background image

 

 

Kulka z chleba 
Jan Jakub Kolski 

 

WARSZAWA 1998 
Ilustrowała 
Mira Żelechower-Aleksiun 
Ilustracje na obwolucie, okładce i wyklejkach Mira Żelechower-Aleksiun 
Projekt okładki, obwoluty, wyklejki, karty przedtytułowej i tytułowej Maciej Sadowski 
Zdjęcie na skrzydełku obwoluty Witold Chomiński 
Redaktor Katarzyna Merta 
Redaktor techniczny Joanna Krawczykiewicz 
Korekta 
Barbara Wiśniewska 
Wiesława Wiszniewska 
Warszawa 1998 © Copyright by Wydawnictwo Książkowe 
„Twój STYL”, Warszawa 1998 
ISBN 83—7l63—093—X 
Wydawnictwo Książkowe „Twój STYL” 
Warszawa 1998 
wydanie pierwsze 
Łamanie: „Enterek”, Warszawa 
Druk i oprawa: Zakład Poligraficzno—Wydawniczy POZKAL, Inowrocław 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Marquez wstał  o piątej  rano.  Lubił patrzeć na mgłę. Po prostu.  Zresztą o tej godzinie cykady nie 
brzmiały jeszcze tak sucho, a i oddychało się o piątej rano lepiej niż na przykład o dziesiątej. Więc 
oddychał raz za razem, cieszył oczy czym się dało i nie podejmował żadnych postanowień — ani na 
ten ani na następne dni. 
—  No,  chyba  że  się  potknę  o  pióro  i  kawałek  papieru.  Wtedy  napiszę  coś.  Byle  co.  Parę 
gównianych zdań. Najlepiej przed śniadaniem. 
Ostatnie śniadania, co by nie jadł —wzdymały mu brzuch. Licho wie dlaczego? 
— Starość... Po prostu starość — przyznał się po cichu. Czas wracać do Aracataki. 
Nie pomagały nawet masaże Conchity To znaczy— pomagały, ale na co innego. 
— Znam masaż tybetański i kurewski. Piszę doktorat o panu — tak się przedstawiła kilka lat temu. 
Starzec  aż  się  uśmiechnął  do  wspomnień,  do  pierwszego  razu,  kiedy  pod  ręką  Conchity  ożył  na 
nowo. 
— Tylko ten doktorat po cholerę? Co innego masaże. Te powiększają wiedzę o świecie. 
Tak myślał Marquez. 
Tymczasem  mgła  podniosła  się  odrobinę.  Nie  na  tyle  jednak,  by  uwolnić  cykady  od  wielkiego 
napięcia.  Każdego  dnia  nieodwołalnie  zmagały  się  cykady  z  odwiecznym  pytaniem:  czy  słońce 
zdoła je osuszyć na tyle, by nie przykleiły się do samych siebie? 
Stąd zresztą — zdaje się — —wziął się ten upojny dźwięk, podniecający kochanków bardziej niż 
proszek z gurany — ze strachu cykad. 
— Tak mógł myśleć Marquez. Tak mogło być — powiedział do siebie Stanisław Muskat, pisarz. 
Obudził się o dziesiątej rano, pięć godzin po Marquezie, i jako pierwsze wypowiedział te właśnie 
słowa. W chwilę po nich, podjął twarde postanowienie o napisaniu powieści. 

background image

— Tak, teraz napiszę powieść. Dość już tych zamachów na rzeczy małe. Upycham w nich ponad 
miarę — to to, to tamto. Nie mieści się wszystko, bo jak ma się zmieścić? Zresztą bałem się, a teraz 
się nie boję. Nie. Gówno prawda. Boję się tak samo. 
Cienka  książczyna  dawała  więcej  bezpieczeństwa.  Ktoś  czytał  ją  na  raz,  nie  odkładał  na  chwilę 
spokojniejszą,  jak  się  odkłada  kolubryny  z  dwudziestu  arkuszy  drukarskich.  Nie  wracał,  nie 
zamyślał się... 
Ale, co tam. Przyszła pora na większe pisanie. Dojrzało to coś, co dojrzewa. Na—ciążyło to coś tak 
bezbrzeżnym ciężarem, że jak nie zacznę pisać, to zacznę rzygać. 
To coś. Czy się nazywa? Czy ma kształt, dłonie z palcami? Ma, jak każda śmiertelnie zaniechana 
miłość. Śmiertelnie, to znaczy tak, że jak się jej na coś nie przerobi, to się umrze. Po prostu. 
Ten banał: umarł z miłości. Jak takiego opisać na cmentarzu? Jakim kamieniem przycisnąć, żeby 
nie obnosił po świecie tego pierdolonego pękniętego serca? 
Napiszę tak: Na przykład Heniek. 
Trafił do Prudnika do wojska. Nie miał tych różnych wujków pułkowników, majorów, kochanków 
matek czy sióstr. Więc trafił do podłego wojska, tak jak i ja trafiłem. Ja zresztą po roku ucieczek. 
On — od razu, za pierwszym razem. 
Niech  to  będzie  pierwsza  historia  o  śmiertelnie  zaniechanej  miłości.  Zaraz  opowiem.  Na  razie 
wychodzę  z  mieszkania.  Mam  spakowaną  walizkę,  w  niej  zaś  konieczne  świętości:  dziadkowy 
sztancownik  z  dębiny,  do  wyciskania  kresek  na  krawędziach  pasków  (dziadek  był  rymarzem), 
wielki  klucz  od  spichrza  stojącego  w  Popielawskiej  resztówce,  i  parę  rzeczy,  których  nazw  nie 
wolno wymieniać, bo nazywanie odejmuje im świętości. 
Za  chwilę  wsiądę  do  auta  i  pojadę.  Na  jakiś  czas  zostawię  Elkę  i  syna.  Poradzą  sobie.  Ela  jest 
zaradna, kiedy akurat nie ma mnie pod ręką. Ostatnio poradziła sobie z moim zakochaniem. Niby 
przystała na odejście, niby zrozumiała i wzięła część winy na siebie. 
— Rozumiem — mówiła. — To piękne, że się zakochałeś. Naprawdę piękne. 
Pociekły łzy Elczyne. Ja się łatwo daję nabierać na łzy. Już w pięciu łzach można mnie utopić. Tak 
zrobiłaś,  Eluś.  Utopiłaś  mnie  w  swoich,  a  potem  w  moich  łzach.  Nawet  nie  zauważyłem,  jak 
przydźwigałaś nowe kamienie, by mnie nimi przycisnąć. Więc zostałem jeszcze raz — niby z tobą i 
Włodziem, a tak naprawdę — znów tylko ze sobą. 
Dotrzymuję tak sobie towarzystwa jak umiem, ale prawdę mówiąc, pierdolę już to. 
A więc najpierw Heniek. Jak to opowiedzieć? 
Dni przelatywały nam w wojsku, po wojskowemu. To znaczy idiotycznie. Rozrywaliśmy płuca na 
porannych  biegach,  żarliśmy  gówno  na  śniadania,  obiady  i  kolacje.  Między  tym  —  maszero-
waliśmy,  strzelaliśmy,  śpiewaliśmy:  „Słońce  spięło  złotą  broszą  Prudnickiego  nieba  szmat”... 
czołgaliśmy się, piliśmy kawę z bromem, tęskniliśmy za matkami, panienkami i pierdoleniem. 
W każdy czwartek, całą kompanią, czyli setką chłopa, maszerowaliśmy do miejskiej łaźni. Tam, w 
przedwojennym  budynku,  upychaliśmy  się  po  kilku  w  kabinkach.  Kabinki  były  małe,  wyłożone 
drobnymi  kafelkami,  przytulne,  poniemieckie.  W  tych  poniemieckich  kabinkach  zmywaliśmy  z 
siebie tygodniowy brud. 
Potem  przychodził  czas  na  papierosa  przed  budynkiem  i  na  popatrywanie  dookoła.  To  było 
najmilsze. Szczególnie miłe, od chwili kiedy zobaczyliśmy Luśkę. 
Luśka  nie  była  pięknością.  Miała  najwyżej  metr  pięćdziesiąt  wzrostu,  perkaty  nosek,  płowe 
warkocze sięgające do ziemi, pionową bliznę na lewej brwi, pucołowatą buzię, niewielkie cycki i 
trochę krzywe nogi. 
Do tego oczy. 
Te były specjalne. Zapisane jak dziewczyński pamiętnik. Drobniutko. Czytało się w nich od razu 
jakąś  chorobę  szukania.  Oczy  Luśki  nie  wyostrzały  się  na  niczym  ani  na  nikim.  One  szukały, 
szukały i szukały. Bez ustanku. Były niebieskawe, do tego duże i załzawione. 
Trochę  już  słyszeliśmy  o  Luśce.  O  jej  nocnych  pobywaniach  w  koszarach  i  reputacji 
najusłużniejszej kurwy w tej części świata. 
Opowieści  były  bajeczne.  Podobno  miała  kurewską  normę,  którą  wyrabiała  nawet  w  najbardziej 
niesprzyjających  warunkach.  Dwudziestu  żołnierzy  na  dziesięć  godzin  nocy.  Czasem  nawet  do-

background image

kładała do tego czterech, czy pięciu, kiedy usmarkani z płaczu, błagali o jaki bądź numerek. Brała 
wtedy po dwóch naraz. Mówiło się też o „ruskiej gwieździe”, figurze, którą układała Luśka z pięciu 
wojaków na niej, pod nią i dookoła niej. To był popisowy kurewski numer. Jakiś kapral miał nawet 
takie zdjęcie, ale poszedł z nim do cywila. 
Tego  dnia  pod  łaźnią  Luśka  jak  zwykle  szukała  czegoś  tym  swoim  niebieskawym  szukaniem,  aż 
doszukała się Heńka. Poznać to można było po tym, że w jednej chwili jej wzrok uspokoił się, a 
miejsce niedawnej choroby od razu zaczęła zajmować druga. Tą była miłość. 
Powiesili się na jednej gałęzi, w niedługo po poznaniu. Niczego tam nie było po drodze od poznania 
do umierania. Żadnego widocznego nasiąkania miłością, żadnych znaczniejszych uniesień. Heniek 
wrócił  z  łaźni  do  koszar,  jak  wracał  w  każdy  czwartek.  Potem  cały  tydzień  przewojował  na  tych 
gównianych poligonach. Jedyną odmianą były kwadranse patrzenia w oczy  Luśki. Kupował  je od 
wartowników za papierosy. Jedna paczka —jeden kwadrans. Nawet palców nie mogli połączyć w te 
miłosne  minuty.  Mur  był  z  pełnej  cegły,  poniemiecki  i  tylko  tu  czy  tam  miał  jakąś  znaczniejszą 
dziurkę. Starczało tego na patrzenie w oczy, szeptanie zaklęć. Na wielką miłość. 
Wreszcie przyszedł czwartek, a z nim wymarsz do łaźni. 
Darmo Heniek czekał. Luśka nie przyszła. 
Prawda odkryła się następnego dnia. 
Stare wojsko wzięło sobie Luśkę do pierdolenia. Dość mieli jej nowego obyczaju, przy którym nie 
rozkładała  nóg.  Zapakowali  kurwę  do  ciężarówki  i  powieźli  za  miasto.  Dwudziestu  sześciu 
chłopców. Zapłacili papierosami. Z całego serca. 
Ledwo stała mikruska, kiedy przyszła pod mur, żeby popatrzeć w Heńkowe oczy. Przerzuciła przez 
wysokość dwadzieścia sześć paczek papierosów. Tyle kwadransów chciała patrzeć. Ale nie ustała. 
Zemdlała z wyczerpania. 
Tej  nocy  Heniek  uciekł  z  wojska.  Tej  nocy  Luśka  zniknęła  z  miasta.  Ich  los  poznano  dopiero 
następnej wiosny, kiedy sierpówki zebrały się do układania gniazd. 
Za Prudnikiem nad rzeką stały lipy. Mocarne jedna w drugą. Tam sobie znaleźli miejsce. Wysoko, 
wysokuśko. Przez najwyższą gałąź przerzucili wojskowy pas Heńka. Na jego końcach powyplatali 
pętle z Luśczynych obciętych warkoczy, powkładali w nie głowy i wolno, wolniusieńko — spuścili 
się  z  gałęzi.  Celowali  chyba,  tak  żeby  broń  Boże  nie  stracić  się  ze  wzroku  ani  na  chwilę.  Nie 
zmarnować już nigdy żadnej sekundy patrzenia. I udało się. 
Tlała odzież, przypalało  słońce, siekał  deszcz, przelatywał  ptak, przysiadał  na pierwszej  głowie z 
brzegu, srał pod siebie, odlatywał, ubywało mięsa w ciałach, wysychały kiszki, leciały w dół trupie 
robaki,  sypał  śnieg,  wieszały  się  sople  na  kościach  spojonych  suchymi  ścięgnami.  Aż  zostały  na 
drzewie  dwa  śmieszne  szkielety  przyobleczone  w  resztki  ubrania.  W  klatkach  żeber  tłukły  się 
poruszane wiatrem dwa ztrupieszałe serca. 
Bóg jeden wie, jak długo mogli tak na siebie patrzeć. Wiadomo, że wojsko daje na pasy najlepsze 
skóry, a i warkocze Luśki były dobrego gatunku. Sto, może dwieście lat? 
Patrzenie  skończyło  się  po  roku,  bo  jakaś  pierdolona  sierpówka  wybrała  sobie  lipę  wisielców. 
Akurat tę, a nie inną. Wymościła sobie gniazdo w Luśczynej piersi i zabrała się do znoszenia jaj. 
Kiedy  na  świat  przyszły  młode  i  zaczęły  pożerać  znoszone  im  robaki,  Luśka  lekko  przeważyła. 
Któregoś ranka, pociągnęła za sobą Heńka. Trupy spadły na polną drogę. Kości pomieszały się na 
zawsze. 
No to opowiedziałem historię o Heńku i Luśce. Ta historia ma dalszy ciąg. Bardzo dalszy. 
Luśka... Czy mi kogoś nie przypomniała, tam pod łaźnią? A ja? Czy nie wydałem się jej do kogoś 
podobny? Kto to wie? 
Prawda  pomieszała  się  z  gównem,  tak  jak  kości  Luśki  z  kośćmi  Heńka.  Już  i  tak  za  dużo  o  tym 
powiedziałem. Teraz przestaję mówić, bo dojeżdżam na miejsce. 
Akurat wypatruję kogoś na horyzoncie. Horyzont zawsze niesie dobrą nadzieję. Rzeczy są małe i 
nie wiadomo w co się powiększą. Jeżeli jesteś dobrym człowiekiem, wierzysz, że powiększą się w 
radość, dla tych których kochasz. Jeśli jesteś tylko dupkiem, nie wierzysz w horyzont w ogóle. 
Właśnie po wiotkiej kresce idzie jakiś człowiek. Ciężeje nad nim niebo. Człowiek jest daleko, bo 
tak musi akurat być. Idzie ze spuszczoną głową, staje, pochyla się i prostuje na nowo. Pewnie pod-

background image

niósł garść ziemi i teraz sprawdza, czy wystarczająco tłusta, by latem udźwignąć pszenicę. 
Patrzę na niego i gadam przed siebie. 
To  powiedziawszy,  Stanisław  zamilkł. Postanowił,  że  wypowiedziane  słowa  były  ostatnimi,  choć 
od razu wiedział, że nie dotrzyma postanowienia. Że złamie je przy kapliczce.  
— Za dużo mówię... — powiedział dużo wcześniej. 
Kapliczka stała na miejscu. Pośród pól, bokiem do drogi — stała jak należy. Kapliczka urągowisko, 
kapliczka wyrzut sumienia, kapliczka ratunek wszechmogący. 
Stanisław westchnął z ulgą.

 

— Chwała Bogu. Chwała Bogu, że sioisz, dobra, mądra, nieprzemijająca. Chwała Bogu. Będę miał 
od czego zaczynać... Właśnie od ciebie zacznę — poprawił się po chwili. 
Stał  na  kamienistej  drodze  schodzącej  do  kawałka  świata  zwanego  Glinnikiem.  Była  brudna 
wiosna. Z pola na pole przelewała się woda. Nie poznawała się na drodze, nie brała jej serio. Waliła 
strumieniem jak się patrzy. 
Taka  wiosenna  woda  płynie  szczególnie.  Kto  ma  serce  ze  wsi,  nasiąka  nią  na  zawsze.  Stanisław 
miał serce. Stał po kostki w wiosennej polnej wodzie i znów płakał. 
— Zacznę od kapliczki — upewniał się przez łzy — a kiedy już się nią nacieszę, wtedy pomyślę o 
tobie. 
Nie pociągnął dalej słów. Uznał, że tyle ich wystarczy. Że jak na cztery godziny stania w wodzie i 
tak powiedział dużo. Ucieszył się nawet, że zaczyna obywać się bez mówienia do siebie. Resztę po-
stanowił  napisać,  kiedy  już  zabierze  się  do  powieści.  Ruszył  z  miejsca.  Podszedł  do  kapliczki, 
schylił  się  po  patyk  i  napisał  nie  rozumiejąc  dlaczego  to  robi:  „WSZYSTKO  NIEPOJĘTE 
ŚWIATA”. 
Napis utrzymał się do nocy. 
Stanisław spał już od trzech godzin,  kiedy pod kapliczką pojawił się  człowiek. Był to  wychudły, 
około  pięćdziesięcioletni  mężczyzna,  z  twarzą  zapisaną  czymś  nie  z  tych  stron.  To  była  piękna 
twarz.  Taka,  jakich  darmo  szukać  w  okolicach  Popielaw.  Kiedyś  przyjechał  w  to  miejsce  Żyd  z 
Izraela.  Może  tylko  on  miał  równie  gorejące  oczy  i  szlachetne  czoło,  jak  ów  nieznajomy,  który 
nieoczekiwanie pojawił się pod kapliczką. Zresztą nie został długo. Zamazał napis Stanisława stopą 
obutą w dobre angielskie trzewiki, potem wrócił skąd przyszedł. 
Stanisław obudził się w dobrym nastroju. Tę noc przespał tak dobrze, jak mało którą noc w życiu 
— z gadaniem psów za oknem,  z miłosnym  ocieraniem  lipowych gałęzi  o dach. Z wszystkim  co 
lubił. Prawdę mówiąc, tylko tu w niewielkim domu po dziadkach, stojącym pod bukowym lasem, 
zasypiał i budził się bez trudu. 
Buty  już  obeschły.  Stanisław  wyjął  je  z  piecyka.  Odsunął  fajerki.  Żar  trzymał  się  jeszcze, 
wystarczyło przerusztować i dorzucić parę żywicznych szczapek. Ogień strzelił od razu... 
Nawet godzina wstania ułożyła się w jedno z zejściem chmur z nieba. Słońce zajrzało przez okno. 
Zobaczyło  czterdziestoletniego mężczyznę. Mężczyzna stał pośrodku izby. Był  nagi,  jeżeli nie li-
czyć butów na gołych stopach. 
Miał  jakieś  sto  osiemdziesiąt  centymetrów  wzrostu,  mocne  ciało,  zaświadczające  o  uprawianych 
kiedyś sportach, trochę posiwiałe skronie, zielone, nieco zmatowiałe oczy i wąskie usta z nieznacz-
nie opuszczonym lewym kącikiem. 
W jego twarzy było pomieszanie świętych obrazów z pospolitymi rysami Popielawskich chłopów. 
Trudno powiedzieć, żeby to była ładna twarz. Trudno nawet powiedzieć, że odnajdowało się w niej 
od razu dobroć, czy przynajmniej inteligencję. Twarz Stanisława była taka, jak on cały — broniąca 
dostępu. 
Tego  dnia  postanowił  nie  rozglądać  się  jeszcze  po  obejściu,  nie  naprawiać  tego,  co  było  do 
naprawienia i nawet nie zaczynać pisania. 
Ten dzień przeznaczył na spotkanie z Julka. 
Julka,  Julka...  Jakby  tak  dobrze  się  zabrać,  tylko  o  niej  można  by  napisać  całą  książkę.  Miała 
szesnaście lat, kiedy Stanisław zobaczył ją po raz pierwszy. To było chyba w Zacharzu, na wiejskiej 
zabawie. 
Upiec szedł już na dobre. Wieczorami pachniało nagle zwilgotniałym zbożem, kiedy mgła dopadała 

background image

snopów dosychających na polach. 
Julka  tańczyła  ze  starszą  siostrą.  Tuliły  się  do  siebie  jak  para  kochanków.  Grała  orkiestra, 
skrzypiała podłoga ułożona na placu przed remizą. Przez siatkę zaglądały niedorostki, karmiąc oczy 
czym się dało, a już najbardziej piękną Julka. A Julka tańczyła z zamkniętymi oczami.  
Tak  się  ułożyło,  że  odemknęła  sklejone  powieki  akurat  wtedy,  kiedy  zauważył  ją  Stanisław: 
Dopiero  to  czarnobrewe  i  czarnookie  spojrzenie  zrobiło  z  Julki  całość,  ułożyło  się  w  komplet  z 
dumną głową, białą, prawie przeźroczystą skórą, drobnymi dłońmi, meszkiem na karku, szczupłymi 
łydkami i pęciną cieniutką jak u koników z przedwojennych pocztówek. 
Julka spojrzała tylko  na  chwilę, ale tej chwili starczyło,  by później, w środku nocy, tarzać się ze 
Stanisławem,  mieszając  po  raz  pierwszy  swój  pot  z  potem  mężczyzny  i  swoją  dziewiczą  krew  z 
jego nasieniem. Nim to się jednak stało, nim Julka poszła za nim jak pies, starsza siostra, wzruszona 
czymś ponad miarę, lub może podniecona ocieraniem o ciepłe ciało tanecznej partnerki, pochyliła 
się do karku Julki, przylgnęła do niego ustami i została tak na długo, do pierwszego płaczu. 
Pamięcią tej nocy Stanisław karmił się jeszcze przez wiele lat. 
To gwałtowne oddanie się Julki, to ofiarowanie się bez grzechu i bez granic, ożywiało nadzieję na 
miłość  bezinteresowną.  Ile  razy  później  usłyszał:  „kocham  cię”  wypowiedziane  przez  siebie  lub 
przez  kobietę,  tyle  razy  pamięcią  Julczynych  spazmów  podpierał  te  nowe  miłości  jak  struchlałe 
płoty, a tak naprawdę grzebał je od razu. Bo jak zrównać się z oddaniem Julki? Jak się zrównać? 
Która z was wypisała później zapałczaną siarką na przedramieniu: „Kocham tylko Staszka”? Która 
jeździła  kulawą  damką  na  szóste  wsie  i  siódme  odpusty,  by  odciągać  z  płaczem  od  innych 
dziewczyn  i  krzyczeć:  „zabiję,  a  nie  oddam!”.  Która  czekała  do  świtów  przed  stodołami,  kiedy 
siano w sąsiekach nasiąkało zapachem innych kochanek? 
A ty ostatnia. Czy poszłaś za mną jak pies, nie wspominając słowem o strachu? Czy poszłaś, żeby 
tylko być i być, i nic więcej? 
Stanisław przestraszył się. Znów mówił do siebie, choć postanowił nie mówić. 
— Widać jeszcze nie czas... — dokończył z odnowionym nagle lękiem. 
W pobliże domu Julki trafił dopiero dobrze po południu. Wyjechał wprawdzie zaraz po śniadaniu, 
ale po drodze naszła go myśl, by skręcić na Łaznowski cmentarz. 
— Odwiedzę groby dziadków — powiedział do siebie ostatni raz tego dnia. 
Nie doszedł nawet do bramy, kiedy usłyszał płacz Kusidełki. Poznał od razu, bo w płaczu staruchy 
usłyszał ten nieznośny ton zapamiętany z dzieciństwa. 
Był  to  przeciągły, wysoki,  niemiły dźwięk, jaki zdarza się, kiedy głos  nie trafia na przeszkodę w 
postaci zębów: Takim bezzębnym głosem nawoływała kiedyś Ku—sidełka stadko kur i przeklinała 
cały  świat  za  krzywdy  doznawane  od  pijanego  chłopa.  Jak  kiedyś,  tak  i  teraz,  powtarzało  się  w 
płaczu Kusidełki przywoływanie Jezusa na świadka tych wszystkich nieszczęść. 
Stanisław  wychylił  się  zza  murka.  Zobaczył  staruszkę  i  zaraz  od  serca  odeszła  mu  twardość. 
Kusidełka  była  zaledwie  małym  pochylonym  przecinkiem.  Kruszyną,  przepadającą  raz  po  raz  za 
większymi od niej krzyżami. 
Dopiero teraz dosłuchał się prawdziwej rozpaczy w zawodzeniach kobiety. 
Tak nie mogła płakać po mężu. Kto zatem umarł? 
Odpowiedź znalazł po godzinie, kiedy Kusidełka zabrała się z cmentarza razem ze swoim płaczem. 
Podszedł do grobu i spojrzał na zdjęcie, ale jeszcze nim zrównał się wzrokiem z owalną porcelanką, 
wiedział kogo zobaczy. 
Zobaczył  Tadzika  Kusidła,  syna  Kusidełki,  męża  Julki,  ożenionego  z  nią  na  wyraźną  prośbę 
przyjaciela — Staszka Muskata. 
—  Tadzik  nie  żyje  —  pomyślał  tylko,  pomny  przyrzeczeń,  że  tego  dnia  nie  odezwie  się  już  do 
siebie. 
— Tadzik nie żyje. Czy to nie głupie? Głupie jak cholera — osądził w myśli. 
Długo potem chodził nad rzeczką za cmentarzem. Kręciła się rzeczeńka jak krowi ogon, a Stanisław 
razem z nią. Wiedział teraz, że jeżeli pojedzie do Julki, to pojedzie do wdowy. A czy będzie umiał 
rozmawiać z wdową? Czy w ogóle będzie umiał rozmawiać? 
Dom Julki stal w tej części Popielaw, którą od zawsze nazywano Podrzeką. Stał na końcu, prawie 

background image

pod Olszową. Nic nadzwyczajnego. Szary domek z cegły, czerwona obora i taka sama stodoła, do 
tego jakieś przybudówki, które Tadzikowi służyły za „samotnie wynalazcze”. Tak je nazywał, a co 
tam robił naprawdę — nikt nie wiedział. 
Kiedyś  wyjechał  stamtąd  traktorem  „samopałem”,  zrobionym  ze  spalinowego  silnika,  służącego 
zwykle do młocek. Jeździło toto z hukiem i  fasonem, aż raz nie dało  rady się zatrzymać i  zabiło 
Błochowi  krowę,  traf  chciał—cielną  we  dwoje  cieląt.  Taki  przypadek!  Więc  Tadzik  skasował 
„samopał”, pożył jeszcze parę lat i nie wiadomo po co zmarł na serce. 
Kiedy stara kobieta otworzyła drzwi, Stanisław nie od razu poznał, że to Julka. Coś tam wprawdzie 
zostało w oczach, coś się jeszcze tliło w tych węglikach spalających kiedyś na przelot, ale przecież 
nieudacznie, jakoś tak—za wszelką cenę. 
Julka widać poznała po wyrazie twarzy te płoche myśli Stanisława. Wszystkie naraz. Ale zamiast 
posmutnieć po kobiecemu, zamiast  zawstydzić się, jak to  przyłapane na  zdradzie kobiety mają w 
zwyczaju, przywołała na twarz dobry uśmiech i odezwała się delikatnie. 
— Postarzałam się, co? Wejdź Stasiu. Akurat nic nie robiłam. Wejdź kochany... Wiem, postarzałam 
się. No, co tam... ludzie się starzeją... 
Za chwilę usiedli do rozmowy. 
— O Tadziku pewnie wiesz. Na serce. Teraz teściowa płacze i płacze. Chorował. Stale ta arytmia... 
Niby  można  było  leczyć,  ale  sam  wiesz,  do  lekarza  dwanaście  kilometrów,  do  Rokicin.  Raz 
lekarstw  starczało,  to  znowu  brakowało.  Tak  się  żyło...  Ale  co  tam...  nie  ma  co...  Już  swoje 
wypłakałam. On biedaczysko... też. Niby nie było widać, ale czuło się, że tam w środku płacz nim 
wstrząsa.  Dałam  co  mogłam.  Dwie  córki,  ręce  do  roboty...  Nawet  ten  napis  po  tobie  kwasem 
zapaprałam, żeby go nie kłuł w oczy. Widzisz jaką mam bliznę? Nie umiałam pokochać. Poszłam 
za niego jak kazałeś, ale pokochać? Nawet próbowałam, ale sam wiesz... takie próby... Widać od 
razu, że na siłę. A Tadzika znałeś. Wszystko zobaczy. No i tak się całe życie przeżyło. 
— Ale co tam u ciebie, kochany Stasiu? No mów. Co tam u ciebie? 
Stanisław mówił długo i nieoczekiwanie łatwo. Głównie o nowej książce. O powieści. Napisała się 
w  tej  rozmowie  szybko  i  pięknie.  Nawet  żałował,  że  nie  zabrał  ze  sobą  dyktafonu.  Śmiał  się  z 
młodszych kolegów „piszących” tak nowocześnie, aż tu, przy tej rozmowie, sam pożałował, że nie 
zabrał dyktafonu, bo kupił sobie oczywiście na wszelki wypadek. 
Nie spostrzegli się oboje, jak wieczór przypadł do dachów. 
— Zostaniesz na noc, Stasiu? — spytała Julka z nadzieją. 
— Nie Juluś. Nie mogę. Tak rozgrzałem wyobraźnię, że chyba pojadę zaraz pisać. 
— No tak. Pisać. Ale może jeszcze chociaż z godzinkę... 
Został  jeszcze  dwie  godziny.  Julka  zgasiła  światło.  Położyła  się  do  łóżka.  Przepadły  gdzieś 
zmarszczki, przepadła zmatowiała skóra. Głos został tamten i pozwalał utrzymywać wiarę. Nie star-
czyło tego na długo. Na tyle zaledwie, żeby się trochę sobą ucieszyć. To nie była duża radość. 
— Zawsze cię kocham — odezwała się Julka. Zrozumiałeś Stasiu? 
— Tak. Zrozumiałem. Nie przestałaś mnie kochać. Czy tak? 
— No widzisz. Nie zrozumiałeś. Piszesz książki, a nie zrozumiałeś. Powiedziałam, że zawsze cię 
kocham, a to znaczy, że zawsze. Nie ma w moim życiu pustej chwili. Takiej, która by się obyła bez 
kochania ciebie. 
No co kobieta robi w życiu? 
— Różne rzeczy. 
— Właśnie. Różne rzeczy. Podciera dzieciom tyłki, karmi, pierze, gotuje, śpi, oddaje się mężowi, 
budzi  się,  patrzy  na  drzewo,  głaszcze  kota,  płacze,  przeklina,  wyrywa  zęba,  je  obiad,  pije  kawę, 
słucha muzyki, wyrzuca gnój z obory, zbiera ziemniaki, idzie do sklepu, krzyczy ze strachu, patrzy 
na  deszcz,  boi  się  burzy,  ubiera  się  ciepło,  wysmakuje  nos,  tamuje  krew,  myje  głowę,  modli  się, 
ciągnie sanki, lepi bałwana, zabija kurę, tęskni, nie rozumie, próbuje zobaczyć, wychodzi na drogę, 
rodzi dziecko... 
Teraz rozumiesz Stasiu? 
— Tak. Teraz rozumiem. Przepraszam. 
  

background image

Spadł deszcz. Stanisław wracał do siebie, pod las. Odkręcił szybę w aucie. Miał nadzieję, że deszcz 
uczyni  powietrze  lżejszym,  bowiem  tak  nadążyło  słowami  Julki,  że  chmury  zdawały  się  dociskać 
auto do ziemi. 
Już na miejscu, zabrał się do drobnych czynności. Poszedł do drewutni, połupał świerkowe szczapy, 
sięgnął po węgiel spod podłogi, wygrzebał popiół spod kuchni, rozpalił ogień. 
Wierzył,  że  z  takiej  powszedniości  przyjdzie  spokój,  a  potrzebował  go  teraz  jak  mało  kiedy. 
Pokazał  się  Julce  jak  ostatni  głupiec.  Jak  zadowolony  z  siebie  bałwan.  Naopowiadał  mądrości, 
pookraszał i tak nieskromne zdania, słowami jeszcze mniej skromnymi. A wszystko po nic. Po nic. 
Bo  to,  co  stało  się  ważnego  między  nimi,  co  było  tylko  mądre,  tylko  dobre  tego  wieczoru  po-
chodziło ze słów Julki, albo z jej milczenia. 
Pisarzowi odeszła ochota na pisanie, a w każdym razie na pisanie tego, co tak nieskromnie chciał 
napisać. 
— Tylko ona. Od niej do niej. Od niej do wszechświata. Od wszechświata do Julki  — odmierzał 
świat na nowo. 
Taka na przykład powszedniość: Właśnie Julka wstaje, obciąga fartuch i wychodzi do sieni. W sieni 
stoi miednica. Julka zdejmuje górę sukienki. Nie całą sukienkę, a tylko górę. To ważne. Pokazują 
się chude łopatki i tasiemka od lichego stanika. Pochyla się, napina skórę na plecach, nabiera wody 
z miednicy, trzyma ją tak w garściach, ale nie niesie do twarzy. Woda wycieka i wycieka. — 
— Wstydzę się — mówi Julka cicho. 
W środku nocy Stanisław usiadł przy zeszycie. Postanowił napisać o Julce. 
Nawet nie zauważył, kiedy na papier posypały się inne słowa, niż planował, i ułożyły z nich inne 
zdania, z tych zaś zupełnie inna historia niż ta, którą miał napisać. 
Uśmiechnął się nieznacznie. 
W  tym  samym  czasie,  podobnie  nieznacznie,  uśmiechnął  się  mężczyzna  przy  kapliczce,  w 
Popielawskiej resztówce. Tyle, że on — w odróżnieniu od Stanisława — wiedział dlaczego. 
 
 
 
 
 
 

STANISŁAW MUSKAT  

„ŻYD PLESZKE”  

— POWIEŚĆ — 

— ROZDZIAŁ PIERWSZY — 

 

 
„Ja, Pleszke Hendlisz, religijny Żyd, stojąc u kresu życia, którym nie ucieszyłem się wcale, kończę 
spisywać historię.
 
Kiedy tylko opuszczę na papier ostatnią literę, wyjdę za granice miasta He—bron i spłonę żywym 
ogniem. Razem ze mną spłonie dziewięćdziesiąt lat mojego zasranego życia i słowa o nim, zapisane 
na dobrym, żydowskim papierze.
 
Potem  mój  syn,  Izaak,  wyjedzie  do  Polski,  zbierze  dziesięciu  religijnych  Żydów,  by  wraz  z  nimi 
odmówić kadisz za naszych dobrych zmarłych, pośród których będę jedynie lichą garścią popiołu, 
zabranego do kieszeni przez mojego dobrego syna.
 
Tak będzie, chociaż mój dobry syn Izaak nie zrozumie, po co sięgnie po garść moich ciepłych kości, 
ścięgien  i  krwi.  Potem  tak  samo  nie  zrozumie,  po  co  chowa  do  kieszeni  tę  marną  cząstkę 
żydowskiego  ojca  i  po  miesiącach,  dalej  nie  rozumiejąc  —  rozsypie  ją  na  polskich  polach  pod 
Będkowem‖.
 
Żyd  Pleszke  zakończył  pisanie.  Westchnął  i  wraz  z  westchnieniem  postawił  kropkę  po  słowie: 
„Będkowem‖. W Hebronie trwała ciepła noc. Gadały u; niej suche świerszcze i gwary uliczne. Te 
jednak dochodziły ciszej, bowiem dom Pleszkego ułożony był na obrzeżu miasta.
 

background image

Stary Żyd nie odłożył pióra. Sięgnął po kopertę leżącą na filcowym podkładzie i po kartkę listowego 
papieru.  Splunął  na  papier,  charknął  ordynarnie,  dobywszy  plwocinę  z  dna  gardła.  Żółtym 
paluchem dokładnie rozprowadził maź po kartce. 
Kiedy kartka podeschła, złożył ją we czworo, wsunął do koperty, zakleił, odwrócił i napisał adres. 
Mani Perlman, Będków, województwo piotrkowskie, Polska.
 
Potem  połknął  kulkę,  westchnął  jeszcze  raz,  wstał  i  podszedł  do  lustra.  Ujrzał  w  nim  to,  co 
spodziewał się ujrzeć — gotowego na śmierć Żyda.
 
Ten  w  lustrze  miał  dziewięćdziesiąt  łat,  wielką,  siwą  głowę  zamocowaną  na  cieniutkiej  szyi, 
krzaczaste  brwi,  ciężkie  powieki  zachodzące  na  wyblakłe  oczy,  pergaminową  twarz,  ze  zmar-
szczkami nienormalnie cienkimi, jakby wygładzonymi pod ciężarem żółtawej brody.
 
Tak wyglądał Pleszke. 
Za godzinę płonął już żywym ogniem, stojąc plecami do Hebronu i mieszając swoje ciepło z ciepłem 
murów miasta, rozgrzanych za dnia.
 
W dłoni trzymał komplet zapisanych stron, które zajęły się ogniem najpóźniej. Wyglądało na to, że 
ciało  Pleszkego  było  łatwiej  palne  niż  papier.  I  mogło  tak  być,  jak  dowiodły  przypadki  ludzkich 
samozapaleń, opisane przez Karla von Reichenbacha. Przy czym pisał on o „transpiracji podczas 
gnicia‖,  a  Pleszke  przecież  nie  gnił.  Przeciwnie.  Pleszke  był  wyschnięty  niczym  pergamin  i  tym 
chyba należałoby tłumaczyć gwałtowność ognia.
 
Jak  by  nie  było,  stary  Żyd  Pleszke  Hendlisz  zakończył  życie  jako  kupka  popiołu,  a  białe  mury 
Hebronu jeszcze przez tydzień oddawały ciepło zabrane z tego ognia.
 
Zanim  zdążyły  wystygnąć,  Izaak  Hendlisz,  jedyny  syn  Pleszkego,  pochylił  się  nad  grobem  ojca, 
podniósł garść popiołu i nie wiedząc czemu to czyni,
 schował do kieszeni spodni. 
W miesiąc po tym wydarzeniu był już w drodze do Polski. 
Tego  roku  wiosna  przyszła  do  Będkowa  łagodnie.  Zresztą  od  początku  ten  rok  ułożył  się  w 
Będkowskich uliczkach miłej, niż poprzednie lata.
 
Nie zamarzła woda w wodociągu,  nie zmarł  żaden obywatel, a stutrzyletnią  Balcerkową  opuściła 
conocna zmora.
 
Zwykłe było gorzej. 
Zima odchodziła niespiesznie, znacząc swój odwrót szeroko rozlaną Wolbórką, podmytymi ulicami i 
zapaleniami  płuc,  które  zabierały  do  grobów  starszych  mieszkańców.  Częściej  niż  raz  w  miesiącu 
odzywała się żałobnym tonem sygnatura na kościelnej wieży. Będkowski bruk deptały wtedy czarne 
buty  żałobników.  Pogrzeby  były  jak  spisy  mieszkańców.  Stawiali  się  prawie  wszyscy.  Z  tych 
pogrzebowych  wyliczeń  wynikało,  że  mogło  tu  mieszkać  od  stu  siedemdziesięciu,  do  stu 
osiemdziesięciu osób.
 
Będków  był  małym  miasteczkiem,  zmyślnie  wpasowanym  między  dolinę  Wolbórki  a  łagodne 
polodowcowe wypiętrzenie krajobrazu.
 
Ziemia dookoła była słaba. Utrzymywały się na niej tylko kartofle i podlejsze zboża. Biedny naród 
imał się każdego zajęcia. Większość dojeżdżała do hut szkła w Piotrkowie i Bełchatowskich kopalni. 
Na miejscu zajęcie mieli tylko nieliczni.
 
Ulic było kilka na krzyż. Stały przy nich parterowe chałupki z nisko osadzonymi oknami. Kto chciał, 
to zaglądał za dnia i za nocy. Nikomu to nie przeszkadzało. Dwuspadowe dachy stykały się czołami 
kalenic i układały w kilka nadzwyczajnie długich, czarnych szlaków. Pomiędzy nimi, zamknięty był 
mały ryneczek z remizą  i  gminną zlewnią mleka. Trochę za miasteczkiem, pochwycony w rzeczne 
rozwidlenie — stał drewniany kościółek.
 
—  Nazywam  się  Jakub  Pleszke  —  takimi  słowami  zwrócił  się  Izaak  Hendlisz  do  stewardesy  w 
samolocie lecącym do Polski.
 
Nie zareagowała wcale. Postawiła tacę z posiłkiem, uśmiechnęła się trochę. Imię i nazwisko podane 
przez przystojnego mężczyznę nie zrobiło na niej wrażenia.
 
— Nazywam się Jakub Pleszke — powtórzył Izaak. 
Tak się teraz nazywam. 
W  trzy  dni  później,  zatrzymał  samochód  na  leśnym  dukcie,  który  rozdzielał  las  na  dwie  różne 
połowy.  Z  lewej  strony  stały  świerki,  z  prawej  brzozy.  Brzozy  bielały  nieprzyzwoicie,  zadając  ból 

background image

świerkom i całej okolicznej dziedzinie. 
— Nazywam się Jakub Pleszke — odezwał się cicho. 
Ledwo to powiedział, poczuł gwałtowny ból na udzie. Dokładnie w tym miejscu, w którym kieszeń 
wypełniona  prochami  ojca  stykała  się  z  ciałem.  Krzyknął  głośno,  sięgnął  dłonią  do  kieszeni  i 
wydobył ojcowski gorejący popiół. Sypnął nim dookoła.
 
Wiatr poniósł ziarno gdzie potrzeba. Posiał w całej okolicy, doniósł do Będkowa. 
Przez następny dzień zdarzyło się w Będkowie pięć przypadków gwałtownych poparzeń. W siedem 
lat później, też około wiosny, zsumował je nauczyciel Kuląg, człowiek dociekliwy i powolny.
 
W  Kulągowym  wywodzie,  poparzenia  ułożyły  się  w  ciąg  połączony  przyczyną,  którą  obiecał 
wyjawić przed śmiercią.
 
Zmarł dwudziestego siódmego marca, w kilka dni po ogłoszeniu odkrycia, nie wyjawiwszy niczego. 
Ale wróćmy do owego feralnego dnia i pięciu gwałtownych poparzeń. 
Pierwsze dotknęło szewca Wochnę. 
Warsztat  Wochny  mieścił  się  w  parterowej  narożnej  chałupce,  wystawionej  szczytem  do 
Będkowskiego  rynku.  Było  to  małe,  dwudzielne  pomieszczenie,  przejęte  przez  Wochnę  po  Moszku
 
Szlachtaumie, który pozwolił na to wzruszającym listem z Izraela. 
Był ranek. Wochna zajmował właśnie miejsce za graniastym warsztacikiem, założonym mnóstwem 
szewskiego  sprzętu.  Miał  około  sześćdziesięciu  łat,  czerstwą  twarz,  siworude  włosy  i  taką  samą 
szczecinę na policzkach.
 
Otworzył okno. Z dworu doszedł go świergot wróbli i daleki gwizd pociągu od stacji w Czarnocinie. 
Ten  dzień  chciał  zacząć  najlepiej  jak  potrafił.  Przygotował  sobie  parę  wiosennych  kamaszy  dla 
Cupra  ze  Smykowa.  Kamasze  były  już  podrobione,  zelówki  okrojone,  przyszpilowane  i 
oszmerglowane.  Brakowało  tylko  laku  na  krawędziach.  Wochna  przygotował  dwie  laski  laku, 
sięgnął po maszynkę spirytusową, zapalił płomień, przystawił do niego ruszt i na koniec sięgnął po 
metalową  kolebkę  do  lakowania.  Leżała  po  jego  prawej  stronie,  obok  drewnianego  kopyta  i 
rulonów świńskiej skóry.
 
Krzyknął dopiero po dłuższej chwili. Zanim to jednak uczynił, zanim zawył z bólu jak szlachtowany 
wieprz,  zadrasnął  dłoń  na  zgrabnej  kolebce  i  poniósł  ją  w  kierunku  rusztu  przystawionego  do 
palnika. Poczuł swąd palonej skóry. Nie chciał uwierzyć. Powtarzał tę czynność czterdzieści jeden 
lat, więc nie chciał uwierzyć, że jego szewska kolebka rozpalona jest do białości.
 
Ale była. 
Nim  Wochna  krzyknął,  nim  rozluźnił  uścisk,  gorejąca  kolebka  wypaliła  mu  wnętrze  dłoni  aż  do 
kości.
 
Jeszcze  wcześniej,  bo  przed  pierwszą  mszą,  poparzyła  się  boleśnie  kulawka  Miazkowa,  kobiecina 
sucha i nieprzyjemna.
 
Miazkowa była pierwszą Będkowską dewotką. Nigdy nie wyszła za mąż, bo w dzieciństwie okulawił 
ją  gospodarski  koń.  Nadepnął  na  stopę,  kiedy  zbyt  ciekawie  przyglądała  się  sterczącej  końskiej 
pycie.
 
Za  ten  jedyny  grzech  przyszło  jej  płacić  przez  całe  życie.  Ale  za  to  wszędzie  starała  się  być 
pierwsza: na mszy, na pogrzebie, przy konfesjonale i komunii świętej.
 
Tego  ranka  stała  przed  kościołem,  zanim  jeszcze  kościelny  Scibiorek  przyszedł  z  kluczami.  Kiedy 
sięgała do kamiennej misy z wodą święconą, przed oczami nieoczekiwanie stanął jej inny obraz niż 
zawsze.  Zwykle  widziała  podwórko  brukowane  jasnym  kamieniem,  na  nim  zaś  ciężki  zad 
ojcowskiego  ogiera.  Wielkie  konisko  cofało  się.  Za  chwilę  Miazkowa  jako
  dziewczynka  miała 
zobaczyć  wzniesioną  grzesznie  końskość.  Szybko  sięgała  wtedy  do  kamiennej  misy.  Chłód  wody 
święconej,  najpierw  na  palcach,  potem  na  czole  —  gasił  gorączkę,  powstrzymywał  drżenie  ust  i 
suchość  w  gardle.  Tego  dnia  stało  się  jednak  inaczej.  Zamiast  ojcowskiego  podwórka,  zobaczyła 
Miazkowa  nasyp  kolejowy  pod  Czarnocinem,  na  nim  pociąg  ciągnący  bydlęce  wagony,  pod 
nasypem  zaś  pięcioro  dzieci,  pośród  których  przeskakiwała  z  nogi  na  nogę,  ona  sama  —  kulawa 
Helenka Miazkowa.
 
Kobieta szybko sięgnęła do misy, zanurzyła dłoń aż po knykcie palców, podniosła wodę święconą 
do czoła, a później do lewego ramienia.
 

background image

Stężała  najpierw  ze  zdumienia,  a  później  z  bólu.  W  kamiennej  misie  zamiast  święconej  wody  był 
wrzący  metal.  W  jednej  chwili  zdjął  skórę  z  palców,  czoła  i  przepalił  lichą  kapotkę  na  ramieniu 
kobiety.
 
Miazkowa z największym trudem zdusiła krzyk. By sobie w tym pomóc, wepchnęła poparzoną dłoń 
do ust. Zaraz też przypomniała sobie, że grzech z ogierem nie był jedynym w jej życiu.
 
Do poparzenia przyznała się dopiero pod wieczór, kiedy wiadomo już było, że ogień naznaczył nie 
tylko ją, ale i pozostałe dzieci, spod nasypu kolejowego, biegnącego z Łaznowa do Czarnocina.
 
Następne poparzenia nie były już takie spektakularne. 
Na rzeźnika Trzymkę chlusnęła wrząca krew, z otwieranego wieprza. 
Jak  opowiadali  świadkowie,  Trzymka  rozpruwał  właśnie  kadłub  świński  podwieszony  na  orczyku 
pod stropem masarni. Krew była już dawno spuszczona, połączona z octem i wymieszana. Pozostało 
tylko rozciąć słoninę na brzuchu i wydobyć wątpia.
 
Trzymka robił to zwykle jednym długim pociągnięciem noża. Dymiące dudy wysypywały się wtedy 
do miednicy, zaś Trzymka odcinał ciepłą nerkę i zjadał na surowo, nie dzieląc się z nikim.
 
Tym  razem  było  inaczej.  Świńskie  wątpia,  nabrzmiałe  i  buchające  żarem,  wystrzeliły  z  kadłuba, 
prosto w twarz rzeźnika. Zaraz potem chlusnęła ze świni wrząca krew i zalała nieszczęśnika.
 
Wielki,  ciężki  rzeźnik  Trzymka  upadł  z  krzykiem  na  posadzkę.  Wtedy  stało  się  jeszcze  jedno 
nieszczęście. Chłop trafił na skrzynię z ukochaną suką Psotką i piątką szczeniąt. Zagniótł wszystkie 
na śmierć.
 
Do trójki poparzonych dołączył pod wieczór listonosz Perełka. 
Był  to  chudy  mężczyzna,  bardziej  podobny  do  tyczki,  niż  do  człowieka.  Do  tego  uformowania 
dochodziła dziwna twarz — wklęśnięta, ukryta między wypukłym czołem a wystającą brodą.
 
Twarz  Perełki  przypominała  księżyc.  I  tak  właśnie  za  nim  wołali  okoliczni  ludzie.  „Księżyc 
przyjechał sznurek pękł‖. Było już sporo po południu. Słońce schodziło wiosennie. Perełka jechał 
na rowerze i pogwizdywał przed siebie.
 
Tego dnia, otwierając worek pocztowy odebrany z pociągu, zauważył na jednej z kopert swoje imię 
i  nazwisko.  Nie,  nadawca  nie  napisał:  „Marian  Perełka  
—  listonosz‖.  Takiego  listu  nie  dostał 
Perełka nigdy w życiu. Na kopercie widniało inne imię i nazwisko, ale to był list na pewno do niego, 
do  Mani  Perlmana,  syna  Dawida,  przechrzty  i  tchórza,  który  podstawił  kiedyś  swoją  żydowską 
twarz pod kamień rzucony z rozbieranego komina.
 
Kiedy  już  ożył,  kiedy  nie  zobaczył  w  lusterku  wielkiego  żydowskiego  nosa,  a  jedynie  zastrupiałą 
miazgę,  wsunął  się  pod  pociąg  i  przyjechał  pod  nim  na  drugi  koniec  Polski,  do  Piotrkowa.  Tu 
zgłosił się do sierocińca, by jako Marian Perełka, schować się przed Adolfem Hitlerem. Miał wtedy 
równo dziesięć lat.
 
 
Teraz  jechał  na  rowerze  —  żywy,  ocalony  —  pogwizdywał  przed  siebie  i  rozmyśliwał  o  dziwnym 
liście. Z tyłu, w miejscu gdzie podpisuje się nadawca, odnalazł Perełka tylko jedno słowo: „Izrael‖. 
Postanowił  otworzyć  kopertę  dopiero  po  tym,  jak  rozwiezie  inne  listy.  Dzięki  takiej  decyzji  miał 
dzień pełen radosnego oczekiwania. Słońce chowało się już za Kalinowskim lasem, kiedy Perełka 
zatrzymał się na drodze i wydobył z torby list. Nawet nie zdziwił się specjalnie, kiedy na rozłożonej 
kartce  nie  zobaczył  liter,  tylko  żółtawą,  pomarszczoną  plamę.  Złożył  kartkę  na  nowo,  wsunął  do 
koperty,  rozpiął  kieszeń  na  lewej  piersi  służbowej  kapoty  i  włożył  tam  list.  Dopiero  wtedy  się 
zdziwił, a w chwilę po tym rzucił się na ziemię.
 
Zwyczajny  list  z  Izraela  w  jednej  chwili  zamienił  się  w  rozpaloną  blachę,  nijak  nie  dającą  się 
ostudzić.
 
Na nic zdały się zabiegi Perełki. Na nic zdało się tarzanie po ziemi i złorzeczenie. Blacha ostygła 
dopiero wtedy, kiedy wypaliła ogromny prostokąt na piersi listonosza. Wtedy na nowo zamieniła się 
w list, a za chwilę w płatek papierowego popiołu.
 
Ostatnim  przypadkiem  tego  dnia,  nie  licząc  zwykłych  poparzeń  z  widzialną  na  pierwszy  rzut  oka 
przyczyną, był przypadek Władka Stępnia,
 
Władek  był  dużo  młodszy  od  pozostałej  czwórki  napiętnowanych.  Miał  czterdzieści  pięć  łat,  był 
mężczyzną  postawnym,  masywnie  zbudowanym  i  wykształconym.  Ukończył  Warszawskie 

background image

konserwatorium, ale los rzucił go na powrót w Będkowski kraj dzieciństwa. 
Władkowi  zmarła  żona.  Przyczyną  była  gorączka  połogowa,  choroba  dawno  tu  nie  widziana  i 
zdawałoby się 
niepotrzebna. Kiedy Władek podniósł się z rozpaczy, jego córka, Werka, dobiegała 
już  czwartego  roku  życia.  Od  tej  pory  chował  ją  z  troską,  dawaną  za  przykład  wielu  okolicznym 
matkom. Posyłał dziewczynkę do szkół muzycznych, kupował sukienki, buty i każdy inny potrzebny 
przyodziewek. Nie spuszczał z oka, kiedy chorowała, karmił, kąpał i czesał, kiedy była zdrowa.
 
Tym  sposobem  Werka  dorosła  do  czternastego  roku  życia,  wybiła  się  na  piękną  pannę,  o 
pszenicznych włosach i modracznym spojrzeniu.
 
Nadchodziła  noc,  by  zamknąć  sobą  dzień  nabrzmiały  wydarzeniami  ponad  zwykłą  Będkowską 
miarę, przepełniony bólem i  złorzeczeniami  stygmatyków.
 Szewc  Wochna popatrywał  to  na swoją 
spaloną  dłoń,  to  na  nieposłuszną  kolebkę  do  lakowania.  Ciągle  jeszcze  kręcił  głową  z 
niedowierzaniem, choć prawdę powiedziawszy, coś mu już  zaczynała  układać się w porządek. Na 
razie mgliście jeszcze, bez konturów, z fragmentami dźwięków, pośród  których gwizd pociągu był 
najbliższy.
 
Szewc zaniknął okiennice. Postanowił wracać do domu. 
Rzeźnik  Trzymka  długo  nie  mógł  zasnąć  tej  nocy.  Świecący  księżyc  przeszkadzał  mu  jak  nigdy. 
Przeszkadzały  mu  też  gwiazdy,  choć  zwykle,  nim  położył  się  spać,  długo  wędrował  grubym 
paluchem po światełkach Wielkiej Niedźwiedzicy.
 
Białko położone na twarzy zakrzepło już w skorupę, ból zelżał. 
Rzeźnik własnoręcznie zakopał Psotkę ze szczeniętami. Nawet napisał na desce imię suki, a do tego 
pięć imion szczeniaków: Pimpuś, Maciuś, Bambus, Kluseczka i Świneczka. Wymyślał je cały dzień, 
przy  tym  płakał  serdecznie  marszcząc  twarz,  zmuszając  żonisko  do  nieustannego  odnawiania 
białkowego kompresu.
 
Przez ten cały czas, nikt nie odważył się wejść mu w drogę. 
Cała  okolica znała miłość Trzymki  do psów i  umiejętność wymyślania imion.  Często  przychodzili 
ludzie z odległych wsi, niby po kiełbasę, kaszankę, czarne, czy białe, ale w gruncie rzeczy po to, by 
się przy okazji poradzić w sprawie nazwania psa.
 
Odchodzili zadowoleni. 
Można śmiało powiedzieć, że Trzymka był ojcem chrzestnym, całej okołobędkowskiej psiarni. Tym 
łatwiej zrozumieć jego rozpacz po stracie Psotki.
 
Tej nocy wstawał wiele razy, by się pomodlić nad grobem ukochanej suki. 
Modliła się też Miazkowa, ale w innej, w swojej sprawie. 
Klęczała  przed  obrazem  Matki  Boskiej  Przenajświętszej  Pomocy  i  z  oczami  zaciągniętymi  błoną, 
niby patrząc na obraz, a tak naprawdę patrząc sobie do środka — szeptała cząstki różańca.
 
Natrętny obraz zobaczony na chwilę przed poparzeniem w kościele nie chciał odejść. Przeciwnie. 
Wzmacniał się, nabierał koloru i mocy.
 
Pociąg jadący Czarnocińskim nasypem przybliżał się nieuchronnie. 
Tylko listonosz Perełka spał spokojnie. 
Wydarzenia tego dnia przywróciły mu imię, nazwisko i narodowość. 
Po powrocie do domu, przygotował sobie dwulitrowy dzbanek herbaty i wypił szklankę po szklance. 
Wiele  razy  wychodził  potem  do  ustępu,  żeby  przy  sikaniu  napatrzeć  się  na  swoją  żydowską 
nadzwyczajność.  Śmiał  się  przy  tym  radośnie  jak  ktoś,  kto  odzyskał  rodzinę.  Powtarzał  z  uporem 
przywrócone słowa, smakował je jak najlepsze jedzenie.
 
— Mani Perlman, Perlman, Perlman Mani... Obrzezany Żyd... Pięknie obrzezany Żyd. 
Władek Stępień sposobił się do snu. Jakieś echo dziwnych wydarzeń dotarło i do niego, ale Władek 
miał swoje troski. Rano wybierał się do Bąkowej, żeby jeszcze raz obejrzeć fortepian. Była nadzieja, 
że Bąkowa zejdzie trochę z ceny i dobry koncertowy Bechstein trafi pod dłonie Werki.
 
Mężczyzna zajrzał do sypialni córki. Dziewczynka spała spokojnie. Leciutki uśmiech i zarumienione 
policzki  były  świadectwem  dobrych  snów.  Władek  uśmiechnął  się  do  wtóru.  Wrócił  do  pokoju, 
rozebrał  się  szybko,  wskoczył  do  łóżka.  Spojrzał  na  zegar.  Do  północy  brakowało  minuty.  Wtedy 
przypomniał sobie o kluczach do chóru.
 
Wstał, podszedł do kredensu, otworzył drzwiczki. 

background image

Kiedy sięgał po klucze, od Łaznowa nadjechał pociąg towarowy. 
O  tej  porze  roku  głosy  niosły  się  daleko,  więc  Władek  usłyszał  cieniutki  gwizd,  a  po  nim  drugi, 
jeszcze cieńszy.
 
Kiedy zacisnął palce na kluczach, nie od razu pojął co się stało. 
Najpierw wypuścił je, zaklął, stracił równowagę, potem nadepnął gołą stopą i poparzył się jeszcze 
raz.  Nie  krzyknął,  by  nie  przestraszyć  Werki.  Ciągle  klnąc  pod  nosem,  sięgnął  po  pogrzebacz, 
podniósł  nim rozpalone żelastwo i  wrzucił  do wiadra z wodą. Buchnęła  para.  W tej samej  chwili 
ścienny zegar zaczął wybijać północ.
 
Dzień piętnowania winnych dobiegł końca. 
 
