background image

Dziesięć słów (02)

„Jaki miły ten Kraków. Sami nieboszczycy" - pisał 
poeta   i   faktycznie,   kiedy   po   długiej   nieobecności 
przemierzam ciemne i zamarznięte zaułki, czuję tę 
aurę:   miłą   i   śmiertelną.   Obyśmy   wszyscy   żyli 
wiecznie,   ale   z   rachunku   prawdopodobieństwa 
wynika,   że   nadchodzące   stulecie   będzie   także 
sezonem   fantastycznych   pogrzebów.   Kraków   - 
zwłaszcza   na   przybyszach   z   dalekich   stron   - 
sprawia wrażenie miasta doskonale do tego sezonu 
przygotowanego. Idę - dajmy na to - wymarłą ulicą 
Smoleńsk   i   ucho   wytężam   ciekawie,   i   słyszę 
subtelny chrzęst czcionek składanych  w  strzeliste 
nekrologi,   szelest   żałobnych   chorągwi,   ktoś 
czarnym kordonkiem wyszywa inicjał na sepiowym 
całunie. W mojej ulubionej kawiarni również panuje 
dławiąco   rozkoszna   dekadencja,   wszystkim 
czterem   kelnerkom   pogrzebowa   bielizna   w 
identycznych proporcjach wyłazi spod brokatowych 
sukienek.   Zamawiam   to   co   zwykle,   przeglądam 
prasę   krakowską   i   ogólnopolską,   przeglądam 
noworoczny „Tygodnik Powszechny" i ożywiam się 
znacznie, czuję, jak krew w zamarzających żyłach 
krąży   żywiej.   Na   ostatniej   stronie   „Tygodnika" 
Zbigniew   Mentzel   wznosi   interesujący   toast 
noworoczny.   „Drodzy   Przyjaciele!   -   powiada   - 
Podzielmy  się  swoimi   słowami.  I   poczujmy  blask, 
jaki   bije   od   słowa".   Asumpt   do   tego,   wbrew 
pozorom   bardzo   szczególnego,   toastu   daje 
Mentzlowi pochodząca sprzed bez mała pół wieku 
notatka Alberta Camusa: „Odpowiedź na pytanie o 
moje   dziesięć   słów:   świat,   cierpienie,   ziemia, 
matka, ludzie, pustynia, honor, bieda, lato, morze". 
Zainspirowany   Camusem   Mentzel   rozważa 
następnie   dziesiątkę   swoich   słów   („matka,   ojciec, 
dom,   wstyd,   ryby,   ciało,   Polska,   serce,   wierność, 
język"), dalej zaś ja sam intensywnie zainspirowany 
i   Camusem,   i   Mentzlem   przystępuję   do   namysłu 
nad moimi dziesięcioma słowami.

Znalezisko Mentzla jest jak sądzę pobudzające w 
sposób   wszechogarniający,   oczami   duszy   już 
widzę np. rzutkich reżyserów, co ułożywszy swoje 
własne dziesiątki kluczowych słów, będą następnie 
wedle   wynotowanych   haseł   pisać   scenariusze   i 
kręcić   dziesięcioodcinkowe   cykle,   i   te   na   wskroś 
autorskie   seriale   (odcinek   pt.   „Dzieciństwo", 
odcinek   pt.   „Stalinizm",   odcinek   pt.   „Kobiety") 
wreszcie,   wreszcie   zyskają   na   Zachodzie 
(zwłaszcza   odcinek   pt.   „Zachód")   uznanie 
porównywalne   z   „Dekalogiem"   Krzysztofa 
Kieślowskiego, a może nawet zyskają one uznanie 
jeszcze większe. Wszystko jedno zresztą.

Istotą ewentualnych kontynuacji pomysłu (zarazem 
istotą   spostrzegawczości   felietonisty   „Tygodnika 
Powszechnego")   jest   proste,   ale   też   i   trudne 
przyjęcie do wiadomości faktu, że idzie tu o słowa, 
nie o co innego. O słowa, nie o rzeczy nazywane 
słowami.   To   nie   ma   być   lista   dziesięciu 

najważniejszych pojęć mojego życia, to nie ma być 
lista   dziesięciu   najistotniejszych   kategorii   ani 
dziesięciu moralnych drogowskazów, ani dziesięciu 
najważniejszych   przeżyć,   ani   dziesięciu 
podstawowych   wspomnień,   ani   dziesięciu 
dramatów,   ani   dziesięciu   uciech,   ani   dziesięciu 
najważniejszych   miejsc,   ani   imion,   ani   nazw,   ani 
tras   dziesięciu   naszych   duchowych   albo 
nieduchowych   wędrówek,   ani   dziesięciu 
poznawczych   wstrząsów,   ani   dziesięciu 
autorytetów,   ani   dziesięciu   takich   czy   innych 
iluminacji.   To   ma   być   lista   dziesięciu   słów. 
Dziesięciu słów życia. Kto tej zasady nie rozumie, 
w zasadzie nie powinien brać udziału w zabawie, 
która zresztą - przez słowo właśnie - żadną zabawą 
nie   jest.   Czynię   to   zastrzeżenie,   choć   świadom 
jestem   jego   utopijności,   zabronić   udziału   nikomu 
nie   można,   z   pewnością   znajdą   się   uroczy 
facecjoniści, co na swoich spisach umieszczą np. 
dziesięć damskich imion (Jola, Viola, Mariola itd.) 
albo   dziesięć   elementarnych   zgoła   potrzeb,   albo 
dziesięć   niezbywalnych   atrybutów   własnej 
egzystencji  (papierosy,  zapałki,  mały  Żywiec  itd.), 
że   nie   wspomnę   o   bojowych   formacjach,   których 
dziesiątki  słów,   nomen  omen,  życia zaczynać się 
będą od: 1) Pornografia, 2) Żydzi, 3) Adam Michnik, 
4) Katarzyna Kozyra itd.

Istotą słowa,  tak jak ja jego istotę rozumiem, jest 
niezbywalna w nim - z wysoka mówiąc - obecność 
piękna. Jeśli na liście moich dziesięciu słów byłoby 
dajmy na to słowo: pióro, to znaczyłoby, że spośród 
wszystkich słów w taki czy inny sposób opisujących 
czy określających, czy symbolizujących mój zawód 
-   literaturę,   wybieram   pióro   właśnie   dla   jego 
obrazowej   zmysłowości,   przez   pamięć   czarno-
zielonego   pelikana,   którym   pisał   ojciec,   przez 
pamięć wszystkich piór, którymi ja pisałem, przez 
pamięć wiersza  Szymborskiej  o Tomaszu Mannie 
(„cudownie upierzona watermanem ręka") i również 
dlatego,   że   pióro   bywa   elementem   skrzydła,   na 
przykład skrzydła anielskiego.

Raz   jeszcze   przeczytałem   toast   noworoczny 
Zbigniewa Mentzla i wydobyłem z kieszeni ołówek 
firmy   UHU   i   na   papierowej   serwetce   wypisałem 
dziesięć słów mojego życia, a raczej dziesięć moich 
słów. Ułożyć ich wszakże w jakiejś kolejności wedle 
ważności czy hierarchii nie byłem w stanie, chwila 
była   tak   podniosła,   że   nadanie   moim   słowom 
formalnej kolejności alfabetycznej wydało mi się z 
kolei niestosowne. Z jednym wyjątkiem zostawiłem 
je tedy tak, jak zostały zapisane. Com napisał, tom 
napisał   -   jak   mawiała   pewna   postać   historyczna. 
Potem   uregulowałem   należność,   skłoniłem   się 
odzianym   w   brokatowe   sukienki   i   naznaczonym 
czarnymi ramiączkami kelnerkom i wyszedłem  na 
rynek. Mróz schodził z niebios, granatowe światła 
kładły się na płycie, wciągnąłem powietrze i wydało 
mi się, że tak jak czterdzieści lat temu czuję zapach 
lamp gazowych wiszących pod Sukiennicami.

background image

Oto   dziesięć   moich   słów   zapisanych   pod   sam 
koniec   roku   pańskiego   tysiąc   dziewięćset 
dziewięćdziesiątego   i   dziewiątego:   dom,   nałóg, 
dotyk,   pismo,   dzwon,   trawa,   światło,   matka, 
skrzydła, koniec.

„Pojedziemy białym koniem" (03)

Jakby   mnie   kto   na   obecnym   etapie   dziejowym 
zapytał,   jaka   jest   najbardziej   wymowna   różnica 
pomiędzy Wisłą a Warszawą, zapewne rzekłbym w 
odpowiedzi,   iż   w   Wiśle   karabinowe   ani   nawet 
rewolwerowe   pociski   raczej   nie   świszczą 
człowiekowi koło głowy, w Warszawie to bywa.

Jak   tak   dalej   pójdzie,   zostanę   specjalistą   d 
opisywania   zbiegowisk   ulicznych,   ale   mówi   się 
trudno: byłem, słyszałem, widziałem. Pałac Kultury 
od trzeciego piętra tonął w czarnej mgle, pod stacją 
metra   wiekowy   muzyk   w   kowbojskim   kapeluszu 
darł   się   na   całe   gardło,   kilkaset   metrów   dalej   na 
rogu   Alej   i   Nowego   Światu   spowity   w   ceratowy 
całun leżał zastrzelony złodziej.

Dla mnie - prostego synka z Wisły - dramatyczne 
sceny wielkomiejskie są wciąż wielką nowiną i nie 
dziwota,   że   reaguję   na   nie   z   dziecinnym 
entuzjazmem.   Powiem   więcej:   jakby   mnie   kto   na 
obecnym   etapie   dziejowym   zapytał,   jaka   jest 
najbardziej   wymowna   różnica   pomiędzy   Wisłą   a 
Warszawą, zapewne (nie bacząc na publicystyczne 
uproszczenia) rzekłbym w odpowiedzi, iż w Wiśle 
karabinowe ani nawet rewolwerowe pociski raczej 
nie świszczą człowiekowi koło głowy, w Warszawie 
to bywa. Zastanawiam się, czy w ogóle ktokolwiek 
kiedykolwiek w ciągu minionego tysiąclecia użył w 
centrum   Wisły   broni   palnej,   nic   mi   o   tym   nie 
wiadomo,   ale   może   ktoś   kiedyś   użył.   Nie 
zdziwiłbym się. Odkąd dotarła do mnie - że posłużę 
się wybitnie dygresyjnym przykładem - otóż odkąd 
dotarła do mnie prawdziwie rewolwerowa, a nawet 
eksplozywna   wiadomość,   że   w   Wiśle   (w 
pensjonacie   Piast,   dwa   kroki   od   naszej   chałupy!) 
mieszkał   pewnego   przedwojennego   lata   Witold 
Gombrowicz,   że   chodził   on   na   wycieczki   na 
Czantorię, na Stożek i na Bukową - elementarnemu 
odruchowi zdziwienia ulegam rzadziej.

Tłum   otaczający   w   piątek   okolice   ronda   de 
Gaulle'a, gdzie rozegrały się dokładnie nazajutrz w 
gazetach   opisane   wydarzenia,   również   nie   dziwił 
się   niczemu.   Ludzie   spoglądali   na   rozbite 
samochody,   przestrzelone   szyby,   na   zaznaczone 
kredą na asfalcie miejsca po mosiężnych łuskach, 
na   leżący   pod   kioskiem   ciemny,   z   tej   odległości 
podobny   do   muzealnej   mumii   kształt   i   na   ogół 
zachowywali   się   stosownie.   Jedynie   ciągle 
dochodzący   nowi   frajerzy,   co   o   niczym   nie   mieli 
pojęcia, naruszali panującą powściągliwość i pytali 
gorączkowo:   Co   się   dzieje?   Co   się   stało? 
Wypadek? Stłuczka? Bomba czy co?

-   Nic   się   nie   stało   -   niski   głos   przysadzistego 
mężczyzny   o   atletycznej   posturze   zdawał   się 
brzmieć równie atletycznie - nic się nie stało, policja 
użyła   broni   krótkiej   i   automatycznej,   i   wykonała 
wyrok śmierci bez sądu.

- Co też pan opowiada - obruszył się stojący koło 
mnie   starszy   pan   w   sfatygowanym   gierkowskim 
kożuchu - bandziorów gonili, od południa tu stoję i 
wszystko   widziałem,   bandzior   kradzionym   autem 
nacierał,   bandziorów   teraz   pełno,   sam   pół   roku 
temu   bandziora,   co   mi   kradł   auto   z   parkingu, 
złapałem...

-   I   co,   wykonał   pan   na   nim   wyrok   śmierci?   -   w 
głosie   mężczyzny   o   atletycznej   posturze   nie   było 
śladu   szyderstwa,   była   w   nim   tak   skrajna 
rzeczowość, że poczułem ciarki idące po plecach.

-   Tak   jest,   tak   jest   -   zachłystywał   się   ktoś 
niewidoczny, stojący przy samym krawężniku - tak 
jest, teraz mieć auto to żaden honor, ale mieć auto, 
którego nikt nie ukradł albo chociaż nie próbował 
ukraść,   to   jest   straszny   wstyd.   Jeździłem 
szesnastoletnim   Nissanem   i   upokorzenia 
doznawałem, miałem się za ostatniego śmiecia, bo 
byłem   pewien,   że   na   szesnastoletniego   Nissana 
nikt się nie porwie. I masz, w zeszłym tygodniu - 
mówiącego najwyraźniej ogarnął nagły, graniczący 
z ekstazą przypływ niekłamanego zadowolenia - i w 
zeszłym   tygodniu   wreszcie   go   ukradli.   Tak   jest, 
ukradli mi szesnastoletniego Nissana - tryumfował 
niewidoczny,   stojący   przy   samym   krawężniku 
przypadkowy komentator zdarzeń.

Policjanci w cywilu, a może funkcjonariusze służb 
medycznych albo pogrzebowych pochylali się nad 
zabitym,   błyskały   latarki,   ktoś   biegł   przez 
pobojowisko   z   telefonem   komórkowym 
przytkniętym do ucha.

