background image
background image

Rachael Thomas

Powrót do Mediolanu

Tłu​ma​cze​nie:

Han​na Urbań​ska

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Ryk sil​ni​ka spor​to​we​go auta za​kłó​cił po​po​łu​dnio​wą ci​szę, przy​po​mi​na​jąc Char​-

lie wy​da​rze​nia, przed któ​ry​mi pró​bo​wa​ła uciec od roku. Do​ra​sta​ła w osza​ła​mia​-
ją​cym  świe​cie  wy​ści​gów  sa​mo​cho​do​wych,  ale  po  śmier​ci  bra​ta  zna​la​zła  schro​-
nie​nie w swo​im sank​tu​arium ‒ dom​ku z ogród​kiem na wsi. W tym miej​scu czu​ła
się bez​piecz​na, ale te​raz in​stynkt ostrzegł ją, że jej spo​kój może zo​stać za​kłó​co​-
ny.  Nie  mo​gła  się  po​wstrzy​mać  i  wsłu​chi​wa​ła  się  z  uwiel​bie​niem  w  nie​moż​li​wy
do  po​my​le​nia  z  żad​nym  in​nym  dźwię​kiem,  gar​dło​wy  war​kot  sil​ni​ka  V8,  któ​ry
zwal​niał  na  alej​ce  koło  jej  ogro​du.  Prze​sta​ła  my​śleć  o  za​sa​dze​niu  kwia​tów  na​-
stęp​nej  wio​sny,  owład​nę​ły  nią  wspo​mnie​nia.  Sta​nę​ły  jej  przed  ocza​mi  ob​ra​zy
szczę​śli​wych cza​sów i te, któ​re wią​za​ły się z chwi​lą, kie​dy jej świat ru​nął. Sie​-
dzia​ła na tra​wie w rogu ogro​du i nie wi​dzia​ła sa​mo​cho​du po dru​giej stro​nie ży​-
wo​pło​tu, ale wie​dzia​ła, że był po​tęż​ny i dro​gi, i że za​trzy​mał się przed jej dom​-
kiem. Sil​nik umilkł i tyl​ko śpiew pta​ków za​kłó​cał spo​kój an​giel​skiej wsi. Za​mknę​-
ła  oczy,  prze​szył  ją  dreszcz.  Nie  chcia​ła  wi​zyt  z  prze​szło​ści,  na​wet  je​śli  go​ście
mie​li  do​bre  in​ten​cje.  Ten  nie​ocze​ki​wa​ny  gość  mu​siał  przy​je​chać  w  imie​niu  jej
ojca; na​ci​skał na nią od ty​go​dni, żeby wró​ci​ła do świa​ta.

Usły​sza​ła  trzask  za​my​ka​nych  drzwi  i  kro​ki  na  dro​dze.  Parę  se​kund  póź​niej

żwir na ścież​ce za​zgrzy​tał i wie​dzia​ła, że kto​kol​wiek to jest, zo​ba​czy go za parę
se​kund.

‒  Scu​si.  –  Ni​ski  mę​ski  głos  za​sko​czył  ją  bar​dziej  niż  to,  że  mó​wił  po  wło​sku,

i pod​sko​czy​ła, jak​by była dziec​kiem, któ​re przy​ła​pa​no z ręką w pusz​ce ze słod​-
ko​ścia​mi.

Zo​ba​czy​ła  pra​wie  dwu​me​tro​we​go,  ciem​no​wło​se​go  Wło​cha  i  ode​bra​ło  jej  to

zdol​ność my​śle​nia, nie wspo​mi​na​jąc o mo​wie ‒ mo​gła na nie​go je​dy​nie pa​trzeć.
Był  ubra​ny  spor​to​wo,  ale  miał  na  so​bie  de​si​gner​skie  dżin​sy,  któ​re  sma​ko​wi​cie
opi​na​ły jego uda, a mimo że po​ja​wił się zni​kąd, wy​da​wał się dziw​nie zna​jo​my. Na
ciem​ną  ko​szu​lę  miał  na​rzu​co​ną  skó​rza​ną  kurt​kę  i  był  kwin​te​sen​cją  wy​obra​żeń
wło​skie​go męż​czy​zny. Pew​ny sie​bie, ema​nu​ją​cy sek​sa​pi​lem. Jego wło​sy opa​da​ły
na kark, były gę​ste i lśni​ły w słoń​cu, a na opa​lo​nej twa​rzy wi​dać było ślad za​ro​-
stu,  któ​ry  pod​kre​ślał  je​dy​nie  przy​stoj​ne  rysy.  Ale  to  in​ten​syw​ność  spoj​rze​nia
czar​nych oczu, któ​ry​mi ją prze​szy​wał, spra​wi​ła, że ode​bra​ło jej dech.

‒ Szu​kam Char​lot​te War​ring​ton.
Jego ak​cent był wy​raź​ny i nie​sa​mo​wi​cie sek​sow​ny, tak jak spo​sób, w jaki wy​-

mó​wił  jej  imię,  piesz​cząc  je  tak,  że  za​brzmia​ło  nie​mal  jak  me​lo​dia.  Zwal​czy​ła
chęć,  by  po​zwo​lić  so​bie  otu​lić  się  tym  dźwię​kiem.  Mu​sia​ła.  Stra​ci​ła  wpra​wę
w  ra​dze​niu  so​bie  z  ta​ki​mi  męż​czy​zna​mi.  Po​wo​li  za​czę​ła  zdej​mo​wać  rę​ka​wi​ce
ogro​do​we,  na​gle  uświa​da​mia​jąc  so​bie,  że  ma  na  so​bie  swo​je  naj​star​sze  dżin​sy

background image

i T-shirt, a wło​sy ścią​gnię​te z tyłu w coś, co tro​chę przy​po​mi​na​ło ku​cyk. Czy mo​-
gła  się  wy​kpić,  nie  przy​zna​jąc  się,  kim  jest?  Aro​gan​cja,  któ​rą  wi​dzia​ła  w  tych
ciem​nych  oczach,  spra​wi​ła,  że  za​pra​gnę​ła  go  za​szo​ko​wać.  Bez  wąt​pie​nia  był
biz​ne​so​wym part​ne​rem jej bra​ta, któ​ry wcią​gnął go tak głę​bo​ko w świat luk​su​-
so​wych aut, że nie​mal za​po​mniał o ist​nie​niu swo​jej ro​dzi​ny. Po​czu​ła gwał​tow​ny
przy​pływ obu​rze​nia.

‒ Co mogę dla pana zro​bić, pa​nie…? – Py​ta​nie za​wi​sło wy​zy​wa​ją​co w ota​cza​-

ją​cym  ich  cie​płym  po​wie​trzu.  Sta​ła  wy​pro​sto​wa​na,  mie​rząc  się  z  jego  zdzi​wio​-
nym spoj​rze​niem. Jego wzrok błą​dził po jej cie​le, oce​nia​jąc nie​dba​ły wy​gląd.

‒ Je​steś sio​strą Se​ba​stia​na? – W jego sło​wach sły​chać było oskar​że​nie i nie​do​-

wie​rza​nie,  ale  nie  do​strze​gła  tego,  bo  gdy  usły​sza​ła  imię  bra​ta,  ogar​nął  ją  żal,
z któ​rym wy​da​wa​ło się, że wresz​cie za​czy​na so​bie ra​dzić.

Po​czu​ła po​trze​bę obro​ny, cho​ciaż nie wie​dzia​ła, skąd się to wzię​ło.
‒ Tak – po​wie​dzia​ła krót​ko, sły​sząc we wła​snym gło​sie iry​ta​cję. – A ty to…?
Za​da​ła mu to py​ta​nie, mimo że zna​ła od​po​wiedź i nie chcia​ła jej sły​szeć. Za​ci​-

snę​ła dło​nie w pię​ści, wie​dząc, że to je​dy​ny męż​czy​zna, któ​re​go ni​g​dy nie chcia​-
ła po​znać. To on był win​ny temu, że Se​ba​stian się od niej od​su​nął i że zgi​nął. I to
ten męż​czy​zna jej te​raz szu​ka. Jak​by to nie wy​star​czy​ło, po​czu​ła do nie​go po​żą​-
da​nie, od pierw​szej chwi​li, gdy go zo​ba​czy​ła. Już się za to nie​na​wi​dzi​ła. Jak mo​-
gła czuć co​kol​wiek poza obrzy​dze​niem do ko​goś, kto za​brał jej bra​ta?

‒  Ro​sel​li  –  po​wie​dział  i  po​stą​pił  ku  niej  przez  świe​żo  sko​szo​ny  traw​nik,  po​-

twier​dza​jąc jej naj​gor​sze po​dej​rze​nia.

Gdy pod​cho​dził, uśmiech​nął się do niej, ale jego oczy nie za​wtó​ro​wa​ły ustom.
‒ Ales​san​dro Ro​sel​li.
Spoj​rza​ła na nie​go, a on się cof​nął. Czy po​czuł siłę jej gnie​wu? Mia​ła taką na​-

dzie​ję. Za​słu​gi​wał na to, na​wet na wię​cej.

‒ Nie mam panu nic do po​wie​dze​nia, pa​nie Ro​sel​li.
Sta​ła sztyw​no, pa​trząc mu w oczy i pró​bu​jąc nie czuć tego, jak nią dzia​łał, bez

wsty​du, bez po​czu​cia winy.

‒ A te​raz pro​szę wyjść.
Prze​szła koło nie​go, idąc przez traw​nik w stro​nę domu, pew​na, że odej​dzie, że

jej  zim​ne  po​że​gna​nie  wy​star​czy.  Gdy  go  mi​ja​ła,  po​czu​ła  jego  nie​sio​ny  wia​trem
za​pach. Czy​sty, cu​dow​nie mę​ski. Po​czu​ła w gło​wie pust​kę, nie mo​gła zła​pać od​-
de​chu. Zde​gu​sto​wa​na samą sobą, tym, jak roz​pra​szał jej my​śli, ru​szy​ła sta​now​-
czym kro​kiem w stro​nę domu.

‒ Nie.
To jed​no sło​wo wy​po​wie​dzia​ne głę​bo​kim gło​sem, z wło​skim ak​cen​tem, za​trzy​-

ma​ło  ją  w  pół  kro​ku,  jak​by  na​gle  po​czu​ła  zi​mo​wy  chłód,  któ​ry  po​krył  wszyst​ko
bia​ły​mi krysz​ta​ła​mi. Prze​szedł ją dreszcz stra​chu. Bała się nie tyl​ko męż​czy​zny
sto​ją​ce​go  nie​opo​dal,  ale  tego  wszyst​kie​go,  co  sobą  re​pre​zen​to​wał.  Po​wo​li  od​-
wró​ci​ła się, by na nie​go spoj​rzeć.

‒ Nie mamy o czym roz​ma​wiać. Wy​ra​zi​łam się co do tego ja​sno, od​po​wia​da​jąc

na pań​ski list po śmier​ci Se​ba​stia​na.

background image

Śmierć Se​ba​stia​na.
Cięż​ko było po​wie​dzieć te sło​wa na głos. Przy​znać, że brat od​szedł, że już go

ni​g​dy nie zo​ba​czy. Ale gor​sze było to, że męż​czy​zna za to od​po​wie​dzial​ny miał
tu​pet,  by  zi​gno​ro​wać  jej  prze​peł​nio​ną  ża​ło​bą  proś​bę  i  wtar​gnął  do  jej  sank​tu​-
arium.

‒  Ty  może  nie,  ale  ja  ow​szem.  –  Pod​szedł  bli​żej,  zbyt  bli​sko.  Nie  od​wró​ci​ła

wzro​ku i za​uwa​ży​ła brą​zo​we iskier​ki w jego oczach i za​ci​śnię​te moc​no usta. Był
męż​czy​zną, któ​ry za​wsze ro​bił to, co chciał, bez li​cze​nia się z kim​kol​wiek. Na​-
wet nie zna​jąc jego re​pu​ta​cji, nie mia​ła​by co do tego wąt​pli​wo​ści.

‒ Nie chcę cię słu​chać.
Nie chcia​ła na​wet z nim roz​ma​wiać. Mógł rów​nie do​brze za​mor​do​wać jej bra​-

ta.  Nie  chcia​ła  na  nie​go  pa​trzeć,  po​zna​wać  go,  ale  coś,  ja​kiś  nie​za​prze​czal​nie
zwie​rzę​cy  in​stynkt  zmu​szał  ją  do  tego,  więc  mu​sia​ła  moc​no  wal​czyć,  by  utrzy​-
mać tę mie​szan​kę gnie​wu i ża​ło​by pod kon​tro​lą. Za​ła​ma​nie emo​cjo​nal​ne nie było
czymś,  co  chcia​ła​by  po​ka​zy​wać  pu​blicz​nie,  zwłasz​cza  ko​muś,  z  kim  nie  chcia​ła
się na​wet spo​tkać.

‒ I tak to po​wiem.
Jego  głos  ob​ni​żył  się,  na​bie​ra​jąc  chra​pli​we​go  brzmie​nia,  a  ona  za​sta​na​wia​ła

się,  któ​re  z  nich  bar​dziej  wal​czy  ze  sobą  o  za​cho​wa​nie  spo​ko​ju.  Unio​sła  brew
w nie​mym py​ta​niu i pa​trzy​ła, jak Ales​san​dro za​ci​ska szczę​ki, a jego usta zmie​-
nia​ją się w cien​ką li​nię. Do​brze, do​pie​kła mu. Po​czu​ła sa​tys​fak​cję i ode​szła, de​-
spe​rac​ko pra​gnąc schro​nić się w bez​piecz​nych ścia​nach domu. Nie chcia​ła słu​-
chać tego, co on ma do po​wie​dze​nia.

‒ Je​stem tu, bo Se​ba​stian po​pro​sił mnie, że​bym przy​je​chał. – Jego sło​wa i ten

głę​bo​ki ak​cent spra​wi​ły, że mu​sia​ła się za​trzy​mać.

‒ Jak śmiesz? – Od​wró​ci​ła się gwał​tow​nie, by na nie​go spoj​rzeć, tra​cąc reszt​ki

sa​mo​kon​tro​li. – Je​steś tu z po​wo​du po​czu​cia winy.

‒ Mo​jej winy? – Po​stą​pił ku niej, szyb​ko skra​ca​jąc stwo​rzo​ny mię​dzy nimi dy​-

stans, a jego oczy lśni​ły twar​do.

Ser​ce wa​li​ło jej w pier​si i po​czu​ła mięk​kość ko​lan, ale nie za​mie​rza​ła mu tego

oka​zać.

‒ To two​ja wina. To ty je​steś od​po​wie​dzial​ny za śmierć Se​ba​stia​na.
Te sło​wa za​wi​sły mię​dzy nimi, a słoń​ce scho​wa​ło się za chmu​rą, jak​by wy​czu​-

wa​jąc kło​po​ty. Pa​trzy​ła, jak jego przy​stoj​na twarz tę​że​je, jak prze​my​ka po niej
cień po​czu​cia winy, ale to było mgnie​nie oka, szyb​ko za​stą​pił je gniew, wy​ostrza​-
jąc jego rysy. Był tak bli​sko, gó​ro​wał nad nią i ża​ło​wa​ła, że nie ma na so​bie szpi​-
lek,  któ​re  wcze​śniej  no​si​ła  sta​le,  tuż  przed  tym,  jak  jej  ży​cie  wy​wró​ci​ło  się  do
góry no​ga​mi. Pa​trzy​ła mu w oczy, go​to​wa zmie​rzyć się z jego agre​syw​ną po​sta​-
wą.

‒ Je​śli, jak to uję​łaś, by​ła​by to moja wina, to nie cze​kał​bym rok, żeby tu przy​-

je​chać. – Jego głos był zim​ny i spo​koj​ny, a oskar​ży​ciel​sko pa​trzą​ce oczy zmie​ni​ły
ko​lor na lśnią​cy bursz​tyn.

Pod​szedł jesz​cze krok bli​żej, tak bli​sko, że mógł​by ją po​ca​ło​wać. Ta myśl ją za​-

background image

szo​ko​wa​ła, ale po​wstrzy​ma​ła się od od​su​nię​cia się od nie​go naj​da​lej, jak mo​gła.
Nie zro​bi​ła nic złe​go. To on był win​ny. To on nie​pro​szo​ny wkro​czył w jej ży​cie.

‒ To pana sa​mo​chód się roz​bił, pa​nie Ro​sel​li.
Mu​sia​ła się zmu​szać do mó​wie​nia, a jego bli​skość nie​mal to unie​moż​li​wia​ła.
‒ Twój brat i ja za​pro​jek​to​wa​li​śmy ten sa​mo​chód. Stwo​rzy​li​śmy go ra​zem.
Jego  ni​ski  głos  prze​peł​nio​ny  był  bó​lem.  Czy  może  tyl​ko  to  so​bie  wy​obra​zi​ła,

wi​dząc w nim swo​ją ża​ło​bę?

‒  Ale  to  Se​ba​stian  wziął  go  na  jaz​dę  prób​ną.  –  Wal​czy​ła  ze  wspo​mnie​nia​mi,

któ​re wy​cią​gał. Z de​mo​na​mi, któ​re my​śla​ła, że uda​ło jej się za​mknąć głę​bo​ko.

Nic nie od​po​wie​dział, a ona sta​ła, pa​trząc mu w oczy. Ser​ce wa​li​ło jej jak sza​-

lo​ne i gdzieś w głę​bi du​szy wie​dzia​ła, że nie po​wo​do​wa​ły tego tyl​ko wspo​mnie​nia
o Se​ba​stia​nie. Mia​ło to też zwią​zek z tym męż​czy​zną. In​stynk​tow​nie re​ago​wa​ła
na jego obec​ność i nie zno​si​ła go za to.

‒ Nie przy​słu​ży​ło się two​jej fir​mie to, że do​brze za​po​wia​da​ją​cy się kie​row​ca

raj​do​wy zgi​nął, ja​dąc pro​to​ty​pem no​we​go sa​mo​cho​du. – Jej głos prze​peł​nio​ny był
ja​dem,  chcia​ła  go  spro​wo​ko​wać.  Jed​no​cze​śnie  ża​ło​wa​ła,  że  nie  może  uciec
i scho​wać się od wspo​mnień, ale też od tego, jak dzia​ła​ło na jej cia​ło spoj​rze​nie
jego mrocz​nych oczu.

Nie  po​ru​szył  się.  Na​wet  nie  drgnął.  Cał​ko​wi​cie  nad  sobą  pa​no​wał,  mimo  że

jego oczy lśni​ły ostrym świa​tłem kłu​ją​cym jej du​szę.

‒  To  nie  przy​słu​ży​ło  się  ni​ko​mu.  –  Jego  głos  był  lo​do​wa​ty  i  po​mi​mo  cie​pła

wrze​śnio​we​go słoń​ca za​drża​ła, a on przy​glą​dał jej się, sto​jąc nie​ru​cho​mo, jak​by
chciał od​czy​tać wszyst​kie my​śli, któ​re go​ni​ły w jej gło​wie.

Po​czu​ła łzy na​pły​wa​ją​ce do oczu i za​ci​snę​ło jej się gar​dło. Nie bę​dzie pła​kać,

nie te​raz. Ni​g​dy. Skoń​czy​ła już z pła​ka​niem. Czas ru​szyć na​przód, czas zna​leźć
nową ścież​kę w ży​ciu. Jej czas w bla​sku ka​mer, kie​dy re​pre​zen​to​wa​ła ze​spół Se​-
ba​stia​na, już się skoń​czył. Wspo​mnie​nia były zbyt bo​le​sne, a ten czło​wiek z pie​-
kła ro​dem przy​wo​ły​wał je zno​wu.

‒  My​ślę,  że  po​wi​nien  pan  odejść,  pa​nie  Ro​sel​li.  –  Od​su​nę​ła  się  od  nie​go,  wy​-

cho​dząc z jego cie​nia w słoń​ce, któ​re wy​ło​ni​ło się zza chmur. – Ta roz​mo​wa mi
nie słu​ży.

Pa​trzył zmru​żo​ny​mi po​dejrz​li​wie ocza​mi, jak się od nie​go od​su​wa krok po kro​-

ku.

‒ Je​stem tu, bo Se​ba​stian mnie o to po​pro​sił.
Po​trzą​snę​ła gło​wą, a za​ła​ma​nie emo​cjo​nal​ne, któ​re​go się tak bała, było bli​sko.
‒ Mimo to chcę, by pan od​szedł.

Ales​san​dro  za​mknął  oczy  i  wes​tchnął,  gdy  Char​lie  bie​gła  przez  ogród,  zmie​-

rza​jąc ku otwar​tym drzwiom domu. Nie znał się na ko​bie​cej hi​ste​rii. Nie po​trze​-
bo​wał tego te​raz. Przez chwi​lę roz​wa​żał, żeby od​wró​cić się na pię​cie i odejść,
od​je​chać tak da​le​ko i tak szyb​ko, jak mógł. W koń​cu do​trzy​mał czę​ści obiet​ni​cy
zło​żo​nej Se​ba​stia​no​wi. Ale czy na​praw​dę chciał osią​gnąć tyl​ko tyle?

‒ Ma​le​di​zio​ne!

background image

Za​klął gło​śno i ru​szył za nią przez prze​pięk​ne, pach​ną​ce grząd​ki la​wen​dy. Po​-

byt w tym ogro​dzie, peł​nym wspa​nia​łych kwia​tów i ro​ślin, przy​po​mniał mu cza​sy,
kie​dy opie​ko​wał się sio​strą, któ​ra do​cho​dzi​ła do sie​bie po wy​pad​ku sa​mo​cho​do​-
wym. No cóż, to wspo​mnie​nie na pew​no w ni​czym nie po​mo​że. Gdy zbli​żył się do
otwar​tych  drzwi,  usły​szał  pe​łen  fru​stra​cji  jęk  Char​lie.  Nie  za​pu​kał,  nie  za​trzy​-
mał się. Po pro​stu wszedł do środ​ka. Nie po​zwo​li się tak ła​two zbyć.

Ta ko​bie​ta upar​cie od​ma​wia​ła proś​bom bra​ta, któ​ry chciał, by przy​je​cha​ła do

Włoch  i  zo​ba​czy​ła  sa​mo​chód,  nad  któ​rym  ra​zem  pra​co​wa​li.  To  było  strasz​nie
iry​tu​ją​ce.  Po​tem,  po  wy​pad​ku,  za​ofia​ro​wał  jej  swo​je  wspar​cie,  ale  nie  spo​dzie​-
wał się od​mo​wy i zim​ne​go, wście​kłe​go za​prze​cze​nia jego ist​nie​nia. Z moc​no za​-
ci​śnię​ty​mi  ra​mio​na​mi  sie​dzia​ła  przy  ku​chen​nym  sto​le,  opu​ściw​szy  w  de​spe​ra​cji
gło​wę. Spoj​rza​ła na nie​go.

‒ Jak śmiesz?
Jej  wście​kłe  sło​wa  za​wi​sły  mię​dzy  nimi  w  cia​snej  prze​strze​ni.  Stał  wy​pro​sto​-

wa​ny,  się​ga​jąc  pra​wie  gło​wą  do  ni​skie​go  su​fi​tu  sta​rej  chat​ki,  przyj​mu​jąc  jej
gniew.

‒ Ro​bię to, bo obie​ca​łem coś Se​ba​stia​no​wi.
Pod​szedł  bli​żej  sto​łu,  bli​żej  niej,  dzie​li​ło  ich  tyl​ko  od​su​nię​te,  jak​by  nie​daw​no

opusz​czo​ne przez ko​goś krze​sło.

‒ Je​stem pew​na, że Se​ba​stian nie zmu​sił​by ni​ko​go, żeby przy​jeż​dżał i na​pa​sto​-

wał mnie w ten spo​sób.

Pa​trzył, jak jej peł​ne usta za​my​ka​ją się, po​wstrzy​mu​jąc dal​sze sło​wa, i po​czuł

naj​dziw​niej​sze pra​gnie​nie, by po​ca​ło​wać te war​gi, by po​sma​ko​wać jej wście​kło​-
ści i fru​stra​cji, by je z niej wy​ssać, za​stę​pu​jąc go​rą​cym po​żą​da​niem.

‒ Na​pa​sto​wał? – Zmarsz​czył brwi.
‒ Ow​szem. Prze​śla​do​wał. Na​zy​waj to, jak chcesz, ale on nie chciał​by tego.
Mó​wi​ła krót​ko i zwięź​le. Zi​ry​to​wa​na od​dy​cha​ła płyt​ko i szyb​ko. Jej pier​si fa​lo​-

wa​ły pod bluz​ką, przy​cią​ga​jąc jego uwa​gę. Hor​mo​ny pró​bo​wa​ły prze​jąć kon​tro​-
lę nad jego cia​łem, cze​go prze​cież nie chciał.

‒ Przy​rze​kłem mu, że za​bio​rę cię do Włoch i za​an​ga​żu​ję w pro​mo​cję.
Jego sło​wa za​brzmia​ły ostrzej, niż tego chciał, ale nie spo​dzie​wał się, że spo​-

tka  ko​bie​tę,  któ​ra  wy​wo​ła  w  nim  taką  mie​szan​kę  gnie​wu  i  ognia.  Nie  była  tą
słod​ką i ra​do​sną dziew​czy​ną, o któ​rej opo​wia​dał Se​ba​stian; była sek​sow​na i na​-
mięt​nie roz​gnie​wa​na.

‒ On… co? – Ode​pchnę​ła krze​sło i przy​su​nę​ła się do nie​go bli​żej.
To nie był do​bry po​mysł, nie w chwi​li, gdy jego cia​ło re​ago​wa​ło tak sza​leń​czo

na jej sek​sow​ne kształ​ty. Chciał prze​su​nąć krze​sło, żeby stwo​rzyć ba​rie​rę, od​su​-
nąć  się  od  niej.  Może  wte​dy  mógł​by  my​śleć  o  tym,  po  co  tu  przy​je​chał,  a  nie
o tym dłu​go za​nie​dby​wa​nym pra​gnie​niu ko​bie​ce​go cia​ła.

‒  Nie​dłu​go  od​bę​dzie  się  pre​zen​ta​cja  na​sze​go  sa​mo​cho​du.  Chciał​bym,  że​byś

tam była.

Te sło​wa wy​po​wie​dział mi​mo​wol​nie. Miał dziw​ne wra​że​nie, że dziew​czy​na nad

nim pa​nu​je, rzu​ca na nie​go ja​kiś urok.

background image

‒ Chcesz, że​bym tam była? – Jej głos uniósł się o okta​wę, a on za​wa​hał się, bo

uświa​do​mił so​bie, jak to mu​sia​ło dla niej za​brzmieć. Po​czuł małe ukłu​cie wy​rzu​-
tów su​mie​nia, ale ode​pchnął je na​tych​miast. Wie​dział, że ob​wi​nia​ła go za tam​tą
noc, a on nie mógł za​truć jej wspo​mnień, mó​wiąc praw​dę. Nie po obiet​ni​cy, któ​-
rą zło​żył.

‒ Se​ba​stian chciał, że​byś tam była.
Co się z nim dzia​ło? Nie spo​dzie​wał się ko​goś ta​kie​go jak ona. Nie wy​glą​da​ła

szy​kow​nie, trud​no mu było uwie​rzyć, że do nie​daw​na pro​wa​dzi​ła luk​su​so​we ży​-
cie. Więc cze​mu ta pro​sta, zwy​czaj​na wer​sja Char​lot​te War​ring​ton, roz​czo​chra​-
nej  i  po​bru​dzo​nej  zie​mią  tak  gwał​tow​nie  go  pod​nie​ci​ła?  Nie  mógł  się  sku​pić,
a  jego  cia​ło  za​le​wa​ło  po​żą​da​nie,  do​ma​ga​jąc  się  za​spo​ko​je​nia.  Dziew​czy​na  po​-
krę​ci​ła gło​wą.

‒  Nie,  nie  po​pro​sił​by  o  to.  I  nie  zgi​nął​by,  gdy​by  nie  ty  i  ten  twój  głu​pi  sa​mo​-

chód.

‒ Wiesz, że żył dla wy​ści​gów, dla dresz​czu emo​cji i dla szyb​ko​ści. To ko​chał,

w tym był do​bry.

San​dro ode​pchnął wspo​mnie​nie wy​pad​ku, kosz​mar tego, co się sta​ło za​raz po

zde​rze​niu, któ​re, jak się oka​za​ło parę go​dzin póź​niej, było śmier​tel​ne dla Se​ba​-
stia​na.  Mógł  zro​zu​mieć  i  po​dzie​lać  jej  ból,  ża​ło​bę,  ale  nie  mógł  po​zwo​lić,  żeby
zrzu​ca​ła  całą  winę  na  nie​go.  Ukry​wał  praw​dę  przed  świa​tem  i  żąd​ny​mi  plo​tek
me​dia​mi z sza​cun​ku do mło​de​go kie​row​cy, któ​ry szyb​ko stał się jego przy​ja​cie​-
lem.  Te​raz  przy​szła  pora  speł​nić  ostat​nie  ży​cze​nie  Se​ba​stia​na.  A  on  chciał,  by
jego sio​stra była na pre​mie​rze, chciał, by za​apro​bo​wa​ła sa​mo​chód. I tak bę​dzie,
nie​waż​ne, ja​kim kosz​tem.

‒ Tak też zgi​nął. – W jej gło​sie za​brzmiał smu​tek i zo​ba​czył, że opa​dły jej ra​-

mio​na. Czy się roz​pła​cze? Po​czuł ukłu​cie pa​ni​ki.

Gdy  pró​bo​wa​ła  się  opa​no​wać,  on  pa​trzył  na  małą,  ty​po​wo  an​giel​ską  wiej​ską

kuch​nię. Z po​wa​ły zwi​sa​ły su​szą​ce się zio​ła, a zie​lo​ne ro​sły w do​nicz​kach na pa​-
ra​pe​cie  okien​nym.  Tuż  obok  nich,  w  ma​łej  ram​ce,  sta​ło  zdję​cie  Se​ba​stia​na
i Char​lie. Się​gnął po nie i zo​ba​czył, że dziew​czy​na prze​no​si wzrok na nie​go i na
zdję​cie,  ale  nie  po​wie​dzia​ła  nic,  gdy  pod​niósł  je  i  przyj​rzał  mu  się.  Jed​nak  za​-
miast na przy​ja​cie​la pa​trzył na ko​bie​tę, któ​ra sta​ła obok, któ​rej wi​ze​ru​nek znał
z me​diów, ale ni​g​dy nie po​znał jej oso​bi​ście. Tą samą, któ​ra te​raz mia​ła na nie​go
prze​dziw​ny wpływ – a może to było tyl​ko jego su​mie​nie?

Na zdję​ciu jej oczy lśni​ły szczę​ściem, a sma​ko​wi​te peł​ne usta śmia​ły się ra​do​-

śnie. Opie​ra​ła się o spor​to​we auto, a jej brat, rów​nie szczę​śli​wy, obej​mo​wał ją
opie​kuń​czo ra​mie​niem i przy​tu​lał.

‒ Rzym. Dwa lata temu – po​wie​dzia​ła nie​mal szep​tem i po​czuł, jak się do nie​go

przy​su​wa.  Od  jej  cia​ła  biło  cie​pło.  –  Za​nim  za​an​ga​żo​wał  się  w  twój  pro​jekt
i o nas za​po​mniał.

Ode​tchnął głę​bo​ko, wdy​cha​jąc jej za​pach, lek​ki i kwia​to​wy, przy​po​mi​na​ją​cy ja​-

śmin  po​mie​sza​ny  z  zie​mi​stym  za​pa​chem  zie​mi  po  pra​cy  w  ogro​dzie.  Ostroż​nie
od​sta​wił zdję​cie, igno​ru​jąc oskar​że​nie w jej ostat​nich sło​wach. To nie była roz​-

background image

mo​wa na te​raz.

‒ Je​ste​ście po​dob​ni.
‒ By​li​śmy.
To  jed​no  sło​wo  obu​dzi​ło  jego  po​czu​cie  winy,  któ​re​go,  jak  so​bie  wma​wiał,  nie

po​wi​nien czuć, i któ​re, jak są​dził, uda​ło mu się wy​przeć. Po​wi​nien wie​dzieć, że
przy​je​cha​nie tu i zmie​rze​nie się z tą ko​bie​tą nie bę​dzie ła​twe. Że tyl​ko po​więk​-
szy  po​czu​cie  winy,  za​miast  je  osła​bić.  To,  że  wciąż  ukry​wał  przed  wszyst​ki​mi
naj​mrocz​niej​szy  se​kret  Se​ba​stia​na,  nie  po​ma​ga​ło.  Spoj​rzał  na  nią  z  góry,  w  jej
oczy prze​peł​nio​ne ta​kim smut​kiem, taką bez​bron​no​ścią, że ści​snę​ło mu się ser​-
ce.  Chciał  od​pę​dzić  ten  smu​tek,  przy​wró​cić  pe​łen  szczę​ścia  uśmiech  na  peł​ne
na​mięt​ne usta.

‒  Tego  chciał,  Char​lot​te  –  po​wie​dział  mięk​ko,  nie  mo​gąc  ode​rwać  od  niej

wzro​ku.

‒ Char​lie. Nikt nie na​zy​wa mnie Char​lot​te. Poza mat​ką – wy​szep​ta​ła. Ten ro​-

dzaj sek​sow​ne​go szep​tu przy​wykł sły​szeć od ko​biet po na​mięt​nym sek​sie. Wy​bu​-
chło w nim po​żą​da​nie, gdy wy​obra​ził ją so​bie le​żą​cą w jego łóż​ku, peł​ną za​do​wo​-
le​nia.

‒ Char​lie – po​wtó​rzył, pod​czas gdy w jego ży​łach pul​so​wa​ła głę​bo​ka pier​wot​-

na po​trze​ba. Na​praw​dę po​wi​nien prze​stać my​śleć o sek​sie. Czuł, że może nie​-
bez​piecz​nie  skom​pli​ko​wać  tę  mi​sję.  Była  je​dy​ną  ko​bie​tą,  któ​rej  nie  po​wi​nien
pra​gnąć.

– Se​ba​stian chciał, że​byś tam była.
‒ Nie mogę.
Ten głos, gar​dło​wy szept, pod​że​gał jego mę​skie żą​dze, któ​re sta​ły się jesz​cze

bar​dziej dzi​kie.

‒  Ow​szem,  mo​żesz  –  po​wie​dział  i  za​nim  zdą​żył  po​my​śleć,  czu​le  po​gła​dził

grzbie​tem dło​ni jej twarz. Jej skó​ra była mięk​ka i cie​pła. Jej od​dech stał się gło​-
śniej​szy, a oczy po​ciem​nia​ły, prze​sy​ła​jąc od​po​wiedź sta​rą jak świat.

Po​krę​ci​ła po​wo​li gło​wą, za​prze​cza​jąc, a on po​czuł pod pal​ca​mi jej po​ru​sza​ją​cy

się  po​li​czek  i  aż  za​ci​snął  szczę​ki  od  tego  in​ten​syw​ne​go  do​zna​nia.  Przy​po​mniał
so​bie,  że  ni​g​dy  nie  mie​sza  biz​ne​su  z  przy​jem​no​ścia​mi,  a  tu  prze​cież  cho​dzi​ło
o  biz​nes  –  i  za​tu​szo​wa​nie  upad​ku  przy​ja​cie​la.  Wspo​mniał  nie​daw​ną  roz​mo​wę
z  jej  oj​cem,  swo​je  za​pew​nie​nie,  któ​re  wią​za​ło  go  jesz​cze  moc​niej  z  obiet​ni​cą,
wy​mu​szo​ną na nim przez Se​ba​stia​na, w chwi​li gdy ucho​dzi​ło z nie​go ży​cie.

‒ Twój oj​ciec są​dzi to samo.
To było jak wy​buch. Jak​by wy​strze​li​ły mię​dzy nimi fa​jer​wer​ki. Od​sko​czy​ła od

nie​go, krze​sło za​zgrzy​ta​ło gło​śno po pod​ło​dze, a jej oczy peł​ne były oskar​żeń.

‒ Mój oj​ciec? – Zszo​ko​wa​ny głos, wdarł się w jego my​śli, spro​wa​dza​jąc go do

rze​czy​wi​sto​ści. – Roz​ma​wia​łeś z moim oj​cem?

Char​lie była jak odrę​twia​ła. Jak śmiał roz​ma​wiać z jej oj​cem? I cze​mu oj​ciec

o  tym  nie  wspo​mniał?  Cze​mu  nie  ostrzegł  jej,  że  Ales​san​dro  Ro​sel​li,  wła​ści​ciel
jed​nej  z  naj​więk​szych  fa​bryk  sa​mo​cho​do​wych  we  Wło​szech,  bę​dzie  jej  szu​kał,

background image

bę​dzie chciał, żeby zro​bi​ła coś, z czym nie może się jesz​cze zmie​rzyć? Wi​dzia​ła
go prze​cież wczo​raj. Po​wi​nien jej coś po​wie​dzieć.

‒ O czym do​kład​nie roz​ma​wia​łeś z moim oj​cem?
Mó​wi​ła twar​do, za​ci​snę​ła dło​nie na opar​ciu krze​sła, jak​by so​sna była ko​twi​cą

utrzy​mu​ją​cą  jej  my​śli  na  wo​dzy.  Chwi​lę  wcze​śniej  za​sta​na​wia​ła  się,  jaki  był​by
jego po​ca​łu​nek, pła​wi​ła się w mięk​kiej piesz​czo​cie jego pal​ców ni​czym odu​rzo​na
na​sto​lat​ka. Co so​bie my​śla​ła?

‒ Nie mia​łeś pra​wa.
‒ Skon​tak​to​wa​łem się z nim, żeby spy​tać, czy mogę cię od​wie​dzić z za​pro​sze​-

niem na pre​zen​ta​cję auta. Twój oj​ciec wie​dział, że tego pra​gnął Se​ba​stian.

Skrzy​żo​wał  ra​mio​na  na  sze​ro​kiej  pier​si  i  oparł  się  o  ku​chen​kę,  nie  zry​wa​jąc

kon​tak​tu wzro​ko​we​go. Po raz dru​gi tego po​ran​ka jej ra​mio​na opa​dły pod​dań​czo.
Przy​ci​snę​ła opusz​ki pal​ców do skro​ni i na chwi​lę za​mknę​ła oczy. Mia​ła na​dzie​ję,
że gdy je otwo​rzy, nie bę​dzie pa​trzeć na nią tak in​ten​syw​nie, tak prze​ni​kli​wie.
Ale nic się nie zmie​ni​ło. Te na​kra​pia​ne brą​zo​wo oczy, któ​re zda​wa​ły jej się tak
zna​jo​me, te​raz wręcz się w nią wwier​ca​ły. Jak​by chcia​ły do​trzeć pro​sto do ser​-
ca, szu​ka​jąc każ​de​go se​kre​tu, jaki kie​dy​kol​wiek mia​ła. Opu​ści​ła ręce i znów za​-
ci​snę​ła je na opar​ciu krze​sła.

‒ Nie po​wi​nie​neś roz​ma​wiać z moim oj​cem. On nie po​trze​bu​je przy​po​mnie​nia,

co stra​ci​li​śmy, a ja do​sko​na​le po​tra​fię zde​cy​do​wać, czy chcę się z tobą zo​ba​czyć,
czy nie, i czy chcę się za​an​ga​żo​wać w pro​mo​cję sa​mo​cho​du.

‒  A  chcesz?  –  Uniósł  brwi,  a  w  ką​ci​ku  jego  ust  za​tań​czył  uśmiech.  Tych  sa​-

mych ust, któ​rych po​ca​łun​ki so​bie wy​obra​ża​ła.

Czy chce co? Skup się, Char​lie. Jej umysł wal​czył, by za​cząć znów ra​cjo​nal​nie

my​śleć. Nie wie​dzia​ła, cze​go chce poza tym, by nie po​zwo​lić temu męż​czyź​nie,
temu wspa​nia​łe​mu oka​zo​wi mę​sko​ści do​strzec, jak jest nie​pew​na i zmie​sza​na.

‒ Zde​cy​do​wa​nie nie chcia​łam się z tobą spo​ty​kać. – Unio​sła pod​bró​dek i zmu​-

si​ła się do za​cho​wa​nia spo​ko​ju. – Je​śli so​bie przy​po​mi​nasz, pro​si​łam, że​byś wy​-
szedł. Nie chcę w swo​im ży​ciu ani odro​bi​ny świa​ta wy​ści​gów i mo​to​ry​za​cji.

‒ Czy to dla​te​go za​szy​łaś się w głę​bi an​giel​skiej wsi?
Cie​ka​wość w jego gło​sie była oczy​wi​sta, a py​ta​nie pa​so​wa​ło do jego spo​so​bu

by​cia i za​mie​sza​nia, któ​re po​wo​do​wał samą swo​ją obec​no​ścią. Nie chcia​ła my​-
śleć o tych rze​czach, ale nie mia​ła wyj​ścia.

‒ Wy​co​fa​łam się z za​się​gu me​diów z sza​cun​ku dla bra​ta. Nie ukry​wam się –

po​wie​dzia​ła, świa​do​ma swo​je​go ostre​go tonu. – Nie mo​głam na​dal wy​stę​po​wać
przed ka​me​ra​mi, pro​mo​wać ze​spo​łu, nie po śmier​ci Se​ba​stia​na.

‒ Czy są​dzisz, że on chciał, by tak się sta​ło?
Opie​rał się o ku​chen​kę, a ona nie mo​gła nie pa​trzeć na jego bio​dra i po​tęż​ne

uda. Po​czu​ła dreszcz zmy​sło​wej na​mięt​no​ści. Cze​mu ze wszyst​kich męż​czyzn to
on wła​śnie jest dla niej tak atrak​cyj​ny?

‒ To zna​czy?
‒ Ta chat​ka jest uro​cza, ale ko​bie​ta taka jak ty nie po​win​na być tu uwię​zio​na

na za​wsze.

background image

Spoj​rza​ła  znów  na  jego  twarz,  po​dzi​wia​jąc  krzy​wi​znę  nosa  i  kształt  ust.  Pa​-

trzył jej pro​sto w oczy, nie​mal od​bie​ra​jąc moż​li​wość od​dy​cha​nia. Czy miał ra​cję?
Czy Se​ba​stian chciał​by, by się an​ga​żo​wa​ła? Po​tem wresz​cie do​tar​ły do niej jego
ostat​nie sło​wa.

‒ Co masz na my​śli, mó​wiąc, ko​bie​ta taka jak ja?
Ob​szedł  stół,  przy​tła​cza​jąc  swo​ją  syl​wet​ką  małą  kuch​nię.  Ni​g​dy  nie  my​śla​ła

tak o tym po​miesz​cze​niu, nie do​pó​ki wszedł do nie​go Ales​san​dro Ro​sel​li. Za​trzy​-
mał  się  po  dru​giej  stro​nie  po​miesz​cze​nia,  co  ją  ucie​szy​ło,  bo  wo​la​ła,  żeby  był
mię​dzy nimi fi​zycz​ny dy​stans.

‒ Ży​jesz szyb​ko. A ra​czej tak było. – Jego głos zmie​nił się w sek​sow​ne mru​cze​-

nie,  a  oczy  wpi​ja​ły  się  w  nią.  Znów  uświa​do​mi​ła  so​bie,  jak  wy​glą​da  w  swo​ich
zwy​czaj​nych, znisz​czo​nych ubra​niach.

‒ Cóż, te​raz tak nie jest i nie za​mie​rzam do tego wra​cać. Nic, co ty czy mój oj​-

ciec po​wie​cie, nie zmie​ni mo​je​go zda​nia.

‒ Za​dbaj o moją małą Char​lie. Po​lu​bi cię – po​wie​dział twar​do i do​kład​nie wie​-

dzia​ła, kogo cy​tu​je. Tyl​ko Se​ba​stian na​zy​wał ją w ten spo​sób.

