background image

KAMIL GIŻYCKI

NIL RZEKA WIELKIEJ PRZYGODY

l
Z szeroko otwartej bramy chartumskiego gimnazjum wysypywały się hałaśliwe 

gromadki uczniów, rozdzielały na grupki i z radosnymi pokrzykiwaniami rozbiegały 
się po 

drzemiących w skwarze tropikalnym ulicach stolicy. Młodzież to była przeważnie 
ciemnoskóra, składająca się z Arabów i Nubijczyków, ale można było zauważyć 

także 
jaśniejszych Egipcjan, Hindusów i Abisyńczyków, oliwkowych Greków, a nawet kilku 

chłopców zdradzających wyraźnie kolorem skóry swoje północnoeuropejskie 
pochodzenie.

Właśnie w jednej z takich roześmianych gromadek zbiegł w podskokach z szerokich 
schodów szkoły Jacek Goraj, syn osiadłego w Chartumie Polaka, trudniącego się 

łowieniem 
dzikich zwierząt afrykańskich i dostarczaniem ich do ogrodów zoologicznych 

całego świata.
- Jacek! Co będziesz robił w czasie wakacji? - zapytał chłopca jeden z kolegów, 

kiedy 
gromadka znalazła się już na ulicy i chłopcy zaczęli się żegnać.

- Nie wiem jeszcze - odparł zapytany - bo wszystko zależy od tego, co ojciec 
postanowi. Jest bardzo zajęty przygotowaniami do nowej wyprawy, wiec pewno 

zapomniał 
nawet, że to koniec roku szkolnego...

- A może zabierze i ciebie ze sobą na te łowy? - wtrącił inny kolega.
- Ech, gdzież tam! - westchnął żałośnie Jacek. - Ojciec wybiera się w tym roku 

na 
moczary Bahr el-Gebel* [Bahr el-Gebel (arabs.) - Rzeka Górna (Górska); Nil 

Górski, nazwa 
Nilu miedzy Jeziorem Alberta i jeziorem No, w którym Bahr el-Gebel zlewa się z 

Bahr el-
Ghazal, płynąc dalej jako Bahr el-Abjad, czyli Nil Biały. Bahr el-Gebel płynie 

najpierw 
głębokim korytem, ale już od 5° szerokości północnej poczyna się rozlewać i 

tworzyć 
moczary, które miedzy 6° a 8° szerokości północnej zmieniają się w trzęsawiska 

porośnięte 
gęstwiną papirusów wysokich na 6 m. Liczne pływające wyspy tworzą tu zapory 

(suddy) 
niemożliwe do przebycia dla statków i żaglówek. Główny nurt rzeki jest stale 

oczyszczany z 
wodorostów i pływających wysp i to czyni rzekę spławną na całej jej długości. 

Długość Nilu 
Górskiego wynosi na terenie Sudanu 790 km, na terenie Ugandy - 400 km. (Głoskę 

„h” w 

background image

słowie Bahr wymawia się twardo, wyraźnie. W sudańskim narzeczu arabskim słowo 

„Gebel” 
wymawia się miękko: „Gjebel” albo „Djebel”. Używana u nas nazwa „Dżebel” jest 

wymową 
egipską i angielską, w tym wypadku - fałszywą!).] i na Bahr el-Ghazal* [Bahr el-

Ghazal 
(arabs.) - Rzeka Gazel; ramię zachodnie Nilu powstałe z licznych strumieni i 

rzek, które 
tworzą olbrzymie trzęsawiska znane jako Bahr el-Ghazal. Długość rzeki wynosi 230 

kilometrów.], ponieważ otrzymał zamówienie na butodzioby* [Butodziób 
(trzewikodziób; 

arabs.: abu markub - ojciec pantofla) - jeden z największych ptaków błotnych z 
rodziny 

bocianów; żyje tylko w Afryce na trzęsawiskach Bahr el-Gebel i Bahr el-Ghazal 
oraz kilku 

małych wysepkach północnego brzegu systemu jezior Wiktoria - Nianza, widywano go 
również na trzesawiskach w górnym biegu rzeki Kongo], kozły nilowe, elany* [Elan 

(eland) - 
największa afrykańska antylopa stanowiąca ogniwo między antylopami a bydłem. 

Murzyni ze 
szczepu Dinka nazywają to zwierzę „golgual”, Murzyni ze szczepu Diur - „odier”.] 

i antylopy 
końskie. Na tak wielką wyprawę nie zechce mnie zabrać. Powie, jak zwykle, że 

jestem za 
młody...

- Gotów jestem przysiąc na czarną brodę naszego gospodarza klasy, że twój ojciec 
się 

nie myli! - ze śmiechem zawołał smukły wyrostek arabski ubrany w biały mundurek 
gimnazjalny, następnie jednak dodał poważnie: - Wcale się twojemu ojcu nie 

dziwię. 
Prowincja Bahr el-Ghazal to najbardziej niezdrowy zakątek Sudanu. Wiem o niej 

sporo od 
kupców z plemion Habbanija i Mandala, którzy często zatrzymują się w naszym domu 


Omdurmanie. Handlują oni z osiadłymi nad moczarami Bahr el-Gebel i Bahr el-

Ghazal 
szczepami murzyńskimi Dinka* [Dinka - długonogi szczep murzyński o nieznanym 

bliżej 
pochodzeniu. Do Sudanu Dinkowie przybyli prawdopodobnie z południa, znad 

wielkich 
jezior, ale nie wielką, zwartą masą, lecz plemionami, z których najważniejsze 

są: Agar, Kiecz, 
Bor, Eliab, Rek i Gok. W Sudanie osiedlili się na olbrzymiej przestrzeni między 

Bahr el-
Ghazal i rzeką Sobat oraz na prawym brzegu Bahr el-Abjad. Stanowią jeden z 

liczniejszych w 
południowym Sudanie szczepów murzyńskich. Zajmują się głównie hodowlą bydła, ale 

także 
prymitywną jeszcze uprawą roli. Mężczyźni w przeszłości chodzili zupełnie nago, 

natomiast 
kobiety noszą do dzisiaj jeszcze zwyczajowe fartuszki skórzane, zwane „rahad”. 

Dinkowie 

background image

oprócz ciemnobrązowego koloru skóry mało mają w rysach twarzy cech murzyńskich. 

Czaszki ich są długie, nosy proste i wąskie, wargi bardziej przypominają 
europejskie niż 

murzyńskie.], Nuer, Diur i pokrewnymi im plemionami. Opowiadają, że roi się tam 
po prostu 

od komarów i kąśliwych gzów.
- A w tych właśnie moczarach gnieździ się abu mar-kub - wtrącił inny kolega 

szkolny 
młodego Goraja. - Wiesz, Jacek, słyszałem, że ten abu markub to niezwykle mądry 

i czujny 
ptak, więc o złowieniu go trudno nawet marzyć. Czasem tylko, zresztą bardzo 

rzadko, udaje 
się Murzynom złapać jedno lub dwa pisklęta...

- Ech, mój ojciec na pewno da sobie radę z abu marku-bem! - zawołał chełpliwie 
Jacek. - Przecież znaczną część tych zwierząt, które oglądacie w miejskim 

ogrodzie 
zoologicznym, on właśnie złowił! A między nimi i klejnot naszego Zoo: abu 

markuba, który 
prócz pary znajdującej się w Kairze jest, zdaje się, jedynym butodziobem w 

niewoli. No, ale 
teraz - salam alejkum! Bądźcie zdrowi, chłopcy, i bawcie się dobrze w czasie 

wakacji! Ja 
biegnę do domu. - Neharak leben! Ma’as-salama!* [Neharak leben! Ma’as-salama! 

(arabs.) - 
Niech twój dzień będzie (biały) jak mleko! Idź w spokoju!] - wrzasnęli w 

odpowiedzi 
koledzy, po czym gromadka rozbiegła się i wkrótce chłopcy zniknęli w labiryncie 

ulic.
Jacek miał z gimnazjum do domu spory kawał drogi, mieszkał bowiem na 

przeciwległym końcu miasta. Ale droga ta nigdy mu się nie dłużyła, gdyż lubił 
oglądać liczne 

i bogate wystawy sklepowe kupców greckich i hinduskich, lubił powałęsać się 
trochę po 

obszernym i zgiełkliwym targowisku miejskim, a potem - po raz nie wiadomo już 
który - 

obejść dookoła wspaniały meczet* [Meczet (arabs.) - świątynia muzułmańska.] 
zbudowany 

na środku ogromnego skweru Abba. Ciekawił go też niezmiernie i pociągał 
różnorodny, 

hałaśliwy, żywo gestykulujący tłum ludzki, przepływający niby wezbrana rzeka 
wokół hal 

targowych. W tłumie tym często można było zobaczyć spocone twarze turystów z 
Europy i 

Ameryki, którzy kupowali tutaj wyroby z kości słoniowej, broń arabską i 
murzyńską, skóry 

dzikich zwierząt i wszystko to, co ze srebra, złota, mosiądzu, rogu i innych 
surowców 

wykonywały zręczne i cierpliwe palce afrykańskich rzemieślników. A potem wciskał 
się do 

zatłoczonego zawsze tramwaju, by po ośmiu przystankach znaleźć się u celu, to 
jest przed 

południową bramą ogrodu zoologicznego, skąd do domu miał już tylko kilkanaście 

background image

kroków.

Dziś jednak nie interesowały Jacka ani targowiska, ani wystawy sklepowe w 
greckiej 

dzielnicy handlowej; nie rzucił nawet okiem na szereg riksz zaprzężonych w 
osiołki i 

wiozących skąpanych w pocie turystów, nie zajrzał na bazar, lecz najkrótszą 
drogą śpieszył 

do domu. Chciał przecież jak najprędzej pokazać ojcu świadectwo i promocje do 
następnej 

klasy, a przy tym wybadać, gdzie przyjdzie mu spędzić wakacje.
Ojca zastał w jego zacisznym gabinecie w towarzystwie sąsiada i wspólnika, pana 

Rawicza, również osiadłego w Chartumie Polaka, który był kierownikiem ogrodu 
zoologicznego, a także wykładowcą w wyższej uczelni. Obaj panowie oglądali 

uważnie 
przedziwnie zbudowane strzelby, przypominające raczej wiatrówki niż broń 

myśliwską.
Jacek przywitał się i bez słowa wręczył ojcu świadectwo. Pan Goraj przeczytał 

uważnie cenzurkę i z uśmiechem dumy i zadowolenia podał ją panu Rawiczowi, a 
potem 

klepnął syna mocno po ramieniu i rzekł:
- Cieszę się z twoich postępów w nauce, Jacku. Świadectwo jest bardzo dobre, a 

więc 
w nagrodę za pilną pracę... pojedziesz z nami... na Bahr el-Ghazal...

- Na... Bahr... el-Ghazal?! - zapytał zdumiony chłopiec zdławionym ze wzruszenia 
głosem. - Weźmiesz mnie na wyprawę łowiecką, tatusiu?!

- Jesteś właściwie jeszcze dzieckiem, bo masz dopiero dwanaście lat - uśmiechnął 
się 

ojciec rozbawiony zdumieniem chłopca - ale czas już, abyś zaczął poznawać kraj, 
w którym 

mieszkasz.
- Zresztą syn znakomitego łowcy dzikich zwierząt i współwłaściciela firmy „Goraj 


Rawicz”, dostarczającej okazy fauny afrykańskiej do ogrodów zoologicznych 

Europy, Azji i 
Ameryki, powinien wcześnie zacząć zaznajamiać się z niezwykle interesującą, 

chociaż nie 
zawsze bezpieczną pracą swego ojca - wyrecytował z udaną powagą pan Rawicz.

- Więc naprawdę... naprawdę po... pojadę z tobą... na... na tę wyprawę? - 
jąkając się ze 

szczęścia zapytał Jacek.
- Tak, synku, pojedziesz, na pewno pojedziesz na tę wyprawę - przyrzekł śmiejąc 

się 
pan Goraj. - My dwaj popłyniemy za kilka dni naszą „Nefertete”* [Nefertete 

(Nefretete) - 
królowa egipska, żona Amenofisa IV (ok. 1410-1375 p.n.e.),Odnalezione w Tell-el-

Amarna 
jej popiersie z malowanego piaskowca uchodzi za jedno z najpiękniejszych dzieł 

starożytnej 
sztuki egipskiej.], a pan Rawicz przyleci do Malakalu samolotem, skąd już razem 

ruszymy na 
Bahr el-Ghazal. Od jutra zaprzęgnę cię do pracy przy ekwipowaniu statku, a teraz 

biegnij do 

background image

klubu na lody. Za godzinę przyjdziemy tam z panem Rawiczem na obiad.

- A weź po drodze i moją Dzikę! - dodał pan Rawicz.
Promieniejący radością Jacek rzucił się ojcu na szyję, ucałował go serdecznie w 

oba 
policzki, mocno uścisnął dłoń pana Rawicza, po czym w kilku susach wybiegł z 

domu.
Firma „S. Goraj i W. Rawicz” znana była w Chartumie już od dziesięciu lat jako 

przedsiębiorstwo zajmujące się łowieniem dzikich zwierząt. A od dwóch lat, to 
jest od czasu 

nabycia nowocześnie wyposażonego statku rzecznego, nazwanego imieniem sławnej z 
piękności królowej egipskiej, Nefertete, przedsiębiorstwo organizowało także dla 

przyjeżdżających do Sudanu turystów wycieczki Nilem w głąb kraju do jeziora No* 
[Jezioro 

No (arabs.: Magren el-Bahur - Ujście Rzek) - płytkie, błotniste jezioro, 
przeważnie zarośnięte 

liliami wodnymi, papirusem i przeróżnymi wodorostami. Jest ono punktem, w którym 
zlewają 

się z sobą Bahr el-Gebel i Bahr el-Ghazal, płynąc dalej w kierunku wschodnim 
jako Bahr el-

Abjad.], a czasem - przy wysokim stanie wody w korycie Bahr el-Gebel - aż do 
Lado, 

miejscowości leżącej na pograniczu Sudanu, Konga i Ugandy. Magazyny firmy, 
ogród, 

stanowiący przejściowe miejsce pobytu złowionych zwierząt przed wysyłką ich do 
odbiorców, oraz przystań znajdowały się w Chartumie Północnym na prawym brzegu 

Bahr el-
Azrak* [Bahr el-Azrak (arabs.) - Rzeka Niebieska (Błękitna); Nil Błękitny, 

wschodnie ramię 
Nilu, wypływające jako rzeka Abaj na Wyżynie Abisyńskiej (2800 m n.p.m.); 

przepływa 
jezioro Tana, drąży głębokie koryto w dolinie górskiej prowincji abisyńskiej 

Godszam, 
zbierając po drodze mnóstwo rzeczek górskich. Obok osady Bumbodi opuszcza teren 

Abisynii i wpływa na ziemie Sudanu. Długość jego niezmiernie krętego koryta od 
Bumbodi 

do Chartumu - gdzie zlewa się z Bahr el-Abjad - wynosi około 900 km. Burzliwe i 
mętne 

wody Bahr el-Azrak wyraźnie odcinają się od czystych wód Bahr el-Abjad daleko 
jeszcze od 

miejsca zlania się obu rzek. Rzeka spławna jest obecnie od Senar, przy wysokim 
stanie wody 

- od Er-Roseires. Skaliste porohy za tym miastem nie pozwalają (na razie) na 
dalszą żeglugę 

w górę rzeki.], a prywatne mieszkanie ojca Jacka mieściło się we właściwym 
Chartumie, na 

lewym brzegu rzeki. Tutaj też, w klubowej przystani, przycumowywano „Nefertete” 
przed 

podróżami w głąb kraju lub po powrocie z wycieczek.
Mieszkanie pana Goraja stanowiła mała, ale bardzo wygodna willa, wybudowana, jak 

większość prywatnych domów w tym mieście, z chłodnego, białego piaskowca. Willa 
ta 

otoczona była cienistym ogrodem pełnym rozłożystych figowców, drzew 

background image

pomarańczowych, 

drzew mydlanych* [Drzewo mydlane (arabs.: e1-heglig) - drzewo pospolite w 
Sudanie; 

wywar z jego kory posiada właściwości mydła i używany jest przez Sudańczyków do 
prania. 

Jadalne, podobne do śliwek orzechy znane są na targach sudańskich pod nazwą 
„lalub”.], 

zwanych w Sudanie el-heglig, oraz palm daktylowych. Szeroka, czysto utrzymana 
uliczka 

przecinała ten cienisty gaj i prowadziła do żelaznej furtki, przez którą 
wychodziło się na tyły 

obszernego ogrodu zoologicznego, stanowiącego dumę mieszkańców Chartumu, a 
mogącego 

poszczycić się wcale pokaźną liczbą przedstawicieli fauny sudańskiej.
Na tę właśnie uliczkę wybiegł Jacek z domu, przebył ją w rekordowym czasie 

zawodowego sprintera* [Sprinter (ang.) - zawodnik biorący udział w wyścigach 
krótkodystansowych w biegu, pływaniu itp.], w takim samym tempie przebiegł kilka 

zupełnie 
pustych z powodu południowego skwaru alejek Zoo i zdyszany wpadł na przewiewną 

werandę parterowego bungalowu* [Bungalow (ang., czyt.: banglou) - parterowy dom 

lekkiej konstrukcji z werandami i wystającym dachem; rozpowszechniony w Indiach, 
Azji 

Wschodniej i Afryce, używany głównie przez Europejczyków.] zajmowanego przez 
pana 

Rawicza.
Przywitał go trochę drwiący, ale przyjazny głosik dziewczęcy, dochodzący spoza 

girlandy zwisających ze stropu storczyków.
- Ooo, Jacek! Jakże to miło, że zechciałeś sobie nas przypomnieć. Siadaj i 

odpoczywaj! Musiałeś biec szybko, bo dyszysz jak miechy kowalskie w Omdurmanie.
Chłopiec skwapliwie skorzystał z zaproszenia, rozsiadł się wygodnie na najbliżej 

stojącym fotelu, wyciągnął nogi, odsapnął, a potem - zamiast powitania - zawołał 
chełpliwie:

- Dzika! Wiesz... jadę na... Bahr el-Ghazal! Ojciec zabiera mnie z sobą na 
wyprawę 

łowiecką!
- Ooo! - tym razem głos zabrzmiał szczerym zdumieniem, a równocześnie spoza 

kwiecistej zasłony wychyliła się drobna, zgrabna dziewczynka, ubrana w 
wypłowiałe 

granatowe dżinsy. Niecierpliwym ruchem odgarnęła opadającą jej na czoło 
niesforną grzywkę 

i spojrzawszy na Jacka wzrokiem pełnym niedowierzania, zapytała:
- Naprawdę? Jedziesz na wyprawę? - Po chwili zaś dodała z widocznym żalem i 

rozczarowaniem: - A mnie tatuś nie chce zabrać. Każe mi jechać do jakiegoś 
pensjonatu dla 

grzecznych dziewcząt, do Kairu...
- Ma chyba zupełną rację! - zawyrokował Jacek tonem wyższości. - Wyprawa na Bahr 

el-Ghazal nie jest dla dzieci.
- No to dlaczego ciebie biorą? - spytała kpiąco dziewczynka. - Jesteś 

wszystkiego dwa 
lata starszy ode mnie, a ja po śmierci mamy opiekuje się tatusiem i prowadzę mu 

dom nie 

background image

gorzej od dorosłej osoby. A cóż ty potrafisz robić?

Zaskoczony pytaniem chłopiec nie mógł przez chwilę znaleźć odpowiedzi, potem 
jednak wybuchnął:

- Pytasz, co potrafię robić? Umiem celnie strzelać z małokalibrowego karabinka, 
pływam najlepiej z całej klasy, na koniu i wielbłądzie jeżdżę nie gorzej od 

Beduina* [Beduini 
(arabs.) - koczowniczy mieszkańcy Arabii i północnej Afryki, hodowcy wielbłądów, 

kóz, 
owiec i koni, znakomici jeźdźcy.] i całkiem już dobrze potrafię odczytywać ślady 

zwierząt! 
Wystarczy?

- Ooo, wa! - dziewczynka wydęła pogardliwie wargi. - Cóż w tym wszystkim 
nadzwyczajnego? Ja w klubowej strzelnicy zdobyłam na zawodach drugą nagrodę i 

wcale się 
tym nie chwalę. Pływam też nieźle, zresztą w Chartumie nie znajdziesz chyba 

nikogo, kto by 
nie umiał pływać. Na koniu i wielbłądzie jeżdżę prawie tak samo, jak nasz 

dozorca Hasan, a 
wiesz przecież, że pochodzi on z plemienia Hadendoa* [Hadendoa - jedno z plemion 

arabskiego szczepu Biszar, słynące z najlepszych jeźdźców w Sudanie.]. Jeśli zaś 
chodzi o 

rozpoznawanie śladów zwierząt, to ja tu, w tym ogrodzie, oglądam je już od kilku 
lat i znam 

prawie tak dobrze, jak mój tatuś...
- Eee, zdaje mi się, że słusznie twoje imię Jadzia przerobiłem najpierw na 

Jadzika, a 
potem na Dzika, bo ty jesteś właściwie jednym wielkim nieporozumieniem - mruknął 

niechętnie Jacek. - Wyglądasz na dziewczynę, a bijesz się z chłopakami i 
wspinasz po 

drzewach. Zamiast do lalek - ciągnie cię do procy i strzelby; cała jesteś 
posiniaczona i 

podobno co wieczór trzeba ci jodynować pokaleczone kolana. Ten wyjazd do 
pensjonatu dla 

grzecznych dziewcząt jest ci naprawdę bardzo potrzebny. W Kairze nie pozwalają 
panienkom 

bawić się z chłopcami w wojnę ani w Indian, nie pozwalają też rzucać kamieniami 
ani biegać 

w podartych dżinsach...
- Tak sądzisz? - zachichotała Dzika, po czym dodała z nutką przekory w głosie: - 

Ano 
zobaczymy, jak to będzie. ..

- Będzie tak, jak postanowił twój ojciec - przerwał Jacek i dodał rozkazująco: - 
Zrzuć 

te wyświechtane spodnie i ubierz się w ładną sukienkę, to zabiorę cię na lody do 
klubu. Nasi 

ojcowie też tam wkrótce przyjdą.
2

Z północnej bramy ogrodu zoologicznego wychodzi się na ulice Nadbrzeżną, która 
jest jedną z najdłuższych i najpiękniejszych alei Chartumu. Jedną stronę tej 

alei - ocienionej 
starymi akacjami i fikusami - stanowi starannie utrzymane molo ciągnące się 

wzdłuż lewego 

background image

brzegu Nilu Błękitnego na przestrzeni kilku kilometrów, po przeciwnej zaś 

stronie znajdują 
się ogrody pełne zaaklimatyzowanych tu palm daktylowych, ozdobnych krzewów oraz 

drzew 
właściwych dla gorącego i suchego klimatu tej części Sudanu. Ogrody te otaczają 

gmachy i 
pałace najważniejszych urzędów republiki, wyższą uczelnię, muzea, hotele, kilka 

świątyń, 
budynek Klubu Sudańskiego, a także i prywatne wille, należące w dużej części do 

dostojników państwowych. Przestrzeń dzieląca ogród zoologiczny od Klubu 
Sudańskiego 

wynosi niewiele ponad dwa kilometry. Przy wieczornym chłodzie jest to przyjemna 
przechadzka, ale rzadko który z mieszkańców Chartumu zaryzykuje taki spacer 

między 
godziną jedenastą rano i trzecią po południu, to jest w porze największego 

upału. Można się 
co prawda dostać do klubu drogą okrężną, przez dzielnicę handlową, zatłoczonym i 

dusznym 
tramwajem, albo też wynająć zaprzężoną w osiołka rikszę, których pewna ilość 

zawsze 
oczekuje na pasażerów przed pobliskim Grand Hotelem Jacek jednak zdecydował się 

na 
drogę wodną.

Z przystani znajdującej się prawie naprzeciw Zoo kursuje co pół godziny 
motorówka 

pocztowa, chłopiec zaprowadził więc Dzikę, ubraną w jasną sukienkę, na molo i po 
krótkim 

oczekiwaniu płynęli już ku wschodniej stronie miasta.
Nil Błękitny jest tutaj potężną, szeroką rzeką, po której żeglują ciężkie 

sudańskie 
feluki* [Feluka (arabs.) - niewielki statek żaglowy używany na morzach - 

Śródziemnym, 
Czarnym i Kaspijskim.], dahabije* [Dahabija (arabs.) - łódź żaglowa używana na 

Nilu do 
przewozu ludzi i towarów.], wszelkiego rodzaju motorówki, sportowe jachty i 

jolki* [Jolka 
(niem.) - dwuwiosłowa łódź okrętowa służąca do różnych drobnych czynności 

związanych z 
codzienną pracą na okręcie.], a także prom parowy, łączący niezależnie od mostu 

kolejowego 
obie części Chartumu, a także Chartum z Omdurmanem.

Dla Dziki i Jacka, wychowanych w Chartumie, rzeka była czymś bardzo bliskim, 
codziennym, a jednak zawsze niezmiernie interesującym. Bo przecież przepływające 


południa feluki i dahabije przywoziły w swych wnętrzach z głębi kraju nie tylko 

włókno i 
nasiona bawełny, orzeszki ziemne, sezam* [Sezam - roślina jednoroczna, 

występująca w 
Indiach, Afryce, Chinach i Japonii, której oleiste nasiona stanowią na wschodzie 

pokarm, 
lekarstwo i kosmetyk.], gumę arabską* [Guma arabska - produkt drzewa Acacia 

senegal 

background image

rosnącego w Afryce, Arabii oraz Indiach; stosowana w lecznictwie, do wyrobu 

klejów, farb, a 
także przy drukowaniu tkanin.], durrę* [Durra (arabs.) - sorgo, szybko rosnąca, 

osiągająca 4,5 
m wysokości roślina zbożowa, której ziarno w gorącej i suchej części Afryki 

stanowi 
pożywienie milionów ludzi. Z mielonego ziarna przyrządza się papkę, kluski lub 

placki, a 
także piwo, zwane w Sudanie „merisa”. W samym Sudanie uprawia się kilkanaście 

odmian 
sorgo.] i tłuszcze, ale też garbate bydło rogate podobne do indyjskich zebu, 

owce i kozy, kość 
słoniową, skóry dzikich zwierząt, delikatne pióra strusie i wiele, wiele innych 

ciekawych 
towarów. Nierzadko też na łodziach przybywali do Chartumu i Omdurmanu mieszkańcy 

Kordofanu i Międzyrzecza, czyli Geziry* [Gezira (arabs.) - Wyspa; obszar ziemi 
między 

Nilem Białym i Nilem Błękitnym. Część tego obszaru, o powierzchni 400 000 ha, 
została 

nawodniona dzięki zbudowaniu w 1925 roku zapory wodnej na Nilu Błękitnym w 
okolicy 

miasta Senar. Uprawia się tu bawełnę, durrę, sezam, jarzyny i rośliny 
przemysłowe. Rząd 

Republiki Sudańskiej projektuje znaczne powiększenie powierzchni nawadnianej 
przez 

wybudowanie nowej tamy w okolicy Er-Roseires. Gezira stanowi spichlerz i 
skarbnicę 

Sudanu, a stanie się ziemią „mlekiem i miodem płynącą”, jeśli nastąpi całkowite 
jej 

nawodnienie.], odziani w przedziwne stroje, a także Murzyni ze szczepów 
osiadłych w 

bardziej południowych prowincjach, a więc długonodzy Dinkowie, Szyllukowie, 
Nuerowie, 

Diurowie oraz ich plemienni pobratymcy.
- Wiesz - mówiła Dzika do swego towarzysza, wskazując na płynącą właśnie 

środkiem rzeki felukę - dziwię się zawsze, jak taki statek może żeglować po 
rzece i nie 

rozsypie się w kawałki. Przypomina do złudzenia połówkę łupiny orzecha 
włoskiego, gdyż 

zbudowany jest bez jakichkolwiek wręg czy wsporników, do których w innych 
łodziach 

przytwierdzone są deski kadłuba. Jakże się to wszystko trzyma?
Jacek spojrzał na Dzikę z uśmiechem politowania i odparł mentorskim nieco tonem:

- Ten sposób budowania barek bez wręg i wsporników ma w Sudanie prastarą 
tradycję. Wiesz dobrze, że nie spotyka się tutaj drzew o wysokich, gładkich i 

grubych pniach, 
z których można by otrzymać długie, bezsęczne deski. Ale rośnie tu mnóstwo 

akacji sunt, 
twardszej niż dąb europejski, chociaż jest ona tak strasznie sękata i 

powykręcana, że trudno z 
niej wyciąć gładki kawałek dłuższy niż trzy, trzy i pół metra. Drewno to obrabia 

się 

background image

narzędziami ciesielskimi tylko w stanie surowym, bo wyschnięte nabiera twardości 

stali i 
żadną piłą ani siekierą nie można go przepiłować czy ociosać. Musiałaś zauważyć, 

że kadłuby 
feluk mają bardzo grube, trzydziesto-, a nawet czterdziestocentymetrowe ściany. 

Otóż kadłub 
zbija się z kładzionych poziomo tarcic różnej grubości i długości, a potem 

dopiero ociosuje 
gładko z obu stron. Gwoździe łączące dwie, a często nawet trzy leżące na sobie 

tarcice, 
wbijane są z góry, pionowo, i dlatego nie widać na kadłubie ani jednego łebka. 

Nie 
wtajemniczonemu oczywiście trudno zrozumieć, w jaki sposób tarcice są ze sobą 

spojone...
- Gdzie to wszystko wyczytałeś, Jacku? Przyznaj się! - zaśmiała się Dzika.

- Wcale nie wyczytałem - oburzył się Jacek - ale widziałem na własne oczy! 
Poprosiłem kiedyś mojego kolegę szkolnego, Hasana, którego ojciec ma stocznię w 

dzielnicy 
Abu Rufa w Omdurmanie, aby mi wytłumaczył, jak można zbudować bez wręg żaglową 

barkę transportową na dwadzieścia metrów długą i na sześć szeroką, skoro nasza 
„Nefertete” 

zbudowana z żelaznych blach - posiada takich wręg kilkanaście. Hasan zaprowadził 
mnie do 

stoczni swego Ojca, gdzie właśnie, budowano felukę starym, tradycyjnym sposobem, 

wszystko sobie dokładnie obejrzałem.
- Ty zawsze masz szczęście - westchnęła Dzika z nutką zazdrości połączonej z 

podziwem. - Szkoda, że nie urodziłam się chłopcem. Mogłabym zwiedzać stocznie, 
spacerować po Suk el-Harim* [Suk el-Harim (arabs.) - sławny bazar, plac targowy 


Omdurmanie, gdzie kiedyś sprzedawały wyłącznie kobiety. (Suk - targ, bazar).], 

przypatrywać się pracy złotników, którzy tam wyrabiają ze srebra takie śliczne 
pierścionki, 

naszyjniki i kolczyki, zabierano by mnie na wyprawy łowieckie, a nie straszono 
pensjonatem 

dla grzecznych dziewcząt, którym nawet w dżinsach chodzić nie wolno.
- No, no, nie martw się, nie martw - Jacek próbował pocieszyć swoją towarzyszkę 

tonem pobłażliwej wyniosłości - bo i mnie, chociaż jestem starszy i do tego 
mężczyzną, nie 

zawsze wszystko układa się po myśli. Zresztą obiecuję ci, że skoro tylko 
wydoroślejesz... sam 

oprowadzę cię po Suk el-Harim i pokażę wszystkie jego dziwy, a nawet...
Dzika nie dowiedziała się, co jeszcze Jacek zechce jej w przyszłości pokazać, 

gdyż w 
tej chwili od widniejącej w dali sylwetki mostu kolejowego doszedł do uszu 

dzieci 
przytłumiony nieco, ale dobrze znany, basowy ryk syreny. Dziewczynka klasnęła w 

dłonie i 
krzyknęła radośnie:

- „Nefertete”! Nasza „Nefertete” wraca!
- Wabur, statek! - potwierdził sternik motorówki uśmiechając się porozumiewawczo 

do dziewczynki, po czym dodał: - Ahu! O, tam jest!

background image

Rzeczywiście, między dwoma wysokimi filarami, podtrzymującymi jedno z ośmiu 

potężnych przęseł chartumskiego mostu kolejowego, ukazała się sylwetka statku, 
który 

płynąc z prądem, zbliżał się szybko i stawał się coraz wyraźniejszy. Wkrótce 
można już było 

podziwiać nie tylko jego piękną linie, ale także i rozróżnić sylwetki ludzi 
stojących przy 

pokładowej nadbudówce.
W pewnej chwili statek zmienił nagle kurs, zatoczył półkole, ryknął przeraźliwie 


lekko przybił do przystani, w której stało na cumach kilka żaglówek i barek.

- Szughl tajjib, dobra robota! - mruknął z uznaniem sternik i po kilku minutach 
też z 

wielką wprawą zatrzymał swą motorówkę przy kamiennych schodach przystani.
Wybiec po tych schodach na molo i znaleźć się przy trapie* [Trap (ang.) - schody 

zawieszone ukośnie wzdłuż burty statku, po których schodzi się na brzeg lub 
wchodzi z 

nabrzeża na pokład.] „Nefertete” było dla Dziki i Jacka dziełem jednej chwili, 
niestety, dość 

długo musieli czekać, zanim zmęczeni kilkudniową wycieczką turyści wyszli na 
brzeg.

- Es-salam alejkum, bądźcie pozdrowieni! - zawołała Dzika witając stojących na 
pokładzie członków załogi, kiedy wreszcie udało się jej wraz z towarzyszem wbiec 

na statek.
- Naharak said we-mubarak! Niech dzień twój będzie spokojny i szczęśliwy! - 

odpowiedział z szerokim uśmiechem na brązowej twarzy kapitan Mohammed, 
Sudańczyk, a 

zawtórował mu stojący obok sternik Asmar, czarny zupełnie Nubijczyk.
- Kejf chalak, jak się czujecie? - zapytał Jacek zgodnie z miejscowym zwyczajem.

Kapitan podziękował również zwyczajową, formułką grzecznościową, a wtedy 
chłopiec, nie mogąc już dłużej zapanować nad rozsadzającą go radością, zawołał:

- Och, kapitanie, jak to dobrze, że już powróciłeś z tymi nudnymi turystami z 
wycieczki, bo przecież trzeba na gwałt przygotować „Nefertete” do wyprawy na 

Bahr el-
Ghazal! Ja też jadę z wyprawą!

Słowa chłopca nie były widocznie dla Sudańczyka żadną nowiną, gdyż nie tylko nie 
okazał zdziwienia, ale z wyraźnym zadowoleniem powiedział:

- Cieszę się, Jacku, że z nami pojedziesz, bo często przekonywałem twego ojca, 
że 

czas już, abyś wreszcie zaczął poznawać Nil. W twoim wieku znałem nie tylko Bahr 
el-

Abjad* [Bahr el-Abjad (arabs.) Rzeka Biała, Nil Biały; nazwę tę nosi rzeka Nil 
na terenie 

Sudanu na przestrzeni około 965 km, od jeziora No do zlania się z Nilem 
Błękitnym pod 

Chartumem. Spławna na całej długości.] i Bahr el-Azrak, rzekę Sobat, Bahr ez-
Zeraf* [Bahr 

ez-Zeraf (arabs.) - Rzeka Żyraf; jest to właściwie prawe ramię Bahr el-Gebel. W 
przeszłości 

Bahr ez-Zeraf stanowiła naturalny odpływ dla olbrzymich ilości wód Bahr el-
Gebel, 

zatrzymanych w bagniskach i trzęsawiskach przez liczne suddy. Koryto jej 

background image

zaczynało się w 

odległości kilku kilometrów na północ od Szambe. W 1913 r. przekopano dwa kanały 
odprowadzające nadwyżkę wody z moczarów do Bahr ez-Zeraf. Rzeka ta płynie 

głębokim 
korytem ujętym w brzegi o dwa metry wyższe od brzegów Bahr el-Gebel i wpada do 

Bahr el-
Abjad w odległości 80 km na wschód od jeziora No. Obecnie wykonano już i 

zatwierdzono 
plany budowy Kanału Jonglei, który połączy koryto Bahr el-Gebel z Bahr el-Abjad 

w miejscu 
ujścia rzeki Sobat. Pozwoli to na osuszenie znacznej powierzchni moczarów i 

terenów 
zalewanych oraz na nawodnienie ogromnej przestrzeni nieużytecznej rolniczo 

sawanny.], 
Bahr el-Gebel i Bahr el-Ghazal, ale kiedyś zapuściliśmy się z moim ojcem na jego 

feluce 
nawet aż na Bahr el-Arab. A o „Nefertete” nie martw się; pan Goraj przygotował 

już 
wszystko w magazynie naszej przystani, więc statek może być za trzy, cztery dni 

gotowy do 
drogi...

Dalsze wyjaśnienia kapitana przerwał radosny okrzyk Dziki, która ze zręcznością 
gazeli skoczyła na powitanie wchodzących właśnie po trapie obu wspólników firmy 

„S. Goraj 
i W. Rawicz”. Panowie uścisnęli swoje dzieci, a potem odbyli długą rozmowę z 

kapitanem i 
sternikiem dotyczącą oczywiście przygotowań do planowanej wyprawy. Chłopiec ze 

zdumieniem dopiero teraz dowiedział się, że łowienie zwierząt miało się odbywać 
zupełnie 

nową metodą, a więc nie przy pomocy stosowanych dotychczas pułapek, dołów i 
sieci, ale 

przez... usypianie. Nabój wystrzelony ze specjalnie w tym celu skonstruowanej 
wiatrówki 

stanowiła właściwie ampułka zawierająca automatycznie działającą strzykawkę. W 
chwili 

uderzenia w zwierzę ze strzykawki wysuwała się igła i zagłębiając się w jego 
ciele 

wprowadzała błyskawicznie działający, płynny środek usypiający. Dwa małe 
zadziorki, które 

przy uderzeniu pocisku wczepiały się w skórę, nie pozwalały ampułce odpaść w 
czasie 

ucieczki zwierzęcia, a to gwarantowało przeniknięcie w mięsień całej zawartości 
narkotyku.

Rozmowa toczyła się oczywiście po arabsku, w języku ojczystym kapitana, którym 
obaj Polacy mówili znakomicie, chociaż może nie tak płynnie, jak ich dzieci 

wychowane od 
kołyski w Chartumie.

Jacek wiedział dobrze, jak bardzo jego ojciec i pan Rawicz cenili zdanie 
Mohammeda, 

uważanego w Sudanie za jednego z najlepszych znawców szlaków wodnych tego kraju, 
dlatego też nie dziwił się, że uzgadniali z nim najdrobniejsze nawet szczegóły 

wyprawy. 

background image

Wiedział także z nauki geografii i z wielu przeczytanych książek podróżniczych, 

że Nil 
Górski jest rzeką niezmiernie kapryśną i poziom jego wód zależy od pogody i 

ilości opadów 
deszczowych. Nazwa Nilu Górskiego usprawiedliwiona jest tylko właściwie na 

terenie 
Ugandy, gdyż tam rzeczywiście toruje sobie drogę przez okolicę górzystą. 

Natomiast na 
północ od Mongalli rzeka zmienia się właściwie w szeroko rozlane, bezkresne 

niemal 
moczary. Lasy tropikalne, przez które przepływa w Ugandzie, rozsuwają się 

stopniowo coraz 
bardziej na wschód i zachód i tylko odległą, wąską, siniejącą na horyzoncie 

taśmą zamykają 
ocean traw słoniowych, sitowia i papirusów. Pora deszczowa jest tu prawie zawsze 

okresem 
wielkich powodzi. Olbrzymie masy wód nie mieszczą się w korycie rzeki i 

rozlewają się 
szeroko, a wraz z Nilem Górskim wylewa także Bahr el-Ghazal oraz liczne dopływy 

obu tych 
rzek, co sprawia, że potężny szmat ziemi, liczący wiele dziesiątków tysięcy 

kilometrów 
kwadratowych, zmienia się w jedno bezkresne, fermentujące bagnisko, przez które 

toruje 
sobie drogę szeroki, burzliwy, prawie czarny nurt rzeki. Jest to największy na 

świecie zwarty 
obszar trzęsawisk!

Po opadnięciu wód Bhar el-Gebel i Bahr el-Ghazal powstają na zalanych terenach 
zdradliwe jeziorka i topiele, zatoki i kanały, a wszystko to otacza gęstwina 

sitowia, trzciny, 
papirusów i wysokiej na pięć do sześciu metrów trawy słoniowej. Gęstwina ta 

powiązana jest 
siecią wodorostów, pnączy i kapusty wodnej, a jeziorka i zatoki pokrywa gruby 

dywan lilii 
wodnych i rzęsy. W niektórych miejscach wodorosty i pływające wyspy zatrzymują 

się na 
wystających z wody gałęziach ambaczu* [Ambacz - roślina wodna, tworząca gęste, 

krzaczaste skupiska.] i wtedy tworzą się tak zwane „suddz”, czyli zapory 
zagradzające 

statkom dalszą drogę. Tylko bardzo wytrawni i doświadczeni żeglarze, znający 
wszelkie 

tajniki Bahr el-Gebel, wiedzą, jak znaleźć właściwy nurt i wyjście z labiryntu 
kanałów, zatok 

i grząskich moczarów.
Wylewy mają oczywiście ogromny wpływ na stan zwierzyny żyjącej na 

przybrzeżnych łąkach i stepach, gdyż często zmuszają one stada antylop, gazeli i 
bawołów do 

szukania pastwisk i dogodnych wodopojów w innych, często bardzo oddalonych 
rejonach. Za 

antylopami ciągną lwy i inne drapieżniki, zdarza się więc, że okolice rojące się 
przed rokiem 

od wszelkiego rodzaju zwierzyny - nagle pustoszeją, jakby przeszła przez nie 

background image

zaraza. To samo 

jest i ze stadami słoni, jeśli woda zaleje zbyt wysoko nadbrzeżne trzciny i 
trawy, stanowiące 

ich ulubioną paszę.
Jacek słyszał nieraz utyskiwania myśliwych odwiedzających ojca, którzy 

wyprawiwszy się na Bahr el-Gebel lub Bahr el-Ghazal, a więc w okolice słynące z 
ogromnej 

ilości wszelakiej zwierzyny, wracali zawiedzeni iż tak marną zdobyczą, że nawet 
wstydzili się 

o tym mówić. Ponieważ powodzenie wyprawy, głównie zaś złowienie abu markubów i 
kozłów nilowych, zależało w dużej mierze od doświadczenia Mohammeda, znającego 

trzęsawiska obu rzek lepiej nawet niż Murzyni osiadli nad ich brzegami, chłopiec 
chłonął 

każde jego słowo z nie mniejszą uwagą, aniżeli to czynili obaj dorośli. Tylko 
Dzika ziewała 

od czasu do czasu, ale Jacek wiedział doskonale, że właśnie pod maską znudzenia 
ukrywa 

wielkie zainteresowanie rozmową.
Kiedy wreszcie omówiono ostatnie szczegóły wyprawy, ustalono ilość potrzebnych 

zapasów żywności, przyborów, narzędzi oraz składanych klatek na zwierzynę - 
właściciele 

statku pożegnali kapitana i wraz z dziećmi przeszli na cienistą werandę budynku 
klubowego. 

Załoga „Nefertete” puściła w ruch maszyny, statek drgnął, ryknął ostrzegawczo i 
odbiwszy 

lekko od mola, popłynął do swej przystani na prawym brzegu rzeki, wlokąc za sobą 
bruzdę 

spienionej wody.
Przez kilka następnych dni Jacek żył jak w gorączce. Nieustannie krążył między 

dwiema dzielnicami miasta, a ściślej mówiąc: między ojcowskim domem i bungalowem 
pana 

Rawicza a przystanią, w której przycumowana była „Nefertete”. To pomagał ojcu 
przy 

pakowaniu broni i ekwipunku fotograficznego, to znów jeździł z Mohammedem po 
zakupy do 

Omdurmanu albo też udawał, że pomaga w robotach na „Nefertete”. Najczęściej 
jednak 

przesiadywał w maleńkiej kajucie, którą wyznaczono mu na mieszkanie w czasie 
wyprawy. 

Zawiesił na ścianie swój małokalibrowy karabinek, torbę myśliwską pełną naboi i 
przyborów 

do czyszczenia broni, a obok aparat fotograficzny. Małą kamerę filmową, którą 
otrzymał na 

imieniny od pana Rawicza, ulokował wraz z zapasowymi filmami w stalowej 
wodoszczelnej 

skrzynce. W dwóch innych, znacznie większych, stalowych, hermetycznie zamykanych 
walizach. ułożył bieliznę, przybory toaletowe, a także pudła na motyle oraz 

sprzęt do łapania i 
konserwowania owadów.

Na statku spotykał często Dzikę, która gospodarowała tutaj jak u siebie w domu. 
Jacek 

musiał w duchu przyznać, że dawała sobie radę nie gorzej niż dorosła i 

background image

doświadczona kobieta.

„Nefertete”, jak wiadomo, zbudowana została jako statek turystyczny, miała wiec 

nadbudówce pokładowej na rufie* [Rufa (niem.) - tylna część okrętu.] kilka 
kajut, sporą 

jadalnię i palarnię, nie mówiąc już o łazience, a nawet o doskonale wyposażonej 
ciemni 

fotograficznej. Żelazne schodki prowadziły na dach nadbudówki, skąd wygodnie 
można było 

obserwować dużą połać krajobrazu Nilu. W przedniej części tego „pokładu górnego” 
umieszczono budkę nawigacyjną dla kapitana i sternika.

Na „Nefertete” dbano zawsze o idealną czystość pomieszczeń i wygodę turystów, 
toteż załoga nie miała właściwie kłopotu z przygotowaniem statku do wyprawy. 

Okna i drzwi 
wszystkich kajut zaopatrzone były w siatki chroniące przed komarami i wszelkiego 

rodzaju 
dokuczliwymi muchami. Dzika jednak uparła się, aby przy kojach obu łowców i 

Jacka 
umocowano nowe moskitiery.

Na pokład wnoszono kamery filmowe, trójnogi, hermetyczne pudła stalowe z 
kilkunastu tysiącami metrów kolorowego filmu, broń myśliwską, paczki z nabojami, 

chemikalia fotograficzne oraz przeróżnej wielkości paczki i skrzynki. Wszystko 
to trzeba było 

rozmieścić i ułożyć tak, aby każdy przedmiot był łatwo osiągalny, ale nie 
przeszkadzał.

Potem pan Rawicz przyniósł wiatrówki służące do wystrzeliwania usypiających 
naboi. 

Dwóch ludzi niosło za nim spore pudło wypełnione kolorowymi ampułkami. Na 
pokrywie 

pudła naklejona była instrukcja wyjaśniająca, jakie grupy zwierząt oznaczają 
poszczególne 

kolory. Zawarta w jednej ampułce ilość narkotyku wystarczała do natychmiastowego 
uśpienia 

zwierzęcia danej grupy na czas potrzebny do ulokowania zdobyczy w klatce lub 
uczynienia 

jej nieszkodliwą.
A później załadowano jeszcze półtoratonową ciężarówkę, przystosowaną do trudnych 

terenów sudańskiej sawanny i stepu. Ciężarówka miała być niezmiernie pomocna w 
polowaniu na elany, największe afrykańskie antylopy, niegdyś bardzo pospolite., 

teraz jednak 
straszliwie przetrzebione na Czarnym Lądzie.

Gdy wreszcie zakończono wszystkie prace związane z przygotowaniem „Nefertete” 
do dalekiej podróży, gdy cała załoga - składająca się oprócz kapitana i sternika 

z mechanika i 
jego pomocnika, dwóch palaczy, czterech marynarzy, kucharza z pomocnikiem oraz 

chłopca 
do posług zajęła swoje miejsca na statku, nadeszła chwila pożegnania.

Na pomoście przystani zebrała się spora grupka, złożona w większości z rodzin 
członków załogi. Mężczyźni odziani byli w szerokie białe szirwal* [Szirwal 

(arabs.) - 
szerokie spodnie męskie w stroju Arabów sudańskich.] i takież gallabjje* 

[Gallabija (arabs.) - 

background image

opończa w stroju Arabów sudańskich.], na głowach zaś mieli okręcone białe 

turbany - imma. 
Kobiety na uroczystość tę zmieniły swoje codzienne niebieskie ubrania na 

świąteczne białe 
szaty. Wystroiły się więc w szerokie szintijan* [Szintijan (arabs.) - spodnie w 

stroju kobiet 
arabskich w Sudanie.] oraz bogato złotem haftowane kuftany* [Kuftan (arabs.) 

rodzaj 
kamizelki z rękawami lub bez rękawów.], na które zarzuciły długie abaje* [Abaje 

(arabs.) - 
płaszcz noszony przez Arabów sudańskich.]. Na nogi wciągnęły pończochy, a stopy 

ich 
tkwiły w safianowych czerwonych kubkab, to znaczy pantoflach z zawiniętymi ku 

górze 
noskami. Odświeżyły też swoje fryzury zrobione, wedle panującego w Omdurmanie 

zwyczaju, z bardzo wielu kunsztownie splecionych warkoczyków, przybranych 
złotymi 

ozdobami. Szyje ich i uszy przystrojone były naszyjnikami i kolczykami również 
wykutymi 

ze złota. Prawie wszystkie kobiety miały na palcach mnóstwo pierścieni, a na 
przegubach rąk 

i na kostkach obu nóg ciężkie srebrne bransolety. Nikt się oczywiście nie dziwił 
tej wystawie 

kosztowności, gdyż stary zwyczaj w Sudanie nakazuje mężczyznom lokować swoje 
oszczędności właśnie w tego rodzaju ozdobach, które żona powinna nosić na sobie, 

by każdy 
mógł podziwiać zamożność jej męża. Klejnoty takie łatwo można sprzedać w razie 

potrzeby, 
gdyż złoto i srebro mają na rynku ustaloną cenę i zawsze znajdują chętnych 

nabywców.
Również i gromadka dzieci, tulących się do kolan matek, przybrana była w białe, 

bawełniane, świąteczne hudum* [Hudum (arabs.) - ubranie, strój.]. Większość 
chłopców 

miała na głowach fezy* [Fez (tur.) - czapka w kształcie ściętego stożka, noszona 
w krajach o 

ludności arabskiej.] lub zawoje; uczesanie dziewcząt niczym nie różniło się od 
fryzur ich 

matek, tylko na dziecięcych brązowych twarzyczkach wyraźniej występowały 
szerokie blizny 

szczepowych znaków.
Członkowie załogi i zebrani na pomoście odprowadzający wymieniali między sobą 

ostatnie pożegnania, życzenia szczęśliwej drogi i szybkiego powrotu, gdy nagle 
rozległ się 

basowy ryk syreny. Pan Rawicz z Dziką, którzy znajdowali się na pokładzie 
„Nefertete”, 

szybko pożegnali pana Goraja i Jacka i opuścili statek.
Ryk syren rozległ się po raz drugi i trzeci. W chwili kiedy marynarze wciągali 

trap na 
pokład, Jacek coś sobie przypomniał. Skoczył do swojej kabiny i zaraz powrócił, 

niosąc 
murzyński naramiennik misternie spleciony z grubych włosów z ogona słonia. 

Rzucił go 

background image

wprost na ręce stojącej na pomoście Dziki i zawołał:

- To dla ciebie, Dzika! Żeby ci mniej żal było, że nie możesz jechać z nami! 
Sprawuj 

się grzecznie w Kairze!
Odpowiedzi dziewczynki już nie posłyszał, bo „Nefertete” drgnęła, we wnętrzu jej 

zgrzytnęły i sapnęły maszyny, a pod łopatkami koła umieszczonego w rufie 
zapieniła się 

woda. Zwolniony z cum statek odbił od pomostu i żegnany okrzykami z brzegu 
popłynął 

prosto na zachód dolnym korytem rozwidlającego się tutaj Nilu Błękitnego.
Dotarłszy do cypla Ras Chartum* [Ras Chartum (arabs.) - Trąba Słonia.], gdzie 

Nil 
Błękitny łączy się z Nilem Białym, statek okrążył znajdującą się w zlewisku obu 

rzek wyspę 
Dakin, która sprawia wrażenie troskliwie utrzymanego ogrodu, po czym - 

zwróciwszy swój 
dziób na południe - wypłynął na szerokie wody Bahr el-Abjad, nazwanego w duchu 

przez 
Jacka „Rzeką Wielkiej Przygody”.

3
Początkowo Bahr el-Abjad rozlewał się szeroko i przypominał raczej olbrzymi staw 


płaskich brzegach, na których tu i ówdzie rysowały się sylwetki akacji 

parasolowatych lub 
widać było wysokie na osiem metrów sakije* [Sakija (arabs.) - ośmiometrowej 

wysokości 
drewniane koła do czerpania wody z rzeki, obracane przy pomocy kieratów 

zaprzężonych w 
osiołki lub wielbłądy. Nazwy tej używa się także w odniesieniu do żurawi 

studziennych, 
służących do nawadniania.], to znaczy drewniane koła urządzeń nawadniających. Bo 

wzdłuż 
brzegów ciągnęły się starannie uprawione, sztucznie nawadniane pola jęczmienia i 

prosa oraz 
ogrody warzywne, zaopatrujące stolicę w świeże jarzyny. A dalej, na skąpych, 

spalonych 
żarem pastwiskach, pasły się stada garbatego bydła rogatego, wielbłądów i kóz, 

pilnowanych 
przez konnych pasterzy arabskich, otulonych w białe bawełniane burnusy* [Burnus 

(arabs.) - 
opończa z kapturem noszona przez Arabów.].

A potem rzeka rozdzielała się na dwa lub więcej wąskich koryt, obejmujących 
wyłaniające się z nurtów liczne wyspy porośnięte trawą albo ciernistymi 

krzakami. Na 
sfalowanych przez silny północny wiatr wodach zaczynały pojawiać się pojedyncze 

kępy traw 
i trzcin, niesione prądem gdzieś z południa. Pod brzegami ciągnęły się już teraz 

wąskie 
jeszcze języki sitowia, kontrastujące swoją jasną zielenią z ciemnym tłem coraz 

bardziej 
zwartych zagajników drzew akacjowych i mimozy porastających brzegi i 

przysłaniających 

background image

widok na równinę. Ale za tą zasłoną z drzew pulsowało życie, bo od czasu do 

czasu widziało 
się w miejscach oczyszczonych z sitowia barwnie odziane kobiety, które w rzece 

prały swoje 
bawełniane chusty, to znów mężczyzn pojących bydło, wielbłądy, konie i osiołki.

Na pierwszy nocleg zatrzymała się „Nefertete” przy zachodnim brzegu rzeki, w Ed-
Duejm. Mimo późnego wieczora w przystani panował ożywiony ruch, gdyż Ed-Duejm 

jest 
sporym miastem, w którym zbiegają się liczne drożyny i ścieżki, szlaki karawan 

wielbłądzich 
i drogi samochodowe Kordofanu, olbrzymiej prowincji Sudanu, rozciągającej się 

wzdłuż 
lewego brzegu Bahr el-Abjad. Miasto zamieszkują głównie dwa arabskie plemiona: 

Danagla i 
Hassanije, chociaż nie brakuje tutaj i Nubijczyków, a od czasu do czasu zjawiają 

się nawet 
grupki Murzynów ze szczepów Szylluk, Nuer i Dinka lub z osiadłych znacznie dalej 

na 
południu szczepów Diur i Bongo. Mieszka tu też sporo kupców greckich i 

syryjskich oraz 
urzędników państwowych, gdyż Ed-Duejm jest stolicą okręgu Nilu Białego, a także 

jednym z 
ważniejszych punktów handlowych tej olbrzymiej prowincji.

Na targowisko tego miasta zwozi się z głębi kraju jęczmień, proso, pszenicę, 
cebulę, 

skóry, kość słoniową, korę garbnikową, głównie jednak gumę arabską, którą 
otrzymuje się z 

kilku odmian akacji rosnących w ogromnej ilości w Kordofanie.
W przystani, zawalonej nieomal skrzyniami, beczkami, worami zboża i bawełny, 

stosami straszliwie woniejących skór i bańkami oliwy, „Nefertete” wchłonęła w 
jedną ze 

swych ładowni duży zapas paliwa i o świcie wyruszyła w dalszą drogę. Jacek 
wiedział 

dobrze, że na odcinku między Ed-Duejm a Kosti, miastem oddalonym o sto 
kilometrów na 

południe, znajduje się sławny na cały świat raj ptactwa przelotnego, toteż 
przygotował swoją 

kamerę, by nakręcić możliwie jak najwięcej scen z życia skrzydlatych gości, 
przybywających 

tutaj na zimę z Północy. Już miedzy Chartumem i Ed-Duejm koczowało na wodzie i w 
przybrzeżnych zaroślach sporo ptaków, ale, niestety, na tym odcinku rzeki płoszą 

przybyszów 
licznie kursujące feluki i statki parowe, niepokoją stada bydła przepływające z 

jednego brzegu 
na drugi, a także myśliwi ze stolicy, strzelający do wszystkiego, co tylko 

nawinie im się pod 
strzelbę.

Nadzieje Jacka okazały się słuszne, bo wyspy, łachy i wydmy piaszczyste, obok 
których przepływała „Nefertete”, roiły się po prostu od wszelkich rodzajów gęsi, 

kaczek, 
łysek, nurów, kormoranów, żmijowców* [Żmijowiec (wężówka) - ptak odznaczający 

się 

background image

długą, cienką szyją i długim, prostym, spiczastym dziobem zakończonym zadziorami 

skierowanymi do przodu. Żywi się rybami, które nurkując przebija dziobem. 
Występuje w 

Afryce podzwrotnikowej, szczególnie pospolity nad Nilem Białym i Błękitnym.], 
czapli, 

bocianów, żurawi, bekasów i setek innych gatunków ptasiej społeczności. Wszystko 
to 

pluskało się w rzece lub odpoczywało na piasku w największej zgodzie. Chłopiec 
jednak od 

razu zauważył, że ptactwa miejscowego nie było tu prawie wcale, a marabuty* 
[Marabut - 

żyjący w Afryce duży ptak z rodziny bocianów, z charakterystycznym workowatym 
wolem 

na nagiej szyi; żywi się padliną i drobnymi zwierzętami, przeważnie wodnymi.], 
głodniaki* 

[Głodniak (dławigad) - ptak należący do rzędu bocianowatych; zamieszkuje błota, 
stepy i lasy 

głównie strefy gorącej.] i szczudłaki* [Szczudłak - ptak brodzący o niezwykle 
rozwiniętych 

kończynach, przystosowanych do brodzenia; najpopularniejszy w Afryce północnej i 
nad 

Nilem jest szczudłak czarnoskrzydły.] trzymały się z dala od przybyszów. Szum, 
świst i 

trzepotanie skrzydeł, krzyk gęsi i kaczek, klekotanie bocianów, głuche 
pohukiwania bąków, 

wrzask czapli, żałosny pisk rybitw - czyniły tak straszliwy zgiełk i hałas, że w 
porównaniu z 

nimi nawet wrzawa targowiska omdurmańskiego wydawać się mogła przytłumionym 
szeptem. Do zgiełku tego walnie przyczyniał się skwir orłów krzykliwych, 

spozierających na 
tłum obcych ptaków z wysokich konarów nadbrzeżnych akacji, a także świergot 

drobnego 
ptactwa, buszującego ogromnymi stadami w coraz bardziej rozszerzających się 

przybrzeżnych łąkach trzcin i sitowi.
Jacek biegał rozgorączkowany od jednej burty do drugiej, celował wizjerem swego 

szesnastomilimetrowego „Baby”, wyszukiwał najbardziej malownicze grupki ptaków i 
naciskając sprężynę kamery, chwytał je na taśmę filmową.

Na górnym pokładzie „Nefertete”, zacienionym dokładnie brezentowym daszkiem, 
siedział przy stole zarzuconym mapami kierownik wyprawy, pan Stanisław Goraj, 

barczysty, 
muskularny mężczyzna w sile wieku. Zatopiony w studiowaniu map, nie zwracał 

najmniejszej 
uwagi na to, co, się wokół niego działo. Nie posłyszał też szybkich kroków na 

schodach 
wiodących z dolnego pokładu i ocknął się dopiero, gdy tuż obok niego rozległ się 

zdyszany 
głos:

- Tatusiu! Popatrz, popatrz!
Pan Goraj podniósł głowę i spojrzał na syna swymi ciemnoniebieskimi, lekko 

przymrużonymi oczami, w których taił się figlarny błysk nadający suchej, 
energicznej, gładko 

wygolonej, spalonej na ciemny brąz twarzy dziwnie młodzieńczy wygląd, kłócący 

background image

się nieco z 

siwizną widoczną na skroniach.
- Cóż się stało, Jacku? - zapytał patrząc na zarumienioną od biegu twarz chłopca 

i jego 
zwichrzoną czuprynę.

- Popatrz, tatusiu, co te pelikany wyrabiają! - zawołał chłopiec i pochwyciwszy 
ojca za 

rękę, pociągnął go do sznurowej siatki okalającej górny pokład.
Pan Goraj przechylił się przez reling* [Reling (niem.) - balustrada z linki 

opierająca 
się na metalowych podpórkach, która zabezpiecza przed wypadnięciem za burtę.] i 

spojrzał z 
zaciekawieniem we wskazanym kierunku. W odległości pół setki kroków od płynącej 

wolno 
„Nefertete” zobaczył przed dużą łachą piaszczystą kilkadziesiąt różowych 

pelikanów 
ustawionych w długą, półkolisto wygiętą linię, przypominającą tyralierę. Ptaki 

znajdujące się 
w półkolu powoli zdążały ku mieliźnie, bijąc o wodę skrzydłami i pędząc przed 

sobą 
umykające w popłochu ryby, a pelikany stojące po bokach - jakby na straży - 

bacznie 
pilnowały, aby ani jedna ryba nie przedarła się przez kordon. Wystraszone ryby, 

znalazłszy 
się na płyciźnie, wyskakiwały z wody i spadały na piasek wydmy lub schwytane w 

powietrzu 
przez ptaki - znikały w ich obszernych wolach. Szereg posuwał się naprzód w 

największym 
porządku, nie dając możliwości wymknięcia się z matni ani jednej rybie. A potem, 

gdy już 
cała zdobycz znalazła się na piasku, pelikany zamknęły koło i rozpoczęły 

biesiadę. Każdy z 
nich chwytał rybę koncern dzioba, podrzucał ją w górę i pozwalał jej wpaść 

wprost do 
szeroko rozwartej gardzieli.

- Oto masz, Jacku, doskonały przykład celowo zorganizowanego wysiłku gromady dla 
wspólnego dobra - rzekł ojciec żartobliwie, kiedy „Nefertete”, wciąż płynąc 

naprzód, 
pozostawiła już pelikany za rufą.

- Och, jak szkoda, że Dzika tego nie widziała! - westchnął chłopiec. - Toby się 
dopiero 

ucieszyła!
Rozmowę przerwało nagle kilka wystrzałów, po których rozległ się niesamowity 

wprost łomot skrzydeł i ogłuszający wrzask ptactwa. Chłopiec zbiegł co rychlej 
na dolny 

pokład i zobaczył, że załoga statku turystycznego, płynącego na północ, wyławia 
kilka 

zabitych gęsi i kaczek. Tysiące, a może setki tysięcy spłoszonych ptaków krążyły 

powietrzu, szukały ratunku w ucieczce na dalsze, odleglejsze wyspy lub też 
chroniły się w 

sitowia i trzciny.

background image

Powoli ucichał szum i trzepot skrzydeł, ptaki znów sadowiły się na łachach i 

wydmach piaszczystych, tylko stada gęsi i kaczek ze świstem przelatywały nad 
„Nefertete”, 

jakby badając, czy ten pływający potwór należy do stworów spokojnych, czy też 
niesie śmierć 

i zniszczenie.
Im bliżej Kosti, tym bardziej rozszerzały się przybrzeżne łąki trzcin, tym 

więcej widać 
było na rzece pływających wysp, utworzonych z kęp traw i sitowia oderwanych od 

brzegów. 
Wiele z nich robiło wrażenie olbrzymich koszów z kwiatami - tak bujnie spowite 

były w 
niebieskie powoje i rośliny wodne wprost obsypane różnobarwnym kwieciem. Coraz 

częściej 
też ciche zatoczki, stawki i wąskie odnogi pokrywały niemal zupełnie lilie wodne 

lub rzęsa. 
Tu i ówdzie wystawały z wody szeroko rozrośnięte krzaczaste kępy, tworzące 

zwarte suddy, 
przez które nie tylko statki i feluki, ale nawet lekkie łodzie murzyńskie 

wydrążone z pnia 
drzewa aradeib* [Aradeib (arabs.) - tamaryndowiec, drzewo z rodziny 

motylkowatych 
(strączkowych) występujące w Afryce tropikalnej; młode strączki spożywa się jako 

środek 
leczniczy.] nie mogły się przedrzeć.

Krzaki te niezmiernie zaciekawiły Jacka, zapytał więc przechodzącego obok 
kapitana, 

czy wie, skąd biorą się one w tak wielkich ilościach na Nilu.
Mohammed uśmiechnął się i wskazując na odnogę zupełnie zamkniętą przez gęstwinę 

splecionych gałęziami krzaków, wyjaśnił:
- Ten sudd, który tu widzisz, powstał dzięki ambaczowi. Jest to drzewo 

wyrastające z 
mulistego dna rzeki. Pień jego rośnie bardzo szybko, bo musi jak najprędzej 

wydostać się na 
powierzchnię wody, aby wypuścić liście, a następnie gałęzie tworzące krzaczastą 

koronę. 
Niezmiernie ciekawie zbudowany jest pień ambaczu, gdyż ma kształt wrzeciona, to 

znaczy: 
jest najgrubszy w środku, a zwęża się ku górze i dołowi. Drewno ambaczu jest 

gąbczaste, a po 
wyschnięciu lżejsze niż korek. Szyllukowie robią z niego łodzie i tratwy tak 

lekkie, że jeden 
człowiek może je bez wysiłku przenosić z miejsca na miejsce, jakkolwiek taka 

tratwa łatwo 
utrzymuje na wodzie ciężar kilku ludzi.