Była  piąta  rano.  Za  oknem  szarówka  mieszała  się  z  mgłą.  Od  wioski  doszły  śpiewy  wozaka, 
wiozącego mleko do zlewni w Łaznowie. Tu i tam szczeknął pies. 
Stanisław odłożył pióro. Uczynił to niespiesznie, z wyliczonym ociąganiem. Takiej chwili należała 
się dostojność, choć nikt nie patrzył, 
— Oto stało się — pomyślał pisarz nieco patetycznie, a potem nawet powiedział: 
— Oto stało się. 
Dobrze wiedział, co mówi. 
Wyszedł  przed  dom.  Mgła  skoczyła  do  kolan.  Właśnie  zaczynał  się  odzywać  las.  Wszystkim  co 
miał.  Zwierzyną  przyziemną,  poszyciem,  ptakami.  Ale  Stanisław  nie  słyszał  niczego  poza 
cykadami.  Rozszeleściły  się  dookoła,  jakby  nie  buki  miały  za  towarzystwo,  ale  cedry  i  cyprysy. 
„Belki domów naszych cedrowe, stropy nasze cyprysowe” — przypomniał sobie wiersz z „Pieśni 
nad  pieśniami”.  Pasowały  mu  te  słowa  jak  nigdy  dotąd.  Ich  zapachowi  nie  przeszkodziła  nawet 
słodkawa fala smrodu, która nadeszła od pola od świeżego obornika. Teraz on, pisarz, wybierał co 
prawda, a co ułuda. Prawdą była poranna pieśń cykad. 
Nieoczekiwanie zaczął się rozbierać. Za chwilę stanął przed domem nagusieńki jaj przy urodzeniu. 
Poszedł między buki, a potem pobiegł. Stanął dopiero wtedy, kiedy zaczęło mu brakować tchu. 
Pierwszym co zrobił po powrocie była pośpieszna lektura dopiero co napisanego rozdziału książki. 
Były  tam.  Te  wszystkie  nieoczekiwane  słowa.  Były  tam.  Poukładane  w  rządki,  zręczne, 
zaskakujące. 
— A więc to prawda — ucieszył się. 
Potem  cieszył  się  jeszcze  wiele  razy  w  ciągu  dnia,  rozkładając  radość  między  drobne,  codzienne 
czynności.  Więc  najpierw  naprawił  dach.  Wiatr  zerwał  część  papowego  kołnierza,  wchodzącego 
pod  blaszaną  kryzę  przy  kominie.  Ta  naprawa  była  banalna.  Wystarczyło  ustawić  ruszt  z  cegieł 
szamotowych, rozpalić ogień, ustawić kociołek z bryłkami lepiku, dodać trochę smoły. To wszystko 
leżało w komórce jeszcze od czasów dziadka Jakuba. 
Potem wyciął łaty z zielonej papy, przystawił drabinę do muru i wdrapał się na dach. Tu spotkał się 
z problemem nieprzewidzianym. Dach miał strome pałacie i nie było sposobu płaskiego ustawienia 
wiadra  z  lepikiem.  Ale  i  ten  problem  dał  się  pokonać  tak  łatwo  jak  wszystkie  inne  tego  dnia. 
Przymierzył  wiadro  do  otworu  w  kominie.  Pasowało  jak  ulał.  Szybko  posmarował  przeciekające 
miejsca, położył papę, wcisnął pod blaszany kołnierz, przybił papiakami i zasmarował całość grubą 
warstwą lepikowej mazi. 
Przez  cały  ten  czas  pogwizdywał  radośnie,  ciesząc  się  perspektywą  wieczornego  pisania.  Nie 
odkładał tego momentu z przemyślności. Wcale nie. Chciał tylko spróbować, czy uda się przejść do 
pisania ze zwykłej, gospodarskiej krzątaniny. Tak — po prostu. Niepostrzeżenie. 
Kiedy zabrał się do uzupełniania żerdek w płocie, było już sporo po południu. Przypaliło wiosenne 
słońce. Nieprzespana noc przyszła po swoje. Stanisław zasnął. 
Obudziły  go  czyjeś  zręczne  palce,  gmerające  przy  rozporku.  Ostrożnie  otworzył  oczy.  Nad  nim 
klęczała kobieta. Tej twarzy nie znał. Kobieta była młoda. Miała krótkie kasztanowe włosy i twarz 
Matki  Boskiej  z  obrazów  wiszących  w  wiejskich  sypialniach.  Oddychała  pośpiesznie,  zdradzając 
podniecenie  i  prosty  plan,  który  szedł  za  nim.  Chciała  wejść  na  Stanisława  i  ulżyć  sobie. 
Zwyczajnie, po ludzku. 
Zsunęła  spodnie  mężczyzny  do  połowy  ud,  odsłoniła  męskość.  Nie  przeszkadzało  jej  wcale,  że 

background image

mężczyzna  patrzy.  Znalazła  w  oczach  przyzwolenie,  sięgnęła  pod  spódnicę  i  usiadła  pomagając 
sobie  dłonią.  Nie  zdjęła  nawet  majtek.  Przesunęła  je  tylko,  odsłaniając  dostęp  do  siebie.  Jęknęła 
bezwstydnie. 
Za  chwilę  było  po  wszystkim.  Starczyło  kilkanaście  ruchów.  Kobieta  z  westchnieniem  opadła  na 
pierś kochanka, poleżała do uspokojenia oddechu, potem wstała i poszła. Po drodze pochyliła się po 
liść łopianu. Wcisnęła go sobie pod spódnicę. Przepadła za opłotkami. 
— Conchita... — wyszeptał w ślad za nią Stanisław. 
— To była Conchita. 
Pisanie nie przyszło ani wieczorem, ani w środku nocy. 
Stanisław próbował podchodzić do notatnika na różne sposoby, ale pisanie nie przyszło. 
Zdenerwowany  poszedł  pod  ścianę  lasu  i  wezwał  Marqueza  na  rozmowę.  Miał  prawo,  Z 
pierwszego  rozdziału  powieści  jasno  wynikało,  że  mógł  wzywać  na  rozmowy  każdego  pisarza  w 
świecie. 
Księżyc  był  już  bardzo  wysoko,  więc  kiedy  Marquez  pojawił  się  zza  buków,  miał  przy  sobie 
zwykły, ludzki, króciutki cień. To dodało Stanisławowi odwagi. 
— Dlaczego nie mogę pisać dalej, tak, jak wczorajszej nocy?— Zapytał Marqueza. 
Wielki pisarz uśmiechnął się nieznacznie. 
— Może popełnił pan jakiś błąd? 
— Błąd? Jaki błąd? W ciągu jednego zwyczajnego dnia? Nie. Wszystko zrobiłem jak należy. 
— A może zbyt pośpiesznie wbijał pan papiaki, albo niewystarczająco rozgrzał pan lepik? 
— Pan chyba żartuje. Ja pytam o powieść, o moje pisanie, a nie... 
— A o  czym  ja mówię?  — przerwał  Marquez.  O pańskiej  powieści.  Mogły być oczywiście inne 
przyczyny... 
—Jakie? — ożywił się Stanisław. 
— A choćby źle przycięte żerdki na płot, albo ta kobieta... 
— Właśnie. Ta kobieta. Nie widziałem jej wcześniej... 
— To nie ma znaczenia, przerwał poirytowany Marquez. 
To, czy ją pan znał czy nie, nie ma żadnego znaczenia. Znaczenie ma to, że obszedł się pan z nią jak 
z suką. Czy to  była suka? Nie. To była piękna,  spragniona miłości kobieta. A pan nasadził ją na 
siebie, splamił jej uda i suknię nasieniem, potem nawet nie zapytał o imię. W pańskim zachowaniu 
przejawiło  się  jakieś  nadzwyczajne  marnotrawstwo.  Przecież  ta  kobieta  mogła  być  największą 
miłością  pańskiego  życia,  a  pan  pogardził  nią  tak  bezrozumnie.  Widać  nie  stracił  pan  nigdy  tak 
boleśnie i nie szukał tak dramatycznie jak inni mężczyźni. Ja, na przykład. Od lat szukam Marii. 
Nie poznałem jej historii do końca. 
Ktoś ukradł zeszyt z zapiskami... Nie było go tam... 
A pan? Pan nawet nie zapytał o imię... 
— Conchita. Miała na imię Conchita. 
— Nie, proszę pana. Conchita, to ktoś całkiem inny. Ta kobieta miała na imię inaczej. Więcej panu 
nie  powiem,  bo  to  pana  zadanie  —  odkryć  resztę.  Może  wtedy  Pan  Bóg  pojedna  się  z  tobą 
Stanisławie Muskat i będziesz mógł dalej pisać. Jeżeli piszesz z Nim... 
To  powiedziawszy,  Marquez  odwrócił  się  i  zniknął  między  bukami,  razem  ze  swoim  śmiesznym 
cieniem. 
Tej nocy Stanisław zabierał się do pisania jeszcze trzy razy. Niemoc trwała i nie chciała odstąpić. 
Na szczęście przyszedł sen i uwolnił pisarza od rozpaczy na całych siedem godzin. 
Kiedy się obudził, dzień zaczepiał się już o południe. 
Poszedł  między  buki.  Miał  tam  upatrzone  od  lat  miejsce  na  żółte  kurki.  Było  to  kilka  zapadlin, 
wyściełanych  chrobotkiem  i  bukowymi  liśćmi.  Grzybki  pojawiały  się  w  nich  już  od  połowy 
kwietnia.  Nie  inaczej  było  i  tym  razem.  Starczyło  piętnastu  minut,  by  Stanisław  miał  pełne 
kieszenie żółciutkich kurek. 
W domu zabrał się do gotowania zalewajki. To było kolejne zaklęcie. 
Dobrze  zrobiona  zalewajka  miała  w  sobie  równowagę  wszech  świata.  Nie  mniej  i  nie  więcej. 
Wszystkiego po tyle, po ile trzeba, żeby wisieć w międzygalaktycznym  zimnie. Tyle ile potrzeba 

background image

barszczu z żytniej mąki, kartofli, cebuli, grzybów, okrasy ze słoniny, zabiałki ze śmietany i garstki 
mąki. 
Na  razie  miał  za  nic  słowa  Marqueza.  Liczył  na  to,  że  zalewajka  go  uratuje.  Że  przywróci 
równowagę między nim a światem. Marquez wprawdzie mówił coś o Panu Bogu, ale grubo z tym 
przesadził.  Pan  Bóg  był  ciągle  po  stronie  Stanisława.  Pisarz  to  czuł.  Czuł  też  wyraźnie  jak  mało 
kiedy, że dobrą zalewajką odsunie niemoc i pisanie wróci tak zwyczajnie, jak odeszło. 
Bez ociągania zabrał się do roboty. 
Planował  zalewajkę  od  miesięcy,  więc  miał  wszystko  co  potrzebne,  nie  wyłączając  zakwasu  z 
żytniej mąki. Ten dostał od Julki przy ostatnim spotkaniu. A swoją drogą, która inna pamiętałaby o 
zakwasie z żytniej mąki? 
— Weź Stasiu barszczu na zalewajkę. Oczy ci  tak świecą, jak ją zjadasz... Zazdroszczę kobiecie, 
która mogła na to patrzeć częściej niż ja. 
Zalewajka: 
Najpierw obiera się kartofle i kroi na kawałki, ale broń Boże na kostki. Kartofle do zalewajki mają 
być  okrawkami  rozmaitych  kształtów.  Bierze  się kartofel  i  odkrawa  się  od  niego  kawałek  po  ka-
wałku, aż nic nie zostanie w dłoni. Takie kartofle najlepiej ugotować na kiszczaku po szynce, ale że 
kiszczak to niecodzienność, wystarczy w to miejsce kawałek boczku, albo nawet dobra tukowa kość 
świńska. Do tego wrzuca się jeszcze grzybki — wyczyszczone, wypłukane, pokrojone, trochę soli 
—  i  niech  się  gotuje.  Kiedy  kartofle  dają  się  już  kroić  łyżką,  zalewa  się  zalewajkę  barszczem  z 
żytniej  mąki.  Potem  szykuje  się  okrasę.  Kroi  się  słoninę  w  kostki,  smaży  skwarki  i  dodaje 
pokrojonej cebuli. Zalewajkę krasi się wtedy, kiedy cebula i skwarki są już złote. Na koniec trzeba 
zupę  zabielić.  W  tym  celu  miesza  się  gęstą  śmietanę  z  odrobiną  mąki,  potem  dodaje  gorącej 
zalewajki i kiedy śmietana jest letnia — wlewa się ją do garnka. To wszystko. 
Do  zalewajki  usiadł  jak  do  Wigilii.  W myśli  złożył  sobie  życzenia.  Jak  przystało  na  Wigilię,  nie 
zapomniał  złożyć  życzeń  najbliższym.  Wzruszyła  go  nieoczekiwana  myśl  o  Eli.  Może  nawet 
bardziej niż myśl o rodzicach. Ta zamiana kolejności musiała coś znaczyć. Postanowił zamyśleć się 
nad tym za dzień, dwa — nie wcześniej. 
Na razie czyścił duszę, by uczynić ją gotową na przyjęcie zalewajki. 
Wstał nagle, nie sięgnąwszy nawet po łyżkę. Widać było, że przez porządek myśli przebiła się jakaś 
nie czekana, jakaś krótka, ale silniejsza od tamtych, wigilijnych. 
Do Rudnika zajechał od strony Ujazdu. Lubił tę drogę, bo spotykało się tam stajka pól spadające od 
drogi do lasu, jak dziewczyńskie wstążki. 
— Kto to  powiedział  — ja czy Marquez? Te słowa, o jednym  zwyczajnym  dniu? „Co się mogło 
wydarzyć  przez  jeden  zwyczajny  dzień”?  „Jeżeli  on,  to  lepiej.  Jeżeli  ja,  to  aż  wstyd,  że  on  nie 
zauważył. 
  
Żaden pisarz nie powinien tak powiedzieć. Jeden zwyczajny dzień... Nie ma czegoś takiego. Każdy 
dzień jest niezwyczajny. Weźmy na przykład ten — myślał prawie głośno. Jadę do Rudnika. Niby 
nic,  a  przecież  jadę  niezwyczajnie.  Widzę  pólka  spadające  w  kierunku  lasu,  widzę  drogi  między 
nimi, widzę... 
Zamilkł  nagle,  bo  zobaczył  coś,  co  nie  mogło  się  równać  z  niczym  zobaczonym  przez  całe 
dotychczasowe  życie.  Krew  uderzyła  mu  do  głowy.  Zwolnił,  zjechał  na  bok.  Szybko  ułożył  w 
głowie opis zobaczonego obrazu. Wyglądało to mniej więcej tak: 
Było  wiosenne  popołudnie.  Właśnie  spadł  drobny  deszcz,  ale  nim  położył  się  na  ziemi,  ciepło 
zgromadzone  od  rana  pochwyciło  go  i  zamieniło  na  przyziemną  mgłę.  Wisiała  nad  stajkami,  nie 
wiedząc co ze sobą zrobić. 
Jedno  ze  stajek,  nieco  dłuższe  od  innych,  wbijające  się  między  dwa  młode  brzeźniaki,  dźwigało 
posadzone niedawno kartofle. Już z daleka było widać, że kartofle się nie udały. Redliny wyglądały 
nawet dobrze. Były równe i wysokie, ale roślina na ich grzbiecie nie zieleniła się jak należy. Nawet 
nie  wprawione  oko  dostrzegało  to  od  razu.  Kartofle  umierały.  Nie  to  jednak  wstrząsnęło 
Stanisławem, choć obraz umierającego pola zranił mu serce. 
Wstrząsnęło nim to, co dostrzegało się dopiero na drugi rzut oka. 

background image

Oto pod lasem, w poprzek kartoflanego pola— chodziła kobieta. Miała krótkie, kasztanowe włosy, 
podkasaną spódnicę i łydki uwalane polną ziemią. 
Stanisław  widział  ją  z  dość  daleka,  ale  zobaczył  to,  co  należało  zobaczyć,  by  uznać  zjawisko  za 
niezwykłe. 
Po udach kobiety spływały strumyki krwi. Prowadziły od obnażonego łona i były wyraźnie z krwi 
miesięcznej, ciemniejszej i brudniejszej niż zwykła krew. 
O krwi zwiedziały się muchy. Cały rój uwijał się pod brzuchem nieszczęsnej. Radziła sobie z nimi 
jak umiała, oganiała brzozową gałązką, przeklinała na głos. 
Obraz dopełniał się jeszcze dramatyczniej. Stanisław zobaczył skórzany pas na piersi kobiety i dwa 
krowie  postronki  prowadzące  do  tyłu  jak  lejce.  Dzierżył  je  w  dłoniach,  idący  w  ślad  za  kobietą, 
starszy  kędzierzawy  chłop.  Miał  niskie,  pobrużdżone  czoło  i  mroczne  wejrzenie.  Takie  mroczne, 
jakie mógł mieć tylko jeden człowiek w tej okolicy, zabójca Kazimierz Opas. To był on właśnie, 
zaś polną kobyłą była jego córka Janka. 
Kazimierz  Opas,  zabił  kiedyś  Władka  Wielocha  z  Wilkucic  i  Janka  Małochę  z  Zacharza. 
Wielochowi wraził trzy noże w płuco. Odsiedział za to jedenaście lat. Zabicia Małochy nigdy mu 
nie udowodniono, ale każdy wiedział, kto zabił. 
Uspokoił się dopiero po tym drugim zabójstwie i po weselu z Tereską Trelanką. Tereska poszła za 
Opasa, choć był dużo starszy. Bała się, że i ją zabije, tak jak zabił jej ukochanego Janka Małochę. 
Wesele  było  głośne.  Ze  strachu  przyszli  na  nie  wszyscy  zaproszeni,  nie  wyłączając  księdza  z 
Będkowskiej  parafii.  Zresztą  ten  nie  podzielał  opinii  pospólstwa  o  zbrodniczym  usposobieniu 
Opasa. Jak każdy ksiądz, walczył  o dusze najoporniejsze, a ta była oporna jak mało która. Już w 
miesiąc  po  weselu,  nazbierał  od  Opasa  po  mordzie,  tak  że  aż  wywalił  sobą  szklane  drzwi  od 
plebanii. Nie wiadomo o co poszło. Podobno o Tereskę, ale gdyby to była prawda, ksiądz nie miał 
prawa przeżyć tego spotkania. 
Jakby nie było,  od tej pory  nie zabiegał  już o duszę Opasa,  ani  nawet  o duszę jego żony  Tereni. 
Skurczył się, zmalał i wydawało się, że od tej pory nie zabiegał już o nic. Nawet księżowska go-
spodyni Mariola poszła z dupą do innych chłopów. 
W parę miesięcy po tym na świat przyszła Janka. 
Urodziła się w chałupie, zaś poród odbierała stara Golnikowa. Od niej to pochodziło świadectwo o 
niezwykłości tego porodu. 
Najpierwz z Teresczynej pochwy wyszły małe rączki złożone jak do modlitwy, sklejone płodową 
mazią  i  bielutkie  jak  mleko.  Dopiero  później  wyślizgnęła  się  z  rodzicielki  cała  Janka.  Oczom 
Golnikowej  ukazała  się  śliczna  buzia  dziewczynki,  oprawiona  wianuszkiem  nadzwyczajnie 
skręconych, kasztanowych loków. Przez pierwsze minuty, twarz dziecka była bardzo podobna do 
twarzy księdza dobrodzieja, ale to podobieństwo ustąpiło po kwadransie. Tak opowiada Golnikowa, 
choć  na  prośbę  Tereski  zobowiązała  się  nie  opowiadać.  Nie  dotrzymała  jednak,  więc  dziecko 
ochrzczono daleko, aż w Moszczenicy. 
Podobno  ksiądz  ojciec  przyjechał  za  dzieckiem,  modlił  się  gorąco  w  zachrystii  i  płakał  przy  tym 
głośno. Tak głośno, że Janka usłyszała i jej małe łzy pomieszały się ze świętymi olejkami. 
Od tego czasu minęło dziewiętnaście lat. 
Teraz  Janka  szła  w  poprzek  kartoflanego  pola,  rosiła  ziemię  miesięczną  krwią  i  opędzała  się  od 
much. 
Taki  właśnie obraz zobaczył  Stanisław i  zaraz odezwała się w nim ciemność. Ruszył  w kierunku 
Opasa  w  chwilę  po  tym,  jak  zwalczył  pierwszy  odruch  mdłości.  Poszedł  krokiem  ciężkim, 
nieobliczalnym. 
Opas  nie  zdążył  się  nawet  zasłonić,  ani  tym  bardziej  sięgnąć  po  nóż.  Już  pierwszym  uderzeniem 
Stanisław  złamał  mu  nos  i  zmiażdżył  chrząstkę.  Chłopu  zabrakło  oddechu.  Wtedy  dosięgnęło  go 
drugie uderzenie. To strzaskało mu żebra. Któreś z żeber musiało przebić płuco, bo za chwilę z ust 
Opasa rzuciła się pienista krew: Chłop upadł na kolana, aż zadudniła ziemia. Stanisław zabierał się 
do trzeciego uderzenia, kiedy zatrzymał go głos Janki. 
— Nie. Proszę. Niech go pan nie zabija. 
Dopiero  ten  głos  uświadomił  mu,  że  chciał  zabić.  Zatrzymał  się.  Jasność  zaczęła  wracać.  Zaraz 

background image

poznał,  że  kobieta  była  tą,  która  zeszłego  dnia  nasadziła  się  na  niego  tak  bezwstydnie.  Zaczął 
układać myśli, ale na razie nie szło to najlepiej. 
Tymczasem Opas odczołgał się na bok, by po chłopsku bez świadków lizać się z ran. Wysmarkał z 
nosa zakrzepłą krew i ręką przesunął na miejsce popękane żebra. 
A Janka stała jak stała — przyprzęgnięta do krowich postronków, z zadartą spódnicą, z rojem much 
pod brzuchem. 
Stanisław  sięgnął  do  jej  dłoni  i  rozgiął  zbielałe  palce.  Spódnica  opadła.  Dopiero  wtedy  kobieta 
rozpłakała się jak dziecko. Wyglądało to tak, jakby tym zwyczajnym gestem Stanisław uczynił coś 
bardzo  ważnego.  Znacznie  ważniejszego,  niż  przykrycie  jej  nagości.  Nie  spuszczał  z  niej  oka, 
oczekując  że  w  którejś  chwili  ich  spojrzenia  spotkają  się  i  znajdzie  odpowiedź.  Tak  się  stało  za 
chwilę. Spojrzała. Odpowiedź przyszła natychmiast. Kobieta była w nim zakochana. Nie mógł się 
mylić. Znał wiele takich spojrzeń. Były wyjątkowe, skupione, mające za nic wszystko dookoła, cały 
boży świat. 
Przypomniał  sobie  słowa  Marqueza  i  zrozumiał,  że  wczoraj  poznał  skutek,  a  teraz  poznaje 
przyczynę. Nie lubił tej kolejności, bo była zaskakująca i zmuszała do myślenia o czymś innym niż 
o pisaniu książki. 
Postanowił się odezwać. Już nawet przygotował odpowiednie słowa, kiedy usłyszał chrapliwy głos 
Opasa. 
— I co? Lepiej ci teraz? 
— Gorzej — odpowiedział od razu. 
— A zrozumiałeś chociaż coś z tego? 
— Z czego? 
— No z tego, za co złamałeś mi nos i potrzaskałeś żebra? 
— Zrozumiałem, Opas, że to wszystko prawda co o tobie mówią. Że z ciebie skurwysyn, cham i 
bandyta. 
—  No  to  głupi  jesteś,  Muskat,  jak  tylko  tyle  zrozumiałeś.  Tak  sobie  myślałem  od  dawna  i 
planowałem ożenić się z nożem, ale mnie Tereska wstrzymała. 
— Spróbuj. Może ci się jeszcze uda. 
— Nie. Już nie spróbuję. To postanowione. 
— No to przynajmniej objaśnij mi moją głupotę. Jakiś pożytek musi być z tego spotkania. 
— Objaśnić ci twoją głupotę? A kto to potrafi? 
— Spróbuj. Mądry jesteś. 
—  Widzisz  Muskat,  ty  nie  patrzysz  w  dół,  pod  nogi,  na  ziemię.  Masz  trochę  chłopskiej  krwi  z 
Sońtów, ale widać za mało, żeby ci łeb ciążył do dołu. Bo to robi chłopska krew, przygina karku. I 
wtedy widzi się, to co chłop musi widzieć, żeby przeżyć. 
Drugi kierunek chłopskiego patrzenia, to góra, niebo. Pomyśl nad tym Muskat. Chłop nie patrzy w 
środek, na wysokość ludzkich oczu, bo mu to na nic niepotrzebne. Patrzy do góry, żeby zwąchać 
pogodę i patrzy w dół, żeby mieć na oku rolę. A ty Muskat patrzysz bezużytecznie, w środek, w 
ludzkie oczy. I co ci z tego przychodzi? No co? 
Stanisław milczał. Żadne słowa nie mogły zmącić jasności chłopskiego wywodu. Opas był mądry. 
Na ten moment dużo mądrzejszy. 
— Milczysz? Milcz sobie. Ja odpowiem za ciebie. Z tego przychodzi strach i noc bez spania. Może 
tobie to potrzebne, ale mnie wcale. Spojrzałeś dzisiaj w oczy Janki. Dobrze wiesz, co tam mieszka. 
Ona delikatna, księżowska, w sam raz zdatna do mieszania w duszy. Potrzebne ci to? Jak ja bym 
patrzył ludziom w oczy, to... 
Opas  przerwał  na  chwilę.  To  zdanie  nie  było  przeznaczone  na  zewnątrz.  Dokończył  je  w  sobie  i 
wrócił do wywodu. 
— Spójrz, Muskat, w dół. Zobaczysz kartoflane krzaki, a na nich tysiące robaków. Nie stonki, bo 
stonka na kartoflach zwyczajna i  wystarczy  azotoks, żeby ją szlag trafił. Zobaczysz Muskat takie 
robaki, których nic nie daje rady zabić. 
Stanisław  spojrzał  na  kartofle.  Opas  mówił  prawdę.  Liście  i  łodygi  oblepione  były  tysiącami 
żółtawych, owłosionych liszek. Stąd brało się żółtawe zabarwienie całego kartofliska. 

background image

—  Próbowałem  już  wszystkiego,  żeby  uratować  kartofle.  Bo  kartofle  są  dla  mnie  ważne. 
Ważniejsze  niż  dla  ciebie.  Ale  zaraza  nie  odeszła.  To  wiesz  co  zrobiłem?  Zrobiłem  to,  co  robi 
każdy chłop, kiedy jest w rozpaczy. Sięgnąłem po stary sposób, od dziadów pradziadów: Jak ko-
bieta ma swoje dni, to wystarczy przejść z nią nad zarazą. Upuści na ziemię trochę zepsutej krwi i 
zaraza odejdzie. Tak było i tak jest. Przyjdź jutro to zobaczysz. 
Opas skończył przemowę. Zapadło milczenie. Przez dłuższą chwilę nie odezwało się żadne z całej 
trójki. Wytłumaczenie Opasa zrobiło na Stanisławie wrażenie. Starał się je ukryć, ale chyba nie dał 
rady. 
— Pomogę ci, Opas — odezwał się nieoczekiwanie dla samego siebie. 
Tereska wyszła z obory  akurat  w tej  chwili, w której  zajechali pod bramę. Odstawiła wiaderko z 
mlekiem,  podeszła  i  nie  zadała  żadnego  pytania.  Widać  tak  ją  Opas  nauczył.  Pomogła  tylko 
wyciągnąć chłopa z auta i odprowadzić do letniówki. Tam ułożyła go na kozetce. Zaraz zabrała się 
do darcia płótna na pasy i zawijania potrzaskanych żeber. Znalazła czas tylko na to, żeby raz czy 
dwa  razy  rzucić  okiem  w  kierunku  Stanisława.  Nie  wyniknęła  z  tego  żadna  rozmowa.  Może  nie 
miała odwagi żeby się odezwać, albo nie umiała znaleźć właściwych słów. Mogła też wstydzić się 
swojego wyglądu, bo i prawdę mówiąc było się czego wstydzić. Czas zrobił swoje. 
W młodości była znana z parzenia się z kim popadnie. Miała swoje miejsce, które wypomniał jej 
nawet ksiądz z ambony. Miejscem tym był wymoszczony słomą kwadrat za płotkiem kapliczki, sto-
jącej  w  Popielawskim  majątku.  Dookoła  rosły  pachnące  tuje.  Przed  każdym  ruchaniem  Tereska 
zrywała kilka gałązek i kładła sobie pod plecy. Sok wyciskany z nich pod ciężarem Tereski mieszał 
się z powietrzem i układał w miły zapach. Kiedy zapach taki unosił się po całej wsi, jasnym było, 
że właśnie Tereska jest ruchana. 
To  przypomniał  sobie  Stanisław,  stojąc  pośrodku  Tereszczynego  podwórka  i  nie  wiedząc,  co  ze 
sobą zrobić. Za chwilę przypomniał sobie coś jeszcze. 
W oborze było półciemno, krowa pobrzękiwała łańcuchem, parował gnój i głośno strzykało mleko 
do skopka. 
Terenia  miała  piętnaście  lat.  Sprytnymi  palcami  pociągała  za  krowie  cycki,  nie  zapominając  od 
czasu  do  czasu  o  tym  dodatkowym,  wystawionym  przez  Stasia  z  rozporka.  To  była  nagroda  za 
podścielenie  świeżej  słomy  za  kapliczką.  Tyle  Terenia  mogła  zrobić  dla  Stasia,  ale  nic  więcej. 
Zwykle kończyła słowami: 
— Oj Stasiu, Stasiu. Ciebie lubię, a ich wszystkich nie. 
— Nawet jak dorosnę? 
— Tym bardziej jak dorośniesz. Nie rozumiesz? 
— Nie rozumiem. 
Parzenie  Tereski  skończyło  się  z  dniem  poznania  Janka  Małochy.  Od  tej  pory  miłosny  zapach 
rozchodził  się  tylko  w  maju,  kiedy  wieszano  na  kapliczce  bibułowe  kwiaty  i  wieńce  skręcone  z 
jedliny poprzetykanej tujowymi gałązkami. 
Stanisław dość już miał stania pośrodku podwórka Tereski Opasowej. Odwrócił się i poszedł. 
Za  bramą  dogoniła  go  Janka.  Bez  słowa  podała  kilkanaście  zdjęć.  Zobaczył  na  nich  siebie  w 
różnym wieku. Na pierwszym mógł mieć nie więcej niż osiem lat, na następnym dwanaście, potem 
piętnaście, osiemnaście, dwadzieścia trzy. Dalej były zdjęcia z gazet, spotkań literackich, wręczania 
nagród.  Ostatnim  było  zdjęcie  sprzed  roku.  Stanisław  stał  na  nim  obok  innych  żałobników 
rozpaczających po stracie znanego pisarza. 
Zdaje się, że zdjęcia podane przez Jankę miały w zastępstwie słów wytłumaczyć ją z niezrozumiałej 
miłości.  Chciała  chyba  powiedzieć,  że  to  nie  przelotne  zadurzenie,  ale  ugruntowane  dojrzałe 
uczucie zaprowadziło ją wczoraj do obejścia ukochanego. Że nie umiała oddać się inaczej, niż tylko 
tak jak to uczyniła. Po prostu. Stanisław oddał zdjęcia. Pogłaskał Jankę po policzku. 
Po drodze do domu zatrzyma! się obok pola Opasa. 
Kartofle zieleniły się, tak jak powinny o tej porze roku. Martwe liszki pospadały z krzaków i całymi 
zastępami leżały między redlinami. Tak było. 
Zabrał się do pisania. 
 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 

„ŻYD PLESZKE” — ROZDZIAŁ DRUGI — 

 

Jakub  Pleszke  nie  spał  prawie  do  rana.  Jego  głowę  zajęło  myślenie  o  nieoczekiwaności,  tego  co 
stało się przez ostatnie tygodnie. Od śmierci Pleszke Henlisza wiedział co robić, tak jasno jak nigdy 
dotąd. Nie widział jeszcze co prawda celu, nie widział kresu, do którego zmierzają kolejne uczynki, 
czuł jednak ich nieuchronność. I nawet cieszył się na nią — na ową nieuchronność czynienia czegoś 
dotąd nieznanego, w czym — wiedział to na pewno —  tliła się odwieczna historia jego narodu.
 
Nie zajmował sobie głowy myśleniem o rodzinie zostawionej w Izraelu. Na to mogła przyjść pora, 
chociaż  nie  musiała.  Teraz  widział  siebie  pośrodku  czystego  strumienia.  Czuł  wyraźnie,  że  to  on, 
Jakub Pleszke, jest wartką wodą, zaś reszta jest tylko śmieciem, który dostał się z brzegu.
 
Miał  czterdzieści  pięć  lat,  piękną  twarz  i  ciało,  na  sobie  zaś  najlepszy  z  dwunastu  garniturów. 
Siedział  skulony  pod  podłogą  świniami  w  dawnym  majątku  w  Kalinowie.  Wypełniał  sobą  prawie 
całą skrytkę, wykopaną kiedyś pod betonową posadzką dla trzech osób — jego, jego brata bliźniaka 
Srula i ojca, Pleszke Hendlisza. Nad głową słyszał świńskie pochrapywanie, kwik prosiąt i stukot 
kopyt  końskich  z  nieodległej  stajni.  Przez  nieszczelny  strop  spływała  strumykami  gnojówka 
wyciskana  przez  świnie.  Torowała  sobie  drogę  po  głowie,  ustach,  ramionach  i  dłoniach  Jakuba, 
przepadała potem w porowatym gruncie.
 
Jakub  Pleszke  jadł  skórkę  od  chleba.  Razem  z  nią  przyszedł  do  Jakuba  głód  sprzed  czterdziestu 
jeden łat.
 
Mały Żydek zdzierał zębami resztę miazgi chlebnej. Skórkę — postanowił — odda rano ukochanemu 
bratu  Srulowi.  Srul  zawsze  był  słabszy,  chociaż  wyjęty  z  tego  samego  łona  prawie  o  tej  samej 
godzinie.
 
— Nie śpij Srul. Wojna już się kończy. Nie śpij Srulek. Zostawiłem dla ciebie skórkę od chleba. Dam 
ci ją rano na śniadanie.
 
Ale Srul spał. Nie chciał się obudzić. Spał już od miesięcy. 
Jakub  Pleszke  nie  płakał.  Nad  sobą  miał  gwieździste  niebo  i  wielkie  zabudowania  kalinowskiego 
majątku,  który  kupił  wraz  z  końmi  i  maszynami,  za  maleńką  drobinę  fortuny,  jaką  zgromadził  w 
Izraelu.
 
Następny  dzień  wstał  nad  Będkowem  zwyczajnie.  Przez  stację  w  Czarnocinie  przejechały  już 
pociągi do Piotrkowa, Kołuszek i Częstochowy. Ten ostatni zwykłe budził Władka Stępnia. Gwizdał 
równo  o  szóstej.  Tak  było  co  dzień,  ale  nie  tym  razem.  Kiedy  po  mgle  poleciał  gwizd 
„częstochowskiego‖,  Władek  już  od  godziny  siedział  ubrany  na  łóżku  W  dłoniach  jak  na  wadze 
ważył klucze od chóru. Przekładał z ręki do ręki, oglądał pod słabe światło sączące się od okna. Nie 
umiał odpowiedzieć, bo nie umiał zadać pytania
 
W  mrocznej  izbie  światło  zaczęło  się  już  przeglądać  w  sprzętach.  Nie  było  ich  wiele:  drewniane 
łóżko, nad nim Święta Rodzina w owalnej ramie, po bokach wyblakłe litografie z innymi świętymi. 
Do tego ścienny zegar w ciemnobrązowej szafce, sekretarzyk wyłożony zielonym suknem, mosiężny 
przybornik, książki, mała maszyna do pisania i parę innych drobiazgów.
 
Z  zamyślenia  wyrwało  Władka  dzwonienie  konwi  obijających  się  o  siebie  na  pace  ciężarówki 
jadącej  do  mleczarni.  Spojrzał  na  zegarek.  Było  dziesięć  po  szóstej.  Mężczyzna  poderwał  się  z 
łóżka. Pobiegł do sypialni Werki.
 
W pół godziny później siedzieli już w żółtej „jednostce‖ jadącej do Koluszek. 
W  Kożuszkach  Werka  prze  siadła  się  na  pociąg  do  Łodzi,  Od  ponad  roku  dojeżdżała  do  szkoły 
sama, oddana jedynie pod opiekę kolejarzom. Zapobiegliwy Władek ułożył na całym szlaku system 

background image

przekazywania sobie Werki z rąk do rąk. 
W  Koluszkach  odbierał  ją  zawiadowca  Wons  lub  zawiadowczyni  Dulębowa.  Wsadzali  Werkę  do 
pociągu  łódzkiego,  w  którym  doglądał  jej  ktoś  z  konduktorów  mających  akurat  zmianę.  W  Łodzi
 
musiała  meldować  się  w  kasie  konduktorskiej.  Stąd,  przez  telefon,  szła  informacja  odwrotna. 
Kasjerka  dzwoniła  do  zawiadowcy  w  Koluszkach,  ten  do  dróżnika  w  Czamocinie,  dróżnik  kręcił 
korbką  na  pocztę  w  Będkowie,  a  stamtąd  już  tylko  jeden  telefon  na  Moszczenicką  plebanię. 
Kościelny  Malunek  zawiadamiał  organistę  Władka  Stępnia,  że  jego  córka  bezpiecznie  dotarła  do 
Łodzi.
 
Gorzej  gdy  Werka akurat  zachorowała.  Wtedy zaczynało  się dzwonienie.  Z Łodzi, kasjerka z kasy 
na dworcu Fabrycznym, do Wonsa lub Dulębowej w Koluszkach. Z Koluszek Wons lub Dulębowa, 
do  Majczaka  na  przejeździe  w  Czamocinie.  Majczak  do  Pałysowej  na  Będkowskiej  poczcie, 
Pałysowa na plebanię w Moszczenicy. 
— Chora, bidulka... Wczoraj pod wieczór dostała lekkiej gorączki. Wcale się nie zapowiadało, ale 
na szczęście Władziu sprawdził ręką. Takie miał podejrzenie, bo oczy jej błyszczały i policzki, tego, 
czerwone  trochę...  To  sprawdził  na  wszelki  wypadek.  Ale,  tego,  nic  poważnego…  —  uspokajał 
kościelny Malunek.
 Niepoważnego — wracała informacja do Koluszek. Trochę chora, ale Władziu 
zrobił jej mleka z miodem i czosnkiem. Za dwa dni powinno być po chorobie...
 
— Drobina taka, a tyle się najeździ — kończyła  sprawę kasjerka w Łodzi, zwracając się do ludzi 
oczekujących przy kasie.
 
Kiwali głowami ze zrozumieniem. 
Pociąg kołysał miarowo. Właśnie mijał stację Chrusty. Zaraz za nią, poniżej nasypu, rozciągał się 
niewielki cmentarzyk, na którym leżała Wanda 
— matka Werki, żona Władka Stępnia. Przejeżdżali 
obok niej co dnia i co dnia pozdrawiali po swojemu — nieznacznym skinieniem głowy i spojrzeniem 
w  kierunku  okna,  na  zewnątrz.  Tak  uczynili  i  tym  razem.  I  jak  zawsze,  tak  i  teraz,  Wanda 
odpowiedziała.
 
Zobaczyli  to  wyraźnie  —  ojciec  i  córka:  kredowy  profil  kobiety  w  trumiennej  skrzyni  wyłożonej 
atłasem, delikatny, uciekający sprzed oczu, jakby widzianym był z przejeżdżającego pociągu. Potem 
dostrzegali lekkie zawianie wiatru
 i prawie nieuchwytny ruch kosmyka włosów obok ucha kobiety. 
Wyglądało  to  tak,  jakby pęd  pociągu  poruszył  powietrze  przy  ziemi  i  posłał  je  prosto  w  kierunku 
trumny. Tam przez szparę w wieku lekki  wiatr dostawał się na policzek kobiety, owiewał,  muskał 
włosy. To właśnie brali za odpowiedź dawaną sobie.
 
Pociąg zwolnił. Przejeżdżał nieopodal Moszczenicy. W tym miejscu nie było stacji, ale Władek miał 
cichą umowę z maszynistą. Maszynista zwalniał, konduktor udawał zajętego sprawdzaniem biletów, 
a  Władek otwierał drzwi  i  wyskakiwał  na pole. Z tego miejsca miał  do Moszczenickiego  kościoła 
niecały kilometr.
 
Przez następne dwadzieścia dwa dni nie działo się w Będkowie nic szczególnego, jeżeli nie liczyć 
codzienności,
 
Miasteczko  dość  szybko  sprawiło  się  z  historią  gwałtownych  poparzeń,  a  to  za  sprawą  niemowy 
Pasiasi.
 
Podobno ktoś widział pod Brzustowem pięcionogie źrebię. Tę piątą nogę miało pośrodku brzucha. 
Kiedy  biegało,  podwijało  ją  pod  siebie,  żeby  nie  przeszkadzała  Źrebię  wyglądało  wtedy  jak 
zwyczajne  zwierzę.  Inaczej  się  miała  sprawa  na postoju,  kiedy  zwierzęciu  zachciało  się  poskubać 
świeżego  żytka  czy  innej  wzeszłej  oziminy.  Opuszczało  wtedy  nogę,  stawało  na  kopycie  dużo 
większym niż u innych źrebiąt i skubało sobie spokojnie. Mogło tak stać nawet dwadzieścia minut, 
nie używając przy tym pozostałych czterech nóg.
 
Historię tę podawano sobie z ust do ust, aż po tygodniu wróciła do Pasiasi. Ten szybko wyjaśnił (w 
Będkowie  rozumiano  jego  mowę),  że  to  od  niego  właśnie  wzięła  się  historia  źrebięcia,  ale  że  on, 
Pasiasta,  nie  widział  zwierzęcia  na  własne  oczy.  O  pięcionogu  dowiedział  się  od  Smętka  ze 
Sługocic, który jeździł po okolicy i drutował garnki.
 
Smętek — opowiadał Pasiasia — widział źrebię i może przysięgnąć, że piąta noga przyszyta była do 
brzucha cieniutkim troczkiem.
 
—  Jeżeli  już  takie  rzeczy  się  wyprawiają,  to  jaka  sztuka  oparzyć  na  odległość?  —  tak  podobno 

background image

tłumaczył Smętek, drutując za darmo żebraczy garnuszek Pasiasi. 
—  Wziąć  ogień  w  siebie  —  skąd  chcesz:  z  ogniska,  z  pieca,  z  pioruna  (a  najlepiej  kulistego,  bo 
ogień  zagęszczony  jak  nigdzie  indziej)  —  żadna  sztuka.  Przechowasz  taki  we  wnętrznościach,  bo 
tam  jest  taka  odporna  mazią,  co  nie  daje  się  flakom  oparzyć.  A  potem  wyplujesz  kiedy  potrzeba. 
Wejdzie  w  wodę  święconą,  w  klucze,  W  co  zechcesz...  —  upewniał  Pasiasia,  powtarzając  za 
druciarzem Smętkiem.
 
Stary  Jałmużna,  który  najlepiej  rozumiał  mowę  Pasiasi,  nachylał  się  nad  niemową  i  wgapiał  w 
bezzębne usta. Cały wieczór szła rozmowa, aż na koniec Jałmużna uznał, że przyczyna znaleziona: 
Ktoś  wziął  ogień  w  siebie,  a  potem  przeniósł  na  szewską  kolebkę  Wochny,  wodę  święconą  w 
Będkowskim kościele, krew i dudy Trzymczynego wieprza, do tego na list z Izraela i klucze od chóru 
Moszczenickiego kościoła.
 
—  Jaką złość musiało mieć bydlę na nas, jaką nienawiść diabelską... 
Tymi słowami podzielił Jałmużna karę na całą ludzkość, nie pytając nikogo o zdanie. 
Zresztą i tak by nikt nie zaprotestował. 
Ludzie  byli  już  zmęczeni  wydarzeniami.  Chcieli  wrócić  do  codzienności.  Nie  zadali  więc  sobie 
trudu, by w wytłumaczeniu poparzeń połączyć jakoś historię pięcionoga z ogniem przetrzymywanym 
we  wnętrznościach.  Nie  sprawdzili  też  na  nikim,  jak  to  jest  z  zachwalaną  przez  Smętka  mazią, 
broniącą wnętrzności przed poparzeniem. Uznali, że są tacy, co potrafią i niech oni sprawdzają.
 
— A egipskie fakirzy? — pytał niedowiarków. 
Stanęło, na czym stanęło. W codzienności owych dwudziestu dwóch spokojnych dni zmieściły się też 
sprawy  Władka  Stępnia  i  Jakuba  Pleszke.  Ten  drugi,  zaczął  już  zresztą  zajmować  w  ludzkich 
rozmowach miejsce przeznaczone dla niedawnych poparzeń. Ale po kolei;
 
Władek Stępień nie kupił fortepianu od Bąków. Wybrał się, co prawda, za Kalinowski las, uprosił 
Bąkową o pokazanie bechsteina, odkrył instrument
 schowany pod słomą i napłakał się nad każdym 
matem w dźwięku, nad każdym odpryskiem lakieru.
 
— Przykryjcie choćby brezentem — błagał. 
Tak piękny instrument, z duszą... bechstein. Każda struna jak łza... jak łza... — powtarzał. 
Bąkowa  nie  rozumiała.  Kiwała  wprawdzie  głową  i  powtarzała  za  Władkiem:  „jak  łza‖,  ale  nie 
rozumiała.
 
— Dać pieniądze i zabrać, ale najpierw dać pieniądze. Sześćdziesiąt dwa tysiące. Tyle cenię. 
— A te dwa skąd się wzięły? Ostatnim razem było sześćdziesiąt. 
— Skąd się wzięły, to się wzięły. Wzięły się i tyle. Z głowy... Mój fortepian, to i moje sześćdziesiąt 
dwa tysiące. Nie weźmie, to inne wezmą. Ten z Kalinowskiego majątku już rozpytywał.
 
— Kto? 
— No, Pleszke, z majątku, co to go kupił za dwanaście milionów. Co mu te dwa do sześćdziesięciu, 
Pleszke weźmie, jak organista nie chcą.
 
—  Ale  ja  chcę,  Bąkowa.  Tylko,  że  pięćdziesiąt  mam  wszystkiego.  Zadatkuję,  doniosę  dwanaście. 
Poczekacie chyba?
 
—  Nie  poczekam.  Jak  mam  na  podorędziu  swoje  sześćdziesiąt  dwa?  Na  co  mam  czekać?  Mój 
fortepian.
 
— Jaki tam... wasz?... Wyszabrowany z Kalinowa. 
— Wyszabrowany, to wyszabrowany. W mojej stodole stoi. Nie tak? 
— Ale tak, tak... Wasz fortepian. To pięćdziesiąt pięć? Siedem chociaż opuśćcie. 
— Pleszke weźmie, jak organista nie chcą. 
Tak zakończyła się rozmowa Władka z Bąkową. 
Po  rozmowie  poszedł  pod  mur  Kalinowskiego  majątku.  Akurat  przyjechała  przyczepa  z  końmi. 
Widział, jak robotnicy wyprowadzają piękne ogiery i piękne klacze, widział, jak w to miejsce zabie-
rają na ubój gospodarskie konie.
 
Wszystkiemu przyglądał się wysoki mężczyzna o smukłej sylwetce. Chociaż stał daleko od Władka, 
czuć było, że ma płonące i przenikliwe spojrzenie. Doglądał transportu ze spokojem. Tylko gestem 
wskazywał,  które  zwierzę  gdzie  prowadzić.  Cała  rzecz  odbywała  się  w  ciszy,  nie  mąconej  nawet 
rżeniem koni czy stukotem kopyt o bruk.
 

background image

Władek  miał  wrażenie,  że  przygląda  się  tanecznemu  pokazowi.  Ze  tak  naprawdę  zwierzęta  nie 
potrzebują łudzi trzymających je za uzdy. Gdyby ich nie było, konie z pewnością poszłyby za palcem 
tego władczego mężczyzny w każde pokazane im miejsce.
 
W takiej chwili dusza Władka zamroczyła. To ona właśnie, ciemność z najdalszych zakątków duszy, 
kazała  Władkowi  wrócić  do  stodoły  i  poprzecinać  struny  fortepianu.  Ulgę  znalazł  dopiero  wtedy, 
kiedy  do  stodoły  wślizgnęła  się  dwudziestoletnia  Anula  Bąkowa  i  sięgnęła  dłonią  do  policzka 
Władka.
 
Wziął  ją  na  stojąco,  od  tyłu,  opartą  o  belkę  sąsieka.  Wdarł  się  w  ciało  Anuli,  nie  czekając  na 
wilgoć, ze złością i wstydem, raniąc jej i swoją tkankę. W trakcie uspokoił się trochę. Nie pozbył się 
jednak sprzed oczu, obrazu zobaczonego w Kalinowskim majątku: bezgłośnych końskich wędrówek 
i władczych gestów Jakuba Pleszke. 
 
Wieczorem wrócił do domu. Werka wiedziała od razu. 
— Nie sprzeda? —  spytała. 
— Sprzedała już. Do majątku. Temu nowemu, Pleszce. 
— Panu Jakubowi? Bardzo miły pan i taki... ładny... 
— Znasz go? —  zdziwił się Władek. 
— Przedwczoraj, przypadkiem... go poznałam. Ma córkę w moim wieku, w Szwecji. Wspominał coś 
o fortepianie, ale nie wiedziałam, że o naszym bechsteinie.
 
— O naszym? Gówno, o naszym... A tobie zabraniam tam chodzić — zdenerwował się Władek. 
— Ale dlaczego, tatku? Mogłabym tam ćwiczyć. 
— Zabraniam. Moje prawo. I nie muszę się tłumaczyć. 
Rozmowa Władka z Werką, odbyła się pierwszego z owych dwudziestu dwóch spokojnych dni. 
Przez następne dni Jakub Pleszke dalej zwoził konie i odnawiał elewację pałacu. Do Kalinowskiego 
majątku przyjechały też meble, wykupione —
 jak mówiono — z Piotrkowskiego muzeum. 
Wiadomości  donosili  do  Będkowa  murarze  zatrudnieni  przy  podwyższaniu  murów  okalających 
zabudowania majątku.
 
Jakuba  Pleszke  opisywali  jako  człowieka  serdecznego,  choć  małomównego.  Płacił  za  pracę 
uczciwie, ale bez przesadnej rozrzutności. Wiedział ile warta jest robota i tyle dawał
 
Kiedy zakończono tynkowanie podwyższonych murów, a stolarze z fabryki mebli w Łasku osadzili 
bramy z czarnego dębu, upłynął ostatni z dwudziestu dwóch spokojnych dni.
 
Wiosna dosięgała już maja. Znaczyła poła porośniętym zbóżkiem ozimin, przedwieczornymi mgłami 
i słońcem krwawiącym nad czarną kreską Kalinowskiego lasu.
 
Była  sobota.  Tego  dnia  Władek  Stępień  grał  tęskniej  niż  zwykłe.  Zauważyli  to  wszyscy  i  wszyscy 
chcieli dociec przyczyny. Zadzierali głowy w kierunku chóru Moszczenickiego kościoła. Ale
 Władek 
nie  widział.  Z  zamkniętymi  oczami,  wyprostowany  jak  struna  wyciskał  z  piszczałek  niezwyczajne 
dźwięki.  Do  kościoła  weszła  chyłkiem  kulawka  Miazkowa.  Przedeptała dziewięć  kilometrów,  żeby 
może tu, w Moszczenicy, odnaleźć odwagę zamoczenia ręki w wodzie święconej i uczynienia znaku 
krzyża. Brakowało jej tego jak niewielu innych rzeczy. Wstrzymywała się już dwadzieścia dwa dni. 
Nie, nie było tak, że nie próbowała. Próbowała każdego dnia w Będkowskim kościółku. Ale zawsze 
,kiedy już dotykała wody, coś cofało jej rękę. Nawet nie tyle ona sama, Miazkowa, ile to „coś‖, co 
powoli zaczynało  mieć włosy, ubranie i  buty. Miazkowa  wiedziała dobrze, że niedługo owo  „coś‖ 
zamieni  się  w  człowieka  z  imieniem  i  nazwiskiem.  Swoja  drogą  cieszyła  ją  nawet  ta  przemiana 
obrazu.  Od  pierwszego  zobaczonego  w  dniu  poparzenia,  do  tego  najświeższego,  prawie 
kompletnego.  Odbierała  to  jako  zwiastowanie  kresu  udręki.  Była  przecież  osobą  religijną  i 
wiedziała  dobrze,  że  to  pan  Bóg  tak  do  niej  przemawia.
  Obrazami.  Nikt  inny  tylko  on.  Nie  za-
stanawiała się, co chce powiedzieć. Ważne, że mówił.
 
Czuła,  że  jeszcze  nie  każe  jej  się  przyznać.  Że  jeszcze  może  spróbować  przeżegnać  się  wodą 
święconą, nim wyzna, że człowiekiem powstrzymującym jej rękę jest mały Żydek Srul Hendlisz.
 
Nagle, mimo tylu wewnętrznych postanowień, otworzyła usta i przemówiła cicho: 
—  Człowiekiem, który powstrzymuje moją rękę, jest Srul Hendlisz. 
Po  tym  wyznaniu,  już  bez  strachu  opuściła  dłoń  do  wody  święconej.  Nic  się  nie  stało.  Kulawka 
Miazkowa przeżegnała się zwyczajnie. Nawet nie poczuła, że właśnie modli się po raz pierwszy w 

background image

życiu. 
Z  przodu  kościoła,  prawie  przy  ołtarzu,  odbywała  się  druga  ważna  modlitwa.  Klęczała  tu 
czternastoletnia  Weronika  Stępień,  córka  Władysława.  Dziewczynka  zwracała  na  siebie  uwagę 
bladością  twarzy  i  drżącymi  powiekami.  Wyglądało  to  tak,  jakby  z  jakiegoś  powodu  bała  się 
otworzyć oczy, chociaż bardzo chciała. 
 
Powód był niewinny. Władek poznał go jeszcze przed świtem. Odkrył płatne krwi na żółtej sukience 
w kwiatki. Kwiatki były białe, więc pierwsza kobieca krew Werki czerwieniała na sukience jak maki 
w dojrzałym zbożu.
 
To dla niej, dla Werki, grał tego dnia tak pięknie. Nie wiedział, co powiedzieć córce, jakie słowa. 
Więc zamiast słów dał jej granie na kościelnych organach. Wiedział, że w takich dniach matki za-
mykają  się  z  córkami  w  pokojach.  Wiedział,  że  słów  i  tak  nie  uniknie,  ale  odkładał  potrzebną 
rozmowę, dawał sobie czas.
 
Te dwa wydarzenia, choć ważne i podniosłe, nie miały być jednak znakiem tego dnia. Znakiem tego 
dnia miała być samobójcza śmierć szewca Stefana Wochny. A ponieważ Wochna pozbawił się życia 
dramatyczniej niż znani w okolicy samobójcy, warto o tym opowiedzieć dokładnie.
 
Wochna miał dwie córki: Anielę i Jadzię. Aniela była jego udręką, zaś Jadzia pociechą za wszystkie 
złe dni.
 
Tego dnia Aniela wybierała się za mąż. Wochna cieszył się na to, choć wesele miało go kosztować 
osiemdziesiąt  tysięcy.  Szewc  liczył  oczywiście  na  powrót  pieniędzy  z  czepka,  ale  jaki  to  mógł  być 
powrót  przy  Będkowskiej  biedocie...  Piętnaście,  dwadzieścia  tysięcy?  Od  rana  liczył  wódkę, 
wyroby, oranżadę, orkiestrę, księdza. Tym był zajęty, więc nie zauważył biedaczysko, że z drugiej 
strony duszy, tej mniej skąpej — coś się ukruszyło. Nie zauważyła też Wochnowa chodząca krok w 
krok  za  mężem  i  pilnująca,  żeby  ze  skąpstwa  nie  odstawił  czegoś  na  „gorsze  dni‖  
jak  nawykł 
mawiać.
 
— A jakie to mogą przyjść gorsze dni? — pytała kobieta — Jeszcze gorsze? Tej kurwy się z domu 
pozbędziesz. Nie będzie ciekała po wsiach, jak ciekała. Nie będzie się latowala jak krowa.
 
Wochnowa mówiła prawdę, chociaż grube słowa mogła odłożyć w tak uroczysty dzień. 
Aniela  rzeczywiście  miała  ogromne  potrzeby  i  na  zaspokojenie  ich  trzeba  było  wielu  okolicznych 
chłopów,  czasem  po  dwóch  naraz.  Przy  tym  zasłynęła  ze  sztuki  zaciskania  mięsni  krocza  w  taki 
sposób, że jak nie chciała, to nie wypuszczała z siebie nawet przez pół dnia. Głośny był wypadek z 
Zacharza,  kiedy  to  po  zabawie,  szesnastoletnia  wtedy  Anielka,  wystawiła  na  pośmiewisko 
nauczyciela Słubika.
 
Natarł na nią przy stercie słomy. Podniósł sukienkę i włożył co potrzeba. Wtedy Anielka zacisnęła 
mięśnie krocza i spokojnie ruszyła do remizy wraz z doczepionym nauczycielem. Słubik bronił się 
wprawdzie, zapierał, próbował wyciągnąć uwięzionego członka, ale wszystko na nic. Anielka była 
silniejsza.  Dowlokła  nieszczęśnika  do  bramy  remizy.  Dopiero  tam  go  uwolniła.  Jak  wyjaśniła 
później  zgromadzonym  ludziom,  to  była  zemsta  za  lata  szkolnej  udręki.  Zaplanowała  ją  sobie  w 
szóstej klasie.
 
Taką  to  właśnie  córkę  wydawał  za  mąż  Wochna.  Może  warto  jeszcze  dodać,  że  w  dzień  wesela 
Anielka miała dwadzieścia łat, ładną pucułowatą buzię, rude włosy, trochę piegów przy nosie,
 małe 
piersi i wielki tyłek. Zaś ci, co mieli z nią przyjemność, dopowiadali jeszcze o nienormalnie gęstym 
owłosieniu  na  podbrzuszu  i  nogach.  Tak  więc  miał  się  Wochna  z  czego  cieszyć,  wydając  za  mąż 
Anielkę. Mąż się znalazł z Nizin. Przyjechał w te strony i nim doszły go słuchy o łatwości Anielki, 
tak się zakochał, że ogłuchł i oślepł na wszystko.
 
Początek tragedii rozegrał się przy stole weselnym w Będkowskiej remizie. 
Było  już  po  ślubach  —  cywilnym  i  kościelnym.  Setka  gości  siedziała  człowiek  przy  człowieku. 
Zajmowali się właśnie jedzeniem i piciem wódki. A było co jeść i pić. Oprócz gorącego —flaków, 
rosołu, kotletów schabowych, mielonych, żeberek w sosie i pieczonej kurzyny, podano też całe stoły 
zakąsek: szynki, kiełbasy białe i wędzone, kaszankę, salceson, wątrobianą, zimne nogi i co tam kto 
jeszcze chciał.
 
Wochna, jak przystało na ojca panny młodej, siedział w centralnym miejscu. 
Właśnie podnosił do ust kieliszek wódki, kiedy Srul Hendlisz kazał mu wstać i wyjść. Więc wstał i 

background image

wyszedł posłusznie, przepraszając przy tym gości, że opuszcza ich w takiej chwili. 
— Idę się położyć pod pociąg — odpowiadał na zadawane pytania. 
Była  dokładnie  ósma  wieczorem,  kiedy  nogi  zaprowadziły  szewca  do  warsztatu  przy  Będkowskim 
rynku.
 
Nie  wiedział,  bo  nie  mógł  wiedzieć,  że  w  tej  samej  chwili,  podobnie  uroczyście  ubrany  Jakub 
Pleszke, wczołguje się pod podłogę świniami we własnym majątku Kalinów. Nie mógł też widzieć, 
jak Jakub Pleszke zabiera się do rozkuwania sarkofagu.
 
Sarkofagiem  był  kopiec  zeschniętej  gliny,  sieczki  i  ziemi,  zasklepiony  łajnem  świńskim  i  ludzkim. 
Przez  czterdzieści  jeden  łat  skorupa  na  sarkofagu  przemieniła  się  w  kamień.  Jakub  Pleszke,  jak 
każdy systematyczny Żyd, był na to przygotowany. Miał ze sobą młotek i przecinak.
 
Tymczasem niewiedzący o tym wszystkim szewc Stefan Wochna swoje sprawy brał za najważniejsze. 
Do  warsztatu  przyszedł  po  dwie  kwadratowe  mosiężne  blaszki  do  butów.  Nie  takie  zwykłe,  tylko 
specjalne,  z  owalnymi  otworami  do  mocowania  łyżew.  Miał  je  schowane  w  najniższej  szufladzie 
warsztaciku, w tekturowym pudełku opasanym gumką.
 
Drzwi do warsztatu zastał otwarte. 
Już w sionce usłyszał miłosne spazmy Anielki. Poznał je od razu, bo były piskliwe i nieprzyjemne. 
Przez uchylone drzwi szewc zajrzał do magazynku łączącego się z warsztatem. Niby miał ważniejsze 
sprawy, ale ciekaw był, kto tym razem sprzęga się z jego córką.
 
Mimo ciemności zobaczył Anielkę, bo nie zdjęła białej sukni, a tylko podwinęła ją do pasa. 
Wpółleżała  w poprzek kozetki,  uderzała rudą głową o ścianę pod naporem klęczącego między jej 
nogami, starszego mężczyzny. Przez mrok przebijały się jego białe kościste pośladki i równie biała 
łysina. Mężczyzną tym był nauczyciel Słubik.
 
Nim  Wochna  wycofał  się  z  magazynku,  zobaczył  jeszcze  strużkę  potu  biegnącą  od  ucha  Anielki, 
przez szyję, do zagłębienia między piersiami. Zdziwił
 się, bo pot wydał mu się tak samo rudy, jak 
cała płeć jego ukochanej córki.
 
W niedługo po tym szedł już w kierunku Czarnocińskiego nasypu, ściskając w garści dwie mosiężne 
blaszki.
 
Jakoś tak w połowie drogi odezwał się do niego Srul Hendlisz: 
— Idziesz się Wochna położyć pod pociąg? 
— Ano, idę. Tak jak mi kazałeś, Srul. 
— Nie ja kazałem, Wochna, ale twoje własne sumienie. Ja je tyłko poruszyłem. 
— Ty, Srul, ty kazałeś. Ja z moim sumieniem mocowałem się przez czterdzieści jeden łat i jakoś nie 
zaprowadziło  mnie  pod  pociąg.  Ty,  Srul,  ty  kazałeś,  a  wszystko  przez  dwie  mosiężne  blaszki  do 
mocowania łyżew. Taka moja cała wina.
 
—  Głupi  jesteś,  Wochna.  Głupi  i  niesprawiedliwy.  Te  dwie  mosiężne  blaszki,  to  twój  udział  w 
zagładzie całego żydowskiego narodu. Mój naród nie żyje, Wochna, a jakby podzielić winę na
 
wszystkich  winnych,  to  po  tyle  właśnie  wypadnie,  po  dwie  zasrane,  mosiężne  blaszki  na  głowę. 
Zdejmując  mi  buty,
  kiedy  tkwiłem  zakopaną  głową  w  ziemi,  zamordowałeś,  Wochna,  pół 
żydowskiego narodu. A drugie pół zabiłeś wydłubując później blaszki z moich butów i przekładając 
do swoich. Taka jest twoja prawdziwa wina. Zrozumiałeś, Wochna?
 
— Zrozumiałem, że chcesz mojej krwi. 
— A na co mi twoja krew, Wochna? Na co mi twoja brudna, gojowska krew? To nie idź pod pociąg, 
jak nie chcesz. Zatrzymaj się, odwróć i wracaj na wesele.
 
— Nie mogę, Srul, bo mi nie pozwalasz. 
— Ale pozwałam, Wochna. No, zatrzymaj się. 
— Nie mogę. 
— No to idź, jak nie możesz się zatrzymać. Połóż łeb pod koła, ale nie mów mi o swojej krwi, bo ona 
dla mnie nic nie warta. Pamiętasz ten dzień?
 
— Pamiętam. 
— No to przypomnij go sobie jeszcze raz. Może chociaż w ostatniej chwili zrozumiesz cząstkę tego, 
co powinieneś
 zrozumieć, żeby nie żałować swojego zasranego życia. 
To powiedziawszy Srul zamilkł w głowie Wochny. Idąc za jego namową, szewc przypomniał sobie 

background image

tamten dzień. 
Była  wczesna  jesień  1943  roku.  Czarnocińskim  nasypem  w  kierunku  Częstochowy  szły  transporty 
Żydów. Dziennie zdarzały się nawet dwa, trzy. Kto nie miał innego zajęcia, stawał pod nasypem i 
rezał się palcem po szyi, wskazując przejeżdżającym, ku czemu zmierzają.
 
Tego  dnia  zebrali  się  w  piątkę:  osiemnastoletni  Stefek  Wochna,  szesnastoletni  Józek  Trzymka, 
czternastoletnia  Helenka  Miazkowa,  dwunastoletni  Maryś  Perełka,  sierota  trzymający  się  jak 
zwykle z boku zabawy, i najmłodszy, zaledwie czteroletni Władzia Stępień. Zabawa była niewinna. 
Przecież na koniec i tak sprawdzało się to, co pokazywali pasażerom. A ile przy tym było radości.
 
Helenka  Miazkowa  dodawała  do  tych  pomysłów  swoje  własne.  Odwracała  się  tyłem  do  pociągu, 
zadzierała sukienczynę, pokazując czerwone majtki i kręcąc przy tym tyłkiem, jak dorosłe panny z 
miasta.
 
Jasnym  było,  że  ta  akurat  demonstracja  przeznaczona  była  bardziej  dla  Józia  Trzymki  niż  dla 
Żydków  upchniętych  w  wagonach.  Helenka  bowiem  beznadziejnie  kochała  się  w  Józiku  i  nie 
przepuściła żadnej okazji, żeby zwrócić na siebie jego uwagę. Józio stal jednak nieporuszony. Za to 
Władzia Stępień, aż zataczał się ze śmiechu.
 