- Patrzcie państwo, co to życie warte, nic nie warte 
- chrapliwy  choć łagodny głos nałogowej  palaczki 
dochodził tym razem z tyłu - równo tydzień temu był 
sylwester, chłopak na pewno się bawił na prywatce 
albo w jakimś pubie szastał pieniędzmi, szampana 
o   północy   otwierał,   najlepsze   życzenia   składał   i 
odbierał,   z   dziewczynami   się   całował,   całe   życie 
miał przed sobą, całe nowe tysiąclecie i równo za 
tydzień  wszystko  się skończyło,  żadne szczęścia, 
zdrowia, pomyślności się nie ziściło, a nawet wręcz 
przeciwnie, od paru godzin zabity leży na chodniku. 
O patrzcie państwo, już jest całkiem sztywny...

Policjanci, a może inni funkcjonariusze wyjmowali 
istotnie   już   poddane   rigori   mortis   ciało   z  jednego 
ceratowego   worka   i   przekładali   do   drugiego, 
wzdrygnąłem się nagle, ciarki na plecach wzmogły 
swą obecność i poczułem głęboką niestosowność 
swojej   własnej   w   tym   miejscu   obecności. 
Wzdrygnąłem,   bo   przez   ułamek   sekundy 
zauważyłem, że stopy trupa znowu, znowu w jeden 
tylko but są obute, że znowu, znowu jedna martwa 
stopa   w   bucie,   druga   jakby   przez   to   jeszcze 

background image

bardziej martwa, tylko w skarpecie białej. Nagle z 
całą   jaskrawością   pojąłem,   że   zbyt   swobodną 
prowadzę   narrację,   że   zanadto   gawędziarsko 
gawędzę,   że   wszystko   mi   się   ze   wszystkim 
zaczyna   kojarzyć,   strzelanina   z   Gombrowiczem, 
trup   z   butem,   but   z   pensjonatem   Piast,   strach 
pomyśleć co jeszcze z czym.

Poprawiłem   tedy   torbę   na   ramieniu   a   w   torbie 
dźwigałem   dwa   arcydzieła   muzyki   operowej   oraz 
jedną   klasyczną   pozycję   z   zakresu   eseistyki 
literackiej)   i   rytualnie   ruszyłem   ku   domowi. 
Rytualnie,   ponieważ   tak   zawsze   kończę   opisy 
warszawskich   scen   ulicznych,   ich   narrator   (jeśli 
dobrze pamiętam zajęcia z teorii literatury: narrator 
nie zawsze zbieżny jest z autorem), otóż narrator 
moich   scen   ulicznych   z   narastającą   do   granic 
maniery   rzekomo   zagadkową   goryczą   zawsze   i 
niezmiennie pod koniec tekstu „rusza ku domowi". 
Ciemności i mgły gęstniały, już na drugim piętrze 
Pałacu   Kultury  prawie   nie  było   znać   świateł,   pod 
stacją   metra   sędziwy   solista   w   kowbojskim 
kapeluszu   wydzierał   się   wniebogłosy   i   wyczyniał 
karkołomne   i   nie   związane   z   melodią   pląsy. 
„Pojedziemy   białym   koniem,   on   nam   wiele 
szczęścia   da.   Potem   wrócę   ja   do   ciebie,   nie   za 
miesiąc,   to   za   dwa".   Z   całej,   niezwykle 
skomplikowanej   i   rozdzierającej   fabuły   pieśni   ten 
akurat   fragment   z   neurotycznym   natręctwem   wbił 
mi   się   w   mózg   i   raz   po   raz   bezwiednie 
powtarzałem, a nawet nuciłem całą frazę. Miałem 
niedparte   wrażenie,   że   przypadkowo   usłyszany   i 
zapamiętany   dystych   odnosi   się   do   wielu 
kluczowych   spraw,   które   się   dziś   wydarzyły   albo 
zostały   pomyślane,   niczego   jednak   nie   byłem   w 
stanie   uporządkować.   Gonitwa   myśli   dalej   szła 
przez moją głowę jak aria szaleńca.

Gustaw Holoubek, pan Wiecheć i ja (04)

Jestem   jak   najwyższego   mniemania   o 
autobiograficznej   prozie   Gustawa   Holoubka 
(„Wspomnienia z niepamięci" wydawnictwo Muza). 
Na   szacunek   zasługuje   już   sama   strategia 
pisarskiego wyboru. Wielki aktor mógłby w końcu - 
jak wiadomo jest to zjawisko w branży powszechne 
-   z   wielkim   powodzeniem   dać   książkowe 
świadectwo   swego   artystycznego   żywota, 
niechybnie byłaby to rzecz skrząca się humorem, 
anegdotami   i   rozlicznymi   gawędziarskimi   i 
literackimi  atrakcjami.  Inteligentni   ludzie, co  znają 
Holoubka   osobiście,   opowiadają   o   nim   tak,   jak 
swego czasu Iwaszkiewicz opowiadał o Witkacym; 
otóż   rzekomo   w   obecności   Witkacego   całkowicie 
zatracało   się   własną   osobowość,   można   było 
jedynie   tkwić   w   niemym   podziwie   dla   jego 
inteligencji, konać ze śmiechu z jego dowcipów. Ale 
Gustaw Holoubek nie zamierza traktować własnej 
biografii   ani   nawet   własnych   umiejętności 
narracyjnych w sposób instrumentalny, nie chce ze 
swej   pracy,   z   losów   swych   ról,   ze   swej   pamięci 

artystycznej czynić wehikułu dla tomu wspomnień - 
wiedziony   bardzo   rasowym   pisarskim   instynktem 
sięga   do   „niepamięci".   Książka   kończy   się   w 
momencie, kiedy opisywany w niej młody człowiek 
zostaje   aktorem,   edukacyjna   powieść   a   może 
autobiograficzny esej Gustawa Holoubka opowiada 
o czasach, kiedy Gustawa  Holoubka jako takiego 
nie   było   jeszcze   na   świecie.   Jest   to   w   istocie 
powtórzenie   gestu   proustowskiego,   odtworzenie 
pozornej   niepamięci,   odzyskanie   czasu   pozornie 
utraconego,   czułe   opisanie   pierwszych   ścieżek, 
którymi   szło   się   na   oślep,   ale   przecież   „widząc 
jasno w zachwyceniu".

Autor bardzo intensywną frazą opisuje najgłębsze 
dzieciństwo,   tamte   przedmioty   i   tamte   zapachy, 
„olśniewającą,   białą   aż   do   niebieskości   koszulę 
ojca",   naszyjnik   matki,   nie   zaznany   nigdy   potem 
zapach   jej   perfum,   zimowy   poranek   „widziany 
oczami   nagle   rozbudzonego   dziecka",   kiedy   to 
„ciężar snu opada tak nagle, jak gwałtownie zdarta 
zasłona   z   czarodziejskiego   lustra   i   widzi   się 
wszystko   w   ostrości   jednoczesnej   wszystkich 
planów".   Dziecięcą   (czyli   na   wskroś   pisarską) 
zdolność   widzenia   wszystkiego   w   jednoczesnej 
ostrości   wszystkich   planów   Holoubek   zachowuje 
bez   mała   we   wszystkich   epizodach   swej   książki, 
potrafi   przy   tym   -   nie   chciałbym   popadać   w 
pochlebczy ferwor, ale jest to cecha mistrzów - otóż 
Holoubek   potrafi   przy   tym   w   osobliwy   sposób 
łączyć   umiar   z   bezceremonialnością,   dystans   z 
dobitnością, a nawet powściągliwość z perwersją. 
Na   przykład   sztuka   opisywania   własnej   choroby 
nawet   dawnej,   nawet   cudem   minionej   to   jest 
przecież   zawsze   bardzo   ryzykowny   balans   na 
granicy   ekshibicjonizmu.   Holoubek   bez   cienia 
estetycznego   kłopotu   umie   powiedzieć   wszystko, 
co więcej, czyni to w taki sposób, i z tym rodzajem 
literackiej   świadomości,   że   po   lekturze   lepiej 
rozumiem jego głoszoną swego czasu niechęć do 
„Czarodziejskiej góry". (Rozumiem, co nie znaczy 
usprawiedliwiam,   doświadczenie   biograficzne daje 
jedynie   w   tym   wypadku   mocniejsze   uzasadnienie 
mylnemu sądowi literackiemu).

Weźmy   opisy   pierwszych   porywów   miłosnych. 
Jakże   one   są   duchowe,   jakże   niewinne   i   jakże 
zarazem brawurowe w swej cielesności. Te pełne 
do dziś niedocieczonej tajemniczości lanckorońskie 
wieczory, podczas których wszakże pewien rodzaj 
wiedzy   bywał   twórcy   z   niejaką   co   wieczorną 
właśnie   regularnością   dostarczany!   Ta   osobliwa, 
pełna   dławiącej   perwersji   i   wyuzdania   scena   w 
zagraconym   mieszkaniu   na   Starowiślnej!   Tym 
bardziej dławiąca i tym bardziej perwersyjna, że w 
końcu   nie   tylko   z   pozoru   nic   tu   nie   zostało 
powiedziane   czy   raczej   dopowiedziane.   Słowem 
jest   to   bardzo   przyjemne   uczucie,   tak,   to   jest 
bardzo   przyjemne   uczucie:   słuchać   jak   o 
pierwszych   i   kolejnych   porywach   opowiada   stary 
fachowiec.

background image

Nie   będę   ukrywał:   źródłem   moich   specjalnych 
emocji w trakcie lektury „Wspomnień z niepamięci" 
jest fakt, że choćby w sensie ściśle przestrzennym 
opisywany przez Holoubka Kraków to jest też mój 
Kraków. Wpierw do szkoły powszechnej potem do 
gimnazjum   chodziłem   dzień   w   dzień   przecinając 
Błonia,   ojciec   (rocznik   1923)   przez   wiele   lat 
mieszkał   przy   ulicy   Filareckiej,   potem   z   okien 
nowego   mieszkania   widać   było   oddalony   o   sto 
metrów stadion Cracovii. Kraków lat trzydziestych 
Gustawa Holoubka i mój Kraków w trzydzieści lat 
później to są miasta niemal identyczne, bo pomimo 
dziejowych   katastrof   niezmienność   jest,   niekiedy 
chwalebną, cechą grodu Kraka. Mosty na Rudawie, 
domy   na   Salwatorze   (których   mieszkańców 
faktycznie nikt nigdy nie widział), plac na Stawach, 
boisko Cracovii - miejsca święte. Przypuszczam, że 
pomimo   pokoleniowej   różnicy   dałoby   się   na   tych 
obszarach odnaleźć przedmioty, obiekty, postacie, 
które musiały już tam być „za Holoubka", które on 
pamięta,   i   które   ja   tam   jeszcze   zastałem.   Może 
okrągły   kiosk   pana   Kazia?   Może   chromy   starzec 
handlujący   pieczywem?   Gęsta   bujna   trawa   na 
brzegach Rudawy?

W każdym razie, kiedy Gustaw Holoubek pisze o 
grze   w   piłkę   na   Błoniach,   kiedy   opisuje   stare 
skórzane   futbolówki,   kiedy   wspomina,   że 
pochodziły   one   najpewniej   „z   doszczętnie 
wykopanych   zapasów   sąsiedniej   Cracovii",   musi 
pamiętać   legendarną   postać   dystrybutora   piłek   z 
demobilu   -   pana   Wiechcia.   Ach   stary   Wiecheć! 
Może   dobrze,   że   nie   dożył   naszych   świetnych 
czasów,   dziś   tytułowano   by   go   „gospodarzem 
obiektu", a on był przecież dobrym duchem boiska i 
drużyny.   To  on własnoręcznie   reperował   i  czyścił 
korki,   zszywał   piłki   porozrywane   atomowymi 
uderzeniami   Gędłka   i   Parpana,   prał   i   cerował 
pasiaste   koszulki,   znał   na   wylot   wszystkich 
zawodników,   był   człowiekiem   instytucją,   był 
aniołem stróżem Cracovii. W znaczeniu całkowicie 
dosłownym czuwał nad klubem we dnie i w nocy, 
mieszkał bowiem w małym domku przy szatniach, 
rzecz   jasna,   jak   szatnie   były   jeszcze   od   strony 
Fałata.   Ach   stary   pan   Wiecheć!   Nie   tylko   gwoli 
dygresji   układam   te   strofy,   co   mają   czcić   jego 
pamięć, ale i gwoli nadziei. Nie mogę pozbyć się 
bowiem przeświadczenia, że z jego odejściem los 
się   definitywnie   odwrócił   od   i   tak   wystarczająco 
nieszczęśliwej Cracovii.

O   piłce   nożnej   Gustaw   Holoubek   pisze   z   taką 
samą, a może nawet z większą jeszcze wirtuozerią 
jak  o  kobietach,  co  w  gruncie  rzeczy  świadczy  o 
nim jeszcze lepiej - wiadomo, że w decydujących 
momentach prawdziwy mężczyzna wybiera futbol. 
Nawet   szkoda,   że   autor   w   swych   piłkarskich 
rozważaniach   nie   idzie   trochę   bardziej   w   głąb, 
piękny jest na przykład jego eseistyczny wywód o 
analogiach pomiędzy sztuką wojenną a piłkarskim 
kunsztem, pomiędzy bitwą a meczem i aż żal, że 
teoretyczna   materia   nie   została   tu 

skontrapunktowana   historycznym   konkretem, 
jakimś   intensywnym   opisem   krakowskiej   świętej 
wojny, na której strzelano eleganckie przedwojenne 
bramki.   Sądzę,   że   cechująca   w   tym   wypadku 
pisarstwo   Holoubka   pewna   kameralna   tonacja 
(ergo   brak   rozmachu   epickiego)   bierze   się   w 
równym  stopniu   z powściągliwości  i  umiaru,   co z 
często   cechującego   ludzi   wybitnie   zdolnych 
lenistwa.   Ale   i   to   co   jest,   jest   piękne.   Oto   opis 
epifanicznej   euforii   doznawanej   przez   gracza   tuż 
przed   meczem,   tuż   przed   walką.   „Nie   pamiętam, 
abym   kiedykolwiek   doznał   podobnego   uczucia 
radości   podniecenia,   które   bierze   się   z 
nieograniczonej pojemności płuc, sprawności nóg i 
całego ciała, z pewności sukcesu - jak wtedy, kiedy 
naprzeciwko nas z równi Błoń zaczęła wynurzać się 
grupa   innych   chłopaków   z   innej   ulicy,   z   którymi 
mieliśmy   rozpocząć   bój.   Co   jest   w   tej   piłce,   że 
siedzi   w   nas   do   końca   życia   i   nawet   kiedy   już 
przestaliśmy ruszać nogami fascynuje". Co jest w 
tej piłce? Otóż w niej jest wszystko.

