background image

 

                          Jan Jakub Kolski

                                                  Kulka z chleba

background image

WARSZAWA 1998
Ilustrowała
Mira Żelechower-Aleksiun
Ilustracje na obwolucie, okładce i wyklejkach Mira Żelechower-Aleksiun
Projekt   okładki,  obwoluty,   wyklejki,   karty   przedtytułowej   i   tytułowej  Maciej 
Sadowski
Zdjęcie na skrzydełku obwoluty Witold Chomiński
Redaktor Katarzyna Merta
Redaktor techniczny Joanna Krawczykiewicz
Korekta
Barbara Wiśniewska
Wiesława Wiszniewska
Warszawa 1998 © Copyright by Wydawnictwo Książkowe
„Twój STYL”, Warszawa 1998
ISBN 83—7l63—093—X
Wydawnictwo Książkowe „Twój STYL”
Warszawa 1998
wydanie pierwsze
Łamanie: „Enterek”, Warszawa
Druk i oprawa: Zakład Poligraficzno—Wydawniczy POZKAL, Inowrocław

background image

Marquez wstał o piątej rano. Lubił patrzeć na mgłę. Po prostu. Zresztą o tej godzinie cykady nie 
brzmiały jeszcze tak sucho, a i oddychało się o piątej rano lepiej niż na przykład o dziesiątej. Więc 
oddychał raz za razem, cieszył oczy czym się dało i nie podejmował żadnych postanowień — ani na 
ten ani na następne dni.
—   No,   chyba   że   się   potknę   o   pióro   i   kawałek   papieru.   Wtedy   napiszę   coś.   Byle   co.   Parę 
gównianych zdań. Najlepiej przed śniadaniem.
Ostatnie śniadania, co by nie jadł —wzdymały mu brzuch. Licho wie dlaczego?
— Starość... Po prostu starość — przyznał się po cichu. Czas wracać do Aracataki.
Nie pomagały nawet masaże Conchity To znaczy— pomagały, ale na co innego.
— Znam masaż tybetański i kurewski. Piszę doktorat o panu — tak się przedstawiła kilka lat temu.
Starzec aż się uśmiechnął do wspomnień, do pierwszego razu, kiedy pod ręką Conchity ożył na 
nowo.
— Tylko ten doktorat po cholerę? Co innego masaże. Te powiększają wiedzę o świecie.
Tak myślał Marquez.
Tymczasem mgła podniosła się odrobinę. Nie na tyle  jednak, by uwolnić cykady od wielkiego 
napięcia. Każdego dnia nieodwołalnie zmagały się cykady z odwiecznym  pytaniem:  czy słońce 
zdoła je osuszyć na tyle, by nie przykleiły się do samych siebie?
Stąd zresztą — zdaje się — —wziął się ten upojny dźwięk, podniecający kochanków bardziej niż 
proszek z gurany — ze strachu cykad.
— Tak mógł myśleć Marquez. Tak mogło być — powiedział do siebie Stanisław Muskat, pisarz.
Obudził się o dziesiątej rano, pięć godzin po Marquezie, i jako pierwsze wypowiedział te właśnie 
słowa. W chwilę po nich, podjął twarde postanowienie o napisaniu powieści.
— Tak, teraz napiszę powieść. Dość już tych zamachów na rzeczy małe. Upycham w nich ponad 
miarę — to to, to tamto. Nie mieści się wszystko, bo jak ma się zmieścić? Zresztą bałem się, a teraz 
się nie boję. Nie. Gówno prawda. Boję się tak samo.
Cienka książczyna dawała więcej bezpieczeństwa. Ktoś czytał ją na raz, nie odkładał na chwilę 
spokojniejszą,   jak   się   odkłada   kolubryny   z   dwudziestu   arkuszy   drukarskich.   Nie   wracał,   nie 
zamyślał się...
Ale, co tam. Przyszła pora na większe pisanie. Dojrzało to coś, co dojrzewa. Na—ciążyło to coś tak 
bezbrzeżnym ciężarem, że jak nie zacznę pisać, to zacznę rzygać.
To coś. Czy się nazywa? Czy ma kształt, dłonie z palcami? Ma, jak każda śmiertelnie zaniechana 
miłość. Śmiertelnie, to znaczy tak, że jak się jej na coś nie przerobi, to się umrze. Po prostu.
Ten banał: umarł z miłości. Jak takiego opisać na cmentarzu? Jakim kamieniem przycisnąć, żeby 
nie obnosił po świecie tego pierdolonego pękniętego serca?
Napiszę tak: Na przykład Heniek.
Trafił do Prudnika do wojska. Nie miał tych różnych wujków pułkowników, majorów, kochanków 
matek czy sióstr. Więc trafił do podłego wojska, tak jak i ja trafiłem. Ja zresztą po roku ucieczek. 
On — od razu, za pierwszym razem.
Niech to  będzie  pierwsza historia  o śmiertelnie  zaniechanej  miłości.  Zaraz  opowiem.  Na razie 
wychodzę  z mieszkania. Mam spakowaną walizkę,  w niej zaś konieczne  świętości:  dziadkowy 
sztancownik   z  dębiny,  do  wyciskania  kresek  na   krawędziach   pasków  (dziadek  był   rymarzem), 

background image

wielki klucz od spichrza stojącego w Popielawskiej resztówce, i parę rzeczy, których nazw nie 
wolno wymieniać, bo nazywanie odejmuje im świętości.
Za chwilę wsiądę do auta i pojadę. Na jakiś czas zostawię Elkę i syna. Poradzą sobie. Ela jest 
zaradna, kiedy akurat nie ma mnie pod ręką. Ostatnio poradziła sobie z moim zakochaniem. Niby 
przystała na odejście, niby zrozumiała i wzięła część winy na siebie.
— Rozumiem — mówiła. — To piękne, że się zakochałeś. Naprawdę piękne.
Pociekły łzy Elczyne. Ja się łatwo daję nabierać na łzy. Już w pięciu łzach można mnie utopić. Tak 
zrobiłaś,   Eluś.   Utopiłaś   mnie   w  swoich,   a   potem   w  moich   łzach.   Nawet   nie   zauważyłem,   jak 
przydźwigałaś nowe kamienie, by mnie nimi przycisnąć. Więc zostałem jeszcze raz — niby z tobą i 
Włodziem, a tak naprawdę — znów tylko ze sobą.
Dotrzymuję tak sobie towarzystwa jak umiem, ale prawdę mówiąc, pierdolę już to.
A więc najpierw Heniek. Jak to opowiedzieć?
Dni przelatywały nam w wojsku, po wojskowemu. To znaczy idiotycznie. Rozrywaliśmy płuca na 
porannych   biegach,   żarliśmy   gówno   na   śniadania,   obiady   i   kolacje.   Między   tym   —   maszero-
waliśmy,   strzelaliśmy,   śpiewaliśmy:   „Słońce   spięło   złotą   broszą   Prudnickiego   nieba   szmat”... 
czołgaliśmy się, piliśmy kawę z bromem, tęskniliśmy za matkami, panienkami i pierdoleniem.
W każdy czwartek, całą kompanią, czyli setką chłopa, maszerowaliśmy do miejskiej łaźni. Tam, w 
przedwojennym budynku, upychaliśmy się po kilku w kabinkach. Kabinki były małe, wyłożone 
drobnymi  kafelkami,  przytulne,  poniemieckie.  W tych  poniemieckich  kabinkach zmywaliśmy  z 
siebie tygodniowy brud.
Potem   przychodził   czas   na   papierosa   przed   budynkiem   i   na   popatrywanie   dookoła.   To   było 
najmilsze. Szczególnie miłe, od chwili kiedy zobaczyliśmy Luśkę.
Luśka   nie   była   pięknością.   Miała   najwyżej   metr   pięćdziesiąt   wzrostu,   perkaty   nosek,   płowe 
warkocze sięgające do ziemi, pionową bliznę na lewej brwi, pucołowatą buzię, niewielkie cycki i 
trochę krzywe nogi.
Do tego oczy.
Te były specjalne. Zapisane jak dziewczyński pamiętnik. Drobniutko. Czytało się w nich od razu 
jakąś chorobę szukania. Oczy Luśki nie wyostrzały się na niczym  ani na nikim.  One szukały, 
szukały i szukały. Bez ustanku. Były niebieskawe, do tego duże i załzawione.
Trochę   już   słyszeliśmy   o   Luśce.   O   jej   nocnych   pobywaniach   w   koszarach   i   reputacji 
najusłużniejszej kurwy w tej części świata.
Opowieści były bajeczne. Podobno miała kurewską normę, którą wyrabiała nawet w najbardziej 
niesprzyjających  warunkach. Dwudziestu żołnierzy na dziesięć godzin nocy. Czasem nawet do-
kładała do tego czterech, czy pięciu, kiedy usmarkani z płaczu, błagali o jaki bądź numerek. Brała 
wtedy po dwóch naraz. Mówiło się też o „ruskiej gwieździe”, figurze, którą układała Luśka z pięciu 
wojaków na niej, pod nią i dookoła niej. To był popisowy kurewski numer. Jakiś kapral miał nawet 
takie zdjęcie, ale poszedł z nim do cywila.
Tego dnia pod łaźnią Luśka jak zwykle szukała czegoś tym swoim niebieskawym szukaniem, aż 
doszukała się Heńka. Poznać to można było po tym, że w jednej chwili jej wzrok uspokoił się, a 
miejsce niedawnej choroby od razu zaczęła zajmować druga. Tą była miłość.
Powiesili się na jednej gałęzi, w niedługo po poznaniu. Niczego tam nie było po drodze od poznania 
do umierania. Żadnego widocznego nasiąkania miłością, żadnych znaczniejszych uniesień. Heniek 
wrócił z łaźni do koszar, jak wracał w każdy czwartek. Potem cały tydzień przewojował na tych 
gównianych poligonach. Jedyną odmianą były kwadranse patrzenia w oczy Luśki. Kupował je od 
wartowników za papierosy. Jedna paczka —jeden kwadrans. Nawet palców nie mogli połączyć w te 
miłosne minuty. Mur był z pełnej cegły, poniemiecki i tylko tu czy tam miał jakąś znaczniejszą 
dziurkę. Starczało tego na patrzenie w oczy, szeptanie zaklęć. Na wielką miłość.
Wreszcie przyszedł czwartek, a z nim wymarsz do łaźni.
Darmo Heniek czekał. Luśka nie przyszła.
Prawda odkryła się następnego dnia.
Stare wojsko wzięło sobie Luśkę do pierdolenia. Dość mieli jej nowego obyczaju, przy którym nie 
rozkładała   nóg.   Zapakowali   kurwę   do   ciężarówki   i   powieźli   za   miasto.   Dwudziestu   sześciu 

background image

chłopców. Zapłacili papierosami. Z całego serca.
Ledwo stała mikruska, kiedy przyszła pod mur, żeby popatrzeć w Heńkowe oczy. Przerzuciła przez 
wysokość dwadzieścia sześć paczek papierosów. Tyle kwadransów chciała patrzeć. Ale nie ustała. 
Zemdlała z wyczerpania.
Tej nocy Heniek uciekł z wojska. Tej nocy Luśka zniknęła z miasta. Ich los poznano dopiero 
następnej wiosny, kiedy sierpówki zebrały się do układania gniazd.
Za Prudnikiem nad rzeką stały lipy. Mocarne jedna w drugą. Tam sobie znaleźli miejsce. Wysoko, 
wysokuśko. Przez najwyższą gałąź przerzucili wojskowy pas Heńka. Na jego końcach powyplatali 
pętle z Luśczynych obciętych warkoczy, powkładali w nie głowy i wolno, wolniusieńko — spuścili 
się z gałęzi. Celowali chyba, tak żeby broń Boże nie stracić się ze wzroku ani na chwilę. Nie 
zmarnować już nigdy żadnej sekundy patrzenia. I udało się.
Tlała odzież, przypalało słońce, siekał deszcz, przelatywał ptak, przysiadał na pierwszej głowie z 
brzegu, srał pod siebie, odlatywał, ubywało mięsa w ciałach, wysychały kiszki, leciały w dół trupie 
robaki, sypał śnieg, wieszały się sople na kościach spojonych suchymi ścięgnami. Aż zostały na 
drzewie   dwa  śmieszne  szkielety   przyobleczone  w  resztki   ubrania.  W   klatkach  żeber   tłukły  się 
poruszane wiatrem dwa ztrupieszałe serca.
Bóg jeden wie, jak długo mogli tak na siebie patrzeć. Wiadomo, że wojsko daje na pasy najlepsze 
skóry, a i warkocze Luśki były dobrego gatunku. Sto, może dwieście lat?
Patrzenie  skończyło  się po roku, bo jakaś pierdolona  sierpówka wybrała  sobie lipę  wisielców. 
Akurat tę, a nie inną. Wymościła sobie gniazdo w Luśczynej piersi i zabrała się do znoszenia jaj. 
Kiedy na świat przyszły młode i zaczęły pożerać znoszone im robaki, Luśka lekko przeważyła. 
Któregoś ranka, pociągnęła za sobą Heńka. Trupy spadły na polną drogę. Kości pomieszały się na 
zawsze.
No to opowiedziałem historię o Heńku i Luśce. Ta historia ma dalszy ciąg. Bardzo dalszy.
Luśka... Czy mi kogoś nie przypomniała, tam pod łaźnią? A ja? Czy nie wydałem się jej do kogoś 
podobny? Kto to wie?
Prawda pomieszała się z gównem, tak jak kości Luśki z kośćmi Heńka. Już i tak za dużo o tym 
powiedziałem. Teraz przestaję mówić, bo dojeżdżam na miejsce.
Akurat wypatruję kogoś na horyzoncie. Horyzont zawsze niesie dobrą nadzieję. Rzeczy są małe i 
nie wiadomo w co się powiększą. Jeżeli jesteś dobrym człowiekiem, wierzysz, że powiększą się w 
radość, dla tych których kochasz. Jeśli jesteś tylko dupkiem, nie wierzysz w horyzont w ogóle.
Właśnie po wiotkiej kresce idzie jakiś człowiek. Ciężeje nad nim niebo. Człowiek jest daleko, bo 
tak musi akurat być. Idzie ze spuszczoną głową, staje, pochyla się i prostuje na nowo. Pewnie pod-
niósł garść ziemi i teraz sprawdza, czy wystarczająco tłusta, by latem udźwignąć pszenicę.
Patrzę na niego i gadam przed siebie.
To powiedziawszy, Stanisław zamilkł. Postanowił, że wypowiedziane słowa były ostatnimi, choć 
od razu wiedział, że nie dotrzyma postanowienia. Że złamie je przy kapliczce. 
— Za dużo mówię... — powiedział dużo wcześniej.
Kapliczka stała na miejscu. Pośród pól, bokiem do drogi — stała jak należy. Kapliczka urągowisko, 
kapliczka wyrzut sumienia, kapliczka ratunek wszechmogący.
Stanisław westchnął z ulgą.
— Chwała Bogu. Chwała Bogu, że sioisz, dobra, mądra, nieprzemijająca. Chwała Bogu. Będę miał 
od czego zaczynać... Właśnie od ciebie zacznę — poprawił się po chwili.
Stał   na   kamienistej   drodze   schodzącej   do   kawałka   świata   zwanego  Glinnikiem.   Była   brudna 
wiosna. Z pola na pole przelewała się woda. Nie poznawała się na drodze, nie brała jej serio. Waliła 
strumieniem jak się patrzy.
Taka wiosenna woda płynie szczególnie. Kto ma serce ze wsi, nasiąka nią na zawsze. Stanisław 
miał serce. Stał po kostki w wiosennej polnej wodzie i znów płakał.
— Zacznę od kapliczki — upewniał się przez łzy — a kiedy już się nią nacieszę, wtedy pomyślę o 
tobie.
Nie pociągnął dalej słów. Uznał, że tyle ich wystarczy. Że jak na cztery godziny stania w wodzie i 
tak powiedział dużo. Ucieszył się nawet, że zaczyna obywać się bez mówienia do siebie. Resztę po-

background image

stanowił napisać, kiedy już zabierze się do powieści. Ruszył  z miejsca. Podszedł do kapliczki, 
schylił   się   po   patyk   i   napisał   nie   rozumiejąc   dlaczego   to   robi:   „WSZYSTKO   NIEPOJĘTE 
ŚWIATA”.
Napis utrzymał się do nocy.
Stanisław spał już od trzech godzin, kiedy pod kapliczką pojawił się człowiek. Był to wychudły, 
około pięćdziesięcioletni mężczyzna, z twarzą zapisaną czymś nie z tych stron. To była piękna 
twarz. Taka, jakich darmo szukać w okolicach Popielaw. Kiedyś przyjechał w to miejsce Żyd z 
Izraela. Może tylko on miał równie gorejące oczy i szlachetne czoło, jak ów nieznajomy, który 
nieoczekiwanie pojawił się pod kapliczką. Zresztą nie został długo. Zamazał napis Stanisława stopą 
obutą w dobre angielskie trzewiki, potem wrócił skąd przyszedł.
Stanisław obudził się w dobrym nastroju. Tę noc przespał tak dobrze, jak mało którą noc w życiu 
— z gadaniem psów za oknem, z miłosnym ocieraniem lipowych gałęzi o dach. Z wszystkim co 
lubił. Prawdę mówiąc, tylko tu w niewielkim domu po dziadkach, stojącym pod bukowym lasem, 
zasypiał i budził się bez trudu.
Buty   już   obeschły.   Stanisław   wyjął   je   z   piecyka.   Odsunął   fajerki.   Żar   trzymał   się   jeszcze, 
wystarczyło przerusztować i dorzucić parę żywicznych szczapek. Ogień strzelił od razu...
Nawet godzina wstania ułożyła się w jedno z zejściem chmur z nieba. Słońce zajrzało przez okno. 
Zobaczyło czterdziestoletniego mężczyznę. Mężczyzna stał pośrodku izby. Był nagi, jeżeli nie li-
czyć butów na gołych stopach.
Miał jakieś sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, mocne ciało, zaświadczające o uprawianych 
kiedyś sportach, trochę posiwiałe skronie, zielone, nieco zmatowiałe oczy i wąskie usta z nieznacz-
nie opuszczonym lewym kącikiem.
W jego twarzy było pomieszanie świętych obrazów z pospolitymi rysami Popielawskich chłopów. 
Trudno powiedzieć, żeby to była ładna twarz. Trudno nawet powiedzieć, że odnajdowało się w niej 
od razu dobroć, czy przynajmniej inteligencję. Twarz Stanisława była taka, jak on cały — broniąca 
dostępu.
Tego   dnia   postanowił   nie   rozglądać   się   jeszcze   po   obejściu,   nie   naprawiać   tego,   co   było   do 
naprawienia i nawet nie zaczynać pisania.
Ten dzień przeznaczył na spotkanie z Julka.
Julka, Julka... Jakby tak dobrze się zabrać, tylko o niej można by napisać całą książkę. Miała 
szesnaście lat, kiedy Stanisław zobaczył ją po raz pierwszy. To było chyba w Zacharzu, na wiejskiej 
zabawie.
Upiec szedł już na dobre. Wieczorami pachniało nagle zwilgotniałym zbożem, kiedy mgła dopadała 
snopów dosychających na polach.
Julka   tańczyła   ze   starszą   siostrą.   Tuliły   się   do   siebie   jak   para   kochanków.   Grała   orkiestra, 
skrzypiała podłoga ułożona na placu przed remizą. Przez siatkę zaglądały niedorostki, karmiąc oczy 
czym się dało, a już najbardziej piękną Julka. A Julka tańczyła z zamkniętymi oczami. 
Tak   się   ułożyło,   że   odemknęła   sklejone   powieki   akurat   wtedy,   kiedy   zauważył   ją   Stanisław: 
Dopiero to czarnobrewe i czarnookie spojrzenie zrobiło z Julki całość, ułożyło się w komplet z 
dumną głową, białą, prawie przeźroczystą skórą, drobnymi dłońmi, meszkiem na karku, szczupłymi 
łydkami i pęciną cieniutką jak u koników z przedwojennych pocztówek.
Julka spojrzała tylko na chwilę, ale tej chwili starczyło, by później, w środku nocy, tarzać się ze 
Stanisławem, mieszając po raz pierwszy swój pot z potem mężczyzny i swoją dziewiczą krew z 
jego nasieniem. Nim to się jednak stało, nim Julka poszła za nim jak pies, starsza siostra, wzruszona 
czymś ponad miarę, lub może podniecona ocieraniem o ciepłe ciało tanecznej partnerki, pochyliła 
się do karku Julki, przylgnęła do niego ustami i została tak na długo, do pierwszego płaczu.
Pamięcią tej nocy Stanisław karmił się jeszcze przez wiele lat.
To gwałtowne oddanie się Julki, to ofiarowanie się bez grzechu i bez granic, ożywiało nadzieję na 
miłość bezinteresowną. Ile razy później usłyszał: „kocham cię”  wypowiedziane przez siebie lub 
przez kobietę, tyle razy pamięcią Julczynych spazmów podpierał te nowe miłości jak struchlałe 
płoty, a tak naprawdę grzebał je od razu. Bo jak zrównać się z oddaniem Julki? Jak się zrównać?
Która z was wypisała później zapałczaną siarką na przedramieniu: „Kocham tylko Staszka”? Która 

background image

jeździła   kulawą   damką   na   szóste   wsie   i   siódme   odpusty,   by   odciągać   z   płaczem   od   innych 
dziewczyn i krzyczeć: „zabiję, a nie oddam!”. Która czekała do świtów przed stodołami, kiedy 
siano w sąsiekach nasiąkało zapachem innych kochanek?
A ty ostatnia. Czy poszłaś za mną jak pies, nie wspominając słowem o strachu? Czy poszłaś, żeby 
tylko być i być, i nic więcej?
Stanisław przestraszył się. Znów mówił do siebie, choć postanowił nie mówić.
— Widać jeszcze nie czas... — dokończył z odnowionym nagle lękiem.
W pobliże domu Julki trafił dopiero dobrze po południu. Wyjechał wprawdzie zaraz po śniadaniu, 
ale po drodze naszła go myśl, by skręcić na Łaznowski cmentarz.
— Odwiedzę groby dziadków — powiedział do siebie ostatni raz tego dnia.
Nie doszedł nawet do bramy, kiedy usłyszał płacz Kusidełki. Poznał od razu, bo w płaczu staruchy 
usłyszał ten nieznośny ton zapamiętany z dzieciństwa.
Był to przeciągły, wysoki, niemiły dźwięk, jaki zdarza się, kiedy głos nie trafia na przeszkodę w 
postaci zębów: Takim bezzębnym głosem nawoływała kiedyś Ku—sidełka stadko kur i przeklinała 
cały świat za krzywdy doznawane od pijanego chłopa. Jak kiedyś, tak i teraz, powtarzało się w 
płaczu Kusidełki przywoływanie Jezusa na świadka tych wszystkich nieszczęść.
Stanisław   wychylił   się   zza   murka.   Zobaczył   staruszkę   i   zaraz   od   serca   odeszła   mu   twardość. 
Kusidełka była zaledwie małym pochylonym przecinkiem. Kruszyną, przepadającą raz po raz za 
większymi od niej krzyżami.
Dopiero teraz dosłuchał się prawdziwej rozpaczy w zawodzeniach kobiety.
Tak nie mogła płakać po mężu. Kto zatem umarł?
Odpowiedź znalazł po godzinie, kiedy Kusidełka zabrała się z cmentarza razem ze swoim płaczem.
Podszedł do grobu i spojrzał na zdjęcie, ale jeszcze nim zrównał się wzrokiem z owalną porcelanką, 
wiedział kogo zobaczy.
Zobaczył   Tadzika   Kusidła,   syna   Kusidełki,   męża   Julki,   ożenionego   z   nią   na   wyraźną   prośbę 
przyjaciela — Staszka Muskata.
— Tadzik nie żyje — pomyślał tylko, pomny przyrzeczeń, że tego dnia nie odezwie się już do 
siebie.
— Tadzik nie żyje. Czy to nie głupie? Głupie jak cholera — osądził w myśli.
Długo potem chodził nad rzeczką za cmentarzem. Kręciła się rzeczeńka jak krowi ogon, a Stanisław 
razem z nią. Wiedział teraz, że jeżeli pojedzie do Julki, to pojedzie do wdowy. A czy będzie umiał 
rozmawiać z wdową? Czy w ogóle będzie umiał rozmawiać?
Dom Julki stal w tej części Popielaw, którą od zawsze nazywano Podrzeką. Stał na końcu, prawie 
pod Olszową. Nic nadzwyczajnego. Szary domek z cegły, czerwona obora i taka sama stodoła, do 
tego jakieś przybudówki, które Tadzikowi służyły za „samotnie wynalazcze”. Tak je nazywał, a co 
tam robił naprawdę — nikt nie wiedział.
Kiedyś wyjechał stamtąd traktorem „samopałem”, zrobionym ze spalinowego silnika, służącego 
zwykle do młocek. Jeździło toto z hukiem i fasonem, aż raz nie dało rady się zatrzymać i zabiło 
Błochowi   krowę,   traf   chciał—cielną   we   dwoje   cieląt.   Taki   przypadek!   Więc   Tadzik   skasował 
„samopał”, pożył jeszcze parę lat i nie wiadomo po co zmarł na serce.
Kiedy stara kobieta otworzyła drzwi, Stanisław nie od razu poznał, że to Julka. Coś tam wprawdzie 
zostało w oczach, coś się jeszcze tliło w tych węglikach spalających kiedyś na przelot, ale przecież 
nieudacznie, jakoś tak—za wszelką cenę.
Julka widać poznała po wyrazie twarzy te płoche myśli Stanisława. Wszystkie naraz. Ale zamiast 
posmutnieć po kobiecemu, zamiast zawstydzić się, jak to przyłapane na zdradzie kobiety mają w 
zwyczaju, przywołała na twarz dobry uśmiech i odezwała się delikatnie.
— Postarzałam się, co? Wejdź Stasiu. Akurat nic nie robiłam. Wejdź kochany... Wiem, postarzałam 
się. No, co tam... ludzie się starzeją...
Za chwilę usiedli do rozmowy.
— O Tadziku pewnie wiesz. Na serce. Teraz teściowa płacze i płacze. Chorował. Stale ta arytmia... 
Niby   można   było   leczyć,   ale   sam   wiesz,   do   lekarza   dwanaście  kilometrów,   do   Rokicin.   Raz 
lekarstw  starczało,   to   znowu   brakowało.   Tak   się  żyło...   Ale   co   tam...   nie   ma  co...   Już   swoje 

background image

wypłakałam. On biedaczysko... też. Niby nie było widać, ale czuło się, że tam w środku płacz nim 
wstrząsa.  Dałam  co mogłam.  Dwie  córki,  ręce  do roboty...  Nawet  ten  napis  po tobie   kwasem 
zapaprałam, żeby go nie kłuł w oczy. Widzisz jaką mam bliznę? Nie umiałam pokochać. Poszłam 
za niego jak kazałeś, ale pokochać? Nawet próbowałam, ale sam wiesz... takie próby... Widać od 
razu, że na siłę. A Tadzika znałeś. Wszystko zobaczy. No i tak się całe życie przeżyło.
— Ale co tam u ciebie, kochany Stasiu? No mów. Co tam u ciebie?
Stanisław mówił długo i nieoczekiwanie łatwo. Głównie o nowej książce. O powieści. Napisała się 
w tej rozmowie szybko i pięknie. Nawet żałował, że nie zabrał ze sobą dyktafonu. Śmiał się z 
młodszych kolegów „piszących” tak nowocześnie, aż tu, przy tej rozmowie, sam pożałował, że nie 
zabrał dyktafonu, bo kupił sobie oczywiście na wszelki wypadek.
Nie spostrzegli się oboje, jak wieczór przypadł do dachów.
— Zostaniesz na noc, Stasiu? — spytała Julka z nadzieją.
— Nie Juluś. Nie mogę. Tak rozgrzałem wyobraźnię, że chyba pojadę zaraz pisać.
— No tak. Pisać. Ale może jeszcze chociaż z godzinkę...
Został   jeszcze   dwie   godziny.   Julka   zgasiła   światło.   Położyła   się   do   łóżka.   Przepadły   gdzieś 
zmarszczki, przepadła zmatowiała skóra. Głos został tamten i pozwalał utrzymywać wiarę. Nie star-
czyło tego na długo. Na tyle zaledwie, żeby się trochę sobą ucieszyć. To nie była duża radość.
— Zawsze cię kocham — odezwała się Julka. Zrozumiałeś Stasiu?
— Tak. Zrozumiałem. Nie przestałaś mnie kochać. Czy tak?
— No widzisz. Nie zrozumiałeś. Piszesz książki, a nie zrozumiałeś. Powiedziałam, że zawsze cię 
kocham, a to znaczy, że zawsze. Nie ma w moim życiu pustej chwili. Takiej, która by się obyła bez 
kochania ciebie.
No co kobieta robi w życiu?
— Różne rzeczy.
— Właśnie. Różne rzeczy. Podciera dzieciom tyłki, karmi, pierze, gotuje, śpi, oddaje się mężowi, 
budzi się, patrzy na drzewo, głaszcze kota, płacze, przeklina, wyrywa zęba, je obiad, pije kawę, 
słucha muzyki, wyrzuca gnój z obory, zbiera ziemniaki, idzie do sklepu, krzyczy ze strachu, patrzy 
na deszcz, boi się burzy, ubiera się ciepło, wysmakuje nos, tamuje krew, myje głowę, modli się, 
ciągnie sanki, lepi bałwana, zabija kurę, tęskni, nie rozumie, próbuje zobaczyć, wychodzi na drogę, 
rodzi dziecko...
Teraz rozumiesz Stasiu?
— Tak. Teraz rozumiem. Przepraszam.
 
Spadł deszcz. Stanisław wracał do siebie, pod las. Odkręcił szybę w aucie. Miał nadzieję, że deszcz 
uczyni powietrze lżejszym, bowiem tak nadążyło słowami Julki, że chmury zdawały się dociskać 
auto do ziemi.
Już na miejscu, zabrał się do drobnych czynności. Poszedł do drewutni, połupał świerkowe szczapy, 
sięgnął po węgiel spod podłogi, wygrzebał popiół spod kuchni, rozpalił ogień.
Wierzył,   że   z   takiej   powszedniości   przyjdzie   spokój,   a   potrzebował   go   teraz   jak   mało   kiedy. 
Pokazał się Julce jak ostatni głupiec. Jak zadowolony z siebie bałwan. Naopowiadał mądrości, 
pookraszał i tak nieskromne zdania, słowami jeszcze mniej skromnymi. A wszystko po nic. Po nic. 
Bo to, co stało się ważnego między nimi, co było tylko mądre, tylko dobre tego wieczoru po-
chodziło ze słów Julki, albo z jej milczenia.
Pisarzowi odeszła ochota na pisanie, a w każdym razie na pisanie tego, co tak nieskromnie chciał 
napisać.
— Tylko ona. Od niej do niej. Od niej do wszechświata. Od wszechświata do Julki — odmierzał 
świat na nowo.
Taka na przykład powszedniość: Właśnie Julka wstaje, obciąga fartuch i wychodzi do sieni. W sieni 
stoi miednica. Julka zdejmuje górę sukienki. Nie całą sukienkę, a tylko górę. To ważne. Pokazują 
się chude łopatki i tasiemka od lichego stanika. Pochyla się, napina skórę na plecach, nabiera wody 
z miednicy, trzyma ją tak w garściach, ale nie niesie do twarzy. Woda wycieka i wycieka. —
— Wstydzę się — mówi Julka cicho.

background image

W środku nocy Stanisław usiadł przy zeszycie. Postanowił napisać o Julce.
Nawet nie zauważył, kiedy na papier posypały się inne słowa, niż planował, i ułożyły z nich inne 
zdania, z tych zaś zupełnie inna historia niż ta, którą miał napisać.
Uśmiechnął się nieznacznie.
W   tym   samym   czasie,   podobnie   nieznacznie,   uśmiechnął   się   mężczyzna   przy   kapliczce,   w 
Popielawskiej resztówce. Tyle, że on — w odróżnieniu od Stanisława — wiedział dlaczego.

STANISŁAW MUSKAT 

„ŻYD PLESZKE” 

— POWIEŚĆ —

— ROZDZIAŁ PIERWSZY —

„Ja, Pleszke Hendlisz, religijny Żyd, stojąc u kresu życia, którym nie ucieszyłem się wcale, kończę  
spisywać historię.
Kiedy tylko opuszczę na papier ostatnią literę, wyjdę za granice miasta He—bron i spłonę żywym  
ogniem. Razem ze mną spłonie dziewięćdziesiąt lat mojego zasranego życia i słowa o nim, zapisane 
na dobrym, żydowskim papierze.
Potem mój syn, Izaak, wyjedzie do Polski, zbierze dziesięciu religijnych Żydów, by wraz z nimi  
odmówić kadisz za naszych dobrych zmarłych, pośród których będę jedynie lichą garścią popiołu,  
zabranego do kieszeni przez mojego dobrego syna.
Tak będzie, chociaż mój dobry syn Izaak nie zrozumie, po co sięgnie po
 garść moich ciepłych kości,  
ścięgien   i   krwi.   Potem   tak   samo   nie   zrozumie,   po   co   chowa   do   kieszeni   tę   marną   cząstkę 
żydowskiego ojca i po miesiącach, dalej nie rozumiejąc — rozsypie ją na polskich polach pod  
Będkowem”.
Żyd   Pleszke   zakończył   pisanie.   Westchnął   i   wraz   z   westchnieniem   postawił   kropkę   po   słowie:  
„Będkowem”. W Hebronie trwała ciepła noc. Gadały u; niej suche świerszcze i gwary uliczne. Te 
jednak dochodziły ciszej, bowiem dom Pleszkego ułożony był na obrzeżu miasta.
Stary Żyd nie odłożył pióra. Sięgnął po kopertę leżącą na filcowym podkładzie i po kartkę listowego  
papieru.   Splunął   na   papier,   charknął   ordynarnie,   dobywszy   plwocinę   z   dna   gardła.   Żółtym  
paluchem dokładnie rozprowadził maź po kartce.
Kiedy kartka podeschła, złożył ją we czworo, wsunął do koperty, zakleił, odwrócił i napisał adres.  
Mani Perlman, Będków, województwo piotrkowskie, Polska.
Potem   połknął  kulkę,   westchnął   jeszcze   raz,   wstał   i   podszedł   do   lustra.   Ujrzał   w   nim   to,   co  
spodziewał się ujrzeć — gotowego na śmierć Żyda.
Ten   w   lustrze   miał   dziewięćdziesiąt   łat,   wielką,   siwą   głowę   zamocowaną   na   cieniutkiej   szyi,  
krzaczaste   brwi,   ciężkie   powieki   zachodzące   na   wyblakłe   oczy,   pergaminową   twarz,   ze   zmar-
szczkami nienormalnie cienkimi, jakby wygładzonymi pod ciężarem żółtawej brody.
Tak wyglądał Pleszke.
Za godzinę płonął już żywym ogniem, stojąc plecami do Hebronu i mieszając swoje ciepło z ciepłem  
murów miasta, rozgrzanych za dnia.
W dłoni trzymał komplet zapisanych stron, które zajęły się ogniem najpóźniej. Wyglądało na to, że 
ciało Pleszkego było łatwiej palne niż papier. I mogło tak być, jak dowiodły przypadki ludzkich  
samozapaleń, opisane przez Karla von Reichenbacha. Przy czym pisał on o „transpiracji podczas  
gnicia”, a Pleszke przecież nie gnił. Przeciwnie. Pleszke był wyschnięty niczym pergamin i tym  
chyba należałoby tłumaczyć gwałtowność ognia.
Jak by nie było, stary Żyd Pleszke Hendlisz zakończył życie jako kupka popiołu, a białe mury  

background image

Hebronu jeszcze przez tydzień oddawały ciepło zabrane z tego ognia.
Zanim zdążyły wystygnąć, Izaak Hendlisz, jedyny syn Pleszkego, pochylił się nad grobem ojca, 
podniósł garść popiołu i nie wiedząc czemu to czyni,
 schował do kieszeni spodni.
W miesiąc po tym wydarzeniu był już w drodze do Polski.
Tego   roku   wiosna   przyszła   do   Będkowa   łagodnie.   Zresztą   od   początku   ten   rok   ułożył   się   w  
Będkowskich uliczkach miłej, niż poprzednie lata.
Nie zamarzła woda w wodociągu, nie zmarł żaden obywatel, a stutrzyletnią Balcerkową opuściła  
conocna zmora.
Zwykłe było gorzej.
Zima odchodziła niespiesznie, znacząc swój odwrót szeroko rozlaną Wolbórką, podmytymi ulicami  
i zapaleniami płuc, które zabierały do grobów starszych mieszkańców. Częściej niż raz w miesiącu  
odzywała się żałobnym tonem sygnatura na kościelnej wieży. Będkowski bruk deptały wtedy czarne  
buty   żałobników.   Pogrzeby   były   jak   spisy   mieszkańców.   Stawiali   się   prawie   wszyscy.   Z   tych  
pogrzebowych   wyliczeń   wynikało,   że   mogło   tu   mieszkać   od   stu   siedemdziesięciu,   do   stu 
osiemdziesięciu osób.
Będków   był   małym   miasteczkiem,   zmyślnie   wpasowanym   między   dolinę   Wolbórki   a   łagodne  
polodowcowe wypiętrzenie krajobrazu.
Ziemia dookoła była słaba. Utrzymywały się na niej tylko kartofle i podlejsze zboża. Biedny naród 
imał się każdego zajęcia. Większość dojeżdżała do hut szkła w Piotrkowie i Bełchatowskich kopalni.  
Na miejscu zajęcie mieli tylko nieliczni.
Ulic było kilka na krzyż. Stały przy nich parterowe chałupki z nisko osadzonymi oknami. Kto chciał,  
to zaglądał za dnia i za nocy. Nikomu to nie przeszkadzało. Dwuspadowe dachy stykały się czołami  
kalenic i układały w kilka nadzwyczajnie długich, czarnych szlaków. Pomiędzy nimi, zamknięty był  
mały ryneczek z remizą i gminną zlewnią mleka. Trochę za miasteczkiem, pochwycony w rzeczne 
rozwidlenie — stał drewniany kościółek.
— Nazywam się Jakub Pleszke — takimi słowami zwrócił się Izaak Hendlisz do stewardesy w  
samolocie lecącym do Polski.
Nie   zareagowała   wcale.   Postawiła   tacę   z   posiłkiem,   uśmiechnęła   się   trochę.  Imię   i   nazwisko 
podane przez przystojnego mężczyznę nie zrobiło na niej wrażenia.
— Nazywam się Jakub Pleszke 
— powtórzył Izaak.
Tak się teraz nazywam.
W trzy dni później,  zatrzymał samochód na leśnym dukcie,  który rozdzielał  las na dwie różne  
połowy. Z lewej strony stały świerki, z prawej brzozy. Brzozy bielały nieprzyzwoicie, zadając ból  
świerkom i całej okolicznej dziedzinie.
— Nazywam się Jakub Pleszke — odezwał się cicho.
Ledwo to powiedział, poczuł gwałtowny ból na udzie. Dokładnie w tym miejscu, w którym kieszeń  
wypełniona   prochami   ojca   stykała   się   z  ciałem.   Krzyknął   głośno,   sięgnął   dłonią   do  kieszeni   i 
wydobył ojcowski gorejący popiół. Sypnął nim dookoła.
Wiatr poniósł ziarno gdzie potrzeba. Posiał w całej okolicy, doniósł do Będkowa.
Przez następny dzień zdarzyło się w Będkowie pięć przypadków gwałtownych poparzeń. W siedem  
lat później, też około wiosny, zsumował je nauczyciel Kuląg, człowiek dociekliwy i powolny.
W   Kulągowym   wywodzie,   poparzenia   ułożyły   się   w   ciąg   połączony   przyczyną,   którą   obiecał 
wyjawić przed śmiercią.
Zmarł dwudziestego siódmego marca, w kilka dni po ogłoszeniu odkrycia, nie wyjawiwszy niczego.
Ale wróćmy do owego feralnego dnia i pięciu gwałtownych poparzeń.
Pierwsze dotknęło szewca Wochnę.
Warsztat   Wochny   mieścił   się   w   parterowej   narożnej   chałupce,   wystawionej   szczytem   do  
Będkowskiego rynku. Było to małe, dwudzielne pomieszczenie, przejęte przez Wochnę po Moszku 
Szlachtaumie, który pozwolił na to wzruszającym listem z Izraela.
Był ranek. Wochna zajmował właśnie miejsce za graniastym warsztacikiem, założonym mnóstwem  
szewskiego sprzętu. Miał około sześćdziesięciu łat, czerstwą twarz, siworude włosy i taką samą  
szczecinę na policzkach.

background image

Otworzył okno. Z dworu doszedł go świergot wróbli i daleki gwizd pociągu od stacji w Czarnocinie.
Ten dzień chciał zacząć najlepiej jak potrafił. Przygotował sobie parę wiosennych kamaszy dla 
Cupra   ze   Smykowa.   Kamasze   były   już   podrobione,   zelówki   okrojone,   przyszpilowane   i  
oszmerglowane.   Brakowało   tylko   laku   na   krawędziach.   Wochna   przygotował   dwie   laski   laku,  
sięgnął po maszynkę spirytusową, zapalił płomień, przystawił do niego ruszt i na koniec sięgnął po  
metalową   kolebkę   do   lakowania.   Leżała   po   jego   prawej   stronie,   obok   drewnianego   kopyta   i 
rulonów świńskiej skóry.
Krzyknął dopiero po dłuższej chwili. Zanim to jednak uczynił, zanim zawył z bólu jak szlachtowany  
wieprz, zadrasnął dłoń na zgrabnej kolebce  i poniósł ją  w  kierunku rusztu przystawionego  do  
palnika. Poczuł swąd palonej skóry. Nie chciał uwierzyć. Powtarzał tę czynność czterdzieści jeden  
lat, więc nie chciał uwierzyć, że jego szewska kolebka rozpalona jest do białości.
Ale była.
Nim Wochna krzyknął, nim rozluźnił uścisk, gorejąca kolebka wypaliła mu wnętrze dłoni aż do  
kości.
Jeszcze wcześniej, bo przed pierwszą mszą, poparzyła się boleśnie kulawka Miazkowa, kobiecina  
sucha i nieprzyjemna.
Miazkowa była pierwszą Będkowską dewotką. Nigdy nie wyszła za mąż, bo w dzieciństwie okulawił  
ją gospodarski koń. Nadepnął na stopę, kiedy zbyt ciekawie przyglądała się sterczącej końskiej 
pycie.
Za   ten   jedyny   grzech   przyszło   jej   płacić   przez   całe   życie.   Ale   za   to   wszędzie   starała   się   być  
pierwsza: na mszy, na pogrzebie, przy konfesjonale i komunii świętej.
Tego ranka stała przed kościołem, zanim jeszcze kościelny Scibiorek przyszedł z kluczami. Kiedy  
sięgała do kamiennej misy z wodą święconą, przed oczami nieoczekiwanie stanął jej inny obraz niż  
zawsze.   Zwykle   widziała   podwórko   brukowane   jasnym   kamieniem,   na   nim   zaś   ciężki   zad  
ojcowskiego   ogiera.   Wielkie   konisko   cofało   się.  Za   chwilę  Miazkowa   jako
  dziewczynka   miała 
zobaczyć wzniesioną grzesznie końskość. Szybko sięgała wtedy do kamiennej misy. Chłód wody  
święconej, najpierw na palcach, potem na czole — gasił gorączkę, powstrzymywał drżenie ust i  
suchość w gardle. Tego dnia stało się jednak inaczej. Zamiast ojcowskiego podwórka, zobaczyła 
Miazkowa   nasyp   kolejowy   pod   Czarnocinem,   na   nim   pociąg   ciągnący   bydlęce   wagony,   pod 
nasypem zaś pięcioro dzieci, pośród których przeskakiwała z nogi na nogę, ona sama — kulawa 
Helenka Miazkowa.
Kobieta szybko sięgnęła do misy, zanurzyła dłoń aż po knykcie palców, podniosła wodę święconą  
do czoła, a później do lewego ramienia.
Stężała najpierw ze zdumienia, a później z bólu. W kamiennej misie zamiast święconej wody był  
wrzący metal. W jednej chwili zdjął skórę z palców, czoła i przepalił lichą kapotkę na ramieniu  
kobiety.
Miazkowa z największym trudem zdusiła krzyk. By sobie w tym pomóc, wepchnęła poparzoną dłoń  
do ust. Zaraz też przypomniała sobie, że grzech z ogierem nie był jedynym w jej życiu.
Do poparzenia przyznała się dopiero pod wieczór, kiedy wiadomo już było, że ogień naznaczył nie 
tylko ją, ale i pozostałe dzieci, spod nasypu kolejowego, biegnącego z Łaznowa do Czarnocina.
Następne poparzenia nie były już takie spektakularne.
Na rzeźnika Trzymkę chlusnęła wrząca krew, z otwieranego wieprza.
Jak opowiadali świadkowie, Trzymka rozpruwał właśnie kadłub świński podwieszony na orczyku  
pod   stropem   masarni.   Krew   była   już   dawno   spuszczona,   połączona   z   octem   i   wymieszana.  
Pozostało tylko rozciąć słoninę na brzuchu i wydobyć wątpia.
Trzymka robił to zwykle jednym długim pociągnięciem noża. Dymiące dudy wysypywały się wtedy  
do miednicy, zaś Trzymka odcinał ciepłą nerkę i zjadał na surowo, nie dzieląc się z nikim.
Tym razem było inaczej. Świńskie wątpia, nabrzmiałe i buchające żarem, wystrzeliły z kadłuba,  
prosto w twarz rzeźnika. Zaraz potem chlusnęła ze świni wrząca krew i zalała nieszczęśnika.
Wielki,   ciężki   rzeźnik   Trzymka   upadł   z   krzykiem   na   posadzkę.   Wtedy   stało   się   jeszcze   jedno  
nieszczęście. Chłop trafił na skrzynię z ukochaną suką Psotką i piątką szczeniąt. Zagniótł wszystkie  
na śmierć.

background image

Do trójki poparzonych dołączył pod wieczór listonosz Perełka.
Był   to   chudy   mężczyzna,   bardziej   podobny  do   tyczki,   niż  do   człowieka.   Do  tego   uformowania  
dochodziła dziwna twarz — wklęśnięta, ukryta między wypukłym czołem a wystającą brodą.
Twarz   Perełki   przypominała   księżyc.   I   tak   właśnie   za   nim   wołali   okoliczni   ludzie.   „Księżyc 
przyjechał sznurek pękł”. Było już sporo po południu. Słońce schodziło wiosennie. Perełka jechał  
na rowerze i pogwizdywał przed siebie.
Tego dnia, otwierając worek pocztowy odebrany z pociągu, zauważył na jednej z kopert swoje imię  
i nazwisko. Nie, nadawca nie napisał: „Marian Perełka  
—  listonosz”. Takiego listu nie dostał 
Perełka nigdy w życiu. Na kopercie widniało inne imię i nazwisko, ale to był list na pewno do niego,  
do Mani Perlmana, syna Dawida, przechrzty i tchórza, który podstawił kiedyś swoją żydowską  
twarz pod kamień rzucony z rozbieranego komina.
Kiedy już ożył, kiedy nie zobaczył w lusterku wielkiego żydowskiego nosa, a jedynie zastrupiałą 
miazgę, wsunął się pod pociąg i przyjechał pod nim na drugi koniec Polski, do Piotrkowa. Tu  
zgłosił się do sierocińca, by jako Marian Perełka, schować się przed Adolfem Hitlerem. Miał wtedy  
równo dziesięć lat.

Teraz jechał na rowerze — żywy, ocalony — pogwizdywał przed siebie i rozmyśliwał o dziwnym  
liście. Z tyłu, w miejscu gdzie podpisuje się nadawca, odnalazł Perełka tylko jedno słowo: „Izrael”. 
Postanowił otworzyć kopertę dopiero po tym, jak rozwiezie inne listy. Dzięki takiej decyzji miał 
dzień pełen radosnego oczekiwania. Słońce chowało się już za Kalinowskim lasem, kiedy Perełka  
zatrzymał się na drodze i wydobył z torby list. Nawet nie zdziwił się specjalnie, kiedy na rozłożonej  
kartce nie zobaczył liter, tylko żółtawą, pomarszczoną plamę. Złożył kartkę na nowo, wsunął do  
koperty,  rozpiął  kieszeń na lewej  piersi służbowej  kapoty i  włożył tam list.  Dopiero wtedy  się  
zdziwił, a w chwilę po tym rzucił się na ziemię.
Zwyczajny list z Izraela w jednej chwili zamienił się w rozpaloną blachę, nijak nie dającą się  
ostudzić.
Na nic zdały się zabiegi Perełki. Na nic zdało się tarzanie po ziemi i złorzeczenie. Blacha ostygła  
dopiero wtedy, kiedy wypaliła ogromny prostokąt na piersi listonosza. Wtedy na nowo zamieniła się  
w list, a za chwilę w płatek papierowego popiołu.
Ostatnim przypadkiem tego dnia, nie licząc zwykłych poparzeń z widzialną na pierwszy rzut oka  
przyczyną, był przypadek Władka Stępnia,
Władek był dużo młodszy od pozostałej czwórki napiętnowanych. Miał czterdzieści pięć łat, był 
mężczyzną   postawnym,   masywnie   zbudowanym   i   wykształconym.   Ukończył   Warszawskie  
konserwatorium, ale los rzucił go na powrót w Będkowski kraj dzieciństwa.
Władkowi  zmarła żona. Przyczyną była gorączka połogowa, choroba dawno tu nie widziana i 
zdawałoby się 
niepotrzebna. Kiedy Władek podniósł się z rozpaczy, jego córka, Werka, dobiegała 
już czwartego roku życia. Od tej pory chował ją z troską, dawaną za przykład wielu okolicznym  
matkom. Posyłał dziewczynkę do szkół muzycznych, kupował sukienki, buty i każdy inny potrzebny  
przyodziewek. Nie spuszczał z oka, kiedy chorowała, karmił, kąpał i czesał, kiedy była zdrowa.
Tym   sposobem   Werka   dorosła   do   czternastego   roku   życia,   wybiła   się   na   piękną   pannę,   o  
pszenicznych włosach i modracznym spojrzeniu.
Nadchodziła   noc,   by   zamknąć   sobą   dzień   nabrzmiały   wydarzeniami   ponad   zwykłą   Będkowską  
miarę, przepełniony bólem i złorzeczeniami stygmatyków.
 Szewc Wochna popatrywał to na swoją  
spaloną   dłoń,   to   na   nieposłuszną   kolebkę   do   lakowania.   Ciągle   jeszcze   kręcił   głową   z 
niedowierzaniem, choć prawdę powiedziawszy, coś mu już zaczynała układać się w porządek. Na  
razie mgliście jeszcze, bez konturów, z fragmentami dźwięków, pośród których gwizd pociągu był  
najbliższy.
Szewc zaniknął okiennice. Postanowił wracać do domu.
Rzeźnik Trzymka długo nie mógł zasnąć tej nocy. Świecący księżyc przeszkadzał mu jak nigdy. 
Przeszkadzały   mu   też   gwiazdy,   choć   zwykle,   nim   położył   się   spać,   długo   wędrował   grubym  
paluchem po światełkach Wielkiej Niedźwiedzicy.
Białko położone na twarzy zakrzepło już w skorupę, ból zelżał.

background image

Rzeźnik własnoręcznie zakopał Psotkę ze szczeniętami. Nawet napisał na desce imię suki, a do tego  
pięć imion szczeniaków: Pimpuś, Maciuś, Bambus, Kluseczka i Świneczka. Wymyślał je cały dzień, 
przy   tym   płakał   serdecznie   marszcząc   twarz,   zmuszając   żonisko   do   nieustannego   odnawiania  
białkowego kompresu.
Przez ten cały czas, nikt nie odważył się wejść mu w drogę.
Cała okolica znała miłość Trzymki do psów i umiejętność wymyślania imion. Często przychodzili  
ludzie z odległych wsi, niby po kiełbasę, kaszankę, czarne, czy białe, ale w gruncie rzeczy po to, by  
się przy okazji poradzić w sprawie nazwania psa.
Odchodzili zadowoleni.
Można śmiało powiedzieć, że Trzymka był ojcem chrzestnym, całej okołobędkowskiej psiarni. Tym  
łatwiej zrozumieć jego rozpacz po stracie Psotki.
Tej nocy wstawał wiele razy, by się pomodlić nad grobem ukochanej suki.
Modliła się też Miazkowa, ale w innej, w swojej sprawie.
Klęczała przed obrazem Matki Boskiej Przenajświętszej Pomocy i z oczami zaciągniętymi błoną, 
niby patrząc na obraz, a tak naprawdę patrząc sobie do środka — szeptała cząstki różańca.
Natrętny obraz zobaczony na chwilę przed poparzeniem w kościele nie chciał odejść. Przeciwnie.  
Wzmacniał się, nabierał koloru i mocy.
Pociąg jadący Czarnocińskim nasypem przybliżał się nieuchronnie.
Tylko listonosz Perełka spał spokojnie.
Wydarzenia tego dnia przywróciły mu imię, nazwisko i narodowość.
Po powrocie do domu, przygotował sobie dwulitrowy dzbanek herbaty i wypił szklankę po szklance.  
Wiele   razy   wychodził   potem   do   ustępu,   żeby   przy   sikaniu   napatrzeć   się   na   swoją   żydowską 
nadzwyczajność. Śmiał się przy tym radośnie jak ktoś, kto odzyskał rodzinę. Powtarzał z uporem  
przywrócone słowa, smakował je jak najlepsze jedzenie.
— Mani Perlman, Perlman, Perlman Mani... Obrzezany Żyd... Pięknie obrzezany Żyd.
Władek Stępień sposobił się do snu. Jakieś echo dziwnych wydarzeń dotarło i do niego, ale Władek  
miał   swoje   troski.   Rano   wybierał   się   do   Bąkowej,   żeby   jeszcze   raz   obejrzeć   fortepian.   Była 
nadzieja, że Bąkowa zejdzie trochę z ceny i dobry koncertowy Bechstein trafi pod dłonie Werki.
Mężczyzna zajrzał do sypialni córki. Dziewczynka spała spokojnie. Leciutki uśmiech i zarumienione  
policzki były świadectwem  dobrych snów. Władek  uśmiechnął się do wtóru. Wrócił  do pokoju, 
rozebrał się szybko, wskoczył do łóżka. Spojrzał na zegar. Do północy brakowało minuty. Wtedy  
przypomniał sobie o kluczach do chóru.
Wstał, podszedł do kredensu, otworzył drzwiczki.
Kiedy sięgał po klucze, od Łaznowa nadjechał pociąg towarowy.
O tej porze roku głosy niosły się daleko, więc Władek usłyszał cieniutki gwizd, a po nim drugi,  
jeszcze cieńszy.
Kiedy zacisnął palce na kluczach, nie od razu pojął co się stało.
Najpierw wypuścił je, zaklął, stracił równowagę, potem nadepnął gołą stopą i poparzył się jeszcze  
raz. Nie krzyknął, by nie przestraszyć Werki. Ciągle klnąc pod nosem, sięgnął po pogrzebacz, 
podniósł nim rozpalone żelastwo i wrzucił do wiadra z wodą. Buchnęła para. W tej samej chwili  
ścienny zegar zaczął wybijać północ.
Dzień piętnowania winnych dobiegł końca.

