background image

 

 

 

 

 

 

Numer 8 (54)/2010 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

SMOLEŃSKIE  KATHARSIS 

Skoro krytyką oponenta politycznego  mogło być „Jaki prezydent, taki zamach”, to dlaczego nie może być 
„zimny Lech”? Czym rożni się mentalność autora pierwszego hasła od mentalności autora drugiego?
 

 
Po Smoleńsku Polska pękła rowem mariańskim. Nie ma co udawać, że to podział chwilowy czy  że dotyczy 
jedynie grupki fanatyków. Jest odwrotnie - dotyczy  rzesz Polaków i niezwykle trudno będzie go zniwelować. 
Działania władz RP od 10 kwietnia były  i są jak tsunami, które bezlitośnie pustoszy Polskę. Arogancja, 
bagatelizowanie, czasami wręcz drwienie z katastrofy oraz tych,  którzy  czcili pamięć Ofiar i wyrażali obawy o 
przyszłość państwa czy  w końcu dezercja najważniejszych urzędników RP i oddanie śledztwa prokuratorom 
pułkownika KGB Władimira Putina zmieniło świadomość tysięcy Polaków. Są tacy,  którzy  być może już nigdy nie 
uwierzą w siłę i suwerenność Rzeczpospolitej, ale są i tacy,  których wypowiedzi Tuska, Komorowskiego, 
Nies

iołowskiego czy Palikota utwierdziły w przekonaniu, iż okazywanie współobywatelom szacunku czy poczucie 

odpowiedzialności za kraj nie są żadnym standardem. Dlatego też oskarżanie Jarosława Kaczyńskiego o to, że 
gra sprawą krzyża  z Krakowskiego Przedmieścia i przez to przykłada się do szykowania gleby dla zapateryzmu 
jest zwyczajnie prymitywne . W rzeczywistości nikt bardziej nie toruje drogi lewactwu jak głosiciele takich właśnie 
teorii. Gdyż  to oni - ustawiający się w roli zatroskanych o polską prawicę - równocześnie promują liderów choćby 
zdziczałego tłumu wypinającego gołe zadki przed krzyżem  pamięci. Czynią z tej ogłupiałej hordy uczestnika 
debaty publicznej, dają jej głos, cywilizują. Efekt jest taki jak akcji Palikota: dramatyczne obniżenie standardów i 
unicestwienie kategorii obsceniczności w życiu publicznym. Skoro dzięki okrzykowi “Grzegorz  Piotrowski na 
prezydenta” czy  opluciu kobiety można dostać się na łamy poważnych tytułów by wypowiadać tam swoje opinie, 
to znaczy,  iż przyzwoitość,  powaga i kultura są wyłącznie sprawą gustu każdego z nas. I nie podlegają osądowi. 

background image

 
Szkoda, iż w dyskusji o ludziach z Krakowskiego Przedmieścia i problemie upamiętnienia Ofiar katastrofy 
smoleńskiej zamiast postaci Jarosława Kaczyńskiego nie pojawia się Tusk, Komorowski i Palikot. To nikt inni jak 
właśnie ci politycy są natchnieniem grasującej bandy określanej mianem przeciwników krzyża.  Bo nikt inni jak 
liderzy Platformy od lat obniżają rangę krytyki  i spychają ją do poziomu ulicznej jatki. Skoro krytyką  oponenta 
poli

tycznego mogło być “jaki prezydent,  taki zamach” to dlaczego nie może być “zimny Lech”? Czym rożni się 

mentalność autora pierwszego hasła od mentalności autora drugiego? Moim zdaniem niczym. Istnieje niezwykle 
wyraźny  związek między obscenicznym wyszydzaniem śp Lecha Kaczyńskiego przez  dzisiejszych najwyższych 
urzędników Rzeczpospolitej a obscenicznymi działaniami tłuszczy na Krakowskim Przedmieściu. Tłuszczy, która 
od lat przekonywana jest, iż chamstwo a nawet perwersja może być - po pierwsze - argumentem w debacie 
publicznej, a po drugie - 

nobilituje. Dlatego też twierdzenie, że obrona krzyża  pamięci generuje skrajnie lewackie 

postawy to kompletna bzdura. Ten proces rozpoczął się dużo wcześniej i ma ojców założycieli spod zupełnie 
innego politycznego szyld

u. Tragedia smoleńska, dni żałoby narodowej zadziałały jedynie jak reflektor, który  rzucił 

światło na zjawisko nobilitacji chamstwa i obsceniczności od lat konsekwentnie promowane przez liderów PO i ich 
środowisko. 
*** 
Ten numer „Nowego Państwa” poświęcamy wyłącznie sprawie katastrofy smoleńskiej oraz zachowaniu polskich 
władz w obliczu śmierci Prezydenta RP i najwyższych  przedstawicieli naszego państwa. Ukazujemy te sprawy w 
bardzo szerokim świetle. Analizujemy zmiany społeczne, pokazujemy, jak bardzo instytucje Rzeczpospolitej 
wycofały się z wyjaśniania przyczyn  katastrofy. 

 

    

Autorzy: 

Katarzyna Gójska-Hejke 

  

 

STRAŻNICY  SMOLEŃSKICH  TAJEMNIC 

U podstaw polityki  grupy  rządzącej wobec Rosji  leży ignorancja faktu, że ostatnie miesiące w stosunkach 

polsko-

rosyjskich były  okresem szczególnie agresywnej propagandy  antypolskiej  i wrogich, niechętnych 

Polakom wystąpień. Ignorancja dotyczy  również aktywności służb Federacji Rosyjskiej  skierowanej 
przeciwko państwom ościennym oraz bagatelizowania wypowiedzi rosyjskich polityków,  wyraźnie 
wskazujących na rzeczywiste intencje rządu płk. Putina.
 

Obecne w publikacjach zachodnich 

analityków porównanie działań służb rosyjskich do okresu lat 80. świadczą, 

że mamy do czynienia ze strategią wzorowaną na imperialnych dążeniach Rosji Sowieckiej, a doktryna wojskowa 
FR wprost nawiązuje do koncepcji odzyskania dawnej strefy wpływów, równi eż poprzez akcje militarne i operacje 
służb specjalnych. Dokonując ocen tragedii smoleńskiej lub próbując ustalić jej przyczyny,  nie wolno zapominać o 
tych uwarunkowaniach, a w szczególności pomijać faktu, że mord polityczny jest dla służb rosyjskich środk iem 
często stosowanym, służącym interesom kremlowskich władców. 

 
Irracjonalne działania rządu 
 
Tymczasem, obraz stosunków polsko-rosyjskich, jaki przedstawia nam rząd Donalda Tuska nie ma nic wspólnego 
ze stanem faktycznym. W ogóle nie wspomina się o rzeczywistych  zachowaniach władz Rosji w związku ze 
zbrodnią katyńską czy  o wielomiesięcznej kampanii Putina, służącej rozgrywaniu polskich konfliktów, w efekcie 
której doszło do podwójnych uroczystości katyńskich i osobnych lotów premiera i prezydenta. Pomija się fakty 

background image

świadczące o zaniedbaniach lub złej woli Rosjan w zakresie zabezpieczenia dowodów katastrofy, przemilcza brak 
współpracy ze stroną polską i utrudnianie śledztwa. 
 
Epatowanie Polaków żałobą i „współczuciem” władz rosyjskich oraz ciągłe zapewniania  o wszechstronnej 
pomocy ze strony Putina - 

przekraczają naturalną w obecnej sytuacji miarę. I nie chodzi o postulat tworzenia 

atmosfery wrogości, a o właściwą dla realiów zdarzenia z 10 kwietnia proporcję, która w tym przypadku jest 
rażąco przesunięta w stronę ochrony rosyjskiego wizerunku, nawet za cenę rzetelnego informowania własnego 
społeczeństwa. 
W tej pozbawionej realizmu optyce tkwi niezwykle poważna groźba. 
 
Powierzenie Rosji prowadzenia śledztwa w sprawie katastrofy polskiego samolotu i dobrowolna rezygnacja z 
samodzielnego dochodzenia przyczyn  tragedii nie mieści się w żadnych standardach suwerennego państwa. 
Powoływanie się przy tym na kwestię zaufania do Rosji i obawy przed rzekomym „pogorszeniem wzajemnych 
stosunków” nie zasługuje nawet na poważne traktowanie w kategorii argumentu racjonalnego, a tym bardziej, 
jako uzasadnienie decyzji politycznej o ogromnych konsekwencjach na przyszłość. 
 
Nie sposób sobie wyobrazić, by podobną decyzję mogło podjąć jakiekolwiek państwo doświadczone katastrofą, w  
której ginie prezydent, najwyżsi dowódcy wojska i szefowie najważniejszych urzędów. Przytaczane  przez 
decydentów wątpliwe argumenty prawne, sympatie bądź antypatie polityczne nie mają najmniejszego znaczenia, 
jeśli chodzi o wyjaśnienie zdarzenia bez precedensu w historii Polski. 
 
Jakie zatem mogą być przyczyny,  dla których rząd Donalda Tuska zrezygnował z prerogatyw państwa 
suwerennego, a nawet zapewnia Polaków, jakoby nie istniało ze strony Rosji żadne zagrożenie, zaś sprzeciw 
wobec rosyjskiego śledztwa każe postrzegać jako niezgodny z polskim interesem? Z czego wynika bezgraniczne 
zaufanie, jakim politycy grupy rządzącej zaczęli obdarzać Władymira Putina, a służby III RP deklarują doskonałą 
współpracę z Rosją? 
A wreszcie 

– co sprawia, że grupa rządząca ws półuczestniczy w rosyjskiej kampanii dezinformacji na temat 

przyczyn  tragedii? 
 
Demagogiczne brednie 
 
Z góry trzeba odrzucić wszelką argumentację ideologiczną forsowaną przez środowiska „GW” i powielaną przez 
rzesze medialnych rezonatorów. Według nich – „nie zadrażnianie” stosunków z Rosją i traktowanie tego państwa 
na zasadach szczególnych preferencji ma wynikać z  polskiej racji stanu. Ponieważ nie ma na to żadnego 
racjonalnego argumentu, a przeciwnie 

– doświadczenie historyczne i wiedza o zachowaniach Ros ji wobec państw 

słabych i uległych wskazują na szkodliwość takich postaw - nic nie usprawiedliwia podobnej retoryki i należy ją 
traktować jako demagogiczne brednie. Nie można jej przyjąć w przypadku zdarzenia tej rangi, jak tragedia z 10 
kwietnia, ponieważ żadna reguła „dobrosąsiedzkich stosunków” nie zwalnia z obowiązku wyjaśnienia okoliczności 
śmierci własnych obywateli. Tym bardziej, gdy istnieją racjonalne przesłanki wskazujące, że ów sąsiad mógł 
przyczynić  się do tragedii. 
 
Podobnie, nie można traktować na serio głosów, które przeczą w ogóle i a priori odpowiedzialności Rosji lub 
bagatelizują zagrożenia wynikające z powierzenia temu państwu śledztwa. Takie stanowisko prezentują często 
ludzie, których można określić jako członków „partii rosyjskiej”, przedkładających zawsze obronę interesów 
Kremla ponad sprawy polskie. Współuczestniczy w tym wiele ośrodków medialnych, a jak ujawniła sprawa 
„incydentu gruzińskiego”, również ludzie służb specjalnych i politycy ugrupowania rządzącego. W innych 
przypadkach głosy takie pochodzą od osób uwikłanych w latach PRL we współpracę agenturalną i wynikają z 
zawartego wówczas porozumienia funkcjonariuszy megasłużb sowieckich z prowadzoną przez  nich agenturą. 
Negowanie zagrożeń rosyjskich stanowi dla tych środowisk dogmat wynikający z  instrukcji operacyjnych i jest 
rodzajem kłamstwa w obronie własnych interesów i życiorysów. 
 
Jak tłumaczyć postawę grupy  rządzącej 
 
Wydaje się, że mogą istnieć tylko dwa powody, jakimi można wytłumaczyć postawę grupy rządzącej i rezygnację 
państwa z samodzielnego wyjaśnienia tragedii smoleńskiej. 
 
Pierwszy, to skrajna nieudolność wszystkich służb ochrony państwa, które nie potrafią zdefiniować i zapobiec 
rzeczywistym  zagrożeniom, rezygnują zatem z prób aktywnego śledztwa, by nie ujawniać własne j indolencji. W 

background image

tym samy obszarze można utrzymywać,  że ludzie odpowiedzialni za politykę III RP są ignorantami i 
nieudacznikami, a w ocenie Rosji kierują się irracjonalnymi przesłankami, przyjmując fałszywe słowa i gesty 
władz rosyjskich jako oznakę rzeczywistych  intencji. Taki rząd prowadziłby dyletancką politykę, kierując się 
doraźnym interesem i względami wizerunkowymi. Bagatelizowanie zagrożeń i uprawnianie wobec Rosji polityki 
na poziomie nakazu „pojednania” i bezwarunkowej „przyjaźni” byłoby więc prze jawem słabości i politycznej 
amatorszczyzny,  wyrazem kompleksów i leków środowiska PO. To wersja kusząca, jeśli pamiętać, że grupa 
rządząca nie wykazała się żadnymi próbami reform państwa, nie spełniła zapowiedzi wyborczych, a jej rządy 
polegają wyłącznie na nieudolnym administrowaniu i utrzymują się dzięki osłonie medialnej. Polityczny  infantylizm 
byłby tu scenariuszem optymistycznym, zważywszy,  że pozbycie się głupca jest łatwiejsze niż pozbycie drania. 
 
Drugim i znacznie poważniejszym powodem, byłoby planowe i umyślne uczestnictwo w grze prowadzonej przez 
putinowską Rosję, a zatem ukrywanie prawdziwych przyczyn  tragedii i dezinformowanie własnego 
społeczeństwa. Grupa rządząca i podległe jej służby nie powiadamiałyby Polaków o rzeczywistych  zamiarach 
Rosji

, utrzymując społeczeństwo w przeświadczeniu, że ma do czynienia z  państwem przyjaznym, a rosyjskie 

śledztwo jest rzetelnie prowadzone. Rezygnacja z prerogatyw suwerenności nie stanowiłaby wówczas aktu 
ignorancji, lecz była oznaką podległości, zaś nawoływanie do „pojednania” oznaczałoby faktyczną  kapitulację i 
prowadziło do skierowania Polski w strefę wpływów rosyjskich. 
 
Tak zdefiniowanej postawy nie dałoby się uzasadnić nawet największą niechęcią do przeciwnika politycznego, 
ponieważ udział w grze obcego mocarstwa jest groźny dla całego społeczeństwa, a jego skutki mogą dotknąć 
wiele pokoleń Polaków. Byłby to zatem akt najpodlejszej zdrady narodowej, porównywany jedynie ze 
współuczestnictwem „polskich” rządów komunistycznych w utrwalaniu kłamstwa katyńskie go – czyli ukrywaniu 
prawdy o mordercach własnych obywateli. 
 
Walka z systemem demokratycznym? 
 
Obserwacja życia publicznego ostatnich miesięcy skłania do stawiania tezy, że motywem działań grupy rządzącej 
może być tylko drugi z wymienionych powodów. Istnieją co najmniej dwie przesłanki uprawniające do takiego 
twierdzenia. 
 
Po pierwsze: strona polska od chwili tragedii smoleńskiej przyjęła całkowicie i bez żadnego sprzeciwu 
interpretację przyczyn  katastrofy narzuconą przez  Rosjan, uczestnicząc w rozpowszech nianiu i podtrzymywaniu 
fałszywych informacji przekazywanych przez  komisję MAK oraz zrezygnowała dobrowolnie ze wspólnego polsko-
rosyjskiego śledztwa w sprawie przyczyn  smoleńskiej tragedii. Co więcej, w okresie poprzedzającym zdarzenie 
strona polska brała aktywny udział w grze prowadzonej przez dyplomację rosyjską, której celem było oddzielenie 
wizyt  premiera i prezydenta i spowodowanie, by w składzie delegacji prezydenckiej znalazły się osoby 
niewygodne dla obecnego rządu, a jednocześnie zagrażające interesom reżimu płk Putina. Działania szefa 
kancelarii premiera wskazują, że mógł on być świadomym uczestnikiem gry, a jego wizyta w Moskwie w dniach 
17-

18 marca spowodowała m.in. odwołanie moskiewskich konsultacji prezydenckiego ministra Mariusza 

Handzlika. 
 
Po wtóre: świadczy o tym zachowanie grupy rządzącej wobec działań opozycji i rodzin ofiar katastrofy, 
zmierzających do odebrania Rosji śledztwa, zwrotu dowodów rzeczowych i próby samodzielnego poszukiwania 
przyczyn  tragedii. Niczym nieskrywana wściekłość, jaką wywołują tego rodzaju postulaty (w tym fakt powołania 
zespołu parlamentarnego PiS), dowodzi istnienia lęku przed wszystkim, co mogłoby zagrozić rosyjskiej wersji 
śledztwa. Nie sposób tych reakcji wytłumaczyć  inaczej, jak tylko obawą, by prace niezależnych gremiów nie 
doprowadziły do ujawnienia prawdy i nie obnażyły roli rządu Tuska w zastawieniu pułapki smoleńskiej. Gdyby 
wynikały tylko z pseudoracji politycznych, a nawet były  efektem nienawiści, jaką grupa rządząca żywi  wobec 
Kaczyńskich - nie doprowadzałyby do tak histerycznych i spektakularnych zachowań. Nazwanie przez  Tadeusza 
Mazowieckiego słusznych, propaństwowych postulatów „rokoszem” i „ walką z systemem demokratycznym” 
zapowiada, że w obronie interesów Rosji ta władza nie cofnie się nawet przed  prześladowaniem opozycji. To 
znacznie więcej, niż dałoby się uzasadnić ochroną własnej nieudolności i względami wizerunkowymi. 
 
Niczym w PRL 
 
Jest w tych  reakcjach ten sam historyczny „wzorzec”,  jaki określał politykę władz PRL w kwestii zbrodni 
katyńskiej. Systemowe propagowanie kłamstwa było działaniem w interesie sowieckich ludobójców, którego w 
żaden sposób nie można przypisać ignorancji politycznej. Ściganie i karanie polskich obywateli przez rzekomo 

background image

polskie państwo za to, że ujawniali prawdę o mordercach, najpełniej obnażało fakt, iż partia komunistyczna i 
organy ówczesnego państwa były strażnikami interesów okupanta i nie miały nic wspólnego z dobrem Polaków. 
Każdy,  kto przyjmował rolę sowieckiego strażnika, stawał się jednocześnie zakładnikiem zbrod ni katyńskiej i brał 
na siebie odpowiedzialność za jej ukrywanie. 
 
Trzeba pamiętać, że każda z  niewyjaśnionych tragedii narodowych przynosiła Polakom zło i wiązała się z 
kolejnym etapem zniewolenia. Od Katynia - 

mordu założycielskiego PRL, po zabójstwo księdza Jerzego - które 

dało podwaliny pod budowę III RP. Dlatego przełamanie smoleńskiej tajemnicy, wbrew intencjom ludzi stojących 
na jej straży,  musi otworzyć drogę do prawdziwie wolnej Polski. 

 

     

Autorzy: 

Aleksander Ścios 

 

 

BIEDNI POLACY  PATRZĄ  NA  SMOLEŃSK… 

Mimo upływu czterech miesięcy od katastrofy smoleńskiej wciąż jesteśmy bezsilni  wobec cynizmu  rządu 
Donalda  Tuska.
 

Rząd Donalda Tuska jest politycznie i moralnie odpowiedzialny za wiele z okoliczności, które doprowadziły do 
katastrofy smoleńskiej i największej tragedii, jaka spotkała Państwo Polskie w ostatnich dziesięcioleciach. Ta 
teza, wielokrotnie przywoływana, znajduje pełne potwierdzenie w faktach ustalonych dzięki dotychczasowym 
pracom parlamentarnego zespołu wyjaśniającego przyczyny  i przebieg katastrofy smoleńskiej. 

 
Bezsilność czy cynizm 
 
Sam Donald Tusk nie chce się do tych  faktów ustosunkować – podobnie, jak nie chce podjąć niezbędnych 
działań politycznych  i dyplomatycznych  mogących uruchomić zablokowane dzisiaj postępowanie wyjaśniające 
śledztwo prowadzone przez prokuraturę wojskową. Mimo publicznych oświadczeń odpowiedzialnych urzędników, 
że bez czarnych skrzynek, protokołów sekcji zwłok i innych dokumentów przetrzymywanych przez  Rosjan nie da 
się tej katastrofy wyjaśnić, Premier pozwala Putinowi kpić z  siebie i z państwa polskiego. Dlaczego? Czy jest to 
gra na zwłokę czy  też bezsilność? A może, tak jak prezydent Komorowski, Tusk także uważa, że ta sprawa po 
prostu nie jest najważniejsza? Tak można by sądzić, patrząc na dotychczasowe postępowanie premiera, a 
zwłaszcza na systematyczne blokowanie koniecznych działań wobec Rosji. Być może łatwiej będzie zrozumi eć 
dzisiejsze zachowania Tuska, jeśli przyjrzymy  się niektórym działaniom jego rządu w okresie poprzedzającym 
katastrofę. 
 
Nienawiść w służbie polityki 
 
Rząd Donalda Tuska od początku swej kadencji systematycznie i z premedytacją zwalczał politykę 
międzynarodową Lecha Kaczyńskiego. Działania rządu w tej materii przekraczały miarę normalnej rywalizacji 
politycznej czy  nawet zawziętego sporu. Z polityką Kaczyńskiego nie podejmowano otwartej i publicznej polemiki, 
lecz starano się wyśmiać i zohydzić tego, który  ją promował. Zachowania takich polityków, jak Radosław Sikorski, 
Donald Tusk, Tomasz Arabski, Bronisław Komorowski, nacechowane były arogancją i agresją. Nie było właściwie 
takiej wypowiedzi na temat głowy państwa i takich wobec niej działań, które nie koncentrowałyby się na próbie 
poniżania go i deprecjonowania. Takie sformułowania, jak „dorżnąć watahę”, „były prezydent”,  „z 30 metrów 
nawet ślepy snajper by trafił do samochodu” - pokazują klimat, jaki rząd tworzył  wokół Prezydenta. 
 

background image

Ta atmosfera publiczn

ego linczu nie była przypadkowa ani nie wyrastała wyłącznie z  trudnych do opanowania 

emocji osobistych. Przeciwnie, była narzędziem, które miało ułatwić stopniowe marginalizowanie roli Prezydenta 
Kaczyńskiego w państwie. Za zasłoną brutalnych, a nieraz i wulgarnych wypowiedzi, które miały koncentrować 
opinię publiczną, przeprowadzano kolejne operacje wymierzone w polityczną samodzielność oraz w 
bezpieczeństwo głowy państwa. 
 
Jak osaczano Prezydenta 
 
Pełne wyliczenie, analiza tych działań i całościowa ich ocena - jeszcze przed nami. Dziś warto przytoczyć 
niektóre. Najpierw więc zostały zniweczone plany ministra Szczygło mające na celu utworzenie bezpiecznej floty 
samolotów przewożących najważniejsze osoby w państwie. Plan ten nazwano „bizantyjską rozrzutności ą” i 
zastąpiono koncepcją zakupu samolotów zgodnie z zasadą, iż ważniejsza jest dodatkowa toaleta niż dodatkowy 
silnik. W efekcie takiej polityki, której patronował minister Bogdan Klich, do dzisiaj Polska nie posiada samolotów 
mogących zagwarantować bezpieczeństwo podróży najważniejszych osób w państwie. 
 
Kolejnym posunięciem było przejęcie przez  rząd prawa do dysponowania samolotem przeznaczonym do 
przewozu prezydenta. Choć trudno w to uwierzyć, ale zgodnie z Decyzją nr. 184 Ministra Obrony Narodowej z 9 
czerwca 2009 r. o wyznaczaniu samolotu dla prezydenta decydował szef Kancelarii Premiera (minister Tomasz 
Arabski). Bez jego zgody Prezydent  nie mógł korzystać z  samolotu, bo tylko polecenia ministra Arabskiego były 
honorowane przez dowództwo 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, który obsługiwał najważniejsze 
osoby w państwie. 
 
Rola ministra Klicha 
 
Tę sprawę należy przeanalizować w szerszym kontekście. Przede wszystkim - należy przywołać Decyzję nr. 40 
MON stwierdzającą, że 36. Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego nie gwarantuje bezpieczeństwa realizacji 
swoich zadań, czyli  przewozu najważniejszych osób w państwie. Oznacza to, że najpierw doprowadzono park 
maszynowy tego pułku do takiego stanu, że nie gwarantował bezpieczeństwa (chociażby ze w zględu na ilość 
sprawnych samolotów). Następnie, powołując się na konieczność koordynacji wylotów ograniczonego parku 
maszyn, oddano decyzję w tej sprawie w ręce ośrodka zawzięcie zwalczającego Prezydenta. A wreszcie, 
umieszczono całą polską elitę państwową w jednym, jedynym dostępnym samolocie. Miał rację minister Klich, 
stwierdzając, że 36. specjalny pułk nie gwarantował bezpieczeństwa Prezydenta. Ale to właśnie Klich był za ten 
stan odpowiedzialny i to on wydał osobiście, na piśmie, zgodę na udział w tej  delegacji całego dowództwa polskiej 
armii. 
 
Przyjaciel Putina remontuje TU-154 
 
Wciąż też niewyjaśniona pozostaje tajemnica remontu generalnego samolotu TU -154, którym Prezydent  poleciał 
do Smoleńska. Remont przeprowadzono w Samarze, w zakładach będących własnością Olega Deripaski, 
przyjaciela premiera Putina. Zadecydowała o tym firma MAW  Telecom wybrana do tego celu osobiście przez 
ministra Klicha. Rzecz o tyle dziwna, że  dotychczas TU-154 naprawiany był w zakładach we Wnukowie. Remont 
zakończono w grudniu 2009 r. a w ciągu następnych trzech miesięcy wykryto w samolocie 11 wad i usterek, w 
tym dotyczących  awioniki i silników. Najgroźniejsza awaria miała miejsce przed samym wylotem do Smoleńska i 
dotyczyła  autopilota. Uszkodzenia tego (urządzenie naprawiane było już przez  techników z Samary) nie 
zgłoszono szefowi Biura Ochrony Rządu – mimo iż przepisy tego wymagają.. 
 
