background image

 

 

 

J

ERZY 

P

ILCH

 

 

 

 

 

 

 

F

ELIETONY

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Dziesięć słów 

„Jaki miły ten Kraków. Sami nieboszczycy" - pisał poeta i faktycznie, kiedy po długiej nie-

obecności przemierzam ciemne i zamarznięte zaułki, czuję tę aurę: miłą i śmiertelną. Obyśmy 

wszyscy żyli wiecznie, ale z rachunku prawdopodobieństwa wynika, że nadchodzące stulecie 

będzie także sezonem fantastycznych pogrzebów. Kraków - zwłaszcza na przybyszach z da-

lekich stron - sprawia wrażenie miasta doskonale do tego sezonu przygotowanego. Idę - daj-

my na to - wymarłą ulicą Smoleńsk i ucho wytężam ciekawie, i słyszę subtelny chrzęst czcio-

nek składanych w strzeliste nekrologi, szelest żałobnych chorągwi, ktoś czarnym kordonkiem 

wyszywa inicjał na sepiowym całunie. W mojej ulubionej kawiarni również panuje dławiąco 

rozkoszna  dekadencja,  wszystkim  czterem  kelnerkom  pogrzebowa  bielizna  w  identycznych 

proporcjach wyłazi spod brokatowych sukienek. Zamawiam to co zwykle, przeglądam prasę 

krakowską i ogólnopolską, przeglądam noworoczny „Tygodnik Powszechny" i ożywiam się 

znacznie, czuję, jak krew w zamarzających żyłach krąży żywiej. Na ostatniej stronie „Tygo-

dnika" Zbigniew Mentzel wznosi interesujący toast noworoczny. „Drodzy Przyjaciele!  - po-

wiada  -  Podzielmy  się  swoimi  słowami.  I  poczujmy  blask,  jaki  bije  od  słowa".  Asumpt  do 

tego,  wbrew  pozorom  bardzo  szczególnego,  toastu  daje  Mentzlowi  pochodząca  sprzed  bez 

mała pół wieku notatka Alberta Camusa: „Odpowiedź na pytanie o moje dziesięć słów: świat, 

cierpienie, ziemia, matka, ludzie, pustynia, honor, bieda, lato, morze". Zainspirowany Camu-

sem  Mentzel  rozważa  następnie  dziesiątkę  swoich  słów  („matka,  ojciec,  dom,  wstyd,  ryby, 

ciało, Polska, serce, wierność, język"), dalej zaś ja sam intensywnie zainspirowany i Camu-

sem, i Mentzlem przystępuję do namysłu nad moimi dziesięcioma słowami. 

Znalezisko  Mentzla  jest  jak  sądzę  pobudzające  w  sposób  wszechogarniający,  oczami  duszy 

już  widzę  np.  rzutkich  reżyserów,  co  ułożywszy  swoje  własne  dziesiątki  kluczowych  słów, 

będą  następnie  wedle  wynotowanych  haseł  pisać  scenariusze  i  kręcić  dziesięcioodcinkowe 

cykle,  i  te  na  wskroś  autorskie  seriale  (odcinek  pt.  „Dzieciństwo",  odcinek  pt.  „Stalinizm", 

odcinek pt. „Kobiety") wreszcie, wreszcie zyskają na Zachodzie (zwłaszcza odcinek pt. „Za-

chód") uznanie porównywalne z „Dekalogiem" Krzysztofa Kieślowskiego, a może nawet zy-

skają one uznanie jeszcze większe. Wszystko jedno zresztą. 

Istotą ewentualnych kontynuacji pomysłu (zarazem istotą spostrzegawczości felietonisty „Ty-

godnika Powszechnego") jest proste, ale też i trudne przyjęcie do wiadomości faktu, że idzie 

tu o słowa, nie o co innego. O słowa, nie o rzeczy nazywane słowami. To nie ma być lista 

dziesięciu  najważniejszych  pojęć  mojego  życia,  to  nie  ma  być  lista  dziesięciu  najistotniej-

szych  kategorii  ani  dziesięciu  moralnych  drogowskazów,  ani  dziesięciu  najważniejszych 

przeżyć,  ani  dziesięciu  podstawowych  wspomnień,  ani  dziesięciu  dramatów,  ani  dziesięciu 

background image

 

uciech,  ani  dziesięciu  najważniejszych  miejsc,  ani  imion,  ani  nazw,  ani  tras  dziesięciu  na-

szych duchowych albo nieduchowych wędrówek, ani dziesięciu poznawczych wstrząsów, ani 

dziesięciu autorytetów, ani dziesięciu takich czy innych iluminacji. To ma być lista dziesięciu 

słów. Dziesięciu słów życia. Kto tej zasady nie rozumie, w zasadzie nie powinien brać udziału 

w zabawie, która zresztą - przez słowo właśnie - żadną zabawą nie jest. Czynię to zastrzeże-

nie, choć świadom jestem jego utopijności, zabronić udziału nikomu nie można, z pewnością 

znajdą się uroczy facecjoniści, co na swoich spisach umieszczą np. dziesięć damskich imion 

(Jola,  Viola,  Mariola  itd.)  albo  dziesięć  elementarnych  zgoła  potrzeb,  albo  dziesięć  niezby-

walnych atrybutów własnej egzystencji (papierosy, zapałki, mały Żywiec itd.), że nie wspo-

mnę o bojowych formacjach, których dziesiątki słów, nomen omen, życia zaczynać się będą 

od: 1) Pornografia, 2) Żydzi, 3) Adam Michnik, 4) Katarzyna Kozyra itd. 

Istotą słowa, tak jak ja jego istotę rozumiem, jest niezbywalna w nim  - z wysoka mówiąc - 

obecność  piękna.  Jeśli  na  liście  moich  dziesięciu  słów  byłoby  dajmy  na  to  słowo:  pióro,  to 

znaczyłoby,  że  spośród  wszystkich  słów  w  taki  czy  inny  sposób  opisujących  czy  określają-

cych, czy symbolizujących mój zawód - literaturę, wybieram pióro właśnie dla jego obrazo-

wej zmysłowości, przez pamięć czarno-zielonego pelikana, którym pisał ojciec, przez pamięć 

wszystkich piór, którymi ja pisałem, przez pamięć wiersza Szymborskiej o Tomaszu Mannie 

(„cudownie  upierzona  watermanem  ręka")  i  również  dlatego,  że  pióro  bywa  elementem 

skrzydła, na przykład skrzydła anielskiego. 

Raz jeszcze przeczytałem toast noworoczny Zbigniewa Mentzla i wydobyłem z kieszeni ołó-

wek  firmy  UHU  i  na  papierowej  serwetce  wypisałem  dziesięć  słów  mojego  życia,  a  raczej 

dziesięć moich słów. Ułożyć ich wszakże w jakiejś kolejności wedle ważności czy hierarchii 

nie byłem w stanie, chwila była tak podniosła, że nadanie moim słowom formalnej kolejności 

alfabetycznej wydało mi się z kolei niestosowne. Z jednym wyjątkiem zostawiłem je tedy tak, 

jak zostały zapisane. Com napisał, tom napisał - jak mawiała pewna postać historyczna. Po-

tem uregulowałem należność, skłoniłem się odzianym w brokatowe sukienki i naznaczonym 

czarnymi ramiączkami kelnerkom i wyszedłem na rynek. Mróz schodził z niebios, granatowe 

światła kładły się na płycie, wciągnąłem powietrze i wydało mi się, że tak jak czterdzieści lat 

temu czuję zapach lamp gazowych wiszących pod Sukiennicami. 

Oto dziesięć moich słów zapisanych pod sam koniec roku pańskiego tysiąc dziewięćset dzie-

więćdziesiątego  i  dziewiątego:  dom,  nałóg,  dotyk,  pismo,  dzwon,  trawa,  światło,  matka, 

skrzydła, koniec. 

 

background image

 

„Pojedziemy białym koniem" 

Jakby mnie kto na obecnym etapie dziejowym zapytał, jaka jest najbardziej wymowna różnica 

pomiędzy Wisłą a Warszawą, zapewne rzekłbym w odpowiedzi, iż w Wiśle karabinowe ani 

nawet  rewolwerowe  pociski  raczej  nie  świszczą  człowiekowi  koło  głowy,  w  Warszawie  to 

bywa. 

Jak  tak  dalej  pójdzie,  zostanę  specjalistą  d  opisywania  zbiegowisk  ulicznych,  ale  mówi  się 

trudno: byłem, słyszałem, widziałem. Pałac Kultury od trzeciego piętra tonął w czarnej mgle, 

pod stacją metra wiekowy muzyk w kowbojskim kapeluszu darł się na całe gardło, kilkaset 

metrów dalej na rogu Alej i Nowego Światu spowity w ceratowy całun leżał zastrzelony zło-

dziej. 

Dla mnie - prostego synka z Wisły - dramatyczne sceny wielkomiejskie są wciąż wielką no-

winą i nie dziwota, że reaguję na nie z dziecinnym entuzjazmem. Powiem więcej: jakby mnie 

kto na obecnym etapie dziejowym zapytał, jaka jest najbardziej wymowna różnica pomiędzy 

Wisłą a Warszawą, zapewne (nie bacząc na publicystyczne uproszczenia) rzekłbym w odpo-

wiedzi, iż w Wiśle karabinowe ani nawet rewolwerowe pociski raczej nie świszczą człowie-

kowi  koło  głowy,  w  Warszawie  to  bywa.  Zastanawiam  się,  czy  w  ogóle  ktokolwiek  kiedy-

kolwiek w ciągu minionego tysiąclecia użył w centrum Wisły broni palnej, nic mi o tym nie 

wiadomo, ale może ktoś kiedyś użył. Nie zdziwiłbym się. Odkąd dotarła do mnie - że posłużę 

się wybitnie dygresyjnym przykładem - otóż odkąd dotarła do mnie prawdziwie rewolwero-

wa, a nawet eksplozywna wiadomość, że w Wiśle (w pensjonacie Piast, dwa kroki od naszej 

chałupy!) mieszkał pewnego przedwojennego lata Witold Gombrowicz, że chodził on na wy-

cieczki na Czantorię, na Stożek i na Bukową - elementarnemu odruchowi zdziwienia ulegam 

rzadziej. 

Tłum otaczający w piątek okolice ronda de Gaulle'a, gdzie rozegrały się dokładnie nazajutrz 

w gazetach opisane wydarzenia, również nie dziwił się niczemu. Ludzie spoglądali na rozbite 

samochody,  przestrzelone  szyby,  na  zaznaczone  kredą  na  asfalcie  miejsca  po  mosiężnych 

łuskach, na leżący pod kioskiem ciemny, z tej odległości podobny do muzealnej mumii kształt 

i na ogół zachowywali się stosownie. Jedynie ciągle dochodzący nowi frajerzy, co o niczym 

nie mieli pojęcia, naruszali panującą powściągliwość i pytali gorączkowo: Co się dzieje? Co 

się stało? Wypadek? Stłuczka? Bomba czy co? 

-  Nic  się  nie  stało  -  niski  głos  przysadzistego  mężczyzny  o  atletycznej  posturze  zdawał  się 

brzmieć równie atletycznie - nic się nie stało, policja użyła broni krótkiej i automatycznej, i 

wykonała wyrok śmierci bez sądu. 

background image

 

- Co też pan opowiada - obruszył się stojący koło mnie starszy pan w sfatygowanym gierkow-

skim kożuchu - bandziorów gonili, od południa tu stoję i wszystko widziałem, bandzior kra-

dzionym autem nacierał, bandziorów teraz pełno, sam pół roku temu bandziora, co mi kradł 

auto z parkingu, złapałem... 

- I co, wykonał pan na nim wyrok śmierci? - w głosie mężczyzny o atletycznej posturze nie 

było śladu szyderstwa, była w nim tak skrajna rzeczowość, że poczułem ciarki idące po ple-

cach. 

