background image

KAMIL GIŻYCKI

W PUSZCZACH I SAWANNACH KAMERUNU

l
Na dużą, cienistą werandę obszernego bungalowu* [Bungalow (ang., czyt.: banglou) 

parterowy dom o lekkiej konstrukcji, z wystającym dachem i werandami, 
rozpowszechniony 
w Indiach, Azji Wschodniej i Afryce, używany głównie przez Europejczyków.] 
wbiegła z 
głębi domu zaróżowiona dziewczynka. Spod ręcznika okręconego na kształt turbanu 
wokół 
głowy wymykały się kosmyki mokrych jeszcze, jasnych włosów, a całą jej smukłą 
postać 
otulał miękki płaszcz kąpielowy, sięgający nieomal do drobnych stóp. Ujrzawszy 
na stole 
nakrycia do śniadania, szybko chwyciła kromkę chleba, posmarowała ją grubo 
dżemem i 
jedząc ze smakiem, stanęła przy oknie zasnutym cieniutką siatką, zabezpieczającą 
wnętrze 
przed muchami i innymi owadami. Spojrzawszy na ogród, wydała okrzyk zachwytu. 
Tuż 
prawie za oknem rosły fioletowym kwieciem osypane duże krzaki bougainville* 
[Bougainville (franc., czyt.: bugęwij) - kolczasty krzew tropikalny.], a nieco 
dalej, na tle 
ciemnej zieleni drzew chlebowych* [Drzewo chlebowe - drzewo z rodziny 
morwowatych, 
rosnące w krajach tropikalnych. Owoce, o przeciętnej wadze 2 kg, służą tubylcom 
jako 
pożywienie, pień daje żółtawe, lekkie drewno, używane do wyrobu łodzi 
(dłubanek), naczyń i 
sprzętów domowych.] i kola* [Kola - drzewo rosnące w Afryce zachodniej; rodzi 
tzw. 

background image

orzeszki koła, używane w przemyśle spożywczym i leczniczym.], stała samotnie 
ogromna, 
kopulasta poinciana* [Poinciana - drzewo rosnące w krajach tropikalnych, 
odznaczające się 
ogromnymi, jaskrawoczerwonymi lub pomarańczowo-żółtymi kwiatami.], tak dokładnie 
pokryta szkarłatnymi kwiatami, że nie widać było spod nich konarów ani gałęzi. 
Drzewo 
sprawiało wrażenie, jakby całe płonęło, i ten widok tak dziewczynkę oczarował, 
że nawet nie 
usłyszała, jak na werandę wszedł wysoki, barczysty chłopak. Śmiejąc się 
łobuzersko chwycił 
ją w objęcia, ucałował w oba policzki, zakręcił w powietrzu i sadzając odrobinę 
przestraszoną 
przy stole, zawołał:
- Witaj, Dzika, szczęśliwa maskotko firmy „S. Goraj i W. Rawicz”, najlepszych w 
Afryce łowców dzikich zwierząt! Dobrze, że już wreszcie wyrwałaś się z tego 
okropnego 
pensjonatu dla grzecznych dziewcząt w Kairze...
- Jacek - przerwała śmiejąc się dziewczynka - jesteś wstrętne chłopaczysko, boś 
mnie 
przeraził, a rano nie raczyłeś przyjechać na lotnisko!
- Ależ, dziewczyno, dzisiaj o świcie musiałem wyjechać do Mbalmajo, by tam w 
pierwszych promieniach słonecznych sfilmować żniwa bananowe na plantacji pana 
Merlina, 
który nam odstąpił ten właśnie bungalow - trzepał wesoło Jacek. - A potem nie 
jadłem nawet 
śniadania, tylko gnałem jak szalony do Jaunde, aby ciebie zobaczyć. Na lotnisku 
witali cię 
przecież obaj nasi ojcowie...
- Oczywiście! Był mój tatuś i pan Goraj. Ale też nie mieli czasu, wsadzili mnie 
do 
auta, przywieźli i zaraz pojechali do miasta załatwić jakieś pilne sprawy. A ja 
właśnie 
zaczęłam jeść śniadanie, kiedy zobaczyłam tę prześliczną poincianę... i po 
prostu dech mi 

background image

zaparło z wrażenia.
- To rzeczywiście jedno z najpiękniejszych drzew tego gatunku, jakie dotychczas 
widziałem. Nakręciłem z niego chyba ze sto metrów barwnej taśmy... Ale przecież 
ty nic nie 
masz do picia! Ach, co za gapa ze mnie! Zaraz powiem Mbua, żeby przyniósł 
gorącej kawy. - 
Wybiegł z werandy i już po chwili słychać było jego głos z ogrodu, gdzie 
znajdowały się 
zabudowania gospodarcze.
Dzika korzystając z nieobecności Jacka skoczyła do swego pokoju i kiedy chłopiec 
powrócił na werandę - ukazała się przy stole ubrana już w białą sukienkę, z 
włosami 
opadającymi w dwóch grubych warkoczach na plecy. Mbua, młody chłopak ze szczepu 
Jaunde, przyniósł imbryk aromatycznej kawy, rozlał ją do filiżanek, zręcznie 
otworzył puszkę 
mleka, a następnie bezszelestnie wycofał się z werandy. Dzieci jadły z apetytem, 
rozmawiając 
o Kamerunie, który miał być terenem łowów ich ojców. Jacek zaspokoiwszy naprędce 
głód, 
rozparł się wygodnie w krześle i informował Dzikę:
- Dzisiaj nasi ojcowie mają wyznaczoną audiencję u ministra rolnictwa, pana 
Ateba, u 
którego chcą uzyskać pozwolenie na schwytanie i wywóz młodego goryla. Pan Ateba 
mówi 
doskonale po francusku, zresztą studiował we Francji, myślę więc, że sprawę 
załatwią 
pomyślnie, nie wiadomo tylko, czy uda się nam złapać tę małpę. Siedzimy w 
Kamerunie już 
dwa tygodnie, miałem więc dość czasu i sposobności, by wybadać miejscowych 
myśliwych. 
Wszyscy twierdzą zgodnie: goryla zabić nietrudno, ale żywcem złapać... tego nikt 
jeszcze nie 
próbował!
- Przecież my mamy środki usypiające.
- Mówiłem o tym, ale myśliwi kręcili głowami i zapewniali mnie ze goryl łatwo 

background image

porozrywa najmocniejsze nawet więzy pokaleczy ludzi i połamie każdą klatkę
- Niedawno czytałam, że na terenie Rio Muni złapano białe gorylątko, które ma 
niebieskie oczy. Chyba to jest albinos? Jeśli tam udało się ludziom schwytać 
żywego goryla, 
to i nam się uda. A swoją drogą pierwszy raz dowiedziałam się o istnieniu 
białych goryli.
- Bo jest to chyba jedyny okaz na świecie. Co prawda gerezy białoogonowe* 
[Gereza 
białoogonowa - gatunek małpy afrykańskiej, odznaczającej się bardzo obfitym, 
białym, 
jedwabistym futrem.] nierzadko rodzą się z białą jak śnieg sierścią, ale 
przecież gerezy to nie 
goryle. Ach, żeby nam się taka gratka trafiła! Ale chętnie zgodzę się na 
czarnego, burego czy 
rudego goryla... byle tylko w ogóle złapać! Podobno trzeba wynająć Pigmejów 
Babinga, gdyż 
oni najlepiej potrafią tropić te ogromne zwierzęta, które tu w Kamerunie 
przewyższają 
wzrostem nawet najwyższych Murzynów, a w barach mają przeszło metr szerokości...
- Jestem pewna, że nasze pociski z narkozą okażą się dość silne, by uśpić goryla 

odparła Dzika.
- No, ty na pewno nie będziesz strzelać do goryli! Na sam widok takiego potwora 
zemdlałabyś ze strachu. Ale, ale, czy wiesz, czemu Kamerun zawdzięcza swoją 
zupełnie nie 
afrykańską nazwę?
Dzika spojrzała na Jacka z wyraźnym zdumieniem, a po chwili wycedziła 
pogardliwym tonem:
- Pensjonat dla grzecznych dziewcząt, jak nazywasz moją szkołę, posiada 
najbogatszy 
w Afryce zbiór starych map, szkiców, rysunków i atlasów geograficznych. W tym 
zbiorze 
znajduje się kopia mapy sporządzonej w 1486 roku przez geografa Martina Behaima 
podczas 
odkrywczej wyprawy Portugalczyków wzdłuż zachodniego wybrzeża Afryki. Między 

background image

innymi 
są na niej także i kontury wybrzeża Kamerunu. A mocno wyblakły dopisek głosi, że 
wódz 
floty portugalskiej, Diego Cao, wpłynąwszy wraz ze swymi marynarzami w ujście 
rzeki 
Ambasz, ujrzał ku swemu zdumieniu nieprzeliczoną ilość małych i dużych krabów, 
które 
kłębiły się w wodzie i na brzegach na kształt jakiejś potwornej masy, i nazwał 
rzekę Rio dos 
Camaroes, co znaczy po polsku: „Rzeka Krabów”. A później nazwano Kamerunem cały 
kraj 
leżący nad zatoką Biafra, a także najwyższą górę w tym kraju.
- Czy tę najwyższą górę również odkrył Diego Cao? - chytrze zapytał Jacek.
- Myślisz, że nie wiem, kto pierwszy wspomina o górze Kamerun?! - zawołała 
dziewczynka nieco urażona. - Odkrył ją jeszcze w starożytności, około 525 roku 
przed naszą 
erą, Kartagińczyk Hannon penetrując swymi okrętami zachodnie wybrzeże Afryki. 
Była 
wtedy czynnym wulkanem i Hannon, ujrzawszy w nocy ogień i kłęby dymu 
wydobywające 
się z jej wnętrza, uznał ją za siedlisko bogów. Mamy w naszej szkole gliniane 
tabliczki, na 
których Hannon to wszystko opisał.
- Ślicznie, Dzika! Ale czy z tymi tabliczkami Hannona to prawda? Czy wasza 
szkoła 
może posiadać taki skarb?
- Tabliczki znajdują się w gablocie z grubego szkła i przechowuje się je 
rzeczywiście 
jak bezcenny skarb, ale pokazywano nam je parokrotnie! - upierała się 
dziewczynka.
Jacek zamyślił się na chwilę, a potem rzekł:
- Szkoda, że wcześniej o tym nie wiedziałem, może bym przyjechał do Kairu i 
sfotografował te tabliczki...
- Ach, Jacek, zapomniałam ci powiedzieć, jak wielką sensację wywołały twoje 
filmy z 

background image

Nilu i z Liberii! Jestem teraz uważana za gwiazdę pierwszej jasności, chociaż 
niektóre 
dziewczęta utopiłyby mnie w łyżce wody z zazdrości. A poza tym wszystkie marzą, 
by 
poznać ciebie osobiście lub przynajmniej mieć twoją fotografię. Nie wyobrażasz 
sobie, co one 
wyprawiają, żeby zdobyć twój adres. Moim najbliższym koleżankom musiałam 
przyrzec, że 
namówię cię do odwiedzenia naszej szkoły.
- To będzie możliwe chyba dopiero po maturze. Czy wiesz, że ojciec ma zamiar 
wysłać mnie po skończeniu szkoły średniej do kilku krajów europejskich, a także 
do Łodzi w 
Polsce, abym gruntownie zapoznał się z techniką filmową i ukończył szkołę 
operatorów? Ale 
na razie jeszcze daleko do tego. A teraz powiedz mi, czy widziałaś z samolotu 
górę Kamerun?
- Ależ tak! - zawołała dziewczynka. - Tylko lecieliśmy trochę za szybko i za 
wysoko. 
Z Fort Lamy wystartowaliśmy bardzo wcześnie i zanim samolot wzbił się na 
odpowiednią 
wysokość, widać było dokoła tylko piaszczysty step porośnięty trawą i z rzadka 
krzakami 
mimozy, a przez chwilę gdzieś daleko mignęły mi wody jeziora Czad. Potem z 
prawej strony 
ukazał się łańcuch gór Mandara, a później rozsypane wysepki pagórków 
wystrzelających z 
sawanny* [Sawanna - rozległe, wyżynne przestrzenie w krajach tropikalnych, 
pokryte 
wysokimi trawami. Sawanna różni się od stepu tym, że występują na niej także 
drzewa i 
krzewy.] pokrytej żółtymi plamami traw i zielonymi lasów. Kiedy sawanna zaczęła 
przechodzić w puszczę, samolot wleciał w warstwy chmur. A po paru minutach 
zobaczyłam 
nagle całkiem wyraźnie stożkowaty szczyt sterczący nad chmurami w promieniach 
słońca. 

background image

Stewardesa* [Stewardesa (ang., czyt.: stjuardesa) - kelnerka obsługująca 
pasażerów na 
okręcie lub w samolocie.] powiedziała mi, że to jest właśnie góra Kamerun, zwana 
także „Pic 
Fako”, a w języku krajowców „Mongo-ma-Lobah”, co znaczy „Siedlisko Bogów”. No, a 
potem samolot zniżył lot, przebił chmury i za chwilę, już w pełnym słońcu, 
wylądowaliśmy w 
Jaunde.
- Wiesz, Dzika, ty jesteś szczęściara, że udało ci się chociaż na chwilę 
zobaczyć szczyt 
Kamerunu. Ja niestety nie mogłem go widzieć, bo kiedy leciałem, lało jak z 
cebra. Podobno ta 
część Kamerunu jest w ogóle najbardziej wilgotną częścią Afryki i deszcze są tu 
zjawiskiem 
tak...
- Właściwie Mongo-ma-Lobah posiada trzy szczyty, a nie jeden - przerwała Dzika. 

Dwa są trochę niższe, ale i one są dobrze widoczne w czasie słonecznej pogody. 
Podobno 
szczyty te pierwszy zdobył i opisał podróżnik angielski Richard Burton, a potem 
w 1884 
Stefan Rogoziński i Leopold Janikowski, polscy podróżnicy i odkrywcy. Ciekawe, 
czy 
pozostały jakieś ślady po tej ekspedycji?
- Twój ojciec szukał ich w Duala i w Virtorii, ale na próżno. Nic nie wyszło też 

poszukiwań grobu Klemensa Tomczeka, współuczestnika ekspedycji. Ludzie z tamtych 
czasów wymarli, grób Tomezeka zarósł tropikalną roślinnością i teraz w Kamerunie 
nikt już 
nie pamięta nazwiska Rogozińskiego ani jego towarzyszy...
- Szkoda! - westchnęła smutno Dzika, ale nagle skoczyła do drzwi, zobaczywszy 
przez okno podjeżdżające pod werandę auto, a w nim swego ojca i pana Goraja.
Obaj panowie byli w doskonałych humorach. Z dumą pokazywali dzieciom oficjalne 
pozwolenie na schwytanie i wywiezienie poza granice Kamerunu małego goryla lub 
młodej 

background image

matki z gorylątkiem, podpisane osobiście przez ministra. Inny dokument zezwalał 
łowcom na 
schwytanie pojedynczych sztuk lub par spośród zwierząt objętych w Kamerunie 
całkowitą 
ochroną, a więc: szympansów, mrówników* [Mrówniki - zwierzęta występujące 
wyłącznie w 
Afryce. Wszystkie gatunki żywią się mrówkami i termitami. Żerują w nocy, dzień 
przesypiają 
w norach pod ziemią.], pytonów, waranów* [Warany - rodzina dużych, drapieżnych 
jaszczurek lądowych lub lądowo-wodnych. Warany żyją w Afryce, Azji, Australii i 
Oceanii. 
Największe warany, z Archipelagu Sundajskiego, osiągają 3 m długości.] i ptaków 
nie 
będących zwierzyną łowną. W ściśle określonych ilościach wolno im łowić słonie, 
hipopotamy, bawoły, żyrafy, antylopy: eland, bongo, końskie, sitatunga, oraz 
strusie i małpy 
jedwabiste. Natomiast bez żadnych ograniczeń mogą polować na wszelkiego rodzaju 
antylopy 
leśne i stepowe, lwy, lampasy i dziki.
- Te pozwolenia musiały kosztować sporo pieniędzy! - zatroskała się Dzika.
- Same pozwolenia są stosunkowo tanie, ale za każdą sztukę musimy przy wywozie z 
Kamerunu zapłacić odpowiednią sumę. To jest zupełnie zrozumiałe, że rząd każe 
sobie płacić 
za zwierzynę schwytaną na swoim terytorium, bo i my przecież nie oddajemy jej 
darmo 
ogrodom zoologicznym - wyjaśnił pan Goraj.
- Pan minister sądzi, że łowimy zwierzęta starym, tradycyjnym sposobem w sieci, 

wyobraża sobie, że związane są z tym ogromne koszty. No bo musimy przecież 
wynająć 
przynajmniej setkę naganiaczy, zaopatrzyć się w długie, mocne sieci, kopać doły 
i zastawiać 
pułapki. Nikt tu dotychczas nie polował przy pomocy środków usypiających i 
dlatego 
chwytanie żywych zwierząt wydaje się wszystkim niezmiernie trudne - zaśmiał się 

background image

pan 
Rawicz.
- Chcę wam przypomnieć - przerwał przyjacielowi pan Goraj - że niedługo przyjadą 
ciężarówki, a warto by jeszcze rzucić okiem na ekwipunek, zanim zostanie 
załadowany. 
Wszystko musi być przygotowane dzisiaj, bo jutro wyruszamy skoro świt...
- A w jakim kierunku pojedziemy? - zaciekawiła się Dzika.
- Planowaliśmy początkowo wypad na południe, do Sangmelima, gdzie mieliśmy 
zamiar zostawić samochody i ścieżkami dotrzeć do granic Gabonu albo Rio Muni, 
ale 
powiedziano nam, że mieszkańcy tamtych okolic niemal zupełnie wytrzebili goryle. 
Postanowiliśmy więc jechać autostradą na wschód, do Abong-Mbang nad górnym 
biegiem 
rzeki Niong, a później skręcić na południe i dostać się do Lomie. Stamtąd 
dopiero 
wyprawimy się leśnymi ścieżkami nad rzekę Bumba, gdzie spróbujemy nawiązać 
kontakt z 
Pigmejami i przy ich pomocy złowić goryla.
- Ale oprócz goryla chcemy złowić możliwie jak najwięcej innej zwierzyny - dodał 
pan Goraj. - A teraz, Jacek, powiedz w kuchni, by obiad podano za pół godziny.
Przegląd ekwipunku odbył się nader sprawnie i nie upłynęło nawet pół godziny, 
gdy 
wszyscy siedzieli już przy stole i delektowali się soczystą, delikatną pieczenią 
z antylopy 
wodnej przyrządzoną z jarzynami i korzeniami. Gdy kończyli jeść podane na deser 
owoce, 
przed werandę zajechały ogromne, pięciotonowe ciężarówki, z których wnętrza 
wysypało się 
kilkunastu krajowców roześmianych i rozbawionych jak dzieci.
Dzika szybko zawarła znajomość z kierowcami ciężarówek. Byli to dwaj młodzi 
ludzie ze szczepu Jaunde, którzy doskonale władali językiem francuskim. Ich 
wysokie, 
muskularne postacie budziły zaufanie, że łatwo uporają się z trudami dalekiej i 
uciążliwej 
drogi. Starszy - roześmiany, o czekoladowej barwie skóry i dużych czarnych 

background image

oczach - 
nazywał się Tobi, młodszy - o dużo ciemniejszej karnacji i bardzo pięknych, 
migdałowych, 
smutnych oczach - nosił imię Akassu. Obaj zabrali się żwawo do pracy i przy 
pomocy 
przywiezionych robotników w dwie godziny załadowali cały ekwipunek na samochody.
Wyposażenie wyprawy obejmowało skrzynie z zapasami żywności, całą stertę 
worków ryżu i prosa, sprzęt kuchenny, namioty, łóżka polowe, kilkanaście 
składanych klatek 
i mnóstwo innych rzeczy, koniecznych do życia w puszczy i sawannie przez okres 
kilku 
tygodni. Jacek ze szczególną troskliwością ułożył w jednej z ciężarówek stalowe 
pudła 
zawierające kasety z filmami, a obok skrzynię z chemikaliami, Dzika natomiast 
zajęła się 
wiatrówkami i pojemnikiem wypełnionym ampułkami do usypiania zwierzyny. Dwie 
lekkie 
wiatrówki i kilkanaście różnie oznaczonych ampułek odłożyła na bok, gdyż w 
czasie jazdy 
chciała je mieć pod ręką.
Gdy już wszystko było gotowe i samochody nakryto nieprzemakalnymi brezentami, 
czwórka łowców wybrała się małym, zgrabnym willysem na kolację do miasta.
2
Z mocnego snu obudził Dzikę krzyk kukułki szponiastej, rozlegający się tuż za 
oknem 
głośno i natarczywie. Było jeszcze zupełnie ciemno i cały dom leżał uśpiony w 
zupełnej 
ciszy, lecz Dzika, spojrzawszy w świetle latarki elektrycznej na przypięty do 
moskitiery* 
[Moskitiera - zasłona chroniąca od ukąszeń moskitów, tj. komarów żyjących w 
krajach o 
klimacie gorącym.] zegarek - czym prędzej zerwała się z pościeli. Narzuciwszy na 
siebie 
podomkę cichutko poszła do łazienki i już miała wymknąć się na werandę, gdy w 
tej samej 

background image

chwili od strony kuchni rozległy się dźwięczne tony gongu, które nie tylko 
zagłuszyły krzyk 
kukułki, ale obudziły całe stado szarych papug nocujących na drzewach. Ptaki 
poderwały się 
z takim straszliwym wrzaskiem, że wypłoszyły z łóżek wszystkich mieszkańców 
bungalowu. 
Nie upłynął kwadrans, a cały dom kipiał już życiem. W kuchni rozpalono ogień, na 
werandzie 
krzątano się przy nakrywaniu do śniadania, pakowano przybory toaletowe do 
stalowych 
walizek z osobistymi rzeczami.
Gdy pierwsze promienie słoneczne rozdarły ciemności nocy i zrodził się dzień, 
sprzed 
werandy ruszyły najpierw obie ciężarówki, a w ślad za nimi mały osobowy willys 
wiozący 
obu łowców i ich dzieci. Na ciężarówkach jechali dwaj boye* [Boy (ang., czyt.: 
boj) - 
chłopiec, tu: służący.], Mbua i Kondo, oraz kucharz Zalbi, którzy towarzyszyć 
mieli 
wyprawie do końca jej trwania. Cała kawalkada przejechała najpierw przez 
dzielnicę willową, 
zamieszkaną przeważnie przez Francuzów. Było to osiedle położone wśród ogrodów 
pełnych 
drzew owocowych i ozdobnych krzewów, na których kwiaty migotały w słońcu 
brylantami 
rosy. Tu i ówdzie przed willami widać było służbę zamiatającą ścieżki, na 
werandach zaś 
mężczyzn jedzących śniadanie lub wybierających się do biur.
Minąwszy następnie spory gaj strzelistych palm oleistych samochody wjechały na 
autostradę łączącą Kamerun z Republiką Środkowoafrykańską. Droga - jak wszystkie 
budowane przez Francuzów - miała dobrą nawierzchnię, toteż kierowcy nacisnęli 
gaz nieomal 
do deski. Teraz podróżnicy mijali grupy barwnie ubranych kobiet zdążających na 
targ z 
koszami jarzyn i owoców niesionymi na głowach oraz gromadki mężczyzn spieszących 

background image

do 
pracy. Czasem przejechał obok skrzypiąc i pobrzękując żelastwem stary, odrapany 
i brudny 
autobus zapełniony ludźmi i bagażem tak szczelnie, że zdawało się, iż lada 
chwila rozleci się 
w kawałki, a czasem szeroka platforma wyładowana stertą desek, na których 
siedziało kilku 
półnagich ludzi.
Po obu stronach autostrady wznosiły się gaje bananowców i papai* [Papaja - 
drzewo 
melonowe rosnące w krajach tropikalnych.], rozpościerały się ogrody warzywne, 
poletka 
orzeszków ziemnych i manioku* [Maniok (kassawa) - tropikalna roślina krzaczasta, 
wytwarzająca w ziemi duże, jadalne bulwy. Pieczony maniok przypomina smakiem 
ziemniaki.]. Koło poletek i warzywników rosły pojedynczo i grupkami parasolowate 
drzewa, 
a gdzieś na horyzoncie znaczyła się ciemna linia puszczy. Od czasu do czasu 
migał rząd 
czworokątnych domków krytych strzechą z trawy lub liści palmowych. Obok chat 
kręciło się 
dużo nagich dzieci, stadka kur rozgrzebywały ziemię w poszukiwaniu owadów i 
robaków, a 
kozy obgryzały liście z krzaków albo leżąc w cieniu chat sennie kiwały bezrogimi 
głowami. 
Tu i ówdzie można było zobaczyć murowane zabudowania misyjne wraz z kościółkiem 
lub 
szkołę, a przed nią siedzące na ziemi dzieci zajęte czytaniem elementarzy, 
wyplataniem koszy 
czy też jakąś inną pracą. To znów wzdłuż drogi ciągnęły się pola zasadzone 
tytoniem bądź 
długimi rzędami drzewek kakao. Liczne, czysto utrzymane budynki wskazywały, że 
są to 
plantacje należące do jakiejś kompanii.
Powoli krajobraz począł się zmieniać. Szosa, nadal bardzo dobra, pięła się w 
górę, to 

background image

opadała w dół, wbiegała na stoki, wiodła przez mosty zawieszone nad głębokimi 
jarami. 
Nagle po prawej stronie Dzika dostrzegła potężną rzekę. Płynęła szerokim wąwozem 
między 
wysokimi, skalistymi ścianami, a promienie słoneczne pokrywały jej nurty 
srebrną, migotliwą 
łuską. Kilka wielkich tratw zbudowanych z okrąglaków niosło na sobie sterty 
belek i tarcic.
- To rzeka Niong - wyjaśnił dziewczynce ojciec. - Jest to górska, burzliwa 
rzeka, pełna 
gwałtownych zakrętów, ale spławna od osady Akonolinga aż do zatoki Biafra. 
Wkrótce 
powinniśmy dojechać do osady. Tam zatrzymamy się, zjemy obiad, a potem dalej... 
aż do 
Abong-Mbang!
I rzeczywiście przed upływem pół godziny dotarli do dużej, schludnie zabudowanej 
osady. Obie ciężarówki stały już zaparkowane przed domem noclegowym* [Dom 
noclegowy 
- budynek przeznaczony kiedyś dla przejeżdżających urzędników kolonialnych, a 
także dla 
białych myśliwych i wędrownych kupców. Do obowiązków wsi należało dbanie o 
całość i 
czystość domu oraz dostarczanie do kuchni wody i drzewa na opał. Domy noclegowe 
znajdują się w wielu krajach Afryki.], a kucharz Zalbi przygotowywał przy 
ognisku lekki 
posiłek.
Ledwie podróżnicy zasiedli do sporządzonego naprędce obiadu, gdy obiegła ich 
cała 
gromada dzieciaków. Jakkolwiek dzieci codziennie widywały różnego rodzaju 
samochody, 
gdyż we wsi była i stacja benzynowa, i warsztat samochodowy, to jednak dopiero 
co przybyła 
wyprawa wywołała wśród dzieciarni szczególne poruszenie. Bo to i dwie rzadkiej 
wielkości, 
zupełnie nowe, połyskujące niklem ciężarówki, i małe, płaskie z przodu auto 

background image

osobowe, a do 
tego jeszcze dziewczynka z jasnymi włosami! Takiego widowiska dawno już 
dzieciarnia 
Akonolingi nie oglądała, toteż ten i ów pobiegł szybko do domu, by matce, 
ciotkom i wujkom 
opowiedzieć o niezwykłym wydarzeniu.
Wkrótce posilających się łowców otoczyło kilkanaście dziewcząt, z których jedne 
ubrane były w barwne europejskie sukienki, inne zaś, hołdujące starym zwyczajom, 
nosiły 
tylko przepaski na biodrach i naszyjniki z barwnych paciorków. W ślad za nimi 
pojawiły się 
kobiety. Ażeby usprawiedliwić swą ciekawość, każda przyniosła coś na sprzedaż: 
jedna 
złocistą kiść aromatycznych bananów, inna pękaty ananas, świeżo zerwane z drzewa 
papaje, 
to znowu maślane gruszki awokado* [Gruszka awokado - drzewo z rodziny 
wawrzynowatych, posiadające smaczne, soczyste owoce w kształcie gruszki; 
hodowane we 
wszystkich krajach tropikalnych.], miseczkę pełną orzeszków ziemnych lub 
przynajmniej 
kilka owoców kola. Wszystkie podtykały swoje towary, targowały się głośno z 
Zalbim w 
języku Bantu, wtrącając raz po raz słowa francuskie, ale jednocześnie starały 
się docisnąć do 
Dziki, dotknąć jej włosów, a przynajmniej ramienia czy ubrania.
Przyszło także dostojnym krokiem kilku mężczyzn, którzy przynieśli z sobą, co im 
wpadło w ręce: skórę genety* [Geneta - niewielki drapieżnik, żywiący się 
gryzoniami, 
ptakami i owadami, należący do rodziny wiwer.] lub kozła leśnego, pięknie 
rzeźbioną fajkę z 
długim cybuchem, mały wklęsły stołeczek wyciosany w miękkim drewnie, a nawet 
wielkie, 
lirowate, piękne rogi. Rogi te wzbudziły zainteresowanie obu łowców, zaczęli 
więc 
wypytywać, gdzie to zwierzę zostało upolowane i czy mogliby zobaczyć skórę. 

background image

Podejrzewali 
bowiem, że są to rogi samca antylopy sitatunga.
Jacek oczywiście skorzystał z obecności tak licznie zgromadzonego, barwnego 
tłumu i 
chwytał na taśmę filmową bardziej interesujące postacie. Uwaga wszystkich 
zwróciła się 
teraz na niego. Niektóre kobiety, prawdopodobnie mahometanki, z krzykiem 
przerażenia 
zasłaniały sobie twarze i trwożliwie wycofywały się za inne niewiasty, którym 
filmowanie 
zdawało się nie tylko nie sprawiać przykrości, ale sądząc po minach i uśmiechu - 
wyraźną 
przyjemność.
Tymczasem kucharz i obaj boye szybko pakowali naczynia, a kierowcy ze swymi 
pomocnikami robili pobieżny przegląd wozów. Wkrótce na znak dany przez pana 
Goraja 
ciężarówki ruszyły, a po chwili poprzez tłum otaczających go tubylców zaczął 
przeciskać się 
willys.
Przez dłuższy czas jechali w milczeniu, gdy nagle Dzika zaczęła snuć głośno 
myśli, 
jakie nasunęły się jej w związku z oglądanym krajobrazem:
- Kiedy tak patrzę na te wioski z domkami zbudowanymi wzdłuż szosy jak pod 
sznurek, na te drogi obsadzone równiutko drzewami cytrusowymi, na te bliźniaczo 
do siebie 
podobne plantacyjki kakao i tytoniu - jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, że to 
Afryka, że 
gdzieś w pobliskiej puszczy mogą być goryle, szympansy, słonie...
- Widzisz, dziecko - zaśmiał się pan Rawicz - tę autostradę wybudowali Francuzi, 
mistrzowie od tego rodzaju robót, i oni też prawdopodobnie zaprojektowali leżące 
wzdłuż niej 
wioski, chociaż ten typ budownictwa charakterystyczny jest dla niektórych 
szczepów Bantu. 
A wiesz zapewne, że większość mieszkańców południowego Kamerunu stanowią właśnie 
szczepy Bantu. Jeśli zaś chodzi o goryle, to w Akonolinga opowiadano nam o dwóch 

background image

drwalach pracujących w tamtejszym tartaku, którzy zupełnie niespodziewanie 
natknęli się na 
samca goryla i zostali przez niego tak poturbowani, że ledwo uszli z życiem...
- To po co my robimy taki szmat drogi, jeśli tu na miejscu można złowić tę 
małpę? - 
zdziwił się Jacek.
- Bo w sąsiedztwie szosy goryl mógł znaleźć się tylko przypadkiem, my zaś 
jedziemy 
do puszcz południowo-wschodniego Kamerunu, które są siedliskiem najrozmaitszej 
zwierzyny, a także goryla.
- Dlaczego właściwie ludzie tak masowo zabijali goryle, że aż trzeba było wziąć 
je 
pod ochronę? - zapytała Dzika.
- Myśliwi europejscy polowali na nie, aby móc pochwalić się ustrzeleniem tak 
potężnego zwierzęcia lub żeby sprzedawać je muzeom na eksponaty. Murzyni zaś 
zabijali te 
małpy po prostu dlatego, że pustoszą im ogrody i warzywniki, no i oczywiście dla 
zdobycia 
mięsa. Murzyni w ogóle bardzo chętnie jadają mięso małp, a pieczyste z goryla 
uważane jest 
przez nich za szczególny specjał. Ponieważ samiec-goryl jest zwierzęciem 
niebezpiecznym, 
zabijano głównie samice i młode i gdyby władze francuskie nie objęły goryli 
całkowitą 
ochroną i nie odebrały Murzynom leśnym skałkówek* [Skałkówka - dawny typ 
strzelby.] 
oraz innej broni palnej - dzisiaj nie zostałby w Kamerunie nawet ślad tych 
stworzeń. Przykro 
stwierdzić, ale także i epidemia śpiączki, która przed laty wyludniła prawie 
zupełnie puszcze 
południowo-wschodniego Kamerunu, przyczyniła się do uratowania goryli. 
Mieszkający 
obecnie w tych lasach nieliczni przedstawiciele szczepów Bantu znowu polują na 
goryle. Z 
braku strzelb posługują się prymitywnymi kuszami, ale używają zatrutych strzał. 

background image

Tylko 
Pigmeje Babinga nie uciekają się do żadnej zatrutej broni. Polują przy pomocy 
ciężkich 
oszczepów o szerokich, masywnych ostrzach...
- Te leśne szczepy muszą znać jakieś trujące rośliny, w których soku maczają 
swoje 
strzały, prawda? - przerwał Jacek.
- Tak, truciznę otrzymują z pewnego gatunku rośliny, której kora zawiera 
strychninę. 
Wystarczy tylko lekkie zadraśnięcie zatrutą strzałą, a zwierzę dostaje porażenia 
nerwów i 
wkrótce ginie. Po wycięciu miejsca ugodzonego strzałą mięso można jeść bez 
obawy.
- Och, nigdy w życiu nie tknę mięsa zwierzyny zastrzelonej zatrutą strzałą! - 
oburzyła 
się Dzika.
- Nie szermuj, córeczko, słowami w rodzaju „nigdy”, bo życie potrafi płatać 
najróżniejsze figle i słowa takie często nie znajdują pokrycia - rzekł poważnie 
pan Rawicz 
gładząc dziewczynkę po głowie.
Do Abong-Mbang, stołecznego miasta prowincji Górnego Niongu, przybyli już po 
zachodzie słońca. W hotelu, którego właścicielami byli Francuzi, dostali wygodne 
pokoje, 
kierowcy zaś woleli nocować przy samochodach, a wraz z nimi kucharz i obaj boye.
Po kąpieli, przebrani i odświeżeni, zeszli do ogromnej sali jadalnej, której 
ściany 
pokryte były niemal w całości rogami bawołów i różnych gatunków antylop żyjących 

Kamerunie i okolicznych krajach. Między tymi trofeami myśliwskimi rozwieszono 
broń 
murzyńską, tak że sala robiła wrażenie trochę muzealne. Pani Durande, królująca 
teraz w 
jadalni właścicielka hotelu, prowadząc gości do przeznaczonego dla nich stolika, 
nie 
omieszkała napomknąć, że wszystkie te rogi na ścianach są trofeami jej męża, 

background image

który wyjechał 
właśnie na polowanie na błota w pobliżu Abong-Mbang, gdyż pojawiły się tam 
słonie. A 
potem skinęła na służbę, która podała przystawki, następnie rybę, mięsa, owoce, 
a na 
zakończenie - francuskim zwyczajem - ostre sery.
Sala tymczasem zaczęła się zapełniać osiadłymi w mieście Francuzami, którzy tu 
co 
wieczór przychodzili na kolację, na szklaneczkę wina lub po prostu, by 
pogawędzić ze 
znajomymi. Szybko rozeszła się wśród nich wieść, że z Jaunde przyjechała czwórka 
podróżników. Ciekawi stołecznych nowinek, obsiedli sąsiednie stoliki i w miły, 
bezpośredni 
sposób wciągnęli Polaków do rozmowy. Dowiedziawszy się, że mają przed sobą 
łowców 
żywej zwierzyny, którzy przybyli aż z Sudanu, by schwytać w puszczy 
kameruńskiego goryla 
- popatrzyli po sobie znacząco, a potem zaczęli mówić nieomal wszyscy razem.
- Goryl, panowie, to nie szympans czy mangaba* [Mangaby - małpy kilku gatunków, 
żyjące na terenie Afryki międzyzwrotnikowej.], ale potwór, straszliwy potwór! Na 
własne 
oczy widziałem kiedyś, jak chwycił rosłego Murzyna, który wyglądał przy nim jak 
karzeł, i 
jednym szarpnięciem olbrzymich szczęk odgryzł mu całą nogę! - zawołał jeden.
- Żyję w tym kraju dwadzieścia lat i tylko jeden jedyny raz spotkałem 
szczęśliwca, 
któremu udało się złowić samotnego małego goryla, najwidoczniej zgubionego przez 
stado - 
dowodził drugi.
- W puszczę, gdzie żyją goryle, gdzie panuje śpiączka, malaria, dyzenteria i 
inne 
choroby, gdzie na każdym kroku czyhają na człowieka jadowite węże i owady, 
zabieracie, 
panowie... dzieci? - oburzał się inny.
Przez dłuższy czas wokół stolika panował taki gwar i hałas, że łowcy nie mogli 

background image

dojść 
do głosu. Kiedy się wreszcie trochę uciszyło, odezwał się pan Goraj.
- Panowie, niepotrzebnie się denerwujecie - wyjaśniał spokojnie. - 
Przyjechaliśmy do 
Kamerunu, aby złowić goryla, ale nie starego samca, tylko - o ile to będzie 
możliwe - młode 
zwierzę albo samicę z małym. Nie jesteśmy nowicjuszami w swym zawodzie i już od 
kilkunastu lat dostarczamy zwierzęta do ogrodów zoologicznych. Łowimy je nie w 
doły ani w 
sieci, lecz za pomocą ampułek usypiających, a sposób ten jest stosunkowo 
bezpieczny i daje 
doskonałe rezultaty, bo zwierzę nie odnosi żadnych ran i zanim się obudzi, 
znajduje się już w 
klatce. A teraz kwestia dzieci, które jakoby lekkomyślnie narażamy na wrogi dla 
Europejczyka klimat i różne choroby tropikalne. Otóż oboje są właściwie 
Afrykanami, bo 
urodzili się na Czarnym Kontynencie i stale mieszkają w Afryce. Oboje brali już 
udział w 
dwu ostatnich naszych wyprawach: na rozlewiska Bahr el-Gebel w południowym 
Sudanie i w 
dwa lata później do puszczy liberyjskiej. Dziewczynka jest córką mojego 
przyjaciela i 
wspólnika. Mimo młodego wieku lepiej zna zwyczaje i ślady dzikich zwierząt niż 
niejeden 
stary, doświadczony myśliwy, a poza tym jest znakomitą sportsmenką i naprawdę 
bardzo 
dzielną osobą. Chłopca, mojego syna, nie mam zamiaru chwalić, powiem tylko, że 
doskonale 
daje sobie radę z kamerą filmową i zyskał już wcale niezłe miejsce wśród młodych 
filmowców amatorów. Co drugi rok w czasie wakacji zabieramy ich na nasze 
wyprawy, gdyż 
w ten sposób najlepiej mogą poznać Afrykę, ludy w niej mieszkające, ich zwyczaje 
i obrzędy, 
rozmieszczenie fauny i flory, a równocześnie wyrabiają w sobie spostrzegawczość, 
zimną 

background image

krew i samodzielność. No, a choroby nie są groźne nawet w tropikach, jeśli 
człowiek uważa 
na siebie i przestrzega higieny.
Przez chwilę w sali panowała cisza, jakby otaczający łowców Francuzi 
zastanawiali 
się nad tym, co usłyszeli, potem jednak zasypali Polaków mnóstwem pytań 
dotyczących 
polowania za pomocą ampułek, a także wszelkiego rodzaju radami, wskazówkami i 
ostrzeżeniami.
Stary Francuz, geolog, który przewędrował cały Kamerun w poszukiwaniu złota i 
diamentów, zdradził Dzice kilka sposobów przechowywania w puszczy świeżego mięsa 
przez 
kilka dni oraz przyrządzania krajowych jarzyn, aby były soczyste, kruche i 
smaczne. 
Dziewczynka skrzętnie notowała te rady, a twarz poczciwego pana Perrona 
promieniała 
zadowoleniem.
Jeden z urzędników prowincjonalnej służby leśnej tłumaczył łowcom, że raczej 
powinni pojechać w kierunku południowo-wschodnim, do Jakaduma, a potem ścieżkami 
udać 
się na południe, w stronę Molunda, bo tam niemal wszędzie można - spotkać stadka 
goryli, co 
już od dawna nie zdarza się w okolicach Lomie.
Na drugi dzień przed hotelem zaczęły gromadzić się od wczesnego ranka grupki 
Murzynów oczekujących na ukazanie się łowców. Miasto obiegła plotka, że w hotelu 
zatrzymali się cudzoziemcy, którzy żywcem chwytają goryle, a między nimi 
znajduje się 
dziewczyna posiadająca taką siłę wzroku, że te straszliwe małpy pod jej 
spojrzeniem 
łagodnieją jak baranki. Dla zobaczenia tak potężnego czarownika, i to w dodatku 
czarownika-
kobiety, warto było czekać nawet kilka godzin.
Jakież było zdziwienie tłumu, gdy do stojącego przed bramą willysa wsiedli dwaj 
wysocy, barczyści mężczyźni, a tylne siedzenie zajęła smukła dziewczynka, wesoło 
patrząca 

background image

na świat i otaczających ją ludzi parą błyszczących, niebieskich oczu, i 
dorastający chłopiec z 
jakimś dziwacznym aparatem w rękach.
Szosa była równie dobra jak poprzedniego dnia, a w dodatku bez pyłku kurzu, bo 
zmoczył ją dokładnie ulewny deszcz w nocy. Bujna roślinność parowała wilgocią, a 
krople 
deszczu wiszące jeszcze na liściach lśniły w słońcu niby drogocenne kamienie. 
Mijali wioski, 
tartaki, czasem większe osady, których ludność pracowała w olejarniach lub 
trudniła się 
„dojeniem” kauczuku* [„Dojenie" kauczuku - drzewa kauczukowe wytwarzają sok 
mleczny, 
który znajduje się w korze; wydobywa się go przez nacinanie pni i zbieranie do 
podstawionych naczyń.] z ogromnych drzew kauczukowych. Tu i ówdzie ciągnęły się 
gaje 
palm oleistych, obciążone wiszącymi wśród liści, ogromnymi, często nawet 
pięćdziesięciokilogramowymi kiściami czerwono-czarnych owoców. Na gładkie, ponad 
trzydziestometrowe pnie drzew wspinali się zręcznie półnadzy Murzyni obwiązani 
linami 
obejmującymi również drzewo. Dostawszy się do korony, wycinali długimi nożami 
ciężkie 
kiście i zrzucali je na ziemię, skąd inni robotnicy zabierali je i odnosili do 
wózków 
ustawionych na skraju szosy.
Gdzieniegdzie na przydrożnych drzewach widać było charakterystyczne sylwetki 
ciemnobrązowych toków* [Toko - grupa ptaków afrykańskich należących do rodziny 
dzioborożców. Jak większość dzioborożców samica toko po złożeniu jaj zamurowuje 
się w 
dziupli aż do chwili podrośnięcia młodych. Samiec karmi ją, a potem i pisklęta 
przez 
pozostawioną szparę.] upstrzonych białymi plamami i kreskami. Siedziały sztywno, 
bez 
ruchu, na suchych gałęziach i dużymi, czarnymi oczami uważnie lustrowały 
okolicę, by na 
widok pełznącego wśród traw węża lub przemykającego w krzakach drapieżnika 

