background image

 

 

 

ERICA SPINDLER 

SPEŁNIONE ŻYCZENIA

 

Przełożyła Izabela Łoncka 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

PROLOG 

      Księżycowa poświata kładła się na łóżko, a Lancelot Heathcliff 
Alexander patrzył z nadzieją na drzwi sypialni.

 

-  Mamusiu, czy to ty? 
-  Lancelot, kochanie, to ty jeszcze nie śpisz? 
-  Czekałem  na  ciebie.  -  Lancelot  potarł  oczy  i  usiadł. - 

Dlaczego wróciłaś tak późno? 

Podeszła do łóżka, usiadła na brzegu. Przytuliła synka.

 

-  Nie  gniewaj  się.  Dzisiaj  jest  piątek,  więc  pracowałam  w 

biurze pana Dickersona. Jak zwykle, zostałam trochę dłużej. 

-  Zapomniałem. - Uśmiechnął się, czując znajomy, przyjem-

ny zapach matki. - Zrobiłem coś dla ciebie w szkole. 

-  Naprawdę? 
Lance skinął głową na widok matczynego uśmiechu, napełnia-

jącego go przekonaniem, że jest najbardziej niezwykłym chłopcem 
na  świecie.  Chichocząc  sięgnął  pod  poduszkę.  Laurka  przykleiła 
mu  się  do  paluszków,  brokat  odpadł  w  niektórych  miejscach. 
„Mam nadzieję, że tego nie zauważyła" - pomyślał.

 

- Och, jakie to ładne! Musiało ci to zająć mnóstwo czasu.

 

Chłopiec wstrzymał oddech. Matka otwierała właśnie kartkę, 

a  uśmiech  powoli  znikał  z  jej  twarzy.  Lance  mrugnął  nerwowo, 
usiłując nie płakać. Nie, nigdy nie powinien był słuchać tej głupiej 
pani Pratt!

 

R

 S

background image

To ona namówiła go do zrobienia kartki z okazji Dnia Ojca. 

Posłuchał jej i teraz matka jest smutna! Zwiesił głowę, niepewnie 
pytając:

 

-  Nie podoba ci się...? 
-  Ależ  podoba  mi  się,  Lance  -  szepnęła,  ale  głos  jej  brzmiał 

szorstko. - Bardzo mi się podoba. Dziękuję. 

- Nieprawda. - Wydął wargi. – Posmutniałaś! 

Matka uścisnęła chłopca tak mocno, że aż musiał

 

wstrzymać od-

dech. Nic jej nie powiedział, ale uwielbiał takie momenty.

 

- Maleńki, wiem, że to brzmi niemądrze, ale dorośli czasem 

płaczą ze szczęścia. Są tak szczęśliwi, że płaczą.

 

- To dziwne - mruknął, nie rozumiejąc słów matki. 

Odgarnęła włosy z twarzy.

 

- Nazwałam cię imieniem najsilniejszego, najdzielniejszego i 

najprzystojniejszego  rycerza  Okrągłego  Stołu.  Jak  więc  mógłbyś 
kiedykolwiek sprawić, że czułabym się nieszczęśliwa?

 

Lance rozmyślał o tym, jak Rodney Willis przezwał go dzisiaj 

w  szkole.  Został  za  to  zaprowadzony  do  dyrektora.  „Jak  on  mnie 
nazwał?" - Nie potrafił sobie przypomnieć.

 

Podrzutek. Bękart.

 

Lance zacisnął pięści i walczył z napływającymi do oczu łzami. 

Rodney powiedział, że bękart nie może być rycerzem Okrągłego Stołu, 
że oni nie mieli także prawdziwych rodzin. Nie każdy. Chłopiec spojrzał 
na matkę. Przecież powiedziałaby mu prawdę. Wtedy Rodney wpadł-
by w jeszcze większe tarapaty.

 

R

 S

background image

Ale jeśli znowu ją zasmuci? Pamiętał wyraz jej twarzy 

przed momentem i ciągle czuł ucisk w gardle.  Przełykał głośno 
ślinę. Płacz jest dla dzieci. Rycerze byli wielcy i mocni, opiekowali 
się swoimi rodzinami... zwłaszcza dziewczętami.

 

Usiadł prosto. Tak, pewnego dnia pokaże temu Rodneyo-

wi. Pewnego dnia mu pokaże.

 

-  Mamo? 
-  Tak? - Odgarnęła kosmyk włosów. 
-  Opowiedz mi znowu o dzielnych rycerzach i pięknej 

Gwina... Gwina... 

-  Guinewrze - podpowiedziała łagodnie. 
- Tak, i opowiedz mi także o Okrągłym Stole. 

Matka poprawiła poduszkę i tuląc chłopca do siebie, zaczęła:

 

- "Pewnego razu, za górami, za lasami..."

 

R

 S

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Wiejący od oceanu wiatr przynosił ciepłą bryzę.

 

Lance  Alexander - już od dawna zabronił  komukolwiek na-

zywać  siebie  Lancelotem  -  spoglądał  na  piasek  znad  czytanej 
umowy.  Patrzył  w  dal  aż  po  horyzont.  Niedługo  pełno  tu  będzie 
kąpiących się i plażowiczów wylegujących się na słońcu. Teraz jed-
nak, wczesnym rankiem, plaża była cicha.

 

Zamknął oczy, oddychał głęboko, pozwalając sobie na długi 

moment rozkosznego lenistwa. Niedługo skończy czytanie i pójdzie 
pobiegać. Potem śniadanie, rachunki, prysznic. Spojrzał na zegarek 
konstatując, że dzisiaj wyprzedza swój harmonogram. Tego ranka 
będzie nawet  miał czas na przeczytanie sobotnich  dodatków  do 
gazet.

 

Z  uśmiechem  zadowolenia  Lance  skoncentrował  się  na  do-

kumencie,  ale  nagle  dostrzegł  coś  kątem  oka.  Odwrócił  się, 
marszcząc  brwi  w  zaskoczeniu.  Było zbyt wcześnie na słoneczne 
fatamorgany, ktoś naprawdę zbliżał się ku niemu.

 

Kobieta miała lustrzane okulary przeciwsłoneczne i skąpe bi-

kini.  Kolor  kostiumu,  jaskrawozielony  jak  młode  źdźbło  trawy, 
kontrastował śmiało z ponętnym ciałem. Jej skóra była brązowa od 
słońca  i  wypielęgnowana  pieszczotami.  Wiatr  rozwiewał  włosy. 
Nawet powiedziawszy sobie, że trzeba znowu zająć się pracą, Lan-
ce zastanawiał się, jak mogą czuć się drobinki piasku muskające 
jej palce.

 

Zauważyła spojrzenie Lance'a i uniosła rękę

 

w geście po-

zdrowienia. Mężczyzna zaklął cicho, przenosząc wzrok na papiery. 

R

 S

background image

Ta kobieta nie pasowała do 

    

jego planów. Do żadnego z nich.

 

Chwilę później poczuł jej cień na sobie.

 

- Cześć.

 

Ponownie  oderwał  się  od  pracy.  Tym  razem  jego  oczy wę-

drowały  po  zgrabnych  nogach,  centymetr  po  centymetrze  taksując 
ponętne  kobiece ciało. W  końcu  ich  oczy  spotkały  się.  Jakież  to 
niezręczne: widzieć siebie, papiery, przenośny telefon i kartony so-
ku  odbijające  się  w  jej  okularach.  Ale  zdawał  sobie  sprawę,  że 
odwracanie wzroku byłoby jeszcze bardziej deprymujące.

 

-  Przepraszam  -  powiedział.  -  Czy  myśmy  się  już  kiedyś 

spotkali? 

-  Jeszcze nie. 
Odrzuciła kokieteryjnie głowę, pukle jej niesfornych włosów 

spadły kaskadą na kark.

 

Lance  próbował  zachować  obojętność.  Ona  go  podrywała! 

To prawda, kobiety uważały go za atrakcyjnego mężczyznę, spoty-
kały się z nim, ale tym razem zwróciła na niego uwagę prawdziwa 
bogini seksu - o siódmej trzydzieści rano!

 

- Widziałam cię idącego na plażę - kontynuowała- i pomyśla-

łam, że jest to wspaniała okazja, aby się po 
znać. Wierzę, że jesteś moim żółwiowym łącznikiem.

 

Uśmiechała się do niego prowokująco i przez chwilę Lance, 

szczycący  się  umiejętnością  zachowywania  trzeźwego  rozsądku  w 
każdej sytuacji, nie potrafił myśleć w ogóle.

 

R

 S

background image

Tymczasem kobieta przycupnęła koło niego na piasku i wzięła 

w ręce małą, papierową torebkę.

 

- Śniadanie - rzekła tonem wyjaśnienia. Wyjęła z torby pista-

cjowego loda i plastykową łyżeczkę.

 

-  Może  chciałbyś  trochę?  Mam  tylko  jedną  łyżeczkę,  ale 

możemy się jakoś podzielić. 

-  Nie, dziękuję pani... 
-  Muldoon - przedstawiła się. - Madison Muldoon, pana no-

wa sąsiadka i nowy współpracownik. 

Zanurzyła łyżeczkę w lodzie i wyciągnęła rękę.

 

- Nazywaj mnie Madi.

 

Lance,  osłupiały,  w  milczeniu  uścisnął  jej  dłoń.  Ta  „fata-

morgana"  była  pracownikiem  Stowarzyszenia  Ochrony  Żółwi 
Morskich. Cóż najlepszego wymyśliła Rada Nadzorcza? Musiał 
teraz coś powiedzieć, bo lada  moment wyjdzie  na kompletnego 
idiotę. Zapewniał samego siebie, że to tylko zaskoczenie, że tyl-
ko dlatego słowa uwięzły mu w gardle.

 

-  Lance Alexander, dyrektor stowarzyszenia. Nie oczekiwali-

śmy pani jeszcze w tym tygodniu. 

-  Wiem. 
Żadnego tłumaczenia, po prostu nic. Lance zmarszczył czoło 

i czekał, aż skończy jeść loda.

 

-  Miała pani bardzo dobre referencje - powiedział w koń-

cu. 

Istotnie.  -  Śmiała  się.  -  A  ty  miałeś  znak  ostrzegawczy: 

„gruntownie  sceptyczny".  -  Odgarnęła  włosy,  śmiejąc  się  znowu.  - 
Przy  okazji,  dzięki  za  zorganizowanie  wszystkiego.  Ja  naprawdę 
nienawidzę tego całego zamieszania z wybieraniem miejsca. 

 

R

 S

background image

Mówiła bez przerwy. Jak to możliwe, żeby kobieta zachowują-

ca się w ten sposób mogła przekonać jakiegoś biznesmena do ofia-
rowania tysięcy dolarów?

 

-  Mam nadzieję, że ty to lubisz - zagadnęła. 
-  Kocham to. 
Wzięła jeszcze jeden kawałek loda, liżąc go ostrożnie ko-

niuszkiem języka.

 

-  Tak chciałam coś zimnego. To była miła niespodzianka. 
-  Cieszę  się  -  mruknął  Lance,  spoglądając  na  nowoczesny 

dom, który jego firma wybudowała tutaj kilka lat temu. Budynek z 
trzema wejściami, zwrócony frontem do plaży. Automatycznie rozsu-
wane drzwi prowadzące do schodów na wszystkie piętra. Uważał to 
miejsce za tak ładne, że postanowił wprowadzić się do jednego z 
mieszkań.  Dwa  pozostałe,  włączając  tamto  obok  niego,  które  Madi 
Muldoon  miała  zajmować  przez  najbliższy  rok,  były  wynajmowane 
gościom. 

Kobieta skończyła jeść loda. Papierek i łyżeczkę włożyła do 

śniadaniowej torby. Wstała pytając:

 

- Idziesz popływać na desce?

 

-  Niestety, muszę trochę popracować. Zdjęła okulary, owi-

nęła je w plażowy ręcznik. 

-  Już to widzę - rzuciła. 
W jej głosie usłyszał coś radosnego i irytującego. Walczył z 

własnymi emocjami.

 

-  Może spotkalibyśmy się później? 
-  Może. 
Nie  czekając  na  dalsze  propozycje,  odwróciła  się  w  stronę 

morza, pytając Lance'a:

 

R

 S

background image

-  Jaka jest woda o tej porze roku? 
-  Zimna. 
-  Szkoda, ale i tak spróbuję. 
Mężczyzna patrzył za odchodzącą postacią. Czuł suchość w gar-

dle. Powinien natychmiast powrócić do lektury. Minuty płynęły, a on 
nadal nic nie robił. Nie mógł oderwać wzroku od Madi, a może nie 
chciał.

 

Szła wolno, nawet leniwie w kierunku oceanu. Przystawała, 

poprawiała włosy rękoma, potrącała coś palcem u nogi.

 

Kiedy wreszcie dotarła do wody, wyciągnęła szyję do słońca, 

pozwalając mu igrać po twarzy. Włosy opadały jej na plecy. Lance 
poczuł dziwne mrowienie w dłoniach.

 

.Jakaż  wspaniała  harmonia.  Kobieta  idealnie  zestrojona  ze 

swoim  ciałem"  -  myślał,  masując sobie  kark.  Odprężenie,  które 
czuł  kilka  minut temu,  gdzieś zniknęło. Zastąpiło je uczucie roz-
drażnienia-skurcz wnętrzności i wewnętrzny niepokój.

 

Lance zamknął oczy i oddychał głęboko. To było żałosne. Był 

za stary na rewolucję hormonalną. Ten rodzaj krótkiej, emocjonal-
nej  eksplozji  był  zarezerwowany  dla  nastolatków.  On  był  logicz-
nym, racjonalnym człowiekiem, który wiedział, czego chce.

 

Otworzył oczy. Madison Muldoon weszła do wody. Schylając 

się i prostując nabierała wody w rękę, nacierając ramiona i brzuch. 
Lance oddychał ciężko, wyobrażając sobie ukłucia zimna, dotyka-
jące  rozgrzanego  ciała,  a  zarazem  uczucie  ciepła,  jakiego  doznaje 
jedno ciało od drugiego.

 

Podmuch  wiatru  poderwał  papiery.  Lance  schwycił  je  w 

ostatniej  chwili.  Lepiej  było  szybko  wszystko  pozbierać  i  upo-
rządkować, inaczej wyszedłby na głupca, a może i podglądacza.

 

R

 S

background image

Patrząc na kobietę, uśmiechnął się do własnych myśli. Chciałby 

wierzyć, że Madi „występowała" dla niego. Ale mimo że jego ego 
pragnęło, żeby ta kobieta  dostrzegła  jego  zainteresowanie  i  była  z 
niego zadowolona, to jednak był przekonany, że zapomniała o nim 
w tym samym momencie, kiedy odeszła.

 

„I bardzo dobrze" - powiedział sobie. To, że Rada Nadzorcza 

wybrała  właśnie  ją  na  jego  współpracownika,  było  problemem,  z 
którym musiał sobie poradzić. Byłoby głupotą stwarzać możliwo-
ści ponownych spotkań z Madison Muldoon.

 

*   *   * 

Madi znowu zaczerpnęła chłodnej wody, pozwalając jej prze-

ślizgiwać  się  pomiędzy  palcami.  Jak  dobrze  było  na  Florydzie,  z 
daleka od nieustannego hałasu i dymu Los Angeles. Dlatego wybra-
ła Melbourne Beach i Stowarzyszenie Ochrony Żółwi Morskich. 
Pierwszy raz od dawna czuła, że może oddychać pełną piersią. Może 
znowu będzie mogła dobrze sypiać.

 

Gdyby tylko mogła uciec od pustki, która ją ogarnęła, odkąd 

jej  młodsza  siostra  obwieściła  najpierw  swoje  małżeństwo,  a 
potem ciążę.

 

Madi zamknęła oczy. Przypomniała sobie mieszaninę zapa-

chów szpitalnego oddziału noworodków, zasypki dla dzieci i środ-
ków bakteriobójczych. Myślała o swojej małej siostrzenicy, o 
chwilach, kiedy trzymała w ramionach to urocze, różowe maleń-
stwo, i bólu ramion, kiedy oddawała je z powrotem w ręce siostry. 
Zacisnęła pięści.

 

Być może to były jej hormony. Przecież już za kilka tygodni 

skończy trzydzieści lat.

 

R

 S

background image

Skurcz, jaki czuła za każdym razem, kiedy pomyślała o swo-

ich  nadchodzących  urodzinach,  usadowił  się  w  żołądku.  Zaklęła 
cicho.  To  się  musi  skończyć.  To  było  głupie  i  niszczące.  Miała 
przecież wspaniałe życie. Osiągała sukcesy, była piękna, lubiana... 
Była szczęśliwa, do cholery, była.

 

Madi zmarszczyła czoło, zdając sobie sprawę z tego, co wła-

śnie robi. Zwalczała własne wątpliwości i żale. A przecież z nimi 
skończyła.  Poradziła  sobie  z  tą  wieczną  niepewnością  i  roztrząsa-
niem własnych uczuć. Dzisiaj ta poczciwa Madi, mocna i niezłom-
na, której ufała i na której polegała, wróciła na dobre.

 

Oddychając  głęboko,  wtopiła  się  w  otoczenie  pragnąc,  aby 

piękno tego dnia odcisnęło na niej swój znak. Słoneczne promie-
nie rozgrzewały ją, a ona myślała o mężczyźnie, którego właśnie 
spotkała,  o  mężczyźnie,  który  będzie  z  nią  pracował  przez  naj-
bliższy rok.

 

„Lance Alexander - lat czterdzieści, kawaler, właściciel Biura 

Konstrukcyjnego Floryda i od trzech lat prezes SOŻM. Zanim zajął 
się żółwiami, poświęcał czas innym niebezpiecznym stworzeniom 
żyjącym

 

na Florydzie" - członek Rady Nadzorczej przedstawił jej 

pokrótce człowieka, z którym miała pracować, ale jedno spotkanie 
twarzą w twarz powiedziało więcej niż te wszystkie papiery. W ciągu 
kilku  minut  oceniła  go  tak,  jak  oceniała  każdego spotkanego  męż-
czyznę. Nie jako prawdopodobną zdobycz, nawet niejako wyzwanie. 
Zakwalifikowała go jako potencjalną przystań.

 

„Potrafię sobie z nim poradzić" - stwierdziła.

 

Prawie zaśmiała się w głos. „Potrafię sobie z nim poradzić" 

wydawało  się,  nawet  jej,  zwrotem  niezbyt  dobrze  pasującym  do 
takiego faceta jak Lance. Twarz miał zaciętą, rysy wyraźne i zde-

R

 S

background image

cydowane. Trzymał się prosto i pewnie, a pewność ta miała źró-
dło w wielu wygranych życiowych bataliach. Oprócz typowego dla 
biznesmena chłodu, nienagannych manier wyczuwała w nim odro-
binę występku.

 

Dlatego  była  w  stanie  sobie  z  nim  poradzić.  Madi  odrzuciła 

włosy do tyłu. On należał do tego typu mężczyzn, przy których nig-
dy nie przestanie się pilnować, nawet na sekundę.

 

W tym momencie niecierpliwa fala polizała jej stopy. Madi 

krzyknęła i odskoczyła do tyłu. Fala podążała za nią, by po chwili 
zupełnie  pochłonąć  stopy.  Śmiejąc  się  dziewczyna  postanowiła 
zmienić taktykę, odważnie wychodząc wodzie naprzeciw.

 

Kilka  mew  przefrunęło  nad  jej  głową  i  Madi  zaśmiała  się 

znowu. Była dziewczyną z Kalifornii, tam urodzoną i tam wycho-
waną, a zachowywała się, jakby pierwszy raz w życiu była na plaży. 
Potrząsnęła głową, zdając sobie sprawę z ironii sytuacji, i coraz

 

głębiej wchodziła w wodę. Potężna fala dosięgła jej , piersi, mo-
cząc zupełnie górę bikini. Doznanie było [ rozkoszne. Czując się 
jak grzesznica, Madi czekała j następnego dotknięcia. Na hory-
zoncie ujrzała nastę- [ pną falę, prawdziwego olbrzyma. Dwana-
ście godzin wcześniej czekała na samolot. Siedziała na lotnisku w 
Los Angeles, sfrustrowana, mając wrażenie, że życie oszukało ją w 
jakiejś ważnej kwestii. Potrząsnęła głową z determinacją. Dzisiaj 
wywoła największą ze wszystkich fal, wywoła i pokona.

 

Zrobiła  kilka  kroków  do  przodu,  zesztywniała,  jakby  była 

palem z przybrzeżnego falochronu. Woda uderzyła w nią, oblewając 
ciało od stóp do głów. Prawie straciła równowagę. Prawie, ale nie 
całkiem.

 

Ciesząc się zwycięstwem, Madi zaczęła wychodzić na brzeg. 

R

 S

background image

Jej oczy napotkały wzrok dopiero co poznanego sąsiada. Obser-
wował ją bawiącą się w wodzie. Twarz miał enigmatyczną, ma-
lowała  się  na  niej  odrobina  chłodu  tak  nieprzyjemnego  jak  zetk-
nięcie zimnej wody z rozgrzaną skórą. Zbiło ją to z tropu, ale i 
rozbudziło uwagę.

 

Po  chwili  niepewność  odeszła.  Madi  zebrała  siły.  Tak  cu-

downie  kobieco  nie  czuła  się  od  dawna. Zacisnęła  usta.  Już  nigdy 
więcej nie będzie się tak czuła.

 

Przybierając najbardziej pewny siebie uśmiech, podążała  w 

stronę  wydmy.  Stanęła  przed  Lancelotem  Alexandrem.  Teraz 
powinna  zabrać  ręcznik  i wrócić do domu, ale  zamiast tego  za-
gadnęła:

 

- Skończona praca?

 

Odchylił głowę do tyłu.

 

- Nie, zmieniłem plany. 

Usiadła obok niego.

 

-  Zdecydowałeś, że nie możesz zaprzepaścić okazji poznania 

wroga. Nie mogę cię winić. - Podparła się na łokciach, wystawiając 
twarz do słońca. -Twoje obawy są zupełnie nieuzasadnione - do-
dała. 

-  Ktoś  ci  powiedział,  że  głosowałem  przeciwko  przyjęciu 

skarbnika. 

Nie patrzyła na niego.

 

-  Powiedziano  mi  faktycznie,  że  byłeś  jedyny,  który  głosował 

przeciw i strasznie się przy tej decyzji upierałeś. 

-  Osobiście  nie  miałem  nic  przeciwko  tobie.  -Lance 

zmarszczył czoło, patrząc na ocean. Nagle odwrócił się do Madi. - 
Wątpię, czy ty lub ktokolwiek inny mógłby przysporzyć nam takie-

R

 S

background image

go dochodu, jaki obiecałaś. Nie tutaj. 

Wytrzymała jego wzrok, czując, że panuje nad sytuacją.

 

-  Jestem dobra w tym, co robię, i nie obiecuję rzeczy nie-

możliwych. 

-  W porządku, ale my jesteśmy małą organizacją, Melbourne 

Beach to mała miejscowość. Jeśli nie będzie datków, to twoja pensja 
pochłonie wszystkie nasze fundusze. Zrujnujesz nas, panno Muldo-
on. 

Znowu wystawiła twarz do słońca.

 

-  Rada Nadzorcza nie była aż tak bardzo przestraszona. 
-  Nigdy dotąd nie spotkali się z czymś takim. 
-  A Stowarzyszenie Ochrony Krów Morskich? 
-  Jesteś nieźle poinformowana. 
Patrzyła na niego, przymykając oczy okolone złotymi rzęsa-

mi.

 

- Mówisz,  jakbym  była  szpiegiem  albo  kimś  w  tym  ro-

dzaju.

 

Zaśmiał się.

 

-  Zgaduję, że maczał w tym palce Darnell Peabody. 
-  Milutki człowiek. Oczarowałam go. 
-  Jestem pewien, że tak było. -  Lance oparł się na  łokciu. - 

Przekonasz się, że mną nie można tak łatwo zawładnąć. 

-  Twardy  orzech  do  zgryzienia?  Niech  będzie.  -Przeczesała 

włosy palcami; już prawie wyschły. - Dorastałam w Hollywood, nie 
tak łatwo się zniechęcam. 

-  Nawet nie będę próbował. 
Powiedział to łagodnie, ogarniając wzrokiem całą postać ko-

biety.

 

R

 S

background image

Madi śmiała się ze swojej strategii. Wolała frontalny atak, bez 

czekania na czyjąś inicjatywę. Wstała, podając Lance'owi rękę.

 

- Ty jesteś takim typem mężczyzny, który ciągle musi próbo-

wać. Wstawaj, chodźmy na spacer i pogadajmy o żółwiach.

 

Lance chwycił wyciągniętą dłoń i wstał powoli. Kobieta była 

wysoka,  miała  około  stu  osiemdziesięciu  centymetrów  wzrostu, 
robiła  długie,  leniwe  kroki.  Przez  kilka  minut  szli  w  milczeniu, 
które  Lance  wykorzystał  na  dokładne  przyjrzenie  się  swojej  to-
warzyszce. Jej profil był daleki od doskonałości, nos trochę kancia-
sty, szczęka zbyt ostro zarysowana, czoło wysokie i szerokie, usta peł-
ne i kapryśne. Wszystko to

 

składało się na twarz intrygująco piękną i 

niekonwencjonalną.

 

Przy tym coś więcej niż tylko uroda sprawiało, że była pocią-

gająca,  nawet  charyzmatyczna.  Pewność  siebie,  bezwstydne  flir-
towanie, atmosfera zmysłowości w jej głosie, w każdym ruchu.

 

Pozornie bez wysiłku czy sztuczności, była kobietą przyciąga-

jącą  wzrok  i  rozbudzającą  wyobraźnię.  Na  pewno  większość  męż-
czyzn przed nią kapitulowała.

 

On się do nich nie zaliczy. Pomimo chwilowego zauroczenia 

nie pozwoli sobie na szaleństwo.

 

- A zatem - zagadnął - co wiesz o żółwiach? 

Odwróciła się, opierając dłoń na czole i osłaniając

 

oczy przed słoń-

cem.

 

- Wiem, że ta plaża jest jednym z niewielu miejsc na świecie, 

gdzie lęgną się wielkie żółwie morskie, i że są zagrożone wyginię-
ciem. Sezon lęgowy zaczyna się w maju, a kończy we wrześniu. Ce-
lem Stowarzyszenia jest ochrona miejsc lęgowych, dzięki cze 
mu  więcej  małych  może  się  wychować  i  rozpocząć  samodzielne 

R

 S

background image

życie.  Jednym  słowem,  Stowarzyszenie  ma  zapobiec  wyginięciu 
rzadkiego gatunku zwierząt.

 

Przerwała.  Lance  pokręcił  głową,  zdając  sobie  sprawę,  że 

słuchał jej jak urzeczony. Jej głos nie pasował do rozmów o intere-
sach. Niski i głęboki, kojarzył się z gorącymi wieczorami w sypialni 
albo  spotkaniami  w  kafejkach.  Słysząc  go,  otwierasz  portfel,  nie 
zastanawiając się  dwa  razy,  albo  zapominasz o wszystkich ży-
ciowych planach i obietnicach.

 

Żachnął się. To bez sensu. Spędzili razem kilka

 

dobrych 

chwil, a on ciągle był pewien, że nie była tym, kogo szukał. 
Skierował myśli na przedmiot rozmowy.

 

-  Jesteśmy  bardzo  rygorystyczni  we  wprowadzaniu  lokal-

nych zarządzeń, bierzemy także udział w ustanawianiu prawa o 
zasięgu krajowym. 

-  To  twoja  chluba  -  dodała,  unosząc  ciężkie  włosy  -  że 

wszystko,  czego  dokonałeś,  stało  się  dzięki  rozwijaniu  świado-
mości i propagowaniu idei. 

Lance podążał za nią wzrokiem, zaklął cicho i odwrócił się.

 

-  Wiem także o tym, że do tej pory wszystkie akcje zbiera-

nia pieniędzy były urządzane spontanicznie i większość dochodów 
pochodzi od firm lub pojedynczych osób. 

-  Jak  powiedziałem  wcześniej,  jesteś  nieźle  poin-

formowana. 

-  Nie - poprawiła go. - Po prostu odrobiłam pracę domową. 

Jestem profesjonalistką, osiągam sukcesy, ponieważ jestem dobra w 
swoim fachu. Chciałabym, żebyśmy pracowali razem jak przyjacie-
le. To sprawi, że będzie to łatwy i efektywny rok. 

Lance skłonił głowę w podziwie.

 

R

 S

background image

-  Oczywiście,  Stowarzyszenie  na  pierwszym  miejscu.  Ale 

pozwól  mi  się  przestrzec,  panno  Muldoon,  zamierzam  sprawdzać 
twój każdy krok, każdy pomysł, każdą decyzję. Nie będę ci nicze-
go ułatwiał. 

-  Nie  wyobrażałam  sobie  tego  w  inny  sposób.  -Jej  oczy 

zwęziły się. - Nie będziesz się jednak wtrącał ani przeszkadzał mi w 
pracy. Rada Nadzorcza już jest po mojej stronie i nie będę się wa-
hać, jeśli będę musiała to wykorzystać. 

Postawiła bardzo twarde warunki. Irytacja walczyła w nim 

z szacunkiem.

 

-  Więc uzgodniliśmy zasady? - zapytał. 
-  Myślę, że tak. 
-  Dobrze. 
Odwróciła  się,  mając  zamiar  wracać, ale  Lance powstrzy-

mał ją, łapiąc za łokieć.

 

- Jeszcze jedno pytanie, Madi Muldoon. Dlaczego  przyjęłaś 

tę pracę?

 

Spojrzał  na  nią,  dostrzegając  zaskoczenie  i  niechęć  w  jej 

oczach.

 

-  Co masz na myśli? - zapytała. 
-  Ja też tutaj pracuję. Tu ma się o wiele mniej obowiązków i 

chociaż  twoja  podstawowa  pensja  jest  standardowa,  to  nie  dosta-
niesz przysługujących ci dziesięciu procent od zebranych pienię-
dzy. 

-  Dlaczego  wzięłam  tę  pracę?  -  powtórzyła  po  chwili.  - 

Czemu  miałam  odmawiać?  Piękna  plaża,  piękna okolica, ludzie w 
kostiumach kąpielowych. - Odgarnęła włosy do tyłu, podmuch wiatru 
odrzucił je z powrotem. - To było zbyt ponętne, żeby nie skorzystać. 

R

 S

background image

Przyglądał się jej, walcząc z bezpodstawną frustracją. Nie była z 

nim szczera. W gruncie rzeczy nie było sprawy, nie oczekiwał tego. Z 
drugiej strony, nie oczekiwał czegoś takiego w jej oczach - czegoś mięk-
kiego  i  świadczącego  o  zakłopotaniu.  Ten  błysk,  odkrycie  czułego 
miejsca w nieodgadnionej kobiecie, zaintrygował go.

 

Zmarszczył brwi.

 

-  Naprawdę? 

 

-  Naprawdę.  -  Madi  przygryzła  wargi,  policzki    drgały  w 

złości. - A co z panem, panie Alexander? Dlaczego żółwie, dlaczego 
działalność charytatywna? 

-  A jak myślisz? Oddychała płytko. 
-  Nie o to pytałam. 
- To prawda. - Przeniósł wzrok z niej na ocean. - Czy uwie-

rzyłabyś mi, gdybym powiedział, że kocham ziemię ze wszystkimi 
jej cudownościami i tajemnicami? - Znów patrzył na nią, tym ra-
zem obojętnie. - Dlatego czuję nie tylko moralną potrzebę pomocy i 
ochrony tego bogactwa, ja bardzo tego chcę. Cierpię nawet, patrząc 
na żółwie. Uwierzyłaś mi?

 

Madi przymknęła oczy.

 

-  Nie - powiedziała, podając mu rękę. - Nie i uwierzyłam. 

-  Dzięki za szczerość. - Spojrzał na zegarek. -Czy  mamy 

wracać razem? 

-  Dziękuję, ale znam drogę. 
-  Rozumiem. Zobaczymy się na przyjęciu u Darnella w pią-

tek? 

-  Dlatego przyjechałam wcześniej. 
-  No to do piątku. 
Odwrócił się i odszedł bez słowa.

 

R

 S

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

- Madison,  kochanie,  jestem  zachwycony,  że  przyszłaś.  - 

Darnell Peabody pocałował ją w rękę. - Bardzo proszę, wejdź.

 

Madi uśmiechnęła się do eleganckiego mężczyzny w średnim 

wieku, pozwalając mu zaprowadzić się na taras domu stojącego przy 
plaży. Spotkali się wcześniej dwa razy, ale już znała jego słabość 
do plotek i kosztownych ubrań; takim go lubiła.

 

Kiedy  znaleźli  się  na  miejscu,  Darnell,  stanąwszy  na  odle-

głość wyciągniętych ramion, okiem znawcy podziwiał wieczorową 
kreację  Madi.  Subtelną,  lecz  seksowną,  eksponującą  długą  szyję, 
piękne ramiona, przylegającą do talii i ud.

 

- Pomysłowy fason - szeptał, przyglądając się wąskiej spódnicy 

z  długim  rozcięciem,  śmiało  eksponują  cym  nogi.  -  Wyglądasz  nie-
zwykle apetycznie. Jeśli nie byłbym zaprzysięgłym... - Jego głos wi-
brował jak na widok mężczyzny w najelegantszych ciuchach świata. 
Westchnął  melodramatycznie,  otoczył  ją  ramieniem.  -  Najlepsi  są 
zawsze zajęci, nieprawdaż?

 

Madi zaśmiała się, odwzajemniając uścisk.

 

-  Najlepsi to pojęcie względne, Darnell. 

-  Cyniczna? Hmm, nigdy bym nie podejrzewał.  Odchrząk-

nął z dezaprobatą. 

Weszli  do  ogromnego  salonu.  Drzwi,  otwarte  z  trzech 

stron,  wiodły  na  wielopoziomowy  taras  z  basenem.  Wszędzie 
porozstawiane  były  kwiaty  ozdabiające  stoły,  półki,  każdy  wolny 
kąt. Powietrze

 

przesycone było ich zapachem. Lampy zastąpiono | 

zielonymi,  żółtymi  i  czerwonymi  lampionami.  Pokój  j  wypełniał 

R

 S

background image

szum fal, co tworzyło niepowtarzalny, wyspiarski nastrój.

 

-  Darnell, to miejsce jest zachwycające. Powiedz  mi - rzuci-

ła mu konspiracyjne spojrzenie - co ty właściwie robisz? 

-  Ja - nic, moja droga, to mój dziadek. - Skłonił się po kró-

lewsku mijanej właśnie parze. - To on zrobił fortunę na Florydzie. 
Oprócz zajmowania się moimi cudownymi, ociężałymi, morskimi 
stworzeniami, nie robię praktycznie nic. 

Roześmiała się. 

 

-  Jesteś niepoprawny. 

 

-  Pochlebstwa,  pochlebstwa.  -  Pochylił  się  nad  nią.  -  Czy 

widziałaś już nasze żółwie? 

Pokręciła głową, a on westchnął.

 

- Jesteś tutaj na przyjęciu, kochanie. One są niesamowite, po 

prostu niesamowite. W gruncie rzeczy myślę, że w dzieciństwie one 
były dla mnie ważniejsze niż ojciec, ale to już inna historia.

 

Madi zaśmiała się znowu. Darnell przypominał jej małego psa, 

pekińczyka, którego przyniosła do domu, gdy miała dziesięć lat.

 

-  Mam nadzieję, że opowiesz mi o tym kiedyś. 
-  Pewnego  dnia,  bo  dzisiaj...  -  Przeciągnął  ręką  po swoich 

szpakowatych  włosach.  -  Dzisiaj  są  tutaj  duże  pieniądze.  Nawiąż 
odpowiednie  kontakty, to może  rozwiązać  twoje  problemy  na  nad-
chodzący rok. 

-  Albo raczej problemy Stowarzyszenia -mruknęła. 
- Dokładnie. - Wyglądał na zadowolonego z siebie. -Tyle ra-

zy sugerowałem Radzie Nadzorczej organizację przyjęć takich jak 
to. Ludzie powinni płacić za wejście. Na pewno będą to robić. To 
przyjęcie jest wydarzeniem roku.

 

Madi spojrzała mu w oczy.

 

R

 S

background image

-  Mam nadzieję, że nie będziesz zły, ale planuję cię  prze-

ścignąć. 

-  Nic  z  tych  rzeczy.  Ja  raczej  lubię  wyzwania.  -

Wyszczerzył zęby, ukradkiem spojrzał w prawo,  potem  w  lewo.  - 
Czy spotkałaś już naszego dyrektora? 

Madi  pomyślała  o  Lansie,  o  jego  poważnym  podejściu  do 

życia. Uśmiechnęła się radośnie. Zrozumiała, dlaczego on i plot-
karska Rada Nadzorcza tak często się unikali.

 

- Tak, spotkałam. Pogawędziliśmy sobie miło. Darnell sark-

nął.

 

- Miła pogawędka, rzeczywiście. Nie wątpię, że przywołasz 

go do porządku, ale nie daj się ogłupić. Mężczyźni czasami robią 
szwindle. Muszę już iść. Nalej sobie szampana.

 

Idąc za radą Darnella, Madi wzięła kieliszek alkoholu. Popi-

jała  małymi  łyczkami,  myśląc  o  swojej  utarczce  z  Lance'm. 
Rozzłościł ją jego sarkazm i sceptycyzm. Nie była przyzwycza-
jona, aby ktoś wytrącał ją z równowagi, i nie lubiła tego.

 

Pociągnęła  następny  łyczek  szampana.  Jasnozielone  oczy 

Lance'a przeszywały ją na wylot i zbyt dużo widziały. Miała wraże-
nie, jakby była prześwietlana, i że... był kimś innym, niż początko-
wo myślała.