Chłopiec chciał jeszcze o coś zapytać, ale w tej właśnie chwili spostrzegł przed 
statkiem dużą kępę sitowia, płynącą wprost na „Nefertete”. Na kępie, niby 

potężny pień, leżał 
ogromny krokodyl z szeroko otwartą paszczą, w której bieliły się dwa rzędy 

straszliwych 
kłów. Na grzbiecie potwornego gada uwijało się kilka zwinnych żwirowców 

nilowych, 

background image

szarych ptaszków, które wyskubywały z nierówności pancerza wszelakie robactwo. 

Jeden z 
tych ptaków spacerował beztrosko w otwartej paszczęce potwora i krótkim swym 

dziobem 
odrywał pijawki i kleszcze przyczepione do różowych dziąseł gada, a także 

oczyszczał jego 
zębiska z resztek mięsa pozostałych tam po pożarciu jakiegoś zwierzęcia. Praca 

tej „żywej 
wykałaczki” sprawiała krokodylowi widoczną przyjemność, przymknął bowiem ślepia 


możliwie szeroko rozwierał olbrzymią paszczę, jakby chcąc pokazać ptakowi nasadę 

języka, 
na którym usadowiło się także kilka grubych, dobrze już krwią opitych pijawek.

Gdy kępa zrównała się z dziobem statku, żwirowce siedzące na grzbiecie potwora 
poderwały się z głośnym poświstem, dając mu w ten sposób sygnał ostrzegający 

przed 
niebezpieczeństwem. Razem z nimi uleciał i ptak oczyszczający zęby krokodyla, on 

sam zaś z 
donośnym pluskiem zwalił się do wody. W kilka sekund później kępa rozbiła się o 

bok statku.
„Nefertete” wpłynęła teraz w wąskie koryto rzeki i posuwała się szybko wzdłuż 

lesistego brzegu długiej na czterdzieści sześć kilometrów wyspy Aba, sławnej z 
tego, że z niej 

to właśnie Mahdi - znany nam z Sienkiewiczowskiej powieści „W pustyni i w 
puszczy” - 

rozpoczął w 1882 roku wojnę religijno-wyzwoleńczą przeciw Egiptowi i Anglikom. 
Prawie w 

połowie tej wyspy, na lewym brzegu Bahr el-Abjad, znajduje się mała wioska, 
Fasziszoja, 

będąca celem licznych pielgrzymek plemion arabskich z Kordofanu i Geziry, a 
nawet z 

Dongoli i Kassali. Nie ma w tym nic dziwnego, bo Fasziszoja otaczana jest przez 
mahometan 

sudańskich wielką czcią jako miejsce pochodzenia Mahdiego.
Jacek chciał bardzo zobaczyć maleńki minarecik* [Minaret (arabs.) - wieża przy 

meczecie, skąd wierni wzywani są na modlitwę.], postawiony na miejscu domu 
Mahdiego, ale 

pan Goraj nie pozwolił zatrzymywać „Nefertete”, należało bowiem jak najszybciej 
dotrzeć do 

celu wyprawy, aby zakończyć łowy przed nadejściem pory deszczowej.
W odległości sześciu kilometrów na południe od Kosti przepłynęli pod wspaniałym 

żelaznym mostem kolejowym. Był to drugi i ostatni most kolejowy w Sudanie, a 
pierwszy od 

źródeł Nilu, rzeki rodzącej się pod równikiem, a więc w odległości prawie trzy 
tysiące 

kilometrów na południe od Kosti.
„Nefertete” szybko płynęła naprzód, gdyż Mohammed postanowił zatrzymać statek na 

noc dopiero w pobliżu El-Gebelejn, gdzie przy dużej rządowej plantacji drzew 
kauczukowych 

znajdowała się dogodna przystań. Rzeka rozlewała się raz szeroko, to znowu 
wąskimi 

korytami obejmowała liczne wyspy, wydmy piaszczyste i zalesione skrawki ziemi. Z 

background image

prądem 

płynęły z południa pojedynczo lub gromadnie ogromne kępy sitowia i zmierzwionych 
trzcin, 

rozbijały się na dziobie statku i odrzucone przez spieniony nurt za rufą, 
kołysząc się na falach, 

zdążały dalej na północ.
Na wyspach i łachach widać było pelikany, głodniaki, marabuty, warzęchy* 

[Warzęcha - ptak z rzędu bocianowatych, z potężnym, rozszerzającym się ku dołowi 
dziobem. 

Żyje w środkowej i południowej Europie, w Afryce i Azji - na błotach i nad 
brzegami 

wielkich rzek.], czarne bociany, czaple i przeróżne ptaki przylatujące na ten 
okres z Egiptu. 

Cała ta ptasia społeczność zdawała się żyć w największej zgodzie, natomiast nie 
było tu już 

śladu przybyszów z Północy. Mogłoby się zdawać, że ptaki północne uznały most 
pod Kosti 

za granicę, której przekraczać nie miały prawa.
Tutaj też zaczynała się kraina murzyńskich szczepów nilockich. Na stepach 

pokazywały się pierwsze, płochliwe stadka szybkonogich gazeli, a skąpe poletka 
prosa roiły 

się wprost od wspaniale upierzonych żurawi koroniastych. Wśród przybrzeżnych 
trzcin i 

sitowi pojawiła się po raz pierwszy wysoka trawa słoniowa, a lasy akacjowe 
ustępowały 

miejsca gajom ciernistych krzaków, podchodzących prawie do samego brzegu.
„Nefertete” płynęła właśnie przez rozległą toń, wolną od wysepek i dryfujących 

kęp, 
gdy nagle o kilka zaledwie kroków od jej boku wychylił się z nurtów ogromny łeb 

hipopotama. Zwierzę sapnęło, ziewnęło rozgłośnie, zobaczywszy jednak 
przepływający obok 

statek - pośpiesznie zanurzyło się znowu. Ale w tym pośpiechu hipopotam źle 
widocznie 

obliczył głębokość, bo nie przepłynął pod „Nefertete”, ale całym swym ciężarem 
uderzył w 

jej dno. Rozległ się głuchy łoskot, statek zakołysał się gwałtownie przechylił 
na lewą burtę, a 

Jacek, który ciągle tkwił na pokładzie - straciwszy równowagę - przeleciał jak 
piłka przez 

reling i z rozmachem chlupnął w wodę.
Jacek, podobnie jak inni chłopcy mieszkający w Chartumie, mógł w pływaniu iść w 

zawody z rybami, ale przechylenie się „Nefertete” było tak niespodziewane, że 
wypadając za 

burtę, poszedł na dno niby kamień. Łyknął przy tym potężny haust cuchnącej mułem 
wody, 

ale już w następnej chwili wypłynął na powierzchnię. Nie zdążył jeszcze wypluć 
wody 

wypełniającej mu usta, gdy nagle posłyszał za sobą potężne sapnięcie. Obrócił 
się i ku swemu 

przerażeniu spostrzegł w odległości niespełna dwu metrów od siebie olbrzymią 
otwartą 

paszczę hipopotama. Zdrętwiał na widok grubych jak kołki, potwornych zębów 

background image

tkwiących w 

różowawych dziąsłach i już chciał się ratować głębokim nurkiem, ale w tejże 
nieomal 

sekundzie paszcza zniknęła. Potężne cielsko przesunęło się pod nim, coś 
zabulgotało, a po 

chwili gdzieś po drugiej stronie „Nefertete” rozległo się znów parskanie i 
sapanie.

Jakkolwiek całe to zdarzenie trwało bardzo krótko, to jednak statek, który 
posuwał się 

wciąż z tą samą szybkością, zdążył odpłynąć kilkanaście metrów. Jacek zrozumiał, 
że będzie 

musiał wytężyć całą siłę ramion, aby dogonić uciekającą „Nefertete”, gdy nagle 
posłyszał 

nabrzmiały przerażeniem krzyk swego ojca, a równocześnie zgrzyt telegrafu 
maszynowego. 

Statek płynął jeszcze przez kilka sekund siłą rozpędu, ale wnet zapieniła się 
woda pod rufą 

przy wstecznym biegu łopatek koła, a z pokładu wyleciał zręcznie wyrzucony zwój 
linki, 

rozwinął się w powietrzu i końcem opadł na wodę tuż przy rękach chłopca.
Wydobycie Jacka na pokład odbyło się bez przeszkód. Chłopiec ociekał wodą, ale 

śmiał się z przygody i zapewniał przestraszonego wypadkiem ojca, że nic mu się 
nie stało i 

czuje się doskonale po przymusowej kąpieli.
Przy ratowaniu Jacka brała udział niemal cała załoga statku, a więc kapitan, 

marynarze, jeden z odpoczywających palaczy, a także i steward* [Steward (ang., 
czyt.: 

stjuard) - obsługujący, kelner na statku lub w samolocie; tu: chłopiec do 
posług.] Hatim. 

Wszyscy pracowali w firmie pana Goraja od chwili zakupienia „Nefertete”, wszyscy 
też znali 

Jacka i lubili go bardzo, gdyż swoją żywością, wesołością i uczynnością 
zawojował zupełnie 

ich serca.
W akcji ratunkowej brakło jednak kucharza Abdullaha, a także jego pomocnika 

Ismaila. A brakło ich dlatego, bo właśnie w tym czasie Abdullah - z rozpaczą 
oglądający 

spustoszenia, jakie w kambuzie* [Kambuz (niem.) - kuchnia okrętowa.] wywołało 
przechylenie się „Nefertete” - złorzeczył całemu hipopotamiemu rodowi, ze 

szczególnym 
uwzględnieniem tego olbrzyma, który uderzył łbem w dno statku. Ismail zaś 

czołgał się po 
podłodze, zbierając garnki, rynki i patelnie, które zsunęły się z płyty 

kuchennej i upadając na 
deski, okrasiły je gotującym się jedzeniem.

Skrupulatne oględziny wnętrza statku wykazały, że nie doznał on żadnych 
uszkodzeń 

przy zderzeniu się z kilkutonowym cielskiem hipopotama, ruszono więc spokojnie 
dalej, z 

mniejszą jednak szybkością, gdyż trzeba było lawirować wśród coraz liczniejszych 
i coraz 

większych pływających wysp, niesionych przez główny nurt rzeki.

background image

Po przebraniu się w suche ubranie Jacek usadowił się obok sternika podziwiając, 

z jak 
wielką pewnością, bezbłędnie prowadzi on statek w gmatwaninie kanałów, 

przesmyków i 
odnóg obrzeżonych zbitą gęstwiną bujnej roślinności.

Wreszcie słońce poczęło chylić się ku zachodowi. W szuwarach ozwało się głośne 
rechotanie żab, a z krzaków nadbrzeżnych podniecony gwar ptactwa sadowiącego się 

na 
gałęziach na nocny spoczynek. Tuż nad wodą przefrunęły jeszcze długim sznurem 

opóźnione 
białe czapelki, za nimi w pięknym szyku poszybowały ibisy* [Ibisy - ptaki z 

rzędu 
bocianowatych; zamieszkują błota, stepy i lasy przeważnie strefy gorącej, żywią 

się głównie 
owadami.], a gdzieś w górze ozwał się żałosny klangor żurawi. Potem, już w 

gęstniejącym 
mroku, słychać było ostry świst skrzydeł przelatujących nad statkiem kluczy 

szybkich kaczek 
egipskich i nagle ciemność rozbłysła milionami ruchliwych błękitnych ogników. 

Były to duże 
świetliki, czyli robaczki świętojańskie, których nad szuwarami Nilu Białego jest 

bez liku.
A potem gdzieś w dali błysnęły światła kilku ognisk, zdradzających obecność 

ludzi na 
stepie, a tuż nad rzeką rozległo się głośne parskanie i sapanie hipopotamów 

wychodzących na 
żer.

4
Głośny gwar i gorączkowa krzątanina na dolnym pokładzie zbudziły Jacka z 

twardego 
snu. Wyskoczył co rychlej ze swojej koi i na pół odziany wybiegł z kajuty. Ze 

zdziwieniem 
spostrzegł, że „Nefertete” przycumowana jest przy płaskim brzegu, z którym 

połączona 
została przy pomocy kładki z grubych tarcic, zastępujących trap. Po kładce tej 

wnosiło 
właśnie kilkunastu młodych Murzynów grube szczapy drzewa i wiązki suchej 

trzciny, 
układając je w ładowni sąsiadującej z kotłownią. Pracę tę nadzorowali obaj 

palacze, którzy 
często głośnymi okrzykami niezadowolenia protestowali, jeśli opał został 

niedbale rzucony.
Na wybrzeżu widać było kilku brodatych Arabów, otulonych w długie, białe abaje. 

Rozmawiali oni, żywo gestykulując, z panem Gorajem, kapitanem i sternikiem. 
Nieco dalej 

lśniły w słońcu białe ściany osiedla, wyraźnie odbijające od ciemnej zieleni 
drzew 

kauczukowych.
Po obu stronach rzeki, przy samych prawie brzegach, wznosiły się spore pagórki, 

wysokie na przeszło sto metrów. Pagórki te tak bardzo nie pasowały do krajobrazu 
zupełnie 

płaskiego tutaj stepu, że odnosiło się wrażenie, iż stanowią one resztki jakiejś 

background image

olbrzymiej 

zapory, której celem było powstrzymanie rzeki w jej drodze na północ. Patrząc na 
te pagórki, 

Jacek uśmiechnął się, bo przecież nazwa ich „El-Gebelejn” oznacza po .arabsku 
„Dwie 

Góry”, a w rzeczywistości pagórki są trzy.
W sąsiedztwie „Nefertete” zakotwiczona była duża, ciężka feluka ze zwiniętym 

żaglem. Na pokładzie łodzi, przy jednej ogromnej misie, siedziało z podwiniętymi 
pod siebie 

nogami kilku Arabów i Nubijczyków, jedzących wedle krajowego zwyczaju palcami ze 
wspólnego naczynia. Musiała to być jakaś bardzo uroczysta biesiada, bo zabito na 

nią spore 
jagnię. Wnętrzności zwierzęcia zostały zgodnie ze zwyczajem splecione w warkocze 

i w tej 
postaci ugotowane, ale serce, wątrobę i płuca - obficie przyprawione 

aromatycznymi 
korzeniami - spożyto na surowo. Do mięsa jedzono oczywiście kluski z durry, 

pływające w 
sosie, w którym pieprz i papryka szły w zawody z innymi, równie ostrymi 

przyprawami. Nie 
brakło też i merisy, to jest trunku sporządzonego z prosa z dodatkiem 

przefermentowanego 
miodu.

„Nefertete” niedługo popasała w El-Gebelejn; natychmiast bowiem po ukończeniu 
załadunku paliwa ruszyła w dalszą drogę. Jacek usiadł na mostku obok kapitana i 

obserwując 
przez silną lornetkę płaskie brzegi, słuchał opowiadań Mohammeda o niezbyt 

dawnych 
czasach, kiedy to w tej okolicy widywało się nie tylko wielkie stada wszelakich 

gazel i 
antylop, ale liczne bawoły, mnóstwo dzików guźców ze wspaniałymi kłami 

zakrzywionymi 
nad ryjem, a w zagajnikach kolczastej mimozy można było spotkać lwa lub 

lamparta. Teraz, 
niestety, zwierzyny jest tutaj mało. Od czasu do czasu widzi się jeszcze kilka 

płochliwych 
gazel, czasem zabłąka się nawet niewielkie stadko bawołów, częściej jednak można 

natknąć 
się na jadowite węże, na które polują ichneumony* [Ichneumon - drapieżny ssak 

żyjący w 
Afryce i Azji Mniejszej. Żywi się drobnymi ssakami, ptakami i gadami; często 

hodowany 
jako tępiciel myszy i szczurów.], ogromne kruki abisyńskie, głównie zaś ptaki 

sekretarze* 
[Sekretarz - drapieżny ptak afrykański; żywi się głównie wężami. W wielu 

okolicach Afryki, 
także w Sudanie, pod ochroną.]. W bród jest natomiast pantarek, które wieczorami 

obsiadają 
gałęzie drzew tak gęsto, że jednym strzałem ze śrutówki można ich ubić 

kilkanaście.
Wobec tak niepomyślnych wieści o stanie zwierzyny Jacek postanowił sfilmować 

polowanie ghattas, to jest małych czarnych nurków, które siedząc na trzcinach - 

background image

spadały w 

wodę niby kamienie i po chwili wypływały, każdy z małą rybką w dziobie. 
Zamierzał właśnie 

pójść do swojej kajuty po kamerę, gdy nagle maszyny „Nefertete” przestały 
pracować, a na 

dolnym pokładzie rozległy się głośne nawoływania i śmiechy. Chłopiec szybko 
zbiegł na dół. 

Przechyleni przez burtę marynarze i kucharz z pomocnikiem pomagali wydostać się 
na 

pokład po rzuconej na zewnątrz sznurowej drabince czterem Murzynom odzianym 
tylko w 

wąskie przepaski na biodrach, ale posiadającym za to niezwykłe fryzury na 
głowach.

Jacek rozpoznał natychmiast po tych dziwacznych fryzurach Szylluków, członków 
szczepu mieszkającego w wielkich skupiskach o kilkaset kilometrów dalej na 

południe, 
wzdłuż bagnistych, sitowiem pokrytych zachodnich wybrzeży Bahr el-Abjad.

Szyllukowie, stojąc już na pokładzie, wciągali na statek przedziwnie powiązane 
czółna z pieńków ambaczu, w których leżało po kilka oszczepów i po dwie maczugi. 

Broń tę 
troskliwie ułożyli pod burtą, a potem - stosownie do szczepowego zwyczaju - 

podnieśli w 
górę dłonie prawych rąk i pozdrowili załogę „Nefertete” zniekształconym nieco 

językiem 
arabskim:

- Salamalejk!
- Alejkum salam! - odpowiedzieli zgodnie zebrani na pokładzie Arabowie i 

Nubijczycy, po czym zarzucili przybyszów setkami pytań.
Jakkolwiek Szyllukowie bardzo słabo mówili po arabsku, to jednak Jacek rychło 

zrozumiał, że są oni tropicielami dzikich zwierząt i kilkakrotnie już brali 
udział w wyprawach 

jego ojca. Zrozumiał też, że tropiciele zostali w jakiś sposób powiadomieni o 
wyruszeniu 

wyprawy z Chartumu i popłynęli na swych ambaczowych łodziach z prądem rzeki, 
żeby 

spotkać się z „Nefertete”. Sam fakt, że odważyli się na swych kruchych ni to 
czółnach, ni to 

tratwach wyruszyć w daleką podróż po Nilu, na którym fale wzburzone przez silne 
wiatry 

północne dochodzą nierzadko do półtora metra wysokości, dowodził, że byli nie 
tylko 

doskonałymi myśliwymi, ale także doświadczonymi żeglarzami.
Wkrótce z górnego pokładu zszedł pan Goraj, przywitał się z przybyszami i zaczął 


nimi rozmawiać w ich własnym języku. Jacek nic z tej rozmowy nie mógł zrozumieć, 

miał 
jednak sposobność przypatrzyć się dobrze czarnym myśliwym. Wszyscy byli bardzo 

szczupli, 
ale wysocy. Mieli długie, stosunkowo cienkie nogi o stopach dużych i płaskich. 

Patrząc na 
Szylluków chłopiec przypomniał sobie natychmiast pospolite w Egipcie i Sudanie 

szczudłaki, 

background image

ptaki błotne, posiadające bardzo długie, cienkie nogi zaopatrzone w długie, 

szeroko 
rozstawione palce, pozwalające im biegać swobodnie po grząskich topieliskach, a 

także po 
szerokich liściach lilii wodnych.

Szyje Szylluków ozdobione były kilku sznurami barwnych paciorków, a przedramiona 
grubymi naramiennikami wyrobionymi z kości słoniowej. Z torby wyjętej z łodzi 

wyciągnęli 
mocno zwinięte kawałki materiału bawełnianego, którymi okryli się w ten sposób, 

że 
wyglądały one jak długie, rozcięte z jednego boku opończe, związane na lewym 

ramieniu. 
Największe jednak zainteresowanie chłopca wzbudziły przedziwne fryzury czarnych 

tropicieli. Tworzyły one rodzaj kapeluszy czy też dziwacznych hełmów, w których 
tkwiło dla 

ozdoby kilka strusich piór. Jacek wiedział oczywiście, że dla Szylluka włosy są 
przedmiotem 

drobiazgowych starań. Strzyże je lub goli z boków, ale pozostawia na czubku i z 
tyłu czaszki. 

W miarę jak włosy rosną, zaprawia tłuszczem i ziemią. Włosy Murzynów mają 
naturalną 

własność skręcania się, a zmieszane z różnymi substancjami - zmieniają się w 
coś, co do 

złudzenia przypomina gruby, na czerwono zabarwiony filc.
Jakkolwiek sposób wykonywania fryzur jest zawsze taki sam, to jednak różnią się 

one 
kształtem. Fryzura jednego z myśliwych wyglądała jak grzebień hełmu biegnący 

falistą linią 
od szczytu czoła aż do karku, u drugiego przypominała rodzaj wygiętego, 

otwartego pieroga 
dotykającego obu końcami uszu, u innego zaś miała formę płaskiego kapelusika 

zsuniętego na 
tył głowy. Na wypukłych, stosunkowo wysokich czołach Murzynów widać było blizny 

znaków szczepowych, przypominające wianek z ziarn bobu, nanizanych na nitki.
Tuż przed dużą osadą Renk maszyny „Nefertete” stanęły, gdyż w łopatki koła 

wplątała się ogromna ilość długich, giętkich pędów lilii wodnych. Pędy te 
wyrastają z dna 

rzeki i na powierzchni wody wypuszczają szerokie, płaskie liście oraz 
jasnobłękitne i 

śnieżnobiałe kwiaty. Czasami odrywają się od dna i zwartą ławicą płyną z prądem 

farwaterze* [Farwater (niem.) - wytyczony na morzu lub na rzece tor wodny, 
stanowiący 

bezpieczną drogę dla statków.], stanowiąc bardzo uciążliwą przeszkodę dla 
statków.

„Nefertete” musiała zdryfować do brzegu i tu marynarze zaczęli oczyszczać koła 
łopatkowe z cienkich niby sznurki, a mocnych jak stalowe druty pędów. Postój 

zapowiadał się 
na kilka godzin, Jacek postanowił więc pomyszkować trochę wśród nadbrzeżnych 

zarośli. W 
pewnej chwili spostrzegł ze zdziwieniem, że Szyllukowie spuszczają na wodę swoje 

ambaczowe tratwy.

background image

- Odpływacie? - zapytał.

Tropiciele uśmiechnęli się szeroko, zamienili z sobą kilka słów w swej 
sepleniącej 

mowie, a potem jeden z nich zwrócił się do chłopca kiepską arabszczyzną:
- My iść zabić timsah. On, krokodyl, mieć mnóstwo dobra mięsa.

- Weźcie mnie z sobą! - zawołał Jacek. - Chciałbym zobaczyć wasze polowanie!
Zaskoczeni tą prośbą Murzyni spojrzeli po sobie, ale równocześnie w oczach ich 

błysnęło coś jakby uznanie dla odwagi i szybkiej decyzji chłopca. W chwilę potem 
Jacek 

siedział już w czółnie-tratwie miedzy dwoma tropicielami, szybko zanurzającymi w 
wodzie 

krótkie wiosła, podobne zupełnie do wielkich płaskich łyżek. Druga tratwa 
popłynęła ich 

śladem.
Dla Jacka wszelkiego rodzaju łodzie, żaglówki, motorówki i wywrotne dłubanki z 

jednego pnia nie były bynajmniej nowością, teraz jednak w tym szylluckim czółnie 
poczuł się 

trochę nieswojo. Bo tratwa nie tylko była bardzo płytka, ale zanurzała się w 
wodzie prawie po 

same burty. Chłopcu zdawało się, że siedzi na patelni, która każdej chwili może 
się przechylić 

i pójść na dno. Sama kąpiel nie byłaby oczywiście straszna, ale świadomość, że 
najwięcej 

krokodyli znajduje się zwykle na tych odcinkach wybrzeża, gdzie leżą wsie i 
osady, 

wywoływała nieprzyjemny dreszczyk na plecach.
Ambaczowe czółna-tratwy nie tylko jednak nie tonęły na dość silnie sfalowanej 

rzece, 
ale szybko przebyły otwartą przestrzeń wodną i niebawem wpłynęły w pas niskiego 

sitowia, 
wyglądającego z daleka jak szeroka łąka pokryta zielenią młodych traw. A potem 

jeszcze parę 
lekkich uderzeń wiosłami i tratwa znalazła się przy sporej wyspie zarośniętej 

wysoką trzciną.
Szyllukowie pochwycili kilka zwisających nad brzegiem łodyg i przyciągnąwszy 

tratwę do wyspy, zręcznie na nią wyskoczyli. Za chwilę przybiła i druga tratwa, 
a wtedy 

czterej tropiciele odbyli naradę, po której ruszyli na spenetrowanie wyspy. 
Każdy myśliwy 

uzbrojony był w trzy włócznie i w maczugę ozdobnie wykonaną z twardego drzewa. 
Jacek 

pozostał przy tratwach. Murzyni zostawili mu jednak cztery oszczepy, aby mógł 
ich użyć, 

gdyby spłoszona przez nich zwierzyna wyszła na niego. Oczywiście wiedzieli 
dobrze, że 

zwierzyną taką mogą być chyba tylko pantarki.
Jakkolwiek czarni myśliwi posuwali się w gęstwinie trzcin prawie bezszelestnie, 

to 
jednak do uszu Jacka dochodził co chwilę łoskot skrzydeł zrywających się w 

popłochu 
ptaków, przestraszone gęgania, ostry świst kulików, no i oczywiście gderliwe 

nawoływania 

background image

pantarek. Nad chłopcem przeszybowało ciężko kilka ibisów, potem nisko 

przeleciało stadko 
warzęch, potem jeszcze sznur małych czapelek i wreszcie duże stado maleńkich 

żółto-
czarnych ptaszków, które zapadły w szuwary z głośnym ćwierkaniem.

Siedząc na dziobie tratwy przywiązanej do trzcin i trzymając w ręku włócznię, 
Jacek 

przyglądał się z zaciekawieniem kurce wodnej, lśniącej w słońcu metalicznie 
zabarwionym 

upierzeniem. Biegała ona zręcznie po szerokich liściach lilii wodnych na swych 
długich, 

szczudłowatych nogach, chwytając to tu, to tam gąsienicę lub żuka, a czasem 
przelatującą 

ważkę.
Nagle uwagę chłopca zwrócił gruby, mułem pokryty pień, leżący w sitowiu tuż 

prawie 
przy rufie tratwy. Odkrycie to zastanowiło go, bo przecież mógłby przysiąc, że 

pnia tego nie 
widział w chwili przybicia tratw do wyspy. Już chciał zsunąć się na rufę, by 

ostrzem włóczni 
popróbować twardości drewna, gdy stało się coś zgoła nieoczekiwanego. Otóż 

domniemany 
pień poruszył się i nagle rufa tratwy zniknęła pod wodą, a na jej miejscu 

ukazała się szeroko 
rozwarta paszcza, uzbrojona w szeregi stożkowatych kłów, groźnie wystających z 

bladoczerwonych dziąseł. W chwili gwałtownego pogrążenia się rufy w wodę, dziób 
tratwy 

podskoczył w górę, a siedzący na nim Jacek zachwiał się i byłby na pewno wpadł 
wprost w 

otwartą paszczę, gdyby instynktownie nie chwycił się kiści trzcin pochylonych 
nad brzegiem. 

Poczuł, że tratwa wymyka mu się spod nóg, w następnym jednak momencie silnym 
wyrzutem 

ciała wylądował na brzegu wyspy.
Wszystko to stało się w ułamku sekundy, a jednak Jacek natychmiast zrozumiał, że 

ów 
pień nie był niczym innym, tylko potwornym krokodylem, który wygramolił się już 

cały na 
tratwę i zamierzał zwalić się wprost na niego. Chłopiec błyskawicznie uskoczył w 

bok i 
niemal jednocześnie olbrzymi gad pochwycił zębami zmierzwione trzciny, na 

których jeszcze 
przed chwilą stał Jacek.

Jakkolwiek krokodyl dosięgnął paszczą miejsca, z którego w tak niespodziewany 
sposób umknęła mu zdobycz, to jednak tylko przednimi łapami oparł się na brzegu; 

tylne 
wraz z długim i ciężkim ogonem pozostały na chybocącej się tratwie. Była to dla 

Jacka 
niezmiernie sprzyjająca okoliczność, miał bowiem czas pochwycić leżącą na ziemi 

włócznię i 
wbić ją z całym rozmachem w cielsko gada. Szerokie na dłoń ostrze trafiło 

zwierzę w szyję, 

background image

tuż u nasady głowy, łatwo przebiło miękką w tym miejscu skórę, przecięło 

kręgosłup i wyszło 
drugą stroną. Rażony śmiertelnie krokodyl opadł bezwładnie na stratowane 

trzciny, tylko 
ogon jego miotał się jeszcze przez jakiś czas w ostatnich podrygach, by wreszcie 

zupełnie 
znieruchomieć.

Jacek nie od razu zdał sobie sprawę z tego, że krokodyl nie żyje, i zaskoczony 
był jego 

bezruchem. W domu, gdzie często zbierali się najsławniejsi myśliwi Afryki, 
słyszał 

opowiadania o niezwykłej żywotności tych gadów, nie mógł więc uwierzyć, by jedno 
pchnięcie włóczni miało zabić potwora. Przypuszczał raczej, że krokodyl 

oszołomiony jest 
uderzeniem i za chwilę ocknie się, po czym znów zaatakuje. Ogarnął go nagły 

strach i już 
chciał uciekać na oślep w gęstwinę, lecz w tej właśnie chwili doszły do jego 

uszu znajome 
głosy tropicieli, przygłuszone nieco trzaskiem i chrzęstem łamanych beztrosko 

trzcin.
Trudno wyobrazić sobie niezmierne zdumienie Szylluków, kiedy po wyjściu z 

gęstwiny zobaczyli czterometrowego potwora przebitego włócznią. Jacek musiał im 
dokładnie opowiedzieć swoją niesamowitą przygodę z krwiożerczym gadem, oni zaś z 

widocznym podziwem patrzyli to na chłopca, to na potężne cielsko zwierzęcia.
Czarni myśliwi upolowali na wyspie kilka tłustych pantarek i krokodyla 

dwumetrowej 
długości, uważali jednak, że ich zdobyczy nie można nawet przyrównać do 

zwierzęcia 
zabitego przez Jacka.

A potem, po dokładnym obejrzeniu martwego gada, wyciągnęli z niego włócznię, 
ułożyli go na tratwie i ostrożnie popłynęli w stronę „Nefertete”, na której 

spostrzeżono 
widocznie nieobecność chłopca i tropicieli, gdyż niecierpliwie wzywano ich do 

powrotu 
głośnym rykiem syreny. Druga tratwa została załadowana zdobyczą Szylluków.

Gdy obie tratwy przybiły do boku „Nefertete” i zostały wraz z upolowaną 
zwierzyną 

wciągnięte na pokład, cała załoga oglądała z niezmiernym zainteresowaniem 
wspaniały łup 

Jacka, pilnie słuchając opowiadania Szylluków, którzy nie szczędzili słów 
pochwały 

młodemu myśliwemu za jego odwagę i szybką orientację.
A chłopiec w tym czasie opowiadał ojcu o całym zdarzeniu, starając się złagodzić 

jego 
słuszny gniew, że na polowanie wybrał się bez pozwolenia. Kiedy jednak w 

zagniewanych i 
strapionych oczach ojca zobaczył błysk przebaczenia i dumy - uściskał go z 

całych sił i zbiegł 
na pokład, gdzie Ismail, znakomity preparator, ściągał już skórę z olbrzymiego 

krokodyla, 
obiecując zrobić z niej wspaniałe trofeum, które zawsze będzie przypominało 

Jackowi 

background image

pierwsze jego polowanie na grubego zwierza.

Oczyszczona z wodorostów „Nefertete” już miała wyruszyć w dalszą drogę, gdy z 
brzegu rozległy się nawoływania Araba, który wyłonił się zza kolczastych akacji 

na 
przedziwnym wierzchowcu, bo na dużej, garbatej... krowie. Biały burnus tak 

szczelnie otulał 
jeźdźca, że widać było tylko skrawek jego czarnej prawie twarzy, bose stopy w 

strzemionach 
i ciemne dłonie. W lewej trzymał rzemienie przytwierdzone do kółka w nozdrzach 

bydlęcia, 
w prawej zaś długą włócznię o szerokim, liściastym grocie.

- Awlad Hamid akhuna! Nasz brat z plemienia Awlad Hamid! - zawołał Mohammed.
W ślad za pierwszym jeźdźcem pokazał się drugi, potem trzeci, a wkrótce brzeg 

zaroił 
się od wojowników siedzących na krowach i potrząsających bardzo długimi 

włóczniami. Za 
wojownikami ukazała się grupa kobiet, jadących również na krowach, a potem 

kilkanaście 
bydląt dźwigających na grzbietach toboły i duże juki. Jeźdźcy zeskoczyli 

zręcznie ze swych 
wierzchowców, szybko zdjęli toboły z jucznych zwierząt i w niespełna pół godziny 

stanęło na 
brzegu kilka obszernych szałasów-namiotów okrytych barwnymi matami, splecionymi 

misternie z palmowych liści. Kobiety zrzuciły z siebie czarne kufije, to jest 
szale okrywające 

im głowy, oraz ciemne długie abaje i poczęły się krzątać, pobrzękiwać garnkami, 
ustawiać 

kociołki i naczynia na wodę. Mężczyźni zdjęli z wierzchowców siodła i grube 
słomiane 

czapraki* [Czaprak (tur.) - podkładka pod siodło, wykonana przeważnie z wojłoku 
lub sukna; 

czasem ozdobna, bogato haftowana.], do których przywiązane były sakwy skórzane 
wypełnione durrą, odprowadzili krowy w cień przybrzeżnych drzew, sami zaś poszli 


tasakami w gęstwinę kolczastych mimoz, skąd powrócili wkrótce ciągnąc cierniste 

gałęzie, by 
otoczyć nimi ferik, czyli tymczasowe obozowisko.

W tym samym czasie do „Nefertete”, przycumowanej wciąż jeszcze do brzegu, 
zbliżyli się dwaj otuleni w białe burnusy Arabowie i po wymianie zwyczajowych 

pozdrowień 
rozpoczęli z Mohammedem i sternikiem ożywioną rozmowę. Wynik jej był taki, że 

obu 
Arabów wprowadzono na pokład statku i co rychlej przedstawiono panu Gorajowi. 

Okazało 
się, że są to dwaj dworzanie szejka* [Szejk (arabs.) - naczelnik plemienia.] El-

Azhari, 
jednego z ważniejszych książąt, czyli nasirów koczowniczego plemienia arabskiego 

Awlad 
Hamid, którzy przyszli prosić polskiego chawaga* [Chawaga (arabs.) - obcy, 

cudzoziemiec, 
Europejczyk.] w imieniu swego wodza, aby zechciał zaszczycić odwiedzinami jego 

ferik jako 

background image

dawny miły znajomy. Ku niezmiernej radości syna pan Goraj zaproszenie przyjął.

Jacek uczył się w gimnazjum chartumskim szczegółowej historii Sudanu, wiedział 
więc, że między licznymi arabskimi koczownikami Baggara, czyli Pasterzami 

zamieszkującymi Kordofan, plemię Awlad Hamid zajmuje bardzo poczesne miejsce. 
Plemię 

to niezmiernie dawno wywędrowało z Arabii i osiedliło się w Kordofanie na 
pograniczu 

płaskich stepów i skalistego Płaskowyżu Nubijskiego, gdzie rządzone było przez 
potężnych 

sułtanów* [Sułtan (arabs.) tytuł panującego w krajach muzułmańskich.]. Szejkowie 
tego 

plemienia cieszyli się nie tylko bardzo wielkim mirem wśród innych plemion 
arabskich 

zamieszkujących Sudan, ale liczyli się z nimi również i Anglicy, w tych czasach, 
gdy 

Wschodni Sudan należał do Egiptu, a był w rzeczywistości kolonią angielską. 
Chłopca nie 

interesowało oczywiście stanowisko nasira El-Azhari, ale to, co opowiadał mu o 
nim kolega 

szkolny, bratanek szejka. Otóż nasir był jednym z wybitniejszych znawców Nubii i 
tych 

prymitywnych szczepów murzyńskich, które w górach tego kraju znalazły 
schronienie, kiedy 

to w Sudanie grasowały doskonale zorganizowane bandy handlarzy niewolników, 
wyłapujące 

nie tylko mieszkańców poszczególnych wsi, ale nawet całe plemiona murzyńskie, by 
je 

sprzedawać na targach Bliskiego Wschodu. Na skutek opowiadań kolegi o podróżach 
jego 

stryja po Nubii Jacek też zapragnął wyruszyć kiedyś na wędrówkę po tym kraju i 
poznać 

życie i zwyczaje tak ciekawych szczepów, jak Masakin Qusar, Koalib, Kau-Nyaro, a 
szczególnie szczep Korongo, który słynął jako szczep znakomitych zapaśników.

W okresie rządów angielskich w Sudanie Nubia była terenem zamkniętym dla 
turystów i tylko bardzo ograniczonej liczbie Europejczyków pozwalano odwiedzać 

ten 
niezmiernie ciekawy kraj. Do tej nielicznej garstki należał również ojciec 

Jacka, który tam 
właśnie zawarł znajomość z szejkiem.

W pół godziny po otrzymaniu zaproszenia pan Goraj znajdował się już w feriku 
nasira. Towarzyszył mu oczywiście Jacek i prawie cała załoga statku. Goście 

zostali przyjęci 
przez szejka z prawdziwie arabską uprzejmością. Wielokrotnie ściskano sobie 

dłonie, 
przykładano je do piersi, a równocześnie wymawiano zwyczajowe pozdrowienia. 

Potem 
przyniesiono siodła przykryte miękkimi dywanikami, na których zasiadł nasir 

między dwoma 
młodszymi braćmi, a naprzeciw pan Goraj z synem i Mohammedem. Za nasirem stanęli 

jego 
dworzanie, a za Polakiem sternik Asmar i dwaj marynarze. Reszta towarzyszących 

szejkowi 

background image

ludzi oraz pozostali członkowie załogi „Nefertete” usadowili się na ziemi 

otaczając kręgiem 
siedzących. Z namiotów wychyliły się twarze kobiet, które ciekawymi spojrzeniami 

śledziły 
każdy ruch gości. Jacek zauważył, że było między nimi sporo dziewcząt o skórze 

znacznie 
jaśniejszej niż u mężczyzn. Stosownie do miejscowego zwyczaju wypytywano się 

najpierw 
wzajemnie o zdrowie, po czym nasir zainteresował się celem wyprawy, a pan Goraj 

dowiadywał się uprzejmie o stan bydła, będącego własnością plemienia i szejka, 
oraz o jakość 

pastwisk w Kordofanie, gdzie wypasano stada. A potem, już w namiocie, 
poczęstowano gości 

świeżym mlekiem.
Wizyta u El-Azhari nie mogła przeciągać się zbyt długo, bo przecież „Nefertete” 

miała przed sobą jeszcze bardzo długą drogę. Toteż pan Goraj złożył nasirowi 
podarki w 

postaci kawy, cukru, kilku paczek biszkoptów oraz kilkunastu ciężkich sznurów 
barwnych 

korali dla kobiet towarzyszących szejkowi i począł się żegnać, gdy nagle tuż za 
ciernistym 

gąszczem akacji rozległy się wrzaski, przygłuszone łoskotem, od którego zadrżała 
ziemia. 

Zanim siedzący w namiocie ludzie zdołali poderwać się i pochwycić broń, 
trzasnęły 

miażdżone krzaki i tuż obok feriku, ocierając się niemal o ogrodzenie, 
przewaliło się w 

szaleńczym cwale stado dzikich bawołów. Zwierzęta przebiegły w największym 
pędzie 

kilkadziesiąt kroków wzdłuż brzegu, po czym zatoczyły półkole i zniknęły w 
tumanach kurzu 

gdzieś daleko w stepie.
Ludzie nie ochłonęli jeszcze ze zdumienia, gdy znów od strony gęstwiny 

zabrzmiały 
okrzyki, a w następnej chwili ukazała się spora grupa Arabów pędzących na 

spienionych 
koniach. Tuż przed ciernistym ogrodzeniem otaczającym ferik jeźdźcy wstrzymali 

gwałtownie swoje rumaki, aż przysiadły na zadach i przednimi nogami zaryły 
głęboko w 

ziemie, a potem lekko zeskoczyli z siodeł i dzierżąc w dłoniach długie włócznie 
ruszyli całą 

gromadą ku przejściu w płocie.
Widok wkraczającej gromady uzbrojonych wojowników wywołał zrozumiałe 

poruszenie wśród koczowników Awlad Hamid. Kobiety, które wybiegły z namiotów 
przerażone łoskotem, jaki sprawiło galopujące stado bawołów, teraz co tchu 

powróciły do 
szałasów i szczelnie zasłoniły matami wejścia, mężczyźni zaś stanęli w szyku 

bojowym i 
skierowali ostrza swych włóczni ku obcym.

Do zwady jednak nie doszło, bo młody, smukły wojownik, widocznie wódz gromady, 
ujrzawszy nasira oddał swój oszczep stojącemu obok towarzyszowi, sam zaś 

pokłonił się 

background image

głęboko i przyłożywszy dłoń do piersi przywitał szejka zwyczajowym:

- Es-salam alejkum! Pokój z wami!
- U’alejkum es-salam! Niech i z wami będzie pokój! - odpowiedział nasir 

pochylając 
się w ukłonie i przykładając również dłoń do piersi, a następnie do czoła.

W podobny sposób, chociaż nieco innymi słowami, powitał młody Arab pana Goraja i 
jego syna, a potem znów zwrócił się do nasira i w niezmiernie kwiecistych 

zwrotach począł 
wyrażać swoją radość z powodu spotkania nad wyraz miłego gościa na ziemiach 

należących 
do plemienia Baggara Selim. Z dalszych wywodów młodzieńca wynikało, że został on 

wysłany z oddziałem wojowników przez swojego stryja, szejka plemienia Baggara 
Selim, na 

spotkanie nasira, by jego samego i jego dwór ochraniać przed 
niebezpieczeństwami, jakie 

mogą grozić w stepie, oraz wskazać drogę do osady stryja, który z 
niecierpliwością oczekuje 

przybycia swego wielkiego pobratymca.
Nasir El-Azhari słuchał przemowy tej z łagodnym uśmiechem, a Jacek ciekawie 

przyglądał się przybyłym. Wszyscy byli słusznego wzrostu, barczyści, o twarzach 
szczupłych, 

jakby wysuszonych skwarem i wiatrami. Ubranie ich składało się z szerokich 
bawełnianych 

szarawarów i grubo watowanych kaftanów, na których widniały kolczugi kunsztownie 
plecione z żelaznych łańcuszków. Wojownicy wspierali się prawą ręką na drzewcach 

długich 
włóczni, lewa zaś spoczywała na głowni prostego zupełnie miecza, zwisającego u 

boku na 
szerokim rzemieniu przerzuconym przez ramię. Głowy okryte mieli białymi 

turbanami, ostro 
podkreślającymi ciemnobrązową skórę twarzy. Już na pierwszy rzut oka można było 

w nich 
poznać ludzi zaprawionych od dziecka do ciężkich warunków życia pasterskiego, 

przyzwyczajonych do niebezpieczeństw i walki.
Spotkanie z koczującymi Pasterzami na ich własnym terenie uważał Jacek za 

niezmiernie szczęśliwy zbieg okoliczności. Jakkolwiek wychowywał się wśród 
Sudańczyków 

i przeważająca część jego kolegów gimnazjalnych była arabskiego pochodzenia, to 
jednak nie 

miał dotychczas okazji zetknięcia się bezpośrednio z wojowniczymi plemionami 
Baggara. 

Często wprawdzie widywał Arabów stepowych przybyłych do Chartumu i Omdurmanu, 
ale 

ludzie ci w mieście czuli się skrępowani, sprawiali wrażenie onieśmielonych i 
oszołomionych 

otaczającym ich zgiełkiem i tłokiem, widokiem bazarów i sklepów zapełnionych 
stosami nie 

znanych im często towarów.
Zupełnie inaczej było tutaj, gdzie ludzie z plemienia Selim byli u siebie w domu 


prowadzili życie najbardziej odpowiadające ich awanturniczej naturze. W gruncie 

rzeczy ci 

background image

Pasterze, zajmujący się hodowlą bydła, a częściowo i rolnictwem, bardziej byli 

wojownikami 
i myśliwymi szukającymi wszędzie sposobności do wyżycia się w walkach lub 

niezwykłych 
przygodach. Najmilszym ich zajęciem było polowanie z włóczniami na lwy lub 

atakowanie 
mieczami tak niebezpiecznych drapieżników, jak lamparty.

Pan Goraj znał widocznie dobrze zamiłowania koczowników, bo zapytał:
- A skąd wypłoszyliście to stado bawołów, które przebiegło obok obozu?

- Ja, salam! O, nieba! - zawołał śmiejąc się młody wojownik. - To nie my 
przestraszyliśmy bawoły, ale one nas przestraszyły! Przeprawialiśmy się przez 

khor* [Khor 
(arabs.) - dosłownie: krótki strumień albo łożysko rzeczki wysychającej w porze 

suchej. 
Khorami nazywa się także jary i wąwozy, które w okresie deszczowym zmieniają się 


rzeki.] pełen wody, gdy nagle na drugim brzegu rozległ się trzask łamanych 

trzcin, wrzask 
spłoszonego ptactwa i głuchy tętent racic. Zanim konie nasze przebrnęły przez 

wąwóz, 
bawoły, które przed skwarem schroniły się w trzcinach, były już daleko. 

Puściliśmy się za 
nimi w pogoń i... szczęście nam sprzyjało, bo odnaleźliśmy ferik nasira - dodał 

zginając się w 
pokłonie przed szejkiem.

- Więc w khorach stoi jeszcze woda? - zapytał znów pan Goraj.
- O, tak! Khory i birki* [Birka (arabs.) - kałuża, jeziorko, trzęsawisko.] pełne 

są 
jeszcze wody i dlatego zwierzyna nie podchodzi do rzeki, bo ma w nich doskonałe 

wodopoje. 
Na brzegach khoru, przez który przeprawialiśmy się, widziałem sporo śladów 

różnych 
antylop i gazel, ale zwierzęta pasą się daleko na stepie, gdyż w ciernistych 

zaroślach pełno 
jest kryjówek lampartów. A te bawoły zabłąkały się tutaj chyba przypadkiem.

Słowa młodego Selima wyjaśniały więc zagadkę braku zwierzyny na brzegach Bahr 
el-Abjad. Pan Goraj pożegnał wkrótce nasira, a także wojowniczych Pasterzy i 

wraz z 
Jackiem, Mohammedem, Asmarem i resztą załogi ruszył w stronę przycumowanej do 

brzegu 
„Nefertete”. Podróżników odprowadziła oczywiście gromada koczowników, dla 

których 
możliwość popatrzenia z bliska na piękny statek była nie lada wydarzeniem.

A kiedy „Nefertete” trzykrotnie ryknęła swoją basową syreną i pieniąc za rufą 
nurt 

rzeki, poczęła z wolna odpływać, stojący na brzegu wojownicy wrzasnęli zgodnie:
- Ma’as-salam! Ma’as-salam! Jedźcie w spokoju! Jedźcie w spokoju!

5
Dwa dni minęły od spotkania z nasirem, ale Jackowi czas ten wydał się jedną 

chwilą. 
„Nefertete” płynęła teraz przez monotonną, płaską, bezbrzeżną równinę pokrytą 

pożółkłą 

background image

trawą i kępami niskich krzewów dochodzących aż do samej rzeki, ale w tej 

pozornej tylko 
jednostajności było ciągle coś nowego, interesującego. Z bezkresnego morza łąk 

raz po raz 
wzbijały się w górę cienkie słupy dymu, zdradzającego obecność ludzi. Trudno 

było 
oczywiście powiedzieć, czy dym ten wznosił się z prawego, czy z lewego brzegu, 

Nil bowiem 
tworzył tu poplątaną sieć kanałów, strumieni, zatok i szerszych lub węższych 

odnóg, ale 
Jacek wiedział, że na zachodnim brzegu rozciągają się ziemie arabskiego 

plemienia Baggara 
Selim, przeciwległy zaś brzeg, wschodni, zamieszkany jest przez szczep murzyński 

Dinka, 
nazywający siebie „Djangeh”. Jakkolwiek brzeg Baggara Selim wydawał się pusty, 

bezludny, 
gdyż nie widać było na nim nic, co by zdradzało jakieś życie, to na wyspach 

przybrzeżnych, 
ukrytych w wysokich trawach, widziało się od czasu do czasu tukule Szylluków, to 

jest duże, 
okrągłe, gliniane chaty pokryte wysokimi, kopulastymi strzechami z traw i liści 

palmy dum* 
[Dum (arabs.) - szeroko rozgałęziająca się palma wachlarzowata. Owoce tej palmy 


słodkawym, suchym miąższu, chętnie jadane są przez Murzynów; ziarna, zwane 

„kamiennymi orzeszkami”, sprzedawane są na targowiskach.], która tu, na 
północnych 

rubieżach Sudanu murzyńskiego, poczynała występować pojedynczo lub w niewielkich 
zagajnikach. Tukule te były jakby daleko na północ wysuniętymi placówkami 

Szylluków, 
gdyż właściwe obszary zamieszkane przez tych Murzynów znajdowały się 

kilkadziesiąt 
kilometrów dalej na południe, począwszy od miejscowości Kaka aż do jeziora No.

Stojąc na nadbudówce statku ze swoją małą kamerą filmową w ręku, Jacek chwytał 
na 

taśmę drobne sceny z życia Szylluków, a od czasu do czasu filmował także ptactwo 
wodne. 

Właśnie na jednej z wysp, o której brzeg „Nefertete” otarła się niemal swym 
bokiem, 

zobaczył spore stadko żurawi koroniastych. Na widok statku ptaki pierzchły z 
rozpostartymi 

szeroko skrzydłami w głąb piaszczystej wydmy, po czym zatrzymały się nagle i z 
widocznym 

zainteresowaniem poczęły przyglądać się sunącemu wolno żelaznemu potworowi. W 
pewnej 

chwili najbliżej stojący żuraw rozpoczął przedziwny taniec. Podskakiwał wysoko, 
uderzając z 

łoskotem rozpostartymi skrzydłami, i opadał to na jedną, to na drugą nogę, 
przysiadał, okręcał 

się, przechylał w tę i drugą stronę, wydając przy tym chrapliwe wołania, 
przypominające dość 

wyraźnie słowo: rharnuk* [Rharnuk (arabs.) - sudańska nazwa żurawia 

background image

koroniastego.]. Kilka 

innych żurawi, zachęconych widocznie przykładem, poszło w jego ślady. Ponieważ 
kamera 

Jacka zaopatrzona była w trzy zmienne soczewki, chłopiec jednym ruchem ręki 
nastawił 

teleobiektyw i sfilmował całą tę scenę.
Balet żurawi utrwalił również i pan Goraj dużą kamerą, przeznaczoną specjalnie 

do 
filmowania zwierząt w ruchu.

- Mieliśmy, Jacku, wielkie szczęście - powiedział do syna. - Żurawie koroniaste 
są na 

ogół bardzo płochliwe i trudno je podejść na strzał, a cóż dopiero z aparatem 
filmowym. 

Zwykle zrywają się do lotu, jak tylko posłyszą uderzenia łopatek koła o wodę, 
toteż turyści 

podróżujący statkami po Nilu prawie nigdy nie mają okazji strzelania do nich. 
Wydaje mi się, 

że sfilmowane przez nas ptaki przyleciały na Nil po raz pierwszy gdzieś z 
dalekich stepów i 

„Nefertete” musiała chyba zrobić na nich olbrzymie wrażenie, skoro zaczęły 
tańczyć. Bo 

żurawie koroniaste tańczą, kiedy zobaczą coś dla nich niezwykłego lub w stanie 
wielkiego 

podniecenia.
Na dalszych łachach i wydmach udało się panu Gorajowi i Jackowi sfilmować stado 

małych szarych pelikanów, sporą ilość nigdy nie nasyconych bocianów dławigadów, 
kilka 

gatunków czapli, wężówki, szczudłaki oraz wiele odmian kaczek, gęsi, nurków, a 
także i 

kurek wodnych. Prócz ptaków sfilmowali również cztery potężne krokodyle 
wylegujące się 

na wydmach nagrzanych słońcem i liczną rodzinę hipopotamów, która zażywała 
poobiedniej 

sjesty na płyciźnie cichej zatoczki, odgraniczonej od głównego nurtu szerokim 
pasem lilii 

wodnych. Widok przepływającej „Nefertete” nie zrobił na gromadce większego 
wrażenia, 

rozjuszył natomiast starego samca, prawdopodobnie ojca rodziny. Olbrzym najpierw 
parsknął 

gniewnie, a potem podniósł w górę swój potworny łeb i ryknął z taką 
wściekłością, że 

buszujące w trzcinach stado kaczek poderwało się z głośnym łomotem skrzydeł i z 
przeraźliwym kwakaniem zapadło gdzieś daleko w sitowiu. Okazanie gniewu rykiem 

nie 
wystarczyło widocznie hipopotamowi, bo w następnej chwili powstał na nogi i 

rozpryskując 
potężnym swym cielskiem wodę, ruszył w stronę statku, jakby pragnąc przegnać 

intruza.
„Nefertete” nie czekała oczywiście na atak rozwścieczonego kolosa, ale spokojnie 

popłynęła dalej, nie bacząc na żałosne protesty czterech Szylluków, którzy z 
pokładu pilnie 

śledzili ruchy zwierzęcia, by w odpowiedniej chwili zatopić w jego cielsku 

background image

ostrza swoich 

włóczni.
Zaledwie Jacek uporał się z założeniem nowej kasety do aparatu filmowego, gdy od 

strony budki sterniczej ozwał się okrzyk Mohammeda:
- Challi balak! Ter! Uwaga! Ptak!

W głosie kapitana brzmiało tak silne podniecenie, a zarazem i zdumienie, że pan 
Goraj 

i jego syn natychmiast zrozumieli, iż sokole oczy Sudańczyka musiały wypatrzyć 
jakiegoś 

niezwykłego, rzadko spotykanego ptaka. Pobiegli przeto co sił w nogach do budki 
kapitana i - 

patrząc w kierunku wskazanym przez niego - zobaczyli daleko przed „Nefertete” 
ogromną 

pływającą wyspę, na niej zaś wysoką sylwetkę samotnego ptaka.
- To chyba... jabiru! - zawołał z radością pan Goraj, wpatrując się w kępę, 

która 
niesiona przez dość wartki w tym miejscu prąd, zbliżała się szybko do statku.

- Na’am! jabiru! Tak, to jabiru! - potwierdził Mohammed, kiedy wyspa zbliżyła 
się na 

tyle, że na pożółkłym tle zmierzwionych trzcin i traw ostro zarysował się 
jaskrawo-czerwony 

dziób ptaka, przekreślony w środkowej części dużą czarną plamą.
Pan Goraj doświadczonym okiem ocenił odległość do wyspy, po czym szybko zbiegł 

na pokład i zniknął w drzwiach prowadzących do kajut, by po chwili ukazać się 
znów, ale już 

nie z kamerą filmową, lecz z jedną z owych dziwnych wiatrówek, które miały 
odegrać 

główną rolę w wyprawie. Łowca w kilku skokach znalazł się na dziobie statku, 
ostrożnie 

wsunął w lufę wiatrówki ampułkę oznaczoną zielonym kolorem, w komorze wybuchowej 
umieścił stalową łuskę ze sprężonym powietrzem, zatrzasnął broń i począł śledzić 

nadpływającą kępę, a właściwie zachowanie się jej pasażera.
Jacek nie pobiegł na dziób, ale stojąc obok Mohammeda, filmował zawzięcie 

ojcowskie przygotowania do bezkrwawych łowów na jabiru. Chłopiec wiedział, że 
nazwę tę 

otrzymał od Arabów Bocian siodlasty, największy obok abu markuba przedstawiciel 
bocianiego rodu w Afryce. Jakkolwiek zasięg występowania jabiru jest znacznie 

większy niż 
abu markuba, to jednak złowienie tego płochliwego, niezmiernie ostrożnego ptaka 

wcale nie 
jest łatwe, tym bardziej że ulubionym miejscem jego pobytu są niedostępne 

moczary lub 
oddalone od brzegów, piaszczyste wydmy na rzekach i jeziorach. Żywi się rybami, 

wszelkiego rodzaju płazami, nie gardzi jednak i owadami, uważając szarańczę za 
wyjątkowo 

delikatny i pożądany przysmak. Jest raczej samotnikiem.
Kępa zbliżała się coraz bardziej i chłopiec uznał wreszcie, że przez 

teleobiektyw 
uzyska już zupełnie ostre zdjęcia. Przygotował więc swego „Baby” i uchwyciwszy w 

wizjerze 
obraz kępy wraz ze stojącym na niej ptakiem, nacisnął sprężynę. Taśma z 

szelestem poczęła 

background image

przewijać się w kamerze, gdy nagle jabiru pochylił się, szeroko rozwarł ogromne 

skrzydła, 
machnął nimi kilkakrotnie, przebiegając równocześnie parę kroków po stratowanej 

trawie, 
lekko oderwał się od ziemi, wzbił w powietrze i poszybował nad rzeką, kierując 

się ku 
przeciwległemu brzegowi. W pewnej chwili mijał dziób „Nefertete” w tak 

niewielkiej 
odległości, że pan Goraj zaryzykował strzał.

Szybkim podrzutem przyłożył kolbę wiatrówki do ramienia i wycelowawszy pół 
metra przed ptaka - pociągnął za spust. Rozległo się coś w rodzaju krótkiego 

klaśnięcia i 
prawie w tym samym momencie bocian podskoczył w górę, jakby podrzucony 

niewidzialną 
siłą, poruszył kilka razy niespokojnie skrzydłami, po czym znów rozpostarł je 

szeroko do lotu 
szybowcowego. Leciał tak przez dość długą chwilę, nagle zachwiał się raz i 

drugi, potem 
szarpnął się, jakby śmiertelnie trafiony kulą, i runął w gęstwinę trzcin 

rozciągających się 
szerokim pasem wzdłuż zachodniego brzegu Bahr el-Abjad.

Widok spadającego ptaka wywołał niesłychane zdumienie wśród załogi „Nefertete”, 

wprost osłupienie pośród Szylluków obserwujących uważnie ruchy łowcy. Wszyscy 
widzieli 

dokładnie, jak myśliwy podniósł strzelbę i mierzył do ptaka, ale nie słyszeli 
przecież 

wystrzału! Nie mogli więc zrozumieć, w jaki sposób jabiru został trafiony. Ale 
już po chwili 

Asmar przerzucił ster na prawą burtę, by podprowadzić statek możliwie blisko 
miejsca 

upadku ptaka, a Szyllukowie przygotowali do opuszczenia swoje ambaczowe tratwy, 
na 

których mieli wyruszyć na poszukiwanie zdobyczy.
Znalezienie zestrzelonego nad Nilem ptaka, który spadnie w rozciągające się 

szeroko 
nadbrzeżne łąki, jest sprawą chyba równie trudną, jak odszukanie przysłowiowej 

szpilki w 
stogu siana. Pan Goraj, doświadczony myśliwy, wiedział o tym doskonale i na 

pewno 
zrezygnowałby z poszukiwań, gdyby nie obecność Szylluków na pokładzie 

„Nefertete”. Bo 
dla Szylluków, mieszkających od wieków na dużej przestrzeni zachodniego brzegu 

Bahr el-
Abjad, przybrzeżne łąki i mokradła nie tylko stanowiły w przeszłości schronienie 

przed 
niebezpieczeństwem, ale stały się też wspaniałym terenem łowieckim, na którym 

poruszają 
się równie swobodnie, jak na suchym stepie. Należało tylko pouczyć tropicieli, 

że ptak - 
mimo pozornej śmierci - jest żywy i zupełnie zdrowy, a więc należy się z nim 

obchodzić 

background image

ostrożnie, a w wypadku gdyby zaczął odzyskiwać przytomność, nie zabijać go.

Szyllukowie wysłuchali objaśnień bardzo uważnie i widać było, że zrobiły na nich 
ogromne wrażenie. Patrzyli na pana Goraja z nie ukrywanym podziwem połączonym z 

ledwo 
uchwytną domieszką lęku, jak na istotę posługującą się nadnaturalnymi, 

niepojętymi mocami.
Skoro tylko „Nefertete” otarła się bokiem o ciężko zwisające kiście trzcin, bez 

najmniejszego wahania spuścili tratwy na wodę.
Jacek ze swoim „Baby” i dwoma zapasowymi kasetami znalazł się też na dolnym 

pokładzie w nadziei, że będzie mógł towarzyszyć tropicielom, ale pan Goraj nie 
uległ 

błagalnym spojrzeniom syna. Roześmiał się tylko i rzekł:
- Nie, Jacku, nie puszczę cię z tropicielami! Te łąki zalane wodą są siedliskiem 

komarów, roją się od krokodyli i pełno w nich niebezpiecznych, zdradliwych 
pułapek. Trzeba 

mieć ogromne doświadczenie albo być Szyllukiem czy Dinką, aby się po nich 
swobodnie 

poruszać. Dla myśliwych byłbyś tylko zawadą, a o filmowaniu w tej gęstwinie nie 
można 

nawet marzyć. Zresztą nie masz się czym trapić, bo już wkrótce zapolujemy 
wspólnie na 

kozły nilowe.
Chłopiec, który tęsknym wzrokiem śledził tratwy znikające w szuwarach, poweselał 

przy ostatnich słowach ojca i zaproponował:
- Tatusiu, zawołam Hatima i razem z nim zejdę do ładowni na dziobie, aby 

wyszukać 
klatkę dla jabiruz.

Pan Goraj znowu się roześmiał.
- Nie sprzedawaj skóry z lwa, którego nie zabiłeś! Nie mamy jeszcze naszego 

bociana 
w rękach i wcale nie wiemy, czy tropiciele go odnajdą. Krokodyle mają doskonały 

słuch, a 
więc na pewno, z dużego nawet oddalenia, usłyszały plusk spadającego w szuwary 

ptaka i 
pośpieszyły przekonać się, czy jest to coś, co nadaje się do pożarcia. A jeżeli 

bociana nie 
zjedzą krokodyle, to i tak znalezienie go w tym gąszczu jest nawet dla Szylluków 

niełatwym 
zadaniem i...

Dalsze słowa pana Goraja przerwały radosne i niezmiernie podniecone okrzyki 
Mohammeda i Asmara, którzy wyciągając ręce w stronę szuwarów, wołali:

- Jallaeh! Jallach! Ma techafsz! Naprzód! Naprzód! Nie bójcie się!
Ojciec i syn spojrzeli w kierunku wyciągniętych ramion kapitana i sternika i ze 

zdumieniem zobaczyli nad trzcinami potężnego ptaka szybującego przedziwnie 
chwiejnym, 

niepewnym lotem. W pewnej chwili ptak przekoziołkować i znikł w szuwarach, potem 
znów 

wzniósł się w górę przeleciał z widocznym wysiłkiem kilkanaście metrów, 
zakołysał się na 

ogromnych skrzydłach i runął w dół.
- Czyżby to był nasz jabiru? - zapytał szeptem zdumiony Jacek.

- Tak, to na pewno nasz bocian siodlasty - potwierdził pan Goraj, a po chwili 

background image

dodał: - 

Trochę za wcześnie obudził się z uśpienia, ale to może i lepiej, bo pokazał się 
tropicielom. 

Teraz się im nie wymknie. Patrz, patrz! Tam gdzie upadł, błyskają wśród szuwarów 
ostrza ich 

włóczni!... Już go dopadli!
Lekki wietrzyk, wiejący od łąk, przyniósł do uszu stojących na pokładzie ludzi 

daleki 
gwar przygłuszonych okrzyków i wybuchów śmiechu. Stopniowo gwar stawał się coraz 

bliższy, nabierał siły i wyrazistości, aż wreszcie z gęstwiny trzcin wynurzyły 
się obie tratwy z 

rozpromienionymi i pokrzykującymi wesoło Murzynami. Jeden z nich trzymał w 
rękach 

ogromnego, szamocącego się ptaka, którego głowa i dziób omotane były kawałkiem 
niebieskiego bawełnianego materiału.

Tratwy szybko podpłynęły do statku i wkrótce tropiciele wraz ze zdobyczą 
znaleźli się 

na pokładzie „Nefertete”, witani tryumfalnymi okrzykami całej załogi.
Pan Goraj dokładnie zbadał ptaka przed umieszczeniem go w wygodnej klatce, a 

wynikiem swoich spostrzeżeń podzielił się z nie odstępującym go synem, pokazując 
mu 

trzymaną w dłoni ampułkę.
- Wiatrówka jest celna, ale zrobiliśmy z panem Rawiczem dosyć duży błąd przy 

obliczaniu szybkości wystrzelonej z niej ampułki. Wedle naszych obliczeń pocisk 
powinien 

był trafić jabiru w pierś, a uderzył w mięsistą część nogi wyciągniętej w tył w 
czasie lotu 

bociana. Gdybym pociągnął za spust o drobniutki ułamek sekundy później, ampułka 
przeleciałaby już za ptakiem i wpadła gdzieś do wody, a nasz jabiru łowiłby 

spokojnie żaby 
na nadbrzeżnych trzęsawiskach.

Jacek uważnie słuchał wyjaśnień ojca, ale równocześnie bacznie przyglądał się 
bocianowi pierwszej zdobyczy wyprawy.

Jabiru zamknięty w dużej klatce, którą w częściach wyniesiono z ładowni i 
zmontowano na pokładzie, spokojnie i z wyraźnym zainteresowaniem obejrzał swoje 

więzienie, nie zwracając pozornie najmniejszej uwagi na ludzi śledzących każde 
jego 

poruszenie. Potem szeroko rozpostarł skrzydła i strzepnął nimi kilkakrotnie, 
jakby chciał 

pochwalić się ich metalicznie lśniącym, czarnym upierzeniem, wygiął z wdziękiem 
długą, 

również metalicznie lśniącą szyję i oparł na niej potężny dziób, podobny do 
długiego klina, 

czerwony u nasady, dalej czarny, a na końcu znowu czerwony. Przy tym ruchu 
doskonale 

uwydatniła się spora żółta narośl u nasady dzioba, obramowana po brzegach 
wąziutkim 

pasem lśniącego puchu. Narośl ta przypomina nieco swym kształtem siodło i jej to 
zawdzięcza ptak nazwę: bocian siodlasty.