background image

podnieść 
alarmujący wrzask, który ostrzega wszystkie zwierzęta w okolicy. Czasami któryś 
z toków 
przeskakiwał niezdarnie z gałęzi na gałąź lub kilkoma machnięciami skrzydeł 
podrywał się w 
powietrze i szybowcowym lotem przenosił na inne drzewo.
Niekiedy w powietrzu rozlegał się głośny szum i głuchy łoskot skrzydeł, gdy nad 
szosą przelatywały duże dzioborożce czarne* [Dzioborożec czarny - duży ptak 
afrykański; 
żywi się owadami, płazami, gadami, małymi ssakami, a także owocami. Nazwa 
„dzioborożec" pochodzi od potężnego dzioba, opatrzonego dużą naroślą w kształcie 
hełmu.], 
by zapaść gdzieś daleko w gęstwinie drzew. Wysoko na tle czystego lazurowego 
nieba 
odcinała się ostro piękna sylweta majestatycznie krążącego orła bielika 
krzykliwego, a nad 
wierzchołkami drzew przemykały śmigłe brunatne sokoły, polując na leśne gołębie 
i inne 
ptactwo. Pełno też było wokół drogi ptasiego drobiazgu: szarożółte wikłacze* 
[Wikłacze 
(tkacze) - rodzina jaskrawo upierzonych ptaków z rzędu wróblowatych; budują 
niezwykle 
misterne gniazda, gnieżdżą się przeważnie koloniami, żywią się wszelkiego 
rodzaju ziarnami. 
Występują w Afryce, Azji i Australii.] z głośnym ćwierkaniem przelatywały 
stadkami na 
poletka prosa, zwinne, szybkie pszczołojady* [Pszczołojad - ptak drapieżny, 
zamieszkujący 
całą Europę z wyjątkiem krajów północnych; na zimę odlatuje do puszcz 
afrykańskich. Żywi 
się osami, trzmielami i innymi owadami błonkoskrzydłymi oraz ich larwami, jada 
także 
niektóre gady, płazy, rzadziej małe ssaki lub młode ptaki i ptasie jaja.] 
myszkując nad 
trawami chwytały owady lub też całą gromadą podążały za przelatującym rojem 

background image

pszczół 
szukających nowej barci.
Czasem na skraju szosy ukazywała się antylopa i na widok przejeżdżającego auta 
zastygała jak posąg, a raz podróżnikom udało się nawet zobaczyć nie większego od 
zająca 
koziołka błękitnego, jak ostrożnie stąpając na cieniutkich nóżkach, przechodził 
w poprzek 
drogi. Stada małp buszujących w przydrożnych drzewach irytowały się na widok 
przejeżdżających samochodów, szczerzyły ze złości zęby, wykrzykiwały coś i 
rzucały w dół 
łupiny orzechów lub suche gałęzie.
Po przebyciu kilku mostków, między innymi dziurawego na rzece Dża, wyprawa 
dobiła przed wieczorem do Lomie. Zatrzymano się w dość schludnie wyglądającym 
domu 
noclegowym i gdy kucharz przygotowywał kolację, a boye wydobywali ekwipunek 
potrzebny 
do przenocowania - łowcy przyjęli zwyczajową wizytę naczelnika osady i jego 
świty. Po 
obustronnej wymianie podarków i słów powitalnych rozmowa potoczyła się gładko, 
bo 
zarówno naczelnik, jak i przybyli z nim krajowcy władali doskonale językiem 
francuskim i 
potrafili dużo opowiedzieć o swoim kraju. Łowcy dowiedzieli się od nich, że w 
najbliższej 
okolicy Lomie rzadko słyszy się o gorylach, natomiast mieszkańcy wiosek 
położonych nad 
rzekami Dża i Bumba często skarżą się na szkody, jakie te ogromne małpy 
wyrządzają im na 
polach i warzywnikach. Najlepiej pojechać jeszcze kilkanaście mil na wschód od 
Lomie, do 
którejś z leżących tam wiosek, a potem ścieżkami przez puszczę podążyć w 
kierunku rzeki 
Bumba lub jej dopływów.
Nazajutrz wczesnym rankiem wyprawa opuściła Lomie i skierowała się na wschód 
boczną drogą, nadającą się w okresie suchym do jazdy samochodem. Jeszcze do 

background image

niedawna 
droga ta była leśną ścieżką wydeptaną stopami setek tragarzy transportujących 
narzędzia i 
żywność dla ludzi przemywających złoto w puszczy. Potem ścieżkę rozszerzono, 
jako tako 
wyrównano i przystosowano dla ruchu samochodowego. Ale gdy z kolei odkryto w 
dużych 
ilościach złoto i diamenty w okolicy Berberati, szlak ten porzucono i więcej się 
nim nie 
interesowano. Z rzadka tylko przejeżdżało tędy auto jakiegoś urzędnika 
delegowanego dla 
zebrania podatku lub felczera przeprowadzającego ochronne szczepienia ospy wśród 
mieszkańców puszczy.
Po niedawnym ulewnym deszczu zaniedbana ta droga przedstawiała się dość 
rozpaczliwie. Ciężarówki raz po raz wpadały w dziury pełne wody, przechylały się 
niebezpiecznie, ślizgały na mokrym laterytowym* [Lateryt - skała osadowa o 
czerwonej 
barwie.] gruncie. Niejednokrotnie trzeba było odciągać na bok lub przerąbywać 
zwalone 
przez burze pnie, a także zakładać gałęziami i liśćmi błotniste doły. Czasem 
pomagali 
podróżnikom mieszkańcy pobliskich wiosek, częściej jednak pracowali sami. Jacek 
sporą 
część tych zmagań uchwycił na taśmie filmowej. Dzika zaś tak pracowicie pomagała 
łopatą, 
że aż na dłoniach wyskoczyły jej pęcherze. Gdy wreszcie nieludzko zmęczeni, 
przepoceni i 
od stóp do głowy pokryci błotem dotarli do Ngato, ostatniej wioski na trasie, 
słońce 
poczynało chylić się już ku zachodowi.
3
Ngato było małą, biedną wioską, w której nic nie przypominało tych dobrych 
czasów, 
kiedy to zatrzymywały się tutaj tysiące tragarzy, a często bogaci kupcy i 
urzędnicy. Gdy złoto 

background image

w puszczy skończyło się, wraz z nim skończył się i dobrobyt wioski. Obecnie 
składała się z 
tuzina zaledwie chat mieszkalnych, szkółki i stojącego nieco na uboczu, 
ogromnego i niemal 
całkowicie zrujnowanego domu noclegowego. W gliną omazanych ścianach świeciły 
dziury, 
a strzecha chyliła się i zapadała, przepuszczając do wnętrza deszcze, o czym 
świadczyły 
błotniste kałuże na laterytowej polepie. W ruderze tej gnieździło się mnóstwo 
owadów, 
czarne skorpiony* [Skorpiony - jadowite pajęczaki, występujące przede wszystkim 

klimacie ciepłym. Niektóre skorpiony afrykańskie dochodzą do 17 cm długości i 
ich ukłucie 
może być dla człowieka śmiertelne.], jadowite skolopendry* [Skolopendra - 
stawonóg 
lądowy, należący do grupy wijów; występuje w klimacie tropikalnym i 
śródziemnomorskim. 
Największa skolopendra, tzw. skolopendra olbrzymia, dochodzi do 26 cm długości i 
jej 
ukąszenie może spowodować nawet śmierć człowieka.], nade wszystko zaś miliony 
maleńkich pcheł ziemnych. Jacek, który wszedł do domu, by obejrzeć jego wnętrze 

wyskoczył na dwór jak oszalały, z łydkami pokrytymi czarną, grubą warstwą tych 
krwiożerczych owadów.
Naczelnika nie było we wsi, gdyż przed kilku dniami wyprawił się na polowanie do 
puszczy, a jego zastępca rozkładał tylko bezradnie ręce i mruczał pod nosem 
jakieś 
niezrozumiałe słowa. Kilku mężczyzn obserwowało przybyszy spod oka, a kobiety 
otoczone 
półnagimi dziećmi mamrotały i wykrzykiwały coś między sobą i za każdym 
poruszeniem 
białych wybuchały piskiem lub śmiechem. Widać było, że ludność wioski nie jest 
rada z 
przybycia obcych i wyraźnie czeka na ich wyjazd.

background image

Widząc, że dalsza rozmowa nie da żadnych rezultatów, pan Rawicz zaczął rozglądać 
się po najbliższym terenie. W niewielkiej odległości od domu noclegowego 
zauważył 
opuszczony warzywnik, porośnięty nieprzebytą gęstwiną łopuchów i innych zielsk, 
i za 
pośrednictwem kierowcy Akassu zaproponował mieszkańcom Ngato, by oczyścili 
warzywnik, oczywiście za dobrą zapłatą.
Murzyni spojrzeli po sobie, ale żaden nie ruszył się z miejsca. Wobec tego 
wydobyto z 
bagaży busznajfy* [Busznajf (ang.) - długi, szeroki nóż do torowania drogi w 
puszczy.] i 
zabrano się do roboty. Pracowali wszyscy: obaj myśliwi, Jacek, Dzika, kierowcy 
ze swymi 
pomocnikami i obaj boye, tylko kucharz Zalbi zajął się zbieraniem kamieni i 
budowaniem 
kuchni.
Mieszkańcy wioski przez dłuższy czas nie mogli słowa wymówić ze zdumienia i 
tylko 
spoglądali to na obcych, to znów po sobie, jakby nie dowierzając temu, co widzą. 
Zdarzyła się 
bowiem rzecz niebywała: oto czworo białych ludzi zamiast wymyślać i kląć, 
nalegać i 
targować się o zapłatę - wzięło w dłonie noże i wraz ze swymi czarnymi 
pomocnikami 
wycinają krzewy na warzywniku! I co będzie, jeśli oczyszczą całe pole? Co będzie 

zarobkiem?
Zaczęli między sobą szeptać i spierać się, przybliżając się coraz bardziej do 
pracujących, aż wreszcie najśmielszy podszedł do Dziki, wyjął jej nóż z ręki i 
niby to 
pokazując, pod jakim kątem należy uderzać ostrzem, zaczął siec badyle tak 
sprawnie i 
szybko, jakby je zmiatał huragan. Za przykładem pierwszego poszli dwaj inni i w 
końcu 
wszyscy co do jednego zabrali się do pracy.

background image

Nim zapadła noc, na oczyszczonym placu rozbito obóz. Obok ustawionych w szeregu 
samochodów szybko zbudowano z żerdzi i liści chatę dla kierowców, drugą taką 
samą dla 
boyów i kucharza, następnie rozbito namiot jadalny i namioty mieszkalne dla 
łowców. 
Łazienkę, zbudowaną z łodyg liści palm oleistych, umieszczono w pewnej 
odległości z tyłu za 
namiotami.
O dobre stosunki z ludnością wioski nie trzeba już było zabiegać. Za pracę przy 
oczyszczaniu warzywnika Murzyni chcieli takiej zapłaty, by mogli kupić trzy kozy 
oraz kilka 
stągwi piwa miejscowej roboty. Po otrzymaniu pieniędzy zaprosili gości na nocną 
ucztę i 
tańce. Jednakże łowcy tak byli zmęczeni trudami całego dnia, że zaraz po kolacji 
poszli spać i 
nie obudził ich ani huk bębnów, ani ochrypłe śpiewy Murzynów.
Dwa pierwsze dni upłynęły myśliwym na poznawaniu terenu i zasięganiu informacji. 
Murzyni twierdzili zgodnie, że w puszczy pełno jest wszelakiej zwierzyny, ale 
goryle 
pokazują się raczej rzadko.
- Prawie co noc podchodzą do naszych ogrodów świnie leśne, stada słoni niszczą 
gaje 
bananowe i pola kassawy, czasem - szczególnie w porze deszczowej - bawoły 
wyjadają i 
tratują młodziutkie proso, ale goryla nie widziano w Ngato przez okres ostatnich 
dwóch lat. 
Wprawdzie w sąsiedniej wiosce, leżącej o sześć mil na południe, kilka miesięcy 
temu 
samotny samiec zaatakował niespodziewanie myśliwego polującego na małpy 
jedwabiste, ale 
był to jedyny wypadek od dłuższego czasu w tym rejonie. Jednakże krążą pogłoski, 
jakoby 
kilka rodzin tych groźnych małp wędrowało po puszczy między rzekami Bumba i Bok 

opowiadał młody nauczyciel, który powrócił do Ngato po kilkudniowej 

background image

nieobecności.
- Ano, nie pozostaje nam nic innego, jak poszukać goryli w ich legowisku - 
orzekł pan 
Goraj, gdy obaj z panem Rawiczem wracali do obozu. - Wyruszymy najpierw w 
kierunku 
rzeki Bumba, a potem rozdzielimy się, ty, Władku, pójdziesz na południe, a ja na 
wschód. 
Dzieci oczywiście zostaną tutaj, bo nie ma sensu narażać ich na wyczerpujące 
trudy w 
puszczy, której jeszcze dobrze nie znamy, no, a poza tym ktoś musi pilnować 
obozu.
Dowiedziawszy się o tym postanowieniu, Dzika rozpłakała się i błagała ojca, by 
zabrał ją z sobą. Długo trzeba ją było przekonywać, że powinna pozostać w 
obozie. Znacznie 
łatwiej poszło z Jackiem, który wiedział, że w puszczy rzadko bywają odpowiednie 
warunki 
do pracy z kamerą.
Ale wyruszenie z Ngato nie było sprawą łatwą. Myśliwi musieli wynająć tragarzy, 

nikt w wiosce nie kwapił się do tego zajęcia, gdyż wszyscy bali się spotkania ze 
straszliwym 
gorylem. Dopiero gdy pan Goraj obiecał, że tragarze pozostaną w którejś z 
wiosek, a 
myśliwym w poszukiwaniu goryla towarzyszyć będą tylko tropiciele, zgłosiło się w 
końcu 
sześciu młodych chłopców.
Ekwipunek składał się z niewielkiej ilości najbardziej potrzebnych rzeczy: 
jednej 
zmiany ubrania, kilku zmian bielizny, dwu namiotów, wełnianych koców oraz 
zestawu 
najniezbędniejszych naczyń kuchennych. Zabrano też zapas prowiantu na dwa 
tygodnie. Obaj 
łowcy uzbrojeni byli w wiatrówki z odpowiednią ilością nabojów usypiających, a 
towarzyszący im Mbua i Kondo dźwigali ciężkie myśliwskie sztucery.
Jacek i Dzika odprowadzili łowców aż do starej, dawno opuszczonej wioski, po 

background image

której 
zostały jedynie gnijące na ziemi strzechy i zdziczały gaj bananowców. Tu 
nastąpiło 
pożegnanie. Wśród uścisków i pocałunków udzielano sobie jeszcze ostatnich rad i 
ostrzeżeń, 
po czym łowcy ruszyli w dalszą drogę, dzieci zaś w milczeniu zawróciły do Ngato.
Puszcza wydawała im się tak cicha, jakby w niej życie zamarło. Nie słychać było 
gaworzenia mangab w wierzchołkach drzew, wrzasku szarych papug ni basowego 
gruchania 
gołębi. Nawet cykady* [Cykady (piewiki) - owady z rzędu pluskwiaków; w 
większości 
występują w klimacie tropikalnym. Wszystkie gatunki wyposażone są w narządy 
dźwiękowe i 
donośnie cykają.] swój zwykły koncert grały jakby z mniejszym zapałem, chociaż 
promienie 
słońca, przebijając się przez korony drzew, wędrowały wąskimi jasnymi strzałami 
po 
mrocznej puszczy.
Nagle dzieci stanęły jak wryte, bo tuż przed nimi rozległ się gdzieś w gęstwinie 
przeraźliwy wrzask, połączony jak gdyby z tupaniem i gwałtownym potrząsaniem 
gałęzi. 
Jacek odruchowo zerwał z ramienia karabinek, ale Dzika wstrzymała go ruchem 
ręki, 
wpatrując się w koronę jednego z drzew, gdzie wśród ogromnych, dłoniastych liści 
rysował 
się jakiś duży, ciemny kształt.
- Tsss! - szepnęła ostrzegawczo. - To szympans! Och, jaka szkoda, że nie mam 
przy 
sobie silnie działającego narkotyku! Ale któż mógł spodziewać się szympansów tak 
blisko 
Ngato!
- To jest chyba tszego, czarrtolicy, rudy szympans gaboński, ale spotykany także 

Kamerunie - rzekł Jacek. - Warto by taką małpę zdobyć... Wiesz co, Dzika? Poślij 
mu dwie 

background image

albo trzy ampułki. Może to wystarczy...
Dalsze słowa chłopca zagłuszył nagły, chóralny wrzask w koronach kilku 
sąsiednich 
drzew, przez który przebijał się wściekły krzyk starego samca. Jednakże w tych 
niesamowitych rykach i piskach wprawne ucho Dziki uchwyciło niespokojne „och, 
och, och” 
samic matek, wzywających swoje pociechy do natychmiastowej ucieczki. Dziewczynka 
zbyt 
dobrze znała szympansy, aby nie wiedzieć, że stary przewodnik stada i młodsze 
samce 
wszczęły ten piekielny hałas po to, by przestraszyć intruzów, a w każdym razie 
zwrócić 
uwagę na siebie i dać czas do wycofania się w bezpieczne miejsce samicom z 
niemowlętami i 
drobniejszej młodzieży. I rzeczywiście już po chwili zaczęły gwałtownie 
szeleścić liście na 
dalszych drzewach, jakby uderzał w nie silny poryw wiatru, i od czasu do czasu 
migał na 
ułamek sekundy ciemny kształt.
Nagle Dzika dostrzegła rocznego chyba szympansa, który uciekając w panice 
zderzył 
się z dużo większym od siebie zwierzęciem tak niefortunnie, że spadł z gałęzi i 
zawisł o kilka 
metrów niżej na cienkich pnączach opadających w dół niby gęsta sieć. Zanim 
szympansik 
wyplątał się z chwytliwych pnączy, Dzika podniosła do oka wiatrówkę. Ciche 
klaśnięcie 
wchłonął ciągle jeszcze rozlegający się zgiełk. Trafiony szympansik poderwał się 
w górę, 
próbując dosięgnąć łapami gałęzi, ale nie starczyło mu już siły. Zachwiał się, 
zatoczył raz i 
drugi, a potem wolno osunął po pnączach na ziemię.
- Jacek! Przepędź teraz starego samca! Hałasuj, strzelaj, stukaj w drzewo! - 
krzyknęła 
Dzika chłopakowi prosto w ucho i w następnej chwili nurknęła w gęste podszycie 

background image

lasu.
Znalezienie bezwładnego malca nie było trudne, chociaż leżał on pod ogromnymi, 
sercowatymi liśćmi dzikiego makabo, które go zupełnie zakrywały. Wziąwszy 
ostrożnie 
zwierzątko na ręce, Dzika wyjęła z jego grzbietu ampułkę, a potem podniosła mu 
głowę. 
Zobaczyła utkwione w siebie, szeroko otwarte orzechowe oczy, najzupełniej 
obojętne i bez 
wyrazu. Szympans był kompletnie oszołomiony, ale nie uśpiony, należało więc 
szybko 
wrócić do obozu, zanim zwierzę odzyska przytomność.
Z tyłu, za sobą, dziewczynka wciąż jeszcze słyszała gniewne wrzaski uchodzącego 
stada, z przeciwnej zaś strony wołanie Jacka. Ruszyła na przełaj w kierunku 
chłopca, lecz 
drogę zagrodziły jej zbite, splątane krzaki, szerokolistne łopuchy i gęste 
pnącza. W pewnej 
chwili poczuła na karku i palcach bolesne ukąszenia mrówek, przypominające 
silne, nagłe 
sparzenie. Chciała przyspieszyć kroku, bo szympansik zaczynał się ruszać, i 
nieostrożnie 
weszła między giętkie, cierniste łodygi, które omotały jej nogi rozdzierając 
kolcami skórę. 
Zacisnęła zęby, powoli oswobodziła nogi i wydostała się na ścieżkę akurat w 
chwili, kiedy 
więzień płaczliwym wrzaskiem i gwałtownym szarpaniem się dał znać, że się 
ocknął.
Jacek natychmiast przybiegł na pomoc i teraz oboje wspólnymi siłami związali 
szympansowi łapy, a na pyszczek nałożyli kaganiec naprędce spleciony z mocnych 
pędów 
leśnego powoju. Wyjmując ciernie z pokaleczonych łydek podniecona udanym 
polowaniem 
Dzika mówiła do Jacka:
- Całe szczęście, że wzięłam dzisiaj dżinsy, bo wyobrażasz sobie, jakby moje 
nogi 
wyglądały, gdybym ubrała się w szorty. Te kolczaste łodygi są jak ze stali, a 

background image

kolce tną skórę 
jak brzytwa. Na domiar złego posypały mi się skądś na ramiona i szyję duże 
czerwone 
mrówki... Brrr, co za okropna puszcza!
Jacek, słuchając jednym uchem, przyglądał się z wielkim zainteresowaniem 
wrzeszczącemu zwierzęciu.
- To się nazywa mieć szczęście! - powiedział wreszcie. - Pierwszy raz poszłaś do 
lasu 
i już udało ci się złowić tszego! Chodźmy jednak, bo to wrzaskliwe stworzenie 
ściągnie na 
nas całą hordę szympansów lub... lamparta.
Spojrzał na Dzikę i zawołał zdumiony:
- Ależ ty masz pokrwawione ramiona i nogi! Biegnijmy czym prędzej do obozu! 
Musisz sobie zalać te ranki wodą utlenioną. Wiesz przecież, jak łatwo w 
tropikach o 
zakażenie...
- Jesteś ogromnie spostrzegawczy! - zaśmiała się Dzika trochę nadąsana i 
rozżalona. - 
Bardziej interesuje cię ta małpa niż ja. Dopiero teraz raczyłeś wreszcie 
zauważyć, że cała 
jestem pokaleczona! No, no - dodała po chwili - nie rób takiej skruszonej miny. 
Zetnij lepiej 
kilka długich pnączy. Spleciemy z nich coś, w czym można by nieść tego 
złośliwego malca.
Wpadli do obozu zdyszani, lecz roześmiani i zadowoleni, niosąc w 
zaimprowizowanym koszyku popłakującą z cicha małpkę. Podczas gdy Jacek przy 
pomocy 
Akassu i Tobiego zakładał szympansowi obrożę i przymocowywał cienki, stalowy 
łańcuszek 
do zderzaka willysa, Dzika wykąpała się, natarła ranki na szyi, ramionach i 
nogach silnym 
środkiem odkażającym i pobiegła do namiotu jadalnego, gdzie Zalbi dzwonił już 
talerzami i 
sztućcami.
Późnym popołudniem przyszedł w odwiedziny wioskowy nauczyciel. Opowiadał 

background image

dzieciom o życiu miejscowej ludności, o ustawicznych kłopotach z dzikimi 
zwierzętami, 
które ciągle niszczą ogródki warzywne i przed którymi Murzyni nie mają się czym 
bronić. 
Dzika oczywiście od razu zapragnęła obejrzeć warzywniki i w rezultacie wybrali 
się na 
spacer. Po drodze dołączyli się do nich obaj kierowcy: Tobi i Akassu.
Ogródki warzywne oddzielały od wsi gęste, wysokie gaje krajowego gatunku 
bananowców o dużych, mączystych owocach oraz drzewa koła i chlebowców. Dalej 
widać 
było pojedyncze palmy oleiste, a między nimi poletka prosa, kassawy, orzeszków 
ziemnych, 
czarnej fasoli, kukurydzy, makabo, tytoniu i gdzieniegdzie zagonki bawełny. 
Pracujące tu 
kobiety na widok uzbrojonych ludzi przerywały swe zajęcia i jedne ze śmiechem 
zagadywały 
idących, inne zaś gniewnie wskazywały na ziemię i wykrzykiwały gwałtownie jakieś 
słowa. 
Dzika podchodziła wtedy bliżej i oglądała stratowaną roślinność lub ziemię tak 
zrytą, że tylko 
z rzadka ocalała gdzieś jakaś roślina. Wszędzie też pełno było starych i 
świeżych odcisków 
racic.
- Popatrz, Jacku - mówiła - ile tu przychodzi zwierzyny. O, tutaj... to chyba 
ślad 
antylopy pasiastej albo kozła błotnego. Tam buszowały świnie pędzelkowe. A tu 
masz 
śliczne, miniaturowe odciski karłowatego koziołka błękitnego. Ta stratowana 
kukurydza to 
dzieło leśnych bawołów, a tu widać łapy małp. Ciekawe, czego one tutaj szukały? 
Ach, 
popatrz, popatrz, one maszerowały wprost do tego rozłożystego drzewa o długich, 
szerokich, 
jakby skórzanych liściach. Widocznie zasmakowały w jego lepkich, gąbczastych 
owocach. 

background image

Jacek, Jacek, chodź tutaj! Przecież te doły wygniotły swoimi nogami słonie!
- Eee, to stare ślady, jeszcze z pory mokrej! - zawyrokował lekceważąco 
chłopiec.
- A ja ci mówię, że słonie były tu nie dawniej jak jakieś dwa tygodnie temu! - 
gorąco 
broniła swego zdania Dzika.
Obaj kierowcy także zatrzymali się dłużej przy śladach słoni. Kiwali z podziwem 
głowami, mierzyli prętem szerokość i głębokość dołów i na tej podstawie ustalali 
wielkość 
zwierząt.
Z warzywników ścieżka wiodła przez puszczę wtórną na pola ryżowe. Ryż został już 
zebrany, to znaczy, zwyczajem afrykańskim ścięto tylko kłosy, a słomę 
pozostawiono. Z tego 
morza żółtych, sztywnych źdźbeł wystrzelały pojedynczo lub kępkami smukłe pnie 
palm 
oleistych, a po drugiej stronie ryżowiska, niemal już na skraju puszczy, stało 
samotnie 
kopulaste drzewo zdziczałej pomarańczy. W jego koronie aż roiło się od małych, 
oliwkowych 
mangab czubatych, które beztrosko bawiły się lub goniły po gałęziach, wesoło 
przy tym 
gaworząc i pokrzykując. Ale wyłaniających się z gęstwiny ludzi zobaczyła straż 
czuwająca na 
pobliskich wysokich drzewach. Rozległy się krótkie, alarmowe krzyki i stado 
natychmiast 
rzuciło się do ucieczki, płosząc równocześnie parę ślicznych kozłów leśnych i 
kilka 
frankolinów* [Frankolin - ptak należący do kuraków; liczne jego gatunki żyją w 
Afryce i 
Azji.], żerujących na ryżowisku.
Tu również sporo było śladów, przeważały jednak odciski bawołów i antylop. 
Między 
dwoma blisko obok siebie rosnącym palmami Tobi przypadkowo potrącił jakiś patyk 
i w tej 
samej chwili z trawy wyprysnął w górę długi, gruby, elastyczny drążek z pętlą 

background image

rotangową* 
[Rotang - palma o cienkiej, często pnącej łodydze, używana do wyrobu mebli, 
lasek, 
plecionek itp..] na końcu. Kierowca cofnął się jak oparzony, twarz zrobiła mu 
się prawie 
popielata, przez chwilę patrzył na drążek osłupiałym wzrokiem, wreszcie 
wyszeptał drżącymi 
wargami:
- Do licha, mało brakowało, a byłbym teraz wisiał w tej pętli. Ktoś tu zastawił 
pułapkę 
na bawoły.
- Ach, to pewno stary Abotu! On jest mistrzem w tych sprawach, ale zwykle dla 
ostrzeżenia ludzi wbija w ziemię kilka liści palmowych lub stawia płotek. 
Widocznie gdzieś 
się to zawieruszyło. Całe szczęście, że nie używa się u nas samostrzałów z 
zatrutymi 
strzałami! - zawołał nauczyciel.
Wszyscy spojrzeli po sobie z niezbyt pewnymi minami i dalej szli już bardzo 
ostrożnie, od czasu do czasu uderzając kijami po sztywno sterczącej słomie.
Nie opodal ryżowiska płynął szeroki, bagnisty potok, w którym kilka kobiet i 
dziewcząt ręcznymi sieciami łowiło ryby. Brodziły w wodzie niemal zupełnie 
nagie, 
przepasane tylko wąziutkimi przepaskami wokół bioder. Zdobycz ich stanowiły małe 
sumowate rybki i prawie przezroczyste krewetki. Dzika i Jacek wiedzieli dobrze, 
że w 
Kamerunie łowienie ryb w małych rzeczkach i potokach jest wyłącznym obowiązkiem 
kobiet, 
podczas gdy duże ryby w takich rzekach, jak Niong, Sanaga czy Bumba, albo w 
dolnym 
biegu Dża, łowią tylko mężczyźni. Przysłuchiwali się oboje wesołej rozmowie 
rybaczek z 
nauczycielem i kierowcami, wiedząc doskonale, że głównym jej tematem są oni 
sami, na co 
niedwuznacznie wskazywały spojrzenia i gesty kobiet. Ale nie rozumieli używanego 
tutaj 

background image

języka Maka.
Po obejrzeniu kilku jeszcze ryżowisk nauczyciel wyprowadził ich na opuszczone 
pole 
trzciny cukrowej. Cały teren wyglądał tak, jakby przeszedł przez niego orkan. 
Łodygi i liście 
leżały stratowane, zmierzwione, wymieszane z ziemią lub wciśnięte głęboko w 
wilgotny 
grunt. Nawet na pierwszy rzut oka widać było, że buszowały tu słonie. Nie ostały 
się nawet 
drzewa. Dwie młode palmy leżały złamane, z rozprutymi pniami, z których słonie 
wyjadły tak 
zwane „serce”, czyli rdzeń będący ulubionym przysmakiem tych ogromnych zwierząt. 

kilkunastu innych drzew pozostały tylko białe, świecące drewnem kikuty. Żerujące 
zwierzęta 
poobłamywały z nich gałęzie, ogołociły doszczętnie z liści, a nawet zdarły korę 
wraz z 
łykiem.
- Ależ tu sobie słonie pohulały! - z wyraźnym podziwem w głosie wykrzyknął 
Akassu, 
a potem dodał ironicznie: - Tyle mięsa chodzi po puszczy, a ludzie w Ngato jedzą 
raz 
dziennie makabo zmiażdżone w stępie i przyprawione pieprzem, a do tego młode 
liście 
bananowe lub jeśli kobietom uda się połów... rybkę.
- Zapomniałeś jeszcze o tłustych i na palec długich larwach wielkich chrząszczy, 
które 
ludzie Maka dodają jako omastę do makabo - zaśmiał się Tobi.
- Dobrze się wam śmiać - bronił honoru wioski nauczyciel - ale przecież my nie 
mamy 
żadnej broni... nawet pistonówki* [Pistonówka - dawny typ strzelby.], a słonia 
trudno zabić 
oszczepem lub strzałą. Ludzie zakładają pułapki, czasem przyjedzie jakiś biały 
myśliwy, 
chociaż na ogół boją się tych terenów, bo jeszcze ciągle wisi nad nimi zła sława 

background image

niedawnej 
śpiączki. Był w naszej wiosce świetny myśliwy na grubą zwierzynę, który strzelał 
ze starej 
pistonówki stalowym oszczepem w kształcie dłuta zamiast kuli. Ooo, wtedy wszyscy 
w Ngato 
chodzili z bardzo tłustymi brzuchami, bo jedli więcej mięsa niż makabo. Ale raz 
- minęły już 
od tego zdarzenia dwie pory suche - myśliwy wybrał się w puszczę po mięso i 
więcej nie 
wrócił. Ludzie znaleźli jego ciało dokładnie wgniecione w ziemię przez bardzo 
wielkiego, 
starego słonia...
Po powrocie do wioski Dzika od razu pobiegła do szympansa, który - wtulony pod 
podwozie willysa - cichutko i żałośnie wołał swą matkę. Dziewczynka zbyt wiele 
miała do 
czynienia ze zwierzętami w ojcowskim ogrodzie zoologicznym w Chartumie, by nie 
wiedzieć, jak zająć się malcem. Zaczęła od wabienia go „mową szympansią”, 
wydając 
charakterystyczne dla tych małp dźwięki: „och, och, ochoch, och, ochoch”. 
Szympansik 
słuchał uważnie, potem zaczął odpowiadać i już wkrótce „rozmawiali” oboje jak 
starzy 
znajomi. Po godzinie malec wziął z rąk dziewczynki pomarańczę, następnie banana, 

wreszcie wgramolił się jej na kolana, przytulił ufnie, westchnął... i zasnął.
- Jacku, wymość jakąś pustą skrzynkę miękką trawą i zanieś do mojego namiotu - 
rzekła cicho do chłopca, który właśnie nadszedł. - Jak nazwiemy naszą pierwszą 
zdobycz w 
Kamerunie? Chyba trzeba go jakoś nazwać, prawda?
- Ty go złapałaś, więc masz prawo wybrać mu imię.
- Może... może Kajtek? Mały rudy tszego dostał się w ręce Polaków, niech więc 
nosi 
polskie imię.
- Świetnie, niech będzie Kajtek! To bardzo ładne imię. A teraz bierz swego 
Kajtka i 

background image

chodźmy spać, bo jutro pewnie zbudzisz nas wszystkich na długo przed świtem.
- Śpij spokojnie! Zbudzi cię gong Zalbiego na śniadanie. Dobranoc!
4
Ledwie gdzieś daleko na wschodzie niebo zaczęło różowieć, Dzika cichutko 
wymknęła się z obozu i szparko ruszyła w stronę widzianej poprzedniego dnia 
rzeczki, nie 
opodal której znalazła pod jednym z drzew kilka interesujących piór. Te 
metalicznie 
niebieskie, karminowe, szare i żółte pióra najprawdopodobniej zgubione zostały 
przez koko, 
czyli turaki czubate* [Turak czubaty - występujący w lasach Afryki zachodniej, 
niezwykle 
barwny ptak wielkości bażanta, z dużym czubem na głowie; żywi się pączkami liści 

jagodami.]. Kuzynów tych dużych, wspaniale upierzonych ptaków Dzika znała już z 
Liberii i 
świetnie wiedziała, że turaki wcześnie rano, a czasem również wieczorem wracają 
na swoje 
ulubione miejsca. Liczne zaś ślady na gałęziach drzew upewniły ją, że właśnie 
takie miejsce 
odkryła nad rzeczką.
Na liściach i trawach leżała obfita rosa, toteż dżinsy Dziki wkrótce ociekały 
wodą, 
jakby zmoczył je ulewny deszcz. Ale pogoda zapowiadała się piękna, jakkolwiek 
snujące się 
jeszcze poranne opary przesłaniały wszystko delikatnym woalem. Dziewczynka 
pocieszała 
się, że zanim dotrze nad rzeczkę, słońce już wzejdzie, mgły się rozwieją i 
widoczność będzie 
doskonała. Szła lekko, bezszelestnie stąpając w płóciennych sandałach na grubej 
kauczukowej podeszwie, w prawej ręce niosąc ostry jak brzytwa busznajf, w lewej 
zaś 
wiatrówkę. W torbie przewieszonej przez plecy znajdowały się ampułki usypiające, 
ułożone 
tak przemyślnie, że nawet nie patrząc mogła wyciągnąć potrzebny w danej chwili 

background image

nabój.
Skręcając przy końcu ścieżki wychodzącej na ryżowisko zatrzymała się nagle i 
cofnęła za pień grubego mahoniu. Wydobyła z torby ampułkę oznaczoną czerwonym 
kolorem, a więc przeznaczoną na grubą zwierzynę, i z bronią gotową do strzału 
wychyliła się 
ostrożnie zza pnia. O jakieś dwadzieścia kroków, na potężnym konarze stuletniej 
akacji, który 
rozpościerał się na wysokości około czterech metrów ponad ścieżką, zobaczyła 
teraz 
wyraźnie skrawek cętkowanej sierści. Usadowił się tam lampart i czatował na 
przechodzącą 
ścieżką zwierzynę.
Na myśl, co by się stało, gdyby jakiś instynkt nie kazał jej spojrzeć w porę na 
konar, 
dziewczynka poczuła zimny dreszcz na plecach. Przez chwilę zastanawiała się nad 
sytuacją. 
Strzelać nie mogła, bo gęste pnącza i festony wełnistych mchów niemal całkowicie 
zasłaniały 
konar, a szukanie innej drogi równało się zrezygnowaniu z turaków, bo przecież 
ptaki nie 
będą bez końca siedziały nad rzeczką. A może udać płacz małej, zagubionej 
antylopki? Może 
to ruszy lamparta z konaru i wtedy łatwiej będzie wpakować mu ampułkę z narkozą?
Nagle Dzika przylgnęła ciasno do mahoniu, bo oto na ścieżce, idąc wolno od 
strony 
ryżowiska, pokazał się karłowaty koziołek błękitny. Stworzenie to, nie większe 
od zająca, 
wracało najwidoczniej z nocnego żerowiska: stąpało ociężale, skubiąc od 
niechcenia drobne 
trawki, przystawało, przekrzywiało swoją śliczną główkę, czochrało się po bokach 
maleńkimi 
różkami, to drobniutkimi raciczkami uderzało o ziemię, jakby dając jakiś sygnał 
komuś 
niewidocznemu. A potem nagle stanęło, podniosło głowę i na cieniutkich jak 
ołówki nogach 

background image

zaczęło kołysać się całym ciałem na boki.
W tym momencie lampart na konarze poruszył się i ogromne cętkowane cielsko 
runęło jak błyskawica na koziołka. Dzika przekonana, iż drapieżnik samym swym 
ciężarem 
zmiażdżył stojące na ścieżce zwierzątko, z ogromnym zdumieniem i radością 
stwierdziła w 
następnej chwili, że koziołek nieomal z paszczy lamparta wystrzelił w górę, 
zatoczył nad nim 
łuk i znowu stanął na dróżce, dużymi czarnymi oczami patrząc na napastnika. 
Lampart 
błyskawicznie wykonał zwrot, przypadł cielskiem do ziemi, napiął mięśnie i 
skoczył. Ale i 
tym razem maleńki koziołek uprzedził drapieżnika. Wyprysnął w powietrze jak 
podrzucony 
sprężyną i przeleciawszy nad lampartem, spadł na wszystkie cztery nogi. Teraz, 
nie czekając 
już na następny atak, dał nura w gęstwinę. Lampart poderwał się do skoku, ale w 
tej samej 
chwili rozległo się ciche klaśnięcie wiatrówki i usypiający pocisk utkwił w 
grzbiecie 
napastnika. Drapieżnik ryknął wściekle, przez chwilę na próżno próbował strącić 
łapą dziwny 
przedmiot, który tak silnie przywarł mu do skóry, ale ruchy jego stawały się 
coraz 
powolniejsze, wreszcie zwiesił łeb, zachwiał się, usiadł ciężko, a potem legł 
bez ruchu na 
trawie.
Dzika zza fałdzistych korzeni potężnego mahoniu wysunęła się ostrożnie z 
wiatrówką 
gotową do strzału, uważnie obserwując leżące na ścieżce zwierzę. Rzuciła w 
lamparta 
kawałek suchej gałęzi, a gdy nie zareagował, podeszła całkiem blisko i dotknęła 
go lufą 
wiatrówki. Lampart nawet nie drgnął, tylko z gardzieli wydobyło mu się jakby 
zduszone 

background image

chrapnięcie. Wtedy dziewczynka wycięła kilka mocnych, elastycznych pnączy, 
szybko 
oczyściła je z liści i dokładnie skrępowała nimi łapy zwierzęcia. Następnie 
ucięła kołek z 
twardego drzewa, wetknęła go między szczęki drapieżnika i przywiązała tak mocno, 
że gdyby 
lampart się nawet obudził, nie potrafiłby tego knebla wyrzucić z paszczy.
- Teraz poleżysz tu trochę i poczekasz na mnie, a oczekiwanie możesz sobie 
skracać 
snami o smacznym śniadaniu z koziołka, który cię tak ładnie wyprowadził w pole. 
A ja muszę 
wreszcie zobaczyć, czy turaki przyleciały nad rzeczkę.
Ale turaków nad rzeczką nie było, natomiast na ryżowisku przebiegło Dzice 
ścieżkę, z 
fukaniem i chrząkaniem, duże stado świń rzecznych. Strzeliła z przyrzutu do 
sporego 
warchlaka, lecz ten zaszył się w taką gęstwinę bambusów, że dziewczynka musiała 
wyrąbywać drogę, by się do niego dostać. Nie mogła go jednak wyciągnąć, był o 
wiele na jej 
siły za ciężki. Związała mu więc tylko nogi i ryj i oznaczywszy miejsce, ruszyła 
co rychlej po 
ludzi, nie zwracając najmniejszej uwagi na krzyki małp w koronach drzew ani 
kłótliwie 
sejmikujące szare papugi w kępie akacji.
Kucharz Zalbi stanął jak wryty i ze zdumienia szeroko otworzył usta na widok 
Dziki o 
tej porze wracającej z lasu, przemoczonej od stóp do głów i nieludzko 
umorusanej. Ale 
dopiero wiadomość o złowieniu lamparta i dzika wprawiła go w ostateczne 
osłupienie i przez 
parę chwil słowa nie mógł wykrztusić. Kiedy wreszcie oprzytomniał, narobił tak 
radosnego 
wrzasku, że poderwał na nogi cały obóz i pół wsi. Toteż gdy Dzika poprowadziła 
Jacka i 
kierowców na ryżowisko, ruszył za nimi spory tłum dorosłych i dzieci. Wszyscy 

background image

krzyczeli, 
śmiali się, gadali i dopytywali jeden drugiego o szczegóły. Natomiast Jacek, 
idący obok 
dziewczynki, czynił jej gorzkie wyrzuty, że bez męskiej opieki poszła sama do 
puszczy, gdzie 
przecież na każdym kroku czyha tyle niebezpieczeństw.
- Nie burcz na mnie, Jacku, bo sama wiem, że źle zrobiłam, chociaż wcale tego 
nie 
żałuję - tłumaczyła się wesoło Dzika. - Wstałam bardzo wcześnie, bo obudził mnie 
Kajtek, a 
ty spałeś w swoim namiocie jak suseł, chrapiąc nie gorzej od goryla, więc nie 
chciałam cię 
budzić...
- Ja przecież nie chrapię! - oburzył się chłopiec.
Dziewczynka roześmiała się i tak zabawnie zaczęła opowiadać mu swoją przygodę z 
lampartem i koziołkiem błękitnym, że Jacek w końcu się rozchmurzył i idąc dalej 
rozmawiali 
już w zupełnej zgodzie.
Gdy dotarli wreszcie do lamparta, okazało się, że drapieżnik w jakiś sposób 
wyzwolił 
z pęt jedną tylną nogę i tak nią wierzgał, a przy tym szarpał się, skręcał i 
podrzucał, usiłując 
pozbyć się knebla, że w żaden sposób nie można było do niego podejść i jeden z 
Murzynów 
wbił mu oszczep w serce. Warchlak także ocknął się z uśpienia i na widok ludzi 
próbował się 
podnieść, ale więzy trzymały mocno. Między skrępowanymi nogami zwierząt 
przesunięto 
bambusowe drążki i Murzyni ponieśli zdobycz do obozu.
W czasie powrotu do wsi Dzika zauważyła, że towarzyszący jej miejscowi Murzyni, 

także kierowcy patrzą na nią jakimś dziwnym wzrokiem, jak gdyby z lękiem i 
czcią, a 
podrostki trzymają się z daleka, jakby bojąc się podejść bliżej. Od razu też 
przypomniało jej 

background image

się, jak to podczas poprzednich dwóch wypraw w zupełnie taki sam sposób 
zachowywali się 
Murzyni sudańscy i liberyjscy.
Warchlaka wsadzono do klatki ku wielkiej rozpaczy Zalbiego, który chciał świnię 
zabić, wykroić z niej comber na kotlety, a wątrobę usmażyć Dzice na śniadanie, 
gdyż zgodnie 
ze starym afrykańskim zwyczajem myśliwy powinien spożyć tę najlepszą część 
upolowanej 
przez siebie zwierzyny. Ale Dzika, wykąpana i przebrana w czyste dżinsy i świeżą 
bluzkę, 
siedząc w jadalni w towarzystwie Jacka i Kajtka, z przyjemnością piła krajową 
kawę z 
mlekiem i jadła chleb z pysznym aromatycznym miodem leśnym.
- No, od dziś jesteś dla ludzi z Ngato bardzo wielkim czarownikiem, który 
potrafi w 
cudowny sposób łapać żywą zwierzynę i zamykać w klatce... na późniejsze 
pieczyste - 
odezwał się ze śmiechem Jacek. - Tu właśnie masz przykład drzemiących w ludach 
Afryki, 
starych, głęboko zakorzenionych wierzeń. Ci leśni ludzie, nie znający 
nowoczesnych metod 
usypiania zwierząt, wierzą głęboko, że łowisz je przy pomocy czarów. Któż 
bowiem, jeśli nie 
czarownik, może złowić żywego lamparta, związać go i zakneblować? Ci wszyscy 
Maka, 
Ngunambembe, Missanga czy inne plemiona zamieszkujące południowo-wschodnie 
puszcze 
Kamerunu są animistami* [Animista - wyznawca animizmu, tj. poglądu, że wszystkie 
zjawiska przyrody i rzeczy obdarzone są duszą. Animizm charakterystyczny jest 
dla 
wszystkich religii pierwotnych.] i wszelkie niepojęte dla siebie sprawy uważają 
za zjawiska 
nadprzyrodzone. Ale jakże im się dziwić, skoro nasi kierowcy, którzy należą do 
prawie 
zupełnie zeuropeizowanych plemion południowo-zachodniego Kamerunu, także okazują 

background image

ci 
wyraźnie respekt! Teraz musisz grać dalej rolę wielkiego czarownika, co zresztą 
- jak sądzę - 
wcale nam nie zaszkodzi.
- Och, gdybym była czarownikiem... - rozmarzyła się Dzika. Ale Jacek nie 
dowiedział 
się, co by z tego wynikło, bo w obozie zrobił się nagle wielki ruch, podniósł 
się gwar licznych 
głosów i do jadalni wbiegł Zalbi, oznajmiając tajemniczym szeptem:
- Panienko! Mballa, naczelnik wioski, idzie do was z powitalną wizytą!
Niemal równocześnie z tą wiadomością na progu namiotu ukazał się starszy, 
okazały 
mężczyzna odziany w bogate, chociaż nieco przybrudzone, czerwone bubu* [Bubu - 
długa, 
bawełniana szata, odkryta na piersi, z bokami rozciętymi aż do bioder.], 
sięgające od szyi aż 
po pięty. Na szyi naczelnika widniał sznur polerowanych grudek kopalowych* 
[Kopal - 
twarda, trudno topliwa żywica, wydzielana przez niektóre rośliny tropikalne; 
wydobywana 
także z ziemi.], na głowie wysoki kołpak ze skór małp jedwabistych o długim, 
białym, bardzo 
delikatnym, puszystym włosie, na nogach zaś ciżmy z miękkiej, żółtej skóry. Tuż 
za 
naczelnikiem widać było dwóch starych ludzi, prawdopodobnie jego doradców, 
ubranych 
także w barwne bubu, ale bez nakrycia głów i boso, oraz człowieka w 
jasnobrązowej szacie, 
przypominającej tunikę, z naszyjnikiem z twardych jak kamień orzechów palmy 
tagu, 
zakończonym kilkoma pazurami lamparta. Mężczyzna ten miał przewieszony przez 
prawe 
ramię pęk skórzanych talizmanów, w ręku trzymał długą laskę zakończoną 
zgrubieniem jak 
buława, na plecach zaś sterczały mu rogi antylopy sitatunga. Towarzyszyli mu 

background image

dwaj chłopcy, 
którzy nieśli stołek i koszyczek. Cały placyk przed namiotami zalegał tłum 
kobiet i 
młodzieży.
Po zwyczajowych pokłonach naczelnik ceremonialnie, z wielką powagą złożył w ręce 
zdumionej Dziki koszyczek rafiowy* [Rafia - włókna otrzymywane z łodyg 
liściowych palmy 
rafiowej.] pełen jaj, Jacka zaś obdarował białym kogutem, które to dary Zalbi 
natychmiast 
odniósł do kuchni. Dzieci zrewanżowały się naczelnikowi sztuczką wzorzystego 
kretonu i 
woreczkiem soli.
Po tej wymianie podarunków naczelnik usiadł na podstawionym mu przez chłopca 
stołku i zaczął długo i zawile usprawiedliwiać się ze swojej nieobecności i 
złego stanu domu 
noclegowego, co zmusiło drogich gości do zbudowania sobie obozu, a wreszcie 
zapytał o cel 
przybycia wyprawy do tak biednej i opuszczonej wsi jak Ngato.
Na przemowę Mballa odpowiedział Jacek. Chłopiec zbyt wiele przebywał w 
Chartumie z kolegami Arabami, by nie nauczyć się od nich kwiecistości i 
zręczności w 
prowadzeniu rozmowy. Wiedząc doskonale, że Mballa zdążył już zebrać wszelkie o 
nich 
wiadomości od nauczyciela i innych mieszkańców wioski, a z drugiej strony nie 
mając nic do 
ukrywania, wygłosił z dużą swobodą całe przemówienie. Zaczął, oczywiście, 
zwyczajem 
murzyńskim od prababki, mówił długo i zawile, używając często języka arabskiego, 
opowiedział o działalności firmy „S. Goraj i W. Rawicz”, o jej sukcesach w 
łowieniu żywej 
zwierzyny, wyjaśnił, że ich ojcowie są nieobecni, bo wyruszyli nad rzekę Bumba, 
by złowić 
tam goryla, i zapewnił, że natychmiast po powrocie zobaczą się z naczelnikiem, o 
którym 
słyszeli już w Abong-Mbang.