Prezydent bez ochrony 
 
Równolegle do obniżania bezpieczeństwa podróży Prezydenta zmierzano do wyeliminowania z jego osobistej 
ochrony oficerów, którzy  byli z nim związani od lat i do których miał zaufanie. Pretekstem do zmian stał się słynny 
raport Centrum Antyterrorystycznego  ABW  dotyczący  zamachu na Prezydenta podczas wizyty  w Gruzji w 2008 r. 
Dokument ten, nieomal całkowicie oparty na źródłach rosyjskich, odpowiedzialnością za wydarzenie obarczył 
władze gruzińskie, którym zarzucono świadomą prowokację. Winny miał być też  szef ochrony, bo zaufał 
gospodarzom. W efekcie tych  działań szefem BOR został gen. Janicki, który  całkowicie lekceważył 
bezp

ieczeństwo Prezydenta. Jak sam publicznie przyznał po katastrofie smoleńskiej, nie wiedział nawet, które z 

najważniejszych osób w państwie mają lecieć razem z Prezydentem do Katynia 10 kwietnia 2010 r.; nie zapewnił 
kontroli lotniska w Smoleńsku i obecności BOR w momencie przylotu tam polskiej głowy państwa. 
 

background image

Wszystko w rękach Putina 
 
Generał Janicki przeoczył  też skandaliczny fakt, iż trzykrotnie MSZ  odwoływało wylot specjalnej grupy mającej 
sprawdzić stan lotniska w Smoleńsku. Nie doszło do kontroli, choć urzędnicy alarmowali, że „dzieje się tam coś 
dziwnego”. Dlaczego tak się stało? Być może przyczynę  trafnie identyfikowali „chłopcy z 36. pułku lotnictwa”, 
którzy,  jak pisał już w lutym 2010 r. do kolegi jeden z urzędników MSZ,  uprzedzali, że „ bez osobistej decyzji 
Putina żaden samolot do Smoleńska nie poleci”. Sprawa była znana w MSZ,  ale czy  wiedział o tym 
odpowiedzialny za bezpie

czeństwo Prezydenta gen. Janicki? Jego zaniechania i bezradność są zdumiewające - 

równe beztrosce ministra Millera i premiera Tuska, którzy  jego działania powinni nadzorować. Być może dlatego 
Janickiemu do dziś nie spadł włos z głowy i nadal kieruje pracą BOR. 
 
Podwójna gra Tuska 
 
Ale w całej tej grze przeciw Prezydentowi najważniejsze znaczenie miała sprawa katyńska. Donald Tusk razem z 
rządem rosyjskim przynajmniej od lata 2009 r. prowadzili podwójną grę w tej kwestii. Rozmowy na temat wspólnej 
wizyty  pre

mierów Putina i Tuska w Katyniu w 70. rocznicę zbrodni rozpoczęto najpóźniej 1 września 2009 r. w 

Sopocie. Kontynuowano je w ramach tzw. polsko-rosyjskiej komisji ds. trudnych, kierowanej ze strony polskiej 
przez  ministra A.D. Rotfelda. Rozpatrywano kilka 

wariantów uroczystości, ale wszystkie eliminowały z nich 

polskiego Prezydenta Lecha Kaczyńskiego ze względu na Jego jednoznaczne stanowisko w kwestii ludobójczego 
charakteru zbrodni katyńskiej. Ponieważ wiadomo było, zwłaszcza po przemówieniu na Westerplatte, że nie 
zrezygnuje on z nazywania rzeczy  po imieniu, uznano za konieczne wyeliminowanie go ze wspólnych 
uroczystości. 
 
Zaproszenie od Moskwy 
 
Było kilka wariantów realizacji tego celu. Ostatecznie 3 lutego 2010 r. premier Putin telefonicznie zaprosił 
pr

emiera Tuska do złożenia wizyty  w Katyniu. Data 7 kwietnia była już wówczas przesądzona, choć nie 

informowano o tym Prezydenta. Było to kilka dni po oficjalnym piśmie min. Mariusza Handzlika z Kancelarii 
Prezydenta z 27 stycznia 2010 r. o woli udziału Prezydenta w uroczystościach katyńskich. Pismo to stawiało 
sprawę jasno: Prezydent Kaczyński nie zrezygnuje dobrowolnie z przewodniczenia uroczystościom katyńskim i 
nie da się zepchnąć na margines. Tak więc telefoniczne zaproszenie Putina dla Tuska odpowiedzia lność za 
wyeliminowanie Prezydenta Kaczyńskiego z udziału w zaplanowanych uroczystościach przesuwało na Rosję jako 
gospodarza tej wizyty. 
 
Poputczicy  i wykonawcy 
 
Intrygę wspierały media rosyjskie i polskie, ale główną rolę odegrali politycy. Po stronie po lskiej był to Bronisław 
Komorowski z wyższością napominający Prezydenta, że nie powinien się wpraszać tam, gdzie go nie chcą, a 
sprawy takie powinny być załatwiane w kuluarach. Tak, jakby chodziło o prywatne spotkanie, a nie o losy sprawy 
polskiej. Komorow

ski był wówczas kandydatem na kandydata do fotela prezydenckiego z ramienia PO. Jego 

brutalność została doceniona. 
 
Główną rolę w tej akcji po stronie rosyjskiej odegrał Władimir Grinin, ambasador Rosji, cynicznie udający, że nie 
wie nic o stanowisku Prezy

denta, że nie otrzymał decyzji Kancelarii, że, wreszcie, nie może odpowiedzieć, dopóki 

nie otrzyma składu delegacji. Zręczność ambasadora także została doceniona przez jego zwierzchników: po 
katastrofie smoleńskiej otrzymał stanowisko w najważniejszej placówce dyplomatycznej Rosji w Europie, tzn. w 
Berlinie. 
 
Tusk: uległy  partner 
 
Tak więc propozycja premiera Putina miała być de facto blokadą wizyty  Prezydenta Kaczyńskiego. Premier Tusk 
przyjął ofertę Putina i wykorzystał  skwapliwie w wewnętrznej rozgrywce przeciwko Kaczyńskiemu. Dwa ośrodki 
dążyły  do wyeliminowania polskiego Prezydenta z uroczystości w Katyniu  – z jednej strony Rosjanie – dawało im 
to możliwość ogłoszenia nad grobami oficerów polskich pojednania polsko-rosyjskiego i zakończenia 
historycznego sporu. Z drugiej strony - 

Tusk realizował politykę otwarcia na Rosję, a jednocześnie chciał przed 

zbliżającymi się wyborami prezydenckimi doprowadzić do organizacyjnej kompromitacji Kaczyńskiego. 
Stanowisko rosyjskie wymagało uległego partnera, który zgodzi się zrezygnować z 70-letnich postulatów polskiej 
racji stanu: uznania przez Rosję tej zbrodni za ludobójstwo, osądzenia winnych, zadośćuczynienie pamięci ofiar i 

background image

ich rodzin. Tusk się na to godził, Kaczyński - nie. Więc Tusk otrzymał zaproszenie, a Kaczyński został 
wyeliminowany. 

 

    

Autorzy:  Antoni Macierewicz 

 

 

KŁAMSTWA,  ZBRODNIE  I NIEKOMPETENCJA 

Rosyjski  urzędnik ma zawsze rację. Kto twierdzi inaczej, kto śmie w to wątpić - podnosi  rękę na państwo 
rosyjskie. Niezależnie, czy będzie to mąż kobiety zagazowanej w teatrze na Dubrowce, matka chłopca 
spalonego żywcem w szkole w Biesłanie,  czy brat prezydenta Polski poległego  w Smoleńsku.
 

Zwykły  Rosjanin wie, że prokuratura, służby, sądy, parlamentarne komisje śledcze i posłuszne media nie są od 
tego, by dochodzić prawdy. Śledztwa są od tego, aby udowodnić pełną niewinność przedstawicieli państwa. 
Dyspozycyjni dziennikarze są po to, by kierować na fałszywe tropy i wskazywać kozła ofiarnego. 

 
Prawda jest jedna 

– rosyjska 

 
Zamachy bombowe na bloki mieszkalne (1999), zatonięcie okrętu podwodnego „Kursk” (2000), dramat setek 
zakładników na Dubrowce (2002) i w Biesłanie (2004), zabójstwa Politkow skiej, Starowojtowej, Szczekoczina i 
Litwinienki oraz dziesiątków dziennikarzy i obrońców praw człowieka. Postępowanie władz w każdym z tych 
przypadków absolutnie nie daje podstaw do takiej ufności, jaką do rosyjskich śledczych i polityków deklarują 
przeds

tawiciele polskiego rządu. Wręcz  przeciwnie – można być pewnym, że sprawa Smoleńska nigdy nie 

zostanie wyjaśniona, narzucona zaś będzie wersja zdarzeń wygodna dla Moskwy (już to widzimy). Nie ma 
znaczenia, czy  Rosjanie zawinili 10 kwietnia tylko niekompete

ncją, czy z premedytacją przyczynili  się do tragedii. 

Biorąc pod uwagę wiernopoddańczą postawę Tuska et consortes wobec Kremla, nie ma większego znaczenia, że 
sprawa smoleńska jest inna od Biesłanu czy Dubrowki, bo dotyczy  innego państwa. Nasi ministrowie są nie mniej 
ulegli Putinowi niż władze Osetii Północnej czy  Moskwy. Nasze media niemal bez wyjątku równie chętnie służą za 
tubę Kremla, jak rosyjskie gazety i telewizje. 
 
Władze Rosji zawsze starają się do maksimum wykorzystać politycznie wstrząsające wyd arzenia. Zarówno 
wtedy, gdy same je prowokują lub nawet wywołują, jak i wtedy, gdy są nimi zaskakiwane. Tak było po zamachach 
w 1999 r., które posłużyły za pretekst do inwazji na Czeczenię. Tak było po zatonięciu „Kurska”, kiedy Putin – rok 
po objęciu władzy - mógł dokonać czystki w armii. Tak było po dramacie na Dubrowce, którego obiektywne 
relacjonowanie oznaczało początek końca ostatnich niezależnych od Kremla telewizji. Rzeź  w Biesłanie dała 
Putinowi pretekst do zniesienia bezpośrednich wyborów gubernatorów w regionach i zastąpienia ich własnymi 
nominatami. Śmierć polskiej elity niepodległościowej pod Smoleńskiem otworzyła Rosjanom drogę do 
zwasalizowania Polski. 
 
Wiemy, jak działa rosyjski „wymiar sprawiedliwości”. Możemy już przewidzieć, co prokuratorzy moskiewscy ustalą 
w sprawie smoleńskiej. Wystarczy  przypomnieć sprawę „Kurska”, Dubrowkę czy Biesłan. We wszystkich tych 
przypadkach władza jeśli nie sprowokowała, to co najmniej nie zapobiegła – choć mogła - tragedii. We wszystkich 
tych przypadkach władza prowokowała, manipulowała, kłamała. Przed, w trakcie, i po dramacie. 

background image

 
Główny  oskarżony – państwo rosyjskie 
 
1 września 2004 r. do szkoły w Biesłanie (Osetia Północna) wtargnęła grupa rebeliantów. Wzięli za zakładników 
ponad tysiąc dzieci i dorosłych, przedstawili swoje żądania (m.in. wyjście wojsk rosyjskich z Czeczenii). Dwa dni 
później komandosi przypuścili szturm na szkołę. Zginęło ponad 330 zakładników (przeszło połowa to dzieci), 800 
zostało rannych. Zginęli lub zostali ujęci wszyscy (wersja oficjalna) terroryści. Początkowo władze twierdziły, że 
szturmu, który  zamienił się w rzeź  cywilów, nie planowano, a komandosów zmusiła do tego eksplozja ładunku 
wybuchowego podłożonego przez terrorystów w sali gimnastycznej, gdzie zgromadzono wszystkich zakładni ków. 
Ale w maju 2005 r. ruszył proces jedynego ujętego żywcem terrorysty  – Nurpaszi Kułajewa. Kiedy zaczęli 
zeznawać świadkowie i zakładnicy, którzy  przeżyli  masakrę, głównym oskarżonym stał się nie czeczeński 
rebeliant, a państwo rosyjskie. Najcięższe zarzuty  to sprowokowanie strzelaniny i użycie czołgów i miotaczy 
ognia. Świadkowie zeznawali, że wielu zakładników żywcem spłonęło od obroni użytej przez  ludzi, którzy  mieli im 
przynieść wolność. 
 
Jak kilkudziesięciu uzbrojonym rebeliantom udało się przejechać przez pilnie strzeżone obszary i zająć 
wypełnioną ludźmi szkołę? Już dwa tygodnie wcześniej milicja w całej republice została ostrzeżona przed próbą 
wdarcia się czeczeńskich rebeliantów. Co więcej, wyraźnie mówiono, że celem może być któraś ze szkół. Mil icja 
w Czeczenii przypadkowo poznała plan akcji w Biesłanie trzy godziny przed wejściem do szkoły napastników. Ale 
nikt nie zadzwonił ostrzec Osetyjczyków.  Terroryści przekupili w Osetii milicję drogową, a jeden z jej oficerów 
wręcz eskortował napastników aż pod drzwi szkoły. Trzej milicjanci z Biesłanu zostali potem uznani przez sąd za 
winnych dopuszczenia terrorystów do szkoły, ale niemal natychmiast po wyroku objęto ich amnestią. 
 
Putin osobiście wydał rozkaz ataku 
 
„Organy bezpieczeństwa, FSB nie potrafiły zapobiec aktowi terroru. A potem kłamały, zaniżając liczbę 
zakładników i terrorystów”- mówiła w rocznicę dramatu Anneta Gadiewa z Komitetu Matki Biesłanu (sama była 
zakładnikiem, straciła córkę). Władze przez  długie godziny przekonywały, że w budynku j est ok. 350 zakładników 
– trzykrotnie  mniej niż naprawdę. Jak stwierdzili później w specjalnym raporcie deputowani osetyjskiego 
parlamentu, odbiło się to na jakości operacji odbijania zakładników, bo ściągnięto zbyt małe siły. Prokuratura 
przekonywała, że oprócz Kułajewa, wszyscy pozostali napastnicy zostali zabici i że było ich w sumie 32. Z zeznań 
świadków wynika, że było ich nawet ok. 50. Część z  nich uciekła, także w ręce Rosjan miało faktycznie wpaść co 
najmniej trzech terrorystów, a nie jeden. Nigdy też nie ustalono ostatecznej pełnej listy osób przebywających w 
szkole, a potem ofiar i zaginionych. O tym, jak władze zabezpieczały  teren, świadczy fakt, że pół roku później 
około kilometra od Biesłanu mieszkańcy znaleźli na wysypisku śmieci ubrania i szczątki kilkorga dzieci uznanych 
za zaginione. 
 
Pod koniec 2006 r. komisja śledcza Dumy „wysmażyła” raport, w którym stwierdza, że zakładnicy zginęli, kiedy 
terroryści zdetonowali ładunku wybuchowe. Nie wszyscy członkowie komisji się pod tym podpisali. Latem tego 
roku Jurij Sawieljew, jedyny w komisji ekspert od eksplozji i ładunków wybuchowych, wydał swój własny raport. 
Ustalił, że pierwsze dwie eksplozje, które dały sygnał do szturmu, były  wynikiem wystrzałów z granatnika i z 
miotacza ognia z okien budynku n

aprzeciwko szkoły. Inny członek komisji, komunista Iwanow, ogłosił w lutym 

2007 r., że to Putin osobiście wydał rozkaz ataku. Wielu zakładników zginęło od ostrzału czołgów. Przybyłe  trzy 
T-

72 strzelały eksplodującymi pociskami przeciwpiechotnymi – na dodatek armia oddała je pod rozkazy  FSB. 

Komandosi strzelali z granatników do szkoły, gdy byli w niej jeszcze zakładnicy. Sala gimnastyczna, gdzie było 
ponad 1000 zakładników, stała się celem ponad 10 miotaczy ognia typu „Szmel”. To tzw. broń termobaryczna. 
Wys

trzeliwuje pociski eksplodujące z ogromną siłą w powietrzu w formie kuli ognia. Nietrudno wyobrazić sobie 

efekt ich działania w zatłoczonej sali gimnastycznej. 
 
Pomoc z Zachodu 
 
Śledztwo prowadzono pod z  góry określone tezy. Chciano z dramatu biesłańskiego  uczynić kolejny wielki zamach 
powiązanych z Al-Kaidą islamistów. Rozpowszechniano informacje, że wśród napastników byli Arabowie, a nawet 
Murzyn.  Oficjalny raport komisji śledczej Dumy został zatwierdzony  24 grudnia 2006 r. Wynika z niego, że  to 
terroryści jako pierwsi zdetonowali bomby, że czołgi zaczęły  strzelać dopiero po opuszczeniu budynku przez 
zakładników, że to nie miotacze ognia wywołały pożar i zawalenie się dachu sali (wtedy zginęło najwięcej 
zakładników). Większość winy zrzucono na władze lokalne. 
 

background image

Krewni ofiar stworzyli Komitet Matek Biesłanu, a potem bardziej radykalny Głos Biesłanu. Z łatwością wskazują 
na sprzeczności w relacjach urzędników, wojskowych i oficerów służb, na zwyczajne  kłamstwa. Żeby dojść 
prawdy w Rosji, nie można liczyć  na władze. Władze mogą tylko przeszkodzić. Pozostaje szukanie pomocy za 
granicą. Tak zrobił Głos Biesłanu, kierując 31 listopada 2005 r. apele do prezydenta USA, Kongresu 
amerykańskiego i do UE. Członkowie komitetu ostro skrytykowali stan rosyjskiego państwa i zwrócili się do 
rządów Zachodu o przekazanie wszelkiej informacji, którą mogą posiadać na temat wydarzeń w Biesłanie. Na 
przykład do Busha zwrócili się o odtajnienie zdjęć satelitarnych szkoły w dniach 1 -3 września 2004 r. Podobnie 
postąpili krewni 50 osób zabitych w czasie walk sił federalnych z rebeliantami w Nalczyku (13 października 2005). 
Zaapelowali do społeczności międzynarodowej o „międzynarodowe śledztwo ws. wydarzeń w Kabardyno -Bałkarii 
i masowych represji władz wobec młodych muzułmanów”. 
 
Prokura

tura zawiesza śledztwo 

 
Sprawa postawy władzy w Biesłanie trafiła w końcu przed Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. 
Podobnie jak sprawa Dubrowki. W obu sytuacjach władza zachowywała się bardzo podobnie. Zresztą i tu, i tam 
akcją dowodził ten sam generał FSB. 
 
23 października 2002 r. grupa bojowników czeczeńskich wzięła 923 zakładników podczas wystawiania musicalu 
„Nord-Ost” w moskiewskim teatrze na Dubrowce. Domagali się wycofania wojsk rosyjskich z Czeczenii. Kryzys 
trwał trzy  dni i zakończył  się gazowym atakiem Rosjan. 39 napastników zostało oficjalnie uznanych za zabitych. 
Zginęło też co najmniej 129 zakładników. Władze nigdy nie ujawniły, jakiego gazu użyły.  Do tej pory nie wiadomo, 
kto wydał rozkaz  jego użycia.  W siódmą rocznicę dramatu stojąca na czele grupy krewnych ofiar Tatiana 
Karpowa mówiła, że jest przekonana, że nigdy nie poznają odpowiedzi. „Jesteśmy pewni, że zarówno Nord -Ost 
jak i Biesłan były politycznymi grami naszych przywódców, i nikt nie zamierza podać nam nazwisk 
odpowiedzia

lnych osób. Ale wiemy, kim oni są, i mówiliśmy to już wcześniej – to był przywódca naszego państwa 

w tamtym czasie, pan Putin, który dał rozkaz użycia  gazu bojowego”. Putin nadał w związku z  Dubrowką pięć 
tytułów „Bohatera Rosji” (najwyższe wojskowe odznaczenie) – jeden z nich przypadł chemikowi, wynalazcy gazu, 
którym uśmiercono kilkuset jego rodaków (wielu z nich mogli uratować lekarze w szpitalach, ale nie powiedziano 
im, co to za gaz). 
 
W czerwcu 2007 r. prokuratura zawiesiła śledztwo w sprawie wzięcia zakładników w teatrze Dubrowka. Powód - 
„niemożność ustalenia miejsca pobytu oskarżonych”- mówił prawnik reprezentujący rodziny zakładników. Z 
uzasadnienia prokuratury wynikało, że w akcji wzięło udział 52 terrorystów. Wiadomo, że 39 zginęło w czasie 
sztur

mu specnazu. Pozostało 13 osób – śmierć jednej potwierdzono, natomiast miejsce pobytu pozostałych nie 

ustalono. Jak ustalili krewni ofiar, śledztwem przez większość pierwszych czterech lat po dramacie zajmował 
się... jeden prokurator federalny. 
 
Zmasakrowali swoich obywateli 
 
Pytanie, na ile rosyjskie służby nie potrafiły zapobiec wzięciu Dubrowki, a na ile same to sprowokowały. To było 
najprawdopodobniej wspólne przedsięwzięcie rosyjskich służb i czeczeńskich radykałów Szamila Basajewa czy 
Mowładiego Udugowa. Ale jeśli to „siłowicy” stali za całą akcją, to powinni wiedzieć, że niemal wszystkie rzekome 
bomby podłożone w teatrze przez  napastników były nieuzbrojone. Nie było więc potrzeby używania gazu 
bojowego. Stało się inaczej. Rosyjskie państwo dokonało masakry swoich obywateli. Po to, by osiągnąć 
polityczne cele: storpedowano negocjacje z Maschadowem i umiarkowanymi politykami czeczeńskimi, ustawiono 
Rosję w roli ofiary islamskiego terroryzmu (rok po zamachach w USA),  usprawiedliwiono ludobójczą politykę w  
okupowanej Czeczenii. Putin rozprawił się też z  resztkami niezależnych mediów – sposób relacjonowania 
dramatu na Dubrowce pozwolił Kremlowi określić, kto jeszcze z  dziennikarzy czy  właścicieli mediów nie 
dostosował się do nowego systemu „putinowskiego”. 
 
Miesiąc po Dubrowce w ręce wymiaru sprawiedliwości wpadł niejaki Arman Menkiejew, emerytowany oficer 
specnazu GRU, ekspert od ładunków wybuchowych. Okazało się, że przygotowywał ładunki wybuchowe i 
domowej roboty granaty dla grupy, która zajęła teatr. To tylko jeden z faktów, na których opierali swą teorię 
eksperci i dziennikarze uważający, że Dubrowka była częścią morderczej rywalizacji między cywilnymi i 
wojskowymi służbami Rosji. Krwawy bilans akcji obciążał konto FSB, a organizatorem akcji Czeczeńców było 
GRU (motyw rywalizacji FSB z GRU pojawia się też w kontekście tragedii smoleńskiej). 
 
Nieważne życie 

background image

 
Rosyjskie państwo nie negocjuje z terrorystami – przy  każdej okazji z dumą podkreśla Putin. Rosyjskie państwo 
ich zabija, przy  okazji zabijając niewinnych ludzi. Na Dubrowce zakładników zginęło trzy  razy  więcej niż 
terrorystów. W Biesłanie na jednego martwego terrorystę przypadło już sześcioro zakładników. Co ważne, w obu 
przypadkach niemal wszyscy zakładnicy ginęli z rąk tych,  którzy  mieli im przynieść wolność. Państwo rosyjskie 
stając w obliczy dylematu: co jest ważniejsze, ratować zakładników czy  zniszczyć  terrorystów – zawsze wybiera 
to drugie. Liczy  się tylko polityczny  interes. Po Biesłanie, gdzie zrobiono wszystko, byle nie dopuścić do 
negocjacji M

aschadowa, ton komentarzy wielu publicystów był wręcz triumfalny. Jak ironizował krytyczny  wobec 

Kremla Andriej Piątkowski: „w sposób cudowny państwowość rosyjska zdołała uniknąć katastrofy. Maschadowowi 
nie pozwolono uratować dzieci i przez  to unicestwić państwo. Twierdza Trzeciego Rzymu przetrwała sztorm”. 
Podobnie myśli większość zwykłych Rosjan. I szybko zapominają o marynarzach z „Kurska” czy  ludziach z 
Dubrowki. Taka już rosyjska specyfika. Co innego kaukascy Osetyjczycy  – zawsze będą stawiać pytania o 
Biesłan. Tym bardziej powinni to robić Polacy w sprawie Smoleńska – choć i w naszym kraju nie brakuje ludzi o 
mentalności rosyjskiej. 

 

    

Autorzy: 

Antoni Rybczyński 

 

 

 

 

A  TO POLSKA  WŁAŚNIE 

Temu lat pięćset nie jakiś wielmoża, nie magnat i nie biskup,  ale profesor uniwersytetu krakowskiego 
rzekł śmiało do króla Kazimierza Jagiellończyka:  „Jasną albowiem jest rzeczą, że natura wszystkich ludzi 
zrodziła równymi”. Mniemam, że niewiele chyba narodów może pochlubić  się takimi słowy. To dokument 
wspaniały. Gdy  czytamy mowę owego profesora, Jana z Ludziska, mocniej nam bije serce.
 

Panna Młoda napotkała we śnie diabła, który ją zaprosił do karety, do złotej, ogromnej karety, i wiózł ją przez 
lasy, przez  jakieś murowane miasta, ona zaś przez sen zapytała: „Gdzie mnie biesy wieziecie?”. Diabły 
odpowiedziały, że do Polski. Panna Młoda nie mogła zrozumieć celu tej podróży i nie wiedziała, gdzie ta Polska. 
Dopiero Poeta pouczył ją, że można po całym świecie szukać Polski i nigdzie jej nie znaleźć, chyba że się 
przyłoży  rękę pod pierś i posłyszy pukanie serca. „A to Polska właśnie”. 

 
Polska jak łyk tęgiego wina 
 
Je

dna z najpiękniejszych scen „Wesela”. Żyjemy bardziej we śnie, niż na jawie, i często, częste prześladuje nas 

ten sam sen. Jedziemy do Polski. Wiozą nas diabli. Nie w złotej, ogromnej karecie, raczej płyniemy na jakimś 
statku, na takim statku, z którego pokładu, już niedaleko brzegów, pasażerowie skaczą w morze. Za czasów 
najazdu niemieckiego szliśmy we śnie do Polski zazwyczaj  przez góry, przez  jakieś przełęcze beskidzkie, po 
głębokim śniegu, w który zapadały się nogi. Czasem topniał śnieg, i szliśmy przez hale zielone. Teraz - i to 
najczęściej - podróżujemy do Polski we śnie na okręcie. Jadą z nami Bałtowie, ci, których Szwecja wydała 
Sowietom. Oni wyskakują za burtę i toną, my dobijamy do brzegu i, zdumieni, pytamy: „A kaz tyz  ta Polska, a kaz 

background image

ta?”. Już niby jesteśmy na miejscu, lecz odzywamy się do diabłów: „A gdzież mnie biesy wieziecie ?”. Oni mówią, 
że do Polski. [...] 
 