Usiadł na krze​śle. Da​wał znać, że ni​g​dzie się nie wy​bie​ra, a jego sło​wa spra​-

wi​ły, że sta​ła się nie​spo​koj​na. Nie​mal usły​sza​ła bra​ta.

‒ Nie wie​rzę ci.
Sta​ra​ła się ukryć swo​je zmie​sza​nie, ale przy​po​mnia​ła so​bie te​le​fo​ny bra​ta. Za​-

wsze  pró​bo​wał  ją  zmu​sić,  by  znów  za​czę​ła  rand​ko​wać,  wma​wia​jąc  jej,  że  nie
wszy​scy męż​czyź​ni są tak bez ser​ca, jak jej były na​rze​czo​ny.

‒ Ni​g​dy by tego nie po​wie​dział.
Z  nie​obec​nym  spoj​rze​niem  się​gnął  po  wczo​raj​szą  ga​ze​tę  lo​kal​ną.  Wy​glą​dał,

jak​by przy​na​le​żał do tego domu, do tej kuch​ni. Spra​wiał wra​że​nie, że mu tu wy​-
god​nie.

‒ Ale to praw​da, cara.
‒ Dla cie​bie Char​lot​te. – Po​przed​nio zbyt ła​two po​go​dzi​ła się z tym zdrob​nie​-

niem i to ją zde​ner​wo​wa​ło. Ża​ło​wa​ła, że po​pro​si​ła go o na​zy​wa​nie sie​bie Char​-
lie.

‒ Char​lot​te… ‒ po​wie​dział tak po​wo​li, tak sek​sow​nie, jak​by pie​ścił każ​dą sy​la​-

bę.  Po​czu​ła  go​rą​co.  Pró​bo​wa​ła  igno​ro​wać  pul​su​ją​ce  w  niej  po​żą​da​nie.  Co  się
z  nią,  do  li​cha,  dzia​ło?  Może  za​po​mnia​ła  już  o  szyb​kiej  jeź​dzie,  jak  to  ujął,  na
zbyt dłu​go? Czy po​win​na mu uwie​rzyć, że Se​ba​stian chciał, by się za​an​ga​żo​wa​-
ła? Nie chcia​ła tego przy​zna​wać, ale te sło​wa spo​koj​nie mógł wy​po​wie​dzieć jej
brat.

‒ Co do​kład​nie po​wie​dział mój oj​ciec?
Mu​sia​ła  od​wró​cić  jego  uwa​gę.  Nie  mo​gła  stać  tu  dłu​żej,  czu​ła,  że  po​że​rał  ją

wzro​kiem. To było zbyt przy​tła​cza​ją​ce. Spoj​rzał na nią, a go​rą​co w jej trze​wiach
zwięk​szy​ło się. Jej brat miał ra​cję. Po​do​bał jej się, ale tyl​ko na pier​wot​nym po​-
zio​mie. To było tyl​ko po​żą​da​nie, nic wię​cej. Coś, co jest w sta​nie opa​no​wać, te​-
raz tego nie po​trze​bu​je.

‒  Po​wie​dział  –  dro​czył  się  z  nią,  uno​sząc  su​ge​styw​nie  brew  –  że  czas,  że​byś

background image

wró​ci​ła za kie​row​ni​cę.

Jego sło​wa za​wi​sły cięż​ko w po​wie​trzu. Praw​dzi​we sło​wa. Czyż jej oj​ciec nie

po​wie​dział jej tego za​le​d​wie parę ty​go​dni wcze​śniej?

‒ Nie wie​dzia​łem, że za tą olśnie​wa​ją​cą fa​sa​dą po​ka​zy​wa​ną przed ka​me​ra​mi

kry​je się coś wię​cej, że umiesz pro​wa​dzić wy​ści​go​we auta.

Pa​trzył na nią zna​czą​co i mia​ła wra​że​nie, że pró​bu​je ją zi​ry​to​wać, we​pchnąć

na siłę w to, co jej brat chciał, żeby ro​bi​ła. Po​my​śla​ła o swo​jej pra​cy przy pro​mo​-
cji ze​spo​łu Se​ba​stia​na, o jeż​dże​niu z nimi na wszyst​kie wy​ści​gi na świe​cie, o wy​-
wia​dach. To było sza​lo​ne ży​cie, któ​re lu​bi​ła i w któ​rym się speł​nia​ła. Cięż​ko pra​-
cu​jąc,  do​tar​ła  na  szczyt  od  sa​me​go  dołu  i  na​uczy​ła  się  wszyst​kie​go,  co  moż​na
wie​dzieć o pro​wa​dze​niu sa​mo​cho​dów. Ka​me​ry po​ka​zy​wa​ły jej pięk​ny wi​ze​ru​nek,
ale ona za​wsze czu​ła się bez​piecz​niej, nie bę​dąc na świecz​ni​ku, ro​biąc to, co na​-
praw​dę ko​cha​ła ‒ pra​cu​jąc przy sa​mo​cho​dach i pro​wa​dząc je – cze​mu sprze​ci​-
wia​ła się jej mat​ka. Czy przy​szedł czas, by prze​stać się ukry​wać i znów stać się
czę​ścią  tego  świa​ta?  Za​da​wa​ła  so​bie  to  py​ta​nie,  świa​do​ma  jego  wzro​ku,  któ​ry
śle​dził każ​dy jej ruch.

‒ Był​byś za​sko​czo​ny – po​wie​dzia​ła flir​ciar​sko, za​ska​ku​jąc samą sie​bie. Co ona

wy​pra​wia?  Ni​g​dy  nie  flir​to​wa​ła.  To  za​wsze  przy​spa​rza​ło  kło​po​tów.  Wie​dzia​ła
o tym le​piej niż więk​szość lu​dzi i wi​dzia​ła to wie​lo​krot​nie w swo​jej pra​cy. Nie​-
win​ny flirt za​wsze pro​wa​dził do cze​goś wię​cej. Jej mat​ka pa​dła tego ofia​rą, po​-
rzu​ca​jąc ją i Se​ba​stia​na jako na​sto​lat​ków, gdy ru​szy​ła za swo​ją ów​cze​sną zdo​by​-
czą.

Uniósł  brew,  a  jego  oczy  bły​snę​ły  sek​sow​nie,  co  w  nie​wy​tłu​ma​czal​ny  spo​sób

przy​spie​szy​ło jej puls. To się mu​sia​ło skoń​czyć. Nie mo​gła dłu​żej stać pod jego
spoj​rze​niem, bo się roz​pu​ści.

‒ Mam na​dzie​ję, że się do​wiem.
Jego głos był ni​czym wark​nię​cie, od któ​re​go żo​łą​dek za​wią​zał jej się w su​peł.
‒ Kawy? – Dy​wer​sja była zde​cy​do​wa​nie wska​za​na, a kawa była pierw​szym, co

przy​szło jej na myśl.

‒ Si, gra​zie.
Wpływ, jaki na nie​go wy​wie​ra​ła, spra​wił, że au​to​ma​tycz​nie prze​szedł na wło​-

ski.  Nie  chciał  kawy.  Na​wet  naj​lep​sze  espres​so  nie  mo​gło  uga​sić  ognia  w  jego
cie​le. Pa​trzy​ła na nie​go, nie​świa​do​mie ob​li​zu​jąc war​gi, a on nie​mal jęk​nął, opa​-
no​wu​jąc się z wiel​kim wy​sił​kiem, by zo​stać przy sto​le i nie rzu​cić się na nią. Za​-
zwy​czaj po​do​ba​ły mu się ele​ganc​kie, szy​kow​ne ko​bie​ty i to, że pra​gnął tej zwy​-
czaj​nej, po​tar​ga​nej wer​sji Char​lie było dla nie​go zu​peł​nie nowe i nie​ocze​ki​wa​ne.
Było rów​nież cał​ko​wi​cie nie na miej​scu.

Pa​trzył, jak krę​ci się po kuch​ni, i po​dzi​wiał jej krą​gło​ści, kie​dy od​wró​ci​ła się do

nie​go ty​łem, by przy​go​to​wać kawę. Po​do​ba​ło mu się, że jej dżin​sy cia​sno opi​na​ją
uda, pod​kre​śla​jąc kształt po​ślad​ków. Roz​cią​gnię​ta ko​szul​ka, któ​rą mia​ła na so​-
bie, nie ukry​wa​ła przed jego wy​głod​nia​łym wzro​kiem wą​skiej ta​lii ani po​nęt​nych
pier​si. Po​da​ła mu ku​bek z roz​pusz​czal​ną kawą i usia​dła. Skrzy​wił się w my​ślach.
Nie lu​bił ta​kiej kawy, ale je​śli to mia​ło mu po​móc w prze​ko​na​niu jej, by po​je​cha​ła

background image

na pre​zen​ta​cję sa​mo​cho​du, mu​siał wy​trwać. Na​pił się łyk, pa​trząc, jak dziew​czy​-
na dmu​cha na swój na​par, de​li​kat​nie go stu​dząc, a wi​dok jej ust był hip​no​ty​zu​ją​-
cy. Mu​siał nad sobą za​pa​no​wać. Char​lie była atrak​cyj​na i w każ​dej in​nej sy​tu​acji
chciał​by wię​cej – dużo wię​cej, przy​naj​mniej tak dłu​go, aż ogień po​żą​da​nia zma​le​-
je.  Ale  mu​siał  pa​mię​tać,  że  była  sio​strą  Se​ba​stia​na  i,  przez  wzgląd  na  pa​mięć
przy​ja​cie​la, dla nie​go nie​ty​kal​na. Nie może po​ka​zać, że czu​je do niej po​żą​da​nie,
nie po​wi​nien w ogó​le do tego do​pu​ścić.

‒ Wra​ca​jąc do in​te​re​sów – po​wie​dział szorst​ko i od​sta​wił ku​bek.
‒ Nie wie​dzia​łam, że cho​dzi o in​te​res – po​wie​dzia​ła lek​ko. Zdra​dzi​ło ją to, po​-

ka​zu​jąc, że wal​czy z wie​lo​ma emo​cja​mi. – Są​dzi​łam, że cho​dzi o uko​je​nie two​je​-
go su​mie​nia, uwol​nie​nie cię od po​czu​cia winy.

Czuł się od​po​wie​dzial​ny za śmierć Se​ba​stia​na – kto by się nie czuł w tych oko​-

licz​no​ściach – ale nie to go na​pę​dza​ło, nie dla​te​go tu przy​był. Zna​lazł się w tym
domu, bo zło​żył obiet​ni​cę.

‒ To jest biz​nes, Char​lot​te. Chcę, że​byś była przy pro​mo​cji sa​mo​cho​du. Se​ba​-

stian za​wsze tego chciał. Wie​dział, jak do​brze ra​dzisz so​bie w pra​cy.

‒ Ni​g​dy nic mi o tym nie mó​wił. – Od​sta​wi​ła ku​bek, od​py​cha​jąc go od sie​bie,

jak​by nie za​mie​rza​ła już wię​cej pić.

Miał jej po​wie​dzieć, jak bar​dzo Se​ba​stian za nią tę​sk​nił. Jak nie mógł się do​-

cze​kać, aż przy​je​dzie do Włoch. Wszyst​ko, by ją prze​ko​nać, ale jej na​stęp​ne sło​-
wa ude​rzy​ły go czy​stym bó​lem, któ​rym były pod​szy​te.

‒ Ale przy​pusz​czam, że nie wie​dział, że umrze.
Przy​tak​nął, wal​cząc z uczu​cia​mi, i wy​czuł, że skła​nia się do wła​ści​wej de​cy​zji.

Po​trze​bo​wa​ła po pro​stu jesz​cze tro​chę cza​su.

‒ Nie​ste​ty, to praw​da.
‒ Kie​dy od​bę​dzie się pre​mie​ra?
Peł​ny​mi  wstrzy​my​wa​nych  łez  ocza​mi  po​szu​ka​ła  jego  wzro​ku.  Po​mi​mo  wcze​-

śniej​szych  sa​mo​uspra​wie​dli​wień  czuł  się  win​ny.  Nie  tyl​ko  jej  smut​ku,  go​rzej.
Czuł  przy​mus  na​pra​wie​nia  tego,  co  się  sta​ło,  wpro​wa​dze​nia  do  jej  ży​cia  choć
odro​bi​ny  szczę​ścia.  W  koń​cu  nie  cho​wa​ła​by  się  przed  świa​tem,  zwłasz​cza  tym
uko​cha​nym świa​tem wy​ści​gów, gdy​by nie była nie​szczę​śli​wa.

‒ W pią​tek.
‒  Ale  to  już  za  dwa  dni!  Dzię​ki  za  in​for​ma​cję  na  czas.  –  Jej  ton  był  ostry

i w oczach do​strzegł iskrę de​ter​mi​na​cji, któ​rą roz​po​zna​wał i któ​rą ro​zu​miał.

‒ Bene, po​ja​wisz się?
‒ Tak – po​wie​dzia​ła i od​su​nę​ła krze​sło, wsta​jąc. Uświa​do​mił so​bie, że to było

po​że​gna​nie. – Ale na mo​ich wa​run​kach.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

‒ Ja​kie to wa​run​ki? – spy​tał po​dejrz​li​wie Ales​san​dro, pa​trząc na nią ze swo​je​-

go miej​sca za sto​łem. Char​lie pa​trzy​ła, jak za​ci​ska szczę​ki i lek​ko mru​ży oczy.
Nie  spo​dzie​wał  się  tego.  De​ner​wo​wa​ło  ją,  że  są​dził,  że  może  po​ja​wić  się
w  ostat​niej  chwi​li  i  po​pro​sić,  by  po​je​cha​ła  na  pre​mie​rę.  Do  tego  mo​men​tu  nie
chcia​ła mieć nic wspól​ne​go z wy​ści​ga​mi, ale za​czy​na​ła so​bie uświa​da​miać, że je​-
śli  wró​ci,  może  po​znać  od​po​wie​dzi  na  py​ta​nia  na  te​mat  wy​pad​ku,  któ​re  wciąż
so​bie za​da​wa​ła. Za​sta​na​wia​ła się nad tym, pró​bu​jąc zi​gno​ro​wać jego po​trze​bę
kon​tro​lo​wa​nia wszyst​kie​go.

Je​śli mia​ła je​chać, nie chcia​ła być tyl​ko go​ściem, któ​re​go Ales​san​dro za​pro​sił,

by  uci​szyć  su​mie​nie.  Chcia​ła  dużo  wię​cej.  Chcia​ła  do​wie​dzieć  się  wszyst​kie​go
o sa​mo​cho​dzie.

Głę​bo​ko ża​ło​wa​ła, że nie spo​tka​ła się z Se​ba​stia​nem przed wy​pad​kiem. Gdy​by

po​je​cha​ła do Włoch zo​ba​czyć, jak jego ma​rze​nie za​mie​nia się w rze​czy​wi​stość,
może wy​pa​dek by się nie zda​rzył? Ta im​pre​za mo​gła być czymś, co po​zwo​li jej
od​zy​skać kon​tro​lę nad swo​im ży​ciem. Może za​po​mnieć o prze​szło​ści, ale uda jej
się to tyl​ko wte​dy, gdy po​zna wszyst​kie od​po​wie​dzi. To mo​gła być je​dy​na oka​zja,
by się do​wie​dzieć, co na​praw​dę przy​da​rzy​ło się jej bra​tu. W koń​cu był pro​fe​sjo​-
nal​nym  kie​row​cą,  jed​nym  z  naj​lep​szych,  a  oko​licz​no​ści  jego  wy​pad​ku  były  bar​-
dzo nie​ja​sne.

‒ Za​nim prze​dys​ku​tu​je​my moje wa​run​ki, chcę się do​wie​dzieć, co się sta​ło tam​-

tej  nocy.  –  Skrzy​żo​wa​ła  ra​mio​na  w  nie​świa​do​mie  obron​nym  ge​ście  i  opar​ła  się
o ku​chen​ną szaf​kę, cze​ka​jąc na jego re​ak​cję.

Spo​dzie​wa​ła  się,  że  na  jego  twa​rzy  zo​ba​czy  po​czu​cie  winy,  któ​re  spra​wi,  że

jego przy​stoj​na twarz po​ciem​nie​je, ale na​po​tka​ła spo​koj​ne spoj​rze​nie i po​czu​ła
coś  na  kształt  nie​pew​no​ści.  Za​wsze  go  wi​ni​ła,  ale  te​raz  wy​da​ło  jej  się,  że  nie
musi być to do koń​ca praw​dą.

‒  Co  chcesz  wie​dzieć?  –  Spo​kój  jego  gło​su  kon​tra​sto​wał  z  nie​spo​koj​nym  bi​-

ciem jej ser​ca. W gło​wie kłę​bi​ły jej się py​ta​nia, któ​re chcia​ła za​dać od tam​tej fe​-
ral​nej nocy. Od​po​wie​dzi zda​wa​ły się wresz​cie na wy​cią​gnię​cie ręki.

‒ Jak to się sta​ło, że zna​lazł się w tym sa​mo​cho​dzie? Po​dob​no nie był go​to​wy,

by nim jeź​dzić. Przy​naj​mniej tak sły​sza​łam.

Wy​pro​sto​wa​ła się i wzię​ła głę​bo​ki od​dech, pró​bu​jąc spra​wiać wra​że​nie zrów​-

no​wa​żo​nej. Da​le​ko jej było jed​nak do tego i w głę​bi du​szy wie​dzia​ła, że nie było
to tyl​ko spo​wo​do​wa​ne tym, że sta​ła twa​rzą w twarz z po​ten​cjal​nym wi​no​waj​cą.
Cho​dzi​ło jed​nak o nie​go. Po​tęż​na aura do​mi​na​cji Ales​san​dra Ro​sel​lie​go wy​peł​ni​-
ła kuch​nię, ale Char​lie nie za​mie​rza​ła się dać za​stra​szyć. Sta​nie z nim w szran​ki
z de​ter​mi​na​cją i od​wa​gą. Do​wie się praw​dy, w ten spo​sób albo w inny. Była prze​-

background image

ko​na​na, że jesz​cze jej nie po​zna​ła i chcia​ła to na​pra​wić. Roz​parł się na krze​śle,
ob​ser​wu​jąc ją, a ona mia​ła wra​że​nie, że pró​bu​je od​wró​cić jej uwa​gę. Nie​mal mu
się to uda​ło. Myśl o Se​ba​stia​nie, przy​po​mnia​ła so​bie, nie chcąc prze​ga​pić oka​zji.

‒ Za​wsze wie​rzysz w plot​ki? – Wy​glą​dał na bar​dziej zre​lak​so​wa​ne​go, niż po​-

wi​nien.

Zmarsz​czy​ła brwi, roz​złosz​czo​na taką od​po​wie​dzią.
‒ Nie, oczy​wi​ście, że nie.
‒  Więc  je​śli  po​wiem  ci,  że  z  sa​mo​cho​dem  było  wszyst​ko  w  po​rząd​ku,  uwie​-

rzysz mi? – Po​ru​szył się na sie​dze​niu, roz​pro​sto​wał dłu​gie nogi i oparł swo​bod​nie
jed​no  ra​mię  na  sto​le.  Ale  nie  czuł  się  spo​koj​ny.  Stwa​rzał  ta​kie  po​zo​ry,  ale  gdy
spoj​rza​ła w jego oczy, do​strze​gła, że jest spię​ty. Jak po​lu​ją​cy kot, któ​ry zwo​dzi
swo​ją ofia​rę fał​szy​wym po​czu​ciem bez​pie​czeń​stwa. Ale ta mysz​ka się nie da zła​-
pać. Nie na jej war​cie.

Po​trzą​snę​ła gło​wą.
‒ Je​dy​na rzecz, któ​ra mnie prze​ko​na, to ra​port z wy​pad​ku.
Po​wo​li wstał, pod​szedł do okna i spoj​rzał na ogród i wieś w od​da​li.
‒ Czy to na​praw​dę po​mo​że? Jest w nim każ​dy szcze​gół.
‒ Tak – po​wie​dzia​ła i ru​szy​ła ku nie​mu, kie​ro​wa​na nie​zro​zu​mia​łą po​trze​bą zo​-

ba​cze​nia jego twa​rzy i emo​cji, ja​kie się na niej ma​lo​wa​ły. – Chcę po​znać każ​dy
szcze​gół.

‒ Jak są​dzisz, dla​cze​go oj​ciec ci go nie po​ka​zał? – Jego ra​mio​na były jak tar​-

cza, któ​ra coś skry​wa​ła, coś, cze​go nie chciał, by się do​wie​dzia​ła. – Co chcesz
w nim zna​leźć?

‒ Praw​dę. – Znów po​czu​ła gniew, gdy wy​obra​zi​ła so​bie, jak roz​ma​wia z jej oj​-

cem, spi​sku​jąc, jak za​tu​szo​wać szcze​gó​ły. Wciąż nie ro​zu​mia​ła, dla​cze​go oj​ciec
nie  po​wie​dział  jej  wszyst​kie​go.  Za​wsze  po​dej​rze​wa​ła,  że  coś  skry​wa.  Czy  miał
dług  wo​bec  tego  męż​czy​zny,  któ​ry  roz​cią​gał  się  na  cór​kę,  a  może  i  na  pa​mięć
syna?

Od​wró​cił się do niej, a ostrość ma​lu​ją​ca się na jego twa​rzy pod​kre​śla​ła rysy.
‒ Cza​sem le​piej jest jej nie znać.
‒ Co? – Przy​ci​snę​ła dło​nie do skro​ni, le​d​wo wie​rząc w to, co usły​sza​ła. Jej oj​-

ciec i ten męż​czy​zna coś przed nią ukry​wa​li. Mógł jej to rów​nie do​brze po​wie​-
dzieć. – O czym ty mó​wisz?

Ales​san​dro usły​szał w jej gło​sie iry​ta​cję i za​ci​snął zęby, po​wstrzy​mu​jąc chęć,

by  wszyst​ko  wy​ja​wić.  Praw​da  przy​sło​ni​ła​by  jed​nak  te  wszyst​kie  szczę​śli​we
chwi​le, ja​kie dzie​li​ła z bra​tem, a jej oj​ciec bła​gał go, by to przed nią za​ta​ił. To je​-
dy​ny wa​ru​nek, któ​ry po​sta​wił, gdy się skon​tak​to​wa​li. Za​mie​rzał to uho​no​ro​wać –
i tę obiet​ni​cę zło​żył też Se​ba​stia​no​wi.

Sta​ła przed nim, nie mo​gąc na nie​go pa​trzeć, i po​trzą​sa​ła nie​do​wie​rza​ją​co gło​-

wą.  Jej  przy​spie​szo​ny  od​dech  świad​czył  o  we​wnętrz​nej  wal​ce.  In​stynk​tow​nie
zła​pał ją za ra​mio​na, a ona spoj​rza​ła na nie​go i pięk​no jej zie​lo​nych oczu nie​mal
go zła​ma​ło.

background image

‒ Twój brat je​chał z ogrom​ną pręd​ko​ścią. Wiesz to, praw​da?
‒  Wiem  –  wy​szep​ta​ła,  na  szczę​ście  nie​co  spo​koj​niej​sza,  szu​ka​jąc  w  jego

oczach  od​po​wie​dzi,  któ​rych  nie  mógł  jej  udzie​lić.  –  Ale  mu​szę  wie​dzieć,  co  się
sta​ło i dla​cze​go.

‒ Wierz mi, le​piej, że​byś za​pa​mię​ta​ła go w zdro​wiu i szczę​ściu. Pro​szę. – Jego

wes​tchnię​cie spra​wi​ło, że z jej cia​ła ule​cia​ła cała złość i po​czu​ła, że prze​le​wa się
przez nią fala re​zy​gna​cji.

‒ Wiem, ale tyle py​tań cze​ka na od​po​wie​dzi.
Za​mknę​ła oczy, a on pa​trzył na jej gru​be, ciem​ne rzę​sy kon​tra​stu​ją​ce z bia​łą

skó​rą.  Po​czuł  po​trze​bę  po​ca​ło​wa​nia  jej,  po​trze​bę,  któ​ra  nie​mal  spra​wi​ła,  że
prze​stał od​dy​chać. Gdy tu je​chał, nie są​dził, że po​zna ko​bie​tę, któ​rej za​pra​gnie
tak  moc​no.  Tyl​ko  raz  wcze​śniej  miał  ta​kie  uczu​cie  i  za​re​ago​wał  im​pul​syw​nie,
szyb​ko się że​niąc, tyl​ko po to, by od​kryć, że jego żona mia​ła od po​cząt​ku ukry​ty
mo​tyw. Nie chciał już ni​g​dy wię​cej sta​wiać się w ta​kiej sy​tu​acji.

Fi​zycz​ne przy​cią​ga​nie mię​dzy nim a Char​lie od mo​men​tu, gdy ich oczy się spo​-

tka​ły  się  po  raz  pierw​szy,  spra​wia​ło,  że  trud​niej  mu  było  do​trzy​mać  obiet​ni​cy.
Mu​siał od​su​nąć się od niej, od tej po​ku​sy, któ​ra po​wo​do​wa​ła, że pod​świa​do​mie
za​ci​skał  pię​ści.  Cała  sy​tu​acja  była  po​nad  jego  siły.  Char​lie  spoj​rza​ła  na  nie​go
i unio​sła z de​ter​mi​na​cją pod​bró​dek.

‒  Do​wiem  się  wszyst​kie​go,  pa​nie  Ro​sel​li.  To,  że  pan  i  mój  oj​ciec  pró​bu​je​cie

ukryć przede mną praw​dę, spra​wia, że to sta​je się ona jesz​cze waż​niej​sza.

‒  Nie​któ​re  spra​wy  le​piej  zo​sta​wić.  Dla  do​bra  Se​ba​stia​na,  za​ak​cep​tuj  to,  co

wiesz, i zrób, jak chce twój oj​ciec.

Od​su​nął się od niej, wró​cił do krze​sła, na któ​rym wcze​śniej sie​dział, by stwo​-

rzyć mię​dzy nimi dy​stans, ale po​trze​ba, któ​rą czuł, nie zma​la​ła.

‒ Dla do​bra Se​ba​stia​na? – Jej py​ta​nie go za​sko​czy​ło, uświa​da​mia​jąc, jak bli​sko

był ujaw​nie​nia przy​czy​ny wy​pad​ku.

‒  Se​ba​stian  pro​sił,  że​byś  po​ja​wi​ła  się  na  pre​mie​rze.  To  były  nie​mal  ostat​nie

sło​wa, któ​re po​wie​dział.

Nie za​mie​rzał zdra​dzać fi​na​łu ich roz​mo​wy, mu​siał się tego trzy​mać. Po czę​ści

uwa​żał, że jest od​po​wie​dzial​na za pro​ble​my, z ja​ki​mi bo​ry​kał się Se​ba​stian. Nie
przy​je​cha​ła, by go od​wie​dzić we Wło​szech, nie oka​zy​wa​ła żad​ne​go za​in​te​re​so​-
wa​nia pro​jek​tem, ale te​raz nie był go​tów o tym mó​wić. Chciał tyl​ko, by zgo​dzi​ła
się przy​je​chać na po​kaz sa​mo​cho​du.

‒ Na​praw​dę to po​wie​dział? – Jej głos był tak mięk​ki, że le​d​wie było ją sły​chać,

i po​czuł ko​lej​ną falę po​żą​da​nia, któ​rą pró​bo​wał zdu​sić.

‒ Chciał, że​byś tam była.
Pa​trzył  na  nie​zde​cy​do​wa​nie  ma​lu​ją​ce  się  na  jej  twa​rzy  i  cze​kał.  Po​wo​li  się

z tym go​dzi​ła. Mu​siał tyl​ko chwi​lę po​cze​kać.

Char​lie nie mo​gła się uspo​ko​ić. Tak, wie​dzia​ła, że wy​pa​dek Se​ba​stia​na spo​wo​-

do​wał strasz​ne ob​ra​że​nia, ale wie​dzia​ła, że cho​dzi​ło o coś jesz​cze. Coś, co jej oj​-
ciec  chciał  przed  nią  ukryć  rów​nie  moc​no  jak  Ales​san​dro.  Po​sta​no​wi​ła  zmie​nić
tak​ty​kę i przy​jąć jego po​sta​wę po​go​dze​nia się z sy​tu​acją, uświa​do​miw​szy so​bie,

background image

że to je​dy​na dro​ga do po​zna​nia praw​dy. Po​de​szła po​wo​li do sto​łu i spoj​rza​ła na
nie​go.

‒ Je​śli przy​ja​dę na pre​mie​rę, chcę naj​pierw do​wie​dzieć się wszyst​kie​go o sa​-

mo​cho​dzie.  Chcę  zo​ba​czyć,  nad  czym  pra​co​wa​li​ście  z  Se​ba​stia​nem.  Chcę  tym
żyć i od​dy​chać.

Po​czu​ła w so​bie pa​sję, któ​rą za​wsze mia​ła do świa​ta wy​ści​gów i do swo​jej pra​-

cy.  Po  tylu  mie​sią​cach  w  bez​ru​chu  było  to  cu​dow​ne  pod​eks​cy​to​wa​nie,  któ​re​go
daw​no nie czu​ła.

‒ Nie ma na to wie​le cza​su.
Roz​siadł się i spoj​rzał na nią, ob​ser​wu​jąc każ​dy jej ruch, jak​by po​tra​fił czy​tać

w my​ślach.

‒ Je​śli mam tam być, mu​szę umieć o nim opo​wia​dać. Mu​szę wie​dzieć wszyst​-

ko.

Przy​zna​ła przed sobą, że cho​dzi​ło o coś wię​cej. O coś poza pro​mo​cją pro​duk​-

tu. Cho​dzi​ło o zo​ba​cze​nie tego, co wi​dział Se​ba​stian, po​trze​bę po​dzie​le​nia tego
pod​nie​ce​nia, któ​re czuł, ja​dąc sa​mo​cho​dem po raz pierw​szy. Jed​nak jej my​śli na​-
po​tka​ły  men​tal​ną  ba​rie​rę.  Czy  była  go​to​wa  po​znać  wszyst​kie  fak​ty?  Spoj​rza​ła
na męż​czy​znę, któ​re​go wi​ni​ła za śmierć bra​ta. Uwie​rzy​ła, że po​zwo​lił Se​ba​stia​-
no​wi  pro​wa​dzić  uszko​dzo​ne  auto,  po​mi​mo  tego  że  oj​ciec  jej  po​wie​dział,  że
wszyst​kie ra​por​ty wska​zy​wa​ły na błąd kie​row​cy. Ales​san​dro był od​po​wie​dzial​ny,
a te​raz sie​dział tu, ofe​ru​jąc jej moż​li​wość po​zna​nia praw​dy na wła​sną rękę. Czy
na​praw​dę by to ro​bił, gdy​by miał coś do ukry​cia?

‒ Chcę zo​ba​czyć dane i każ​dy ry​su​nek Se​ba​stia​na.
Mó​wi​ła  ostro,  pró​bu​jąc  wy​ko​rzy​stać  przy​pływ  pew​no​ści  sie​bie.  Ales​san​dro

wstał i ob​szedł stół, pod​cho​dząc do niej.

‒ Nie mogę na to po​zwo​lić. Nie ma cza​su.
Za kogo on się uwa​ża?
‒ Je​śli by mnie pan znał, pa​nie Ro​sel​li, wie​dział​by pan, że mu​szę się za​an​ga​żo​-

wać, je​śli oczy​wi​ście mam wy​ko​nać do​brze swo​ją pra​cę. Chce pan, że​bym pro​-
mo​wa​ła ten sa​mo​chód czy nie?

Pa​trzy​ła mu pro​sto w oczy. Nie po​zwo​li mu się za​stra​szyć. Mógł być przy​zwy​-

cza​jo​ny, że za​wsze osią​ga swój cel, ale ona rów​nież. Za​ci​snął za​my​ślo​ny usta, co
roz​pro​szy​ło  ją  na  chwi​lę,  ale  od​zy​ska​ła  kon​tro​lę,  nie  po​zwa​la​jąc,  by  po​żą​da​nie
za​ćmi​ło jej roz​są​dek. Po​twier​dze​nie po​dej​rzeń co do jego winy na pew​no ze​trze
ta​kie my​śli w proch.

‒ Cho​dzi o coś wię​cej, praw​da, Char​lot​te? – Mó​wił co​raz ła​god​niej, aż wy​mó​-

wił z lu​bo​ścią jej imię, co spra​wi​ło, że za​drża​ła. Było go​rzej, niż gdy na​zy​wał ją
Char​lie. To było ta​kie czu​łe i jed​no​cze​śnie nie​sa​mo​wi​cie sek​sow​ne, ale nie mo​-
gła te​raz o tym my​śleć.

‒  Mu​szę  mieć  wszyst​kie  dane  do​ty​czą​ce  auta,  sko​ro  mam  je  pro​mo​wać.

Z pew​no​ścią to ro​zu​miesz.

Wziął głę​bo​ki od​dech, ona na​to​miast wstrzy​ma​ła swój, cze​ka​jąc nie​cier​pli​wie.
‒ Oczy​wi​ście, ale czy to roz​waż​ne, ze wzglę​du na oko​licz​no​ści?

background image

Spoj​rzał  na  nią,  a  ona  na​pa​wa​ła  się,  wi​dząc  re​zy​gna​cję  w  jego  oczach.  Albo

zro​bią to jej spo​so​bem, albo wca​le. Jak mógł spo​dzie​wać się cze​go​kol​wiek in​ne​-
go, gdy po​zwo​lił Se​ba​stia​no​wi pro​wa​dzić tam​tej nocy? To była je​dy​na opcja. Jej
je​dy​na szan​sa od​kry​cia, co na​praw​dę się zda​rzy​ło. Może wte​dy bę​dzie mo​gła ru​-
szyć da​lej.

‒ Spo​koj​nie, nie wpad​nę znów w ko​bie​cą hi​ste​rię.
‒ Może po​win​naś – po​wie​dział i po​stą​pił ku niej, bli​sko, zbyt bli​sko. I tak nie

mo​gła się ru​szyć. Nie może się ni​g​dy do​wie​dzieć, jaki bu​dził w niej ogień, sa​mym
je​dy​nie  spoj​rze​niem.  Na  szczę​ście  już  ja​kiś  czas  temu  po​rzu​cił  flir​to​wa​nie,  za​-
cho​wy​wał się bar​dzo pro​fe​sjo​nal​nie, ona mu​sia​ła tyl​ko do​pil​no​wać, by tak po​zo​-
sta​ło.

‒ Nie, to już za mną. Chcę zro​bić to, co su​ge​ro​wał mi ty​dzień temu oj​ciec.
‒ Czy​li?
‒ Usiąść znów na fo​te​lu kie​row​cy.
Uniósł  dłoń  do  pod​bród​ka  i  po​dra​pał  się  po  de​li​kat​nym  za​ro​ście.  Nie  mo​gła

słu​chać te​raz swo​je​go cia​ła, tego, jak re​ago​wa​ła na jego bli​skość, nie ro​zu​mia​ła,
cze​go  od  niej  ocze​ki​wa​ło.  Po​żą​da​nie  i  świa​do​mość  obec​no​ści  męż​czy​zny  było
czymś,  cze​go  ni​g​dy  nie  do​świad​czy​ła  z  taką  in​ten​syw​no​ścią.  Jej  po​przed​nie
związ​ki były krót​kie i nie​uda​ne. Roz​sta​nie jej ro​dzi​ców było wte​dy zbyt świe​żym
wspo​mnie​niem.  Zresz​tą  te  ro​man​se  na​le​ża​ły  też  do  od​le​głej  prze​szło​ści.  Mał​-
żeń​stwo ro​dzi​ców prze​ko​na​ło ją, że by​cie z kimś na całe ży​cie nie jest moż​li​we.
Nie za​mie​rza​ła dać się zra​nić i upo​ko​rzyć.

‒ Nie je​stem prze​ko​na​ny, że to do​bre, ale je​śli je​steś pew​na, niech tak bę​dzie.
Mó​wił po​wo​li, z wy​raź​nym ak​cen​tem, da​lej ją uważ​nie ob​ser​wu​jąc.
‒ Tak, ja​sne – po​wie​dzia​ła szyb​ko, nie da​jąc mu szans na zmia​nę zda​nia. So​bie

rów​nież.

‒ Więc umo​wa stoi.
Wy​cią​gnął rękę, któ​rą do​ty​kał pod​bród​ka, a ona po​trzą​snę​ła nią szyb​ko, nie​-

cier​pli​wie, by za​koń​czyć spra​wę.

‒ Ow​szem.
Po​wie​dzia​ła  to  szyb​ko,  bo  do​ty​ka​jąc  go,  po​czu​ła  wy​ła​do​wa​nie  elek​trycz​ne,

któ​re  zmie​ni​ło  ją  w  fa​jer​werk.  Nie​mal  prze​sta​ła  od​dy​chać,  wpa​trzo​na  w  jego
oczy, z jego dło​nią za​ci​śnię​tą wo​kół swo​jej, gdy jego cie​pło ogar​nia​ło jej cia​ło.

‒ Bene – po​wie​dział ostro, co su​ge​ro​wa​ło, że nie po​czuł tego sa​me​go, do​ty​ka​-

jąc  jej,  i  mu​sia​ła  to  za​pa​mię​tać,  gdy  na​stęp​nym  ra​zem  uśmiech​nie  się  do  niej,
jak​by  była  naj​pięk​niej​szą  ko​bie​tą  na  zie​mi.  Flir​to​wał  tyl​ko,  jak  wszy​scy  męż​-
czyź​ni, któ​rych zna​ła, włącz​nie z jej oj​cem. I to wła​śnie znisz​czy​ło mał​żeń​stwo
ro​dzi​ców, rzu​ca​jąc mat​kę w ra​mio​na in​ne​go, roz​dzie​la​jąc ro​dzi​nę.

Prze​sta​ła o tym my​śleć. To nie jest waż​ne, nie te​raz, gdy do​sta​ła ide​al​ną oka​-

zję, by po​znać praw​dę o ostat​nich chwi​lach Se​ba​stia​na.

Ales​san​dro trzy​mał jej dłoń i pa​trzył jej w oczy. Czy też to czu​ła? Czy w za​ka​-

mar​kach  jej  cia​ła  rów​nież  pul​so​wa​ła  na​mięt​ność?  Pa​trzy​ła  na  nie​go  spo​koj​nie,
z peł​ny​mi usta​mi za​ci​śnię​ty​mi moc​no. Naj​wy​raź​niej nie. Jej pięk​na twarz była ni​-

background image

czym  wy​ku​ta  w  mar​mu​rze;  nie  było  na  niej  śla​du  emo​cji.  Po​wi​nien  się  cie​szyć,
być wdzięcz​ny, że nie skom​pli​ku​ją spra​wy sek​sem. Przy​jaźń z jej bra​tem i obiet​-
ni​ca, któ​rą zło​żył w szpi​ta​lu, su​ge​ro​wa​ła, że ten zwią​zek ma się opie​rać tyl​ko na
in​te​re​sach. Z jej chłod​nym obej​ściem nie bę​dzie to trud​ne.

‒ Je​śli sta​nie się to zbyt bo​le​sne, mu​sisz mi po​wie​dzieć.
Zmarsz​czy​ła  brwi  i  wy​swo​bo​dzi​ła  swo​ją  dłoń,  uwal​nia​jąc  się  od  męki,  któ​rą

spra​wiał ten nie​win​ny do​tyk.

‒ Spo​koj​nie.
Te sło​wa były tak pew​nie wy​po​wie​dzia​ne, że ani chwi​lę w nią nie zwąt​pił.
‒ Je​steś tego bar​dzo pew​na, zwa​żyw​szy na to, że po​wie​dzia​łaś mi nie​daw​no,

że​bym wy​szedł.

‒ Za​sko​czy​łeś mnie.
Się​gnę​ła za nie​go i ze​bra​ła kub​ki po ka​wie, od​wra​ca​jąc się, by je umyć, a on

nie mógł się po​wstrzy​mać, by nie po​dzi​wiać jej krą​gło​ści, jej ko​bie​cej mięk​ko​ści.

Dość.
In​te​res. O to w tym cho​dzi​ło. Wy​czu​wał też, że to była ko​bie​ta, któ​ra nie za​ak​-

cep​to​wa​ła​by ro​man​su bez zo​bo​wią​zań. W koń​cu stał się eks​per​tem w uni​ka​niu
tego typu dziew​czyn, od​kąd uda​ło mu się wy​swo​bo​dzić z mał​żeń​stwa, do któ​re​go
ni​g​dy nie po​win​no dojść. Wzru​szył ra​mio​na​mi, pró​bu​jąc zi​gno​ro​wać po​żą​da​nie.

‒ Za​tem dziś ru​sza​my do Me​dio​la​nu.
‒ My? – Otwo​rzy​ła za​szo​ko​wa​na oczy.
‒ Mam dużo do zro​bie​nia przed pre​mie​rą, a je​śli chcesz się do​wie​dzieć wię​cej

o  sa​mo​cho​dzie,  to  chy​ba  do​bry  po​mysł?  –  Za​sta​na​wiał  się,  czy  roz​waż​nie  jest
z nią po​dró​żo​wać, bo nie mógł się sku​pić na ni​czym poza jej wspa​nia​łym cia​łem.

‒ Nie je​stem prze​cież spa​ko​wa​na. Do​ja​dę póź​niej. Po​wi​nie​neś wra​cać do ro​-

dzi​ny.

‒ To nie bę​dzie po​trzeb​ne. – Po​wie​dział to twar​do, nie​co zbyt moc​no, je​śli są​-

dzić po wy​ra​zie za​sko​cze​nia na jej twa​rzy. – Nikt nie cze​ka na mój przy​jazd.

Te cza​sy mi​nę​ły i był pe​wien, że tak już zo​sta​nie. Nie umknę​ło mu, że unio​sła

brwi,  a  w  jej  oczach  po​ja​wił  się  błysk  za​in​te​re​so​wa​nia.  Za​pra​gnął  roz​wiać
wszyst​kie wąt​pli​wo​ści.

‒ Mamy rów​nież pla​ny na week​end. Klien​ci przyj​dą na tor te​sto​wy, by wy​pró​-

bo​wać  sa​mo​chód.  Se​ba​stian  był  bar​dzo  tym  pod​eks​cy​to​wa​ny,  po​wie​dział,  że  ty
rów​nież po​win​naś tam być.

‒ To nie zmie​nia fak​tu, że mogę po​je​chać tam sama.
Czy spe​cjal​nie to utrud​nia​ła, pro​wo​ku​jąc go i fru​stru​jąc?
‒ Mój sa​mo​lot już cze​ka. Do​le​ci​my przed za​pad​nię​ciem zmro​ku.
Spoj​rza​ła  na  nie​go  po​wąt​pie​wa​ją​co,  a  on  po​czuł,  że  jego  ser​ce  ści​ska  ja​kaś

sła​bość. Se​ba​stian za​wsze mó​wił z tro​ską o sio​strze, te​raz wie​dział już dla​cze​-
go. Taka ko​bie​ta w każ​dym męż​czyź​nie wy​zwo​li​ła​by opie​kuń​cze uczu​cia. Przez
lata uni​kał sen​ty​men​tów. Nie był od​po​wied​nim obroń​cą i ża​ło​wał, że zło​żył Se​-
ba​stia​no​wi tę obiet​ni​cę. Char​lie była ku​szą​ca, na​wet mimo świa​do​mo​ści, że jest
dla  nie​go  nie​do​stęp​na.  Nie  mógł  sprze​nie​wie​rzyć  pa​mię​ci  Se​ba​stia​na.  To  była

background image

jego sio​stra, któ​rą chciał nade wszyst​ko chro​nić. Je​śli po​zwo​li, by kon​tro​lę nad
nim prze​ję​ła zwie​rzę​ca po​trze​ba, nie do​trzy​ma przy​rze​cze​nia i nie bę​dzie mógł
jej chro​nić.