Jest sobotnie  przedpołudnie  na początku nowego 
tysiąclecia,   na   salę   gimnastyczną   przy   ulicy 
Spokojnej   wchodzą   przebrani   w   piłkarskie   stroje 
redaktorzy   „Polityki".   Zaraz   się   zacznie   mecz. 
Mecz? Żaden mecz. Żadna zabawa dla rozruszania 
kości.  Żaden sparing dla rozgrzania mięśni. Piłka 
jak pocisk uderza. Zawodnikom kamienieją twarze. 
Zaraz się zacznie wielka bitwa i zażarty bój. Zaraz 
się zacznie walka na śmierć.

Polemika z niczym (08)

Ponieważ zdaję sobie sprawę, że pisanie polemiki 
z niczym jest zajęciem finezyjnym, piszę wyłącznie 
dla finezji. W nr. 5 tygodnika „Wprost" ukazał się 
tekst Stanisława Esdena Tempskiego pt. „Literatura 
pantoflarzy". Autor w ogólności boleje nad stanem 
polskiej prozy współczesnej,  w szczególności zaś 
ubolewa   nad   marnowaniem   przez   niektórych 
dzisiejszych   autorów   ich   własnych   talentów.   Nie 
muszę   dodawać,   iż   gołym   okiem   widać   głęboką 
szczerość troski  Tempskiego. O ile jednak troska 
Tempskiego o talent Tulli czy Tokarczuk jest mi w 
gruncie rzeczy obojętna, o tyle jest mi niezmiernie 
przykro, że kiedy Tempski troszczy się o mnie, ja w 
rewanżu,   nawet   dla   pustej   zabawy,   nie   mogę 
zatroszczyć   się   o   niego.   Nie   mam   po   prostu   o 
człowieku   zielonego  pojęcia.  Nota   pod   „Literaturą 
pantoflarzy" informuje, jakoby Tempski był autorem 
pięciu tomów poezji, pięciu powieści oraz komedii o 
psach  rasowych.   Wiadomość  ta  pogłębia  niestety 
poznawczy popłoch, głównie wynika z niej bowiem 
niepokojąca   dbałość   autora   o   ilościową   symetrię 
uprawianych   gatunków.   Niestety   nie   potrafię 
wymienić   ani   jednego   tytułu,   nie   znam 
problematyki, w ogóle nie wiem, o czym to jest, nie 
wiem nawet, czy Esden Tempski pisze na przykład 
wiersze białe czy rymowane.

background image

I   nie   zamierzam   też   zabawiać   się   jajcarsko 
kokieteryjnymi domniemaniami, że być może moja 
nieznajomość utworów Tempskiego dowodzi braku 
mojej orientacji w literaturze współczesnej, że być 
może ominęła mnie lektura rzeczy ważnych, że być 
może   jakiś   zapoznany   geniusz   pracuje   sobie   w 
swoim   kątku,   a   tu   o   nim   ani   dudu.   Nie. 
Analfabetyzm   w   sprawie   dorobku   twórczego 
Stanisława Esdena Tempskiego nie wydaje mi się 
wadą.   Prawdę   powiedziawszy:   wydaje   mi   się   on 
zaletą.   Inaczej   jeszcze   powiem,   dobitniej:   moja 
żadna   czy  też   bardzo   blada   wiedza   o   Tempskim 
znacznie gorzej świadczy o Tempskim niż o mnie. 
O   mnie   świadczy   nie   najgorzej.   Bo   przecież 
mówiąc   jeszcze   dobitniej,   trochę   bardziej   serio   i 
nieco mocniej wytężając pamięć, podejmowało się 
jakieś   próby,   kładło   się   oko   na   jakichś 
wydrukowanych w gazecie wierszach, brało do ręki 
leżącą   na   księgarskim   stole   powieść   i   próbowało 
czytać   dwie   albo   trzy   strony,   albo   choć   jeden 
akapit.   Prawie   na   pewno   -   pamiętam   -   czytałem 
jakiś   napuszony   wywiad,   czytałem   też   jakieś 
omówienie   ostatniej   chyba   książki   Tempskiego, 
nawet   utkwiła   mi   w   głowie   pewna   fraza   z   tego 
omówienia,   nie   będę   jej   przytaczał,   nie   ma   co 
gęstej   sytuacji   zagęszczać   do   ostatka.   Jednym 
słowem   -   aby   problemu   niepoznawalności 
Tempskiego   zanadto   nie   demonizować   -   jednym 
słowem  należy Stanisław Esden Tempski do tych 
pisarzy,   o   których   Artur   Sandauer   zwykł   był 
mawiać:   aby   o   nim   napisać,   trzeba   by   go 
przeczytać, przeczytać zaś go niepodobna.

Referuję   wszakże   sytuację   przeszłą,   obecnie   po 
przeczytaniu   „Literatury   pantoflarzy"   przynajmniej 
jeden tekst Esdena jest mi w całości znany, mniej 
więcej orientuję się w mechanice jego intelektu, w 
literackich   upodobaniach,   wiem   też,   na   czym 
wspiera   się   myśl   autora.   Otóż   w   omawianym 
artykule myśl ta wspiera się na broszurze pt. „38 
najczęściej   popełnianych   błędów   autorów   fikcji 
literackich". Twórcą tej interesującej pracy jest - jak 
się   dowiadujemy   -   niejaki   Jack   M.   Bickham, 
profesor   uniwersytetu   w   Oklahoma   oraz   autor 
dwudziestu pięciu nieznanych w Polsce powieści. Z 
38   przestróg   profesora   Esden  Tempski   przytacza 
dziesięć   najważniejszych,   nazwanie   ich   przez 
Esdena   „dekalogiem"   nie   jest   wprawdzie   błędem 
merytorycznym, razi jednak nadmiernym patosem - 
są   to   wszakże   albo   porażające   banały,   albo 
przerażające   brednie.   Jeśli  ktoś   radzi   piszącemu: 
„Nie opisuj zachodów słońca ani kwiatów, wszyscy 
bowiem choć raz je widzieli", to zapewne nie ma 
zbyt   jasnej   świadomości,   że   z   równym   sensem 
można   sformułować   taką   na   przykład   literacką 
dyrektywę: „Nie opisuj kobiet, ponieważ każdy choć 
raz   w   życiu   widział   jakąś   babę".   Innemu 
postulatowi:   „Nie   bierz   na   głównych   bohaterów 
ludzi nie radzących sobie z życiem" taki na przykład 
Fiodor   Dostojewski   nie   byłby   w   stanie   podołać 
żadną   miarą,   co   zresztą   nie   dziwota,   cały   ten 

poradnik nie jest w końcu dla poważnych pisarzy (o 
klasykach nie wspominając), to jest w najlepszym 
razie rzecz dla literackich pętaków. Toteż o innych 
racach  intelektu   profesora   z   Oklahomy  (np.   „Pisz 
na   kolanach   z   rumieńcem   na   twarzy")   nawet   nie 
wspominam,   jest   to   tworzywo   przekraczające 
granice   facecji   felietonowej.   Swoją   drogą,   jeśli 
rzeczony Bickham w żadnej ze swych 25 powieści 
nie popełnił żadnego z wytypowanych przez siebie 
38   błędów,   jakie   to   jest   szczęście,   jakie   to   jest 
ogromne   szczęście,   że   mistrz   ów   nie   jest   u   nas 
tłumaczony. (Jeśli uczył się na własnych błędach, 
nie   należy   go   tłumaczyć   tym   bardziej,   nie   ma 
powodu, by tłumaczyć kogoś, kto pisze z błędami).

Wsparty   na   takim   autorytecie   Stanisław   Esden 
Tempski   przystępuje   do   frontalnego   ataku   na 
współczesną   prozę   polską.   Boleje,   współczuje, 
wylewa   krokodyle   łzy   i   -   co   zawsze   wróży   jak 
najgorzej   -   domaga   się   głębi,   zasad   i   przesłań. 
Natarcie   jest   przy   tym   nieco   nieuporządkowane. 
Wpierw   jakiemuś   kompletnie,   nawet   sobie 
samemu,   nieznanemu   (wyższa   szkoła   jazdy 
krytycznej) autorowi o nazwisku Jerzy Przybysz z 
całą surowością zarzuca brak hemingwayowskiego 
porywu   i   poważniejszej   siły   moralnej   i   w   ogóle 
twierdzi,   iż   ten,   jak   się   zdaje   kompletnie   Bogu 
ducha winien literacki amator - przegrał. Następnie 
-   jakżeby   inaczej   -   wyrozumiale   zaznacza,   iż 
piszące   obecnie   kobiety   „lekceważą   swój   talent". 
Dalej   udaje,   że   nie   rozumie   (choć   najpewniej 
istotnie   nie   rozumie)   pewnego   wyjętego   z   „Dukli" 
zdania  Andrzeja   Stasiuka,   po   czym  zbliża   się   do 
mnie na niebezpieczną odległość i z doktrynalnym 
uporem głosi, iż moje „opisy pracy pielęgniarek nie 
służą   niczemu   i   donikąd   nie   wiodą".   Ale 
przynajmniej   w   tym   miejscu   wywodu   pojawia   się 
jakiś interesujący kontrapunkt, mianowicie, ni stąd, 
ni   zowąd,   ni   z   gruchy,   ni   z   pietruchy,   całkowicie 
znienacka, nagle, Esden Tempski daje osłupiałemu 
czytelnikowi   informację   o   miejscu,   w   którym 
rozpoczyna   się   akcja   powieści   Władysława 
Reymonta   pt.   „Ziemia   obiecana".   „»Ziemia 
obiecana«   Reymonta   rozpoczyna   się   w   budzącej 
się   kapitalistycznej   Łodzi"   -   utrzymuje   Esden 
Tempski i faktycznie pod względem merytorycznym 
- mucha nie siada. Jest to - można powiedzieć - 
najmocniejszy fragment eseju.

Nasyciwszy   się   snadź   swą   historyczno-literacką 
wiedzą   Esden   zmienia   tonacje,   brata   się   i 
dramatycznie   pyta:   „Dlaczego   nikt   z   nas   nie 
spróbuje   stworzyć   choćby   najmniejszej   wizji 
rzeczywistości?"   Pytanie   jest   nie   tylko 
dramatyczne,   jest   ono   też   ciekawe.   Zwłaszcza 
ciekawe jest zawarte w nim słowo: „nas". O jakich 
„nas" Esdenowi Tempskiemu idzie? Jeśli idzie mu o 
„nas pisarzy" - podziwiam brawurę. Jeśli idzie mu o 
„nas   twórców   literatury   zbytecznej"   -   może 
spokojnie   abstrahować   od   liczby   mnogiej.   Jeśli 
idzie   mu   o   „nas   marnujących   własne   talenty"   - 
sprawa   jest   poważna.   Istotnie   trwonienie   danego 

background image

od Boga talentu to jest zła sprawa i wielki grzech. 
Ale też Stanisław Esden Tempski choćby pisał nie 
tylko na kolanach i z rumieńcami, ale na głowie i z 
wypiekami, z natury rzeczy jest i zawsze będzie od 
grzechu tego wolny. Bezgrzeszność ta sprawia, że 
bratanie się Tempskiego z „nami" jest doprawdy z 
jego strony zbyt finezyjną wspaniałomyślnością.

Cierpieć jak Iwaszkiewicz (09)

W   miniony   czwartek,   w   czasie   gdy   matka   z 
pistoletem poszła na policję, przeczytałem książkę 
Piotra   Mitznera   "Hania   i   Jarosław 
Iwaszkiewiczowie" (Wydawnictwo Literackie, seria: 
Pary). Bardzo szybka była moja lektura, choć np. 
powiedzenie,   że   przeczytałem   ten   -   jak   głosi 
podtytuł   -   "Esej   o   małżeństwie"   jednym   tchem, 
byłoby   nieprawdziwe   w   swej   niestosowności. 
Historia   Iwaszkiewiczów   to   jest   -   okazuje   się   - 
bardzo   mroczna   historia,   pełna   niekiedy 
niewidzialnych   ale   zawsze   nielekkich   przygód. 
Autor   na   początku   przytacza   "apodyktyczne 
ostrzeżenie" Tomasza Burka: "Dzieje i psychologia 
małżeństwa Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów. Tak 
się ta  sprawa  nazywa.  Jedynie  umysł  naiwny lub 
bezceremonialny   mógłby   przy   obecnym   stanie 
iwaszkiewiczowskich   badań   kusić   się   o 
zrekonstruowanie   tych   dziejów   i   tej   psychologii". 
Niewątpliwie  Burek ma rację, stan badań zawsze 
można   i   trzeba   pogłębiać,   a   o   życiu   Anny   i 
Jarosława dałoby się niechybnie całe tomy pisać. 
Kiedy   się   wszakże   mówi   o   niezgłębialności 
problemu,   człowiek   zawsze   jest   zagrożony   przez 
retorykę niezgłębialności. Otóż rzecz w tym, że ja, 
na   przykład,   więcej   wiedzieć   nie   chcę,   nie   chcę 
ściślej   studiować   dziejów   tego   związku,   nie   chcę 
głębiej i dalej zaglądać, nie chcę ani stawiać, ani 
rozwiązywać   kolejnych   iwaszkiewiczowskich 
zagadek,   nie   chcę   na   ten   temat   czytać   "tomów 
całych"   -   uważam,   że   to,   co   zawiera   niewielka 
książka   Piotra   Mitznera,   jest   wystarczająco 
intensywne   i   wystarczająco   straszne.   Mówię   we 
własnym   imieniu,   w   imieniu   własnej   dawniejszej, 
frajerskiej naiwości, a zapewne także w imieniu tej 
beztroskiej części publiki literackiej co uważała, że 
jedynym doskwierającym przez bez mała całe życie 
Jarosławowi   Iwaszkiewiczowi   problemem  był   brak 
Nagrody   Nobla.   Potoczny   wizerunek   pisarza   był 
bowiem   taki,   że   jest   to   niesłychanie   zamożny 
magnat literacki, właściciel dworu oraz posiadłości, 
bywający   w   korzystnych   komitywach   z   władzą 
poseł, prezes związku, redaktor naczelny, pisarz - 
sybaryta co kryzysy twórcze (których w istocie nie 
miewa)   zażegnywać   musi   w   Rzymie   albo   na 
Sycylii,   nienasycony   konsument  zmysłowych  dóbr 
świata, wyposażony przy tym w szczęśliwą rodzinę, 
z niezwykłą żoną, pilną strażniczką twórczości oraz 
domowego   ogniska   u   boku.   (O   osobistych 
szoferach nie wspominam).