background image

Mballa słuchał cierpliwie i uważnie, od czasu do czasu kiwał potakująco głową, a 
ostatnie słowa Jacka sprawiły mu widoczną przyjemność, gdyż szeroka jego twarz 
rozbłysła 
w radosnym uśmiechu. Ale gdy chłopiec skończył, naczelnik rzekł z ukrywanym 
niepokojem:
- We wsi panuje wielkie poruszenie i ludzie opowiadają sobie, że ta młoda dama - 
skłonił głowę w kierunku Dziki - złapała rękami lamparta, skrępowała go i 
zostawiła na 
ścieżce, a potem w taki sam sposób złapała świnię rzeczną... My wiemy, że biali 
ludzie 
potrafią różne rzeczy, i my też łowimy żywą zwierzynę w pułapki lub sieci, ale 
żaden 
człowiek, ani biały, ani czarny, nigdy nie złapał samymi tylko rękoma dorosłego 
lamparta. To 
muszą być jakieś bardzo potężne czary!
Jacek śmiejąc się wyjaśnił, na czym polega nowoczesna metoda łowienia zwierzyny, 
pokazał naczelnikowi ampułkę i obiecał, że jeśli wybierze się z nimi na 
polowanie, sam 
zobaczy, jak działa środek usypiający. Mballa kiwał powątpiewająco głową, nie 
mogąc 
uwierzyć, by taka maleńka „czarodziejska medycyna” potrafiła powalić lamparta 
lub inne 
zwierzę.
Teraz wysunął się naprzód mężczyzna z rogami na plecach. Jak się okazało, był to 
„szef i czarownik” wszystkich myśliwych w tej części puszczy. W takt pieśni 
wykonał przed 
Dziką oryginalny taniec, w czasie którego kilkakrotnie pocierał o jej ramiona i 
nogi swoje 
talizmany, wreszcie wyjął z woreczka maleńki rożek antylopy karłowatej 
wypełniony 
wonnymi ziołami i zawiesił na szyi dziewczynki. Talizman był znakiem, że została 
przyjęta 
jako honorowy członek w poczet myśliwych całego okręgu i że każdy z nich 
obowiązany jest 
od tej chwili służyć jej radą i pomocą.

background image

Oczywiście za taki honor trzeba było sowicie zapłacić, toteż Dzika ofiarowała 
czarownikowi myśliwych kilka metrów perkalu, parę wiązek tytoniu i woreczek 
soli. 
Obdarowała również asystujących naczelnikowi starców. Na odchodnym Mballa 
powiedział 
jeszcze, że jak tylko powrócą do wsi mężczyźni pracujący przy zbiorze owoców 
palmy 
oleistej i wycinaniu puszczy pod nowe pola ryżowe, natychmiast przystąpi do 
naprawy domu 
noclegowego, na razie zaś obiecał zaopatrywać obóz w jarzyny i owoce, w maniok, 
bataty* 
[Batat - roślina z rodziny powojowatych, której boczne korzenie tworzą duże, 
jadalne bulwy.] 
i makabo.
Teraz do namiotów zbliżyły się kobiety i dziewczęta, by złożyć przed dziećmi 
stosy 
wszelakich owoców i jarzyn, co znów wymagało odpowiedniej zapłaty. Gdy wreszcie 
cała ta 
ceremonia skończyła się i Zalbi zabrał przyniesione produkty do kuchni, Dzika z 
westchnieniem ulgi poszła do swego namiotu, Jacek zaś filmował wracających do 
wioski 
Murzynów.
Nagle ścieżką prowadzącą z lasu wypadł młody, zakrwawiony mężczyzna i krzycząc: 
„Ngujala! Ngujala!”, popędził do wsi. Kilka dziewcząt znajdujących się jeszcze w 
obozie na 
dźwięk tego słowa w największym popłochu, wrzeszcząc przeraźliwie, rzuciło się 
do 
ucieczki. Akassu rozmawiający z jakąś dziewczyną zabiegł mężczyźnie drogę, by 
dowiedzieć 
się, co się stało.
Na podstawie chaotycznej relacji rannego Murzyna, powtórzonej następnie przez 
Akassu, Dzika bez trudu mogła odtworzyć sobie przebieg dramatycznego wydarzenia 

puszczy.
Otóż nie opodal zniszczonej przez słonie wioski Momolo mężczyźni wyrąbujący las 

background image

pod nowe pola zaatakowani zostali przez starego goryla. A całe nieszczęście 
stało się przez 
owoce esunu, których mnóstwo rośnie w pobliżu Momolo. Szukając tych owoców, 
stanowiących również przysmak goryli, ludzie natknęli się na kilka świeżych 
gniazd samców 
goryli na ziemi i podobne gniazda samic na drzewach. Od tego momentu szli bardzo 
ostrożnie 
i wreszcie znaleźli opuszczone poletko ryżowe zarośnięte niskimi krzakami esunu. 
Gdy 
zaspokoili pragnienie i zaczęli zbierać jagody do tykw, ujrzeli wychodzącą z 
gęstwiny młodą 
samicę goryla. Zwierzę najwidoczniej nie podejrzewało obecności ludzi, bo raz po 
raz 
zatrzymywało się i zrywało jagody. Jeden z mężczyzn nie wytrzymał, chwycił 
oszczep i 
rzucił go w samicę. Ale małpa akurat schyliła się po jagodę i oszczep, 
drasnąwszy ją tylko w 
przelocie, utkwił w pniu drzewa. Samica błyskawicznie uskoczyła w bok, w jednej 
chwili 
wdrapała się na najbliższe drzewo i siedząc już w koronie liści - zakwiliła 
żałośnie.
Jeszcze nie przebrzmiał jej płacz, gdy z drugiego końca poła rozległ się 
straszliwy ryk 
samca. Natychmiast zawtórowały mu takie same ryki i dudnienie w piersi z różnych 
innych 
miejsc. Przerażeni mężczyźni zupełnie nie mieli gdzie uciekać, gdyż 
rozwścieczone 
porykiwania i głośne bębnienie zaczęło szybko zbliżać się ku nim ze wszystkich 
stron. Nagle, 
bez najlżejszego szmeru, wyłonił się tuż przed nimi stary, potężny, siwawy już 
samiec. 
Ryknął przeraźliwie, skoczył jak błyskawica i zatopił swe potworne zęby w ciele 
najbliżej 
stojącego mężczyzny. Rozległ się przeraźliwy krzyk napadniętego człowieka, a 
goryl ruszył 

background image

już ku następnemu, który zdążył jeszcze uderzyć go nożem. Trzeci Murzyn nie 
czekał, aż 
goryl rozprawi się i z nim. Skoczył między krzaki i wcisnął się pod jakiś 
próchniejący pień 
raniąc sobie twarz o ostre sęki. Wychylił się z ukrycia dopiero wtedy, gdy na 
miejscu walki 
zapanowała cisza. Odczekał jeszcze chwilę, potem zaś przez puszczę przedarł się 
do ścieżki 
prowadzącej do Ngato...
- Jak to? A tamtych dwóch zostawił? Nie udzielił im pomocy? - oburzyła się 
dziewczynka.
- Przekonany był, że nie żyją, bo nie słyszał żadnych jęków. Zresztą bał się do 
nich 
powrócić, bo nie miał broni.
- Niech Akassu zaraz pośle kogoś do naczelnika, żeby zebrał wszystkich mężczyzn 

przysłał ich do obozu. Natychmiast musimy wyruszyć do Momolo, bo być może 
napadnięci 
przez goryla są tylko ranni!
Nie upłynęło nawet dziesięć minut, gdy grupa złożona z dziesięciu Murzynów 
uzbrojonych w długie noże i szerokie oszczepy zgłosiła się w obozie. Młody Atuto 
z twarzą 
opatrzoną przez Dzikę pełnił rolę przewodnika. Do wyprawy przyłączyli się także 
Akassu i 
Tobi, uzbrojeni w karabiny, i obaj ich pomocnicy.
Na dobrze przetartej ścieżce mijali od czasu do czasu biegnące z krzykiem do 
domu 
kobiety, bo wieść o obecności goryli w najbliższej okolicy rozeszła się lotem 
błyskawicy po 
wszystkich ogrodach i warzywnikach.
- Wiesz, Dzika, zupełnie nie rozumiem tego strachu Murzynek przed gorylami - 
mówił Jacek. - Przecież dobrze wiedzą, że te człekokształtne małpy nigdy nie 
porywały 
kobiet i w ogóle na kobiety nie zwracają najmniejszej uwagi. Już samym tylko 
okrzykiem 

background image

„ngujala” można wywołać wśród nich taką panikę, że porzucą nie tylko pracę w 
ogrodach, ale 
chyba nawet dzieci i zmykać będą do chat.
- Może ten strach pochodzi jeszcze z przeszłości. Może w dawnych czasach kobiety 
broniły ogrodów pustoszonych przez goryle i wtedy rozwścieczone zwierzęta 
zabijały je. 
Słyszałam też kiedyś, że pewne mieszkające w puszczy szczepy, które jeszcze w 
pierwszych 
dziesiątkach naszego stulecia uprawiały ludożerstwo, przebierały się, polując na 
ludzi, w 
skóry goryli...
Jacek nie podjął jednak dalszej dyskusji, bo wygodna dotychczas ścieżka 
skończyła 
się nagle i stanęli przed nieprzebytym gąszczem wtórnej puszczy, wyrosłej na 
miejscu 
dawnych pól ryżowych. Wycinanie ścieżki w takim gąszczu, gdzie na dwa kroki nic 
nie było 
widać, nie należało do zadań łatwych, ale dla mieszkańców Ngato puszcza była 
domem. Znali 
w niej każdą roślinę i wiedzieli, jak uderzać nożem, na odległość poznawali, czy 
pień jest 
twardy, czy miękki. Dzieci patrzyły z podziwem, jak Murzyni wgryzali się w tę 
niedostępną 
na pozór gęstwinę. Pierwszy wycinał trawy i pnącza, znacząc w ten sposób 
kierunek drogi, 
idący za nim trzebili krzaki i młode drzewka, następni zaś oczyszczali ścieżkę 
ze zbyt nisko 
zwisających gałęzi. W gęstwinie powstawał tunel mroczny i duszny, ale wygodny. 
Co prawda 
z góry spadały na barki idących wielkie czerwone mrówki, których każde ukąszenie 
wytaczało kroplę krwi, i w ogóle dokoła aż roiło się od najrozmaitszych owadów, 
równie 
natrętnych i żarłocznych jak mrówki. W powietrzu unosiła się słodkawa, 
odurzająca woń 
gnijących roślin, a czasem obrzydliwy, dech zapierający odór padliny.

background image

Odetchnęli też wszyscy z ulgą, gdy weszli w stary las. Było tu dużo jaśniej, 
lekki 
podmuch wiatru chłodził zlane potem ciała. Wysokie, gładkie pnie potężnych drzew 
robiły 
wrażenie kolumnady dźwigającej na swych barkach ogromny zielony baldachim. 
Wysoko w 
koronach drzew rozlegało się skrzeczenie małych mangab dian, gruchanie gołębi, 
kłótliwy 
wrzask szarych papug lub basowe wołanie dzioborożca i natychmiastowy odzew jego 
samicy. 
Tutaj po raz pierwszy zobaczyła Dzika śliczną żółtozieloną mangabę karłowatą, 
raczącą się 
strąkami dzikiej wanilii. Na widok ludzi małpka wydała charakterystyczny syczący 
dźwięk i 
zniknęła w gęstwinie liści tak szybko, że Dzika nie zdążyła nawet zdjąć z 
ramienia wiatrówki.
Na ostatnim odcinku puszczy omal nie doszło do tragicznego wypadku. Jakiś 
zaspany 
leśny bawół samotnik zerwał się prawie spod nóg idących i zamiast uciekać - z 
pochylonym 
łbem, rycząc jak oszalały - runął na ludzi. Dzika, krocząca na przedzie, 
uskoczyła za pień 
potężnej akacji, ale nim znalazła się po drugiej stronie, ostry róg zwierzęcia 
otarł się o jej 
bark, rozdzierając cienki materiał bluzki. Dziewczynka przylgnęła całym ciałem 
do 
szerokiego, deskowego korzenia, a bawół pocwałował dalej, tratując i łamiąc 
krzaki. Murzyni 
na widok bawołu rozpierzchli się we wszystkie strony, ale już w chwilę potem 
któryś z nich 
rzucił oszczepem w uciekające zwierzę, a Tobi wypalił z karabinu. Oszczep jednak 
utkwił w 
pniu jednego z drzew, kula zaś odłupała kawał kory na innym, nie wyrządzając 
zwierzęciu 
najmniejszej krzywdy.

background image

- Ej, Dzika, Dzika! - zawołał Jacek trzęsącym się ze zdenerwowania głosem, kiedy 
po 
chwilowym rozgardiaszu znowu wszyscy ruszyli dalej. - Że też właśnie ty musiałaś 
wypłoszyć tego bawołu! Przecież mógł cię stratować na miazgę...
- Ale nie stratował! Wywinęłam mu się spod rogów w ostatniej chwili! Och, 
jeszcze 
teraz nogi mam jak z waty! Ocaliły mnie te ogromne, deskowate korzenie, które 
wyglądają 
jak fałdy jakieś gigantycznej zdrewniałej sukni... Gdyby nie one... mogłoby być 
ze mną źle - 
rwącym się głosem, powstrzymując łzy, ale uśmiechając się, wyszeptała Dzika.
Ze starego lasu wyszli na porzucone pole ryżowe, zarastające już wysoką, ostrą 
trawą, 
przebyli jeszcze wąski pas lasu i w końcu wydostali się na przestrzeń porośniętą 
krzewami 
esunu. Posuwając się bardziej ostrożnie, z bronią gotową do odparcia ataku, 
odszukali między 
wygniecionymi i połamanymi krzakami ofiary goryla. Obaj ludzie wyglądali 
okropnie: 
nieprzytomni, pokaleczeni, broczyli krwią, a nad nimi unosił się rój dużych 
zielonych much.
Dzika natychmiast zabrała się do opatrywania rannych, a Murzynom przypatrującym 
się jej czynnościom kazała zrobić nosze i wymościć miękką trawą. Jacek, który 
przez cały 
czas pomagał przyjaciółce, rzekł w pewnej chwili z podziwem:
- Nie wiedziałem, Dzika, że jesteś tak wspaniałą pielęgniarką. Gdzieś ty się 
tego 
nauczyła?
- W szkole. My wszystkie przechodzimy kurs sanitariuszek, ale mnie specjalnie to 
interesowało, bo przecież na wyprawach niejedno może się wydarzyć, a trudno 
wozić ze sobą 
lekarza. Nie wiem, czy doniesiemy tych rannych od Ngato, bo mają paskudnie 
poszarpane 
mięśnie i stracili dużo krwi. Teraz dopiero - dodała po chwili - zdaję sobie 
sprawę z 

background image

niesamowitej siły goryli i bardzo boję się o naszych ojców! Czy zauważyłeś 
odciski łap tego 
potwora? Po tych śladach można by sądzić, że miał ze dwieście kilogramów wagi...
- Niepotrzebnie się niepokoisz o naszych ojców. Naprawdę nic im nie grozi, są 
świetnymi myśliwymi i przecież łowili już goryle na stokach Kiwu. Natomiast my 
powinniśmy jak najszybciej wracać, bo za godzinę zapadnie noc. I myślę, że 
lepiej będzie, 
jeśli teraz pójdziemy starymi ścieżkami do Momolo, a stamtąd do Ngato. Droga ta 
jest 
wprawdzie trochę dłuższa, ale i tak zyskamy na czasie, bo nie będziemy musieli 
poszerzać 
ścieżek.
W pobliżu Momolo Murzyni zatrzymali się, pokazując Dzice i Jackowi kępę drzew 
musanga, na których znajdowało się kilka gniazd młodzieży i samic goryla. 
Gniazda 
zbudowane były z gałęzi i patyków i wysłane miękką trawą i liśćmi, teraz już 
zwiędniętymi i 
pożółkłymi, co oznaczało, że goryle nocowały tu przed kilku dniami.
Tuż przed zrujnowaną wsią weszli na szeroką, wygodną ścieżkę i przybyli do Ngato 
prawie równocześnie z zapadnięciem ciemności. W obozie Kajtek powitał ich 
wielkim 
wrzaskiem radości, przybiegł do Dziki i mocno przytulił się do jej nóg.
5
Przez całą noc głucho dudniły bębny i rozlegały się ochrypłe śpiewy i 
zawodzenia. Do 
uszu leżącej w swym namiocie Dziki dochodziły czasem wpadające w rytm bębenków 
basowe porykiwania rogów, ostry grzechot tykw z paroma twardymi orzeszkami w 
środku, a 
także wysoki, czysty jak metal dźwięk dwóch kawałków czerwonego drewna 
uderzanych o 
siebie. Pieśni miały w sobie coś dzikiego i urzekającego. Mówiły o potwornych, 
siworudych 
samcach goryli wypadających nagle z gęstwiny na ludzi wyrąbujących puszczę, na 
samotnych 
zbieraczy miodu dzikich pszczół lub na myśliwych zastawiających sidła i pułapki 

background image

na leśną 
zwierzynę. Taki właśnie ogromny, straszliwy zwierz zaatakował trzech młodych, 
pełnych sił 
ludzi, którzy zeszli z wyrębu, by nazbierać kwaśnego esunu. Z tych trzech tylko 
jeden uszedł 
cało, natomiast dwaj inni walczą ze śmiercią. Śpiewom odpowiadały wrzaskliwe, 
wibrujące 
zawodzenia kobiet, potem znów dudniły bębny, znów grały rogi i dzwoniły kawałki 
twardego 
drewna.
Monotonna nuta bębnów i śpiewów działała usypiająco, toteż Dzika, utrudzona 
wydarzeniami dnia, zasnęła twardym, młodzieńczym snem.
Obudziło ją nagle gwałtowne szarpanie i straszliwy wrzask. Otworzyła oczy i przy 
dziennym świetle przebijającym przez jedwabne ścianki namiotu zobaczyła na 
moskitierze 
coś, co przypominało ogromnego, czarnego pająka lub kraba, lecz darło się jak 
opętane. Po 
chwili dopiero uświadomiła sobie, że jest to Kajtuś trzymający się kurczowo 
siatki i 
lamentujący na całe gardło.
Zerwała się szybko z pościeli i wyplątała szympansa z moskitiery, zastanawiając 
się, 
co też mogło tak bardzo go zaniepokoić. I oto na skraju jego koszyka dostrzegła 
sporego 
grzebieniastego kameleona o wspaniałej szafirowozielonej barwie, ze szkarłatnym 
podgardlem i wielkim grzebieniem na grzbiecie. Gad siedział bez ruchu jak 
wyrzeźbiona 
statuetka, a jego maleńkie, czarne źrenice wśród dużych, skórzastych powiek 
patrzyły każda 
w inną stronę, to w dół, to w górę, to w lewo, to w prawo, to w przód. 
Najwidoczniej małpa 
obudziwszy się zobaczyła przed sobą to przedziwne stworzenie i w największej 
panice 
pobiegła szukać ratunku u Dziki.
Dziewczynka pozostawiła gada w spokoju, zabrała się natomiast do wykąpania 

background image

małpki. Do dużej gumowej miednicy nalała ciepłej wody i zaczęła szorować rude 
futerko 
tszego mydłem i szczotką. Kajtkowi bardzo się ta poranna kąpiel nie podobała, 
wrzeszczał 
więc rozdzierająco i lamentował, wyrywając się rozpaczliwie z rąk swojej 
opiekunki. Jacek 
oczywiście filmował te kąpielowe perypetie ku uciesze całej załogi obozowej i 
gromady 
dzieci ze wsi. Patrząc na grymasy i wykrzywianie się szympansa wszyscy wprost 
pokładali 
się ze śmiechu. Ale nagle Kajtek wyśliznął się z rąk Dziki, zakręcił w miejscu 
jak bąk i 
niczym huragan ruszył przed siebie zdążając w kierunku kilku wysokich drzew. 
Cała zgraja 
dzieci z krzykiem i śmiechem rzuciła się za zbiegiem, by go złapać.
Kajtek pędząc na swoich krótkich, krzywych nóżkach podpierał się nadgarstkami 
zwiniętych w kułak dłoni, toteż jego bieg, gdy unosił w górę prawie kwadratowe 
ciało i 
przerzucał je na długich, wyprostowanych rękach, robił wrażenie śmiesznego 
podskakiwania. 
Jakkolwiek uciekał szybko, to jednak dzieci były znacznie szybsze. Wyprzedziły 
go i 
otoczyły. Kajtek miotał się na wszystkie strony, krzyczał, jakby go ze skóry 
obdzierano, 
szczerzył zęby, tupał, robił bardzo groźne miny, ale krąg zacieśniał się coraz 
bardziej, aż 
wreszcie dwunastoletni chłopak, Ndele, okręcił go zdjętą z siebie koszulą i 
przyniósł Dzice.
Gdy po śniadaniu Dzika i Jacek w towarzystwie Tobiego i Akassu ruszyli ścieżką 
prowadzącą w stronę Momolo, Ndele wymknął się za nimi. Widząc, iż chłopiec nie 
opuszcza 
ich na krok, Dzika po pewnym czasie przywołała go i spytała:
- Ndele, dokąd ty idziesz?
- Chcę zobaczyć, jak ty, mamzel* [Mamzel - zniekształcone słowo francuskie: 
mademoiselle, które wymawia się madmuazel - panienka.], zabijasz mięso w 

background image

puszczy, a 
potem przywracasz mu życie! - odpowiedział chłopiec śmiało, zupełnie nie 
speszony. - Mogę 
ci zawołać zwierzynę!
- Umiesz wabić?
Chłopak pominął milczeniem pytanie, poszukał w trawie odpowiedniego źdźbła, 
odciął paznokciem, coś tam jeszcze pomajstrował, przyłożył je do warg i na 
ścieżce rozległo 
się płaczliwe „meeeeee” małej antylopki. Wołanie to było zrazu donośne, potem 
ścichło nieco 
i znowu zabrzmiało głośną skargą.
- Doskonale wabi - rzekła Dzika z uznaniem do Jacka. - Może trochę za twardy 
ton, 
ale gęstwina przygłusza głos.
- Możemy go wypróbować... - zaczął Jacek, gdy nagle przerwał mu tak okropny 
krzyk 
i rzężenie zabijanej przez drapieżnika antylopy, że zerwał z ramienia karabinek. 
Stał przez 
chwilę z bronią gotową do strzału i nagle zorientowali się, że to przecież 
Ndele.
- Doskonale, Ndele, zdałeś egzamin! - zawołała śmiejąc się Dzika. - Będziesz mi 
wabił zwierzynę, ale nie próbuj udawać goryla, bo to mogłoby się źle skończyć 
dla ciebie!
Teraz czarny chłopak zamruczał jak lampart, potem zagdakał jak spłoszone 
pantarki* 
[Pantarka - perlica, ptak z rzędu kuraków; pochodzi z Afryki wschodniej; w 
Europie 
hodowana od czasów rzymskich.] leśne, wreszcie popis swój zakończył przeraźliwym 
wołaniem orła krzykliwego. Tobi i Akassu, pełni podziwu, klepali chłopca z 
uznaniem po 
ramionach, przemawiając do niego jak do dorosłego.
W zrujnowanym Momolo zatrzymali się na odpoczynek w cieniu sporego, 
rozłożystego drzewa chlebowego, które swymi gęstymi, głęboko wciętymi, 
palczastymi 
liśćmi rzucało zapraszający cień na ziemię. Kierowcy wyciągnęli się na 

background image

rozkosznie miękkiej 
murawie, a Dzika, Jacek i Ndele buszowali wśród ruin.
Gliniane ściany chat leżące na ziemi tworzyły jedno bezkształtne rumowisko, na 
którym jeszcze widać było gdzieniegdzie sterty zgniłych liści palmowych - 
dawnych strzech. 
Ulewne deszcze rozmyły część ścian i wyżłobiły w glinie głębokie stożkowate 
lejki, w 
których tkwiły po głowę zakopane w pyle żarłoczne mrówkolwy. Ledwie tylko jakaś 
niebaczna mrówka znalazła się na pochyłej ścianie lejka, już zasypywała ją 
fontanna pyłu 
wyrzuconego przez siedzącego w lejku mrówkolwa i nieszczęsna ofiara spadała 
prosto w 
kleszcze nienasyconego owada. Tu i ówdzie na resztkach żerdzi falowały z 
powiewami 
lekkiego wietrzyka gęste siatki pająków, a na nich zeschnięte chitynowe szczątki 
zielonych 
much, drobnych cykad, a nawet całkiem sporych chrząszczy. Po rumowisku biegały 
duże 
jaszczurki, z zadziwiającą szybkością zmieniające ubarwienie niektórych części 
skóry. Jedne 
nadymały podgardle, które nabierało wtedy ostrego szkarłatnego koloru, u innych 
cały grzbiet 
z szarego stawał się ciemnobrunatny, by po chwili znów przybrać poprzednią 
barwę. Spod 
jakiejś bryły wypełzł ogromny czarny skorpion. Ten przedziwny pajęczak szedł 
trochę 
sztywno na swoich czterech parach nóg, trzymając nad grzbietem cienki, jakby z 
podłużnych 
paciorków składający się ogon, zakończony potężnym jadowitym kolcem, i groźnie 
poruszał 
parą ogromnych szczypców.
Ndele natychmiast uderzył skorpiona kamieniem, a gdy skorpion padł na miejscu ze 
zmiażdżonym odwłokiem, czarny chłopiec ostrożnie odciął jadowity kolec, owinął 
go 
starannie w liście i schował do rafiowej torby przytroczonej do pasa.

background image

Spod gruzów którejś z chat Jacek wygrzebał zardzewiały grot oszczepu i starą, 
zbrązowiałą czaszkę goryla.
- Popatrz, jaka ogromna jest ta czaszka - rzekł pokazując ją Dzice. - Musiała 
należeć 
do bardzo dużego samca. Szczęki ma wprost niesamowite, a kły jak u lamparta... i 
ten 
potężny grzebień kostny na ciemieniu! Straszliwy to musiał być zwierz! Wiesz 
zapewne, że 
Murzyni kameruńscy wieszają czaszki goryli w swoich chatach jako talizmany? 
Wezmę ją na 
pamiątkę...
- Żeby wszyscy twoi koledzy myśleli, że to trofeum... Żeś sam zastrzelił tego 
goryla - 
zaśmiała się Dzika. - Daj lepiej tę czaszkę mnie. Zawiozę ją mojej szkole w 
podarunku. Mnie, 
dziewczyny, nikt nie posądzi o zabicie goryla, a ty nie będziesz musiał 
opowiadać, że po 
prostu... znalazłeś ją w zrujnowanej chacie murzyńskiej. Ale żarty na bok, 
wiesz, co mnie 
zastanawia, kiedy patrzę na to rumowisko? Znajdują się tu porozbijane naczynia, 
jakieś 
zardzewiałe żelastwo, resztki rzeźbionych sprzętów czy fetyszów, rozsypane 
koraliki z 
naszyjników kobiecych, czaszki goryli, natomiast nikt z nas nie natknął się na 
kości ludzkie. 
Czy cię to nie dziwi?
- Ani trochę! Znam już dokładnie całą historię tej wsi. Kiedy kilka lat temu, 
rozwścieczone słonie napadły nocą na Momolo, w chatach nocowały prawie same 
tylko 
kobiety i dzieci, i kilku starców. Mężczyźni pracowali daleko od wioski, na 
plantacji tytoniu, i 
przychodzili do domu raz, najwyżej dwa razy w miesiącu. Zanim dowiedzieli się o 
nieszczęściu, ludzie z okolicznych wiosek przybyli już do Momolo i wygrzebali z 
ruin 
zabitych i rannych. Zabitych pochowano oczywiście jeszcze tego samego dnia, jak 

background image

to się 
praktykuje w tropikach. Mogiły sławnych myśliwych Murzyni ozdabiają czaszkami i 
rogami 
antylop i bawołów, ale na grobach kobiet i dzieci nie kładą nic, toteż kiedy 
zarosły trawą, 
wszelki ślad po nich zaginął. Mieszkańcy Ngato mówią po cichu, że Momolo jest 
„złym 
miejscem”. I pozostanie nim tak długo, dopóki nie zaginie pamięć o tym 
tragicznym 
wydarzeniu. Chyba że w końcu tutejsi Murzyni wyzbędą się swoich przesądów i 
zabobonów...
- Za to zwierzęta z puszczy nie uważają najwidoczniej Momolo za „złe miejsce”, 
bo 
pełno tu najrozmaitszych śladów - odrzekła Dzika. - Jacek, poczekaj chwilę! - 
krzyknęła 
nagle widząc, jak chłopiec wbija w kopczyk na pół zgniłych liści podniesiony z 
ziemi kij. - 
Tam coś się rusza... Przecież to ogon jakiegoś węża! Człowieku, co ty robisz? 
Rzuć ten kij! 
To wipera gabońska! Okropnie jadowita!
Ale Jacek poderwał już kijem liście odsłaniając zwiniętego w kłąb, ogromnego 
węża. 
Gad błyskawicznie podniósł do góry swój trójkątny łeb i przez chwilę jakby 
odprowadzał 
żółtymi, kocimi ślepiami unoszącą się kopę liści. Potem wysunął z paszczy 
cienki, 
rozwidlony, ruchliwy język, syknął głośno i rozwinął półtorametrowe cielsko, 
skurczył się i 
skoczył. Lecz zanim wyrzucił ciało w górę, klasnęła wiatrówka i czerwona ampułka 
wbiła się 
w szyję gada tuż u nasady łba. Wąż z głośnym łomotem opadł na ziemię w 
odległości 
zaledwie pół metra od nóg Jacka. Skręcał się jeszcze przez chwilę, coraz wolniej 
i ospalej, aż 
wreszcie znieruchomiał.

background image

Jacek stał w miejscu jak skamieniały i przerażonym wzrokiem patrzył na leżącego 

stóp gada. W rękach trzymał jeszcze kij z nadzianym kopczykiem liści. Za nim 
stał równie 
przerażony Ndele z podniesionym wysoko nożem. Nagle Jacek odrzucił kij, podbiegł 
do 
Dziki, chwycił ją gwałtownie wpół i mocno pocałował.
- Dzika - zawołał rozdygotanym głosem - ocaliłaś mi życie! Ten gad to 
rzeczywiście 
straszna wipera gabońska...
- Eee - powiedziała bagatelizujące dziewczynka - miałam akurat w lufie silny 
nabój 
usypiający. Ta wipera jest rzeczywiście jadowita, lecz nie zawsze ludzie 
umierają od jej 
ukąszenia, często tylko chorują. No, ale korzystajmy z tego, że śpi, i 
postarajmy się ją 
unieszkodliwić. Ndele, daj mi swój nóż!
Dzika kucnęła obok węża, chwyciła go jedną ręką za szyję u nasady głowy, uniosła 
przód cielska nieco w górę i ostrożnie otworzyła mu paszczę nożem. Kiedy ukazały 
się dwa 
pięciocentymetrowe, wygięte kły z otworkiem na cieniutkim jak igła końcu, 
wsunęła między 
szczęki glinianą skorupę i nacisnęła. Z otworków zębowych wysączyło się 
natychmiast kilka 
mętnawych kropelek jadu, dziewczynka jednak naciskała tak długo, aż wreszcie nic 
więcej 
nie pociekło.
- No, teraz na kilka godzin mamy spokój. Ale ten potwór waży chyba z pięć albo 
sześć 
kilo! - powiedziała z podziwem, próbując dwoma rękami objąć węża „w pasie”.
Jasnobrązowa skóra gada z pięknym rysunkiem, utworzonym przez jaśniejsze linie i 
plamki, znakomicie harmonizowała z tłem pożółkłych nieco traw, zwiędłych liści i 
gałązek.
- Weźmiemy go z sobą, prawda, Jacek? To bardzo ładny okaz i dobrze chowa się w 
niewoli. Ndele, spleć no z liści palmowych coś w rodzaju torby.

background image

Czarny chłopiec, który przez cały czas z widocznym lękiem, ale i z pewnego 
rodzaju 
nabożeństwem patrzył na Dzikę, tak bezceremonialnie postępującą z jednym z 
najbardziej 
jadowitych węży, spełnił rozkaz bardzo szybko i już wkrótce wipera znalazła się 
w koszyku 
splecionym z mocnych liści palmy rafiowej, a dla bezpieczeństwa włożono jej na 
głowę gęstą 
siatkę z mocnych włókien rotangu, która nie pozwalała jej otworzyć paszczy.
Węża i czaszkę goryla odnieśli pod opiekę kierowców, którzy ciągle jeszcze spali 
pod 
drzewem, a sami wyruszyli na pobliski warzywnik spróbować polowania na wabia.
Warzywnik oddalony był od wioski o jakieś sto pięćdziesiąt kroków. Rosły na nim 
jeszcze gdzieniegdzie krzewy manioku, taro* [Taro - roślina tropikalna, 
spożywana jako 
jarzyna; w stanie surowym trująca.] z ogromnymi sercowatymi liśćmi, kukurydza 
opleciona 
pędami fasoli i trawa o wąskich, długich i ostrych jak sztylety liściach. Nieco 
dalej wznosiła 
się kępa rozłożystych drzew musanga, na których harcowała gromadka mangab 
białonosych, 
tu i ówdzie wystrzelały w górę wysmukłe palmy oleiste i parę drzew kola. Ogród 
zamykał 
dość wysoki skalisty pagórek, a za nim zaczynał się las, przecięty szemrzącą po 
kamieniach 
szeroką strugą czystej jak kryształ wody. Droga do strumienia, którą kiedyś ze 
śmiechem i 
gwarem chodziły dziewczęta i młode kobiety, dźwigając w ogromnych tykwach i 
dzbanach 
wodę do wsi - była jeszcze widoczna, chociaż zarosły ją już krzaki mimozy i 
trawa.
Ndele obrzucił bystrym wzrokiem cały warzywnik, a następnie śmiało skierował się 
ku pagórkowi, pociągając za sobą Dzikę i Jacka. Mangaby na widok ludzi 
zaskrzeczały 
gniewnie, potem jednak przeskakując z gałęzi na gałąź szybko przeniosły się na 

background image

drzewa nad 
strumieniem i zniknęły w gęstwinie puszczy. Ale w swej ucieczce przez warzywnik 
spłoszyły 
małe stadko perliczek leśnych, które z głośnym, charakterystycznym wołaniem 
wzleciały nad 
krzewy i zapadły gdzieś w dalszych partiach warzywnika. Przenikliwy krzyk 
perliczek 
spłoszył z kolei jakieś zwierzę, bo w krzakach coś fuknęło, załomotały łodygi 
kukurydzy i 
tylko chwianie się wysokich traw zdradziło drogę jego ucieczki.
- To mi wygląda na jeżozwierza* [Jeżozwierz - gryzoń wielkości naszego borsuka, 
pokryty biało-czarnymi, grubymi kolcami, dochodzącymi do 40 cm długości, a na 
karku - 
długą grzywą ze szczeciniastych włosów. Żyje w Afryce, południowej Europie i 
Azji.]! 
„Widocznie włóczył się po puszczy do białego dnia i nie mając już czasu ni 
ochoty na 
wygrzebanie sobie nory, zaszył się gdzieś w trawy lub stertę liści. No, chłopcy, 
jesteśmy na 
miejscu! Gdzie nas teraz rozstawisz, Ndele? - spytała Dzika.
Czarny chłopiec najpierw z powagą godną starego, doświadczonego myśliwego 
zbadał kierunek wiatru wyrzucając w górę garść suchej ziemi, potem dokładnie 
przepatrzył 
krzaki na skałach, a nie zauważywszy nic podejrzanego, wskazał dziewczynce 
miejsce wprost 
wymarzone na zasadzkę. Jacek uzbrojony w karabinek, jako ochrona, ukrył się 
nieco niżej, a 
Ndele wcisnął się między kamienie u samego podnóża skał.
Dzika miała wspaniały widok przed sobą, gdyż mogła objąć wzrokiem niemal cały 
warzywnik, skraj otaczającej go puszczy i wąskie przejście do dużego pola 
ryżowego. Jak na 
dłoni leżały przed nią poszczególne działki ogródków, zdziczałe, zachwaszczone, 
ale ciągle 
jeszcze zachowujące swoją odrębność roślinną.
Na jednej z palm założyły swoje gniazda czerwono-czarne wikłacze, nazywane tu 

background image

pospolicie „żandarmami”. Gniazda o kształcie nieco podobnym do buta utkane były 
misternie 
z elastycznych włókien i zawieszone na cienkich długich nitkach rafiowych 
przytwierdzonych 
do końców kilkumetrowych łodyg liściowych. Zabezpieczało je to przed wszelkiego 
rodzaju 
drapieżnymi ssakami, a także przed wężami nadrzewnymi, które w żaden sposób nie 
mogłyby 
dostać się do bujającego na nitce gniazda. Ptaki przylatywały całymi stadami 
gdzieś z 
dalekich pól i plantacji, niosąc w dziobach materiał budowlany w postaci łyka, 
włókien lub 
puchu. Wokół palmy słychać było ćwierkanie, kłótnie, a nawet głośne bijatyki.
Na drzewach koła siedziały dwa potężne dzioborożce i co chwila basowymi głosami 
wołały do swoich samiczek, które zamurowane w dziuplach - wysiadywały młode. 
Nieco 
dalej, na suchym sęku, tkwił nastroszony orlik brązowy i pozornie zdawał się nie 
zwracać 
uwagi na otoczenie, choć w każdej chwili gotów był spaść znienacka na 
nieostrożną ofiarę.
Nagle rozległo się płaczliwe wołanie małej antylopki. To Ndele rozpoczął 
wabienie. 
Wołanie zabrzmiało raz, drugi i trzeci, to silniej, to znów słabo - przebijało z 
niego 
zmęczenie, bezradność i strach malca, który zgubił się matce. Dzika bacznym 
wzrokiem 
wpatrywała się w warzywnik, wiedziała bowiem, że zwabiona kwileniem zwierzyna 
może 
pokazać się z najmniej oczekiwanej strony lub śledzić okolicę gdzieś z kępy 
łopuchów bądź 
zza krzaka, nim wreszcie zdecyduje się podejść bliżej. W pewnym momencie wydało 
jej się, 
że w dali, na skraju warzywnika, uchwyciła kątem oka jakąś przesuwającą się, 
ciemną 
sylwetkę. Początkowo myślała, że to szympans, ale gdy przyjrzała się uważniej - 

background image

serce 
skoczyło jej do gardła i tylko siłą woli powstrzymała się od okrzyku, bo w 
zwierzęciu poznała 
młodą samicę goryla, która podpierała się jedną ręką, drugą zaś tuliła do piersi 
niemowlę...
Nim dziewczynka zdążyła ochłonąć z wrażenia, powietrzem wstrząsnął straszliwy 
ryk, 
po czym rozległ się trzask łamanych krzaków, łomot, chrapliwe, bolesne stękanie 
i znowu ten 
okropny, mrożący krew w żyłach ryk, pełen wściekłości, przechodzący chwilami w 
skowyt. 
W ślad za samicą wypadły z lasu trzy małe gorylątka, przetoczyły się jak czarne 
kule po 
warzywniku i z pośpiechem wdrapały na drzewa musanga, by zapaść bez ruchu w 
dużych, 
gęstych liściach.
Dzika skuliła się między dwoma skałkami słuchając z przerażeniem ryków i łomotu. 
Szybko zorientowała się, że gdzieś niedaleko walczą dwa samce goryle, ale mógł 
to być także 
goryl, który z jakichś niewytłumaczonych powodów został napadnięty przez 
lamparta, jak to 
się często przydarzało szympansom, dla których lampart stanowił śmiertelne 
niebezpieczeństwo. Mimo iż każdy ryk, każde stęknięcie czy skowyt napełniał ją 
wielkim 
strachem, myślała jednocześnie z niepokojem o obu towarzyszących jej chłopcach i 
śpiących 
pod drzewem kierowcach. Co prawda Tobi i Akassu byli dorosłymi, silnymi 
mężczyznami i 
mieli przy sobie doskonałą broń palną, ale dziewczynka wiedziała z opowiadań, 
jak 
błyskawicznie potrafią atakować goryle. Jacek uzbrojony był w swój świetny 
karabinek, 
strzelał szybko i celnie, jednakże broń ta mogła okazać się mało skuteczna w 
wypadku 
takiego kolosa jak straszliwy kameruński ngujala. Najbardziej jednak trapiła się 