- Tak jest, tak jest - zachłystywał się ktoś niewidoczny, stojący przy samym krawężniku - tak 

jest, teraz mieć auto to żaden honor, ale mieć auto, którego nikt nie ukradł albo chociaż nie 

próbował  ukraść, to  jest straszny wstyd. Jeździłem  szesnastoletnim Nissanem  i  upokorzenia 

doznawałem,  miałem  się  za  ostatniego  śmiecia,  bo  byłem  pewien,  że  na  szesnastoletniego 

Nissana nikt się nie porwie. I masz, w zeszłym tygodniu  - mówiącego najwyraźniej ogarnął 

nagły,  graniczący  z  ekstazą  przypływ  niekłamanego  zadowolenia  -  i  w  zeszłym  tygodniu 

wreszcie go ukradli. Tak jest, ukradli mi szesnastoletniego Nissana - tryumfował niewidocz-

ny, stojący przy samym krawężniku przypadkowy komentator zdarzeń. 

Policjanci w cywilu, a może funkcjonariusze służb medycznych albo pogrzebowych pochylali 

się  nad  zabitym,  błyskały  latarki,  ktoś  biegł  przez  pobojowisko  z  telefonem  komórkowym 

przytkniętym do ucha. 

- Patrzcie państwo, co to życie warte, nic nie warte - chrapliwy choć łagodny głos nałogowej 

palaczki dochodził tym razem z tyłu - równo tydzień temu był sylwester, chłopak na pewno 

się bawił na prywatce albo w jakimś pubie szastał pieniędzmi, szampana o północy otwierał, 

najlepsze życzenia składał i odbierał, z dziewczynami się całował, całe życie miał przed sobą, 

całe nowe tysiąclecie i równo za tydzień wszystko się skończyło, żadne szczęścia, zdrowia, 

pomyślności się nie ziściło, a nawet wręcz przeciwnie, od paru godzin zabity leży na chodni-

ku. O patrzcie państwo, już jest całkiem sztywny... 

Policjanci, a może inni funkcjonariusze wyjmowali istotnie już poddane rigori mortis ciało z 

jednego ceratowego worka i  przekładali do drugiego, wzdrygnąłem się nagle, ciarki  na ple-

cach wzmogły swą obecność i poczułem głęboką niestosowność swojej własnej w tym miej-

scu obecności. Wzdrygnąłem, bo przez ułamek sekundy zauważyłem, że stopy trupa znowu, 

znowu w jeden tylko but są obute, że znowu, znowu jedna martwa stopa w bucie, druga jakby 

przez to jeszcze bardziej martwa, tylko w skarpecie białej. Nagle z całą jaskrawością pojąłem, 

że zbyt swobodną prowadzę narrację, że zanadto gawędziarsko gawędzę, że wszystko mi się 

ze wszystkim zaczyna kojarzyć, strzelanina z Gombrowiczem, trup z butem, but z pensjona-

tem Piast, strach pomyśleć co jeszcze z czym. 

background image

 

Poprawiłem tedy torbę na ramieniu  a w torbie dźwigałem dwa  arcydzieła muzyki  operowej 

oraz jedną klasyczną pozycję z zakresu eseistyki literackiej) i rytualnie ruszyłem ku domowi. 

Rytualnie, ponieważ tak zawsze kończę opisy warszawskich scen ulicznych, ich narrator (jeśli 

dobrze pamiętam zajęcia z teorii literatury: narrator nie zawsze zbieżny jest z autorem), otóż 

narrator moich scen ulicznych z narastającą do granic maniery rzekomo zagadkową goryczą 

zawsze i niezmiennie pod koniec tekstu „rusza ku domowi". Ciemności i mgły gęstniały, już 

na drugim piętrze Pałacu Kultury prawie nie było znać świateł, pod stacją metra sędziwy soli-

sta w kowbojskim kapeluszu wydzierał się wniebogłosy i wyczyniał karkołomne i nie zwią-

zane z melodią pląsy. „Pojedziemy białym koniem, on nam wiele szczęścia da. Potem wrócę 

ja do ciebie, nie za miesiąc, to za dwa". Z całej, niezwykle skomplikowanej i rozdzierającej 

fabuły pieśni ten akurat fragment z neurotycznym natręctwem wbił mi się w mózg i raz po raz 

bezwiednie  powtarzałem,  a  nawet  nuciłem  całą  frazę.  Miałem  niedparte  wrażenie,  że  przy-

padkowo usłyszany i zapamiętany dystych odnosi się do wielu kluczowych spraw, które się 

dziś  wydarzyły  albo  zostały  pomyślane,  niczego  jednak  nie  byłem  w  stanie  uporządkować. 

Gonitwa myśli dalej szła przez moją głowę jak aria szaleńca. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Gustaw Holoubek, pan Wiecheć i ja 

Jestem  jak  najwyższego  mniemania  o  autobiograficznej  prozie  Gustawa  Holoubka  („Wspo-

mnienia z niepamięci" wydawnictwo Muza). Na szacunek zasługuje już sama strategia pisar-

skiego wyboru. Wielki aktor mógłby w końcu - jak wiadomo jest to zjawisko w branży po-

wszechne - z wielkim powodzeniem dać książkowe świadectwo swego artystycznego żywota, 

niechybnie byłaby to rzecz skrząca się humorem, anegdotami i rozlicznymi gawędziarskimi i 

literackimi  atrakcjami.  Inteligentni  ludzie,  co  znają  Holoubka  osobiście,  opowiadają  o  nim 

tak, jak swego czasu Iwaszkiewicz opowiadał o Witkacym; otóż rzekomo w obecności Wit-

kacego całkowicie zatracało się własną osobowość, można było jedynie tkwić w niemym po-

dziwie dla jego inteligencji, konać ze śmiechu z jego dowcipów. Ale Gustaw Holoubek nie 

zamierza traktować własnej biografii ani nawet własnych umiejętności narracyjnych w sposób 

instrumentalny, nie chce ze swej pracy, z losów swych ról, ze swej pamięci artystycznej czy-

nić wehikułu dla tomu wspomnień - wiedziony bardzo rasowym pisarskim instynktem sięga 

do „niepamięci". Książka kończy się w momencie, kiedy opisywany w niej młody człowiek 

zostaje aktorem, edukacyjna powieść a może autobiograficzny esej Gustawa Holoubka opo-

wiada o czasach, kiedy Gustawa Holoubka jako takiego nie było jeszcze na świecie. Jest to w 

istocie powtórzenie gestu proustowskiego, odtworzenie pozornej niepamięci, odzyskanie cza-

su  pozornie  utraconego,  czułe  opisanie  pierwszych  ścieżek,  którymi  szło  się  na  oślep,  ale 

przecież „widząc jasno w zachwyceniu". 

Autor bardzo intensywną frazą opisuje najgłębsze dzieciństwo, tamte przedmioty i tamte za-

pachy,  „olśniewającą,  białą  aż  do  niebieskości  koszulę  ojca",  naszyjnik  matki,  nie  zaznany 

nigdy  potem  zapach  jej  perfum,  zimowy  poranek  „widziany  oczami  nagle  rozbudzonego 

dziecka", kiedy to  „ciężar snu opada tak nagle, jak gwałtownie zdarta zasłona z czarodziej-

skiego  lustra  i  widzi  się  wszystko  w  ostrości  jednoczesnej  wszystkich  planów".  Dziecięcą 

(czyli na wskroś pisarską) zdolność widzenia wszystkiego w jednoczesnej ostrości wszystkich 

planów  Holoubek  zachowuje  bez  mała  we  wszystkich  epizodach  swej  książki,  potrafi  przy 

tym - nie chciałbym popadać w pochlebczy ferwor, ale jest to cecha mistrzów  - otóż Holo-

ubek potrafi przy tym w osobliwy sposób łączyć umiar z bezceremonialnością, dystans z do-

bitnością, a nawet powściągliwość z perwersją. Na przykład sztuka opisywania własnej cho-

roby nawet dawnej, nawet cudem minionej to jest przecież zawsze bardzo ryzykowny balans 

na  granicy  ekshibicjonizmu.  Holoubek  bez  cienia  estetycznego  kłopotu  umie  powiedzieć 

wszystko, co więcej, czyni to w taki sposób, i z tym rodzajem literackiej świadomości, że po 

lekturze lepiej rozumiem jego głoszoną swego czasu niechęć do „Czarodziejskiej góry". (Ro-

background image

 

zumiem,  co  nie  znaczy  usprawiedliwiam,  doświadczenie  biograficzne  daje  jedynie  w  tym 

wypadku mocniejsze uzasadnienie mylnemu sądowi literackiemu). 

Weźmy opisy pierwszych porywów miłosnych. Jakże one są duchowe, jakże niewinne i jakże 

zarazem brawurowe w swej cielesności. Te pełne do dziś niedocieczonej tajemniczości lanc-

korońskie wieczory, podczas których wszakże pewien rodzaj wiedzy bywał twórcy z niejaką 

co  wieczorną  właśnie  regularnością  dostarczany!  Ta  osobliwa,  pełna  dławiącej  perwersji  i 

wyuzdania  scena  w  zagraconym  mieszkaniu  na  Starowiślnej!  Tym  bardziej  dławiąca  i  tym 

bardziej perwersyjna, że w końcu nie tylko z pozoru nic tu nie zostało powiedziane czy raczej 

dopowiedziane.  Słowem  jest  to  bardzo  przyjemne  uczucie,  tak,  to  jest  bardzo  przyjemne 

uczucie: słuchać jak o pierwszych i kolejnych porywach opowiada stary fachowiec. 

Nie będę ukrywał: źródłem moich specjalnych emocji w trakcie lektury „Wspomnień z nie-

pamięci" jest fakt, że choćby w sensie ściśle przestrzennym opisywany przez Holoubka Kra-

ków to jest też mój Kraków. Wpierw do szkoły powszechnej potem do gimnazjum chodziłem 

dzień w dzień przecinając Błonia, ojciec (rocznik 1923) przez wiele lat mieszkał przy ulicy 

Filareckiej,  potem  z  okien  nowego  mieszkania  widać  było  oddalony  o  sto  metrów  stadion 

Cracovii. Kraków lat trzydziestych Gustawa Holoubka i mój Kraków w trzydzieści lat później 

to są miasta niemal identyczne, bo pomimo dziejowych katastrof niezmienność jest, niekiedy 

chwalebną, cechą grodu Kraka. Mosty na Rudawie, domy na Salwatorze (których mieszkań-

ców  faktycznie  nikt  nigdy  nie  widział),  plac  na  Stawach,  boisko  Cracovii  -  miejsca  święte. 

Przypuszczam,  że  pomimo  pokoleniowej  różnicy  dałoby  się  na  tych  obszarach  odnaleźć 

przedmioty, obiekty, postacie, które musiały już tam być „za Holoubka", które on pamięta, i 

które ja tam jeszcze zastałem. Może okrągły kiosk pana Kazia? Może chromy starzec handlu-

jący pieczywem? Gęsta bujna trawa na brzegach Rudawy? 

W  każdym  razie,  kiedy  Gustaw  Holoubek  pisze  o  grze  w  piłkę  na  Błoniach,  kiedy  opisuje 

stare  skórzane  futbolówki,  kiedy  wspomina,  że  pochodziły  one  najpewniej  „z  doszczętnie 

wykopanych  zapasów  sąsiedniej  Cracovii",  musi  pamiętać  legendarną  postać  dystrybutora 

piłek z demobilu  - pana Wiechcia.  Ach stary Wiecheć! Może dobrze, że nie dożył naszych 

świetnych czasów, dziś tytułowano by go „gospodarzem obiektu", a on był przecież dobrym 

duchem boiska i drużyny. To on własnoręcznie reperował i czyścił korki, zszywał piłki poroz-

rywane atomowymi uderzeniami Gędłka i Parpana, prał i cerował pasiaste koszulki, znał na 

wylot wszystkich zawodników, był człowiekiem instytucją, był aniołem stróżem Cracovii. W 

znaczeniu całkowicie dosłownym czuwał nad klubem we dnie i w nocy, mieszkał bowiem w 

małym domku przy szatniach, rzecz jasna, jak szatnie były jeszcze od strony Fałata. Ach stary 

pan  Wiecheć!  Nie  tylko  gwoli  dygresji  układam  te  strofy,  co  mają  czcić  jego  pamięć,  ale  i 

background image

 

gwoli  nadziei.  Nie  mogę  pozbyć  się  bowiem  przeświadczenia,  że  z  jego  odejściem  los  się 

definitywnie odwrócił od i tak wystarczająco nieszczęśliwej Cracovii. 