Tymczasem  w  wagonach  ludzie  błagali  o  śmierć.  Wrośnięci  jeden  w  drugiego,  poprzetykani 
trupami,  dla  których  nie  było  miejsca  do  położenia,  łapali  powietrze  krótkimi,  zawziętymi  odde-
chami.  Komu  udało  się  opuścić  bliżej  podłogi,  zastawał  już  tam  przyciśnięty  przez  innych, 
zanurzony we własnych i cudzych ekskrementach.
 
Tego  dnia  w  jednym  z  wagonów  pośrodku  składu  jechała  pośród  innych  rodzina  Hendliszów: 
Ojciec Pleszke Hendlisz, jego żona Chuwcia oraz dwóch synów bliźniaków — Srul i Izaak.
 
Pociąg  zbliżał  się  właśnie  do  Czarnocina,  kiedy  Pleszke  Hendlisz  zauważył,  jak  doktor  Hajtnan 
podaje  swojej  żonie  ampułkę  cyjanku.  Kobieta  przyjęła  truciznę  z  wdzięcznością.  Podzieliła  się 
zaraz  z  małą  córeczką  Hawele.  Równo  pół  na  pół.  Sytuację  tę  zauważył  też  doktor  Landesman, 
jadący na śmierć z młodą żoną Aleksandrą. W takiej chwili znalazł w sobie jeszcze resztkę sił. Nie, 
nie na to, żeby powstrzymać Hajmanową i jej córeczkę. Ich los nie byt dla niego ważny. Na to, żeby 
się dostać do okienka i pięścią, głową, łokciem 
— czym się dało — wybić siatkę broniącą dostępu 
do świata. Kiedy to już uczynił, wyrzucił przez okno najpierw swoją młodą żonę, a potem wyskoczył 
sam. Za doktorem Landesmanem wyskoczył  ktoś  jeszcze, a potem Pleszke  wyrzucił  Izaaka i  Srula. 
Sam skoczył zaraz po nich. Na darmo czekał na Chuwcię. Nie wyskoczyła.
 
To  wszystko  przypomniał  sobie  szewc  Stefan  Wochna,  idąc  położyć  się  pod  pociąg.  Oczywiście, 
przypomniał sobie ty tylko tę część, której był świadkiem,
 a która zaczęła się od wyrzucenia przez 
doktora Landesmana jego młodej żony Aleksandry. Biedna kobieta ocalała. Stłukła tylko kolano i 
otarła policzek o żwir pokrywający skłon nasypu. Doktor Landesman skręcił kark przy upadku. Nim 
dobiegła do niego kochająca żona, oddał duszę Bogu.
 
Taka  rzecz  jak  tego  dnia,  wyskoczenie  Żydów,  zdarzyła  się  pod  Będkowem  po  raz  pierwszy.  Nic 
dziwnego,  że  niedorostki  nie  wiedziały  co  z  tym  zrobić.  A  Żydki  od  razu  puściły  się  biegiem  w 
kierunku Kalinowskiego lasu. To znaczy Pleszke, Srul i Izaak. Landesmanowa została przy mężu.
 
Pociąg  nie  zatrzymał  się.  Wachmani  z  eskorty  strzelili  tylko  kilka  razy  za  uciekającymi,  ale 
niewielkie mieli szansę żeby trafić.
 
Cały  dzień  trwały  potem  poszukiwania.  Przyjechało  SS,  aż  z  Piotrkowa.  Kilkunastu  ładnych 
chłopców.  Na  darmo  puszczali  psy  w  las,  na  darmo  rozpytywali.  Nie  znaleźli  zbiegłych.  Musieli 
pocieszyć  się  Landesmanową.  Przy  dwunastym,  kobieta  straciła  przytomność.
  Była  bezużyteczna, 
więc któryś litościwszy zastrzelił ją.
 
Pod wieczór Niemcy ulokowali się nieopodal budynku stacyjnego w Czarnocinie. Rozpalili ognisko, 
ponabijali  kiełbasy  na  patyki,  napili  się wódki  i zaśpiewali  tęsknie.  Najładniejszy  głos  miał  Kurt, 
zastępca  tego  dowódcy,  który  przyprowadził  wesoły  oddział.  Miał  jasne  włosy,  niebieskie  oczy  i 
śpiewał  jak kobieta. Nawet  SS-mańskie psy ucichły przy tym śpiewie. Dookoła  stała  dzieciarnia z 
całej okolicy. Z rozpalonymi policzkami i rozdziawionymi gębami — patrzyła i patrzyła. Brakowało 
tylko Józia Trzymki, który wybrał się na swoje osobne poszukiwanie Żydów.
 
Przypominając sobie te wydarzenia, Wochna doszedł do podnóża nasypu. Złapał się na tym, że na 
wspomnienie  śpiewu  Kurta  jeszcze  teraz,  po  czterdziestu  jeden  latach,  uśmiecha  się  z 

background image

wdzięcznością. 
Od Łaznowa nadjechał towarowy. Ciągnęła go wielka spalinowa lokomotywa. Wochna wdrapał się 
na nasyp i bez namysłu położył się w poprzek torów. Nie wiedząc dlaczego, lewą rękę przycisnął do 
boku, a prawą wyciągnął  przed siebie. Ostatni  raz  spojrzał na mosiężne blaszki  Srula Hendlisza. 
Wtedy przyszła śmierć.
 
Odcięta,  ruda  głowa  Wochny,  potoczyła  się  z  nasypu.  Zaraz  po  niej,  skulala  się  po  pochyłości 
prawa  ręka.  Wylądowała  obok  głowy.  Oczy  Wochny  patrzyły  jeszcze.  Nim  całkiem  zaszły  błoną, 
zobaczyły  rozginającą  się  dłoń  z  mosiężnymi  blaszkami.  Z  wnętrza  dłoni  znikało  właśnie  piętno 
niedawnego poparzenia. Ostatnim wysiłkiem usta w odciętej głowie Wochny ułożyły się w uśmiech. 
 
Była prawie północ. Nad buki wypłynął księżyc. Dodał się swoim światłem do przyrodzonego im 
srebra.  Drzewa  wypuściły  cienie.  Słychać  było  jak  rosną  po  cichu.  Stanisław  siedział  bez  ruchu, 
bojąc się spłoszyć chwili. A chwila była płocha i miała wielką wagę. Zbyt wielką. 
W takiej godzinie przyszła po swoją delikatność. Pisarz rozpłakał się i zaraz sięgnął po ratunek do 
miękkich, rozczulających wspomnień. Słodkich i  tandetnych jak odpustowa wata z cukru. Musiał 
się ratować natychmiast. 
— Pisze się mrokiem czy jasnością? — zapytał cicho. 
Czym się pisze do ciężkiej cholery? To bardzo ważne, żeby wiedzieć. Pisze się w spółce z diabłem, 
czy  z  kimś  innym?  Kto  prowadzi  dłoń?  Kto  płoszy  myśli,  że  trzepocą  się  w  głowie  jak  stado 
wróbli? A może nie muszę wiedzieć i w rym właśnie jest sens? Żeby nie wiedzieć, tylko pisać, nie 
móc poznać, dociekać, nie zaznawać spokoju, parzyć sobie źrenice dotykaniem żywego ognia? 
Przyjdź na ratunek Matko Boska Kłobucka. Przyjdź i uratuj mnie, bo umieram ze strachu. 
Pamiętasz? 
Była  taka  sama  noc,  brzemienna  w  księżyc  i  inne  płodne  znaki.  Nie  dopuściłaś  mnie  do  swego 
kruczego łona. Płakałaś ze złości, że przesąd okazał się słabszy od pragnienia, a mimo to zaszyłaś 
swoje łono i swoje usta ściegami z palców. 
Na  twojej  prawej  dłoni  linia  życia  biegnie  zbyt  długo  razem  z  linią  głowy.  Kiedy  się  rozdzielą, 
wydasz  z  siebie  rozdzierający  krzyk.  Będziesz  chciała  uczepić  się  mnie  jakkolwiek,  natychmiast. 
Nie  postawisz  żadnych  warunków;  przystaniesz  na  wszystkie  moje  piękne  rozkazy.  A  ja  będę 
nakazywał psią miłość, będę nakazywał wspólnictwo i picie krwi spod skóry. Tak, byśmy nareszcie 
byli. Tylko, czy będę? 
Na razie umieram ze strachu trochę mniej, bo udało mi się przywołać twój obraz. Z nikim się NIM 
nie podzielę. 
OJCZE NASZ KTÓRYŚ JEST W NIEBIE ŚWIĘĆ SIĘ IMIĘ TWOJE 
 
Droga Marysiu, 
 
Piszę do ciebie ten list już z miasta.  
Zima tu spokojniejsza. Nie ma tyle 
  

 

 

 

śniegu.  

Wczoraj wybiegłem na ulicę  

bez butów.  

Chciałem się przeziębić i umrzeć.  
Nie udało się.  
Bardzo za tobą tęsknię. 
 

Staszek 

 
Noc była znów księżycowa. Muskat nie spał. Ten obyczaj poetów i pomniejszych artystów stał się 
jego  obyczajem,  odkąd  zakończył  drugi  rozdział  nieoczekiwanej  powieści.  Odkąd  —  trzeba  to 
powiedzieć jasno — uśmiercił Wochnę. 
Wochna był  pierwszą śmiertelną ofiarą pisania  Stanisława. Dotąd nie odważył  się tego uczynić z 

background image

żadnym  ze  swoich  bohaterów:  Znał  miarę  na  siebie.  Wiedział,  że  jest  co  najwyżej  średnim  pisa-
rzem. Takim, który musi pielęgnować codzienność, by z niej brać. Brał co potrzeba. Dookoła niego 
zdarzało się wszystko, co potrzebne do pisania. Jak to w życiu. Więc brał narodziny, zwyczajność, 
niezwyczajność, rozmaite śmierci — ale delikatnie, bez odwagi. Z pokorą —jak wierzył. 
W  swoim  dotychczasowym  pisaniu,  świadkował  śmierciom  tylko  z  daleka  i  tylko  dyskretnie,  bo 
były prawdziwe. 
Przypadek  Wochny  był  inny.  Jego  śmierć  dostała  się  do  książki  Stanisława,  poza  wolą  pisarza. 
Taka była prawda. Stanisław potrzebował pomocy, żeby się z tym jakoś uporać. 
Daremnie czekał na Marqueza. Stary drań miał widać ważniejsze sprawy. Pewnie obściskiwał teraz 
służącą,  albo  wtrącał  się  do  przyrody,  nakazując  deszczowi  padanie  do  góry,  a  księżycowi 
pozostawanie w pełni, żeby tym bardziej odstręczyć od pisania biednego pisarza z Popielaw. w 
Udręczony Stanisław już miał przekląć Marqueza, kiedy ten przekroczył ścianę buków i wyszedł na 
polanę za domem. Pojawił się cichutko i tak samo wszedł na podwórko. Za nim, jak zwykle, skradał 
się pomniejszający go cień. 
— Nie może pan spać? — zaczął bez żadnego wstępu. 
— Nie mogę, panie Gabrielu — potwierdził Stanisław płaczliwie. Nie mogę chociaż bardzo chcę. 
Zabiłem człowieka. Położyłem go na nasypie kolejowym i rozpędziłem pociąg, żeby go przejechał. 
Dopuściłem  się  wyjątkowego  okrucieństwa.  Nigdy  wcześniej  tego  nie  robiłem,  więc  czuję  się 
okropnie. 
Marquez uśmiechnął się z pobłażaniem. 
— Proszę wybaczyć, panie Staszku, że odezwę się do pana jak do dziecka, ale taki ton należy się 
panu. Niech mi pan uwierzy. Należy się panu i tyle... 
Zaczął pan nagle wielkie pisanie. Nagle czyli prawidłowo. Dotąd pana pisanie było mniejsze, przy 
tym prawie bezbolesne. Liczył pan, że zamieni się w średnie, większe, a na koniec nawet wielkie. 
Że taka będzie droga. Ale taka droga prowadzi najwyżej na uniwersytety. Nie dalej. 
Wielkie  pisanie  zaś,  prowadzi  do  gówna  w  spodniach  i  do  gorączki.  Tak,  tak!  Niech  się  pan  nie 
śmieje.  Wielkie  pisanie  pojawia  się  nagle  i  z  wielkim  bólem.  Wwierca  się  w  pana  jak  świder, 
wentyluje panu kiszki i wyciska z nich w spodnie rzadkie gówno. Czasem rozsadza pałubę, tak że 
treść  mózgowa  wycieka  przez  nos  i  oczy.  Okrucieństwo?  Dlaczego  pan  jest  takim  idiotą? 
Okrucieństwo w książce kanalizuje okrucieństwo w świecie. Nieszczęściem w książce, pomniejsza 
pan nieszczęście w Burundi,  Zairze i  na Kołymie. Odwrotnie jest tylko  z pisaniem o miłości. Na 
szczęście. 
Nie może pan spać, to niech pan nie śpi. Boi się pan? Niech się pan boi. Taki pana zasrany los. Nie 
wie pan, czy sam napisał, to co wyszło spod pańskiego pióra? A kto powiedział, że pisarz ma mieć 
pewność, nie bać się i spać w nocy? Tak ma być z panem, jak jest. I tak można te objawy uznać za 
łagodne. 
Wie  pan  co  spotkało  mnie,  kiedy  nagle  zacząłem  pisać  wielkie  książki?  Najpierw  przez  tydzień 
srałem w gacie. Zwieracz odmówił swoich zwykłych funkcji. Potem przez drugi tydzień chodziłem 
jak obłąkany, nie mogąc uwierzyć, że piszę sam. Gotów byłem nawet przystać na myśl,  że moją 
ręką  porusza  jakiś  wielki  pisarz  z  przeszłości.  Duch,  po  prostu.  Uwierzy  pan?  Taki  idiotyzm. 
Trochę  tak,  jak  z  tymi  spirytystycznymi  chirurgami.  No,  wie  pan...  Wykonują  mistrzowskie 
operacje,  będąc  tylko  przedłużeniem  rąk  zmarłych  chirurgów.  Nawet  znają  ich  nazwiska, 
porozumiewają się z nimi, ustalają techniki zabiegów: Ale ze mną nikt się nie chciał porozumieć. 
Żaden Dostojewski ani Kawka. Nikt. Trzeci tydzień zaczął się wprawdzie od ulgi z rozwolnieniem, 
ale  za  to  opanowała  mnie  bolesna  erekcja.  Na  początek  nawet  mnie  to  ucieszyło,  ale  potrafi  pan 
sobie  wyobrazić  co  było  po  tygodniu,  po  dwóch?  Większość  okolicznych  kobiet  chodziła  z 
opuchniętymi  podbrzuszami,  dłońmi  i  ustami,  a  mój  członek  nie  opadał  ani  na  chwilę.  Do  tego 
odpływ  nasienia  uczynił  mi  pustkę  w  głowie  i  nieomal  wysuszył  pacierz...  Na  szczęście  i  ta 
dolegliwość przeszła po jakimś czasie. 
Potem  rodziłem,  kazałem  żyć  i  zabijałem  dziesiątki  ludzi,  nie  ponosząc  żadnej  kary  i  nie  czując 
winy. Nauczyłem się przy tym widzieć rzeczy pierwszorzędne. Rozumie pan? 
Wcześniej byłem zarozumiałym ślepcem, udającym, że widzi, a nie widzącym. 

background image

Teraz widzę całkiem nieźle. Jeszcze mało, ale to przyjdzie. To akurat przyjdzie z czasem. U pana 
też. 
Wie pan, co zobaczyłem ostatnio ładnego? 
Marquez przerwał na chwilę, bo zachciało mu się sikać. Poszedł pod drewutnię. 
Stanisław patrzył za nim bez zdziwienia. Widział jak pisarz obsikuje filar podtrzymujący podcień 
dwuspadowego  daszku  okrywającego  budowlę,  jak  potem  zapina  rozporek  i  wraca  pokasłując 
sucho. 
— Obsikałem panu drewutnię. Ładna robota. Ten podcień podparty frezowanymi belkami. Sam pan 
frezował? No pewnie, że sam. Ręcznym frezem. Prawda? Ale, co to miałem powiedzieć? Aha, już 
pamiętam. Ostatnio zobaczyłem coś ładnego. Prawdę mówiąc, to właśnie przywiodło mnie do pana. 
— Pamięta pan ten dzień na podwórku Tereski Opasowej? Właśnie miał pan odejść, kiedy podeszła 
do pana ta ładna Janeczka. Pokazała kilka zdjęć, a pan nie wiedząc co robić, dokonał aktu wielkiej, 
humanistycznej miary. Pogłaskał pan tę dziewczynę po policzku. To był naprawdę wielki, ważny 
gest. Godzien najwyższego uznania. Więc ja to uznanie dla pana niniejszym wyrażani i podkreślam 
głębokim pokłonem. 
To powiedziawszy, Marquez położył prawą dłoń na sercu i rzeczywiście pokłonił się głęboko. 
Stanisław najpierw przybrał poważną postawę, potem nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Śmiech 
był uzasadniony i przez to, że pokłoniwszy się głęboko, starzec miał poważne kłopoty z powrotem 
do pozycji pionowej. Za chwilę przyjął ją jednak na nowo, trzymając się tym razem za korzonki. 
—  Milczeć!  —  krzyknął  donośnie.  Ja  tu  mówię święte  rzeczy,  gówniarzu!  A  do  tego,  bolą  mnie 
korzonki. Milcz i słuchaj, bo sobie pójdę. 
— Zostań! — krzyknął przerażony Stanisław i zaraz dodał po cichu: 
— Przepraszam pana. 
— No dobrze — dał się udobruchać Marquez. Mówię dalej... Więc tym pogłaskaniem po policzku 
nadał  pan  sens  Janczynej  długiej  tęsknocie,  nocnym  zapatrzeniom  w  gwiazdy  i  tym  innym 
rozmaitym głupstwom, które czynią śmiertelnie zakochane kobiety. Rozumie pan? 
Uratował pan jej  życie jednym pogłaskaniem  po policzku. To tak, jakby pan powiedział:  szanuję 
twoje uczucie Janeczko Opasowa. Szanuję twoją delikatność, wstrzykniętą w twoją krew razem z 
księżowskim  nasieniem.  Mam  uznanie  dla  twojego  wyboru  i  zgadzam  się  na  twoją  odmienność, 
mimo że ta nieść będzie ból i głównie ból. 
Tu Marquez przerwał, zamyślił się nad ostatnim zdaniem. 
— Co się stało? — zaniepokoił się Stanisław. 
—  Wie  pan,  chyba  powiedziałem  głupstwo,  które  o  mało  co  zaprzeczyłoby  porządkowi  całego 
mojego przewodu myślowego dotyczącego Janeczki. 
Zapomniałem  prawie  o  tych  milisekundach  radości  tak  intensywnej,  że  rekompensującej 
największy ból. Tak. Teraz jest trafnie.  
Pan,  panie  Stanisławie,  tym  pogłaskaniem  po  policzku,  obiecał  Jance  owe  milisekundy  wielkiej 
radości.  Większej  nawet  niż  suma  orgazmów,  których  doznała  sama  ze  sobą,  i  niż  wyobrażenie 
seksu z panem. Ten zresztą był okropny. Wypomniałem to już panu wcześniej. 
To  zaiste  wielki  podarunek  od  wielkiego  pisarza.  To  pogłaskanie...  No  dobrze.  To  już 
powiedziałem... 
Marquez  zawiesił  głos.  Widać  było,  że  zabiera  się  do  powiedzenia  czegoś  nowego,  ale  że  nie 
bardzo wie, jak to uczynić. 
— Jest jeszcze druga sprawa — zaczął niepewnie — ale ta wymaga zażyłości, albo przynajmniej 
obietnicy zażyłości. Nie wątpię w pana dobrą wolę, więc zacznę od takiej propozycji: mówmy sobie 
po imieniu. Zgoda? 
Stanisława zamurowało. Nie wiedział co powiedzieć, więc przez chwilę nie odezwał się wcale. 
— No, co? — przynaglał Marquez. — Ja pierdolę! — odezwał się wreszcie. 
Mistrzu, dziękuję... Nie wiem, czy zasłużyłem... 
—Ależ zasłużył pan. To pogłaskanie po policzku miało wagę ratowania świata... 
— Proszę poczekać — przerwał Stanisław i puścił się biegiem do mieszkania. 
Wrócił  za  chwilę  z  butelką  wódki  i  dwoma  kieliszkami.  Drżącą  dłonią  napełnił  je.  Podał  wódkę 

background image

Marquezowi. 
—  W  Polsce  jest  taki  zwyczaj  —  wyjaśnił  —  że  przy  przechodzeniu  na  ty  pije  się  wódkę  z 
zawiniętymi przedramionami. 
—Jakimi? 
— Z zawiniętymi, zaczepionymi jedno o drugie. O, proszę, tak. Moja ręka tu, a pana tu. 
Wypili, pocałowali się. Wódka na chwilę odebrała Marquezowi oddech. 
— Gabriel. 
— Staszek. 
— Mocna. Cholernie mocna. 
—  Bimber,  samogon  —  wyjaśnił  Stanisław.  Dwa  razy  destylowany.  Stary  Kruk  pędzi  od 
sześćdziesięciu lat. Rozwoziłem po wsiach jako dziecko. 
— Opowiedz — poprosił Marquez. 
— Ale... nie... Ciekaw jestem tej drugiej sprawy, która cię tu przywiodła. 
— Opowiadanie, za opowiadanie. Najpierw ty. Zgoda? Potem może nawet, w drodze do zażyłości, 
uczynimy z tego nasz zwyczaj. Ty będziesz opowiadał mnie rozmaite historie, ja tobie... Będziemy 
nawzajem  karmić  nasze  wyobraźnie.  Ty  wiesz  jakie  z  tego  może  wyniknąć  zamieszanie? 
Pomieszamy, cholera, dwie różne aury kulturowe... No, opowiadaj. 
— Zimy były u nas, to znaczy w Popielawskiej — resztówce, bardzo poważne. Wyprawa do szkoły 
zaczynała się już o piątej rano. Wtedy wstawał dziadek. Wstawał głośno, ufając w mój mocny sen. 
Udawałem że śpię, żeby nie sprawiać mu przykrości. Więc dziadek wstawał, ubierał filcowe kapcie 
z podeszwą pogrubioną przez szewca Mazurka o siedem centymetrów. 
Najpierw  zapalał  lampę  naftową,  potem  podgłaśniał  kukuruźnika  (to  taki  głośnik  zamiast  radia, 
który  przekazywał  tylko  jeden,  centralny  program  radiowy),  na  koniec  —  rozpalał  ogień  pod 
kuchnią.  O  szóstej,  kiedy  w  izbie  było  już  ciepło,  wstawała  babcia.  Wzuwała  filcowe  kapcie  o 
podobnie pogrubionej podeszwie, od krawata od pętka kawałek kiełbasy i podśpiewując pod nosem, 
wsuwała go do piekarnika. O siódmej budzono mnie. Na stole czekało już śniadanie: kawałek kieł-
basy,  kawałek  chleba  i  herbata  z  cukrem.  Taka  codzienność.  A  rozwożenie  bimbru  to  było  dla 
odmiany — święto. 
Kruk miał syna ożenionego w Zaosiu, w wiosce odległej o jakieś piętnaście kilometrów od moich 
Popielaw. Tam musiały docierać bańki z samogonem. 
Stanisław przerwał. Ten moment wykorzystał Marquez. 
—  Słuchaj,  Stasiu,  opowiadasz  bardzo  szczegółowo,  linearnie,  bez  dramaturgii,  punktów 
zwrotnych...  No  wiesz...  nieciekawie.  Męczę  się  na  tej  twojej  drodze  do rozwinięcia,  kulminacji  i 
pointy. 
—  Ale  to  było  życie,  nie  książka,  i  wszystkie,  nawet  błahe  na  pozór  rzeczy  miały  dla  mnie 
znaczenie. To znaczy... teraz mają. A zresztą... może masz rację. Napijmy się, co? 
Wypili po kilka łyków prosto z butelki. 
— No dobrze, Gabryś — zgodził się Stanisław. Nieciekawie opowiadam. To może tak: Jechaliśmy 
z Ryśkiem, synem Kruka, przez bezmiar lasów ciężkich od śniegu. Drzewa pękały z zimna, koń bał 
się  jak  dziecko.  Pod  węglem  mieliśmy  w  saniach  ukryte  bańki  z  podwójnie  destylowanym 
bimbrem.  Płakaliśmy  coraz  głośniej.  Łzy  zamarzały  na  lichych  paltach.  Potem  był  przystanek  na 
polanie.  Piliśmy  bimber  małą  chochelką.  Potem  rzygaliśmy  i  onanizowaliśmy  się  na  przemian, 
wychwalając przy tym na głos tyłek Tereni Trelanki. 
Ale przychodziła na koniec wielka nagroda. 
Kiedy  Wiesiek,  brat  Ryśka,  spał  już  zmożony  bimbrem,  kiedy  konisko  w  ciepłej  stajni 
odparowywało  zziębnięte  boki,  my  kładliśmy  się  do  łóżka  na  sklęśnięty  siennik  i  robiliśmy 
pośrodku, między sobą, miejsce dla Jolki, żony Wieśka. 
Przychodziła  jak  królowa,  dudniąc  bosymi  stopami  po  podłodze.  Wielka,  prawie  dwumetrowa, 
rozległa, pachnąca mlekiem i rumiankiem, dostojna, świadoma doskonałości, z jaką uformowała ją 
natura w zgodnej spółce z Panem Bogiem. Tak. Trzeba to powiedzieć jasno. Stwarzając Jolkę, Pan 
Bóg,  jak  mało  kiedy,  okazał  się  prawdziwym  mężczyzną  i  wielkim  pedagogiem.  Zbudował 
Jolczyne piersi, uda i tyłek, dokładnie na miarę chłopięcych marzeń. 

background image

A  Jolka  kładła  się  między  nami,  zsuwała  ramiączka  halki,  uwalniając  od  resztek  dyscypliny 
ogromne  piersi.  Odpływały  na  bok  jak  wielkie  łodzie  —  jedna  na  stronę  Ryśka,  druga  na  moją. 
Otwieraliśmy  usta,  zamykaliśmy  oczy.  Na  nasze  podbrzusza  spływały  dwie  ciepłe  olbrzymie 
dłonie.  Losowaliśmy.  Lepiej  było  trafić  na  prawą,  bo  Jolka  była  praworęczna.  Zwykle 
wygrywałem. Aha, jeszcze coś. Ostatnie spotkanie z Jolką nie było udane. Miałem katar. Z ustami 
zamkniętymi sutkiem Jolki dusiłem się, nie mogąc oddychać nosem. Zasmarkałem olbrzymce całą 
pierś, a do tego zabrana mi została radość wdychania zapachów Jolki. Licznych i mocnych. 
Muskat zakończył opowiadanie i zamilkł w oczekiwaniu na śmiech Marąueza. Śmiech jednak nie 
nastąpił.  Zamiast  tego  Marquez  podrapał  się  za  uchem,  westchnął,  sięgnął  po  butelkę  stojącą  na 
murawie,  pociągnął  tęgi  łyk,  oddał  flaszkę  Stanisławowi,  sam  zaś  przysiadł  na  ławeczce  pod 
płotem. Odezwał się po dłuższej chwili: 
—  Piękna  historia.  Wzruszająca.  Olbrzymka  i  dwóch  inicjujących  chłopców.  Pewnie  była 
delikatniejsza od najbardziej delikatnych kobiet w okolicy. Tak bywa z olbrzymkami. 
A  ja  chcę  ci,  Stasiu,  opowiedzieć  o  innej  kobiecie,  ale  podobnie  naznaczonej  przez  los. 
Odmiennością. 
Rzecz w tym, że tej akurat historii nigdy nie napiszę. 
Próbowałem. Podobno z powodzeniem, ale to wszystko gówno. Jedna książka więcej. 
Nie poznałem prawdy do końca. Byłem już bardzo blisko, ale nie doszedłem do niej. Zresztą, może 
nie dochodzi się do prawdy? 
Może droga jest ważniejsza i świadectwo zostawione na niej. 
Cholera wie. 
Maria,  bo  tak  brzmi  imię  tej  kobiety,  przyszła  na  świat  w  nocy  przesilenia  wiosenno—letniego, 
1634  roku,  w  Salamance.  Tyle  zdołałem  ustalić  idąc  śladem  tej  historii  i  docierając  na  koniec  do 
kościelnych metryk. 
Ale żeby dojść do niej, muszę zacząć od siebie. 
Cierpię  na  korzonki  i  kręgosłup.  Mam  odprostowane  dwie  lordozy  —  szyjną  i  lędźwiową. 
Układanie  się  do  snu  to  cała  wyprawa.  Nie  obywam  się  przy  tym  bez  pomocy.  Na  szczęście  są 
chętne. Ostatnio, Conchita, która do tego masuje mnie i zaspokaja inne potrzeby. 
Studenci z Bogoty wymyślili nawet specjalnie dla mnie elektryczny materac o zmiennym profilu. 
Ale,  gówno  tam..  Zacząłem  mylić  sterowanie  nim  z  pilotem  od  telewizora.  Mało  nie  zabił  mnie 
prąd. Jakieś przebicie, jak tłumaczyli udoskonalając kolejną wersję materaca. Dalej trzymałem się 
sztywno,  z  czego  wyprowadzono  wnioski  o  mojej  dumie,  przyczyna  zaś  była  w  usztywnionych 
lor—dozach. Była i jest, bo jak się okazało, tej przypadłości nie da się uleczyć. Czego jednak nie 
zrobi człowiek, żeby sobie trochę ulżyć. Któregoś dnia usłyszałem od ogrodnika, że franciszkanie z 
pobliskiego klasztoru wyprzedają pośród przekleństw meble i inne dobra, między tymi — materace 
z morskiej trawy. 
Przyczyna  była  w  klęsce  suszy,  która  uszczupliła  dochód  mnichów,  pochodzący  głównie  z 
pielęgnacji gajów oliwnych. 
Widziałem  tych  chłopców  nie  raz,  jak  z  koszami  na  plecach,  zwinnie  i  rześko,  poruszali  się  po 
tarasach. Innym razem spotkałem ich w lesie. Wszyscy jak jeden — mieli posiwiałe skronie i brody, 
zaś  twarze  przerośnięte  suchymi  zmarszczkami.  Mimo  tych  niewątpliwych  oznak  dojrzałości, 
śmigali po pniach jak wiewiórki, wybierając pośród śmiechów miód dzikim pszczołom. 
Pamiętając  o  tym,  pozazdrościłem  im  zdrowego  snu  i  zapragnąłem  mieć  chociaż  kilka  z  ich 
głośnych  materaców:  Pospólstwo  szeptało,  że  dobywali  trawę  do  nich  z  żołądków  jednego  z 
gatunków  krów  morskich.  Sięgali  do  wnętrza  zwierzęcia  wtedy,  kiedy  trawa  była  na  wpół 
strawiona. To dawało jej specjalną miękkość i eteryczność, wspomagającą dobry sen. Potem suszyli 
trawę, mieszali z pyłem z pestek oliwnych i na koniec wpychali ją do poszew: 
Tak powstawały franciszkańskie materace. 
Jak już mówiłem zapragnąłem mieć chociaż kilka. Wybrałem się zatem do klasztoru i kupiłem od 
mnichów dwanaście sztuk. Zgoda. Była w tym pewna przesada, ale jak sprawdziłem już najbliższej 
nocy, franciszkańskie materace warte były takiej przesady. 
Drugiej  nocy  odsunąłem  od  siebie  Conchitę.  Do  tej  pory  nie  czuła  się  zagrożona  w  przywileju 

background image

masowania  mi  ciała.  Nawet  wywiodła  z  tego  pewien  rodzaj  arogancji,  przejawiający  się  w 
zadawaniu coraz mniej głupich pytań do doktoratu z mojej twórczości. 
Płakała jak dziecko, ale ja byłem nieugięty. 
Odmiana jaką przyniosły franciszkańskie materace domagała się przemyśleń nie mąconych cudzą 
obecnością. Pozwalałem tylko przynosić sobie posiłki i wino, poza tym — leżałem i leżałem. 
Ulga jaka pojawiła się wraz z materacami miała z pewnością co najmniej dwa wymiary: fizyczny i 
transcendentalny.  Domyślałem  się  wprawdzie  jeszcze  jakiegoś  trzeciego  wymiaru,  ale  ten  trudny 
był do rozpoznania, więc zaniechałem domysłów na jakiś czas. Obydwie lordozy zmiękły naraz, zaś 
ból korzonków od razu wydał się odległym wspomnieniem. Ale tego mało. Sny wynosiły mnie do 
góry  w  taki  sposób,  w  jaki  jogini  opuszczają  swoje  ciała.  Z  tą  jednak  różnicą,  że  ja  zabierałem 
swoje ciało ze sobą. 
Nieuchronnie z każdą nocą przybliżałem się do Pana Boga. Już szóstej nocy, zaczęła mi majaczyć 
jego wyniosła postać i poczułem zapach fiołków, przypisywany dotąd tylko ojcu Pio. Widziałem go 
rzecz jasna od dołu. Nosił rzymskie sandały przewiązane rzemieniami na kostkach. Nie wiem, czy 
perspektywiczne widzenie to sprawiło czy może moje wyolbrzymione oczekiwanie, dość że stopy 
Najwyższego wydały mi się nadzwyczaj duże. Widziałem też jego obrośnięte łydki i masywne uda. 
Musiał wiele chodzić. Była nadzieja, że za kilka nocy franciszkańskie materace wyniosą mnie na 
tyle wysoko, że stanę ze Stwórcą twarzą w twarz. Zacząłem sobie nawet przygotowywać pierwsze 
zdania powitania. 
Cóż  z  tego,  kiedy  nagle  przyszła  katastrofa.  Przyszła  tak  gwałtownie  i  nieoczekiwanie,  jak  tylko 
przychodzą katastrofy uruchamiane przez kobiety. 
Nie  doceniłem  otóż  seksualności  Conchity.  Fala  pożądania  wezbrała  w  niej  do  tego  stopnia,  że 
którejś nocy wdarła się do mojej sypialni i zgwałciła mnie na wszystkich dwunastu materacach. 
Wyobrażasz sobie? Obezwładniła mnie i zgwałciła. 
No, ale mniejsza o to, bo nie o fizyczną przykrość tu chodzi. Chodzi o to, co stało się poza kontrolą 
nas  obojga,  to  znaczy  Conchity  i  moją.  Siebie  zresztą  usprawiedliwiam,  bo  jak  powiedziałem, 
byłem ofiarą gwałtu. 
Otóż erotyczne konwulsje tej suki (od tej pory nie potrafię o niej myśleć inaczej) były tak silne, ze 
nie panując nad nimi rozdrapała i rozszarpała zębami wszystkie materace. 
Odkryłem to dopiero rano, kiedy omdlały i odwodniony, odsunąłem od siebie kochankę. 
Zamiast materaców zobaczyłem strzępy płótna i skrzące się miedzią zwoje kobiecych włosów. 
— Trudno mi opisać ten obraz, ale spróbuję: 
Zapewne  znasz  raniący  serce  widok,  kiedy  światło  zakrada  się  do  sypialni,  by  delikatnie, 
najdelikatniej,  pokazać  ci  prawdę.  Odkrywasz  wtedy  po  raz  setny,  że  ta  cała  miłość  to  głównie 
rozmaite płyny: pot, łzy, krew; nasienie. 
Więc  to  zobaczyłem  najpierw,  obudziwszy  się  tego  ranka  pod  Conchitą  —  liczne,  małe  kałuże 
dosychające na posadzce. 
Do tego silne lubricato mojej kochanki zawiesiło się w sypialni mdlącym zapachem. Pomyślałem, 
że to normalne u kobiet ciemnej płci, w klimacie mojego kraju. 
Popadłem w rozpacz. W pierwszej chwili postanowiłem oddać się nostalgii na cały dzień, ale już w 
drugiej  uczyniłem  to,  co  czynią  mężczyźni  nieuleczalnie  chorzy  na  miłość.  Tacy  jak  ja  czy  ty: 
postanowiłem  nie  uwierzyć.  Na  szczęście  zobaczyłem  włosy  i  to  uwolniło  mnie  od  wysiłku 
idealizowania obrazów i zapachów. 
Włosy. 
Leżały dookoła, lśniły na posadzce, kreśląc grubymi zwojami jakąś tajemniczą geometrię. Było ich 
tak dużo, że na pierwszy rzut oka, zbyt wiele. 
Ich  barwy  nie  umiałem  określić,  mimo  licznych  doświadczeń  malarskich.  Powiedzmy  że  były 
miedzianozłote, choć takie ich opisanie nie jest  wiele warte. Nie ma bowiem tego, co pochodzi z 
ruchliwości  koloru,  z  jego  uzależnienia  od  pory  roku,  wysokości  słońca  i  innych,  bardziej 
subiektywnych czynników. 
Ale niech tak będzie. Nazwę je miedzianozłotym. 
Od  razu,  bez  przeprowadzenia  badań,  wiedziałem,  że  pochodzą  od  jednej  kobiety.  Z  różnicy 

background image

odcieni, wyprowadziłem wniosek o różnych porach roku, w jakich włosy wzrastały. 
Z wolna opanowywała mnie fala wzruszenia. By się jej nie poddać, zająłem się dzieleniem włosów 
na  cztery  grupy:  wiosenną,  letnią,  jesienną  i  zimową.  Dopiero  po  wykonaniu  tej  czynności, 
zacząłem płakać. 
Rozpacz trwała ponad tydzień. Ubytek płynów wyrównywano mi kroplówkami. 
Conchita  była  tak  troskliwa,  że  postanowiłem  na  powrót  przywrócić  ją  do  łask.  Zresztą,  jak 
upewniał doktor Ronaldo, to jej właśnie zawdzięczałem pozostanie przy życiu. Suka czuwała przy 
moim łóżku po nocach (płakałem też przez sen), szklaną rurką odsysając flegmę z mojego nosa i 
gardła. Bez tego niechybnie bym się udusił. 
A swoją drogą, tylko kobieta zdolna jest powołać do życia taki fenomen: być w przeciągu kilku dni 
przyczyną, skutkiem i na nowo przyczyną. 
Tak więc, drogi Stasiu, omal nie umarłem przez to dziwne odkrycie. 
Postanowiłem zaraz po odzyskaniu sił pójść śladem mnisiej tajemnicy. 
Jedyne  do  czego  dopuścili  mnie  franciszkanie,  to  publiczna  część  ich  biblioteki.  Resztę,  nie 
wyłączając rozmów — zawarli przede mną na klucz. 
Ten  etap  poszukiwań  nie  przyniósł  wielkich  rezultatów.  Jedyny  istotny,  to  ustalenie  imienia 
właścicielki włosów i daty jej urodzenia. 
Pośród wszystkich przejrzanych przeze mnie metryk tylko  jedna opisywała nowo narodzoną jako 
dziecko o rudej płci. 
To  była  z  pewnością  ona  —  Maria,  fenomenalny  organizm,  powołany  do  nieustannej  produkcji 
włosów. 
Od tego odkrycia minął cały rok, nim dokonałem następnych, ważniejszych. 
Na ten czas, na przeciąg całego roku, zatrudniłem wyobraźnię i rękę do rzeczy pośledniejszej wagi. 
Napisałem otóż powieść. 
Puściłem  imaginację  śladem  miedzianozłotych  włosów,  poddałem  się  codzienności  wypełnionej 
nasłuchiwaniem cykad, masażami Conchity, wizytami medyków rozmaitej maści, trawieniem, wy-
dalaniem i tęsknotą. 
Wyszła  z  tego  solidna  wdzięczna  książka,  która  (jak  miałem  odkryć  wkrótce),  zawiodła  mnie  na 
manowce.  Oddaliłem  się  od  prawdy  tak  znacznie,  że  powrót  do  niej  był  powrotem  prawie  do 
początku drogi. 
Ale po kolei: 
Wspomniałem  o  ogrodniku,  który  jako  pierwszy  dostarczył  mi  informację  o  wyprzedaży  w 
klasztorze. Ten sam zacny człowiek zwrócił moją uwagę na franciszkanina dożywającego swoich 
dni w nieodległej pustelni. Wybrałem się tam. 
Starzec, o imieniu Clotaldo, oddalił się od zgromadzenia swoich braci, bo tak mu było wygodniej. 
Biedaczysko miał kłopoty  z  trawieniem, skutkiem  czego nawiedzały  go  wiatry  o tak intensywnej 
woni, że braciszkowie przezwali go ojcem Oip, by tym przezwaniem podkreślić odległość dzielącą 
go od pięknie pachnącego sławnego mnicha. 
Kiedy  jedenastu  po  kolei  franciszkanów  przerwało  śluby  milczenia,  by  skomentować  pierdy  ojca 
Oip,  ten  oddalił  się  z  klasztoru  bez  jednego  zbędnego  słowa,  zabierając  ze  sobą  mleczną  oślicę, 
emaliowany garnuszek, dwa habity, trzy pary sandałów, dwie zmiany bielizny, prasę do tłoczenia 
oliwy, moździerz do ucierania ziół i niepozorny zeszyt w okładce z popękanej skóry. W zagłębieniu 
skalnym  zmajstrował  sobie  pustelnię.  Połączył  łykiem  konstrukcję  z  drewnianych  tyczek, 
poprzetykał ją żerdziami, zaś dookoła posadził drzewa oliwne. 
Kiedy  wzrastały,  kierował  gałęziami,  tak  by  przeplatały  się  przez  żerdzie,  formowały  w  ściany  i 
dach tej wdzięcznej budowli. Żywił się serem wyrabianym z oślego mleka, oliwkami i wyciskaną z 
nich oliwą.  
Już  po  roku  takiego  życia  wyregulował  sobie  trawienie.  Uciążliwe  wiatry  ustały  jak  ręką  odjął. 
Razem  z  nimi  ustała  przyczyna  odejścia  z  klasztoru.  Jednak  ojciec  Oip  postanowił  nie  wracać  do 
braciszków. Miał ich w dupie. 
Zajął  się  leczeniem  niestrawności,  zalecając  cierpiącym  wynalezioną  przez  siebie  dietę.  Wkrótce 
opatentował ją w urzędzie patentowym miasta Barranquilla i w niedługo po tym wyłożył złotymi 

background image

monetami  całą  posadzkę  w  pustelni.  Takimi  samymi  monetami  kazał  sobie  podbić  sandały. 
Widziano  go  czasem  jak  tańczył  flamenco  i  podśpiewywał  mocnym  głosem.  Bywało,  że  jego 
głosowi wtórował miły głos kobiecy. Ale to już pewnie ludzkie domysły. 
W  takim  momencie  życia  zastałem  ojca  Oip,  kiedy  pojawiłem  się  pod  pustelnią,  z  motkiem 
złotomiedzianych włosów. Starzec poznał je od razu. 
— Maria — wyszeptał i wzruszył się tak gwałtownie, że omal nie omdlał.  
Widok przyniesionych przeze mnie włosów musiał potrącić w duszy starca jakąś szczególnie czułą 
strunę. 
— Kochałem ją — dodał po chwili. Kochałem ją jak my wszyscy. 
Tu zatoczył ręką koło obejmujące i mnie. 
— Wiem! — przerwał nieoczekiwanie i gwałtownie Muskat. 
Wiem  —  powtórzył.  Nie  musisz  mówić  dalej.  To  daremne.  Wiem,  co  było  dalej.  Ja  też  ją 
kochałem... 
To powiedziawszy, przyklęknął przy ławce i ukrył twarz w dłoniach. 
Przez  pierwszą  chwilę  Marquez  nie  wiedział  co  uczynić  z  gwałtowną  reakcją  Stanisława.  Na 
wszelki wypadek nie odezwał się ani słowem. 
Chwila nabrzmiewała czymś nieokreślonym, czego wagę potrafią docenić tylko mężczyźni. Kiedy 
nabrzmiała dostatecznie, Stanisław odezwał się: 
— Znam Marię mojego pisania. Wiem ku czemu prowadzisz tę opowieść. 
Ta  sama  Maria  urodziła  się  w  Popielawach  w  styczniu  1958  roku,  pod  numerem  dwadzieścia 
siedem, w rodzinie murarza i rolnika Mieczysława Sońty. 
Zima była jedną z tych, które znaczy się znakiem krzyża przy wspomnieniach. Mróz zrzucał ptaki z 
dachów. Przetrwały tylko te, które pogardzając ptasim obyczajem, zakradały się ludziom do izb i 
krowom do obórek. Tej zimy widok wrony spijającej mleko z kociego wymienia, nie był niczym 
nadzwyczajnym. 
Psy pilnowały kurcząt, między którymi uwijały się wróble, a spod fajerek gospodynie wybierały co 
rana zwęglone trupki kawek. 
Poznałem Marysię, kiedy dobiegała jedenastego roku życia. 
Akurat szła boso przez wieś. Miała za nic kopny śnieg i mróz odbierający oddech wszystkiemu co 
oddycha. Szła zajęta czymś nadzwyczajnym, co rozgrywało się w jej głowie. Deptała białą drogę, 
podskakiwała na bosych stopach, przemawiała cichutko do kogoś niewidocznego. 
Ja nadchodziłem z przeciwka. 
Zatrzymaliśmy  się  naraz  i  zaniemówiliśmy.  Długo  trwało  milczenie.  W  oczach  dziewczynki 
zobaczyłem WSZYSTKO NIEPOJĘTE ŚWIATA.  
Opuściła ręce wzdłuż ciała. Uczyniłem to samo. 
Miała duże i czerwone dłonie. Prawdą było — pomyślałem wtedy — co mówili ludzie. Że matka 
umierając przy porodzie, chwyciła dziewczynkę za rączki, by się trochę ogrzać. 
Zostawiła ten ślad krótkiego macierzyństwa. 
Za  chwilę  zobaczyłem,  jak  czerwone  dłonie  Marii  zmierzają  do  moich  policzków;  jak  potem 
obejmują głowę i przyciągają ją do swojej.  Potem  dziecko pocałowało  mnie jak kobieta. Miałem 
wtedy trzynaście lat, znałem dłonie Matki, Babci i Tereski Trelanki, ale tamte były inne. To była 
pierwsza Maria mojego bólu. Po niej przyszły następne. 
Stanisław zamilkł. Czekał na słowa Marqueza, ale nie doczekał się. 
Wielki  pisarz  wstał  i  bez  pożegnania  poszedł  między  buki.  Zniknął  między  nimi,  wyprostowany, 
dostojny i smutny jak one. 
Nie minęło wiele czasu, kiedy Stanisław zabrał się do pisania. 
 
 
 
 
 

STANISŁAW MUSKAT 

background image

UPADEK OJCA OIP — POWIEŚĆ. 

ROZDZIAŁ PIERWSZY. 

 
 
 
— Więc czego oczekujesz? — zapytał ojciec Oip, kiedy już zapanował nad wzruszeń iem. 
Marquez nie odpowiedział, tylko postąpił dwa kroki do przodu. 
Podniósł wyżej motek z miedzianozłotymi włosami.  
— No, włosy. Widzę przecież. Nie musisz mi ich tak nachalnie demonstrować. Wyrabialiśmy z nich 
materace...
 
Włosy kobiece. Dobrze się do tego nadawały, bo miękkie, długie, jedwabiste. Jak to włosy... Więc 
wpychaliśmy do materaców, mieszając z morską trawą i pyłem z pestek oliwnych.
 
— Gówno prawda! — przerwał zniecierpliwiony Marquez. 
— Co powiedziałeś!? % 
— Łżesz jak pies! Gówno prawda! To powiedziałem. 
 
— Idę śladem tych włosów już drugi rok. Spałem na waszych załganych materacach. Mam złamane 
serce, ale dość jeszcze uporu, żeby wycisnąć prawdę z twojego franciszkańskiego gardła. Więc jeśli 
masz jeszcze pod ręką jakieś kłamstwa, to zużyj je szybko, bo schylam się po kamień. Rozwalę nim 
tę twoją kłamliwą gębę, zmiażdżę nos i wybiję zęby. Nie wyjdzie już spomiędzy nich żadne, raniące 
serce kłamstwo.
 
— No, dobrze... — odezwał się ojciec Oip pojednawczo. Już dobrze. Wystawiłem cię na próbę, ale 
już  przestaję.  Zresztą,  przestraszyłem  się  tej  wizji  siebie  bezzębnego.  Lubię  czasem  przegryźć 
zieloną oliwkę, poczuć gorycz... Przestraszyłem się i  opowiem o Marii wszystko, co wiem. Ale na 
moich warunkach.
 
— Jakich? 
— Masz zuchwałą wyobraźnię. Dopuszczasz myśli niedopuszczalne, a to popycha świat do przodu. 
Od tego są pisarze. Czy nie tak?
 
— Nie wiem. Ja tylko piszę. 
— Czytałem tę twoją książkę o Nibymarii. Zdziwisz się, jak bardzo umknęła ci prawda. 
— Nie uciekaj od odpowiedzi, mnichu. Na jakich warunkach? 
~ Na banalnych, pisarzu. Na higienicznych, można powiedzieć. 
Najpierw  zjemy  sobie  trochę  sera  z  oślego  mleka,  potem  popijemy  oliwą  i...  mlekiem.  Z  tej 
kombinacji powinna wyjść piękna, monstrualna sraczka.
 
Zasiądziemy sobie do niej na drągu i wypróżnimy się uroczyście. To potrzebne jest i do mówienia i 
do słuchania. Uwierz mi.
 
Za chwilę usiedli do jedzenia. 
Ojciec Oip podał ser, potem oliwę, na koniec ośle mleko. Marquez zdziwił się, bo przy jedzeniu nie 
spotkała go żadna ze spodziewanych przykrości.
 
Ser był lekko słodkawy, oliwa miła w zapachu, a mleko przyjemnie sfermentowane. 
Organizm pisarza przyjął dziwny posiłek nadzwyczaj przyjaźnie. 
Po posiłku poszli na stronę, pod skałę. 
W miejscu ekspozycji olśniewającego nawet dla tych stron krajobrazu uczynił ojciec Oip wychodek. 
Była to szczelina skalna, nad którą zawiesił dwie grube żerdzie — jedną wyżej, drugą niżej. Wyższa 
służyła do posadzenia zadków, niższa zaś, biegnąca tuż nad ziemią — do zatknięcia za nią stóp, by 
nie tracić równowagi przy ważnej sprawie.
 
Jak na komendą spuścili spodnie. Usiedli. 
— Najważniejsze jest pierwsze wypróżnienie — zaczął wyjaśniać Oip. 
Żeby  się  dobrze  wypróżnić,  musisz  uruchomić  nie  tylko  parcie,  ale  i  to,  czego  wy  pisarze  macie 
podobno w nadmiarze. Wyobraźnię.
 
Wyobraź sobie otóż, że zjedzony u mnie ser formujesz w kulkę, potem otaczasz ją błoną z oliwy, tę 
zaś nabłonkiem z mleka.
 

background image

Wyobraziłeś sobie? 
— Wyobraziłem. 
— Pięknie! To teraz przepchnij tę kulkę z żołądka do jelita grubego. Niech się zacznie kulać. No 
jak?
 
— Przepchnąłem. 
— Cudownie! Teraz napnij mięśnie wyobraźni. Nie ufaj samej perystaltyce. 
Popchnij tę kulkę wyobraźnią i doprowadź ją do treści jelitowej. 
— Do czego?  
— No, do gówna. 
Marquez  przymknął  oczy.  Posłusznie  zabrał  się  do  wypełniania  kolejnej  wskazówki  mnicha.  Od 
razu zaczerwieniły mu się policzki i nabrzmiały żyły na skroniach. Podobnie uczynił ojciec Oip. Też 
zamknął oczy, ale jego wysiłek był dużo mniejszy, szybciej też doprowadził do rezultatów. 
 
Po wypróżnieniu zabrali się do potrzebnej rozmowy, w której ojciec Oip mówił, a Marquez słuchał. 
— Zacznę tak jak należy. Nie od samego początku, bo gówno cię obchodzi, jaki on byt. Zresztą był 
ponury, obrzękły od płaczu, opuchły od skarg i bólu doznawanego z ręki ojca.
 
Matka. Ta była przyczyną bólu duszy. Umarła, zanim nauczyłem się wymawiać jej imię. 
Pod furtą klasztorną wylądowałem w dziewiątym roku życia.  
Był  to  czas,  kiedy  ojciec  wziął  sobie  kochankę  przeżywającą  bardzo  głośne  orgazmy.  Co  nocy 
budziłem się ze strachu i krzyczałem razem z nią.. To zaprowadziło mnie prosto pod mur klasztoru 
franciszkanów. Tam, w deszczową noc, cisnął mnie ojciec, upijając się przedtem wódką. Cisnął jak 
tłumok, nie opatrując na drogę żadnym ojcowskim wskazaniem.
 
Nad ranem znaleźli mnie franciszkanie. 
Wyciągnęli  z  kałuży  wymiocin,  rozprostowali  zesztywniałe  pałce,  rozebrali,  wykąpali,  odziali  i 
nakarmili.
 
Od tego dnia zaczęło się moje życie pośród nich. 
Na początek, zajmowałem się pracami pośledniejszego gatunku. Pędzono mnie do mycia posadzek, 
usługiwania w kuchni, pralni, oczyszczania pras z miazgi oliwnej i tym podobnych czynności.
 
Potem  przyszedł  czas  na  reperowanie  koszy,  łatanie  habitów,  podbijanie  sandałów  świeżą  skórą, 
dojenie oślic, zbieranie burzyn z oliwy, szorowanie, suszenie i namaczanie beczek. Nikt przy tym nie 
pytał mnie o przeszłość, ani nie układał przyszłości. Nikt nie łajał i nie chłostał rózgą.
 
Odpowiadało mi to, bo czyniło w wyobraźni królem własnego królestwa. Mieściło się ono w mojej 
głowie. Było niewyobrażalnie, dogranie, nadęte wolnością.
 
Sypiałem w stajni, na słomie, pośród mułów i osłów. Spijałem mleko prosto z rozgrzanych wymion. 
Często też wychodziłem pod niebo usiane gwiazdami i doglądałem konstelacji.
 
Tak było przez sześć lat. 
Siódmego  roku  przeznaczono  mnie  do  łatwiejszych  prac  przy  materacach.  To  był  awans.  Ponad 
wątpliwość.
 
Materace  były  źródłem  sławy  mnichów.  Każda,  nawet  pośledniejsza  praca  przy  nich,  oznaczała 
przesunięcie w klasztornej hierarchii.
 
Trochę mnie to nawet ucieszyło, chociaż ubocznym produktem takiego obrotu spraw była abdykacja 
małego  króla  Clotaldo.  Na  tronie  zasiadł  Clotaldo  Większy.  Królestwo  wolności  zaczęło  się 
powiększać o zaułki wiedzy.
 
Proces  powstawania  materaców  był  skomplikowany.  Czystości  technologu  strzegło  trzech 
zaprzysiężonych mnichów. Patrzyli spod nawisłych powiek bardzo uważnie. Zdawało się, że widzą 
wszystko naraz. Może nawet tak było.
 
Moja rola polegała na sporządzaniu naparu z rumianku, który wlewano do żaren mielących oliwne 
pestki.  Zajęcie  odpowiadało  mi,  bo  dawało  sposobność  wymykania  się  poza  mury  klasztoru,  z 
braciszkami  uprawiającymi  rumiankowe  pola.  Razem  z  nimi  ładowałem  zżęty  rumianek  na 
dwukółki, przycinałem batem muły, rozkładałem ziele na strychach i zapadałem w mocny ziołowy 
sen.
 
Czasem  w  takim  śnie  przychodziły  kobiety,  by  kochać  mnie  delikatnie.  Szeptały  słowa  do  ucha, 
rozpalały ogień w skroniach, a w chwilach orgazmów, zachowywały się cichutko i taktownie. Tak 

background image

było  przez  kolejne  dwa  łata,  podczas  których  poznałem  cały  proces  powstawania  materaców.  Nie 
przestałem  pracować  przy  rumianku,  ale  miałem  sposobność  zobaczenia  innych  elementów  tego 
niezwykłego ciągu technologicznego.
 
Specjalną grupą był zespól mnichów pracujących przy morskich krowach. 
To  była  ciężka  i  śmierdząca  robota.  Kierowano  do  niej  braciszków  popełniających  czyny 
nieobyczajne,  przyłapanych  na  nałogowym  samogwałcie,  spółkujących  ze  zwierzętami  i  sobą  na-
wzajem.
 
Specjaliści z tej grupy jadali posiłki osobno, bowiem obcowanie z nimi powodowało torsje, mogące 
doprowadzić  nawet  do  zachłystowego  zapalenia  płuc  i  w  konsekwencji  —  do  śmierci.  Kroniki 
klasztorne notowały kilka takich przypadków.
 
Krowy morskie przywozili kierowcy z wybrzeża. Wyrzucali nieszczęsne zwierzęta zaraz za bramą, 
prowadzącą na tylny dziedziniec klasztoru.
 
Odławianiem  krów  nie  zajmowano  się  specjalnie.  Potwory  stanowiły  rodzaj  zasłony  dymnej  dla 
przemytników papierosów i kokainy.
 
Wyrzucali sieci za burty statków, by na wypadek rewizji, mieć się czym wykazać. 
Najczęściej w sieci wpadały łagodne krowy morskie, lgnące do ludzi jak ich krewniaczki z pastwisk. 
Zwierzęta  docierały  do  naszego  klasztoru  na  wpół  żywe.  Tu  zabierało  się  za  nie  komando 
nieobyczajnych mnichów.
 
Dobijali potwory drewnianymi pałkami, rozpruwali brzuchy i zakotwiczali w żołądkach metalowe 
haki z linkami. Potem nawijając haki na kołowroty, wyciągali ze zwierząt trzewia.
 
Dalsza obróbka była podobnie prosta, rozcinało się żołądek tasakiem i wyłuskiwało z niego kulę na 
wpół  strawionej  morskiej  trawy.  Mieszało  się  ją  później  z  rumiankowym  zielem,  pozostałym  po 
sporządzanym przeze mnie naparze, rozkładało na metalowych siatkach i suszyło.
 
Kadłuby  krów  morskich  zabierali  okoliczni  chłopi,  którzy  ustawiali  się  do  tego  dobra  w  długich 
kolejkach.
 
Wieźli je potem do swoich gospodarstw, by nakarmić rodziny i trzodę chlewną. 
Poszwy  do  materaców  sporządzano  w  miasteczku.  Na  potrzeby  tej  produkcji  pracowała  spora 
szwalnia.
 
Franciszkańskie  materace...  Miękkie,  dające  dobry  sen,  odnawiające  witalność  mężczyzn, 
przywracające życie w jałowych macicach. Czym były? Czy tylko zręczną kompozycją trawy mor-
skiej, pestek oliwnych i  rumianku? Dlaczego przywilej  spania na nich mógł sobie kupić każdy  kto 
chciał poza klasztorem, my zaś musieliśmy zasługiwać na to przez lata?
 
W klasztorze na franciszkańskich materacach mogli spać tylko ojcowie ze święceniami kapłańskimi. 
Nikt inny. Dlaczego?
 
Te  pytania  i  wiele  innych  spędzały  mi  sen  z  powiek,  odkąd  przeznaczono  mnie  do  pracy  przy 
materacach.
 
Któregoś  popołudnia  zakradłem  się  do  celi  ojca  Oresta,  kiedy  ten  zajęty  był  akurat  zbieraniem 
miodu w lesie. Z łękiem położyłem się na białym materacu.
 
Tego co przeżyłem przez dwie godziny, nie dało się porównać z niczym poznanym dotąd. Zresztą nie 
odważyłem się porównywać, by przez nieuwagę nie obrazić Pana Boga.
 
W mojej duszy odezwała się głęboka religijność. 
Jeszcze  tego  samego  wieczoru  upadłem  na  kolana  przed  celą  ojca  przeora,  by  błagać  go  o 
pozwolenie na studia w seminarium duchownym w Cartagenie.
 
Lat seminaryjnych nie będę opisywał. Były czym były. Jedno jest pewne: nie zdołały zamienić mojej 
głowy na śmietnik wypełniony doktrynalną papką.
 
Niedostatki  wcześniejszej  edukacji  zastępowałem  pilnością,  więc  wkrótce  wyświęcono  mnie  na 
księdza. Razem ze święceniami podarowano mi celę z materacem w moim wytęsknionym klasztorze.
 
Pierwsza noc. 
Tej  nie  zapomnę  nigdy.  WSZYSTKO  NIEPOJĘTE  ŚWIATA  zamieniło  się  w  czysty  strumień 
iluminacji.  Towarzyszyła  jej  erekcja  tak  silna,  że  nie  dało  rady  się  jej  oprzeć  płótno  starego 
materaca.
 
Rozdarłem  je  męskością,  a  na  zewnątrz  wystrzeliły  płomienne  włosy  Marii.  Rzecz  jasna,  nie 

background image

wiedziałem jeszcze wtedy, że to jej włosy. 
Odkryciem nie podzieliłem się z żadnym z mnichów. Zatrzymałem je dla siebie. Od tej pory, aż do 
dzisiaj, jestem najbardziej cierpiącym mnichem w Ameryce Południowej.
 
Ojciec Oip wzruszył się nagłe. 
Do tej pory opowiadał tak, jakby dzielił się z Marquezem cudzą historią. Mówił głosem wprawnego 
narratora,  używając  przepony  i  rezonatora  piersiowego  jak  zawodowy  aktor.  Teraz  musiał 
przerwać.
 
Wstrząsnął nim płacz tak silny, że Marquez czym prędzej poderwał się z drąga. Zapiął spodnie. 
—  Drogi  ojcze  Oip  —  odezwał  się  poważnie.  —  Dopiero  teraz  zaczyna  mnie  interesować  twoja 
historia.  Dopiero  teraz,  kiedy  o  cenie,  jaką  płacisz  za  jej  opowiadanie  zaświadczają  łzy  i  smarki 
wiszące u twojego nosa.
 
Tamto  było  nawet  ciekawe,  ale  moja  —jak  ją  nazywasz  —  zuchwała  wyobraźnia  produkuje  takie 
historie w dwie minuty. Ciekawsze zaś — w pięć minut. Niewyobrażalne — w dziesięć. I tak dalej... 
Ciąg jest bardzo progresywny.
 
To  gówno,  podobne  do  tego,  które  wyszło  z  naszych  kiszek  —  ta  twoja  łzawa  historyjka.  Nic  nie 
warta. Nawet jednej chwili wzruszenia.
 
Znam pisarza z małego kraju, gdzie nie uprawia się oliwek, a mleko pachnie oborą. Ten pisarz nie 
ma zuchwałej wyobraźni. A jednak wymyśla historie po stokroć ciekawsze od twojej.
 