 

Dreszcz  przebiegł  jej  po  plecach,  nachmurzyła  się.  Lance 

Alexander  był  pijawką,  tak  jak  nazwał  go  Darnell.  Człowiek  nie 
osiąga takich sukcesów bez pewnej dawki  zbrodniczych  instynk-
tów. Rozumiała mężczyzn osiągających powodzenie przez wyklu-
czanie  innych  ze  swej  drogi.  Koniec  końców  jej matka  poślubiała 
ich z szokującą regularnością.

 

Madi wychyliła resztę szampana, po chwili wzięła z tacy peł-

R

 S

background image

ny kieliszek. Dzisiejszy wieczór był poświęcony interesom, a nie 
rozpamiętywaniu  przeszłości  czy  analizowaniu  znajomych. 
Uśmiechnęła się. Kontakty nawiązane tutaj  mogły mieć dla niej 
bardzo  istotne  znaczenie.  Dzięki  nim  pokaże  „dyrektorowi-
pijawce", na co ją stać.

 

Z  tą  myślą  zaczęła  krążyć  pomiędzy  ludźmi,  podsłuchując 

bez zażenowania.

 

- ...jej  ślubna  wyprawa  była  zaprojektowana  przez  tego 

okropnego młodego projektanta...

 

„Konserwatyści" - pomyślała. Odsunęła się.     
- ...wydaje mi się, że można obyć się bez tuńczyków, jeśli 

oznaczałoby to uratowanie delfinów...

 

„Liberał,  ale  bez  funduszy  -  zdecydowała,  oceniając  toalety 

rozmawiającej pary. - Dobry materiał na ochotnika."

 

Skręciła, kierując się w stronę grupy zażarcie dyskutujących 

mężczyzn.

 

- ...wykładanie na rynek pieniędzy jest teraz samobójstwem. 

Przewrót w krajach trzeciego świata...

 

Rzuciła okiem na markowe ubrania, drogie zegarki i buty.. 
,,Profesjonaliści - zawyrokowała. - Dobrze sobie radzą." 

Uśmiechnęła się, notując ich w pamięci     

 

-  ...przedszkola?  Oczywiście.  Nie  można  oczekiwać  od  ko-

biety, aby się podporządkowała...

 

„Kobiety dążące do  kariery." Madi zaczęła się odsuwać,  ale 

zatrzymała się, kiedy rozpoznała głos Lance'a.

 

Nie widziała go przedtem, ponieważ stał za gigantyczną pal-

mą. Przesunęła się kilka centymetrów w lewo, aby lepiej widzieć. 
Większość  mężczyzn  była  ubrana  elegancko,  ale  na  luzie.  Lance 

R

 S

background image

wyglądał, jakby przyszedł prosto z salonu mody.

 

Przyspieszone bicie serca zaskoczyło ją i zirytowało. Otrzą-

snęła się, przyglądając się Lance'owi. Jak na tak późną porę, był 
niesamowicie  elegancki  -niebieski  garnitur  biznesmena,  biała, 
gładka koszula, czerwony krawat w paski, nienagannie zawiązany. 
Tylko gęste blond włosy mówiły o dniu pełnym spotkań i krótkich 
irytacji. Nieco rozczochrane, spadały na czoło, a odrzucone do tyłu, 
natychmiast wracały na stare miejsce. Madi uśmiechała się. To ma-
łe  niedociągnięcie,  ta  jedna  niemożliwa  do  skontrolowania  czyn-
ność  w  człowieku  tak  bardzo  kontrolującym  samego  siebie,  była 
miła i pociągająca.

 

Przygryzła  dolną  wargę.  Czuła  potrzebę  uczesania  tych  wło-

sów własnymi palcami. Nagle coś zakłuło ją w sercu.

 

Potrząsnęła głową, zacisnęła pięści. Dlaczego jedyną rzeczą, 

jakiej teraz pragnęła, było wyeliminowanie szczegółu czyniącego 
Lancelota Alexander bardziej człowiekiem niż automatem?

 

- Ale czy chcesz mieć dzieci? - zapytał kobietę.

 

„Dziwna rozmowa, jak na przyjęcie" - pomyślała, zwłaszcza 

dla  kogoś  takiego jak  Lance. Zupełnie nie zakłopotana  podsłuchi-
waniem, postąpiła krok bliżej, ale natychmiast dopadła ją jedna z 
kobiet z Rady Nadzorczej.

 

W  czasie,  gdy  kończyła  wymianę  uprzejmości  z  tamtą, 

Lance odszedł.

 

Przez  następnych  kilka  godzin Madi obchodziła  pokój,  wy-

korzystując swoje pierwsze spostrzeżenia do nawiązywania kontak-
tów. Liberałowie dostali pozdrowienia od „kalifornijskiej dziewczy-
ny",  konserwatyści  otrzymali  hardość,  profesjonaliści  -  prosto-
linijność; typowe dla interesów podchody.

 

R

 S

background image

W  tym  samym  czasie  widziała  Lance'a  z  tuzinem  różnych 

kobiet.

 

Madi  zmarszczyła  brwi  i  rozejrzała  się  po  pokoju,  szukając 

go. Lance nie wydawał się polować na kobiety, ale jeśli liczba wy-
mienionych kart wizytowych i numerów telefonów była jakąkolwiek 
wskazówką, to był on niezwykle zapracowanym facetem.

 

Odetchnęła  głęboko,  była  trochę  rozgniewana.  Z tego, co 

udało jej się usłyszeć, on znał najciekawsze sposoby podrywania, 
o  jakich  kiedykolwiek  słyszała,  a  wydawało  jej  się,  że  zna  już 
wszystkie. Madi potrząsnęła głową. Sprytne. Kto brałby pod uwa-
gę temat etyki pracy, garaż na dwa samochody czy wierzenia reli-
gijne jako wstęp do romansu?

 

-  Krzywisz się, kochanie. Nie słyszałaś, że przyjęcia są po 

to, aby się uśmiechać? 

 

Madi podskoczyła, gdy Darnell złapał ją za ramię. Spojrzała 

z wyrazem winy w oczach.

 

-  Krzywiłam się, naprawdę? 
-  Potrzebujesz więcej szampana. 
-  Nie. - Roześmiała się, odchylając głowę. - Nie chcę wię-

cej szampana. Dziękuję ci. 

-  Jeśli jesteś pewna, to chodź, jest ktoś, kogo chcę ci przed-

stawić.  Pieniądze  -  szeptał,  gdy  przechodzili  przez  pokój.  -  Ale 
muszę cię przestrzec. Duże pieniądze i twardy  orzech do zgry-
zienia. 

Madi pomyślała znowu o Lansie.

 

- Takie typy to moja specjalność, Darnell. Prowadź.

 

To się musi s k o ń c z y ć .  Lance popijał wodę mineralną i 

R

 S

background image

obserwował  Madi rozmawiającą,  odchylającą  głowę.  Skoncentro-
wał  wzrok  na  zmysłowym  wygięciu  szyi.  Miał  określony  cel,  do 
którego  dążył.  Nie  było  tam  miejsca  na  niedomówienia  czy 
skarbników  jawiących  się  jako  słoneczne  fatamorgany. Dlaczego 
więc ze wszystkich kobiet, z którymi rozmawiał, wszystkich dosko-
nałych kandydatek, to właśnie Madi przykuwała uwagę? Rozdraż-
niony dopił wodę i skinął na kelnera, żeby przyniósł mu coś moc-
niejszego.  Wypił  duszkiem  lampkę  wina.  Madison  Muldoon  była 
piekielnie nieodpowiednia do tej  pracy.  Wiedział o tym. Musiały 
istnieć jakieś inne powody tej fascynacji.

 

Nie był zafascynowany, poprawił się szybko. Nie

 

był nawet 

zainteresowany. Był ciekawy. Któż by nie był? Przecież ta kobieta 
oczarowała Bernarda Hessmana III. Lance pokręcił głową. Nikt do 
tej pory nie oczarował Bernarda Hessmana III, z wyjątkiem jego 
samego.

 

Ale  Madi  sprawiła,  że  jadł  jej  z  ręki  -  cała  reszta  kobiet i 

mężczyzn także była pod jej urokiem. Ona wydawała się pasować 
do każdego. Lance widział osoby, które nie uśmiechały się od lat 
-  przy  niej  śmiały  się  entuzjastycznie,  ludzi  nie  dowierzających 
nikomu, a ją przyjmujących z otwartymi ramionami.     

 

Jaki tkwił w tym sekret? 

 

„Sukienka z pewnością nie jest bez znaczenia" -   myślał, 

obrzucając ją wzrokiem. Madi poruszała się z gracją, ukazując 
gładkie, opalone uda. Przełykając ślinę, przeniósł wzrok na twarz. 
Ważne były także  cudowne włosy oraz jej niski, leniwy głos. Obu 
atrybutów używała rozrzutnie.

 

Lance rozluźnił krawat. To było więcej niż umiejętność poru-

szania się wśród ludzi, więcej niż jej boska twarz i ciało. Nie ona 

R

 S

background image

jedna miała takie zalety. Coś czyniło ją na tyle niezwykłą, że klękali 
przed nią.

 

Upewniwszy się, że jego obserwacje miały czysto zawodowy 

charakter, postanowił dowiedzieć się, co w niej było.

 

Utorował sobie drogę w tłumie, łapiąc ją w momencie, gdy 

wychodziła  na  taras.  Odwróciła  się  do  niego.  Poczuł  zapach  per-
fum, romantyczny i lekki, który go oszołomił. Otrząsnął się z tego 
po chwili.

 

- Dobry wieczór, panno Muldoon.

 

Serce Madi zabiło mocno. „Trzymaj się" - upomniała samą 

siebie i uśmiechnęła się. 

 

-  Dobry wieczór, panie Alexander. 
-  Dobrze sobie radzisz dziś wieczorem. 
-  Ty także. Uniósł brew. 
-  Wychodziłaś zaczerpnąć powietrza? 
-  Tak. 
-  Pójdę z tobą. 
Madi nie oponowała. On nie pytał jej o zgodę. Razem wyszli 

na zewnątrz.

 

Większość  gości  zgromadziła  się  wokół  domu,  a oni po-

dążyli  w  kierunku  plaży.  Przystanęli  przy  końcu  tarasu.  Lance 
wziął dwa kieliszki szampana z tacy przechodzącego kelnera. Je-
den z  nich był  dla Madi.  Chwytając  go,  musnęła  palce  Lance'a. 
Ten  przypadkowy  dotyk  wydał  się  dziwnie  intymny  i  Madi 
oparła się chęci schowania ręki do tyłu.

 

Odwracając się w stronę oceanu, oparła się o kamienną balu-

stradę otaczającą taras. Podmuch wiatru przycisnął sukienkę do ciała, 
uwypuklając figurę. Pełnia księżyca rzucała białe, chłodne światło na 

R

 S

background image

czarny bezkres oceanu.

 

-  Pełnia - zaczęła, zwracając twarz do światła. -Moja matka 

twierdzi, że życzenia pomyślane przy pełni księżyca zawsze się 
spełniają. 

-  Nigdy o tym nie słyszałem. 
-  Nie mam wątpliwości, że moja matka tak robi. Ona ma za-

cięcie i do dramatyzmu, i do manipulowania prawdą. Ja osobiście w 
to nie wierzę. 

Madi przymknęła oczy i marzyła. Nagle zawstydziła się swo-

ich myśli, otworzyła oczy i posłała Lance'owi uśmiech, który poru-
szyłby mężczyznę twardszego niż on.

 

-  Naprawdę powinieneś pomyśleć sobie życzenie. 
-  Jesteś dziwną kobietą, Madison Muldoon. 
-  Jestem? 
-  Taak, obserwowałem cię dzisiejszego wieczoru. 
-  Czyżby? - Patrzyła na niego znad swojego kieliszka. Zasta-

nawiała się, kiedy znalazł na to czas. -Trudno mi w to uwierzyć. 

Jego oczy były śmiertelnie poważne.

 

-  To prawda. 
-  Czego  jeszcze  dowiedziałeś  się,  oprócz  faktu,  że  jestem 

dziwna? 

Milczał chwilę, nim odpowiedział:

 

-  Nie  jesteś  tym,  kim  wydajesz  się  być,  a  ja  nie  lubię  zaga-

dek. 

-  Nie  jestem  zaskoczona.  -Sączyła  swój  alkohol,  j  by  za 

moment  odstawić  kieliszek  i  rzec:  -  Nie  jestem    zagadką.  Zapytaj 
mnie o cokolwiek. 

Uśmiechnął się.

 

- To raczej kiepska taktyka.

 

-'Uważasz,  że  prowadzę  grę  albo  mam  coś  do  ukrycia.  Za-

R

 S

background image

pewniam cię, nic z tych rzeczy.

 

-  Więc dlaczego ci nie wierzę? Wzruszyła ramionami. 
-  To nie mój problem. 
Muzyka docierała do nich od strony domu. Madi zaczęła ko-

łysać się w rytm tanga.

 

- Nie tańczyłam cały wieczór. Zatańcz ze mną, Lansie Alexan-

der. Ten cały biznes bardzo nas znudził.

 

Lance  wahał  się,  ale  tylko  chwilę.  Jednocześnie  odstawili 

kieliszki  z  szampanem.  Wziął  ją  w  ramiona,  przytulając  lekko, 
ale stanowczo, prowadził w rytm muzyki.

 

Madi oparła czoło na jego ramieniu. Ładnie pachniał, bezpreten-

sjonalnie, jak mydło i dobra woda po goleniu. Wdychała ekscytującą 
mieszaninę.  Trochę  kręciło  jej  się  w  głowie,  wypiła  trzy  kieliszki 
szampana.

 

-  Jesteś  bardzo dobry -  mruknęła,  gdy bezbłędnie  wykonał 

trudną figurę. 

-  To  przesada  -  powiedział  dobitnie.  -  Nie  przepadam  za 

tańcem. 

-  Naprawdę? - Patrzyła zaskoczona. - Czy można nie lubić 

tańczyć? 

Przyglądał jej się przez moment, nim odpowiedział:

 

- Jesteś natarczywa, wiesz o tym? 

Skrzywiła się.

 

- Tego wymaga moja praca. Ale, ale, przygarną kocioł garn-

kowi.

 

Lance uśmiechną] się. Miała rację.

 

-  Dlaczego wybrałaś ten zawód? 
-  O,  nie,  znowu  zaczynasz.  -  Śmiała  się.  -  Dlaczego  żół-

R

 S

background image

wie? 

Końce jej włosów dotykały palców Lance'a. Powstrzymywał 

się od zanurzenia ich głębiej.

 

-  Już ci mówiłam. 
-  Ale ja nie wierzyłem. 
Tym  razem,  kiedy  jej  włosy  dotknęły  jego  skóry,  chwycił 

między palce jedwabiste kosmyki. Natychmiast zorientował się, że 
to był błąd. Jedno dotknięcie to zawsze za mało.

 

-  Pewnej nocy poszedłem na spacer na plażę. To było strasz-

ne. Pół tuzina domów miało zapalone latarnie, a światło padało na 
plażę. To przeraża żółwie, wypłasza z gniazd. Małe umierają. Wpro-
wadziliśmy  zarządzenie  zabraniające  ludziom  zapalania  latarni  na 
plaży. Teraz zaczynają się do tego stosować. 

-  Dużo jest tego? 
-  Głupoty? Tak, sporo. -  Szczęki zaczęły  mu drgać.  -  To 

jest tak cholernie... 

Potrząsnął głową, jakby próbował otrząsnąć się z frustracji, 

a Madi znowu doświadczyła tego śmiesznego, krótkiego ukłucia w 
klatce piersiowej. Pomyślała o kanapkach z owocami morza, które 
zawsze brała, kiedy przechodził kelner. Zrozumiała. Ten człowiek 
nie był tylko tym, jakim go zobaczyła za pierwszym razem. Przerazi-
ła się. Wiedziała, że powinna się teraz wycofać, ale zamiast tego popa-
trzyła mu w oczy z uśmiechem.

 

- Zaczęłam  pracować  jako  skarbnik  przypadkowo,  naturalną 

koleją rzeczy, jeśli  można tak powiedzieć. Moja matka jest bezna-
dziejnie roztrzepana, ale uwielbia być królową towarzystwa. Urzą-
dzała wszelkiego rodzaju akcje dla organizacji charytatywnych: lote-
rie, śniadania, przyjęcia. Pamiętam to nawet z dzieciństwa; musia-

R

 S

background image

łam brać w tym udział, pomagać. Przy okazji odkryłam, że dobrze 
się czuję

 

w takiej działalności, że nie zawodzi mnie intuicja, , bez 

względu na to, czy organizowałam ognisko z pieczeniem kiełbasek, 
czy wieczorową galę. Po pewnym czasie goście naszych imprez bar-
dziej interesowali się mną niż matką. W końcu jeden z nich zapropo-
nował mi pracę. - Spojrzała z ukosa. - Zadowolony?

 

Nie, nie był zadowolony. Nic w dalszym ciągu nie wyjaśniało, 

dlaczego  nie  był  w  stanie  oderwać  od  niej  oczu  przez  cały  wie-
czór. Dlaczego ciągle nie mógł tego zrobić.

 

-  To wszystko? 
-  Ludzie lubią dawać mi pieniądze, dużo pieniędzy. Nie śmiał 

się, tak jak tego oczekiwała. Ściągnął 

brwi i przyglądał się jej z ciekawością uczonego studiującego 

nową formę życia. Przełknęła ślinę.

 

-  Lance,  zaczynam  czuć  się  jak  w  krzyżowym  ogniu  pytań. 

Czy mógłbyś podzielić się swoimi myślami? 

-  Jesteś jedną z najbardziej pociągających kobiet, jakie  kie-

dykolwiek spotkałem. 

Komplement  wcale  nie  brzmiał  jak  komplement,  słowa 

brzmiały prawie niechętnie. Zaśmiała się.

 

-  Fajnie, dziękuję. 
-  Nie  mówię  ci  czegoś,  czego  nie  słyszałaś  sto  razy  wcze-

śniej. Oboje o tym wiemy. 

-  Prawda, ale w twoim wykonaniu to było oryginalne. 
Uśmiechnął się.

 

- Jesteś  także  pewna  siebie  aż  do  impertynencji.  Wszystko 

wskazuje na to, że jesteś dobra w tym, co robisz.

 

Potrząsnął głową, włosy opadły mu na czoło. Ma-di opanowała 

R

 S

background image

się na  moment  przed  wyciągnięciem ręki i poprawieniem ich. Za-
miast tego położyła mu ręce na piersi, pytając:

 

-  Więc co w tym złego? 
-  Nic.  Mam  wrażenie,  że  bardziej  interesują  mnie  twoje  se-

krety. - Objął ją w talii. - Masz jakieś, Madi Muldoon? 

-  Wszyscy je mają - mówiła cicho. - Ty też. 
-  Mam? 
Wsunęła ręce pod marynarkę, dotknęła materiału koszuli.

 

-  Masz, tylko ja ich jeszcze nie znam. 
-  Znowu ta pewność siebie. 
-  Nic na to nie poradzę. 
Śmiał się, wirując wokół niej. Ich uda zetknęły się. Ogarnęła 

go  niespodziewana  ekscytacja.  Uśmiech  zgasł.  Spojrzał  na  jej 
twarz.  Chciał  ją  pocałować,  chciał  wziąć  w  niewolę  te  cudowne, 
ruchliwe  usta,  spróbować  jej  śmiechu,  życia.  Ale  taki  krok  byłby 
złamaniem  obietnic  danych  sobie  dawno  temu,  zapomnieniem  już 
rozpoczętych zamierzeń. Spytał:

 

- Czy zawsze jesteś tak pewna siebie? Nie ma w tobie żad-

nych słabych punktów, jesteś taka odporna, jak na to wyglądasz?

 

Wypowiadał te słowa, a najmilszy, słodki, niewinny obraz jej 

twarzy zapadł mu w pamięci. Wraz z nim poczuł lekki, przy-
jemny ból.

 

Lance słyszał  głośny oddech Madi, widział emocje rozświe-

tlające  twarz.  Słowa  wypowiedziane  tak

 

niedbale, zraniły ją dotkli-

wie.  Żałował  ich,  widocznie  ta

 

kobieta  miała  jakieś  czułe  miejsce, 

drażliwe punkty.    

 

Madi zacisnęła usta, była wściekła na niego za tę rozmowę, 

ale  jeszcze  większa  złość  ogarniała  ją  na  myśl  o  własnych  wąt-

R

 S

background image

pliwościach.

 

- A czy w tobie jest coś ciepłego, emocjonalnego albo spon-

tanicznego?  Czy  jesteś  po  prostu  tym,  na  kogo  wyglądasz  -  biz-
nesmenem za wszelką cenę, kroczącym od sukcesu do sukcesu?

 

Lance powiedział sobie, że musi to udowodnić. Powiedział 

sobie, że nie ma to nic wspólnego z uległością, a bardzo łączyło się 
z samokontrolą.

 

Pochylił głowę tak nisko, że był w stanie dosłyszeć jej szept. 

Poczuł świeży zapach szamponu, zapach perfum. Dostrzegł, że jej 
oczy nie były brązowe, były kocie. Wyczytał w nich... podniece-
nie.

 

Zaplątał ręce w dziki gąszcz włosów. Pragnął tego od poranka 

na  plaży.  Nie  czuł  rozczarowania.  Palce  z  rozkoszą  dotykały 
wspaniałych pukli.

 

Złapał  oddech.  Myśli  i  obietnice  wymykały  się  spod  jego 

kontroli. Pochylił głowę jeszcze niżej... ale ciągle  jej  nie  pocało-
wał.

 

Madi zacisnęła mu ręce na karku. Prawie jej nie dotykał, a 

ona  czuła  jego  bliskość.  Czuła  mrowienie  tam,  gdzie  się  go  naj-
mniej spodziewała, w zagłębieniach kolan, szyi i łokci. Inne miej-
sca były już całkiem ogarnięte ogniem, jakby cała drżała, uprzedza-
jąc pocałunek.

 

Kołysali się coraz bliżej i bliżej w cichym zaproszeniu. Jego od-

dech musnął jej usta. Cofnęła się o krok.

 

Przez chwilę drżała z pożądania, jednocześnie odmawiając mu 

prawa do istnienia. Spojrzała mu zdecydowanie w oczy.

 

- Powiedziałam  ci już,  Lansie  Alexander,  mnie  nie  można 

zastraszyć.

 

R

 S

background image

Lance patrzył na jej podnieconą twarz.

 

- A ja ci mówiłem, że nie zamierzam próbować. 

Madi wmawiała w siebie, że wszystko, co czuła,

 

było jedynie furią. 

Przysięgła sobie, że nie było żadnego afektu i cały czas kontrolowa-
ła sytuację. Zdołała jakoś opanować urywany oddech.

 

- Dobra, powiedz coś jeszcze.

 

- W  porządku,  Hollywood.  -  Postąpił  krok  bliżej,  zniżając 

głos  do  ochrypłego  szeptu.  -  Myślę,  że chciałaś mnie pocałować. 
Myślę, że bardzo tego pragnęłaś.

 

- Biedny człowieku, masz złudzenia. 

Uśmiechał się. Madi cicho zaklęła.

 

-  Ustalmy tutaj kilka podstawowych reguł. Jesteśmy znajo-

mymi  z  pracy  i  nikim  więcej.  Nie  mam  prywatnych  układów  z 
ludźmi, z którymi pracuję, nigdy. 

-  Kto tu  mówi o układach?  Jedynie udowadniałem  pewną 

rzecz. 

-  Pewną rzecz? - Odrzuciła włosy do tyłu, a wiatr przywiał 

je na twarz. 

-  Pytałaś, czy jest we mnie coś ciepłego, czy jestem sponta-

niczny.  Mógłbym  być  bardziej  spontaniczny  i,  do  diabła,  o  wiele 
cieplejszy, ale myślałem, że to wystarczy. 

Rumieniec oblał jej policzki. Dostała za swoje. Totalnie, 

niedwuznacznie. Nie pozwoli, żeby to się powtórzyło. 
Uśmiechnęła się chłodno.

 

- Nie  sądzę,  aby  pośpiech  był  dobrym  doradcą  w  kwestii 

spontanicznych  reakcji.  A  teraz  wybacz,  pojawiły  się  nowe  wy-
pchane portfele chcące, żebym coś z nich uszczknęła.

 

Śmiał się.

 

R

 S

background image

-  Do  zobaczenia  w  poniedziałek  w  Stowarzyszeniu,  dzie-

wiąta, zgadza się? 

-  Zgadza się. 
-  No, to jesteśmy umówieni. 
-  Jesteśmy umówieni. 

R

 S

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Poniedziałkowy poranek nadszedł zbyt szybko. Madi zatrzy-

mała samochód przed Stowarzyszeniem Ochrony Żółwi Morskich, 
ale nie wysiadła od razu. Za kilka minut będzie musiała spojrzeć w 
twarz Lancet i udawać, że nie rozmyślała o nim przez cały week-
end, że nie cierpiała, nie przeżywała tego, że jej nie pocałował, kiedy 
tak bardzo tego pragnęła.

 

Żałosne! Otworzyła drzwi samochodu, wysiadła, zatrzasnęła je 

za  sobą.  Była  zirytowana.  Wystrychnął  ją  na  dudka.  Nie  on  jeden. 
Tak postępują faceci, których rozrywką jest dział finansowy w ga-
zecie i filiżanka kawy bez kofeiny.

 

Z pewnością nie przeszkadzało jej to, że tamtego wieczoru roz-

mawiał z tuzinem innych kobiet, ale kiedy wreszcie zbliżył się do niej, 
jedyną  rzeczą, jakiej pragnął, było „udowodnienie jej". Wolała to tak 
rozumieć.

 

Jasne, że wolała.

 

Nabrała  powietrza  w  płuca.  Teraz  będzie  się  kontrolowała. 

Będzie robiła to, co wychodziło jej najlepiej - flirty, żarty, rzeczy 
lekkie, łatwe i przyjemne. On już nigdy nie zajdzie jej za skórę.

 

No i może w końcu jej za to zapłaci.

 

Zadowolona,  ruszyła  w  stronę  biura  SOŻM.  Zlokalizowane 

na najstarszej ulicy Melbourne Beach, było kiedyś letnim domkiem 
wypoczynkowym.

 

Madi ściągnęła brwi po przejściu przez korytarz. Wiedziała, 

że zwalnia obroty, przyjmując tutejsze obowiązki, ale nie zdawała 
sobie sprawy, jak bardzo.

 

R

 S

background image

Niewiarygodne. Wnętrze budynku było jeszcze skrom-

niejsze niż otoczenie. Po jednej stronie znajdował się punkt infor-
macji, a po drugiej - rząd krzeseł. Na biurku w nieładzie leżało kil-
ka książek - prawdopodobnie o żółwiach.

 

Madi weszła do pokoju.

 

- Jest tu kto? - zawołała.

 

Z drzwi obok wyjrzała kobieta w bardzo zaawansowanej cią-

ży. Uśmiechnęła się ciepło.

 

-  Ty musisz być Madi. 
-  Zgadza się. - Madi odwzajemniła uśmiech, postąpiła kilka 

kroków naprzód. - A ty jesteś...? 

-  Jenny. - Wyciągnęła rękę. - Pracuję społecznie w ponie-

działki, środy i piątki rano. 

-  Miło mi cię poznać, Jenny. - Madi uśmiechnęła się znowu, 

ukrywając zaniepokojenie. Ostatnia organizacja  charytatywna,  dla 
której pracowała, miała dobrze wyposażone biuro i trzech zatrud-
nionych  na  pełny  etat  pracowników.  -  Mam  nadzieję,  że  dzisiaj 
spotkam tutaj pana Alexandra. 

Policzki Jenny zaróżowiły się, położyła ręce na brzuchu.

 

-  Telefonował, że przyjedzie później i prosił, żebyś zacze-

kała. 

-  Czy  wspomniał,  dlaczego  się  spóźni  i  jak  długo  to  może 

potrwać?  -  zapytała,  chociaż  rozumiała  jego  grę.  To  była  jeszcze 
jedna technika zastraszania. 

-  Nie, ale powiedział, żebym zebrała dla ciebie kilka infor-

macji.  -  Młoda  kobieta  postękując  podeszła  do  biurka  i  wzięła  z 
niego  dużą  kopertę.  -  Przepraszam,  jestem  w  ósmym  miesiącu, 
bardzo boli mnie kręgosłup. 

R

 S

background image

-  Moja siostra ma dziecko, dziewczynkę. - Madi zdała sobie 

sprawę, że przez dłuższą chwilę przyglądała się brzuchowi brzemien-
nej  kobiety.  Zakłopotana  podniosła  oczy  na  jej  twarz.  -  Ją  też  bolał 
kręgosłup. 

-  Chciałabym,  aby  urodziła  się  dziewczynka,  ale  Rick,  mój 

mąż, chce chłopca. Będziemy szczęśliwi bez względu na płeć. Jak 
ona ma na imię? 

Madi z wysiłkiem przełknęła ślinę.

 

- Morgan.

 

Jenny pociągnęła nosem.

 

-  Ja lubię staromodne imiona dla dziewcząt, na przykład Emi-

ly albo Elizabeth. A ty masz dzieci, Madi? 

-  Nie. - Przełknęła ślinę. - Nie nadaję się do tego. 
-  Naprawdę? Myślałam, że ty... 
-  Nie - powtórzyła, wyciągając rękę po kopertę. Zaklęła cicho, 

ręka jej się trzęsła. - Lepiej rozpocznę pracę. Czy mogłabyś mi poka-
zać, gdzie jest moje biuro? 

„Słowo biuro - myślała Madi minutę później, rozglądając się 

po malutkim pomieszczeniu - zostało użyte raczej na wyrost." Po-
kręciła się po nim, wyszła tylnymi drzwiami. Lance Alexander nie 
będzie miał ostatniego słowa, nie tym razem.

 

- Jenny, czy pan Alexander także ma tutaj gabinet? 

Jenny spojrzała znad książki o wychowaniu noworodków.

 

-  Tak, aczkolwiek niezbyt często go używa. 
-  To tam? - Wskazała na drzwi, z których wcześniej wyszła 

Jenny. 

Młoda kobieta skinęła głową. Madi zajrzała do środka. Pokój 

był przestronny, pełen światła i powietrza.  Nawet z kilkoma duży-

R

 S

background image

mi półkami i wielkim biurkiem ciągle było mnóstwo miejsca. Jenny 
stanęła z boku.

 

-  Twój pokój jest trochę mniejszy. 
-  „Trochę" i „mniejszy" to dobre określenia. -Madi odwró-

ciła się do współpracowniczki. - Ja i pan Alexander będziemy dzie-
lić ten pokój. Kiedy przyjdzie, skieruj go do mnie. 

Dwie godziny później drzwi gabinetu otworzyły się. Lance 

Alexander miał na sobie szary garnitur w subtelne paski, wspania-
le na nim leżący. Poczuła trzepotanie serca. Spojrzała znacząco na 
zegarek.

 

-  Lance, jak to miło z twojej strony, że tu wstąpiłeś. 
-  Przepraszam za spóźnienie. 
Żadnego  wyjaśnienia.  Uniosła  brwi,  zamknęła  segregator, 

który właśnie przeglądała.

 

- Miły pokój. Chciałabym móc powiedzieć to samo o moim.

 

Zamknął drzwi za sobą i oparł się o nie rozbawiony.

 

- Jenny  powiedziała  mi,  że  nie  byłaś  zachwycona  tamtym, 

przygotowanym dla ciebie.

 

Jej irytacja rosła.

 

- Jenny ujęła to zbyt delikatnie.

 

-  Powiedziała mi także, że będziesz mi towarzyszyć. Z uśmie-

chem oparła się o tył „ich" fotela. 

-  Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza. Zaśmiał się i pod-

szedł do biurka. 

- Nic z tych rzeczy. W ten sposób będzie mi łatwiej mieć cię 

na oku. - Usiadł na krześle naprzeciw.

 

- Nie mam zbyt wiele czasu, więc dlaczego by nie   zacząć.

 

Madi zacisnęła zęby. Pomimo najlepszych intencji, aby 

R

 S

background image

ograniczyć tę znajomość tylko do sfery zawodowej, mężczyzna 
musiał robić więcej, niż tylko patrzeć na nią, ochota pocałowania go 
znowu zakiełkowała w środku. Cholera!

 

-  Przeglądałam  raporty  finansowe  -  powiedziała,  zdoławszy 

nadać  głosowi  chłodną barwę. -  Nieźle potrafisz  chować  głowę 
w piasek. 

-  Wybacz mi. 
Drgnęła, przyglądała mu się otwarcie. Miał zmarszczki w ką-

cikach oczu. Ładnie wymodelowane usta uniosły się w najmniej-
szym z uśmiechów. Wyglądał na zrelaksowanego, rozbawionego i 
diabelnie sexy. Coś się musi zdarzyć.

 

-  Teraz widzę, dlaczego Rada Nadzorcza mnie potrzebowa-

ła, przyda się tu zawodowiec. 

-  Tym, czego potrzebuję, Hollywood, jest sprzedaż. Ty zo-

stałaś  wynajęta.  Nic,  co  powiesz,  nie  wpłynie  na  zmianę  mojego 
zdania o sposobie, w jaki głosowałem. 

 

-  Nie?-  Spojrzała na  niego.-  Może to  jednak  będzie  miało 

jakieś  znaczenie.  Zakładam,  że  co  najmniej  potroję  sumę,  jaką 
zebrałeś w swoim najlepszym roku. 

Spojrzał na nią w ten sam sposób.

 

-  Przed czy po dostaniu pensji? 
-  Po. Z łatwością. - Wstała, podeszła do jednego z okien. Na 

zewnątrz matka przeprowadzała dwoje dzieci przez ulicę. - Tra-
cisz  okazje.  Indywidualne  i  grupowe  datki  są  w  porządku,  ale 
duże pieniądze t przynoszą specjalnie organizowane imprezy. 

-  Na przykład turniej golfa? 
-  Dokładnie. Ci, którzy grają w golfa, mają obsesję na tym 

punkcie. - Oparła się o brzeg biurka. -Sama świadomość pomaga-

R

 S

background image

nia żółwiom czy wynalezienie leku na raka nie wystarcza. Ludzie 
chcą się bawić, kiedy biorą w tym udział. 

Lancy  pochylił  się  i  lekko  trącił  drewnianą  bransoletkę  na 

nadgarstku  Madi.  Przez  obserwatora  gest  ten  zostałby  oceniony 
jako  przyjacielski.  Madi  prawie  roześmiała się  w  głos. P r z y j a -
c i e l s k i ?   Ten  mały  gest  sprawił,  że  krew  zaczęła  szybciej  krą-
żyć, a z głowy uleciało wszystko.

 

Podniósł  wzrok  z  bransolety  na  jej  twarz.  Wstrzymała  od-

dech.  Myślała, że  wyczyta  w  jego  oczach  pewność, nawet satys-
fakcję.  Zamiast  nich  ujrzała  pytania...  pytania  i  jeszcze  coś,  co 
kazało  jej  myśleć  o  dzieleniu  się  sekretami  i  długich,  gorących 
popołudniach  w  zaciemnionej  sypialni.  Sekundę  później  widziała 
tylko  determinację  mężczyzny  przyzwyczajonego  do  wygrywa-
nia. Zastanowiła się, czy reszta była wytworem jej wyobraźni.

 

- Czy ta zabawa nie jest zbyt ryzykowna? - zapytał łagodnie. - 

Sukces jakiegoś przedsięwzięcia zależy od liczby biorących w nim 
udział osób.

 

Dobrą  chwilę  zajęło  jej  skierowanie  myśli  na  przedmiot 

rozmowy. Zwymyślała się w duchu za tę oznakę słabości.

 

- Oczywiście - powiedziała. - Będę do tego dążyć. Wszystko 

będzie  starannie  zaplanowane,  ostrożnie  skalkulowane.  Ludzie  ofia-
rowują różne rzeczy: sale, alkohole, nawet ogłoszenia. Każdy ofiaro-
dawca będzie wymieniony z nazwiska i dostanie obniżkę podatku.

 

- Dużo nam się ofiarowuje. Jednak nie wszystko. 

Opanowała przypływ złości.

 

-  To jeszcze jeden dowód na to, że są potrzebne moje umie-

jętności. Będę w stanie dostać dwa razy więcej niż jeden z twoich 
ochotników. 

R

 S

background image

-  Ale  koszt takiego przyjęcia  może  być  ogromny.  Stowarzy-

szenie mogłoby mieć kłopoty. 

Tym razem nie wysilała się na opanowanie emocji.

 

- Tutaj są możliwości. Ta praca zawiera element ryzyka, ale 

tak, jak każda inna inwestycja, może przynieść ogromny dochód. 
Rada Nadzorcza mnie sprawdziła. Nigdy nie zmarnowałam pienię-
dzy. Faktycznie nie robiłam niczego poza ich gromadzeniem. Nie-
zbyt wiele ze mną ryzykujesz.

 

Spojrzał na nią wzrokiem nie wyrażającym uczuć, nie pokazu-

jącym, że to, co powiedziała, wywarło wrażenie.

 

-  Co dalej? 
-  Dalej  zaplanuję  kalendarz  wydarzeń,  a  potem  rozpocznę 

wynajdywanie ochotników i sponsorów. 

-  Chcę być powiadomiony o każdym twoim kroku. Chcę wi-

dzieć każdą umowę, zanim przedstawisz ją Radzie. 

Madi  wstała,  mrużąc  oczy.  Mogła  odmówić,  miała  do  tego 

prawo. Wolała inny sposób. 

-

Przeglądając  papiery,  znalazłam  kilka  interesujących 

szczegółów. - Posłała mu najbardziej triumfalny  uśmiech. - Zda-
je się, że twoje związki ze Stowarzyszeniem są opłacalne, przy-
sparzają ci popularności. 