O piłce nożnej Gustaw Holoubek pisze z taką samą, a może nawet z większą jeszcze wirtu-

ozerią jak o kobietach, co w gruncie rzeczy świadczy o nim jeszcze lepiej  - wiadomo, że w 

decydujących momentach prawdziwy mężczyzna wybiera futbol. Nawet  szkoda, że autor w 

swych piłkarskich rozważaniach nie idzie trochę bardziej w głąb, piękny jest na przykład jego 

eseistyczny wywód o analogiach pomiędzy sztuką wojenną a piłkarskim kunsztem, pomiędzy 

bitwą a meczem i aż żal, że teoretyczna materia nie została tu skontrapunktowana historycz-

nym konkretem, jakimś intensywnym opisem krakowskiej świętej wojny, na której strzelano 

eleganckie  przedwojenne  bramki.  Sądzę, że  cechująca  w  tym  wypadku  pisarstwo  Holoubka 

pewna kameralna tonacja (ergo brak rozmachu epickiego) bierze się w równym stopniu z po-

wściągliwości i umiaru, co z często cechującego ludzi wybitnie zdolnych lenistwa. Ale i to co 

jest, jest piękne. Oto opis epifanicznej euforii doznawanej przez gracza tuż przed meczem, tuż 

przed walką. „Nie pamiętam, abym kiedykolwiek doznał podobnego uczucia radości podnie-

cenia,  które  bierze  się  z  nieograniczonej  pojemności  płuc,  sprawności  nóg  i  całego  ciała,  z 

pewności  sukcesu  -  jak  wtedy,  kiedy  naprzeciwko  nas  z  równi  Błoń  zaczęła  wynurzać  się 

grupa innych chłopaków z innej ulicy, z którymi mieliśmy rozpocząć bój. Co jest w tej piłce, 

że siedzi w nas do końca życia i nawet kiedy już przestaliśmy ruszać nogami fascynuje". Co 

jest w tej piłce? Otóż w niej jest wszystko. 

Jest sobotnie przedpołudnie na początku nowego tysiąclecia, na salę gimnastyczną przy ulicy 

Spokojnej  wchodzą  przebrani  w  piłkarskie  stroje  redaktorzy  „Polityki".  Zaraz  się  zacznie 

mecz. Mecz? Żaden mecz. Żadna zabawa dla rozruszania kości. Żaden sparing dla rozgrzania 

mięśni.  Piłka  jak  pocisk  uderza.  Zawodnikom  kamienieją  twarze.  Zaraz  się  zacznie  wielka 

bitwa i zażarty bój. Zaraz się zacznie walka na śmierć. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Polemika z niczym 

Ponieważ zdaję sobie sprawę, że pisanie polemiki z niczym jest zajęciem finezyjnym, piszę 

wyłącznie dla finezji. W nr. 5 tygodnika „Wprost" ukazał się tekst Stanisława Esdena Temp-

skiego  pt.  „Literatura  pantoflarzy".  Autor  w  ogólności  boleje  nad  stanem  polskiej  prozy 

współczesnej, w szczególności zaś ubolewa nad marnowaniem przez niektórych dzisiejszych 

autorów ich własnych talentów. Nie muszę dodawać, iż gołym okiem widać głęboką szcze-

rość troski Tempskiego. O ile jednak troska Tempskiego o talent Tulli czy Tokarczuk jest mi 

w gruncie rzeczy obojętna, o tyle jest mi niezmiernie przykro, że kiedy Tempski troszczy się 

o mnie, ja w rewanżu, nawet dla pustej zabawy, nie mogę zatroszczyć się o niego. Nie mam 

po prostu o człowieku zielonego pojęcia. Nota pod „Literaturą pantoflarzy" informuje, jakoby 

Tempski był autorem pięciu tomów poezji, pięciu powieści oraz komedii o psach rasowych. 

Wiadomość ta pogłębia niestety poznawczy popłoch, głównie wynika z niej bowiem niepoko-

jąca  dbałość  autora  o  ilościową  symetrię  uprawianych  gatunków.  Niestety  nie  potrafię  wy-

mienić  ani  jednego  tytułu,  nie  znam  problematyki,  w  ogóle  nie  wiem,  o  czym  to  jest,  nie 

wiem nawet, czy Esden Tempski pisze na przykład wiersze białe czy rymowane. 

I nie zamierzam też zabawiać się jajcarsko kokieteryjnymi domniemaniami, że być może mo-

ja  nieznajomość  utworów  Tempskiego  dowodzi  braku  mojej  orientacji  w  literaturze  współ-

czesnej,  że  być  może  ominęła  mnie  lektura  rzeczy  ważnych,  że  być  może  jakiś  zapoznany 

geniusz pracuje sobie w swoim kątku, a tu o nim ani dudu. Nie. Analfabetyzm w sprawie do-

robku  twórczego  Stanisława  Esdena  Tempskiego  nie  wydaje  mi  się  wadą.  Prawdę  powie-

dziawszy:  wydaje  mi  się  on  zaletą.  Inaczej  jeszcze  powiem,  dobitniej:  moja  żadna  czy  też 

bardzo blada wiedza o Tempskim znacznie gorzej świadczy o Tempskim niż o mnie. O mnie 

świadczy  nie  najgorzej.  Bo  przecież  mówiąc  jeszcze  dobitniej,  trochę  bardziej  serio  i  nieco 

mocniej wytężając pamięć, podejmowało się jakieś próby, kładło się  oko na jakichś wydru-

kowanych w gazecie wierszach, brało do ręki leżącą na księgarskim stole powieść i próbowa-

ło czytać dwie albo trzy strony, albo choć jeden akapit. Prawie na pewno - pamiętam - czyta-

łem jakiś napuszony wywiad, czytałem też jakieś omówienie ostatniej  chyba książki Temp-

skiego, nawet utkwiła mi w głowie pewna fraza z tego omówienia, nie będę jej przytaczał, nie 

ma co gęstej sytuacji zagęszczać do ostatka. Jednym słowem - aby problemu niepoznawalno-

ści Tempskiego zanadto nie demonizować - jednym słowem należy Stanisław Esden Tempski 

do tych pisarzy, o których Artur Sandauer zwykł był mawiać: aby o nim napisać, trzeba by go 

przeczytać, przeczytać zaś go niepodobna. 

background image

10 

 

Referuję  wszakże  sytuację  przeszłą,  obecnie  po  przeczytaniu  „Literatury  pantoflarzy"  przy-

najmniej jeden tekst Esdena jest mi w całości znany, mniej więcej orientuję się w mechanice 

jego intelektu, w literackich upodobaniach, wiem też, na czym wspiera się myśl autora. Otóż 

w  omawianym  artykule  myśl  ta  wspiera  się  na  broszurze  pt.  „38  najczęściej  popełnianych 

błędów autorów fikcji literackich". Twórcą tej interesującej pracy jest - jak się dowiadujemy - 

niejaki  Jack  M.  Bickham,  profesor  uniwersytetu  w  Oklahoma  oraz  autor  dwudziestu  pięciu 

nieznanych w Polsce powieści.  Z 38 przestróg profesora Esden Tempski przytacza dziesięć 

najważniejszych, nazwanie ich przez Esdena „dekalogiem" nie jest wprawdzie błędem mery-

torycznym,  razi  jednak  nadmiernym  patosem  -  są  to  wszakże  albo  porażające  banały,  albo 

przerażające brednie. Jeśli ktoś radzi piszącemu: „Nie opisuj zachodów słońca ani kwiatów, 

wszyscy bowiem choć raz je widzieli", to zapewne nie ma zbyt jasnej świadomości, że z rów-

nym  sensem  można  sformułować  taką  na  przykład  literacką  dyrektywę:  „Nie  opisuj  kobiet, 

ponieważ  każdy  choć  raz  w  życiu  widział  jakąś  babę".  Innemu  postulatowi:  „Nie  bierz  na 

głównych bohaterów ludzi nie radzących sobie z życiem" taki na przykład Fiodor Dostojew-

ski nie byłby w stanie podołać żadną miarą, co zresztą nie dziwota, cały ten poradnik nie jest 

w końcu dla poważnych  pisarzy (o klasykach nie wspominając), to  jest  w najlepszym  razie 

rzecz  dla  literackich  pętaków.  Toteż  o  innych  racach  intelektu  profesora  z  Oklahomy  (np. 

„Pisz na kolanach z rumieńcem na twarzy") nawet nie wspominam, jest to tworzywo przekra-

czające granice facecji felietonowej. Swoją drogą, jeśli rzeczony Bickham w żadnej ze swych 

25 powieści nie popełnił żadnego z wytypowanych przez siebie 38 błędów, jakie to jest szczę-

ście, jakie to jest ogromne szczęście, że mistrz ów nie jest u nas tłumaczony. (Jeśli uczył się 

na własnych błędach, nie należy  go tłumaczyć tym bardziej, nie ma powodu, by tłumaczyć 

kogoś, kto pisze z błędami). 

Wsparty na takim autorytecie Stanisław Esden Tempski przystępuje do frontalnego ataku na 

współczesną prozę polską. Boleje, współczuje, wylewa krokodyle łzy i - co zawsze wróży jak 

najgorzej - domaga się głębi, zasad i przesłań. Natarcie jest przy tym nieco nieuporządkowa-

ne.  Wpierw  jakiemuś  kompletnie,  nawet  sobie  samemu,  nieznanemu  (wyższa  szkoła  jazdy 

krytycznej) autorowi o nazwisku Jerzy Przybysz z całą surowością zarzuca brak hemingway-

owskiego porywu i poważniejszej siły moralnej i w ogóle twierdzi, iż ten, jak się zdaje kom-

pletnie Bogu ducha winien literacki amator - przegrał. Następnie - jakżeby inaczej - wyrozu-

miale zaznacza, iż piszące obecnie kobiety „lekceważą swój talent". Dalej udaje, że nie rozu-

mie (choć najpewniej istotnie nie rozumie) pewnego wyjętego z „Dukli" zdania Andrzeja Sta-

siuka, po czym zbliża się do mnie na niebezpieczną odległość i z doktrynalnym uporem głosi, 

iż moje „opisy pracy pielęgniarek nie służą niczemu i donikąd nie wiodą". Ale przynajmniej 

background image

11 

 

w  tym  miejscu  wywodu  pojawia  się  jakiś  interesujący  kontrapunkt,  mianowicie,  ni  stąd,  ni 

zowąd, ni z gruchy, ni z pietruchy, całkowicie znienacka, nagle, Esden Tempski daje osłupia-

łemu czytelnikowi informację o miejscu, w którym rozpoczyna się akcja powieści Władysła-

wa Reymonta pt. „Ziemia obiecana". „»Ziemia obiecana« Reymonta rozpoczyna się w budzą-

cej się kapitalistycznej Łodzi" - utrzymuje Esden Tempski i faktycznie pod względem mery-

torycznym - mucha nie siada. Jest to - można powiedzieć - najmocniejszy fragment eseju. 