Była   piąta   rano.   Za   oknem   szarówka   mieszała   się   z   mgłą.   Od   wioski   doszły   śpiewy  wozaka, 
wiozącego mleko do zlewni w Łaznowie. Tu i tam szczeknął pies.
Stanisław odłożył pióro. Uczynił to niespiesznie, z wyliczonym ociąganiem. Takiej chwili należała 
się dostojność, choć nikt nie patrzył,
— Oto stało się — pomyślał pisarz nieco patetycznie, a potem nawet powiedział:
— Oto stało się.
Dobrze wiedział, co mówi.
Wyszedł przed dom. Mgła skoczyła do kolan. Właśnie zaczynał się odzywać las. Wszystkim co 
miał.   Zwierzyną   przyziemną,   poszyciem,   ptakami.   Ale   Stanisław   nie   słyszał   niczego   poza 

background image

cykadami. Rozszeleściły się dookoła, jakby nie buki miały za towarzystwo, ale cedry i cyprysy. 
„Belki domów naszych cedrowe, stropy nasze cyprysowe” — przypomniał sobie wiersz z „Pieśni 
nad pieśniami”. Pasowały mu te słowa jak nigdy dotąd. Ich zapachowi nie przeszkodziła nawet 
słodkawa fala smrodu, która nadeszła od pola od świeżego obornika. Teraz on, pisarz, wybierał co 
prawda, a co ułuda. Prawdą była poranna pieśń cykad.
Nieoczekiwanie zaczął się rozbierać. Za chwilę stanął przed domem nagusieńki jaj przy urodzeniu. 
Poszedł między buki, a potem pobiegł. Stanął dopiero wtedy, kiedy zaczęło mu brakować tchu.
Pierwszym co zrobił po powrocie była pośpieszna lektura dopiero co napisanego rozdziału książki.
Były   tam.   Te   wszystkie   nieoczekiwane   słowa.   Były   tam.   Poukładane   w   rządki,   zręczne, 
zaskakujące.
— A więc to prawda — ucieszył się.
Potem cieszył się jeszcze wiele razy w ciągu dnia, rozkładając radość między drobne, codzienne 
czynności. Więc najpierw naprawił dach. Wiatr zerwał część papowego kołnierza, wchodzącego 
pod blaszaną kryzę przy kominie. Ta naprawa była banalna. Wystarczyło ustawić ruszt z cegieł 
szamotowych, rozpalić ogień, ustawić kociołek z bryłkami lepiku, dodać trochę smoły. To wszystko 
leżało w komórce jeszcze od czasów dziadka Jakuba.
Potem wyciął łaty z zielonej papy, przystawił drabinę do muru i wdrapał się na dach. Tu spotkał się 
z problemem nieprzewidzianym. Dach miał strome pałacie i nie było sposobu płaskiego ustawienia 
wiadra z lepikiem. Ale i ten problem dał się pokonać tak łatwo jak wszystkie  inne tego dnia. 
Przymierzył wiadro do otworu w kominie. Pasowało jak ulał. Szybko posmarował przeciekające 
miejsca, położył papę, wcisnął pod blaszany kołnierz, przybił papiakami i zasmarował całość grubą 
warstwą lepikowej mazi.
Przez   cały   ten   czas   pogwizdywał   radośnie,   ciesząc   się   perspektywą   wieczornego   pisania.   Nie 
odkładał tego momentu z przemyślności. Wcale nie. Chciał tylko spróbować, czy uda się przejść do 
pisania ze zwykłej, gospodarskiej krzątaniny. Tak — po prostu. Niepostrzeżenie.
Kiedy zabrał się do uzupełniania żerdek w płocie, było już sporo po południu. Przypaliło wiosenne 
słońce. Nieprzespana noc przyszła po swoje. Stanisław zasnął.
Obudziły go czyjeś zręczne palce, gmerające przy rozporku. Ostrożnie otworzył oczy. Nad nim 
klęczała kobieta. Tej twarzy nie znał. Kobieta była młoda. Miała krótkie kasztanowe włosy i twarz 
Matki Boskiej z obrazów wiszących w wiejskich sypialniach. Oddychała pośpiesznie, zdradzając 
podniecenie   i   prosty   plan,   który   szedł   za   nim.   Chciała   wejść   na   Stanisława   i   ulżyć   sobie. 
Zwyczajnie, po ludzku.
Zsunęła spodnie mężczyzny do połowy ud, odsłoniła męskość. Nie przeszkadzało jej wcale, że 
mężczyzna patrzy. Znalazła w oczach przyzwolenie, sięgnęła pod spódnicę i usiadła pomagając 
sobie dłonią. Nie zdjęła nawet majtek. Przesunęła je tylko, odsłaniając dostęp do siebie. Jęknęła 
bezwstydnie.
Za chwilę było po wszystkim. Starczyło kilkanaście ruchów. Kobieta z westchnieniem opadła na 
pierś kochanka, poleżała do uspokojenia oddechu, potem wstała i poszła. Po drodze pochyliła się po 
liść łopianu. Wcisnęła go sobie pod spódnicę. Przepadła za opłotkami.
— Conchita... — wyszeptał w ślad za nią Stanisław.
— To była Conchita.
Pisanie nie przyszło ani wieczorem, ani w środku nocy.
Stanisław próbował podchodzić do notatnika na różne sposoby, ale pisanie nie przyszło.
Zdenerwowany   poszedł   pod   ścianę   lasu   i   wezwał   Marqueza   na   rozmowę.   Miał   prawo,   Z 
pierwszego rozdziału powieści jasno wynikało, że mógł wzywać na rozmowy każdego pisarza w 
świecie.
Księżyc   był   już  bardzo  wysoko,  więc  kiedy  Marquez  pojawił  się  zza  buków, miał   przy  sobie 
zwykły, ludzki, króciutki cień. To dodało Stanisławowi odwagi.
— Dlaczego nie mogę pisać dalej, tak, jak wczorajszej nocy?— Zapytał Marqueza.
Wielki pisarz uśmiechnął się nieznacznie.
— Może popełnił pan jakiś błąd?
— Błąd? Jaki błąd? W ciągu jednego zwyczajnego dnia? Nie. Wszystko zrobiłem jak należy.

background image

— A może zbyt pośpiesznie wbijał pan papiaki, albo niewystarczająco rozgrzał pan lepik?
— Pan chyba żartuje. Ja pytam o powieść, o moje pisanie, a nie...
— A o czym ja mówię? — przerwał Marquez. O pańskiej powieści. Mogły być oczywiście inne 
przyczyny...
—Jakie? — ożywił się Stanisław.
— A choćby źle przycięte żerdki na płot, albo ta kobieta...
— Właśnie. Ta kobieta. Nie widziałem jej wcześniej...
— To nie ma znaczenia, przerwał poirytowany Marquez.
To, czy ją pan znał czy nie, nie ma żadnego znaczenia. Znaczenie ma to, że obszedł się pan z nią jak 
z suką. Czy to była suka? Nie. To była piękna, spragniona miłości kobieta. A pan nasadził ją na 
siebie, splamił jej uda i suknię nasieniem, potem nawet nie zapytał o imię. W pańskim zachowaniu 
przejawiło   się   jakieś   nadzwyczajne   marnotrawstwo.   Przecież   ta   kobieta   mogła   być   największą 
miłością pańskiego życia, a pan pogardził nią tak bezrozumnie. Widać nie stracił pan nigdy tak 
boleśnie i nie szukał tak dramatycznie jak inni mężczyźni. Ja, na przykład. Od lat szukam Marii.
Nie poznałem jej historii do końca.
Ktoś ukradł zeszyt z zapiskami... Nie było go tam...
A pan? Pan nawet nie zapytał o imię...
— Conchita. Miała na imię Conchita.
— Nie, proszę pana. Conchita, to ktoś całkiem inny. Ta kobieta miała na imię inaczej. Więcej panu 
nie   powiem,   bo   to   pana   zadanie   —   odkryć   resztę.   Może   wtedy   Pan   Bóg   pojedna   się   z   tobą 
Stanisławie Muskat i będziesz mógł dalej pisać. Jeżeli piszesz z Nim...
To powiedziawszy, Marquez odwrócił się i zniknął między bukami, razem ze swoim śmiesznym 
cieniem.
Tej nocy Stanisław zabierał się do pisania jeszcze trzy razy. Niemoc trwała i nie chciała odstąpić. 
Na szczęście przyszedł sen i uwolnił pisarza od rozpaczy na całych siedem godzin.
Kiedy się obudził, dzień zaczepiał się już o południe.
Poszedł między buki. Miał tam upatrzone od lat miejsce na żółte kurki. Było to kilka zapadlin, 
wyściełanych   chrobotkiem   i   bukowymi   liśćmi.   Grzybki   pojawiały   się   w   nich   już   od   połowy 
kwietnia.   Nie   inaczej   było   i   tym   razem.   Starczyło   piętnastu   minut,   by   Stanisław   miał   pełne 
kieszenie żółciutkich kurek.
W domu zabrał się do gotowania zalewajki. To było kolejne zaklęcie.
Dobrze   zrobiona   zalewajka  miała   w  sobie   równowagę   wszech   świata.  Nie  mniej   i  nie   więcej. 
Wszystkiego po tyle, po ile trzeba, żeby wisieć w międzygalaktycznym zimnie. Tyle ile potrzeba 
barszczu z żytniej mąki, kartofli, cebuli, grzybów, okrasy ze słoniny, zabiałki ze śmietany i garstki 
mąki.
Na   razie   miał   za   nic   słowa   Marqueza.   Liczył   na   to,   że   zalewajka   go   uratuje.   Że   przywróci 
równowagę między nim a światem. Marquez wprawdzie mówił coś o Panu Bogu, ale grubo z tym  
przesadził. Pan Bóg był ciągle po stronie Stanisława. Pisarz to czuł. Czuł też wyraźnie jak mało 
kiedy, że dobrą zalewajką odsunie niemoc i pisanie wróci tak zwyczajnie, jak odeszło.
Bez ociągania zabrał się do roboty.
Planował zalewajkę od miesięcy,  więc miał  wszystko  co potrzebne,  nie wyłączając zakwasu z 
żytniej mąki. Ten dostał od Julki przy ostatnim spotkaniu. A swoją drogą, która inna pamiętałaby o 
zakwasie z żytniej mąki?
— Weź Stasiu barszczu na zalewajkę. Oczy ci tak świecą, jak ją zjadasz... Zazdroszczę kobiecie, 
która mogła na to patrzeć częściej niż ja.
Zalewajka:
Najpierw obiera się kartofle i kroi na kawałki, ale broń Boże na kostki. Kartofle do zalewajki mają 
być okrawkami rozmaitych kształtów. Bierze się kartofel i odkrawa się od niego kawałek po ka-
wałku, aż nic nie zostanie w dłoni. Takie kartofle najlepiej ugotować na kiszczaku po szynce, ale że 
kiszczak to niecodzienność, wystarczy w to miejsce kawałek boczku, albo nawet dobra tukowa kość 
świńska. Do tego wrzuca się jeszcze grzybki — wyczyszczone, wypłukane, pokrojone, trochę soli 
— i niech się gotuje. Kiedy kartofle dają się już kroić łyżką, zalewa się zalewajkę barszczem z 

background image

żytniej   mąki.   Potem   szykuje   się   okrasę.   Kroi   się   słoninę   w   kostki,   smaży   skwarki   i   dodaje 
pokrojonej cebuli. Zalewajkę krasi się wtedy, kiedy cebula i skwarki są już złote. Na koniec trzeba 
zupę   zabielić.   W   tym   celu   miesza   się   gęstą   śmietanę   z   odrobiną   mąki,   potem   dodaje   gorącej 
zalewajki i kiedy śmietana jest letnia — wlewa się ją do garnka. To wszystko.
Do zalewajki usiadł jak do Wigilii. W myśli złożył sobie życzenia. Jak przystało na Wigilię, nie 
zapomniał   złożyć   życzeń   najbliższym.   Wzruszyła   go   nieoczekiwana   myśl   o   Eli.   Może   nawet 
bardziej niż myśl o rodzicach. Ta zamiana kolejności musiała coś znaczyć. Postanowił zamyśleć się 
nad tym za dzień, dwa — nie wcześniej.
Na razie czyścił duszę, by uczynić ją gotową na przyjęcie zalewajki.
Wstał nagle, nie sięgnąwszy nawet po łyżkę. Widać było, że przez porządek myśli przebiła się jakaś 
nie czekana, jakaś krótka, ale silniejsza od tamtych, wigilijnych.
Do Rudnika zajechał od strony Ujazdu. Lubił tę drogę, bo spotykało się tam stajka pól spadające od 
drogi do lasu, jak dziewczyńskie wstążki.
— Kto to powiedział — ja czy Marquez? Te słowa, o jednym zwyczajnym dniu? „Co się mogło  
wydarzyć przez jeden zwyczajny dzień”? „Jeżeli on, to lepiej. Jeżeli ja, to aż wstyd, że on nie 
zauważył.
 
Żaden pisarz nie powinien tak powiedzieć. Jeden zwyczajny dzień... Nie ma czegoś takiego. Każdy 
dzień jest niezwyczajny. Weźmy na przykład ten — myślał prawie głośno. Jadę do Rudnika. Niby 
nic, a przecież jadę niezwyczajnie. Widzę pólka spadające w kierunku lasu, widzę drogi między 
nimi, widzę...
Zamilkł   nagle,   bo   zobaczył   coś,   co   nie   mogło   się   równać   z   niczym   zobaczonym   przez   całe 
dotychczasowe życie.  Krew uderzyła  mu  do głowy.  Zwolnił, zjechał na bok. Szybko  ułożył  w 
głowie opis zobaczonego obrazu. Wyglądało to mniej więcej tak:
Było  wiosenne popołudnie. Właśnie spadł drobny deszcz, ale nim położył  się na ziemi,  ciepło 
zgromadzone od rana pochwyciło go i zamieniło na przyziemną mgłę. Wisiała nad stajkami, nie 
wiedząc co ze sobą zrobić.
Jedno ze stajek, nieco dłuższe od innych, wbijające się między dwa młode brzeźniaki, dźwigało 
posadzone niedawno kartofle. Już z daleka było widać, że kartofle się nie udały. Redliny wyglądały 
nawet dobrze. Były równe i wysokie, ale roślina na ich grzbiecie nie zieleniła się jak należy. Nawet 
nie   wprawione   oko   dostrzegało   to   od   razu.   Kartofle   umierały.   Nie   to   jednak   wstrząsnęło 
Stanisławem, choć obraz umierającego pola zranił mu serce.
Wstrząsnęło nim to, co dostrzegało się dopiero na drugi rzut oka.
Oto pod lasem, w poprzek kartoflanego pola— chodziła kobieta. Miała krótkie, kasztanowe włosy, 
podkasaną spódnicę i łydki uwalane polną ziemią.
Stanisław widział ją z dość daleka, ale zobaczył to, co należało zobaczyć, by uznać zjawisko za 
niezwykłe.
Po udach kobiety spływały strumyki krwi. Prowadziły od obnażonego łona i były wyraźnie z krwi 
miesięcznej, ciemniejszej i brudniejszej niż zwykła krew.
O krwi zwiedziały się muchy. Cały rój uwijał się pod brzuchem nieszczęsnej. Radziła sobie z nimi 
jak umiała, oganiała brzozową gałązką, przeklinała na głos.
Obraz dopełniał się jeszcze dramatyczniej. Stanisław zobaczył skórzany pas na piersi kobiety i dwa 
krowie postronki prowadzące do tyłu jak lejce. Dzierżył je  w dłoniach, idący w ślad za kobietą, 
starszy kędzierzawy chłop. Miał niskie, pobrużdżone czoło i mroczne wejrzenie. Takie mroczne, 
jakie mógł mieć tylko jeden człowiek w tej okolicy, zabójca Kazimierz Opas. To był on właśnie, 
zaś polną kobyłą była jego córka Janka.
Kazimierz   Opas,   zabił   kiedyś   Władka   Wielocha   z   Wilkucic   i   Janka   Małochę   z   Zacharza. 
Wielochowi wraził trzy noże w płuco. Odsiedział za to jedenaście lat. Zabicia Małochy nigdy mu 
nie udowodniono, ale każdy wiedział, kto zabił.
Uspokoił się dopiero po tym drugim zabójstwie i po weselu z Tereską Trelanką. Tereska poszła za 
Opasa, choć był dużo starszy. Bała się, że i ją zabije, tak jak zabił jej ukochanego Janka Małochę. 
Wesele   było   głośne.   Ze   strachu   przyszli   na   nie   wszyscy   zaproszeni,   nie   wyłączając   księdza   z 

background image

Będkowskiej   parafii.   Zresztą   ten   nie   podzielał   opinii   pospólstwa   o   zbrodniczym   usposobieniu 
Opasa. Jak każdy ksiądz, walczył o dusze najoporniejsze, a ta była oporna jak mało która. Już w 
miesiąc   po weselu,  nazbierał  od  Opasa  po mordzie,  tak  że  aż  wywalił  sobą  szklane  drzwi  od 
plebanii. Nie wiadomo o co poszło. Podobno o Tereskę, ale gdyby to była prawda, ksiądz nie miał 
prawa przeżyć tego spotkania.
Jakby nie było, od tej pory nie zabiegał już o duszę Opasa, ani nawet o duszę jego żony Tereni. 
Skurczył się, zmalał i wydawało się, że od tej pory nie zabiegał już o nic. Nawet księżowska go-
spodyni Mariola poszła z dupą do innych chłopów.
W parę miesięcy po tym na świat przyszła Janka.
Urodziła się w chałupie, zaś poród odbierała stara Golnikowa. Od niej to pochodziło świadectwo o 
niezwykłości tego porodu.
Najpierwz z Teresczynej pochwy wyszły małe rączki złożone jak do modlitwy, sklejone płodową 
mazią  i   bielutkie  jak  mleko.   Dopiero  później  wyślizgnęła  się   z  rodzicielki   cała  Janka.  Oczom 
Golnikowej   ukazała   się   śliczna   buzia   dziewczynki,   oprawiona   wianuszkiem   nadzwyczajnie 
skręconych, kasztanowych loków. Przez pierwsze minuty, twarz dziecka była bardzo podobna do 
twarzy księdza dobrodzieja, ale to podobieństwo ustąpiło po kwadransie. Tak opowiada Golnikowa, 
choć   na   prośbę   Tereski   zobowiązała   się   nie   opowiadać.   Nie   dotrzymała   jednak,   więc   dziecko 
ochrzczono daleko, aż w Moszczenicy.
Podobno ksiądz ojciec przyjechał za dzieckiem, modlił się gorąco w zachrystii i płakał przy tym 
głośno. Tak głośno, że Janka usłyszała i jej małe łzy pomieszały się ze świętymi olejkami.
Od tego czasu minęło dziewiętnaście lat.
Teraz Janka szła w poprzek kartoflanego pola, rosiła ziemię miesięczną krwią i opędzała się od 
much.
Taki właśnie obraz zobaczył Stanisław i zaraz odezwała się w nim ciemność. Ruszył w kierunku 
Opasa   w   chwilę   po   tym,   jak   zwalczył   pierwszy   odruch   mdłości.   Poszedł   krokiem   ciężkim, 
nieobliczalnym.
Opas nie zdążył się nawet zasłonić, ani tym bardziej sięgnąć po nóż. Już pierwszym uderzeniem 
Stanisław złamał mu nos i zmiażdżył chrząstkę. Chłopu zabrakło oddechu. Wtedy dosięgnęło go 
drugie uderzenie. To strzaskało mu żebra. Któreś z żeber musiało przebić płuco, bo za chwilę z ust 
Opasa rzuciła się pienista krew: Chłop upadł na kolana, aż zadudniła ziemia. Stanisław zabierał się 
do trzeciego uderzenia, kiedy zatrzymał go głos Janki.
— Nie. Proszę. Niech go pan nie zabija.
Dopiero ten głos uświadomił mu, że chciał zabić. Zatrzymał się. Jasność zaczęła wracać. Zaraz 
poznał, że kobieta była  tą, która zeszłego dnia nasadziła się na niego tak bezwstydnie.  Zaczął 
układać myśli, ale na razie nie szło to najlepiej.
Tymczasem Opas odczołgał się na bok, by po chłopsku bez świadków lizać się z ran. Wysmarkał z 
nosa zakrzepłą krew i ręką przesunął na miejsce popękane żebra.
A Janka stała jak stała — przyprzęgnięta do krowich postronków, z zadartą spódnicą, z rojem much 
pod brzuchem.
Stanisław sięgnął do jej dłoni i rozgiął zbielałe palce. Spódnica opadła. Dopiero wtedy kobieta 
rozpłakała się jak dziecko. Wyglądało to tak, jakby tym zwyczajnym gestem Stanisław uczynił coś 
bardzo ważnego.  Znacznie  ważniejszego,  niż przykrycie  jej  nagości.  Nie spuszczał  z  niej  oka, 
oczekując że w którejś chwili ich spojrzenia spotkają się i znajdzie odpowiedź. Tak się stało za 
chwilę. Spojrzała. Odpowiedź przyszła natychmiast. Kobieta była w nim zakochana. Nie mógł się 
mylić. Znał wiele takich spojrzeń. Były wyjątkowe, skupione, mające za nic wszystko dookoła, cały 
boży świat.
Przypomniał   sobie   słowa   Marqueza   i   zrozumiał,   że   wczoraj   poznał   skutek,   a   teraz   poznaje 
przyczynę. Nie lubił tej kolejności, bo była zaskakująca i zmuszała do myślenia o czymś innym niż 
o pisaniu książki.
Postanowił się odezwać. Już nawet przygotował odpowiednie słowa, kiedy usłyszał chrapliwy głos 
Opasa.
— I co? Lepiej ci teraz?

background image

— Gorzej — odpowiedział od razu.
— A zrozumiałeś chociaż coś z tego?
— Z czego?
— No z tego, za co złamałeś mi nos i potrzaskałeś żebra?
— Zrozumiałem, Opas, że to wszystko prawda co o tobie mówią. Że z ciebie skurwysyn, cham i 
bandyta.
—   No   to   głupi   jesteś,   Muskat,   jak   tylko   tyle   zrozumiałeś.   Tak   sobie   myślałem   od   dawna   i 
planowałem ożenić się z nożem, ale mnie Tereska wstrzymała.
— Spróbuj. Może ci się jeszcze uda.
— Nie. Już nie spróbuję. To postanowione.
— No to przynajmniej objaśnij mi moją głupotę. Jakiś pożytek musi być z tego spotkania.
— Objaśnić ci twoją głupotę? A kto to potrafi?
— Spróbuj. Mądry jesteś.
— Widzisz Muskat, ty nie patrzysz w dół, pod nogi, na ziemię. Masz trochę chłopskiej krwi z 
Sońtów, ale widać za mało, żeby ci łeb ciążył do dołu. Bo to robi chłopska krew, przygina karku. I 
wtedy widzi się, to co chłop musi widzieć, żeby przeżyć.
Drugi kierunek chłopskiego patrzenia, to góra, niebo. Pomyśl nad tym Muskat. Chłop nie patrzy w 
środek, na wysokość ludzkich oczu, bo mu to na nic niepotrzebne. Patrzy do góry, żeby zwąchać 
pogodę i patrzy w dół, żeby mieć na oku rolę. A ty Muskat patrzysz bezużytecznie, w środek, w 
ludzkie oczy. I co ci z tego przychodzi? No co?
Stanisław milczał. Żadne słowa nie mogły zmącić jasności chłopskiego wywodu. Opas był mądry. 
Na ten moment dużo mądrzejszy.
— Milczysz? Milcz sobie. Ja odpowiem za ciebie. Z tego przychodzi strach i noc bez spania. Może 
tobie to potrzebne, ale mnie wcale. Spojrzałeś dzisiaj w oczy Janki. Dobrze wiesz, co tam mieszka. 
Ona delikatna, księżowska, w sam raz zdatna do mieszania w duszy. Potrzebne ci to? Jak ja bym 
patrzył ludziom w oczy, to...
Opas przerwał na chwilę. To zdanie nie było przeznaczone na zewnątrz. Dokończył je w sobie i 
wrócił do wywodu.
— Spójrz, Muskat, w dół. Zobaczysz kartoflane krzaki, a na nich tysiące robaków. Nie stonki, bo 
stonka na kartoflach zwyczajna i wystarczy azotoks, żeby ją szlag trafił. Zobaczysz Muskat takie 
robaki, których nic nie daje rady zabić.
Stanisław   spojrzał   na   kartofle.   Opas   mówił   prawdę.   Liście   i   łodygi   oblepione   były   tysiącami 
żółtawych, owłosionych liszek. Stąd brało się żółtawe zabarwienie całego kartofliska.
—   Próbowałem   już   wszystkiego,   żeby   uratować   kartofle.   Bo   kartofle   są   dla   mnie   ważne. 
Ważniejsze niż dla ciebie. Ale zaraza nie odeszła. To wiesz co zrobiłem? Zrobiłem to, co robi 
każdy chłop, kiedy jest w rozpaczy. Sięgnąłem po stary sposób, od dziadów pradziadów: Jak ko-
bieta ma swoje dni, to wystarczy przejść z nią nad zarazą. Upuści na ziemię trochę zepsutej krwi i 
zaraza odejdzie. Tak było i tak jest. Przyjdź jutro to zobaczysz.
Opas skończył przemowę. Zapadło milczenie. Przez dłuższą chwilę nie odezwało się żadne z całej 
trójki. Wytłumaczenie Opasa zrobiło na Stanisławie wrażenie. Starał się je ukryć, ale chyba nie dał 
rady.
— Pomogę ci, Opas — odezwał się nieoczekiwanie dla samego siebie.
Tereska wyszła z obory akurat w tej chwili, w której zajechali pod bramę. Odstawiła wiaderko z 
mlekiem,   podeszła   i   nie   zadała   żadnego   pytania.   Widać   tak   ją   Opas   nauczył.   Pomogła   tylko 
wyciągnąć chłopa z auta i odprowadzić do letniówki. Tam ułożyła go na kozetce. Zaraz zabrała się 
do darcia płótna na pasy i zawijania potrzaskanych żeber. Znalazła czas tylko na to, żeby raz czy 
dwa razy rzucić okiem w kierunku Stanisława. Nie wyniknęła z tego żadna rozmowa. Może nie 
miała odwagi żeby się odezwać, albo nie umiała znaleźć właściwych słów. Mogła też wstydzić się 
swojego wyglądu, bo i prawdę mówiąc było się czego wstydzić. Czas zrobił swoje.
W młodości była znana z parzenia się z kim popadnie. Miała swoje miejsce, które wypomniał jej 
nawet ksiądz z ambony. Miejscem tym był wymoszczony słomą kwadrat za płotkiem kapliczki, sto-
jącej w Popielawskim majątku. Dookoła rosły pachnące tuje. Przed każdym ruchaniem Tereska 

background image

zrywała kilka gałązek i kładła sobie pod plecy. Sok wyciskany z nich pod ciężarem Tereski mieszał 
się z powietrzem i układał w miły zapach. Kiedy zapach taki unosił się po całej wsi, jasnym było, 
że właśnie Tereska jest ruchana.
To przypomniał sobie Stanisław, stojąc pośrodku Tereszczynego podwórka i nie wiedząc, co ze 
sobą zrobić. Za chwilę przypomniał sobie coś jeszcze.
W oborze było półciemno, krowa pobrzękiwała łańcuchem, parował gnój i głośno strzykało mleko 
do skopka.
Terenia miała piętnaście lat. Sprytnymi palcami pociągała za krowie cycki, nie zapominając od 
czasu do czasu o tym dodatkowym, wystawionym przez Stasia z rozporka. To była nagroda za 
podścielenie świeżej słomy za kapliczką. Tyle  Terenia mogła zrobić dla Stasia, ale nic więcej. 
Zwykle kończyła słowami:
— Oj Stasiu, Stasiu. Ciebie lubię, a ich wszystkich nie.
— Nawet jak dorosnę?
— Tym bardziej jak dorośniesz. Nie rozumiesz?
— Nie rozumiem.
Parzenie Tereski skończyło  się z dniem poznania Janka Małochy.  Od tej pory miłosny zapach 
rozchodził się tylko w maju, kiedy wieszano na kapliczce bibułowe kwiaty i wieńce skręcone z 
jedliny poprzetykanej tujowymi gałązkami.
Stanisław dość już miał stania pośrodku podwórka Tereski Opasowej. Odwrócił się i poszedł.
Za   bramą   dogoniła   go  Janka.   Bez   słowa   podała   kilkanaście   zdjęć.   Zobaczył   na  nich   siebie   w 
różnym wieku. Na pierwszym mógł mieć nie więcej niż osiem lat, na następnym dwanaście, potem 
piętnaście, osiemnaście, dwadzieścia trzy. Dalej były zdjęcia z gazet, spotkań literackich, wręczania 
nagród.   Ostatnim   było   zdjęcie   sprzed   roku.   Stanisław   stał   na   nim   obok   innych   żałobników 
rozpaczających po stracie znanego pisarza.
Zdaje się, że zdjęcia podane przez Jankę miały w zastępstwie słów wytłumaczyć ją z niezrozumiałej 
miłości.   Chciała   chyba   powiedzieć,   że   to   nie   przelotne   zadurzenie,   ale   ugruntowane   dojrzałe 
uczucie zaprowadziło ją wczoraj do obejścia ukochanego. Że nie umiała oddać się inaczej, niż tylko 
tak jak to uczyniła. Po prostu. Stanisław oddał zdjęcia. Pogłaskał Jankę po policzku.
Po drodze do domu zatrzyma! się obok pola Opasa.
Kartofle zieleniły się, tak jak powinny o tej porze roku. Martwe liszki pospadały z krzaków i całymi 
zastępami leżały między redlinami. Tak było.
Zabrał się do pisania.

„ŻYD PLESZKE” — ROZDZIAŁ DRUGI —

Jakub  Pleszke nie spał prawie do rana. Jego głowę zajęło myślenie o nieoczekiwaności, tego co  
stało się przez ostatnie tygodnie. Od śmierci Pleszke Henlisza wiedział co robić, tak jasno jak nigdy  
dotąd. Nie widział jeszcze co prawda celu, nie widział kresu, do którego zmierzają kolejne uczynki,  
czuł jednak ich nieuchronność. I nawet cieszył się na nią — na ową nieuchronność czynienia czegoś 
dotąd nieznanego, w czym — wiedział to na pewno —  tliła się odwieczna historia jego narodu.
Nie zajmował sobie głowy myśleniem o rodzinie zostawionej w Izraelu. Na to mogła przyjść pora,  
chociaż nie musiała. Teraz widział siebie pośrodku czystego strumienia. Czuł wyraźnie, że to on,  
Jakub Pleszke, jest wartką wodą, zaś reszta jest tylko śmieciem, który dostał się z brzegu.
Miał czterdzieści pięć lat, piękną twarz i ciało, na sobie zaś najlepszy z dwunastu garniturów.  

background image

Siedział skulony pod podłogą świniami w dawnym majątku w Kalinowie. Wypełniał sobą prawie  
całą skrytkę, wykopaną kiedyś pod betonową posadzką dla trzech osób — jego, jego brata bliźniaka 
Srula i ojca, Pleszke Hendlisza. Nad głową słyszał świńskie pochrapywanie, kwik prosiąt i stukot 
kopyt   końskich   z   nieodległej   stajni.   Przez   nieszczelny   strop   spływała   strumykami   gnojówka 
wyciskana przez świnie. Torowała sobie drogę po głowie, ustach, ramionach i dłoniach Jakuba,  
przepadała potem w porowatym gruncie.
Jakub Pleszke jadł skórkę od chleba. Razem z nią przyszedł do Jakuba głód sprzed czterdziestu  
jeden łat.
Mały   Żydek   zdzierał   zębami   resztę   miazgi   chlebnej.   Skórkę   —   postanowił   —   odda   rano  
ukochanemu bratu Srulowi. Srul zawsze był słabszy, chociaż wyjęty z tego samego łona prawie o tej  
samej godzinie.
— Nie śpij Srul. Wojna już się kończy. Nie śpij Srulek. Zostawiłem dla ciebie
  skórkę od chleba. 
Dam ci ją rano na śniadanie.
Ale Srul spał. Nie chciał się obudzić. Spał już od miesięcy.
Jakub Pleszke nie płakał. Nad sobą miał gwieździste niebo i wielkie zabudowania kalinowskiego  
majątku, który kupił wraz z końmi i maszynami, za maleńką drobinę fortuny, jaką zgromadził w 
Izraelu.
Następny   dzień   wstał   nad   Będkowem   zwyczajnie.   Przez   stację   w   Czarnocinie   przejechały   już  
pociągi do Piotrkowa, Kołuszek i Częstochowy. Ten ostatni zwykłe budził Władka Stępnia. Gwizdał  
równo   o   szóstej.   Tak   było   co   dzień,   ale   nie   tym   razem.   Kiedy   po   mgle   poleciał   gwizd  
„częstochowskiego”, Władek już od godziny siedział ubrany na łóżku W dłoniach jak na wadze  
ważył klucze od chóru. Przekładał z ręki do ręki, oglądał pod słabe światło sączące się od okna. Nie  
umiał odpowiedzieć, bo nie umiał zadać pytania
W mrocznej izbie światło zaczęło się już przeglądać w sprzętach. Nie było ich
  wiele: drewniane 
łóżko, nad nim Święta Rodzina w owalnej ramie, po bokach wyblakłe litografie z innymi świętymi.  
Do tego ścienny zegar w ciemnobrązowej szafce, sekretarzyk wyłożony zielonym suknem, mosiężny  
przybornik, książki, mała maszyna do pisania i parę innych drobiazgów.
Z   zamyślenia   wyrwało   Władka   dzwonienie   konwi   obijających   się   o   siebie   na   pace   ciężarówki  
jadącej do mleczarni. Spojrzał na zegarek. Było dziesięć po szóstej. Mężczyzna poderwał się z  
łóżka. Pobiegł do sypialni Werki.
W pół godziny później siedzieli już w żółtej „jednostce” jadącej do Koluszek.
W Kożuszkach Werka prze siadła się na pociąg do Łodzi, Od ponad roku dojeżdżała do szkoły 
sama, oddana jedynie pod opiekę kolejarzom. Zapobiegliwy Władek ułożył na całym szlaku system  
przekazywania sobie Werki z rąk do rąk.
W Koluszkach odbierał ją zawiadowca Wons lub zawiadowczyni Dulębowa. Wsadzali Werkę do  
pociągu łódzkiego, w którym doglądał jej ktoś z konduktorów mających akurat zmianę. W Łodzi 
musiała   meldować   się   w   kasie   konduktorskiej.   Stąd,   przez   telefon,   szła   informacja   odwrotna. 
Kasjerka dzwoniła do zawiadowcy w Koluszkach, ten do dróżnika w Czamocinie, dróżnik kręcił  
korbką   na   pocztę   w   Będkowie,   a   stamtąd   już   tylko   jeden   telefon   na   Moszczenicką   plebanię.  
Kościelny Malunek zawiadamiał organistę Władka Stępnia, że jego córka bezpiecznie dotarła do  
Łodzi.
Gorzej gdy Werka akurat zachorowała. Wtedy zaczynało się dzwonienie. Z Łodzi, kasjerka z kasy  
na dworcu Fabrycznym, do Wonsa lub Dulębowej w Koluszkach. Z Koluszek Wons lub Dulębowa, 
do  Majczaka   na   przejeździe   w   Czamocinie.   Majczak   do   Pałysowej   na   Będkowskiej   poczcie,  
Pałysowa na plebanię w Moszczenicy.
— Chora, bidulka... Wczoraj pod wieczór dostała lekkiej gorączki. Wcale się nie zapowiadało, ale  
na szczęście Władziu sprawdził ręką. Takie miał podejrzenie, bo oczy jej błyszczały i policzki, tego,  
czerwone trochę... To sprawdził na wszelki wypadek. Ale, tego, nic poważnego… — uspokajał 
kościelny Malunek.
 Niepoważnego — wracała informacja do Koluszek. Trochę chora, ale Władziu 
zrobił jej mleka z miodem i czosnkiem. Za dwa dni powinno być po chorobie...
— Drobina taka, a tyle się najeździ — kończyła sprawę kasjerka w Łodzi, zwracając się do ludzi  
oczekujących przy kasie.

background image

Kiwali głowami ze zrozumieniem.
Pociąg kołysał miarowo. Właśnie mijał stację Chrusty. Zaraz za nią, poniżej nasypu, rozciągał się  
niewielki cmentarzyk, na którym leżała Wanda 
— matka Werki, żona Władka Stępnia. Przejeżdżali  
obok niej co dnia i co dnia pozdrawiali po swojemu — nieznacznym skinieniem głowy i spojrzeniem  
w   kierunku   okna,   na   zewnątrz.   Tak   uczynili   i   tym   razem.   I   jak   zawsze,   tak   i   teraz,   Wanda  
odpowiedziała.
Zobaczyli to wyraźnie — ojciec i córka: kredowy profil kobiety w trumiennej skrzyni wyłożonej  
atłasem, delikatny, uciekający sprzed oczu, jakby widzianym był z przejeżdżającego pociągu. Potem 
dostrzegali lekkie zawianie wiatru
 i prawie nieuchwytny ruch kosmyka włosów obok ucha kobiety.  
Wyglądało to tak, jakby pęd pociągu poruszył powietrze przy ziemi i posłał je prosto w kierunku 
trumny. Tam przez szparę w wieku lekki wiatr dostawał się na policzek kobiety, owiewał, muskał  
włosy. To właśnie brali za odpowiedź dawaną sobie.
Pociąg zwolnił. Przejeżdżał nieopodal Moszczenicy. W tym miejscu nie było stacji, ale Władek miał 
cichą umowę z maszynistą. Maszynista zwalniał, konduktor udawał zajętego sprawdzaniem biletów,  
a Władek otwierał drzwi i wyskakiwał na pole. Z tego miejsca miał do Moszczenickiego kościoła  
niecały kilometr.
Przez następne dwadzieścia dwa dni nie działo się w Będkowie nic szczególnego, jeżeli nie liczyć  
codzienności,
Miasteczko dość szybko sprawiło się z historią gwałtownych poparzeń, a to za sprawą niemowy  
Pasiasi.
Podobno ktoś widział pod Brzustowem pięcionogie źrebię. Tę piątą nogę miało pośrodku brzucha.  
Kiedy   biegało,   podwijało   ją   pod   siebie,   żeby   nie   przeszkadzała   Źrebię   wyglądało   wtedy   jak  
zwyczajne zwierzę. Inaczej się miała sprawa na postoju, kiedy zwierzęciu zachciało się poskubać 
świeżego   żytka   czy   innej   wzeszłej   oziminy.   Opuszczało   wtedy   nogę,   stawało   na   kopycie   dużo  
większym niż u innych źrebiąt i skubało sobie spokojnie. Mogło tak stać nawet dwadzieścia minut,  
nie używając przy tym pozostałych czterech nóg.
Historię tę podawano sobie z ust do ust, aż po tygodniu wróciła do Pasiasi. Ten szybko wyjaśnił (w 
Będkowie rozumiano jego mowę), że to od niego właśnie wzięła się historia źrebięcia, ale że on,  
Pasiasta,   nie   widział   zwierzęcia   na   własne   oczy.   O   pięcionogu   dowiedział   się   od   Smętka   ze  
Sługocic, który jeździł po okolicy i drutował garnki.
Smętek — opowiadał Pasiasia — widział źrebię i może przysięgnąć, że piąta noga przyszyta była do 
brzucha cieniutkim troczkiem.
—  Jeżeli już takie rzeczy się wyprawiają, to jaka sztuka oparzyć na odległość? — tak podobno  
tłumaczył Smętek, drutując za darmo żebraczy garnuszek Pasiasi.
—  Wziąć ogień w siebie — skąd chcesz: z ogniska, z pieca, z pioruna (a najlepiej kulistego, bo 
ogień zagęszczony jak nigdzie indziej) — żadna sztuka. Przechowasz taki we wnętrznościach, bo  
tam jest taka odporna mazią, co nie daje się flakom oparzyć. A potem wyplujesz kiedy potrzeba. 
Wejdzie   w   wodę   święconą,   w   klucze,   W   co   zechcesz...   —   upewniał   Pasiasia,   powtarzając   za  
druciarzem Smętkiem.
Stary Jałmużna, który najlepiej rozumiał mowę Pasiasi, nachylał się nad niemową i wgapiał w  
bezzębne usta. Cały wieczór szła rozmowa, aż na koniec Jałmużna uznał, że przyczyna znaleziona: 
Ktoś   wziął   ogień   w   siebie,   a   potem   przeniósł   na   szewską   kolebkę   Wochny,   wodę   święconą   w  
Będkowskim kościele, krew i dudy Trzymczynego wieprza, do tego na list z Izraela i klucze od chóru  
Moszczenickiego kościoła.
—  Jaką złość musiało mieć bydlę na nas, jaką nienawiść diabelską...
Tymi słowami podzielił Jałmużna karę na całą ludzkość, nie pytając nikogo o zdanie.
Zresztą i tak by nikt nie zaprotestował.
Ludzie byli już zmęczeni wydarzeniami. Chcieli wrócić do codzienności. Nie zadali więc sobie  
trudu,   by   w  wytłumaczeniu   poparzeń   połączyć   jakoś   historię   pięcionoga   z   ogniem   przetrzy-
mywanym we wnętrznościach. Nie sprawdzili też na nikim, jak to jest z zachwalaną przez Smętka 
mazią,   broniącą   wnętrzności   przed   poparzeniem.   Uznali,   że   są   tacy,   co   potrafią   i   niech   oni  
sprawdzają.

background image

— A egipskie fakirzy? — pytał niedowiarków.
Stanęło, na czym stanęło. W codzienności owych dwudziestu dwóch spokojnych dni zmieściły się też  
sprawy   Władka   Stępnia   i  Jakuba  Pleszke.   Ten   drugi,   zaczął   już   zresztą   zajmować   w   ludzkich  
rozmowach miejsce przeznaczone dla niedawnych poparzeń. Ale po kolei;
Władek Stępień nie kupił fortepianu od Bąków. Wybrał się, co prawda, za Kalinowski las, uprosił  
Bąkową o pokazanie bechsteina, odkrył instrument
 schowany pod słomą i napłakał się nad każdym  
matem w dźwięku, nad każdym odpryskiem lakieru.
— Przykryjcie choćby brezentem — błagał.
Tak piękny instrument, z duszą... bechstein. Każda struna jak łza... jak łza... — powtarzał.
Bąkowa nie rozumiała. Kiwała wprawdzie głową i powtarzała za Władkiem: „jak łza”, ale nie 
rozumiała.
— Dać pieniądze i zabrać, ale najpierw dać pieniądze. Sześćdziesiąt dwa tysiące. Tyle cenię.
— A te dwa skąd się wzięły? Ostatnim razem było sześćdziesiąt.
— Skąd się wzięły, to się wzięły. Wzięły się i tyle. Z głowy... Mój fortepian, to i moje sześćdziesiąt  
dwa tysiące. Nie weźmie, to inne wezmą. Ten z Kalinowskiego majątku już rozpytywał.
— Kto?
— No, Pleszke, z majątku, co to go kupił za dwanaście milionów. Co mu te dwa do sześćdziesięciu,  
Pleszke weźmie, jak organista nie chcą.
—  Ale ja chcę, Bąkowa. Tylko, że pięćdziesiąt mam wszystkiego. Zadatkuję, doniosę dwanaście.  
Poczekacie chyba?
— Nie poczekam. Jak mam na podorędziu swoje sześćdziesiąt dwa? Na co mam czekać? Mój  
fortepian.
— Jaki tam... wasz?... Wyszabrowany z Kalinowa.
— Wyszabrowany, to wyszabrowany. W mojej stodole stoi. Nie tak?
— Ale tak, tak... Wasz fortepian. To pięćdziesiąt pięć? Siedem chociaż opuśćcie.
— Pleszke weźmie, jak organista nie chcą.
Tak zakończyła się rozmowa Władka z Bąkową.
Po rozmowie poszedł pod mur Kalinowskiego  majątku. Akurat przyjechała  przyczepa z końmi.  
Widział, jak robotnicy wyprowadzają piękne ogiery i piękne klacze, widział, jak w to miejsce zabie-
rają na ubój gospodarskie konie.
Wszystkiemu przyglądał się wysoki mężczyzna o smukłej sylwetce. Chociaż stał daleko od Władka,  
czuć było, że ma płonące i przenikliwe spojrzenie. Doglądał transportu ze spokojem. Tylko gestem  
wskazywał, które zwierzę gdzie prowadzić. Cała rzecz odbywała się w ciszy, nie mąconej nawet  
rżeniem koni czy stukotem kopyt o bruk.
Władek  miał wrażenie,  że przygląda się tanecznemu pokazowi. Ze tak naprawdę zwierzęta nie  
potrzebują łudzi trzymających je za uzdy. Gdyby ich nie było, konie z pewnością poszłyby za palcem 
tego władczego mężczyzny w każde pokazane im miejsce.
W takiej chwili dusza Władka zamroczyła. To ona właśnie, ciemność z najdalszych zakątków duszy,  
kazała Władkowi wrócić do stodoły i poprzecinać struny fortepianu. Ulgę znalazł dopiero wtedy, 
kiedy   do   stodoły   wślizgnęła   się   dwudziestoletnia   Anula   Bąkowa   i   sięgnęła   dłonią   do   policzka  
Władka.
Wziął ją na stojąco, od tyłu, opartą o belkę sąsieka. Wdarł się w ciało Anuli, nie czekając na  
wilgoć, ze złością i wstydem, raniąc jej i swoją tkankę. W trakcie uspokoił się trochę. Nie pozbył się  
jednak sprzed oczu, obrazu zobaczonego w Kalinowskim majątku: bezgłośnych końskich wędrówek  
i władczych gestów Jakuba Pleszke. 
Wieczorem wrócił do domu. Werka wiedziała od razu.
— Nie sprzeda? —  spytała.
— Sprzedała już. Do majątku. Temu nowemu, Pleszce.
— Panu Jakubowi? Bardzo miły pan i taki... ładny...
— Znasz go? —  zdziwił się Władek.
— Przedwczoraj, przypadkiem... go poznałam. Ma córkę w moim wieku, w Szwecji. Wspominał coś 
o fortepianie, ale nie wiedziałam, że o naszym bechsteinie.

background image

— O naszym? Gówno, o naszym... A tobie zabraniam tam chodzić — zdenerwował się Władek.
— Ale dlaczego, tatku? Mogłabym tam ćwiczyć.
— Zabraniam. Moje prawo. I nie muszę się tłumaczyć.
Rozmowa Władka z Werką, odbyła się pierwszego z owych dwudziestu dwóch spokojnych dni.
Przez następne dni Jakub Pleszke dalej zwoził konie i odnawiał elewację pałacu. Do Kalinowskiego  
majątku przyjechały też meble, wykupione —
 jak mówiono — z Piotrkowskiego muzeum.
Wiadomości   donosili   do   Będkowa   murarze   zatrudnieni   przy   podwyższaniu   murów   okalających  
zabudowania majątku.
Jakuba   Pleszke   opisywali   jako   człowieka   serdecznego,   choć   małomównego.   Płacił   za   pracę 
uczciwie, ale bez przesadnej rozrzutności. Wiedział ile warta jest robota i tyle dawał
Kiedy zakończono tynkowanie podwyższonych murów, a stolarze z fabryki mebli w Łasku osadzili  
bramy z czarnego dębu, upłynął ostatni z dwudziestu dwóch spokojnych dni.
Wiosna dosięgała już maja. Znaczyła poła porośniętym zbóżkiem ozimin, przedwieczornymi mgłami 
i słońcem krwawiącym nad czarną kreską Kalinowskiego lasu.
Była sobota. Tego dnia Władek Stępień grał tęskniej niż zwykłe. Zauważyli to wszyscy i wszyscy  
chcieli dociec przyczyny. Zadzierali głowy w kierunku chóru Moszczenickiego kościoła. Ale
 Władek 
nie widział. Z zamkniętymi oczami, wyprostowany jak struna wyciskał z piszczałek niezwyczajne  
dźwięki. Do kościoła weszła chyłkiem kulawka Miazkowa. Przedeptała dziewięć kilometrów, żeby  
może tu, w Moszczenicy, odnaleźć odwagę zamoczenia ręki w wodzie święconej i uczynienia znaku  
krzyża. Brakowało jej tego jak niewielu innych rzeczy. Wstrzymywała się już dwadzieścia dwa dni.  
Nie,   nie   było   tak,   że   nie   próbowała.   Próbowała   każdego   dnia   w   Będkowskim   kościółku.   Ale  
zawsze ,kiedy już dotykała wody, coś cofało jej rękę. Nawet nie tyle ona sama, Miazkowa, ile to  
„coś”, co powoli zaczynało mieć włosy, ubranie i buty. Miazkowa wiedziała dobrze, że niedługo 
owo „coś”  zamieni się w człowieka z imieniem i nazwiskiem. Swoja drogą cieszyła ją nawet ta  
przemiana obrazu. Od pierwszego zobaczonego w dniu poparzenia, do tego najświeższego, prawie 
kompletnego.   Odbierała   to   jako   zwiastowanie   kresu   udręki.   Była   przecież   osobą   religijną   i 
wiedziała dobrze, że to pan Bóg tak do niej przemawia.
  Obrazami. Nikt inny tylko on. Nie za-
stanawiała się, co chce powiedzieć. Ważne, że mówił.
Czuła,   że   jeszcze   nie   każe   jej   się   przyznać.   Że   jeszcze   może   spróbować   przeżegnać   się   wodą  
święconą, nim wyzna, że człowiekiem powstrzymującym jej rękę jest mały Żydek Srul Hendlisz.
Nagle, mimo tylu wewnętrznych postanowień, otworzyła usta i przemówiła cicho:
—  Człowiekiem, który powstrzymuje moją rękę, jest Srul Hendlisz.
Po tym wyznaniu, już bez strachu opuściła dłoń do wody święconej. Nic się nie stało. Kulawka  
Miazkowa przeżegnała się zwyczajnie. Nawet nie poczuła, że właśnie modli się po raz pierwszy w  
życiu.
Z   przodu   kościoła,   prawie   przy   ołtarzu,   odbywała   się   druga   ważna   modlitwa.   Klęczała   tu  
czternastoletnia   Weronika   Stępień,   córka   Władysława.   Dziewczynka   zwracała   na   siebie   uwagę  
bladością   twarzy   i   drżącymi   powiekami.   Wyglądało   to   tak,   jakby   z   jakiegoś   powodu   bała   się  
otworzyć oczy, chociaż bardzo chciała. 
Powód był niewinny. Władek poznał go jeszcze przed świtem. Odkrył płatne krwi na żółtej sukience  
w kwiatki. Kwiatki były białe, więc pierwsza kobieca krew Werki czerwieniała na sukience jak maki 
w dojrzałym zbożu.
To dla niej, dla Werki, grał tego dnia tak pięknie. Nie wiedział, co powiedzieć córce, jakie słowa. 
Więc zamiast słów dał jej granie na kościelnych organach. Wiedział, że w takich dniach matki za-
mykają się z córkami w pokojach. Wiedział, że słów i tak nie uniknie, ale odkładał potrzebną  
rozmowę, dawał sobie czas.
Te dwa wydarzenia, choć ważne i podniosłe, nie miały być jednak znakiem tego dnia. Znakiem tego  
dnia miała być samobójcza śmierć szewca Stefana Wochny. A ponieważ Wochna pozbawił się życia  
dramatyczniej niż znani w okolicy samobójcy, warto o tym opowiedzieć dokładnie.
Wochna miał dwie córki: Anielę i Jadzię. Aniela była jego udręką, zaś Jadzia pociechą za wszystkie  
złe dni.
Tego dnia Aniela wybierała się za mąż. Wochna cieszył się na to, choć wesele miało go kosztować  

background image

osiemdziesiąt tysięcy. Szewc liczył oczywiście na powrót pieniędzy z czepka, ale jaki to mógł być  
powrót   przy   Będkowskiej   biedocie...   Piętnaście,   dwadzieścia   tysięcy?   Od   rana   liczył   wódkę, 
wyroby, oranżadę, orkiestrę, księdza. Tym był zajęty, więc nie zauważył biedaczysko, że z drugiej  
strony duszy, tej mniej skąpej — coś się ukruszyło. Nie zauważyła też Wochnowa chodząca krok w  
krok za mężem i pilnująca, żeby ze skąpstwa nie odstawił czegoś na „gorsze dni”  
jak nawykł 
mawiać.
— A jakie to mogą przyjść gorsze dni? — pytała kobieta — Jeszcze gorsze? Tej kurwy się z domu  
pozbędziesz. Nie będzie ciekała po wsiach, jak ciekała. Nie będzie się latowala jak krowa.
Wochnowa mówiła prawdę, chociaż grube słowa mogła odłożyć w tak uroczysty dzień.
Aniela rzeczywiście miała ogromne potrzeby i na zaspokojenie ich trzeba było wielu okolicznych  
chłopów, czasem po dwóch naraz. Przy tym zasłynęła ze sztuki zaciskania mięsni krocza w taki  
sposób, że jak nie chciała, to nie wypuszczała z siebie nawet przez pół dnia. Głośny był wypadek z  
Zacharza,   kiedy   to   po   zabawie,   szesnastoletnia   wtedy   Anielka,   wystawiła   na   pośmiewisko 
nauczyciela Słubika.
Natarł na nią przy stercie słomy. Podniósł sukienkę i włożył co potrzeba. Wtedy Anielka zacisnęła  
mięśnie krocza i spokojnie ruszyła do remizy wraz z doczepionym nauczycielem. Słubik bronił się  
wprawdzie, zapierał, próbował wyciągnąć uwięzionego członka, ale wszystko na nic. Anielka była  
silniejsza.   Dowlokła   nieszczęśnika   do   bramy   remizy.   Dopiero   tam   go   uwolniła.   Jak   wyjaśniła  
później zgromadzonym ludziom, to była zemsta za lata szkolnej udręki. Zaplanowała ją sobie w  
szóstej klasie.
Taką to właśnie córkę wydawał za mąż Wochna. Może warto jeszcze dodać, że  w  dzień wesela  
Anielka miała dwadzieścia łat, ładną pucułowatą buzię, rude włosy, trochę piegów przy nosie,
 małe 
piersi i wielki tyłek. Zaś ci, co mieli z nią przyjemność, dopowiadali jeszcze o nienormalnie gęstym  
owłosieniu na podbrzuszu i nogach. Tak więc miał się Wochna z czego cieszyć, wydając za mąż  
Anielkę. Mąż się znalazł z Nizin. Przyjechał w te strony i nim doszły go słuchy o łatwości Anielki,  
tak się zakochał, że ogłuchł i oślepł na wszystko.
Początek tragedii rozegrał się przy stole weselnym w Będkowskiej remizie.
Było już po ślubach  
—  cywilnym  i kościelnym.  Setka gości siedziała człowiek przy człowieku.  
Zajmowali się właśnie jedzeniem i piciem wódki. A było co jeść i pić. Oprócz gorącego —flaków,  
rosołu, kotletów schabowych, mielonych, żeberek w sosie i pieczonej kurzyny, podano też całe stoły  
zakąsek: szynki, kiełbasy białe i wędzone, kaszankę, salceson, wątrobianą, zimne nogi i co tam kto  
jeszcze chciał.
Wochna, jak przystało na ojca panny młodej, siedział w centralnym miejscu.
Właśnie podnosił do ust kieliszek wódki, kiedy Srul Hendlisz kazał mu wstać i wyjść. Więc wstał i  
wyszedł posłusznie, przepraszając przy tym gości, że opuszcza ich w takiej chwili.
— Idę się położyć pod pociąg — odpowiadał na zadawane pytania.
Była dokładnie ósma wieczorem, kiedy nogi zaprowadziły szewca do warsztatu przy Będkowskim  
rynku.
Nie wiedział, bo nie mógł wiedzieć,  że w tej samej chwili, podobnie  uroczyście ubrany Jakub 
Pleszke, wczołguje się pod podłogę świniami we własnym majątku Kalinów. Nie mógł też widzieć, 
jak Jakub Pleszke zabiera się do rozkuwania sarkofagu.
Sarkofagiem  był kopiec zeschniętej gliny, sieczki i ziemi, zasklepiony łajnem świńskim i ludzkim. 
Przez czterdzieści jeden łat skorupa na sarkofagu przemieniła się w kamień. Jakub Pleszke, jak 
każdy systematyczny Żyd, był na to przygotowany. Miał ze sobą młotek i przecinak.
Tymczasem niewiedzący o tym wszystkim szewc Stefan Wochna swoje sprawy brał za najważniejsze.
Do warsztatu przyszedł po dwie kwadratowe mosiężne blaszki do butów. Nie takie zwykłe, tylko  
specjalne, z owalnymi otworami do mocowania łyżew. Miał je schowane w najniższej szufladzie  
warsztaciku, w tekturowym pudełku opasanym gumką.
Drzwi do warsztatu zastał otwarte.
Już w sionce usłyszał miłosne spazmy Anielki. Poznał je od razu, bo były piskliwe i nieprzyjemne.  
Przez   uchylone   drzwi   szewc   zajrzał   do   magazynku   łączącego   się   z   warsztatem.   Niby   miał  
ważniejsze sprawy, ale ciekaw był, kto tym razem sprzęga się z jego córką.

background image

Mimo ciemności zobaczył Anielkę, bo nie zdjęła białej sukni, a tylko podwinęła ją do pasa.
Wpółleżała w poprzek kozetki, uderzała rudą głową o ścianę pod naporem klęczącego między jej  
nogami, starszego mężczyzny. Przez mrok przebijały się jego białe kościste pośladki i równie biała  
łysina. Mężczyzną tym był nauczyciel Słubik.
Nim Wochna wycofał się z magazynku, zobaczył jeszcze strużkę potu biegnącą od ucha Anielki, 
przez szyję, do zagłębienia między piersiami. Zdziwił
 się, bo pot wydał mu się tak samo rudy, jak  
cała płeć jego ukochanej córki.
W niedługo po tym szedł już w kierunku Czarnocińskiego nasypu, ściskając w garści dwie mosiężne  
blaszki.
Jakoś tak w połowie drogi odezwał się do niego Srul Hendlisz:
— Idziesz się Wochna położyć pod pociąg?
— Ano, idę. Tak jak mi kazałeś, Srul.
— Nie ja kazałem, Wochna, ale twoje własne sumienie. Ja je tyłko poruszyłem.
— Ty, Srul, ty kazałeś. Ja z moim sumieniem mocowałem się przez czterdzieści jeden łat i jakoś nie  
zaprowadziło mnie pod pociąg. Ty, Srul, ty kazałeś, a wszystko przez dwie mosiężne blaszki do  
mocowania łyżew. Taka moja cała wina.
— Głupi jesteś, Wochna. Głupi i niesprawiedliwy.  Te dwie mosiężne blaszki, to twój udział w 
zagładzie całego żydowskiego narodu. Mój naród nie żyje, Wochna, a jakby podzielić winę na
wszystkich winnych, to po tyle właśnie wypadnie, po dwie zasrane, mosiężne  blaszki  na głowę. 
Zdejmując   mi   buty,
  kiedy   tkwiłem   zakopaną   głową   w   ziemi,   zamordowałeś,   Wochna,   pół 
żydowskiego narodu. A drugie pół zabiłeś wydłubując później blaszki z moich butów i przekładając  
do swoich. Taka jest twoja prawdziwa wina. Zrozumiałeś, Wochna?
— Zrozumiałem, że chcesz mojej krwi.
— A na co mi twoja krew, Wochna? Na co mi twoja brudna, gojowska krew? To nie idź pod pociąg,  
jak nie chcesz. Zatrzymaj się, odwróć i wracaj na wesele.
— Nie mogę, Srul, bo mi nie pozwalasz.
— Ale pozwałam, Wochna. No, zatrzymaj się.
— Nie mogę.
— No to idź, jak nie możesz się zatrzymać. Połóż łeb pod koła, ale nie mów mi o swojej krwi, bo  
ona dla mnie nic nie warta. Pamiętasz ten dzień?
— Pamiętam.
— No to przypomnij go sobie jeszcze raz. Może chociaż w ostatniej chwili zrozumiesz cząstkę tego,  
co powinieneś
 zrozumieć, żeby nie żałować swojego zasranego życia.
To powiedziawszy Srul zamilkł w głowie Wochny. Idąc za jego namową, szewc przypomniał sobie 
tamten dzień.
Była wczesna jesień 1943 roku. Czarnocińskim nasypem w kierunku Częstochowy szły transporty 
Żydów. Dziennie zdarzały się nawet dwa, trzy. Kto nie miał innego zajęcia, stawał pod nasypem i  
rezał się palcem po szyi, wskazując przejeżdżającym, ku czemu zmierzają.
Tego  dnia   zebrali   się   w  piątkę:   osiemnastoletni   Stefek   Wochna,   szesnastoletni   Józek   Trzymka, 
czternastoletnia   Helenka   Miazkowa,   dwunastoletni   Maryś   Perełka,   sierota   trzymający   się   jak  
zwykle z boku zabawy, i najmłodszy, zaledwie czteroletni Władzia Stępień. Zabawa była niewinna. 
Przecież na koniec i tak sprawdzało się to, co pokazywali pasażerom. A ile przy tym było radości.
Helenka Miazkowa dodawała do tych pomysłów swoje własne. Odwracała się tyłem do pociągu,  
zadzierała sukienczynę, pokazując czerwone majtki i kręcąc przy tym tyłkiem, jak dorosłe panny z  
miasta.
Jasnym  było, że ta akurat demonstracja przeznaczona była bardziej dla Józia Trzymki niż dla  
Żydków   upchniętych   w   wagonach.   Helenka   bowiem   beznadziejnie   kochała   się   w   Józiku   i   nie  
przepuściła żadnej okazji, żeby zwrócić na siebie jego uwagę. Józio stal jednak nieporuszony. Za to  
Władzia Stępień, aż zataczał się ze śmiechu.
Tymczasem   w   wagonach   ludzie   błagali   o   śmierć.   Wrośnięci   jeden   w   drugiego,   poprzetykani 
trupami, dla których nie było miejsca do położenia, łapali powietrze krótkimi, zawziętymi odde-
chami.   Komu   udało   się   opuścić   bliżej   podłogi,   zastawał   już   tam   przyciśnięty   przez   innych,  

background image

zanurzony we własnych i cudzych ekskrementach.
Tego  dnia   w   jednym   z  wagonów  pośrodku  składu   jechała   pośród   innych   rodzina   Hendliszów: 
Ojciec Pleszke Hendlisz, jego żona Chuwcia oraz dwóch synów bliźniaków — Srul i Izaak.
Pociąg zbliżał się właśnie do Czarnocina, kiedy Pleszke Hendlisz zauważył, jak doktor Hajtnan  
podaje swojej żonie ampułkę cyjanku. Kobieta przyjęła truciznę z wdzięcznością. Podzieliła się  
zaraz z małą córeczką Hawele. Równo pół na pół. Sytuację tę zauważył też doktor Landesman,  
jadący na śmierć z młodą żoną Aleksandrą. W takiej chwili znalazł w sobie jeszcze resztkę sił. Nie, 
nie na to, żeby powstrzymać Hajmanową i jej córeczkę. Ich los nie byt dla niego ważny. Na to, żeby  
się dostać do okienka i pięścią, głową, łokciem 
— czym się dało — wybić siatkę broniącą dostępu 
do świata. Kiedy to już uczynił, wyrzucił przez okno najpierw swoją młodą żonę, a potem wyskoczył  
sam. Za doktorem Landesmanem wyskoczył ktoś jeszcze, a potem Pleszke wyrzucił Izaaka i Srula.  
Sam skoczył zaraz po nich. Na darmo czekał na Chuwcię. Nie wyskoczyła.
To wszystko przypomniał sobie szewc Stefan Wochna, idąc położyć się pod pociąg. Oczywiście, 
przypomniał sobie ty tylko tę część, której był świadkiem,
 a która zaczęła się od wyrzucenia przez  
doktora Landesmana jego młodej żony Aleksandry. Biedna kobieta ocalała. Stłukła tylko kolano i  
otarła policzek o żwir pokrywający skłon nasypu. Doktor Landesman skręcił kark przy upadku. Nim 
dobiegła do niego kochająca żona, oddał duszę Bogu.
Taka rzecz jak tego dnia, wyskoczenie Żydów, zdarzyła się pod Będkowem po raz pierwszy. Nic  
dziwnego, że niedorostki nie wiedziały co z tym zrobić. A Żydki od razu puściły się biegiem w  
kierunku Kalinowskiego lasu. To znaczy Pleszke, Srul i Izaak. Landesmanowa została przy mężu.
Pociąg   nie   zatrzymał   się.   Wachmani   z   eskorty   strzelili   tylko   kilka   razy   za   uciekającymi,   ale  
niewielkie mieli szansę żeby trafić.
Cały   dzień   trwały   potem   poszukiwania.   Przyjechało   SS,   aż   z   Piotrkowa.   Kilkunastu   ładnych 
chłopców. Na darmo puszczali psy w las, na darmo rozpytywali. Nie znaleźli zbiegłych. Musieli  
pocieszyć się Landesmanową. Przy dwunastym, kobieta straciła przytomność.
  Była bezużyteczna, 
więc któryś litościwszy zastrzelił ją.
Pod wieczór Niemcy ulokowali się nieopodal budynku stacyjnego w Czarnocinie. Rozpalili ognisko,  
ponabijali kiełbasy na patyki, napili się wódki i zaśpiewali tęsknie. Najładniejszy głos miał Kurt,  
zastępca tego dowódcy, który przyprowadził wesoły oddział. Miał jasne włosy, niebieskie oczy i  
śpiewał jak kobieta. Nawet SS-mańskie psy ucichły przy tym śpiewie. Dookoła stała dzieciarnia z 
całej okolicy. Z rozpalonymi policzkami i rozdziawionymi gębami — patrzyła i patrzyła. Brakowało 
tylko Józia Trzymki, który wybrał się na swoje osobne poszukiwanie Żydów.
Przypominając sobie te wydarzenia, Wochna doszedł do podnóża nasypu. Złapał się na tym, że na  
wspomnienie   śpiewu   Kurta   jeszcze   teraz,   po   czterdziestu   jeden   latach,   uśmiecha   się   z 
wdzięcznością.
Od Łaznowa nadjechał towarowy. Ciągnęła go wielka spalinowa lokomotywa. Wochna wdrapał się 
na nasyp i bez namysłu położył się w poprzek torów. Nie wiedząc dlaczego, lewą rękę przycisnął do  
boku, a prawą wyciągnął przed siebie. Ostatni raz spojrzał na mosiężne blaszki Srula Hendlisza.  
Wtedy przyszła śmierć.
Odcięta, ruda głowa Wochny, potoczyła się z nasypu. Zaraz po niej, skulala się po pochyłości  
prawa ręka. Wylądowała obok głowy. Oczy Wochny patrzyły jeszcze. Nim całkiem zaszły błoną,  
zobaczyły rozginającą się dłoń z mosiężnymi blaszkami. Z wnętrza dłoni znikało właśnie piętno  
niedawnego poparzenia. Ostatnim wysiłkiem usta w odciętej głowie Wochny ułożyły się w uśmiech.