Jeden z marynarzy wyciągnął z wody niewielki więcierz wleczony na linie za 
statkiem 

i wydobywszy z niego kilka sporych ryb, jedną z nich, półmetrowej długości, 

background image

rzucił do klatki 

skrzydlatego więźnia. Bocian łypnął dużymi, lśniącymi, żółtymi oczami, 
błyskawicznym 

ruchem pochwycił trzepocącą się na podłodze rybę, podrzucił ją w górę i tak 
zręcznie złapał 

w powietrzu, że Jackowi wydawało się, iż ryba sama wśliznęła się w szeroko 
otwarty dziób 

ptaka. A potem jabiru podciągnął jedną nogę pod siebie i stojąc na drugiej - 
jakby na długim, 

cienkim szczudle - zastygł w bezruchu niby kamienna rzeźba.
- Będziemy mieli sporo kłopotu z wyżywieniem tego bociana, bo jak widać, apetyt 

mu 
dopisuje - stwierdził rzeczowo chłopiec.

- O, nie! - zaprzeczył pan Goraj. - Jabiru niedługo będzie nam towarzyszył. Za 
dobę 

powinniśmy być już w Malakalu, a stamtąd bocian zostanie odesłany samolotem do 
Chartumu, do naszego ogrodu. Chciałbym oczywiście złowić jeszcze samicę, aby 

mieć parę 
bocianów siodlastych, ale będziemy to mogli zrobić dopiero na Bahr el-Gebel. 

Najpierw 
musimy zdobyć abu markuba...

- A nasze polowanie na kozły nilowe? - zaniepokoił się chłopiec.
Ojciec roześmiał się i wyjaśnił:

- Ponieważ otrzymaliśmy zamówienie na kozły nilowe, więc dołożymy wszelkich 
starań, aby je złowić. Bociany siodlaste są oczywiście bardzo cenne, ale w 

obecnej wyprawie 
traktować je musimy jako zdobycz uboczną, przypadkową, która nie może zabrać nam 

zbyt 
wiele i tak bardzo ograniczonego czasu.

- W Malakalu przyłączy się do nas pan Rawicz, prawda, tatusiu?
Tak, jutro rano wystartuje z Chartumu i po czterech godzinach wyląduje na 

lotnisku w 
Malakalu.

- Czyż to możliwe? - zawołał ze zdumieniem chłopiec. - Więc pan Rawicz w cztery 
godziny przebędzie trasę, na którą my potrzebujemy aż sześciu dni i nocy?

- Wolałbyś może lecieć samolotem? - zapytał ojciec.
- O, nie! - zaprzeczył żywo Jacek. - A cóż bym ja widział z wysokości dwóch lub 

trzech tysięcy metrów? Chyba tylko ogromną żółtą plamę stepu, przeciętą wąziutką 
nitką 

rzeki! W ciągu tych kilku dni zobaczyłem tyle ciekawych rzeczy, że wspomnienie 
tej 

pierwszej wielkiej podróży pozostanie mi chyba na zawsze w pamięci. Szkoda 
tylko, że Dzika 

tego wszystkiego nie mogła zobaczyć... chociaż: prawdę mówiąc... taka podróż to 
przecież 

nie dla dziewczyny...
Pan Goraj uśmiechnął się przy ostatnich słowach syna, nie zdążył mu jednak 

odpowiedzieć, gdyż z budki sterniczej zabrzmiał żartobliwy okrzyk kapitana:
- Hej, hej! Przyjaciele! Uważajcie! Nie pchajcie mi się pod statek!

Z rzeki odpowiedziały wybuchy śmiechu, a potem wołania w niezrozumiałej dla 
Jacka 

mowie, które tak zelektryzowały Szylluków, że porzucili swoje zajęcia w kambuzie 

background image

i co sił w 

długich nogach pobiegli ku lewej burcie. Jacek poszedł oczywiście w ich ślady.
W odległości kilkunastu zaledwie metrów od statku kołysały się na wzburzonych 

nieco falach dwa długie, wąskie czółna, wydłubane pracowicie z pnia 
tamaryndowca. Na rufie 

każdej łodzi siedział szczupły, ale muskularny Murzyn, trzymając w rękach 
krótkie, 

sercowate wiosło. Ciała Murzynów wysmarowane były dokładnie popiołem i tylko w 
miejscach zmytych bryzgami fal przeświecała ciemnobrązowa, czarna niemal skóra. 

We 
wnętrzu łodzi leżało po kilka oszczepów zakończonych szerokimi grotami.

Murzyni wskazywali wiosłami na trzęsawiska rozciągające się wzdłuż wschodniego 
brzegu Bahr el-Abjad, wyrzucając przy tym z gardła bełkotliwe dźwięki, w których 

często 
powtarzało się słowo: njang.

- To być Dinka - wyjaśnił Jackowi łamaną arabszczyzną jeden z tropicieli. - Oni 
polować na hipopotam z tykwa i pilnować, aby njang nie iść na nasza, Szylluk 

strona. Dinka, 
oni być niedobra ludzie! - dodał z wyraźną niechęcią w głosie.

Pan Goraj, który podszedł właśnie do burty i słyszał słowa tropiciela, 
uśmiechnął się i 

rzekł do syna:
- To są rzeczywiście Murzyni ze szczepu Dinka. Łatwo można ich poznać nie tylko 

po 
bardzo nikłych czuprynach, ale też i po znakach szczepowych. Przyjrzyj się, 

każdy ma na 
czole kilka wyraźnych, długich blizn, ciągnących się od ucha do ucha...

- Szyllukowie mówią, tatusiu - przerwał chłopiec - że Dinka polują na 
hipopotama... z 

tykwą!
- To jest zupełnie możliwe. Jest to przecież stary i wypróbowany u wszystkich 

Nilotów sposób polowania na te olbrzymie zwierzęta. Celują w nim jednak 
Szyllukowie. 

Ponieważ uderzeniem włóczni nie można zabić hipopotama na miejscu, a ranione 
zwierze 

nurkuje i odpływa pod wodą gdzieś daleko, Niloci, a wiec Szyllukowie, Dinkowie, 
Nuerowie, 

Diurowie, Kawirongowie i pokrewne im plemiona, starają się wbić w ciało 
tropionego 

hipopotama harpun, a właściwie włócznie z zadziorami, do której przy końcu 
drzewca 

przywiązana jest mocnym sznurkiem szczelnie zakorkowana tykwa, spełniająca role 
pławika.

Zwierze mające taki harpun w ciele nie może ujść swym prześladowcom, gdyż 
płynąca na powierzchni wody tykwa zawsze zdradza kierunek jego ucieczki, a potem 

miejsce 
odpoczynku czy też kryjówkę.

- Brrr! - wstrząsnął się Jacek. - Wyobrażam sobie, ile się takie nieszczęsne 
zwierzę 

namęczy, zanim zginie pod ciosami włóczni. Ale powiedz mi, tatusiu, dlaczego 
Szyllukowie z 

taką niechęcią odzywają się o Dinkach? Przecież i jedni, i drudzy są Nilotami.

background image

- Tak, mój chłopcze, i Dinkowie, i Szyllukowie są Nilotami, ale to nie 

przeszkadzało 
im żyć prawie zawsze na stopie wojennej. Bahr el-Abjad nie jest bowiem prawdziwą 

ojczyzną 
Szylluków. Przywędrowali oni tutaj z południa i osiedlili się w sąsiedztwie 

terenów 
zamieszkanych przez Dinków. Dawna ich ojczyzna nie jest znana, znajdowała się 

jednak 
prawdopodobnie na północnym brzegu jeziora Wiktoria, gdyż kilka osiadłych tam 

jeszcze 
dzisiaj plemion mówi językiem bardzo zbliżonym do szylluckiego. Badacze Afryki, 


szczególnie wędrówek ludów afrykańskich, ustalili niezbicie, że Szyllukowie wraz 

ze swymi 
pobratymcami wyruszyli kiedyś na północ w poszukiwaniu bardziej dla siebie 

dogodnych 
terenów pod wodzą swego legendarnego bohatera - króla Njikang. Wychodźcy doszli 

do 
dzisiejszej prowincji Bahr el-Ghazał i tutaj się rozdzielili. Część, a więc 

szczepy Diur i 
Dembo, pozostała w tej okolicy, reszta zaś powędrowała dalej na północ i 

osiedliła się na 
zachodnim brzegu Bahr el-Abjad, na tych ziemiach, na których do dziś mieszkają 

Szyllukowie. W nowej ojczyźnie prowadzili nieprzerwane walki z Dinkami, które 
dawały im 

bogaty łup wojenny w postaci niewolników i bydła. Wzięte do niewoli dziewczęta 
Dinka, 

wysokie i smukłe, zostawały żonami zwycięskich wojowników i w ten sposób 
Szyllukowie - 

niegdyś niskiego stosunkowo wzrostu i jasnoczekoladowej barwy skóry - przejęli 
cechy 

fizyczne swych wrogów - stali się ciemnobrązowi, szczupli i długonodzy, jak 
prawdziwi 

ludzie moczarów.
Od strony trzęsawisk rozległy się nagle radosne wrzaski i nawoływania, na które 

obaj 
Dinkowie płynący obok „Nefertete” odpowiedzieli tryumfalnymi okrzykami.

- Njang, on wypłynąć na woda! - zawołał podnieconym głosem najstarszy tropiciel, 
po 

czym dodał: - Dinka, oni mieć teraz bardzo wielkie mnóstwo mięsa na swój brzuch!
Słowa te wypowiedziane były tak okropną arabszczyzną, a w głosie Szylluka 

przebijała tak wielka niechęć zaprawiona wyraźną zawiścią, że stojący przy 
burcie Polacy i 

sudańscy marynarze parsknęli wesołym śmiechem, który zmienił się w okrzyki 
podziwu na 

widok wynurzającej się spośród trzcin flotylli ambaczowych tratw i tamaryndowych 
czółen.

Flotylla ta otaczała półkolem olbrzymie, wzdęte cielsko hipopotama płynące na 
grzbiecie z prądem rzeki. Na sterczących ku górze, krótkich, grubych, podobnych 

do pniaków 
nogach zwierzęcia widać było tęgie postronki, których końce trzymali w rękach 

siedzący na 

background image

tratwach i czółnach myśliwi, pokrzykujący wesoło i wymachujący włóczniami. Ten 

hipopotam wygląda potwornie - wzdrygnął się Jacek, po czym zapytał niepewnie, 
jakby bojąc 

się, że wyda się ojcu śmieszny - ale... chyba już... nie żyje?
Pan Goraj zrozumiał doskonale przyczynę tego wahania, uśmiechnął się łagodnie do 

syna i rzekł:
- Hipopotam nie żyje już od kilku godzin. Ciężko raniony szukał ucieczki w rzece 


tam zginął. Ponieważ jest to duże, wyrośnięte już zwierzę, waga jego wynosi 

jakieś dwa do 
dwóch i pół tysiąca kilogramów. Jasne jest, że takiego ciężaru Murzyni nie 

byliby w stanie 
podnieść z dna rzeki, ale po godzinie lub dwóch - w żołądku hipopotama 

wytworzyły się gazy 
i one wypchnęły to olbrzymie cielsko na powierzchnię wody. Murzynom pozostało 

tylko 
holowanie zdobyczy. Prawdopodobnie gdzieś w pobliżu mają wolne od szuwarów 

dojście do 
stałego brzegu, na który wspólnymi siłami wyciągną zdobycz i poćwiartują.

Eskortujący hipopotama Dinkowie przepłynęli wzdłuż lewej burty statku z tak 
straszliwym wrzaskiem i groźnym potrząsaniem włóczniami, iż można było mniemać, 

że to 
dzika wataha piratów sposobi się do ataku na „Nefertete”. Jacek oczywiście nie 

przestraszył 
się tych wojowniczo brzmiących wrzasków, ale spokojnie filmował swym „Baby” 

niecodzienną scenę. Kiedy Dinkowie - płynący z prądem, a więc w przeciwnym niż 
„Nefertete” kierunku. - oddalili się tak, że o fotografowaniu nie mogło być już 

mowy, 
chłopiec zapytał ojca:

- Tatusiu, dlaczego wymowa Dinków jest tak sepleniąca i bełkotliwa, że trudno 
właściwie rozróżnić w niej pojedyncze słowa?

- Przyczyną tego jest bardzo stary, tradycyjny zwyczaj wybijania dolnych 
siekaczy 

dorastającym chłopcom i dziewczętom. Nikt dobrze nie wie, jaki jest cel tego 
okaleczenia, 

lecz zwyczaj ten do dziś jeszcze panuje nie tylko wśród Dinków, ale także wśród 
wszystkich 

niemal szczepów murzyńskich mieszkających na terenie prowincji Bahr el-Ghazal.
Jacek dotknął palcem swych zdrowych, równiutkich zębów i westchnął z ulgą:

- Och, jak to dobrze, że nie jestem Dinką... chociaż bardzo mi się podobały ich 
naramienniki. Wyglądały zupełnie, jakby były wyrobione z kości słoniowej.

- Masz rację, synu. Te naramienniki rzeczywiście wyrobione zostały z kości 
słoniowej. Dinkowie uważają, że im grubsze i cięższe są takie ozdoby, tym 

dobitniej 
podkreślają zamożność ich właścicieli. Dlatego też mniej cenią naramienniki 

wycięte ze skóry 
hipopotama lub naszyjniki plecione z rzemyków skórzanych. Natomiast każdy 

elegant Dinka 
nie tylko siebie, ale i swoją broń zdobi kitami z krowich i kozich ogonów. Prócz 

tego 
zarówno mężczyźni, jak i kobiety dziurawią sobie wielokrotnie małżowiny uszne i 

ozdabiają 

background image

je żelaznymi kółkami albo drewnianymi i kościanymi kółeczkami. Kobiety Dinka 

dziurawią 
sobie również i górne wargi, wkładając w otwory kawałek kości słoniowej, 

kółeczek 
drewniany lub podłużny szklany paciorek. To samo zobaczysz już wkrótce w 

okolicach 
jeziora No u kobiet ze szczepu Nuer.

- A czy kobiety Dinka mają na czołach znaki szczepowe, podobnie jak mężczyźni? - 
zainteresował się Jacek.

- Nie - zaprzeczył pan Goraj. - Kobiety Dinka nie mają żadnych znaków 
szczepowych 

i dlatego łatwo je odróżnić od kobiet szylluckich, które je posiadają. Znaki te 
powstają z wielu 

wypukłych blizn, podobnych do sporych brodawek, które na kształt pojedynczego 
lub 

podwójnego sznura paciorków obejmują dolną cześć czoła od ucha do ucha.
- Takie same znaki mają nasi tropiciele! - zawołał chłopiec. - Więc są one 

wspólne dla 
mężczyzn i kobiet tego szczepu. Jaka szkoda, tatusiu, że nie zatrzymujemy się 

przy osiedlach 
Szylluków mieszkających nad Bahr el-Abjad! Tak bardzo chciałbym zobaczyć ich 

codzienne 
życie w tukulach. Ale interesują mnie także tukule Dinków i ich letnie zagrody 

na bydło.
- Mam nadzieję, Jacku, że twoje życzenia spełnią się już wkrótce - zaśmiał się 

pan 
Goraj. - Malakal jest dużym osiedlem Szylluków, a teraz, kiedy minęliśmy Kaka i 

zbliżamy 
się do Kodoku, czyli dawnej Faszody, zobaczysz coraz więcej szylluckich tukuli. 


Faszodzie znajduje się też ogromna wieś szyllucka, w której mieszka ich mek, 

czyli 
najwyższy naczelnik, a właściwie król, gdyż słowo „mek” jest skrótem słowa 

„melek”, 
oznaczającego władcę, króla.

- Bardzo bym chciał zobaczyć tego męka, chociaż podobno nie posiada on już 
żadnej 

władzy. Prawda, tatusiu?
- Mylisz się, Jacku - zaprzeczył ojciec. - Mek i teraz jest najwyższym 

naczelnikiem 
swego szczepu, chociaż władza jego jest znacznie ograniczona na korzyść 

komisarza 
republiki, Sudańczyka, który obecnie zastąpił dawnego gubernatora angielskiego. 

Szczep 
wybiera swego męka zgodnie z dawną tradycją w wolnych wyborach spośród członków 

starej 
królewskiej rodziny i dba skrupulatnie, aby powaga władzy nie była lekceważona 

ani też 
narażona na szwank przez czyjąkolwiek samowolę. Na tym właśnie polega jedna z 

wielkich 
różnic między Szyllukami a Nuerami, którzy właściwie nie uważają swych 

naczelników za 

background image

przełożonych, ale widzą w nich jedynie sędziów. Mek jest człowiekiem bardzo 

zamożnym, 
gdyż ma duże dochody, ale w codziennym życiu nie różni się niczym od swoich 

poddanych. 
Tak jak oni jada papkę z durry i śpi na ziemi.

- Ech, to nie warto być chyba królem Szylluków! - zawołał Jacek z tak wyraźną 
nutą 

zawodu w głosie, że pan Goraj parsknął śmiechem i rzekł:
- Przypuszczam, mój synu, że nigdy nim nie zostaniesz, mimo to muszę cię 

uprzedzić, 
że rzadko który mek cieszy się długim życiem. - Szyllukowie uważają, że władca 

powinien 
być uosobieniem zdrowia i siły, a więc chorobę i starość uważają za coś 

nielicującego z jego 
godnością. Toteż choroba lub podeszły wiek są wyrokiem śmierci dla meka, no i 

oczywiście 
okazją... do nowych wyborów.

- Wobec tak ponurych widoków na przyszłość zmuszony jestem wycofać moją 
kandydaturę na króla Szylluków - zażartował Jacek, ale po chwili powiedział już 

całkiem 
poważnie: - Pan Rawicz opowiadał mi, że Szyllukowie nigdy nie ugięli się przed 

przemocą 
ani nie załamali w okresach klęsk, jakie na nich spadały. Czy to prawda, 

tatusiu?
- Tak! - potwierdził pan Goraj, po czym dodał: - Był czas, kiedy Szyllukowie 

niezmiernie wiele złego doznali od swych arabskich sąsiadów, którzy osiedlili 
się na 

rubieżach ich posiadłości i nękali ciągłymi napadami. Byli to handlarze 
niewolników, którzy 

niszczyli osiedla szylluckie i porywali mężczyzn, kobiety i dzieci, aby 
pojmanych sprzedać 

następnie na targach. Wtedy właśnie Szyllukowie poczęli szukać schronienia na 
licznych 

wyspach ukrytych w niedostępnych trzęsawiskach Nilu.
- I to pozwoliło im zżyć się z bagnami tak bardzo, że i dzisiaj jeszcze są one 

dla nich 
nieomal drugim domem - domyślił się Jacek.

- W przypuszczeniu twoim, synku, jest wiele słuszności, ale Szyllukowie przede 
wszystkim związani są ze stepem przez hodowle bydła i myślistwo. Rybołówstwo, 

polowanie 
na krokodyle i hipopotamy traktują raczej jako zajęcie uboczne, coś w rodzaju 

pożytecznego 
sportu.

- Przyznam ci się, tatusiu, że jakkolwiek Szyllukowie bardzo mi się podobają, to 
jednak rażą swymi dziwnymi surowymi obyczajami.

- Masz pewnie na myśli ich przedziwnie sfilcowane fryzury i smarowanie ciał 
popiołem? - zapytał pan Goraj.

- I jedno, i drugie, ale poza tym w ogóle cały, bardzo jeszcze prymitywny sposób 
życia tych ludzi!

- W dalszej naszej podróży, a szczególnie w prowincji Bahr el-Ghazal, zobaczysz 
dziwniejsze jeszcze i bardziej surowe obyczaje. Z czasem jednak, kiedy rząd 

założy na tych 

background image

terenach szkoły, rozwinie rolnictwo i racjonalną hodowlę bydła - surowe obyczaje 

tutejszych 
szczepów murzyńskich na pewno znacznie złagodnieją i chociażby pod względem 

higieny 
upodobnią się do naszych. Szyllukowie są najbardziej inteligentni spośród 

tutejszych 
Murzynów, jeśli więc pozbędą się niechęci przed przyjęciem nowych, postępowych 

warunków bytu, staną się obok sudańskich Arabów jednym z głównych filarów młodej 
republiki Sudanu.

Dalsze rozważania obu Polaków co do przyszłości Nilotów przerwały radosne 
okrzyki 

i wołania czterech tropicieli, stojących na dziobie statku i pozdrawiających 
tukule coraz 

częściej ukazujące się na licznych wyspach i wysepkach, obok których przepływała 
„Nefertete”. Prócz pojedynczych chat i tętniących życiem całych osad zjawiały 

się na rzece 
liczne ambaczowe tratwy rybaków szylluckich, a także łodzie młodych myśliwych, 

którzy 
uzbrojeni w maczugi i włócznie wyruszali lub wracali z łowów na krokodyle, 

warany* 
[Warany - rodzina dużych, drapieżnych jaszczurek lądowych lub lądowo-wodnych; 

warany 
żyją w północnej Afryce, południowej Azji, Australii i Oceanii.], hipopotamy, a 

nawet na 
guźce. Te groźne dziki afrykańskie, których dużo żyje w sawannach nad Bahr el-

Abjad, 
często buszują w komyszach rozległych trzęsawisk nadrzecznych w poszukiwaniu 

soczystych 
kłączy oraz korzeni roślin błotnych.

Polowanie na te zwierzęta jest dla młodych wojowników szylluckich sprawdzianem 
odwagi i zręczności bojowej, guźce bowiem atakują z tak błyskawiczną szybkością, 

że trzeba 
ogromnego doświadczenia i opanowania, aby uniknąć ciosów ich potężnych, ostrych 

kłów.
Za Faszodą Bahr el-Abjad przepływa przez olbrzymi obszar bagnisk i moczarów, 

które są rajem ptactwa błotnego. Ma ono tutaj nie tylko nieprzebrane ilości 
pożywienia w 

postaci ryb, przeróżnych płazów i owadów, ale też niczym nie zamącony spokój, 
bowiem 

polowanie na tych topielach jest prawie niemożliwe zarówno dla Europejczyka, jak 
i dla 

Araba.
Pan Goraj wraz z synem weszli na dach nadbudówki, gdyż z tej wysokości znacznie 

większy obszar trzęsawisk można było objąć wzrokiem. Jacek przygotował swój 
aparat 

filmowy, ale wnet spostrzegł, że najbardziej godne filmowania okazy trzymały się 
zbyt 

daleko w głębi moczarów. Zadowolił się więc tym, co było blisko. Ale i tego było 
aż za 

wiele! Na licznych zatoczkach i sadzawkach, całkowicie lub częściowo pokrytych 
białymi i 

błękitnymi liliami wodnymi, widać było ruchliwe stada gęsi i kaczek 

background image

afrykańskich, a w 

płytkiej wodzie brodziły przeróżne bociany, czaple i żurawie. Na jednej z łach 
pokrytych 

niską trawą podskakiwało kilka marabutów, które potężnymi dziobami szarpały 
jakąś padlinę, 

wyciągając z jej wzdętego brzucha długie jelita. Ptaki łapczywie wydzierały 
sobie co lepsze 

kęski, biły skrzydłami, dławiły się przy połykaniu zbyt wielkich kawałów mięsa, 

równocześnie starały się odpędzić natrętne sępy, które też chciały mieć swój 
udział w tej 

uczcie.
Wysoko w powietrzu, w czystym błękicie nieba, kilka orłów krzykliwych zataczało 

olbrzymie koła nad bagnami, błyskając w słońcu śnieżną bielą piór, które niby 
srebrzysty 

pancerz pokrywały ich głowy i przednią część ciała. Jacek, obserwujący z 
zachwytem ich 

wspaniałe ewolucje powietrzne, rzekł do ojca:
- Wiesz, tatusiu, że ta biel, tak silnie odcinająca się od ciemnobrunatnej barwy 

skrzydeł, brzucha i nóg, czyni orły krzykliwe chyba najpiękniejszymi spośród 
wszystkich 

drapieżnych ptaków Afryki.
W znacznym oddaleniu od ruchliwej i wrzaskliwej społeczności ptasiej widać było 

na 
przeświecających wodą zielonych łąkach wysokie sylwetki kilku bocianów 

siodlastych. Ptaki 
te - jakby świadome swej siły i bezpieczeństwa, gdyż na tych olbrzymich bagnach 

żadne 
stworzenie nie ośmiela się im zagrażać stały w bezruchu, pogrążone w słodkiej 

sjeście, 
trawiąc w spokoju obfity posiłek.

Jacek spodziewał się, że „Nefertete” zawinie do przystani w Kodoku dla 
uzupełnienia 

paliwa. Sądził, że przy tej sposobności będzie mógł zwiedzić to ruchliwe obecnie 
miasto, 

znane mu nie tylko z lektury „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza, ale 
też z historii 

Sudanu, w której odegrało wcale ciekawą rolę. Przypuszczał też, że zobaczy 
meleka 

Szylluków, który mieszka w tym mieście z całym swoim dworem. Zawiódł się jednak 
srodze, 

gdyż statek pozdrowił tylko rykiem syreny przycumowane do mola feluki i popłynął 
dalej, 

zręcznie lawirując wśród dużych kęp sitowia i wysokiej trawy słoniowej, 
niesionych prądem 

w dół rzeki.
Wkrótce ogromna czerwona tarcza słoneczna zniknęła gdzieś daleko na krańcach 

horyzontu i w gęstniejącym mroku ozwały się basowe pohukiwania bąków, żałosne 
kwilenia 

kulików, chóralne kumkanie żab i dźwięczny koncert cykad, w który wpadał 
cichutki, lecz 

natrętny brzęk komarów. Jacek schronił się po kolacji do swojej kajuty, gdzie 

background image

wkrótce zasnął, 

syty wrażeń i zmęczony całodziennym filmowaniem.
6

Świtało właśnie, kiedy „Nefertete” trzykrotnym basowym rykiem syreny obwieściła 
swoje przybycie do Malakalu. Ryk ten obudził śpiącą jeszcze widocznie osadę, bo 


chłodnym porannym powietrzu rozległ się skrzyp otwieranych okiennic i drzwi, 

następnie zaś 
zabrzmiały zaspane okrzyki i nawoływania. A potem na przystań przybiegło 

spiesznie 
kilkunastu rosłych Nubijczyków, ubranych w żołnierskie mundury, którzy w mig 

pochwycili 
rzucone im z pokładu liny i przy akompaniamencie wesołej komendy i śmiechów - 

przycumowali statek do brzegu.
W ślad za żołnierzami nadbiegła gromadka na pół tylko odzianych dzieci. Stanęły 

one 
w należytej odległości od statku, przyglądając mu się w poważnym skupieniu, ale 

już 
niebawem ośmielone przyjaznym uśmiechem kapitana - zbliżyły się nieco i 

okrzykami 
nabrzmiałymi zachwytem starały się wyrazić swój podziw dla tak niezwykłego 

gościa.
Wkrótce po dzieciach nadciągnęła z osiedla krokiem pełnym godności grupa kupców 

arabskich, otulonych w długie abaje, za nimi zaś nadeszło kilku urzędników 
miejscowej 

administracji.
Przybycie statku ze stolicy kraju było tu zawsze wielkim wydarzeniem, czemu nie 

można się dziwić, bo przecież Malakal leży daleko na rubieżach cywilizacji. 
Miedzy 

urzędnikami znajdował się wysoki, barczysty mężczyzna, który trzymał za rękę 
smukłą 

jasnowłosą dziewczynkę.
Jacek, zbudzony przez ryk syreny, kończył właśnie swoją toaletę, gdy nagle 

posłyszał 
na pokładzie dziwnie znajome kroki. Trzymając w ręku but, którego nie zdążył 

jeszcze 
włożyć, otworzył drzwi kabiny i... stanął jak wryty, z szeroko rozwartymi ze 

zdumienia 
ustami, nie czując nawet, że but wypadł mu z ręki. Po chwili przetarł oczy, 

jakby chcąc z nich 
zetrzeć jakieś przywidzenie, i znów spojrzał przed siebie. Spojrzenie to nie 

musiało być zbyt 
mądre, bo nagle rozległ się dźwięczny śmiech, a potem do uszu chłopca dotarło 

pytanie 
zaprawione nutką lekkiego szyderstwa:

- Nie poznajesz mnie, Jacku? Nie chcesz się ze mną przywitać?
Chłopiec patrzył jeszcze przez chwilę nic nie rozumiejącym wzrokiem na stojącą 

przed nim dziewczynkę, wreszcie jednak zaryzykował pytanie:
- Dzika, to ty?

Dziewczynka znów parsknęła śmiechem, dygnęła w głębokim ukłonie, widząc jednak 
nadal zdumienie w oczach Jacka, zawołała porywczo:

- Cóż to, nie poznajesz mnie? Przecież widzisz, że to jestem ja! Dzika... Dzika 

background image

Rawicz, z Chartumu, twoja są...

- Skąd się tu wzięłaś?!
- Jak to skąd? - zaperzyła się dziewczynka. - Przyleciałam!

- Przyleciałaś?!
- Przyleciałam wczoraj samolotem z moim tatusiem, bo przecież nie mogłam 

pozwolić, aby sam, bez mojej opieki, wyruszył na wyprawę z panem Gorajem. Tatuś 
chciał 

mnie odwieźć do Kairu, ale... ale mu się to nie udało i... i musiał mnie zabrać 
z sobą. 

Wytłumaczyłam mu, że jeśli ty mogłeś pojechać, to dlaczego ja mam być gorsza!
- Ty jesteś dziewczyną! - przerwał Jacek. - Tu, w tej dziczy, łatwo może cię 

pożreć 
krokodyl albo połknąć marabut.

- A ciebie to niby nie! - krzyknęła kłótliwie Dzika. - Nie jesteś ode mnie 
wyższy 

nawet o pół głowy, a poza tym ja celniej od ciebie strzelam z karabinka!
- Phy! - wzgardliwie prychnął chłopak. - Z małokalibrówką wybierasz się na połów 

dzikich zwierząt! Czy, myślisz, że twojego floweru zlęknie się lew albo lampart, 
albo bawół?

- A cóż ty o tym możesz powiedzieć! - kpiąco zaśmiała się dziewczynka. - Czy 
widziałeś chociażby jedno z tych zwierząt na wolności... bez klatki?

Jacek popatrzył na Dzikę wzrokiem tak pełnym pogardliwej wyższości, że 
dziewczynka straciła całą pewność siebie, a potem spokojnie włożył upuszczony 

przed chwilą 
but, wziął ją za rękę, sprowadził na pokład, niedbałym gestem wskazał na 

olbrzymią skórę 
krokodyla, suszącą się obok kambuza, i rzekł:

- Tego oto gada zabiłem jednym pchnięciem włóczni.
- Ty?! - spytała Dzika tonem ogromnego podziwu, ale z odcieniem tak wyraźnej 

niewiary, że chłopiec aż zaniemówił z oburzenia.
W tej samej chwili na rufie rozległy się gorączkowe pokrzykiwania zwiastujące 

jakieś 
niezwykłe zdarzenie. Wśród okrzyków Abdullaha, nawołującego Ismaila, słychać 

było pełne 
zdumienia głosy Szylluków, którym wtórował wysoki tenor stewarda Hatima, 

wzywającego 
pomocy marynarzy.

Jacek z uwagą słuchał przez chwilę tych nawoływań, jakby chcąc zrozumieć ich 
znaczenie, potem jednak - nie zwracając uwagi na swą towarzyszkę - co sił w 

nogach ruszył 
w ich stronę. Dzika natychmiast pospieszyła za nim.

W chwili kiedy dzieci przybiegły na rufę, Abdullah przy pomocy Szylluków 
wyciągał 

z wody ogromną rybę. Był to sum nilowy, który pochwycił hak z przynętą rzuconą w 
celu 

złowienia krokodyla. Olbrzym ten miał około dwóch metrów długości i ogromną 
spłaszczoną 

głowę z szeroką paszczęką ozdobioną trzema parami bardzo długich wąsów. Sum 
rzucał się 

wściekle na wyprężonej lince, tłukł płetwą ogonową o wodę z taką siłą, że 
pieniła się niby 

ukrop, i byłby na pewno zerwał się z haka, gdyby nie szybka pomoc Ismaila, który 

background image

zręcznym 

ruchem podsunął pod rybę sieć umocowaną na długiej żerdzi bambusowej. Teraz już 
wspólnymi siłami wyciągnięto suma na pokład, gdzie jeden z Szylluków pozbawił go 

życia 
pchnięciem włóczni.

Aaależ to potwór! - westchnęła z podziwem Dzika, pochylając się nad sumem i 
dotykając ostrożnie palcem jego śliskiej skóry.

- No tak, tak, niczego sobie rybka - rzekł Jacek, starając się nadać swym słowom 
ton 

lekceważący - ale dla mojego krokodyla nie starczyłaby nawet na jeden dobry 
kąsek!

Nikt z obecnych nie odpowiedział na chełpliwe nieco odezwanie się chłopca, gdyż 
Abdullah - uzbrojony w długi nóż - przystąpił właśnie do patroszenia ryby, w 

czym ochoczo 
pomagali mu czterej tropiciele i Ismail. Reszta załogi otoczyła ich zwartym 

pierścieniem i w 
milczeniu śledziła dzielenie wspaniałej zdobyczy na dzwona.

Jacek, urażony, że zajęci rybą Arabowie i Murzyni nie zwracają na niego 
najmniejszej 

uwagi, zaprowadził Dzikę do klatki z jabiru i opowiedział historię jego 
złowienia, a potem 

skierował się do nadbudówki, by zjeść śniadanie. Przechodząc przez mesę* [Mesa 
(niem.) - 

jadalnia spełniająca również rolę świetlicy na statkach i okrętach.] zobaczył 
ojca 

rozmawiającego żywo z grupką mężczyzn, wśród których zauważył też i pana 
Rawicza, ojca 

Dziki. Pan Rawicz przywitał się z nim serdecznie, następnie przedstawił go 
wysokiemu i 

bardzo chudemu komisarzowi okręgu Malakal, jego zastępcy, młodemu lekarzowi - 
kierownikowi miejscowego szpitala, a także dyrektorowi szkoły i kierownikowi 

poczty. 
Wszyscy urzędnicy byli Sudańczykami, którzy ukończyli studia w Chartumie, każdy 

więc 
zamienił z Jackiem kilka grzecznościowych słów powitania, zapytał o gimnazjum i 

wykładowców, po czym wszyscy powrócili do przerwanej rozmowy.
Po wypiciu filiżanki mleka chłopiec pochwycił hełm, przewiesił przez ramię 

kamerę, 
wywołał Dzikę z jej kajuty - w której zaczęła już gospodarzyć - i wyszedł z nią 

na przystań.
Zaraz na wstępie natknęli się na ogromną gromadę Szylluków, którzy oparci na 

włóczniach, z wyraźnym podziwem przyglądali się statkowi. Nieco na uboczu stała 
niewielka 

grupka bardzo wysokich i szczupłych Murzynów, odzianych nader skąpo, wspartych 
na 

długich pasterskich kijach.
- Ależ to drągale! Każdy z nich ma chyba ze dwa metry wysokości! Czy widzisz, 

jak 
oni stoją śmiesznie na jednej nodze? Zupełnie przypominają żurawie w naszym 

ogrodzie 
zoologicznym! - zawołała Dzika.

- To są Dinkowie, poznaję ich po znakach szczepowych na czołach - stwierdził 

background image

Jacek 

z miną znawcy. - Widziałem ich wielu w czasie podróży po Bahr el-Abjad. 
Szyllukowie też 

odpoczywają stojąc na jednej nodze i opierając na jej kolanie stopę drugiej. 
Prawdopodobnie 

wszyscy Niloci nauczyli się tej pozycji od ptaków brodzących, z którymi się 
ciągle przecież 

stykają. Ale co tu robią Dinkowie? Malakal jest przecież osadą Szylluków...
- Widocznie przyszli ze stepu w odwiedziny do swoich krewniaków, którzy leczą 

się 
w szpitalu. Tatuś mówił mi, że z tej lecznicy korzystają Murzyni mieszkający 

nawet aż nad 
granicą Ugandy. Ale chodźmy już, pokażę ci Malakal.

Z przystani, a właściwie z brzegu ocienionego podwójnym rzędem rozłożystych 
drzew 

el-heglig, przy którym prócz „Nefertete” kołysało się na cumach kilka dużych 
barek 

żaglowych oraz mały turystyczny parowiec, wychodziło się na obszerny plac będący 
równocześnie boiskiem piłki nożnej, na co wskazywały dwie bramki, służące w 

chwilach 
wolnych od gry... sępom jako punkt obserwacyjny. Ptaki te niezmiernie lubiły 

poprzeczki 
bramek i siedziały na nich jeden koło drugiego, nie zważając zupełnie na 

przechodzących 
obok ludzi.

Zanim Dzika i Jacek doszli do pierwszych domów, już otoczyła ich gromada 
czarnych, chudych i nad wiek wysokich dzieci, które z rozbrajającą ciekawością 

śledziły 
każdy ruch obcych, głośno dzieląc się spostrzeżeniami na ich temat lub 

wybuchając głośnym 
śmiechem. A potem do dzieci przyłączyła się spora grupa kobiet, przybranych w 

barwne 
kretonowe tob* [Tob (arabs.) - trzymetrowej długości kawałek materiału 

bawełnianego, 
używany przez Arabki sudańskie do owijania ciała, zastępujący opończę; także 

rodzaj 
długiego szala okrywającego głowę i tors.] albo w długie, do kostek sięgające 

gallabije. 
Wracały one z targu i niosły na głowach koszyczki z durrą, grube łodygi trzciny 

cukrowej, ful 
masri* [Ful masri (arabs.) - egipska fasola.] w strąkach, owoce palmy doleib* 

[Doleib (debel; 
arabs.) - palma wysokopienna, gatunek palmy wachlarzowatej, pospolitej w 

okolicach 
stepowych Afryki tropikalnej. Orzeszki tej palmy stanowią pokarm dla ludzi, a 

liście cenny 
materiał do plecenia mat. Z pnia otrzymuje się sok zwany winem palmowym i 

cukier.], a 
także naczynia napełnione ulubionym napojem Sudańczyków merisą. Na ciemnych 

policzkach kobiet widniały szerokie znaki szczepowe mieszkanek Omdurmanu, Jacek 
więc 

domyślił się łatwo, że są to żony i siostry żołnierzy, które przybyły z nimi do 

background image

Malakalu z 

garnizonu chartumskiego. Pozdrawiały one małych podróżników życzliwym „salam 
alejkum”, a napatrzywszy się im do woli - kierowały się pojedynczo lub grupkami 

w stronę 
domostw.

Dzieci obejrzały najpierw piękny pałacyk komisarza, otoczony starannie 
utrzymanym, 

cienistym ogrodem. Przed pałacem widać było wysoki maszt, na którym trzepotała w 
porannej bryzie* [Bryza (franc.) - wiatr powstający na skutek niejednakowego 

nagrzewania 
się lądu i morza; w dzień wieje od morza w kierunku lądu, w nocy - w kierunku 

odwrotnym.] 
flaga państwowa. Przed długim, piętrowym budynkiem szpitalnym stała grupka 

Murzynów 
Dinka, dokładnie ostrzyżonych i odzianych w długie chałaty, które jeszcze 

bardziej wydłużały 
i tak wysokie ich postacie. Nieco dalej, obok budynku szkolnego, siedziało w 

cieniu palmy 
dum kilkunastu wyrostków nubijskich i skandowało za nauczycielem: „alif, ba, 

ta...” alfabet 
arabski. Uczniowie natychmiast spostrzegli małą białą bint* [Bint (arabs.) - 

dziewczynka.] i 
małego białego chawaga, bo przerwali naukę i - patrząc na niezwykłe w tych 

stronach 
zjawisko - zaczęli wykrzykiwać w podziwie: „Aah, Allach!”

Dzielnicę urzędników i bogatych kupców stanowiły obszerne bungalowy, tonące w 
cieniu wysokich drzew, przeważnie fikusów, drzew mydlanych i chlebowych* [Drzewo 

chlebowe - drzewo z rodziny morwowatych, osiągające 16 m wysokości; posiada 
duże, 

bardzo głęboko wcięte liście oraz owoce o przeciętnej wadze 2 kg, chociaż u 
niektórych 

odmian bywają i znacznie cięższe. Owoce służą tubylcom jako pożywienie, pień 
daje żółtawe, 

lekkie drewno, służące do wyrobu łodzi (dłubanek), naczyń i sprzętów domowych.], 
a także 

potężnych lebbach [Lebbach (arabs.) - szybko rosnące drzewo o szerokiej, gęsto 
liśćmi 

pokrytej koronie, sadzone w Sudanie dla cennego drewna i jako drzewo 
ocieniające.], 

cenionych jako drzewa niezwykle szybko rosnące, posiadające bardzo rozłożyste 
korony z 

ogromnym bogactwem liści, a więc dające dużo tak pożądanego tutaj cienia.
Suk, czyli bazar, był wyjątkowo pusty. Kręciło się tu trochę kobiet i dzieci 

przy 
straganach z durrą, owocami palmy debel, jarzyną bamija* [Bamija, bamia (arabs.) 

- roślina, 
której owoce stanowią ulubioną jarzynę Sudańczyków; rośnie dziko na brzegach 

Nilu 
Białego, w Egipcie tylko w uprawie ogrodowej.], orzeszkami ziemnymi i garnkami z 

merisą, 
ale większość straganów arabskich była zamknięta, kupcy bowiem woleli pogawędzić 

background image

załogą „Nefertete” i dowiedzieć się o sprawach i plotkach stolicy. Za to na 

gałęziach drzew i 
na dachach pobliskich domów widać było gromady dużych brązowych sępów, bacznie 

wypatrujących odpadków.
- Tatuś mówi, że to policja sanitarna - zaśmiała się Dzika wskazując na ptaki.

- Tak - powiedział poważnie Jacek - te sępy, nazywane mylnie przez Arabów 
orłami, 

są błogosławieństwem Sudanu i całej Afryki tropikalnej. Uprzątają one wszelką 
padlinę i 

zapobiegają przez to powstawaniu i szerzeniu się epidemii. Wyglądają oczywiście 
paskudnie, 

szczególnie te z długimi i nagimi szyjami, cuchną wstrętnie zgnilizną, ale 
zasługują w 

zupełności na poszanowanie i ochronę, jaką się cieszą na Czarnym Lądzie.
Za dzielnicą handlową, w której domy i sklepy zbudowane są w „stylu 

kolonialnym”, 
rozciąga się olbrzymia wieś murzyńska Szylluków. Wieś ta wzbudziła wielkie 

zainteresowanie Jacka, jest to bowiem jedyna w Sudanie osada, w której 
rozplanowaniu nie 

ma nic afrykańskiego, wygląda bowiem, jakby została zaprojektowana przez 
budowniczego 

miast amerykańskich. Osada ma kształt olbrzymiego wydłużonego prostokąta, 
podzielonego 

na kwadratowe kwatery szerokimi, prostymi ulicami. Każda kwatera to właściwie 
obszerne 

podwórze, otoczone płotem z trzciny lub mat plecionych z sitowia. Wewnątrz 
ogrodzenia 

znajdują się dwa, trzy, a nawet cztery tukule. Wysokie płoty nie bardzo 
pozwalają na 

wdzieranie się w tajemnice życia pulsującego na podwórzach, ale ledwie Jacek z 
Dziką 

przeszli kilkadziesiąt kroków szeroką ulicą - już ze wszystkich stron poczęli 
wybiegać 

mieszkańcy tukuli. Najpierw oczywiście pokazały się dzieci, a za nimi mężczyźni, 
wysocy, 

szczupli, w przeważającej części odziani w lau, czyli coś w rodzaju bawełnianej 
opończy, 

zarzuconej z wdziękiem na jedno ramię i sięgającej do kolan. Sporo jednak było i 
takich, 

którym za całą odzież służyła tylko wąziutka przepaska na biodrach. Wszyscy 
mieli na 

czołach wyraźne znaki szczepowe, natomiast niezwykle urozmaicone formy 
przedziwnych 

fryzur świadczyły chlubnie o dużej niezależności - i wielkiej fantazji ich 
właścicieli. Szyje 

Murzynów ozdabiały sznury paciorków lub skórzane plecionki, a przeguby rąk i 
przedramiona - ciężkie pierścienie z kości słoniowej lub z grubej skóry 

hipopotama. Każdy 
dzierżył w ręce dwie lub trzy długie włócznie oraz maczugę, kunsztownie 

wyrobioną z 
twardego drzewa akacji sunt.

W ślad za mężczyznami wybiegły z tukuli kobiety, niektóre z dziećmi na rękach. 

background image

Dzieciarnia - jak w całej Afryce tropikalnej była oczywiście zupełnie naga, 

jeśli nie brać pod 
uwagę naszyjników z barwnych paciorków lub nawet łańcuszków oraz cienkich 

sznurków na 
biodrach. Kobiety również ubrane były w bawełniane lau, nie różniące się niczym 

od 
męskich, albo też w stary tradycyjny strój szczepowy, na który składały się dwa 

fartuszki ze 
skór cielęcych odwróconych sierścią na zewnątrz, połączone rzemykiem 

przerzuconym przez 
jedno ramię.

Europejskie dzieci nie były widocznie częstym zjawiskiem w szylluckiej osadzie w 
Malakalu, gdyż Murzyni z nie ukrywanym zaciekawieniem przyglądali się 

przybyszom, a 
wskazując palcami na twarz Dziki - wykrzykiwali jakieś niezrozumiałe słowa i 

wybuchali 
radosnym śmiechem. Dopiero po dobrej chwili Jackowi udało się wyłowić z 

bezładnego 
gwaru kilka mocno zmienionych słów arabskich, z których domyślił się, co 

spowodowało tak 
wielki podziw i żywiołową radość Szylluków.

- Zrobiłaś niesłychane wrażenie, Dzika - rzekł do swej towarzyszki. - Murzyni 
zachwyceni są nie spotykaną u nich niebieską barwą twoich oczu i złotym kolorem 

warkoczy. 
Uważaj, bo cię porwą, zamkną w jakiejś kapliczce i czcić będą jako dobre 

mzimu*.[ Mzimu - 
słowo z murzyńskiego języka suaheli, używanego w Kenii, oznaczające dobrego 

duszka, 
dobrego fetysza.]

- I ty byś pozwolił mnie porwać? spytała Dzika z przekornym uśmiechem, potem 
jednak żachnęła się: - Nie ma się im co podobać... twoje piwne są chyba 

ładniejsze! A co do 
włosów... to popatrz na tych Murzynów... u nich jest zupełnie inaczej niż u nas. 

Mężczyźni 
noszą wspaniałe czupryny przeróżnych kształtów, ozdobione jeszcze piórami strusi 


marabutów, a włosy kobiet są króciutkie, skręcone w kępki i wyglądają, jakby 

gospodarowały 
w nich gniazda moli. Niektóre są chyba całkiem łyse, a może tylko ogolone do 

skóry...
- Nie, nie są łyse, ale właśnie ogolone. To są młode mężatki - wyjaśnił Jacek. - 


Szylluków bowiem panuje zwyczaj, że narzeczona przed ślubem musi dokładnie 

ogolić 
głowę. A inne, które posądzasz o bliższą znajomość z molami... hołdują po prostu 

nakazom 
mody, a ta wymaga, aby tu coś podstrzyc, tam wyciąć łysinkę podłużną, okrągłą 

albo 
kwadratową czy wreszcie na gładko wygolonej czaszce pozostawić jedną, dwie lub 

trzy kępki 
włosów.

Dzieci rozmawiały z sobą po polsku, osłuchani więc z arabskimi dźwiękami Murzyni 

background image

mieli nowy powód do podziwu i wesołości. Nagle w gromadzie otaczającej 

przybyszów 
powstało lekkie zamieszanie; Szyllukowie rozstąpili się przepuszczając bardzo 

wysokiego 
mężczyznę przystrojonego w piękny biały lau, kilka naszyjników zrobionych z 

oszlifowanych 
płytek ze skorup jaj strusich oraz w grube, ciężkie bransolety z kości 

słoniowej. Mężczyzna 
trzymał w ręce misternie ozdobioną maczugę, którą uprzejmym gestem wskazał 

dzieciom 
pobliski tukuł, pozdrawiając je równocześnie zwyczajowym pytaniem:

- Kef halak? Jak się wam powodzi? - i nie czekając na odpowiedź, dodał: - 
Tafaddalu! 

Proszę bardzo, wejdźcie!
Jacek zerknął pytająco na Dzikę, dziewczynka jednak bez cienia obawy ruszyła we 

wskazanym kierunku.
Rozległe podwórze - otoczone wysokim płotem z gęsto plecionych mat - mieściło 

cztery obszerne chaty, przed którymi uwijało się kilka kobiet i dziewcząt. 
Wszystkie miały na 

czole szylluckie znaki szczepowe, a w przekłutych małżowinach uszu liczne 
żelazne i 

mosiężne kółeczka. Na przedramionach i u kostek nóg dźwigały sporą ilość 
metalowych 

bransolet, a niektóre trzymały w rękach przedziwne fajki, dymiące - wedle zdania 
Dziki - nie 

gorzej niźli komin „Nefertete”.
Bo też w fajkę taką wkładają Szyllukowie na raz ćwierć funta tytoniu 

pomieszanego z 
wyschniętym łajnem krowim, dającym gęsty i bardzo ostry dym. Na końcu długiego 

cybucha 
znajduje się, ogromny ustnik zrobiony ze specjalnie uformowanej tykwy. 

Szyllukowie tykwę 
tę napełniają cieniutkimi płatkami wysuszonego rdzenia sitowia, na których 

zatrzymuje się 
nikotyna. Jest to doskonały filtr, wynaleziony i stosowany przez tych Murzynów 

już bardzo, 
bardzo dawno.

Gospodarz tukulu mówił wcale dobrze po arabsku. Jak się później dzieci 
dowiedziały, 

był to orror* [Orror (szyll.) - członek rodziny królewskiej, często zajmujący 
stanowisko 

naczelnika dużej wsi lub osiedla.], który pełnił obowiązki naczelnika osiedla. 
Na jego rozkaz 

kobiety, przyglądające się niezwykłym gościom, przyniosły w drewnianych 
miseczkach 

placki z durry i kwaśne mleko, a w tykwach merisę i postawiły to wszystko przed 
Dziką i 

Jackiem.
Przez podwórze orrora przesuwały się coraz to inne grupki ciekawskich, którzy 

cisnęli 
się, aby zobaczyć dzieci chawaga, ale mieszkańcom obejścia zupełnie to nie 

przeszkadzało w 

background image

codziennych zajęciach. Jedna z kobiet łuszczyła w pobliżu długim, ciężkim 

bijakiem proso w 
stępie, którą stanowiła głęboka dziura wykopana w ziemi i wyłożona glinianą 

polewą. Nieco 
dalej mały chłopiec giętkim kijaszkiem wytrzepywał z kurzu i owadów wspaniałą, 

do czółna 
podobną fryzurę leżącego na ziemi wojownika. Kilku wyrostków układało w sterty 

płaty na 
pół wysuszonego nawozu bydlęcego. Podpalali je, a potem nacierali całe ciało 

popiołem lub 
też siadali na platformie zbudowanej w środku podwórza, tonącej prawie zupełnie 

w kłębach 
gryzącego dymu. Orror zapewnił Jacka i Dzikę, że jest to jedyny, wypróbowany 

przez wiele 
pokoleń sposób ochrony przed komarami i boleśnie tnącymi gzami bydlęcymi. Tuż 

pod 
ogrodzeniem z mat rozciągnięta była na kołkach wbitych w ziemię duża skóra 

krowia. Dwaj 
mężczyźni oczyścili ją najpierw dokładnie z resztek mięsa i tłuszczu, a potem 

poczęli 
garbować przez wcieranie w nią popiołu drzewnego. W pracy tej pomagało garbarzom 

kilku 
wyrostków, a grupka innych wyśmiewała nieudolne wysiłki swych rówieśników.

Na podwórzu znalazł się również i znachor szyllucki, który leczył chorych przez 
puszczanie im krwi - o kilkadziesiąt kroków od nowocześnie urządzonego szpitala! 

Dzika z 
przerażeniem patrzyła, jak siedzący na ziemi znachor ogolił głowę klęczącego 

przed nim 
pacjenta, po czym przeciął mu głęboko skórę nad czołem, pozwalając krwi spływać 

w dołek 
uprzednio wykopany w ziemi. Operacja musiała być bardzo bolesna, bo „lekarz” 

spryskiwał 
nieszczęśnika raz po raz zimną wodą.

Dzieci miały już dosyć wizyty w zagrodzie, gdzie mimo dymu natrętnie dokuczały 
roje much, gdy nagle na znak naczelnika ustawiono na szybko opróżnionym placyku 

dwa 
duże bębny, w które poczęli uderzać grajkowie. Kilka dziewcząt i młodych kobiet 

podbiegło 
natychmiast i w płynnym tańcu okrążyło muzykantów wraz z ich instrumentami. Na 

to tylko 
zdawało się czekać kilkunastu stojących na ulicy wojowników, którzy ze śpiewem 

na ustach 
wbiegli na podwórze, groźnie potrząsając włóczniami i uderzając maczugami w 

podłużne 
ambaczowe tarcze. Długim, posuwistym, tanecznym krokiem okrążyli oni 

kilkakrotnie 
pląsające kobiety. Pieśń zakończyli przeciągłym, cienkim, wibrującym okrzykiem 

wojennym: 
„Li-li”, po którym ustąpili miejsca nowej grupce, sami zaś zniknęli za 

ogrodzeniem, by w 
odpowiedniej chwili znów się pokazać.

Trochę przestraszeni i na pół ogłuszeni niesamowitym zgiełkiem, jaki zapanował 

background image

na 

podwórzu, Dzika i Jacek z podziwem i żywym zainteresowaniem patrzyli na 
przesuwających 

się przed nimi wojowników. Murzyni wystąpili chyba w najświetniejszych swoich 
strojach 

wojennych. Bawełniane opończe pozostawili w chatach, a na przypudrowane teraz 
uroczyście 

czerwoną sproszkowaną gliną ciała przywdziali wspaniałe cętkowane skóry 
lampartów, 

gepardów* [Gepard - duże, drapieżne zwierzę z rodziny kotów, żyjące w Afryce i w 
południowo-zachodniej Azji. Oswojone gepardy - jako najszybciej biegające 

zwierzęta - 
używane są do polowania na gazele i antylopy.], rysi stepowych* [Ryś stepowy 

(arabs.: khut 
e1-chala) - karakal, drapieżnik z rodziny kotów; zamieszkuje piaszczyste 

pustynie i stepy 
Afryki i południowej Azji. W Indiach używany był do polowań.] i serwali* [Serwal 


drapieżnik z rodziny kotów; zamieszkuje stepy Afryki.], zarzucając je z fantazją 

na ramiona. 
Niektórzy pomalowali twarze w czerwone kreski lub wężowate linie, w czupryny 

wpięli pęki 
piór strusich, marabutów lub białych czapli, a kostki nóg przystroili opaskami z 

puszystych 
futer. Każdy wojownik miał na przedramionach dwie, a niekiedy i cztery ciężkie, 

grube 
bransolety z kości słoniowej, na szyi zaś sznury barwnych paciorków, ten i ów 

zaś mosiężne 
lub żelazne łańcuszki. Było też kilku wojowników, których szyje ozdabiały 

szerokie 
naszyjniki, niezwykle pracowicie splecione z włosia żyraf.

Jacek oglądał takie plecionki w zbiorach muzeum kultury materialnej w Chartumie, 
wiedział więc, że podobnie jak naszyjniki ze szlifowanych skorup jaj strusich są 

one bardzo 
poszukiwane przez zbieraczy jako niezwykle cenne pozostałości starej ludowej 

sztuki 
zdobniczej Szylluków.

Dla Dziki i Jacka tańce wielu plemion arabskich i murzyńskich nie były nowością. 
Widywali je dość często w Chartumie lub w Omdurmanie z okazji różnych sudańskich 

uroczystości narodowych, teraz jednak, przyglądając się z roziskrzonym wzrokiem 
i z 

wypiekami na policzkach temu niezwykłemu, urzekająco barwnemu i groźnemu zarazem 
widowisku, po prostu zapomnieli o całym świecie.

Ocknęli się z zachwytu dopiero na kilkakrotny niecierpliwy ryk syreny 
„Nefertete”, 

niosący się z lekką bryzą od strony rzeki. Ryk ten podziałał paraliżująco na 
ręce grajków - 

dudnienie bębnów urwało się nagle w pół taktu, równocześnie zastygły w tańcu 
smukłe 

dziewczęta, a także znieruchomiały wzniesione w górę ramiona wojowników 
trzymających w 

dłoniach włócznie i maczugi. Po ogłuszającym zgiełku zapanowała na podwórzu 

background image

śmiertelna 

cisza, którą po chwili zmąciło wrzaskliwe gdakanie i łomot skrzydeł kur 
gonionych przez psa.

Zebrani na podwórzu westchnęli z ulgą. Tancerki zaniosły się śmiechem i 
pierzchły do 

swoich tukuli, wojownicy również poczęli się śmiać i bić dłońmi po muskularnych 
udach, co, 

jak wiadomo, oznacza radość i zadowolenie.
Jacek w kilku gładkich słowach podziękował orrorowi za gościnność i tak 

wspaniałe 
widowisko, co pogłaskało widocznie dumę naczelnika, gdyż uśmiechnął się 

zadowolony, a 
potem podniósł w górę maczugę i krzyknął kilka słów po szyllucku.

Skutek jego odezwania się był zaskakujący! Z gardzieli wojowników wyrwał się 
przeraźliwy, przeciągły okrzyk bojowy: „Li-li”, po czym, jak na komendę, 

uderzyli 
maczugami w swoje ambaczowe tarcze i małymi grupkami otoczyli dzieci wraz z 

orrorem 
ciasnym pierścieniem lśniących od potu ciał.

- No, teraz wywiodą nas gdzieś daleko w step; mnie rzucą na pożarcie lwom, a 
ciebie, 

Dzika, zaprowadzą do murachu* [Murach (dinka) - ogrodzenie dla bydła, obóz letni 
Dinków, 

w którym trzyma się wypasane na sawannie bydło.] i tam zrobią swoim fetyszem* [W 
murachach Dinków i Szylluków znajdują się kapliczki zbudowane ku czci fetyszów, 

czyli 
przedmiotów obdarzonych według ich wierzeń nadprzyrodzoną siłą.] - zażartował z 

poważną 
miną Jacek.

Ale Dzika wcale się nie przestraszyła.
- Odprowadzą nas jako honorowa eskorta do przystani i oddadzą w ręce ojców.

Słowa Dziki spełniły się co do joty. Wojownicy odprowadzili swych małych gości 
aż 

na przystań, gdzie już zgromadziła się prawie cała arabska i murzyńska ludność 
osiedla, 

pragnąca asystować przy odpłynięciu statku.
Na brzegu, tuż przy pomoście łączącym „Neferlete” z lądem, kilku urzędników 

rozmawiało jeszcze z obu łowcami, a na uboczu, pod opieką dwóch żołnierzy, stała 
klatka z 

jabiru, który wsparty zwyczajem bocianów na jednej nodze, z filozoficznym 
spokojem 

spoglądał na zgiełkliwy tłum ludzki.
Pożegnaniu dzieci z orrorem i eskortą towarzyszył znów przeciągły okrzyk wojenny 

Szylluków oraz kilkakrotne uderzenie maczug o tarcze. Łowcy jeszcze raz 
uścisnęli dłonie 

urzędników i stojących obok kupców arabskich i greckich, po czym załoga 
ściągnęła pomost i 

statek powoli ruszył w dalszą drogę, żegnany okrzykami pozostałych na brzegu.
Jacek i Dzika stali przy burcie odpowiadając powiewaniem chusteczek na 

pożegnalne 
okrzyki, a kiedy Malakal pozostał już tak daleko, że stracili z oczu jego dachy, 

chłopiec 

background image

zapytał:

- Powiedz mi, Dzika, jaką trasą lecieliście z Chartumu do Malakalu? W ciągu dwu 
ostatnich dni nie widziałem ani jednego samolotu nad Bahr el-Abjad!

- Nas na pewno nie mógłbyś widzieć - zaśmiała się Dzika w odpowiedzi - bo 
lecieliśmy wodnopłatowcem wzdłuż Nilu Błękitnego, a właściwie nad nawodnionymi 

polami 
Geziry. Nie masz nawet pojęcia, jak to wspaniale z góry wygląda: nie kończąca 

się sieć 
grubszych i cieńszych niebieskich niteczek na tle złocistym i białym. Te nitki 

to kanały 
doprowadzające wodę, do pól porośniętych bawełną, sezamem, orzeszkami ziemnymi i 

prosem. Widziałam to wszystko bardzo dokładnie, bo lecieliśmy nisko, gdyż 
towarzyszący 

nam w podróży inżynierowie robili zdjęcia i pomiary. I tak dolecieliśmy do Er 
Roseires...

- Do Er Roseires? - zdziwił się chłopiec.
- A tak, do Er Roseires! - z dumą potwierdziła Dzika. - Wodowaliśmy tam w małej 

zatoczce poniżej straszliwie groźnych skalnych progów, na których tak bardzo 
woda kotłuje 

się i pieni, że żaden statek ani nawet łódź murzyńska nie mogą ich przebyć. Tam 
wysiedli 

inżynierowie, specjaliści od budowy zapór, regulacji rzek i nawadniania. To dla 
nich właśnie 

nasz samolot leciał tą trasą. Będą tam pewnie coś wielkiego budowali, bo w Er 
Roseires 

widziałam mnóstwo buldożerów, koparek, traktorów i innych, bardzo dziwnych 
maszyn, ale 

już nie pamiętam, jak się nazywają. No, a potem polecieliśmy prosto do Malakalu 
i znów 

wodowaliśmy, ale już na Bahr el-Abjad.
- Dziewczyno, ależ ty miałaś szczęście! - zawołał Jacek z wyraźną nutą podziwu i 

zazdrości w głosie. - Przelatywałaś najpierw nad najlepiej nawodnioną i uprawną 
częścią 

Geziry, a potem nad najmniej zaludnioną okolicą tej prowincji, gdzie podobno aż 
roi się od 

wszelkiej zwierzyny. Musieliście przelatywać nad górami Ingessana i zawadzić o 
słynne 

moczary Moibar, których dotychczas nie przebył jeszcze żaden Europejczyk. Jeśli 
wierzyć 

gadkom murzyńskim, to słoni tam wprost bez liku!
- Kapitan wodnopłatowca mówił, że z Er Roseires mamy tylko dwieście 

siedemdziesiąt kilometrów w prostej linii na wschód od jeziora Tana w Abisynii, 
z którego 

wypływa Nil Błękitny. Prosiłam go, żebyśmy polecieli nad jezioro, ale 
powiedział, że nie 

może. Z Er Roseires do Malakalu lecieliśmy najpierw nad okolicą górzystą, 
pokrytą lasami, a 

potem nad sawanną. Ponieważ lecieliśmy nisko nad ziemią, widziałam wyraźnie 
ogromne 

baobaby* [Baobab (murzyńsk.; arabs.: tebeldi - małpie drzewo chlebowe) - 
zmieniające liście 

drzewo stepowe o małej stosunkowo koronie, ale bardzo grubym pniu, pokryte korą 

background image

grubości 

10 cm. Młode liście baobabu używane są przez wie murzyńskich szczepów jako 
jarzyna, a 

miąższ dużych, ogórkowatych owoców daje napój gaszący pragnienie. Ziarna tych 
owoców 

używane są przez znachorów afrykańskich jako znakomite lekarstwo na dyzenterię. 
Kora 

znajduje wielorakie zastosowanie, a z łyka sporządzają Murzyni mocne sznury.], 
gaje akacji, 

pierzchające w popłochu antylopy, bawoły, a także żyrafy i strusie. Kapitan 
pokazywał mi 

nawet uciekające nosorożce, ale mignęły mi tylko w oczach i przepadły w jakimś 
khorze. A 

potem z lewej strony widać było ogromną jasnozieloną plamę, która bardzo ostro 
odbijała od 

żółtego tła sawanny, ale nie wiem, czy to były te moczary, o których mówiłeś, bo 
nie 

widziałam tam słoni. A bliżej Nilu Białego to mieliśmy pod sobą ni to sawannę, 
ni to step, ale 

było tam sporo dużych osiedli murzyńskich, małe uprawne pola i bardzo wiele 
pasącego się 

bydła. Pilot twierdził, że to bydło należy do murzyńskiego szczepu Dinka, ale 
nie mam 

pojęcia, jak on to poznał.
Jacek słuchał w skupieniu sprawozdania Dziki i myślał z goryczą: „A ja tak się 

martwiłem, że ona nie widzi pelikanów łowiących ryby ani hipopotamów, ani 
krokodyli!” 

Kiedy zaś skończyła, zapytał:
- A jak to się stało, że nie pojechałaś do Kairu?

Dzika zaniosła się dźwięcznym śmiechem i dopiero po dłuższej chwili 
odpowiedziała:

- Przyrzekłam tatusiowi, że codziennie będę zażywać comoquininę, wiesz, te 
paskudne pigułki przeciw malarii, że będę piła tylko gotowaną i filtrowaną wodę, 

że będę na 
siebie bardzo uważała... no i mnóstwo innych jeszcze rzeczy, o których nie ma co 

mówić.
- Czyżby tylko dlatego pan Rawicz tak łatwo zgodził się na twoje uczestnictwo w 

wyprawie? - indagował dalej Jacek.
- No, nie tak znowu łatwo... ale się zgodził - westchnęła dziewczynka. - Potem 

powiedziałam jeszcze, że nawet gdybym chciała, to i tak do pensjonatu jechać nie 
mogę, bo 

wszystkie moje rzeczy są na... „Nefertete”.
- Ach tak! - zawołał pełen najwyższego podziwu Jacek, ale już po chwili 

stwierdził 
rzeczowo:

- Ojciec mógł ci przecież kupić kilka nowych sukienek i trochę bielizny na 
miejscu, w 

Kairze. Dużo tego chyba nie potrzebujesz?
- A cóż ty możesz wiedzieć, czego ja potrzebuje, a czego nie! - oburzyła się 

Dzika. - A 
zresztą nie widzę konieczności spowiadania się przed tobą z rozmów z moim 

własnym ojcem! 

background image

Nie pojechałam do Kairu, jestem na pokładzie „Nefertete” i płynę w stronę Bahr 

el-Ghazal 
niezależnie od tego, czy tobie się to podoba, czy nie!