Nasyciwszy  się  snadź  swą  historyczno-literacką  wiedzą  Esden  zmienia  tonacje,  brata  się  i 

dramatycznie  pyta:  „Dlaczego  nikt  z  nas  nie  spróbuje  stworzyć  choćby  najmniejszej  wizji 

rzeczywistości?" Pytanie jest nie tylko dramatyczne, jest ono też ciekawe. Zwłaszcza ciekawe 

jest zawarte w nim słowo: „nas". O jakich „nas" Esdenowi Tempskiemu idzie? Jeśli idzie mu 

o „nas pisarzy" - podziwiam brawurę. Jeśli idzie mu o „nas twórców literatury zbytecznej" - 

może  spokojnie  abstrahować  od  liczby  mnogiej.  Jeśli  idzie  mu  o  „nas  marnujących  własne 

talenty" - sprawa jest poważna. Istotnie trwonienie danego od Boga talentu to jest zła sprawa i 

wielki grzech. Ale też Stanisław Esden Tempski  choćby  pisał nie tylko  na kolanach i  z ru-

mieńcami, ale na głowie i z wypiekami, z natury rzeczy jest i zawsze będzie od grzechu tego 

wolny. Bezgrzeszność ta sprawia, że bratanie się Tempskiego z „nami" jest doprawdy z jego 

strony zbyt finezyjną wspaniałomyślnością. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

12 

 

Cierpieć jak Iwaszkiewicz 

W miniony czwartek, w czasie gdy matka z pistoletem poszła na policję, przeczytałem książ-

kę  Piotra  Mitznera  "Hania  i  Jarosław  Iwaszkiewiczowie"  (Wydawnictwo  Literackie,  seria: 

Pary). Bardzo szybka była moja lektura, choć np. powiedzenie, że przeczytałem ten - jak głosi 

podtytuł - "Esej o małżeństwie" jednym tchem, byłoby nieprawdziwe w swej niestosowności. 

Historia Iwaszkiewiczów to jest - okazuje się - bardzo mroczna historia, pełna niekiedy nie-

widzialnych  ale  zawsze  nielekkich  przygód.  Autor  na  początku  przytacza  "apodyktyczne 

ostrzeżenie" Tomasza Burka: "Dzieje i psychologia małżeństwa Anny i Jarosława Iwaszkie-

wiczów. Tak się ta sprawa nazywa. Jedynie umysł naiwny lub bezceremonialny mógłby przy 

obecnym stanie iwaszkiewiczowskich badań kusić się o zrekonstruowanie tych dziejów i tej 

psychologii". Niewątpliwie Burek ma rację, stan badań zawsze można i trzeba pogłębiać, a o 

życiu  Anny  i  Jarosława  dałoby  się  niechybnie  całe  tomy  pisać.  Kiedy  się  wszakże  mówi  o 

niezgłębialności  problemu,  człowiek  zawsze jest zagrożony  przez  retorykę  niezgłębialności. 

Otóż  rzecz  w  tym,  że  ja,  na  przykład,  więcej  wiedzieć  nie  chcę,  nie  chcę  ściślej  studiować 

dziejów tego związku, nie chcę głębiej i dalej zaglądać, nie chcę ani stawiać, ani rozwiązywać 

kolejnych  iwaszkiewiczowskich  zagadek,  nie  chcę  na  ten  temat  czytać  "tomów  całych"  - 

uważam, że to, co zawiera niewielka książka Piotra Mitznera, jest wystarczająco intensywne i 

wystarczająco straszne. Mówię we własnym imieniu, w imieniu własnej dawniejszej, frajer-

skiej naiwości, a zapewne także w imieniu tej beztroskiej części publiki literackiej co uważa-

ła, że jedynym doskwierającym przez bez mała całe życie Jarosławowi Iwaszkiewiczowi pro-

blemem był brak Nagrody Nobla. Potoczny wizerunek pisarza był bowiem taki, że jest to nie-

słychanie zamożny magnat literacki, właściciel dworu oraz posiadłości, bywający w korzyst-

nych  komitywach  z  władzą  poseł,  prezes  związku,  redaktor  naczelny,  pisarz  -  sybaryta  co 

kryzysy twórcze (których w istocie nie miewa) zażegnywać musi w Rzymie albo na Sycylii, 

nienasycony konsument zmysłowych dóbr świata, wyposażony przy tym w szczęśliwą rodzi-

nę, z niezwykłą żoną, pilną strażniczką twórczości oraz domowego ogniska u boku. (O osobi-

stych szoferach nie wspominam). 

Tymczasem z kart książki Mitznera złożonej w znacznej mierze z rozmaitych relacji, doku-

mentów, listów, fragmentów dzienników, biograficznie czytanych tekstów literackich wyłania 

się dramatyczny obraz życia zgoła tragicznego, naznaczonego duchowymi męczarniami, cho-

robami, upiorami "zbyt długiej starości", a także rozmaitymi materialnymi plagami. "Pod ko-

niec lat pięćdziesiątych trzeba było pożyczać pieniędzy na jedzenie. Były takie przypadki"  - 

wspomina  jedna  z  pracujących  na  Stawisku  gospodyń.  Samo  Stawisko,  co  z  daleka  jak  raj 

background image

13 

 

wyglądało,  z  bliska  jawi  się  jak  czeluść.  "Stawisko  jest  nieludzkie"  -  notuje  Iwaszkiewicz 

pewnego dnia w dzienniku. Kiedy jeszcze za życia pisarz próbował coś o swym męczeństwie 

mówić, uchodziło to za tandetną pozę i bywało źródłem szyderstw i prześmiechów. Kluczowe 

w tej sprawie wydaje mi się zdanie Pawła Hertza, który wspomina, iż jako młody człowiek 

nie był w stanie pojąć "jak można łączyć takie życie na błyszczącej powierzchni świata z ową 

świadomością  jego  głębi",  którą  przecież  poeta  nie  tylko  posiadał,  ale  którą  też  w  swych 

utworach przejmująco wyrażał. Otóż - jak się zdaje - zbyt rzadko bierze się pod uwagę fakt, iż 

widzialne spełnienia mogą być źródłem cierpień albo mogą w zgoła bezlitosny sposób una-

oczniać  fiasko  egzystencji.  Tym  co  nie  zaznają  widzialnych  (na  przykład  literackich)  speł-

nień, jest paradoksalnie lżej, bo żyją w złudzeniu, że jakby takich spełnień zaznali, byłoby im 

lepiej.  Życie  w  złudzeniu  jest  przyjemne.  Zapewne  niejeden  młody  poeta  marzył  o  pozycji 

Iwaszkiewicza (cały czas mam na myśli literaturę), niejeden chciał po prostu "być Iwaszkie-

wiczem", bo przecież jakby "był Iwaszkiewiczem", miałby - z wyjątkiem tego nieszczęsnego 

Nobla - wszystko. Prostego faktu, że jakby "był Iwaszkiewiczem", także "cierpiałby jak Iw-

aszkiewicz", żaden z tych marzycieli nie brał pod uwagę, co nie dziwota, to jest i dzisiaj trud-

ne do pojęcia, wyrażenie: "cierpienia Iwaszkiewicza" dalej ma posmak oksymoroniczny. Ale 

on chyba cierpiał  męki  piekielne, musiał  cierpieć  choćby z tego elementarnego powodu, że 

będąc  na  świeczniku,  miał  zarazem  dotkliwą  (i  jak  najsłuszniejszą)  świadomość  istotnego 

niedocenienia,  a  nawet  niezrozumienia  swego  niekiedy  wielkiego  pisarstwa.  Cierpiał  w  sa-

motności. 

Oboje byli ludźmi na wskroś samotnymi, byli jak napisze w wierszu niczym "dwie splątane 

noce". Choćby jego nadmierne zanurzenie w doczesności i jej, jak się zdaje, równie nadmier-

na religijność to  już była sprzeczność nie do pogodzenia, to  już był  wystarczający warunek 

wzajemnych samotności. "Anna nikogo nie potrzebuje, bo ma Boga w arendzie" - tak o niej, z 

najwyraźniejszą  furią  napisze  w  swym  diariuszu.  A  jednak  oboje  tragiczni,  oboje  samotni, 

byli  w  stanie  przez  kilkadziesiąt  lat  swoje  nieraz  bardzo  hermetyczne  samotności  i  pojąć,  i 

przyjąć, i przeżyć. Historię tę Piotr Mitzner opowiada niekiedy z bardzo bliska, a w niektó-

rych fragmentach, choćby w otwierającym książkę obrazie, kiedy to autor widzi Iwaszkiewi-

czów po raz ostatni razem (on drzemie w fotelu, ona schodzi ze schodów), udaje się chyba 

Mitznerowi rzecz rzadka, udaje mu się mianowicie dotknąć sedna rzeczy. 

Co generalnie nie zmienia mojej  opinii,  że ani  tej, ani  też i  innych historii małżeńskich nie 

należy  zanadto  uszczegóławiać.  O  ile  należy  je  w  ogóle  opowiadać.  Na  przykład  najlepiej 

znane mi małżeństwo świata (mam na myśli zewnętrzny punkt widzenia), czyli małżeństwo 

moich starych. Ileż oni mieli widzialnych, niewidzialnych, barwnych i nie do opowiedzenia 

background image

14 

 

przygód. A jednak przeżyli w szczęściu i zgodzie kilkadziesiąt lat, i ojciec przed śmiercią nie 

zdążył matki zastrzelić ze swego ulubionego pistoletu gazowego. Krótka historia tej broni jest 

następująca. Ojciec mój wraz z kolegami spędził swego czasu kilka lat w Afryce. Pewnego 

wieczoru rdzenni mieszkańcy Afryki napadli na ojca i kolegów, jednego kolegę zabili, drugi 

przeżył, bo leżał i udawał zabitego, ojcu zaś udało się zbiec w głąb buszu, gdzie wspiął się na 

drzewo (wierzę, że był to baobab) i przesiedział do rana. Mam wrażenie, że podczas tej nocy 

na baobabie w ojcu nastąpił pewien przełom religijny oraz że wtedy też przełamał się w nim 

pacyfizm. Ojciec mój, który był pacyfistą skrajnym (pisałem o tym swego czasu), na przykład 

nie pozwalał mi w dzieciństwie na posiadanie nawet pistoletu na wodę, rychło po powrocie z 

czarnego lądu zdał egzamin i uzyskał zezwolenie na posiadanie broni  gazowej. Potem stary 

postawił dom i umarł, zapomniany zaś i na szczęście nigdy nie używany oręż gazowy tkwił w 

niedocieczonej skrytce. Znaleźliśmy go przypadkiem i właśnie w czwartek, kiedy ja czytałem 

o  dziejach  małżeństwa  Iwaszkiewiczów,  matka  postanowiła  pójść  i  zdać  na  policji  pistolet 

swego zmarłego męża. Ja skończyłem lekturę poruszony, matka z posterunku wiślańskiej po-

licji wróciła wręcz rozanielona. Opowiadała, że byli tam zachwycająco uprzejmi młodzi poli-

cjanci,  zachwycająco  piękny  i  posłuszny  policyjny  pies  oraz  pewna  zachwycająco  piękna, 

miejscowa policjantka. A przecież mówiłem, przecież mówiłem, że będzie lepiej, jak ja pójdę 

zdać ojcowską broń. Tymczasem zamiast podziwiać, a kto wie może się nawet bliżej zapo-

znać  z  piękną  wiślańską  policjantką,  ja  czytałem  książkę.  Znowu  zwyciężyło  słowo.  Boże 

mój, źródłem jakże nieprzebranych cierpień może być literatura. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

15 

 

Transmisja z czegokolwiek 

Ożywiły mnie w ub. tygodniu dwie bezpośrednie transmisje telewizyjne. Pierwszą była bez-

pośrednia  transmisja  z  meczu  piłkarskiego  Francja-Polska  w  Paryżu,  drugą  -  bezpośrednia 

transmisja z mieszkania niejakich państwa Koszałków w Krakowie. Druga transmisja też była 

w gruncie rzeczy transmisją z zawodów, zasadą rywalizacji był tu mianowicie pościg, rzecz 

polegała na tym, że syn państwa Koszałków Marcin ganiał swoich starych z kamerą po domu 

i filmował ich bezlitośnie w trakcie panicznej ucieczki. 

W meczu Polska-Francja dopingowałem - ma się rozumieć - naszą reprezentację, w przypad-

ku rodziny Koszałków byłem całym sercem po stronie ściganych rodziców, miałem nadzieję, 

że uda im się zbiec i ocalić głowy. Niestety w obu przypadkach moi faworyci ponieśli poraż-

kę. Polska przegrała z Francją 1:0, co jest wynikiem najgorszym z możliwych, mało wyraziste 

i  wywalczone  w  ostatnich  minutach  zwycięstwo  Francuzów  niechybnie  zostanie  uznane  za 

kolejny tryumf polskiego piłkarstwa. (Inna rzecz, że gdyby było na przykład 2:1 albo 6:1 dla 

Francji byłoby jednak gorzej, polski zawodnik, któremu udałoby się strzelić Francuzom gola, 

bez wątpienia wybrany by został w rozmaitych plebiscytach sportowcem roku). O ile jednak 

nasza reprezentacja przynajmniej z początku toczyła z raczej chodzącymi niż biegającymi po 

boisku przeciwnikami wyrównany bój, o tyle państwo Koszałkowie byli, również od samego 

początku, bez szans, dziecko od pierwszych minut narzuciło im szaleńcze tempo. 

