Wyglądasz jak rozleniwiony domator.
Wszyscy  mężczyźni  w  ich  rodzinie  mieli  atletyczną  budowę  ciała,

background image

ciemne włosy i niebieskie oczy, lecz Quentin bez wątpienia był z nich
najprzystojniejszy.

–  Wciąż  dałbym  ci  radę,  braciszku  –  powiedział,  patrząc

Spencerowi w oczy. – Na twoim miejscu nie zapominałbym o tym.

– Miło pomarzyć, staruszku. Mógłbym...
–  Na  miłość  boską  –  przerwała  im  Patti.  –  Zakończcie  walkę

o przywództwo w stadzie. Typ macho wychodzi z mody. Chciałabym
spojrzeć na dziecko.

Spencer odsunął się, a jego starszy brat uśmiechnął się uroczo.
– Witaj, ciociu Patty.
Pochyliła się, żeby go uścisnąć, potem pocałowała Sama w główkę.
– Widziałam go zaledwie w zeszłym tygodniu, ale przysięgłabym, że

już zdążył urosnąć.

–  Bo  rzeczywiście  urósł  –  przytaknęła  Anna.  –  Prawdę  mówiąc,

zastanawialiśmy  się,  czy  nie  należałoby  mówić  na  niego  Chwast.
Zaniosę go do środka, żebyśmy mogli porozmawiać.

Podniosła  synka  i  weszła  do  domu.  Ledwie  drzwi  zamknęły  się  za

nią,  Quentin  zerwał  się  na  nogi.  Widać  było,  że  powstrzymywane
emocje zaraz wybuchną z siłą wulkanu.

–  Co  się  dzieje,  Patti?  I  nie  wciskaj  mi  żadnego  urzędowego  kitu.

Chcę znać całą prawdę.

–  Tak  jak  ci  wyjaśniłam  przez  telefon,  oglądając  zdjęcia  lodówki

Chirurga, znaleźliśmy...

– Jeden z reklamowych magnesów Anny. To już wiem. Jak do diabła

mogliście go przegapić, gdy tam byliście?

Spencer położył mu dłoń na ramieniu.
– Odczep się, Quent. Robimy, co w naszej mocy.
– Odczepić się? Powiązanie Anny z tym szaleńcem, nawet tak słabe

jak darmowy magnes, nie...

–  Spencer  ma  rację  –  wpadła  mu  w  słowo  Anna,  która  stanęła

w  drzwiach.  –  Nie  zachwyca  mnie  taki  obrót  sprawy,  ale  niewiele

background image

mogę  na  to  poradzić.  Za  to  mogę  pomóc  w  identyfikacji  właściciela
lodówki.

Przyglądał  się  żonie  przez  chwilę,  po  czym  krótko  kiwnął  głową.

Anna odwróciła się do nich.

– No więc, jak mogę pomóc?
– Spójrz na to.
Patti  podała  Quentinowi  teczkę.  Obejrzał  zdjęcia  z  zaciśniętą

szczęką, w końcu podszedł do Anny.

– Zgadza się, jest mój. – Oddała im zdjęcia. – „Środek nocy” został

wydany w kwietniu 2005.

– Ile takich magnesów rozdano?
– Dwadzieścia pięć tysięcy. Mniej więcej.
– Wszystkie w okolicach Nowego Orleanu?
–  Nie.  Rozdawałam  je  podczas  podpisywania  książek,  poprzez

stronę  internetową,  a  także  fanom,  którzy  prosili  o  nie  w  listach.
Poza  tym  mnóstwo  magnesów  wysłałam  do  moich  najlepszych
księgarzy dla ich klientów.

– Więc ile zostało w Nowym Orleanie? Jak sądzisz?
– Pięćset na pewno. Może siedemset pięćdziesiąt. – Głos jej lekko

zadrżał, a Quentin natychmiast otoczył ją ramieniem.

– Wiem, że czujesz się z tym nieswojo – powiedziała Patti. – Przykro

mi.