background image

o Ndele, 
chłopak bowiem miał tylko nóż do torowania drogi przez puszczę...
Nagle z tego chaosu myśli wyrwał ją cichy szelest i po chwili zza kamieni 
wychynął 
przygięty ku ziemi Jacek. Kryjąc się w rozpadlinach przepełznął pod łopuchami. 
Przypadłszy 
do Dziki, szepnął jej prosto w ucho:
- Coś okropnego dzieje się w puszczy... to chyba walka szympansów lub goryli! 
Jaka 
szkoda, że te zwierzaki muszą załatwiać swoje nieporozumienia akurat w ciemnej 
gęstwinie. 
Ach, żebym to mógł sfilmować!
- Czy wiesz, co się dzieje z Ndele? - przerwała mu niecierpliwie Dzika.
- Och, nie martw się o niego! Ten chłopak prześlizguję się w gęstwinie jak wąż. 
Przekradał się tuż za mną.
Dalsze jego słowa zagłuszył ryk tak potworny, iż mogło się wydawać, że nad 
puszczą 
rozpętała się jedna ze straszliwych huraganowych burz tropikalnych. Dzieci 
przylgnęły 
mocniej do skał, jakby chciały się z nimi stopić, i w tym właśnie momencie 
wypadło z 
gęstwiny na warzywnik jakieś monstrualne cielsko, przetoczyło się po trawach i 
łopuchach i 
rozpadło na dwie straszliwe postacie - dwa walczące z sobą goryle. Teraz Dzika i 
Jacek mogli 
dokładnie obserwować walkę leśnych olbrzymów, które zmagały się z sobą waląc się 
po 
głowach ogromnymi pięściami, podobniejszymi raczej do bochenków chleba niż do 
kułaka. 
Nagle jeden z walczących uskoczył w bok, jednym szarpnięciem łap wyrwał z 
korzeniami 
młode drzewko i z całej siły grzmotnął nim napastnika w łeb. Uderzenie było tak 
potężne, że 
aż echo zagrało, a „maczuga” rozprysła się w kawałki, jakby była suchym 
patykiem. Ale 

background image

zaatakowany jak gdyby wcale nie poczuł uderzenia: przysiadł wprawdzie na moment 
na 
ziemi, lecz zaraz poderwał się i tak zapamiętale począł młócić przeciwnika swymi 
długimi, 
potężnymi łapami, że ten, nie mogąc obronić się przed razami, cofnął się w 
popłochu. Ale 
była to najwidoczniej tylko taktyka bojowa, bo nagle odwrócił się i natarł 
gwałtownie na 
przeciwnika.
Dzieci zauważyły, że jeden z goryli był chyba sporo starszy. Miał siwiejące już 
futro 
na grzbiecie i nogach, włosy na głowie także siwawe i sterczące jak ściernisko. 
Wyglądał na 
silniejszego i bardziej doświadczonego. Uderzenia jego sypały się niczym grad i 
niemal za 
każdym ciosem z barków przeciwnika wylatywały całe kępy rudych włosów.
Drugi ustępował nieco rozmiarami pierwszemu, był jednak zwinniejszy i bardziej 
zawzięty. Zbierał co prawda tęgie lanie, bo jedno uderzenie pięści starszego 
mogło chyba 
rozbić czaszkę bawołu, ale i on nie żałował celnych i mocnych ciosów, po których 
jego wróg 
zataczał się. W pewnej chwili oba goryle zwarły się z sobą i nagłe starszy wydał 
dziki ryk 
bólu, gdy przeciwnik natrafiwszy paszczą na jego bark zatopił w nim kły. Mimo 
straszliwego, 
wibrującego w uszach skowytu wyraźnie słychać było trzask miażdżonych kości. Ale 
już w 
następnym momencie raniony otoczył zdrowym ramieniem mniejszego samca, przygiął 
do 
ziemi i pochwycił zębami za szyję.
Oba zwierzęta stały przez chwilę zupełnie nieruchomo. Zdawać by się mogło, że 
tworzą jakąś fantastyczną rzeźbę dwóch obejmujących się ogromnych ssaków z dawno 
minionych epok ziemi. Pod gęstym futrem nie widać było muskułów prężących się w 
ogromnym wysiłku i tylko głuche pomruki i przyspieszone sapanie wskazywało, że 
ten 

background image

okropny pojedynek trwa. I nagle coś zmieniło się w tej jakby skamieniałej 
figurze: łapy 
młodszego opadły bezwładnie, wypuścił z pyska zmiażdżony bark wroga i jak 
łachman zawisł 
w jego paszczy. Ten trzymał go jeszcze przez dobrą chwilę w śmiertelnym 
uchwycie, potem 
puścił i otarł sobie pysk zdrowym ramieniem. Postąpił kilka niepewnych kroków, 
zachwiał 
się, oparł grzbietem o pień zrąbanego drzewa, powoli osunął się po nim na ziemię 
i zastygł w 
siedzącej pozycji.
Przez chwilę panowała na warzywniku przeraźliwa cisza, ale wnet w trawach 
zagrały 
piewiki, a wikłacze znów zaczęły swój codzienny sejmik. Po jakimś czasie 
zaszeleściły liście 
w koronie drzewa kola i na ziemię zsunęła się ciemna sylwetka samicy z 
niemowlęciem u 
piersi. Chwilę nadsłuchiwała, następnie ostrożnie zbliżyła się do siedzącego bez 
ruchu samca, 
dotknęła go łapą, powąchała i zakwiliła lękliwie. Podeszła do drugiego, leżącego 
bezwładnie, 
znów zakwiliła płaczliwie i szybko ruszyła w stronę rzeki. Teraz zaszeleściły 
liście w 
koronach drzew musanga i niemal równocześnie trzy młode gorylątka zsunęły się po 
pniach i 
podążyły śladem samicy.
Jacek i Dzika, którzy z pełnym grozy napięciem, ale i z wielkim zainteresowaniem 
obserwowali niecodzienną walkę największych małp świata, teraz z ciekawością 
patrzyli na 
zbliżającą się do skalnego pagórka grupkę goryli. Jacek zaczął coś mówić 
szeptem, ale Dzika 
kładąc palec na ustach nakazała mu milczenie.
Pierwsza biegła samica matka. Biegła szybko na czworakach, pomagając sobie 
rękami 
zwiniętymi w kułaki, podczas gdy niemowlę trzymało się matczynej piersi, 

background image

wczepione w nią 
mocno wszystkimi czterema kończynami. Była znacznie mniejsza od walczących 
niedawno 
samców i cała pokryta gęstym jedwabistym, ciemnobrązowym włosem, przechodzącym 
na 
brzuchu w bardzo jasny, prawie biały kolor, co przypominało do złudzenia opaskę 
biodrową 
Murzynek. Na głowie miała kępę rudych, nastroszonych włosów. Jej duże, orzechowe 
oczy 
patrzyły bacznie, ale nie widać w nich było dzikości czy zalęknienia.
Mijając skalny wzgórek nagle zatrzymała się, podniosła głowę i długo węszyła. 
Widocznie coś ją zaniepokoiło, bo co rychlej przepuściła przodem następującego 
jej na pięty 
rocznego malca, wydała skrzekliwy pomruk i nieco szybciej ruszyła w stronę lasu. 
Za nią 
biegła dwuletnia może samiczka. Musiało to być bardzo wesołe zwierzę, bo 
podskakiwała i 
obracała się w kółko, opędzając się jednocześnie od natarczywych much liściastą 
gałązką 
urwaną z drzewa. Na końcu podążała jeszcze jedna samiczka. Była drobna, ale 
okrywał ją 
piękny, prawie czarny włos z lekkim, rudym nalotem i ledwo widocznym jasnym 
paskiem 
sierści na biodrach. Szła wolno, często zatrzymując się, by skubnąć jakiś 
smaczny listek czy 
jagodę. Doszedłszy do pagórka, przystanęła i zaczęła rozglądać się podejrzliwie, 
łowiąc 
nozdrzami dziwną woń, którą przyniósł leciutki wietrzyk. Nagle chrząknęła 
ostrzegawczo i 
poderwała się do ucieczki, ale w tej samej chwili rozległo się ciche klaśnięcie 
i usypiający 
pocisk utkwił w jej grzbiecie. Samiczka przebiegła jeszcze kilka kroków i 
upadła. Próbowała 
wstać, ale osunęła się na ziemię, westchnęła ciężko i zasnęła twardym snem.
Dzika i Jacek wyskoczyli ze swojej kryjówki i nie zważając na nierówności gruntu 

background image

biegli co tchu z pagórka, ale uprzedził ich Ndele, który nagle wynurzył się obok 
uśpionej 
samiczki. Dziewczynka zeskakując z wysokiej bryły skalnej spostrzegła ku swemu 
przerażeniu, że czarny chłopiec podnosi w górę nóż i gotuje się do uderzenia nim 
gorylątka, 
wrzasnęła więc przeraźliwym głosem:
- Ndele! Nie zabijaj, to moja zwierzyna!
Chłopak nie mógł już wstrzymać ciosu, ale zdołał w ostatniej chwili przekręcić 
nóż w 
dłoni i uderzył płazem. Dzika w kilku skokach dobiegła do uśpionej małpki, a 
stwierdziwszy, 
że zwierzęciu nic się nie stało, odetchnęła z ulgą. Wyjęła ostrożnie z grzbietu 
samiczki 
ampułkę, a potem przy pomocy Jacka i Ndele splotła z rotangu gęstą, mocną siatkę 
i zawinęła 
w nią ciągle jeszcze śpiące zwierzę.
- No, teraz trzeba sprowadzić Tobiego i Akassu. Ndele, skocz no po nich, a my 
tymczasem zobaczymy, co się stało z samcami.
Ale Ndele nie miał najmniejszej ochoty biec do zrujnowanej wioski, toteż 
poruczone 
sobie zadanie wykonał w inny sposób. Wydał z gardła głośny dźwięk, będący czymś 
pośrednim między krzykiem a wibrującym wyciem, i po chwili otrzymał z oddali 
taką samą 
odpowiedź. Zawołał jeszcze raz modulując głos w jakieś przedziwne tony, a potem, 
bardzo z 
siebie zadowolony, ruszył spokojnie za dziećmi.
Po dokładnym obejrzeniu obu samców zadumany Jacek dzielił się z Dziką swoimi 
spostrzeżeniami:
- Goryle mimo ogromnej siły są bardzo mało wytrzymałe na choroby i rany. Ten 
starszy samiec ma prawie zupełnie zmiażdżony i odgryziony lewy bark i zginął 
właściwie z 
upływu krwi. Może to lepiej dla niego, bo cóż by robił w puszczy z takim 
kalectwem. Już 
pierwszego dnia rozszarpałyby go lamparty, uśmierciły mrówki lub gzy bawole. Ten 
młodszy 

background image

ma złamane kręgi szyjne i przegryzioną tętnicę, a prócz tego paskudnie rozerwany 
brzuch. Z 
tych straszliwych okaleczeń widać, jak niesamowitą siłę muskułów i szczęk 
posiadają 
goryle!... Wiesz, Dzika, zastanawiam się nad pewną sprawą... Mamy w bagażach 
znaczne 
ilości arszeniku i innych środków chemicznych, a ja przecież przez ostatnie dwa 
lata uczyłem 
się preparowania zwierząt i...
- Chcesz wypchać tutaj te dwa olbrzymie goryle? - przerwała zdumiona 
dziewczynka.
- Eee, mówisz jak dziecko - oburzył się Jacek. - Tutaj jest to niemożliwe, ale 
mogę 
zdjąć z nich skóry, zakonserwować i wypchać w Chartumie. Wyobrażam sobie, jak 
dumna 
byłaby moja szkoła, gdybym im podarował jednego...
- A dziewczęta w naszym pensjonacie poszalałyby z radości, gdyby dostały tego 
drugiego!
Dalszą rozmowę przerwało nadejście Tobiego i Akassu. Obaj kierowcy z nabożnym 
podziwem oglądali nieżywe zwierzęta i słuchali opowiadania Ndele, bogato 
ilustrowanego 
gestami i podkreślanego głośnymi okrzykami. A kiedy Jacek wyjawił chęć 
zakonserwowania 
skór, okazało się, że Tobi dobrze zna się na tej robocie, bo jako podrostek 
pomagał kiedyś 
francuskiemu przyrodnikowi, który w lasach koło Jaunde preparował eksponaty dla 
paryskiego muzeum zoologicznego. Po dłuższych naradach doszli do wniosku, że 
ponieważ 
spreparowanie skór, oczyszczenie czaszek i szkieletów zajmie sporo czasu, należy 
przynieść 
do Momolo odpowiednie chemikalia i zapas żywności na kilka dni. Ndele zgłosił 
się na 
ochotnika do pilnowania zabitych goryli na warzywniku.
Powrót do Ngato odbył się szybko i bez przygód. Kwiliła co prawda niesiona w 
siatce 

background image

samiczka, ale kiedy jej dano kilka bananów, uspokoiła się i znów zasnęła. W 
obozie szybko 
zmontowano składaną klatkę, wysłano ją trawą i wsadzono gorylątko. Biedne 
zwierzę 
chowało się przed ludźmi w najciemniejszy kąt swego więzienia, chrząkało 
płaczliwie i 
ożywiło się dopiero na widok Kajtka, który mu w swej szympansiej mowie długo i 
szeroko 
coś klarował.
Kiedy Dzika zajęta była samiczką goryla, Jacek wydobył z bagażu ekspedycyjnego 
puszkę arszeniku, kawał zwyczajnego mydła, rozpylacz, komplet narzędzi do 
konserwowania 
skór i lekki namiot. Już w niespełna godzinę wszystko było gotowe do drogi.
W obozie na gospodarstwie pozostała Dzika i kucharz Zalbi. Dziewczynka przed 
przyjazdem do Kamerunu sporo czytała o gorylach żyjących w puszczach Gabonu, 
Kamerunu, Konga i w górach na północ od jeziora Tanganika, a także o gorylach 
trzymanych 
w ogrodach zoologicznych. Lektura ta pozwoliła jej poznać nie tylko tryb życia 
tych małp na 
swobodzie, lecz również metody hodowli i zwyczaje zwierząt urodzonych już w 
niewoli. 
Wiedziała doskonale, że goryle są wyłącznie roślinożerne w odróżnieniu od 
szympansów, 
które urozmaicają swoje posiłki jajami ptasimi i małymi ssakami, wiedziała 
także, że goryle 
lubią czystość, ale chorują na malarię i mają mnóstwo pasożytów żołądkowych, 
których się 
nabawiają w puszczy. Samiczkę należało więc trzymać w idealnie czystej klatce, 
dbać o jej 
spokój, dobre jedzenie i towarzystwo.
Najpierw Dzika zrobiła zwierzątku kąpiel, używając do tego celu takiej samej 
gumowej miednicy, w jakiej kąpała Kajtka. Początek był oczywiście trudny, bo 
gorylątko na 
widok dziewczynki wchodzącej do klatki narobiło przeraźliwego wrzasku, a nawet 
próbowało 

background image

ugryźć ją w rękę. Potem jednak poddało się biernie swemu losowi. Kąpiel przeszła 
prawie 
zupełnie gładko, gdyż chlapanie się w ciepłej wodzie sprawiało samiczce widoczną 
przyjemność. Trochę zamieszania spowodowała odrobina piany mydlanej, jaka 
dostała się do 
oczu gorylątka.
Wystraszona małpka, krzycząc rozpaczliwie, wszelkimi sposobami usiłowała umknąć 
z miednicy i uspokoiła się dopiero w grubym, miękkim ręczniku, w który ją Dzika 
owinęła. 
Po wysuszeniu i wyszczotkowaniu futra dziewczynka nakarmiła małpkę bananem, 
pomarańczą i esunem, po czym, puszystą i lśniącą, ułożyła ją do snu na miękkiej 
ściółce z 
trawy. Przy karmieniu asystował oczywiście Kajtek, z którym samiczka chętnie 
dzieliła swój 
posiłek. Wtedy też Dzika zauważyła, że gorylątko jest wybitnie łagodne, a nawet 
pozwala się 
terroryzować mniejszemu od siebie szympansowi, choć do pewnego tylko stopnia, bo 
gdy ma 
dosyć, potrafi jednym klapsem odrzucić go na bok.
Dzika zmęczona pracowitym i pełnym przygód dniem postanowiła wcześniej położyć 
się spać i właśnie szła do łazienki, gdy gdzieś na krańcach wioski ozwały się 
dalekie tony 
bębenków i pohukiwania rogów. Zaciekawiona, zatrzymała się koło ogniska i wraz z 
Zalbim 
słuchała zbliżającej się coraz bardziej muzyki, przez którą przebijały już 
okrzyki i śpiewy. 
Wreszcie gwar zbliżył się na tyle, że słychać było nawet tubalny bas, który w 
języku 
francuskim pieklił się na naczelnika wioski, na boyów i cały świat. A potem 
przed ogniskiem 
ukazał się barczysty Europejczyk, a za nim kilkunastu czarnych tragarzy ze 
stalowymi 
kuferkami, skrzynkami i tobołami na głowach. Biały powiedział kilka słów w 
jakimś 
narzeczu krajowym i tragarze natychmiast, jak na musztrze, ułożyli rzędem swoje 

background image

ciężary, a 
sami posiadali obok nich w kucki, tylko boy i kucharz zaczęli rozwijać namiot i 
krzątać się 
przy jego ustawianiu.
Mężczyzna powoli podszedł do Dziki i nagle szybkim ruchem zerwał z głowy 
zniszczony, szeroki, filcowy kapelusz, ukłonił się ze staroświecką galanterią i 
zawołał:
- Witam, witam! Dobry wieczór panience! Ot i spotykamy się znowu. Czy 
przypomina sobie panienka nasze spotkanie w Abong-Mbang, w hotelu pani Durande? 
Jestem 
Henryk Perron, geolog. Idę do Molunda, nad rzekę Dża, by poszperać trochę w 
ziemi. 
Czekają tam na mnie młodzi koledzy, krajowcy, którzy podobno dokonali jakichś 
ciekawych 
odkryć. Chciałem właśnie przenocować w Ngato, a tu widzę, dom noclegowy się 
wali! Czy 
mógłbym na tym placyku rozbić mój namiot?
Dzika w pierwszej chwili nie poznała geologa w tym brodatym i niedbale ubranym 
mężczyźnie, który miał na sobie spłowiałą, rozchełstaną na piersi koszulę, 
poplamione 
tłuszczem spodnie, brezentowe buty z cholewami i wielki kowbojski kapelusz w 
ręku. 
Brakowało mu tylko rewolweru u boku, a wyglądem swoim mógłby z pewnością 
wystraszyć 
co płochliwszych ludzi. Wystarczyło jednak spojrzeć na łagodnie uśmiechnięta 
twarz i 
wesołe, błyszczące oczy, by natychmiast wyczuć w nim człowieka o gołębim sercu. 
Dziewczynka, poznawszy wreszcie pana Perrona, dygnęła pięknie i rzekła z miłym 
uśmiechem:
- Witam pana i bardzo proszę rozgościć się w obozie. Przykro mi, że nie zastał 
pan 
mego ojca ani pana Goraja. Wybrali się obaj aż nad rzekę Bumba, gdzie łapią 
goryle. Syn 
pana Goraja, Jacek, biwakuje niedaleko stąd, w wiosce Momolo, a ja pilnuję obozu 

background image

pielęgnuję małą samiczkę goryla, którą dzisiaj udało się nam schwytać...
- Co? - krzyknął zdumiony pan Perron. - Schwytaliście samicę goryla? W jaki 
sposób?
- Niech pan najpierw zwolni swoich tragarzy - powiedziała Dzika patrząc na 
Murzynów siedzących nieruchomo przy bagażu. - Zalbi przygotuje zaraz kąpiel dla 
pana w 
naszej łazience a przy kolacji wszystko panu opowiem.
Stary Francuz patrzył chwilę w milczeniu na dziewczynkę, potem powiedział: 
„Przepraszam” - i poszedł do swoich ludzi, by wydać odpowiednie polecenia. 
Rozpakował z 
boyem walizkę, wydobył z niej czystą bieliznę i ubranie i po jakimś czasie 
wyświeżony i 
przebrany zjawił się w namiocie-jadalni, gdzie przy nakrytym stole czekała już 
Dzika.
Podczas kolacji dziewczynka opowiedziała zdumionemu Francuzowi o śmiertelnej 
walce dwóch samców w Momolo, o schwytaniu gorylątka i wreszcie o staraniach 
Jacka, by 
zakonserwować skóry. Pan Perron słuchał uważnie, patrzył na Dzikę z coraz 
większym 
zdumieniem, a gdy skończyła, zawołał:
- Czymże wy, u licha, strzelacie? Przecież goryl to potężne zwierzę i od byle 
czego nie 
zaśnie!
Dziewczynka przyniosła wiatrówkę, wyjaśniła działanie pocisku z ampułką, a potem 
zaprowadziła Francuza do klatek i pokazała mu gorylątko, wiperę, świnię rzeczną 
nadstawiającą długie uszy do podrapania, a następnie Kajtka cichutko 
pochrapującego w 
swoim legowisku.
- Te zwierzęta zostały schwytane przy pomocy środka usypiającego, nie męczyły 
się 
w sieciach, dołach i pułapkach, ale zupełnie zdrowe i nie wystraszone dostały 
się w nasze 
ręce. Starego goryla nie próbowałam uśpić, ale po co to robić, kiedy młode, a 
szczególnie 
samiczki są naprawdę bardzo łagodne, nieśmiałe i chyba łatwiejsze do oswojenia 

background image

niż inne 
małpy.
- I nie bała się panienka patrzeć na walkę samców?
- Bałam się... okropnie się bałam. Jeszcze teraz skóra mi cierpnie na plecach na 
samo 
wspomnienie...
- Trzeba przyznać, że macie wyjątkowe szczęście. Ja blisko czterdzieści lat 
mieszkam 
w tym kraju, w moich wyprawach geologicznych zdeptałem nieomal wszystkie jego 
zakątki, 
setki razy słyszałem wędrujące po puszczy goryle, dudnienie pięściami w piersi i 
ryki, ale 
walki samców nie udało mi się zobaczyć. Znajdowałem tu złoto, diamenty, węgiel, 
cynę, 
żelazo, tantalit* [Tantalit - minerał, z którego otrzymuje się trudno topliwy 
metal, odporny na 
działanie czynników chemicznych.], ale nigdy nie zetknąłem się twarzą w twarz z 
gorylem! A 
przecież spędziłem w tych lasach niejedną porę suchą i niejedną mokrą. Ano, 
wybiorę się 
jutro do Momolo i obejrzę sobie chociaż nieżywe goryle...
Nazajutrz Dzika i pan Perron zjawili się w Momolo już wczesnym rankiem i zastali 
Jacka pochłoniętego przygotowaniami do ściągania skór. Dokoła pełno było ludzi z 
bliższych 
i dalszych wiosek, którym wieść o zabiciu goryli ogłosiły tam-tamy, huczące całą 
noc w 
Ngato. Przy ogromnym ognisku siedzieli ci, których jeszcze o świcie przygnała tu 
ciekawość i 
chęć zjedzenia serca straszliwych małp. Wśród tłumu najgłośniej hałasowały 
kobiety. Ledwo 
okryte jakimś skrawkiem bawełnianego materiału lub za całe ubranie mając pęk 
liści 
przywiązanych na biodrach, podbiegały do martwych goryli i miotały obelgi i 
przekleństwa, 
wypominając im szkody wyrządzone w ogrodach i swój bezgraniczny lęk. Niektóre, 

background image

bardziej 
krewkie niewiasty rzucały nawet w małpy patykami lub na pół zgniłymi owocami, 
ale wtedy 
Akassu przeganiał je kijem.
Kilku mężczyzn podważyło drągami potężne cielsko i ułożyło je na matach. Dopiero 
teraz można było dokładnie przyjrzeć się małpom. Sprawiały wrażenie jakichś 
okropnych, 
dzikich wielkoludów, przypominających człowieka z zamierzchłej przeszłości. 
Gęste, rdzawe 
futro na głowach okalało ich zupełnie czarne, nagie twarze, na których zastygł 
grymas 
wściekłości i bólu. Nosy miały płaskie, szerokie, a w rozwartych pyskach 
sterczały dwa rzędy 
lekko pożółkłych, silnych zębów, spośród których wystawały potężne kły. Napięta 
na 
szerokiej piersi czarna, twarda skóra pozbawiona była uwłosienia, podobnie jak i 
część 
brzucha. Ręce potwornej grubości, niesłychanie muskularne, sięgały niemal do 
kolan, nogi 
natomiast, choć bardzo silne, były nieproporcjonalnie krótkie.
Jacek skrupulatnie wymierzał oba goryle. Starszy miał od czubka głowy do palców 
nóg dwa metry i dwadzieścia centymetrów, młodszy był o dziesięć centymetrów 
mniejszy. 
Długość rozkrzyżowanych ramion wynosiła u każdego około trzech metrów.
Pan Perron przywitał się z Jackiem i kierowcami, po czym bardzo dokładnie 
obejrzał 
oba zwierzęta i kiwając głową, rzekł:
- Polowanie na goryle jest w Kamerunie zabronione i wieść o zabiciu zwierzęcia 
objętego ochroną bardzo szybko rozchodzi się po kraju i trafia do władz... 
Dobrze będzie 
mieć świadka, który z czystym sumieniem może stwierdzić, że te goryle zginęły 
nie od kul, 
ale walcząc z sobą. Władze lubią wszelkiego rodzaju dochodzenia, toteż jako 
urzędnik 
państwowy złożę odpowiednie zeznanie...

background image

- Ach, jak to dobrze się stało, że przechodził pan przez Ngato! - zawołał 
uradowany 
Jacek.
- A może pan z nami zostanie? Złoto i diamenty nie uciekną, a my możemy tu razem 
coś ciekawego schwytać. Spróbuje pan naszych wiatrówek...
- Parę dni mogę w Ngato posiedzieć, ale jeszcze przed porą mokrą muszę wrócić z 
Molunda do stolicy, by zdać sprawozdanie z wyniku poszukiwań nad Dża.
W niespełna pół godziny obrane do czysta kości leżały już na matach, a na 
patykach 
zastępujących rożny piekły się spore kawały mięsa. A potem zaczęły grać bębenki 

dziewczęta odtańczyły taniec zwycięstwa.
Taniec ten, przedstawiający polowanie na goryla, był tak żywiołowy, tak pełen 
wyrazu i głębokiej znajomości zwyczajów tej największej małpy świata, że kamera 
Jacka 
szumiała bez przerwy, utrwalając na taśmie filmowej każdy ruch, każdy błysk 
oczu, każde 
drgnienie twarzy tancerek. Gdy wreszcie po długich i pełnych niebezpieczeństwa 
chwilach 
„człowiek leśny” padł pod ciosami oszczepów - wszyscy obecni wydali radosny 
okrzyk, a 
kobiety stare i młode otoczyły go w dzikim tańcu.
Było już dobrze po południu, kiedy Dzika i pan Perron zaczęli zbierać się do 
powrotu, 
gdyż Jacek postanowił zostać na warzywniku pod Momolo, aż skóry podeschną na 
tyle, że 
bez obawy można je będzie przenieść do obozu.
- Zostanę tutaj, bo jeszcze przyjdzie tu jakie licho z puszczy i zepsuje mi 
skóry - 
tłumaczył Dzice. - Jutro rano natrę je sproszkowanym węglem drzewnym, aby 
przyspieszyć 
schnięcie i uzyskać miękkość...
- Dobrze, a gdzie będziesz spał, co będziesz jadł?
- Mam przecież namiot, trochę konserw i karabinek - to mi chyba wystarczy. Tobi 

background image

Akassu też zostaną, wybudują sobie szałas. Nie będzie nam tu gorzej niż w 
obozie. Ndele 
mówił mi, że wieczorem przylatują tutaj pantarki i nocują na drzewach, więc 
pieczyste na 
śniadanie zapewnione...
- A woda? - przerwała Dzika.
- Woda? Wody pełno w rzece...
- Tej wody nie wolno ci pić! Zaraz przyślę ci z obozu mały filtr i pamiętaj, 
żebyś pił 
tylko wodę przegotowaną i filtrowaną! Chyba nie chcesz nabawić się jakiejś 
ciężkiej choroby 
albo tych paskudnych pasożytów żołądkowych, które nękają większość Murzynów w 
tropikach!
Jacek przyrzekł solennie uważać na siebie, po czym Dzika, pan Perron i Ndele 
wyruszyli z powrotem do Ngato.
6
Przez następne trzy dni Dzika miała pełne ręce roboty. Wstawała przed świtem, a 
gdy 
nastał dzień - kąpała samiczkę goryla, którą nazwała „Jagą” na pamiątkę 
pierwszej w życiu 
samodzielnie przeczytanej bajki o „Babie Jadze”, i zabierała się do 
szczotkowania rudego 
futerka Kajtka. Potem własnoręcznie karmiła wszystkie zwierzęta. Jaga 
otrzymywała na 
śniadanie kilka bananów, dwie pomarańcze, garść jagód esunu albo kleiste, 
gąbczaste owoce 
drzewa musanga i bulwę manioku. Dodatek do śniadania stanowiły delikatne liście 
i świeże 
pączki bambusowe. Wszystkie owoce były uprzednio myte, ale dziewczynka dla 
pewności 
dodawała do jedzenia małe dawki środków niszczących pasożyty żołądka i jelit.
Z Kajtkiem było mniej kłopotów, zjadał chętnie podawane mu owoce, pił mleko, 
jadł 
suchary, a na własną rękę zdobywał ptasie jaja i pisklęta, które wybierał z 
gniazd, i małe 

background image

ssaki. Bardzo lubił siadywać przed kuchnią i obserwować Zalbiego. Jak tylko 
kucharz się 
odwrócił, Kajtek ściągał jakiś smaczny kąsek i uciekał ile sił w krótkich 
nóżkach. Czasem 
Zalbi udawał bardzo zajętego, potem oglądał się nagle i przyłapawszy szympansa 
na 
kradzieży, gonił go ze ścierką w ręku po całym obozie. Tszego wrzeszczał wtedy 
jak 
zarzynany, a gdy wreszcie dopadł drzewa i wdrapawszy się na nie, siedział już 
bezpiecznie na 
konarze, zaczynał przemawiać do kucharza w swojej szympansiej mowie: och ochoch 
och 
ochochoch och!
Najmniej pracy wymagało karmienie warchlaka, gdyż wystarczało kilka dużych bulw 
manioku, aby na jakiś czas zaspokoić jego apetyt. Zresztą tę pracę wykonywał 
Ndele, który 
sam siebie zaliczył do członków wyprawy.
Po tych zajęciach, które kończyły się o godzinie siódmej, Dzika brała prysznic i 
już 
ubrana w czyste dżinsy i świeżą bluzkę zasiadała z panem Perronem do śniadania. 
Czasem 
stary prospektor opowiadał o swych przeżyciach w Kamerunie, to znów Dzika snuła 
przypuszczenia na temat wyprawy swego ojca i pana Goraja do dalekiej, bezludnej 
puszczy i 
niepokoiła się o Jacka. Francuz słuchał wynurzeń dziewczynki z dobrotliwym 
uśmiechem, a 
potem mówił:
- Mademoiselle* [Mademoiselle (franc., czyt.: madmuazel) - panienka.], nie 
trzeba się 
trapić! Nad rzeką Bumba są plantacje francuskie, więc ojciec pani i pan Goraj 
zawsze znajdą 
tam gościnę i pomoc. Są też partie buszu nie zamieszkanego, ale i tam z 
tropicielami 
Pigmejami nikt nie zabłądzi. Puszcza jest bardzo nieprzyjemna i niebezpieczna w 
sezonie 

background image

deszczowym, lecz w porze suchej można w niej wytrzymać. Proszę sobie nie 
wyobrażać, że 
goryla równie łatwo upolować jak zająca! Bardzo dobrzy, nawet znakomici myśliwi, 
prowadzeni przez Pigmejów Babinga czy Bokola, czasem całymi latami nie mogą 
podejść 
tych ogromnych małp na odległość strzału. Słyszą je niemal codziennie, ale na 
tym koniec. 
Nie każdy ma takie szczęście, aby w kilka dni po przybyciu do puszczy być 
świadkiem 
śmiertelnej walki dwóch samców, a jeszcze na dodatek złapać żywcem gorylątko! 
Głowa do 
góry, mademoiselle Dzika!
Po śniadaniu Dzika zwykle raz jeszcze zaglądała do Jagi, odwiedzała rannych 
Murzynów w wiosce, którzy szybko wracali do zdrowia, a potem wyruszała na 
polowanie. 
Geolog brał swój młotek i szedł nad rzekę, bo znalazł tam jakieś ciekawe skały. 
Toteż 
dziewczynce towarzyszył przeważnie tylko Ndele. Zasiadali na czatach gdzieś 
daleko od 
wioski, w zapuszczonych polach ryżowych, gdzie liczne ślady antylop wskazywały, 
że 
zwierzyna ta bywa tu częstym gościem. Dzika wybierała sobie jakieś dogodne 
miejsce, 
przeważnie drzewo o deskowych korzeniach, a Ndele wabił.
Zaraz pierwszego dnia wyszła na nich spora czarna antylopka, ale tak szczelnie 
maskowały ją cierniste pnącza, że Dzika nawet nie próbowała strzelać. Potem 
wiatr musiał 
przynieść antylopce woń ludzi, gdyż nagle znikła jak senne widziadło.
Ndele wabił dalej, ale dopiero po dłuższym czasie w gęstwinie mignął niewyraźny 
cień bardzo ostrożnie i zupełnie bezszelestnie podchodzącej antylopy. Potem 
powoli, tak 
powoli, że dziewczynce wydawało się to wiekiem, wśród krzaków błysnęły wielkie, 
czarne, 
wilgotne oczy, a następnie pokazała się brązowa, nastroszona czupryna i maleńkie 
rogi. W 

background image

krzakach stał jakiś dukier* [Dukiery - podrodzina antylop czubatych, obejmująca 
wiele 
gatunków - od małych, wielkości zająca, do niewiele mniejszych od naszego 
jelenia, jak np. 
antylopa tapirowata.] i bardzo uważnie wpatrywał się w rozciągający się przed 
nim busz. W 
pewnej chwili wzrok jego padł na potężny pień kapoku* [Kapok - drzewo rosnące w 
klimacie 
tropikalnym, którego owoce dostarczają krótkiej bawełny.], w którego deskowych 
korzeniach 
kuliła się Dzika.
Ndele zaś wabił dalej. I on widocznie spostrzegł coś w gęstwinie, gdyż wabienie 
nabrało teraz tonów tak rozpaczliwych, że dukier poruszył się niespokojnie i po 
chwili ukazał 
się o kilka kroków bliżej. Dzika mogła już teraz zobaczyć na tle ciemnej zieleni 
prawie cały 
ognistoczerwony bok zwierzęcia. Serce załomotało jej gwałtownie w piersi, 
poznała bowiem 
niezmiernie płochliwego dukiera błotnego, jedno ze zwierząt puszczy południowego 
Kamerunu, którego zdobyciem pochwalić się mogło kilku zaledwie myśliwych. Ręce 
tak 
silnie drżały jej z podniecenia, że z trudem podniosła do oka wiatrówkę. W 
chwili gdy 
muszka znalazła się na czerwonej plamie - pociągnęła cyngiel. Dukier podskoczył 
w górę, 
lecz w następnej sekundzie zniknął w krzakach. Nim jednak Dzika wyszła ze swojej 
kryjówki, rozległ się radosny krzyk Ndele, którym czarny chłopiec obwieścił 
zwycięstwo.
Dzika natychmiast pobiegła w kierunku jego głosu i po krótkim przedzieraniu się 
przez cierniste pnącza, ostrą, wysoką trawę i kolczaste krzaki - zobaczyła 
samicę dukiera 
leżącą bez ruchu na pogniecionych paprociach. Obok uśpionego zwierzęcia uwijał 
się Ndele, 
wiążąc mu nogi długimi pędami powoju.
- Mamzel Dzika, zobacz, jakie piękne mięso* [Mięso - Murzyni nazywają mięsem 

background image

wszystkie zwierzęta żyjące w puszczy.] wywabiłem ci z puszczy! Nawet stary Abotu 
rzadko 
przynosi z polowania takie śliczne, czerwone mięso. Raz, kiedy Ndele był jeszcze 
mały, 
Abotu dał mu kawałeczek tego mięsa. Ach, jakie dobre było to mięso! Pobiegnę 
teraz do 
wioski i sprowadzę kilku chłopaków, bo sam nie udźwignę tego nsira!
Rzeczywiście, antylopa ważyła co najmniej trzydzieści kilogramów i na to, aby ją 
nieść kilka kilometrów przez puszczę, trzeba było silnego mężczyzny. Gdy Ndele 
zniknął w 
puszczy, Dzika zaczęła oglądać swoją zdobycz tym ciekawiej, że dukiera błotnego 
widywała 
tylko na rysunkach i fotografiach. Nawet w najśmielszych marzeniach nie 
przypuszczała, że 
uda się jej złowić żywcem takie zwierzę. Wiedziała dobrze, że dukiery większość 
swego 
życia spędzają na trudno dostępnych bagnach i upolowaną przez nią samicę tylko 
jakiś 
przypadek mógł wywabić na suchy ląd. Leżący przed nią dukier był naprawdę 
pięknym 
okazem. Całe jego smukłe, zgrabne ciało okrywała ognistoczerwona, lśniąca 
sierść, jedynie 
charakterystyczna dla dukierów czupryna na głowie była ciemnobrązowa, maleńkie 
zaś, ostre 
różki, wyrastające u nasady czoła, były zupełnie czarne. Jak każdy dukier miał 
wąską, długą 
czaszkę, bardzo duże uszy i wąskie, wydłużone racice.
Zagłębiona w studiowaniu szczegółów rzadko przez Europejczyków oglądanego 
zwierzęcia, Dzika prawie zapomniała, gdzie się znajduje. Wiatrówkę oparła o pień 
drzewa i 
gładziła rękami jedwabistą sierść dukiera, uśmiechając się w duchu na myśl, 
jakie wrażenie 
zrobi ta zdobycz na starym Francuzie, gdy nagle z tej przyjemnej zadumy wyrwał 
ją brutalnie 
hałas i łomot gdzieś w puszczy. Nadstawiła uszu i wkrótce mogła rozróżnić trzask 

background image

łamanych 
gałęzi, pomieszany z przeraźliwym kwiczeniem.
„Słonie idą” - pomyślała wsłuchując się uważnie w coraz wyraźniejszy łomot. 
Teraz 
słychać już było odgłosy obłamywania gałęzi, zdzierania kory z drzew i łamania 
młodych 
palm oleistych, z których słonie wyjadają rdzeń przypominający smakiem czarną 
rzodkiew. 
Słoniom głośno burczało w brzuchach i wydawały charakterystyczny kwik, po którym 

daleka można poznać tych olbrzymich mieszkańców puszczy.
„Duże stado, na pewno kilkanaście sztuk - pomyślała dziewczynka cała zamieniając 
się w słuch. - Pasą się, a więc są spokojne... Na pewno przejdą bokiem...”
Ale hałas, jaki sprawiały idące wolno słonie, słychać już było tak blisko, że 
Dzika nie 
chcąc, by zwierzęta zwęszyły jej obecność, szybko zarzuciła wiatrówkę na ramię, 
dukiera 
przykryła ogromnymi, sercowatymi liśćmi dzikiego taro i po zwisających pnączach 
wdrapała 
się szybko na pień rosnącego w pobliżu mahoniu. Usadowiwszy się wygodnie między 
konarami, spojrzała w kierunku nadchodzącego stada. Między gęstwiną podszycia 
leśnego 
widać było ciemne zarysy grzbietów, które przybliżały się coraz bardziej, aż 
wreszcie mogła 
już zobaczyć całe pojedyncze zwierzęta, ich ogromne, ruchliwe, do płacht podobne 
uszy, 
trąby zwijające się jak węże i błyskające ciosy*. [Ciosy - prawidłowa, 
przyrodnicza nazwa 
kłów słonia.]
Słonie obrywały trąbami z drzew i krzaków liściaste gałązki lub wyrywały z ziemi 
spore pęki trawy, otrzepywały je z ziemi o nogę lub bok ciała i wkładały do 
pyska, gdzie 
wszystko znikało jak w bezdennej beczce. Właśnie olbrzymi samiec naparł czołem 
niby 
taranem na pień młodej palmy i złamał ją z rozgłośnym trzaskiem. Lewym ciosem 

background image

rozłupał 
leżący na ziemi pień i zaczął powoli, systematycznie wyjadać rdzeń.
W pewnej chwili na wolnej od krzaków, trawiastej polance Dzika zobaczyła słonicę 

maleńkim, najwyżej pięcio- lub siedmiodniowym słoniątkiem drepczącym pod 
brzuchem 
matki. Maleństwo biegło między nogami matki i starało się dosięgnąć trąbą 
pełnych wymion 
rodzicielki, ale ruch słonicy uniemożliwiał mu to i malec popiskiwał płaczliwie. 
Wreszcie 
jedna ze starych samic, prawdopodobnie przewodniczka stada, zatrzymała się i 
słonie stanęły 
na chwilę, a potem rozsypały się po lesie. Młoda matka ostrożnym ruchem trąby 
przesunęła 
maleństwo do wymion znajdujących się między przednimi nogami.
W tym czasie kilka samic podeszło w pobliże miejsca, gdzie leżał uśpiony dukier. 
Dotychczas zupełnie spokojne, teraz zaczęły zdradzać dziwne podniecenie. 
Zatrzymały się 
nagle, podniosły w górę swe potężne trąby i uważnie węszyły.
Dzika obserwowała je z wielkim zainteresowaniem. Wiedziała dobrze, że te 
gruboskóre kolosy nie mogły jej zwęszyć, gdyż siedziała zbyt wysoko, ale lekki 
wietrzyk 
przeciągał właśnie od słoni, mogły jednak uchwycić jej woń i Ndele przy kapoku, 
woń co 
prawda bardzo słabą, ale jednak zdradzającą obecność człowieka. Słonicom 
najwidoczniej 
mieszał się zapach ludzi i zwierzęcia, bo kręciły się nie opodal dukiera, węsząc 
i wachlując 
się ogromnymi uszami, jakby chcąc zgarnąć nimi więcej powietrza i lepiej 
rozpoznać 
zapachy.
Dziewczynka wiedziała doskonale, że słonie mają krótki wzrok i niewiele lepszy 
słuch, toteż nie kryjąc się specjalnie wśród liści - przyglądała się zwierzętom. 
Zbyt wiele słoni 
widziała w swym życiu, aby nie orientować się, że ma przed sobą słonie leśne o 

background image

charakterystycznych ogromnych uszach, tak zwane słonie krągłouche, mające po 
cztery 
kopyta na tylnych nogach. Jako wybitnie leśne zwierzęta, słonie te były niższe 
od swych 
kuzynów z sawanny i stepu, wysokość ich bowiem nie przekraczała dwóch metrów i 
dwudziestu centymetrów, ale wydawały się bardziej w sobie zwarte i masywniejsze. 