Istnieje zasada, która powiada: nie pisz źle o filmie, który z zainteresowaniem obejrzałeś od 

początku do końca. I bezpośrednią transmisję z domu państwa Koszałków, czyli film doku-

mentalny Marcina Koszałki pt.  „Takiego pięknego syna urodziłam", tak  się właśnie ogląda, 

od początku do końca z zainteresowaniem, a nawet z pewnym rodzajem napięcia. Czy jest to 

w istocie zalegalizowane przez emisję telewizyjną i opatrzone pieczęcią sztuki filmowej pod-

glądactwo, to jest kwestia i sporna, i drugorzędna. Na dobrą sprawę każda sztuka jest jakąś 

formą  podglądania  świata,  a  prawdziwi  twórcy  nie  znają  poważniejszych  zadań  jak  pogoń 

(daremna) za rzeczywistością. Rzecz w środkach i sposobach, za pomocą których to podglą-

danie świata i ta pogoń za rzeczywistością się dokonuje. Otóż film, zwłaszcza zaś film doku-

mentalny,  dysponuje  bardzo  niebezpiecznymi  środkami  wyrazu,  kamera  filmowa  może  być 

jak topór. I daremnie kryjący się po kątach państwo Koszałkowie musieli nieraz odnosić wra-

żenie, że w ręku młodego nie kamera jest, ale topór, oni nie przed kamerą, a przed ostrzem 

kamery próbowali się schować. 

Fotografujący  swoich  starych  filmowiec  dochodzi  zarazem  w  tym  przypadku  do  krawędzi 

dokumentacyjnych możliwości, bo przecież dalej w głąb weryzmu pójść niepodobna. (Chyba, 

background image

16 

 

żeby  celem  wzmożenia  wymowy  podjąć  brawurową  decyzję  i  sfotografować  rodziców  w 

trakcie jakichś fizjologicznych zajęć). Rozumiem, że łamanie rozmaitych zasad i naruszanie 

tabu może być artystycznie ożywcze, ale uważam zarazem, że na przykład jeśli idzie o Deka-

log,  to  wystarczy  w  poszukiwaniu  inspiracji  poprzestać  na  łamaniu  szóstego  przykazania,  z 

czwartym przykazaniem raczej trzeba dać sobie spokój. Zachwycająca się na łamach „Polity-

ki"  utworem  Koszałki  Krystyna  Lubelska  (tyle  razy  cię  prosiłem  Krysiu  o  umiar)  powiada: 

„Idea uczynienia z podglądactwa sztuki, która z takim sukcesem rozwija się w Holandii, do-

tarła do nas w postaci wysublimowanej. Koszałka podgląda bowiem nie innych ludzi, ale sa-

mego siebie i swoich własnych rodziców". 

Otóż jest dokładnie odwrotnie i raczej trzeba by powiedzieć tak: barbarzyńska idea uczynie-

nia  z  podglądactwa  sztuki  została  u  nas  do  reszty  zbarbaryzowana,  ponieważ  podglądanie 

bliskich jest moralnie gorsze i wymiernie szkodliwsze od podglądania obcych. (Samego sie-

bie  Marcin  K.  podgląda  w  filmie  w  sposób  wysoce  umiarkowany).  Podglądani  obcy  przy-

najmniej zachowują anonimowość, podglądani swoi tej anonimowości są z natury rzeczy po-

zbawieni,  w  końcu  żadnemu  ze  sfotografowanych  w  łaźni  przez  Katarzynę  Kozyrę  gołych 

Węgrów żadna krzywda się nie stała, czego się zapewne nie da powiedzieć o starych Koszał-

kach. U ilu sąsiadów mają oni teraz przechlapane? W ilu pobliskich sklepach witać ich teraz 

będą szydercze chichoty? Jak tu pójść w niedzielę na spacer albo do kościoła? Może przyjdzie 

się wynosić, zmieniać mieszkanie i wygląd zewnętrzny? A mało oni mieli do tej pory kłopo-

tów? 

Autor filmu jest - że się tak wyrażę - w zbyt wczesnej fazie twórczości, aby pojąć, iż dla ro-

dziców posiadanie dziecka, które pragnie być artystą, to jest dramat i nieszczęście. Dziecko, 

które pragnie być artystą, przeważnie gnuśnie leży na kanapie, skromne kieszonkowe wydaje 

na dziwki oraz często w środku nocy wraca w sztok pijane. Tego rodzaju krnąbrność przyspa-

rza rodzicom męczeństwa. Rodzice dziecka aspirującego do artyzmu często popadają w bez-

silność i z bezsilności gadają od rzeczy. W takiej właśnie fazie, w fazie bezsilnego i przez to 

też agresywnego bełkotu artysta postanawia uwiecznić swych rodziców na taśmie filmowej. 

Oni zaś widząc, że dziecko nie tylko pragnie zostać artystą, ale że pragnie też z nich - rodzi-

ców  uczynić  surowiec  artystyczny,  popadają  w  jeszcze  większą  histerię,  w  jeszcze  większy 

bełkot. On gania za nimi z toporem kamery i toporem tym ich dręczy - bezpośrednia transmi-

sja z udręki fizycznej byłaby i jest zakazana, na bezpośrednią transmisję z udręki psychicznej 

jest wręcz koniunktura. 

Ach - to jest bezsporne - on także wycierpiał niemało, jego toksyczni starzy dali mu zdrowo w 

kość, nieraz było w domu nie do zniesienia, nieraz było strasznie, strasznie. Ale artysta powi-

background image

17 

 

nien  być  świadom,  że  gdyby  jego  starzy  nie  byli  parą  toksycznych  czubów,  on  nie  byłby 

człowiekiem twórczym. Gdyby starzy Koszałkowie nie dawali młodemu Koszałce w dupę, o 

czym - zapytuję - młody Koszałka swój pierwszy film by nakręcił? Gdyby nie starzy Koszał-

kowie, nie byłoby filmowca. Dzięki starym Koszałkom, którzy wpierw swoim nękaniem wy-

profilowali w młodym należytą wrażliwość, potem zaś z prawdziwie rodzicielską wspaniało-

myślnością zgodzili się złożyć samych siebie na ołtarzu tematyki jego debiutanckiego utworu, 

tylko i wyłącznie dzięki starym Koszałkom - filmowiec zaistniał. 

Obraz jest bez wątpienia podszyty wyrazistym  gestem terapeutycznym, takie też zapewne  - 

terapeutyczne - może być jego znaczące funkcjonowanie publiczne, choć przecież niczego tu 

nie ograniczam, niczyich zachwytów nie kwestionuję. Trzymam się uparcie wątku prywatno-

ści  i  pilnie przypatruję tym wszystkim  złamanym  zasadom,  wedle których to  złamań dzieło 

zostało sporządzone. Temat: ojciec, matka to jest w końcu temat główny. Jest to też mój te-

mat, niekiedy sporo zapału wkładam w uganianie się za moim starym. Z piórem w garści ści-

gam go nawet po tamtym świecie. Ale we własnych opisach zgoła go nie poznaję, taki jest 

uroczy. Dawne  recepty  powiadają, że sztukę trzeba robić dla zachwytu,  żeby było  piękniej. 

Mam słabość i podziw dla dawnych receptur i pomimo wszelkich niedostatków w umiejętno-

ściach,  daję  wyidealizowane  obrazy  mojego  starego,  opisuję  raczej  go  takim,  jakim  chciał-

bym,  żeby  był,  niźli  takim,  jakim  był  naprawdę.  Jaki  był  naprawdę?  Tego  się  nie  dowiecie 

nigdy. Tak on do nas mawiał, tak mawiał, gdy z niejakim, nieraz parodniowym, opóźnieniem 

wracał do domu. Myśmy się pytali: 

- Tato gdzieś ty był? On zaś majestatycznie unosił głowę i oświadczał z dumą: - Tego się nie 

dowiecie nigdy. 

Tak  jest:  ostentacyjny  autobiografizm  bywa  uprawniony  wyłącznie  w  dziedzinie  fikcji  czy-

stej, całe zaś to „podnoszenie podglądactwa do rangi sztuki" stanowi margines i zapewne nig-

dy się nie upowszechni. A nawet jak się upowszechni, nigdy nie będzie stanowić istoty rze-

czy.  Istotę  rzeczy  zawsze,  zawsze  będą  stanowić  wielkie  powieści  subtelnie  przetwarzające 

biografię,  wielkie  filmy  opowiadające  wysublimowane,  choć  z  życia  wzięte  historie  oraz 

wielkie drużyny piłkarskie, które w odpowiednim momencie przyspieszą i zwyciężą. 

 

 

 

 

background image

18 

 

Wolność wedle tygrysów 

Piszę o sprawie powszechnie znanej,opisywanej i komentowanej w mediach, nie wykluczam 

też,  że  ta  swoista  "tragedia  surrealistyczna"  stanie  się  przedmiotem  rozważań  bez  mała 

wszystkich  kolegów  felietonistów.  Idzie  mi  o  zeszłotygodniową  obławę  na  zbiegłe  z  cyrku 

tygrysy, w wyniku której to dramatycznej operacji straty po obu stronach okazały się wyrów-

nane:  po  stronie  ścigających  zabity  został  jeden  weterynarz,  po  stronie  uciekinierów  zabity 

został jeden tygrys. Weterynarz zabity został wprawdzie nie przez zdesperowanych uciekinie-

rów, ale przez swych roznamiętnionych pogonią sojuszników. Symetrii strat to nie umniejsza, 

wzmaga  tragedię.  Wyświechtane  powiedzenie,  że  jakaś  tragedia  była  niepotrzebna  jest  nie 

tylko wyświechtane, jest ono też absurdalne - wszystkie tragedie są wszędzie i zawsze niepo-

trzebne. "Zdarzyć się mogło, zdarzyć się musiało" - jak to pisała Szymborska - "na szczęście 

szyna, hak, belka, hamulec, framuga, zakręt, milimetr, sekunda (...) o krok, o włos od zbiegu 

okoliczności".  Pod  cyrkiem  Korona  zabrakło  niestety  milimetra,  sekundy  i  żaden  włos  nie 

oddzielił  zabitego  od  śmierci.  Zdarzyć  się  mogło,  zdarzyć  się  musiało.  Natomiast  niektóre 

opisy, hipotezy i komentarze tyczące tych sensacji stanowczo nie powinny się zdarzyć. Mam 

niejasne poczucie, że nawet ten felieton nie powinien być naznaczony zbyt silną zdarzenio-

wością. 