–  Psychol,  który  odcina  dłonie  swoim  ofiarom,  wydaje  się

niebezpiecznie znajomy. Ale tu nie chodzi o mnie, tylko o Sammy’ego
i te zamordowane dziewczyny. Myślę, że mogę sobie z tym poradzić.
– Oczy jej zalśniły. – Ja również kochałam Sammy’ego.

Patti spojrzała jej w oczy.
– Dziękuję.
–  Zdarzyło  się  kiedyś,  że  jakiś  fan  ci  groził?  –  spytał  Spencer,

wracając do tematu śledztwa.

– Tylko Ozzie.

background image

– Osborne?
Na  wspomnienie  muzyka  rockowego,  niegdyś  bohatera  głośnego

telewizyjnego reality-show, na jej ustach pojawił się cień uśmiechu.

–  Nie  żartuj.  Chodzi  o  faceta,  który  siekierą  zabił  swoją  żonę.

Mówił, że to samo zrobi ze mną.

Spencer ze zdumieniem uniósł brwi.
– Jak go poznałaś?
–  Dzięki  więziennej  poczcie  od  wielbicieli  –  odpowiedział  za  nią

Quentin przez zaciśnięte zęby.

– Dostajesz listy z więzienia?
– Chyba wszyscy je dostajemy, nie? – Kiedy nikt się nie roześmiał,

podjęła: – Tak, zarówno od mężczyzn, jak i kobiet. Jednak od czasu
Ozziego już ich nie czytam. Odsyłam je bez otwierania.

– Masz jeszcze jego list?
Anna pokręciła głową.
– Odsiadywał dożywocie bez możliwości zwolnienia warunkowego –

wtrącił  Quentin.  –  Zabrałem  te  listy  i  oddałem  je  w  stosowne  ręce.
Od  tamtej  pory  pan  Oz  dostał  zakaz  prowadzenia  korespondencji
z  pisarzami.  Okazało  się,  że  Anna  nie  była  jedyną  osobą,  do  której
pisał.

– Czy niepokoili cię jacyś inni czytelnicy, szczególnie miejscowi?
– Tak, ale to jest bezpośrednio związane z tematyką moich książek.

Czasami  zdarza  się,  że  podczas  spotkań  podchodzi  do  mnie  jakiś
naćpany typ, ale w przeważającej części wszyscy, których spotykam,
to  sympatyczni  ludzie,  którzy  po  prostu  lubią  czytać  przerażające
powieści.

–  Masz  listę  nazwisk  i  adresów  miejscowych  fanów?  –  spytał

Spencer.

– Mam. Wydrukuję ją dla ciebie.
– I co dalej? – spytał Quentin, gdy Anna weszła do środka.
–  Przepuścimy  te  nazwiska  przez  komputer  i  zobaczymy.  Jeśli  na

background image

coś trafimy, zaczniemy od tego punktu.

– A jeśli na nic nie traficie?
– Poszukamy czegoś innego.
Na chwilę zapadła cisza. Z wnętrza domu słychać było, że Sam się

obudził. Patti podeszła do drzwi.

– Pójdę sprawdzić, czy mogę w czymś pomóc Annie.
Kiedy zniknęła za drzwiami, Quentin zwrócił się do brata.
– Jak ona się ma?
– Patti? Nie jest sobą. Chociaż zdaje się, że teraz, kiedy powiązała

tę  sprawę  z  zabójstwem  Sammy’ego,  przynajmniej  wytyczyła  sobie
jakiś cel.

– Dobrze się stało.
– No, chyba tak.
Przez dłuższą chwilę jego starszy brat wpatrywał się w niego bez

słowa. W końcu pokiwał głową.

–  To  nie  mogło  się  wydarzyć  w  gorszym  momencie.  Anna  jest

w ciąży.

Niespodziewana nowina zamurowała Spencera. Co prawda Quentin

i Anna wcale nie robili tajemnicy z tego, że chcą mieć jeszcze jedno
dziecko. Kiedyś...

Nie  przyszło  mu  do  głowy,  że  kiedyś  może  oznaczać  teraz.