prawdziwą przyjemnością obserwowała, jak zręcznie te zwierzęta posługiwały się 
trąbami, 
jak niesłychanie czułe miały dwa chwytne „palce” na końcach wspaniałych trąb. Te 
prawdziwe góry mięsa i kości potrafiły zrywać nimi najdrobniejsze gałązki, nie 
rozwinięte 
jeszcze pączki bambusów, a nawet jagody z krzaków esunu.
Naraz węszące krowy musiały pochwycić jakiś bardzo niepokojący zapach, gdyż 
jedna z nich wydała przyciszony kwik i w tej samej chwili stado przestało się 
paść. Zwierzęta 
podniosły w górę trąby i zaczęły węszyć, po czym wykonały w tył zwrot i bez 
najmniejszego 
hałasu ruszyły szybko w przeciwną stronę. Stado nie uciekało jednak w rozsypce, 
lecz 
uformowało się według pewnego, określonego porządku. Na czoło wysunęła się stara 
krowa 
przewodniczka, za nią szły matki z młodymi, potem ogromny samiec osłaniany przez 
kilka 
dorosłych krów, a w straży tylnej - młodzież obu płci.
Po ucieczce słoni zapanowała w puszczy zupełna cisza. Dopiero po dłuższej chwili 
zaśpiewały zgodnym chórem piewiki, wysoko w koronach drzew ozwało się zgryźliwe 
zrzędzenie koczkodanów niebieskolicych, zakrakał głośno wielki czarny 
dzioborożec, lecz 
zaraz wszystkie te głosy zagłuszył przeraźliwy wrzask szarych papug, które 
ogromnym 
stadem obsiadły jedno z pobliskich drzew.
Dzika nie miała już co robić na mahoniu i właśnie zamierzała ześliznąć się po 
pniu, 
gdy nagle ujrzała wspaniale upierzonego ptaka wielkości bażanta, który lotem 

background image

szybowcowym 
sfrunął skądś z góry na krzaki esunu pełne dojrzałych jagód. Natychmiast poznała 
w nim 
koko, czyli turaka czubatego. Ptak ten stanowi prawdziwą ozdobę puszczy: pióra 
na szyi i 
grzbiecie ma błękitne, pierś trawiastozieloną, brzuch i nogi rdzawoczerwone. 
Długi ogon 
turaka u nasady jest niebieski, a na zaokrąglonym końcu czarny z zielonożółtym 
paskiem.
- Ach, co za śliczny ptak! Muszę go zdobyć - szepnęła zachwycona dziewczynka 
wyjmując z wiatrówki silnie działający nabój, by zastąpić go ampułką 
przeznaczoną na ptaki. 
Ale gdy sięgała do torby, kątem oka dostrzegła coś długiego, zielonego, co 
skręcało się w 
powietrzu nad jej głową, a nie było ani lianą, ani pnączem. I nagle zdrętwiała, 
i omal nie 
spadła na rosnące w dole kolczaste krzaki. Wprost na konar, na którym siedziała, 
pełzła z 
jednej z wyższych gałęzi... mamba zielona! Jadowity gad dosięgnął już łbem 
konaru i zsuwał 
na niego swoje grube, trójkątne cielsko. Był coraz bliżej, a przerażona i 
bezradnie 
przyciśnięta do pnia Dzika ciągle bez ruchu wpatrywała się w niego jak 
zahipnotyzowana. 
Gad miał podłużny łeb osadzony na lekko zwężającej się szyi i długie ciało 
pokryte piękną, 
matowozieloną łuską, ogona nie było widać, gubił się gdzieś w liściach.
Dzika wiedziała, że mamba zielona jest zasadniczo wężem nadrzewnym, lecz równie 
szybko potrafi poruszać się po ziemi i doskonale pływa, że wreszcie atakuje 
człowieka bardzo 
rzadko, i to tylko zaczepiona. Poluje głównie na latające wiewiórki i inne małe 
ssaki, wyjada 
także pisklęta z gniazd ptasich. Ale teraz, patrząc na coraz bardziej zbliżający 
się łeb gada, na 
długi, rozdwojony, ruchliwy język, na zupełnie nieruchome, zimne, kocie oczy 

background image

wlepione w 
nią z jakimś okrutnym błyskiem, zrozumiała, że grozi jej śmiertelne 
niebezpieczeństwo. 
Ocknęła się wreszcie z tępego przerażenia i myśl jej zaczęła z niesamowitą 
szybkością 
podsuwać możliwości ratunku. Trzymała przecież w rękach wiatrówkę i choć nie 
mogła już 
jej nabić, była to jednak broń!
Wąż tymczasem podsunął się na odległość półtora metra i zatrzymał się. Nagle 
podniósł przednią część ciała prawie do wysokości głowy tego dziwnego 
stworzenia, które 
zagradzało mu drogę, syknął gniewnie i błyskawicznie uderzył łbem. Atak mamby 
nie trwał 
nawet sekundy, ale ręce Dziki, trzymające wiatrówkę za lufę, o mgnienie oka 
szybciej zadały 
straszliwy cios. Siła uderzenia była tak wielka, że wąż spadł z konaru jak 
zmieciony 
huraganem, przekoziołkował bezwładnie w powietrzu i ciężko grzmotnął o ziemię 
łamiąc 
krzaki.
A Dzika dalej siedziała na konarze drżąc z napięcia i wysiłku, ciężko oddychając 

ocierając kroplisty pot z czoła. Musiała trochę odpocząć, odzyskać panowanie nad 
rozdygotanym ciałem. Teraz zupełnie nie mogła sobie przypomnieć, w jaki sposób 
przekręciła wiatrówkę w rękach i jak uderzyła. Działała raczej pod wpływem 
instynktu niż 
rozumowania. Gdyby się spóźniła lub chybiła, los jej byłby przypieczętowany. Nie 
zdążyłaby 
w żadnym wypadku dobiec do obozu i zrobić sobie zastrzyku z serum przeciw jadowi 
mamby...
„Ale gapa ze mnie - rozważała - mamy przecież w obozie pudło pełne 
przeciwjadowych zastrzyków i powinnam zabierać coś z sobą idąc do puszczy. Nie 
mogę 
nikomu opowiedzieć mojej przygody z mambą, bo każdy - zamiast mnie pożałować - 
po 

background image

prostu mnie zwymyśla i powie, że tu nie Kair czy Chartum, ale zdradliwa puszcza, 
pełna 
jadowitych węży i robactwa. Po powrocie do obozu natychmiast włożę do torby 
zastrzyk 
przeciw jadowi mamby czarnej i zielonej, a także przeciw jadowi wipery. Ciekawa 
jestem, co 
się stało z wężem, czy przypadkiem nie połamał sobie kości spadając z takiej 
wysokości na 
ziemię. Warto by zobaczyć...”
W tej chwili ozwało się rozpaczliwe beczenie obudzonego dukiera i Dzika 
poruszyła 
się niespokojnie na konarze. Spojrzała w dół. Barwny turak czubaty dawno już 
odleciał z 
krzaków esunu, wrzaskliwe papugi przeniosły się na dalsze drzewa, natomiast 
gdzieś w 
trawach zawołała donośnie kukułka szponiasta i wciąż koncertowały chóralnie 
cykady. 
Puszcza wydawała się tak spokojna i bezpieczna jak ogródek przed domem, ale 
dziewczynka 
nauczona doświadczeniem nabiła wiatrówkę zieloną ampułką i dopiero wtedy 
ześliznęła się 
po pniu na ziemię.
Rzucający się dukier doszczętnie połamał i zmierzwił paprocie, na których leżał, 
a nie 
mogąc uwolnić się z więzów zaszył się tak głęboko między krzaki, że Dzika 
porządnie się 
napracowała, zanim go z nich wyciągnęła. Głośne jego beczenie w każdej chwili 
mogło 
sprowadzić lamparta lub innego kota, toteż dziewczynka niezwłocznie skrępowała 
mu pysk. 
Ledwie jednak siadła koło niego na ziemi, myśli jej natychmiast powróciły do 
strąconej 
mamby. Zerwała się z miejsca, wycięła długi, tęgi kij i uderzając nim po 
krzakach i trawach 
zaczęła przeszukiwać najbliższą okolicę mahoniu. Rozgarniała kępy traw i 

background image

paproci, olbrzymie 
liście dzikiego taro i cierniste pędy, ale na próżno. Nigdzie nie było nawet 
śladu węża.
„Ha, widocznie gadowi nic się nie stało, tylko się mocno przestraszył i uciekł 
gdzieś w 
krzaki albo wpełzł na inne drzewo” - pomyślała zrezygnowana i już powracała do 
dukiera, 
gdy nagle nastąpiła na coś miękkiego. Ze wstrętem cofnęła nogę i między 
czerwonawymi 
łodygami łopuchów ujrzała skrawek skóry pokrytej łuską, jaką ma jeden tylko wąż 
- mamba 
zielona!
Przez chwilę stała jak sparaliżowana, potem ostrożnie, a następnie mocniej 
uderzyła 
kijem w ciało mamby. Wąż leżał bez ruchu, Dzika zaczęła więc wycinać łopuchy, aż 
wreszcie 
odsłoniła sporą część gada. Ponieważ wąż przez cały czas nawet nie drgnął, 
pochwyciła go 
obu rękami i ciągnęła tak długo, aż wreszcie ukazał się skrwawiony łeb.
Wąż miał przeszło dwa metry długości, a taki był ciężki, że Dzice tylko z 
największym trudem udało się przewiesić go przez gałąź. Łeb gada był kompletnie 
zmiażdżony, z bezkształtnej masy kosteczek, mięśni i skóry zwisały tylko na 
strzępach 
ścięgien dwa długie, pięciocentymetrowe, krzywe kły jadowe. Dzika odcięła je 
ostrożnie, 
zawinęła w szmatkę i schowała do torby, a potem przywiązała szyję gada do gałęzi 
i wzięła 
się do ściągania skóry. Przy tej czynności zastał ją Ndele, który powrócił z 
kilkoma swymi 
rówieśnikami. Zobaczywszy na pół ze skóry obciągniętego węża, zawołał zdziwiony, 
ale i 
przestraszony:
- Mamzel Dzika! Ta onjoha jest bardzo, bardzo niedobra! Ona zabija szczura 
leśnego, 
zabija wiewiórkę, galago* [Galago - zwierzę afrykańskie należące do rzędu 

background image

małpiatek.], a 
nawet małego drapieżnika, wybiera z gniazda pisklęta ptasie, ale potrafi także 
zabić i 
czarnego człowieka. To bardzo niedobra onjoha, ale jakie doskonałe ma mięso! Jak 
upieczesz 
je dla siebie, daj i nam po kawałku!
- Wiesz przecie, Ndele, że ja nie jadam węży - zawołała śmiejąc się Dzika. - 
Pomóż 
mi zdjąć skórę, a całe mięso możesz zabrać dla siebie i swoich przyjaciół.
Ndele z wprawą doświadczonego myśliwego ściągnął do końca skórę z węża i natarł 
ją dokładnie korą akacji, a następnie podzielił mięso, zatrzymując najlepszy i 
największy 
kawałek dla siebie. Rozpalił ognisko z naniesionego przez chłopców suszu i gdy 
zaczęły się 
już osypywać żarzące węgliki - wyciął kilka patyków, zaostrzył je, nabił na tę 
imitację rożna 
kawałki mięsa i przypiekał nad żarem. Pozostali chłopcy poszli za jego 
przykładem i wkrótce 
zapach pieczeni rozszedł się w powietrzu.
Po obfitej uczcie chłopcy zawinęli w liście resztę mięsa i schowali je w 
rafiowych 
woreczkach przytwierdzonych do pasków. Dukierowi jeszcze raz przewiązano nogi 
sznurem 
skręconym naprędce z włókien suchych łodyg liściowych palmy oleistej i 
najsilniejszy 
zarzucił go sobie na barki. Inni, którzy kolejno mieli nieść ciężar, ustawili 
się za nim. Pochód 
poprowadził Ndele, a straż tylną stanowiła Dzika. Gdy pochód ruszył, Ndele 
zaintonował 
jakąś przez siebie zaimprowizowaną pieśń, chłopcy zaś powtarzali chórem refren. 
Tak 
śpiewając i wybijając takt dwoma kawałkami twardego drewna maszerowali żwawo w 
kierunku Ngato.
W obozie powitano ich z radością, ale i zdumieniem na widok niezwykłej zdobyczy. 
Zaraz przygotowano nową klatkę, nakładziono do niej świeżej, pachnącej trawy i 

background image

wpuszczono 
dukiera. Po paru minutach koło klatki zrobił się niesamowity gwar, bo z wioski 
przybiegł cały 
tłum mężczyzn,; kobiety i dzieci, aby zobaczyć z bliska bardzo rzadko widywane w 
puszczy 
„mięso”. Zalbi wymachując pogrzebaczem uciszał okrzyki zdumienia i radości, 
spokojnie, ale 
stanowczo odsuwając ludzi od klatek.
Wrzaski protestu wykłócających się z nim kobiet zwabiły znad rzeki pana Perrona. 
Obejrzał dokładnie ognistoczerwonego dukiera, pokiwał siwą głową, a potem, już 
przy 
kolacji, rzekł do Dziki:
- Mademoiselle! Pozwól, że będę ci mówił „ty”, bo śmiało mogłabyś być moją 
wnuczką. Nie znaczy to jednak, byś musiała nazywać mnie dziadkiem, ale jeśli 
chcesz, a 
sprawi mi to prawdziwą przyjemność, nazywaj mnie wujkiem. A więc, droga moja, 
czy 
mogłabyś mi powiedzieć, co ty robisz, a właściwie jakiego zaklęcia używasz idąc 
na 
polowanie, że zawsze sprzyja ci takie szczęście? Przecież ta piękna antylopa 
jest zwierzęciem 
błotnym i całe swoje życie spędza na bagnach trudno dostępnych nawet dla 
krajowców, a cóż 
dopiero dla białego człowieka! Ja sporo lat spędziłem w puszczach, sawannach i 
bagniskach 
Kamerunu, zawsze strzelbą zdobywałem mięso dla siebie i moich tragarzy, jednakże 
nie tylko 
nie upolowałem dukiera, lecz nigdy nie zdarzyło mi się go nawet zobaczyć!
- Och, drogi wujaszku, to takie proste! Noszę przy sobie talizman podarowany mi 
tutaj, w Ngato, przez wspaniałego czarownika wszystkich myśliwych tej puszczy. 
O, ten 
właśnie rożek - zawołała ze śmiechem Dzika, wyjmując z kieszeni dżinsów maleńki 
rożek 
antylopy karłowatej.
Pan Perron wziął ostrożnie rożek w palce, obejrzał, powąchał, a oddając go 

background image

dziewczynce, rzekł z lekkim zdumieniem w głosie:
- Hm, to nawet Murzyni potrafili cię ocenić i tobie, prawie dziecku, ofiarowali 
talizman, o którym marzą najwięksi myśliwi. Widziałem takie rożki tylko u dwóch 
białych 
myśliwych. My, Europejczycy, ludzie cywilizowani, śmiejemy się z zabobonów, ale 
sami 
często nosimy różne maskotki, wierząc, że uchronią nas od nieszczęścia...
- O, ja bardzo często wącham mój rożek. Ale bynajmniej nie dlatego, że wierzę w 
jego 
czarodziejską moc. Lubię po prostu zapach traw, którymi jest wypchany. A 
zdobycie tego 
dukiera to tylko szczęśliwy przypadek albo raczej zasługa Ndele, który tak 
doskonale wabi, że 
antylopy z całej puszczy przybiegają na jego zew. Ta antylopa musiała chyba 
niedawno 
stracić swoje małe i wołanie Ndele zwabiło ją z błot rozciągających się za 
rzeką. A wiesz, 
wujaszku, co dzisiaj widziałam? Stado słoni spacerujących po puszczy! Był tam 
wielce 
czcigodny ojciec rodziny i babcia - przewodniczka stada, i dostojne matrony, i 
bardzo przejęte 
swoją rolą matki z dziećmi, i młodzież starająca się naśladować we wszystkim 
ojca. 
Siedziałam wygodnie na gałęzi olbrzymiego drzewa i długo je obserwowałam, ale 
bałam się, 
że rozdepczą mi dukiera. Nagle poczuły jakieś obce, niepokojące wonie, bo cicho 
i prędko, 
choć bez paniki, odeszły gdzieś w las...
- Wspaniale opowiadasz, moje dziecko - zaśmiał się Francuz - ale powiedz mi 
jeszcze, 
czy zauważyłaś, jakiej wielkości ciosy miał samiec?
- Wcale ładne, chociaż nie dorównywały ciosom słoni stepowych. Były dosyć 
długie, 
grube i mogły ważyć po dziesięć do piętnastu kilogramów każdy. Lewy był trochę 
krótszy i 

background image

stępiony na końcu, ale lewymi ciosami - jak wiesz, wujaszku - słonie rozłupują 
pnie młodych 
palm, by dobrać się do rdzenia. Ciosy przewodniczki były jeszcze dłuższe, ale 
cieńsze i żółte. 
Za to młode samce i krowy miały ciosy tak białe jak zęby Murzynów!
- Za moich młodych lat, kiedy pierwszy raz przyjechałem do Kamerunu, trafiały 
się 
słonie, których każdy cios ważył dwadzieścia pięć, a nawet trzydzieści kilo. Ale 
od tego czasu 
stare słonie całkowicie wytępiono. Mimo ochrony niemal każdy poluje na słonie. 
Zabijają te 
bezbronne zwierzęta biali plantatorzy i wynajęci przez nich strzelcy, Murzyni 
strzelają do 
słoni ze starych pistonówek, a nawet z nowoczesnych karabinów, łapią je w doły 
lub mordują 
przy pomocy zatrutych strzał. Pigmeje Babinga i Bokola polują na nie za pomocą 
długich, 
ostrych włóczni.
- Opowiedz mi, wujaszku. o Pigmejach. Czytałam wprawdzie co nieco na ten temat, 
ale ty przecież musiałeś niejednokrotnie stykać się z nimi.
- Bardzo chętnie ci opowiem, choć nie wiem, czy będą to dla ciebie rzeczy nowe. 
Mnie na przykład najbardziej zainteresował rodzaj symbiozy, w jakiej całe 
„klany” Pigmejów 
Babinga, liczące po trzydzieści, czterdzieści osób, żyją z osiadłymi Murzynami. 
Pigmeje 
dostarczają Murzynom z wiosek mięsa, miodu, owoców leśnych, grzybów, a także mat 
plecionych, sami zaś otrzymują w zamian banany, bulwy manioku, kukurydzę, 
orzeszki 
ziemne, a także sól, liście tytoniu, czasem nawet groty do włóczni, siekierki i 
noże. 
Oczywiście na tym zamiennym handlu zawsze gorzej wychodzą Pigmeje.
Ich zwierzyną łowną są przede wszystkim świnie żyjące w puszczy, ale głównie 
świnie pędzelkowe. Można by chyba powiedzieć, że polowanie na świnie to ich 
ulubiony 
sport. Zabite świnie transportują w oryginalny sposób: nacinają im w paski skórę 

background image

na grzbiecie 
i na karku, przewlekają włócznie i niosą za końce włóczni. Polują jednak również 
na każde 
inne spotkane w puszczy „mięso”, począwszy od szczurów leśnych poprzez wszystkie 
gatunki antylop aż do bawołów i słoni włącznie. Ale na słonie polują tylko 
nieliczni myśliwi, 
znający doskonale zwyczaje tych zwierząt, umiejący po śladach rozróżnić ich 
płeć, a nawet 
określić ciężar ciosów. Gdy wytropią ślady słoni, idą za nimi tak długo, aż 
napotkają świeże 
łajno tych zwierząt. Smarują nim całe swe ciało i włócznię i teraz bezpiecznie, 
nie bojąc się 
zwęszenia przez słonie, podchodzą do stada. Wybrawszy odpowiednią sztukę, 
podkradają się 
do niej i całą siłą rąk uderzają włócznią w bok zwierzęcia. Raniony słoń ucieka, 
ale ostry jak 
brzytwa, tkwiący w ciele grot sprawia, że zwierzę wkrótce pada. Przy zabitym 
słoniu obozuje 
cała wieś i trwa to tak długo, dopóki nie zjedzą mięsa. Ciosy zaś zabiera sobie 
naczelnik wsi. 
Zapytasz pewnie, co za tę masę mięsa, skórę i ciosy otrzyma Pigmej? Otóż za całą 
zapłatę 
dostanie w najlepszym wypadku dwa, trzy groty do włóczni albo kilka siekierek 
murzyńskich 
czy noży.
Podczas gdy jedni członkowie klanu zajmują się polowaniem, inni szukają miodu 
dzikich pszczół. Pomaga im w tym miodowód* [Miodowód - ptak afrykański wielkości 
szpaka, należący do rzędu dzięciołowatych. Podobnie jak nasza kukułka podrzuca 
swoje jaja 
innym ptakom.], ptak nie większy od szpaka, który niespokojnym lotem krąży wokół 
drzew i 
podnieconym ćwierkaniem zdradza dziuple, w których zadomowiły się pszczoły. Do 
obowiązków kobiet należy zbieranie owoców, jadalnych bulw, grzybów, które w tej 
puszczy 
dochodzą do rozmiarów dużego półmiska, łowienie ryb i krewetek w potokach oraz 

background image

zbieranie 
wszelkiego rodzaju ziół jadalnych i leczniczych. Przysmakiem Pigmejów są tłuste, 
białe 
larwy grube na palec i długie na kilkanaście centymetrów, które wydłubują ze 
spróchniałych 
drzew i na miejscu z apetytem zjadają.
Pigmeje z puszcz Kamerunu są chyba najbardziej dobrodusznym ludkiem na świecie. 
Karmi ich puszcza, produkty rolne otrzymują przez handel zamienny od Murzynów 
osiadłych, są pogodni, a wieczorami tańczą do upadłego i radują się całym 
sercem. Strój 
kobiet i dziewcząt ogranicza się do sznurka na biodrach, w który wplatają z 
przodu skrawek 
materiału lub liście. Ozdoby też mają bardzo skromne: czasem noszą na szyi 
twarde nasiona 
nanizane na nitkę rafii albo za przykładem Murzynek z wiosek nakładają na 
ramiona 
bransolety splecione z pachnących traw. Strój mężczyzn jest równie prosty jak 
kobiet, tylko 
zamiast ozdób noszą różne talizmany mające im zapewnić powodzenie w łowach. 
Dzieci 
obojga płci uganiają całkiem nago. Gdy klanowi znudzi się sąsiedztwo wsi albo 
uzna, że jest 
nazbyt wyzyskiwany, cicho, bez hałasu odchodzi w inne strony, zostawiając swoje 
szałasy na 
pastwę puszczy.
Stary geolog nie miał niestety dokończyć swego wykładu, gdyż nagle Jaga 
zakwiliła 
tak rozpaczliwie, że Dzika zerwała się od stołu jak oparzona, w kilku skokach 
dopadła klatki, 
i otworzyła drzwiczki. Skulone gorylątko, wciśnięte w kąt klatki, rozszerzonymi 
z przerażenia 
oczami patrzyło na srebrzyście połyskującego węża, który wśliznął się do środka 
przez 
stalowe pręty. Jeden rzut oka wystarczył, by Dzika mogła stwierdzić, że jest to 
wąż zwany 

background image

pilnikiem, zupełnie nieszkodliwy dla ludzi i zwierząt. Trzymano taki okaz w 
ogrodzie 
zoologicznym w Chartumie; miał szczególną właściwość: połykał inne, nawet 
jadowite węże 
i trzeba go było trzymać w oddzielnym terrarium. Błyskawicznym ruchem chwyciła 
gada za 
szyję tuż przy dużym łbie o szerokim, spłaszczonym pysku. Wąż momentalnie owinął 
się 
wokół jej ramienia, ale dziewczynka spokojnie wyniosła go z klatki i wpuściła do 
pomieszczenia przeznaczonego dla węży, ale do osobnej przegrody oddzielonej 
gęstą siatką 
od wipery gabońskiej.
Następnego ranka po nakarmieniu zwierząt i zjedzeniu śniadania Dzika, pan Perron 

Ndele wybrali się na wycieczkę do puszczy. Kilku chłopaków ze wsi, ciekawych, 
„jak biała 
mamzel zabija i wskrzesza zwierzęta”, a także licząc na hojne wynagrodzenie za 
pomoc w 
niesieniu zdobyczy, chyłkiem podążyło za nimi. Prowadził Ndele. Minąwszy 
warzywniki i 
uprawne pola, najkrótszą drogą dostali się w wysokopienny, stary, cichy, mroczny 
las. Była to 
dziewicza puszcza nie tknięta przez ludzi, bo grunt nie nadawał się tu pod 
uprawę. Wszędzie 
pełno było olbrzymich skał, wykrotów i wąwozów. Ledwo widoczna ścieżynka wiła 
się w 
różne strony, omijając głazy, urwiste stoki, olbrzymie pnie starych drzew 
powalonych przez 
burze, grząskie bajora i zbite krzaki o długich, twardych, ostrych kolcach.
Wędrowali w milczeniu. Czasem tylko któreś z nich ścięło nożem jakiś ciernisty 
pęd 
czepiający się ubrania, poza tym jednak posuwali się bezszelestnie jak duchy. 
Mimo to nie 
uszli uwagi mieszkańców puszczy. Gdzieś wysoko w koronach drzew ozwał się nagle 
gniewny wrzask stada koczkodanów niebieskolicych, najbardziej chyba pospolitych 

background image

małp w 
tej puszczy. Coś im się widocznie nie podobało, bo z piekielnym wrzaskiem 
zaczęły rzucać 
na ludzi ogryzki owoców, łupiny orzechów, suche patyki. Krzyk małp zdawał się 
budzić 
puszczę, bo gdzieś w gałęziach zakrakał basem dzioborożec czarny, a o 
kilkadziesiąt kroków 
przed nimi załomotało coś nagle, trzasnęła z hukiem złamana gałąź i równocześnie 
rozległ się 
ciężki tętent racic.
- To poszły czarne bawoły leśne! - szepnął pan Perron, ale nim Dzika zdołała 
odpowiedzieć, w szalonym pędzie przebiegło im drogę spore stado świń 
pędzelkowych. Stado 
musiało być mocno czymś przepłoszone, bo gnało na złamanie karku, łamiąc krzaki, 
paprocie 
i trawy. Przecwałowały tak blisko, że Dzika widziała wyraźnie ich czerwone 
grzbiety i biało 
obrzeżone uszy, lecz zniknęły tak szybko, że nawet nie zdążyła zerwać z ramienia 
wiatrówki. 
W pewnej chwili Ndele stanął nagle jak wryty i wskazując palcem w górę, szepnął:
- Patrz, mamzel, tam na tym drzewie siedzi urr-urr! Ooo, drugi i trzeci...
Dzika, patrząc we wskazanym kierunku, początkowo nic nie mogła dostrzec i 
dopiero 
po dobrej chwili uchwyciła jakiś niewyraźny, czarny kształt przesłonięty liśćmi. 
Potem coś 
się na drzewie poruszyło i wreszcie dziewczynka zobaczyła piękną, jedwabistą 
małpę, która 
jednym skokiem ukryła się w gałęziach. Za nią kilka innych szatanów, siedzących 
nieruchomo na gałęziach i obserwujących ludzi, zerwało się ze swych miejsc i 
znikło w 
gęstwinie.
- Och, i tak bym do nich nie strzelała - rzekła lekceważąco - bo z szatanami 
więcej 
kłopotu niż nawet z gorylami. Trzeba im zawsze dawać świeże, delikatne liście, i 
to co 

background image

najmniej cztery, pięć kilogramów dziennie. W naszym ogrodzie w Chartumie 
musieliśmy 
przeznaczyć dla pary szatanów całą ogromną grzędę sałaty!
- Tutaj, w Kamerunie, mamy dwa rodzaje szatanów: zupełnie czarne z białymi 
ogonami i szatany podobne do gerez, z białym grzbietem i białą częścią ogona. W 
lasach na 
północ od rzeki Sanaga krajowcy nazywają je „bangala”. Przed kilku laty tępili 
je bezlitośnie 
zatrutymi strzałami z kusz, a skóry sprzedawali kupcom Hausa, ci zaś dostarczali 
je do 
Paryża, gdzie elegantki nosiły etole z ich futer. Z pewnością zauważyłaś, że 
szatany nie 
uciekają przed człowiekiem, ale kryją się w koronach drzew i stamtąd obserwują 
ludzi, 
podczas gdy koczkodany czy mangaby uciekają szybko z drzewa na drzewo.
Dzika nie podjęła jednak dalszej rozmowy, bo pierwotna puszcza skończyła się 
nagle i 
myśliwi stanęli przed gęstą, zwartą ścianą prawie niedostępnej dla człowieka 
puszczy 
wtórnej. Drzewa, krzaki, paprocie, trawy, pnącza, powoje, liany i wszelkiego 
rodzaju inne 
rośliny tak były z sobą splątane i przeplecione w walce o dostęp do słońca, że 
całość 
stanowiła istny mur zieleni poprzetykany zżółkniętymi liśćmi i wybłyskującą tu i 
ówdzie korą 
drzew.
Ale w tej nieprzebytej na oko gęstwinie Dzika dostrzegła coś. w rodzaju niskich 
korytarzy, w które wnikały ścieżynki wybite w ziemi przez setki i tysiące 
przeróżnej 
wielkości racic. W jeden z takich korytarzy wygniecionych przez słonie i bawoły 
nurknął 
Ndele, a za nim Dzika, stary geolog i chłopcy. Przedzierali się przez gąszcz 
pochyleni, 
czasem musieli się czołgać, wpadali w doły zrobione przez nogi słoni, aż po 
pewnym czasie, 

background image

zmachani, zlani potem, podrapani, stanęli na sporej polance, którą utworzyło 
ogromne drzewo 
akacjowe. Akacja miała tak rozległą koronę, że rzucała cień w promieniu chyba 
dwudziestu 
pięciu metrów, a jej grube, węźlaste korzenie zajmowały nie mniejszą przestrzeń. 
Całą 
polankę pokrywała miękka, delikatna trawa.
Dzika siadła u stóp akacji, między potężnymi korzeniami, które prawie zupełnie 
ją 
zakrywały. Obok ulokował się Ndele, a pan Perron zajął miejsce po drugiej 
stronie pnia. 
Chłopcy musieli wrócić na skraj starej puszczy i tam, przy dużym drzewie 
chlebowym, rozbili 
tymczasowy obóz. Byli bardzo niezadowoleni, że usunięto ich z polanki, choć 
Ndele 
tłumaczył im, że taka duża gromada ludzi mogłaby swym zapachem przepłoszyć każdą 
zwierzynę.
Ndele zaczął wabić. Naśladował wołanie małej, zagubionej w lesie antylopki, lecz 
choć wielokrotnie je powtarzał, nie dało to żadnego rezultatu. Zaczął więc 
naśladować 
nabrzmiały śmiertelną trwogą krzyk antylopy, która wpadła w pułapkę.
Przez dłuższy czas w puszczy nadal nic się nie działo, lecz nagle Dzika 
dostrzegła 
wysuwający się ostrożnie z gęstwiny okrągły łeb kota. Postawionymi na sztorc 
uszami 
wsłuchiwał się w coraz cichsze rzężenie antylopy. Potem przypadł do ziemi i cal 
po calu 
zaczął się czołgać, aż wreszcie znalazł się na trawie. Przez chwilę leżał 
nieruchomo, po czym 
uniósł lekko łeb, rozejrzał się i znowu, ciągle przypłaszczony do ziemi, ruszył 
w stronę akacji. 
Ale ledwie posunął się kilka kroków naprzód, klasnął strzał z wiatrówki. 
Drapieżnik 
podskoczył w górę, wykręcił się w powietrzu i w dwóch susach zniknął w 
gęstwinie.

background image

Dzika i Ndele natychmiast nurknęli za nim w busz, rozgarniając rękami ostre 
trawy, 
kolczaste pnącza i krzaki. Wreszcie wśród gibkich pędów rotangu znaleźli 
leżącego kota. 
Oboje mieli podrapane twarze, pocięte przez trawy ręce, poszarpane kolcami 
dżinsy i skórę na 
całym ciele, ale było to niczym w porównaniu z wartością zdobyczy. Dzika już na 
pierwszy 
rzut oka stwierdziła, że takiego kota nigdy jeszcze nie widziała. Był prawie 
wielkości 
serwala* [Serwal - drapieżne zwierzę z rodziny kotów, pokryte gęstą, 
żółtobrunatną sierścią z 
czarnymi plamami.], ale nieco smuklejszy, sierść miał na grzbiecie 
kasztanowordzawą z 
czerwonobrązowymi cętkami, po bokach znacznie jaśniejszymi, brzuch zupełnie 
biały z 
dużymi jasnoczekoladowymi plamami, ogon niezbyt długi, puszysty, z ledwo 
zaznaczonymi 
ciemniejszymi pręgami.
Kiedy przydźwigali kota na polanę i umocowali mu kołek z twardego drewna między 
zębami, pan Perron, który przez cały czas mocno zaniepokojony kręcił się na 
skraju polany, 
zawołał z podziwem:
- Ależ to kot złocisty! Masz szczęście, Dziko! Te koty naprawdę nie należą do 
łatwych 
zdobyczy. Ale chyba najbardziej cenią je tutejsi Pigmeje, którzy ich ogony 
uważają za 
szczególnie skuteczny talizman, zapewniający pomyślne łowy i chroniący przed złą 
przygodą...
- To wcale nie moja zasługa, że upolowałam tego ślicznego kota. Zwabił go Ndele. 
Ale musimy chyba zmienić miejsce, bo teraz żadna zwierzyna już tu nie przyjdzie. 
A szkoda, 
takie świetne miejsce na zasadzkę.
- Och, mamzel Dzika, ty się nie martw, zaraz zrobię siatkę, wsadzimy do niej to 
mięso, przywiążemy na drzewie i żadne zwierzę nie poczuje jego zapachu!

background image

- Ale wasz zapach poczuje! - zawołał stary geolog. - Zostawiliście swoją woń na 
trawie i w gęstwinie. Jeśli chcecie coś jeszcze złowić, musimy poszukać innego 
miejsca. 
Niech Ndele splecie jednak siatkę, kotu bezpieczniej będzie na drzewie niż na 
ziemi. 
Zabierzemy go w drodze powrotnej.
Ndele natychmiast zniknął w gąszczu, a po paru minutach był z powrotem, ciągnąc 
za 
sobą długi, cienki, elastyczny pęd rotangu. Rozdzielił go na kilkanaście grubych 
włókien i 
splótł z nich zgrabną siatkę. Wspólnymi siłami włożyli do niej śpiącego kota, 
wywindowali 
na potężny konar akacji i przywiązali.
- Żeby go tylko nie napadły czarne mrówki wędrowne! - zatroskała się Dzika 
patrząc 
na kołyszącą się lekko na konarze siatkę ze zwierzęciem.
- Nic mu się nie stanie - orzekł pan Perron. - Najwyżej ukąsi go parę gzów 
bawolich.
Przeszedłszy kilkaset kroków znaleźli nad błotnistą rzeczką dogodne miejsce na 
czaty 
i zatrzymali się. Rosło tu sporo dużych drzew, a między nimi parę rozłożystych 
musanga, na 
których pozostały ślady gniazd założonych przez młode goryle. Pod jednym z drzew 
zobaczyli także stos suchych gałęzi, ułożonych jak gniazdo bocianie. Nie mieli 
wątpliwości, 
że było to porzucone, chyba jeszcze przed rokiem, legowisko samca goryla, 
pilnującego 
bezpieczeństwa swej rodziny koczującej na drzewach.
Usiedli na pniu powalonego, próchniejącego drzewa, zasłonięci gęstwiną gałęzi, 
krzaków i ogromnych liści dzikiego taro. W wilgotnej ziemi widniało mnóstwo 
śladów 
zwierzyny, najprawdopodobniej wędrującej tędy do wodopoju. Było tu stosunkowo 
cicho, bo 
przecież kukanie kukułek czy ćwierkanie małych, bardzo kolorowych ptaszków 
szukających 

background image

owadów na kwiecistych festonach pnączy trudno nazwać hałasem. Tylko gdzieś z 
dali 
dochodziły przytłumione wrzaski i dudnienie w piersi zupełnie podobne do bicia w 
bębny. 
Ndele wyjaśnił, że to gromada szympansów idzie przez puszczę.
Chłopiec odłupywał nożem z pnia potężne kawały próchna, kruszył je drobno i 
wybierał białe, grube larwy goliata*. [Goliat - olbrzymi chrząszcz afrykański 
długości prawie 
10 cm.] Potem włożył larwy do swojego woreczka z rafii, usiadł zadowolony koło 
Dziki i 
zaczął wabić.
Tym razem skutek był niemal natychmiastowy - w rzadkim buszu ukazała się 
niespodziewanie sylwetka dużej antylopy. Dzika widziała wyraźnie ciemnobrązowy 
przód 
ciała i wielką, bardzo wąską głowę z dwojgiem dużych uszu i parą krótkich, 
ostrych rożków, 
między którymi widać było brązową, nastroszoną czuprynę. Dwoje dużych, czarnych 
oczu 
patrzyło bystro przed siebie, a czarne, wilgotne chrapy chciwie węszyły. Już po 
kształcie 
głowy dziewczynka mogła poznać, że ma przed sobą dukiera, a wysokość i masywna 
budowa 
ciała zdradzały, że jest to duże i ciężkie stworzenie. Nie namyślając się 
zmierzyła w szyję 
antylopy i pociągnęła za cyngiel. Dukier podskoczył, lecz zamiast uciekać, runął 
przed siebie, 
w kilku susach dobiegł do pnia, a przesadzając go potrącił Dzikę tak mocno, że 
przekoziołkowała i jak długa legła między kolczastym suszem.
Zanim dziewczynka zdołała wygrzebać się z krzaków i rozetrzeć stłuczone czoło, 
na 
którym wyrósł ogromny guz, Ndele biegł już za zwierzyną, a po dobrej chwili 
zabrzmiał z 
daleka i jego zdyszany, ale triumfujący krzyk:
- Leży! Tu leży! Och, jaki duży i tłusty jest ten nsip! Mnóstwo dobre mięso 
upolowałaś, mamzel!

background image

Oboje z geologiem pobiegli w stronę głosu czarnego chłopca i oczom ich 
przedstawił 
się tak miły dla oka myśliwego widok!. Na połamanych łopuchach leżała duża, 
piękna 
antylopa, mająca na grzbiecie brudnobiałą plamę, sięgającą aż po zad.
- Toż to chyba antylopa tapirowata! - zawołała zdumiona Dzika.
- Nie, to lokalna odmiana antylopy żółtogrzbietej, nazywanej przez krajowców 
„nsip” 
- poprawił pan Perron. - Nsip jest największym dukierem w tej puszczy, waży 
około 
siedemdziesięciu kilogramów. Należy do raczej dość pospolitych, zwierząt w 
Kamerunie, ale 
stosunkowo trudno upolować go w dzień, bo wychodzi na żer tylko nocą i jest 
bardzo 
ostrożny. Trzeba przyznać temu chłopcu - rzekł wskazując na Ndele - że doskonale 
umie 
wabić, jeśli zdołał poruszyć z legowiska to zwierzę. No, ale teraz warto by 
skrępować nogi 
dukiera i sprowadzić ludzi do zaniesienia go do obozu. Niech Ndele skoczy po 
tych swoich 
kolegów!
Czarny chłopak nie dał sobie dwa razy powtarzać polecenia i zniknął w gęstwinie 
jak 
duch. Dzika tymczasem związała nogi antylopy i wyjęła jej z szyi ampułkę, po 
czym razem z 
panem Perronem pomyszkowali jeszcze nieco nad brzegiem rzeczki. Dziewczynka 
upolowała 
dwa śliczne turaki czubate, geolog zaś ustrzelił kilka tłustych perliczek 
leśnych, których 
stadko żerowało na jagodach esunu. Strzały spłoszyły parę maleńkich antylopek 
świnek, czyli 
antylopek karłowatych, ale zwierzęta tak szybko przebiegły koło Dziki, że 
dziewczynka nie 
miała nawet czasu użyć broni. Niemal natychmiast po ucieczce antylopek 
karłowatych 

background image

rozległo się w gęstwinie chrząkanie i fukanie świń, które również rzuciły się do 
ucieczki.
Gdy wreszcie nadeszli chłopcy przyprowadzeni przez Ndele, okazało się, że dukier 
jest za ciężki, aby nieść go na drążku. I wtedy Dzika przypomniała sobie, jak to 
jej ojciec w 
puszczy liberyjskiej przyprowadził do obozu ogromną antylopę bongo. Pod jej 
kierunkiem 
chłopcy wycięli długie drążki i przywiązali je wzdłuż boków dukiera rotangiem. 
Kiedy 
zwierzę obudziło się, postawili je na nogi, przytwierdzili z przodu i z tyłu 
poprzeczki, a Dzika 
zawiązała dukierowi oczy i przecięła więzy. Chłopcy chwycili za drążki i 
spróbowali skłonić 
go do ruszenia z miejsca. Początek okazał się dość trudny, bo dukier był bardzo 
silnym 
zwierzęciem i wszelkimi sposobami próbował uwolnić się z nałożonego nań jarzma. 
Powoli 
jednak zaprzestał oporu i szedł względnie spokojnie, kierowany drążkami.
Na polance zdjęto z akacji siatkę z kotem złocistym, który na widok ludzi zaczął 
się 
rzucać i parskać mimo kołka w pysku. Ale dwaj chłopcy zgrabnie chwycili 
szalejące w 
bezsilnej wściekłości zwierzę i ponieśli je śmiejąc się wesoło. Dwaj inni nieśli 
turaki 
upolowane przez Dzikę i perliczki - zdobycz pana Perrona.
7
Pan Perron i Dzika, wyprzedzający o spory kawał drogi pochód z żółtogrzbietym 
dukierem, już z dala usłyszeli granie bębenków i niezwykły gwar dobiegający od 
strony 
obozu. Przyspieszyli kroku, a gdy wyszli na plac przed obozem, stanęli jak 
wryci. Cichy i 
pusty dotychczas obóz wydał im się zmieniony nagle w jakiś krzykliwy bazar 
arabski.
Ruch panował tu zgoła niecodzienny. Słychać było krzyki, nawoływania, wybuchy 
śmiechu, wrzask Kajtka i Jagi, kwik świni, dudnienie bębenków i basowe 

background image

pohukiwanie 
rogów. Kucharz Zalbi kręcił się jak w ukropie przy rozpalonym piecu i ręcznikiem 
ocierał pot 
z czoła, a Mbue i Kondo, odziani w białe, czyste koszulki i spodnie, nakrywali w 
jadalnym 
namiocie do stołu. Koło klatek ze zwierzętami tkwiło kilkunastu Murzynów gorąco 
się o coś 
spierając, inni natomiast albo myszkowali po kątach, albo siedzieli przy 
ogniskach, palili fajki 
i piekli na żarzących się węglach kawałki mięsa. Nieco na uboczu stało czterech 
małych, 
barczystych ludzi. Byli prawie nadzy, skórę mieli czekoladową o czerwonym 
odcieniu, a 
uzbrojenie ich składało się z busznajfów i ciężkich, długich włóczni o 
szerokich, ostrych 
grotach. Na szyjach mieli amulety z ogonów różnych zwierząt, przez ramię 
przerzucone torby 
myśliwskie i ani przez chwilę nie wypuszczali z muskularnych dłoni swych 
włóczni. Na 
zagadywania przechodzących Murzynów nie zwracali najmniejszej uwagi.
- To są Pigmeje Babinga - wyjaśnił geolog, ale Dzika w tej samej chwili wydała 
okrzyk radości i jak strzała pobiegła w stronę namiotów, z których wyszli dwaj 
biali myśliwi. 
Byli to oczywiście pan Rawicz i pan Goraj. Dziewczynka objęła najpierw jednego, 
potem 
drugiego, ucałowała serdecznie, a potem zaczęła wypytywać o podróż, polowanie i 
zdrowie. 
Przypomniawszy sobie wreszcie o starym Francuzie, przedstawiła panów:
- Oto pan Henryk Perron, geolog z Jaunde, a obecnie mój opiekun, doradca i 
towarzysz łowów! A to mój tatuś i jego przyjaciel, pan Stanisław Goraj, ojciec 
Jacka.
Panowie przywitali się i zaraz nawiązała się ożywiona rozmowa o warunkach 
podróżowania w puszczy, o mieszkających w niej plemionach Bantu, o Pigmejach, 
zwierzynie i wielu innych sprawach. Nagle pan Rawicz zwracając się do córki 
zapytał:

background image

- Słuchaj no, Dzika, skąd się wzięły te małpy? W klatce widzieliśmy gorylątko, a 
tutaj 
biega swobodnie szympans...
- Prócz tego jest jeszcze dukier błotny, warchlak świni rzecznej i dwa węże! - 
zaśmiała 
się dziewczynka. - A za chwilę Murzyni przyprowadzą dukiera nsip, przyniosą kota 
złocistego i parę turaków czubatych, które to zwierzęta złowiliśmy dzisiaj razem 
z panem 
Perronem! A co wyście upolowali?
- No, nasza zdobycz jest znacznie skromniejsza - zaśmiał się pan Goraj. - 
Schwytaliśmy rocznego goryla, czarną świnię olbrzymią, parę maleńkich antylopek 
Maxwella, kozła błotnego i antylopę pasiastą...
- Ooo, to bardzo dużo! - zawołała dziewczynka. - Ho, ho, taka czarna świnia 
olbrzymia warta jest więcej niż wszystkie moje zwierzęta, z wyjątkiem oczywiście 
Jagi i 
Kajtka...
- A któż to jest? - zapytał ciekawie pan Rawicz.
- Jaga to jest właśnie samica goryla, a Kajtek to szympans tszego.
- No, a jakie imię damy naszemu gorylowi? - zapytał pan Goraj.
- Bartek! - zaproponowała dziewczynka.
- Dobrze, niech mu będzie Bartek! - zgodzili się ze śmiechem obaj łowcy, ale po 
chwili pan Goraj zapytał o Jacka.
Dzika wyjaśniła, że Jacek wróci nazajutrz z Tobim i Akassu z Momolo, gdzie suszą 
skóry goryli, które się zagryzły. Opowiedziała też dokładnie o tym niecodziennym 
wydarzeniu, gdyż myśliwi bardzo się tą sprawą zainteresowali.
- A nad rzekę Bumba - powiedział pan Goraj, gdy Dzika skończyła swą opowieść - 
dotarła wiadomość znacznie upiększona i wyolbrzymiona. A więc że najpierw goryle 
wznieciły popłoch w Ngato, potem rozszarpały mnóstwo ludzi, aż wreszcie dwoje 
białych 
dzieci zabiło obie rozwścieczone małpy. Na plantacji tytoniu w trójkącie rzek 
Bumba i Bok 
krąży wieść, że jakaś biała dziewczyna zabija zwierzęta, a później przywraca im 
życie. Od 
razu domyśliliśmy się, że chodzi o ciebie, Dziko, i twoją wiatrówkę. Ponieważ 
jednak we 

background image

wszystkich bajeczkach powtarzanych w puszczy jest zawsze jakiś cień prawdy, 
byliśmy 
przekonani, że wy oboje przyczyniliście się do śmierci goryli i władze każą nam 
grubo 
zapłacić za zabicie zwierząt objętych całkowitą ochroną.
Ale na to wystąpił pan Perron, który oznajmił, że jako urzędnik państwowy zbadał 
oba 
goryle i nie znalazł innych ran jak tylko powstałe od zębów. Stanowczo więc 
stwierdza, że 
małpy zagryzły się same, i tak przedstawił zdarzenie w swym raporcie wysłanym do 
Abong-
Mbang. A więc nie warto zajmować się więcej tą sprawą.
Przy ostatnich słowach starego Francuza do obozu wkroczył pochód prowadzony 
przez Ndele. Dzika pobiegła zaraz do ciężarówek, aby wybrać odpowiednie klatki 
dla nowych 
lokatorów. Obaj łowcy pospieszyli za nią i nawet geolog pomagał w składaniu 
klatek, 
podczas gdy czarni tragarze i tropiciele Babinga przypatrywali się ciekawie 
pracy białych i 
głośno ubolewali, że taka masa dobrego „mięsa” zamiast pójść pod nóż - idzie do 
klatek...
Ilość i jakość znajdujących się w klatkach zwierząt przedstawiała się wręcz 
imponująco. Łowcy schwytali wprawdzie o jednego goryla za dużo, ale sądzili, że 
sprawę tę 
uda się jakoś załatwić w ministerstwie. Zresztą raz złapanego i przyzwyczajonego 
do opieki 
człowieka zwierzęcia nie można było wypuszczać do lasu ze względu na jego własne 
dobro.
Oglądając świnię olbrzymią, pan Perron zawołał podekscytowany:
- Toż to jest ngak! Czy wiesz, Dziko, że świnię tę odkryto zaledwie 
sześćdziesiąt lat 
temu? Najpierw we wschodnim Kongo, nieco później w Kamerunie, a jeszcze później 