Wolałem  pić  z  nim  bimber  i  słuchać  opowiadania  o  pewnej  olbrzymce,  niż  z  tobą  oglądać  ten 
zadziwiający krajobraz.
 
Zobacz, słońce już zachodzi. 
O  tej  porze  Conchita  rozkłada  na  stoliku  wonne  olejki  i  zdejmuje  halkę.  Potem  siada  nade  mną 
okrakiem. Niemało tracę. Zakończ więc te łzawe brednie i przejdź do Marii. Zacznij ratować nam 
życie...
 
Ojciec  Oip  wciągnął  spodnie.  Połajanka  Marqueza  zrobiła  na  nim  duże  wrażenie.  Wysmarkał  w 
chustkę resztę wzruszenia i zabrał się do roboty. Tym razem głos poszedł z gardła. Zabrzmiał, tak 
jak brzmi prawda.
 
—„Będę  z  tobą  tyle  dni,  ile  zdań  potrzeba  na  zapisanie  mojej  historii.  Potem  mnie  zjesz.  ―Tak 
brzmiały  pierwsze  słowa  Marii,  kiedy  ją  ucieleśniłem.  Dokonałem  tego,  posługując  się  z  jednej 
strony dorobkiem szamanów z Buriacji, z drugiej zaś 
— współczesnych genetyków. Wyplotłem z jej 
włosów warkocze, potem używając wikliny uformowałem w łańcuch przypominający strukturę DNA.
 
Instynkt podpowiedział mi tę drogę, a pomogła gorąca modlitwa. Czułem, że jestem nieomylny. 
I zdarzyło się. 
U końca włosów pojawiła się półcielista istota. 
Była  to  dziewczyna  około  szesnastoletnia,  niespecjalnie  piękna,  ale  z  czymś  płomiennym  w 
spojrzeniu.  Miała  perkaty  nosek,  około  stu  pięćdziesięciu  centymetrów  wzrostu  i  dużo  piegów  na 
szyi.
 
— Jestem kurwą w garnizonach — przedstawiła się. 
Mam  kurewską  normę  dwudziestu  żołnierzy  na  noc.  Znam  wiele  kurewskich  figur.  Najtrudniejsza 
jest gwiazda. Obsługuję wtedy pięciu naraz. Przeżyłam kilka wielkich miłości. Kochałam chłopaka. 
Płacił za widzenia ze mną papierosami. Powiesił się. Wisiał na drzewie cały rok. Ja nie chciałam 
się powiesić razem z nim. To wszystko, co mam ci dopowiedzenia. Teraz licz zdania, które zacznę 
zapisywać  w  tym  zeszycie.  Będzie  tyle  dni,  ile  będzie  zdań.  Potem  mnie  zjesz.  Teraz  rób  ze  mną 
wszystko, co tylko zdołasz wymyślić.
 
To powiedziawszy, Maria zamilkła i podała zeszyt oprawiony w skórę. 
Zabrałem zeszyt z jej dłoni, nie patrząc w oczy. Wzrok utkwiony miałem między nogami dziewczyny. 
Tam  bowiem  zmierzało  pasmo  miedzianozłotych  włosów.  Nie.  Nie  przesłyszałeś  się.  TO  BYŁY 
WŁOSY ŁONOWE.
 
Na  głowie  miała  Maria  banalną,  rudą  fryzurkę,  a  te  specjalne  włosy,  te,  dla  ukrycia  których 
franciszkanie uruchomili upozorowaną produkcję materaców, te, na których układali swoje żylaste 
ciała — te wyrastały spod pępka Marii.
 
Oto i cała historia. 

background image

Co mogę jeszcze do niej dodać? Kochaliśmy się sto dwadzieścia trzy noce. Tyle bowiem zdań zużyła 
Maria, by zapisać swoją historię.
 
Seks  z  Marią  był  dziwaczny.  Jak  wspomniałem,  była  istotą  na  wpół  cielistą.  Tylko  włosy  miała  w 
pełni realne. Reszta była mieszanką czegoś realnego z czymś eterycznym. Może popełniłem błąd w 
konstruowaniu  łańcucha  z  jej  włosów,  może  umknęła  mi  jakaś  końcówka  chromosomu  albo 
skupienie przy modlitwie? I dlatego Maria nie ucieleśniła się w pełni? Nie wiem.
 
Jak by nie było, kochaliśmy się w jedyny dostępny sposób, to znaczy — przenikając się wzajemnie. 
Otaczała  mnie  sobą,  umieszczała  wewnątrz  miękkiej  błony  i  kołysała  w  sobie  jak  płód.  To  czego 
doznawałem w te chwile, nie jest do opisania. Nawet twoim piórem. Po prostu i zwyczajnie nie jest.
 
Kiedy wypełniły się dni, kazała ugnieść swoje niepełne ciało w kulkę i zjeść. 
Tak zrobiłem. 
Ugniotłem ją w kulkę wielkości czereśni, odciąłem od włosów i poniosłem do ust. Powstrzymałem 
się w ostatniej chwili. Schowałem Marię do kieszeni na czterdzieści jeden lat.
 
Przez te lata umierałem co dnia. Zabijała mnie tęsknota za Marią. 
Kiedy z rozpaczy zacząłem zjadać własny kał i wypijać mocz, dołączono mnie do komanda mnichów 
zajmujących się krowami morskimi. Wkrótce stałem się podobny do nich — zarośnięty, owrzodzony, 
cuchnący i nieobyczajny.
 
Nie ominął mnie żaden rodzaj zboczenia. Robiłem wszystko, czego może dopuścić się człowiek, poza 
zabijaniem.
 
Któregoś zimowego popołudnia, kiedy oddawałem się właśnie sodomii, kulka Marii rozpaliła się w 
mojej kieszeni do czerwoności i uczyniła głęboką dziurę w udzie.
 
Zrozumiałem, że już czas. 
Wykąpałem się w rumianku, przyciąłem włosy i brodę, wdziałem świeżą bieliznę i habit. 
Potem,  wałkiem  do  ciasta,  rozwałkowałem  kulkę  Marii  na  okrągły,  bielutki  komunikant.  Tak 
przygotowany, uczyniłem spowiedź generalną.
 
Przyjąłem komunię z rąk przeora. Sam podałem mu komunikant, kłamiąc że przechowałem go od 
czasu święceń kapłańskich i że przez to jest mi szczególnie drogi.
 
Przyjąłem komunię z Marii. Byłem uratowany. 
To wszystko. 
Później  był  już  sam  banał:  codzienność  klasztorna,  mistyfikacja  z  materacami,  kłopoty  z 
trawieniem, dokuczliwe wiatry i odejście z klasztoru.
 
Oip westchnął ciężko. Zakończył opowiadanie, położył się na ziemi i zasnął twardym snem. 
Marquez okrył starca kocem. Sam poszedł spać do pustelni. 
Sprawy ułożyły się w najlepszy dla niego sposób. Miał całą noc na to, by przeczytać historię Marii, 
zapisaną przez nią samą.
 
Pamiętał  gdzie  leżał  zeszyt.  Miejsce  wskazał  mu  sam  Oip  oprowadzając  po  pustelni.  Była  to 
ozdobna  przegródka  na  półce,  zastawiona  półmatową  szybką,  by  do  papieru  nie  dobrały  się 
jaszczurki.
 
Rozpalił lampki oliwne, zaczerpnął mleka z kamiennego garnka, sięgnął do półki i odsunął szybkę. 
Zbladł. 
Przegródka była pusta. 
 
Wstawał dzień. Szreń schodziła z traw. Muskatowe buki wybijały się z mgielnej otuliny. Między 
nimi nie było widać Marqueza, choć Muskat wypatrywał oczy do bólu. 
— Zacznę od początku — postanowił pisarz i obwieścił postanowienie światu. 
Uczynił to szeptem, żeby broń Boże nie zranić poranka. Miał szacunek dla jego delikatności. To z 
niej właśnie, z delikatności poranka, wywiódł nieoczekiwane postanowienie. 
Nawet nie zmartwił się specjalnie, chociaż takie postanowienie niweczyło pracę wielu dni. 
— Zacznę od początku — powtórzył. Wsiądę do auta i zajadę do Popielawskiej resztówki od strony 
starej drogi. Stanę przy kapliczce, sięgnę po patyk i jeszcze raz napiszę zaklęcie. Będę udawał, że 
mnie  tu  wcale  nie  było.  Potem  wzruszę  się  na  nowo,  zapamiętam  wzruszenie  i  ukryję  je  przed 
innymi.  Będę  z  niego  odkrawał  kawałek  po  kawałku,  jak  kartofle  do  zalewajki.  To  musi 

background image

zaprowadzić mnie tam, dokąd zmierzam. Do siebie. 
Uczynił jak postanowił. 
Nie  minęły  dwie  godziny,  kiedy  po  raz  kolejny  stanął  przed  kapliczką.  Od  ostatniego  razu  nie 
zmieniło się tu wiele. Może tylko tyle, że woda ułożyła się już w rowach i dała spokój kocim łbom. 
Błyszczały w niskim słońcu jak polerowany marmur. 
Stanisław przysiadł na ławeczce przystawionej do płotka kapliczki. Nie czekał długo. Wzruszenie 
przyszło  z  szybkością  przynależną  temu  miejscu,  a  może  nawet  odrobinę  szybciej.  Zacisnęło 
gardło, wypełniło głowę watą cukrową a nos smarkami. 
To było to na co czekał pisarz. 
— Zgoda — odezwał się cicho do siebie. Zgoda — powtórzył. To ciekawe doświadczenie pisać tak 
szybko i tak udatnie jak mi się przydarzyło. Zgoda. Ale co z tego? Przecież to cudze — nie moje. 
A gdzie w tym pisaniu osobność Stanisława Muskata? Gdzie picie wody z Popielawskich rowów, 
nasłuchiwanie  pociągu  od  Łaznowskiej  stacji,  wygładzanie  kleszczyn  do  dziadkowych  chomąt, 
rozbijanie  kijem  świńskiej  szczeciny  do  podkładek,  zimowe  wyprawy  do  wylęgarni  po  stadka 
żółtych  kurczaków,  sięganie  między  nogi  Tereski  Trelanki,  znajdowanie  wilgoci,  oczekiwanie  na 
ojca z pięciobateryjną latarką? 
—  Gdzie  to  wszystko?  W  dupie!  Poszło  się  pierdolić!  Zamienione  na  jebane  cykady,  chujowe 
cedry, obsrane cyprysy, zarzygane oliwki, obszczane pinie i inne pierdolone gówna. A wszystko po 
to, żeby się podobać. I bać się trochę mniej. 

OJCZE NASZ KTÓRYŚ JEST W NIEBIE. 

 
 
Droga Marysiu: 
Właśnie piszę do ciebie  
nowy list. Już prawie przywykłem 
 do miasta, Chociaż śmieją się tu z 
 moich odmrożonych policzków:  
Babcia napisała nam, że zabierają  
Cię do domu dziecka. Znajdę Cię  
tam, bo nie wyobrażam sobie życia  
bez Ciebie. Nie martw się. Nigdy o 
 Tobie nie zapomnę. Przysięgam. 

 
Staszek 

 
 
 
 
 
Początki? 
Muskat  pamiętał  ich  wiele,  a  każdy  zaczynał  co  innego.  Jeden  z  pierwszych  początków.  Jazda 
saniami od Łaznowa. 
— Babciu? 
— Co, Stasiu? 
— Czym będę jeździł do szkoły? 
— Będziesz chodził, synku. 
— Na piechotę? 
—  No  tak.  Na  piechotę.  Podzelujemy  u  Mazurka  twoje  zimowe  kamasze,  a  na  drugą  zimę 
dostaniesz dziadkowe oficerki. Dziadek dostał je od samego pana Piłsudskiego za bohaterstwo. Do 
tego sklep z wyszynkiem na Grębachu. 
— Gdzie to jest? 
— Grębach? W Łodzi. 

background image

— To dlaczego tam nie mieszkacie? 
— Wszystko przepadło. Na wojnie. 
Telefon na pocztę pod Bukowem. Listonoszka wchodzi do klasy. 
— Stasiu, dzwoni twój tatuś. Potem rozmowa: 
— Staszek? 
— Tak, to ja tatusiu. 
— Stasiu, dzwonię do ciebie w trudnej sprawie, ale jesteś już prawie mężczyzną. 
— Tak, tatusiu. 
— Brat mamy, wujo Heniek... zmarł dzisiaj w szpitalu... Stasiu... jesteś tam? 
—Jestem, tatusiu. 
— Zrozumiałeś? —Tak. Wujo Heniek... 
— Musisz powiedzieć dziadkom. Nie ma innego sposobu. 
Jak wygląda ojciec, który dowiaduje się o śmierci syna? Zwyczajnie. Jak pomnik. 
Dziadek wbijał właśnie kołek w ziemię. Kamieniem. 
Dziadek  to  był  mały  człowieczek  o  bardzo  przestronnym  środku.  W  przestrzeni  dziadkowej 
zmieściło  się  bardzo  wiele:  dwie  wojny,  obóz  koncentracyjny,  strata  córki  i  starszego  syna  na 
wojnie.  Chociaż  nie.  Odrowąża  zastrzelił  kolega  z  oddziału  już  po  wojnie,  kiedy  przepadli  w 
Tomaszowskich  lasach  po  raz  drugi,  już  nie  jako  partyzanci,  ale  czarna  reakcja.  Strzelił  w  tył 
głowy, dla pewności. Tak mu kazali w UB. 
Jak wygląda ojciec, który dowiaduje się o śmierci drugiego syna? Zwyczajnie. Jak drugi pomnik. 
— Dziadziusiu... 
— No, co? Już wróciłeś. Mniej było lekcji? Dziadek podnosił właśnie kamień. 
Klęczał na lewym kolanie, lewą ręką trzymał kołek, stopą prawej nogi opierał się na trawie. 
—Dziadziusiu... wujo Heniek zmarł dzisiaj w szpitalu. 
Dziadek,  rymarz,  szwoleżer  Piłsudskiego,  szef  obwodu  AK,  mały  człowieczek  —  został  tak  do 
późnej  nocy.  Zakrzepł  w  pomnik.  Nawet  ogłupiała  łza,  zatrzymała  się  w  pół  drogi.  Zawisła  na 
czubku nosa i z cierpienia przemieniła się w kryształ. 
Kamieniowi uniesionemu w powietrze pękło serce. Odjął sobie ciężaru, uniósł się nad dłonią i trwał 
tak razem z dziadkiem, bojąc się poruszyć. 
Jeden z kolejnych początków, wcale nie mniej ważny od innych. 
Była zima po tym lecie, które zabrało wuja Heńka i tej jesieni, przez którą dziadek nie odezwał się 
ani słowem. 
Staszek leżał pod pierzyną. Chorował. Przyplątała się gorączka.  
Na górze w rymarskim warsztacie odbywała się pierzawka. Z czworaków przyszły wszystkie baby. 
Darły  pierze,  popijały  grzane  wino,  zagryzały  kaszanką  i  podśpiewywały  cicho,  by  nie  ranić 
milczenia dziadka. 
W takiej chwili na dole otworzyły się drzwi pokoju, weszła Marysia. Miała na sobie lichy paltocik, 
liche trzewiki i zieloną czapkę z wełny. Podeszła do łóżka, usiadła na brzeżku. 
Długo trwało milczenie. 
Dziewczynka  musiała  przejść  trzy  kilometry  przez  śnieg,  by  na  koniec  dojść  do  Popielawskiej 
resztówki.  To  była  wielka  wyprawa.  Nie  wolno  było  przerwać  tak  ważnego  milczenia  czymś 
błahym. Staszek milczał. Czekał na słowa Marysi. Ale Marysia nie odzywała się. Trwała w upartym 
nicniemówieniu. Wgapiała się w Staszka niebieskawymi ślepiami, aż z tego wszystkiego wypełzły 
jej  z  nosa  przezroczyste  gluty.  Dziewczynka  otarła  je  wierzchem  odmrożonej  dłoni,  a  potem  — 
dalej  bez  słowa  —  wsunęła  rękę  pod  pierzynę.  Szybko  znalazła  ptaka  i  zacisnęła  na  nim  dłoń. 
Wyraz  jej  twarzy  nie  zmienił  się  ani  odrobinę.  Z  nosa  wychyliły  się  nowe  gluty.  Te  Marysia 
wciągnęła w siebie i przełknęła. W chwilę po tym odezwała się cichutko. 
Już wiem kim będę, jak dorosnę. Albo pielęgniarką, albo kurwą w garnizonie. Wszystko zależy od 
tego, czy tatko wyjdzie z choroby. 
— Jak wyjdzie, będę pielęgniarką. Jak nie wyjdzie i umrze, zabiorą mnie do domu dziecka. Wtedy 
zostanę kurwą—zmienię sobie imię na inne, żeby mnie nikt nie rozpoznał. Na przykład na... Luśkę. 
Zapuszczę  długie  warkocze,  żeby  mnie  nikt  nie  rozpoznał.  Umiem  już  całować  jak  kobieta. 

background image

Pamiętasz jak cię pocałowałam? 
Staszek  nie  odpowiadał.  Gorączka  wzmogła  się  gwałtownie,  a  do  tego  rozbolał  go  członek 
uwięziony w dłoni Marysi. Cały poznany świat pomieszał mu się w głowie. Chciał zrobić coś, co 
mogło  pasować  do  tej  dziwnej  chwili,  ale  zamiast  tego,  uczynił  coś  zupełnie  odwrotnego. 
Przyciągnął głowę Marysi do swojej głowy i przegryzł  dziewczynce lewą brew. Dłoń na członku 
zacisnęła się gwałtownie, a w otwarte do krzyku usta, spłynęła słodkawa dziewczęca krew. 
  
Od tej pory aż po kres dni nosiła Marysia pionową bliznę nad lewym okiem. 
Początki. Zaczynania. Zaczynania od nowa. Muskat uśmiechnął się cierpko. 
— W końcu jednak gdzieś doszedłem... Do jakiegoś miejsca... Idzie się. 
Wstał z ławki, pochylił się po patyk, by odnowić zaklęcie na drodze. Nie odnalazł starego napisu. 
Ktoś zatarł go butem. Usiadł na nowo, rozejrzał się dookoła. 
Zobaczył  wszystko  trwające  na  swoich  miejscach,  ale  pomniejszone  przez  czas  i  jak  on  sam  — 
przez czas dotknięte. Czworaki spaliły się parę lat wcześniej, pałacyk przebudował sobie rzeźnik z 
Tomaszowa.  Przebudował  na  nuworyszowską  twierdzę,  zamknął  w  niej  młodą  żonę  i  upijał  się 
denaturatem, chociaż stać go było na najlepsze wódki. 
Stawki zarosły sitowiem, sklęsły się w sobie i czekały już tylko na koniec świata. Ten jednak nie 
zamierzał przychodzić. 
W  pałacyku  była  zimna  sypialnia.  Na  górze,  naprzeciw  warsztatu  dziadka.  Tam  sypiało  się  od 
święta. Powiedzmy, że przyjeżdżała rodzina. Jaka bądź. Dziadkowie układali wtedy przyjezdnych 
na  dole,  w  cieple,  sami  zaś,  razem  z  wnuczkiem,  szli  spać  do  zimnej  sypialni.  Jeżeli  była  akurat 
zima, każdy dostawał pod nogi dwie flaszki z gorącą wodą. 
Przebudzenia  bywały  rozmaite,  zawsze  jednak  z  oczami  utkwionymi  w  suficie.  Tam  bowiem 
zapisana była przyszłość Staszka Muskata. Na suficie. 
To były zwykłe pęknięcia. Zaprawę narzucano na trzcinę wiele razy. Tu i tam trzcina nie dźwignęła 
ciężaru, zaprawa popękała. 
Staszek rzecz jasna znał to wytłumaczenie, ale nic sobie z niego nie robił. Czytał swoją przyszłość 
zachłannie, wodził palcem po kobiecych profilach, po obłościach ciał, grzbietach książek, korytach 
rzek, kontynentach. Odkrywał nieodkryte. 
Dla  ułatwienia  podzielił  sobie  sufit  na  osiemdziesiąt  kwadratów,  z  których  każdy  wyznaczał 
kolejny rok życia. Przez kilka lat sypiania w zimnej sypialni zdołał odczytać trzydzieści siedem lat 
swojego życia. 
—  Cholera!  —  krzyknął  Muskat  i  poderwał  się  z  ławki.  Cholera!  Odczytałem  tylko  trzydzieści 
siedem lat! 
W jednej chwili odezwało się w nim dziecko i opanowało dorosłego bez reszty. Puścił się biegiem 
w kierunku pałacu. 
Żona rzeźnika była ładną, drobną kobietą. Jej kruchość podkreślał dodatkowo męski przyodziewek. 
Taki  widać  wybrała  sobie  styl:  drelichowe  spodnie,  flanelowa  koszula,  przyduża  marynarka  z 
podwiniętymi rękawami, włosy gładkie, spięte za głową, do tego mały, prosty nosek, brązowe oczy, 
rządki drobnych zębów, białych i zdrowych. 
Wyglądała  jak  hrabianka  i  tak  się  nosiła  na  przekór  podłemu  losowi.  Bo  jak  inaczej  nazwać 
wygnanie  do  Popielaw,  do  tego  zasranego  końca  świata?  Nie  wiadomo,  co  jej  naobiecywał 
czerwono—mordy mąż, że zgodziła się przyjechać za nim w tę wiejską przepadlinę. 
—  Chciałem  popatrzeć  na  sufit  w  zimnej  sypialni  —  wytłumaczył  się  szybko  Muskat  kiedy 
otworzyła drzwi. 
— Na co chciał pan popatrzeć? Na sufit? 
Roześmiała się serdecznie, układając zmarszczki wokół oczu w słoneczne promyki. Z jej twarzy nie 
czytało się goryczy ani innych zapisków; które powinien ponad wątpliwość wycisnąć zły los. No, 
może gdzieś na dnie oczu pojawiał się czasem jakiś mat, ale ten dotyczył przeszłości. Muskat znał 
się  na  tym  trochę.  Teraz  z  twarzy  kobiety  czytało  się  pogodę  i  serdeczność  Nic  innego.  Te 
nieoczekiwane odkrycia odebrały mu pewność siebie. Patrzył na kobietę zachłannie, dopasowując 
ją do miejsca tak znanego i tak nowego. Ale pasowała. Nawet czarne włosy i śniada skóra nie były 

background image

tu obce. Pasowały do ultramarynowych ścian i czwórdzielnych okien z zielonymi okiennicami. 
— A co takiego specjalnego w tym suficie? Przygnał pan za wspomnieniami? 
—  Trochę  tak,  a  trochę  nie.  Każdą  nową  książkę  zaczynam  od  Popielaw:  Pytam  o  pozwolenie 
studnię, stawki, rajską jabłoń rosnącą między nimi. Pytam o pozwolenie, a one zwykle pozwalają. 
A pani mąż? — zapytał nieoczekiwanie dla siebie samego. 
— Mój mąż? Nie ma go. Wyjechał w interesach. Na giełdę mięsną. Możemy romansować prawie 
otwarcie. 
Weszli  do  zimnej  sypialni.  Nie  zmieniła  się  prawie.  Dalej  stały  tu  dwa  dębowe  łóżka  dziadków, 
dalej wisiała nad nimi święta rodzina w pozłacanej ramie. Obraz nawet nie przyblakł. Kolory były 
żywe i soczyste. 
— I co teraz? — zapytała żona rzeźnika. Zedrzesz ze mnie ubranie i wypierdolisz mnie na łóżku 
swojego dzieciństwa? 
Stanisław nie odpowiedział. Zamiast tego położył się na wznak na lewym łóżku, tym, które stało 
bliżej  okien.  Po  chwili  na  prawym  łóżku  położyła  się  żona  rzeźnika.  Słychać  było,  jak  pod 
marynarką tłucze się jej ogłupiałe serce. 
—  W  tym  łóżku  sypiałem  od  święta  —odezwał  się  Muskat.  Miałem  piękne  sny  i  piękne 
przebudzenia.  Podzieliłem  sufit  na  osiemdziesiąt  kwadratów.  Z  zapasem.  Odczytałem  dotąd 
trzydzieści siedem. Dzisiaj mam czterdzieści lat. Sufit mnie nigdy nie okłamał. Zapisane jest na nim 
wszystko. Trzeba tylko umieć czytać. 
— Przeszłość też? 
— Też. 
— To przeczytaj mi moją. 
— Sama sobie przeczytaj. 
— Myślisz, że mam dość siły? 
— Nie mam pojęcia. Spróbuj. Może masz dość siły. 
— Czytam. Zaczynam od osiemnastego kwadratu. 
— Dlaczego nie od dzieciństwa? 
— Było mroczne. — 
— Ale było.  
— Znam odpowiedzi. 
— Jesteś pewna? 
— Nie. Nie jestem, ale zaczynam od osiemnastego kwadratu. Tak chcę. 
Właśnie  dostałam  się  na  studia,  na  iberystykę.  Rodzice  ucieszyli  się,  chociaż  oznaczało  to  mój 
wyjazd do Warszawy.  
Już na pierwszym roku zakochałam się w Marquezie. Czytałam wszystko co napisał. Każde słowo, 
które  wyszło  spod  jego  pióra.  Uczyłam  się  hiszpańskiego  jak  najęta.  Studia  zakończyłam  przed 
czasem  bardzo  efektowną  pracą  magisterską.  Otworzyłam  przewód  doktorski,  dostałam 
stypendium. Ale ciągle nie miałam dość pieniędzy, żeby wyjechać do ukochanego. Zapisałam się na 
kursy masażu tybetańskiego. I te ukończyłam przed czasem. Szybko znalazłam pracę w instytucie 
medycyny  naturalnej,  ale  ciągle  zarabiałam  zbyt  mało,  żeby  marzyć  o  wyjeździe.  Miłość  spalała 
mnie.  Chciałam  go  zobaczyć  jak  najszybciej,  usłyszeć  jak  mówi,  dotknąć  dłoni,  spod  której 
wychodziły te wszystkie piękne słowa. Oszalałam. Pisałam listy, ale mój ukochany nie odpisał na 
żaden.  Z  rozpaczy  poszłam  pracować  do  salonu  masażu  erotycznego.  Miałam  zręczne  dłonie  i 
dyplom masażystki. Od tej pory przeliczałam kutasy na dolary. Przybywało kutasów, przybywało 
pieniędzy, przybliżał się wyjazd do Marqueza. Z tego roku ciężkiej pracy zapamiętałam tylko jedną 
twarz. Wszystkie pozostałe to były chuje. Wyrastające z czoła, brody, nosa, długie, krótkie, grube, 
cienkie,  proste,  powyginane  —  chuje.  Tylko  ten  jeden  mężczyzna  miał  prawdziwą  twarz  i 
prawdziwe oczy. Patrzył na mnie tak pięknie jak nikt dotąd. Potem rozmawialiśmy. Opowiedziałam 
mu o mojej nieszczęśliwej miłości. Wtedy sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, “wyjął rulon 
dolarów  związanych  gumką,  zsunął  gumkę,  odliczył  dziesięć  tysięcy  i  podał  mi  bez  słowa.  Tym 
sposobem  już  w  dwudziestym  czwartym  kwadracie  znalazłam  się  przed  wiejskim  domem 
Marqueza. 

background image

Starzec  był  tak  piękny  jak  w  moich  wyobrażeniach,  a  nawet  jeszcze  piękniejszy.  Jego  siwizna 
skrzyła  się  w  słonecznym  świetle,  pomarszczone  czoło  długo  sprawiało  się  z  myślami  a  płatki 
nozdrzy rozchylały się przy tym jak u młodego byczka. 
— Doktorat, mówisz... To będzie już chyba dwunasty doktorat. Komu to potrzebne? Może potrafisz 
coś innego? 
— Znam masaż tybetański i kurewski. 
—  No,  no...  To  już  jest  coś.  Masaż.  To  by  mnie  nawet  interesowało.  Wiesz,  mam  odprostowane 
dwie lordozy... 
— Wiem — przerwałam — szyjną i lędźwiową. Wiem o panu wszystko. 
— No dobrze, dziecko. Więc codziennie dwa masaże i jedno pytanie do doktoratu. Zgoda? 
Tym sposobem zostałam prywatną masażystką mistrza. Przezwał mnie Conchitą. 
 Sypiałam  w  sąsiednim  pokoju,  nasłuchując  uważnie.  Zjawiałam  się  na  każde  jego  zawołanie. 
Prowadził  dziwny  tryb  życia.  Każdego  dnia  wstawał  o  piątej  rano  i  długo  patrzył  na  mgłę.  Jak 
zrozumiałam  później,  potrzebował  tych  kilku  porannych  godzin,  by  nasłuchać  się  cykad  na  cały 
dzień. Mgła też była ważna. Może nawet ważniejsza. Wypytywał mnie o cykady w moim kraju. 
— Nazywamy je świerszczami polnymi, mistrzu. 
— Świerszcze polne. Dziwne nazwanie. Bardzo dziwne. Ale dobrze, że macie tam świerszcze, bo 
to  znaczy,  że  macie  też  kochanków  i  miłość.  To  zaś  znaczy,  że  jesteście  narodem  walecznym  i 
romantycznym. Czy nie tak? A wszystko dzięki tym małym, szeleszczącym żyjątkom. 
Ten  starzec  wiedział  wszystko.  Prawda  wchodziła  w  niego  bez  trudu  i  z  wszystkiego  dookoła. 
Wciskała się w niego jak woda  “w gąbkę. Drzazga smolna, śmieć, błyskawica,  chmura burzowa, 
zapach  kobiecego  potu,  kształt  powieki  WSZYSTKO  NIEPOJĘTE  ŚWIATA  zamieniał  na 
oczywistość. Nie zachowywał się przy tym jak odkrywca. Śmiał się tylko, kiedy przypadałam do 
jego dłoni, by ucałować ją i przycisnąć do policzka. Przystał na moją miłość jak na wszystko inne, 
nie wyróżniając jej z codzienności w żaden specjalny sposób. 
W te lata żyło się jednak pięknie i dobrze. 
Spędzałam czas przy ukochanym, karmiłam oczy jego widokiem, nasycałam ciało jego zapachem, a 
duszę jego duchową, subtelną emanacją. Czego mogłam chcieć więcej? 
Wzajemności? A czymże jest wzajemność, jak nie dawaniem siebie bez ograniczeń. Marquez tak 
właśnie  trwonił  siebie.  Bez  ograniczeń.  Że  przy  tym  kochał  wszystkie  kobiety  świata?  Tak 
rzeczywiście było. Tak było aż do tego dnia, kiedy odkrył istnienie Marii. 
Ta historia z Marią zaczęła się banalnie, od rozmowy Marqueza z ogrodnikiem Ricardo. 
To  był  drań  cieszący  się  niezasłużonym  zaufaniem  mistrza.  Podobno  pochodzili  z  tych  samych 
stron. Stąd ta sympatia, takie rzeczy były dla Marqueza ważne. 
Ricardo  nieraz  próbował  się  do  mnie  dobierać.  Był  lubieżnikiem.  Jestem  pewna,  że  podglądał 
igraszki Marqueza i moje. Mistrz chyba wiedział o tym, ale przymykał oczy. 
Rozmowa  z  ogrodnikiem  bardzo  go  podnieciła.  Po  południu  zamówił  pół—ciężarówkę.  Razem  z 
usłużnym  Ricardo  pojechali  do  nieodległego  klasztoru  franciszkanów.  Wrócili  pod  wieczór  z 
dwunastoma materacami kupionymi od mnichów. 
Tej  nocy  mistrz  jeszcze potrzebował  moich  masaży,  ale  już  następnej  nie  wezwał  mnie.  Od  tego 
czasu, słyszałam przez ścianę, jak mówi do siebie, płacze, śmieje się, milknie nagle, a nawet prze-
staje oddychać. Byłam przerażona. Jedyne na co mi pozwalano, to  zanoszenie do sypialni  wina i 
lekkich posiłków. Patrzyłam wtedy na ukochanego i płakałam żałośnie. Nie robiło to na nim wra-
żenia. Leżał na wznak z dłońmi zaplecionymi pod pępkiem, gapił się w sufit i czekał aż odejdę. 
Po  jakimś  czasie  zaczęło  mi  brakować  jego  ciała.  Czułam,  że  przybliżam  się  do  kresu.  Byłam  o 
krok  od  przyjęcia  zalotów  Ricardo.  Którejś  nocy  nie  wytrzymałam.  Pożądanie  wzięło  górę  nad 
strachem.  Wdarłam  się  do  sypialni  mistrza  i  zgwałciłam  go  na  tych  przeklętych  materacach. 
Dopiero  w  połowie  nocy  zaczął  odwzajemniać  pieszczoty.  W  jego  żyłach  na  powrót  popłynęła 
męska krew. Rzucił się na mnie jak młodzieniec. Tarzaliśmy się tak prawie do świtu. Szczytowałam 
wiele razy. Zetlałe płótno materaców nie dało rady oprzeć się naszemu szaleństwu. Podarło się na 
strzępy. 
Rano Marquez odkrył włosy Marii. To one okazały się przyczyną jego dziwnego stanu. Oczywiście 

background image

żadne z nas, nie wiedziało wtedy o Marii. Po prostu zobaczyliśmy rude włosy leżące na posadzce. 
To znaczy — ja tyle zobaczyłam. Mistrz zobaczył więcej. 
Zostałam  przy nim jeszcze dwa tygodnie. Tyle czasu potrzebował,  by podnieść się z choroby, na 
którą  zapadł  po  odkryciu  włosów.  Szaleństwu,  które  nastąpiło  potem,  nie  dałam  już  rady 
towarzyszyć, mimo “wielkiej miłości do mistrza”. 
  
Dotarłam przy nim do dwudziestego siódmego kwadratu. Dałam tej miłości ile potrafiłam. Wzięłam 
dużo więcej. Teraz musiałam się już tylko uratować. 
Pomógł mi ten sam mężczyzna, który kilka lat wcześniej podarował pieniądze na miłosną wyprawę. 
Zatrzymał mnie na progu burdelu w Bogocie. 
Okazało się, że poświęcił majątek, by mieć mnie pod dyskretną kontrolą. Opłacał nawet Ricardo i 
okolicznych żandarmów. 
Pieniędzy starczyło jeszcze na powrót do Polski, skromny ślub i rozkręcenie mięsnego interesu. Jak 
się okazało, mój mąż znał się na rzeczy. Wkrótce kupił dla mnie ten pałacyk. 
I w ten sposób znaleźliśmy się w dwudziestym dziewiątym kwadracie. Tak. Żyję tu już dwa lata. 
Doglądam  domu  i  okolicy.  Samotność  jest  moją  serdeczną  pieczęcią.  Odciskam  ją  na  wszystkim 
dookoła. Nawet to polubiłam. Mam trochę zwierząt: parę świnek, stadko kur, dwa psy, wronę, trzy 
koty, szczura. 
Czy go jeszcze kocham, Marqueza? Kocham go, ale to jest już miłość bezpieczna. Nie potrzeba jej 
codziennego widoku ukochanego. Potrzeba tylko czasu. 
Żona rzeźnika przerwała odczytywanie kwadratów na suficie. Zamilkła. Muskat przełknął ślinę. 
—  A  zatem  Marquez  kłamał  —  pomyślał.  Kłamał  jak  najęty,  opowiadając,  że  Conchita  dalej  się 
nim  opiekuje.  W  jego  opowiadaniu  oddana  Conchita  ciągle  przychodziła  do  sypialni,  nakrywała 
stolik, ustawiała na nim wonne olejki, zaciągała rolety i zrzucała ubranie. 
— A twoje kwadraty? — odezwała się żona rzeźnika. Co przepowiadają? 
Muskat spojrzał na kobietę. Ciągle leżała na wznak ze wzrokiem utkwionym w suficie. Wydawała 
się teraz jeszcze bardziej krucha niż przy poznaniu. Nagle zapragnął ją przytulić. Nic więcej, tylko 
przytulić,  zamknąć  w  ramionach  i  zatrzymać  ją  tak  do  uspokojenia  oddechu.  Zrozumiała.  Sama 
przesunęła się na jego stronę. 
Potem wszystko ułożyło się inaczej, niż planował. Kochali się. 
— A twoje kwadraty? — ponowiła pytanie, kiedy już było po wszystkim. 
— Moje kwadraty?  
Spojrzał w sufit. Zobaczył. 
— Moje kwadraty mówią, że odnajdę zeszyt Marii w Izraelu. Poznam przy tym historię największej 
miłości świata. Nie będzie to jednak twoja historia... ani historia Marii. 
Kiedy  wrócił  pod  kapliczkę  od  razu  zauważył  napis  na  drodze.  Ktoś  odnowił  go,  bardzo  dobrze 
naśladując charakter pisma Muskata. 
— Co to właściwie znaczy: wszystko niepojęte świata? — usłyszał pytanie. 
Zza  tujowego  drzewa,  pamiętającego  miłosne  spazmy  Tereski  Trelanki,  wyszedł  mężczyzna.  Od 
razu  było  widać,  że  nie  jest  z  tych  stron.  Jego  szlachetne  uformowanie  gwałciło  Popielawską 
zwyczajność. Można nawet powiedzieć, że zadawało jej ból. 
Mężczyzna  miał  około  pięćdziesięciu  lat,  ciemne  gorejące  oczy,  starannie  przystrzyżoną, 
szpakowatą  brodę  i  podobnie  szpakowate  włosy  Sięgały  ramion,  układały  się  na  czarnym  palcie 
dokładnie tak jak powinny. 
— Odpowie mi pan? — przynaglił. 
Muskat  postanowił  podjąć  rozmowę,  choć  nie  oczekiwał  po  niej  niczego  dobrego.  Poczuł 
nieomylnie,  że  właśnie  grzebie  postanowienie  o  zaczynaniu  wszystkiego  od  nowa.  Obcy 
mężczyzna, skąd by nie przychodził, przychodził ze świata Żyda Pleszke. 
— Wszystko niepojęte świata? To znaczy właśnie to. Drobiazgi. Drzewo, ptak, studnia, owoce. Na 
przykład jabłka. Jadł pan papierówki, gaguły, jeszcze trochę cierpkie? A czereśnie? Białe czereśnie 
na  drzewach  dziadka  Jakuba.  Albo  to,  że  się  wraca.  Niepojęte.  Wraca  się  do  skrzyżowania  dróg 
wymoszczonych kocimi łbami, do kapliczki skleconej z byle jakiej cegły, do gipsowej Marii. I ta 

background image

gipsowa nieporuszona Maria ożywia Marię z ciała, krwi i  kości. Przyobleka w kształt,  daje imię, 
piersi, palce u dłoni. 
Niepojęte. 
A szczekanie małego psa po mgle. Jesienne. Słyszał pan kiedyś? Taki pies szczeka prosto w serce, 
wymierza odległość do innej wsi, z której właśnie Marysia wyrusza do domu dziecka. 
Niepojęte. 
  
Teraz  deszcze.  Rozmaite.  Wiosenne,  letnie,  jesienne.  Dźwięk  deszczu,  a  przedtem  zwiastujący 
pomruk burzy. Idzie się przez taki deszcz boso, aż na koniec dochodzi się na przystanek pekaesu 
pod Bu—kowetn. Nie przyjechała. 
Niepojęte. 
W gruncie rzeczy — drobiazgi. To i tamto. 
Muskat przerwał na chwilę, ale zaraz wrócił do mówienia. 
— Chciałem zacząć coś od nowa. To jest właśnie moje miejsce do zaczynania. Nie udało się. 
— Był pan w pałacu. Widziałem, jak pan stamtąd wychodził. 
— Byłem. 
—Ja też byłem. Kilka razy. Ciekawe, jaką historią zaczarowała pana ta nimfomanka. 
Muskat  zesztywniał.  Rozmowa  z  nieznajomym  przybierała  bardzo  zły  obrót.  Poczuł  to  razem  z 
gęsią skórką na karku. 
— Drogi panie — odezwał się — nie wiem kim pan jest, ale nie będę specjalnie dociekał. Następne 
słowo  wróci  panu  do  gardła  razem  z  zębami.  Przysięgam.  Potrafię  układać  zgrabne  zdania,  ale 
potrafię też przypierdolić. Nieznajomy uśmiechnął się. 
— A jednak, zaczarowała... Nie tylko nimfomanka, ale i czarodziejka. 
Muskat uderzył bardzo szybko. To, co stało się potem, było jednak dużo szybsze. Nieznajomy nie 
uchylił się. Zasłonił tylko głowę przedramieniem, zaś drugą ręką odwrócił napastnika plecami do 
siebie.  Błysnęło  ostrze  i  na  gardle  Muskata  zatrzymał  się  nóż,  hiszpański  motyl  z  perforowaną 
rękojeścią.  Stanisław  znieruchomiał.  Dobrze  wiedział,  że  człowiek  który  tak  szybko  otwiera  nóż, 
potrafi równie szybko zabić. 
— Nazywam się Landesman. Doktor Landesman. Jestem Żydem. Prowadzę w Sztokholmie dobrą 
praktykę kardiologiczną. Zajmuję się sercami, układami krwionośnymi. Wiem, gdzie w człowieku 
przebiegają  żyły  Właśnie  na  jednej  z  nich  opieram  ostrze.  Przyjechałem  tu  załatwić  jedną  ważną 
sprawę i kilka mniej ważnych. Chciałem prosić pana o pomoc. Liczyłem na przyjaźń i dalej na nią 
liczę. Ta kobieta nie może nam przeszkodzić. Teraz odsunę nóż od pana szyi i spokojnie opowiem 
co wiem. Pan zaś spokojnie tego wysłucha. Zgoda? 
To  powiedziawszy,  Landesman  uwolnił  Stanisława,  zamknął  nóż  i  usiadł  na  ławeczce  przy 
kapliczce. Wyjął chustkę, przetarł pot z czoła. 
—  Nie  chciałem  pana  zranić  —  odezwał  się  pojednawczo.  —  Skąd  mogłem  wiedzieć,  że 
przywiązuje pan taką wagę do tej znajomości? 
To  ładna  i  niegłupia  kobieta,  ale  mitomanka,  do  tego  bardzo  rozbudzona  seksualnie  —  jeżeli  to 
określenie mniej pana dotyka. 
Rozglądam się po tej okolicy od trzech tygodni. Każdy dzień odbiera mi nadzieję, ale przynajmniej 
dowiaduję się czegoś o ludziach z tych stron. Trudno pogardzić taką wiedzą. Trudno ją przecenić. 
Szczególnie w mojej sytuacji. 
A  z  tych  dwojga  —  pokazał  głową  w  kierunku  pałacu  —  bardziej  mnie  obchodzi  mąż  niż  żona. 
Głupiec. Wczoraj zobaczył ją wchlewiku połączoną z dwoma pijanymi chłopami. Zamiast naprać 
po  pysku,  wyjechał  bez  słowa.  Zresztą  ten  jej  talent  do  pierdolenia  równy  jest  talentowi  do 
konfabulacji.  Wie  pan  jaką  mnie  ugościła  historią?  Przedstawiła  się  jako  Małgorzata,  córka  tej 
Małgorzaty od Mistrza. Wyobraża sobie pan? Córka Bułhakowa. Ni mniej ni więcej. A jak udatnie 
opisywała  Patriarsze  Prudy.  Jakby  tam  była.  Może  zresztą  była...  A  pan  był  na  Patriarszych 
Prudach? Dziwne miejsce. Przysiadłem kiedyś na ławce. Tej samej, na której siadywał Bułhakow. 
Patrzyłem  na  staw;  na  okalający  go  płotek.  Dobra  kowalska  robota.  Potem  poszedłem  do 
mieszkania mistrza, to znaczy na klatkę schodową w oficynie. 

background image

Napisy zaczynały się już od bramy prowadzącej na podwórko. Potem ich przybywało i przybywało. 
Czytałem chyba ze dwie godziny, aż w którejś chwili mój wzrok zatrzymał się na zdaniu, które nie 
było  wyrazem  hołdu  dla  pisarza,  nie  było  sentencją  filozoficzną,  nie  było  też  przepowiednią  ani 
zapisem beznadziei. To zdanie brzmiało: 
,Wszystko niepojęte świata”. 
Więc kiedy po latach odnalazłem to samo zdanie napisane patykiem na drodze, uwierzyłem, że uda 
mi się wypełnić misję. To pan je napisał, tam, w Moskwie. Prawda? 
— Nie byłem nigdy na Patriarszych Prudach. Nie wierzę też w te brednie o żonie rzeźnika. W ogóle 
nie wierzę w ani jedno pańskie słowo. 
To  powiedziawszy,  Stanisław  odwrócił  się  i  ruszył  w  kierunku  samochodu.  Landesman  poderwał 
się z ławki. 
— Znam człowieka, który zabił Odrowąża. On żyje. To nieprawda, że koledzy Odrowąża odnaleźli 
go  na  Ziemiach  Odzyskanych  i  zastrzelili.  Ten  człowiek  żyje  i  jest  blisko.  Sprzedam  go  panu  za 
konwersję  na  judaizm  i  przyłączenie  się  do  modlitwy  kadisz.  Jednej  jedynej.  Muszę  dotrzymać 
przysięgi. Przysięgałem ojcu! Błagam, niech pan nie odchodzi! 
Stanisław zatrzymał się blady i spocony. Wrócił. Odezwał się cicho. 
— O Odrowążu wiedzą tu wszyscy. Był bratem mojej matki, porucznikiem AK, bohaterem. Taką 
wiedzę mógł pan zdobyć w byle jakiej rozmowie, za byle jaką cenę. Za butelkę wódki na przykład. 
Ale  o  przysiędze  kolegów  Odrowąża,  poszukiwaniach  na  Ziemiach  Odzyskanych  i  wykonaniu 
wyroku wiedzieli nieliczni. Większości z nich nie ma już pośród żyjących. 
— Ale on, ten który zabił — żyje — powtórzył twardo Landesman. — Żyje i jest blisko. Sprzedam 
go panu za cenę którą wymieniłem. 
— To dziwna propozycja. Jak pan powiedział? Konwersja na judaizm? A po co to panu potrzebne? 
— Nazywam się Landesman. Tak samo nazywał się mój ojciec i jego starszy brat. Zginął gdzieś tu, 
niedaleko.  Wyskoczył  z  transportu  wiozącego  Żydów  do  Oświęcimia.  Rozumie  pan?  Mój  ojciec 
przeżył,  bo  wyjechał  za  ocean  jak  tylko  poczuł  co  tu  Niemcy  szykują  ludziom.  Stryj  nie  chciał 
wyjechać. Zakochał się w Polce. Miała na imię Aleksandra i była dużo młodsza od niego. To była 
wielka miłość. W mojej rodzinie od lat daje się ją za przykład miłości doskonałej. 
Kiedy  Niemcy  utworzyli  w  Łodzi  getto,  Aleksandra  nie  została  po  aryjskiej  stronie.  Poszła  za 
mężem,  a  potem  pojechała  z  nim  do  Oświęcimia.  Nie  dojechali.  Wyskoczyli  z  transportu  gdzieś 
między  Łaznowem  a  Czarnocinem.  Niemcy  znaleźli  ich  w  lesie  i  zastrzelili.  Taką  wiadomość 
przywieźli  do  Ameryki  emigranci  zarobkowi  z  tych  stron.  Z  Brzustowa,  Czy  ze  Sługocic.  Nie 
pamiętam. 
Muskat  powoli  wrastał  w  ziemię.  Czuł  pot  już  nie  tylko  na  czole,  ale  na  szyi,  plecach,  między 
pośladkami. Zrobił się biały jak papier. 
— Źle się pan poczuł? 
W głosie Landesmana zabrzmiała prawdziwa troska. 
—  Trochę.  Mało  spałem  w  nocy.  Przestraszył  mnie  pan  tym  nożem...  Ale  proszę  opowiadać.  To 
bardzo interesujące. 
— Nie ma już wiele do opowiadania. Przysiągłem umierającemu ojcu, że odmówię kadisz za duszę 
stryja w miejscu jego śmierci, a przynajmniej blisko tego miejsca. Teraz szukam Żydów: Do kadisz 
musi być dziesięciu. Przez trzy tygodnie znalazłem siedmiu Jaj estem ósmy, rzeźnik z pałacu, jeżeli 
da się namówić — dziewiąty. Dziesiątym będzie pan, pod warunkiem, że dobijemy targu i zmieni 
pan wyznanie. 
— Dlaczego panu tak na mnie zależy? W Tomaszowie znajdzie pan wielu Żydów. W Łodzi jeszcze 
więcej. 
—  To  już  za  daleko.  Przysięgałem  ojcu,  że  znajdę  dziesięciu  Żydów  w  promieniu  dziesięciu 
kilometrów od miejsca śmierci  stryja. Za centrum  przyjąłem  Będków. Popielawy są już na samej 
granicy.  My,  Żydzi,  wymyślamy  sobie  rozmaite  ograniczenia.  W  życiu  i  w  religii.  Przysięgałem. 
Pan  jest  moją  ostatnią  nadzieją.  To  pan  napisał  na  drodze:  „wszystko  niepojęte  świata”.  Czy  nie 
tak? To pan pięknie wytłumaczył, co kryje się za tymi słowami. Czy nie kryje się za nimi również i 
taka ofiara? Ofiara ze swojego wyznania? 

background image

— Mówił pan o transakcji. 
— Mówiłem i dotrzymam. —Zastanowię się. 
— Proszę się nie śpieszyć. Zostanę tu jeszcze cztery tygodnie. Picie z tej ziemi ożywia mnie. Pan 
zrozumie tę metaforę. 
— Nie będę się śpieszył. 
— Do zobaczenia. 
— Do zobaczenia. 
 
Stanisław z ulgą przywitał się ze swoimi bukami. Tak o nich myślał: moje buki. Bo też drzewa były 
mu przyjazne. Co dnia takie same. Przemian, które w nich następowały, nie dostrzegało się dzień 
po dniu. Trzeba było sezonu, pory roku, albo przynajmniej miesiąca, żeby zobaczyć coś nowego. 
To trwanie buków w niezmienności dawało Stanisławowi poczucie równowagi, tak bardzo mu teraz 
potrzebne. Co mówił ten obcy, Landesman? Że Niemcy zastrzelili Landesmanów w lesie? 
— Przecież napisałem inaczej — odezwał się do siebie, stojąc naprzeciwko drzew. 
—  Przecież  napisałem,  że  stary  Landesman  skręcił  kark  przy  upadku.  Tak  napisałem  do  ciężkiej 
cholery. Co jest prawdą? Tamto, czy to? 
Próbował  ułożyć  myśli.  Za  dużo  ich  pchało  się  naraz  do  głowy.  Żona  rzeźnika,  Conchita, 
Małgorzata, Maria od rudych włosów, jego Marysia z Popielaw, Luśka. Coś mu podpowiadało, że 
można z tych kobiet złożyć jedną i ta jedna będzie prawdziwa. 
—Jedną? A może dwie, trzy? Nigdy nie byłem na Patriarszych Prudach. Zgoda. Byłem 
w  Moskwie  kilka  razy.  Nadiusza  oprowadzała  mnie  po  mieście,  ale  nigdy  nie  zaszliśmy  na 
podwórko  Bułhakowa.  Nadiusza.  Jeszcze  jedna.  Nie.  O  tej  zapomnieć.  Natychmiast!  Udało  się. 
Chwała Bogu. 
A Marquez? Lubię jego pisanie, ale tylko tyle. Lubię. Kocham moje buki. 
Poszedł  do  pierwszego  drzewa  z  brzegu.  Przytulił  się  miłośnie.  Buk  oddał  uczucie,  nie  stawiając 
warunków. Bezwarunkowo. 
Muskat powoli  godził się z nieuchronnym.  Wiedział, że za chwilę usiądzie do pisania, by zacząć 
trzeci rozdział powieści o Pleszke Hendliszu. 
— Na czym skończyłem? Uśmierciłem szewca Wochnę. Położyłem go pod pociąg, odciąłem rękę i 
głowę. Właściwie zasłużył na śmierć. Może nie tak okrutną, ale przecież zasłużył. 
Idę pisać. Nie odwlekam. Potem rozejrzę się po okolicy. Rozpytam o ten epizod z Żydami. Może 
jakieś Żydowskie dusze z tego pociągu tłuką się po okolicy i przymuszają mnie do pisania. Jak to 
mówił  Marquez?  Spirytystyczny  pisarz?  Nawet  zabawne.  Pierdolę,  idę  pisać.  Do  chuja  z  tym 
wszystkim! 
 
 
 

„ŻYD PLESZKE” — ROZDZIAŁ TRZECI 

 

 
I  z  tym  wydarzeniem  sprawił  się  Będkowski  naród  dość  szybko.  Połączył  w  jedno  z  weselem  i 
kurewskim usposobieniem Anielki. 
— Serce ojcowskie krwawiło. Tak patrzeć na bezeceństwa—wykładali mądrzy. 
To  poszedł  pod  pociąg.  Z  rozpaczy  poszedł  i  poczucia  godności.  A  bo  to  wiadomo  by  było,  czyje 
wnuczki — wyprzedzali przyszłość.
 
Prawdę  mówiąc,  coś  było  na  rzeczy  w  tych  ludzkich  przewidywaniach.  Bo  przecież  mąż  odnalazł 
Anielkę  nad  ranem,  przywaloną  ciałem  Heńka  Wielo—cha,  pobrudzoną  nasieniem  od  nóg  aż  po 
głowę. Kiedy ściągnął kochanka na bok, najpierw wybił Anielce dwa zęby, potem poinformował o 
śmierci ojca.
 
Od tej pory, aż po kres dni, była Aniełka najwierniejszą ze wszystkich Będkowskich żon. 
W  takie  wytłumaczenie  śmierci  szewca  Wochny  najbardziej  chciał  uwierzyć  rzeźnik  Trzymka,  a 
zaraz po nim kulawka Miazkowa. Ale co innego chcieć, a co innego móc.
 

background image

W zachowaniu Trzymki zaszła wielka zmiana. Rzeźnik już nie wycinał świńskich nerek i nie zjadał 
na surowo. Nawet nie chciał ruszyć cynadrów, które dawniej tak lubił. Dalej otwierał świnie, dalej 
robił kiełbasy, ale już bez zwykłej radości. Nie wziął też sobie psa, choć dostał wiele propozycji i 
miał już nawet wymyślone imię. Nie chciał się przyzwyczajać.
 
Kulawka Miazkowa nie poszła na pogrzeb Wochny. Postanowiła już nigdy nie chodzić na pogrzeby. 
Cieszyła się z odzyskanej możliwości korzystania z wody święconej. Jak się okazało, możliwość ta 
powróciła na nowo do Będ—kowskiego kościółka. Było to kobiecie na rękę, bo przez tych parę dni 
chodzenia do Moszczenicy wykoślawiła jedyne niedzielne trzewiki.
 
Również w zachowaniu Miazkowej pojawiło się wiele nowego. Choćby to, że miała niepohamowaną 
potrzebę chodzenia do kuźni Józka Andryszka i patrzenia na rozgrzewane żelazo. Wzięło się to jej z 
nowego  obrazu,  widzianego  przy  modlitwach:  Oto  w  wielkiej  hucie  rozpuszcza  się  żelazo.  Sypią 
iskry, żar bije w oczy. Potem hutnicy przebijają skorupę i białe żelazo spływa po rynnie prosto do 
glinianej  formy.  A  formą  jest  odrobiony  przez  rzeźbiarzy  wielki,  narowisty  ogier.  Nie,  nie  ten  z 
ojcowskiego podwórka. Tamten przepadł razem z poparzeniem.
 
Ten nowy żelazny ogier — myślała Miazkowa — mógł się wziąć nawet z radia. Bo w radiu mówili o 
nowym  pomniku  dla  Warszawy.  Ma  być  wielki  koń  i  wielki  jeździec.  Nazwiska  Miazkowa  nie 
zapamiętała,  bo  nie  miała  pamięci  do  nazwisk,  ale  chyba  jakiś  król.  Może  stąd  właśnie,  z  radia, 
wziął się ten obraz przy modlitwach i potrzeba patrzenia na żelazo w kuźni Andryszka.
 
Mani Perlman zwariował. To pewne. 
Jego jedynego z piątki poparzonych 
nie dotknęła śmierć Wochny. Kto wie, może nawet o niej nie usłyszał, tak był zajęty sobą. 
Swoją  drogą,  szaleństwo  Perlmana  (ciągle  nazywanego  przez  pospólstwo  Perełką)  odwróciło 
trochę uwagę od niedawnych wydarzeń. Wprawdzie nie mówiło się już o poparzeniach, nie wiązało 
ich w rozmowach ze śmiercią Wochny, ale pod skórą ludzkiego milczenia wyczuwało się niepokój. 
Gdyby jeszcze znaki chciały ustać, ale gdzie tam, nie ustawały.
 
Przepadł wprawdzie pięcionóg, razem, ze Smętkiem ze Sługocic, ale w to miejsce pojawiły się inne 
niecodzienności.
 
Właśnie,  Smętek.  Tej  śmierci  nikt  prawie  nie  zauważył.  Biedaczysko  pojawił  się  w  Będkowie 
jedenastego z owych pamiętnych dwudziestu dwóch spokojnych dni i jak gdyby nigdy nic obwieścił: 
pięcionogowi uschła piąta noga.
 
Nie miał widać słuchu na ludzkie sprawy, bo objawił swoją rewelację w najmniej dogodnej chwili. 
W chwili, kiedy wszyscy byli zajęci Jakubem Pleszke i powracaniem do równowagi.
 
Jedynymi reakcjami na obwieszczenie Smętka były wzruszenia ramion i pogardliwe uśmiechy. Tylko 
dzieciarnia zareagowała żywiej. Obrzuciła druciarza kamieniami.
 
Tak więc Smętek musiał się zabrać z Będkowa, nie otrzymawszy przy tym żadnego zamówienia na 
drutowanie, żadnego, najmniejszego nawet garnuszka.
 
Umarł na polu, okadzony łętowym dymem, opatrzony sakramentami przez Pasiasię, który potraf ił 
naśladować księżowskie ceremonie jak mało kto. Ten sam Pasiasia zakopał Smętka na kartoflisku i 
wystawił mu krzyż ze stracha polnego, rozebranego do naga. Głupiec myślał, że cmentarze można 
powoływać  gdziekolwiek.  Powołał  więc  cmentarz  na  kartoflisku.  Skąd  miał  wiedzieć,  że  jest 
inaczej?
 
Długo potem rodzina z Bedonia szukała umarlaka. Ktoś zabrał sobie stracha na inne pole, kto inny 
przebronował  kartoflisko.  Nie  został  żaden  ślad  po  Smętku,  nie  licząc  oczywiście  smrodu.  Ten 
właśnie naprowadził na trupa.
 
 
Koniec  końców,  Smetkowe  truchło  dojechało  ukradkiem  na  prawdziwy  cmentarz  i  zaległo  w 
słuszniejszej ziemi.
 
Tym sposobem pięcionóg jako znak niecodzienności unieważnił się razem ze śmiercią Smętka, ale 
uważniły się wtedy inne znaki.
 
Choćby  dwa  księżyce  obok  siebie,  jeden  przy  drugim,  bliziuteńko.  Albo  taka  niecodzienność:  w 
izbach  jednej  z  Będkowskich  ulic  odnowiły  się  święte  obrazy.  Nie  był  to  wprawdzie  żaden  wielki 
cud.  Takie  rzeczy  zdarzały  się  tu  i  dawniej,  ale  odmienność  tego  była  bezdyskusyjna.  Obrazy 

background image

odnowiły się równo do połowy po jednej stronie ulicy i równo od połowy —po drugiej. 
Albo  ten  pies,  a  raczej  niewielka  psinka.  Pojawiła  się  nie  wiadomo  skąd.  Malutka  suczka  z 
podpalanymi boczkami. Przemaszerowała głównym Będkowskim traktem na przednich łapach, za-
dzierając zadnie wysoko w górę. Potem jak po sznurku podreptała na grób Trzymczynej Psotki i jej 
pięciu szczeniąt. Tam, po modlitwie, przepadła ludziom z oczu.
 
  
Stary Jałmużna, który najłatwiej znajdował wytłumaczenia, biegał potem od chałupy do chałupy z 
codzienną gazetą. Gazeta ogłaszała rychłe przybycie cyrku do Piotrkowa Trybunalskiego.
 
Ludzie odetchnęli z ulgą. Z jeszcze większą ulgą powitali szaleństwo Perełki. Właściwie dopiero to 
wydarzenie dało im zbiorowe uczucie powrotu do równowagi.
 
Napiszmy, więc o szaleństwie Mariana Perełki w sposób, na jaki zasługuje. To znaczy — rzetelnie i 
po kolei.
 
Zaczęło  się  od  listu  z  Izraela.  To  już  wiadomo.  Od  tego  dnia,  a  raczej  od  wieczoru,  w  którym 
ukontentował  się  swoim  obrzezaniem,  Perełka  zaczął  żydzieć  w  tempie  nie  znanym  dotąd  całej 
żydowskiej historii.
 
Nawet najgłośniejsi konwertyci nie manifestowali nigdy nowej religijności tak żarliwie. Nie mówmy 
zresztą o całej historii żydostwa. Powiedzmy o tym zaledwie jej ułomku, który znany jest pod nazwą 
chasydyzmu. Albo jeszcze bliżej. Zamknijmy historię żydowską między współczesnością a śmiercią 
Beszta, żeby tym jaśniej oświetlić wyjątkowość powrotu Perełki do wiary przodków.
 
Już  na  szósty  dzień  po  przeczytaniu  listu  ogłosił  siebie  człowiekiem  przebudzonym  i  uznał  za 
kontynuatora dzieła Magida z Międzyrzecza.
 
— Będę bronił rzeczywistości wewnętrznej, która w perspektywie rozumu może się want jawić jako 
coś niedorzecznego i paradoksalnego. Będę też wzbogacał rzeczywistość zewnętrzną, zwielokrotniał 
jej materialną emanację, dodawał do tradycji chasydzkiej nowe olśniewające elementy.
 
Takimi słowami określił swój program i zaraz zabrał się do jego urzeczywistniania. 
Najpierw ubrał się jak należy. 
Wyjął  z  szafy  kupon  ciemnego  jedwabiu,  przechowywany  od  czasu  wykolejenia  się  pociągu  z 
Milanówka. Jedwab był wprawdzie sztuczny, ale uszyty z niego chałat wyglądał przyzwoicie. Chałat 
kazał sobie Perełka uszyć u krawca Kona w Tomaszowie.
 