Była prawie północ. Nad buki wypłynął księżyc. Dodał się swoim światłem do przyrodzonego im 
srebra. Drzewa wypuściły cienie. Słychać było jak rosną po cichu. Stanisław siedział bez ruchu, 
bojąc się spłoszyć chwili. A chwila była płocha i miała wielką wagę. Zbyt wielką.
W takiej godzinie przyszła po swoją delikatność. Pisarz rozpłakał się i zaraz sięgnął po ratunek do 
miękkich, rozczulających wspomnień. Słodkich i tandetnych jak odpustowa wata z cukru. Musiał 
się ratować natychmiast.
— Pisze się mrokiem czy jasnością? — zapytał cicho.
Czym się pisze do ciężkiej cholery? To bardzo ważne, żeby wiedzieć. Pisze się w spółce z diabłem, 

background image

czy z kimś innym?  Kto prowadzi dłoń? Kto płoszy myśli,  że trzepocą  się w głowie jak stado 
wróbli? A może nie muszę wiedzieć i w rym właśnie jest sens? Żeby nie wiedzieć, tylko pisać, nie 
móc poznać, dociekać, nie zaznawać spokoju, parzyć sobie źrenice dotykaniem żywego ognia?
Przyjdź na ratunek Matko Boska Kłobucka. Przyjdź i uratuj mnie, bo umieram ze strachu.
Pamiętasz?
Była taka sama noc, brzemienna w księżyc i inne płodne znaki. Nie dopuściłaś mnie do swego 
kruczego łona. Płakałaś ze złości, że przesąd okazał się słabszy od pragnienia, a mimo to zaszyłaś 
swoje łono i swoje usta ściegami z palców.
Na twojej prawej dłoni linia życia biegnie zbyt długo razem z linią głowy. Kiedy się rozdzielą, 
wydasz z siebie rozdzierający krzyk. Będziesz chciała uczepić się mnie jakkolwiek, natychmiast. 
Nie  postawisz  żadnych   warunków;  przystaniesz  na   wszystkie   moje   piękne  rozkazy.  A  ja  będę 
nakazywał psią miłość, będę nakazywał wspólnictwo i picie krwi spod skóry. Tak, byśmy nareszcie 
byli. Tylko, czy będę?
Na razie umieram ze strachu trochę mniej, bo udało mi się przywołać twój obraz. Z nikim się NIM 
nie podzielę.
OJCZE NASZ KTÓRYŚ JEST W NIEBIE ŚWIĘĆ SIĘ IMIĘ TWOJE

Droga Marysiu,

Piszę do ciebie ten list już z miasta. 
Zima tu spokojniejsza. Nie ma tyle
 

śniegu. 

Wczoraj wybiegłem na ulicę 

bez butów. 

Chciałem się przeziębić i umrzeć. 
Nie udało się. 
Bardzo za tobą tęsknię.

Staszek

Noc była znów księżycowa. Muskat nie spał. Ten obyczaj poetów i pomniejszych artystów stał się 
jego obyczajem,  odkąd zakończył  drugi rozdział  nieoczekiwanej  powieści.  Odkąd — trzeba  to 
powiedzieć jasno — uśmiercił Wochnę.
Wochna był pierwszą śmiertelną ofiarą pisania Stanisława. Dotąd nie odważył się tego uczynić z 
żadnym ze swoich bohaterów: Znał miarę na siebie. Wiedział, że jest co najwyżej średnim pisa-
rzem. Takim, który musi pielęgnować codzienność, by z niej brać. Brał co potrzeba. Dookoła niego 
zdarzało się wszystko, co potrzebne do pisania. Jak to w życiu. Więc brał narodziny, zwyczajność, 
niezwyczajność, rozmaite śmierci — ale delikatnie, bez odwagi. Z pokorą —jak wierzył.
W swoim dotychczasowym pisaniu, świadkował śmierciom tylko z daleka i tylko dyskretnie, bo 
były prawdziwe.
Przypadek Wochny był inny. Jego śmierć dostała się do książki Stanisława, poza wolą pisarza. 
Taka była prawda. Stanisław potrzebował pomocy, żeby się z tym jakoś uporać.
Daremnie czekał na Marqueza. Stary drań miał widać ważniejsze sprawy. Pewnie obściskiwał teraz 
służącą,   albo   wtrącał   się   do   przyrody,   nakazując   deszczowi   padanie   do   góry,   a   księżycowi 
pozostawanie w pełni, żeby tym bardziej odstręczyć od pisania biednego pisarza z Popielaw. w
Udręczony Stanisław już miał przekląć Marqueza, kiedy ten przekroczył ścianę buków i wyszedł na 
polanę za domem. Pojawił się cichutko i tak samo wszedł na podwórko. Za nim, jak zwykle, skradał 
się pomniejszający go cień.
— Nie może pan spać? — zaczął bez żadnego wstępu.
— Nie mogę, panie Gabrielu — potwierdził Stanisław płaczliwie. Nie mogę chociaż bardzo chcę. 
Zabiłem człowieka. Położyłem go na nasypie kolejowym i rozpędziłem pociąg, żeby go przejechał. 
Dopuściłem   się   wyjątkowego   okrucieństwa.   Nigdy   wcześniej   tego   nie   robiłem,   więc   czuję   się 

background image

okropnie.
Marquez uśmiechnął się z pobłażaniem.
— Proszę wybaczyć, panie Staszku, że odezwę się do pana jak do dziecka, ale taki ton należy się 
panu. Niech mi pan uwierzy. Należy się panu i tyle...
Zaczął pan nagle wielkie pisanie. Nagle czyli prawidłowo. Dotąd pana pisanie było mniejsze, przy 
tym prawie bezbolesne. Liczył pan, że zamieni się w średnie, większe, a na koniec nawet wielkie. 
Że taka będzie droga. Ale taka droga prowadzi najwyżej na uniwersytety. Nie dalej.
Wielkie pisanie zaś, prowadzi do gówna w spodniach i do gorączki. Tak, tak! Niech się pan nie 
śmieje. Wielkie pisanie pojawia się nagle i z wielkim bólem. Wwierca się w pana jak świder, 
wentyluje panu kiszki i wyciska z nich w spodnie rzadkie gówno. Czasem rozsadza pałubę, tak że 
treść   mózgowa   wycieka   przez   nos   i   oczy.   Okrucieństwo?   Dlaczego   pan   jest   takim   idiotą? 
Okrucieństwo w książce kanalizuje okrucieństwo w świecie. Nieszczęściem w książce, pomniejsza 
pan nieszczęście w Burundi, Zairze i na Kołymie. Odwrotnie jest tylko z pisaniem o miłości. Na 
szczęście.
Nie może pan spać, to niech pan nie śpi. Boi się pan? Niech się pan boi. Taki pana zasrany los. Nie 
wie pan, czy sam napisał, to co wyszło spod pańskiego pióra? A kto powiedział, że pisarz ma mieć  
pewność, nie bać się i spać w nocy? Tak ma być z panem, jak jest. I tak można te objawy uznać za 
łagodne.
Wie pan co spotkało mnie, kiedy nagle zacząłem pisać wielkie książki? Najpierw przez tydzień 
srałem w gacie. Zwieracz odmówił swoich zwykłych funkcji. Potem przez drugi tydzień chodziłem 
jak obłąkany, nie mogąc uwierzyć, że piszę sam. Gotów byłem nawet przystać na myśl, że moją 
ręką   porusza   jakiś   wielki   pisarz   z   przeszłości.   Duch,  po   prostu.   Uwierzy   pan?   Taki   idiotyzm. 
Trochę   tak,   jak   z   tymi   spirytystycznymi   chirurgami.   No,   wie   pan...   Wykonują   mistrzowskie 
operacje,   będąc   tylko   przedłużeniem   rąk   zmarłych   chirurgów.   Nawet   znają   ich   nazwiska, 
porozumiewają się z nimi, ustalają techniki zabiegów: Ale ze mną nikt się nie chciał porozumieć. 
Żaden Dostojewski ani Kawka. Nikt. Trzeci tydzień zaczął się wprawdzie od ulgi z rozwolnieniem, 
ale za to opanowała mnie bolesna erekcja. Na początek nawet mnie to ucieszyło, ale potrafi pan 
sobie   wyobrazić   co   było   po   tygodniu,   po   dwóch?   Większość   okolicznych   kobiet   chodziła   z 
opuchniętymi podbrzuszami, dłońmi i ustami, a mój członek nie opadał ani na chwilę. Do tego 
odpływ   nasienia   uczynił   mi   pustkę   w   głowie   i   nieomal   wysuszył   pacierz...   Na   szczęście   i   ta 
dolegliwość przeszła po jakimś czasie.
Potem rodziłem, kazałem żyć i zabijałem dziesiątki ludzi, nie ponosząc żadnej kary i nie czując 
winy. Nauczyłem się przy tym widzieć rzeczy pierwszorzędne. Rozumie pan?
Wcześniej byłem zarozumiałym ślepcem, udającym, że widzi, a nie widzącym.
Teraz widzę całkiem nieźle. Jeszcze mało, ale to przyjdzie. To akurat przyjdzie z czasem. U pana 
też.
Wie pan, co zobaczyłem ostatnio ładnego?
Marquez przerwał na chwilę, bo zachciało mu się sikać. Poszedł pod drewutnię.
Stanisław patrzył za nim bez zdziwienia. Widział jak pisarz obsikuje filar podtrzymujący podcień 
dwuspadowego   daszku   okrywającego   budowlę,   jak   potem   zapina   rozporek   i   wraca   pokasłując 
sucho.
— Obsikałem panu drewutnię. Ładna robota. Ten podcień podparty frezowanymi belkami. Sam pan 
frezował? No pewnie, że sam. Ręcznym frezem. Prawda? Ale, co to miałem powiedzieć? Aha, już 
pamiętam. Ostatnio zobaczyłem coś ładnego. Prawdę mówiąc, to właśnie przywiodło mnie do pana.
— Pamięta pan ten dzień na podwórku Tereski Opasowej? Właśnie miał pan odejść, kiedy podeszła 
do pana ta ładna Janeczka. Pokazała kilka zdjęć, a pan nie wiedząc co robić, dokonał aktu wielkiej, 
humanistycznej miary. Pogłaskał pan tę dziewczynę po policzku. To był naprawdę wielki, ważny 
gest. Godzien najwyższego uznania. Więc ja to uznanie dla pana niniejszym wyrażani i podkreślam 
głębokim pokłonem.
To powiedziawszy, Marquez położył prawą dłoń na sercu i rzeczywiście pokłonił się głęboko.
Stanisław najpierw przybrał poważną postawę, potem nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Śmiech 
był uzasadniony i przez to, że pokłoniwszy się głęboko, starzec miał poważne kłopoty z powrotem 

background image

do pozycji pionowej. Za chwilę przyjął ją jednak na nowo, trzymając się tym razem za korzonki.
— Milczeć! — krzyknął donośnie. Ja tu mówię święte rzeczy, gówniarzu! A do tego, bolą mnie 
korzonki. Milcz i słuchaj, bo sobie pójdę.
— Zostań! — krzyknął przerażony Stanisław i zaraz dodał po cichu:
— Przepraszam pana.
— No dobrze — dał się udobruchać Marquez. Mówię dalej... Więc tym pogłaskaniem po policzku 
nadał   pan   sens   Janczynej   długiej   tęsknocie,   nocnym   zapatrzeniom   w   gwiazdy   i   tym   innym 
rozmaitym głupstwom, które czynią śmiertelnie zakochane kobiety. Rozumie pan?
Uratował pan jej życie jednym pogłaskaniem po policzku. To tak, jakby pan powiedział: szanuję 
twoje uczucie Janeczko Opasowa. Szanuję twoją delikatność, wstrzykniętą w twoją krew razem z 
księżowskim nasieniem. Mam uznanie dla twojego wyboru i zgadzam się na twoją odmienność, 
mimo że ta nieść będzie ból i głównie ból.
Tu Marquez przerwał, zamyślił się nad ostatnim zdaniem.
— Co się stało? — zaniepokoił się Stanisław.
— Wie pan, chyba  powiedziałem głupstwo, które o mało co zaprzeczyłoby porządkowi całego 
mojego przewodu myślowego dotyczącego Janeczki.
Zapomniałem   prawie   o   tych   milisekundach   radości   tak   intensywnej,   że   rekompensującej 
największy ból. Tak. Teraz jest trafnie. 
Pan, panie Stanisławie, tym pogłaskaniem po policzku, obiecał Jance owe milisekundy wielkiej 
radości. Większej nawet niż suma orgazmów, których doznała sama ze sobą, i niż wyobrażenie 
seksu z panem. Ten zresztą był okropny. Wypomniałem to już panu wcześniej.
To   zaiste   wielki   podarunek   od   wielkiego   pisarza.   To   pogłaskanie...   No   dobrze.   To   już 
powiedziałem...
Marquez zawiesił  głos. Widać  było,  że zabiera  się do powiedzenia  czegoś nowego, ale że nie 
bardzo wie, jak to uczynić.
— Jest jeszcze druga sprawa — zaczął niepewnie — ale ta wymaga zażyłości, albo przynajmniej 
obietnicy zażyłości. Nie wątpię w pana dobrą wolę, więc zacznę od takiej propozycji: mówmy sobie 
po imieniu. Zgoda?
Stanisława zamurowało. Nie wiedział co powiedzieć, więc przez chwilę nie odezwał się wcale.
— No, co? — przynaglał Marquez. — Ja pierdolę! — odezwał się wreszcie.
Mistrzu, dziękuję... Nie wiem, czy zasłużyłem...
—Ależ zasłużył pan. To pogłaskanie po policzku miało wagę ratowania świata...
— Proszę poczekać — przerwał Stanisław i puścił się biegiem do mieszkania.
Wrócił za chwilę z butelką wódki i dwoma kieliszkami. Drżącą dłonią napełnił je. Podał wódkę 
Marquezowi.
—  W   Polsce   jest   taki   zwyczaj   —   wyjaśnił   —   że   przy   przechodzeniu   na   ty   pije   się   wódkę   z 
zawiniętymi przedramionami.
—Jakimi?
— Z zawiniętymi, zaczepionymi jedno o drugie. O, proszę, tak. Moja ręka tu, a pana tu.
Wypili, pocałowali się. Wódka na chwilę odebrała Marquezowi oddech.
— Gabriel.
— Staszek.
— Mocna. Cholernie mocna.
—   Bimber,   samogon   —   wyjaśnił   Stanisław.   Dwa   razy   destylowany.   Stary   Kruk   pędzi   od 
sześćdziesięciu lat. Rozwoziłem po wsiach jako dziecko.
— Opowiedz — poprosił Marquez.
— Ale... nie... Ciekaw jestem tej drugiej sprawy, która cię tu przywiodła.
— Opowiadanie, za opowiadanie. Najpierw ty. Zgoda? Potem może nawet, w drodze do zażyłości, 
uczynimy z tego nasz zwyczaj. Ty będziesz opowiadał mnie rozmaite historie, ja tobie... Będziemy 
nawzajem   karmić   nasze   wyobraźnie.   Ty   wiesz   jakie   z   tego   może   wyniknąć   zamieszanie? 
Pomieszamy, cholera, dwie różne aury kulturowe... No, opowiadaj.
— Zimy były u nas, to znaczy w Popielawskiej — resztówce, bardzo poważne. Wyprawa do szkoły 

background image

zaczynała się już o piątej rano. Wtedy wstawał dziadek. Wstawał głośno, ufając w mój mocny sen. 
Udawałem że śpię, żeby nie sprawiać mu przykrości. Więc dziadek wstawał, ubierał filcowe kapcie 
z podeszwą pogrubioną przez szewca Mazurka o siedem centymetrów.
Najpierw zapalał lampę naftową, potem podgłaśniał kukuruźnika (to taki głośnik zamiast radia, 
który   przekazywał   tylko   jeden,   centralny   program   radiowy),   na   koniec   —   rozpalał   ogień   pod 
kuchnią. O szóstej, kiedy w izbie było już ciepło, wstawała babcia. Wzuwała filcowe kapcie o 
podobnie pogrubionej podeszwie, od krawata od pętka kawałek kiełbasy i podśpiewując pod nosem, 
wsuwała go do piekarnika. O siódmej budzono mnie. Na stole czekało już śniadanie: kawałek kieł-
basy, kawałek chleba i herbata z cukrem. Taka codzienność. A rozwożenie bimbru to było dla 
odmiany — święto.
Kruk miał syna ożenionego w Zaosiu, w wiosce odległej o jakieś piętnaście kilometrów od moich 
Popielaw. Tam musiały docierać bańki z samogonem.
Stanisław przerwał. Ten moment wykorzystał Marquez.
—   Słuchaj,   Stasiu,   opowiadasz   bardzo   szczegółowo,   linearnie,   bez   dramaturgii,   punktów 
zwrotnych... No wiesz... nieciekawie. Męczę się na tej twojej drodze do rozwinięcia, kulminacji i 
pointy.
—   Ale   to   było   życie,   nie   książka,   i   wszystkie,   nawet   błahe   na   pozór   rzeczy   miały   dla   mnie 
znaczenie. To znaczy... teraz mają. A zresztą... może masz rację. Napijmy się, co?
Wypili po kilka łyków prosto z butelki.
— No dobrze, Gabryś — zgodził się Stanisław. Nieciekawie opowiadam. To może tak: Jechaliśmy 
z Ryśkiem, synem Kruka, przez bezmiar lasów ciężkich od śniegu. Drzewa pękały z zimna, koń bał 
się   jak   dziecko.   Pod   węglem   mieliśmy   w   saniach   ukryte   bańki   z   podwójnie   destylowanym 
bimbrem. Płakaliśmy coraz głośniej. Łzy zamarzały na  lichych  paltach. Potem był przystanek na 
polanie. Piliśmy bimber  małą  chochelką. Potem rzygaliśmy i onanizowaliśmy się na przemian, 
wychwalając przy tym na głos tyłek Tereni Trelanki.
Ale przychodziła na koniec wielka nagroda.
Kiedy   Wiesiek,   brat   Ryśka,   spał   już   zmożony   bimbrem,   kiedy   konisko   w   ciepłej   stajni 
odparowywało   zziębnięte   boki,   my   kładliśmy   się   do   łóżka   na   sklęśnięty   siennik   i   robiliśmy 
pośrodku, między sobą, miejsce dla Jolki, żony Wieśka.
Przychodziła  jak królowa, dudniąc  bosymi  stopami  po podłodze. Wielka,  prawie  dwumetrowa, 
rozległa, pachnąca mlekiem i rumiankiem, dostojna, świadoma doskonałości, z jaką uformowała ją 
natura w zgodnej spółce z Panem Bogiem. Tak. Trzeba to powiedzieć jasno. Stwarzając Jolkę, Pan 
Bóg,   jak   mało   kiedy,  okazał   się   prawdziwym   mężczyzną   i   wielkim   pedagogiem.   Zbudował 
Jolczyne piersi, uda i tyłek, dokładnie na miarę chłopięcych marzeń.
A   Jolka   kładła   się   między   nami,   zsuwała   ramiączka   halki,   uwalniając   od   resztek   dyscypliny 
ogromne piersi. Odpływały na bok jak wielkie łodzie — jedna na stronę Ryśka, druga na moją. 
Otwieraliśmy   usta,  zamykaliśmy   oczy.   Na   nasze   podbrzusza   spływały   dwie   ciepłe   olbrzymie 
dłonie.   Losowaliśmy.   Lepiej   było   trafić   na   prawą,   bo   Jolka   była   praworęczna.   Zwykle 
wygrywałem. Aha, jeszcze coś. Ostatnie spotkanie z Jolką nie było udane. Miałem katar. Z ustami 
zamkniętymi sutkiem Jolki dusiłem się, nie mogąc oddychać nosem. Zasmarkałem olbrzymce całą 
pierś, a do tego zabrana mi została radość wdychania zapachów Jolki. Licznych i mocnych.
Muskat zakończył opowiadanie i zamilkł w oczekiwaniu na śmiech Marąueza. Śmiech jednak nie 
nastąpił. Zamiast tego Marquez podrapał się za uchem, westchnął, sięgnął po butelkę stojącą na 
murawie,   pociągnął   tęgi   łyk,   oddał   flaszkę   Stanisławowi,   sam   zaś   przysiadł   na   ławeczce   pod 
płotem. Odezwał się po dłuższej chwili:
—   Piękna   historia.   Wzruszająca.   Olbrzymka   i   dwóch   inicjujących   chłopców.   Pewnie   była 
delikatniejsza od najbardziej delikatnych kobiet w okolicy. Tak bywa z olbrzymkami.
A   ja   chcę   ci,   Stasiu,   opowiedzieć   o   innej   kobiecie,   ale   podobnie   naznaczonej   przez   los. 
Odmiennością.
Rzecz w tym, że tej akurat historii nigdy nie napiszę.
Próbowałem. Podobno z powodzeniem, ale to wszystko gówno. Jedna książka więcej.
Nie poznałem prawdy do końca. Byłem już bardzo blisko, ale nie doszedłem do niej. Zresztą, może 

background image

nie dochodzi się do prawdy?
Może droga jest ważniejsza i świadectwo zostawione na niej.
Cholera wie.
Maria, bo tak brzmi imię tej kobiety, przyszła na świat w nocy przesilenia wiosenno—letniego, 
1634 roku, w Salamance. Tyle zdołałem ustalić idąc śladem tej historii i docierając na koniec do 
kościelnych metryk.
Ale żeby dojść do niej, muszę zacząć od siebie.
Cierpię   na   korzonki   i   kręgosłup.   Mam   odprostowane   dwie   lordozy   —   szyjną   i   lędźwiową. 
Układanie się do snu to cała wyprawa. Nie obywam się przy tym bez pomocy. Na szczęście są 
chętne. Ostatnio, Conchita, która do tego masuje mnie i zaspokaja inne potrzeby.
Studenci z Bogoty wymyślili nawet specjalnie dla mnie elektryczny materac o zmiennym profilu. 
Ale, gówno tam.. Zacząłem mylić sterowanie nim z pilotem od telewizora. Mało nie zabił mnie 
prąd. Jakieś przebicie, jak tłumaczyli udoskonalając kolejną wersję materaca. Dalej trzymałem się 
sztywno, z czego wyprowadzono wnioski o mojej dumie, przyczyna zaś była w usztywnionych lor
—dozach. Była i jest, bo jak się okazało, tej przypadłości nie da się uleczyć. Czego jednak nie zrobi 
człowiek,  żeby sobie  trochę ulżyć.  Któregoś dnia  usłyszałem  od ogrodnika, że  franciszkanie  z 
pobliskiego klasztoru wyprzedają pośród przekleństw meble i inne dobra, między tymi — materace 
z morskiej trawy.
Przyczyna   była   w   klęsce   suszy,   która   uszczupliła   dochód   mnichów,   pochodzący   głównie   z 
pielęgnacji gajów oliwnych.
Widziałem tych chłopców nie raz, jak z koszami na plecach, zwinnie i rześko, poruszali się po 
tarasach. Innym razem spotkałem ich w lesie. Wszyscy jak jeden — mieli posiwiałe skronie i brody, 
zaś   twarze   przerośnięte   suchymi   zmarszczkami.   Mimo   tych   niewątpliwych   oznak   dojrzałości, 
śmigali po pniach jak wiewiórki, wybierając pośród śmiechów miód dzikim pszczołom.
Pamiętając   o   tym,   pozazdrościłem   im   zdrowego   snu   i   zapragnąłem   mieć   chociaż   kilka   z   ich 
głośnych   materaców:   Pospólstwo   szeptało,   że   dobywali   trawę   do   nich   z   żołądków   jednego   z 
gatunków   krów   morskich.   Sięgali   do   wnętrza   zwierzęcia   wtedy,   kiedy   trawa   była   na   wpół 
strawiona. To dawało jej specjalną miękkość i eteryczność, wspomagającą dobry sen. Potem suszyli 
trawę, mieszali z pyłem z pestek oliwnych i na koniec wpychali ją do poszew:
Tak powstawały franciszkańskie materace.
Jak już mówiłem zapragnąłem mieć chociaż kilka. Wybrałem się zatem do klasztoru i kupiłem od 
mnichów dwanaście sztuk. Zgoda. Była w tym pewna przesada, ale jak sprawdziłem już najbliższej 
nocy, franciszkańskie materace warte były takiej przesady.
Drugiej nocy odsunąłem od siebie Conchitę. Do tej pory nie czuła się zagrożona w przywileju 
masowania   mi   ciała.   Nawet   wywiodła   z   tego   pewien   rodzaj   arogancji,   przejawiający   się   w 
zadawaniu coraz mniej głupich pytań do doktoratu z mojej twórczości.
Płakała jak dziecko, ale ja byłem nieugięty.
Odmiana jaką przyniosły franciszkańskie materace domagała się przemyśleń nie mąconych cudzą 
obecnością. Pozwalałem tylko przynosić sobie posiłki i wino, poza tym — leżałem i leżałem.
Ulga jaka pojawiła się wraz z materacami miała z pewnością co najmniej dwa wymiary: fizyczny i 
transcendentalny. Domyślałem się wprawdzie jeszcze jakiegoś trzeciego wymiaru, ale ten trudny 
był do rozpoznania, więc zaniechałem domysłów na jakiś czas. Obydwie lordozy zmiękły naraz, zaś 
ból korzonków od razu wydał się odległym wspomnieniem. Ale tego mało. Sny wynosiły mnie do 
góry w taki sposób, w jaki jogini opuszczają swoje ciała. Z tą jednak różnicą, że ja zabierałem 
swoje ciało ze sobą.
Nieuchronnie z każdą nocą przybliżałem się do Pana Boga. Już szóstej nocy, zaczęła mi majaczyć 
jego wyniosła postać i poczułem zapach fiołków, przypisywany dotąd tylko ojcu Pio. Widziałem go 
rzecz jasna od dołu. Nosił rzymskie sandały przewiązane rzemieniami na kostkach. Nie wiem, czy 
perspektywiczne widzenie to sprawiło czy może moje wyolbrzymione oczekiwanie, dość że stopy 
Najwyższego wydały mi się nadzwyczaj duże. Widziałem też jego obrośnięte łydki i masywne uda. 
Musiał wiele chodzić. Była nadzieja, że za kilka nocy franciszkańskie materace wyniosą mnie na 
tyle wysoko, że stanę ze Stwórcą twarzą w twarz. Zacząłem sobie nawet przygotowywać pierwsze 

background image

zdania powitania.
Cóż z tego, kiedy nagle przyszła katastrofa. Przyszła tak gwałtownie i nieoczekiwanie, jak tylko 
przychodzą katastrofy uruchamiane przez kobiety.
Nie doceniłem otóż seksualności Conchity. Fala pożądania wezbrała w niej do tego stopnia, że 
którejś nocy wdarła się do mojej sypialni i zgwałciła mnie na wszystkich dwunastu materacach.
Wyobrażasz sobie? Obezwładniła mnie i zgwałciła.
No, ale mniejsza o to, bo nie o fizyczną przykrość tu chodzi. Chodzi o to, co stało się poza kontrolą  
nas obojga, to  znaczy Conchity i moją.  Siebie  zresztą  usprawiedliwiam,  bo jak powiedziałem, 
byłem ofiarą gwałtu.
Otóż erotyczne konwulsje tej suki (od tej pory nie potrafię o niej myśleć inaczej) były tak silne, ze 
nie panując nad nimi rozdrapała i rozszarpała zębami wszystkie materace.
Odkryłem to dopiero rano, kiedy omdlały i odwodniony, odsunąłem od siebie kochankę.
Zamiast materaców zobaczyłem strzępy płótna i skrzące się miedzią zwoje kobiecych włosów.
— Trudno mi opisać ten obraz, ale spróbuję:
Zapewne   znasz   raniący   serce   widok,   kiedy   światło   zakrada   się   do   sypialni,   by   delikatnie, 
najdelikatniej, pokazać ci prawdę. Odkrywasz wtedy po raz setny, że ta cała miłość to głównie 
rozmaite płyny: pot, łzy, krew; nasienie.
Więc to zobaczyłem najpierw, obudziwszy się tego ranka pod Conchitą — liczne, małe kałuże 
dosychające na posadzce.
Do tego silne lubricato mojej kochanki zawiesiło się w sypialni mdlącym zapachem. Pomyślałem, 
że to normalne u kobiet ciemnej płci, w klimacie mojego kraju.
Popadłem w rozpacz. W pierwszej chwili postanowiłem oddać się nostalgii na cały dzień, ale już w 
drugiej uczyniłem to, co czynią mężczyźni nieuleczalnie chorzy na miłość. Tacy jak ja czy ty: 
postanowiłem   nie   uwierzyć.   Na   szczęście   zobaczyłem   włosy   i   to   uwolniło   mnie   od   wysiłku 
idealizowania obrazów i zapachów.
Włosy.
Leżały dookoła, lśniły na posadzce, kreśląc grubymi zwojami jakąś tajemniczą geometrię. Było ich 
tak dużo, że na pierwszy rzut oka, zbyt wiele.
Ich   barwy   nie   umiałem   określić,   mimo   licznych   doświadczeń   malarskich.   Powiedzmy   że   były 
miedzianozłote, choć takie ich opisanie nie jest wiele warte. Nie ma bowiem tego, co pochodzi z 
ruchliwości   koloru,   z   jego   uzależnienia   od   pory   roku,   wysokości   słońca   i   innych,   bardziej 
subiektywnych czynników.
Ale niech tak będzie. Nazwę je miedzianozłotym.
Od   razu,   bez   przeprowadzenia   badań,   wiedziałem,   że   pochodzą   od   jednej   kobiety.   Z   różnicy 
odcieni, wyprowadziłem wniosek o różnych porach roku, w jakich włosy wzrastały.
Z wolna opanowywała mnie fala wzruszenia. By się jej nie poddać, zająłem się dzieleniem włosów 
na   cztery   grupy:   wiosenną,   letnią,   jesienną   i   zimową.   Dopiero   po   wykonaniu   tej   czynności, 
zacząłem płakać.
Rozpacz trwała ponad tydzień. Ubytek płynów wyrównywano mi kroplówkami.
Conchita   była   tak   troskliwa,   że   postanowiłem   na   powrót   przywrócić   ją   do   łask.   Zresztą,   jak 
upewniał doktor Ronaldo, to jej właśnie zawdzięczałem pozostanie przy życiu. Suka czuwała przy 
moim łóżku po nocach (płakałem też przez sen), szklaną rurką odsysając flegmę z mojego nosa i 
gardła. Bez tego niechybnie bym się udusił.
A swoją drogą, tylko kobieta zdolna jest powołać do życia taki fenomen: być w przeciągu kilku dni 
przyczyną, skutkiem i na nowo przyczyną.
Tak więc, drogi Stasiu, omal nie umarłem przez to dziwne odkrycie.
Postanowiłem zaraz po odzyskaniu sił pójść śladem mnisiej tajemnicy.
Jedyne   do   czego   dopuścili   mnie   franciszkanie,   to   publiczna   część   ich   biblioteki.   Resztę,   nie 
wyłączając rozmów — zawarli przede mną na klucz.
Ten   etap   poszukiwań   nie   przyniósł   wielkich   rezultatów.   Jedyny   istotny,   to   ustalenie   imienia 
właścicielki włosów i daty jej urodzenia.
Pośród wszystkich przejrzanych przeze mnie metryk tylko jedna opisywała nowo narodzoną jako 

background image

dziecko o rudej płci.
To była z pewnością ona — Maria, fenomenalny organizm, powołany do nieustannej produkcji 
włosów.
Od tego odkrycia minął cały rok, nim dokonałem następnych, ważniejszych.
Na ten czas, na przeciąg całego roku, zatrudniłem wyobraźnię i rękę do rzeczy pośledniejszej wagi. 
Napisałem otóż powieść.
Puściłem imaginację śladem miedzianozłotych  włosów, poddałem się codzienności wypełnionej 
nasłuchiwaniem cykad, masażami Conchity, wizytami medyków rozmaitej maści, trawieniem, wy-
dalaniem i tęsknotą.
Wyszła z tego solidna wdzięczna książka, która (jak miałem odkryć wkrótce), zawiodła mnie na 
manowce.  Oddaliłem  się od prawdy tak znacznie,  że powrót do niej był  powrotem prawie do 
początku drogi.
Ale po kolei:
Wspomniałem   o   ogrodniku,   który   jako   pierwszy   dostarczył   mi   informację   o   wyprzedaży   w 
klasztorze. Ten sam zacny człowiek zwrócił moją uwagę na franciszkanina dożywającego swoich 
dni w nieodległej pustelni. Wybrałem się tam.
Starzec, o imieniu Clotaldo, oddalił się od zgromadzenia swoich braci, bo tak mu było wygodniej.
Biedaczysko miał kłopoty z  trawieniem, skutkiem czego nawiedzały go wiatry o tak intensywnej 
woni, że braciszkowie przezwali go ojcem Oip, by tym przezwaniem podkreślić odległość dzielącą 
go od pięknie pachnącego sławnego mnicha.
Kiedy jedenastu po kolei franciszkanów przerwało śluby milczenia, by skomentować pierdy ojca 
Oip, ten oddalił się z klasztoru bez jednego zbędnego słowa, zabierając ze sobą mleczną oślicę, 
emaliowany garnuszek, dwa habity, trzy pary sandałów, dwie zmiany bielizny, prasę do tłoczenia 
oliwy, moździerz do ucierania ziół i niepozorny zeszyt w okładce z popękanej skóry. W zagłębieniu 
skalnym   zmajstrował   sobie   pustelnię.   Połączył   łykiem   konstrukcję   z   drewnianych   tyczek, 
poprzetykał ją żerdziami, zaś dookoła posadził drzewa oliwne.
Kiedy wzrastały, kierował gałęziami, tak by przeplatały się przez żerdzie, formowały w ściany i 
dach tej wdzięcznej budowli. Żywił się serem wyrabianym z oślego mleka, oliwkami i wyciskaną z 
nich oliwą. 
Już po roku takiego życia wyregulował sobie trawienie. Uciążliwe wiatry ustały jak ręką odjął. 
Razem z nimi ustała przyczyna odejścia z klasztoru. Jednak ojciec Oip postanowił nie wracać do 
braciszków. Miał ich w dupie.
Zajął się leczeniem niestrawności, zalecając cierpiącym wynalezioną przez siebie dietę. Wkrótce 
opatentował ją w urzędzie patentowym miasta Barranquilla i w niedługo po tym wyłożył złotymi 
monetami   całą   posadzkę   w   pustelni.   Takimi   samymi   monetami   kazał   sobie   podbić   sandały. 
Widziano   go   czasem   jak   tańczył   flamenco   i   podśpiewywał   mocnym   głosem.   Bywało,   że   jego 
głosowi wtórował miły głos kobiecy. Ale to już pewnie ludzkie domysły.
W   takim   momencie   życia   zastałem   ojca   Oip,   kiedy   pojawiłem   się   pod   pustelnią,   z   motkiem 
złotomiedzianych włosów. Starzec poznał je od razu.
— Maria — wyszeptał i wzruszył się tak gwałtownie, że omal nie omdlał. 
Widok przyniesionych przeze mnie włosów musiał potrącić w duszy starca jakąś szczególnie czułą 
strunę.
— Kochałem ją — dodał po chwili. Kochałem ją jak my wszyscy.
Tu zatoczył ręką koło obejmujące i mnie.
— Wiem! — przerwał nieoczekiwanie i gwałtownie Muskat.
Wiem   —   powtórzył.   Nie   musisz   mówić   dalej.   To   daremne.   Wiem,   co   było   dalej.   Ja   też   ją 
kochałem...
To powiedziawszy, przyklęknął przy ławce i ukrył twarz w dłoniach.
Przez   pierwszą   chwilę   Marquez   nie   wiedział   co   uczynić   z   gwałtowną   reakcją   Stanisława.   Na 
wszelki wypadek nie odezwał się ani słowem.
Chwila nabrzmiewała czymś nieokreślonym, czego wagę potrafią docenić tylko mężczyźni. Kiedy 
nabrzmiała dostatecznie, Stanisław odezwał się:

background image

— Znam Marię mojego pisania. Wiem ku czemu prowadzisz tę opowieść.
Ta  sama   Maria  urodziła   się w Popielawach  w styczniu   1958 roku,  pod numerem   dwadzieścia 
siedem, w rodzinie murarza i rolnika Mieczysława Sońty.
Zima była jedną z tych, które znaczy się znakiem krzyża przy wspomnieniach. Mróz zrzucał ptaki z 
dachów. Przetrwały tylko te, które pogardzając ptasim obyczajem, zakradały się ludziom do izb i 
krowom do obórek. Tej zimy widok wrony spijającej mleko z kociego wymienia, nie był niczym 
nadzwyczajnym.
Psy pilnowały kurcząt, między którymi uwijały się wróble, a spod fajerek gospodynie wybierały co 
rana zwęglone trupki kawek.
Poznałem Marysię, kiedy dobiegała jedenastego roku życia.
Akurat szła boso przez wieś. Miała za nic kopny śnieg i mróz odbierający oddech wszystkiemu co 
oddycha. Szła zajęta czymś nadzwyczajnym, co rozgrywało się w jej głowie. Deptała białą drogę, 
podskakiwała na bosych stopach, przemawiała cichutko do kogoś niewidocznego.
Ja nadchodziłem z przeciwka.
Zatrzymaliśmy   się   naraz   i   zaniemówiliśmy.   Długo   trwało   milczenie.   W   oczach  dziewczynki 
zobaczyłem WSZYSTKO NIEPOJĘTE ŚWIATA. 
Opuściła ręce wzdłuż ciała. Uczyniłem to samo.
Miała duże i czerwone dłonie. Prawdą było — pomyślałem wtedy — co mówili ludzie. Że matka 
umierając przy porodzie, chwyciła dziewczynkę za rączki, by się trochę ogrzać.
Zostawiła ten ślad krótkiego macierzyństwa.
Za   chwilę   zobaczyłem,   jak   czerwone   dłonie   Marii   zmierzają   do   moich   policzków;   jak   potem 
obejmują głowę i przyciągają ją do swojej. Potem dziecko pocałowało mnie jak kobieta. Miałem 
wtedy trzynaście lat, znałem dłonie Matki, Babci i Tereski Trelanki, ale tamte były inne. To była 
pierwsza Maria mojego bólu. Po niej przyszły następne.
Stanisław zamilkł. Czekał na słowa Marqueza, ale nie doczekał się.
Wielki pisarz wstał i bez pożegnania poszedł między buki. Zniknął między nimi, wyprostowany, 
dostojny i smutny jak one.
Nie minęło wiele czasu, kiedy Stanisław zabrał się do pisania.

STANISŁAW MUSKAT

UPADEK OJCA OIP — POWIEŚĆ.

ROZDZIAŁ PIERWSZY.

— Więc czego oczekujesz? — zapytał ojciec Oip, kiedy już zapanował nad wzruszeń iem.
Marquez nie odpowiedział, tylko postąpił dwa kroki do przodu.
Podniósł wyżej motek z miedzianozłotymi włosami. 
— No, włosy. Widzę przecież. Nie musisz mi ich tak nachalnie demonstrować. Wyrabialiśmy z nich 
materace...
Włosy kobiece. Dobrze się do tego nadawały, bo miękkie, długie, jedwabiste. Jak to włosy... Więc  
wpychaliśmy do materaców, mieszając z morską trawą i pyłem z pestek oliwnych.
— Gówno prawda! — przerwał zniecierpliwiony Marquez. 
.
— Co powiedziałeś!? %
— Łżesz jak pies! Gówno prawda! To powiedziałem.

— Idę śladem tych włosów już drugi rok. Spałem na waszych załganych materacach. Mam złamane 
serce, ale dość jeszcze uporu, żeby wycisnąć prawdę z twojego franciszkańskiego gardła. Więc jeśli  

background image

masz jeszcze pod ręką jakieś kłamstwa, to zużyj je szybko, bo schylam się po kamień. Rozwalę nim  
tę twoją kłamliwą gębę, zmiażdżę nos i wybiję zęby. Nie wyjdzie już spomiędzy nich żadne, raniące  
serce kłamstwo.
— No, dobrze... 
— odezwał się ojciec Oip pojednawczo. Już dobrze. Wystawiłem cię na próbę, ale 
już   przestaję.   Zresztą,   przestraszyłem   się   tej   wizji   siebie   bezzębnego.   Lubię   czasem   przegryźć 
zieloną oliwkę, poczuć gorycz... Przestraszyłem się i opowiem o Marii wszystko, co wiem. Ale na  
moich warunkach.
— Jakich?
— Masz zuchwałą wyobraźnię. Dopuszczasz myśli niedopuszczalne, a to popycha świat do przodu.  
Od tego są pisarze. Czy nie tak?
— Nie wiem. Ja tylko piszę.
— Czytałem tę twoją książkę o Nibymarii. Zdziwisz się, jak bardzo umknęła ci prawda.
— Nie uciekaj od odpowiedzi, mnichu. Na jakich warunkach?
~ Na banalnych, pisarzu. Na higienicznych, można powiedzieć.
Najpierw   zjemy   sobie   trochę   sera   z   oślego  mleka,   potem   popijemy   oliwą   i...   mlekiem.   Z   tej  
kombinacji powinna wyjść piękna, monstrualna sraczka.
Zasiądziemy sobie do niej na drągu i wypróżnimy się uroczyście. To potrzebne jest i do mówienia i 
do słuchania. Uwierz mi.
Za chwilę usiedli do jedzenia.
Ojciec Oip podał ser, potem oliwę, na koniec ośle mleko. Marquez zdziwił się, bo przy jedzeniu nie  
spotkała go żadna ze spodziewanych przykrości.
Ser był lekko słodkawy, oliwa miła w zapachu, a mleko przyjemnie sfermentowane.
Organizm pisarza przyjął dziwny posiłek nadzwyczaj przyjaźnie.
Po posiłku poszli na stronę, pod skałę.
W miejscu ekspozycji olśniewającego nawet dla tych stron krajobrazu uczynił ojciec Oip wychodek.  
Była to szczelina skalna, nad którą zawiesił dwie grube żerdzie — jedną wyżej, drugą niżej. Wyższa  
służyła do posadzenia zadków, niższa zaś, biegnąca tuż nad ziemią — do zatknięcia za nią stóp, by  
nie tracić równowagi przy ważnej sprawie.
Jak na komendą spuścili spodnie. Usiedli.
— Najważniejsze jest pierwsze wypróżnienie — zaczął wyjaśniać Oip.
Żeby się dobrze wypróżnić, musisz uruchomić nie tylko parcie, ale i to, czego wy pisarze macie  
podobno w nadmiarze. Wyobraźnię.
Wyobraź sobie otóż, że zjedzony u mnie ser formujesz w kulkę, potem otaczasz ją błoną z oliwy, tę  
zaś nabłonkiem z mleka.
Wyobraziłeś sobie?
— Wyobraziłem.
— Pięknie! To teraz przepchnij tę kulkę z żołądka do jelita grubego. Niech się zacznie kulać. No  
jak?
— Przepchnąłem.
— Cudownie! Teraz napnij mięśnie wyobraźni. Nie ufaj samej perystaltyce.
Popchnij tę kulkę wyobraźnią i doprowadź ją do treści jelitowej.
— Do czego? 
— No, do gówna.
Marquez przymknął oczy. Posłusznie zabrał się do wypełniania kolejnej wskazówki mnicha. Od  
razu zaczerwieniły mu się policzki i nabrzmiały żyły na skroniach. Podobnie uczynił ojciec Oip. Też  
zamknął oczy, ale jego wysiłek był dużo mniejszy, szybciej też doprowadził do rezultatów. 
Po wypróżnieniu zabrali się do potrzebnej rozmowy, w której ojciec Oip mówił, a Marquez słuchał.
— Zacznę tak jak należy. Nie od samego początku, bo gówno cię obchodzi, jaki on byt. Zresztą był  
ponury, obrzękły od płaczu, opuchły od skarg i bólu doznawanego z ręki ojca.
Matka. Ta była przyczyną bólu duszy. Umarła, zanim nauczyłem się wymawiać jej imię.
Pod furtą klasztorną wylądowałem w dziewiątym roku życia. 
Był to czas, kiedy ojciec wziął sobie kochankę przeżywającą bardzo głośn
e  orgazmy. Co nocy 

background image

budziłem się ze strachu i krzyczałem razem z nią.. To zaprowadziło mnie prosto pod mur klasztoru  
franciszkanów. Tam, w deszczową noc, cisnął mnie ojciec, upijając się przedtem wódką. Cisnął jak 
tłumok, nie opatrując na drogę żadnym ojcowskim wskazaniem.
Nad ranem znaleźli mnie franciszkanie.
Wyciągnęli   z  kałuży   wymiocin,   rozprostowali   zesztywniałe   pałce,   rozebrali,   wykąpali,   odziali   i 
nakarmili.
Od tego dnia zaczęło się moje życie pośród nich.
Na początek, zajmowałem się pracami pośledniejszego gatunku. Pędzono mnie do mycia posadzek,  
usługiwania w kuchni, pralni, oczyszczania pras z miazgi oliwnej i tym podobnych czynności.
Potem przyszedł czas na reperowanie koszy, łatanie habitów, podbijanie sandałów świeżą skórą,  
dojenie oślic, zbieranie burzyn z oliwy, szorowanie, suszenie i namaczanie beczek. Nikt przy tym nie  
pytał mnie o przeszłość, ani nie układał przyszłości. Nikt nie łajał i nie chłostał rózgą.
Odpowiadało mi to, bo czyniło w wyobraźni królem własnego królestwa. Mieściło się ono w mojej  
głowie. Było niewyobrażalnie, dogranie, nadęte wolnością.
Sypiałem w stajni, na słomie, pośród mułów i osłów. Spijałem mleko prosto z rozgrzanych wymion.  
Często też wychodziłem pod niebo usiane gwiazdami i doglądałem konstelacji.
Tak było przez sześć lat.
Siódmego roku przeznaczono mnie do łatwiejszych prac przy materacach. To był awans. Ponad  
wątpliwość.
Materace były źródłem sławy mnichów. Każda, nawet pośledniejsza praca przy nich, oznaczała  
przesunięcie w klasztornej hierarchii.
Trochę mnie to nawet ucieszyło, chociaż ubocznym produktem takiego obrotu spraw była abdykacja  
małego   króla   Clotaldo.   Na   tronie   zasiadł   Clotaldo   Większy.   Królestwo   wolności   zaczęło   się 
powiększać o zaułki wiedzy.
Proces   powstawania   materaców   był   skomplikowany.   Czystości   technologu   strzegło   trzech  
zaprzysiężonych mnichów. Patrzyli spod nawisłych powiek bardzo uważnie. Zdawało się, że widzą  
wszystko naraz. Może nawet tak było.
Moja rola polegała na sporządzaniu naparu z rumianku, który wlewano do żaren mielących oliwne  
pestki.  Zajęcie   odpowiadało  mi, bo  dawało  sposobność  wymykania  się  poza mury klasztoru,  z 
braciszkami   uprawiającymi   rumiankowe   pola.   Razem   z   nimi   ładowałem   zżęty   rumianek   na 
dwukółki, przycinałem batem muły, rozkładałem ziele na strychach i zapadałem w mocny ziołowy 
sen.
Czasem w takim śnie przychodziły kobiety, by kochać mnie delikatnie. Szeptały słowa do ucha,  
rozpalały ogień w skroniach, a w chwilach orgazmów, zachowywały się cichutko i taktownie. Tak  
było przez kolejne dwa łata, podczas których poznałem cały proces powstawania materaców. Nie 
przestałem pracować przy rumianku, ale miałem sposobność zobaczenia innych elementów tego  
niezwykłego ciągu technologicznego.
Specjalną grupą był zespól mnichów pracujących przy morskich krowach.
To   była   ciężka   i   śmierdząca   robota.   Kierowano   do   niej   braciszków   popełniających   czyny 
nieobyczajne, przyłapanych na nałogowym samogwałcie, spółkujących ze zwierzętami i sobą na-
wzajem.
Specjaliści z tej grupy jadali posiłki osobno, bowiem obcowanie z nimi powodowało torsje, mogące  
doprowadzić  nawet  do  zachłystowego  zapalenia  płuc  i  w  konsekwencji   —  do śmierci.  Kroniki  
klasztorne notowały kilka takich przypadków.
Krowy morskie przywozili kierowcy z wybrzeża. Wyrzucali nieszczęsne zwierzęta zaraz za bramą,  
prowadzącą na tylny dziedziniec klasztoru.
Odławianiem krów nie zajmowano się specjalnie. Potwory stanowiły rodzaj zasłony dymnej dla  
przemytników papierosów i kokainy.
Wyrzucali sieci za burty statków, by na wypadek rewizji, mieć się czym wykazać.
Najczęściej w sieci wpadały łagodne krowy morskie, lgnące do ludzi jak ich krewniaczki z pastwisk.
Zwierzęta   docierały   do   naszego   klasztoru   na   wpół   żywe.   Tu   zabierało   się   za   nie   komando  
nieobyczajnych mnichów.

background image

Dobijali potwory drewnianymi pałkami, rozpruwali brzuchy i zakotwiczali w żołądkach metalowe  
haki z linkami. Potem nawijając haki na kołowroty, wyciągali ze zwierząt trzewia.
Dalsza obróbka była podobnie prosta, rozcinało się żołądek tasakiem i wyłuskiwało z niego kulę na  
wpół strawionej morskiej trawy. Mieszało się ją później z rumiankowym zielem, pozostałym po 
sporządzanym przeze mnie naparze, rozkładało na metalowych siatkach i suszyło.
Kadłuby krów morskich zabierali okoliczni chłopi, którzy ustawiali się do tego dobra w długich  
kolejkach.
Wieźli je potem do swoich gospodarstw, by nakarmić rodziny i trzodę chlewną.
Poszwy   do   materaców   sporządzano   w  miasteczku.   Na  potrzeby   tej   produkcji   pracowała   spora 
szwalnia.
Franciszkańskie   materace...   Miękkie,   dające   dobry   sen,   odnawiające   witalność   mężczyzn,  
przywracające życie w jałowych macicach. Czym były? Czy tylko zręczną kompozycją trawy mor-
skiej, pestek oliwnych i rumianku? Dlaczego przywilej spania na nich mógł sobie kupić każdy kto 
chciał poza klasztorem, my zaś musieliśmy zasługiwać na to przez lata?
W klasztorze na franciszkańskich materacach mogli spać tylko ojcowie ze święceniami kapłańskimi.  
Nikt inny. Dlaczego?
Te pytania  i wiele innych  spędzały mi sen z powiek,  odkąd przeznaczono mnie do pracy przy  
materacach.
Któregoś popołudnia zakradłem się do celi ojca Oresta, kiedy ten zajęty był akurat zbieraniem  
miodu w lesie. Z łękiem położyłem się na białym materacu.
Tego co przeżyłem przez dwie godziny, nie dało się porównać z niczym poznanym dotąd. Zresztą nie  
odważyłem się porównywać, by przez nieuwagę nie obrazić Pana Boga.
W mojej duszy odezwała się głęboka religijność.
Jeszcze   tego   samego   wieczoru   upadłem   na   kolana   przed   celą   ojca   przeora,   by   błagać   go   o  
pozwolenie na studia w seminarium duchownym w Cartagenie.
Lat seminaryjnych nie będę opisywał. Były czym były. Jedno jest pewne: nie zdołały zamienić mojej  
głowy na śmietnik wypełniony doktrynalną papką.
Niedostatki   wcześniejszej   edukacji   zastępowałem   pilnością,   więc   wkrótce   wyświęcono   mnie   na  
księdza. Razem ze święceniami podarowano mi celę z materacem w moim wytęsknionym klasztorze.
Pierwsza noc.
Tej  nie   zapomnę   nigdy.   WSZYSTKO   NIEPOJĘTE   ŚWIATA   zamieniło   się   w   czysty   strumień 
iluminacji.   Towarzyszyła   jej   erekcja   tak   silna,   że   nie   dało   rady   się   jej   oprzeć   płótno   starego  
materaca.
Rozdarłem   je   męskością,   a   na   zewnątrz   wystrzeliły   płomienne   włosy   Marii.   Rzecz   jasna,   nie  
wiedziałem jeszcze wtedy, że to jej włosy.
Odkryciem nie podzieliłem się z żadnym z mnichów. Zatrzymałem je dla siebie. Od tej pory, aż do  
dzisiaj, jestem najbardziej cierpiącym mnichem w Ameryce Południowej.
Ojciec Oip wzruszył się nagłe.
Do tej pory opowiadał tak, jakby dzielił się z Marquezem cudzą historią. Mówił głosem wprawnego  
narratora,   używając   przepony   i   rezonatora   piersiowego   jak   zawodowy   aktor.   Teraz   musiał  
przerwać.
Wstrząsnął nim płacz tak silny, że Marquez czym prędzej poderwał się z drąga. Zapiął spodnie.
— Drogi ojcze Oip — odezwał się poważnie. — Dopiero teraz zaczyna mnie interesować twoja  
historia. Dopiero teraz, kiedy o cenie, jaką płacisz za jej opowiadanie zaświadczają łzy i smarki 
wiszące u twojego nosa.
Tamto było nawet ciekawe, ale moja —jak ją nazywasz — zuchwała wyobraźnia produkuje takie 
historie w dwie minuty. Ciekawsze zaś — w pięć minut. Niewyobrażalne — w dziesięć. I tak dalej... 
Ciąg jest bardzo progresywny.
To gówno, podobne do tego, które wyszło z naszych kiszek — ta twoja łzawa historyjka. Nic nie  
warta. Nawet jednej chwili wzruszenia.
Znam pisarza z małego kraju, gdzie nie uprawia się oliwek, a mleko pachnie oborą. Ten pisarz nie  
ma zuchwałej wyobraźni. A jednak wymyśla historie po stokroć ciekawsze od twojej.

background image

Wolałem pić z nim bimber i słuchać opowiadania o pewnej olbrzymce, niż z tobą oglądać ten  
zadziwiający krajobraz.
Zobacz, słońce już zachodzi.
O tej porze Conchita rozkłada na stoliku wonne olejki i zdejmuje halkę. Potem siada nade mną  
okrakiem. Niemało tracę. Zakończ więc te łzawe brednie i przejdź do Marii. Zacznij ratować nam 
życie...
Ojciec Oip wciągnął spodnie. Połajanka Marqueza zrobiła na nim duże wrażenie. Wysmarkał w  
chustkę resztę wzruszenia i zabrał się do roboty. Tym razem głos poszedł z gardła. Zabrzmiał, tak 
jak brzmi prawda.
—„Będę z tobą tyle dni, ile zdań potrzeba na zapisanie mojej historii. Potem
  mnie zjesz. “Tak 
brzmiały pierwsze słowa Marii, kiedy ją ucieleśniłem. Dokonałem tego, posługując się z jednej  
strony dorobkiem szamanów z Buriacji, z drugiej zaś 
— współczesnych genetyków. Wyplotłem z jej  
włosów   warkocze,   potem   używając   wikliny   uformowałem   w   łańcuch   przypominający   strukturę 
DNA.
Instynkt podpowiedział mi tę drogę, a pomogła gorąca modlitwa. Czułem, że jestem nieomylny.
I zdarzyło się.
U końca włosów pojawiła się półcielista istota.
Była   to   dziewczyna   około   szesnastoletnia,   niespecjalnie   piękna,   ale   z   czymś   płomiennym   w 
spojrzeniu. Miała perkaty nosek, około stu pięćdziesięciu centymetrów wzrostu i dużo piegów na 
szyi.
— Jestem kurwą w garnizonach 
— przedstawiła się.
Mam kurewską normę dwudziestu żołnierzy na noc. Znam wiele kurewskich figur. Najtrudniejsza  
jest gwiazda. Obsługuję wtedy pięciu naraz. Przeżyłam kilka wielkich miłości. Kochałam chłopaka.  
Płacił za widzenia ze mną papierosami. Powiesił się. Wisiał na drzewie cały rok. Ja nie chciałam  
się powiesić razem z nim. To wszystko, co mam ci dopowiedzenia. Teraz licz zdania, które zacznę  
zapisywać w tym zeszycie. Będzie tyle dni, ile będzie zdań. Potem mnie zjesz. Teraz rób ze mną  
wszystko, co tylko zdołasz wymyślić.
To powiedziawszy, Maria zamilkła i podała zeszyt oprawiony w skórę.
Zabrałem zeszyt z jej dłoni, nie patrząc w oczy. Wzrok utkwiony miałem między nogami dziewczyny.  
Tam   bowiem   zmierzało   pasmo   miedzianozłotych   włosów.   Nie.   Nie   przesłyszałeś   się.   TO   BYŁY  
WŁOSY ŁONOWE.
Na  głowie   miała   Maria   banalną,   rudą   fryzurkę,   a   te   specjalne   włosy,  te,   dla   ukrycia   których  
franciszkanie uruchomili upozorowaną produkcję materaców, te, na których układali swoje żylaste  
ciała — te wyrastały spod pępka Marii.
Oto i cała historia.
Co mogę jeszcze do niej dodać? Kochaliśmy się sto dwadzieścia trzy noce. Tyle bowiem zdań zużyła  
Maria, by zapisać swoją historię.
Seks z Marią był dziwaczny. Jak wspomniałem, była istotą na wpół cielistą. Tylko włosy miała w  
pełni realne. Reszta była mieszanką czegoś realnego z czymś eterycznym. Może popełniłem błąd w  
konstruowaniu   łańcucha   z   jej   włosów,   może   umknęła   mi   jakaś   końcówka   chromosomu   albo  
skupienie przy modlitwie? I dlatego Maria nie ucieleśniła się w pełni? Nie wiem.
Jak by nie było, kochaliśmy się w jedyny dostępny sposób, to znaczy — przenikając się wzajemnie.
Otaczała mnie sobą, umieszczała wewnątrz miękkiej błony i kołysała w sobie jak płód. To czego  
doznawałem w te chwile, nie jest do opisania. Nawet twoim piórem. Po prostu i zwyczajnie nie jest.
Kiedy wypełniły się dni, kazała ugnieść swoje niepełne ciało w kulkę i zjeść.
Tak zrobiłem.
Ugniotłem ją w kulkę wielkości czereśni, odciąłem od włosów i poniosłem do ust. Powstrzymałem  
się w ostatniej chwili. Schowałem Marię do kieszeni na czterdzieści jeden lat.
Przez te lata umierałem co dnia. Zabijała mnie tęsknota za Marią.
Kiedy z rozpaczy zacząłem zjadać własny kał i wypijać mocz, dołączono mnie do komanda mnichów  
zajmujących się krowami morskimi. Wkrótce stałem się podobny do nich — zarośnięty, owrzodzony, 
cuchnący i nieobyczajny.

background image

Nie ominął mnie żaden rodzaj zboczenia. Robiłem wszystko, czego może dopuścić się człowiek,  
poza zabijaniem.
Któregoś zimowego popołudnia, kiedy oddawałem się właśnie sodomii, kulka Marii rozpaliła się w  
mojej kieszeni do czerwoności i uczyniła głęboką dziurę w udzie.
Zrozumiałem, że już czas.
Wykąpałem się w rumianku, przyciąłem włosy i brodę, wdziałem świeżą bieliznę i habit.
Potem,   wałkiem   do   ciasta,   rozwałkowałem   kulkę   Marii   na   okrągły,   bielutki   komunikant.   Tak 
przygotowany, uczyniłem spowiedź generalną.
Przyjąłem komunię z rąk przeora. Sam podałem mu komunikant, kłamiąc że przechowałem go od  
czasu święceń kapłańskich i że przez to jest mi szczególnie drogi.
Przyjąłem komunię z Marii. Byłem uratowany.
To wszystko.
Później   był   już   sam   banał:   codzienność   klasztorna,   mistyfikacja   z   materacami,   kłopoty   z 
trawieniem, dokuczliwe wiatry i odejście z klasztoru.
Oip westchnął ciężko. Zakończył opowiadanie, położył się na ziemi i zasnął twardym snem.
Marquez okrył starca kocem. Sam poszedł spać do pustelni.
Sprawy ułożyły się w najlepszy dla niego sposób. Miał całą noc na to, by przeczytać historię Marii,  
zapisaną przez nią samą.
Pamiętał   gdzie   leżał   zeszyt.   Miejsce   wskazał   mu   sam   Oip   oprowadzając   po   pustelni.   Była   to  
ozdobna   przegródka   na   półce,   zastawiona   półmatową   szybką,   by   do   papieru   nie   dobrały   się  
jaszczurki.
Rozpalił lampki oliwne, zaczerpnął mleka z kamiennego garnka, sięgnął do półki i odsunął szybkę.
Zbladł.
Przegródka była pusta.