Liberii. W lasach kongijskich odyniec ngak może osiągnąć nawet metr i metr 
dwadzieścia 

background image

wysokości i przeszło dwa metry długości. Ngak kameruński jest nieco mniejszy, 
waży 
bowiem najwyżej jakieś sto pięćdziesiąt do stu siedemdziesięciu kilogramów, ale 
złapanie go 
żywcem uważam za wielki sukces. Właściwie ngak stanowi niemal wyłączną zdobycz 
Pigmejów. Prócz nich chyba żaden myśliwy nie potrafi tak bezszelestnie podkraść 
się do tych 
niezmiernie płochliwych zwierząt, ukrywających się w najbardziej niedostępnych 
gąszczach 
puszczy.
- Upolowałem to zwierzę dzięki tropicielom, którzy wypłoszyli je z nieprzebytej 
gęstwiny rafiowej - rzekł pan Rawicz. - Żałuję tylko, że nie zdążyłem już 
strzelić do samicy, 
bo para tych zwierząt byłaby bardzo cenną zdobyczą, niewiele ustępującą gorylom.
- Nie narzekaj, Władku! - zaśmiał się pan Goraj. - W tak krótkim czasie 
zdobyliśmy 
stosunkowo dużo cennej zwierzyny. A teraz mamy przed sobą równie chyba trudne 
zadanie 
przewiezienia tego zwierzyńca cało i zdrowo do domu. Z karmieniem nie będzie 
kłopotu, bo 
owoce, jarzyny, bulwy taro i manioku można kupić w każdej wiosce, a kawałek 
mięsa dla 
kota zawsze znajdzie się u naszego kucharza. Ale pożywienie musi być tak 
przygotowane, 
żeby było wolne od wszelkiego rodzaju zarazków i pasożytów, których jest tu 
pełno.
- Tę pracę biorę na siebie - rzekła Dzika. - I tak codziennie rano segreguję 
przyniesioną żywność, płuczę jarzyny i owoce w filtrowanej wodzie i dodaję do 
jedzenia 
trochę tych środków niszczących pasożyty żołądkowe. Przy okazji staram się 
oswajać 
zwierzaki lub przynajmniej zdobyć ich zaufanie. Z Jagą i Kajtkiem nie ma 
kłopotów, ale 
Bartek wydaje mi się dziki i nieufny. Jestem pewna, że dam sobie radę, tylko 
niech nikt inny 

background image

nie karmi zwierząt.
- Brawo, Dziko! - zawołał pan Goraj. - Przyjmujemy twoją ofertę. Chciałem ci 
powiedzieć, że natychmiast po powrocie Jacka pakujemy klatki na auta i jedziemy 
na północ, 
w okolice lasów galeriowych* [Lasy galeriowe - gęste, wilgotne lasy tropikalne, 
porastające 
dna dolin rzecznych w obszarach sawannowych.] i sawann. Tutaj, w południowej 
puszczy, 
już wkrótce zaczną się straszliwe orkany, burze i ulewne deszcze i droga do 
Lomie zamieni 
się w tak grząskie błoto, że nie tylko nasze ciężarówki, ale nawet willys stąd 
by nie wyjechał! 
Oczywiście, gdybyśmy posiedzieli tu dłużej, to może złowilibyśmy jeszcze 
antylopę bongo, 
małego, rudego bawołu leśnego, dukiera, którego krajowcy nazywają „mi”, może 
również 
samicę ngak i kilka mniejszych drapieżników, ale musimy z tego zrezygnować, bo 
wasze 
zdrowie i bezpieczeństwo jest dla nas cenniejsze od wszystkich zwierząt. Wiemy 
doskonale, 
jak wygląda puszcza w porze mokrej. Bezdenne, nie kończące się trzęsawiska!
- Całkowicie zgadzam się ze Stachem - poparł przyjaciela pan Rawicz. - 
Zdobyliśmy 
parę goryli, główny cel naszej wyprawy, i sporo innych zwierząt na dodatek, 
trzeba więc 
powoli ruszać do domu. Po drodze może uda nam się jeszcze dołączyć coś niecoś do 
naszego 
zwierzyńca. I miejmy nadzieję, że dowieziemy wszystko szczęśliwie do Chartumu. 
Liczę 
bardzo na ciebie, Dziko, ty masz wyjątkowy dar opiekowania się zwierzętami.
- O, mademoiselle Dzika doskonale daje sobie radę nie tylko ze zwierzętami, ale 
i z 
ludźmi! - powiedział pan Perron, który uważnie przysłuchiwał się rozmowie. - 
Ogromnie 
żałuję, że nie będę mógł towarzyszyć panom do Lomie i dalej, ale muszę już udać 

background image

się do 
Molunda, gdzie oczekują mnie młodzi koledzy geologowie. Tym bardziej że niedługo 
zacznie 
się pora mokra i trzeba będzie wracać do Jaunde. Spędziłem w tym obozie kilka 
bardzo 
przyjemnych dni i sprawiłoby mi ogromną radość, gdybyście państwo w drodze 
powrotnej 
odwiedzili mnie w Jaunde.
Dalsza część wieczoru zeszła trzem panom na rozmowie o południowo-wschodniej 
puszczy, z której właśnie powrócili pan Goraj i pan Rawicz, a którą stary 
Francuz znał wcale 
dobrze. Dzika w tej rozmowie nie brała udziału, gdyż zaraz po kolacji poszła 
spać. Usnęła 
natychmiast i nie obudziły jej nawet tańce Murzynów, chociaż ochrypłe ich 
śpiewy, dudnienie 
bębnów i stukot twardych patyków wybijających rytm słychać było w całym obozie.
Na drugi dzień rano obaj łowcy wypłacili tragarzom i tropicielom zarobione przez 
nich pieniądze i obóz znacznie się wyludnił. Po śniadaniu wyruszył w drogę do 
Molunda pan 
Perron. Ucałował Dzikę, uścisnął dłonie obu Polaków, jeszcze raz ponowił swoje 
zaproszenie 
i wraz ze swymi ludźmi zniknął w puszczy. Koło południa powrócił Jacek z obu 
kierowcami i 
ich pomocnikami. Przynieśli skóry i szkielety goryli. Skóry były nad podziw 
piękne, 
wszystkie uszkodzenia powstałe w czasie walki zostały przez Tobiego starannie 
zszyte. 
Szkielety małp i czaszkę lamparta zabezpieczono przed owadami i ułożono w 
metalowej 
skrzyni, a potem dokładnie zalutowano. Skóry musiały jeszcze schnąć, rozwieszono 
je więc 
na żerdziach w przewiewnym, cienistym miejscu.
W obozie zapanował teraz niezwykły ruch. Ładowano na auta klatki ze zwierzętami, 
ekwipunek i w ogóle starano się przygotować wszystko tak, żeby nazajutrz 
wyjechać jak 

background image

najwcześniej.
Ale tej nocy nikt nie mógł zmrużyć oka, bo Murzyni z Ngato żegnali białych 
gości. A 
czynili to tak hałaśliwie, tak głośno bili w bębny, śpiewali i tańczyli, że aż 
psy wiejskie 
skowyczały, a Jaga, Bartek i Kajtek darły się, jakby je kto ze skóry obdzierał. 
Wczesnym 
rankiem, o świcie, zapakowano namioty, łóżka, naczynia kuchenne i skóry, ale 
wyruszono 
dopiero po ustąpieniu gęstej mgły, która spowiła puszczę i szosę białym, 
nieprzeniknionym 
całunem. Na placu zebrań i tańców w Ngato zgromadziła się cała ludność wioski z 
naczelnikiem na czele, Mballa wystąpił niezwykle okazale. Miał na sobie długi, 
obszerny, 
purpurowy płaszcz, w tym samym kolorze wysoką czapę podobną nieco do tiary, w 
ręku zaś 
dzierżył znak swojej władzy - wspaniałą laskę hebanową, rzeźbioną kunsztownie w 
symboliczne postacie. Tuż za nim stali poważni radni wioskowi przybrani w barwne 
bubu, 
dalej nauczyciel z gromadką dzieciarni szkolnej, za nimi zaś mężczyźni i kobiety 
oraz w 
oddzielnej grupie młodzież obojga płci.
Gdy członkowie wyprawy zajęli miejsca w autach, rozległo się bicie w bębny i tak 
ogłuszający wrzask zebranego tłumu, spotęgowany jeszcze przez huczący tam-tam, 
że z 
przemówienia Mballi nic nie można było zrozumieć. Między żegnającymi, ku 
przykremu 
zdumieniu Dziki, nie było Ndele. O świcie przyniósł, jak zawsze, owoce i jarzyny 
dla 
zwierząt, a potem gdzieś znikł. Dziewczynka na próżno wypatrywała oczy, 
zastanawiając się, 
co też mogło mu się przydarzyć, że nie przyszedł się pożegnać. Na drodze z Ngato 
do Lomie 
witali teraz myśliwych mieszkańcy przydrożnych wiosek, powiadomieni tam-tamem o 
ich 

background image

przejeździe. Wszędzie wiedziano o białych, którzy przyjechali do puszczy polować 
na goryle, 
i ludzie opowiadali sobie o nich wieczorami niezwykłe historie. Bo czy słyszał 
kto kiedy w 
puszczy o dziewczynce, która zabija, a potem wskrzesza dzikie zwierzęta? Czy 
słyszał kto, 
żeby dwoje dzieci zabiło dwa ogromne goryle, które dzień przedtem poszarpały 
kilku silnych, 
uzbrojonych mężczyzn? Nie. Tego nikt nigdy nie słyszał, toteż ludzie z wiosek 
wylęgali na 
drogę, by przypatrzyć się białym „czarownikom”, a przy okazji chętnie pomagali 
zasypywać 
doły na szosie, usuwać powalone pnie, zakrywać gałęziami bajora.
Kobiety z podziwem przyglądały się wesoło uśmiechniętej „białej mamzel”, i 
przynosiły jej pięknie zdobione kalebasy* [Kalebasa - tykwa, roślina z rodziny 
dyniowatych; 
owoce jadalne, o butelkowatym kształcie; używane też jako naczynia.] pełne 
złocistych 
pomarańcz, pachnących terpentyną owoców mango* [Mango - drzewo rosnące w Afryce 

Azji; dostarcza smacznych owoców przypominających brzoskwinie.] lub chociażby 
okrągłych 
ziaren kola.
Ogromne wrażenie wywarło na mieszkańcach którejś wioski ustrzelenie przez Dzikę 
ogromnego dzioborożca czarnego, który akurat w chwili gdy Murzyni pomagali 
przepychać 
ciężarówki przez głęboką wyrwę, usiadł na gałęzi przydrożnego drzewa i 
spoglądając z 
wysokości na gromadę ludzi, coś tam krakał swoim basowym głosem. Po strzale ptak 
odleciał 
jeszcze z gałęzi, ale szybując nad drogą zachwiał się nagle, przekoziołkował w 
powietrzu i 
jak kamień runął w krzaki porastające gęsto skraj szosy. Dzieciarnia, która 
bardzo uważnie 
obserwowała każde poruszenie podróżników, hurmem rzuciła się w kierunku 

background image

nieżywego w 
ich przekonaniu dzioborożca i przyniosła go Dzice. Ale któż zdoła opisać 
przerażenie dzieci, 
kiedy po kilku minutach ptak przebudził się i całkiem zdrowy zaczął z krakaniem 
skakać po 
klatce.
Wieść o tym niesamowitym zdarzeniu rozniosła się błyskawicznie po warzywnikach i 
każdy biegł, aby na własne oczy zobaczyć „zaczarowanego ptaka” i natychmiast 
omówić z 
innymi całą sprawę. Mężczyźni, bardziej obyci z białymi - gdyż wielu z nich 
pracowało na 
plantacjach lub w olejarniach, a niektórzy uczęszczali nawet kiedyś do szkółki 
misyjnej - 
mniej się dziwili, bo przecież wiedzieli, że biali ludzie potrafią różne rzeczy, 
ale kobiety, 
szczególnie stare, ogarnęła taka trwoga, że unikały wzroku Dziki i szeptały 
między sobą:
- Matko, czy widziałaś tego ptaka? Był zupełnie martwy w tym kojcu i nagle... 
odżył! 
Jakże wielkim czarownikiem musi być ta biała dziewczynka, jeśli może przywracać 
życie 
zwierzętom!
- O, ludzie, ludzie! - mówiła inna. - Popatrzyłam na nią i zaraz przestał mnie 
brzuch 
boleć! Chyba pójdę do niej i poproszę o dobrą medycynę...
- A ten biały chłopiec, co patrzy na nas przez czarne pudełko, to też pewnie 
czarownik. Pudełko mruczy, jakby mu coś mówiło...
W Lomie nie popasali zbyt długo. Tu również zebrał się tłum ludzi przed domem 
noclegowym i wśród wybuchów radości i śmiechu obserwował karmienie zwierząt. 
Nawet 
kilku Europejczyków, zatrudnionych w miejscowych tartakach i olejarniach, 
przyjechało 
zobaczyć żywe goryle i trudną do wytropienia ognistoczerwoną antylopkę.
Droga z Lomie do Abong-Mbang była całkiem niezła, ale bardzo uczęszczana. 
Spotykali długie szeregi kobiet, które niosły na plecach oryginalne kosze 

background image

lejkowatego 
kształtu, wypełnione wszelkiego rodzaju skrzynkami, pudełkami, kalebasami i 
zawiniątkami, 
sterczącymi im wysoko ponad głową. Niewiasty wracały do wiosek z targu 
miejskiego, gdzie 
sprzedawszy produkty swoich warzywników, a także owoce zebrane w puszczy, 
porobiły 
zakupy dla domu i dalszej rodziny. Szły gęsiego, czasem grupkami po kilka 
ścieżyną koło 
drogi, przygniecione ciężarem koszy, podpierając się długimi kijami, a promienie 
zachodzącego słońca ślizgały się po prawie nagich ich ciałach. W każdej grupce 
jedna z 
kobiet zawodziła jakąś monotonną pieśń, pozostałe zaś powtarzały przeciągle 
ostatnie słowa 
każdej zwrotki.
Kilkakrotnie mijali na drodze ciężkie wozy załadowane olbrzymimi dłużycami 
cennego hebanu, mahoniu lub innego drzewa, które z puszczy wieziono do tartaków 

Lomie. Zbiór owoców palmy oleistej nie był jeszcze zakończony, toteż często 
spotykali 
jadące do olejarni wózki wypełnione po brzegi ciężkimi, czarnoczerwonymi albo 
pomarańczowożółtymi kiściami. Trafiały się także dwukółki wyładowane 
pomarańczami, 
cytrynami lub aromatycznymi ziołami, które odstawiano do destylarni 
wyrabiających olejki, 
używane do produkcji perfum.
Tuż przed zachodem słońca lekki wietrzyk ochłodził nieco gorące powietrze, a 
potem 
nagle zapadła ciemność. Ruch na szosie ustał niemal zupełnie i samochody mogły 
przyspieszyć tempa. Willys wysforował się znacznie naprzód, przebijając 
reflektorami 
ciemności. Wydawało się, że jadą jakimś bezkresnym korytarzem utworzonym przez 
światła 
lamp. Miękki, monotonny ruch jadącego auta uśpił Dzikę tak mocno, że nie 
słyszała uderzeń 

background image

lelków o przednią szybę ani pisku nietoperzy, które zwabione blaskiem 
reflektorów całymi 
chmarami krążyły nad szosą. Czasem w smudze światła ukazywały się kicające przed 
autem 
małe zające afrykańskie, to znów zabłysły na chwilę oczy jakiejś antylopy lub 
drapieżnika i 
natychmiast znikały gdzieś w gęstwinie przydrożnej. Powodem tej płochliwości 
zwierząt były 
częste polowania Murzynów z pochodniami, którzy dziesiątkowali zwierzynę 
wychodzącą w 
nocy na drogę.
Monotonność jazdy zmorzyła i Jacka, ale ocknął się natychmiast, gdy tylko auto 
stanęło. Zatrzymali się przed płytką, ale szeroko rozlaną rzeczką, nad którą 
rysował się kontur 
zrujnowanego mostu. Widząc, że obaj łowcy wyszli z auta i skierowali się ku 
mostkowi, 
Jacek również podążył za nimi, machinalnie zabierając wiatrówkę wiszącą na 
tylnej stronie 
pierwszego siedzenia. Dochodząc do mostka, usłyszał głos swego ojca:
- Właściwie nic tu mądrego nie wymyślimy, bo tarcice są tak przegniłe i 
dziurawe, że 
załamują się pod butem. Nie przejedzie tędy nawet willys, a cóż dopiero mówić o 
ciężarówkach. Ale musi tu być w pobliżu jakiś objazd, bo ten mostek jest chyba 
już od 
dłuższego czasu nie używany, a samochody między Lomie i Abong-Mbang przecież 
kursują. 
Idź ty, Władku, na prawo, ja pójdę na lewo, może znajdziemy gdzieś bród...
Obaj łowcy, uzbrojeni w silne latarki elektryczne, zeszli z mostka i ruszyli w 
przeciwnych kierunkach wzdłuż brzegu rzeczki. Jacek przyłączył się do swego 
ojca. Przeszli 
kilkadziesiąt kroków, gdy nagle w ostrym świetle latarki błysnęły w dali cztery 
błękitnawe 
punkciki, które to gasły, to znów się zapalały.
- To chyba jakieś małe antylopki, bo oczy świecą nisko nad ziemią. A może to 
wydry? 

background image

- szepnął podniecony chłopak.
- Widzę, że masz wiatrówkę w ręku... spróbuj - równie cicho wyszeptał ojciec 
wkładając w dłoń syna latarkę.
Jacek ruszył wolniutko i ostrożnie, starając się iść bezszelestnie i ciągle 
trzymając 
oczy zwierząt w promieniu światła. Przeszedł tak kilkanaście kroków, a gdy 
zaczął rozróżniać 
słabe zarysy ciała antylopy, przystanął, podniósł broń do oka i strzelił. Wraz z 
klaśnięciem 
wiatrówki oczy znikły, tylko nie opodal coś plusnęło w wodzie, a potem 
zapanowała cisza, w 
którą wdarł się daleki jeszcze pomruk silników ciężarówek.
- Chybiłem czy co? - zawołał niepewnie chłopiec.
- Idź zobacz! - zachęcił ojciec.
Poszukiwanie w wysokich trawach ustrzelonej zwierzyny trwało dość długo, lecz w 
końcu światło skupiło się na jednym miejscu, a w chwilę później rozległ się 
nabrzmiały 
radością głos Jacka:
- Mam, mam ją! To jest chyba antylopa wodna, bo nie ma rożków, a z górnej 
szczęki 
wyrastają jej ku dołowi długie, spłaszczone kły!
Był to istotnie samiec antylopy wodnej, a właściwie wodnej antylopy piżmowej, 
która 
w pewnych okolicach puszczy została prawie zupełnie wytępiona przez Murzynów, 
polujących na to zwierzę przy pomocy psów. Antylopa wodna jest zwierzęciem 
małym, 
osiąga bowiem ciężar zaledwie dwunastu do piętnastu kilogramów, ale mięso ma 
niezwykle 
delikatne i smaczne, przypominające cielęcinę. Trzyma się rzek i dzień spędza 
ukryta w 
rozpadlinach nadbrzeżnych lub między korzeniami drzew. Na żer wychodzi w nocy, 
zawsze 
jednak żeruje w pobliżu rzeki. Murzyni twierdzą, że antylopa wodna w razie 
niebezpieczeństwa chroni się w wodzie, ale fakt ten nie został dotychczas 
potwierdzony przez 

background image

zoologów.
Kiedy wszyscy trzej oglądali antylopkę, nadjechały ciężarówki. Gwar i wołanie 
obudziły Dzikę, która wyskoczyła z willysa i natknęła się na Jacka niosącego swą 
zdobycz do 
auta. Dzieci zajęły się umieszczeniem antylopy tymczasowo razem z antylopą 
Maxwella, a 
łowcy wypytywali kierowców, co stało się przyczyną tak wielkiego opóźnienia 
ciężarówek. 
Okazało się, że Tobi przejechał pięciometrowego pytona, który dostał się pod 
koła jego 
samochodu, a ponieważ żal mu było mięsa i skóry zatrzymał się i przy pomocy 
Zalbiego i 
swego pomocnika zabrał się spokojnie do obdzierania węża. Niebawem nadjechał 
Akassu z 
Mbua i Kondo, a ponieważ na obu ciężarówkach znalazło się także po kilku 
„dzikich” 
pasażerów, dzielenie mięsa zajęło „trochę” czasu.
Czarni pasażerowie przydali się bardzo przy forsowaniu błotnistego brodu na 
rzece, 
ale w dalszej drodze willys na wszelki wypadek stanowił tylną straż ciężarówek. 
Nie robiąc 
po drodze już żadnych postojów, dotarli do Abong-Mbang około godziny ósmej rano 

zatrzymali się przed hotelem madame Durande. Panowie Goraj i Rawicz po kąpieli i 
śniadaniu udali się do odpowiedniego urzędu, by zgłosić schwytanie 
nadprogramowego 
goryla, a Dzika zajęła się karmieniem zwierząt, w czym pomagał jej... Ndele, 
który ku 
bezgranicznemu zdumieniu dziewczynki zjawił się jak duch na podwórzu hotelowym 
roześmiany i uszczęśliwiony. Okazało się, że schował się między workami na 
jednej z 
ciężarówek i wyszedł ze swojej kryjówki dopiero w Abong-Mbang. Na ostre wymówki 
Dziki, 
jak mógł tak beztrosko porzucić rodzinę, Ndele odpowiedział:
- O, biała mamzel, ty uratowałaś mojego brata, którego pogryzł goryl, i ja chcę 

background image

być 
twoim boyem. Ty sama wiesz, że umiem mówić po francusku, że umiem wabić 
zwierzynę, 
stawiać sidła i pułapki, a Mbua lub Konde, chociaż są starsi, tego wszystkiego 
nie potrafią. 
Nie odsyłaj mnie jeszcze do domu, a sama zobaczysz, że nikt nie będzie ci tak 
wiernie służył 
jak mały Ndele!
Ponieważ żadne perswazje Dziki, że musi wrócić do domu, nie przekonały czarnego 
chłopca, pozostawiła tę sprawę do rozstrzygnięcia ojcu i panu Gorajowi.
Z ciężkim sercem i zupełnie bezradna wyruszyła w towarzystwie Jacka na 
zwiedzanie 
miasta, którego za pierwszym swoim pobytem właściwie zupełnie nie widzieli.
Abong-Mbang, stolica administracyjna Górnego Niongu, przedstawiał się 
imponująco: 
szerokie, doskonale wyasfaltowane ulice, wysokie, obszerne domy, bogate sklepy, 
mnóstwo 
małych i większych bistro* [Bistro - rodzaj baru.] ze stolikami na trotuarze, 
przy których w 
cieniu markiz siedzieli ludzie i pili orzeźwiające napoje. A przy tym wszędzie 
pełno zieleni. 
Na bocznych ulicach widać było wygodne bungalowy w ogrodach, prawdopodobnie 
własność 
Francuzów, których sporo mieszka w Kamerunie.
Tuż przy brzegu rzeki Niong rozpościerał się plac targowy, a na nim stały 
rozliczne 
kramy z najrozmaitszymi towarami, jakie sobie tylko można wyobrazić. Dzikę i 
Jacka 
zainteresował szczególnie kram, na którym znajdowały się stosy przeróżnych 
czaszek, rogów 
i skór, wypchane jaszczurki i krokodyle, sterty najrozmaitszych kości i kawałków 
suszonego 
mięsa, pancerze żółwi oraz cała masa przedmiotów, których pochodzenia trudno się 
było 
domyślić. Woń, jaką ten kram wydzielał, nie była aromatyczna, ale siedzący za 

background image

ladą 
sprzedawca czuł się widocznie znakomicie, bo z pełnym dostojności uśmiechem i 
wyższością 
patrzył na przechodzących obok ludzi i wcale nie próbował im zachwalać swego 
towaru. A 
jednak dość często zjawiali się klienci, szeptali coś tajemniczo ze sprzedawcą, 
oglądali towar, 
a potem, zapłaciwszy, skrzętnie chowali w tobołku.
Jacek filmujący targowisko ukradkiem, bo sporo tu było mahometan, zwrócił się do 
Dziki wskazując ręką kram:
- Tutaj Europejczyk, nie postawiwszy nawet nogi w puszczy czy sawannie, może 
skompletować sobie całą kolekcję trofeów myśliwskich. Popatrz na te czaszki 
słoni, 
hipopotamów, goryli, szympansów i innych małp, chociaż... nie ręczyłbym, czy nie 
znalazłaby się między tymi rupieciami i czaszka człowieka!
- Podobny kram widzieliśmy w Omdurmanie na targowisku miejskim - odpowiedziała 
Dzika.
- Ale tu masz chyba wszystko, co tylko Afryka posiada! Tu możesz kupić każdą 
część 
zwierzęcia używaną jako talizman albo jako przedmiot magiczny do wróżb. O, 
spójrz, tam 
leży skóra łuskowca*. [Łuskowiec - ssak pokryty łuską rogową. Nie posiada zębów, 
lecz 
zrogowaciałe dziąsła, którymi miażdży pokarm. Ostrymi pazurami rozdziera 
termitiery i 
mrowiska i wsuwa w nie długi język pokryty kleistą śliną, do którego przylepiają 
się owady. 
Żyje w Afryce, południowej Azji i na niektórych wyspach przy wybrzeżach 
azjatyckich.] 
Wiesz zapewne, że łuskowiec uważany jest przez znachorów murzyńskich za 
wyjątkowo 
dobrą „medycynę”, a w sztuce wróżbiarskiej każda jego łuska ma swoje specjalne 
znaczenie. 
Z grubych, twardych włosów z ogona słoni wyrabia się piękne pierścionki i 
bransolety, ale 

background image

czarownicy i znachorzy preparują z nich także lekarstwo, za które każą sobie 
drogo płacić. 
Popatrz na te pęki suszonych ziół wiszące pod daszkiem. Jedne z nich mają 
własności 
lecznicze, inne są trujące lub odurzające. Któż z nas, Europejczyków, zna 
zresztą tajemnice 
roślin afrykańskiej puszczy.
- Słyszałam, że duża grupa angielskich botaników i lekarzy przebywała w Kenii i 
Tanganice, by nawiązać kontakt ze znachorami i zdobyć od nich wiadomości o 
roślinach 
leczniczych i trujących. Czy wiesz coś o tym?
- Oczywiście! Lepiej późno niż wcale! Taka współpraca może przynieść ludzkości 
wiele pożytku, bo przecież tutejsi znachorzy wcale nie są takimi głupcami, za 
jakich uważa 
ich większość białych ludzi. Mieszkają tu od tysięcy lat, swoje doświadczenia 
przekazują z 
ojca na syna, mogli więc chyba poznać wartość swych roślin.
Wracali okrężną drogą, bo Jacek chciał sfilmować możliwie jak najwięcej 
ulicznych 
scenek rodzajowych. Dzika zaś interesowała się strojami mieszkańców Abong-Mbang. 

centrum miasta, na bardziej ludnych ulicach, prawie wcale nie widziało się 
mieszkańców 
puszczy ubranych w skąpe opaski na biodrach, częściej natomiast spotykało się 
ich na 
targowiskach i peryferiach. Mieszkańców tego miasta można było według wyglądu 
podzielić 
na trzy grupy: na ludzi w bardzo eleganckich, europejskich strojach, ludzi 
ubranych 
wprawdzie po europejsku, ale dość skromnie lub zgoła niedbale, oraz na ludzi 
noszących 
krajowe bubu, podarte spodnie i takież same koszulki. Pierwsza grupa jeździła 
samochodami i 
stanowiła elitę towarzyską, druga składała się z urzędników (łatwo ich było 
poznać, bo nosili 

background image

na głowie hełmy korkowe) i personelu pomocniczego sklepów i różnych instytucji, 
do grupy 
ostatniej należeli właściciele małych, ciasnych sklepików, rzemieślnicy i 
robotnicy.
Różnice stroju kobiet nie były tak wielkie, chociaż i tu istniał wyraźny podział 
na 
suknie europejskie i szaty krajowe z bardzo kolorowych materiałów. Dzika 
kilkakrotnie 
widziała smukłe, wytworne dziewczęta ubrane w złote, srebrne lub purpurowe 
brokaty, szyte 
chyba na zamówienie w Paryżu u Diora czy innego króla mody. Lśniący w 
promieniach 
słonecznych materiał odcinał się ostro od czarnych twarzy, ramion i nóg, dając 
wspaniałe 
efekty kolorystyczne. Oczywiście, elegantkom tym musiało być bardzo ciepło i 
pewno pociły 
się okropnie w ciężkich brokatowych sukienkach, ale na ulicy spotykało się je 
rzadko. 
Jeździły przeważnie samochodami, czasem wstępowały do wytwornych sklepów lub 
piły w 
jakimś przytulnym bistro napoje chłodzące. Ale i wśród kobiet, jakie Dzika i 
Jacek mijali na 
ulicy, spora część nosiła eleganckie sukienki uszyte według ostatniej mody 
paryskiej. 
Szczególnie zgrabnie wyglądały w tych europejskich strojach dziewczęta i młode 
kobiety, 
które niemało trudu poświęcały także pielęgnacji fryzur. Jednakże najczęstszy 
był barwny 
strój krajowy, składający się z jednego płata materiału, który, malowniczo 
udrapowany, 
okrywał prawie całe ciało kobiety od szyi aż do stóp. Na prawym, odsłoniętym 
ramieniu 
materiał spięty był rodzajem ramiączka, a w pasie przewiązany szerokim szalem, 
który służył 
także do noszenia na plecach, wedle zwyczaju afrykańskiego, niemowlęcia lub 

background image

małego 
dziecka. Prawie wszystkie po afrykańsku ubrane kobiety miały bardzo wymyślne 
fryzury 
składające się z wielkiej ilości warkoczyków, przykryte chusteczką zawiązaną w 
kształcie 
wysokiego turbanu, na którym tkwił rafiowy koszyczek, kalebasa lub po prostu 
blaszana 
miska służąca do noszenia owoców lub zakupionych towarów.
Po powrocie do hotelu dzieci dowiedziały się od swoich ojców, że sprawa Bartka 
może być załatwiona tylko przez ministra rolnictwa w Jaunde, natomiast wieść o 
śmiertelnej 
walce goryli przyjęto niemal obojętnie.
- Pokazywano nam w urzędzie całe stosy skarg na goryle i słonie - opowiadał pan 
Rawicz - które na plantacjach i wiejskich warzywnikach wyrządzają wielkie 
szkody, a często 
nawet uśmiercają ludzi. Toteż mimo ochrony patrzy się przez palce, jeśli tu i 
ówdzie ktoś 
zabije któreś z tych zwierząt. Czytaliśmy też raport pana Perrona, opisujący 
całe zdarzenie z 
gorylami. Nikt nas nie obciąża śmiercią tych dwóch samców, ale musimy pozostać 
tu aż do 
nadejścia z Jaunde pozwolenia na wywiezienie Bartka.
- Właściwie w czasie oczekiwania na decyzję w sprawie Bartka moglibyśmy 
spenetrować trzęsawiska między Abong-Mbang, Dume i Nanga Eboko, ale skoro i tak 
pojedziemy drogą północną, więc chyba nie warto na razie ruszać się stąd - 
zastanawiał się 
głośno pan Goraj. - Zresztą zaraz po otrzymaniu wiadomości z Jaunde, któryś z 
nas musi 
odlecieć z gorylątkami do domu, bo wożenie tych zwierząt po Kamerunie nie 
wyjdzie im na 
zdrowie. Może ty, Władku, polecisz?
- Nie bardzo mam ochotę, ale goryle są najważniejsze.! Trzeba będzie dostać się 
do 
Jaunde, tam złapać samolot do Fort Lamy, a potem do Chartumu. Sądzę, że w parę 
dni będę 

background image

na miejscu. Dzika, a może ty chciałabyś wrócić ze mną do domu?
Dzika przez chwilę siedziała bez ruchu, tak ją zaskoczyły słowa ojca, lecz w 
następnym momencie objęła go za szyję, mocno ucałowała i rzekła z pozorną 
uległością:
- Jeśli muszę lecieć z tobą, tatusiu, to trudno... polecę, ale wolałabym zostać 

Kamerunie aż do końca wyprawy.
- Ha, skoro chcesz zostać, to zostań, ale uważaj na siebie i słuchaj Stacha. 
Pamiętaj, 
nie wchodź do chat, bo na terenach, przez które będziecie jechali, panoszy się 
trąd i różne 
inne choroby. A teraz - pan Rawicz zrobił surową minę - chciałbym zapytać ciebie 
i Jacka, 
skąd wziął się w Abong-Mbang Ndele. Spotkaliśmy go przed hotelem, wracając z 
miasta, i na 
nasz widok natychmiast gdzieś prysnął...
- Właśnie miałam ci powiedzieć o Ndele, tatusiu, tobie i panu Gorajowi - 
przerwała 
ojcu Dzika. - Bardzo się nim martwię i zupełnie nie wiem, co teraz zrobimy. 
Przyjechał tu na 
jednej z ciężarówek i nikomu przedtem nie powiedział ani słowa, że ma zamiar 
jechać z nami. 
Błagał mnie, żebyśmy nie odsyłali go jeszcze do Ngato. Tylko co my z nim 
zrobimy, jak 
przyjedziemy do Jaunde? Przecież nie możemy zabrać go do Chartumu. Wyobrażam 
sobie, 
jak niepokoi się jego rodzina! W wiosce nikt nie wie, co się z nim stało.
- Nie widzę innej rady - powiedział po namyśle pan Goraj - jak zabrać go jednak 
do 
Jaunde. Nie możemy takiego małego chłopca zostawić samego w Abong-Mbang, nie 
potrafi 
stąd wrócić do domu. Będziemy musieli poprosić o pomoc pana Perrona. On na pewno 
znajdzie jakąś okazję, by odesłać go do Ngato. A teraz poszukajcie Ndele, muszę 
mu 
porządnie natrzeć uszu, bo jeszcze gotów wsiąść do samolotu, kiedy będziemy 

background image

odlatywać z 
Jaunde, i nagle zobaczymy go na lotnisku w Chartumie.
Dzika uradowana, że Ndele pozostanie z nimi do końca wyprawy i że pan Goraj 
znalazł rozwiązanie tej dręczącej ją sprawy, wybiegła szybko z pokoju, by 
poszukać chłopca.
Przez następne trzy dni podróżnicy mieli pełne ręce roboty. Pan Goraj załatwiał 
jeszcze różne sprawy związane z wywozem złapanych zwierząt, pan Rawicz wertował 
rozkłady lotów i wyszukiwał najdogodniejsze połączenia, Jacek prawie nie 
wychodził od 
miejscowego fotografa, Francuza, w którego laboratorium wywoływał próbki filmów 
nakręconych w puszczy, a na Dzikę spadł ciężar przyjmowania mnóstwa gości, tak 
białych, 
jak i czarnych, którzy chcieli obejrzeć zwierzęta w klatkach i dowiedzieć się, 
jak je złowiono. 
Pomagał jej w tym wytrwale zawsze uśmiechnięty Ndele, pełniący z wielkim 
przejęciem rolę 
boya „białej mamzel”.
Wreszcie trzeciego dnia, po zapłaceniu dość wysokiej sumy, łowcy otrzymali 
oficjalne 
pozwolenie na wywóz poza granice Kamerunu pary goryli i szympansa tszego. Pan 
Rawicz 
natychmiast wynajął samochód i wyruszył z małpami do Jaunde, gdzie miał złapać 
samolot, a 
pozostali członkowie wyprawy opuścili Abong-Mbang następnego dnia o świcie, 
pragnąc 
uniknąć tłumu gapiów, którzy przy takich okazjach ściągają zwykle ze wszystkich 
stron.
Jechali dobrą szosą, szeroką i wygodną, mijając wioski i pola. Ziemia tu była 
widocznie żyzna, bo widziało się liczne plantacyjki kakaowca, kawy, koła, 
pomarańcz i 
cytryn, gaje bananowców i palm oleistych, a także warzywniki z maniokiem, taro, 
fasolą 
przeróżnych odmian, jarzynami lub poletka orzeszków ziemnych. Koło każdej prawie 
chaty 
rosło po kilka papai, a tu i ówdzie widziało się kępy bambusów, z których 

background image

krajowcy zrywają 
młodziutkie pączki, by przyrządzać z nich doskonałą zupę z oliwą palmową.
Ludzi na szosie było niewiele. Czasem mijali stary, odrapany, trzeszczący 
żelastwem 
autobus zapchany do ostateczności czarnymi pasażerami, to znów rowerzystę 
wyczyniającego 
przedziwne piruety na swoim dwukołowym rumaku lub grupki półnagich Misanga, 
którzy 
wędrowali do puszczy zbierać dziki kauczuk. Kilkakrotnie spotykali pojedynczych 
żołnierzy. 
Szli w pełnym umundurowaniu, ale boso, a zamiast czapek czy hełmów na głowach 
mieli 
wysokie, czerwone fezy*. [Fez - czapka w kształcie ściętego stożka, noszona 
przez Arabów.] 
Za każdym żołnierzem maszerował jego pomocnik niosący karabin, a za pomocnikiem 
podążała żona z miską na głowie, wyładowaną garnkami i innymi przyborami 
kuchennymi. 
Prawie każda z tych kobiet niosła na plecach niemowlę, a kilkoro dzieci różnego 
wieku 
trzymało się jej sukni.
W Dume, dawnym wojskowym posterunku francuskim, zatrzymali się na pół godziny, 
by dać odpoczynek kierowcom i napoić zwierzęta, po czym znów ruszyli w dalszą 
drogę. Na 
noc zatrzymali się o kilkadziesiąt kilometrów na zachód od dużej osady Bertua, 
przy sporej 
rzeczce, stanowiącej lewy dopływ rzeki Sanaga. Rozlokowali się na niewielkiej 
polance, 
gdzie stała maleńka chatynka starego myśliwego, który polował na pobliskich 
trzęsawiskach, 
używając tylko łuku i strzał.
Rozbito namioty, sklecono łazienkę, postawiono kuchnię, klatki ze zwierzętami 
ulokowano w cieniu grupy drzew chlebowych, będących prawdopodobnie pozostałością 
po 
dawno już porzuconej wiosce. Chatki dla kucharza i reszty załogi zbudowano 
naprędce z 

background image

giętkich łodyg rotangu i przykryto liśćmi palm oleistych, wnętrza zaś 
wymoszczono matami.
- No, moje dzieci - rzekł wesoło przy kolacji pan Goraj - pozostaniemy tutaj 
kilka dni i 
spróbujemy zapolować na okolicznych terenach. Może uda nam się złowić coś 
ciekawego. 
Nasz sąsiad, myśliwy ze szczepu Baja, noszący piękne imię „Bobajo”, zgodził się 
zaprowadzić nas w parę miejsc, a mówi, że sporo tu różnej zwierzyny. Trzeba też 
przygotować lampy do nocnego polowania, bo a nuż spotkamy się z prosięciem 
ziemnym...
- Mamy już podobne zwierzę w naszym ogrodzie zoologicznym w Chartumie, ale to 
jest mrównik abisyński - przerwała Dzika.
- Oba te zwierzęta należą do rodziny rurkozębnych, ale mrównik kameruński różni 
się 
nieco od swego kuzyna abisyńskiego wielkością, długością uszu i barwą sierści. 
Mówiono mi 
w Abong-Mbang, że prosię ziemne zadomowiło się na tutejszych terenach, chociaż 
zasadniczo żyje w drzewiastej i trawiastej sawannie.
- O ile sobie przypominam, to mrównik jest zwierzęciem nocnym, bardzo płochliwym 
i tak szybko zakopuje się w ziemi, że ani człowiek, ani lew czy lampart nie mogą 
go 
pochwycić. Z nory, w której spędza cały dzień, też trudno go wypłoszyć, bo 
wyrzuca ziemię z 
taką siłą, że każdy napastnik musi się wycofać. Wątpię, czy zdołamy go schwytać 
- pokiwał 
głową Jacek.
- Aby tylko znaleźć norę, to z resztą już sobie poradzimy! No, ale teraz, 
dzieci, spać! 
Jutro wstajemy o świcie.
Nazajutrz na długo przed świtem obudził wszystkich piekielny wrzask. Zaczęło się 
od 
krzyku kukułek szponiastych, któremu odpowiedziało przeciągłe skomlenie cywet*. 
[Cyweta 
- drapieżny ssak wielkości lisa, należący do rodziny wiwer; żyje w Afryce 
środkowej i 

background image

południowej.] A żałosne wycie tych małych drapieżników musiało zaniepokoić 
stadko 
śpiących gdzieś niedaleko na drzewach koezkodanów białonosych, bo wszczęły taki 
pisk i 
wrzask, że rozbudziły wszystkie zwierzęta w klatkach.
Dzika, słysząc szybkie, spłoszone wołanie turaków, głos kota złocistego, 
przypominający do złudzenia płacz dziecka, chrząkanie świń i lękliwe pobekiwanie 
antylop, 
wyskoczyła ze swego namiotu tylko w piżamie i boso, przekonana, że w zwierzyńcu 
wydarzyło się jakieś nieszczęście. Po chwili również pan Goraj ze sztucerem w 
ręku wybiegł 
na placyk obozu. Ndele siedział już nad dogasającym ogniskiem i gorączkowo 
usiłował 
rozdmuchać żar.
Nagle od strony lasu rozległ się gwałtowny łomot gałęzi, głośny tętent racic i 
na obóz 
z głośnym fukaniem, kwikiem i chrząkaniem runęło kilkadziesiąt galopujących 
zwierząt. W 
świetle strzelającego w górę płomienia pan Goraj rozpoznał stado czerwonych świń 
pędzelkowych, które, spłoszone gdzieś w puszczy, w największej panice pędziły na 
oślep 
przed siebie.
Kiedy kurz wzniecony przez racice zwierząt opadł, a odgłosy cwałującego stada 
zamierały już gdzieś w dali, spod stosów liści i łodyg, w które zamieniły się 
chatki, zaczęli się 
gramolić poturbowani i przerażeni ludzie. Namioty też leżały na ziemi jak 
zdmuchnięte 
wiatrem. Pan Goraj pobiegł na pomoc Jackowi, widząc, że chłopiec, zaplątany w 
płótno 
namiotu, na próżno czyni rozpaczliwe wysiłki, by wydostać się na zewnątrz. Na 
szczęście 
nikt nie doznał poważniejszych obrażeń i gdy pierwsze promienie słoneczne 
rozwiały mroki 
nocy tropikalnej, na polance panował już spokój i porządek. Namioty stały na 
swoich 

background image

miejscach, sklecono też naprędce nowe chaty i wszędzie niósł się mocny zapach 
pieczonego 
na węglach mięsa.
Po śniadaniu, kiedy Dzika kończyła karmienie zwierząt, pan Goraj wyruszył z 
Bobajo, 
Mbua i Kondo na całodzienne polowanie, gdyż stary myśliwy wytropił na bagnach 
antylopy 
błotne. Zaraz potem ulotnił się gdzieś Ndele. Gdy powrócił po kilku godzinach, 
zmęczony, 
podrapany, w podartych szortach i brudnej koszulce, z dumą wręczył Dzice 
schwytane przez 
siebie zwierzątko. Dziewczynka natychmiast poznała w nim potto, jedną z odmian 
małpiatek* 
[Małpiatki - zwierzęta zaliczane kiedyś do małp, obecnie wyodrębnione w 
oddzielny rząd. 
Większość prowadzi nocny tryb życia. Żywią się owocami, pąkami i liśćmi oraz 
drobnymi 
zwierzętami. Rozmiary zależnie od gatunku - od wielkości wiewiórki do wielkości 
królika.] 
afrykańskich, żyjących w puszczach Kamerunu. Potto miał na grzbiecie gęste, 
wełniste 
futerko barwy rdzawopopielatej z lekką domieszką czerni na głowie, barkach i 
nogach. Ndele 
przyniósł go wiszącego grzbietem w dół na grubym patyku. Zwierzątko obejmowało 
patyk 
palcami wszystkich czterech łapek, w które wtuliło łebek i ogonek. Spało tak 
twardo, że nie 
rozbudził go gwar panujący w obozie ani operacja zdejmowania mu łapek z patyka.
Jacek, któremu dziewczynka przyniosła potto, by się pochwalić tak niezwykłym 
prezentem, rozwarł mu jedną z chwytnych łapek z mocno rozwiniętym kciukiem i 
częściowo 
zmarniałym palcem wskazującym i podsunął sznur zwisający z sufitu. Potto przez 
sen 
uchwycił się sznura i znowu zawisł jak gruszka, ani na chwilę nie otwierając 
oczu i nie 

background image

zmieniając pozycji.
- Nie na próżno nazywają go leniwcem* [Leniwce - ssaki nadrzewne o potężnych, 
hakowatych pazurach służących do zawieszania się na gałęzi grzbietem w dół i 
poruszania się 
w tej pozycji. Cały dzień wiszą nieruchomo, żerują w nocy, powoli i leniwie 
zrywając 
przednimi kończynami młode pąki, liście i owoce. Występuje kilka gatunków, 
wszystkie żyją 
w Ameryce Południowej i Środkowej] afrykańskim! - zaśmiał się chłopiec. - W 
dzień 
zupełnie nie sposób go zbudzić, a już mowy nie ma o tym, by zmusić go do 
przejścia 
chociażby kilku centymetrów. Za to w nocy ożywia się, zręcznie wspina po 
gałęziach i skacze 
jak żaba. Żywi się owocami i pączkami, jada także owady, a nawet małe pisklęta i 
ssaki. 
Bardzo łatwo daje się oswoić, ale sądzę, że nie powinnaś wypuszczać go z klatki, 
bo jak się 
gdzieś w nocy zawieruszy, to już więcej nie powróci.
- Wiesz, Jacku, ty powinieneś zostać pedagogiem! Tak pięknie potrafisz wykładać, 
że 
choć wszystko to sama świetnie wiem, słuchałam cię z prawdziwą przyjemnością! - 
zażartowała Dzika. - Muszę powiedzieć Ndele, żeby koniecznie poszukał dla potto 
towarzysza, bo wtedy biedactwo łatwiej zniesie niewolę.
Myśliwi powrócili z puszczy dopiero wieczorem i przynieśli na zaimprowizowanych 
noszach bardzo pięknego samca antylopy błotnej Adenota. Antylopa ta jest nieco 
wyższa od 
naszej sarny, sierść ma rudoczerwoną, znacznie jaśniejszą na piersi i brzuchu, 
ciemną na 
przedniej stronie nóg, i białą pręgę na racicach. Samiec i dwie, trzy lub nawet 
cztery samice 
tworzą rodzinę, która powiększa się stopniowo w miarę przychodzenia na świat 
młodych. Z 
czasem rodzina zamienia się w stadko, które unika jakichkolwiek bliższych 
stosunków z 

background image

innymi przedstawicielami tego samego gatunku. Antylopy błotne są niezmiernie 
ostrożne i 
czujne i w razie najmniejszego nawet niebezpieczeństwa kryją się w trawach 
moczarów 
prawie niedostępnych dla człowieka. W czasie ucieczki samice otaczają samca, 
którego łatwo 
od nich odróżnić, bo tylko on jeden w stadzie ma głowę ozdobioną pięknymi, 
lirowato 
wygiętymi rogami, karbowanymi na całej niemal długości, z wyjątkiem gładkich, 
ostrych 
końców. Rodzinie przewodzić może tylko taki samiec, który jest dostatecznie 
silny, by 
uchronić swoje samki od niebezpieczeństw czyhających w puszczy, i który potrafi 
staczać 
krwawe boje z innymi samcami w obronie swych praw do rodziny. Jeśli zostanie 
pokonany, 
miejsce głowy rodziny zajmuje zwycięzca.
Oczywiście, cała załoga obozu zbiegła się natychmiast, by podziwiać piękne 
zwierzę. 
Przy akompaniamencie okrzyków radości wprowadzono antylopę do klatki, gdzie 
wrzucono 
uprzednio wiązkę świeżej trawy i postawiono korytko z wodą. Początkowo samiec 
atakował 
gapiów rogami przez kraty, wkrótce jednak odwrócił się do nich tyłem, zwiesił, 
zrezygnowany, nisko głowę i nic nie było w stanie skłonić go do zmiany tej 
pozycji. 
Wieczorem po kolacji Dzika i pan Goraj usadowili się w namiocie Jacka i łowca 
zaczął 
opowieść o polowaniu na antylopę błotną.
- Kiedy dotarliśmy do podmokłych terenów, zdradzających bliskość bagien, słońce 
dochodziło już do zenitu. Las ustępował stopniowo miejsca grubej i na kilka 
metrów wysokiej 
trawie. Trafiliśmy na jakąś krętą ścieżynę, ale tak wąską, że ledwie można było 
nią iść i 
dosłownie na krok przed własnym nosem nic się nie widziało.