Oszołomiony lawiną słów, Jacek patrzył na swoją przyjaciółkę z tak zabawnie 
zdumionym wyrazem twarzy, że dziewczynka parsknęła śmiechem.

Ale nagle umilkła spojrzawszy na przesuwający się nie opodal brzeg. Przez chwilę 

natężeniem się weń wpatrywała, po czym chwyciła Jacka za ramię i mocno je 
ściskając, 

wykrztusiła rwącym się ż przejęcia szeptem:
- Patrz... patrz... tam na brzegu... tjang* [Tjang (dinka) - antylopa lirowata, 

odznaczająca się długą wąską czaszką i lirowatymi rogami w kształcie „V”; żyje w 
Sudanie.]! 

Ooo!... drugi... trzeci!
Chłopiec spojrzał we wskazanym kierunku. Lewy brzeg, porośnięty kępami 

ciernistych krzaków i pożółkłymi łodygami wysokich traw, widać było doskonale, 
ale poza 

kilkoma dużymi ptakami siedzącymi na konarach olbrzymiego baobabu Jacek nic 
interesującego nie dostrzegł. Wzruszył więc niechętnie ramionami i rzekł nieco 

opryskliwie:
- Wydaje ci się, Dzika, tam przecież nic nie ma!

- Tjang, tjang - upierała się dziewczynka. - Patrz dobrze... widzisz? Stoi tuż 
przy 

kopcu termitów* [Termity - bielce, owady występujące przede wszystkim w krajach 
tropikalnych, niektóre gatunki także w Europie; żyją w społeczeństwach, jak np. 

nasze 
mrówki, budują twarde, trwałe kopce wysokości niekiedy kilku metrów, zwane 

termitierami; 
żywią się substancjami roślinnymi, przede wszystkim drewnem, i stąd są 

szkodliwe.]... Ooo, 
patrz! - krzyknęła nagle klaszcząc w dłonie. - Wskoczył na termitierę... 

naprawdę wskoczył!
Jakkolwiek ruch zwierzęcia trwał zaledwie drobny ułamek sekundy, to jednak nie 

uszedł uwagi Jacka, który przy tej sposobności spostrzegł i nie zauważony 
poprzednio kopiec. 

Bezstronnie jednak trzeba przyznać, że szczyt kopca wystawał tak nieznacznie nad 
poziom 

traw, że wielu wytrawnych myśliwych nie domyśliłoby się nawet jego istnienia. 
Ponadto 

barwa sierści zwierzęcia tak bardzo zbliżona była do kolorytu termitiery, że i 
teraz tylko 

niezwykle bystre i doświadczone oko mogło w nieruchomej sylwetce antylopy 
rozpoznać 

żywe stworzenie.
- Ależ ty masz wzrok! - przyznał chłopiec z nie ukrywanym podziwem. - Zauważenie 

zwierzęcia w tej gmatwaninie traw jest już nie lada wyczynem, a cóż dopiero 
bezbłędne 

określenie jego gatunku!
Dzika, słysząc te słowa, promieniała z radości i dumy, bo wreszcie udało się jej 

czymś 
zaimponować towarzyszowi zabaw, który traktował ją zwykle z łaskawą, ale 

lekceważącą 

background image

wyższością. Czuła jednak instynktownie, że nie należy tego tryumfu zbyt jawnie 

okazywać, 
toteż odrzekła ze skromną minką:

- Wcale nie mam lepszego wzroku od ciebie, tylko więcej miałam możliwości 
obserwowania zwierząt, mieszkając w ogrodzie zoologicznym. Wybieg tjangów jest 

prawie 
przed naszym domem. Wiesz na pewno, że stado wystawia zawsze pikiety, które 

stają na 
termitierach czy innych wzniesieniach, aby lepiej obserwować sawannę i w czas 

ostrzec przed 
niebezpieczeństwem pasących się towarzyszy. Tego tam - rzekła wskazując na 

tjanga wciąż 
jeszcze stojącego bez ruchu na kopcu - zainteresowała widocznie „Nefertete”. 

Chciał się więc 
jej dobrze przypatrzyć, by zbadać, czym grozić może tak dziwny stwór. Na nasze 

szczęście 
wiatr wieje od brzegu, więc ludzkiego zapachu jeszcze nie zwęszył.

Prostota i rzeczowość, z jaką Dzika wyjaśniła swój niewątpliwy sukces, tak ujęły 
Jacka, że gotów był nawet wyolbrzymić jej powodzenie, ale rozmowę przerwał 

głośny 
dźwięk gongu wzywającego na spóźniony obiad.

Dźwięk ten doszedł też widocznie i do uszu stojącej na termitierze antylopy, bo 
nagle 

zniknęła, jakby była przywidzeniem, i tylko chwiejące się gwałtownie trawy 
zdradzały drogę 

jej ucieczki.
W mesie dzieci zastały już swoich ojców, a w czasie obiadu dowiedziały się ku 

wielkiej radości, że wyprawa zapowiada się dobrze, bo według informacji 
uzyskanych w 

Malakalu oba brzegi Bahr el-Gebel oraz Bahr el-Ghazal roją się po prostu od 
mnóstwa 

przeróżnej zwierzyny. Drugą, również radosną nowiną była wiadomość o wysokim 
stanie 

wody na obu rzekach. Pozwalało to bowiem nie tylko wpłynąć głęboko w rozległy 
obszar 

moczarów będących ulubionym miejscem pobytu abu markuba, ale znacznie zwiększało 
możliwość pochwycenia tego niezmiernie czujnego i ostrożnego ptaka.

Posiłek spożyto w wesołym i beztroskim nastroju, a potem pośpieszono gromadnie 
na 

dach nadbudówki, gdyż trzykrotny krótki ryk syreny oznajmił jakieś niezwykłe 
zdarzenie.

Na czystych, choć nieomal zupełnie czarnych wodach Bahr el-Abjad widać było 
szeroką, wyraźnie odgraniczającą się, białawą smugę. Robiło to dość dziwne 

wrażenie, rzeka 
bowiem wyglądała tak, jakby w jej korycie płynęły równocześnie dwa nurty: jeden 

jasny niby 
rozwodnione mleko, drugi - czarny.

- Ta mleczna smuga wskazuje, że przepływamy właśnie obok ujścia rzeki Sobat, 
prawego dopływu Bahr el-Abjad - wyjaśnił dzieciom pan Rawicz. - Mleczne 

zabarwienie 
nadaje jej osad niesiony z gór abisyńskich, z których wypływa. Na terenie 

Abisynii nosi ona 

background image

nazwę Baro...

- Ależ, tatusiu - zawołała Dzika - przecież tu nie ma żadnych gór! Jak okiem 
sięgnąć, 

widać tylko bezkresną płaską sawannę...
- Nawet twoim sokolim wzrokiem gór tych nie zobaczysz - przerwał Jacek - bo 

Wyżyna Abisyńska jest stąd oddalona w prostej linii o jakieś trzysta kilometrów! 
Cóż jednak 

dla takiej potężnej rzeki znaczy ta odległość? Tyle chyba tylko, że na równinnej 
sawannie 

straciła swój rwący, burzliwy nurt.
- Słusznie mówisz, Jacku - ozwał się stojący przy relingu pan Goraj - rzeka 

Sobat 
straciła na równinie swój bystry nurt, ale zachowała przyjemny dla podniebienia 

smak wody. 
Stare arabskie przysłowie powiada: „Kto raz napił się wody Nilu - znów do niego 

wróci”. 
Porzekadło to powinno się raczej odnosić do Sobat, do jej mlecznej, ale bardzo 

smacznej 
wody górskiej, a nie do Nilu, którego woda jest czysta, przefiltrowana przez 

trawy i 
wodorosty, ale ma przykry smak mułu i lekki zapach zgnilizny.

- Więc zamiast do Bahr el-Ghazal płyńmy w górę rzeki Sobat! - zawołała Dzika. - 
Zwierzęta też są wybredne i chętnie piją wodę smaczną, toteż prędzej je tam 

spotkamy...
- Ech, Dzika, Dzika - westchnął z politowaniem Jacek - przecież na Sobat nie 

złowimy 
ani abu markuba, ani kozłów nilowych. Rzeka ta posiada wprawdzie moczary, ale są 

one małe 
i znajdują się tylko w zakolach jej krętego koryta. Co innego Bahr el-Gebel czy 

Bahr el-
Ghazal, których trzęsawiska rozciągają się na tysiące kilometrów kwadratowych. 

Popatrz 
zresztą na lewy brzeg - znów widać mokradła z łąkami sitowia, trzciny i trawy 

słoniowej. W 
tych bagnach na pewno zobaczymy kozły nilowe, prawda, tatusiu?

- Nasi tropiciele twierdzą, że kozłów w tym roku jest dużo w tych okolicach - 
potwierdził pan Goraj - ale to nie znaczy, iż koniecznie musimy je tu spotkać. 

Płyniemy teraz 
na zachód, do jeziora No, więc na całej przestrzeni wynoszącej z górą sto 

dwadzieścia 
kilometrów będziemy mieli i bagna, i suchy ląd pokryty trawą, kępami drzew i 

mimozy. Na 
lewym brzegu będziemy widywać jeszcze liczne tukule Szylluków, na prawym osiedla 

Dinków, ale wkrótce zobaczycie Murzynów ze szczepu Nuer, którzy podobnie jak 
Dinkowie 

chodzą prawie zupełnie nago. Nie dziwcie się też, jeśli zauważycie na bagnach 
nową roślinę: 

papirus. W czasach faraonów brzegi Nilu aż po Deltę zarośnięte były tą niezwykle 
użyteczną i 

piękną rośliną, teraz jednak trzeba odbyć z Chartumu prawie tysiąckilometrową 
podróż na 

południe, aby ją w całej okazałości zobaczyć. Dzisiaj wieczorem powinniśmy 

background image

dotrzeć do 

następnego prawego dopływu Bahr el-Abjad, to znaczy do Bahr ez-Zeraf, czyli 
Rzeki Żyraf. 

Jest to, co prawda, tylko odnoga Bahr el-Gebel, ale otrzymała oddzielną nazwę od 
żyraf, 

których przed wielu laty było nad jej brzegami bez liku. Pamiętajcie też, że w 
tych okolicach 

komary stają się wieczorami prawdziwą plagą, a więc dobrze okrywajcie wasze 
łóżka 

moskitierami, nie przesiadujcie po zachodzie słońca na pokładzie, no i ściśle 
przestrzegajcie 

zażywania comoquininy.
Dzika zaprowadziła Jacka do swojej kajuty, aby pokazać mu, że ta maleńka izdebka 

została jeszcze w Chartumie najtroskliwiej przygotowana do zamieszkania. 
Chłopiec starał się 

oczywiście nie okazywać swego zdziwienia na widok wydobytych przez Dzikę z 
szuflady 

pod koją kilku par dżinsów i innych części wygodnego i praktycznego ubrania 
podróżniczego, 

w duchu jednak musiał przyznać, że jego przyjaciółka jest osóbką nie tylko 
bardzo 

przewidującą, ale też i niezwykle stanowczą w przeprowadzaniu swoich zamierzeń.
„Jej na pewno oczy nie będą się pocić w razie niebezpieczeństwa - pomyślał. - 

Szkoda 
tylko, że to dziewczyna, bo z chłopcem można by tutaj przeżyć niejedną wspaniałą 

przygodę”.
7

Jacek widział przed sobą spokojnie pasącego się tjanga, ale mimo wielokrotnie 
powtarzanych prób - nie mógł go pochwycić. Zwierzę oddalało się krok po kroku i 

nagle 
między nim i chłopcem wyrosła szeroka ściana trzcin tak gęstych, że Jacek 

przedzierał się 
przez nie z niesłychanym trudem, przy nadludzkim wysiłku wszystkich mięśni. 

Wreszcie, gdy 
już, już miał wyciągnąć rękę, by ogromne zwierzę pochwycić za lirowate rogi - 

coś 
przytrzymało go za ramię. Szarpnął się z rozpaczą raz i drugi, a wtedy gdzieś z 

dali doszedł 
do jego uszu podniecony szept Dziki:

- Jacek! Wstawaj... no, wstawaj, leniu! Nie rzucaj się tak, bo spadniesz na 
podłogę!

Chłopiec otworzył oczy i przez dobrą chwilę nie mógł zrozumieć, gdzie się 
podział 

tjang, gdzie znikły trzciny i co tak gwałtownie szarpie go za rękaw pidżamy. 
Dopiero kiedy w 

szarym mroku spostrzegł przed sobą gęstą siatkę moskitiery, zrozumiał, że 
wszystko, co przed 

chwilą widział, było tylko snem, a on leży na swojej koi.
- Wstawaj, wstawaj prędzej, Jacek - posłyszał znów prawie nad uchem zdyszany, 

natarczywy szept - bo antylopy końskie umkną... słyszysz... umkną!
Słowa te dotarły wreszcie do świadomości chłopca i podziałały niczym kubeł 

lodowatej wody wylany na głowę. Zerwał się z koi i wyskoczył spod moskitiery z 

background image

takim 

impetem, że potrącona przez niego Dzika aż zatoczyła się na ścianę wąskiej 
kajuty.

Dziewczynka roztarta dłonią obolałe od uderzenia ramię, ale bez słowa wymówki 
pochwyciła Jacka za rękę i pociągnęła za sobą na pokład tonący jeszcze w 

porannym mroku. 
Na statku panowała zupełna cisza, tylko z kubryku* [Kubryk (niem.) - 

pomieszczenie 
mieszkalne przeznaczone dla załogi okrętu.] dochodziło zduszone chrapanie kilku 

ludzi 
śpiących na matach. Sprawiali oni wrażenie nieforemnych tobołów, gdyż chroniąc 

się przed 
komarami, zawinęli się szczelnie wraz z głowami w derki. Dziewczynka uklękła na 

deskach 
pokładu i czołgając się dotarła do dzioba „Nefertete”. Tu podniosła się nieco i 

wskazując 
palcem ledwie widoczny w rzadkiej mgle skrawek lądu, wrzynający się ostro w 

koryto rzeki i 
tworzący małą zatoczkę, wyszeptała do Jacka, który dokładnie naśladował 

wszystkie jej 
ruchy:

- Patrz na ten cypel! Czy widzisz na brzegu poruszające się cienie? To antylopy! 
Te 

dwie najbliższe, pochylone nad wodą zatoczki... to antylopy końskie, a ta obok 
nich to pewno 

antylopa krowa, bo trochę za duża na tjanga. A tamte cienie na tle krzaków 
przypominają z 

ruchów kozły błotne... chociaż mogą to być... gazele. Prawda?
Jacek patrzył we wskazanym kierunku i całą siłą woli wstrzymywał wyrywający się 


gardła okrzyk radosnego zdumienia. Cypel spowity był jeszcze rozjaśniającym się 

powoli 
mrokiem, strzępy mlecznej mgły snuły się nad brzegiem, ale w zwierciadle 

spokojnej 
zatoczki, lśniącej niby polerowane srebro, rysowały się dokładnie odbicia 

ruchliwych 
sylwetek zwierząt. Miejsce to stanowiło prawdopodobnie ich ulubiony wodopój, 

czuły się też 
tutaj zupełnie bezpiecznie, bo kilka antylop weszło nawet w płytką wodę i piły 

ją długimi 
haustami, raz po raz podnosząc w górę głowy i bacznie wsłuchując się w odgłosy 

budzącego 
się dnia. Chłopiec nie mógł oczywiście dokładnie określić nazw znajdujących się 

przy 
wodopoju zwierząt, jak to uczyniła Dzika, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało w 

chłonięciu 
wzrokiem nie znanego dotychczas widoku. Żałował tylko, że nie zabrał z kajuty 

swojej 
doskonałej lornetki, która pozwoliłaby dokładniej śledzić ruchy zwierząt, drżał 

również na 
myśl, że antylopy mogą wyczuć obecność ludzi albo też pierzchną spłoszone jakimś 

nieprzewidzianym hałasem. Już chciał podzielić się z Dziką swymi obawami, gdy 

background image

nagle z 

wierzchołka rosnącej na brzegu ogromnej akacji parasolowatej rozległ się 
przeraźliwy wrzask 

orła krzykliwego. Gdzieś z pobliskiej sawanny odpowiedziało mu donośne wołanie 
żurawi 

koroniastych, w które wmieszało się natychmiast spieszne kwakanie i gęganie, co 
wywołało 

wrażenie, że nocujące na łachach i mieliznach stada kaczek i gęsi czekały tylko 
na hasło 

wzywające do wzięcia udziału w porannej pobudce.
Krzyk ptactwa rozbudził widocznie kapitana Mohammeda, bo nagle z budki 

sterniczej, w której najchętniej sypiał, rozległo się jego basowe wołanie:
- Kawam, icha! Prędzej, wstawajcie!

Głos kapitana nie przebrzmiał jeszcze, a już u wodopoju nie było ani jednego 
zwierzęcia. Pierzchły tak szybko, że Jackowi wydało się, iż po prostu wsiąkły w 

tło 
nadbrzeżnych krzaków i traw lub rozwiały się wraz z ustępującą mgłą.

Załoga przebudzona krzykiem kapitana zabrała się żywo do pracy, chcąc możliwie 
szybko przygotować statek do dalszej drogi. Z komina „Nefertete” uniosły się w 

powietrze 
kłęby dymu, marynarze nabierali z rzeki wodę uwiązanymi na linkach wiadrami, 

zlewali nią 
pokład i szorowali go dokładnie szczotkami, a z kambuza rozszedł się aromatyczny 

zapach 
świeżo palonej kawy, którą przyrządzał sam Abdullah w asyście Ismaila 

podtrzymującego 
ogień w palenisku.

- Spłoszyli nam zwierzynę - ozwał się Jacek do swojej towarzyszki, kiedy oboje 
wracali powoli do nadbudówki. - Ale, ale... powiedz mi, skąd ty wiedziałaś, że w 

tej zatoczce 
jest wodopój?

- Wcale nie wiedziałam - odrzekła Dzika z wyraźnym zakłopotaniem - przecież 
jestem 

tutaj pierwszy raz w życiu. Obudziłam się nagle, jakby mnie ktoś pociągnął za 
rękę, no i 

wyszłam na pokład odetchnąć świeżym powietrzem. I wtedy ze zdumieniem 
spostrzegłam, że 

„Nefertete” przycumowana jest do tej małej wysepki. Potem zobaczyłam cypel 
nadbrzeżny i 

zatoczkę, a w niej kilka sylwetek, które przypominały mi antylopy końskie przy 
wodopoju o 

świcie w naszym ogrodzie.
- I zbudziłaś mnie dlatego, żeby mi je pokazać? - zapytał chłopiec.

- Myślałam, że zrobię ci przyjemność, bo przecież nigdy jeszcze nie widzieliśmy 
tych 

zwierząt na wolności - próbowała usprawiedliwić się Dzika, sądząc, że Jacek ma 
żal do niej 

za zbyt wczesne wyrwanie z łóżka, no i dotkliwe ukłucia komarów, szczególnie 
dokuczliwych wieczorami i przed wschodem słońca.

Ale chłopiec zupełnie inaczej ocenił jej postępek, bo nagle objął ją mocno 
ramieniem i 

starając się ukryć zmieszanie, zawołał śmiesznie grubym głosem:

background image

- Dzika, ty jesteś najwspanialszą dziewczyną, jaką znam! Wspanialszą niż 

niejeden 
chłopak! Z ciebie wyrośnie na pewno druga Aleksine Tinne*. [Aleksandra Tinne 

(Aleksandrine, Aleksine) holenderska podróżniczka. Urodziła się w Hadze 17.X. I 
zmarła w 

okolicy Murcuch 1.VII.1869 r. Pierwszą swoją samotną podróż odbyła w r. 1862 
wzdłuż Nilu 

Białego do Gondokoro, w rok później do Bahr el-Ghazal w towarzystwie niemieckich 
podróżników-badaczy: Heuglina i Steudnera. W 1866 zrobiła przez Algierię wypad 

na 
Saharę, a w trzy lata później próbowała przebyć Saharę na przełaj, by dostać się 

do Nilu. 
Wyprawa ta skończyła się jej śmiercią, została bowiem zamordowana przez 

Tuaregów. 
(Tuaregowie - koczowniczy szczep chamicki, należący do plemienia berberyjskiego, 

zamieszkujący wschodnią część Sahary.)] Porównanie ze sławną i podziwianą z 
powodu 

odwagi podróżniczką afrykańską mile połechtało dumę Dziki, toteż podziękowała za 
nie 

chłopcu najpiękniejszym uśmiechem, ale przekornie dodała:
- Panna Tinne była rzeczywiście dzielną i sławną kobietą, ale ja chyba nie pójdę 

w jej 
ślady, bo chcę żyć długo, bardzo długo, a tatuś opowiadał mi, że ona zginęła na 

Saharze w 
kilka lat po swojej pierwszej podróży sudańskiej. Gdybym umarła... to któż by 

się opiekował 
tatusiem?...

W tej właśnie chwili wyszli na pokład obaj ojcowie i ze zdumieniem spostrzegli 
stojące przy burcie dzieci, ubrane w lekkie pidżamy i gęsto poznaczone na 

twarzach i szyjach 
czerwonymi plamami od ukąszeń komarów.

Dzika bardzo nie lubiła wymówek, toteż szybko i dokładnie opowiedziała o 
porannej 

eskapadzie, starając się oczywiście zbagatelizować ukąszenia komarów jako rzecz 
nieuchronną w takiej sytuacji. Chcąc wreszcie zupełnie rozpogodzić strapione 

twarze ojców i 
uwagę ich zwrócić w innym kierunku, zaproponowała chytrze:

- A może popłyniemy łodzią do cypla i zobaczymy, czy to naprawdę były antylopy 
końskie i kozły błotne? „Nefertete” i tak wcześniej niż za godzinę nie będzie 

mogła ruszyć z 
miejsca.

Propozycja wydała się łowcom rozsądna, bo rzeczywiście warto było ustalić, jakie 
gatunki zwierząt podchodzą do rzeki, a przy sposobności zdobyć i pieczyste dla 

kuchni.
Dzieci pobiegły do swoich kajut, by się ubrać bardziej odpowiednio, a marynarze 

spuścili na wodę sporą tratwę gumową, która miała tę wyższość nad drewnianą 
łodzią, że 

zanurzenie jej było znacznie mniejsze przy sporym nawet obciążeniu, można więc 
było użyć 

jej nawet na płyciźnie. Obaj łowcy zabrali z sobą strzelby, Jacek zaś prócz 
małokalibrowego 

karabinka winchestera przewiesił przez plecy kamerę wyjaśniając, że musi 

background image

sfilmować pasące 

się antylopy końskie.
- Wątpię, czy ci się to uda, Jacku - zaśmiał się pan Rawicz - bo antylopy 

końskie 
znane są z tego, że do wodopoju przychodzą przed świtaniem, a pasą się w 

oddaleniu 
kilkunastu, a często nawet kilkudziesięciu kilometrów w głębi sawanny.

- Tatusiu! - zawołała nagle Dzika. - A gdybym ja wzięła tę najlżejszą wiatrówkę 

naboje do usypiania zwierząt? Ona jest jakby specjalnie dla mnie zrobiona!
Obaj łowcy spojrzeli na siebie, roześmieli się, ale zgodzili się na pomysł 

dziewczynki, 
pod tym oczywiście warunkiem, że nawet na krok od nich nie odstąpi, no i nie 

będzie strzelać 
do pierwszego ujrzanego zwierzęcia.

Dzika klasnęła w ręce z radości i co tchu pobiegła do głównej kajuty, skąd po 
chwili 

powróciła z wiatrówką w rękach, mając kieszenie dżinsów wypchane ampułkami i 
stalowymi 

łuskami ze sprężonym powietrzem. Ponieważ wiatrówka była jednak cokolwiek 
ciężka, Jacek 

rycersko ofiarował się dźwigać tę broń, odstępując przyjaciółce swój mały 
winchesterek.

Do wyprawy dołączyli tropiciele szylluccy na swych ambaczowych tratwach oraz 
młody, niezmiernie długi i chudy myśliwy ze szczepu Dinka, imieniem Tiuji, który 

został 
zabrany na statek w Malakalu jako tłumacz i pomocnik.

Z wysepki, przy której przycumowana została na noc „Nefertete”, nie było daleko 
do 

cypla, toteż grupka białych i czarnych myśliwych szybko znalazła się na brzegu. 

wilgotnym gruncie widać było nie tylko tysiące przeróżnych śladów, ale nawet 
liczne 

głębokie ścieżki wybite racicami przychodzących do wodopoju zwierząt. Dzika 
spojrzała na 

pozór przelotnie na ślady, ale z wyraźną radością szepnęła Jackowi:
- Popatrz, może powiesz, że to nie jest ślad antylopy końskiej? A ten tutaj... 

czy to nie 
antylopa krowa?... Te małe ostre raciczki to chyba... dukier* [Dukier - antylopa 

świnka.]. 
Ooo, są i kozły błotne! Czekaj no, przecież tu mamy wyraźny odcisk starego 

guźca! No, no, i 
któż by się spodziewał, że do takiej małej zatoczki schodzi się tak dużo 

przeróżnej zwierzyny!
Jacek potrafił wcale dobrze rozpoznawać ślady wielu dzikich zwierząt żyjących w 

Sudanie, gdyż posiadanie tej umiejętności wysoko cenione było w jego klasie i 
zaszczytnie 

wyróżniało wśród kolegów, ale tutaj, na widok ziemi stratowanej przez setki nóg 
zwierzęcych, poczuł jakby zawrót głowy. Bo cóż tu można było odczytać, jak 

ustalić gatunek 
zwierzęcia, skoro ślady były zniekształcone, pomieszane z sobą, jedne zachodziły 

na drugie, 

background image

przecinały się?

Spojrzał więc na Dzikę i znowu zrodził się w nim podziw dla tej drobnej, 
uczynnej, 

chociaż przekornej dziewczynki, którą zawsze lubił, ale chyba niesłusznie 
lekceważył.

Tymczasem myśliwi, po starannym zbadaniu śladów na cyplu i brzegach zatoczki, 
ruszyli w stronę dużej grupy krzaczastej akacji, do której prowadziły wydeptane 

przez 
zwierzęta drożyny. Dzika wierna swemu przyrzeczeniu pośpieszyła za nimi, za nią 

zaś Jacek.
Nagle od strony sawanny powiał dość silny wiaterek, a równocześnie w powietrzu 

rozległy się ciche, melodyjne, przeciągłe świsty, przypominające nieco dźwięki 
wielu setek 

na różne tony nastrojonych fujarek. Dźwięki te to przycichały, to znów stawały 
się silniejsze, 

wibrowały zmiennością tonów, a czasem rozbrzmiewały tak głośno, że można było 
mniemać, 

iż gdzieś w sawannie, w trawach, ukryła się grupa grajków koncertujących na 
fletach.

Dzika zdumiona spojrzała na Jacka, widząc jednak na jego twarzy nie mniejsze 
zdumienie, podbiegła do ojca, pochwyciła go za rękę, a wiedząc, że głośna 

rozmowa może 
spłoszyć pasącą się w trawach zwierzynę, zapytała szeptem:

- Tatusiu, co to tak gra?
Pan Rawicz uśmiechnął się i równie cicho wyszeptał:

- To soffar, córeczko, czyli akacja fletowa. Wiatr wygwizduje melodie na jej 
cierniach. Po powrocie na statek wytłumaczę ci, jak się to dzieje, ale teraz 

uwaga!... 
dochodzimy do kępy.

W kępie nie było ani antylop, ani gazel, zerwało się tylko z ziemi stado 
pantarek i z 

gderliwym, wrzaskliwym gdakaniem obsiadło gałęzie pobliskiej akacji. Dzika 
strąciła kilka z 

nich celnymi, szybkimi strzałami z winchesterka. Strzały te były tak ciche, jak 
klaśniecie w 

dłonie, nie mogły więc naruszyć spokoju sawanny.
Tropiciele nurknęli w krzaki w poszukiwaniu zabitych ptaków, za ich przykładem 

poszły i dzieci. Ziemia pod krzakami zasłana była po prostu przeróżnymi piórami. 
Dzika 

nazbierała sporą wiązkę niezmiernie delikatnych i bardzo w Chartumie cenionych 
piór* 

[piękne pióra ptasie, używane są w Afryce jako ozdoba stroju.] żurawi 
koroniastych, białych 

czapli, pelikanów i marabutów. Między ściółką z liści i piór widniały tu i 
ówdzie skóry 

zrzucone przez węże i jaszczurki, bielały czaszki i kości ptaków, antylop, a 
nawet leżał 

ogromny czerep guźca, w którego szczęce tkwiły jeszcze potężne, kolisto wygięte 
szable* 

[Szable - myśliwska nazwa kłów dzika.]. Jacek chciał zabrać tę czaszkę na 
statek, by włączyć 

ją do swoich zbiorów z tej pierwszej wielkiej podróży, kiedy jednak przekonał 

background image

się, że jest zbyt 

ciężka, wyrwał tylko oba zadziwiająco wielkie kły. Początkowo chciał je schować 
do 

kieszeni, lecz nagle zmienił zamiar i podając je Dzice, rzekł z wyraźnym 
zmieszaniem, które 

próżno starał się ukryć:
- Weź je za to, że zbudziłaś mnie rano i pokazałaś zwierzęta przy wodopoju. To 

są 
chyba największe kły dzicze, jakie dotychczas widziałem... więc... więc będą ci 

wszyscy 
zazdrościć...

W domu ojca Dziki przewijało się zbyt wielu myśliwych, aby nie wiedziała, jaką 
wartość przedstawiałyby dla nich tak ogromne szable guźca. Te, które trzymała 

teraz w 
rękach, nie były co prawda trofeum myśliwskim w pełnym tego słowa znaczeniu, 

niemniej 
postępek Jacka zaskoczył ją, a nawet zakłopotał, bo przecież zdawała sobie 

sprawę, ile w nim 
było wspaniałomyślnego wyrzeczenia. Sama nie przywiązywała wagi do tego rodzaju 

zbiorów, czuła jednak, że nie powinna odmówić przyjęcia daru, toteż gorąco 
podziękowała 

Jackowi i olbrzymie, pierścienic wato zagięte kły wsunęła na przegub ręki, jakby 
były 

bransoletami.
W niewielkim oddaleniu od czerepu Szyllukowie wykryli czaszkę ludzką. Tropiciele 

zbadali dokładnie szeroką szczerbinę po brakujących w szczęce siekaczach, a 
następnie 

poszperawszy włóczniami wśród liści i suszu, wydobyli z nich parę piszczeli, 
które również 

uważnie obejrzeli. Potem rozgarnęli delikatnie liście i przyglądali się ziemi, 
jakby szukali na 

niej śladów. Pokiwali głowami i wreszcie jeden z nich, wskazując na czaszkę, 
wyjaśnił 

łamaną arabszczyzną:
- Kor, on lew, pożreć ten człowiek, co być Dinka.

Dzieci spojrzały na czaszkę, na rozrzucone po ziemi kości, potem na siebie i - 
jakby 

na umówiony znak - spiesznie ruszyły ku ojcom, którzy ukryci za wysokim kopcem 
termitów, 

zdawali się obserwować coś z dużym zainteresowaniem. Obok nich siedział na ziemi 
młody 

Dinka. Skoro dzieci podbiegły zdyszane, pan Rawicz kładąc palec na wargach 
zalecił im 

milczenie, wskazując równocześnie wzrokiem na sawannę.
W odległości niespełna pół setki kroków, na stratowanej pożółkłej trawie, widać 

było 
dużego ptaka, podskakującego w przedziwnych pląsach na wysokich, bardzo silnych 

nogach. 
Czarne, lśniące jego upierzenie błyszczało w słońcu niby polerowana zbroja, a 

dość długa, 
giętka szyja z gołym podgardlem barwy roztopionego ołowiu zakończona była dużą 

głową. 

background image

Szczególną uwagę zwracał potężny, lekko wygięty, ostry na końcu dziób, na którym 

widać 
było dużą rogową narośl, przypominającą ścięty z przodu hełm.

- To jest przecież abu garn, kruk hełmiasty. Takiego samego mamy w naszym Zoo - 
szepnęła Dzika. - Ale dlaczego on tak pląsa?

- On nie pląsa, ale walczy... walczy z dużą, czarną, straszliwie jadowitą kobrą! 
wyjaśnił również szeptem pan Goraj.

Abu garn, nie domyślając się nawet, że jest obserwowany, szeroko rozpostarł 
krótkie, 

ale bardzo mocne skrzydła, końcami lotek zamiótł ziemie, zupełnie tak, jak to 
czyni 

rozgniewany indyk, rozłożył wachlarzowato ogon i nagle uskoczył w bok, 
błyskawicznie 

wysuwając skrzydła ku przodowi i uderzając nimi z trzaskiem w długie czarne 
cielsko, które 

śmignęło w górę na kształt grubego kija. Uderzenie było celne, bo wąż zachwiał 
się, a gdy w 

tej samej chwili otrzymał jeszcze straszny cios dziobem, bezwładnie zwalił się 
na ziemię. 

Ptak był widocznie mistrzem w tego rodzaju walkach i doświadczonym zabijaką, bo 
natychmiast całym ciężarem swego ciała skoczył na wroga, przygniótł go do ziemi, 

wbił w 
jego cielsko krótkie, ostre szpony i dużym, mocnym dziobem uderzył kilkakrotnie 

w trójkątny 
łeb.

Ale kruk nie docenił widocznie żywotnych sił potężnego gada albo też uderzenia 
nie 

były śmiertelne, bo nagle leżące nieruchomo, długie, grube ciało węża uniosło 
się w górę i z 

głośnym klaśnięciem, niby bicz, trzasnęło w ptaka. Cios był tak niespodziewany i 
silny, że 

odrzucony nim abu garn przekoziołkował w powietrzu i ciężko padł na ziemię. 
Chwilę leżał 

bez ruchu, wreszcie jednak podniósł się, zatoczył na chwiejnych nogach i błędnym 
wzrokiem 

rozejrzał się wokoło, jakby nie mogąc pojąć, co się właściwie stało.
Ukryci za kopcem myśliwi z wielkim zainteresowaniem patrzyli na to niecodzienne 

widowisko, Jacek zaś, ułożywszy się wygodnie na spłaszczonym szczycie 
termitiery, 

spokojnie filmował dramatyczny przebieg pojedynku kruka z potwornym i 
niebezpiecznym 

gadem. Dzika znalazła sobie również dogodne miejsce do obserwacji, kręciła się 
jednak 

niespokojnie, gdyż daleko na sawannie zobaczyła poruszające się wysokie 
sylwetki, 

niezmiernie przypominające żyrafy.
Kobra chciała wyzyskać chwilową przewagę, lecz nie w celu zaatakowania wroga, 

ale 
jak najrychlejszej ucieczki. Jednakże zmęczenie walką, a także dotkliwe rany 

zadane dziobem 
i szponami napastnika odebrały mięśniom gada ich zwykłą sprężystość. Wąż 

przesunął się 

background image

wprawdzie kilka metrów w stronę kopca termitów, gdzie prawdopodobnie miał swoją 

kryjówkę, lecz pełzające zygzakiem czarne cielsko nie uszło uwagi ptaka. 
Natychmiast 

strzepnął skrzydłami, wydał z gardzieli zduszony okrzyk bojowy i jak burza runął 
na 

umykającego przeciwnika. Straszliwe uderzenia dziobem były tak szybkie, że wąż 
nie mógł 

ich uniknąć, tym bardziej że abu garn bił także skrzydłami i tratował nogami. 
Tym 

błyskawicznym, huraganowym atakom kobra nie potrafiła sprostać, chociaż 
próbowała 

oddawać ciosy. Na swoje nieszczęście miała do czynienia z wrogiem znacznie 
szybszym, 

który atakując, nie zapominał i o obronie, jak gdyby wiedział, że jedno 
draśnięcie jadowitych 

zębów przyniesie mu zgubę. Wkrótce ruchy węża stały się wolniejsze, niezdarne, i 
wreszcie 

celne uderzenie rozciągnęło go na ziemi z rozbitą czaszką.
Abu garn zadał jeszcze kilka ciosów, jakby chciał do reszty zmiażdżyć łeb gada, 

potem zaś spróbował wziąć zdobycz w dziób i podnieść do góry. Próby te 
oczywiście 

zawiodły, gdyż kobra była zbyt ciężka, ptak więc zaniechał ich, ale zwycięstwo 
swoje 

obwieścił sawannie donośnym, dudniącym wołaniem: „buuu, buuu!”
Na zew ten odpowiedział nieoczekiwanie... basowy ryk syreny „Nefertete”, 

oznajmiający, że statek gotowy jest do dalszej podróży. Obaj łowcy natychmiast 
zarządzili 

odwrót, chociaż nie uśmiechało się to Jackowi, który twierdził, że z kobry 
należy zdjąć jej 

piękną skórę. Dzika też gorąco protestowała nalegając, by najpierw sprawdzono, 
czy 

zauważone przez nią dalekie sylwetki to rzeczywiście żyrafy.
Ryk syreny i głośno teraz prowadzona u kopca termitów rozmowa zaniepokoiły 

kruka, 
nie do tego jednak stopnia, aby miał wyrzec się zdobyczy upolowanej z takim 

trudem. 
Zachowywał się tak, jakby wiedział, że dzięki swojej gorliwości w tępieniu węży 

należy w 
Sudanie do ptaków chronionych ustawą.

Na okrzyk zwycięstwa abu garna odpowiedziało - prócz syreny „Nefertete” - 
podobne 

buczenie, ale w tonacji znacznie wyższej. Było to wołanie samicy kruka, która 
też przyleciała 

z głębi sawanny i ochoczo zabrała się do obfitej uczty, przygotowanej przez 
troskliwego 

małżonka.
Powrót myśliwych na pokład „Nefertete” odbył się sprawnie, bez przeszkód, po 

czym 
statek natychmiast ruszył znów na zachód, w stronę jeziora No. Rzeka dzieliła 

się i tutaj na 
wiele ramion i odnóg, tworząc liczne wyspy piaszczyste i błotniste mielizny, na 

których 

background image

wygrzewały się krokodyle. Gady te, obdarzone znakomitym słuchem i wcale nie 

gorszym 
wzrokiem, były tak czujne i ostrożne, że z daleka już słyszały nadpływający 

statek, a skoro go 
ujrzały - na łeb, na szyję wskakiwały w nurty rzeki. Nie można się im było 

zresztą dziwić, 
gdyż ze statków turystycznych strzelano do nich często nawet salwami.

Jacek czuł do tych potworów nie tylko obrzydzenie, ale i osobistą urazę, 
datującą się 

od pamiętnego spotkania na wyspie, które tylko dzięki szczęśliwemu przypadkowi 
nie 

zakończyło się dla niego tragicznie.
Czas jakiś obserwował je przez lornetkę, kiedy jednak doszły go z dachu 

nadbudówki 
urywki żywo prowadzonej rozmowy, porzucił to zajęcie.

Wszedł na moment, gdy pan Rawicz, trzymając w palcach niezwykle ukształtowaną 
gałązkę, mówił do Dziki:

- To jest właśnie gałązka soffar, czyli akacji fletowej. Widać na niej dwa 
rodzaje 

kolców: ta para u góry jest na całej swojej długości prawie jednakowo gruba i 
wyrasta z 

łodygi zupełnie normalnie, natomiast ta niższa robi wrażenie, jakby u nasady 
kolce 

zakończone były dwoma dużymi galasówkami przyrośniętymi do pędu. Narośla te 
powstały 

na skutek zaatakowania kolców przez pewien gatunek drobnych moli, które 
rozwijając się w 

ich wnętrzu - powodują nadmierny rozrost podstawy. Jak widzisz, narośla osiągają 
wielkość 

średniego jaja kurzego i są wewnątrz puste. Otworki w tych „galasówkach” robione 
są przez 

mrówki, które wyzyskują obszerne, puste wnętrza na mieszkania dla siebie. W taki 
to prosty 

sposób powstają setki tysięcy pudełek rezonansowych, na których wiatr wygwizduje 
- niby na 

fletach - przeróżne melodie, zależnie od siły i kierunku poruszanego powietrza. 
To właśnie 

stało się przyczyną, iż drzewom nadano nazwę „akacji fletowych”.
- Najdziwniejszym jednak zjawiskiem w tworzeniu się owych „fletów” jest to, że 

mole 
atakują zawsze co drugą parę kolców rosnących na tej samej gałązce - uzupełnił 

pan Goraj.
Przed dziobem „Nefertete” pokazała się ogromna wyspa porośnięta trawą, gajem 

szeroko rozgałęzionych palm dum oraz kilkoma gatunkami akacji, wśród których tu 
i ówdzie 

panoszyły się potężne kopuły koron drzew el-heglig. „Nefertete” wpłynęła w górne 
koryto 

Bahr el-Abjad, mając wyspę po lewej swej burcie, a stepowy brzeg rzeki po 
prawej.

Zarówno na wyspie, jak i na przeciwległym brzegu rozsiadły się w cieniu drzew 
liczne, zwarte grupy szylluckich tukuli. Dymy wznoszące się nad osadami 

wskazywały, że 

background image

kobiety zajęte są przygotowywaniem strawy, ale wiele ich wyległo na brzeg wraz z 

mężczyznami i gromadami dzieci, aby podziwiać piękny statek, płynący szybko 
przeciw 

prądowi w górę rzeki.
„Nefertete” i jej załoga dobrze były znane w przybrzeżnych wioskach i osadach, o 

czym świadczyły obustronne przyjazne pozdrowienia, w których oczywiście żywy 
udział 

brali i czterej tropiciele.
Kiedy statek mijał już zachodni cypel wyspy, na rzece ukazało się kilka 

ambaczowych 
tratw, które eskortowały długą dłubankę tamaryndową. Na tratwach siedziało po 

kilku 
wojowników uzbrojonych we włócznie i maczugi, w dłubance zaś prócz dwóch 

wioślarzy 
widać było Szylluka przybranego w piękną białą opończę i półokrągłą czapeczkę, 

misternie 
splecioną z delikatnych traw. Strój ten zdradzał omdę, czyli naczelnika kilku 

wiosek, a 
znaczenie jego podkreślały grube naramienniki z kości słoniowej oraz trzymana w 

ręku 
pięknie rzeźbiona maczuga.

Ponieważ widoczne było, że omda pragnie dostać się na statek, co zresztą łatwo 
było 

zrozumieć z okrzyków wydawanych przez eskortę, pan Goraj kazał zwolnić biegu i 
umocować na burcie sznurową drabinkę.

Nie upłynęło nawet dziesięć minut, a omda znalazł się na pokładzie „Nefertete”, 
gdzie 

został przywitany uprzejmie przez obu łowców. Naczelnik był mężczyzną jeszcze 
młodym, 

jak wszyscy Szyllukowie niezmiernie wysokim i szczupłym, nie nosił jednak 
tradycyjnej 

spilśnionej fryzury wojowników swego szczepu. Władał płynnie językiem arabskim, 
a sposób 

jego zachowania się zdradzał, że dano mu staranne wychowanie miejskie. Po 
zwyczajowym 

wymienieniu powitalnych formuł arabskich przystąpił natychmiast do wyłuszczenia 
trapiącej 

go sprawy.
- Pobliski, najwygodniejszy dla podległych mojej opiece wsi wodopój - mówił - 

okupowany jest od dłuższego czasu przez olbrzymiego timsah, istnego potwora, 
który pożarł 

nie tylko kilkaset kóz, owiec i krów, ale nawet wiele ludzi, a szczególnie 
dzieci i kobiet. 

Wojownicy robili na niego wielokrotnie zasadzki, zawsze jednak kończyły się one 
bardzo 

smutno. Dwóch młodych, dzielnych wojowników wciągnął w głębinę rzeki, garstka 
innych 

została w straszliwy sposób poraniona, a dwaj nieustraszeni myśliwi, którzy 
włóczniami 

zabijali lwy i bawoły, dzisiaj są kalekami, gdyż potwór połamał im nogi 
uderzeniami swego 

potężnego ogona.

background image

- Macie przecież w Tongo, a wiec bardzo blisko stąd - misję. Misjonarze 

posiadają na 
pewno dobrą broń myśliwską... dlaczegoż nie wezwaliście ich na pomoc? - zapytał 

pan 
Rawicz. - A zresztą co tydzień przepływa tędy statek wiozący turystów, a ci 

ludzie płacą 
mnóstwo pieniędzy, byle tylko ułatwić im zabicie dużego krokodyla.

- Próbowaliśmy na misji, próbowaliśmy też i z turystami - wyjaśnił omda z 
pogardliwym machnięciem dłoni - ale ani jedni, ani drudzy nic gadowi zrobić nie 

mogli. Bo 
nasz timsah przy bezprzykładnej zuchwałości posiada też nadzwyczajny spryt, a 

czujnością i 
ostrożnością przewyższa nawet jabiru. W czasie dnia wygrzewa się na piaszczystej 

łasze 
wystającej z wody prawie w samym środku rzeki i kiedy tylko statek zbliży się 

nieco do 
łachy, potwór natychmiast znika w wodzie i pojawia się dopiero wtedy, gdy 

niebezpieczeństwo dawno minie. Próbowano też podpłynąć do wydmy na czółnach, ale 
i to 

nie przyniosło żadnego rezultatu. Timsah znikał w rzece, podpływał pod łodzie, 
przewracał 

je, myśliwych zaś - walczących z nurtem - dotkliwie ranił, odbierając im ochotę 
do dalszego 

polowania.
- Bardzo to wszystko przykre, ale cóż my wam możemy poradzić? - ozwał się pan 

Rawicz.
- Każdy z nas wie, że jesteście znakomitymi myśliwymi! Zabijcie timsah! Zabijcie 

wstrętnego ludojada! - zawołał błagalnie omda.
- Przecież my nie przybyliśmy tutaj na strzelanie krokodyli! Nie mamy na to 

czasu! - 
odpowiedział pan Rawicz.

Omda jednak nie ustępował. Prosił, zaklinał, w tak niezwykle ponurych barwach 
przedstawiał nieszczęścia, jakie spotkały jego podwładnych, oraz straszliwą 

przyszłość 
czekającą podlegające mu wsie, jeśli nie znajdzie się ktoś odważny i 

wspaniałomyślny, kto 
pokona nienasyconego gada, że wreszcie obaj Polacy dali się ubłagać i przyrzekli 

zrobić 
wszystko, co tylko będzie w ich mocy.

Radość naczelnika była tak wielka, że nie zważając na swoją wysoką godność, 
odtańczył na pokładzie taniec wojenny. Do tańca tego natychmiast przyłączyli się 

i czterej 
tropiciele, groźnie potrząsając włóczniami. Tańczący omda był widomym znakiem 

pomyślnie 
załatwionego poselstwa, toteż tkwiąca w czółnach eskorta uczciła jego wysiłki 

bojowym 
okrzykiem, który dla tłumu czekającego na brzegu stał się hasłem do rozpoczęcia 

dziękczynnych tanów.
Potem, kiedy zmęczony omda usiadł na podsuniętym mu stołku, omówiono plan 

działania. Łowcy zażądali pokazania im owej mielizny, na której wygrzewał się 
krokodyl. 

Naczelnik odesłał więc z powrotem eskortę, a sam - teraz w roli przewodnika - 

background image

usadowił się 

obok kapitana w budce sternika. „Nefertete”, nie chcąc zbyt wcześnie spłoszyć 
krokodyla, 

zeszła z poprzedniego kursu i tuż przy brzegu popłynęła wolno w górę rzeki.
Jacek skorzystał natychmiast ze sposobności i na taśmę filmową chwytał 

przesuwający się krajobraz wraz z palmowymi gajami, kopulastymi tukulami, 
krzątającymi 

się w obejściach ludźmi, stadami bydła, kóz, owiec oraz malowniczymi postaciami 
uzbrojonych w długie włócznie pasterzy, stojących jak bociany na jednej nodze.

„Nefertete” wypłynęła właśnie z dość ostrego zakrętu na szerokie rozlewisko, gdy 
rozległ się podniecony okrzyk omdy:

- Henak, henak! Tam, tam go widać!
Stojący przy relingu łowcy, a wraz z nimi i Dzika, ujrzeli na samym środku 

rozlewiska zupełnie płaską, podłużną, piaszczystą mieliznę, na której rysowały 
się jakieś 

ciemne plamy, zamazane z powodu zbyt dużej odległości. Dopiero przez szkła 
silnych 

lornetek widać było wyraźnie kilkanaście małych, ciemno upierzonych, 
nieruchomych 

czapelek, obok spore stadko śpiących kaczek, a nieco dalej samotną czaplę siwą. 
Na samym 

brzegu mielizny, na pół w piasku, na pół w wodzie leżało coś, co można było 
wziąć za gruby, 

długi, sękaty pień, gdyby nie otwarta potworna paszczęka wskazująca, że jest to 
olbrzymi 

krokodyl. W pełnej szacunku dla kolosa odległości leżało kilka jeszcze, znacznie 
już 

mniejszych gadów: jedne z otwartymi paszczami, w których żywo uwijały się 
żwirowce, inne 

uśpione gorącymi promieniami słońca.
„Nefertete” nadal płynęła wolno, skoro jednak znalazła się dokładnie na linii 

wysepki, 
maszyny jej stanęły. Dwaj tropiciele bezszelestnie zniknęli za burtą ze swoją 

ambaczową 
tratwą, szybko dopłynęli do stałego lądu, pochwycili rzuconą im z pokładu linę i 

przycumowali statek do drzewa.
Zanim wszystko to zostało wykonane, pan Goraj zszedł do kajuty, a po chwili 

powrócił z karabinem myśliwskim, zaopatrzonym w lunetę.
- Odległość wynosi chyba więcej niż trzysta kroków - rzekł pan Rawicz obserwując 

mieliznę przez lornetkę. - Celny strzał w łeb potwora będzie nawet dla ciebie, 
Stasiu, nie lada 

wyczynem.
Pan Goraj roześmiał się beztrosko i odpowiedział:

- Ta luneta jest ponoć arcydziełem nowoczesnej techniki optycznej. Nie miałem 
sposobności jej wypróbować, bo przysłano mi ją na kilka dni przed wyruszeniem na 

wyprawę, myślę jednak, że nie zawiedzie. Sam wiesz, jak trudne jest dokładne 
ustalenie 

odległości na wodzie, nastawię więc podziałkę na trzysta pięćdziesiąt kroków i 
celować będę 

w nasadę łba...
- Ma pan tylko jeden strzał - wtrąciła rzeczowo Dzika - bo w razie pudła... 

krokodyl 

background image

zwieje!

- Ha, postaram się jakoś zasłużyć na twoje uznanie, przyszła panno Tinne - 
zażartował 

łowca, po czym przyklęknął, przyłożył łożysko broni do ramienia, lufę oparł na 
relingu... i 

nieomal w tej samej chwili rozległ się suchy trzask wystrzału.
- Leży, leży! - krzyknęła radośnie Dzika, która - posiadając rzeczywiście sokoli 

nieomal wzrok - bacznie śledziła, co się na mieliźnie dzieje.
- Ptaki natychmiast po strzale odleciały z wydmy, wszystkie mniejsze krokodyle 

na 
łeb, na szyję zwaliły się do wody, tylko ludojad leży... nawet nie drgnął - 

potwierdził pan 
Rawicz.

Ojciec Jacka był zbyt doświadczonym myśliwym, by zadowolić się swoim sukcesem. 
Wiedział doskonale, jak niezwykle żywotne są krokodyle: kula mogła zabić, ale 

mogła też 
porazić chwilowo system nerwowy potwora. Toteż nie zważając na radosne okrzyki 

omdy, 
członków załogi oraz znajdujących się na pokładzie Murzynów, spokojnie zmierzył 

do 
krokodyla i posłał mu następną kulę.

Tym razem efekt był piorunujący. Kolos począł bić ogonem w wodę z taką 
wściekłością, że fontanny bryzgów spadały na mieliznę i rzekę niby rzęsista 

ulewa. Teraz 
było już pewne, że pierwszy pocisk spowodował paraliż przedniej części ciała 

gada, gdyż 
leżała ona bezwładnie na piasku, jakby nic wspólnego nie miała z chłoszczącym 

wodę 
ogonem. Dwa następne strzały osłabiły tak bardzo siłę uderzeń ogona i tak 

zmniejszyły ich 
częstotliwość, że choć przez jakiś czas gad pienił jeszcze wodę, to jednak coraz 

słabiej i 
wolniej, aż wreszcie zupełnie znieruchomiał.

Szybko odcumowano „Nefertete” i puszczono w ruch maszyny. Statek zgrabnie 
zatoczył półkole i podpłynął do mielizny tak blisko, na ile tylko pozwalało 

wznoszące się dno 
przy jej brzegu. Spuszczenie na wodę dużej szalupy oraz dopłynięcie nią do 

mielizny nie 
zabrało wiele czasu. Tropiciele ostrożnie zbliżyli się do gada, mocno 

przewiązali mu paszczę 
sznurem, linki krępujące łapy związali na grzbiecie i wtedy dopiero zabrali się 

do ściągnięcia 
jego cielska z piasku i załadowania na szalupę. W tej żmudnej pracy pomagał 

Tiuji i ci 
członkowie załogi, których obecność na statku nie była chwilowo konieczna. 

Ludojad 
ogromem swego cielska tak wypełnił szalupę, że nie ostało już miejsca dla 

wioślarzy. 
Przywiązano więc linę do metalowego kółka na przedniej stewie* [Stewa (niem.) - 

belka 
żelazna lub drewniana zagięta do góry, która stanowi przedłużenie głównej belki 

wiązania 

background image

okrętowego (stępki, kilu), biegnącej przez całą długość okrętu. W każdym okręcie 

jest stewa 
dziobowa i rufowa.] i wspólnymi siłami przyholowano łódź do statku. 

Podciągnięcie jej w 
górę na klubach* [Kluba (niem.) - blok, dźwig.] szalupowych było już fraszką, 

wkrótce więc 
postrach Szylluków i ich stad leżał na pokładzie w całej swojej okazałości.

Olbrzymi gad był na pewno praojcem rodu krokodylowego, gdyż miał przeszło pięć 
metrów długości i ze starości rozrastał się już wszerz: brzuch jego przypominał 

dużą beczkę.
Dokładne oględziny wykazały, że wszystkie kule trafiły w łeb potwora na 

przestrzeni 
nie większej niż dłoń dorosłego mężczyzny. Wszyscy, a szczególnie Szyllukowie i 

młody 
Dinka, dziwili się celności strzałów, a Jacek pokazując Dzice otwory wlotowe 

pocisków na 
ohydnym łbie ludojada rzekł chełpliwie:

- Pomyśl tylko, Dzika, cztery strzały z tak wielkiej odległości... i wszystkie w 
celu!

Pan Goraj starał się zwalczać zbytnią chełpliwość syna, toteż najpierw objaśnił 
dzieciom użytek lunety myśliwskiej, a potem pozwolił im popatrzeć przez nią na 

nadpływającą z dali kępę.
- Przecież przez tę lunetę widać dokładnie prawie każdą trawkę... i jak 

bliziutko! - 
zawołał Jacek, rozradowany i zdumiony ogromnym zbliżeniem i czystością obrazu, 

oddając 
instrument Dzice.

- A ja widzę przez nią małego zimorodka, który siedzi na łodydze złamanej 
trzciny i 

czatuje na ryby. Widać dokładnie każde jego piórko! Ooo! teraz mam go w samym 
środku 

tych cieniuchnych linijek, które pan nazwał celownikiem. Noo... z taką lunetą to 
nawet muchę 

można trafić!
Głośne okrzyki i śpiewy rozlegające się za burtą statku odwróciły uwagę 

podróżników 
od lunety i krokodyla. Na rzece czerniło się po prostu od ogromnej ilości 

dłubanek i 
ambaczowych tratw, obciążonych do ostatnich granic przez siedzących w nich 

Szylluków. 
Mężczyźni zawodzili wojenne pieśni i uderzali maczugami w wąskie tarcze, kobiety 

klaskały 
w dłonie, dzieci pokrzykiwały, byli nawet grajkowie, którzy dęli w piszczałki, 

brząkali na 
sześciostrunowych gitarach własnej roboty lub też uderzali patykiem o patyk, co 

do złudzenia 
przypominało stukanie kastanietów* [Kastaniety (hiszp.) - rozpowszechniony w 

Hiszpanii 
instrument muzyczny, składający się z dwóch drewnianych płytek, używany przez 

tancerzy 
do wystukiwania rytmu podczas tańca.].

- Szyllukowie przybyli z prośbą o wydanie im znienawidzonego wroga. Odtańczą nad 

background image

nim taniec śmierci, a potem go zjedzą - wyjaśnił pan Rawicz z uśmiechem.

Omda podszedł do burty, podniósł w górę maczugę i natychmiast umilkł hałaśliwy 
zgiełk na rzece. Naczelnik przemówił kilka słów do wojowników otaczających 

statek na 
swych ambaczowych tratwach, na co odpowiedzieli oni zgodnym okrzykiem, po którym 


łodzi do łodzi zaczęto podawać sobie kilka związanych baranów i kóz oraz 

naczynia 
napełnione merisą i durrą. Wszystko to niebawem znalazło się na pokładzie 

„Nefertete”, a 
potem dodano jeszcze parę pięknych kłów słoniowych, wielki pęk przepysznych piór 

strusich, 
kilka niezwykle starannie wykonanych wąskich tarcz ambaczowych obciągniętych 

skórą 
bawolą oraz pęk włóczni, na widok których oczy pana Rawicza rozjaśniły się 

radośnie.
Naczelnik zwrócił się teraz do pana Goraja, w pięknie ułożonych zdaniach 

arabskich 
podziękował za uwolnienie okolicznych osad od straszliwego ludojada, po czym - 

ofiarowując w imieniu własnym i swoich podwładnych złożone na pokładzie dary - 
poprosił o 

cielsko zabitego wroga, aby kości jego poświęcić pamięci przodków i tych, którzy 
zginęli w 

potwornej paszczęce gada.
Skóra tak olbrzymiego krokodyla mogła stanowić bardzo cenne i przez wszystkich 

podziwiane trofeum myśliwskie, tym bardziej że oba niezwykle wysokie grzebienie 
ogona i 

sękaty pancerz grzbietu wskazywały na matuzalemowy wiek* [Matuzalemowy wiek - 
długi 

wiek, długowieczność; powiedzenie pochodzi od imienia biblijnego patriarchy 
Matuzalema, 

który miał żyć 969 lat.] gada. Warto też było przekonać się, ile naszyjników i 
bransolet 

znajdowało się w żołądku potwora, to bowiem mogło chociaż w części pomóc do 
ustalenia 

liczby ofiar. Ale pan Goraj szanował miejscowe wierzenia i zwyczaje, bez wahania 
więc 

przychylił się do prośby Szylluków.
Radosna wieść błyskawicznie dotarła do otaczającej statek flotylli. Rozległy się 

znów 
śpiewy, klaskania w dłonie i dźwięki gitar, świst piszczałek oraz stukot 

patyków. Krokodyla 
spuszczono przez burtę na powrozach i ułożono na kilku związanych razem 

dłubankach, po 
czym omda pożegnał myśliwych, zapraszając ich w powrotnej drodze do Tonga, gdzie 

stale 
rezydował. Pożegnał się też z załogą i w otoczeniu świty powrócił na czele całej 

flotylli na 
brzeg, a „Nefertete” podążyła do swego niedalekiego już celu.

Opiekę nad znajdującymi się na pokładzie owcami, kozami, naczyniami z durrą i 
merisą objął kucharz Abdullah, z tym oczywiście zastrzeżeniem, że dary te mają 

być 

background image

sprawiedliwie podzielone wśród załogi. Kły słoniowe, pióra strusie, a także 

tarcze i włócznie 
złożone zostały w dużej kajucie, by po powrocie do Chartumu wzbogacić zbiory obu 

łowców.
Pan Rawicz, zamiłowany zbieracz starej broni murzyńskiej, szczególnie troskliwie 

zajął się włóczniami, opowiadając oglądającym je z ciekawością dzieciom:
- Te włócznie są prawdziwym skarbem dla zbieracza i aby je zdobyć, zgodziłbym 

się 
przez kilka miesięcy polować na wszystkie żyjące w Bahr el-Abjad krokodyle-

ludojady. 
Broni tej nie wykonali Szyllukowie, ale zdobyli ją prawdopodobnie przed wielu, 

wielu laty w 
wojnach z południowymi szczepami. Wiecie przecież, że ani Szyllukowie, ani 

północni 
Dinkowie nie mają swojego żelaza, bo tak zwany Sudański Płaskowyż Żelazny 

rozciąga się w 
południowej części prowincji Bahr el-Ghazal i Ekwatorii. Północni Niloci 

zdobywali żelazo 
w dawnych czasach albo drogą wymiany handlowej, lub też w wojnach z południowymi 

sąsiadami. Najlepszymi hutnikami są tam Murzyni ze szczepu Bongo. Wytapiają oni 
żelazo w 

swych prymitywnych piecach od niepamiętnych czasów, ale w sztuce kowalskiej nie 
ustępują 

im sąsiednie szczepy Mittu, Moru, Jur, a nawet Zande. Nasze włócznie wykuli 
jednak 

arcymistrze kowalscy ze szczepu Bongo żyjący chyba przed setką lat z okładem. 
Tak 

pięknych ostrzy już dawno nikt w Sudanie nie wykuwa, a więc dar omdy posiada 
wartość 

muzealną. Nigdy nie przypuszczałem, Jacku, że strzał twego ojca - oczywiście 
mistrzowski - 

przyniesie nam taki skarb!
8

Dzika siedziała obok kapitana Mohammeda i słuchała jego niezwykłych opowieści o 
odbytych w młodości podróżach na ojcowskiej feluce po tajemniczych trzęsawiskach 

na Bahr 
el-Gebel i Bahr el-Ghazal. Poranek był wczesny, ciepły i cichy, leciuchny 

wietrzyk zaledwie 
marszczył rozległe tonie Bahr el-Abjad, które dziób „Nefertete” krajał miękko, 

odrzucając na 
boki dwie potężne bruzdy wody. Na bruzdach tych kołysały się żerujące stadka 

szarych i 
różowych pelikanów, egipskich gęsi hełmiastych, gęsi zbrojnych, a także 

przeróżnych kaczek. 
Czasami zafalowała na wodzie pływająca kępa lub cała nawet, bujną roślinnością 

pokryta 
wysepka.

Tu i ówdzie widać było na rzece mniej lub więcej zanurzone w wodzie tłuste 
cielska 

hipopotamów, które odsypiały teraz w ciszy poranku nocną włóczęgę po lądzie i 
mokradłach 

w poszukiwaniu wieczerzy. Niektóre z tych olbrzymich zwierząt ledwie raczyły 

background image

łypnąć 

zaspanym okiem na przepływającą „Nefertete” i znów zamykały opadające powieki, 
jakby 

przekonane, że tak pięknego poranku nikt nie ośmieli się zakłócić niespodziewaną 
napaścią.

Mohammed opowiadał właśnie straszną historie o wielkim stadzie słoni, które 
pewnego dnia zaatakowały załogę feluki przycumowanej na skrawku suchego lądu 

wrzynającego się w moczary Bahr el-Gebel - gdy na nadbudówce pokazał się zaspany 
jeszcze 

Jacek.
- Ach, ty niepoprawny śpiochu! Przecież ty przesypiasz najpiękniejsze godziny 

poranne... zupełnie jak te hipopotamy tam w rzece - zaśmiała się Dzika.
- Dobrze ci się śmiać, skoro miałaś czas wyspać się do woli. Ja większą część 

nocy 
wojowałem z moskitami i surret* [Surret- odmiana boleśnie kąsającej muchy 

afrykańskiej.]... 
Zapomniałem zamknąć okienka w kabinie, no... i nie założyłem dobrze moskitiery 

na koi, 
więc przebudziłem się w nocy tak pokłuty, że całe ciało poznaczone mam 

czerwonymi 
plamkami...

- Wracaj natychmiast do kabiny, weź kąpiel, ale nie zapomnij dodać do wody dobrą 
łyżkę amoniaku, a potem połknij dwie granulki comoquininy! - zawołała Dzika 

rozkazująco. - 
Jeśli zachorujesz na malarię, to przez ciebie będziemy musieli wracać do 

Chartumu przed 
ukończeniem wyprawy! Pewno nie jadłeś jeszcze śniadania? - spytała karcącym, ale 

zatroskanym głosem. - Przyjdź do mesy, zaraz tam wszystko przygotuję!
Jacek potulnie zastosował się do poleceń swej energicznej przyjaciółki, a potem 

- już 
po kąpieli i śniadaniu - przyszedł na dach nadbudówki i stanął obok dziewczynki, 

która za 
przykładem ojca oparła się o reling.

- Patrz, jak bardzo zmienił się krajobraz rzeki - mówił pan Rawicz - płyniemy 
teraz 

szeroką, wolną od suddów strugą, ale po obu stronach mamy bagniste brzegi z 
podmokłymi 

łąkami traw, trzcin i sitowia, za nimi zaś równinne tereny zalewane w okresach 
pór 

deszczowych. Po ustąpieniu wody tereny te zmieniają się w soczyste pastwiska, na 
które 

pasterze Dinka, Szylluk czy Nuer wyprowadzają swoje stada bydła rogatego. Łatwo 
tu można 

spotkać bawoły i wszelakiego rodzaju antylopy, a nierzadko w wysokich trawach 
buszują 

także stada słoni, liczące czasami setki sztuk. Murzyni Dinka określają te 
tereny słowem 

„tojcz”, co znaczy „zalewy”.
- Jak to jednak możliwe, tatusiu, żeby na moczarach rosły akacje, o, tam na 

przykład - 
Dzika wskazała na widoczną z daleka grupę wysokich drzew.

- Akacje te nie rosną na bagnach, ale na wzniesionym nieco, suchym gruncie, 

background image

wrzynającym się w tereny zalewne i błotniste brzegi. Są to akacje sejal, czyli 

po arabsku 
„talh”. To, co widzimy przed sobą, to sławny z wielkiej ilości bawołów Przylądek 

Bawoli, 
obejmujący ogromny obszar sawanny. W cieniu akacji mogłabyś na pewno zobaczyć 

lwy 
odpoczywające po obfitej uczcie. I jeszcze jedna ciekawostka: otóż drzewa te są 

w pewnym 
stopniu „przyzwyczajone” do ognia, to znaczy, po każdym pożarze na nowo 

wypuszczają 
liście. Bo co roku szaleją tu pożary umyślnie wzniecane przez Murzynów, którzy 

wypalają 
twarde, zeschnięte już trawy, aby przygotować miejsce dla nowej, świeżej 

roślinności. 
Nierzadko oczywiście przyczyną pożarów są także i pioruny w czasie bu...