Obdarto ją ze wszystkiego, okradziono, obrabowano ją tak, że są chwile, gdy Polska, gdy polskość, więc 
przynależność do Polski, wydaje się nam być tylko pewnym wzruszeniem, pewnym napięciem woli i uczucia, 
niczym więcej. Polskość zdaje się wyrażać tylko w biciu serca. Wystarczy  byle jaka podnieta, wystarczy jeden takt 
poloneza Chopina, jeden wiersz Mickiewicza, wystarczy  jeden błysk biał oczerwonego sztandaru, i ogarnia nas to 
wielkie wzruszenie, któremu na imię polskość. Serce bije, wali, rozsadza ściany klatki piersiowej, sięga pod 
gardło. Samo słowo „Polska” jest jak łyk tęgiego wina, które wzmacnia i równocześnie zamracza, powiedzmy - 
upija. Lecz zarazem jest to jakby lucidum intervallum, które pozwala nam widzieć Polskę z ogromnej 
perspektywy, na dystans wielu tysięcy mil i tysiąca lat. 
 
Najszlachetniejszy polski szowinizm 
 
Polska w tym widzeniu na dystans, Polska w tym śnie, jest spreparowana jakby anatomicznie, odarta z ciała, z 
mięśni, z nerwów, z tkanki wszelakiej. Jest już tylko znakiem, hasłem czy zaklęciem, jest przede wszystkim 
stanem uczuciowym, jest bezin¬teresowną, a straszliwie bolesną igraszką naszej myśli. [...] 
 
Bies, sza

tan, wiedzie nas i naszą myśl do Polski. A może nie szatan, nie bies? Może jakaś dobra siła? W miarę, 

jak wzrasta ilość uderzeń pulsu - a to Polska właśnie! - stan wzruszenia, początkowo jednolity, jednostronny, 
wzbogaca się o nowe akcenty, nabiera siły, barw, tonów, idzie crescendo, zmierzając do jakiejś niezmiernej pełni, 
która wyraża się - to paradoks niezwykły - w świadomości... dumy. Mówimy sobie: „Oto jesteśmy Polakami. 
Należymy do pewnej sumy wartości doczesnych i nieśmiertelnych, które, wzięte razem , zwą się Polską. My 
należymy do niej, i ona należy  do nas”. 
W tej myśli jest szczęście i jest duma. Gdybyśmy narodzić się mieli na nowo i gdyby zostawiono nam wolność 
wyboru, powiedzielibyśmy bez chwili wahania, że chcemy jeszcze raz być Polakami. Że chce my mówić po 
polsku. Że chcemy mieszkać tylko w Polsce, nigdzie indziej na świecie. Akcja wywołuje reakcję. Upokarzanie 
Polski przez Niemców czy przez  Rosjan, czy przez  sprzymierzeńców, ma skutek przeciwny zamierzeniu, 
wywołuje w nas bowiem wzrost dumy. Próba zabicia narodu przyniosła rozwój najszlachetniejszego szowi¬nizmu. 
Tak zawsze było i tak będzie. Krzyk,  zdławiony, niedokończony, przecież trwa. Gdy w r. 1847 wieszano 
Kapuścińskiego, zawołał: „Bracia, nie dajcie się zastraszyć śmiercią mo...”. Ta zgłos ka niedopowiedziana brzmi 
jak dzwon, nie da się jej niczym uciszyć. 
 
Duma wspólna jest księciu Sanguszce i robotnikowi Okrzei. Pierwszy na pytanie, dlaczego wstąpił do szeregów 
powstańczych, odpowiada, że uczynił to »z przekonania«, drugi, wyprzedzając bie g wypadków, mówi: »Więc 
dzień wyroku śmierci był jednocześnie najpiękniejszym dniem mojego życia«. [...] 
 
Wykolejenie z drogi obranej przed dziesięcioma wiekami 
 
Być może polskość jest czymś całkowicie irracjonalnym, niezależnym od naszej woli, ale jest za razem czymś tak 
naturalnym jak krążenie krwi, jak uderzenia pulsu. Nie potrafimy zatrzymać  tych  uderzeń. Według trzeźwej 
rachuby, polskość to przede wszystkim zespół obowiązków, które przewyższają znacznie zespół przywilejów czy 
korzyści. Dzisiaj korzyści są abstrakcyjne, może nawet urojone. 
Korzyści? Mówimy, że Polska jest sumą dóbr doczesnych i wiecznych. Jakież są owe „doczesne” dobra? 
Położyliśmy na nich krzyżyk,  i nie ma chyba pośród nas takiego głupca, który by wyobrażał sobie, że wróci do 
tego, co op

uścił, że ma jakieś prawa nabyte, jakiś majątek, jakieś przywileje, jakieś stanowisko. Przecież to 

wszystko przestało istnieć. Ale to wszystko nie było Polską. Nie wyrażało jej w najmniejszym nawet stopniu. To 
wszystko można mieć gdzie indziej, w jakimkolwiek kraju, pod dowolną szerokością czy długością geograficzną. 
Polskę można mieć tylko w Polsce. 
Gdy dziś trwają namowy do powrotu, wzruszamy ramionami i mówimy, że sami wiemy, gdzie nam może być 
dobrze. Co więcej, każdy  z nas ma pełną świadomość, że będąc poza Polską, nie jesteśmy nigdzie. Że 
zawiśliśmy w próżni, w idealnej próżni, z  której wypompowano powietrze. Że jesteśmy w kłamstwie, w 
zaprzeczeniu życia.  Dzień każdy  poza Polską nie jest dniem prawdziwym, jest tylko czymś zastępczym. [...] 
Dlaczego nie wracamy? Nasza odmowa demaskuje nicość wszelakich uchwał, które mają stanowić zrąb rzekomo 
noweg

o ładu. Nie wracamy do Polski, gdyż  nie jest ona ani wolna, ani cała, ani niepodległa. Nie wracamy, choć 

serce nam bije na myśl, że stoimy tak niedaleko od domu. Że jedno „tak” może przyśpieszyć powrót. Nie możemy 
powiedzieć tego „tak”. Odmowa jest aktem woli, aktem pozytywnym.  Odmowa jest aktem miłości, obroną Polski 
prawdziwej przed wykolejeniem z drogi, obranej przed dziesięciu wiekami. W r. 1963 Polska będzie obchodziła 

background image

tysięczną rocznicę pierwszej konkretnej daty w jej historii. W r. 1966 przypadnie tysiączna rocznica związków 
naszych z  Zachodem. Pierwsze słowo napisane zostało po polsku, alfabetem łacińskim w r. 990, pierwsze zdanie 
w r. 1270. 
 
Krok dzielił Rosję od tego, by  weszła w obręb promieniowania wolności polskiej 
 
Temu lat pięćset nie jakiś wielmoża, nie magnat i nie biskup ale profesor uniwersytetu krakowskiego rzekł śmiało 
do króla Kazimierza Jagiellończyka: „Jasną albowiem jest rzeczą, że natura wszystkich ludzi zrodziła równymi”. 
Mniemam, że niewiele chyba narodów może pochlubić się takimi słowy. To dokument wspaniały. Gdy czytamy 
mowę owego profesora,. Jana z Ludziska, mocniej nam bije serce. Stan wzruszenia wzbogaca się o nowy akcent: 
poczucie odrębności naszej nie słabnie, chociaż czujemy się częścią ludzkości całej w jej najpiękniejszym 
wyrazie. [...] 
 
Jest to świadomość historyczna, jest to pamięć obejmująca wieki rozwoju, który obrał sobie jedną drogę, tę 
mianowicie, z jakiej usiłuje nas zepchnąć chwila bieżąca. Któż bowiem mógłby współcześnie rzec do władcy: 
„Królu! Spomiędzy tylu książąt, godnych korony, obrali sobie Polacy ciebie, tusząc, że dokonasz wielu reform... 
jasną albowiem jest rzeczą, że natura wszystkich ludzi zrodziła równymi”. Pięć wieków mają za sobą te słowa! 
 
Pisze historyk, Stanisław Kutrzeba : „Tym bardziej zaś ten rodzaj łączenia terytoriów w jedną spoistą całość może 
być Polski dumą, iż nie miała ona pod tym względem żadnych przykładów, żadnych wzorów, prócz może dalekich 
strukturą kościelnych inkorporacji i Unii. Trzeba było tworzyć  formy nowe dla nowych myśli, które się w Polsce 
rodziły, by je ubrać w kształty  dokumentów unii, inkorporacji czy nadań prawa polskiego. I rychło dała temu 
Polska rady, stworzyła już w pierwszej połowie XV w. schemat, który zastosowywała następnie stale, oczywiście 
dostosowując go do specjalnych warunków, rozszerzając treść, doskonaląc prawnicze określenia tak jak je już w 
całej ich pełni czytać  możemy w wielkich aktach unii lubelskiej r. 1569”. 
 
Przecież Polska była pierwszym związkiem republik, ale związkiem dobrowolnym. To, co było włas nością Polski i 
jej myślą państwową, dawała innym, „dawała ideę wolności warstw wyższych społeczeństwa, ideę udziału 
społeczeństwa w rządach państwa w formie uczestnictwa ludności w sejmach, sejmikach, w wprowadzeniu 
zasady, iż urzędy mają być choć nie wszystkie - nadawane miejscowym wybitnym czynnikom, nawet w formie 
wyborów”. 
 
Krok jeden dzielił Rosję od tego, by weszła w obręb promieniowania wolności polskiej z początkiem XVII  w. Z 
owych czasów datują się pierwsze przywileje, ograniczające władzę cara. Statut litewski z r. 1588 diacy 
moskiewscy przepisywali kawałkami, a z dwudziestu pięciu rozdziałów pierwszego kodeksu prawa 
moskiewskiego dziesięć wzorowanych jest całkowicie na kodeksie litewskim. Jeszcze po pierwszym rozbiorze 
wolność polska, polska idea demokratyczna promieniuje na Rosję. Jeszcze w czasie Aleksandra I, jeszcze na 
przekór reakcji mikołajewskiej grają w Rosji echa polskie. 
Myślimy o tym. Diabły w złocistej karecie, diabły na pokładzie okrętu wiozą nas do Polski, której nie poznając, 
pytamy

: „A  kaz tyz  ta Polska, a kaz ta?”. Ręka sama kładzie się na sercu. 

 

    

Autorzy:  Zygmunt Nowakowski 

 

 

background image

NOC WIELKA 

Tak się już dziś nie pisze – zareagować mogą na artykuły Zygmunta  Nowakowskiego niektórzy czytelnicy. 

To prawda 

– niezwykle rzadkie jest we współczesnej polskiej publicystyce  łączenie wiedzy, erudycji z 

emocją, pasją, uczuciowością. Tak pisał Nowakowski tuż po wojnie o ojczyźnie  okupowanej przez 
sowieckich barbarzyńców. Jan Lechoń oceniał, że kilkanaście wielkich artykułów Zygmunta 
Nowakowskiego z tego czasu pozostanie na zawsze ozdobą polskiej publicystyki  i powinno  wejść do jej 
historycznego  kanonu, obok 

tekstów Maurycego Mochnackiego. 

Nowakowskiego wzywam dziś trochę na ratunek w kraju, który wybrał na prezydenta przedstawiciela partii 
odpowiedzialnej za brak śledztwa w sprawie śmierci Pary Prezydenckiej. W Polsce, w której mediach entuzjazm 

budzi wyszydz

anie Krzyża,  plucie w twarz modlącym się i rozdeptywanie zdjęć ofiar smoleńskiej tragedii. Pisał 

tamte dramatyczne teksty człowiek zupełnie nie kojarzony z powagą. Pewnie były one zaskoczeniem dla wielu, 
którzy  znali go jako jednego z najdowcipniejszych felietonistów II RP, aktora, dyrektora Teatru Słowackiego, 
pisarza, zawziętego kibola Cracovii czy  prezesa Związku Opieki nad Zwierzętami. Nawiasem mówiąc, żyjemy w 
Polsce, w której nie ma już tak wszechstronnych postaci. 

Poniżej dwa artykuły:  „Noc wielka” oraz „A  to Polska właśnie”. Pierwszy ukazał się na Wielkanoc 1946 r. w 
londyńskich „Wiadomościach”. Pokazuje korzenie barbarzyństwa, które rozgrywa się na naszych oczach, a 
którego źródłem jest odrzucenie prawdy i kult medialnego kłamstwa. Drugi tekst ukaza ł się w tym samym piśmie 
nieco wcześniej - 7 kwietnia tego samego roku. Był odpowiedzią na agitację władz PRL, by emigranci wracali do 
kraju. Przypominam go po to, by jak najmocniej wkurzyć wszystkich kpiących dziś z polskiego patriotyzmu. 

Piotr Lisiewicz 

 
Prawda budzi  grozę. To,  co się dzieje obecnie w świecie, jest ucieczką od prawdy. Myślimy o 
zmartwychwstaniu Chrystusa, a tymczasem rzeczywistość pokazuje nam fakty straszliwe, które mówią, 
że zmartwychwstają w człowieku uczucia, kompleksy uczuć już zamarłe, już nawet nie w jakimś stanie 
szczątkowym żyjące, ale ukryte głęboko  w podświadomości, zaprawdę nie ludzkiej,  ale zwierzęcej. Są to 
grube pokłady strachu, rezerwaty jakichś pierwotnych wcieleń, jakiegoś bytowania na poziomie niższym 
niż jaskiniowy. Jest to schodzenie w głąb zła. 
 
 
Rozwój wypadków budzi w naszych duszach myśli czarne i bezbożne. Jesteśmy skłonni do bluźnierstwa. Zawód i 
zwątpienie wywołują w nas obawę, że na przekór naszej tęsknocie i wierze tego roku nie Chrystus 
zmartwychwstanie, ale k

to inny. Że zmartwychwstaną dwaj łotrzy.  Że oni pójdą w nowe życie,  a Chrystus 

pozostanie na szczycie  Golgoty, opuszczony przez wszystkich, samotny, ukrzyżowany,  przebity.  Jest to wielka 
noc tryumfu faryzeuszów, tryumfu sędziów, którzy  Chrystusa na śmierć skazali. Noc ogromna. Bez jednej 
gwiazdy. 
 
My, wrogowie wiosny 
 
W polskiej liryce wojennej znajdziemy kilka ładnych wierszy poświęconych Bożemu Narodzeniu, w których 
powtarza się motyw, że „tego roku” światełko nie zabłyśnie nad ubogą stajenką, nad żłóbkie m polskiego Betlejem. 
Niektórzy poeci wręcz ostrzegają Matkę Boską przed niebezpieczeństwem podróży do Polski, mówią, że dach 
stajenki zwaliła bomba, że słomę ze żłóbka ukradli jedni lub drudzy złodzieje, że tylko wiatr będzie swym płaczem 
Dzieciątko utulał. Jednakże ten motyw żałosny nie przeważa, ponieważ silniejszy okazuje się wątek inny, 
głoszący słowami Karpińskiego, że „Bóg się rodzi, moc truchleje”. 
 
W wojennej liryce czy  publicystyce „wielkanocnej”, w wierszach i artykułach pisanych niejako przymuso wo, w 
każdym razie obowiązkowo na Wielkanoc, raczej przeważał optymizm, akord tryumfalny z finału „Akropolis”. We 
wszystkich wierszach czy  artykułach brzmiały dzwony przeróżnych  kościołów i miast, z „Zygmuntem” wawelskim 
na czele. Sądzę, że wiersze te i artykuły  odznaczały  się przeważnie szczerością. Piszący wierzył w to, co pisał. 
Jego wiarę i nadzieję uskrzydlił coroczny,  regularny, przewidziany w kalendarzu, a przecież zawsze olśniewająco 
nowy cud wiosny. Poeta czy  publicysta ulegał czarowi tego zjawiska i utożsamiał Chrystusa z wiosną, wierząc, że 

background image

„tego roku” będzie to wiosna narodów, wolności, ludzkości, prawdy itd. Łudząc siebie, starał się łudzić także 
czytelnika. Ale pisał szczerze. A może tylko wydawało mu się, że pisze szczerze. 
 
Wiosna obecna, wio

sna „tego roku” jest normalnie piękna, świeża, młodzieńcza, zielona barwą nadziei. Ale 

równocześnie ta siódma wiosna jest dla nas tragicznie obca, nie nasza, cudza. Pękają pąki na drzewach, kwitną 
kwiaty wedle ustalonego porządku jedne ustępując miejsca drugim, jeszcze piękniejszym, jeszcze bogatszym. 
Patrzymy  na to okiem obojętnym albo wrogim nawet. Nie nasza wiosna. Jest ona anachronizmem. Jest 
zaprzeczeniem sensu. Jest kłamstwem. Już teraz więdnie. Przechodzi nas dreszcz jesieni. [...] 
 
Wszystko płynie  w kłamstwie 
 
Myśl nasza, z pozoru tylko bluźniercza, biegnie na wzgórze Golgoty. Ze szczytu  ogarniamy szeroki obraz. 
Szukamy przede wszystkim Polski, jednak oprócz niej widzimy także inne kraje, widzimy inne narody, oddane w 
niewolę, widzimy ludzkość, która chyba nigdy w dziejach nie była tak sponiewierana, tak zdeptana i zhańbiona. 
To, co zwykliśmy określać mianem barbarzyństwa i ciemnoty, więc np. średnie wieki, wydaje się nam być jakąś 
oazą kwitnącą, wiekiem złotym. [...]  Obecnie? „Panta rei”. Ale u Heraklita płynność ta była pewnikiem, 
fundamentem filozofii, według której świat powstał dzięki ogniowi. Dziś nie ma pew¬nika żadnego, wszystko zaś 
jest w stanie płynnym, wszystko - dosłownie - płynie, i raczej tonie w krwi, w pocie, we łzach, w brudzie, głównie w 
kłamstwie. 
 
Każdy  dzień, każda godzina, to policzek wymierzony ludzkości. Patrzymy  na fotografię przedstawiającą gen. 
Michajlovića w kajdanach. Po raz pierwszy w ciągu tej wojny wydaje nam się, że przecież rekord nikczemności, 
popełnianej na narodzie polskim, został pobity. Uczucie zdumienia po prosu nie ma granic! Wojna zdołała, na 
miesiąc przed konferencją pokojową - wstrzymacie śmiech, przyjaciele? - osiągnąć prawdziwy zenit podłości. 
Człowiek, który walczył o wolność swojego kraju przeciwko zbrodniarzom niemieckim, dzisiaj stoi przed zarzutem, 
że z Niemcami współdziałał. To policzek wymierzony ludzkości, to tryumf łotra, tego z lewej strony, tego, który 
bluźnił. 
 
Znaleźli się towarzysze broni, zamorscy lotnicy, którzy  chcą złożyć  świadectwo prawdzie, ale ich ewentualne 
zeznania (nigdy do nich nie dojdzie!) osłabia już teraz kontrpara w postaci insynuacji, jakoby gen. Michajlović 
tylko przez  pewien czas walczył przeciwko Niemcom, w dalszej natomiast fazie wojny stanął po ich stronie. 
Nieprawda. Taka sa

ma nieprawda, taki sam fałsz jak wysuwany przez  Sowiety zarzut,  że powstanie warszawskie 

było aktem... przyjaznym  wobec Niemców. Czy  świat się może odrodzić na gruncie kłamstwa? 
 
Patrząc z krzyża na tryumf kłamstwa 
 
Chrystus jest Bogiem i jest Człowiekiem. To najpiękniejsze wcielenie bóstwa i ludzkości, to cudowne niepojęcie 
tajemnicze zespolenie dwóch elementów, boskiego i ludzkiego, nadprzyrodzonego i ziemskiego. Im większymi 
jesteśmy nędzarzami, im bardziej druzgocze nas stopa wojny, tym bardziej wierzym y  w Chrystusa ale tym 
bardziej widzimy, że „tego roku” Chrystusa nie zdjęła Matka z Krzyża,  że nie złożono go w grobowcu, że wisi na 
krzyżu,  samotny, umęczony, i słyszymy, że płacze. Po jego twarzy  spływają krwawe łzy. [...] 
 
Fala ciemności bije od tej wielkiej nocy, jaka osłania np. proces norymberski, gdzie Rosjanie, którzy wespół z 
Niemcami dokonali rozbioru Polski, są oskarżycielami... w sprawie rozbioru Polski. Jest to obraza prawa, jest to 
nowy policzek, zadany ludzkości, jest to rezurekcja fałszu tym  gorszego, że widzą go wszyscy i wszyscy udają, 
jakoby go nie dostrzegali. Wielka noc kłamstwa. [...] 
 
Prawda budzi grozę. To, co się dzieje obecnie w świecie, jest ucieczką od prawdy. Myślimy o zmartwychwstaniu 
Chrystusa, a tymczasem rzeczywistość pokazuje nam fakty straszliwe, które mówią, że zmartwychwstają w 
człowieku uczucia, kompleksy uczuć już zamarłe, już nawet nie w jakimś stanie szczątkowym żyjące, ale ukryte 
głęboko w podświadomości, zaprawdę nie ludzkiej, ale zwierzęcej. Są to grube pokłady stra chu, rezerwaty jakichś 
pierwotnych wcieleń, jakiegoś bytowania na poziomie niższym niż jaskiniowy. Jest to schodzenie w głąb zła, 
nurzanie się w grzechu. Jak skwalifikować fakt, że naród stojący na tak wysokim poziomie kulturalnym, jak 
Szwedzi, zdecydowali 

się wydać nieszczęsnych Bałtów na pewną śmierć i na męki przedśmiertne?  

 
Katyń  nie był  dziełem troglodytów 
 
Ucieczka od prawdy jest jakimś zrywem pełnym paniki. Wszystko, wszystko lepsze niż prawda! Sprawa Katynia 

background image

nie może dojrzeć w mrokach czasów pogardy. Mówi się o wszystkim tylko nie o Katyniu – o zbrodni, której nie 
popełnili troglodyci, mieszkańcy Hallstattu czy Neandertalu. [...] Wspomniałem o zakuciu w kajdany gen. 
Michajlowića, ale świat zapomniał o uwięzieniu gen. Okulickiego. Pierwszy ukrywał się , drugi zaufał słowu honoru 
wysokich oficerów sowieckich. Któż upomni się o niego? A przecież był on członkiem sił zbrojnych działających 
na podstawie przy¬mierza z Wielką Brytanią. [...] 
 
Bluźniercze i bezbożne myśli nasuwa nam czarna noc, noc wielka, noc bez gwiazd, noc, która nie jest nocą 
zmartwychwstania ludzkości. Przeciwnie, ludzkość idzie w dół, schodzi w głąb, osiągając poziom niższy jeszcze 
niż ten, z którego wyszła przed wielu wiekami w tym celu, by piąć się do góry. Jest to upadek prawdy. Jedno 
słowo mężne, otwarte, wolne od przymusu, od lęku, rozjaśnić może tę tragiczną noc, która jest jakby roztworem 
nasyconym czy  zgoła przesyconym. Ciecz, w której wszystko płynie - ciecz brudna, krwawa, ohydna, zdaje się 
osiągać ten stan, w którym nie będzie zdolna przyjąć  więcej grzechu i kłamstwa Byłoby to przeciwne prawom 
fizyki. 
 
Oburącz wsparty na krzyżu, jak na szabli, mściciel 
 
Zbawić może świat jedynie prawda. Tęskniąc za podeptaną prawdą, podnosimy oczy na szczyt  Golgoty. 
Samotny, opuszczony Chrystus p

łacze krwawymi łzami. Te właśnie łzy, to prawda, prawda najczystsza i 

największa. 
 
Oba krzyże  sąsiednie są puste. Ale tym bardziej wzrok nasz kieruje się ku krzyżowi  środkowemu. I ku niemu 
kieruje się wzrok zwycięzców: 
 
„Czy  widzisz tam wysoko - wysoko?... Jak łup śnieżnej jasności stoi ponad przepaściami oburącz wsparty na 
krzyżu,  jak na szabli, mściciel. - Ze splecionych piorunów korona cierniowa... Od błyskawicy tego wzroku mrze kto 
żyw...  Połóż mi dłonie na oczach - zadław mi pięściami źrenice - oddziel mnie od tego spojrzenia, co mnie 
rozkłada w proch... Widzę wciąż... Daj mi odrobinę ciemności... Ciemności, ciemności... Galilaee vicisti” . 

 

    

Autorzy:  Zygmunt Nowakowski 

 

 

 

 

ZAPOMNIANE  LUDOBÓJSTWO 

„24 listopada 1937 r. zostałem aresztowany przez emilczyński oddział  NKWD.  […] Po przesłuchaniu, 
podczas którego byłem bity lufą karabinową, butelkami, nie licząc uderzeń pięściami i kopniaków, 
zostałem doprowadzony  do tego, że […] »przyznałem się«, że jestem szpiegiem i dywersantem […]. 
Proszę spowodować moje uwolnienie […]. Nie tylko ze mną tak się postępuje, ale z wieloma innymi. 

Jednemu napisali na czole 

słowo „szpieg”, pluli  mu w twarz, bili go,  żeby otrzymać fałszywe zeznania. 

Drugiemu narysowali na brzuchu diabła-faszystę i zaczęli go bić. Innych  biją po prostu, czym popadnie i 
gdzie popadnie.  Wczoraj pewna kobieta próbowała skończyć z sobą. Kilka dni  temu wskutek pobicia 

background image

poroniły  3 kobiety. W spec. korytarzu lub  w celach leżą dziesiątki pobitych  ludzi.  Nie otrzymują 
najmniejszej pomocy lekarskiej. Potwornościom nie ma końca. Pomóżcie mnie i innym”  - Gustaw Dalmer.
 

Autorem tego przejmującego listu do władz Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej (USRS) jest jeden z 
tysięcy ówczesnych polskich „kontrrewolucjonistów”. Skąd nagle w 1937 r. kontrrewolucja na Ukrainie? Skąd aż 
tyle „szpiegów”? 

 
Ideologiczne  aspekty polityki  narodowościowej 
 
Koncepcje 

ideologiczne na kwestię mniejszości narodowych kształtował wśród zwolenników Lenina duch czasów. 

Przebywając kilka lat w polskim zaborze austro-węgierskim, Lenin począł sprzyjać narodowo-kulturalnej opcji 
„austromarksistów”. Opcja zrodziła się jako wynik obserwacji wielonarodowościowej monarchii Franciszka Józefa 
I. Głosiła więc potrzebę autonomii kulturalnej niezależnie od miejsca pobytu i skupienia mniejszości narodowej.  
 