Wstawał dzień. Szreń schodziła z traw. Muskatowe buki wybijały się z mgielnej otuliny. Między 
nimi nie było widać Marqueza, choć Muskat wypatrywał oczy do bólu.
— Zacznę od początku — postanowił pisarz i obwieścił postanowienie światu.
Uczynił to szeptem, żeby broń Boże nie zranić poranka. Miał szacunek dla jego delikatności. To z 
niej właśnie, z delikatności poranka, wywiódł nieoczekiwane postanowienie.
Nawet nie zmartwił się specjalnie, chociaż takie postanowienie niweczyło pracę wielu dni.
— Zacznę od początku — powtórzył. Wsiądę do auta i zajadę do Popielawskiej resztówki od strony 
starej drogi. Stanę przy kapliczce, sięgnę po patyk i jeszcze raz napiszę zaklęcie. Będę udawał, że 
mnie tu wcale nie było. Potem wzruszę się na nowo, zapamiętam wzruszenie i ukryję je przed 
innymi.   Będę   z   niego   odkrawał   kawałek   po   kawałku,   jak   kartofle   do   zalewajki.   To   musi 
zaprowadzić mnie tam, dokąd zmierzam. Do siebie.
Uczynił jak postanowił.
Nie minęły dwie godziny,  kiedy po raz kolejny stanął przed kapliczką. Od ostatniego razu nie 
zmieniło się tu wiele. Może tylko tyle, że woda ułożyła się już w rowach i dała spokój kocim łbom. 
Błyszczały w niskim słońcu jak polerowany marmur.
Stanisław przysiadł na ławeczce przystawionej do płotka kapliczki. Nie czekał długo. Wzruszenie 
przyszło   z   szybkością   przynależną   temu   miejscu,   a   może   nawet   odrobinę   szybciej.   Zacisnęło 
gardło, wypełniło głowę watą cukrową a nos smarkami.
To było to na co czekał pisarz.
— Zgoda — odezwał się cicho do siebie. Zgoda — powtórzył. To ciekawe doświadczenie pisać tak 
szybko i tak udatnie jak mi się przydarzyło. Zgoda. Ale co z tego? Przecież to cudze — nie moje.
A gdzie w tym pisaniu osobność Stanisława Muskata? Gdzie picie wody z Popielawskich rowów, 
nasłuchiwanie  pociągu   od  Łaznowskiej  stacji,  wygładzanie   kleszczyn   do  dziadkowych  chomąt, 
rozbijanie   kijem   świńskiej   szczeciny   do   podkładek,   zimowe   wyprawy   do   wylęgarni   po   stadka 
żółtych kurczaków, sięganie między nogi Tereski Trelanki, znajdowanie wilgoci, oczekiwanie na 
ojca z pięciobateryjną latarką?
— Gdzie to wszystko? W dupie! Poszło się pierdolić! Zamienione na jebane cykady,  chujowe 

background image

cedry, obsrane cyprysy, zarzygane oliwki, obszczane pinie i inne pierdolone gówna. A wszystko po 
to, żeby się podobać. I bać się trochę mniej.

OJCZE NASZ KTÓRYŚ JEST W NIEBIE.

Droga Marysiu:
Właśnie piszę do ciebie 
nowy list. Już prawie przywykłem
 do miasta, Chociaż śmieją się tu z
 moich odmrożonych policzków: 
Babcia napisała nam, że zabierają 
Cię do domu dziecka. Znajdę Cię 
tam, bo nie wyobrażam sobie życia 
bez Ciebie. Nie martw się. Nigdy o
 Tobie nie zapomnę. Przysięgam.

Staszek

Początki?
Muskat pamiętał ich wiele, a każdy  zaczynał co innego.  Jeden z pierwszych  początków. Jazda 
saniami od Łaznowa.
— Babciu?
— Co, Stasiu?
— Czym będę jeździł do szkoły?
— Będziesz chodził, synku.
— Na piechotę?
—   No   tak.   Na   piechotę.   Podzelujemy   u   Mazurka   twoje   zimowe   kamasze,   a   na   drugą   zimę 
dostaniesz dziadkowe oficerki. Dziadek dostał je od samego pana Piłsudskiego za bohaterstwo. Do 
tego sklep z wyszynkiem na Grębachu.
— Gdzie to jest?
— Grębach? W Łodzi.
— To dlaczego tam nie mieszkacie?
— Wszystko przepadło. Na wojnie.
Telefon na pocztę pod Bukowem. Listonoszka wchodzi do klasy.
— Stasiu, dzwoni twój tatuś. Potem rozmowa:
— Staszek?
— Tak, to ja tatusiu.
— Stasiu, dzwonię do ciebie w trudnej sprawie, ale jesteś już prawie mężczyzną.
— Tak, tatusiu.
— Brat mamy, wujo Heniek... zmarł dzisiaj w szpitalu... Stasiu... jesteś tam?
—Jestem, tatusiu.
— Zrozumiałeś? —Tak. Wujo Heniek...
— Musisz powiedzieć dziadkom. Nie ma innego sposobu.
Jak wygląda ojciec, który dowiaduje się o śmierci syna? Zwyczajnie. Jak pomnik.
Dziadek wbijał właśnie kołek w ziemię. Kamieniem.
Dziadek   to   był   mały   człowieczek   o   bardzo   przestronnym   środku.   W   przestrzeni   dziadkowej 
zmieściło  się bardzo wiele: dwie wojny,  obóz koncentracyjny,  strata córki i starszego syna  na 
wojnie.   Chociaż   nie.   Odrowąża   zastrzelił   kolega   z   oddziału   już   po   wojnie,   kiedy   przepadli   w 

background image

Tomaszowskich  lasach po raz drugi, już nie jako partyzanci,  ale czarna  reakcja. Strzelił  w tył 
głowy, dla pewności. Tak mu kazali w UB.
Jak wygląda ojciec, który dowiaduje się o śmierci drugiego syna? Zwyczajnie. Jak drugi pomnik.
— Dziadziusiu...
— No, co? Już wróciłeś. Mniej było lekcji? Dziadek podnosił właśnie kamień.
Klęczał na lewym kolanie, lewą ręką trzymał kołek, stopą prawej nogi opierał się na trawie.
—Dziadziusiu... wujo Heniek zmarł dzisiaj w szpitalu.
Dziadek, rymarz, szwoleżer Piłsudskiego, szef obwodu AK, mały człowieczek — został tak do 
późnej nocy. Zakrzepł w pomnik. Nawet ogłupiała łza, zatrzymała się w pół drogi. Zawisła na 
czubku nosa i z cierpienia przemieniła się w kryształ.
Kamieniowi uniesionemu w powietrze pękło serce. Odjął sobie ciężaru, uniósł się nad dłonią i trwał 
tak razem z dziadkiem, bojąc się poruszyć.
Jeden z kolejnych początków, wcale nie mniej ważny od innych.
Była zima po tym lecie, które zabrało wuja Heńka i tej jesieni, przez którą dziadek nie odezwał się 
ani słowem.
Staszek leżał pod pierzyną. Chorował. Przyplątała się gorączka. 
Na górze w rymarskim warsztacie odbywała się pierzawka. Z czworaków przyszły wszystkie baby. 
Darły   pierze,   popijały   grzane   wino,   zagryzały   kaszanką   i   podśpiewywały   cicho,   by   nie   ranić 
milczenia dziadka.
W takiej chwili na dole otworzyły się drzwi pokoju, weszła Marysia. Miała na sobie lichy paltocik, 
liche trzewiki i zieloną czapkę z wełny. Podeszła do łóżka, usiadła na brzeżku.
Długo trwało milczenie.
Dziewczynka  musiała przejść trzy kilometry przez śnieg, by na koniec dojść do Popielawskiej 
resztówki.   To   była   wielka   wyprawa.   Nie   wolno   było   przerwać   tak   ważnego   milczenia   czymś 
błahym. Staszek milczał. Czekał na słowa Marysi. Ale Marysia nie odzywała się. Trwała w upartym 
nicniemówieniu. Wgapiała się w Staszka niebieskawymi ślepiami, aż z tego wszystkiego wypełzły 
jej z nosa przezroczyste gluty. Dziewczynka otarła je wierzchem odmrożonej dłoni, a potem — 
dalej bez słowa — wsunęła rękę pod pierzynę. Szybko znalazła ptaka i zacisnęła na nim dłoń. 
Wyraz  jej  twarzy nie   zmienił   się  ani  odrobinę.  Z  nosa  wychyliły  się  nowe  gluty.  Te  Marysia 
wciągnęła w siebie i przełknęła. W chwilę po tym odezwała się cichutko.
Już wiem kim będę, jak dorosnę. Albo pielęgniarką, albo kurwą w garnizonie. Wszystko zależy od 
tego, czy tatko wyjdzie z choroby.
— Jak wyjdzie, będę pielęgniarką. Jak nie wyjdzie i umrze, zabiorą mnie do domu dziecka. Wtedy 
zostanę kurwą—zmienię sobie imię na inne, żeby mnie nikt nie rozpoznał. Na przykład na... Luśkę. 
Zapuszczę   długie   warkocze,   żeby   mnie   nikt   nie   rozpoznał.   Umiem   już   całować   jak   kobieta. 
Pamiętasz jak cię pocałowałam?
Staszek   nie   odpowiadał.   Gorączka   wzmogła   się   gwałtownie,   a   do   tego   rozbolał   go   członek 
uwięziony w dłoni Marysi. Cały poznany świat pomieszał mu się w głowie. Chciał zrobić coś, co 
mogło   pasować   do   tej   dziwnej   chwili,   ale   zamiast   tego,   uczynił   coś   zupełnie   odwrotnego. 
Przyciągnął głowę Marysi do swojej głowy i przegryzł dziewczynce lewą brew. Dłoń na członku 
zacisnęła się gwałtownie, a w otwarte do krzyku usta, spłynęła słodkawa dziewczęca krew.
 
Od tej pory aż po kres dni nosiła Marysia pionową bliznę nad lewym okiem.
Początki. Zaczynania. Zaczynania od nowa. Muskat uśmiechnął się cierpko.
— W końcu jednak gdzieś doszedłem... Do jakiegoś miejsca... Idzie się.
Wstał z ławki, pochylił się po patyk, by odnowić zaklęcie na drodze. Nie odnalazł starego napisu. 
Ktoś zatarł go butem. Usiadł na nowo, rozejrzał się dookoła.
Zobaczył wszystko trwające na swoich miejscach, ale pomniejszone przez czas i jak on sam — 
przez czas dotknięte. Czworaki spaliły się parę lat wcześniej, pałacyk przebudował sobie rzeźnik z 
Tomaszowa. Przebudował na nuworyszowską twierdzę, zamknął w niej młodą żonę i upijał się 
denaturatem, chociaż stać go było na najlepsze wódki.
Stawki zarosły sitowiem, sklęsły się w sobie i czekały już tylko na koniec świata. Ten jednak nie 

background image

zamierzał przychodzić.
W pałacyku była zimna sypialnia. Na górze, naprzeciw  warsztatu dziadka. Tam sypiało się od 
święta. Powiedzmy, że przyjeżdżała rodzina. Jaka bądź. Dziadkowie układali wtedy przyjezdnych 
na dole, w cieple, sami zaś, razem z wnuczkiem, szli spać do zimnej sypialni. Jeżeli była akurat 
zima, każdy dostawał pod nogi dwie flaszki z gorącą wodą.
Przebudzenia   bywały   rozmaite,   zawsze   jednak   z   oczami   utkwionymi   w   suficie.   Tam   bowiem 
zapisana była przyszłość Staszka Muskata. Na suficie.
To były zwykłe pęknięcia. Zaprawę narzucano na trzcinę wiele razy. Tu i tam trzcina nie dźwignęła 
ciężaru, zaprawa popękała.
Staszek rzecz jasna znał to wytłumaczenie, ale nic sobie z niego nie robił. Czytał swoją przyszłość 
zachłannie, wodził palcem po kobiecych profilach, po obłościach ciał, grzbietach książek, korytach 
rzek, kontynentach. Odkrywał nieodkryte.
Dla   ułatwienia   podzielił   sobie   sufit   na   osiemdziesiąt   kwadratów,   z   których   każdy   wyznaczał 
kolejny rok życia. Przez kilka lat sypiania w zimnej sypialni zdołał odczytać trzydzieści siedem lat 
swojego życia.
— Cholera! — krzyknął Muskat i poderwał się z ławki. Cholera! Odczytałem tylko trzydzieści 
siedem lat!
W jednej chwili odezwało się w nim dziecko i opanowało dorosłego bez reszty. Puścił się biegiem 
w kierunku pałacu.
Żona rzeźnika była ładną, drobną kobietą. Jej kruchość podkreślał dodatkowo męski przyodziewek. 
Taki   widać   wybrała   sobie   styl:   drelichowe   spodnie,   flanelowa   koszula,   przyduża   marynarka   z 
podwiniętymi rękawami, włosy gładkie, spięte za głową, do tego mały, prosty nosek, brązowe oczy, 
rządki drobnych zębów, białych i zdrowych.
Wyglądała   jak   hrabianka   i   tak   się   nosiła   na   przekór   podłemu   losowi.   Bo   jak   inaczej   nazwać 
wygnanie   do   Popielaw,   do   tego   zasranego   końca   świata?   Nie   wiadomo,   co   jej   naobiecywał 
czerwono—mordy mąż, że zgodziła się przyjechać za nim w tę wiejską przepadlinę.
—   Chciałem   popatrzeć   na   sufit   w   zimnej   sypialni   —   wytłumaczył   się   szybko   Muskat   kiedy 
otworzyła drzwi.
— Na co chciał pan popatrzeć? Na sufit?
Roześmiała się serdecznie, układając zmarszczki wokół oczu w słoneczne promyki. Z jej twarzy nie 
czytało się goryczy ani innych zapisków; które powinien ponad wątpliwość wycisnąć zły los. No, 
może gdzieś na dnie oczu pojawiał się czasem jakiś mat, ale ten dotyczył przeszłości. Muskat znał 
się   na   tym   trochę.   Teraz   z   twarzy   kobiety   czytało   się   pogodę   i   serdeczność   Nic   innego.   Te 
nieoczekiwane odkrycia odebrały mu pewność siebie. Patrzył na kobietę zachłannie, dopasowując 
ją do miejsca tak znanego i tak nowego. Ale pasowała. Nawet czarne włosy i śniada skóra nie były 
tu obce. Pasowały do ultramarynowych ścian i czwórdzielnych okien z zielonymi okiennicami.
— A co takiego specjalnego w tym suficie? Przygnał pan za wspomnieniami?
— Trochę tak, a trochę nie. Każdą nową książkę zaczynam od Popielaw: Pytam o pozwolenie 
studnię, stawki, rajską jabłoń rosnącą między nimi. Pytam o pozwolenie, a one zwykle pozwalają. 
A pani mąż? — zapytał nieoczekiwanie dla siebie samego.
— Mój mąż? Nie ma go. Wyjechał w interesach. Na giełdę mięsną. Możemy romansować prawie 
otwarcie.
Weszli do zimnej sypialni. Nie zmieniła się prawie. Dalej stały tu dwa dębowe łóżka dziadków, 
dalej wisiała nad nimi święta rodzina w pozłacanej ramie. Obraz nawet nie przyblakł. Kolory były 
żywe i soczyste.
— I co teraz? — zapytała żona rzeźnika. Zedrzesz ze mnie ubranie i wypierdolisz mnie na łóżku 
swojego dzieciństwa?
Stanisław nie odpowiedział. Zamiast tego położył się na wznak na lewym łóżku, tym, które stało 
bliżej   okien.   Po   chwili   na   prawym   łóżku   położyła   się   żona   rzeźnika.   Słychać   było,   jak   pod 
marynarką tłucze się jej ogłupiałe serce.
—   W   tym   łóżku   sypiałem   od   święta   —odezwał   się   Muskat.   Miałem   piękne   sny   i   piękne 
przebudzenia.   Podzieliłem   sufit   na   osiemdziesiąt   kwadratów.   Z   zapasem.   Odczytałem   dotąd 

background image

trzydzieści siedem. Dzisiaj mam czterdzieści lat. Sufit mnie nigdy nie okłamał. Zapisane jest na nim 
wszystko. Trzeba tylko umieć czytać.
— Przeszłość też?
— Też.
— To przeczytaj mi moją.
— Sama sobie przeczytaj.
— Myślisz, że mam dość siły?
— Nie mam pojęcia. Spróbuj. Może masz dość siły.
— Czytam. Zaczynam od osiemnastego kwadratu.
— Dlaczego nie od dzieciństwa?
— Było mroczne. —
— Ale było. 
— Znam odpowiedzi.
— Jesteś pewna?
— Nie. Nie jestem, ale zaczynam od osiemnastego kwadratu. Tak chcę.
Właśnie dostałam się na studia, na iberystykę. Rodzice ucieszyli  się, chociaż oznaczało to mój 
wyjazd do Warszawy. 
Już na pierwszym roku zakochałam się w Marquezie. Czytałam wszystko co napisał. Każde słowo, 
które wyszło spod jego pióra. Uczyłam się hiszpańskiego jak najęta. Studia zakończyłam przed 
czasem   bardzo   efektowną   pracą   magisterską.   Otworzyłam   przewód   doktorski,   dostałam 
stypendium. Ale ciągle nie miałam dość pieniędzy, żeby wyjechać do ukochanego. Zapisałam się na 
kursy masażu tybetańskiego. I te ukończyłam przed czasem. Szybko znalazłam pracę w instytucie 
medycyny naturalnej, ale ciągle zarabiałam zbyt mało, żeby marzyć o wyjeździe. Miłość spalała 
mnie.   Chciałam   go   zobaczyć   jak   najszybciej,   usłyszeć   jak   mówi,   dotknąć   dłoni,   spod   której 
wychodziły te wszystkie piękne słowa. Oszalałam. Pisałam listy, ale mój ukochany nie odpisał na 
żaden. Z rozpaczy poszłam pracować do salonu masażu  erotycznego.  Miałam zręczne  dłonie  i 
dyplom masażystki. Od tej pory przeliczałam kutasy na dolary. Przybywało kutasów, przybywało 
pieniędzy, przybliżał się wyjazd do Marqueza. Z tego roku ciężkiej pracy zapamiętałam tylko jedną 
twarz. Wszystkie pozostałe to były chuje. Wyrastające z czoła, brody, nosa, długie, krótkie, grube, 
cienkie,   proste,   powyginane   —   chuje.   Tylko   ten   jeden   mężczyzna   miał   prawdziwą   twarz   i 
prawdziwe oczy. Patrzył na mnie tak pięknie jak nikt dotąd. Potem rozmawialiśmy. Opowiedziałam 
mu o mojej nieszczęśliwej miłości. Wtedy sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, “wyjął rulon 
dolarów związanych gumką, zsunął gumkę, odliczył dziesięć tysięcy i podał mi bez słowa. Tym 
sposobem   już   w   dwudziestym   czwartym   kwadracie   znalazłam   się   przed   wiejskim   domem 
Marqueza.
Starzec był  tak piękny jak w moich  wyobrażeniach,  a nawet jeszcze piękniejszy.  Jego siwizna 
skrzyła  się w słonecznym  świetle, pomarszczone czoło długo sprawiało się z myślami  a płatki 
nozdrzy rozchylały się przy tym jak u młodego byczka.
— Doktorat, mówisz... To będzie już chyba dwunasty doktorat. Komu to potrzebne? Może potrafisz 
coś innego?
— Znam masaż tybetański i kurewski.
— No, no... To już jest coś. Masaż. To by mnie nawet interesowało. Wiesz, mam odprostowane 
dwie lordozy...
— Wiem — przerwałam — szyjną i lędźwiową. Wiem o panu wszystko.
— No dobrze, dziecko. Więc codziennie dwa masaże i jedno pytanie do doktoratu. Zgoda?
Tym sposobem zostałam prywatną masażystką mistrza. Przezwał mnie Conchitą.
  Sypiałam  w sąsiednim   pokoju, nasłuchując  uważnie.  Zjawiałam   się na  każde  jego  zawołanie. 
Prowadził dziwny tryb życia. Każdego dnia wstawał o piątej rano i długo patrzył na mgłę. Jak 
zrozumiałam później, potrzebował tych kilku porannych godzin, by nasłuchać się cykad na cały 
dzień. Mgła też była ważna. Może nawet ważniejsza. Wypytywał mnie o cykady w moim kraju.
— Nazywamy je świerszczami polnymi, mistrzu.
— Świerszcze polne. Dziwne nazwanie. Bardzo dziwne. Ale dobrze, że macie tam świerszcze, bo 

background image

to znaczy, że macie też kochanków i miłość. To zaś znaczy, że jesteście narodem walecznym i 
romantycznym. Czy nie tak? A wszystko dzięki tym małym, szeleszczącym żyjątkom.
Ten starzec wiedział wszystko. Prawda wchodziła w niego bez trudu i z wszystkiego dookoła. 
Wciskała się w niego jak woda  “w gąbkę. Drzazga smolna, śmieć, błyskawica, chmura burzowa, 
zapach   kobiecego   potu,   kształt   powieki   WSZYSTKO   NIEPOJĘTE   ŚWIATA   zamieniał   na 
oczywistość. Nie zachowywał się przy tym jak odkrywca. Śmiał się tylko, kiedy przypadałam do 
jego dłoni, by ucałować ją i przycisnąć do policzka. Przystał na moją miłość jak na wszystko inne, 
nie wyróżniając jej z codzienności w żaden specjalny sposób.
W te lata żyło się jednak pięknie i dobrze.
Spędzałam czas przy ukochanym, karmiłam oczy jego widokiem, nasycałam ciało jego zapachem, a 
duszę jego duchową, subtelną emanacją. Czego mogłam chcieć więcej?
Wzajemności? A czymże jest wzajemność, jak nie dawaniem siebie bez ograniczeń. Marquez tak 
właśnie   trwonił   siebie.   Bez   ograniczeń.   Że   przy   tym   kochał   wszystkie   kobiety   świata?   Tak 
rzeczywiście było. Tak było aż do tego dnia, kiedy odkrył istnienie Marii.
Ta historia z Marią zaczęła się banalnie, od rozmowy Marqueza z ogrodnikiem Ricardo.
To był drań cieszący się niezasłużonym zaufaniem mistrza. Podobno pochodzili z tych samych 
stron. Stąd ta sympatia, takie rzeczy były dla Marqueza ważne.
Ricardo  nieraz   próbował  się  do  mnie  dobierać.   Był   lubieżnikiem.  Jestem  pewna,  że  podglądał 
igraszki Marqueza i moje. Mistrz chyba wiedział o tym, ale przymykał oczy.
Rozmowa z ogrodnikiem  bardzo go podnieciła. Po południu zamówił pół—ciężarówkę. Razem z 
usłużnym   Ricardo   pojechali   do   nieodległego   klasztoru   franciszkanów.   Wrócili   pod   wieczór   z 
dwunastoma materacami kupionymi od mnichów.
Tej nocy mistrz jeszcze potrzebował moich masaży, ale już następnej nie wezwał mnie. Od tego 
czasu, słyszałam przez ścianę, jak mówi do siebie, płacze, śmieje się, milknie nagle, a nawet prze-
staje oddychać. Byłam przerażona. Jedyne na co mi pozwalano, to zanoszenie do sypialni wina i 
lekkich posiłków. Patrzyłam wtedy na ukochanego i płakałam żałośnie. Nie robiło to na nim wra-
żenia. Leżał na wznak z dłońmi zaplecionymi pod pępkiem, gapił się w sufit i czekał aż odejdę.
Po jakimś czasie zaczęło mi brakować jego ciała. Czułam, że przybliżam  się do kresu. Byłam o 
krok od przyjęcia zalotów Ricardo. Którejś nocy nie wytrzymałam. Pożądanie wzięło górę nad 
strachem.   Wdarłam   się   do   sypialni   mistrza   i   zgwałciłam   go   na   tych   przeklętych   materacach. 
Dopiero w połowie nocy zaczął odwzajemniać pieszczoty. W jego żyłach na powrót popłynęła 
męska krew. Rzucił się na mnie jak młodzieniec. Tarzaliśmy się tak prawie do świtu. Szczytowałam 
wiele razy. Zetlałe płótno materaców nie dało rady oprzeć się naszemu szaleństwu. Podarło się na 
strzępy.
Rano Marquez odkrył włosy Marii. To one okazały się przyczyną jego dziwnego stanu. Oczywiście 
żadne z nas, nie wiedziało wtedy o Marii. Po prostu zobaczyliśmy rude włosy leżące na posadzce. 
To znaczy — ja tyle zobaczyłam. Mistrz zobaczył więcej.
Zostałam przy nim jeszcze dwa tygodnie. Tyle czasu potrzebował, by podnieść się z choroby, na 
którą   zapadł   po   odkryciu   włosów.   Szaleństwu,   które   nastąpiło   potem,   nie   dałam   już   rady 
towarzyszyć, mimo “wielkiej miłości do mistrza”.
 
Dotarłam przy nim do dwudziestego siódmego kwadratu. Dałam tej miłości ile potrafiłam. Wzięłam 
dużo więcej. Teraz musiałam się już tylko uratować.
Pomógł mi ten sam mężczyzna, który kilka lat wcześniej podarował pieniądze na miłosną wyprawę. 
Zatrzymał mnie na progu burdelu w Bogocie.
Okazało się, że poświęcił majątek, by mieć mnie pod dyskretną kontrolą. Opłacał nawet Ricardo i 
okolicznych żandarmów.
Pieniędzy starczyło jeszcze na powrót do Polski, skromny ślub i rozkręcenie mięsnego interesu. Jak 
się okazało, mój mąż znał się na rzeczy. Wkrótce kupił dla mnie ten pałacyk.
I w ten sposób znaleźliśmy się w dwudziestym dziewiątym kwadracie. Tak. Żyję tu już dwa lata. 
Doglądam domu i okolicy. Samotność jest moją serdeczną pieczęcią. Odciskam ją na wszystkim 
dookoła. Nawet to polubiłam. Mam trochę zwierząt: parę świnek, stadko kur, dwa psy, wronę, trzy 

background image

koty, szczura.
Czy go jeszcze kocham, Marqueza? Kocham go, ale to jest już miłość bezpieczna. Nie potrzeba jej 
codziennego widoku ukochanego. Potrzeba tylko czasu.
Żona rzeźnika przerwała odczytywanie kwadratów na suficie. Zamilkła. Muskat przełknął ślinę.
— A zatem Marquez kłamał — pomyślał. Kłamał jak najęty, opowiadając, że Conchita dalej się 
nim opiekuje. W jego opowiadaniu oddana Conchita ciągle przychodziła do sypialni, nakrywała 
stolik, ustawiała na nim wonne olejki, zaciągała rolety i zrzucała ubranie.
— A twoje kwadraty? — odezwała się żona rzeźnika. Co przepowiadają?
Muskat spojrzał na kobietę. Ciągle leżała na wznak ze wzrokiem utkwionym w suficie. Wydawała 
się teraz jeszcze bardziej krucha niż przy poznaniu. Nagle zapragnął ją przytulić. Nic więcej, tylko 
przytulić, zamknąć w ramionach i zatrzymać ją tak do uspokojenia oddechu. Zrozumiała. Sama 
przesunęła się na jego stronę.
Potem wszystko ułożyło się inaczej, niż planował. Kochali się.
— A twoje kwadraty? — ponowiła pytanie, kiedy już było po wszystkim.
— Moje kwadraty? 
Spojrzał w sufit. Zobaczył.
— Moje kwadraty mówią, że odnajdę zeszyt Marii w Izraelu. Poznam przy tym historię największej 
miłości świata. Nie będzie to jednak twoja historia... ani historia Marii.
Kiedy wrócił pod kapliczkę od razu zauważył napis na drodze. Ktoś odnowił go, bardzo dobrze 
naśladując charakter pisma Muskata.
— Co to właściwie znaczy: wszystko niepojęte świata? — usłyszał pytanie.
Zza tujowego drzewa, pamiętającego miłosne spazmy Tereski Trelanki, wyszedł mężczyzna. Od 
razu   było   widać,   że   nie   jest   z   tych   stron.   Jego   szlachetne   uformowanie   gwałciło   Popielawską 
zwyczajność. Można nawet powiedzieć, że zadawało jej ból.
Mężczyzna   miał   około   pięćdziesięciu   lat,   ciemne   gorejące   oczy,   starannie   przystrzyżoną, 
szpakowatą brodę i podobnie szpakowate włosy Sięgały ramion, układały się na czarnym palcie 
dokładnie tak jak powinny.
— Odpowie mi pan? — przynaglił.
Muskat   postanowił   podjąć   rozmowę,   choć   nie   oczekiwał   po   niej   niczego   dobrego.   Poczuł 
nieomylnie,   że   właśnie   grzebie   postanowienie   o   zaczynaniu   wszystkiego   od   nowa.   Obcy 
mężczyzna, skąd by nie przychodził, przychodził ze świata Żyda Pleszke.
— Wszystko niepojęte świata? To znaczy właśnie to. Drobiazgi. Drzewo, ptak, studnia, owoce. Na 
przykład jabłka. Jadł pan papierówki, gaguły, jeszcze trochę cierpkie? A czereśnie? Białe czereśnie 
na drzewach dziadka Jakuba. Albo to, że się wraca. Niepojęte. Wraca się do skrzyżowania dróg 
wymoszczonych kocimi łbami, do kapliczki skleconej z byle jakiej cegły, do gipsowej Marii. I ta 
gipsowa nieporuszona Maria ożywia Marię z ciała, krwi i kości. Przyobleka w kształt, daje imię, 
piersi, palce u dłoni.
Niepojęte.
A szczekanie małego psa po mgle. Jesienne. Słyszał pan kiedyś? Taki pies szczeka prosto w serce, 
wymierza odległość do innej wsi, z której właśnie Marysia wyrusza do domu dziecka.
Niepojęte.
 
Teraz   deszcze.   Rozmaite.   Wiosenne,   letnie,   jesienne.   Dźwięk   deszczu,   a  przedtem   zwiastujący 
pomruk burzy. Idzie się przez taki deszcz boso, aż na koniec dochodzi się na przystanek pekaesu 
pod Bu—kowetn. Nie przyjechała.
Niepojęte.
W gruncie rzeczy — drobiazgi. To i tamto.
Muskat przerwał na chwilę, ale zaraz wrócił do mówienia.
— Chciałem zacząć coś od nowa. To jest właśnie moje miejsce do zaczynania. Nie udało się.
— Był pan w pałacu. Widziałem, jak pan stamtąd wychodził.
— Byłem.
—Ja też byłem. Kilka razy. Ciekawe, jaką historią zaczarowała pana ta nimfomanka.

background image

Muskat zesztywniał. Rozmowa z nieznajomym przybierała bardzo zły obrót. Poczuł to razem z 
gęsią skórką na karku.
— Drogi panie — odezwał się — nie wiem kim pan jest, ale nie będę specjalnie dociekał. Następne 
słowo wróci panu do gardła razem z zębami. Przysięgam. Potrafię układać zgrabne zdania, ale 
potrafię też przypierdolić. Nieznajomy uśmiechnął się.
— A jednak, zaczarowała... Nie tylko nimfomanka, ale i czarodziejka.
Muskat uderzył bardzo szybko. To, co stało się potem, było jednak dużo szybsze. Nieznajomy nie 
uchylił się. Zasłonił tylko głowę przedramieniem, zaś drugą ręką odwrócił napastnika plecami do 
siebie. Błysnęło ostrze i na gardle Muskata zatrzymał  się nóż, hiszpański motyl  z perforowaną 
rękojeścią. Stanisław znieruchomiał. Dobrze wiedział, że człowiek który tak szybko otwiera nóż, 
potrafi równie szybko zabić.
— Nazywam się Landesman. Doktor Landesman. Jestem Żydem. Prowadzę w Sztokholmie dobrą 
praktykę kardiologiczną. Zajmuję się sercami, układami krwionośnymi. Wiem, gdzie w człowieku 
przebiegają żyły Właśnie na jednej z nich opieram ostrze. Przyjechałem tu załatwić jedną ważną 
sprawę i kilka mniej ważnych. Chciałem prosić pana o pomoc. Liczyłem na przyjaźń i dalej na nią 
liczę. Ta kobieta nie może nam przeszkodzić. Teraz odsunę nóż od pana szyi i spokojnie opowiem 
co wiem. Pan zaś spokojnie tego wysłucha. Zgoda?
To   powiedziawszy,   Landesman   uwolnił   Stanisława,   zamknął   nóż   i   usiadł   na   ławeczce   przy 
kapliczce. Wyjął chustkę, przetarł pot z czoła.
—   Nie   chciałem   pana   zranić   —   odezwał   się   pojednawczo.   —   Skąd   mogłem   wiedzieć,   że 
przywiązuje pan taką wagę do tej znajomości?
To ładna i niegłupia kobieta, ale mitomanka, do tego bardzo rozbudzona seksualnie — jeżeli to 
określenie mniej pana dotyka.
Rozglądam się po tej okolicy od trzech tygodni. Każdy dzień odbiera mi nadzieję, ale przynajmniej 
dowiaduję się czegoś o ludziach z tych stron. Trudno pogardzić taką wiedzą. Trudno ją przecenić. 
Szczególnie w mojej sytuacji.
A z tych dwojga — pokazał głową w kierunku pałacu — bardziej mnie obchodzi mąż niż żona. 
Głupiec. Wczoraj zobaczył ją wchlewiku połączoną z dwoma pijanymi chłopami. Zamiast naprać 
po   pysku,   wyjechał   bez   słowa.   Zresztą   ten   jej   talent  do   pierdolenia   równy   jest   talentowi   do 
konfabulacji. Wie pan jaką mnie ugościła historią? Przedstawiła się jako Małgorzata, córka tej 
Małgorzaty od Mistrza. Wyobraża sobie pan? Córka Bułhakowa. Ni mniej ni więcej. A jak udatnie 
opisywała   Patriarsze   Prudy.   Jakby   tam   była.   Może   zresztą   była...   A   pan   był   na   Patriarszych 
Prudach? Dziwne miejsce. Przysiadłem kiedyś na ławce. Tej samej, na której siadywał Bułhakow. 
Patrzyłem   na   staw;   na   okalający   go   płotek.   Dobra   kowalska   robota.   Potem   poszedłem   do 
mieszkania mistrza, to znaczy na klatkę schodową w oficynie.
Napisy zaczynały się już od bramy prowadzącej na podwórko. Potem ich przybywało i przybywało. 
Czytałem chyba ze dwie godziny, aż w którejś chwili mój wzrok zatrzymał się na zdaniu, które nie 
było wyrazem hołdu dla pisarza, nie było sentencją filozoficzną, nie było też przepowiednią ani 
zapisem beznadziei. To zdanie brzmiało:
,Wszystko niepojęte świata”.
Więc kiedy po latach odnalazłem to samo zdanie napisane patykiem na drodze, uwierzyłem, że uda 
mi się wypełnić misję. To pan je napisał, tam, w Moskwie. Prawda?
— Nie byłem nigdy na Patriarszych Prudach. Nie wierzę też w te brednie o żonie rzeźnika. W ogóle 
nie wierzę w ani jedno pańskie słowo.
To powiedziawszy, Stanisław odwrócił się i ruszył w kierunku samochodu. Landesman poderwał 
się z ławki.
— Znam człowieka, który zabił Odrowąża. On żyje. To nieprawda, że koledzy Odrowąża odnaleźli 
go na Ziemiach Odzyskanych i zastrzelili. Ten człowiek żyje i jest blisko. Sprzedam go panu za 
konwersję na judaizm i przyłączenie się do modlitwy kadisz. Jednej jedynej. Muszę dotrzymać 
przysięgi. Przysięgałem ojcu! Błagam, niech pan nie odchodzi!
Stanisław zatrzymał się blady i spocony. Wrócił. Odezwał się cicho.
— O Odrowążu wiedzą tu wszyscy. Był bratem mojej matki, porucznikiem AK, bohaterem. Taką 

background image

wiedzę mógł pan zdobyć w byle jakiej rozmowie, za byle jaką cenę. Za butelkę wódki na przykład. 
Ale  o  przysiędze   kolegów   Odrowąża,   poszukiwaniach   na   Ziemiach   Odzyskanych  i  wykonaniu 
wyroku wiedzieli nieliczni. Większości z nich nie ma już pośród żyjących.
— Ale on, ten który zabił — żyje — powtórzył twardo Landesman. — Żyje i jest blisko. Sprzedam 
go panu za cenę którą wymieniłem.
— To dziwna propozycja. Jak pan powiedział? Konwersja na judaizm? A po co to panu potrzebne?
— Nazywam się Landesman. Tak samo nazywał się mój ojciec i jego starszy brat. Zginął gdzieś tu,  
niedaleko. Wyskoczył z transportu wiozącego Żydów do Oświęcimia. Rozumie pan? Mój ojciec 
przeżył, bo wyjechał za ocean jak tylko poczuł co tu Niemcy szykują ludziom. Stryj nie chciał 
wyjechać. Zakochał się w Polce. Miała na imię Aleksandra i była dużo młodsza od niego. To była 
wielka miłość. W mojej rodzinie od lat daje się ją za przykład miłości doskonałej.
Kiedy Niemcy utworzyli  w Łodzi  getto,  Aleksandra nie została  po aryjskiej  stronie. Poszła za 
mężem, a potem pojechała  z nim do Oświęcimia. Nie dojechali. Wyskoczyli z transportu gdzieś 
między   Łaznowem   a   Czarnocinem.   Niemcy   znaleźli   ich   w  lesie   i   zastrzelili.   Taką   wiadomość 
przywieźli do Ameryki  emigranci zarobkowi z tych  stron. Z Brzustowa, Czy ze Sługocic. Nie 
pamiętam.
Muskat powoli wrastał w ziemię. Czuł pot już nie tylko na czole, ale na szyi, plecach, między 
pośladkami. Zrobił się biały jak papier.
— Źle się pan poczuł?
W głosie Landesmana zabrzmiała prawdziwa troska.
— Trochę. Mało spałem w nocy. Przestraszył mnie pan tym nożem... Ale proszę opowiadać. To 
bardzo interesujące.
— Nie ma już wiele do opowiadania. Przysiągłem umierającemu ojcu, że odmówię kadisz za duszę 
stryja w miejscu jego śmierci, a przynajmniej blisko tego miejsca. Teraz szukam Żydów: Do kadisz 
musi być dziesięciu. Przez trzy tygodnie znalazłem siedmiu Jaj estem ósmy, rzeźnik z pałacu, jeżeli 
da się namówić — dziewiąty. Dziesiątym będzie pan, pod warunkiem, że dobijemy targu i zmieni 
pan wyznanie.
— Dlaczego panu tak na mnie zależy? W Tomaszowie znajdzie pan wielu Żydów. W Łodzi jeszcze 
więcej.
—   To   już   za   daleko.   Przysięgałem   ojcu,   że   znajdę   dziesięciu   Żydów   w   promieniu   dziesięciu 
kilometrów od miejsca śmierci stryja. Za centrum przyjąłem Będków. Popielawy są już na samej 
granicy. My, Żydzi, wymyślamy sobie rozmaite ograniczenia. W życiu i w religii. Przysięgałem. 
Pan jest moją ostatnią nadzieją. To pan napisał na drodze: „wszystko niepojęte świata”. Czy nie 
tak? To pan pięknie wytłumaczył, co kryje się za tymi słowami. Czy nie kryje się za nimi również i 
taka ofiara? Ofiara ze swojego wyznania?
— Mówił pan o transakcji.
— Mówiłem i dotrzymam. —Zastanowię się.
— Proszę się nie śpieszyć. Zostanę tu jeszcze cztery tygodnie. Picie z tej ziemi ożywia mnie. Pan 
zrozumie tę metaforę.
— Nie będę się śpieszył.
— Do zobaczenia.
— Do zobaczenia.

Stanisław z ulgą przywitał się ze swoimi bukami. Tak o nich myślał: moje buki. Bo też drzewa były 
mu przyjazne. Co dnia takie same. Przemian, które w nich następowały, nie dostrzegało się dzień 
po dniu. Trzeba było sezonu, pory roku, albo przynajmniej miesiąca, żeby zobaczyć coś nowego.
To trwanie buków w niezmienności dawało Stanisławowi poczucie równowagi, tak bardzo mu teraz 
potrzebne. Co mówił ten obcy, Landesman? Że Niemcy zastrzelili Landesmanów w lesie?
— Przecież napisałem inaczej — odezwał się do siebie, stojąc naprzeciwko drzew.
— Przecież napisałem, że stary Landesman skręcił kark przy upadku. Tak napisałem do ciężkiej 
cholery. Co jest prawdą? Tamto, czy to?
Próbował   ułożyć   myśli.   Za   dużo   ich   pchało   się   naraz   do   głowy.   Żona   rzeźnika,   Conchita, 

background image

Małgorzata, Maria od rudych włosów, jego Marysia z Popielaw, Luśka. Coś mu podpowiadało, że 
można z tych kobiet złożyć jedną i ta jedna będzie prawdziwa.
—Jedną? A może dwie, trzy? Nigdy nie byłem na Patriarszych Prudach. Zgoda. Byłem
w   Moskwie   kilka   razy.   Nadiusza   oprowadzała   mnie   po   mieście,   ale   nigdy   nie   zaszliśmy   na 
podwórko Bułhakowa. Nadiusza. Jeszcze jedna. Nie. O tej zapomnieć. Natychmiast! Udało się. 
Chwała Bogu.
A Marquez? Lubię jego pisanie, ale tylko tyle. Lubię. Kocham moje buki.
Poszedł do pierwszego drzewa z brzegu. Przytulił się miłośnie. Buk oddał uczucie, nie stawiając 
warunków. Bezwarunkowo.
Muskat powoli godził się z nieuchronnym. Wiedział, że za chwilę usiądzie do pisania, by zacząć 
trzeci rozdział powieści o Pleszke Hendliszu.
— Na czym skończyłem? Uśmierciłem szewca Wochnę. Położyłem go pod pociąg, odciąłem rękę i 
głowę. Właściwie zasłużył na śmierć. Może nie tak okrutną, ale przecież zasłużył.
Idę pisać. Nie odwlekam. Potem rozejrzę się po okolicy. Rozpytam o ten epizod z Żydami. Może 
jakieś Żydowskie dusze z tego pociągu tłuką się po okolicy i przymuszają mnie do pisania. Jak to 
mówił   Marquez?   Spirytystyczny   pisarz?   Nawet  zabawne.   Pierdolę,   idę   pisać.   Do   chuja   z   tym 
wszystkim!

„ŻYD PLESZKE” — ROZDZIAŁ TRZECI

I z tym wydarzeniem sprawił się Będkowski naród dość szybko. Połączył w jedno z weselem i  
kurewskim usposobieniem Anielki.
— Serce ojcowskie krwawiło. Tak patrzeć na bezeceństwa—wykładali mądrzy.
To poszedł pod pociąg. Z rozpaczy poszedł i poczucia godności. A bo to wiadomo by było, czyje  
wnuczki — wyprzedzali przyszłość.
Prawdę mówiąc, coś było na rzeczy w tych ludzkich przewidywaniach. Bo przecież mąż odnalazł  
Anielkę nad ranem, przywaloną ciałem Heńka Wielo—cha, pobrudzoną nasieniem od nóg aż po  
głowę. Kiedy ściągnął kochanka na bok, najpierw wybił Anielce dwa zęby, potem poinformował o  
śmierci ojca.
Od tej pory, aż po kres dni, była Aniełka najwierniejszą ze wszystkich Będkowskich żon.
W takie wytłumaczenie śmierci szewca Wochny najbardziej chciał uwierzyć rzeźnik Trzymka, a  
zaraz po nim kulawka Miazkowa. Ale co innego chcieć, a co innego móc.
W zachowaniu Trzymki zaszła wielka zmiana. Rzeźnik już nie wycinał świńskich nerek i nie zjadał  
na surowo. Nawet nie chciał ruszyć cynadrów, które dawniej tak lubił. Dalej otwierał świnie, dalej  
robił kiełbasy, ale już bez zwykłej radości. Nie wziął też sobie psa, choć dostał wiele propozycji i  
miał już nawet wymyślone imię. Nie chciał się przyzwyczajać.
Kulawka Miazkowa nie poszła na pogrzeb Wochny. Postanowiła już nigdy nie chodzić na pogrzeby.  
Cieszyła się z odzyskanej możliwości korzystania z wody święconej. Jak się okazało, możliwość ta  
powróciła na nowo do Będ—kowskiego kościółka. Było to kobiecie na rękę, bo przez tych parę dni  
chodzenia do Moszczenicy wykoślawiła jedyne niedzielne trzewiki.
Również w zachowaniu Miazkowej pojawiło się wiele nowego. Choćby to, że miała niepohamowaną  
potrzebę chodzenia do kuźni Józka Andryszka i patrzenia na rozgrzewane żelazo. Wzięło się to jej z  
nowego obrazu, widzianego przy modlitwach: Oto w wielkiej hucie rozpuszcza się żelazo. Sypią  
iskry, żar bije w oczy. Potem hutnicy przebijają skorupę i białe żelazo spływa po rynnie prosto do  
glinianej formy. A formą jest odrobiony przez rzeźbiarzy wielki, narowisty ogier. Nie, nie ten z  
ojcowskiego podwórka. Tamten przepadł razem z poparzeniem.
Ten nowy żelazny ogier — myślała Miazkowa — mógł się wziąć nawet z radia. Bo w radiu mówili o  
nowym   pomniku   dla   Warszawy.   Ma   być   wielki   koń   i   wielki   jeździec.   Nazwiska   Miazkowa   nie  
zapamiętała, bo nie miała pamięci do nazwisk, ale chyba jakiś król. Może stąd właśnie, z radia,  

background image

wziął się ten obraz przy modlitwach i potrzeba patrzenia na żelazo w kuźni Andryszka.
Mani Perlman zwariował. To pewne.
Jego jedynego z piątki poparzonych
nie dotknęła śmierć Wochny. Kto wie,
 może nawet o niej nie usłyszał, tak był zajęty sobą.
Swoją   drogą,   szaleństwo   Perlmana   (ciągle   nazywanego   przez   pospólstwo   Perełką)   odwróciło  
trochę uwagę od niedawnych wydarzeń. Wprawdzie nie mówiło się już o poparzeniach, nie wiązało  
ich w rozmowach ze śmiercią Wochny, ale pod skórą ludzkiego milczenia wyczuwało się niepokój.  
Gdyby jeszcze znaki chciały ustać, ale gdzie tam, nie ustawały.
Przepadł wprawdzie pięcionóg, razem, ze Smętkiem ze Sługocic, ale w to miejsce pojawiły się inne  
niecodzienności.
Właśnie,   Smętek.   Tej   śmierci   nikt   prawie   nie   zauważył.   Biedaczysko   pojawił   się   w   Będkowie  
jedenastego z owych pamiętnych dwudziestu dwóch spokojnych dni i jak gdyby nigdy nic obwieścił:  
pięcionogowi uschła piąta noga.
Nie miał widać słuchu na ludzkie sprawy, bo objawił swoją rewelację w najmniej dogodnej chwili.  
W chwili, kiedy wszyscy byli zajęci Jakubem Pleszke i powracaniem do równowagi.
Jedynymi   reakcjami   na   obwieszczenie   Smętka   były   wzruszenia   ramion   i   pogardliwe   uśmiechy.  
Tylko dzieciarnia zareagowała żywiej. Obrzuciła druciarza kamieniami.
Tak więc Smętek musiał się zabrać z Będkowa, nie otrzymawszy przy tym żadnego zamówienia na  
drutowanie, żadnego, najmniejszego nawet garnuszka.
Umarł na polu, okadzony łętowym dymem, opatrzony sakramentami przez Pasiasię, który potraf ił  
naśladować księżowskie ceremonie jak mało kto. Ten sam Pasiasia zakopał Smętka na kartoflisku i 
wystawił mu krzyż ze stracha polnego, rozebranego do naga. Głupiec myślał, że cmentarze można  
powoływać   gdziekolwiek.   Powołał   więc   cmentarz   na   kartoflisku.   Skąd   miał   wiedzieć,   że   jest  
inaczej?
Długo potem rodzina z Bedonia szukała umarlaka. Ktoś zabrał sobie stracha na inne pole, kto inny  
przebronował kartoflisko.  Nie został żaden ślad po Smętku,  nie licząc oczywiście smrodu. Ten 
właśnie naprowadził na trupa.

Koniec   końców,   Smetkowe   truchło   dojechało   ukradkiem   na   prawdziwy   cmentarz   i   zaległo   w  
słuszniejszej ziemi.
Tym sposobem pięcionóg jako znak niecodzienności unieważnił się razem ze śmiercią Smętka, ale  
uważniły się wtedy inne znaki.
Choćby dwa księżyce obok siebie, jeden przy drugim, bliziuteńko. Albo taka niecodzienność: w  
izbach jednej z Będkowskich ulic odnowiły się święte obrazy. Nie był to wprawdzie żaden wielki  
cud.   Takie   rzeczy   zdarzały   się   tu   i   dawniej,   ale   odmienność   tego   była   bezdyskusyjna.   Obrazy  
odnowiły się równo do połowy po jednej stronie ulicy i równo od połowy —po drugiej.
Albo   ten   pies,   a   raczej   niewielka   psinka.   Pojawiła   się   nie   wiadomo   skąd.   Malutka   suczka   z 
podpalanymi boczkami. Przemaszerowała głównym Będkowskim traktem na przednich łapach, za-
dzierając zadnie wysoko w górę. Potem jak po sznurku podreptała na grób Trzymczynej Psotki i jej  
pięciu szczeniąt. Tam, po modlitwie, przepadła ludziom z oczu.
 