Pan Rawicz nie skończył zdania, gdyż Dzika pochwyciła go nagle za rękę, ścisnęła 
kurczowo i wskazując palcem na błotnistą łachę porośniętą wysokimi trawami, 

wyszeptała 
drżąc z podniecenia:

- Tatusiu, patrz, patrz tam... to przecież... kozły nilowe!
Łowca wpatrywał się chwilę w kierunku wskazanym przez córkę, ale na tle 

zmierzwionej gęstwiny szerokich i długich liści trawy słoniowej zmieszanej z 
trzcinami 

trudno było dojrzeć cokolwiek, co chociaż trochę przypominałoby zwierze.
- Tam, patrz na te stratowane badyle - szepnęła Dzika niecierpliwie - tam stoi 

kozioł... 
duży kozioł... prześwieca mu biała łata na grzbiecie... ooo!... teraz odwrócił 

głowę... patrzy na 
nas!

Obecność zwierzęcia zauważyła nie tylko Dzika, ale także i młody myśliwy Dinka, 
który ruchem ręki przywołał tropicieli szylluckich, mówiąc tylko jedno słowo:

- Abok!
Jacek, podobnie jak pan Rawicz, nie mógł uchwycić wzrokiem konturów zwierzęcia w 

gmatwaninie traw, wiedząc jednak z doświadczenia, jak świetnie widzi Dzika - w 
kilku 

skokach zbiegł do kajuty i równie szybko powrócił z lornetkami, z których jedną 
wręczył ojcu 

dziewczynki, a drugą sam przyłożył do oczu. W minutę później zjawił się na 
nadbudówce i 

pan Goraj z lunetą w ręku.
Łowca jednym szybkim spojrzeniem obrzucił błotnisty brzeg. Bystrym jego 

źrenicom, 
przywykłym od lat do wypatrywania zwierzyny, nie uszedł błysk żółtego oka 

spozierającego 
badawczo spoza zielonych traw.

- Dzika ma słuszność - rzekł półgłosem do pana Rawicza - to naprawdę duży i 
piękny 

kozioł. Możemy mu poświęcić godzinę. O strzale z wiatrówki w tę gęstwinę nie ma 
nawet 

mowy, popłyniemy więc jeszcze kilkaset kroków dalej, zakręcimy i wyszukamy 
miejsce 

dogodne do lądowania. Ja w małej tratwie dostanę się na brzeg i przysiądę w 

background image

zaroślach. 

Potem maszyny stop i niech „Nefertete” spłynie z prądem wzdłuż brzegu jakieś 
sto, dwieście 

metrów poniżej miejsca, w którym stoi teraz kozioł. Tam wysadzisz tropicieli, 
niech się 

starają nagonić aboka na mnie. Powiew mamy od lądu, a więc wszystko może udać 
się 

doskonale.
- Ja popłynę z panem... będę pilnowała tratwy! - zawołała Dzika.

- Popłynie ze mną Tiuji, a ty pozostaniesz z Jackiem na statku - ostro zarządził 
kierownik wyprawy, lecz po chwili dodał łagodniejszym tonem: - Pierwsza 

wypatrzyłaś 
kozła, a więc masz do niego pełne prawo, ale, niestety, łowienie zwierzyny 

musisz mnie 
pozostawić, jesteś na to zbyt jeszcze... młoda. Możesz usiąść jednak z 

najlżejszą wiatrówką 
przy relingu i użyć jej w wypadku, gdyby jakaś naprawdę wartościowa dla nas 

zwierzyna 
wyszła na brzeg.

Rozkazy wykonano szybko i sprawnie. Niebawem pan Goraj uzbrojony w wiatrówkę i 
młody Dinka z włóczniami znaleźli się na lądzie, statek zaś wolniutko popłynął w 

dół, 
niesiony leniwym prądem.

Dzieci stały na górnym pokładzie i bacznie przyglądały się brzegowi 
przesuwającemu 

się wzdłuż burty „Nefertete” w odległości kilkunastu, a niekiedy i kilku 
zaledwie metrów. Z 

przybrzeżnego mułu zrywały się co chwila spłoszone widokiem statku żwirowce, 
napełniając 

powietrze ostrym, przenikliwym, ostrzegającym świstem: czip-cziż-hoit, po którym 
natychmiast następował plusk walących się w wodę cielsk krokodyli.

- Jeśli te ptaszyska nie przestaną tak straszliwie hałasować, nie mamy tu czego 
szukać 

- mruknęła niechętnie Dzika. - One przecież ostrzegają swym piskiem nie tylko 
krokodyle, ale 

wszystko, co żyje na tych błotach!
- Zdaje mi się, że płyniemy zbyt blisko brzegu - odpowiedział zaniepokojony 

Jacek. - 
Boję się, że utkniemy gdzieś w tym mule i poczekamy do nadejścia wiosennej 

powodzi w 
okresie pory deszczowej.

- Próżne obawy! - lekceważąco prychnęła dziewczynka. - Widzisz przecie, że przy 
sterze stoi sam kapitan. Jeśli Mohammed prowadzi „Nefertete”, to na pewno nic 

jej nie grozi.
Wiara Dziki w żeglarskie umiejętności Mohammeda w pełni była uzasadniona, bo 

statek tak zgrabnie i pewnie omijał błotniste mielizny, to zbliżając się do 
brzegu, to znów 

oddalając, że wkrótce nie tylko pozostawił za rufą miejsce, w którym 
spostrzeżono kozła, ale 

niebawem zatrzymał się u wejścia do maleńkiej, zamulonej zatoczki, wciśniętej 
głęboko w 

nieomal zupełnie suchy grunt, porośnięty stratowaną trawą i kępkami niskiej, 

background image

krzaczastej 

mimozy.
Miejsce to było jakby umyślnie stworzone do lądowania, toteż nie upłynęło i pięć 

minut, kiedy pan Rawicz uzbrojony w wiatrówkę znalazł się na brzegu z czwórką 
szylluckich 

tropicieli. Murzyni dla sprawdzenia kierunku wiatru rzucili w górę garść pyłu 
zebranego z 

ziemi, a potem, po krótkiej naradzie z białym łowcą, ruszyli tyralierą ukosem 
przez szuwary. 

Plan polegał na tym, aby zwierzęciu odciąć drogę w głąb lądu i zmusić je do 
ucieczki 

błotnistym brzegiem, na którym zresztą mogło się poruszać równie swobodnie, jak 
na 

sawannie czy stepie.
Ponieważ załodze „Nefertete” polecono zachowywać się możliwie cicho, aby 

przedwcześnie nie spłoszyć zwierzyny - sternik Asmar i marynarze ułożyli się w 
cieniu 

kambuza na matach, gdzie wkrótce zmorzył ich sen, a za ich przykładem poszli 
rychło 

kucharz Abdullah i Ismail. Dzień zapowiadał się skwarny, więc i kapitan 
zdrzemnął się w 

swej budce. Hatim zaś przysiadł w mesie na fotelu, gdzie również ukołysała go 
cisza.

Dzieci przez jakiś czas siedziały na górnym pokładzie, ponieważ jednak nic się 
wokół 

nie działo, Dzika zaproponowała:
- Zejdźmy na brzeg, Jacku. Ty weźmiesz ze sobą winchesterek, a ja wiatrówkę i 

kilka 
ampułek. Tu, na pokładzie, nic nie wysiedzimy...

- Wezmę także i „Baby” - dodał chłopiec - może będzie coś ciekawego do 
filmowania. 

Ale pamiętaj, Dzika, że jesteś pod moją opieką i nawet na krok nie wolno ci 
odejść ode mnie!

Zejście z uśpionego statku po zawieszonej na burcie drabince sznurowej nie 
przedstawiało żadnej trudności, dla młodych poszukiwaczy przygód, więc już po 

chwili oboje 
znaleźli się przy zatoczce i ruszyli jej brzegiem. Nie uszli daleko, gdy Jacek 

zatrzymał się 
nagle, chwycił Dzikę za rękę i zawołał półgłosem:

- Patrz, patrz, cóż to takiego pełznie w tym mule?... Wąż? Ach, nie... to mi 
wygląda na 

doko* [Doko (arabs., dinka, szyli., nuer) - ryba-salamandra; ryba oddychająca 
także płucami, 

dzięki czemu może bez szkody dla zdrowia przebywać przez dłuższy czas na 
powietrzu. 

Zasypia na okres suchy (około pół roku) zagrzebana w mule wysychających 
rozlewisk, 

zwinięta w utworzonym przez siebie błotnym kokonie, oddychając w tym czasie 
wyłącznie 

płucami. Murzyni mieszkający nad rozlewiskami Bahr el-Abjad, Bahr el-Gebel i 
Bahr el-

Ghazal uważają mięso doko za przysmak.]. Muszę go sfilmować... to przecież 

background image

niebywała 

okazja... Nasz przyrodnik będzie skakał z radości, kiedy mu ten film pokażę na 
lekcji!

Jacek przygotował szybko kamerę, wycelował ją na pełzające po mule stworzenie, 
po 

czym nacisnął sprężynę, a Dzika przypatrywała się z ciekawością przedziwnej 
rybie. Doko 

miał prawie trzy czwarte metra długości i podobny był nieco do grubego węgorza, 
ale 

poruszał się po błocie szybko, zygzakowatymi ruchami, zupełnie jak wąż, 
pomagając sobie 

krótkim, spłaszczonym ogonem.
Nagle rozległ się przeciągły świst, coś dużego mignęło w powietrzu i niby kamień 

spadło na pełznącą rybę. Dzika nie zdołała nawet krzyknąć z wrażenia, a już 
rzekomy kamień 

rozpostarł potężne skrzydła, machnął nimi kilkakrotnie i z widocznym wysiłkiem 
uniósł się 

nieco w powietrze, trzymając w szponach skręcającego się konwulsyjnie doko.
- Jacku, to przecież orzeł kuglarz! - krzyknęła dziewczynka, ale zaraz dodała, 

już 
szeptem, z podziwem w głosie: - Ależ on zręcznie porwał tę rybę!

Chłopiec mruknął coś niewyraźnie w odpowiedzi, ale nie odejmował kamery od oka. 
Wiedział przecież, że na przewijającej się z cichym szelestem taśmie filmowej 

utrwalało się 
każde drgnienie, każdy ruch bohaterów tego tak rzadko oglądanego przez ludzi 

dramatu.
Nie odpowiedział też, kiedy znów rozległ się szept Dziki, nabrzmiały zdumieniem 


przerażeniem:

- Jacek, doko chwycił pyskiem orła za nogę... ptak nie może sobie dać z nim 
rady...

Zdumienie i przerażenie Dziki było rzeczywiście usprawiedliwione, bo doko z 
ofiary 

stał się nieoczekiwanie napastnikiem. Dzięki niezwykłej giętkości ciała zdołał 
pochwycić 

paszczą jedną z nóg wroga i zatopić w niej swoje mocne ostre zęby. Potem 
szarpnął raz i 

drugi, aż pierze zawirowało w powietrzu. Z głęboko rozdartej rany poczęły 
skapywać na 

ziemię duże krople krwi.
Orzeł nie był widocznie przygotowany na tak bolesny atak, gdyż zachwiał się 

nagle i 
począł opadać na ziemię, szybko jednak odzyskał równowagę, chociaż nie zdołał 

już nabrać 
wysokości. Ciężkim szybowcowym lotem przeleciał nisko nad trawami i opadł wraz 

ze swoją 
broniącą się zdobyczą za pobliskimi kępami mimoz.

Dzieci spojrzały na siebie i bez słowa pobiegły za ptakiem. Ledwo jednak minęły 
pierwszą kępę, gdy gdzieś niedaleko przed nimi rozległ się zza krzaków 

przeraźliwy krzyk 
orła, łomot skrzydeł, a potem wrzask przypominający płacz niemowlęcia.

Jacek przypadł do ziemi pociągając za sobą Dzikę, przerzucił przez ramię rzemyk 

background image

kamery, a w rękę wziął karabinek. Dzika wprawnie naładowała wiatrówkę i 

spojrzała 
pytająco na chłopca, który z uwagą słuchał powtarzającego się chrapliwego 

skrzeczenia 
ptaka, łomotu skrzydeł uderzających w coś twardego oraz wściekłego, jazgotliwego 

wrzasku.
- To mi przypomina wrzask naszego khut el-chala, kiedy go coś rozzłości - 

szepnęła 
Dzika Jackowi do ucha..

- Podpełznę bliżej i zobaczę, co się tam dzieje - odpowiedział równie cicho 
chłopiec.

- Pójdę z tobą... mówiłeś przecież, że nie wolno mi nawet na krok oddalić się od 
ciebie!

- Zostań tu... i ani mi się waż ruszać! - groźnie rozkazał Jacek.
Dzika jednak nie usłyszała albo nie chciała usłyszeć rozkazującego szeptu, nie 

ulękła 
się też groźnego zmarszczenia brwi chłopca, lecz cicho, bezszelestnie zaczęła 

pełznąć na 
kolanach, starannie kryjąc się za kępami mimozy. Jacek oczywiście pospieszył za 

nią.
Zarośla, zza których wciąż jeszcze dochodził niezwykły zgiełk, nie były daleko, 

toteż 
dzieci dotarły do nich szybko i ciekawie spojrzały poprzez gęstwinę gałęzi. To, 

co zobaczyły, 
wstrzymało im nieomal dech w piersiach.

Na stratowanej i obficie krwią zbryzganej trawie siedział orzeł z szeroko 
rozpostartymi skrzydłami, trzymając w kurczowo zaciśniętych szponach łeb doko, 

podczas 
gdy ogon ryby darł pazurami duży, smukły ryś stepowy. Piękny płowo-żółty kot 

wysuwał od 
czasu do czasu długą łapę i uderzał w ptaka, lecz mimo błyskawicznej szybkości, 

z jaką to 
czynił, napotykał zawsze potężny, ostry dziób, boleśnie rozdzierający mu ciało. 

Kot 
wrzeszczał wtedy z wściekłości, a orzeł odpowiadał schrypniętym, skrzeczeniem. 

Każdy 
śmielszy atak rysia ptak odparowywał gwałtownym uderzeniem skrzydeł, zmuszając 

wroga 
do odwrotu. Ale ruchy khut el-chala były lekkie i zwinne, a orzeł gonił już 

resztkami sił. 
Bystre jego oczy uważnie śledziły każde drgnienie sprężystego ciała kota, lecz 

szeroko 
otwarty dziób ze świstem wciągał powietrze w zmęczone płuca.

Ptaka wyczerpało nie tylko unoszenie w powietrzu długiego, ciężkiego ciała doko, 
ale 

także spory upływ krwi i ból w ranie rozdartej ostrymi jak brzytwa zębami ryby. 
Siedział 

więc rozpostarty szeroko na potężnych łapach, podpierając się krótkim ogonem, z 
piórami 

nastroszonymi na głowie na kształt rycerskiego hełmu, i oczekiwał ataku, aby 
natychmiast 

nań odpowiedzieć. Z zachowania się orła można było wnosić, że zdaje sobie sprawę 

background image

beznadziejności swego położenia i ogromnej przewagi wroga, ale nie zamierza 
ratować się 

ucieczką nie mającą żadnych szans powodzenia ani też ginąć bez walki, która i 
dla kota 

mogła okazać się równie fatalna w skutkach.
Khut el-chala był zbyt wielkim i żądnym rozboju drapieżnikiem, by poniechać tak 

wspaniałej zdobyczy. Ptak bronił się wprawdzie i zadawał bolesne ciosy, lecz to 
nie tylko nie 

ostudziło u rysia chęci walki, przeciwnie, nawet ją wzmogło. A poza tym zbyt 
podniecająco 

działał zapach krwi ryby pomieszanej z krwią orła. Ryś nagle rzucił się w górę 
we 

wspaniałym skoku i całym ciężarem ciała, niby obuchem, uderzył we wroga. Cios 
był tak 

silny i gwałtowny, że orzeł upadł na grzbiet, ale ostre jego szpony zdołały 
wczepić się 

głęboko w brzuch kota, podczas gdy skrzydła tłukły z ogromną siłą napastnika po 
łbie. A 

potem z obu ciał utworzył się wirujący kłąb, spowity w chmurę pyłu, fruwającego 
na 

wszystkie strony pierza, trawy i kępek płowo-złotej sierści.
Walka nie trwała długo, bo wkrótce rozległo się zduszone krakanie orła, potem 

trzask 
miażdżonych kości i wreszcie spod bezwładnie leżącego, szeroko rozpostartego 

skrzydła 
dźwignął się z widocznym trudem, kulejąc, ryś zwycięzca.

W tejże samej chwili lufa wiatrówki wysunęła się przez krzaki i rozległo się 
ciche 

klaśnięcie. Kot podskoczył w górę, zakręcił się, znów podskoczył, a następnie 
przysiadł, 

starając się zębami wyrwać ampułkę tkwiącą tuż pod łopatką. Gwałtowne początkowo 
jego 

ruchy stawały się coraz wolniejsze, coraz bardziej niepewne. Próbował powstać, 
ale zachwiał 

się, zatoczył i wreszcie - jakby niezmiernie znużony - powoli osunął się na 
trawę.

Dzika uważnie śledziła zachowanie się rysia, skoro jednak zobaczyła, że zwierzę 
leży 

bez ruchu, naładowała powtórnie wiatrówkę, po czym rzuciła w stronę leżącego 
kota grudkę 

ziemi, chcąc się przekonać, czy odpowie na tę zaczepkę. Gdy stwierdziła, że ryś 
nie rusza się, 

szepnęła do swego towarzysza:
- Słuchaj, Jacek, ja pójdę przekonać się, czy ryś śpi naprawdę, a ty stań z boku 


pilnuj... Gdyby się poruszył... natychmiast strzelaj między oczy!

- Nie, Dzika, będzie na odwrót! - odparł Jacek stanowczo. - Ja zobaczę, jak się 
nasz 

kotek sprawuje, a ty zostaniesz tutaj!
Zanim dziewczynka zdołała coś odpowiedzieć, chłopiec zerwał się z ziemi, 

przeskoczył przez krzaki i w kilku susach znalazł się przy rysiu, zabezpieczając 

background image

się 

oczywiście karabinkiem wymierzonym w łeb drapieżnika. Zwierzę i teraz nie 
poruszyło się, 

podniósł więc sporą pacynę ziemi i rzucił nią w kota. I na tę zaczepkę nie było 
odpowiedzi. 

Zwierzę leżało pogrążone w głębokim śnie narkotycznym, z którego nic go na razie 
nie mogło 

obudzić.
- Musimy mu prędko skrępować łapy, włożyć gruby patyk między zęby i przenieść na 

„Nefertete” albo... albo ty pobiegniesz po Hatima, a ja tu zaczekam - rzekła 
Dzika, która 

zdążyła już znaleźć się koło Jacka.
- A czym mu zwiążemy łapy? Nie mam ani kawałeczka sznurka w kieszeni - zatroskał 

się chłopiec.
- Zdejm rzemyki z kamery i z winchesterka, a ja tymczasem poszukam kawałka 

twardego patyka - zarządziła Dzika.
Nie upłynęło nawet kilka minut, a łapy rysia zostały mocno skrępowane paskami, w 

paszczy zaś, między dwoma rzędami białych ostrych kłów, tkwił kawałek drewna, 
włożony w 

taki sposób, że gdyby nawet zwierzę przedwcześnie ocknęło się ze snu - nie 
mogłoby ich 

użyć.
A potem, ponieważ żadne z dzieci nie chciało pobiec po pomoc, zgodnie wyszukali 

spory drążek, przesunęli go między związanymi łapami kota, dźwignęli zwierzę w 
górę, 

ułożyli końce drążka na ramionach i ruszyli w stronę statku. Nie uszli jednak 
daleko, gdy z 

tyłu za nimi rozległ się głuchy tętent, zrazu daleki, później coraz bliższy i 
wyraźniejszy. 

Zatrzymali się więc, zdobycz położyli na trawie, sami zaś szybko przykucnęli za 
krzakami i 

przygotowali broń.
Zaledwie zdołali to uczynić, już z donośnym tupotem racic po twardej ziemi 

wybiegło 
spośród trzcin spore stado prześlicznych antylop białouchych. Zwierzęta szły 

lekkim 
galopem, z wysoko podniesionymi, zgrabnymi głowami ozdobionymi długimi, lirowato 

wygiętymi w tył rogami. Od ciemnobrązowej sierści ostro odcinały się 
śnieżnobiałe uszy i 

białe plamy na policzkach, podgardlu, piersiach i brzuchu, podczas gdy przednia 
strona nóg 

była zupełnie czarna. Przebiegły tak blisko krzaków, za którymi schroniły się 
dzieci, że Jacek 

z trudem pohamował chęć puszczenia w ruch swej kamery.
Za stadem nadbiegło po chwili kilka jeszcze sztuk tych samych antylop. Były to 

samice otaczające wspaniałego, znacznie od nich większego kozła, który z 
wdziękiem 

dźwigał na głowie pięknie wygięte, mocno karbowane rogi. Zwierzęta pochwyciły 
widocznie 

jakiś podejrzany zapach albo instynktem przeczuły czające się niebezpieczeństwo, 
gdyż nagle 

stanęły i z wysoko podniesionymi głowami poczęły węszyć. A potem ruszyły 

background image

największym 

cwałem w ślad za stadem, lecz spóźniły się o drobny ułamek sekundy, który w 
zupełności 

wystarczył, aby wyrzucona z lekkim klaśnięciem ampułka wczepiła się swymi 
zadziorami w 

szyję kozła.
- Trafiłam, trafiłam! - krzyknęła radośnie Dzika, wyskakując zza krzaka, ale w 

tej 
samej chwili w oczach jej zamigotał niepokój, a twarz pobladła.

- Jacku, Jacku! Popatrz, pożar! Pożar sawanny!
Chłopiec wyskoczył z ukrycia i spojrzał przed siebie. Na horyzoncie widać było 

ciężkie czarne chmury dymu, na tle których jaskrawo znaczyły się długie, krwiste 
jęzory 

ognia.
- Tak, to pożar sawanny - potwierdził Jacek. - Jest jeszcze daleko, wkrótce 

jednak i 
nas może dosięgnąć. To ogień widocznie spłoszył te antylopy. Musimy co prędzej 

uciekać!
- A co będzie z kozłem? - spytała bezradnie Dzika.

- Kozioł leży pewno gdzieś w pobliżu, ale we dwoje go nie uniesiemy. Po co do 
niego 

strzelałaś?! Mamy przecież rysia.
- Nie wytrzymałam - przyznała się dziewczynka z rozbrajającą szczerością. Taki 

był 
piękny, a twój tatuś mówił, że mogę strzelać z wiatrówki do każdej zwierzyny, 

która stanowi 
wartość dla firmy...

- To dlatego pewno strzeliłaś i do rysia?
- Nie, do rysia strzeliłam ze złości... nie cierpię rozbójników... chociaż...

- ...ostatecznym rozbójnikiem okazałaś się ty! - dokończył Jacek. - Doko polował 
na 

żaby i porwał go orzeł; orła napadł ryś, a rysia... panna Jadwiga Rawicz! Wcale 
ładny 

łańcuszek. No, ale teraz w drogę!
Szybko podnieśli rysia i szparkim krokiem ruszyli naprzód, tym bardziej że od 

rzeki 
rozległy się wołania, w których łatwo było poznać wysoki tenor Hatima. 

- Wołają nas - mruknęła Dzika.
- Pewno mieli odpływać i zobaczyli, że nas nie ma - uzupełnił Jacek.

Wołania jednak rozbrzmiewały coraz bliżej, a po chwili zza traw i krzaków 
wyłoniła 

się wysoka postać kapitana, za którym postępowali dwaj marynarze i Hatim, 
wszyscy 

uzbrojeni w oszczepy i ciężkie tasaki.
Mohammed z radosnym uśmiechem podbiegł do dzieci, a słowa wymówki, 

przygotowane zapewne uprzednio, zmieniły się w pytania na widok rysia. Dzika 
milczała 

przezornie, natomiast Jacek opowiedział szybko i dokładnie o całym zdarzeniu, 
nie 

wspominając oczywiście, że pomysł wymknięcia się ze statku wyszedł od Dziki.
- Tam, za tymi krzakami, powinien leżeć ogromny kozioł białouchy, trafiony 

pociskiem usypiającym. Trzeba go zabrać, zanim tu dojdzie pożar - dokończył 

background image

chłopiec swoją 

relację.
- Ten skrawek suchego gruntu odgradza od sawanny szeroki khor, w którym na pewno 

jeszcze woda nie wyschła - wyjaśnił Mohammed. - A ogień podłożony został 
prawdopodobnie przez pasterzy Dinka, którzy albo polują, albo też chcą 

przepłoszyć 
zwierzynę, a z nią i lwy napadające na ich stada. Hatim weźmie na plecy khut el-

chala i 
powróci z Dziką na statek, a my poszukamy kozła.

- Czy nasi tatusiowie są już na statku? - zapytała niespokojnie Dzika.
Kapitan pojął natychmiast, że jego ulubienica odegrała w tej samowolnej wyprawie 

główną rolę i teraz lęka się trochę wymówek obu łowców, toteż roześmiał się i 
rzekł 

uspokajająco:
- Nie, Dziko, wasi ojcowie jeszcze nie powrócili, ale oczekujemy w każdej chwili 

ich 
wezwania... dlatego trzeba się pośpieszyć.

Dzika miała wielką ochotę iść z kapitanem na poszukiwanie kozła, ale - ku 
niezmiernemu zdziwieniu Jacka - nie tylko nie sprzeciwiła się jego zarządzeniom, 

lecz 
potulnie podążyła za Hatimem, który niósł na plecach kota, omotawszy mu zawojem 

łeb i 
pazury.

Odnalezienie kozła nie było sprawą trudną, gdyż leżał on w oddaleniu 
kilkudziesięciu 

kroków od miejsca, w którym dosięgnął go pocisk z wiatrówki. Obok uśpionego 
samca stały 

jego towarzyszki, zdziwione zapewne i przerażone niezwykłym zachowaniem się 
kozła, 

pierzchły jednak na widok nadchodzących ludzi. Odbiegły kilkadziesiąt kroków i 
zatrzymały 

się, jakby ciekawe zamiarów owych dziwnych dwunogich stworzeń.
- Nieczęsto widują tutaj myśliwych - zaśmiał się Mohammed - dlatego też nie 

bardzo 
obawiają się ludzi, a Dinkowie, Szyllukowie i Nuerowie nie posiadają jeszcze 

broni palnej.
Zwierzę leżało na trawie w głębokim śnie i nie czuło nawet, kiedy marynarze 

związali 
mu nogi, przesunęli między nimi sporą żerdź i dźwignąwszy w górę, ponieśli 

uginając się 
nieco pod jego ciężarem. Głowę kozła przywiązano do żerdzi w taki sposób, aby 

nie mógł 
poruszać nią w wypadku zbyt szybkiego przebudzenia.

Jacek zabrał orła żywiąc nadzieję, że Ismail będzie mógł skórę ptaka spreparować 

wypchać, jakkolwiek była ona nieco uszkodzona pazurami rysia.
Na przybycie kapitana, marynarzy i Jacka czekała na pokładzie Dzika, stojąc obok 

przygotowanych już klatek. W jednej z nich leżał ryś. Żelazne pręty klatki 
otaczała gruba 

metalowa siatka, nie pozwalająca zwierzęciu na wysunięcie łapy i zranienie 
ostrymi pazurami 

przechodzących obok ludzi. Jakkolwiek khut el-chala nie miał już więzów na 

background image

łapach, zdjęto 

mu też zawój z łba, to jednak leżał bez ruchu, chociaż Dzice zdawało się, że 
jest to tylko 

przyczajenie, bo spod przymkniętych powiek zwierzęcia błyskało od czasu do czasu 
całkiem 

przytomne, badawcze spojrzenie.
Z osadzeniem kozła w drugiej klatce poszło nieco trudniej, gdyż począł on 

zdradzać 
ochotę do poczęstowania rogami krzątających się przy nim ludzi. Dzika przezornie 

odczepiła 
mu od szyi ampułkę, wiedziała bowiem, że każdy wystrzelony z wiatrówki pocisk 

musi być 
zbadany przez pana Goraja.

Zaledwie Ismail i Hatim, wysłani na brzeg po karmę dla kozła, powrócili ze 
sporymi 

wiązkami trawy, do statku przybiła gumowa tratwa sterowana przy pomocy włóczni 
przez 

młodego myśliwego Dinka, który już z daleka wołał:
- Szybko, mnóstwo bardzo szybko płynąć on statek! My złowić żona od til! Timsah, 

on pożreć abok!
Posłańca wciągnięto wraz z tratwą na pokład, natychmiast puszczono w ruch 

maszyny 
i pożeglowano w górę rzeki, zaśmiewając się z okrzyków zdumienia Tiuji, który 

długo nie 
mógł zrozumieć, skąd na pokładzie znalazły się klatki ze zwierzętami.

Z nie mniejszym jednak zdumieniem spoglądali na nie także obaj łowcy i szylluccy 
tropiciele, kiedy z bagnistego brzegu dostali się na pokład statku. Zdobyli oni 

co prawda 
piękną samicę til, tak bowiem w języku Dinka nazywa się antylopa białoucha, ale 

zamiast 
żywego aboka, na którego złowienie wyruszyli, przynieśli tylko jego mięso 

poszarpane 
okropnie przez krokodyle. Oczywiście znalazł się też na statku i przekłuty 

krokodyl, ale to 
zadowoliło jedynie Murzynów, dla których mięso tego gada stanowi nie lada 

przysmak.
Samicę ulokowano w osobnej, wygodnej klatce, ustawionej przy lewej burcie, 

podczas 
gdy klatka z samcem stanęła po prawej. Rysia umieszczono na rufie, tam bowiem 

zwykle 
znajdowały się klatki drapieżników, po czym „Nefertete” ruszyła w dalszą podróż.

- Wiesz, Dzika - powiedział z wyraźną goryczą Jacek, gdy po obiedzie oboje 
znaleźli 

się na górnym pokładzie - musiałem opowiedzieć dokładnie ojcu o naszej 
wycieczce. Tatuś 

złajał mnie jak małego dzieciaka, że to niby nie można mnie samego zostawić, że 
jestem 

lekkoduch, bo bez zastanowienia narażam ciebie i siebie na niebezpieczeństwa, że 
okolica aż 

się roi od wielkich drapieżników, więc zamiast na głupiego rysia mogliśmy 
natknąć się na 

lwa. Nie mogłem oczywiście powiedzieć, że ta wycieczka to twój pomysł, oberwałem 

background image

więc 

taką burę, że będę ją długo pamiętał...
- Zupełnie niepotrzebnie lamentujesz, miły Jacku - głosikiem słodkim, ale 

zabarwionym wyraźną drwiną, odpowiedziała Dzika - bo ja szczerze i dokładnie 
opowiedziałam wszystko mojemu tatusiowi. I przyznałam się, że wycieczka była 

moim 
pomysłem i ja pierwsza zeszłam na brzeg, a ty - jako rycerski mężczyzna - 

towarzyszyłeś mi, 
opiekowałeś się mną i nie odstąpiłeś nawet na krok. Tatuś obiecał, że całą tę 

sprawę 
przedstawi twojemu ojcu, więc nie masz się czym trapić, bo na pewno otrzymasz... 

przebaczenie. Muszę ci tylko w tajemnicy powiedzieć, że obaj ojcowie są bardzo 
zadowoleni 

z wyników naszego polowania, doszli także do wniosku, że najlepszą dla mnie 
„opiekunką” 

będzie... wiatrówka!
- Wiatrówka? A to dlaczego? - zdziwił się chłopiec.

- To jest przecież zupełnie zrozumiałe - wyjaśniła dumnie dziewczynka. - Sam 
wiesz 

dobrze, że nie mam tyle sił, aby utrzymać w rękach ciężką broń myśliwską, z 
której można 

zabić lwa, lamparta lub innego drapieżnika, ale doskonale daję sobie radę z 
wiatrówką. Kula 

nie zawsze zabija na miejscu, a ampułka... czy trafisz w szyję, łapę czy 
grzbiet... działa 

natychmiast. Więc tatuś powiedział, że ta najlżejsza wiatrówka będzie moja, że 
będę mogła 

zawsze z nią chodzić, bo dobrze z niej strzelam i trafię do każdego drapieżnika, 
który miałby 

ochotę rzucić się na mnie! - zawołała tryumfalnie dziewczynka.
- W chartumskim ogrodzie zoologicznym niepotrzebna ci przecież wiatrówka! - 

zakpił 
Jacek.

- A któż mówi o Chartumie! - oburzyła się Dzika. - Wiatrówkę dostałam na czas 
trwania wyprawy, a więc tatuś zgodził się, abym brała w niej czynny udział! Nie 

masz co ze 
mnie kpić, bo na tym i ty również zyskujesz... Pod moją opieką będziesz mógł 

bezpiecznie 
filmować wszystkie zwierzęta, jakie zobaczymy w czasie wyprawy!

Teraz Jacek nie wiedział, czy Dzika szydzi z niego, czy mówi poważnie, ale nie 
zdążył się o tym przekonać, bo dziewczynka zerwała się z leżaka i wskazując na 

pobliski 
brzeg, zawołała:

- Biegnij szybko po kamerę... Tam w trawie buszują guźce, całe stado guźców! 
Powiedz tatusiowi...

Chłopiec zerwał się jak oparzony ze swojego miejsca, nie dobiegł jednak nawet do 
schodków, bo już łowcy ukazali się na górnym pokładzie niosąc dużą kamerę 

filmową i ciężki 
trójnóg. Z nadzwyczajną wprawą ustawili aparat, włączyli przewody i wkrótce 

cichy szum 
motorka oznajmił, że przesuwająca się taśma utrwala ruchliwe sylwetki guźców, 

które 

background image

potężnymi szablami rozorywały muł w poszukiwaniu pożywnych, soczystych korzeni 

nadbrzeżnych roślin.
Na taśmie uwieczniona została również dramatyczna przygoda sporego warchlaka, 

który zapadając się po brzuch w błocie, dotarł do niewielkiej kępy papirusów, 
wrośniętej w 

brzeg nad samą wodą. Korzenie i dolne części łodyg tej rośliny są dla wielu 
zwierząt 

prawdziwym przysmakiem, a więc i warchlak zabrał się do nich łapczywie. 
Delektując się 

słodkim, soczystym miąższem korzeni, zapomniał jednak o ostrożności i nie 
zauważył dwóch 

niewielkich stożków, które ukazały się w wodzie w pobliżu kępy. A może nie 
wiedział, że są 

to ślepia krokodyla, pilnie śledzące przyszłą ofiarę. Nagie potężne cielsko gada 
wystrzeliło w 

górę, jakby wyrzucone z wody katapultą, i paszcza wstrętnego jaszczura 
pochwyciła ogromny 

łeb guźca. Warchlak kwiknął przeraźliwie, szarpnął się w tył i zaparł nogami w 
błocie. Chwyt 

paszczy krokodyla nie był widocznie celny albo też warchlak tkwił zbyt mocno w 
błocie, 

gdyż gad daremnie usiłował wciągnąć go w głębię.
Kwik napadniętego znienacka warchlaka zaalarmował natychmiast stado i kilka 

ogromnych macior z zadartymi do góry ogonami pośpieszyło mu na ratunek. Za 
samicami 

ruszyły i samce. Mimo znacznego ciężaru swych ciał przebyły błoto nieomal 
błyskawicznie, a 

jeden z samców, który wysforował się na czoło odsieczy, dopadłszy brzegu 
pochylił łeb i 

straszliwym uderzeniem szabli rozerwał gardziel krokodyla. Drugie uderzenie 
wyrzuciło gada 

na brzeg. Rozjuszone guźce, zawsze skore do walki, atakowały wroga z niebywałą 
wściekłością, chociaż ten puścił już warchlaka i bronił się uderzeniami ogona. 

Ale uderzenia 
te nie mogły połamać nóg tkwiących głęboko w błocie ani uszkodzić twardych 

czaszek 
napastników.

Duży upływ krwi szybko osłabił gada, a coraz to liczniejsze ciosy nadal 
rozdzierały 

jego pancerz na brzuchu. Kłapnął raz i drugi paszczęką, ostatkiem sił uderzył 
ogonem, a 

potem opadł w błoto bez ruchu. Guźce przez chwilę jeszcze szarpały kłami 
leżącego 

bezwładnie krokodyla, skoro jednak spostrzegły, że wróg na ciosy nie odpowiada - 
chrząknęły zwycięsko i powoli ruszyły w gęstwinę trzcin, gdzie schronił się 

poturbowany 
warchlak.

- Siła złego na jednego! - rzekł pan Rawicz, kiedy na błocie pozostało tylko 
nieruchome ciało gada, po czym dodał zwracając się do córki: - Oto miałaś 

najlepszy 
przykład, jakie następstwa może pociągnąć tutaj brak ostrożności. Warchlak o 

mało życiem 

background image

nie przypłacił chwili nieuwagi, co oczywiście zapisać trzeba na karb jego 

łakomstwa, bo 
wszystkie zwierzęta mają silnie rozwinięty instynkt, który ostrzega je przed 

niebezpieczeństwem. My ludzie tego instynktu niestety nie mamy, ale posiadamy 
rozum, a 

więc bezmyślnie nie powinniśmy pchać się w kabałę.
- Przyrzekłam ci, tatusiu, że zawsze będę uważać, dlaczego więc znowu mnie 

strofujesz? - żałośnie spytała Dzika.
- Nie strofuję, córeczko, lecz chcę, abyś dobrze zapamiętała przygodę warchlaka. 

Znajdujemy się w okolicach, gdzie niebezpieczeństwo czyha na każdym kroku nie 
tylko w 

postaci krokodyli, lwów, lampartów i innych drapieżników, ale także komarów 
malarycznych, dolatującej aż tu w czasie pory deszczowej muchy tse-tse* [Tse-tse 

- mucha 
przenosząca zarazki śpiączki; żyje w Afryce tropikalnej.], węży jadowitych i tym 

podobnych. 
Jesteśmy na niebezpiecznej wyprawie łowieckiej, a nie na werandzie naszego 

bungalowu w 
Chartumie!

- Przyrzekam, tatusiu, że przez cały czas trwania wyprawy nie wyjdę sama na 
brzeg, 

ale zawsze z tobą, panem Gorajem, Jackiem lub tropicielami czy kimś z załogi. I 
zawsze będę 

zabierała z sobą wiatrówkę i te czerwone ampułki, bo jeśli uśpiły kozła i rysia, 
to wystarczą i 

na lwa, lamparta i inne drapieżniki.
Pan Goraj z uśmiechem przysłuchiwał się rozmowie przyjaciela z córką, ale spod 

oka 
obserwował Jacka, który kręcił się niespokojnie, jakby rozumiał, że przestrogi 

te skierowane 
są i do niego.

Sokoli wzrok Dziki pomógł jej do zakończenia nieprzyjemnej rozmowy, gdyż 
wypatrzyła znów w trzcinach stado antylop til, które spokojnie obgryzały 

soczyste pędy, nic 
sobie nie robiąc z przepływającego statku. Duży samiec stanął nawet na samym 

brzegu i z 
zainteresowaniem przyglądał się „Nefertete”. Być może zauważył klatkę wystającą 

nad burtę, 
a w niej samicę, bo nagle beknął i wykonał ruch, jakby chciał skoczyć w wodę, by 

się do niej 
dostać. Na zew kozła odpowiedział natychmiast ze swej klatki samiec z prawej 

burty, 
beknięcie to jednak brzmiało ostro, wyzywająco, bardziej przypominając okrzyk 

bojowy niż 
zachętę do nawiązania przyjacielskiej gawędy.

Obaj łowcy zajęli się znów filmowaniem, a za ich przykładem poszedł i Jacek, 
starając 

się swym „Baby” pochwycić najbardziej ciekawe sceny. A było teraz w czym 
wybierać. 

Mogło się wydawać, że Bahr el-Abjad chce pokazać na tych ostatnich kilometrach, 
pozostałych jeszcze do jeziora No, wszystko, co żyje na jego brzegach.

Jeden brzeg był płaski, błotnisty, zryty rozlicznymi śladami antylop, bawołów, 

background image

hipopotamów, a nawet słoni, lub też zarośnięty roślinami wodnymi i wysokimi 

trawami, 
wśród których prym wiodła trawa umm suf, czyli „matka wełny”, nazywana tak przez 

Sudańczyków z powodu drobniuteńkich włosków pokrywających jej szerokie liście. 
Włoski 

te przy dotknięciu łamią się i wnikają w skórę, wywołując przykry ból i 
swędzenie, ale trawa 

jest przysmakiem zwierzyny i bydła należącego do Murzynów, przybywających tu na 
okres 

suchy, by wypasać na soczystych łąkach swoje stada.
Drugi brzeg wysoki, suchy, zarośnięty był gęstymi gajami palmy dum, spośród 

których strzelały w górę smukłe pojedyncze pnie palmy doleib. W cieniu drzew 
widać było 

liczne tukule Szylluków, chociaż coraz częściej ustępowały one miejsca chatom 
pasterzy 

Dinka. Daleko, daleko na północy majaczyła na horyzoncie sina plama, która w 
szkłach silnie 

zbliżającej lunety zmieniała się w zarysy gór Gebel el-Liri.
Na płaskich bagnistych brzegach wygrzewały się w słońcu liczne krokodyle, a tuż 

przy nich szukały w mule pożywienia szczudłaki i małe szare czapelki, szybko 
ustępujące z 

drogi dużym warzęchom, ibisom i czaplom siwym. Niekiedy, tuż przed szeroko 
otwartą 

paszczęką olbrzymiego gada, leżącego na pół w błocie, na pół w wodzie, widać 
było 

stojącego jak posąg bociana dławigada, a obok niego - niby straż przyboczną - 
stado 

nieruchomych kaczek-mniszek. Tu i ówdzie na mulistych wysepkach wiecowały liczne 
stada 

żurawi, te jednak musiały mieć przykre doświadczenia z przepływającymi statkami 
turystycznymi, bo na widok zbliżającej się „Nefertete” natychmiast wzlatywały w 

powietrze.
Na jednej z takich wysepek, na którą woda wyrzuciła jakąś padlinę, uwijały się 

sępy, a 
dwa ogromne marabuty starały się odgonić je od ścierwa.

Liczne rodziny hipopotamów leżały w rzece nie racząc się nawet usunąć z drogi. 
Rozigrana młodzież wywracała w wodzie koziołki lub wyskakiwała w górę do pół 

ciała i z 
głośnym pluskiem waliła się w nurty, rozpryskując je i pieniąc. Ociężała 

starszyzna, poważna, 
najedzona, nie miała ochoty do figli, leżała więc spokojnie, odpoczywając i 

drzemiąc. Choć 
„Nefertete” nie próbowała przerywać im tej słodkiej sjesty, to jednak olbrzymie 

samce 
głośnym rykiem starały się ją odstraszyć. Niektóre ruszały nawet do ataku, co 

niezmiernie 
cieszyło filmowców na górnym pokładzie, którzy jednogłośnie uznali, że 

rozwścieczone 
potwory są bezsprzecznie bardzo fotogeniczne.

Często z nadbudówki można było obserwować na suchym brzegu pasące się na 
sawannie stada tjangów, antylop krów i kozłów błotnych, które równie chętnie 

przebywają na 

background image

suchym gruncie, jak i na bagnach, a nawet stada bawołów cwałujące wśród łamanych 


tratowanych traw, w gęstych tumanach kurzu.

Nie można się też było uskarżać na brak aboków, ale obaj łowcy postanowili 
pozostawić je na razie w spokoju i popróbować szczęścia dopiero na Bahr el-

Ghazal, po 
uprzednim polowaniu na abu markuby,

Wieczorem, kiedy „Nefertete” skierowała się ku brzegowi, by zaopatrzyć się w 
świeżą 

trawę dla złapanych antylop białouchych, nad rzeką zabrzmiał potężny ryk, który 
oderwał 

podróżników od ich zajęć w głównej kajucie. Wszyscy wybiegli na pokład, a 
stojący przy 

burcie Tiuji wskazał na brzeg i rzekł krótko:
- Kor!

Zaledwie wymówił to słowo, już zza gęstwiny krzaczastej kępy wynurzył się 
spokojnie ogromny lew i stanąwszy w całej okazałości, obrzucił rzekę uważnym 

spojrzeniem, 
zatrzymując je na „Nefertete” i zebranych na pokładzie ludziach.

- Ach, jaki on piękny - westchnęła Dzika - ile w nim siły i majestatu! O ileż 
wspanialszy od naszego starego Kinga z ogrodu. Ale go nie zastrzelimy, prawda? - 

zapytała 
niespokojnie.

- Nie, Dziko, nie zastrzelimy - zapewnił dziewczynkę pan Goraj. - My jesteśmy 
łowcami żywych zwierząt, więc nie zabijamy bezmyślnie, ale tylko z 

konieczności... w 
obronie własnego życia. Ten lew jest rzeczywiście imponujący i mogłabyś go uśpić 

swoją 
wiatrówką, ale ogrody zoologiczne mają już tak wiele lwów urodzonych w niewoli, 

że nie 
wiedzą, co z nimi robić. Niechże więc żyje sobie spokojnie i cieszy się, że nie 

spotkał się ze 
statkiem wiozącym turystów, bo miałby już dawno skórę podziurawioną jak sito!

- Szkoda, że nie można go sfilmować - żałował Jacek. - Ale światło już bardzo 
marne.

Lew nie zawarł widocznie dotychczas bliższej znajomości ze statkami, bo 
spokojnie 

stał na brzegu i przyglądał się płynącej powoli „Nefertete”. Po chwili pojawiła 
się obok niego 

lwica, potem druga, ale w ruchach ich przebijał niepokój, a może po prostu 
zniecierpliwienie. 

Prawdopodobnie nie mogły zrozumieć, jak można tracić czas na przyglądanie się 
przedziwnemu, ale niedosięgalnemu potworowi, skoro pora już pomyśleć o polowaniu 


wieczerzy.

Strapionym lwicom dopomógł skutecznie w odciągnięciu uwagi samca od „Nefertete” 
sternik Asmar przez uruchomienie syreny. Basowy jej ryk zabrzmiał tak nagle w 

zapadającym 
zmroku, że lew skoczył w górę, podwinął ogon pod siebie i zniknął z brzegu, 

jakby zmieciony 
huraganem.

Odwrotu jego towarzyszek nie można było nawet uchwycić okiem.

background image

- Asmar słusznie postąpił przepłaszając te miłe kociaki, bo zmierzch tuż, tuż, a 

my nie 
moglibyśmy przybić do brzegu. Kto wie, czy nie napastowałyby nas przy zbieraniu 

trawy - 
wyjaśnił pan Rawicz.

A potem, kiedy antylopy otrzymały już obfite porcje soczystej paszy i 
„Nefertete” 

ruszyła w ciemność, by co rychlej dobić do mirsa, czyli przystani w Miaicz, 
gdzie należało 

zabrać zapas paliwa - długo jeszcze nocną ciszę przerywały donośne ryki lwów.
9

Miaicz jest maleńką osadą, ale chętnie zaopatruje w opał przepływające statki, 
turystom zaś dostarcza skór, rogów dzikich zwierząt i piór strusich oraz 

przeróżnych 
„pamiątek”, specjalnie w tym celu wyrabianych przez okoliczne szczepy 

murzyńskie.
W osadzie mieszkał stary Grek, od dziecka osiadły w Sudanie, który po burzliwym 

i w 
niezwykłe przygody obfitującym życiu zdziwaczał i tutaj wreszcie znalazł spokój 


odpoczynek. Obu polskich łowców darzył uczuciem nieomal ojcowskim, a szczególnie 

pana 
Goraja, z którym się często widywał podczas jego podróży po Bahr el-Gebel i Bahr 

el-
Ghazal. Żyjąc nad jeziorem No, zwanym przez Arabów Magren el-Bahur, co znaczy po 

polsku Ujście Rzek, wiedział doskonale, co dzieje się na obu tych rzekach, ich 
dopływach, 

trzęsawiskach i okolicznej sawannie, nie skąpił więc miłym gościom rad i 
wskazówek. 

Zaproponował im także pozostawienie u niego klatek ze złowionymi już 
zwierzętami, które 

zobowiązał się dostarczyć swoją dahabiją do Chartumu, gdyż w czasie polowania na 
moczarach Bahr el-Ghazal mogą one przeszkadzać, a bek antylop łatwo zwiększy 

czujność i 
tak dostatecznie ostrożnych butodziobów.

Gościnny Grek niezmiernie ucieszył się na widok dzieci, które szybko zdobyły 
sobie 

serce starego dziwaka. Pozwalał im do woli gospodarować w swojej obszernej 
chacie, 

zbudowanej na wzór tukulu szylluckiego. Chata ta była istnym muzeum niezwykle 
ciekawych 

i z dużym znawstwem skompletowanych zbiorów, stanowiących wielką dumę ich 
właściciela. 

Dzieci mogły tu podziwiać nie tylko rzadkie i bardzo cenne okazy starej broni 
murzyńskiej i 

nie spotykane już wyroby szczepów nilockich, ale też i rekordowej wielkości rogi 
wszelkich 

antylop, bawołów, a także rzadkiej już obecnie długości i wagi kły słoniowe.
Po uzupełnieniu paliwa i serdecznym pożegnaniu starego Greka, „Nefertete” 

ruszyła 
teraz już korytem Bahr el-Ghazal ku jej trzęsawiskom na poszukiwanie abu 

markuba. Koryto 

background image

rzeki stale oczyszczane było z wodorostów i krzaków ambaczowych, żegluga nie 

przedstawiała więc żadnej trudności, należało tylko uważać na liczne pływające 
wyspy. Oba 

brzegi porastały łąki trzciny i trawy słoniowej wysokiej na pięć i sześć metrów. 
Łąki te, 

okolone od strony wody kępami papirusów, pokrywały ogromną przestrzeń i 
sprawiały 

wrażenie bezkresnej, nieprzebytej dżungli, przeciętej srebrzystą taśmą rzeki.
Pierwszymi ptakami, które wzbudziły tutaj zainteresowanie dzieci, były białe 

czapelki. Ptaki te długimi sznurami przelatywały nad trawami i nagle zapadały w 
nie, jakby 

strącone z powietrza niewidzialną siłą.
Na pytanie Dziki, dlaczego się tak dziwnie zachowują, pan Goraj odpowiedział:

- Białe czapelki są zawsze dowodem obecności słoni. Tam gdzie zapadły, żeruje na 
pewno całe stado tych olbrzymów. Potężny słoń i maleńka, krucha biała czapelka 

stanowią 
idealny przykład zgodnego współżycia, wzajemnie sobie pomagając. Czapelka zjada 

liczne 
pasożyty, które go gnębią, i ostrzega krzykiem przed nadchodzącym 

niebezpieczeństwem. 
Słoń chroni czapelkę przed napaścią, pozwala jej wydłubywać że swej skóry 

liczne, krwią 
opite kleszcze, stojąc spokojnie nawet wtedy, gdy ptak gospodarzy przy jego 

uchu.
- A czy one śpią także na grzbietach słoni? - zaciekawiła się Dzika.

- Nie. Wieczorem, przed zachodem słońca, czapelki opuszczają swych przyjaciół i 
odlatują w sawannę, gdzie każde stado ma swoje drzewo lub swoją gałąź, na której 

się 
gnieździ. Rano ptaki znów wracają do służby i zawsze odnajdują swych żywicieli, 

jakby z 
góry wiedziały, gdzie trzeba ich szukać.

- Nam jednak trudno będzie zobaczyć słonie w tej trawie - westchnęła żałośnie 
Dzika.

- Zobaczymy je, jeśli uśmiechnie się do nas szczęście - pocieszył ją pan Goraj, 
po 

czym dodał: - Ale strzelać do nich nie będziemy!
Dzika zgodziła się na to zastrzeżenie z wielką radością, bo bardzo lubiła 

słonie, a 
ogromny Kalif, słoń w chartumskim ogrodzie zoologicznym, był jej wielkim 

przyjacielem.
Pan Goraj postanowił widocznie „dopomóc” szczęściu, a tym samym sprawić 

przyjemność dzielnej dziewczynce, bo po jego rozmowie z kapitanem „Nefertete” 
zatrzymała 

się w wygodnej zatoce, gdzie natychmiast przystąpiono do zamienienia statku w 
pływającą 

wyspę. Przemiana ta odbyła się w ten sposób, że szylluccy tropiciele wraz z 
Tiuji naścinali 

ciężkimi tasakami twardych, długich łodyg traw słoniowych, a załoga „umaiła” 
statek, 

okładając nimi burty i nadbudówkę. Po kilku godzinach wytężonej pracy, w której 
ochoczo 

pomagały i dzieci, „Nefertete” tak dokładnie zmieniła się w dużą kępę, że nawet 

background image

wprawne 

oko nieprędko mogłoby ją odróżnić od innych pływających wysp. W trawach 
okrywających 

nadbudówkę zrobiono kilka okienek, przez które nie tylko można było obserwować 
trzęsawiska, ale spokojnie filmować zwierzynę, bez obawy spłoszenia jej.

Wieczorem, kiedy białe czapelki leciały nisko nad łąkami i nad rzeką, wracając 
na 

sawannę do swoich gniazd, „Nefertete” dobiła do sporego przylądka i zatrzymała 
się przy nim 

na nocleg. Szybko spożyto posiłek, a ponieważ wszyscy byli zmęczeni pracowitym 
dniem, 

wkrótce pogasły światła i na pokładzie zapanowała cisza, przerywana od czasu do 
czasu 

ciężkimi westchnieniami śpiących ludzi.
Dzika miała niezwykle lekki sen, toteż nagle zbudziły ją jakieś podejrzane 

odgłosy. 
Bez zwłoki zerwała się z koi, szybko naciągnęła dżinsy, zdjęła z wieszaka 

wiatrówkę i 
wsunąwszy w kieszeń kilka leżących na stoliku ampułek i łusek, cichutko wyszła 

na pokład. 
Oślepiła ją nieomal srebrzysta poświata pełni księżycowej. Ledwo wyczuwalny 

wietrzyk 
szeleścił kiściami łodyg okrywających statek, ale przynosił także ze sobą 

odległy trzask 
przypominający łamanie suchych gałązek akacji. Potem gdzieś w pobliżu rozległ 

się ciężki 
łomot skrzydeł, któremu zawtórowało donośne pohukiwanie jakiegoś nocnego ptaka.

Przy burcie, wsparty na włóczni, stał młody Dinka bacznie wsłuchując się w 
odgłosy 

nocy. Gdy ujrzał nadchodzącą dziewczynkę, uśmiechnął się i wskazując na brzeg za 
burtą, 

szepnął:
- Akonn!

Dzika wiedziała już, że słowo „akonn” oznacza w języku Dinka słonia, wbiegła 
więc 

szybko na górny pokład i wyjrzała przez okienko w trawie maskującej statek. 
Teraz 

posłyszała znacznie wyraźniej zbliżający się trzask tratowanych łodyg, ale morze 
łąk - tak 

jasno oświetlone, że widać było nieomal każde źdźbło - wydawało się zupełnie 
martwe.

Nagle w blasku księżyca błysnął ogromny kieł, spora wiązka trawy wyleciała w 
górę, 

rozsypała się w powietrzu i spadła w dół. W tej samej chwili nad wierzchołkami 
pobliskich 

zarośli pokazało się coś czarnego, podobnego nieco kształtem do odwróconej fajki 
albo 

peryskopu łodzi podwodnej. „Peryskop” okręcił się w tę i drugą stronę, po czym 
zastygł w 

bezruchu, ale oto wychynęło ich w górę więcej, a równocześnie zamilkł chrzęst 
trzcin i 

nastała zupełna cisza, z rzadka tylko przerywana dźwięcznym graniem cykad.

background image

Dziewczynka zwilżyła palec i z zadowoleniem stwierdziła, że lekki podmuch 

wietrzyka ciągnie od łąk. Wiedziała oczywiście, że owe „peryskopy” to trąby 
słoni, które 

pochwyciły widocznie jakiś podejrzany zapach i wietrzą, chcąc ustalić, skąd 
pochodzi i czym 

może grozić.
Zwierzęta nie wyczuły widocznie nic groźnego, bo po chwili znów rozległo się 

łamanie i chrzęst deptanych traw.
Dzika zbiegła cichutko na dół, obudziła ojca, potem Jacka (chociaż z nim poszło 

znacznie trudniej) i znów ze zręcznością cybety* [Cybeta (cyweta) - drapieżny 
ssak wielkości 

lisa; żyje w Afryce środkowej i południowej.] wdrapała się na dach nadbudówki. 
Po chwili 

także i trzy inne okienka zajęte zostały przez obu łowców i Jacka.
Słonie tymczasem doszły już do małej polanki u podstawy przylądka, wysłanej 

startą 
na mierzwę roślinnością. Z gęstwiny wysokich, twardych łodyg poczęły wyłaniać 

się 
olbrzymie czarne cielska, podobne w blaskach księżyca do przedpotopowych 

potworów lub 
czołgów miażdżących swoim ciężarem wszystko, co stanie na ich drodze. Wyszedłszy 

na 
polankę zatrzymały się, szeroko rozpostarły płachty olbrzymich uszu i znów 

podniosły w górę 
trąby, łowiąc nimi zapachy niesione wietrzykiem. Przy tym ruchu zalśniły w 

poświacie 
księżyca, ich potężne kły.

Na statku obudzili się już wszyscy, ale każdy starał się zachować jak największą 
ciszę, 

byle tylko nie spłoszyć nocnych gości i móc się im możliwie długo przypatrywać. 
Kolosy 

stały długą chwilę nieruchomo, z podniesionymi w górę trąbami, wreszcie jeden z 
nich, 

śmielszy widocznie, postąpił kilka kroków ku zatoce, ale nagle zatrzymał się, 
jakby trafił na 

niewidoczną zaporę, po czym z niewiarygodną wprost zręcznością zawrócił, wydając 
równocześnie krótkie, przeraźliwe, ostrzegawcze trąbienie, przypominające nieco 

kwik świni. 
Rozległ się ciężki, dudniący tupot i olbrzymie zwierzęta zniknęły w gęstwinie 

tak szybko, 
jakby rozpłynęły się w księżycowej poświacie.

- Co się temu słoniowi stało, że tak nagle zawrócił i spłoszył całe stado? - 
zapytał 

Jacek.
- Zwęszył naszą obecność. Wiatr zmienił kierunek albo nad zatoką jest wir 

powietrzny 
- wyjaśnił pan Rawicz.

- Teraz podziękuj Dzice za obudzenie - rzekł do syna pan Goraj. - Sporo 
myśliwych 

przyjeżdża co roku do Sudanu na polowanie, ale niewielu z nich widziało stado 
słoni z tak 

bliska. - A zwracając się do dziewczynki powiedział ciepło: - Przynosisz nam 

background image

szczęście, 

Dziko. Murzyni nazwaliby cię „dobrym mzimu”, a my możemy cię chyba nazwać... 
„maskotką wyprawy”.

Dzika wiedziała dobrze, że pan Goraj nie jest zbyt szczodry w rozdzielaniu 
pochwał, 

toteż słowa jego sprawiły jej ogromną radość. Nie bardzo oczywiście rozumiała, 
dlaczego ją 

chwalą, bo przecież zbudzenie śpiących i pokazanie im zwierzyny buszującej w 
pobliżu 

statku uważała za rzecz zupełnie naturalną, ale zaraz chytrze pomyślała, że 
teraz, jako 

„maskotka”, łatwiej chyba będzie mogła brać udział w łowach. Z Jackiem nie 
podzieliła się 

jednak swymi myślami.
Rano pan Goraj znów zwrócił uwagę dzieci na stado białych czapelek. Leciały 

długim 
sznurem najpierw nad rzeką, potem nad trawami, jakby do z góry wytkniętego celu. 

Nie 
zapadły jednak w gęstwinę, ale zaczęły krążyć nad łąkami coraz, wyżej i wyżej. 

Nagle od 
krążącego stada odłączył się jeden ptak, za nim natychmiast pośpieszył drugi i 

trzeci, i 
wreszcie całe stado, uformowane znowu w długi sznur. A potem, już przez 

lornetki, 
zobaczyły dzieci, że ptaki zniżyły lot i gdzieś na krańcach łąk zapadły w trawy.

Czapelki doskonale znają zwyczaje słoni, toteż wiedzą, gdzie powinny je spotkać 
rano. Niestety, słonie przestraszone naszą obecnością powędrowały dalej i 

czapelki musiały je 
odszukać. Dlatego też wzbiły się w powietrze i przez jakiś czas krążyły, bo z 

wysokości 
łatwiej ogarnąć wzrokiem większy obszar. Ptak, który pierwszy spostrzegł stado 

poleciał w 
jego kierunku, pociągając za sobą pozostałych towarzyszy.

Wyprawie rzeczywiście się wiodło, a może jak powiedział pan Goraj Dzika była 
naprawdę szczęśliwą maskotką, bo na trawiastych brzegach Bahr el-Ghazal 

ukazywały się nie 
tylko słonie, ale także sporo innej zwierzyny, wśród której zachwyt wywołała 

obecność tak 
pożądanych kozłów nilowych. Żerowały pojedynczo lub stadkami w niewielkiej 

odległości od 
brzegu, gdyż przemieniona w pływającą wyspę „Nefertete” nie budziła ich 

niepokoju. Na 
razie zadowolono się podziwianiem i filmowaniem tych pięknych zwierząt, jako że 

pierwszeństwo miały butodzioby, a te można było zdobyć dopiero na trzęsawiskach, 
do 

których statek zdążał.
Powoli brzegi poczęły zmieniać się w bagniska. Główny nurt Bahr el-Ghazal. 

płynął 
nadal szeroką strugą, ale łąki po obu stronach przekształciły się w labirynt 

khorów, odnóg, 
wąskich przesmyków i zatok obramowanych gęstwiną wysokich papirusów i trzcin. A 

potem, 

background image

jak okiem sięgnąć, widać było tylko bezkresne moczary i trzęsawiska, wśród 

których poprzez 
trawy i gruby dywan wodorostów przeświecały tafle płytkich sadzawek, jeziorek i 

kałuż.
Tutaj kapitan „Nefertete”, Mohammed Ali, sam stanął przy sterze. Śmiało zboczył 


głównego nurtu w szeroką odnogę i poprowadził statek sobie tylko znanym 

szlakiem. 
Obdarzony niezwykle silnie rozwiniętym instynktem żeglarskim, bogaty w 

długoletnie 
doświadczenie, a nade wszystko gruntowną znajomość Nilu, bez wahania zmieniał 

kurs to w 
prawo, to w lewo, wpływał w szerokie rozlewiska lub przeciskał się przez tak 

wąskie 
przesmyki, że dziób statku rozcinał rosnący po obu stronach gąszcz papirusowy. Z 

równą 
pewnością omijał ślepe zatoki i suddy utworzone przez ogromne pływające wyspy, 

jakby miał 
przed oczyma dokładną mapę tych błot.

Trzęsawiska pulsowały własnym życiem. Prym wiodły tutaj oczywiście ptaki. Jacek 

daleka już rozpoznawał znajome sobie sylwetki jabiru, żerujących pojedynczo lub 
parami. W 

szuwarach otaczających sadzawki stały nieruchomo czaple, czekając na ukazanie 
się ryby, 

traszki czy też nieostrożnej żaby. Tu i ówdzie widać było dławigady, czarne 
bociany, ibisy, 

kuliki i przeróżne inne ptaki błotne, dla których te moczary były prawdziwym 
rajem. Na 

jeziorkach nurkowały łyski, nurki i kaczki, a po szerokich, płaskich liściach 
błękitnych i 

białych lilii biegały barwne kurki wodne w pogoni za owadami. Moczary 
rozbrzmiewały 

wszelkimi możliwymi głosami ptasimi, ale wśród nich nie było najbardziej 
upragnionego: abu 

markuba!
Dzika stała przy okienku na górnym pokładzie i w zadumie, tak rzadko widywanej 

na 
jej twarzyczce, spoglądała na trzęsawiska.

- Wiesz, Jacek - rzekła nagle do filmującego obok chłopca - tu, na tych bagnach, 
wydaje się człowiekowi, że nie mają one ani początku, ani końca. Już trzeci 

dzień błądzimy 
po tej sieci rzek, rzeczułek, strumieni, jezior i zalewów, a przecież nic innego 

nie widać, tylko 
papirus, trawy, trzciny, sitowie i wodę, wodę bez końca. W dzień wrzask ptactwa, 

a w nocy 
kumkanie żab, granie cykad i ten cichy, monotonny, złowieszczy brzęk 

niezliczonej ilości 
komarów. ..

- Oj, Dzika, źle z tobą! - zawołał pan Goraj, który stał przy sąsiednim okienku 
i też 

patrzył na bagna. - Zaczyna cię ogarniać zniechęcenie i wszystko teraz widzieć 

background image

będziesz przez 

czarne okulary! Strzeż się, dziecko, bo to może doprowadzić do prawdziwej 
„choroby 

moczarów”, a co wtedy będzie z naszą maskotką? - zapytał żartobliwie.
- Nie - zaprzeczyła Dzika - nie ogarnia mnie zniechęcenie, tylko nie mogę sobie 

miejsca znaleźć, bo... bo nic się nie dzieje! Ja lubię ruch...
- Popatrz no, Dzika - przerwał Jacek - co to tam stoi obok kępy papirusów... tam 

gdzie 
prześwieca tafla tego podłużnego jeziorka... na wprost tej połamanej trzciny...

Dziewczynka spojrzała we wskazanym kierunku, zmrużyła nieco powieki przed 
rażącym blaskiem promieni słonecznych odbitych w sadzawce, a potem podskoczyła, 

klasnęła w dłonie i krzyknęła:
- Abu markub! Abu markub!... A tam trochę dalej... drugi!

Okrzyk Dziki zelektryzował statek. Pan Goraj natychmiast pochwycił lunetę, Jacek 
drugą, przybiegł nawet z głównej kajuty pan Rawicz, który zajęty był 

konserwowaniem 
owadów pochwyconych rano na pokładzie. Kapitan postawił rączkę telegrafu 

maszynowego 
na „stop”, „Nefertete” popłynęła jeszcze siłą rozpędu kilkanaście długości 

statku, po czym 
zatrzymała się z dziobem utkwionym w kępie papirusów.