Tymczasem   z   kart   książki   Mitznera   złożonej   w 
znacznej mierze z rozmaitych relacji, dokumentów, 
listów,   fragmentów   dzienników,   biograficznie 
czytanych   tekstów   literackich   wyłania   się 
dramatyczny   obraz   życia   zgoła   tragicznego, 
naznaczonego

 

duchowymi

 

męczarniami, 

chorobami, upiorami "zbyt długiej starości", a także 
rozmaitymi   materialnymi   plagami.   "Pod   koniec   lat 
pięćdziesiątych trzeba było pożyczać pieniędzy na 
jedzenie. Były takie przypadki" - wspomina jedna z 
pracujących   na   Stawisku   gospodyń.   Samo 
Stawisko,   co  z daleka  jak  raj  wyglądało,  z  bliska 
jawi   się   jak   czeluść.   "Stawisko   jest   nieludzkie"   - 
notuje   Iwaszkiewicz   pewnego   dnia   w   dzienniku. 
Kiedy jeszcze za życia pisarz próbował coś o swym 
męczeństwie mówić, uchodziło to za tandetną pozę 
i   bywało   źródłem   szyderstw   i   prześmiechów. 
Kluczowe w tej sprawie wydaje mi się zdanie Pawła 
Hertza, który wspomina, iż jako młody człowiek nie 
był w stanie pojąć "jak można łączyć takie życie na 
błyszczącej   powierzchni   świata   z   ową 
świadomością jego głębi", którą przecież poeta nie 
tylko   posiadał,   ale   którą   też   w   swych   utworach 
przejmująco   wyrażał.   Otóż   -   jak   się   zdaje   -   zbyt 
rzadko   bierze   się   pod   uwagę   fakt,   iż   widzialne 
spełnienia mogą być źródłem cierpień albo mogą w 
zgoła   bezlitosny   sposób   unaoczniać   fiasko 
egzystencji.   Tym   co   nie   zaznają   widzialnych   (na 
przykład   literackich)   spełnień,   jest   paradoksalnie 
lżej, bo żyją w złudzeniu, że jakby takich spełnień 
zaznali,   byłoby   im   lepiej.   Życie   w   złudzeniu   jest 
przyjemne. Zapewne niejeden młody poeta marzył 
o pozycji Iwaszkiewicza (cały czas mam na myśli 
literaturę),   niejeden   chciał   po   prostu   "być 
Iwaszkiewiczem",   bo   przecież   jakby   "był 
Iwaszkiewiczem",   miałby   -   z   wyjątkiem   tego 
nieszczęsnego   Nobla   -   wszystko.   Prostego   faktu, 
że jakby "był Iwaszkiewiczem", także "cierpiałby jak 
Iwaszkiewicz", żaden z tych marzycieli nie brał pod 
uwagę, co nie dziwota,  to jest i dzisiaj trudne do 
pojęcia, wyrażenie: "cierpienia Iwaszkiewicza" dalej 
ma posmak oksymoroniczny. Ale on chyba cierpiał 
męki   piekielne,   musiał   cierpieć   choćby   z   tego 
elementarnego  powodu,   że będąc   na  świeczniku, 
miał   zarazem   dotkliwą   (i   jak   najsłuszniejszą) 
świadomość   istotnego   niedocenienia,   a   nawet 
niezrozumienia   swego   niekiedy   wielkiego 
pisarstwa. Cierpiał w samotności.

Oboje   byli   ludźmi   na   wskroś   samotnymi,   byli   jak 
napisze   w   wierszu   niczym   "dwie   splątane   noce". 
Choćby jego nadmierne zanurzenie w doczesności 
i jej, jak się zdaje, równie nadmierna religijność to 
już była sprzeczność nie do pogodzenia, to już był 
wystarczający   warunek   wzajemnych   samotności. 
"Anna   nikogo   nie   potrzebuje,   bo   ma   Boga   w 
arendzie"   -   tak   o   niej,   z   najwyraźniejszą   furią 
napisze   w   swym   diariuszu.   A   jednak   oboje 
tragiczni,   oboje   samotni,   byli   w   stanie   przez 
kilkadziesiąt  lat swoje nieraz bardzo hermetyczne 
samotności i pojąć, i przyjąć, i przeżyć. Historię tę 

background image

Piotr Mitzner opowiada niekiedy z bardzo bliska, a 
w niektórych fragmentach, choćby w otwierającym 
książkę   obrazie,   kiedy   to   autor   widzi 
Iwaszkiewiczów po raz ostatni razem (on drzemie 
w fotelu, ona schodzi ze schodów), udaje się chyba 
Mitznerowi rzecz rzadka, udaje mu się mianowicie 
dotknąć sedna rzeczy.

Co generalnie nie zmienia mojej opinii, że ani tej, 
ani   też   i   innych   historii   małżeńskich   nie   należy 
zanadto  uszczegóławiać.   O  ile należy  je  w  ogóle 
opowiadać.   Na   przykład   najlepiej   znane   mi 
małżeństwo   świata   (mam   na   myśli   zewnętrzny 
punkt   widzenia),   czyli   małżeństwo   moich   starych. 
Ileż oni mieli widzialnych, niewidzialnych, barwnych 
i nie do opowiedzenia przygód. A jednak przeżyli w 
szczęściu i zgodzie kilkadziesiąt lat, i ojciec przed 
śmiercią   nie   zdążył   matki   zastrzelić   ze   swego 
ulubionego pistoletu gazowego. Krótka historia tej 
broni jest następująca. Ojciec mój wraz z kolegami 
spędził swego czasu kilka lat w Afryce. Pewnego 
wieczoru rdzenni mieszkańcy Afryki napadli na ojca 
i kolegów, jednego kolegę zabili, drugi przeżył, bo 
leżał i udawał zabitego, ojcu zaś udało się zbiec w 
głąb buszu, gdzie wspiął się na drzewo (wierzę, że 
był   to   baobab)   i   przesiedział   do   rana.   Mam 
wrażenie, że podczas tej nocy na baobabie w ojcu 
nastąpił pewien przełom religijny oraz że wtedy też 
przełamał się w nim pacyfizm. Ojciec mój, który był 
pacyfistą skrajnym  (pisałem o tym swego  czasu), 
na   przykład   nie   pozwalał   mi   w   dzieciństwie   na 
posiadanie   nawet   pistoletu   na   wodę,   rychło   po 
powrocie z czarnego lądu zdał egzamin i uzyskał 
zezwolenie   na   posiadanie   broni   gazowej.   Potem 
stary postawił  dom i umarł,  zapomniany zaś i na 
szczęście nigdy nie używany oręż gazowy tkwił w 
niedocieczonej   skrytce.   Znaleźliśmy   go 
przypadkiem   i   właśnie   w   czwartek,   kiedy   ja 
czytałem   o   dziejach   małżeństwa   Iwaszkiewiczów, 
matka  postanowiła   pójść i  zdać  na  policji   pistolet 
swego   zmarłego   męża.   Ja   skończyłem   lekturę 
poruszony,   matka   z   posterunku   wiślańskiej   policji 
wróciła wręcz rozanielona. Opowiadała, że byli tam 
zachwycająco   uprzejmi   młodzi   policjanci, 
zachwycająco   piękny   i   posłuszny   policyjny   pies 
oraz   pewna   zachwycająco   piękna,   miejscowa 
policjantka.   A   przecież   mówiłem,   przecież 
mówiłem,   że   będzie   lepiej,   jak   ja   pójdę   zdać 
ojcowską  broń.   Tymczasem   zamiast  podziwiać,   a 
kto wie może się nawet bliżej zapoznać z piękną 
wiślańską policjantką, ja czytałem książkę. Znowu 
zwyciężyło   słowo.   Boże   mój,   źródłem   jakże 
nieprzebranych cierpień może być literatura.

Transmisja z czegokolwiek (10)

Ożywiły   mnie   w   ub.   tygodniu   dwie   bezpośrednie 
transmisje telewizyjne. Pierwszą była bezpośrednia 
transmisja z meczu piłkarskiego Francja-Polska w 
Paryżu,   drugą   -   bezpośrednia   transmisja   z 
mieszkania   niejakich   państwa   Koszałków   w 

Krakowie.   Druga   transmisja   też   była   w   gruncie 
rzeczy   transmisją   z   zawodów,   zasadą   rywalizacji 
był tu mianowicie pościg, rzecz polegała na tym, że 
syn   państwa   Koszałków   Marcin   ganiał   swoich 
starych z kamerą po domu i filmował ich bezlitośnie 
w trakcie panicznej ucieczki.

W meczu Polska-Francja  dopingowałem  - ma się 
rozumieć   -   naszą   reprezentację,   w   przypadku 
rodziny Koszałków byłem całym sercem po stronie 
ściganych rodziców, miałem nadzieję, że uda im się 
zbiec i ocalić głowy.  Niestety w obu przypadkach 
moi faworyci ponieśli porażkę. Polska przegrała z 
Francją   1:0,   co   jest   wynikiem   najgorszym   z 
możliwych,   mało   wyraziste   i   wywalczone   w 
ostatnich   minutach   zwycięstwo   Francuzów 
niechybnie   zostanie   uznane   za   kolejny   tryumf 
polskiego piłkarstwa. (Inna rzecz, że gdyby było na 
przykład   2:1   albo   6:1   dla   Francji   byłoby   jednak 
gorzej,   polski   zawodnik,   któremu   udałoby   się 
strzelić Francuzom gola, bez wątpienia wybrany by 
został   w   rozmaitych   plebiscytach   sportowcem 
roku).   O   ile   jednak   nasza   reprezentacja 
przynajmniej   z   początku   toczyła   z   raczej 
chodzącymi   niż   biegającymi   po   boisku 
przeciwnikami   wyrównany   bój,   o   tyle   państwo 
Koszałkowie   byli,   również   od   samego   początku, 
bez szans, dziecko od pierwszych minut narzuciło 
im szaleńcze tempo.

Istnieje zasada, która powiada: nie pisz źle o filmie, 
który  z  zainteresowaniem   obejrzałeś   od   początku 
do   końca.   I   bezpośrednią   transmisję   z   domu 
państwa   Koszałków,   czyli   film   dokumentalny 
Marcina   Koszałki   pt.   „Takiego   pięknego   syna 
urodziłam", tak się właśnie ogląda, od początku do 
końca   z   zainteresowaniem,   a   nawet   z   pewnym 
rodzajem   napięcia.   Czy   jest   to   w   istocie 
zalegalizowane   przez   emisję   telewizyjną   i 
opatrzone pieczęcią sztuki filmowej podglądactwo, 
to jest kwestia i sporna, i drugorzędna. Na dobrą 
sprawę każda sztuka jest jakąś formą podglądania 
świata,   a   prawdziwi   twórcy   nie   znają 
poważniejszych   zadań   jak   pogoń   (daremna)   za 
rzeczywistością. Rzecz w środkach i sposobach, za 
pomocą których to podglądanie świata i ta pogoń 
za   rzeczywistością   się   dokonuje.   Otóż   film, 
zwłaszcza   zaś   film   dokumentalny,   dysponuje 
bardzo niebezpiecznymi środkami wyrazu, kamera 
filmowa może być jak topór. I daremnie kryjący się 
po   kątach   państwo   Koszałkowie   musieli   nieraz 
odnosić wrażenie, że w ręku młodego nie kamera 
jest,   ale   topór,   oni   nie   przed   kamerą,   a   przed 
ostrzem kamery próbowali się schować.

Fotografujący   swoich   starych   filmowiec   dochodzi 
zarazem   w   tym   przypadku   do   krawędzi 
dokumentacyjnych możliwości, bo przecież dalej w 
głąb   weryzmu   pójść   niepodobna.   (Chyba,   żeby 
celem   wzmożenia   wymowy   podjąć   brawurową 
decyzję i sfotografować rodziców w trakcie jakichś 
fizjologicznych   zajęć).   Rozumiem,   że   łamanie 

background image

rozmaitych   zasad   i   naruszanie   tabu   może   być 
artystycznie ożywcze, ale uważam zarazem, że na 
przykład   jeśli   idzie   o   Dekalog,   to   wystarczy   w 
poszukiwaniu   inspiracji   poprzestać   na   łamaniu 
szóstego   przykazania,   z   czwartym   przykazaniem 
raczej trzeba dać sobie spokój. Zachwycająca się 
na   łamach   „Polityki"   utworem   Koszałki   Krystyna 
Lubelska   (tyle   razy   cię   prosiłem   Krysiu   o   umiar) 
powiada:  „Idea uczynienia z podglądactwa sztuki, 
która   z   takim   sukcesem   rozwija   się   w   Holandii, 
dotarła   do   nas   w   postaci   wysublimowanej. 
Koszałka   podgląda   bowiem   nie   innych   ludzi,   ale 
samego siebie i swoich własnych rodziców".