Stary Jałmużna, który najłatwiej znajdował wytłumaczenia, biegał potem od chałupy do chałupy z 
codzienną gazetą. Gazeta ogłaszała rychłe przybycie cyrku do Piotrkowa Trybunalskiego.
Ludzie odetchnęli z ulgą. Z jeszcze większą ulgą powitali szaleństwo Perełki. Właściwie dopiero to 
wydarzenie dało im zbiorowe uczucie powrotu do równowagi.
Napiszmy, więc o szaleństwie Mariana Perełki w sposób, na jaki zasługuje. To znaczy — rzetelnie i  
po kolei.
Zaczęło się od listu z Izraela. To już wiadomo. Od tego dnia, a raczej od wieczoru, w którym  
ukontentował się swoim obrzezaniem, Perełka zaczął żydzieć w tempie nie znanym dotąd całej  
żydowskiej historii.
Nawet najgłośniejsi konwertyci nie manifestowali nigdy nowej religijności tak żarliwie. Nie mówmy 
zresztą o całej historii żydostwa. Powiedzmy o tym zaledwie jej ułomku, który znany jest pod nazwą  

background image

chasydyzmu. Albo jeszcze bliżej. Zamknijmy historię żydowską między współczesnością a śmiercią  
Beszta, żeby tym jaśniej oświetlić wyjątkowość powrotu Perełki do wiary przodków.
Już   na   szósty   dzień   po   przeczytaniu   listu   ogłosił   siebie   człowiekiem   przebudzonym   i   uznał   za  
kontynuatora dzieła Magida z Międzyrzecza.
— Będę bronił rzeczywistości wewnętrznej, która w perspektywie rozumu może się want jawić jako  
coś niedorzecznego i paradoksalnego. Będę też wzbogacał rzeczywistość zewnętrzną, zwielokrotniał  
jej materialną emanację, dodawał do tradycji chasydzkiej nowe olśniewające elementy.
Takimi słowami określił swój program i zaraz zabrał się do jego urzeczywistniania.
Najpierw ubrał się jak należy.
Wyjął   z   szafy   kupon   ciemnego   jedwabiu,   przechowywany   od   czasu   wykolejenia   się   pociągu   z 
Milanówka.   Jedwab   był   wprawdzie   sztuczny,   ale   uszyty   z   niego   chałat   wyglądał   przyzwoicie.  
Chałat kazał sobie Perełka uszyć u krawca Kona w Tomaszowie.
To z kolei w trosce o „koszerność” maszyny do szycia.
Potem   zabrał   się   za   wyplatanie   talesu.   Do   tego   celu   zużył   cały   zapas   sznurka,   jaki   sklepowy 
Kaczuba zdołał znaleźć w swoim sklepie. Tałesem oplótł się od szyi do pasa. Kilkanaście warstw  
frędzli ozdabiało go jak firankę. Wyglądał przy tym jak cała gmina żydowska i prawdę mówiąc —  
tak   samo   się   zachowywał.   Krzykliwie   i   manifestacyjnie.   Można   by   się   nawet   przyzwyczaić   do  
takiego ubioru Perełki, gdyby nie wietrzne dni. Wiatr wtedy podwiewał frędzle, rozrzucał na boki,  
wydobywał   z   nich   całą   gamę   gwizdów   i   świstów.   To   z   kolei   rozjuszało   psy.   Całymi   zgrajami  
uganiały się za listonoszem, ujadały, obstrzępiały piękny chałat. W takie dni wolał Perełka nie  
odchodzić od domu dalej niż na rzut kamieniem.
Dom. Ten też przystroił uczeń Magida na miarę swojej wielkiej religijności.
Odrzwia   obił   mezuzami   dookoła,   nie   wyłączając   progu.   Pudełeczka   mezuz   sporządził   sam,  
rozbierając sto trzydzieści siedem drewnianych pudełek po
 cygarach i sklejając z nich trzysta dwa-
dzieścia cztery mezuzy. Z powstałymi liczbami próbował sprawić się kabalistycznie, ale nic z tego  
nie wyszło.
Przymocował   pudełeczka   dookoła   ościeża   w   sposób   tak   dopasowany,   że   uformowały   nową, 
mezuzową ościeżnicę. Rozmyśliwał potem, czy aby nie powinien umocować kolejnych mezuz na tej z  
kolei ościeżnicy, ale na szczęście zrezygnował.
Po mezuzach przyszedł czas na filakteria. Te umieścił Perełka na obwodzie elastycznej taśmy, jedne  
obok drugich. Powstała korona, w której Marian Perełka wyglądał jak żydowski król.
Z mycką nie było problemu, podobnie z pejsami. Problem pojawił się, kiedy Perełka postanowił 
spożywać wyłącznie koszerne pożywienie. Najpierw nie jadł przez tydzień, bowiem wszystko, czego 
się nie dotknął, wydawało mu się nieczyste: Chleb, mleko, woda, mąka, sery, jaja. Zapowiadało się,  
że tej litery żydowskiego obyczaju Perełka nie dotrzyma. Dotrzymał.
Uznając   się   za  ucznia   Magida   z  Międzyrzecza,   sam   wybrał   się   na   szocheta
  i   sam  na   rabina, 
strzegącego zgodności własnego postępowania z halachą i pieczętującego jako koszerne to, co  
uznawał za koszerne. Pieczątkę zabrał z poczty i tylko nieznacznie ją przerobił. Nadawała się do 
nowego zajęcia bardzo dobrze.
Tak sobie żył szczęśliwie, aż do dnia, w którym uznał, że ośrodek któremu przewodzi, powinien  
zacząć promieniować duchowym światłem na całą okolicę. Inaczej mówiąc, Marian Perełka po-
stanowił nawracać ludzi na judaizm.
Przedtem spróbował jeszcze manifestacji naśladujących zachowania grupy chasydów związanych z  
Abrahamem Kaliskerem, zwolennikiem Magida z czasów jego aktywności.
Żydzi ci mieli zwyczaj natrząsania się z uczonych w Torze. Perełka wyczytał, że w swoim czasie, na  
ulicach Koluszek i Łęcznej fikali  koziołki,  obnażali  się i okazywali wzgardę myślącym inaczej. 
Bardzo   mu   odpowiadało   takie   zachowanie.   Tym   samym   sposobem   postanowił   okazać   wzgardę 
katolikom i ponatrząsać się z biskupów.

Wyprawa do Koluszek zakończyła się porażką. Już przy pierwszej próbie obnażenia  listonosza 
aresztowano.   Noc   spędził   w   celi   aresztu   kolejowego.   Od   tej   pory   postanowił   postępować  
rozmyślniej.

background image

Wybrał   się   do   Kalinowa,   by   zapewnić   sobie   sprzymierzeńca   w   osobie   Jakuba   Pleszke.   Myślał 
prostolinijnie:
— On Żyd i ja Żyd. On bogaty materialnie, ja bogaty duchowo. Co przeszkadza, żeby nasze dwa 
małe światy połączyć w jeden wielki? Tak kiedyś zaczynały się rewolucje.
Chociaż nie całkiem. Biedni zabierali bogatym. Mniejsza o to. I tak na czele każdej rewolucji  
jaśniały żydowskie nazwiska.
W każdym razie, taki pomocnik mi się przyda.
I ta wyprawa zakończyła się porażką. Odźwierni nie dopuścili Perełki przed oblicze pana Jakuba.  
Nawet nie chcieli się wytłumaczyć z takiej decyzji. Skopali nieszczęśnika, wytarzali w błocie i na 
koniec oszczali potrząsając przy tym gojowskimi kutasami.
Perełka   nie   rozpaczał   długo.   Już   następnego   dnia,   zaczął   się   sposobić   do   trzeciej   wyprawy,  
najważniejszej.
Nie mógł wiedzieć — bo niby skąd —że ta wyprawa będzie ostatnią w jego życiu.
Tymczasem   nadeszła   zima.   Dopadła   świata   bez   ostrzeżenia.   Nie   zapowiedziała   się   odlotami  
ptaków,   ani   nawet   szrenią   ponocną.   Świat   uspokoił   się   na   biało.   Ludzie   pozapadali  

UJ

  nory, 

poprzylegali   do   pieców   i   przypiecków.   W   ruch  poszły   zimowe   historie.   Od   tej   pory   wieczory  
znaczone były czerwonymi policzkami zasłuchanej dzieciarni.
Opowiadał kto mógł i co mu ślina przyniosła na język. Ożyły na nowo jesienne wyprawy Perełki.  
Ludzie   dopowiadali   do   nich   historie   tak   rozległe,   że   prawdziwa   istota  Perełkowych   wysiłków 
zalegała gdzieś na dnie opowieści. Mniejsza o to. Perełka i tak wybierał się w swoją trzecią drogę.
Ta miała się zakończyć triumfem. By tak się stało, Żyd spędził cały miesiąc na badaniach. Od  
czytania znacznie
  pogorszył mu się wzrok. Do żydowskich oznak dołożył więc jeszcze jedną —  
okrągłe, druciane okulary.
Badania prowadził cierpliwie i systematycznie. Wynik przeszedł wszelkie oczekiwania.
Uczony Perełka odkrył, że w Kalinowskim lesie, nigdzie indziej tylko tam, znajduje się to święte  
miejsce, które chasydzka tradycja wychwala od czasów Beszta.
Kiedy Baal-Szem miał do załatwienia jakąś szczególnie ważną sprawę, powiedzmy — sprowadzenie  
deszczu w czas suszy, szedł do lasu, rozpalał w pewnym miejscu ogień, zapadał w medytację i  
modlił się gorliwie. Deszcz spadał.
Jedno pokolenie później po to samo szedł do lasu Magid z Międzyrzecza. Znał miejsce, ale nie  
rozpalał już ognia. Modlił się tylko, pogrążony w medytacji. Deszcz spadał.
W następnym pokoleniu po to samo szedł do lasu Mojżesz Lejb z Sasowa.
Znał miejsce, chociaż nie rozpalał ognia i nie znał już sposobu na medytowanie, które czyniło  
modlitwę skuteczną. Ale deszcz i tak spadał.
W kolejnym pokoleniu, rabbi Izrael z Rużyna już nie ruszał się ze swojego pałacu. Nie rozpalał  
ognia,   nie   znał   miejsca   w   lesie.   Znał   tylko   opowiadanie   o   ogniu,   miejscu   i   medytacji.   I   to  
wystarczało. Deszcz spadał.
Marian Perełka był szczęśliwy. Bez obawy o przesadę, można powiedzieć, że w dzień dokonania  
odkrycia   Marian   Perełka   był   najszczęśliwszym   Żydem   na   świecie.   Postanowił   spakować   się   i  
najszybciej jak to będzie możliwe wyruszyć do lasu. Przedtem jednak musiał zajść do rzeźnika  
Trzymki po ostatnie błahe wskazówki.
Istotą odkrycia Perełki było przekonanie, że miejsce w lesie, w którym Trzymka odnalazł Żydów,  
było tym samym, które zgubili chasydzi gdzieś między pokoleniem Mojżesza Lejba z Sasowa, a  
pokoleniem rabbiego Izraela z Rużyna.
Wszystko na to wskazywało.
Nieomylność,   z   jaką   Żydki   pomknęły   w   kierunku   lasu,   nieskuteczność   strzałów   wachmańskiej 
eskorty   (żaden   nawet   nie   zranił   uciekinierów),   no   i   na   koniec   fakt   najdonioślejszy:   Pleszke  
Hendlisz, jego syn Izaak i jeszcze jakiś Żyd przeżyli wojnę, o czym donosił niejeden powracający z  
Izraela.
Jakim sposobem, jeżeli nie przez wyjątkowość miejsca?
Przecież mogli wyskoczyć gdziekolwiek. Wyskoczyli między Łaznowem a Czarnocinem.
Przecież mogli uciekać gdziekolwiek. Uciekli do Kalinowskiego lasu.

background image

Przecież powinni zginąć wszyscy. Trzech ocalało.
Perełka triumfował. Był pewien aż dwóch rzeczy naraz: Po pierwsze, że odkrył święte miejsce, po 
drugie, że wkrótce zostanie wielkim mistykiem, pozna tajemnicę medytacji, a wtedy wymodli dla  
świata, co potrzeba.
Bez ociągania ubrał się w chałat, obwiązał tałesem, nakrył głowę mycką, okręcił filakteriami (miał  
zamiar się modlić), narzucił na grzbiet lichą burkę, schował do kieszeni flaszkę koszernej wódki i  
poszedł prosto do domu rzeźnika Trzymki.
W Kalinowskim pałacu, Jakub Pleszke kończył właśnie kolację.
W jego rodzinie już od łat nie stosowało się religijnych rygorów, jadł więc wszystko co lubił.
Tego   wieczoru   upodobał   sobie   kawior.   Czarny   i   czerwony.   Przedtem   zjadł   jednak   potrawkę   z 
cielęciny  i  szpinak  z  jajkiem.   Dopiero   po  tym  sięgnął   po  kawior.  Gryzł  ziarenka   z namysłem.  
Nasycał się smakiem bez pośpiechu. Miał czas.
Niezawodny,   wewnętrzny   zegar   podpowiadał   mu,   że   zdąży   jeszcze   wziąć   kąpiel,   wybrać  
odpowiednią koszulę, odpowiedni krawat i garnitur. Potem zdąży jeszcze zapalić papierosa, wymyć 
po tym zęby, zejść na dziedziniec i dojść do świniami.
Na razie układał sobie w myśli rozmowę Srula z Mani Perlmanem, synem Dawida. Myślał prawie  
głośno:
— Perlman musi dojść do Trzymki. To kilometr. Kiedy ten go odprawi, będzie musiał przejść cztery  
kilometry do Kalinowskiego lasu. W lesie zabłądzi i przemarznie. Na koniec usiądzie na polanie. 
Zacznie padać śnieg. Dopiero wtedy
 Stul się odezwie. Srul nie będzie się śpieszył do tej rozmowy. 
Srul ma czas. Ma dużo czasu.
Nie miał racji. Srul nie chciał czekać. Zaczął się spieszyć.
Perełka zastał Trzymkę przy wstydliwej czynności. Być może to właśnie zadecydowało o przebiegu 
całej rozmowy.
Za   domem   miał   Trzymka   czereśniowy   ogród.   Pamiętnego   dnia,   tam   właśnie   zakopał   Psotkę, 
Pimpusia, Bambusia, Maciusia, Kluseczkę i Świneczkę.
Od tej pory przynajmniej raz w tygodniu wymykał się pod czereśnie i rozmyślał nad psim grobem o  
ludzkim życiu.
Pielęgnował to miejsce po kryjomu. Wiosną wyrywał trawę, latem sadził bratki, jesienią wybierał  
liście, zaś zimą odgarniał śnieg.
Skutkiem tej pielęgnacji, było uformowanie grobku tak pięknego, że mało który na Łaznowskim  
cmentarzu mógł się z nim mierzyć.
Aż do tej pory, do najścia Perełki, udawało mu się ukrywać tę słabość
  przed ludzkim wzrokiem. 
Tego wieczoru prawda została odkryta.
Zmieszany  rzeźnik  na  długą   chwilę   stracił  oddech.   Kiedy   go  na  powrót   odzyskał,   odezwał  się  
niegrzecznie:
— A ty, pierdolony parchu, czego szukasz w moim sadzie?
— Ciebie szukam, bo mam ważną sprawę.
— Ważne sprawy to ludzie mają do mnie w dzień, w masarni, a nie po nocach, w sadzie.
Perełka nie dawał się zbić z tropu. Od razu wyłożył całą rzecz.
— Do masarni nie przyjdę, bo nie jem już świniny. Zresztą już pora, żebyś i ty przeszedł na wołowe  
mięso. Wyszkołę cię na szocheta, dam certyfikat, przystawię pieczęć. Jak wymodlę dla nas to, co  
zamierzam, będziesz miał dużo zajęcia i dużo pieniędzy. Tylko najpierw musisz mnie zaprowadzić  
do Kalinowskiego lasu, w to miejsce, gdzie znalazłeś Hendliszów.
—Jakich Hendliszów?
— No, Żydów z transportu.
— Z jakiego transportu?
— No, do lagru. –Do jakieąo lagru?
Perełka zaczął się pocić, ale ciągle jeszcze brał słowa Trzymki za dobrą monetę.
— Była wojna, Józiu. Staliśmy przy nasypie, ty, ja, Helenka Miazkowa, Stefek Wochna i Władzio  
Stępień.   Rezaliśmy   się   palcami   po   szyjach,   jak   to   dzieci.   Ktoś   w   wagonie   wybił   okno.   Oni  
wyskoczyli...

background image

Trzymka   pokraśniał   na   gębie   jeszcze   bardziej,   niż   to   czynił   na   co   dzień.   Potem   krzyknął   tak 
donośnie, że aż śnieg poleciał z gałęzi
—  Nie  było  żadnej  wojny!  Słyszysz?!  Nie  było  wojny,  Żydów,  transportów,  lagru, nasypu  pod  
Czarnocinem! Nie było! A teraz spierdalaj jak najdalej od tego miejsca! Spierdalaj, mówię i omijaj 
moją masarnię, mój sad i mój świat!
Perełka   zrozumiał.   Odwrócił   się   i   poszedł   w   kierunku   Kalinowskiego   lasu.   Miał   nadzieję,   że 
wyjątkowość odkrytego przez niego miejsca objawi się tym, że znajdzie się samo.
Był   już   prawie   mistykiem,   przy   tym   Żydem   o   bardzo   rozbudzonej   intuicji.   Ktoś   go   wybrał   do  
zapisania tej karty w historii żydowskiego narodu. Ten sam Ktoś (Perełka domyślał się kto, ale nie  
chciał wymieniać imienia Boga) zadba o to, żeby on, Mani Periman, trafił na miejsce.
Trafi.   Na   pewno.   Wtedy   rozpali   ogień   (czy   nie   zapomniał   zabrać   zapałek?),   założy   na   głowę 
filakteria, poczeka na dar medytacji i zacznie się modlić żarliwie. Tak żarliwie jak żaden Żyd na  
świecie.
— Panie Boże, to ja, Mani Perlman, syn Dawida, przebudzony Żyd.
W tym świętym miejscu, pamiętającym wielkich cadyków naszej wiary, proszę Cię o odwrócenie  
karty. Niech czas się unieważni jakimś sposobem.
Niech popiół zamieni się w kości.
Niech kości obrosną mięsem i żyłami.
Niech między żebra wrócą serca, a oczy zaczną patrzeć.
Niech zgasną piece.
Niech pociągi zaczną się cofać.
Niech runą mury qett.
Niech Niemcy wsiądą do samolotów,
czołgów, samochodów i motocykli jadących do tyłu.
Niech Adolf Hitler odmłodnieje.
Niech wróci do Wiednia i zostanie wielkim malarzem.
Niech wyrosną synagogi i zapalą się Chanukowe świece.
Niech stanę znów pod kominem cegielni, a kamień z mojej twarzy niech poleci do góry.
Tak myśląc, Marian Perełka brnął przez śnieg, upadał, wstawał, szedł dalej. Litościwy księżyc  
rozjaśniał drogę, drzewa usuwały się na boki. Stanął na polanie.
—To tu — zdecydował.
Ledwo to powiedział, niebo pociemniało. Zaczął padać ciężki śnieg. Między drzewami przymknął 
na polanę mroźny wiatr.
— Rozpalę ogień — powiedział cicho Perełka i stracił siły. Upadł na kolana.
— Umierasz — odezwał się Srul Hendlisz.
— Nie, Srul, nie umieram, Modlę się w świętym miejscu. Modlę się za ciebie. 
— Nie módl się za mnie, Perełka. Za mnie ma się kto modlić. Umieraj.
To była najkrótsza rozmowa Srula ze zbrodniarzem. Zaraz po niej — Perełka umarł.
Drwale znaleźli go dopiero po tygodniu. Poszli za dziwnym zawodzeniem dobiegającym z samego  
środka Kalinowskiego lasu. Na polanie zobaczyli zamrożonego trupa.
Wiatr grał sobie na talesowych frędzlach.
Kulawka Miazkowa miała szczęście. Jej śmierć odkryto od razu. Ba, gdyby tyko odkryto. Śmierć  
kulawki dostała się do powiatowej gazety, a nawet do radia. To prawda. Przemilczano przy tym  
wstydliwe szczegóły wydarzenia, ale może nawet lepiej, bo dzięki temu wspominano kobietę bez  
śmiechu.
Wypadek wydarzył się w dwa dni po zniknięciu Mariana Perełki.
Dalej trwała zima. Tego dnia kulawka odważyła się wyjść ze swojej zimnej chałupy. Dookoła było  
cicho. Nie słyszało się wszechobecnych świstów chałata Perełki, nie ujadały psy, nie nawoływała 
się wzajem dzieciarnia, by kulami śnieżnymi przeganiać Żyda od końca do końca miasteczka.
Nie słyszało się prawie niczego.
Bardzo to było kobiecinie na rękę. Miała prosty plan: najpierw ogrzać się w kuźni Andryszka i  
popatrzeć przy tym na czerwone żelazo, potem pójść do lasu po chrust, by pierwszy raz od miesiąca  

background image

zaznać ciepła we własnej izbie. Przez cały miesiąc, a może nawet jeszcze dłużej, Miazkowa nie  
rozpalała pod kuchnią. Wszystko przez Perełkę. Uparł się (jeszcze zażycia), żeby najpierw nawrócić  
na dobrą wiarę zbrodniarzy spod nasypu. Z Wochną nie musiał się trudzić. Ten trud, jak wiadomo,  
przejął na siebie osobiście Pan Bóg. Ale została Miazkowa, do tego Trzymka i Stępień. Za Stępnia  
się nie zabierał, Trzymkę zostawił na później.
Najpewniejszym   celem   wydała   mu   się   Miazkowa.   Najpewniejszym   i   najszlachetniejszym.  
Szlachetność   miała   pochodzić   z   trudu   nawracania.   Wiadomo   było   powszechnie   o   głębokiej  
religijności Miazkowej (nikt przecież nie wiedział o buncie święconej wody). Więc Perełka zabrał  
się do roboty, z gorliwością zwykłą dla tamtych pięknych dni.
Zachodził do chałupy kobiety po kilka razy na dzień, a kiedy zawarła drzwi, przesiadywał na progu  
(było jeszcze ciepło) i modlił się głośno. Czaił się, doganiał, otaczał, zapędzał.
W te dni można się było spodziewać Perełki właściwie wszędzie. Było tak, jak gdyby nie jeden, ale  
stu Żydów naraz zamieszkało w Będkowie.
Umęczona kulawka już nie wiedziała gdzie się schować. Nie wychodziła prawie z chałupy. By nie  
pękł jej pęcherz, sikała do wszystkich naczyń dostępnych w izbie. Mocz znajdowało się w wiadrach, 
miednicy, dzbankach, bańkach na mleko, a na koniec — nawet w szklankach i talerzach. Gorzej  
było   z   grubszą   potrzebą.   Tej   nie   umiała   wstrzymać   Miazkowa   dłużej   niż   przez   tydzień.   Nic  
dziwnego, że na koniec dopadł ją Perełka w drodze do ustępu. Tam, przestępując z nogi na nogę,  
obiecała mu, że na początek odstawi świninę. Był to rzecz jasna wybieg. Kobiecina była biedna
 i od 
dawna nie było jej stać na mięsne posiłki. Jadała chleb, jaja, ser, kaszę, a i to skromnie. Krótko  
mówiąc, ten aspekt żydowskiego życia opanowała dużo wcześniej niż sam Perełka.
Ale powróćmy do spraw poważniejszych.
Cisza jaką przyniosło nieoczekiwane zniknięcie Perełki, była jak modlitwa. Miazkowa nie mogła się  
nią   nacieszyć.   Nawet   starała
  się   oddychać   delikatniej,   by   swoim   chrapliwym   oddechem   nie 
pomniejszać obecności ciszy w świecie.
W kuźni nie pobyła długo. Zresztą Andryszek zajmował się akurat piciem wódki, nie wykuwaniem  
żelaza. Nie było na co patrzeć.
To był jeden powód.
Drugim było wezwanie pod nasyp kolejowy.
Srul Hendlisz nie chciał czekać, aż Miazkowa nasyci się ciszą.
—  To niesprawiedliwe  — pomyślała Miazkowa. —Ledwo tamten przestał jazgotać,  już ten się 
odzywa. To niesprawiedliwe. Ciekawe tylko, jaką śmierć mi obmyślił. Chyba nie taką jak Wochnie.  
Tamtemu miał kto przyszyć głowę do kadłuba. Zapłacili weterynarzowi. Dobrze zapłacili. Przyszył  
łeb taka specjalną dratwą, co to jej prawie nie widać (tak mówili ludzie, bo Miazkowa nie poszła  
śpiewać przy trumnie). Ręką, to mu tylko włożyli w rękaw kapoty. I tak by nie było widać łączenia.  
Na co marnować tyle dobrego szpagatu? Miał szczęście Wocbna. Anielka uzbierała parę groszy na  
czepek. Było z czego płacić. Bo i księdzu trzeba było dać, żeby nie położył w bocznej alejce. A ze  
mną? Co miałam grosz, to go zostawiłam w kościele. Może mi to zapamiętali?
Nie. Tylko nie pod pociąg. Wrzucą potem do trumny po kawałku i zakopią gdzie bądź, jak tego 
głupka Smętka.
— Srul, jaką mi obmyśliłeś śmierć? —zapytała kobieta niepewnie.
— Lubiłaś się śmiać? 
— zapytał Srul, zamiast odpowiedzieć.
— Lubiłam, ale dawniej, jako dziewczynka w żółtej sukience i czerwonych majtkach.
— Lubiłaś się śmiać i potem.
—Potem, to już mniej, Srul. Nie było okazji. Jakoś tak nie do śmiechu mi życie przeszło. Chłopa nie 
znalazłam. Tyle, co mnie Pasiasia za młodu parę razy wychędożył. Ale mi to nawet niespecjalnie  
smakowało. Nie. Nie śmiałam się za często, Srul. To jaką mi śmierć obmyśliłeś?
— Lekką, Helenka. Nie martw się. Lżejszą niż moja.
To powiedziawszy, Srul zamilkł w głowie Miazkowej, tak jak kiedyś w głowie Wochny. —:
Ledwo to zrobił, odezwała się pamięć z tamtego dnia.
Józio   Trzymka   znalazł   Żydków   —   Józio   był   zawzięty.   Jak   sobie   coś   postanowił,   to   zawsze 
dotrzymywał. Nawet ucieszyło go, że esesmańskie psy pogłupiały.

background image

Poszedł po Żydków, jak tylko Niemcy zabawili się z Landestnanową.
Wrócił, kiedy pod budynkiem stacyjnym płonęły już ogniska, Kurt śpiewał, piekły się kiełbaski, a  
okoliczna dzieciarnia patrzyła i patrzyła.
  Niemcy przyjęli podarunek z wdzięcznością. Józio Trzymka dostał za to szklankę wódki i dwie  
paczki papierosów. Spodziewał się więcej. Ale co tam, liczyła się prawda o Józiowej zawziętości.
— A nie mówiłem, że znajdę? — wychwalał  się głośno. — Pod świecącym dębem sobie  norę  
wykopały... Wyciągnąłem za nogi. Kwiczały jak prosiaki. Stary obiecywał złoto, ale po wojnie, to  
się nie dałem wyruchać. Te małe to darli mordy jak najęte. Jeden się zejszczał, a drugi się modlił,  
żeby go z powrotem zakopać. Bojący naród. Pognałem ich jak psów przez poła.
— Który się modlił, żeby go z powrotem zakopać? — zaciekawił się Kurt.
— A bo to wiadomo? Takie same obydwa jak jeden. Może ten?
— Józio pokazał palcem na Izaaka.
— Nie. To nie Izaak. To ja chciałem —odezwał się Srul, zamawiając w tej godzinie śmierć.
Chciałem z powrotem do ziemi, bo tam było mniej strachu. Poprosiłem świecący dąb żeby mnie  
ogrzał — wtedy oddał mi liście.
Poprosiłem świecący dąb żeby mnie nakarmił — wtedy oddał mi żołędzie.
Poprosiłem go żeby mnie przytulił, tak jak marne — wtedy otoczył mnie gałęziami i zakopał pod 
sobą.
Drzewo jest lepsze niż Niemiec.
Srul zamilkł, przestraszony swoją odwagą. Milczeli też Pleszke i Izaak. Ten ostatni nie przestawał  
poszczywać w spodnie. Nie wiadomo było, skąd się brała taka ilość szczyn.
— Drzewo jest lepsze niż Niemiec? — powtórzył za Srulem esesman. — Może dlatego, że to polskie  
drzewo. To ja ci pokażę, że człowiek potrafi być lepszy niż drzewo. Zakopię cię głębiej i miłosierniej  
niż świecący dąb.
Nikt, nawet sami Niemcy, nie wzięli słów Kurta na poważnie. Ale mylili się. Dotrzymał obietnicy.  
Już po kwadransie mały Żydek Srul Hendlisz tkwił zakopany głową i połową ciała w ziemi.
Wszystko stało się tak szybko, że mało kto zorientował się w kolejności.
Były  jakieś  krzyki,  rozbijane szkło, szczęk łopat,  dudnienie  odrzucanej  ziemi, zawodzenie  ojca,  
śmiech, płacz, okrzyki przerażenia, trzask rozrywanej tkaniny, nawoływanie matki...
—Marne, marne, Chuwcia!
I wszystko zamilkło naraz.
Niemcy   chyba   zawstydzili   się.   Odeszli   z   pospuszczanymi   łbami,   powsiadali   w   samochody.  
Przepadli.
Zostało po nich wiele niedojedzonych kiełbas i Srul Hendlisz wbity głową w ziemię.
— Został też Pleszke Hendlisz i jego drugi syn Izaak. Niemcy widać zapomnieli o nich. Ojciec z  
synem siedzieli na ziemi zakrzepli w bezruchu. Nie drgnęli nawet wtedy, kiedy Stefek Wochna zdjął  
buty z nieżywych nóg Srula.
— Nie trafił w rozmiar, głupek — ucieszyła się idąca na śmierć Miazkowa.
Tylko blaszki były dobre. Mosiężne.
Miała trochę racji, ale tylko trochę. Stefek i tak nie był stratny. Wyuczył się na szewca. Kto wie,  
może z tej pierwszej ciekawości wzięła się późniejsza decyzja o szewstwie? Może to właśnie butom 
Srula Hendlisza tyle zawdzięczały przez łata inne okoliczne buty?
Dzień podchodził pod zmierzch. Mroźne niebo zapadało w Kalinowski las. Gwizdnął pociąg od  
Czarnocina, poderwał z poła zziębnięte wrony. Miazkowa szła, znacząc drogę nierównymi śladami.
— Nie miałam wielkiej winy, Srul. Tylko patrzyłam... I nie śmiałam się za często. Nie było do kogo  
się   śmiać   —   dopowiedziała   Srulowi   ostatnie   zdania,   choć   dobrze   wiedziała,   że   Srul   ma   uszy  
zasypane ziemią.
Z tymi zdaniami doszła do nasypu. Spojrzała w górę. Od Czarnocina nadjeżdżał pociąg. Jarzyły się 
ciepłe ślepia lokomotywy. Maszyna jęczała ciężko. Tak ciężko, jak tamte w czas wojny. Ciągnęła  
żelazo   ze   Śląska   —   odlany   w   częściach   pomnik   dla   Warszawy.   Kulawce   zapaliły   się   oczy. 
Uśmiechnęła się tak promiennie, jak nigdy do tej pory. Kto wie, może ten ostatni uśmiech miał być  
zapłatą? Jeżeli nawet nie, to był nią na pewno widok żelaznego ogiera. Takiego samego jak w  

background image

kościelnych   widzeniach.   Właśnie   obrazy   nakładały   się   na   siebie.   Koń   kościelny   i   koń   żelazny  
składały się w jednego konia. Wtedy pękła szyna. Z mrozu. Platforma przekrzywiła się, zjechała z  
toru i poleciała  w dół. Na darmo uwolniony koń szukał oparcia dla kopyt. Trafił  na kulawkę  
Miazkową. Głupio. Najgłupiej na świecie. Przebił jej brzuch żelazną pytą.
Srul  Hendlisz  nie  miał  czasu.  Spieszył  się.  Nie  wiadomo  dlaczego.  Nawet  mniej   rozmawiał  ze  
zbrodniarzami
 o winie. Tylko Wochnę potraktował sprawiedliwiej. Z tym pogadał, poprzekomarzał  
się, aż na koniec wyłożył jasno za jaką winę pcha szewca pod pociąg.
Z Perełką sprawy poszły gorzej. Dużo gorzej. Srul omamił go w takiej pięknej chwili życia. Wcisnął  
w głowę biedaka niedorzeczną myśl, że można odkupić wszystkie winy jedną modlitwą, a przecież 
nie można. Choćby nawet modlitwa była najgorętsza, najszczersza i najlepiej wycelowana. Choćby  
nawet
 modlitwa była śmiertelnie żarliwa — nie można.
A przecież Perełka mógł zmywać winy powolutku, niespiesznie, bez zachłanności. Mógł naprawiać 
świat według swojego planu. Niechby się śmiali ludzie, niechby rzucali kamieniami i potrącali. W  
końcu Pan Bóg dostrzegłby wysiłki Perełki, uszanował, pochwalił i otworzył trochę ludzkie serca. Z  
tego dopiero mogły wyniknąć pożytki trudne do wyliczenia.
Ale   Srul   Hendlisz  był  mściwy.  Nie   chciał  czekać.   Dlatego  prawie   nie  odezwał   się  do  Perełki,  
chociaż tak się nie robi z człowiekiem idącym w ostatnią drogę.
A Miazkową? O tylu sprawach można było z nią pogadać. Serdecznie i po ludzku. 
Srul mógł zapytać o kalekie życie, o nadzieje, udręki, samotność. Mógł. Co by mu szkodziło?
W końcu jaka to wina stać na łące w żółtej sukience i czekać na pociąg?
Ta żółta sukienka i czerwone majteczki to był prezent od mamy. Jeden z niewielu jakie Helenka  
dostała. Nie można się było cieszyć takimi cudami w samotności. Więc pobiegła mała kulawka na 
łąkę, pod nasyp.
Co w tym dziwnego, że chciała się pokazać? Najpierw swoim, potem tamtym, przejezdnym.
Na pewno w wagonach jechały inne dziewczynki w ładnych sukienkach. Mogły zobaczyć, że ona, 
Helenka Miazkowa, też ma dobrą i pamiętającą matkę.
I zobaczyły. W chwilę śmierci.
Srul zapamiętał małą Hawełe Hajtnan, kiedy podnosiła do ust ampułkę z cyjankiem. Dziewczynka  
przyjęła truciznę z rąk matki.
Właśnie   przejeżdżali   nie   opodal   łąki.   Pęd   pociągu   podniósł   do   góry   żółtą   sukienkę   Helenki 
Miazkowej. Pokazały się czerwone majteczki. To był ostatni obraz, jaki zobaczyła Hawełe. Takim  
obrazem przywitała się ze śmiercią. Chwała Bogu.
— Srul, dlaczego nie chcesz zapomnieć? — zapytał Jakub Pleszke.
Srul, dlaczego zamroziłeś serce?
Tyle polskich drzew rośnie w Jerozolimie. Cały polski las. 
Tylko patrzeć, jak
 zaśpiewają w nim kosy, zastukają dzięcioły.
Zapomnij Srul. Już pora zapomnieć.
Jakub Pleszke zamilkł. Nie doczekał się odpowiedzi. Po chwili wrócił do pracy.
Leżał pod podłogą świniami w Kalinowie i rozkuwał sarkofag. Przez miesiące dokonał znacznego 
postępu.   Zdjął   wierzchnią   warstwę   skamieliny,   dostał   się   do   warstw   przystępniejszych,   wybrał  
resztki zgniłego ubrania, odgarnął prześmierdłą ziemię. 
Tu i tam zaczęły już przebłyskiwać białe kości brata.
—Nazywam się Jakub Pleszke, Jestem tu w ważnej sprawie. Najważniejszej. Mój wysiłek ma wielki  
sens.   Wydobędę   brata   ze   świniami.   To   podła   i   zimna   ziemia.   Przesiąknięta   gnojem,   gównem,  
szczynami, łzami, strachem i krwią. To niesłuszna ziemia. Słuszna jest w lesie pod świecącym 
dębem. Tam Srul czuł się dobrze. Dąb dał mu chwilę ukojenia. Przytulił przed śmiercią i nakarmił.  
Jak nasza mamusia Chuwcia.
Tak przemawiając do siebie, Jakub Pleszke znów wywołał obraz.
Ten   obraz   leżał   bliziutko,   na   brzegu   pamięci   i   łatwo   dawał   się   wywoływać.   Ten   obraz   sam  
przesuwał się gdzie należy, wydobywał się spod innych obrazów, pomniejszał je i unieważniał.  
Chciał być najważniejszym obrazem i prawdę mówiąc — zasługiwał na to.
Obraz:

background image

Niemcy odjechali. Mężczyźni, kobiety, dzieci, psy i inni zbrodniarze spod nasypu odeszłi do swoich  
zajęć.
Noc zawiesiła się nad nogami Srula Hendlisza. Połyskiwała w niej jak gwiazda tylko jedna białość.  
Była nią dziura w skarpetce.
Nikt by jej nie zauważył, gdyby nie Stefek Wochna. Po co zabierał te schodzone buciska? Dla  
dwóch zasranych blaszek? Biedny Srul musiał się teraz wstydzić przed ojcem i przed bratem.
Dobrze, że Chuwcia nie musiała patrzeć na ten wstyd. Pojechała sobie dalej.

Stanisław Muskat przerwał  pisanie w środku następnej  nocy,  licząc  od tej, w której usiadł do 
notatnika.
Pisał   nie   zatrzymując   się,   nie   poprawiając   słów,   nie   zawracając   do   zdań   poprzednich   i 
przedpoprzednich. Pisanie wciągnęło go bez litości. Nie pozwoliło sięgnąć po jedzenie, wodę do 
mycia. Nie pozwoliło wyjść do ustępu, czy choćby rozprostować kości.
Mijał opisywane epizody bez żalu. Wiedział, że i tak wróci do nich po napisaniu. Wtedy rozsądzi. 
Przerwał, kiedy uderzył głową w stół.
Noc była cicha. Słyszało się w niej tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Gdzieś daleko, psy nawoływały 
się na nocną awanturę. Głosy szły wyraźnie, aż do tego momentu, kiedy uderzały w buki. Tam 
pokorniały, by na koniec rozpuścić się w mchach.
Stanisław zasypiał. Na nic zdała się walka z opadającymi powiekami. Poddał się. Zgasił światło i 
poszedł do łóżka.
Noc nie ustępowała. Do piątej brakowało jeszcze dwóch godzin. Mimo to, Marquez przyszedł 
między buki.
 
Nie chciał czekać na mgłę, chociaż ciekawiło go, jak ta mogła się sprawić z jego sercem. Co innego 
przywiodło go w to miejsce. Przyszedł się pożegnać. Nie inaczej. Przyszedł się pożegnać i wyznać 
prawdę. Postanowił ją zostawić między bukami. Wiedział, że to najlepsze miejsce.
Muskat przyjdzie tu, podniesie ją z poszycia, ucieszy się, wróci do pisania.
Do tej chwili, Marquez miał jeszcze wiele planów związanych ze Stanisławem.  Najpierw chciał 
razem z nim posłuchać świerszczy polnych, porównać ich gadanie z gadaniem cykad, ucieszyć się 
podobieństwem, albo zasmucić różnicą, wyprowadzić wniosek o przewadze jednych żyjątek nad 
drugimi. A kiedy by już poszła rozmowa, wtedy niepostrzeżenie, przy okazji, mógłby napomknąć o 
Conchicie.
Ale to się już nie uda. Za późno. Teraz trzeba ułożyć jak najlepsze zdania  i  upuścić je w mech 
porastający drzewa.
Starzec zabrał się do roboty.
— Drogi Staszku. Ta historia z Marią od rudych włosów wciągnęła mnie tylko na początku i tylko 
nieznacznie.
Mam wprawę badacza historii, mam wprawę dziennikarza i reportera. Szybko zatem trafiłem do 
potrzebnych dokumentów.
Nie będę cię zanudzał niepotrzebnymi szczegółami. Powiem tylko, że Maria okazała się zwyczajną 
dziewczynką, a potem zwyczajną kobietą.
Od innych rówieśniczek odróżniały ją tylko bujne, rude, szybko rosnące włosy. To wszystko.
Jej rodziców zabrała zaraza. Dziewczynką zaopiekowali się franciszkanie.
Nie chcieli marnować pięknych włosów, więc odcinali je co tydzień i gromadzili w jednej z pustych 
cel. Kiedy cela wypełniła się, braciszkowie otworzyli drugą celę. Kiedy i ta była pełna włosów, 
uradzili, by zrobić z nich materace. Wyszło dwanaście sztuk.
Któregoś   popołudnia   odkupiłem   je   wszystkie,   idąc   za   radą   mojego   ogrodnika   Ricardo.   Wtedy 
zaczęło się nieszczęście.
W jednej chwili straciłem wrażliwość na sprawy moich najbliższych. Nie wiem jak to się mogło 
stać.
 
Dość długo niczego nie napisałem. Krytyka czekała na nową książkę, czytelnicy zasypywali mnie 

background image

przynaglającymi   listami.   Te   materace   dawały   okazję.   Rozbudziły   moją   imaginację,   a   potem 
rozpaliły we mnie nieczysty ogień. Chciałem go ugasić książką i zrobiłem to. Tyle zyskałem.
Straciłem Conchitę.
Tej straty nie da się niczym wyrównać.
Wróciła do Polski. Pomógł jej jakiś dobry człowiek. Miałem nadzieję, że uda mi się ją nakłonić do 
powrotu. Nawet podjąłem pewne kroki, ale na szczęście powstrzymałem się w porę.
Jestem   starym   człowiekiem.   Potrafię   już   nazwać   swoje   uczucia,   potrafię   się   nimi   ucieszyć, 
zasmucić, ale potrafię też — i to jest największy przywilej starości — wyznaczyć im granice.
Przychodziłem  do ciebie, by przez ciebie być  bliżej  Conchity.  Opowiadałem  rozmaite  historie, 
rozniecałem twoją wyobraźnię, a potem karmiłem się nią jak najlepszym jedzeniem. To nic złego. 
Na koniec i tak znalazłeś drogę do OSOBNOŚCI.
Na koniec i tak dokopałeś się do źródła żywej wody, bijącego pod korzeniami dębu. Świecącego 
dębu.
W takim dębie świeci próchno. Trzeba wielu lat, żeby dąb zaświecił, ale wystarczy chwili, by 
znaleźć   światło.   Ty,   pośród   godzin   szamotania   —   znalazłeś   chwilę.   Słyszysz   jej   obietnicę? 
Wsłuchaj się. Ta chwila obiecuje ci cierpienie. To dobra obietnica. Oznacza bowiem, że właśnie 
zostałeś pisarzem.
Pozdrawiam cię. Twój Gabriel.

„ŻYD PLESZKE” — ROZDZIAŁ CZWARTY —

Miazkową pochowano na Łaznowskim cmentarzu, ze wszystkimi należnymi honorami, w dwa dni po  
wypadku.
Takiej trumny w jaką położono ku—ławkę nie widział Będkowski naród od pogrzebu poprzedniego  
proboszcza. Zrobiona była z dębowego drzewa, wypolerowanego do gładkości, pokrytego najlepszą  
politurą.   Do   tego   ozdoby   wyciśnięte   były   nie   z  tektury,   ale   z   najprawdziwszego   mosiądzu.   To 
pewne. Zaświadczył o tym Józef Andryszek, człowiek znający się na żelazie jak mało kto. Wnętrze  
skrzyni trumiennej wyłożono atłasem, obrobionym ręcznymi koronkami. Nawet pod głową miała  
kulawka atłasową poduszeczkę. Wyglądała jak lalka. To z kolei zasługa specjalisty z Piotrkowa  
Trybunalskiego,   który   wypudrował   zmarłą,   podmalował   oczy   tuszem,   a   na   policzkach   położyl  
różowy krem. Zachwytom nie było końca. Ludzie kręcili głowami, mlaskali, a w chwili otwarcia  
trumny nawet bili brawo.
Miała szczęście Miazkową. Miała szczęście kobiecina. Tak paradnie zejść z tego świata...
Nawet siwe konie się znalazły i karawan z Moszczenicy. Konie oddano do pilnowania Pasiasi. Miał  
trzymać za uzdy, żeby przy wkładaniu trumny broń Boże się nie obejrzały. Nie upilnował głupek. 
Koniska obejrzały się naraz. To zwiastowało następny pogrzeb, ale ludzie nawet się nie przejęli. Za  
to Pasiasta spłakał się jak dziecko. Tłumaczył się jak mógł, chociaż nikt nie rozumiał. Skąd miał  
wiedzieć, że ta zapowiedź już spełniona? Że w Kalinowskim lesie zamrożony Marian Perełka od  
trzech dni czeka na odnalezienie?
Tyle że dwa konie się obejrzały naraz. Dwa, a niejeden. Tego nie zauważył nikt poza Trzymką.
Rzeźnik trzymał się z boku konduktu, Był odświętnie ubrany i poważny jak zawsze. Wiedział po co  
tu przyszedł.
Pomodlić się. Serdecznie i z całego twardego serca. Żal mu było Miazkowej prawie tak mocno jak  
Psotki i jej popiątnego, szczenięcego miotu. Niczym nie zasłużyła na taką śmierć.
Swoją drogą, mógł dawać ochłapy z masarni. Dlaczego pożałował, kiedy przyszła prosić o byłe co?  
Nie umiał odpowiedzieć. Mógł być lepszy, zaprosić do chałupy dla ogrzania się. Mógł przywieźć 
worek węgla, wóz chrustu. Mógł dać grosz na załatanie dachu. To wszystko mógł zrobić, ale już nie  
zrobi. Za późno przyszło przebudzenie.

background image

Jedno co było możliwe zrobił na ostatnią chwilę. Wcisnął proboszczowi dziesięć tysięcy na dobrą 
trumnę, dobry karawan, dobre konie, dobre miejsce na cmentarzu i dobry pochówek.
Proboszcz miał mówić, że to kolej dała, albo ministerstwo, które zamówiło pomnik z koniem. I tak  
mówił, a ludzie wierzyli..
— Takie  dobre ministerstwo. Taka dobra kolej.  Coraz lepiej  w tym świecie.  Coraz lepiej...  —  
cieszyli się na głos.
Drugie co było możliwe, też zrobił Trzymka na ostatnią chwilę. Zapłacił dróżnikowi, który jako  
pierwszy dobiegł do wypadku i ściągał kulawkę z końskiej pyty. Kazał mówić, że to pomyłka, że 
Miazkowa nabiła się na miecz tego króla od pomnika.
I tak mówił dróżnik, a ludzie wierzyli.
— Taka ładna śmierć. Jak pod Grunwaldem, na bitwie — zazdrościli na głos.
Tyle mógł zrobić Trzymka i tyle zrobił.
Żal mu jeszcze było Perełki, ale dużo mniej niż Miazkowej. Ta nie oddała swojej katołickiej wiary, a  
Perełka oddał. Dwa razy. Raz, kiedy się prze—chrzcił na polską, a drugi raz, kiedy się przechrzcił  
na   żydowską.   Podwójny   przechrzczeniec,   ale   przecież   człowiek.   Głupek   najęty,   ale   przecież  
człowiek. Nie trzeba było przeganiać ze sadu.
Prawdę mówiąc, Trzymka zawstydził się tego najścia przy grobie Psotki. Ale jaki to w gruncie  
rzeczy wstyd — modlić się przy grobie ukochanej suczki? Jaki wstyd? Przecież żaden. A to w niebie  
nie mają psów czy innego żywota? Mają, na pewno. Niby kto ostrzega przed złodziejami, jak nie  
psy? A mleko skąd biorą, jak nie od krów. A nad głowami kto śpiewa. Same chóry anielskie? Ptaki 
śpiewają. Jakieś szczygły, wilgi i kosy. Tak musi być.
Szkoda tylko, że on, Trzymka, nie sprawdzi. Dobrze wie, że nie pójdzie do nieba. Tam nie biorą  
zbrodniarzy. I na czyściec też nie zasłuży. Pójdzie prosto dopiekła, zbrata się z innymi rzeźnika—mi  
i będzie aż po koniec świata zabijał czarne, rogate wieprze. Tak będzie. To wiedział już Trzymka,  
stojąc z boku pogrzebu kulawki Miazkowej. To wiedział, znacząc czoło, ramiona i pierś znakiem  
krzyża. To, czego nie wiedział, przyszło za chwilę razem ze ściśnięciem gardła.
— Tego nie wiedziałem 
— powiedział do siebie. — Nie wiedziałem, że taki zatwardziały zbrodniarz 
i cham jak ja potrafi jeszcze zapłakać na ludzkim pogrzebie.
Wytarł łzę ukradkiem i sprawdził, czy czasem kto nie zauważył. Nikt nie
 zauważył. Rzeźnik odwrócił 
się i poszedł do chałupy.
W chałupie kręcił się jak bąk. Wszystko mu przeszkadzało. Nie zjadł kolacji, nie posłuchał radia,  
nie przeczy tał gazety.
Wyszedł na dwór. Otworzyło się nad nim gwieździste niebo. Wielką Niedźwiedzicę widać było tak  
wyraźnie jak nigdy wcześniej, ale i to nie bardzo go poruszyło.
Poszedł   do masarni.  Zapalił  światło.  Zobaczył  oskrobanego wieprzka  leżące—go  na posadzce.  
Zwierzę było zostawione w połowie rzeźnickiej roboty. Obłożone lodem, czekało na lepszy czas. Ale  
lepszy czas miał już nie nastąpić.
Ostatnim   miejscem,   jakie   odwiedził   tej   nocy   przed   pójściem   na   stację   w   Czarnocinie,   był  
czereśniowy sad. Tam zatrzymał się na chwilę przy grobie Psotki, Pimpusia, Bambusia, Maciusia,  
Świneczki i Kluseczki.
— Kochane pieski — pomodlił  się na głos  
—  wam tylko  w życiu nie musiałem się z niczego  
tłumaczyć.
Ty, Psotka, machałaś ogonkiem nie zważając na to, czy byłem dobry, czy
 zły, czy byłem pijany, czy  
trzeźwy. Tobie było wszystko jedno. Kochałaś mnie. Dałem słoninę — zeżarłaś. Dałem kaszankę — 
zeżarłaś. Nic nie dałem — i tak się ucieszyłaś, że mnie widzisz. Obiłem kijem w złości, wracałaś i  
nie wyrzekałaś jak ludzie. Tak wygląda prawdziwa miłość.
Ty, Pimpuś, miałeś nos w połowie różowy, a w połowie czarny. Ty Bambus, miałeś brązową łatę na  
lewym uchu i podpalany prawy bok. Ty, Maciuś, miałeś białą gwiazdkę na czołe. Ty, Swinecz—ka,  
miałaś   ogonek   zakręcony   na   bok.   Dlatego   tak   cię   śmiesznie   nazwałem.   Ty,   Kluseczka,   miałaś  
krzywe łapy i najwięcej żarłaś ze wszystkich. Takie z was były psy. A teraz już idę na stację w  
Czarnocinie porozmawiać ze Srulem Hendliszem.
Mam na sobie odświętne ubranie, jestem wymyty i ogolony. Szkoda marnować takiej okazji. Pójdę  

background image

na to miejsce, gdzie widziałem Srula po raz ostatni. Powiem, co mam do powiedzenia.
Trzymka zakończył modlitwę. Z czereśniowego sadu poszedł prosto na Czarnocińską stację.
Po drodze nie przyszło mu do głowy żadne zdanie, którym warto by było zaczynać tak ważną  
przemowę. Nie pojawiły się żadne słowa, mogące oddać to, co czuł przez dwa ostatnie dni.
Kiedy doszedł na miejsce, w jednej chwili wiedział co powiedzieć, tak samo jak wiedział, że Srul go 
słyszy.
— To ja, Józef Trzymka z Będkowa. Rzeźnik, znawca mięsa, wędlin, psów, zatwardziały bandyta i  
cham. Stoję tu, na stacji w Czarnocinie, bo mam ci dużo do powiedzenia. Nieraz próbowałeś ode-
zwać się w mojej głowie, ale to był głupi trud. Mam twardą głowę. Dopuszczam do niej tylko to, co  
chcę dopuścić. Inaczej niż Wochna, Perełka i Miazkowa. Mnie nie dałbyś rady zaciągnąć ani pod  
pociąg, ani nigdzie indziej. Wszyscy to wiedzą, dobrze żebyś i ty wiedział.
Nie nasłuchałem się w życiu prawdy od nikogo. Wszystkich, którzy próbowali, odstręczal mój głupi  
upór   —   matkę,   księdza,   nauczycieli.   Nawet   mistrza   masarskiego,   chociaż   to   był   wyjątkowy  
człowiek.
Za to otwierałem głowę na głupoty. Uwierzyłem, że to ty zamordowałeś naszego Jezusa, że to ty  
jadłeś macę z krwią polskich dzieci, że to ty rozpijałeś całe polskie chłopstwo, że to ty wywołałeś 
rewolucję, że to ty przyjechałeś na sowieckich czołgach, że to ty katowałeś na UB. Że to wszystko  
ty.
Dlatego, jak cię wygrzebałem z próchna pod świecącym dębem, pomyślałem „ to ten zbrodniarz.  
Patrzcie, jak się trzęsie ze strachu”.
Tak pomyślałem wtedy. Nie przeszkadzało mi, że miałeś cztery lata i ledwo odrastałeś od ziemi. 
Głupio  się wtedy   zachowałeś.  Chciałeś   wracać  do  jamy.  Szukałeś  ratunku.  To mnie  zezłościło 
jeszcze bardziej. Dlatego cię uderzyłem przy ojcu. Twój ojciec nawet się nie ruszył, a brat zejszczał  
się w spodnie.
Z moim ojcem było inaczej. Niechby mnie kto przy nim uderzył... Od razu mógł się kłaść do grobu.  
Sam,  bez  pomocy.   Twój  ojciec  nawet  nie   spojrzał.  Może  bał   się,  że  potrafię   zabić   wzrokiem? 
Dziwnie mi się wtedy zrobiło. Pomyślałem. „Bojący naród, ojciec nie staje za synem”. Czekałem na 
coś, na
 jakąś walkę, albo wytłumaczenie. A wy nic. Jeden stał, drugi stał, trzeci stał. A potem, kiedy  
zawołałem: „Chodźta!”, poszliście za mną jak za swoim panem.
Niemców też nie lubiłem za bardzo, bo to podły naród. Zresztą w całym życiu — mało kogo lubiłem.  
Najbardziej to psy, ale tobie nie będę się z tego tłumaczył.
Nie liczyłem na wiele za znalezienie was. Trochę myślałem o skórkowych butach z cholewami, ale  
mi nie dali. Dali tylko szklankę wódki i dwie paczki papierosów. Mało. Najważniejsza była prawda. 
Ludzie mówili, że jak Niemcy nie znaleźli, to nikt nie znajdzie. Że niby Niemcy lepsi od Polaków. To  
mnie najbardziej zabolało. Pokazałem im kto lepszy. Narobiłem wstydu. To z tego wstydu tak się z  
tobą obeszli.
Przez cale życie trochę żałowałem tego dnia. Wyspowiadałem się księdzu, a on nie dał wielkiej  
pokuty, zabronił przychodzić do kościoła. Przezwał mnie świnią i zakazał wstępu. Taka pokuta.
Potem zabrało go gestapo. Ale do kościoła już nie chodziłem. Tylko czasem, od wielkiego święta.
Tak było aż do przedwczoraj. Nagle wszystko zrozumiałem.
Pomyślałem o świecącym dębie.
W takim drzewie świeci próchno. Trzeba wielu lat, żeby dąb zaświecił, ale wystarczy chwili, by  
znaleźć światło.
Znalazłem światło. W jednej chwili rozjaśniło mi wszystko. Zrozumiałem winę Stefana Wochny,  
Hełeny Miazkowej, Mariana Perełki, a nawet Władysława Stępnia. Nie mówię o swojej winie, boją 
znam najlepiej. Oni patrzyli. Otwierali oczy i patrzyli na was jadących w bydlęcych wagonach.
Takie patrzenie to była wielka odrażająca wina. Takie patrzenie to była część patrzenia całego  
świata i wielka część jego winy.
Rozbijało się Żydowi szybę w sklepie — patrzyliśmy, przyszywało mu się gwiazdę na kapocie —
patrzyliśmy, zamykało się go w getcie — patrzyliśmy, upychało się go w wagonie — też patrzyliśmy.
Tak, Srul. Patrzeniem można zabić. Słusznie twój ojciec nie chciał spojrzeć w moje oczy, kiedy cię  
uderzyłem.

background image

Podobno pisarz z Ameryki napisał książkę o włosach. Że jakaś kobieta miała włosy rosnące szybciej  
niż   żyto.   Cała   książka   o   tym.   Przedwczoraj   kiedy   mnie   nie   było   w   Będkowie,   pojechałem   do 
Oświęcimia. Nie wiem, co mnie tknęło. Pojechałem. Zobaczyłem co potrzeba, żeby tu dzisiaj stać 
przed tobą. Gdyby ten pisarz z Ameryki zobaczył to co ja, nigdy by się nie zabrał za książkę o  
kobiecych włosach. Nigdy, przenigdy.
Wszystko zrozumiałem. Nie mówię
o swojej winie, bo ta jest odrażająca. Szkoda na nią ludzkich słów. Niech mój grób, jak już zejdę z  
tego świata, osrają ptaki, krowy, świnie, kaczki i każde inne zwierzę.
Mówię o winie tamtych i za nich chcę się przed tobą pomodlić jak przed Chrystusem. Bo to też  
zrozumiałem, Srul. Że TY JESTEŚ.
Panie mój, wybacz winowajcom. Przepraszam Cię za ich oczy i za palce kładzione na szyjach.  
Amen. 
Tak pomodliwszy się, rzeźnik Józef Trzymka zabrał się spod Czarnocińskiej stacji razem ze swoją  
wielką winą.
Nagle wydało się, dlaczego w ostatnie dni Srul Hendlisz tak bardzo się śpieszył.
Oto otwierały się ludzkie serca. Bez żadnej widocznej przyczyny. Taki był widać plan.
Uchylały się powolutku, nieznacznie, wpuszczały przez szpary trochę światła.
Mogła nadejść chwila, że ludzkie serca otworzą się na oścież.
Tego Srul Hendlisz nie chciał zobaczyć.
Noc już dobrze poszła do przodu, kiedy Trzymka wchodził na powrót w swoje obejście. Wchodził  
pewnie, bo znał już cały plan na tę noc. Nic dziwnego, że od tej pory wszystkie jego ruchy były celo-
we, wymierzone, prawie doskonałe.
Równo w kwadrans po wejściu na podwórko zadał sobie śmierć.
Dziwna to była śmierć, ale warta opisania.
Chłop zaczął od wyboru postronka. Miał ich na podorędziu całe góry, jak
 to rzeźnik. Wiązało się 
nimi   świnie   za   zadnie   nogi,   podwieszało   orczyki   do   rozpięcia   kadłubów,   krępowało   kwiczące 
świńskie ryje.
Wybrał najcieńszy, najrzetelniej spleciony drobnym, pracowitym splotem. 
Odkręcił   korek   od   latarki   naftowej,   wylał   naftę   do   wiaderka,   wrzucił   tam   postronek,   dołożył  
wykręcony z latarki knot, zabrał wiaderko, poszedł do chlewu. Trzymał tam wielkie, rozpłodowe  
wieprze, jeszcze większe maciory, obok tego trochę zwyczajnej, świńskiej drobnicy. Przywitały go 
nieprzyjazne pochrząkiwania świń.
Sięgnął   po   półkosek   służący   do   przecinania   na   pół   podściółkowej   słomy.   Wszedł   do   klatki   z  
największym wieprzem. Tam umocował półkosek. Wcisnął go między pręty przegrody oddzielającej 
kłatki  i przywiązał drutem. Ustawił narzędzie w taki  sposób, że wisiało w powietrzu poziomo,  
ostrzem do góry. Dla wszelkiej pewności podparł półkosek drewnianym kołkiem wbitym w gnój.
 