Jacek stał przy okienku z lunetą i raportował:
- Tak, to jest abu markub, taki sam jak w naszym Zoo. Olbrzymie ptaszysko. Ale 

on 
się wcale nie rusza! Stoi nad sadzawką, patrzy w nią... jak w lustro... może on 

przygląda się 
swojemu odbiciu w wodzie? O, jest i ten drugi! Gorzej go widać, bo tam trawy 

wysokie... 
ciągle zasłaniają!

Tymczasem obaj łowcy odbyli naradę z kapitanem, który również przy pomocy lunety 
dokładnie obejrzał miejsce, gdzie znajdowały się butodzioby. Uzgodniono plan 

działania i 
„Nefertete” ruszyła wolniutko dalej, aż po dwóch godzinach lawirowania w 

gmatwaninie 
kanałów i odnóg znalazła się na rozlewisku oddalonym od ptaków na odległość 

celnego 
strzału z winchesterka. Ale gdy z karabinu łatwo było trafić w cel odległy o sto 

i więcej 
kroków, to zasięg wiatrówek nie przekraczał czterdziestu. Należało więc albo 

czekać 
cierpliwie na ewentualne zbliżenie ptaków, albo też nagonić je na strzelca. 

Postanowiono 
czekać, gdyż nagonka mogła spłoszyć butodzioby zbyt wcześnie.

Czekano godzinę, potem drugą, lecz abu markuby stały dalej bez ruchu, jakby były 
kamiennymi figurami, ustawionymi przez jakiegoś złośliwca, który chciał sobie 

zakpić z 
myśliwych. Poczekano jeszcze godzinę, ale i ta nie przyniosła żadnej zmiany w 

zachowaniu 
się ptaków. A potem, kiedy Szyllukowie mieli ruszyć przez mokradła jako nagonka, 

butodzioby ciężko wzbiły się w powietrze, zatoczyły ogromny krąg nad „Nefertete” 

zniknęły gdzieś daleko na horyzoncie.

background image

- One muszą mieć aparat podsłuchowy - zażartował pan Rawicz. - Wypróbowały 

należycie naszą cierpliwość, a skoro usłyszały o nagonce, natychmiast odleciały!
- Och, jutro na pewno spotkamy inne! - zawołała Dzika. - Trudny jest tylko 

początek, 
a ten mamy już za sobą!

- Brawo, nasza maskotko! - zaśmiał się pan Goraj. - Opuściło cię zniechęcenie, a 
więc 

znów zaczniesz przynosić nam szczęście!
Przewidywania Dziki sprawdziły się, gdyż na drugi dzień, kiedy „Nefertete” 

wolniutko przepływała między dwoma ogromnymi kępami wysokich papirusów, 
dyżurujące 

na górnym pokładzie dzieci zobaczyły kilka znajomych sobie sylwetek abu 
markubów. Kiście 

papirusów zasłaniały co prawda widok i butodzioby często znikały z pola 
widzenia, ale nieco 

dalej, za ostrym zakrętem odnogi, statek wpłynął w głęboką zatokę, z której 
ptaki widać było 

tak dobrze, że pan Goraj postanowił spróbować podejść je z wiatrówką w ręku. 
Dzika 

spojrzała na niego błagalnie, ale łowca z uśmiechem potrząsnął przecząco głową.
- Nie mogę cię z sobą zabrać, bo bagno jest niebezpieczne i trzeba mieć duże 

doświadczenie, by nie utonąć. Nie biorę nawet Szylluków, chociaż dla nich spacer 
po 

trzęsawiskach to rzecz codzienna. Im mniej ludzi, tym powodzenie pewniejsze...
Wyjście ze statku nie przedstawiało żadnych trudności, bo nadbrzeżne zarośla 

były tak 
wysokie, że zasłaniały nie tylko burty, ale i całą nadbudówkę. Spuszczono na 

wodę małą, 
leciuchną, łatwą do przenoszenia, gumową dingy. Pan Goraj szybko dopłynął do 

brzegu, 
łódkę przywiązał do traw i ruszył w obranym uprzednio kierunku. Łąka nie była 

wprawdzie 
stałym lądem, lecz tworzyła ją gruba warstwa tak silnie z sobą powiązanych 

roślin 
bagiennych, że choć uginała się pod nogami myśliwego, to jednak znakomicie 

utrzymywała 
ciężar jego ciała.

Łowca szedł powoli, krok za krokiem, kryjąc się w trawach i kępach, zapadając 
czasem w błotniste dziury lub kałuże pokryte rzęsą.

Na górnym pokładzie „Nefertete” tkwili przy okienkach pozostali członkowie 
wyprawy i bacznie śledzili każdy ruch ptaków oraz skradającego się do nich 

myśliwego.
- Ten najbliższy butodziób musi być bardzo głodny - mówiła półgłosem Dzika - bo 

ciągle szuka czegoś nad sadzawką. Tamte chyba jeszcze śpią. Patrz, patrz, Jacek, 
jak on 

wysoko podnosi nogi... jakby był żołnierzem na defiladzie! To ogromne dziobisko 
musi mu 

strasznie ciążyć, bo przy każdym kroku tak dziwnie pochyla się w przód. Ooo... 
ależ on jest 

zwinny! Widziałeś? Wyciągnął tę rybę z taką szybkością, że tylko mignęło... 
Patrz... wyrzucił 

ją w powietrze i pochwycił w otwarty dziób... zupełnie tak, jak to robią 

background image

pelikany w naszym 

ogrodzie!
- Tatuś zmylił kierunek zaniepokoił się Jacek - spójrz, idzie zanadto na prawo, 

a tam, 
za tą dużą kępą trzcin, prześwieca woda... Że też nie można go jakoś ostrzec!

Dzika nie odpowiedziała, bo nagle poczuła lekkie dotknięcie palców na ramieniu. 
Odwróciła się i zobaczyła uśmiechającego się Dinkę, który dawał jej jakieś 

tajemnicze znaki i 
wskazywał na przeciwległą stronę pokładu. Zaciekawiona, pobiegła we wskazanym 

kierunku, 
spojrzała przez okienko w trawach i... z trudem tylko powstrzymała okrzyk 

zdumienia i 
radości. Poprzez wierzchołki papirusów, w odległości niespełna stu kroków, widać 

było 
wyraźnie wyłaniającą się z gęstwiny sylwetkę butodzioba.

- Abu... markub! - wykrztusiła wreszcie.
Dinka potwierdzająco skinął głową, po czym nachylił się i szepnął:

- Mała bint zabrać bundu’ijjah* [Bundu’ i jjah - strzelba.]! Tiuji przygotować 
ambacz 

i poprowadzić mała bint do abu markub...
Oczy Dziki roześmiały się na tę propozycję, ale zaraz posmutniała, bo 

przypomniała 
sobie o przyrzeczeniu danym ojcu. Smutek jednak nie trwał długo, gdyż chęć 

przygody 
szybko podsunęła usprawiedliwienie.

„Jeśli kożuch wodorostów utrzymuje pana Goraja - pomyślała - to tym łatwiej 
utrzyma mnie. I przecież nie pójdę sama, ale pod opieką Tiuji, dla którego 

trzęsawiska nie 
mają żadnych tajemnic”.

Czuła wprawdzie lekki niepokój na myśl o wymówkach ze strony ojca, ale to już 
nie 

zdołało jej powstrzymać. Szybko zbiegła do swej kabiny, wsunęła w kieszeń 
dżinsów kilka 

ampułek i łusek, nabiła wiatrówkę i już miała wyjść, ale w czas zauważyła, że ma 
na sobie 

jasną bluzeczkę. Zrzuciła ją więc prędko i zastąpiła koszulką khaki, 
przypominającą 

szarozielonym kolorem bagienne trawy.
Dinka czekał już przy burcie. Ponieważ uwaga wszystkich zwrócona była na pana 

Goraja, skradającego się do ptaków, nikt nie widział, jak młody myśliwy pomógł 
dziewczynce opuścić się po linie do leżącej już na wodzie ambaczowej tratwy, w 

której po 
chwili i sam się znalazł ze swoją włócznią. Przedostanie się z tratwy na brzeg i 

nurknięcie w 
gęstwinę papirusów było dziełem niemal jednej chwili. Z gwałtownie poruszonych 

łodyg 
podniosła się chmura komarów, Dzika jednak - mimo kilku bolesnych ukłuć - nie 

miała czasu 
się tym przejmować, gdyż musiała podążać za Dinką, który jak wąż prześlizgiwał 

się wśród 
gąszczu roślin.

Już po pierwszych kilku krokach Dzika stwierdziła, że jej przewodnik jest nie 

background image

tylko 

doświadczonym myśliwym, ale i troskliwym opiekunem. Prowadził ją tak, jakby 
szedł 

doskonale znaną sobie ścieżką, wskazywał na zdradliwe jamy, pomagał omijać 
grząskie błota 

lub zbyt gęste, zmierzwione kępy trzcin. Co pewien czas przystawał, rozgarniał 
ostrożnie 

trawy i bacznie wypatrywał ptaka. Aż nagle przypadł do bagna i pełznąc na 
brzuchu, dotarł do 

sporej kępy, za którą przeświecały niewielkie, ale wcale liczne, srebrzyste 
plamy bajorek. 

Usadowiwszy się w kępie, gestem przywołał towarzyszkę, nakazując największą 
ostrożność.

Dzika, ukryta już w papirusach, patrzyła na rozciągające się przed nią mokradło. 
Wyglądało ono jak ogromna niezbyt dawno skoszona łąka, na której tu i ówdzie 

pozostawiono kępy sitowia, papirusów i traw. Liczne stawki, bajorka i kałuże 
lśniły w słońcu 

srebrzystym blaskiem, a gdzieniegdzie od szarej zieleni odbijały białe i 
błękitne plamy lilii 

wodnych. W płytkiej wodzie dość dużego stawku widać było ogromnego ptaka, 
wyraźnie 

rysującego się na tle ciemnozielonych zarośli. Stał bez ruchu na wysokich 
nogach, w 

perłowoszarym upierzeniu, z dużą głową zakończoną potężnym żółtym dziobem, 
podobnym 

zupełnie do drewnianego holenderskiego sabota. Lekki wietrzyk poruszał pęk 
miękkich piór 

na głowie olbrzyma, a wielkie, żółte oczy spoglądały przed siebie badawczo, ale 
spokojnie. 

Były to oczy istoty świadomej swojej siły i bezpieczeństwa. Na tych bezkresnych 
trzęsawiskach nie było przecież żadnego zwierzęcia, które by jemu, abu 

markubowi, mogło 
zagrażać!

Ptak ciągle stał bez ruchu, wpatrzony w kępę, za którą kulili się myśliwi. 
Dziewczynce wydawało się, że abu markub dawno już odkrył ich obecność i teraz 

bada 
spojrzeniem, co to za stwory i czego się po nich można spodziewać. Po chwili 

jednak 
uspokoiła się. Abu markub podniósł wysoko nogę zakończoną długimi palcami, 

zrobił krok, 
przystanął, pochylił się, a potem błyskawicznym ruchem zanurzył dziób w wodę i 

równie 
szybko wyciągnął rybę. Ale zdobycz była tak ciężka, że ptak zachwiał się i tylko 

dzięki 
gwałtownym ruchom szeroko rozpostartych skrzydeł zdołał utrzymać równowagę. A 

potem 
półmetrowej długości ryba wyrzucona została w powietrze i spadła prosto w 

otwarty szeroko 
dziób. Przekąska pobudziła widocznie apetyt ptaka, bo znów zrobił kilka 

powolnych, bardzo 
ostrożnych kroków i z szybkością zdumiewającą przy tak ciężkim dziobie złowił 

drugą rybę. 

background image

Zdobycz ta kształtem swym przypomniała Dzice doko, ową przedziwną rybę-

salamandrę, 
którą na Bahr el-Abjad porwał orzeł kuglarz.

Każdy krok abu markuba zbliżał go do kępy papirusów, Dzika jednak bała się 
strzelać, 

zdawało jej się bowiem, że odległość jest jeszcze zbyt wielka. Nagle poczuła na 
ramieniu 

silny uścisk palców, a potem do uszu jej doszedł cichutki jak tchnienie szept:
- Abok!

Dziewczynka, zajęta dotychczas wyłącznie butodziobem, rozejrzała się ostrożnie 
wokoło. Z prawej strony nie było nic godnego uwagi, natomiast z lewej, z głębi 

moczarów, 
nadchodziła wolno para kozłów nilowych. Samica była znacznie mniejsza, 

kształtnie 
zbudowana, stąpała po bagnie z wdziękiem baletnicy i pilnie strzygła długimi 

uszami. 
Ogromny, muskularny samiec szedł wolniej, jakby ociężale, dumnie podnosząc głowę 

ozdobioną pięknymi, w tył wygiętymi rogami. Od czasu do czasu zwierzęta skubnęły 
jakąś 

trawkę i wtedy doskonale widać było na ich grzbietach białą plamę, do złudzenia 
podobną do 

małego siodła, używanego do wyścigów. Chwilami znikały zasłonięte przez wysokie 
kępy, 

ale szły wprost na sadzawkę, w której butodziób łowił ryby.
Dzika zrozumiała, że należy się szybko zdecydować na strzał do ptaka, gdyż lada 

chwila spłoszą go antylopy. Powolutku wysunęła lufę wiatrówki z gęstwiny, ale 
nie mogła 

dobrze wycelować, bo trawy zasłaniały jej wizjer i muszkę strzelby. Poczęła więc 
bardzo 

ostrożnie rozgarniać je i nagle poczuła na sobie badawcze spojrzenie dużych, 
żółtych, 

błyszczących oczu ptaka. Nie było najmniejszej wątpliwości, że tym razem abu 
markub ją 

zobaczył.
Teraz wszystko zależało od zachowania się ptaka. Dzika postanowiła strzelić w 

chwili, gdy butodziób rozłoży skrzydła do lotu, bo wtedy ukrywanie się nie miało 
już celu. 

Stało się jednak inaczej. Bystrym oczom abu markuba nie uszedł oczywiście 
powolny ruch 

wysuwającej się lufy, nie uszedł też błysk źrenic Dziki. Ale ptak znający w swym 
królestwie 

każde stworzenie nie zląkł się, przeciwnie, zainteresował się tym nieznanym, 
dziwnym 

stworem, który zawitał na jego tereny. Takiego długiego, cienkiego ciała i 
takich przedziwnie 

jasnych, przenikliwych oczu nigdy jeszcze na tych mokradłach nie widział. 
Poniechał więc 

łowienia ryb i spokojnie, odmierzonym krokiem, począł się zbliżać do kępy, w 
której to 

dziwne stworzenie siedziało.
Podszedł na kilkanaście kroków i nagle zatrzymał się. Widocznie coś go 

zaniepokoiło. 

background image

Może uznał poprzednio, że owo długie ciało i błyszczące oczy należą do 

nieznanego węża, na 
którego warto zapolować - a teraz spostrzegł swoją pomyłkę? Przez chwilę stał 

bez ruchu, 
potem przechylił głowę i badawczo spojrzał spod gęstych brwi najpierw jednym, 

potem 
drugim okiem. Wydawać się mogło, że ptak rozmyśla, co robić: podejść do kępy i 

pochwycić 
w dziób nieznany przedmiot czy też powrócić do połowu ryb.

Nagle silniejszy podmuch wiatru zakołysał łodygami papirusów i odsłonił jasną 
głowę 

Dziki. Ptak natychmiast rozpostarł szeroko potężne skrzydła, lecz równocześnie 
rozległo się 

ciche klaśnięcie, przypominające trzask łamiącej się trzciny. Abu markub ciężko 
wzniósł się 

w powietrze, ale już po chwili zatoczył się; spróbował wyrównać, znów opadł na 
jedno 

skrzydło, a potem zwalił się w bagno z taką siłą, że aż woda bryznęła spod 
grubego kożucha 

wodorostów.
Dzika chciała wyskoczyć z ukrycia i pobiec po ptaka, ale powstrzymała ją silna 

ręka 
Tiuji, podczas gdy drugą młody Dinka wskazywał na antylopy. W momencie kiedy abu 

markub spadł na bagno, kozły dochodziły już do sadzawki. Plusk wody musiał je 
przestraszyć, bo podskoczyły gwałtownie w górę, potem jednak stanęły i ciekawie 

spojrzały 
w stronę, skąd doszedł podejrzany odgłos. Przez chwilę strzygły pilnie uszami, 

po czym 
ruszyły lekko po trzęsawisku, jakby szły po twardej ziemi sawanny. Jakiś 

niepokojący ruch 
czy szmer zatrzymał je na moment, z oczami zwróconymi w stronę kępy, lecz ciche 

klaśnięcie znów poderwało do ucieczki. Sadziły przez moczary w olbrzymich 
susach, gdy 

nagle na jednej z kęp sitowia samica potknęła się, zachwiała i zniknęła z oczu 
Dziki. Samiec 

przebiegł jeszcze kilkadziesiąt kroków i stanął - zdumiony widocznie 
nieobecnością 

towarzyszki.
Dzika nie zdołała jeszcze oswobodzić nogi oplatanej wodorostami, a już Dinka w 

kilku długich skokach dopadł do abu markuba. Chwycił ptaka w ręce i popędził z 
nim do 

kępy, za którą zniknęła łania kozła nilowego. Gdy dziewczynka przybiegła tam, 
myśliwy 

kończył właśnie wiązanie nóg zwierzęcia długimi, bardzo mocnymi pędami lilii 
wodnych. 

Potem wstał, złożone w trąbkę dłonie przyłożył do ust i wydał głuchy, dudniący 
zew abu 

garna. Zew ten musiał być chyba umówionym wołaniem myśliwskim, bo nie upłynęło 
kilka 

minut, a na bagnistej łące ukazały się dwie wysokie, i chude postacie tropicieli 
szylluckich.

Zdumienie Murzynów na widok Dziki, abu markuba i skrępowanej łani było tak 

background image

wielkie, że przez dłuższy czas nie mogli wymówić słowa, potem jednak zasypali 

Dinkę 
lawiną pytań, których dziewczynka oczywiście nie mogła zrozumieć, gdyż 

wypowiedziane 
były niezmiernie szybko i bełkotliwie w ich ojczystym jeżyku. Zauważyła tylko, 

że Murzyni 
spoglądają na nią w jakiś szczególny sposób, z uśmiechem połączonym z wyraźnym 

podziwem i szacunkiem.
Niebawem cały orszak ruszył w stronę statku. Na czele szli Szyllukowie dźwigając 

na 
drzewcach swoich włóczni związaną łanię, za nimi dreptała Dzika, koło niej zaś 

kroczył Tiuji 
niosący butodzioba i wiatrówkę. Młody myśliwy, którego wzrost wynosił przeszło 

dwa 
metry, śmiesznie drobił, starając się uzgodnić swój krok z krokiem Dziki, 

pragnącej nadążyć 
za Szyllukami.

Zjawienie się na pokładzie Dziki i trzech tropicieli dźwigających jej zdobycz 
wywołało nie tylko zdumienie, ale i radosne okrzyki, gdyż właśnie wracał i pan 

Goraj z 
pochwyconym przez siebie abu markubem. Szybko zmontowano klatki i umieszczono w 

nich 
złowione zwierzęta, zanim jeszcze ocknęły się z narkozy. Ismail natychmiast 

spuścił w wodę 
dwa wiklinowe więcierze do łowienia ryb, aby mieć pożywienie dla butodziobów, 

kiedy 
obudzą się ze snu. Również i dla samicy aboka przygotowano sporo młodych, 

soczystych 
pędów papirusowych.

Dzika kręciła się koło klatek, z niepokojem spoglądając na swego ojca, i 
starannie 

schodziła z drogi panu Gorajowi, dla którego miała wielki respekt. Widziała 
oczywiście, że 

wszyscy cieszą się bardzo z wyników jej polowania, ale dręczyły ją znowu wyrzuty 
sumienia, 

że opuściła statek po kryjomu, nic nie mówiąc ojcu. Wyszła wprawdzie pod opieką 
doświadczonego myśliwego, ale...

Dalsze jej rozmyślania przerwał Jacek, wołając ją na górny pokład. Zastała tam 
obu 

łowców, kapitana i Tiuji, który uśmiechnął się do niej, po czym szybko zbiegł na 
dół.

Dziewczynka podeszła niepewnie do ojca, ale nagle stało się coś zupełnie 
nieoczekiwanego: oto pan Goraj pochwycił ją wpół, podniósł do góry, pocałował w 

czoło i 
rzekł miękko:

- Jesteś wspaniałą dziewczyną, Dziko! Jacek ma rację: dorównasz, a może i 
przewyższysz pannę Tinne! Należała ci się bura, ale Tiuji przyznał się, że to on 

skusił „małą 
bint”, bo wszyscy Murzyni uważają, że ma ona szczęśliwą rękę.

Dzika wprost oniemiała ze zdumienia. Spodziewała się ostrych i gniewnych słów 
właśnie ze strony pana Goraja, który nie znosił nieposłuszeństwa... a tu tak 

miła pochwała. I 

background image

właśnie z jego ust!

- Mam nadzieję, Dziko - mówił dalej pan Goraj - że nie bardzo się pokaleczyłaś 
na 

dzisiejszej wyprawie, chociaż, jak widzę, twoje dżinsy są w bardzo opłakanym 
stanie. Idź do 

łazienki, wykąp się, zmień przemoczone i podarte ubranie, a potem przyjdź tu do 
nas, 

pomówimy trochę o dalszych planach.
Dziewczynka dygnęła grzecznie, filuternie zmrużyła oko w stronę zaskoczonego 

Jacka, a potem szybko pobiegła do swojej kajuty, podśpiewując radośnie.
W zatoce nie było już co robić, bo butodzioby, które uniknęły bliższej 

znajomości z 
ampułkami, dawno odleciały na inne bagna. Kapitan wziął znów ster w swoje dłonie 


poprowadził „Nefertete” na dalsze łowy.

„Narada wojenna” na górnym pomoście bardzo się Dzice podobała, już choćby 
dlatego, że pozwolono jej brać w niej udział. Dowiedziała się, że oba złapane 

butodzioby 
stanowią parę, a wiec zamówienie w zasadzie zostało wykonane, chociaż, gdyby się 

udało, 
można by złowić jeszcze jedną parę, gdyż abu markuby są bardzo poszukiwane przez 

wszystkie ogrody zoologiczne.
Pozostawała zatem sprawa aboków. Złowienie łani aboka przez Dzikę uważał pan 

Goraj za bardzo duże osiągnięcie, bowiem samice tych zwierząt są niezmiernie 
ostrożne i 

płochliwe. To one właściwie czuwają nad bezpieczeństwem stada, podczas gdy samce 

napastliwe i skore do bójki - nie troszczą się o to, co się wokół nich dzieje, 
dlatego też łatwiej 

stają się ofiarą myśliwych lub drapieżników.
- Potrzebny nam jest jeden samiec - powiedział pan Goraj - ale od przybytku 

głowa 
nie boli. Jeśli więc złapiemy dwie lub trzy sztuki więcej, miejsce dla nich się 

znajdzie. Na tym 
skończyłby się pierwszy etap wyprawy. Drugi obejmie drogę powrotną do jeziora 

No, podróż 
korytem Bahr el-Gebel na południe aż do miejscowości Szambe, polowanie na 

antylopy 
końskie i elany, po czym powrót korytem Bahr ez-Zeraf do Bahr el-Abjad- No, a 

potem już 
do domu. Przed początkiem pory deszczowej musimy być w Chartumie, bo na Jacka, 

Dzikę i 
na pana Rawicza czeka szkoła.

„Nefertete” płynęła teraz leniwie z prądem wprost na północ. Któregoś dnia znowu 
napotkano kozły nilowe. Najpierw gdzieś od przodu doszedł do uszu podróżników 

głuchy 
stuk, jakby uderzenie suchej gałęzi o gałąź, a potem, za dużym zakrętem, ukazał 

się 
niecodzienny widok. Na nadbrzeżnej polanie walczyły ze sobą na śmierć i życie 

dwa duże 
samce. Tak były zajęte walką, że nic nie było w stanie oderwać ich od siebie.

„Nefertete” udawała wciąż jeszcze pływającą wyspę, toteż wolno przesunęła się 

background image

wzdłuż brzegu, ale ledwie zakryły ją przybrzeżne trawy, natychmiast skorzystała 

z pierwszej 
zatoczki, by się w niej zatrzymać. Wiatr wiał wzdłuż rzeki, więc kozły nie mogły 

pochwycić 
zapachu ludzi. Niebawem leż uzbrojeni w wiatrówki łowcy znaleźli się na brzegu, 


towarzystwie jednego z tropicieli, który niósł ciężki karabin myśliwski.

Skradanie się do zwierzyny nie było dla trójki myśliwych nowością, ale ponieważ 

podchodzeniu celował szczególnie pan Goraj, toteż on szedł pierwszy, ostrożnie 
rozgarniając 

przed sobą dość mocno przerzedzone trawy. Kierował się oraz bliższymi odgłosami 
walki, aż 

wreszcie zupełnie wyraźnie poczuł silną woń walczących zwierząt. Odchylił 
jeszcze kilka 

zmierzwionych traw i dotarł do starego, na pół rozwalonego kopca termitów, za 
którym 

otwierał się szerszy widok.
Polanka była doskonale widoczna zza kopca. Wszystko wskazywało na to, że 

wydeptały ją słonie. Trawa bowiem na sporej przestrzeni została najdokładniej 
stratowana i 

wgnieciona w wilgotną ziemię, a tu i ówdzie widniały głębokie doły wybite przez 
słupowate 

nogi olbrzymów. I to właśnie miejsce - przypominające arenę - wybrały sobie 
aboki dla 

ostatecznego załatwienia nieporozumień, które rozstrzygnąć miał śmiertelny 
pojedynek. 

Chodziło prawdopodobnie z jednej strony o zdobycie, z drugiej zaś o utrzymanie 
praw do 

przewodnictwa nad stadem.
Obaj wrogowie byli nie lada zapaśnikami, chociaż w sposobie walki widać było 

znaczną różnicę. Jeden z nich, młodszy, był znacznie zwinniejszy, budowę ciała 
miał krępą, 

muskularną, uderzał zapalczywie, ale nazbyt podniecała go walka i dlatego też 
nie zawsze 

udawało mu się uniknąć ciosu przeciwnika. Drugi był powolny, ciężki, a głęboko 
karbowane, 

długie jego rogi wskazywały, że znajdował się w pełnym rozkwicie sił. Posiadał 
olbrzymie 

doświadczenie bojowe, które skutecznie dopomagało mu w dotychczasowej obronie 
swych 

praw do stada.
Kozły stały naprzeciw siebie, mierzyły się złym i badawczym spojrzeniem krwią 

nabiegłych oczu, a potem z rozpędu uderzały rogami. Przez chwile wodziły się 
opuszczonymi 

nisko łbami, pragnąc przepchnąć jeden drugiego i obalić na ziemie lub zmusić do 
ucieczki, 

lecz nagle odskakiwały i znów z całą siłą rozpędu, muskułów i ciężaru ciał 
zwierały się z 

sobą. Każde uderzenie rogów o rogi rozlegało się niby łoskot walącego się 
drzewa, a siła 

uderzeń była tak wielka, że przednie nogi zwierząt niemal po kolana zapadały się 

background image

w bagnisty 

grunt. Zmagania obu przeciwników musiały trwać już dosyć długo, zwierzęta bowiem 
lśniły 

od potu, ciężko dyszały, a z otwartych pysków skapywały im na ziemię płaty 
gęstej piany.

Pan Goraj nachylił się do ucha przyjaciela i szepnął kilka słów, na które ten 
odpowiedział twierdzącym skinieniem głowy. Potem obaj podnieśli broń do oka, 

wyczekali 
chwili ataku kozłów i nacisnęli spusty. Klaśnięcia wiatrówek zagłuszone zostały 

łomotem 
rogów, a kozły tak mocno sczepiły się z sobą, że prawdopodobnie nawet nie 

poczuły 
uderzenia pocisków. Przez dobrą chwilę mocowały się, napierając łbami, potem 

odskoczyły, 
ale uczyniły to jakoś niezręcznie, jakby zupełnie wyczerpane walką. Po pewnym 

czasie 
ruszyły znów do ataku. Uczyniły to jednak dziwnie ospale, chwiejąc się na nogach 


zataczając, kiedy zaś wreszcie podeszły do siebie i próbowały uderzyć rogami - 

osunęły się 
najpierw na kolana przednich nóg, a potem zgodnie legły na ziemi jeden obok 

drugiego.
Zdobycz szybko przeniesiono na pokład i umieszczono w klatkach, a „Nefertete” 

ruszyła w dalszą drogę jako jedna z wielu płynących z prądem wysp.
10

- Uff - westchnął ciężko Jacek, ocierając chusteczką pot z czoła - co za skwar! 
Takiego nie ma chyba u nas w Chartumie! Od czasu jak opuściliśmy Bahr el-Ghazal 


przebyli to płytkie, bagniste i zakomarzone jezioro No, nie było ani krzty 

wiatru.
- Nie lamentuj, Jacku, nie lamentuj! - zaśmiała się Dzika - jest trochę cieplej 

niż 
zwykle, trochę duszno, ale w Chartumie mamy to samo z dodatkiem piaszczystego 

pyłu z 
pustyni, zapachów zjełczałego tłuszczu, no i innych... nieco gorszych. A jezioro 

No jest 
rzeczywiście płytkie, bagniste i roi się od komarów, ale mnie ono się podoba... 

Tyle w nim 
wspaniałych barw! Te trzciny, sitowia, papirusy i trawy w najrozmaitszych 

odcieniach 
zieleni, przetkane purpurą, fioletem, złocistą i perłową barwą kwiatów tych 

wszystkich powoi 
i innych pnączy, które je oplatają. I ta ogromna ilość białych, niebieskich i 

różowych lilii 
wodnych i okrągłymi, wielkimi jak płaskie talerze liśćmi! Chciałoby się po nich 

biegać, jak te 
śliczne długonogie kurki wodne. A same kurki! Ich piórka błyszczą w słońcu, 

jakby obsypane 
były pyłem z drogich kamieni... Aż oczy bolą patrzeć!

- No, wiesz, Dzika - pokiwał głową zdumiony Jacek - nigdy mi nawet przez myśl 
nie 

przeszło, że ty masz takie artystyczne upodobania! Powinnaś zostać malarką 

background image

albo... 

operatorem filmowym. Gdybyś nakręciła kolorowy film z Magren el-Bahur, 
dostałabyś 

nagrodę na festiwalu filmowym, a turystyka sudańska zarobiłaby miliony!
- Nie kpij, Jacku! Ale, wiesz, Bahr el-Gebel przeraża mnie - wyznała z wahaniem 

Dzika. - Taka tutaj pustka dokoła!
Cały dzień już płynęli szerokim, oczyszczonym z wodorostów i ambaczu korytem 

Bahr el-Gebel i zarówno z jednej, jak i drugiej strony rzeki nie widać było nic 
prócz 

pływających wysp i kęp, które zbijając się w suddy, tworzyły rozległe, bezkresne 
łąki.

- Strasznie tu musi być w okresie powodzi... - wstrząsnęła się dziewczynka. - 
Jedno 

olbrzymie, bezkresne morze. ..
- A jednak i tu mieszkają ludzie! - zawołał Jacek. - Popatrz, na tej wysepce 

widać 
chatę i kilkoro Murzynów!

Dzika spojrzała przez okienko i ze zdziwieniem zobaczyła sporą zatokę, otoczoną 
przez rozległą, bujną łąkę, a w niej maleńką wysepkę, ledwie wystającą nad 

poziom wody, z 
chatą i rodzajem namiotu, przed którym na rusztowaniu z żerdzi wisiały tykwy. 

Smukła, 
bardzo wysoka dziewczyna stała tuż nad wodą, oparta o włócznię, i ze śmiechem 

odpowiadała na pozdrowienia tropicieli i Tiuji. Niższy znacznie chłopiec trzymał 
w ręku 

oścień i patrzył z wyraźnym zdumieniem w oczach na przepływającą obok 
zamaskowaną 

„Nefertete”. Z chaty wysunęła się do połowy ciała stara kobieta i podawała 
napełnioną tykwę 

siedzącemu na macie mężczyźnie. Placyk między chatą a namiotem miał najwyżej 
pięć do 

sześciu kroków długości i ze cztery szerokości. Do słupa namiotu przywiązana 
była dłubanka.

- Ta dziewczyna stoi nad samym brzegiem... przecież łatwo może ją złapać za nogę 
krokodyl i wciągnąć w głębinę... - rzekła zaniepokojona Dzika. - I co to są za 

ludzie? 
Zupełnie nie przypominają Szylluków! Dziewczyna nie ma na sobie ani fartuszków 

skórzanych, ani opończy, a czupryna tego chłopca jest taka ruda, jak włosy 
mister* [Mister 

(ang.) - pan.] O’Briana, który uczy razem z tatusiem!
- Bo to nie są Szyllukowie, ale Murzyni ze szczepu Nuer, a ta dziewczyna 

pochodzi 
chyba z plemienia Dinka - wyjaśnił pan Rawicz, który właśnie wszedł na górny 

pokład i 
słyszał rozmowę dzieci. - Wysepka musiała być znacznie większa, ale wyższy niż 

zazwyczaj 
stan wody pogrążył ją w nurtach rzeki i ludziom została tylko chata i te kilka 

metrów 
kwadratowych ziemi pod stopami.

- Biedaki... sami... odcięci od świata i ludzi - westchnęła żałośnie Dzika.
- Czy to jednak nie pomyłka, proszę pana - wtrącił Jacek. - Przecież ziemie 

zamieszkane przez Nuerów rozciągają się po obu stronach Bahr ez-Zeraf i w 

background image

rejonie rzeki 

Pibor aż do granicy Abisynii, a więc na wschód od Bahr el-Gebel...
- Tak, ale zapomniałeś, że duża grupa tego szczepu zajmuje też spore obszary w 

rejonie między Bahr el-Gebel i Bahr el-Ghazal. Na terenach tych żyją również 
drobne grupki 

Dinków, którzy zresztą niemal całkowicie przejęli ubiór i zwyczaje otaczających 
je Nuerów.

- Ale skąd właściwie wzięli się tu Nuerowie, przecież ziemie te kiedyś, w 
przeszłości, 

były własnością Dinków? - spytał chłopiec.
- Tego od Nuerów się nie dowiesz, bo oni o swojej przeszłości nic nie wiedzą. Z 

podań Szylluków i Dinków wynika, że ten bardzo wojowniczy szczep przywędrował do 
Sudanu ze swojej praojczyzny, która musiała znajdować się w okolicach jeziora 

Wiktoria. Na 
ziemiach dzisiejszego Sudanu osiedlili się najpierw w rejonie rzeki Pibor aż po 

granice 
Abisynii, a potem, w okresie ciągłych walk, wypędzili plemiona Dinka znad Bahr 

ez-Zeraf 
oraz z obszarów pomiędzy Bahr el-Ghazal i Bahr el-Gebel.

- Nuerowie trudnią się przeważnie hodowlą bydła, prawda, tatusiu? - spytała 
Dzika.

- Tak. Podstawą szczepu jest rodzina, a miejscem, w którym skupia się całe jej 
życie, 

jest widch, czyli obora, a właściwie ogrodzony wygon dla bydła. Są widch letnie 
i zimowe. W 

samym środku ogrodzenia rosną zawsze święte drzewa opiekuńcze, o które wojownicy 
mają 

prawo opierać swoje włócznie i tarcze. W widch matki karmią niemowlęta, a dzieci 
urządzają 

zabawy, tutaj też każda krowa ma swój osobny palik, do którego jest przywiązana. 
Zagrodę 

otacza zawsze wysoki płot z cierni, chroniący przed wtargnięciem lwów i 
lampartów. W 

widch płonie wieczne ognisko, dostarczające całych gór popiołu. W popiele tym 
ludzie śpią, a 

służy on także do nacierania ciała, czyszczenia zębów i ma wiele innych jeszcze 
zastosowań. 

Zwykle nad ogniskiem zbudowana jest na palach platforma będąca sypialnią dla 
mężczyzn 

nieżonatych. Gęsty, gryzący dym z ogniska chroni ich przed plagą komarów, gzów 
bydlęcych 

i małych, ale bardzo dokuczliwych much. Pozostali mieszkańcy widch śpią w 
chatach.

- Szyllukowie i Dinkowie także nacierają skórę popiołem, ale nigdy jeszcze nie 
widziałem popiołu na ciałach kobiet - rzekł Jacek.

- Kobiety mogą nacierać swoje ciała tylko w wyjątkowych wypadkach, przy pewnych 
sakralnych tańcach, natomiast ani mężczyznom, ani chłopcom, którzy już należą do 

rek, nie 
wolno doić krów, bo jest to przywilej kobiet i dzieci.

- A co to jest „rek”? - zaciekawiła się Dzika.
- Grupy chłopców, którzy uważani są już za dorosłych młodzieńców, nazywają się u 

Nuerów „rek”. Grupy te utworzone są z młodzieńców, którzy w jednym dniu 

background image

otrzymali znak 

szczepowy i od tej chwili stali się tak zwanymi „braćmi krwi”. Obowiązuje ich 
największa 

przyjaźń, jeden drugiego nie może opuścić w walce ani też pozostawić na pastwę 
dzikich 

zwierząt, muszą sobie nawzajem pomagać w czasie głodu i powodzi czy pomoru na 
bydło. 

Wojownicy i rek nie mogą spożywać posiłku z innymi mieszkańcami wsi, a poza tym 
żadnemu mężczyźnie nie wolno jeść razem z kobietami i dziećmi.

- W Chartumie widziałam fotografię małego chłopca Nuer, który przystrajał 
cielątko 

piórami, zawiązywał mu naszyjniki z perełek na szyi i wtykał kwiaty w czubek 
sierści na 

głowie. Czy to jakaś zabawa? - spytała Dzika.
- Nie, córeczko, to nie ma nic wspólnego z zabawą. W szczepie Nuer panuje bardzo 

dawny zwyczaj, że ojciec daje swojemu małemu synkowi byczka w podarunku. Jest to 
cielątko, które ma być w przyszłości zaczątkiem majątku dziecka. Każdy chłopiec 

we 
wzruszający wprost sposób opiekuje się swym byczkiem, którego uważa za 

największego 
przyjaciela, przystraja go najpiękniejszymi piórami, zawiązuje sznury paciorków 

na szyi. 
Śpiewa mu piosenki, przemawia do niego pieszczotliwie, a często nawet - w bardzo 

ważnych 
dla siebie chwilach życiowych - pyta go o radę jak kogoś najbliższego. Chłopiec 

woli cierpieć 
głód niż zabić lub sprzedać swojego byczka. Zresztą byłoby to uważane za czyn 

haniebny. 
Nuerowie są hodowcami bydła i posiadają bardzo liczne stada, ale nigdy nie 

zabijają krów, 
aby się pożywić ich mięsem. Zabijają natomiast woły. Trzeba także dodać, że ci 

bardzo 
jeszcze prymitywni ludzie (w Europie nazwano by ich „dzikusami”) równie 

troskliwie dbają o 
swoje kozy, owce i psy. Żaden Nuer, czy to dorosły, czy dziecko, nigdy nie 

skrzywdzi psa!
- Ta dziewczyna na wysepce nie miała włosów na głowie. Była zupełnie łysa. Czy 

im 
nie wolno nosić gęstych czupryn? - dopytywała Dzika.

- Dziewczyna była prawdopodobnie młodą mężatką, bo, podobnie jak u Szylluków, u 
Nuerów również panuje zwyczaj, że przed ślubem goli się narzeczonej wszystkie 

włosy na 
głowie. Włosy te oczywiście później odrastają, ale Nuerowie usuwają specjalnymi 

szczypczykami wszelki inny zarost na swoim ciele, wyrywają nawet brwi i rzęsy.
- A czy oni mają króla, tak jak Szyllukowie? - zaciekawił się Jacek.

- O, nie! Nuerowie nie uznają żadnej władzy nad sobą. Ich naczelnicy, mający 
przywilej noszenia skóry lamparciej jako oznaki godności, nie mogą nikomu 

rozkazywać, 
sprawują natomiast obowiązki sędziów i są doradcami przy „radzie starszych”. 

Jedyną istotą, 
którą czczą, jest „wielki duch Guak”. To on, wedle legend, podarował szczepowi 

Nuer świętą 

background image

włócznię, przechowywaną jakoby pod strażą w jednej z wiosek nad rzeką Pibor.

- Czy z tymi Nuerami będziemy się teraz często spotykać? - spytała Dzika.
- Wkrótce popłyniemy wzdłuż brzegów co prawda wilgotnych, ale na tyle twardych, 

że w porastających je trawach mogą żerować antylopy i nawet słonie, a tam gdzie 
są słonie, 

łatwo można spotkać myśliwych Nuer, gdyż w okresie suchym chętnie polują na te 
zwierzęta.

- Czy mają takie ciężkie karabiny na słonie, jak ty, tatusiu, i pan Goraj?
- Owszem, niektórzy mają strzelby, chociaż jest to już bardzo stara broń, ale 

teraz 
coraz częściej pokazują się u nich karabiny przemycane z Kongo. Większość Nuerów 

poluje 
jednak po staremu, z włóczniami w ręku. Metoda polowania polega na odłączeniu od 

stada 
upatrzonej sztuki i zapędzeniu jej w głębokie trzęsawisko, z którego zwierzę nie 

może się 
wydobyć. Włócznie dokonują reszty. Mięso rozdziela się wśród wszystkich 

mieszkańców 
osiedla, z którego pochodzą myśliwi.

- A na hipopotamy polują z tykwą, prawda? - zaciekawił się Jacek.
- Czasami, częściej jednak w nocy z zasadzki na lądzie. Jest to ich stary sposób 

stosowany prawdopodobnie jeszcze przez praojców znad jezior Wiktoria - Nianza. 
Wymaga 

od myśliwego siły, odwagi i olbrzymiej wytrzymałości fizycznej, ale to są 
właśnie cechy 

mężczyzn ze szczepu Nuer, którzy w niebezpieczeństwie widzą cały urok życia. Nie 
polują 

tylko na ptaki, ponieważ wierzą, że ptaki potrafią wzlecieć na swych skrzydłach 
do 

„wielkiego ducha Guak”. Nie polują też na niektóre gady i płazy, chociaż chętnie 
zabijają 

krokodyle i zbierają ich jaja, uważane za przysmak. Sądzą też, jak wiele innych 
szczepów i 

plemion sudańskich, że tłuszcz węży jest znakomitym, jeśli nie jedynym 
lekarstwem na 

wszystkie choroby uszu.
- Tatusiu, czy wszyscy Nuerowie mają takie ładne rude włosy, jak ten chłopiec na 

zatopionej wysepce?
- Nie, Dziko, Nuerowie mają włosy jak wszyscy Murzyni - czarne, skręcone, 

rosnące 
kępkami - ale i między nimi sporo jest elegantów, którzy pragną wyróżnić się od 

innych. 
Ponieważ nie noszą odzieży, pozostaje im tylko farbowanie czupryn. Odbywa się to 

trochę 
inaczej niż u europejskich fryzjerów. Tutaj przygotowuje się najpierw rzadką 

braję z gliny i 
krowiego nawozu, którą pokrywa się włosy wcale grubą warstwą, tworzącą coś w 

rodzaju 
peruki. „Okład” ten bardzo szybko wysycha i zmienia się w twardą skorupę, należy 

go więc 
co jakiś czas obficie zwilżać wodą zawierającą dużą ilość amoniaku. Po tygodniu 

lub 

background image

dziesięciu dniach skorupę rozbija się ostrożnie, wykrusza delikatnie i 

wytrzepuje włosy 
patyczkami. I oto ukazuje się młodzian z czupryną rudą jak miedź i sterczącą w 

górę niby 
szczotka. Fryzura taka uważana jest przez modnisiów nuerskich za coś 

niesłychanie 
wytwornego, eleganckiego, wzbudzającego powszechny podziw i zazdrość.

Dzikę stropiła nieco ta opowieść, ale nie zdołała o nic więcej zapytać, bo z 
budki 

sterniczej wychylił się kapitan, wskazując ręką na lewą burtę statku. Dzieci 
pobiegły szybko 

do okienek i zobaczyły, że „Nefertete” płynie teraz w niewielkiej odległości od 
brzegu 

porośniętego wysoką trawą słoniową i umm suf, nad którymi co chwila ukazywały 
się białe 

czapelki. Ptaki podlatywały w górę i zaraz zapadały w gęstwinę w pobliżu dużych 
ciemnych 

plam, majaczących poprzez wierzchołki traw.
- Czyżby to były... słonie? - spytała Dzika rwącym się z wrażenia szeptem.

- Tak - odpowiedział równie cicho pan Rawicz - to słonie.
„Nefertete” od chwili znalezienia się na wodach Bahr el-Gebel płynęła znów 

przeciw 
prądowi, ale plusk łopatek maszyny nie spłoszył jakoś olbrzymich zwierząt. 

Czapelki zaś nie 
podlatywały na tyle wysoko, aby rozpoznać w „pływającej wyspie” dobrze sobie 

znany statek 
rzeczny. Słonie żerowały spokojnie, od czasu do czasu podnosiły do góry trąby, 

wietrzyły i 
powoli posuwały się równolegle do brzegu, w górę rzeki.

Jacek pobiegł do kajuty po nową kasetę do swojej kamery. Pan Goraj, który 
przyszedł 

przed chwilą na pokład, oglądał zwierzęta przez lornetkę Kiedy Dzika, zagadnęła 
go 

nieśmiało, czy nie byłaby to zbytnia strata czasu, gdyby „Nefertete” przystanęła 
gdzieś przy 

brzegu i poczekała na słonie, zaczął jej cierpliwie tłumaczyć:
- Mamy jeszcze godzinę jazdy dzisiaj. Wkrótce będzie zakręt, a nieco dalej rzeka 

rozdziela się na dwa ramiona tworząc ogromną wyspę. Tam staniemy na noc. Jutro 
znów 

będziemy płynąć przez duży obszar rozlewisk i ruchomych błot, utworzonych przez 
Bahr el-

Gebel, Bahr ez-Zeraf i kilka wielkich jezior, a więc załoga musi porządnie 
wypocząć. 

Moglibyśmy wprawdzie zanocować przy maleńkiej wiosce Adok, którą wkrótce 
zobaczymy 

na lewym brzegu, ale tam, za zakrętem, miejsce na postój lepsze i łatwiej możemy 
zobaczyć 

jakąś ciekawą zwierzynę.
Trudno było nie uznać tych wywodów za słuszne. „Nefertete” płynęła więc dalej i 

niebawem wyprzedziła słonie, które zresztą szybko zniknęły w gęstwinie traw.
Słońce chyliło się ku zachodowi, ale było jeszcze dość wysoko, kiedy statek 

przybił 

background image

do dużej zatoki, werżniętej głęboko w twardy brzeg porośnięty bujną trawą, a 

dalej sporymi 
kępami krzaczastych akacji. Na dalszym planie widniało kilka wysokich drzew, nad 

którymi 
górował ogromny el-heglig. Korona jego wyglądała jak olbrzymia kopuła usypana z 

samych 
liści, tak szczelnie bowiem przesłaniały konary i gałęzie.

Załoga zajęła się łowieniem ryb, przygotowaniem dla antylop świeżej trawy i 
doprowadzeniem do porządku statku, a obaj łowcy wraz z dziećmi, Szyllukami i 

Tiuji zeszli 
na brzeg, aby pomyszkować trochę po krzakach, ponieważ należało zaopatrzyć w 

mięso pustą 
już spiżarnię. Śladów na wilgotnej ziemi było bardzo dużo, z czego wynikało, że 

zakątek ten 
nieczęsto odwiedzali ludzie. Było to o tyle zrozumiałe, że w trójkącie nazywanym 

Wyspą 
Żyraf, a rozciągającym się między Bahr el-Gebel, Bahr ez-Zeraf i Bahr el-Abjad, 

tylko 
północna część jest bardziej zaludniona i posiada nawet dość gęstą sieć dróg, 

które w okresie 
suchym nadają się także do jazdy samochodem. Natomiast południowa część trójkąta 

zamieszkana jest jedynie wzdłuż Bahr ez-Zeraf, gdyż brzegi tej rzeki są o całe 
dwa metry 

wyższe niż brzegi Bahr el-Ghazal. Tak więc obszar liczący około trzech tysięcy 
kilometrów 

kwadratowych, porośnięty trawami bagiennymi, dzikim prosem i roślinnością typową 
dla 

sawanny, tworzy idealne warunki życia dla licznie reprezentowanej tu zwierzyny.
Dzika dokładnie przyjrzała się śladom i oświadczyła, że rozpoznaje między nimi 

odciski racic tjangów, kozłów nilowych, kozłów błotnych, antylop końskich, 
antylop krów, 

bawołów, hipopotamów i słoni, nie mówiąc oczywiście o wszelakim drobiazgu, jak 
gazele, 

kozły płowe, dukiery i inne. Kilka jednak odcisków wzbudziło jej szczególne 
zainteresowanie, toteż zawołała półgłosem:

- Tatusiu, popatrz, tutaj były... żyrafy!
Obaj łowcy, a także i Murzyni patrzyli z ciekawością na wskazane przez 

dziewczynkę 
głębokie i bardzo wyraźne ślady, mające około dwudziestu trzech centymetrów 

długości, a 
szesnaście szerokości. Obok nich widać było takie same ślady, tylko znacznie 

mniejsze.
Młody Dinka spojrzał i rzekł krótko:

- Mer!
- Tak, to żyrafa, a właściwie para żyraf z małym żyrafiątkiem, bardzo jeszcze 

młodym 
- potwierdził pan Goraj.

Z traw wyleciało z głośnym łomotem skrzydeł stado pantarek i z gdakaniem usiadło 
na gałęziach pobliskich krzaków.

Odprowadzając je wzrokiem, pan Goraj zwrócił się do przyjaciela:
- Niech Jacek spróbuje ustrzelić kilka tych ptaków ze swego winchesterka. 

Pozostawimy mu do towarzystwa Dzikę wraz z jej wiatrówką, a obojgu damy Tiuji 

background image

jako 

obronę. My zaś obaj z Szyllukami obejrzymy trochę najbliższą okolicę.
Kiedy łowcy zniknęli wraz z tropicielami za gęstwiną krzaków, Jacek odczekał 

parę 
minut, a potem celnymi strzałami strącił z gałęzi kilka tłustych pantarek. 

Ponieważ strzały z 
karabinka były bardzo ciche, pozostałe ptaki nie odleciały, lecz z wyraźnym 

zainteresowaniem przyglądały się spadającym na ziemię towarzyszkom.
- W ten sposób można by wystrzelać całe stado - rzekł z niesmakiem Jacek.

- Pantarki to strasznie głupie ptaki - potwierdziła Dzika. - Chodź, pozbieramy 
je i 

odniesiemy Abdullahowi, będzie...
Dziewczynka nie dokończyła zdania, bo nagle z krzaków wyskoczył duży kot, 

pochwycił zębami jedną z leżących na ziemi pantarek i już miał zniknąć z nią w 
trawach, gdy 

Tiuji odchylił się w tył i całą siłą muskularnego ramienia rzucił w niego 
włócznię.

Rzut był celny, ostrze włóczni powaliło kota na ziemię. Śmierć nastąpiła tak 
nagle, że 

zwierzę nie wypuściło nawet ptaka z zaciśniętych kłów.
- To przecież serwal! - zawołała Dzika, kiedy Dinka podniósł z traw upolowanego 

przez siebie drapieżnika. - Popatrz, Jacek, jak piękne futerko ma ten kot - 
miedź nakrapiana 

czarnymi cętkami! Trudno byłoby zobaczyć go w pożółkłych trawach.
- Tak, to serwal - potwierdził Jacek - bardzo duży i piękny serwal. Ale trzeba 

przyznać, że Tiuji obdarzony jest błyskawicznym odruchem i równie szybką, jak 
celną ręką! 

No, teraz już nie dziwię się, że tatuś zabrał go na wyprawę... mimo jego młodego 
wieku!

Dinka pozbierał również leżące na ziemi pantarki, szybko skręcił z traw mocne 
powrósło, związał nim ptaki za nogi i razem z serwalem powiesił na grubej gałęzi 

najbliższego drzewa, mówiąc z uśmiechem:
- My iść potem zabrać on angau* [Angau (dinka) - odmiana serwala często 

spotykanego w południowej części Sudanu.], teraz my iść zobaczyć on el-heglig!
- On mówi, że teraz pójdziemy do drzewa el-heglig, a w powrotnej drodze 

zabierzemy 
pantarki i kota - wyjaśnił Jacek.

- Jak to dobrze być takim drągalem, jak Tiuji - westchnęła Dzika. - Popatrz, 
nawet 

lampart nie skoczy tak wysoko, żeby ściągnąć z tej gałęzi naszą zdobycz!
El-heglig rósł na obszernej polanie pokrytej niską trawą, z której tu i ówdzie 

wyglądały kępy krzaczastej mimozy i małe gniazda termitów, podobne do glinianych 
grzybów. Niektóre z nich były poprzewracane, inne znów rozbite, z wyraźnymi 

śladami 
dużych pazurów. Jacek pokazując je Dzice szepnął:

- Tutaj musiał gospodarować szyszkowiec* [Szyszkowiec (łuskowiec; arabs.: abu 
khirfa - ojciec łuski) - ssak pokryty łuską rogową. Nie posiada zębów, lecz 

zrogowaciałe 
dziąsła, którymi miażdży pokarm. Przy pomocy ostrych pazurów rozdziera 

termitiery i 
mrowiska i wsuwa w nie długi język, pokryty kleistą śliną, do którego 

przylepiają się owady. 

background image

Żyje w Afryce, Azji południowej i na niektórych wyspach przy wybrzeżach 

azjatyckich.], bo 
chyba żadne inne zwierzę nie potrafiłoby rozedrzeć tych niezmiernie twardych 

gniazd.
- Wiem, wiem, mamy jednego w naszym ogrodzie - odparła Dzika. - Arabowie 

nazywają go abu khirfa...
Rozmowę przerwał nieoczekiwanie Tiuji, nakazując gestem milczenie. Przez chwilę 

zdawał się pilnie nadsłuchiwać, potem chwycił Dzikę wpół, w dwóch skokach dopadł 
z nią do 

el-heglig i przerażoną usadowił na dużym konarze. To samo uczynił z Jackiem, a 
następnie 

sam, silnym podrzutem ramion, wciągnął się na drzewo. Nim dzieci zdążyły 
ochłonąć z 

przestrachu i zdumienia, Dinka podsadził je na wyższy konar, po czym roześmiał 
się 

bezgłośnie i szepnął:
- Akonn!

Zaledwie to wymówił, już na polanie pokazało się potężne, do chodzącej góry 
podobne cielsko starej słonicy, za którą postępowało stado złożone z kilkunastu 

równie 
olbrzymich słoni. Zwierzęta szły wolno, wachlując się ogromnymi płachtami uszu i 

zrywając 
giętkimi trąbami krzaki i kępy traw. Czyniły to, ot tak, dla przyjemności raczej 

niż z głodu, 
otrzepując każdą gałązkę najpierw o słupowate nogi, a potem dopiero wkładając do 

paszczy.
Polanka spodobała się widocznie przewodniczce stada, bo zatrzymała się, 

spojrzała w 
jedną i drugą stronę, podniosła w górę trąbę i poczęła nią chwytać zapachy 

niesione przez 
lekki wietrzyk od sawanny. Nie znalazła w nich widocznie nic groźnego, bo 

spokojnie 
opuściła trąbę w dół i zdawała się z zajęciem przypatrywać dwom słoniątkom, 

które 
mocowały się splecione swymi małymi trąbkami. Nieco dalej zupełnie malutkie 

cielątko 
wcisnęło się między wysokie przednie nogi matki i chciwie ssało jej pierś 

nabrzmiałą 
mlekiem. Słonica stała spokojnie i pieszczotliwie głaskała trąbą grzbiet malca. 

Kilka innych 
samic przystanęło obok. Wachlowały się ogromnymi uszami i opuściwszy nisko trąby 

zdawały się z odrobiną zazdrości w małych oczkach przyglądać szczęściu matki.
Dzika przylgnęła do konara i z zapartym oddechem przypatrywała się słoniom. Z 

wysokości kilku metrów mogła dokładnie widzieć ich grzbiety pokryte grubą 
sfałdowaną 

skórą, ogromne spłaszczone nieco głowy z dwojgiem potężnych ruchliwych uszu, 
długie 

trąby oraz białe kły, lekko wygięte, cieńsze i krótsze u samic, a znacznie 
grubsze i dłuższe u 

samców. Szczególnie jeden samiec, największy w całym stadzie, miał niezwykłych 
rozmiarów kły, jasnobrązowe u nasady, ale oślepiająco białe na zaostrzonych 

końcach. 

background image

Olbrzym ten musiał w swym długim życiu stoczyć niejedną walkę, gdyż na jego 

grubej 
skórze, mimo kurzu, jaki ją pokrywał, widać było długie, białawe blizny po dawno 

już 
zagojonych ranach. Może pozostawiły je kły innego słonia, a może pazury 

lekkomyślnego 
lwa albo róg nosorożca?

Dzika, która od kołyski nieomal stykała się ze zwierzętami w ogrodzie 
zoologicznym, 

natychmiast zauważyła, że prawie każdy słoń w tym stadzie miał w swoim wyglądzie 
czy 

zachowaniu coś, co go wyodrębniało od innych. Jeden wyróżniał się krótszymi i 
grubszymi 

nogami, inny ostrym, wygiętym grzbietem, ten miał oczka spokojne i łagodne, ów 
zaś patrzył 

podejrzliwie, nieufnie, jak człowiek, którego też nieraz oszukano. Ale wszystkie 
zdawały się 

uznawać przewodnictwo starej słonicy. Dziewczynka zbyt wiele słyszała rozmów i 
opowiadań myśliwych, by się temu dziwić. Pamiętała dobrze, że stado prowadzi 

zawsze stara, 
doświadczona samica, bo jako dawna matka wie doskonale, iż samice z cielętami 

nie mogą 
nadążyć za dorosłymi silnymi zwierzętami. Ona więc nadaje stadu tempo, zależnie 

od 
warunków terenowych i wieku cieląt. Samce zwykle idą w tyle, a dopiero w razie 

niebezpieczeństwa i konieczności obrony występują na czoło.
Słonica znała widocznie dobrze swoje obowiązki, bo nieustannie węszyła podnosząc 

w górę trąbę, nadsłuchiwała i podejrzliwie spoglądała wokoło małymi, 
przebiegłymi oczkami. 

Wyraźnie widać było, że coś ją niepokoi, chociaż kilka białych czapelek 
spokojnie 

przechadzało się po grzbietach sąsiadek, a nawet jedna wyskubywała kleszcze z 
jej własnego 

karku.
Jacek, który siedział na tym samym konarze co Dzika, nachylił się i szepnął 

dziewczynce do ucha:
- Ach, czemu nie wziąłem ze sobą kamery!

Słonie są krótkowidzami, ale mają za to świetny słuch i węch, więc choć 
przewodniczka stada nie mogła zobaczyć dzieci ukrytych w konarach, to jednak do 

uszu jej 
doszedł jakiś podejrzany szelest. Zwróciła głowę w stronę el-heglig i uniosła ku 

niemu trąbę. 
W tej chwili rozległ się huk wystrzału i zaraz drugi. Stado na chwilę zamarło w 

bezruchu, 
potem wszystkie głowy zwróciły się ku sawannie, trąby zaś jak na komendę 

podniosły się w 
górę. Słonie stały tak przez kilka sekund, wreszcie przewodniczka chrząknęła 

krótko, 
ostrzegawczo i ruszyła spokojnie naprzód, a całe stado poszło w jej ślady. Nie 

była to 
bynajmniej bezładna, paniczna ucieczka, gdzie jedno drugie popycha, przewraca, 

tratuje, ale 

background image

spokojny, rozsądny odwrót: najpierw przewodniczka, za nią kilka młodych samic, 

potem 
matki z cielętami i młodzież, a na końcu, jako straż tylna, potężne samce.

- Uff - westchnęła Dzika, kiedy już znalazła się na ziemi - nogi mi zdrętwiały, 
mrówki 

pocięły mi skórę na wióry i w ogóle ledwo mogę się ruszać, ale z chęcią 
posiedziałabym na 

tym twardym konarze jeszcze godzinę, żeby tylko słonie chciały tak długo 
pozostać!

- Teraz już nigdy nie wyjdę na brzeg bez kamery - przyrzekał sobie Jacek. - Cóż 
za 

wspaniały film można było nakręcić!...
- Wcale byś nie nakręcił, bo słonie usłyszałyby szelest sprężyny i zobaczyłbyś 

tylko 
ich ogony! Ale te ogony to mi się bardzo podobają... mają takie twarde szczotki 

na końcu, 
jakby specjalnie przeznaczone do szorowania ich grubych skór.

- Ciekaw jestem, do jakiej zwierzyny nasi ojcowie strzelali - rzekł Jacek.
- Zaraz się dowiemy. Słońce już niedługo zajdzie, więc muszą szybko wracać. 

Zresztą 
i my nie mamy tu na co czekać. Komary zaczynają brzęczeć koło uszu. Zmykajmy! 

Ale, 
wiesz, musimy naszemu Dince dać jakiś upominek za dzisiejsze słonie. Prawda? Ja 

mu dam 
mój nóż myśliwski, duży sznur paciorków i kilka metrów materiału bawełnianego na 

lau, a 
ty?

- Ja poproszę tatusia o kilka grotów do włóczni, które zabraliśmy z Chartumu na 
podarunki, i tasak do ścinania trawy słoniowej. Na pewno bardzo mu się to przyda 

- rzekł 
Jacek.

Ogromna czerwona tarcza słoneczna skryła się już za trzciny zachodniego brzegu i 
mrok poczynał okrywać sawannę i rzekę, kiedy wreszcie na statku zjawili się 

łowcy. 
Powrócili zmęczeni, ale w wesołym nastroju, gdyż udało im się złowić młodą 

samicę kozła 
nilowego i zastrzelić dużego lamparta. Drapieżnik siedział ukryty w konarach 

samotnego 
drzewa i skoczył na przebiegające obok stadko kozłów naganiane przez tropicieli 

na łowców. 
Lampart spadł jak piorun na grzbiet wspaniałego kozła i powalił go na ziemię 

ciężarem swego 
ciała, nim jednak zdołał zabrać się do rozszarpania zdobyczy, dosięgła go kula 

pana Goraja.
Wieczorem, kiedy podróżnicy - wykąpani już, siedzieli przy kolacji w mesie, 

Dzika 
opowiedziała o słoniach, nie zapominając oczywiście dodać, że spotkanie to 

zawdzięczają 
tylko szybkiej orientacji młodego Dinki oraz jego znajomości zwyczajów 

zwierzyny.
Obaj łowcy wysłuchali uważnie tego opowiadania, a gdy Dzika skończyła, pan 

Rawicz rzekł:

background image

- Ty, Dziko, w czepku się urodziłaś! Tutaj nietrudno oczywiście zobaczyć 

pojedynczego słonia, gdyż duże samce często chodzą samotnie i w południe chronią 
się na 

sawannie w cień wielkich drzew, ale w okresie kilku zaledwie dni spotkać się dwa 
razy ze 

stadem tych olbrzymów... to naprawdę trzeba mieć dużo szczęścia.
- No cóż, nie darmo nazwałem ją naszą maskotką - zaśmiał się pan Goraj. - Jestem 

przekonany, że w Aluakluak z całą pewnością złowimy te brakujące nam jeszcze 
pary antylop 

końskich i elanów.
- A kiedy tam pojedziemy? - zawołał Jacek.

- Jutro w południe powinniśmy dopłynąć do przystani w Szambe. Jest to jedyne 
miejsce na dużej przestrzeni, gdzie możemy wyładować na brzeg naszą ciężarówkę. 

Ponieważ 
wszystko jest już spakowane i przygotowane do wyprawy w sawannę, wyruszymy 

jeszcze 
jutro, o ile nic nie stanie na przeszkodzie - wyjaśnił pan Goraj.

- „Nefertete” będzie na nas czekać w Szambe, prawda? - zaciekawiła się Dzika.
- Tak, statek z całą załogą zostanie w Szambe. Kapitan już sam zajmie się 

zaopatrzeniem statku w paliwo, dopilnuje również, aby ludziom i zwierzętom nie 
zabrakło 

jedzenia...
- Ale tropiciele i Tiuji... pojadą z nami?

- Oczywiście, pojadą - zaśmiał się pan Goraj. - Szyllukowie będą mieli aż za 
dużo 

pracy, a Tiuji zrobimy waszym opiekunem, gdyż teraz właśnie wjedziemy w tereny 
zamieszkane przez plemiona Dinka, które przejęły częściowo mowę, a zupełnie 

zwyczaje 
Nuer.

Na drugi dzień równo ze świtem „Nefertete” ruszyła dalej na południe, w górę 
Bahr 

el-Gebel. Wkrótce znalazła się znowu w rejonie rozległych moczarów, jakie tworzy 
tutaj Nil 

Górski wraz ze swą odnogą Bahr ez-Zeraf. Rejon ten pełen jest zalewisk, dużych i 
małych 

błotnistych jezior i olbrzymich obszarów porośniętych zwartą gęstwiną wysokich 
papirusów.

Na zalewiskach i moczarach roiło się wprost od ptactwa, wśród którego jabiru nie 
był 

rzadkością. Dzieci nie mogły jednak wypatrzyć ani jednego butodzioba, chociaż 
Tiuji 

upewniał, że tu właśnie złapano kiedyś parę piskląt, które odesłano później do 
Egiptu. 