Otóż   jest   dokładnie   odwrotnie   i   raczej   trzeba   by 
powiedzieć   tak:   barbarzyńska   idea   uczynienia   z 
podglądactwa   sztuki   została   u   nas   do   reszty 
zbarbaryzowana,   ponieważ   podglądanie   bliskich 
jest   moralnie   gorsze   i   wymiernie   szkodliwsze   od 
podglądania   obcych.   (Samego   siebie   Marcin   K. 
podgląda w filmie w sposób wysoce umiarkowany). 
Podglądani   obcy   przynajmniej   zachowują 
anonimowość,   podglądani   swoi   tej   anonimowości 
są z natury rzeczy pozbawieni, w końcu żadnemu 
ze   sfotografowanych   w   łaźni   przez   Katarzynę 
Kozyrę   gołych   Węgrów   żadna   krzywda   się   nie 
stała,   czego   się   zapewne   nie   da   powiedzieć   o 
starych Koszałkach. U ilu sąsiadów mają oni teraz 
przechlapane? W ilu pobliskich sklepach witać ich 
teraz   będą   szydercze   chichoty?   Jak   tu   pójść   w 
niedzielę   na   spacer   albo   do   kościoła?   Może 
przyjdzie   się   wynosić,   zmieniać   mieszkanie   i 
wygląd  zewnętrzny? A mało oni mieli do tej pory 
kłopotów?

Autor   filmu   jest   -   że   się   tak   wyrażę   -   w   zbyt 
wczesnej   fazie   twórczości,   aby   pojąć,   iż   dla 
rodziców   posiadanie   dziecka,   które   pragnie   być 
artystą,   to   jest   dramat   i   nieszczęście.   Dziecko, 
które pragnie być artystą, przeważnie gnuśnie leży 
na   kanapie,   skromne   kieszonkowe   wydaje   na 
dziwki oraz często w środku nocy wraca w sztok 
pijane.   Tego   rodzaju   krnąbrność   przysparza 
rodzicom   męczeństwa.   Rodzice   dziecka 
aspirującego   do   artyzmu   często   popadają   w 
bezsilność   i   z   bezsilności   gadają   od   rzeczy.   W 
takiej właśnie fazie, w fazie bezsilnego i przez to 
też   agresywnego   bełkotu   artysta   postanawia 
uwiecznić swych rodziców na taśmie filmowej. Oni 
zaś   widząc,   że   dziecko   nie   tylko   pragnie   zostać 
artystą, ale że pragnie też z nich - rodziców uczynić 
surowiec artystyczny, popadają w jeszcze większą 
histerię, w jeszcze większy bełkot. On gania za nimi 
z   toporem   kamery   i   toporem   tym   ich   dręczy   - 
bezpośrednia transmisja z udręki fizycznej byłaby i 
jest zakazana, na bezpośrednią transmisję z udręki 
psychicznej jest wręcz koniunktura.

Ach   -   to   jest   bezsporne   -   on   także   wycierpiał 
niemało,   jego   toksyczni   starzy   dali   mu   zdrowo  w 
kość, nieraz było w domu nie do zniesienia, nieraz 
było strasznie, strasznie. Ale artysta powinien być 

świadom,   że   gdyby   jego   starzy   nie   byli   parą 
toksycznych   czubów,   on   nie   byłby   człowiekiem 
twórczym.   Gdyby   starzy   Koszałkowie   nie   dawali 
młodemu   Koszałce   w   dupę,   o   czym   -   zapytuję   - 
młody   Koszałka   swój   pierwszy   film   by   nakręcił? 
Gdyby nie starzy Koszałkowie, nie byłoby filmowca. 
Dzięki   starym   Koszałkom,   którzy   wpierw   swoim 
nękaniem   wyprofilowali   w   młodym   należytą 
wrażliwość,   potem   zaś   z   prawdziwie   rodzicielską 
wspaniałomyślnością   zgodzili   się   złożyć   samych 
siebie   na   ołtarzu   tematyki   jego   debiutanckiego 
utworu, tylko i wyłącznie dzięki starym Koszałkom - 
filmowiec zaistniał.

Obraz   jest   bez   wątpienia   podszyty   wyrazistym 
gestem   terapeutycznym,   takie   też   zapewne   - 
terapeutyczne   -   może   być   jego   znaczące 
funkcjonowanie publiczne, choć przecież niczego tu 
nie   ograniczam,   niczyich   zachwytów   nie 
kwestionuję.   Trzymam   się   uparcie   wątku 
prywatności   i   pilnie   przypatruję   tym   wszystkim 
złamanym   zasadom,   wedle   których   to   złamań 
dzieło  zostało   sporządzone.  Temat:   ojciec,  matka 
to jest w końcu temat główny. Jest to też mój temat, 
niekiedy sporo zapału wkładam w uganianie się za 
moim starym. Z piórem w garści ścigam go nawet 
po tamtym świecie. Ale we własnych opisach zgoła 
go   nie   poznaję,   taki   jest   uroczy.   Dawne   recepty 
powiadają,   że   sztukę   trzeba   robić   dla   zachwytu, 
żeby   było   piękniej.   Mam   słabość   i   podziw   dla 
dawnych receptur i pomimo wszelkich niedostatków 
w   umiejętnościach,   daję   wyidealizowane   obrazy 
mojego   starego,   opisuję   raczej   go   takim,   jakim 
chciałbym,   żeby   był,   niźli   takim,   jakim   był 
naprawdę.   Jaki   był   naprawdę?   Tego   się   nie 
dowiecie nigdy. Tak on do nas mawiał, tak mawiał, 
gdy z niejakim, nieraz parodniowym, opóźnieniem 
wracał do domu. Myśmy się pytali:

- Tato gdzieś ty był? On zaś majestatycznie unosił 
głowę i oświadczał z dumą: - Tego się nie dowiecie 
nigdy.

Tak   jest:   ostentacyjny   autobiografizm   bywa 
uprawniony   wyłącznie   w   dziedzinie   fikcji   czystej, 
całe   zaś   to   „podnoszenie   podglądactwa   do   rangi 
sztuki" stanowi margines i zapewne nigdy się nie 
upowszechni. A nawet jak się upowszechni, nigdy 
nie   będzie   stanowić   istoty   rzeczy.   Istotę   rzeczy 
zawsze,   zawsze   będą   stanowić   wielkie   powieści 
subtelnie   przetwarzające   biografię,   wielkie   filmy 
opowiadające wysublimowane, choć z życia wzięte 
historie   oraz   wielkie   drużyny   piłkarskie,   które   w 
odpowiednim momencie przyspieszą i zwyciężą.

Wolność wedle tygrysów (13)

Piszę o sprawie powszechnie znanej,opisywanej  i 
komentowanej w mediach, nie wykluczam też, że ta 
swoista   "tragedia   surrealistyczna"   stanie   się 
przedmiotem   rozważań   bez   mała   wszystkich 
kolegów felietonistów. Idzie mi o zeszłotygodniową 

background image

obławę na zbiegłe z cyrku tygrysy, w wyniku której 
to   dramatycznej   operacji   straty   po   obu   stronach 
okazały   się   wyrównane:   po   stronie   ścigających 
zabity   został   jeden   weterynarz,   po   stronie 
uciekinierów zabity został jeden tygrys. Weterynarz 
zabity został wprawdzie nie przez zdesperowanych 
uciekinierów,   ale   przez   swych   roznamiętnionych 
pogonią   sojuszników.   Symetrii   strat   to   nie 
umniejsza,   wzmaga   tragedię.   Wyświechtane 
powiedzenie,   że  jakaś  tragedia  była niepotrzebna 
jest nie tylko wyświechtane, jest ono też absurdalne 
-   wszystkie   tragedie   są   wszędzie   i   zawsze 
niepotrzebne.   "Zdarzyć   się   mogło,   zdarzyć   się 
musiało" - jak to pisała Szymborska - "na szczęście 
szyna,   hak,   belka,   hamulec,   framuga,   zakręt, 
milimetr,   sekunda   (...)   o   krok,   o   włos   od   zbiegu 
okoliczności".   Pod   cyrkiem   Korona   zabrakło 
niestety   milimetra,   sekundy   i   żaden   włos   nie 
oddzielił   zabitego   od   śmierci.   Zdarzyć   się   mogło, 
zdarzyć   się   musiało.   Natomiast   niektóre   opisy, 
hipotezy   i   komentarze   tyczące   tych   sensacji 
stanowczo nie powinny się zdarzyć. Mam niejasne 
poczucie,   że  nawet  ten   felieton   nie  powinien   być 
naznaczony zbyt silną zdarzeniowością.

Weźmy   samą   kwestię   wyjścia   tygrysów   z   cyrku. 
Jest   to   kwestia   wciąż   nierozstrzygnięta.   Jedni 
powiadają,   że   tygrysy   jakimś   sobie   tylko   znanym 
sposobem same wyszły na wolność. Inni utrzymują, 
że   zwierzęta   przebiegle   wykorzystały 
niedopatrzenie   odpowiednich   funkcjonariuszy   i 
przez   niedomkniętą   furtkę   skwapliwie   wyszły   na 
wolność.   Są   też   domysły,   że   tygrysy   miały 
pomocników z zewnątrz, że na przykład uwolnili je 
(wypuścili   na   wolność)   jacyś   poszkodowani   na 
umysłach ekolodzy albo że klatki pootwierali dla jaj 
jacyś niestrudzeni facecjoniści. Wersja, że tygrysy 
działały   w   zmowie   z   nisko   opłacanymi 
pracownikami cyrku, którym w zamian za pomoc w 
ucieczce   obiecały   sute   prowizje,   na   razie   się   nie 
pojawiła,   ale   zapewne   jest   to   kwestia   (naszego) 
czasu. W każdym razie słowo wolność w bez mała 
wszystkich   domniemaniach   jest   słowem 
kluczowym.   Zwierzę   na   wolności   -   zjawisko   bez 
wątpienia   piękne   i   naturalne.   Na   przykład   w 
Warszawie   takie   wolne   zwierzę   może   wreszcie 
przejść się Krakowskim Przedmieściem, wstąpić na 
kawę   ze   śmietanką   do   Europejskiego,   a   nawet 
wyjechać windą na najwyższe piętro Pałacu Kultury 
i spojrzeć na świat nie tylko nie przez kraty, ale i z 
wysoka. Faktycznie niewielki jest sens rozciągania 
tego   rodzaju   wątpliwych   facecji,   tym   bardziej   że 
rozciągać je można bez końca.

Idzie mi raczej o powiedzenie licho kolportowanej 
prawdy, że nie każde wyjście z klatki jest wyjściem 
na   wolność.   O   czym   myśli   tygrys   zamknięty   w 
klatce? Czy on naprawdę myśli o tym, że dobrze by 
było z tej klatki prysnąć i pohasać po Tarchominie? 
Czy największy   nawet   bojownik  o  wolność   wśród 
tygrysów   myśli   o   tym,   że   dobrze   by   było 
przepiłować   kraty,   przydrożnymi   zagajnikami 

przebić się do Okęcia i najbliższym rejsem wrócić 
do Mombasy? O czym myśli mój kot, który całymi 
dniami w  pozie  nieodwracalnego   degenerata  leży 
na kanapie? Czy on naprawdę myśli, że dobrze by 
było   ruszyć   się   z   kanapy   i   pohasać   po   jakiejś 
wiślańskiej łące i na jakąś mysz zapolować? Znam 
dziada dobrze i wątpię. Tygrysów z cyrku Korona 
nie znam zupełnie, ale jestem najzupełniej pewien, 
że   w   jakimkolwiek   biegnącym   warszawską   ulicą 
krwiożerczym   tygrysie   nawet   wolno   jadący 
zdezelowany   maluch   wzbudzi   lęk   paniczny.   (Mój 
kot zdezelowanego malucha bałby się trochę mniej 
niż   tygrys   -   wyłącznie   z   lenistwa).   Ktoś   może 
powiedzieć,   że   dochodzę   w   ten   sposób   do 
wstrząsającego wniosku, dochodzę mianowicie do 
wniosku,   że   miejsce   kanapowego   kota   jest   na 
kanapie, zaś miejsce cyrkowego  tygrysa  w cyrku. 
To też, ale idzie mi również o kwestię strachu, o 
kwestię   strachu   kogoś   (niech   to   będzie   zwierzę), 
kto został obdarzony darem wolności.