Przygotowania dobiegły końca. Z postronka namoczonego w nafcie Trzymka splótł szubieniczny  
węzeł. Zawiesił go na haku umocowanym w betonowym stropie chlewu, obwiązał knotem z latarki.  
Hak był mocny. Na świnie. Spojrzał na szubienicę. Była dobrze wycelowana. Prosto na półkosek.
Potem wszystko poszło szybko i dokładnie tak, jak miało pójść. Rzeźnik oparł drabinę o przegrodę,  
wszedł parę szczebli do góry, włożył głowę w pętlę, zaciągnął, wyjął zapałki z kieszeni, podpalił  
postronek nad głową, odepchnął nogami drabinę i zawisł.
Był ciężki, nie męczył się długo. Pacierz chrupnął już po paru sekundach.
Po minucie przepalił się postronek. Uwolnił wisielca i puścił go w dół. Ostrze pólkoska zetknęło się  
z ciałem Trzymki dokładnie między jego nogami. Rozcięło na pół jak słomę, posłało na gnój w  
rzeźnickiej postaci 
— dwóch półtuszy, przyodzianych w dwie połowy świątecznego garnituru.
Wieprz   nie   od   razu   zrozumiał,   co   się   stało.   Najpierw   skoczył   w   róg   klatki,   potem   podszedł,  
obwąchał, zabrał się do żarcia.
Zeżarł wszystko — ciało, ubranie, pętlę i nerki.
Nie tak łatwo otworzyć ludzkie serca. Będkowski i okoliczny świat miał to sprawdzić już wkrótce.  
Na razie zajmował się pogrzebami.

background image

Najpierw   pochowano   Perełkę.   W   zamieszaniu.   Nie   wiadomo,   w   jakiej   wierze   wydal   ostatnie 
tchnienie, bo nikt nie świadkowal śmierci.
— A jak w żydowskiej? Żyda na katolicki cmentarz?
Ksiądz dobrodziej  znalazł rozwiązanie. Pamiętał  te dni, kiedy  Perełka zajeżdżał na plebanię z  
dobrymi listami od brata z Argentyny. Żal mu się zrobiło nieszczęśnika. Położył na samym końcu  
cmentarza, przy samiutkim murku. Jeszcze tam gdzie należy, a już prawie za murem.
Większy  kłopot  był  z Trzymką.  Po tym nieboszczyku  nic nie  zostało,  jeżeli  nie liczyć  opasłego  
wieprza.
Ludzie mieli różne pomysły. Znajdowało się pośród nich tak głupie, że aż żal wspominać, Ktoś  
nawet wymyślił (czy aby nie Pasiasia, który chciał tym sposobem wrócić do łask?), żeby zabić  
wieprza ludojada, wyczyścić mu wnętrzności i spalić TO w krematorium. Potem wsypać prochy do  
urny, tę zaś zakopać na cmentarzu.
— U nas nie ma takiego zwyczaju — zaprotestował dobrodziej.
Pomysł upadł.
Koniec końców, zebrano żałosne resztki — kilka złotych zębów, zawiasy szczękowe, dwa palce  
(obydwa kciuki) oraz nadgryzioną obrączkę, którą zwierzę wysrało.
Resztki   zaległy   w   maleńkiej   trumience,   wykonanej   z   troską   i   pieczołowitością   przez   stolarza 
Gniewisza.
Poszedł pogrzeb na cmentarz...
Cały kondukt był zwyczajny, śpiewający, zapodziany w myślach i szeptanych rozmowach. Tylko  
czoło konduktu było odmienne.
Zaraz za kościelnym dźwigającym krzyż szła żony Trzymki, niosąc pod pachą maleńką trumienkę.  
To nie wyglądało po ludzku. Taka krucha kobiecina, którą wiatr prawie porywał przy mocniejszym  
podmuchu, niosła pod pachą trumnę z mężem. Ale nie do takich obrazów miał jeszcze Będkowski  
naród przywykać. Los szykował to i tamto.
Najpierw jednak spadł nowy śnieg i na świat zwaliła się zima tysiąclecia.
Są różne śniegi: mokre, suche, gęste,
cienkie, cieniuteńkie, pylące. Rozmaite.
Jednak tego śniegu, który spadł na Będków po pogrzebie Trzymki, nikt nie
umiał nazwać. Nawet mądry Jałmużna.
Całe białe niebo zwaliło się naraz. Między płatkami nie znajdowało się przerwy na oddech, czy  
choćby otworzenie oczu. Śnieg padał, padał i padał.
Już na trzeci dzień zawalił ulice na wysokość dachów, ale nie zatrzymał się. Trochę tylko zwolnił w  
szaleństwie. Dał czas ludziom na przysposobienie się do nowych niespodzianek. Czym tylko mieli, 
powybijali tunele od bram do ulic, a tam, wspólnym wysiłkiem wykopali główny tunel. Jego grzbiet  
bielał wysoko
 nad głowami. Tym traktem poszły transporty węgla, chrustu, soli, cukru, mąki i kaszy  
jęczmiennej. Tego, co gromadzi się zwykle w czas wojny.
Ludzie uwijali się jak mrówki. Śmigały sanie, sanki, dzwoniły dzwonki w uprzężach. Aż wszystko  
umilkło. Spiżarnie były zapełnione.
Sprawdziły się przeczucia. Po śniegu przyszedł mróz tak okrutny, że i tego nie dało się z niczym  
porównać. Trzaskały termometry, spadały na głowę zamrożone w locie wrony, kruki i gołębie.
Wróble nabrały nieludzkiej odwagi. Całymi zgrajami wpadały do nieuważnie otwieranych drzwi i  
utykały się po dziurach. Co było robić. Ludzie przywykli.
W te dni zwierzyna przemieszała się nadzwyczajnie. Poszła przy tym na ugody, nie znane nawet  
najmądrzejszym ludziom. Mogli się uczyć od zwierząt i to właśnie robili w długie wieczory, patrzyli 
na żywoty przeciwnego obyczaju i przeciwnej wiary, dzielące się pożywieniem i pielęgnujące w nie-
szczęściu. Ta nauka była nagrodą za niewygodę, jaką przy wlokła ze sobą zima. Ludzie tak bardzo  
przywykli do zwierzęcych zachowań, że nawet na siebie obrócili łaskawsze spojrzenia.
Ten czy tamten, gniewający się od lat z innym, podał mu rękę.
Tak było tej zimy aż do chwili, kiedy Władek Stępień przyprowadził do Będkowa Kalinowski las
Poparzonych była piątka, pośród nich Władek Stępień. Czwórka zeszła z tego świata niezwyczajnie.
Cała okolica znała dzieci spod nasypu. Naturalnym było więc oczekiwanie na śmierć Władka. Ale  

background image

ten miał się dobrze. W każdym razie tak wyglądał na zewnątrz. Co się działo w środku — tego nikt  
nie wiedział.
Za to wiedział Władek.
Już od śmierci Wochny  zaczął coś podejrzewać. Jako pierwszy i jedyny  skojarzył  te śmierci z  
pojawieniem się w Kalinowie Jakuba Pleszke. Po wypadku Miazkowej miał już prawie pewność:  
ziarno pochodziło z rąk tego siewcy. Tylko jak to udowodnić, albo jeszcze lepiej — przerwać? Tego  
nie wiedział.
Za to Jakub Pleszke coraz łatwiej rozmiękczał ludzkie dusze. Najładniejsze wieńce na pogrzebach  
Wochny, Miazkowej, Perełki i Trzymki — pochodziły od niego. W czas wielkiego śniegu oddał  
ludziom czterdzieści beczek ropy do ciągników, żeby nawiozły z miasta potrzebnych towarów. Do  
tego jeszcze przed mrozami urządził dzieciom zabawę w pałacu, a po niej piękny kulig. Władek  
puścił Werkę, chociaż wiedział swoje. Wróciła rozogniona i szczęśliwa.
Takimi sposobami Pleszke zaskarbiał sobie wdzięczność i zapewniał dobre słowa. A wszystko po to,  
żeby odsunąć podejrzenia, przygotować drogę do ostatniej ofiary — tego Władek był pewien.
Z tamtego nie pamiętał wiele. Kiedy to się stało, miał zaledwie cztery lata. Tyle samo, ile ci dwaj  
chłopcy. Zaplątał się w tę historię przypadkiem. Szedł zupełnie gdzie indziej, kiedy go zawołał  
Stefek Wochna. Poszedł pod nasyp pierwszy raz. Patrzył na jakieś pociągi, na dzieci piłujące się  
palcami  po  szyjach  
—  to  było   bardzo  śmieszne,   chociaż  nic   nie  rozumiał.   Potem  stała   się  ta 
straszna rzecz.
Wyskoczyli z pociągu. Rozległy się strzały. Przestraszył się. Pobiegł do domu. Płakał w nocy. Reszty  
dowiedział się po łatach. Po trochu. Od różnych ludzi.
Wina?
Kiedy o tym myślał teraz, czuł jej ciężar, chociaż rozum zaprzeczał.
Kara?
Bał się. Naprawdę się bał.
Z tego strachu chodził pod mur Kalinowskiego majątku. Brnął po pas przez śnieg, stawał pod  
bramą i oswajał się ze strachem. Po jakimś czasie trochę się oswoił. Przynajmniej na tyle, żeby  
wrócić do codziennych zajęć.
Ludzie na jego widok opuszczali wzrok. Odpowiadali na pozdrowienia, nie podnosząc głów. Lubili  
go, więc tym sposobem pomniejszali przyszły żal po stracie Wladka. Bo tego jednego byli pewni —  
Władek wkrótce odejdzie z Będkowa.
Na zawsze.
Wielkie mrozy, wielkie troski i dziwne zachowanie zwierząt, odwróciły uwagę łudzi od Władka. Na  
jakiś czas dali spokój domysłom o dzień jego śmierci. Władek odczuł to odciążenie. Przyjął je z  
wdzięcznością. Zaczął nawet szukać sposobu na jej wyrażenie. Mogło nim być piękne granie na  
organach, ale do Moszczenicy mało kto zachodził z Będkowa. Szczególnie tej zimy.
Wymyślił więc inny sposób. Postanowił pójść po zwierzęta do Kalinowskiego lasu.
Przez lata życia w Będkowie nauczył się myśleć podobnie jak tutejsi ludzie. Nie było w tym nic  
dziwnego. Myślenie brało się z tych paru kilometrów za—chwyceń, którego otaczały — z horyzontu, 
rzeki, pól przedwieczornych.
Nie zmienił tego pobyt w mieście. Pojechał tam jako obcy, a po paru łatach wrócił jako swój. Więc  
myślał okrawkami ich wspólnego myślenia. Nie mogło być inaczej. Stąd zapewne wzięła się i ta  
ostatnia myśl o pójściu do lasu, zebraniu zziębniętej zwierzyny, poprowadzeniu do Będkowa.
—  Niech się ludzie ucieszą, niech zabiorą do domów, wytrą boki wiechciem, nakarmią, napoją,  
przytulą do
 serca. Wieczorem niech zasiądą przy piecach i uradują oczy widokiem takim samym, 
jaki radował oczy praojca Noego. Potem przyjdzie wiosna. Zwierzyna odejdzie do lasu, a ludzie  
zostaną u siebie — lepsi o to zimowe spotkanie i serdeczniejsi o nie — tak myślał Władek.
Wyprawa nie była lekka. W skorupie zmrożonego śniegu trafiały  się miejsca słabsze. Tam nie  
utrzymywała ciężaru. Pękała z łoskotem, a Władek zapadał się w miękkość po piersi. Tak było wiele  
razy, nim umęczony doszedł do lasu.
Zwierzęta znalazł na polanie. Było tak, jak się domyślał. Biedaczyska zbiły się w jedną kupę, by tym  
sposobem dodawać swoje małe ciepła, składać je w jedno większe, dające szansę na przetrwanie.  

background image

Nie   wszystkim   się   udało.   Dookoła   stada   leżały   promieniście   wychudłe   trupy   saren,   zajęcy   i  
kuropatw.
Na widok Władka, wszystkie zwierzęta podniosły łby. W setkach oczu, nie było widać strachu.
Poszły za człowiekiem jak za wielkim przywódcą. Wyczuwały, czego
 chce, więc kiedy krzyknął, by  
szły za nim — poszły długim, nie kończącym się sznurkiem.
Na głównym Będkowskim trakcie, w tunelu który dosięgnął już połowy dachów — na powrót zbiły  
się w stado. Znały tego człowieka który im przewodził, nie znały pozostałych. Postawiły uszy i  
otworzyły nozdrza.
Taki widok zobaczyli ludzie, kiedy wylegli na ulicę, przywiedzeni stukotem setek kopyt — stojącego  
na przedzie Władka Stępnia, zaraz za nim wielkiego jelenia, a z tyłu rozmaitość leśnej i polnej  
zwierzyny: sarny, daniele, dziki, lisy, zające, wiewiórki, kuropatwy, kuny, łasice, bażanty.
Ludzie też zbili się w grupę.
Przez   dłuższą   chwilę   obydwa   stada   patrzyły   na   siebie   nieufnie.   Nie   wiadomo   było,   czym   się  
zakończy to patrzenie. Zwyciężyła zwyczajna już tej zimy miłość do zwierząt. Ludzie rzucili się do  
chałup, spiżarni, obór i komórek, po siano, słomę, ziarno, kartofle, kiszonkę, a nawet po suszone  
owoce, grzyby, mleko i chleb.
Z tym wszystkim wrócili na ulicę. Rozłożyli dobro na śniegu.
Jeszcze przez chwilę nic się nie działo, a potem zaczęło się nieszczęście.
Nie wiadomo kto dał znak. Może ten wielki jeleń?
Leśne i polne zwierzęta rzuciły się w kierunku żarcia. Już podczas tego krótkiego biegu zginęła  
drobnica zadeptana przez pobratymców. Ale to miał być dopiero początek tragedii.
Zwierzęta poczuły smak pożywienia razem z zapachem krwi. W jednej chwili odepchnęły się od  
siebie osobne wiary. Rzuciły się jedna na drugą jak oszalałe. W powietrzu rozległy się odgłosy,  
mrożące najodpomiejsze serca. Ulica zaczęła warczeć, skowyczeć, porykiwać i wyć z bólu. Dziki  
rzuciły   się   na   lisy,   lisy   na   kuropatwy,   jelenie   na   kuny,   kuny   na   zające.   Tryskała   krew   z  
przegryzionych   żył,   tętniły   porzucone   na   śniegu   serca,   wylatywały   w   górę   trupy   wiewiórek   i 
bażantów.
Ludzie pouciekali do domów. Stamtąd przez okna dopatrzyli do końca.
Kiedy bitwa się skończyła, wyszli na ulicę. Zobaczyli niedojedzone ciała
  ofiar, walające się od  
brzegu do brzegu tunelu, parującą krew, pomieszane żarcie, wbite w śnieg odchody.
Na końcu ulicy niknęły nieliczne ocalałe zwierzęta. Odchodziły kulejąc, porykując z bólu i liżąc  
sobie rany.
Jeszcze tego samego dnia dołączyły do nich pozostałe, powyrzucane przez ludzi z domów. Te nie  
wiedziały   co   ze   sobą   zrobić.   Zapomniały.   Zanim   odzyskały   pamięć,   część   zdechła   z   rozpaczy.  
Pozostałe dojadły resztki z ulicy i przepadły gdzieś po świecie.
W opustoszałych izbach ludzie próbowali dociec przyczyny. Nie szukali jej tam, gdzie była — w  
równowadze świata. Od dawna nie wierzyli w równowagę. Świat manifestował im się przewagami. 
Od lat.
Ostatnia przewaga — miłości nad nienawiścią, przyniosła im dramat. Przedostatnia przewaga, ta  
która objawiła się czterema śmierciami, przyniosła ten lęk. Musieli coś z tym zrobić. Razem. Tak 
nie mogło być dalej.
Nie potrzeba było narad. Przez długi tydzień po zwierzęcej bitwie siedzieli
 po domach jak mysz pod  
miotłą. Wstydzili się i milczeli. Osobno.
Ale z tego osobnego milczenia wzięła się wspólna decyzja. Nawet nie przekazali jej sobie słowami.  
Wspólna decyzja Będkowskiego narodu objawiła się dzień po dniu nienawiścią do Władka.
To   w   Stępniu   dopatrzyli   się   ostatniej   przeszkody   w   powrocie   do   zwyczajności.   Zwyczajność 
opisywali sobie w głowach jako stan sprzed śmierci Wochny. Tęsknili do tego stanu coraz bardziej.  
A Władek przeszkadzał.
Na początek postanowili go nie zauważać, ale to nie dało wiele. Chodził po ulicach jak dawniej,  
odwoził córkę do szkoły, grał na organach w Moszczenicy, kłaniał się. Jawnie śmiał się im w oczy.
Czekali   więc   na   wypadek.   Nie   liczyli   na   to,   że   Stępień   sam   pójdzie   na   szyny.   Czekali,   aż   źle  
wyskoczy z pociągu i złamie sobie kark. Nic takiego się nie stało.

background image

Nie było innej rady. Posłali do Łomin po Lubickiego.
Lubicki   był   tępym,   ponurym   chłopem,   o   spojrzeniu   tak   mrocznym,   że
  mało   kto   odważał   się  
spoglądać mu w oczy.
Kłusował po okolicznych lasach. Miał karabiny od wojny i milczące przyzwolenie władzy. Bali się  
go, więc pozwalali strzelać, ile chciał.
Tej zimy nie musiał używać broni. Zwierzyna była tak otępiała, że mógł podchodzić pod sam łeb i  
walić drągiem. Takie polowanie nie dawało mu jednak uciechy.
Za Lubickim szła jeszcze jedna ponura sława. Mówiło się, że przyjmował zamówienia na łudzi.
Przyjął zamówienie na Władka. Obiecał, że wykona je, jak tylko znajdzie okazję.
Poszedł do lasu z karabinami, pociskami, nożami, wnykami, ciepłym ubraniem, jedzeniem, wódką i  
zapałkami.
Zrobił szałas ze świerczyny, rozpalił ognisko, napił się wódki i zasiadł do czekania na Stępnia. Dla  
pewności wbił w ziemie widłowe podpórki. Na nich oparł karabiny. Był ciemnym durniem, więc  
pomysł z czekaniem w lesie przyszedł mu do głowy jako jedyny.
— Kiedyś tu musi przyjść — pomyślał.
Czekał dzień, dwa, tydzień 
— potem zamarzł.
Kiedy go odkryła zwierzyna, zostawiła po kłusowniku mniej więcej tyle, ile zostało po Trzymce.
Od tego wypadku ludzie już nie nastawali na życie Stępnia. Czekali na odejście zimy i przyjście  
wiosny.
Zima zamroziła im głowy. Niedobrego z tego nie wyszło. Przyjdzie wiosna —myśleli—świat się  
odmieni, strzeli w górę słoneczko i wszystko pójdzie tępiej.
Wkrótce doczekali się. Przyszła wiosna. Odmieniła Będków gruntownie.
Odmieniła go w rwąca rzekę.
A było tak:
Śniegi   schodziły   od   marca.   Niespiesznie,   po   Bożemu.   Aż   przyszło   niemiłosierne   słońce.   Śniegi 
stajały w oczach. Wolbórka nie dała rady pomieścić takiej wody. Odpuściła ją na powrót w rowy i  
rzeczeńki, ale i te nie zdzierżyły. Rozesłały wodę po połach, wsiach i miasteczkach.
Piękne   położenie   Będkowa   w   jednej   chwili   stało   się   jego   katastrofą.   Woda   nie   miała   gdzie  
odpłynąć. Poszła ulicami, uliczkami, zakamarkami, a kiedy oparła się o wzgórze — wróciła. Od tej  
chwili zaczęła się podnosić. Zatrzymała się na wysokości dwóch metrów. Takiego wzrostu nie miał 
nikt w miasteczku.
Ludzie i tym razem zjednoczyli się w nieszczęściu. Nie było wprawdzie w nich takiego ognia jak  
przy walce z zimą, ale starczyło na byle jaką obronę. Ocalały dobytek wyprowadzili na wzgórze.  
Tam zbudowali miasteczko.
Ale jeszcze nim to uczynili, pogodzili się ze zwierzyną leśną.
Przypłynęło tego kilkadziesiąt sztuk. Tyle ocalało z żywiołu i pamiętnej bitwy. Niektóre nosiły na  
sobie ślady tamtych wydarzeń — niedoschnięte blizny, puste oczodoły, krzywo pozrastane nogi.
Czego nie zrobiła zima, tego dokonała wiosna. Żadna niezgoda nie wchodziła w grę. Wzgórze było  
teraz wyspą. Ludzie i zwierzęta wiedzieli to dobrze. Rozpoczęli wspólne życie, unikając wchodzenia  
sobie w drogę. Zwierzęta poszły skubać pierwszą trawę, zaś ludzie zabrali się do budowania.
Postawili miasteczko z czego się tylko dało — z desek, papy, blachy falistej, eternitu, gałęzi i gliny.  
Rosły domki jeden za drugim. Z czasem zaczęli się nawet prześcigać w wymyślności kształtów i 
zastosowań. Budowali całe zagrody z oborami dla zwierząt i budami dla psów. Przyklejali do nich  
mniejsze budynki, a do tych jeszcze mniejsze. Zamieszkiwały je zgodnie z przeznaczeniem świnie, 
kury i kaczki. Z nadgorliwości zbudowali za dużo. Do tych nadliczbowych budynków wprowadziły  
się wkrótce zwierzęta z lasu.
Tymczasowość nie chciała przegrać z odwieczną cechą ludzkiego rodu —potrzebą konkurowania.  
Pod siekiery i piły poszła większość drzew na wyspie. Ostały się jedynie mocarne dęby. Z gałęzi  
ludzie wyplatali płotki, te przystawiali do ścian swoich nowych zagród i oblepiali gliną. Formowali  
ją w artystyczne wzory, porównywali potem, który ładniejszy.
Pieńki rąbali na szczapy. Nocą płonęły ogniska.
Największe   nieszczęście   dotknęło   kościółka.   Nie   wiadomo   jaki   idiota   postawił   go   kiedyś   w 

background image

rozwidleniu rzecznym. Wojsko zdążyło wprawdzie przypłynąć łodziami, wymontować organy, ołtarz  
i drogę krzyżową, ale reszta poszła pod wodę.
Ksiądz nie chciał się schronić w Piotrkowie. Został na wzgórzu, z ludźmi. Wybudowali mu za to  
okazałą plebanię, postawili dach nad organami i ołtarzem.
Zaczął odprawiać pod niebem. Głosy niosły się nie gorzej niż w kościele. Tylko na organach nie  
miał kto grać.
Władek Stępień odsunął się od pospólstwa. Dowiedział się o Lubickim i o zamówieniu, jakie złożyli  
ludzie. Swoją chatę wybudował daleko od nich, na drugim krańcu wyspy. Nie chciał rozmów i  
wyjaśnień. W tej sprawie napotykał wzajemność.
Mijały dni, a woda nie odchodziła. Ludzie w nowym miasteczku okrzepli. Popatrywali wprawdzie  
tęsknie w kierunku Będkowa, ale wracali zaraz do wyspiarskich zajęć.
Karmili bydło, wyrabiali sery i masło, wypiekali chleb, prowadzili handel. W cenie był cukier, bo  
można go było przerobić na bimber. Ten dopiero stawał się cennym towarem... Za butelkę można 
było dostać na targu co się chciało. Targ wyznaczyli na poniedziałek. Taki dzień impasował, bo  
przypominał targi w Ujeździe. Sprzedawali sobie konie, krowy, owce, cielęta, świnie, zamieniali się,  
odprowadzali zwierzęta na bok, cieszyli się przez tydzień, odsprzedawali z zyskiem w następny  
poniedziałek.
Co trzy dni przypływało wojsko z prowiantem. Wypytywali o chorych, ale na wyspie panowało  
zdrowie. Mierzyli potem wodę wodometrem. Nie odpływała. .
Największą radość miały niedorostki. Takich kąpieli, jak przy powodzi nie zaznały nigdy w bladych 
nurtach Wolbórki.
Do tego woda urodziła ryby. Wielką ilość. Łowił, kto chciał i czym miał ochotę. Nie było sztuką  
złowić karpia czy suma. Te szły pod rękę same. 
Nowa sposobność zrodziła nową konkurencję. Rybacy prześcigali się w odławianiu coraz większych  
sztuk. Olbrzymy wisiały później w wędzarniach, a po wyspie rozchodził się miły zapach palonego  
jałowca.
Życie   na   wyspie   zbliżało   się   do   niebezpiecznej   granicy.   Ustawały   tęsknoty   za   domami,   bo   te  
zostawione pod wodą, zacierały się już w pamięci, zaś te nowe, wyspiarskie, obrastały świeżymi  
wydarzeniami jak bluszczem.
Ludzie   złapali   się   na   tym,   że   prowadzeni   instynktem,   uformowali   ulice   na   wyspie   tak   jak   w  
Będkowie. Przymierzyli więc do ulic tamte nazwy. Pasowały. Pozostało tylko czekać na pierwszą  
zdradę małżeńską, pierwsze narodziny i pierwszą śmierć.
Wkrótce wszystko przyszło po kolei.
Majczak zdradził Majczakową z jej siostrą. Dostał za to po pysku dwa razy. Raz od żony, drugi raz  
od kochanki. Siostry pogodziły się szybko, a Majczak musiał stawiać osobną chatę. Taki dostał 
wyrok od żony:
— Zejdź mi z oczu jak najdalej.
„Jak najdalej” oznaczało w tym wypadku dwa kilometry.
Anielka Wochnowa urodziła córkę. Małą, rudą i wrzaskliwą. Poród odebrał mąż z Nizin. Okazał się  
człowiekiem zaradnym, bystrym i utalentowanym.
Ludzie spoglądali z zazdrością na jego zagrodę. Postawił ją według wzorów ze swoich stron, a  
ściany  wygładził  kurzym  żółtkiem.   Nabrały  przez to  połysku i  koloru.  Kiedy  przypaliło  słońce,  
zagroda Anielki i męża z Nizin skrzyła się jak pałac ze złota.
W dwa dni po chrzcinach córki Anielki zmarł Pasiasta. Poszedł na szczyt wzgórza, stanął tam i stał  
tak cały dzień, spoglądając na zatopiony Będków. Potem usiadł i umarł.
Ksiądz postanowił pochować niemowę na wyspie. Nie chciał myśleć o oddaniu ciała żołnierzom.
— Zabiorą gdzieś na koniec świata, położą w cudzej ziemi. Nie można tak. U nas nie ma takiego  
zwyczaju.
Gniewisz popisał się zgrabną trumną. To była sztuka zrobić trumnę z niczego. Ale zrobił.
Zbił osikowe żerdki tak gęsto, że przypominały deskę. Wyszlifował potem szkłem i trumna gotowa.
Pasiasię pochowano na szczycie wzgórza. Tam, gdzie umarł. Przy takiej okazji, Wladek nie chciał  
się trzymać z boku. Przyszedł na mszę, zagrał na organach. I tak już zostało, aż do końca wody.

background image

Koniec wody zapowiedział się odpłynięciem ryb.
— Woda ruszyła — orzekł Jałmużna.
Wojsko potwierdziło diagnozę. Wodometr nie kłamał.
Jeszcze tego samego dnia ruch wody stał się widoczny dla ludzkich oczu. Odpływała w kierunku  
Wolbórki. Ludzie wylegli na brzeg wyspy. Nie wiedzieli czy się cieszyć.
Napłynęły  śmieci  od miast.  To dopiero uzmysłowiło  rozmiar katastrofy.  Widok poruszył  serca.  
Płynęły dziecinne wózki, radia, telewizory, szafy, krzesła, wanny, fotele, portrety ślubne, święte  
obrazy. Wszystko.
Ludzie wrócili do tymczasowej osady. Już nie myśleli o sobie jak o wyspiarzach.
Kiedy   następnego   dnia   o   świcie   kościelny   Scibiorek   poszedł   się   wyszczac,   nie   zobaczył   wody.  
Odpłynęła.
Spod kożucha szlamu i śmieci wydobywało się jego miasteczko.
 
Janka przyszła bez uprzedzenia. Jak kiedyś. Zresztą trudno uprzedzić kogoś, kto przez cztery dni 
nie wychodzi z domu.
Muskat   słaniał   się   na   nogach.   Niewola   pisania   okazała   się   żywiołem   dosłownym   —   nie 
metaforycznym. Od czterech dni prawie nie jadł i nie spał.
Kobieta przysiadła na kozetce, bokiem do okna. Nerwowe dłonie złożyła na podołku. Słońce nie 
dało rady prześwietlić jej gęstych włosów: Położyło się tylko refleksami na szyi i odkrytych ra-
mionach.
— Pisałem — wytłumaczył się Stanisław.
Nie zareagowała w żaden widoczny sposób. Po chwili odpowiedziała:
— Wiem. Pisałeś.
Posiedziała tak jeszcze przez chwilę, potem zabrała się do pracy.
Rozpaliła ogień pod kuchnią, nagrzała sagan wody, zmyła naczynia, ułożyła rzeczy w należnych im 
miejscach,  wytarła podłogę, omiotła  kurze, pokroiła przyniesiony chleb, usmażyła  przyniesione 
jaja, nalała do garnuszka przyniesionego mleka. Podała śniadanie.
Potem, kiedy już jadł, przyciągnęła z komórki wielką balię, wymyła ją, nastawiła do grzania nowej 
wody,   wyłożyła   balię   prześcieradłem,   podeszła   do   Stanisława.   Zaczęła   go   rozbierać.   Nie 
protestował. Przyjął jej zabiegi z wdzięcznością. 
Nagi usiadł w balii. Janka przyklęknęła. Zabrała się za obmywanie. Była delikatna i dokładna. 
Stanisław poddał się jak dziecko. Potem pozwolił się wytrzeć, uczesać i ogolić. Zasnął na pięć 
godzin.
Kiedy się obudził, Janka ciągle była w mieszkaniu, a wraz z nią bukiety majowych narwańców. 
Poustawiała je w wielu miejscach.
— Chyba nie przeszkadzają? — upewniła się. 
— Wszystko mi się pomieszało — zaczął Stanisław, nie odpowiadając na tamto pytanie.
Który mamy rok?
— Dziewięćdziesiąty szósty, maj.
— Maj — powtórzył — a ja spędziłem ostatnie dni w osiemdziesiątym piątym. Czy wtedy była 
powódź? Tu, w okolicy? W Będkowie. Wielka powódź.
— Wielka powódź? Wolbórka jest za mała na wielką powódź. Osiemdziesiąty piąty? Nie, nie było. 
Miałam osiem lat. Musiałabym pamiętać.
— Wszystko mi się pomieszało... Znasz żonę rzeźnika z Popielawskiej resztówki? — zmienił nagle 
temat.
— Znam. Tyle, ile inni. Podoba ci się?. Ładna i wykształcona. Mówi po hiszpańsku, angielsku. 
Pracowała w Kolumbii, u pisarza...
— Skąd wiesz?
— Listy przychodziły na pocztę.
— Z Kolumbii?
— Różnie. Ze świata. Ale najwięcej z Kolumbii.
—A nazwiska? Czy w okolicy są takie nazwiska: Trzymka, Wochna, Miazkowa...

background image

— Wochnów i Miazków jest dużo. Nie wiem, o których ci chodzi.
— O szewca, na przykład. Szewc Wochna z Będkowa.
— W Będkowie nie ma szewca. Był w Popielawach. Mazurek. Umarł. Jeździmy do Ujazdu. Tam 
jest duży zakład.
— A majątek w Kalinowie? 
—Co?
— Ktoś go kupił, przebudował?
— Nie. Zrujnowany. Jak się skończyły PGR—y, ludzie się zebrali i wydzierżawili.  Ale sami go 
sobie rozkradli. Ruina. O “wszystko już zapytałeś?
— Nie, nie o wszystko. Nie zapytałem o ciebie.
— Co chcesz wiedzieć?
— A co chcesz powiedzieć?
— Mogę powiedzieć  wszystko.  Mam dziewiętnaście  lat. Uczę się w Technikum Rolniczym  w 
Czarnocinie. Jestem średnią uczennicą, ale zrobię maturę, a potem ucieknę pracować do jakiegoś 
pisarza. Najlepiej do Kolumbii. Wprawiam się u ciebie. Poza tym... nie jestem podobna do ojca ani 
do matki. Ojciec... ktoś ci już na pewno powiedział. Matka zbierała twoje zdjęcia, bo się w tobie 
kochała. Teraz ja przejęłam po niej tę miłość.
— Chciałabym tu przychodzić od czasu do czasu. Patrzeć jak piszesz, jak jesz, jak palisz papierosa. 
Chciałabym żebyś mnie wziął do łóżka...
— Nie zostanę długo.
— Zdążę.
 
Wylądowali w łóżku. Dopiero teraz Muskat mógł się przyjrzeć Jance. Miała młode, napięte ciało. 
Pot kroplił się na nim bezwstydnie. Krople nie utrzymywały się długo, spływały po gładkościach 
piersi i brzucha, przepadały w pościeli.
Chciał zostać w niej długo, jak najdłużej. Nie dała szansy. Nawet się nie obejrzał, kiedy było po 
wszystkim.
— Pojedziesz tam? Sprawdzić? — odezwała się.
— I tak pojedziesz...
— Gdzie?
—   No   tam,   pod   nasyp.   Przeczytałam,   kiedy   spałeś.   Płakałam.   Narwałam   kwiatów   polnych. 
Przepraszam.
— Nie przepraszaj.
— Kocham cię.
— Nie zostanę długo.
— Zdążę.
Do Będkowa pojechał pod wieczór. Jak wszystko, tak i to miejsce pomniejszyło się przez lata. 
Główny trakt i boczne uliczki, wyłożone niegdyś brukiem, dźwigały szary asfalt.
Zdziwił   się,   jak   dobrze   odtworzył   z   pamięci   topografię.   Kościół   stał   na   starym   miejscu,   na 
niewielkiej wypukłości, przy której Wolbórka rozdzielała się na dwa nurty. Gdzieś się chyba potem 
łączyły, ale to nie było ważne.
Przy plebani ksiądz dobrodziej obkopywał drzewka. Muskat zagadnął:
— Szczęść Boże.
— Szczęść Boże.
— Nie ma kto pomóc?
— Eee tam, mieć to ma kto. Ale drzewo wymaga serdeczności, a tu nie ma takiego zwyczaju. Sam 
pielęgnuję. Od lat.
— Ksiądz tu dawno? Wychowałem się niedaleko. W Popielawach.
— W Popielawach? Tam nie ma kościoła. Parafię macie w Łaznowie.
— W Łaznowie.
—Ja? Zaraz... osiemnaście lat. Od siedemdziesiątego ósmego.
— Rzeka nie wylewa? Kościół między nurtami. Głupio umieszczony...

background image

— Rzeka? A co to za rzeka? Rów. Nawet ryby w niej nie ma. Ja z Żuław wycho dzę. Wisła... to jest 
rzeka. Nie, nie wylewa. Zbiornik jest na Pilicy, w Sulejowie. 
A nawet jak nie było, też nie wylewała. Rów, nie rzeka. Nie ma strachu. A pan?...
— Stanisław Muskat, z Popielaw. To znaczy, kiedyś z Popielaw. Teraz z Warszawy.
— Podróż sentymentalna.? Nawet to rozumiem. I pochwalam. Człowiek się naprawia w miejscu 
wychowania. Korzenie, źródło pamięci...
— Świecący dąb...
— Co takiego?
— Świecący dąb. W takim drzewie świeci próchno. Metafora. Podobno rośnie w Kalinowskim 
lesie.
— Nie słyszałem.
— Święte miejsce Żydów. Dziadek opowiadał.
— Nie słyszałem. Trzeba zapytać jakiegoś Żyda. Mamy tu jednego, w aptece. Szkoda, że tylko 
jednego. Piękna kultura. Piękna i zdyscyplinowana.
— A o zimie tysiąclecia ksiądz słyszał?
— Pan pewnie pisarz? Z rodziny rymarza Szewczyka?
— Dobrze ksiądz czyta w ludziach.
— Taka profesja... Dziadek pana nie chodził do kościoła, ale rozumiem.
Oświęcim. Syna stracił zaraz po wojnie.
— Brat matki.
— Nie, o zimie tysiąclecia też nie słyszałem. Musiała być wcześniej, przed moim przyjazdem. 
— A co to za drzewko?
— Nie poznaje pan? Buk, mały buczek. To samo, tylko inaczej się pisze. Lubię drzewa. A pan?
—   Mam   dużo   buków   przy   domu.   —Żyd   w   aptece   nazywał   się   Ezra   Warszawski.   Miał 
osiemdziesiąt dwa lata. Pamiętał wszystko.
—Wszystko pamiętam, proszę pana. Dobra pamięć, rodzinna. Apteka też rodzinna, ale rozglądam 
się za jakimś młodym magistrem. Nie zna pan kogoś takiego? Wojnę przeżyłem dzięki Polakom. 
Ukryli w stodole, pod klepiskiem. Ta rodzina, która mnie ocaliła, miała dobrego nosa. Skrytkę 
zaczęli kopać, jak tylko wybuchła wojna. Bardzo dobra robota. Wszystko tam miałem, wychodek, 
wentylację, ogrzewanie. Bardzo pomysłowa robota. I nie chcieli za to nic. Ani grosza. Wyobraża 
sobie pan?
Transporty  szły   przez   Czarnocin,   ale   nikt   nie   wyskoczył.   Żaden   człowiek.   Ktoś   panu   źle 
powiedział. Coś by się o tym słyszało. Może gdzieś dalej, ale na pewno nie u nas. Tu odkryty teren. 
Nasyp jak na dłoni. Tylko głupi by wyskoczył w takim miejscu. A pan? Nietutejszy.
— Szukam pana Landesmana.
— A kto to taki? Żyd?
— Żyd. Nie zna pan?
— Drugiego Żyda  to ja proszę pana spotykam,  jak patrzę w lusterko. Landesman?  Nie ma  tu 
takiego. Sto procent. Pan wie, ile to u Żyda sto procent? Bardzo dużo.
— Spotkałem go w Popielawach. Przyjechał ze Szwecji. Szukał Żydów po okolicy, dziesięciu, żeby 
odmówić kadisz za stryja.
— Kadisz za jednego stryja. Straszna rozrzutność. Nie, to nie mógł być Żyd. Sprzedać panu coś? 
Jakieś proszki na sen? Widać, że pan mało śpi.
— Mani Perlman. To nazwisko też panu nic nie mówi?
— Perlman? Zaraz, zaraz... Perlmana znałem w Łodzi, przed wojną. Miał szczęście. Wyjechał do 
Ameryki.
— Mnie chodzi o Perlmana z Będkowa, listonosza.
— Pan żartuje. Po co Listonosz w Będkowie, jak poczta w Czarnocinie?
— Był uczniem Magida z Międzyrzecza.
— To może niech pan tam szuka, w Międzyrzeczu:
— Te proszki na sen to pan ma dobre?
— A pan potrzebuje dobre?

background image

— No, tak.
— To mam.
— Proszę opakowanie. 
— Coś jeszcze?
—Jeszcze chciałem zapytać o świecący dąb.
— To nazwa restauracji? U nas nie ma takiej. Jest „Pod dębem”, za mostem na Wolbórce.
— Nie, to nie restauracja. Podobno wasze święte miejsce.
Ezra Warszawski zdjął grube okulary. Pokazały się ukryte dotąd za nimi smutne dobre oczy. Długo 
patrzył na Stanisława. Bardzo długo. Potem odezwał się tonem, po którym nie zadaje się dalszych 
pytań:
— Słyszał pan takie słowo:
„Izrael?”
Słyszał pan takie słowo:
„Jerozolima? 
Słyszał pan takie słowo:
„Ściana płaczu?”
Słyszał pan takie słowo: „Auschwitz?”
Czarnociński nasyp stał na swoim miejscu. Jak kiedyś, tak i teraz, jego skłon obsypany był szarym 
tłuczniem.   Pod   nasypem   smarkateria   pasła   krowy.   Zachodziło   słońce.   Celowało   jak   zwykle   w 
Kalinowski   las.   Od   Łaznowa   nadjechał   pociąg   towarowy.   Dzieci   podniosły   głowy.   Dobry 
maszynista zatrąbił. Ucieszyły się, pomachały na drogę.
Nie zmieniła się też stacyjka. Ten sam mały budynek, ten sam liszaj szarego tynku. Tylko wszystko  
mniejsze. Jak to po latach.
Muskat usiadł na peronie, pod daszkiem opartym na żelaznych słupach. Dróżnik podniósł zapory. 
Przejechało kilka samochodów. Muskat wstał. Poszedł w kierunku budki. Dróżnik usiadł na krześle, 
przy korbach. Stary człowiek. Nieogolony. Na goły grzbiet, narzuconą miał kolejarską kapotę.
— Zapali pan? — Stanisław podał papierosy.
— Eee, za dobre dla mnie. Jeszcze zasmakują i kłopot gotowy. Albo niech pan da. Zapalę.
Zapalili.
— Pan samochodem przyjechał, a przyszedł na stację. Ja się na tym znam. Pewnie z tych stron i 
przyjechał popytać o rodzinę? Jak nie zgadłem, to jest druga możliwość. Reymont tu mieszkał 
blisko, w Prążkach. Jego ojciec grał na organach w Będkowie i w Łaznowie. Dużo ludzi o niego 
pyta.   Moda   teraz   wróciła   na   Reymonta.   Piękna   książka.   Czytał   pan?   Ja   dwa   razy   czytałem. 
Nazwiska od nas, opisy od nas, zwyczaje od nas. Aż miło czytać. Dobrze mieć takiego pisarza od... 
siebie. Dużo ludzi pyta. Przychodzą do dróżnika, patrzą — stary, znaczy dużo wie. To pytają, a ja 
odpowiadam. Czterdzieści lat na przejeździe, a wcześniej ojciec, a jeszcze wcześniej — dziadek. 
Mało takich rodzin teraz, z tradycją. A pana co interesuje? To pierwsze, czy to drugie?
— To pierwsze.
— To niech pan zapyta.
— Znał pan Odrowąża, syna rymarza z Popielaw?
—A pan, rodzina?
— Wnuczek Szewczyka.
— A, to miło poznać. Wnuczek Szewczyka, to znaczy syn Halinki, a to znaczy, że pisarz. Bardzo 
miło poznać. Ja, Wawrzyniak z Będkowa. Stanisław.
—Ja też Stanisław.
— Też Stanisław? No, proszę. Szkoda, że dzisiaj nie Stanisława. Byłaby wódka pijana... Odrowąża 
znałem. Wszyscy znali. Tylko że on w Tomaszowskich lasach walczył, nie u nas. Kalinowski las za 
mały na partyzantkę. Ja też byłem za mały. Jak wojna wybuchła, to miałem sześć lat. Kajber. W 
sam raz do pilnowania krów. Ale oczy miałem otwarte. Nieraz widziałem leśnych. A pan do książki 
rozpytuje?
— Tak, do książki. Podobno tędy szły transporty do lagru. Słyszałem,  że kiedyś uciekło kilku 
Żydów. Wyskoczyli przez okno.

background image

—Eee, głupoty Nic takiego nie było. Ojciec robił na przejeździe. Ja bym nie wiedział? Ktoś panu 
głupot naopowiadał, żeby zaciekawić. Może jeszcze wziął za to pieniądze? Szły transporty, ale 
zapieczętowane, obstawione wachmanami.
— A wypadek?  Nie wykoleił  się pociąg  ze Śląska, z pomnikiem  dla Warszawy?  W ostatnich 
dwudziestu latach?
— Wypadek? Za moich czasów nic takiego się nie zdarzyło. Szły pomniki do Warszawy po wojnie 
i wracały w ostatnich latach, ale tylko tyle. Za moich czasów tylko jeden człowiek poszedł na tory. 
To było w sześćdziesiątym ósmym. Żołnierz. Uciekł z jednostki, bo nie chciał jechać do Pragi.
Dróżnik przerwał, bo przedzwoniono mu pociąg od Moszczenicy. Wziął się za korby.
— Już pan jedzie? Szkoda. Tak miło się rozmawiało. To znaczy, że już drugiego mamy pisarza od 
siebie...
— Nie wiem. Może są inni.
— Coś bym wiedział. Czterdzieści lat na przejeździe. Coś bym wiedział...
Na ten dzień Muskat zakończył poszukiwania. Już nie wiedział czego szukać. Nie znalazł zimy 
tysiąclecia, powodzi, wypadku na torach, ucieczki Żydów. Niczego. Landesman rozpłynął się w 
powietrzu, chociaż wydawał się najbardziej realny.
Zatem wszystko, co napisał, było wytworem imaginacji. To może lepiej — pomyślał. Wyrzuci 
rozdział z ojcem Oip, wyczyści rękopis, dopisze zakończenie. Będzie miał swoją powieść.
A swoją drogą, dziwna to okolica.
W Popielawskiej  resztówce mieszka kochanka Marqueza, chłop na polu pokrapia zarazę krwią 
miesięczną swojej córki, mgła układa się w ludzkie postaci i kusi rozmowami. Dziwna okolica.
Przez kilka dni nie ruszał się z domu. Nie dopisał zakończenia. Przyczyna była odwrotna niż do tej 
pory: znał je. Tym razem nie czaiło się nieoczekiwane. Wszystko wracało na swoje miejsce. Świat 
na powrót rozdzielał się na prawdziwy i wymyślony. Po stronie prawdziwego — rozpędzała się 
wiosna, ludzie kończyli siewy i pierwsze zbiory siana.
Po stronie wymyślonego — Będków przychodził do siebie po wielkiej powodzi, groby złoczyńców 
porastały samosiejką.
Stanisław   zrobił   też   porządki   wokół   siebie.   Wykosił   trawę   na   podwórku,   przekopał   ogródek, 
wyznaczył grządki, wydeptał między nimi ścieżki. Nie miał jeszcze nasion, ale zamierzał je kupić 
w Ujeździe, potem poprosić Jankę o pomoc.
Piątego wieczoru usłyszał głos. Dochodził z lasu. Brzmiał jak płacz dziecka.
Noc jeszcze nie zapadła na dobre. Słońce już wprawdzie zaszło, ale niebo trzymało ciągle trochę 
światła. Taka pora nie była dobra na wyprawę. Ćmok mógł dopaść świata w każdej chwili. Poszedł 
jednak. Ten głos, który przypominał płacz dziecka, mógł nim być.
Zabrał latarkę, nóż i mleko. Pomyślał, że mleko przyda mu się najbardziej. Dziecko mogło być 
głodne.
Głos prowadził jak po sznurku. Wzywał w głąb lasu, w tę część, której Stanisław nie znał. Zimne 
światło nieba gasło. Ćmok obejmował władzę nad lasem. Odezwały się puszczyki, przemknęła 
zwierzyna przyziemna. Las zaczynał straszyć.
Nie potrwało to długo. Na szczęście, bo serce Muskata raniło się już o żebra.
Ciemność   powoli   ustępowała.   W  jej   miejsce  pojawiła  się   ciepła  poświata.   Na  początek   ledwo 
widoczna, potem coraz wyraźniejsza. Omiecione nią drzewa nie były już tak groźne.
Głos   był   coraz   bliżej,   prawie   w   zasięgu   ręki.   Tak,   to   płakało   dziecko.   Muskat   był   pewien. 
Przyspieszył kroku.
Nagle drzewa rozstąpiły się i odsłoniły polanę. Mocne światło uderzyło w oczy. Muskat przymrużył 
je i wtedy zobaczył.
Na polanie stał świecący dąb.
Wielki, rozłożony szeroko, uczepiony ziemi masywnymi korzeniami. Świecił żółtozłoto. Nie całym 
sobą, a tylko próchnem przy ziemi i zrobaczywiałym pniem. Tego jednak wystarczyło, by oślepiać 
inne drzewa, budzić w nich pokorę i przymuszać do ciszy. Bez wątpienia — ten dąb był królem 
nocnego lasu.
Muskat na chwilę zapomniał o dziecku. Patrzył na światło, radował się nim, mierzył  proporcje 

background image

między sobą a dębem. Poczuł je od razu. Siebie zobaczył jako błahy konkret, dąb zaś — jako część 
nieodgadnionego.
Odezwał się głos. Muskat spojrzał. Zobaczył małą sarenkę złapaną we wnyki. Zwierzątko tkwiło w 
nich zadnią nogą. Szarpało się, zaciskając pętlę, wzywało pomocy po ludzku.
Szybko   uwolnił   stworzenie.   Pobiegło   w   ciemność,   w   kierunku   pozapalanych   oczu 
współplemieńców.
Wielki dąb przygasał. Zrobił swoje.
Stanisław poszedł w powrotną drogę.
Rano pojechał do Popielaw.
Żonę rzeźnika  zastał przy porannym  obrządku. Uwijała się pośród swoich zwierząt,  rozdawała 
karmę, śmiała się w głos.
— Mało przez ciebie nie zginąłem — zaczął rozmowę.
Odstawiła wiadro, poprawiła włosy.
— To ciekawe. Jeszcze żaden mężczyzna nie zginął przeze mnie.
— Landesman chciał mi poderżnąć gardło.
— Landesman? Kto to taki?
— Myślałem, że ty mi powiesz. Przedstawił się jako twój kochanek.
Kobieta   przestała   się   uśmiechać.   Pokręciła   głową   z   niedowierzaniem.   Długo   milczała,   nim 
odezwała się na powrót.
— Powiedziałam ci za dużo. Wtedy. Wstyd mi. Spodobała mi się ta zabawa z sufitem w zimnej 
sypialni. A poza tym...
Przerwała zmieszana. Znów sięgnęła do włosów.
— Nie znam Landesmana. Żałuję, że powiedziałam tak dużo.
— Nie żałuj. Uwierzyłem tobie, a nie jemu.
— Skąd wziąłeś tego Landesmana?
— Sam się wziął. Nie wiem skąd. Z mgły, ze skołatanej głowy, zza horyzontu. To dziwna okolica.
Kobieta uspokoiła się. Już nie poprawiała włosów. Usiadła na pieńku, sięgnęła po cieniutkiego 
papierosa.
—   Wiem,   że   dziwna.   Doświadczam   tego.   A   ty   i   ja?   Tu   powinien   dalej   mieszkać   dziedzic 
Lachowicz. Po ogrodzie powinny biegać jego wnuki, a w stawach wygrzewać się złote karasie. Z 
owczarni powinny dochodzić pobekiwania jagniąt, z kuźni pokrzykiwania kowala i rżenie koni, ze 
spichrza szelest przesypywanej pszenicy, z czworaków podśpiewywanie panien, ze stodół miłosne 
spazmy... Czasem mi się wydaje, że słyszę te wszystkie odgłosy.
Lachowicz  zginął  w Oświęcimiu,  za partyzantkę.  Dziwny dziedzic.  Wziął  za żonę  pokojówkę. 
Piękna miłość. Ta głupia, nie umiała wcielić się w nową rolę. Dalej biegała do czworaków i na 
chałupki do wsi. Nie umiała oswoić nowego miejsca. Jak ja. Ale oswoiła.
— A ty?
— Ja? Ja też oswoiłam.
— Dlaczego mi nie chcesz powiedzieć?
— Czego?
— Tego, czego nie chcesz.
— Powiedziałam przecież. Mogę ci jeszcze pokazać listy od niego, wyznania, zdjęcia... Opisać 
wycieczkę do Aracataki. Byłam jedyną kobietą, którą tam zabrał.
— Miałem na myśli to drugie.
— Nie ma niczego innego.
— Jest.
— Przeczytałeś na suficie?
— W oczach. Tam jest twój pamiętnik. Bardzo drobno zapisany, ale ja mam dobry wzrok.
— Nie ma niczego innego.
— Nie przysięgaj...
Zamilkła. Znów długo milczała.
— To dotyczy ciebie.

background image

— Wiele rzeczy dotyczy mnie. Ty też. Kochaliśmy się. To nie było nieważne.
— Mówi ci coś nazwa „Luboszewy?”
— Mówi. Pojechał od razu.
W Luboszewach znalazł schronienie Odrowąż, kiedy na nowo musiał iść do lasu.
Po wojnie ujawnił się wraz z oddziałem, zdał część broni, wrócił na studia. Wkrótce zaczęło się do 
niego dobierać UB. Wrócił do lasu. Na krótko.
Miejsce znał tylko jego ojciec, dziadek Muskata. Którejś nocy do okna zastukał kolega z dawnego 
oddziału. Jemu też UB deptało po piętach. Chciał do lasu. Rymarz poprowadził.
Tą samą drogą, już za kilka dni, wracał z trupem syna. Wybrał się po niego wozem, nocą, bez 
pomocy. Dojechał do lasu, wykopał syna z ziemi, powiózł na Łaznowski cmentarz. Pogrzebał.
Potem grzebał go jeszcze trzy razy, bo tyle razy UB wyjmowało Odrowąża z ziemi. Na koniec 
ojciec nie wytrzymał. Kazał zrobić trumnę  z  grubej blachy. Żelazną. W niej pochował syna. Na 
zawsze. Dziurę zasypał kamieniami i zalał betonem.
Muskat rozpoznał podwórko. Był tu kilka razy. Drewniana leśniczówka z prawej strony stojąca 
szczytem do drogi, przy niej mały ogródek, z lewej drewutnia, jakieś komórki. Wszystko połączone 
równym płotkiem. Podwórko zamykała stodółka. Też mała. Jak wszystkie budynki w tym dziwnym 
obejściu.
Ze stodoły wyszedł postawny mężczyzna. Niósł wiklinowy koszyk, w nim jakieś naczynia. Kołysał 
się na krzywych nogach, aż naczynia pobrzękiwały.
Muskat znał tę twarz i ten chód. Widywał rzeźnika z żoną, kiedy przechadzali się po Popielawskich 
zakamarkach. Dawała się obejmować, szeptać coś do ucha. Nawet śmiali się oboje.
Teraz rzeźnik był ponury. Widać do śmiechu potrzebna mu była ona, Conchita.
Podszedł od razu, jak tylko zauważył Stanisława. Stanął. Koszyk wiszący na  przedramieniu nie 
chciał się zrymować z powagą tej chwili. A chwila była poważna, wzrastająca, niebagatelna. W 
końcu odezwał się:
— Błagam, niech mu pan nie robi krzywdy. To stary człowiek, ślepiec, mój ojciec. Zabił ze strachu 
i z miłości. Z miłości robi się różne rzeczy. Najlepsze, ale i najgorsze. Ja z miłości... zresztą, pan 
jest pisarzem i wie dobrze, co mam na myśli. To starzec. Bardzo cierpi. Próbował żyć normalnie. 
Kiedy się urodziłem, on umarł. Schował się pod podłogę i nie wychodzi stamtąd od czterdziestu lat. 
To tyle, ile mamy—pan i ja. Całe nasze życie — pod podłogą. Oślepł od tego. Chciał się spotkać. 
Wie o panu. Nie proszę, żeby mu pan wybaczył...
— Wybaczę mu — odezwał się Muskat.
Prawy sąsiek stodoły był odkryty. Nie leżało tam zboże ani siano. W miejsce klepiska, ktoś zrobił 
podłogę z masywnych desek. Wejście do skrytki znajdowało się u zbiegu ścian. Była to klapa, od 
której prowadziły schody w dół.
Starzec usłyszał. Zamarł. Poczekał aż obcy wejdzie i odezwie się.
— Podobno chciał mi pan coś powiedzieć.
Bierwionowe ściany złagodziły głos Muskata. W pomieszczeniu zaległa cisza, w której mieszały się 
tylko dwa słyszalne odgłosy — bicia przerażonych serc.
Starzec usiadł na pryczy Omiotło go światło powieszonej lampy.  Światło było dla tych, którzy 
przychodzili. Wyglądał na świętego, nie na zbrodniarza. Miał siwe włosy spływające na ramiona, 
siwą brodę sięgającą piersi, zmarszczki wyciśnięte głęboko na czole i wyblakłe oczy. Zrozumiał 
chyba, że pora się odezwać. Uczynił to za chwilę.
—   Wszystko   robiliśmy   razem.   Wszystko.   Razem   chodziliśmy   do   gimnazjum,   razem   na 
dziewczyny, razem na studia. Nawet piąta w lesie nosiliśmy razem. To była prawdziwa przyjaźń. 
Wydawało się, że nic jej nie zagrozi. Pan pewnie wie, zna historię... Po wyzwoleniu, to my byliśmy 
niesłuszni politycznie. Nowa władza zrobiła gest, wydłubała nas z dziur, z lasów, ze skrytek, a 
potem dobrała się do skóry. Mnie to nawet nie  dotknęło specjalnie. Byłem  zakochany.  Bardzo 
zakochany. Przez czterdzieści lat siedzenia pod podłogą, nie znalazłem słów na opisanie tej miłości. 
A przeszukałem wiele słów, wymyśliłem nowe, potem jeszcze nowsze. Nie, nie ma takich słów w 
ludzkim języku.
Ja wiem, że tam na górze nikt mnie już nie szuka. Od dawna. Ale nie ze strachu wybrałem to  

background image

miejsce na życie. Chciałem zatrzymać w pamięci jej obraz. Świat mnie rozpraszał, zamazywał jej 
twarz, kształt głowy, dotknięcie dłoni. Świat mi ją zabierał. Ożeniłem się, ale to była ucieczka. 
Mam dzięki temu dobrego syna. Wie pan, ja nawet oślepłem z wyboru. Chodziło mi o to żeby tu, 
pod podłogą, też nie mieć za wielu pokus. Nie chciałem patrzeć na zewnątrz siebie, a tylko do 
środka. W to miejsce, w którym przechowuję jej portret.
Odrowąża zastrzeliłem w nocy, kiedy spał. UB zabrało mnie z ulicy w tydzien po tym, jak on 
przepadł. Od razu zaprowadzili mnie do jej celi. Ma pan kogoś, kogo kocha? Żonę, dziecko? Ona 
była piękna nawet wtedy, wybili jej zęby, okaleczyli twarz, złamali palce. Nie dali mi wyboru. Ceną 
za jej wolność był Odrowąż.
Najgorsza   była   ta   noc,   w   którą   ojciec   Odrowąża   prowadził   mnie   do   niego.   Rozmawialiśmy. 
Planował różne rzeczy w związku z synem.
Potem uciekłem na Zachód. Ona miała przyjechać za mną. Nie przyjechała. Nie wiem, co się z nią 
stało.
Starzec zamilkł. Sięgnął po kubek z herbatą. Napił się. Odstawił. Sięgnął jeszcze raz. Chciał w 
czynnościach   ukryć   wzruszenie.   Nie   nawykł   do   płaczu   w  czyjejś   obecności.   Martwe   oczy   za-
świeciły na chwilę. Wytarł je chustką.
— Wie pan, ja tę rozmowę traktuję jak spowiedź. Pan jest dla mnie dobrym spowiednikiem. Pan 
słucha. Czuję to. Pan nie zabiera się do mówienia. Nie nabiera oddechu, żeby mnie oskarżyć, albo 
uzmysłowić rozmiar mojej winy. Zresztą to nie jest potrzebne. Znam jej rozmiar i wyznaczyłem 
sobie karę. Sąd byłby mniej surowy Pan przyszedł do mnie z rozgrzeszeniem, nie wiedząc jeszcze 
co usłyszy. Ale ja nie dokończyłem  spowiedzi. Położyłem na szalę grzech, a teraz chcę położyć 
dobry uczynek. Pan Bóg to zmierzy...
W czterdziestym trzecim roku, jesienią, byliśmy w lasach Smulskich nad Wartą. Tam wyskoczyło z 
transportu kilku Żydów.  Nie znam dokładnie  tego wydarzenia,  ale Niemcy z jakiegoś powodu 
zostawili przy życiu ojca i małego syna. Drugiego zakopali w ziemi. Głową w dół. Taką mieli 
fantazję.
Znalazłem ich o świcie przy torach. Byli zziębnięci, wyczerpani i nieprzytomni ze strachu. Ukryłem 
ich pod świniarnią w pobliskim majątku. Mieliśmy tam skrytkę na broń. Uparli się, żeby  zabrać 
tego   małego   chłopca.   Przekonywali,   że   potrafią   go   przywrócić   do   życia...   Co   miałem   zrobić? 
Wyciągnąłem go z ziemi, zarzuciłem na ramię i poniosłem.
Przez   dłuższy   czas   przynosiłem   im   jedzenie.   Na   zimę   zaopatrzyłem   w   ciepłe   ubrania.   Potem 
straciłem ich z oczu, ale zapewniłem dalszą pomoc. Na pewno przeżyli wojnę.
To wszystko.
Janka   zasiała   kwiaty.   Przy   każdej   grządce   zostawiła   patyk   z   torebką   po   nasionach.   Stanisław 
ucieszył się na jej widok.
— Dawno cię nie było.
— Zamieszkałam w internacie przy szkole. Chcę żyć sama. 
— Skąd wiedziałaś, że lubię maciejkę?
— Nie wiedziałam.
— Znalazłem to miejsce z wojny. Rozmawiałem z człowiekiem, który uratował moich Żydów z 
książki.   Jest   trochę   tak,   jak   napisałem.   Kawałek   mi   się   zgodził.   Oni   wyskoczyli.   Nie   wiem, 
cholera... Chyba tylko to... Ta cała reszta. Nie. To moja głowa... Musiałem usłyszeć, może dziadek 
opowiadał?... Dużo opowiadał wieczorami. Zapadło w pamięć, odżyło teraz... To możliwe.
— Co zrobisz?
— Pojadę tam. Takie rzeczy nie dzieją się bez przyczyny. Zobaczę, rozpytam. Napiszę reportaż 
zamiast powieści.
— Nie żartuj. Jesteś wyjątkowym  pisarzem. Płakałam. Narwałam kwiatów polnych. Znajdziesz 
miejsce.
— Znalazłem.
— Ja myślę o twoim miejscu. Naprawdę wydaje ci się, że tylko piszesz?
— Nie wymądrzaj się.
— Poczekaj, aż urosną kwiaty. Zawieziesz im na groby

background image

— Komu?
—   Tym   swoim   złoczyńcom   z   powieści:   Wochnie,   Miazkowej,   Trzymce,   Perełce.   Dużo   im 
zawdzięczasz.
— Znam już zakończenie.
— To napisz, a później pojedź. Będę cię karmiła, kąpała, kochała.
— Powtórz.
 — Będę cię karmiła, kąpała, kochała.
— Powtórz jeszcze raz.
— Będę cię kochała, karmiła, kąpała.
— Nie zostanę długo.
— Zdążę.