Żartobliwie uderzył brata w plecy.

– Brawo, ogierze. To ci niespodzianka.
– Dopiero się dowiedzieliśmy. Chcieliśmy poczekać z tą informacją,

aż miną pierwsze trzy miesiące i będzie wiadomo, że wszystko jest
w porządku.

Przed  urodzeniem  Sama  Anna  straciła  dziecko  właśnie

w  pierwszym  trymestrze  ciąży.  Niestety  wcześniej  dzielili  się  tą
radosną  nowiną  ze  wszystkimi,  musieli  więc  również  zawiadomić
o swoim smutku. To były ciężkie chwile dla całej rodziny.

–  Zostało  jeszcze  kilka  tygodni,  więc  będę  wdzięczny,  jeśli

background image

utrzymasz to w tajemnicy.

–  Spróbuję.  Chociaż  w  rodzinie  Malone’ów  utrzymanie  sekretu

wydaje  się  niemożliwe.  Od  dawna  podejrzewam,  że  mama  jest
jasnowidzem.

– A ja się przychylam do teorii Johna juniora, że założyła podsłuch

w naszych domach i samochodach.

–  Hm,  to  bardzo  prawdopodobne.  Tyle  że  wydaje  się  jeszcze

bardziej niesamowite niż jasnowidztwo.

– Co u Stacy? – spytał Quentin, zmieniając temat.
–  W  porządku.  –  Zmarszczył  czoło,  nagle  zaniepokojony.  –  Mama

coś mówiła?

– Nic o tym nie wiem. Czemu pytasz?
– Podtrzymuję tylko rozmowę, stary. Przecież to ty niepostrzeżenie

zmieniłeś temat i od jasnowidzącej, ciekawskiej matki przeszedłeś do
mojego związku.

–  Oraz  dzieci.  –  Widać  musiał  mieć  przerażoną  minę,  bo  Quentin

wybuchnął  śmiechem.  –  O  co  chodzi,  braciszku?  Boisz  się
zobowiązań?

–  Jest  przerażony  –  odezwała  się  Anna,  otwierając  drzwi.  Za  nią

szła Patti z Samem na ręku. Anna podeszła do Spencera i podała mu
wydrukowaną  listę.  –  Stacy  to  wspaniała  dziewczyna.  Stracisz  ją,
jeśli czegoś nie zrobisz.

– Zgadzam się – wtrąciła Patti. – Jest również świetną policjantką.
Spencer wzniósł oczy do nieba.
– Dzięki, Quentin, że poruszyłeś ten temat. Odwdzięczę się.
Quentin uśmiechnął się szeroko.
– Cała przyjemność po mojej stronie, Spence. Ostatecznie od czego

są starsi bracia?

background image

Tytuł oryginału:
Last Known Victim

Pierwsze wydanie:
MIRA Books, 2007

Redaktor prowadzący:
Grażyna Ordęga

Korekta:
Ewa Popławska

© 2007 by Erica Spindler
©  for  the  Polish  edition  by  Arlekin  –  Wydawnictwo  Harlequin  Enterprises  sp.  z  o.o.,
Warszawa 2009

Wszystkie  prawa  zastrzeżone,  łącznie  z  prawem  reprodukcji  części  lub  całości  dzieła
w jakiejkolwiek formie

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek  podobieństwo  do  osób  rzeczywistych  –  żywych  lub  umarłych  –  jest
całkowicie przypadkowe.

Harlequin Polska sp. z o.o.
02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-238-9664-7

Konwersja do formatu EPUB:
Legimi Sp. z o.o.

background image

Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment

pełnej wersji całej publikacji.

Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji 

kliknij tutaj

.

Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie
rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez
NetPress Digital Sp. z o.o., operatora 

sklepu na którym  można

nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji

. Zabronione są

jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody
NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej 
od-sprzedaży, zgodnie z 

regulaminem serwisu

.

Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie

internetowym 

e-booksweb.pl - audiobooki, e-booki

.