Przekartkowała segregator, wybierając pół tuzina gazet i 

wyciętych  artykułów.  We  wszystkich  Lance  był  wychwalany 
pod niebiosa. „Dobrze pojęty własny interes jest cudowną rze-
czą -dawaniem czegoś za coś.  Tak  robią  nasi  sponsorzy  i  pa-
troni.  W  pewien  sposób  ja  też  to  robię.  Wszyscy  wygrywają 
dzięki mojemu myśleniu." Podsunęła mu artykuły. 

- Co teraz powiesz? - Wzruszyła ramionami. - 

R

 S

background image

To nie jest w porządku robić interesy w połączeniu 
z ochroną środowiska. To robi dobrą prasę, nie uważasz? 

Zesztywniał. 
- Myślisz,  że  jestem  draniem  wykorzystującym  sytuację 

dla własnych interesów, że żółwie to bzdura? 

Obraziła  go.  Widziała  to  w  oczach,  w  drgających  mię-

śniach.  Tamtej  nocy,  kiedy  tańczyli,  pochopnie  uwierzyła  w 
mówienie o żółwiach, o altruistycznych intencjach. To ją bar-
dzo rozluźniło . 

- Długo jestem w tym interesie - powiedziała cicho. - Z 

kryształowego  ludzkiego  charakteru  prawie  nigdy  nie  wynika 
działanie. Nie sądzę, że inaczej jest z tobą. Tak to już bywa. 

Przeszywał  ją  lodowatym  wzrokiem.  W  końcu  przemó-

wił niskim, spiętym głosem: 

-  Łatwiej  ci  tak,  nieprawdaż?  Trzymasz  mnie  w  szu-

fladce z odpowiednim napisem. 

-  Nonsens. 
Podszedł do niej.

 

- Naprawdę?

 

Chciała się odsunąć, ale się powstrzymała.,

 

-  Tak. 
-  Myślę, że jesteś gotowa nie spać dzisiaj do późna. 
Zdziwiła się nagłą zmianą tematu.

 

-  Zależy, co masz na myśli. 
-  Patrol  żółwi.  Już  czas,  żebyś  to  zobaczyła.  Zorganizuję 

skuter.  Będziemy  przeczesywać  plażę  do  czasu,  aż  coś  znajdzie-
my. Kto wie, może będziesz miała szczęście. 

Odwrócił się do drzwi. Zatrzymała go.

 

R

 S

background image

-  A ty jesteś szczęśliwy, Lance? 
-  Mowa.  -  Popatrzył  na  nią  przez  ramię.  -  Może  i  ty  je  znaj-

dziesz. Do zobaczenia wieczorem, Hollywood. 

Siedem  godzin  później  Lance odłożył  ołówek  i  zaklął.  Prze-

glądał te same diagramy tyle razy i ciągle nie miał pojęcia, o co w 
nich chodziło.

 

Madison Muldoon doprowadzała go do szaleństwa.

 

Zakrył oczy dłońmi. Nie mógł przestać o niej myśleć. Za każ-

dym razem, kiedy ją widział, mówił sobie, że odkryje, dlaczego ona 
go tak fascynowała, ale zamiast odpowiedzi miał coraz więcej pytań 
i był bardziej zaintrygowany.

 

Znowu wziął ołówek, ale tylko przeciągnął nim po sprawozda-

niu  finansowym.  Nie  powinno  mieć  znaczenia,  że  w  jej  opinii  był 
draniem,  używającym  działalności  charytatywnej  dla  zyskania  po-
pularności.

 

Jeśli tak, to dlaczego zaproponował jej patrol dzisiaj w nocy? 

Cholera, zalazła mu za skórę! 

 

- Cześć, sąsiedzie. Widzę, że ciągle pracujesz. 

Spojrzał na Madi. Uśmiechała się do niego sennie.

 

Włosy otaczały wspaniałym pierścieniem jej twarz, nosiła za 

duży  podkoszulek.  Ostatniej  nocy  śnił  o tym, co się może pod 
nim znajdować.

 

-  Tak - odpowiedział. - Ciągle pracuję. 
-  Która godzina? 
Ziewnęła przeciągając się, bluzka uniosła się  kilka centyme-

trów  nad  biodra.  Lance  podążał  wzrokiem  za  materiałem,  nagle 
zaschło mu w gardle.

 

R

 S

background image

- Siódma trzydzieści trzy.

 

- Już  tak  późno?  -  Oparła  się  na  barierce.  –  Co  mamy  do 

jedzenia?

 

Znowu odłożył ołówek na stos papierów.

 

-  Kurczaka. 
-  I wino. - Spojrzała na szklankę stojącą z tyłu. 
-  Chardonnay. 
Uśmiechnęła się, pokazując wszystkie zęby.

 

- Kocham kurczaki.

 

Więc to tak, uśmiechał się, widząc jej odwagę. Madi oparła 

łokieć na drewnianej barierce, a podbródek na pięści.

 

-  A najbardziej udka. 
-  Nie mów? 
-  Mhmm.  - Przekrzywiła  głowę.  - Wiesz, nigdy  nie dysku-

towaliśmy, o której godzinie się spotykamy. 

-  To prawda. 
-  Jako, że mamy się spotykać... 
- Tak?

 

-  Nie miałam czasu, żeby wstawić sobie szafki albo lodówkę. 
-  Dlaczego mnie to nie zaskakuje? 
- Moglibyśmy razem zrobić to teraz. 

Lance powstrzymał śmiech.

 

- To nie ma sensu. Żółwie nie siedzą na lądzie do późna.

 

Błysnęła oczami.

 

- Dobrze, Alexander. Umówmy się tak. Dam ci pięć dolarów 

na coś do przegryzienia i więcej, jeśli znajdzie się coś do szklan-
ki.

 

Roześmiał się.

 

R

 S

background image

-  Wiesz, jaka jesteś? 
-  W porządku. - Odrzuciła włosy z twarzy. -Sześć i pół. 
-  Sześć i pół? 
-  Nic więcej. 
-  Nie mogę brać od ciebie pieniędzy. 
-  Naprawdę? 
Była uosobieniem niewinności. Roześmiał się znowu.

 

-  Powiedz  mi  coś,  Madison  Muldoon,  o  zdobywaniu  dar-

mowego jedzenia. 

-  Niektórzy mogliby mnie nawet nazwać profesjonalistką. - Idąc 

do  drzwi,  zatrzymała  się,  patrząc  kokieteryjnie  przez  ramię.  -  Mam 
czas na umycie twarzy? 

-  Z całą pewnością. 
Potrząsnął  głową  patrząc,  jak  znikała  za  szklanymi  drzwia-

mi…  Dlaczego  ona  musi  wyglądać  tak  świetnie?  Nie  mogłaby 
mieć  krosty albo szramy, albo..." -  Nie  skończył  myśli.  To,  co 
sprawiało, że  Madi    i  Muldoon była tak atrakcyjna, mało miało 
wspólnego z jej wyglądem, więcej z czymś trudnym do określenia, 
czymś, co go obezwładniało.

 

Powiedział jej, że nie lubi zagadek. Naprawdę nie lubił. Lubił lo-

gikę, ład i kontrolę. Żadna z tych rzeczy nie odnosiła się do Madi. W 
każdym razie, jeszcze nie.

 

Uśmiechnął się i podszedł do piekarnika. Przymrużył oczy, 

przyglądając się kurczakowi.

 

Piętnaście  minut  później  pojawiła  się  Madi.  Nie  zawracała 

sobie głowy makijażem, ale starannie uczesała  włosy  i  zmieniła 
ubranie.  Wybrała  bluzę  w niebieskozielonym odcieniu i pasujące 
do niej wygodne szorty. Wieczór był prawie tak samo gorący jak 

background image

popołudnie.

 

Odetchnęła  głęboko,  widząc,  że  na  nią  czekał. Tym razem 

obiecała sobie uśmiechy; będzie radosna, urocza.  Będzie  się  kon-
trolować.

 

Podał jej wino, ich palce spotkały się, a serca drgnęły. „To 

się nie powtórzy -  myślała - nigdy." Musi się szybko  pozbierać,  w 
innym wypadku niedługo wpadnie w ogromne kłopoty.

 

Ignorując  lekką  wibrację  i  irytujące  łaskotki,  uśmiechnęła  się 

ponownie.

 

-  Mam nadzieję, że nie jestem spóźniona. 
-  Skądże, kurczak musi się popiec jeszcze około dwudziestu 

minut - Wskazał na metalowe, ozdobne krzesło. - Usiądź, ja tymcza-
sem jeszcze coś przygotuję. 

Zagłębiła się w jedno z wyplatanych siedzisk.

 

-  Mogę w czymś pomóc? 
-  Dobrze sobie radzisz w kuchni? 
-  Jestem  wspaniała  w  zarządzaniu  innymi,  ale  we  własnej 

kuchni jestem jednym wielkim kłopotem. 

Spojrzał oceniając, po czym skinął głową.

 

- Bez wątpienia, przez duże K. Siedź spokojnie, 

tym razem mogę to zrobić sam.

 

Obserwowała, jak poruszał się po tarasie, zaglądając do piekar-

nika, porcjując warzywa. Jego ruchy były oszczędne. Stwierdziła, że 
był człowiekiem nawykłym do zajmowania się sobą, zadowolonym z 
życia, ze świata. Z pewnych powodów uważała te cechy za bardzo 
sympatyczne.

 

Sympatyczne? Zmarszczyła brwi i napiła się wytrawnego wi-

na. Żałosne! Ten typ mężczyzny uważała za irytujący.

 

R

 S

background image

Coś ścisnęło ją w żołądku. Ból, który nie miał nic wspólnego z 

głodem, a dotyczył... czego? Nerwów, braku poczucia bezpieczeń-
stwa? Nie. Takie sprawy nauczyła się kontrolować wiele lat temu. 
To nie było także zaciekawienie.

 

Przygryzła  górną  wargę.  Nie,  nie  zaciekawienie.  Nie  znała 

Lance'a Alexandra dobrze, ale wystarczająco , żeby wiedzieć, iż nie 
był  dla  niej.  Otrzymała  wiele  lekcji  od  życia,  ale  najbardziej  pa-
miętna dotyczyła mężczyzny w typie Lance'a Alexandra.

 

-  Coś nie tak z winem? Podniosła głowę. 
-  Słucham? 
-  Wino. Marudzisz nad nim. 
-  Marudzę?  -  Śmiech  zabrzmiał  nienaturalnie  nawet  dla  jej 

uszu. - Jest pyszne, wspaniałe. 

 

-  Dobrze.  Zaraz  nalejemy  sobie  po  nowej  szklaneczce  i 

zjemy kurczaka. 

Czterdzieści minut później odstawili talerze.

 

-  Cudowne. - Madi westchnęła i wyciągnęła się na krześle. - 

Już dawno nie jadłam nic tak wspaniałego. 

-  Musisz często jadać w restauracjach. 
-  Zbyt często. - Uśmiechnęła się niepewnie. -Może to i le-

piej, biorąc pod uwagę moje umiejętności kulinarne. 

Lance obracał szklankę w palcach. Madi obserwowała ruchy 

mocnych,  opalonych  palców  dotykających  delikatnego  szkła  i 
zastanawiała się, jakby to było w przypadku delikatniejszych rze-
czy. Uświadomiwszy sobie tę myśl, spojrzała na własną, do połowy 
opróżnioną szklankę. Czas przestawić się na wodę. Wino zaczy-
nało ograniczać jej świadomość.

 

-  Opowiedz mi coś o swojej matce, Madi. 

R

 S

background image

-  Mojej  matce?  -  powtórzyła  zaskoczona.  Podczas  obiadu 

rozmawiali przez cały czas, ale bez emocji. Opowiedział jej historię 
Melbourne Beach, podzielił się kilkoma zabawnymi anegdotkami 
o poprzednich skarbnikach. Teraz nawet ton głosu miał inny, bar-
dziej intymny. - Co ci przyszło do głowy? 

Wzruszył ramionami, napełnił szklanki winem.

 

- Mówiłaś  o  niej  poprzednio  i  teraz  jestem  ciekawy.  Mam 

wrażenie, że oprócz roztargnienia ma też dobre serce.

 

-  Tak, w gruncie rzeczy to bardzo dobra charakterystyka. 
-  Typowa kura domowa, z siwiejącymi włosami, w  ubielo-

nym mąką fartuchu? 

Oczyma  wyobraźni  Madi  ujrzała  piękną  królową  towarzy-

stwa. To ją ubawiło.

 

-  No, niezupełnie. Moja matka jest aktorką. 
-  Widziałem ją w jakimś filmie? 
-  Nie, chyba że gustujesz w dziełach typu „Powrót Godzil-

li". 

-  Gwiazda drugiej kategorii? 
Madi uśmiechnęła się szeroko, słysząc niedowierzanie w je-

go głosie.

 

-  Mniej  niż  drugiej  i  słowo  „gwiazda"  też  jest  wątpliwe. 

Większość  ról,  które  zagrała,  to  epizody.  -  Oparła  się  wygodnie, 
obserwując ciemniejące niebo. - Niedostatki talentu nadrabiała uro-
dą. 

-  Odziedziczyłaś ją po niej. 
Po tym komplemencie ustąpiło dokuczliwe łaskotanie w krę-

gosłupie.

 

- Nie, odziedziczyłam grubokościstość Muldoonów.

 

R

 S

background image

Lance parsknął.

 

-  Jaki on jest? 
-  Mój ojciec, Patrick Muldoon? - Patrzyła w górę rozbiega-

nym wzrokiem. Wreszcie zwróciła się do Lance'a. - Szczerze mó-
wiąc, nie wiem. Miał głowę do interesów, a nie miał czasu dla ma-
łych  dziewczynek  z  zasmarkanymi  noskami  i  głowami  pełnymi 
marzeń. Nie widziałam go przez prawie piętnaście lat. 

-  Przepraszam. 
-  Nie trzeba. - Zaskoczyło ją drżenie własnego  głosu. - 

To przestało boleć dawno temu. 

Zapadła cisza. Dla Madi było to peszące. Po chwili Lance 

głośno przełknął ślinę. 

- Moja matka nigdy nie wyszła za mąż. 
Madi przyglądała mu się, w wyrazie twarzy widząc szok 

równy  temu,  jakiego  sama  doznała.  Widziała  też  coś  więcej 
niż tylko ślad bólu. 

-  Nigdy - powtórzyła. 
-  Mogła to raz zrobić. Bardzo miły człowiek chciał, żeby-

śmy byli rodziną. Ale ona powiedziała: nie. 

Głos Madi był szorstki, mówiła ze ściśniętym gardłem: 
-  Co się stało? 
-  Nie kochała go naprawdę albo kochała go nie tak, jak 

trzeba. - Lance patrzył na wodę w szklance. 

- Przynajmniej tak mówiła. 
Poczuła  przypływ  ciepła  i  żalu.  Współczuła  mu,  temu 

mężczyźnie,  którego  prawie  nie  znała  i  któremu  nie  miała 
odwagi zaufać. 

-  To musiało być trudne dla ciebie - powiedziała cicho. 

R

 S

background image

- Jak sobie dawaliście radę? 

-  Oboje ciężko pracowaliśmy. Ona - ponad siły. 

- Spojrzał na ocean. - Miała normalną, dzienną pracę 

i dorabiała sprzątaniem wieczorami. 

Madi wyciągnęła rękę ponad stołem, dotknęła dłoni Lanc-

e'a. Popatrzyli sobie w oczy. W jego wzroku malował się cień 
smutku. 

- Moja matka wierzyła w bajkę o Kopciuszku. Nigdy nie 

przestała mieć nadziei, że mój ojciec do niej wróci. Była niemożliwą 
romantyczką aż do śmierci. Madi cofnęła rękę, coś ścisnęło ją w 
dołku. Dlaczego ten mężczyzna musi mieć także inne oblicze? De-
likatność, czułe miejsca? Dlaczego nie jest taki, jak na pierwszy 
rzut oka - twardy, zdeterminowany, nie wybaczający?

 

- Przynajmniej nie musiałeś znosić ciągłych sprzeczek - po-

wiedziała miękko. - Dzięki Bogu, moi rodzice w końcu się rozwie-
dli. Oczywiście, potem był mąż numer dwa. Nie jestem pewna, czy 
był gorszy, czy czas i odległość sprawiły, że mój ojciec wypadł le-
piej.

 

Twarz Lance'a rozjaśniła się.

 

-  Ile miałaś lat, kiedy oni się rozwodzili? 
-  Sześć. 
-  Masz rodzeństwo? 
-  Siostrę z trzeciego małżeństwa Delili. Tina jest najlepsza. 
Lance ściągnął brwi.

 

- Ilu mężów miała twoja matka? 

Madi roześmiała się.

 

-  Moja matka nigdy nie odrzuca oświadczyn. Teraz jest z nume-

rem sześć lub siedem. Straciłam rachubę. 

R

 S

background image

-  Co o tym myślisz? 
Madi umilkła na chwilę. „W dziwny sposób zadaje mi pyta-

nia - zamyśliła się - jakby się bawił w dziennikarza." Powróciła 
do rzeczywistości.

 

- Nie jestem zła, jeśli o to ci chodzi. Ona jest cudowną osobą, 

ale ma ten sam problem, co większość

 

kobiet, gdy w grę wchodzi 

mężczyzna i miłość. Nie potrafi podjąć mądrej decyzji.

 

- Wygląda  na  to,  że  miałaś  ciężkie  dzieciństwo.  -  Znów 

zaczął obracać swoją szklankę. -Wiesz, mówi się, że pierwsze 
pięć lat życia jest najważniejsze. 

- Interesujące. - Spojrzała na niego z zaciekawieniem. — 

To chyba nie jest twoja działka. 

- Robię małe badania. Co sądzisz o przedszkolach? Wie-

działa, że to go też interesuje. Podobne pytanie już słyszała. 

-  Nie zastanawiałam się nad tym. Dlaczego pytasz? 
-  Z  ciekawości.  Jeszcze  wina?  -  Podniósł  butelkę  i  po-

stawił  ją  z  powrotem,  gdy  odmówiła.  -  Co  z  twoją  przyszło-
ścią,  Madi?  Planujesz  dalej  podróżować,  czy  osiedlić  się 
gdzieś i... 

-  Chciałbyś, żebym przyniosła papier i coś do pisania? 
-  Co przez to rozumiesz? 
-  Myślę, że trudno zapamiętać odpowiedzi tylu różnych 

kobiet.  -  Uśmiechnęła  się  szelmowsko.  -Podsłuchałam  kilka 
twoich  rozmów  na  przyjęciu.  Co  się  dzieje,  Lance?  Z  czego 
jestem egzaminowana? Z bycia matką twoich dzieci? 

Popatrzył jej poważnie w oczy. 
- Coś w tym rodzaju. 
Rozbawienie zniknęło, zastąpione przez zdziwienie. 

R

 S

background image

-  Zaczekaj  chwilę.  Mówisz,  że  chcesz  się  ze  mną  oże-

nić? 

-  Niezupełnie. - Przełknął ślinę. - Jestem gotowy do 

małżeństwa. Stworzyłem dobrze prosperujące przedsiębiorstwo. 
Teraz chcę mieć rodzinę. 

Ochłonięcie  zabrało  jej  kilka  dobrych  sekund.  Ściągnęła 

brwi, przybierając spokojny wyraz twarzy.

 

- Polujesz na żonę?

 

Lance odsunął od siebie stół i wstał. Podchodząc do barierki 

tarasu,  spojrzał  na  ocean.  W  tym  momencie,  co  dziwne,  znowu 
pomyślał o matce i swoim dzieciństwie. Być może dlatego, że był 
tak blisko realizacji ostatniego marzenia.

 

Odetchnął głęboko i odwrócił się do niej.

 

-  Mógłbym  marnować  miesiące,  nawet  lata  na  umawianie 

się z kobietami, rozpoczynając i kończąc związki. W tym roku koń-
czę czterdzieści lat, Madi. Nie mam czasu do stracenia na tego ro-
dzaju gierki. 

-  Postanowiłeś przyspieszyć sprawę. 
-  Dokładnie. Opracowałem listę pytań: od poglądów na wy-

chowanie dzieci do kwestii religijnych. Pytania są odbiciem moich 
zapatrywań i tego, co uważam za najważniejsze dla szczęścia mał-
żeńskiego. Wybiorę tę kobietę, której odpowiedzi będą zgodne z 
moimi. To mi się wydaje najbardziej wyważoną drogą do... 

-  Wyważoną  -  powtórzyła,  niezdolna  do  milczenia  ani  se-

kundy  dłużej.  -  Opracowałeś  plan  znalezienia  żony?  Czy  ty  na-
prawdę wierzysz, że  możesz  znaleźć miłość w ten sam sposób, jak 
nową sekretarkę? 

-  Nie. - Lance odgarnął włosy z czoła. - Nie szukam miłości. 

R

 S

background image

Szukam przyjaciela i partnera. Chcę małżeństwa zbudowanego na 
mocnych  podstawach, 

małżeństwa  trwającego  do  grobowej  deski. 

Taki rodzaj małżeństwa jest oparty zarówno na szacunku,   k 
jak  i  dzieleniu  trosk,  a  nie  na  wytworze  wyobraźni  zwanym 
miłością. 

- Nie wierzę w to - powiedziała cicho. 
Powiedziała,  mimo  że  wcześniej  zapewniała  siebie,  że 

Lance Alexander był nikim więcej, jak tylko kolegą, że to nie 
powinno mieć znaczenia. 

Ale miało i ta prawda doprowadziła ją do pasji. 
-  Jesteś  najbardziej  kalkulującym,  wyrachowanym 

człowiekiem, jakiego spotkałam w życiu. I jeśli miałabym za-
miar  wychodzić  za  mąż,  czego  nigdy  nie  zamierzam  uczynić, 
mężczyzna  wybierający  żonę  z  katalogu  reklamowego  byłby 
ostatnim branym przeze mnie pod uwagę. 

-  Co jest złego w logice? - zapytał, odczuwając jej sło-

wa  jak  wymierzony  policzek.  -  Co  jest  złego  w  używaniu 
głowy  zamiast  serca  czy  innej  części  ciała,  gdy  wybiera  się 
towarzysza życia? To może się opłacać w wielu wypadkach... 

-  Bo  to  nie  jest  prawdziwe,  bo  to  nie  jest  ciepłe,  bo  to 

jest nieludzkie. Jesteśmy stworzeniami potrzebującymi kochać 
i być kochanymi. To jest w nas najwspanialsze. 

-  Nie zgadzam się. Jesteśmy samoniszczącymi  się isto-

tami, działającymi głupio, beznamiętnie. 

Zmuszała  się  do  siedzenia  w  miejscu,  do  kontrolowania 

wyrazu twarzy. 

- Takie operacje sprawdzają się w przypadku interesów. 
-  Takie operacje są trwalsze niż większość małżeństw. Weź 

R

 S

background image

swoją matkę za... 

-  Odczep się od mojej matki! 
-  Dobrze. 
Spoglądał na nią, zły na swą potrzebę samoobrony i przekona-

nia  jej.  Wtedy  coś  się  zmieniło.  Uświadomił  sobie  jej  żar,  pełnię 
emocji, siłę argumentacji, oczy patrzące z moralnym potępieniem, 
pałające policzki. Uświadomił sobie coś jeszcze: to była Madi inna 
od tej, którą znał. Zniknął gdzieś flirt, kokieteria. Teraz była kobie-
tą silnych emocji i głębokich przekonań.

 

Lance zaczerpnął powietrza. To była ta Madi, która poprzed-

nio na moment mu się objawiła. Sto razy bardziej ekscytująca, wy-
wierająca tysiąc razy większe wrażenie. Jaka szkoda, że to nie dla nie-
go kobieta.

 

-  Nie  przejmuj  się  -  powiedział  łagodnie  i  dobitnie.  -  Nie 

mam zamiaru zmuszać cię do małżeństwa ze mną. Tak czy owak, 
oblałaś egzamin. 

-  Co? 
Uśmiechnął  się na  myśl  o  podłości  tego  świata.  Ciągłe  po-

skramianie jej emocji mogłoby się stać nałogiem.

 

-  Wiedziałem cały czas, że nie nadajesz się do tej pracy, ale 

pomyślałem, że możesz spróbować. 

-  Daj mi spróbować. 
Chciała  go  uderzyć.  Oddychając  ciężko,  trzymała  nerwy  na 

wodzy. Przyrzekła sobie, że nie da  mu się zranić i teraz walczyła 
jak szalona. Jakie to miało znaczenie, że postanowił wybrać żonę, 
jak się wybiera butelkę wina? Nie miało żadnego. Co z tego, że 
myślał, iż miłość to tylko głupawy wytwór imaginacji? Nie potrafi-
ła się tym dłużej przejmować.

 

R

 S

background image

Dlaczego  więc  serce  ciągle  biło  jej  tak  szybko?  Dlaczego 

miała suche dłonie, płonące policzki?

 

„Podłość"- powiedziała sobie. To było to. Nawet mogłaby mieć 

trochę zabawy z tym „znajdowaniem żony".

 

Odetchnęła spokojnie raz, a potem drugi.

 

- Cieszę się, że sytuacja się wyjaśniła - powiedziała w koń-

cu, próbując nadać głosowi szczerość i lekki ton.

 

Zdał  sobie  sprawę,  że  przyglądał  się  jej  zbyt  kuszącym 

ustom, i odwrócił wzrok.

 

-  Tak? 
-  Tak. - Posłała mu najpiękniejszy uśmiech. - W ten sposób 

żadna  głupia propozycja  małżeństwa nie  przeszkodzi nam  w wy-
konywaniu naszej pracy. 

Lance zmarszczył brwi. Gdzie była ta gorąca kobieta, która 

patrzyła na niego z dzikim błyskiem w oczach? Zrobiło mu się 
żal, potem poczuł odprężenie. Tamta kobieta była zbyt kusząca.

 

-  To, że mamy inne zapatrywania na życie, nie oznacza, że 

nie możemy razem pracować. 

-  Dokładnie. 
-  Więc pomimo mojej wyrachowanej, neandertalskiej natury 

ciągle chcesz pójść ze mną na patrol? 

-  Absolutnie tak, ale podtrzymuję to, co powiedziałam. 

- Dziękuję za odświeżenie pamięci Jesteś gotowa? 

Uśmiechnął się do niej. Kąciki ust miał bardzo męskie i bardzo 
kontrolował ich ruchy. Madi zaklęła

 

cicho, idąc za nim po trawniku 

w kierunku nadmorskiego deptaka. Ten wieczór pokazał jej, jakim 
typem człowieka był Lance Alexander. 

 

Chwilowo straciła panowanie nad sobą. To się więcej nie 

R

 S

background image

powtórzy.

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Na końcu deptaka czekały na nich dwa skutery.

 

- Jeździłaś na czymś takim przedtem? – zapytał Lance.

 

Madi pokręciła głową.

 

-  Nie, ale nie będę miała problemów. 
-  Świetnie.  -  Podał  jej  kluczyki.  -  Będziemy  szukać  przez 

kilka godzin. Jeśli nie znajdziemy żadnego, wracamy. Zgadzasz 
się? 

Skinęła głową. Powiedział, żeby trzymała się blisko i jechała 

wolno.  Ruszyli.  Plaża  była  zupełnie  ciemna,  słychać  było  tylko 
szum  oceanu i  warkot  skuterów. Madi jechała  z tyłu, obserwując 
przekazywane jej sygnały: zwolnić, jechać bliżej lub dalej od wy-
dmy.

 

Po godzinie, nie natknąwszy się nawet na ślad żółwi, zaczęła 

czuć,  że  opuszcza  ją  odwaga.  Właśnie  wtedy  Lance  polecił  się 
zatrzymać. Ogromne zwierzę pełzło po plaży w kierunku wydmy.

 

W pierwszej chwili widziała tylko niski, wielki kształt. Po-

deszli  bliżej.  Jej  oczy  przyzwyczaiły  się  do  mroku  i  ujrzała  to,  co 
wielu ludzi starało się uratować - żółwicę.

 

Nie  była  przygotowana  na  ten  widok.  Na  nic  cała  lektura, 

wszystkie  ilustracje  i  zdjęcia,  które  widziała.  Żółw  był  o  wiele 
większy, niż sobie  go  wyobrażała. Znała wszystkie dane - że naj-
bardziej pospolity, rozmnażający się na Florydzie, osiągający około 
sześćdziesięciu centymetrów długości i ważący do osiemdziesięciu 
kilogramów, że to zwierzę prehistoryczne, przemierzające morza od 

R

 S

background image

tysięcy lat, że czas składania jaj jest bardzo wyczerpujący dla samicy 
- ale znajomość teorii była nieporównywalna z faktami.

 

- Teraz  można  ją  bardzo  łatwo  spłoszyć  –  szeptał  Lance.  - 

Kiedy już zacznie wykopywać sobie dołek na gniazdo, zapada w 
rodzaj śpiączki, ale do tego czasu nic nie może jej wystraszyć, bo 
pójdzie z powrotem do wody.

 

Madi  skinęła  głową,  chociaż  wiedziała,  że  Lance  tego  nie 

mógł zobaczyć. On, tak samo jak ona, nie mógł oderwać oczu od 
żółwia morskiego. Było coś wzruszającego i inspirującego w spo-
sobie poruszania się samicy, gracja połączona z ociężałością.

 

I  coś  magicznego.  Madi  przełknęła  ślinę.  Oto  widziała  na 

własne  oczy  coś,  co  nie  miało  nic  wspólnego  z  człowiekiem,  ale 
dotyczyło życia.

 

Przysunęła  się  do  Lance'a  i  wzięła  go  za  rękę,  chcąc  bez 

słów  przekazać  mu swoje odczucia. Chwycił  i  uścisnął  jej  palce. 
Czuł to samo.

 

Kilka  razy  podczas  drogi  przez  plażę  żółwica  zatrzymywała 

się, kopiąc nosem w piasku. Za każdym razem Madi wstrzymywała 
oddech, bojąc się, że  zwierzę może zmienić zamiary i zawrócić do 
morza.

 

-  Co ona robi? - zapytała Lance'a przyciszonym głosem. 
-  Sprawdza  piasek  -  odpowiedział.  -  Nie  wiemy  dokładnie, 

po  co.  Być  może  chodzi  o  temperaturę,  może  o  wilgotność  albo 
nawet zapach. 

Wreszcie żółw znalazł dobre miejsce bardzo blisko wydmy i 

zaczął kopać dołek. Madi patrzyła, jak zwierzę, używając kończyn, 
rozgrzebywało piasek, aż utworzyło zagłębienie mające około 
trzech metrów średnicy.

 

R

 S

background image

- Możemy  teraz  rozmawiać  -  szepnął  Lance,  przysuwając 

się bliżej żółwia i dając Madi znak, że by zrobiła to samo.

 

Szła za nim ostrożnie, ciągle obawiając się, że samica prze-

rwie pracę i skieruje się do oceanu. Nie zrobiła jednak tego i Madi 
spostrzegła, że zwierzę sprawia wrażenie nieobecnego.

 

Powietrze ochłodziło się, ale wiatr znad oceanu był ciepły. 

Madi zdjęła sandały.

 

Samica pracowała. Piasek przesuwał się, unoszony przez jej 

pracowite łapy. Używając tylnych kończyn, kopała kryjówkę dla jaj. 
Jedna z nich usuwała piasek, druga wygładzała powierzchnię.

 

- Ona  jest  piękna,  prawda?  -  powiedział  Lance,  delikatnie 

usuwając piasek ze skorupy żółwia.

 

Madi  obserwowała  go  i  drżała  z  emocji.  Dzisiaj  rano 

oskarżała go o zbytnią dbałość o własne interesy. Teraz widziała, 
że to było coś więcej. On się naprawdę przejmował tymi stworze-
niami.

 

- Cholera! - Ściągnął brwi, odkrywając głęboką ranę w pan-

cerzu żółwia.

 

Madi, zmartwiona, przysunęła się bliżej.

 

-  Co jej się stało? 
-  To  mogły  być  haczyki  od  sieci  rybackiej,  ale  bardziej 

prawdopodobna jest śruba od silnika łodzi. One wyrządzają żółwiom 
nieprawdopodobne krzywdy. 

Przeniosła wzrok z Lance'a na samicę.

 

-  Biedna staruszka. 
-  Ona ciągle żyje, ciągle składa jajka. - Ukucnął i wziął jed-

no z nich, pokazując Madi. Było delikatne, białe, prawie tak  duże 
jak piłeczka pingpongowa. -Złoży około stu dwudziestu jajek. 

R

 S

background image

Madi dotknęła jaja. Pokrywała je przezroczysta, rzadka sub-

stancja.

 

-  Czy go nie uszkodzimy? 
-  Nie. W zasadzie, jeżeli jajka są w gnieździe, nie można ich 

dotykać, ale nie zrobisz mu krzywdy, jeżeli będziesz ostrożna. 

Znowu dotknęła jaja.

 

-  Ile wykluje się z nich małych? 
-  Niewiele. Niektóre jajka nie są zapłodnione, wiele gniazd 

jest  wypłukiwanych  przez  wodę,  część  jajek  zabierają  rakundy  i 
inni naturalni wrogowie. -Zamilkł. - Wiele gniazd jest pustych. 

Madi zmarszczyła brwi.

 

-  Pustych? 
-  Jaja  żółwi  są  delikatesem.  Całe  plaże  lęgowe  zostały 

wymiecione  przez  kłusowników.  Tutaj,  w  Stanach  Zjednoczo-
nych, gniazda są chronione, ale na świecie to ogromny problem. 

-  Ale  jeśli  jaja  dalej  będą  zabierane...  -  Nie  dokończyła 

zdania, oboje wiedzieli. 

Odwróciła  się  do  żółwicy,  ze  wzruszenia  nie  mogła  złapać 

oddechu.

 

- Ona  płacze.  -  Patrzyła  na  Lance'a,  mrugając  szybko,  jej 

oczy  także  były  wilgotne.  -  To  są  łzy  odprężenia  czy  radości? 
Czy ona roni łzy nad losem 
swoich dzieci? 

 

-  Nic  podobnie  romantycznego  -  powiedział  oschle.  - 

Kiedy składają jaja, łzy płyną im z oczu. Wilgoć chroni oczy 
przed  wyschnięciem,  działaniem  piasku  albo  drobnych  ka-
mieni. 

Słowa Lance'a były rzeczowe, wyjaśnienie oparte na fak-

R

 S

background image

tach,  beznamiętne.  Ale  jego  oczy  mówiły  coś  innego.  Poczuła 
ukłucie w piersi i nazwała się głupią. 

Samica skończyła składanie jaj i zagrzebywała je w pia-

sku.  Potem  odwróciła  się  i  zaczęła  wracać  do  oceanu.  W  ru-
chach żółwia Madi wyczuła wyczerpanie. 

Poszli  za  nim.  Madi  wzięła  Lance'a  za  rękę,  ich  palce 

splotły się. 

Kiedy  pierwsza  fala  dosięgła  zwierzęcia,  Madi  doznała 

uczucia  odprężenia  i  radości.  Ścisnęła  rękę  Lance'a  i  roze-
śmiała się w głos, kiedy następna fala pokryła żółwia. Chwilę 
później zwierzę zniknęło w czarnym, bezkresnym oceanie. 

Madi, nie przestając się śmiać, odwróciła się do Lance'a. 

Ich  oczy  spotkały  się,  a  śmiech  zamarł  na  jej  ustach.  Madi 
splotła ręce na piersi. Dotknął jej włosów. Przez długą chwilę 
badali  się  wzrokiem,  po  czym  Lance  pochylił  się  do  jej  ust. 
Madi  nie  była  pewna,  czy  jej  serce  zamarło,  czy  dopiero  za-
częło  bić.  Poddała  się  emocji  i  pozwoliła  jej  się  ogarnąć,  tak 
jak woda ogarnęła żółwia. 

Jego wargi były stanowcze, ciepłe i silne. Jego zapach - 

mieszanka  świeżego  powietrza  i  słonej  morskiej  wody  -  wy-
pełnił jej głowę. 

Zatopiła  ręce  w  miękką  bawełnę  jego  koszulki  i  pod  palcami 

wyczuła serce bijące mocno, ale nie całkiem miarowo. Uśmiechnęła 
się  leciutko.  Ten  człowiek,  z  całą  jego  logiką,  był  równie  jak  ona 
zauroczony.

 

Powędrował ustami od jej warg przez delikatny policzek aż 

do  miejsca na  szyi.  Znalazł  pod  uchem  jej oszalały puls. Zapach, 
słodki i egzotyczny, był tutaj najintensywniejszy. Wdychał go łap-

R

 S

background image

czywie, jakby nigdy wcześniej nie zaznał smaku kobiety.

 

Oczekiwał zaskoczenia, nawet niechęci, tymczasem otrzymał 

akceptację i zaproszenie. Oczekiwał pocałunku śmiałego i łatwego, 
tymczasem ona wydawała się zażenowana i niedoświadczona.

 

Zdawał  sobie  sprawę,  że  ona  nie  jest  dla  niego.  Częścią 

umysłu,  ciągle  zdolną  do  rozsądnego  myślenia,  miał  nadzieję,  że 
będzie się bronić. Ona podarowała  mu  namiętność  tak  wielką,  że 
zastanawiał się, jak można żyć bez całowania jej znowu i znowu.

 

Jeszcze raz dotknął jej ust. Chciała coś powiedzieć - połknął to 

słowo. Nie był pewien, czy oznaczało akceptację, czy odmowę. To 
w ogóle nie miało znaczenia, jej usta były jego.

 

Madi  uniosła  ręce  i  otoczyła  jego  szyję.  Znowu  doznała 

wszechogarniającego  uczucia  przynależności  i  połączenia  -  z  tym 
człowiekiem, miejscem i czasem.

 

Przyrzekała przecież sobie, że nigdy nie da się ponieść. Serce 

zaczęło jej łomotać. Czy tak samo było z  jej  matką?  Czy  to  się 
tak zaczyna?

 

Tak.