Puszcza papirusowa rozbrzmiewała chórem przeróżnych głosów ptasich, kumkaniem 
żab i 

graniem cykad, najmocniejszym jednak akordem wybijało się ćwierkanie ogromnych 
stad 

małych czerwonobrzuchych ptaszków, które przelatywały nad rzeką i z głośnym 
rozhoworem 

zapadały w trawy. Również i ryb musiało być tutaj pod dostatkiem, gdyż Dinka 
prawie za 

każdym rzutem ościenia wyciągał z wody spore okazy. Szczególnie częstą zdobycz 

background image

stanowiły 

szczupaki nilowe, które co prawda nie mają nic wspólnego ze szczupakami 
europejskimi, ale 

taką nadano im nazwę. Były to ryby o pyskach zakończonych długimi ryjkami, 
przypominającymi kształtem trąbę słoniową. Ryjki te umożliwiają rybom 

wyszukiwanie 
pożywienia w grubych warstwach mułu zalegającego dno rzeki. Trafiały się też i 

doko, czyli 
ryby-salamandry, oraz tak zwane „intondo” albo „biszir” - ryby żyjące na 

trzęsawiskach i 
osiągające prawie metr długości. Stanowiły one wraz z doko ulubione kąski abu 

markubów, 
które zadomowiły się już zupełnie w swojej obszernej klatce.

Na mieliznach błotnych nie brakło oczywiście krokodyli, u w płytkich zalewiskach 
wylegiwały się w słońcu całe stada hipopotamów.

A potem, kiedy już słońce stanęło w zenicie, pokazały się na zachodnim brzegu 
wysokie stożkowate strzechy chat murzyńskich, a nieco dalej mirsa, czyli 

przystań osady 
Szambe. W przystani stało kilka dahabij ze zwiniętymi żaglami, a na brzegu 

leżało sporo 
dłubanek i tratw ambaczowych, należących do miejscowych rybaków ze szczepu 

Dinka.
„Nefertete” oznajmiła swoje przybycie głośnym rykiem syreny, wzniecając 

niesamowity popłoch w gromadzie hipopotamów, które leżały w rzece naprzeciw 
przystani, 

jakby były bydłem domowym, czekającym, aż gospodarz podrzuci im obficie karmy. 
Statek 

wolno podpłynął do brzegu, zgrabnie przybił do przystani i rzucił liny cumowe 
gromadzie 

zbiegających się ze wszystkich stron, długonogich Murzynów.
11

Osada Szambe leży na dużym półwyspie okolonym bagnami rozlewiska rzecznego. 
Przez bagnisty teren poprowadzono drogę zrobioną z mułu wysuszonego na kamień, 

która 
stanowi początek szlaku wiodącego w głąb kraju. Ale odcinek biegnący przez 

półwysep tak 
pełny jest wyboin, dziur, kałuży, że dużo trzeba wysiłku i umiejętności, aby 

ciężki samochód 
przeprowadzić po nim bez połamania resorów. Na szczęście w Szambe znajdował się 

właśnie 
komisarz okręgu, młody Sudańczyk, przy jego więc wydatnej pomocy, wspólnymi 

siłami 
załogi i nieomal wszystkich mieszkańców wioski - udało się przepchnąć ciężarówkę 

przez 
najbardziej niebezpieczny odcinek. Oczywiście ciężarówkę pustą, nie naładowaną!

A potem trzeba było przetransportować z ładowni „Nefertete” wszystkie 
przygotowane już uprzednio rzeczy i rozmieścić je w samochodzie w ten sposób, 

aby zawsze 
mieć pod ręką to, co w danej chwili mogło być najbardziej potrzebne. Na spód 

poszły więc 
części składanych klatek, polem namioty, ekwipunek myśliwski, zapasy żywności 

oraz 

background image

wszelkie inne przedmioty niezbędne w takiej wyprawie. Kamery, broń, amunicja, 

puszki z 
taśmą filmową oraz naczynia kuchenne umieszczono w specjalnie do tego celu 

przeznaczonych skrzynkach, można wiec było dostać się do nich bez trudu i straty 
czasu. 

Blaszane bańki z benzyną i oliwą też miały swoje miejsce, a kilka skrzynek, z 
których każda 

zawierała dwie bańki, komisarz ofiarował się podwieźć swoją półciężarówką do 
Jirol, 

miejscowości będącej jego siedzibą. Jirol było oddalone od Szambe o niespełna 
osiemdziesiąt 

kilometrów i leżało prawie w połowie odległości do Aluakluak, bańki te wiec 
miały stanowić 

rezerwę w powrotnej drodze.
Komisarz, który znał osobiście obu łowców, poinformował ich dokładnie o stanie 

zwierzyny w swoim rejonie i pokazał na mapie okolice, gdzie można się było 
spodziewać 

elanów.
Antylopy elany są w Sudanie objęte ochroną, gdyż z licznych dawniej stad 

pozostały 
już tylko mizerne resztki. Za czasów administracji angielskiej nie wolno było 

przez pewien 
okres w ogóle strzelać do elanów, potem jednak pozwolono myśliwym na odstrzał 

jednej 
sztuki... raz w życiu! Można było przyjeżdżać do Sudanu co roku na polowanie i 

otrzymywać 
pozwolenie na zabicie ściśle określonej liczby słoni, hipopotamów, bawołów i 

antylop (na 
odstrzał drapieżników niepotrzebne było pozwolenie), ale nikt po raz drugi nie 

mógł strzelać 
do elanów. Władze republikańskie Sudanu utrzymały to zarządzenie w mocy, czyniąc 

nieliczne wyjątki dla ekspedycji naukowych i zaufanych łowców żywej zwierzyny, 
zaopatrujących ogrody zoologiczne. Specjalne pozwolenie na łowienie co roku po 

jednej 
parze elanów posiadała firma „S. Goraj i W. Rawicz”, o czym oczywiście komisarz 

wiedział, 
każdy bowiem myśliwy czy też łowca zwierząt obowiązany był przedstawić mu 

odpowiednie 
pismo władz centralnych w Chartumie.

Wyjazd nastąpił dopiero na drugi dzień rano. Podróżników przyszedł pożegnać 
kapitan i ci członkowie załogi, którzy mogli chwilowo opuścić statek, przybyła 

także prawie 
cała ludność osiedla. Za kierownicą zasiadł pan Goraj, obok niego posadzono 

Dzikę a trzecie 
miejsce zajął pan Rawicz. Jacek wraz z tropicielami i młodym Dinką usadowił się 

na 
wierzchu dosyć wysoko wyładowanej ciężarówki.

Kiedy już motor zaczął pracować i wszystko było gotowe do odjazdu, Mahommed 
zawołał:

- Ma’as-salama! Jedźcie w pokoju!
- Allach jisallimak! Niech cię Allach ma w swojej opiece! - krzyknęła cieniutkim 

głosikiem Dzika, odpowiadając zwyczajową arabską formułką.

background image

Pan Goraj włączył sprzęgło i ciężarówka ruszyła naprzód, podążając za samochodem 

komisarza.
Droga prowadząca z Szambe przez Jirol do Rumbek, dużego ośrodka 

administracyjnego, oznaczona jest na mapach jako szlak samochodowy nadający się 
do 

użytku w okresie suchym. W gruncie rzeczy nie jest to nawet zła droga, ale 
trudno rozwinąć 

na niej szybkość większą niż dwadzieścia do trzydziestu kilometrów na godzinę, 
gdyż 

podróżnika spotykają tu ciągłe niespodzianki. Raz koła zapadają się aż po osie w 
bagnistą 

kałużę, to znowu trzeba usuwać leżące w poprzek ciężkie pnie albo też szukać na 
sawannie 

materiału do podparcia czy załatania mostu przerzuconego przez khor. Trafiają 
się oczywiście 

khory o łagodnie opadających brzegach, zupełnie suche, przez które można 
przejechać 

bezpośrednio, gorzej jest jednak, gdy takiego przejazdu nie ma i ciężarówka musi 
wjechać na 

most trzeszczący, chwiejący się i grożący w każdej chwili zawaleniem się i 
utopieniem 

samochodu w błocie. Tu i ówdzie, na najbardziej niebezpiecznych odcinkach, 
postawiono już 

wprawdzie mocne, trwałe mosty z belek odpornych na żuchwy termitów, ale na ogół 
ciężarówka posuwa się bardzo powoli. Co kilkanaście kilometrów stoją przy drodze 

„domy 
noclegowe”, specjalnie zbudowane dla podróżujących urzędników i turystów, gdzie 

można 
dostać wodę, odpocząć, a nawet zasięgnąć informacji o stanie zwierzyny żyjącej w 

okolicznej 
sawannie.

Dla dzieci podróż ta pełna była niespodzianek. Sawanna obfitowała w zwierzynę, i 
to 

prawie zupełnie niepłochliwą, bo w tej okolicy rzadko polują myśliwi posiadający 
broń palną. 

Najpierw ukazało się tuż przy drodze duże stado tjangów, które nawet nie 
przerwały 

ogryzania traw na widok nadjeżdżającego samochodu. Nieco lękliwiej zachowały się 
strusie, 

ale i u nich ciekawość przemogła strach. Stały spokojnie wśród traw i bacznie 
śledziły 

przedziwnego potwora, który z chrzęstem posuwał się wolno przez sawannę. Potem 
znów 

przeszła przez drogę cała rodzina lwów. Lwice wraz z młodzieżą szybko uskoczyły 
w bok i 

stanęły w pobliskich krzakach, samiec natomiast zatrzymał się na drodze i przez 
dłuższą 

chwilę przyglądał się nadjeżdżającemu samochodowi. A potem wolno, bez zbytniego 
pośpiechu, usunął się nieomal sprzed kół pojazdu i dołączył do oczekującej go 

gromadki.
Jacek bez przerwy niemal filmował swoim „Baby” i Szyllucy musieli go 

przytrzymywać za pasek u spodni, bo wychylał się tak mocno, że każdej chwili 

background image

groził mu 

upadek. Również i pan Rawicz nie próżnował, ale chwytał na taśmę co ciekawsze 
sceny. 

Duża kamera przymocowana była przed nim na specjalnym przeciwwstrząsowym 
statywie, 

łatwo więc mógł nią manewrować.
W Jirol podróżnicy zatrzymali się na godzinę w bungalowie gościnnego komisarza, 

ale niestrudzony Jacek pobiegł z kamerą nad jezioro o tej samej nazwie co osada. 
Trafił 

właśnie na połów ryb. Miejscowi Murzyni ze szczepu Dinka umieją już posługiwać 
się 

haczykiem i linką, znają także, ale wolą łowić ryby starym, tradycyjnym 
sposobem: przy 

pomocy włóczni. Płynęli w dłubankach lub brodzili w wodzie i od czasu do czasu 
uderzali 

włóczniami w muliste dno. Ryb musiało być bardzo dużo, bo raz po raz wyciągali 
zdobycz 

trzepocącą się na grocie.
Tak jak w innych osadach, przez które przejeżdżali, dwumetrowej wysokości 

mężczyźni odziani byli bardzo skąpo, natomiast kobiety równie szczupłe i wysokie 
- ubrane 

były przeważnie w krótkie fartuszki ze skóry koziej. Niektóre jednak nosiły już 
bawełniane 

spódniczki, zawiązywane powyżej piersi i sięgające prawie do kolan. Czereda 
nagich zupełnie 

dzieci pluskała się po płyciznach, skoro jednak zobaczyły obcego chłopca, 
natychmiast 

otoczyły go i przyglądały mu się z podziwem, gotowe w każdej chwili do ucieczki. 
Pobiegły 

za nim nawet na lotnisko, założone w czasie drugiej wojny światowej, gdzie 
obecnie mogą 

lądować zabłąkane samoloty, lecące z Libii czy Sudanu zachodniego do Ugandy.
Z Jirol wyruszano z małym opóźnieniem, spowodowanym przez Jacka, który zabrnął 

na obszerne podwórze ze stojącymi luźno kilkoma chatami, gdzie zwabił go miarowy 
huk 

bębna. Okazało się, że tańczono tam niezwykle ciekawy taniec krowy. Pośrodku 
podwórza 

ustawiono bęben, w który uderzał rękami jeden z Murzynów, a dwaj inni, siedzący 
obok na 

ziemi, wtórowali mu stukaniem patyka o twardy patyk. Wokół muzykantów okręcały 
się pary. 

Tańczący dreptali naprzeciw siebie pierś w pierś, nie stykając się z sobą. 
Dziewczęta miały 

ramiona wzniesione w górę i każda trzymała poziomo w dłoniach patyk. Dorosłych 
naśladowały dzieci.

Murzyni byli wyraźnie zaskoczeni pojawieniem się białego chłopca, który przy ich 
dwumetrowym wzroście wydawał się dziwnie mały. Niektóre pary przerwały nawet 

taniec i 
podeszły bliżej, aby się niezwykłemu gościowi lepiej przypatrzyć. Wielkie 

zainteresowanie 
wzbudziła również kamera. Jackowi udało się nakręcić spory fragment tego 

wyłącznie przez 

background image

Dinków pląsanego tańca, ale w miejscu najciekawszym... taśma się skończyła! O 

przyniesieniu nowej kasety nie mogło być nawet mowy, bo samochód przygotowany 
już był 

do odjazdu.
Kilka kilometrów za Jirol podróżnicy zobaczyli po raz pierwszy spore stadko 

żyraf. 
Zwierzęta stały obok wysokiej akacji parasolowatej i ogryzały listki na jej 

czubku. Widać 
było tylko niezmiernie długie szyje i wygięcia grzbietów, resztę zasłaniały 

cierniste krzaki. 
Na widok nadjeżdżającego samochodu żyrafy poruszyły się zaniepokojone, a potem 

ciężkim, 
kołyszącym się nieco galopem ruszyły przez sawannę i zniknęły w dali. Wraz z 

nimi pobiegło 
i stado pięknych gazel.

Słońce było jeszcze wysoko, kiedy ciężarówka zajechała do Aluakluak. Miejscowi 
Dinkowie, należący do plemienia Alwot, chętnie zgodzili się pokazać fula* [Fula 

(arabs.) - 
studnia, dół, z którego czerpie się wodę przy pomocy skórzanych worków lub tykw 

uwiązanych na długich rzemieniach zrobionych ze skór żyraf.], gdzie teraz, w 
okresie 

suchym, zwierzyna z okolicznej sawanny znajdowała wodę. Do wodopoju tego 
przychodziły 

także i antylopy końskie, natomiast elany wywędrowały dalej na zachód, 
prawdopodobnie w 

poszukiwaniu nowych pastwisk, a może przepłoszone przez liczne w tej okolicy 
lwy.

Wiadomość ta zmartwiła obu łowców, szczególnie pana Rawicza, którego czas 
ograniczony był obowiązkami w Chartumie. Odbyto przeto naradę, na której 

postanowiono 
wysłać natychmiast kilku miejscowych myśliwych w ślad za elanami, zdecydowano 

też 
pozostać w okolicy Aluakluak tak długo, jak tego wymagać będzie złowienie pary 

antylop 
końskich. Wyłoniła się jeszcze jedna bardzo poważna sprawa: transport złowionej 

zwierzyny. 
Otóż antylopy elany są duże i ciężkie. Dorosły samiec ważyć może około tysiąca 

kilogramów, 
samica jest prawie o połowę lżejsza, ale przewiezienie równoczesne pary elanów i 

pary 
antylop końskich jedną ciężarówką jest niemożliwe chociażby tylko z braku 

miejsca. 
Postanowiono więc złowić i odtransportować na statek najpierw antylopy końskie, 

po czym 
powrócić z większym zapasem benzyny i ruszyć na łowy elanów, gdyż do tego czasu 

myśliwi-szperacze powinni powrócić.
Najchętniej przez zwierzynę odwiedzany stawek znajdował się w odległości 

dziesięciu 
kilometrów od osady. Nie był to oczywiście staw w pełnym tego słowa znaczeniu, 

ale raczej 
spora kałuża o brzegach bagnistych, zrytych nieomal całkowicie tysiącami 

przeróżnych racic. 

background image

Trawa, wyrosła tu w okresie pory mokrej, była teraz zupełnie stratowana i 

dokładnie 
wgnieciona w wilgotny grunt. Oprócz śladów antylop trafiały się także ślady 

bawołów i żyraf 
oraz okrągłe głębokie doły wygniecione słupowatymi nogami słoni. Doświadczone 

oko pana 
Goraja odkryło też ślady lwów, lampartów i kilku niniejszych drapieżników.

Zwierząt było więc w okolicy dużo, obóz jednak należało założyć gdzieś dalej, by 
nie 

odstraszyły ich zapachy kuchni.
Miejsce takie znaleziono niebawem w cieniu dwu ogromnych akacji. Oczyszczono 

ziemię z trawy i krzaków, ustawiono namioty mieszkalne, rozpięto też na czterech 
żerdziach 

brezentowy dach nad „jadalnią”, a w pobliżu urządzono kuchnię, w której królować 
miała 

Dzika. Szyllukowie i Tiuji szybko sklecili dla siebie szałasy, gdyż nie chcieli 
spać w 

przygotowanym dla nich dużym namiocie, twierdząc, że jest zbyt duszny.
Cały obóz otoczono wysokim płotem z ciernistych gałęzi, chroniącym przed 

niepożądanymi odwiedzinami lwów i lampartów.
Dzika zaczęła swe czynności od przegotowania i przefiltrowania wody 

przeznaczonej 
do picia, gotowania i kąpieli. Prysznic zrobiono z brezentowego wiadra 

przywiązanego na 
lince do gałęzi, w którego dno wkręcony był kran z sitkiem. Przez pociągnięcie 

sznurka 
przywiązanego do ramienia kranu puszczało się wodę. Łazienkę zbudowano z żerdzi 

wbitych 
w ziemię i rozpiętej na nich szerokiej maty.

Kolację stanowiło kilka tłustych pantarek upieczonych na rożnie oraz herbata z 
pieczywem. Pantarek było w sawannie tyle, że Jacek nie musiał nawet odchodzić 

daleko od 
obozu, aby je upolować. Dla tropicieli pan Goraj zastrzelił sporą gazelę, którą 

upiekli na 
węglach.

Wszyscy zmęczeni byli długą drogą i pracą przy zakładaniu obozu, toteż rychło 
legli 

na spoczynek. Ale wkrótce zbudził ich donośny ryk lwa krążącego w pobliżu. Do 
ryku tego 

dołączył się niebawem gniewny pomruk lwicy, a polem daleki, potępieńczy chichot 
hieny, 

któremu zawtórowało poszczekiwanie szakala.
Dzika słyszała często takie koncerty w ogrodzie zoologicznym w Chartumie, ale 

ten 
brzmiał znacznie groźniej. Cichutko wysunęła się zza moskitiery i zdjąwszy 

wiatrówkę 
wiszącą na słupku podtrzymującym dach namiotu postawiła ją obok swego polowego 

łóżka.
Pan Rawicz, który spał pod drugą ścianą namiotu i posłyszał ruch, zapytał:

- Nie śpisz, Dzika?
- Nie, tatusiu, obudziły mnie lwy... ale... ale... one tutaj nie wejdą, prawda?

- Nie, córeczko, nie wejdą. Zeriba z cierni jest dość wysoka i mocna, aby 

background image

powstrzymać nawet dziesięć lwów. Możesz spać spokojnie!

Podobna rozmowa miała miejsce i w namiocie pana Goraja, z tą różnicą, że Jacek 
chciał wystrzeleniem kolorowej rakiety przepłoszyć hałasujące lwy.

- Zostaw, Jacku, rakietnice i śpij spokojnie. Lwy tu nie wejdą, a spadająca na 
ziemie 

rakieta może spowodować pożar sawanny. Wtedy i nasz obóz poszedłby z dymem. 
Wiesz 

przecie, ile tu mamy benzyny!
Szyllukom też widocznie koncert lwów i hien nie dawał spać, bo do wygasającego 

już 
ogniska dołożyli kilka szczap. Wnet płomienie rozjaśniły ciemność, przeganiając 

drapieżniki 
zbyt blisko podchodzące do zeriby. Na czas jakiś zapanowała cisza, ale potem 

zadudnił 
głuchy tętent przebiegającego stada bawołów. Później słychać było krótkie, 

ostrzegawcze 
pobekiwania, czasem chrapliwe rzężenie i trzask gruchotanych kości i znów głuchy 

łoskot 
ciężkich nóg niosących w cwale stado bawołów.

Gdzieś w pobliskich krzakach cybety polowały na pantarki czy frankoliny* 
[Frankolin 

- ptak należący do kuraków polnych; liczne jego gatunki żyją w Afryce i Azji.]. 
Od czasu do 

czasu rozlegały się trwożliwe gdakania, łomot skrzydeł i warczenie nocnych 
drapieżników.

Słońce już zaglądało do namiotu, kiedy Dzika obudziła się z twardego, ale 
niespokojnego snu. Szybko rozsunęła siatkę moskitiery i ze zdumieniem zobaczyła, 

że łóżko 
ojca jest puste. Wybiegła na dwór i zajrzała do sąsiedniego namiotu. Łóżko pana 

Goraja też 
było puste, Jacek natomiast spał jak zabity.

- Jacek, wstawaj! Nikogo nie ma już w obozie! Zaspaliśmy! - zawołała.
Obudzenie chłopca nie było jednak sprawą łatwą. Trzeba było długiego 

tarmoszenia, 
by wreszcie otworzył oczy. Spojrzał niezbyt przytomnie na Dzikę i już chciał się 

odwrócić, 
by znowu zasnąć, ale energiczna dziewczynka pochwyciła wiszącą na słupie 

manierkę i 
prysnęła na niego strugę wody. To poskutkowało, Jacek wyskoczył z koi jak 

wyrzucony 
sprężyną.

Dzika myliła się mówiąc, że w obozie nie ma nikogo. Łowcy wyszli z tropicielami 

świcie, ale obóz pozostawili pod opieką Tiuji, który gospodarował w najlepsze w 
kuchni. 

Dziewczynka zobaczyła ze zdumieniem, że garnki napełnione już zostały 
przegotowaną 

wodą, a w dużym kotle, ustawionym na palenisku sporządzonym z trzech kamieni, 
bulgotał 

wrzątek.
Dinka przywitał dzieci swoim miłym uśmiechem, pomógł Dzice napełnić filtry 

przegotowaną wodą, a potem, kiedy kolejno powrócili z „łazienki”, wyciągnął ze 

background image

sterty 

gorących węgli kilka sporych glinianych kul. Dzieci przyglądały się z 
ciekawością jego 

czynnościom, a kiedy Murzyn rozbił jedną z kul, nie mogły powstrzymać okrzyku 
zdumienia, 

bo oto w dość grubej glinianej skorupie ujrzały pięknie zarumienionego i 
apetycznie 

pachnącego, pieczonego frankolina.
Po śniadaniu postanowiono zrobić wycieczkę w stronę stawku, gdzie prawdopodobnie 

wyprawili się łowcy dla przygotowania kryjówek, które miały służyć do 
obserwowania i 

filmowania zwierząt przychodzących do wodopoju. Jacek zabrał ze sobą nieodłączną 
kamerę, 

kilka zapasowych kaset i winchesterek, Dzika wiatrówkę i garść ampułek, a Dinka 
trzy długie 

włócznie. Przejście w zeribie założyli dokładnie ciernistymi gałęziami i ruszyli 
w drogę. 

Obóz mogli spokojnie zostawić bez opieki, gdyż żadne zwierzę nie zdołałoby 
przedostać się 

przez płot, a w promieniu dziesiątka kilometrów nie było ani jednej ludzkiej 
osady.

Szli przez sawannę porośniętą dosyć wysoką, żółkniejącą już trawą, kępami 
krzaków, 

grupkami szeroko rozgałęzionych drzew i pojedynczymi akacjami parasolowatymi. 
Kilka 

razy prawie spod nóg wyrywały im się duże dropie* [Drop - duży ptak 
zamieszkujący 

równiny o charakterze stepowym w południowo-wschodniej Europie, w środkowej Azji 

północnej Afryce. Żywi się pokarmem roślinnym; dobrze biega.], które odbiegały 
kilkanaście 

kroków i stawały, by się przypatrzyć niezwykłym tutaj istotom, to znów podrywało 
się z 

łomotem skrzydeł stado pantarek lub frankolinów. Przechodzili właśnie przez 
płytki, 

wyschnięty khor, gdy Tiuji zatrzymał się nagle na brzegu i szepnął:
- Amomm!

Dzieci wiedziały, że słowo „amomm” oznacza w języku Dinka antylopę końską, ale 
zwierząt nie dostrzegły, gdyż trzeba było mieć tyczkowaty wzrost młodego 

myśliwego, aby 
coś w trawach wypatrzyć. Dinka rychło to zrozumiał i najpierw podniósł w górę 

Dzikę, a 
potem Jacka. Łatwość, z jaką to uczynił, świadczyła o jego ogromnej sile, o 

którą trudno było 
posądzać człowieka tak chudego. Nawet krótka chwila wystarczyła, aby dzieci 

mogły 
zobaczyć wynurzające się z traw w dość dużej odległości zarysy głów, szyi i 

wygiętych 
grzbietów. Głowy antylop niezmiernie podobne były do oślich, ale zdobiły je 

mocne, w tył 
wygięte rogi.

- Tak, to są antylopy końskie, ale jeszcze dalej, za nimi, widzę białe czapelki! 

background image

Czyżby 

tam były słonie? Nie, to niemożliwe... słonie nie mogłyby się ukryć w tej 
mizernej trawie...

Tiuji domyślił się widocznie, co Dzika mówi, bo wątpliwości jej rozstrzygnął 
jednym 

słowem:
- Anjar! Bawoły!

- Wielu myśliwych wspomina w swych opowiadaniach, że widywali często białe 
czapelki na grzbietach pasących się bawołów, więc może są to rzeczywiście bawoły 


wyjaśnił Jacek.

Dinka tymczasem zdawał się coś rozważać, bo kilkakrotnie rzucił w górę garstkę 
startej na proch ziemi, jakby chciał dokładnie zbadać kierunek bardzo słabego 

wiatru, po 
czym wskazując na kępę rozłożystych drzew, szepnął:

- Mała bint, mały walad* [Walad (arabs.) - chłopiec.], oni usiąść na on gałąź, 
on Tiuji 

- dodał wskazując palcem na swoją pierś - nagonić amomm...
Dzieci chętnie zgodziły się na propozycję Murzyna: Dzika chciała zobaczyć 

antylopy 
w galopie, Jacek zaś przypuszczał, że uda mu się nakręcić kilka metrów 

interesującego filmu.
Dinka sam wybrał drzewo i na rozłożystych jego konarach posadził najpierw 

dziewczynkę, potem chłopca. Konary znajdowały się tak wysoko nad ziemią, że 
przechodząca obok zwierzyna nie mogła zwęszyć obecności ludzi, a ponadto 

zapewniały 
bezpieczeństwo, gdyż gładki pień nie dawał łatwej możliwości odwiedzenia tego 

obserwatorium przez drapieżniki.
Dzika usadowiła się wygodnie na szerokim konarze z plecami opartymi o pień, 

złożyła się wiatrówką w tę i drugą stronę, aby stwierdzić, czy ma dostatecznie 
duże pole 

obstrzału, a potem naładowała broń i poczęła śledzić wzrokiem zachowanie się 
antylop. 

Dinka tymczasem tak dokładnie zniknął w trawach, że nie można się było domyślić, 
gdzie się 

znajduje.
Jacek powiesił nabity winchesterek na sęku, nakręcił sprężynę kamery i spokojnie 

oczekiwał na ukazanie się zwierzyny.
W rzadkich trawach porastających ziemię w pobliżu drzew pokazało się stadko 

frankolinów szybko umykających przed agorr, czyli mangustą żebrowatą* [Mangusta 
żebrowata - ssak drapieżny; żyje w Afryce.], a po chwili wolniutkim krokiem 

przedefilował 
wspaniały drop. Ptak posłyszał widocznie szelest kamery, bo przechylił głowę i 

bacznie 
przyjrzał się koronie drzewa, po czym wojowniczo uderzył nogą w ziemię, szeroko 

rozpostarł 
skrzydła i znów pomaszerował dalej.

Obserwowane przez dzieci stado antylop poczęło nagle zdradzać niepokój. 
Równocześnie wzleciały w górę białe czapelki, zatoczyły krąg nad sawanną i 

zniknęły gdzieś 
na horyzoncie. W miejscu, skąd wzleciały, wyłoniły się z traw ciemnobrunatne 

grzbiety i 

background image

duże głowy uzbrojone w szerokie, rozłożyste rogi.

- Idą, bawoły idą! - szepnęła Dzika.
Stado rzeczywiście ruszyło wolno poprzez trawy, rozgarniając je swymi potężnymi 

piersiami, jak hipopotamy rozgarniają nurty rzeki płynąc do brzegu. Bawoły szły 
początkowo 

wolno, przystając, jakby namyślając się nad obraniem kierunku, a potem zaczęły 
biec 

drobnym truchtem, tratując więdnące trawy i łamiąc je z głośnym chrzęstem.
Taśma w kamerze Jacka szeleściła cicho, Dzika zaś szeroko rozwartymi oczyma 

chłonęła wspaniały widok: nad morzem traw kołysały się lekko potężne łby z 
podniesionymi 

w górę wilgotnymi chrapami, z rogami odchylonymi w tył, z dużymi, niespokojnie 
poruszającymi się uszami. Czarna lawina zbliżała się coraz bardziej do stada 

antylop 
końskich, zagarnęła je i razem z nim popędziła dalej. W chwili kiedy zwierzęta 

przebiegały 
obok kępy drzew,

Dzika złożyła się błyskawicznie, zmierzyła do najbliższej młodej antylopy i 
nacisnęła 

spust. Antylopa podskoczyła w górę, ale stado porwało ją ze sobą.
Nagle stało się coś niespodziewanego. Kilkanaście kroków za stadem podążała 

młoda, 
niezupełnie jeszcze wyrośnięta cieliczka, silnie utykająca na przednią nogę. 

Minęła drzewo, 
na którym siedziały dzieci, ale przy ostatnim przystanęła na chwilę i w tym 

samym momencie 
spod korony tego drzewa wyprysnęło długie, żółte cielsko, mignęło w powietrzu 

wielkim 
łukiem i spadło ciężko na grzbiet cieliczki, przewracając ją na ziemię.

- Jacek... toż to lampart! - powiedziała Dzika zduszonym szeptem.
W powietrzu zabrzmiał przeraźliwy, bolesny ryk napadniętego zwierzęcia, które na 

próżno próbowało powstać na nogi, i jednocześnie gniewny, przytłumiony pomruk 
lamparta, 

który zatopił ostre kły w karku ofiary.
Jacek ani na chwilę nie odejmował kamery od oka, natomiast Dzika szybko 

naładowała wiatrówkę, ale nie zdołała posłać rozbójnikowi usypiającego pocisku, 
gdyż 

uwagę jej przyciągnął głuchy łoskot racic nadbiegającego cwałem bawołu. Potężny 
samiec 

pędził z nisko opuszczonym łbem, tuż przy cieliczce zarył nogami głęboko w 
ziemię, w 

mgnieniu oka pochwycił ogromnego kota na szeroko rozstawione, ostre rogi i 
wyrzucił go 

wysoko w powietrze. Lampart spadł na wszystkie cztery łapy, zanim jednak bawół 
zdołał go 

powtórnie dopaść, w kilku susach znalazł się przy drzewie, na którym siedziały 
dzieci, i 

szybko począł wdrapywać się po pniu.
Wszystko to odbyło się tak błyskawicznie, że Dzika zdrętwiała na widok płaskiego 

łba 
wyłaniającego się przed nią w odległości dwu metrów. Na moment sparaliżował ją 

błysk 

background image

okrutnych ślepi, zbryzgana posoką szeroka paszcza i bielejące w niej dwa rzędy 

potężnych, 
białych kłów. Kiedy jednak ujrzała wysuwającą się grubą łapę uzbrojoną w 

potężne, 
zakrzywione pazury, odzyskała całą świadomość grożącego jej niebezpieczeństwa.

Błyskawicznym ruchem podniosła wiatrówkę do oka i nie celując wcale, wystrzeliła 
ampułkę w otwarty pysk napastnika. W tej samej chwili posłyszała kilka szybko po 

sobie 
następujących klaśnięć, po których łeb lamparta zastygł na moment w bezruchu, po 

czym 
nagle zniknął.

- Wszystko... w... porządku, Dzika - usłyszała dziwnie drżący głos Jacka. - 
Wystrzeliłem tej bestii cały magazynek w ucho. Leży tu pod drzewem... chyba się 

już nie... 
ruszy.

Dzika spojrzała w dół. Lampart rzeczywiście leżał rozciągnięty bezwładnie na 
ziemi. 

Potężne muskuły rysowały się wyraźnie pod ciasno opiętą, lśniącą, złotawą skórą 
obficie 

nakrapianą licznymi czarnymi plamkami. Promienie słoneczne zaglądały w jego 
szeroko 

otwarte, zmatowiałe już ślepia i przeglądały się w śnieżnobiałych kłach, 
błyskających w na 

pół rozchylonym pysku.
- Czy jesteś pewny, że on już nie... wstanie? - zapytała cicho.

- Nie przypuszczam... bo chociaż winchesterek jest bronią małokalibrową, to 
jednak 

miałem w magazynku naboje miedziowane...* [Naboje miedziowane - naboje pokryte 
cienką 

warstwą miedzi i dzięki temu znacznie twardsze od ołowianych, nie 
miedziowanych.], a 

zresztą strzelałem z odległości nie większej niż pół metra... Nacisnąłem spust i 
wszystkie pięć 

naboi poooszłoo! Przecież to jest broń automatyczna!
- Och, Jacku, Jacku!... gdyby nie ty... lampart byłby mnie rozdarł...

- Nie opowiadaj głupstw - przerwał Jacek szorstko - widziałem przecież, jak mu 
ślicznie wsadziłaś ampułkę w pysk... aż się zakrztusił! Ty masz jednak zimną 

krew, 
dziewczyno, no i... piekielnie szybką orientację! - dodał z podziwem.

- Słuchaj! Przecież ja strzeliłam do antylopy końskiej - przypomniała sobie 
nagle 

Dzika.
- Trafiłaś?

- Też pytanie! - oburzyła się dziewczynka. - Widziałam, jak podskoczyła, ale 
stado 

porwało ją z sobą...
- Cóż... wyjdziemy z tej fortecy i poszukamy zdobyczy - zaproponował Jacek.

- A lampart? Czy nie lepiej strzelić do niego jeszcze raz... tak dla pewności?! 
Przecież 

wszyscy myśliwi tak czynią!
- Dobrze! Masz tu karabinek i strzelaj... w łeb!

Dzika wycelowała i trzy razy pociągnęła za języczek spustowy. Rozległy się trzy 

background image

klaśnięcia, trzy razy słychać było wyraźne mlaśnięcie kul w twardą czaszkę, ale 

lampart ani 
drgnął.

- Skończony! - zawyrokował Jacek. - Możemy zejść. Ja zsunę się pierwszy, ty 
podasz 

mi broń, a potem sama zejdziesz.
- Zostań! Czy nie widzisz, że tam stoi jeszcze bawół?! Teraz patrzy w naszą 

stronę... 
słyszał strzały...

- Muszę go jakoś odstraszyć! - zawołał chłopiec. - Zniszczy nam skórę lamparta, 
jeśli 

tu przyjdzie... Do licha! Nie mogę przecież strzelać do niego, bo mu nic nie 
zrobię... a 

zresztą... po co go zabijać...
- Strzelę z wiatrówki, jeśli go nie uśpi, to chyba mocno oszołomi!

Jacek miał rację. Klaśnięcia wystrzałów rzeczywiście zwróciły uwagę bawołu na 
drzewo, a przy tej okazji spostrzegł leżącego na ziemi śmiertelnego wroga. 

Zniżył więc łeb, 
ryknął chrapliwie, przez chwile rył ziemię racicami, a potem z miejsca ruszył 

cwałem. Tuż 
przed lampartem zatrzymał się gwałtownie, jakby zdziwiony nieruchomością kota, i 

wtedy 
właśnie w koronie drzewa rozległo się klaśnięcie i coś mocno uderzyło w czarne, 

wilgotne 
chrapy bawołu. Wstrząsnął łbem, bo uderzenie spowodowało ból, jakby ukłucie 

cierniem, nie 
zdołał jednak uwolnić nozdrzy od czegoś, co się w nie mocno wczepiło. Potrząsnął 

łbem 
jeszcze raz, uczynił to jednak dość niemrawo, potem postąpił parę kroków, 

zachwiał się, 
znowu ruszył naprzód, ale już po chwili osunął się na ziemię i nisko zwiesił 

głowę, jakby mu 
nagle bardzo zaciążyły ogromne rogi.

- Ma dosyć! Teraz możemy spokojnie zejść! - zawołała Dzika.
- Ja idę pierwszy, a ty pilnuj bawołu... Jeśli się tylko ruszy, wsadź mu jeszcze 

jedną 
porcję... snu!

Zsunięcie się po pniu na ziemię było dla Jacka sprawą jednej chwili. Lampart nie 
poruszył się, natomiast bawół próbował się podnieść, ale nogi odmówiły mu 

posłuszeństwa, 
legł więc krowim zwyczajem na boku i tępo spoglądał na chłopca. Przy pierwszym 

poruszeniu się Dzika posłała mu nową ampułkę, która utkwiła u nasady karku; nie 
było zatem 

obawy ataku z jego strony.
Niebawem i Dzika znalazła się na ziemi.

- Wiesz, Jacek, nogi mam jak z waty - westchnęła. - Teraz dopiero, kiedy z tak 
bliska 

patrzę na tego wstrętnego lamparta... oblatuje mnie prawdziwy strach. Gdybyś nie 
pospieszył 

mi z pomo...
- I może w końcu zaczniesz jeszcze beczeć! - przerwał ostro chłopiec. - Mówiłem 

ci 

background image

przecież, że ja go tylko dobiłem... rozumiesz! Nie ma teraz czasu na 

roztkliwianie się... panno 
Tinne! Musimy znaleźć jak najprędzej antylopę.

W odległości kilkudziesięciu kroków od ostatniego drzewa, pod którym rozegrał 
się 

krwawy dramat cieliczki i lamparta, leżała na boku antylopa końska, odzyskująca 
już 

przytomność. Na widok zbliżających się dzieci wstała, przeszła na chwiejnych 
nogach kilka 

kroków i znów osunęła się na ziemię.
- Strzel do niej jeszcze raz, bo ucieknie! - krzyknął Jacek.

Dzika wykonała rozkaz z zadziwiającą szybkością. Antylopa po strzale poderwała 
się, 

zrobiła jeden duży skok i bezsilnie upadła na trawę.
Dzieci pobiegły ku niej, ale wyprzedził je Dinka. Skoków tego dwumetrowego 

dryblasa nie powstydziłaby się nawet antylopa impala, a wiadomo przecież, że 
jest ona 

niezrównaną mistrzynią między afrykańskimi skoczkami. Tiuji dopadł do antylopy i 

okamgnieniu związał jej nogi powrósłem skręconym z traw. Uderzenie tylnej nogi 
tego 

dużego i ciężkiego zwierzęcia może być bardzo niebezpieczne, samica jednak tak 
była 

oszołomiona dwoma porcjami narkotyku, że nie stawiała najmniejszego oporu.
Cieliczki nie można było już uratować. Miała strzaskaną nogę i tak głębokie rany 

na 
karku i grzbiecie od kłów i pazurów lamparta, że lepiej było ją dobić, by 

skrócić jej straszliwe 
cierpienia. Uczynił to Dinka jednym celnym uderzeniem włóczni. To samo chciał 

zrobić i z 
bawołem, ale Dzika stanowczo się temu sprzeciwiła:

- Ten anjar nic nam nie zrobił. Nie mamy prawa krzywdzić go za to, że przybiegł 
na 

ratunek cieliczce należącej do jego stada. Po co go zabijać? Niech idzie do 
swoich krów, 

skoro tylko ocknie się z narkotyku!
Dzieci miały już dosyć przeżyć jak na jeden dzień, toteż postanowiły powrócić do 

obozu albo też pójść do stawku, by tam spotkać się ze swoimi ojcami. Teraz 
jednak wyłoniły 

się pewne trudności. Zwierzyny nie można było przecież pozostawić bez opieki, 
należało ją 

przenieść do obozu. Dinka mimo swej siły nie mógł sam podnieść lamparta, nie 
mówiąc już 

oczywiście o antylopie, która była znacznie cięższa. Należało więc natychmiast 
sprowadzić 

tropicieli albo też podjechać samochodem, by co rychlej umieścić antylopę w 
klatce, mięso 

bawolicy oddać do kuchni obozowej, z lamparta zaś jak najszybciej ściągnąć skórę 

odpowiednio zakonserwować, żeby sierść nie wychodziła.
Jedynym, kto mógł sprowadzić pomoc, był oczywiście Dinka. Doskonale orientował 

się w sawannie, a poza tym chodził znacznie szybciej od każdego dorosłego 

background image

Europejczyka, 

nie mówiąc już o dzieciach. Uradzono więc, że antylopę i lamparta należy 
przyciągnąć do 

drzewa, obok którego leżała cieliczka, w ten bowiem sposób dzieci, siedząc 
bezpiecznie na 

konarach, łatwo mogły bronić zdobyczy przed sępami, marabutami, hienami czy 
szakalami, a 

nawet przed lwami, gdyż i te drapieżniki nierzadko w czasie dnia włóczą się po 
sawannie.

Większość pracy wykonał Tiuji, chociaż Jacek pomagał mu z całych sił. Nie 
upłynęło 

nawet pół godziny, a cała zdobycz zgromadzona została w jednym miejscu, dzieci 
zaś 

siedziały wygodnie na drzewie, odprowadzając wzrokiem znikającą w trawach wysoką 
postać 

młodego myśliwego.
- Patrz - szepnął Jacek - bawół wstał... chwieje się na nogach, ale idzie...

- Co tam bawół - westchnęła Dzika - myślę, że znowu porządnie nam się oberwie! 
Gdyby ten wstrętny lampart nie wszedł nam w drogę, wszystko byłoby dobrze... 

pochwalono 
by nas za złowienie antylopy, nie byłoby kłopotu z bawołem ani z cieliczką...

- Żeby nam tylko nie zabronili wychodzenia z obozu, reszta się nie liczy! 
Wymówki to 

rzecz przykra, ale niejeden dorosły dałby wiele, żeby przeżyć to, cośmy dzisiaj 
tu przeżyli...

- Ciiicho! - syknęła Dzika, po czym wskazując na jedną z krzaczastych kęp, 
szepnęła: 

Patrz tam, na te krzaki... widzisz?...
- Dziewczyno! - zawołał Jacek szeptem zdławionym przez zdumienie. Przecież to 

nosorożec... biały nosorożec* [Biały nosorożec - właściwie nosorożec tęporogi; 
nazwę 

„biały” zawdzięcza popielatej lub jasnożółtej barwie sierści; podlega ochronie 
gatunkowej, 

nie wolno na niego polować.]!...
- Taki, jak w naszym Zoo?

- Oczywiście! Zdaje mi się, że to chyba... samica. Czy zauważyłeś, jaki ma 
cienki 

przedni róg?
- Popatrz, popatrz... ona prowadzi ze sobą małe! Widać tylko wąziutki pasek 

grzbietu 
ponad trawą...

- Tak, teraz i ja widzę. Wiesz co, Dzika, ona chyba węszy... może pochwyciła 
zapach 

lamparta?
- Nie, ona ciągle ogląda się w tył, wiec na pewno stamtąd jej coś zagraża... Ale 

przecież nosorożec nie ma żadnych wrogów... prócz człowieka!
- Och, Dzika, zobacz, zobacz! - szeptał gorączkowo Jacek. - Biegnie w naszą 

stronę, a 
małe przed nią... ooo... teraz widać ją doskonale... słuchaj... czy mi się 

zdaje, czy naprawdę 
sterczą jej z boku dwa obłamane kije... czyżby to były drzewce włóczni?

- Tak, i ja też widzę! Widocznie murzyńscy myśliwi biegną za nią... chociaż 

background image

nie... 

popatrz... to lwy! Ach, bestie! Jak tylko podejdą bliżej, to palnę do nich z 
wiatrówki! Ona 

została prawdopodobnie ciężko raniona przez Murzynów, ale zdołała im zbiec, a 
teraz lwy 

polują na małe, bo myślą, że ona nie potrafi go już długo bronić. Musiała 
stracić bardzo dużo 

krwi... i one dobrze o tym wiedzą.
- Doskonale to wyrozumowałaś, ale... patrz... lwica skoczyła!

Z trójki lwów idących śladem ranionego zwierzęcia pierwsza zaatakowała je duża 
lwica. Był to widocznie podstęp łowiecki, aby w ten sposób zmusić nosorożca do 

obrony, a 
tym samym odwrócić jego uwagę od dziecka. Samica nosorożca musiała instynktem 

przewidzieć ten atak, gdyż odwróciła się z tak błyskawiczną szybkością, że lwica 
runęła 

wprost na jej nisko pochylony łeb, nadziewając się całym ciężarem ciała na ostry 
róg. Rozległ 

się przeraźliwy, bolesny i wściekły zarazem ryk drapieżnika. W następnym 
momencie 

nosorożec gwałtownym ruchem podrzucił łeb i lwica wyleciała w powietrze jak 
piłka, po 

czym ciężko upadła na ziemię.
Skok drugiej lwicy chybił celu, gdyż zaatakowane przez nią małe schroniło się 

przezornie między nogi matki. Drapieżnik nie zdołał jednak ponowić ataku. 
Straszliwy róg 

przebódł go na wylot i z tak ogromną siłą rzucił o ziemię, że trzask 
gruchotanych kości 

doszedł aż do uszu skulonych na konarze dzieci.
Zwycięstwo to samica nosorożca okupiła zupełnym, niestety, wyczerpaniem sił. 

Przez 
chwilę stała wyczekując ataku lwa, który krążył wokół niej w bezpiecznej 

odległości, a 
potem, popychając delikatnie małe przed sobą, zrobiła kilka chwiejnych kroków i 

osunęła się 
bezwładnie na tylne nogi. Z gardzieli jej wydobywały się teraz gniewne 

porykiwania, 
zupełnie podobne do sapania lokomotywy. Widać było, że ostatnie chwile dzielnej 

matki są 
już policzone i małe stanie się niebawem ofiarą drapieżnika.

Dzika wiedziała, na co lew czeka, toteż nabiła wiatrówkę, by w odpowiedniej 
chwili 

posłać mu usypiający pocisk. Ale Jacek, także pragnąc przyczynić się do ocalenia 
małego 

nosorożca, strzelił ze swego winchesterka. Lew podskoczył do góry, opadł na 
wszystkie 

cztery łapy i ryknął tak donośnie, że Dzika zadrżała i byłaby runęła z drzewa, 
gdyby w 

ostatniej chwili nie pochwyciła oboma rękami bocznej gałęzi. Szczęśliwym trafem 
rzemień 

upuszczonej wiatrówki zahaczył się o sęk i to uchroniło broń przed upadkiem na 
ziemię i 

złamaniem.

background image

Jacek pośpieszył przyjaciółce z pomocą, ledwie jednak Dzika usadowiła się znów 

wygodnie na konarze, z dala rozległy się głośne porykiwania klaksonu, a w kilka 
chwil 

później dzieci zobaczyły ciężarówkę, śmiesznie podskakującą i zataczającą się na 
nierównościach sawanny.

- Strzel jeszcze raz do lwa, bo musimy zeskoczyć z drzewa i ostrzec kierowcę 
przed 

atakiem nosorożca! Przestraszona samica może zebrać jeszcze tyle sił, aby rzucić 
się na 

samochód, a wtedy nie będzie co zbierać... ani z jednego, ani z drugiego! - 
krzyknęła Dzika.

Chłopiec z ochotą spełnił życzenie swej towarzyszki, ale czy lew miał twardszą 
czaszkę od lamparta, czy też spowodowała to dość znaczna odległość, dość że kule 

okazały 
się nieszkodliwe; zmusiły jednak zwierzę do sromotnej ucieczki z podwiniętym pod 

siebie 
ogonem.

Zeskoczenie z drzewa przedstawiało oczywiście duże ryzyko, bo nosorożec istotnie 
mógł zaatakować, ale niebezpieczeństwo dla zręcznego człowieka było o wiele 

mniejsze niż 
dla maszyny, która nie mogła przecież uskoczyć w ostatniej chwili za drzewo. 

Dlatego też 
Jacek nie namyślając się szybko zsunął się po pniu, a w ślad za nim poszła 

natychmiast 
Dzika. Nosorożce mają krótki wzrok, lecz dobry węch i jeszcze lepszy słuch, nic 

więc 
dziwnego, że ciężko raniona samica zwróciła w stronę dzieci swój ogromny, długi 

łeb. 
Prawdopodobnie również je dojrzała, ale nie miała już siły powstać. Opadła na 

zgięte pod 
siebie przednie nogi, położyła łeb na ziemi i leżała niby ogromna bryła skalna, 

której nadano 
kształt jakiegoś niesamowitego stworu. Tuż obok położył się mały z łebkiem 

przytulonym do 
łba matki.

Ciężarówka zatrzymała się dość daleko od grupy drzew, a po chwili wychynęli z 
traw 

obaj łowcy ze strzelbami gotowymi do strzału, za nimi zaś Murzyni z 
nieodłącznymi 

włóczniami. Wszyscy stanęli na widok leżących na ziemi lwic i nosorożca, ale 
Dzika 

uspokoiła ich swym dźwięcznym głosikiem:
- Chodźcie, chodźcie, czekamy na was! Te lwice już dawno nie żyją, a samica 

nosorożca też ledwo zipie. Trzeba będzie złapać małego... to przecież prawie 
sierota!

Samicę nosorożca zaniepokoiła obecność ludzi i ich głosy, próbowała się dźwignąć 
na 

nogi, ale bezskutecznie. Z trudnością poruszyła łbem, kiedy pan Goraj podszedł 
do niej, 

potem westchnęła ciężko po raz ostatni i rozpłaszczyła się bezwładnie na ziemi. 
Szyllukowie i 

Dinka obejrzeli dokładnie olbrzymie zwierzę, z trudem wyciągnęli ostrza włóczni 

background image

tkwiące 

głęboko w boku nieżywego już kolosa i po dokładnych oględzinach orzekli zgodnie:
- Diur!

Zwierzę zostało więc zaatakowane przez myśliwych ze szczepu Diur. Możliwe, że 
polowanie to skończyło się dla nich równie żałośnie, jak dla lwic.

Z umieszczeniem antylopy końskiej w klatce było sporo kłopotu, bo obudziła się 
już z 

narkozy i mimo związanych nóg rzucała się tak bardzo, że trudno było do niej 
podejść. Prócz 

nóg używała do obrony także rogów, a ponieważ rogi samic antylop końskich są 
znacznie 

cieńsze i bardziej proste niźli samców, stanowią więc bardzo niebezpieczną broń. 
Znacznie 

łatwiej poszło z małym nosorożcem, gdyż ufność jego do nie znanych mu jeszcze 
dwunogich 

istot była wprost rozczulająca. Zaniepokoił się dopiero, kiedy na ciężarówce 
złożono obok 

niego cieliczkę oraz cielska trzech drapieżników, z których skóry miały być 
zdjęte w obozie.

Jacek poświęcił samicy nosorożca cały film, a potem poprosił, aby zabrano ją 
również 

do obozu. Prośba ta została jednak odrzucona, bo kolos miał około pięciu metrów 
długości i 

prawie metr dziewięćdziesiąt wysokości. Pan Goraj wykroił tylko oba rogi wraz ze 
skórą. 

Tylny róg był stosunkowo niski, natomiast wysokość przedniego przekraczała metr! 
Murzyni 

uważają mięso nosorożca za wyjątkowy smakołyk, a już niezwykle cenią jego 
tłuszcz, toteż 

Szyllukowie i Dinka postanowili powrócić tu wieczorem i zająć się 
poćwiartowaniem 

olbrzyma. Również i skóra zwierzęcia, gruba na dwa centymetry, przedstawiała dla 
nich nie 

lada wartość. Można było wyciąć z niej kilkanaście tarcz, zrobić kilka wcale 
dużych naczyń, 

nie mówiąc oczywiście o ozdobach, chętnie nabywanych nie tylko przez turystów, 
ale i 

strojnisiów obojga płci własnego szczepu.
W czasie powrotu do obozu Dzika opowiedziała łowcom o swoich i Jacka 

przeżyciach. Nie wiedziała oczywiście, że część wydarzeń opowiedział już Tiuji 
dodając, że 

sam namówił dzieci na polowanie, wyznał też, że popełnił błąd, nie przeglądając 
dokładnie 

kępy drzew, w przeciwnym bowiem razie nie doszłoby do spotkania z lampartem.
Wysłuchawszy teraz drugiej części opowiadania - o walce nosorożca z lwami, pan 

Goraj powiedział:
- Samica nosorożca przywędrowała na tę sawannę z południa. Już ciężko raniona, z 

obłamanymi włóczniami w boku, przebyła jakieś osiemdziesiąt do stu kilometrów i 
przez cały 

czas jak najstaranniej dbała o swoje dziecko, które - sądząc po 
kilkucentymetrowej wysokości 

jego przedniego rogu - nie może mieć więcej jak dwa, trzy miesiące. W tych 

background image

okolicach 

nosorożce są raczej rzadko spotykaną zwierzyną, a sposób wykonania włóczni 
wyciągniętych 

z boku samicy wskazuje wyraźnie na rękę doskonałego kowala z południowego 
szczepu Diur. 

Tego malca, o ile go oczywiście zdołamy utrzymać przy życiu, podarujemy naszemu 
chartumskiemu Zoo, a więc Dzika będzie miała nowego pupila.

Przed zeribą czekali już tropiciele z Aluakluak, wysłani na poszukiwanie elanów. 
Powrócili z radosną wieścią, że zupełnie świeże ślady tych ogromnych zwierząt 

znaleźli nad 
khorem Na’am, w odległości kilkunastu kilometrów od osady Aru, do której można 

dojechać 
samochodem. Osada ta leży już w okręgu Rumbek, a więc na terenach zamieszkanych 

przez 
szczep murzyński wschodnich Diurów, ale - jak się tropiciele Dinka pogardliwie 

wyrazili - 
„nie są to przecież ani hodowcy bydła, ani myśliwi, lecz rolnicy grzebiący 

motykami w ziemi, 
więc zwierzyny nie przepłoszą”.

W obozie zobaczyły dzieci dwie klatki stojące pod drzewem, a w nich dwa młode i 
piękne samce antylopy końskiej, złapane przez łowców w pobliżu wodopoju.

- Przydałaby się jeszcze jedna samica, ponieważ jednak mamy już parę, jutro 
odwieziemy je wraz z małym nosorożcem do Szambe - rzekł pan Rawicz do córki, po 

czym 
dodał: - Właściwie to i ciebie należałoby tam odwieźć i pozostawić pod opieką 

Mohammeda. 
Bura ominęła cię tylko dlatego, że wstawił się za tobą pan Goraj, ale drugi 

raz... nie 
chciałbym już słyszeć o takiej historii, jaka miała dzisiaj miejsce z... 

lampartem!
Dzika, jak zwykle w takich razach, przyrzekła nie sprawiać ojcu więcej zmartwień 


szybko pobiegła do kuchni, aby wziąć z zapasów puszkę mleka, rozcieńczyć je i 

nakarmić 
małego nosorożca, pan Rawicz zaś ruszył w stronę czarnych myśliwych. Zdjęli oni 

już skóry 
z drapieżników, dokładnie oczyścili je z resztek mięsa i tłuszczu, rozpięli na 

elastycznych 
obręczach, mocno natarli popiołem i postawili w cieniu, do przesuszenia. Dalszą 

konserwacją 
tych skór miał się zająć Ismail, już w Szambe.

Jacek wyprosił dla siebie czaszki lwic i lamparta, z którego gardzieli wydobyto 
ampułkę wystrzeloną przez Dzikę.

Chłopiec włożył wszystkie czaszki w duże mrowisko, znajdujące się poza zeribą, 
gdyż 

wiedział, że mrówki szybko i dokładnie oczyszczą je z mięsa. Czaszkę jednej 
lwicy 

postanowił ofiarować do szkolnych zbiorów, ale drugą, szczególnie zaś lamparcią, 
w której 

dokładnie widać było małe otworki po pociskach winchesterka, chciał zatrzymać na 
pamiątkę 

spotkania z drapieżnikami.

background image

Nie wiadomo, jakim sposobem wieść o nieżywym nosorożcu dotarła do Aluakluak, 

zaledwie bowiem Szyllukowie i Dinka zdjęli z niego skórę, już cała nieomal osada 
zwaliła się 

im na głowy. Wśród nieopisanego wprost tumultu i zgiełku rozdarto na kawałki 
olbrzymie 

zwierzę tak szybko, że czarni myśliwi z trudem uratowali dla siebie kilka płatów 
skóry i 

mocno niezadowoleni powrócili do obozu, gdzie kończono przygotowania do 
jutrzejszej 

podróży.
Klatki ze zwierzętami stały już umocowane w pudle ciężarówki, złożono tam 

również 
i skóry posypane z wierzchu owadobójczym proszkiem, sprawdzono zapasowe koła, 

przygotowano wodę do chłodnicy - jednym słowem, starano się zrobić wszystko, aby 
zaraz po 

wschodzie słońca wyruszyć w drogę. Samochód miał prowadzić pan Goraj, a jako 
pomocnicy 

mieli z nimi jechać Szyllukowie. W obozie pozostawał pan Rawicz z dziećmi i 
Tiuji.

Niezwykłe i pełne napięcia przeżycia dnia tak Dzikę wyczerpały, że po kolacji i 
przygotowaniu zapasów żywności dla wyjeżdżających - wypluskała się pod 

prysznicem i 
zaraz udała się na spoczynek. Mimo gwaru panującego w obozie zasnęła natychmiast 

i nie 
wiedziała nawet, kiedy ojciec przyszedł do namiotu.

Obudziła się nagle, jakby pociągnięta za rękę, i ze zdumieniem spostrzegła, że 
przez 

cienkie jedwabne ścianki namiotu przesącza się przedziwna różowa poświata. 
Wyskoczyła z 

łóżka i w tejże chwili posłyszała przerażony głos Tiuji:
- Harigaaa! Pożaaar!

Wybiegła co tchu z namiotu i stanęła jak wryta. Cała sawanna zalana była 
czerwoną 

łuną. Z daleka dochodził trzask płonących krzaków, huk pękających w żarze łodyg, 
tętent 

racic uciekającej zwierzyny, a czasem rozpaczliwy żałosny bek, który szybko 
zamierał w 

łoskocie szalejącego żywiołu. Krwawe jęzory ognia wystrzelały w górę wyrzucając 

powietrze kępy traw, które niby rozpalone kule znikały na chwilę w kłębach 
czarnego dymu, 

rozpryskiwały się i na kształt ognistego deszczu spadały na sawannę, 
rozprzestrzeniając ogień 

na wszystkie strony.
Dzika poczuła na twarzy gorące tchnienie pożaru i wtedy przypomniała sobie 

nagle, 
że przecież w obozie znajduje się kilka skrzynek benzyny...

- Pożar! Pożar! Sawanna płonie! - wrzasnęła rozpaczliwie wysokim, piskliwym 
głosem starając się przekrzyczeć wołanie Tiuji.

Z namiotów wybiegli obaj łowcy, a równocześnie z szałasu wysunęli się zaspani 
szylluccy tropiciele. Wszyscy natychmiast zdali sobie sprawę z grożącego 

niebezpieczeństwa 

background image

i co sił w nogach skoczyli do zeriby. W mig usunęli cierniste gałęzie z 

przejścia i poczęli 
wyrywać i wypalać trawę, starając się utworzyć szeroki pas gołej ziemi, który 

oddzieliłby 
obóz od zbliżającego się pożaru. W pracy tej ze wszystkich sił pomagały i 

dzieci, gdyż Jacka 
także rozbudził niezwykły zgiełk.

Straszliwy wyścig z pożarem skończył się zwycięstwem garstki ludzi, którzy 
zmęczeni, zlani potem, z rękami pokaleczonymi i poparzonymi, brudni, osmaleni 

patrzyli na 
dogorywające wokół pogorzelisko, słuchając cieniuchnego pisku latających 

bezszelestnie nad 
zgliszczami nietoperzy i lelków.

O spaniu nie było już mowy, a kiedy wschodzące słońce zalało różowym blaskiem 
poczerniałą i jakby obumarłą sawannę, z obozu wyjechała ciężarówka, żegnana 

głośnymi 
okrzykami pozostających, życzących podróżnikom szczęśliwej i dobrej drogi oraz 

rychłego 
powrotu.

12
Dwa dni oczekiwano w obozie na powrót pana Goraja i towarzyszących mu 

tropicieli. 
Oczekiwanie to skracano sobie wycieczkami w sawannę i nad stawek.

Sawanna sprawiała wrażenie czarnej, martwej pustyni, na której tu i ówdzie 
widniały 

okopcone kikuty gałęzi poopalanych pożarem drzew. Nad tą czarną pustynią krążyły 
sępy i 

marabuty oraz duże brązowe jastrzębie. Ptaki te raz po raz spadały w dół, a 
potem ciężko 

unosiły się w powietrze, trzymając w szponach na pół upieczonego w ogniu węża, 
jaszczurkę, 

szczura lub inne jakieś stworzenie, które nie zdołało uciec przed pożarem i 
zginęło w dymie i 

płomieniach. Na poszukiwanie łatwego żeru wyruszyły też i tchórzliwe szakale, a 
przy 

ogołoconych już doszczętnie z mięsa kościach nosorożca zobaczyły dzieci kilka 
hien, które 

oczywiście natychmiast uciekły, skoro tylko spostrzegły nadchodzących ludzi.
Pożar dosięgnął także i stawku, wypalając niemal w zupełności rosnące tu trzciny 


sitowia. Na wilgotnych brzegach widać było świeże ślady zwierzyny przychodzącej 

do 
wodopoju, chociaż stawek stał się teraz błotnistą kałużą, w której gęsta, 

brunatna woda 
zbierała się w okrągłych dziurach wygniecionych głęboko w rozmiękłym gruncie 

przez 
klocowate nogi słoni. W czasie dnia, przy odrobinie szczęścia, można było 

zobaczyć przez 
lornetkę tjangi lub kozły błotne, a czasem i smukłe gazele czerwonoszyje - 

śliczne, kształtne 
zwierzęta o mocnych lirowatych rogach, zwróconych ostrymi końcami ku przodowi. 

Nie 

background image

widziało się natomiast zupełnie antylop końskich ani antylop krów, jakkolwiek 

mnóstwo 
świeżych zupełnie śladów wskazywało, że odwiedzały one stawek przed świtem, 

podobnie 
jak bawoły, żyrafy i słonie. Nie brakło też oczywiście śladów lwów, lampartów, 

serwali, hien 
i szakali.

Jacek niezmiernie żałował, że nie może ukryć się gdzieś w pobliżu stawku, by 
filmować przychodzące tu w dzień zwierzęta, ale kryjówka z traw i gałęzi, 

zbudowana przez 
łowców, tak dokładnie spłonęła w czasie pożaru, iż pozostała z niej tylko 

garstka popiołu.
Powrót pana Goraja przywitano radosnymi okrzykami i gradem pytań o „Nefertete” i 

członków załogi. Nie było jednak czasu na dłuższe rozmowy. Szybko zabrano się do 
zwijania 

obozu i niebawem wyruszono na południe w kierunku osady Akot, leżącej na wcale 
dobrze 

przetartym szlaku samochodowym, który prowadzi na zachód, do miast okręgowych 
Rumbek 

i Wau. Na odcinku pierwszych kilkunastu kilometrów samochód posuwał się przez 
czarną, do 

cna wypaloną sawannę, ale w pobliżu Akot pokazała się znów trawa, zieleniały 
kępy mimozy, 

a w cieniu olbrzymich akacji widać było leżące bawoły, spokojnie przeżuwające 
pokarm, i 

wysokie sylwetki żyraf śledzących z zainteresowaniem, ale i wyraźną 
podejrzliwością 

przedziwny stwór toczący się z chrzęstem poprzez trawy i cierniste krzewy.
Trakt z osady Akot, zamieszkanej podobnie jak i Aluakluak przez plemię Atwot 

należące do szczepu Dinka, trudno było oczywiście przyrównać do autostrady, ale 
mimo 

licznych wyboin, dziur, rozwalonych mostków i wielu innych przeszkód ciężarówka 
posuwała się po nim wcale nawet szybko. Okolica pełna była zwierzyny, więc pan 

Rawicz i 
Jacek nie wypuszczali niemal z rąk kamer filmowych. Zwierząt nie płoszono tutaj 

widocznie 
bronią palną, bo na odgłos nadjeżdżającej ciężarówki zwracały ku niej głowy, 

przyglądając 
się z zainteresowaniem, po czym znów zaczynały szczypać trawę lub wolnym 

truchcikiem 
odchodziły nieco dalej w sawannę. Czasami nieomal przy trakcie pokazało się 

stadko strusi, 
to znów ogromny guziec rył ziemię potężnymi szablami, szukając w niej korzeni.

Pierwszą większą osadą za Akot, w której się zatrzymano, było Kari. Dzieci 
zdziwiły 

się niezmiernie spostrzegłszy, że wieś otoczona była licznymi, bardzo troskliwie 
uprawionymi poletkami, na których pracowały kobiety, różniące się bardzo 

wyglądem i 
wzrostem od kobiet Dinka, Szylluk czy Nuer.

- Jesteśmy teraz na ziemiach zamieszkanych przez murzyński szczep wschodnich 
Diurów - wyjaśnił pan Rawicz. - Jest to szczep ubogi, nie posiada bydła w takich 

ilościach, 

background image

jak jego sąsiedzi, na przykład Dinkowie, zajmuje się więc przeważnie rolnictwem. 

Diurowie 
uprawiają kilka odmian durra, z których jedna dochodzi do dziesięciu metrów 

wysokości. 
Prócz tego mają też na swych pólkach kassawę* [Kassawa (maniok) krzew uprawiany 


klimacie tropikalnym, którego bulwy korzeniowe dostarczają pożywnej mąki, zwanej 

tapioką.], słodkie ziemniaki* [Słodkie ziemniaki - batat, uprawna roślina z 
rodziny 

powojowatych, której boczne korzenie tworzą potężne jadalne bulwy.], a tu i 
ówdzie orzeszki 

ziemne, sezam i tytoń.
- Ooo! Więc Diurowie są jaroszami? Jedzą tylko potrawy roślinne?

- No nie, niezupełnie! - zaśmiał się pan Rawicz. - Zasadniczo jedzą tylko raz 
dziennie, 

a podstawowym ich pożywieniem jest papka z mielonej durry, omaszczona olejem 
sezamowym. W czasie dnia zjadają jednak wszystko, co im wpadnie w ręce, 

wszystko, co 
biega i pełza - wszelkie płazy, gady, szczury polne i owady. Są jednak miedzy 

nimi ludzie 
zamożni, którzy w jedzeniu hołdują zwyczajom arabskim i na stołach ich stale 

pojawia się 
kisra, czyli kluski z durry obficie polane sosem mięsnym. Do sosu dodaje się 

zwykle dużo 
papryki, a potrawę soli się popiołem z krzewu ebarak* [Ebarak (el-arak; arabs.) 