To z kolei w trosce o „koszerność‖ maszyny do szycia. 
Potem  zabrał  się  za  wyplatanie  talesu.  Do  tego  celu  zużył  cały  zapas  sznurka,  jaki  sklepowy 
Kaczuba zdołał  znaleźć w swoim sklepie. Tałesem oplótł  się od szyi do pasa. Kilkanaście warstw 
frędzli ozdabiało go jak firankę. Wyglądał przy tym jak cała gmina żydowska i prawdę mówiąc — 
tak  samo  się  zachowywał.  Krzykliwie  i  manifestacyjnie.  Można  by  się  nawet  przyzwyczaić  do 
takiego ubioru Perełki, gdyby nie wietrzne dni. Wiatr wtedy podwiewał frędzle, rozrzucał na boki, 
wydobywał  z  nich  całą  gamę  gwizdów  i  świstów.  To  z  kolei  rozjuszało  psy.  Całymi  zgrajami 
uganiały  się  za  listonoszem,  ujadały,  obstrzępiały  piękny  chałat.  W  takie  dni  wolał  Perełka  nie 
odchodzić od domu dalej niż na rzut kamieniem.
 
Dom. Ten też przystroił uczeń Magida na miarę swojej wielkiej religijności. 
Odrzwia  obił  mezuzami  dookoła,  nie  wyłączając  progu.  Pudełeczka  mezuz  sporządził  sam, 
rozbierając sto trzydzieści siedem drewnianych pudełek po
 cygarach i sklejając z nich trzysta dwa-
dzieścia cztery mezuzy. Z powstałymi liczbami próbował sprawić się kabalistycznie, ale nic z tego 
nie wyszło.
 
Przymocował  pudełeczka  dookoła  ościeża  w  sposób  tak  dopasowany,  że  uformowały  nową, 
mezuzową ościeżnicę. Rozmyśliwał potem, czy aby nie powinien umocować kolejnych mezuz na tej z 
kolei ościeżnicy, ale na szczęście zrezygnował.
 
Po mezuzach przyszedł czas na filakteria. Te umieścił Perełka na obwodzie elastycznej taśmy, jedne 
obok drugich. Powstała korona, w której Marian Perełka wyglądał jak żydowski król.
 
Z  mycką  nie  było  problemu,  podobnie  z  pejsami.  Problem  pojawił  się,  kiedy  Perełka  postanowił 
spożywać wyłącznie koszerne pożywienie. Najpierw nie jadł przez tydzień, bowiem wszystko, czego 
się nie dotknął, wydawało mu się nieczyste: Chleb, mleko, woda, mąka, sery, jaja. Zapowiadało się, 
że tej litery żydowskiego obyczaju Perełka nie dotrzyma. Dotrzymał.
 

background image

Uznając  się  za  ucznia  Magida  z  Międzyrzecza,  sam  wybrał  się  na  szocheta  i  sam  na  rabina, 
strzegącego  zgodności  własnego  postępowania  z  halachą  i  pieczętującego  jako  koszerne  to,  co 
uznawał za koszerne. Pieczątkę zabrał z poczty i tylko nieznacznie ją  przerobił. Nadawała  się do 
nowego zajęcia bardzo dobrze.
 
Tak  sobie  żył  szczęśliwie,  aż  do  dnia,  w  którym  uznał,  że  ośrodek  któremu  przewodzi,  powinien 
zacząć  promieniować  duchowym  światłem  na  całą  okolicę.  Inaczej  mówiąc,  Marian  Perełka  po-
stanowił nawracać ludzi na judaizm.
 
Przedtem spróbował jeszcze manifestacji naśladujących zachowania grupy chasydów związanych z 
Abrahamem Kaliskerem, zwolennikiem Magida z czasów jego aktywności.
 
Żydzi ci mieli zwyczaj natrząsania się z uczonych w Torze. Perełka wyczytał, że w swoim czasie, na 
ulicach  Koluszek  i  Łęcznej  fikali  koziołki,  obnażali  się  i  okazywali  wzgardę  myślącym  inaczej. 
Bardzo  mu  odpowiadało  takie  zachowanie.  Tym  samym  sposobem  postanowił  okazać  wzgardę 
katolikom i ponatrząsać się z biskupów.
 
 
Wyprawa  do  Koluszek  zakończyła  się  porażką.  Już  przy  pierwszej  próbie  obnażenia  listonosza 
aresztowano.  Noc  spędził  w  celi  aresztu  kolejowego.  Od  tej  pory  postanowił  postępować 
rozmyślniej.
 
Wybrał  się  do  Kalinowa,  by  zapewnić  sobie  sprzymierzeńca  w  osobie  Jakuba  Pleszke.  Myślał 
prostolinijnie:
 
— On Żyd i ja Żyd. On bogaty materialnie, ja bogaty duchowo. Co przeszkadza, żeby nasze dwa 
małe światy połączyć w jeden wielki? Tak kiedyś zaczynały się rewolucje.
 
Chociaż  nie  całkiem.  Biedni  zabierali  bogatym.  Mniejsza  o  to.  I  tak  na  czele  każdej  rewolucji 
jaśniały żydowskie nazwiska.
 
W każdym razie, taki pomocnik mi się przyda. 
I ta wyprawa zakończyła się porażką. Odźwierni nie dopuścili Perełki przed oblicze pana Jakuba. 
Nawet  nie  chcieli  się wytłumaczyć  z  takiej  decyzji.  Skopali  nieszczęśnika,  wytarzali  w  błocie  i  na 
koniec oszczali potrząsając przy tym gojowskimi kutasami.
 
Perełka  nie  rozpaczał  długo.  Już  następnego  dnia,  zaczął  się  sposobić  do  trzeciej  wyprawy, 
najważniejszej.
 
Nie mógł wiedzieć — bo niby skąd —że ta wyprawa będzie ostatnią w jego życiu. 
Tymczasem nadeszła zima. Dopadła świata bez ostrzeżenia. Nie zapowiedziała się odlotami ptaków, 
ani nawet szrenią ponocną. Świat uspokoił się na biało. Ludzie pozapadali 

UJ 

nory, poprzylegali do 

pieców  i  przypiecków.  W  ruch  poszły  zimowe  historie.  Od  tej  pory  wieczory  znaczone  były 
czerwonymi policzkami zasłuchanej dzieciarni.
 
Opowiadał kto mógł i co mu ślina przyniosła na język. Ożyły na nowo jesienne wyprawy Perełki. 
Ludzie  dopowiadali  do  nich  historie  tak  rozległe,  że  prawdziwa  istota  Perełkowych  wysiłków 
zalegała gdzieś na dnie opowieści. Mniejsza o to. Perełka i tak wybierał się w swoją trzecią drogę.
 
Ta  miała  się  zakończyć  triumfem.  By  tak  się  stało,  Żyd  spędził  cały  miesiąc  na  badaniach.  Od 
czytania  znacznie
  pogorszył  mu  się  wzrok.  Do  żydowskich  oznak  dołożył  więc  jeszcze  jedną  — 
okrągłe, druciane okulary.
 
Badania prowadził cierpliwie i systematycznie. Wynik przeszedł wszelkie oczekiwania. 
Uczony  Perełka  odkrył,  że  w  Kalinowskim  lesie,  nigdzie  indziej  tylko  tam,  znajduje  się  to  święte 
miejsce, które chasydzka tradycja wychwala od czasów Beszta.
 
Kiedy Baal-Szem miał do załatwienia jakąś szczególnie ważną sprawę, powiedzmy — sprowadzenie 
deszczu  w  czas  suszy,  szedł  do  lasu,  rozpalał  w  pewnym  miejscu  ogień,  zapadał  w  medytację  i 
modlił się gorliwie. Deszcz spadał.
 
Jedno  pokolenie  później  po  to  samo  szedł  do  lasu  Magid  z  Międzyrzecza.  Znał  miejsce,  ale  nie 
rozpalał już ognia. Modlił się tylko, pogrążony w medytacji. Deszcz spadał.
 
W następnym pokoleniu po to samo szedł do lasu Mojżesz Lejb z Sasowa. 
Znał  miejsce,  chociaż  nie  rozpalał  ognia  i  nie  znał  już  sposobu  na  medytowanie,  które  czyniło 
modlitwę skuteczną. Ale deszcz i tak spadał.
 
W  kolejnym  pokoleniu,  rabbi  Izrael  z  Rużyna  już  nie  ruszał  się  ze  swojego  pałacu.  Nie  rozpalał 

background image

ognia,  nie  znał  miejsca  w  lesie.  Znał  tylko  opowiadanie  o  ogniu,  miejscu  i  medytacji.  I  to 
wystarczało. Deszcz spadał.
 
Marian  Perełka  był  szczęśliwy.  Bez  obawy  o  przesadę,  można  powiedzieć,  że  w  dzień  dokonania 
odkrycia  Marian  Perełka  był  najszczęśliwszym  Żydem  na  świecie.  Postanowił  spakować  się  i 
najszybciej  jak  to  będzie  możliwe  wyruszyć  do  lasu.  Przedtem  jednak  musiał  zajść  do  rzeźnika 
Trzymki po ostatnie błahe wskazówki.
 
Istotą  odkrycia  Perełki  było  przekonanie,  że  miejsce  w  lesie,  w  którym  Trzymka  odnalazł  Żydów, 
było  tym  samym,  które  zgubili  chasydzi  gdzieś  między  pokoleniem  Mojżesza  Lejba  z  Sasowa,  a 
pokoleniem rabbiego Izraela z Rużyna.
 
Wszystko na to wskazywało. 
Nieomylność,  z  jaką  Żydki  pomknęły  w  kierunku  lasu,  nieskuteczność  strzałów  wachmańskiej 
eskorty (żaden nawet nie zranił uciekinierów), no i na koniec fakt najdonioślejszy: Pleszke Hendlisz, 
jego syn Izaak i jeszcze jakiś Żyd przeżyli wojnę, o czym donosił niejeden powracający z Izraela.
 
Jakim sposobem, jeżeli nie przez wyjątkowość miejsca? 
Przecież mogli wyskoczyć gdziekolwiek. Wyskoczyli między Łaznowem a Czarnocinem. 
Przecież mogli uciekać gdziekolwiek. Uciekli do Kalinowskiego lasu. 
Przecież powinni zginąć wszyscy. Trzech ocalało. 
Perełka triumfował. Był pewien aż dwóch rzeczy naraz: Po pierwsze, że odkrył święte miejsce, po 
drugie,  że  wkrótce  zostanie  wielkim  mistykiem,  pozna  tajemnicę  medytacji,  a  wtedy  wymodli  dla 
świata, co potrzeba.
 
Bez ociągania ubrał się w chałat, obwiązał tałesem, nakrył głowę mycką, okręcił filakteriami (miał 
zamiar się modlić), narzucił na grzbiet lichą burkę, schował do kieszeni flaszkę koszernej wódki i 
poszedł prosto do domu rzeźnika Trzymki.
 
W Kalinowskim pałacu, Jakub Pleszke kończył właśnie kolację. 
W jego rodzinie już od łat nie stosowało się religijnych rygorów, jadł więc wszystko co lubił. 
Tego  wieczoru  upodobał  sobie  kawior.  Czarny  i  czerwony.  Przedtem  zjadł  jednak  potrawkę  z 
cielęciny  i  szpinak  z  jajkiem.  Dopiero  po  tym  sięgnął  po  kawior.  Gryzł  ziarenka  z  namysłem. 
Nasycał się smakiem bez pośpiechu. Miał czas.
 
Niezawodny,  wewnętrzny  zegar  podpowiadał  mu,  że  zdąży  jeszcze  wziąć  kąpiel,  wybrać 
odpowiednią koszulę, odpowiedni krawat i garnitur. Potem zdąży jeszcze zapalić papierosa, wymyć 
po tym zęby, zejść na dziedziniec i dojść do świniami.
 
Na razie układał sobie w myśli rozmowę Srula z Mani Perlmanem, synem Dawida. Myślał prawie 
głośno:
 
— Perlman musi dojść do Trzymki. To kilometr. Kiedy ten go odprawi, będzie musiał przejść cztery 
kilometry  do  Kalinowskiego  lasu.  W  lesie  zabłądzi  i  przemarznie.  Na  koniec  usiądzie  na  polanie. 
Zacznie padać śnieg. Dopiero wtedy
 Stul się odezwie. Srul nie będzie się śpieszył do tej rozmowy. 
Srul ma czas. Ma dużo czasu.
 
Nie miał racji. Srul nie chciał czekać. Zaczął się spieszyć. 
Perełka zastał Trzymkę przy wstydliwej czynności. Być może to właśnie zadecydowało o przebiegu 
całej rozmowy.
 
Za  domem  miał  Trzymka  czereśniowy  ogród.  Pamiętnego  dnia,  tam  właśnie  zakopał  Psotkę, 
Pimpusia, Bambusia, Maciusia, Kluseczkę i Świneczkę.
 
Od tej pory przynajmniej raz w tygodniu wymykał się pod czereśnie i rozmyślał nad psim grobem o 
ludzkim życiu.
 
Pielęgnował to miejsce po kryjomu.  Wiosną wyrywał trawę, latem sadził bratki, jesienią wybierał 
liście, zaś zimą odgarniał śnieg.
 
Skutkiem  tej  pielęgnacji,  było  uformowanie  grobku  tak  pięknego,  że  mało  który  na  Łaznowskim 
cmentarzu mógł się z nim mierzyć.
 
Aż  do  tej  pory,  do  najścia  Perełki,  udawało  mu  się  ukrywać  tę  słabość  przed  ludzkim  wzrokiem. 
Tego wieczoru prawda została odkryta.
 
Zmieszany  rzeźnik  na  długą  chwilę  stracił  oddech.  Kiedy  go  na  powrót  odzyskał,  odezwał  się 
niegrzecznie:
 

background image

— A ty, pierdolony parchu, czego szukasz w moim sadzie? 
— Ciebie szukam, bo mam ważną sprawę. 
— Ważne sprawy to ludzie mają do mnie w dzień, w masarni, a nie po nocach, w sadzie. 
Perełka nie dawał się zbić z tropu. Od razu wyłożył całą rzecz. 
— Do masarni nie przyjdę, bo nie jem już świniny. Zresztą już pora, żebyś i ty przeszedł na wołowe 
mięso.  Wyszkołę  cię  na  szocheta,  dam  certyfikat,  przystawię  pieczęć.  Jak  wymodlę  dla  nas  to,  co 
zamierzam, będziesz miał dużo zajęcia i dużo pieniędzy. Tylko najpierw musisz mnie zaprowadzić 
do Kalinowskiego lasu, w to miejsce, gdzie znalazłeś Hendliszów.
 
—Jakich Hendliszów? 
— No, Żydów z transportu. 
— Z jakiego transportu? 
— No, do lagru. –Do jakieąo lagru? 
Perełka zaczął się pocić, ale ciągle jeszcze brał słowa Trzymki za dobrą monetę. 
— Była  wojna,  Józiu.  Staliśmy przy nasypie, ty,  ja,  Helenka  Miazkowa,  Stefek  Wochna i  Władzio 
Stępień.  Rezaliśmy  się  palcami  po  szyjach,  jak  to  dzieci.  Ktoś  w  wagonie  wybił  okno.  Oni 
wyskoczyli...
 
Trzymka  pokraśniał  na  gębie  jeszcze  bardziej,  niż  to  czynił  na  co  dzień.  Potem  krzyknął  tak 
donośnie, że aż śnieg poleciał z gałęzi
 
—  Nie  było  żadnej  wojny!  Słyszysz?!  Nie  było  wojny,  Żydów,  transportów,  lagru,  nasypu  pod 
Czarnocinem! Nie było! A teraz spierdalaj jak najdalej od tego miejsca! Spierdalaj, mówię i omijaj 
moją masarnię, mój sad i mój świat!
 
Perełka  zrozumiał.  Odwrócił  się  i  poszedł  w  kierunku  Kalinowskiego  lasu.  Miał  nadzieję,  że 
wyjątkowość odkrytego przez niego miejsca objawi się tym, że znajdzie się samo.
 
Był  już  prawie  mistykiem,  przy  tym  Żydem  o  bardzo  rozbudzonej  intuicji.  Ktoś  go  wybrał  do 
zapisania tej karty w historii żydowskiego narodu. Ten sam Ktoś (Perełka domyślał się kto, ale nie 
chciał wymieniać imienia Boga) zadba o to, żeby on, Mani Periman, trafił na miejsce.
 
Trafi.  Na  pewno.  Wtedy  rozpali  ogień  (czy  nie  zapomniał  zabrać  zapałek?),  założy  na  głowę 
filakteria,  poczeka na dar medytacji  i zacznie się modlić żarliwie. Tak żarliwie jak żaden Żyd na 
świecie.
 
— Panie Boże, to ja, Mani Perlman, syn Dawida, przebudzony Żyd. 
W  tym  świętym  miejscu,  pamiętającym  wielkich  cadyków  naszej  wiary,  proszę  Cię  o  odwrócenie 
karty. Niech czas się unieważni jakimś sposobem.
 
Niech popiół zamieni się w kości. 
Niech kości obrosną mięsem i żyłami. 
Niech między żebra wrócą serca, a oczy zaczną patrzeć. 
Niech zgasną piece. 
Niech pociągi zaczną się cofać. 
Niech runą mury qett. 
Niech Niemcy wsiądą do samolotów, 
czołgów, samochodów i motocykli jadących do tyłu. 
Niech Adolf Hitler odmłodnieje. 
Niech wróci do Wiednia i zostanie wielkim malarzem. 
Niech wyrosną synagogi i zapalą się Chanukowe świece. 
Niech stanę znów pod kominem cegielni, a kamień z mojej twarzy niech poleci do góry. 
Tak  myśląc,  Marian  Perełka  brnął  przez  śnieg,  upadał,  wstawał,  szedł  dalej.  Litościwy  księżyc 
rozjaśniał drogę, drzewa usuwały się na boki. Stanął na polanie.
 
—To tu — zdecydował. 
Ledwo to powiedział, niebo pociemniało. Zaczął padać ciężki śnieg. Między drzewami przymknął na 
polanę mroźny wiatr.
 
— Rozpalę ogień — powiedział cicho Perełka i stracił siły. Upadł na kolana. 
— Umierasz — odezwał się Srul Hendlisz. 
— Nie, Srul, nie umieram, Modlę się w świętym miejscu. Modlę się za ciebie.  

background image

— Nie módl się za mnie, Perełka. Za mnie ma się kto modlić. Umieraj. 
To była najkrótsza rozmowa Srula ze zbrodniarzem. Zaraz po niej — Perełka umarł. 
Drwale znaleźli go dopiero po tygodniu. Poszli za dziwnym zawodzeniem dobiegającym z samego 
środka Kalinowskiego lasu. Na polanie zobaczyli zamrożonego trupa.
 
Wiatr grał sobie na talesowych frędzlach. 
Kulawka  Miazkowa  miała  szczęście.  Jej  śmierć  odkryto  od  razu.  Ba,  gdyby  tyko  odkryto.  Śmierć 
kulawki  dostała  się  do  powiatowej  gazety,  a  nawet  do  radia.  To  prawda.  Przemilczano  przy  tym 
wstydliwe  szczegóły  wydarzenia,  ale  może  nawet  lepiej,  bo  dzięki  temu  wspominano  kobietę  bez 
śmiechu.
 
Wypadek wydarzył się w dwa dni po zniknięciu Mariana Perełki. 
Dalej trwała zima. Tego dnia kulawka odważyła się wyjść ze swojej zimnej chałupy. Dookoła było 
cicho. Nie słyszało się wszechobecnych świstów  chałata Perełki, nie ujadały psy, nie nawoływała 
się wzajem dzieciarnia, by kulami śnieżnymi przeganiać Żyda od końca do końca miasteczka.
 
Nie słyszało się prawie niczego. 
Bardzo  to  było  kobiecinie  na  rękę.  Miała  prosty  plan:  najpierw  ogrzać  się  w  kuźni  Andryszka  i 
popatrzeć przy tym na czerwone żelazo, potem pójść do lasu po chrust, by pierwszy raz od miesiąca 
zaznać  ciepła  we  własnej  izbie.  Przez  cały  miesiąc,  a  może  nawet  jeszcze  dłużej,  Miazkowa  nie 
rozpalała pod kuchnią. Wszystko przez Perełkę. Uparł się (jeszcze zażycia), żeby najpierw nawrócić 
na dobrą wiarę zbrodniarzy spod nasypu. Z Wochną nie musiał się trudzić. Ten trud, jak wiadomo, 
przejął na siebie osobiście Pan Bóg. Ale została Miazkowa, do tego Trzymka i Stępień. Za Stępnia 
się nie zabierał, Trzymkę zostawił na później.
 
Najpewniejszym  celem  wydała  mu  się  Miazkowa.  Najpewniejszym  i  najszlachetniejszym. 
Szlachetność  miała  pochodzić  z  trudu  nawracania.  Wiadomo  było  powszechnie  o  głębokiej 
religijności Miazkowej (nikt przecież nie wiedział o buncie święconej wody). Więc Perełka zabrał 
się do roboty, z gorliwością zwykłą dla tamtych pięknych dni.
 
Zachodził do chałupy kobiety po kilka razy na dzień, a kiedy zawarła drzwi, przesiadywał na progu 
(było jeszcze ciepło) i modlił się głośno. Czaił się, doganiał, otaczał, zapędzał.
 
W te dni można się było spodziewać Perełki właściwie wszędzie. Było tak, jak gdyby nie jeden, ale 
stu Żydów naraz zamieszkało w Będkowie.
 
Umęczona kulawka już nie wiedziała gdzie się schować. Nie wychodziła prawie z chałupy. By nie 
pękł jej pęcherz, sikała do wszystkich naczyń dostępnych w izbie. Mocz znajdowało się w wiadrach, 
miednicy,  dzbankach,  bańkach  na  mleko,  a  na  koniec  —  nawet  w  szklankach  i  talerzach.  Gorzej 
było  z  grubszą  potrzebą.  Tej  nie  umiała  wstrzymać  Miazkowa  dłużej  niż  przez  tydzień.  Nic 
dziwnego, że na koniec dopadł ją Perełka w drodze do ustępu. Tam, przestępując z nogi na nogę, 
obiecała mu, że na początek odstawi świninę. Był to rzecz jasna wybieg. Kobiecina była biedna
 i od 
dawna nie było  jej stać  na mięsne posiłki.  Jadała chleb, jaja, ser, kaszę, a i  to  skromnie. Krótko 
mówiąc, ten aspekt żydowskiego życia opanowała dużo wcześniej niż sam Perełka.
 
Ale powróćmy do spraw poważniejszych. 
Cisza jaką przyniosło nieoczekiwane zniknięcie Perełki, była jak modlitwa. Miazkowa nie mogła się 
nią  nacieszyć.  Nawet  starała
  się  oddychać  delikatniej,  by  swoim  chrapliwym  oddechem  nie 
pomniejszać obecności ciszy w świecie.
 
W kuźni nie pobyła długo. Zresztą Andryszek zajmował się akurat piciem wódki, nie wykuwaniem 
żelaza. Nie było na co patrzeć.
 
To był jeden powód. 
Drugim było wezwanie pod nasyp kolejowy. 
Srul Hendlisz nie chciał czekać, aż Miazkowa nasyci się ciszą. 
—  To  niesprawiedliwe  —  pomyślała  Miazkowa.  —Ledwo  tamten  przestał  jazgotać,  już  ten  się 
odzywa. To niesprawiedliwe. Ciekawe tylko, jaką śmierć mi obmyślił. Chyba nie taką jak Wochnie. 
Tamtemu miał kto przyszyć głowę do kadłuba. Zapłacili weterynarzowi. Dobrze zapłacili. Przyszył 
łeb taka specjalną dratwą, co to jej prawie nie widać (tak mówili ludzie, bo Miazkowa nie poszła 
śpiewać przy trumnie). Ręką, to mu tylko włożyli w rękaw kapoty. I tak by nie było widać łączenia. 
Na co marnować tyle dobrego szpagatu? Miał szczęście Wocbna. Anielka uzbierała parę groszy na 

background image

czepek. Było z czego płacić. Bo i księdzu trzeba było dać, żeby nie położył w bocznej alejce. A ze 
mną? Co miałam grosz, to go zostawiłam w kościele. Może mi to zapamiętali?
 
Nie.  Tylko  nie  pod  pociąg.  Wrzucą  potem  do  trumny  po  kawałku  i  zakopią  gdzie  bądź,  jak  tego 
głupka Smętka.
 
— Srul, jaką mi obmyśliłeś śmierć? —zapytała kobieta niepewnie. 
— Lubiłaś się śmiać? — zapytał Srul, zamiast odpowiedzieć. 
— Lubiłam, ale dawniej, jako dziewczynka w żółtej sukience i czerwonych majtkach. 
— Lubiłaś się śmiać i potem. 
—Potem, to już mniej, Srul. Nie było okazji. Jakoś tak nie do śmiechu mi życie przeszło. Chłopa nie 
znalazłam. Tyle, co mnie Pasiasia  za młodu parę razy wychędożył. Ale mi to  nawet  niespecjalnie 
smakowało. Nie. Nie śmiałam się za często, Srul. To jaką mi śmierć obmyśliłeś?
 
— Lekką, Helenka. Nie martw się. Lżejszą niż moja. 
To powiedziawszy, Srul zamilkł w głowie Miazkowej, tak jak kiedyś w głowie Wochny. —: 
Ledwo to zrobił, odezwała się pamięć z tamtego dnia. 
Józio  Trzymka  znalazł  Żydków  —  Józio  był  zawzięty.  Jak  sobie  coś  postanowił,  to  zawsze 
dotrzymywał. Nawet ucieszyło go, że esesmańskie psy pogłupiały.
 
Poszedł po Żydków, jak tylko Niemcy zabawili się z Landestnanową. 
Wrócił,  kiedy  pod  budynkiem  stacyjnym  płonęły  już  ogniska,  Kurt  śpiewał,  piekły  się  kiełbaski,  a 
okoliczna dzieciarnia patrzyła i patrzyła.
 
 Niemcy  przyjęli  podarunek  z  wdzięcznością.  Józio  Trzymka  dostał  za  to  szklankę  wódki  i  dwie 
paczki papierosów. Spodziewał się więcej. Ale co tam, liczyła się prawda o Józiowej zawziętości.
 
—  A  nie  mówiłem,  że  znajdę?  —  wychwalał  się  głośno.  —  Pod  świecącym  dębem  sobie  norę 
wykopały...  Wyciągnąłem  za  nogi.  Kwiczały  jak  prosiaki.  Stary  obiecywał  złoto,  ale  po  wojnie,  to 
się nie dałem wyruchać. Te małe to darli mordy jak najęte. Jeden się zejszczał, a drugi się modlił, 
żeby go z powrotem zakopać. Bojący naród. Pognałem ich jak psów przez poła.
 
— Który się modlił, żeby go z powrotem zakopać? — zaciekawił się Kurt. 
— A bo to wiadomo? Takie same obydwa jak jeden. Może ten? 
— Józio pokazał palcem na Izaaka. 
— Nie. To nie Izaak. To ja chciałem —odezwał się Srul, zamawiając w tej godzinie śmierć. 
Chciałem  z  powrotem  do  ziemi,  bo  tam  było  mniej  strachu.  Poprosiłem  świecący  dąb  żeby  mnie 
ogrzał — wtedy oddał mi liście.
 
Poprosiłem świecący dąb żeby mnie nakarmił — wtedy oddał mi żołędzie. 
Poprosiłem  go  żeby  mnie  przytulił,  tak jak  marne  —  wtedy  otoczył  mnie  gałęziami  i  zakopał  pod 
sobą.
 
Drzewo jest lepsze niż Niemiec. 
Srul zamilkł, przestraszony swoją odwagą. Milczeli też Pleszke i Izaak. Ten ostatni nie przestawał 
poszczywać w spodnie. Nie wiadomo było, skąd się brała taka ilość szczyn.
 
— Drzewo jest lepsze niż Niemiec? — powtórzył za Srulem esesman. — Może dlatego, że to polskie 
drzewo. To ja ci pokażę, że człowiek potrafi być lepszy niż drzewo. Zakopię cię głębiej i miłosierniej 
niż świecący dąb.
 
Nikt, nawet sami Niemcy, nie wzięli słów Kurta na poważnie. Ale mylili się. Dotrzymał obietnicy. 
Już po kwadransie mały Żydek Srul Hendlisz tkwił zakopany głową i połową ciała w ziemi.
 
Wszystko stało się tak szybko, że mało kto zorientował się w kolejności. 
Były  jakieś  krzyki,  rozbijane  szkło,  szczęk  łopat,  dudnienie  odrzucanej  ziemi,  zawodzenie  ojca, 
śmiech, płacz, okrzyki przerażenia, trzask rozrywanej tkaniny, nawoływanie matki...
 
—Marne, marne, Chuwcia! 
I wszystko zamilkło naraz. 
Niemcy  chyba  zawstydzili  się.  Odeszli  z  pospuszczanymi  łbami,  powsiadali  w  samochody. 
Przepadli.
 
Zostało po nich wiele niedojedzonych kiełbas i Srul Hendlisz wbity głową w ziemię. 
—  Został  też  Pleszke  Hendlisz  i  jego  drugi  syn  Izaak.  Niemcy  widać  zapomnieli  o  nich.  Ojciec  z 
synem siedzieli na ziemi zakrzepli w bezruchu. Nie drgnęli nawet wtedy, kiedy Stefek Wochna zdjął 

background image

buty z nieżywych nóg Srula. 
— Nie trafił w rozmiar, głupek — ucieszyła się idąca na śmierć Miazkowa. 
Tylko blaszki były dobre. Mosiężne. 
Miała trochę racji, ale tylko trochę. Stefek i  tak  nie był stratny.  Wyuczył się na szewca. Kto  wie, 
może z tej pierwszej ciekawości wzięła się późniejsza decyzja o szewstwie? Może to właśnie butom 
Srula Hendlisza tyle zawdzięczały przez łata inne okoliczne buty?
 
Dzień  podchodził  pod  zmierzch.  Mroźne  niebo  zapadało  w  Kalinowski  las.  Gwizdnął  pociąg  od 
Czarnocina, poderwał z poła zziębnięte wrony. Miazkowa szła, znacząc drogę nierównymi śladami.
 
— Nie miałam wielkiej winy, Srul. Tylko patrzyłam... I nie śmiałam się za często. Nie było do kogo 
się  śmiać  —  dopowiedziała  Srulowi  ostatnie  zdania,  choć  dobrze  wiedziała,  że  Srul  ma  uszy 
zasypane ziemią.
 
Z tymi zdaniami doszła do nasypu. Spojrzała w górę. Od Czarnocina nadjeżdżał pociąg. Jarzyły się 
ciepłe  ślepia  lokomotywy.  Maszyna  jęczała  ciężko.  Tak  ciężko,  jak  tamte  w  czas  wojny.  Ciągnęła 
żelazo  ze  Śląska  —  odlany  w  częściach  pomnik  dla  Warszawy.  Kulawce  zapaliły  się  oczy. 
Uśmiechnęła się tak promiennie, jak nigdy do tej pory. Kto wie, może ten ostatni uśmiech miał być 
zapłatą?  Jeżeli  nawet  nie,  to  był  nią  na  pewno  widok  żelaznego  ogiera.  Takiego  samego  jak  w 
kościelnych  widzeniach.  Właśnie  obrazy  nakładały  się  na  siebie.  Koń  kościelny  i  koń  żelazny 
składały się w jednego konia. Wtedy pękła szyna. Z mrozu. Platforma przekrzywiła się, zjechała z 
toru  i  poleciała  w  dół.  Na  darmo  uwolniony  koń  szukał  oparcia  dla  kopyt.  Trafił  na  kulawkę 
Miazkową. Głupio. Najgłupiej na świecie. Przebił jej brzuch żelazną pytą.
 
Srul  Hendlisz  nie  miał  czasu.  Spieszył  się.  Nie  wiadomo  dlaczego.  Nawet  mniej  rozmawiał  ze 
zbrodniarzami
 o winie. Tylko Wochnę potraktował sprawiedliwiej. Z tym pogadał, poprzekomarzał 
się, aż na koniec wyłożył jasno za jaką winę pcha szewca pod pociąg.
 
Z Perełką sprawy poszły gorzej. Dużo gorzej. Srul omamił go w takiej pięknej chwili życia. Wcisnął 
w głowę biedaka niedorzeczną myśl, że można odkupić wszystkie winy jedną modlitwą, a przecież 
nie można. Choćby nawet modlitwa była najgorętsza, najszczersza i najlepiej wycelowana. Choćby 
nawet
 modlitwa była śmiertelnie żarliwa — nie można. 
A przecież Perełka mógł zmywać winy powolutku, niespiesznie, bez zachłanności. Mógł naprawiać 
świat według swojego planu. Niechby się śmiali ludzie, niechby rzucali kamieniami i potrącali. W 
końcu Pan Bóg dostrzegłby wysiłki Perełki, uszanował, pochwalił i otworzył trochę ludzkie serca. Z 
tego dopiero mogły wyniknąć pożytki trudne do wyliczenia.
 
Ale  Srul  Hendlisz  był  mściwy.  Nie  chciał  czekać.  Dlatego  prawie  nie  odezwał  się  do  Perełki, 
chociaż tak się nie robi z człowiekiem idącym w ostatnią drogę.
 
A Miazkową? O tylu sprawach można było z nią pogadać. Serdecznie i po ludzku.  
Srul mógł zapytać o kalekie życie, o nadzieje, udręki, samotność. Mógł. Co by mu szkodziło? 
W końcu jaka to wina stać na łące w żółtej sukience i czekać na pociąg? 
Ta  żółta  sukienka  i  czerwone  majteczki  to  był  prezent  od  mamy.  Jeden  z  niewielu  jakie  Helenka 
dostała. Nie można się było cieszyć takimi cudami w samotności. Więc pobiegła mała kulawka na 
łąkę, pod nasyp.
 
Co w tym dziwnego, że chciała się pokazać? Najpierw swoim, potem tamtym, przejezdnym. 
Na pewno w wagonach jechały inne dziewczynki w ładnych sukienkach.  Mogły zobaczyć, że ona, 
Helenka Miazkowa, też ma dobrą i pamiętającą matkę.
 
I zobaczyły. W chwilę śmierci. 
Srul zapamiętał małą Hawełe Hajtnan, kiedy podnosiła do ust ampułkę z cyjankiem. Dziewczynka 
przyjęła truciznę z rąk matki.
 
Właśnie  przejeżdżali  nie  opodal  łąki.  Pęd  pociągu  podniósł  do  góry  żółtą  sukienkę  Helenki 
Miazkowej. Pokazały się czerwone majteczki. To był ostatni obraz, jaki zobaczyła Hawełe. Takim 
obrazem przywitała się ze śmiercią. Chwała Bogu.
 
— Srul, dlaczego nie chcesz zapomnieć? — zapytał Jakub Pleszke. 
Srul, dlaczego zamroziłeś serce? 
Tyle polskich drzew rośnie w Jerozolimie. Cały polski las.  
Tylko patrzeć, jak
 zaśpiewają w nim kosy, zastukają dzięcioły. 

background image

Zapomnij Srul. Już pora zapomnieć. 
Jakub Pleszke zamilkł. Nie doczekał się odpowiedzi. Po chwili wrócił do pracy. 
Leżał pod podłogą świniami w Kalinowie i rozkuwał sarkofag. Przez miesiące dokonał znacznego 
postępu.  Zdjął  wierzchnią  warstwę  skamieliny,  dostał  się  do  warstw  przystępniejszych,  wybrał 
resztki zgniłego ubrania, odgarnął prześmierdłą ziemię. 
 
Tu i tam zaczęły już przebłyskiwać białe kości brata. 
—Nazywam się Jakub Pleszke, Jestem tu w ważnej sprawie. Najważniejszej. Mój wysiłek ma wielki 
sens.  Wydobędę  brata  ze  świniami.  To  podła  i  zimna  ziemia.  Przesiąknięta  gnojem,  gównem, 
szczynami,  łzami,  strachem  i  krwią.  To  niesłuszna  ziemia.  Słuszna  jest  w  lesie  pod  świecącym 
dębem. Tam Srul czuł się dobrze. Dąb dał mu chwilę ukojenia. Przytulił przed śmiercią i nakarmił. 
Jak nasza mamusia Chuwcia.
 
Tak przemawiając do siebie, Jakub Pleszke znów wywołał obraz. 
Ten  obraz  leżał  bliziutko,  na  brzegu  pamięci  i  łatwo  dawał  się  wywoływać.  Ten  obraz  sam 
przesuwał  się  gdzie  należy,  wydobywał  się  spod  innych  obrazów,  pomniejszał  je  i  unieważniał. 
Chciał być najważniejszym obrazem i prawdę mówiąc — zasługiwał na to.
 
Obraz: 
Niemcy odjechali. Mężczyźni, kobiety, dzieci, psy i inni zbrodniarze spod nasypu odeszłi do swoich 
zajęć.
 
Noc zawiesiła się nad nogami Srula Hendlisza. Połyskiwała w niej jak gwiazda tylko jedna białość. 
Była nią dziura w skarpetce.
 
Nikt by jej nie zauważył, gdyby nie Stefek Wochna. Po co zabierał te schodzone buciska? Dla dwóch 
zasranych blaszek? Biedny Srul musiał się teraz wstydzić przed ojcem i przed bratem.
 
Dobrze, że Chuwcia nie musiała patrzeć na ten wstyd. Pojechała sobie dalej. 
 
Stanisław  Muskat  przerwał  pisanie  w  środku  następnej  nocy,  licząc  od  tej,  w  której  usiadł  do 
notatnika. 
Pisał  nie  zatrzymując  się,  nie  poprawiając  słów,  nie  zawracając  do  zdań  poprzednich  i 
przedpoprzednich.  Pisanie  wciągnęło  go  bez  litości.  Nie  pozwoliło  sięgnąć  po  jedzenie,  wodę  do 
mycia. Nie pozwoliło wyjść do ustępu, czy choćby rozprostować kości. 
Mijał opisywane epizody bez żalu. Wiedział, że i tak wróci do nich po napisaniu. Wtedy rozsądzi. 
Przerwał, kiedy uderzył głową w stół. 
Noc była cicha. Słyszało się w niej tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Gdzieś daleko, psy nawoływały 
się  na  nocną  awanturę.  Głosy  szły  wyraźnie,  aż  do  tego  momentu,  kiedy  uderzały  w  buki.  Tam 
pokorniały, by na koniec rozpuścić się w mchach. 
Stanisław zasypiał. Na nic zdała się walka z opadającymi powiekami. Poddał się. Zgasił światło i 
poszedł do łóżka. 
Noc  nie  ustępowała.  Do  piątej  brakowało  jeszcze  dwóch  godzin.  Mimo  to,  Marquez  przyszedł 
między buki. 
  
Nie chciał czekać na mgłę, chociaż ciekawiło go, jak ta mogła się sprawić z jego sercem. Co innego 
przywiodło go w to miejsce. Przyszedł się pożegnać. Nie inaczej. Przyszedł się pożegnać i wyznać 
prawdę. Postanowił ją zostawić między bukami. Wiedział, że to najlepsze miejsce. 
Muskat przyjdzie tu, podniesie ją z poszycia, ucieszy się, wróci do pisania. 
Do  tej  chwili,  Marquez  miał  jeszcze  wiele  planów  związanych  ze  Stanisławem.  Najpierw  chciał 
razem z nim posłuchać świerszczy polnych, porównać ich gadanie z gadaniem cykad, ucieszyć się 
podobieństwem,  albo  zasmucić  różnicą,  wyprowadzić  wniosek  o  przewadze  jednych  żyjątek  nad 
drugimi. A kiedy by już poszła rozmowa, wtedy niepostrzeżenie, przy okazji, mógłby napomknąć o 
Conchicie. 
Ale  to  się  już  nie  uda.  Za  późno.  Teraz  trzeba  ułożyć  jak  najlepsze  zdania  i  upuścić  je  w  mech 
porastający drzewa. 
Starzec zabrał się do roboty. 
— Drogi Staszku. Ta historia z Marią od rudych włosów wciągnęła mnie tylko na początku i tylko 

background image

nieznacznie. 
Mam  wprawę  badacza  historii,  mam  wprawę  dziennikarza  i  reportera.  Szybko  zatem  trafiłem  do 
potrzebnych dokumentów. 
Nie będę cię zanudzał niepotrzebnymi szczegółami. Powiem tylko, że Maria okazała się zwyczajną 
dziewczynką, a potem zwyczajną kobietą. 
Od innych rówieśniczek odróżniały ją tylko bujne, rude, szybko rosnące włosy. To wszystko. 
Jej rodziców zabrała zaraza. Dziewczynką zaopiekowali się franciszkanie. 
Nie chcieli marnować pięknych włosów, więc odcinali je co tydzień i gromadzili w jednej z pustych 
cel.  Kiedy  cela  wypełniła  się,  braciszkowie  otworzyli  drugą  celę.  Kiedy  i  ta  była  pełna  włosów, 
uradzili, by zrobić z nich materace. Wyszło dwanaście sztuk. 
Któregoś  popołudnia  odkupiłem  je  wszystkie,  idąc  za  radą  mojego  ogrodnika  Ricardo.  Wtedy 
zaczęło się nieszczęście. 
W  jednej  chwili  straciłem  wrażliwość  na  sprawy  moich  najbliższych.  Nie  wiem  jak  to  się  mogło 
stać. 
  
Dość długo niczego nie napisałem. Krytyka czekała na nową książkę, czytelnicy zasypywali mnie 
przynaglającymi  listami.  Te  materace  dawały  okazję.  Rozbudziły  moją  imaginację,  a  potem 
rozpaliły we mnie nieczysty ogień. Chciałem go ugasić książką i zrobiłem to. Tyle zyskałem. 
Straciłem Conchitę. 
Tej straty nie da się niczym wyrównać. 
Wróciła do Polski. Pomógł jej jakiś dobry człowiek. Miałem nadzieję, że uda mi się ją nakłonić do 
powrotu. Nawet podjąłem pewne kroki, ale na szczęście powstrzymałem się w porę. 
Jestem  starym  człowiekiem.  Potrafię  już  nazwać  swoje  uczucia,  potrafię  się  nimi  ucieszyć, 
zasmucić, ale potrafię też — i to jest największy przywilej starości — wyznaczyć im granice. 
Przychodziłem  do  ciebie,  by  przez  ciebie  być  bliżej  Conchity.  Opowiadałem  rozmaite  historie, 
rozniecałem twoją wyobraźnię, a potem karmiłem się nią jak najlepszym jedzeniem. To nic złego. 
Na koniec i tak znalazłeś drogę do OSOBNOŚCI. 
Na koniec i tak dokopałeś się do źródła żywej  wody, bijącego pod korzeniami dębu. Świecącego 
dębu. 
W  takim  dębie  świeci  próchno.  Trzeba  wielu  lat,  żeby  dąb  zaświecił,  ale  wystarczy  chwili,  by 
znaleźć  światło.  Ty,  pośród  godzin  szamotania  —  znalazłeś  chwilę.  Słyszysz  jej  obietnicę? 
Wsłuchaj  się.  Ta  chwila  obiecuje  ci  cierpienie.  To  dobra  obietnica.  Oznacza  bowiem,  że  właśnie 
zostałeś pisarzem. 
Pozdrawiam cię. Twój Gabriel. 
 

 
 
 

„ŻYD PLESZKE” — ROZDZIAŁ CZWARTY — 

 
 

Miazkową pochowano na Łaznowskim cmentarzu, ze wszystkimi należnymi honorami, w dwa dni po 
wypadku.
 
Takiej trumny w jaką położono ku—ławkę nie widział Będkowski naród od pogrzebu poprzedniego 
proboszcza. Zrobiona była z dębowego drzewa, wypolerowanego do gładkości, pokrytego najlepszą 
politurą. Do tego ozdoby wyciśnięte były nie z tektury, ale z najprawdziwszego mosiądzu. To pewne. 
Zaświadczył o tym Józef Andryszek, człowiek znający się na żelazie jak mało kto. Wnętrze skrzyni 
trumiennej  wyłożono  atłasem,  obrobionym  ręcznymi  koronkami.  Nawet  pod  głową  miała  kulawka 
atłasową  poduszeczkę.  Wyglądała  jak  lalka.  To  z  kolei  zasługa  specjalisty  z  Piotrkowa 
Trybunalskiego,  który  wypudrował  zmarłą,  podmalował  oczy  tuszem,  a  na  policzkach  położyl 
różowy  krem.  Zachwytom  nie  było  końca.  Ludzie  kręcili  głowami,  mlaskali,  a  w  chwili  otwarcia 
trumny nawet bili brawo.
 

background image

Miała szczęście Miazkową. Miała szczęście kobiecina. Tak paradnie zejść z tego świata... 
Nawet siwe konie się znalazły i karawan z Moszczenicy. Konie oddano do pilnowania Pasiasi. Miał 
trzymać za uzdy, żeby przy wkładaniu trumny broń Boże się nie obejrzały. Nie upilnował  głupek. 
Koniska obejrzały się naraz. To zwiastowało następny pogrzeb, ale ludzie nawet się nie przejęli. Za 
to  Pasiasta  spłakał  się  jak  dziecko.  Tłumaczył  się  jak  mógł,  chociaż  nikt  nie  rozumiał.  Skąd  miał 
wiedzieć,  że  ta  zapowiedź  już  spełniona?  Że  w  Kalinowskim  lesie  zamrożony  Marian  Perełka  od 
trzech dni czeka na odnalezienie?
 
Tyle że dwa konie się obejrzały naraz. Dwa, a niejeden. Tego nie zauważył nikt poza Trzymką. 
Rzeźnik trzymał się z boku konduktu, Był odświętnie ubrany i poważny jak zawsze. Wiedział po co tu 
przyszedł.
 
Pomodlić się. Serdecznie i z całego twardego serca. Żal mu było Miazkowej prawie tak mocno jak 
Psotki i jej popiątnego, szczenięcego miotu. Niczym nie zasłużyła na taką śmierć.
 
Swoją drogą, mógł dawać ochłapy z masarni. Dlaczego pożałował, kiedy przyszła prosić o byłe co? 
Nie  umiał  odpowiedzieć.  Mógł  być  lepszy,  zaprosić  do  chałupy  dla  ogrzania  się.  Mógł  przywieźć 
worek węgla, wóz chrustu. Mógł dać grosz na załatanie dachu. To wszystko mógł zrobić, ale już nie 
zrobi. Za późno przyszło przebudzenie.
 
Jedno co było możliwe zrobił na ostatnią chwilę. Wcisnął proboszczowi dziesięć tysięcy na dobrą 
trumnę, dobry karawan, dobre konie, dobre miejsce na cmentarzu i dobry pochówek.
 
Proboszcz miał mówić, że to kolej dała, albo ministerstwo, które zamówiło pomnik z koniem. I tak 
mówił, a ludzie wierzyli..
 
—  Takie  dobre  ministerstwo.  Taka  dobra  kolej.  Coraz  lepiej  w  tym  świecie.  Coraz  lepiej...  — 
cieszyli się na głos.
 
Drugie  co  było  możliwe,  też  zrobił  Trzymka  na  ostatnią  chwilę.  Zapłacił  dróżnikowi,  który  jako 
pierwszy  dobiegł  do  wypadku  i  ściągał  kulawkę  z  końskiej  pyty.  Kazał  mówić,  że  to  pomyłka,  że 
Miazkowa nabiła się na miecz tego króla od pomnika.
 
I tak mówił dróżnik, a ludzie wierzyli. 
— Taka ładna śmierć. Jak pod Grunwaldem, na bitwie — zazdrościli na głos. 
Tyle mógł zrobić Trzymka i tyle zrobił. 
Żal mu jeszcze było Perełki, ale dużo mniej niż Miazkowej. Ta nie oddała swojej katołickiej wiary, a 
Perełka oddał. Dwa razy. Raz, kiedy się prze—chrzcił na polską, a drugi raz, kiedy się przechrzcił 
na  żydowską.  Podwójny  przechrzczeniec,  ale  przecież  człowiek.  Głupek  najęty,  ale  przecież 
człowiek. Nie trzeba było przeganiać ze sadu.
 
Prawdę  mówiąc,  Trzymka  zawstydził  się  tego  najścia  przy  grobie  Psotki.  Ale  jaki  to  w  gruncie 
rzeczy wstyd — modlić się przy grobie ukochanej suczki? Jaki wstyd? Przecież żaden. A to w niebie 
nie  mają  psów  czy  innego  żywota?  Mają,  na  pewno.  Niby  kto  ostrzega  przed  złodziejami,  jak  nie 
psy? A mleko skąd biorą, jak nie od krów. A nad głowami kto śpiewa. Same chóry anielskie? Ptaki 
śpiewają. Jakieś szczygły, wilgi i kosy. Tak musi być.
 
Szkoda  tylko,  że  on,  Trzymka,  nie  sprawdzi.  Dobrze  wie,  że  nie  pójdzie  do  nieba.  Tam  nie  biorą 
zbrodniarzy. I na czyściec też nie zasłuży. Pójdzie prosto dopiekła, zbrata się z innymi rzeźnika—mi 
i będzie aż po koniec świata zabijał czarne, rogate wieprze. Tak będzie. To  wiedział już Trzymka, 
stojąc  z  boku  pogrzebu  kulawki  Miazkowej.  To  wiedział,  znacząc  czoło,  ramiona  i  pierś  znakiem 
krzyża. To, czego nie wiedział, przyszło za chwilę razem ze ściśnięciem gardła.
 
— Tego nie wiedziałem — powiedział do siebie. — Nie wiedziałem, że taki zatwardziały zbrodniarz 
i cham jak ja potrafi jeszcze zapłakać na ludzkim pogrzebie.
 
Wytarł łzę ukradkiem i sprawdził, czy czasem kto nie zauważył. Nikt nie zauważył. Rzeźnik odwrócił 
się i poszedł do chałupy.
 
W chałupie kręcił się jak bąk. Wszystko mu przeszkadzało. Nie zjadł kolacji, nie posłuchał radia, nie 
przeczy tał gazety.
 
Wyszedł na dwór. Otworzyło się nad nim gwieździste niebo. Wielką Niedźwiedzicę widać było tak 
wyraźnie jak nigdy wcześniej, ale i to nie bardzo go poruszyło.
 
Poszedł  do  masarni.  Zapalił  światło.  Zobaczył  oskrobanego  wieprzka  leżące—go  na  posadzce. 
Zwierzę było zostawione w połowie rzeźnickiej roboty. Obłożone lodem, czekało na lepszy czas. Ale 

background image

lepszy czas miał już nie nastąpić. 
Ostatnim  miejscem,  jakie  odwiedził  tej  nocy  przed  pójściem  na  stację  w  Czarnocinie,  był 
czereśniowy sad. Tam zatrzymał się na chwilę przy grobie Psotki, Pimpusia, Bambusia, Maciusia, 
Świneczki i Kluseczki.
 
—  Kochane  pieski  —  pomodlił  się  na  głos  —  wam  tylko  w  życiu  nie  musiałem  się  z  niczego 
tłumaczyć.
 
Ty, Psotka, machałaś ogonkiem nie zważając na to, czy byłem dobry, czy zły, czy byłem pijany, czy 
trzeźwy. Tobie było wszystko jedno. Kochałaś mnie. Dałem słoninę — zeżarłaś. Dałem kaszankę — 
zeżarłaś. Nic nie dałem — i tak się ucieszyłaś, że mnie widzisz. Obiłem kijem w złości, wracałaś i 
nie wyrzekałaś jak ludzie. Tak wygląda prawdziwa miłość.
 
Ty, Pimpuś, miałeś nos w połowie różowy, a w połowie czarny. Ty Bambus, miałeś brązową łatę na 
lewym uchu i podpalany prawy bok. Ty, Maciuś, miałeś białą gwiazdkę na czołe. Ty, Swinecz—ka, 
miałaś  ogonek  zakręcony  na  bok.  Dlatego  tak  cię  śmiesznie  nazwałem.  Ty,  Kluseczka,  miałaś 
krzywe  łapy  i  najwięcej  żarłaś  ze  wszystkich.  Takie  z  was  były  psy.  A  teraz  już  idę  na  stację  w 
Czarnocinie porozmawiać ze Srulem Hendliszem.
 
Mam na sobie odświętne ubranie, jestem wymyty i ogolony. Szkoda marnować takiej okazji. Pójdę 
na to miejsce, gdzie widziałem Srula po raz ostatni. Powiem, co mam do powiedzenia.
 
Trzymka zakończył modlitwę. Z czereśniowego sadu poszedł prosto na Czarnocińską stację. 
Po  drodze  nie  przyszło  mu  do  głowy  żadne  zdanie,  którym  warto  by  było  zaczynać  tak  ważną 
przemowę. Nie pojawiły się żadne słowa, mogące oddać to, co czuł przez dwa ostatnie dni.
 
Kiedy doszedł na miejsce, w jednej chwili wiedział co powiedzieć, tak samo jak wiedział, że Srul go 
słyszy.
 
— To ja, Józef Trzymka z Będkowa. Rzeźnik, znawca mięsa, wędlin, psów, zatwardziały bandyta i 
cham. Stoję tu, na stacji w Czarnocinie, bo mam ci dużo do powiedzenia. Nieraz próbowałeś ode-
zwać się w mojej głowie, ale to był głupi trud. Mam twardą głowę. Dopuszczam do niej tylko to, co 
chcę dopuścić. Inaczej niż Wochna, Perełka i Miazkowa. Mnie nie dałbyś rady zaciągnąć ani pod 
pociąg, ani nigdzie indziej. Wszyscy to wiedzą, dobrze żebyś i ty wiedział.
 
Nie nasłuchałem się w życiu prawdy od nikogo. Wszystkich, którzy próbowali, odstręczal mój głupi 
upór — matkę, księdza, nauczycieli. Nawet mistrza masarskiego, chociaż to był wyjątkowy człowiek.
 
Za  to  otwierałem  głowę  na  głupoty.  Uwierzyłem,  że  to  ty  zamordowałeś  naszego  Jezusa,  że  to  ty 
jadłeś macę z krwią polskich dzieci, że to ty rozpijałeś całe polskie chłopstwo, że to ty wywołałeś 
rewolucję, że to ty przyjechałeś na sowieckich czołgach, że to ty katowałeś na UB. Że to wszystko ty.
 
Dlatego,  jak  cię  wygrzebałem  z  próchna  pod  świecącym  dębem,  pomyślałem  „  to  ten  zbrodniarz. 
Patrzcie, jak się trzęsie ze strachu‖.
 
Tak  pomyślałem  wtedy.  Nie  przeszkadzało  mi,  że  miałeś  cztery  lata  i  ledwo  odrastałeś  od  ziemi. 
Głupio  się  wtedy  zachowałeś.  Chciałeś  wracać  do  jamy.  Szukałeś  ratunku.  To  mnie  zezłościło 
jeszcze bardziej. Dlatego cię uderzyłem przy ojcu. Twój ojciec nawet się nie ruszył, a brat zejszczał 
się w spodnie.
 
Z moim ojcem było inaczej. Niechby mnie kto przy nim uderzył... Od razu mógł się kłaść do grobu. 
Sam,  bez  pomocy.  Twój  ojciec  nawet  nie  spojrzał.  Może  bał  się,  że  potrafię  zabić  wzrokiem? 
Dziwnie mi się wtedy zrobiło. Pomyślałem. „Bojący naród, ojciec nie staje za synem‖. Czekałem na 
coś, na
 jakąś walkę, albo wytłumaczenie. A wy nic. Jeden stał, drugi stał, trzeci stał. A potem, kiedy 
zawołałem: „Chodźta!‖, poszliście za mną jak za swoim panem.
 
Niemców też nie lubiłem za bardzo, bo to podły naród. Zresztą w całym życiu — mało kogo lubiłem. 
Najbardziej to psy, ale tobie nie będę się z tego tłumaczył.
 
Nie liczyłem na wiele za znalezienie was. Trochę myślałem o skórkowych butach z cholewami, ale 
mi nie dali. Dali tylko szklankę wódki i dwie paczki papierosów. Mało. Najważniejsza była prawda. 
Ludzie mówili, że jak Niemcy nie znaleźli, to nikt nie znajdzie. Że niby Niemcy lepsi od Polaków. To 
mnie najbardziej zabolało. Pokazałem im kto lepszy. Narobiłem wstydu. To z tego wstydu tak się z 
tobą obeszli.
 
Przez  cale  życie  trochę  żałowałem  tego  dnia.  Wyspowiadałem  się  księdzu,  a  on  nie  dał  wielkiej 
pokuty, zabronił przychodzić do kościoła. Przezwał mnie świnią i zakazał wstępu. Taka pokuta.
 

background image

Potem zabrało go gestapo. Ale do kościoła już nie chodziłem. Tylko czasem, od wielkiego święta. 
Tak było aż do przedwczoraj. Nagle wszystko zrozumiałem. 
Pomyślałem o świecącym dębie. 
W  takim  drzewie  świeci  próchno.  Trzeba  wielu  lat,  żeby  dąb  zaświecił,  ale  wystarczy  chwili,  by 
znaleźć światło.
 
Znalazłem  światło.  W  jednej  chwili  rozjaśniło  mi  wszystko.  Zrozumiałem  winę  Stefana  Wochny, 
Hełeny Miazkowej, Mariana Perełki, a nawet Władysława Stępnia. Nie mówię o swojej winie, boją 
znam najlepiej. Oni patrzyli. Otwierali oczy i patrzyli na was jadących w bydlęcych wagonach.
 
Takie  patrzenie  to  była  wielka  odrażająca  wina.  Takie  patrzenie  to  była  część  patrzenia  całego 
świata i wielka część jego winy.
 
Rozbijało  się  Żydowi  szybę  w  sklepie  —  patrzyliśmy,  przyszywało  mu  się  gwiazdę  na  kapocie  —
patrzyliśmy, zamykało się go w getcie — patrzyliśmy, upychało się go w wagonie — też patrzyliśmy.
 
Tak, Srul. Patrzeniem można zabić. Słusznie twój ojciec nie chciał spojrzeć w moje oczy, kiedy cię 
uderzyłem.
 
Podobno pisarz z Ameryki napisał książkę o włosach. Że jakaś kobieta miała włosy rosnące szybciej 
niż  żyto.  Cała  książka  o  tym.  Przedwczoraj  kiedy  mnie  nie  było  w  Będkowie,  pojechałem  do 
Oświęcimia.  Nie wiem, co mnie tknęło.  Pojechałem. Zobaczyłem co potrzeba, żeby tu  dzisiaj stać 
przed  tobą.  Gdyby  ten  pisarz  z  Ameryki  zobaczył  to  co  ja,  nigdy  by  się  nie  zabrał  za  książkę  o 
kobiecych włosach. Nigdy, przenigdy.
 
Wszystko zrozumiałem. Nie mówię 
o swojej winie, bo ta jest odrażająca. Szkoda na nią ludzkich słów. Niech mój grób, jak już zejdę z 
tego świata, osrają ptaki, krowy, świnie, kaczki i każde inne zwierzę.
 
Mówię  o  winie  tamtych  i  za  nich  chcę  się  przed  tobą  pomodlić  jak  przed  Chrystusem.  Bo  to  też 
zrozumiałem, Srul. Że TY JESTEŚ.
 
Panie  mój,  wybacz  winowajcom.  Przepraszam  Cię  za  ich  oczy  i  za  palce  kładzione  na  szyjach. 
Amen. 
 
Tak pomodliwszy się, rzeźnik Józef Trzymka zabrał się spod Czarnocińskiej stacji razem ze swoją 
wielką winą.
 
Nagle wydało się, dlaczego w ostatnie dni Srul Hendlisz tak bardzo się śpieszył. 
Oto otwierały się ludzkie serca. Bez żadnej widocznej przyczyny. Taki był widać plan. 
Uchylały się powolutku, nieznacznie, wpuszczały przez szpary trochę światła. 
Mogła nadejść chwila, że ludzkie serca otworzą się na oścież. 
Tego Srul Hendlisz nie chciał zobaczyć. 
Noc już dobrze poszła do przodu, kiedy Trzymka wchodził na powrót w swoje obejście.  Wchodził 
pewnie, bo znał już cały plan na tę noc. Nic dziwnego, że od tej pory wszystkie jego ruchy były celo-
we, wymierzone, prawie doskonałe.
 
Równo w kwadrans po wejściu na podwórko zadał sobie śmierć. 
Dziwna to była śmierć, ale warta opisania. 
Chłop zaczął od wyboru postronka. Miał ich na podorędziu całe góry, jak to rzeźnik. Wiązało się 
nimi  świnie  za  zadnie  nogi,  podwieszało  orczyki  do  rozpięcia  kadłubów,  krępowało  kwiczące 
świńskie ryje.
 
Wybrał najcieńszy, najrzetelniej spleciony drobnym, pracowitym splotem.  
Odkręcił  korek  od  latarki  naftowej,  wylał  naftę  do  wiaderka,  wrzucił  tam  postronek,  dołożył 
wykręcony  z  latarki  knot,  zabrał  wiaderko,  poszedł  do  chlewu.  Trzymał  tam  wielkie,  rozpłodowe 
wieprze, jeszcze większe maciory, obok tego trochę zwyczajnej, świńskiej drobnicy. Przywitały go 
nieprzyjazne pochrząkiwania świń.
 
Sięgnął  po  półkosek  służący  do  przecinania  na  pół  podściółkowej  słomy.  Wszedł  do  klatki  z 
największym wieprzem. Tam umocował półkosek. Wcisnął go między pręty przegrody oddzielającej 
kłatki  i  przywiązał  drutem.  Ustawił  narzędzie  w  taki  sposób,  że  wisiało  w  powietrzu  poziomo, 
ostrzem do góry. Dla wszelkiej pewności podparł półkosek drewnianym kołkiem wbitym w gnój.
 
  
Przygotowania  dobiegły  końca.  Z  postronka  namoczonego  w  nafcie  Trzymka  splótł  szubieniczny 

background image

węzeł. Zawiesił go na haku umocowanym w betonowym stropie chlewu, obwiązał knotem z latarki. 
Hak był mocny. Na świnie. Spojrzał na szubienicę. Była dobrze wycelowana. Prosto na półkosek.
 
Potem wszystko poszło szybko i dokładnie tak, jak miało pójść. Rzeźnik oparł drabinę o przegrodę, 
wszedł  parę  szczebli  do  góry,  włożył  głowę  w  pętlę,  zaciągnął,  wyjął  zapałki  z  kieszeni,  podpalił 
postronek nad głową, odepchnął nogami drabinę i zawisł.
 
Był ciężki, nie męczył się długo. Pacierz chrupnął już po paru sekundach. 
Po minucie przepalił się postronek. Uwolnił wisielca i puścił go w dół. Ostrze pólkoska zetknęło się 
z  ciałem  Trzymki  dokładnie  między  jego  nogami.  Rozcięło  na  pół  jak  słomę,  posłało  na  gnój  w 
rzeźnickiej postaci 
— dwóch półtuszy, przyodzianych w dwie połowy świątecznego garnituru. 
Wieprz  nie  od  razu  zrozumiał,  co  się  stało.  Najpierw  skoczył  w  róg  klatki,  potem  podszedł, 
obwąchał, zabrał się do żarcia.
 