Stalin w swoim dziełku z 1912 r. „Marksizm a kwestia narodowa” odrzucał tę koncepcj ę, argumentując, że jest 
ona „sprzeczna z  całym kursem walki klas” i zaproponował autonomię okręgów, czyli prawo do bytu narodowo -
państwowego jedynie dla już ukształtowanych narodów. Wymieniał Polskę, Litwę, Ukrainę, Kaukaz, etc. 
Jednakże do chwili śmierci Lenina oraz uzyskania pozycji „pana i władcy” w ZSRS w drugiej połowie lat 30. XX 
w., nie ośmielił się wyjść ze swym poglądem poza krąg znaków i liter. 
 
Geneza rejonów 
 
Klęska bolszewików z Rzeczypospolitą w 1920 r. pozostawiła po sobie niezagospodarowany projekt polskiego 
organizmu państwowego pod sowiecką kuratelą. W trakcie działań wojennych, latem 1920 r., w Białymstoku 
Julian Marchlewski, Edward Próchniak, Józef Unszlicht, Feliks Kon i Feliks Dzierżyński ogłosili odezwę w imieniu 
powstałego w Smoleńsku Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polskiego. Zapowiedzieli powstanie Polskiej 
Republiki Rad. Niemal z marszu przystąpili do budowania Polskiej Armii Czerwonej, zakładania wzorowanych na 
sowieckich instytucji administracyjnych oraz nacjonalizacji wszelk

iej własności prywatnej. 

 
Projekt nowej Polski Sowieckiej nie ziścił się. W tej formie odrodził się ćwierć wieku później pod nazwą PKWN i 
PRL. Na razie ekipa Dzierżyńskiego ratowała się ucieczką przed armią Józefa Piłsudskiego. Ale aż do swojej 
śmierci Marchlewski i Dzierżyński pozostali głównymi orędownikami wykorzystania „legendy” Polrewkomu do 
budowy namiastki Polski Sowieckiej na terenach państwa bolszewików. 
 
Już jesienią 1922 r. Kon i Marchlewski na posiedzeniu jednej z komisji trwającego naówczas w Moskwie IV 
kongresu Międzynarodówki zgłosili wniosek o utworzenie w pasie przygranicznym z Rzeczypospolitą polskich 
autonomicznych jednostek terytorialno-

administracyjnych. Na obszarach zamieszkałych przez  skupiska ludności 

przewyższające liczbę 500 Polaków rychło zaczęły  wyrastać Polskie Narodowościowe Rady Wiejskie, tzw. 
sielsowiety. 
 
Zamysł tzw.  polskich komunistów, wspierany przez Biuro Polskie przy KC Rosyjskiej Komunistycznej Partii 
(bolszewików), doczekał się realizacji w 1926 r. Powstawał niejako pod  osłoną dominującej w Związku Sowieckim 
ideologii leninowskiej oraz w atmosferze rozkręcającego się w ZSRS NEP, dlatego też politykę wobec 
mniejszości często nazywa się „NEP-em narodowościowym”. W latach 20. i 30., w czeluściach „ojczyzny 
komunistów”, powstawały autonomiczne jednostki administracyjne: Niemców, Żydów, Bułgarów, Greków, 
Mołdawian, Białorusinów, a nawet Czechów, Szwedów i Rosjan – tam, gdzie stanowili mniejszość. Jeśli w 
zwartym skupisku mieszkało ok. 100 tys.  i więcej reprezentantów danej narodowości, mogła nawet powstać 
republika. W ten sposób doszło do utworzenia Autonomicznej Republiki Niemców Nadwołżańskich. 
 
Marchlewszczyzna 
 
27 marca 1926 r. formalnie powstał pierwszy autonomiczny rejon polski. Wyznaczono  go na obszarze mało 
urodzajnym, 

wśród bagien, piasków i lasów ukraińskiej żytomierszczyzny.  Odznaczał się on za to dużym 

skupiskiem polskiej ludności. Polaków prawie wyłącznie pochodzenia chłopskiego, z polską kulturą związaną 
polską mową oraz w przewadze przynależnością do Kościoła rzym sko-katolickiego. 
 

background image

Centrum administracyjnym obrano około trzytysięczne miasteczko Dołbysz, przemianowane na Marchlewsk. Na 
inauguracji rejonu pojawił się Dzierżyński. Członkostwem honorowy Komitetu Wykonawczego tego tzw.  polrejonu 
wyróżniono Adolfa Warskiego i Stanisława Łańcuckiego, komunistycznych posłów na sejm II RP i przywódców 
sowieckiej ekspozytury w Polsce - KPP. 
 
Początkowo na Marchlewszczyznę  składało się 25 rad wiejskich, obejmujących 96 wsi i miasteczek. Rejon 
komuniści dofinansowali w kierunku rozwoju kulejącej tutaj infrastruktury oraz budowy i modernizacji istniejących 
od dziesiątek lat hut szkła. Sfinansowali także rozwój polskiego szkolnictwa, polskich czytelń, domów kultury, 
prasy, audycji radiowych, przychodni i szpitala, etc. Rozpoczęła s ię repolonizacja ludności w częstych wypadkach 
nie znającej języka polskiego. 
 
Oczywiście priorytety  pozostały te same. Wszystkie wymienione działania służyły wykreowaniu mówiącego po 
polsku obywatela ZSRS, przesiąkniętego wrogością do swojej historycznej Ojczyzny.  „Homo sovieticus” w treści, 
a Polaka z wyglądu. Jednakże nawet w fazie początkowej te ambitne założenia nie przyniosły pożądanych 
owoców. Do bezcennych należą opinie Jerzego Niezbrzyckiego, pracownika Oddziału II Sztabu Generalnego 
Wojska Polskiego, na temat rejonów Podola, na których zakładano powstanie kolejnego rejonu: 
 
„Mazury  [lokalna ludność chłopska – P.Z.] i szlachta zaściankowa ustosunkowują się do bolszewików bardzo 
podobnie, jak ustosunkowywali się do rządu carskiego przed wojną. Największą ich troską jest ocalenie Kościoła. 
Z pojęciem »kościół« łączy się u nich coś więcej, aniżeli my to pojmujemy […] Nacisk władz na Polaków, 
zamieszkałych w pasie pogranicznym, jest specjalnie wytężony. Do wsi polskiej wprowadzany jest bardzo 
umiejętnie coraz liczniejszy element komunistyczny. […] Chłopi starają się zachować pewną odrębność przy 
wyborach do rad wiejskich i bywały wypadki wysuwania nawet specjalnie przygotowanych kandydatów, tzw. 
fałszywych komunistów”. 
 
Brak wyborczego entuzjazmu wynikał ze strachu przed afiszowania się polskością i słusznej nieufności do 
Sowietów. Pamiętano rzezie Armii Czerwonej z okresu konfliktu polsko-bolszewickiego. Ponadto rejon rodził się w 
czasie, gdy za zachodnią granicą władzę po zamachu majowym odzyskał Józef Piłsudski. GPU, do 1934 r. 
działające oddzielnie od NKWD, rejestrowało przekonanie licznych „elementów kontrrewolucyjnych” o 
niechybnym nadejściu Piłsudskiego z Ententą i anektowaniu Ukrainy aż po Dniepr. 
 
„[…] Na komunistów [chłopi] patrzą jak na produkt czysto  rosyjski – żalił się aparatczyk z Żytomierza – mnie 
osobiście udało się to zaobserwować, kiedy występowałem na zebraniu w pewnej polskiej wsi. Jeden z chłopów 
zadał mi pytanie: »Czy  wśród komunistów zdarzają się Polacy?«, i kiedy odpowiedziałem mu twierdząco i 
dodałem, że sam jestem komunistą, on jakoś ze zdziwieniem pokiwał gł ową i dodał: »Ja nie myślałem, że Polak 
może być komunistą«”. 
 
Dzierżyńszczyzna 
 
Na Białorusi w odróżnieniu od Wołynia i okolic Żytomierza mieszkali przede wszystkim potomkowie szlachty 
zaściankowej. Poczucie przynależności do narodu polskiego było zatem d użo większe. Interesujące, że w 
odróżnieniu od Ukrainy tempo i zakres kolektywizacji polskich gospodarstw na Białorusi były iście pionierskie. 
Także w stosunku do całej BSRS, przewyższając wskaźnik republiki o 10 proc. Polacy tutejsi uznali, że 
najskuteczn

iejszą odpowiedzią na terrorowi bolszewicki będzie zakładanie rad i kołchozów z własnej inicjatyw, i 

przejmowanie nad nimi pełnej kontroli. 
 
W 1932 r. w końcu Polacy z BSRS zostali „wynagrodzeni” własnym rejonem narodowym. Rozlokowano go 
pomiędzy Mińskiem i granicą z RP. Włączono doń 17 rad wiejskich: dziewięć polskich, sześć białoruskich i jedną 
żydowsko-polską. Kojdanów, nazwę stolicy rejonu, przemieniono w kwietniu na Dzierżyńsk. Decyzji „ludności 
pracującej nowego rejonu” patronowała na VII Nadzwyczajnym Zjeździe Delegatów Rejonu Kojdanowskiego żona 
nieżyjącego twórcy komunistycznej policji politycznej, Zofia Dzierżyńska. W odróżnieniu od położonej na bagnach 
Marchlewszczyzny,  Kojdanów posiadał dobrą infrastrukturę. Jej podstawą była przebiegająca przez miejscowość 
linia kolejowa. Ludność tutejsza była jednak bardziej rozproszona, co ułatwiało komunistom terror indywidualny, a 
więc i postępy kolektywizacji. 
 
Leningrad 
 
Był jeszcze jeden ośrodek polskości w ZSRS ważny  w kontekście ludobójstwa z lat 1937 -1938 r.: stolica carskiej 

background image

Rosji 

– Leningrad. Największe miejskie skupisko Polaków na Wschodzie. Przed rewolucją wspaniały ośrodek 

polityczno-

kulturalny, znacząco podupadł w wyniku emigracji do niepodległej od 1918 r. Ojczyzny.  Zamknięcie 

przez  bolszewików w 1923 r. i tej możliwości, spowodowało, że duża część Polaków dosłownie utkwiła w ZSRS. 
Ze względu na wrażliwe, strategiczne położenie przy  granicy z Finlandią oraz na kult miejsca –w Leningradzie 
rozpoczęła się droga bolszewików do władzy połączony z wieczną obawą kontrrewolucji, odwrotnie niż w 
„polrejonach” - od zarania likwidowano polską edukację i życie kulturalne. W Leningradzie o żadnych 
eksperymentach nie mogło być mowy. 
 
W 1926 r. w obwodzie leningradzkim wciąż mieszkało prawie 45 tys. Polaków. Życi e stawało się coraz 
trudniejsze. W 1930 r. rozpoczęło się tzw. zagęszczanie mieszkań, polegające na konfiskowaniu powierzchni 
mieszkań wykraczającej poza ustaloną normę. Na zarekwirowanej powierzchni zaczęto osiedlać ludzi z 
marginesu społecznego, komunistycznych urzędników i konfidentów. Kolejny akt represji nastąpił rychło po 
zabójstwie szefa partii w Leningradzie Siergieja Kirowa. 
 
Przyczynek do ludobójstwa 
 
Przymusowa kolektywizacja, która przyniosła efekt w postaci strasznego głodu na Ukrainie w latach  1932-1933 i 
szacunkowo od 3 do 10 mln ofiar śmiertelnych, odzwierciedlała wzmocnioną pozycję Stalina w partii. Pozycję, 
która po wspomnianych eksperymentach doznała jednak pewnego uszczerbku. W 1934 r. Stalin, w chwili swej 
słabości i zaktywizowania się m ilczącej opozycji, nie czekał, aż ważyć  się będą jego losy w kierownictwie. 
Bezzwłocznie zarysował konkretne plany wobec swoich przeciwników politycznych i ich „zaplecza społecznego”. 
 
Sprzyjający  Stalinowi rozwój sytuacji na arenie międzynarodowej został skorelowany z wydarzeniami w kraju. 
Zabójstwo Kirowa w grudniu 1934 r. poprzedziły:  dojście w 1933 r. w Niemczech Hitlera do władzy,  a wraz z nim 
kompromitująca klęska Komunistycznej Partii Niemiec oraz polsko-niemiecki pakt o nieagresji z 1934 r. 
Zorganiz

owana przez Stalina leningradzka prowokacja stanowiła preludium do „wielkiego terroru”. Budowana na 

kanwie procesów politycznych Riutina, Zinowiewa, Kamieniewa, Tuchaczewskiego, Bucharina, Radka psychoza 
strachu przed szykującymi się do wojny z ZSRS polskimi i niemieckimi „faszystami”, przed spiskującymi z nimi 
najwyższymi funkcjonariuszami partyjnymi, przed „polskim wywiadem” i fikcyjną „Polską Organizacją Wojskową” 
na Ukrainie i Białorusi, zdeterminowały losy setek tysięcy Polaków. 
 
Stalinowi udało się wreszcie obalić leninowską koncepcję „nacjonalizacji” i „korienizacji” – powrotu do korzeni. 
Podłoże dla swojego planu narodowościowego przygotował dosłownie za jednym zamachem i po trupach 
partyjnych oponentów. Lont zapalił na polskiej Ukrainie… 
 
…w 1933 roku 
 
W 1932 r. Stanisław Kosior, sekretarz generalny KC Komunistycznej Partii Ukrainy – [KP(b)U] raportował w 
Moskwie o wykonaniu w USRS planu kolektywizacji. 
Na Marchlewszczyźnie jednak proces ten na dobrą sprawę jeszcze się nie zaczął. Średnią 72 proc. dl a całej 
Ukrainy zaniżała Marchlewszczyzna,  wykazująca jedynie 17-proc. wynik. Opór wobec kolektywizacji w warunkach 
głodu stopniowo wygasał, a zdesperowani Polacy poszukiwali ratunku w polskim konsulacie w Kijowie i ucieczce 
do Polski. W pobliże granicy sowieckiej nad rzeką Zbrucz sunęły tłumy zdesperowanej ludności. Zrozpaczeni 
zbierali się w formie procesji, wznosili kościelne chorągwie i obrazy i ruszali w stronę granicy. Nagminne stawały 
się nielegalne ucieczki do Polski. Mnożyły  się dewastacje, grabienie kołchozów oraz podpalenia domów 
należących do aktywistów. 
 
Winnych niepowodzenia kolektywizacji znaleziono wśród polskich komunistów, na razie niższego szczebla. W 
1933 r. aresztowano kierownictwo polskiego rejonu, „wykrywając” przy  okazji, dzięki zezna niom byłego 
kierownika wydziału propagandy kijowskiego Obwodowego Komitetu KP(b)U, Bronisława Skarbka, demoniczną i 
fikcyjną Polską Organizację Wojskową. Był to zaczątek  generalnej rozprawy z całą polską ludnością i grupą 
komunistów polskiego pochodzenia. 
 
Likwidacja „polrejonów” 
 
W październiku 1935 r. Marchlewszczyznę  rozwiązano, a miastu Marchlewsk nadano nową nazwę: Szczorsk. 
„Polrejon” i sielsowiety przemieniono na jednostki ukraińskie. Likwidowano polskie tytuły prasowe, szkoły, 
instytuty naukowe i pl

acówki kulturalne. Aresztowano wszystkich nauczycieli i pracowników naukowych. 

background image

Zamykano ostatnie czynne kościoły i wykrywano ostatnie kryjące się w nich spiski. „W Kijowie kobieta -szpieg 
Marjewka pod maską religijnego stowarzyszenia »Serce Marii« usiłowała  werbować kobiety, organizując je w 
kółka szycia. Jak się okazało, ośrodek tego kółka znajdował się w Warszawie, a Majewska pozostawała w 
związku z polskim wywiadem” – raportował konsulat RP. 
 
W 1935 i 1936 r. rozpoczęły  się wysiedlenia Polaków na skalę masową. Represjonowanych kierowano na 
pustkowia Kazachstanu. Hurtem z zachodnich obwodów Ukrainy: żytomierskiego, kamieniecko -podolskiego i 
winnickiego, wywieziono w 1936 r. 60 tys. osób. 
Dzierżyńszczyznę,  jako jednostkę administracyjną, rozwiązano w czerwcu 1937 r. Na nowo, już jako „normalny” 
rejon, powołano ją w styczniu 1938 r. W międzyczasie nasiliło się tępienie wszelkiego „szpiegostwa” drogą 
likwidacji polskich instytucji i ludzi. Do białorutenizacji, tak jak i do ukrainizacji w USRS, bolszewicy nie po wrócili. 
Rozpoczęła się rozpostarta na długie dekady rusyfikacja tutejszej ludności. 
 
Założenia ludobójstwa 
 
Zielone światło dla masakry dał rozkaz  operacyjny Nr 00485 szefa NKWD Nikołaja Jeżowa z 11 sierpnia 1937 r. 
Pod pretekstem walki z „POW” wszczęto zasadniczą dla „wielkiego terroru” tzw. operację polską. W praktyce - 
„ostateczne rozwiązanie kwestii polskiej”. Rozkaz dzielił „podejrzanych” na dwie kategorie: „pierwsza kategoria, 
podlegająca rozstrzelaniu, do której należą szpiegowskie, dywersyjne, szkodnicze i powstańcze kadry polskiego 
wywiadu, druga kategoria, do której należą mniej aktywni z  nich, podlegająca karze zamknięcia w więzieniach i 
łagrach z wyrokami 5 do 10 lat”. 
 
Bazując na założeniu, że likwidując głowę rodziny – mężczyznę,  rodzina rozpada się, w praktyce niemal każdego 
polskiego mężczyznę przepuszczano przez łańcuch: więzienie – tortury - przyznanie się do winy - kara śmierci. 
Kobiety wysiedlono do Kazachstanu. Dzieci trafiały do krewnych lub najczęściej do sowieckich domów dziecka 
tzw. 

dietdomów – fabryki janczarów komunizmu. 

 
Rozkaz Nr 00485 był tylko jednym z całej serii wydawanych w latach 1937 -1938 r. rozkazów stanowiący 
podstawę do eksterminacji mniejszości narodowych w ZSRS. Podobne wydawano w stosunku do Finów, 
Estończyków, Rumunów, Bułgarów, Chińczyków, Greków, Niemców, Koreańczyków, Irańczyków czy 
Afgańczyków.  Często zdarzały  się wypadki, że w ramach „operacji niemieckiej” mordowano Polaków, a w ramach 
„operacji polskiej” Niemców, kierując się na przykład formą nazwiska. Drogą wyjątku Polacy, jak żaden inny 
naród, zostali włączeni do kategorii narod wrag i przeznaczeni do generalnej eksterminacji. 
 
Tajemnica Dzierżyńszczyzny 
 
Wywózki  na Dzierżyńszyźnie  owiane są tajemnicą. Z całą pewnością nastąpiły, ale do dziś historycy nie potr afią 
wskazać kierunku „morderczej drogi”. „Pamiętam, zimą 1938 r. przechodziłem ulicą tuż obok siedziby NKWD. 
Mróz  był tak siarczysty, że aż zatykało  oddech. A tutaj, z otwartych okien piwnic, jakby spod ziemi wali para z 
zakratowanych otworów. Bucha jakby kłęby dymu z parowozu – tyle tam nasadzili ludzi” – wspomina jeden ze 
starszych mińszczan. Kierunkiem nie był na pewno Kazachstan. W domysłach pojawia się była sowiecka 
republika Komi, w 85 proc. pokryta lasami i bagnami, ale znalezienie dziś w tej głuszy potomków ówczesnych 
Polaków graniczy z cudem. 
 
Wywózki  rozpoczęły się wiosną 1938 r. i odejmując horrendalną liczbę wymordowanych mężczyzn,  została w 
nich wysiedlona prawie cała ludność. W 1999 r. mieszkało tam mniej niż 2 tys. naszych rodaków. W skali ca łej 
BSRS doszło do aktu niebywałego. Jeśli spis ludności z 1937 r. naliczył 120 tys. Polaków, to spis z 1939 r. tylko 
58 tys. I to przy  niezmiennie dodatnim przyroście naturalnym! 
 
Eksterminacja Polonii  Leningradzkiej 
 
Wysiedlenia nie ominęły trzeciego co do wielkości skupiska polskości w ZSRS, znajdującego się na terenie 
rosyjskiej SRS 

– Leningradu. Czystka w Leningradzie dorównywała swą brutalnością tej na Dzieżyńszczyźnie. 

Leningradzcy Polacy również en masse przeznaczeni zostali do eksterminacji. 79 pro c. spośród wszystkich 
aresztowanych ze wspomnianej 50-

tysięcznej diaspory zostało rozstrzelanych. Właśnie na podstawie badań m.in. 

składu narodowościowego Leningradu historyk Terry Martin w swej książce „The Affirmative Action Empire” 
wyliczył,  że Polacy w latach „wielkiego terroru” byli rozstrzeliwani 31 razy  częściej niż przedstawiciele innych 
nacji. W podleningradzkich mogiłach odkryto na przełomie lat 80. i 90. ponad 46 tys. ciał wszystkich kategorii 

background image

mieszkańców Leningradu. 
Gehenna Polaków, którzy  przeżyli  w Leningradzie „wielki terror”, trwała dalej. Między  1941 a 1944 r. wielu z nich 
dołączyło do około miliona ofiar niemieckiej blokady Leningradu. Polacy ginęli wówczas w wyniku śmierci 
głodowej i bombardowań. 
 
Technologia  ludobójstwa – „procesy” 
 
Masow

e aresztowania odbywały się w atmosferze strachu i wzajemnych podejrzeń. „Podejrzanych” wskazywali 

wedle własnego gustu funkcjonariusze, przedstawiciele lokalnego aktywu, a nawet krewni i rodzina. Prawie 
wszyscy gnębieni byli dosłownie „za nic”. „Wyszli kosić – opowiada Ludmiła Sobolewska – to Franek, wujko, rzucił 
kosę i powiedział: »Niech Stalin kosi…« I za to zginął”. „Kulczycki był wtedy komunistą i zabrali go w 1937. To 
jego przyjaciel, razem pracowali jako maszyniści na parowozie, zameldował, że on ga zetą z portretem 
Kaganowicza [Łazara] wytarł… I od razu dali mu 10 lat” – wspomina Nadia Wyszkowska 
 
Początkowo ofiary „operacji polskiej” mordowano na podstawie tzw. wyroków albumowych, czyli zszytych  dla 
wygody za krótsze boki kart z listami nazwisk. Kom isja złożona z prokuratora i przedstawiciela NKWD, popularnie 
zwana „dwójką”, wydawała wyrok, wysyłany następnie w „albumach” do Moskwy, gdzie ostatecznie akceptował 
go szef NKWD Jeżow i prokurator generalny Andriej Wyszynskij. Od drugiej połowy 1938 r., b y skrócić bieg 
postępowania, wyroki skazujące wydawały tzw.  trojki złożone z  naczelnika lokalnego NKWD, sekretarza 
obwodowego komitetu partii i obwodowego prokuratora. 
 
Egzekucje 
 
Zabijano i grzebano w pobliżu miejsca aresztowania. Masowe groby wypełnione setkami ciał Polaków zostały 
odkryte (przez Niemców w 1943 r.) m.in. w samym centrum Winnicy. Rozstrzeliwań dokonywano w starym 
sadzie, na cmentarzu miejskim i w „parku kultury”. Mieszkańcy Winnicy wspominali później, że NKWD zwoziło 
ludzi co noc. Nieszczęśników rozstrzeliwano na podwórzu miejscowego obwodowego zarządu NKWD w rejonie 
garaży.  Przed przystąpieniem do egzekucji załączano silniki samochodów ciężarowych, opromienionych złowrogą 
sławą czornych woronów z charakterystycznymi czarnymi budami. Zabijano strzałem z małokalibrowego pistoletu. 
Z 9432 ciał ekshumowanych w Winnicy 6360 wymagało drugiego strzału; 78 – trzeciego, a 2 – czwartego. Poza 
tym wielu pozostałych dobijano, uderzając w głowę tępym narzędziem. 
 
W zeznaniach światków pojawiają się makabryczne opisy wydarzeń. Otóż  twierdzą oni, że NKWD-ziści 
dokonywali sadystycznych mordów, nawlekając ludzi przez uszy na gruby, ostry drut. Wiele osób zagrzebano 
żywcem.. Niektóre kobiety były nagie z  oznakami dokonanych nań gwałtów. W wielu wypadkach ludzie poznawali 
swoich bliskich, gdyż proces rozkładu nie był jeszcze w stanie zaawansowanym. 
 
W Żytomierzu mordowano niemal wszędzie. Najwięcej szkieletów odkopano w pobliżu siedziby NKWD i na tzw. 
Cmentarzu Ruskim. W Kamieńcu Podolskim na miejscu późniejszej fabryki konserw. W Płokirowie, niedoszłej 
stolicy polskiego rejonu autonomicznego, w latach 60. spychacze przygotowujące teren pod budowę domu 
towarowego obnażyły piwnice wypełnione setkami ludzkich szkieletów. Piwnice należące niegdyś do 
płoskirowskiego więzienia NKWD. 
 
Część aresztowanych ginęła w położonym niedaleko obozie koncentracyjnym w Połonnem na Wołyniu. W 
Połonnem i Latyczowie na Podolu ludzi mordowano w kościołach. Ludność mieszkająca w pobliżu, która słyszała 
dochodzące stamtąd rozdzierające krzyki  i płacze, zginęła bez śladu. 
 
W miejscu niepojętej zbrodni 
 
Mieszkańców Dzierżyńszczyzny  i okolic zabijano i chowano w masowych rowach w rejonie lesistej podmińskiej 
wioski Zielony Ług. Nazwa leśnego uroczyska, dziś gigantycznej mogiły, w 1937 r. brzmiała Korupaty. Droga, 
przez  którą sunęły wyładowane ludźmi i strzeżone przez uzbrojonych w „nagany” NKWD-zistów czornyje worony 
szybko zyskała sobie miano „drogi śmierci”. Okoliczni świadkowie wspominają, że od 1937 aż do 1941 r. dzień w 
dzień odbywały się tam egzekucje narodów zamieszkujących BSRS. Był to czas, który  j eszcze dziś starsi 
mieszkańcy wschodnich obwodów kraju nazywają harpun – ludzkie łowy… Liczbę ofiar w rozłożonym na 
przestrzeni 15 ha terenie szacuje się nawet na ok. 250 tys. 
 