- krzew solny, 
krzew gorczycowy; popiół z tego krzewu zawiera sól używaną przez wiele szczepów 

murzyńskich Sudanu do potraw. Ebarak tworzy gęste zagajniki buszowe w sawannie 
sudańskiej.], którego mnóstwo rośnie na terenie Sudanu.

Samochód wolno i ostrożnie wjechał do wsi i prawie natychmiast został otoczony 
przez gromadę mężczyzn, kobiet i dzieci. Wszyscy pokrzykiwali, klaskali w 

dłonie, śmiali 
się, nawoływali i z radosnym zdumieniem pokazywali sobie Dzikę, która wstała z 

siedzenia, 
by lepiej przypatrzyć się śpieszącym ze wszystkich stron Murzynom.

Mężczyźni Diur byli doskonale zbudowani, choć prawie o pół głowy niżsi od 
tropicieli. Wyglądali wspaniale w swych fantazyjnych fryzurach oraz krótkich 

fartuszkach 
zakrywających przód i tył ciała, a zrobionych ze skór leśnych kozłów, przy 

których 
pozostawiono skórę z nóg wraz z raciczkami. Każdy z nich nosił przy pasie piękny 

nóż, były 
to jednak arcydzieła kowali z ludożerczego dawniej szczepu Niamniam.

Sposób, w jaki mężczyźni przywitali podróżników, był dość zaskakujący. Podnosili 
prawą rękę do lewej strony czoła, a następnie opuszczali ją ruchem półkolistym w 

dół, 
podczas gdy prawą nogą grzebali po ziemi zupełnie tak, jak czyni to... kogut.

Kobiety Diur były nieco niższe od mężczyzn, krępe, przysadziste, a szpeciły je 
dosyć 

duże krążki szklane włożone w przebitą i rozciągniętą wargę górną, co czyniło ją 
podobną 

nieco do kaczego dzioba. Dzika zauważyła jednak, że wszystkie były bardzo czyste 

background image

i dbały o 

swoją toaletę. Na biodrach nosiły skrawek miękko wygarbowanej skóry, na którą 
nakładały z 

przodu i z tyłu wiązki liści, codziennie świeżo zrywanych z drzew hido* [Hido 
(arabs.) - 

drzewo z rodziny mahoni afrykańskich, o długich, owalnych mięsistych liściach; 
dostarcza 

cennego drewna.]. Wszystkie też miały małżowiny uszne ozdobione licznymi małymi 
kółkami, a na przegubach rąk i ramionach dźwigały ciężkie, ale niezwykle 

starannie 
wykonane bransolety z mosiądzu i miedzi.

Z mieszkańcami Kari łatwo się można było porozumieć, posługiwali się bowiem 
językiem szylluckim z małą domieszką słów Dinka. Sami siebie uważali za bardzo 

stare 
plemię szylluckie i używali nazwy „Luoh”. Teraz dopiero Dzika i Jacek 

dowiedzieli się, że 
nazwa „Diur” została nadana temu plemieniu przez Dinków i znaczy: „dziki 

człowiek” albo 
„człowiek leśny”. Jest to określenie pogardliwe, bo Dinkowie jako hodowcy bydła 

uważają, 
że jedynym godnym zajęciem jest pasterstwo, zaś ludzie nie posiadający bydła i 

żyjący z 
rolnictwa są czymś gorszym. Rozumieją jednak, że zamieszkane przez Diurów 

obszary są 
bardziej zalesione niż ich sawanna i nie nadają się na pastwiska, wiedzą też, że 

w okresie 
deszczowym pojawia się na tych terenach mucha tse-tse - śmiertelny wróg bydła 

rogatego. 
Zresztą wschodni Diurowie nie tylko przejęli już wiele zwyczajów i obrządków 

Dinków, ale 
też wiążą się z nimi coraz ściślej przez zawieranie małżeństw.

Myśliwi z Kari, którzy spotykali elany nad khorem Na’am, zgodzili się chętnie 
wskazać drogę do osady Aru. Droga ta zaznaczona była także na mapie, jaką 

posługiwali się 
obaj łowcy, należała jednak do mało uczęszczanych i używanych tylko w okresie 

suchym.
Pierwsze kilka kilometrów jechało się wcale nawet dobrze, ale nagle szlak 

skończył 
się w gęstwinie krzaków. Widocznie do Aru dawno już nikt samochodem nie jechał, 

droga 
więc zarosła, a pozostała jedynie wąska ścieżyna obok, wydeptana stopami 

pieszych. O 
powrocie nie było oczywiście mowy, toteż pan Rawicz, Szyllukowie i Dinka zabrali 

się do 
wycinania ciężkimi tasakami zarośli, a pan Goraj dokonywał cudów, prowadząc 

ciężki 
samochód przez wyboje i wykroty, prześlizgując się między drzewami, przebywając 

wyschnięte khory i wądoły. Odległość z Kari do Aru wynosiła około piętnastu 
kilometrów, co 

w normalnych warunkach jest dla samochodu drobnostką, tu jednak podróżnicy 
potrzebowali 

na przebycie tej przestrzeni aż pięciu godzin! W Aru zjawili się już wieczorem, 

background image

zupełnie 

wyczerpani. Z trudem tylko zdołali rozbić namioty i otoczyć obozowisko kolczastą 
zeribą. 

Spali tak twardo, że nawet nie słyszeli przeraźliwego wycia i chichotu hien, 
które przez całą 

noc kręciły się w pobliżu wsi.
Aru było jedyną osadą na terenie o powierzchni około trzech i pół tysiąca 

kilometrów 
kwadratowych, porośniętym gęstymi krzakami i licznymi grupkami wysokich drzew. W 

pobliżu wsi znajdowało się kilka głębokich jam, z których mieszkańcy czerpali 
wodę 

tykwami przywiązanymi do długich rzemieni wyciętych w całości ze skóry żyraf. 
Woda ta 

służyła nie tylko do gotowania strawy i codziennej kąpieli, ale też i do 
podlewania starannie 

utrzymanych ogródków, w których obok kassawy i słodkich ziemniaków uprawiano 
także 

rośliny oleiste i tytoń.
Odległość z Aru do khoru Na’am, nad którym pan Goraj chciał założyć obóz, 

wynosiła wedle mapy niewiele ponad piętnaście kilometrów, łowca jednak, nie 
chcąc narażać 

ciężarówki na uszkodzenie, postanowił przebyć tę przestrzeń wraz z tropicielami 
i kilku 

przewodnikami ze wsi najpierw piechotą, by wytyczyć najlepszą drogę i oczyścić 
ją z 

krzaków i zwalonych pni. Pan Rawicz miał towarzyszyć przyjacielowi z kamerą 
filmową, 

dzieciom zaś nakazano spędzenie tego dnia w obozie lub w osiedlu.
Jacek czuł się początkowo mocno dotknięty zarządzeniem ojca, uważał bowiem, że 

nie powinno się odrzucać jego pomocy przy trasowaniu drogi, później jednak 
pogodził się z 

losem i zabrawszy swoją kamerę i kilka zapasowych kaset, ruszył z Dziką na 
zwiedzanie wsi.

Pojawienie się białych dzieci w osadzie wywołało, jak zwykle, niesłychane 
podniecenie nie tylko wśród kobiet i ich potomstwa, ale i wśród mężczyzn. Nie 

było w tym 
nic dziwnego, Dzika bowiem i Jacek byli pierwszymi europejskimi dziećmi, jakie 

zobaczono 
w tej wsi od początków jej istnienia. Przez jakiś czas tłum otaczał ich tak 

ciasnym 
pierścieniem, że nic nie widzieli prócz lśniących od potu brązowych ciał, potem 

jednak ilość 
ciekawych znacznie się przerzedziła i pozostało tylko kilka dorastających 

dziewcząt i kilkoro 
dzieci jako honorowa świta.

Osadę stanowiło półtora dziesiątka obszernych okrągłych tukuli pokrytych 
stożkowatymi strzechami. Obok widać było zbudowane na palach spichlerze na 

ziarno, nieco 
dalej zaś zagrody dla kóz, a nad nimi kurniki dla drobiu. W środku wspólnego dla 

wszystkich 
domów podwórza rosło ogromne rozłożyste drzewo chlebowe [Drzewo chlebowe - 

drzewo z 

background image

rodziny morwowatych, osiągające 16 m wysokości; posiada duże, bardzo głęboko 

wcięte 
liście oraz owoce o przeciętnej wadze 2 kg, chociaż u niektórych odmian bywają i 

znacznie 
cięższe. Owoce służą tubylcom jako pożywienie, pień daje żółtawe, lekkie drewno, 

służące do 
wyrobu łodzi (dłubanek), naczyń i sprzętów domowych.], a nieco dalej znajdował 

się wysoki, 
dwupiętrowy tukul ustawiony nad wiecznie płonącym ogniskiem. Wierzchołek jego 

strzechy 
ozdobiony był czterema gładko ostruganymi żerdkami, zwróconymi dokładnie w 

cztery 
strony świata. Pierwsze piętro budynku stanowiła platforma z żerdek ułożonych na 

kształt 
kraty. Jacek dowiedział się od jednego z mieszkańców osiedla, mówiącego bardzo 

słabo po 
arabsku, że tukul należy do nieżonatych młodzieńców, którzy wieczorami na tej 

platformie 
wędzą się w dymie i opowiadają sobie przeróżne historie. Na drugim piętrze 

znajdowała się 
sypialnia.

Dzika, niezwykle spostrzegawcza, zauważyła natychmiast, że skóra Diurów jest 
nieco 

jaśniejsza niż Dinków, zwróciła też uwagę Jacka na stosy drobno potłuczonych 
kamieni, 

ułożonych obok niektórych chat.
Jacek wziął jeden taki kamień w rękę, obejrzał uważnie, po czym wyjaśnił 

rzeczowo, 
jakby recytował lekcję w szkole:

- To jest ruda żelazna. Tereny te noszą nazwę Sudańskiego Płaskowyżu Żelaznego i 
kryją w sobie nieprzebrane ilości darniowej rudy żelaznej. Znajduje się ona na 

głębokości 
półtora do trzech metrów pod powierzchnią ziemi i wydobywana już była przez 

mieszkające 
tu szczepy murzyńskie w tym czasie, kiedy Egipt faraonów posługiwał się jeszcze 

miedzią. 
Diurowie kruszą rudę na drobne kawałki i wytapiają z niej żelazo w piecach 

własnej 
konstrukcji...

- Skąd ty to wiesz? - zdziwiła się Dzika.
- Kiedy nieco podrośniesz i tak jak ja będziesz uczyć się w gimnazjum, to 

dowiesz się 
niejednej ciekawej historii o Sudanie. W naszej szkole mamy nawet kilka 

oryginalnych 
pieców hutniczych różnych plemion murzyńskich. Niektóre z tych pieców pokazane 

są w 
przekroju podłużnym, aby łatwiej można było poznać ich wewnętrzną budowę.

- Nie muszę nawet tak specjalnie podrastać, bo już w tym roku po wakacjach 
zacznę 

naukę w gimnazjum, a potem pójdę na weterynarię. A jak zostanę lekarzem... to... 
to będę 

podróżować po całym Sudanie i... i leczyć chore zwierzęta. ..

background image

- A ja zostanę operatorem filmowym i będę kręcił filmy przyrodnicze z życia 

zwierząt 
w Sudanie, wiesz... takie jak Martin Johnson... ten sławny operator amerykański, 

który 
filmował lwy w Tanganice...

- Czyś ty zauważył - przerwała Dzika - że prawie żadna z tutejszych kobiet nie 
ma na 

szyi sznurów z barwnymi szklanymi paciorkami, natomiast wszystkie noszą 
naszyjniki z 

żelaznych perełek nanizanych na sznurki?
- Nie zwróciłem na to uwagi - przyznał się szczerze Jacek, po czym dodał: - Te 

żelazne perełki dowodzą, że w Aru panują jeszcze stare zwyczaje i rzadko chyba 
docierają tu 

kupcy arabscy. Krążki w wargach tutejszych kobiet też nie są ze szkła, ale 
przeważnie z kości 

słoniowej. I, popatrz, wszystkie starsze dzieci mają wybite dolne siekacze, a 
młode 

dziewczęta wyskubane brwi, podobnie jak u innych szczepów nilockich.
Towarzysząca dzieciom „świta” chciała widocznie pokazać gościom wszystko, co 

wieś posiada, bo zaprowadziła ich na tyły ogródków otaczających osiedle, skąd 
widać było 

dymy unoszące się z głębi sporego zagajnika. Stamtąd też dochodził stukot 
przypominający 

nieco uderzenia młotków o metal.
Mocno udeptaną ścieżką wiodącą przez zagajnik dzieci doszły do sporej polanki, 

na 
której krzątała się gromadka Murzynów przy dziwnie uformowanych kopcach 

glinianych. Z 
wierzchołków tych kopców wydobywały się długie chybotliwe jęzory płomieni, które 

ginęły 
w kłębach dymu, by po chwili znów strzelić wysoko w górę. Ludzie pracujący na 

polanie 
znosili do kopców szczapy suchego drzewa, inni klęcząc przy kopcach poruszali 

rytmicznie 
czymś, co wyglądało na długie skórzane rękawy, a jeszcze inni długimi żerdziami 

wydobywali z otworów u nasady kopców płynną rozżarzoną szlakę. Nieco na uboczu, 
przy 

kamiennych kowadłach, siedziało kilku mężczyzn, którzy niezmiernie dziwnymi 
młotkami 

wykuwali z kawałków żelaza długie groty do włóczni lub motyki, zwane tu 
„melota”.

- Ależ mamy szczęście, Dzika! - zawołał Jacek, - Patrz, to są te piece hutnicze, 

których ci mówiłem. Diurowie wytapiają w nich właśnie żelazo z rudy. A tam 
kowale kują 

groty do włóczni i melota, które nie tylko u nich, ale i Nuerów, Dinków, 
Szylluków, Bongo, 

Dembo i wielu, wielu innych szczepów i plemion sudańskich pełnią jeszcze rolę 
pieniędzy. 

Wiesz... przypominam sobie nawet, że nauczyciel geografii opowiadał nam na 
lekcji, że jeśli 

Diur chce się ożenić, to musi złożyć rodzicom narzeczonej okup, który wynosi od 

background image

sześćdziesięciu do stu melota, setkę strzał, dwadzieścia grotów do włóczni, 

dziesięć kóz i 
sporo mosiądzu na bransolety dla przyszłej żony*. [...dla przyszłej żony - u 

Dinków 
narzeczony musi przyprowadzić rodzicom panny młodej 40 krów, a ponadto złożyć 

pewną 
ilość bransolet z mosiądzu i kości słoniowej. U Nuerów okup wynosi 50 krów, ale 

rodzice 
dziewczyny zatrzymują tylko część stada, resztę zaś rozdziela się między 

bliższych i dalszych 
członków rodziny. Narzeczonemu w zebraniu bydła pomaga jego rodzina, a także 

przyjaciele, 
którzy w ten sposób zapewniają sobie pomoc na wypadek, kiedy sami zechcą się 

żenić. U 
Szylluków okup jest mniejszy, bo wynosi tylko 10 krów.]

Murzyni pracujący na polanie przyjęli niezwykłych gości z nie ukrywanym 
zdumieniem, ale i przyjaznym uśmiechem. Po tradycyjnym powitaniu przez 

podniesienie ręki 
do czoła i grzebanie nogą po ziemi zaczęła się rozmowa na migi, która w zachwyt 

wprawiła 
Murzynów.

Dzieci przyglądały się, jak się napełnia górną część pieca pokruszoną rudą, 
która 

roztopiona żarem ogniska spływa dużymi kroplami w dół i gromadzi się w 
zagłębieniu u 

podstawy pieca. Stwierdziły też, że owe skórzane rękawy, którymi rytmicznie 
poruszali 

Murzyni klęczący przy piecach, to po prostu miechy, spełniające to samo zadanie, 
co miechy 

kowalskie.
Jacek sfilmował poszczególne etapy prac hutników od napełniania pieców kruszywem 

aż do wyjęcia zastygłych brył żelaza, a Dzika przypatrywała się pracy kowali. 
Rzemieślnicy 

ci posługiwali się bardzo jeszcze prymitywnymi narzędziami, ale z niebywałą 
wprost 

zręcznością wykuwali nie tylko groty do włóczni i strzał oraz motyki, lecz także 
gładkie 

perełki i małe walcowate kawałeczki żelaza na naszyjniki. Szczególnie zaś wiele 
pracy i 

staranności wkładali w cyzelowanie ciężkich naramienników.
Na krótko przed zachodem słońca powrócili do obozu obaj łowcy wraz z 

towarzyszącymi im Murzynami. Dzika przyjęła wygłodniałych i zmęczonych 
podróżników 

obfitym posiłkiem, podając świetne befsztyki z polędwicy tjanga ze smażonymi 
słodkimi 

ziemniakami i pieczoną w popiele kassawą, a na deser soczyste banany.
Rano, jeszcze przed wschodem słońca, pan Goraj zrobił pobudkę. Szybko zjedzono 

śniadanie, zwinięto obóz i skoro tylko niebo zarumieniło się od pierwszych 
promieni 

wschodzącego słońca, ruszono w podróż dobrze przetrasowaną i oczyszczoną z 
krzewów 

drożyną.

background image

Szlak prowadził przez gęsty krzaczasty busz* [Busz (ang.) - krzaczasta 

roślinność 
pokrywająca suche obszary Afryki, szczególnie południowej], z rozrzuconymi tu i 

ówdzie 
grupami drzew, a podszyty trawą i kępami ciernistej mimozy. Z traw wyłaniały się 

wysokie 
termitiery, podobne do fantastycznych wież lub ruin miniaturowych zamków, obok 

zaś 
sterczały niskie gliniane grzyby, będące gniazdami innego gatunku termitów. 

Zwierzyny 
wszelkiego rodzaju musiało tu być bardzo dużo, bo przed ciężarówką przebiegły 

kilka razy 
małe dukiery, stado antylop krów, dwie pary guźców, stado bawołów, strusie, 

kozły leśne i 
antylopy płowe, a nawet dwa rysie, które miały tu niewyczerpaną spiżarnię, bo 

frankolinów i 
pantarek było wprost bez liku.

Khor Na’am stawał się w okresie deszczowym potężną rzeką, która burzliwymi 
nurtami zasilała moczary Bahr el-Ghazal, teraz jednak przedstawił się dzieciom 

jako niezbyt 
głęboki, chociaż szeroki wąwóz z dnem mulistym, wyschniętym i popękanym od 

skwaru 
słonecznego, a tu i ówdzie porośniętym bujną zieloną trawą. Te zielone oazy 

okalały zwykle 
mniejsze lub większe sadzawki i kałuże, do których prowadziły drożyny wybite w 

twardym 
gruncie sawanny przez racice i kopyta tysięcy zwierząt znajdujących tu wodopój.

W odległości niespełna stu kroków od jednego z większych stawków pan Goraj 
zatrzymał ciężarówkę i zaraz też przystąpiono do zakładania obozowiska. Praca 

poszła bardzo 
szybko, gdyż Szyllukom i młodemu Dince pomagało przy budowie zeriby kilku 

myśliwych z 
Aru, którzy jako znawcy okolicznych terenów mieli wziąć udział w łowach na 

elany. W 
pobliżu stawku, na obu brzegach khoru, zbudowano też z gałęzi i kolczastych 

zarośli kilka 
wygodnych kryjówek, z których doskonale można było obserwować i filmować 

zwierzęta 
zbliżające się do wody. Przestrzeń przed kryjówkami oczyszczono dokładnie z traw 


krzewów, nic więc nie mogło zataić się przed soczewką obiektywu.

Między setkami przeróżnych śladów, wyciśniętych w wilgotnej ziemi, znaleźli 
myśliwi także ślady elanów. Nie były one zupełnie świeże, ale nie zniechęciło to 

łowców, 
wiedzieli bowiem dobrze, że elany przychodzą do wodopoju co cztery dni, a poza 

tym na 
ogromnym obszarze, który miał się stać terenem polowania, sadzawek było wiele.

Ślady zdradziły, że stawek odwiedzany był przez kilka nawet rodzin tych 
olbrzymich 

antylop, przy czym każda składała się z dużego samca, dwóch lub trzech krów, 
resztę zaś 

stanowiły cielęta, mniej lub więcej wyrośnięte. Przychodziła też dość liczna 

background image

grupka złożona z 

młodych byczków, które widocznie przepędzone zostały ze stad przez stare samce, 
a nie 

miały jeszcze tyle sił i doświadczenia, aby założyć własne rodziny.
- Z powodu trudności transportowych zrezygnować musimy z łowienia dorosłych 

elanów - mówił pan Goraj do przyjaciela i jego córki, towarzyszących mu przy 
oględzinach 

śladów - lecz cały wysiłek i spryt trzeba będzie skierować na podrastającą 
młodzież. Ze 

śladów widać, że w każdej rodzinie elanów znajdują się cielęta, spośród nich 
więc 

wybierzemy najbardziej dorodną parkę. Do elanów strzelać możemy jedynie czerwono 
oznaczonymi ampułkami, bo tylko te zawierają dostatecznie silną dozę narkotyku.

- Czerwoną ampułką strzelałam do bawołu - przypomniała sobie Dzika. - To był 
bardzo duży i silny samiec, ale zawartość ampułki tak go oszołomiła, że osunął 

się na ziemię i 
nie miał siły powstać, kiedyśmy z Jackiem zeskoczyli z drzewa.

Pan Goraj uśmiechnął się do dziewczynki i rzekł na wpół żartobliwie, na wpół 
poważnie:

- Właściwie powinnaś zostać wspólniczką naszego przedsiębiorstwa, bo sama 
złowiłaś 

większość zwierząt. Wcale się nie zdziwię, jeśli i teraz tobie będziemy 
zawdzięczać złowienie 

elanów.
Pan Rawicz spojrzał na przyjaciela z wyrzutem, potem machnął ręką i siląc się na 

gniewny ton, powiedział:
- Rozpuściła mi się dziewczyna jak dziadowski bicz, a ty jeszcze wbijasz ją w 

dumę. 
Pod Aluakluak mało brakowało, a byłby ją rozszarpał lampart, teraz znowu pójdzie 

na elany i 
wpadnie wprost w łapy... lwa!

Dzika skoczyła do ojca, objęła go ramionami za szyję i przytuliła się do 
ojcowskiej 

piersi tak serdecznie i z tak wielką ufnością, że pan Rawicz przez chwilę udawał 
jeszcze 

zagniewanego, potem jednak parsknął śmiechem, a za jego przykładem poszła Dzika, 
której 

zawtórował i pan Goraj.
Wytropienie elanów nie sprawiało trudności, bo już z daleka słychać było w lesie 

trzask obłamywanych przez nie gałęzi, z których objadały liście i pączki. 
Gałęzie te, często o 

średnicy dziesięciu centymetrów, obłamywały rogami, przy czym nierzadko 
dosięgały ich na 

wysokości nawet dwu metrów. Trzask pękających gałęzi i łoskot, z jakim spadały 
one na 

ziemię, nie ułatwiały wcale podchodzenia zwierząt. Elany bowiem posiadają tak 
wspaniały 

węch, że przy ciągłych tu zmianach wiatru trudno zbliżyć się do nich na 
odległość strzału z 

wiatrówki.
Pan Goraj zauważył, że spłoszone zwierzęta zbierają się w stado i uciekają 

najpierw 

background image

drobnym kłusem, potem wykonują kilka przedziwnie wysokich skoków i dopiero wtedy 

ruszają cwałem. Te wysokie skoki wprawiały łowców w zdumienie, bo wykonywane 
były z 

lekkością antylop impala przez zwierzęta ważące około tony! Drugim 
charakterystycznym 

zwyczajem elanów było to, że uciekając cwałem zataczały ogromne koło i prawie 
zawsze 

wracały w to samo miejsce, z którego zostały spłoszone. Na tym spostrzeżeniu 
zbudował pan 

Goraj plan, który postanowił natychmiast wprowadzić w życie.
Na drugi dzień, skoro tylko wytropiono jedną z większych rodzin elanów, 

tropiciele 
szylluccy wraz z myśliwymi Diur spłoszyli stadko, a obaj łowcy oraz Dzika pod 

opieką Jacka 
i Tiuji usadowili się w konarach drzew, spod których zwierzęta uciekły. Wybrano 

oczywiście 
drzewa duże, szeroko rozgałęzione i bogato okryte listowiem, a ponadto rosnące w 

dość 
znacznym od siebie oddaleniu, co pozwalało na obstrzał większej przestrzeni.

Długie oczekiwanie na powrót zwierząt wydawało się Dzice niezmiernie męczące, 
tym bardziej że w powietrzu unosił się silny zapach piżma, utrzymujący się długo 


miejscach, gdzie przez jakiś czas przebywają elany, szczególnie zaś stare samce. 

Ponadto 
roiło się tu od niezmiernie dokuczliwych much, a także gzów bydlęcych, których 

ukłucia były 
bardzo bolesne i pozostawiały twarde, okropnie swędzące obrzmienia. Po pniach 

zaś i 
konarach drzew wędrowały gromady dużych rudych mrówek, których ukąszenie 

wydobywało 
kroplę krwi ze skóry ofiary.

Jacek rozparł się wygodnie na dużym konarze nieco powyżej Dziki, powiesił nabity 
winchesterek na sęku i filmowaniem przechodzących obok zwierząt skracał sobie 

oczekiwanie na elany. Najciekawszą spośród sfilmowanych scen była walka dwóch 
potężnych bawołów, które z niewiadomych przyczyn zapałały ku sobie nagłą 

nienawiścią. 
Zwierzęta stanęły naprzeciw siebie, nisko pochyliły łby uzbrojone w potężne, 

ostre, wygięte 
w kształcie łuków rogi, zakrywające im czoła, z gniewnym rykiem poczęły 

przednimi 
racicami wyrzucać w tył fontanny ziemi i nagle runęły na siebie niby dwie skały, 

zderzając 
się ze straszliwym łoskotem. Przez dobrą chwile stały bez ruchu, jak gdyby były 

rzeźbą 
odlaną z brązu, ale błysk przekrwionych oczu, okropnym wysiłkiem naprężone 

muskuły, 
wygięte grzbiety, zaryte głęboko w ziemie tylne nogi, podniesione w górę ogony i 

zgrubiałe 
niby powrozy żyły na karkach wskazywały, że pod tym pozornym spokojem gotują się 

do 
rozprawy straszliwe siły. Od czasu do czasu słychać było chrapliwe, zduszone 

ryknięcie lub 

background image

chrzęst ocierających się o siebie rogów, a potem jedno ze zwierząt poczęło ze 

świstem 
wciągać w płuca powietrze, krztusić się i cal po calu posuwać w tył pod 

przemożnym 
naporem napastnika.

Nie wiadomo, jak by się skończył ten okropny pojedynek dwóch osiłków, gdyby nie 
lekkomyślność wspaniałego, ale młodego i dufnego w swoją siłę lwa. Podkradł się 

do 
walczących bawołów tak cicho, że nawet Dzika go nie zauważyła, skoczył na kark 

napierającego bawołu, wczepił się weń pazurami i zatopił w jego szyi straszliwe 
kły. Napad 

był tak nagły, tak niespodziewany, że bawół w pierwszej chwili zdawał się nie 
rozumieć 

zagrażającego mu niebezpieczeństwa i w dalszym ciągu usiłował zepchnąć i 
przewrócić 

rywala. Dopiero ostry ból przywrócił mu przytomność. Gwałtownym uderzeniem rogów 
odepchnął od siebie słabnącego już przeciwnika, po czym nagłym ruchem łba 

wyrzucił 
wysoko w powietrze ogromnego kota. Lew przekoziołkował, spadł na nadstawione 

rogi, 
powtórnie wyleciał w powietrze i grzmotnął tak mocno o ziemię, że z pobliskich 

krzaków 
posypały się liście. Raniony bawół stał przez chwilę z nadstawionymi rogami, 

jakby 
namyślając się, czy należy nimi przygwoździć wroga do ziemi, czy tylko stratować 

go 
nogami, lecz nagle zadarł ogon w górę i ciężkim galopem pognał w stronę stada 

oddalającego 
się pod przywództwem rywala. Lew, ciągnąc za sobą bezwładnie tylną nogę, powlókł 

się 
przez niedawny plac boju i znikł wnet w gęstwinie krzaków.

- Bałam się już, że albo bawoły pozabijają się, albo też lew zrobi tu rzeź, a 
wtedy 

elany poczują krew i okrążą to miejsce z daleka - szepnęła Dzika.
- Co tam elany! Całą tę wspaniałą walkę uchwyciłem na film! To jest dopiero 

sukces! 
Szkoda tylko, że nie mogłem zrobić zbliżeń łbów bawołów i lwa...

Nagłe, znaczące syknięcie Dinki przerwało wynurzenia Jacka. Do uszu dzieci 
dotarł 

teraz daleki jeszcze, przygłuszony tętent, który przybliżał się szybko, z każdą 
chwilą nabierał 

na sile, aż wreszcie zmienił się w grzmiący łoskot kilkudziesięciu par racic 
uderzających 

ciężko o ziemię. I nagle spoza gęstwiny krzaków ukazało się biegnące cwałem 
spore stadko 

elanów. Dzika podniosła do oka wiatrówkę, ale zwierzęta zatrzymały się 
gwałtownie w 

odległości około stu kroków przed grupą drzew, na których siedzieli łowcy, 
podniosły łby w 

górę i poczęły węszyć. Stały tak długą chwilę wciągając powietrze w wilgotne 
chrapy, po 

czym olbrzymi samiec w towarzystwie dwóch starych krów ruszył powoli przed 

background image

siebie, 

młodzież zaś poczęła oskubywać delikatne listki krzewiastych mimoz, rozpraszając 
się po 

sawannie.
Dzika pilnie śledziła ruchy antylop, ale w zasięgu wiatrówki miała tylko owego 

samca, prawdopodobnie ojca rodziny, oraz towarzyszące mu dwie krowy. Jakkolwiek 
wolałaby oglądać z tej odległości któreś z cieląt, to jednak z niezmiernym 

zainteresowaniem 
obserwowała zbliżającą się coraz bardziej do drzewa trójkę zwierząt. Znała 

oczywiście elany 
z chartumskiego ogrodu zoologicznego, który posiadał kilka sztuk tych 

największych antylop 
świata, ale tu elany były na wolności, w warunkach naturalnych.

Samiec był potężnym zwierzęciem o ciężkiej, nieco niezgrabnej budowie. Miał 
krótką 

krępą szyję, dużą głowę i ogon zupełnie podobny do ogonów bydła domowego. Spod 
szyi 

zwieszały mu się fałdy luźnej skóry, a na głowie widniały wysokie, mocne, 
skręcone rogi, z 

końcami wytartymi od łamania gałęzi. Jasnożółtawa barwa sierści z lekko rdzawym 
nalotem 

doskonale dopasowana była do kolorytu żółkniejących traw, a gęsta kępka rdzawych 
włosów 

na czole i tegoż samego koloru grzywa stercząca na karku dodawały zwierzęciu 
zawadiackiego wyglądu. Krowy były niższe i drobniejsze, rogi miały dłuższe, 

cieńsze, nieco 
bardziej wygięte w tył, a kiść ogonową też dłuższą, chociaż mniej bujną niż u 

samca.
Całą uwagę zwierząt zaprzątała widocznie jakaś niezwykle interesująca woń, bo 

dotykały nozdrzami każdego krzaczka, a w miejscu gdzie lew skoczył na kark 
bawołu - 

zatrzymały się nagle i ostrożnie, z wyraźnym niepokojem poczęły wąchać ziemię. A 
potem 

jedna z krów skoczyła w bok, wierzgnęła wysoko tylnymi nogami i lekkim truchtem 
ruszyła 

w stronę cieląt. Pozostałe zwierzęta poszły natychmiast w jej ślady. Po chwili 
rozległ się 

donośny tupot racic uchodzącego stada.
Dalsze pozostawanie na drzewach i oczekiwanie na ponowne przybycie elanów 

spłoszonych wonią lwa nie miało już celu, toteż łowcy opuścili zasadzkę i 
skierowali się do 

obozu. Wkrótce przyłączyli się do nich tropiciele szyluccy i myśliwi Diur, ci 
ostatni zdumieni 

nieco tym, że chawaga nie strzelali do elanów, chociaż te podeszły im nieomal do 
ręki. 

Diurowie w odróżnieniu od Szylluków i Dinków uzbrojeni byli w tęgie łuki, a 
misternie 

wykute żelazne groty ich strzał umaczane były w truciźnie paraliżującej mięśnie 
trafionej 

zwierzyny.
Drugi i trzeci dzień też nie przyniosły nic nowego, chociaż wytropione i 

spłoszone 

background image

elany zatoczyły swoim zwyczajem koło i powróciły w miejsce, gdzie czekano na nie 


zasadzce. Niepowodzenie polegało na tym, że na strzał podchodziły tylko stare, 

bardzo 
ciężkie zwierzęta, młodzież zaś, jakby coś przeczuwając, trzymała się w zbyt 

dużej 
odległości.

Dopiero czwarty dzień był dniem triumfu! Dzice udało się trafić piękną 
dorastającą 

jałówkę, a pan Goraj dosięgnął swym strzałem młodego samca, który korzystając 
widocznie z 

kłopotów przywódcy stada z innymi starymi samcami, przyłączył się do rodziny. 
Panu 

Rawiczowi nie powiodło się polowanie. Użądliła go w policzek dzika pszczoła 
właśnie w 

chwili, kiedy naciskał spust wiatrówki, mierząc do sporego cielaka. Strzał 
chybił oczywiście, 

a nieszczęśliwy myśliwy zapuchł tak okropnie, że przez kilka godzin z trudnością 
tylko mógł 

patrzeć jednym okiem.
Trafione pociskami zwierzęta nie zostały całkowicie uśpione, ale były tak 

oszołomione i bezwolne, że bez trudu spętano im nogi i zasłonięto oczy. A kiedy 
na tyle 

odzyskały siły, że mogły wstać, odprowadzono je spokojnie do obozu przy pomocy 
przemyślnie przywiązanych do ich ciał długich żerdzi, po czym zamknięto w 

przygotowanych 
już klatkach.

W ogólnej radości, wywołanej złowieniem cennej zwierzyny, Jacek nie brał prawie 
żadnego udziału. Chodził ponury i rozżalonym wzrokiem spoglądał na niebo, które 

od dwóch 
dni zaciągnęło się czarnymi, kłębiącymi się chmurami, nie przepuszczającymi 

najmniejszego 
nawet promyka słonecznego.

- Pomyśl tylko, jaką straciłem okazję - mówił do Dziki tonem na wpół płaczliwym, 
na 

wpół gniewnym. Przy słonecznej pogodzie całe polowanie na elany i prowadzenie 
ich do 

obozu wyszłoby mi na filmie jak żywe, ale te wstrętne czarne chmurzyska wszystko 
mi 

popsuły! Wywołałem próbne odcinki i okazało się, że ostatnio nakręcone kasety są 
niedoświetlone. Zmarnowałem nie tylko kilkaset metrów kolorowej taśmy, ale i 

sceny, jakich 
nawet Johnson nie nakręcił!

Dzika starała się pocieszyć Jacka zapewnieniami, że zachmurzenie to jest 
przejściowe 

i już wkrótce będzie mógł filmować zwierzynę z kryjówek nad stawkiem, ale w nocy 
rozszalała się nad sawanną straszliwa burza, która cudem tylko nie stała się 

przyczyną 
okropnej tragedii w obozowisku łowców.

Już po południu pan Goraj zatroskanym wzrokiem spoglądał na przewalające się po 
niebie czarne chmury i przy pomocy Murzynów umocnił najpierw zeribę 

kilkudziesięciu 

background image

dodatkowymi słupkami, a potem usztywnił linki namiotów. Filmy, kamery, broń, 

amunicję i 
wszystkie cenniejsze rzeczy i przybory zapakował w stalowe, wodoszczelne 

skrzynki i 
futerały. Przymocowano też do głęboko wbitych w ziemię pali grube linki, którymi 

przywiązano ciężarówkę i obie klatki z elanami.
Dzieciom wszystkie te zabiegi wydawały się nieco śmieszne i uważały je za wynik 

zbyt daleko posuniętej i niepotrzebnej ostrożności, poddały się jednak rozkazom 
kierownika 

wyprawy i chętnie spełniały wszelkie jego polecenia. Przy kolacji, wobec 
zupełnej ciszy, jaka 

zapanowała w powietrzu, usiłowały nawet żartować z obaw pana Goraja, skoro 
jednak 

zobaczyły skupienie na twarzach Murzynów obserwujących niebo, zamilkły, jakby 
nagle 

zrozumiały, że może im grozić jakieś nieznane niebezpieczeństwo.
A jednak nic nie przeszkodziło ani w wieczornej kąpieli, ani w przygotowaniach 

do 
noclegu. Powietrze było oczywiście nieco bardziej parne niż zazwyczaj, gdzieś z 

dala 
dochodziły przygłuszone przeciągłe grzmoty, ale zmęczenie niezwykłymi 

przeżyciami dnia 
zrobiło swoje, pogrążając dzieci w twardym, chociaż trochę niespokojnym śnie.

Dzikę obudził ogłuszający huk piorunów. Otworzyła oczy i ze zdumieniem, ale i z 
przerażeniem spostrzegła, że przez jedwabne ścianki namiotu przenikają do 

wnętrza świetliste 
błyski, które zdawały się zlewać w jakąś niesamowitą błękitną poświatę. 

Przypomniało jej to 
pożar sawanny, wyskoczyła więc z pościeli, ubrała się, a widząc puste łóżko 

ojca, wybiegła z 
namiotu. Zatrzymały ją w progu błyskawice, które bez przerwy rozświetlały niebo 

oślepiającymi zygzakami, i ogłuszył bezustanny trzask piorunów.
W zimnym, niebieskawym świetle błyskawic obóz i uwijające się po nim postacie 

wydawały się nierzeczywistym, fantastycznym obrazem, jakby przeniesionym z innej 
planety. 

Również i potężne drzewo el-heglig, rosnące w środku obozu i ocieniające go w 
dni 

słoneczne swoją olbrzymią, rozłożystą koroną, rysowało się wprost upiornie w 
migotliwej 

poświacie.
Nagle poprzez huk piorunów i nieustanny łoskot grzmotów przebił się nowy dźwięk. 

Był to daleki jeszcze szum, który zbliżał się szybko, potężniał, aż wreszcie 
zmienił się w 

potworny ryk walących się na ziemię potoków wody.
Czegoś podobnego Dzika jeszcze nigdy nie widziała. To nie była ulewa, lecz po 

prostu oberwanie chmury! Strumienie wody spadały na sawannę tworząc jakby ścianę 
wodną, 

która tamowała oddech w piersiach, zalewała oczy i usta. Pod jej ciężarem pękły 
bambusowe 

żerdki podtrzymujące dachy namiotów, a wartki nurt przewalający się przez 
obozowisko 

porwał jedwabną tkaninę, a wraz z nią polowe łóżka i wszystko, co było w 

background image

namiotach, i rzucił 

na ciernistą zeribę. Płot wytrzymał napór żywiołu tylko dlatego, że ogromne masy 
wody 

płynące po ziemi nie zdążyły w nią jeszcze wsiąknąć i osłabić przytrzymujących 
go pali.

Dzika po sekundzie nie miała na sobie ani jednej suchej nitki, a ciężar 
spadających 

potoków przybił ją nieomal do ziemi. Pieniący się nurt byłby ją porwał i rzucił 
na długie, 

ostre kolce zeriby, ale w ostatnim prawie momencie zdołała szczęśliwie uchwycić 
się 

przywiązanej do palika linki, która jeszcze przed chwilą przytrzymywała namiot. 
Klęcząc w 

wodzie i próżno próbując oprzeć się walącym z nóg rozszalałym strumieniom, 
zobaczyła w 

oślepiającej poświacie błyskawicy Jacka, który jedną ręką trzymał się jakiegoś 
ocalałego 

palika, drugą zaś starał się zedrzeć z siebie moskitierę omotującą mu głowę i 
okręconą wokół 

nóg. Dalej, przy ciężarówce i klatkach z elanami, widać było sylwetki kilku 
przebiegających 

ludzi, między którymi mignęli i obaj łowcy.
Potop skończył się tak nagle, jak przyszedł, z tym większą jednak siłą i 

wyrazistością 
toczył się teraz po niebie łoskot grzmotów. Dzika chciała powstać z ziemi, by 

pośpieszyć 
Jackowi z pomocą, ale w tej samej chwili oślepił ją ognisty, przerażająco 

jaskrawy błysk, po 
którym wszystko zniknęło jej z oczu, pogrążając ją w ciemność i pustkę.

Kiedy po jakimś czasie z trudem otworzyła powieki, jakby budząc się z głębokiego 
snu, całe niebo gorzało jeszcze migotliwymi błyskami, lecz groźny trzask 

piorunów ustąpił 
miejsca dalekim, chociaż nie ustającym pomrukom grzmotów. Przez długą chwilę nie 

mogła 
zebrać myśli ani też przypomnieć sobie, gdzie się znajduje, ale czuła na plecach 

przejmujące 
zimno, a na piersiach dotkliwy ucisk utrudniający oddychanie. Próbowała powstać, 

odepchnąć gniotący ją ciężar, ale na próżno. Coś krępowało jej ciało tak mocno, 
że nie mogła 

nawet poruszyć ani ręką, ani nogą. Naraz poczuła na policzku spływające skądś 
chłodne 

krople wody i to przypomniało jej burzę, oberwanie chmury, borykanie się z 
rozszalałym 

nurtem, a wreszcie ten straszliwy, oślepiający błysk, po którym wszystko 
przestało istnieć.

„Ten błysk - rozmyślała - to było chyba uderzenie pioruna. Tatuś mówi zawsze, że 
nie 

warto bać się błyskawic, bo człowiek porażony nie widzi błyskawicy ani nie 
słyszy 

uderzającego weń pioruna. Ja widziałam błysk, chociaż nie słyszałam grzmotu, a 
więc nie 

zostałam porażona, tylko ogłuszona piorunem, który musiał uderzyć gdzieś bardzo 

background image

blisko. Ale 

dlaczego nie mogę się podnieść, dlaczego nie mogę poruszyć ani ręką, ani 
nogą...”

Rozmyślania te przerwał nagle dochodzący do jej uszu daleki, przytłumiony 
dźwięk, 

który przypominał głos Jacka. Tak, to Jacek ją wołał. Zebrała wszystkie siły i 
zaczęła wzywać 

pomocy. Ze zdziwieniem jednak i przerażeniem zauważyła, że głosu swojego nie 
słyszy. 

Jeszcze raz krzyknęła z całych sił, ale znów uszy jej pochwyciły tylko daleki, 
stłumiony szept.

Dzika była dzielną i odważną dziewczynką, ale nagle poczuła chłód w całym ciele, 
zrozumiała bowiem, że położenie jej jest jeśli nie beznadziejne, to bardzo 

przykre. 
Zorientowała się już, że leży plecami na ziemi i nie może nawet drgnąć ani 

swobodnie 
oddychać, bo przygniata ją jakiś straszliwy ciężar, którego nie jest w stanie 

usunąć. Wiedziała 
również, że coś się stało z jej doskonałym słuchem, bo nie tylko nie słyszy 

własnego głosu, 
ale też i zwykłego obozowego zgiełku. Wołanie Jacka, dalekie i zgłuszone, 

nasuwało jej 
przypuszczenie, że znajduje się gdzieś poza obozem, nie potrafiła jednak 

zrozumieć, jak by to 
się mogło stać. Wołanie to dowodziło oczywiście, że zauważona w obozie jej 

nieobecność, że 
jej szukają, ale... czy znajdą przed nadejściem dnia? Czy nie ubiegną ich w tym 

lwy lub hieny 
kręcące się co noc wokół zeriby?

Nagle oślepił ją ostry błysk, który jednak nie był błyskiem pioruna, i prawie w 
tej 

samej chwili po twarzy dziewczynki przesunęły się czyjeś palce. A potem 
posłyszała 

stłumiony, jakby bardzo daleki gwar, w którym jednak ciągle powtarzało się jej 
imię. Po 

chwili świateł pojawiło się więcej i w ich blasku zobaczyła nad sobą zatroskane 
twarze ojca, 

Jacka, pana Goraja i błyszczące oczy Murzynów. Czuła, że coś się wokół niej 
dzieje, bo 

gniotący ją ciężar począł się zmniejszać i wreszcie ustąpił zupełnie, pozwalając 
zmęczonym 

płucom na zaczerpnięcie głębokiego, swobodnego oddechu. Troskliwe i tak dobrze 
znane 

ojcowskie ręce wsunęły się jej pod plecy i kolana, podniosły w górę i 
przycisnęły do piersi.

Zmęczenie, a może i odprężenie po niebezpiecznych przeżyciach nocnych sprawiły, 
że Dzika zasnęła natychmiast po przebraniu się w suchą odzież wydobytą ze 

stalowej 
skrzynki oraz po zażyciu podwójnej porcji comoquininy.

Po kilku godzinach zbudziła się rześka i wesoła, bez śladu zmęczenia, przy czym 

radością stwierdziła, że słyszy, chociaż jeszcze nie tak dobrze, jak poprzednio. 

background image

Poranek był 

piękny, słoneczny, niebo bezchmurne, toteż raźno wyskoczyła ze swego polowego 
łóżka, 

ustawionego pod prowizorycznym dachem z brezentu.
Krzątający się obok Jacek stanowczo się temu sprzeciwił:

- Masz leżeć spokojnie w łóżku i należycie wypocząć! Zaraz podam ci śniadanie!
- Śniadanie... do łóżka? - zdziwiła się Dzika. - Jestem przecież zupełnie 

zdrowa! Nic 
mi nie dolega, jestem tylko straszliwie głodna!

Jacek spojrzał na przyjaciółkę niedowierzająco, szybko jednak przygotował 
garnuszek, napełnił go gorącym mlekiem z termosu i podał dziewczynce wraz z 

paczką 
biszkoptów.

Dzika zjadła śniadanie z wielkim apetytem, ale potem, jakby coś sobie 
przypominając, 

zapytała:
- Powiedz mi, Jacku, co to się właściwie wczoraj ze mną stało. Pamiętam burzę, 

pamiętam, że leżałam na ziemi i nie mogłam się ruszyć, pamiętam też moją radość, 
kiedy was 

nad sobą zobaczyłam, ale nic nie słyszałam i tak jakoś szybko zasnęłam...
Jacek wziął przyjaciółkę za rękę, zaprowadził do leżącego na uboczu olbrzymiego 

konara i pokazując na jego obłamane gałęzie i ślady głębokich dziur w ziemi, 
rzekł 

mimowolnie ściszonym głosem:
- Piorun uderzył w el-heglig i oderwał od niego ten konar, a on spadając w dół 

przygniótł ciebie. Całe szczęście, że dostałaś się akurat między gałęzie, które 
się obłamały i 

zaryły w ziemię, ratując cię w ten sposób od zmiażdżenia. Byłaś tak dokładnie 
zakryta tym 

konarem, połamanymi gałęziami i liśćmi, że nie mogłem cię znaleźć... Dopiero 
twoje wołanie 

naprowadziło mnie na ślad...
Dzika popatrzyła na olbrzymi konar, wyglądający raczej na pień potężnego drzewa, 

dotknęła końcami palców długich, ostrych obłamków gałęzi, na których widoczne 
były 

jeszcze grudki ziemi i drobne kamyki, spojrzała na głębokie dziury z tkwiącymi w 
nich 

drzazgami, zamyśliła się, a potem ozwała drżącym nieco głosem:
- Tak, miałam szczęście, wielkie szczęście... że dostałam się akurat między 

rozwidlenie gałęzi... kilka centymetrów dalej... a już bym nigdy więcej nie 
widziała tatusia ani 

ciebie, ani pana Goraja, ani... ani...
Głos jej urwał się nagle i Jacek ze zdumieniem zobaczył, że po policzkach Dziki 

popłynęły duże łzy. Wściekły na siebie, że pokazał przyjaciółce, jak bliska była 
straszliwej 

śmierci, i chcąc skierować jej myśli na inne tory, zawołał:
- Ach, zapomniałem ci powiedzieć, że musimy zaraz zabrać się do pakowania, bo 

dzisiaj opuszczamy obóz! Obaj nasi ojcowie poszli z Murzynami oczyścić trochę 
drogę z 

drzew i gałęzi. Dzisiaj będziemy już nocować w Aru.
Dzika zrozumiała widocznie intencje chłopca, bo szybko otarła łzy dłonią, 

odrzuciła 

background image

opadłą na czoło grzywkę i powiedziała wesołym, chociaż niezbyt pewnym jeszcze 

głosem:
- Masz rację, Jacku, żyję i jestem zdrowa, a więc dlaczego mam beczeć... wstydzę 

się... ale te łzy... same popłynęły. Idziemy pakować nasze manatki!
Wyjazd z obozu nastąpił około południa. Dzika znów siedziała między ojcem i 

panem 
Gorajem, który prowadził ciężarówkę, a Jacek usadowił się ze swoją kamerą na 

klatkach 
elanów, podesławszy sobie resztki z namiotów poszarpanych przez huragan. Zbyt 

wygodnie 
mu tam nie było, bo droga pełna była dziur i wyboin, leżały też na niej obłamane 

przez burzę 
gałęzie, a nawet całe zwalone pnie, które trzeba było omijać lub usuwać wspólnym 

wysiłkiem. Jacek jednak na to nie zważał, gdyż całkowicie pochłonięty był 
filmowaniem. 

Niżej, obok klatek, umieścili się szylluccy tropiciele, Tiuji oraz myśliwi Diur.
Trzeba przyznać, że sawanna, jakby chcąc zatrzeć okropności burzy i pozostawić 

podróżnikom jak najlepsze po sobie wspomnienia, hojnie raczyła ich widokiem 
pulsującego 

w niej życia. Na młodej soczystej runi, która po deszczu zazieleniła się wśród 
zeschłych traw, 

widać było stada pasących się spokojnie przeróżnych antylop, stada bawołów 
przeżuwających 

w cieniu drzew swój pokarm, żyrafy, strusie, a nawet małe grupki słoni, zajętych 
obłamywaniem gałęzi i objadaniem z nich liści. Chłopcu udało się też sfilmować 

walkę ptaka 
sekretarza z potężnym wężem oraz borsuka miodowego, który dobrał się do 

słomianego ula 
strąconego w nocy z drzewa. Czujne i płochliwe zazwyczaj zwierze tak zajęte było 

delektowaniem się ulubionym przysmakiem, że nawet nie słyszało nadjeżdżającego 
samochodu.

Nad innymi rozbitymi ulami szybowały w powietrzu roje barwnych pszczołojadów, 
niosąc zagładę ich mieszkankom - dzikim pszczołom. Ule te, plecione ze słomy 

przez 
Diurów, przypominają wyglądem dwumetrowej długości rury. Każdy ul ma podwójne 

ściany, 
a wewnątrz ściankę poprzeczną, dzięki czemu może dać pomieszczenie jednocześnie 

dwóm 
rojom. Końce rur zalepione są gliną, w której znajduje się tylko wąski otwór 

wlotowy dla 
owadów.

Tego rodzaju ule rozwieszają Diurowie gdziekolwiek na gałęziach starych drzew i 

krótkim czasie osiedlają się w nich roje dzikich pszczół, których w tych 
okolicach jest bez 

liku. Przez dwa, trzy lata owady spokojnie napełniają plastry miodem, aż w 
piękny, cichy 

wieczór przychodzą Murzyni, okadzają ul najpierw z zewnątrz, potem wpuszczają 
gryzący 

dym do środka, dusząc w ten sposób pszczoły, i spokojnie już, bez żadnych 
kłopotów zlewają 

miód do naczyń. Miód stanowi bardzo poważną pozycję w skromnym jadłospisie 

background image

Diurów, nic 

więc dziwnego, że pszczelarstwo, chociaż jeszcze bardzo prymitywne, jest u nich 
szeroko 

rozpowszechnione.
Wieczorem podróżnicy znaleźli się w Aru cali i zdrowi, odbywszy drogę bez 

żadnych 
przykrych wypadków. Przyjęto ich niezwykle gościnnie, tym bardziej że w pobliżu 

wsi pan 
Rawicz zastrzelił potężnego bawołu, którego wraz ze sporą ilością zakupionej w 

osadzie 
merisy ofiarował mieszkańcom, by wyprawili sobie ucztę. W podzięce za ten dar 

Diurowie 
zbudowali pod wsią obozowisko dla gości i urządzili dla nich uroczyste tańce.

Najpierw przybyli muzykanci z dużym i małym bębnem oraz kilku chłopców 
trzymających w palcach po dwa patyki z twardego drzewa, wydające przy uderzeniu 

o siebie 
charakterystyczny stukot. Na zew bębenków zjawiły się dziewczęta i kobiety z 

twarzami 
umalowanymi ochrą* [Ochra - minerał barwy żółtej, brunatnej lub czerwonej, 

używany jako 
farba.] i wiązkami świeżutkich liści, u pasa, a zaraz za nimi nadciągnęli 

mężczyźni, również 
upiększeni czerwonymi kreskami na twarzach i torsach.

Pierwszy taniec przeznaczony był dla uhonorowania gości i wykonany został 
zgodnie 

z obyczajami Diurów wyłącznie przez kobiety. Ustawiły się one szeregiem plecami 
do gości i 

w takt przedziwnej muzyki wykonywały tak gwałtowne i silne ruchy, że wiązki 
liści uderzały 

je z głośnym klaskaniem po udach. A potem każdy tańczył dla siebie, wykonując 
często 

niezmiernie trudne i skomplikowane figury. Celowały w tym młode dziewczęta, 
których 

ruchy pełne były płynności i wdzięku.
Jacek nie mógł sobie po prostu miejsca znaleźć i chodził ponury niby gradowa 

chmura. Powodem tego było zbyt słabe światło ogniska, przy którym oczywiście nie 
mógł 

filmować tych niezmiernie ciekawych tańców solowych, nie znanych u innych 
szczepów 

murzyńskich, gdzie przeważają tańce grupowe. Natomiast Dzika bawiła się 
doskonale i 

zupełnie zapomniała o zdarzeniach przeszłej nocy. Szczególną radość sprawiało 
jej to, że 

mogła obdarować najlepsze, wedle jej mniemania, tancerki szklanymi krążkami do 
warg i 

sznurami barwnych perełek, które pan Goraj wydobył z jednej ze stalowych 
skrzynek i hojną 

ręką położył jej na kolanach.
Tańce ciągnęły się jeszcze długo w noc, ale już we wsi, bowiem mieszkańcy Aru 

rozumieli dobrze, że ich goście potrzebują spokoju i odpoczynku przed jutrzejszą 
podróżą.

O świcie obóz już był zwinięty i ciężarówka ruszyła w powrotną drogę, żegnana 

background image

przez 

wszystkich mieszkańców Aru, którzy chcieli raz jeszcze popatrzeć na białych 
chawaga, a 

szczególnie na małą jasnowłosą bint, o której niezwykłych przygodach 
opowiedzieli już we 

wsi myśliwi towarzyszący wyprawie.
Podróż przez zalesioną sawannę z Aru do szlaku samochodowego nie należała 

oczywiście do przyjemnych, bo mimo przetrasowania drogi i wycięcia zarośli pełno 
tu było 

rozmaitych przeszkód - głębokich dziur, leżących pni i dołów wyrytych przez 
guźce. W 

czasie tej jazdy raz tylko co prawda zmieniano koło przebite długim na palec 
cierniem, ale 

kilka razy musiano poprawiać, a nawet budować nowe mostki przez potoki pełne 
wody po 

ostatniej burzy.
Natomiast droga łącząca Rumbek z Jirol i Szambe nie nastręczała specjalnych 

trudności. Oczywiście nie należała ona do dróg nawet średnio dobrych, ale pan 
Goraj znał ją z 

poprzedniej jazdy, toteż dodawał gazu. Na tym odcinku nie widziało się śladów 
burzy, 

niestety, na horyzoncie snuły się czarne skłębione chmury dymu od pożarów 
sawanny. To 

Murzyni rozpoczęli wypalanie zeschłych traw, aby zrobić miejsce świeżej zieleni, 
która 

wyrastała na pogorzeli natychmiast po częstych teraz, przelotnych deszczach. 
Ponieważ stada 

zwierzyny spotykanej wzdłuż drogi nie okazywały zaniepokojenia, można było 
sądzić, że 

pożary te nie zagrażają jeszcze okolicy, przez którą przechodził trakt. Pan 
Goraj wolał jednak 

nie ryzykować, toteż nie zatrzymywał się nigdzie bez koniecznej potrzeby. 
Przejechali więc 

przez Akot, Aluakluak i inne wioski i zrobili postój dopiero w Jirol, aby się 
nieco posilić, dać 

chwilę odpoczynku maszynie, zabrać benzynę i pożegnać komisarza okręgu. A potem 
mimo 

gorących protestów oblegających ciężarówkę mieszkańców osiedla, pragnących do 
syta 

napatrzyć się bardzo rzadko pojawiającym się w tej okolicy elanom, samochód 
ruszył dalej na 

wschód. Późnym wieczorem dotarli wreszcie do Szambe, gdzie powitała ich radośnie 
załoga 

„Nefertete” i przeciągły ryk syreny statku.
Rano załadowano na pokład ciężarówkę, klatki z elanami i bagaże, a ponieważ 

wszystko było przygotowane do drogi, bo palacze już w nocy rozpalili pod kotłami 

„Nefertete” pożegnała Szambe trzykrotnym rykiem syreny, zręcznie odbiła od 
przystani 

półwyspu, ostrożnie przebyła porośnięte papirusami, płytkie, błotniste 
rozlewisko jeziora i 

wpłynęła w koryto Bahr el-Gebel, kierując swój dziób ku północy, z prądem rzeki.

background image

Dzieci zrobiły oczywiście dokładny przegląd złowionych zwierząt. Inspekcja 

wypadła 
nadspodziewanie pomyślnie, bo zwierzęta były nie tylko doskonale wykarmione, ale 

oswoiły 
się tak, że pozwalały się drapać po łbach, a nawet dopominały się o tę 

pieszczotę. Wyjątkiem 
był ryś, zawsze dziki, w przeciwieństwie do małego nosorożca, który tak się 

zaprzyjaźnił z 
załogą, że biegał za wszystkimi po pokładzie, a na widok Ismaila pochrząkiwał 

radośnie. Oba 
abu markuby też prezentowały się dobrze, przyglądały się jednak dzieciom 

bacznie, jakby 
zastanawiając się, czego się można po nich spodziewać.

Obaj łowcy bardzo zadowoleni byli z porządku panującego na statku i z wyglądu 
zwierząt, czemu oczywiście dali wyraz w rozmowie z kapitanem, przyrzekając całej 

załodze 
premię po powrocie do Chartumu.

Statek płynął znów wśród rozległych bagnisk obrzeżonych, gęstwiną bezkresnych 
łąk 

papirusowych, nad którymi wysoko krążyły orły krzykliwe i marabuty. Łowcy zajęci 
byli 

porządkowaniem zbiorów i przeglądaniem poczty, która czekała na nich w Szambe, 
dzieci 

zaś, oparte o reling górnego pokładu, obserwowały pluskające się w wodzie 
ptactwo.

- Wiesz, Dzika - ozwał się w pewnej chwili Jacek - strasznie nie mam ochoty 
powracać do Chartumu. Żeby tak popłynąć jeszcze na południe, zobaczyć inne 

szczepy 
murzyńskie, nakręcić interesujący film...

- Myślę, że byłoby to bardzo ciekawe, ale naszym tatusiom śpieszy się do domu. 
Widziałam nawet, że oglądali rozkład lotów z Malakalu do Chartumu. Widocznie 

dostali 
jakieś ważne listy ostatnim statkiem pocztowym, bo przecież kiedy pan Goraj 

jeździł do 
Szambe, nie było żadnej poczty.

- Te interesy to zawsze w czymś przeszkodzą...
- No, wiesz, powinieneś się wstydzić! - oburzyła się Dzika. - Inny po rękach by 

ojca 
całował za tak piękną podróż po Nilu, a ten nosem kręci... to na południe, to 

może do 
Abisynii albo do Ugandy? A poza tym wracamy przecież zgodnie z planem wyprawy.

Jacek spojrzał na towarzyszkę, zaskoczony potokiem jej słów, potem jednak 
wybuchnął śmiechem, któremu oczywiście zawtórowała Dzika. Zresztą nie było czasu 

na 
waśnie, bo mimo nie kończących się, lekko falujących łanów papirusu monotonny na 

pozór 
krajobraz ciągle się zmieniał.

Potem, kiedy już „Nefertete” wpłynęła w koryto Bahr ez-Zeraf, kiedy papirusy 
stawały się coraz niższe i rzadsze, a miejsce ich zajęły trzciny, sitowie i 

trawa umm suf, na 
brzegach zaczęły ukazywać się wysokie, smukłe, żylaste postacie myśliwych ze 

szczepu 

background image

Nuer.

Bahr ez-Zeraf przepływała przez tereny będące własnością plemion Tiang, Gauweir 

Lau. Prawie zupełnie nadzy, grubo wysmarowani popiołem Murzyni hodowali tu 
bydło, 

zajmowali się myślistwem, rybołówstwem, a także i rolnictwem, uprawiając małe 
pólka z 

durrą, kukurydzą, fasolą, tytoniem i różnymi jarzynami. W okresie deszczowym 
mieszkali 

wraz ze stadami w zimowych widch w głębi stepu, a na sezon suchy wędrowali z 
bydłem ku 

brzegom rzek.
Wkrótce zniknęły rozlewiska, a z nimi i roślinność bagienna. Rzeka Żyraf płynęła 

teraz korytem głębokim, ale stosunkowo wąskim, nie przekraczającym pół setki 
metrów 

szerokości; jej rwący nurt był czysty, wolny od wszelkich wodorostów 
utrudniających 

żeglugę. Po obu brzegach rozciągał się step tak płaski, że z górnego pokładu 
„Nefertete” 

można było gołym okiem zobaczyć buszujące w trawach stada antylop i gazel, a tu 
i ówdzie 

letnie osiedla Nuerów, wokół których pasły się liczne stada bydła.
Często w trawach nadbrzeżnych widziało się rybaków. Nie mieli oni ani wędek, ani 

sieci, ale raz po raz kłuli wodę harpunami-włóczniami i ku zdumieniu Dziki i 
Jacka, 

obserwujących ich z pokładu, prawie za każdym razem wyciągali zdobycz. Ryb więc 
w Bahr 

ez-Zefar musiało być mnóstwo! Nierzadko też pozdrawiały przepływającą blisko 
brzegu 

„Nefertete” gromadki dziewcząt przybiegających z pobliskich osiedli na widok 
płynącego 

statku. Wszystkie były wysokie, smukłe, z licznymi bransoletami na 
przedramionach i na 

kostkach zgrabnych nóg, na głowach zaś nosiły maleńkie śmieszne czapeczki, 
plecione z 

delikatnych traw. Uśmiechały się do podróżników przyjaźnie i wykrzykiwały słowa 
powitania.

- Wiesz, Jacku - rzekła Dzika do chłopca, który właśnie filmował taką gromadkę - 
często się zastanawiam, czy Nuerowie są Murzynami Przecież rysy ich twarzy są 

bardziej 
podobne do europejskich niż murzyńskich. To samo zresztą zauważyłam u naszego 

Dinki. 
Wszyscy mają długie, owalne twarze, wąskie, proste nosy, wargi też raczej 

wąskie... A 
wiesz... może ja zamiast na weterynarie - pójdę po ukończeniu gimnazjum na... 

e... no, jakże 
się nazywa ta nauka?

- Etnologia*? [Etnologia (grec.) - ludoznawstwo, nauka zajmująca się badaniem 
pochodzenia i kultury ludów zamieszkujących kulę ziemską.]

- O, tak, na etnologię! Wtedy będę z tatusiem i panem Gorajem jeździła po całym 
Sudanie...

- A mnie weźmiesz z sobą? - zapytał ze śmiechem Jacek.

background image

- Och, ty wtedy będziesz już dawno drugim Martinem Johnsonem, więc zaszyjesz się 

gdzieś w stepie lub sawannie i poza filmem nic cię nie będzie interesowało!
Na przekomarzaniach się i obserwowaniu brzegów, na których coraz częściej 

pojawiały się ogromne drzewa el-heglig i małe gaje akacji gumowych, czas płynął 
bardzo 

szybko. Wieczorem „Nefertete” zatrzymała się w przystani sporego osiedla Fangak, 
gdzie 

prócz władz porządkowych był też urząd pocztowy i telekomunikacyjny. Obaj łowcy 
udali się 

na pocztę, aby telegraficznie zamówić w Malakalu miejsca na samolot.
Po wieczornym posiłku dzieci dowiedziały się, że „Nefertete” będzie płynęła całą 

noc, 
ażeby zdążyć do Malakalu przed przybyciem samolotu, który wracał z Ugandy do 

Chartumu. 
Trzeba było oczywiście zapakować wszystko do stalowych, wodoszczelnych skrzynek, 

a w 
podróżnych workach pomieścić tylko to, co było najbardziej potrzebne z 

osobistych rzeczy. 
Skrzynki pozostawały w kajutach, gdyż statek z całym swoim żywym i martwym 

bagażem 
płynął do Chartumu.

„Nefertete” przybiła do przystani w Malakalu prawie równocześnie z ogromnym 
samolotem, który zatoczył olbrzymi krąg nad osadą i lekko osiadł na lotnisku.

Nastąpiło teraz pożegnanie z długonogim Tiuji, obdarowanym hojnie przez Dzikę i 
Jacka, a następnie z szylluckimi tropicielami i załogą. Na przystani czekał 

samochód, którym 
odwieziono podróżników na lotnisko, i wkrótce już dzieci patrzyły z góry na Bahr 

el-Abjad, 
połyskujący w słońcu niby długa srebrzysta wstęga. Po trzech godzinach lotu - 

samolot 
wylądował w Chartumie.

Tak skończyła się pierwsza wyprawa łowiecka Dziki Rawicz i Jacka Goraja, 
polskich 

dzieci, mieszkających w Sudanie.


Document Outline