Zeżarł wszystko — ciało, ubranie, pętlę i nerki. 
Nie tak łatwo otworzyć ludzkie serca. Będkowski i okoliczny świat miał to sprawdzić już wkrótce. 
Na razie zajmował się pogrzebami.
 
Najpierw  pochowano  Perełkę.  W  zamieszaniu.  Nie  wiadomo,  w  jakiej  wierze  wydal  ostatnie 
tchnienie, bo nikt nie świadkowal śmierci.
 
— A jak w żydowskiej? Żyda na katolicki cmentarz? 
Ksiądz  dobrodziej  znalazł  rozwiązanie.  Pamiętał  te  dni,  kiedy  Perełka  zajeżdżał  na  plebanię  z 
dobrymi listami od brata z Argentyny. Żal mu się zrobiło nieszczęśnika. Położył na samym końcu 
cmentarza, przy samiutkim murku. Jeszcze tam gdzie należy, a już prawie za murem.
 
Większy  kłopot  był  z  Trzymką.  Po  tym  nieboszczyku  nic  nie  zostało,  jeżeli  nie  liczyć  opasłego 
wieprza.
 
Ludzie  mieli  różne  pomysły.  Znajdowało  się  pośród  nich  tak  głupie,  że  aż  żal  wspominać,  Ktoś 
nawet  wymyślił  (czy  aby  nie  Pasiasia,  który  chciał  tym  sposobem  wrócić  do  łask?),  żeby  zabić 
wieprza ludojada, wyczyścić mu wnętrzności i spalić TO w krematorium. Potem wsypać prochy do 
urny, tę zaś zakopać na cmentarzu.
 
— U nas nie ma takiego zwyczaju — zaprotestował dobrodziej. 
Pomysł upadł. 
Koniec  końców,  zebrano  żałosne  resztki  —  kilka  złotych  zębów,  zawiasy  szczękowe,  dwa  palce 
(obydwa kciuki) oraz nadgryzioną obrączkę, którą zwierzę wysrało.
 
Resztki  zaległy  w  maleńkiej  trumience,  wykonanej  z  troską  i  pieczołowitością  przez  stolarza 
Gniewisza.
 
Poszedł pogrzeb na cmentarz... 
Cały  kondukt  był  zwyczajny,  śpiewający,  zapodziany  w  myślach  i  szeptanych  rozmowach.  Tylko 
czoło konduktu było odmienne.
 
Zaraz za kościelnym dźwigającym krzyż szła żony Trzymki, niosąc pod pachą maleńką trumienkę. 
To nie wyglądało po ludzku. Taka krucha kobiecina, którą wiatr prawie porywał przy mocniejszym 
podmuchu, niosła pod pachą trumnę z mężem. Ale nie do takich obrazów miał jeszcze Będkowski 
naród przywykać. Los szykował to i tamto.
 
Najpierw jednak spadł nowy śnieg i na świat zwaliła się zima tysiąclecia. 
Są różne śniegi: mokre, suche, gęste, 
cienkie, cieniuteńkie, pylące. Rozmaite. 
Jednak tego śniegu, który spadł na Będków po pogrzebie Trzymki, nikt nie 
umiał nazwać. Nawet mądry Jałmużna. 
Całe  białe  niebo  zwaliło  się  naraz.  Między  płatkami  nie  znajdowało  się  przerwy  na  oddech,  czy 
choćby otworzenie oczu. Śnieg padał, padał i padał.
 
Już na trzeci dzień zawalił ulice na wysokość dachów, ale nie zatrzymał się. Trochę tylko zwolnił w 
szaleństwie. Dał czas ludziom na przysposobienie się do nowych niespodzianek. Czym tylko mieli, 
powybijali tunele od bram do ulic, a tam, wspólnym wysiłkiem wykopali główny tunel. Jego grzbiet 
bielał wysoko
 nad głowami. Tym traktem poszły transporty węgla, chrustu, soli, cukru, mąki i kaszy 
jęczmiennej. Tego, co gromadzi się zwykle w czas wojny.
 
Ludzie  uwijali  się  jak  mrówki.  Śmigały  sanie,  sanki,  dzwoniły  dzwonki  w  uprzężach.  Aż  wszystko 

background image

umilkło. Spiżarnie były zapełnione. 
Sprawdziły  się  przeczucia.  Po  śniegu  przyszedł  mróz  tak  okrutny,  że  i  tego  nie  dało  się  z  niczym 
porównać. Trzaskały termometry, spadały na głowę zamrożone w locie wrony, kruki i gołębie.
 
Wróble nabrały nieludzkiej odwagi. Całymi zgrajami wpadały do nieuważnie otwieranych drzwi i 
utykały się po dziurach. Co było robić. Ludzie przywykli.
 
W  te  dni  zwierzyna  przemieszała  się  nadzwyczajnie.  Poszła  przy  tym  na  ugody,  nie  znane  nawet 
najmądrzejszym ludziom. Mogli się uczyć od zwierząt i to właśnie robili w długie wieczory, patrzyli 
na żywoty przeciwnego obyczaju i przeciwnej wiary, dzielące się pożywieniem i pielęgnujące w nie-
szczęściu. Ta nauka była nagrodą za niewygodę, jaką przy wlokła ze sobą zima. Ludzie tak bardzo 
przywykli do zwierzęcych zachowań, że nawet na siebie obrócili łaskawsze spojrzenia.
 
Ten czy tamten, gniewający się od lat z innym, podał mu rękę. 
Tak było tej zimy aż do chwili, kiedy Władek Stępień przyprowadził do Będkowa Kalinowski las 
Poparzonych była piątka, pośród nich Władek Stępień. Czwórka zeszła z tego świata niezwyczajnie. 
Cała okolica znała dzieci spod nasypu. Naturalnym było więc oczekiwanie na śmierć Władka. Ale 
ten miał się dobrze. W każdym razie tak wyglądał na zewnątrz. Co się działo w środku — tego nikt 
nie wiedział.
 
Za to wiedział Władek. 
Już  od  śmierci  Wochny  zaczął  coś  podejrzewać.  Jako  pierwszy  i  jedyny  skojarzył  te  śmierci  z 
pojawieniem  się  w  Kalinowie  Jakuba  Pleszke.  Po  wypadku  Miazkowej  miał  już  prawie  pewność: 
ziarno pochodziło z rąk tego siewcy. Tylko jak to udowodnić, albo jeszcze lepiej — przerwać? Tego 
nie wiedział.
 
Za to Jakub Pleszke coraz łatwiej rozmiękczał ludzkie dusze. Najładniejsze wieńce na pogrzebach 
Wochny,  Miazkowej,  Perełki  i  Trzymki  —  pochodziły  od  niego.  W  czas  wielkiego  śniegu  oddał 
ludziom czterdzieści beczek ropy do ciągników,  żeby nawiozły z miasta potrzebnych towarów. Do 
tego  jeszcze  przed  mrozami  urządził  dzieciom  zabawę  w  pałacu,  a  po  niej  piękny  kulig.  Władek 
puścił Werkę, chociaż wiedział swoje. Wróciła rozogniona i szczęśliwa.
 
Takimi sposobami Pleszke zaskarbiał sobie wdzięczność i zapewniał dobre słowa. A wszystko po to, 
żeby odsunąć podejrzenia, przygotować drogę do ostatniej ofiary — tego Władek był pewien.
 
Z tamtego nie pamiętał wiele. Kiedy to się stało, miał zaledwie cztery lata. Tyle samo, ile ci dwaj 
chłopcy.  Zaplątał  się  w  tę  historię  przypadkiem.  Szedł  zupełnie  gdzie  indziej,  kiedy  go  zawołał 
Stefek  Wochna.  Poszedł  pod  nasyp  pierwszy  raz.  Patrzył  na  jakieś  pociągi,  na  dzieci  piłujące  się 
palcami  po  szyjach  
—  to  było  bardzo  śmieszne,  chociaż  nic  nie  rozumiał.  Potem  stała  się  ta 
straszna rzecz.
 
Wyskoczyli z pociągu. Rozległy się strzały. Przestraszył się. Pobiegł do domu. Płakał w nocy. Reszty 
dowiedział się po łatach. Po trochu. Od różnych ludzi.
 
Wina? 
Kiedy o tym myślał teraz, czuł jej ciężar, chociaż rozum zaprzeczał. 
Kara? 
Bał się. Naprawdę się bał. 
Z  tego  strachu  chodził  pod  mur  Kalinowskiego  majątku.  Brnął  po  pas  przez  śnieg,  stawał  pod 
bramą  i  oswajał  się  ze  strachem.  Po  jakimś  czasie  trochę  się  oswoił.  Przynajmniej  na  tyle,  żeby 
wrócić do codziennych zajęć.
 
Ludzie na jego widok opuszczali wzrok. Odpowiadali na pozdrowienia, nie podnosząc głów. Lubili 
go, więc tym sposobem pomniejszali przyszły żal po stracie Wladka. Bo tego jednego byli pewni — 
Władek wkrótce odejdzie z Będkowa.
 
Na zawsze. 
Wielkie mrozy, wielkie troski i dziwne zachowanie zwierząt, odwróciły uwagę łudzi od Władka. Na 
jakiś  czas  dali  spokój  domysłom  o  dzień  jego  śmierci.  Władek  odczuł  to  odciążenie.  Przyjął  je  z 
wdzięcznością.  Zaczął  nawet  szukać  sposobu  na  jej  wyrażenie.  Mogło  nim  być  piękne  granie  na 
organach, ale do Moszczenicy mało kto zachodził z Będkowa. Szczególnie tej zimy.
 
Wymyślił więc inny sposób. Postanowił pójść po zwierzęta do Kalinowskiego lasu. 
Przez  lata  życia  w  Będkowie  nauczył  się  myśleć  podobnie  jak  tutejsi  ludzie.  Nie  było  w  tym  nic 

background image

dziwnego. Myślenie brało się z tych paru kilometrów za—chwyceń, którego otaczały — z horyzontu, 
rzeki, pól przedwieczornych.
 
Nie zmienił tego pobyt w mieście. Pojechał tam jako obcy, a po paru łatach wrócił jako swój. Więc 
myślał  okrawkami  ich  wspólnego  myślenia.  Nie  mogło  być  inaczej.  Stąd  zapewne  wzięła  się  i  ta 
ostatnia myśl o pójściu do lasu, zebraniu zziębniętej zwierzyny, poprowadzeniu do Będkowa.
 
—  Niech  się  ludzie  ucieszą,  niech  zabiorą  do  domów,  wytrą  boki  wiechciem,  nakarmią,  napoją, 
przytulą  do
 serca.  Wieczorem niech zasiądą przy piecach i  uradują oczy  widokiem takim samym, 
jaki  radował  oczy  praojca  Noego.  Potem  przyjdzie  wiosna.  Zwierzyna  odejdzie  do  lasu,  a  ludzie 
zostaną u siebie — lepsi o to zimowe spotkanie i serdeczniejsi o nie — tak myślał Władek.
 
Wyprawa  nie  była  lekka.  W  skorupie  zmrożonego  śniegu  trafiały  się  miejsca  słabsze.  Tam  nie 
utrzymywała ciężaru. Pękała z łoskotem, a Władek zapadał się w miękkość po piersi. Tak było wiele 
razy, nim umęczony doszedł do lasu.
 
Zwierzęta znalazł na polanie. Było tak, jak się domyślał. Biedaczyska zbiły się w jedną kupę, by tym 
sposobem dodawać swoje małe ciepła, składać je w jedno większe, dające szansę na przetrwanie. 
Nie  wszystkim  się  udało.  Dookoła  stada  leżały  promieniście  wychudłe  trupy  saren,  zajęcy  i 
kuropatw.
 
Na widok Władka, wszystkie zwierzęta podniosły łby. W setkach oczu, nie było widać strachu. 
Poszły za człowiekiem jak za wielkim przywódcą. Wyczuwały, czego chce, więc kiedy krzyknął, by 
szły za nim — poszły długim, nie kończącym się sznurkiem.
 
Na głównym Będkowskim trakcie, w tunelu który dosięgnął już połowy dachów — na powrót zbiły 
się  w  stado.  Znały  tego  człowieka  który  im  przewodził,  nie  znały  pozostałych.  Postawiły  uszy  i 
otworzyły nozdrza.
 
Taki widok zobaczyli ludzie, kiedy wylegli na ulicę, przywiedzeni stukotem setek kopyt — stojącego 
na  przedzie  Władka  Stępnia,  zaraz  za  nim  wielkiego  jelenia,  a  z  tyłu  rozmaitość  leśnej  i  polnej 
zwierzyny: sarny, daniele, dziki, lisy, zające, wiewiórki, kuropatwy, kuny, łasice, bażanty.
 
Ludzie też zbili się w grupę. 
Przez  dłuższą  chwilę  obydwa  stada  patrzyły  na  siebie  nieufnie.  Nie  wiadomo  było,  czym  się 
zakończy to patrzenie. Zwyciężyła zwyczajna już tej zimy miłość do zwierząt. Ludzie rzucili się do 
chałup,  spiżarni, obór i  komórek, po siano, słomę, ziarno, kartofle, kiszonkę, a nawet po suszone 
owoce, grzyby, mleko i chleb.
 
Z tym wszystkim wrócili na ulicę. Rozłożyli dobro na śniegu. 
Jeszcze przez chwilę nic się nie działo, a potem zaczęło się nieszczęście. 
Nie wiadomo kto dał znak. Może ten wielki jeleń? 
Leśne  i  polne  zwierzęta  rzuciły  się  w  kierunku  żarcia.  Już  podczas  tego  krótkiego  biegu  zginęła 
drobnica zadeptana przez pobratymców. Ale to miał być dopiero początek tragedii.
 
Zwierzęta  poczuły  smak  pożywienia  razem  z  zapachem  krwi.  W  jednej  chwili  odepchnęły  się  od 
siebie  osobne  wiary.  Rzuciły  się  jedna  na  drugą  jak  oszalałe.  W  powietrzu  rozległy  się  odgłosy, 
mrożące  najodpomiejsze  serca.  Ulica  zaczęła  warczeć,  skowyczeć,  porykiwać  i  wyć  z  bólu.  Dziki 
rzuciły  się  na  lisy,  lisy  na  kuropatwy,  jelenie  na  kuny,  kuny  na  zające.  Tryskała  krew  z 
przegryzionych  żył,  tętniły  porzucone  na  śniegu  serca,  wylatywały  w  górę  trupy  wiewiórek  i
 
bażantów. 
Ludzie pouciekali do domów. Stamtąd przez okna dopatrzyli do końca. 
Kiedy  bitwa  się  skończyła,  wyszli  na  ulicę.  Zobaczyli  niedojedzone  ciała  ofiar,  walające  się  od 
brzegu do brzegu tunelu, parującą krew, pomieszane żarcie, wbite w śnieg odchody.
 
Na  końcu  ulicy  niknęły  nieliczne  ocalałe  zwierzęta.  Odchodziły  kulejąc,  porykując  z  bólu  i  liżąc 
sobie rany.
 
Jeszcze tego samego dnia  dołączyły do nich pozostałe, powyrzucane przez ludzi z domów. Te nie 
wiedziały  co  ze  sobą  zrobić.  Zapomniały.  Zanim  odzyskały  pamięć,  część  zdechła  z  rozpaczy. 
Pozostałe dojadły resztki z ulicy i przepadły gdzieś po świecie.
 
W  opustoszałych  izbach  ludzie  próbowali  dociec  przyczyny.  Nie  szukali  jej  tam,  gdzie  była  —  w 
równowadze świata. Od dawna nie wierzyli w równowagę. Świat manifestował im się przewagami. 
Od lat.
 

background image

Ostatnia  przewaga  —  miłości  nad nienawiścią,  przyniosła im dramat.  Przedostatnia  przewaga,  ta 
która objawiła się czterema śmierciami, przyniosła ten lęk. Musieli coś z tym zrobić. Razem. Tak nie 
mogło być dalej.
 
Nie potrzeba było narad. Przez długi tydzień po zwierzęcej bitwie siedzieli po domach jak mysz pod 
miotłą. Wstydzili się i milczeli. Osobno.
 
Ale z tego osobnego milczenia wzięła się wspólna decyzja. Nawet nie przekazali jej sobie słowami. 
Wspólna decyzja Będkowskiego narodu objawiła się dzień po dniu nienawiścią do Władka.
 
To  w  Stępniu  dopatrzyli  się  ostatniej  przeszkody  w  powrocie  do  zwyczajności.  Zwyczajność 
opisywali sobie w głowach jako stan sprzed śmierci Wochny. Tęsknili do tego stanu coraz bardziej. 
A Władek przeszkadzał.
 
Na początek postanowili  go nie zauważać, ale to  nie dało  wiele. Chodził  po ulicach jak dawniej, 
odwoził córkę do szkoły, grał na organach w Moszczenicy, kłaniał się. Jawnie śmiał się im w oczy.
 
Czekali  więc  na  wypadek.  Nie  liczyli  na  to,  że  Stępień  sam  pójdzie  na  szyny.  Czekali,  aż  źle 
wyskoczy z pociągu i złamie sobie kark. Nic takiego się nie stało.
 
Nie było innej rady. Posłali do Łomin po Lubickiego. 
Lubicki  był  tępym,  ponurym  chłopem,  o  spojrzeniu  tak  mrocznym,  że  mało  kto  odważał  się 
spoglądać mu w oczy.
 
Kłusował po okolicznych lasach. Miał karabiny od wojny i milczące przyzwolenie władzy. Bali się 
go, więc pozwalali strzelać, ile chciał.
 
Tej zimy nie musiał używać broni. Zwierzyna była tak otępiała, że mógł podchodzić pod sam łeb i 
walić drągiem. Takie polowanie nie dawało mu jednak uciechy.
 
Za Lubickim szła jeszcze jedna ponura sława. Mówiło się, że przyjmował zamówienia na łudzi. 
Przyjął zamówienie na Władka. Obiecał, że wykona je, jak tylko znajdzie okazję. 
Poszedł do lasu z karabinami, pociskami, nożami, wnykami, ciepłym ubraniem, jedzeniem, wódką i 
zapałkami.
 
Zrobił szałas ze świerczyny, rozpalił ognisko, napił się wódki i zasiadł do czekania na Stępnia. Dla 
pewności  wbił  w  ziemie  widłowe  podpórki.  Na  nich  oparł  karabiny.  Był  ciemnym  durniem,  więc 
pomysł z czekaniem w lesie przyszedł mu do głowy jako jedyny.
 
— Kiedyś tu musi przyjść — pomyślał. 
Czekał dzień, dwa, tydzień — potem zamarzł. 
Kiedy go odkryła zwierzyna, zostawiła po kłusowniku mniej więcej tyle, ile zostało po Trzymce. 
Od  tego  wypadku  ludzie  już  nie  nastawali  na  życie  Stępnia.  Czekali  na  odejście  zimy  i  przyjście 
wiosny.
 
Zima  zamroziła  im  głowy.  Niedobrego  z  tego  nie  wyszło.  Przyjdzie  wiosna  —myśleli—świat  się 
odmieni, strzeli w górę słoneczko i wszystko pójdzie tępiej.
 
Wkrótce doczekali się. Przyszła wiosna. Odmieniła Będków gruntownie. 
Odmieniła go w rwąca rzekę. 
A było tak: 
Śniegi  schodziły  od  marca.  Niespiesznie,  po  Bożemu.  Aż  przyszło  niemiłosierne  słońce.  Śniegi 
stajały w oczach. Wolbórka nie dała rady pomieścić takiej wody. Odpuściła ją na powrót w rowy i 
rzeczeńki, ale i te nie zdzierżyły. Rozesłały wodę po połach, wsiach i miasteczkach.
 
Piękne  położenie  Będkowa  w  jednej  chwili  stało  się  jego  katastrofą.  Woda  nie  miała  gdzie 
odpłynąć. Poszła ulicami, uliczkami, zakamarkami, a kiedy oparła się o wzgórze — wróciła. Od tej 
chwili zaczęła się podnosić. Zatrzymała się na wysokości dwóch metrów. Takiego wzrostu nie miał 
nikt w miasteczku.
 
Ludzie  i  tym  razem  zjednoczyli  się  w  nieszczęściu.  Nie  było  wprawdzie  w  nich  takiego  ognia  jak 
przy  walce  z  zimą,  ale  starczyło  na  byle  jaką  obronę.  Ocalały  dobytek  wyprowadzili  na  wzgórze. 
Tam zbudowali miasteczko.
 
Ale jeszcze nim to uczynili, pogodzili się ze zwierzyną leśną. 
Przypłynęło  tego  kilkadziesiąt  sztuk.  Tyle  ocalało  z  żywiołu  i  pamiętnej bitwy.  Niektóre  nosiły  na 
sobie ślady tamtych wydarzeń — niedoschnięte blizny, puste oczodoły, krzywo pozrastane nogi.
 
Czego nie zrobiła zima, tego dokonała wiosna. Żadna niezgoda nie wchodziła w grę. Wzgórze było 

background image

teraz wyspą. Ludzie i zwierzęta wiedzieli to dobrze. Rozpoczęli wspólne życie, unikając wchodzenia 
sobie w drogę. Zwierzęta poszły skubać pierwszą trawę, zaś ludzie zabrali się do budowania.
 
Postawili miasteczko z czego się tylko dało — z desek, papy, blachy falistej, eternitu, gałęzi i gliny. 
Rosły  domki  jeden  za  drugim.  Z  czasem  zaczęli  się  nawet  prześcigać  w  wymyślności  kształtów  i 
zastosowań. Budowali całe zagrody z oborami dla zwierząt i budami dla psów. Przyklejali do nich 
mniejsze  budynki,  a  do  tych  jeszcze  mniejsze.  Zamieszkiwały  je  zgodnie  z  przeznaczeniem  świnie, 
kury i kaczki. Z nadgorliwości zbudowali za dużo. Do tych nadliczbowych budynków wprowadziły 
się wkrótce zwierzęta z lasu.
 
Tymczasowość nie chciała przegrać z odwieczną cechą ludzkiego rodu  —potrzebą konkurowania. 
Pod  siekiery  i  piły  poszła  większość  drzew  na  wyspie.  Ostały  się  jedynie  mocarne  dęby.  Z  gałęzi 
ludzie wyplatali płotki, te przystawiali do ścian swoich nowych zagród i oblepiali gliną. Formowali 
ją w artystyczne wzory, porównywali potem, który ładniejszy.
 
Pieńki rąbali na szczapy. Nocą płonęły ogniska. 
Największe  nieszczęście  dotknęło  kościółka.  Nie  wiadomo  jaki  idiota  postawił  go  kiedyś  w 
rozwidleniu rzecznym. Wojsko zdążyło wprawdzie przypłynąć łodziami, wymontować organy, ołtarz 
i drogę krzyżową, ale reszta poszła pod wodę.
 
Ksiądz  nie  chciał  się  schronić  w  Piotrkowie.  Został  na  wzgórzu,  z  ludźmi.  Wybudowali  mu  za  to 
okazałą plebanię, postawili dach nad organami i ołtarzem.
 
Zaczął  odprawiać pod niebem. Głosy niosły się  nie gorzej niż  w kościele. Tylko na organach nie 
miał kto grać.
 
Władek Stępień odsunął się od pospólstwa. Dowiedział się o Lubickim i o zamówieniu, jakie złożyli 
ludzie.  Swoją  chatę  wybudował  daleko  od  nich,  na  drugim  krańcu  wyspy.  Nie  chciał  rozmów  i 
wyjaśnień. W tej sprawie napotykał wzajemność.
 
Mijały dni, a woda nie odchodziła. Ludzie w nowym miasteczku okrzepli. Popatrywali wprawdzie 
tęsknie w kierunku Będkowa, ale wracali zaraz do wyspiarskich zajęć.
 
Karmili bydło, wyrabiali sery i masło, wypiekali chleb, prowadzili handel. W cenie był cukier, bo 
można go było przerobić na bimber. Ten dopiero stawał się cennym towarem... Za butelkę można 
było  dostać  na  targu  co  się  chciało.  Targ  wyznaczyli  na  poniedziałek.  Taki  dzień  impasował,  bo 
przypominał targi w Ujeździe. Sprzedawali sobie konie, krowy, owce, cielęta, świnie, zamieniali się, 
odprowadzali  zwierzęta  na  bok,  cieszyli  się  przez  tydzień,  odsprzedawali  z  zyskiem  w  następny 
poniedziałek.
 
Co  trzy  dni  przypływało  wojsko  z  prowiantem.  Wypytywali  o  chorych,  ale  na  wyspie  panowało 
zdrowie. Mierzyli potem wodę wodometrem. Nie odpływała. .
 
Największą radość miały niedorostki. Takich kąpieli, jak przy powodzi nie zaznały nigdy w bladych 
nurtach Wolbórki.
 
Do  tego  woda  urodziła  ryby.  Wielką  ilość.  Łowił,  kto  chciał  i  czym  miał  ochotę.  Nie  było  sztuką 
złowić karpia czy suma. Te szły pod rękę same. 
 
Nowa sposobność zrodziła nową konkurencję. Rybacy prześcigali się w odławianiu coraz większych 
sztuk. Olbrzymy wisiały później w wędzarniach, a po wyspie rozchodził się miły zapach palonego 
jałowca.
 
Życie  na  wyspie  zbliżało  się  do  niebezpiecznej  granicy.  Ustawały  tęsknoty  za  domami,  bo  te 
zostawione  pod  wodą,  zacierały  się  już  w  pamięci,  zaś  te  nowe,  wyspiarskie,  obrastały  świeżymi 
wydarzeniami jak bluszczem.
 
Ludzie  złapali  się  na  tym,  że  prowadzeni  instynktem,  uformowali  ulice  na  wyspie  tak  jak  w 
Będkowie.  Przymierzyli więc  do  ulic  tamte  nazwy.  Pasowały.  Pozostało  tylko  czekać  na  pierwszą 
zdradę małżeńską, pierwsze narodziny i pierwszą śmierć.
 
Wkrótce wszystko przyszło po kolei. 
Majczak zdradził Majczakową z jej siostrą. Dostał za to po pysku dwa razy. Raz od żony, drugi raz 
od  kochanki.  Siostry  pogodziły  się  szybko,  a  Majczak  musiał  stawiać  osobną  chatę.  Taki  dostał 
wyrok od żony:
 
— Zejdź mi z oczu jak najdalej. 
„Jak najdalej‖ oznaczało w tym wypadku dwa kilometry. 

background image

Anielka Wochnowa urodziła córkę. Małą, rudą i wrzaskliwą. Poród odebrał mąż z Nizin. Okazał się 
człowiekiem zaradnym, bystrym i utalentowanym.
 
Ludzie  spoglądali  z  zazdrością  na  jego  zagrodę.  Postawił  ją  według  wzorów  ze  swoich  stron,  a 
ściany  wygładził  kurzym  żółtkiem.  Nabrały  przez  to  połysku  i  koloru.  Kiedy  przypaliło  słońce, 
zagroda Anielki i męża z Nizin skrzyła się jak pałac ze złota.
 
W dwa dni po chrzcinach córki Anielki zmarł Pasiasta. Poszedł na szczyt wzgórza, stanął tam i stał 
tak cały dzień, spoglądając na zatopiony Będków. Potem usiadł i umarł.
 
Ksiądz postanowił pochować niemowę na wyspie. Nie chciał myśleć o oddaniu ciała żołnierzom. 
— Zabiorą gdzieś na koniec świata, położą w cudzej ziemi. Nie można tak. U nas nie ma takiego 
zwyczaju.
 
Gniewisz popisał się zgrabną trumną. To była sztuka zrobić trumnę z niczego. Ale zrobił. 
Zbił osikowe żerdki tak gęsto, że przypominały deskę. Wyszlifował potem szkłem i trumna gotowa. 
Pasiasię pochowano na szczycie wzgórza. Tam, gdzie umarł. Przy takiej okazji, Wladek nie chciał 
się trzymać z boku. Przyszedł na mszę, zagrał na organach. I tak już zostało, aż do końca wody.
 
Koniec wody zapowiedział się odpłynięciem ryb. 
— Woda ruszyła — orzekł Jałmużna. 
Wojsko potwierdziło diagnozę. Wodometr nie kłamał. 
Jeszcze  tego  samego  dnia  ruch  wody  stał  się  widoczny  dla  ludzkich  oczu.  Odpływała  w  kierunku 
Wolbórki. Ludzie wylegli na brzeg wyspy. Nie wiedzieli czy się cieszyć.
 
Napłynęły  śmieci  od  miast.  To  dopiero  uzmysłowiło  rozmiar  katastrofy.  Widok  poruszył  serca. 
Płynęły  dziecinne  wózki,  radia,  telewizory,  szafy,  krzesła,  wanny,  fotele,  portrety  ślubne,  święte 
obrazy. Wszystko.
 
Ludzie wrócili do tymczasowej osady. Już nie myśleli o sobie jak o wyspiarzach. 
Kiedy  następnego  dnia  o  świcie  kościelny  Scibiorek  poszedł  się  wyszczac,  nie  zobaczył  wody. 
Odpłynęła.
 
Spod kożucha szlamu i śmieci wydobywało się jego miasteczko. 
  
Janka przyszła bez uprzedzenia. Jak kiedyś. Zresztą trudno uprzedzić kogoś, kto  przez cztery dni 
nie wychodzi z domu. 
Muskat  słaniał  się  na  nogach.  Niewola  pisania  okazała  się  żywiołem  dosłownym  —  nie 
metaforycznym. Od czterech dni prawie nie jadł i nie spał. 
Kobieta  przysiadła  na  kozetce,  bokiem  do  okna.  Nerwowe  dłonie  złożyła  na  podołku.  Słońce  nie 
dało  rady  prześwietlić  jej  gęstych  włosów:  Położyło  się  tylko  refleksami  na  szyi  i  odkrytych  ra-
mionach. 
— Pisałem — wytłumaczył się Stanisław. 
Nie zareagowała w żaden widoczny sposób. Po chwili odpowiedziała: 
— Wiem. Pisałeś. 
Posiedziała tak jeszcze przez chwilę, potem zabrała się do pracy. 
Rozpaliła ogień pod kuchnią, nagrzała sagan wody, zmyła naczynia, ułożyła rzeczy w należnych im 
miejscach,  wytarła  podłogę,  omiotła  kurze,  pokroiła  przyniesiony  chleb,  usmażyła  przyniesione 
jaja, nalała do garnuszka przyniesionego mleka. Podała śniadanie. 
Potem, kiedy już jadł, przyciągnęła z komórki wielką balię, wymyła ją, nastawiła do grzania nowej 
wody,  wyłożyła  balię  prześcieradłem,  podeszła  do  Stanisława.  Zaczęła  go  rozbierać.  Nie 
protestował. Przyjął jej zabiegi z wdzięcznością.  
Nagi  usiadł  w  balii.  Janka  przyklęknęła.  Zabrała  się  za  obmywanie.  Była  delikatna  i  dokładna. 
Stanisław  poddał  się  jak  dziecko.  Potem  pozwolił  się  wytrzeć,  uczesać  i  ogolić.  Zasnął  na  pięć 
godzin. 
Kiedy  się  obudził,  Janka  ciągle  była  w  mieszkaniu,  a  wraz  z  nią  bukiety  majowych  narwańców. 
Poustawiała je w wielu miejscach. 
— Chyba nie przeszkadzają? — upewniła się.  
— Wszystko mi się pomieszało — zaczął Stanisław, nie odpowiadając na tamto pytanie. 
Który mamy rok? 

background image

— Dziewięćdziesiąty szósty, maj. 
—  Maj  —  powtórzył  —  a  ja  spędziłem  ostatnie  dni  w  osiemdziesiątym  piątym.  Czy  wtedy  była 
powódź? Tu, w okolicy? W Będkowie. Wielka powódź. 
— Wielka powódź? Wolbórka jest za mała na wielką powódź. Osiemdziesiąty piąty? Nie, nie było. 
Miałam osiem lat. Musiałabym pamiętać. 
— Wszystko mi się pomieszało... Znasz żonę rzeźnika z Popielawskiej resztówki? — zmienił nagle 
temat. 
—  Znam.  Tyle,  ile  inni.  Podoba  ci  się?.  Ładna  i  wykształcona.  Mówi  po  hiszpańsku,  angielsku. 
Pracowała w Kolumbii, u pisarza... 
— Skąd wiesz? 
— Listy przychodziły na pocztę. 
— Z Kolumbii? 
— Różnie. Ze świata. Ale najwięcej z Kolumbii. 
—A nazwiska? Czy w okolicy są takie nazwiska: Trzymka, Wochna, Miazkowa... 
— Wochnów i Miazków jest dużo. Nie wiem, o których ci chodzi. 
— O szewca, na przykład. Szewc Wochna z Będkowa. 
— W Będkowie nie ma szewca. Był w Popielawach. Mazurek. Umarł. Jeździmy do Ujazdu. Tam 
jest duży zakład. 
— A majątek w Kalinowie?  
—Co? 
— Ktoś go kupił, przebudował? 
—  Nie.  Zrujnowany.  Jak  się  skończyły  PGR—y,  ludzie  się  zebrali  i  wydzierżawili.  Ale  sami  go 
sobie rozkradli. Ruina. O “wszystko już zapytałeś? 
— Nie, nie o wszystko. Nie zapytałem o ciebie. 
— Co chcesz wiedzieć? 
— A co chcesz powiedzieć? 
—  Mogę  powiedzieć  wszystko.  Mam  dziewiętnaście  lat.  Uczę  się  w  Technikum  Rolniczym  w 
Czarnocinie. Jestem średnią uczennicą, ale zrobię maturę, a potem ucieknę pracować do jakiegoś 
pisarza. Najlepiej do Kolumbii. Wprawiam się u ciebie. Poza tym... nie jestem podobna do ojca ani 
do matki. Ojciec... ktoś ci już na pewno powiedział. Matka zbierała twoje zdjęcia, bo się w tobie 
kochała. Teraz ja przejęłam po niej tę miłość. 
— Chciałabym tu przychodzić od czasu do czasu. Patrzeć jak piszesz, jak jesz, jak palisz papierosa. 
Chciałabym żebyś mnie wziął do łóżka... 
— Nie zostanę długo. 
— Zdążę. 
  
Wylądowali w łóżku. Dopiero teraz Muskat mógł się przyjrzeć Jance. Miała młode, napięte ciało. 
Pot kroplił się na nim bezwstydnie. Krople nie utrzymywały się długo,  spływały po gładkościach 
piersi i brzucha, przepadały w pościeli. 
Chciał zostać w niej długo, jak najdłużej.  Nie dała szansy. Nawet  się nie obejrzał,  kiedy było  po 
wszystkim. 
— Pojedziesz tam? Sprawdzić? — odezwała się. 
— I tak pojedziesz... 
— Gdzie? 
—  No  tam,  pod  nasyp.  Przeczytałam,  kiedy  spałeś.  Płakałam.  Narwałam  kwiatów  polnych. 
Przepraszam. 
— Nie przepraszaj. 
— Kocham cię. 
— Nie zostanę długo. 
— Zdążę. 
Do  Będkowa  pojechał  pod  wieczór.  Jak  wszystko,  tak  i  to  miejsce  pomniejszyło  się  przez  lata. 
Główny trakt i boczne uliczki, wyłożone niegdyś brukiem, dźwigały szary asfalt. 

background image

Zdziwił  się,  jak  dobrze  odtworzył  z  pamięci  topografię.  Kościół  stał  na  starym  miejscu,  na 
niewielkiej wypukłości, przy której Wolbórka rozdzielała się na dwa nurty. Gdzieś się chyba potem 
łączyły, ale to nie było ważne. 
Przy plebani ksiądz dobrodziej obkopywał drzewka. Muskat zagadnął: 
— Szczęść Boże. 
— Szczęść Boże. 
— Nie ma kto pomóc? 
— Eee tam, mieć to ma kto. Ale drzewo wymaga serdeczności, a tu nie ma takiego zwyczaju. Sam 
pielęgnuję. Od lat. 
— Ksiądz tu dawno? Wychowałem się niedaleko. W Popielawach. 
— W Popielawach? Tam nie ma kościoła. Parafię macie w Łaznowie. 
— W Łaznowie. 
—Ja? Zaraz... osiemnaście lat. Od siedemdziesiątego ósmego. 
— Rzeka nie wylewa? Kościół między nurtami. Głupio umieszczony... 
— Rzeka? A co to za rzeka? Rów. Nawet ryby w niej nie ma. Ja z Żuław wychodzę. Wisła... to jest 
rzeka. Nie, nie wylewa. Zbiornik jest na Pilicy, w Sulejowie.  
A nawet jak nie było, też nie wylewała. Rów, nie rzeka. Nie ma strachu. A pan?... 
— Stanisław Muskat, z Popielaw. To znaczy, kiedyś z Popielaw. Teraz z Warszawy. 
—  Podróż  sentymentalna.?  Nawet  to  rozumiem.  I  pochwalam.  Człowiek  się  naprawia  w  miejscu 
wychowania. Korzenie, źródło pamięci... 
— Świecący dąb... 
— Co takiego? 
—  Świecący  dąb.  W  takim  drzewie  świeci  próchno.  Metafora.  Podobno  rośnie  w  Kalinowskim 
lesie. 
— Nie słyszałem. 
— Święte miejsce Żydów. Dziadek opowiadał. 
—  Nie  słyszałem.  Trzeba  zapytać  jakiegoś  Żyda.  Mamy  tu  jednego,  w  aptece.  Szkoda,  że  tylko 
jednego. Piękna kultura. Piękna i zdyscyplinowana. 
— A o zimie tysiąclecia ksiądz słyszał? 
— Pan pewnie pisarz? Z rodziny rymarza Szewczyka? 
— Dobrze ksiądz czyta w ludziach. 
— Taka profesja... Dziadek pana nie chodził do kościoła, ale rozumiem. 
Oświęcim. Syna stracił zaraz po wojnie. 
— Brat matki. 
— Nie, o zimie tysiąclecia też nie słyszałem. Musiała być wcześniej, przed moim przyjazdem.  
— A co to za drzewko? 
— Nie poznaje pan? Buk, mały buczek. To samo, tylko inaczej się pisze. Lubię drzewa. A pan? 
—  Mam  dużo  buków  przy  domu.  —Żyd  w  aptece  nazywał  się  Ezra  Warszawski.  Miał 
osiemdziesiąt dwa lata. Pamiętał wszystko. 
—Wszystko pamiętam, proszę pana. Dobra pamięć, rodzinna. Apteka też rodzinna, ale rozglądam 
się za jakimś młodym magistrem. Nie zna pan kogoś takiego? Wojnę przeżyłem dzięki Polakom. 
Ukryli  w  stodole,  pod  klepiskiem.  Ta  rodzina,  która  mnie  ocaliła,  miała  dobrego  nosa.  Skrytkę 
zaczęli kopać, jak tylko wybuchła wojna. Bardzo dobra robota. Wszystko tam miałem, wychodek, 
wentylację,  ogrzewanie.  Bardzo  pomysłowa  robota.  I  nie  chcieli  za  to  nic.  Ani  grosza.  Wyobraża 
sobie pan? 
Transporty  szły  przez  Czarnocin,  ale  nikt  nie  wyskoczył.  Żaden  człowiek.  Ktoś  panu  źle 
powiedział. Coś by się o tym słyszało. Może gdzieś dalej, ale na pewno nie u nas. Tu odkryty teren. 
Nasyp jak na dłoni. Tylko głupi by wyskoczył w takim miejscu. A pan? Nietutejszy. 
— Szukam pana Landesmana. 
— A kto to taki? Żyd? 
— Żyd. Nie zna pan? 
—  Drugiego  Żyda  to  ja  proszę  pana  spotykam,  jak  patrzę  w  lusterko.  Landesman?  Nie  ma  tu 

background image

takiego. Sto procent. Pan wie, ile to u Żyda sto procent? Bardzo dużo. 
— Spotkałem go w Popielawach. Przyjechał ze Szwecji. Szukał Żydów po okolicy, dziesięciu, żeby 
odmówić kadisz za stryja. 
— Kadisz za jednego stryja. Straszna rozrzutność. Nie, to nie mógł być Żyd. Sprzedać panu coś? 
Jakieś proszki na sen? Widać, że pan mało śpi. 
— Mani Perlman. To nazwisko też panu nic nie mówi? 
— Perlman? Zaraz, zaraz... Perlmana znałem w Łodzi, przed wojną. Miał szczęście. Wyjechał do 
Ameryki. 
— Mnie chodzi o Perlmana z Będkowa, listonosza. 
— Pan żartuje. Po co Listonosz w Będkowie, jak poczta w Czarnocinie? 
— Był uczniem Magida z Międzyrzecza. 
— To może niech pan tam szuka, w Międzyrzeczu: 
— Te proszki na sen to pan ma dobre? 
— A pan potrzebuje dobre? 
— No, tak. 
— To mam. 
— Proszę opakowanie.  
— Coś jeszcze? 
—Jeszcze chciałem zapytać o świecący dąb. 
— To nazwa restauracji? U nas nie ma takiej. Jest „Pod dębem”, za mostem na Wolbórce. 
— Nie, to nie restauracja. Podobno wasze święte miejsce. 
Ezra Warszawski zdjął grube okulary. Pokazały się ukryte dotąd za nimi smutne dobre oczy. Długo 
patrzył na Stanisława. Bardzo długo. Potem odezwał się tonem, po którym nie zadaje się dalszych 
pytań: 
— Słyszał pan takie słowo: 
„Izrael?” 
Słyszał pan takie słowo: 
„Jerozolima?  
Słyszał pan takie słowo: 
„Ściana płaczu?” 
Słyszał pan takie słowo: „Auschwitz?” 
Czarnociński nasyp stał na swoim miejscu. Jak kiedyś, tak i teraz, jego skłon obsypany był szarym 
tłuczniem.  Pod  nasypem  smarkateria  pasła  krowy.  Zachodziło  słońce.  Celowało  jak  zwykle  w 
Kalinowski  las.  Od  Łaznowa  nadjechał  pociąg  towarowy.  Dzieci  podniosły  głowy.  Dobry 
maszynista zatrąbił. Ucieszyły się, pomachały na drogę. 
Nie zmieniła się też stacyjka. Ten sam mały budynek, ten sam liszaj szarego tynku. Tylko wszystko 
mniejsze. Jak to po latach. 
Muskat usiadł  na peronie, pod daszkiem opartym  na żelaznych słupach. Dróżnik  podniósł zapory. 
Przejechało kilka samochodów. Muskat wstał. Poszedł w kierunku budki. Dróżnik usiadł na krześle, 
przy korbach. Stary człowiek. Nieogolony. Na goły grzbiet, narzuconą miał kolejarską kapotę. 
— Zapali pan? — Stanisław podał papierosy. 
— Eee, za dobre dla mnie. Jeszcze zasmakują i kłopot gotowy. Albo niech pan da. Zapalę. 
Zapalili. 
— Pan samochodem przyjechał, a przyszedł na stację. Ja się na tym znam. Pewnie z tych stron i 
przyjechał  popytać  o  rodzinę?  Jak  nie  zgadłem,  to  jest  druga  możliwość.  Reymont  tu  mieszkał 
blisko, w Prążkach. Jego ojciec grał na organach w Będkowie i w Łaznowie. Dużo ludzi o niego 
pyta.  Moda  teraz  wróciła  na  Reymonta.  Piękna  książka.  Czytał  pan?  Ja  dwa  razy  czytałem. 
Nazwiska od nas, opisy od nas, zwyczaje od nas. Aż miło czytać. Dobrze mieć takiego pisarza od... 
siebie. Dużo ludzi pyta. Przychodzą do dróżnika, patrzą — stary, znaczy dużo wie. To pytają, a ja 
odpowiadam.  Czterdzieści  lat  na  przejeździe,  a  wcześniej  ojciec,  a  jeszcze  wcześniej  —  dziadek. 
Mało takich rodzin teraz, z tradycją. A pana co interesuje? To pierwsze, czy to drugie? 
— To pierwsze. 

background image

— To niech pan zapyta. 
— Znał pan Odrowąża, syna rymarza z Popielaw? 
—A pan, rodzina? 
— Wnuczek Szewczyka. 
— A, to miło poznać. Wnuczek Szewczyka, to znaczy syn Halinki, a to znaczy, że pisarz. Bardzo 
miło poznać. Ja, Wawrzyniak z Będkowa. Stanisław. 
—Ja też Stanisław. 
— Też Stanisław? No, proszę. Szkoda, że dzisiaj nie Stanisława. Byłaby wódka pijana... Odrowąża 
znałem. Wszyscy znali. Tylko że on w Tomaszowskich lasach walczył, nie u nas. Kalinowski las za 
mały na partyzantkę. Ja też byłem za mały. Jak wojna wybuchła, to  miałem sześć lat. Kajber. W 
sam raz do pilnowania krów. Ale oczy miałem otwarte. Nieraz widziałem leśnych. A pan do książki 
rozpytuje? 
—  Tak,  do  książki.  Podobno  tędy  szły  transporty  do  lagru.  Słyszałem,  że  kiedyś  uciekło  kilku 
Żydów. Wyskoczyli przez okno. 
—Eee, głupoty Nic takiego nie było. Ojciec robił na przejeździe. Ja bym nie wiedział? Ktoś panu 
głupot  naopowiadał,  żeby  zaciekawić.  Może  jeszcze  wziął  za  to  pieniądze?  Szły  transporty,  ale 
zapieczętowane, obstawione wachmanami. 
—  A  wypadek?  Nie  wykoleił  się  pociąg  ze  Śląska,  z  pomnikiem  dla  Warszawy?  W  ostatnich 
dwudziestu latach? 
— Wypadek? Za moich czasów nic takiego się nie zdarzyło. Szły pomniki do Warszawy po wojnie 
i wracały w ostatnich latach, ale tylko tyle. Za moich czasów tylko jeden człowiek poszedł na tory. 
To było w sześćdziesiątym ósmym. Żołnierz. Uciekł z jednostki, bo nie chciał jechać do Pragi. 
Dróżnik przerwał, bo przedzwoniono mu pociąg od Moszczenicy. Wziął się za korby. 
— Już pan jedzie? Szkoda. Tak miło się rozmawiało. To znaczy, że już drugiego mamy pisarza od 
siebie... 
— Nie wiem. Może są inni. 
— Coś bym wiedział. Czterdzieści lat na przejeździe. Coś bym wiedział... 
Na  ten  dzień  Muskat  zakończył  poszukiwania.  Już  nie  wiedział  czego  szukać.  Nie  znalazł  zimy 
tysiąclecia,  powodzi,  wypadku  na  torach,  ucieczki  Żydów.  Niczego.  Landesman  rozpłynął  się  w 
powietrzu, chociaż wydawał się najbardziej realny. 
Zatem  wszystko,  co  napisał,  było  wytworem  imaginacji.  To  może  lepiej  —  pomyślał.  Wyrzuci 
rozdział z ojcem Oip, wyczyści rękopis, dopisze zakończenie. Będzie miał swoją powieść. 
A swoją drogą, dziwna to okolica. 
W  Popielawskiej  resztówce  mieszka  kochanka  Marqueza,  chłop  na  polu  pokrapia  zarazę  krwią 
miesięczną swojej córki, mgła układa się w ludzkie postaci i kusi rozmowami. Dziwna okolica. 
Przez kilka dni nie ruszał się z domu. Nie dopisał zakończenia. Przyczyna była odwrotna niż do tej 
pory: znał je. Tym razem nie czaiło się nieoczekiwane. Wszystko wracało na swoje miejsce. Świat 
na  powrót  rozdzielał  się  na  prawdziwy  i  wymyślony.  Po  stronie  prawdziwego  —  rozpędzała  się 
wiosna, ludzie kończyli siewy i pierwsze zbiory siana. 
Po stronie wymyślonego — Będków przychodził do siebie po wielkiej powodzi, groby złoczyńców 
porastały samosiejką. 
Stanisław  zrobił  też  porządki  wokół  siebie.  Wykosił  trawę  na  podwórku,  przekopał  ogródek, 
wyznaczył grządki, wydeptał między nimi ścieżki. Nie miał jeszcze nasion, ale zamierzał je kupić 
w Ujeździe, potem poprosić Jankę o pomoc. 
Piątego wieczoru usłyszał głos. Dochodził z lasu. Brzmiał jak płacz dziecka. 
Noc jeszcze nie zapadła na dobre. Słońce już wprawdzie zaszło, ale niebo trzymało ciągle trochę 
światła. Taka pora nie była dobra na wyprawę. Ćmok mógł dopaść świata w każdej chwili. Poszedł 
jednak. Ten głos, który przypominał płacz dziecka, mógł nim być. 
Zabrał  latarkę,  nóż  i  mleko.  Pomyślał,  że  mleko  przyda  mu  się  najbardziej.  Dziecko  mogło  być 
głodne. 
Głos prowadził jak po sznurku. Wzywał w głąb lasu, w tę część, której Stanisław nie znał. Zimne 
światło  nieba  gasło.  Ćmok  obejmował  władzę  nad  lasem.  Odezwały  się  puszczyki,  przemknęła 

background image

zwierzyna przyziemna. Las zaczynał straszyć. 
Nie potrwało to długo. Na szczęście, bo serce Muskata raniło się już o żebra. 
Ciemność  powoli  ustępowała.  W  jej  miejsce  pojawiła  się  ciepła  poświata.  Na  początek  ledwo 
widoczna, potem coraz wyraźniejsza. Omiecione nią drzewa nie były już tak groźne. 
Głos  był  coraz  bliżej,  prawie  w  zasięgu  ręki.  Tak,  to  płakało  dziecko.  Muskat  był  pewien. 
Przyspieszył kroku. 
Nagle drzewa rozstąpiły się i odsłoniły polanę. Mocne światło uderzyło w oczy. Muskat przymrużył 
je i wtedy zobaczył. 
Na polanie stał świecący dąb. 
Wielki, rozłożony szeroko, uczepiony ziemi masywnymi korzeniami. Świecił żółtozłoto. Nie całym 
sobą, a tylko próchnem przy ziemi i zrobaczywiałym pniem. Tego jednak wystarczyło, by oślepiać 
inne  drzewa,  budzić  w  nich  pokorę  i  przymuszać  do  ciszy.  Bez  wątpienia  —  ten  dąb  był  królem 
nocnego lasu. 
Muskat  na  chwilę  zapomniał  o  dziecku.  Patrzył  na  światło,  radował  się  nim,  mierzył  proporcje 
między sobą a dębem. Poczuł je od razu. Siebie zobaczył jako błahy konkret, dąb zaś — jako część 
nieodgadnionego. 
Odezwał się głos. Muskat spojrzał. Zobaczył małą sarenkę złapaną we wnyki. Zwierzątko tkwiło w 
nich zadnią nogą. Szarpało się, zaciskając pętlę, wzywało pomocy po ludzku. 
Szybko  uwolnił  stworzenie.  Pobiegło  w  ciemność,  w  kierunku  pozapalanych  oczu 
współplemieńców. 
Wielki dąb przygasał. Zrobił swoje. 
Stanisław poszedł w powrotną drogę. 
Rano pojechał do Popielaw. 
Żonę  rzeźnika  zastał  przy  porannym  obrządku.  Uwijała  się  pośród  swoich  zwierząt,  rozdawała 
karmę, śmiała się w głos. 
— Mało przez ciebie nie zginąłem — zaczął rozmowę. 
Odstawiła wiadro, poprawiła włosy. 
— To ciekawe. Jeszcze żaden mężczyzna nie zginął przeze mnie. 
— Landesman chciał mi poderżnąć gardło. 
— Landesman? Kto to taki? 
— Myślałem, że ty mi powiesz. Przedstawił się jako twój kochanek. 
Kobieta  przestała  się  uśmiechać.  Pokręciła  głową  z  niedowierzaniem.  Długo  milczała,  nim 
odezwała się na powrót. 
—  Powiedziałam  ci  za dużo.  Wtedy.  Wstyd  mi.  Spodobała  mi  się  ta zabawa  z  sufitem  w  zimnej 
sypialni. A poza tym... 
Przerwała zmieszana. Znów sięgnęła do włosów. 
— Nie znam Landesmana. Żałuję, że powiedziałam tak dużo. 
— Nie żałuj. Uwierzyłem tobie, a nie jemu. 
— Skąd wziąłeś tego Landesmana? 
— Sam się wziął. Nie wiem skąd. Z mgły, ze skołatanej głowy, zza horyzontu. To dziwna okolica. 
Kobieta  uspokoiła  się.  Już  nie  poprawiała  włosów.  Usiadła  na  pieńku,  sięgnęła  po  cieniutkiego 
papierosa. 
—  Wiem,  że  dziwna.  Doświadczam  tego.  A  ty  i  ja?  Tu  powinien  dalej  mieszkać  dziedzic 
Lachowicz. Po ogrodzie powinny biegać jego wnuki, a w stawach wygrzewać się złote karasie. Z 
owczarni powinny dochodzić pobekiwania jagniąt, z kuźni pokrzykiwania kowala i rżenie koni, ze 
spichrza szelest przesypywanej pszenicy, z czworaków podśpiewywanie panien, ze stodół miłosne 
spazmy... Czasem mi się wydaje, że słyszę te wszystkie odgłosy. 
Lachowicz  zginął  w  Oświęcimiu,  za  partyzantkę.  Dziwny  dziedzic.  Wziął  za  żonę  pokojówkę. 
Piękna  miłość.  Ta  głupia,  nie  umiała  wcielić  się  w  nową  rolę.  Dalej  biegała  do  czworaków  i  na 
chałupki do wsi. Nie umiała oswoić nowego miejsca. Jak ja. Ale oswoiła. 
— A ty? 
— Ja? Ja też oswoiłam. 

background image

— Dlaczego mi nie chcesz powiedzieć? 
— Czego? 
— Tego, czego nie chcesz. 
—  Powiedziałam  przecież.  Mogę  ci  jeszcze  pokazać  listy  od  niego,  wyznania,  zdjęcia...  Opisać 
wycieczkę do Aracataki. Byłam jedyną kobietą, którą tam zabrał. 
— Miałem na myśli to drugie. 
— Nie ma niczego innego. 
— Jest. 
— Przeczytałeś na suficie? 
— W oczach. Tam jest twój pamiętnik. Bardzo drobno zapisany, ale ja mam dobry wzrok. 
— Nie ma niczego innego. 
— Nie przysięgaj... 
Zamilkła. Znów długo milczała. 
— To dotyczy ciebie. 
— Wiele rzeczy dotyczy mnie. Ty też. Kochaliśmy się. To nie było nieważne. 
— Mówi ci coś nazwa „Luboszewy?” 
— Mówi. Pojechał od razu. 
W Luboszewach znalazł schronienie Odrowąż, kiedy na nowo musiał iść do lasu. 
Po wojnie ujawnił się wraz z oddziałem, zdał część broni, wrócił na studia. Wkrótce zaczęło się do 
niego dobierać UB. Wrócił do lasu. Na krótko. 
Miejsce znał tylko jego ojciec, dziadek Muskata. Którejś nocy do okna zastukał kolega z dawnego 
oddziału. Jemu też UB deptało po piętach. Chciał do lasu. Rymarz poprowadził. 
Tą  samą  drogą,  już  za  kilka  dni,  wracał  z  trupem  syna.  Wybrał  się  po  niego  wozem,  nocą,  bez 
pomocy. Dojechał do lasu, wykopał syna z ziemi, powiózł na Łaznowski cmentarz. Pogrzebał. 
Potem  grzebał  go  jeszcze  trzy  razy,  bo  tyle  razy  UB  wyjmowało  Odrowąża  z  ziemi.  Na  koniec 
ojciec  nie  wytrzymał.  Kazał  zrobić  trumnę  z  grubej  blachy.  Żelazną.  W  niej  pochował  syna.  Na 
zawsze. Dziurę zasypał kamieniami i zalał betonem. 
Muskat  rozpoznał  podwórko.  Był  tu  kilka  razy.  Drewniana  leśniczówka  z  prawej  strony  stojąca 
szczytem do drogi, przy niej mały ogródek, z lewej drewutnia, jakieś komórki. Wszystko połączone 
równym płotkiem. Podwórko zamykała stodółka. Też mała. Jak wszystkie budynki w tym dziwnym 
obejściu. 
Ze stodoły wyszedł postawny mężczyzna. Niósł wiklinowy koszyk, w nim jakieś naczynia. Kołysał 
się na krzywych nogach, aż naczynia pobrzękiwały. 
Muskat znał tę twarz i ten chód. Widywał rzeźnika z żoną, kiedy przechadzali się po Popielawskich 
zakamarkach. Dawała się obejmować, szeptać coś do ucha. Nawet śmiali się oboje. 
Teraz rzeźnik był ponury. Widać do śmiechu potrzebna mu była ona, Conchita. 
Podszedł  od  razu,  jak  tylko  zauważył  Stanisława.  Stanął.  Koszyk  wiszący  na  przedramieniu  nie 
chciał  się  zrymować  z  powagą  tej  chwili.  A  chwila  była  poważna,  wzrastająca,  niebagatelna.  W 
końcu odezwał się: 
— Błagam, niech mu pan nie robi krzywdy. To stary człowiek, ślepiec, mój ojciec. Zabił ze strachu 
i z miłości. Z miłości robi się różne rzeczy. Najlepsze, ale i najgorsze. Ja z miłości... zresztą, pan 
jest pisarzem i wie dobrze, co mam na myśli. To starzec. Bardzo cierpi. Próbował żyć normalnie. 
Kiedy się urodziłem, on umarł. Schował się pod podłogę i nie wychodzi stamtąd od czterdziestu lat. 
To tyle, ile mamy—pan i ja. Całe nasze życie — pod podłogą. Oślepł od tego. Chciał się spotkać. 
Wie o panu. Nie proszę, żeby mu pan wybaczył... 
— Wybaczę mu — odezwał się Muskat. 
Prawy sąsiek stodoły był odkryty. Nie leżało tam zboże ani siano. W miejsce klepiska, ktoś zrobił 
podłogę z masywnych desek. Wejście do skrytki znajdowało się u zbiegu ścian. Była to klapa, od 
której prowadziły schody w dół. 
Starzec usłyszał. Zamarł. Poczekał aż obcy wejdzie i odezwie się. 
— Podobno chciał mi pan coś powiedzieć. 
Bierwionowe ściany złagodziły głos Muskata. W pomieszczeniu zaległa cisza, w której mieszały się 

background image

tylko dwa słyszalne odgłosy — bicia przerażonych serc. 
Starzec  usiadł  na  pryczy  Omiotło  go  światło  powieszonej  lampy.  Światło  było  dla  tych,  którzy 
przychodzili. Wyglądał na świętego, nie na zbrodniarza. Miał siwe włosy spływające na ramiona, 
siwą  brodę  sięgającą  piersi,  zmarszczki  wyciśnięte  głęboko  na  czole  i  wyblakłe  oczy.  Zrozumiał 
chyba, że pora się odezwać. Uczynił to za chwilę. 
—  Wszystko  robiliśmy  razem.  Wszystko.  Razem  chodziliśmy  do  gimnazjum,  razem  na 
dziewczyny, razem na studia. Nawet piąta w lesie nosiliśmy razem. To była prawdziwa przyjaźń. 
Wydawało się, że nic jej nie zagrozi. Pan pewnie wie, zna historię... Po wyzwoleniu, to my byliśmy 
niesłuszni  politycznie.  Nowa  władza  zrobiła  gest,  wydłubała  nas  z  dziur,  z  lasów,  ze  skrytek,  a 
potem  dobrała  się  do  skóry.  Mnie  to  nawet  nie  dotknęło  specjalnie.  Byłem  zakochany.  Bardzo 
zakochany. Przez czterdzieści lat siedzenia pod podłogą, nie znalazłem słów na opisanie tej miłości. 
A przeszukałem wiele słów, wymyśliłem nowe, potem jeszcze nowsze. Nie, nie ma takich słów w 
ludzkim języku. 
Ja  wiem,  że  tam  na  górze  nikt  mnie  już  nie  szuka.  Od  dawna.  Ale  nie  ze  strachu  wybrałem  to 
miejsce na życie. Chciałem zatrzymać w pamięci jej obraz. Świat mnie rozpraszał, zamazywał jej 
twarz,  kształt  głowy,  dotknięcie  dłoni.  Świat  mi  ją  zabierał.  Ożeniłem  się,  ale  to  była  ucieczka. 
Mam dzięki temu dobrego syna. Wie pan, ja nawet oślepłem z wyboru. Chodziło mi o to żeby tu, 
pod  podłogą,  też  nie  mieć  za  wielu  pokus.  Nie  chciałem  patrzeć  na  zewnątrz  siebie,  a  tylko  do 
środka. W to miejsce, w którym przechowuję jej portret. 
Odrowąża  zastrzeliłem  w  nocy,  kiedy  spał.  UB  zabrało  mnie  z  ulicy  w  tydzien  po  tym,  jak  on 
przepadł. Od razu zaprowadzili mnie do jej celi. Ma pan kogoś, kogo kocha? Żonę, dziecko? Ona 
była piękna nawet wtedy, wybili jej zęby, okaleczyli twarz, złamali palce. Nie dali mi wyboru. Ceną 
za jej wolność był Odrowąż. 
Najgorsza  była  ta  noc,  w  którą  ojciec  Odrowąża  prowadził  mnie  do  niego.  Rozmawialiśmy. 
Planował różne rzeczy w związku z synem. 
Potem uciekłem na Zachód. Ona miała przyjechać za mną. Nie przyjechała. Nie wiem, co się z nią 
stało. 
Starzec  zamilkł.  Sięgnął  po  kubek  z  herbatą.  Napił  się.  Odstawił.  Sięgnął  jeszcze  raz.  Chciał  w 
czynnościach  ukryć  wzruszenie.  Nie  nawykł  do  płaczu  w  czyjejś  obecności.  Martwe  oczy  za-
świeciły na chwilę. Wytarł je chustką. 
— Wie pan, ja tę rozmowę traktuję jak spowiedź. Pan jest dla mnie dobrym spowiednikiem. Pan 
słucha. Czuję to. Pan nie zabiera się do mówienia. Nie nabiera oddechu, żeby mnie oskarżyć, albo 
uzmysłowić  rozmiar  mojej  winy.  Zresztą  to  nie  jest  potrzebne.  Znam  jej  rozmiar  i  wyznaczyłem 
sobie karę. Sąd byłby mniej surowy Pan przyszedł do mnie z rozgrzeszeniem, nie wiedząc jeszcze 
co  usłyszy.  Ale  ja  nie  dokończyłem  spowiedzi.  Położyłem  na  szalę  grzech,  a  teraz  chcę  położyć 
dobry uczynek. Pan Bóg to zmierzy... 
W czterdziestym trzecim roku, jesienią, byliśmy w lasach Smulskich nad Wartą. Tam wyskoczyło z 
transportu  kilku  Żydów.  Nie  znam  dokładnie  tego  wydarzenia,  ale  Niemcy  z  jakiegoś  powodu 
zostawili  przy  życiu  ojca  i  małego  syna.  Drugiego  zakopali  w  ziemi.  Głową  w  dół.  Taką  mieli 
fantazję. 
Znalazłem ich o świcie przy torach. Byli zziębnięci, wyczerpani i nieprzytomni ze strachu. Ukryłem 
ich  pod  świniarnią  w  pobliskim  majątku.  Mieliśmy  tam  skrytkę  na  broń.  Uparli  się,  żeby  zabrać 
tego  małego  chłopca.  Przekonywali,  że  potrafią  go  przywrócić  do  życia...  Co  miałem  zrobić? 
Wyciągnąłem go z ziemi, zarzuciłem na ramię i poniosłem. 
Przez  dłuższy  czas  przynosiłem  im  jedzenie.  Na  zimę  zaopatrzyłem  w  ciepłe  ubrania.  Potem 
straciłem ich z oczu, ale zapewniłem dalszą pomoc. Na pewno przeżyli wojnę. 
To wszystko. 
Janka  zasiała  kwiaty.  Przy  każdej  grządce  zostawiła  patyk  z  torebką  po  nasionach.  Stanisław 
ucieszył się na jej widok. 
— Dawno cię nie było. 
— Zamieszkałam w internacie przy szkole. Chcę żyć sama.  
— Skąd wiedziałaś, że lubię maciejkę? 

background image

— Nie wiedziałam. 
—  Znalazłem  to  miejsce  z  wojny.  Rozmawiałem  z  człowiekiem,  który  uratował  moich  Żydów  z 
książki.  Jest  trochę  tak,  jak  napisałem.  Kawałek  mi  się  zgodził.  Oni  wyskoczyli.  Nie  wiem, 
cholera... Chyba tylko to... Ta cała reszta. Nie. To moja głowa... Musiałem usłyszeć, może dziadek 
opowiadał?... Dużo opowiadał wieczorami. Zapadło w pamięć, odżyło teraz... To możliwe. 
— Co zrobisz? 
—  Pojadę  tam.  Takie  rzeczy  nie  dzieją  się  bez  przyczyny.  Zobaczę,  rozpytam.  Napiszę  reportaż 
zamiast powieści. 
—  Nie  żartuj.  Jesteś  wyjątkowym  pisarzem.  Płakałam.  Narwałam  kwiatów  polnych.  Znajdziesz 
miejsce. 
— Znalazłem. 
— Ja myślę o twoim miejscu. Naprawdę wydaje ci się, że tylko piszesz? 
— Nie wymądrzaj się. 
— Poczekaj, aż urosną kwiaty. Zawieziesz im na groby 
— Komu? 
—  Tym  swoim  złoczyńcom  z  powieści:  Wochnie,  Miazkowej,  Trzymce,  Perełce.  Dużo  im 
zawdzięczasz. 
— Znam już zakończenie. 
— To napisz, a później pojedź. Będę cię karmiła, kąpała, kochała. 
— Powtórz. 
 — Będę cię karmiła, kąpała, kochała. 
— Powtórz jeszcze raz. 
— Będę cię kochała, karmiła, kąpała. 
— Nie zostanę długo. 
— Zdążę. 
 