Na miejscu dwóch strażników wyprowadzało od czterech do sześciu więźniów z „bud y” „worona”, pozostali dwaj 

background image

pilnowali reszty w samochodzie. Nad jamą rozwiązywano im ręce i kneblowano usta. Rozlegał się huk strzału. 
NKWD-

zista celował w skroń tak, aby kula zabiła też  stojącego obok więźnia. Proceder trwał dotąd, aż zostały 

dwie ofiary, 

które następnie zasypywały trupy.  Chwilę potem leżały już wśród towarzyszy  niedoli. Mordercy 

zasypywali ostatnich dwóch zastrzelonych i odjeżdżali po następny „ładunek”. Piasek, którym zasypywano każdą 
kolejną partię rozstrzelanych, ruszał się jeszcze przez  jakiś czas… 
 
W trakcie „operacji narodowych” organa NKWD aresztowały 350 tys. ludzi, z tego ok. 150 tys. w ramach „operacji 
polskiej”. Większość z nich, bo ok. 250 tys., rozstrzelano. Ponad 111 tys. ofiar to Polacy. Szacunki historyków 
pozwalają przypuszczać,  iż do II wojny światowej z Ukrainy wysiedlono co najmniej 250 tys. Polaków, przy  czym 
100 tys. zginęło pierwszej zimy. 
 
Do końca istnienia II RP konsulat polski w Kijowie nawet w przybliżeniu nie zdawał sobie sprawy z rozmiarów 
represji wobec Polaków. 
 
Kaci 
 
Sprawcy eksterminacji ludności polskiej zostali co do jednego wymordowani po zamknięciu „operacji polskiej”. 
„Odeszli” wraz z Jeżowem. Sam Jeżow „odszedł” rozstrzelany w lutym 1940 r. Zastąpił go I zastępca Beria. To 
dobitnie świadczy o farsowości „odwilży”. Ale mniej niż ten oto fragment wewnętrznego śledztwa NKWD ze 
stycznia 1939 r. wobec jednego z naczelników komisariatu w Żytomierzu: „Ustalał niezgodnie z prawem normy 
dla śledczych – uzyskać 5-8 przypadków przyznania  się do winy w ciągu dnia - przez co popychał ich do 
popełnienia wołających o pomstę do nieba nadużyć”… 
 
W okresie „wielkiego terroru” wypracowano model postępowania, którym objęto później ludność terenów II RP, 
zajętych na mocy paktu z Hitlerem oraz wobec jeńców wojennych zabitych  w Katyniu, Miednoje, Piatichatkach i 
innych nieznanych dotąd miejscach mordu. 

 

 

 

 

NIEZŁOMNA  RZESZOWSZCZYZNA 

Od 1939 r. Rzeszowszczyzna była  miejscem krwawych zmagań polskiego podziemia 
niepodległościowego  z okupantami niemieckimi i sowieckim. Później, w okr esie PRL,  gdy  opór zbrojny 
został złamany, Podkarpacie stało się prawdziwą ziemią niepokorną, będąc ostoją żywej polskiej tradycji i 
biernego oporu wobec komunistycznej władzy.  Wierność nauczaniu Kościoła katolickiego i tradycji 
patriotycznej uodparniała  jej mieszkańców na działanie komunistycznej propagandy.  Tlący się 
podskórnie bunt przeciwko władzom PRL dał o sobie znać w latach 80., gdy  Rzeszowszczyzna z jej 
stolicą stały się silnym ośrodkiem podziemnej „Solidarności” i matecznikiem „Solidarności Rolnic zej”.
 

 
Wrzesień 1939 r. na Rzeszowszczyźnie 
 
Działania wojenne na terenie Podkarpacia rozpoczęły się 1 września od porannych nalotów Luftwaffe 
skierowanych na lotniska w Krośnie i Moderówce k. Jasła. 
 
W wyniku nalotów zniszczeniu uległy maszyny szkolne RWD-8, uszkodzono też urządzenia obu lotnisk. Zginął 
jeden oficer i 20 podoficerów - uczniów Szkoły  Podoficerów Lotnictwa dla Małoletnich. 
 
3 września w Naczelnym Dowództwie zapadła decyzja, aby Armii „Karpaty” powierzyć obronę Dunajca, aż do 
czasu wycofania 

się grupy operacyjnej (GO) „Boruta” z Armii „Kraków”. Do tego celu dowódcy armii - gen. dyw. 

background image

Kazimierzowi Fabrycemu - 

przydzielono 24. dywizję piechoty (DP). 

 
Jednak już przed północą 6 września gen. Fabrycy  podjął decyzję wycofania tej jednostki na linię Wisłoki. 
Obawiał się okrążenia od strony Nowego Sącza, liczył na powstanie nowej linii obrony, do utworzenia której chciał 
wykorzystać  zebraną pod Brzostkiem i Kołaczycami drugą wielką jednostkę – 11. Karpacką Dywizję Piechoty 
(KDP). Zarządzony  odwrót oddziałów 24. DP odbywał się w warunkach dużego rozciągnięcia maszerujących 
kolumn. W tej sytuacji uderzenie od południa niemieckich jednostek zmotoryzowanych i pancernych doprowadziło 
do zniszczenia i rozproszenia całych pododdziałów. Wieczorem pod wpływem in formacji o rozwoju wydarzeń na 
linii Dunajca gen. Fabrycy  nakazał odwrót na linię Sanu. Czas potrzebny na organizację nowej linii obrony miał 
zostać osiągnięty poprzez powstrzymywanie 4. Dywizji Lekkiej na szlaku Dębica -Jarosław przez 10. Brygadę 
Kawalerii 

Zmotoryzowanej (BKZmot), a także  obroną od zachodu przez jednostki 2. i 3. Brygady Górskiej (BGór). 

 
Otwarta droga na Lwów 
 
8 września niemiecka 4. Dywizja Lekka podeszła pod Rzeszów, gdzie na kilka godzin została powstrzymana 
przez  24. pułk płk. dypl. Kazimierza Dworaka. Na południu trwały kilkugodzinne ciężkie walki o Jasło, które zajęła 
niemiecka 2. Dywizja Górska (DGór), jednocześnie 1. DGór. opanowała rejon Nowego Żmigrodu. Jednostka ta 
otrzymała zadanie jak najszybszego przekroczenia Sanu pod Sanokiem. Do tego celu utworzono zmotoryzowane 
grupy pościgowe składające się ze strzelców górskich uzupełnionych artylerią i jednostkami wsparcia. Jedna z 
nich zajęła późnym wieczorem Krosno, biorąc do niewoli dowództwo 2. BGór. 
 
9 września opóźniająca postępy niemieckie 10. BKZmot. zorganizowała obronę Łańcuta, gdzie 10. Pułk Strzelców 
Konnych z powodzeniem powstrzymał czołowe natarcie niemieckie. Niemiecka 2. Dywizja Pancerna (DPanc.) 
dotarła do Kolbuszowej, gdzie starła się z oddziałami GO „Boruta”, dążącymi d o Sanu. Na południu grupy 
pościgowe 1. DGór. dotarły w ciągu dnia do linii Sanu. 
 
10 września pod Radymnem 4. Dywizja Lekka utworzyła przyczółek  na prawym brzegu Sanu, wykorzystując 
zaskoczenie obrońców, most drogowy został jednak wysadzony. Kontratak szwa dronu z 24. pułkiem (10. 
BKZmot.) doprowadził do przyparcia Niemców do rzeki, ale całkowita likwidacja przyczółka stała się niemożliwa z 
powodu silnego wsparcia artyleryjskiego. Do kilkugodzinnych walk doszło także na przedmościu w Jarosławiu 
obsadzonym pr

zez zgrupowanie ppłk. Jana Wójcika. Na południu niepomyślnie na rozwój dalszych wypadków 

wpłynęła decyzja dowódcy 3. BGór. płk. Jana Kotowicza wycofania się do rejonu na południe od Starego 
Sambora. W ten sposób Niemcy mieli otwartą drogę na Lwów. 
 
11 wrze

śnia zmotoryzowane pododdziały niemieckie w rejonie Sanu były bombardowane przez Brygadę 

Bombową, w ciągu trzech dni utraciła ona tutaj 3 samoloty bombowe. 1. DGór. działając grupami pościgowymi, 
szybko posuwała się na wschód, zgodnie z rozkazami Grupy Arm ii „Południe” Niemiecka 14. Armia miała swymi 
związkami szybkimi dążyć  w kierunku Włodzimierza Wołyńskiego-Chełma, a prawoskrzydłowy XVIII  Korpusu 
Armii, posiadający jednostki górskie, otrzymał zadanie opanowania Lwowa i obszaru na południe od niego. 
 
Osta

tnie walki oddziałów WP 

 
Do największego starcia kampanii wrześniowej na Podkarpaciu doszło 12 września pod Birczą, gdzie 24. DP 
stoczyła ciężki i krwawy bój z niemiecką 2. DGór. Dywizja miała związać jednostkę niemiecką, a w tym czasie na 
jej skrzydło uderzyłaby 11. Karpacka Dywizja Piechoty. Jednak z powodu zmiany rozkazów i problemów z 
łącznością 24. DP musiała samotnie stanąć do walki z Niemcami. Łączne straty jednostki pod Birczą wyniosły 30 
proc. stanu osobowego i aż 60 proc. artylerii. Do Przemyśla przybył  dowódca Frontu Południowego gen. broni 
Kazimierz Sosnkowski, który po zapoznaniu się ze stanem dywizji GO „Południowa” nakazał ich koncentrację, a 
później forsowny marsz do Lwowa. W nocy z 14 na 15 września polskie oddziały osłaniające Przemyśl zostały 
wycofane w kierunku Mościsk, dołączając następnie do oddziałów 24. DP. 
 
Armia „Kraków” realizowała plan przebicia się w kierunku Lwowa, z GO „Boruta” na czele. 15 -16 września doszło 
do boju pod Oleszycami, w którym ze strony polskiej udział wzięła 21. Dywizja Piechoty Górskiej (DPGór) gen. 
bryg. Józefa Kustronia, a jej przeciwnikiem była 45. DP gen. por. Friedricha Materny.  Uderzenia w kierunku 
Dachnowa i Oleszyc nie podjęła natomiast 6. DP, która na południowym brzegu Tanwi pod Podsośniną Łukowską 
natk

nęła się na niemiecką 28. DP. Przewaga niemiecka, a z drugiej strony brak odwodów i kończąca się amunicja 

zmusiły jednostki 21. DPGór. do odwrotu. Podczas wycofywania się zginął gen. Kustroń, ale części żołnierzy 
udało się przebić za Tanew. Ostatnie walki oddziałów Wojska Polskiego na terenie Podkarpacia miały miejsce w 

background image

dniach 18-

20 września przy próbie przejścia GO „Boruta” z rejonu Józefowa na kierunek Bełżec-Narol. Miało to 

ułatwić przebicie się większości Armii „Kraków” na Tomaszów Lubelski. Walki o przełamanie rozpoczęły się 18 
września i przyniosły przejściowy sukces 6. DP, której udało się opanować Narol, natomiast grupa forteczna pod 
dowództwem płk. Wacława Klaczyńskiego nie zdołała przełamać oporu przeciwnika na zachód od Maził. 
 
Do ciężkich walk doszło także w czasie marszu jednostek dowodzonych przez gen. broni Kazimierza 
Sosnkowskiego w kierunku Lwowa, z których do miasta 20 września przebiła się tylko grupa licząca 
stukilkudziesięciu żołnierzy. Lwów bronił się przed Niemcami od 12 września – siedem dni później do wschodnich 
przedmieść dotarły pierwsze sowieckie pododdziały rozpoznawcze. 22 września nastąpiła kapitulacja Lwowa 
przed oddziałami Armii Czerwonej, do której przyczyniło  się rozwiązanie zgrupowania gen. Sosnkowskiego, a 
przede wszystkim 

sytuacja ludności cywilnej. 

 

Autorzy: 

Piotr Chmielowiec, IPN Rzeszów 

 

 

Okupacja  sowiecka  na Podkarpaciu  (1939-1941) 

17 września 1939 r. o godzinie  3.15 oddziały  Armii Czerwonej przekroczyły granicę Polski. Wykorzystując 
zaskoczenie i dezorientację części dowódców oddziałów Korpusu  Ochrony  Pogranicza i WP oraz ogólne 

zamieszanie spowodowane rozwojem sytuacji na froncie polsko-

niemieckim, oddziały  czerwonoarmistów 

szybko posuwały się na zachód. 

22 września Sowieci przyjęli kapitulację Lwowa, sześć dni później czołówki Armii Czerwonej osiągnęły wschodni 
brzeg Sanu. Sowieci nie ograniczali się do przejmowania terenu od Niemców. Na terenach dzisiejszego 
Podkarpacia doszło do co najmniej kilku potyczek z przebijającymi się na południe oddziałami WP. Zatrzymywano 
polskich oficerów i „burżujów”, dopuszczając się przy tym samosądów. 

 
Nowy podział  stref wpływów 
 
27 września 1939 r. do Moskwy przybył  Joachim von Ribbentrop. Efektem wizyty  był „Układ o przyjaźni  i 
granicach”, który wniósł korektę stref wpływów, ustalonych układem z 23 sierpnia. W zamian za terytorium Litwy, 
ZSRS zrezygnował z  ziem polskich położonych między Wisłą a Bugiem. 4 października w Moskwie podpisany 
został protokół uzupełniający, który  zweryfikował przebieg linii granicznej. Na odcinku od Bugu granica 
przebiegała rzeką Sołokija, a następnie lądowym odcinkiem w kierunku na zachód, m.in. nurtem strumieni: 
Gnojnik

, Przykopa  i Przyłubień, po ujście tego ostatniego do rzeki San, a następnie w górę biegu Sanu do jego 

źródeł na Przełęczy  Użockiej. Jeszcze jesienią 1939 r. nową granicę ZSRS obsadziły Wojska Pograniczne 
NKWD. Granicy na Sanie i Roztoczu strzegło 6,5 tys. żołnierzy trzech oddziałów pogranicznych. W 1940 r. 
podjęto systematyczną akcję „oczyszczenia  strefy przygranicznej”, przenosząc mieszkańców 800 -metrowego 
pasa granicznego poza „strefę 800” lub przesiedlając na poniemieckie gospodarstwa w Besarabii i Buko winie. 
 
6 października dowództwo Frontu Ukraińskiego ogłosiło zasady oraz termin wyborów do Zgromadzenia 
Ludowego Zachodniej Ukrainy, które miało „zadecydować” o dalszym losie „wyzwolonych” przez Armię Czerwoną 
terenów. Po krótkiej „kampanii wyborczej”, 22 października, odbyło się głosowanie, które według oficjalnych 
danych przyniosło sukces i uwiarygodniło społeczny mandat zaufania dla decyzji Zgromadzenia Ludowego – 
frekwencja w wyborach i poparcie dla kandydatów miały przekroczyć  90 proc. W rzeczywistości wybory były 
wielką farsą. ZL ZU zebrało się we Lwowie w dniach 26–28 października. Wśród podjętych wówczas decyzji 
politycznych  i gospodarczych znalazła się, skierowana do Rady Najwyższej ZSRS, „prośba” o przyjęcie 
„Zachodniej Ukrainy” w skład USRS. Obradująca w dniach 1–2 listopada 1939 r. RN ZSRS przychyliła  się do 
prośby „reprezentantów mas pracujących miast i wsi”. Wkrótce na okupowanych terenach wprowadzono 
sowieckie struktury administracyjne oraz normy prawne. Zlikwidowano województwa i powiaty, two rząc w ich 
miejsce obwody i rejony. Reformom towarzyszyły  czystki w administracji. Z urzędów wycofano język  polski, a z 

background image

ulic zniknęły polskie nazwy. 
 
Deportacje 
 
17 września 1939 r. wraz z Armią Czerwoną na teren państwa polskiego wkroczyły grupy operacyjn e NKWD. Ich 
celem była instalacja struktur aparatu bezpieczeństwa przy równoczesnym tworzeniu agentury, paraliżowanie 
wszelkich przejawów oporu wobec władzy sowieckiej oraz oczyszczenie terenu z „wrogiego elementu”. Tylko do 1 
października grupy operacyjne NKWD na „Zachodniej Ukrainie” aresztowały 3914 osób. 6 listopada Ławrientij 
Beria wydał decyzję o powołaniu obwodowych urzędów NKWD na nowowcielonych ziemiach. Rozbudowa 
aparatu bezpieczeństwa skierowana była przeciwko wrogom nowej władzy, zarówno tym rze czywistym,  jak i 
urojonym. Sowieckie ustawodawstwo karne, m.in. Kodeks Karny ZSRS z 1926 r., umożliwiało zastosowanie 
represji wobec każdego, kto został uznany przez  władzę sowiecką za wroga ludu. „Wymierzaniem 
sprawiedliwości” zajmowały się zarówno sądy cywilne i wojskowe, jak również Kolegia Specjalne przy NKWD. 
Rodzaj kar zasądzanych w okolicznościach urągających podstawowym zasadom praworządności był szeroki, 
najczęściej jednak zapadały wyroki osadzenia w obozie pracy. W sprawach politycznych o większym  ciężarze 
gatunkowym zasądzano kary śmierci. 
 
10 lutego 1940 r. przeprowadzono pierwszą masową deportację ludności z terenów okupowanych. Objęła ona 
przede wszystkim rodziny polskich osadników i leśników. Wywózka ta miała najbardziej barbarzyński charakter  ze 
wszystkich przeprowadzonych przez  sowieckie władze: krótki czas, jaki dano na spakowanie dobytku, i 30 -
stopniowy mróz spowodowały wysoką śmiertelność wśród deportowanych. Gros transportów skierowano do 
obwodu omskiego i Kraju Krasnojarskiego. 13 kwietn

ia 1940 r. przeprowadzono kolejną deportację, której 

zdecydowaną część stanowiły rodziny aresztowanych przez  organy bezpieczeństwa ZSRS. Docelowym 
miejscem wywózki był Kazachstan. Ostatnią masową wywózkę przeprowadzono w czerwcu 1940 r., a jej ofiarą 
padli 

uchodźcy z terenów okupowanych przez  III Rzeszę. 

 
Sowietyzacja 
 
Bezprawne włączenie przez  RN ZSRS terenów „Zachodniej Ukrainy” zapoczątkowało przekształcenia społeczno -
gospodarcze w kierunku modelu sowieckiego. Podjęto m.in. kolektywizację wsi. W sumie do  czerwca 1941 r. na 
terenach między Lubaczowem a Leskiem powstało blisko 60 kołchozów. 
 
Kolektywizacji towarzyszyła  prymitywna propaganda, która miała ukazać wyższość gospodarki kolektywnej. Dużą 
rolę przywiązywano  do kin objazdowych. Mieszkaniec Oleszyc Starych, Józef Rokosz wspominał jeden z 
seansów: „Pewnego dnia pokazali film, jak kombajn kosi i młóci zboże na polu, następnie miele i piecze chleb – [a 
kołchoźnicy] mówili „Ot charoszyj chleb” i go krajali i jedli”. 
 
Na przełomie lat 1939/1940 sowieckie władze przeprowadziły reorganizację szkolnictwa. Wprowadzone zostały 
sowieckie programy nauczania, obejmujące m.in. naukę języka rosyjskiego od pierwszej klasy szkoły 
początkowej oraz zajęcia z historii WKP(b) i naukę o sowieckiej konstytucji w szkole średniej. Indoktrynacją objęto 
ogół społeczeństwa. Za pomocą kina, prasy, domów kultury socjalistycznej, mityngów i wszechobecnych 
plakatów propagandowych mieszkańcy „Zachodniej Ukrainy” mieli stać się zaangażowanymi w „soc jalistyczne 
budownictwo” obywatelami ZSRS. 
 
Sowietyzację przerwała agresja III Rzeszy  na ZSRS (22.06.1941 r.). W wyniku kilkudniowych, nieraz 
gwałtownych walk w rejonie Jarosławia, Leska, Lubaczowa i Przemyśla zginęło kilkuset mieszkańców terenów 
przygrani

cznych.  Równie wiele ofiar przyniosła krwawa akcja eksterminacyjna, jaką po wybuchu wojny NKWD 

przeprowadziło na więźniach politycznych.  Osadzonych za czyny  polityczne w przemyskim więzieniu (350 -500 
osób) przeprowadzono do odległego o 30 km Dobromila i tam, między 26 a 28 czerwca, wymordowano. Oddziały 
Wehrmachtu zajęły tereny dzisiejszego Podkarpacia końca czerwca 1941 r. Miejsce okupacji czerwonej zajęła 
nowa 

– brunatna. 

 

Autorzy:  Tomasz Bereza, IP

N Rzeszów 

 

 

background image

Podziemie  antykomunistyczne  na Rzeszowszczyźnie  po 1944  r. 

Po zajęciu w 1944 r. przez  Sowietów terenów Rzeszowszczyzny  tamtejsza ludność nie pozostała obojętna na 
bezprawie towarzyszące działaniom okupanta. Podziemie antykomunistyczne podjęło walkę z „czerwoną zarazą”, 
kontynuując ją nawet do połowy lat 50. 

Na zajętej latem 1944 r. przez  wojska sowieckie Rzeszowszczyźnie, podobnie jak i w całym kraju , rozlała się 
niewyobrażalna fala bezprawia. Aresztowano i mordowano oficerów i żołnierzy Armii Krajowej, przedstawicieli 
przedwojennych i konspiracyjnych elit politycznych oraz inteligencji. 

Wbrew utartym w ciągu ostatniego półwiecza poglądom,  opór społeczeństwa polskiego wobec władzy 
komunistycznej był  duży.  Przeciwstawiając się „czerwonej zarazie”, oddziały  podziemia 
niepodległościowego  podejmowały  akcje.
 

 
W maju 1945 r. Europa świętowała zakończenie II wojny światowej. Radość wyrażana przez  społeczeństw a 
Europy Zachodniej, bale i uliczne szaleństwa w Stanach Zjednoczonych nie korespondowały z nastrojami i 
obawami, jakie odczuwali Polacy w obliczu zajęcia ziem polskich przez Armię Czerwoną oraz porozumień 
jałtańskich, oddających Polskę we władanie Związku Sowieckiego. Niepokoje te bardzo szybko znalazły  swoje 
potwierdzenie w postaci przeprowadzanej przez nowego okupanta planowej i wyniszczającej akcji skierowanej 
przeciw środowiskom niepodległościowym, uznającym władzę rządu RP w Londynie. Ironią historii jest, że kiedy 
na Zachodzie fetowano zwycięstwo i 8 maja 1945 r. podpisywano akt kapitulacji III Rzeszy,  dzień wcześniej, na 
Rzeszowszczyźnie,  pod Kuryłówką k. Leżajska, doszło do zwycięskiej bitwy stoczonej przez  zgrupowanie 
oddziałów leśnych Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, dowodzone przez kpt. Franciszka Przysiężniaka 
„Ojca Jana”, z ekspedycją NKWD. 
 
Walka z „czerwoną zarazą” 
 
Na zajętej latem 1944 r. przez  wojska sowieckie Rzeszowszczyźnie, podobnie jak i w całym kraju, rozlała się 
niewyobrażalna fala bezprawia. Aresztowano i mordowano oficerów i żołnierzy Armii Krajowej, przedstawicieli 
przedwojennych i konspiracyjnych elit politycznych oraz inteligencji. 
 
Wbrew utartym w ciągu ostatniego półwiecza poglądom, opór społeczeństwa polskiego wobec władzy 
komunistycznej był duży.  Przeciwstawiając się „czerwonej zarazie”, oddziały podziemia niepodległościowego 
podejmowały akcje na więzienia i siedziby UB, pragnąć uwolnić więzionych w nich żołnierzy.  Powodzeniem 
zakończyło  się oswobodzenie 13 grudnia 1944 r. przez  połączone oddziały plut. Feliksa Maziarskiego „Szofera” 
oraz kpt. Dragana Sotirovicia „Drażę” 11 osób więzionych w budynku PUBP w Brzozowie. Sukcesem okazało się 
też rozbicie aresztu PUBP w Tarnobrzegu 2 listopada 1944 r., uwolnienie w Lubaczowie w m arcu 1945 r. dwóch 
aresztantów z siedziby miejscowego PUBP czy opanowanie więzienia w Przemyślu z 14 na 15 maja 1945 r. 
Niepowodzeniem zakończyła się jednak próba odbicia więźniów przetrzymywanych  na Zamku w Rzeszowie w 
nocy z 7 na 8 października 1944 r. przez  żołnierzy  pod dowództwem inspektora Inspektoratu AK Rzeszów kpt. 
Łukasza Cieplińskiego „Pługa”. 

Konspiracja i walka zbrojna trwały do końca lat 40., w niektórych regionach nawet do połowy lat 50. Jej 
uczestnikami byli, ścigani przez NKWD, UB oraz cały aparat „nowego państwa” żołnierze i działacze AK,  „Nie”, 
DSZ, WIN, NZW i NSZ. Ofiara wielu z nich do dziś nie jest znana społeczeństwu. Tępiąc podziemie 
niepodległościowe, komuniści uciekali się do stosowania terroru. Wsie wspierające podziemie były wielokrotnie 
poddawane pacyfikacjom, czy rewizjom. Dokonywano także publicznych egzekucji żołnierzy  podziemia w celu 
zastraszenia jego zwolenników. W ten sposób zgładzono m.in żołnierzy oddziału Jana Stefki „Mściciela” na rynku 
w Dębicy 10 lipca 1946 r. 
 
„Wolność i Niezawisłość” 
 
19 stycznia 1945 r. gen. Leopold Okulicki rozwiązał Armię Krajową, zdekonspirowaną w dużej mierze wobec 
Sowietów podczas akcji „Burza”. Wkrótce jednak zaczęto tworzyć  ściśle zakonspirowane struktury mające 
prowadzić walkę przeciwko nowej, sowieckiej okupacji. Po demobilizacji tzw. Armii Krajowej w Likwidacji, w 

background image

miejsce szczątkowej i częściowo spenetrowanej przez sowieckie służby bezpieczeństwa siatki organizacji „Nie” 
(„Niepodległość”), 7 maja 1945 r. rozkazem p.o. Naczelnego Wodza, gen. Władysława Andersa, została 
powołana Delegatura Sił Zbrojnych (DSZ). Jej czysto wojskowa struktura opierała się na istniejących komórkach 
Armii Krajowej w Likwidacji i „Nie”, a działalność koncentrowała się przede wszystkim na samoobronie czynnej, 
propa

gandzie i wywiadzie wojskowym. Próbowano również - z  reguły bezskutecznie - wyprowadzić jak 

największą ilość żołnierzy oddziałów leśnych z konspiracji do pracy nad odbudową kraju i cywilnej walki 
politycznej. 
 