‒ Co więc za​mie​rzasz ro​bić, gdy będę się pa​ko​wać? – spy​ta​ła ostro Char​lie, zi​-

ry​to​wa​na,  że  jesz​cze  nie  wy​szli  z  jej  domu,  a  on  już  po​dej​mu​je  za  nią  de​cy​zję.
Spró​bo​wa​ła za​żar​to​wać: ‒ Wy​pi​jesz wię​cej kawy?

‒ Nie ‒ po​wie​dział z sil​nym wło​skim ak​cen​tem, choć było to jed​no sło​wo. – Za​-

cze​kam tu​taj.

Był de​ner​wu​ją​cy i przy​po​mnia​ła so​bie, co po​wie​dział o nim Se​ba​stian, gdy kie​-

dyś roz​ma​wia​li o jego no​wym przed​się​wzię​ciu. „To męż​czy​zna, któ​ry wie, cze​go
chce,  i  po​ko​nu​je  wszyst​kie  prze​szko​dy”.  Ales​san​dro  chciał,  by  była  na  pre​mie​-
rze. To było oczy​wi​ste. Ale cze​mu? Czy ze​psu​ła mu pla​ny, dyk​tu​jąc wła​sne wa​-
run​ki?  Mia​ła  taką  na​dzie​ję.  Naj​wyż​szy  czas,  by  na​uczył  się,  że  nie  może  mieć
wszyst​kie​go.

‒ Do​sko​na​le. Spa​ku​ję się tak szyb​ko, jak będę mo​gła.
Chcia​ła przejść koło nie​go, a on od​su​nął się, ro​biąc miej​sce. Na tyle sze​ro​kie,

żeby spra​wić wra​że​nie, że nie chce być koło niej, ale po​żą​da​nie w jego oczach
prze​ka​zy​wa​ło zu​peł​nie inną wia​do​mość.

‒ Ni​g​dzie się nie wy​bie​ram, cara.
Je​dwa​bi​sta mięk​kość jego gło​su pod​szy​ta była na​mięt​no​ścią, któ​ra re​zo​no​wa​ła

w jej cie​le. Zła​pa​ła się fra​mu​gi, jak​by tyl​ko dzię​ki temu mo​gła utrzy​mać rów​no​-
wa​gę.

‒ Nie spo​dzie​wam się ni​cze​go in​ne​go po męż​czyź​nie ta​kim jak ty.
Za​nim zdą​żył od​po​wie​dzieć, ucie​kła, wbie​ga​jąc po scho​dach do po​ko​ju i da​jąc

się po​nieść pod​nie​ce​niu na myśl o po​dró​ży. Za​trzy​ma​ła się na chwi​lę. Gdy pra​co​-
wa​ła dla ze​spo​łu Se​ba​stia​na, za​wsze cie​szy​ła się na myśl o lo​cie, ale ni​g​dy tak
przy​stoj​ny męż​czy​zna nie był jed​nym z po​wo​dów tej ra​do​ści. Da​lej nie jest, upo​-
mnia​ła  się.  Szyb​ko  się  prze​bra​ła  i  de​li​kat​nie  uma​lo​wa​ła.  Po​tem,  z  wy​uczo​ną
szyb​ko​ścią  i  spraw​no​ścią  spa​ko​wa​ła  małą  tor​bę,  któ​ra  mia​ła  star​czyć  na  kil​ka
dni  we  Wło​szech.  Resz​tę  po​trzeb​nych  rze​czy  kupi  na  miej​scu.  Gdy  wró​ci​ła  do
kuch​ni  i  zo​ba​czy​ła  wy​raz  za​szo​ko​wa​nia  na  jego  twa​rzy,  uśmiech​nę​ła  się.  Nie
spo​dzie​wał się tego. To po​ka​zy​wa​ło przy​naj​mniej, że nie wie​dział o niej wszyst​-
kie​go.

‒ Masz pasz​port?
Mó​wił z moc​nym ak​cen​tem. Przy​su​nął się do niej, by wziąć tor​bę. Jego pal​ce

mu​snę​ły jej, gdy po​da​wa​ła mu ba​gaż, i po​czu​ła go​rą​co. Spoj​rza​ła na nie​go i za​ru​-
mie​ni​ła się. Wy​da​ło jej się, że w jego oczach do​strze​gła to samo po​żą​da​nie, któ​-
re czu​ła ona. Czy to do​strzegł? Po​znał?

Mia​ła na​dzie​ję, że nie. Od​kąd pierw​szy raz spoj​rze​li so​bie w oczy, czu​ła sil​ne

przy​cią​ga​nie. Z każ​dą mi​nu​tą ro​sło, ale nie mo​gła so​bie na nic po​zwo​lić. To by​ło​-
by nie​lo​jal​ne wo​bec Se​ba​stia​na. Co​kol​wiek się sta​ło tam​tej nocy, to był jego biz​-
ne​so​wy part​ner. Za​wa​ha​ła się. Czy da radę? Czy po​win​na je​chać z tym męż​czy​-
zną? Po​żą​da​nie, któ​re w niej bu​dził, kon​tra​sto​wa​ło moc​no z gnie​wem, któ​ry czu​-

background image

ła  po  śmier​ci  bra​ta.  Cią​gle  uwa​ża​ła,  że  to  San​dro  przy​czy​nił  się  do  wy​pad​ku.
Mu​sia​ła o tym pa​mię​tać.

To  było  trud​niej​sze,  niż  się  spo​dzie​wał.  San​dro  za​brał  tor​bę  od  Char​lie,  pa​-

trząc na nią z uzna​niem. Ob​ca​sy, ob​ci​słe be​żo​we dżin​sy, bia​ła bluz​ka i ciem​no​-
brą​zo​wa  ma​ry​nar​ka.  Szy​kow​na.  Ele​ganc​ka.  Zu​peł​nie  nie​po​dob​na  do  roz​czo​-
chra​nej ogrod​nicz​ki, któ​rą spo​tkał po przy​jeź​dzie. Te​raz przy​po​mi​na​ła ko​bie​tę,
któ​rą wi​dział w te​le​wi​zji, gdy pro​mo​wa​ła ze​spół Se​ba​stia​na. Ko​bie​tę, któ​rą co​-
raz bar​dziej po​dzi​wiał i któ​rą tak za​chwa​lał jej brat. Nie myśl o tym, na​ka​zał so​-
bie. Ode​pchnął my​śli o Char​lie, sku​pia​jąc się na za​cho​wa​niu biz​ne​so​wej, pro​fe​-
sjo​nal​nej at​mos​fe​ry. Pa​trzył, jak wy​cią​ga pasz​port z szu​fla​dy.

‒ Po​win​nam dać znać są​siad​ce, że wy​jeż​dżam.
Zmarsz​czył brwi, nie​pew​ny, co to zna​czy​ło.
‒ Dla​cze​go?
‒ Do​pil​nu​je wszyst​kie​go, bę​dzie pod​le​wać ogró​dek.
Pod​nio​sła te​le​fon i za​czę​ła szyb​ko stu​kać w ekran.
Ta tro​ska o ogród, na​praw​dę. To nie pa​so​wa​ło do wi​ze​run​ku szy​kow​nej damy,

któ​rą znał z me​diów. Czy ta chat​ka, ten ogród były uciecz​ką od hi​ste​rii, w któ​ry
wpa​dły  me​dia?  Wie​dział  wie​le  o  po​trze​bie  uciecz​ki.  W  swo​im  ży​ciu  prze​trwał
dwie ta​kie hi​sto​rie.

‒ Rzu​ci​łaś ka​rie​rę, żeby zo​stać ogrod​nicz​ką?
Od​wró​ci​ła się do nie​go, wkła​da​jąc te​le​fon do to​reb​ki.
‒ Cze​mu to ta​kie szo​ku​ją​ce?
‒ Se​ba​stian ni​g​dy nie wspo​mi​nał, że cię to in​te​re​su​je.
‒ Za​wsze lu​bi​łam zaj​mo​wać się ogro​dem, ale nie chcia​łam zmie​niać swo​je​go

ży​cia przed wy​pad​kiem Se​ba​stia​na. – Spoj​rza​ła na nie​go, po​waż​na i sku​pio​na. –
Jego śmierć wszyst​ko zmie​ni​ła. To dla​te​go chcę wie​dzieć, co wte​dy zro​bił. Mu​-
szę zro​zu​mieć, jak do tego do​szło.

Każ​de sło​wo pod​szy​te było oskar​że​niem, nie po​zo​sta​wia​jąc wąt​pli​wo​ści, że to

jego wi​ni​ła. Tyl​ko jej oj​ciec znał praw​dę i na​le​gał, by cór​ka ni​g​dy jej nie po​zna​ła.
Myśl o Se​ba​stia​nie uspo​ko​iła go, ale po​trze​ba, by wszyst​ko wy​znać, by oczy​ścić
swo​je imię w jej oczach, była przy​tła​cza​ją​ca. Jed​nak nie ro​bił tego dla sie​bie, tyl​-
ko dla przy​ja​cie​la. Za​pa​mię​ta to, gdy znów po​ja​wi się po​ku​sa, by po​roz​ma​wiać
z nią szcze​rze. Nie mógł tego zro​bić. Przy​wio​dły go tu ho​nor i obiet​ni​ca zło​żo​na
człon​kom jej ro​dzi​ny. Tak po​win​no zo​stać.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Zmierz​cha​ło, gdy sa​mo​chód za​trzy​mał się przed biu​rem Ales​san​dra, a Char​lie

po raz pierw​szy na wła​sne oczy zo​ba​czy​ła miej​sce, o któ​rym tyle opo​wia​dał jej
brat. Za​wsze był pe​łen pod​eks​cy​to​wa​nia i dumy, gdy opo​wia​dał o fa​bry​ce Ro​sel​-
li, warsz​ta​tach i to​rze te​sto​wym. Po​czu​ła rów​nież smu​tek. To tu Se​ba​stian spę​-
dził swo​je ostat​nie ty​go​dnie, a ona nie była czę​ścią jego ży​cia, bo była zbyt za​ję​-
ta wła​sną ka​rie​rą. Nie przy​je​cha​ła na jego za​pro​sze​nie. Wy​sia​dła z sa​mo​cho​du
i spoj​rza​ła na bu​dyn​ki, ża​łu​jąc tego gorz​ko.

‒ Po​win​nam tu być, gdy mnie o to pro​sił – po​wie​dzia​ła mięk​ko, zdzi​wio​na, gdy

Ales​san​do od​po​wie​dział:

– Se​ba​stian za​wsze li​czył, że kie​dyś tu przy​bę​dziesz.
Jego  głos  był  de​li​kat​ny,  czu​ła,  że  jej  nie  oce​nia.  Po​ło​żył  dłoń  na  jej  ple​cach.

Wcią​gnę​ła  gwał​tow​nie  po​wie​trze,  nie  pa​nu​jąc  nad  uczu​cia​mi.  Wspo​mnie​nia
o  Se​ba​stia​nie  mie​sza​ły  się  z  po​żą​da​niem,  któ​re  bu​dził  w  niej  Ales​san​dro.  Do
tego do​cho​dzi​ło po​czu​cie winy. Jak mo​gła w ogó​le o tym te​raz my​śleć? Szyb​ko
zdu​si​ła w so​bie to uczu​cie.

‒ Po​win​nam była to zro​bić.
Jej głos był ła​mią​cym się szep​tem peł​nym emo​cji. Sta​ła obok nie​go w cie​płym

wie​czor​nym po​wie​trzu, bez​bron​na i ob​na​żo​na, jak​by była naga. Była pew​na, że
wi​dzi  nie  tyl​ko  jej  skó​rę,  ale  i  du​szę.  Prze​szedł  przez  szkla​ne  drzwi  i  wstu​kał
swój kod do​stę​pu, zdej​mu​jąc dłoń z jej ple​ców, co po​zwo​li​ło jej znów ze​brać my​-
śli.  Są​dząc  po  dresz​czu,  któ​ry  prze​szedł  wzdłuż  jej  krę​go​słu​pa,  po​trze​bo​wa​ła
tego. Bar​dzo.

‒ Cze​mu za​tem nie przy​je​cha​łaś? – spy​tał, otwie​ra​jąc drzwi i przy​trzy​mu​jąc je

przed nią, a w jego gło​sie dało się sły​szeć le​ciut​kie oskar​że​nie.

‒ By​łam zbyt za​ję​ta. Wiesz, jak bywa pod ko​niec se​zo​nu wy​ści​go​we​go.
Zo​ba​czy​ła, jak za​ci​ska zęby i pa​trzy na nią scep​tycz​nie, co wy​wo​ła​ło u niej ru​-

mie​niec wsty​du. Nie po​wie​dzia​ła, że jed​ną z przy​czyn było też to, że Se​ba​stian
cią​gle  usi​ło​wał  ją  wy​swa​tać.  Czę​sto  prze​ko​ma​rzał  się  z  nią  przez  te​le​fon,  że
znaj​dzie dla niej ide​al​ne​go part​ne​ra. Po​win​na była przy​je​chać. Chcia​ła, ale czu​ła
się od​rzu​co​na. To całe nowe ży​cie, któ​re pro​wa​dził jej brat. Za​wsze byli bli​sko,
a gdy spo​tkał Ales​san​dra, wszyst​ko zmie​ni​ło się w cią​gu jed​ne​go wie​czo​ru. Cie​-
szy​ło ją, że od​krył coś, co tak go pa​sjo​nu​je; nie spo​dzie​wa​ła się po pro​stu, że to
od​cią​gnie  go  od  niej  tak  da​le​ko  i  fi​zycz​nie,  i  emo​cjo​nal​nie.  Wzru​szy​ła  non​sza​-
lanc​ko ra​mio​na​mi, ale wie​dzia​ła, że ją osą​dza. Nie​mal sły​sza​ła jego sło​wa oskar​-
ża​ją​ce ją o sa​mo​lub​ność i za​re​ago​wa​ła, jak​by na​praw​dę je wy​po​wie​dział.

‒ Nie wie​dzia​łam, że mamy tak mało cza​su…
Sta​nę​ła w pół​mro​ku du​że​go holu. Jego twarz zmie​ni​ła się we wście​kłą ma​skę,

background image

jak​by jej sło​wa ude​rzy​ły go w twarz. Czy miał po​czu​cie winy? Czy ża​ło​wał? Czy
chciał​by cof​nąć czas, by coś zmie​nić? Po​stą​pił ku niej, a ona ża​ło​wa​ła, że wo​kół
nich jest tak ciem​no, po​trze​bo​wa​ła świa​tła, któ​re zmniej​szy​ło​by na​pię​cie zwią​-
za​ne z obec​no​ścią ko​goś, kto tak ją pod​nie​cał i de​ner​wo​wał. Wi​dać było, że wal​-
czy ze sprzecz​ny​mi emo​cja​mi, a on spoj​rzał na nią uważ​nie.

‒ Z ja​ką​kol​wiek winą się zma​gasz, Char​lot​te, nie mu​sisz do​kła​dać jej do tego,

co czu​ję.

Jego głos ob​ni​żył się, a gniew cza​ił się pod po​wierzch​nią spo​ko​ju ni​czym wąż

cze​ka​ją​cy na atak. Gó​ro​wał nad nią w sła​bym świe​tle jak dra​pież​nik, ale ona nie
za​mie​rza​ła być jego ofia​rą.

‒ Mó​wiąc to, sam przy​zna​jesz się do winy.
Wy​mi​nę​ła  go.  Go​dzi​ny  spę​dzo​ne  w  sa​mo​lo​cie,  a  po​tem  w  sa​mo​cho​dzie,  gdy

mo​gła  wszyst​ko  prze​my​śleć  w  spo​ko​ju,  spra​wi​ły,  że  jej  tem​pe​ra​ment  od​żył.
Przez  chwi​lę  ich  spoj​rze​nia  się  spo​tka​ły,  a  jego  oczy  lśni​ły  twar​dym  bla​skiem.
Na​pię​cie mię​dzy nimi było nie​mal nie do znie​sie​nia, gdy po jej peł​nych wście​kło​-
ści  sło​wach  za​pa​dła  ci​sza.  Sły​sza​ła  je​dy​nie  swo​je  bi​ją​ce  ser​ce  i  przy​spie​szo​ne
pul​so​wa​nie tęt​na. Po​wi​nien na​pę​dzać ją gniew, ale gdy zbli​żył się do niej, po​czu​-
ła ła​sko​ta​nie w żo​łąd​ku i zro​zu​mia​ła. To było po​żą​da​nie. Coś, cze​go nie chcia​ła
czuć. Nie te​raz i nie wo​bec nie​go. Pod​szedł jesz​cze bli​żej, gó​ru​jąc nad nią. Spoj​-
rza​ła na nie​go, chcia​ła się wy​da​wać nie​ustra​szo​na, ale bała się, że za​uwa​ży, jaki
ma na nią wpływ. Czy sły​szał bi​cie jej ser​ca? Czy za​uwa​żył, jak nie​rów​no od​dy​-
cha?

‒ Nie​bez​piecz​ne sło​wa, cara. – Każ​de sło​wo było mięk​kie i ni​skie, jak mru​cze​-

nie kota, ale wy​czu​ła w nim na​pię​cie, zim​ne od​dzie​le​nie się od emo​cji, któ​re się
w niej ko​tło​wa​ły. Był ni​czym ty​grys szy​ku​ją​cy się do sko​ku.

‒ Je​stem tu, żeby zo​ba​czyć, nad czym pra​co​wał Se​ba​stian ‒ po​wie​dzia​ła, pró​-

bu​jąc się uspo​ko​ić, i po​de​szła w stro​nę scho​dów. – Czy mo​że​my za​tem to zro​bić?
Po​tem chcia​ła​bym się za​mel​do​wać w ja​kimś ho​te​lu.

Nie cze​ka​ła na jego od​po​wiedź, nie spoj​rza​ła na jego twarz, ale każ​dy nerw jej

cia​ła mó​wił jej, że ją ob​ser​wo​wał. Mia​ła wejść po scho​dach, gdy świa​tło za​la​ło
całe po​miesz​cze​nie, a ona za​mru​ga​ła i od​wró​ci​ła się ku nie​mu. Gład​kie, czy​ste
li​nie  wnę​trza  były  do​kład​nie  ta​kie,  jak  so​bie  wy​obra​ża​ła  i,  nie  mo​gąc  się  po​-
wstrzy​mać, ro​zej​rza​ła się, jed​no​cze​śnie pró​bu​jąc zi​gno​ro​wać męż​czy​znę, któ​ry
stał na środ​ku na mar​mu​ro​wej po​sadz​ce, i tę mę​ską siłę, któ​ra z nie​go biła.

‒ Tędy – po​wie​dział i mi​nął ją, sto​ją​cą na scho​dach, zo​sta​wia​jąc za sobą smu​-

gę piż​mo​we​go za​pa​chu. – Po​je​dzie​my win​dą.

Przy​gry​zła  war​gę,  czu​jąc  nie​po​kój.  Czy  była  go​to​wa?  Wie​dzia​ła,  że  nie,  ale

mu​sia​ła  to  zro​bić,  ina​czej  ni​g​dy  nie  upo​ra  się  z  ża​ło​bą.  Uświa​do​mi​ła  so​bie,  że
Ales​san​dro na nią pa​trzy, cze​ka​jąc, aż wej​dzie do win​dy.

‒ Nie mu​si​my tego ro​bić dziś.
Czyż​by  usły​sza​ła  w  jego  gło​sie  au​ten​tycz​ną  tro​skę?  Spoj​rza​ła  mu  w  oczy

i wszyst​ko wo​kół za​wi​ro​wa​ło. Spu​ści​ła wzrok. Nie ma cza​su na omdle​nie. Ni​g​dy
się tak nie czu​ła, ni​g​dy nie sła​bła od mo​men​tal​ne​go za​uro​cze​nia. Cze​mu więc te​-

background image

raz? I to z nim?

‒ Ale chcę tego – po​wie​dzia​ła szyb​ko, wcho​dząc do win​dy. – Po pro​stu się tego

nie spo​dzie​wa​łam. Dzi​siej​szy dzień, do​pó​ki się nie po​ja​wi​łeś, był jak każ​dy inny…
‒ Głos jej za​marł i spoj​rza​ła na swo​je dło​nie, na​gle za​in​te​re​so​wa​na nie​po​ma​lo​-
wa​ny​mi pa​znok​cia​mi.

‒  Po​wi​nie​nem  się  z  tobą  naj​pierw  skon​tak​to​wać,  ale  nie  są​dzi​łem,  że  mnie

przyj​miesz.

Jego głos był spo​koj​ny i tak rze​czo​wy, że zer​k​nę​ła na nie​go. Wy​da​wał się nie​-

po​ru​szo​ny sy​tu​acją.

‒ Nie po​win​nam była. – Po​sła​ła mu uśmiech, a są​dząc z wy​ra​zu jego twa​rzy,

nie umknął mu sar​kazm. – Nie po​win​nam tu w ogó​le przy​jeż​dżać.

Drzwi win​dy otwo​rzy​ły się wprost na prze​stron​ne biu​ro, a jej wzrok przy​cią​-

gnę​ła prze​szklo​na ścia​na, przez któ​rą wi​dać było olśnie​wa​ją​cy wi​dok pa​no​ra​my
Me​dio​la​nu.  Mimo  że  była  roz​gnie​wa​na,  za​uwa​ża​ła  jed​nak  każ​dy  szcze​gół  wy​-
stro​ju tego pięk​ne​go wnę​trza. Po​win​na my​śleć o Se​ba​stia​nie, sku​pić się na tym,
co tu ro​bił, a nie z kim pra​co​wał.

‒ Gra​zie. – Głę​bia jego gło​su roz​pra​sza​ła ją i gdy za​trzy​ma​ła się, by spoj​rzeć

na mia​sto, zo​ba​czy​ła jego od​bi​cie w szy​bie, zo​ba​czy​ła, że stoi za nią i prze​su​wa
się ku niej.

‒ Za co? – W od​bi​ciu na​po​tka​ła jego spoj​rze​nie i po​czu​ła na​pię​cie. Wie​dzia​ła,

że w każ​dej chwi​li może się zła​mać.

‒ Za szcze​rość. Za po​wie​dze​nie, że nie chcia​łaś mnie wi​dzieć.
Wzru​szył  non​sza​lanc​ko  ra​mio​na​mi.  Mo​gła  tyl​ko  na  nie​go  pa​trzeć.  Po​tem  po​-

czu​ła głę​bo​ki za​wód. Tak na​praw​dę to nic dla nie​go nie zna​czy​ło. Cho​dzi​ło tyl​ko
o wi​ze​ru​nek mar​ki Ro​sel​li i pre​mie​rę no​we​go sa​mo​cho​du.

‒ Nie mam po​wo​du, żeby ukry​wać, że pana nie lu​bię, pa​nie Ro​sel​li.
Kłam​czu​cha! ‒ po​wie​dzia​ła w my​ślach. Nie ży​wi​ła do nie​go ta​kich uczuć. A po​-

win​na. Po​żą​da​nie, któ​re czu​ła, wal​czy​ło z tym, że cią​gle ob​wi​nia​ła go za śmierć
Alek​san​dra.  Czy  po​win​na  uwie​rzyć  w  jego  za​pew​nie​nia,  że  wy​pa​dek  był  przy​-
pad​ko​wą tra​ge​dią?

‒ Nie lu​bisz. Czy to nie zbyt moc​ne sło​wo? – Przy​su​nął się nie​zno​śnie bli​sko,

pa​trząc jej w oczy w od​bi​ciu w szy​bie.

Mu​sia​ła to prze​rwać, co​kol​wiek by to było. Mię​dzy nimi po​głę​bia​ło się uczu​-

cie, któ​re​go nie kon​tro​lo​wa​ła i nie po​do​ba​ło jej się to. Czy aby na pew​no?

‒ Och, bar​dzo cię nie lu​bię, Ales​san​dro. ‒ Od​wró​ci​ła się, szep​cząc ci​cho. Kogo

prze​ko​ny​wa​ła? ‒ A w tej chwi​li nie mam po​ję​cia, co tu w ogó​le ro​bię.

Jego  oczy  sta​ły  się  ciem​niej​sze  niż  noc​ne  nie​bo,  a  ich  głę​bia  hip​no​ty​zo​wa​ła.

Nie mo​gła ode​rwać od nie​go wzro​ku. Siła jego spoj​rze​nia w od​bi​ciu była tak in​-
ten​syw​na, czu​ła po​chła​nia​ją​cy ją ogień, to było zbyt wie​le.

‒  Je​steś  tu,  cara,  bo  nie  mo​głaś  się  po​wstrzy​mać.  –  Jego  głos  był  głę​bo​ki

i mięk​ki, znie​wa​la​ją​cy każ​dy po​bu​dzo​ny nerw jej cia​ła. – Bo mu​sia​łaś to zro​bić…
Dla Se​ba​stia​na.

Na dźwięk imie​nia bra​ta oszo​ło​mie​nie, któ​re czu​ła, znik​nę​ło jak za za​klę​ciem,

background image

ni​czym po​ran​na mgła. Znów wi​dzia​ła wszyst​ko ostro, była sku​pio​na. Była tu dla
Se​ba​stia​na  –  mu​sia​ła  o  tym  pa​mię​ta  –  albo  ule​gnie  uwo​dzi​ciel​skie​mu  uro​ko​wi
naj​gor​sze​go z męż​czyzn.

‒  Wła​śnie.  –  Spoj​rza​ła  mu  w  oczy  i  do​strze​gła  mo​ment,  w  któ​rym  ich  ko​lor

zmie​nił się w lśnią​cą czerń. – Chcia​ła​bym więc zo​ba​czyć, gdzie pra​co​wał i co ro​-
bił.

Ales​san​dro nie mógł się ru​szyć, oszo​ło​mio​ny in​ten​syw​no​ścią tego, co wła​śnie

mię​dzy nimi za​szło. Przez ostat​nie parę ty​go​dni myśl o kon​tak​cie z sio​strą Se​ba​-
stia​na iry​to​wa​ła go, dla​te​go od​wle​kał tę po​dróż tak dłu​go, jak mógł. Ale, cze​go​-
kol​wiek się spo​dzie​wał po ich spo​tka​niu, na pew​no nie było to po​żą​da​nie, któ​re
krą​ży​ło wście​kle w jego ży​łach. Je​śli by​ła​by to inna ko​bie​ta, za​re​ago​wał​by na tę
po​trze​bę; po​ca​ło​wał​by ją i do​świad​czył na​mięt​no​ści, któ​ra go na​pę​dza​ła, któ​ra
tyl​ko cze​ka​ła, by stać się rze​czy​wi​sto​ścią.

‒ Si, così. – Po​ka​zał jej, by po​szła za nim. Nie mógł po​zbie​rać my​śli i od​ru​cho​-

wo mó​wił po wło​sku, a to wcze​śniej mu się nie zda​rza​ło.

‒ Dzię​ku​ję.
To  sło​wo  było  tak  uwo​dzi​ciel​skie,  tak  mięk​kie,  że  za​marł.  Zwal​czył  po​ku​sę

przy​ci​śnię​cia swo​ich ust do jej peł​nych warg. Na szczę​ście od​su​nę​ła się na tyle
da​le​ko, by mu przy​po​mnieć, co po​wi​nien, a cze​go zde​cy​do​wa​nie nie po​wi​nien ro​-
bić. Ru​szył przez po​kój, opie​ra​jąc się po​ku​sie, by spoj​rzeć w okno i do​strzec jej
śle​dzą​ce go od​bi​cie. Nie mu​siał tego ro​bić. Jego cia​ło mu to mó​wi​ło; na​wet gdy​-
by nie sły​szał kro​ków na po​sadz​ce, wie​dział​by, że tam była.

‒ Tu pra​co​wał Se​ba​stian.
Prze​szedł przez drzwi na koń​cu biu​ra i wszedł do po​ko​ju, któ​ry zaj​mo​wał jej

brat,  a  jego  brak  po  raz  ko​lej​ny  ude​rzył  go  bo​le​śnie.  Na  ścia​nie  na​dal  wi​siał
pierw​szy  ry​su​nek  sa​mo​cho​du,  któ​ry  stwo​rzył  Se​ba​stian.  San​dro  po​czuł  coś  na
kształt winy. Po​wi​nien przy​wieźć tu Char​lie wcze​śniej, a nie cze​kać do ostat​niej
chwi​li. Po​wi​nien to zro​bić daw​no temu.

Char​lie  prze​szła  koło  nie​go  i  po​czuł  za​pach  jej  per​fum.  Mo​men​tal​nie  znów

zna​lazł się w jej ogro​dzie, wśród słod​kich za​pa​chów an​giel​skie​go lata. Jej ury​wa​-
ny od​dech przy​wró​cił go do rze​czy​wi​sto​ści.

‒ To wła​śnie ro​bił?
Sta​ła koło biur​ka, opusz​ka​mi do​ty​ka​jąc za​ry​su sa​mo​cho​du na kart​ce. Za​uwa​-

żył, że jej dłoń lek​ko drży, a gdy spoj​rza​ła na nie​go, w jej oczach do​strzegł wa​ha​-
nie i pa​ni​kę. Miał dziw​ne wra​że​nie, że coś zgnia​ta jego ser​ce.

Si.  –  Miał  tak  za​ci​śnię​te  gar​dło,  że  nie  mógł  po​wie​dzieć  nic  wię​cej,  bo​le​śnie

świa​dom, że za​kłó​ca jej ża​ło​bę.

‒ Co jesz​cze? – W jej oczach do​strzegł łzy i na​pię​cie w jego ser​cu wzro​sło.
Wdzięcz​ny za od​wró​ce​nie uwa​gi, pod​szedł do biur​ka i otwo​rzył lap​top, od​wra​-

ca​jąc  go  do  niej  i  zer​ka​jąc  na  nią.  Jej  pięk​na  twarz  była  bla​da,  mia​ła  sze​ro​ko
otwar​te oczy i przy​po​mi​na​ła mu prze​ra​żo​ną go​łę​bi​cę.

‒  Znaj​dziesz  tu  dużo  zdjęć,  jak  rów​nież  wszyst​ko,  co  stwo​rzył  w  pro​gra​mie

background image

gra​ficz​nym.

Za​wa​ha​ła się, a on za​sta​na​wiał się, czy to nie za wie​le. Pa​trzy​ła na nie​go, gdy

otwie​rał zdję​cia i po​ka​zy​wał je po ko​lei. Po​wo​li wy​cią​gnę​ła rękę, do​ty​ka​jąc pal​-
cem ekra​nu. Wi​dział, jak jej oczy ciem​nie​ją, gdy pa​trzy​ła na fo​to​gra​fię Se​ba​stia​-
na sie​dzą​ce​go za kie​row​ni​cą pro​to​ty​pu, i za​klął w du​chu. Czy nie mógł wy​brać
bar​dziej od​po​wied​nie​go zdję​cia na po​czą​tek?

‒  Kie​dy  je  zro​bio​no?  –  Głos  się  jej  ła​mał.  Prze​łknę​ła  gło​śno,  pró​bu​jąc  po​-

wstrzy​mać łzy, i po raz pierw​szy chciał, żeby się roz​pła​ka​ła. Mu​sia​ła to z sie​bie
wy​rzu​cić.

Nie po​do​ba​ła mu się od​po​wiedź, któ​rej mu​siał jej udzie​lić.
‒ Dzień przed wy​pad​kiem.
Za​cho​wa​nie  spo​ko​ju  wy​ma​ga​ło  od  nie​go  wiel​kie​go  wy​sił​ku,  ale  na​wet  w  jego

uszach te sło​wa brzmia​ły zbyt zim​no. Przy​glą​dał się ob​ra​zo​wi, za​szo​ko​wa​ny, bo
do​strzegł w oczach Se​ba​stia​na błysk za​nie​po​ko​je​nia. Czy ona też to do​strze​gła?
Spoj​rza​ła  na  nie​go  i  jej  łzy  za​mie​ni​ły  się  w  skrzą​ce  dia​men​ty.  Za​nim  po​my​ślał
o kon​se​kwen​cjach, ob​szedł biur​ko i wziął ją w ra​mio​na. Przy​ję​ła uko​je​nie, któ​re
ofe​ro​wał, bez chwi​li wa​ha​nia i scho​wa​ła twarz w dło​niach, przy​ci​ska​jąc czo​ło do
jego pier​si, pod​czas gdy wstrzą​sa​ły nią spa​zmy szlo​chu.

‒ Dio mio. To dla cie​bie za wie​le.
Chciał za​ci​snąć pię​ści, ale za​miast tego po​ło​żył ręce na jej ple​cach, głasz​cząc

je, i przy​cią​gnął ją bli​żej.

‒ Nie​praw​da – usły​szał zdu​szo​ne sło​wa.
‒ A jed​nak, cara – uspo​ka​jał ją, tak jak ro​bił to wie​lo​krot​nie z sio​strą, gdy do​-

ra​sta​li. Ale to nie była jego sio​stra. Tej ko​bie​ty po​żą​dał każ​dą cząst​ką cia​ła.

‒ Po​win​nam, po​win​nam…
Łka​nie nie po​zwo​li​ło jej do​koń​czyć, a on bez za​sta​no​wie​nia po​chy​lił się i przy​-

ci​snął  war​gi  do  jej  wło​sów.  Za​mar​ła  mo​men​tal​nie  w  jego  ra​mio​nach,  a  on  za​-
mknął oczy, wspo​mi​na​jąc cza​sy, gdy są​dził, że jego ży​cie jest ide​al​ne. Ode​pchnął
przy​tła​cza​ją​cą świa​do​mość, że nie uda​ło mu się być męż​czy​zną, któ​re​go po​trze​-
bo​wa​ła  jego  żona,  uniósł  pod​bró​dek  i  za​czerp​nął  po​wie​trza.  Za​da​wa​ło  mu  się,
że tu​lił pła​czą​cą Char​lie przez całą wiecz​ność, a każ​dy szloch prze​no​sił jej ból
na nie​go, zwięk​sza​jąc po​czu​cie winy, że nie było go na miej​scu tej nocy, gdy Se​-
ba​stian zde​cy​do​wał się znów wy​pró​bo​wać sa​mo​chód. Do​strzegł​by eu​fo​rię pod​-
bu​do​wa​ną al​ko​ho​lem i nar​ko​ty​ka​mi i miał​by szan​sę go po​wstrzy​mać. To od​kry​-
cie wciąż go szo​ko​wa​ło. Jak mo​gli pra​co​wać tak bli​sko tyle mie​się​cy, a on nie za​-
uwa​żył, że Se​ba​stian miał ta​kie pro​ble​my?

Po​chy​lił gło​wę i raz jesz​cze po​ca​ło​wał czu​bek jej gło​wy, chcąc uko​ić ich obo​je.

Ale gdy trzy​mał ją moc​no, szep​cząc po wło​sku uspo​ka​ja​ją​ce sło​wa, wie​dział, że
musi prze​stać, musi ją pu​ścić. Czuł szok, gdy przy​znał, że chciał​by być dla niej
kimś  wię​cej  niż  ra​mie​niem,  na  któ​rym  się  mo​gła  wy​pła​kać.  Na  szczę​ście  wes​-
tchnę​ła prze​cią​gle i prze​sta​ła ro​nić łzy. Spoj​rza​ła na nie​go, byli ze sobą tak bli​-
sko,  że  mo​gli​by  być  ko​chan​ka​mi.  Bez  wy​sił​ku  mógł​by  ją  po​ca​ło​wać,  ale  jej  na​-
zna​czo​ne wil​go​cią łez po​licz​ki przy​po​mnia​ły mu z całą mocą, dla​cze​go tu przy​je​-

background image

cha​li.

‒  Po​win​nam  to  była  zro​bić  daw​no  temu  –  po​wie​dzia​ła  nie​co  spo​koj​niej,  choć

po pła​czu na​dal nie​pew​nie.

‒ Pła​ka​łaś po raz pierw​szy od jego śmier​ci? – Od​su​nął się nie​co, pa​trząc nie​-

do​wie​rza​ją​co,  jak  wy​raz  jej  twa​rzy  mięk​nie,  po​zby​wa​jąc  się  tego  strasz​ne​go
bólu.

Uśmiech​nę​ła się do nie​go i po​tak​nę​ła.
‒  Dzię​ku​ję  –  szep​nę​ła  le​d​wie  sły​szal​nie  i  za​mru​ga​ła  po​now​nie,  gdyż  z  oczu

zno​wu po​cie​kły jej łzy. Po​tar​ła ostro je​den po​li​czek, a on, za​nim się za​sta​no​wił,
co robi, de​li​kat​nie otarł jej twarz.

Wszyst​ko zmie​ni​ło się w tej chwi​li. Na​gle byli za​mknię​ci w wi​bru​ją​cym ko​ko​-

nie  na​pię​cia.  Nie  mo​gąc  się  po​wstrzy​mać,  ujął  jej  twarz  w  dło​nie,  czuł  cie​płą
i  wil​got​ną  od  pła​czu  skó​rę.  Jej  zie​lo​ne  oczy  na​po​tka​ły  jego,  a  smu​tek  i  ża​ło​ba
mie​sza​ły się w nich z czymś zu​peł​nie in​nym, z nie​przy​zwo​itym po​żą​da​niem.

‒ Pre​go.
Na usta ci​snę​ła mu się na​tu​ral​na od​po​wiedź, a jego głos był ni​ski i chra​pli​wy.

Nie mógł znieść jej wzro​ku, ale nie po​tra​fił rów​nież ze​rwać tej łą​czą​cej ich nici.
Za​mknę​ła  oczy  i  przy​tu​li​ła  po​li​czek  do  jego  dło​ni.  In​stynkt  wziął  górę  i  za​czął
gła​skać  jej  twarz,  po  czym  wsu​nął  pal​ce  w  jej  wło​sy,  któ​rych  je​dwa​bi​sta  mięk​-
kość  była  nie​mal  nie​od​par​ta.  Chciał  ją  po​ca​ło​wać,  po​chy​lić  się  i  za​sma​ko​wać
tych peł​nych ust.

Przy​tu​lił ją moc​niej i otwo​rzy​ła oczy. Pa​trzy​ła na nie​go przez wiecz​ność, od​dy​-

cha​jąc  szyb​ko  i  płyt​ko.  W  uszach  hu​cza​ło  mu  tęt​no,  gdy  pa​trzył,  jak  zie​leń  jej
oczu zmie​nia się, aż za​mi​go​ta​ło w nich od brą​zu, któ​ry przy​po​mi​nał mu je​sien​ne
li​ście.  Pra​gnął  jej.  Tyl​ko  o  tym  mógł  my​śleć  w  tej  chwi​li.  Nic  in​ne​go  nie  było
waż​ne. Przy​su​nę​ła się do nie​go, za​my​ka​jąc oczy, a po​tem jej usta spo​tka​ły jego.
To był de​li​kat​ny po​ca​łu​nek, na po​cząt​ku pe​łen wa​ha​nia, ale, gdy przy​cią​gnął ją
bli​żej, z dło​nią za​plą​ta​ną w jej dłu​gie wło​sy, po​głę​bił się, stał się czymś wię​cej.
Nie po​wi​nien tego ro​bić, ani te​raz, ani ni​g​dy.

Krę​ci​ło jej się w gło​wie i wie​dzia​ła, że nie po​win​na ca​ło​wać go w ten spo​sób,

wie​dzia​ła, że to ozna​cza tyl​ko kom​pli​ka​cje, ale po​trze​ba, by po​czuć jego usta na
swo​ich, była przy​tła​cza​ją​ca. Jej zmy​sły osza​la​ły, cia​ło od​po​wia​da​ło na nie​go każ​-
dym ner​wem. W jej cie​le eks​plo​do​wał ogień i jak przy​cią​gnię​ta ma​gne​sem przy​-
lgnę​ła  do  nie​go.  Za​ci​snął  rękę  na  jej  ple​cach,  przy​cią​ga​jąc  bli​żej,  a  jego  pal​ce
prze​cze​sa​ły jej wło​sy, trzy​ma​jąc gło​wę pod ide​al​nym ką​tem, pod​czas gdy ich ję​-
zy​ki po​ru​sza​ły się w cu​dow​nym tań​cu. Ob​ję​ła jego szy​ję, po​głę​bia​jąc po​ca​łu​nek,
ale le​d​wo sta​ła, tak zmię​kły jej ko​la​na. Ni​g​dy nie za​zna​ła ta​kie​go po​ca​łun​ku, tak
elek​try​zu​ją​ce​go, tak cu​dow​ne​go.

Na​gle,  z  siłą,  któ​ra  nie​mal  zbi​ła  ją  z  nóg,  pu​ścił  ją  i  po​ło​żył  dło​nie  na  ra​mio​-

nach, od​py​cha​jąc ją od sie​bie. Była tak za​szo​ko​wa​na, że nie wie​dzia​ła, co po​wie​-
dzieć,  na​wet  gdy  uspo​ko​iła  od​dech  na  tyle,  że  była  do  tego  zdol​na.  W  jego
oczach  wi​dzia​ła  wzbu​rze​nie,  a  z  jego  ust  po​pły​nął  po​tok  słów  po  wło​sku.  Nie

background image

zna​ła tego ję​zy​ka i nie wie​dzia​ła, co po​wie​dział, ale mowa jego cia​ła nie po​zo​sta​-
wia​ła wąt​pli​wo​ści. Nie po​do​ba​ło mu się i nie chciał tego po​ca​łun​ku. Cze​mu więc
ją za​chę​cał? Czy to była gra?

‒ To nie po​win​no się wy​da​rzyć!
Zmu​si​ła się, żeby stać pro​sto, mimo że nogi mia​ła jak z waty, a w jej wnę​trzu

na​dal sza​lał ogień.

‒ A że​byś wie​dzia​ła. – Wy​rzu​cił ręce w górę, od​wró​cił się i wy​cho​dząc ener​-

gicz​nie z biu​ra, po​wie​dział: – To nie może się stać mię​dzy nami, prze​nig​dy.

Po​czu​ła się zra​nio​na, ale twar​do pa​trzy​ła na nie​go, nie po​zwa​la​jąc się przy​tło​-

czyć. Nie chciał jej po​ca​łun​ków, to trud​no.

‒ Nie są​dzi​łam… ‒ wy​szep​ta​ła. – Nie wie​dzia​łam, co ro​bię.
Zmru​żył oczy, sto​jąc na dru​gim koń​cu biu​ra.
‒ Naj​wy​raź​niej. Czas, że​by​śmy stąd wy​szli.
‒  Nie…  ‒  spa​ni​ko​wa​ła,  ale  jej  za​wsty​dze​nie  spo​wo​do​wa​ne  jego  nie​chę​cią

znik​nę​ło. ‒ Jesz​cze nie skoń​czy​łam.

‒ Na dziś tak. – Jego głos był twar​dy, zu​peł​nie inny niż ten, któ​rym ją koił jesz​-

cze chwi​lę temu. – Zo​sta​niesz u mnie na noc.

‒ Z tobą? – wy​krztu​si​ła, nie za​sta​na​wia​jąc się, jak to za​brzmia​ło.
‒ Je​steś roz​bi​ta, za​cho​wu​jesz się ir​ra​cjo​nal​nie. Nie mogę cię zo​sta​wić sa​mej

w ho​te​lu, nie dziś.

Te sta​now​cze sło​wa nie po​zo​sta​wia​ły miej​sca na dys​ku​sję, a, praw​dę mó​wiąc,

nie mia​ła też na nią siły. Ostat​nie dwa​na​ście go​dzin było ka​ru​ze​lą. Od chwi​li, gdy
po​ja​wił się w jej ogro​dzie, w jej ży​ciu za​czął się kom​plet​ny cha​os.