W ciągu ostatnich dziesięciu lat z tysiąc, a może ze 
dwa tysiące razy słyszałem słuszną skądinąd tezę, 
że   wzrost   wolności   łączy   się   ze   zmniejszeniem 
bezpieczeństwa   (ergo   -   w   jakiejś   mierze   ze 
wzrostem strachu). Tygrysy zbiegłe z cyrku Korona 
tej   fundamentalnej   cechy   demokracji   zaznały   w 
sposób   dobitny.   Wolność   ich   (nawet   jeśli   była   to 
wolność   pozorna)   wzrosła,   bezpieczeństwo 
zmalało.   Niestety   pech   tych   zwierząt   polegał   na 
tym,   że   i   tropiący   ich   funkcjonariusze   byli,   są   w 
identycznej   sytuacji,   oni   również   mają   większą 
wolność,   więcej   mogą   i   bardziej   są   zagrożeni,   i 
bardziej się boją. Przecież gdyby zdarzyło się to za 
starej Polski, gdyby za PRL-u jakieś tygrysy uciekły 
z   cyrku,   na   miejsce   zdarzenia   przyjechałby   co 
najwyżej   na   rowerze   jakiś  zaspany   posterunkowy 
wyposażony   w   kajdanki   i   pałę,   którą   w   razie 
nieposłuszeństwa   pałowałby   zbiegów.   Niestety 
rzecz   się   zdarzyła   w   czasach   nieporadnej 
nadmierności. W czasach wolności, które są także 
czasami   zamachów   bombowych,   brygad 
antyterrorystycznych,   ulicznych   strzelanin   oraz 
policyjnych   obław   na   cyrkowe   tygrysy.   Piszę   o 
sprawach powszechnie wszystkim znanych, opisuję 
wydarzenia   przez   wszystkich   dziesiątki   razy 
oglądane   na   ekranach   telewizorów.   Scena   jest 
jednak niejasna, obraz drży tak jak zawsze, kiedy 
próbuje   się   sfotografować   świat   nieuchwytny. 
Człowiek   z   ogromnym   pistoletem-strzykawką 
biegnie przez zarośla, za nim leci tygrys,  słychać 
śmiertelny   szczęk   wystrzałów,   śmiertelnie   ranny 
człowiek   pada,   śmiertelnie   przerażone   zwierzę 
odskakuje   kocim   susem,   ten   co   miał   uśpić   (czyli 
uratować)   tygrysa   nie   żyje,   pozbawiony   obrońcy 
drapieżnik też za chwilę zostanie zabity. Dziura w 
czaszce   weterynarza,   dziura   w   tygrysim   futrze, 
osłupiały wzrok snajpera - rzeczy niepojęte. Może 
faktycznie   jedynie   w   niedocieczonych   myślach 
egzotycznych   albo   kanapowych   kotów   są   jakieś 
odpowiedzi. Może one wiedzą.

background image

Noc jest po to, żeby spać (16)

Jedno   z   moich   ulubionych   zdań   Emila   Ciorana   - 
obok   rzecz   jasna   najsławniejszego   chyba 
powiedzenia:   „Gdyby   nie   myśl   o   samobójstwie, 
dawno   bym   się   zabił"   -   otóż   jedna   z   moich 
ulubionych jego sentencji brzmi: „Życie jest możliwe 
tylko wskutek nieciągłości". Ja to zdanie rozumiem 
szerzej,   Cioran   węziej,   jemu   idzie   o   ten   rodzaj 
nieciągłości, który świadomej egzystencji daje sen. 
Ale   i   samo   to,   sama   plaga   bezsenności   to   jest 
straszna plaga.

Jak   człowiek   nie   śpi,   to   na   ogół   wpierw   czyta, 
potem   jak   nie   może   już   czytać,   a   sen   dalej   nie 
przychodzi,   to   człowiek   bawi   się   pilotem,   jeździ 
sobie po kanałach w poszukiwaniu jakieś krwawej 
kołysanki filmowej albo wesołej komedii, przy której 
można by się zarykiwać do białego rana, potem jak 
pilot nie pomaga, człowiek odkłada pilota i zaczyna 
myśleć,   myśli   tak   z   pół   godziny   albo   nawet   całą 
godzinę,   lecz   przeważnie   jedyną   konstruktywną 
myślą, jaka z tego w istocie mało konstruktywnego 
myślenia wynika, jest myśl, że może by tak warto 
coś   zjeść.   I   człowiek   wstaje   w   środku   nocy   i   w 
szlafroku,   i   kapciach   lezie   do   kuchni,   i   tam   w 
niejakiej   dyskrecji,   by   reszty   domowników   nie 
pobudzić,   żeruje   sobie   w   lodówce.   Niestety 
nadzieja, że jak się coś zje, to się prędzej uśnie, też 
się przeważnie okazuje utopijna, pozostaje słynne 
przewracanie się z boku na bok, aż do złowrogiego 
brzasku.

W   wydanych   kilka   miesięcy   temu   „Rozmowach   z 
Cioranem"   (wydawnictwo   KR,   przekład   Ireneusz 
Kania) kwestia bezsenności - jak zresztą bez mała 
wszystko   w   umyśle   tego   autora   -   uzyskuje 
znaczenie   głębsze   i   warte   obszerniejszego 
przytoczenia.   (Cioran   w   ogóle   jest   pisarzem, 
którego w gruncie rzeczy należy prawie wyłącznie 
cytować,   zanadto   przy   nim   nie   kombinować, 
ponieważ   wszelkie   kombinacje   wokół   jego 
piorunującej   inteligencji   mogą   skończyć   się 
spopieleniem własnego mózgu). Otóż w rozmowie 
z Leo Gilletem padają następujące zdania:

„Bezsenność   stawia   nas   poza   marginesem 
wszystkich   żyjących,   na   zewnątrz   ludzkości.   Jest 
się   wykluczonym.   Człowiek   kładzie   się   o   ósmej 
wieczorem,   o   dziewiątej   czy   o   dziesiątej   (jak   się 
ktoś kładzie o takich porach, nie dziwota, że cierpi 
na bezsenność - dopisek mój, JP), a rano budzi się 
o   ósmej   i   rozpoczyna   dzień.   Czymże   jest 
bezsenność? O ósmej rano jest pan dokładnie w 
tym samym punkcie co o ósmej wieczorem! Nie ma 
żadnego   postępu   (...)   Zniknięcie   snu   wywołuje 
jakąś   złowrogą   ciągłość.   (...)   Po   pierwsze   czas 
przybiera inny wymiar. Minuta po minucie. A każda 
minuta   jest   pewną   rzeczywistością.   Czas   się 
wlecze, ale nie postępuje. Nie wiadomo ku czemu 
postępuje.   Nie   chciałbym   opisywać   procesów 
psychologicznych zachodzących w kimś, kto przez 

całe   godziny   wsłuchuje   się   w   powolny   przepływ 
czasu. Moim zdaniem w gruncie rzeczy wszystkie 
choroby   psychiczne,   wszystkie   wewnętrzne 
wstrząsy   pochodzą   ze   szczególnego   odczucia 
czasu. Przed chwilą mówiliśmy o tym w związku z 
nudą,   w   nudzie   czas   staje   się   wobec   nas 
zewnętrzny. Ale w bezsenności czas jest naszym 
wrogiem.   Dlatego   że   jest   to   czas,   w   który   nie 
możemy  się   włączyć.   Jaki   ma   sens   to   upływanie 
czasu?   Siedzi   pan,   wszyscy   pochrapują,   świat 
pochrapuje, a pan czuwa. Cóż nie chcę mówić o 
tragicznej   tego   stronie,   ale   pan   wie, 
dziewięćdziesiąt   procent   samobójstw   ma   swoje 
źródło   w   bezsenności.   Nie   przytaczam   statystyk, 
ale to nie ma znaczenia. Ja to wiem. Bezsenność. 
Cierpiący   na   bezsenność   popełnia   samobójstwo, 
ten zaś kto nie wie co to bezsenność, nie zabija się. 
Chyba że to jakiś łotr, zbrodniarz czy złodziej, który 
chce skończyć ze wszystkim. Na ogół jednak nie. 
Prawie   wszystkie   samobójstwa   bez   przyczyny 
spowodowane  są bezsennością.  Można to znieść 
pod   warunkiem,   że   się   nie   pracuje,   tak   było   ze 
mną. Ująłem to nawet w ten sposób, że gdyby moi 
rodzice   nie   »finansowali«   mej   bezsenności,   na 
pewno   bym   się   zabił.   Trochę   niestosownie   jest 
przedstawiać   to   wszystko,   ale   w   końcu   z   takimi 
sprawami   mogą   zetknąć   się   wszyscy,   dlatego   o 
nich   mówię.   Nie   jest   to   doświadczenie 
jednostkowe,   nie   tylko   ja   je   znam,   poznało   je 
również   mnóstwo   innych   ludzi.   Rozmawiałem   z 
lekarzami o bezsenności, nie mają o niej pojęcia. 
Ci,   którzy   sami   nie   przeżyli   tej   tragedii,   nic   nie 
pojmą.   Osobiście   uważam,   że   bezsenność   jest 
największym   doświadczeniem,   jakie   może   być 
dane człowiekowi w życiu. Najstraszliwszym, obok 
niego  wszystkie   inne  są  niczym.   Chcę  to   jasno   i 
wyraźnie podkreślić".

Muszę powiedzieć, że ani mi w głowie nasuwające 
się tu z pozornie automatyczną łatwością ironizmy 
czy   myśli   polemiczne.   Z   pełną   pokorą   przyjmuję 
fundamentalną i tragiczną diagnozę mistrza, że jak 
o   trzeciej   w   nocy   kibluję   przy   otwartej   lodówce, 
może   to   być   największe   dane   mi   w   życiu 
doświadczenie.   Godzę   się,   że   kiedy   celem 
przywołania   boga   Morfeusza   maczam   laskę 
kabanosa   w   słoiku   z   musztardą   -   są   to   rzeczy 
straszliwe.   Pokora   moja   jest   tym   większa,   że 
sprawa  może  nie tylko  mnie tyczyć,  może tyczyć 
wielu, może nawet wszystkich bez mała. Mistrzów 
trzeba   słuchać,   ponieważ   oni   wiedzą.   Mistrzów 
istotnie powinni słuchać wszyscy bez mała. Choć z 
drugiej strony myślę sobie, że jakby tak faktycznie 
wszyscy (bez mała) słuchali, jakby w wyniku tego 
słuchania poznali wszystkie (albo choćby niektóre 
tylko)   wielkie   prawdy   -   faktycznie,   prawie   nikt   do 
końca życia nie zmrużyłby oka.

background image

Mój ojciec i "Doktor Faustus" (17)

Czy opętanie ojca tą powieścią znaczyło, iż był on 
też   opętany   przez   złe   duchy   -   nie   wiem. 
Niewątpliwie   żywo   interesował   się   demonologią, 
bardzo go ciekawił  tryb życia demonów.  „Doktora 
Faustusa"   Tomasza   Manna   czytywał   namiętnie, 
maniakalnie i w koło. Dochodził do końca, do słów 
pani   Schweigestill   o   „prawdziwie   ludzkim 
wyrozumieniu",   potem   czytał   jeszcze   posłowie   i 
tego   samego   albo   najdalej   następnego   dnia 
zaczynał lekturę powieści na nowo.

Ojciec   mój   czytał   „Doktora   Faustusa"   codziennie. 
Czytał tę książkę po cichu i na głos. Dawki lektury 
były   niewielkie,   ale   zatrważająco   regularne   - 
każdego   ranka   kilkadziesiąt   linijek.   Podkreślał 
ulubione   fragmenty,   papierowymi   zakładkami 
zaznaczał   wybrane   strony,   na   marginesach 
zapisywał   krótkie   komentarze,   a   nawet 
odnotowywał   swoje   stany   emocjonalne.   Na 
przykład, gdy na początku powieści Mann opisuje 
jedną   z   osobliwych   postaci   w   Kaisersachern   - 
niejaką   Matyldę   Spiegel,   zdanie:   „Kobieta   ta 
uszminkowana,   choć   bynajmniej   nie   lekkich 
obyczajów, zdecydowanie zresztą na to za głupia" 
zostało, ma się rozumieć, przez ojca podkreślone, 
zaś na marginesie uznał on za stosowne wyrazić 
swój   zachwyt   za  pomocą  nakreślonego   ołówkiem 
ekstatycznego:   „Ha,   ha,   ha".   Scenę   rozmowy 
Adriana   Leverküna   z   diabłem   zdobią   wykonane 
ręką   ojca   zręczne,   choć   sprawiające   nieco 
makabryczne

 

wrażenie

 

wizerunki, 

przeistaczającego   co   pewien   czas   swą   postać, 
wysłannika   piekieł.   Na   karcie   tytułowej 
sporządzona   jest   zawierająca   dokładne   dane 
tabela kolejnych lektur. Na przykład: „Rozpoczęto 5 
lutego   1970   -   zakończono   12   maja   1970. 
Rozpoczęto   13   maja   1970   -   zakończono   17 
października   1970".   W   miarę   kolejnych   lektur 
wzrastała   liczba   podkreśleń   i   papierowych 
zakładek. Teraz, gdy w kilka lat po jego śmierci po 
raz   pierwszy   zdejmuję   z   półki   i   przeglądam 
ojcowski egzemplarz „Doktora Faustusa", widzę, że 
jeśli nie wszystkie, to z pewnością co druga kartka 
jest zaznaczona jakąś zakładką oraz że prawie na 
każdej   stronie   jest   jakieś   podkreślenie   albo 
przynajmniej   wykrzyknik   przy   brzegu   akapitu. 
Odwracam   kolejne   stronice   „Doktora   Faustusa"   i 
czuję zapach ojca.