 

Ogarnęła ją panika. Musiała podjąć decyzję, wybierać. Musiało 

to stać się teraz i tutaj, na dobre lub złe.    \

 

Zwalczyła panikę, zwalczyła uczucie nieodwołalności i przy-

należności. Nie mogła pozwolić, aby widział, jak wielkie robił na 
niej wrażenie. Nie ufała mu, dlatego nie mógł znać jej słabości.

 

Odsunęła się od niego. Przestał ją całować.

 

Odetchnęła głęboko. Tydzień temu oceniła tego mężczyznę 

jako „potrafię sobie z nim poradzić". Tamten zwrot wydał jej się 
teraz żałosny. Żałośnie naiwny. Musi się kontrolować. Wysiliła się 
na kokieteryjny uśmiech.

 

R

 S

background image

- To  dobrze,  że  oblałam  twoje  egzaminy,  sprawa  mogłaby 

się skomplikować.

 

Lance szukał w twarzy Madi śladu kobiety, którą przed chwilą 

trzymał w ramionach. Zastanawiał się, czy była to tylko imagina-
cja. Zirytowało go, że ona tak bardzo kontrolowała siebie, podczas 
gdy on uległ nastrojowi i emocjom.

 

Złapał  ją  za  nadgarstki,  powiódł  delikatnie  kciukiem  po 

przedramieniu.  Krew  pulsowała  żywo  pod  opuszkami  palców. 
Uśmiechnął się z satysfakcją. Nie była tak obojętna.

 

- Masz rację, Madi, mogłyby wyniknąć straszliwe komplika-

cje. - Podniósł nadgarstek do ust i popatrzył jej w oczy. - Ale fi-
zyczna atrakcyjność nie jest istotna według mojego testu. - Przyci-
snął usta do jej pulsującego nadgarstka. - Jest o wiele gorzej. 
Chciałbym się z tobą kochać. Chodź, wracamy..

 

Madi gorączkowo myślała nad ciętą odpowiedzią,

 

która 

sprowadziłaby go na ziemię. Nic nie wymyśliła. Podążała za nim na 
nogach z waty, bez tchu, wściekła za swoje milczenie.

 

Wdzięczna,  że  ciemności  i  odległość  oddzielały  ją  trochę  od 

Lance'a, Madi postanowiła wracać do domu. Chłodne nocne powietrze 
odświeżyło  umysł.  Emocje  uciekały,  a  determinacja  rosła.  Lance 
Alexander nie będzie miał ostatniego słowa, nie tym razem.

 

Dojechali  do  deptaka,  odstawili  skutery,  minęli  żywopłot  - 

bez słowa. Lance nalegał, by odprowadzić ją do drzwi. Zgodziła się 
skwapliwie. Wyjmując klucze, odwróciła się do niego z miną zwy-
cięzcy.

 

-  Wiesz, Lance, doszłam do wniosku, że mógłbyś skorzystać z 

pomocy zawodowca w poszukiwaniu tej Najwspanialszej. 

-  Zawodowca? - potworzył, mrużąc oczy. 

R

 S

background image

-  Aha. - Poprawiła sobie ręką włosy na karku. -Wiem, czego 

szukasz - dwójki dzieci, psa, domku za miastem, z białym płotkiem. - 
Weszła do środka. - Nie jestem profesjonalistką w kwestiach matrymo-
nialnych w najściślejszym znaczeniu tego słowa, ale jestem świetna w 
określaniu właściwego miejsca dla danej osoby. Będę miała szeroko 
otwarte oczy. Dla ciebie. 

Zatrzasnęła drzwi z siatki chroniącej przed komarami, zgasi-

ła światło.

 

- Dobranoc.

 

Gdy odeszła, usłyszała Lance'a mamroczącego przekleństwa 

i roześmiała się do siebie. Kochała mieć ostatnie słowo.

 

 
  „ P r z e s t a ń   o  nim  m y ś l e ć ,   Madi!  Po  p r o s t u  

p r z e s t a ń . "  

Odłożyła  słuchawkę  na  widełki.  Powtarzała  to  sobie  od 

dwóch tygodni, a jedynym rezultatem był ból głowy. 

Pomasowała  skronie.  O,  tak,  trzymała  się  z  daleka  od 

Lance'a.  To  nie  było  trudne,  nawet  jeśli  mieszkali  drzwi  w 
drzwi.  Kilka  razy  ich  drogi  na  plażę  mogły  się  skrzyżować,  ale 
zrobiła  wszystko,  żeby  do  tego  nie  doszło.  Nie  widziała  go  od 
nocy, kiedy patrolowali plażę. 

W s z y s t k o   do  góry  n o g a m i .   P r z e z   j e d e n  

p o c a ł u n e k .  

Ból, który odczuwała na myśl o Lansie, dojmujący i upo-

rczywy,  i  tak  słodki,  że  robiło  się  sucho  w ustach, przetoczył 
się  przez  nią.  Z  kogo  próbowała  zażartować?  Nie  było  trudne 
unikanie go, ale trzymanie na dystans to prawdziwe piekło. Tysiąc 
razy powtarzała sobie, żeby skapitulować, tysiąc jeden - mówi-

R

 S

background image

ła nie. 

To nie dlatego, że nie miała sobie czym wypełnić czasu. 

Przez ostatnie tygodnie opracowała grafik prac dla Stowarzy-
szenia,  potem  zaczęła  rozdzielać  zadania  dla  poszczególnych 
ochotników.  Ponadto  nawiązała  kontakty  z  dwunastoma  róż-
nymi firmami, prosząc o finansowe wsparcie. 

Teraz  nadszedł  czas  na  zapoznanie  Rady  Nadzorczej  z 

projektami. Najpierw musiała zobaczyć się z Lance'em. 

Lance. Opadły jej ręce. Zła na siebie, wyprostowała się w 

fotelu. Czym się przejmowała? Przedyskutuje z nim zamierze-
nia jak z kolegą. Będzie się uśmiechać, miło gawędzić i udawać, 
że jej świat nie zwariował przez jeden pocałunek.

 

Jasne. Nie ma problemu.

 

Nie  zwracając  uwagi  na  drżenie  palców,  pozbierała  notatki. 

Miała  jeszcze  wykonać  kilka  telefonów,  między  innymi  do  biura 
znajdującego się obok siedziby Lance'a. Zamiast tego zwyczajnie 
wpadnie tam i załatwi wszystko osobiście.

 

Jazda samochodem trwała tylko pół godziny i była przyjemna 

w przeciwieństwie do myśli, które nie dawały jej spokoju.

 

Skręciła  na  parking  Biura  Konstrukcyjnego  „Floryda"  i  za-

trzymała  samochód.  Nie  mogła  oderwać  rąk  od  kierownicy.  Co 
będzie, jeśli Lance jej dotknie, a  ona,  bezsilna,  stopi  się  jak  ma-
sło?

 

Nie, tak nie będzie. Jest dorosłą kobietą potrafiącą zapanować 

nad emocjami, a nie gęsią wierzącą w królewicza z bajki. Zdecydo-
wanym ruchem wzięła torbę i wyszła z samochodu.

 

Biura „Florydy" mieściły się w budynkach typowych dla tych 

okolic,  z  mnóstwem  okien  i  balkonów.  Wnętrze,  a  przynajmniej  ob-

R

 S

background image

szerny,  jasny  hol,  w  którym  stała  Madi,  miało  bardziej  indywidualny 
charakter. Białe, wiklinowe meble, wielka liczba kwiatów i poduszki z 
motywami  roślinnymi  nadawały  pomieszczeniu  nastrój  tropiku.  Ce-
ramiczna  podłoga  w  kolorze  piasku  gdzieniegdzie  była  pokryta 
sznurkowymi, jasnymi chodnikami. Madi podeszła do recepcji.

 

- Dzień dobry. - Posłała kobiecie promienny uśmiech. - Szu-

kam biura pana Alexandra.

 

Recepcjonistka odwzajemniła uśmiech.

 

-  Do końca holu i na prawo. 

 

          Sekretarka Lance'a nie dała się łatwo oczarować. 

-  Jest na konferencji. Madi nie poddała się. 
-  Czy  mogłaby  pani  przekazać,  że  czeka  na niego  Madison 

Muldoon i chce porozmawiać w ważnej sprawie? 

-  Przepraszam, ale nie jest pani umówiona, a pan Alexander 

prosił, żeby mu nie przeszkadzać. 

Madi przybrała jeszcze milszy wyraz twarzy.

 

- Nie ma problemu. Rozumiem, polecenie szefa. Już miała 

odejść, gdy nagle zauważyła fotografie

 

na biurku.

 

- Czy to pani koty? Są urocze! Podróżuję zbyt dużo, żeby mieć 

chociaż jednego, ale w dzieciństwie...

 

Pięć minut rozmowy na temat niezwykłości kociaków wystar-

czyło, aby Madi wylądowała w gabinecie Lance'a.

 

- Wygląda na to, że oczarowałaś Berenice. - Odłożył długo-

pis. - Nikomu się to nie udało.

 

Madi uśmiechnęła się, usiadła na  krześle naprzeciwko Lan-

ce'a, zauważając siateczkę zmarszczek wokół jego oczu i ust „Zbyt 
dużo nie przespanych nocy" - myślała, ignorując te potworne łaskotki 
koło serca.

 

R

 S

background image

-  Okazało się, że mamy ze sobą dużo wspólnego, ale obieca-

łam, że nie będę zabierać ci czasu. 

-  Dzięki. - Lance wyciągnął się w fotelu. - Czym mogę słu-

żyć? 

Jeśli martwiła się, że będzie próbował powtórzyć

 

pocałunek 

lub zmienić ich znajomość w romans, to traciła czas. Był nie tylko 
zdystansowany, był oschły. Powiedziała sobie, że będzie na luzie.

 

- Mam ze sobą wstępny terminarz planowanych imprez i chcę 

go  przedstawić  Radzie  Nadzorczej  na  początku  przyszłego  tygo-
dnia. Obiecałam, że do wiesz się o wszystkim pierwszy.

 

Wręczyła mu listę. Przeczytał ją, pocierając skronie.

 

- To  nie  wyjdzie.  Nie  tutaj.  Wracaj  do  swojego  biura  i 

przemyśl to jeszcze raz.

 

Przyglądała mu się z wypiekami na twarzy.

 

-  Przepraszam? 
-  Imprezy na początek sezonu? - Palcem wskazującym wodził 

po papierze. - Ta wieczorna gala - to nie ma sensu. Wiele z zamie-
rzeń będzie klapą. 

Złość zastąpiła zaskoczenie. Usta Madi zwęziły się, wstała i 

popatrzyła mu w twarz.

 

- Powinnam  była  przewidzieć,  że  tak  zareagujesz.  „Pracu-

jemy razem dla Stowarzyszenia" - przedrzeźniała go. - Co za fa-
cet! Czekałeś na sposobność, żeby trochę zamieszać.

 

Lance jęknął poirytowany i wstał.

 

-  Widzę, że nie przyjmujesz żadnej krytyki. 
-  Można i tak, Alexander. - Zabrała swoje notatki. - To nie 

jest  krytykowanie,  to  jest  odgrywanie  się  za  poprzednich  skarbni-
ków. Na całego. 

R

 S

background image

-  Jestem  odpowiedzialny  za  stan  finansów  Stowarzysze-

nia... 

-  Pracowałam  dla  tuzina  organizacji  charytatywnych  -  prze-

rwała mu. - Wieczorna gala zawsze jest sukcesem. Jeśli zakwestio-
nowałeś coś jeszcze, to może się nad tym zastanowię, ale nie nad galą, 
- Wrzuciła notatki do torby. - Baw się dobrze i pozwól mi pracować. 

- Madi...

 

Stał przy biurku. Chwycił ją za ramię. Ich oczy spotkały się, 

skóra płonęła pod jego dłonią. Uniosła podbródek.

 

- Coś jeszcze?

 

To było złe pytanie. Trochę za późno zdała sobie z tego sprawę. 

Jego wzrok spoczął na jej ustach. Przestała oddychać. Chciała, żeby 
ją pocałował. Tak bardzo.

 

Pragnął  tego  samego.  Widziała  jego  płonący  wzrok,  sły-

szała urywany oddech.

 

Chwila stawała się coraz dłuższa, powietrze gęstniało, napię-

cie było prawie widzialne. Madi czuła, że jeśli jej w tej chwili nie 
pocałuje, nie będzie w stanie znieść tego napięcia. Wtedy ją puścił.

 

- Nie, nic poza tym.

 

Rozczarowanie i zranienie - dziecinada, irracjonalne poczu-

cie krzywdy - kłębiło się w niej. Nie pokazała tego. Z trudem. Nie 
oglądając się, wyszła.

 

Lance  patrzył  za  nią,  mamrocząc  pod  nosem  przekleństwa. 

Madison Muldoon doprowadzała go do szaleństwa.

 

Przed  chwilą,  gdy  trzymał  ją  w  ramionach,  ciepłą,  kruchą, 

podnieconą, i desperacko pragnął jej ust, zapomniał o wszystkim. 
A sam znowu miał dwadzieścia lat i był gotowy na podbój świata.

 

Nie mógł przestać o niej myśleć. Nawet przez godzinę, minu-

R

 S

background image

tę. Wiedział, że nie była kobietą dla niego. Jej zasady kolidowały 
z jego - nie planowała małżeństwa. Nie mógł sobie na to pozwolić. 

 

Ale  już  sobie  pozwolił.  Cholernie  sobie  pozwolił.  Przecią-

gnął ręką po włosach. Nigdy nie powinien był ulec wariackiej po-
kusie pocałowania jej. Łatwo nie doceniać seksualnej atrakcyjno-
ści,  kalkulując  na  zimno,  ale  na  wspomnienie  jej  ust  o  smaku 
nieba i uczucia, za które poszedłby nawet do piekła, stawało się to 
niemożliwością. 

 

Cóż zamierzał zrobić?

 

Jeszcze raz przeciągnął ręką po włosach. Przede wszystkim 

musi  ją  znaleźć  i  naprawić  wyrządzoną  krzywdę.  Nie  zamierzał 
trzymać jej krótko. Był zmęczony, sfrustrowany, na krawędzi... i nie 
wyspał się przyzwoicie od tamtego wieczoru na plaży.

 

Cholera jasna. Pomasował skronie. Nie miał na to czasu. Kil-

ka  z  wielkich  projektów  Biura  Konstrukcyjnego  „Floryda",  włą-
czając  Dickersona,  weszło  w  decydującą  fazę.  Strajk  tynkarzy 
sprawił, że roboty utknęły i firma była „pod kreską" już dwa razy 
w tym miesiącu.

 

Lance skrzywił się. Jedyną rzeczą, o której był w stanie myśleć, 

był wyraz oczu Madi tuż przed wyjściem. Zaklął znowu, krzyknął 
na Berenice, żeby przyniosła filiżankę kawy i dwie aspiryny.

 

Była prawie dziesiąta wieczorem, gdy Lance dotarł do domu. 

Z torbą hamburgerów w ręce zamykał właśnie  swoje  drzwi,  gdy 
usłyszał szczęk klucza

 

w zamku w mieszkaniu obok. Domyślił się, 

że to ona, i odgadywał, dokąd poszła. Miał rację, była na plaży.

 

- Cześć, Hollywood.

 

Odwróciła  się  na  dźwięk  głosu.  Miała  na  sobie  znoszone 

R

 S

background image

dżinsy i jasnoczerwony podkoszulek. Włosy splecione w niedbały 
warkocz opadały na plecy, palce u nóg zakopała w piasek.

 

Sprawiała  wrażenie,  że  nie  jest  zadowolona  ze  spotkania. 

Usiadł przy niej.

 

Madi patrzyła z dezaprobatą na torbę z hamburgerami.

 

-  To świństwo cię zabije. 
-  W innym wypadku umarłbym z głodu. Taka śmierć będzie 

o  wiele  szybsza  i  lżejsza.  -  Rozwinął  hamburgera.  -  Myślałem,  że 
dzisiejszego popołudnia zastanawiałaś się nad sposobem uśmierce-
nia mnie. 

-  Zgadza się - mruknęła. - Ale śmierć od hamburgerów nie 

brzmi  dobrze.  Rozważałam  zachłosta-nie  twoim  testem  na  żonę  i 
uduszenie krawatem od wieczorowego garnituru. 

-  Żadne nie jest miłe w dotyku. 
-  Tak myślałam. 
Zapadła cisza, oboje patrzyli jia ocean. Wreszcie Lance od-

wrócił się do Madi mówiąc:

 

- Tak w ogóle nazywam się Lancelot Heathcliff Alexander.

 

Gapiła  się  na  niego  całe  dziesięć  sekund,  nim  zaczęła  się 

śmiać.

 

- Wygłupiasz się.

 

- Stroiłbym  sobie  żarty  z  takiego  imienia?  -  Zmiął papier 

po hamburgerze i wrzucił do torby. — Moja matka nadała mi imiona 
dwóch ulubionych romantycznych bohaterów. Miałem dziesięć lat, 
gdy zdałem sobie sprawę, że nie jestem rycerzem.

 

Widział, jak mu wybaczała. Jej usta nabrały łagodnego wyra-

zu, oczy zwęziły się w kącikach. Właśnie teraz chciał ją pocałować. 
Pocałować agresywnie... subtelnie i bardzo długo.

 

R

 S

background image

-  Jak teraz mam się na ciebie złościć? - Śmiała się, biorąc 

frytkę. - Nie grasz uczciwie, Lancelot. 

-  Człowiek broni się, jak może. 
-  Nawet jeśli to tylko wytarte imię. 
Śmiał się razem z nią. Po raz pierwszy tego dnia poczuł się od-

prężony, może po raz pierwszy od kilku dni.

 

-  Trafiłaś na zły moment dzisiaj po południu. 
-  Och? - Podkradła następną frytkę. 
-  Interesy  ostatnio  idą  źle.  Strajki,  młodsza  konkurencja, 

głupie  błędy.  Powinienem  był  trochę  pomyśleć  nad  odpowie-
dzią. 

-  To już wszystko? 
-  Nie.  -  Zamknął  oczy,  odetchnął  głęboko,  do  końca  nie 

wiedząc, dlaczego jej o tym mówił. Był jej winny przeprosiny, wyja-
śnienie, nic więcej. Z jakichś powodów chciał się z nią tym podzie-
lić. Ta prawda go przestraszyła. Zaczął mówić: 

-  Jak wiesz, moja matka miała dodatkowe prace wieczorami. 

W  piątki  sprzątała  biura  w  firmie  Dickersona.  Zajmowało  jej  to 
więcej czasu niż gdziekolwiek indziej i nigdy nie wracała wcześniej, 
niż położyłem  się do łóżka. Zawsze  wydawało  mi się, że nie cie-
szyliśmy się piątkowymi wieczorami jak wszyscy inni ludzie. Wy-
dawało  mi  się,  że  to  źle,  iż  ona  musiała  pracować,  kiedy  reszta 
świata relaksowała się po długim tygodniu. - Spotkał jej oczy. — 
Zostałem  zatrudniony  przy  budowaniu  nowych  biur  Dickersona. 
Dzisiaj  prawie  straciłem  pracę. Fakt,  że  było  to  partactwo kogoś 
innego,  nie  ma  znaczenia.  Mogę  stracić  inne  kontrakty,  ale  nie 
ten. 

Madi  podciągnęła  kolana  do  piersi  i  oparła  na  nich  podbró-

R

 S

background image

dek.

 

-  Nie cierpię,  kiedy  zaczynam  myśleć, że nie  jesteś  total-

nym osłem. 

-  Tak, ja też. - Zamilkł na chwilę, po czym znowu się  ode-

zwał:  - Przepraszam za to popołudnie.  Nie za to,  co  powiedzia-
łem, a za formę. 

-  Przeprosiny  przyjęte.  -  Odwróciła  się  do  niego.  -1  co  te-

raz? Jesteśmy w martwym punkcie, na wypadek, gdybyś nie za-
uważył. 

- Spędź ze mną weekend. 

Roześmiała się.

 

-  Spędź  ze  mną  weekend,  a  ja  ci  pokażę,  że  twoja  gala  to 

niewypał. 

-  Przekonam cię, że się mylisz. 
-  A jeśli nie dam się przekonać? 
-  Zmuszę cię. Nie jestem pewna, czy na to pójdę, ale warto 

spróbować.  -  Wstała,  otrzepując  piasek  ze  spodni.  -  Nie  dzwoń 
zbyt wcześnie. Lubię pospać w sobotę rano. 

79

 

R

 S

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY   

Jednak przyszedł wcześnie. 

Madi odgarnęła włosy z oczu i skrzywiła się na jego widok.         

 

-  Czy masz pojęcie, która jest godzina? Piętnaście po siódmej. 

Nie  w  dzień  powszedni,  ale  w  sobotę  rano.    Mogłabym  spać  do 
siódmej piętnaście wieczorem.      

-  Nie opowiadaj. - Pokazał wszystkie zęby w uśmiechu i 

wsunął ręce do kieszeni spodni. Powiódł po niej wzrokiem, zauwa-
żając, że miała potargane włosy i okropną, rozciągniętą nocną ko-
szulę.        

Podążyła za jego wzrokiem, splotła ręce na piersi i rzekła, 

krzywiąc się znowu:

 

- To  prezent  od  przyjaciółki  z  Teksasu.  Myślała,  że  to  bę-

dzie zabawne.

 

Lance mógł wyczytać z jej oczu, że ona również   u w a -

ż a ł a  to za zabawne. Zaskakujące, że on też  tak myślał. Pod-
szedł krok bliżej.

 

-Z tego, co widzę, nie jesteś jeszcze gotowa. 

 

Madi zakręciła się na pięcie, patrząc na niego podejrzliwie. Nikt 
nie powinien wyglądać tak dobrze

 

i świeżo wczesnym rankiem.

 

-  Zawsze jesteś taki nieznośny? 
-  Zawsze. 
Posłał  jej  występny  uśmieszek.  Serce  Madi  zabiło  szybciej. 

Cholerny facet. Uniosła podbródek.

 

- Tak,  Lancelocie  Heathcliffie  Alexander,  będziesz  po  prostu 

musiał na mnie zaczekać. - Odwróciła się

 

w stronę sypialni. - Ale 

R

 S

background image

jeśli  już  tu  jesteś,  to  mógłbyś  się  na  coś  przydać.  Kawę  piję 
bez mleka i mocną. 

Pół  godziny  później  Madi  weszła  do  kuchni  wykąpana, 

ubrana, gotowa na każde wyzwanie Lance'a. „Właściwie nie ma 
w  nim  nic  szczególnego"  -  pomyślała.  Opierając  się  o  blat 
szafki i czytając gazetę, z filiżanką kawy w ręce, był bardzo mę-
ski  i  zrelaksowany.  Przeklinając  swój  wibrujący  puls,  nakazała 
sobie spokój. Inaczej będzie to długi i gorący weekend. 

- Jestem gotowa - powiedziała. 
Patrzył, studiując jej wygląd od białych tenisówek przez 

jasne,  wzorzyste  spodnie  do  krótkiego  bezrękawnika,  spod 
którego  wyglądał  paseczek  opalonej  skóry  w  talii  -  aby  w 
końcu spotkać jej wzrok. 

- Z całą pewnością - powiedział łagodnie. 

Madi nie była pewna, co sprawiło, że nagle poczuła 

przypływ gorąca -jego oczy, ton głosu czy kąciki ust Co-

kolwiek to było, znalazła się w wielkim kłopocie. 

- Kawa. - Podał filiżankę. 
Sięgnęła  po  nią  jak  po  koło  ratunkowe.  Upiła  łyczek  i 

westchnęła.  Była  czarna  i  mocna,  jak  gdyby  przyrządzona 
przez samego diabła. 

-  Odwołuję wszystko, co powiedziałam o tobie, ta kawa 

to prawdziwy specjał. 

-  Dzięki. - Wskazał na oprawioną w ramki fotografię. - 

To musi być twoja matka. 

-  Tak. Nokaut, co? 
Tak, ale Madi ją prześcigała. W piękności matki było coś 

nieodgadnionego, nawet zimnego. Madi była ciepła, zwyczajna i 

R

 S

background image

w  pewien  sposób  zbyt  odgadniona.  Dlatego  postanowił  trzymać 
dystans. Spojrzał na inne zdjęcie.

 

-  Kto to? 
-  Moja siostra Tina. Ten facet przy niej, to osoba, którą po-

ślubiła. 

-  Nie lubisz go? 
-  Jim jest w porządku. Przeszedł do następnej fotografii. 
-  Milutkie maleństwo. Ich? 
- Tak. - Madi uśmiechnęła się. - Morgan Rye, ma trzy mie-

siące. - Podniosła ramkę, lekko dotykając szkła palcem. - Nie wie-
działam, że dzieci mogą być takie...

 

Uświadomiła sobie, co robi i odstawiła zdjęcie. Kiedyś my-

ślała, że jest ponad tym całym „zegarem biologicznym".

 

Udając nonszalancję, zaczęła zbierać rzeczy potrzebne tego 

dnia.

 

- Myślałam  o  plaży,  dlatego  zapakowałam  tę  torbę.  Co  po-

wiedziałbyś o...

 

Patrzył, jak  kręciła się po  kuchni.  Nie była  kobietą gadającą 

dużo i bez sensu, ale teraz paplała ciągle i o niczym.

 

-  Co chciałaś powiedzieć, Madi? Patrzyła na niego, ukrywa-

jąc zmieszanie. 

-  O czym? 
-  O dzieciach. 
- Och. - Wrzuciła do torby olejek do opalania, oskarżając w 

duchu  Lance'a  o  czytanie  w  jej  myślach... i przedarcie się przez 
zasłonę pozorów. – Nie wiedziałam, że są takie... przyjemne. 

 

Lance zmarszczył brwi. Do cholery! Miała zamiar powiedzieć 

coś mądrego. To nie była jego sprawa, powinien dać temu spo-

R

 S

background image

kój. Zawsze miał kłopoty z mieszaniem się w nie swoje sprawy.

 

- Widocznie twoja siostra nie ma awersji do zobowiązań.

 

Palce  Madi  znieruchomiały  na  ręczniku,  który  wkładała  do 

torby. Tylko na sekundę. Głęboko oddychając, zmusiła się do spojrze-
nia na niego i uśmiechu.

 

- Nie wiem, co masz na myśli, Lance. Całym sercem wierzę w 

dotrzymywanie zobowiązań. W moim interesie ty też musisz.

 

Nie o to mu chodziło, wiedziała. Dał jej szansę.

 

- Żeglowałaś już?

 

Madi z przyjemnością powitała zmianę tematu.

 

-  Troszeczkę. Czemu pytasz? 
-  Mój przyjaciel ma jacht. Czy chciałabyś pomóc załodze w 

regatach? 

-  To brzmi jak wyzwanie. Ostrzegam cię, nie znam się na 

tym. 

-  Nie ma sprawy, to nie jest ważny rejs. - Lance podniósł fi-

liżankę, patrząc na Madi znad jej brzegu. - Większość kobiet nosi 
kostiumy kąpielowe, ale kapitan Jack mnie zabije, jeśli pokażesz się 
w tej zielonej szmatce. 

Madi ściągnęła brwi, ubawiona.

 

- Kapitan Jack? 

Lance roześmiał się.

 

-  On jest właścicielem łodzi. Traktuj ten rejs bardzo poważ-

nie. Główne przeszkody to... 

-  Moja zielona szmatka? 
-  Dokładnie. 
Wyciągnęła  z  torby  coś  bardziej  konserwatywnego.  Pokazała 

mu, trzymając zawieszone na jednym palcu.

 

R

 S

background image

-Nadaje się? 

 

Rzucił okiem na brązowy drobiazg, krztusząc się

 

kawą. Kaszląc, 

patrzył to na kostium, to na nią.

 

-  To jest dobre na ciebie? 
-  Jak ulał. 
Lance przełknął ślinę.

 

-  Może powinniśmy poszukać czegoś innego. Wiesz, 

możesz niepotrzebnie na czymś ucierpieć.      I Nawet jeśli ten 
rejs jest bez znaczenia, to dla tych ludzi wygrana jest wszystkim. 
Tam może być bardzo ciężko i delikatni albo wrażliwi ludzie... 

-  Żadna z tych cech nie jest moja. 
Nawet  gdyby  chciał,  nie  mógłby  z  tym  polemizować.  Wes-

tchnął. Jack go z a b i j e ,  jeśli wcześniej sam się nie utopi.

 

Niewiele czasu zajęło Madi przekonanie się, co Lance rozu-

miał przez „delikatny" i „wrażliwy". Krzyczano i wyszydzano ją, że 
zbyt wolno reagowała na komendy. Nie była w tym osamotniona. 
Na pokładzie znajdowała się para podobnych nieudaczników, prze-
chodzących identyczną szkołę. Na szczęście, Madi nie bardzo bra-
ła sobie wszystko do serca, odgryzając się, jeśli czuła, że nie mają 
racji.

 

Poza tym pomyślała z niesmakiem, że kilka obelżywych wy-

razów było niczym w porównaniu z tymi, które słyszała, pracując 
w pobliżu Lance'a. Ten zrzucił koszulkę i pracował półnagi. Jego 
klatka  piersiowa  była  piękna,  dobrze  umięśniona,  wydawała  się 
idealnie stworzona do pieszczot. Za każdym razem przy ciągnie-
niu liny mięśnie napinały się, potem rozluźniały, błyszcząc od potu 
i słonej wody.

 

R

 S

background image

Oczywiście nie Madi była tą, która o mały włos nie wypadła 

za burtę. Lance uchylił się w ostatniej chwili, ale od uczestników 
wyprawy nieźle mu się oberwało, szczególnie od kapitana Jacka.

 

„Duch Wiatru" wziął kurs powrotny i cała załoga udała się na 

posiłek.  Dobroduszne  żarty  i  kpiny  trwały  nadal.  Madi  dobrze  się 
bawiła, obserwując krygującego się Lance'a. Odkryła, że się czer-
wienił - odrobinkę - gdy był zakłopotany.

 

Wieczorem, gdy byli już sami, nie mogła powstrzymać się 

od żartowania na ten temat.

 

Leżała zwinięta w rogu tapczanu, kieliszek z winem balan-

sował na jej kolanie.

 

-  Zdaje  się,  że  jesteś  bardzo  doświadczonym  żeglarzem, 

Lance. 

-  Zajmowałem  się  tym  kiedyś  aktywnie,  ale  kilka  lat  temu 

zarzuciłem. 

Patrzyła  na  niego  spod  przymkniętych  powiek.  Nie intere-

sował się nią przez cały dzień. Spodziewała się małego gestu, przy-
padkowego  muśnięcia  ręką uda... czegoś spontanicznego, na litość 
boską! Ale on był dżentelmenem w każdym calu.

 

Zmarszczyła czoło. Spodziewała się tego, ale czy tego chcia-

ła? Nad odpowiedzią nie trzeba się było zastanawiać.

 

- Sądziłam, że wylatywanie za burtę to pierwsza 

rzecz, której nauczyłeś się o żeglowaniu.

 

Posłał jej zirytowane spojrzenie. Roześmiała się.

 

-  O, znowu. 
-  Co? 
-  Czerwienisz się. 
Jego twarz z poirytowanej zmieniła się we wściekłą.

 

R

 S

background image

-  Nie ma mowy. 
-  Zauważyłam to dzisiaj po południu. To naprawdę pyszne. 
-  Naprawdę? - Lance niezwykle ostrożnie odstawił swój kie-

liszek. - Wyobrażam sobie - mówił, idąc do niej - że ty także cał-
kiem miło się czerwienisz. - Położył jej rękę na głowie. - Wyobra-
żam sobie też - przysunął się - że mógłbym sprawić, że zaczerwie-
niłoby się każde miejsce na twoim ciele, które szczelnie zasłaniasz. 

Suchość  w  ustach,  wariujący  puls.  Boże,  dopomóż!  Czuła,  że 

cała płonie, a on nawet jej nie dotknął. Przysunął się jeszcze bliżej.

 

- Mam to udowodnić?

 

Madi odchyliła do tyłu głowę, rozchyliła usta. Zadzwonił te-

lefon.

 

Uratowana przez wytarty schemat. Madi przekonywała siebie, 

że  to  wybawienie,  a  nie  rozczarowanie.  Dopadła  telefonu  przy 
czwartym dzwonku.

 

- Mama!

 

Lance odetchnął głęboko i przeczesał palcami włosy. Jeszcze do 

niedawna wydawało mu się, że wie, co jest i dla niego najlepsze. Naj-
pierw burta, teraz ten nieznośny ból sprawiający, że czuł się jak czter-
nastolatek przyłapany z gazetą dla dziewcząt w ręce. Cholera.

 

- Co mówisz? Znowu wychodzisz za mąż? Nie wiedziałam, 

że się rozwiodłaś.

 

Podszedł,  słysząc  ton,  jakim  mówiła.  Stała  prosto,  okręcając 

przewód telefoniczny wokół palców, z policzkami  pokrytymi  ru-
mieńcem.

 

- Mamo,  pomyślałaś  o...  Wiem,  jesteś dojrzałą  kobietą,  ale 

naprawdę osiem... W porządku, siedem, ale kto to zliczy?

 

Po długiej pauzie Madi westchnęła.

 

R

 S

background image

- Dobrze,  życzę  ci  wszystkiego  najlepszego.  Zadzwoń,  kiedy 

wrócisz. Tak, kocham cię. Ty też. Cześć. 
- Delikatnie odłożyła słuchawkę.

 

Poczuł ucisk w sercu. Wyglądała na zdenerwowaną i... zagu-

bioną. Podał jej kieliszek wina.

 

- Może tym razem się uda. 

Madi pokręciła głową.

 

- Nigdy tak nie jest. Przestałam mieć nadzieję przy numerze 

pięć. - Opróżniła szklaneczkę, postawiła i odwróciła się od Lance'a. 
-  Mam  takie  wspomnienie  o  niej,  obrazek  zakodowany  w  głowie. 
Ona śmiejąca się przy krojeniu tortu weselnego. Ubrana w koronki 
i perły, piękna jak księżniczka. Mam tak że inny obrazek. Leży w 
łóżku... bez makijażu, zestresowana, wyglądająca beznadziejnie. - 
Skrzyżowała ręce na piersi. - To tak, jakby jej życie utknęło

 

pomiędzy  tymi  dwoma  schematami  i  ona  kołacze  się  między 
jednym i drugim. 

-  Ona wie, co robi. Jest dorosłą kobietą. 
-  Wiem.  -  Madi  spojrzała  w  okno.  -  Ale  to  boli,  jeśli 

ktoś, na kim ci zależy, popełnia te same błędy. Ona potrzebuje 
miłości  i  czułości,  potrzebuje  akceptacji,  a  ciągle  poślubia 
mężczyzn,  którzy  jej  tego  nie  dają.  Na  początku  kolejnych 
małżeństw  wydaje  się,  że  ma  więcej  nadziei.  Wydaje  się 
młodsza i mniej zgorzkniała. - Madi zaśmiała się przytomnie-
jąc. -Przepraszam, to musi być nudne. 

Nie  było,  bo  zależało  mu  na  Madi,  bo  przejmował  się 

tym,  co  ją  bolało.  Był  zafascynowany,  ponieważ  poznając  jej 
rodzinę,  bardziej  rozumiał  ją  samą.  Im  więcej  rozumiał,  tym 
bardziej wiedział, że nie była kobietą dla niego. I tym bardziej 

R

 S

background image

pragnął, żeby była. 

Podszedł, ujmując jej twarz w dłonie. 
-  Lepiej już pójdę. 
-  Tak. 
-  Będziesz mogła spać? 
-  Nie wiem. 
Słowa, pytania przelatywały mu przez głowę, nie wypo-

wiedział ich. Czy c h c i a ł a b y ś ,  ż e b y m   z o s t a ł ?  

Nawet mając nadzieję, że mogłaby się zgodzić, wiedział, 

że byłoby to złe, złe dla nich obojga. 

- Spróbuj zasnąć - szepnął, nachylając się nad nią. 

- Na jutro zaplanowałem bardzo urozmaicony dzień. - 
Musnął lekko jej usta. - Dobranoc, Hollywood 

Wyszedł

.

 

Następny  dzień  spędzili  na  zwiedzaniu  zakątka  plaży, zwa-

nego  Wybrzeżem Kosmosu  z powodu bli-  * skości  Przylądka  Ca-
naveral. Pograli w siatkówkę, wzięli udział w zawodach w pływa-
niu na desce. Wstępowali do wielu sklepów, zjedli obiad w restau-
racji  serwującej  znakomite  owoce  morza.  Ani  razu  Lance  nie 
wspomniał o Stowarzyszeniu Ochrony Żółwi Morskich, ani przy-
czynie, dla której razem spędzali czas. Nie musiał. Wczesnym wie-
czorem poszli na spacer po deptaku. Teraz rozumiała. Kalifornia lśniła 
przepychem  diamentów,  a  na  Florydzie  wszystko  było  eleganckie  i 
stylowe.  Nawet  w  najlepszych  restauracjach  większość  gości  miała 
tradycyjne  stroje,  a  jeśli  coś  obowiązywało,  to  ograniczało  się  do 
okularów przeciwsłonecznych i olejku do opalania.

 

Madi potrząsnęła głową. Miał rację. Jej wieczorowa gala nie 

będzie  atrakcją,  nie  przyciągnie  wystarczającej  liczby  sponso-

R

 S

background image

rów.

 

Lance  był  doskonałym  towarzyszem.  Miał  niespodziewanie 

wiele energii i umiejętność zabawiania. 

Poprzedniej nocy, kiedy delikatnie dotknął jej ust, musiała ze-

brać całą siłę woli, żeby nie błagać go o pozostanie na noc. Teraz wie-
działa, że żałowałaby tego. 

Jej serce zamarło. Mogła przezwyciężyć pociąg do niego. Żyła 

wystarczająco  długo,  by  zdawać  sobie  sprawę,  jaką  głupotą  jest 
poddawanie się uczuciom. W ciągu ostatnich kilku dni zdała sobie 
sprawę,  że  Lance  jej się podoba. Bardzo.  To  było niebezpieczne. 
Tego się obawiała i nie mogła kontrolować. 