‒ Za​mów mi tak​sów​kę do ho​te​lu w mie​ście.
Uda​jąc bra​wu​rę, któ​rej nie czu​ła, po​de​szła do nie​go, ale nie ru​szył się, by opu​-

ścić biu​ro. Za​miast tego spoj​rzał na nią zim​nym, od​le​głym spoj​rze​niem.

‒ Se​ba​stian miał ra​cję.
Szorst​kość  jego  gło​su  spra​wi​ła,  że  spoj​rza​ła  mu  w  oczy.  Zła,  że  wspo​mniał

o jej bra​cie, spy​ta​ła:

‒ A co to mia​ło zna​czyć?
W ką​ci​kach jego ust po​ja​wił się cień uśmie​chu.
‒ Wiem o to​bie wię​cej, niż ci się wy​da​je, Char​lot​te War​ring​ton.
‒ Masz tu​pet – po​wie​dzia​ła, uśmie​cha​jąc się do nie​go.
‒ Sì.
Wzru​szył  ra​mio​na​mi  i  od​wró​cił  się,  zo​sta​wia​jąc  ją  za​szo​ko​wa​ną  z  sze​ro​ko

otwar​ty​mi ocza​mi. Gdy​by mia​ła choć tro​chę zdro​we​go roz​sąd​ku, wy​szła​by z po​-
miesz​cze​nia, za​mó​wi​ła tak​sów​kę na lot​ni​sko i wró​ci​ła do domu. Ale w tej chwi​li
chcia​ła  tyl​ko  de​spe​rac​ko  szan​sy,  by  uzy​skać  od​po​wie​dzi  na  py​ta​nia,  któ​re  ina​-
czej nie da​dzą jej spo​ko​ju do koń​ca ży​cia. Pro​blem tkwił w tym, że od​po​wie​dzi
na nie mógł udzie​lić tyl​ko męż​czy​zna, któ​re​go wi​ni​ła za śmierć bra​ta, na któ​re​-
go wła​śnie się rzu​ci​ła, ca​łu​jąc go z na​mięt​no​ścią, ja​kiej ni​g​dy do​tąd nie za​zna​ła.

‒ Ni​g​dzie z tobą nie pój​dę, zwłasz​cza po tym, co wła​śnie za​szło.
Od​wró​cił się tak na​gle, że nie​mal na nie​go wpa​dła. Zno​wu zna​leź​li się nie​bez​-

background image

piecz​nie bli​sko sie​bie.

‒ Czy mu​szę ci przy​po​mi​nać, cara, że to ty mnie po​ca​ło​wa​łaś?
Za​pło​nę​ły jej po​licz​ki, gdy sek​sow​ny tembr jego gło​su nie​mal po​pie​ścił jej cia​-

ło, roz​pa​la​jąc na nowo ogień mię​dzy nimi.

‒ To ‒ syk​nę​ła – była po​mył​ka, któ​ra się już nie po​wtó​rzy.
‒ Va bene! – Jego spoj​rze​nie na chwi​lę spo​czę​ło na jej ustach. – W ta​kim ra​zie

nie ma nie​bez​pie​czeń​stwa zwią​za​ne​go z two​im noc​le​giem w moim miesz​ka​niu.

‒ Nie​bez​pie​czeń​stwa? Spra​wiasz, że czu​ję się jak dra​pież​nik.
Co​raz  bar​dziej  ją  zło​ścił.  Może  ho​tel  to  naj​lep​sza  opcja,  ale  uświa​do​mi​ła  so​-

bie, że nie chce być te​raz sama. Nie po tym, co prze​szła w tym krót​kim cza​sie,
od kie​dy wpadł z im​pe​tem w jej ży​cie. Jej je​dy​nym moż​li​wym to​wa​rzy​stwem był
te​raz Ales​san​dro Ro​sel​li. Uniósł brwi, a w jego oczach zo​ba​czy​ła upo​ko​rze​nie.
Nie wy​co​fa​ła się.

‒ Cze​mu tego chcesz? Cze​mu to ta​kie waż​ne, że​bym była na pre​mie​rze?
Wska​za​ła na po​kój, zer​ka​jąc znów na szkic na ścia​nie.
‒  Jak  już  wy​ja​śnia​łem,  zło​ży​łem  two​je​mu  bra​tu  obiet​ni​cę.  Pra​gnę  jej  do​trzy​-

mać.

Pod​szedł znów do win​dy.
‒ Tędy, cara.
Char​lie nie mo​gła po​zbyć się uczu​cia, że wy​grał. Co do​kład​nie, tego nie wie​-

dzia​ła, ale tak było. Jed​ną noc w jego miesz​ka​niu uda jej się prze​żyć, praw​da?
Za​ła​twi so​bie po​kój w ho​te​lu w Me​dio​la​nie tak szyb​ko, jak to moż​li​we, a gdy tyl​-
ko pre​mie​ra do​bie​gnie koń​ca, bę​dzie mo​gła wró​cić do swo​jej chat​ki i spo​koj​ne​-
go,  bez​piecz​ne​go  ży​cia.  Tego,  któ​re  pro​wa​dzi​ła  od  wy​pad​ku  Se​ba​stia​na.  Na
myśl o tym po​czu​ła ulgę.

Ales​san​dro  za​mknął  drzwi  wej​ścio​we  i  ob​ser​wo​wał,  jak  Char​lie  wcho​dzi  do

otwar​te​go sa​lo​nu. Nie po​wie​dzia​ła ani sło​wa, od​kąd opu​ści​li biu​ro, ale po​mi​mo
tego czuł, że na​pię​cie mię​dzy nimi cią​gle ro​sło. Tak bar​dzo, że te​raz ża​ło​wał już,
że ją tu za​pro​sił i przy​wiózł.

‒ Po​kój go​ścin​ny jest go​to​wy – po​wie​dział sztyw​no, pró​bu​jąc stwo​rzyć mię​dzy

nimi for​mal​ną ba​rie​rę, bo ni​g​dy bar​dziej jej nie po​trze​bo​wał niż przy tej ko​bie​-
cie.

‒ Dzię​ku​ję – po​wie​dzia​ła mięk​ko.
Ob​cho​dzi​ła  apar​ta​ment,  oce​nia​jąc  dzie​ła  sztu​ki,  któ​re  ze​brał  przez  ostat​nie

lata, chło​nąc każ​dy szcze​gół z ba​daw​czą miną. W miesz​ka​niu nie było nic no​wo​-
cze​sne​go, od oka​za​łej fa​sa​dy sta​re​go bu​dyn​ku po wy​staw​ne wnę​trze. Było kom​-
plet​nym prze​ci​wień​stwem biu​ra, któ​re wła​śnie opu​ści​li – i tak wła​śnie mia​ło być.
To była kry​jów​ka praw​dzi​we​go Ales​san​dra. Po​de​szła do drzwi bal​ko​nu i spoj​rza​-
ła w dół, na za​tło​czo​ne uli​ce Me​dio​la​nu. Wy​ko​rzy​stał ten mo​ment, by uspo​ko​ić
po​żą​da​nie, któ​re pul​so​wa​ło w nim pod​czas po​dró​ży z biu​ra. Od chwi​li, w któ​rej
jej usta do​tknę​ły jego, coś się zmie​ni​ło i bał się, że nie​od​wra​cal​nie.

‒ Chcesz coś do je​dze​nia albo do pi​cia?
Grzecz​ne py​ta​nie dało mu na tyle dużo cza​su, by od​zy​skać kon​tro​lę i wpro​wa​-

background image

dzić do at​mos​fe​ry tego wie​czo​ru odro​bi​nę nor​mal​no​ści. Spoj​rza​ła na nie​go.

‒ Nie, dzię​ku​ję. Je​stem zmę​czo​na. To był nie​spo​dzie​wa​nie in​ten​syw​ny dzień,

a ju​tro mu​szę być wy​po​czę​ta.

‒ Jak to? – wy​rwa​ło mu się i zmarsz​czył brwi.
‒ Nor​mal​nie, pew​nie jest mnó​stwo pra​cy przed pre​mie​rą, a ja mu​szę się wie​le

do​wie​dzieć.

Wy​glą​da​ła  na  cał​ko​wi​cie  sku​pio​ną,  ale  de​ter​mi​na​cja  w  jej  gło​sie  obu​dzi​ła

w jego gło​wie ostrze​gaw​cze sy​gna​ły.

‒ Masz ra​cję.
Od​wró​cił  się  i  ru​szył  z  jej  nie​wiel​kim  ba​ga​żem  w  kie​run​ku  apar​ta​men​tu  go​-

ścin​ne​go.  Jemu  rów​nież  przy​da  się  moc​ny  sen,  ale  wąt​pił,  by  dziś  do​brze  spał.
Jego cia​ło wciąż pra​gnę​ło jej do​ty​ku, po​ca​łun​ków. Za​ci​snął moc​no dłoń na rącz​ce
tor​by.  Zło​żył  obiet​ni​cę  Se​ba​stia​no​wi  i  do​trzy​ma  jej,  choć​by  nie  wiem  co.  Myśl
o przy​ja​cie​lu, któ​ry był rów​nież jego part​ne​rem biz​ne​so​wym, przy​po​mnia​ła mu,
że  to  on  jako  ostat​ni  miesz​kał  w  tym  apar​ta​men​cie.  Ode​pchnął  po​czu​cie  winy.
Se​ba​stian z nim miesz​kał. Jak mógł nie za​uwa​żyć jego pro​ble​mów? Po​wi​nien był
do​strzec  jego  kło​po​ty,  roz​szy​fro​wać  jego  pro​ble​my.  Te​raz  tego  nie  zmie​ni,  ale
może  nie  do​pu​ścić,  by  jego  uko​cha​na  sio​stra  po​zna​ła  praw​dę.  Za​trzy​mał  się
w wej​ściu i spoj​rzał na nią.

‒ Twój brat tu miesz​kał. Wie​dzia​łaś o tym?
‒ Nie. – Pa​trzy​ła na nie​go zmie​sza​na. – Nie ro​zu​miem. Szu​kał cze​goś do wy​-

na​ję​cia.

‒  To  praw​da.  –  Otwo​rzył  drzwi  i  po​pro​wa​dził  ją  do  środ​ka,  roz​glą​da​jąc  się.

Nie było śla​dów po obec​no​ści ko​go​kol​wiek w tym po​ko​ju.

– To było roz​sąd​ne wyj​ście. Pra​co​wa​li​śmy wspól​nie nad pro​jek​tem.
‒ Czy wy​pro​wa​dził się przed wy​pad​kiem, czy to ostat​nie miej​sce, gdzie miesz​-

kał?

Bał się tego py​ta​nia.
‒ Miesz​kał tu cały czas.
‒ A jego rze​czy?
‒ Ode​sła​łem je two​je​mu ojcu.
Ro​zej​rza​ła się po po​ko​ju, wo​dząc wzro​kiem od wiel​kie​go łóż​ka do ciem​nej sta​-

rej sza​fy, jak​by nie do koń​ca mu wie​rzy​ła.

‒ Ro​zu​miem.
Za​pa​dła  ci​sza  tak  cięż​ka,  że  chciał  po​wie​dzieć  co​kol​wiek,  byle  ją  prze​rwać.

Ale co jesz​cze miał po​wie​dzieć? Do​tych​czas wszyst​kie jego sło​wa przy​no​si​ły jej
tyl​ko ból.

‒ Mam jesz​cze je​den po​kój. Mniej​szy, ale je​śli wo​lisz…
Po​trzą​snę​ła  gło​wą,  a  świa​tło  roz​świe​tli​ło  brą​zo​we  tony  w  jej  ciem​nych  wło​-

sach.

‒ Pro​szę, chcia​ła​bym tu zo​stać.
Te​raz  na​praw​dę  za​sta​no​wił  się,  czy  ja​sno  dziś  my​śli.  Nie  tyl​ko  ją  po​ca​ło​wał,

od​po​wie​dział  na  za​pro​sze​nie,  ja​kie  wy​sła​ły  jej  ku​szą​ce  usta,  ale  umie​ścił  ją

background image

w  tym  sa​mym  po​ko​ju,  w  któ​rym  miesz​kał  Se​ba​stian.  Obiet​ni​ca,  że  zaj​mie  się
Char​lie, że za​an​ga​żu​je ją w pro​jekt, sta​wa​ła się z każ​dą mi​nu​tą co​raz trud​niej​-
sza. Po​dob​nie jak ukry​wa​nie przed nią praw​dy.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

‒ Wy​spa​łaś się?
Grzecz​ne py​ta​nie Ales​san​dra wy​rwa​ło Char​lie z roz​my​ślań, gdy za​sie​dli obo​je

do  śnia​da​nia.  Ko​szu​la  i  dżin​sy,  któ​re  miał  na  so​bie,  ide​al​nie  opi​na​ły  jego  cia​ło.
Wal​czy​ła o utrzy​ma​nie my​śli w ry​zach – po​win​na się sku​pić na bra​cie i sa​mo​cho​-
dzie, któ​ry mia​ła po​móc pre​zen​to​wać. My​śle​nie o przy​stoj​nym Wło​chu, któ​re​go
po​ca​ło​wa​ła ze​szłe​go wie​czo​ru, nie po​mo​że jej ani tro​chę, zmu​si​ła się więc, po​-
dob​nie jak on, do trzy​ma​nia na wo​dzy swo​ich uczuć.

‒  Tak,  dzię​ku​ję  –  od​po​wie​dzia​ła,  pi​jąc  świe​żo  wy​ci​śnię​ty  sok  po​ma​rań​czo​wy.

Spa​nie w po​ko​ju, w któ​rym miesz​kał Se​ba​stian, mia​ło jej po​móc, ale tak się nie
sta​ło. Wy​war​ło wręcz od​wrot​ny sku​tek. Przez więk​szość nocy ro​ni​ła łzy, opła​ku​-
jąc  swe​go  bra​ta,  znaj​du​jąc  w  koń​cu  uj​ście  dla  ża​ło​by,  w  któ​rej  była  od  śmier​ci
Se​ba​stia​na, co nie​co jej po​mo​gło. Cią​gle jed​nak nie po​zby​ła się my​śli, że to Ales​-
san​dro po​no​si winę za ten wy​pa​dek i że coś przed nią ukry​wa.

Spoj​rzał na nią nie​co zbyt dłu​go. Była świa​do​ma ciem​nych siń​ców pod ocza​mi,

któ​re zdra​dza​ły mu, że nie spa​ła do​brze. Na szczę​ście San​dro był zbyt do​brze
wy​cho​wa​ny, by o tym po​wie​dzieć.

‒ Jest parę rze​czy, któ​re mu​szę zro​bić dziś po po​łu​dniu w związ​ku z przy​go​to​-

wa​nia​mi do pre​mie​ry, ale rano mo​że​my iść do biu​ra albo na tor.

Tor te​sto​wy. Te sło​wa cof​nę​ły ją do cza​sów, gdy spę​dza​ła tam cały czas, z bra​-

tem bądź oj​cem u boku. To tam na​uczy​ła się pro​wa​dzić sa​mo​cho​dy wy​ści​go​we,
ku zgor​sze​niu mat​ki.

‒  Chcia​ła​bym  zo​ba​czyć  sa​mo​chód  –  po​wie​dzia​ła  ostroż​nie.  –  Wy​da​je  mi  się,

jak​bym wie​ki nie była na to​rze.

Tę​sk​ni​ła  za  dresz​czem  eks​cy​ta​cji,  ja​kie  gwa​ran​to​wa​ło  to  miej​sce.  Jej  ogród,

w któ​re​go bez​piecz​nym schro​nie​niu była szczę​śli​wa, na​gle wy​dał jej się ogra​ni​-
cze​niem.

‒ Sì – po​wie​dział, od​sta​wia​jąc pu​sty ku​bek. – Se​ba​stian po​wie​dział, że to było

waż​ną czę​ścią rów​nież two​je​go dzie​ciń​stwa.

Spoj​rza​ła na sok, nie mo​gąc znieść in​ten​syw​no​ści jego spoj​rze​nia. Spra​wia​ło,

że czu​ła się bez​bron​na, cze​go te​raz nie chcia​ła.

‒ Spę​dza​łam tam mnó​stwo cza​su. Uwiel​bia​łam to.
‒ Co my​śla​ła o tym two​ja mat​ka? – To py​ta​nie przy​po​mnia​ło jej py​ta​nia, któ​re

czę​sto jej za​da​wa​no, gdy była na​sto​lat​ką.

‒ Nie mia​ła za​strze​żeń co do Se​ba​stia​na.
Char​lie za​wa​ha​ła się i spoj​rza​ła na przy​stoj​ną twarz Ales​san​dra, mo​men​tal​nie

tego ża​łu​jąc. Wy​da​wa​ło się, że jest zre​lak​so​wa​ny, ale coś było nie tak. Przy​po​mi​-
nał  jej  wiel​kie​go  kota,  któ​ry  łu​dzi  ofia​rę,  że  jest  bez​piecz​na.  W  każ​dej  chwi​li

background image

mógł za​ata​ko​wać i do​stać do​kład​nie to, cze​go chciał, z pre​cy​zyj​ną do​kład​no​ścią.

‒ Wy​czu​wam „ale – po​wie​dział mięk​ko i za​milkł ocze​ku​ją​co.
Jego py​ta​nie przy​wo​ła​ło wspo​mnie​nia, któ​re wo​la​ła za​cho​wać dla sie​bie – bo

to  było  wiel​kie  „ale”.  Jak  dużo  po​wie​dział  mu  Se​ba​stian?  Czy  wie​dział,  że  jej
mat​ka nie po​chwa​la​ła jej za​in​te​re​so​wa​nia świa​tem wy​ści​gów? Czy wie​dział, że
nie​na​wi​dzi​ła tego sty​lu ży​cia, że jej oj​ciec flir​to​wał ze wszyst​ki​mi ko​bie​ta​mi? Jej
mat​ka nie zno​si​ła by​cia na dru​gim miej​scu tak bar​dzo, że w koń​cu po​rzu​ci​ła ro​-
dzin​ny dom i swo​je na​sto​let​nie dzie​ci.

‒ Moja mat​ka nie chcia​ła, że​bym tu była. Uwa​ża​ła, że nie po​win​nam być kie​-

row​cą wy​ści​go​wym, i na pew​no nie chcia​ła dla mnie ta​kiej pra​cy i ta​kie​go ży​cia.
Uwa​ża​ła, że po​win​nam być damą, a nie chłop​czy​cą, i cały czas mi o tym mó​wi​ła,
kie​dy do​ra​sta​łam.

Nie czu​ła już roz​go​ry​cze​nia. Wła​ści​wie wie​dzia​ła te​raz, cze​mu mat​ka była tak

prze​ciw​na temu świa​tu, cze​mu chcia​ła trzy​mać cór​kę z dala od ta​kie​go try​bu ży​-
cia.  Ale  nie  za​mie​rza​ła  te​raz  tego  roz​trzą​sać,  zwłasz​cza  z  Ales​san​drem.
Uśmiech​nął się cu​dow​nym uśmie​chem, od któ​re​go za​iskrzy​ły mu oczy.

‒  Te​raz  ro​zu​miem.  Na​ci​skasz,  by  na​zy​wać  cię  Char​lie,  bo  chcesz  po​zo​stać

chłop​czy​cą.

‒ Coś w tym sty​lu.
Do​koń​czy​ła sok, za​sta​na​wia​jąc się, cze​mu sta​ła się zno​wu te​ma​tem roz​mo​wy.
‒  Ale  je​steś  pięk​na,  Char​lot​te.  Dla​cze​go  to  ukry​wasz?  –  In​ten​syw​ność  jego

spoj​rze​nia prze​ra​ża​ła ją, spra​wia​ła, że jej ser​ce wa​li​ło, za​gry​zła więc dol​ną war​-
gę, na​gle nie​pew​na sie​bie.

‒  By​łam  bun​tow​ni​czą  na​sto​lat​ką  –  wy​ja​śni​ła,  ule​ga​jąc  chę​ci  wy​tłu​ma​cze​nia.

Za​ru​mie​ni​ła się i zer​k​nę​ła na wid​nie​ją​cy w oknie Me​dio​lan, by ukryć swo​je za​-
wsty​dze​nie. Nad​szedł czas na zmia​nę te​ma​tu; po​wie​dzia​ła już za dużo. Nie cho​-
dzi​ło o nią, tyl​ko o Se​ba​stia​na.

– Mo​że​my już iść? Chcę zo​ba​czyć auto.
‒ Oczy​wi​ście – po​wie​dział i wstał, szy​ku​jąc się do wyj​ścia. – Je​śli je​steś pew​na,

że tego chcesz.

Ni​g​dy nie była bar​dziej do ni​cze​go prze​ko​na​na, co było dziw​ne, zwa​żyw​szy na

to,  że  dobę  wcze​śniej  są​dzi​ła,  że  ni​g​dy  nie  ze​chce  po​znać  tego  męż​czy​zny  ani
mieć  nic  wspól​ne​go  z  jego  in​te​re​sa​mi.  Jego  wy​czu​cie  cza​su  było  nie​zrów​na​ne,
przy​je​chał prze​cież tak szyb​ko, za​raz po jej roz​mo​wie z oj​cem o tym, że po​win​-
na od​zy​skać wła​dzę nad swo​im ży​ciem.

‒ Za​nim wyj​dzie​my – drą​ży​ła, nie mo​gąc ukryć w gło​sie po​dejrz​li​wej nuty – co

po​wie​dział ci mój oj​ciec, gdy po​in​for​mo​wa​łeś go o pre​mie​rze?

Spoj​rzał na nią pew​nie.
‒ Wy​da​je się, że chce tyl​ko two​je​go szczę​ścia.
‒ Mu​szę się z nim skon​tak​to​wać, po​wie​dzieć, że się po​ja​wię.
‒ On wie.
Po​pa​trzy​ła na nie​go. Zda​wa​ło się, że coś przed nią ukry​wa. Po​sta​no​wi​ła od​pu​-

ścić  –  na  ra​zie.  W  tej  chwi​li  naj​waż​niej​sze  było  zo​ba​cze​nie  sa​mo​cho​du,  któ​ry

background image

stał się świa​tem Se​ba​stia​na, a taka roz​mo​wa ni​cze​go nie roz​wią​że. Pró​bo​wa​ła
od​wró​cić jego uwa​gę.

‒ On też tu bę​dzie?
‒ Po​sta​ra się.
‒ To brzmi jak cały tata.
‒ Idzie​my – po​wie​dział, za​brał klu​czy​ki i wsu​nął je do skó​rza​nej kurt​ki. Jego

styl tyl​ko pod​kre​ślał oczy​wi​stą siłę jego cia​ła i mu​sia​ła od​wró​cić wzrok, zmu​sić
się do my​śle​nia o czymś in​nym. To nie był czas i miej​sce, by od​da​wać się po​żą​da​-
niu.

Ales​san​dro ty ra​zem nie ra​dził so​bie z po​ran​nym kor​kiem w Me​dio​la​nie z za​-

zwy​czaj wła​ści​wą so​bie ła​two​ścią. Nie mógł się skon​cen​tro​wać na pro​wa​dze​niu.
Za​miast tego my​ślał o ko​bie​cie obok nie​go. Nic nie mó​wi​ła, pa​trzy​ła tyl​ko wo​kół,
wchła​nia​jąc at​mos​fe​rę mia​sta, któ​re ko​chał.

‒  Za​wsze  miesz​ka​łeś  w  Me​dio​la​nie?  –  Jej  głos  był  ła​god​ny  i  po​wi​nien  uko​ić

jego sko​ła​ta​ny umysł, ale tak się nie sta​ło. Lek​ko chra​pli​wy ton zda​wał się tyl​ko
po​głę​bić jego czuj​ność spo​wo​do​wa​ną jej bli​sko​ścią.

‒ Ow​szem, przez więk​szość do​ro​słe​go ży​cia.
Wie​dział,  że  to  tyl​ko  po​ga​węd​ka,  ale  oma​wia​nie  ta​kich  oso​bi​stych  spraw

z kimś ob​cym było no​wo​ścią. Ale Se​ba​stian był dla nie​go jak brat, mimo że zna​li
się tak krót​ko, więc cze​mu Char​lie mia​ła​by być in​tru​zem?

‒ Se​ba​stian wspo​mniał, że two​ja ro​dzi​na miesz​ka w To​ska​nii i zaj​mu​je się pro​-

duk​cją wina.

Pró​bo​wa​ła  pro​wa​dzić  lek​ką,  nie​zo​bo​wią​zu​ją​cą  kon​wer​sa​cję,  ale  te  py​ta​nia

były dla nie​go nie​wy​god​ne. Gdy ko​bie​ta pyta o ro​dzi​nę, za​zwy​czaj kry​je się za
tym coś wię​cej. Ale jaki mo​tyw mo​gła mieć Char​lie? Wzru​szył ra​mio​na​mi i skrę​-
cił w pu​stą dro​gę, zo​sta​wia​jąc za sobą mia​sto i zmie​rza​jąc na tor te​sto​wy. Słoń​-
ce świe​ci​ło, za​po​wia​da​jąc ko​lej​ny go​rą​cy dzień.

‒ To praw​da, ale ja od za​wsze ko​cha​łem auta, nie wino. Prze​pro​wa​dzi​łem się

więc do Me​dio​la​nu, ukoń​czy​łem szko​łę i za​czą​łem pra​co​wać dla wuj​ka, re​or​ga​-
ni​zu​jąc  jego  fir​mę  i  do​pro​wa​dza​jąc  do  po​wo​dze​nia  fi​nan​so​we​go,  któ​re  trwa  do
dziś. Resz​ta, jak​byś to uję​ła, jest hi​sto​rią.

‒ A ten sa​mo​chód? Czy to też wią​że się z two​im za​mi​ło​wa​niem do mo​to​ry​za​-

cji? – Nie​mal pie​ści​ła sło​wa, co przy​śpie​szy​ło nie​bez​piecz​nie jego puls.

Zer​k​nął  na  nią,  wi​dząc,  że  wy​glą​da  na  ze​wnątrz  z  au​ten​tycz​nym  za​in​te​re​so​-

wa​niem,  udo​wad​nia​jąc,  że  wszyst​ko,  co  mó​wił  o  niej  Se​ba​stian,  było  praw​dą.
Nie  była  dużo  star​sza  od  sio​stry  Ales​san​dra,  ale  w  wie​ku  dwu​dzie​stu  czte​rech
lat wspię​ła się na szczyt ka​rie​ry, pro​mu​jąc naj​pierw ze​spół ojca, po​tem Se​ba​stia​-
na. Była ko​bie​tą suk​ce​su, któ​ry zro​dził się z jej pa​sji do aut i wy​ści​gów i to dla​te​-
go Se​ba​stian chciał, by to ona za​ję​ła się pro​mo​cją sa​mo​cho​du.

Prze​su​nę​ła  opusz​ka​mi  pal​ców  po  de​sce  roz​dziel​czej  auta,  nie  po​zo​sta​wia​jąc

wąt​pli​wo​ści, że to uwiel​bia​ła – i że była na​mięt​na. Po​ka​za​ła to rów​nież ze​szłej
nocy  swo​im  po​ca​łun​kiem.  Na​ci​snął  gaz,  by  sku​pić  się  na  czym​kol​wiek  in​nym
poza  tą  ko​bie​tą,  a  sa​mo​chód  od​po​wie​dział  chęt​nie.  My​śle​nie  o  zda​rze​niu

background image

z wczo​raj nie po​mo​że mu w uko​je​niu po​żą​da​nia, któ​re obu​dzi​ła.

‒ Im​po​nu​ją​ce – po​wie​dzia​ła szyb​ko, a jej głos był pod​szy​ty uśmie​chem.
Jęk​nął w my​ślach. Są​dzi​ła, że przy​śpie​szył, by jej za​im​po​no​wać, ale on chciał

tyl​ko skon​cen​tro​wać się na czymś in​nym, zmie​nić obiekt swo​jej uwa​gi. Znów na
nią spoj​rzał i za​chwy​cił się wi​do​kiem uśmie​chu na jej ustach. Na​tych​miast po​ża​-
ło​wał, że pro​wa​dzi, że musi się sku​piać na sa​mo​cho​dzie, a nie na do​ce​nia​niu jej
uśmie​chu – praw​dzi​we​go, któ​ry igrał na tych słod​kich ustach.

‒ To już nie​da​le​ko.
Gra​zie a Dio! Nie  wie​dział, ile mógł jesz​cze  znieść tej wy​mu​szo​nej bli​sko​ści,

tego, jak jej lek​kie per​fu​my pach​nia​ły w ca​łym wnę​trzu. Jego cia​ło było bo​le​śnie
świa​do​me każ​de​go ru​chu, któ​ry wy​ko​ny​wa​ła. Po​jazd szyb​ko po​ko​ny​wał ko​lej​ne
ki​lo​me​try, gdy je​cha​li w ci​szy pod​szy​tej na​pię​ciem – nie zło​ścią, ale po​wstrzy​my​-
wa​nym  po​żą​da​niem.  Ales​san​dro  nie  mógł  za​prze​czyć,  że  Char​lie  go  ku​si​ła,  ale
nie  mógł  so​bie  po​zwo​lić  na  ro​mans  z  nią.  To  ozna​cza​ło​by  spla​mie​nie  pa​mię​ci
przy​ja​cie​la i obiet​ni​cy, któ​rą zło​żył.

Wy​rwa​ło mu się wes​tchnie​nie ulgi, gdy skrę​ci​li z dro​gi i pod​je​cha​li pod te​sto​wy

tor  Ro​sel​li.  Ni​g​dy  wcze​śniej  jaz​da  tu  nie  była  tak  dłu​ga  i  peł​na  na​pię​cia.  Na
szczę​ście par​ko​wał sa​mo​chód za han​ga​rem, w któ​rym znaj​do​wa​ły się wszyst​kie
te​sto​wa​ne  ak​tu​al​nie  pro​to​ty​py  jego  sa​mo​cho​dów.  Char​lie  wy​sia​dła  i  po​pa​trzy​ła
w sku​pie​niu na bu​dy​nek przed sobą, ale on wie​dział, że się nie​po​ko​iła. Zgar​bio​-
ne ra​mio​na zdra​dza​ły jej uczu​cia.

‒ Nie mu​sisz tego ro​bić. Mo​że​my po pro​stu wró​cić do biu​ra.
Od​wró​ci​ła się, by na nie​go spoj​rzeć, przy​trzy​mu​jąc dło​nią wło​sy, by nie spa​dły

jej na twarz, po​rwa​ne przez po​dmuch wia​tru. Przy​po​mniał so​bie, jak prze​cze​sy​-
wał je parę go​dzin wcze​śniej i jak trzy​mał jej gło​wę moc​no, by po​ca​ło​wać ją jak
naj​głę​biej, i to, jak mu od​po​wie​dzia​ła. Ma​le​di​zio​ne! Czy mu​siał wra​cać my​śla​mi
do cze​goś, co nie po​win​no się ni​g​dy wy​da​rzyć?

‒ Pa​nie Ro​sel​li, chcę to zro​bić i zro​bię to, nie​waż​ne, ile razy bę​dzie mnie pan

pró​bo​wał znie​chę​cać.

Jej za​dzior​ność po​brzmie​wa​ła w każ​dym sło​wie, a gdy na nie​go spoj​rza​ła, jej

ślicz​na twarz pło​nę​ła sil​ną de​ter​mi​na​cją tak moc​no, że aż się chciał uśmiech​nąć.

‒ My​ślę, że mo​że​my już po​rzu​cić for​mal​no​ści, praw​da, Char​lie? – Zo​ba​czył, że

oczy jej za​lśni​ły, gdy na​zwał ją tak, jak lu​bi​ła.

‒ Jak so​bie ży​czysz, Ales​san​dro. – Sło​dycz jej gło​su nie ma​sko​wa​ła iry​ta​cji.
‒ San​dro – po​wie​dział i za​mknął sa​mo​chód, pod​cho​dząc do niej. – Wo​lał​bym,

że​byś tak mnie na​zy​wa​ła.

Ich  spoj​rze​nia  się  spo​tka​ły,  wi​dział  w  jej  oczach  bła​ga​nie,  by  po​wie​dział,  co

my​śli. Do​strze​gał też ten sam ogień i od​wa​gę, co w oczach Se​ba​stia​na, cho​ciaż
jej były bar​dziej szma​rag​do​we.

‒ Jak so​bie ży​czysz, San​dro. – Wzru​szy​ła ra​mio​na​mi i wska​za​ła na bu​dy​nek. –

A te​raz, czy mogę zo​ba​czyć sa​mo​chód?

‒ To tyl​ko pro​to​typ. Wła​ści​wy mo​del zo​sta​nie za​pre​zen​to​wa​ny na pre​mie​rze.
Zer​k​nę​ła na nie​go prze​lot​nie, po czym sku​pi​ła się znów na no​wo​cze​snym bu​-

background image

dyn​ku.

‒ To na​wet le​piej. Chcia​ła​bym się do​wie​dzieć, ja​kich zmian do​ko​na​no, od​kąd

je​chał nim Se​ba​stian.

Zno​wu usły​szał oskar​że​nie w jej gło​sie.
‒ To do​kład​na ko​pia wer​sji, któ​rą je​chał Se​ba​stian. Nie wpro​wa​dzo​no żad​nych

ulep​szeń.

Od​wró​ci​ła się do nie​go, uno​sząc brwi z za​sko​cze​niem.
‒ Jak to?
Pa​trzył na nią chwi​lę, ale ona mil​cza​ła.
‒ Nie. Tędy, pro​szę.
Ru​szył w stro​nę drzwi, wstu​kał kod i pu​ścił ją przo​dem, li​cząc, że nie bę​dzie

chcia​ła da​lej drą​żyć te​ma​tu. Nie chciał jej okła​my​wać, ale jed​no​cze​śnie nie są​-
dził, by mo​gła po​ra​dzić so​bie z praw​dą. Jego me​cha​ni​cy pra​co​wa​li już nad in​nym
pro​jek​tem i ode​rwa​li się na chwi​lę od pra​cy, kie​dy we​szli. Za​uwa​żył, że zi​gno​ro​-
wa​ła cie​kaw​skie spoj​rze​nia i po​de​szła do sza​re​go pro​to​ty​pu, któ​ry stał na środ​-
ku bia​łej pod​ło​gi warsz​ta​tu i na nich cze​kał. Po​szedł za nią, ale trzy​mał dy​stans,
gdy pod​cho​dzi​ła do po​jaz​du, pra​gnąc dać jej czas na oswo​je​nie się z czymś, co
było tak samo czę​ścią jego ży​cia, jak i Se​ba​stia​na. Po​wo​li krą​ży​ła wo​kół ma​szy​-
ny, a jej dłu​gie nogi w opię​tych spodniach znów po​bu​dzi​ły jego żą​dzę. Tej jed​nej
ko​bie​ty nie mógł mieć, a prze​cież gdy prze​su​nę​ła dło​nią po przed​nich drzwiach
auta, ba​da​jąc po​su​wi​stym ru​chem jego kształ​ty, ma​rzył, by być na miej​scu sa​mo​-
cho​du.

‒ Mogę? – Ski​nę​ła w stro​nę drzwi, a on przy​tak​nął, gdyż te my​śli spra​wi​ły, że

nie po​tra​fił wy​du​sić z sie​bie ani sło​wa w żad​nym ję​zy​ku.

Gdy  wsu​wa​ła  się  za  kie​row​ni​cę,  pod​szedł  bli​żej  i  oparł  się  o  otwar​te  drzwi.

Spoj​rzał na nią, pró​bu​jąc usil​nie nie do​strze​gać, w jaki spo​sób sie​dze​nie za​głę​-
bia​ło  się  wo​kół  jej  ud.  Za​miast  tego  sku​pił  wzrok  na  jej  twa​rzy,  gdy  do​słow​nie
po​chła​nia​ła  wszyst​ko  wy​głod​nia​ły​mi  ocza​mi.  Po​wo​li  za​ci​snę​ła  pal​ce  wo​kół  kie​-
row​ni​cy,  ści​ska​jąc  je,  aż  skó​ra  za​skrzy​pia​ła.  Wy​glą​da​ła,  jak​by  uro​dzi​ła  się  za
kół​kiem i jak​by to auto było stwo​rzo​ne spe​cjal​nie dla niej.

‒ Jest nie​sa​mo​wi​ty.
Te sło​wa były tak cu​dow​ne. Za​ci​snął moc​no zęby, pró​bu​jąc po​wstrzy​mać po​żą​-

da​nie,  któ​re  tęt​ni​ło  mu  w  ży​łach,  do​ma​ga​jąc  się  na​tych​mia​sto​we​go  speł​nie​nia.
Ode​pchnął się gwał​tow​nie od sa​mo​cho​du, co przy​cią​gnę​ło jej uwa​gę.

‒ Wy​pro​wa​dzi​my go te​raz – po​wie​dział, da​jąc sy​gnał ze​spo​ło​wi, by otwo​rzy​li

drzwi han​ga​ru.

‒ Chcia​ła​bym po​pro​wa​dzić.
Po​wie​dzia​ła to tak sta​now​czo, że przy​po​mnia​ła mu małą upar​tą dziew​czyn​kę,

z któ​rą do​ra​stał. Jego sio​stra nie​mal za​wsze do​sta​wa​ła, cze​go chcia​ła, uży​wa​jąc
tego tonu, zwłasz​cza wo​bec nie​go.

‒  Może  le​piej  bę​dzie,  je​śli  ja  po​ja​dę  pierw​szy.  –  Nie  chciał,  by  my​śla​ła  zbyt

wie​le o bra​cie, pro​wa​dząc. Oczy​wi​ste było, że wi​ni​ła go za wy​pa​dek Se​ba​stia​na,
a jej żal mógł się ob​ja​wiać w róż​nych for​mach. – Mo​żesz się od​prę​żyć i cie​szyć

background image

jaz​dą, tak jak by tego chciał Se​ba​stian.

‒ Nie zna​łeś do​brze mo​je​go bra​ta, je​śli tak są​dzisz. – Unio​sła su​ge​styw​nie de​-

li​kat​ne brwi i się uśmiech​nę​ła. Wie​dział, że zo​stał po​ko​na​ny. – On chciał​by, że​-
bym  pro​wa​dzi​ła,  żeby  mógł  sie​dzieć  i  słu​chać.  Chciał​by,  że​bym  po​czu​ła  sa​mo​-
chód, sta​ła się jego czę​ścią.

Oparł się znów o sa​mo​chód i z jed​ną ręką na da​chu, a dru​gą na drzwiach po​-

chy​lił  się,  przy​su​wa​jąc  do  niej  moc​no.  Po​czuł  ku​szą​cy  za​pach  jej  per​fum  i  po​-
wstrzy​mał chęć, by się  nim za​cią​gnąć jak pa​pie​ro​sem.  Jej na​mięt​ne sło​wa  były
wy​star​cza​ją​co ku​szą​ce.

‒ Va bene, mo​żesz pro​wa​dzić, ale ostroż​nie, a ja, oczy​wi​ście, jadę z tobą.
Uśmiech​nę​ła  się  do  nie​go,  au​ten​tycz​nym,  ra​do​snym  uśmie​chem,  któ​ry  roz​-

świe​tlił jej oczy. W tej chwi​li zde​cy​do​wał, że chce, by uśmie​cha​ła się wię​cej, i po​-
sta​no​wił, że zro​bi wszyst​ko, by speł​niać to po​sta​no​wie​nie.

‒ Po​tra​fię jeź​dzić.
Jej  usta  uło​ży​ły  się  w  sek​sow​ny  dziu​bek,  gdy  uda​wa​ła,  że  ka​pry​si,  a  on  ro​bił

wszyst​ko,  by  się  nie  po​chy​lić  i  jej  nie  po​ca​ło​wać.  Była  pierw​szą  ko​bie​tą,  któ​ra
dzia​ła​ła na jego cia​ło w ten spo​sób od cza​su, gdy wy​rwał się z tego ab​sur​dal​ne​-
go mał​żeń​stwa, i jed​no​cze​śnie była ko​bie​tą poza jego za​się​giem. Tak bar​dzo, że
rów​nie do​brze mo​gła​by być na księ​ży​cu.

‒ Nie wąt​pię w to, ale mu​sia​łem już so​bie ra​dzić z jed​ną ko​bie​tą, któ​ra jeź​dzi​-

ła za szyb​ko, i nie chcę ro​bić tego zno​wu.

‒ Och!
To sło​wo było tak prze​peł​nio​ne za​wo​dem, że nie mógł ukryć uśmie​chu.
‒  Z  moją  sio​strą.  Już  ja​kiś  czas  temu.  Wzię​ła  nie​co  za  ostro  za​kręt,  po​mi​mo

mo​ich ostrze​żeń, i skoń​czy​ło się to dla niej nie naj​le​piej.

Po​wie​dział to lek​ko, ale tak na​praw​dę ża​ło​wał, że nie może się cof​nąć cza​su

i zmie​nić prze​szło​ści, zmu​sić ją, by po​słu​cha​ła. Tak jak z Se​ba​stia​nem.

‒ Cóż, nie mu​sisz się o mnie mar​twić – po​wie​dzia​ła i od​pa​li​ła auto, a dźwięk

sil​ni​ka spra​wił, że mu​sia​ła lek​ko pod​nieść głos. – W koń​cu moim bra​tem był Se​-
ba​stian War​ring​ton.

Tak bar​dzo się my​li​ła. Mu​siał się mar​twić. Jego obiet​ni​ca nie tyl​ko obej​mo​wa​-

ła za​an​ga​żo​wa​nie jej w pre​mie​rę sa​mo​cho​du, ale i za​ję​cie się nią, za​ję​cie miej​-
sca bra​ta, a on nie mógł tego ro​bić, gdy po​żą​da​nie wy​bu​cha​ło co rusz w jego cie​-
le  ni​czym  zbłą​ka​ne  fa​jer​wer​ki.  Ob​szedł  ma​szy​nę,  ob​ser​wu​jąc  ją  przez  szy​bę.
Była bar​dzo skon​cen​tro​wa​na, pa​trząc na in​for​ma​cje na ekra​nie de​ski roz​dziel​-
czej. Jak​by wy​czu​wa​jąc jego nie​po​kój, unio​sła wzrok i uśmiech​nę​ła się do nie​go,
tym ra​zem z więk​szym wa​ha​niem. Czy po​wi​nien jej na to po​zwa​lać? Wie​dział za
do​brze, co się dzia​ło, gdy ktoś je​chał po​nad swo​je moż​li​wo​ści. Śle​dzi​ła go wzro​-
kiem, gdy wsia​dał do auta.

‒  Go​to​wa?  –  Pró​bo​wał  mó​wić  lek​ko,  gdy  za​my​kał  drzwi.  Nie  czuł  się  jed​nak

tak swo​bod​nie, gdy na​gle zna​leź​li się bar​dzo bli​sko sie​bie.

Po​tak​nę​ła  i  spoj​rza​ła  przed  sie​bie,  sku​pia​jąc  na  za​da​niu,  ale  on  nie  mógł  się

skon​cen​tro​wać.  Sil​nik  war​czał  nie​cier​pli​wie,  gdy  sa​mo​chód  wy​jeż​dżał  po​wo​li

background image

w blask po​ran​ne​go słoń​ca. Wes​tchnął z ulgą, że nie była tak nie​cier​pli​wa, jak jej
brat, gdy po raz pierw​szy wy​pro​wa​dził po​jazd. Ostroż​nie wje​cha​ła na tor i z od​-
po​wied​nią  pręd​ko​ścią  za​czę​ła  pierw​sze  okrą​że​nie.  Pa​trzył  na  nią,  ko​rzy​sta​jąc
z oka​zji, by ją po​dzi​wiać, gdy my​śla​mi była gdzie in​dziej. Jej gę​ste wło​sy były po​-
tar​ga​ne,  wy​glą​da​ła,  jak​by  wła​śnie  wy​szła  z  łóż​ka  ko​chan​ka.  Jej  usta  były  za​ci​-
śnię​te w ten sam spo​sób, jak ro​bił to Se​ba​stian, gdy pro​wa​dził, ale Char​lie wy​-
glą​da​ła  bar​dziej  słod​ko,  na​wet  sek​sow​nie.  Sil​nik  za​mru​czał  gło​śniej,  gdy  przy​-
śpie​szy​ła, od​cią​ga​jąc umysł Ales​san​dra od nie​bez​piecz​ne​go te​ry​to​rium, na któ​re
się za​pu​ścił.