 
 

„ŻYD PLESZKE” — ROZDZIAŁ PIĄTY” 

 
Będków  nieprędko  podniósł  się  z  upadku.  Na  nic  zdały  się  zapewnienia  nauczyciela  Kuląga,  że 
klęski żywiołowe ożywiają koniunkturę.
 
Ludzie nawet chcieli wierzyć, ale obraz zobaczony po opadnięciu wody o mało nie odebrał wiary 
nawet księdzu proboszczowi.
 
Tymczasem Kuląg zabrał się za projektowanie nowych dróg, nowych szkół, nowych placów, a nawet 
pomieszczenia na kino. 
 
To  dziwactwo  nauczyciela  bez  trudu  utrzymało  się  w  Będkowskim  standardzie  tamtych  dni. 
Niedawni  wyspiarze,  przedzierzgiwali  się  w  mieszkańców  lądu  bez  goryczy.  Akceptowali  więc 
dalekosiężne plany Kuląga.
 
—A niech ma te swoje place — zgodził się Jałmużna w imieniu wspólnoty. —Komu to przeszkadza? 
W porządnym
 mieście nigdy za dużo placów. Kino też niech postawi, albo lepiej — kinoteatr. Nowa 
szkoła się przyda, szpital nie zaszkodzi. Niech buduje nauczyciel. Wiele kłopotów z tego nie będzie.
 
Jałmużna się mylił. Kuląg nie zamierzał zmarnować dziejowej szansy, jaką jego miastu przyniosła 
powódź. Wyjechał z Będkowa, by już wkrótce powrócić. Z kłopotami.
 
Ale  na  razie  w  duchowej  przestrzeni  miasteczka  formowała  się  nowa  kategoria  —  „znaków 
mniejszych‖.
 
Większymi  znakami  były  oczywiście  —zima  tysiąclecia  i  powódź.  Mniejszymi,  okazały  się  tamte 
sprzed  kataklizmów  
—  pięcionóg,  pies  akrobata,  na  wpół  odnowione  obrazy,  oraz  te,  które 
odczytano już pierwszego dnia po zejściu wody.
 
Były  nimi  płyty  nagrobne,  wzbraniające  mieszkańcom  Będkowa  wejścia  do  ich  własnych  domów. 
Nie inaczej.
 
Nie  wiadomo,  jak  przypłynęły  z  cmentarza.  Woda  mogła  podmyć,  podnieść  płytę,  odsunąć  ją  na 

background image

bok, wypłukać truchło, pomieszać kości. To mogła zrobić. Ale żeby przenieść kamienne płyty tyle 
kilometrów?
 
Coś  tłumaczył  nauczyciel  (jeszcze  przed  wyjazdem)  o  pęcherzykach  powietrza  w  strukturze 
krystalicznej  marmuru,  granitu  i  lastryka,  coś  omawiał  z  Jałmużną,  ale  nie  dało  to  wiele.  Ludzie 
wiedzieli swoje.
 
Nie było tak, że nie słuchali. Broń Boże. Intelektualna aktywność Kuląga była im na rękę. Wreszcie 
mieli alternatywę dla przemądrzałka Jałmużny. Więc słuchali, kiwali głowami, posapywali, ale nie 
wierzyli.
 
— A skąd te pęcherzyki  wiedziały, żeby płytę Balcerka przyprowadzić pod bramę  Balcerka, płytę 
Woźniaka pod bramę Woźniaka, płytę Treli pod bramę Treli, płytę Kaczuby pod bramę Kaczuby i 
tak dalej?
 
Ksiądz dobrodziej znalazł religijne rozwiązań ie. 
— Nasi kochani zmarli przyszli pilnować domostw. Usłyszeli modlitewne wezwanie, posłane wprost 
ze  wzgórza.  Usłyszeli  zjednoczoną  pieśń  czystych
  serc.  Dobry  Pan  Bóg  pomógł...  swoją  silną 
dłonią...
 
Nie wytłumaczył jednak, które serca miał na myśli, ani tego, jak mu się immanencja Osoby zgodziła 
z jej transcendencją. Prawdę mówiąc — nikt nie zadał takich pytań.
 
Ludzie mieli swoje wytłumaczenie: nowe „mniejsze znaki‖ mogły zapowiadać tylko jedno — nowe 
kataklizmy. Gdzie przyczyna? — zastanawiali się, a przeczucie wskazywało im Stępnia.
 
Na razie płyty musiały wrócić na cmentarz. 
I znów pomógł Jakub Pleszke, chociaż powódź dotknęła go w podobnym stopniu jak mieszkańców 
Będkowa.
 
Przysłał  ciągniki  uratowane  z  żywiołu  oraz  wiele  beczek  paliwa.  Jak  zwykle  nie  zapomniał  o 
dzieciach. Na pierwszej przyczepie przyjechała góra paczek ze słodyczami.
 
Płyty  umieszczono  na  cmentarzu,  według  planów  uratowanych  z  kościoła.  Przyjęto  oczywiście 
pewien margines błędu, ale to było zrozumiałe dla wszystkich.
 
Domy  zastano  w  opłakanym  stanie.  W  warstwie  szlamu  zagnieździły  się  padalce  i  żaby  błotne. 
Zabijano je przez kilka dni, potem zgromadzono na placu przy remizie i podpalono.
 
Od tej chwili zaczęła się wielka Będkowska robota, dobrze wycelowana, bo majowe słońce wsparło 
mieszkańców całym dostępnym żarem.
 
Ludzie wystawili sprzęty do suszenia i... na tym się skończyło. 
Ulice zamieniły się w długie trakty tymczasowych pokoików, sypialni i salonów. 
Po trochu przenosiły się do nich całe rodziny, by po tygodniu zamieszkać tam na stałe, tłumacząc 
decyzje oczekiwaniem na wyschnięcie mieszkań.
 
Na ulicy prowadzono normalne życie. Ludzie gotowali, prali, myli się, jedli, spali, uprawiali miłość. 
Sprawy  ukrywane  kiedyś  w  zakamarkach  domów  stawały  się  odkrytymi.  Mieszkańcy  ulic 
dyskutowali je publicznie, poddawali wspólnemu osądowi, głosowali.
 
  
Tym sposobem w maju tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego piątego roku Będków odkrył dla siebie 
nieoczekiwaną jakość — demokrację.
 
Mieszkania  już  dawno  wyschły,  maj  przybliżył  się  do  czerwca,  wojsko  przywiozło  zapomogi,  a 
ludzie z uporem mieszkali na ulicach.
 
Tego  stanu  nie  zmienił  nawet  deszcz.  Poradzili  sobie  z  nim  bez  trudu,  korzystając  z  niedawnych 
wyspiarskich doświadczeń. Postawili dziesiątki foliowych daszków umocowanych na słupach, skryli 
się pod nimi.
 
Stan  ulicznej  demokracji  utrwalał  się.  Obywatele  zarządzili  wybory  do  samorządu.  To  mógł  być 
pierwszy krok do katastrofy.
 
Na szczęście wrócił Kuląg. 
Przyjechał służbowym samochodem z kierowcą. Był szczupły, opalony i dobrze ubrany. 
Nie wytłumaczył się ze swoich zajęć poza Będkowem. 
— Byłem w stolicy. 
Tyle powiedział na początek. 

background image

Potem  poszedł  ulicą  w  tę  i  z  powrotem.  Kręcił  głową  z  dezaprobatą.  Z  obrzydzeniem  patrzył  na 
uliczne  mieszkania,  foliowe  daszki  —  na  całe  to  żałosne  prowizorium,  które  jeszcze  przed  chwilą 
było przedmiotem dumy obywateli.
 
— Fawela, fawela — mruczał pod nosem w niezrozumiałym języku. 
Po inspekcji zapalił papierosa ze złotym ustnikiem. 
— Byłem w stolicy —powtórzył. Przekonałem czynniki do zainwestowania w Będkowie. Zbudujemy 
fabrykę  membran  przeciwpowodziowych  i  zapór  przeciwśnieżnych.  Prognozy  są  pomyślne.  Cała 
Europa będzie przez łata nawiedzana śnieżycami i powodziami.
 
Dla  takiej  inwestycji  niezbędne  jest  zaplecze  logistyczne  i  infrastruktura.  To  oczywiste.  Czynniki 
uczyniły mnie swoim pełnomocnikiem.. 
———  
Za miesiąc przyjadą inżynierowie, technicy i wykwalifikowana kadra robotników. Wy dołączycie do 
nich jako prosta silą robocza. Na razie jednak musicie im stworzyć godne warunki dożycia.
 
Na poparcie swoich słów Kuląg pokazał pismo z pieczątką. Nie było wątpliwości. 
Przez następne dni  Będków  przeżywał  prawdziwe oblężenie. Przez miasto przejeżdżały wiele razy 
wszystkie możliwe do wyobrażenia środki jezdne.
 
Samochody  ciężarowe,  półciężarówki,  ciągniki  wieloosiowe,  zwykle  i  niskopodwoziowe,  traktory, 
samochody osobowe, wozy konne — zwoziły do miasteczka wszystko co niezbędne. 
Skład  zrobiono  w  remizie  i  na  placu  wokół  niej.  Zaległa  tu  wielka  ilość  cementu,  wapna,  cegieł, 
desek,  papy  izolacyjnej,  dachówek,  kafelków,  okien,  drzwi,  przewodów  elektrycznych,  rur 
kanalizacyjnych, grzejników, pieców centralnego ogrzewania i innego dobra.
 
Pismo  Kuląga  otwierało  wszystkie  magazyny  w  województwie  i  powiecie.  Urzędnicy  stawali  na 
baczność, kierownicy działów oddawali do dyspozycji pojazdy z kierowcami, majstrowie pomagali 
wybierać najlepsze technologie.
 
Będkowski  naród,  wsparty  zapleczem  logistycznym  w  osobie  Kuląga  —  przygotowywał 
infrastrukturę.
 
Od razu powstały nowe zawody. 
Dekretem  pełnomocnika  powołano  pięciu  strażników  miejskich  dopilnowania  przywiezionego 
bogactwa,  czterech  sortowników  do  układania  towarów  według  cech  wspólnych,  oraz  dwóch 
regulatorów ruchu.
 
Ci  ostatni  byli  błogosławieństwem  dla  Będkowa.  Wielka  ilość  pojazdów  poruszała  się  bowiem  w 
chaosie.  Sprzyjały  temu  wąskie  ulice  i  brak  oznakowań.  Kolizje,  stłuczki,  awantury  kierowców— 
były  na  porządku  dziennym.  Ustały,  kiedy  umundurowani  
—  Majczak  i  Piechota,  zabrali  się  do 
regulowania ruchu. Niedawny chaos — zastąpiony został dwoma zdyscyplinowanymi strumieniami 
pojazdów.
 
Kuląga widziało się wszędzie. Dojeżdżał na czas, wysiadał z limuzyny, oglądał, chwalił, przyganiał, 
odjeżdżał.
 
Nieliczne konflikty lub wątpliwości wyjaśniał okazaniem słynnego pisma.  
Po  tygodniu,  kiedy  już  zgromadzono  odpowiednią  ilość  materiałów,  Kuląg  zarządził  budowę 
wodociągu,  kanalizacji  i  dróg.  Wyznaczył  też  miejsca  pod  szkołę,  szpital,  hotel  dla  specjalistów, 
kinoteatr i plac zabaw dla dzieci.
 
Prace  ruszyły  równolegle.  Przy  okazji  okazało  się,  że  Będków  posiadał  wielki,  uśpiony  potencjał 
rzemieślników. Ujawnili się murarze, malarze, cieśle, stolarze, hydraulicy, elektrycy i posadzkarze 
— wszyscy o najwyższych kwalifikacjach.
 
Robotnicy  ziemni  rozkopali  ulice  Będkowa,  hydraulicy  położyli  rury  kanalizacyjne  i  wodne, 
wybudowali  studzienki  ściekowe,  pomogli  elektrykom  umocować  nowy,  gruby  (cztery  razy 
szesnaście kwadrat) przewód elektryczny. Robotnicy ziemni zasypali rowy, rozrzucili piasek, tłuczeń 
i szuter, ubili wibrującymi ubijakami.
 
Ledwo  to  uczynili,  na  miejsce  przyjechał  (koordynacją  zajmował  się  Jałmużna)  wielki, 
zautomatyzowany kombinat do kładzenia asfaltu,
 
W dwa dni wylał lśniącą nawierzchnię na wszystkich ulicach Będkowa. 
W  tym  czasie  murarze  kończyli  już  sklepienia  na  budynkach  użyteczności  publicznej.  Na  dachy 
weszli  cieśle  i  dekarze,  zaś  do  wnętrz  instalatorzy.  Praca  była  zorganizowana  tak  dobrze 

background image

(organizacją zajmował się mąż z Nizin), że nikt nikomu nie wchodził w drogę. 
Termin  przyjazdu  specjalistów z  Warszawy przybliżał  się. Zostały jeszcze  dwa  tygodnie. Przez ten 
czas obywatele Będkowa musieli wyposażyć hotel, szpital, szkołę, kinoteatr i plac zabaw dla dzieci.
 
Znów  ruszyły  transporty  do  magazynów.  Majczakowi  i  Piechocie  przybył  nowy  regulator  ruchu, 
Wąsik. To była decyzja na miarę ratowania całego przedsięwzięcia, bowiem samochodów przybyło 
niepomiernie. Ustawiono oświetlenie uliczne. Transporty szły również nocami.
 
Słynne  pismo  Kuląga  zniszczyło  się  od  częstego  używania.  Pełnomocnik  zrobił  więc  kopię,  a  po 
oryginał sięgał tylko w chwilach najwyższej konieczności. Te jednak nie zdarzały się.
 
Były wprawdzie drobne kłopoty, jak choćby z tomografem komputerowym dla szpitala, regulatorem 
temperatury  wody  do  basenu  w  hotelu,  systemem  doby  stereo  dla  kina,  czy  obrotową  sceną  dla 
teatru, ale te pokonywał Kuląg zdecydowaną postawą i okazaniem kopii pisma.
 
Cały okoliczny świat znal już heroizm obywateli małego miasteczka Będków nad Wolbórką. Z dnia 
na  dzień  przybywało  sprzymierzeńców  i  gapiów.  Na  wielki  plac  budowy  zjeżdżali  dziennikarze, 
dygnitarze powiatowi i wojewódzcy. Odnotowywali swój pobyt  w kronice miasta (niech czynniki z 
Warszawy wiedzą) i podniesieni na duchu wracali do siebie. Zajęci Będkowianie nie mieli czasu na 
pozowanie do wspólnych zdjęć, czytanie o sobie w gazetach czy oglądanie telewizji.
 
Musieli zdążyć. 
Ostatniej  nocy  przed  upływem  terminu  pracującym  (głównie  sprzątaczkom  i  dekoratorom  wnętrz 
dodawały ducha gwiazdy rocka.
 
Przy odnowionej remizie stanęła estrada oraz wiele tysięcy wat nagłośnienia. 
 
Dla gwiazd występ w takim miejscu i  w takiej  chwili był  nobilitacją.  Oznaczał  gwałtowny wzrost 
nakładu  płyt.  Wiele  piosenek  poświęcili  zatem  cichym  bohaterom  Będkowskiego  zrywu.  W 
szlagworcie jednej z nich powtarzało się emocjonujące pytanie: „Ale czy zdążą?‖
 
Zdążyli. 
Nad Będkowem wstawał świt. Odezwały się koguty, zawtórowały im psy. Od nadwolbórkowych łąk 
oderwało się czerwone słońce. Zmęczeni Będkowianie kładli się do łóżek, by za kilka godzin wstać, 
umyć się, ubrać świątecznie i wyjść na powitanie specjalistów z Warszawy. Gwiazdy rocka zmywały 
makijaże, technicy pakowali sprzęt, menedżerowie robili ostatnie rachunki.
 
O  takiej  porze  ksiądz  dobrodziej  z  kościelnym  Scibiorkiem,  za  przyzwoleniem  pełnomocnika 
Kuląga,  zabrali  się  do  dyskretnego  poświęcania  ulic,  latarni,  hydrantów,  wodociągu,  szpitala, 
szkoły, kinoteatru i placu zabaw dla dzieci.
 
 
Żywioł polityczny był wtedy świecki. Ta uroczystość musiała się odbyć bez ostentacji. 
Wreszcie  przyszło  południe.  Świąteczny  Będków  zgromadził  się  na  placu  przed  remizą.  Byli 
wszyscy:  pełnomocnik,  obywatele,  ksiądz,  kościelny,  strażacy  i  ich  reprezentacyjna  orkiestra.  Nie 
zabrakło  też  stuczteroletniej  Balcerkowej.  Staruszkę  wyeksponowano  na  wysokim  podeście.  Jako 
najstarsza mieszkanka miasta, miała przywitać gości chlebem i solą. Bochen trzymała na kolanach, 
sól jej odebrano bo rozsypywała ją dookoła. Ustalono, że dostanie solniczkę w ostatniej chwili.
 
Tego  dnia  słońce  nie  miało  litości.  Już  po  godzinie  oczekiwania  na  specjalistów  ludzie  byli  zlani 
potem.
 
Po dwóch godzinach, co mniej odporni pozdejmowali krawaty i rozpięli koszule pod szyjami. 
Balcerkowa zgłodniała. Zjadła pół bochenka. Chleb trzeba było wymieniać na nowy. 
Po trzech godzinach ktoś litościwszy umieścił nad głową staruszki przeciwsłoneczny parasol. 
 
Wreszcie  po  czterech  godzinach  oczekiwania  z  głębi  ulicy  prowadzącej  na  plac  przed  remizą  — 
nadjechała  limuzyna.  Kapelmistrz  dał  znać.  Orkiestra  huknęła  marsza.  Auto  zatrzymało  się  przed 
czerwonym chodnikiem. Kuląg podbiegł, chwycił za klamkę, ale drzwi były zablokowane. Puknął w 
szybę, ta opuściła się z szelestem.
 
Z klimatyzowanego wnętrza ktoś podał pismo. Limuzyna odjechała. 
Przez wiele następnych lat Będków miał wspominać ten moment. 
Kuląg  włożył  okulary,  przeczytał  pismo,  a  potem  zaczął  się  śmiać.  To  nie  był  zwyczajny  śmiech. 

background image

Odezwały się w nim wszystkie frustracje nauczyciela, wszystkie upokorzenia, zawiedzione nadzieje i 
poniesione trudy.
 
Zmiął  pismo,  rzucił  na  ziemię,  podeptał,  potem  podniósł,  rozprostował,  przeczytał  jeszcze  raz 
(ciągle  nie  przestając  się  śmiać),  ponownie  rzucił  pismo  na  ziemię,  rozpiął  rozporek,  wyłuskał 
ptaka, napiął się i na oczach wszystkich — oszczał ważny dokument. Dopiero po tym zaczął płakać.
 
 
Jak się dowiedziano później, pismo obwieszczało zmianę decyzji czynników. Czynniki uznały, że z 
punktu widzenia nowej strategii gospodarczej region Będkowski nie nadawał się już na lokalizację 
fabryki membran przeciwpowodziowych i zapór przeciwśnieżnych. Wybrano inne miejsce — masyw 
Rozsypańca w Bieszczadach. Argumentem, który przeważył szalę, był — jak się okazało — wysoki 
poziom zawodowo-moralny tamtejszej siły roboczej.
 
I  ten  wyrok  losu  ludzie  przyjęli  ze  spokojem,  chociaż  zabolało  ich  podejrzenie  o  zawodowo—
moralną niższość.
 
Szybko  zrobili  bilans.  Wychodziło  z  niego,  że  nie  wykładając  z  kieszeni  ani  grosza,  zamienili 
Będków  w  kwitnące,  nowoczesne  miasteczko.  Trudno  było  pogardzić  taką  odmianą.  Nie  mieli 
wprawdzie  pomysłu,  jak  zapełnić  nowe  budynki,  czym  przyciągnąć  do  Będkowa  lekarzy, 
pielęgniarki, nauczycieli, aktorów i reżyserów, ale to mogło przyjść w każdej chwili. Wyskoczyć nie-
oczekiwanie z każdej Będkowskiej głowy.
 
Zainwestowali więc w kłódki, pozamykali obiekty i postanowili czekać. 
Pomysł  nie  pojawił  się  nigdy.  Za  dziesięć  lat  nowe  budynki  miały  się  zamienić  w  hurtownie, 
magazyny i sklepy. Ale do tego czasu czekało Będków jeszcze wiele ciekawych wydarzeń.
 
Wyprzedźmy trochę fakty. 
Nauczyciel  Kuląg  odsunął  się  od  publicznego  życia  i  od  nauczania  w  szkole.  Zajął  się  pisaniem 
pamiętników, utrzymując się przy tym ze skromnej emerytury.
 
Czarną limuzynę oddał do dyspozycji pospólnej. Jej kierowca ożenił się w miasteczku z drugą córką 
Wochny, Jadzią. Wkrótce urodziły się im bliźniaki.
 
Kuląg ożywił się na krótko w sześć lat po pamiętnej uroczystości pod remizą i oszczaniu dokumentu. 
Ogłosił wtedy ważną wiadomość, że on, Marian Kuląg, syn Antoniego, zdrowy na ciele i umyśle — 
zna przyczynę, która połączyła w ciąg poparzenia Wochny, Trzymki, Miazkowej, Perełki i Stępnia. 
Zna również przyczynę ich śmierci
 i wiele innych ważnych przyczyn. Wyjawi je przed śmiercią. 
Zmarł w kilka dni później, nie wyjawiwszy niczego. 
Po  pochowaniu  Kuląga  zaciekawiony  naród  zabrał  się  za  czytanie  pamiętników.  Z  czasów 
prosperity  roku  osiemdziesiątego  piątego  w  magazynie  remizy  zachowało  się  dwadzieścia 
kserokopiarek.  Uruchomiono  je  na  tę  okazję  i  już  wkrótce  w  każdej  chałupie  leżał  oprawiony 
egzemplarz pamiętników Kuląga.
 
Co  to  była  za  lektura!...  Ludzie  tygodniami  nie  wychodzili  z  domów,  zapominali  o  spotkaniach, 
nabożeństwach, a nawet karmieniu dzieci.
 
Nauczyciel  opisał  wszystko  ze  szczegółami,  nazwiskami,  charakterami,  detalami  anatomicznymi  i 
wstydliwymi przypadłościami.
 
Mniejsza jednak o szczegóły, choć te były naprawdę zajmujące. W pamiętnikach szukano głównie 
zapowiedzianej  rewelacji  o poparzonych. Tej  nie  znaleziono. Za to  odkryła  się prawda o wielkiej, 
mistrzowskiej, artystycznej mistyfikacji nauczyciela, której Będków zawdzięczał krótką prosperitę.
 
Okazało się, że nauczyciel miał wiele zamierzeń, pośród których projekt z fabryką membran i zapór 
był jednym z pośledniejszych.
 
Główny projekt opierał się na doświadczeniach wielkiej powodzi. Kuląg zamierzał zbudować nowy 
Będków, lokując fundamenty na palach, te zaś mocując solidnie w gruncie. Potem planował zalać 
miasto,  wybudować  porty,  nabrzeża,  przystanie  i  wszystko  inne,  co  mogło  uczynić  z  Będkowa 
ośrodek turystyki wodnej.
 
Dla tego pomysłu nie znalazł jednak poparcia w stolicy. Dla tego i dla żadnego innego. 
Ważne pismo, z którym przyjechał, sporządził sam. Podobnie pieczątkę i podpis. Od razu napisał też 
drugie pismo, to, które odwoływało lokalizację fabryki w Będkowie. Dygnitarza, który je przywiózł, 
oraz limuzynę — wynajął za grosze.
 

background image

To  wszystko  zmieściło  się  ludziom  w  głowach.  Ostatni  rok  nauczył  ich  pokoju  w  kontakcie  z 
nieoczekiwanym.
 
Zrozumieli  pasję  Kuląga,  uszanowali  jego  pomysłowość,  pochwalili  za  wytrwałość  i  odwagę.  W 
komentarzu do pamiętnika podnieśli też zasługi nauczyciela i jego bezinteresowność w budowaniu 
nowego wizerunku miasteczka.
 
Było jednak coś, czego pojąć nie potrafili. 
Tego  dnia  przed  remizą  Kuląg  zmiął  pismo  z  prawdziwą  złością,  zdeptał  z  pasją,  przeczytał  z 
niedowierzaniem,  prześmiał  z  bólem,  wyjął  członka  z  bezwstydnością  i  oszczał  dokument 
prawdziwym żółciutkim moczem.
 
Ci,  którzy  byli  bliżej,  potwierdzali  tę  wersję,  bijąc  się  przy  tym  w  piersi  i  przysięgając  na  głowy 
dzieci (bezdzietni przysięgali na Matkę Boską Kłobucką).
 
Oznaczało  to,  że  byli  świadkami  fenomenalnego  mikrospektaklu,  z  precyzyjną  strukturą 
dramaturgiczną.
 
Uczestnikami wydarzenia artystycznego najwyższej rangi. 
Zatem  mieli  pośród  siebie  wybitnego  aktora,  godnego  największych  scen  i  nie  poznali  się  na  tym 
przez lata. Tego właśnie nie mogli pojąć, doczytując ostatnie rozdziały pamiętnika.
 
A były to rozdziały poruszające. 
Kuląg  opisał  w  nich  swoją  skrywaną  aktorską  pasję,  wieloletnie  studia  nad  historią  metod 
aktorskich,  szaleńcze  umiłowanie  teatru  i  filmu,  walkę  z  nieposłuszeństwem  ciała,  zmagania  z 
uruchomieniem  go  według  metody  Grotowskiego,  opór  rezonatorów  i  przepony  przy  próbach 
ustawiania  głosu  metodą  Gurdżijewa  (to  akurat  ludzie  zauważyli  —  że  w  ostatnim  czasie  Kuląg 
mówił trochę dziwnie) — wszystko z detalami, wykresami, rysunkami i kalendarium.
 
Nauczyciel opisał też przygotowania do spektaklu jednego aktora, który wystawił pamiętnego dnia 
przed remizą.
 
Metodę aktorską opisał jako kombinację doświadczeń Stanisławskiego i Strasberga, z elementami 
technik ezoterycznych.
 
Żółte zabarwienie moczu uzyskał dzięki aspirynie. 
Wyznał też, że to całe zamieszanie z fabryką służyło mu do zbudowania odpowiedniej scenografii 
dla  spektaklu  i  wyposażenia  go  w  inne  niezbędne  elementy  —  statystów,  muzykę,  kostiumy  i 
widownię.
 
Kuląga  pochowano  w  alei  zasłużonych.  Wyznaczono  ją  w  dniach  rekonstrukcji  cmentarza,  na 
miejscu grobów, których nie dało się zidentyfikować.
 
Tym sposobem, ciało Nieodgadnionego znalazło miejsce między nieznanymi. 
Władek Stępień ostygł w ludzkich sercach na dobre. To zrozumiałe. Gwałtowny skok cywilizacyjny 
musiał przynieść taki efekt. Kultura materialna nie mogła się rozwijać w oderwaniu od duchowej. 
Zabobon nie mógł sąsiadować z magnetowidem, sceną obrotową i układami scalonymi.
 
Ludzie  to  zrozumieli.  Dokonali  postępu  i  w  tej  sferze.  Część  odeszła  od  kościoła,  zaś  garstka  z 
Jałmużną na czele, założyła zgromadzenie luterańskie. Niestety, nie mogli znaleźć pastora.
 
W  czasie  wielkiego  budowania  Stępień  trwał  przy  swoich  sprawach.  Powódź  nie  wyrządziła  mu 
szkody, bo mieszkał na poddaszu. Wymienił tylko podłogę.
 
Nie przypłynął też do niego z cmentarza żaden kamień. Dalej jeździł do Moszczenicy, dalej grał na 
organach i sprawował kontrolę nad szkolnymi postępami córki.
 
Werka zaś przemieniała się w kwiat. 
Przybliżała  się  do  kobiecości  ze  wszystkich  stron  naraz.  Władek  pozwolił  jej  jeździć  czasem  do 
Kalinowa i ćwiczyć na ocalałym z powodzi fortepianie Jakuba Pleszke.
 
Uznał, że wcześniejsze obawy, były wytworem jego imaginacji. 
Przełom  nastąpił  tego  dnia,  kiedy  Pleszke  przysłał  do  Będkowa  traktory,  paliwo  oraz  przyczepę 
słodyczy dla dzieci.
 
Miał  tyle  własnych  problemów.  Powódź  obróciła  Kalinów  w  ruinę,  nie  mógł  ruszyć  z  odbudową, 
póki nie zakończyła się histeria związana z fabryką membran i zaporą, mimo to otworzył serce na 
nieszczęście powodzian i wspomagał ich heroiczny wysiłek jak mógł. 
 
Tak nie mógł postąpić złoczyńca, za jakiego Stępień miał go do tej pory. 

background image

 Nawet w budowaniu pozorów można znaleźć granicę. Wyznacza ją chwila, w której ludzie uwierzą, 
a ludzie uwierzyli już dawno.
 
Teraz  uwierzył  Władek  Stępień.  Jakub  Pleszke.  Obcy,  swój,  dobroczyńca,  samotnik,  artysta?  — 
nieodgadniony jak Kuląg. 
 
Proporcje  góry  lodowej,  jakie  odkryto  w  życiu  nauczyciela,  mogły  równie  dobrze  odnosić  się  do 
niego.
 
Jedna część na powierzchni — reszta pod wodą. 
W  dniach  wielkiej  powodzi  Jakub  Pleszke  nie  miał  wiele  do  roboty.  Uratował  co  było  do 
uratowania, prze— niósł cenne przedmioty na piętro pałacu w Kalinowie i na strychy. Konie oraz 
inną  zwierzynę  wyprowadził  na 

wzgórze  nie  opodal  Kalinowa.  Nim  przyszła  woda  i  zamieniła 

wzgórze  na  wyspę,  zdążył  jeszcze  dowieźć  paszę  dla  zwierząt,  skrzynie  z  książkami  oraz  trochę 
materiałów budowlanych.
 
Na wyspie mieszkał aż do końca powodzi. Czytał książki, karmił konie i rozmyślał. 
W te dni odkrył dla siebie wolność. 
Znał  to  słowo  wcześniej,  rozumiał  co  znaczyło,  ale  stan  przez  nie  opisywany  —traktował  jako 
niedostępny abstrakt. Pracowite życie, pomnażanie majątku, troski rodzinne, zobowiązania wobec 
kochanego ojca — to —wszystko odwracało uwagę Jakuba od samego siebie.
 
Za życia, ojciec miał nad nim niczym nieograniczoną władzę. 
Każda próba oporu kończyła się przypomnieniem kulki. Kulka miała niezwykłą moc. Przypomnienie 
o niej na powrót zmieniało Izaaka-Jakuba w dobrego, posłusznego syna.
 
Kiedy  sytuacja  tego  wymagała,  stary  Hendlisz  pokazywał  kulkę.  To  była  ostateczność.  Sięgał  do 
drewnianej skrzyneczki, otwierał szyfrowy zamek, ujmował kulkę w dwa palce i podnosił do góry.
 
Taka  demonstracja  zdarzyła  się  dwa  razy.  Raz,  kiedy  Izaak-Jakub  przedstawił  ojcu  nieżydowską 
narzeczoną, drugi raz, kiedy postanowił nie posyłać syna na lekcje języka polskiego.
 
Ożenił  się  z  kobietą  wskazaną  przez  ojca,  a  kiedy  na  świat  przyszedł  Natan,  dostał  polską 
opiekunkę. Miała go nauczyć historii i języka starego kraju. Taką moc miała kulka.
 
Sprawowanie władzy nie zakończyło się ze śmiercią Hendlisza. Nim spłonął jak pochodnia, połknął 
kulkę, by moc w niej zawartą spopielić i pomieszać ze swoim ciałem.
 
Tym sposobem jego woła dosięgała Izaaka-Jakuba gdzie chciał i kiedy chciał. 
Tylko Kalinowska wyspa oparła się kulce. Dopiero tam Izaak-Jakub odkrył smak wolności. 
Postanowił, że tego uczucia nie da już sobie odebrać. 
Na razie jednak nie niszczył swoich kulek. Tych, które czyniły posłusznymi jego syna Natana i córką 
Esterę.
 
W swoim czasie sporządził je według przepisu usłyszanego od ojca. Ten z kolei, zaczerpnął go od 
zaklinaczy  koni.  Ci  zaś  utrzymywali  tajemnicę  swojego  zawodu  przez  pokolenia,  aż  ustąpili  pod 
naciskiem sześciu kilogramów złota, które przyniósł do stajni sprytny Żyd, Pleszke Hendlisz.
 
To nie była wysoka cena. Przez wiele lat Izaak-Jakub gotów był zapłacić więcej, by dowiedzieć się, 
jak zwalczyć przemożny wpływ kulki.
 
Kulkę  przygotowywało  się  bardzo  łatwo.  Jeżeli  rzecz  miała  dotyczyć  koni,  wystarczyło  być  przy 
porodzie. W chwili kiedy źrebak wymykał się z brzucha matki, należało sięgnąć palcem pod język. W 
to  miejsce,  gdzie  w  życiu  płodowym  zebrała  się  połyskliwa  maź.  Zaklinacze  koni  nazywali  ją 
„chlebkiem płodowym ―.
 
Wygarnięty  chlebek  płodowy  mieszało  się  z  miąższem  zwykłego  chleba  i  formowało  w  kulkę.  To 
wszystko.
 
Podobnie jak z końmi rzecz miała  się z ludźmi.  Tym sposobem Pleszke  Hendlisz  zaopatrzył się w 
kulki Srula i Izaaka. Tym samym sposobem Izaak-Jakub zaopatrzył się w kulki Natana i Estery.
 
Wkrótce Natan miał poznać tajemnicę kulek i uczynić z nią co chciał. Na razie kończył  prawo na 
uniwersytecie w Jerozolimie i tęsknił za ojcem (Kulka).
 
Tymczasem  kończył  się  czerwiec,  Będków  odpoczywał  po  wielkim  budowaniu,  nauczyciel  Kuląg 
zabierał  się  do  pisania  pamiętników.  Władek  Stępień  przekonywał  się  do  Jakuba  Pleszke,  a  ten 
ostatni przygotowywał się do realizacji wielkiego zamiaru powziętego na wyspie.
 
Swoje zobowiązania wobec ojca —właściwie zakończył. 

background image

Jeszcze przed wielkimi śniegami rozkuł do końca sarkofag Srula, wydobył kości, spalił je, umieścił 
w pięknej urnie, odnalazł świecący dąb i zakopał pod nim prochy brata.
 
Wtedy  czul  jeszcze  nienawiść,  wtedy  skrywał  się  jeszcze  pod  podłogą  świniami  i  przemawiał  do 
zbrodniarzy głosem Srula, wtedy odbierał jeszcze drganie ojcowej kulki.
 
Tak  było  wtedy.  Ale  teraz,  po  zdumiewającym  odkryciu  na  wyspie,  po  zasmakowaniu  wolności  i 
upewnieniu  się,  że  ta  nie  mija  —Jakub  Pleszke  wszystko  zamierzał  podporządkować  swojej 
nienaruszalnej, osobistej woli.
 
 
Muskat przerwał pisanie, tak jak się przerywa każdą błahą pracę — na śniadanie, sen, spotkanie z 
kobietą — na cokolwiek. 
Tu nie było już zmagań. Słowa stawały się posłuszne, odgadnięte przed zapisaniem. Gówniane.  
Z powietrza wyciekało to niedawne, uroczne „coś”. Jakieś resztki dobijały się wprawdzie do głowy, 
ale nie miały już tamtej siły. Nie dawały rady ułożyć się w zdarzenie przerastające nową wyobra-
źnię Muskata. 
Właśnie tak. Nową. 
Jego wyobraźnia odsunęła się znacznie od tego miejsca, które gotów był nazwać granicą — jeszcze 
nie tak dawno. Przed spotkaniem ze ślepcem. — 
Odkrył prawo, które dwa miesiące temu sformułowałby odwrotnie: doświadczenie jest trucizną dla 
wyobraźni. 
Nie jest.  
Spotkanie  ze  ślepcem.  Zbrodnia  za  miłość.  Ekspiacja.  Długa,  bolesna.  Poniewczasie?  Kto  to 
osądzi? 
Janka na polu, a potem ta druga Janka, w łóżku. Tamto mroczne, ponure, z przepadlin wieczności. 
Trwałe. 
To — ulotne, dotknięte krótką radością, niebyłe. 
Jedno i drugie — to samo. Czy to samo? 
Lasy Smulskie. Gdzie to jest? Daleko. Bardzo daleko od Popielaw. 
Muskat  wiedział,  że  powinien  tam  pojechać,  ale  tylko  tyle  —  powinien.  Przez  pamięć  rodzinnej 
tajemnicy,  która  go  formowała,  by  pośród  innych  przyczyn  —  uczynić  pisarzem.  Powinien  poje-
chać. Przez przyzwoitość. 
Janka  siedziała  na  kozetce,  w  koszuli  nocnej  zaciągniętej  na  kolana,  obejmując  nogi 
przedramionami. Siedziała i patrzyła. Coś chciała wypatrzeć. 
Może to, czy Muskat znajdzie powód, by dokończyć książkę? Dokończy. Choćby dla niej. To jest 
wystarczający  powód.  Nie  ma  wielu  innych.  Nie  ma  nieodgadnionego.  Nieodgadnione  otrzymało 
nazwę: Lasy Smulskie. 
Kulka.  Ten  pomysł  wziął  się  z  prawdziwych  praktyk  zaklinaczy  koni.  Muskat  wiedział  o  nich 
sporo, a mimo to sprawił się z kulką powierzchownie. 
Kiedyś nazwałby taką postawę marnotrawstwem. 
Mógł  przecież  namalować  mroczny  obraz  stajni,  opisać  ponure  oczekiwanie  zaklinaczy,  ich 
parujące kapoty, szepty pomieszane z parskaniem koni. 
A  ten  szczególny  zapach  stajni,  to  pomieszanie  końskiego  moczu,  świeżej  sieczki  i  ludzkich 
oddechów? Mógł to opisać. Potrafił. Nawet ciężki krok Pleszke Hendlisza wracającego z ostatnim, 
szóstym kilogramem złota — też potrafił opisać. Nie opisał. Śpieszył się. 
Może to właśnie chciała wypatrzeć Janka? Pośpiech w odgadnionym? 
Może  chciała,  żeby  Muskat  nie  pominął  narodzin  źrebięcia?  Żeby  dał  się  przyjrzeć  obrazowi 
zamkniętemu w kole naftowego światła. 
Oto  spękane  usta  dmuchają  w  nozdrza  źrebięcia,  potem  niecierpliwy  palec  wykrada  spod  jęzora 
chlebek  płodowy  razem  z  wolną  wolą  zwierzęcia.  Odtąd  już  aż  po  kres  dni  —  ten  palec  będzie 
nakazywał. 
Potem sięgnie pod język człowieka, a kiedy przyjdzie czas, wskaże mu drogę. 
Izaak -Jakub. 
Czym  wymości  sobie  wolność?  Muskat  znał  odpowiedź.  Wymości  ją  niewoleniem.  Jak  każdy 

background image

neofita. 
Gówniane pisanie. Substytut. Prokreacja czyniona wyobraźnią, nie kutasem. Niewola. 
To już ostatni rozdział powieści o Żydzie Pleszke. Nieodwołalnie. 

 
 
 
 

„ŻYD PLESZKE” 

— ROZDZIAŁ SZÓSTY” OSTATNI — 

 

Przyszedł lipiec. Wczesne lato rozbiegło się po połach. Wróble strzeliły w niebo jak za dawnych dni. 
Przyroda odnawiała się po swojemu.
 
Tej wiosny prawie każda ptasia samica zniosła więcej jaj niż zwykłego roku Podobnie uczyniły inne 
zwierzęta. Rodziły naraz po dwie, a nawet trzy sztuki młodych. Pośród bolesnych postękiwań samic 
— odnawiały się populacje. Nie inaczej zachowała się roślina. Wzrosła na podłej ziemi tak gęsto 
jak na rędzinie.
 
Ozimina  rzecz  jasna  przepadła  pod  wodą.  Za  to  jare  żytka  i  pszeniczki  wybiły  się  w  bujności 
nadzwyczajne.
 
Ludzie  kręcili  głowami  z  niedowierzaniem.  W  pośpiechu  Będkowskiego  budowania  nie  postawili 
młyna. Już teraz łamali sobie głowy nieoczekiwaną troską.
 
— Jak to zebrać wszystko? Jak przerobić na mąkę, poślad i chleb? 
Gleba  wzbogaciła  się  o  tłusty  kożuch  naniesiony  przez  wodę.  Okołobędkowskie  pola  ukradły 
żyzność innej ziemi. Pewnie gdzie indziej, niedaleko, inny naród pochylał grzbiety nad jałową skibą. 
Na czołach wyciskały się ciężkie bruzdy.
 
—  Gdzie  w  tym  sprawiedliwość?  Wszystko  naraz  od  Pana  Boga?  Przecież  to  miejski  naród.  Nie 
poradzi sobie z takim bogactwem. Zmarnuje.
 
Będkowskie głowy wypełniała ta sama obawa. 
Poszła delegacja do Kuląga, ale ten nie chciał słuchać. 
Pisał pamiętnik. 
Na podsuniętej kartce postawił kilka kresek. Jałmużna szybko odczytał rysunek. 
— To jest cep. Dwa kije połączone rzemiennym przegubem. 
Ludzie wzruszyli ramionami. Prawdę powiedziawszy, taka rada obrażała ich. Rwali się do nowego 
niepowstrzymanie, a nauczyciel chciał ich zawrócić o jakieś sto lat.
 
Dziwny człowiek. Cham. 
Jakub  Pleszke  doczekał  się  właściwej  chwili.  Sięgnął  po  ludzi  z  tamtych  ukaranych  stron. 
Wyprostował im karki obietnicą dobrej pracy i takiej samej zapłaty. Będkowianie wiedzieli o nim 
zbyt  wiele.  Zresztą  nie  byli  już  tak  złaknieni  pracy  jak  kiedyś.  Czas  wielkiego  budowania  zrobił 
swoje.
 
Tamtym zaś z okradzionych pól i zapleśniałych domów — ręce paliły się do każdej roboty. 
Jakub Pleszke wykorzystał to. Wetknął im w dłonie narzędzia i pokazał, co mają robić. 
Jego osobliwy plan  obliczony był  na kilka miesięcy wysiłku. Efekt  miał  się zrównać z niedawnym 
odkryciem na wyspie.
 
Pleszke  ukontentował  się  już  wolnością  wewnętrzną.  Sprawdził  ją  na  wiele  sposobów,  poddał 
próbom, wystawił na pokusy — ale nie przeminęła. Trwała nienaruszanie, jak jego żydowska krew.
 
Teraz przyszedł czas, żeby zamanifestować wolność na zewnątrz. 
Co mogło ją wyrazić? Jaka budowla? Forum Romanum, Kaplica Sykstyńska, wieża Eifla? Żadna z 
nich. To były zaledwie karły nie warte zainteresowania. Plan Jakuba był dużo ambitniejszy.
 
Zaraz po powodzi dokupił dwadzieścia hektarów pól przylegających do majątku. Ludzie wyzbyli się 
ich bez żalu.
 
Z dnia na dzień zaczął wyrastać nowy mur. Wiódł po obrzeżu powiększonej własności, obrysował ją 
grubą kreską.
 
—  Żydowski  mur  —  żartowali  Będkowianie.  Tylko  patrzeć  jak  postawi  baraki,  puści  prąd  przez 

background image

druty i rozpali krematoria. 
Żart był ponury. Odbijało się w nim echo żalu, jaki mieli do Jakuba za przyjęcie do pracy obcych. 
Mur  tymczasem  wzrastał  —  solidny,  oparty  na  betonowym  fundamencie,  licowany  klinkierową 
cegłą kładzioną w poprzek. W najwyższych miejscach sięgał czterech metrów wysokości.
 
Równolegle  trwały  inne  prace.  Do  Kalinowa  zwożono  wielką  ilość  materiałów  budowlanych. 
Przyjeżdżały też transporty kontenerów z tajemniczą
 zawartością. Układano je na placu, jeden przy 
drugim, aż uformowały wielopiętrowy blok.
 
Robotnicy mieszkali na miejscu, w Kalinowie. Taki był warunek. Raz na tydzień mogli się widywać z 
rodzinami. Za ten dziwny wymóg Jakub Pleszke płacił dodatkowo, więc przystawali nań bez oporu.
 
Pod  koniec  lipca  z  budowlanego  chaosu  zaczął  się  wyłaniać  porządek.  Nowy  mur  był  na 
ukończeniu.  Wielki  pierścień  domykał  się,  by  otulić  mniejszy,  okalający  majątek  w  Kalinowie. 
Rozległą przestrzeń między murami, Pleszke kazał utwardzić kilkoma warstwami szlaki. Przedtem 
oczywiście uzbroił teren w kanalizację, wodociąg, gazociąg i elektryczność.
 
To samo uczynił z placem zamkniętym w obrębie mniejszego muru. 
Wyczyścił go z wszystkiego co zbędne. Ostały się tylko główne budynki — pałac, stajnie, wozownia, 
spichlerz, dwie stodoły. Przeszkadzająca reszta została rozebrana.
 
Obraz klarował się. Nawet ciemny murarz odkrywał zamysł Jakuba Pleszke. Oto powstawały dwa 
wielkie place budowy, okolone dwoma murami.
 
Tylko co miało między nimi wyrosnąć? Jakie budowanie? 
Srul  mieszkał  pod  dębem.  Tak  jak  chciał.  Spełniło  się  marzenie  strachliwego  Żydka.  Usypany  w 
kupkę popiołu, zamknięty w glinianej foremce 
— dosypiał niedospanych nocy. 
Obudził się przy pierwszych krokach Izaaka—Jakuba, kiedy ten wchodził na polanę. 
—  Przyszedłem  porozmawiać,  Srul.  Odkryłem  wielką  tajemnicę,  podjąłem  wielkie  dzieło. 
Przyszedłem ci o tym opowiedzieć. Nie zapytać o radę, tylko opowiedzieć. Właśnie tak.
 
Mam  teraz  wolną  wolę,  więc  wybieram  dla  siebie  to,  co  chcę.  Szkoda,  że  nie  dożyłeś  tej  chwili. 
Wolność jest czymś wyjątkowym. Szkoda, że nie poznałeś wolności za życia.
 
Na pewno pamiętasz rzemień, który nosił na szyi nasz dobry ojciec Pleszke Hendlisz. Miał na nim 
nanizane  dwa  szare  paciorki.  To  były  nasze  kulki,  Srul.  Twoja  i  moja.  Ojciec  ulepił  je
  z  chleba 
zmieszanego z naszą śliną — twoją i moją. Wygarnął ją spod naszych języków w godzinę narodzin. 
Od tej chwili sprawował nad nami władzę. Wiele w niej było miłości, ale też niemało przymusu.
 
Tego  dnia  w  wagonie  najpierw  dotknął  kulek,  potem  spojrzał  na  nas.  Wyskoczyliśmy  bez 
zastanowienia.  Nasza  matka  Chuwcia  nie  wyskoczyła.  Wybrała,  bo  mogła  wybierać.  Taki  był  jej 
wybór — naszej kochanej matki.
 
Z  całego  życia  pamiętam  tylko  kilka  obrazów.  To  był  pierwszy  obraz:  dłoń  ojca  na  chlebowych 
paciorkach.  Drugim  obrazem  były  oczy  Chuwci  i  jej  siwiejące  włosy.  Ile  to  trwało?  Pięć,  może 
siedem sekund. Przez ten czas włosy naszej matki zabieliły się jak śnieg.
 
Następnym, co zapamiętałem, były twoje nogi celujące w niebo i dziura w skarpetce wyraźniejsza 
niż niejedna gwiazda.
 
Nie płakałem, ho ojciec zaciskał dłoń na naszych kulkach. Plącz był zabroniony. 
O świcie znalazł nas człowiek. Wydobył cię z ziemi na wyraźne żądanie ojca, a potem poniósł na 
ramieniu. Płakał przy tym jak dziecko.
 
To  był  kolejny  obraz,  który  zapamiętałem.  Człowiek  płakał  jak  dziecko,  chociaż  był  dorosłym, 
odważnym mężczyzną.
 
Nasz ojciec chciał cię ożywić, Srul. Już pierwszej nocy w skrytce rozmiękczył kulki w ustach i ulepił 
z nich jedną. Połączył nieżywe z żywym. Jedyne, co osiągnął to podwojenie mojego strachu.
 
Ożyłeś we mnie podwójnym odczuwaniem. Tak miało zostać na zawsze. 
Kiedy niedawno odkryłem wolność, odczułem ją podwójnie. Za ciebie dodanego do mnie i za siebie. 
Wcześniej doznałem wiele złego. Wszystkiego było więcej. Stwardniałem przez to na kamień. 
Wypełniłem  wszystkie  przyrzeczenia,  Srul.  Wydobyłem  cię  ze  świniami,  ułożyłem  pod  drzewem. 
Teraz cieszę się podwójną wolnością. Wiem też, co z nią zrobić. To jest najważniejsze.
 
Buduję DROGĘ DO RADOŚCI. 
Tak nazwałem moje wielkie dzieło. 

background image

Zaraz pozwolę ci zasnąć, ale najpierw opowiem o tym. 
Czym jest radość, jeżeli jest tylko sobą, radością? 
Niczym ważnym. 
Jak cieszą się ludzie, kiedy uciecha jest ich chlebem powszednim? 
Zwyczajnie. Powszednio. 
O tym myślałem w czasie wielkiej powodzi, kiedy nikt nie mącił mojego spokoju. 
Odkryłem wolność, a razem z nią — radość. Obydwie były niezmierzone. 
Próbowałem znaleźć dla nich granice, wystawiałem na próby, na pokusy. Wszystko na nic. Trwały, 
nie dobijając do żadnego brzegu. Nie imała się ich żadna chlebowa kulka. Tak było, tak jest teraz. 
Jak myślisz, Srul — dlaczego?
 
Odpowiedź jest bardzo prosta. Zdziwisz się, Srul, jak bardzo: dzięki kulce. Właśnie tak. 
Wolność po kulce jest taka wielka, bo była kulka zniewolenia. Radość po kulce jest taka wielka, bo 
była kulka
 smutku. Szczęście po kulce jest tak przejmujące, bo była kulka cierpienia. 
Rozumiesz, Srul? Pewnie, że rozumiesz. 
Teraz  przemieniam  te  odkrycia  w  DROGĘ  DO  RADOŚCI.  Umieszczę  w  niej  całe  moje 
doświadczenie, podzielę się nim z dziećmi, nauczę je prawdziwej radości.
 
Niedługo usłyszysz dziecięce śmiechy. Poczekaj, Srul. Wkrótce rozweselą twoje spopielałe serce. 
Werka przychodziła każdej soboty po lekcjach w mieście. 
Na dwie godziny milkły wtedy silniki  maszyn, młoty pneumatyczne, ludzkie pokrzykiwania.  Milkło 
też wszystko inne, zamieniając się w słuch.
 
Rzadko  kiedy  Jakub  Pleszke  korygował  dziewczynkę.  Grała  pięknie,  naprawiając  improwizacją 
liczne  błędy  partytur.  W  te  godziny  salon  w  Kalinowskim  pałacu  był  miejscem  największego 
szczęścia w świecie. Świętym z obrazów nie raz skapywały łzy na
 malaturę, ale nikt nie śpieszył się, 
żeby ogłaszać cud. Cudu nie było.
 
Z każdym spotkaniem Jakub Pleszke patrzył na Werkę inaczej. Coraz bardziej jak na kobietę, coraz 
mniej jak na dziecko.
 
Kiedy rozmawiali po graniu, często musiał opuszczać wzrok. Ukrywał też drżenie kącika ust. 
W  pracowitym  życiu  mało  miał  czasu  na  miłość.  Ledwo  jakaś  zakwitła,  już  ją  Pleszke  Hendlisz 
przepędzał z synowskiego serca. Miał swoje rachuby. Nie było w nich miejsca na takie uczucia.
 
Teraz tamten niedosyt odzywał się zachłannym patrzeniem na Werkę. v 
— Czy Estera i Natan kiedyś tu przyjadą? 
— Przyjadą, kiedy zakończę budowę. 
— To znaczy, kiedy? 
—Wkrótce,  Modraczku.  Wkrótce...  Pod  koniec  sierpnia  Jakub  Pleszke  zwolnił  większość 
robotników, dając im wysoką odprawę. Pozostawił dwudziestu najlepszych. Podwoił im stawkę, ale 
przedtem od każdego odebrał przysięgę o dyskrecji na temat ich zajęcia.
 
Z kalendarza wykreślił wolne dni i spotkania z rodzinami. Zaczynał się drugi etap inwestycji. 
Pleszke  zebrał  robotników  w  wozowni.  Na  tablicy  rozpiął  kilkanaście  rysunków,  objaśniających 
dalszy kształt zamierzenia.
 
Informacje były tak szczegółowe, że żaden z robotników nie zadał pytań. 
Przyszła  pora  na  rozładunek  kontenerów.  Kiedy  opadły  klapy,  robotnicy  otworzyli  usta  ze 
zdumienia. Z metalowych skrzyń zaczęły wyjeżdżać takie cuda, jakich tu nigdy nie widziano. Nawet 
w czas objazdowego kina czy zatrzymującego się sporadycznie rosyjskiego cyrku.
 
Trudno  było  znaleźć  porządek  w  tym  bogactwie.  Na  razie  znał  go  tylko  Jakub  Pleszke.  Przez 
mnogość rzeczy przebijał jednak pewien sens. Zawierał się w ich dość czytelnej przynależności do 
trzech grup.
 
W  pierwszej  grupie  znajdowały  się:  pomniejszone  szyny  kolejowe  z  podkładami,  lokomotywa  nie 
większa  niż  zwykły  wóz  konny,  do  tego  wagoniki
  towarowe,  osobowe,  lory  i  cysterny.  Słowem  — 
cały skład z budynkiem stacyjnym na dokładkę. 
 
To  był  bez  wątpienia  osobny  komplet,  przygotowany  na  osobną  okazję.  Należał  do  niego  jeszcze 
jeden  dziwny  element.  Był  nim  metalowy  pojemnik  o  kształcie  prostopadłościanu,  z  kilkoma 
niewielkimi  otworami.  Swoimi  rozmiarami  idealnie  pasował  do  dziury  w  ziemi  przygotowanej 

background image

zawczasu przez robotników. Umieszczono go w niej. 
Druga  czytelna  grupa  elementów  układała  się  w  porządek  żydowsko-religijny.  Były  tam  między 
innymi:  niewielka  synagoga  w  częściach,  jej  wyposażenie  
—  ławki,  bima,  tora,  stroje  religijne, 
pomniejszona  karczma  żydowska,  równie  niewielki  kirkut  z  macewami  w  sam  raz  na  groby 
krasnoludków, ściana płaczu z prawdziwych kamieni, małomiasteczkowy cheder, do tego mnogość 
uzupełniających  sprzętów  —  naczynia  zwykłe  i  liturgiczne,  mezuzy,  filakteria,  tałesy,  menory, 
instrumentarium szocheta, a nawet sukki na święto kuczek.
 
W ostatnich dziesięciu kontenerach mieściło się wesołe miasteczko z ogrodem cudów. 
Były tam: karuzele, strzelnica, beczka śmiechu, huśtawki, budki z lodami i watą cukrową, kramy z 
zabawkami,  loterie  fantowe,  elektryczne  samochody,  fontanny  z  aniołkami,  podświetlane 
wodospady, rajskie jabłonie, sztuczne ognie i wiele innych potrzebnych rzeczy, których nie sposób 
wyliczyć.
 
Do trzech wymienionych grup nie chciały pasować grube, gąbkowe materace pokryte skórą, jakich 
używa się w zawodach sportowych, przy skokach wzwyż i o tyczce.
 
Z pewnością nie znalazły się tu przez przypadek. Jakub Pleszke nie tracił czasu na przypadki. 
Prace trwały jeszcze przez dwa miesiące. Ustawały tylko na dwie sobotnie godziny, kiedy to czas 
Jakuba  Pleszke  wypełniało  słuchanie  i  oglądanie  Werki.  Pozostałe  godziny  zajmowało  mu 
doglądanie wielkiego dzieła.
 
Dzieło dokonało się nagle. W jednej chwili wszystko było gotowe. Prace nie zakończyły się tak jak w 
Będkowie. Nie było żadnej uroczystości przecinania wstęgi, przemówień.
 
Robotnicy  odebrali  pieniądze,  oddali  narzędzia,  przebrali  się  w  swoje  ubrania  i  wyszli  główną 
bramą, by nie wrócić tu już nigdy.
 
Zapadła  cisza.  Ptaki  z  Kalinowskiego  lasu  nie  dowierzały.  Na  wszelki  wypadek  nie  odezwały  się 
jeszcze przez dobrą godzinę.
 
Po południu Jakub Pleszke wybrał się na obchód DROGI DO RADOŚCI. 
Ruszył  w  kierunku  zgodnym  z  ruchem  wskazówek  zegara,  zaczynając  wędrówkę  od  bramy 
umieszczonej w zewnętrznym murze.
 
Miał potrzebę mówienia do kogoś. Wybrał sobie Srula. 
— Znów cię budzę, Srul, ale nie mam poczucia winy. Sprawa dotyczy również ciebie. Sam osądzisz, 
czy  warto  było  otworzyć  oczy  na  te  cztery  uroczyste  godziny.  Tyle  czasu  zajmie  nam  przejście 
DROGI DO RADOŚCI.
 
Jej wybudowanie kosztowało mnie trzy miliony dolarów. To niewiele. Za drugie tyle gotów jestem 
wybudować synagogę w Jerozolimie, by podziękować Najwyższemu za łaskę przywrócenia wzroku.
 
To powiedziawszy, uroczyście ubrany Jakub Pleszke ruszył przed siebie. 
Już  po  minucie  doszedł  do  ziemnego  wału,  długiego  na  jakieś  dwieście  metrów.  To  był 
pomniejszony  nasyp  kolejowy.  Bez  wątpienia.  Jego  skłon  pokryty  był  szarym  tłuczniem,  zaś  na 
wierzchu skrzyły się nitki stalowych szyn.
 
Poniżej nasypu stał niewielki budynek stacyjny z napisem: „Czarnocin‖. 
— To jest stacyjka w Czarnocinie. Poznajesz, Srul? Trochę pomniejszona, ale skopiowana bardzo 
wiernie.  Nawet  zwrotnice  działają  tak  jak  na  prawdziwej  stacji,  semafory  świecą  prawdziwym 
światłem, szlabany opuszczają się i podnoszą. Dzieci uwierzą bardzo szybko.
 
Teraz idziemy dalej. To jest nasyp kolejowy, na nim zaś pociąg towarowy z lokomotywą i bydlęcymi 
wagonami. Nie są duże. Obliczyłem je na dwanaścioro dzieci. Będą się musiały schylać i przytulać 
do siebie. To dobrze. Poczują wtedy smak naszej podróży. 
 