Jej obawy zniknęły, gdy Lance wrócił z górą lodów. Ro-

ześmiała się, gdy wręczył jej jeden z nich. 

- Całe szczęście, że nie założyłam tej „zielonej szmatki" 

- powiedziała. - To mogłoby być kłopotliwe. 

Przyjrzał  się  brązowemu  kostiumowi,  niezbyt  dokładnie 

zakrywającemu jej ciało, wysoko wyciętemu na biodrach. 

- Czy chciałabyś przejść się po plaży? - zapytał. 

Skinęła głową, ruszyli w kierunku wody. Wiatr od oceanu był 
leniwy, fale delikatnie muskały brzeg. Przez kilka minut szli 
w milczeniu. 

- Ostatni  taki  weekend  spędziłem  w  dzieciństwie  -  ode-

zwał się pierwszy. - Musiałem mieć wtedy trzynaście lat Matka 
miała wolną sobotę i niedzielę. Nie mieliśmy dużo pieniędzy na 
przyjemności, więc graliśmy w piłkę, jedliśmy lody i spacerowa-
liśmy po plaży. 

-  Bardzo ją kochałeś. Spojrzał jej prosto w oczy. 
-  Bardziej niż kogokolwiek. 

R

 S

background image

Znowu zapadła cisza. Tym razem pierwsza odezwała się 

Madi: 

-  Co  robiłeś  w  czasie  weekendów?  Byłeś  nastolatkiem, 

na  pewno  chodziłeś  na  plażę,  pływałeś  na  desce,  no  i  dziew-
czyny... 

Pracowałem - odpowiedział krótko. - Pierwszą pracę na 

cały  etat  miałem  tego  lata,  kiedy  skończyłem  czternaście  lat 
Musiałem  skłamać  przy  wypełnianiu  papierów,  ukryłem  swój 
wiek, ale  potrzebowaliśmy  pieniędzy...  i  wiedziałem,  że  pew-
nego dnia zapragnę studiować

Madi pomyślała o swoim dzieciństwie: wszystkiego  było  za 

dużo.

 

-  Tina i ja miałyśmy wszystko: piękne sukienki, lalki, praw-

dziwe  komplety  chińskiej  porcelany.  Miałam  kucyka.  Utrzymanie 
go  musiało  kosztować  moich  rodziców  fortunę,  a  ja  prawie  na 
nim nie jeździłam. - Wyrzuciła do kosza resztkę loda. - Żyłyśmy 
jak księżniczki. 

-  Ciężkie życie. 
-  Tak. To brzmi tak płytko: „biedna, mała, bogata dziewczyn-

ka". Jednak w takim życiu trzeba znieść dużo napięć, nacisków. Wszy-
scy, nawet dzieci, muszą zachowywać się w pewien z góry narzucony 
sposób.  Jesteś  oceniany  według  rzeczy,  jakie  masz,  ludzi,  których 
znasz. Jestem szczęśliwa, że zaangażowałam się w coś innego. Wielu 
moich znajomych jest teraz po prostu skończonych: narkotyki, alko-
hol,  podejrzane  związki.  -  Potrząsnęła  głową.  -  Tina  i  ja  miałyśmy 
szczęście. 

Lance patrzył przed siebie, podszedł do brzegu. Madi ruszy-

ła za nim. Zatrzymali się w miejscu, gdzie woda dosięgała stóp.

 

R

 S

background image

- Nigdy się nie miotałem - powiedział, nie patrząc na nią. - 

Jak daleko sięgam pamięcią, zawsze wiedziałem, czego chcę.

 

Madi  odwróciła  się  do  niego.  Nie  była  zaskoczona  tym 

oświadczeniem. To był człowiek, który logicznie dostosował ma-
rzenia do życia, rozumiał pracę, a nie słomiany zapał, wytrwałość, 
a  nie  krótkie  fascynacje.  Nie,  nie  była  zaskoczona,  była  głęboko 
wzruszona.

 

Podniosła rękę, żeby go dotknąć, ale natychmiast ją cofnęła, 

bojąc się tego czułego gestu.

 

- Czego zawsze chciałeś? - zapytała słabym głosem. 

Spojrzał jej w oczy. Robiło się ciemno. Jego oczy

 

były coraz mniej 

widoczne i Madi uznała, że romantyzm i poezja, które w nich do-
strzegła, były złudą.

 

- Chciałem nie być draniem - powiedział łagodnie. - Chciałem 

być tym rycerzem, po którym dostałem imię.

 

Zaparło jej dech. Kiedyś wydawało się jej, że on się jej po-

doba i że jest w niebezpieczeństwie. Ale niebezpieczeństwo wiąże 
się z kłopotami i zagrożeniem. Tymczasem znajdowała się w środku 
czegoś,  od  czego  nie  umiała  się  uwolnić.  Bała  się,  że  nie  będzie 
mogła nigdy się wycofać.

 

Zacisnęła  pięści,  walcząc  z  chęcią  dotknięcia  go,  walcząc  z 

tkliwością i bólem. Teraz, w tym momencie chciała, żeby był w niej, 
żeby czuła się z nim zespolona. Nie dbała o to, gdzie się znajdowali, 
że ktoś mógł ich widzieć. Nie przejmowała się konsekwencjami.

 

Ta prawda ją przeraziła, ale to było kwilenie w porównaniu 

do ogarniających ją uczuć.

 

-  Rycerz w lśniącej zbroi, idący przez życie z dumą i hono-

rem - powiedziała. - Piękne pragnienie. 

R

 S

background image

-  Tak.  -  Ujął  jej  twarz  w  dłonie,  kciukiem  delikatnie  wo-

dząc  po  wargach.  -  Moja  matka  wierzyła  w  rycerzy w  lśniących 
zbrojach, wierzyła, że pewnego dnia spotka jednego z nich. 

Madi czule wtuliła się w niego.

 

- Moja matka też w nich wierzyła. Zbyt późno

 

zdała sobie 

sprawę, że to iluzja, a jej marzenia są jak więzienie.

 

Zanurzył dłonie w jej włosach.

 

- Ty  znalazłaś  pracę  w  organizacjach  charytatywnych,  ale 

czego chciałaś?

 

Zamknęła oczy, czuła natłok myśli. Wybory: za i przeciw, 

lepiej, gorzej. Otworzyła oczy, wyprostowała się i powiedziała:

 

- Wszystko,  czego  kiedykolwiek  chciałam,  to  miłość  i  czu-

łość.

 

Położył  ręce na jej ramionach,  po  chwili  przesuwając  je  w 

dół, aż napotkał dłonie.

 

- Chodź.

 

Splatając  ręce,  poprowadził  ją  do  wody.  Było  chłodno,  ale 

nie  czuła  tego.  Zmysły  nie  odbierały  takich  wrażeń.  Całą  świado-
mością chłonęła zapach soli w powietrzu, kolory zachodzącego za 
horyzont słońca... Każde  muśnięcie skóry  Lance'a. Stała się świa-
doma swego ciała jak nigdy przedtem. Jego doskonałości, cudu stwo-
rzenia, piękna kobiety i mężczyzny.

 

Zatrzymali się, nim woda sięgnęła im do pasa. Już byli mo-

krzy  od  fal,  rozbijających  się  o  nich  po  drodze  do  brzegu.  Bez 
słowa zwrócili się do siebie.

 

Plaża opustoszała. Było za późno na opalanie, za wcześnie na 

spacery. Byli zupełnie sami.

 

Mięśnie Madi napięły się do ostatnich granic, ale ciągle nie 

R

 S

background image

miała odwagi go dotknąć, przytulić.

 

Dłońmi lekko dotykał jej piersi.

 

- Nie pasujesz do moich planów.

 

Delikatnie pieścił jej sutki, by po chwili znów dotykać ca-

łych piersi, a potem objąć szyję, zanurzając ręce we włosach.

 

-  Więc co zrobisz? 
-  Nie wiem. 
Dotknęła  go  z  zachłannością,  jakiej  nie  doświadczyła 

nigdy wcześniej. Jak gdyby coś takiego już nigdy nie miało się 
powtórzyć,  a  jedynym  następstwem  mógł  być  żal.  Oplotła  go 
ramionami, przytulając do siebie. Był twardy z pożądania. Jej 
sutki dotykały jego piersi. 

- Nie chcę wiedzieć - powiedziała. - Jeszcze nie. Pocałuj 

mnie, Lancelocie Heathcliffie Alexander. Pocałuj mnie teraz. 

Pochylił się nad nią, oddychając ciężko z pożądania. Jej usta 

były otwarte i gotowe. Ich języki spotkały się. 

Kiedy  tulił  ją  do  siebie,  doznał  identycznych,  jak  za 

pierwszym  razem,  wrażeń  -  uczucia  oddania  i  bezsilności  w 
jej pocałunku. To go jeszcze bardziej podnieciło. Zaplątał pal-
ce w jej włosy i zastanawiał się, czy byłby w stanie pozwolić 
jej odejść. 

Madi oplotła jego nogi swoją. Smakował jak słona woda i 

lody. Jego skóra była gorąca pomimo zimna wody. To poczu-
cie przynależności było nowe i pierwsze, pożądanie miało nie-
znaną  siłę.  To  ją  przestraszyło.  Nigdy  nie  bała  się  myśleć  o 
przyszłości, nie bała się samotności, ale teraz, czując tak dużo, 
pragnąc  tak  mocno,  miała  zbyt  wiele  do  stracenia.  Zanurzyła 
ręce w jego włosy i jeszcze żarliwiej oddawała pocałunki. 

R

 S

background image

Fala, większa od ostatniej, rozbiła się o nich. Unieśli się, ale 

nie stracili równowagi. Madi zaczerpnęła powietrza, a Lance cało-
wał jej policzki i szyję. Przytulał ją, a ona słyszała jego oddech, 
bicie serca. Rozluźniła palce, głaskała go po włosach. 

-  Twoje  włosy  są  i  srebrne,  i  blond.  -  Głos  ochrypł  od 

namiętności. 

-  Zawsze takie były. - Odetchnął głęboko. - Matka mówiła, 

że to pasuje do zbroi. 

Madi położyła ręce na ramionach, strzepując kropelki wody.

 

-  Nigdy nie żałowała. 
-  Jestem tego pewien. 
-  To  cudowne.  -  Podniosła  głowę  i  popatrzyła  na  niego.  - 

Myślę, że moja matka żałowała wszystkiego. Ciągle żałuje. 

- A co z tobą, Madi? Czego ty żałujesz? 

Spuściła oczy. Żałowała, że się nie kochali, że nie

 

mogli się połą-

czyć. Podniosła wzrok.

 

- Myślę, że teraz ciebie.

 

-  Tak. - Przeciągnął kciukiem po jej ustach. -Tak, wiem. - 

Opuścił ręce, cofnął się o krok. - Powinniśmy iść. 

-  Tak. 
Nadszedł czas na racjonalne refleksje, na początek wyrzutów 

sumienia. Smutek i żal przeszywały ją całą. Próbowała o tym za-
pomnieć.

 

- Chciałabyś coś zjeść po drodze do domu? - zapytał.

 

Nagle zrobiło jej się zimno i ciężko na duszy. Skuliła się. Po-

kręciła głową.

 

- Nie. Zjadłam dużo lodów.

 

Podtrzymywał ją za łokieć, żeby nie potknęła się w wodzie. 

R

 S

background image

Na plaży wzięli prysznic i ubrali się. Droga powrotna upłynęła w 
milczeniu.

 

Madi patrzyła z ukosa na kąciki oczu Lance'a. Chciała wie-

dzieć,  o czym  myślał. ,,Albo nie"  -  zdecydowała. Jej własny  żal 
był trudny do zniesienia, jego - dobiłby ją.

 

Było jeszcze wcześnie, gdy odprowadził ją do drzwi. Wyjęła 

klucze z plażowej torby, spojrzała na niego i zadała pytanie, które-
go nie powinna była zadać. Nie była gotowa na koniec tego week-
endu ani na nadejście nocy.

 

- Chciałbyś wejść?

 

Lance,  włożywszy  ręce  w  kieszenie,  przyglądał  się  jej 

przez dłuższą chwilę.

 

-  Nie mogę. Mam coś do zrobienia. 
-  Och. - Obracała w rękach klucze. Czuła się strasznie głu-

pio. 

-  To był udany weekend, od dawna nie bawiłem się tak do-

brze. 

-  Ja też. 
Dotknął jej policzka, tylko raz.

 

- Muszę działać zgodnie z moim planem.

 

Wiedziała, co przez to rozumiał - działanie zgodne z planem 

to znalezienie żony, stworzenie  małej, doskonałej jednostki rodzinnej. 
Nie powinno to mieć znaczenia, nie powinno ranić. A bolało jak pchnię-
cie nożem.

 

Wzruszyła ramionami, okazując lekceważenie.

 

- Poszukiwania pani Alexander? Powodzenia.

 

R

 S

background image

Lance zaklął cicho. Nie był pewien, dlaczego jej słowa ziry-

towały go. 

 

- Zabieram ją na spacer, żeby zobaczyła żółwia. 

Ze złości o mało nie eksplodowała, palce zamarły

 

na kluczu. Starała 

się nie dać tego poznać po sobie.

 

-  Myślałam, że jesteś bardziej oryginalny, Lance. Zacisnął 

szczęki. 

-  Co to znaczy? 

- Spacerki. Na pewno będę się trzymać z daleka od plaży.

 

Złapał ją za ramię.

 

-  Nasz spacer wchodził w zakres obowiązków. 
-  Ten, na który zaraz pójdziesz, też jest służbowy. - Wśliznę-

ła się do środka. - Dobranoc. 

Stał,  patrząc  na  zamknięte  drzwi.  Przecinając  trawnik,  ru-

szył do siebie.

 

Dlaczego ją okłamał?

 

Otworzył drzwi, zdenerwowanie trochę ustąpiło.

 

Powinien umówić się na randkę. Znalazłby wiele odpowied-

nich kobiet, ale każdą z nich porównywał do Madi... i każda wy-
padała tak blado. Westchnął i zapalił światło. Musiał skłamać, po-
nieważ  ostatnią  rzeczą,  jakiej  pragnął,  było  zostawienie  jej,  a  przy 
niej  zapominał  o  życiowych  planach,  wdając  się  w  zwariowany  ro-
mans z zupełnie nieodpowiednią osobą.

 

Musiał  kłamać,  ponieważ  stanął  w  obliczu  ogromnego  nie-

bezpieczeństwa  i  potrzebował  czasu,  żeby  obmyśleć  drogę  wyj-
ścia.

 

R

 S

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

- Jak  wspomniałam,  proponuję  cztery  główne  imprezy  na 

nadchodzący rok. Jedną na każdą porę roku. - Madi uśmiechała się 
do  członków  Rady  Nadzorczej,  skrupulatnie  dopilnowując,  aby 
napotkać wzrok każdego z nich.

 

Wzroku Lance'a z premedytacją unikała.

 

Minęło kilka dni, kiedy życzyła mu dobrej nocy przy swoich 

drzwiach. W tym czasie Madi rozpamiętywała jego arogancję, fakt, 
że ją zostawił, rzucając się prosto w ramiona innej kobiety. Pomimo 
jawnego zlekceważenia czuła, że jest w stanie przestać o nim my-
śleć.

 

- Zarówno wyścigi, jak i regaty - kontynuowała, udając, że jej 

myśli są dokładnie tym zajęte - są doskonałymi konkurencjami na 
wiosnę. Ludzie od reklamy będą nosili szarfy z napisami: ,3ieg dla 
żółwia".  W  zimie,  ze  względu  na  pogodę,  powrócimy  do  golfa. 
Oczywiście, ognisko na zakończenie byłoby  niezłym  pomysłem. 
Można jeszcze pomyśleć o tańcach.

 

Lance przyglądał się jej. Czuła to, czuła, że żądał, aby spoj-

rzała na niego. Wyprostowała się. ,,Nie pójdzie ci ze mną łatwo!"

 

Uśmiechnął  się  leciutko.  Celowo  wywierał  na  nią  presję. 

Cholerny  facet!  Przełknęła  ślinę,  życząc  mu,  żeby  rozstąpiła  się 
ziemia i pochłonęła go. Kontynuowała, nie tracąc rezonu:

 

- Następna impreza przy końcu października.

 

Opracowałam  scenariusz  na  cały  tydzień  dla  wszystkich 

członków rodziny. Motywem wiodącym będzie ochrona środowi-
ska.  Forma  prosta,  odpowiednia dla  małych  dzieci. Sprzedawane 

R

 S

background image

będą karnety i bilety na poszczególne imprezy. - Włożyła ręce w 
kieszenie  bawełnianej  bluzy.  -  Dla  dzieci  planuję  wyścigi  i  „na-
wiedzony  dom". Dla  nastolatków  i  dorosłych  - bieg  z  przeszko-
dami. Dobry byłby także bal  przebierańców połączony  z zabawą 
w detektywów. Już skontaktowałam się z właścicielem jednego z 
miejscowych  statków  patrolowych.  Są  gotowi  wypożyczyć  go 
nam na tę okazję.

 

Członkowie Rady Nadzorczej uśmiechali się i kiwali głowa-

mi z aprobatą, jedynie twarz Lance'a nie wyrażała niczego. Praw-
dopodobnie  czekał,  aby  dowiedzieć  się,  co  zadecydowała  w  spra-
wie wieczorowej gali.

 

- A teraz o wydarzeniu otwierającym sezon, które powinno 

być  zorganizowane  najszybciej, jak  to  możliwe.  -  Spojrzała  wy-
zywająco  w  oczy  Lance'a.  -  Opracowałam  wariant  tradycyjnej 
gali, tyle że na plaży. Obowiązywać będą stroje plażowe, a organi-
zatorzy  przy  wejściu  będą  rozdawać  czarne  krawaty.  Rozstawimy 
plażowe  kosze.  Muzyka  w  stylu  reggae  -  coś  wyspiarskiego.  Re-
stauracje poprosimy o zaopatrzenie w żywność i przysłanie kilku 
kelnerów.  -Odetchnęła  głęboko.  -  Chciałabym  bardziej  szcze-
gółowo  omówić  tę  kwestię,  proszę  więc  o  pytania  i  komenta-
rze.

 

Pół godziny później, gdy Madi, uśmiechając się do

 

członków 

Rady, zbierała swoje rzeczy, podszedł Darnell, zapraszając ją 
na drinka.

 

Bezwiednie  spojrzała  w  kierunku  Lance'a.  Właściwie  nie 

mogła odmówić, a oceniając wyraz jego twarzy, stwierdziła, że on 
również nie zamierzał tego robić. Podszedł do niej.

 

- To co, nie masz randki? - zapytała, zamykając z trzaskiem 

R

 S

background image

aktówkę.

 

Roześmiał się, opierając o biurko.

 

- Miałem  mieć,  ale  odwołałem.  Przede  wszystkim  nie  mo-

głem nie skorzystać z twojej propozycji.

 

Madi zwalczyła ukłucie irracjonalnej zazdrości.

 

-  Usłyszałeś już, co miałam do powiedzenia, więc biegnij 

do pani Alexander. 

-  Mam cię zostawić z tymi ponurakami? Nic z tych rze-

czy. 

Nie zdążyła wyrzucić z siebie ciętej repliki, gdy znów znala-

zła się w towarzystwie Darnella.

 

- Madison, kochanie, wspaniałe pomysły. Naprawdę, czysty 

geniusz.

 

Zwróciła  się  do  niego,  tymczasem  Lance  zaczął  rozmawiać  z 

kimś z Rady. Odsiecz przyszła w samą porę.

 

-  Darnell, tak się cieszę, że ci się podobają. Jestem  zado-

wolona z siebie. 

-  Powinnaś. Muszę powiedzieć, że czuję się jak bohater, bo to 

ja cię wynalazłem. - Nachylił się nad nią. - A jak się dogadujesz z na-
szym dyrektorem? Czyż nie jest sztywniakiem, tak jak cię przestrzega-
łem? 

Madi  kątem  oka  spojrzała  na  Lance'a.  Był  sztywniakiem  w 

każdym  calu,  konserwatywnym  biznesmenem,  jak  pomyślała  o 
nim przy pierwszym spotkaniu, jak opisał  go Darnell. A jednak 
poruszył jej serce, czego nie czuła przy żadnym innym mężczyź-
nie.

 

Jak mogłaby coś podobnego wyznać Darnellowi Peabody?

 

Madi uśmiechnęła się do starszego mężczyzny, mając nadzieję, że 

R

 S

background image

wypadło to lekko i niedbale.

 

-  On zdecydowanie wie, czego chce. 
-  Przechwyciłem kilka dziwacznych ploteczek na wasz temat. 

Macie ze sobą na pieńku? 

-  Można  tak  powiedzieć  -  mruknęła,  przypominając  sobie 

uściski, gorące pocałunki. - Ale to nic poważnego - dodała szyb-
ko. 

- Oczywiście, kochanie, na tobie można polegać. 

Madi dostrzegła powątpiewający błysk w jego

 

oczach i wzięła 

go pod rękę.

 

- Opowiedz mi o miejscu, do którego idziemy. 

Zignorował jej prośbę.

 

-  Słyszałem,  że  on  idzie  z  nami.  A  to  ciekawostka,  nigdy 

wcześniej tego nie robił. Dziwne, nie? 

-  Niezupełnie - powiedziała żartobliwie. - Prawdopodobnie 

chce  mieć  pewność,  że  nie  zrobię  nic  złego  podczas  jego  nie-
obecności. 

-  Na pewno o to chodzi - stwierdził, ale jego ton nie wskazywał, 

że dawał wiarę chociaż jednemu słowu. -Idziemy do małej kawiarenki 
„Drzewko Kokosowe". Cudowne, cudowne miejsce. Zakochasz się w 
nim. 

Barek  miał  wyplatany  z  trawy  dach,  podtrzymywany  przez 

pale.  Przy  stolikach  było  tłoczno,  ale  soki

 

owocowe  smakowały 

wspaniale, a sceneria zachwycała niepowtarzalnością.

 

Madi,  trochę  zrelaksowana,  obserwowała  Lance'a,  który  sie-

dział o kilka krzeseł od niej, przez cały czas z kimś rozmawiając.

 

Tak, Madi czuła się odprężona,, dopóki wszyscy nie zaczęli 

znikać.  Pierwszy  Darnell  -  w  poszukiwaniu  miłości  i  romansu. 

R

 S

background image

Później Patricia - musiała zwolnić niańkę do dziecka, Jed i Nelson 
mieli randki, Julia - spotkanie w interesach.

 

Została  sama...  z  Lance'em.  Madi  rozejrzała  się  wokoło  w 

osłupieniu. Przed chwilą oprócz nich było tu  pięć  osób,  teraz  zo-
stali sami.

 

Sięgnęła po teczkę. Najwyższy czas, żeby odejść.

 

- To by było na tyle.

 

Lance położył dłoń na jej dłoni.

 

-  Chciałbym omówić z tobą zamierzenia na przyszły tydzień. 
-  Zamierzenia?  -  powtórzyła,  gapiąc  się  bezradnie  na  jego 

rękę. 

-  Jesteś zaskoczona. Przecież umówiliśmy się, że chcę znać 

twoje zamierzenia krok po kroku. 

-  Ale... - Przełknęła ślinę, z trudem się koncentrując. - My-

ślałam, że chcesz wiedzieć wszystko tylko na etapie projektu. Ten 
już powstał. Następny etap prac jest w proszku - powiedziała naj-
dobitniej jak tylko możliwe. - Na razie nie ma o czym dyskutować. 
Dużo papierkowej roboty i spotkań. 

Przeciągnął, prawie nie dotykając, kciukiem po jej ręce.

 

-  Podoba mi się nowy pomysł na galę. W gruncie rzeczy 

wykazałaś wiele pomysłowości. Krok poza rutynę. 

-  Dziękuję. - Zmusiła się, żeby patrzeć na niego i ignorować 

falę gorąca. -Mówiłam ci, że jestem dobra. 

-  Mówiłaś. 
Przypatrywał się jej ustom. Oddech miała coraz płytszy. Po-

myślała, że jego zielone oczy są ciemniejsze niż zwykle. Nazwała 
się idiotką.

 

- Ale twoja praca  jest wykonana  w połowie -  mówił  -  i  jako 

R

 S

background image

dyrektor Stowarzyszenia mam obowiązek brać udział w tak wielu 
zebraniach i posiedzeniach, jak to możliwe.

 

Zabrała rękę. Nie zostawiał drogi  odwrotu. Po raz pierwszy 

zdała sobie sprawę, że powinna zerwać tę znajomość.

 

- Dobrze - powiedziała. - Dam ci „rozpiskę" i wystarcza-

jąco dużo czasu na wyznaczenie terminów dopasowanych do two-
jego kalendarza.

 

Zaczęła odsuwać krzesło.

 

-  Dopóki jestem zajęty, możemy spotykać się wieczorami. 
-  Słucham? 
-  Żeby omówić szczegóły, które były poruszane beze mnie. 
Przyglądała mu się przez chwilę, marszcząc brwi z niedowie-

rzaniem. Głos i wyraz twarzy miał niewinny, ale domyślała się, jakie to 
„szczegóły" miał na myśli.

 

- To zbyt nieprzyzwoite, nawet jak na ciebie, Lance.

 

-  Co? 
-  To,  co  powiedziałeś.  -  Splotła  ręce  na  piersi.  -

Wieczory, Lance, naprawdę? 

-  Zapewniam cię, ja niczego nie knuję. - Uśmiechnął się 

występnie.  -  Oboje  wiemy,  że  tamten  wieczór  był  tylko  wy-
padkiem przy pracy. Każde z nas chce innych rzeczy od życia 
i ostatnią rzeczą, jaką bym zrobił, byłoby narażanie na szwank 
naszych stosunków służbowych. 

Nazwał to „wypadkiem przy pracy". Zmrużyła oczy. 
-  Naszych stosunków służbowych, Lance? 
-  Oczywiście. Stowarzyszenie na pierwszym miejscu. 
Wydawało się, że mówi szczerze, a jednak... 
- Rozmowy o planach i tym podobne. Myślę 

R

 S

background image

o przyjęciu twojej oferty. 

Madi w pamięci odtworzyła ofertę, jaką, bez słów, złożył 

jej na plaży. Tę, przez którą wzięła tyle zimnych pryszniców. 

-  Przepraszam? 
-  Pomoc w znalezieniu mi żony - powiedział niewinnie. - 

Mógłbym skorzystać z twojej intuicji. 

-  Och. 
-  A ty sądziłaś, że co miałem na myśli? 
- Nic. Nie wiem, co miałeś na myśli. To wszystko. 

Pokazała wszystkie zęby w uśmiechu. Musi się kontrolować. 

-  Więc, co o tym myślisz? 
-  O znalezieniu ci żony? 
-  Tak. 
-  Mówiłam ci już, że uważam twój plan za nie- i smaczny 

i wyrachowany. 

-  Tak, ale nie proszę cię o rękę, ale o pomoc w znalezie-

niu  kogoś  odpowiedniego.  -  Puścił  do  niej  oko,  oparł  się  o  stół  i 
wskazał przechodzącą kobietę. 

Madi spojrzała - kobieta miała marchewkowe włosy i nosiła 

jaskrawo pomarańczowe spodnie. Popatrzyła na niego z niedowie-
rzaniem.

 

-  Naprawdę, Lance, żartujesz sobie. Wyglądał na tragicznie 

rozczarowanego. 

-  Nie? Dobrze, a tamta? 
Ta była słodką blondynką, śmiała się perliście.

 

- Popatrz niżej, Lance. Ona jest w ciąży.

 

- Och. - Spojrzał znowu na Madi. - Nie mam nic przeciwko 

temu. Myślisz, że ona jest mężatką?

 

R

 S

background image

Madi przewróciła oczami.

 

-  Spodziewam się. Westchnął. 
-  A jak ta? 
„Ta"  była  brunetką  ubraną  w  bardzo  kosztowny  kostium, 

nosiła drogą biżuterię.

 

- Ona jest zbyt elegancka i bogata. 

Odsunęła krzesło, zabrała teczkę, obiecując sobie,

 

że tym razem już 

nic nie może jej zatrzymać.

 

- Proponuję ci kogoś szczerego i otwartego. Im więcej tych cech, 

tym lepiej. Kobieta innego gatunku nigdy nie dopasuje się do twojego 
nonsensownego planu. Po informuję cię o efektach poszukiwań. Do-
branoc.

 

Odeszła. Dzięki Bogu, zdobyła się na to, choć przez

 

chwilę 

chciała prosić Lance'a o powtórną możliwość zdawania egzaminu.

 

-  Przyniosę sobie jeszcze herbaty - powiedział Lance wsta-

jąc. - A ty chcesz coś? 

-  Nie, dzięki. 

Minęły cztery tygodnie od zebrania Rady. W tym czasie spo-

tkali  się  tylko  dwa  razy.  Cierpiała,  nie  widząc  go,  traciła  czas  na 
snucie  bezsensownych  marzeń,  a  mimo  to  czuła  się  uwolniona. 
Uwolniona, gdyż  będąc  z  nim,  nie  potrafiła  trzeźwo  myśleć  i 
swobodnie oddychać.

 

Dzisiejszego  wieczoru  odczuwała  podobnie,  ale  musiała 

przyznać,  że  było  to  miłe.  Upatrywała  w  tym  niebezpieczeństwo. 
Być może dlatego, że on czuł się bardzo swobodnie, niedbale prze-
chadzając  się  po  pokoju.  A  może  niebezpieczeństwo  wynikało  z 
faktu,  że ostatnie dwa spotkania nie zaowocowały żadnym wyda-

R

 S

background image

rzeniem?

 

„Właściwie  nie  było  to  prawdą"  -  myślała,  przypominając 

sobie pierwsze spotkanie.

 

Umówili  się  w  Stowarzyszeniu,  żeby  omówić  posiedzenia  i 

narady,  na  których  nie  było  Lance'a.  Mieli  już  wychodzić,  gdy 
nagle w drzwiach ukazała się Jenny. Wyglądała bardzo źle.

 

- Och-jęknęła.

 

Spojrzeli na nią, zaniepokojeni.

 

- Co się stało?

 

Myślę, że nadszedł czas. 

Madi zbladła.

 

Dziecko?

 

Jenny położyła rękę na brzuchu. 

 

-  Będę rodzić. 
-  Jesteś pewna? -Lance wstał i podszedł do niej. 
-  Tak. - Pojękiwała. - To się nie może teraz wydarzyć, Ric-

ka nie ma w mieście. Co ja zrobię bez partnera? 

Madi wydało się, że „partner" to osoba mająca Jenny pod 

opieką od kilku dobrych miesięcy.

 

-  Masz  numer  telefonu,  pod  którym  można  go  złapać?  Za-

dzwonimy do niego i... 

-  On nie zdąży. Chodziliśmy razem na wszystkie zajęcia, mie-

liśmy wszystko opracowane, co ja teraz pocznę? 

Lance otoczył ramieniem zbolałą kobietę.

 

- Ja  go  zastąpię.  Wcześniej  byłem  partnerem  Lamazy.  Nie 

martw się, wszystko będzie dobrze.

 

„Partnerem  Lamazy  -  zastanawiała  się  Madi  -  Lance?" 

Osłupiała, wyszła za nimi. Nie przypuszczała, że był w stanie jeszcze 

R

 S

background image

czymś ją zaskoczyć. Znowu udowodnił, że się myliła.

 

Pięć  godzin  później  Lance  wyszedł  z  izby  przyjęć.  Wyglądał 

na wyczerpanego. Madi podbiegła do niego.

 

-  W porządku. - Pomasował się po skroniach. -To chłopiec. 
-  Chłopiec - powtórzyła. Coś złapało ją za gardło. - Tak jak 

chciał Rick. 

-  Telefonowałaś do niego? 
Skinęła głową, z wysiłkiem przełykając ślinę.

 

- Jedzie tutaj. - Przycisnęła ręce do piersi. - Niebyło mnie w 

domu, kiedy Tina poszła do szpitala. Jak to było, Lance? To znaczy, 
czy Jenny się bała? Czy to bardzo boli? Objął ją, uśmiechając 
się.

 

-  Tak  i  jeszcze  raz  tak  -  powiedział  łagodnie.  -Ona  jest 

dzielna. Zapomniała o bólu, kiedy zobaczyła dziecko. 

-  Och. - Spojrzała na niego, mając wrażenie, że serce pęknie 

jej z rozczulenia. - Gdzie nauczyłeś się asystować przy porodach? 
W ogóle nie byłeś przestraszony, a ja myślałam, że zemdleję. Ciągle 
mi słabo.
 

Chwycił koniuszki jej włosów.

 

-  Zrobiłem to po raz pierwszy dla przyjaciółki. Chcesz pójść 

na górę, do noworodków? 

-  Lepiej nie. 
Lance zignorował odpowiedź, poszli na oddział. Przytulał ją 

mocno i przez chwilę czuła się, jak gdyby to ona była matką nowo 
narodzonego dziecka, a Lance - mężem i ojcem.

 

Potrząsnęła  głową  i  ściągnęła  brwi.  Takie  pomysły  mogły 

mieć nieobliczalne konsekwencje.

 

Nad czym tak myślisz?

 

R

 S

background image

Zaskoczona podniosła głowę. Lance stał w drzwiach. Wysiliła 

się na uśmiech.

 

-  Nic takiego. Drobiazg. 
-  Wątpię. - Podszedł od niej. - Powiesz mi, co cię tak zasępi-

ło? 

-  Takie  tam  przemyśliwania  na  temat  imprezy  na  początek 

sezonu. 

Przyglądał się jej z uwagą. Przed chwilą jej twarz

 

była pełna 

wyrazu i pragnień, teraz stała się obojętna, mówiła nonszalanckim 
tonem. Wróciła do normy. Pogodził się z tym.

 

-  Wygląda  na  to,  że  wszystko  idzie  dobrze.  -Wskazał  na 

rozrzucone po podłodze papiery. - Z tego, co się zorientowałem, 
powinnaś być gotowa w ciągu kilku tygodni. 

-  Tak - potwierdziła. 
Za dwa tygodnie w ogóle nie będzie musiała spotykać Lanc-

e'a.  Przypomniała  sobie,  że  jej  urodziny  wypadały  dokładnie  w 
dzień „plażowej" gali.

 

-  Madi, czy masz jakieś kłopoty z galą? - zapytał z niekła-

manym zainteresowaniem. 

-  Nie, sprawy mają się wspaniale - powiedziała, przeciągając 

palcami  po  serwetce.  -  Jestem  tylko  trochę  roztargniona.  To 
wszystko. 

- Mam nadzieję, że to z mojego powodu. 

Wyciągnął się na podłodze. Włosy opadały mu na

 

czoło, usta promieniały leniwym, radosnym uśmiechem, był 

diabelnie deprymujący. „Prędzej kaktus wyrośnie mi na dłoni, niż 
przyznam się do tego" - pomyślała.

 

-  Wybacz. 

R

 S

background image

-  Jestem do głębi zraniony. 
-  Akurat. 
Przeciągnął palcem po jej ręce.

 

- Słyszałem, że byłaś na kilku patrolach.

 

- Na kilku misjach ratowniczych także - odparła.- W gruncie 

rzeczy  stałam  się  trochę  nałogowcem

 

jeżeli chodzi o żółwie. Za-

częłam  oznaczać  gniazda,  robić opisy.  Nasze  gniazdo  ma  się  do-
brze.

 

Natychmiast pożałowała swoich słów. Wprowadzały nastrój 

intymności, a intymność była ostatnią rzeczą, jakiej by sobie ży-
czyła.

 

Przez  chwilę  nie  miał  zamiaru  niczego  komentować. 

Uśmiechnął się ironicznie.

 

-  Nasze gniazdo, Hollywood? Zirytowana potrząsnęła głową. 
-  Rycerz nie zachowywałby się w ten sposób. 
- Moja  zbroja  jest  dzisiaj  trochę  przykurzona.  -  Położył  się 

przy niej. Oczy mu błyszczały. - Obudziły się wspomnienia, nie-
prawdaż?

 

Wspomnienia natarczywych, niecierpliwych ust, jej serca bi-

jącego jak oszalałe, jej zmysłów łaknących każdego dotyku, jego 
smaku.

 

Potrząsnęła głową dla otrzeźwienia.

 

-  Masz rację, nigdy nie zapomnę mojego pierwszego  żół-

wia. 

-  Tu mnie masz. 
-  A jak tam przebiega polowanie na żonę? - zapytała szyb-

ko, uniemożliwiając dalszy rozwój niewygodnego tematu. 

Lance zdumiał się treścią i formą pytania.

 

R

 S

background image

-  Co ci przyszło do głowy? 
-  Rozumiesz, jesteśmy przyjaciółmi. - Posłała  mu najbar-

dziej przymilny uśmiech. - Jestem... zainteresowana. To wszyst-
ko. 

„Przyjaciółmi? Tak, racja" - myślał. Zachowywała się tak, że-

by zachować dystans i być zawsze w pogotowiu. Nie powinien się 
naprzykrzać,  nie  miał  prawa,  ale  nie  naprzykrzał  się  od  czte-
rech tygodni i to było dla niego piekłem. 

- Jeśli cię to naprawdę obchodzi, mam dwie kandydatki i 

chciałbym, żebyś je oceniła. 

Madi zacisnęła pięści, wmawiając sobie, że to ją nic nie 

obchodzi. Przyczaiła się, nie wiedząc dokładnie, jak wyjść na-
przeciw temu wyzwaniu. 

- Jasne, cudownie. 
Lance podparł się na łokciu. Miał nadzieję, że to, co po-

wie, zabrzmi szczerze. 

- Marylin jest jednym z moich najlepszych handlowców. 

Jest bystra, pracowita... 