‒ Spo​koj​nie.
Roz​ba​wie​nie w jej gło​sie nie ko​re​lo​wa​ło z in​ten​syw​nym wy​ra​zem kon​cen​tra​cji

na twa​rzy, a on, praw​do​po​dob​nie po raz pierw​szy w ży​ciu, nie wie​dział, co po​-
wie​dzieć. Uświa​do​mił so​bie za​szo​ko​wa​ny, że przy niej jest zde​ner​wo​wa​ny. Wy​-
czu​wał, że Char​lie się po​wstrzy​mu​je, że, jak jej brat, chcia​ła​by wy​pró​bo​wać peł​-
ne moż​li​wo​ści auta, ale czy po​tra​fi​ła? Czy na​praw​dę była do tego zdol​na?

‒  Nie  de​ner​wu​jesz  się,  praw​da?  –  Mógł  się  wresz​cie  sku​pić,  gdy  za​czę​ła  się

z nim dro​czyć. – Wiem do​brze, jak się to po​praw​nie robi.

‒ Nie – skła​mał, pró​bu​jąc się od​chy​lić i zre​lak​so​wać. Z każ​dą se​kun​dą sta​wa​ło

się oczy​wi​ste, że umia​ła jeź​dzić i sko​ro mia​ła tego sa​me​go na​uczy​cie​la co Se​ba​-
stian, to ja​kiej jesz​cze gwa​ran​cji po​trze​bo​wał? – Je​stem sła​bym pi​lo​tem. Lu​bię
za​wsze mieć kon​tro​lę.

Spoj​rza​ła na nie​go prze​lot​nie, a jej zie​lo​ne oczy lśni​ły z roz​ba​wie​nia.
‒ Czy roz​ma​wia​my tyl​ko o kie​ro​wa​niu po​jaz​dem?
Nie mógł po​wstrzy​mać śmie​chu.
‒ Mó​wi​łem tyl​ko o tym, ale sko​ro już przy tym je​ste​śmy…
‒ Zo​bacz​my więc, do cze​go ta ma​szy​na jest zdol​na.
Roz​ba​wie​nie w jej gło​sie za​stą​pił po​waż​ny ton. Za​nim mógł wy​du​sić choć jed​-

no  sło​wo  pro​te​stu,  sa​mo​chód  wy​rwał  na​przód  ni​czym  roz​gnie​wa​ny  ru​mak,
a jego wci​snę​ło w sie​dze​nie. Drze​wa wo​kół toru roz​my​ły się, gdy sil​nik wark​nął.
Jego ser​ce wa​li​ło, gdy przed ocza​mi sta​nę​ły mu ob​ra​zy, kie​dy przy​je​chał na miej​-
sce  wy​pad​ku  swo​jej  sio​stry  Fran​ce​ski  i  uspo​ka​jał  ją,  cze​ka​jąc  aż  nad​je​dzie  po​-
moc.

‒ Zwol​nij! – za​żą​dał, bo​jąc się, że coś się sta​nie, a on nie bę​dzie mógł nic zro​-

bić.

‒ Nie psuj tego te​raz. Wiem, co ro​bię.
Jej pod​nie​sio​ny głos nie zła​go​dził wąt​pli​wo​ści, któ​rą no​sił w ser​cu. Nie miał do

koń​ca za​ufa​nia, że po​tra​fi do​brze pro​wa​dzić.

‒ Char​lot​te! – krzyk​nął gło​śno, pa​trząc z prze​ra​że​niem na za​kręt, do któ​re​go

się zbli​ża​li.

Char​lie le​d​wie sły​sza​ła Ales​san​dra. Jej ser​ce biło moc​no, prze​peł​nio​ne eks​cy​-

ta​cją, tym, że sie​dzi znów za kie​row​ni​cą po​tęż​ne​go sa​mo​cho​du. Zbyt dużo cza​su
mi​nę​ło i nie za​mie​rza​ła te​raz zwal​niać. Do​kład​nie tego po​trze​bo​wa​ła, by prze​-
gnać de​mo​ny prze​szło​ści. Do​ci​snę​ła gaz, z ra​do​ścią od​kry​wa​jąc, że sil​nik wciąż

background image

nie osią​gnął kre​su moż​li​wo​ści. Kra​jo​braz zmie​nił się w za​ma​za​ne li​nie, ale ona
wie​dzia​ła,  że  to  było  do​bre.  Se​ba​stian  kie​ro​wał  tym  au​tem,  czuł  jego  po​tę​gę
i złą​czył się z nim. Te​raz, kie​dy ona pro​wa​dzi​ła to auto, pra​wie czu​ła koło sie​bie
Se​ba​stia​na.

‒ Zwol​nij, Char​lot​te. Na​tych​miast.
Szorst​ki  ton  Ales​san​dra  był  prze​peł​nio​ny  au​to​ry​tar​no​ścią,  ale  nie  mo​gła  się

za​trzy​mać, nie mo​gła od​mó​wić so​bie tej chwi​li.

‒ To wspa​nia​łe – krzy​cza​ła, roz​pę​dza​jąc auto do mak​si​mum za za​krę​tem. Opo​-

ny za​pisz​cza​ły, ale sa​mo​chód trzy​mał się toru le​piej niż ja​ki​kol​wiek inny.

‒ Ro​bisz cza​sem to, o co cię ktoś pro​si?
Mó​wił  to​nem  nie​zno​szą​cym  sprze​ci​wu.  Wie​dzia​ła,  że  sie​dzi  obok,  zły  na  jej

nie​sub​or​dy​na​cję. To spra​wi​ło, że się za​śmia​ła.

‒ Se​ba​stian nie mó​wił ci, że za​pie​ra dech w pier​si? – Ko​lej​ny za​kręt wy​ma​gał

od niej mak​sy​mal​ne​go sku​pie​nia, a jej pa​sa​żer za​klął płyn​nie po wło​sku. Czy na​-
praw​dę się o nią bał, czy po pro​stu był zły, bo nie ro​bi​ła tego, cze​go ocze​ki​wał?
Nie mia​ła wąt​pli​wo​ści, że był ty​pem kon​tro​lu​ją​cym każ​dą sy​tu​ację.

‒ Tego, cara, nie oma​wia​li​śmy. Zwol​nij.
Jego głos pró​bo​wał ją ha​mo​wać, a ona uśmiech​nę​ła się i jesz​cze przy​śpie​szy​ła.
‒ Za​wsze psu​jesz wszyst​kim za​ba​wę? – Zwol​ni​ła na tyle, by móc z nim roz​ma​-

wiać, ale sil​nik za​pro​te​sto​wał, ku​sząc ją po​now​nie swą siłą.

‒ Tyl​ko gdy moje ży​cie jest na sza​li.
Jego kwa​śny ton nie po​zo​stał nie​zau​wa​żo​ny. Zmie​rza​li ku pro​ste​mu od​cin​ko​wi

toru i mu​sia​ła się po​wstrzy​mać, by nie wy​ci​snąć wię​cej z auta.

‒ Two​je ży​cie jest bez​piecz​ne, San​dro, nie dra​ma​ty​zuj. Uczy​łam się u naj​lep​-

szych kie​row​ców, umiem pro​wa​dzić wy​ści​go​we auta.

Wje​cha​ła w na​stęp​ny za​kręt, po​wstrzy​mu​jąc się od po​ka​za​nia mu, jak szyb​ko

i umie​jęt​nie pro​wa​dzi.

‒  Kto  cię  uczył?  –  za​ak​cen​to​wał  moc​no  oba  sło​wa  i  za​sta​no​wi​ła  się,  czy  na​-

praw​dę się bał.

‒ Oj​ciec. Uczy​li mnie oj​ciec i Se​ba​stian. Od​pręż się więc i ciesz się swo​im sa​-

mo​cho​dem, po​czuj jego moc.

Wje​cha​ła  w  ko​lej​ny  za​kręt,  czu​ła  w  ży​łach  ad​re​na​li​nę,  któ​rej  jej  bra​ko​wa​ło,

od​kąd  za​ję​ła  się  ogrod​nic​twem.  To  nie  da​wa​ło  ta​kie​go  kopa.  Przed  nimi  znów
była pro​sta. Na chwi​lę za​po​mnia​ła o wszyst​kim, na​wet o bólu po stra​cie Se​ba​-
stia​na, i do​ci​snę​ła auto po raz ostat​ni. Było jej tak do​brze. Nic in​ne​go na świe​cie
nie mo​gło się z tym rów​nać. To uczu​cie było tak wy​zwa​la​ją​ce. Sa​mo​chód mi​nął
metę, ale wciąż pę​dzi​li.

‒ Dio mio, za​trzy​maj się! – Ostra ko​men​da za​ga​si​ła jej eks​cy​ta​cję i zdję​ła nogę

z gazu, a auto za​czę​ło zwal​niać.

‒ Je​ste​śmy w po​ło​wie toru, nie mogę się tak po pro​stu za​trzy​mać! – za​pro​te​-

sto​wa​ła, ale zwol​ni​ła do roz​sąd​nej pręd​ko​ści.

‒ Za​trzy​maj się. Na​tych​miast.
‒ Te​raz? – Po​czu​ła gniew, bo mu​sia​ła go po​słu​chać. Bo tra​ci​ła przy nim kon​tro​-

background image

lę. Ale przede wszyst​kim była zła na nie​go. Gdy​by wy​pad​ki po​to​czy​ły się ina​czej,
u jej boku sie​dział​by Se​ba​stian.

‒ Tak, Char​lot​te – mó​wił nie​zno​szą​cym sprze​ci​wu gło​sem.
‒ Do​brze, niech bę​dzie, jak chcesz – syk​nę​ła, na​ci​ska​jąc moc​no pe​dał ha​mul​-

ca.

Opo​ny  za​pisz​cza​ły  pro​te​stu​ją​co  i  sa​mo​chód  za​trzy​mał  się  gwał​tow​nie,  a  ona

wciąż czu​ła gniew. To wszyst​ko była jego wina.

‒ Osza​la​łaś?
Nie  mo​gła  jesz​cze  na  nie​go  pa​trzeć.  Ser​ce  wa​li​ło  jej  tak  moc​no  w  pier​si,  że

była pew​na, że je sły​szał. Była zła, ow​szem, stra​ci​ła kon​tro​lę. Za​po​mnia​ła, po co
tu przy​je​cha​ła, i to było bez​myśl​ne, ow​szem, ale to była też jego wina.

‒ Tak… ‒ Od​wró​ci​ła się i spoj​rza​ła na nie​go ostro, od​dy​cha​jąc gwał​tow​nie. –

Osza​la​łam, bo tu z tobą przy​je​cha​łam.

Za​nim włą​czy​ła ra​cjo​nal​ne my​śle​nie, otwo​rzy​ła gwał​tow​nie drzwi, od​pię​ła pas

i ucie​kła – od nie​go i od auta. Od wszyst​kie​go, od cze​go pró​bo​wa​ła uciec przez
ten rok.

‒  Char​lot​te!  –  Usły​sza​ła  w  jego  gło​sie  głę​bo​ki  ton,  ale  nie  od​wró​ci​ła  się,  nie

za​trzy​ma​ła. Ru​szy​ła przez tor i tra​wę, bez żad​ne​go po​my​słu, do​kąd iść. Chcia​ła
tyl​ko od nie​go odejść, da​le​ko od sa​mo​cho​du i bólu, któ​ry te​raz czu​ła.

To on był jego przy​czy​ną.
Za​czę​ła biec, ale ją do​go​nił, zła​pał za ra​mię i po​cią​gnął tak gwał​tow​nie, że ob​-

ra​ca​jąc się, wpa​dła pro​sto na jego twar​dą klat​kę pier​sio​wą. Na chwi​lę stra​ci​ła
od​dech i nie mo​gła mó​wić. Mo​gła tyl​ko stać i pa​trzeć mu w oczy, lśnią​ce zło​ścią,
gdy trzy​mał ją w że​la​znym uści​sku. Od​dy​cha​ła tak szyb​ko, jak​by prze​bie​gła sto
me​trów sprin​tem.

‒ Puść mnie! – To wście​kłe żą​da​nie spra​wi​ło tyl​ko, że zła​pał ją moc​niej.
‒  Nie,  do​pó​ki  się  nie  uspo​ko​isz.  –  Wy​po​wie​dział  te  sło​wa  po​wo​li,  ale  nie

umknę​ła jej ta sta​lo​wa wola, któ​ra przez nie prze​bi​ja​ła.

‒ To po​win​nam być ja. – Przez jej twarz prze​pły​wa​ła fala emo​cji. – To ja po​-

win​nam tu być z Se​ba​stia​nem. Nie ty.

‒ Nie po​wi​nie​nem był cię tu przy​wo​zić, nie po tym, co po​wie​dział mi twój oj​-

ciec.

‒  Mój  oj​ciec?  –  Jęk​nę​ła  za​szo​ko​wa​na,  pró​bu​jąc  nie​zdar​nie  wy​swo​bo​dzić  się

z jego uści​sku. – Co ta​kie​go po​wie​dział?

‒ Że od cza​su po​grze​bu masz po​czu​cie winy, bo cię tu nie było z Se​ba​stia​nem.
Pu​ścił ją, ale na​dal był za bli​sko. To było zbyt wie​le. Wspo​mnie​nia Se​ba​stia​na,

to uczu​cie mię​dzy nimi… Nie umia​ła so​bie w tej chwi​li po​ra​dzić z ni​czym.

‒ Nie mam po​czu​cia winy, ukry​wa​łam się tyl​ko przed tymi krwio​żer​czy​mi bru​-

kow​ca​mi.

Spoj​rza​ła na nie​go, a była tak bli​sko, że czu​ła jego wodę po go​le​niu, ale wście​-

kłość zmie​ni​ła jej twarz w ma​skę. Za​mru​gał, od​rzu​ca​jąc gło​wę.

‒ Bru​kow​ca​mi?
Od​su​nę​ła się od nie​go, od​wró​ci​ła i ode​szła, rzu​ca​jąc przez ra​mię:

background image

‒ Ow​szem. Nie znasz ich? Lu​bią wy​grze​by​wać bru​dy o to​bie i two​jej ro​dzi​nie,

kie​dy je​steś w doł​ku.

‒ Char​lot​te, nie od​chodź – mó​wił ostro, ale ona się nie za​trzy​ma​ła. Może znów

ucie​ka​ła?

‒ Po pro​stu mnie zo​staw, Ales​san​dro. Za​bierz ten sa​mo​chód i mnie zo​staw.
Od​wró​ci​ła się i spoj​rza​ła na nie​go; sta​wiał tak dłu​gie kro​ki, że był nie​mal za

nią i znów sta​nę​ła przed mu​rem jego mę​sko​ści.

‒ Nie, cara – po​wie​dział mięk​ko, pa​trząc na nią czu​le.
Po​czu​ła, że coś w niej pęka.
‒ Mar​twisz się, co po​my​ślą, gdy wró​cisz sam?
‒ Nie dbam o ni​ko​go. Te​raz li​czysz się tyl​ko ty.
Po​pa​trzy​ła  mu  w  oczy:  nie  było  w  nich  śla​du  zło​ści.  Opar​ła  się  po​ku​sie  za​-

mknię​cia swo​ich, pod​da​nia się za​pro​sze​niu ukry​te​mu w jego sło​wach i po​zwo​le​-
niu, by o nią za​dbał, uko​ił ją. Ale nie to miał na my​śli.

‒ Cze​mu? Bo obie​ca​łeś Se​ba​stia​no​wi? – od​pa​ro​wa​ła.
Zmarsz​czył brwi i za​prze​czył. Po​czu​ła się win​na. Ce​lo​wo go pro​wo​ko​wa​ła. To

jego wina, że Se​ba​stia​na tu nie ma, przy​po​mnia​ła so​bie ostro.

‒ Nie do koń​ca. – Przy​su​nął się, tak bli​sko, że mo​gła​by go po​ca​ło​wać, gdy​by

chcia​ła. Tak jak to zro​bi​ła ze​szłej nocy.

Ocza​ro​wa​na jego bli​sko​ścią, osza​ła​mia​ją​cym za​pa​chem jego wody po go​le​niu,

nie  po​ru​szy​ła  się  jed​nak,  choć  jej  zmy​sły  sza​la​ły.  Ich  spoj​rze​nia  się  spo​tka​ły
i była pew​na, że my​śli o tym sa​mym, czu​je ten sam go​rą​cy prąd mię​dzy nimi. Po​-
wo​li, pa​trząc mu na​dal w oczy, unio​sła bro​dę i zo​ba​czy​ła, jak jego wzrok ciem​-
nie​je. Za​trzy​ma​ła się, za​da​jąc mu w my​ślach py​ta​nie. Jego od​po​wie​dzią był na​-
mięt​ny po​ca​łu​nek.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Char​lie za​mknę​ła oczy i całe jej cia​ło pod​da​ło się po​ca​łun​ko​wi. Kie​dy już my​-

śla​ła, że wię​cej nie znie​sie, przy​tu​lił ją tak moc​no, że nie mia​ła żad​nych wąt​pli​-
wo​ści, że jej po​żą​da. Co ona wła​ści​wie wy​ra​bia​ła? Tym ra​zem chcia​ła wię​cej niż
po​ca​łun​ku.

Wie​dzia​ła, że nie po​win​na tego ro​bić, ale nie mo​gła się po​wstrzy​mać, po​dob​-

nie jak ze​szłej nocy. Za​nu​rzy​ła dło​nie w jego wło​sach.

Wciąż czu​ła ad​re​na​li​nę wy​wo​ła​ną jaz​dą, któ​ra po​wo​do​wa​ła jesz​cze sil​niej​szą

falę po​żą​da​nia. Ni​g​dy wcze​śniej nie do​świad​czy​ła cze​goś po​dob​ne​go. Czu​ła się,
jak​by całe jej cia​ło pło​nę​ło. I to dla męż​czy​zny, któ​re​go po​win​na nie​na​wi​dzić.

‒ To… ‒ za​czę​ła ci​cho, kie​dy ode​rwał war​gi od jej ust.
‒ Nie​sa​mo​wi​te, tak… – Jego ochry​pły głos spo​wo​do​wał, że ciar​ki prze​szły jej

po ple​cach. Nie, to nie było nie​sa​mo​wi​te. To było złe i w ogó​le nie po​win​no mieć
miej​sca. Chcia​ła coś po​wie​dzieć, ale nie mo​gła, po​nie​waż znów za​mknął jej usta
po​ca​łun​kiem.

Nie była w sta​nie my​śleć. Je​dy​ne, co się li​czy​ło, to za​spo​ko​je​nie tej pa​lą​cej po​-

trze​by cia​ła.

‒ A to… ‒ wy​chry​piał, ca​łu​jąc ją po szyi. Wy​gię​ła ple​cy, na​pie​ra​jąc na jego ra​-

mię, do​sko​na​le wie​dząc, cze​go chciał.

Bez​wied​nie  wes​tchnę​ła  z  roz​ko​szy,  kie​dy  jego  usta  zna​la​zły  się  na  jej  pier​-

siach, wi​docz​nych spod roz​pię​tej ko​szu​li. Fala po​żą​da​nia za​la​ła ją, kie​dy po​ca​ło​-
wał jej su​tek. Za​nu​rzy​ła pal​ce w jego gę​stych wło​sach i z lek​kim wes​tchnie​niem
pod​da​ła się wpraw​nym piesz​czo​tom.

‒ Do​brze, praw​da? ‒ Jego ak​cent sta​wał się cięż​szy z każ​dym sło​wem. Zę​ba​-

mi skub​nął twar​dy su​tek, co wy​wo​ła​ło dreszcz roz​ko​szy wzdłuż krę​go​słu​pa.

‒ Tak, ale to nie​wła​ści​we… ‒ Jej głos był ochry​pły, kie​dy wy​po​wia​da​ła te sło​-

wa, ale przy​cią​gnę​ła jego gło​wę bli​żej sie​bie, choć wie​dzia​ła, że było to lek​ko​-
myśl​ne. Z każ​dym od​de​chem była co​raz bar​dziej pod​nie​co​na. W koń​cu za​mknę​ła
oczy i pod​da​ła się. Do​bre czy złe, nie mia​ło to już zna​cze​nia.

‒ Och, cara, tak, masz ra​cję, ale nie chcę prze​sta​wać… ‒ Prze​niósł war​gi na

jej dru​gą pierś, a Char​lot​te nie​mal za​pa​dła się w traw​nik, kie​dy za​czął pie​ścić ją
ję​zy​kiem. Jej od​dech był szyb​ki i nie​rów​ny.

‒ Nie po​win​ni​śmy – szep​nę​ła.
Było  jej  tak  do​brze,  że  nie​mal  nie  sły​sza​ła  dźwię​ku  sy​ren  i  trą​bią​cych  wo​kół

nich  sa​mo​cho​dów.  Dźwięk  sta​wał  się  co​raz  gło​śniej​szy  i  na​gle  oprzy​tom​nia​ła
i wy​pro​sto​wa​ła się.

‒ Ma​le​di​zio​ne. Po​wi​nie​nem był prze​wi​dzieć, że ktoś może nas zo​ba​czyć.
Te​raz dźwięk klak​so​nów był wy​raź​ny i na​gle zo​rien​to​wa​ła się, że to nie klak​-

background image

so​ny, tyl​ko sy​re​ny. Od​sko​czy​ła od nie​go jak opa​rzo​na i go​rącz​ko​wo za​czę​ła do​-
pro​wa​dzać gar​de​ro​bę do po​rząd​ku. Szczę​śli​wie on też szyb​ko się od niej od​da​-
lił. Co ona so​bie my​śla​ła? Nic. Ab​so​lut​nie nic. Wła​śnie w tym tkwił pro​blem – nie
my​śla​ła. Po​zwo​li​ła, by emo​cje prze​ję​ły nad nią kon​tro​lę. A mia​ła za​miar do​wie​-
dzieć się, o czym  jej oj​ciec roz​ma​wiał z  Ales​san​drem. Czy kon​ty​nu​ował  pro​ces
swa​ta​nia roz​po​czę​ty przez Se​ba​stia​na?

Ales​san​dro wziął kil​ka głę​bo​kich od​de​chów, pró​bu​jąc się nie​co uspo​ko​ić, kie​dy

wra​cał w stro​nę toru. Kie​dy do​tarł do sa​mo​cho​du, ka​ret​ka była już bli​sko. Nie
od​wra​cał się, ale wie​dział, że Char​lot​te po​szła za nim. Na samą myśl o jej pięk​-
nych dłu​gich no​gach zro​bi​ło mu się go​rą​co. Za​mie​nił kil​ka słów z za​ło​gą am​bu​-
lan​su, po czym ode​słał ich do warsz​ta​tu. Char​lie już była u jego boku. Co by się
sta​ło, gdy​by im nie prze​rwa​no? Myśl o tym, co mógł w tej chwi​li ro​bić, spra​wi​ła,
że krew mu się za​go​to​wa​ła.

‒ Wsia​daj! – Wie​dział, że był nie​uprzej​my, ale to był je​dy​ny spo​sób. Wy​par​cie

nie było w jego sty​lu, ale te​raz było to ide​al​ne roz​wią​za​nie. Wsiadł do sa​mo​cho​-
du po stro​nie kie​row​cy i wbił wzrok przed sie​bie. Char​lie usia​dła obok nie​go.

‒  Prze​pra​szam  ‒  po​wie​dzia​ła  tak  mięk​ko  i  ci​cho,  że  za​czął  się  za​sta​na​wiać,

czy so​bie cza​sem tego nie wy​obra​ził. Za co prze​pra​sza​ła? Za to, że je​cha​ła jak
ma​niacz​ka, czy za wy​wo​ła​nie mię​dzy nimi tej iskry po​żą​da​nia? Tak czy ina​czej,
nie chciał jej prze​pro​sin. Chciał się tyl​ko zna​leźć jak naj​da​lej od niej, tak by mógł
utrzy​mać dy​stans, któ​ry za​wsze wo​kół sie​bie roz​ta​czał.

Nie chciał się tak od​sła​niać przed ko​bie​tą. Przy Char​lie prze​stał się pil​no​wać

i nie​mal wy​szedł zza emo​cjo​nal​ne​go muru, któ​ry zbu​do​wał wo​kół sie​bie po nie​-
uda​nym mał​żeń​stwie. Wy​star​czył je​den po​ca​łu​nek.

‒ Nie mogę uwie​rzyć, że tak jeź​dzisz. Co po​wie​dział​by Se​ba​stian? ‒ Chcąc się

zdy​stan​so​wać,  po​wie​dział  pierw​szą  rzecz,  któ​ra  przy​szła  mu  na  myśl.  Wciąż
jesz​cze miał jej smak na war​gach, a jego cia​ło nie czu​ło się speł​nio​ne.

‒ Se​ba​stian był​by za​do​wo​lo​ny. To on na​uczył mnie tak jeź​dzić. Są​dząc po two​-

jej  re​ak​cji,  chy​ba  nie  po​wie​dział  ci,  że  by​łam  kie​row​cą  te​sto​wym  ze​spo​łu.
Umiem jeź​dzić tak szyb​ko i bez​piecz​nie jak każ​dy kie​row​ca wy​ści​go​wy.

‒ Może i tak, ale nie chciał​by, że​byś ry​zy​ko​wa​ła ży​cie ‒ ze zło​ścią od​rzu​cił jej

wy​ja​śnie​nia. Za​pa​dła głu​cha ci​sza i na​gle po​ża​ło​wał swo​ich słów. Kie​dy nie od​po​-
wie​dzia​ła, od​pa​lił sil​nik i ru​szył ła​god​nie, pil​nu​jąc, żeby pręd​kość była roz​sąd​na.

‒ Prze​stra​szy​łam cię? ‒ wy​pa​li​ła, a on chwy​cił kie​row​ni​cę, na​pi​na​jąc mię​śnie.
Ow​szem, ale nie miał za​mia​ru się do tego przy​zna​wać. Kie​dy przy​spie​sza​ła, je​-

dy​ne, o czym był w sta​nie my​śleć, to le​żą​cy w łóż​ku szpi​tal​nym, wi​ją​cy się z bólu
Se​ba​stian  i  obiet​ni​ca,  któ​rej  praw​do​po​dob​nie  nie  bę​dzie  w  sta​nie  do​trzy​mać.
Czy może trak​to​wać Char​lie jak sio​strę, kie​dy pra​gnął je​dy​nie wziąć ją do łóż​-
ka?

‒ Tak, do cho​le​ry. Wie​dzia​łaś, że mu​sia​łem się opie​ko​wać moją sio​strą po wy​-

pad​ku.  ‒  Nie  miał  za​mia​ru  zwie​rzać  jej  się  z  praw​dzi​wej  przy​czy​ny  stra​chu.
Ozna​cza​ło​by to ko​niecz​ność głęb​szej re​flek​sji nad tym, co mię​dzy nimi za​szło.

‒ Jej stłucz​ka nie ma z tym nic wspól​ne​go – od​par​ła roz​draż​nio​na.

background image

Ulży​ło mu, kie​dy zo​ba​czył ma​ja​czą​cy na ho​ry​zon​cie warsz​tat.
‒ Ta stłucz​ka, jak to uję​łaś, spra​wi​ła, że nie skoń​czy​ła stu​diów, kie​dy po​win​na.

A wszyst​ko przez to, że nie chcia​ła zwol​nić, choć ją o to pro​si​łem.

Jego umysł za​czął wy​ko​ny​wać dziw​ne ma​new​ry, mó​wił na je​den te​mat, sta​ra​-

jąc się jed​no​cze​śnie ra​cjo​na​li​zo​wać dru​gi i zwal​cza​jąc po​trze​bę zje​cha​nia na po​-
bo​cze, żeby skoń​czyć to, co za​czął. Ni​g​dy wcze​śniej nie był tak po​ru​szo​ny. Szok
i nie​słab​ną​ca po​trze​ba od​zy​ska​nia kon​tro​li wzbu​rzy​ły go, ale nie mógł dać tego
po so​bie po​znać.

‒ Co się sta​ło? ‒ za​py​ta​ła z cie​ka​wo​ścią.
Wje​chał z po​wro​tem do warsz​ta​tu i wy​łą​czył sil​nik. Za​pa​dła ci​sza. Sfru​stro​wa​-

ny za​czął wy​ma​chi​wać ra​mio​na​mi.

‒ Je​cha​ła za szyb​ko. Tyl​ko tyle. Po​dob​nie jak ty.
Nie chciał pro​wa​dzić tej roz​mo​wy. To o tym po​win​ni dys​ku​to​wać w tej chwi​li,

na​wet je​że​li było to zwią​za​ne z jego żą​da​niem, żeby się za​trzy​ma​ła. Wy​czuł, że
się w nie​go wpa​tru​je, i od​wró​cił się do niej, sta​ra​jąc się nad sobą za​pa​no​wać.

‒ Wzię​ła za​kręt zbyt szyb​ko, ude​rzy​ła w mur i zna​la​zła się w szpi​ta​lu. Wszyst​-

ko dla​te​go, że nie zwol​ni​ła.

‒ Ale ja je​stem pro​fe​sjo​nal​nym kie​row​cą wy​ści​go​wym.
Jej  mina  iry​to​wa​ła  go  co​raz  bar​dziej.  Nie  po​tra​fi​ła  do​strzec  po​do​bień​stwa

mię​dzy sobą a Se​ba​stia​nem? Też był uta​len​to​wa​nym kie​row​cą. Mar​twym.

‒ Umie​jęt​no​ści to nie  wszyst​ko, cara. Se​ba​stian też  był do​brym kie​row​cą. ‒

Otwo​rzy​ła sze​ro​ko oczy i miał dziw​ne wra​że​nie, że dał się zła​pać w pu​łap​kę. I to
z wła​snej winy.

‒ Se​ba​stian wsiadł do sa​mo​cho​du, któ​ry ni​g​dy nie po​wi​nien był się zna​leźć na

to​rze te​sto​wym. O to ci cho​dzi?

Ales​san​dro wie​dział, że to ra​czej kie​row​ca nie po​wi​nien był się zna​leźć na to​-

rze tam​tej nocy. Może gdy​by nie miał spo​tka​nia z klien​ta​mi, za​uwa​żył​by w ja​kim
sta​nie był Se​ba​stian. Po​wstrzy​mał​by go.

‒ Nikt nie wie​dział, że tam był, Char​lot​te. To była jego wła​sna ini​cja​ty​wa.
Roz​pacz​li​wie usi​ło​wał mó​wić cier​pli​wie. Czu​ła się zra​nio​na i to była wła​śnie ta

chwi​la, któ​rej się bał. Za​rzu​ci mu za​nie​dba​nie, a on nie bę​dzie mógł za​prze​czyć.
Nie, je​śli miał da​lej ukry​wać praw​dę.

‒ My​śla​łam, że ra​zem miesz​ka​li​ście. Na pew​no wie​dzia​łeś, że po​szedł na tor

te​sto​wy. ‒ Zmru​ży​ła oczy. Wie​dział, że go ob​wi​nia.

‒ Tak, ale miał też swo​je wła​sne ży​cie. My​śla​łem, że był wte​dy na rand​ce.
‒ I cał​kiem przy​pad​kiem zja​wi​łeś się na to​rze w cią​gu kil​ku mi​nut od wy​pad​-

ku?

‒ To prze​słu​cha​nie?
‒ Ow​szem.
‒ Va bene. Gwo​li ści​sło​ści, by​łem w dro​dze po​wrot​nej ze spo​tka​nia i chcia​łem

ze​brać  do​ku​men​ty.  Mia​łem  omó​wić  pro​ble​my  zwią​za​ne  z  pierw​szym  pro​to​ty​-
pem. Dru​gi mo​del wła​śnie wró​cił z warsz​ta​tu, więc chcia​łem po​roz​ma​wiać o tym
z Se​ba​stia​nem.

background image

Wpa​try​wa​ła się w nie​go wy​cze​ku​ją​co, a on za​sta​na​wiał się, czy już to sły​sza​ła

od ojca lub z pra​sy. Te pierw​sze mie​sią​ce po wy​pad​ku były bar​dzo trud​ne, a on
wal​czył jesz​cze w po​czu​ciem winy.

‒ Ale on był w sa​mo​cho​dzie? ‒ za​py​ta​ła, uprze​dza​jąc go.
‒  Wi​dzia​łem  jego  sa​mo​chód  na  ze​wnątrz,  gdy  par​ko​wa​łem,  ale  my​śla​łem,  że

po​szedł gdzieś z któ​rymś z me​cha​ni​ków. Kie​dy za​uwa​ży​łem, że sa​mo​chód te​sto​-
wy znik​nął, do​my​śli​łem się, że Se​ba​stian go za​brał, i wsko​czy​łem do fur​go​net​ki.
To dla​te​go do​tar​łem tam do​słow​nie kil​ka mi​nut po wy​pad​ku.

Wciąż sły​szał obrzy​dli​wy ło​mot i zgrzyt me​ta​lu, ten ryk sil​ni​ka tuż przed zło​-

wro​gą  ci​szą.  Wie​dział  od  razu,  że  do​brze  nie  jest  i  na​tych​miast  za​dzwo​nił  do
służb ra​tow​ni​czych.

‒ Dzię​ku​ję ‒ wy​szep​ta​ła, spusz​cza​jąc wzrok.

Jej dłu​gie rzę​sy mu​snę​ły po​licz​ki i mu​siał ze sobą wal​czyć, żeby jej nie ob​jąć.

Pra​gnął jej tak bar​dzo, że po pro​stu so​bie nie ufał.

‒  Chodź,  wy​star​czy  na  dziś.  Za​bio​rę  cię  z  po​wro​tem  do  domu  ‒  wes​tchnę​ła

lek​ko, wy​sia​dła i na​tych​miast ru​szy​ła w stro​nę drzwi. Szyb​ko ją do​go​nił i po​ło​żył
rękę na ra​mie​niu, pró​bu​jąc ją przy​tu​lić.

‒  Nie.  ‒  Od​su​nę​ła  się  od  nie​go  i  sta​ła  przy  drzwiach  sa​mo​cho​du,  pa​trząc

gdzie​kol​wiek, byle nie na nie​go, i wy​glą​da​ła, jak​by cier​pia​ła.

Cho​le​ra. Nie po​wi​nien był jej ca​ło​wać. Ani wczo​raj, ani dziś. Te​raz nie mógł jej

po​cie​szyć, nie mógł do​trzy​mać obiet​ni​cy i opie​ko​wać się nią jak brat. Jak mógł​-
by, po tej sza​lo​nej chwi​li na to​rze?

Dro​ga po​wrot​na do miesz​ka​nia wy​da​wa​ła się trwać wiecz​nie, a Char​lie wciąż

za​cho​wy​wa​ła się jak po​krzyw​dzo​na i zdra​dzo​na. Było to lep​sze niż rola zmy​sło​-
wej  uwo​dzi​ciel​ki,  któ​rą  ode​gra​ła  na  to​rze.  Była  kom​plet​nie  za​szo​ko​wa​na  wła​-
snym  za​cho​wa​niem.  Ni​g​dy  nie  rzu​ci​ła  się  na  męż​czy​znę  z  taką  zu​chwa​ło​ścią
i  nie  mo​gła  zro​zu​mieć,  co  też  ją  na​pa​dło  ‒  poza  oczy​wi​ście  go​rą​cym  po​żą​da​-
niem. Te​raz chcia​ła je​dy​nie po​ło​żyć się do łóż​ka w sa​mot​no​ści, by uspo​ko​ić cia​ło
i ser​ce.

‒ Mu​szę dziś po po​łu​dniu po​pra​co​wać w biu​rze ‒ po​wie​dział twar​do, ale wie​-

dzia​ła, że usi​łu​je zmie​nić te​mat. No i do​brze.

‒ Może pój​dę na za​ku​py ‒ od​par​ła, si​ląc się na lek​ki ton. ‒ Po​trze​bu​ję cze​goś

ład​ne​go na ju​trzej​szą pre​zen​ta​cję.

‒ Przy​ślę ci sa​mo​chód za kil​ka go​dzin. Naj​pierw od​pocz​nij.
‒ Ales​san​dro?
‒ Tak? ‒ Spoj​rzał na nią, a jego ciem​ne oczy były zim​ne.
‒ Two​ja sio​stra? Czy wy​zdro​wia​ła?
‒ Tak, na szczę​ście szyb​ko wró​ci​ła do zdro​wia, skoń​czy​ła stu​dia i do​sta​ła dy​-

plom.

Ski​nę​ła gło​wą, nie mo​gąc nic wy​krztu​sić. Ni​g​dy wcze​śniej nie czu​ła się tak sa​-

mot​na.

‒  Ale  Se​ba​stian  nie  wró​cił.  ‒  Bez  za​sta​no​wie​nia  po​de​szła  do  nie​go.  Chcia​ła

background image

po​czuć jego sil​ny uścisk i cie​pło cia​ła. Bez sło​wa wziął ją w ra​mio​na, ale wy​da​-
wał się spię​ty.

Od​su​nę​ła się. Nie po​win​na tego ro​bić.
‒ Nie wró​cę na noc ‒ po​wie​dział krót​ko, bio​rąc klu​czy​ki. Za​mru​ga​ła gwał​tow​-

nie. Czy prze​pę​dzi​ła go z jego wła​sne​go domu?

‒ To prze​ze mnie? – wy​szep​ta​ła.
‒ Nie, to ja je​stem win​ny. My​ślę, że tak bę​dzie le​piej. Prze​kro​czy​li​śmy gra​ni​-

cę, ale to się nie po​wtó​rzy.

Od​su​nę​ła się od nie​go.
‒ Do​brze, ale nie mu​sisz ode mnie ucie​kać.
‒ Mu​szę, Char​lie, ze wzglę​du na Se​ba​stia​na i ze wzglę​du na to, że obie​ca​łem

mu, że będę się tobą opie​ko​wał.

‒ Prze​cież się mną opie​ku​jesz.
‒  Mój  per​so​nel  za​dba  o  wszyst​kie  two​je  po​trze​by  i  nie​dłu​go  przy​ślę  sa​mo​-

chód. Do zo​ba​cze​nia na pre​zen​ta​cji.

‒ Nie wcze​śniej? ‒ Nie mo​gła w to uwie​rzyć. Pre​mie​ra była ju​tro wie​czo​rem.

Miał za​miar znik​nąć na dwa​dzie​ścia czte​ry go​dzi​ny?

Ales​san​dro wstał i spoj​rzał na nią, pra​gnąc je​dy​nie wziąć ją w ra​mio​na i wdy​-

chać jej słod​ki za​pach. Ale nie mógł. To mia​ło​by ka​ta​stro​fal​ne skut​ki.

‒ Tak bę​dzie le​piej. ‒ Na jej twa​rzy ma​lo​wa​ło się roz​cza​ro​wa​nie.
‒ Ale to twój dom.
‒  Jest  twój  na  dzi​siej​szą  noc.  Pój​dę  gdzie  in​dziej.  –  Mu​siał  tak  zro​bić.  Nie

chciał być zwią​za​ny z żad​ną ko​bie​tą, a szcze​gól​nie z nią.

‒  Do  przy​ja​cie​la?  ‒  Spu​ści​ła  wzrok  i  wie​dział  do​kład​nie,  co  po​my​śla​ła.  Że

idzie do in​nej ko​bie​ty. Cóż, tym le​piej.

‒ Coś w tym sty​lu, si. ‒ Ru​szył w kie​run​ku drzwi, za​nim zdą​żył się pod​dać i po​-

wie​dzieć jej, że za​mie​rza spę​dzić noc w swo​im biu​rze, co mu się cza​sem zda​rza​-
ło.

To na pew​no lep​szy po​mysł niż po​zo​sta​nie tu​taj z Char​lie na noc.
‒ Bu​ona​not​te, cara. Śpij do​brze.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Mi​nę​ła nie​mal doba, od​kąd Ales​san​dro zo​sta​wił ją w swo​im miesz​ka​niu. Char​-

lie  na  po​cząt​ku  cie​szy​ła  się  z  sa​mot​no​ści.  Pierw​sze  go​dzi​ny  spę​dzi​ła  w  swo​im
po​ko​ju, w tym sa​mym, w któ​rym miesz​kał Se​ba​stian, w po​szu​ki​wa​niu cze​go​kol​-
wiek, co po so​bie po​zo​sta​wił.

Szu​ka​ła wska​zó​wek do​ty​czą​cych tego, co ro​bił przed wy​pad​kiem, ale wszyst​-

ko na nic. W koń​cu zda​ła so​bie spra​wę, że ni​cze​go nie znaj​dzie, prze​cież mi​nął
już rok. Za​czę​ła więc in​spek​cję resz​ty miesz​ka​nia, żeby do​wie​dzieć się cze​goś
o czło​wie​ku, któ​ry w nim miesz​kał.

Miesz​ka​nie  było  gu​stow​nie  urzą​dzo​ne  w  jed​no​cze​śnie  sta​ro​świec​kim  i  no​wo​-

cze​snym sty​lu, ale Char​lot​te cią​gle się dzi​wi​ła, że San​dro nie miesz​ka w jed​nym
z no​wo​cze​snych bu​dyn​ków po​dob​nych do tego, w któ​rym mie​ści​ło się jego biu​ro.

Za​sta​na​wia​ła się, któ​ry Ales​san​dro jest praw​dzi​wy – czy biz​nes​men, któ​ry pra​-

co​wał  w  no​wo​cze​snym  mi​ni​ma​li​stycz​nym  biu​rze,  czy  za​do​wo​lo​ny  z  ży​cia  czło​-
wiek, któ​ry ota​czał się sztu​ką.

Na​stęp​ne​go dnia rano sta​ła przy oknie, ob​ser​wu​jąc Me​dio​lan, i cze​ka​ła na sa​-

mo​chód, któ​ry miał ją za​brać na im​pre​zę in​au​gu​ra​cyj​ną. Nie mo​gła zro​zu​mieć,
dla​cze​go tak bar​dzo chcia​ła​by już zo​ba​czyć Ales​san​dra.

Pod​czas krót​kiej roz​mo​wy te​le​fo​nicz​nej, po​in​for​mo​wał ją, że wy​śle po nią sa​-

mo​chód o szó​stej. Kie​dy ozdob​ny ze​gar wy​bił go​dzi​nę, za​czę​ła mieć wąt​pli​wo​ści
co do dłu​giej czer​wo​nej suk​ni, któ​rą ku​pi​ła tego ran​ka.

Cóż, za póź​no. Sa​mo​chód za​trzy​mał się, a ona wstrzy​ma​ła od​dech, kie​dy Ales​-

san​dro wy​siadł. Ze swe​go punk​tu ob​ser​wa​cyj​ne​go w oknie zo​ba​czy​ła, że ma na
so​bie  smo​king  i  wy​glą​da  bar​dziej  sek​sow​nie  i  osza​ła​mia​ją​co  niż  ja​ki​kol​wiek
męż​czy​zna miał pra​wo. Wy​glą​dał jak ma​rze​nie każ​dej ko​bie​ty.

Na​gle spoj​rzał w górę, jak​by po​czuł jej wzrok. Po​mi​mo trzech pię​ter, któ​re ich

dzie​li​ły, spoj​rzał jej w oczy. Sko​ro miał na nią taki wpływ z tej od​le​gło​ści, co to
bę​dzie, kie​dy znaj​dzie się bli​sko niej?