Pierwsze polskie wydanie powieści ukazało się w 
roku 1960, wtedy też ojciec otrzymał ją w prezencie 
od biskupa Andrzeja Wantuły. Ja miałem wówczas 
osiem lat, od tamtego zatem roku, od ósmego roku 
życia   pamiętam   ojca   czytającego,   studiującego   i 
przy   każdej   sposobności   cytującego   „Doktora 
Faustusa".   Ojciec   mój   miał   do   tej   książki   taki 
stosunek, jaki szczególnie pobożni luteranie mają 
do Biblii. Bo też istotnie „Faustus" był jego Biblią, 
bo też istotnie ojciec mój choć - tak jak my wszyscy 
-   był   luteraninem,   nie   był   luteraninem   specjalnie 

pobożnym.   W   jednym   z   moich   pierwszych, 
napisanych   w   1980   r.,   opowiadań   dałem   taki 
fragment:   „Wiarę   w   moc   pojedynczej   książki 
odziedziczyłem   po   ojcu.   Ojciec   mój   czytywał 
wyłącznie   »Wyznania   hochsztaplera   Feliksa 
Krulla«. Inne książki  w  jego bibliotece, od dawna 
nie   zdejmowane   z   półek,   zarosły   kurzem   i 
przeistoczyły   się   w   ledwo   widoczne,   runiczne 
napisy.   Natomiast   powieść   Manna   pęczniała   od 
coraz to nowych zakładek, jej marginesy pokrywały 
swawolne   ilustracje,   tabela   głośnych   i   cichych 
lektur nie mieściła się już na karcie tytułowej, a z 
każdej strony filował zapach ciała i garderoby ojca. 
Ten jedyny żywy tom w jego księgozbiorze zdawał 
się nabierać pozorów rzeczywistej wegetatywności, 
jakieś drobiny naskórka, molekuły łupieżu, cząstki 
elementarne   oddechu   próbowały   się   w   nim 
zagnieździć na dobre. W pewnym sensie powieść 
ta, stając się przedłużeniem anatomii ojca, dzieliła 
los mojej matki. W większym jednak stopniu udało 
się   jej   zachować   samodzielność".   Kiedy   ojciec   w 
mojej   pierwszej   książce   trafił   na   ten   fragment   - 
wstąpił w niego szatan. Mój stary - muszę tu dodać 
- w ogóle do moich prób literackich odnosił się dość 
sceptycznie,   by   nie   rzec   pogardliwie.   W   gruncie 
rzeczy nie dziwię się temu, nie mam o to do niego 
żalu, a nawet teraz, kiedy - czynię to wyznanie z 
prawdziwie   leverkünowską   pychą   -   teraz,   kiedy 
nabrałem   niejakiej   pewności   własnego   gestu 
pisarskiego,   żywię   dla   ojca   pewien   podziw   - 
ironizując   na   temat   mojej   pisaniny,   dochowywał 
wierności własnym gustom literackim. W końcu nie 
bez pewnej słuszności mój stary mógł przeczuwać, 
że   ciężko   mi   będzie   osiągnąć   literacki   poziom 
Tomasza   Manna.   Witold   Gombrowicz   powiedział 
swego czasu: „Trzeba pisać tak jak Gogol albo w 
ogóle". Trzeba pisać tak jak Tomasz Mann albo w 
ogóle   -   tak,   nie   ulega   najmniejszych   wątpliwości, 
musiał   myśleć   mój   ojciec.   Ale   tym   razem,   gdy 
przeczytał   moje   wczesne   opowiadanie,   gdy 
rozpoznał   w   tym   opowiadaniu   samego   siebie   - 
wstąpił weń szatan i ogarnęła go furia nie z tego 
powodu,   iż   odbiegam   poziomem   literackim   od 
Tomasza Manna. Ani nie z tego powodu, iż są tam 
zdania,   których   ironiczność   mógł   odnosić   do 
skomplikowanych   relacji,   jakie   bywały   pomiędzy 
nim   a   matką.   Ani   nawet   nie   z   tego   powodu,   że 
posłużyłem   się   nim   jako   pierwowzorem   postaci 
literackiej. W ojca wstąpił szatan z tego powodu, że 
zmieniając   celem   wzmożenia   fikcji   tytuł   czytanej 
przezeń książki z „Doktora Faustusa" na „Wyznania 
hochsztaplera Feliksa Krulla" naruszyłem świętość. 
W   ojca   wstąpił   szatan   i   czynił   on   to,   co   czynił 
zawsze,   gdy   wstępował   weń   szatan:   demolował 
mieszkanie   i   darł   się   jak   opętany.   Zarzucał   mi 
kłamstwo.   Twierdził   (mylnie),   że   pomiędzy 
„Krullem"   a   „Faustusem"   jest   przepaść,  że   „Krull" 
jest najsłabszą powieścią Manna, której on nawet 
do ręki nie bierze, on natomiast - tak jest - czyta 
największe arcydzieło Tomasza Manna, arcydzieło 
arcydzieł,   matkę   wszystkich   arcydzieł   „Doktora 

background image

Faustusa"! Tak jest! On prosty inżynier-górnik bez 
humanistycznego   wykształcenia,   a   nawet   wręcz 
przeciwnie,   czyta   tylko   i   wyłącznie   „Doktora 
Faustusa" Tomasza Manna!

Wszystko,   co   tyczyło   tej   powieści,   było   dla   ojca 
nienaruszalną świętością, jej tekst był dlań tekstem 
sakralnym.   Kiedy   w   trakcie   swych   pilnych   lektur 
odkrył   w   swej   „księdze   mądrości"   pewien 
popełniony przez autora lapsus, nie sprawiło mu to 
najmniejszej satysfakcji. Nie był ze swego odkrycia 
ani   dumny,   ani   szczęśliwy   -   był   w   pomieszaniu. 
Księgi   święte   -   jak   powszechnie   wiadomo   -   nie 
zawierają żadnych błędów, a tu jednak - chyba za 
jakąś   diabelską   sprawą   -   zdarzyło   się   coś,   co 
stanowczo nie powinno było się zdarzyć.

Otóż   narrator   powieści   Serenus   Zietblom   jest 
katolikiem.   Nie   natrętnie   wprawdzie,   ale 
wystarczająco   dobitnie   biograf   i   przyjaciel 
Leverküna   (który   był   luteraninem)   wspomina   o 
swym   katolicyzmie,   o   swym   katolickim 
pochodzeniu, podkreśla przy tym, iż urodził się w 
katolickiej   rodzinie   w   Kaisersachern,   a   więc 
„pośrodku rodzinnego kraju Reformacji, w samym 
sercu terenu działalności Lutra". Choćby przez ten 
dosyć   w   końcu   elementarny   efekt   kontrastu 
katolicyzm   Zietbloma   jest   dobrze   widoczny,   choć 
też zarazem chyba nie jest dla dziejów tej postaci 
sprawą   kluczową.   O   ile   w   ogóle   są   w   tym 
arcydziele arcydzieł jakieś sprawy niekluczowe. W 
każdym razie sam Zietblom tak powiada: „Co się 
zatem   tyczy   mego   katolickiego   pochodzenia, 
ukształtowało   ono   oczywiście   i   wpłynęło   na   moje 
życie   duchowe   nie   na   tyle   jednak,   aby   to 
zabarwienie   mej   psychiki   wywołało   kiedykolwiek 
sprzeczność   z   mym   humanistycznym 
światopoglądem, umiłowaniem »najlepszych sztuk i 
nauk«,   jak   to   kiedyś   powiadano".   Co   najmniej   w 
jednym   jeszcze   miejscu   powieści   jest   mowa   o 
katolicyzmie   Serenusa   Zietbloma.   (Gdy   kłopocze 
się   on   zamiarem   studiowania   przez   Leverküna 
teologii,   wznosi   nie   retoryczny   przecież   okrzyk: 
„Gdyby   przynajmniej   był   katolikiem   na   równi   z 
nami!").   Katolicyzm   Zietbloma   nie   ulega 
wątpliwości.   Nie   ulega   też   zatem   wątpliwości,   że 
jest autorskim lapsusem jego, uczynione na stronie 
56, wyznanie: „własna moja viola d'amore, na której 
siedmiu   strunach   wygrywałem   przez   całe   życie, 
pochodzi   z   ulicy   Parafialnej.   Był   to   prezent   od 
rodziców   w   dniu   mojej   konfirmacji".   Ojciec   z 
początku   tego   ewidentnego   potknięcia   nie 
przyjmował do wiadomości, żywił nadzieję, że jest 
to błąd tłumaczy. Nadzieja ta od samego początku 
raczej   wątła   -   dokonane   przez   Marię   Kurecką   i 
Witolda  

Wirpszę   polskie

  tłumaczenie 

Mannowskiego   arcydzieła   jest   też   arcydziełem 
przekładu   -   pierzchła   całkowicie,   gdy   ojciec   za 
sprawą   swych   berlińskich   przyjaciół   wszedł 
wreszcie   w   posiadanie   niemieckiego   oryginału. 
Niestety - w niemieckim oryginale również niezbicie 

widniało,   w   tym   akurat   przypadku   fatalnie   użyte, 
słowo „Konfirmation".

Śmiało   mogę   w   tej   chwili   sparafrazować   okrzyk 
Serenusa   Zietbloma:   Gdyby   przynajmniej   ojciec 
mój tak jak prawie wszyscy w Polsce był katolikiem! 
Otóż gdyby ojciec mój był katolikiem, być może nie 
tyle błędu pisarza by nie zauważył - zauważyłby go 
na   pewno   -   ale   jako   katolik   z   pewnością   nie 
przydałby   temu   potknięciu   pewnej   dodatkowej 
jaskrawości.   Inaczej   jeszcze   powiem:   aby   ten 
akurat błąd Manna dostrzec, nie trzeba być pilnym 
czytelnikiem   „Faustusa"   -   wystarczy   być   polskim 
luteraninem.

Przeczulenie   polskich   luteran   na   widok   każdej 
wzmianki   tyczącej   luteranizmu   w   ogóle   jest 
znaczne.   Przeczulenie   polskich   luteran   na   widok 
każdej   wzmianki   tyczącej   polskiego   luteranizmu 
graniczy z histerią. Przeczulenie polskich luteran na 
widok   każdej   wzmianki   kwestionującej   polskość 
polskich luteran graniczy z pomieszaniem zmysłów. 
Mówię w tej chwili o psychologicznych (i nie tylko 
psychologicznych) konsekwencjach wynikających z 
wszechobecnego   jeszcze   nie   tak   dawno 
stereotypu: Polak = katolik. Luter = Niemiec. Rzecz 
jasna   istnienie   tych   stereotypów   w   polskich 
luteranach   wytwarza   nie   tylko   prosty   kompleks 
„oblężonej   twierdzy",   wytwarza   też   poczucie 
bezwyjściowości, rozwścieczeni bowiem do granic 
nieustanną   koniecznością   udowadniania   swej 
polskości (ergo - zaprzeczania swej niemieckości) 
nawet   swych   sojuszników   skłonni   są   oni   w   tej 
sprawie  uznawać  za wrogów.  To znaczy jeśli, na 
przykład,   zdarzy   się   jakiś   światły   umysł,   który 
oświadczy,   że   nieprawdą   jest,   jakoby   wszyscy 
Polacy   byli   katolikami,   że   żyją   też   tutaj 
przedstawiciele innych wyznań, np. garstka luteran, 
współwyznawcy   moi   skłonni   są   -   nie   bez   racji   - 
dopatrywać się w tego rodzaju wspaniałomyślności 
elementu   obraźliwego.   Słynny   był   swego   czasu 
wśród   moich   współbraci   list   ówczesnego 
prezydenta   Rzeczpospolitej   Lecha   Wałęsy 
skierowany do mniejszości wyznaniowych.  W tym 
nadzwyczaj   serdecznym   i   przyjaznym   piśmie 
znalazło   się   wszakże   niefortunne   (choć   zapewne 
dla   mało   pilnych   czytelników   niezauważalne) 
sformułowanie,   w   którym   Wałęsa   wyrażał 
szlachetną w końcu nadzieję, iż owi wszyscy nie-
katolicy,   do   których   jego   pismo   było   skierowane, 
„dobrze  się  mają  wśród   nas  Polaków".  O  reakcji, 
jaką   owa   bezwiedna   niezręczność   Lecha   Wałęsy 
wzbudziła, zwłaszcza wśród nas luteran, dałoby się 
napisać książkę i praca ta niechybnie oświetliłaby 
niejedną   komplikację   naszej   istotnie   nielicznej 
(kilkudziesięciotysięcznej)   mniejszości.   Zwłaszcza 
w   moich   stronach   rodzinnych,   na   Śląsku 
Cieszyńskim, sprawa polskości polskich luteran ma 
wymiar   intensywny.   Dzieje   tych   ziem   bowiem   tak 
się   układały,   że   w   czasach   prześladowań, 
kontrreformacji   i   pruskiego   panowania   to   właśnie 
tutejsi   ewangelicy   przez   prawdziwie   luterską 

background image

wierność   swoim   księgom   -   a   były   to   polskie 
przekłady   Biblii,   postylle   i   śpiewniki   -   byli, 
patetycznie   mówiąc,   prawdziwą   ostoją   polskości. 
Jeśli w niektórych odmianach tutejszych dialektów 
język   polski   przetrwał   w   swych   najpiękniejszych 
staropolskich   formach,   jest   to   bez   wątpienia 
zasługą   tutejszych   „lutrów".   Istnieje   zresztą   w 
moich   stronach   przysłowie-powiedzenie:   „Twardy 
jak   Luter   spod   Cieszyna"   i   znaczy   ono   zarówno 
wierność religii jak i wierność Polsce.

Wbrew pozorom w tej być może nieco przydługiej i 
zawierającej zapewne znane niektórym z państwa 
fakty nie oddalam się od postaci mojego ojca pilnie 
studiującego zdanie po zdaniu powieść pt. „Doktor 
Faustus"   Tomasza   Manna.   Ale   też   w   żadnym 
wypadku   nie   zamierzam   opowiadać   takiej   wersji 
historii   życia   mojego   ojca,   wedle   której   ten 
pochodzący   ze   Śląska   Cieszyńskiego   luteranin   i 
namiętny   czytelnik   Tomasza   Manna   miałby   się 
okazać   jakimś,   na   przykład,   bojownikiem   o 
polskość   polskiego   luteranizmu.   Opowiadam   o 
moim ojcu, ponieważ - jak się z czasem przekonuję 
- mało o nim wiem i prawie go nie znałem. Historia 
ta należy do  tego rodzaju  historii, które są próbą 
wypełnienia   pustych   miejsc,   próbą   znalezienia 
odpowiedzi na pytania, które wcześniej - za życia 
ojca - po prostu nie przyszłyby mi do głowy. Jaki na 
przykład   luteranizm   ojca   miał   wpływ   na   jego 
fascynację   „Faustusem"?   Albo   inaczej   jeszcze: 
jakie były związki pomiędzy luteranizmem mojego 
starego   a   demonicznymi   wątkami   książki?   Słowo 
„demonizm"   jest   jednym   ze   słów-kluczy   utworu, 
było  to zarazem jedno z ulubionych  słów mojego 
ojca.   Diabeł   nawiedzający   w   powieści   Adriana 
Leverküna jest w końcu tym samym diabłem, który 
swego czasu gadał z Marcinem Lutrem. Legenda 
głosi,   że   Reformator   cisnął   weń   kałamarzem, 
Mannowskie   sprostowanie   tego   epizodu   (w 
powieści   Kusy   informuje   Leverküna,   iż   w 
rzeczywistości nie kałamarz, a bułka to była), otóż 
ta   swoista   demistyfikacja   budziła   w   ojcu   zgoła 
ekstatyczny   zachwyt.   Albo   inne   jeszcze   stawiam 
pytanie, istotniejsze, a może nawet najistotniejsze. 
Jakie znaczenie miał dla lektury ojca fakt, iż mógł 
on to w wielu partiach napisane stylizowaną starą 
niemczyzną arcydzieło z absolutną swobodą czytać 
w   oryginale?   Ojciec   mój   język   niemiecki   znał 
wybornie,   był   człowiekiem   w   ścisłym   słowa   tego 
znaczeniu dwujęzycznym. Urodzony w 1923 r., w 
dziewiętnaście lat później dokładnie 20 marca 1942 
r.   został   szeregowcem   71   pułku   artylerii   lotniczej 
Armii   Niemieckiej.   Jak   wynika   z   książeczki 
wojskowej,   w   rok   później   uzyskał   awans   na 
starszego szeregowego, w 1944 r. był w oddziałach 
stacjonujących w Lipsku i pod Berlinem, w styczniu 
1945   r.   na   froncie   wschodnim,   w   kwietniu   tego 
samego roku wzięty do niewoli  rosyjskiej, w kilka 
miesięcy   później   jakimś,   w   gruncie   rzeczy   nie 
wiadomo   jakim,   cudem   wrócił   do   Polski. 
Wygłaszanie w tym miejscu zdania, iż ojciec mój 