Madi przerwała mu: 
-  Zły pomysł. Jeśli umawiasz się z pracownikiem, ścią-

gasz sobie na głowę wszystkie możliwe kłopoty. 

-  Och. 
Pomimo  rzeczowego  tonu  w  oczach  zapaliły  jej  się 

ogniki, policzki zaróżowiły. Powstrzymał się od wzięcia jej w 
ramiona. 

- Poza tym, Stephanie, główna sekretarka firmy, 

dwa razy rozwiedziona i... 

Madi zmitygowała go. 

R

 S

background image

- Daj sobie z tym spokój,  Lance. Ty chcesz  małżeństwa 

na zawsze, a ona ma już dwa nieudane za sobą. Przyzwycza-
jenie jest drugą naturą człowieka. 

- Oba rozwody wynikły z winy tych facetów. Madi spoj-

rzała na niego. Wyglądał na ogromnie rozczarowanego. 

-  W porządku, a co powiesz o Toni? Ma dwadzieścia czte-

ry lata... 

-  Za młoda - ucięła. 
-  Jest dojrzała, jak na swój wiek. Madi pokręciła głową. 
-  Lance, bądź realistą, dobijasz czterdziestki. Przestał wpa-

trywać się w jej usta. 

- Prawda, ale musisz przyznać, że ona ma jeszcze 

wiele lat na macierzyństwo.

 

Gdzieś w środku poczuła skurcz. Zeskoczyła z tapczanu, za-

brała naczynia i zaniosła je do kuchni. Odkręciła zimną wodę.

 

- Powiedziałem coś, co cię rozzłościło? 

Poszedł za nią. Nie odwróciła się.

 

- Nie sądzę, żebym chciała mieć cokolwiek więcej wspólnego 

z twoim szalonym planem. - Podstawiła naczynia pod strumień lo-
dowatej wody. - Z początku to było zabawne, mam na myśli, że cała 
sprawa nie wydawała mi się tak żałosna... ale nie czuję się z tym 
dobrze. Nie powinnam brać udziału w czymś, w co nie wierzę, 
nawet jeśli to żart.

 

Przysunął się o krok.

 

-  Ty zaczęłaś. 
-  Wiem, to mój błąd. Ja... 
-  O co ci naprawdę chodzi? 
Podszedł i położył ręce na jej karku. Mięśnie miała  twarde, 

R

 S

background image

zaczął je rozmasowywać.

 

-  Powiedz coś, Madi. 
-  O nic mi nie chodzi i nie ma o czym rozmawiać. - Zakręciła 

kran,  odwracając  do  niego  głowę.  -  Powiedziałam  ci,  co  czuję  i 
myślę. Jeśli nie możesz tego zaakceptować... 

- Teraz ty żartujesz, Madi. Nigdy nie okazujesz emocji. -Ujął 

jej zlodowaciałe dłonie. -Mój komentarz na temat dzieci był aż tak 
straszny?  Dlaczego,  Hollywood?  Chcesz  mieć  dzieci?  Czy  jest 
jakaś przyczyna, że nie możesz ich mieć?

 

Wyszarpnęła ręce.

 

-  Powiedziałam ci wcześniej, nie planuję wychodzić za mąż. 
-  Nie o to pytałem. 
Odsunęła się od niego, wściekła, że tak łatwo dała się rozszyfro-

wać, że nie potrafiła umiejętniej ukryć myśli.

 

- Chcę, żebyś stąd wyszedł, Lance.

 

„Zrób, o  co  prosi - powiedział sobie  Lance.  -  Powiedz  do-

branoc i nie oglądaj się." Pokręcił głową. Nie mógłby. To, co po-
wiedziała, nie miało nic wspólnego z tym, co myślała. Wszystkie 
jego „powinności" nie mogły być porównane z tym, co czuł.

 

-  Od czego uciekasz, Madi? Ode mnie? A może jest coś in-

nego, jakieś zobowiązanie? 

-  Nie  uciekam  -  powiedziała  twardo,  spoglądając  przez  ra-

mię.  -  Prosiłam,  żebyś  wyszedł.  Omówiliśmy  galę,  pojedliśmy  i 
pogadaliśmy. Czas na ciebie. 

-  Więc chcesz udawać, że nie robię na tobie wrażenia, że nie 

chcesz być w moich ramionach? 

Zacisnęła powieki.

 

-  To, co mówisz, jest tak samo głupie, jak twój plan. 

R

 S

background image

-  Naprawdę? - Jeszcze raz wziął ją za ręce i przyciągnął do 

siebie. - Ja tak nie uważam. Myślę, że chcesz mnie mieć dla sie-
bie.   

-  Naprawdę  powinieneś  zastanowić  się  nad  poszukaniem 

fachowej porady dla rozwiązania tego... 

-  Ponadto podejrzewam, że wcale nie chcesz zostać sama. 

Chcesz, żebym został z tobą. - Obniżył głos. - Chcesz, żebyśmy 
się kochali. 

 

Krew uderzyła jej do głowy, zrobiło jej się słabo. Walcząc z 

emocjami, uniosła podbródek i przymknęła oczy.

 

- Jesteś arogancki, wyrachowany i zakochany w sobie. Nie 

chciałabym cię, nawet gdybyś był jedynym  mężczyzną  na  świe-
cie.

 

To  było  jak  grom  z  jasnego  nieba.  Wiedząc,  że  nadszedł  naj-

wyższy  czas,  aby  zakończyć  rozgrywkę  i  zostawić  tę  fascynującą 
kobietę, przycisnął ją do siebie.

 

- Udowodnij to - mruknął.

 

Madi wściekle odpychała  go od siebie. Nie puścił jej, a ona 

nie  zastanawiała  się  - dlaczego.  Mogła się  bronić, ale jej usta, jej 
język  domagały  się  więcej.  Po  chwili  nawet  jej  zdradzieckie  ręce 
wpiły się w niego, ciało przylgnęło. Wzdrygnęła się. Jakim sposo-
bem ten  człowiek  mógł  złość  zamienić  w  namiętność  w ciągu 
kilku sekund? Jak sprawił, że czuła się taka łagodna i bezpieczna?

 

Wszystko wymknęło się spod kontroli.

 

Madi zesztywniała na myśl o tym. Była tak blisko zrobienia 

życiowego błędu - błędu, który byłby nieustannie powtarzany. Nikt 
nie mógł jej pomóc, tylko ona sama.

 

Zebrała całą siłę woli i odepchnęła go. Dysząc 

R

 S

background image

spojrzała mu w oczy. 

 

- Proszę, wyjdź. Teraz.

 

Lance oddychał płytko i nierówno.

 

- Widzę, że ciągle uciekasz. 

Zacisnęła ręce w pięści.

 

- A  co  z  tobą?  Od  czego  ma  cię  uchronić  twój  racjonalny, 

wyważony plan? Od prawdziwych emocji? Od głosu serca? - Pod-
niosła  głowę. -  Albo  może od dobrego, staroświeckiego bólu? Nie 
możesz skrzywdzić, jeśli nie kochasz, zgadza się, Lance?

 

Słowa trafiły w sedno. Zaklął.

 

- Wcześniej nazwałaś to żartem. Zgadza się. - Zabrał mary-

narkę z poręczy krzesła. - Tymczasem, Muldoon.

 

Patrzyła za nim, oczy napełniały jej się łzami. Splotła ręce 

na brzuchu. Drzwi trzasnęły. Żart To było jej słowo. Ale żarty są 
po to, by rozśmieszać.

 

Nie była ubawiona. Być może już nigdy nie będzie się śmiać.

 

Zrobiła najgłupszą rzecz, jaką tylko można sobie wyobrazić 

- zakochała się w nim.

 

R

 S

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

„Sto lat, sto lat..."

 

Madi uśmiechnęła się blado do gońca i przyjęła przysłany 

dla niej bukiet baloników. Cicho zamknęła    i drzwi i oparła się o 
nie.

 

Trzydzieści.  Trzy  i  zero.  Jak  bardzo  takie  dwie  nieszkodliwe 

liczby mogły stać się niepokojące, gdy razem oznaczały wiek. Zmarsz-
czyła  czoło.  Wczoraj  miała  dwa i dziewięć i było to dla niej bardzo 
wygodne. Tylko jeden dzień różnicy, a wydawało się, ze mogła sobie po-
zwolić na wiele więcej. O wiele więcej ustępstw.

 

Ściągnęła brwi. Poskrobała palcem po jednym z balo-

nów. Zaskrzypiał w odpowiedzi. Jej odbicie w kulistej po-
wierzchni przywodziło na myśl gabinet, śmiechu w wesołym 
miasteczku.

 

Rozdrażniona, odwróciła twarz. Baloniki dostała od siostry, 

szwagra i siostrzenicy. Matka przysłała ogromny bukiet egzo-
tycznych kwiatów. Na załączonej karteczce umieściła nazwisko 
obecnego męża. Ojciec zapomniał.

 

Żadnych telefonów od starych, szkolnych kumpli, prezentów 

od  przyjaciół  i  kochanków,  obietnic  nieprzemijającego  szczęścia  - 
nic z tych rzeczy, w które wierzyła.

 

Ale to jeszcze nie wszystko myślała, spoglądając na bukiet 

ustawiony na stoliku. Lance przysłał kartkę z życzeniami miłego 
spędzenia dzisiejszego wieczoru. Nic więcej nie mogło sprawić, iż 
czuła się rozdwojona między radością i smutkiem... i tak samotna.

 

Łzy, nieodłączni towarzysze każdego wspomnienia o nim, 

R

 S

background image

napłynęły do oczu i, wielkie jak groch, potoczyły się po policzkach. 
„Cholerny facet, dlaczego musi być tak słodki? Dlaczego dzisiaj?"

 

Od  ich  ostatniego  spotkania  próbowała  nie  przyjmować  do 

świadomości  prawdy.  Gdy  to  zawodziło,  próbowała  udawać.  W 
końcu  przyznała,  że  była  zakochana  w  Lancelocie  Heathcliffie 
Alexander.

 

Oto cała historia.

 

Z jednym wyjątkiem - szukała drogi wyjścia. Co robić?

 

„Nic"  -  powiedziała  sobie  jasno,  ignorując  ból.  Nic  z  tym 

nie zrobi. Lance pójdzie swoją drogą, ona - swoją. Ona wiedziała, 
co dla niej dobre, nawet jeśli serce nie było tego świadome.

 

Madi  wytarła  policzki.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  rozumiała 

położenie swojej matki i innych znanych jej kobiet. Miłość zagłu-
szała zdrowy rozsądek, usypiała instynkt samozachowawczy. Cier-
piała. Płonęła. Tonęła.

 

Uśmiechnęła się do swoich myśli. Nigdy nie przypuszczała, że 

będzie chora z miłości. Teraz zdała sobie sprawę, że w przeszłości, 
kiedy Tina lub jakaś przyjaciółka skarżyła się na tę przypadłość, ona 
czuła  się  zdystansowana,  nawet  niepokonana.  Madi  Muldoon  - 
„stalowa kobieta".

 

Czuła  się  niepokonana,  ponieważ  wszystko,  co  kiedykol-

wiek  czuła  do  mężczyzny,  nie  miało  nic  wspólnego  ze  światem 
mężczyzn  i  kobiet,  i  złamanych  serc.  Nic  tak  naprawdę  jej  nie 
poruszało.

 

Uczucie do Lance'a porażało od stóp do głów.

 

Madi  przeszła  przez  przedpokój,  weszła  do  pokoju  gościnnego. 

Przymocowała baloniki do stołu, rozejrzała się dookoła Trzcinowe meble, 
jasne poduszki, dywan, dużo kwiatów i obrazów. Czyjeś rzeczy, czyjś 

R

 S

background image

gust Jeszcze nazywała to domem. W każdym razie, domem na teraz.

 

Łzy znowu napłynęły do oczu. Poszła do kuchni, podeszła do 

lodówki,  gdzie  na  drzwiach  wisiały  zdjęcia  Morgan.  Fotografie 
przedstawiały niemowlę zaciskające małe piąstki, uśmiechające się 
do Tiny z zaufaniem i miłością.

 

Poczuła ból rozciągający się od brzucha po klatkę piersiową. 

Poczuła metaliczny smak w ustach. Smak pożądania.

 

Odwróciła  się  tyłem  do  fotografii,  zasłoniła  dłońmi  oczy. 

Lance oskarżył ją o ucieczkę. Czy naprawdę uciekała?

 

Podróżowanie  było  jej  stylem  życia-rok  tutaj,  rok  tam.  Nie 

było urodzinowych salw od przyjaciół, bo przeprowadzała się zbyt 
szybko, żeby nawiązać bliskie znajomości. To nie oznaczało, że się 
izolowała, że chciała coś ukryć.

 

Kilka lat temu dokonała wyboru. Wiedziała, co ją uszczęśliwi, 

mało  tego,  wiedziała,  co  ją  może  zgnębić.  Więc  co  z  nią  było 
teraz?

 

Żachnęła się. To się musi skończyć. Nie była pierwszą zako-

chaną kobietą , nie pierwszą dopadniętą przez urodzinową melan-
cholię. Nie miała czasu na roztkliwianie się nad sobą. Dzisiaj od-
bywało się inauguracyjne przyjęcie.

 

Poszła się przebrać, żywiąc nadzieję, że Lance zdecydu-

je się zostać w domu. 

Nie wiedząc, w jakich toaletach wystąpią zaproszeni go-

ście,  Madi  założyła  prostą,  czarną  spódnicę  i  krótką,  zawią-
zywaną,  czarną  bluzkę  w  stylu  hawajskim.  Nie  przyozdabiała 
się biżuterią, za to włosy zamotała w zabawny kok. 

Wraz  z  przybyciem  pierwszych  osób  przekonała  się,  że 

R

 S

background image

w  ubiorach  panowała  wielka  dowolność,  od  szaleństwa  do 
konserwatyzmu, od przyzwoitości do frywolności. 

Niestety,  Lance  wybrał  frywolność.  Madi  odetchnęła 

ciężko  na  jego  widok.  Ruszył  w  jej  stronę.  Czarny  kostium 
dojazdy  na  rowerze  zakrywał  wszystko  i  nic.  Z  krawatem 
związanym na kokardę wyglądał jak rewiowy tancerz. Zrobiło 
jej  się  gorąco,  puls  z  lekka  zwariował,  powiedziała  sobie,  że 
ma patrzeć jedynie na jego twarz i natychmiast przyłapała się 
na  penetrowaniu  wzrokiem  jego  sylwetki.  Chcia-fła  go  za  to 
udusić. Czy nie mógł założyć luźnych ispodni? Do tego zwy-
kłego, bawełnianego podkoszulka? Dobre byłyby czarne szor-
ty. 

Spostrzegł ją i uśmiechnął się. Jej żołądek wykonał małą 

woltę.  Jak  ma  p r a c o w a ć   przy  jego  boku  p r z e z   cały 
w i e c z ó r ?  

-  Cześć, Hollywood. 
-  Lance. - Zebrała wszystkie siły, aby brzmiało to natu-

ralnie.  -  Nie  było  potrzeby,  abyś  przychodził  wcześniej. 
Ochotnicy i ja trzymamy pod... 

- Chciałem.-Głos brzmiał bardziej szorstko niż zwykle. Powoli ba-

dał ją wzrokiem. - Pięknie wyglądasz.

 

Zlustrowała  siebie,  niepewność  walczyła  z  zaskoczeniem. 

Nigdy  nie  wątpiła  w  swoją  aparycję,  a  teraz  poczuła  potrzebę  po-
wtórnego zapewnienia. Posłała mu cudowny, jasny uśmiech.

 

- Dzięki. Ty też się wspaniale prezentujesz. Mu 

szę cię przeprosić, jedna z ważnych osób...

 

Złapał ją za ramię.

 

-  Dostałaś kwiaty? 

 

R

 S

background image

-  Tak. - Przełknęła ślinę. - Są urocze. 
-  To miałem na myśli. Powodzenia. 
-  Dzięki. 
Zaczęła się wycofywać. Nie puszczał jej.

 

- Musimy porozmawiać, Madi.

 

Wydawało  się,  że  palce  płoną  na  jej  skórze.  Ignorując  to, 

popatrzyła mu w oczy.

 

- Jakieś problemy w związku z przyjęciem?

 

- Nie. - Obniżył głos. - Problem z nami. 

„My." Serce zaczęło żywo bić na dźwięk tego słowa. Nie dopuści 
do tego, nie dzisiejszej nocy.

 

- Później,  Lance  -  mruknęła  obiecująco.  -  Porozmawiamy 

później.

 

Wyśliznęła się.

 

„Później"  nadeszło  z  niespodziewaną  szybkością.  Madi  stała 

nad brzegiem oceanu, fale obmywały jej stopy, z tyłu odbywało się 
wielkie sprzątanie. Wieczór przeszedł szybko i bez sensacji. Oboje z 
Lance'em zajmowali się  gośćmi,  łagodzili  małe napięcia. Nie roz-
mawiali więcej ze sobą.

 

Przez cały czas byli jak magnes i metal, przyciągali się wza-

jemnie. Czuła jego obecność. W tej chwili również była świadoma, 
że się do niej zbliża. Zmęczenie dawało znać o sobie.

 

Zatrzymał się bardzo blisko, prawie mogli się dotknąć.

 

-  Pełnia księżyca - powiedział. 
-  Tak - przytaknęła, nie odwracając się. 
-  Pomyślałaś sobie życzenie? 
-  Nie. - Lekko ruszyła głową. - Nie mam siły, nie dzisiaj. 
-  Przyjęcie było wielkim sukcesem - powiedział po chwili. - 

R

 S

background image

Odwołuję wszystkie wątpliwości. 

-  Odwołujesz? Nawet na resztę roku? 
-  Tak. 
-  Lepiej  uważaj,  Alexander.  Będziesz  oskarżony  o  posia-

danie serca. 

-  Nie ma mowy. - Studiował jej zakłopotany profil, chcąc ją 

dotknąć, czule pocieszyć, utulić w ramionach. Zamiast tego po-
wiedział:  -  Przykro  mi  z powodu naszego ostatniego spotkania. 
Nie powinienem był być natrętny. Ze względu na moje plany nie 
miałem prawa. 

Madi zamknęła oczy. Po to przyszedł, żeby znowu być słodki. 

Żeby być tym mężczyzną, który mógł kochać i być kochanym. Żeby 
być tym mężczyzną, który nie istnieje, nie dla niej.

 

Otworzyła oczy i spotkała jego wzrok. Wyczytała w nim tro-

skę  i  opiekuńczość.  I  świadomość.  Świadomość  obiecującą  na-
miętność - ślepą i dziką, wymykającą się spod kontroli, oferującą 
nadzieję  na  niebo  i  kilka  godzin  zapomnienia.  To,  czego  nie  do-
świadczyła nigdy przedtem.

 

W tym momencie rzeczywistość przestała się liczyć. Wszystko, 

czego chciała, to być absolutnie szczerą.

 

-  Dzisiaj są moje urodziny - powiedziała wolno i łagodnie. 
-  Wszystkiego najlepszego. 
-  Skończyłam trzydzieści lat. 
-  Nie pytałem. 
-  Bardzo to  rycerskie.  - Zanurzyła  palce  u  nóg  głęboko  w 

piasek. - Ale mogłeś. Nie wstydzę się swojego wieku. 

Dotknął  lekko  jej  policzka.  Nie  mógł  się  powstrzymać.  Od-

wróciła do niego zakłopotaną twarz.

 

R

 S

background image

-  Jednak cię to nie uszczęśliwia - powiedział. 
-  Nie,  jestem  przerażona.  -  Położyła  dłoń  na  jego  dłoni.  - 

Chodź  ze  mną,  Lance.  Zostań  ze  mną  tej  nocy.  Kochaj  się  ze 
mną. 

Zaskoczony,  a  równocześnie  pragnący,  przez  moment  wpa-

trywał się w nią, a później pokręcił głową.

 

- To  nie  jest  dobry  pomysł,  Madi.  -  Czule  dotykał  drugiego 

policzka.  -  Jesteś  dzisiaj  bezbronna,  w  potrzebie.  Jutro  będziesz 
żałować tego i nas. Pragnę cię bardziej niż kogokolwiek przedtem... 
Nie pragnę cię w ten sposób.

 

Ścisnęła  jego  palce,  potem  uwolniła  i  cofnęła  się.  Zebrała 

wszystkie siły i patrzyła na niego.

 

- Prawdopodobnie myślisz, że mam doświadczenie z mężczy-

znami.  Nie  wyglądam  na  niewiniątko,

 

dziewicę.  Nie  zachowuję 

się tak. Dodaj do tego fakt, że jestem dzieckiem aktorki, wycho-
wałam  się  w  Hollywood,  i  już  masz  materiał  na  rozpustnicę.  -
Popatrzyła mu prosto w oczy. - Dwóch mężczyzn, Lance. Po pro-
stu, dwóch.

 

-  Madi... 
-  Nikt mnie nie miał na jedną noc, nie było... nieodpowie-

dzialności.  -  Odetchnęła  głęboko.  -  Nie  dzielę  się  sobą  łatwo,  w 
żaden sposób. 

Postąpił krok ku niej.

 

-  Nie musiałaś mi mówić tych rzeczy, Madi. Nigdy nic sobie 

po tobie nie obiecywałem, nie myślałem, że jesteś niebezpieczna. 
Nigdy nie myślałem o tobie inaczej, jak o żywiołowej, interesują-
cej i ekscytującej kobiecie. Niepowtarzalnej, nietypowej. 

-  Musiałam  ci  powiedzieć  -  odparła  -  ponieważ  chcę  cię 

R

 S

background image

przekonać. Potrzebuję cię tej nocy, Lance. Potrzebuję, żebyś mnie 
objął, żebym czuła ciepło drugiego człowieka. 

-  A co z jutrem? 
-  Jutro będzie jak dawniej, będę pewną siebie, nieprzenik-

nioną Madi Muldoon. Jutro możesz znowu nazwać mnie Hollywo-
od.  -  Opuszkami  palców  dotknęła  jego  ust.  -  Ale  dzisiaj  pragnę, 
żebyś mnie nazwał kochanką. 

Jej dotyk był jak ogień.

 

-  Co będzie z nami, Madi? 
-  Możemy powrócić do dotychczasowego sąsiedztwa i kole-

żeństwa. Oboje mamy plany i nie pasujemy do siebie. 

Wzięła go za rękę, pocałowała wnętrze dłoni. Pieścił jej poli-

czek.

 

- Dzisiejsza noc mnie przeraża. Nie potrafię być sama.

 

Przeciągnął  palcem  po  dolnej  wardze.  Zadrżała  pod  jego 

dotykiem.

 

-  Nie jestem bawidamkiem, Madi. Czy to  mnie pragniesz, 

czy... 

-  Nikogo więcej, Lance. - Słowa utknęły jej w gardle, te-

raz  musiała  powiedzieć  rzecz  najtrudniejszą.  Wiele  już  z  siebie 
wyrzuciła.  -  Nigdy  niczego,  nikogo  nie  pragnęłam  tak  bardzo  jak 
ciebie. Nie  mówię o obietnicach ani zobowiązaniach. Wiem, że to 
nie dla nas. Tylko dzisiaj, Lance. Jedna noc namiętności, której nie 
powinniśmy  się  poddawać,  ale  przed  którą  nie  możemy  się 
obronić. 

-  A jeśli powiem nie? 
-  Wtedy poradzę sobie... sama. 
Lance pochylił się do jej ust, smakując je, tuląc, ale  ciągle 

R

 S

background image

się wahając.

 

-  Musimy tutaj skończyć. 
-  Tak. 
Zrobiła  ruch,  jakby  chciała  odejść,  zatrzymał  ją.  Dotknął 

upiętych w kok włosów, opadły na kark. Zanurzając ręce w jedwabi-
ste fale, powiedział:

 

- Co byś powiedziała na to, że odkąd ciebie spotkałem, nie je-

stem w stanie patrzeć na inne kobiety, nie mogę skoncentrować się 
na pracy, nie mogę spać?

 

Ucałowała kąciki jego ust.

 

- Powiedziałabym, że jestem zadowolona, że mia

ł

am nadzieję, 

że będziesz cierpiał, pragnąc mnie. -Przytuliła się, zniżając 
głos do szeptu. - Powiedziałabym, że dzięki temu czuję się sil-
na i bardziej pociągająca. Znowu musnął jej usta. 

-  Zanim  spotkałem  ciebie,  mówiłem  sobie,  że  na-

miętność nie jest ważna. Powiedziałem sobie, że w tym ukła-
dzie  rzeczy  atrakcyjność  seksualna  nie  ma  znaczenia  i  mogę 
nad  tym  zapanować.  Ty  sprawiłaś, że byłem  w  stanie  myśleć 
tylko o kochaniu się z kobietą o włosach koloru karmelu,  ko-
bietą pewną siebie i zupełnie nie z mojego światka. 

-  Dlaczego  mi  o  tym  mówisz?  -  Badała  jego  twarz.  - 

Nie musisz absolutnie nic mówić. 

-  Ponieważ  chcę,  żebyś  wiedziała,  że  czuję  do  ciebie 

coś szczególnego, chcę, żebyś wiedziała, jak mocno mnie za-
uroczyłaś.  Chcę,  żebyś  wiedziała,  że  mój  plan  utknął  w  mar-
twym punkcie, odkąd pocałowaliśmy się pierwszy raz. 

„To nie jest miłość - myślała Madi - ale o włos od niej." 

Stanęła na palcach i, dygocząc jak uczennica, przycisnęła usta 

R

 S

background image

do jego ust. Śmiejąc się wyszeptała: 

- Ruszajmy więc i przerwijmy ten zastój. 

Wylądowali w jej mieszkaniu, być może dlatego, że Lance po 
prostu szedł za nią. 

Otworzył drzwi. Spojrzeli sobie w twarz. 
Madi głośno przełykała ślinę. Lance się uśmiechnął. 

-  Taki jestem przerażający? 
-  Tak... Nie... Tak. 
Przeciągnął  palcem  po  jej  policzku  przez  skroń  do  wło-

sów. 

- Musiałem dojrzeć, żeby lubić cię w taki sposób. 

Madi stała prosto, naprężona, wchłaniając ciepło emanujące z 
jego palców, pozwalając mu przenikać całe ciało. 

- Jaki to sposób? - odważyła się zapytać. 
- Delikatny  i  ciepły...  uzależniony.  -  Zmarszczyła  brwi. 

Kciukiem  potarł  o  bruzdę,  która  utworzyła  jej  się  na  czole, 
między  brwiami.  -  Czy  to  aż  tak  źle  być  czasami  uzależnio-
nym, potrzebującym? 

Drgnęła,  czując  jego  kciuk.  Po  chwili,  odprężona,  przy-

padła do niego, czując potrzebę dotykania go, poznania męskich 
sekretów. Wodziła rękami po jego nagiej piersi, karku, plecach. 
Jego ciało było inne niż jej, silniejsze, twardsze, o bardziej kan-
ciastych kształtach. 

Pachniał  solą,  jak  powietrze  znad  oceanu  pomieszane  z 

potem. Smakowała go koniuszkiem języka, delektując się po-
woli. Smakował tak, jak pachniał. 

- W dzień, kiedy wypłynęliśmy w rejs - szeptała, odchy-

liwszy  głowę,  zaglądając  mu  w  oczy  -  tak  bardzo  tego  chcia-

R

 S

background image

łam.  Nie  mogłam  się  skoncentrować,  nie potrafiłam  myśleć o 
tym, co miałam robić. Dlatego tak na mnie krzyczeli. 

Odetchnął głośno, gdy przesunęła niżej ręce. 
-  W każdym razie to nie ty się topiłaś. Rozwarła palce, 

mięśnie pod nimi napięły się. 

-  Mówisz o bomie? 
Wiedziała,  że  była  bardzo  kobieca.  Nie  miała  nic  prze-

ciwko stereotypowi. 

- Aha. 
Jego usta ślizgały się po policzku. 
- Miałam nadzieję. 
Ukąsił ją leciutko w ucho, skuliła się. 
-  Zebrałem  najgorsze  cięgi.  Wszyscy  wiedzieli.  -Śmiał 

się, kąsając ją znowu. - Oczywiście, nie było faceta, który na-
prawdę  by  mnie  obwiniał...  albo  naprawdę  przejmował  się 
rejsem. 

-  Zajęliśmy trzecie miejsce. 
- Mogliśmy być pierwsi. Z łatwością. 

Zaśmiała się i złapała go za ręce. 

- Wyślę przeprosiny dla kapitana Jacka, ale teraz... 
Pozwalając sobie na sugestywny ton, poprowadziła go do 

sypialni.  Wszystkie  światła  były  zgaszone.  Przez  moment 
odurzył ich zapach kwiatów. 

Było tam chłodno i ciemno jak w całym domu. „Pachnie 

jak  ona  -  myślał.  -  Jak  słodycz,  gorycz  i  piżmo.  Mieszanka 
sprzeczności, taka jest Madi." 

Pokój  zastała  umeblowany,  ale  umieściła  w  nim  kilka 

wiele o niej mówiących drobiazgów. Białą, pikowaną kołdrę i 

R

 S

background image

poduszki,  rodzinne  fotografie  w  srebrnych,  wiktoriańskich 
ramkach, zegar - antyk i dużego, brązowego misia. 

Lance  patrzył  na  nią  i  czuł,  że  gdzieś  głęboko  w  jego 

wnętrzu przekręcił się klucz i otwierały się drzwi. Poczuł ob-
lewające  go  ciepło.  Wraz  z  nim  przyszedł  dziwny  rodzaj  od-
prężenia, uczucia powracania do domu. Ogarnięty nagłą potrze-
bą,  wziął ją w  ramiona.  Przytulił  ją.  Ich  serca  biły  razem.  Jej 
oddech  szeptał  na  jego  policzku.  Nawet  powietrze  było  deli-
katniejsze, ciemności łagodniejsze niż kiedykolwiek. 

Z nią w ramionach czuł, że ma więcej do dania, czuł się ry-

cerzem, którym zawsze chciał być  silnym, dobrym i... bez reszty. 
Konstatacja ta powinna go przerazić, a uszczęśliwiła. 

 

-Stary przyjaciel? - Pocierając policzek o jej włosy, wska-

zał na misia. 

 

-To pan B. 

 

Jej śmiech przyprawiony był szczyptą zakłopotania. Wyobraził 
sobie, jak się czerwieniła. 

 

- Jedna z zabawek podarowanych mi przez ojca. 

Miałam sześć lat.

 

- Wtedy twoi rodzice wzięli rozwód. 

„Pamięta" - pomyślała. Taki drobiazg nie powinien jej roztkli-
wiać, a jednak.

 

- Być może czuł się winny. Potem zawsze przysyłał  czeko-

ladki.

 

Pochylił się nad nią. Nie wahała się. Odchyliła głowę, ręce 

położyła na jego piersi. Ich języki się spotkały. „Jak ta kobieta mo-
że być tak słodka? - zastanawiał się. - Smakuje wiosną i namiętno-
ścią, powiewem wiatru." Znalazł miejsce na szyi, gdzie wyczuł jej 

R

 S

background image

puls. Wygrywał równą, miarową piosenkę.

 

Odetchnął głęboko. Otworzyła oczy.

 

-  Masz za dużo ubrań. Roześmiał się. 

-  Jak do tego doszłaś, Hollywood? Policzki jej płonęły. 
- Nie  wiem,  jak  to  zrobię,  ale  chciałabym  cię  rozebrać. 

Wolno. 

Delikatnie potarł nosem o jej usta. 
-  Założyłem  to  dla  ciebie.  Miałem  nadzieję,  że  cię  roz-

wścieczę. 

-  Udało ci się. - Przesunęła rękami po jego plecach pod 

elastyczną  tkaniną  kostiumu.  -  Jesteś  występnym  facetem, 
Lancelocie  Alexander.  -  Odrobinkę  zsunęła  kostium.  -  Oba-
wiam się, że musisz za to zapłacić. 

Śmieli  się  razem.  Zgrabnym  ruchem  rozluźnił  jej  spód-

nicę, ześliznęła się na podłogę wzdłuż bioder. Z kostiumami i 
bielizną  nie  poszło  tak  łatwo.  W  końcu  nadzy  osunęli  się  na 
łóżko. Przez długą chwilę leżeli spleceni, bez tchu. Madi czuła 
się, jakby dryfowała, unosiła się gdzieś bezcieleśnie. Jej zmy-
sły  były  zniewolone przez zapach  jego  skóry, szorstkość  wło-
sów na nogach, ciepło rąk. Nastroju przydawał szelest pościeli, 
dochodzący  z  zewnątrz  szum  oceanu,  kładące  się  wokół  łóżka 
białe, chłodne światło księżyca. 

Twardość między nogami  Lance'a, ból między jej noga-

mi.  Była  podniecona  do  granic  wytrzymałości.  Wiedziała,  że 
Lance czuł to samo. Ich oddechy stały się coraz krótsze i szyb-
sze. 

Oczekiwała  pasji,  eksplozji.  Jedność  i  cisza  zaskoczyły 

ją. Przeraziły. 

R

 S

background image

Czy jeszcze kiedykolwiek będzie się tak czuła? 
Pojękiwała, gdy Lance przysunął się, zagarniając ją pod 

siebie.  Zanurzył  ręce  w  jej  włosach,  przywarł  do  ust  Madi 
wbiła paznokcie w jego kark. 

Wśliznął się w nią bez wstępów, ale z niewypowiedzianą 

maestrią. Jego ruchy wydawały się tak naturalne jak fale rozbi-
jające się o brzeg. 

Poruszała się z nim, przytrzymując go ramionami, noga-

mi  i  ustami.  Wygięła  plecy  w  łuk,  jęczała  myśląc,  że  dłużej 
nie zniesie jego pieszczot. 

Wstrząsnął  nimi  dreszcz  rozkoszy,  unosili  się,  aż  osią-

gnęli szczyt. 

Mijały  minuty,  a  Madi  zastanawiała  się,  czy  jej  serce 

powróci  do  normalnego  rytmu.  Stawało  się  to  wolno,  znowu 
była w stanie oddychać, ucałowała jego kark. 

Przetoczył  się  na  bok.  Ciągle  połączeni,  patrzyli  na  sie-

bie. Odgarnął jej włosy z twarzy. 

-  Jak się czujesz? 
-  Cudownie - odpowiedziała po prostu. Uśmiechnął się. 

-  Cieszę się. 
Potarła nosem o jego szyję. 
-  Jak się czujesz? 
-  Cudownie. 

-  Też się cieszę. 
-  Jesteś niesamowitą kobietą, Madi Muldoon. Roześmia-

ła się perliście. 

-  Teraz to wymyśliłeś? Muszę być bardzo dobra w łóż-

ku. 

R

 S

background image

-  Jesteś wspaniała w łóżku, ale nie to miałem na myśli. - 

Zamknął jej usta pocałunkiem. - Jak zorganizowałaś tego żół-
wia składającego jaja dokładnie w środku przyjęcia? 

Pokazała zęby w uśmiechu.

 

- Mówiłam ci, jestem dobra w swoim zawodzie. 

Przy okazji, to nie był ś r o d e k  przyjęcia. Równie dobrze mogli-
śmy to przeoczyć.

 

Lance uniósł brew.

 

-  Piękna, zdolna i do tego skromna. Niektóre kobiety to ma-

ją szczęście. 

-  To ja - odparła. - Madi skromnisia. - Odsunęła się od nie-

go. - Jesteś głodny? Mogłabym... 

Przytrzymał ją.

 

-  Przestań,  Madi.  Przestań  być  milutka,  gadatliwa,  niety-

kalna.  -  Przeciągnął  kciukiem  po  jej  kościach  policzkowych.  - 
Niech ta noc będzie o szczerości, baniu się, bezbronności i wycią-
ganiu ręki do pojednania. Nie musisz przede mną udawać. 

-  Nie muszę, L a n c e l o t ?  
Długo  wpatrywała  się  w  niego,  aby  w  końcu  położyć  się  i 

odpocząć w jego ramionach.

 

-  Chodziłem do podstawówki z Rodneyem Willisem - mam-

rotał,  pieszcząc  jej  plecy.  -  Nazywałem  go  Rodney  Gryzoń...  ale 
szczur byłoby lepiej. Gnębił mnie aż do szóstej klasy. 

-  Jak to się skończyło? 
-  Stłukłem go. 
-  Lance! 
Wyglądała na tak zszokowaną, że musiał się roześmiać.

 

-  Wierz mi, kochanie, należało mu się. Pewnego dnia zoba-

R

 S

background image

czyłem jego zdjęcie w gazecie. 

-  Co zrobił? 
- Bardziej  mnie  interesowało,  ile  dostał.  Paragrafy  sześć  i 

osiem według stanowych przepisów.

 

Lance  począł  kreślić  kółka  na  jej  plecach.  Westchnęła  i 

ziewnęła.

 

-  Dlaczego mi o tym mówisz? - Bez powodzenia walczyła z 

sennością. 

-  Nie  wiem  dokładnie.  Może  dlatego,  że  czuję  się  tak  do-

brze... Doszedłem swoich praw... kiedy o tym przeczytałem, może 
chciałem  się  tym  podzielić.  On  szydził,  że  jestem  bękartem,  na-
śmiewał się z mojego imienia. Zazdrościłem  mu normalnej ro-
dziny.  W  głębi  duszy  uważałem,  że  to,  co  mówił  o  mnie,  było 
prawdą.  Oczywiście  byłem  za  młody,  żeby  zauważyć,  że  nie 
wszystko w jego rodzinie układało się doskonale. 

Objęła  go  mocno,  myślała,  że  umrze  z  miłości.  Mogła  wy-

obrazić sobie miniaturkę Lance'a - zaciśnięte szczęki, wyprostowa-
ny, dumny i cierpiący. Teraz wiedziała, dlaczego stworzenie dosko-
nałej  rodziny  było  dla  niego  aż  tak  ważne  -  w  dorosłym  życiu 
chciał tego, czego nie zaznał w dzieciństwie.