Nie  mu​sia​ła  dłu​go  cze​kać  na  od​po​wiedź,  po​nie​waż  wła​śnie  prze​krę​cił  klucz

w zam​ku i wszedł do środ​ka, cał​ko​wi​cie przy​ćmie​wa​jąc splen​dor miesz​ka​nia.

Otak​so​wał  ją  wzro​kiem  od  czub​ka  gło​wy,  po  czer​wo​ne  san​da​ły  na  ob​ca​sie.

Spoj​rza​ła na nie​go wy​zy​wa​ją​co.

‒ Bel​lis​si​ma. ‒ Pod​szedł do niej po​wo​li. Jego wło​ski był bar​dziej sek​sow​ny niż

an​giel​ski o cięż​kim ak​cen​cie. Moc​niej za​bi​ło jej ser​ce. Uwa​żał, że jest pięk​na…

Za​ru​mie​ni​ła  się  i  spu​ści​ła  wzrok.  So​czy​ście  czer​wo​na  su​kien​ka,  któ​rą  ku​pi​ła

w ra​mach bun​tu, wy​wo​ła​ła więk​sze wra​że​nie, niż się spo​dzie​wa​ła. Po​do​ba​ły jej
się  czer​wo​ne  ce​ki​ny,  któ​ry​mi  ozdo​bio​ny  był  gor​set  i  za​wa​diac​kie  po​je​dyn​cze
czer​wo​ne ra​miącz​ko. Ale te​raz nie była już taka pew​na. Spoj​rza​ła w dół na je​-

background image

dwab​ną suk​nię się​ga​ją​cą pod​ło​gi.

‒ Nie prze​sa​dzi​łam?
‒ Ow​szem ‒ od​parł ochry​płym gło​sem, pod​szedł bli​żej i uniósł jej pod​bró​dek,

zmu​sza​jąc ją, żeby spoj​rza​ła na jego przy​stoj​ną twarz. ‒ Wy​glą​dasz pięk​nie.

‒ Dzię​ku​ję. ‒ Nie​śmia​ło przy​ję​ła kom​ple​ment i cof​nę​ła się o krok.
‒ Więc apro​bu​jesz?
Nie  od​po​wie​dział.  Nie  mu​siał,  błysk  w  jego  ciem​nych  oczach  po​wie​dział  jej

wię​cej niż sło​wa.

‒ Po​win​ni​śmy iść.
‒ Tak.
Szyb​ko ru​szy​ła w kie​run​ku drzwi, a spód​ni​ca za​fur​ko​ta​ła wo​kół ko​stek. Ru​szył

za nią. Wzię​ła głę​bo​ki od​dech, kie​dy zro​zu​mia​ła, że chce się pod​dać temu ro​sną​-
ce​mu  pra​gnie​niu,  żeby  z  nim  być.  Po  kil​ku  la​tach  od​py​cha​nia  od  sie​bie  męż​-
czyzn, te​raz nie pra​gnę​ła ni​cze​go in​ne​go. Czy to tyl​ko po​żą​da​nie, czy była go​to​-
wa  po​now​nie  ry​zy​ko​wać  zła​ma​ne  ser​ce?  Za​mknął  drzwi  miesz​ka​nia  z  gło​śnym
hu​kiem, któ​ry przy​wró​cił ją do rze​czy​wi​sto​ści.

‒ Coś się sta​ło?
Pod​szedł  do  niej,  za​trzy​mu​jąc  się  tak  bli​sko,  że  mo​gła  wy​czuć  moc​ny  za​pach

jego wody po go​le​niu i jego od​dech na twa​rzy. Spoj​rza​ła na nie​go i prze​łknę​ła śli​-
nę, dła​wiąc po​ku​sę, by go po​ca​ło​wać.

‒ Nie po​win​ni​śmy – po​wie​dział głę​bo​kim gło​sem.
Jego  ma​gne​tyzm  sek​su​al​ny  spra​wił,  że  udzie​le​nie  ja​kiej​kol​wiek  od​po​wie​dzi

było po​nad jej siły. Wszyst​ko co mo​gła zro​bić, to pa​trzeć w jego co​raz ciem​niej​-
sze oczy.

Po​chy​lił się i le​ciut​ko ją po​ca​ło​wał. Wes​tchnę​ła lek​ko. Pra​gnę​ła go i nie​za​leż​-

nie od tego, co mó​wi​ła, jej cia​ło re​ago​wa​ło na nie​go. Czy tak sil​ne przy​cią​ga​nie
mo​gło być złe? Czy mu​sia​ła od​dać mu ser​ce, żeby za​spo​ko​ić to po​żą​da​nie?

‒ Na​praw​dę nie po​win​ni​śmy, mia cara.
‒ Dla​cze​go? ‒ Wzię​ła głę​bo​ki od​dech, sta​ra​jąc się uspo​ko​ić gwał​tow​ne bi​cie

ser​ca. Spoj​rza​ła mu głę​bo​ko w oczy.

‒ Bo obie​ca​łem Se​ba​stia​no​wi, że będę się tobą opie​ko​wał. ‒ Cof​nął się, osła​-

bia​jąc swój prze​moż​ny urok. My​śla​ła, że za​raz ze​mdle​je. ‒ Nie obie​cy​wa​łem, że
uwio​dę jego sio​strę, a w tej chwi​li jest to je​dy​ne, o czym mogę my​śleć.

Usi​ło​wa​ła od​dy​chać nor​mal​nie, ale sta​nik suk​ni sta​wał się co​raz cia​śniej​szy.
‒ Spóź​ni​my się.
By  unik​nąć  kon​fron​ta​cji,  po​wie​dzia​ła  pierw​szą  rzecz,  któ​ra  przy​szła  jej  na

myśl. Ro​ze​śmiał się, a ten dźwięk był tak sek​sow​ny i gar​dło​wy, że się za​ru​mie​ni​-
ła. Dla​cze​go to po​wie​dzia​ła?

‒ Czy to ofer​ta, cara? ‒ Spoj​rzał na ze​ga​rek. ‒ Kie​dy ko​cham się z ko​bie​tą,

nie spie​szę się, lu​bię spra​wiać roz​kosz i cie​szyć się nią. Masz ra​cję, je​śli we​zmę
cię do sy​pial​ni, bę​dzie​my spóź​nie​ni. Bar​dzo spóź​nie​ni.

Ten  jego  uśmiech  i  spoj​rze​nie  zszo​ko​wa​ły  ją  i  przy​po​mnia​ły,  dla​cze​go  wła​ści​-

wie tu była.

background image

‒ Nie mo​że​my, Ales​san​dro. Nie przy​je​cha​łam tu, żeby zo​stać two​ją zdo​by​czą.

‒ Roz​pacz​li​wie pró​bo​wa​ła ukryć swo​je emo​cje.

‒  Je​steś  pew​na,  cara?  ‒  Skrzy​żo​wał  ra​mio​na  na  sze​ro​kiej  pier​si  i  oparł  się

ple​ca​mi o ścia​nę, wy​glą​da​jąc nie​zno​śnie przy​stoj​nie i aro​ganc​ko.

‒ Je​steś nie​moż​li​wy – fuk​nę​ła, od​wró​ci​ła się i po​gna​ła po scho​dach tak szyb​ko,

jak tyl​ko po​zwa​la​ły jej na to su​kien​ka i buty.

Kie​dy  do​tar​ła  na  dół,  sze​ro​ko  otwo​rzy​ła  drzwi,  żeby  ochło​nąć.  Kil​ka  se​kund

póź​niej już był u jej boku, po​ło​żył rękę na jej ple​cach i po​pro​wa​dził do sa​mo​cho​-
du. Szyb​ko wsia​dła do środ​ka, wdzięcz​na za prze​stron​ne wnę​trze. Przy​naj​mniej
nie mu​sia​ła sie​dzieć bli​sko nie​go.

Uda​wa​ła za​in​te​re​so​wa​nie mi​ja​ny​mi uli​ca​mi. Zo​sta​wi​li Me​dio​lan i pięk​ną ka​te​-

drę  Du​omo  w  tyle.  Nie  mo​gła  się  jed​nak  zmu​sić,  żeby  spoj​rzeć  na  Ales​san​dra.
Ani te​raz, ani pod​czas przy​ję​cia. Ten mo​ment na​le​żał do jej bra​ta.

Kie​dy  do​tar​li  do  luk​su​so​we​go  ho​te​lu,  w  któ​rym  mia​ła  się  od​być  uro​czy​stość,

Ales​san​dro po​czuł ulgę. Cie​szył się, że wo​kół byli inni lu​dzie. Od​kąd tyl​ko uj​rzał
ją w tej czer​wo​nej su​kien​ce, był zgu​bio​ny. Nie było moż​li​wo​ści, żeby trzy​mał się
od niej z da​le​ka. Pra​gnął jej bar​dziej niż ja​kiej​kol​wiek in​nej ko​bie​ty.

Kie​row​ca otwo​rzył mu drzwi. Wy​siadł i wśród bły​sków fle​szy otwo​rzył drzwi

Char​lie i po​dał jej rękę. Za​uwa​żył jej wa​ha​nie.

‒  Nie  spo​dzie​wa​łem  się,  że  tylu  ich  bę​dzie  ‒  po​wie​dział,  kie​dy  ona  sta​nę​ła

u  jego  boku.  Po​wi​nien  był  ją  ostrzec.  Ata​ki  bru​kow​ców  były  przy​czy​ną  jej
uciecz​ki  od  świa​ta,  a  te​raz  znów  zna​la​zła  się  w  cen​trum  za​in​te​re​so​wa​nia.  ‒
Prze​pra​szam, że cię nie uprze​dzi​łem.

‒ Spo​dzie​wa​łam się ich ‒ uśmiech​nę​ła się do nie​go i sta​wi​ła czo​ło krzy​czą​cym

fo​to​gra​fom. – Nie my​śla​łam tyl​ko, że bę​dzie ich tak wie​lu.

Ob​jął ją ra​mie​niem, przy​cią​ga​jąc do sie​bie. Po​czuł je​dy​nie nie​wiel​ki opór, kie​-

dy po​zo​wa​ła fo​to​gra​fom. Se​ba​stian po​wie​dział mu, że była naj​lep​sza, je​że​li cho​-
dzi​ło o kon​tak​ty z me​dia​mi. Mimo wąt​pli​wo​ści od razu uj​rzał, że tak rze​czy​wi​-
ście było. Ale kie​dy tak uśmie​cha​ła się i przy​bie​ra​ła wy​mu​szo​ne pozy, po​czuł się
win​ny.

Jej cia​ło było co​raz bar​dziej na​pię​te i w koń​cu od​wró​ci​ła się i od​da​li​ła od fo​to​-

gra​fów, kie​ru​jąc się w stro​nę ho​te​lu. Wo​kół lu​dzie roz​ma​wia​li i po​pi​ja​li szam​pa​-
na, ale kie​dy Ales​san​dro i Char​lot​te we​szli, na sali za​pa​dła ci​sza. Char​lie wzię​ła
głę​bo​ki od​dech, wy​pro​sto​wa​ła się i uśmiech​nę​ła.

‒ I nie prze​wi​dzia​łem ta​kiej fre​kwen​cji – ode​zwał się ci​cho. ‒ Wy​glą​da na to,

że jest wie​le osób, któ​re chcą cię po​znać.

‒  Moja  obec​ność  tu​taj  zwal​nia  cię  z  od​po​wie​dzial​no​ści…  Przy​naj​mniej

w oczach me​diów i opi​nii pu​blicz​nej – wy​szep​ta​ła, nie prze​sta​jąc się uśmie​chać
i na​gle Ales​san​dro zo​rien​to​wał się, jak musi się czuć, co wła​ści​wie cały ten wie​-
czór dla niej ozna​cza.

‒ Nie to było moim za​mia​rem. ‒ Po​ło​żył rękę na jej ple​cach i po​czuł go​rą​co,

któ​re sta​rał się zi​gno​ro​wać.

‒  Nie,  nie  są​dzę,  żeby  tak  było.  ‒  Spoj​rza​ła  na  nie​go  i  mimo  uśmie​chu  na

background image

ustach wie​dział, że cier​pi.

Wi​dział to w jej oczach i chciał ją przed tym uchro​nić. Jej uśmiech roz​luź​nił sy​-

tu​ację i wo​kół nich po​now​nie roz​le​gły się roz​mo​wy. Wziął dwa kie​lisz​ki szam​pa​-
na, po​dał jej je​den i za​czął krą​żyć po sali, świa​dom, że każ​dy męż​czy​zna pa​trzy
na nią z po​dzi​wem.

Po​czuł ukłu​cie za​zdro​ści, ale szyb​ko ode​gnał to uczu​cie. Nie była jego i ni​g​dy

nie  bę​dzie.  Na​wet  kie​dy  była  na  dru​gim  koń​cu  sali,  za​ję​ta  roz​mo​wą  z  kil​ko​ma
wło​ski​mi  kie​row​ca​mi  wy​ści​go​wy​mi,  czuł  jej  obec​ność.  Za  każ​dym  ra​zem  kie​dy
się śmia​ła, roz​le​gał się ła​god​ny dźwięk, któ​ry spra​wiał, że ogar​nia​ła go fala na​-
mięt​no​ści.

Wy​gło​sił mowę po​wi​tal​ną, ze wzglę​du na Char​lie tłu​ma​cząc ją na an​giel​ski, ale

nie mógł na nią pa​trzeć. Gdy​by to zro​bił, nie był​by w sta​nie za​cho​wać spo​ko​ju.
Wszyst​ko mu się po​mie​sza​ło i mu​siał im​pro​wi​zo​wać. Ni​g​dy wcze​śniej mu się to
nie zda​rzy​ło.

‒ A te​raz mo​ment, na któ​ry wszy​scy cze​ka​ją – po​wie​dział, a drzwi na dzie​dzi​-

niec ho​te​lu otwo​rzy​ły się i po​ja​wił się przy​kry​ty czar​ną tka​ni​ną sa​mo​chód. Wo​-
kół  nie​go  roz​le​gły  się  peł​ne  apro​ba​ty  wes​tchnie​nia,  ale  za​miast  dać  sy​gnał  do
od​sło​nię​cia  sa​mo​cho​du,  Ales​san​dro  po​now​nie  zwró​cił  się  do  wi​dow​ni.  Char​lie
spoj​rza​ła na nie​go z cie​ka​wo​ścią w oczach, ale on trzy​mał się swe​go pla​nu.

‒ Tym z pań​stwa, któ​rzy jej nie zna​ją, chciał​bym przed​sta​wić Char​lot​te War​-

ring​ton,  sio​strę  świę​tej  pa​mię​ci  Se​ba​stia​na  War​ring​to​na,  któ​ry  ode​grał  dużą
rolę w two​rze​niu tego sa​mo​cho​du.

Zmu​sił się, żeby na nią nie pa​trzeć, od​wró​cił się i dał sy​gnał do od​sło​nię​cia po​-

jaz​du. Kie​dy uka​zał się błysz​czą​cy, czer​wo​ny, ja​sno oświe​tlo​ny sa​mo​chód, roz​le​-
gły się okla​ski. W koń​cu spoj​rzał w stro​nę Char​lie, któ​ra po​wo​li to​ro​wa​ła so​bie
dro​gę w kie​run​ku sa​mo​cho​du. Jej czer​wo​na su​kien​ka ide​al​ne pa​so​wa​ła do lśnią​-
ce​go la​kie​ru auta, ale wy​raz jej twa​rzy za​nie​po​ko​ił go. Uśmiech znik​nął, a jego
miej​sce za​stą​pił smu​tek. Okla​ski umil​kły. San​dro zszedł ze sce​ny i szyb​kim kro​-
kiem ru​szył w jej kie​run​ku, a tłum roz​stą​pił się przed nim. Nie wie​dział, co po​-
wie​dzieć, nie wie​dział, jak ją po​cie​szyć, i po​ża​ło​wał, że wcze​śniej wi​dzia​ła tyl​ko
sza​ry mo​del te​sto​wy.

‒ Char​lot​te?
Po​wo​li od​wró​ci​ła się w jego stro​nę.
‒  Jest  pięk​ny,  San​dro.  –  Nie  umknę​ło  jego  uwa​dze,  że  zwró​ci​ła  się  do  nie​go

zdrob​nia​le. Opu​ści​ła gar​dę; była smut​na i bez​bron​na, a wszyst​ko z po​wo​du jego
lek​ko​myśl​no​ści.

‒ Mia​łaś go zo​ba​czyć wczo​raj.
Spoj​rza​ła na nie​go, a oczy mia​ła bar​dziej zie​lo​ne niż kie​dy​kol​wiek. Nie mu​siał

do​da​wać, że to ich po​ca​łu​nek po​krzy​żo​wał jego pla​ny. Wy​raz jej twa​rzy po​wie​-
dział mu wszyst​ko.

‒ Se​ba​stian był​by dum​ny z tego sa​mo​cho​du. ‒ Jej mięk​ki głos był sta​now​czy,

kie​dy zwró​ci​ła się do ze​bra​nych.

Po​tem Char​lie spoj​rza​ła na Ales​san​dra, po​wstrzy​mu​jąc łzy.

background image

‒ Dzię​ku​ję ‒ wy​szep​ta​ła.
‒  Se​ba​stian  był​by  dum​ny  z  cie​bie  –  po​wie​dział  ła​god​nie.  ‒  Przy​ćmi​łaś  sa​mo​-

chód.

Ro​ze​śmia​ła się ci​cho.
‒ To nie było moim za​mia​rem.
Mó​wi​ła praw​dę. Gdy​by wie​dzia​ła, że sa​mo​chód jest czer​wo​ny, wy​bra​ła​by inną

su​kien​kę, ale czer​wień była ulu​bio​nym ko​lo​rem Se​ba​stia​na.

‒ Po​win​nam się była do​my​śleć, że brat chciał​by, żeby sa​mo​chód był czer​wo​ny.
Nie  od​po​wie​dział,  co  ją  za​nie​po​ko​iło.  Uniósł  kie​li​szek  szam​pa​na  i  stuk​nął

w jej.

‒ Za Se​ba​stia​na.
‒ Za Se​ba​stia​na! ‒ Upi​ła łyk i spoj​rza​ła mu w oczy.
Nie mo​gła się dłu​żej tego wy​pie​rać. Co​kol​wiek się dzia​ło mię​dzy nimi, nie mia​-

ło za​mia​ru ustą​pić; wręcz prze​ciw​nie, na​si​la​ło się. Każ​de spoj​rze​nie, każ​dy do​-
tyk i na pew​no każ​dy po​ca​łu​nek spra​wia​ły, że przy​cią​ga​nie było co​raz sil​niej​sze.
Chcia​ła być z nim, czuć jego war​gi na swo​ich. Pra​gnę​ła jego do​ty​ku i piesz​czot.
Ale lu​dzie tacy jak Ales​san​dro Ro​sel​li, bo​ga​ci i przy​stoj​ni, ni​g​dy nie chcie​li ni​cze​-
go wię​cej poza krót​ką przy​go​dą. Na​uczy​ła się tego, kie​dy po ze​rwa​niu z chło​pa​-
kiem ze szko​ły po​cie​sza​ła się w ra​mio​nach obie​cu​ją​ce​go kie​row​cy wy​ści​go​we​go,
któ​ry, jak się oka​za​ło, chciał so​bie w ten spo​sób tyl​ko po​móc w ka​rie​rze.

‒ To był uda​ny wie​czór, gra​zie. ‒ Jego sło​wa przy​wo​ła​ły ją do rze​czy​wi​sto​ści.
‒ To jesz​cze nie ko​niec. ‒ Nie mo​gła uwie​rzyć, że po​wie​dzia​ła to na głos. Na​-

wet sama nie wie​dzia​ła, że tego chce. Są​dząc po wy​ra​zie za​sko​cze​nia na twa​rzy,
on też nie. Ale chciał, wi​dzia​ła to w jego oczach.

‒ A więc piję za kon​ty​nu​ację. ‒ Jego cie​pły ton wy​wo​łał u niej dresz​cze. Na​gle

pew​ność  sie​bie  ją  opu​ści​ła.  Za​pa​trzy​ła  się  w  kie​li​szek,  jak​by  bą​bel​ki  mia​ły  jej
w czymś po​móc.

‒ Prze​pra​szam, nie po​wi​nie​nem…
Jego prze​pro​si​ny prze​rwa​ne zo​sta​ły przez zna​jo​my głos. Od​wró​ci​ła się i uj​rza​-

ła  swo​je​go  ojca,  któ​ry  ser​decz​nie  uści​snął  dłoń  Ales​san​dra.  Zdzi​wi​ła  się,  że  są
w tak do​brej ko​mi​ty​wie.

‒ Mój lot się opóź​nił. ‒ Oj​ciec uśmiech​nął się do niej, naj​wy​raź​niej nie​świa​do​-

my na​pię​cia mię​dzy nią a Ales​san​drem. ‒ Ale wi​dzę, że so​bie po​ra​dzi​łaś. Se​ba​-
stian był​by dum​ny.

‒ Nie wie​dzia​łam, że przy​jeż​dżasz. ‒ Od​mó​wi​ła ci​chą mo​dli​twę dzięk​czyn​ną.

Przy​jazd  ojca  po​wstrzy​mał  ją  przed  rzu​ce​niem  się  na  Ales​san​dra  i  zro​bie​niem
z sie​bie idiot​ki.

‒ Nie zo​sta​nę dłu​go. Za kil​ka go​dzin lecę do Rzy​mu, ale mu​sia​łem zo​ba​czyć,

jak pięk​nym mo​ty​lem zno​wu się sta​łaś. ‒ Spoj​rzał na nią z ła​god​nym uśmie​chem,
a  ona  wie​dzia​ła,  że  był  na​praw​dę  dum​ny  i  bar​dzo  za​do​wo​lo​ny,  że  wró​ci​ła  do
świa​tła re​flek​to​rów.

‒ Jak tam sa​mo​chód? ‒ Oj​ciec zwró​cił się do Ales​san​dra i w cią​gu kil​ku mi​nut

byli  już  po​chło​nię​ci  roz​mo​wą.  Nor​mal​nie  przy​słu​chi​wa​ła​by  się  z  cie​ka​wo​ścią,

background image

ale po​trze​bo​wa​ła od​de​chu. Może po​win​na za​jąć się wresz​cie tym, co do niej na​-
le​ża​ło.

Ales​san​dro  ob​ser​wo​wał,  jak  Char​lie  z  oży​wie​niem  roz​pra​wia  o  sa​mo​cho​dzie,

o jego wy​daj​no​ści i o tym, jak do​brze się nim jeź​dzi. Ales​san​dro my​ślał jed​nak je​-
dy​nie o ich po​ca​łun​ku.

Te​raz  zo​sta​ło  już  tyl​ko  kil​ka  osób,  wli​cza​jąc  w  to  kie​row​ców  wy​ści​go​wych,

z któ​ry​mi roz​ma​wia​ła wcze​śniej. Czy da​wa​ła im ta​kie same wska​zów​ki co jemu?
Są​dząc z tego, jak spi​ja​li każ​de sło​wo z jej ust, pew​nie tak było.

Nie​zna​ny mu wcze​śniej in​stynkt te​ry​to​rial​ny spra​wił, że trzy​mał się tak bli​sko

niej,  jak  to  moż​li​we,  ale  to  tyl​ko  spra​wi​ło,  że  jego  cia​ło  znów  od​mó​wi​ło  po​słu​-
szeń​stwa.

‒ Wy​star​czy, pa​no​wie ‒ po​wie​dział sta​now​czo, igno​ru​jąc jej zdu​mio​ne spoj​rze​-

nie. ‒ Wszel​kie inne py​ta​nia pro​szę kie​ro​wać do mo​je​go biu​ra.

Po​zo​sta​li  go​ście  wy​szli,  wciąż  roz​pra​wia​jąc  o  pręd​ko​ści.  On  mógł  tyl​ko  wpa​-

try​wać się w opar​tą o sa​mo​chód Char​lie.

Ich spoj​rze​nia spo​tka​ły się, a jemu zro​bi​ło się ciem​no przed ocza​mi. Uśmiech​-

nę​ła się nie​śmia​ło i uwo​dzi​ciel​sko. Na​tych​miast pod​szedł do niej, wziął ją w ra​-
mio​na i po​ca​ło​wał. Sma​ko​wa​ła le​piej niż kie​dy​kol​wiek; war​to było cze​kać. Char​-
lie za​rzu​ci​ła mu ręce na szy​ję i przy​ci​snę​ła się do nie​go, a on oparł ją o sa​mo​-
chód.

‒ San​dro ‒ szep​nę​ła. Le​d​wie się po​wstrzy​mał, żeby nie ze​rwać z niej tej czer​-

wo​nej su​kien​ki. Zo​sta​ły mu jed​nak ja​kieś reszt​ki zdro​we​go roz​sąd​ku.

Nie  mo​gli  zro​bić  tego  tu​taj,  a  je​śli  nie  prze​stał​by  jej  ca​ło​wać,  ist​nia​ło  duże

praw​do​po​do​bień​stwo,  że  tak  się  wła​śnie  sta​nie.  Od​su​nął  się  od  niej,  a  Char​lie
za​trze​po​ta​ła rzę​sa​mi.

‒ Mój sa​mo​chód jest na ze​wnątrz.
Czy pa​mię​ta swo​ją ukry​tą obiet​ni​cę, że noc jest jesz​cze mło​da? Jej po​ca​łu​nek

z pew​no​ścią o tym świad​czył, ale czy pra​gnę​ła go na tyle, aby na jed​ną noc za​po​-
mnieć o kon​flik​tach?

Nie​śmia​ło  spoj​rza​ła  na  nie​go  i  po​sła​ła  mu  sek​sow​ny  uśmiech.  Na​tych​miast

wziął ją za rękę i po​pro​wa​dził do sa​mo​cho​du.

W ko​ry​ta​rzu ką​tem oka do​strzegł ruch i uj​rzał, że ja​kiś fo​to​graf pa​ku​je swój

apa​rat.  Ales​san​dro  zmru​żył  po​dejrz​li​wie  oczy,  ale  Char​lie  po​ło​ży​ła  mu  dłoń  na
ra​mie​niu, więc zi​gno​ro​wał to. Miał o wie​le waż​niej​sze rze​czy na gło​wie niż pa​-
pa​raz​zi.

‒  To  był  bar​dzo  uda​ny  wie​czór  ‒  po​wie​dzia​ła,  gdy  sa​mo​chód  za​trzy​mał  się

przed drzwia​mi.

‒ Mam na​dzie​ję, że da​lej taki bę​dzie.
Spu​ści​ła wzrok, gdy otwo​rzył drzwi sa​mo​cho​du.
Kie​dy  tyl​ko  wsie​dli,  przy​cią​gnął  ją  moc​no  do  sie​bie.  Po​ło​ży​ła  swo​ją  gło​wę  na

jego  ra​mie​niu,  jak​by  się  zna​li  od  za​wsze.  Nie  chciał  jej  te​raz  ca​ło​wać.  Nie  są​-
dził,  że  był​by  w  sta​nie  się  po​wstrzy​mać,  kie​dy  już  znacz​ną.  Nie,  mu​siał  za​cze​-
kać, aż znaj​dą się w za​ci​szu jego sy​pial​ni, gdzie nic i nikt im nie prze​szko​dzi.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Kie​dy szli do miesz​ka​nia Ales​san​dra po mar​mu​ro​wych scho​dach, Char​lie jed​ną

ręką  przy​trzy​my​wa​ła  rą​bek  suk​ni,  a  dru​gą  trzy​ma​ła  w  jego  dło​ni.  Było  póź​no
i po​win​na być zmę​czo​na. Ostat​niej nocy nie​mal nie spa​ła, a dziś wie​czo​rem wy​-
pi​ła odro​bi​nę za dużo szam​pa​na, ale całe jej cia​ło było w sta​nie naj​wyż​szej go​to​-
wo​ści. Ales​san​dro prze​krę​cił klucz w zam​ku i spoj​rzał na nią z uwo​dzi​ciel​ską ła​-
god​no​ścią w oczach.

‒ Chcę cię znów po​ca​ło​wać ‒ po​wie​dział pra​wie szep​tem.
Był ude​rza​ją​co przy​stoj​ny, z roz​luź​nio​nym kra​wa​tem i roz​pię​tą przy szyi bia​łą

ko​szu​lą.  Był  ucie​le​śnie​niem  ro​man​ty​ka,  za  któ​rym  oglą​da​ły  się  dziew​czę​ta.
Uśmiech​nę​ła  się  do  nie​go,  z  na​głą  pew​no​ścią,  że  to  było  do​kład​nie  to,  cze​go
chcia​ła.

‒ Nie po​wi​nie​nem, ale bar​dzo chcę. ‒ Pod​szedł bli​żej.
‒  Dla​cze​go  nie?  ‒  Jej  głos  był  ochry​pły.  Spoj​rza​ła  na  nie​go,  nie  wie​dząc,  co

miał na my​śli.

‒ Obie​ca​łem Se​ba​stia​no​wi opie​ko​wać się tobą, nie uwo​dzić cię.
Zde​cy​do​wa​ny po​mruk w jego gło​sie przy​spie​szył bi​cie ser​ca szyb​ciej niż ja​ki​-

kol​wiek sa​mo​chód wy​ści​go​wy.

‒ Se​ba​stian nie był​by zły.
Draż​ni​ła  się  z  nim.  Wal​czył  z  po​żą​da​niem  tak  samo  jak  ona,  co  spra​wi​ło,  że

chcia​ła go jesz​cze bar​dziej. Chcia​ła jego po​ca​łun​ków i jego do​ty​ku. Chcia​ła być
jego,  przy​naj​mniej  na  tę  noc.  Pra​gnę​ła  go  bar​dziej  niż  ja​kie​go​kol​wiek  in​ne​go
męż​czy​zny  i  prze​ra​zi​ło  ją  to,  ale  przy​naj​mniej  Ales​san​dro  nie  bę​dzie  od  niej
chciał ni​cze​go wię​cej. An​ga​żo​wa​nie się nie wcho​dzi​ło w grę. Kie​dyś już po​peł​ni​ła
ten błąd. Bo​la​ło i to wy​star​czy​ło jako na​ucz​ka na całe ży​cie.

‒ Chcę, że​byś znów mnie po​ca​ło​wał, San​dro.
‒ Ale je​że​li to zro​bię, na tym się nie skoń​czy. Nie tym ra​zem.
Ode​szła od nie​go i za​czę​ła spa​ce​ro​wać po miesz​ka​niu, czu​jąc na​gły przy​pływ

pew​no​ści sie​bie.

Może i był od​po​wie​dzial​ny za wy​pa​dek Se​ba​stia​na, choć jej oj​ciec uwa​żał ina​-

czej, ale roz​pa​lił w niej taki pło​mień, że nie in​te​re​so​wa​ło jej to. Spodo​bał jej się,
od​kąd tyl​ko zo​ba​czy​ła go w swo​im ogro​dzie. Nie mo​gła się tego dłu​żej wy​pie​rać.
Już nie. Było to dla niej cał​ko​wi​cie nowe do​świad​cze​nie.

‒ Nie chcę, że​byś prze​sta​wał, San​dro. – Jej ochry​pły szept za​brzmiał sek​sow​-

nie. Po​wo​li pod​szedł do niej, z wi​szą​cym luź​no kra​wa​tem i roz​pię​tą ko​szu​lą. Wi​-
docz​ny ka​wa​łek zło​tej skó​ry na pier​si roz​bu​dził jej wy​obraź​nię.

Wziął ją za rękę i szep​tał po wło​sku, przy​cią​ga​jąc ją do sie​bie.
‒ Mia cara, pra​gną​łem cię, od​kąd cię uj​rza​łem.

background image

Prze​stra​szy​ła się, jego sło​wa były zbyt po​waż​ne. Czy chciał wię​cej niż tyl​ko tej

nocy,  któ​ra  obie​cy​wa​ła  tyle  przy​jem​no​ści?  Ona  nie  mo​gła  ofe​ro​wać  nic  wię​cej.
Po​ło​ży​ła dło​nie na jego twar​dej pier​si. Była oszo​ło​mio​na, ale mu​sia​ła mu wy​tłu​-
ma​czyć.

‒ Nie bę​dzie​my ra​zem, San​dro. – Przez cały czas była pew​na, że szu​kał tyl​ko

przy​go​dy,  krót​kie​go  ro​man​su.  Ja​koś  nie  wi​dzia​ła  ich  wspól​nej  przy​szło​ści.  Nie
cho​dzi​ło tyl​ko o ob​na​że​nie wła​sne​go ser​ca. Mia​ła w so​bie tyle bólu i smut​ku, że
nie była jesz​cze go​to​wa. ‒ To wszyst​ko, co mogę ci dać.

‒ Taka po​waż​na… ‒ po​wie​dział i po​ca​ło​wał ją lek​ko w czo​ło. ‒ Czy mój roz​-

wód  nie  jest  do​wo​dem  na  to,  że  nie  na​da​ję  się  do  związ​ku?  Dzi​siej​szy  wie​czór
na​le​ży do nas, cara.

‒ Po​ca​łuj mnie, San​dro…
W  od​po​wie​dzi  po​ca​ło​wał  ją  tak  de​li​kat​nie,  że  my​śla​ła,  że  się  roz​pła​cze.  Jego

po​przed​nie  po​ca​łun​ki  były  moc​ne  i  agre​syw​ne,  obec​ne  były  de​li​kat​ne  i  czu​łe.
Trzy​mał ją tak, jak​by była de​li​kat​nym kwiat​kiem, któ​re​go nie chciał zgnieść.

W koń​cu, kie​dy już my​śla​ła, że wię​cej nie znie​sie, prze​stał ją ca​ło​wać i po​pro​-

wa​dził pro​sto do sy​pial​ni.

‒ Mo​ment. ‒ Pu​ścił jej dłoń, za​sło​nił okna i włą​czył lamp​ki noc​ne, two​rząc ro​-

man​tycz​ną at​mos​fe​rę, po czym zdjął ma​ry​nar​kę i ci​snął ją na krze​sło.

‒ Cze​kaj ‒ po​wie​dzia​ła i po​de​szła do nie​go, uśmie​cha​jąc się nie​śmia​ło… Po​wo​-

li ścią​gnę​ła mu z szyi kra​wat.

‒ Ko​kiet​ka. ‒ Chwy​cił ją w pa​sie i przy​cią​gnął do sie​bie, trzy​ma​jąc tak bli​sko,

że nie mia​ła wąt​pli​wo​ści, że i on jej po​żą​da.

Wciąż  wie​rząc,  że  to  ona  ma  nad  nim  kon​tro​lę,  roz​pię​ła  pierw​szy  gu​zik  jego

ko​szu​li i nie na​po​tkaw​szy żad​ne​go opo​ru, roz​pi​na​ła da​lej, a po​tem de​li​kat​nie wy​-
cią​gnę​ła ją ze spodni.

Spoj​rza​ła na jego twarz. Jego oczy były tak ciem​ne i peł​ne po​żą​da​nia, że całe

jej cia​ło za​drża​ło. Bar​dzo po​wo​li i de​li​kat​nie za​czę​ła ca​ło​wać jego pierś, obez​-
wład​nio​na piż​mo​wym za​pa​chem. Usły​sza​ła jęk roz​ko​szy i po​czu​ła, że jego uścisk
sta​je się co​raz sil​niej​szy. Uśmiech​nę​ła się, od​su​nę​ła od nie​go i zsu​nę​ła mu z ra​-
mion ko​szu​lę.

‒ Po​zbądź​my się tego – rzu​ci​ła ochry​ple. Ni​g​dy wcze​śniej nie zro​bi​ła nic tak

od​waż​ne​go.  Nie  prze​pa​da​ła  za  przy​go​da​mi  na  jed​ną  noc,  a  już  szcze​gól​nie  po
tym, co tego typu hi​sto​rie zro​bi​ły z mał​żeń​stwem jej ro​dzi​ców. Ale to było co in​-
ne​go.  W  głę​bi  du​szy  mu​sia​ła  przy​znać,  że  gdy​by  tyl​ko  zda​rzy​ło  się  to  w  in​nym
cza​sie i in​nym miej​scu, mo​gło być to o wie​le wię​cej niż jed​na noc.

Ode​pchnę​ła tę myśl na bok. San​dro moc​no przy​ci​snął usta do jej warg, dy​sząc

cięż​ko.  Jego  ję​zyk  wśli​zgnął  się  do  jej  ust,  draż​niąc  i  sma​ku​jąc.  Od​wza​jem​ni​ła
po​ca​łu​nek. Trwa​ło to dłuż​szą chwi​lę, po czym Ales​san​dro od​su​nął się od niej.

‒ Ko​szu​la? ‒ uśmiech​nę​ła się, czu​jąc się co​raz bar​dziej roz​zu​chwa​lo​na. ‒ Tak,

ko​szu​la – szep​nę​ła. – Po​zbądź​my się jej.

Wsu​nę​ła  ręce  i  zdję​ła  je​den  rę​kaw.  Przy  dru​gim  ko​szu​la  spa​dła  na  pod​ło​gę.

Znów  przy​cią​gnął  ją  do  sie​bie,  ale  tym  ra​zem  jego  pal​ce  się​gnę​ły  do  su​wa​ka

background image

z tyłu suk​ni, po​wo​li go roz​pi​na​jąc. Nie prze​sta​wał pa​trzeć jej w oczy. Kie​dy zsu​-
nął  ra​miącz​ko  suk​ni,  opar​ła  się  po​ku​sie,  żeby  od​wró​cić  wzrok.  Suk​nia  zsu​nę​ła
się  z  jej  cia​ła  i  te​raz  była  tyl​ko  ster​tą  je​dwa​biu  i  ce​ki​nów  u  jej  stóp.  Sta​nę​ła
przed nim, świa​do​ma fak​tu, że ma na so​bie już tyl​ko czer​wo​ną bie​li​znę i san​da​ły,
w któ​rych za​ko​cha​ła się w skle​pie.

Za​nim  zdą​ży​ła  zro​bić  co​kol​wiek,  wziął  ją  na  ręce  i  za​niósł  do  łóż​ka.  Zrzu​cił

buty i wła​śnie się​gał do roz​por​ka, kie​dy uklę​kła na łóż​ku i ode​pchnę​ła jego dło​-
nie.

‒ Moja ko​lej…
Kim  była  ta  ko​bie​ta,  ta  uwo​dzi​ciel​ka?  I  dla​cze​go  mu​sia​ła  się  ujaw​nić  aku​rat

przy  nim?  Ni​g​dy  nie  przy​pusz​cza​ła,  że  może  być  taka.  Kie​dy  roz​pi​na​ła  mu
spodnie, mam​ro​tał po wło​sku coś, cze​go nie była w sta​nie zro​zu​mieć. Kie​dy spoj​-
rza​ła na nie​go, ujął jej twarz w dło​nie i po​chy​lił się, by ją po​ca​ło​wać. Nie było już
dro​gi od​wro​tu.

Ales​san​dro  rzu​cił  ją  na  łóż​ko.  Jego  po​ca​łun​ki  sta​ły  się  go​rącz​ko​we  i  Char​lie

do​bro​wol​nie  pod​da​ła  się  jego  do​mi​na​cji.  Jego  ręce  uję​ły  jej  pier​si  i  coś  w  niej
eks​plo​do​wa​ło, kie​dy przy​ci​snę​ła się do nie​go, spra​gnio​na do​ty​ku. Ca​ło​wał ją po
szyi,  a  Char​lie  wes​tchnę​ła  z  roz​ko​szy,  kie​dy  wsu​nę​ła  pal​ce  w  jego  je​dwa​bi​ste
wło​sy. Ję​zy​kiem draż​nił jej sut​ki przez czer​wo​ną ko​ron​kę biu​sto​no​sza.

Jak​by czy​ta​jąc w jej my​ślach, wsu​nął dłoń pod wy​gię​te ple​cy, spraw​nie roz​piął

sta​nik,  i  uwol​nił  pier​si.  Szyb​ko  wziął  su​tek  do  ust  i  za​czął  za​ta​czać  krę​gi  ję​zy​-
kiem,  spra​wia​jąc,  że  krzyk​nę​ła  z  roz​ko​szy.  Chwi​lę  póź​niej  prze​niósł  uwa​gę  na
dru​gą  pierś,  a  jego  dłoń  za​czę​ła  gła​dzić  udo,  na  któ​rym  czu​ła  już  jego  twar​dą
mę​skość.

Jej pal​ce za​czę​ły błą​dzić w oko​li​cy bok​se​rek, ale za​nim zdą​ży​ła przejść do ja​-

kich​kol​wiek prób ich zdję​cia, San​dro szyb​ko ob​ró​cił się na ple​cy, cią​gnąc ją za
sobą, tak że usia​dła na nim okra​kiem.

‒ To było… ‒ za​ru​mie​ni​ła się ‒ bar​dzo zręcz​ne.
‒ Ow​szem ‒ od​po​wie​dział mię​dzy szyb​ki​mi, na​mięt​ny​mi po​ca​łun​ka​mi. – A te​-

raz przez całą noc bę​dziesz moja.

Char​lie spodo​ba​ło się brzmie​nie tego sło​wa. Z tą samą gwał​tow​no​ścią co kil​ka

chwil temu znów po​cią​gnął ją na łóż​ko, obok sie​bie. Się​gnął do ko​ron​ki jej maj​-
tek i po​wo​li je ścią​gnął, bez prze​rwy pa​trząc jej w oczy. Za​drża​ła.

Na​gle wy​cią​gnął ra​mię i otwo​rzył szu​fla​dę szaf​ki obok łóż​ka. Oczy​wi​ście. Za​-

bez​pie​cze​nie.  Jak  mo​gła  o  tym  za​po​mnieć?  Ob​ser​wo​wa​ła  go,  kie​dy  zdej​mo​wał
bok​ser​ki i za​kła​dał pre​zer​wa​ty​wę. Po​czu​ła mro​wie​nie mię​dzy no​ga​mi. Otwo​rzy​-
ła się na nie​go, ale na​gle prze​rwał, cięż​ko dy​sząc.

‒ San​dro? ‒ Czyż​by miał wąt​pli​wo​ści? Zro​bi​ła coś nie tak? Na​gle jed​nak gwał​-

tow​nie po​ca​ło​wał ją w usta.

Char​lie  dy​sza​ła  cięż​ko,  tłu​miąc  dźwięk,  któ​ry  z  sie​bie  wy​da​ła,  kie​dy  w  nią

wszedł. Po​ru​sza​ła się z nim, przyj​mu​jąc go jesz​cze głę​biej.

Za​klął  po  wło​sku,  do​pro​wa​dza​jąc  ją  do  sza​leń​stwa.  Kie​dy  osią​gnę​ła  szczyt,

wbi​ła mu pa​znok​cie w ple​cy. Po​ca​ło​wał ją moc​no i pa​dli zmę​cze​ni na łóż​ko. Ales​-

background image

san​dro otarł jej twarz. Char​lot​te prze​ży​ła taki or​gazm po raz pierw​szy i chcia​ła,
żeby ta chwi​la trwa​ła wiecz​nie.

Ales​san​dro  z  tru​dem  my​ślał,  tak  moc​no  biło  jego  ser​ce.  Nie  mógł  się  też  ru​-

szyć;  każ​dy  mię​sień  jego  cia​ła  od​mó​wił  po​słu​szeń​stwa.  Po​ca​ło​wa​ła  go  w  po​li​-
czek, a on za​mknął oczy, bro​niąc się przed czu​ło​ścią tego po​ca​łun​ku. Nie za​słu​-
gi​wał  na  to.  W  ogó​le  na  nią  nie  za​słu​żył.  Nie​mal  prze​rwał,  ale  kie​dy  wy​po​wie​-
dzia​ła  jego  imię…  Szyb​ko  od​pę​dził  te  my​śli.  Chcia​ła  tego  tak  samo  jak  on  i  to
w za​sa​dzie ona go uwio​dła.