Nie  kazałem  wstawiać  wiader  na  odchody.  Bez  przesady.  Na  DRODZE  DO  RADOŚCI  stoi 
dwadzieścia  sanitariatów  oczyszczanych  biologicznie.  Nie  chcę  męczyć  dzieci.  Chcę  je  tylko  nau-
czyć prawdziwej radości. t
 
Ale zostawmy to. Idźmy dalej. 
Pociąg rozpędza się do niewielkiej szybkości, otwierają się automatycznie drzwi wagonów i gdzieś 
na  setnym  metrze  —
  dzieci  wyskakują...  Bez  obawy,  Srul.  Wyskakują  na  sportowe  materace, 
umieszczone  w  ziemi  w  epoksydowej  otulinie.  Do  tego  będą  je  asekurować  specjalnie  wyszkoleni 
pracownicy. Szkolę ich w Izraelu.
 

background image

Co teraz? Sam podpowiedz, Srul. Zresztą nie. To dla ciebie za trudne. Rozumiem to. 
Teraz  wracamy  pod  budynek  stacyjny.  Ta  część  DROGI  DO  RADOŚCI  ma  nauczyć  dzieci 
solidarności z tobą, tkwiącym głową w ziemi. Właśnie tak. W tym miejscu. Będę dzieci zakopywał 
głową w dół.
 
 
Jakub Pleszke nacisnął przycisk umieszczony w  ścianie budynku stacyjnego. Odezwał  się cichutki 
szmer siłowników i wraz z nim odjechała na bok płyta pokryta imitacją trawy. Odsłoniło się sześć 
stanowisk. Przewodnik wrócił do objaśnień:
 
—  Tu  mamy  sześć  stanowisk.  Każde  ma  anatomiczny  kształt  dziecięcego  tułowia  i  inny  rozmiar. 
Powstały z gumowych odlewów zdjętych z prawdziwych dzieci. Wyłożone są pianką poliuretanową 
oraz warstwą lateksu. Mają podłączoną instalację tlenową i kanaliki umożliwiające odpływ łez, na 
wypadek  gdyby  dzieci  płakały.  Po  każdej  próbie  będą  automatycznie  myte  i  sterylizowane.  Nad 
stanowiskami  umieszczone  są  maszty  z  elastycznymi  taśmami.  Będzie  się  je  mocowało  do  nóg 
dzieciaków, by je ochronić przed kontuzjami i urazami kręgosłupów. Do tego oczy wiście ~ aseku-
racja  wyszkolonych  pracowników.  Myślę,  że  ten  etap  będzie  bardzo  pouczający  i  wyraziście 
zaowocuje przy końcu drogi.
 
Co  było  dalej?  Droga  do  świniami  w  Kalinowskim  majątku.  Nie,  nie  chodzi  o  prawdziwą 
świniarnię. Ta była dla nas, Srul. Dla ciebie, dla mnie i dla naszego ojca Pleszke Hendlisza. Dzie-
ciom przygotowałem bezpieczną świniarnię, a w niej ciepłą skrytkę. Jedyną niedogodnością będzie 
dochodzący z magnetofonu odgłos pochrząkiwania świń.
 
Tę  drogę  dzieci  naśladujące  mnie  przejdą  same,  zaś  te,  które  będą  naśladować  ciebie  —  na 
ramionach pracowników. To jest jakiś kilometr od nasypu. Niewiele.
 
Jakub  Pleszke  przerwał  objaśnianie.  W  milczeniu  ruszył  przed  siebie.  Przez  cały  kilometr  nie 
odezwał się ani słowem.
 
Kiedy  doszedł  do  metalowego  pojemnika  zakopanego  w  ziemi,  na  nowo  przybrał  postawę  i  ton 
przewodnika.
 
—  Pojemnik  ze  stali  najwyższego  gatunku,  z  powłokami  antykorozyjnymi,  przegrodzony  poziomą 
płytą.
 
Prowadzą do niego otwory umieszczone na górze, od nich zaś schodki na górny i dolny poziom. 
Dolny  poziom  podzielony  jest  na  dwadzieścia  małych  pomieszczeń.  To  są  skrytki.  Każda  skrytka 
wyściełana  jest  gąbką  pokrytą  tkaniną  tapicerską,  zaopatrzona  w  wentylację,  obiektyw 
światłowodowy,  mikrofon  i  głośniki  —podłączone  do  systemu  monitoringowego.  Centrala 
monitoringu znajduje się na górnym poziomie.
 
Jeden  pracownik  będzie  obserwował  pięć  monitorów.  Nie  więcej.  Chodzi  o  pełną  kontrolę  nad 
stanem psychicznym dzieci.
 
To bardzo  nowoczesne urządzenie, Srul. Jeżeli  któreś dziecko będzie źle znosiło próbę, po prostu 
powie  o  tym,  lub  swoim  zachowaniem  da  taki  sygnał.  Odpowiedni  pracownik  zajmie  się  jego 
ewakuacją. Według moich obliczeń potrzeba na to minuty czasu.
 
Tak to ma działać. 
Na  tej  próbie  kończy  się  DROGA.  Dwieście  metrów  dalej  zaczyna  się  strefa  RADOŚCI.  Czego 
jeszcze brakuje? No właśnie. Brakuje DO.
 
Nie  jestem  przesadnie  religijny,  Srul,  Z  religii  biorę  to,  co  mi  się  wydaje  praktyczne.  To  chyba 
właściwe podejście.
 
Praktyczny wydał mi się podział na piekło, czyściec i niebo. 
Prawdę  powiedziawszy,  właśnie  według  takiego  planu  przebiegło  moje  życie.  W  projektowaniu 
dzielą odwołałem się do tej analogii. To chyba czytelne.
 
MIĘDZY DROGĄ A RADOŚCIĄ zbudowałem stację DO. Właśnie się do niej zbliżam. — 
Jakub Pleszke zbliżył się do okazałego pawilonu. Budynek był rozpięty na aluminiowej konstrukcji, 
wypełnionej tafiami przydymionego szklą. Szkło leżało też na skośnych połaciach dachu.
 
—  W  tym  pawilonie  na  dzieci  będą  czekali  ich  rodzice  i  opiekunowie.  To  będzie  taki  swoisty 
czyściec.  Dzieci  podzielą  się  z  najbliższymi  pierwszymi  wrażeniami  z  prób,  ostudzą  rozpalone 
wyobraźnie, wypiją chłodne napoje, zjedzą smaczne posiłki.
 

background image

Pawilon  jest  dobrze  nasłoneczniony,  klimatyzowany,  wyposażony  w  wygodne  meble,  łazienki  i 
pokoje wypoczynku. Godzina pobytu w nim powinna spełnić swoje zadanie.
 
Wreszcie ostatni etap, RADOŚĆ, zapłata za strach, upokorzenie i niewygody. 
Jeżeli dobrze zrozumiałem ludzką naturę, to ten etap odkryje przed dziećmi nie znany dotąd świat 
odczuć intensywnych do granic.
 
Po  tych  słowach  skierowanych  do  Srula,  Jakub  Pleszke  ruszył  w  kierunku  bramy,  która  wraz  z 
poprzecznym murem broniła dostępu do ostatniej strefy DROGI DO RADOŚCI.
 
Aby usunąć wszelkie wątpliwości, nad bramą rozpięty był półkolisty napis: „Radość czyni wolnym‖. 
Pleszke nacisnął przycisk. Brama otworzyła się z cichym szmerem. 
Za  nią  rozciągało  się  królestwo.  Wszystko  o  czym  mogło  zamarzyć  dziecko  znajdowało  się  tu  na 
wyciągnięcie ręki.  Atrakcji nie sposób  było  policzyć. Dobry pan Jakub zadbał  również o oprawę. 
Urządzenia  mające  dostarczać  radości  eksponowane  były  pośród  ogrodów  z  egzotyczną 
roślinnością, fontann i podświetlanych wodospadów.
 
—  Tego  nie  będę  opisywał,  Srul.  To  nie  jest  potrzebne.  Wszystko  widać  jak  na  dłoni.  Radość  w 
wielu  postaciach.  To  właśnie  kochają  dzieci.  Bez  biletów,  kolejek  czy  innych  uciążliwości.  W 
gruncie rzeczy — banał dostępny w całym cywilizowanym świecie. Z tą jednak różnicą, że tu radość 
dosięgnie rozmiarów nie znanych gdzie indziej. Już ci to tłumaczyłem.
 
Wyobraź  sobie  teraz  takie  dziecko  wracające  do  swojego  środowiska.  Niech  nawet  najprostszymi 
słowami opowie o swoich przeżyciach.
 
Rozumiesz moje rachuby? 
Jakub Pleszke przerwał wyraźnie wzruszony. Po chwili łamiącym się głosem dokończył opisywanie 
swojego wielkiego dzieła.
 
— Na koniec każdego dnia odbędzie się pokaz sztucznych ogni. Takie podsumowanie. 
Wyobraziłem sobie, że te ognie strzelające w niebo to są rozświetlone dusze dzieci odwiedzających 
to miejsce.
 
Wkrótce w październikowe pogodne popołudnie odbyła się inauguracja DROGI DO RADOŚCI. 
Do Kalinowa przyjechało trzydzieścioro dzieci wybranych z całego województwa. 
Stacyjka  i  kolejka  wzbudziły  w  nich  zachwyt,  ale  już  na  pierwszych  metrach  przejażdżki  pięcioro 
dzieci zesrało się ze strachu, a troje dostało histerii.
 
Po otwarciu drzwi wagoników nie wyskoczyło żadne. Doczekały do zatrzymania się pociągu i z ulgą 
opuściły upiorny skład.
 
Na stanowisku przy stacyjce nie było lepiej. 
Do próby zgłosiło się trzech chłopców. Wetknięci w anatomiczne dziury zrzygali się jak na komendę 
i zachłysnęli wymiocinami. Potrzebny był lekarz.
 
Podobna klęska czaiła się w imitacji świniami. 
Dziesięciu  najodważniejszych  chłopców  trzeba  było  wyciągać  w  chwilę  po  umieszczeniu  ich  w 
skrytkach. Reszta nawet nie chciała słyszeć o poddaniu się takiej próbie. Uciekli.
 
W  przejściowym  pawilonie  dzieci  nie  mogły  utrzymać  kubków  w  drżących  dłoniach.  Żadne  nie 
tknęło posiłku.
 
Rodzice byli przerażeni. Zabrali pociechy i czym prędzej opuścili straszne miejsce. 
Taki  opis  inauguracji  DROGI  DO  RADOŚCI,  choć  odpowiadający  prawdzie  —  nie  jest  jednak 
sprawiedliwy. Trzeba przecież powiedzieć, że rachuby Jakuba Pleszke częściowo się sprawdziły.
 
Oto  dzieci  wracające  do  domów  klimatyzowanym  autobusem,  zaczęły  się  radować  z  każdego 
odkrytego  drobiazgu.  Jedno  zobaczyło  ptaka,  inne  ucieszyło  się  drzewem,  jeszcze  inne  odkryło  po 
raz pierwszy w życiu kolor oczu swojej matki.
 
Jakub  Pleszke  przez  wiele  dni  nie  mógł  się  podnieść  z  upadku.  Na  koniec  idąc  za  radą  Werki— 
odwrócił kolejność.
 
Druga grupa dzieci goszczących w Kalinowie zaczęła pobyt od obejrzenia pokazu sztucznych ogni. 
Nie miało to wiele sensu, bo w środku dnia ognie ledwo było widać. Ale za to wesołe miasteczko i 
ogród cudów zrobiły swoje.
 
Dzieci  uradowały  się  zabawą.  Potem  z  wdzięcznością  przyjęły  napoje  i  posiłek  w  pawilonie.  Na 
koniec  z  uwagą  wysłuchały  opowiadania  o  drodze  wiodącej  od  stacyjki  do  skrytek  pod  sztuczną 

background image

świniarnią. 
Z poczuciem częściowego sukcesu Jakub Pleszke wybrał się na polanę ze świecącym dębem. 
Stanął przy grobie brata. 
— Nie mam, Srul, wiele do powiedzenia. Tylko tyle, ile brat powinien powiedzieć bratu. 
Milczałeś, kiedy roztaczałem przed tobą wizję mojego dzieła. Milczałeś, kiedy oprowadzałem cię po 
mojej drodze. Potem też milczałeś. Na szczęście, bo jedno twoje słowo mogło mnie wtedy zabić.
 
— W twoim milczeniu, Srul, była wielka racja i wielka mądrość. Wiedziałeś, że muszę dojść do tego 
miejsca, do którego doszedłem. Więc doszedłem.
 
Wiem teraz więcej, Srul, ale nie odważę się powiedzieć, że dużo. To ostatnie doświadczenie przyszło 
w porę. Zrozumiałem, że ulepiłem tym dzieciom wielką, monstrualną kulkę przymusu.
 
Przymus do radości pozostaje tym czym jest — przymusem. Czy nie tak, Srul? 
Odwróciłem kolejność. Tyle mogłem zrobić, żeby nie zniweczyć całego dzieła. Nie wymyśliłem tego 
sam. Na to byłem zbyt głupi. Ten pomysł wyszedł z pszenicznej głowy Werki. Mądrość, jak widać, 
nie zawsze jest dziełem do świadczenia.
 
Dopiero  kiedy  to  uczyniłem  i  kiedy  z  ukrycia  patrzyłem  na  dzieci,  odkryłem  głęboki  sens  takiej 
zamiany.
 
Zamysł  się nad tym, Srul,  tak jak ja  się zamyśliłem. RADOŚĆ DO DROGI. Radość z tego, że się 
idzie, że się zmierza, że ciągle jest przestrzeń przed.
 
To odkrycie mnie ożywiło. Znów jestem gotów nakreślać plany i zmierzać do celów. Będę to jednak 
robił ostrożniej.
 
Teraz zaśnij jeszcze raz. Może już na zawsze. W moim nowym dziele będę  unikał świadków, więc 
śpij, Srulek, i nie patrz.
 
Jakub  Pleszke  nie  wyznał  bratu  całej  prawdy.  To,  co  się  działo  w  pierwszym  kręgu,  nie  miało 
wielkiej wagi.
 
Mogło  przebiegać  jakkolwiek  —  z  radością  albo  bez  niej.  Było  ważne  tylko  o  tyle,  o  ile  dobrze 
odwracało uwagę od drugiego kręgu. Tego, który był zamknięty wewnętrznym murem.
 
Kompletne dzieło miało się dokonać wraz z ożywieniem mniejszego kręgu. Jedno bez drugiego, było 
tylko połową.
 
Tymczasem nadchodziła zima i plany trzeba było odłożyć do wiosny. 
Zresztą Werka nie miała jeszcze szesnastu łat. 
Ta zima miała serce. Przepraszała za tamtą zimę. Śnieg, którym okryła okolicę, wydawał się lekki i 
ciepły.  Ludzie  niepotrzebnie  nagromadzili  wielką  ilość  opału,  wyczyścili  kominy  i  ogacili  ściany. 
Zima nie przeszkodziła  niczemu.  Wiodła ku pomyślności  każdego pojedynczego człowieka i  każde 
pojedyncze zwierzę.
 
Ludzie z ukaranych stron mieli rację. Będkowski naród nie uporał się z klęską urodzaju. Na polach 
została  ponad  połowa  zboża.  Wzbogaciło  to  pejzaż  o  nie  znaną  jakość.  Żyta  przebijały  wysoko 
ponad śnieg, złociły się i gięły pod naporem wiatru.
 
Sarny  wybierały  tylko  najlepsze  kłosy  Podobnie  wróble,  kuropatwy  i  bażanty.  Ta  jadłodajnia 
dawała wybór i cieszyła oczy.
 
Dwunastego lutego Werka ukończyła szesnaście lat. 
Urodziny  wyprawiono  w  pałacu.  Władek  dał  się  namówić,  chociaż  miał  złe  przeczucia. 
Niepotrzebnie. Uroczystość wypadła nadzwyczajnie.
 
Na tę okazję Werka włożyła nową sukienkę. Kiedy weszła do salonu wszystkie oddechy zamarły. 
Dziewczyńskie ciuszki przyozdabiały wprawdzie Werkę, ale nie dodawały się do jej urody. Dopiero 
ta  suknia  
~  czarna,  dopasowana,  z  dekoltem  podkreślonym  srebrnym  oblamowaniem  —mówiła 
prawdę.
 
Werka była piękną kobietą. 
Tego wieczoru nic nie mogło się z nią równać. Ani uruchomione specjalnie wesołe miasteczko, ani 
podświetlane wodospady, ani nawet wyjątkowy pokaz sztucznych ogni.
 
W  pamięci  pozostawała  dumna  głowa  Werki,  błyszczące  oczy,  uwypuklające  się  piersi  z  sutkami 
nieprzyzwoicie napinającymi tkaninę, wiotka kibić i usta ledwo tamujące napór krwi.
 
Jakub Pleszke nie mógł zasnąć. Płakał. 

background image

W środku nocy wyszedł przed pałac. 
Księżyc  świecił  posrebrzyście.  Wewnętrzny  krąg  nie  odbijał  światła.  Pochłaniał  je  prawie  całe. 
Kształty odrealniały się jak w bajce spod kręgu polarnego.
 
— Jak całun. Jak dotknięcie śmierci —powiedział cicho Pleszke i wrócił do pałacu. 
Na  dworze  zostało  wszystko  nieżywe  —  mały  kirkut  z  macewami  zmiękczonymi  przez  śnieg, 
przysadzista  synagoga,  cheder  tak  niewielki,  że  nie  mogła  w  nim  zamieszkać  żadna  żydowska 
prawda.
 
Wkrótce to wszystko miało ożyć. Zapulsować krwią, odezwać się modlitewnym szeptem, zaśpiewem 
kantora, chrzęstem szkła pod lupą, krzykiem przypomnianego dziewictwa, przekleństwami Sandaka, 
cmokaniem Mohela
 wypijającego święty płyn. 
Wiosna  przyszła  o  właściwej  porze.  Nie  było  żadnych  zaskoczeń.  Śnieg  stopniał  po  cichutku. 
Wolbórka przybrała tylko nieznacznie. Jedyną odmianą był brak ozimin.
 
W Będkowie i okolicach sprawy szły zwyczajnie. Podobnie w Moszczenicy. 
Władek nastroił kościelne organy. To było wszystko, co zrobił. ~Ó sobie już prawie zapomniał. Po-
rzucił myśl o nowym ożenku, o budowaniu domu, o wszystkim. Została tylko Werka.
 
Z  początkiem  wiosny  zajęła  go  sprawa  dzwonu.  Wspomniał  o  nim  mimochodem,  w  pałacu,  kiedy 
przyszedł po Werkę. Jakieś dwa niezobowiązujące zdania. 
— 
— Stary dzwon pękł w nowym miejscu. Żałość — nie dzwonienie. 
—  Chodziło  mu  o  to,  żeby  się  zaczepić  do  rozmowy.  Ale  rozmowa  i  tak  nie  ruszyła  z  miejsca. 
Pleszke wziął jednak sobie do serca te dwa zdania.
 
W  pierwszych  dniach  marca  pod  kościół  podjechała  ciężarówka,  a  za  nią  dźwig.  Na  platformie 
spoczywał wielki lśniący, nowy dzwon.
 
Zaraz zaczął się ruch. 
Instalacja dzwonu nie była sprawą prostą. Kościelna wieża miała swoje lata i już ledwo dźwigała 
stary,  lżejszy  dzwon.  Trzeba  ją  było  wzmocnić,  dodać  ciesielskie  obejmy  z  odkosami,  nawiercić, 
przepuścić przez nie stalowe pręty i ściągnąć rzymskimi śrubami.
 
Dźwig zdjął dzwon z ciężarówki, postawił na ziemi i odjechał. 
Władek zabrał się do ciesielskiej roboty. 
Szło  mu  to  niesporo,  bo  dłonie  miał  nawykłe  do  innego  rzemiosła.  Koniec  końców,  z  pomocą 
okolicznych chłopów — wzmocnił wieżę.
 
Dźwig  przyjechał  na  nowo.  Zdjął  stary  i  zawiesił  nowy  dzwon.  Kościelny  pociągnął  za  sznur, 
rozkołysał.  Serce  dzwonu  ożyło,  pobiegło  po  dźwięk.  Zadrżało  powietrze.  Piękne  to  było  dzwo-
nienie. W sam raz na miarę dookolnego świata.
 
Jeszcze tej samej nocy Jakub Pleszke wczołgał się pod podłogę świniami. Sam nie wiedział, po co to 
czyni. Powtórzył konieczny rytuał. Zjadł kolację, wykąpał się, ubrał w najlepszy garnitur, spojrzał w 
lustro i poszedł do świniami.
 
Wszystko wokół niego było już inne. Nawet skrytka. Odmienił w otaczającym go świecie to, co jego 
zdaniem domagało się odmiany — budynki, łudzi, przyrodę.
 
W tym dziele osiągnął sukces. Niewątpliwy. 
Czy  miał  się  przyznać,  że  nie  odmienił  siebie?  Że  cała  ta  historia  z  odzyskaniem  wolności  była 
brednią? Wołaniem o inne, własne, nieprzymuszone.
 
Wolność? Od czego? 
Jak pozbyć się tego, co rozpuszczone we krwi? Odnawiane — od zawsze? 
Musiał się przyznać. W tym miejscu. Teraz. 
Za chwilę pod betonową podłogą zabrzmiał głos. 
— Przyznaję się. Nie dałem rady się odmienić. 
W jednej chwili oczy Jakuba Pleszke straciły blask. 
Miały się ożywić jeszcze tylko jeden raz, za rok, przy sięganiu pod język ukochanego wnuka. 
Kiedy zginął Władek, Werka zamieszkała w pałacu. To było zrozumiałe. Nigdzie indziej nie mogła 
oczekiwać  takiej  troski  jak  u  pana  Jakuba.  Ten  zresztą  troszczył  się  umiejętnie,  dyskretnie,  bez 
narzucania. Rozumiał, że potrzeba czasu.
 
Wynajęty  kierowca  odwoził  Werkę  do  szkoły  w  mieście,  czekał  tam  i  przywoził  z  powrotem.  W 

background image

pałacu zatrudniono nauczyciela muzyki. Wszystko kręciło się wokół Werki. 
Sam  Pleszke  odsunął  się  na  bok.  Schodził  z  oczu  dziewczynki  przeczuwając,  że  to  jest  najlepsza 
droga do niej. Nie mylił się. Wkrótce Werka zatęskniła. To był znak, że czas największej rozpaczy 
właśnie odchodził.
 
Władek miał rację. Jeszcze za życia. Pleszke nie zapomniał o piątym, zbrodniarzu spod nasypu. Do 
tego wybrał jednak inną, dłuższą drogę.

 

Władek miał rację. Co z tego, kiedy z tą swoją racją, stającą naprzeciw racji pospólnej—musiał się 
położyć do grobu.
 
Umarł przygnieciony przez dzwon. Nie od razu. Męczył się przez dwie godziny. 
Dzwon urwał się przy szóstym uderzeniu. Belka, na której wisiał wysunęła się z rozlazłej ściany i 
dzwon  poleciał  Po  drodze  zabierał  ze  sobą  wszystko,  co  się  tylko  dało  
—  belki,  schody,  deski, 
podłogi.
 
Kiedy przebijał strop chóru, Władek nie spojrzał do góry. Pomyślał o córce i zagrał najsmutniejszy 
akord świata. Serce dzwonu jeszcze żyło, kiedy pękało serce organisty.
 
Ksiądz  mazał  się  jak  smarkacz.  Przez  wiele  dni.  Chodził  z  rzymskimi  śrubami  od  chałupy  do 
chałupy i pokazywał przyczynę.
 
—  Ktoś  rozkręcił.  Dotąd  powinien  sięgać  gwint,  a  sięga  dotąd.  Tyle  brakuje,  jakieś  osiem 
centymetrów. Ktoś specjalnie rozkręcił…
 
Kiedy te same słowa kierował  do Jakuba Pleszke, ani  przez chwilę nie poczuł,  że mówi do kogoś, 
kto dobrze wie.
 
Przyjazd Natarta i Estery był dobrze wyliczony. Akurat zaczynał się maj. Werka nie jeździła już na 
cmentarz tak często jak kiedyś. Znajdowała też odwagę, by się uśmiechnąć raz i drugi. To był dobry 
moment.
 
Estera miała siedemnaście lat. Była ładną, śniadą Żydówką. 
Natan był piękny. Na opisanie jego urody można użyć wielu słów, albo tego jednego. 
Miał dwadzieścia dwa lata, był wysoki, szczupły i gibki. Czarne włosy oprawiały śniadą twarz, w 
której widziało się głównie oczy. Te były wyrysowane czarną kreską, płonące i niespokojne. Miały 
kolor burzowego nieba.
 
W  postawie  Natana  czuło  się  przyczajenie,  gotowość  do  skoku,  zaś  w  jego  chodzie  —powietrzną 
lekkość.
 
Młodzi uściskali ojca. Nie było w tym wiele serdeczności. Akurat tyle, ile powinno być. 
Nowe miejsce wydawało im się dziwne. Wyglądało jak kartka z podręcznika historii, 
— Wytłumaczę wam później — odezwał się Jakub Pleszke, patrząc w oczy swoich dzieci. 
Po tych słowach poszedł płakać. 
Płakał  przez  trzy  godziny.  Tyle  czasu  potrzebował,  by  się  rozstać  ze  starymi  myślami  i  oswoić  z 
nowymi.
 
Wiedział, że Natan  odbierze mu  Werkę w tej chwili,  w której ich spojrzenia  się  spotkają.  Taki  był 
plan. Wiedział też, że serce mu nie pęknie, bo twarde serca nie pękają.
 
Ale kochał. Co z tym zrobić? 
Wszystkie miłości przed tą — odbierał mu ojciec. Tę — miał mu odebrać syn. 
Stało się tak, jak się miało stać. 
Kiedy  Werka  przekraczała  bramę  mniejszego  kręgu,  Natan  wychodził  akurat  ze  stajni.  Stanęli 
naprzeciw siebie na długie minuty. Patrzyli.
 
Wyznanie przyszło nieuchronnie. Jeszcze nie poznali dotyku dłoni, kiedy Werka odezwała się: 
— Kocham cię, Natan. Natan odpowiedział. 
— Kocham cię, Weronika. 
Wieczorem Jakub Pleszke zabrał syna na rozmowę. 
Wyszli przed pałac. 
—Drogi  synu—  odezwał  się  Jakub.  —  To  ważna  rozmowa.  Nasza  najważniejsza.  Wiele  razy 
usłyszysz w niej słowa: „naród‖, „wiara‖, „tradycja‖ i „krew‖. Tak ma być. Mówię ci o tym na 
wypadek, gdybyś pomyślał że oszalałem.
 
Nie da się uciec od krwi. Wiem, bo próbowałem. Tak samo, jak nie da się uciec od wiary i tradycji. 

background image

I to wiem. 
Naszej krwi nie da się podzielić. Ten kto ma jej połowę, ćwiartkę, czy nawet jedną ósmą — ma całą 
krew żydostwa. I to wiem.
 
Droga  w  tamtą  stronę,  droga  „od‖,  staje  się  nieuchronnie  drogą  „do‖.  Jest  w  tym  taki  sam 
paradoks  jak  w  cimcum  
—  akcie  wycofania  się  Boga  w  głąb  samego  siebie.  Nie  można  go  pojąć 
rozumem. Dlatego nie każę ci zrozumieć. Każę ci uwierzyć.
 
Na  tej  ziemi,  dźwigającej  zbrodnie  jednych  przeciw  drugim,  postawiłem  małą,  żydowską  osadę. 
Taką samą jak te w których rodził się i wzmacniał chasydyzm. Jest tu wszystko, czego potrzebuje 
narodzony Żyd, żeby zaczynając od początku — dojść do końca.
 
W pierwszy piątek po narodzinach mojego wnuka urządzę uroczysty posiłek. Tak jak chce tradycja. 
Ósmego dnia zawezwę mohela, sandaka i postawię fotel dla proroka Eliasza.
 
W swoim czasie chłopiec pójdzie do chederu, żeby nauczyć się tego, co mu będzie potrzebne w dzień 
bar micwy i przez całe dalsze życie. Tak chcę.
 
Jakub Pleszke zakończył rozmowę. Ani na chwilę nie wypuścił z dłoni chlebowej kulki. Ściskał ją tak 
mocno, że zawilgotniała od potu  i  zmiękła.  Nie straciła jednak mocy. Potwierdził to Natan,  który 
odezwał się tylko jednym zdaniem:
 
— Tak będzie, ojcze. 
Wkrótce Pleszke sprowadził do Kalinowa rodzinę z Łodzi, Białegostoku i Izraela.  
Jego żona okazała się małą, rudą kobietką Werka przypadła jej do serca. 
W szabat przed dniem ślubu Natan odczytał w synagodze haftarę. 
Pod  kupę  prowadził  go  ojciec  i  któryś  z  krewnych.  Werkę  podtrzymywała  matka  Natana  i  jej 
stryjeczna siostra.
 
Panna młoda płonęła z miłości. 
Wkrótce stanęli obok siebie, pod baldachimem. 
„Błogosławiony jesteś, o Panie, który radujesz oblubieńca oblubienicą‖. 
W dziewięć miesięcy później, w mroźny lutowy wieczór, urodził się jehuda. 
Dziecko było jeszcze unurzane w płodowej mazi, kiedy do pokoju wszedł Jakub Pleszke. Poszedł do 
wnuka jak po sznurku. Wiedział po co idzie. Wetknął palec w przerażone usta dziecka i sięgnął pod 
język.
 

 

KONIEC 

 
 
 
 
Koniec maja ogłaszał się niebem otwartym aż po kres. Wszystko było widać. Wielki Wóz opierał 
się o buki. Wisiał tak nisko, że chciało się sięgnąć po patyk i odepchnąć go jak zabawkę. 
Na Mlecznej Drodze wylegiwały się 
ptaki. 
— Pierdolona wyobraźnia — odezwał się Muskat w kierunku nieba. 
Nasłuchiwał nocy. 
Niedługo miał stąd wyjechać. Chciał zabrać ze sobą jak najwięcej zapamiętanego. 
Zagwizdał  pociąg.  Głos  pobiegł  powietrzem.  Po  drodze  dołączyły  do  niego  zapodziane  Burki. 
Łajzy polne. 
Napisał książkę. Powieść? Bał się tego słowa jak mało czego. 
— Napisało się... — mruknął niezadowolony. 
Poszedł spać. 

;

 

Rano wybrał się na objazd miejsc. 
Do miasta chciał wrócić uporządkowany. Z nieporządkiem miasta trzeba było się czymś mierzyć. 
Czym? Chyba tylko tym — pewnością dwóch, trzech świętych rzeczy. 
— Drzewo jest okrągłe, ptak lata, pies szczeka, staw zamarza na zimę, w studni jest woda, kobieta 
czeka, dziecko tęskni — powtarzał słowa modlitwy. 

background image

 
Kochana Marysiu: 
Nie ma Cię nigdzie. 
Gdzie jesteś? 
Dlaczego wyjechałaś? 
Jak będę żył bez ciebie? 
Byłem w Popielawach. Drogi Są puste. 
Tak puste, że aż boli serce. 
Nikt o ciebie nie zapytał. 
Bardzo za tobą tęsknię. 

Twój Staszek 

 
 
 
Pałacyk był zamknięty na głucho. Okiennice i drzwi przepasano żelaznymi sztabami. Z podwórka 
nie dobiegał żaden odgłos. 
Przy  kapliczce  stał  stolik  do  majówek.  Ktoś  zdążył  na  ostatnią  chwilę.  Nawet  wieńce  zrobił  — 
pokraczne,  rosochate.  Za  bibułkę  posłużył  szary  papier  pocięty  na  pasy.  Tujowe  gałązki  zwisały 
smutno, głową w dół. Muskat sięgnął po którąś, zgniótł w garści, poniósł dłoń do nosa. 
Zapachniało majowym śpiewaniem, gorącym oddechem Tereski Trelanki. 
—  W  końcu  gdzieś  doszedłem.  Do  jakiegoś  miejsca.  Idzie  się...  Ważne,  żeby  ciągle  była  jakaś 
przestrzeń przed. Wrócił między buki. 
Po południu jeszcze raz przejrzał powieść. 
Nie była taka zła. O czymś zaświadczała. „O drodze” — pomyślał. 
Nagle prześwietliło go światło. Poczuł to tak, jakby Pan Bóg pomylił go z paciorkiem i nanizał na 
świetlny sznurek. Sznurek wchodził czubkiem głowy, a wychodził pod pępkiem. Za chwilę na tym 
samym sznurku zobaczył Elę i Włodzia. Ela była nad nim, Włodziu jeszcze wyżej. 
Wtedy zrozumiał słowa Janki.Wydaje ci się, że tylko piszesz?” 
Ułożyło się w komplet. Z trudem, ale się ułożyło. Gadali do niego. Ci wszyscy. Gada się do tego, 
kto  słucha.  A  on  przecież  słuchał.  Całym  sobą.  Gadali,  bo  każdy  nie  powiedział  kiedyś  czegoś... 
Dziadek z kamieniem polnym (czego nie powiedział?). Marquez, Marysia, Luśka, Odrowąż, ślepiec 
spod podłogi — żywi i umarli.  
Kiedy przyszła Janka, bez słowa zabrał ją do łóżka. 
Znalazł  na  jej  ciele  wszystkie  miejsca.  Szukał  dłońmi,  ustami  i  znalazł  wszystkie.  Ścięgno  nad 
piętą, solne pole na plecach, dolinę między łopatkami, brzoskwiniowy mech na szyi, zgięcie ręki, 
sutek wsparty różowym kręgiem. 
Zmieszali swoje ciała najpierw w milczeniu, potem w oddechach, na koniec w krzyku. 
Janka wiedziała, ze to pożegnanie. 
 
Nad ranem zajechał pod dom w mieście. Ela z dzieckiem spali w jednym łóżku. 
Obudziła się. Wstała. Podeszła. Pocałowała. 
— Ładną napisałeś książeczkę? Dziecku powiedziałam, że to bajka. 
— Bajka — potwierdził. 
Zakrzątnęła się w kuchni, zaparzyła kawy. Usiedli. — 
— Pusto bez ciebie. Zostań trochę. 
— Zostanę. 
— Przyszło dużo listów. Jeden z Izraela. Znasz tam kogoś? Dzwonili z wydawnictwa. Czekają na 
maszynopis. I znów ten Izrael. Chcą cię wysłać na targi jako eksponat. Jak z twoim hebrajskim? 

(

 

— Kiepsko. Ale z polskim lepiej. 
— Wszystko w porządku? 
— Nie wszystko. 
— Ale trochę lepiej? 

background image

— No tak. Trochę lepiej. 
Patrzył  na  żonę  jak  na  nową  kobietę  w  swoim  życiu.  Zmieniła  uczesanie.  Podcięła  włosy  z  tyłu, 
zapuszczoną grzywkę rozdzieliła na boki. Odsłoniła czoło. 
— Zmieniłaś uczesanie. 
— Trochę. Chciałam sobie poprawić nastrój. 
Pierwszy raz od miesięcy popatrzył w oczy. Były niebieskie. 
— Masz niebieskie oczy. 
— Kiedyś mówiłeś: „modraczne”. 
— Masz modraczne oczy. 
— Przemalowałam dla ciebie. 
— Kiedy ten Izrael? 
— Za tydzień. 
— Zdążę jeszcze coś załatwić. 
— Nie załatwiłeś czegoś? 
— Nie pojechałem nad Wartę. Smulskie Lasy. Znasz takie miejsce? 
— Nie znam. 
— Przestraszyłem się. Nie pojechałem. Powinienem pojechać. Pojadę. 
— Ale wróciłeś, prawda? 
— Wróciłem. 
 
Smulskie lasy rozciągały się na wielu kilometrach. Warta płynęła środkiem. Drzewa były inne niż 
w okolicach Popielaw. Nie czuło się ich obecności. Każde przynależało do lasu. 
Ludzkie  osady  rozłożyły  się  na  obrzeżach.  Nie  spotykało  się  tu  większych  miast.  Co  najwyżej 
miasteczka i wsie. 
Stanisław  jechał  wzdłuż  nitki  kolejowej.  Czasem  udawało  się  to  przez  wiele  kilometrów,  potem 
droga uciekała w bok, błądziła po polach. 
Nazwy mijanych miejscowości nic mu nie mówiły 
Liczył na to, że może zauważy coś z pejzażu zapisanego w książce. Wieżę kościoła w rozwidleniu 
rzecznym, albo nasyp kolejowy. 
Zamiast tego zobaczył psi cmentarz. Nieoczekiwanie. Jakieś dwadzieścia metrów od drogi. Nic go 
nie  zapowiedziało.  Pojawił  się  nagle,  zamiast  kolejnego  pola,  które  w  tej  okolicy  układały  się  re-
gularnie — jedno po drugim. 
Był  psi.  Bez  wątpienia.  Na  kolumnach  oprawiających  bramę  siedziały  dwa  wielkie,  kamienne 
owczarki. 
Stanisław nie od razu uwierzył. Zatrzymał się, cofnął auto, wysiadł. 
Przy  bramie  stało  kilka  eleganckich  samochodów,  pośród  nich  jeden  pełniący  funkcję  karawanu. 
Był opisany: „A. Skrzydlak — cmentarz dla zwierząt, usługi pogrzebowe, kremacja”. 
Na  cmentarzu  odbywała  się  smutna  uroczystość.  Starsza  pani  grzebała  jamniczkę.  Pomnik 
zwierzęcia był skromny. Kamienna jamniczka leżała na grobowej płycie z łebkiem podniesionym 
do góry. Tak rzeźbiarz wyobraził sobie zmarłą. 
Ceremonia przebiegała w milczeniu. Nie było w niej ostentacji, przemówień ani płaczów. 
Obok starszej pani stało kilka osób. Byli to z pewnością krewni i przyjaciele. Muskat nie zatrzymał 
na nich wzroku. Dookoła były ciekawsze rzeczy: nagrobki z rzeźbami psów, kotów, żółwi, papug, 
królików, świnek morskich, a nawet wykonana z czarnego marmuru podobizna świni. 
Nagrobki opatrzone były zdjęciami na porcelanie oraz inskrypcjami. Poza imieniem i datą śmierci, 
można było przeczytać rymowane dziełka, opisujące zasługi za życia, i tęsknotę po śmierci. Jak u 
ludzi. 
W głębi cmentarza, na przedłużeniu głównej alejki, stała spalarnia zwłok — parterowy budynek z 
kominem przystawionym do szczytu. 
Wyszedł z niego Trzymka. 
Muskat  nie  miał  wątpliwości.  Elegancko  elegancko  ubranym,  opasłym,  ciężko  idącym  starcu  — 
rozpoznał  Józefa  Trzymkę.  Nie  miał  czasu  się  zdziwić,  bo  rzeźnik  też  zobaczył.  Domyślił  się 

background image

klienta. Podszedł do rozmowy. 
—Antoni Skrzydlak. Właściciel. 
— Stanisław Muskat. 
— A zawód, przepraszam — jaki? To ważna informacja. 
— Pisarz... literat. 
—  Pisarz?  To  będzie  wyżełek,  albo  kundelek.  Albo...  zaraz,  niech  pan  nie  podpowiada.  Kot, 
prawda? Miałem tu już jednego reżysera z kotem. Mówił, że kot jest najlepiej wymyślony. Tak po-
wiedział: „wymyślony”. Chodziło mu o to, że tylko w kocie Pan Bóg zainstalował tę maszynkę do 
mruczenia.  Ładnie  powiedziane.  Nowocześnie...  A  ja,  proszę  pana,  wolę  pieski.  Ładniej  oddają 
miłość. Kot pójdzie swoją drogą, a pies... ludzką... 
Skrzydlak  zamyślił  się.  Na  chwilę  zapomniał  o  obecności  Stanisława  i  o  tym,  że  zadał  pytanie. 
Myślał o Psotce. 
— Nie, nie chcę pochować nikogo. Też wolę koty... Przejeżdżałem tylko, a taki widok nie zdarza 
się często. 
Skrzydlak oprzytomniał. Spojrzał na Stanisława. 
— No tak. Nie zdarza się... Może pan napisać. Do gazety. Bardzo proszę. Chociaż ja nie narzekam 
na brak zamówień. Ludzie kochają zwierzęta. — Wcześniej byłem masarzem, rzeźnikiem. No wie 
pan, robiłem wyroby —kiełbasy, kaszanki, czarne, białe, różne salcesony. A teraz przyszła moda na 
fabryki.  Dwieście  świń  na  dzień,  linia  produkcyjna.  Próbowałem  tych  wyrobów.  Całkiem  bez 
smaku... 
Skrzydlak przerwał nagle. Spłoszony spojrzał za plecy Stanisława, w kierunku wejścia na cmentarz. 
Właśnie przekraczała je kulawka Miazkowa. Nie inaczej. 
Stanisław dojrzał ją zaraz po Skrzydlaku. Przełknął ślinę, a potem uśmiechnął się głupkowato. W 
sam raz na miarę sytuacji. 
Psi cmentarz stawał się nieoczekiwanie sceną z teatru niedorzeczności. Aktorzy sami meldowali się 
do odegrania ról. Wystarczyło tylko patrzeć. 
Miazkowa, czy jak tam się naprawdę nazywała — dokuśtykała do połowy alei, stanęła, podniosła w 
kierunku Skrzydlaka kostur i ryknęła wniebogłosy: 
—  Zbrodniarz,  zdrajca,  Judasz  z  Iszkariotu!  Wydał  bliźnich  na  krzyż!  Zakopał  w  ziemi  i  jeszcze 
wziął zapłatę! No, przyznaj się, ile ci dali?! 
Żałobnicy przy grobie jamniczki, szybko dokończyli ceremonii. Pośpieszyli do wyjścia. 
Grabarze  opuścili  urnę  do  grobu,  zamknęli  dziurkę  marmurową  płytką  i  ruszyli  w  kierunku 
kulawki. 
Nie była to jej pierwsza wizyta, bo dobrze wiedziała co teraz zrobić. 
Rozłożyła  ramiona,  dała  się  podnieść  do  góry  i  wynieść  z  cmentarza.  Nie  ustawała  przy  tym  w 
złorzeczeniach. 
— Zbrodniarz spod nasypu! Możesz spać w nocy? Serce ci nie krwawi? 
— A tobie, kurwo? — nie wytrzymał Skrzydlak. 
Już za chwilę żałował tych słów. 
— Przepraszam — powiedział. Nie wytrzymałem. 
Wziął Stanisława pod rękę, odwrócił w kierunku spalarni i poprowadził. 
— Wiem, co mi pan powie — odezwał się Stanisław. 
Że to chora kobieta, że pomieszało się jej w głowie, dzieci zostawiły, wyjechały do miasta... 
— Nie wie pan, co powiem. A jak pan nie wie, niech pan nie mówi, że wie. 
Usiedli  w  małym  pokoiku  na  zapleczu  spalarni.  Skrzydlak  otworzył  butelkę  wódki.  Chciał  się 
uspokoić, ale nie szło to łatwo. Drżały mu ręce. Wzrokiem poprosił o wyręczenie. Stanisław nalał 
wódki do kieliszków: “wypili. 
— Skąd pan może wiedzieć, co powiem? Czyta pan w myślach? Ja sam nie wiem, co powiem... 
To była Muszyńska... Balbina... Takie dziwne imię jej dali. Koń ją okulawił. Dawno temu, przed 
wojną. To znaczy, dla kogo dawno, dla tego dawno. Dla mnie... wczoraj. Tak. Dobrze powiedzia-
łem. Dla mnie jeszcze wojna nie przeszła. I nie przejdzie. Aż do śmierci. 
“wydałem  kogoś.  Na  wojnie.  Nie  ma  usprawiedliwienia  dla  takiego  człowieka,  który  wydał 

background image

drugiego. A ja wydałem. Muszyńska ma rację. To jest zbrodnia. Nic innego. Tylko że to jest jedna 
strona.  Druga,  to  jest  —  kara.  Nie  tak?  Pan  Bóg  mi  ją  rozłożył  na  długie  lata.  Żadne  tam  ichnie 
więzienia... To gówno. Dali mi pięć lat, wypuścili po trzech, a potem to nawet przyszła moda na 
takich  jak  ja.  Antysemitów:  Gówno.  Więzienie  to  gówno.  Jebane  gówno.  Najgorzej  jak  człowiek 
nosi więzienie ze sobą, albo lepiej powiedzieć — w sobie. Tak. Dobrze powiedziałem. W sobie. 
W takim więzieniu — żebra to kraty, a za kratami przerażony człowiek. 
To był mały Żydek. Wyskoczył z transportu. Chciał się ratować. Nie dał rady. Trafił na mnie... 
Ale  ona  też  tam  była,  Muszyńska  i  Janek  Płocha.  Wydłubał  mu  blaszki  z  butów.  Takie  do 
zakładania  łyżew.  Listonosz  też  był...  to  znaczy  Julek  Zabigoś.  To  co,  oni  całkiem  bez  winy? 
Dlaczego ten cały jebany grzech we mnie uderzył? Przecież oni wdzieli, a potem widzieli jeszcze 
raz, a potem też patrzyli, patrzyli, patrzyli i patrzyli... 
Skrzydlak rozpłakał się. Muskat wstał i wyszedł. 
Przy  samochodzie  zwymiotował,  chociaż  wypił  tylko  kieliszek  wódki.  Zatrzymał  się  chłopiec  na 
rowerze. 
— Pomóc panu? 
— A co, palce mi włożysz do gardła? 
— Tak tylko pytałem... 
— Zaczekaj. Powiesz mi gdzie mieszka Zabigoś? 
Będków  nazywał  się  „Uników”.  Był  niewielką  mieściną,  utrzymującą  się  Bóg  wie  z  czego.  Miał 
wprawdzie to co potrzeba—kościół, remizę, sklepy, ulice, budynki — ale wszystko szarawe i byle 
jakie. 
Unieważnione przez czas. 
Zabigoś mieszkał w dwóch pokojach przy poczcie, w emeryckim przytulisku. 
Wyglądał inaczej niż w książce. Z twarzy przebijał jakiś rodzaj szlachetności. Taki, który utrwala 
się w oczach razem z wiekiem. 
Najpierw uchylił drzwi, potem postał przez chwilę twarzą w twarz z Muskatem, na koniec zaprosił 
do środka. 
Wnętrze było ubożuchne, ale schludne. Wszędzie widziało się książki. 
— Cały czas czytam, czytam i czytam —zaczął rozmowę. 
I żadnej mądrości, proszę pana. Podobno w książkach żyje mądrość. Więc jak to jest? Żyje, czy nie 
żyje? 
Muskat usiadł na kozetce przystawionej do ściany. Od razu przeszedł do rzeczy. 
— Wiem o panu więcej, niż wolno wiedzieć drugiemu człowiekowi. Nie powiem skąd, bo prawdę 
powiedziawszy — nie wiem. Też z książki, tylko że z takiej, którą sam napisałem. 
Zabigosia  zamurowało.  Włożył  okulary,  żeby  się  lepiej  przyjrzeć  Muskatowi.  Odezwał  się  po 
chwili: 
— Niczym mnie pan nie zadziwił. Takie rzeczy się zdarzają. Czytałem o tym. Mówi pan... więcej 
niż wolno? A co to właściwie znaczy? No, niech pan powie, co wie o mnie. 
—Jest  pan  Żydem,  ukrywającym  swoje  pochodzenie  od  dziesiątego  roku  życia.  Jako  dziecko  był 
pan świadkiem ucieczki z transportu. Było was pięcioro. Najstarszy odnalazł uciekinierów i oddał 
ich Niemcom. Niemcy obeszli się okrutnie z pięcioletnim Srulem Hendliszem. Zakopali go głową 
w ziemi. Potem niejaki Jan Płocha wydłubał mu blaszki z butów. 
— Ale to nie o mnie — przerwał Zabigoś. — Opowiada pan zdarzenie. Rzeczywiście. Tak było. 
Takie  zdarzenie  miało  miejsce.  Ale  co  pan  wie  o  mnie?  Wie  pan  coś?  Jestem  Żydem,  więc 
handlujmy. Handele, handele... Co pan wie o mnie? Jaki ma pan towar? 
Wie pan coś o ludziach? 
Pan jest historykiem. Zgoda, dociekliwym,  rzetelnym,  ale tylko historykiem. Niech pan nie udaje, 
że wie więcej. No co? Wie pan coś o strachu małego Żydka, który się boi, że ma trochę za duży 
nos, trochę za czarne oczy, trochę za gołego kutasika? Wie pan coś o tym? 
Ojciec tego chłopca z pociągu nie był dobrym ojcem. Pozwolił mu patrzeć na swoją bezradność, a 
wcześniej na bezradność matki. Pozwolił być świadkiem. 
Mój ojciec do  tego nie dopuścił. Kazał  mi uciekać. Nawet  nie zapłakał  w mojej  obecności. Wziął 

background image

mnie w ramiona i powiedział: „takiego mnie zapamiętaj, a matkę zapamiętaj jeszcze piękniej, bo to 
jest piękna i dobra kobieta. Zapamiętaj ją pochyloną nad świecami przy szabasowym stole. Zabierz 
ze sobą obraz jej miedzianych włosów i alabastrowej szyi”. 
Z takim obrazem dożyłem do dzisiaj. 
Nie musiałem ich widzieć w getcie, transporcie, komorze gazowej. 
— To po co pan chodził pod nasyp? — Chciałem ich zobaczyć. 
Zapadło  ciężkie  milczenie.  Było  w  nim  słychać  tylko  tykanie  zegara  i  poświstujący  oddech 
listonosza. 

;

 

—  Głupie  milczenie,  co?  —  odezwał  się.  —  Człowiek  w  takiej  chwili  nie  wie  co  powiedzieć. 
Chciałem ich zobaczyć. To zrozumiałe. A pan nie chciałby zobaczyć matki? 
No, ale zostawmy to, bo znowu trzeba będzie głupio milczeć. 
Z  tym  Hendliszem,  ojcem,  nawiązałem  kontakt  listowny  Pierwszy  napisał.  Każdy  list  to  był 
poemat. Wychwalał w nim Izrael od każdej strony. Jaki piękny, jaki sprawiedliwy, jaki czysty, jaki 
nowoczesny...  Przyznałem  się  do  swojego  pochodzenia,  więc  tym  sposobem  chciał  mnie  chyba 
zachęcić do wyjazdu. Nie wiem. Nigdy nie napisał wprost. 
— A inni spod nasypu? 
— Inni? Skrzydlak otworzył cmentarz dla zwierząt. Śpi na pieniądzach, ale nie obraca ich na ludzki 
pożytek.  Dom  wybudował  z  windą,  sprowadza  kobiety  z  miasta,  bawi  się...  Pewnie  chce  tym 
sposobem zagłuszyć duszę. Dostał wyrok za tamto. Odsiedział trzy lata. 
Muszyńska...  Tu  nie  ma  wiele  do  opowiadania.  Chałupina,  chleb  ze  smalcem,  ledwo  pocukrzona 
herbata,  kościół,  wyrzekanie  na  Skrzydlaka,  znowu  kościół  —  i  tak  dookoła.  Płocha  nie  żyje  od 
czterech lat. Przed śmiercią trochę sfiksował. 
Zrobił  sztancę  i  sztancował  na  niej  blaszki  do  łyżew.  Potem  chodził  z  pełnymi  kieszeniami  tego 
żelastwa, zaczepiał dzieci i wciskał im to. 
No  i  na  koniec  Władek  Bożyk.  Ten  się  w  porę  zreflektował.  W  osiemdziesiątym  wyjechał  do 
Ameryki razem z córką. Ożenił się drugi raz, córka pokończyła uniwersytety. Dobrze im się żyje. 
Czasem przyjdzie kartka... 
— A pan? 
— A ja? Czytam, czytam, czytam... 
Był środek nocy. Uników milczał. Nie odezwał się nawet jeden parchaty kundel. Psy zwiedziały się 
chyba o dziwnym cmentarzu i opuściły te strony. 
Stanisław  doszedł  do  rynku  miasteczka.  Stanął  przy  drewnianym,  narożnym  domu.  Z  głębi  ulicy 
nadjechało auto. Światło omiotło ściany, wyjęło z ciemności stary szyld: 
„Jan Płocha. Zakład szewski”. 
Drzwi  były  otwarte,  choć  zastawiała  je  żelazna,  sztaba.  Pojękiwały  na  starych  zawiasach, 
odmykając się i domykając bez ustanku. 
Stanisław wszedł. 
W  środku  nie  było  dość  światła,  ale  ta  drobina  która  dostawała  się  przez  wybite  okna,  dawała 
wystarczające poczucie beznadziei. Miejsce umarło razem z właścicielem. 
Pod  oknem  stał  ciągle  graniasty  warsztacik,  przy  nim  zydel  ze  skórzanymi  pasami  w  miejsce 
siedziska,  po  bokach  walały  się  zrzynki  starej  skóry,  drewniane  kopyta  i  papierowe  szablony 
cholewek. 
Muskat sięgnął do najniższej szuflady. 
Kiedy ją wysunął, od razu zobaczył tekturowe pudełko opasane gumką. Zdjął gumkę, wstrzymując 
przy tym oddech. Otworzył. 
Na dnie pudełka leżały dwie mosiężne blaszki Srula Hendlisza. 
Ten list z Izraela, który dała mu Elka, nie był ważny. Romek Pomersbach zapraszał, dziękował za 
książkę, chwalił. W liceum siedzieli w jednej ławce. Muskat jeszcze wtedy nie wiedział, że świat 
jest podzielony na Żydów i resztę. 
Teraz leciał do Izraela. Nie miał ułożonych planów: Spotkania na stoisku targowym, podpisywanie 
książek, rozmowy. Może Romek zabierze go tu i tam. 
Nie  zapamiętał  niczego  ważnego.  Jakiś  pierdolony  banał.  Pomersbach  też  banalny.  Rozmowy  o 

background image

książkach. Szkoda mówić. I to denerwujące żydłaczenie starców. Niby polski, ale jaki wkurwiający. 
Nie zapamiętał niczego do tej pory. 
To,  co  miał  zapamiętać  na  resztę  życia  —  dopiero  się  zaczynało.  Taksówka  zatrzymywała  się  w 
Hebronie, przy domu starego Żyda Pleszke Hendlisza. 
Dom stał w szeregu z innymi domami. Był biały jak one, miał skrawek trawnika przed sobą i za 
sobą. Dzień podchodził pod zmierzch, ale powietrze nie chciało się nasycić wilgocią. Było suche 
jak pustynny piasek. Taki sam piasek rozsypał się pod sercem Muskata. 
Nie wiedział jak wejść, jak zacząć rozmowę.  
W tym samym czasie podobny piasek wysuszył oddech Pleszke Hendlisza, chociaż dom był dobrze 
klimatyzowany. 
Starzec przyglądał się Muskatowi przez szparę w roletach. Wyglądał dokładnie tak jak w książce. 
— To będzie sucha noc — powiedział do siebie i poszedł otworzyć drzwi. 
W niedługo po tym siedzieli w fotelach na trawniku za domem. Skrawek ziemi otoczony był gęstą 
roślinnością. Cykady czepiły się jej tak zachłannie, że drzewa kołysały się, choć nie było wiatru. 
Pleszke Hendlisz ściskał w garści blaszki z butów swojego syna Srula. Na twarzy nie było widać 
wzruszenia. Na—wzruszał się już w życiu dostatecznie. Teraz tylko myślał. Ważył w ciężkiej gło-
wie słowa Muskata, mierzył je z tym, co sam wiedział o sobie. W końcu odezwał się tak głucho, że 
drzewa wokół znieruchomiały. 
— Odebrał pan moje myśli. To wszystko. Ja w tym nie widzę żadnego fenomenu. 
W osiemdziesiątym piątym zmarł na raka mój drugi syn Izaak. Przez krótki czas po jego śmierci 
bardzo nienawidziłem. To była nienawiść szczególnego rodzaju — bardzo silna i bardzo wycelowa-
na. Posłałem ją dokładnie w tamto miejsce. Wyobraziłem sobie, jak  umierają po kolei — Płocha, 
Zabigoś, Muszyńska, Skrzydlak, Bożyk. 
A kiedy już ich zabiłem w mojej głowie, przestałem czuć nienawiść. Zresztą po co, kiedy oni byli 
martwi? 
Głupi ludzie często używają takiego zdania: „przepadło bezpowrotnie”. 
Nic  nie  przepada  bezpowrotnie.  Wszystko  wraca.  Absolutnie  wszystko.  Trochę  inne,  odmienione 
— ale wraca. 
Kości moich dzieci, oczy Chuwci... 
Ja,  proszę  pana,  wierzę  w  p o w r o t n o ś ć .  Powrotność  jest  religią  nakazaną.  Pan  też  wyznaje 
powrotność, chociaż może o tym nie wie. Do pana powraca własne —dzieciństwo, kamień polny w 
ręku  dziadka  (czego  nie  powiedział?),  pierwszy  posiew,  wydawałoby  się  tak  zmarnowany  — 
zostawiony na podściółce w oborze i na dłoniach Tereski Trelanki. 
Ale do pana też wraca czyjeś. Żyd się nie boi małych i wielkich słów. Żyd się boi słów średnich. Ja 
teraz użyję wielkiego słowa. Bez strachu. Do pana powraca “wiekuiste. Właśnie tak. 
Chuwcię poznałem na kilka dni przed ślubem. Ożeniłem się późno, w trzydziestym czwartym roku 
życia. Wcześniej nie znałem kobiet. Gromadziłem majątek. W dzień ślubu byłem już człowiekiem 
zamożnym. 
W dziewięć miesięcy później rozdałem swój majątek w ciągu jednego dnia. 
Chuwcia  miała  ciężki  poród.  Nie  pomogło  pootwieranie  wszystkiego,  co  było  w  domu  —  okien, 
drzwi, szuflad, naczyń. Tak robią Żydzi. Aby łono kobiety otworzyło się bez bólu — otwierają. 
 
Wziąłem z banku dwie walizki pieniędzy i pobiegłem do miasta. W ciągu kilku godzin otworzyłem 
bramy wielu fabryk, drzwi restauracji, kawiarni, teatrów, kin, budynków państwowych. Ale i to nic 
nie pomogło. Wróciłem do miasta, by jak oszalały otwierać drzwi tramwajów; samochodów; bramy 
cmentarzy i szkół. 
Pod wieczór, kiedy razem  z odźwiernym  pchałem  bramę lecznicy Varikoffa, o moim  szaleństwie 
wiedziało już całe miasto— Dobrzy ludzie pootwierali wszystko w swoich domach. Dopiero wtedy 
Chuwcia urodziła Izaaka i Srula. 
W ten dzień miasto Łódź w Polsce było najbardziej otwartym i radosnym miastem w świecie. 
Potem przyszedł inny naród. Niemcy. To byli specjaliści od zamykania. 
Głupia Chuwcia. Pojechała. Dała się oszukać tysiąc razy, chociaż była najmądrzejszą kobietą, jaką 

background image

znałem. 
Kiedy  ją  wydarto  z  wagonu,  uwierzyła  że  to  przerwa  w  podróży.  Potem,  kiedy  pognano  moją 
Chuwcię do łaźni, ucieszyła się na myśl o ciepłej wodzie. 
Tak było. Znam moją Chuwcię. 
Stała pod tym nieludzkim prysznicem, rozpaczała że brakuje jej rąk do ukrycia wstydu i zachłannie 
patrzyła do góry. Czekała na wodę. 
Kąpiele,  to  była  jej  specjalność.  Wchodziła  do  łóżka  pachnąca  mlecznym  ciałem  i  czystością. 
Gasiła światło. Przez pięć lat naszego życia była tajemnicą. Odkrywałem ją bez pośpiechu. Wierzy-
łem, że mam na to całe życie. 
A tam... Rozebrali do naga moją Chuwcię i każdy mógł patrzeć. 
Chwała Bogu, że woda wreszcie pociekła. Że zamknęła ludziom oczy. 
Dzięki Ci Ein Sof. 
Pleszke Hendlisz zamilkł i znieruchomiał. Zapomniał o obecności Muskata. 
Siedzieli tak przez długą godzinę. Potem Żyd wstał, poszedł do domu, by za chwilę wrócić z szarą 
kopertą. 
— To przyszło na pańskie nazwisko. W pierwszej chwili chciałem oddać, pomyślałem że pomyłka 
poczty, ale coś kazało mi zatrzymać. Czekało na pana dwadzieścia lat. 
Potem nie było już żadnego słowa —wielkiego, ani małego. 
W samolocie otworzył kopertę. Znalazł w niej to, co spodziewał się znaleźć. Sufit w zimnej sypialni 
nie kłamał. 
Otworzył zeszyt Marii. 
 
Kochany Stasiu! 
Ten  list  piszę  na  koniec  mojego  dziennika.  Na  pewno  zrozumiałeś,  dlaczego  na  stronach  nie  ma 
liter. Są, ale inne. Łatwe do odczytania. 
Nad  każdą  stroniczką  pochylałam  głowę.  Te  chłodniejsze,  to  strony  zimowe.  Pamiętasz?  Szłam 
boso przez śnieg. Stanęliśmy naraz. Potem Cię pocałowałam jak kobieta. 
Te najzimniejsze, kruche od mrozu, to są strony z Twojego pokoju. Przegryzłeś mi wtedy brew. Nie 
bolało. 
Potem  są  strony  słoneczne.  Poznasz  je,  bo  pożółkły  od  słońca.  Pochylałam  się  nad  nimi  na  łące. 
Może znalazłeś suchego modraczka? 
Nad  stronami  pomarszczonymi  nie  zatrzymuj  się.  Nad  tymi  pochylałam  się  w  domu  dziecka. 
Zmoczyłam papier, więc się pomarszczył. Nie czytaj wszystkiego z tych stron. To są smutne słowa. 
Potem znów będą strony chłodne, zimne, ciepłe, gorące, pomarszczone i gładkie od szczęścia. Jak 
to w życiu. 
Wtedy w Prudniku, pod łaźnią — rozpoznałam Cię. Nie przeszkodził mi mundur, ani twoja ogolona 
głowa. Starczyło chwili. Na szczęście w porę ukryłam radość. Przeniosłam spojrzenie na Heńka i to 
cię uratowało. 
Te strony są pod koniec. Najbardziej słoneczne. Wymyśliłam, że on to  ty, a ja to  nie ją  — tylko 
Marysia z Popielaw. 
I wyszło co wyszło — śmierć ze szczęścia. 
Kocham Cię. Twoja Marysia. 
 
Kochana Marysiu: 
Ja  też  Cię  rozpoznałem,  ale  Zabrakło  mi  odwagi.  Żałuję.  Kiedy  spadłaś  na  ziemię,  podniosłem 
mniejsze  serce.  Pisklęta  były  martwe.  Zakopałem  serce  pod  kapliczką.  Przeczytałem  dziennik. 
Słowo  po  słowie.  Odnalazłem  suchego  modraka.  Ciągle  pachnie  łąką.  Jutro  naprawię  błąd. 
Zrozumiałem, że zakopałem cudze serce. Twoje było to drugie. Większe. 
Bardzo za tobą tęsknię. 
Twój Staszek. 
 
 

background image

— KONIEC — 

 

Rokiciny, grudzień 1997 r.