 

-  Dziękuję - szepnęła. 
-  Za co? 
-  Za danie mi jeszcze jednej rzeczy do kochania w tobie. Za 

to, że mi tak bardzo ufasz, że mi o tym mówisz. 

Lance spojrzał w jej senne, szczęśliwe oczy. Zdał sobie spra-

wę, że nie rozmawiał o tym z nikim przedtem, nawet z matką. „To 
się zdarzyło dawno temu - powiedział sobie. - Nie ma sprawy." A 
jednak była.

 

R

 S

background image

Już nie. Mówiąc, dzieląc uczucia z Madi, odkupił mającą swe 

źródła w przeszłości zdolność do zadawania bólu.

 

Uśmiech znikł z jego twarzy, gdy uświadomił sobie, że ona w 

gruncie rzeczy nie była jeszcze gotowa, by mu zaufać.

 

-  Odpocznijmy trochę. 
-  Nie chcę... - Zasnęła, nie dokończywszy zdania. 
Oczekiwana  namiętność  nadeszła  później.  Wybuchła.  Lance 

obudził  ją  pocałunkami,  obsypał  nimi  całe  zaspane  ciało.  Ucałował 
wstydliwie skrywane miejsca.

 

Jak  we  śnie  wirowali  w  ekstazie  narastającej  z  każdą 

pieszczotą języka, ręki, aż w końcu, wyczerpani, i nasyceni zasnę-
li.

 

Słońce  wyglądało  zza  horyzontu,  gdy  Madi  się  obudzi-

ła.„Ranek"  -  pomyślała,  wpadając  w  panikę.  Nie  była  gotowa  na 
nowy  dzień,  nie  była  gotowa  na  koniec  poprzedniego.  Jeszcze 
nie.

 

Ostrożnie,  aby  nie  obudzić  Lance'a,  wyśliznęła  się  z  łóżka, 

zakrzątnęła  po  domu,  zaciągając  wszystkie  żaluzje.  Jeśli  nie  wi-
działa słońca, to nowy dzień nie istniał. Mogła jeszcze udawać.

 

W ostatnim momencie przypomniała sobie o wyłączeniu ze-

gara  w  kuchni,  unieruchomieniu  budzika.  Zegarek  Lance'a  włożyła 
pod  materac.  Teraz  kilka  godzin  dłużej  mogła  wierzyć  w  wieczną 
szczęśliwość.

 

Tym razem ona obudziła go śmiałymi pocałunkami, dotknię-

ciami  i  muśnięciami,  mającymi  podniecić  i  rozpalić.  Tak  się  stało. 
Płacząc z rozkoszy, uczyniła go swoim.

 

R

 S

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Coś połaskotało go w policzek. Bez otwierania oczu wiedział, że 

to Madi. Usłyszał cichy, kobiecy śmiech.

 

Lance patrzył na nią spod przymkniętych powiek. Opierała się 

na łokciu. Włosy opadały, zwijając się w jedwabiste loki, sen złago-
dził rysy twarzy. Spoglądała radosnym wzrokiem. Była najpiękniej-
szą kobietą, jaką kiedykolwiek widział.

 

Uśmiechnął się, leniwie otworzył oczy.

 

-  Co masz taką zaskoczoną minę? Chwyciła piórko, które 

wypadło z poduszki. 

-  Nieprawdaż? 
-  I na pewno zbyt kuszącą. Zacisnęła usta przekomarzając 

się. 

-  Jak mogę być zbyt kusząca? 
Przysunął się i pocałował ją. Jej usta były ciepłe, gotowe. Chwila 

przeciągała się. Odsunął się od niej i jęknął.

 

-  No, tak, zniszczyłaś mnie, kobieto. Jeśli szybko nie dostanę cze-

goś do jedzenia i kawy, mogę umrzeć w tym łóżku, a ty ściągniesz sobie 
na głowę nie lada kłopot 

-  Stowarzyszenie też na tym ucierpi. - Przeciągnęła piórkiem 

po jego policzku. - Już widzę nagłówki w gazetach: „Dyrektor sto-
warzyszenia charytatywnego umiera z wyczerpania w łóżku skarb-
nika". -  Spojrzała  figlarnie. -To by naprawdę przysporzyło popu-
larności. 

Przygarnął ją.

 

- Wierzę w to, ale we wszystkim musi istnieć rozsądna grani-

R

 S

background image

ca.

 

Wierciła się. 
- Wyznacz  ją  gdzie  indziej,  kiedy  indziej.-Mrugała 

szybko. - Do bólu, Alexander. 

Roześmiał  się,  dał  jej  kilka  klapsów.  Usiadł,  ziewając  i 

przeciągając się. 

-  To już boli, Hollywood. Madi przewróciła się na ple-

cy. 

-  Zapominam, że jesteś starszym człowiekiem. Spioru-

nował ją wzrokiem. 

- Nie  byłbym  taki  pochopny  w  opiniach.  Nie widzę,  że-

byś fikała koziołki. 

Wstała śmiejąc się. 
- Chciałbyś? Powiedz tylko, jakiego rodzaju... 

Wstrzymała oddech. Nie przyzwyczajone do wysiłku mięśnie 
protestowały. 

- O co zamierzałaś zapytać, smarkaczu? 

Pojękiwała. 

-  W  lodówce  na  pewno  jest  coś  do  jedzenia...  i  jakieś 

okłady w apteczce. 

-  Nie  powinienem  ci  współczuć,  ale  ponieważ  wiem, 

jak do tego doszło... -Uśmiechnął się, widząc jej poirytowane 
spojrzenie. - Chodźmy gdzieś. Zamówimy więcej do jedzenia, 
niż  mogłaby  zjeść  cała  armia.  Nawet  zapłacę.  -  Popatrzył  na 
jej nadgarstek, zmarszczył brwi. - A w ogóle, która godzina? 

-  Godzina?  -  Muskała  jego  kark.  -  To  nieistotne.  Po-

wiem ci tylko, że jest ranek. 

-  Madi, czy widzę słońce przenikające przez żaluzje? 

R

 S

background image

-  Nie, to księżyc. Duży, jasny księżyc w pełni. 
-  Dobra,  Hollywood,  ale  myślę,  że  powinienem  znać 

zasady gry, w którą gramy. 

-  Jak przystało na inteligentnego chłopca, sam powinie-

neś się domyślić. 

Roześmiał się i potarł nosem o jej szyję. 
-  Gdzie jest mój zegarek, czarownico? 
-  Twój  zegarek  jest  bezpieczny.  -  Westchnęła,  gdy  ca-

łował jej ucho. - Chyba, że to jakiś nieprzyzwoicie drogi eg-
zemplarz, w tym wypadku mogłabym go zatrzymać. 

- Jest ranek, Muldoon, a ja pragnę naleśników. 

Ucałowała go, wyzwoliła się z jego ramion. Za 

chwilę stała już przy łóżku, ubrana w jedwabny szlafrok. 

Pogroziła mu palcem. 

- Zasada numer jeden, Lance. Nie jest rano. - Za 

trzymała się przy drzwiach, patrząc przymilnie przez 
ramię. - Za pięć minut w kuchni. 

Pięć  minut  później  Lance  znalazł  ją,  wpatrującą  się  w 

zawartość lodówki. Rozejrzał się po kuchni i znowu popatrzył 
na  nią.  Gdy  wyszła  z  sypialni,  odzyskał  zdolność  logicznego 
myślenia  i  uświadomił  sobie,  jak  nazywała  się  ich  gra.  Wie-
czorem zawładnęła nim -  ale tylko na tę noc. Przyrzekła  mu, 
co  ważniejsze,  przysięgła  sobie,  że  ze  wschodem  słońca 
wszystko się skończy. 

Nie  zdawała sobie  sprawy, że po tej  wspólnie  spędzonej 

nocy nie mogli się wycofać. 

Oparł się o futrynę drzwi, przez moment rozkoszując się 

widokiem  jej  kształtów  uwypuklonych  przez  miękkość jedwa-

R

 S

background image

biu. Przypomniał sobie jej ciało w swoich rękach, przełknął głośno 
ślinę.   

Usłyszawszy to, Madi wyprostowała się i zamknęła  drzwi 

lodówki.

 

-  Nie ma składników na naleśniki. Mam owoce. 
-  Nie możemy wyjść z domu albo zamówić czegoś? 
-  Zasada numer dwa. 
-  I trzy. - Podniósł głowę. - Nie sądzisz, że to trochę nie-

praktyczne, Madi? 

Odetchnęła głośno.

 

-  Nic  takiego.  Nazywam  to  manipulowaniem  moim  oto-

czeniem. 

-  Jesteś córką swojej matki. 
Patrzyła na niego dłuższą chwilę, niezbyt zachwycona  kom-

plementem.

 

-  Co przez to rozumiesz? 
-  Powiedziałaś mi, że twoja matka miała talent do dramaty-

zowania, ale i manipulowania prawdą. -Podszedł do niej. - Myślę, 
że obie te cechy można tutaj odnaleźć. 

-  Hmm, może masz rację -mruknęła. -Ale wiesz co? 

-  Co? 
Uniosła głowę i spojrzała mu w oczy.

 

-  Nie chcę rozmawiać o mojej matce. 
-  Nie? 
-  Nie. - Położyła ręce na jego piersi. - Właściwie wcale nie 

chcę rozmawiać. 

Nie rozmawiali.

 

R

 S

background image

W końcu ich śniadanie składało się z owoców kupionych 

przez Madi w piątkowy ranek. Było ich o wiele więcej niż była 
w stanie zjeść sama, ale wyglądały tak pięknie na straganie, że nie 
mogła oprzeć się pokusie i wzięła więcej.

 

Karmili się dojrzałymi, soczystymi owocami, a sok spły-

wał  im  po  ustach  i  rękach.  Później  wykąpali  się  razem,  najpierw 
wędrując po sobie językami, później gąbkami, rozgrzani namiętno-
ścią, wychlapali wodę z wanny.

 

Kilka  godzin  potem,  kiedy  światło  zza  żaluzji  przestało 

wpadać do domu i zrobiło się zupełnie ciemno, usiedli na podło-
dze pokoju gościnnego, oglądając stary film w telewizji i pogryza-
jąc prażoną kukurydzę.

 

- Dlaczego powiedziałaś mi o tych dwóch facetach, Madi?

 

Odchyliła głowę do tyłu, zaskoczona jego pytaniem.

 

-  Dlaczego pytasz? 
-  Nie wiem. 
Bawił się jej włosami.

 

- Nigdy się nie zwierzałam. - Wyrzuciwszy z siebie te słowa, 

poczuła ucisk w żołądku. Odsunęła kukurydzę i usiadła. Lance'owi 
pozwoliła zbliżyć się bardziej niż innym, a chciała, żeby był jeszcze 
bliżej. - Max był plażowym podrywaczem - powiedziała, nie pa-
trząc  na  niego.  -  Trochę  był  ratownikiem,  ale  głównie  pływał  na 
desce. Lubiłam go, był zabawny.

 

Pogłaskał ją po ramieniu.

 

-  Co się wydarzyło? 
-  Właściwie nic. Skończyło się. Nie kochałam go. 
-  A ten drugi facet? 
-  Artysta.  Był  wariatem.  Nieodpowiedzialnym  i  bez-

R

 S

background image

czelnym. - Zaśmiała się cicho. - Moja matka nienawidziła jego i 
innych poetów,  artystów  i przystojniaków  z plaży,  z  którymi  się 
umawiałam.  Oceniała  mężczyzn  na  podstawie  ich  możliwości, 
zdolności opiekowania się kobietą, zapewnienia jej dobrobytu ma-
terialnego. - Spotkała jego wzrok. - Jakie miałeś kobiety? 

-  Nie miałem żadnych. - Roześmiał się, widząc sceptycyzm 

w jej oczach. - Były kobiety, ale nie było związków. Nie miałem 
czasu. 

-  Byłeś zbyt zajęty dorabianiem się. 
-  Tak. 
-  Moja matka lubiłaby cię. Bardzo. 
-  To nie fair. 
Madi podciągnęła kolana pod brodę.

 

- Dlaczego? 

Lance jęknął.

 

-  Nie ma nic złego w ciężkiej pracy, w opiekowaniu się oso-

bami najbardziej kochanymi, w dążeniu do tego, aby rodzinie było 
jak najlepiej. 

-  Z wykluczeniem rodziny? Z wykluczeniem potrzeb  emo-

cjonalnych? 

-  Mężczyzna sukcesu nie jest podobny do twojego ojca. 
-  Nigdy tak nie mówiłam. 
Lance  wiedział,  że  powinien  zostawić  tę  rozmowę  na  inną 

okazję, ale nie dawało mu to spokoju.

 

- Nie, ale cały czas z tym żyjesz.

 

-  To żałosne. - Obrzuciła go lodowatym spojrzeniem. 
-  Czyżby? - Patrzył na nią w ten sam sposób. -Twoja matka 

ocenia mężczyzn po umiejętności robienia pieniędzy. A jak ty oce-

R

 S

background image

niasz mężczyzn, Madi? 

-  Nie oceniam ich. 
-  Bzdura. Zwracasz uwagę na to, na ile są różni od tych, któ-

rych poślubiała twoja matka. 

Próbowała wstać, ale powstrzymał ją.

 

- Więcej,  unikasz  związków  i  trzymasz  ludzi  na  dystans,  bo 

boisz się, że cię ktoś zrani w ten sam sposób, w jaki dotknął cię je-
dyny mężczyzna, którego kochałaś.

 

Wyrwała ramię z uścisku.

 

-  Mówiłam ci, nie kochałam żadnego z tych facetów. 
-  Nie - „tych facetów", miałem na myśli twojego ojca. 
To  było  jak  policzek.  Roztrzęsiona  wstała  i  popatrzyła  na 

niego.

 

- Od  inżynierii  do  psychoanalizy.  To  ci  ewolucja,  panie 

Alexander. Może powinieneś postarać się o licencję, nim rozpocz-
niesz praktykę?

 

Wstał także.

 

-  Udowodnij, że się mylę. 
-  Co? 
-  Spotkaj się ze mną jeszcze raz. 
-  Jesteś szalony. 
-  Nie, to jest szaleństwo, Madi. Ten cały dzień. Udawanie, 

że możemy być razem. Uzgadnianie czegoś, potem ustalanie czegoś 
z samym sobą. Spójrz prawdzie w oczy. My coś do siebie czujemy. 
Kiedy się dotykamy, wszystko płonie. Zrobiła krok do tyłu, ser-
ce waliło jej jak młotem. 

-  Co sugerujesz? 
-  Nie przechytrzymy tego. Widujemy się nadal. 

R

 S

background image

-  Oboje mamy plany, oboje wiemy... 
-  To  niczego nie  zmienia,  moje  plany  mogą  zaczekać. Nie 

ma powodu, dla którego nie moglibyśmy kontynuować tego, co roz-
poczęłaś zeszłej nocy, bez zobowiązań, bez obietnic. 

Poczuła gorzki smak rozczarowania. Co gorsza, uświadomi-

ła sobie, że liczyła na dużo więcej. Twarz zaczęła jej się czerwie-
nić.  Co  sobie  wyobrażała,  że  co  on  jej  da?  Głupawą  deklarację 
nieprzemijającej miłości? Zmrużyła oczy.

 

-  "Widywanie się". Jakiż miły eufemizm dla seksu. 
-  To było coś więcej niż seks. Kiedy dwoje ludzi tak oddaje 

się  sobie,  to  więcej  niż  cielesność,  ale  ty  jesteś  tym  cholernie 
przerażona. 

Do diabła! Miał rację. Wyprostowała się.

 

-  Nie potrzebuję cię teraz, Lance. Ja się nie angażuję. Stanął na-

przeciw niej. 

-  Nie, ty uciekasz. 
- A co z tobą? - Zacisnęła pięści, chciała go uderzyć. - Nawet 

teraz manipulujesz. Konia z rzędem temu, kto wie, czego ty chcesz. 
Nie romansu, nie serdeczności, nie spontaniczności. Jestem zasko-
czona, że nie masz jeszcze jednego idiotycznego testu, który 
zechciałbyś na mnie wypróbować. Jeżeli powiedziałabym „zgoda", 
to zawarlibyśmy układ. Umawiam

 

się z mężczyznami dla rozryw-

ki, bo oni nie boją się powygłupiać od czasu do czasu. Jej słowa 
wyprowadziły go z równowagi.

 

-  Nie  wierzę  w  to  -  powiedział.  -  Ty  także  w  to nie  wie-

rzysz. 

-  To już moja sprawa, w co wierzę - odparła. -Gwiżdżę na 

to, w co ty wierzysz. - Rozluźniła dłonie.  -  Czas,  żebyś  już  po-

R

 S

background image

szedł. 

Lance cofnął się. Pragnęła serdeczności, kwiatów, trochę za-

bawy i szaleństwa. Świadomie czy nie, rzuciła mu rękawiczkę, a on 
zawsze podejmował wyzwanie.

 

-  Dobra,  Hollywood,  twoja  gra,  twoje  reguły.  -Poszedł  do 

drzwi.  Naciskając  na  klamkę,  odwrócił  się.  -  Chcę  brać  w  niej 
udział. 

-  Jaki dzisiaj dzień? 
Madi patrzyła w dół ze swego tarasu. Minęły dwa tygodnie. 

W tym czasie szczęśliwie udawało jej się go unikać. Tylko czy za 
szczęście można uznać dwa tygodnie cichego cierpienia? Uśmiechał 
się,  jak  gdyby  nigdy  nic.  Był  wypoczęty  i  wyglądał  niezwykle 
sexy. Szczur.

 

-  Bez wątpienia wiesz, że mamy niedzielę - odpowiedziała. 
-  Pierwszy dzień tygodnia, zgadza się? 
-  Dla większości ludzi. 
Odwróciła się, chcąc wrócić do środka. Zatrzymał ją, krzy-

cząc: 

 

- List Lancelota HeathclifFa Alexandra na ten tydzień ekspo-

nuje literę „C".

 

- Słucham? 

Uśmiechnął się półgębkiem.

 

-  Powiedziałem,  że  list  Lancelota  Heathcliffa  Alexandra-

na... 

-  Słyszałam.  -  Zdezorientowana  pokręciła  głową.  -  Co  to 

znaczy? 

-  Dowiesz się. 

R

 S

background image

Śmiejąc się wszedł do siebie.

 

- Lance, jesteś pijany?

 

Zatrzymał się i popatrzył na nią znacząco.

 

- Taak, może. Do zobaczenie niedługo.

 

Jeśli  mogłaby  tylko  coś  na  to  poradzić...  Przez chwilę roz-

glądała się po pustym tarasie, po czym weszła do środka. Wściekła, 
splotła ręce na piersi. Jeżeli myślał, że jedna żałosna zagadka była w 
stanie naprawić wszystko, że dzięki niej mogła zmienić zdanie...

 

Dzwonek  do  drzwi  przerwał  jej  milczącą  tyradę.  Obiecując 

sobie,  że  nie  pozwoli  mu  przekroczyć  progu,  skierowała  się  do 
drzwi.

 

Nie było nikogo, na wycieraczce stał kosz z owocami. Pochy-

lając się przejrzała zawartość - czarne jagody, cytryny, czereśnie i 
czarne porzeczki. Na karteczce było napisane: „Baw się cudownie. 
Smacznego. Lance".

 

Powtarzała  sobie,  że  nie  jest  oczarowana,  że  przejrzała  jego 

zamiary i to mu się po prostu nie uda. Głupawa zagadka poprzedza-
jąca  smakowity  prezent  nie

 

zatrze  poprzedniego  wrażenia.  Lance 

Alexander był nieodpowiednim dla niej mężczyzną.

 

Od  soboty  złożone  sobie  obietnice  brzmiały  głupiej  niż  za-

gadka Lance'a. Rozejrzała się po swojej małej kuchni. Prezenty na 
literę „C" nadchodziły przez cały tydzień. W środę był to nieprzy-
zwoicie drogi cabernet, w czwartek wielkie pudło czekoladek.

 

Podrapała się po głowie. W kuchennym bałaganie poniewierał 

się ponad kilogram chałwy, czapka ozdobiona piórkami czyżyka. A 
co  zrobić  z  wzorzystą  chustą  i  ponad  pół  kilogramem  chmielowych 
szyszek?

 

Z dnia na dzień miękła. A jeśli on oferuje jej romans, zabawę 

R

 S

background image

i spontaniczność, o jakiej mu mówiła? A jeśli kocha go tak bardzo, 
że  serce  o  mało  nie  wyskoczy  jej  z  piersi  na  dźwięk  dzwonka  u 
drzwi? A jeśli boi się, że nie może żyć bez niego?

 

Dlatego  właśnie  musiała  wytrwać  w  postanowieniach.  Czyż 

nie  widziała  już  powtarzającej się  w  kółko  katastrofy  małżeństwa? 
Czy nie wie, że gdy chodzi o miłość, kobiety dokonują koszmarnych 
wyborów?  Wyborów  zabijających  ducha  i  kradnących  młodość? 
Czyż  nie  przysięgła  sobie,  że  nigdy  nie  pozwoli,  aby  coś  takiego 
przydarzyło się jej?

 

Teraz była bliska zrobienia życiowego błędu, czuła to.

 

Dzwonek jej nie zaskoczył. To nie był Lance. Goniec trzymał 

w  rękach  pudło  z  kwiaciarni.  Podziękowała  mu, zamknęła  drzwi  i 
wpatrywała się w nie, zastanawiając się nad zawartością. Róże? Nie, 
chyba że czerwone. Cyklameny?

 

Zdjęła  pokrywę  i  oniemiała.  Sześć  pięknych,  lśniących 

czaplich piór. 

Madi wzięła jedno i przeciągnęła nim po ramieniu. Sze-

leściło  zmysłowo.  Zamknęła  oczy.  „On  jest  szalony.  Cudow-
nie, rozkosznie  chory na umyśle.  A ja  go  kocham,  umieram  z 
miłości." 

Może  Lance  ma  rację?  Może  powinna  przestać  się  przed 

tym  bronić?  Mogli  mieć romans.  Pod  koniec roku  ona  wyjedzie 
do  Kolorado,  on  będzie  kontynuował  poszukiwania  doskonałej 
żony. Nikt nie będzie zraniony. 

To  kłamstwo  było  zbyt  ohydne.  Oczy  Madi  wypełniły 

się  łzami.  Już  była  zraniona.  Nie  przypuszczała,  że  może  być 
zraniona,  że  może  do tego dopuścić. Nie  miała  nic  do  stracenia, 
już straciła serce. 

R

 S

background image

Przeszła  przez  korytarz,  podeszła  do  drzwi  Lance'a.  Nie 

odpowiadał  na  pukanie,  więc  nacisnęła  klamkę.  Weszła  do 
środka. Z kuchni dochodziła muzyka, skierowała się tam. 

- Lance, to ja. 
Stał  przy  szafce,  śpiewając  z radiem.  Miał  całkiem  miły 

głos. W kuchni panował wielki rozgardiasz, a Lance był upa-
prany w mące. Miał ją we włosach, na policzkach, nosie i łok-
ciach.  Z  trudem  zachowała  powagę.  „Dlaczego  on  musi  być 
taki pocieszny?" 

Splotła ręce na piersi. 
- Czy mógłbyś powiedzieć mi, co robisz? 

Uniósł głowę, zaskoczony, po chwili uśmiechnął się półgęb-
kiem. 

- Cześć, Cudowna. 
Tym razem z wielkim trudem zachowała powagę. 
-  Lance,  daj  spokój  z  tym  nonsensem  na  literę  „C".  Nie 

przysyłaj mi już prezentów, słyszysz? 

-  Och, Cudowna. -  Zaczął  się wisielczo uśmiechać.  -  Nie 

jesteś przecież obrażona? 

-  Chcę,  żebyś  mi  obiecał,  że  nie  będzie  więcej  prezentów 

na „C" i słów na „C". Mam nadzieję, że wyraziłam się  „cudow-
nie czytelnie". 

Lance wzruszył ramionami, dalej spokojnie krojąc grzyby.

 

- Twoja strata.

 

Madi powiedziała sobie, że nie spyta, bo to ją nie ciekawi, bo on 

znowu nią manipuluje. Jednak zapytała:

 

-  Co za strata? 
-  Mniejsza o to. - Nie patrzył na nią. - To wszystko, co masz 

R

 S

background image

mi do powiedzenia? Teraz, jeśli mogłabyś stąd wyjść... 

Nie mogła. Przez ostatni tydzień wykazał się irytującą prze-

biegłością, chciał z nią pogadać. W tej chwili stała tutaj... marnu-
jąc czas.

 

-  Nie masz zamiaru niczego ułatwiać, prawda? 
-  Podążając twoim siadem. 
Zirytowała się. Znowu jego było na wierzchu.

 

-  Dobra. Możemy się widywać. Żadnych obietnic, żadnych zo-

bowiązali. Tak jak chciałeś tamtej nocy. 

-  No,  prawie,  Hollywood.  Teraz  chcę  serdeczności  i  kwia-

tów. - Patrzył jej prosto w  oczy. -  I nie chcę,  żeby  to  było  jak 
umowa. 

Była oszołomiona. Sprawy skomplikowały się bardziej, niż 

oczekiwała.  Już  chciała  obiecać  mu  wszystko.  Walczyła  z  drże-
niem głosu.

 

- Ja  ciebie  chcę,  Lance.  To  nie  układ.  Nie  tylko,  po  prostu... 

seks. Chodzi o to, co do siebie czujemy. –Głos jej się załamał. - Było 
mi ciężko po ostatniej kłótni.

 

Lance odłożył nóż i zbliżył się do niej. Ujął jej twarz w dłonie, 

poczuła mdły zapach mąki. Zastanawiała się, czy będzie jeszcze kiedy-
kolwiek w stanie ugotować coś, nie rozmyślając o Lansie i tym wie-
czorze.

 

-  Jeśli chcesz coś dodać, zrób to teraz, bo za moment udu-

szę cię pocałunkiem. 

-  Moment to za długo - szeptała, przytulając się do niego. 
Jego usta były ciepłe, rozchylone, napawała się ich smakiem, 

kształtem. Jego zapach. Przytuliła się do niego. Roześmiała się, muska-
jąc nosem jego policzek.

 

R

 S

background image

-  Lance? 
-  Hmmm... 
Powiódł rękami po plecach, niżej, niżej, aż do pośladków. Nie 

ukrywał podniecenia. Poczuła, że bardzo go pożąda. Teraz.

 

-  Jaki będzie mój prezent na „C"? 
-  Myślałem, że mówiłaś... 
-  Zapomnij, o czym mówiłam. 
-  Ciastko - szepnął. 
Śmiała się, wyciągając szyję, aż znalazł jej oszalały puls.

 

-  Rekwiruję. Chcę mój prezent. 
-  Uhmm. 

Wziął ją na ręce i zaniósł do sypialni.

 

- Mam dla ciebie lepszy podarunek. – Zatrzasnął nogą drzwi. 

- Ciało.

 

R

 S

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Lance dał jej jeszcze jeden prezent na „C". Ciążę. Przyglądała 

się  sobie  w  lustrze,  kładąc  ręce  na  brzuchu.  To  nie  mogła  być 
prawda,  a  jednak.  Madison  Muldoon,  lat  trzydzieści,  niezamężna, 
była od sześciu tygodni w ciąży.

 

Odwróciła  się  bokiem,  badając  odbicie.  Nie  wyglądała,  ale 

czuła się inaczej. Bardziej kobieca, dojrzała. Dobry Boże, czuła się sexy! 
Kto by pomyślał, że to możliwe?

 

Wszystkie  znane  jej  kobiety  źle  znosiły  pierwszy  trymestr. 

Tymczasem ona... Ach, gdyby był tutaj Lance, tuląc ją, szepcząc 
słowa otuchy, jak każdy przyszły ojciec.

 

Lance...

 

Nogi ugięły się pod nią. Przeszła do sypialni i usiadła na 

łóżku. Ostatnie cztery tygodnie były wspaniałe. Rozmawiali, śmiali 
się i kochali. Chodzili na patrole, spacerowali po plaży, pracowali z 
ochotnikami nad przygotowaniami do następnej imprezy. Wtajem-
niczył ją nawet w niektóre sprawy biurowe.

 

Mieli  niepisane  porozumienie  -  nigdy  nie  dyskutowali  o  ich 

związku  i  wspólnej  przyszłości.  Przecież  wcześniej  zdecydowali, 
że nie będą razem.

 

Zaszła zmiana, teraz przyszłość, jej przyszłość była tutaj. Nie 

mogła  kręcić, udawać. Musiała podjąć  decyzję,  musiała  mu  po-
wiedzieć.

 

Jak to zrobić?

 

Położyła się na plecach. W głowie miała pustkę.

 

148

 

R

 S

background image

Musiała natychmiast zdecydować, Lance będzie tutaj za mi-

nutę.

 

Zacisnęła powieki. Potrzebowała więcej czasu. Potrzebowa-

ła spokoju... Potrzebowała Lance'a. Ścisnęło ją w gardle. „To nie 
czas na łzy" - powiedziała sobie, zaciskając pięści, aż paznokcie 
wpiły się w dłonie. Po wyjściu Lance'a będzie mogła się rozkleić. 
Teraz musi być silna.

 

Rozprostowała palce i położyła je na swym ciągle jeszcze pła-

skim brzuchu. Słyszała wewnętrzny głos nakazujący ukrycie praw-
dy. Nie zrobi tego. Nie mogłaby. To nie byłoby fair, nie byłoby w 
porządku. Nie była tchórzem.

 

Tak, po prostu powie mu i już.

 

A co on powie...? Zmarszczyła czoło. Czego oczekiwała? Ro-

ześmiała  się  histerycznie.  Pragnęła  obietnicy  wiecznej  miłości, 
wiecznego szczęścia. Chciała niemożliwego.

 

Usiadła, wytarła łzy z policzków. Nosiła w sobie dziecko. Jej 

dziecko.  Nowe  życie.  Znowu  dotknęła  brzucha,  uśmiechając  się 
kącikami ust. Czyż nie tęskniła  do  macierzyństwa?  Czyż  jej  po-
stanowienie  dotyczące  niewychodzenia  za  mąż  nie  było  jedynie 
powstrzymującą  ją  okolicznością?  Myślała,  że  nigdy  tego  nie  do-
świadczy, nie dozna tej radości.

 

Uśmiechnęła  się.  Podoła  temu.  Była  niezależna,  miała 

oszczędności i dobry zawód. Pomimo żałosnej wpadki, była odpo-
wiedzialna, dojrzała.

 

Teraz mogła mieć wszystko.

 

Przestała się śmiać. Nie będzie miała Lance'a. Nigdy nie po-

zna uczucia kochania kogoś i bycia kochaną. Nigdy nie będzie chwi-
li, gdy mężczyzna i kobieta, ojciec i matka widzą pierwszy krok 

R

 S

background image

swego dziecka albo słyszą pierwsze wypowiadane słowo.

 

Łzy powróciły. Znowu z nimi walczyła. Nawet jeśli spróbowa-

łaby uwierzyć w szczęście, przekonać się do małżeństwa, to prze-
cież nie mogła być z Lan-ce'em. On nie wierzył w miłość. Mówił 
jej o tym.

 

Zadzwonił  dzwonek  obwieszczający  jego  przybycie.  Wstała, 

poprawiając białą koszulę i przygładzając ręką włosy.

 

Nie miała czasu, aby odświeżyć twarz zimną wodą, nałożyć 

na policzki trochę różu.

 

Rzuciła  okiem  na  swe  odbicie  w  lustrze.  Jej  dziecko  -  ich 

dziecko - zasługuje na więcej niż na ojca oszalałego na tle pracy, 
nigdy nie będącego z nimi.

 

Dzwonek  odezwał  się  po  raz  drugi.  Wyprostowawszy  się, 

Madi ruszyła do drzwi. Powie Lance'owi o dziecku i potem się 
rozstaną.

 

Na  jego  widok  postanowienia  poczynione  przed  lustrem  w 

sypialni nie miały tej samej mocy. Przyniósł jej kwiaty. Małe, pur-
purowe, o atłasowych listkach i niebiańskim zapachu. Powąchała je, 
starając się jakoś zyskać na czasie.

 

Obserwowała,  jak  zdejmuje  marynarkę,  rozluźnia  krawat 

Świetnie wyglądał w szarym, ten kolor bardzo pasował do szpakowa-
tych włosów i zielonych oczu. Kiedyś uważała jego styl ubierania się 
za konserwatywny, teraz zaakceptowała go. Mężczyzna w każdym calu.

 

- Madi?

 

-  Przepraszam, co takiego? - Ocknęła się. 
-  Pytałem, jaki miałaś dzień? 
Przyglądała  mu  się  zmieszana.  Już  w i e d z i a ł ?   Może 

ktoś widział ją u lekarza? Przełknęła ślinę. 

R

 S

background image

-  Co masz na myśli? 
-  Czy miałaś udany dzień. Czy wszystko poszło dobrze, 

bez większych zmartwień albo diabła wartych problemików. - 
Roześmiał się. - Jesteś rozdygotana. Czy coś się stało? 

-  Nie, nic się nie stało. Wszystko gra, tylko.... -Szukała 

jakiegoś  rozsądnego  sformułowania.  -Tylko  jeszcze  mnie  nie 
pocałowałeś. 

-  To wszystko? 
Przyciągnął ją do siebie i pocałował gorąco. 
Topniała.  C z y ż b y   o s t a t n i   raz  c a ł o w a ł   ją  w  ten 

sp o s ó b ?  Ogarnęła ją desperacja. Przytuliła się do niego, prze-
dłużając pocałunek. Potem oparła głowę na jego piersi, serce biło 
jak oszalałe, nie potrafiła uspokoić oddechu. 

Głos Lance'a był zachrypnięty. 
- Mógłbym się tak codziennie witać. Musiałaś tęsknić za 

mną. 

Cofnęła się o krok, dygocząc na całym ciele. 
- Włożę kwiaty do wody i zaraz wracam. 

Spokojnie, głęboko oddychała, napełniając wazon. 

„Bez nerwów - powiedziała sobie. - Chłód i kontrola." 
- Myślę, że jest pełny. 
Aż podskoczyła. Nie wiedziała, że poszedł za nią. Wazon 

był przepełniony. Wylała nadmiar wody. 

- Rzeczywiście. Musiałam się zamyślić. 

Zrobił kilka kroków i objął ją.

 

- Może to niedelikatne i, właściwie, nie moja sprawa, ale czy 

nie czas już na ciebie w tym miesiącu?

 

„To jest okazja - powiedziała sobie. - Doskonałe wprowa-

R

 S

background image

dzenie." Otworzyła usta i nie potrafiła wykrztusić słowa. Spróbo-
wała jeszcze raz, znowu bezskutecznie.

 

- Nie  myślałem,  że  tak  łatwo  wprawić  cię  w  zakłopotanie - 

mamrotał, całując ją w czubek głowy.  
Codziennie uczę się ciebie.

 

„Dzisiejsza lekcja będzie znacząca" - pomyślała. 

O mało nie roześmiała się histerycznie. 

 

-  Jadłeś coś? 
-  Uhm. -Ukąsił ją pieszczotliwie w szyję. -Małe co nieco z 

Dickersonem. - Słyszała śmiech w jego głosie. - Nawet nalegał na 
wypisanie czeku. Jest bardzo zadowolony z postępu prac na budo-
wie. 

Przytuliła  się  do  niego,  myśli  o  dzieciach  i  pożegnaniach 

gdzieś się ulotniły.

 

-  Taka jestem szczęśliwa, Lance. 
-  Ja też. - Muskał nosem jej włosy. - Miałem do tego ostat-

nio wiele powodów. 

Ścisnęło ją w dołku. Czy pod koniec wieczoru będzie w sta-

nie to powtórzyć?

 

-  Lance, ja... 
-  Zatańcz ze mną, Madi. 
Porwał ją z kuchni do pokoju. Opierała się.

 

-  Nie, Lance, musimy porozmawiać. 
-  Za dużo mówisz. 
-  To poważne. 
-  To  także.  -  Włączył  spokojną,  bluesową  piosenkę.  -  Nie 

lubiłem tańczyć, zanim cię spotkałem. Uważałem, że to frywolne i 
nudne. - Przyciągnął ją do siebie. Poruszali się w takt  muzyki. - 

R

 S

background image

Chcę  tańczyć  z  tobą.  Chcę  cię  mocno  przytulać  i  wolno  prze-
stępować z nogi na nogę. - Dotykał jej włosów. -Wtedy twoje serce 
bije przy moim. Chcę szeptać erotyczne, obrzydliwe obietnice. 

Nogi jej zdrętwiały, przywarła do niego.

 

-  A potem? 
-  Potem... - Okręcił ją wolno. - Potem chcę je wprowadzać 

w życie. 

Zamknęła  oczy,  mając  wrażenie,  że  za  chwilę  zemdleje  z 

pożądania. Czy byłoby aż tak źle ukryć prawdę jeszcze przez mo-
ment? Czy to źle być z nim ostatni raz?

 

-  Powiedz mi, co zamierzasz zrobić? 
-  Lepiej to zrobię. - Pochylił głowę do jej ust -Pokażę ci. 
Stało się.

 

Gdy  później  Madi  wyśliznęła  się  z  łóżka  i  zaczęła  ubierać, 

usłyszała westchnienie Lance'a.

 

-  Sugerujesz, że powinniśmy zabrać się do pracy. 
-  Do pracy? 
-  Wspominałaś coś o polowaniu. 
Zupełnie  zapomniała!  Madi  pokręciła  głową,  wkładając 

bluzę.

 

-  Faktycznie. Kartka leży w kuchni. 
-  Co się dzieje, Madi? Nie jesteś sobą. 
-  Musimy  porozmawiać.  -  Próbowała  nie  odwracać 

wzroku. - Jednak nie tutaj. 

-  Dlaczego nie? - zapytał łagodnie. - Bardzo dobrze się 

tu porozumiewamy. 