‒ Ko​chasz się tak, jak pro​wa​dzisz.
‒ Znów masz za​miar mnie za​trzy​mać?
Po​wi​nien to zro​bić. Nie to so​bie wy​obra​żał, kie​dy obie​cy​wał Se​ba​stia​no​wi, że

zaj​mie się jego młod​szą sio​strą. Ta​kiej tkli​wo​ści nie czuł już od daw​na.

‒ Si. Na ra​zie. – Ode​rwał się od niej, sta​ra​jąc się igno​ro​wać wy​raz zra​nie​nia

na jej pięk​nej twa​rzy. Za​nim zdą​żył zmie​nić zda​nie, wy​szedł z łóż​ka i ru​szył do
ła​zien​ki. Chwi​lę póź​niej wró​cił, ale łóż​ko było pu​ste. Jego uwa​gę zwró​cił sze​lest
przy  drzwiach,  gdzie,  trzy​ma​jąc  czer​wo​ną  je​dwab​ną  su​kien​kę  w  ręku,  sta​ła
Char​lie. Znów ucie​ka​ła. Za​wsze tak ro​bi​ła? Po​wi​nien po​zwo​lić jej odejść, ale coś
go po​wstrzy​ma​ło. Pod​szedł do niej i coś w jej oczach po​wie​dzia​ło mu, że na​dal
go pra​gnie.

‒ Wra​caj do łóż​ka, Char​lot​te. ‒ Jego głos był głę​bo​ki i su​ro​wy.
‒ Ale… ‒ Za​mknął jej usta po​ca​łun​kiem. Wes​tchnę​ła i zrzu​ci​ła suk​nię na pod​-

ło​gę. Od​su​nął się, ale na​dal trzy​mał jej pod​bró​dek i spoj​rzał głę​bo​ko w oczy, któ​-
re te​raz były zie​lo​ne jak sama głę​bia lasu. ‒ Wra​caj do łóż​ka, cara.

Char​lot​te ni​cze​go bar​dziej nie pra​gnę​ła. Ale co z Se​ba​stia​nem? Co by po​wie​-

dział? Po​śpiesz​nie od​su​nę​ła tę myśl, przy​po​mi​na​jąc so​bie, co ona i San​dro ro​bi​li
wcze​śniej. Se​ba​stian za​wsze chciał, by była szczę​śli​wa, a te​raz całe jej cia​ło pło​-
nę​ło ze szczę​ścia. Uśmiech​nę​ła się, kie​dy San​dro wziął ją za rękę i po​pro​wa​dził
z po​wro​tem do łóż​ka. Zde​spe​ro​wa​na, by wię​cej nie my​śleć, za​rzu​ci​ła mu ręce na
szy​ję, lgnąc się do jego na​gie​go cia​ła, i po​ca​ło​wa​ła go tak, jak​by jej ży​cie od tego
za​le​ża​ło. Na​gle zna​la​zła się z po​wro​tem na łóż​ku, a Ales​san​dro po​krył jej cia​ło
po​ca​łun​ka​mi. Znów była zgu​bio​na.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

‒ Bu​on​gior​no. ‒ Ła​god​ny głos obu​dził Char​lie. Zza fi​ra​nek prze​bi​ja​ło słoń​ce,

ale mo​gła się sku​pić je​dy​nie na męż​czyź​nie sto​ją​cym obok niej.

‒ Śnia​da​nie cze​ka.
‒ Śnia​da​nie? Jak dłu​go spa​łam? ‒ Usia​dła, przy​kry​wa​jąc się prze​ście​ra​dłem.

Ales​san​dro stał przy łóż​ku, ubra​ny w dżin​sy i czar​ną ko​szul​kę.

Ode​rwa​ła od nie​go wzrok, by spoj​rzeć na ze​gar, któ​ry stał obok łóż​ka.
‒  Do​syć  dłu​go,  cara,  ale  ostat​niej  nocy  nie  spa​li​śmy  zbyt  wie​le.  ‒  Od​wró​ci​ła

się szyb​ko i ob​la​ła ru​mień​cem. Jego sło​wa po​twier​dzi​ły, że pa​mięć jej nie za​wo​-
dzi​ła.

Czy  to  już  ko​niec?  Czy  jed​na,  peł​na  na​mięt​no​ści  noc  wy​star​czy​ła?  Czy  te​raz

po​win​na wró​cić do swo​je​go po​ko​ju i do pro​fe​sjo​nal​nej re​la​cji, któ​rą mie​li utrzy​-
mać? Pro​mo​cja mia​ła trwać jesz​cze kil​ka dni.

Jak mia​ła za​cho​wać spo​kój po tym, co za​szło ostat​niej nocy?
‒ Dzię​ku​ję. ‒ Nie była pew​na swo​ich uczuć. Chcia​ła na​gle po​wró​cić do chłod​-

nej re​la​cji, któ​rą mie​li jesz​cze ze​szłe​go wie​czo​ru.

‒ Ubio​rę się i mo​że​my prze​dys​ku​to​wać dal​sze punk​ty w pro​gra​mie pro​mo​cji.
‒ O nie, cara. Te​raz bę​dzie​my ro​bić tyl​ko jed​no. – Spoj​rzał na nią z uwo​dzi​-

ciel​skim uśmie​chem.

Jej ser​ce wa​li​ło jak mło​tem, kie​dy pod​szedł do łóż​ka.
‒  Ach  tak?  ‒  za​py​ta​ła  stłu​mio​nym  szep​tem.  Po​chy​lił  się  nad  nią  i  po​ca​ło​wał

mięk​ko. Za​mknę​ła oczy, pod​da​jąc się nie​co zbyt ła​two jego uro​ko​wi.

‒ Za​bio​rę cię gdzieś, gdzie bę​dzie​my sami, gdzie bę​dzie​my mo​gli cie​szyć się

sobą.

Gwał​tow​nie od​su​nę​ła się od nie​go.
‒ Ale pro​mo​cja? Mia​łeś po​pro​wa​dzić dziś po​kaz na to​rze te​sto​wym.
‒  Ktoś  inny  może  się  tym  za​jąć.  –  Wy​cią​gnął  się  po  dru​giej  stro​nie  łóż​ka.  ‒

Mamy waż​niej​sze spra​wy.

‒  Ale…  ‒  Po​wstrzy​ma​ła  go  ra​mie​niem.  Prze​ście​ra​dło,  któ​rym  się  przy​kry​ła,

zsu​nę​ło się, od​sła​nia​jąc pier​si, ale nie ob​cho​dzi​ło jej to.

‒ Per Dio, tak trud​no ci się oprzeć. – Przy​ci​snę​ła prze​ście​ra​dło z po​wro​tem do

pier​si.

‒  To  mia​ła  być  tyl​ko  jed​na  noc,  San​dro  –  po​wie​dzia​ła  pra​wie  szep​tem.  Była

emo​cjo​nal​nie ro​ze​dr​ga​na.

‒ Mu​sisz prze​stać ucie​kać, Char​lie, i sta​wić czo​ło swo​im lę​kom. – Jego cia​ło

wy​sy​ła​ło onie​śmie​la​ją​ce sy​gna​ły, ale wy​raz twa​rzy był ła​god​ny. Czy ro​zu​miał jej
oba​wy?

‒ Chcę być na to​rze te​sto​wym – po​wie​dzia​ła ze sta​now​czo​ścią, któ​rej nie czu​-

background image

ła.

‒ To nie bę​dzie ko​niecz​ne, nie po ostat​niej nocy. ‒ Wstał z łóż​ka. ‒ Spę​dzi​my

week​end w mo​jej wil​li. Mam za​miar kon​ty​nu​ować to, co za​czę​łaś ostat​niej nocy,
i na​cie​szyć się tobą. Nie czu​jesz się tak samo?

Czy po​win​na skła​mać? Po​wie​dzieć mu, że nie chce spę​dzić z nim każ​dej chwi​-

li? Zsu​nę​ła się z łóż​ka, ści​ska​jąc prze​ście​ra​dło.

‒ A co z sa​mo​cho​dem?
‒ Sa​mo​chód bę​dzie tam na​dal w po​nie​dzia​łek. ‒ Błysk w jego oczach po​wie​-

dział jej, że w ogó​le nie my​ślał o sa​mo​cho​dzie. Miał ra​cję. Sa​mo​chód na​dal bę​-
dzie tam po week​en​dzie, a na​mięt​ność, w któ​rą so​bie roz​bu​dza​li, może prze​mi​-
nąć.

‒ Do​brze. Ale tyl​ko na week​end.
‒ Bene. Ru​sza​my za go​dzi​nę.

‒  Be​nve​nu​ti  Vil​la  Dell  An​ge​lo  –  oznaj​mił,  kie​dy  sa​mo​chód  za​trzy​mał  się  przy

wil​li na wzgó​rzu. Przed nimi roz​ta​czał się wi​dok na je​zio​ro Gar​da, któ​re w po​po​-
łu​dnio​wym słoń​cu błysz​cza​ło jak klej​not. Było to jego sank​tu​arium i Char​lie była
pierw​szą ko​bie​tą, któ​rą tu przy​wiózł.

‒ Pięk​nie. ‒ Jej mięk​kie wes​tchnie​nie znów za​wró​ci​ło mu w gło​wie.
‒ Si, gra​zie. ‒ Wy​łą​czył sil​nik i spoj​rzał na nią. ‒ Ale nic nie jest tak pięk​ne jak

ty.

Za​ru​mie​ni​ła się i spu​ści​ła wzrok. Nie​sa​mo​wi​te. W sy​pial​ni była tak od​waż​na,

a  te​raz  ru​mie​ni​ła  się  na  byle  kom​ple​ment.  Wy​siadł  z  sa​mo​cho​du,  za​nim  zdą​żył
pod​dać się po​ku​sie, by znów ją po​ca​ło​wać.

‒ Za​pla​no​wa​łem obiad na ta​ra​sie. Po​tem po​je​dzie​my do mia​sta De​sen​za​no na

po​po​łu​dnie, może wy​pły​nie​my pro​mem na je​zio​ro.

Wie​dział, że je​że​li ni​g​dzie nie po​ja​dą, spę​dzą całe po​po​łu​dnie w łóż​ku, a choć

seks był nie​sa​mo​wi​ty, chciał po​znać ją le​piej. Ta myśl wstrzą​snę​ła nim. Za​czy​na​-
ła po​wo​li bu​rzyć jego mur ochron​ny.

‒ Brzmi świet​nie.
‒ Cie​szę się – uśmiech​nął się do niej.
Ales​san​dro  opro​wa​dził  Char​lie  wo​kół  wil​li.  Jej  oczom  uka​zał  się  duży  ba​sen,

któ​ry wpa​dał w je​zio​ro. W cie​niu drzew na​to​miast stał pięk​nie za​sta​wio​ny stół.
Char​lie  czu​ła  się,  jak​by  tra​fi​ła  do  in​ne​go  świa​ta.  Sto​pień  prze​py​chu  był  nie​mal
de​ka​denc​ki.

‒ Je​że​li po​pły​nie​my pro​mem, zdą​ży​my przed po​wro​tem na ko​la​cję tro​chę po​-

zwie​dzać. ‒ Ski​nął gło​wą, żeby usia​dła, po czym usa​do​wił się na​prze​ciw niej.

‒ A po​tem?
Co się z nią dzia​ło? Dla​cze​go wciąż za​cho​wy​wa​ła się jak ku​si​ciel​ka? Upo​mnia​-

ła się w my​ślach. Może i była bez​czel​na, ale oby​dwo​je byli zgod​ni, że to był tyl​-
ko ro​mans, krót​ki flirt. Rów​nie do​brze mo​gła sko​rzy​stać z sy​tu​acji.

Uniósł  brwi,  wy​cią​gnął  się  na  krze​śle  i  uśmiech​nął  się  le​ni​wym  uśmie​chem,

któ​ry był tak sek​sow​ny, że nie​mal stra​ci​ła od​dech.

background image

‒ Po​tem spę​dzi​my noc na ko​cha​niu się. ‒ Jego szcze​rość wstrzą​snę​ła nią, ale

uśmiech​nę​ła się zło​śli​wie, ko​rzy​sta​jąc z oka​zji, by po​ba​wić się w ko​goś in​ne​go.
Było tak, jak​by wy​do​był z niej nową i cał​ko​wi​cie nie​ocze​ki​wa​ną wer​sję ko​bie​ty.
Ta​kiej, któ​ra wio​dła bez​tro​skie i szczę​śli​we ży​cie.

‒ Obiet​ni​ce, obiet​ni​ce.
‒ Przez całą noc bę​dziesz moja, cara, ale naj​pierw zjedz​my.
Wznio​sła to​ast kie​lisz​kiem wina.
‒ Za dzi​siaj.
‒ Sa​lu​te! ‒ Stuk​nął się z nią kie​lisz​kiem.
Na  pro​mie  z  De​sen​za​no  Sir​mio​ne  wresz​cie  moż​na  było  po​czuć  chłod​ny  po​-

wiew. Char​lie czu​ła się jak dziec​ko i chcia​ła usiąść na dzio​bie, skąd roz​po​ście​rał
się do​sko​na​ły wi​dok na je​zio​ro i oko​li​cę.

Ales​san​dro speł​niał jej za​chcian​ki. Spra​wiał, że czu​ła się wy​jąt​ko​wo. W pew​-

nym mo​men​cie, gdy sie​dzie​li, oto​czył ją ra​mie​niem i przy​cią​gnął do sie​bie. Wy​-
glą​da​li, jak​by byli za​ko​cha​ni. Nie. Nie moż​na za​ko​chać się tak szyb​ko. Po pro​stu
pod​da​ła się uro​ko​wi słoń​ca, luk​su​su, a przede wszyst​kim tego męż​czy​zny. Mi​łość
nie  dzie​je  się  tak  sama  z  sie​bie.  Ro​śnie  i  roz​wi​ja  się  w  szczę​śli​wym  związ​ku.
A to nie był zwią​zek. To był ro​mans.

‒  Przy​pusz​czam,  że  dla  cie​bie  taka  wy​ciecz​ka  to  co​dzien​ność.  ‒  Pró​bo​wa​ła

ode​gnać te my​śli. Praw​do​po​dob​nie była tyl​ko jed​ną z wie​lu. Ko​muś ta​kie​mu jak
Ales​san​dro ni​g​dy nie za​brak​nie ko​biet.

‒ Ku​pi​łem ten dom rok temu, ale by​łem zbyt za​ję​ty sa​mo​cho​dem, żeby tu przy​-

jeż​dżać.

‒ Czy Se​ba​stian kie​dy​kol​wiek tu przy​je​chał?
Ales​san​dro  za​ci​snął  war​gi,  a  Char​lot​te  za​czę​ła  się  za​sta​na​wiać,  czy  po​wie​-

dzia​ła coś złe​go.

‒ Nie. To dla​te​go cię tu przy​wio​złem. Chcia​łem, że​by​śmy byli tyl​ko my dwo​je.

Żad​nych  wspo​mnień.  Na  to  bę​dzie  czas,  kie​dy  wró​ci​my  do  Me​dio​la​nu  –  od​parł
su​ro​wo, co znie​chę​ci​ło ją do dal​szych py​tań.

Przy​naj​mniej  po​twier​dził  jed​ną  rzecz.  To  był  tyl​ko  krót​ki  week​en​do​wy  ro​-

mans.  Kie​dy  wró​cą  do  Me​dio​la​nu,  na​stą​pi  ko​niec,  a  po  kil​ku  dniach  Char​lot​te
wró​ci do sie​bie, do An​glii. Tego wła​śnie chcia​ła, więc dla​cze​go ta myśl tak ją za​-
bo​la​ła?

‒  Cie​szę  się,  że  mnie  tu  przy​wio​złeś.  To  był  trud​ny  rok,  a  te​raz  czu​ję,  że

wresz​cie mam chwi​lę prze​rwy od my​śle​nia o Se​ba​stia​nie i o wy​pad​ku ‒ po​wie​-
dzia​ła szcze​rze. ‒ Nad​szedł czas, by zo​sta​wić prze​szłość za sobą.

Od​głos sil​ni​ka pro​mu unie​moż​li​wił dal​szą roz​mo​wę, za co była wdzięcz​na. Nie

chcia​ła  przy​znać,  że  miał  ra​cję,  że  była  tu​taj  nie  dla​te​go,  że  chciał  tego  Se​ba​-
stian, ale ona sama.

Prom  za​cu​mo​wał  przy  brze​gu.  Jej  oczom  uka​zał  się  śre​dnio​wiecz​ny  za​mek,

głów​na  ozdo​ba  mia​sta  Sir​mio​ne.  Od​su​nę​ła  na  bok  wszyst​kie  inne  my​śli,  chcąc
cie​szyć się to​wa​rzy​stwem Ales​san​dra.

‒ Nie mogę uwie​rzyć, że ni​g​dy tu nie by​łeś – po​wie​dzia​ła lek​kim to​nem, sta​ra​-

background image

jąc się roz​ja​śnić na​strój.

‒ Za to mogę dzie​lić to do​świad​cze​nie z tobą. ‒ Uśmiech na jego ustach nie​-

mal roz​to​pił jej ser​ce. Kie​dy wcza​so​wi​cze scho​dzi​li z po​kła​du, wziął ją w ra​mio​-
na i po​ca​ło​wał.

‒ San​dro – szep​nę​ła i otwo​rzy​ła oczy.
‒ Mu​si​my już iść ‒ po​wie​dział szorst​ko.
Wziął ją za rękę i ze​szli z po​kła​du. Po​ro​zu​mie​waw​czy uśmiech u człon​ka za​ło​-

gi wy​wo​łał ru​mie​niec na jej twa​rzy. Czy wszy​scy wi​dzie​li, jak bar​dzo pra​gną się
na​wza​jem?

‒ Mu​si​my zwie​dzić za​mek ‒ po​wie​dział, kie​dy szli wzdłuż muru fosy im​po​nu​ją​-

ce​go bu​dyn​ku.

Na wo​dzie z gra​cją pły​wa​ły ła​bę​dzie, a Char​lie na​gle po​zaz​dro​ści​ła im wol​no​-

ści. Mo​gły ko​chać, kogo tyl​ko chcia​ły, i łą​czyć się w pary na całe ży​cie. Ona nie
mia​ła  ta​kie​go  kom​for​tu.  Ona  sta​wia​ła  gra​ni​ce,  a  on  li​mit  cza​so​wy.  Byli  tyl​ko
week​en​do​wy​mi ko​chan​ka​mi.

Kie​dy do​tar​li na szczyt, jej uwa​gę przy​cią​gnę​ły okla​ski i wi​wa​ty. Od​wró​ci​ła się,

by spoj​rzeć w dół na dzie​dzi​niec, gdzie do zdjęć po​zo​wa​li szczę​śli​wi no​wo​żeń​cy.

‒ Ślub w tym miej​scu musi być pięk​nym prze​ży​ciem ‒ po​wie​dzia​ła na głos, za​-

nim zdą​ży​ła ugryźć się w ję​zyk.

‒ Z od​po​wied​nim part​ne​rem na pew​no.
Nie  spoj​rza​ła  na  nie​go.  Za​miast  tego  sku​pi​ła  się  na  szczę​śli​wej  pa​rze.  Po​ta​-

jem​nie ma​rzy​ła o ta​kim ślu​bie, było to coś, cze​go za​wsze chcia​ła. Aż do chwi​li,
kie​dy mat​ka znisz​czy​ła jej wia​rę w baj​ki i szczę​śli​we za​koń​cze​nia.

‒ Prze​pra​szam. – Tak było. Jesz​cze chwi​lę temu byli szczę​śli​wi: uśmiech​nię​ci

i ob​ję​ci, a ona znów po​wie​dzia​ła coś nie tak.

‒ Nie ma za co, cara. Moje mał​żeń​stwo ni​g​dy nie po​win​no mieć miej​sca. By​li​-

śmy zbyt mło​dzi i chcie​li​śmy róż​nych rze​czy.

‒ Mi​łość może oszu​kać nas wszyst​kich ‒ po​wie​dzia​ła i opar​ła się o ba​lu​stra​dę,

od​ry​wa​jąc wzrok od mło​dej pary.

‒ To nie była mi​łość – wy​rzu​cił z sie​bie i spoj​rzał na nią. ‒ To było oszu​stwo.
‒ Oszu​stwo?
‒ Zna​li​śmy się od dziec​ka ‒ za​czął, wbi​ja​jąc wzrok w dzie​dzi​niec. – Prze​trwa​-

li​śmy pró​bę cza​su, kie​dy prze​nio​słem się do Me​dio​la​nu. Mał​żeń​stwo wy​da​wa​ło
się na​tu​ral​ne i bar​dzo wy​cze​ki​wa​ne przez na​sze ro​dzi​ny.

‒ Więc co po​szło nie tak? ‒ za​py​ta​ła ci​cho, wy​czu​wa​jąc jego złość.
‒ To nie mnie ko​cha​ła, tyl​ko to, co my​śla​ła, że mogę jej dać. Nie prze​wi​dzia​ła

jed​nak,  że  za​mie​rza​łem  in​we​sto​wać  każ​dy  grosz  w  fir​mę  wuja.  Wkrót​ce  zmę​-
czy​ła ją moja oszczęd​ność i zna​la​zła so​bie ko​goś, kto dał jej to, cze​go chcia​ła.

Char​lie do​tknę​ła jego ra​mie​nia. Jego wzrok był twar​dy i lo​do​wa​ty. Ro​zu​mia​ła,

że  po​czuł  się  zdra​dzo​ny.  Ona  czu​ła  po​dob​nie.  Przez  chwi​lę  mil​czał,  pa​trząc  na
nią z nie​skry​wa​ną cie​ka​wo​ścią.

‒ Se​ba​stian wspo​mi​nał, że kie​dyś by​łaś za​rę​czo​na.
Jej ser​ce gwał​tow​nie za​bi​ło,  ale uśmiech​nę​ła się do  nie​go, sta​ra​jąc się ukryć

background image

emo​cje.

‒ Tak, po​dob​nie jak w two​im przy​pad​ku by​li​śmy zbyt mło​dzi. A ja zbyt na​iw​na.

‒  Na​gła  po​trze​ba  opo​wie​dze​nia  mu  o  tym  za​sko​czy​ła  ją.  Czy  wy​wo​ła​ła  ją  jego
uczci​wość? ‒ Ale nie mów​my o tym te​raz; ciesz​my się tym dniem.

‒ To dla​te​go nie chcesz się wią​zać? Zła​mał ci ser​ce? ‒ zi​gno​ro​wał jej pró​bę

zmia​ny te​ma​tu i uniósł jej bro​dę, ca​łu​jąc ją de​li​kat​nie.

‒  Wolę  sza​lo​ne  na​mięt​ne  ro​man​se  –  skła​ma​ła.  Zła​ma​ne  ser​ce  było  tyl​ko  jed​-

nym  aspek​tem  i  po  raz  pierw​szy  zda​ła  so​bie  spra​wę,  co  tak  na​praw​dę  ją  po​-
wstrzy​mu​je. Co, je​że​li ode​szła​by, jak jej mat​ka?

‒ To tak jak ja. – Po​ca​ło​wał ją moc​niej.
‒ No do​brze, ro​zej​rzyj​my się.
W koń​cu ode​rwa​ła się od nie​go. Po​trze​bo​wa​ła tro​chę dy​stan​su. W jej gło​wie

roz​wi​ja​ły się szczę​śli​we sce​na​riu​sze z Ales​san​drem w roli głów​nej.

‒ Z po​wro​tem bę​dzie szyb​ciej – po​wie​dział, kie​dy wy​cho​dzi​li z zam​ku. ‒ Za​-

aran​żo​wa​łem pry​wat​ną po​dróż po​wrot​ną. Będę mógł cię ca​ło​wać bez po​czu​cia,
że cały świat pa​trzy.

Myśl, że bę​dzie z nim sama, pod​eks​cy​to​wa​ła ją, ale kie​dy we​szli na po​kład ma​-

łej mo​to​rów​ki za​cu​mo​wa​nej w fo​sie zam​ku, rze​czy​wi​stość oka​za​ła się zu​peł​nie
inna. Łódź była mała, więc sie​dzie​li bli​sko sie​bie, ale rów​nież bar​dzo bli​sko kie​-
row​cy.

‒ Mam za​re​zer​wo​wa​ny sto​lik w naj​lep​szej re​stau​ra​cji nad je​zio​rem – po​wie​-

dział  Ales​san​dro,  kie​dy  mo​to​rów​ka  zwol​ni​ła  i  za​trzy​ma​ła  się  przy  na​brze​żu.
Ales​san​dro  po​mógł  Char​lie  zejść  z  ło​dzi.  Czas  mi​jał  zbyt  szyb​ko.  Trud​no  było
uwie​rzyć, że spę​dzi​li ze sobą cały dzień, ale słoń​ce rze​czy​wi​ście już za​cho​dzi​ło.
Po ko​la​cji mie​li wró​cić do wil​li. Na tę myśl Char​lie prze​szedł dreszcz.

Pod​czas  ko​la​cji  Ales​san​dro  zwal​czał  ocho​tę,  żeby  za​brać  ją  z  po​wro​tem  do

wil​li. Na​pię​cie było nie​mal nie do wy​trzy​ma​nia. Byli po​krew​ny​mi du​sza​mi, oby​-
dwo​je mie​li za sobą nie​uda​ne związ​ki i chcie​li tyl​ko tego co tu i te​raz. Ale, kie​dy
wra​ca​li  do  sa​mo​cho​du,  wy​obra​żał  so​bie,  jak​by  to  było,  gdy​by  każ​dy  week​end
spę​dza​li w ten spo​sób.

Nie po​wi​nien tak my​śleć. Char​lie nie chcia​ła związ​ku. Nie mógł się już jed​nak

do​cze​kać, kie​dy do​ja​dą do domu. Zer​k​nął na nią. Czy do​my​śla​ła się, jak bar​dzo
pra​gnie za​brać ją do łóż​ka?

‒ Mamy całą noc, San​dro ‒ uśmiech​nę​ła się lek​ko, ale jej oczy mó​wi​ły zu​peł​-

nie co in​ne​go, po​dob​nie jak sek​sow​ny po​mruk, gdy wy​po​wie​dzia​ła jego imię.

Czy  to  wy​star​cza?  ‒  py​tał  sam  sie​bie,  gdy  za​par​ko​wał  na  pod​jeź​dzie  wil​li,

a  słoń​ce  znik​nę​ło  za  ho​ry​zon​tem.  To  nie​mal  ich  ostat​ni  dzień.  Byli  ko​chan​ka​mi
tyl​ko na week​end. Week​end, któ​ry zbli​żał się ku koń​co​wi.

‒  Ma  per  una  don​na  Ama​re…  ‒  sta​rał  się  mó​wić  po  an​giel​sku,  ale  pierw​szy

od​ruch był inny. W koń​cu zna​lazł sło​wa: Żeby ko​chać taką ko​bie​tę jak ty, jed​na
noc nie wy​star​czy.

Wy​cią​gnę​ła rękę i do​tknę​ła jego po​licz​ka.
‒ Mamy tyl​ko dziś, San​dro. Nie mo​że​my so​bie po​zwo​lić na nic wię​cej. Nie na​-

background image

le​ży​my do sie​bie.

Przy​po​mniał so​bie jej wcze​śniej​sze sło​wa, zła​pał ją za rękę i uca​ło​wał jej dłoń.
‒ Tyl​ko dziś. Bę​dzie to noc, któ​rej ni​g​dy nie za​po​mnisz.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Pierw​szy po​ra​nek u boku Ales​san​dra był nie​sa​mo​wi​ty, ale ten był jesz​cze lep​-

szy.  Było  jej  tak  do​brze,  że  nie  chcia​ła  się  bu​dzić.  Był  to  ich  ostat​ni  wspól​ny
dzień, a po nocy go​rą​ce​go, na​mięt​ne​go sek​su nie była pew​na, czy chce go roz​po​-
czy​nać. Przez otwar​te drzwi bal​ko​no​we do​bie​gał śpiew pta​ków.

To było jak sen. Czu​ła się bez​piecz​na. Ko​cha​na. Zbyt ła​two mo​gła się do tego

przy​zwy​cza​ić. W jej gło​wie wy​brzmie​wa​ły sło​wa ta​kie jak mi​łość i Char​lie zda​ła
so​bie spra​wę, że coś się zmie​ni​ło. W głę​bi du​szy chcia​ła być ko​cha​na, ale jej ka​-
ta​stro​fal​ne za​rę​czy​ny spra​wi​ły, że wy​da​wa​ło się to nie​mal nie​moż​li​we. To tyl​ko
week​end, na​po​mnia​ła się su​ro​wo i przy​tu​li​ła się do San​dra.

‒  Czy  ze​chcesz  to​wa​rzy​szyć  mi  w  ką​pie​li?  ‒  Jego  usta  mu​snę​ły  jej  kark.  Za​-

mknę​ła oczy, igno​ru​jąc wąt​pli​wo​ści, któ​re mia​ła jesz​cze kil​ka chwil temu.

‒ Nie mam ko​stiu​mu.
‒ To nie pro​blem. ‒ Po​ca​ło​wał jej ucho i szep​nął: ‒ Je​ste​śmy kom​plet​nie sami;

nikt nas nie zo​ba​czy.

‒ Je​steś pe​wien? A służ​ba?
‒  Żad​ne​go  per​so​ne​lu.  Tyl​ko  ty  i  ja.  –  Na  te  sło​wa  po​czu​ła  falę  po​żą​da​nia.

Przy​cią​gnął ją do sie​bie, ale za​sło​ni​ła pier​si, dro​cząc się z nim.

‒ My​śla​łam, że chcesz pły​wać.
‒ Zmie​ni​łem zda​nie. – Szyb​ko ze​sko​czy​ła z łóż​ka i ro​ze​śmia​ła się, wi​dząc wy​-

raz jego twa​rzy. Su​ge​styw​nie unio​sła brwi.

‒ Cóż, ja idę po​pły​wać.
Nie chcia​ła prze​pu​ścić moż​li​wo​ści po​pły​wa​nia w tak luk​su​so​wym ba​se​nie. Wy​-

pa​dła przez otwar​te drzwi bal​ko​no​we i po​mknę​ła w dół po ka​mien​nych scho​dach
pro​wa​dzą​cych do ba​se​nu. Ro​zej​rza​ła się szyb​ko, spraw​dza​jąc, czy rze​czy​wi​ście
byli sami, po czym bez na​my​słu za​nu​rzy​ła się w wo​dzie.

Po​pły​nę​ła  do  koń​ca  ba​se​nu  i  opar​ła  się  na  kra​wę​dzi,  wy​glą​da​jąc  na  je​zio​ro

Gar​da roz​cią​ga​ją​ce się w dole. Po​ran​ne pro​mie​nie słoń​ca rzu​ca​ły zło​ty blask na
za​le​sio​ne wzgó​rza i góry. Za ple​ca​mi usły​sza​ła ci​chy plusk i do​my​śli​ła się, że do​-
łą​czył do niej Ales​san​dro.

‒  Wspa​nia​le,  praw​da?  ‒  Na​praw​dę  nie  mo​gła  uwie​rzyć,  że  spę​dza  week​end

w ta​kim luk​su​sie i to z naj​sek​sow​niej​szym męż​czy​zną, ja​kie​go kie​dy​kol​wiek spo​-
tka​ła.

‒ Sem​pli​ce​men​te bel​lis​si​mo. ‒ Gdy mó​wił po wło​sku, prze​cho​dzi​ły ją dresz​cze.

Ale tym ra​zem była pew​na, że ma na my​śli wi​do​ki i od​wró​ci​ła się do nie​go. Znów
po​czu​ła, że się ru​mie​ni, ale usi​ło​wa​ła za​ma​sko​wać to bra​wu​rą.

‒ Ści​ga​my się. – Nie od​wra​ca​jąc się, prze​cię​ła wodę.
Ales​san​dro  jed​nak  wy​grał.  Kie​dy  skoń​czy​li,  Char​lot​te  owi​nę​ła  się  ręcz​ni​kiem

background image

i wy​cią​gnę​ła na le​ża​ku.

‒ Czy to twój zwy​czaj, pan​no War​ring​ton?
‒ Pły​wa​nie nago czy na​mięt​ne ro​man​se?
‒ Jed​no i dru​gie.
‒ Ni​g​dy nie pły​wa​łam nago. ‒ Ni​g​dy też nie mia​ła ro​man​su, ale nie za​mie​rza​ła

mu tego mó​wić.

‒ A ja ni​g​dy wcze​śniej nie mia​łem w ba​se​nie na​giej ko​bie​ty.
‒ A to nie​spo​dzian​ka. Ktoś taki jak ty?
‒ Jak ja? A cóż to zna​czy?
Ża​ło​wa​ła, że to po​wie​dzia​ła.
‒ Nie za​prze​czaj, ko​bie​ty na pew​no pa​da​ją ci do stóp.
‒ Tyl​ko te, któ​re szu​ka​ją cze​goś, cze​go nie mogę im dać. – Ro​ze​śmia​ła się na

te sło​wa.

‒ Och, a co to ta​kie​go? ‒ spy​ta​ła, śmie​jąc się zło​śli​wie.
‒ Mał​żeń​stwo i bez​pie​czeń​stwo.
Jego su​ro​wy wy​raz twa​rzy znie​chę​cił ją do za​da​wa​nia dal​szych py​tań. Usiadł

na  le​ża​ku,  jak​by  de​spe​rac​ko  chciał  zmie​nić  te​mat.  Wczo​raj  opo​wie​dział  jej
o  swo​im  nie​uda​nym  mał​żeń​stwie  z  uko​cha​ną  z  dzie​ciń​stwa.  Czy  to  dla​te​go  nie
zwią​zał się już z żad​ną ko​bie​tą?

‒ A ty tego nie chcesz?
‒ Nie. ‒ Zro​bi​ło jej się chłod​no, ale nie mo​gła prze​stać pa​trzeć mu w oczy.
‒  Do​sko​na​le  cię  ro​zu​miem.  –  I  tak  było,  ale  ża​ło​wa​ła,  że  to  po​wie​dzia​ła.  Po​-

dejrz​li​wie zmru​żył oczy.

‒ Na​praw​dę?
‒ Och, wiesz, le​piej dmu​chać na zim​ne, jak mó​wi​my w An​glii – oznaj​mi​ła i po​-

now​nie wsko​czy​ła do ba​se​nu.

Po​win​ni  się  cie​szyć  swo​imi  ostat​ni​mi  wspól​ny​mi  go​dzi​na​mi,  a  nie  roz​my​ślać

nad prze​szło​ścią.

‒ Nie ukry​jesz się, Char​lie. ‒ To samo wie​lo​krot​nie sły​sza​ła od ojca.
‒ Przed czym, San​dro?
‒ Przed mi​ło​ścią.
Za​mru​ga​ła,  za​sko​czo​na.  Nie  wie​rzy​ła  wła​snym  uszom,  że  on  w  ogó​le  zna  to

sło​wo.

‒ Nie ucie​kam. Po pro​stu jesz​cze jej nie zna​la​złam.
‒ A kie​dy to zro​bisz? ‒ Nie mo​gła zro​zu​mieć, skąd te py​ta​nia. My​śla​ła, że po​-

sta​wi​ła spra​wę ja​sno.

‒ Moja mat​ka opu​ści​ła nas, kie​dy by​li​śmy na​sto​lat​ka​mi, San​dro. Zo​sta​wi​ła mo​-

je​go ojca i nas. Nie wie​rzę w szczę​śli​we za​koń​cze​nia.

‒ A twój były na​rze​czo​ny? Czy z nim chcia​łaś żyć dłu​go i szczę​śli​wie? ‒ Po​czu​-

ła się uwię​zio​na w tym ba​se​nie.

‒  Może  nie  by​łam  go​to​wa  na  mi​łość.  ‒  To  stwier​dze​nie  oszo​ło​mi​ło  ją.  Zda​ła

so​bie spra​wę, że to praw​da.

‒ A je​śli się za​ko​chasz?

background image

Chwy​ci​ła się moc​niej kra​wę​dzi.
‒ Gdy​bym była pew​na, że zna​la​złam wła​ści​wą oso​bę, ko​goś, kto bę​dzie mnie

ko​chał, to może po​my​śla​ła​bym o tym.

‒ A więc chcesz wyjść za mąż? – W jego gło​sie brzmia​ło nie​do​wie​rza​nie.
‒ Mał​żeń​stwo nie jest je​dy​ną for​mą mi​ło​ści, San​dro.
Zmarsz​czył brwi w za​my​śle​niu.
‒ A co z tobą, chciał​byś się po​now​nie oże​nić?
Ales​san​dro spoj​rzał na Char​lie. Jej mo​kre, za​cze​sa​ne do tyłu wło​sy pod​kre​śla​-

ły pięk​no oczu. Była prze​pięk​na, ale mó​wi​ła o rze​czach, o któ​rych nie chciał my​-
śleć.  Był  nie​ugię​ty  i  my​ślał,  że  skoń​czył  z  mi​ło​ścią  i  chę​cią  mał​żeń​stwa.  Ale
w jego gło​wie za​czę​ły się po​ja​wiać róż​ne ob​ra​zy z Char​lie w roli głów​nej. Ob​ra​-
zy, któ​rych nie po​win​no tam być. W cią​gu za​le​d​wie kil​ku dni ocza​ro​wa​ła go tak,
że  nie  chciał  jej  pu​ścić.  Ale  nie  mógł  zro​bić  nic,  do​pó​ki  wciąż  ob​wi​nia​ła  go
o śmierć Se​ba​stia​na. A nie mógł prze​cież oczy​ścić się z winy w jej oczach, nie
mó​wiąc jej ca​łej praw​dy.

‒ Two​je mil​cze​nie mówi wszyst​ko. ‒ Głos Char​lie przy​wo​łał go z po​wro​tem do

te​raź​niej​szo​ści.

‒ Z od​po​wied​nią ko​bie​tą ‒ po​wie​dział zgod​nie z praw​dą.
My​ślał, że taka ko​bie​ta nie ist​nie​je. Jego pierw​sze mał​żeń​stwo było tego do​-

wo​dem.  Te​raz,  kie​dy  są​dził,  że  ją  zna​lazł,  oka​zu​je  się,  że  ona  nie  ży​czy  so​bie
związ​ku.

‒ Mam na​dzie​ję, że ją spo​tkasz.
‒ Za​mie​rzasz wyjść kie​dyś z tego ba​se​nu? ‒ De​spe​rac​ko usi​ło​wał zmie​nić te​-

mat. – Nie​dłu​go zo​sta​niesz sy​re​ną.

Ro​ze​śmia​ła się i po​pły​nę​ła do scho​dów na dru​gim koń​cu ba​se​nu.
‒ Nie na​da​ję się na sy​re​nę – oznaj​mi​ła i po​wo​li wy​szła z ba​se​nu.
Nie mógł ode​rwać od niej oczu. Wy​glą​da​ła jak nim​fa, a po jej pier​siach ście​ka​-

ły  struż​ki  wody.  Jej  aniel​ska  uro​da  oszo​ło​mi​ła  go.  Nie​świa​do​my  tego,  co  robi,
pod​szedł do niej i owi​nął wo​kół niej ręcz​nik, przy​cią​ga​jąc ją do sie​bie. Po​ca​ło​wał
ją moc​no. Czy kie​dy​kol​wiek bę​dzie miał jej dość? Od​po​wiedź brzmia​ła: nie.

‒ Prze​nie​śmy się do środ​ka.
Od​su​nę​ła się i spoj​rza​ła na nie​go.
‒ Tak – szep​nę​ła. ‒ Ostat​ni raz.
‒  Ostat​ni  raz  ‒  po​wtó​rzył  jej  sło​wa  i  po​ca​ło​wał  ją.  Nie  chciał,  żeby  to  był

ostat​ni raz. Ale wy​star​cza​ją​co już nad​użył za​ufa​nia, któ​re po​kła​dał w nim Se​ba​-
stian.

Kie​dy tyl​ko wró​cą do Me​dio​la​nu, mu​szą to skoń​czyć. Z za​lot​nym uśmiesz​kiem

wzię​ła go za rękę i po​pro​wa​dzi​ła z po​wro​tem po ka​mien​nych scho​dach i do sy​-
pial​ni.  Kre​mo​wa  po​ściel  była  w  nie​ła​dzie,  przy​po​mi​na​jąc  o  wspól​nej  nocy.  Pod​-
cho​dząc do nie​go, zrzu​ci​ła ręcz​nik, a mo​kre wło​sy za​sła​nia​ły jed​ną pierś. Wziął
głę​bo​ki  od​dech,  sta​ra​jąc  się  za​pa​mię​tać  każ​dy  szcze​gół  jej  cia​ła.  Za​nim  zdą​żył
się zo​rien​to​wać, co się dzie​je, trzy​mał ją za bio​dra, a jej nogi ople​cio​ne były wo​-
kół nie​go. De​li​kat​nie opu​ścił ją na łóż​ko, ob​ser​wu​jąc, jak osu​wa się na po​dusz​ki.

background image

Do​łą​czył  do  niej,  a  ser​ce  wa​li​ło  mu  w  pier​si  tak  moc​no,  że  mu​sia​ła  to  sły​szeć.
Chciał  jak  naj​le​piej  wy​ko​rzy​stać  ostat​nie  wspól​ne  chwi​le.  Po​chy​lił  się  nad  nią.
Po​wi​nien ro​bić to po​wo​li, ale nie mógł się po​wstrzy​mać.

‒ San​dro, po​cze​kaj. – Od​su​nę​ła go ła​god​nie od sie​bie. – Za​bez​pie​cze​nie.
‒  Ma​le​di​zio​ne!  ‒  Usi​ło​wał  od​zy​skać  nie​co  kon​tro​li  nad  sobą  i  spoj​rzał  na  jej

twarz.  Jej  oczy  były  tak  wiel​kie  i  tak  zie​lo​ne,  że  wszyst​ko,  co  mógł  zro​bić,  to
opu​ścić gło​wę i po​ca​ło​wać ją. ‒ Wy​bacz mi.

Nie  roz​po​znał  ochry​płe​go  gło​su,  któ​rym  wy​po​wie​dział  te  sło​wa.  Ni​g​dy  do​tąd

nie stra​cił pa​no​wa​nia nad sobą i w głę​bi du​szy ucie​szył się, że jed​no z nich za​-
cho​wa​ło  odro​bi​nę  zdro​we​go  roz​sąd​ku.  Się​gnął  do  sto​li​ka  przy  łóż​ku  i  chwy​cił
pu​deł​ko pre​zer​wa​tyw.

‒ Prze​pra​szam – po​wie​dzia​ła nie​śmia​ło – ale nie chce​my żad​nych kon​se​kwen​-

cji tego week​en​du.

Spoj​rzał na nią. Już od​czu​wał kon​se​kwen​cje tego week​en​du, cho​ciaż cią​ża nie

była jed​ną z nich. Nie​świa​do​mie od​dał jej swo​je ser​ce.

‒ Masz ra​cję, mia cara. Nie chce​my żad​nych kon​se​kwen​cji. – Po​ca​ło​wał ją de​-

li​kat​nie i po raz ostat​ni wsu​nął się w nią.

Or​gazm przy​szedł na​gle. Po wszyst​kim przy​tu​li​ła się do nie​go.
‒ Il mio amo​re ‒ mruk​nął ci​cho w jej wil​got​ne wło​sy. Nie wie​dział, dla​cze​go to

po​wie​dział. Czy to był jego spo​sób na po​że​gna​nie? Nie wie​dział, ale był wdzięcz​-
ny, że sło​wa mi​ło​ści wy​po​wie​dzia​ne w oj​czy​stym ję​zy​ku nie zo​sta​ły zro​zu​mia​ne
ani na​wet usły​sza​ne.