„ŻYD PLESZKE” — ROZDZIAŁ PIĄTY”

Będków nieprędko podniósł się z upadku. Na nic zdały się zapewnienia nauczyciela Kuląga, że 
klęski żywiołowe ożywiają koniunkturę.
Ludzie nawet chcieli wierzyć, ale obraz zobaczony po opadnięciu wody o mało nie odebrał wiary  
nawet księdzu proboszczowi.
Tymczasem Kuląg zabrał się za projektowanie  nowych dróg, nowych szkół, nowych placów, a  
nawet pomieszczenia na kino. 
To   dziwactwo   nauczyciela   bez   trudu   utrzymało   się   w   Będkowskim   standardzie   tamtych   dni.  
Niedawni   wyspiarze,   przedzierzgiwali   się   w   mieszkańców   lądu   bez   goryczy.   Akceptowali   więc  
dalekosiężne plany Kuląga.
—A niech ma te swoje place — zgodził się Jałmużna w imieniu wspólnoty. —Komu to przeszkadza?  
W porządnym
 mieście nigdy za dużo placów. Kino też niech postawi, albo lepiej — kinoteatr. Nowa  
szkoła się przyda, szpital nie zaszkodzi. Niech buduje nauczyciel. Wiele kłopotów z tego nie będzie.
Jałmużna się mylił. Kuląg nie zamierzał zmarnować dziejowej szansy, jaką jego miastu przyniosła  
powódź. Wyjechał z Będkowa, by już wkrótce powrócić. Z kłopotami.
Ale   na  razie   w   duchowej   przestrzeni   miasteczka   formowała   się   nowa   kategoria   —   „znaków  
mniejszych”.
Większymi znakami były oczywiście —zima tysiąclecia i powódź. Mniejszymi, okazały się tamte  
sprzed   kataklizmów  
—  pięcionóg,   pies   akrobata,   na   wpół   odnowione   obrazy,   oraz   te,   które  
odczytano już pierwszego dnia po zejściu wody.
Były nimi płyty nagrobne, wzbraniające mieszkańcom Będkowa wejścia do ich własnych domów.  
Nie inaczej.
Nie wiadomo, jak przypłynęły z cmentarza. Woda mogła podmyć, podnieść płytę, odsunąć ją na  
bok, wypłukać truchło, pomieszać kości. To mogła zrobić. Ale żeby przenieść kamienne płyty tyle  
kilometrów?
Coś   tłumaczył   nauczyciel   (jeszcze   przed   wyjazdem)   o   pęcherzykach   powietrza   w   strukturze 
krystalicznej marmuru, granitu i lastryka, coś omawiał z Jałmużną, ale nie dało to wiele. Ludzie  
wiedzieli swoje.
Nie było tak, że nie słuchali. Broń Boże. Intelektualna aktywność Kuląga była im na rękę. Wreszcie  
mieli alternatywę dla przemądrzałka Jałmużny. Więc słuchali, kiwali głowami, posapywali, ale nie  
wierzyli.
— A skąd te pęcherzyki wiedziały, żeby płytę Balcerka przyprowadzić pod bramę Balcerka, płytę  
Woźniaka pod bramę Woźniaka, płytę Treli pod bramę Treli, płytę Kaczuby pod bramę Kaczuby i  
tak dalej?
Ksiądz dobrodziej znalazł religijne rozwiązań ie.
— Nasi kochani zmarli przyszli pilnować domostw. Usłyszeli modlitewne wezwanie, posłane wprost  
ze   wzgórza.   Usłyszeli   zjednoczoną   pieśń   czystych
  serc.   Dobry   Pan   Bóg   pomógł...   swoją   silną  

background image

dłonią...
Nie wytłumaczył jednak, które serca miał na myśli, ani tego, jak mu się immanencja Osoby zgodziła  
z jej transcendencją. Prawdę mówiąc — nikt nie zadał takich pytań.
Ludzie mieli swoje wytłumaczenie: nowe „mniejsze znaki” mogły zapowiadać tylko jedno — nowe 
kataklizmy. Gdzie przyczyna? — zastanawiali się, a przeczucie wskazywało im Stępnia.
Na razie płyty musiały wrócić na cmentarz.
I znów pomógł Jakub Pleszke, chociaż powódź dotknęła go w podobnym stopniu jak mieszkańców  
Będkowa.
Przysłał   ciągniki   uratowane   z   żywiołu   oraz   wiele   beczek   paliwa.   Jak   zwykle   nie   zapomniał   o 
dzieciach. Na pierwszej przyczepie przyjechała góra paczek ze słodyczami.
Płyty   umieszczono   na   cmentarzu,   według   planów   uratowanych   z   kościoła.   Przyjęto   oczywiście  
pewien margines błędu, ale to było zrozumiałe dla wszystkich.
Domy zastano w opłakanym stanie. W warstwie szlamu zagnieździły się padalce i żaby błotne.  
Zabijano je przez kilka dni, potem zgromadzono na placu przy remizie i podpalono.
Od tej chwili zaczęła się wielka Będkowska robota, dobrze wycelowana, bo majowe słońce wsparło  
mieszkańców całym dostępnym żarem.
Ludzie wystawili sprzęty do suszenia i... na tym się skończyło.
Ulice zamieniły się w długie trakty tymczasowych pokoików, sypialni i salonów.
Po trochu przenosiły się do nich całe rodziny, by po tygodniu zamieszkać tam na stałe, tłumacząc  
decyzje oczekiwaniem na wyschnięcie mieszkań.
Na ulicy prowadzono normalne życie. Ludzie gotowali, prali, myli się, jedli, spali, uprawiali miłość.
Sprawy   ukrywane   kiedyś   w   zakamarkach   domów   stawały   się   odkrytymi.   Mieszkańcy   ulic  
dyskutowali je publicznie, poddawali wspólnemu osądowi, głosowali.
 
Tym sposobem w maju tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego piątego roku Będków odkrył dla siebie  
nieoczekiwaną jakość — demokrację.
Mieszkania już dawno wyschły,  maj przybliżył  się do czerwca, wojsko przywiozło zapomogi, a 
ludzie z uporem mieszkali na ulicach.
Tego stanu nie zmienił nawet deszcz. Poradzili sobie z nim bez trudu, korzystając z niedawnych  
wyspiarskich doświadczeń. Postawili dziesiątki foliowych daszków umocowanych na słupach, skryli  
się pod nimi.
Stan ulicznej demokracji utrwalał się. Obywatele zarządzili wybory do samorządu. To mógł być  
pierwszy krok do katastrofy.
Na szczęście wrócił Kuląg.
Przyjechał służbowym samochodem z kierowcą. Był szczupły, opalony i dobrze ubrany.
Nie wytłumaczył się ze swoich zajęć poza Będkowem.
— Byłem w stolicy.
Tyle powiedział na początek.
Potem poszedł ulicą w tę i z powrotem. Kręcił głową z dezaprobatą. Z obrzydzeniem patrzył na  
uliczne mieszkania, foliowe daszki — na całe to żałosne prowizorium, które jeszcze przed chwilą  
było przedmiotem dumy obywateli.
— Fawela, fawela 
— mruczał pod nosem w niezrozumiałym języku.
Po inspekcji zapalił papierosa ze złotym ustnikiem.
— Byłem w stolicy —powtórzył. Przekonałem czynniki do zainwestowania w Będkowie. Zbudujemy  
fabrykę membran przeciwpowodziowych i zapór przeciwśnieżnych. Prognozy są pomyślne. Cała 
Europa będzie przez łata nawiedzana śnieżycami i powodziami.
Dla takiej inwestycji niezbędne jest zaplecze logistyczne i infrastruktura. To oczywiste. Czynniki  
uczyniły mnie swoim pełnomocnikiem.. 
——— 
Za miesiąc przyjadą inżynierowie, technicy i wykwalifikowana kadra robotników. Wy dołączycie do 
nich jako prosta silą robocza. Na razie jednak musicie im stworzyć godne warunki dożycia.
Na poparcie swoich słów Kuląg pokazał pismo z pieczątką. Nie było wątpliwości.
Przez następne dni Będków przeżywał prawdziwe oblężenie. Przez miasto przejeżdżały wiele razy  

background image

wszystkie możliwe do wyobrażenia środki jezdne.
Samochody ciężarowe, półciężarówki, ciągniki wieloosiowe, zwykle i niskopodwoziowe, traktory,  
samochody osobowe, wozy konne — zwoziły do miasteczka wszystko co niezbędne.
Skład zrobiono w remizie i na placu wokół niej. Zaległa tu wielka ilość cementu, wapna, cegieł,  
desek,   papy   izolacyjnej,  dachówek,   kafelków,   okien,   drzwi,  przewodów   elektrycznych,   rur  
kanalizacyjnych, grzejników, pieców centralnego ogrzewania i innego dobra.
Pismo Kuląga otwierało wszystkie magazyny w województwie i powiecie. Urzędnicy stawali na  
baczność, kierownicy działów oddawali do dyspozycji pojazdy z kierowcami, majstrowie pomagali 
wybierać najlepsze technologie.
Będkowski   naród,   wsparty   zapleczem   logistycznym   w   osobie   Kuląga  
—  przygotowywał 
infrastrukturę.
Od razu powstały nowe zawody.
Dekretem   pełnomocnika   powołano   pięciu   strażników   miejskich   dopilnowania   przywiezionego  
bogactwa,   czterech   sortowników   do   układania   towarów   według   cech   wspólnych,   oraz   dwóch 
regulatorów ruchu.
Ci ostatni byli błogosławieństwem dla  Będkowa. Wielka ilość pojazdów poruszała się bowiem w 
chaosie. Sprzyjały temu wąskie ulice i brak oznakowań. Kolizje, stłuczki, awantury kierowców—  
były na porządku dziennym. Ustały, kiedy umundurowani  
—  Majczak i Piechota, zabrali się do 
regulowania ruchu. Niedawny chaos — zastąpiony został dwoma zdyscyplinowanymi strumieniami  
pojazdów.
Kuląga widziało się wszędzie. Dojeżdżał na czas, wysiadał z limuzyny, oglądał, chwalił, przyganiał,  
odjeżdżał.
Nieliczne konflikty lub wątpliwości wyjaśniał okazaniem słynnego pisma. 
Po   tygodniu,   kiedy   już   zgromadzono   odpowiednią   ilość   materiałów,   Kuląg   zarządził   budowę  
wodociągu, kanalizacji i dróg. Wyznaczył też miejsca pod szkołę, szpital, hotel dla specjalistów,  
kinoteatr i plac zabaw dla dzieci.
Prace ruszyły równolegle. Przy okazji okazało się, że Będków posiadał wielki, uśpiony potencjał  
rzemieślników. Ujawnili się murarze, malarze, cieśle, stolarze, hydraulicy, elektrycy i posadzkarze  
— wszyscy o najwyższych kwalifikacjach.
Robotnicy   ziemni   rozkopali   ulice   Będkowa,   hydraulicy   położyli   rury   kanalizacyjne   i   wodne, 
wybudowali   studzienki   ściekowe,   pomogli   elektrykom   umocować   nowy,   gruby   (cztery   razy  
szesnaście kwadrat) przewód elektryczny. Robotnicy ziemni zasypali rowy, rozrzucili piasek, tłuczeń  
i szuter, ubili wibrującymi ubijakami.
Ledwo   to   uczynili,   na  miejsce   przyjechał   (koordynacją   zajmował   się   Jałmużna)   wielki, 
zautomatyzowany kombinat do kładzenia asfaltu,
W dwa dni wylał lśniącą nawierzchnię na wszystkich ulicach Będkowa.
W tym czasie murarze kończyli już sklepienia na budynkach użyteczności publicznej. Na dachy  
weszli   cieśle   i   dekarze,   zaś   do   wnętrz   instalatorzy.   Praca   była   zorganizowana   tak   dobrze  
(organizacją zajmował się mąż z Nizin), że nikt nikomu nie wchodził w drogę.
Termin przyjazdu specjalistów z Warszawy przybliżał się. Zostały jeszcze dwa tygodnie. Przez ten  
czas obywatele Będkowa musieli wyposażyć hotel, szpital, szkołę, kinoteatr i plac zabaw dla dzieci.
Znów ruszyły transporty do magazynów. Majczakowi i Piechocie przybył nowy regulator ruchu, 
Wąsik. To była decyzja na miarę ratowania całego przedsięwzięcia, bowiem samochodów przybyło  
niepomiernie. Ustawiono oświetlenie uliczne. Transporty szły również nocami.
Słynne pismo Kuląga zniszczyło się od częstego używania. Pełnomocnik zrobił więc kopię, a po  
oryginał sięgał tylko w chwilach najwyższej konieczności. Te jednak nie zdarzały się.
Były wprawdzie drobne kłopoty, jak choćby z tomografem komputerowym
 dla szpitala, regulatorem 
temperatury wody do basenu w hotelu, systemem doby stereo dla kina, czy obrotową sceną dla  
teatru, ale te pokonywał Kuląg zdecydowaną postawą i okazaniem kopii pisma.
Cały okoliczny świat znal już heroizm obywateli małego miasteczka Będków nad Wolbórką. Z dnia  
na dzień przybywało sprzymierzeńców i gapiów. Na wielki plac budowy zjeżdżali dziennikarze, 
dygnitarze powiatowi i wojewódzcy. Odnotowywali swój pobyt w kronice miasta (niech czynniki z  

background image

Warszawy wiedzą) i podniesieni na duchu wracali do siebie. Zajęci Będkowianie nie mieli czasu na  
pozowanie do wspólnych zdjęć, czytanie o sobie w gazetach czy oglądanie telewizji.
Musieli zdążyć.
Ostatniej nocy przed upływem terminu pracującym (głównie sprzątaczkom i dekoratorom wnętrz  
dodawały ducha gwiazdy rocka.
Przy odnowionej remizie stanęła estrada oraz wiele tysięcy wat nagłośnienia.

Dla gwiazd występ w takim miejscu i w takiej chwili był nobilitacją. Oznaczał gwałtowny wzrost  
nakładu   płyt.   Wiele   piosenek   poświęcili   zatem   cichym   bohaterom   Będkowskiego   zrywu.   W 
szlagworcie jednej z nich powtarzało się emocjonujące pytanie: „Ale czy zdążą?”
Zdążyli.
Nad Będkowem wstawał świt. Odezwały się koguty, zawtórowały im psy. Od nadwolbórkowych łąk  
oderwało się czerwone słońce. Zmęczeni Będkowianie kładli się do łóżek, by za kilka godzin wstać,  
umyć się, ubrać świątecznie i wyjść na powitanie specjalistów z Warszawy. Gwiazdy rocka zmywały 
makijaże, technicy pakowali sprzęt, menedżerowie robili ostatnie rachunki.
O  takiej   porze   ksiądz   dobrodziej   z   kościelnym   Scibiorkiem,   za   przyzwoleniem   pełnomocnika 
Kuląga,   zabrali   się   do   dyskretnego   poświęcania   ulic,   latarni,   hydrantów,   wodociągu,   szpitala, 
szkoły, kinoteatru i placu zabaw dla dzieci.

Żywioł polityczny był wtedy świecki. Ta uroczystość musiała się odbyć bez ostentacji.
Wreszcie   przyszło   południe.   Świąteczny   Będków   zgromadził   się   na   placu   przed   remizą.   Byli  
wszyscy: pełnomocnik, obywatele, ksiądz, kościelny, strażacy i ich reprezentacyjna orkiestra. Nie 
zabrakło też stuczteroletniej Balcerkowej. Staruszkę wyeksponowano na wysokim podeście. Jako  
najstarsza mieszkanka miasta, miała przywitać gości chlebem i solą. Bochen trzymała na kolanach,  
sól jej odebrano bo rozsypywała ją dookoła. Ustalono, że dostanie solniczkę w ostatniej chwili.
Tego dnia słońce nie miało litości. Już po godzinie oczekiwania na specjalistów ludzie byli zlani  
potem.
Po dwóch godzinach, co mniej odporni pozdejmowali krawaty i rozpięli koszule pod szyjami.
Balcerkowa zgłodniała. Zjadła pół bochenka. Chleb trzeba było wymieniać na nowy.
Po trzech godzinach ktoś litościwszy umieścił nad głową staruszki przeciwsłoneczny parasol.

Wreszcie  po czterech godzinach oczekiwania z głębi ulicy prowadzącej na plac przed remizą —  
nadjechała limuzyna. Kapelmistrz dał znać. Orkiestra huknęła marsza. Auto zatrzymało się przed  
czerwonym chodnikiem. Kuląg podbiegł, chwycił za klamkę, ale drzwi były zablokowane. Puknął w  
szybę, ta opuściła się z szelestem.
Z klimatyzowanego wnętrza ktoś podał pismo. Limuzyna odjechała.
Przez wiele następnych lat Będków miał wspominać ten moment.
Kuląg włożył okulary, przeczytał pismo, a potem zaczął się śmiać. To nie był zwyczajny śmiech.  
Odezwały się w nim wszystkie frustracje nauczyciela, wszystkie upokorzenia, zawiedzione nadzieje i 
poniesione trudy.
Zmiął   pismo,   rzucił   na   ziemię,   podeptał,   potem   podniósł,   rozprostował,   przeczytał   jeszcze   raz  
(ciągle  nie przestając się śmiać),  ponownie rzucił pismo na ziemię, rozpiął rozporek, wyłuskał 
ptaka, napiął się i na oczach wszystkich — oszczał ważny dokument. Dopiero po tym zaczął płakać.

Jak się dowiedziano później, pismo obwieszczało zmianę decyzji czynników. Czynniki uznały, że z 
punktu widzenia nowej strategii gospodarczej region Będkowski nie nadawał się już na lokalizację  
fabryki membran przeciwpowodziowych i zapór przeciwśnieżnych. Wybrano inne miejsce — masyw  
Rozsypańca w Bieszczadach. Argumentem, który przeważył szalę, był — jak się okazało — wysoki  
poziom zawodowo-moralny tamtejszej siły roboczej.
I ten  wyrok  losu  ludzie  przyjęli   ze spokojem,  chociaż  zabolało  ich  podejrzenie  o  zawodowo—
moralną niższość.
Szybko   zrobili   bilans.   Wychodziło   z   niego,   że   nie   wykładając   z   kieszeni   ani   grosza,   zamienili  

background image

Będków   w   kwitnące,   nowoczesne   miasteczko.   Trudno   było   pogardzić   taką   odmianą.   Nie   mieli  
wprawdzie   pomysłu,   jak   zapełnić   nowe   budynki,   czym   przyciągnąć   do   Będkowa   lekarzy,  
pielęgniarki, nauczycieli, aktorów i reżyserów, ale to mogło przyjść w każdej chwili. Wyskoczyć nie-
oczekiwanie z każdej Będkowskiej głowy.
Zainwestowali więc w kłódki, pozamykali obiekty i postanowili czekać.
Pomysł   nie   pojawił   się   nigdy.   Za   dziesięć   lat   nowe   budynki   miały   się   zamienić   w   hurtownie,  
magazyny i sklepy. Ale do tego czasu czekało Będków jeszcze wiele ciekawych wydarzeń.
Wyprzedźmy trochę fakty.
Nauczyciel Kuląg odsunął się od publicznego życia i od nauczania w szkole. Zajął się pisaniem  
pamiętników, utrzymując się przy tym ze skromnej emerytury.
Czarną limuzynę oddał do dyspozycji pospólnej. Jej kierowca ożenił się w miasteczku z drugą córką  
Wochny, Jadzią. Wkrótce urodziły się im bliźniaki.
Kuląg   ożywił   się   na   krótko   w   sześć   lat   po   pamiętnej   uroczystości   pod   remizą   i   oszczaniu 
dokumentu. Ogłosił wtedy ważną wiadomość, że on, Marian Kuląg, syn Antoniego, zdrowy na ciele  
i umyśle — zna przyczynę, która połączyła w ciąg poparzenia Wochny, Trzymki, Miazkowej, Perełki  
i Stępnia. Zna również przyczynę ich śmierci
  i wiele innych ważnych przyczyn. Wyjawi je przed 
śmiercią.
Zmarł w kilka dni później, nie wyjawiwszy niczego.
Po   pochowaniu   Kuląga   zaciekawiony   naród   zabrał   się   za   czytanie   pamiętników.   Z   czasów 
prosperity   roku   osiemdziesiątego   piątego   w   magazynie   remizy   zachowało   się   dwadzieścia  
kserokopiarek.  Uruchomiono  je   na  tę  okazję   i  już  wkrótce   w  każdej  chałupie  leżał   oprawiony 
egzemplarz pamiętników Kuląga.
Co to była za lektura!... Ludzie tygodniami nie wychodzili z domów, zapominali o spotkaniach,  
nabożeństwach, a nawet karmieniu dzieci.
Nauczyciel opisał wszystko ze szczegółami, nazwiskami, charakterami, detalami anatomicznymi i  
wstydliwymi przypadłościami.
Mniejsza jednak o szczegóły, choć te były naprawdę zajmujące. W pamiętnikach szukano głównie  
zapowiedzianej rewelacji o poparzonych. Tej nie znaleziono. Za to odkryła się prawda o wielkiej, 
mistrzowskiej, artystycznej mistyfikacji nauczyciela, której Będków zawdzięczał krótką prosperitę.
Okazało się, że nauczyciel miał wiele zamierzeń, pośród których projekt z fabryką membran i zapór  
był jednym z pośledniejszych.
Główny projekt opierał się na doświadczeniach wielkiej powodzi. Kuląg zamierzał zbudować nowy  
Będków, lokując fundamenty na palach, te zaś mocując solidnie w gruncie. Potem planował zalać 
miasto,   wybudować   porty,   nabrzeża,   przystanie   i   wszystko   inne,   co   mogło   uczynić   z   Będkowa  
ośrodek turystyki wodnej.
Dla tego pomysłu nie znalazł jednak poparcia w stolicy. Dla tego i dla żadnego innego.
Ważne pismo, z którym przyjechał, sporządził sam. Podobnie pieczątkę i podpis. Od razu napisał  
też   drugie   pismo,   to,   które   odwoływało   lokalizację   fabryki   w   Będkowie.   Dygnitarza,   który   je  
przywiózł, oraz limuzynę — wynajął za grosze.
To   wszystko   zmieściło   się   ludziom   w   głowach.   Ostatni   rok   nauczył   ich   pokoju   w   kontakcie  z 
nieoczekiwanym.
Zrozumieli pasję Kuląga, uszanowali jego pomysłowość, pochwalili za wytrwałość i odwagę. W 
komentarzu do pamiętnika podnieśli też zasługi nauczyciela i jego bezinteresowność w budowaniu 
nowego wizerunku miasteczka.
Było jednak coś, czego pojąć nie potrafili.
Tego dnia przed remizą Kuląg zmiął pismo z prawdziwą złością, zdeptał z pasją, przeczytał  z  
niedowierzaniem,   prześmiał   z   bólem,   wyjął   członka   z   bezwstydnością   i   oszczał   dokument  
prawdziwym żółciutkim moczem.
Ci, którzy byli bliżej, potwierdzali tę wersję, bijąc się przy tym w piersi i przysięgając na głowy 
dzieci (bezdzietni przysięgali na Matkę Boską Kłobucką).
Oznaczało   to,   że   byli   świadkami   fenomenalnego   mikrospektaklu,   z   precyzyjną   strukturą 
dramaturgiczną.

background image

Uczestnikami wydarzenia artystycznego najwyższej rangi.
Zatem mieli pośród siebie wybitnego aktora, godnego największych scen
 i nie poznali się na tym  
przez lata. Tego właśnie nie mogli pojąć, doczytując ostatnie rozdziały pamiętnika.
A były to rozdziały poruszające.
Kuląg   opisał   w   nich   swoją   skrywaną   aktorską   pasję,   wieloletnie   studia   nad   historią   metod  
aktorskich,   szaleńcze   umiłowanie   teatru   i   filmu,   walkę   z   nieposłuszeństwem   ciała,   zmagania   z  
uruchomieniem   go   według   metody   Grotowskiego,   opór   rezonatorów   i   przepony   przy   próbach  
ustawiania głosu metodą Gurdżijewa (to akurat ludzie zauważyli — że w ostatnim czasie Kuląg  
mówił trochę dziwnie) — wszystko z detalami, wykresami, rysunkami i kalendarium.
Nauczyciel opisał też przygotowania do spektaklu jednego aktora, który wystawił pamiętnego dnia  
przed remizą.
Metodę aktorską opisał jako kombinację doświadczeń Stanisławskiego i Strasberga, z elementami  
technik ezoterycznych.
Żółte zabarwienie moczu uzyskał dzięki aspirynie.
Wyznał też, że to całe zamieszanie z fabryką służyło mu do zbudowania
 odpowiedniej scenografii 
dla   spektaklu   i   wyposażenia   go   w   inne   niezbędne   elementy   —   statystów,   muzykę,   kostiumy   i 
widownię.
Kuląga   pochowano   w   alei   zasłużonych.   Wyznaczono   ją   w   dniach   rekonstrukcji   cmentarza,   na 
miejscu grobów, których nie dało się zidentyfikować.
Tym sposobem, ciało Nieodgadnionego znalazło miejsce między nieznanymi.
Władek Stępień ostygł w ludzkich sercach na dobre. To zrozumiałe. Gwałtowny skok cywilizacyjny  
musiał przynieść taki efekt. Kultura materialna nie mogła się rozwijać w oderwaniu od duchowej.  
Zabobon nie mógł sąsiadować z magnetowidem, sceną obrotową i układami scalonymi.
Ludzie to zrozumieli. Dokonali postępu i w tej sferze. Część odeszła od kościoła, zaś garstka z 
Jałmużną na czele, założyła zgromadzenie luterańskie. Niestety, nie mogli znaleźć pastora.
W czasie wielkiego budowania Stępień trwał przy swoich sprawach. Powódź nie
  wyrządziła mu 
szkody, bo mieszkał na poddaszu. Wymienił tylko podłogę.
Nie przypłynął też do niego z cmentarza żaden kamień. Dalej jeździł do Moszczenicy, dalej grał na  
organach i sprawował kontrolę nad szkolnymi postępami córki.
Werka zaś przemieniała się w kwiat.
Przybliżała się do kobiecości ze wszystkich stron naraz. Władek pozwolił jej jeździć czasem do  
Kalinowa i ćwiczyć na ocalałym z powodzi fortepianie Jakuba Pleszke.
Uznał, że wcześniejsze obawy, były wytworem jego imaginacji.
Przełom nastąpił tego dnia, kiedy Pleszke przysłał do Będkowa traktory, paliwo oraz przyczepę 
słodyczy dla dzieci.
Miał tyle własnych problemów. Powódź obróciła Kalinów w ruinę, nie mógł ruszyć z odbudową,  
póki nie zakończyła się histeria związana z fabryką membran i zaporą, mimo to otworzył serce na  
nieszczęście powodzian i wspomagał ich heroiczny wysiłek jak mógł. 
Tak nie mógł postąpić złoczyńca, za jakiego Stępień miał go do tej pory.
 Nawet w budowaniu pozorów można znaleźć granicę. Wyznacza ją chwila, w której ludzie uwierzą, 
a ludzie uwierzyli już dawno.
Teraz uwierzył Władek Stępień. Jakub Pleszke. Obcy, swój, dobroczyńca, samotnik, artysta? —  
nieodgadniony jak Kuląg. 
Proporcje góry lodowej, jakie odkryto w życiu nauczyciela, mogły równie dobrze odnosić się do  
niego.
Jedna część na powierzchni — reszta pod wodą.
W   dniach   wielkiej   powodzi   Jakub   Pleszke   nie   miał   wiele   do   roboty.   Uratował   co   było   do  
uratowania, prze— niósł cenne przedmioty na piętro pałacu w Kalinowie i na strychy. Konie oraz  
inną zwierzynę wyprowadził na  

i  

wzgórze nie opodal Kalinowa. Nim przyszła woda i zamieniła  

wzgórze na wyspę, zdążył jeszcze dowieźć paszę dla zwierząt, skrzynie z książkami oraz trochę  
materiałów budowlanych.
Na wyspie mieszkał aż do końca powodzi. Czytał książki, karmił konie i rozmyślał.

background image

W te dni odkrył dla siebie wolność.
Znał to słowo wcześniej, rozumiał co znaczyło,  ale stan przez nie opisywany —traktował jako  
niedostępny abstrakt. Pracowite życie, pomnażanie majątku, troski rodzinne, zobowiązania wobec  
kochanego ojca — to —wszystko odwracało uwagę Jakuba od samego siebie.
Za życia, ojciec miał nad nim niczym nieograniczoną władzę.
Każda próba oporu kończyła się przypomnieniem kulki. Kulka miała niezwykłą moc. Przypomnienie  
o niej na powrót zmieniało Izaaka-Jakuba w dobrego, posłusznego syna.
Kiedy sytuacja tego wymagała, stary Hendlisz pokazywał kulkę. To była ostateczność. Sięgał do 
drewnianej skrzyneczki, otwierał szyfrowy zamek, ujmował kulkę w dwa palce i podnosił do góry.
Taka demonstracja zdarzyła się dwa razy. Raz, kiedy Izaak-Jakub przedstawił ojcu nieżydowską 
narzeczoną, drugi raz, kiedy postanowił nie posyłać syna na lekcje języka polskiego.
Ożenił   się   z   kobietą   wskazaną   przez   ojca,   a   kiedy   na   świat   przyszedł   Natan,
  dostał   polską 
opiekunkę. Miała go nauczyć historii i języka starego kraju. Taką moc miała kulka.
Sprawowanie władzy nie zakończyło się ze śmiercią Hendlisza. Nim spłonął jak pochodnia, połknął  
kulkę, by moc w niej zawartą spopielić i pomieszać ze swoim ciałem.
Tym sposobem jego woła dosięgała Izaaka-Jakuba gdzie chciał i kiedy chciał.
Tylko Kalinowska wyspa oparła się kulce. Dopiero tam Izaak-Jakub odkrył smak wolności.
Postanowił, że tego uczucia nie da już sobie odebrać.
Na razie jednak nie niszczył swoich kulek. Tych, które czyniły posłusznymi jego syna Natana i córką  
Esterę.
W swoim czasie sporządził je według przepisu usłyszanego od ojca. Ten z kolei, zaczerpnął go od 
zaklinaczy koni. Ci zaś utrzymywali tajemnicę swojego zawodu przez pokolenia, aż ustąpili pod  
naciskiem sześciu kilogramów złota, które przyniósł do stajni sprytny Żyd, Pleszke Hendlisz.
To nie była wysoka cena. Przez wiele lat Izaak-Jakub gotów był zapłacić więcej, by dowiedzieć się,  
jak zwalczyć przemożny wpływ kulki.
Kulkę przygotowywało się bardzo łatwo. Jeżeli rzecz miała dotyczyć koni, wystarczyło być przy  
porodzie. W chwili kiedy źrebak wymykał się z brzucha matki, należało sięgnąć palcem pod język. 
W to miejsce, gdzie w życiu płodowym zebrała się połyskliwa maź. Zaklinacze koni nazywali ją  
„chlebkiem płodowym “.
Wygarnięty chlebek płodowy mieszało się z miąższem zwykłego chleba i formowało w kulkę. To 
wszystko.
Podobnie jak z końmi rzecz miała się z ludźmi. Tym sposobem Pleszke Hendlisz zaopatrzył się w  
kulki Srula i Izaaka. Tym samym sposobem Izaak-Jakub zaopatrzył się w kulki Natana i Estery.
Wkrótce Natan miał poznać tajemnicę kulek i uczynić z nią co chciał. Na razie kończył prawo na  
uniwersytecie w Jerozolimie i tęsknił za ojcem (Kulka).
Tymczasem kończył się czerwiec, Będków odpoczywał po wielkim budowaniu, nauczyciel Kuląg  
zabierał się do pisania pamiętników. Władek Stępień przekonywał się do Jakuba Pleszke, a ten  
ostatni przygotowywał się do realizacji wielkiego zamiaru powziętego na wyspie.
Swoje zobowiązania wobec ojca —właściwie zakończył.
Jeszcze przed wielkimi śniegami rozkuł do końca sarkofag Srula, wydobył kości, spalił je, umieścił  
w pięknej urnie, odnalazł świecący dąb i zakopał pod nim prochy brata.
Wtedy czul jeszcze nienawiść, wtedy skrywał się jeszcze pod podłogą świniami i przemawiał do 
zbrodniarzy głosem Srula, wtedy odbierał jeszcze drganie ojcowej kulki.
Tak było wtedy. Ale teraz, po zdumiewającym odkryciu na wyspie, po zasmakowaniu wolności i 
upewnieniu   się,   że   ta   nie   mija   —Jakub   Pleszke   wszystko   zamierzał   podporządkować   swojej 
nienaruszalnej, osobistej woli.

Muskat przerwał pisanie, tak jak się przerywa każdą błahą pracę — na śniadanie, sen, spotkanie z 
kobietą — na cokolwiek.
Tu nie było już zmagań. Słowa stawały się posłuszne, odgadnięte przed zapisaniem. Gówniane. 
Z powietrza wyciekało to niedawne, uroczne „coś”. Jakieś resztki dobijały się wprawdzie do głowy, 
ale nie miały już tamtej siły. Nie dawały rady ułożyć się w zdarzenie przerastające nową wyobra-

background image

źnię Muskata.
Właśnie tak. Nową.
Jego wyobraźnia odsunęła się znacznie od tego miejsca, które gotów był nazwać granicą — jeszcze 
nie tak dawno. Przed spotkaniem ze ślepcem. —
Odkrył prawo, które dwa miesiące temu sformułowałby odwrotnie: doświadczenie jest trucizną dla 
wyobraźni.
Nie jest. 
Spotkanie   ze   ślepcem.   Zbrodnia   za   miłość.   Ekspiacja.   Długa,   bolesna.   Poniewczasie?   Kto   to 
osądzi?
Janka na polu, a potem ta druga Janka, w łóżku. Tamto mroczne, ponure, z przepadlin wieczności. 
Trwałe.
To — ulotne, dotknięte krótką radością, niebyłe.
Jedno i drugie — to samo. Czy to samo?
Lasy Smulskie. Gdzie to jest? Daleko. Bardzo daleko od Popielaw.
Muskat wiedział, że powinien tam pojechać, ale tylko tyle — powinien. Przez pamięć rodzinnej 
tajemnicy, która go formowała, by pośród innych przyczyn — uczynić pisarzem. Powinien poje-
chać. Przez przyzwoitość.
Janka   siedziała   na   kozetce,   w   koszuli   nocnej   zaciągniętej   na   kolana,   obejmując   nogi 
przedramionami. Siedziała i patrzyła. Coś chciała wypatrzeć.
Może to, czy Muskat znajdzie powód, by dokończyć książkę? Dokończy. Choćby dla niej. To jest 
wystarczający powód. Nie ma wielu innych. Nie ma nieodgadnionego. Nieodgadnione otrzymało 
nazwę: Lasy Smulskie.
Kulka. Ten pomysł  wziął się z prawdziwych  praktyk  zaklinaczy koni. Muskat wiedział o nich 
sporo, a mimo to sprawił się z kulką powierzchownie.
Kiedyś nazwałby taką postawę marnotrawstwem.
Mógł   przecież   namalować   mroczny   obraz   stajni,   opisać   ponure   oczekiwanie   zaklinaczy,   ich 
parujące kapoty, szepty pomieszane z parskaniem koni.
A   ten   szczególny   zapach   stajni,   to   pomieszanie   końskiego   moczu,   świeżej   sieczki   i   ludzkich 
oddechów? Mógł to opisać. Potrafił. Nawet ciężki krok Pleszke Hendlisza wracającego z ostatnim, 
szóstym kilogramem złota — też potrafił opisać. Nie opisał. Śpieszył się.
Może to właśnie chciała wypatrzeć Janka? Pośpiech w odgadnionym?
Może   chciała,   żeby   Muskat   nie   pominął   narodzin   źrebięcia?   Żeby   dał   się   przyjrzeć   obrazowi 
zamkniętemu w kole naftowego światła.
Oto spękane usta dmuchają w nozdrza źrebięcia, potem niecierpliwy palec wykrada spod jęzora 
chlebek płodowy razem z wolną wolą zwierzęcia. Odtąd już aż po kres dni — ten palec będzie 
nakazywał.
Potem sięgnie pod język człowieka, a kiedy przyjdzie czas, wskaże mu drogę.
Izaak -Jakub.
Czym   wymości   sobie   wolność?   Muskat   znał   odpowiedź.   Wymości   ją  niewoleniem.   Jak  każdy 
neofita.
Gówniane pisanie. Substytut. Prokreacja czyniona wyobraźnią, nie kutasem. Niewola.
To już ostatni rozdział powieści o Żydzie Pleszke. Nieodwołalnie.

„ŻYD PLESZKE”

— ROZDZIAŁ SZÓSTY” OSTATNI —

Przyszedł lipiec. Wczesne lato rozbiegło się po połach. Wróble strzeliły w niebo jak za dawnych  
dni. Przyroda odnawiała się po swojemu.
Tej wiosny prawie każda ptasia samica zniosła więcej jaj niż zwykłego roku Podobnie uczyniły inne 

background image

zwierzęta. Rodziły naraz po dwie, a nawet trzy sztuki młodych. Pośród bolesnych postękiwań samic 
— odnawiały się populacje. Nie inaczej zachowała się roślina. Wzrosła na podłej ziemi tak gęsto  
jak na rędzinie.
Ozimina rzecz jasna przepadła pod wodą. Za to jare żytka i pszeniczki wybiły  się w bujności 
nadzwyczajne.
Ludzie kręcili głowami z niedowierzaniem. W pośpiechu Będkowskiego budowania nie postawili  
młyna. Już teraz łamali sobie głowy nieoczekiwaną troską.
— Jak to zebrać wszystko? Jak przerobić na mąkę, poślad i chleb?
Gleba   wzbogaciła   się   o   tłusty   kożuch   naniesiony   przez   wodę.   Okołobędkowskie   pola   ukradły  
żyzność innej ziemi. Pewnie  gdzie indziej,  niedaleko,  inny naród pochylał  grzbiety  nad jałową  
skibą. Na czołach wyciskały się ciężkie bruzdy.
—  Gdzie w tym sprawiedliwość? Wszystko naraz od Pana Boga? Przecież to miejski naród. Nie  
poradzi sobie z takim bogactwem. Zmarnuje.
Będkowskie głowy wypełniała ta sama obawa.
Poszła delegacja do Kuląga, ale ten nie chciał słuchać.
Pisał pamiętnik.
Na podsuniętej kartce postawił kilka kresek. Jałmużna szybko odczytał rysunek.
— To jest cep. Dwa kije połączone rzemiennym przegubem.
Ludzie wzruszyli ramionami. Prawdę powiedziawszy, taka rada obrażała ich. Rwali się do nowego  
niepowstrzymanie, a nauczyciel chciał ich zawrócić o jakieś sto lat.
Dziwny człowiek. Cham.
Jakub   Pleszke   doczekał   się   właściwej   chwili.   Sięgnął   po   ludzi   z   tamtych   ukaranych   stron. 
Wyprostował im karki obietnicą dobrej pracy i takiej samej zapłaty. Będkowianie wiedzieli o nim  
zbyt wiele. Zresztą nie byli już tak złaknieni pracy jak kiedyś. Czas wielkiego budowania zrobił  
swoje.
Tamtym zaś z okradzionych pól i zapleśniałych domów — ręce paliły się do każdej roboty.
Jakub Pleszke wykorzystał to. Wetknął im w dłonie narzędzia i pokazał, co mają robić.
Jego osobliwy plan obliczony był na kilka miesięcy wysiłku. Efekt miał się zrównać z niedawnym  
odkryciem na wyspie.
Pleszke   ukontentował   się   już   wolnością   wewnętrzną.   Sprawdził   ją   na   wiele   sposobów,   poddał 
próbom, wystawił na pokusy — ale nie przeminęła. Trwała nienaruszanie, jak jego żydowska krew.
Teraz przyszedł czas, żeby zamanifestować wolność na zewnątrz.
Co mogło ją wyrazić? Jaka budowla? Forum Romanum, Kaplica Sykstyńska, wieża Eifla? Żadna z 
nich. To były zaledwie karły nie warte zainteresowania. Plan Jakuba był dużo ambitniejszy.
Zaraz po powodzi dokupił dwadzieścia hektarów pól przylegających do majątku. Ludzie wyzbyli się 
ich bez żalu.
Z dnia na dzień zaczął wyrastać nowy mur. Wiódł po obrzeżu powiększonej własności, obrysował ją  
grubą kreską.
—  Żydowski mur — żartowali Będkowianie. Tylko patrzeć jak postawi baraki, puści prąd przez 
druty i rozpali krematoria.
Żart był ponury. Odbijało się w nim echo żalu, jaki mieli do Jakuba za przyjęcie do pracy obcych.
Mur  tymczasem  wzrastał   —  solidny,  oparty  na  betonowym   fundamencie,   licowany  klinkierową  
cegłą kładzioną w poprzek. W najwyższych miejscach sięgał czterech metrów wysokości.
Równolegle   trwały   inne   prace.   Do   Kalinowa   zwożono   wielką   ilość   materiałów   budowlanych. 
Przyjeżdżały też transporty kontenerów z tajemniczą
 zawartością. Układano je na placu, jeden przy 
drugim, aż uformowały wielopiętrowy blok.
Robotnicy mieszkali na miejscu, w Kalinowie. Taki był warunek. Raz na tydzień mogli się widywać  
z rodzinami. Za ten dziwny wymóg Jakub Pleszke płacił dodatkowo, więc przystawali nań bez 
oporu.
Pod   koniec   lipca   z   budowlanego   chaosu   zaczął   się   wyłaniać   porządek.   Nowy   mur   był   na  
ukończeniu.   Wielki   pierścień   domykał   się,   by   otulić   mniejszy,   okalający   majątek   w   Kalinowie.  
Rozległą przestrzeń między murami, Pleszke kazał utwardzić kilkoma warstwami szlaki. Przedtem  

background image

oczywiście uzbroił teren w kanalizację, wodociąg, gazociąg i elektryczność.
To samo uczynił z placem zamkniętym w obrębie mniejszego muru.
Wyczyścił go z wszystkiego co zbędne. Ostały się tylko główne budynki — pałac, stajnie, wozownia,  
spichlerz, dwie stodoły. Przeszkadzająca reszta została rozebrana.
Obraz klarował się. Nawet ciemny murarz odkrywał zamysł Jakuba Pleszke. Oto powstawały dwa  
wielkie place budowy, okolone dwoma murami.
Tylko co miało między nimi wyrosnąć? Jakie budowanie?
Srul mieszkał pod dębem. Tak jak chciał. Spełniło się marzenie strachliwego Żydka. Usypany w  
kupkę popiołu, zamknięty w glinianej foremce 
— dosypiał niedospanych nocy.
Obudził się przy pierwszych krokach Izaaka—Jakuba, kiedy ten wchodził na polanę.
—  Przyszedłem   porozmawiać,   Srul.   Odkryłem   wielką   tajemnicę,   podjąłem   wielkie   dzieło.  
Przyszedłem ci o tym opowiedzieć. Nie zapytać o radę, tylko opowiedzieć. Właśnie tak.
Mam teraz wolną wolę, więc wybieram dla siebie to, co chcę. Szkoda, że nie dożyłeś tej chwili.  
Wolność jest czymś wyjątkowym. Szkoda, że nie poznałeś wolności za życia.
Na pewno pamiętasz rzemień, który nosił na szyi nasz dobry ojciec Pleszke Hendlisz. Miał na nim  
nanizane dwa szare paciorki. To były nasze  kulki, Srul. Twoja i moja. Ojciec ulepił je
  z chleba 
zmieszanego z naszą śliną — twoją i moją. Wygarnął ją spod naszych języków w godzinę narodzin. 
Od tej chwili sprawował nad nami władzę. Wiele w niej było miłości, ale też niemało przymusu.
Tego   dnia   w   wagonie   najpierw   dotknął   kulek,   potem   spojrzał   na   nas.   Wyskoczyliśmy   bez 
zastanowienia. Nasza matka Chuwcia nie wyskoczyła. Wybrała, bo mogła wybierać. Taki był jej  
wybór — naszej kochanej matki.
Z całego życia pamiętam tylko kilka obrazów. To był pierwszy obraz: dłoń ojca na chlebowych  
paciorkach. Drugim obrazem były oczy Chuwci i jej siwiejące włosy. Ile to trwało? Pięć, może  
siedem sekund. Przez ten czas włosy naszej matki zabieliły się jak śnieg.
Następnym, co zapamiętałem, były twoje nogi celujące w niebo i dziura w skarpetce wyraźniejsza  
niż niejedna gwiazda.
Nie płakałem, ho ojciec zaciskał dłoń na naszych kulkach. Plącz był zabroniony.
O świcie znalazł nas człowiek. Wydobył cię z ziemi na wyraźne żądanie ojca, a potem poniósł na  
ramieniu. Płakał przy tym jak dziecko.
To był kolejny  obraz, który zapamiętałem.  Człowiek  płakał  jak dziecko,  chociaż był  dorosłym,  
odważnym mężczyzną.
Nasz ojciec chciał cię ożywić, Srul. Już pierwszej nocy w skrytce rozmiękczył kulki w ustach i ulepił  
z nich jedną. Połączył nieżywe z żywym. Jedyne, co osiągnął to podwojenie mojego strachu.
Ożyłeś we mnie podwójnym odczuwaniem. Tak miało zostać na zawsze.
Kiedy niedawno odkryłem wolność, odczułem ją podwójnie. Za ciebie dodanego do mnie i za siebie.
Wcześniej doznałem wiele złego. Wszystkiego było więcej. Stwardniałem przez to na kamień.
Wypełniłem  wszystkie  przyrzeczenia, Srul. Wydobyłem  cię ze świniami,  ułożyłem pod drzewem. 
Teraz cieszę się podwójną wolnością. Wiem też, co z nią zrobić. To jest najważniejsze.
Buduję DROGĘ DO RADOŚCI.
Tak nazwałem moje wielkie dzieło.
Zaraz pozwolę ci zasnąć, ale najpierw opowiem o tym.
Czym jest radość, jeżeli jest tylko sobą, radością?
Niczym ważnym.
Jak cieszą się ludzie, kiedy uciecha jest ich chlebem powszednim?
Zwyczajnie. Powszednio.
O tym myślałem w czasie wielkiej powodzi, kiedy nikt nie mącił mojego spokoju.
Odkryłem wolność, a razem z nią — radość. Obydwie były niezmierzone.
Próbowałem znaleźć dla nich granice, wystawiałem na próby, na pokusy. Wszystko na nic. Trwały,  
nie dobijając do żadnego brzegu. Nie imała się ich żadna chlebowa kulka. Tak było, tak jest teraz.  
Jak myślisz, Srul — dlaczego?
Odpowiedź jest bardzo prosta. Zdziwisz się, Srul, jak bardzo: dzięki kulce. Właśnie tak.
Wolność po kulce jest taka wielka, bo była kulka zniewolenia. Radość po kulce jest taka wielka, bo  

background image

była kulka smutku. Szczęście po kulce jest tak przejmujące, bo była kulka cierpienia.
Rozumiesz, Srul? Pewnie, że rozumiesz.
Teraz   przemieniam   te   odkrycia   w   DROGĘ   DO   RADOŚCI.   Umieszczę   w   niej   całe   moje  
doświadczenie, podzielę się nim z dziećmi, nauczę je prawdziwej radości.
Niedługo usłyszysz dziecięce śmiechy. Poczekaj, Srul. Wkrótce rozweselą twoje spopielałe serce.
Werka przychodziła każdej soboty po lekcjach w mieście.
Na dwie godziny milkły wtedy silniki maszyn, młoty pneumatyczne, ludzkie pokrzykiwania. Milkło  
też wszystko inne, zamieniając się w słuch.
Rzadko kiedy  Jakub Pleszke  korygował dziewczynkę.  Grała  pięknie,  naprawiając  improwizacją 
liczne   błędy   partytur.   W   te   godziny   salon   w   Kalinowskim   pałacu   był   miejscem   największego 
szczęścia w świecie. Świętym z obrazów nie raz skapywały łzy na
 malaturę, ale nikt nie śpieszył się,  
żeby ogłaszać cud. Cudu nie było.
Z każdym spotkaniem Jakub Pleszke patrzył na Werkę inaczej. Coraz bardziej jak na kobietę, coraz  
mniej jak na dziecko.
Kiedy rozmawiali po graniu, często musiał opuszczać wzrok. Ukrywał też drżenie kącika ust.
W  pracowitym życiu mało miał czasu na miłość. Ledwo jakaś zakwitła, już ją Pleszke Hendlisz  
przepędzał z synowskiego serca. Miał swoje rachuby. Nie było w nich miejsca na takie uczucia.
Teraz tamten niedosyt odzywał się zachłannym patrzeniem na Werkę. v
— Czy Estera i Natan kiedyś tu przyjadą?
— Przyjadą, kiedy zakończę budowę.
— To znaczy, kiedy?
—Wkrótce,   Modraczku.   Wkrótce...   Pod   koniec   sierpnia   Jakub   Pleszke   zwolnił   większość  
robotników, dając im wysoką odprawę. Pozostawił dwudziestu najlepszych. Podwoił im stawkę, ale 
przedtem od każdego odebrał przysięgę o dyskrecji na temat ich zajęcia.
Z kalendarza wykreślił wolne dni i spotkania z rodzinami. Zaczynał się drugi etap inwestycji.
Pleszke zebrał robotników w wozowni. Na tablicy rozpiął kilkanaście rysunków, objaśniających  
dalszy kształt zamierzenia.
Informacje były tak szczegółowe, że żaden z robotników nie zadał pytań.
Przyszła   pora   na   rozładunek   kontenerów.   Kiedy   opadły   klapy,   robotnicy   otworzyli   usta   ze 
zdumienia. Z metalowych skrzyń zaczęły wyjeżdżać takie cuda, jakich tu nigdy nie widziano. Nawet 
w czas objazdowego kina czy zatrzymującego się sporadycznie rosyjskiego cyrku.
Trudno  było   znaleźć   porządek   w  tym  bogactwie.  Na  razie  znał  go  tylko  Jakub   Pleszke.   Przez  
mnogość rzeczy przebijał jednak pewien sens. Zawierał się w ich dość czytelnej przynależności do 
trzech grup.
W pierwszej grupie znajdowały się: pomniejszone szyny kolejowe z podkładami, lokomotywa nie 
większa niż zwykły wóz konny, do tego wagoniki
  towarowe, osobowe, lory i cysterny. Słowem — 
cały skład z budynkiem stacyjnym na dokładkę. 
To był bez wątpienia osobny komplet, przygotowany na osobną okazję. Należał do niego jeszcze  
jeden   dziwny   element.   Był   nim   metalowy   pojemnik   o   kształcie   prostopadłościanu,   z   kilkoma 
niewielkimi  otworami.   Swoimi   rozmiarami   idealnie   pasował   do   dziury   w   ziemi   przygotowanej  
zawczasu przez robotników. Umieszczono go w niej.
Druga czytelna grupa elementów układała się w porządek żydowsko-religijny. Były tam między  
innymi: niewielka synagoga w częściach, jej wyposażenie  
—  ławki, bima, tora, stroje religijne,  
pomniejszona   karczma   żydowska,   równie   niewielki   kirkut   z   macewami   w  sam   raz   na   groby  
krasnoludków, ściana płaczu z prawdziwych kamieni, małomiasteczkowy cheder, do tego mnogość  
uzupełniających   sprzętów   —   naczynia   zwykłe   i   liturgiczne,   mezuzy,   filakteria,   tałesy,   menory,  
instrumentarium szocheta, a nawet sukki na święto kuczek.
W ostatnich dziesięciu kontenerach mieściło się wesołe miasteczko z ogrodem cudów.
Były tam: karuzele, strzelnica, beczka śmiechu, huśtawki, budki z lodami i watą cukrową, kramy z  
zabawkami,   loterie   fantowe,   elektryczne  samochody,   fontanny   z   aniołkami,   podświetlane 
wodospady, rajskie jabłonie, sztuczne ognie i wiele innych potrzebnych rzeczy, których nie sposób  
wyliczyć.

background image

Do trzech wymienionych grup nie chciały pasować grube, gąbkowe materace pokryte skórą, jakich  
używa się w zawodach sportowych, przy skokach wzwyż i o tyczce.
Z pewnością nie znalazły się tu przez przypadek. Jakub Pleszke nie tracił czasu na przypadki.
Prace trwały jeszcze przez dwa miesiące. Ustawały tylko na dwie sobotnie godziny, kiedy to czas  
Jakuba   Pleszke   wypełniało   słuchanie   i   oglądanie   Werki.   Pozostałe   godziny   zajmowało   mu  
doglądanie wielkiego dzieła.
Dzieło dokonało się nagle. W jednej chwili wszystko było gotowe. Prace nie zakończyły się tak jak  
w Będkowie. Nie było żadnej uroczystości przecinania wstęgi, przemówień.
Robotnicy odebrali pieniądze, oddali narzędzia, przebrali się w swoje ubrania i wyszli główną  
bramą, by nie wrócić tu już nigdy.
Zapadła cisza. Ptaki z Kalinowskiego lasu nie dowierzały. Na wszelki wypadek nie odezwały się  
jeszcze przez dobrą godzinę.
Po południu Jakub Pleszke wybrał się na obchód DROGI DO RADOŚCI.
Ruszył   w   kierunku   zgodnym   z   ruchem   wskazówek   zegara,   zaczynając   wędrówkę   od   bramy  
umieszczonej w zewnętrznym murze.
Miał potrzebę mówienia do kogoś. Wybrał sobie Srula.
— Znów cię budzę, Srul, ale nie mam poczucia winy. Sprawa dotyczy również ciebie. Sam osądzisz, 
czy warto było otworzyć oczy na te cztery uroczyste godziny. Tyle czasu zajmie nam przejście 
DROGI DO RADOŚCI.
Jej wybudowanie kosztowało mnie trzy miliony dolarów. To niewiele. Za drugie tyle gotów jestem  
wybudować synagogę w Jerozolimie, by podziękować Najwyższemu za łaskę przywrócenia wzroku.
To powiedziawszy, uroczyście ubrany Jakub Pleszke ruszył przed siebie.
Już   po   minucie   doszedł   do   ziemnego   wału,   długiego   na   jakieś   dwieście   metrów.   To   był  
pomniejszony nasyp kolejowy. Bez wątpienia. Jego skłon pokryty był szarym tłuczniem, zaś na  
wierzchu skrzyły się nitki stalowych szyn.
Poniżej nasypu stał niewielki budynek stacyjny z napisem: „Czarnocin”.
— To jest stacyjka w Czarnocinie. Poznajesz, Srul? Trochę pomniejszona, ale skopiowana bardzo  
wiernie.   Nawet  zwrotnice   działają  tak   jak   na  prawdziwej   stacji,   semafory   świecą  prawdziwym  
światłem, szlabany opuszczają się i podnoszą. Dzieci uwierzą bardzo szybko.
Teraz idziemy dalej. To jest nasyp kolejowy, na nim zaś pociąg towarowy z lokomotywą i bydlęcymi  
wagonami. Nie są duże. Obliczyłem je na dwanaścioro dzieci. Będą się musiały schylać i przytulać  
do siebie. To dobrze. Poczują wtedy smak naszej podróży. 
Nie   kazałem   wstawiać   wiader   na   odchody.   Bez   przesady.   Na   DRODZE   DO   RADOŚCI   stoi  
dwadzieścia sanitariatów oczyszczanych biologicznie. Nie chcę męczyć dzieci. Chcę je tylko nau-
czyć prawdziwej radości. t
Ale zostawmy to. Idźmy dalej.
Pociąg rozpędza się do niewielkiej szybkości, otwierają się automatycznie drzwi wagonów i gdzieś  
na   setnym   metrze  —
  dzieci   wyskakują...   Bez   obawy,   Srul.   Wyskakują   na   sportowe   materace,  
umieszczone w ziemi w epoksydowej otulinie. Do tego będą je asekurować specjalnie wyszkoleni  
pracownicy. Szkolę ich w Izraelu.
Co teraz? Sam podpowiedz, Srul. Zresztą nie. To dla ciebie za trudne. Rozumiem to.
Teraz   wracamy   pod   budynek   stacyjny.  Ta   część   DROGI   DO   RADOŚCI   ma   nauczyć   dzieci  
solidarności z tobą, tkwiącym głową w ziemi. Właśnie tak. W tym miejscu. Będę dzieci zakopywał  
głową w dół.