-  Nie.  -  Pokręciła  głową,  rękę  instynktownie  położyła 

na  brzuchu.  -  Myślę,  że  będziesz  szczęśliwszy,  jeśli  nie  tu. 

R

 S

background image

Zrobię kawę. 

Odwróciła się i wyszła. 
Światło w kuchni było jasne, nawet rażące. Takie światło 

obnażało  wszystko,  przy  nim  rozmawiało  się  szczerze,  przy 
nim mówiło się „do widzenia". 

Madi  wyjęła  z  szafki  dwa  kubki.  Zrobiła  mocną  kawę, 

dopiero  w  ostatniej  chwili  przypomniawszy  sobie,  że  teraz 
może pić tylko bezkofeinową. 

Podała kubek Lance'owi. Nie miała ochoty na kawę. 
Patrzyli sobie w oczy. Był zaciekawiony. 
-  Słucham... - zagaił, splatając ręce na piersi. 
-  Tak...  -  Pocierała  suchymi  dłońmi  o  biodra.  -Nie  je-

stem pewna, jak zacząć. 

-  Po prostu zacznij. 
Podążając za jego radą, głęboko nabrała powietrza w płu-

ca i rozpoczęła: 

- Nigdy nie chciałam być matką, nigdy nie chciałam mieć 

dziecka,  nigdy  się  dziećmi  specjalnie  nie  przejmowałam.  Nie 
dlatego, że ich nie lubiłam, uważałam, że są milutkie i w ogó-
le...  Po  prostu  myślałam,  że  nie  mam  instynktu  macierzyń-
skiego.  Wtedy  Tina  urodziła  Morgan.  -  Madi  podeszła  do 
szklanych, rozsuwanych drzwi i wpatrywała się w ocean. 
Księżyc  do  połowy  zasłaniały  chmury,  plażę  i  wodę  skrywał 
mrok.  Ciągle  odwrócona,  kontynuowała:  -  Czy  kiedykolwiek 
trzymałeś na rękach noworodka, Lance? One są takie mięciutkie i 
małe... Tak przyjemnie pachną. - Uśmiechała się, ale czuła, że łzy 
płyną jej do oczu. - Mają dziesięć paluszków u rączek i dziesięć u 
nóżek.  -  Stanęła  twarzą  do  niego  i wyciągnęła ręce. - Paznokcie 

R

 S

background image

doskonałego kształtu, tak delikatne, że aż przezroczyste.

 

Lance siedział bez ruchu, podążał za nią wzrokiem. Słuchał 

jej uważnie, starając się dociec, o co chodzi, wychwycić każdy niu-
ans, wyczuć niebezpieczeństwo.

 

Odetchnęła głęboko.

 

-  Nagle  doznałam  tego  nowego  uczucia...  tej  tęsknoty.  Za-

częłam  miewać  kłopoty  ze  snem.  Zaczęłam  kwestionować  swoje 
decyzje  i  walczyć  z  jakimś  niezadowoleniem  z  życia.  -  Załamała 
ręce. - Zapierałam się prawd życiowych, walczyłam z nimi. W 
głębi serca cierpiałam, myśląc, że nigdy nie będę miała dziecka. 

-  Co mi opowiadasz? 
-  Lance, spodziewam się dziecka. 
Zastygł  w  osłupieniu.  Na  twarzy  malował  się  szok  i  niedo-

wierzanie.

 

Po policzkach Madi popłynęły łzy, nie miała dłużej siły ich 

powstrzymywać.

 

- Nie zaszłam w ciążę celowo. Musisz w to uwierzyć. Prawdę 

mówiąc,  w  pierwszej  chwili  byłam  zszokowana  i  przerażona.  - 
Odwróciła się do niego, nie dbając o to, że zobaczy ją płaczącą. - 
Teraz jestem zachwycona. Nie myślałam, że mnie to spotka. Myśla-
łam, że przejdę przez życie, nie doświadczając niczego. Mam nadzie-
ję, że ty też możesz być szczęśliwy z tego powodu.

 

- Jesteś  w  ciąży.  -  Pokręcił  głową.  -  Mówisz,  że  będziesz 

miała dziecko? Moje dziecko.

 

-Tak.

 

- Jak to się stało?

 

Uśmiechnęła  się  na  wspomnienie  miny  ginekologa,  kiedy 

zadała mu to samo pytanie.

 

R

 S

background image

- Widocznie  mam  owulację  dwa  razy  w  miesiącu.  Lekarz 

powiedział,  że  to  nie  takie  niezwykłe,  jakby  się  wydawało.  -  Po-
liczki jej zapłonęły. – Nigdy nie miewałam problemów, ponieważ 
nigdy... Rozumiesz, sypianie z kimś. Nigdy nie byłam z nikim tak 
długo i intensywnie jak z tobą.

 

Lance przełknął ślinę. Był ciągle zdumiony.

 

- Nie jestem pewien, do czego zmierzasz. 

Poczuła się urażona do żywego. Nie stać go było

 

nawet na udawa-

nie zadowolenia.

 

-  Niczego od ciebie nie chcę, jeśli się o to kłopoczesz. Z po-

czątku nawet nie zamierzałam ci mówić, ale doszłam do wniosku, że 
masz  prawo  wiedzieć.  -Uniosła  głowę.  -  Dam  sobie  radę.  Chcę 
sobie sama poradzić. 

-  Mówisz,  że  mam  prawo  wiedzieć,  ale  nic  poza  tym?  - 

Wpatrywał się w nią. - Jestem ojcem. Mam prawo głosu. 

-  Nie. - Potrząsnęła głową. - Mam zamiar urodzić to dziec-

ko,  nie  oddam  go  do  adopcji.  Potrafię  stworzyć  miły,  przytulny 
dom. Bez trudu znajdę pracę. To tylko kwestia dokonania wyboru 
miejsca. Pomyślałam, że byłoby dobrze być blisko Tiny. W ten spo-
sób dziecko będzie blisko rodziny i... 

-  Pobierzemy się. 
-  Co? 
Madi osłupiała.

 

-  Pobierzemy się. Natychmiast. 
-  Nie. 
Nie słuchając jej, zaczął przerzucać papiery w poszukiwaniu 

książki telefonicznej.

 

-  Mój przyjaciel jest sędzią. 

R

 S

background image

-  Nie. Popatrzył na nią. 
-  Nie  rozumiesz,  w  co  się  chcesz  wpakować.  Wychowanie 

dziecka to ciężkie zadanie dla dwojga ludzi, a dla jednego... 

-  Rozumiem, w co się pakuję. Ja chcę tego dziecka, Lance. 

Nie boję się wstawania po nocach, nie jestem bezradną panienką. 
Nie ma potrzeby, żebyś brał sobie na barki taki ciężar. Od wieków 
nie byłam tak szczęśliwa. 

Podszedł  do  niej  energicznie.  Zatrzymał  się  tak  blisko,  że 

mogła dostrzec, jak w złości drgają mu mięśnie.

 

- Ja byłem bękartem, moje dziecko tego nie doświadczy.

 

Serce  jej  drgnęło.  Dlaczego  o  tym  nie  pomyślała?  To  takie 

oczywiste. Usiłowała zachować spokój.

 

- Czasy się zmieniły, Lance. Teraz takie dziecko

 

niczym się 

nie różni, inaczej dotyczyłoby to co najmniej ich połowy.

 

- Chcę tego dziecka.

 

Nie  potrafiła  zapanować  nad  łomotaniem  serca.  Gdybyż  z 

takim samym przekonaniem powiedział, że chce jej...

 

-  Nie wyjdę za ciebie. Objął ją ramionami. 
-  To dziecko jest moje. Mam prawa. Ogarnęła ją panika. 

Dlaczego nie uciekła z miasta, kiedy nadarzała się okazja? Dla-
czego była głupia, myśląc, że to będzie łatwe? 

-  Lance, będziesz miał drugie. - Z trudem wypowiadała sło-

wa. - Masz zamiar znaleźć kobietę, z którą chcesz się ożenić, kobie-
tę pasującą do twojego planu. Ja oblałam egzamin, pamiętasz? 

 

-  Plany mogą się zmieniać, muszą się zmieniać. -Dotykał jej 

ramion. Zniżył głos. - Ja się zmieniłem. 

Zmienił się? Delikatnie masował jej kark i szyję, napięcie w 

mięśniach  powoli  ustępowało.  Tak  łatwo  byłoby  zgodzić  się,  po-

R

 S

background image

zwalając mu zadbać o wszystko. Jej matka zawsze tak robiła.

 

- Nie. - Madi pokręciła głową, cofnęła się o krok, 

uwalniając się z jego objęć. - Nie mogę.

 

Przysunął się do niej.

 

-Boisz  się,  Madi.  To  doskonałe  rozwiązanie,  logiczne.  Dla-

czego chcesz działać w pojedynkę, jeśli możesz mieć pomoc? Prze-
myśl to, a uznasz, że mam rację. Nie bój się. 

 

Otworzyła drzwi na taras, wyszła na dwór zaczerpnąć świe-

żego powietrza. Stopiła się z mrokiem i szumem oceanu. Lance 
stanął w progu, jego sylwetka rzucała długi cień.

 

Spokojnie, głęboko odetchnęła.

 

-  Nie, Lance, to nie wyjdzie. 
-  Co mogłoby cię przekonać? - zapytał, podchodząc do niej. - 

Co mam zrobić, żebyś powiedziała tak? 

Madi zacisnęła powieki. Gdyby ją kochał, postawiłaby na to. 

Z a p o m n i j  o d u m i e ,  Madi M u l d o o n  i  p o w i e d z  
mu. Co masz do s t r a c e n i a ?

 

Otworzyła oczy i spotkała jego wzrok.

 

- Jeśli... - Słowa nie przechodziły jej przez gardło. Spróbo-

wała jeszcze raz, mając wrażenie, że jej serce przestało bić. - Jeśli 
powiedziałbyś...  że  mnie  kochasz.  Jeśli  powiedziałbyś  i...  wtedy 
może mogła bym... byłabym...

 

Tym  razem  odwrócił  się  Lance.  Sekundy  przeciągały  się  w 

minuty. W końcu przemówił szorstkim głosem:

 

- Poproś mnie o coś innego, Madi. O cokolwiek innego.

 

Szarpnął nią ból. Splotła ramiona na piersi, nie chciała wię-

cej  cierpieć.  Wydawało  się,  że  miała  do  stracenia  więcej,  niż 
przypuszczała.

 

R

 S

background image

- Nie jestem  zdolny  do  tego  rodzaju  miłości i  nie  wierzę w 

nią... Nie potrafię wierzyć. - Odwrócił się do niej, biorąc ją za ręce. - 
Spróbuj  zrozumieć,  Madi.  Nigdy  nie  widziałem,  żeby  miłość  do-
prowadziła do czegoś dobrego.

 

Nie  widzącym  wzrokiem  patrzyła  na  ich  splecione  ręce. 

Przeniosła oczy na jego twarz. 

- Albo małżeństwo. 
Lance zaklął i ścisnął jej palce. 
- Wierzę  w  zaangażowanie,  wierzę  w  małżeństwo,  w 

partnerstwo, w dawanie i branie, w miłość opartą na szacunku 
i  opiece.  Będę  dobrym  mężem,  Madi,  dobrym  ojcem.  Chcę 
tego dziecka. – Podniósł jej dłonie do swych ust, ucałował każ-
dy z osobna palec. - Jesteśmy przyjaciółmi, Madison, nie tylko 
w sypialni. Mogłabyś dalej pracować dla Stowarzyszenia, dalej 
pomagać żółwiom. Podoba ci się Melbourne Beach, to dobre miej-
sce na wychowywanie dziecka. 

Chciała  powiedzieć  „tak",  chciała  rzucić  mu  się  w  ra-

miona,  polegać  na  nim.  On  by  wszystko  doskonale  urządził  i 
koniec końców byłaby córką swojej matki. 

Wyswobodziła dłonie z uścisku. Nigdy nie będzie kochał 

jej tak, jak tego potrzebowała. 

-  Skoczylibyśmy  sobie  do  gardeł.  Niedługo  nie  chciał-

byś mnie dotknąć ani ja ciebie. Chcę dla mojego dziecka... 

-  Naszego dziecka. 
-  ...więcej  niż  tylko  dwojga  ledwie  tolerujących  się  lu-

dzi. 

Zapadła  cisza,  po  dłuższej  chwili  przerwana  przez  spo-

kojny głos Lance'a. 

R

 S

background image

- Mogliśmy załatwić to kulturalnie, jednak ty jesteś upar-

ta. Mam prawa. Wytoczę ci proces, jeśli  zajdzie potrzeba. Do-
stanę częściową opiekę. Mogę postarać się, abyś dostała zakaz 
opuszczania stanu. 

-  Nie zrobisz tego! 
-  Przekonasz się. 

Był  tak  samo  twardy,  jak  i  wyrachowany.  Nawet  teraz  ob-

chodził go tylko własny interes, chciał zawrzeć układ. Nie mogła-
by wyjść za takiego mężczyznę. Nie zrobi tego.

 

-  Nie rób tego, Lance. 
-  Nie zostawiłaś mi wyboru. Co teraz będzie, Madi? Miała zła-

mane serce, ale dumnie podniosła głowę i spojrzała w jego zdeter-
minowane oczy. 

- Myślę, że spotkamy się w sądzie.

 

R

 S

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Okłamał ją. Okłamał samego siebie.

 

Teraz ona już nigdy nie uwierzy, że ją kocha. Zamyślony, stał 

przy oknie, patrząc na  plażę.  Dopiero zapadał zmierzch, ale niebo 
już pociemniało, ciężkie, deszczowe chmury unosiły się nad hory-
zontem.

 

Rozsunął  szklane  drzwi,  wyszedł  na  taras.  Uderzył  go  po-

dmuch  wiatru.  Taka  pogoda  zawsze  była  niekorzystna  dla  żółwi. 
Sztormowe fale niszczyły wiele gniazd, wyrzucone na brzeg żwiry 
i odpadki były niebezpieczne dla samic. Nic nie mógł na to pora-
dzić. Żółwie zmagały się z naturą od tysięcy lat, radząc sobie cał-
kiem dobrze, aż pojawił się człowiek i pokrzyżował im szyki.

 

Lance  oparł  dłonie  na  balustradzie,  całym  ciałem  opierając 

się  wiatrowi. Zdawało  się,  że jego  przyszłość  była  targana  przez 
życiowy  wicher, że wszystko  wymykało  mu się  z rąk.  Zakochał 
się w Madi, zaprzeczając wartościom, w które wierzył. Westchnął 
ciężko. Tak długo się oszukiwał, że nawet nie wiedział, kiedy to się 
stało. Czy tamtego poranka na plaży, gdy zobaczył ją pierwszy raz? 
Czy wtedy, gdy ją pierwszy raz pocałował, odkrywając bezbronną 
dziewczynę w ciele dorosłej, pewnej siebie kobiety?

 

Roześmiał  się  głośno.  Tak  naprawdę,  to  przecież  nie  miało 

znaczenia, gdzie czy kiedy. Fakt pozostawał faktem, bał się i był po 
uszy zakochany. W całej Madison Muldoon: w jej lękach i sile, w 
jej wybiegach i rozumie, kochał wszystko, co jej dotyczyło.

 

Zacisnął ręce na poręczy, walcząc z kolejnym podmuchem. 

Jakimż był idiotą! Cała ta afera z „po prostu widywaniem się", bez 

R

 S

background image

zobowiązań, bez obietnic. Cóż za ogromna bzdura! Sprawa znalezie-
nia żony, kiedy rozpadnie się związek z Madi. Okłamywanie same-
go siebie.

 

Najgorsze było to, że kiedyś ożeniłby się z nią tylko dlatego, 

aby  dać  dziecku  nazwisko.  Asekuracja  w  najczystszej  postaci. 
Przeszedł samego siebie w sztuce przekonywania. Pomimo cier-
pienia i napięć nie potrafił spojrzeć prawdzie w oczy.

 

Madi nigdy mu teraz nie uwierzy, a co zrobi, jeśli ją straci?

 

Ogarnęła go panika. Rozzłościł się. Przecież nie jest mięcza-

kiem. Jest człowiekiem czynu, umiejącym kierować swoim losem. 
Musiał istnieć jakiś sposób przekonania jej o miłości, miłości do kobie-
ty, która urodzi mu dziecko, będzie jego żoną i partnerem.

 

Teraz wierzył w miłość.

 

Nigdy  nie  uważał  się  za  człowieka  romantycznego.  Musiał 

wysilić całą pomysłowość, aby przeprowadzić akcję prezentów na 
„C".  Nawet  wtedy  oszukiwał.  Pamiętał  dokładnie,  jak  matka  opo-
wiadała  mu  o  romansie,  który  właśnie  przeczytała.  Z  emfazą  opisy-
wała romantyczne wyczyny bohatera pragnącego zdobyć miłość ko-
biety. Tylko go to rozśmieszało. Telefon Darnella Peabody proponu-
jącego wspólne zakupy odebrał jako wybawienie z kłopotliwej sytu-
acji.

 

Na  niebie  pojawiły  się  błyskawice,  za  nimi  odezwały  się 

grzmoty. Nadciągała burza. Lance wpatrywał się we wzburzone fale, 
zastanawiając się, co by teraz zrobił jeden z romantycznych bohate-
rów jego matki. W dotychczasowym życiu Lance'a nie było miejsca 
na takie historie, czuł się od nich odizolowany.

 

Jedynym bohaterem, o którym był w stanie myśleć, był jego 

imiennik.  Grzebał  w  pamięci,  stawiał  się  w  jego  położeniu,  przy-

R

 S

background image

pominał  sobie  starą  legendę  i  nie  dochodził  do  żadnych  optymi-
stycznych wniosków. Był chory z miłości.

 

Powinien  zwyczajnie  zastukać  do  sąsiednich  drzwi,  wyja-

śnić fakty i ponownie się oświadczyć.

 

„To  się  nie  uda"  -  jęknął.  Przecież  ostatnio  wyrzuciła  go  z 

mieszkania.  Schował  głowę w dłoniach.  Co z r o b i   Lancelot,  Ry-
cerz Okrągłego Stołu?

 

„Weź ją w ramiona, idźcie oglądać zachód słońca."

 

Lance poczuł na policzkach pierwsze krople deszczu.

 

Światło majaczyło na horyzoncie. Madi wyszła z mieszka-

nia  i  skierowała  się  na  plażę.  Powietrze  ciągle  pachniało  burzą. 
Pachniało świeżością i czystością jak nowy dzień.

 

Przeciągnęła ręką po czole.  Sama chciałaby czuć się tak do-

brze i świeżo, mieć tyle nadziei. Nie mogła spać i usiłowała wmówić 
sobie, że to z powodu pogody, że to burza tak wytrąciła ją z równo-
wagi.

 

Prawda wyglądała inaczej, dręczyła ją myśl o Lansie.

 

Kopnęła  kawałek  drewna,  wyrzucony  na  brzeg  przez  burzę. 

Plaża  była  usiana  muszelkami,  kawałkami  rozmiękłego  drewna, 
drobnymi żyjątkami.

 

Westchnęła,  zatrzymując  się  przy  kawałku  opony.  Później 

weźmie  kilka  toreb  na  śmieci  i  pozbiera,  co  będzie  mogła.  Jeśli 
tylko mogłaby tak łatwo posprzątać własne życie... Spędzanie dłu-
gich godzin na płaczu nie było dla niej dobre, nie było dobre dla 
dziecka. Przez ostatnich kilka dni zdobyła się nawet na ponowne 
rozważenie  propozycji  Lance'a  -  kompromis,  czyli  zgoda  na  mał-
żeństwo z kimś, kto nigdy nie będzie jej kochał.

 

R

 S

background image

Musi  wyjechać.  Zdała  sobie  z  tego  sprawę  w  środku  nocy, 

podczas szalejącej burzy. Nawet przywiązała się do tego miejsca, 
ale  bliskość  Lance'a  stanowiła  niebezpieczeństwo.  Napisze  więc 
wymówienie i wróci do Kalifornii.

 

Jakaż bolesna była ta konstatacja, jak trudno ją przyjąć, na-

wet  wiedząc,  że  nie  ma  alternatywy.  Jedynie  odległość  mogła 
ochłodzić emocje.

 

Splotła ręce na piersi. Lance zapomni o niej, o tym była prze-

konana. Nie miała jednak pewności, że zapomni o dziecku czy po-
rzuci staranie o częściową opiekę.

 

Wzdychając ogarnęła wzrokiem plażę. Kilka kroków dalej le-

żało coś na kształt sieci rybackich z zaplątanymi w nie śmieciami. 
Kręcąc  głową,  podeszła  do  znaleziska.  Może  mogłaby  zawołać 
kogoś, kto pomógłby jej to uprzątnąć. Sama nie mogła dźwigać ta-
kich  ciężarów.  Nagle  zatrzymała  się,  nie  wierząc  własnym 
oczom.

 

W sieci zaplątany był żółw.

 

Schyliła się, ręką delikatnie odsunęła wodorosty,

 

próbując 

stwierdzić, czy żółwica żyje. Drżącymi rękoma rozplątywała sieci, 
usiłując wyswobodzić zwierzę. Po kilku minutach bezowocnych 
zmagań zrozumiała, że sama nie da rady.

 

Lance  znalazłby  sposób.  Musiała  go  sprowadzić.  Nie  było 

czasu na dywagacje.

 

- Poczekaj  -  przemawiała,  głaszcząc  skorupę  gada.  -  Przy-

prowadzę pomoc. Proszę, poczekaj.

 

Odwróciła się i pobiegła do domu.

 

Nie  miała  pojęcia,  ile  czasu  zajęło  jej  pokonanie  tego  dy-

stansu i jak długo czekała, nim  Lance odpowiedział  na  jej  pu-

R

 S

background image

kanie. W końcu ukazał się w drzwiach.

 

- Mój Boże, Madi, co się stało?

 

Nie  mogła  złapać  oddechu,  patrzyła  na  niego,  próbując  go 

uspokoić, zapewnić, że nie ma powodu do wpadania w panikę. Im 
bardziej się starała, tym bardziej tracił panowanie nad sobą.

 

- Nie  mów  nic.  -  Wziął  ją  na ręce  i położył na tapczanie. - 

Wezwę  lekarza.  Zaczekaj,  nie  wiem,  kto...  Mniejsza  o  to,  za-
dzwonię po mojego... Nie, może powinienem zadzwonić po karet-
kę...

 

Pokręciła głową, chwytając go za rękaw.

 

-  Lance... potrzebna pomoc... na plaży... 
-  Powiedz,  gdzie  cię  boli,  kochanie.  -  Drżącymi  rękoma 

przeciągnął  po  jej  czole  i  ramionach,  upewniając  się,  że  nie  ma 
złamań. - Dziecko czy coś z... 

Wzięła go za ręce.

 

- Na plaży...

 

Zamilkła, z trudem łapiąc powietrze. Na jego twarzy pojawiła 

się agresja. Uklęknął przy tapczanie.

 

-  Czy ktoś ci zrobił krzywdę? Czy ktoś próbował... 
-  Nie, ale żółw... Sztorm wyrzucił na brzeg samicę i... - Madi 

odetchnęła głęboko, prawie spokojnie. - Nic mi nie jest Burza wy-
rzuciła sieci rybackie i ta samica jest w nie zaplątana. 

Zrozumiał. Podbiegł do telefonu.

 

- Jak wyglądała? - pytał, wykręcając numer. - Żyje?

 

- Nie wiem, myślę, że tak, ale nie jestem pewna. 

Podniósł rękę.

 

-  Mamy  żółwia  zaplątanego  w  sieci  na  plaży.  Przyślijcie 

drużynę ratowniczą. Zawiadomcie szefa. Madi ją znalazła, nie wie, 

R

 S

background image

w jakim jest stanie. Mogła przy tym utonąć. 

-  Utonąć! - Madi aż usiadła z wrażenia. Złapała się za gło-

wę, robiło jej się słabo. 

Lance odłożył słuchawkę i zwrócił się do Madi:

 

-  Dzwonię po lekarza. 
-  Nie przejmuj się mną. Tylko trochę mi... 
-  Nie przejmować się? Kiedy cię zobaczyłem... cholera, Ma-

di, myślałem, że... -Pogłaskał ją drżącymi rękoma. - Później ci po-
wiem. - Położył ją na plecy. - Spokojnie, słyszysz? Miałaś wystar-
czająco dużo wrażeń na dzisiaj. 

-  Ale żółw... 
-  Wszystko  będzie  dobrze.  Teraz  nie  grozi  jej  nie-

bezpieczeństwo.  -  Podłożył  kilka  poduszek  pod  jej  plecy.  -  Sieci 
mogły  ją  poranić.  Zależy,  jak  długo  się  szamotała.  Najgorsze,  że 
dostała się w nie pod wodą... -Zawiesił głos. -Teraz nic nie możesz 
dla niej zrobić. Natomiast ty, jeśli chociaż poruszysz się na tapcza-
nie, to będziemy mieli ze sobą do pogadania. 

Zrozumiano?

 

Próbował wyglądać stanowczo, ale w oczach miał przerażenie. 

Zrobiło jej się ciepło na sercu.

 

-  Tak, Lance. 
-  Muszę iść. Będziesz leżeć? 
Kocha  ją.  J e s z c z e   nie  zdawał  s o b i e   z  tego  s p r a -

w y ,   ale  k o c h a j ą .  Uśmiechnęła się.

 

- Tak, Lance.

 

Pochylił się i delikatnie pocałował ją w usta.      

 

-  Muszę iść. 

 

Idź.

 

Wyszedł,  obrzuciwszy  ją  troskliwym  spojrzeniem. 

R

 S

background image

Madi usiadła. Euforia zastąpiła zawroty głowy.     

 

Wpatrywała  się  w  zatrzaśnięte  drzwi.  Kochał  ją.  Naprawdę. 

Musiała tylko wymyślić sposób, w jaki mu to uświadomi.

 

Lance wrócił po dwóch godzinach. Żółw żył, ale był w szo-

ku i ucierpiał, leżąc długo bez wody. Drużyna ratownicza zajęła 
się nim i jakkolwiek Lance wiedział, że otoczą go najlepszą opie-
ką, nie przestawał się martwić.

 

Zatrzymał się w drzwiach wejściowych, przygładził rozwi-

chrzone włosy. Nie w ten sposób zamierzał

 

wyznać Madi swoje 

uczucia, ale okazja nadarzyła się sama i tylko głupiec pozwo-
liłby sobie ją stracić. 

Wszedł do pokoju i stanął rozczarowany. Nie było jej. 
Przeszukał  dom,  mając  nadzieję,  że  znajdzie  ją  albo 

przynajmniej pozostawioną wiadomość. Nic nie zostawiła. 

Lance usiadł ciężko na brzegu łóżka. Sprawy miały się tak 

źle,  jak  się  tego  obawiał.  Teraz  mógł  już  tylko  zacząć  reali-
zować swój plan. 

Nie  wierząc  własnym  oczom,  Madi  zatrzymała  się  przed 

szklanymi  drzwiami  tarasu.  Po  deptaku  kroczył  biały  rumak, 
niosący na grzbiecie rycerza. 

Z bijącym sercem rzuciła się do drzwi i wybiegła na ze-

wnątrz.  Rycerz  jechał  na  koniu  bez  siodła,  przyłbica  połyski-
wała  niebieskością  i  złotem,  koniuszek  piki  mienił  się  takimi 
samymi kolorami. Trzymał się niezgrabnie i sztywno. 

Zapłonęła z miłości. Nie była biedną panienką, ale on był 

jej rycerzem w lśniącej zbroi. Jak mogła myśleć, że z nim nie 
można  mieć  romansu?  Wychyliła  się  przez  balustradę.  Pod-

R

 S

background image

niósł przyłbicę. 

-  Lady Madison. 
-  Sir Lancelot - odpowiedziała równie poważnie. 
-  Przyjechałem,  aby  cię  zabrać  na  wspólne  podziwianie 

zachodu słońca. 

-  Naprawdę? 
-  Tak. 
-  A jeśli odmówię? 
Umarłby. 
- Wtedy  przerzucę  cię  sobie  przez  ramię  i  zabiorę  tak  czy 

owak. - Zmarszczył czoło. - Do cholery, Madison, kocham cię.

 

Roześmiała się. W sercu buszowała radość i niedowierzanie.

 

-  Mylisz swoich romantycznych bohaterów. Słyszałam  sło-

wa Rhetta Butlera. 

-  Do cholery, Madi... 
- Już to słyszałam. Gdzie masz resztę zbroi? 

 

Skrzywił się, ściągnął hełm i odrzucił na bok.

 

- Kocham  cię,  Madi  Muldoon.  Byłem  idiotą  i głupkiem, 

że nie zauważyłem tego wcześniej. Jestem gotów zrobić wszystko, 
abyś w to uwierzyła.

 

-  Wierzę ci - powiedziała cicho. Patrzył na nią, zadzierając 

głowę. 

-  Wierzysz? 
-  Tak i zgadzam się wyjść za ciebie. 
-  Zgadzasz się? 
-  Pewnie, więc nie próbuj teraz dać nogi. 

 

         Lance odetchnął z ulgą. Ona go kocha. Pobiorą 

się. Teraz mógł być spokojny.

 

R

 S

background image

- Nigdy  -  powiedział  uśmiechając  się.  -  Myślałem  tylko,  że 

będę musiał cię dłużej przekonywać.

 

Madi patrzyła na niego, nie ukrywając miłości.

 

- Wiedziałam,  że  pokochałeś  mnie  już  tamtego  poranka, 

choć nie uświadamiałeś sobie tego. Ja wiedziałam. Byłeś przerażo-
ny, że mnie coś się stało, właśnie mnie, a dopiero później dziecku. 
W twoich oczach widziałam obawę, że mnie straciłeś.

 

-  Mówisz, że mogę zsiąść z tej bestii i na... 
-  Nic takiego, rozrabiako. Jesteś  moim rycerzem w lśniącej 

zbroi i zabierasz mnie na oglądanie zachodu słońca. - Ze śmiechem 
zakręciła się na pięcie. -Nie ruszaj się, już schodzę. 

Kilku gapiów hucznymi oklaskami nagrodziło Madi dosia-

dającą konia.

 

-  Znowu się czerwienisz - szepnęła. 
-  Jestem  czterdziestoletnim,  konserwatywnym,  poważnym 

człowiekiem  interesu.  Mógłbym  być  zakłopotany,  gdybyśmy  nie 
mieli publiczności. Mam ochotę schować się pod jakiś kamień na 
przynajmniej dziesięć lat. 

Ścisnęła go mocno.

 

-  Nie czaruj. Jesteś nieuleczalnym, beznadziejnym roman-

tykiem. Matka byłaby z ciebie dumna. 

-  Tak, tak sądzę. - Pocałował ją. - Gotowa, lady Madison? 
Pojechali  na  plażę,  w  stronę  chylącego  się  ku  zachodowi 

słońca. Niebo rozświetlała cudowna paleta ognistych barw.

 

- Musimy porozmawiać.

 

Lance wodził palcami po jej karku.

 

-  Pod warunkiem, że jesteś pewna, że już mnie kochasz. 
-  Nigdy  nie  przestanę  cię  kochać.  -  Zamilkła,  przytulając 

R

 S

background image

się do niego i napawając męskim zapachem. - Chcę porozmawiać 
o mojej matce. 

-  O twojej matce? 
-  Uhmm. Przez ostatnich kilka dni zdałam sobie sprawę z 

kilku rzeczyktórych powinnam być świadoma wcześniej. - Przy-
sunęła się bliżej. - Zawsze postrzegałam matkę jako ofiarę własnej 
płci. Postrzegałam małżeństwo jako pułapkę, więzienie. Teraz wiem, 
że były to tylko refleksje na temat zachowania matki. Ona i inne zna-
ne mi kobiety dokonywały jedynie wyborów, bez względu na to, 
czyje uważałam za dobre, czy złe. - Powiodła rękami przez jego 
pierś do karku. - Moja matka nigdy nie wyszła za mąż z miłości. 
Robiła to dla pieniędzy, bezpieczeństwa i prestiżu. - Spojrzała mu 
w oczy. - Ja robię to z miłości. Nie po to, aby dziecko miało ojca, 
nie dla bezpieczeństwa czy czegokolwiek innego. Z miłości. Lance 
ujął jej twarz w dłonie. 

-  Nie  rozczaruję  cię,  Madi  Muldoon.  -  Pocałował  ją  długo  i 

namiętnie. - Ja też sobie coś uświadomiłem. Miałaś rację, oskarżając 
mnie  o  asekurację  przy  szukaniu  kandydatki  na  żonę.  Moje  decyzje 
bazowały na zimnej logice. Umierałem ze strachu przed zranieniem, 
jakiego doznała moja matka i ja jako... dziecko. 

-  Och, Lance. 
Delikatnie położył palec na jej ustach.

 

-  Uświadomiłem sobie jeszcze coś. Byłem zły na moją matkę, 

że nie porzuciła swoich romantycznych ideałów, nie wyszła za inne-
go  mężczyznę,  stwarzając mi prawdziwą rodzinę. Uwielbiałem ją, 
więc zamieniłem tę złość na miłość. 

-  To wszystko już za nami. 
-  Tak. - Przeciągnął rękami po jej włosach, wiedząc, że bę-

R

 S

background image

dzie chciał tak robić przez całe życie. - Tamtej pierwszej nocy na 
plaży... co sobie pomyślałaś przy pełni księżyca? - zapytał łagod-
nie. Roześmiała się. 

-  Myślałam  o  czymś,  co,  jak  byłam  pewna,  nie  istnieje, 

czego pozornie nie chciałam. 

-  Co to było? 
-  Miłość,  kochanie  kogoś.  Rodzaj  związku,  o  jakim  czyty-

wałam,  ale  byłam  pewna,  że  to  fikcja.  Dziecko,  które  mogłabym 
nosić na rękach i... w sercu. 

Był wzruszony, objął ją ramieniem.

 

- Planuję poświęcić następnych czterdzieści czy 

pięćdziesiąt lat na spełnianie twoich marzeń.

 

- Już się spełniły. 

Roześmiał się.

 

-  Twoja matka miała rację, mówiąc o pełni księżyca. 
-  Tak jak twoja, mówiąc o miłości. - Madi uśmiechnęła się, 

dosiadając konia. - Podoba mi się, że matki zawsze mają rację. Sa-
ma niedługo będę jedną z nich, a ja zawsze lubiłam mieć rację. 

Ich palce splotły się.

 

-  Dlaczego mam uczucie, że jestem bardzo szczęśliwy? 
-  Ponieważ - przysunęła się do niego - to prawda. 

R

 S

background image

EPILOG 

Powiew wiatru znad oceanu był delikatny i przyjemnie figlo-

wał na skórze Lance'a, kiedy ten z przymrużonymi oczami obser-
wował złotowłosą dziewczynkę. Piękna jak marzenie, zawładnęła 
jego sercem, tak samo jak jej matka.

 

Uśmiechnął się i skinął ręką na widok podbiegającej, ubranej 

w różowy kostiumik pociechy.

 

Zatrzymała się przed nim, wyciągnąwszy ręce, poważnym ge-

stem wręczyła mu małą morską muszelkę.

 

- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, tatusiu. 

Spojrzał na nią, ogromnie wzruszony.

 

-  Musiałaś się strasznie namęczyć, żeby znaleźć coś takiego.  
-  Proszę bardzo. - Rzuciła mu się na szyję. - Tatusiu, opo-

wiedz mi bajkę. 

Lance uśmiechnął się. Jakże cudownie wyglądała w mokrym 

kostiumie, z nóżkami oblepionymi piaskiem, ramionkami upaćka-
nymi w błocie.

 

-  Dobrze, słoneczko. Którą chcesz usłyszeć? 
-  Tę o żabie zamieniającej się w księżniczkę. 

-  Twoja mama także ją lubi. - Nie przestawał się uśmiechać. 
Dziewczynka zachichotała.

 

- Mama mówi, że w niej jest „ukryta" tajemnica, ale ja nigdy 

nie pocałowałabym obrzydliwej żaby. - Wzdrygnęła się.

 

- Skoro już mówimy o mamie. Nie wiesz, co robi? 

Mała pokręciła głową.

 

-  Obiecałam, że jej nie wydam. 

R

 S

background image

-  Oczywiście.  -  Odgarnął  kędziory  z  jej  twarzy.  -Oboje 

wiemy, że przyjęcia urodzinowe powinny być nie... 

-  Lancelocie  Alexander,  nie  mogę  uwierzyć, że próbujesz 

wyciągać wiadomości od własnego dziecka! 

Ojciec  i  córka  odwrócili  się  w  stronę  nadchodzącej  ko-

biety. 

-  Nie powiedziałam, mamusiu! 
-  Wiem,  kochanie.  -  Madi  dobrodusznie  spoglądała  na 

męża.  -  Nie  mam  żalu.  -  Położyła  ręce  na  swym  zaokrąglo-
nym brzuchu. -Zwłaszcza, że mogę się gniewać o tyle innych 
rzeczy. 

Uśmiechnął się występnie. 
-  Gwenn śpi? 
-  Uhm.  -  Madi  ostrożnie  usiadła  na  piasku.  -  Jest  z  nią 

niania. 

-  Mamusiu, tatuś opowiadał mi bajkę, tę o żabie. Madi 

delikatnie dotknęła ramienia córki. 

-  Naprawdę? 
-  Uhm, ale ja już wiem, jak to się kończy. Po dziecin-

nemu włożyła kciuk do ust. 

- Wiesz?  -  zapytała  Madi,  jak  zwykle  oczarowana  có-

reczką. - Jak to było? 

Dziewczynka wyjęła palec z ust, wyprostowała się, czując, 

że w tym momencie jest bardzo dorosła i ważna. 

- Żyli długo i szczęśliwie. 

Lśniące  miłością  i  szczęściem  oczy  Madi  i  Lance'a  spo-

tkały się. 

 

R

 S


Document Outline