6 sierpnia 1945 r. - 

przeszło miesiąc po powstaniu Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej i cofnięciu uznania 

rządowi RP w Londynie - DSZ została rozwiązana, a w jej miejsce 2 września 1945 r. utworzono Zrzeszenie 
„Wolność i Niezawisłość” (WiN - właściwa nazwa: Ruch Oporu Bez Wojny i Dywersji „Wolność i Niezawisłość”). 
Organizacja ta, w zamyśle jej założycieli, miała mieć charakter czysto cywilny; prowadząc, do czasu wolnych 
wyborów do Sejmu Ustawodawczego, skuteczny opór wobec komunistycznej władzy. Nadal jednak, zwłaszcza w 
województwach wschodnich, w obliczu komunistycznego terroru, w strukturach WiN działały wywodzące się z AK 
oddziały partyzanckie. W latach 1945-1947 przez szeregi WiN przewinęło się kilkadziesiąt tysięcy ludzi), jego AK-
owskie korzenie (terenowi działacze WiN nadal uważali się za żołnierzy AK),  sprawiły, iż od początku Zrzeszenie 
stało się obiektem zmasowanych ataków ze strony komunistów. W okresie od 1945 do 1948 r. działania bezpieki 
rozbiły cztery  kolejne Zarządy Główne WiN, kierowane przez prezesów: płk. Jana Rzepeckiego, płk. Fr anciszka 
Niepokólczyckiego, ppłk. Wincentego Kwiecińskiego i ppłk. Łukasza Cieplińskiego. 
 
Udział mieszkańców Rzeszowszczyzny  w strukturach ogólnopolskich WiN szczególnie zaznaczył  się w okresie od 
stycznia do listopada 1947 r., kiedy prezesem IV Zarządu Głównego WiN był ppłk Łukasz Ciepliński „Apk”, 
„Bogdan”, „Ludwik”, „Pług”, wcześniej kierujący Inspektoratem AK Rzeszów. W zarządzie tym znajdowali się jego 
współpracownicy z okresu okupacji niemieckiej, m.in.: mjr Adam Lazarowicz „Aleksander”, 'Klamra”, kp t. 
Mieczysław Kawalec „Żbik”, „Iza”, „Psarski”, por. Józef Rzepka „Znicz”, „Krzysztof”,  kpt. Ludwik Kubik „Alfred”, 
„Juliusz”. Prezesura Łukasza Cieplińskiego przypadła na szczególnie trudny okres, kiedy Urząd Bezpieczeństwa 
po sfałszowanych wyborach do Sejmu Ustawodawczego zintensyfikował swoje działania, z drugiej zaś strony 
prysły nadzieje na wybuch III  wojny światowej. Jesienią 1947 r. rozpoczęły się aresztowania działaczy IV  Zarządu 
WiN. Ich proces toczył się przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie  w dniach od 5 do 14 października 
1950 r. Większość z nich została skazana na karę śmierci, m.in. wymienieni już Ł. Ciepliński, A. Lazarowicz, J. 
Rzepka, J. Batory, M.  Kawalec oraz prezes Obszaru Południowego WiN F. Błażej i K. Chmiel, doradca polityczny 
p

rezesa Cieplińskiego. Wszyscy zostali zamordowani 1 marca 1951 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie. 

 
Zarządowi Głównemu WiN podlegał m.in. Okręg Rzeszów, powstały na bazie Podokręgu AK Rzeszów, 
obejmujący swoją działalnością całe Podkarpacie. Dzielił się na rejony i rady. Na czele Okręgu stali kolejno: mjr 
Adam Lazarowicz, Bronisław Wochanka „Ludwik”, „Andrzej”, Władysław Koba „Żyła”,  „Marcin”. Okręg prowadził 
działania wywiadowcze, propagandowe oraz samoobronę, kierowaną przez „Straż'.  Ogółem WiN w Okręgu 
Rzeszów liczył około 1,2-1,4 tys. członków. W Okręgu Rzeszowskim stosunkowo dobrze zorganizowane były 
Brygady Wywiadowcze (BW), którymi kierował Antoni Słabosz „Paweł”. Wywodziły  się ze struktur wywiadu AK  i 
zachowywały znaczną autonomię w obrębie WiN, dysponując własną siatką wywiadowczą. Jesienią 1947 r. 
zarząd Rzeszowskiego Okręgu WiN został rozbity przez  UB. W dniach od 15 do 21 października 1948 r. przed 
Wojskowym Sądem Rejonowym w Rzeszowie odbył się proces członków zarządu. Dwaj z  nich: Władysław Koba i 
Leopold Rząsa, oraz Michał Zygo  - informator WiN w Komendzie Wojewódzkiej MO - zostali skazani na karę 
śmierci i 31 stycznia 1949 r. zamordowani na Zamku w Rzeszowie. 
 
Narodowe Zjednoczenie  Wojskowe 
 
Poza WiN-

em na terenie Podkarpacia istniały stosunkowo silne struktury Narodowego Zjednoczenia Wojskowego 

(NZW), politycznie podporządkowane Stronnictwu Narodowemu (SN). Tworzyły  je wyodrębnione ze struktur AK, 
scalone z nią wcześniej oddziały Narodowej Organizacji Wojskowej (NOW). Do jesieni 1946 r. działała tu również 
Młodzież  Wielkiej Polski (MWP), związana z SN. Na czele okręgu rzeszowskiego NZW (używa jącego dawnej 
nazwy NOW) stali kolejno: Kazimierz Mirecki „Kazimierz”, „Żmuda”, Józef Sałabun „Grom”, mjr Kazimierz 
Nizieński „Waluś”, wreszcie kpt. Piotr Woźniak „Wir”. 
 
Od marca 1945 r. działała Komenda Oddziałów Leśnych, której podporządkowano działając e na tym terenie 
oddziały partyzanckie NZW (NOW): Józefa Zadzierskiego „Wołyniaka”, Tadeusza Gajdy „Tarzana”, Stanisława 
Pelczara „Majki”, Bronisława Gliniaka „Radwana”, Franciszka Szarka „Lisa”, Stanisława Orłowskiego vel 
Woźnickiego „Weuwarta”. Komendantem oddziałów leśnych był kpt. Franciszek Przysiężniak „Ojciec Jan”. 

background image

Dowodzone przez niego zgrupowanie oddziałów leśnych okręgu rzeszowskiego NZW (NOW) stoczyło 7 maja 
1945 r. w pobliżu wioski Kuryłówka bitwę partyzancką z  ekspedycją NKWD, w której zginęło kilkudziesięciu 
sowietów. Oddziały NZW niejednokrotnie chroniły również polskie wsie przed atakami UPA, prowadziły 
działalność wydawniczą i propagandową oraz likwidowały pracowników i konfidentów UB. Po sfałszowanych 
przez  komunistów wyborach do Sejmu i ogłoszeniu w lutym 1947 r. ustawy amnestyjnej, ostatni komendant 
okręgu rzeszowskiego NZW (NOW) Piotr Woźniak „Wir” formalnie rozwiązał okręg i polecił swym podkomendnym 
zakończyć  działalność konspiracyjną. Mimo ujawniania się przed komisją amnestyjną, od si erpnia 1948 r. 
nastąpiły masowe aresztowania członków rzeszowskiego NZW (NOW). 
 
W maju 1949 r. przed WSR w Rzeszowie odbył się proces kierownictwa okręgu rzeszowskiego NZW (NOW). 
Piotr Woźniak, Ludwik Więcław „Śląski” - komendant Inspektoratu „Hanka” (powiaty: Łańcut, Przeworsk, Nisko i 
Janów Lubelski), Edward Garbacki „Róża” - skarbnik tego inspektoratu, oraz Jan Skóra, zostali skazani na karę 
śmierci. 5 września 1949 r. na Zamku w Rzeszowie L. Więcław i E. Garbacki zostali straceni, natomiast P. 
Woźniakowi i J. Skórze karę śmierci zamieniono na długoletnie więzienie. Nie wszyscy żołnierze NZW (NOW) 
podporządkowali się rozkazowi zaprzestania działalności konspiracyjnej. Jedną z najdłużej funkcjonujących 
jednostek była grupa Adama Kusza „Garbatego”, wywodząca się z dawnego oddziału Józefa Zadzierskiego 
„Wołyniaka”, zlikwidowana w Lasach Janowskich 19 sierpnia 1950 r. przez grupę operacyjną UB -KBW. Ocaleli z 
tej akcji dwaj partyzanci ukrywali się jednak jeszcze bardzo długo, korzystając z  przychylności ludnośc i wiejskiej 
Zasania. Dopiero 11 lutego 1959 r. aresztowano w Kulnie Michała Krupę „Wierzbę”`, zaś 30 grudnia 1961 r. w 
bunkrze koło Huty Krzeszowskiej - Andrzeja Kiszkę „Dęba”. 
 
Spośród innych oddziałów zbrojnych działających na Rzeszowszczyźnie,  nie związanych organizacyjnie ani z 
WiN, ani z NZW (NOW), należy wymienić przede wszystkim poakowskie ugrupowania Jana Totha „Mewy” i 
Wojciecha Lisa „Mściciela” oraz jedyną na tym terenie grupę formalnie należącą do Narodowych Sił Zbrojnych, 
dowodzoną przez Antoniego Żubryda „Zucha”. Toth skazany na karę śmierci, został stracony 24 czerwca 1949 r., 
zaś Żubryd i Lis skrytobójczo zamordowani – przez  wprowadzonych do ich oddziałów agentów UB („Zuch – 
24.10.1946 r., a „Mściciel – 30.01.1948 r.). 
 
Pomimo klęski poniesionej przez antykomunistyczną konspirację niepodległościową, opór społeczeństwa 
polskiego wobec nowej władzy trwał nadal, choć z  uwagi na militarną przewagę ZSRS i formacji podległych 
rodzimym komunistom zmieniał swoje formy, a walkę zbrojną jako bezcelową za stępował innymi środkami. 
Pamiętać jednak należy, że ofiara „wyklętych” była zaczynem, który  w dużej mierze umożliwił odzyskanie przez 
Polskę niepodległości. 

 

Autorzy: 

Mariusz Krzysztofiński, IPN Rzeszów, Krzysztof  Kaczmarski, IPN Rzeszów 

 

 

Podziemie  antykomunistyczne  na Rzeszowszczyźnie  po 1944  r. 

Po zajęciu w 1944 r. przez  Sowietów terenów Rzeszowszczyzny  tamtejsza ludność nie pozostała obojętna na 
bezprawie towarzyszące działaniom okupanta. Podziemie antykomunistyczne podjęło walkę z „czerwoną zarazą”, 
kontynuując ją nawet do połowy lat 50. 

Na zaj

ętej latem 1944 r. przez  wojska sowieckie Rzeszowszczyźnie, podobnie jak i w całym kraju, rozlała się 

niewyobrażalna fala bezprawia. Aresztowano i mordowano oficerów i żołnierzy Armii Krajowej, przedstawicieli 
przedwojennych i konspiracyjnych elit politycznych oraz inteligencji. 

Wbrew utartym w ciągu ostatniego półwiecza poglądom,  opór społeczeństwa polskiego wobec władzy 
komunistycznej był  duży.  Przeciwstawiając się „czerwonej zarazie”, oddziały  podziemia 
niepodległościowego  podejmowały  akcje.
 

background image

 
W maju 1945 

r. Europa świętowała zakończenie II wojny światowej. Radość wyrażana przez  społeczeństwa 

Europy Zachodniej, bale i uliczne szaleństwa w Stanach Zjednoczonych nie korespondowały z nastrojami i 
obawami, jakie odczuwali Polacy w obliczu zajęcia ziem polskich przez Armię Czerwoną oraz porozumień 
jałtańskich, oddających Polskę we władanie Związku Sowieckiego. Niepokoje te bardzo szybko znalazły  swoje 
potwierdzenie w postaci przeprowadzanej przez nowego okupanta planowej i wyniszczającej akcji skierowanej 
przeci

w środowiskom niepodległościowym, uznającym władzę rządu RP w Londynie. Ironią historii jest, że kiedy 

na Zachodzie fetowano zwycięstwo i 8 maja 1945 r. podpisywano akt kapitulacji III Rzeszy,  dzień wcześniej, na 
Rzeszowszczyźnie,  pod Kuryłówką k. Leżajska, doszło do zwycięskiej bitwy stoczonej przez  zgrupowanie 
oddziałów leśnych Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, dowodzone przez kpt. Franciszka Przysiężniaka 
„Ojca Jana”, z ekspedycją NKWD. 
 
Walka z „czerwoną zarazą” 
 
Na zajętej latem 1944 r. przez  wojska sowieckie Rzeszowszczyźnie, podobnie jak i w całym kraju, rozlała się 
niewyobrażalna fala bezprawia. Aresztowano i mordowano oficerów i żołnierzy Armii Krajowej, przedstawicieli 
przedwojennych i konspiracyjnych elit politycznych oraz inteligencji. 
 
Wbrew u

tartym w ciągu ostatniego półwiecza poglądom, opór społeczeństwa polskiego wobec władzy 

komunistycznej był duży.  Przeciwstawiając się „czerwonej zarazie”, oddziały podziemia niepodległościowego 
podejmowały akcje na więzienia i siedziby UB, pragnąć uwolnić więzionych w nich żołnierzy.  Powodzeniem 
zakończyło  się oswobodzenie 13 grudnia 1944 r. przez  połączone oddziały plut. Feliksa Maziarskiego „Szofera” 
oraz kpt. Dragana Sotirovicia „Drażę” 11 osób więzionych w budynku PUBP w Brzozowie. Sukcesem okazało się 
też rozbicie aresztu PUBP w Tarnobrzegu 2 listopada 1944 r., uwolnienie w Lubaczowie w marcu 1945 r. dwóch 
aresztantów z siedziby miejscowego PUBP czy opanowanie więzienia w Przemyślu z 14 na 15 maja 1945 r. 
Niepowodzeniem zakończyła się jednak próba odbicia więźniów przetrzymywanych  na Zamku w Rzeszowie w 
nocy z 7 na 8 października 1944 r. przez  żołnierzy  pod dowództwem inspektora Inspektoratu AK Rzeszów kpt. 
Łukasza Cieplińskiego „Pługa”. 

Konspiracja i walka zbrojna trwały do końca lat 40., w niektórych regionach nawet do połowy lat 50. Jej 
uczestnikami byli, ścigani przez NKWD, UB oraz cały aparat „nowego państwa” żołnierze i działacze AK,  „Nie”, 
DSZ, WIN, NZW i NSZ. Ofiara wielu z nich do dziś nie jest znana społeczeństwu. Tępiąc podziemie 
niepodległościowe, komuniści uciekali się do stosowania terroru. Wsie wspierające podziemie były wielokrotnie 
poddawane pacyfikacjom, czy rewizjom. Dokonywano także publicznych egzekucji żołnierzy  podziemia w celu 
zastraszenia jego zwolenników. W ten sposób zgładzono m.in żołnierzy oddziału Jana Stefki „Mściciela” na rynku 
w Dębicy 10 lipca 1946 r. 
 
„Wolność i Niezawisłość” 
 
19 stycznia 1945 r. gen. Leopold Okulicki rozwiązał Armię Krajową, zdekonspirowaną w dużej mierze wobec 
Sowietów podczas akcji „Burza”. Wkrótce jednak zaczęto tworzyć  ściśle zakonspirowane struktury mające 
prowadzić walkę przeciwko nowej, sowieckiej okupacji. Po demobilizacji tzw. Armii Krajowej w Likwidacji, w 
miejsce szczątkowej i częściowo spenetrowanej przez sowieckie służby bezpieczeństwa siatki organizacji „Nie” 
(„Niepodległość”), 7 maja 1945 r. rozkazem p.o. Naczelnego Wodza, gen. Władysława Andersa, została 
powołana Delegatura Sił Zbrojnych (DSZ). Jej czysto wojskowa struktura opierała się na istniejących komórkach 
Armii Krajowej w Likwidacji 

i „Nie”, a działalność koncentrowała się przede wszystkim na samoobronie czynnej, 

propagandzie i wywiadzie wojskowym. Próbowano również - z  reguły bezskutecznie - wyprowadzić jak 
największą ilość żołnierzy oddziałów leśnych z konspiracji do pracy nad odbu dową kraju i cywilnej walki 
politycznej. 
 
6 sierpnia 1945 r. - 

przeszło miesiąc po powstaniu Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej i cofnięciu uznania 

rządowi RP w Londynie - DSZ została rozwiązana, a w jej miejsce 2 września 1945 r. utworzono Zrzeszenie 
„Wolność i Niezawisłość” (WiN - właściwa nazwa: Ruch Oporu Bez Wojny i Dywersji „Wolność i Niezawisłość”). 
Organizacja ta, w zamyśle jej założycieli, miała mieć charakter czysto cywilny; prowadząc, do czasu wolnych 
wyborów do Sejmu Ustawodawczego, skuteczny opór wobec komunistycznej władzy. Nadal jednak, zwłaszcza w 
województwach wschodnich, w obliczu komunistycznego terroru, w strukturach WiN działały wywodzące się z AK 
oddziały partyzanckie. W latach 1945-1947 przez szeregi WiN przewinęło się kilkadziesiąt tysięcy ludzi), jego AK-
owskie korzenie (terenowi działacze WiN nadal uważali się za żołnierzy AK),  sprawiły, iż od początku Zrzeszenie 

background image

stało się obiektem zmasowanych ataków ze strony komunistów. W okresie od 1945 do 1948 r. działania bezpieki 
rozbiły cztery  kolejne Zarządy Główne WiN, kierowane przez prezesów: płk. Jana Rzepeckiego, płk. Franciszka 
Niepokólczyckiego, ppłk. Wincentego Kwiecińskiego i ppłk. Łukasza Cieplińskiego. 
 
Udział mieszkańców Rzeszowszczyzny  w strukturach ogólnopolskich WiN szczególn ie zaznaczył  się w okresie od 
stycznia do listopada 1947 r., kiedy prezesem IV Zarządu Głównego WiN był ppłk Łukasz Ciepliński „Apk”, 
„Bogdan”, „Ludwik”, „Pług”, wcześniej kierujący Inspektoratem AK Rzeszów. W zarządzie tym znajdowali się jego 
współpracownicy z okresu okupacji niemieckiej, m.in.: mjr Adam Lazarowicz „Aleksander”, 'Klamra”, kpt. 
Mieczysław Kawalec „Żbik”, „Iza”, „Psarski”, por. Józef Rzepka „Znicz”, „Krzysztof”,  kpt. Ludwik Kubik „Alfred”, 
„Juliusz”. Prezesura Łukasza Cieplińskiego przypadła na szczególnie trudny okres, kiedy Urząd Bezpieczeństwa 
po sfałszowanych wyborach do Sejmu Ustawodawczego zintensyfikował swoje działania, z drugiej zaś strony 
prysły nadzieje na wybuch III  wojny światowej. Jesienią 1947 r. rozpoczęły się aresztowania dzi ałaczy IV  Zarządu 
WiN. Ich proces toczył się przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie w dniach od 5 do 14 października 
1950 r. Większość z nich została skazana na karę śmierci, m.in. wymienieni już Ł. Ciepliński, A. Lazarowicz, J. 
Rzepka, J. Batory, M. 

Kawalec oraz prezes Obszaru Południowego WiN F. Błażej i K. Chmiel, doradca polityczny 

prezesa Cieplińskiego. Wszyscy zostali zamordowani 1 marca 1951 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie. 
 
Zarządowi Głównemu WiN podlegał m.in. Okręg Rzeszów, powstały na bazie Podokręgu AK Rzeszów, 
obejmujący swoją działalnością całe Podkarpacie. Dzielił się na rejony i rady. Na czele Okręgu stali kolejno: mjr 
Adam Lazarowicz, Bronisław Wochanka „Ludwik”, „Andrzej”, Władysław Koba „Żyła”,  „Marcin”. Okręg prowadził 
działania wywiadowcze, propagandowe oraz samoobronę, kierowaną przez „Straż'.  Ogółem WiN w Okręgu 
Rzeszów liczył około 1,2-1,4 tys. członków. W Okręgu Rzeszowskim stosunkowo dobrze zorganizowane były 
Brygady Wywiadowcze (BW), którymi kierował Antoni Słabosz „Paweł”. Wywodziły  się ze struktur wywiadu AK  i 
zachowywały znaczną autonomię w obrębie WiN, dysponując własną siatką wywiadowczą. Jesienią 1947 r. 
zarząd Rzeszowskiego Okręgu WiN został rozbity przez  UB. W dniach od 15 do 21 października 1948 r. przed 
Wojskowy

m Sądem Rejonowym w Rzeszowie odbył się proces członków zarządu. Dwaj z  nich: Władysław Koba i 

Leopold Rząsa, oraz Michał Zygo  - informator WiN w Komendzie Wojewódzkiej MO - zostali skazani na karę 
śmierci i 31 stycznia 1949 r. zamordowani na Zamku w Rzeszowie. 
 
Narodowe Zjednoczenie  Wojskowe 
 
Poza WiN-

em na terenie Podkarpacia istniały stosunkowo silne struktury Narodowego Zjednoczenia Wojskowego 

(NZW), politycznie podporządkowane Stronnictwu Narodowemu (SN). Tworzyły  je wyodrębnione ze struktur AK, 
scalon

e z nią wcześniej oddziały Narodowej Organizacji Wojskowej (NOW). Do jesieni 1946 r. działała tu również 

Młodzież  Wielkiej Polski (MWP), związana z SN. Na czele okręgu rzeszowskiego NZW (używającego dawnej 
nazwy NOW) stali kolejno: Kazimierz Mirecki „Kazim ierz”, „Żmuda”, Józef Sałabun „Grom”, mjr Kazimierz 
Nizieński „Waluś”, wreszcie kpt. Piotr Woźniak „Wir”. 
 
Od marca 1945 r. działała Komenda Oddziałów Leśnych, której podporządkowano działające na tym terenie 
oddziały partyzanckie NZW (NOW): Józefa Zadzierskiego „Wołyniaka”, Tadeusza Gajdy „Tarzana”, Stanisława 
Pelczara „Majki”, Bronisława Gliniaka „Radwana”, Franciszka Szarka „Lisa”, Stanisława Orłowskiego vel 
Woźnickiego „Weuwarta”. Komendantem oddziałów leśnych był kpt. Franciszek Przysiężniak „Ojciec Ja n”. 
Dowodzone przez niego zgrupowanie oddziałów leśnych okręgu rzeszowskiego NZW (NOW) stoczyło 7 maja 
1945 r. w pobliżu wioski Kuryłówka bitwę partyzancką z  ekspedycją NKWD, w której zginęło kilkudziesięciu 
sowietów. Oddziały NZW niejednokrotnie chroniły również polskie wsie przed atakami UPA, prowadziły 
działalność wydawniczą i propagandową oraz likwidowały pracowników i konfidentów UB. Po sfałszowanych 
przez  komunistów wyborach do Sejmu i ogłoszeniu w lutym 1947 r. ustawy amnestyjnej, ostatni komendant 
o

kręgu rzeszowskiego NZW (NOW) Piotr Woźniak „Wir” formalnie rozwiązał okręg i polecił swym podkomendnym 

zakończyć  działalność konspiracyjną. Mimo ujawniania się przed komisją amnestyjną, od sierpnia 1948 r. 
nastąpiły masowe aresztowania członków rzeszowskiego NZW (NOW). 
 
W maju 1949 r. przed WSR w Rzeszowie odbył się proces kierownictwa okręgu rzeszowskiego NZW (NOW). 
Piotr Woźniak, Ludwik Więcław „Śląski” - komendant Inspektoratu „Hanka” (powiaty: Łańcut, Przeworsk, Nisko i 
Janów Lubelski), Edward Garbacki „Róża” - skarbnik tego inspektoratu, oraz Jan Skóra, zostali skazani na karę 
śmierci. 5 września 1949 r. na Zamku w Rzeszowie L. Więcław i E. Garbacki zostali straceni, natomiast P. 
Woźniakowi i J. Skórze karę śmierci zamieniono na długoletnie więzienie. Nie wszyscy żołnierze NZW (NOW) 
podporządkowali się rozkazowi zaprzestania działalności konspiracyjnej. Jedną z najdłużej funkcjonujących 
jednostek była grupa Adama Kusza „Garbatego”, wywodząca się z dawnego oddziału Józefa Zadzierskiego 

background image

„Wołyniaka”, zlikwidowana w Lasach Janowskich 19 sierpnia 1950 r. przez grupę operacyjną UB-KBW. Ocaleli z 
tej akcji dwaj partyzanci ukrywali się jednak jeszcze bardzo długo, korzystając z  przychylności ludności wiejskiej 
Zasania. Dopiero 11 lutego 1959 r. aresztowano w Kul

nie Michała Krupę „Wierzbę”`, zaś 30 grudnia 1961 r. w 

bunkrze koło Huty Krzeszowskiej - Andrzeja Kiszkę „Dęba”. 
 
Spośród innych oddziałów zbrojnych działających na Rzeszowszczyźnie,  nie związanych organizacyjnie ani z 
WiN, ani z NZW (NOW), należy wymienić przede wszystkim poakowskie ugrupowania Jana Totha „Mewy” i 
Wojciecha Lisa „Mściciela” oraz jedyną na tym terenie grupę formalnie należącą do Narodowych Sił Zbrojnych, 
dowodzoną przez Antoniego Żubryda „Zucha”. Toth skazany na karę śmierci, został stracon y 24 czerwca 1949 r., 
zaś Żubryd i Lis skrytobójczo zamordowani – przez  wprowadzonych do ich oddziałów agentów UB („Zuch – 
24.10.1946 r., a „Mściciel – 30.01.1948 r.). 
 
Pomimo klęski poniesionej przez antykomunistyczną konspirację niepodległościową, opór s połeczeństwa 
polskiego wobec nowej władzy trwał nadal, choć z  uwagi na militarną przewagę ZSRS i formacji podległych 
rodzimym komunistom zmieniał swoje formy, a walkę zbrojną jako bezcelową zastępował innymi środkami. 
Pamiętać jednak należy, że ofiara „wyklętych” była zaczynem, który  w dużej mierze umożliwił odzyskanie przez 
Polskę niepodległości. 

 

Autorzy: 

Mariusz Krzysztofiński, IPN Rzeszów, Krzysztof  Kaczmarski, IPN Rzeszów 

 

 

NSZZ  „Solidarność”  w Polsce  południowo-wschodniej  1980-1981 

Legalny  okres działalności NSZZ  „Solidarność” w Polsce południowo-wschodniej  przyczynił  się do 
przełamania monopolu  informacyjnego  władzy komunistycznej i utraty przez nią zaufania społecznego, 
która doprowadziła do zmian ustrojowych po 1989 r.
 