Jakub Pleszke nacisnął przycisk umieszczony w ścianie budynku stacyjnego. Odezwał się cichutki  
szmer siłowników i wraz z nim odjechała na bok płyta pokryta imitacją trawy. Odsłoniło się sześć 
stanowisk. Przewodnik wrócił do objaśnień:
— Tu mamy sześć stanowisk. Każde ma anatomiczny kształt dziecięcego tułowia i inny rozmiar.  
Powstały z gumowych odlewów zdjętych z prawdziwych dzieci. Wyłożone są pianką poliuretanową  
oraz warstwą lateksu. Mają podłączoną instalację tlenową i kanaliki umożliwiające odpływ łez, na  
wypadek gdyby dzieci płakały. Po każdej próbie będą automatycznie myte i sterylizowane. Nad  

background image

stanowiskami   umieszczone   są   maszty   z  elastycznymi   taśmami.  Będzie   się  je   mocowało   do   nóg  
dzieciaków, by je ochronić przed kontuzjami i urazami kręgosłupów. Do tego oczy wiście ~ aseku-
racja   wyszkolonych   pracowników.   Myślę,   że   ten   etap   będzie   bardzo   pouczający   i   wyraziście  
zaowocuje przy końcu drogi.
Co   było   dalej?   Droga   do   świniami   w   Kalinowskim   majątku.   Nie,   nie   chodzi   o   prawdziwą  
świniarnię. Ta była dla nas, Srul. Dla ciebie, dla mnie i dla naszego ojca Pleszke Hendlisza. Dzie-
ciom przygotowałem bezpieczną świniarnię, a w niej ciepłą skrytkę. Jedyną niedogodnością będzie  
dochodzący z magnetofonu odgłos pochrząkiwania świń.
Tę   drogę   dzieci   naśladujące   mnie   przejdą   same,   zaś   te,   które   będą   naśladować   ciebie   —   na  
ramionach pracowników. To jest jakiś kilometr od nasypu. Niewiele.
Jakub   Pleszke   przerwał   objaśnianie.   W   milczeniu   ruszył   przed   siebie.   Przez   cały   kilometr   nie  
odezwał się ani słowem.
Kiedy doszedł do metalowego pojemnika zakopanego w ziemi, na nowo przybrał postawę i ton  
przewodnika.
—  Pojemnik ze stali najwyższego gatunku, z powłokami antykorozyjnymi, przegrodzony poziomą  
płytą.
Prowadzą do niego otwory umieszczone na górze, od nich zaś schodki na górny i dolny poziom.
Dolny poziom podzielony jest na dwadzieścia małych pomieszczeń. To
  są skrytki. Każda skrytka  
wyściełana   jest   gąbką   pokrytą   tkaniną   tapicerską,   zaopatrzona  w  wentylację,   obiektyw  
światłowodowy,   mikrofon   i   głośniki   —podłączone   do   systemu   monitoringowego.   Centrala  
monitoringu znajduje się na górnym poziomie.
Jeden pracownik będzie obserwował pięć monitorów. Nie więcej. Chodzi o pełną kontrolę nad  
stanem psychicznym dzieci.
To bardzo nowoczesne urządzenie, Srul. Jeżeli któreś dziecko będzie źle znosiło próbę, po prostu  
powie   o   tym,   lub   swoim   zachowaniem   da   taki   sygnał.   Odpowiedni   pracownik   zajmie   się   jego  
ewakuacją. Według moich obliczeń potrzeba na to minuty czasu.
Tak to ma działać.
Na tej próbie kończy się DROGA. Dwieście metrów dalej zaczyna się strefa RADOŚCI. Czego 
jeszcze brakuje? No właśnie. Brakuje DO.
Nie jestem przesadnie religijny, Srul, Z religii biorę to, co mi się wydaje praktyczne. To chyba  
właściwe podejście.
Praktyczny wydał mi się podział na piekło, czyściec i niebo.
Prawdę powiedziawszy, właśnie według takiego  planu  przebiegło moje  życie. W projektowaniu  
dzielą odwołałem się do tej analogii. To chyba czytelne.
MIĘDZY DROGĄ A RADOŚCIĄ zbudowałem stację DO. Właśnie się do niej zbliżam. 

Jakub Pleszke zbliżył się do okazałego pawilonu. Budynek był rozpięty na aluminiowej konstrukcji,  
wypełnionej tafiami przydymionego szklą. Szkło leżało też na skośnych połaciach dachu.
—  W tym pawilonie  na dzieci  będą czekali  ich  rodzice  i  opiekunowie.  To będzie taki  swoisty  
czyściec.   Dzieci   podzielą   się   z   najbliższymi   pierwszymi   wrażeniami   z   prób,   ostudzą   rozpalone  
wyobraźnie, wypiją chłodne napoje, zjedzą smaczne posiłki.
Pawilon   jest   dobrze   nasłoneczniony,   klimatyzowany,   wyposażony   w   wygodne   meble,   łazienki   i  
pokoje wypoczynku. Godzina pobytu w nim powinna spełnić swoje zadanie.
Wreszcie ostatni etap, RADOŚĆ, zapłata za strach, upokorzenie i niewygody.
Jeżeli dobrze zrozumiałem ludzką naturę, to ten etap odkryje przed dziećmi nie znany dotąd świat  
odczuć intensywnych do granic.
Po tych słowach skierowanych do Srula, Jakub Pleszke ruszył w kierunku bramy, która wraz z  
poprzecznym murem broniła dostępu do ostatniej strefy DROGI DO RADOŚCI.
Aby   usunąć   wszelkie   wątpliwości,   nad   bramą   rozpięty   był   półkolisty   napis:   „Radość   czyni 
wolnym”.
Pleszke nacisnął przycisk. Brama otworzyła się z cichym szmerem.
Za nią rozciągało się królestwo. Wszystko o czym mogło zamarzyć dziecko znajdowało się tu na  
wyciągnięcie ręki. Atrakcji nie sposób było policzyć. Dobry pan Jakub zadbał również o oprawę.  

background image

Urządzenia   mające   dostarczać   radości   eksponowane   były   pośród   ogrodów   z   egzotyczną  
roślinnością, fontann i podświetlanych wodospadów.
—  Tego nie będę opisywał, Srul. To nie jest potrzebne. Wszystko widać jak na dłoni. Radość w  
wielu   postaciach.   To   właśnie   kochają   dzieci.   Bez   biletów,   kolejek   czy   innych   uciążliwości.   W  
gruncie rzeczy — banał dostępny w całym cywilizowanym świecie. Z tą jednak różnicą, że tu radość 
dosięgnie rozmiarów nie znanych gdzie indziej. Już ci to tłumaczyłem.
Wyobraź sobie teraz takie dziecko wracające do swojego środowiska. Niech nawet najprostszymi  
słowami opowie o swoich przeżyciach.
Rozumiesz moje rachuby?
Jakub Pleszke przerwał wyraźnie wzruszony. Po chwili łamiącym się głosem dokończył opisywanie 
swojego wielkiego dzieła.
— Na koniec każdego dnia odbędzie się pokaz sztucznych ogni. Takie podsumowanie.
Wyobraziłem sobie, że te ognie strzelające w niebo to są rozświetlone dusze dzieci odwiedzających  
to miejsce.
Wkrótce w październikowe pogodne popołudnie odbyła się inauguracja DROGI DO RADOŚCI.
Do Kalinowa przyjechało trzydzieścioro dzieci wybranych z całego województwa.
Stacyjka i kolejka wzbudziły w nich zachwyt, ale już na pierwszych metrach przejażdżki pięcioro  
dzieci zesrało się ze strachu, a troje dostało histerii.
Po otwarciu drzwi wagoników nie wyskoczyło żadne. Doczekały do zatrzymania się pociągu i z ulgą 
opuściły upiorny skład.
Na stanowisku przy stacyjce nie było lepiej.
Do próby zgłosiło się trzech chłopców. Wetknięci w anatomiczne dziury zrzygali się jak na komendę  
i zachłysnęli wymiocinami. Potrzebny był lekarz.
Podobna klęska czaiła się w imitacji świniami.
Dziesięciu  najodważniejszych chłopców trzeba było  wyciągać  w chwilę  po umieszczeniu  ich w  
skrytkach. Reszta nawet nie chciała słyszeć o poddaniu się takiej próbie. Uciekli.
W przejściowym pawilonie dzieci nie mogły utrzymać kubków w drżących dłoniach. Żadne nie  
tknęło posiłku.
Rodzice byli przerażeni. Zabrali pociechy i czym prędzej opuścili straszne miejsce.
Taki opis inauguracji DROGI DO RADOŚCI, choć odpowiadający prawdzie  
—  nie jest jednak 
sprawiedliwy. Trzeba przecież powiedzieć, że rachuby Jakuba Pleszke częściowo się sprawdziły.
Oto   dzieci   wracające   do   domów   klimatyzowanym   autobusem,   zaczęły   się   radować   z   każdego  
odkrytego drobiazgu. Jedno zobaczyło ptaka, inne ucieszyło się drzewem, jeszcze inne odkryło po  
raz pierwszy w życiu kolor oczu swojej matki.
Jakub Pleszke przez wiele dni nie mógł się podnieść z upadku. Na koniec idąc za radą Werki—  
odwrócił kolejność.
Druga grupa dzieci goszczących w Kalinowie zaczęła pobyt od obejrzenia pokazu sztucznych ogni. 
Nie miało to wiele sensu, bo w środku dnia ognie ledwo było widać. Ale za to wesołe miasteczko i 
ogród cudów zrobiły swoje.
Dzieci uradowały się zabawą. Potem z wdzięcznością przyjęły napoje i posiłek w pawilonie. Na  
koniec z  uwagą wysłuchały opowiadania o drodze wiodącej od stacyjki do skrytek pod sztuczną  
świniarnią.
Z poczuciem częściowego sukcesu Jakub Pleszke wybrał się na polanę ze świecącym dębem.
Stanął przy grobie brata.
— Nie mam, Srul, wiele do powiedzenia. Tylko tyle, ile brat powinien powiedzieć bratu.
Milczałeś, kiedy roztaczałem przed tobą wizję mojego dzieła. Milczałeś, kiedy oprowadzałem cię po  
mojej drodze. Potem też milczałeś. Na szczęście, bo jedno twoje słowo mogło mnie wtedy zabić.
— W twoim milczeniu, Srul, była wielka racja i wielka mądrość. Wiedziałeś, że muszę dojść do tego  
miejsca, do którego doszedłem. Więc doszedłem.
Wiem teraz więcej, Srul, ale nie odważę się powiedzieć, że dużo. To ostatnie doświadczenie przyszło  
w porę. Zrozumiałem, że ulepiłem tym dzieciom wielką, monstrualną kulkę przymusu.
Przymus do radości pozostaje tym czym jest — przymusem. Czy nie tak, Srul?

background image

Odwróciłem kolejność. Tyle mogłem zrobić, żeby nie zniweczyć całego dzieła. Nie wymyśliłem tego  
sam. Na to byłem zbyt głupi. Ten pomysł wyszedł z pszenicznej głowy Werki. Mądrość, jak widać,  
nie zawsze jest dziełem do świadczenia.
Dopiero kiedy to uczyniłem i kiedy z ukrycia patrzyłem na dzieci, odkryłem głęboki sens takiej 
zamiany.
Zamysł się nad tym, Srul, tak jak ja się zamyśliłem. RADOŚĆ DO DROGI. Radość z tego, że się 
idzie, że się zmierza, że ciągle jest przestrzeń przed.
To odkrycie mnie ożywiło. Znów jestem gotów nakreślać plany i zmierzać do celów. Będę to jednak 
robił ostrożniej.
Teraz zaśnij jeszcze raz. Może już na zawsze. W moim nowym dziele będę unikał świadków, więc  
śpij, Srulek, i nie patrz.
Jakub Pleszke nie wyznał bratu całej prawdy. To, co się działo w pierwszym kręgu, nie miało  
wielkiej wagi.
Mogło przebiegać jakkolwiek — z radością albo bez niej. Było ważne tylko o tyle, o ile dobrze  
odwracało uwagę od drugiego kręgu. Tego, który był zamknięty wewnętrznym murem.
Kompletne dzieło miało się dokonać wraz z ożywieniem mniejszego kręgu. Jedno bez drugiego, było  
tylko połową.
Tymczasem nadchodziła zima i plany trzeba było odłożyć do wiosny.
Zresztą Werka nie miała jeszcze szesnastu łat.
Ta zima miała serce. Przepraszała za tamtą zimę. Śnieg, którym okryła okolicę, wydawał się lekki i  
ciepły. Ludzie niepotrzebnie nagromadzili wielką ilość opału, wyczyścili kominy i ogacili ściany.  
Zima nie przeszkodziła niczemu. Wiodła ku pomyślności każdego pojedynczego człowieka i każde 
pojedyncze zwierzę.
Ludzie z ukaranych stron mieli rację. Będkowski naród nie uporał się z klęską urodzaju. Na polach  
została ponad połowa zboża. Wzbogaciło to pejzaż o nie znaną jakość. Żyta  przebijały wysoko 
ponad śnieg, złociły się i gięły pod naporem wiatru.
Sarny   wybierały   tylko   najlepsze   kłosy   Podobnie   wróble,   kuropatwy   i   bażanty.   Ta   jadłodajnia  
dawała wybór i cieszyła oczy.
Dwunastego lutego Werka ukończyła szesnaście lat.
Urodziny   wyprawiono   w   pałacu.   Władek   dał   się   namówić,   chociaż   miał   złe   przeczucia. 
Niepotrzebnie. Uroczystość wypadła nadzwyczajnie.
Na tę okazję Werka włożyła nową sukienkę. Kiedy weszła do salonu wszystkie oddechy zamarły.
Dziewczyńskie ciuszki przyozdabiały wprawdzie Werkę, ale nie dodawały się do jej urody. Dopiero  
ta suknia  
~  czarna, dopasowana, z dekoltem  podkreślonym srebrnym oblamowaniem —mówiła 
prawdę.
Werka była piękną kobietą.
Tego wieczoru nic nie mogło się z nią równać. Ani uruchomione specjalnie wesołe miasteczko, ani  
podświetlane wodospady, ani nawet wyjątkowy pokaz sztucznych ogni.
W pamięci pozostawała dumna głowa Werki, błyszczące oczy, uwypuklające się piersi z sutkami  
nieprzyzwoicie napinającymi tkaninę, wiotka kibić i usta ledwo tamujące napór krwi.
Jakub Pleszke nie mógł zasnąć. Płakał.
W środku nocy wyszedł przed pałac.
Księżyc świecił posrebrzyście. Wewnętrzny krąg nie odbijał światła. Pochłaniał je prawie całe.  
Kształty odrealniały się jak w bajce spod kręgu polarnego.
— Jak całun. Jak dotknięcie śmierci —powiedział cicho Pleszke i wrócił do pałacu.
Na   dworze   zostało   wszystko   nieżywe  
—  mały   kirkut   z   macewami   zmiękczonymi   przez   śnieg,  
przysadzista   synagoga,   cheder   tak   niewielki,   że   nie   mogła   w   nim   zamieszkać   żadna   żydowska  
prawda.
Wkrótce to wszystko miało ożyć. Zapulsować krwią, odezwać się modlitewnym szeptem, zaśpiewem  
kantora, chrzęstem szkła pod lupą, krzykiem przypomnianego dziewictwa, przekleństwami Sandaka,  
cmokaniem Mohela
 wypijającego święty płyn.
Wiosna   przyszła   o   właściwej   porze.   Nie   było   żadnych   zaskoczeń.   Śnieg   stopniał   po   cichutku.  

background image

Wolbórka przybrała tylko nieznacznie. Jedyną odmianą był brak ozimin.
W Będkowie i okolicach sprawy szły zwyczajnie. Podobnie w Moszczenicy.
Władek nastroił kościelne organy. To było wszystko, co zrobił. ~Ó sobie już prawie zapomniał. Po-
rzucił myśl o nowym ożenku, o budowaniu domu, o wszystkim. Została tylko Werka.
Z początkiem wiosny zajęła go sprawa dzwonu. Wspomniał o nim mimochodem, w pałacu, kiedy  
przyszedł po Werkę. Jakieś dwa niezobowiązujące zdania. 

— Stary dzwon pękł w nowym miejscu. Żałość — nie dzwonienie.
— Chodziło mu o to, żeby się zaczepić do rozmowy. Ale rozmowa i tak nie ruszyła z miejsca.  
Pleszke wziął jednak sobie do serca te dwa zdania.
W pierwszych dniach marca pod  kościół podjechała ciężarówka, a za nią dźwig. Na platformie  
spoczywał wielki lśniący, nowy dzwon.
Zaraz zaczął się ruch.
Instalacja dzwonu nie była sprawą prostą. Kościelna wieża miała swoje lata i już ledwo dźwigała 
stary, lżejszy dzwon. Trzeba ją było wzmocnić, dodać ciesielskie obejmy z odkosami, nawiercić, 
przepuścić przez nie stalowe pręty i ściągnąć rzymskimi śrubami.
Dźwig zdjął dzwon z ciężarówki, postawił na ziemi i odjechał.
Władek zabrał się do ciesielskiej roboty.
Szło  mu  to  niesporo, bo  dłonie  miał  nawykłe  do innego rzemiosła.  Koniec  końców, z pomocą  
okolicznych chłopów — wzmocnił wieżę.
Dźwig  przyjechał  na  nowo. Zdjął  stary  i zawiesił  nowy  dzwon. Kościelny   pociągnął  za  sznur,  
rozkołysał. Serce dzwonu ożyło, pobiegło po dźwięk. Zadrżało powietrze. Piękne to było dzwo-
nienie. W sam raz na miarę dookolnego świata.
Jeszcze tej samej nocy Jakub Pleszke wczołgał się pod podłogę świniami. Sam nie wiedział, po co to  
czyni. Powtórzył konieczny rytuał. Zjadł kolację, wykąpał się, ubrał w najlepszy garnitur, spojrzał  
w lustro i poszedł do świniami.
Wszystko wokół niego było już inne. Nawet skrytka. Odmienił w otaczającym go świecie to, co jego  
zdaniem domagało się odmiany — budynki, łudzi, przyrodę.
W tym dziele osiągnął sukces. Niewątpliwy.
Czy miał się przyznać, że nie odmienił siebie?  Że cała ta historia z odzyskaniem wolności była  
brednią? Wołaniem o inne, własne, nieprzymuszone.
Wolność? Od czego?
Jak pozbyć się tego, co rozpuszczone we krwi? Odnawiane — od zawsze?
Musiał się przyznać. W tym miejscu. Teraz.
Za chwilę pod betonową podłogą zabrzmiał głos.
— Przyznaję się. Nie dałem rady się odmienić.
W jednej chwili oczy Jakuba Pleszke straciły blask.
Miały się ożywić jeszcze tylko jeden raz, za rok, przy sięganiu pod język ukochanego wnuka.
Kiedy zginął Władek, Werka zamieszkała w pałacu. To było zrozumiałe. Nigdzie indziej nie mogła  
oczekiwać takiej troski jak u pana Jakuba. Ten zresztą troszczył się umiejętnie, dyskretnie, bez 
narzucania. Rozumiał, że potrzeba czasu.
Wynajęty kierowca odwoził Werkę do szkoły w mieście, czekał tam i przywoził z powrotem. W 
pałacu zatrudniono nauczyciela muzyki. Wszystko kręciło się wokół Werki.
Sam Pleszke odsunął się na bok. Schodził z oczu dziewczynki przeczuwając, że to jest  najlepsza 
droga do niej. Nie mylił się. Wkrótce Werka zatęskniła. To był znak, że czas największej rozpaczy 
właśnie odchodził.
Władek miał rację. Jeszcze za życia. Pleszke nie zapomniał o piątym, zbrodniarzu spod nasypu. Do  
tego wybrał jednak inną, dłuższą drogę.
Władek miał rację. Co z tego, kiedy z tą swoją racją, stającą naprzeciw racji pospólnej—musiał się  
położyć do grobu.
Umarł przygnieciony przez dzwon. Nie od razu. Męczył się przez dwie godziny.
Dzwon urwał się przy szóstym uderzeniu. Belka, na której wisiał wysunęła się z rozlazłej ściany i 
dzwon poleciał Po drodze zabierał ze sobą wszystko, co się tylko dało  
—  belki, schody, deski, 

background image

podłogi.
Kiedy przebijał strop chóru, Władek nie spojrzał do góry. Pomyślał o córce i zagrał najsmutniejszy  
akord świata. Serce dzwonu jeszcze żyło, kiedy pękało serce organisty.
Ksiądz   mazał   się   jak   smarkacz.   Przez  wiele  dni.   Chodził   z  rzymskimi   śrubami   od  chałupy   do  
chałupy i pokazywał przyczynę.
—   Ktoś   rozkręcił.   Dotąd   powinien   sięgać   gwint,   a   sięga   dotąd.   Tyle   brakuje,   jakieś   osiem 
centymetrów. Ktoś specjalnie rozkręcił…
Kiedy te same słowa kierował do Jakuba Pleszke, ani przez chwilę nie poczuł, że mówi do kogoś,  
kto dobrze wie.
Przyjazd Natarta i Estery był dobrze wyliczony. Akurat zaczynał się maj. Werka nie jeździła już na  
cmentarz tak często jak kiedyś. Znajdowała też odwagę, by się uśmiechnąć raz i drugi. To był dobry  
moment.
Estera miała siedemnaście lat. Była ładną, śniadą Żydówką.
Natan był piękny. Na opisanie jego urody można użyć wielu słów, albo tego jednego.
Miał dwadzieścia dwa lata, był wysoki, szczupły i gibki. Czarne włosy oprawiały śniadą twarz, w  
której widziało się głównie oczy. Te były wyrysowane czarną kreską, płonące i niespokojne. Miały 
kolor burzowego nieba.
W postawie Natana czuło się przyczajenie, gotowość do skoku, zaś w jego chodzie —powietrzną  
lekkość.
Młodzi uściskali ojca. Nie było w tym wiele serdeczności. Akurat tyle, ile powinno być.
Nowe miejsce wydawało im się dziwne. Wyglądało jak kartka z podręcznika historii,
— Wytłumaczę wam później — odezwał się Jakub Pleszke, patrząc w oczy swoich dzieci.
Po tych słowach poszedł płakać.
Płakał przez trzy godziny.  Tyle  czasu potrzebował, by się rozstać ze starymi myślami i oswoić z  
nowymi.
Wiedział, że Natan odbierze mu Werkę w tej chwili, w której ich spojrzenia się spotkają. Taki był 
plan. Wiedział też, że serce mu nie pęknie, bo twarde serca nie pękają.
Ale kochał. Co z tym zrobić?
Wszystkie miłości przed tą — odbierał mu ojciec. Tę — miał mu odebrać syn.
Stało się tak, jak się miało stać.
Kiedy   Werka  przekraczała   bramę   mniejszego   kręgu,  Natan   wychodził   akurat  ze   stajni.   Stanęli  
naprzeciw siebie na długie minuty. Patrzyli.
Wyznanie przyszło nieuchronnie. Jeszcze nie poznali dotyku dłoni, kiedy Werka odezwała się:
— Kocham cię, Natan. Natan odpowiedział.
— Kocham cię, Weronika.
Wieczorem Jakub Pleszke zabrał syna na rozmowę.
Wyszli przed pałac.
—Drogi   synu—   odezwał   się   Jakub.   —   To   ważna   rozmowa.   Nasza   najważniejsza.   Wiele   razy  
usłyszysz w niej słowa: „naród”, „wiara”, „tradycja” i „krew”. Tak ma być. Mówię ci o tym na  
wypadek, gdybyś pomyślał że oszalałem.
Nie da się uciec od krwi. Wiem, bo próbowałem. Tak samo, jak nie da się uciec od wiary i tradycji.  
I to wiem.
Naszej krwi nie da się podzielić. Ten kto ma jej połowę, ćwiartkę, czy nawet jedną ósmą — ma całą  
krew żydostwa. I to wiem.
Droga   w  tamtą   stronę,  droga   „od”,   staje   się   nieuchronnie   drogą  „do”.   Jest   w  tym   taki   sam  
paradoks jak w cimcum 
— akcie wycofania się Boga w głąb samego siebie. Nie można go pojąć  
rozumem. Dlatego nie każę ci zrozumieć. Każę ci uwierzyć.
Na tej ziemi, dźwigającej zbrodnie jednych przeciw drugim, postawiłem małą, żydowską osadę.  
Taką samą jak te w których rodził się i wzmacniał chasydyzm. Jest tu wszystko, czego potrzebuje 
narodzony Żyd, żeby zaczynając od początku — dojść do końca.
W pierwszy piątek po narodzinach mojego wnuka urządzę uroczysty posiłek. Tak jak chce tradycja.  
Ósmego dnia zawezwę mohela, sandaka i postawię fotel dla proroka Eliasza.

background image

W swoim czasie chłopiec pójdzie do chederu, żeby nauczyć się tego, co mu będzie potrzebne w  
dzień bar micwy i przez całe dalsze życie. Tak chcę.
Jakub Pleszke zakończył rozmowę. Ani na chwilę nie wypuścił z dłoni chlebowej kulki. Ściskał ją 
tak mocno, że zawilgotniała od potu i zmiękła. Nie straciła jednak mocy. Potwierdził to Natan,  
który odezwał się tylko jednym zdaniem:
— Tak będzie, ojcze.
Wkrótce Pleszke sprowadził do Kalinowa rodzinę z Łodzi, Białegostoku i Izraela. 
Jego żona okazała się małą, rudą kobietką Werka przypadła jej do serca.
W szabat przed dniem ślubu Natan odczytał w synagodze haftarę.
Pod  kupę   prowadził   go  ojciec  i  któryś   z krewnych.   Werkę  podtrzymywała   matka   Natana  i   jej 
stryjeczna siostra.
Panna młoda płonęła z miłości.
Wkrótce stanęli obok siebie, pod baldachimem.
„Błogosławiony jesteś, o Panie, który radujesz oblubieńca oblubienicą”.
W dziewięć miesięcy później, w mroźny lutowy wieczór, urodził się jehuda.
Dziecko było jeszcze unurzane w płodowej mazi, kiedy do pokoju wszedł Jakub Pleszke. Poszedł do 
wnuka jak po sznurku. Wiedział po co idzie. Wetknął palec w przerażone usta dziecka i sięgnął pod 
język.

KONIEC

Koniec maja ogłaszał się niebem otwartym aż po kres. Wszystko było widać. Wielki Wóz opierał 
się o buki. Wisiał tak nisko, że chciało się sięgnąć po patyk i odepchnąć go jak zabawkę.
Na Mlecznej Drodze wylegiwały się
ptaki.
— Pierdolona wyobraźnia — odezwał się Muskat w kierunku nieba.
Nasłuchiwał nocy.
Niedługo miał stąd wyjechać. Chciał zabrać ze sobą jak najwięcej zapamiętanego.
Zagwizdał   pociąg.   Głos  pobiegł   powietrzem.   Po   drodze   dołączyły   do  niego   zapodziane   Burki. 
Łajzy polne.
Napisał książkę. Powieść? Bał się tego słowa jak mało czego.
— Napisało się... — mruknął niezadowolony.
Poszedł spać. 

;

Rano wybrał się na objazd miejsc.
Do miasta chciał wrócić uporządkowany. Z nieporządkiem miasta trzeba było się czymś mierzyć. 
Czym? Chyba tylko tym — pewnością dwóch, trzech świętych rzeczy.
— Drzewo jest okrągłe, ptak lata, pies szczeka, staw zamarza na zimę, w studni jest woda, kobieta 
czeka, dziecko tęskni — powtarzał słowa modlitwy.

Kochana Marysiu:
Nie ma Cię nigdzie.
Gdzie jesteś?
Dlaczego wyjechałaś?
Jak będę żył bez ciebie?
Byłem w Popielawach. Drogi Są puste.
Tak puste, że aż boli serce.
Nikt o ciebie nie zapytał.
Bardzo za tobą tęsknię.

Twój Staszek

background image

Pałacyk był zamknięty na głucho. Okiennice i drzwi przepasano żelaznymi sztabami. Z podwórka 
nie dobiegał żaden odgłos.
Przy kapliczce stał stolik do majówek. Ktoś zdążył na ostatnią chwilę. Nawet wieńce zrobił — 
pokraczne, rosochate. Za bibułkę posłużył szary papier pocięty na pasy. Tujowe gałązki zwisały 
smutno, głową w dół. Muskat sięgnął po którąś, zgniótł w garści, poniósł dłoń do nosa.
Zapachniało majowym śpiewaniem, gorącym oddechem Tereski Trelanki.
— W końcu gdzieś doszedłem. Do jakiegoś miejsca. Idzie się... Ważne, żeby ciągle była jakaś 
przestrzeń przed. Wrócił między buki.
Po południu jeszcze raz przejrzał powieść.
Nie była taka zła. O czymś zaświadczała. „O drodze” — pomyślał.
Nagle prześwietliło go światło. Poczuł to tak, jakby Pan Bóg pomylił go z paciorkiem i nanizał na 
świetlny sznurek. Sznurek wchodził czubkiem głowy, a wychodził pod pępkiem. Za chwilę na tym 
samym sznurku zobaczył Elę i Włodzia. Ela była nad nim, Włodziu jeszcze wyżej.
Wtedy zrozumiał słowa Janki.Wydaje ci się, że tylko piszesz?”
Ułożyło się w komplet. Z trudem, ale się ułożyło. Gadali do niego. Ci wszyscy. Gada się do tego, 
kto słucha. A on przecież słuchał. Całym sobą.  Gadali, bo każdy nie powiedział kiedyś czegoś... 
Dziadek z kamieniem polnym (czego nie powiedział?). Marquez, Marysia, Luśka, Odrowąż, ślepiec 
spod podłogi — żywi i umarli. 
Kiedy przyszła Janka, bez słowa zabrał ją do łóżka.
Znalazł na jej ciele wszystkie miejsca. Szukał dłońmi, ustami i znalazł wszystkie. Ścięgno nad 
piętą, solne pole na plecach, dolinę między łopatkami, brzoskwiniowy mech na szyi, zgięcie ręki, 
sutek wsparty różowym kręgiem.
Zmieszali swoje ciała najpierw w milczeniu, potem w oddechach, na koniec w krzyku.
Janka wiedziała, ze to pożegnanie.

Nad ranem zajechał pod dom w mieście. Ela z dzieckiem spali w jednym łóżku.
Obudziła się. Wstała. Podeszła. Pocałowała.
— Ładną napisałeś książeczkę? Dziecku powiedziałam, że to bajka.
— Bajka — potwierdził.
Zakrzątnęła się w kuchni, zaparzyła kawy. Usiedli. —
— Pusto bez ciebie. Zostań trochę.
— Zostanę.
— Przyszło dużo listów. Jeden z Izraela. Znasz tam kogoś? Dzwonili z wydawnictwa. Czekają na 
maszynopis. I znów ten Izrael. Chcą cię wysłać na targi jako eksponat. Jak z twoim hebrajskim? 

(

— Kiepsko. Ale z polskim lepiej.
— Wszystko w porządku?
— Nie wszystko.
— Ale trochę lepiej?
— No tak. Trochę lepiej.
Patrzył na żonę jak na nową kobietę w swoim życiu. Zmieniła uczesanie. Podcięła włosy z tyłu, 
zapuszczoną grzywkę rozdzieliła na boki. Odsłoniła czoło.
— Zmieniłaś uczesanie.
— Trochę. Chciałam sobie poprawić nastrój.
Pierwszy raz od miesięcy popatrzył w oczy. Były niebieskie.
— Masz niebieskie oczy.
— Kiedyś mówiłeś: „modraczne”.
— Masz modraczne oczy.
— Przemalowałam dla ciebie.
— Kiedy ten Izrael?

background image

— Za tydzień.
— Zdążę jeszcze coś załatwić.
— Nie załatwiłeś czegoś?
— Nie pojechałem nad Wartę. Smulskie Lasy. Znasz takie miejsce?
— Nie znam.
— Przestraszyłem się. Nie pojechałem. Powinienem pojechać. Pojadę.
— Ale wróciłeś, prawda?
— Wróciłem.

Smulskie lasy rozciągały się na wielu kilometrach. Warta płynęła środkiem. Drzewa były inne niż 
w okolicach Popielaw. Nie czuło się ich obecności. Każde przynależało do lasu.
Ludzkie osady rozłożyły się na obrzeżach. Nie spotykało się tu większych miast. Co najwyżej 
miasteczka i wsie.
Stanisław jechał wzdłuż nitki kolejowej. Czasem udawało się to przez wiele kilometrów, potem 
droga uciekała w bok, błądziła po polach.
Nazwy mijanych miejscowości nic mu nie mówiły
Liczył na to, że może zauważy coś z pejzażu zapisanego w książce. Wieżę kościoła w rozwidleniu 
rzecznym, albo nasyp kolejowy.
Zamiast tego zobaczył psi cmentarz. Nieoczekiwanie. Jakieś dwadzieścia metrów od drogi. Nic go 
nie zapowiedziało. Pojawił się nagle, zamiast kolejnego pola, które w tej okolicy układały się re-
gularnie — jedno po drugim.
Był   psi.   Bez   wątpienia.   Na   kolumnach   oprawiających   bramę   siedziały   dwa   wielkie,   kamienne 
owczarki.
Stanisław nie od razu uwierzył. Zatrzymał się, cofnął auto, wysiadł.
Przy bramie stało kilka eleganckich samochodów, pośród nich jeden pełniący funkcję karawanu. 
Był opisany: „A. Skrzydlak — cmentarz dla zwierząt, usługi pogrzebowe, kremacja”.
Na   cmentarzu   odbywała   się   smutna   uroczystość.   Starsza   pani   grzebała   jamniczkę.   Pomnik 
zwierzęcia był skromny. Kamienna jamniczka leżała na grobowej płycie z łebkiem podniesionym 
do góry. Tak rzeźbiarz wyobraził sobie zmarłą.
Ceremonia przebiegała w milczeniu. Nie było w niej ostentacji, przemówień ani płaczów.
Obok starszej pani stało kilka osób. Byli to z pewnością krewni i przyjaciele. Muskat nie zatrzymał 
na nich wzroku. Dookoła były ciekawsze rzeczy: nagrobki z rzeźbami psów, kotów, żółwi, papug, 
królików, świnek morskich, a nawet wykonana z czarnego marmuru podobizna świni.
Nagrobki opatrzone były zdjęciami na porcelanie oraz inskrypcjami. Poza imieniem i datą śmierci, 
można było przeczytać rymowane dziełka, opisujące zasługi za życia, i tęsknotę po śmierci. Jak u 
ludzi.
W głębi cmentarza, na przedłużeniu głównej alejki, stała spalarnia zwłok — parterowy budynek z 
kominem przystawionym do szczytu.
Wyszedł z niego Trzymka.
Muskat  nie miał wątpliwości. Elegancko elegancko ubranym, opasłym, ciężko idącym starcu — 
rozpoznał  Józefa  Trzymkę.   Nie  miał  czasu  się  zdziwić,   bo rzeźnik   też  zobaczył.   Domyślił  się 
klienta. Podszedł do rozmowy.
—Antoni Skrzydlak. Właściciel.
— Stanisław Muskat.
— A zawód, przepraszam — jaki? To ważna informacja.
— Pisarz... literat.
—   Pisarz?   To   będzie   wyżełek,   albo   kundelek.   Albo...   zaraz,   niech   pan   nie   podpowiada.   Kot, 
prawda? Miałem tu już jednego reżysera z kotem. Mówił, że kot jest najlepiej wymyślony. Tak po-
wiedział: „wymyślony”. Chodziło mu o to, że tylko w kocie Pan Bóg zainstalował tę maszynkę do 
mruczenia. Ładnie powiedziane. Nowocześnie... A ja, proszę pana, wolę pieski. Ładniej oddają 
miłość. Kot pójdzie swoją drogą, a pies... ludzką...
Skrzydlak zamyślił się. Na chwilę zapomniał o obecności Stanisława i o tym, że zadał pytanie. 

background image

Myślał o Psotce.
— Nie, nie chcę pochować nikogo. Też wolę koty... Przejeżdżałem tylko, a taki widok nie zdarza 
się często.
Skrzydlak oprzytomniał. Spojrzał na Stanisława.
— No tak. Nie zdarza się... Może pan napisać. Do gazety. Bardzo proszę. Chociaż ja nie narzekam 
na brak zamówień. Ludzie kochają zwierzęta. — Wcześniej byłem masarzem, rzeźnikiem. No wie 
pan, robiłem wyroby —kiełbasy, kaszanki, czarne, białe, różne salcesony. A teraz przyszła moda na 
fabryki.   Dwieście   świń   na   dzień,   linia   produkcyjna.   Próbowałem   tych   wyrobów.   Całkiem   bez 
smaku...
Skrzydlak przerwał nagle. Spłoszony spojrzał za plecy Stanisława, w kierunku wejścia na cmentarz.
Właśnie przekraczała je kulawka Miazkowa. Nie inaczej.
Stanisław dojrzał ją zaraz po Skrzydlaku. Przełknął ślinę, a potem uśmiechnął się głupkowato. W 
sam raz na miarę sytuacji.
Psi cmentarz stawał się nieoczekiwanie sceną z teatru niedorzeczności. Aktorzy sami meldowali się 
do odegrania ról. Wystarczyło tylko patrzeć.
Miazkowa, czy jak tam się naprawdę nazywała — dokuśtykała do połowy alei, stanęła, podniosła w 
kierunku Skrzydlaka kostur i ryknęła wniebogłosy:
— Zbrodniarz, zdrajca, Judasz z Iszkariotu! Wydał bliźnich na krzyż! Zakopał  w ziemi i jeszcze 
wziął zapłatę! No, przyznaj się, ile ci dali?!
Żałobnicy przy grobie jamniczki, szybko dokończyli ceremonii. Pośpieszyli do wyjścia.
Grabarze   opuścili   urnę   do   grobu,   zamknęli   dziurkę   marmurową   płytką   i   ruszyli   w   kierunku 
kulawki.
Nie była to jej pierwsza wizyta, bo dobrze wiedziała co teraz zrobić.
Rozłożyła ramiona, dała się podnieść do góry i wynieść z cmentarza. Nie ustawała przy tym w 
złorzeczeniach.
— Zbrodniarz spod nasypu! Możesz spać w nocy? Serce ci nie krwawi?
— A tobie, kurwo? — nie wytrzymał Skrzydlak.
Już za chwilę żałował tych słów.
— Przepraszam — powiedział. Nie wytrzymałem.
Wziął Stanisława pod rękę, odwrócił w kierunku spalarni i poprowadził.
— Wiem, co mi pan powie — odezwał się Stanisław.
Że to chora kobieta, że pomieszało się jej w głowie, dzieci zostawiły, wyjechały do miasta...
— Nie wie pan, co powiem. A jak pan nie wie, niech pan nie mówi, że wie.
Usiedli  w małym  pokoiku  na zapleczu  spalarni.  Skrzydlak  otworzył  butelkę  wódki. Chciał  się 
uspokoić, ale nie szło to łatwo. Drżały mu ręce. Wzrokiem poprosił o wyręczenie. Stanisław nalał 
wódki do kieliszków: “wypili.
— Skąd pan może wiedzieć, co powiem? Czyta pan w myślach? Ja sam nie wiem, co powiem...
To była Muszyńska... Balbina... Takie dziwne imię jej dali. Koń ją okulawił. Dawno temu, przed 
wojną. To znaczy, dla kogo dawno, dla tego dawno. Dla mnie... wczoraj. Tak. Dobrze powiedzia-
łem. Dla mnie jeszcze wojna nie przeszła. I nie przejdzie. Aż do śmierci.
“wydałem   kogoś.   Na   wojnie.   Nie   ma   usprawiedliwienia   dla   takiego   człowieka,   który   wydał 
drugiego. A ja wydałem. Muszyńska ma rację. To jest zbrodnia. Nic innego. Tylko że to jest jedna 
strona. Druga, to jest — kara. Nie tak? Pan Bóg mi ją rozłożył na długie lata. Żadne tam ichnie 
więzienia... To gówno. Dali mi pięć lat, wypuścili po trzech, a potem to nawet przyszła moda na 
takich jak ja. Antysemitów: Gówno. Więzienie to gówno. Jebane gówno. Najgorzej jak człowiek 
nosi więzienie ze sobą, albo lepiej powiedzieć — w sobie. Tak. Dobrze powiedziałem. W sobie.
W takim więzieniu — żebra to kraty, a za kratami przerażony człowiek.
To był mały Żydek. Wyskoczył z transportu. Chciał się ratować. Nie dał rady. Trafił na mnie...
Ale   ona   też   tam   była,   Muszyńska   i   Janek   Płocha.   Wydłubał   mu   blaszki   z   butów.   Takie   do 
zakładania  łyżew.  Listonosz też  był...  to znaczy Julek Zabigoś. To co, oni całkiem  bez winy? 
Dlaczego ten cały jebany grzech we mnie uderzył? Przecież oni wdzieli, a potem widzieli jeszcze 
raz, a potem też patrzyli, patrzyli, patrzyli i patrzyli...

background image

Skrzydlak rozpłakał się. Muskat wstał i wyszedł.
Przy samochodzie zwymiotował, chociaż wypił tylko kieliszek wódki. Zatrzymał się chłopiec na 
rowerze.
— Pomóc panu?
— A co, palce mi włożysz do gardła?
— Tak tylko pytałem...
— Zaczekaj. Powiesz mi gdzie mieszka Zabigoś?
Będków nazywał się „Uników”. Był niewielką mieściną, utrzymującą się Bóg wie z czego. Miał 
wprawdzie to co potrzeba—kościół, remizę, sklepy, ulice, budynki — ale wszystko szarawe i byle 
jakie.
Unieważnione przez czas.
Zabigoś mieszkał w dwóch pokojach przy poczcie, w emeryckim przytulisku.
Wyglądał inaczej niż w książce. Z twarzy przebijał jakiś rodzaj szlachetności. Taki, który utrwala 
się w oczach razem z wiekiem.
Najpierw uchylił drzwi, potem postał przez chwilę twarzą w twarz z Muskatem, na koniec zaprosił 
do środka.
Wnętrze było ubożuchne, ale schludne. Wszędzie widziało się książki.
— Cały czas czytam, czytam i czytam —zaczął rozmowę.
I żadnej mądrości, proszę pana. Podobno w książkach żyje mądrość. Więc jak to jest? Żyje, czy nie 
żyje?
Muskat usiadł na kozetce przystawionej do ściany. Od razu przeszedł do rzeczy.
— Wiem o panu więcej, niż wolno wiedzieć drugiemu człowiekowi. Nie powiem skąd, bo prawdę 
powiedziawszy — nie wiem. Też z książki, tylko że z takiej, którą sam napisałem.
Zabigosia   zamurowało.   Włożył   okulary,   żeby   się   lepiej   przyjrzeć   Muskatowi.   Odezwał   się   po 
chwili:
— Niczym mnie pan nie zadziwił. Takie rzeczy się zdarzają. Czytałem o tym. Mówi pan... więcej 
niż wolno? A co to właściwie znaczy? No, niech pan powie, co wie o mnie.
—Jest pan Żydem, ukrywającym swoje pochodzenie od dziesiątego roku życia. Jako dziecko był 
pan świadkiem ucieczki z transportu. Było was pięcioro. Najstarszy odnalazł uciekinierów i oddał 
ich Niemcom. Niemcy obeszli się okrutnie z pięcioletnim Srulem Hendliszem. Zakopali go głową 
w ziemi. Potem niejaki Jan Płocha wydłubał mu blaszki z butów.
— Ale to nie o mnie — przerwał Zabigoś. — Opowiada pan zdarzenie. Rzeczywiście. Tak było. 
Takie   zdarzenie   miało  miejsce.   Ale   co   pan   wie   o   mnie?   Wie   pan   coś?   Jestem   Żydem,   więc 
handlujmy. Handele, handele... Co pan wie o mnie? Jaki ma pan towar?
Wie pan coś o ludziach?
Pan jest historykiem. Zgoda, dociekliwym, rzetelnym, ale tylko historykiem. Niech pan nie udaje, 
że wie więcej. No co? Wie pan coś o strachu małego Żydka, który się boi, że ma trochę za duży 
nos, trochę za czarne oczy, trochę za gołego kutasika? Wie pan coś o tym?
Ojciec tego chłopca z pociągu nie był dobrym ojcem. Pozwolił mu patrzeć na swoją bezradność, a 
wcześniej na bezradność matki. Pozwolił być świadkiem.
Mój ojciec do tego nie dopuścił. Kazał mi uciekać. Nawet nie zapłakał w mojej obecności. Wziął 
mnie w ramiona i powiedział: „takiego mnie zapamiętaj, a matkę zapamiętaj jeszcze piękniej, bo to 
jest piękna i dobra kobieta. Zapamiętaj ją pochyloną nad świecami przy szabasowym stole. Zabierz 
ze sobą obraz jej miedzianych włosów i alabastrowej szyi”.
Z takim obrazem dożyłem do dzisiaj.
Nie musiałem ich widzieć w getcie, transporcie, komorze gazowej.
— To po co pan chodził pod nasyp? — Chciałem ich zobaczyć.
Zapadło   ciężkie   milczenie.   Było   w   nim   słychać   tylko   tykanie   zegara   i   poświstujący   oddech 
listonosza. 

;

— Głupie milczenie, co? — odezwał się. — Człowiek w takiej chwili nie wie co powiedzieć. 
Chciałem ich zobaczyć. To zrozumiałe. A pan nie chciałby zobaczyć matki?
No, ale zostawmy to, bo znowu trzeba będzie głupio milczeć.

background image

Z   tym   Hendliszem,   ojcem,   nawiązałem   kontakt   listowny   Pierwszy   napisał.   Każdy   list   to   był 
poemat. Wychwalał w nim Izrael od każdej strony. Jaki piękny, jaki sprawiedliwy, jaki czysty, jaki 
nowoczesny... Przyznałem się do swojego pochodzenia, więc tym sposobem chciał mnie chyba 
zachęcić do wyjazdu. Nie wiem. Nigdy nie napisał wprost.
— A inni spod nasypu?
— Inni? Skrzydlak otworzył cmentarz dla zwierząt. Śpi na pieniądzach, ale nie obraca ich na ludzki 
pożytek.   Dom   wybudował   z   windą,   sprowadza   kobiety   z  miasta,   bawi   się...  Pewnie   chce   tym 
sposobem zagłuszyć duszę. Dostał wyrok za tamto. Odsiedział trzy lata.
Muszyńska... Tu nie ma wiele do opowiadania. Chałupina, chleb ze smalcem, ledwo pocukrzona 
herbata, kościół, wyrzekanie na Skrzydlaka, znowu kościół — i tak dookoła. Płocha nie żyje od 
czterech lat. Przed śmiercią trochę sfiksował.
Zrobił sztancę i sztancował na niej blaszki do łyżew. Potem chodził z pełnymi kieszeniami tego 
żelastwa, zaczepiał dzieci i wciskał im to.
No i na koniec Władek Bożyk.  Ten się w porę zreflektował.  W osiemdziesiątym  wyjechał  do 
Ameryki razem z córką. Ożenił się drugi raz, córka pokończyła uniwersytety. Dobrze im się żyje. 
Czasem przyjdzie kartka...
— A pan?
— A ja? Czytam, czytam, czytam...
Był środek nocy. Uników milczał. Nie odezwał się nawet jeden parchaty kundel. Psy zwiedziały się 
chyba o dziwnym cmentarzu i opuściły te strony.
Stanisław doszedł do rynku miasteczka. Stanął przy drewnianym, narożnym domu. Z głębi ulicy 
nadjechało auto. Światło omiotło ściany, wyjęło z ciemności stary szyld:
„Jan Płocha. Zakład szewski”.
Drzwi   były   otwarte,   choć   zastawiała   je  żelazna,  sztaba.   Pojękiwały   na   starych   zawiasach, 
odmykając się i domykając bez ustanku.
Stanisław wszedł.
W środku nie było dość światła, ale ta drobina która dostawała się przez wybite okna, dawała 
wystarczające poczucie beznadziei. Miejsce umarło razem z właścicielem.
Pod  oknem   stał   ciągle   graniasty   warsztacik,  przy   nim   zydel   ze   skórzanymi   pasami   w  miejsce 
siedziska,   po   bokach   walały   się   zrzynki   starej   skóry,   drewniane   kopyta   i   papierowe   szablony 
cholewek.
Muskat sięgnął do najniższej szuflady.
Kiedy ją wysunął, od razu zobaczył tekturowe pudełko opasane gumką. Zdjął gumkę, wstrzymując 
przy tym oddech. Otworzył.
Na dnie pudełka leżały dwie mosiężne blaszki Srula Hendlisza.
Ten list z Izraela, który dała mu Elka, nie był ważny. Romek Pomersbach zapraszał, dziękował za 
książkę, chwalił. W liceum siedzieli w jednej ławce. Muskat jeszcze wtedy nie wiedział, że świat 
jest podzielony na Żydów i resztę.
Teraz leciał do Izraela. Nie miał ułożonych planów: Spotkania na stoisku targowym, podpisywanie 
książek, rozmowy. Może Romek zabierze go tu i tam.
Nie zapamiętał niczego ważnego. Jakiś pierdolony banał. Pomersbach też banalny. Rozmowy o 
książkach. Szkoda mówić. I to denerwujące żydłaczenie starców. Niby polski, ale jaki wkurwiający.
Nie zapamiętał niczego do tej pory.
To, co miał zapamiętać na resztę życia — dopiero się zaczynało. Taksówka zatrzymywała się w 
Hebronie, przy domu starego Żyda Pleszke Hendlisza.
Dom stał w szeregu z innymi domami. Był biały jak one, miał skrawek trawnika przed sobą i za 
sobą. Dzień podchodził pod zmierzch, ale powietrze nie chciało się nasycić wilgocią. Było suche 
jak pustynny piasek. Taki sam piasek rozsypał się pod sercem Muskata.
Nie wiedział jak wejść, jak zacząć rozmowę. 
W tym samym czasie podobny piasek wysuszył oddech Pleszke Hendlisza, chociaż dom był dobrze 
klimatyzowany.
Starzec przyglądał się Muskatowi przez szparę w roletach. Wyglądał dokładnie tak jak w książce.

background image

— To będzie sucha noc — powiedział do siebie i poszedł otworzyć drzwi.
W niedługo po tym siedzieli w fotelach na trawniku za domem. Skrawek ziemi otoczony był gęstą 
roślinnością. Cykady czepiły się jej tak zachłannie, że drzewa kołysały się, choć nie było wiatru.
Pleszke Hendlisz ściskał w garści blaszki z butów swojego syna Srula. Na twarzy nie było widać 
wzruszenia. Na—wzruszał się już w życiu dostatecznie. Teraz tylko myślał. Ważył w ciężkiej gło-
wie słowa Muskata, mierzył je z tym, co sam wiedział o sobie. W końcu odezwał się tak głucho, że 
drzewa wokół znieruchomiały.
— Odebrał pan moje myśli. To wszystko. Ja w tym nie widzę żadnego fenomenu.
W osiemdziesiątym piątym zmarł na raka mój drugi syn Izaak. Przez krótki czas po jego śmierci 
bardzo nienawidziłem. To była nienawiść szczególnego rodzaju — bardzo silna i bardzo wycelowa-
na. Posłałem ją dokładnie w tamto miejsce. Wyobraziłem sobie, jak umierają po kolei — Płocha, 
Zabigoś, Muszyńska, Skrzydlak, Bożyk.
A kiedy już ich zabiłem w mojej głowie, przestałem czuć nienawiść. Zresztą po co, kiedy oni byli 
martwi?
Głupi ludzie często używają takiego zdania: „przepadło bezpowrotnie”.
Nic nie przepada bezpowrotnie. Wszystko wraca. Absolutnie wszystko. Trochę inne, odmienione 
— ale wraca.
Kości moich dzieci, oczy Chuwci...
Ja,  proszę   pana,  wierzę  w  p o w r o t n o ś ć .  Powrotność  jest  religią   nakazaną.   Pan  też  wyznaje 
powrotność, chociaż może o tym nie wie. Do pana powraca własne —dzieciństwo, kamień polny w 
ręku   dziadka   (czego   nie   powiedział?),   pierwszy   posiew,   wydawałoby   się   tak   zmarnowany   — 
zostawiony na podściółce w oborze i na dłoniach Tereski Trelanki.
Ale do pana też wraca czyjeś. Żyd się nie boi małych i wielkich słów. Żyd się boi słów średnich. Ja 
teraz użyję wielkiego słowa. Bez strachu. Do pana powraca “wiekuiste. Właśnie tak.
Chuwcię poznałem na kilka dni przed ślubem. Ożeniłem się późno, w trzydziestym czwartym roku 
życia. Wcześniej nie znałem kobiet. Gromadziłem majątek. W dzień ślubu byłem już człowiekiem 
zamożnym.
W dziewięć miesięcy później rozdałem swój majątek w ciągu jednego dnia.
Chuwcia miała ciężki poród. Nie pomogło pootwieranie wszystkiego, co było w domu — okien, 
drzwi, szuflad, naczyń. Tak robią Żydzi. Aby łono kobiety otworzyło się bez bólu — otwierają.

Wziąłem z banku dwie walizki pieniędzy i pobiegłem do miasta. W ciągu kilku godzin otworzyłem 
bramy wielu fabryk, drzwi restauracji, kawiarni, teatrów, kin, budynków państwowych. Ale i to nic 
nie pomogło. Wróciłem do miasta, by jak oszalały otwierać drzwi tramwajów; samochodów; bramy 
cmentarzy i szkół.
Pod wieczór, kiedy razem z odźwiernym pchałem bramę lecznicy Varikoffa, o moim szaleństwie 
wiedziało już całe miasto— Dobrzy ludzie pootwierali wszystko w swoich domach. Dopiero wtedy 
Chuwcia urodziła Izaaka i Srula.
W ten dzień miasto Łódź w Polsce było najbardziej otwartym i radosnym miastem w świecie.
Potem przyszedł inny naród. Niemcy. To byli specjaliści od zamykania.
Głupia Chuwcia. Pojechała. Dała się oszukać tysiąc razy, chociaż była najmądrzejszą kobietą, jaką 
znałem.
Kiedy ją wydarto  z wagonu, uwierzyła że to przerwa w podróży.  Potem, kiedy pognano moją 
Chuwcię do łaźni, ucieszyła się na myśl o ciepłej wodzie.
Tak było. Znam moją Chuwcię.
Stała pod tym nieludzkim prysznicem, rozpaczała że brakuje jej rąk do ukrycia wstydu i zachłannie 
patrzyła do góry. Czekała na wodę.
Kąpiele,   to   była   jej   specjalność.   Wchodziła   do   łóżka   pachnąca   mlecznym   ciałem   i   czystością. 
Gasiła światło. Przez pięć lat naszego życia była tajemnicą. Odkrywałem ją bez pośpiechu. Wierzy-
łem, że mam na to całe życie.
A tam... Rozebrali do naga moją Chuwcię i każdy mógł patrzeć.
Chwała Bogu, że woda wreszcie pociekła. Że zamknęła ludziom oczy.

background image

Dzięki Ci Ein Sof.
Pleszke Hendlisz zamilkł i znieruchomiał. Zapomniał o obecności Muskata.
Siedzieli tak przez długą godzinę. Potem Żyd wstał, poszedł do domu, by za chwilę wrócić z szarą 
kopertą.
— To przyszło na pańskie nazwisko. W pierwszej chwili chciałem oddać, pomyślałem że pomyłka 
poczty, ale coś kazało mi zatrzymać. Czekało na pana dwadzieścia lat.
Potem nie było już żadnego słowa —wielkiego, ani małego.
W samolocie otworzył kopertę. Znalazł w niej to, co spodziewał się znaleźć. Sufit w zimnej sypialni 
nie kłamał.
Otworzył zeszyt Marii.

Kochany Stasiu!
Ten list piszę na koniec mojego dziennika. Na pewno zrozumiałeś, dlaczego na stronach nie ma 
liter. Są, ale inne. Łatwe do odczytania.
Nad każdą stroniczką pochylałam głowę. Te chłodniejsze, to strony zimowe. Pamiętasz? Szłam 
boso przez śnieg. Stanęliśmy naraz. Potem Cię pocałowałam jak kobieta.
Te najzimniejsze, kruche od mrozu, to są strony z Twojego pokoju. Przegryzłeś mi wtedy brew. Nie 
bolało.
Potem są strony słoneczne. Poznasz je, bo pożółkły od słońca. Pochylałam się nad nimi na łące. 
Może znalazłeś suchego modraczka?
Nad   stronami   pomarszczonymi   nie   zatrzymuj   się.   Nad   tymi   pochylałam   się  w   domu   dziecka. 
Zmoczyłam papier, więc się pomarszczył. Nie czytaj wszystkiego z tych stron. To są smutne słowa. 
Potem znów będą strony chłodne, zimne, ciepłe, gorące, pomarszczone i gładkie od szczęścia. Jak 
to w życiu.
Wtedy w Prudniku, pod łaźnią — rozpoznałam Cię. Nie przeszkodził mi mundur, ani twoja ogolona 
głowa. Starczyło chwili. Na szczęście w porę ukryłam radość. Przeniosłam spojrzenie na Heńka i to 
cię uratowało.
Te strony są pod koniec. Najbardziej słoneczne. Wymyśliłam, że on to ty, a ja to nie ją — tylko 
Marysia z Popielaw.
I wyszło co wyszło — śmierć ze szczęścia.
Kocham Cię. Twoja Marysia.

Kochana Marysiu:
Ja też Cię rozpoznałem, ale Zabrakło mi odwagi. Żałuję. Kiedy spadłaś na ziemię, podniosłem 
mniejsze   serce.   Pisklęta   były   martwe.  Zakopałem   serce   pod   kapliczką.   Przeczytałem   dziennik. 
Słowo   po   słowie.   Odnalazłem   suchego   modraka.   Ciągle   pachnie   łąką.   Jutro   naprawię   błąd. 
Zrozumiałem, że zakopałem cudze serce. Twoje było to drugie. Większe.
Bardzo za tobą tęsknię.
Twój Staszek.

— KONIEC —

Rokiciny, grudzień 1997 r.


Document Outline