Char​lie wy​gła​dzi​ła bia​łą su​kien​kę i po raz ostat​ni ro​zej​rza​ła się po po​ko​ju. Nie

wie​dzia​ła,  czy  szu​ka  za​po​mnia​nych  rze​czy,  czy  po  pro​stu  chce  za​pa​mię​tać  ten
po​kój. Nie bę​dzie żad​nych po​wro​tów. To był ko​niec. Za dwa dni mia​ła wró​cić do
An​glii.  Ich  wspól​ne  chwi​le  do​bie​gły  koń​ca.  W  gło​wie  wciąż  mia​ła  szep​ta​ne  po
wło​sku  sło​wa  San​dra.  Nie  ro​zu​mia​ła  zbyt  wie​le,  ale  jed​no  zda​nie  za​pa​dło  jej
w pa​mięć. Il mio amo​re.

Moja mi​łość.
Po​krę​ci​ła  gło​wą.  Mu​siał  się  za​po​mnieć,  pew​nie  mó​wił  to  każ​dej  ko​bie​cie,

z  któ​rą  się  ko​chał.  A  przy​naj​mniej  taką  mia​ła  na​dzie​ję.  Zbyt  wie​le  ich  dzie​li​ło.
Po​my​śla​ła o po​wro​cie do Me​dio​la​nu. W głę​bi ser​ca wie​dzia​ła, że ni​g​dy nie wy​ba​-
czy Ales​san​dro​wi tego, że nie upil​no​wał sa​mo​cho​du. Szyb​ko zła​pa​ła tor​bę i wy​-
szła z po​ko​ju, nie ma​jąc od​wa​gi spoj​rzeć po​now​nie na łóż​ko, w któ​rym spę​dzi​ła
więk​szą  część  week​en​du.  Po​win​na  się  za  sie​bie  wsty​dzić.  Ze​szła  po  scho​dach
i  za​trzy​ma​ła  się  na  wi​dok  Ales​san​dra,  któ​ry  stał  przy  drzwiach  z  klu​cza​mi
w  ręku.  Wy​glą​dał,  jak​by  chciał  wró​cić  do  nor​mal​no​ści  tak  samo  jak  ona.  Prze​-
łknę​ła śli​nę.

‒ Już pora, praw​da?
‒ Tak ‒ od​par​ła i ze​szła na sam dół z wy​so​ko unie​sio​nym pod​bród​kiem. ‒ Pora

wró​cić do rze​czy​wi​sto​ści.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Char​lie  ni​g​dy  wcze​śniej  nie  była  tak  spię​ta.  Dro​ga  po​wrot​na  do  Me​dio​la​nu

prze​bie​gła w nie​mal kom​plet​nej ci​szy.

‒  Mogę  za​re​zer​wo​wać  so​bie  po​kój  w  ho​te​lu.  ‒  Zmu​si​ła  się,  żeby  to  po​wie​-

dzieć, wie​dząc, że to naj​lep​sze roz​wią​za​nie.

‒ To nie bę​dzie ko​niecz​ne.
‒  Bio​rąc  pod  uwa​gę  oko​licz​no​ści,  by​ło​by  naj​le​piej,  gdy​bym  za​mel​do​wa​ła  się

w ho​te​lu.

‒  Nie.  Oko​licz​no​ści,  jak  to  ład​nie  uję​łaś,  są  ta​kie,  że  nasz  week​end  do​biegł

koń​ca.

‒ Więc chy​ba tym bar​dziej po​win​nam zo​stać w ho​te​lu, nie są​dzisz?
Spoj​rzał na nią.
‒ Mó​wi​łaś, że to tyl​ko ro​mans, więc dla​cze​go chcesz ucie​kać? Wróć​my do in​-

te​re​sów.

‒  Do​sko​na​le  ‒  ustą​pi​ła,  ale  wie​dzia​ła,  że  bę​dzie  mu​sia​ła  wró​cić  do  An​glii

wcze​śniej, niż pla​no​wa​ła.

Po  ju​trzej​szym  spo​tka​niu  na  to​rze  te​sto​wym  po​le​ci  pierw​szym  sa​mo​lo​tem  do

domu. Gdy​by do​sta​ła od​po​wie​dzi na drę​czą​ce ją py​ta​nia, wró​ci​ła​by do domu już
dzi​siaj.

Z roz​tar​gnie​niem za​czę​ła prze​glą​dać ga​ze​tę zło​żo​ną na sto​li​ku. Na pierw​szej

stro​nie było zdję​cie ich dwoj​ga i sa​mo​cho​du. Prze​wró​ci​ła stro​nę i za​mar​ła. Na
fo​to​gra​fii  znów  byli  ona  i  Ales​san​dro.  Ale  nie  było  to  po​zo​wa​ne  zdję​cie.  Ktoś
uchwy​cił  ich,  kie​dy  ca​ło​wa​li  się  po  tym,  jak  wszy​scy  wy​szli.  Czy  Ales​san​dro
o  tym  wie​dział?  Mu​siał  wie​dzieć.  Nie  po​ca​ło​wał  jej  dla​te​go,  że  tego  chciał.
Chciał  je​dy​nie  udo​wod​nić  ca​łe​mu  świa​tu,  że  nie  był  win​ny  śmier​ci  Se​ba​stia​na
i że jej ro​dzi​na nie ma do nie​go żalu.

‒ Wie​dzia​łeś o tym? ‒ Za​mknę​ła ga​ze​tę, nie mo​gąc pa​trzeć na zdję​cie.
‒ Si. Pro​si​łem o to. Je​steś do​sko​na​łą pro​mo​cją sa​mo​cho​du.
‒  A  to?  ‒  Ze  zło​ścią  prze​wró​ci​ła  stro​nę.  Ales​san​dro  za​milkł.  Char​lie  nie​mal

wy​bu​chła.

‒ Nie – po​wie​dział w koń​cu.
‒ Co tam jest na​pi​sa​ne? ‒ wy​ce​dzi​ła.
Czu​ła się pod​le. Co ona zro​bi​ła? Zszar​ga​ła pa​mięć Se​ba​stia​na i wła​sną re​pu​ta​-

cję. Ales​san​dro spoj​rzał jej w oczy. Była wście​kła, co do tego nie było wąt​pli​wo​-
ści, ale rów​nież prze​ra​żo​na. Nie miał do niej pre​ten​sji.

‒ Pi​szą, że pro​mu​jesz sa​mo​chód, któ​ry za​bił two​je​go bra​ta.
‒ Co da​lej, San​dro? Moje na​gie zdję​cie w two​im ba​se​nie?
‒ To nie​moż​li​we. Nikt cię nie wi​dział.

background image

‒ Niech cię szlag. To ty na​mó​wi​łeś mnie do pły​wa​nia nago. Jak bę​dzie brzmiał

na​stęp​ny na​głó​wek? ‒ Za​ci​snę​ła war​gi.

‒ Do ni​cze​go cię nie na​mó​wi​łem. To zo​sta​nie mię​dzy nami.
‒ Nie wie​rzę ci.
‒ Czy kie​dy​kol​wiek cię okła​ma​łem, cara? ‒ Oczy​wi​ście, że kła​mał. Od pierw​-

szej chwi​li ukry​wał przed nią przy​czy​ny wy​pad​ku Se​ba​stia​na.

‒ Je​że​li do tego do​pu​ści​łeś, to zna​czy, że je​steś zdol​ny do wszyst​kie​go.
Po​krę​cił gło​wą ze smut​kiem. Po​dzi​wiał jej pa​sję, ale oczy​wi​ste było, że nie bę​-

dzie go chcia​ła. Było mię​dzy nimi zbyt wie​le ta​jem​nic i kłamstw.

‒ By​łam głu​pia, ufa​jąc ci.
‒ Dio mio! Jak mo​żesz tak mó​wić? ‒ Na​gle po​czuł złość.
‒  Wy​ko​rzy​sta​łeś  mnie.  To  nie  ma  nic  wspól​ne​go  z  Se​ba​stia​nem.  Chcia​łeś  się

po​zbyć wy​rzu​tów su​mie​nia.

‒ Moje su​mie​nie jest czy​ste, Char​lie. – Wszyst​ko, co zro​bił, ro​bił dla Se​ba​stia​-

na.

‒ Char​lot​te ‒ po​pra​wi​ła go ła​mią​cym się gło​sem – i znów kła​miesz. Nie wie​-

rzę, że to Se​ba​stian chciał, że​bym tu przy​je​cha​ła. To ty tego chcia​łeś. Że​ru​jesz
na mo​ich emo​cjach.

‒ Se​ba​stian na​praw​dę tego chciał. To aku​rat praw​da.
‒ Więc co jest kłam​stwem? ‒ Zmru​ży​ła oczy. Mu​siał szyb​ko coś wy​my​ślić.
‒ Nie kła​ma​łem. Ale pew​ne rze​czy nie mogą wyjść na świa​tło dzien​ne.
‒ Ta​kie jak to? ‒ Dźgnę​ła pal​cem ga​ze​tę, a Ales​san​dro ode​tchnął z ulgą. Była

tak wście​kła, że nie my​śla​ła ra​cjo​nal​nie. Nie​mal się wy​da​ło.

Char​lie pa​trzy​ła ze zło​ścią na czło​wie​ka, w któ​rym głu​pio się za​ko​cha​ła. Mo​-

ment. Za​ko​cha​ła? Ob​lał ją zim​ny pot. Nie mo​gła go ko​chać. Nie Ales​san​dra Ro​-
sel​lie​go.

‒ Nie uciek​niesz od tego, Char​lot​te.
‒ Nie ucie​kam.
‒ To co te​raz ro​bisz, cara? ‒ mó​wił ła​god​nie.
Miał ra​cję. Ucie​ka​ła i ukry​wa​ła się. Obo​je o tym wie​dzie​li, ale Char​lie nie mia​-

ła  za​mia​ru  się  do  tego  przy​zna​wać.  Te​raz  zresz​tą  nie  mia​ła  wy​bo​ru.  Ten  czło​-
wiek jej nie ko​chał i ni​g​dy nie po​ko​cha.

‒ Nie tyl​ko ja ucie​kam, Ales​san​dro ‒ po​wie​dzia​ła spo​koj​nie, choć jej ser​ce wa​-

li​ło bo​le​śnie w pier​si, a ko​la​na na​gle zmię​kły.

‒ O czym ty mó​wisz, Char​lot​te?
‒ Ukry​wasz przede mną praw​dę o wy​pad​ku Se​ba​stia​na.
‒ Po​wie​dzia​łem ci wszyst​ko, co mu​sisz wie​dzieć.
‒ Obo​je wie​my, że nie jest to do koń​ca praw​da.
‒ To nie sa​mo​chód za​wiódł, Char​lot​te.
‒  Więc  to  wina  kie​row​cy?  ‒  Nie  mia​ła  za​mia​ru  te​raz  od​pusz​czać.  Mu​sia​ła

znać praw​dę.

‒ Tak. Przy​kro mi. ‒ Wy​cią​gnął do niej dłoń, ale wzdry​gnę​ła się przed jego do​-

ty​kiem.

background image

‒ Nie.
‒ Po​win​naś po​roz​ma​wiać z oj​cem ‒ po​wie​dział ci​cho, po​zor​nie obo​jęt​ny na jej

gniew.

‒ Taki mam za​miar. Te​raz. ‒ Od​wró​ci​ła się i po​szła do swo​je​go po​ko​ju, ce​lo​wo

zo​sta​wia​jąc drzwi otwar​te. Chcia​ła, żeby sły​szał tę roz​mo​wę.

Wy​cią​gnę​ła te​le​fon z to​reb​ki, ale li​nia była za​ję​ta. Co nie zna​czy​ło, że za​mie​-

rza​ła się pod​dać.

‒ A te​raz wy​bacz, mu​szę się spa​ko​wać.
Mu​sia​ła  wró​cić  do  domu.  Wy​ję​ła  z  to​reb​ki  ta​blet  i  za​czę​ła  szu​kać  lo​tów  do

Lon​dy​nu na ju​trzej​szy wie​czór. Za​mie​rza​ła udać się ju​tro na tor te​sto​wy. Mia​ła
jesz​cze  jed​ną  rzecz  do  zro​bie​nia.  Po​tem  stąd  wy​je​dzie  i  po​że​gna  się  z  tym
wszyst​kim na za​wsze.

Ales​san​dro  był  zde​spe​ro​wa​ny,  ale  nie  mógł  nic  zro​bić.  Spoj​rzał  w  jej  peł​ne

smut​ku zie​lo​ne oczy.

‒ Do​bra​noc, Ales​san​dro. – W jej gło​sie nie było już gnie​wu.
‒ Bu​ona​not​te, Char​lot​te. ‒ Nie mógł na nią dłu​żej pa​trzeć, więc od​wró​cił się

i po​szedł do swo​je​go ga​bi​ne​tu. Usły​szał dźwięk za​my​ka​nych drzwi.

Usiadł przy biur​ku, ale nie mógł pra​co​wać, nie otwo​rzył na​wet lap​to​pa. Mógł

je​dy​nie roz​trzą​sać każ​dy szcze​gół ostat​nich kil​ku dni.

Na​gle wstał z prze​kleń​stwa​mi na ustach i ru​szył do sy​pial​ni Char​lie. Nie mógł

po​zwo​lić,  żeby  sie​dzia​ła  tam  sama  i  się  za​mar​twia​ła.  Za​pu​kał  do  drzwi,  któ​re
otwo​rzy​ła nie​mal na​tych​miast.

‒ Nie mo​żesz tak sie​dzieć sama całą noc. – Spoj​rza​ła na nie​go lo​do​wa​to, ale

to go nie zra​zi​ło. – Może pój​dzie​my na ko​la​cję?

‒ Żeby zro​bi​li nam ko​lej​ne wspól​ne zdję​cie?
‒ Char​lot​te…
‒ Nie, San​dro. Nie mogę ry​zy​ko​wać.
‒ Na​praw​dę nic nie wie​dzia​łem o tym zdję​ciu i przy​kro mi, że cię to zde​ner​-

wo​wa​ło.

‒ Pro​szę cię, nie chcę o tym te​raz mó​wić.
Po​ki​wał gło​wą zre​zy​gno​wa​ny, wie​dząc, że tyl​ko po​gar​sza sy​tu​ację.
‒ Kto​kol​wiek jest za to od​po​wie​dzial​ny, znaj​dę go i oso​bi​ście się z nim po​li​czę.
‒ To nie zmie​ni fak​tu, że wy​ko​rzy​sta​łeś mnie i Se​ba​stia​na do pro​mo​wa​nia sa​-

mo​cho​du i ra​to​wa​nia swo​jej re​pu​ta​cji.

‒ Nie mam po​trze​by ra​to​wa​nia swo​jej re​pu​ta​cji, Char​lot​te.
‒ A po​wi​nie​neś!
Na​gle zo​rien​to​wał się, o co jej cho​dzi​ło. Mu​siał oce​nić sy​tu​ację i za​pla​no​wać

swój na​stęp​ny ruch.

‒  Bar​dzo  do​brze,  zro​bię  to.  ‒  Od​szedł,  nie  za​trzy​mu​jąc  się,  by  zo​ba​czyć  jej

re​ak​cję.  Je​śli  chcia​ła  do​wo​du,  to  go  znaj​dzie.  Ale  jak  mógł  to  zro​bić  bez  zdra​-
dze​nia ta​jem​ni​cy Se​ba​stia​na, a przede wszyst​kim wła​snych uczuć?

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Char​lie mia​ła ci​chą na​dzie​ję, że Ales​san​dra nie ma, ale kie​dy wy​szła ze swo​je​-

go  po​ko​ju,  za​sta​ła  go  przy​go​to​wu​ją​ce​go  kawę.  Wy​glą​dał  tak  samo  przy​stoj​nie,
jak za​wsze. Te​raz, kie​dy sie​dzie​li w sa​mo​cho​dzie, ża​ło​wa​ła, że nie zła​pa​ła ja​kie​-
goś  po​ran​ne​go  lotu  do  Lon​dy​nu.  Mia​ła  jed​nak  na​dzie​ję,  że  wresz​cie  się  do​wie,
co Ales​san​dro przed nią ukry​wa.

‒ Mam spo​tka​nie po po​łu​dniu. ‒ Jego głos wy​rwał ją z roz​my​ślań.
‒ Mu​szę być wie​czo​rem na lot​ni​sku, więc za​mó​wię so​bie tak​sów​kę.
‒ Mó​wi​łaś, że nie bę​dziesz ucie​kać.
‒ Nie ucie​kam – wy​pa​li​ła bez za​sta​no​wie​nia. ‒ Wra​cam do mo​je​go ży​cia, do

tego, co ro​bi​łam przed wy​pad​kiem Se​ba​stia​na. To tego wła​śnie chciał. – Wy​szła
i po​ma​sze​ro​wa​ła w stro​nę warsz​ta​tów.

San​dro do​go​nił ją jed​nak, za​nim zdą​ży​ła wejść do środ​ka.
‒ To wszyst​ko? Je​steś pew​na, że nie chcesz mnie oskar​żyć o coś jesz​cze?
‒  Cho​dzi  ci  o  to,  że  prak​tycz​nie  sprze​da​łeś  mnie  me​diom?  –  wy​bu​chła.  –

A może o to, że mnie uwio​dłeś? Po​zwo​li​łeś mi wie​rzyć, że ro​bię to wszyst​ko dla
Se​ba​stia​na, kie​dy tak nie było. Cho​dzi​ło o cie​bie.

‒ O ile pa​mię​tam, cara, to ty mnie uwio​dłaś.
Za​ci​snę​ła dło​nie w pię​ści, wbi​ja​jąc pa​znok​cie w dło​nie.
‒  Nie  schle​biaj  so​bie.  To,  co  zro​bi​łam,  zro​bi​łam  dla  Se​ba​stia​na  ‒  rzu​ci​ła

pierw​sze  sło​wa,  któ​re  przy​szły  jej  do  gło​wy,  po  czym  ugry​zła  się  w  ję​zyk.  Nie
chcia​ła, żeby wie​dział, jak bar​dzo ją to wszyst​ko bo​la​ło.

‒ A nie dla​te​go, że chcia​łaś? Nie mo​głaś nie ulec tej na​mięt​no​ści, któ​ra po​łą​-

czy​ła nas, od​kąd tyl​ko się uj​rze​li​śmy.

‒ W po​rząd​ku. Rze​czy​wi​ście dla​te​go rów​nież. Ale to już ko​niec.
Nie ochro​nił Char​lie przed ni​czym. Pra​gnął jej bar​dziej niż ko​go​kol​wiek in​ne​-

go. A te​raz ta ko​bie​ta nie​na​wi​dzi​ła go i nie mógł zro​bić nic, by ją za​trzy​mać.

‒ Gio​van​ni za​bie​rze cię z po​wro​tem do miesz​ka​nia, że​byś ze​bra​ła swo​je rze​-

czy, a po​tem od​wie​zie cię na lot​ni​sko.

‒ Tak bę​dzie do​sko​na​le, dzię​ku​ję.
‒ Ar​ri​ve​der​ci, Char​lot​te. – Wy​szedł po​spiesz​nie z warsz​ta​tu, żeby nie oka​zy​-

wać swo​ich emo​cji. Im prę​dzej ona wró​ci do An​glii, tym le​piej.

Char​lie po​czu​ła za​kło​po​ta​nie, kie​dy na​gle zda​ła so​bie spra​wę z tego, że ktoś

stoi u jej boku.

‒ Scu​zi – po​wie​dział męż​czy​zna. – Za go​dzi​nę bę​dzie​my je​chać do Me​dio​la​nu,

ale może pani za​cze​kać w biu​rze si​gno​ra Ro​sel​li.

Uśmiech​nę​ła się na dźwięk jego sil​ne​go ak​cen​tu.
‒  Dzię​ku​ję,  będę  go​to​wa.  ‒  Od​wró​ci​ła  się  i  we​szła  do  biu​ra.  To  było  je​dy​ne

background image

miej​sce, gdzie mo​gła zna​leźć do​wo​dy na winę Ales​san​dra.

Usia​dła przy biur​ku i za​czę​ła je prze​trzą​sać. Za​czę​ła od szki​ców, ale nie zna​-

la​zła nic cie​ka​we​go. Jej uwa​gę zwró​cił stos do​ku​men​tów na pół​ce. Prze​glą​da​ła
je, do​pó​ki nie zna​la​zła pli​ku z na​pi​sem: „Spra​woz​da​nie z wy​pad​ku”.

Za​czę​ła czy​tać. Ob​lał ją zim​ny pot i prze​wró​ci​ło jej się w żo​łąd​ku.
‒ Och, Se​ba​stia​nie ‒ szep​nę​ła i za​mknę​ła oczy, ale było już za póź​no. ‒ Dla​-

cze​go mi nie po​wie​dzia​łeś?

‒ „Błąd kie​row​cy” ‒ wy​szep​ta​ła do sie​bie. – „Stwier​dzo​no znacz​ne ilo​ści al​ko​-

ho​lu i nar​ko​ty​ków w or​ga​ni​zmie”. ‒ Opar​ła łok​cie na biur​ku i przy​ci​snę​ła dło​nie
do twa​rzy. Czy to może być praw​da? Prze​czy​ta​ła resz​tę ra​por​tu. Sa​mo​chód był
w do​sko​na​łym sta​nie. Z cięż​kim ser​cem za​mknę​ła tecz​kę i ode​pchnę​ła ją od sie​-
bie. Czło​wiek, z któ​rym roz​ma​wia​ła wcze​śniej, za​pu​kał do drzwi biu​ra, wy​cią​ga​-
jąc ją z za​my​śle​nia.

‒ Po​win​ni​śmy już je​chać.
‒ Tak, mu​szę zdą​żyć na sa​mo​lot.
‒ Si, si.
Sa​mo​chód opu​ścił tor te​sto​wy i po kil​ku mi​nu​tach byli już na za​tło​czo​nej dro​-

dze  do  Me​dio​la​nu.  Char​lie  sie​dzia​ła  w  mil​cze​niu,  tak  po​chło​nię​ta  emo​cja​mi,  że
na​wet nie za​uwa​ży​ła, co to za sa​mo​chód. My​śla​mi była przy męż​czyź​nie, któ​re​-
go ko​cha​ła. Któ​re​go ni​g​dy nie po​win​na była po​ko​chać.

‒ Po​że​gna​nia są trud​ne, praw​da? ‒ za​py​tał kie​row​ca.
‒ Tak ‒ od​par​ła bez za​sta​no​wie​nia ‒ ale tyl​ko dla​te​go, że jest to rów​nież po​-

że​gna​nie z moim bra​tem.

Szczę​śli​wie ruch był nie​du​ży i szyb​ko do​je​cha​li do miesz​ka​nia Ales​san​dra.
‒  Stąd  po​ja​dę  tak​sów​ką  –  oznaj​mi​ła  i  wy​sia​dła  z  sa​mo​cho​du,  ale  męż​czy​zna

wy​siadł za nią.

Nie, zo​sta​łem po​in​stru​owa​ny, żeby od​pro​wa​dzić pa​nią pod drzwi ‒ po​wie​dział

i wstu​kał kod, jak​by wcho​dził do sie​bie. Czy był pra​wą ręką San​dra? Wie​dział,
czy ra​port był praw​dzi​wy? ‒ Po​tem po​je​dzie​my na lot​ni​sko.

‒ Dzię​ku​ję ci. To zaj​mie tyl​ko kil​ka mi​nut. ‒ Kie​row​ca po​dał jej klucz. Wbie​gła

po  scho​dach  do  miesz​ka​nia,  sta​ra​jąc  się  nie  my​śleć  o  wszyst​kim,  co  wy​da​rzy​ło
się tam w tak krót​kim cza​sie. Zła​pa​ła tor​bę tak szyb​ko, jak tyl​ko mo​gła, i z po​-
wro​tem zbie​gła na dół. Chwi​lę póź​niej ru​szy​li w kie​run​ku lot​ni​ska.

‒ Zna​łeś mo​je​go bra​ta? ‒ za​py​ta​ła niby od nie​chce​nia.
‒ Si, był do​brym kie​row​cą, bar​dzo do​brym kie​row​cą, ale wszyst​ko to go przy​-

tło​czy​ło. Sta​ra​li​śmy się po​móc.

A więc to była praw​da. Co z niej była za sio​stra, sko​ro nic nie za​uwa​ży​ła? Po

po​licz​ku spły​nę​ła jej łza. To było zbyt bo​le​sne.

‒ Prze​pra​szam, nie chcia​łem pani de​ner​wo​wać. Je​ste​śmy na miej​scu – po​wie​-

dział  kie​row​ca,  par​ku​jąc  przy  bu​dyn​ku  ter​mi​na​la.  Zde​cy​do​wa​nie  mu  ulży​ło,  że
może skoń​czyć tę roz​mo​wę. Ale to była jej ostat​nia szan​sa. Mu​sia​ła się do​wie​-
dzieć.

‒ Pro​szę. – Po​ło​ży​ła mu dłoń na ra​mie​niu. – Jak źle z nim było? Czy na​praw​dę

background image

spo​wo​do​wał wy​pa​dek?

Gio​van​ni spoj​rzał na ze​ga​rek.
‒ Spóź​ni się pani na sa​mo​lot.
‒ Pro​szę.
Wes​tchnął i po​ło​żył rękę na jej dło​ni.
‒ Tam​te​go dnia pił od rana. A nar​ko​ty​ki… ‒ wzru​szył ra​mio​na​mi – wy​trą​ca​ły

go z rów​no​wa​gi. Nie mo​gli​śmy go po​wstrzy​mać.

‒ My? ‒ wy​szep​ta​ła.
‒ Si, si​gnor Ro​sel​li i ja. Oczy​wi​ście, nic nie po​wie​dział po wy​pad​ku, żeby nie

oczer​niać imie​nia pani bra​ta. ‒ Wziął ją za rękę i spoj​rzał na nią z praw​dzi​wą
tro​ską na twa​rzy. ‒ My​śla​łem, że pani wie.

‒ Wie​dzia​łam – skła​ma​ła. – Tyl​ko to cią​gle boli. Prze​pra​szam.
‒ Musi pani już iść. Na​praw​dę spóź​ni się pani na sa​mo​lot.
‒ Tak, mój sa​mo​lot – po​wie​dzia​ła po​wo​li.
Kie​dy  tyl​ko  we​szła  do  bu​dyn​ku  lot​ni​ska,  po​bie​gła  do  ła​zien​ki  i  ob​my​ła  twarz

zim​ną wodą, żeby ode​gnać uczu​cie mdło​ści.

‒  Nie,  to  nie  może  być  praw​da…  San​dro  po​wie​dział​by  coś  –  po​wie​dzia​ła  na

głos do swe​go zszo​ko​wa​ne​go ob​li​cza. Ale była tyl​ko jed​na oso​ba poza Ales​san​-
drem, któ​ra mo​gła to po​twier​dzić. Jej oj​ciec. Za​czę​ła go​rącz​ko​wo szu​kać te​le​fo​-
nu w to​reb​ce i drżą​cy​mi pal​ca​mi wy​stu​ka​ła nu​mer ojca.

‒ Dzień do​bry, Char​lie. ‒ Oj​ciec brzmiał nie​swo​jo.
‒ Czy to praw​da, tato? ‒ Nie tra​ci​ła cza​su na uprzej​mo​ści. Oj​ciec wes​tchnął

w od​po​wie​dzi. Więc jed​nak. Wol​ną dło​nią chwy​ci​ła brzeg umy​wal​ki.

‒ Och, tato, dla​cze​go mi nie po​wie​dzia​łeś? ‒ Po​krę​ci​ła gło​wą z nie​do​wie​rza​-

niem.

‒ To nie było po​trzeb​ne. Gdzie je​steś, Char​lie? ‒ W jego gło​sie brzmiał skry​-

wa​ny lęk.

‒  W  dro​dze  do  domu.  Po​roz​ma​wia​my  wkrót​ce.  Mu​szę  iść,  sa​mo​lot  mi  uciek​-

nie.

‒ Char​lie?
‒ Tak, tato.
‒ Do zo​ba​cze​nia wkrót​ce.
Po​czu​ła ukłu​cie w ser​cu i mu​sia​ła się roz​łą​czyć, żeby się nie roz​pła​kać. Na to

bę​dzie jesz​cze czas. Póź​niej. Te​raz mu​sia​ła zdą​żyć na sa​mo​lot.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Ales​san​dro  cho​dził  po  lot​ni​sku,  ska​nu​jąc  tłum  pa​sa​że​rów,  ale  z  każ​dą  chwi​lą

ro​bił się co​raz bar​dziej znie​cier​pli​wio​ny. Gdzie ona jest? Po te​le​fo​nie od Gio​van​-
nie​go nie mógł po​zwo​lić jej odejść tak po pro​stu.

Ma​le​di​zio​ne! Gdzie jest? Było tak, jak​by po pro​stu znik​nę​ła. Albo z nie​na​wi​ści

do nie​go od razu wsko​czy​ła do sa​mo​lo​tu. Nie miał do niej pre​ten​sji. Sam był na
sie​bie wście​kły.

Na​gle jego uwa​gę zwró​ci​ła ko​bie​ta, któ​ra w po​śpie​chu opu​ści​ła bu​dy​nek ter​-

mi​na​lu. Jego ser​ce moc​niej za​bi​ło i ru​szył za nią, jed​nak szyb​ko wsia​dła do tak​-
sów​ki.  Nie  miał  po​ję​cia,  czy  to  była  Char​lie.  Ale  je​że​li  była,  to  gdzie  mo​gła
pójść?  Na​gle  zdał  so​bie  spra​wę,  że  było  tyl​ko  jed​no  ta​kie  miej​sce.  Jed​no  miej​-
sce, w któ​rym wie​dzia​ła, że nie bę​dzie ani jego, ani ni​ko​go z jego pra​cow​ni​ków.
Ale czy po​wi​nien jej wo​bec tego prze​szka​dzać?

Ow​szem. Mu​siał. Mu​siał ją zna​leźć i wszyst​ko jej wy​ja​śnić.
Już  i  tak  go  nie​na​wi​dzi​ła.  Nie  miał  nic  do  stra​ce​nia.  Za​par​ko​wał  przed  ho​te​-

lem,  w  któ​rym  mia​ła  miej​sce  uro​czy​stość.  Kie​dy  wszedł  na  dzie​dzi​niec,  na  po​-
cząt​ku ni​ko​go nie zo​ba​czył.

Wte​dy ja​kiś ruch na dru​gim koń​cu sali przy​kuł jego uwa​gę. To ona. Sie​dzia​ła

przy sto​le ty​łem do nie​go. Ostroż​nie ru​szył w jej stro​nę.

Char​lie  była  cał​ko​wi​cie  po​grą​żo​na  w  roz​my​śla​niach.  Zo​sta​ła  oszu​ka​na  przez

dwóch męż​czyzn, któ​rych ko​cha​ła.

Po co tu przy​je​cha​ła? Dla​cze​go po pro​stu nie wsia​dła do sa​mo​lo​tu i nie po​le​-

cia​ła? Po​nie​waż chcia​ła od​po​wie​dzi. Je​dy​nym pro​ble​mem było to, że znał je tyl​ko
Ales​san​dro. Na​gle po​czu​ła ciar​ki  wzdłuż krę​go​słu​pa i do​my​śli​ła  się, że nie  jest
sama. Była tyl​ko jed​na oso​ba, na któ​rą tak re​ago​wa​ła. Ales​san​dro Ro​sel​li.

‒ Nie na​ro​bi​łeś już zbyt wie​le szko​dy? ‒ Ja​do​wi​ty ton za​sko​czył ją tak samo

jak jego, ale nie od​wró​ci​ła się do nie​go.

‒ Zro​bi​łem to, co mu​sia​łem. ‒ Pod​szedł i sta​nął obok niej, ale wciąż nie chcia​-

ła na nie​go spoj​rzeć.

‒ Oczy​wi​ście. Zro​bi​łeś do​kład​nie to, co trze​ba było, żeby nie zszar​gać so​bie

re​pu​ta​cji.

‒ To nie tak, Char​lie.
‒ Char​lot​te ‒ wark​nę​ła i spoj​rza​ła na nie​go z wro​go​ścią.
‒ To na​praw​dę nie tak, jak my​ślisz. ‒ Sta​nął przed nią.
‒ Więc za​prze​czasz, że zwa​bi​łeś mnie tu​taj pod fał​szy​wy​mi pre​tek​stem, uwio​-

dłeś, żeby zro​bić to zdję​cie i ukryć praw​dę o pro​ble​mach Se​ba​stia​na?

‒ Ni​g​dy nie chcia​łem cię skrzyw​dzić, Char​lie.
‒ Char​lot​te!

background image

‒ Wi​dzę, że nie je​steś go​to​wa mnie wy​słu​chać. ‒ Usiadł na krze​śle obok.
‒ To praw​da. Wszyst​ko inne, co mi po​wie​dzia​łeś, było kłam​stwem – wes​tchnę​-

ła cięż​ko. ‒ Czy​ta​łam ra​port, San​dro. – Od​po​wie​dzia​ła jej ci​sza. ‒ Gio​van​ni po​-
wie​dział mi, czy ra​czej po​twier​dził wszyst​ko o al​ko​ho​lu… i nar​ko​ty​kach. Dla​cze​-
go mi nie po​wie​dzia​łeś?

Po​chy​lił się i wsparł czo​ło dłoń​mi.
‒ Twój oj​ciec tak chciał.
Po​krę​ci​ła gło​wą.
‒ Nie. Ni​g​dy nie zro​bił​by cze​goś ta​kie​go.
‒ Roz​ma​wia​łaś z nim?
‒ Na lot​ni​sku, tak. ‒ Spoj​rza​ła mu w oczy i po​czu​ła, że nie ma już siły wal​czyć.

‒ Nie ro​zu​miem, dla​cze​go to zro​bił.

‒ Nie chciał, że​byś wie​dzia​ła. Nie chciał nisz​czyć two​ich wspo​mnień. – Mó​wił

tak  ła​god​nie,  że  nie​mal  się  roz​pła​ka​ła.  Po​krę​ci​ła  gło​wą.  Oj​ciec  może  chciał  ją
chro​nić, ale co z San​drem? Ja​kie były jego mo​ty​wy?

‒ A ty? Dla​cze​go mnie okła​ma​łeś?
‒ A jak my​ślisz, co by się sta​ło, gdy​by me​dia się o tym do​wie​dzia​ły?
‒  Co  mo​gli​by  zro​bić?  ‒  wy​rzu​ci​ła  z  sie​bie,  za​sta​na​wia​jąc  się,  czy  wła​ści​wie

chce się tego do​wie​dzieć.

‒ Co zro​bi​li​by z taką hi​sto​rią, Char​lie?
‒ To pro​ste – od​par​ła su​ro​wo. – Znisz​czy​li​by cię.
Wstał, a jego spoj​rze​nie było lo​do​wa​te.
‒ Nie zro​bi​łem nic złe​go.
‒ Okła​ma​łeś mnie i cały świat.
‒  Cho​le​ra,  nic  nie  ro​zu​miesz?  ‒  za​py​tał  ze  zło​ścią.  ‒  Nie  chro​ni​łem  sie​bie.

Chro​ni​łem cie​bie i Se​ba​stia​na.

‒ Jak śmiesz? Po tym, jak za​pla​no​wa​łeś to zdję​cie? Wy​star​czy​ło, żeby ura​to​-

wać  two​ją  re​pu​ta​cję.  Ten  po​ca​łu​nek  zwol​nił  cię  z  wszel​kiej  od​po​wie​dzial​no​ści,
a  te​raz  jest  we  wszyst​kich  ga​ze​tach  i  pew​nie  tra​fił  też  do  in​ter​ne​tu.  ‒  Jej  wy​-
buch go za​sko​czył, ale nie po​ru​szył się.

‒  Do  ni​cze​go  cię  nie  zmu​sza​łem.  –  Na  to  nie  po​tra​fi​ła  zna​leźć  od​po​wie​dzi.

Miał ra​cję. Nie zmu​szał jej.

‒ Zma​ni​pu​lo​wa​łeś sy​tu​ację.
‒ Masz na my​śli to po​żą​da​nie, któ​re po​ja​wi​ło się, kie​dy cię tyl​ko po​zna​łem?
‒ Wy​god​na za​sło​na dym​na. ‒ Mimo bra​wu​ry głos jej drżał. Nie​na​wi​dzi​ła się za

to.  Ni​g​dy  nie  po​win​na  była  pod​da​wać  się  tym  uczu​ciom.  Te​raz  bę​dzie  mu​sia​ła
żyć z my​ślą, że za​ko​cha​ła się w męż​czyź​nie, któ​ry kła​mał i nią ma​ni​pu​lo​wał.

Ales​san​dro ob​ser​wo​wał emo​cje na jej twa​rzy jak film. Szok, za​prze​cze​nie, nie​-

na​wiść. Było tam wszyst​ko.

‒ Nie za​prze​czaj. ‒ To było jak cho​dze​nie po li​nie. W każ​dej chwi​li mógł stra​-

cić rów​no​wa​gę i upaść.

‒  Ale  to  było  tyl​ko  po​żą​da​nie,  San​dro.  Z  tym  mogę  so​bie  po​ra​dzić,  ale  nie

background image

mogę wy​ba​czyć kłam​stwa.

‒ Kłam​stwa? ‒ za​py​tał, choć wie​dział, o co jej cho​dzi.
‒ Ukry​wa​łeś praw​dę, a po​tem wy​ko​rzy​sta​łeś moją sła​bość do cie​bie.
Po​wo​li  po​krę​cił  gło​wą.  Jak  miał  jej  udo​wod​nić,  że  nie  miał  nic  wspól​ne​go  ze

zdję​ciem, że fo​to​graf po pro​stu zro​bił je przy​pad​ko​wo?

‒ Wiem, jak to wy​glą​da ‒ za​czął, ale prze​rwa​ła mu.
‒ Co po​wie​dział​by Se​ba​stian? O to​bie, o nas? ‒ Kie​dy po​wie​dzia​ła „nas”, ser​-

ce Ales​san​dra pod​sko​czy​ło w pier​si.

‒ Może za​wsze tego chciał.
‒ Skąd mo​żesz to wie​dzieć?
‒ Obie​ca​łem mu, że się tobą za​opie​ku​ję. Wie​lo​krot​nie.
‒ To nic nie zna​czy. Poza tym mia​łam pra​wo wie​dzieć o al​ko​ho​lu i o nar​ko​ty​-

kach. Nie dbam o nic in​ne​go, na​wet o to głu​pie zdję​cie, ale to po​wi​nie​neś był mi
po​wie​dzieć.

‒ Prze​pra​szam, Char​lot​te. Nie mia​łem wy​bo​ru.
Zresz​tą  jak  miał  po​wie​dzieć  coś  ta​kie​go  ko​bie​cie,  któ​rą  ko​chał?  To  była  mi​-

łość. Te​raz nie miał co do tego wąt​pli​wo​ści. Ko​chał ją cał​ko​wi​cie i bez​wa​run​ko​-
wo.

Char​lie roz​my​śla​ła o tym, co po​wie​dział Ales​san​dro. Za​mknę​ła oczy, w koń​cu

do​pusz​cza​jąc do sie​bie ból i świa​do​mość, że nad​szedł czas, aby pójść da​lej i wró​-
cić do ży​cia.

Ales​san​dro  ob​jął  ją  i  przy​cią​gnął  ją  do  sie​bie.  To  wła​śnie  tam  chcia​ła  być,

w  ra​mio​nach  męż​czy​zny,  któ​re​go  ko​cha​ła,  ale  na​dal  nie  wie​dzia​ła,  czy  ko​cha​ła
z wza​jem​no​ścią.

‒ Co tu wła​ści​wie ro​bisz, San​dro? ‒ Spoj​rza​ła na nie​go z ocza​mi peł​ny​mi na​-

dziei.

‒ Nie mo​głem po​zwo​lić ci odejść, nie bez wy​ja​śnie​nia. A ty, cara? Znasz praw​-

dę a jed​nak wciąż je​steś w mo​ich ra​mio​nach.

‒ Nie mo​głam wy​je​chać, jesz​cze nie. ‒ Spu​ści​ła wzrok, nie ośmie​la​jąc się spoj​-

rzeć mu w oczy. Prze​łknę​ła śli​nę i wzię​ła głę​bo​ki od​dech. ‒ San​dro, ja… Mu​szę
ci to po​wie​dzieć.

Jej ser​ce wa​li​ło jak mło​tem.
‒ Ko​cham cię, San​dro. – Na​gle wo​kół nich za​pa​dła ci​sza. Kie​dy już my​śla​ła, że

tego nie znie​sie, Ales​san​dro w zwol​nio​nym tem​pie wy​cią​gnął ra​mio​na i przy​tu​lił
ją.

‒  Ti  amo,  ti  amo…  ‒  uśmiech​nął  się  i  po​ca​ło​wał  ją.  Uj​rza​ła  błysk  w  jego

oczach i po​czu​ła się,  jak​by wró​ci​ła do domu.  Zna​la​zła wresz​cie swo​je miej​sce.
Wła​śnie tu, w ra​mio​nach męż​czy​zny, któ​re​go ko​cha​ła.

background image

Ty​tuł ory​gi​na​łu: Cra​ving Her Ene​my’s To​uch
Pierw​sze wy​da​nie: Har​le​qu​in Mills & Boon Li​mi​ted, 2015
Re​dak​tor se​rii: Ma​rze​na Cie​śla
Opra​co​wa​nie re​dak​cyj​ne: Ma​rze​na Cie​śla
Ko​rek​ta: Han​na La​chow​ska

© 2015 by Ra​chel Tho​mas
© for the Po​lish edi​tion by Har​per​Col​lins Pol​ska sp. z o.o., War​sza​wa 2016

Wszyst​kie  pra​wa  za​strze​żo​ne,  łącz​nie  z  pra​wem  re​pro​duk​cji  czę​ści  lub  ca​ło​ści  dzie​ła  w  ja​kiej​kol​wiek
for​mie.
Wy​da​nie ni​niej​sze zo​sta​ło opu​bli​ko​wa​ne w po​ro​zu​mie​niu z Har​le​qu​in Bo​oks S.A.
Wszyst​kie po​sta​cie w tej książ​ce są fik​cyj​ne.
Ja​kie​kol​wiek po​do​bień​stwo do osob rze​czy​wi​stych – ży​wych i umar​łych – jest cał​ko​wi​cie przy​pad​ko​we.
Har​le​qu​in  i  Har​le​qu​in  Świa​to​we  Ży​cie  są  za​strze​żo​ny​mi  zna​ka​mi  na​le​żą​cy​mi  do  Har​le​qu​in  En​ter​pri​-
ses Li​mi​ted i zo​sta​ły uży​te na jego li​cen​cji.
Har​per​Col​lins Pol​ska jest za​strze​żo​nym zna​kiem na​le​żą​cym do Har​per​Col​lins Pu​bli​shers, LLC.
Na​zwa i znak nie mogą być wy​ko​rzy​sta​ne bez zgo​dy wła​ści​cie​la.
Ilu​stra​cja na okład​ce wy​ko​rzy​sta​na za zgo​dą Har​le​qu​in Bo​oks S.A.
Wszyst​kie pra​wa za​strze​żo​ne.

Har​per​Col​lins Pol​ska sp. z o.o.
02-516 War​sza​wa, ul. Sta​ro​ściń​ska 1B, lo​kal 24-25

www.har​le​qu​in.pl

ISBN 978-83-276-2516-8

Kon​wer​sja do for​ma​tu MOBI:
Le​gi​mi Sp. z o.o.

background image

Spis treści

Strona tytułowa
Rozdział pierwszy
Rozdział drugi
Rozdział trzeci
Rozdział czwarty
Rozdział piąty
Rozdział szósty
Rozdział siódmy
Rozdział ósmy
Rozdział dziewiąty
Rozdział dziesiąty
Rozdział jedenasty
Rozdział dwunasty
Strona redakcyjna


Document Outline