background image

- To coś takiego, jak na trzęsawiskach Bahr el-Ghazal! - zawołała Dzika.
- Tak, tylko że tam trawy i trzciny dochodziły do sześciu metrów wysokości, a te 
tutaj 
są jednak nieco niższe. Napracowaliśmy się i napocili porządnie, zanim wreszcie 
udało się 
nam wydostać z tej gęstwy, i wyjść na teren otwarty, porośnięty sitowiem, kępami 
krzewów 
bagiennych i traw. Znaleźliśmy się na skraju ogromnej kotliny lub raczej 
rozległego, 
płytkiego, zarastającego już jeziora leśnego, za którym gdzieś daleko rysowała 
się mgliście 
sina linia puszczy. Przepatrywałem przez lornetkę to morze szuwarów i trzcin, 
gdy nagle 
poczułem na ramieniu dłoń Bobajo, który palcem pokazywał mi jedną z kęp. 
Przesunąłem 
szkła w tym kierunku, ale dopiero po dłuższym wpatrywaniu się dostrzegłem parę 
głęboko 
karbowanych rogów. A więc były tam antylopy! Zastanawiałem się, w jaki sposób te 
zwierzęta dostały się w sam środek leśnego trzęsawiska i jak je podejść, gdy 
Bobajo skrzywił 
swą pooraną zmarszczkami twarz w zabawnym uśmiechu i pociągnął mnie za sobą.
Ruszyliśmy brzegiem trzęsawiska, a właściwie brnęliśmy po kolana w wodzie, 
często 
zapadając się aż po pas w lepki muł. Jakkolwiek posuwaliśmy się wolno i 
ostrożnie, to jednak 
co chwila odzywały się tu i ówdzie ostrzegawcze kwakania, gęgania, pohukiwania, 
a często 
zrywały się przed nami z głośnym łopotem skrzydeł całe stada najróżniejszego 
ptactwa i 
zapadały gdzieś daleko na bagnie. Bronią śrutową można tam nastrzelać kaczek, 
gęsi, czapli i 
żurawi bez liku, ale trzeba mieć bardzo dobrego psa, który by potrafił znaleźć 
ustrzelone ptaki 
w tym zielonym morzu roślinności.
- Przydałaby się nam jakaś tłusta kaczuszka lub gąska! - westchnął komicznie 

background image

Jacek.
- Zamiast kaczek będziesz miał na obiad perliczki, które Bobajo ustrzelił z 
łuku. No, 
więc w końcu dobrnęliśmy do długiej wydmy piaszczystej, wcinającej się głęboko w 
trzęsawisko i porośniętej gęstwą kolczastych krzaków i zarośli. Tu Bobajo 
zatrzymał się, 
sprawdził kierunek lekkiego wiatru, a potem rzekł do mnie szeptem:
„Ty, panie, idź tymi krzakami aż do końca wydmy i ukryj się tak, żebyś widział 
całe 
bagno, a ja spróbuję nagonić na ciebie to rogate mięso”.
Po czym zniknął w szuwarach, ja zaś ruszyłem ku memu celowi. Przedzieranie się 
przez zbite krzewy kolczastej mimozy było istnym koszmarem. Lecz mimo iż ciernie 
rozrywały mi ubranie i kaleczyły ciało, zrobiłem sporo interesujących 
obserwacji, pokryta 
grubą warstwą liści ziemia zdradziła mi tysiące tragedii. Pełno tam było ptasich 
piór, a także 
kości różnych ptaków i zwierząt. Widocznie wydma ta jest miejscem polowań cywet, 
ichneumonów, serwali, panter i innych kotów, bo widziałem tam czaszki dzikich 
świń i 
antylop, pancerze żółwi i kawałki szkieletów węży.
Zmęczony do ostateczności, zupełnie mokry od potu, w porwanym ubraniu, 
dobrnąłem wreszcie do końca łachy, która w tym miejscu znacznie się rozszerzała, 
tworząc 
rodzaj okrągłego cypla. Miałem stąd rozległy widok na bezkresne morze trzcin i 
zarośli z 
rozsianymi tu i ówdzie kępami wysokich traw i krzaków, a nawet większymi 
wyspami, na 
których rosły niskie, lecz mocno rozgałęzione drzewa.
- Ależ to wymarzony raj dla myśliwych! - zawołał podnieconym głosem Jacek. - 
Zostańmy tu dłużej, tatusiu! Mamy w naszych bagażach gumowy ponton, możemy go 
użyć 
do zbadania tych bagnisk!
- Tak, mamy ponton, ale pamiętajcie, że ten „raj” należy do terenów zagrożonych 
przez muchę tse-tse!
- Ech, tatusiu, przecież codziennie zażywamy pigułki przeciw śpiączce. A zresztą 

background image

Bobajo osiadł tutaj już przed paru laty, a jest zupełnie zdrowy. No, ale 
opowiadaj dalej!
- A więc zamaskowany przez krzaki mimozy zająłem wygodne stanowisko, z 
wiatrówką w ręku. Nagle z tyłu plusnęło coś tak donośnie, jakby ktoś rzucił 
kamień do wody. 
Odwróciłem się i na otwartej toni zobaczyłem dużą wydrę afrykańską. Płynęła 
trzymając w 
pysku sporą, trzepoczącą się rybę i zmierzała wprost do kępy oddalonej od łachy 

kilkadziesiąt kroków, a więc znajdowała się w zasięgu wiatrówki. Podniosłem broń 
do oka, 
ale w tej samej chwili zrozumiałem, że wydry nie dostanę...
- Dlaczego? - zainteresował się chłopiec.
- Bo gdybym ją trafił ampułką, dałaby nura w wodę i prawdopodobnie by utonęła.
- Szkoda! - westchnęła Dzika. - Wydra afrykańska to bardzo interesujące i 
inteligentne 
zwierzę. Zastanawia mnie tylko, co ona robiła na trzęsawisku, skoro na ogół 
wydry lubią 
wody otwarte, a najbardziej wartkie rzeki.
- Tak, ale na tym leśnym jeziorze prócz zarastających płycizn sporo jest także 
odkrytych toni obfitujących w ryby i wszelkiego rodzaju skorupiaki, które 
stanowią ulubiony 
pokarm wydr. W niespełna pół godziny później - ciągnął swe opowiadanie pan Goraj 

zauważyłem nagle przez lornetkę, że gdzieś daleko przed cyplem kołyszą się 
trawy, a 
niebawem wyłoniły się z nich duże antylopy błotne. Szły gęsiego: najpierw 
bezroga samica - 
przewodniczka stada, za nią dwoje młodych, potem spory koziołek z małymi 
różkami, a w 
straży tylnej znowu dwie rosłe samice. Trochę dziwny wydał mi się brak dorosłego 
samca, ale 
widocznie stadko z jakichś niewytłumaczonych przyczyn chodziło chwilowo luzem. 
Antylopy zmierzały wprost w kierunku łachy, a gdy znalazły się na kilkadziesiąt 
kroków 

background image

przed cyplem, przewodniczka stanęła nagle jak wryta, a za nią zatrzymało się 
całe stadko. Ze 
sztucera mogłem zabić łatwo nawet dwie sztuki, ale na wiatrówkę było trochę za 
daleko.
Nagle gdzieś z boku zabrzmiały krótkie, basowe beknięcia, podobne do szczęknięć 
psa, i w trzcinach mignął mi łeb wspaniałego samca zdążającego skosem ku łasze. 
Gdy 
wyszedł wreszcie w całej krasie na piasek łachy, mimo znacznej odległości 
posłałem mu 
ampułkę. Samiec runął w trawy, a spłoszone stado znikło w mgnieniu oka. Ogromnie 
żałuję, 
że nie udało mi się zdobyć także samicy.
- Bobajo zdumiał się pewnie, gdy zamiast zabitego mięsa zobaczył żywą antylopę? 

zapytał Jacek.
- Trochę, ale nie pokazał tego po sobie. Zresztą dumny był, że tak dobrze 
napędził mi 
zwierzynę na strzał. Podziwiałem jego doświadczenie, znajomość trzęsawisk i 
zwyczajów 
antylop, i bo przecież naganianie na myśliwego zwierzyny na tak wielkim obszarze 
to nie lada 
sztuka. No, ale późno już, moje dzieci, trzeba pójść spać, bo jutro musimy wstać 
bardzo 
wcześnie.
Nazajutrz, jak zwykle, Dzika obudziła się pierwsza i podniosła na nogi całą 
załogę. 
Wkrótce w obozie zawrzało gorączkowe życie, zapłonęło ognisko, Zalbi podgrzewał 
wodę do 
mycia i gotował kawę, a pomocnicy kierowców ścinali świeżą trawę dla zwierząt.
Po śniadaniu zjawił się w obozie stary Bobajo z kilkoma ludźmi i długo 
konferował z 
panem Gorajem. Po tej rozmowie pan Goraj oznajmił dzieciom, że wybiera się na 
parę dni do 
puszczy, i zabrał się do przygotowywania ekwipunku. Wyjął ze spiżarni obozowej 
kilkanaście 

background image

puszek z konserwami, worek ryżu, wiązkę kłączy manioku, następnie do stalowej 
walizki 
włożył kilka zmian bielizny i zapasowe ubrania, zapakował także jednoosobowy 
namiot, 
metalowe składane łóżko polowe, koc wełniany i moskitierę, jednym słowem, to 
wszystko, co 
potrzebne jest podróżnikowi w puszczy.
Dzika patrząc na te przygotowania nie wytrzymała w kona i spytała nieśmiało pana 
Goraja:
- Czy ja bym mogła towarzyszyć panu w tej wyprawie?
- Nie, moje dziecko, to jest niemożliwe. Idziemy w kierunku zachodnim, do źródeł 
Tede, a potem jej brzegami aż do rzeki Sanaga, do której Tede wpada. Czeka nas 
żmudne 
przedzieranie się przez pierwotną puszczę pełną jarów i bagnisk, gdzie na każdym 
kroku 
czyhają tysiące niebezpieczeństw. A poza tym obawiam się, że nie wytrzymałabyś 
tempa 
marszu. Całą trasę tam i z powrotem musimy zrobić w ciągu paru dni, bo już 
najwyższy czas 
wracać do Jaunde i do domu. Nigdy bym sobie nie darował, gdyby w ostatniej 
chwili stało ci 
się coś złego. Widzisz, obecnie znajdujemy się na wysokości pięciuset metrów nad 
poziomem 
morza, ale w okolicach Sanaga teren podnosi się gwałtownie do tysiąca metrów i 
tworzy 
płaskowyże z sawanną drzewiastą i lasami parkowymi na brzegach licznych rzek. I 
właśnie to 
pogranicze puszczy i sawanny chciałbym jeszcze zbadać. Wiesz dobrze, Dziko, jak 
bardzo 
cenię twoje umiejętności myśliwskie, ale nie upieraj się tym razem. Możecie 
robić sobie z 
Jackiem niedalekie wypady w okoliczne lasy, lecz pamiętaj, zawsze w towarzystwie 
Tobiego 
lub Akassu. Nigdy sami.
Dzice łzy nabiegły do oczu, nic już jednak nie powiedziała i tylko patrzyła z 

background image

wielkim 
żalem na dość liczną grupkę szykującą się do odejścia. Tragarze kładli sobie na 
głowach 
wyładowane worki i stalowe skrzynki. Mbua i Kondo rozdzielili między siebie 
ciężką broń 
myśliwską i wkrótce cały pochód ruszył ścieżyną wiodącą w głąb puszczy. Pan 
Goraj 
pożegnał się z dziećmi, raz jeszcze powtarzając im różne polecenia, poczym 
podążył za 
znikającymi już w puszczy Murzynami.
Jacek wrócił do swego namiotu, a Dzika, nie próbując już powstrzymywać łez, 
poszła 
do zwierząt. Małe antylopki Maxwella, dukiery, antylopka wodna i kozły leśne, 
skoro tylko 
dostrzegły swoją karmicielkę, natychmiast przybiegły do ogrodzenia i wsunąwszy 
czarne, 
wilgotne chrapki między żerdki, starały się zwrócić na siebie jej uwagę. Ale 
nawet widok 
przymilających się zwierząt nie był w stanie tym razem pocieszyć dziewczynki, 
łzy nagle 
popłynęły jej z oczu fontanną i w żaden sposób nie mogła się opanować.
Na ten właśnie moment słabości swej opiekunki przybiegł zdyszany Ndele. Chwilę 
patrzył zdumiony na płaczącą dziewczynkę, ą potem szybko począł mówić:
- Mamzel Dzika, ty nie płacz! To bardzo niedobre dla oczu, bo nic człowiek nie 
widzi. 
Ty sobie zetrzyj tę wodę na policzkach i chodź ze mną w busz obejrzeć sidła na 
małe mięso 
dla ciebie!
- Ndele, przecież zabroniłam ci zakładać sidła! W sidłach zwierzęta straszliwie 
się 
męczą, zanim wreszcie po wielu godzinach zginą! - zawołała Dzika przerażona.
- Ty sama zobacz moje sidła. To dobre sidła, one nie zabijają żywego mięsa, one 
tylko 
je chwytają i trzymają tak długo, aż ja przyjdę!
- Dobrze, pójdę z tobą, ale najpierw zajrzę do Jacka, a ty zawołaj Tobiego albo 

background image

Akassu, bo jeden z nich musi iść z nami.
Jacek tak zajęty był swymi filmami, że nawet nie słyszał, co Dzika do niego 
mówiła. 
Na każde jej zdanie mruczał coś pod nosem, nie podnosząc głowy, co mogło 
oznaczać „tak” 
lub „rozumiem”, toteż zniechęcona dziewczynka zostawiła go w spokoju. Szybko 
pobiegła do 
swego namiotu, przebrała się w grube dżinsy i ochronnej barwy bluzkę, chwyciła 
wiatrówkę i 
torbę myśliwską i wybiegła na placyk obozowy, gdzie czekali już na nią Ndele i 
uzbrojony w 
strzelbę myśliwską Akassu.
Szli szybko ścieżynką wydeptaną przez ludzi z obozu do rzeczki i niebawem 
znaleźli 
się na brzegu, w miejscu gdzie brano wodę. O kilkadziesiąt kroków dalej 
znajdowała się 
kładka łącząca oba brzegi. Nie było to dzieło rąk ludzkich, po prostu burza 
obaliła potężne 
drzewo mahoniowe, które legło w poprzek koryta tworząc swym długim, gładkim 
pniem 
wygodny mostek nad głębokimi, rwącymi nurtami. Dostęp do kładki wycięli w 
gęstwinie 
leśnej ludzie z obozu, toteż Ndele bez chwili wahania skierował się ku zwalonemu 
mahoniowi. Ze zręcznością małpy wdrapał się na pień grubości prawie dwóch metrów 

szybko przebiegł po nim na drugi brzeg. Dla Dziki i dla siebie Akassu zrobił 
szybko 
zaimprowizowaną drabinę, nacinając karby na grubej gałęzi, którą następnie 
przystawił do 
pnia.
Gdy znaleźli się wreszcie na prawym brzegu, oczekiwał ich bardzo zmartwiony 
Ndele 
dzierżąc w rękach martwą mangustę* [Mangusta - ichneumon; niewielki ssak żyjący 

Afryce i Azji Mniejszej; często chowany przez ludzi jako tępiciel jadowitych 

background image

węży i 
gryzoni.], drapieżnika z rodziny wiwer*. [Wiwery - rodzina drapieżników o 
smukłym, 
walcowatym ciele i krótkich nogach. Zamieszkują południową Europę, Afrykę, Azję 

Madagaskar; prowadzą przeważnie nocny tryb życia. Łatwo się oswajają.]
- Ona już nie żyje, zadusiła się w sidłach - żałośnie wystękał Ndele. - Ale ty, 
mamzel, 
poczekaj trochę... może w inną pułapkę coś się złapało.
Dzika poklepała chłopca po ramieniu i Ndele natychmiast odzyskał humor. 
Zarzuciwszy mangustę na ramię, ruszyli dalej ledwo znaczącą się ścieżyną.
Marsz stawał się coraz bardziej uciążliwy, bo ścieżka biegła teraz szlakiem 
słoni, 
pełnym głębokich dziur, wygniecionych w wilgotnym gruncie przez klocowate nogi 
zwierząt. 
W dalszej drodze wspinali się na strome pagórki, to schodzili na dół do 
bagnistych wąwozów, 
a nierzadko okrążać musieli niewielkie jeziorka z brzegami zarośniętymi grubą, 
wysoką trawą 
o lancetowatych, ostrych liściach.
Szli właśnie zboczem długiego wzgórza, gdy nagle do uszu ich dobiegły całkiem 
wyraźne pomrukiwania, krótkie ryki i następujące po nich dudnienie, jakby ktoś 
uderzał 
kawałkiem żelaznego drzewa w wojenny tam-tam. Wszyscy troje stanęli jak wryci. 
Dzika w 
okamgnieniu naładowała wiatrówkę, Akassu zerwał z ramienia strzelbę, a Ndele 
wyszeptał 
trzęsącym się głosem:
- Ngujala!
Pomruki i porykiwania goryla brzmiały jednak tym razem zdecydowanie przyjaźnie, 
chociaż chwilami pojawiały się w nich nutki zniecierpliwienia. Dudnienie 
pięściami w piersi 
też nie zawsze oznacza zły humor tej olbrzymiej małpy, często jest wyrazem 
zadowolenia lub 
po prostu chęci nawiązania kontaktu z innymi rodzinami goryli. Nie było więc w 

background image

zasadzie 
powodu do obaw, ale należało zachowywać się cicho i jak najszybciej wycofać się 
ostrożnie z 
tego sąsiedztwa. Nagle Dzika spostrzegła ku swemu przerażeniu, że Ndele gdzieś 
znikł...
- Akassu! Co się stało z Ndele? Czyżby zląkł się goryla i cichaczem uciekł?
- Och, nie, mademoiselle! Na pewno ma tu gdzieś w pobliżu jedną ze swych pułapek 

poszedł ją sprawdzić. Poczekajmy chwilę, zaraz powróci.
Upłynęło jednak sporo czasu, zanim czarny chłopiec przybiegł z błyszczącymi 
radością oczami i tajemniczym wyrazem twarzy.
- Och, mamzel - wyszeptał, łapiąc oddech w zdyszane piersi - ja widziałem tę 
małpę! 
Ona wygrzewa się na słońcu! Ty, mamzel, idź popatrzeć i Akassu też niech idzie!
- Daleko stąd?
- Nie, może dwa lub trzy razy po sto kroków!
- No to prowadź!
Ruszyli zboczem na ukos w dół i po kilkunastu minutach znaleźli się na obszernej 
nizinie, którą porastał gęsty las wtórny. Dzika stanęła zupełnie bezradna przed 
zbitym, 
zielonym murem niesamowicie splątanych drzew, krzaków, lian i wszelkiej innej 
roślinności, 
ale Ndele i tu odkrył korytarz wygnieciony i przez słonie i bez wahania 
poprowadził nim 
Dzikę i Akassu. Korytarz jednak okazał się istną torturą, bo nie dość, że był 
zupełnie ciemny i 
okropnie duszny, to co krok wpadało się w doły pełne wody, najeżone ostrymi 
drzazgami 
połamanych krzaków, a z góry spadały jadowite owady. Najbardziej przykre były 
duże rude 
mrówki, których ukąszenia sprawiały ostry ból jak przy dotknięciu rozpalonym 
żelazem. 
Często też trzeba było czołgać się po ziemi, a patyki i kolce darły ubranie i 
raniły ciało do 
krwi.

background image

Toteż wszyscy troje z westchnieniem ulgi powitali jaśniejszy błysk zwiastujący 
bliski 
koniec tego koszmaru. Jeszcze trochę wysiłku i wreszcie stanęli przed delikatną 
siecią 
cieniutkich pnączy, które jakby gęstą mgłą zakrywały zazdrośnie światłość dnia. 
Ndele 
rozgarnął ostrożnie tę sieć i Dzika, porażona jaskrawym światłem, musiała 
natychmiast 
zamknąć oczy. Kiedy je po chwili otworzyła, ujrzała przed sobą obszerną, 
trawiastą polanę, a 
na niej zwalony pień prastarej akacji. Korona tego kolosa, już bez liści, 
zamieniła się w 
spiętrzony stos potrzaskanych konarów i gałęzi, na których zdążyły już wyrosnąć 
tu i ówdzie 
żółte grzyby wielkości monstrualnych półmisków. W zagięciu jednego z konarów, 
wbitego 
głęboko w ziemię ogromnym ciężarem drzewa, leżał w gorących promieniach 
tropikalnego 
słońca potężny rudy samiec goryl, a dwie samice i kilkoro młodzieży obojga płci 
uwijało się, 
znosząc głowie rodziny kiście długich bananów mącznych, soczyste papaje, kleiste 
strąki 
drzewa musanga i inne tego rodzaju specjały. Samiec pożerał z niewiarygodną 
szybkością 
przynoszone mu owoce i groźnym pomrukiem, a często i kułakiem przynaglał rodzinę 
do 
pośpiechu.
Dzika z największym zainteresowaniem obserwowała tę niezwykłą i rzadko przez 
człowieka oglądaną rodzinną sielankę „leśnych ludzi”, jak krajowcy często 
nazywają goryle, 
toteż rychło spostrzegła, że jeden z samczyków, dorównujący już wzrostem 
mniejszej samicy, 
bardzo niedbale spełnia swoje obowiązki. Znacznie rzadziej niż siostry i młodsi 
bracia 
przynosił ojcu jedzenie, dłużej też przesiadywał na drzewach musanga, delektując 

background image

się 
najsmaczniejszymi owocami i nic sobie nie robiąc z groźnych porykiwań starego 
samca. Te 
widoczne objawy lekceważenia rodzica smutno skończyły się dla młodzika, bo kiedy 

przywołany wreszcie wściekłym rykiem - przyniósł leniwie kilka zeschłych i 
psujących się 
owoców, stary goryl pochwycił go niespodziewanie w swoje ramiona siłacza, 
przegiął przez 
konar i tak wygrzmocił ciężką, szeroką łapą po grzbiecie i siedzeniu, że po tej 
bolesnej 
nauczce samczyk zsunął się bezwładnie w trawę, a potem uciekł w bananowce, wciąż 
jęcząc i 
pochlipując. Ale kara ta, być może, uratowała mu życie, gdyż nagle świsnęła w 
powietrzu 
strzała i jeden z młodych samców, ugodzony pociskiem w grzbiet, wrzasnął 
przeraźliwie i 
zwalił się z drzewa na ziemię. W następnej sekundzie małpy porwały się z konarów 
akacji i 
błyskawicznie zniknęły w lesie.
Zanim Dzika i jej towarzysz zdołali zrozumieć, co się stało, na polanie ukazało 
się 
kilku rosłych, półnagich Murzynów, uzbrojonych w łuki, krótkie oszczepy z 
szerokimi 
grotami i busznajfy. Po chwili przyłączył się do nich jeszcze jeden, chwycił 
martwe już 
gorylątko i zaczął ciągnąć je po trawie.
Ndele, spostrzegłszy obcych Murzynów, szybko zakrył pnączami otwór korytarza, a 
zwróciwszy się do Dziki i Akassu, wyszeptał:
- To bardzo niedobrzy ludzie ze szczepu Kaka. Oni wędrują po puszczy z rodzinami 

garnkami, zakładają sidła i pułapki i zjadają wszystkie, nawet najpodlejsze 
zwierzęta. Kaka 
zjadali dawniej i ludzi, ale teraz podobno nie robią tego. My zaraz prędziutko 
musimy pójść z 

background image

powrotem do wielkiego lasu i do obozu, bo jak Kaka nas tu zobaczą... to będzie 
bardzo 
niedobrze!
- A cóż nam zrobią swymi łukami, oszczepami i nożami? Przecież my mamy broń 
palną! - butnie stwierdził Akassu.
- Ludzie Kaka maczają strzały w bardzo niedobrym soku roślin i jak ten sok 
wyschnie, 
zabijają każde stworzenie! My lepiej uciekajmy, ile sił w nogach, bo może być z 
nami źle...
- Dobrze, pójdziemy stąd, ale jeśli nas Kaka wyśledzą i zaczepią, to potrafimy 
się 
bronić! - ozwała się bojowo Dzika.
Zagłębili się w słoniowy korytarz możliwie cicho i ostrożnie, aby nie zwrócić na 
siebie uwagi, ale Kaka zajęci byli własnymi sprawami. Na polanie lokowały się 
już całe 
rodziny, daleko w puszczę niosły się głosy mężczyzn, kobiet i dzieci, a także 
szczekanie 
psów. W miarę przebywanej drogi Dzika i jej towarzysze coraz słabiej słyszeli 
gwar 
koczujących Kaka, aż wreszcie ogarnęła ich zupełna cisza.
Dotarli właśnie do końca korytarza i, zmęczeni, pokaleczeni, ociekający potem, w 
poszarpanych ubraniach, wydostali się na teren nieco rzadszego i jaśniejszego 
lasu, kiedy tuż 
za nimi rozległ się piskliwy jazgot i rzuciły się na nich dwa chude psy.
Ndele nożem, a Akassu i Dzika kolbami strzelb zaczęli odpędzać od siebie 
rozwścieczone zwierzęta, gdy z korytarza wyszedł wysoki, barczysty Kaka z łukiem 
w ręku. 
Zobaczywszy dwóch czarnych i białą dziewczynkę, zawahał się i opuścił nieco 
podniesiony 
do strzału łuk. Ale psy z coraz większą zajadłością atakowały myśliwych. Ndele 
tak dzielnie 
wywijał nożem, że nie tylko zdołał uniknąć ostrych kłów obskakującego go kundla, 
ale nawet 
go zranił. Pies zaskowyczał głośno i już znacznie ostrożniej rzucał się do 
chłopca. Gorzej 

background image

poszło mniej zwinnemu Akassu, gdyż drugi kundel tak głęboko rozpruł mu udo, że 
krew 
wkrótce zmoczyła całą nogawkę. Akassu odwrócił strzelbę, by zastrzelić psa, ale 
ubiegła go 
Dzika, trafiając zwierzę usypiającą ampułką. Po chwili strzeliła i do drugiego 
psa. Potem 
zupełnie spokojnie wyjęła ze swej torby myśliwskiej bandaż i zabrała się do 
opatrzenia rany 
Akassu, który przez cały czas trzymał na muszce właściciela zajadłych kundli.
Kaka, który przypatrywał się atakowi psów z widocznym zadowoleniem, stracił 
radosny grymas twarzy, kiedy psy nagle zaczęły chwiać się na nogach, skomląc 
cicho, a 
potem zwaliły się bezwładnie na ziemię. Nie słyszał strzałów i nie mógł 
zrozumieć, co się 
stało. Wierne zawsze zwierzęta odstąpiły nie wiadomo dlaczego od ludzi, na 
których je 
poszczuł, a potem zdechły! Było to zupełnie niezrozumiałe, dziwne, niepojęte! A 
przy tym ta 
przeklęta strzelba w rękach człowieka ze szczepu Jaunde, skierowana w jego 
pierś! 
Zgrzytając zębami ze złości, a także ze strachu, odwrócił się gwałtownie z 
zamiarem skrycia 
się gdzieś w gąszczu, by stamtąd posłać im swe zatrute strzały, ale zatrzymał go 
w miejscu 
głośny krzyk Ndele:
- Stój, stój, człowieku Kaka, odrzuć od siebie łuk, strzały i ten mandżie, co ci 
sterczy u 
pasa!
Kaka, nie rozumiejąc francuskiego języka, patrzył osłupiałym wzrokiem na 
chłopca, 
Ndele więc zaczął mówić w swej ojczystej mowie, zrozumiałej dla wielu 
puszczańskich 
plemion. Widać i Kaka pojął, czego od niego chcą, bo - chociaż z niechęcią - 
odrzucił od 
siebie łuk i strzały, a potem ową przedziwną broń - mandżie, składającą się z 

background image

krótkiej 
rękojeści i długiej na łokieć sztabki wypolerowanego żelaza, której jedna strona 
miała kształt 
szerokiego toporka, druga zaś - lekko wygiętego noża. Była to broń straszna w 
rękach 
doświadczonego wojownika, bo można jej było używać w bezpośrednim spotkaniu jako 
siekierki, a także rzucać we wroga, gdyż zawsze jedno czy drugie ostrze 
powodowało ciężkie 
zranienia.
W miarę jak Ndele mówił, Kaka słuchał go coraz uważniej i wyraz coraz większego 
przestrachu malował się na jego twarzy. Chłopak przemowę swoją podkreślał żywymi 
gestami i okrzykami, od czasu do czasu wskazując ręką na Dzikę. Ale przerażenie 
mieszkańca 
puszczy doszło do szczytu, gdy psy powoli zaczęły budzić się z narkozy, 
dźwignęły się na 
dygocące nogi i z nieprzytomnym spojrzeniem, skomląc cicho, powlokły się w las.
Widząc, że ze strony Kaka nic im już nie grozi, Ndele szybko zabrał leżący na 
ziemi 
łuk i strzały, wetknął za pas mandżie i ruszył ścieżką w stronę obozu, a za nim 
podążyli Dzika 
i lekko kulejący Akassu.
Wiadomość o spotkaniu ludzi Kaka wywołała w obozie duże poruszenie. Koło kuchni 
zebrali się Zalbi, Tobi i obaj pomocnicy kierowców, słuchając w skupieniu 
relacji Akassu. 
Dzika zaś poszła do namiotu Jacka, by opowiedzieć mu o przygodach, jakie 
przeżyła wraz z 
Akassu i Ndele podczas wycieczki do puszczy.
Jacek oczywiście żałował przede wszystkim, że stracił rzadką okazję sfilmowania 
życia rodzinnego goryli, ale również zainteresował się bardzo spotkaniem z 
Murzynami Kaka.
- Przed wyjazdem do Kamerunu - powiedział - przewertowałem sporo książek o tym 
kraju i w jednej z nich znalazłem trochę wiadomości o Kaka. Nie przypominam 
sobie 
dokładnie, czy szczep ten pochodzi z Ubangi-Szari* [Ubangi-Szari - 
Środkowoafrykańska 

background image

Republika. Dawniej kolonia francuska, od 1960 r. kraj niepodległy.] czy z Konga, 
w każdym 
razie jest to szczep wędrowny, który koczuje w puszczy całymi rodzinami, poluje 
przy użyciu 
zatrutych strzał i sideł. Grupy składające się z kilku lub kilkunastu rodzin 
budują w jakimś 
dogodnym dla siebie miejscu prowizoryczne szałasy z gałęzi i polują w całej 
okolicy, 
wyniszczając zwierzynę do szczętu, po czym przenoszą się gdzieś dalej.
- Zaczekaj, Jacek, chwileczkę, zaraz pokażę ci strzały i nóż zabrany temu 
Murzynowi 
przez Ndele! - przerwała Dzika wykład Jackowi wybiegając z jadalni, by po chwili 
powrócić 
z bronią Kaka.
Chłopiec bardzo dokładnie przyjrzał się najpierw strzałom, których bełty 
zrobione 
były z łodyg trzciny wodnej, a wpuszczone w nie groty - wykute bardzo misternie 
z żelaza. 
Zarówno same groty, jak i miejsca, gdzie umocowane zostały włóknami rafii, 
nosiły wyraźne 
ślady zaschniętego, brunatnawego płynu.
- Te strzały są na pewno zatrute sokami roślinnymi zmieszanymi z klejem 
wysychającym na słońcu. Trzeba je dobrze zawinąć w szmaty, bo najlżejsze 
draśnięcie grozi 
śmiercią. Interesujący jest również ten toporek wojenny czy nóż. Bardzo podobny 
kupiłem w 
zeszłym roku na bazarze w Omdurmanie u starego Araba, który twierdził, że nóż 
jest bardzo 
starą bronią murzyńską i dostał się w ręce jego przodków jeszcze w czasach 
polowań na 
niewolników. Widzisz... taki nóż jest bardzo cenny dla kogoś, kto zbiera starą 
broń... Dzika, 
powiedz, przecież dla ciebie on nie ma żadnej wartości... Czy nie mogłabyś mi go 
podarować?
- Ten łuk, strzały i nóż zdobył Ndele. Daj mu coś równie cennego, to może ci tę 

background image

broń 
odda.
- Mam nadzieję, że jakoś dojdziemy do porozumienia. A teraz posłuchaj: jeśli 
ludzie 
Kaka pojawili się w puszczy, to jakiś czas tu zostaną. I nie jest wykluczone, że 
będą 
próbowali złożyć nam wizytę. Musimy bardzo porządnie pilnować obozu, a w nocy 
palić 
wielkie ognisko, by nie dać się niespodziewanie zaskoczyć. I musisz mi przyrzec, 
że sama 
nigdzie nie ruszysz się krokiem.
- Dobrze, przyrzekam - rzekła Dzika po dłuższym namyśle.
- A teraz zabierz na razie, te strzały i nóż, a ja ustalę z naszymi ludźmi 
porządek 
nocnych wart.
Od tego wieczoru co noc płonęło w obozie ogromne ognisko, a dwóch ludzi na 
zmianę 
pełniło wartę ze strzelbami w ręku. Jacek i Ndele także pełnili nocną służbę, a 
nawet i Dzika, 
która stwierdziła krótko, że jest członkiem wyprawy i ma takie same obowiązki 
jak wszyscy. 
Noce jednak przemijały w zupełnym spokoju i nic nie wskazywało na jakieś wrogie 
zamiary 
Kaka. Co prawda częściej niż poprzednio słychać było kwakanie stad kaczek lub 
klangor 
żurawi lecących z trzęsawisk w puszczy, ale można było tylko przypuszczać, że 
wypłoszyli je 
właśnie Kaka.
Następnego dnia Dzika, Jacek i Ndele buszowali od rana nad rzeczką. Udało się im 
złapać samiczkę ichneumona, potem znów ichneumona błotnego, a wreszcie odkryli, 
że w 
krzakach nadbrzeżnych znajdują się nory dużej bezszponej wydry afrykańskiej. 
Kilka razy 
widzieli te piękne zwierzęta pluskające się w wodzie, ale zawsze krzaki lub 
trawy 

background image

uniemożliwiały strzał z wiatrówki.
Któregoś dnia, czatując w nadbrzeżnych zaroślach, zauważyli na drugim brzegu 
rzeki 
brunatne stworzenie na krótkich nóżkach, z wydłużonym, płaskim pyskiem i bardzo 
długim, 
mocno spłaszczonym ogonem, przypominającym ścięte po bokach wiosło.
- To morungu, on pożera ryby - szepnął podniecony Ndele.
- To chyba potamogal* [Potamogal (parpass) - niewielki ssak prowadzący ziemno-
wodny tryb życia. Łowiony przez myśliwych ze względu na cenne futro.], nazywany 
także 
parpassem - zawtórował Jacek.
Parpass tymczasem zbliżył się do rzeczki, zlustrował ją uważnym spojrzeniem, 
potem 
przypadł białawym brzuchem do ziemi i zsunął się w nurt tak cicho, jakby wpełzł 
do własnej 
nory. W krystalicznie czystej wodzie można było bez trudu śledzić płynące 
zwierzę, które nie 
używało łap, a posuwało się szybko naprzód dzięki skrętom ciała i ruchom ogona. 
Nagle 
parpass dał nurka, na chwilę znikł z oczu obserwujących go dzieci, lecz w parę 
sekund 
później wypłynął na powierzchnię, trzymając w pysku trzepoczącą się, srebrzystą 
rybę. Kiedy 
zawrócił znów do przeciwległego brzegu, doskonale obserwować mogli pracę ogona, 
który 
służył zarówno do sterowania, jak i szybkiego popychania ciała do przodu. Na 
brzegu parpass 
przytrzymał rybę długimi pazurami przednich łapek i natychmiast zabrał się do 
uczty, ale... 
przerwało mu ją ciche klaśnięcie wiatrówki. Ugodzony parpass zwinął się jak wąż, 
potem 
zaczął niezdarnie czołgać się ku wodzie, jakby szukał w niej ratunku, i nagle na 
samym 
brzegu legł bez ruchu, pyskiem dotykając wody.
Przepłynięcie rzeczki tam i z powrotem było dziełem paru minut. Ndele ociekając 

background image

wodą, z radosnym uśmiechem wyciągnął zwierzę z rafiowego worka i wręczył je 
Dzice.
- Popatrz, Dzika! - zawołał Jacek. - On nie ma nawet śladu błony między palcami 

chyba dlatego nie używa łap do pływania! Ale futerko ma tak samo gęste i 
metalicznie lśniące 
jak wydra. Podobno Hausa bardzo chętnie kupują skórki parpassów i sprzedają 
potem z 
wielkim zyskiem kuśnierzom francuskim, bo te futerka znakomicie imitują 
prawdziwe 
wydry...
- A ja nie sprzedam mojego parpassa żadnemu Hausa ani paryskiemu kuśnierzowi, a 
w Chartumie urządzę mu sadzawkę z rybami. Przyznaj, że parpass jest wyjątkowo 
ślicznym i 
oryginalnym zwierzątkiem! Popatrz, jakie ma wspaniałe wąsy po obu stronach swego 
wydrzego pyszczka.
- Tak, zwierzak jest ładny i dlatego pewnie wyznaczono za niego aż piętnaście 
franków w naszym pozwoleniu na łowienie zwierząt! Pomyśl tylko, parpass jest 
droższy niż 
marabut, małpa jedwabista, a nawet czapla srebrzysta. Wątpię jednak, czy 
dowieziesz go 
żywego do Chartumu, parpass jest przecież zwierzęciem ziemno-wodnym i większą 
część 
życia spędza w nurtach rzek. Sypia oczywiście na lądzie w norach wykopanych 
wśród trzcin i 
krzaków nabrzeżnych i na lądzie też zjada złowione przez siebie ryby.
- Wstawię mu do klatki brezentową miednicę, a żywych ryb dostarczy Ndele! A ty 
zamiast rozprawiać, utnij kawałek pnącza i skrępuj mu pysk i łapki. Ndele, daj 
mi swój worek 
rafiowy... No, teraz już możemy iść spokojnie do domu, parpass na pewno nie 
ucieknie z 
torby.
W obozie szybko złożono odpowiednią klatkę, pręty jej otoczono drucianą siatką o 
małych oczkach, podłogę wyłożono grubą blachą, a do wnętrza wstawione zostało 
drewniane 

background image

pudło wysłane trawą, a także duża płócienna miednica z wodą. Do tak 
przygotowanego domu 
wpuszczono parpassa, który już dawno ocknął się z narkozy i jak opętany rzucał 
się w worku, 
wydając okropne piski.
Zwierzątko w ciągu kilku sekund obiegło swoją nową siedzibę, a nie widząc 
nigdzie 
nawet szparki, skoczyło w wodę i dopiero po długim czasie wystawiło z niej łeb 
dla 
zaczerpnięcia powietrza. Gdy Dzika wrzuciła do wody świeżo złapaną rybkę, 
parpass porwał 
ją natychmiast, zwinnie wydostał się z miednicy, szybko odnalazł gniazdo i 
zniknął w nim 
razem ze swoją zdobyczą. Murzyni przyglądający się parpassowi nazywali go 
„dżies” albo 
„wulu”, lub też podobnie jak Ndele - „morungu”.
8
Następne dwa dni przeszły zupełnie spokojnie. Dzika każdego ranka karmiła 
zwierzęta przy pomocy Ndele, a Jacek wychodził z którymś z kierowców na 
polowanie, bo 
trzeba było i kuchnię, i drapieżniki zaopatrzyć w świeże mięso. Po śniadaniu 
wszyscy troje 
wyruszali nad rzeczkę, Zalbi zabierał się do gotowania obiadu, a reszta ludzi 
pilnowała 
obozu, poprawiała zagrody antylop i świń, czyściła klatki, zbierała trawę i 
młode pączki 
drzew oraz jagody dla turaków. Roboty dla nikogo nie brakło.
Drugiego dnia Dzika, Jacek i Ndele znaleźli wygodną kryjówkę u zakrętu rzeczki. 
Był 
to rodzaj wgłębienia w ziemi porośniętej gęstymi krzakami, nakrytymi niby 
welonem 
olbrzymią masą cieniutkich pnączy. Po odgarnięciu pnączy można stąd było widzieć 
niewielki piaszczysty cypel na drugim brzegu i skraj puszczy podchodzącej do 
samej wody. 
Poprzedniego dnia Ndele odkrył tu świeże ślady parpassa, sądzili przeto, że może 

background image

uda im się 
zdobyć jeszcze jednego. Zasłonięci pnączami bacznie obserwowali rzeczkę, ale 
prócz kilku 
niezwykle barwnych zimorodków, błyszczących w słońcu niby drogocenne kamienie, 
nic 
ciekawego nie było.
Nagle jakiś ciemny ptak przeleciał nisko nad tonią i usiadł na cyplu. 
Przypominał 
małego bociana lub czaplę, ale na dużej głowie miał czub sięgający daleko na 
grzbiet. Ptak 
stał na swych długich nogach zupełnie nieruchomo, jak figurka odlana z brązu, 
tylko od czasu 
do czasu stroszył piórka czuba i wtedy głowa wydawała się ogromna.
- Czy to aby nie waruga kasztanowata? - cicho wyszeptał Jacek.
Dzika nic nie odpowiedziała, tylko ostrożnie i bardzo wolno wysunęła lufę 
wiatrówki 
poprzez pnącza, wycelowała w pierś ptaka i nacisnęła cyngiel. Ptak poderwał się 
do lotu, raz i 
drugi zachwiał się i nagle jak kamień runął w gąszcz.
Ndele, obserwujący go uważnie, natychmiast wychynął z kryjówki, zjechał na 
siedzeniu z dość wysokiej skarpy i przepłynąwszy rzeczkę, zanurzył się w 
gęstwinę na 
drugim brzegu. Dość długo nie było go widać, a gdy ukazał się wreszcie, niósł 
ptaka w ręku. 
Kiedy stanął przed Dziką, na jego zawsze wesołej i beztroskiej twarzy malowało 
się coś w 
rodzaju zakłopotania, a nawet lęku, co nie uszło uwagi dziewczynki. Na pytanie, 
czego się 
boi, nie odpowiadał dłuższy czas, wreszcie przyparty pytaniami Jacka, jąkając 
się przemówił:
- Ja... ja znalazłem... gniazdo, ogromne gniazdo tego ptaka, ale... ale ja go 
nie 
ruszyłem... bo to bardzo niedobra sprawa...
- Widziałeś gniazdo warugi? - zaciekawił się Jacek.
- Tak, na tamtym brzegu. W rozgałęzieniu mimozy, całkiem nisko...