W 1975 r. obejmujące Polskę południowo-wschodnią województwo rzeszowskie zostało podzielone na cztery 
mniejsze jednostki administracyjne. Powstały wówczas województwa: tarn obrzeskie, przemyskie, rzeszowskie i 
krośnieńskie. Ten podział administracyjny odcisnął swe piętno na dziejach „Solidarności”. Zanim powstał NSZZ, 
najważniejszym ośrodkiem oporu społecznego w tym zakątku Polski był Kościół katolicki – zwłaszcza diecezja 

pr

zemyska kierowana przez bp. Ignacego Tokarczuka. Niewątpliwie w dużej mierze dzięki działalności kościoła i 

jego roli w obronie świadomości społecznej przed indoktrynacją komunistyczną stał się możliwy rozwój 
niezależnego ruchu społecznego i związkowego, jakim była „Solidarność”. Przed latem 1980 r. niewielkie 
struktury opozycyjne  powstały tylko w województwie rzeszowskim i przemyskim. W Przemyślu działały ROPCiO, 
KSS „KOR” i KPN, zaś w Rzeszowie funkcjonowała grupa związana z  KSS „KOR”, zaangażowana w pows tanie w 
1978 r. Komitetu Samoobrony Chłopskiej Ziemi Rzeszowskiej w Łowisku. Do woj. krośnieńskiego i 
tarnobrzeskiego w końcu lat 70. sporadycznie docierali przedstawiciele opozycji i „bibuła”. 

 
Akcje strajkowe 
 
Tę sytuację miały zmienić strajki lipcowo-sierpniowe 1980 r. Podobnie jak w wielu innych regionach Polski, także 
tu wybuchły strajki po wprowadzeniu podwyżki cen niektórych artykułów mięsnych 1 lipca 1980 r. Strajkowali 
wówczas pracownicy WSK w Mielcu i SFA  „Autosan” w Sanoku. W następnych dniach do  strajków o podłożu 
ekonomicznym i socjalnym dochodziło w różnych zakładach, głównie w woj. rzeszowskim i tarnobrzeskim. Po 
rozpoczęciu strajków stoczniowców na Wybrzeżu  doszło w Polsce południowo -wschodniej do dalszego wzrostu 
napięcia. W połowie sierpnia ponownie zastrajkował „Autosan” oraz WSK w Rzeszowie. Zaczęły  się pojawiać 
postulaty utworzenia niezależnych związków zawodowych. 
 
Po 20 sierpnia w woj. krośnieńskim i rzeszowskim niezadowolenie społeczne zaczęło sięgać zenitu, a jedną z 
jego przyczyn  był brak rzetelnej informacji o przebiegu strajków w innych regionach kraju. Działacze opozycji z 

background image

kręgu KSS „KOR” i KPN w woj. przemyskim podjęli nieudane próby wywołania strajków. Doszło tam jedynie do 
kilkudziesięciu krótkich przerw w pracy, podobnie jak w woj. tarnobrzeskim. Natomiast w woj. rzeszowskim i 
krośnieńskim strajki w dniach 25-29 sierpnia niemal sparaliżowały życie gospodarcze. Najbardziej konkretny 
przebieg miała akcja strajkowa w Krośnie, gdzie przebywał emisariusz komitetu strajkowego ze Stoczni im. 
Lenina w Gdańsku Brunon Mańko. Tam 29 sierpnia doszło do powstania Zespołu Organizacyjnego Niezależnych 
i Samorządnych Związków Zawodowych Województwa Krośnieńskiego (prawdopodobnie pierwszej w Polsce 
struktury używającej w nazwie przymiotników „niezależny” i „samorządny”), którego kilkunastu przedstawicieli 
udało się do Gdańska, gdzie byli świadkami podpisania porozumień 31 sierpnia. Była to pierwsza 
ponadzakładowa struktura wolnych związków zawodowych w Polsce południowo -wschodniej. 
 
4 regiony  NSZZ 

„Solidarność” 

 
Kolejno powstawały komitety założycielskie NSZZ w pozostałych województwach. W Rzeszowie 12 września 
powstał Międzyzakładowy Komitet Założycielski, przekształcony następnie w Międzyzakładowy  Komitet 
Robotniczy z Antonim Kopaczewskim na czel

e, w Stalowej Woli powstał zarejestrowany w Gdańsku 17 września 

MKZ  w Stalowej Woli ze Stanisławem Krupką jako przewodniczącym, zaś w Jarosławiu w woj. przemyskim MKZ 
powstał 29 września (od 2 października kierował nim Kazimierz Ziobro). W tym ostatnim woj ewództwie struktury 
regionalne powstawały najpóźniej i z  największymi oporami. Dopiero 7 października powołano Komitet 
Założycielski Regionu Południowo-Wschodniego z Czesławem Kijanką na czele. Już wówczas – na przełomie 
września i października toczyła  się dyskusja na temat struktury organizacyjnej związku.  Dominowały koncepcje 
budowy struktur związkowych w oparciu o istniejący podział administracyjny lub budowy „makroregionów” 
skupiających organizacje związkowe z  terenu kilku województw. 
 
W dyskusji tej na

jaktywniejszy był MKR w Rzeszowie, dążący do utworzenia makroregionu opartego o dawne 

duże województwo. Działacze z pozostałych województw odnosili się do tych propozycji z dużą rezerwą i 
ostatecznie mimo podpisania kilku porozumień o powstaniu ponadregion alnych struktur (m.in. Ośrodka Badań 
Społeczno-Zawodowych w Rzeszowie) w Polsce południowo-wschodniej na wiosnę 1981 r. ukształtowały się 
cztery  regiony NSZZ „Solidarność”: Region Rzeszowski, Region Południowo -Wschodni (z siedzibą w Przemyślu), 
Region Ziem

ia Sandomierska (z siedzibą w Stalowej Woli) i Region Podkarpacie (z siedzibą w Krośnie). 

Terytorium regionów pokrywało się w zasadzie z podziałem administracyjnym województw. Jedynie w 
województwie krośnieńskim w maju 1981 r. MKZ  w Jaśle odłączył się od Regionu Podkarpacie i przeszedł do 
Regionu Małopolska (z siedzibą w Krakowie), a w województwie przemyskim MKZ Jarosław przyłączył  się w 
sierpniu 1981 r. do Regionu Rzeszowskiego. Wszystkie regiony poza realizacją zadań związku zawodowego 
włączyły  się aktywnie w działania na rzecz  obrony wolności słowa i wyznania oraz walki o tożsamość narodową i 
pamięć historyczną Polaków. 
 
W każdym z  regionów organizowano uroczystości patriotyczne (zwłaszcza związane z nieuznawanymi przez 
władze rocznicami 3 maja, 31 sierpnia, 17 września, 11 listopada i rocznicę wydarzeń grudniowych). W każdym z 
nich wydawano własną prasę i kolportowano wydawnictwa niezależne. Realizowano też ogólnopolskie akcje 
protestacyjne związku – strajki ostrzegawcze 3 października 1980 r., bojkot pracujących sobót, strajki 
ostrzegawcze 27 marca i 28 października 1981 r. Do regionów należało niemal 500 tys. członków. W woj. 
rzeszowskim, przemyskim i tarnobrzeskim silny były  także związki rolnicze NSZZ Rolników Indywidualnych 
„Solidarność” i „Solidarność Wiejska”. 

 

Autorzy: 

Mariusz Krzysztofiński, IPN Rzeszów 

 

 

 

 

 

background image

Torami  historii  na odsiecz  Warszawie 

Wyruszyli  z Chabówki 11 sierpnia, po dwóch dniach dotarli do Warszawy, a 14 sierpnia, w 90. rocznicę victorii 
warszawskiej, stawili się w Ossowie na corocznej rekonstrukcji bitwy, która pogrzebała bolszewickie plany 
podboju Europy. Ta podróż miała przywołać ducha tych trudnych i pięknych zarazem chwil ojczystej historii, jak 
najwierniej oddać ich realia. Oczywisty był więc wybór środka lokomocji – parowozu z wagonami pamiętającymi 
początek XX  w. Pociąg, który  stał się jednym z bohaterów tej wyprawy,  wzbudza ł niezwykły  entuzjazm. Kiedy 
zatrzymywał  sie na kolejnych stacjach – w Krakowie, Częstochowie, Piotrkowie Trybunalskim, Koluszkach czy 

Skierniewicach 

– tłumy rodaków w historycznych strojach witały i żegnały podróżujących kwiatami i 

patriotycznymi pieśniami. 
W ten sposób kilka grup rekonstrukcyjnych z różnych  stron Polski, odtwarzając podróż polskich ochotników z 
sierpnia 1920 r., którzy  podążali z odsieczą zagrożonej Warszawie, chciało oddać im cześć. 

 
Wielkopolanie w niebieskawych mundurach z hełmami niemieckiego wzoru na głowach odegrali załogi ciężkich 
karabinów maszynowych ustawionych na otwartej platformie w początku składu pociągu. Na drugiej platformie 
można było dostrzec opancerzonego forda. 
 
Gimnazjaliści i mężczyźni w sile wieku w cywilnych ubraniach, obok nich kobiety ze służby pomocniczej i 
sanitariuszki. W oczy  rzucała się różnorodność wzorów umundurowania i uzbrojenia, ale takie były  realia epoki. 
Powstające z niebytu państwo polskie nie dysponowało jednolitym wyposażeniem dla młodej armii. 
 
Ni

e zabrakło także harcerzy,  byli najmłodszymi uczestnikami wyprawy – chłopcy w wieku od kilku do kilkunastu 

lat, pod opieką Zbyszka Rowińskiego. To niezawodni warszawscy „Zawiszacy”. 
 
 
Podpisy 
1) Poznaniacy obsadzają stanowiskach karabinaów maszynowych. 
2) 

Wartownik pilnujący składu na postoju w skierniewickiej lokomotywowni. 

3) Ostatnie przeglądy przed podróżą i wjazd na dworzec w Skierniewicach. 
4) Pamiątkowa fotografia. Z lewej strony grupa harcerzy odtwarzana przez "Zawiszaków". 
5) Gra w kości skracała żołnierzom dłużące się godziny przed bitwą. 
6) Pod Ossowem bolszewicy wielokrotnie szturmowali polskie pozycje. 
7) Gdy polskich piechurów do boju prowadził ksiądz Ignacy Skorupka, nasi ułani scierali się z bolszewicką 
konnicą. 

 

    

Autorzy:  Piotr Ferenc-Chudy 

 

 

 

 

 

background image

SMOLEŃSK - MIEJSCE PRZEKLĘTE 

Nawet najbardziej racjonalistyczne myślenie nie jest w stanie wyprzeć pojęcia fatum, pecha czy 
mrocznego przeznaczenia. Ludzki  umysł szuka sensu w zdarzeniach, które zdają się go nie mieć, i jeśli 
naukowe tłumaczenia go nie zadowalają, szuka innych.  Stąd popularność rozmaitych czakramów, miejsc 
szczególnego nagromadzenia dobrej lub  złej energii.
 

Nie przypadkiem klasztory budowano na miejscach pogańskich kultów, w punktach tajemnych obrzędów, na 
różnych Łysych Górach, Sobótkach czy  wśród ostępów leśnych, gdzie wcześniej czczono drzewa (przykładem 
mazurska Święta Lipka). 

 
Legendy wspominają też chętnie o uroczyskach cieszących się złą sławą, przyciągających zbrodniarzy  i 
psychopatów. Mają swoją czarną legendę place i domy. Tylko w potocznym porzekadle najbezpi eczniej jest w 
leju po bombie. Historia lubi się powtarzać i ma swoje ulubione miejsca bitew, katastrof, rzezi. 
 
Czy  za region, w którym historyczna magia występuje w szczególnej koncentracji, tworząc nierozerwalny, krwawy 
węzeł losów polskich i rosyjskich, należy uznać Smoleńsk? 
 
Początki owego bogatego miasta cerkwi i monastyrów nie zapowiadały dramatu. W 1404 r. gród zdobyty  przez 
Witolda wchodził przez 110 lat w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego, a udział pułków smoleńskich w bitwie 
pod Grunwaldem uw

ażano nieraz za przykład „słowiańskiej solidarności”. Niestety, okres symbiozy nie trwał 

długo. Mało kto wie, że „Stańczyk”,  słynny obraz Jana Matejki namalowany w 1862 r. i obdarzony twarzą artysty, 
nosi pełny tytuł  „Stańczyk  w czasie balu na dworze królowej Barbary Zápolyi, wobec straconego Smoleńska”. 
Miasto, które w 1502 r. dzielnie obroniło się przed Moskwą, 12 lat później musiało skapitulować z powodu braku 
odsieczy... 
 
Jakże osobliwe i ponure to proroctwo: jest rok 1514, zadumany błazen nie uczestniczy  w wesołym balu trwającym 
na Wawelu, tylko rozmyśla nad losem Polski, który wieszczy  kometa widoczna za oknem. Może przeczuwa, że za 
rok królowa nie będzie żyła,  a za wschodnią granicą królestwa peryferyjny gród - Moskwa, do niedawana wierny 
lennik Wielk

iej Ordy, rozpocznie swoją drogę w kierunku imperium?... 

 
A czy  sam malarz mógł przewidywać, że już wkrótce w jego świecie wybuchnie pozbawione jakichkolwiek szans 
powstanie styczniowe, krytykowane później namiętnie przez współczesnych „Stańczyków”?. 
 
Powr

óćmy jednak do Smoleńska. Na rubieżach dawnej Rzeczypospolitej karta dziejów odwracała się parę razy; 

rok 1610 przyniósł jedno z najświetniejszych zwycięstw w polskiej historii. Pod Kłuszynem, opodal Smoleńska 
sukces hetmana Stefana Żółkiewskiego i jego husarii otworzył nam bramy Moskwy. Uwięzionego cara Szujskiego 
wieziono do Warszawy, a rosyjscy bojarowie oddali „czapę Monachomacha” królewiczowi Władysławowi. Czy 
polscy Wazowie mogli doprowadzić do unii Warszawy Wilna i Moskwy? Kto wie czy,  gdyby nie opor y Zygmunta III 
pragnącego korony dla siebie, gdyby nie trwająca rok obrona miasta, gdyby posłuchano Żółkiewskiego, a odsiecz 
Chodkiewicza nadeszła wcześniej, polska władza pozostałaby na Kremlu?  
 
Nie udało się, ale Rosja nigdy nie zapomniała despektu. Całkiem niedawno putinowska administracja ustanowiła 
nowe święto - Dzień Jedności Narodowej - mające zastąpić skompromitowaną rocznicę Rewolucji 
Październikowej. Przypomina ono wypędzenie Polaków z Moskwy przez  pospolite ruszenie kupca Kuźmy Minina i 
księcia Dymitra Pożarskiego. Przy  okazji powstał też antypolski, wysokobudżetowy film „Rok 1612” z udziałem, o 
wstydzie, naszych aktorów. 
 
Mało kto też pamięta, że Rosjanie skapitulowali pod Smoleńskiem jeszcze raz, w 1634 r. A ostatecznie w ręce 
Rosji miasto przes

zło dopiero na mocy pokoju Andruszowskiego w 1667 r. 

 
Wydaje się jednak, że pomimo zmiany suwerena ziemia smoleńska w kolejnych stuleciach nadal pragnęła krwi; w 
1708 r. odbyła się tam wielka bitwa rosyjsko-szwedzka, wygrana przez Skandynawów, tam też w 1812 r. 
stoczono wielką i niesłychanie krwawą batalię, w trakcie pamiętnej wyprawy napoleońskiej. „O roku ów, kto ciebie 
widział w naszym kraju...”. 
 

background image

Dużo wskazuje, że z  upływem czasu siły zła rosną. W 1940 r. właśnie pod Smoleńskiem, w Katyniu, w pobliżu 
pe

nsjonatu dla kadry NKWD zostało zlokalizowane miejsce kaźni polskich oficerów. Przypadek czy  świadomy 

zamysł? Legenda też wspomina, a potwierdzają to zachowane zdjęcia propagandowe, że Stalin i jego oprycznik 
Beria osobiście sadzili drzewa w rejonie Smoleńskiego lotniska. Oczywiście mało prawdopodobne, by była to 
brzoza,  przez którą skończył swój lot prezydencki Tupolew 154, ale... 
 
Domorośli demonolodzy zwracają też uwagę, że liczba 96 ofiar tragicznej katastrofy, którą graficznie można 
prezentować jako parę przekręconych szóstek, jest liczbą diabelską. Trudno też nie myśleć o szatanie, kiedy 
wspomni się o nieudanym zamachu gen. Henninga von Trescowa, który 13 marca 1943 r. właśnie podczas 
postoju w Smoleńsku umieścił bombę w samolocie Hitlera. Ta jednak z  niewiadomego powodu nie wybuchła, co 
miało kosztować świat jeszcze dwa lata wojny i miliony istnień ludzkich. 
 
Charakterystyczne, że wszystkie te wydarzenia dotyczą  zmagań cywilizacji Wschodu i Zachodu – tak, jakby, 
czerpiąc analogię z tektoniki, Smoleńsk leżał na linii uskoku cywilizacyjnego. Owa symbolika dotarła do mnie ze 
wzmożoną silą, gdy Tomasz Łysiak, autor świeżo wydanych „Psów Tartaru”, kończących jego „trylogię 
szalbierską”, zwrócił mi uwagę, że 10 kwietnia to data przypominająca inne wielkie sta rcie dwóch światów w 1241 
r. pod Legnicą. Konkretnie był to dzień po bitwie, w którym Tatarzy  prezentowali nadzianą na pikę głowę Henryka 
Pobożnego, pierwszego chrześcijańskiego władcy, który ośmielił im się sprzeciwić. I choć został zabity 
(cywilizacja tu

rańska nie dopuszcza oszczędzania wrogów, nawet jeśli mogłoby to przynieść korzyści), 

powstrzymał nawałę ze Wschodu, inaugurując dla Polski rolę przedmurza, którą dla często nieświadomej 
własnych zagrożeń Europy Zachodniej mieliśmy spełniać jeszcze po wiel okroć. 

 

    

Autorzy:  Marcin Wols ki 

 

 

 

SIERPIEŃ  2010 

Znany  z prorosyjskich sympatii sowietolog pisze:  „Nie liczmy na prawo w sprawie smoleńskiej. Na dobrą 
wolę też nie, gdyż  strach przed podjęciem decyzji  paraliżuje ich wolę. Możemy liczyć tylko na decyzję 
Kremla”. To niby  oczywistości, ale obecne władze RP namiętnie na to prawo i tę dobrą wolę liczyli.  Jakiś 
czas temu Tusk nieco się nadąsał:  to coś polecił  (lub ew. kazał coś poruszyć w Moskwie), a o tamto 
zapytać, wciąż z nadzieją. Wszystko to są gesty pro forma. Nie można przecież Rosjan  urazić (bo to 
„zimna wojna”). Jej obecne władze należy raczej kochać. Rzecznik rządu kłamie w żywe oczy, że pełny 
udział Polski w śledztwie był  prawnie niemożliwy.  Były  ku temu aż dwie możliwości, nie mówiąc już o 
zupełnej wyjątkowości katastrofy.
 

Sprawa w

ięc wygląda źle i to nie z  winy władz Gwatemali. Ale nie ma obaw. Będzie to trudne, ale chociaż wielu 

się już „znudziło”, my (i nie tylko my) – nie zrezygnujemy. Żaden beztreściowy komunikat nas nie zadowoli, 
żadnej „polskiej winy” - z pominięciem podstawowych elementów sprawy – nie zaakceptujemy. Będziemy drążyć 
sprawę. Latami. Zawsze. Trzeba zastąpić organa rządowe niesuwerennej RP czy  też RPRL. 

 
Poświęciłem parę słów sprawom powszechnie znanym. Ale trzeba wciąż je powtarzać. Wszelako korzystając ze 

background image

specy

fiki tej rubryki, chcę poruszyć (podobnie jak w tekście dłuższym) parę kwestii, niby „ogólnych”, ale jak 

najbardziej związanych z tematem numeru. Różnych, na razie w sposób wyrywkowy. 
 
Powtórzę się raz jeszcze. Smoleńsk należy do spraw pryncypialnych. Podo bnie jak godne upamiętnienie, 
zwłaszcza Pana Prezydenta.  Aby  pryncypia zamazane nie zostały, potrzebna jest zmiana władzy.  A przynajmniej 
śmiała próba mająca to za cel. 
 
Prezes J. Kaczyński obrał (podkreślam także i tu) właściwą strategię. Dostosowaną do formatu i sposobu 
działania strony przeciwnej. Ale wymaga ona wielu uzupełnień, poprawek, zwłaszcza w sferze taktyki. 
 
Aby  wyjaśnić kluczową dla Polski sprawę katastrofy, PiS musi wyjść także poza nią (taki paradoks), tj. reagować 
błyskawicznie na wszystko, co wyprawia reżim. Już to robi (np. w sprawie drenażu naszych kieszeni), ale 
ponieważ rząd ma to w nosie, kwestia nie jest medialna, po prostu nie mówi się o tym. Nie pasuje do schematu. 
 
Notabene, na media nie powinno się w ogóle zwracać uwagi, także na zachowanie tych  rzekomo „przyjaznych”. 
Jakiś asystent powinien przedstawiać prezesowi wyciąg rzeczywiście istotnych in formacji. Oraz drugi, ze 
szczególnie bezczelnymi wypowiedziami. I tyle. 
 
Podtrzymuję swą opinię, iż pożyteczniejsze  niż konferencje prasowe, na których brylują TVN -y,  byłby, na wzór 
cotygodniowych wystąpień prezydenta i reprezentanta opozycji w USA,  kontakt z ludźmi poprzez internet (a także 
wszelkie inne źródła poza wielko-medialne). 
 
Zupełnie szczerze wytłumaczyłbym powstanie terminu i obecne rozumienie określenia „obciach”. W 
szczególności tym, którzy  się nim nie posługują, a póki co jeszcze mają prawo d o życia  i głosu. Ale zwłaszcza, 
spokojnie, konkretnie, merytorycznie ustosunkowałbym się do każdej bieżącej sprawy. Taka np. „GP” z 
pewnością by te wystąpienia przedrukowywała. A mówiąc o owym „spokoju” (nie o żadnej miękkości) – zwłaszcza 
J. Kaczyński powinien w pełni pojąć, że każde jego słowo, niczym popełniającego kiedyś występek może być, i 
będzie użyte  przeciw niemu. 
 
Krytyka  - 

nacechowana wszakże życzliwością, doradzająca, a nie napastliwa - prawie zanikła, pozostała tylko 

niechęć bądź nienawiść. A wśród „umiarkowanych” speców od Słowa także elementarny brak logiki. Z jednej 
strony piszą o „najgorszym rządzie” (Tusk się nie przejmuje) i psuciu Polski, a z drugiej, w jednym chórze z 
Kutzami 

– ta zbieżność ich nie zastanawia – dokopują, jak mogą, opozycji (Tusk jest zadowolony, bo to jest dla 

niego najważniejsze). Pewno po to, aby Polska psuła się bardziej i dłużej. 
 
Brak mi na razie miejsca, więc jeszcze tylko hasłowo. Rozumiem potrzebę oparcia się w batalii na ludziach 
sprawdzonych, ale nie może to być grupa zamknięta, składająca się m.in. z osób „podłączonych” pod jakiegoś 
wiceprezesa czy innego patrona. Nawet w partyjnych szeregach, także samorządowych, są ludzie bystrzy, 
fachowi, relatywnie młodzi. Ich dostrzeżenie, ich awans – powinny być niemal automatyczne (jak stałe 
odnawianie republikańskiego kierownictwa w Kongresie USA; oparte wyłącznie na takich kryteriach). Powiązanie 
pryncypiów z  codziennymi problemami ludzi. Wykorzystanie (prawdziwe, a nie tylko poprzez podziękowanie 
prezesa) ruchów obywatelskich. Nie chodzi tylko o Kluby „GP”. W różnych miejscach poczynają już kiełkować 
potencjalne nowe elity, bardzo fachowe w rozmaitych dziedzinach. Nie można pozwolić, by pozostawały 
rozproszone, nie można ich ignorować. Na drodze do budowy własnej Fundacj i Batorego. Wreszcie konstatacja: 
w każdej partii istnieją rozmaite frakcje ideowe. To jest OK. Ale akurat dzisiaj w Polsce ta ukochana przez media, 
najbardziej podobna do PO, często o unijnej (od UW) mentalności, absolutnie brylować nie powinna. 
 
Chciałem napisać jeszcze sporo, ale dziś jeszcze tylko słowo na temat, który (swoją drogą szkoda) nie będzie 
„kampanijny”. Wspaniale przedstawiła go w swych esejach Agnieszka Kołakowska: wszystko, co uderza w 
tradycyjne wartości, uderza także w wolność. Czyli w nas, w nasze państwo, w jego jakość. Te dziś wściekle 
atakowane wartości, to szeroko pojmowana kultura. Od niej wszystko się zaczyna.  Natomiast w kwestiach 
podstawowych coś jest albo prawdą, albo fałszem. Choćby mediokraci ujadali, wściekali się – czegoś 
„pośredniego” nie ma. 

 

background image

    

Autorzy: 

Jacek Kwieciński 

 

 

 

 

 

 

 

SŁUSZNOŚĆ  GRY O WSZYSTKO 

 

Tragedia smoleńska była niewyobrażalnym  ciosem. Po szoku pojawiło się u mnie także odczucie 
beznadziei. Reakcja na katastrofę była  testem na jakość państwa polskiego pod  obecnymi rządami. 
Byłem przekonany,  że dzisiejsze władze test ten obleją. Nie myliłem  się. Wszystko, co nastąpiło później,  w 
pełni to potwierdziło.  Wydaje się, iż jest coraz gorzej, że wszystko w Polsce zostało zablokowane, A ja, 
właśnie teraz, stałem się jakby większym optymistą.  Bardzo warunkowym, no ale zawsze.
 

Jest to tym bardziej dziwn

e, bo niemal od początku absolutnie nie podzielałem modnych wówczas opinii. Że tak 

niewyobrażalna tragedia nas „połączy”, że nastąpi w Polsce jakiś przełom. Że niesłychanie aroganckie władze 
nieco będą się temperować. Że znacząca część ich bezkrytycznych  wielbicieli trochę otrzeźwieje. Postępowanie 
obecnego prezydenta, który  dosłownie w godzinę po katastrofie przejął w pełni i bezceremonialnie funkcję głowy 
państwa, było zapowiedzią tego, co nastąpi potem. 

 
Całkowite zdanie się na Rosję w wyjaśnianiu katastrofy było nie tylko wręcz niesłychanym przykładem rusofilstwa, 
potwierdzającego niesuwerenność obecnej polityki zagranicznej RP. Wskazywało również, że obecny reżim 
świadomie nie chce dostrzec niezwykłej rangi sprawy. 
Wielka część tzw.  inteligencji też nie zawiodła. Między  innymi kontynuowała praktykę skarżenia się zagranicy na 
Polaków. 
 