Weźmy samą kwestię wyjścia tygrysów z cyrku. Jest to kwestia wciąż nierozstrzygnięta. Jed-

ni powiadają, że tygrysy jakimś sobie tylko znanym sposobem same wyszły na wolność. Inni 

utrzymują, że zwierzęta przebiegle wykorzystały niedopatrzenie odpowiednich funkcjonariu-

szy i przez niedomkniętą furtkę skwapliwie wyszły na wolność. Są też domysły, że tygrysy 

miały pomocników z zewnątrz, że na przykład uwolnili je (wypuścili na wolność) jacyś po-

szkodowani na umysłach ekolodzy albo że klatki pootwierali dla jaj jacyś niestrudzeni face-

cjoniści. Wersja, że tygrysy działały w zmowie z nisko opłacanymi pracownikami cyrku, któ-

rym w zamian za pomoc w ucieczce obiecały sute prowizje, na razie się nie pojawiła, ale za-

pewne jest to kwestia (naszego) czasu. W każdym razie słowo wolność w bez mała wszyst-

kich domniemaniach jest słowem kluczowym. Zwierzę na wolności - zjawisko bez wątpienia 

piękne i naturalne. Na przykład w Warszawie takie wolne zwierzę może wreszcie przejść się 

Krakowskim Przedmieściem, wstąpić na kawę ze śmietanką do Europejskiego, a nawet wyje-

chać windą na najwyższe piętro Pałacu Kultury i spojrzeć na świat nie tylko nie przez kraty, 

ale  i  z  wysoka.  Faktycznie  niewielki  jest  sens  rozciągania  tego  rodzaju  wątpliwych  facecji, 

tym bardziej że rozciągać je można bez końca. 

background image

19 

 

Idzie mi raczej o powiedzenie licho kolportowanej prawdy, że nie każde wyjście z klatki jest 

wyjściem na wolność. O czym myśli tygrys zamknięty w klatce? Czy on naprawdę myśli o 

tym, że dobrze by było z tej klatki prysnąć i pohasać po Tarchominie? Czy największy nawet 

bojownik o wolność wśród tygrysów myśli o tym, że dobrze by było przepiłować kraty, przy-

drożnymi  zagajnikami  przebić  się  do  Okęcia  i  najbliższym  rejsem  wrócić  do  Mombasy?  O 

czym myśli mój kot, który całymi dniami w pozie nieodwracalnego degenerata leży na kana-

pie? Czy on naprawdę myśli, że dobrze by było ruszyć się z kanapy i pohasać po jakiejś wi-

ślańskiej łące i na jakąś mysz zapolować? Znam dziada dobrze i wątpię. Tygrysów z cyrku 

Korona  nie  znam  zupełnie,  ale  jestem  najzupełniej  pewien,  że  w  jakimkolwiek  biegnącym 

warszawską ulicą krwiożerczym tygrysie nawet wolno jadący zdezelowany maluch wzbudzi 

lęk paniczny. (Mój kot zdezelowanego malucha bałby się trochę mniej niż tygrys - wyłącznie 

z  lenistwa).  Ktoś  może  powiedzieć,  że  dochodzę  w  ten  sposób  do  wstrząsającego  wniosku, 

dochodzę mianowicie do wniosku, że miejsce kanapowego kota jest na kanapie, zaś miejsce 

cyrkowego tygrysa w cyrku. To też, ale idzie mi również o kwestię strachu, o kwestię strachu 

kogoś (niech to będzie zwierzę), kto został obdarzony darem wolności. 

W ciągu ostatnich dziesięciu lat z tysiąc, a może ze dwa tysiące razy słyszałem słuszną skądi-

nąd  tezę,  że  wzrost  wolności  łączy  się  ze  zmniejszeniem  bezpieczeństwa  (ergo  -  w  jakiejś 

mierze ze wzrostem strachu). Tygrysy zbiegłe z cyrku Korona tej fundamentalnej cechy de-

mokracji zaznały w sposób dobitny. Wolność ich (nawet jeśli była to wolność pozorna) wzro-

sła,  bezpieczeństwo  zmalało.  Niestety  pech  tych  zwierząt  polegał  na  tym,  że  i  tropiący  ich 

funkcjonariusze  byli,  są  w  identycznej  sytuacji,  oni  również  mają  większą  wolność,  więcej 

mogą i bardziej są zagrożeni, i bardziej się boją. Przecież gdyby zdarzyło się to za starej Pol-

ski,  gdyby  za  PRL-u  jakieś  tygrysy  uciekły  z  cyrku,  na  miejsce  zdarzenia  przyjechałby  co 

najwyżej na rowerze jakiś zaspany posterunkowy wyposażony w kajdanki i pałę, którą w ra-

zie nieposłuszeństwa pałowałby zbiegów. Niestety rzecz się zdarzyła w czasach nieporadnej 

nadmierności.  W  czasach  wolności,  które  są  także  czasami  zamachów  bombowych,  brygad 

antyterrorystycznych, ulicznych strzelanin oraz policyjnych obław na cyrkowe tygrysy. Piszę 

o sprawach powszechnie wszystkim znanych, opisuję wydarzenia przez wszystkich dziesiątki 

razy oglądane na ekranach telewizorów. Scena jest jednak niejasna, obraz drży tak jak zaw-

sze, kiedy próbuje się sfotografować świat nieuchwytny. Człowiek z ogromnym pistoletem-

strzykawką biegnie przez zarośla, za nim leci tygrys, słychać śmiertelny szczęk wystrzałów, 

śmiertelnie ranny człowiek pada, śmiertelnie przerażone zwierzę odskakuje kocim susem, ten 

co miał uśpić (czyli uratować) tygrysa nie żyje, pozbawiony obrońcy drapieżnik też za chwilę 

zostanie  zabity.  Dziura  w  czaszce  weterynarza,  dziura  w  tygrysim  futrze,  osłupiały  wzrok 

background image

20 

 

snajpera - rzeczy niepojęte. Może faktycznie jedynie w niedocieczonych myślach egzotycz-

nych albo kanapowych kotów są jakieś odpowiedzi. Może one wiedzą. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

21 

 

Noc jest po to, żeby spać 

Jedno  z  moich  ulubionych  zdań  Emila  Ciorana  -  obok  rzecz  jasna  najsławniejszego  chyba 

powiedzenia: „Gdyby nie myśl o samobójstwie, dawno bym się zabił"  - otóż jedna z moich 

ulubionych jego sentencji brzmi: „Życie jest możliwe tylko wskutek nieciągłości". Ja to zda-

nie rozumiem  szerzej,  Cioran węziej, jemu idzie o ten rodzaj  nieciągłości,  który świadomej 

egzystencji daje sen. Ale i samo to, sama plaga bezsenności to jest straszna plaga. 

Jak człowiek nie śpi, to na ogół wpierw czyta, potem jak nie może już czytać, a sen dalej nie 

przychodzi,  to  człowiek  bawi  się  pilotem,  jeździ  sobie  po  kanałach  w  poszukiwaniu  jakieś 

krwawej  kołysanki  filmowej  albo  wesołej  komedii,  przy  której  można  by  się  zarykiwać  do 

białego rana, potem jak pilot nie pomaga, człowiek odkłada pilota i zaczyna myśleć, myśli tak 

z pół godziny albo nawet całą godzinę, lecz przeważnie jedyną konstruktywną myślą, jaka z 

tego w istocie mało konstruktywnego myślenia wynika, jest myśl, że może by tak warto coś 

zjeść. I człowiek wstaje w środku nocy i w szlafroku, i kapciach lezie do kuchni, i tam w nie-

jakiej dyskrecji, by reszty domowników nie pobudzić, żeruje sobie w lodówce. Niestety na-

dzieja, że jak się coś zje, to się prędzej uśnie, też się przeważnie okazuje utopijna, pozostaje 

słynne przewracanie się z boku na bok, aż do złowrogiego brzasku. 

W  wydanych  kilka  miesięcy  temu  „Rozmowach  z  Cioranem"  (wydawnictwo  KR,  przekład 

Ireneusz Kania) kwestia bezsenności - jak zresztą bez mała wszystko w umyśle tego autora - 

uzyskuje znaczenie głębsze i warte obszerniejszego przytoczenia. (Cioran w ogóle jest pisa-

rzem, którego w gruncie rzeczy należy prawie wyłącznie cytować, zanadto przy nim nie kom-

binować, ponieważ wszelkie kombinacje wokół jego piorunującej inteligencji mogą skończyć 

się  spopieleniem  własnego  mózgu).  Otóż  w  rozmowie  z  Leo  Gilletem  padają  następujące 

zdania: 

„Bezsenność stawia nas  poza marginesem  wszystkich żyjących, na zewnątrz ludzkości. Jest 

się wykluczonym. Człowiek kładzie się o ósmej wieczorem, o dziewiątej czy o dziesiątej (jak 

się ktoś  kładzie o takich porach, nie  dziwota, że cierpi  na bezsenność - dopisek mój, JP), a 

rano budzi się o ósmej i rozpoczyna dzień. Czymże jest bezsenność? O ósmej rano jest pan 

dokładnie w tym samym punkcie co o ósmej wieczorem! Nie ma żadnego postępu (...) Znik-

nięcie snu wywołuje jakąś złowrogą ciągłość. (...) Po pierwsze czas przybiera inny wymiar. 

Minuta po minucie. A każda minuta jest pewną rzeczywistością. Czas się wlecze, ale nie po-

stępuje. Nie wiadomo ku czemu postępuje. Nie chciałbym opisywać procesów psychologicz-

nych zachodzących w kimś, kto przez całe godziny wsłuchuje się w powolny przepływ czasu. 

Moim  zdaniem  w  gruncie  rzeczy  wszystkie  choroby  psychiczne,  wszystkie  wewnętrzne 

background image

22 

 

wstrząsy pochodzą ze szczególnego odczucia czasu. Przed chwilą mówiliśmy o tym w związ-

ku z nudą, w nudzie czas staje się wobec nas zewnętrzny. Ale w bezsenności czas jest naszym 

wrogiem. Dlatego że jest to czas, w który nie możemy się włączyć. Jaki ma sens to upływanie 

czasu? Siedzi pan, wszyscy pochrapują, świat pochrapuje, a pan czuwa. Cóż nie chcę mówić 

o tragicznej tego stronie, ale pan wie, dziewięćdziesiąt procent samobójstw ma swoje źródło 

w bezsenności. Nie przytaczam statystyk, ale to nie ma znaczenia. Ja to wiem. Bezsenność. 

Cierpiący  na  bezsenność  popełnia  samobójstwo,  ten  zaś  kto  nie  wie  co  to  bezsenność,  nie 

zabija się. Chyba że to jakiś łotr, zbrodniarz czy złodziej, który chce skończyć ze wszystkim. 

Na ogół jednak nie. Prawie wszystkie samobójstwa bez przyczyny spowodowane są bezsen-

nością. Można to znieść pod warunkiem, że się nie pracuje, tak było ze mną. Ująłem to nawet 

w ten sposób, że gdyby  moi rodzice nie  »finansowali« mej bezsenności,  na pewno bym  się 

zabił.  Trochę  niestosownie  jest  przedstawiać  to  wszystko,  ale  w  końcu  z  takimi  sprawami 

mogą zetknąć się wszyscy, dlatego o nich mówię. Nie jest to doświadczenie jednostkowe, nie 

tylko ja je znam, poznało je również mnóstwo innych ludzi. Rozmawiałem z lekarzami o bez-

senności, nie mają o niej pojęcia. Ci, którzy sami nie przeżyli tej tragedii, nic nie pojmą. Oso-

biście uważam, że bezsenność jest największym doświadczeniem, jakie może być dane czło-

wiekowi w życiu.  Najstraszliwszym,  obok niego  wszystkie inne są niczym.  Chcę to  jasno i 

wyraźnie podkreślić". 

Muszę powiedzieć, że ani mi w głowie nasuwające się tu z pozornie automatyczną łatwością 

ironizmy czy myśli polemiczne. Z pełną pokorą przyjmuję fundamentalną i tragiczną diagno-

zę mistrza, że jak o trzeciej w nocy kibluję przy otwartej lodówce, może to być największe 

dane mi w życiu doświadczenie. Godzę się, że kiedy celem przywołania boga Morfeusza ma-

czam  laskę  kabanosa  w  słoiku  z  musztardą  -  są  to  rzeczy  straszliwe.  Pokora  moja  jest  tym 

większa, że sprawa może nie tylko mnie tyczyć, może tyczyć wielu, może nawet wszystkich 

bez mała. Mistrzów trzeba słuchać, ponieważ oni wiedzą. Mistrzów istotnie powinni słuchać 

wszyscy bez mała. Choć z drugiej strony myślę sobie, że jakby tak faktycznie wszyscy (bez 

mała) słuchali, jakby w wyniku tego słuchania poznali wszystkie (albo choćby niektóre tylko) 

wielkie prawdy - faktycznie, prawie nikt do końca życia nie zmrużyłby oka. 

 

 

 

 

background image

23 

 

Mój ojciec i "Doktor Faustus" 

Czy opętanie ojca tą powieścią znaczyło, iż był on też opętany przez złe duchy  - nie wiem. 

Niewątpliwie  żywo  interesował  się  demonologią,  bardzo  go  ciekawił  tryb  życia  demonów. 