background image

- Prowadź mnie tam zaraz! Dzika, pójdziesz z nami?
- A co zrobię z ptakiem, przecież go nie zostawię, a płynąć na drugi brzeg nie 
mogę, 
bo nie mam z sobą kostiumu kąpielowego...
- Na co ci kostium kąpielowy? Skoczysz do wody w bluzce i dżinsach, a za 
dziesięć 
minut znowu wszystko na tobie wyschnie! Warudze zwiąż nogi, skrzydła i dziób, 
potem 
wsadź ją do worka i zawieś na sęku pierwszego lepszego drzewa wraz z wiatrówką. 
Ja także 
zostawię tu moją kamerę i karabinek, a wezmę tylko nóż.
Po kilku minutach wszystko wisiało już na drzewie, a trójka młodych myśliwych 
płynęła do drugiego brzegu. Stanąwszy na lądzie otrząsnęli wodę z ubrania i 
ruszyli śladem 
Ndele.
Wkrótce byli u celu. W niskim rozwidleniu pokracznie skręconej mimozy zobaczyli 
coś, co przypominało ogromną kulę zlepioną z trzciny, traw, gałązek i ziemi. Ta 
kulista bryła, 
mogąca mieć około półtora metra średnicy, sprawiała wrażenie jakiegoś 
gigantycznego 
grzyba wrośniętego w drzewo. Spory owalny otwór umieszczony był tak przemyślnie, 
by 
utrudnić drapieżnikom dostanie się do środka. Człowiek zaś mógł przejść obok i w 
ogóle nie 
zauważyć gniazda, gdyż maskowały je w naturalny sposób sterczące i zwisające z 
niego 
kawałki trzciny, pasma traw i gałęzi.
- Czy wiesz, jak wygląda takie gniazdo w środku? - zapytał Jacek Dzikę i nie 
czekając 
na odpowiedź, zaczai mówić: - Ten otwór prowadzi do niezbyt obszernego 
przedsionka, w 
którym zwykle jeden z ptaków trzyma straż. Wysuwa łeb z tej dziury i obserwuje 
okolicę, a w 
razie niebezpieczeństwa alarmuje rodzinę siedzącą w dalszych komnatach. Z 
przedsionka 

background image

prowadzi wąskie przejście do większego i nieco wyżej położonego pomieszczenia, 
które jest, 
no, powiedzmy, rodzajem jadalni. Tu znajdują się zapasy żywności, a także pełno 
jest kości 
zjedzonych żab, małych węży, jaszczurek i resztek wszelkiego rodzaju 
skorupiaków, a 
czasem nawet zeschnięte na kość małe stworzenia. Ze środkowego pomieszczenia 
przechodzi 
się do najobszerniejszej i najwyżej położonej komnaty. Jest ona wysłana miękkimi 
trawami i 
delikatnymi włóknami, a ściany jej nie przepuszczają żadnego dźwięku. Tutaj to 
samiczka 
składa trzy do pięciu jaj, które wysiadują na zmianę oboje rodzice.
- Skąd ty to wszystko tak dokładnie wiesz? - zaciekawiła się Dzika, spoglądając 
na 
przyjaciela z widocznym uznaniem.
- Cóż, uczy się człowiek! - odparł Jacek z uśmiechem. - Ale zdradzę ci 
tajemnicę, 
skąd te rzeczy znam. W gabinecie zoologicznym naszej szkoły znajdują się dwa 
gniazda 
warugi, przy czym jedno jest przecięte wzdłuż, dzięki czemu widać świetnie całe 
wnętrze. W 
komorze lęgowej umieszczono nawet wydmuszki jaj, w środkowej - kości różnych 
płazów i 
małych gadów, w przedsionku zaś siedzi wypchana waruga i strzeże domu. Warugi są 
znakomitymi architektami i gniazda ich stanowią prawdziwy majstersztyk. 
Zewnętrzne ściany 
mają tak grube i mocne, że dorosły człowiek może stanąć na wierzchu bez obawy, 
że gniazdo 
się załamie. No, ale teraz do rzeczy: czy sądzisz, że gniazdo warugi byłoby 
cennym dla nas 
nabytkiem?
- Myślę, że tak, ale...
- Nie ma żadnego ale! Bierzemy je, bo drugiego możemy nie znaleźć! Natnij z 
tamtej 

background image

kępy długich prętów bambusowych i zwiąż z nich coś w rodzaju tratwy, a my z 
Ndele 
postaramy się spuścić na ziemię tę kulę i zatoczyć na brzeg rzeczki!
Dzika bez słowa sprzeciwu pobiegła do wielkiej kępy bambusów i już po chwili 
rozległy się uderzenia jej busznajfu, gdy tymczasem Jacek obchodził mimozę ze 
wszystkich 
stron i zastanawiał się, jak zepchnąć gniazdo na ziemię, by go nie uszkodzić. 
Próbował 
podważyć je nożem tu i tam, wreszcie jednak zabrał się do odrąbywania jednej z 
odnóg 
rozwidlenia. Ndele patrzył na to z przerażeniem i drżał na całym ciele, ilekroć 
jakiś większy 
wiór z konara uderzył w gniazdo. Wreszcie Jacek, zziajany, ocierając ręką pot 
płynący mu 
strugami po czole i policzkach, zawołał:
- Ndele, bierz nóż i tnij razem ze mną!
- Ooo, zostawmy to drzewo w spokoju! Bardzo niedobra rzecz niszczyć chatę tego 
ptaka, bardzo niedobra! W Ngato każdy człowiek, mężczyzna, kobieta i dziecko, 
obchodzi z 
daleka okrągłą chatę ondżira, bo ten ciemny ptak sprowadza na człowieka chorobę 
albo inne 
nieszczęście...
- Ech, pleciesz! Wierzysz w różne głupstwa, jakie ludzie opowiadają! Ty, taki 
mądry 
chłopiec, który umie czytać i pisać! No cóż, jeśli boisz się gniazda warugi... 
to biegnij do 
Dziki i pomóż jej wiązać tratwę. Nie stój tu nade mną, jak kat nad dobrą duszą! 
Sam potrafię 
ściąć ten konar bez twojej pomocy!
Ndele z westchnieniem ulgi pobiegł do Dziki i już po chwili taszczył na brzeg 
ociosane z gałązek pręty, mrucząc pod nosem jakąś piosenkę, w której każda 
zwrotka 
kończyła się głośniejszym okrzykiem: ondżira!
Tymczasem ziemia wokół pnia mimozy pokryła się gęsto białymi wiórami. Jeszcze 
kilka silnych uderzeń ostrza noża i odnoga zachwiała się, a w następnej chwili 

background image

rozległ się huk 
pękającego drewna i głuchy łoskot walącego się na ziemię konaru, łamiącego swoim 
ciężarem 
kilka najbliżej rosnących młodych drzewek. Wstrząs, wywołany odłamaniem się 
konaru, 
zachwiał gwałtownie resztą pnia, spod gniazda posypała się sucha glina spajająca 
je z 
mimozą, kulista bryła zsunęła się wolno na ziemię, poturlała kilka kroków i 
zatrzymała na 
krzakach.
Wypadnięcie gniazda z rozwidlenia konarów powitały dzieci radosnym hura. Teraz 
należało przetoczyć je do brzegu, gdzie czekała prawie już gotowa tratwa, ale 
przedtem trzeba 
było jeszcze przetrasować ścieżkę w oplecionym pnączami kłębowisku krzaków, 
długich, 
ciernistych pędów i wysokich, twardych traw.
- Nie wygląda to zachęcająco - odezwał się Jacek po zlustrowaniu terenu - ale 
niestety 
musimy wyciąć drogę, bo tylko w ten sposób możemy przedostać się z gniazdem na 
brzeg 
rzeki.
- No to bierzemy się do roboty! Ty i Ndele przecinajcie ścieżkę, a ja będę ją za 
wami 
oczyszczała - zawołała dziewczynka.
Zwyczajem krajowców najpierw wycięli i powyciągali pnącza i cierniste łodygi, 
potem zabrali się do drzewek i większych krzaków, a na koniec do drobniejszej 
roślinności. 
Praca postępowała szybko, bo przecież wszyscy troje mieli niezłą zaprawę, i 
niebawem 
szeroka na dwa metry ścieżka była gotowa. Gniazdo przetoczono na brzeg i po 
ukończeniu 
tratwy spuszczono na wodę.
- Słuchaj, Jacek - spytała Dzika, gdy wszyscy troje przywiązali gniazdo do 
tratwy - 
czy ty masz zamiar i na drugim brzegu wycinać ścieżkę przez las? Przecież stąd 

background image

do obozu jest 
straszny kawał drogi! Lepiej doholować tratwę rzeką do kładki, a stamtąd mamy 
już gotową 
ścieżkę do domu.
- Hm, może masz słuszność - mruknął Jacek. - Tylko holowanie tratwy pod prąd to 
nie 
taka łatwa sprawa. No, ale możemy spróbować. Ja i Ndele będziemy ciągnąć tratwę, 
a ty 
będziesz odpychać od brzegu i uważać, by nie uwięzła w korzeniach jakiego 
zatopionego 
drzewa...
- Ech, woda w rzece jest tak czysta, że widać na dnie najmniejszy nawet kamyk, 
łatwo 
więc wyminiemy każdą przeszkodę. Ale przede wszystkim musimy przeprawić się na 
drugi 
brzeg.
- Właśnie chciałem ci zaproponować, żebyś na razie przeprawiła się sama. 
Odszukasz 
nasze strzelby, kamerę i torby, przygotujesz długi pręt bambusowy, a my w tym 
czasie 
wytniemy odpowiedni pęd rotangu, który posłuży jako linka holownicza.
- Dobrze - zgodziła się Dzika i weszła do wody.
Jacek i Ndele wycięli na brzegu lasu prawie pięćdziesięciometrowej długości pęd 
rotangu, oczyścili go z liści i zadziorów i cieńszym końcem przywiązali do 
tratwy. Kiedy 
przeprawili się na przeciwległy brzeg, Dzika już na nich czekała. Szybko i 
sprawnie 
zamocowano na gnieździe torby i broń, kamerę Jacek zawiesił sobie na szyi, po 
czym obaj 
chłopcy chwycili za hol i pociągnęli tratwę, a Dzika starała się utrzymać ją na 
głębokiej 
wodzie za pomocą tyczki bambusowej. Ale droga wodna okazała się znacznie 
trudniejsza, niż 
im się to wydawało. Na sporych przestrzeniach brzeg aż do samej wody zarastały 
gąszcze 

background image

ciernistych krzaków, zdarzały się też odcinki tak strome lub kamieniste, że 
musieli schodzić 
do rzeki i brodzić w wodzie po pas lub po pierś, często też trzeba było 
pokonywać silne wiry 
utworzone przez podwodne skały lub konary zatopionych drzew. Ale to przymusowe 
wchodzenie do wody miało i dobrą stronę: przynosiło ochłodę zlanym potem ciałom 

przywracało sprawność zmęczonym mięśniom.
Właśnie przeciągali tratwę przez kipiel na podwodnych progach, gdy Dzika 
zauważyła, że worek, w którym uwięziła uśpioną warugę, porusza się coraz 
gwałtowniej i 
staje dęba. Wreszcie stoczył się po gnieździe i wpadł do wody. Dziewczynka 
natychmiast 
zrzuciła z nóg płócienne trzewiki na grubej kauczukowej podeszwie i skoczyła w 
spieniony 
nurt. Jednakże mimo ogromnych wysiłków nie zdołała uchwycić worka. Płynął szybko 

prądem, koziołkując na falach i wyprzedzając ją o dobrych kilkanaście metrów. 
Dzika była 
znakomitą pływaczką, silne jej ramiona rytmicznymi wyrzutami przecinały wodę, 
ale worek 
zdawał się kpić z niej: podrygiwał na falach, obracał wokół własnej osi, znikał 
w wodzie, a 
gdy po chwili wynurzał się, za każdym razem był jeszcze dalej.
W ten sposób dopłynął do zakrętu rzeczki i prąd zaczął znosić go w stronę 
wysokiej 
stromej skarpy. Dzika szalonym crawlem rzuciła się ku skarpie, lecz po chwili 
spostrzegła, że 
worek zawisł na gałęzi nurzającej się w wodzie i podskakuje wraz z nią w takt 
fal 
uderzających o brzeg.
Dopadłszy wreszcie worka, zerwała go z sęka i uniosła do góry, drugą ręką 
próbując 
uczepić się gałęzi, by z głębokiej wody wydostać się na ląd. Już, już dotykała 
palcami liści, 

background image

gdy nagle całym ciałem rzuciła się w tył, dławiąc w gardle okrzyk przerażenia na 
widok 
długiego czarnego węża zsuwającego się po tej samej gałęzi. Po srebrzystym 
nalocie na 
grzbiecie i jasnym spodzie, po kocich oczach patrzących zimno i okrutnie, po 
długim, 
rozwidlonym i szybko poruszającym się języku poznała natychmiast czarną kobrę 
wodną, 
węża pełzającego również po drzewach podobnie jak mamba zielona i tak samo 
jadowitego.
To nieoczekiwane spotkanie z jadowitym gadem tak Dzikę przeraziło, że jak kamień 
runęła w toń i dopiero po dobrej minucie wychynęła na powierzchnię daleko od 
fatalnego 
miejsca. Ale pierwszym stworzeniem, jakie spostrzegła po wypłynięciu, był czarny 
wąż, 
rozcinający łbem, na kształt peryskopu, powierzchnie rzeki, podczas gdy reszta 
długiego 
cielska szybkimi zygzakami poruszała się w wodzie. Na szczęście kobra płynęła 
prosto do 
przeciwległego brzegu, gdzie prawdopodobnie miała swoją norę. Drugim odkryciem, 
jakie z 
kolei zrobiła Dzika, był worek, który cały czas kurczowo trzymała w zaciśniętej 
dłoni.
„No, mój ptak na pewno już nie żyje! - pomyślała. - Zbyt długo przebywał w 
wodzie, 
a na dodatek jeszcze ja ze strachu przed kobrą gruntownie go wykąpałam. Muszę co 
prędzej 
dostać się na ląd i zobaczyć, w jakim jest stanie”.
Kilku silnymi ruchami lewego ramienia dopłynęła do brzegu i wyjęła ptaka z 
worka. 
Waruga ledwo oddychała i wyglądało na to, że nic z niej nie będzie. Pióra miała 
przemoczone 
aż do skóry, oczy przymknięte, łeb zwisał jej bezwładnie, a nogami wstrząsał 
dreszcz. 
Wspaniały czub zmienił się w cieniutkie strączki oblepione mokrym zupełnie 

background image

puchem, z 
całego upierzenia skapywała gęstymi kroplami woda.
Dzika usunęła z czarnych, bocianowatych nóg ptaka i z jego długiego, mocnego, 
nieco 
spłaszczonego dzioba rafiowe pęta, usiadła w cieniu pierwszego z brzegu drzewa, 
położyła 
sobie warugę na kolanach i przymknąwszy oczy gładziła ją delikatnie po mokrych 
piórach. 
Była straszliwie zmęczona i musiała choć chwilę odpocząć. Dokoła panowała 
głęboka, senna 
cisza, najlżejszy nawet wietrzyk nie poruszał wrażliwymi liśćmi mimozy i tylko 
słychać było 
delikatny trzepot skrzydeł maleńkiego nektarnika, który zawisł, nad jakimś 
kwiatem i wypijał 
z niego nektar.
Nagle Dzika poczuła na całym ciele bolesne ukąszenia, a jednocześnie rozległo 
się 
przerażone pohukiwanie warugi. Dziewczynka otworzyła oczy i błyskawicznie 
poderwała się 
z ziemi. Ale jej bose nogi i ubranie pokryte już były setkami dużych czarnych 
mrówek 
wędrownych. Waruga pohukując coraz rozpaczliwiej wiła się formalnie po ziemi, 
która 
zrobiła się zupełnie czarna od gęstej warstwy straszliwych owadów, atakujących 
swoje ofiary 
z szatańską wprost zaciekłością.
W następnej sekundzie dziewczynka chwyciła ptaka na ręce, paroma susami dopadła 
rzeczki i skoczyła w jej fale. Część mrówek, które nie zdołały jeszcze wbić 
kleszczy w jej 
ciało, zmył nurt, reszta niestety została, ale przede wszystkim należało zająć 
się ptakiem - 
wyjąć mu delikatnie z powiek i głowy mrówcze kleszcze i przepatrzyć dokładnie 
całą skórę.
W obawie przed mrówkami znowu przepłynęła na prawy brzeg. Gdy oczyszczona z 
mrówek, lecz straszliwie zmordowana waruga schła na słońcu, Dzika wreszcie 

background image

zajęła się sobą. 
Nim jednak skończyła bolesną i wymagającą wiele cierpliwości operację usuwania 
wbitych 
głęboko w ciało chitynowych szczęk, usłyszała przytłumione odległością wołanie 
Jacka. 
Szybko wciągnęła na siebie ubranie i mimo że ukąszenia nadal porządnie ją 
bolały, zbiegła na 
brzeg.
- Hooop, hooop, Jacek! Hop, hop! - odkrzyknęła, ile sił w płucach.
Chwila ciszy, a potem znów zabrzmiał głos Jacka, ale znacznie bliżej:
- Halo, Dzika, gdzie jesteś? Co ty wyrabiasz, dziewczyno?!
- Waruga wpadła do wody, więc musiałam ją wyłowić... a potem napadły nas czarne 
wędrowne mrówki, więc znowu musiałam szukać ratunku w wodzie! Uważaj, Jacek, 
brzeg aż 
roi się od mrówek! Słyszysz?
- Słyszę, słyszę doskonale! - odkrzyknął chłopiec i po chwili obaj z Ndele 
ukazali się 
pośród krzaków na przeciwległym brzegu.
- Jacek, Ndele, uważajcie! Na tamtej ścieżce są mrówki! - zawołała jeszcze, ale 
obaj 
chłopcy skoczyli już do wody. W kilka minut przepłynęli rzeczkę i ciężko dysząc 
siedli obok 
dziewczynki na gorącym piasku.
- Ale nas urządziłaś - zaczął z miejsca Jacek. - Zostawiłaś tratwę i ulotniłaś 
się nic nie 
mówiąc. A myśmy zauważyli twoją nieobecność dopiero wtedy, gdy tratwa utknęła na 
korzeniach jakiegoś zatopionego na dnie drzewa. Kiedyśmy rzucili hol i 
przybiegli na 
ratunek, była tak przechylona, że gniazdo omal nie zsunęło się do wody. 
Musieliśmy najpierw 
wyplątać ją z korzeni, wyciągnąć na spokojną wodę i przycumować do brzegu, a 
dopiero 
potem zająć się poszukiwaniem ciebie. Sądziłem, że jesteś gdzieś w pobliżu, i 
wołałem, 
wołałem, ale odpowiadały mi tylko papugi...

background image

- I pewnie doszedłeś do wniosku, że pożarł mnie krokodyl?
- Nawet mi to przez myśl nie przeszło. Przecież krokodyli nie ma tu o tej porze, 
bo 
one nie lubią czystej wody, w której każde zwierzę może je z daleka zobaczyć. 
Przypłyną z 
Sanaga dopiero w porze deszczowej, kiedy rzeczka zmieni się w rwącą, burzliwą 
rzekę o 
mętnych, brudnych nurtach.
- Mamzel Dzika! Mamzel Dzika! - wrzasnął nagle Ndele - Twój ptak ucieka... 
ooo... 
patrz, tam!
Dziewczynka zerwała się z piasku jak oparzona, ale było już za późno. Ptak 
machając 
skrzydłami dobiegł do końca cypla, ciężko wzniósł się w powietrze i kołysząc się 
niepewnie - 
zniknął za drzewami.
Dzika i Jacek w milczeniu śledzili lot warugi, Ndele natomiast próżno starał się 
ukryć 
uśmiech zadowolenia rozjaśniający mu całą twarz. Teraz, gdy ten ponury, 
złowieszczy ptak 
zniknął, ptak, który wedle wierzeń mieszkańców puszczy przynosił nieszczęścia i 
klęski - 
chłopiec odczuł wielką ulgę, bo już nic złego nie mogło zagrażać ani jemu, ani 
jego 
przyjaciołom. Miał ochotę tańczyć, śmiać się i śpiewać, ale zdawał sobie sprawę, 
że ten nagły 
wybuch wesołości mógłby wzbudzić podejrzenie, że to on dopomógł warudze do 
odzyskania 
wolności.
- No trudno, Dzika - odezwał się Jacek. - Nie będziemy go przecież opłakiwać. 
Zajmijmy się raczej tratwą, bo jeszcze gniazdo gotowe się nam utopić wraz z 
twoją 
wiatrówką, torbą myśliwską i moim karabinkiem...
- A gdzie ty masz kamerę? - zaciekawiła się Dzika.
- Kamerę powiesiłem o tam, na sęku tego wielkiego hebanu na tamtym brzegu. Mimo 

background image

ochronnego etui nie mogłem z nią płynąć. Ale... spójrz no na twego Ndele. 
Widzisz, jak się 
wesoło uśmiecha? Czyżby ta radość miała coś wspólnego z ucieczką warugi?
- Wszystko jest możliwe - odrzekła Dzika, nieznacznie obserwując zachowanie się 
chłopca. - Ndele mimo swego nieprzeciętnego sprytu i wrodzonej inteligencji jest 
przecież 
dzieckiem swojego szczepu, który od setek lat mieszka w dzikiej, tajemniczej 
puszczy... 
Murzyni kameruńscy do dzisiejszego dnia są przecież, z małymi wyjątkami, 
animistami.
- Ależ wieś Ngato ma przecież szkołę i Ndele nauczył się w niej czytać, pisać i 
mówić 
po francusku!
- Ale to nie przeszkadza mu wierzyć w tajemne siły przyrody, a między innymi 
także 
w nadprzyrodzone właściwości warugi. My podziwiamy umiejętności architektoniczne 
warugi, a Murzyn z pierwotnej puszczy widzi w jego gnieździe, obyczajach i 
wyglądzie 
przejaw jakichś niepojętych dla siebie mocy. A zresztą wszelkiego rodzaju gusła 
i zabobony 
mają twardy żywot i niemal wszędzie można się z nimi zetknąć...
Przepłynęli rzeczkę, zdjęli kamerę z drzewa i wszyscy troje spiesznie podążyli 
do 
tratwy. Jakkolwiek wszystko znaleźli w zupełnym porządku, to jednak Dzika 
zabrała z 
gniazda swoją wiatrówkę i torbę.
Jacek i Ndele pochwycili rotangową linę i ruszyli zgodnie, a Dzika wzięła w ręce 
tyczkę bambusową.
Kiedy wreszcie dotarli do kładki, byli tak zmęczeni, pokryci kurzem i potem, że 
najpierw musieli odpocząć, umyć się i ochłodzić w wodzie.
Podczas gdy chłopcy chlapali się jeszcze w rzeczce, Dzika wyszła na ścieżkę 
prowadzącą do obozu. Uwagę jej przykuły natychmiast świeże ślady licznych naczyń 
i stóp 
kobiecych na wilgotnej ziemi i mały, wdeptany w piasek, czerwony paciorek. Nieco 
zaniepokojona zawołała Jacka.

background image

Z Jackiem przybiegł również Ndele.
- Popatrzcie - mówiła Dzika. - Przed jakimiś trzema godzinami tu koło kładki 
grupa 
kobiet nabierała do naczyń wodę, a potem poszła w stronę naszego obozu. 
Znalazłam nawet 
na ścieżce mały czerwony paciorek z naszyjnika lub ze sznurków opasujących 
biodra. Co wy 
o tym myślicie?
- Widocznie ktoś złożył nam wizytę w obozie, a nie mogąc się nas doczekać, 
posłał 
swoje kobiety po wodę i teraz warzy strawę z naszej świni olbrzymiej. Albo też 
Kaka przyszli 
domagać się zwrotu noża i strzał zabranych ich wojownikowi - zaśmiał się 
beztrosko Jacek.
- Nie błaznuj, Jacek - oburzyła się Dzika, a potem spytała czarnego chłopca: - A 
co ty 
o tym myślisz, Ndele?
- Kaka nie posyłają samych kobiet po wodę, bo oni boją się czarów. Oni uważają 
mamzel Dzikę za bardzo wielkiego czarownika, który potrafi zabijać, a potem 
przywracać do 
życia. Te ślady nie należą do kobiet z puszczy, bo na odciskach nie widać 
żadnych skaleczeń 
ani pęknięć skóry. Te kobiety pochodzą chyba gdzieś z sawanny!
- Najprędzej dowiemy się prawdy w obozie. Dzika i Ndele, pomóżcie mi potoczyć 
gniazdo! Hej... hop! Dobrze... Teraz już we dwóch z Ndele damy sobie radę. A ty, 
Dzika, 
zabierz strzelby i torby - zawołał Jacek.
Już na sporą odległość od obozu usłyszeli wołania mężczyzn, śmiech i śpiewy 
kobiet, 
głuche odgłosy bębna, a nawet - o dziwo! - dźwięk trąbki.
- A cóż to, na brodę Mahometa! Czyżby wizyta żołnierzy? Przecież żaden tutejszy 
szczep nie używa trąbki! - zdziwił się Jacek.
- Aby tylko nie zabili naszych zwierząt! - przeraziła się Dzika. - Chodźmy 
prędzej, 
może jeszcze zdążymy!

background image

Teraz wszyscy troje pchali gniazdo i wkrótce znaleźli się na granicy lasu i 
polany, na 
której leżał obóz. Dzika natychmiast dostrzegła kilka dużych ognisk i nieco na 
uboczu 
niewielkie, kopulaste szałasy, zwane przez mieszkańców puszczy „banda”, a przy 
nich 
kilkunastu kręcących się ludzi.
Kiedy wreszcie olbrzymie gniazdo wtoczyło się na placyk obozowy, zdumienie 
Zalbiego było tak wielkie, że wypuścił z rąk jakieś naczynie, które rozleciało 
się na ziemi w 
dziesiątki skorup. Natomiast Tobi i Akassu pospieszyli od razu z pomocą. Gniazdo 
ustawiono 
koło sterty bagażu i przykryto brezentem.
- Co to za ludzie? - zapytał Jacek Tobiego, wskazując na ogniska.
- Żołnierze, którzy zjawili się tutaj jakieś pół godziny po waszym wyjściu w 
puszczę - 
odparł Tobi.
- To ludzie ze szczepu Ba-Wute, najlepsi żołnierze w Kamerunie - dodał Akassu. - 
Przyszli z Dume, żeby przegonić z puszczy Kaka, którzy niszczą zwierzynę. 
Oddziałem 
dowodzi młody oficer należący do szczepu Bamum. Kazał żołnierzom zbudować 
szałasy po 
drugiej stronie polany i zabronił im i ich kobietom nachodzić nas i ruszać 
cokolwiek...
- To bardzo uprzejmie z jego strony - zauważył Jacek. - Ale teraz niech Zalbi da 
nam 
obiad, bo jesteśmy tacy głodni, że chyba zjemy całego bawołu.
Obiad składał się z doskonałej polewki zrobionej na młodziutkich pędach dzikiego 
taro, ryby i pieczonej pantarki, a na deser Zalbi podał smażone banany mączne, 
pomarańcze i 
miód leśny. Wszystko to bardzo smakowało wygłodzonym dzieciom, ale po obfitym 
posiłku 
poczuły się tak ociężałe, że ruszyć im się nie chciało. Słońce tymczasem chyliło 
się już ku 
zachodowi i niebo grało fantastycznymi odcieniami czerwieni i seledynu, 

background image

przechodzącymi w 
ciemny fiolet, a potem w barwę roztopionego ołowiu.
- Jaki cudowny zachód! - zawołała Dzika. - Można by tak siedzieć i patrzeć bez 
końca, 
a ja muszę jeszcze nakarmić zwierzęta, sprawdzić czystość klatek i zobaczyć, czy 
któreś z 
nich przypadkiem nie zachorowało! Och, we wszystkich kościach czuję dzisiejszą 
wyprawę! 
Jak skończę moją robotę, to chyba od razu pójdę spać!
Ale o spaniu nie mogło być mowy, bo ledwie Dzika wróciła od zwierząt, na progu 
jadalnego namiotu pojawił się dowódca oddziału żołnierzy, kapitan Ahmadu Ngu, i 
zapytał, 
czy może się przywitać. Dzika - jakkolwiek bardzo zmęczona - dygnęła grzecznie, 
a Jacek, po 
przedstawieniu się, poprosił gościa, by usiadł, i z miejsca zaczęła się długa, 
interesująca 
rozmowa.
Kapitan świetnie mówił po francusku i bardzo ciekawie opowiadał o swojej 
służbie, a 
jednocześnie dowiedział się od dzieci wielu szczegółów o wyprawie firmy „S. 
Goraj i W. 
Rawicz” do Kamerunu. W pewnej chwili Dzika zapytała oficera:
- Chociaż uczymy się w szkole dziejów całej Afryki, a przed przybyciem do 
Kamerunu przeczytałam mnóstwo książek o tym kraju i wiem, że tutejsza ludność 
składa się z 
blisko stu szczepów i plemion, to jednak bardzo niewiele wiadomości znalazłam na 
temat Ba-
Wute. Czy nie zechciałby pan opowiedzieć nam o tym szczepie?
- Z przyjemnością, mademoiselle. Mimo że jestem żołnierzem, interesuję się także 
historią mojego kraju. Otóż Kamerun był świadkiem istnej wędrówki ludów tak z 
północy, 
jak i z południa, z zachodu i wschodu. Najstarszą ludnością naszego kraju są 
chyba Pigmeje, 
którzy kiedyś zamieszkiwali znacznie większe obszary Afryki Środkowej niż 
obecnie. 

background image

Między VIII a X wiekiem przywędrował znad Nilu naród Sao i osiedlił się na 
brzegach 
jeziora Czad. Wniósł wysoką kulturę, ale później zniszczyło ją muzułmańskie 
państwo 
Kanem, a reszty dokonało państwo Bornu. W ciągu następnych wieków napływały na 
te 
ziemie plemiona sudańskie z północy i wschodu, z południa zaś szczepy Bantu i 
bantuidalne, 
które powoli zajmowały całą Afrykę Środkową. Wtedy to przybyły do dzisiejszego 
Kamerunu narody Bamum, Bamileke, Duala, Tikar i inne. Nad rzeką Sanaga 
pomieszały się 
liczne plemiona Bantu z plemionami sudańskimi, ale szczep Ba-Wute, osiadły nad 
rzeką 
Dżerem, zachował swoją odrębność aż do dzisiejszych czasów.
Dawniej, kiedy w Kamerunie nie było jeszcze Niemców, Anglików ani Francuzów, 
Ba-Wute mieszkali w obronnych miastach i wsiach i zajmowali się wojną, łowami 
albo 
wyprawami po niewolników, których osadzali po wioskach poza murami swych miast, 
by ci 
pracowali na nich. Niewolnicy uprawiali proso, kukurydzę, orzeszki ziemne, 
sezam, dynie, a 
także hodowali kozy, zbierali miód dzikich pszczół i wszystko to musieli 
przynosić swoim 
panom do ich okrągłych, z przepychem urządzonych chat. Życie niewolników było 
bardzo 
ciężkie, toteż wielu z nich uciekało, ale złapanym obcinano ucho i chłostano 
biczem ze skóry 
hipopotama. Jeszcze dzisiaj można spotkać tu ludzi pozbawionych ucha.
Szczep Ba-Wute słynął ze swej wojowniczości, największym przeto bogactwem dla 
każdego wojownika była jego broń. Uzbrojenie wojenne składało się z pięciu 
włóczni do 
rzucania, których drzewca okute były miedzią lub żelazem, z długiego, prostego 
miecza z 
krzyżową rękojeścią, z łuku i strzał noszonych w kołczanie obciągniętym skórą 
dzikiego kota 

background image

oraz z lekko wygiętej tarczy z wysuszonej skóry bawołu, przystrojonej ogonami 
koni. Każdy 
wojownik nosił skórzany lub spleciony z łyka pas, który podtrzymywał fartuch 
ochraniający 
brzuch i uda przed pociskami wroga. Do rynsztunku bojowego należał także 
pierścień żelazny 
służący do naciągania twardej cięciwy.
- Ci wojownicy musieli być bardzo zamożnymi ludźmi, skoro posiadali tak 
wspaniałą 
broń bojową! - wtrącił Jacek.
- Tak na pozór mogło wyglądać, ale właściwie prócz broni nic nie było ich 
własnością. Mieszkali co prawda w obszernych chatach, mieli piękne żony, masę 
niewolników, jedli na bogato zdobionych naczyniach, pili wino palmowe z 
kunsztownie 
rzeźbionych kalebasów, ale to wszystko otrzymywali od swego władcy, który był 
jedynym i 
niepodzielnym panem ziemi i wszystkiego, co się na niej znajdowało...
- A więc wojownicy Ba-Wute byli niewolnikami swego króla - stwierdziła Dzika.
- Ależ nie, mademoiselle! Oni uważali swego władcę za istotę, której winni 
bezgraniczne posłuszeństwo, i wszystkie jego rozkazy spełniali ochotnie, bo 
wiedzieli, że za 
swoją waleczność zostaną hojnie obdarowani tym wszystkim, co im uprzyjemniało 
ich twardy 
żołnierski żywot. Takie obyczaje panowały w ich dawnej, nie znanej nam ojczyźnie 
i takie 
obyczaje zachowali przez długi czas w nowym miejscu osiedlenia, to znaczy w 
Kamerunie. 
Aż nagle pojawili się Niemcy. Podpisali ugodę z dwoma miejscowymi królikami, 
którzy 
uznali „niemiecką opiekę” nad. swym terytorium, i wnet cały Kamerun stał się 
własnością 
Niemców. Krwawo rozprawili się z opornymi szczepami, a Ba-Wute po kilku 
potyczkach 
zmusili również do posłuszeństwa. Wtedy też nastąpił koniec nieograniczonej 
władzy króla i 

background image

koniec beztroskiego życia w obronnych miastach, bo mury tych miast zostały 
zburzone, a 
wojownicy zostali wcieleni do „niemieckich oddziałów ochronnych” i zyskali sobie 
sławę 
doskonałych żołnierzy...
Kiedy Niemcy przegrali pierwszą wojnę światową, stracili swoje kolonie, a między 
innymi także Kamerun. Na ich miejsce przyszli Francuzi i Anglicy i podzielili 
kraj między 
siebie *. [Kamerun ogłoszony został niepodległą republiką 1.I. 1960 r.]
W tejże chwili zadźwięczały ostre tony trąbki i kapitan zerwał się od stołu.
Żegnając się zaczął przepraszać, że tak wiele zabrał im czasu, ale Jacek gorąco 
zaprotestował:
- Sprawił nam pan, kapitanie, wielką przyjemność swymi odwiedzinami, żałuję 
tylko, 
że mój ojciec nie miał okazji poznać pana. Dowiedzieliśmy się tylu ciekawych 
rzeczy!
- Ja też żałuję, że nie poznam szefa sławnej firmy łowców dzikich zwierząt, ale 
niestety jutro wczesnym rankiem idziemy w puszczę - rzekł oficer.
- Aby przed nocą zaskoczyć ludzi Kaka? - zapytała Dzika.
- Nie, mademoiselle, ludzi Kaka nikt jeszcze nie zaskoczył, a najmniej nadają 
się do 
tego żołnierze. Kaka doskonale już wiedzą o naszej tu obecności i teraz na pewno 
uchodzą 
gdzieś w południowe lasy. Naszą wyprawę należałoby raczej traktować jako 
ćwiczenia 
wojskowe, które żołnierzy z sawanny zapoznają choć trochę z trudami pochodu 
przez puszczę 
- zaśmiał się Ahmadu Ngu. - No, ale teraz muszę już państwa pożegnać. Dobranoc.
Po odejściu kapitana dzieci chwilę milczały zamyślone, wreszcie odezwała się 
Dzika:
- Pomyśl, Jacku, jakie olbrzymie różnice społeczne istnieją w Kamerunie. W 
Jaunde, 
Duala i innych wielkich miastach mieszkają wykształceni krajowcy, znakomicie 
władający 
językiem francuskim i angielskim, wielu z nich ma wyższe studia odbyte w Paryżu 

background image

i na 
innych uniwersytetach Europy, a równocześnie pełno jest ludzi chodzących prawie 
nago, 
uprawiających magię, wierzących w przeróżne zabobony i gusła, odprawiających 
tajemnicze 
obrzędy... Ciekawa jestem bardzo, jak żyje szczep Bamum, z którego kapitan 
pochodzi.
- Bamum zamieszkują ziemie w zachodnim Kamerunie, ze stolicą Fumban. W 
dawnych czasach byli chyba jeszcze bardziej wojowniczym plemieniem niż Ba-Wute, 
siali 
też postrach między sąsiednimi ludami, napadając na nich, mordując, zabierając 
do niewoli. 
Stworzyli największe chyba i najlepiej zorganizowane państwo na ziemiach dawnego 
Kamerunu, a przy tym ludne, bogate i mądrze rządzone przez swego władcę, 
sułtana. Stolica 
państwa, Fumban, była niezdobytą dla wrogów twierdzą. Otaczał ją wysoki mur, na 
zewnątrz 
którego znajdowały się trzy rzędy głębokich i szerokich fos, a dalej spora 
przestrzeń 
porośnięta wysoką trawą maskującą wilcze doły. Wejście do miasta stanowiła 
ścieżka tak 
wąska, że tylko jedna osoba mogła się na niej zmieścić. Masywna brama miejska 
osadzona 
była w pięknej, słomą krytej, parterowej strażnicy, ozdobionej rzeźbionymi 
słupami i 
malowidłami, a nad nią wznosiły się dwie wieżyce, gdzie w dzień i w nocy czuwali 
łucznicy.
Fumban podzielony był na osiem dzielnic, rządzonych przez osobnych szefów, 
którzy 
podlegali samemu sułtanowi. Sułtan oczywiście mieszkał w pałacu, a dwór jego 
składał się z 
ośmiuset kobiet i nieprzeliczonej masy dworzan, wojowników, kucharzy i wszelkiej 
służby. 
Sułtan ubierał się w biały bawełniany burnus i zawój, który zasłaniał mu większą 
część 

background image

twarzy, natomiast matka sułtana nosiła ciężkie złote brokaty, adamaszki...
- Żartujesz, Jacek, skąd wzięły się w dawnym Kamerunie brokaty i adamaszki? - 
zawołała Dzika.
- Arabscy kupcy wymieniali je w Afryce na kość słoniową i inne cenne surowce. A 
musieli przywozić również tańsze materiały, bo i wieśniaczki Bamum nosiły barwne 
płaty 
tkanin, którymi się owijały. Kobiety Bamum przedziurawiały sobie chrząstki 
nosowe, aby 
zwęzić i wydłużyć nos, malowały na czerwono paznokcie, a także wargi.
- Tego nauczyły się chyba od białych kobiet! - zawołała Dzika.
- Raczej odwrotnie. Europa od dawna naśladuje Afrykę, nie tylko w modzie, 
fryzurach, malowaniu powiek, ust i paznokci, ale, jak wiesz, także w sztuce, 
muzyce, tańcach.
- Bardzo to wszystko ciekawe, ale powiedz mi, jak żyje szczep Bamum dzisiaj.
- Ludzie Bamum mieszkają na bardzo żyznych terenach, położonych na wysokości 
przeszło tysiąca metrów, toteż Francuzi osiedlili tam całą masę plantatorów, 
którzy zajmują 
się uprawą najlepszych gatunków kawy, kakao, bananów i tytoniu. Bamum budują 
oryginalne 
kwadratowe chaty z wysokimi kopulastymi dachami, pokrytymi grubą warstwą trawy. 
Ich 
wsie odznaczają się szczególną czystością. Ziemię uprawiają prymitywnymi 
narzędziami, 
pamiętającymi chyba jeszcze czasy staroegipskie. Na polach uwijają się kobiety, 
których 
jedynym strojem jest przepaska na biodrach i naszyjnik z różnokolorowych 
koralików. Długie 
szaty wkładają tylko na targ lub gdy wyruszają do stolicy. Mężczyźni zajmują się 
kowalstwem, snycerstwem i odlewnictwem figurek mosiężnych. W mieście sporo ludzi 
pracuje w rozwijającym się coraz bardziej przemyśle spożywczym.
- Ojej, Jacek! - poderwała się nagle Dzika. - Zrobiło się strasznie późno! 
Idziemy spać, 
bo jutro o świcie zbudzi nas trąbka żołnierzy Ahmadu Ngu!
Dzika była jednak tak zmęczona przygodami poprzedniego dnia, że nawet pobudka 
zagrana w wojskowym obozie nie obudziła jej. Zbudził ją dopiero Ndele, który nie 

background image

znalazłszy 
dziewczynki przy klatkach w porze porannego karmienia zwierząt, stanął przed jej 
namiotem 
i tak długo walił w bęben, aż wreszcie przestraszona Dzika wyskoczyła z łóżka, 
przekonana, 
że coś musiało się stać w obozie. Po chwili na placyku obozowym znalazł się 
także rozespany 
Jacek z karabinkiem w ręku.
Teraz już wszystko poszło zwykłym trybem. Po śniadaniu Dzika zajęła się 
zwierzętami, a Jacek po raz już nie wiadomo który zatopił się w studiowaniu 
filmów.
Po południu wrócił pan Goraj i obóz zatętnił życiem. Wśród nie kończących się 
rozmów - musieli sobie nawzajem wszystko opowiedzieć, nie widzieli się przecież 
kilka dni - 
zabrano się do ładowania ciężarówek, gdyż następnego ranka mieli już wyruszyć 
wprost do 
Jaunde, a stamtąd samolotem do domu - do Chartumu.