Wszelkie nadzieje nt. narodowej zgody uważałem, trafnie, za surrealistyczne. Obecne władze (ze swymi 
„autorytetami”), tak jak wtedy działały jakby z  przymusu, obok powszechnie widocznych nastrojów społecznych, 

background image

tak obecnie mają je w nosie. 
 
A ja w znacznym stopniu zacząłem podzielać opinię przede wszystkim B. Wildsteina, że „efekt smoleński” może 
nie zadziałać od razu, ale w końcu z  pewnością zadziała. Jednak póki co zwykła p olityka kształtuje obecną 
rzeczywistość. Wyłącznie o ten efekt, polityczny,  chodziło mi w opublikowanej w poprzednim numerze „NP” 
debacie. Przez  jej skróty mogło zaś wynikać, jakbym tragedię smoleńską lekceważył. Boże Drogi! 
 
Efekt. Nie tylko nie wierzyłem  w faktyczne  zbliżenie „dwóch Polsk”. Sceptycznie podchodziłem do rozważań, o tej, 
jak mówiono, „zbuntowanej”, która miała w znacznej mierze, pod wpływem wstrząsu, zrozumieć, pojąć itd. A 
obecnie irytują mnie opinie, przynajmniej jeszcze przed miesiącem wyrażane, że Platforma słabnie, straszenie 
PiS-

em nie wystarczy,  a Bartoszewski z Wajdą budzą już powszechny niesmak. PO swe rządy  umacnia, PiS -em 

nadal straszy, Bartoszewski z Wajdą są nadal hołubieni. 
 
Razi mnie nawet przywoływanie dobrego wyniku Jarosława Kaczyńskiego w wyborach. To było. To przeszłość. 
Zamiast mówić, że władający „jeszcze” te wybory wygrali, trafniej byłoby powiedzieć - „nawet te”. Notabene, jak 
już pisałem, wcale nie uważam, by tamta kampania była „znakomita” ani, iż swój wynik J. Kaczyń ski zawdzięcza 
tzw.  ociepleniu wizerunku. 
 
Mój pewien przypływ warunkowego optymizmu wynika z czego innego. Akurat z  tego, co jest masowo 
krytykowane. 
 
Zbiegł się bowiem z nawałnicą, kaskadą, zatrzęsieniem tekstów i wypowiedzi dowodzących, jak to, w krótki m 
czasie, Jarosław Kaczyński wszystko zmarnował, zaprzepaścił, roztrwonił, dokonuje politycznego samobójstwa 
itd. Trochę tego za dużo, a to już, niemal automatycznie, skłania, aby zamiast przyłączyć  się do jednobrzmiącego 
chóru, zastanowić się nieco. 
 
Zrob

iłem to i doszedłem do wniosków najzupełniej odmiennych! To zachowanie szeregu żurnalistów (zakładając, 

że nie chcą in gremio po prostu zniszczyć  opozycji) odznacza się brakiem racjonalności. Jest płytkie i 
powierzchowne. Najmniejszego wrażenia nie robi na mnie gadka o jakichś „liberałach” i „talibach” (jakże 
pochlebne dla naszej religii określenie!). Czy też  o podziale na elektorat Radia Maryja i bardziej światły, tj. więcej 
platformerski. Nie należę ani do jednego, ani drugiego. Ale właśnie w ciągu ostatn ich tygodni uznałem, że 
strategia J. Kaczyńskiego - przy  całym, jej chwilowym, mam nadzieję, niedopracowaniu - jest optymalna. Jeśli 
myśli się o sukcesie, który cokolwiek by znaczył.  Może  być ryzykowna,  ale jest jedynie sensowna. 
 
Przyrównywanie przyszłości PiS do losów ROP, wywody o skurczeniu się do „nieprzejednanej” sekty są łatwe. 
Zbyt  łatwe. Mamy teraz zupełnie inną sytuację niż wtedy, inne czasy. A przede wszystkim innego, inaczej, 
profesjonalnie i efektywnie działającego przeciwnika. Obecny reżim jes t tej natury, że jakiekolwiek „wyciąganie 
doń ręki” nie ma nawet krztyny  sensu. Dotyczy  to też  (czy  przede wszystkim) sprawy Smoleńska. Zdecydowana, 
absolutna opozycyjność, w jej wszystkich wymiarach, po prostu nie ma alternatywy. 
 
Nie oznacza to, bym nie 

dostrzegał dramatyzmu sytuacji, w której się znaleźliśmy. Ale właśnie dlatego absolutnie 

niezbędne jest kompletne zanegowanie status quo. Podjęcie próby jego całkowitej zmiany, a nie starań o to, aby 
jak najzręczniej dostosować się do niego. I nie jest to w najmniejszym nawet stopniu podejście radykalne. W jaki 
sposób autentyczną zmianę status quo osiągnąć? Jak najsensowniej starać się naprawdę zmienić obecny stan?  
 
Przy  praktycznie zabetonowanej scenie politycznej (wszechwładzy PO, stale „pogłębianej”)? Pr zy wręcz 
obsesyjnej wrogości tzw. elit? Przy  praktycznie już całkowitym odcięciu od, wciąż mających ogromny wpływ na 
Polaków, mediów? Łącznie z okazywanym - często z niskich pobudek (chęci zachowania tego, co już udało się 
osiągnąć) - tchórzostwem we własnych szeregach. Wśród nie dostrzegających, że w powstałej sytuacji należy, 
trzeba grać i zagrać va banque. Szansa na autentyczną, a nie pozorowaną zmianę, leży  właśnie w takim 
zachowaniu. A w niczym, literalnie niczym, innym. 
 
Spore wrażenie zrobił na mnie felieton Stanisława Janeckiego. Pod wreszcie nie stadnym tytułem: „Prezes PiS 
wcale nie zwariował. Kaczyński wybrał optymalny, z jego punktu widzenia, wariant walki z PO ...”. (W dzienniku 
„Fakt”, który,  jak inne, „normalizuje się”, ale w autokratyzmie przynajmniej w części gazet muszą być „rodzynki”, 
podobnie jak demokracja staje się fasadowa, a nie jest uroczyście skasowana). 
 
Redaktor Janecki konstatuje, że PO jest klasyczną, bezideową partią władzy, podobną tym rządzącym dziesiątki 

background image

lat Meksykiem czy  Jap

onią. „Porozumienie się”, „zgoda” z taką partią jest wręcz wykluczone - chyba że komuś 

odpowiada rola stałego politycznego satelity. Partia władzy nigdy się nią nie podzieli z silnym, niezależnym 
koalicjantem. Nigdy. Jakikolwiek ton przybrałby  Kaczyński, nie ma najmniejszego znaczenia. Z partią w rodzaju 
PO, całkowicie bezwzględną, opanowującą wszystko, podporządkowującą sobie kogo tylko może, nie można 
wygrać konwencjonalnymi metodami. Jest przygotowana na rządzenie 10 -15 lat. 
 
Ograniczenie ambicji do roli 

„silnej opozycji” jest głupstwem, bo przy rządach podobnej partii samo to pojęcie 

staje się beztreściowym przejawem politycznej impotencji. Na stałe. To właśnie byłoby ową przywoływaną 
„abdykacją”, kapitulanctwem, wcieleniem się w rolę naprawdę-licznej-sekty (która nic nie może zdziałać). 
 
PiS musi stać się anty-Platformą, a nie nieco mniejszą PO, z lekka inaczej rozkładającą akcenty. Takie PiS nie 
byłoby nikomu do niczego potrzebne. 
 
Upragnione przez media ugodliwa partia J. Kaczyńskiego nie zneutralizowa łaby nawet rosnących wpływów 
monopolisty. W państwie i społeczeństwie. 
 
PO jest nie tylko partią władzy.  Nie jest też  partią establishmentu, jak się go normalnie rozumie. PO jest partią 
establishmentu mającego swe korzenie w PRL. Coraz otwarciej nawiązuje do Polski ukształtowanej przez 
Okrągły Stół, „grubą kreskę”, wtedy zawiązane układy, wtedy ustalone (czy tez zaklepane) hierarchie. Można to 
nazywać, jak się chce. Dla mnie jest to postkomunizm w czystej postaci. 
 
Nawet nie zapuszczając się w teren raczej dość istotny - skrytego działania tajnych służb - gołym okiem widać, iż 
wielbiciele PO wszelkie swe interesy - od biznesowych poprzez statusowo-hierarchiczne, po medialne - ulokowali 
w tym, by status quo utrzymać. Zawsze będą przeciw próbom reformy, napraw y, odnowy państwa. Ich nie 
poruszył - autentycznie i na stałe - bo poruszyć nie mógł Smoleńsk. Godne, we wszystkich jej aspektach, 
podejście Polski do tej tragedii mogłoby stać się preludium do naruszania ich interesów. Natomiast zgodna z nimi 
jest odgórnie narzucona, czarno-groteskowa, zaiste przypominająca stare czasy, dyrektywa  „pojednania” z 
czekistowsko-

imperialistyczną Rosją, czyli  podporządkowaniu się jej, czyli podtrzymanie swobody w obopólnych 

oligarchicznych interesach tych grup. 
 
Nie chcę używać terminu zaczynającego się na „a”, ale ile mamy wpływowych środowisk, instytutów, 
stowarzyszeń etc. skupiających „przyjaciół” dużych,  sąsiednich mocarstw? Wrogość do PiS, obawa przed nim 
stanowi i stanowić będzie w tych kręgach - constant. Operujący frazeologią typu „Polacy lubią spokój” de facto 
mówią o „spokoju” dla owych grup interesów, umiejętnie manipulujących świadomością społeczną. Pomagają ją 
umacniać - na szkodę Polski, jej rangi i znaczenia. 
 
Ludzi, o których była nieco wyżej mowa, a także zwykłych  klientów partii władzy oraz osoby zindoktrynowane do 
granic obsesji, PiS w żaden sposób nie pozyska. Nawet „umiarkowaniem” wraz z „ wizerunkowym ociepleniem” 
podniesionym do dziesiątej potęgi. 
Jedyną szansą (tylko i aż) tej partii, póki co jedynej, która może przywrócić w Polsce normalność, jest energiczne 
zwrócenie się do tej grupy Polaków, którą jeden z prezydentów USA nazwał „milczącą większością” (istnieje w 
każdym kraju). Aby  do nich choć częściowo trafić, trzeba prezentować się jako bezkompromisowe a nty-PO. A nie 
w jakikolwiek inny sposób. 
 
Strategia Jarosława Kaczyńskiego nie jest bynajmniej oparta na emocjach. Jest nad wyraz racjonalna. 
 
Najbardziej wyrazistym przykładem szkód, jakie przynosi Polsce polityka obecnej władzy, jest właśnie sprawa 
smole

ńska. Nie jest to opinia „radykalna”. Wszystko jest czytelne i wyraźne. Dla przykładu: nawet na nieciekawej 

dziś politycznie Litwie padają głosy: „dzisiejsza Polska chce we wszystkim przypodobać się Rosji”. W dodatku 
sytuacja międzynarodowa, obecnie dla nas fatalna, może się jeszcze pogorszyć. Wiemy o narastającej w 
Niemczech atmosferze. Na dodatek zaś wszystko wskazuje, że kolejny rząd tego kraju będzie „czerwono -
zielony”, przy  czym owa „czerwień” będzie, jak na warunki europejskie, bardzo wyrazista. Co to  oznacza  w 
kontekście już dziś bliskiego aliansu strategicznego między Moskwą a Berlinem, nie trzeba chyba tłumaczyć. A 
my znajdziemy się w jeszcze mocniejszych kleszczach pośrodku tego miłosnego uścisku. Obecność Polski w tej 
czy  innej międzynarodowej organizacji niczego tu nie zmieni. Tak, jak nie zmieniła dotychczas. 
 
Zmiana polityki zagranicznej jest jednym z  najbardziej podstawowych elementów reformy i naprawy państwa. A to 
musi oznaczać przegraną, obalenie obecnego reżimu. Nic mniej. 

background image

 
Niechęć do rzeczywistego, chrześcijańsko czytelnego, odpowiadającego randze ofiar katastrofy, ich uczczenia, a 
w przypadku ś.p. Lecha Kaczyńskiego wręcz nieudolne starania, by jego prezydenturę po prostu wymazać z 
naszej najnowszej historii, są krzycząco  czytelne.  Stosunek do gromadzących się przy  krzyżu  („szaleńcy”, 
„obłąkańcy”) jest pochodną ogólnej pogardy dla społeczeństwa - tej jego części, która nie bije pokłonów przed 
„najrozumniejszymi”. 
 
Kiedyś straszono Polską narodowo-chrześcijańską, po jakimś czasie zabrano się za nasz „zatęchły” patriotyzm, 
teraz mamy próbę wyszydzenia,  wykpienia naszej religii. Nie jest istotne, kto stał za najgłośniejszym festiwalem 
ohydy.  Ujrzeliśmy twarz „nowoczesnej” Polski („Gazeta Wyborcza”).  Twarz porażającą. Twarz miłośników PO i 
ich l

atorośli. To dlatego ten „fajny” popis palikotyzmu w działaniu wataha Tuska próbowała szybko „przykryć”.  Nic 

to jej nie da. 
 
Nie mogę uwierzyć, że nasz kraj uległ palikotyzacji na dużą skalę. Warszawa i parę innych metropolii to nie 
Polska. Dla większości Polaków krzyż  z puszek po piwie i szydzenie ze zmarłych to jednak nieco za wiele. Na 
dictum P. Lisickiego: „nie wywoływać wilka z lasu” odpowiadam: ależ wywołać go jak najbardziej. Niech ludzie 
zobaczą, jak wygląda, jak jest i niebezpieczny i odrażający, jak piana toczy  mu się z pyska... I zastanowią, czy 
pragną żyć  w kraju, w którym, za stopniową zgodą establishmentu, ma mieć coraz więcej do powiedzenia. Mimo 
mody europejskiej jestem dziwnie spokojny o reakcję większości Polaków. Jeszcze tak nisko nie upad liśmy. 
 
Wracając do PiS. Wiem, że odwrotną stroną „gry o wszystko” jest zagrożenie, że straci się „wszystko”. Ale, jak 
powiedział kiedyś R. Reagan, trzeba dysponować „moralną odwagą”. Więcej niż wyobraźnią. Zdolnością 
spojrzenia „poza narożnik”, poza aktualny status quo, w przyszłość. Przy  zachowaniu cierpliwości i konsekwencji 
odwaga w polityce na ogół popłaca. 
Natomiast jeśli reżimowi wydaje się, że coś wygrał, to głęboko się myli. I nasz Prezydent będzie godnie uczczony, 
nie tylko w Tatabanyi czy  Tbilisi

. I postawa rządu w sprawie Smoleńska, a także partia o nazwie Platforma 

Obywatelska będą miażdżąco ocenione. Właśnie w Polsce, choć czasem trwa to męcząco długo, prawda na ogół 
zwycięża. 

 

    

Autorzy: 

Jacek Kwieciński 

 

 

 

 

 

CZARODZIEJSKA  GÓRA  PO SMOLEŃSKU 

Czytanie  Manna dzisiaj jest tak samo fascynujące jak jego lektura w czasach słodkiej Belle Epoque.  W 
dodatku dawno chyba nikt nie napisał mu recenzji. Bycie  martwym i dawno wydanym pisarzem ma taką 
cenę. Nikt już nie pochwali na nowo, ani nie zgani.
 

Z Mannem jest o tyle dobrze, że co jakiś czas wybucha na jego temat dyskus ja. Jeden artykulik, drugi, potem 
seria. W latach 50. Mieliśmy w Polsce dyskusję o etyce heroicznej i Conradzie, a w latach 70. o Mannie i 

background image

Czarodziejskiej Górze. Pisali m.in. Barańczak i Karasek. I wielu innych. Później też temat Mannowski odżywał, jak 

cho

ćby wtedy, gdy Huelle napisał swojego Castorpa i mogliśmy dzięki temu poznać losy bohatera wcześniejsze, 

z okresu gdańskich studiów. 

 
Dla mnie Czarodziejska Góra odżyła  po smoleńskiej tragedii. Nie tylko dlatego, że była to ulubiona powieść Lecha 
Kaczyńskiego, co samo jest już wymowne. W niej odkryłem ten sposób narracji, te sytuacje i tę atmosferę, która 
przyświeca schyłkowej III RP. Zdegenerowanemu państwu, które nie może sobie poradzić z nadciągającą 
katastrofą. Żyjemy w Berghofie. 
 
I tu z pomocą przyszedł Łukasz Maślanka i znakomity esej, który opublikował na portalu „Teologii Politycznej” – 
„Placet experiri. O końcu historii w Berghofie i jego przezwyciężeniu”. I wreszcie krótki tekst tego samego autora: 
„Hans Castorp patrzy na wrak”. W nim znajdujemy charakterystykę czasów, na które na przyszło  patrzeć. 
Analogie nasuwają się same. Jak choćby wtedy, gdy Maślanka pisze: „źle wychowana pani Stöhr poszturchuje 
biednego Hansa Castorpa za jego zainteresowanie procesem umierania 

– nekrofilia nie będzie akceptowana – 

podobnie jak hemofilia”. 
 
Bohaterowie „Czarodziejskie Góry” mają problem z tym, co nęka pewną cześć Polaków, tę część uśpioną i 
poddaną władzy mediów głównego nurtu, tych naszych kuracjuszy. „Ta postpolityczna atmosfera zakładu ma za 
zadanie pacjent

ów uśpić i ogłupić, tak aby stali się pokorni, nie sprawiający kłopotów i bierni. Ich długotrwały 

pobyt na górze zapewnia zarządowi stałe wpływy do budżetu i pozwala na organizowanie pobytu nowym 
kuracjuszom.” 
 
I wreszcie dwa tabu, dwa potężne tabu, które decydują dzisiaj o powszechnej świadomości. To tabu polityczności 
i tabu śmierci. Złamanie tych tabu jest jak puszczenie bąka w szacownym towarzystwie, jest niestosowne, a 
jednocześnie śmieszne. Za śmiechem kryje się zaś przerażenie. Zarówno bowiem polityczność jak i śmierć, 
wprowadzają niepokój, a celem sanatorium jest osiągnięcie spokoju. Ten spokój jest zaś jak osławiona ciepła 
woda w kranie. Byle nic nie naruszyło tej atmosfery. 
 
*** 
Byle nic nie naruszyło spokoju. Żyjemy tak sobie, jak chcemy i mamy, co chcemy. Niby dobrze, niby jest z czego 
się cieszyc. Trosk przecież mniej, nie toczy  się żadna wojna. Czy  chcielibyście wojny, czy  chcecie sprowadzać na 
nas nieszczęściem tym swoim gadaniem, tymi przepowiedniami i czarnowidztwem?  
 
III RP, ten nasz Berghof

, jest miejscem magicznym. Jego władcy i poddana im społeczność uwierzyła w siłę 

magii. A magia polega na wierze w moc sprawczą słowa. 
 
Słowa zaklinają rzeczywistość, tworzą ją i czynią  na podobieństwo marzeń. Odbiera się natomiast językowi moc 
nazywania i 

odwzorowywania. W Berghofie wszyscy jesteśmy magikami. Wielkimi i mądrymi. Nawet 

niewykształcona pani Stöhr czuje się częścią tej elity, która zjechała do międzynarodowego sanatorium. 
 
*** 
W sanatorium zwłok należy pozbywać się w sposób dyskretny, najlepiej pod osłoną nocy, na saneczkach -
bobslejach w dół. Nie ma bowiem miejsca na niepokój, jaki daje perspektywa śmierci, a wraz z nią pamięć. 
Pamięć o tych,  którzy  odeszli i tym swoim odejściem przypomnieli, że perspektywa końca jest realna, jest na 
wyciągnięcie ręki, skoro żyjemy  w Berghofie właśnie, w sanatorium dla chorych na płuca. 
 
To taki sanatoryjny paradoks, który staje się udziałem Polaków, że im bliżej końca, tym mniej należy o nim 
myślec. A nuż to myślenie stanie się przepowiednią, a nuż magia zadziała i pomrzemy, i nasze ciała spuszczą 
bobslejami po stromym zboczu. Podzielimy wtedy los tych wszystkich, o których nie chcemy już myślec. 
Rozprawiajmy się więc z pamięcią o nich w sposób taktowny, ale i dyskretny. Nie mówmy o tych  trumnach i 
grobach. 
 
W III RP? Niemożliwe. Przecież tu i posiłki dają dobre, i doktorzy tacy  mądrzy. A tańce! Ach, jak cudownie tańczy 
się na sanatoryjnym parkiecie. 

 

background image

    

Autorzy:  Mateusz Matyszkowicz 

 

 

 

 

 

CIEŃ MAKBETA 

Dlaczego Bronisław Komorowski tak bardzo boi się upamiętnienia tych, którzy zginęli  w katastrofie pod 
Smoleńskiem? W mediach przekonuje, że w kółko uczestniczy w kolejnych aktach oddawania czci 
Lechowi Kaczyńskiemu i pozostałym ofiarom.
 

Tymczasem, gdyby  nie to, że rzecz  dotyczy  potwornej tragedii, zachowanie obecnego prezydenta można być 
uznać za czysto  groteskowe. Kazał usunąć krzyż  spod pałacu prezydenckiego, wciągając harcerzy i kurię 
warszawską w pułapkę zastawioną przy pomocy konserwatora zabytków. Byli święcie przekonani, że na miejscu 
krzyża  stanie pomnik. Konserwator oświadczył jednak, że to niemożliwe. Gdy sprawa wyszła na jaw i doszło do 
protestów, Komorowski postanowił wmurować obok swojego pałacu tablicę upamiętniającą żywych  - tych,  którzy 
przyszli uczcić zmarłych. Oznaczałoby to, że każdy,  kto zechce złożyć  tam kwiaty, odda hołd sobie samemu. 
Awantura zrobiła się jeszcze gorsza. Komorowski ogłosił wtedy, że zamierza wciągnąć krzyż  do kaplicy w pałacu 
prezydenckim, a pomnik zaa

kceptuje, ale na Powązkach. 

 
Prezydent głoszący w kampanii wyborczej hasło „Zgoda buduje” od pierwszych dni sprawowania najwyższego 
urzędu sprowokował największy w ostatnich latach konflikt, który dotyczy  czystej symboliki. Broniąc swoich racji, 
musi rządzić zza  metalowych barierek i kordonów funkcjonariuszy policji. Politykę Komorowskiego wspierają 
zwykli kryminaliści jak Zbigniew S. ps. „Niemiec” (ten od szantażowania Piesiewicza), który współorganizował 
grupki zaczepiające modlących się pod krzyżem  i mobilizował hordy pijanej młodzieży. 
 
Czy  Komorowski nie zdawał sobie sprawy, że nawet poparcie TVN i „Gazety  Wyborczej” oraz kilku dostojników 
Kościelnych nie wystarczy,  by odwrócić falę negatywnych emocji od jego działań? Prezydent słynie z  gaf i 
nieprzemyślanych wypowiedzi. Tym razem jednak rzecz  ani w gafach, ani, jak sugerują prawicowi publicyści, w 
makiawelicznym planie odwracania uwagi od bieżących problemów. Żadna gafa nie wytłumaczy obecnej 
awantury, a plan, nawet jeżeli był, już dawno spalił na panewce. 
 
Komorowskiego do awantury o krzyż  popchnęła podświadomość człowieka winnego. Całe jego zachowanie 
obarczone jest makbetowskim syndromem wyrzutów sumienia, których nie można usunąć ani z ciała, ani z duszy. 
Krzyż  przed pałacem to plama krwi, która wiruje mu przed oczami i wywołuje obsesje pchające do 
nieracjonalnych działań. Trudno co dzień 
budzić się z widokiem znaku upamiętniającego ludzi, których śmierć wyrzuca mu sumienie. 
Nie dotarły do mnie żadne nieznane informacje wiążące bezpośrednio Komorowski ego ze smoleńską tragedią. 
Widzę za to przerażenie człowieka, który chce za wszelką cenę usnąć sprzed swoich oczu ślady ofiar. Odwraca 
się od widoku krzyża,  wysyła na żałobników policję, miota się coraz mocniej. Im trudniej wyrwać krzyż  z ziemi, 
tym bardzi

ej rośnie mistyczna trwoga przed mocą tego wyrzutu  sumienia. 

 

background image

Bronisław Komorowski brał udział w unicestwianiu Lecha Kaczyńskiego. Niszczył go medialnie, lansując przy tym 
Goebbelsa naszych czasów Janusza Palikota. Unicestwianie człowieka przed egzekucją zaczynało  się od 
odebrania mu godność. Podniecony tłum obrzucał kamieniami i łajnem idącego na ścięcie. Widok mordowanego 
nie budził litości, gdy odebrano mu godność. Gdy skazaniec umierał opluty, mało było chętnych do szukania  
sprawiedliwości. Poniżenie było niezbędne do fizycznej  likwidacji. 
 
Czy  któreś nocy po 10 kwietnia Komorowski zobaczył siebie w tłumie rzucających kamieniami? A czy  w głębi 
sumienia mógł tego nie zobaczyć? 
 
Czy  Lech Kaczyński znalazłby się w takich okolicznościach, w tym samolocie, gd yby nie działania Bronisława 
Komorowskiego i jego kolegów? 
 
Dawny działacz opozycji chciał kiedyś innej Polski. Ma taką, która dała mu wszystko, co można dostać dla 
własnej pomyślności. Od Bronisława Komorowskiego sprzed 30 lat różni go jednak coś, czego n ie dadzą mu 
toalety Pałacu Namiestnikowskiego: z żadnej z nich nie wyjdzie z czystymi rękami. Kiedy usunie ostatecznie 
krzyż  sprzed pałacu, następny pojawi mu się przed oczami. Gdy wyrzuci  wszystkich jego obrońców, las krzyży 
będzie go dręczyć  do obłędu, którego, zdaje się, jest coraz bliższy.  Konsternacji zachowaniem prezydenta nie da 
się długo ukryć ani jego politycznemu otoczeniu, ani też zaprzyjaźnionym  mediom. Jego szaleństwo udzieli się 
całemu środowisku politycznemu. Nie pomoże mu też psychiatra udający szefa kancelarii. Do codziennego 
rytuału będzie musiało wejść zapewnianie głowy państwa, że dzisiaj przed pałacem nie stoi już żaden krzyż, 
szczególnie ten, który  tak strasznie dręczy go po nocach. 

 

 

    

Autorzy:  Tomasz Sakiewicz