„Doktora Faustusa" Tomasza Manna czytywał namiętnie, maniakalnie i w koło. Dochodził do 

końca, do słów pani Schweigestill o „prawdziwie ludzkim wyrozumieniu", potem czytał jesz-

cze posłowie i tego samego albo najdalej następnego dnia zaczynał lekturę powieści na nowo. 

Ojciec mój czytał „Doktora Faustusa" codziennie. Czytał tę książkę po cichu i na głos. Dawki 

lektury były niewielkie, ale zatrważająco regularne - każdego ranka kilkadziesiąt linijek. Pod-

kreślał ulubione fragmenty, papierowymi zakładkami zaznaczał wybrane strony, na margine-

sach zapisywał krótkie komentarze, a nawet odnotowywał swoje stany emocjonalne. Na przy-

kład, gdy na początku powieści Mann opisuje jedną z osobliwych postaci w Kaisersachern - 

niejaką  Matyldę  Spiegel,  zdanie:  „Kobieta  ta  uszminkowana,  choć  bynajmniej  nie  lekkich 

obyczajów, zdecydowanie zresztą na to za głupia" zostało, ma się rozumieć, przez ojca pod-

kreślone, zaś na marginesie uznał on za stosowne wyrazić swój zachwyt za pomocą nakreślo-

nego ołówkiem ekstatycznego:  „Ha, ha, ha". Scenę rozmowy Adriana  Leverküna z diabłem 

zdobią wykonane ręką ojca zręczne, choć sprawiające nieco makabryczne wrażenie wizerun-

ki, przeistaczającego co pewien czas swą postać, wysłannika piekieł. Na karcie tytułowej spo-

rządzona jest zawierająca dokładne dane tabela kolejnych lektur. Na przykład: „Rozpoczęto 5 

lutego  1970  -  zakończono  12  maja  1970.  Rozpoczęto  13  maja  1970  -  zakończono  17  paź-

dziernika 1970". W miarę kolejnych lektur wzrastała liczba podkreśleń i papierowych zakła-

dek. Teraz, gdy w kilka lat po jego śmierci  po raz pierwszy zdejmuję z półki i  przeglądam 

ojcowski  egzemplarz  „Doktora  Faustusa",  widzę,  że  jeśli  nie  wszystkie,  to  z  pewnością  co 

druga kartka jest zaznaczona jakąś zakładką oraz że prawie na każdej stronie jest jakieś pod-

kreślenie  albo  przynajmniej  wykrzyknik  przy  brzegu  akapitu.  Odwracam  kolejne  stronice 

„Doktora Faustusa" i czuję zapach ojca. 

Pierwsze polskie wydanie powieści ukazało się w roku 1960, wtedy też ojciec otrzymał ją w 

prezencie  od  biskupa  Andrzeja  Wantuły.  Ja  miałem  wówczas  osiem  lat,  od  tamtego  zatem 

roku, od ósmego roku życia pamiętam ojca czytającego, studiującego i przy każdej sposobno-

ści cytującego „Doktora Faustusa". Ojciec mój miał do tej książki taki stosunek, jaki szcze-

gólnie pobożni luteranie mają do Biblii. Bo też istotnie „Faustus" był jego Biblią, bo też istot-

nie ojciec mój choć  - tak jak my wszyscy  - był  luteraninem, nie był  luteraninem  specjalnie 

pobożnym.  W  jednym  z  moich  pierwszych,  napisanych  w  1980  r.,  opowiadań  dałem  taki 

fragment: „Wiarę w moc pojedynczej  książki odziedziczyłem po ojcu. Ojciec mój czytywał 

background image

24 

 

wyłącznie »Wyznania hochsztaplera Feliksa Krulla«. Inne książki w jego bibliotece, od daw-

na nie zdejmowane z półek, zarosły kurzem i przeistoczyły się w ledwo widoczne, runiczne 

napisy. Natomiast powieść Manna pęczniała od coraz to nowych zakładek, jej marginesy po-

krywały swawolne ilustracje, tabela  głośnych i  cichych lektur nie mieściła się już na karcie 

tytułowej,  a z każdej strony filował zapach ciała i  garderoby ojca. Ten jedyny żywy tom w 

jego księgozbiorze zdawał się nabierać pozorów rzeczywistej wegetatywności, jakieś drobiny 

naskórka, molekuły łupieżu, cząstki elementarne oddechu próbowały się w nim zagnieździć 

na dobre. W pewnym sensie powieść ta, stając się przedłużeniem anatomii ojca, dzieliła los 

mojej matki. W większym jednak stopniu udało się jej zachować samodzielność". Kiedy oj-

ciec  w  mojej  pierwszej  książce  trafił  na  ten  fragment  -  wstąpił  w  niego  szatan.  Mój  stary  - 

muszę tu dodać - w ogóle do moich prób literackich odnosił się dość sceptycznie, by nie rzec 

pogardliwie. W gruncie rzeczy nie dziwię się temu, nie mam o to do niego żalu, a nawet teraz, 

kiedy - czynię to wyznanie z prawdziwie leverkünowską pychą - teraz, kiedy nabrałem nieja-

kiej pewności własnego gestu pisarskiego, żywię dla ojca pewien podziw - ironizując na te-

mat  mojej  pisaniny,  dochowywał  wierności  własnym  gustom  literackim.  W  końcu  nie  bez 

pewnej słuszności mój stary mógł przeczuwać, że ciężko mi będzie osiągnąć literacki poziom 

Tomasza Manna. Witold Gombrowicz powiedział swego czasu: „Trzeba pisać tak jak Gogol 

albo w ogóle". Trzeba pisać tak jak Tomasz Mann albo w ogóle - tak, nie ulega najmniejszych 

wątpliwości,  musiał  myśleć  mój  ojciec.  Ale  tym  razem,  gdy  przeczytał  moje  wczesne  opo-

wiadanie, gdy rozpoznał w tym opowiadaniu samego siebie - wstąpił weń szatan i ogarnęła go 

furia  nie  z  tego  powodu,  iż  odbiegam  poziomem  literackim  od  Tomasza  Manna.  Ani  nie  z 

tego powodu, iż są tam zdania, których ironiczność mógł odnosić do skomplikowanych rela-

cji, jakie bywały pomiędzy nim a matką. Ani nawet nie z tego powodu, że posłużyłem się nim 

jako pierwowzorem postaci literackiej. W ojca wstąpił szatan z tego powodu, że zmieniając 

celem  wzmożenia  fikcji  tytuł  czytanej  przezeń  książki  z  „Doktora  Faustusa"  na  „Wyznania 

hochsztaplera Feliksa Krulla" naruszyłem świętość. W ojca wstąpił szatan i czynił on to, co 

czynił zawsze, gdy wstępował weń szatan: demolował mieszkanie i darł się jak opętany. Za-

rzucał mi kłamstwo. Twierdził (mylnie), że pomiędzy „Krullem" a „Faustusem" jest przepaść, 

że „Krull" jest najsłabszą powieścią Manna, której on nawet do ręki nie bierze, on natomiast - 

tak jest  - czyta największe arcydzieło Tomasza Manna, arcydzieło arcydzieł, matkę wszyst-

kich arcydzieł „Doktora Faustusa"! Tak jest! On prosty inżynier-górnik bez humanistycznego 

wykształcenia, a nawet wręcz przeciwnie, czyta tylko i wyłącznie „Doktora Faustusa" Toma-

sza Manna! 

background image

25 

 

Wszystko, co tyczyło tej powieści, było dla ojca nienaruszalną świętością, jej tekst był dlań 

tekstem sakralnym. Kiedy w trakcie swych pilnych lektur odkrył w swej „księdze mądrości" 

pewien popełniony przez autora lapsus, nie sprawiło mu to najmniejszej satysfakcji. Nie był 

ze swego odkrycia ani  dumny, ani  szczęśliwy  -  był  w pomieszaniu.  Księgi  święte  - jak po-

wszechnie wiadomo - nie zawierają żadnych błędów, a tu jednak - chyba za jakąś diabelską 

sprawą - zdarzyło się coś, co stanowczo nie powinno było się zdarzyć. 

Otóż  narrator  powieści  Serenus  Zietblom  jest  katolikiem.  Nie  natrętnie  wprawdzie,  ale  wy-

starczająco dobitnie biograf i przyjaciel Leverküna (który był luteraninem) wspomina o swym 

katolicyzmie, o swym katolickim pochodzeniu, podkreśla przy tym, iż urodził się w katolic-

kiej rodzinie w Kaisersachern, a więc „pośrodku rodzinnego kraju Reformacji, w samym ser-

cu terenu działalności Lutra". Choćby przez ten dosyć w końcu elementarny efekt kontrastu 

katolicyzm Zietbloma jest dobrze widoczny, choć też zarazem chyba nie jest dla dziejów tej 

postaci sprawą kluczową. O ile w ogóle są w tym arcydziele arcydzieł jakieś sprawy nieklu-

czowe. W każdym razie sam Zietblom tak powiada: „Co się zatem tyczy mego katolickiego 

pochodzenia,  ukształtowało  ono  oczywiście  i  wpłynęło  na  moje  życie  duchowe  nie  na  tyle 

jednak, aby to zabarwienie mej psychiki wywołało kiedykolwiek sprzeczność z mym humani-

stycznym światopoglądem, umiłowaniem »najlepszych sztuk i nauk«, jak to kiedyś powiada-

no".  Co  najmniej  w  jednym  jeszcze  miejscu  powieści  jest  mowa  o  katolicyzmie  Serenusa 

Zietbloma. (Gdy kłopocze się on zamiarem studiowania przez Leverküna teologii, wznosi nie 

retoryczny przecież okrzyk: „Gdyby przynajmniej był katolikiem na równi z nami!"). Katoli-

cyzm  Zietbloma  nie  ulega  wątpliwości.  Nie  ulega  też  zatem  wątpliwości,  że  jest  autorskim 

lapsusem  jego,  uczynione  na  stronie  56,  wyznanie:  „własna  moja  viola  d'amore,  na  której 

siedmiu strunach wygrywałem przez całe życie, pochodzi z ulicy Parafialnej. Był to prezent 

od rodziców w dniu mojej konfirmacji". Ojciec z początku tego ewidentnego potknięcia nie 

przyjmował do wiadomości, żywił nadzieję, że jest to błąd tłumaczy. Nadzieja ta od samego 

początku raczej wątła - dokonane przez Marię Kurecką i Witolda Wirpszę polskie tłumacze-

nie Mannowskiego arcydzieła jest też arcydziełem przekładu - pierzchła całkowicie, gdy oj-

ciec za sprawą swych berlińskich przyjaciół wszedł wreszcie w posiadanie niemieckiego ory-

ginału. Niestety - w niemieckim oryginale również niezbicie widniało, w tym akurat przypad-

ku fatalnie użyte, słowo „Konfirmation". 

Śmiało  mogę  w  tej  chwili  sparafrazować  okrzyk  Serenusa  Zietbloma:  Gdyby  przynajmniej 

ojciec mój tak jak prawie wszyscy w Polsce był katolikiem! Otóż gdyby ojciec mój był kato-

likiem, być może nie tyle błędu pisarza by nie zauważył - zauważyłby go na pewno - ale jako 

katolik z pewnością nie przydałby temu potknięciu pewnej dodatkowej jaskrawości.  Inaczej 

background image

26 

 

jeszcze  powiem:  aby  ten  akurat  błąd  Manna  dostrzec,  nie  trzeba  być  pilnym  czytelnikiem 

„Faustusa" - wystarczy być polskim luteraninem. 

Przeczulenie  polskich  luteran  na  widok  każdej  wzmianki  tyczącej  luteranizmu  w  ogóle  jest 

znaczne. Przeczulenie polskich luteran na widok każdej wzmianki tyczącej polskiego lutera-

nizmu graniczy z histerią. Przeczulenie polskich luteran na widok każdej wzmianki kwestio-

nującej polskość polskich luteran graniczy z pomieszaniem zmysłów. Mówię w tej chwili o 

psychologicznych  (i  nie  tylko  psychologicznych)  konsekwencjach  wynikających  z  wszech-

obecnego  jeszcze  nie  tak  dawno  stereotypu:  Polak  =  katolik.  Luter  =  Niemiec.  Rzecz  jasna 

istnienie tych stereotypów w polskich luteranach wytwarza nie tylko prosty kompleks „oblę-

żonej  twierdzy",  wytwarza  też  poczucie  bezwyjściowości,  rozwścieczeni  bowiem  do  granic 

nieustanną koniecznością udowadniania swej polskości (ergo - zaprzeczania swej niemiecko-

ści) nawet swych sojuszników skłonni są oni w tej sprawie uznawać za wrogów. To znaczy 

jeśli, na przykład, zdarzy się jakiś światły umysł, który oświadczy, że nieprawdą jest, jakoby 

wszyscy Polacy byli katolikami, że żyją też tutaj przedstawiciele innych wyznań, np. garstka 

luteran, współwyznawcy moi skłonni są - nie bez racji - dopatrywać się w tego rodzaju wspa-

niałomyślności elementu obraźliwego. Słynny był swego czasu wśród moich współbraci list 

ówczesnego  prezydenta  Rzeczpospolitej  Lecha  Wałęsy  skierowany  do  mniejszości  wyzna-

niowych. W tym nadzwyczaj serdecznym i przyjaznym piśmie znalazło  się wszakże niefor-

tunne (choć zapewne dla mało pilnych czytelników niezauważalne) sformułowanie, w którym 

Wałęsa wyrażał  szlachetną w końcu nadzieję, iż owi wszyscy nie-katolicy, do których jego 

pismo było skierowane, „dobrze się mają wśród nas Polaków". O reakcji, jaką owa bezwiedna 

niezręczność  Lecha  Wałęsy  wzbudziła,  zwłaszcza  wśród  nas  luteran,  dałoby  się  napisać 

książkę i praca ta niechybnie oświetliłaby niejedną komplikację naszej istotnie nielicznej (kil-

kudziesięciotysięcznej) mniejszości. Zwłaszcza w moich stronach rodzinnych, na Śląsku Cie-

szyńskim,  sprawa  polskości  polskich  luteran  ma  wymiar  intensywny.  Dzieje  tych  ziem  bo-

wiem tak się układały, że w czasach prześladowań, kontrreformacji i pruskiego panowania to 

właśnie  tutejsi  ewangelicy  przez  prawdziwie  luterską  wierność  swoim  księgom  -  a  były  to 

polskie  przekłady  Biblii,  postylle  i  śpiewniki  -  byli,  patetycznie  mówiąc,  prawdziwą  ostoją 

polskości. Jeśli w niektórych odmianach tutejszych dialektów język polski przetrwał w swych 

najpiękniejszych  staropolskich  formach,  jest  to  bez  wątpienia  zasługą  tutejszych  „lutrów". 

Istnieje zresztą w moich stronach przysłowie-powiedzenie: „Twardy jak Luter spod Cieszyna" 

i znaczy ono zarówno wierność religii jak i wierność Polsce. 

Wbrew pozorom w tej być może nieco przydługiej i zawierającej zapewne znane niektórym z 

państwa fakty nie oddalam się od postaci mojego ojca pilnie studiującego zdanie po zdaniu 

background image

27 

 

powieść pt.  „Doktor  Faustus" Tomasza Manna.  Ale też w żadnym  wypadku nie zamierzam 

opowiadać  takiej  wersji  historii  życia  mojego  ojca,  wedle  której  ten  pochodzący  ze  Śląska 

Cieszyńskiego luteranin  i namiętny czytelnik Tomasza Manna miałby się okazać jakimś, na 

przykład, bojownikiem  o polskość polskiego luteranizmu.  Opowiadam  o moim  ojcu, ponie-

waż - jak się z czasem przekonuję - mało o nim wiem i prawie go nie znałem. Historia ta na-

leży  do  tego  rodzaju  historii,  które  są  próbą  wypełnienia  pustych  miejsc,  próbą  znalezienia 

odpowiedzi na pytania, które wcześniej - za życia ojca - po prostu nie przyszłyby mi do gło-

wy. Jaki na przykład luteranizm ojca miał wpływ na jego fascynację „Faustusem"? Albo ina-

czej  jeszcze:  jakie  były  związki  pomiędzy  luteranizmem  mojego  starego  a  demonicznymi 

wątkami  książki?  Słowo  „demonizm"  jest  jednym  ze  słów-kluczy  utworu,  było  to  zarazem 

jedno z ulubionych słów mojego ojca.  Diabeł  nawiedzający w powieści  Adriana  Leverküna 

jest  w  końcu  tym  samym  diabłem,  który  swego  czasu  gadał  z  Marcinem  Lutrem.  Legenda 

głosi, że Reformator cisnął weń kałamarzem, Mannowskie sprostowanie tego epizodu (w po-

wieści Kusy informuje Leverküna, iż w rzeczywistości nie kałamarz, a bułka to była), otóż ta 

swoista demistyfikacja budziła w ojcu zgoła ekstatyczny zachwyt. Albo inne jeszcze stawiam 

pytanie, istotniejsze, a może nawet najistotniejsze. Jakie znaczenie miał dla lektury ojca fakt, 

iż mógł on to w wielu partiach napisane stylizowaną starą niemczyzną arcydzieło z absolutną 

swobodą czytać w oryginale? Ojciec mój język niemiecki znał wybornie, był człowiekiem w 

ścisłym słowa tego znaczeniu dwujęzycznym. Urodzony w 1923 r., w dziewiętnaście lat póź-

niej dokładnie 20 marca 1942 r. został szeregowcem 71 pułku artylerii lotniczej Armii Nie-

mieckiej. Jak wynika z książeczki wojskowej, w rok później uzyskał awans na starszego sze-

regowego, w 1944 r. był w oddziałach stacjonujących w Lipsku i pod Berlinem, w styczniu 

1945 r. na froncie wschodnim, w kwietniu tego samego roku wzięty do niewoli rosyjskiej, w 

kilka miesięcy później jakimś, w gruncie rzeczy nie wiadomo jakim, cudem wrócił do Polski. 

Wygłaszanie w tym miejscu zdania, iż ojciec mój miał w tym czasie wiele sposobności, by 

dobrze opanować język niemiecki  - wydaje mi się zbyteczne. O wojnie, o swojej służbie w 

Wehrmachcie nie wspominał nigdy ani słowem. Ja - rzecz jasna - o tym, że ojciec mój (po-

dobnie  jak  rozmaici  moi  wujowie  i  krewniacy,  jak  bez  mała  wszyscy  mężczyźni  z  moich 

stron) był żołnierzem niemieckim, przez długi czas nie miałem zielonego pojęcia. Ponieważ - 

przeciwnie - byłem jako dziecko pewien, iż mój tatuś w czasie II wojny światowej dzielnie 

stawiał  czoła  hitlerowskiej  nawale,  od  czasu  do  czasu  stawiałem  mu  fascynujące  wtedy  dla 

mnie pytanie:  Tato  - pytałem z zapartym  tchem  - tato, iluś zabił faszystów? Milczenie ojca 

brałem za powściągliwość starego szeryfa i nazajutrz w szkole podawałem kolegom astrono-

miczne  liczby  hitlerowskich  ofiar  mojego  szybkostrzelnego  papcia.  Ale  czasy  moich  szkol-

background image

28 

 

nych przechwałek były też jednym z najtrudniejszych okresów w życiu ojca. Choć z natury 

swego temperamentu miał silną skłonność do legalizmu (być może koszmar wojny skłonność 

tę wzmocnił) - legalizm jego okazał się dla władzy ludowej niewystarczający. Być luterani-

nem w Polsce komunistycznej to nie była żadna przykrość, co najwyżej człowiek mógł być 

uważany za nie-Polaka. Ale być luteraninem i równocześnie byłym żołnierzem niemieckim to 

już było trochę za dużo, to mogło okazać się groźne. I mojego starego któregoś dnia ogarnęła 

panika i jął ogniem i mieczem wypalać w domu wszystko co niemieckie. Powydzierał z al-

bumów i  puścił z dymem  wszystkie swoje fotografie z okresu służby wojskowej.  Podarł na 

strzępy wszystkie dokumenty, łącznie z książeczką żołdową (tego akurat  błędu matka moja 

nie może przeboleć do dnia dzisiejszego), przestał abonować niemieckie pisma specjalistycz-

ne, przestał nawet czytać i kupować w pobliskim kiosku „Neues Deutschland". Był to błogo-

sławiony i szczęśliwy okres w moim życiu. Ojciec mój bowiem wtedy także przestał uczyć 

mnie niemieckiego. Miałem może cztery, może pięć lat, umiałem już biegle opowiadać nie-

które niemieckie bajki i  śpiewać piosenki, ale lekcje, z racji porywczości nauczyciela, dalej 

były koszmarem. Cóż to była za ulga ten ówczesny krótkotrwały zresztą rozbrat ojca z nie-

mieckością! W gruncie rzeczy do dziś - niemal z czystym sumieniem - mógłbym winić moje-

go biednego starego za mój analfabetyzm językowy. Nie będę wszakże w tym miejscu opo-

wiadał dalszego ciągu rozmaitych malowniczych pod względem moich poliglotycznych nie-

możności anegdot. (Ojciec np. zapisał mnie po przerwaniu domowego kursu niemieckiego na 

oficjalny kurs francuskiego, tyle że kurs ten rychło okazał się kursem dla wysoko zaawanso-

wanych, co wzmogło we mnie uraz do nauki języków obcych). Nie będę innych jeszcze opo-

wieści o zgubnym niekiedy roztargnieniu ojca snuł i nie będę też za moje językowe nieuctwo 

nikogo obarczał winą, nikogo poza duchem własnego lenistwa. 

Po kilku latach widzialne jego kłopoty skończyły się, ustał też jego lęk i z rodzajem dziecin-

nego zapału rzucił się on na otrzymany od biskupa Wantuły prezent. Ojciec chyba w ogóle od 

biskupa Wantuły (nawiasem mówiąc więźnia Dachau - ale to już doprawdy jest osobna i za-

sługująca na istotną dorosłość historia) dowiedział się o istnieniu nie tylko Tomasza Manna, 

ale też np. Franza Kafki, Hermanna Brocha czy Marcela Prousta. Wszystkie te i inne najistot-

niejsze  książki  w  mojej  bibliotece  w  sensie  widzialnym  odziedziczałem  po  ojcu,  w  sensie 

niewidzialnym,  a  więc  najistotniejszym,  stoi  za  tym  księgozbiorem  duch  przyjaciela  moich 

dziadków, rodziców, i mojego nauczyciela, biskupa kościoła ewangelickiego w Polsce - An-

drzeja Wantuły. 

Być może tęsknota za na krótko zostawionym „wszystkim co niemieckie" była jednym z po-

wodów zapału ojca, jednym z powodów, dla których lektura „Doktora Faustusa" pochłonęła 

background image

29 

 

go tak niepospolicie. Innych powodów było zapewne też niemało i nie mam złudzeń, bym ich 

wszystkich  (nawet  napisawszy  o  ojcu  tomy  całe)  dociekł.  Ale  niezbicie  pamiętam  powód 

pierwszy. Otóż na samym początku ojca zachwyciła długość frazy Manna. Zafascynowała go 

jakby sama czysto techniczna umiejętność konstruowania okresów długich na pół strony. Czy 

był to podziw technika w sensie ścisłym dla technika literackiego - nie wiem, jest to możliwe 

i prawdopodobne. W każdym  razie pamiętam ojca pokazującego mi rozstawionymi palcami 

na  otwartej  stronie  „Doktora  Faustusa"  rozmiar  jakiegoś  gigantycznego  zdania.  -  Popatrz  - 

mówi ojciec - popatrz co za majster, na samej górze strony zaczyna, a na samym dole kończy. 

I to jest proszę ciebie jedno zdanie. 

Tak  jest,  mojemu  analfabetyzmowi  językowemu  ojciec  nie  jest  winien  żadną  miarą.  Ale  w 

zaszczepieniu mi skłonności do operowania tasiemcową frazą jego  zgubna zasługa jest nie-

wątpliwa.