miał   w   tym   czasie   wiele   sposobności,   by   dobrze 
opanować   język   niemiecki   -   wydaje   mi   się 
zbyteczne.   O   wojnie,   o   swojej   służbie   w 
Wehrmachcie nie wspominał nigdy ani słowem. Ja - 
rzecz  jasna  - o  tym,  że  ojciec mój (podobnie  jak 
rozmaici   moi   wujowie   i   krewniacy,   jak   bez   mała 
wszyscy mężczyźni z moich stron) był żołnierzem 
niemieckim, przez długi czas nie miałem zielonego 
pojęcia.   Ponieważ   -   przeciwnie   -   byłem   jako 
dziecko   pewien,   iż   mój   tatuś   w   czasie   II   wojny 
światowej   dzielnie   stawiał   czoła   hitlerowskiej 
nawale,   od   czasu   do   czasu   stawiałem   mu 
fascynujące wtedy dla mnie pytanie: Tato - pytałem 
z   zapartym   tchem   -   tato,   iluś   zabił   faszystów? 
Milczenie   ojca   brałem   za   powściągliwość   starego 
szeryfa  i  nazajutrz  w  szkole podawałem  kolegom 
astronomiczne   liczby   hitlerowskich   ofiar   mojego 
szybkostrzelnego   papcia.   Ale   czasy   moich 
szkolnych   przechwałek   były   też   jednym   z 
najtrudniejszych   okresów   w   życiu   ojca.   Choć   z 
natury  swego   temperamentu   miał  silną  skłonność 
do legalizmu (być może koszmar wojny skłonność 
tę wzmocnił) - legalizm jego okazał się dla władzy 
ludowej   niewystarczający.   Być   luteraninem   w 
Polsce komunistycznej to nie była żadna przykrość, 
co   najwyżej   człowiek   mógł   być   uważany   za   nie-
Polaka. Ale być luteraninem i równocześnie byłym 
żołnierzem niemieckim to już było trochę za dużo, 
to   mogło   okazać   się   groźne.   I   mojego   starego 
któregoś   dnia   ogarnęła   panika   i   jął   ogniem   i 
mieczem wypalać w domu wszystko co niemieckie. 
Powydzierał z albumów i puścił z dymem wszystkie 
swoje fotografie z okresu służby wojskowej. Podarł 
na   strzępy   wszystkie   dokumenty,   łącznie   z 
książeczką żołdową (tego akurat błędu matka moja 
nie może przeboleć do dnia dzisiejszego), przestał 
abonować   niemieckie   pisma   specjalistyczne, 
przestał nawet czytać i kupować w pobliskim kiosku 
„Neues   Deutschland".   Był   to   błogosławiony   i 
szczęśliwy okres w moim życiu. Ojciec mój bowiem 
wtedy   także   przestał   uczyć   mnie   niemieckiego. 
Miałem   może   cztery,   może   pięć  lat,   umiałem   już 
biegle   opowiadać   niektóre   niemieckie   bajki   i 
śpiewać   piosenki,   ale   lekcje,   z   racji   porywczości 
nauczyciela, dalej były koszmarem. Cóż to była za 
ulga ten ówczesny krótkotrwały zresztą rozbrat ojca 
z niemieckością! W gruncie rzeczy do dziś - niemal 
z   czystym   sumieniem   -   mógłbym   winić   mojego 
biednego   starego   za   mój   analfabetyzm   językowy. 
Nie   będę   wszakże   w   tym   miejscu   opowiadał 
dalszego   ciągu   rozmaitych   malowniczych   pod 
względem   moich   poliglotycznych   niemożności 
anegdot.   (Ojciec   np.   zapisał   mnie   po   przerwaniu 
domowego   kursu   niemieckiego   na   oficjalny   kurs 
francuskiego,   tyle   że   kurs   ten   rychło   okazał   się 
kursem dla wysoko zaawansowanych, co wzmogło 
we mnie uraz do nauki języków obcych). Nie będę 
innych   jeszcze   opowieści   o   zgubnym   niekiedy 
roztargnieniu   ojca   snuł   i   nie   będę   też   za   moje 
językowe   nieuctwo   nikogo   obarczał   winą,   nikogo 
poza duchem własnego lenistwa.

background image

Po kilku latach widzialne jego kłopoty skończyły się, 
ustał też jego lęk i z rodzajem dziecinnego zapału 
rzucił   się   on   na   otrzymany   od   biskupa   Wantuły 
prezent. Ojciec chyba w ogóle od biskupa Wantuły 
(nawiasem   mówiąc   więźnia   Dachau   -   ale   to   już 
doprawdy   jest   osobna   i   zasługująca   na   istotną 
dorosłość   historia)   dowiedział   się   o   istnieniu   nie 
tylko   Tomasza   Manna,   ale   też   np.   Franza   Kafki, 
Hermanna Brocha czy Marcela Prousta. Wszystkie 
te i inne najistotniejsze książki w mojej bibliotece w 
sensie   widzialnym   odziedziczałem   po   ojcu,   w 
sensie niewidzialnym, a więc najistotniejszym, stoi 
za   tym   księgozbiorem   duch   przyjaciela   moich 
dziadków, rodziców, i mojego nauczyciela, biskupa 
kościoła   ewangelickiego   w   Polsce   -   Andrzeja 
Wantuły.

Być   może   tęsknota   za   na   krótko   zostawionym 
„wszystkim co niemieckie" była jednym z powodów 
zapału ojca, jednym z powodów, dla których lektura 
„Doktora   Faustusa"   pochłonęła   go   tak 
niepospolicie.   Innych  powodów   było  zapewne   też 
niemało   i   nie   mam   złudzeń,   bym   ich   wszystkich 
(nawet napisawszy o ojcu tomy całe) dociekł. Ale 
niezbicie   pamiętam   powód   pierwszy.   Otóż   na 
samym   początku   ojca   zachwyciła   długość   frazy 
Manna.   Zafascynowała   go   jakby   sama   czysto 
techniczna   umiejętność   konstruowania   okresów 
długich na pół strony. Czy był to podziw technika w 
sensie ścisłym dla technika literackiego - nie wiem, 
jest to możliwe i prawdopodobne. W każdym razie 
pamiętam   ojca   pokazującego   mi   rozstawionymi 
palcami   na   otwartej   stronie   „Doktora   Faustusa" 
rozmiar jakiegoś gigantycznego zdania. - Popatrz - 
mówi   ojciec   -   popatrz   co   za   majster,   na   samej 
górze strony zaczyna, a na samym dole kończy. I 
to jest proszę ciebie jedno zdanie.

Tak   jest,   mojemu   analfabetyzmowi   językowemu 
ojciec   nie   jest   winien   żadną   miarą.   Ale   w 
zaszczepieniu   mi   skłonności   do   operowania 
tasiemcową   frazą   jego   zgubna   zasługa   jest 
niewątpliwa.

background image

Moi czcigodni 
korespondenci

Ja nie ubiegam się o czytelników. 
Mnie po prostu nie zależy, mnie to w 
najściślejszym słowa tego znaczeniu 
wisi.

Z   rozmaitych   stron,   najczęściej   na   spotkaniach 
autorskich, docierają do mnie pytania, dlaczego nie 
reaguję,   nie   odnoszę   się   i   nie   odpowiadam   na 
pomieszczane na internetowych stronach „Polityki” 
listy   komentujących   moje   felietony   czytelników. 
Otóż   nie   reaguję,   nie   odnoszę   się   i   nie 
odpowiadam, ponieważ ja tego w ogóle nie czytam.

J
E
R
Z
Y
 
P
I
L
C
H

Po pierwsze nie utrzymuję kontaktu ze światem za 
pośrednictwem Internetu, po drugie nie pasują mi 
anonimowi   rozmówcy.   Kto   godzi   się,   przystaje   i 
ochoczo   bierze   udział   w   anonimowym   z   zasady 
czatowaniu, jego – bo w żadnym wypadku nie moja 
–   sprawa.   Na   strony   internetowej   korespondecji 
dwa albo trzy razy, ostatnio co najmniej kilkanaście 
tygodni temu, zajrzałem – nic, w żadnym sensie mi 
to   nic   nie   dało,   żadnej   emocji,   żadnej   myśli, 
najmniejszej   inspiracji.   W   związku   z   „Mocnym 
aniołem” świadomie zdarzyło mi się wziąć udział w 
kilku czatach, za każdym razem imprezy te budziły 
we   mnie,   delikatnie   mówiąc,   mieszane   uczucia. 
Zdarzały   się   oczywiście   jakieś   ciekawsze   czy 
intensywniejsze   wymiany   zdań,   ale   generalnie 
polega to na tym, że widzialny człowiek obcuje z 
jakąś   niewidzialną   masą,   która   z   racji   swej 
niewidzialności   zasypuje   go   gradem   bezkarnych 
pytań.   Ile   razy   można   w   końcu   odpowiadać   na 
pytanie: Co by pan zrobił, jakby pan miał czapkę 
niewidkę? Proszę? Co by pan zrobił, jakby pan miał 
czapkę niewidkę? Słucham? Co by pan zrobił, jakby 
pan miał czapkę niewidkę? Zwaliłbym konia. 

Anonimowe   listy   zawsze   były   dziełem 
zakompleksionych,   często   poszkodowanych   na 

umyśle nienawistników, na anonimy nigdy się nie 
reagowało,   anonimy   zawsze   wyrzucało   się   do 
kosza. Pożyteczny i chwalebny wynalazek Internetu 
jest   też   wynalazkiem   wulgarnym   przez   to,   że 
produkowaniu   anonimów   sprzyja.   Plwocina 
nienawistników zyskała teraz internetową prędkość 
i   znakomitą   skuteczność   rozpościerania   się   na 
ekranie. Dawny nienawistnik musiał – na wszelki 
wypadek zmieniając charakter pisma – napisać list, 
kupić   znaczek   i   kopertę,   pójść   na   pocztę   – 
czynności   te   były   wśród   nienawistników   źródłem 
selekcji.   Teraz   każdy,   kto   władanie   klawiaturą 
utożsamia   z   pracą   umysłu,   natychmiast   paple,   co 
mu ślina na mózg przyniesie. Są oczywiście, i to 
bardzo   liczni,   internauci   rozumiejący,   ale   i   im 
anonimowość moralnie szkodzi i szkodzi im przede 
wszystkim   nikczemne   środowisko,   w   którym   się 
obracają:   oblepione   glutami   i   żółciową   flegmą 
internetowe   łącza,   w   których   głównie   słychać 
bekanie   i   pierdzenie.   Być   może   jestem   w 
komfortowej  sytuacji,   nic  na  to  nie  poradzę,  całe 
lata na to pracowałem. 

Nie reaguję, nie odnoszę się i nie odpowiadam na 
internetową korespondencję także dlatego, że ja nie 
ubiegam   się   o   czytelników.   Mnie   po   prostu   nie 
zależy,   mnie   to   w   najściślejszym   słowa   tego 
znaczeniu   wisi.   Więcej.   Mam   najgłębsze 
przekonanie, że akurat to co ja piszę i tak czyta za 
dużo ludzi. Moje teksty to są, w ich optymalnym 
sensie, teksty dla nielicznych. Istnieje jakaś grupa, 
która z niejasnych powodów usiłuje być moją grupą 
czytelniczą,   choć   jest   to   z   natury   rzeczy 
niemożliwe:   pomiędzy   mną   a   wami   jest   –   jak   to 
mawiał Jerzy Kosiński – Pacyfik i Atlantyk razem 
wzięte.   Josif   Brodski,   o   którym   pisałem   tydzień 
temu   i   którego   dalej   czytam,   z   właściwą   sobie 
nonszalancją   powiada   wprost:   „czytelnik,   choć   to 
bardzo smutne, nigdy nie nadąża (...) nie twierdzę, 
że   autor   to   istota   wyższa,   ale   procesy 
psychologiczne   toczą   się   w   innym   tempie   (...) 
uprawianie   literatury   daje   sakramencki   gaz”   itd. 
Otóż   oczywiście   autor   nie   jest   istotą   wyższą,   ale 
czytelnik nie jest też świętą krową, której dyktaty 
należy   uwzględniać.   Dla   tych   co   rozumieją   albo 
słyszą mało, nie ma taryfy ulgowej, tym bardziej nie 
może obowiązywać bezwzględna taryfa dyktowana 
przez miernoty. Niestety nie mogę nikomu – boleję 
nad tym – zakazać czytania moich tekstów. Mogę 
jedynie   (rzecz   jasna  do  tych,  do  których   apeluję) 
utopijnie zaapelować: nie czytajcie, ponieważ jest to 
dla was czysta strata czasu i nerwów, nie czytajcie 
mnie, czytajcie co innego. A jeśli jest to silniejsze 
od was i musicie mnie czytać – drodzy czatownicy 
–  to  spróbujcie   przynajmniej  powstrzymać   się  od 
gryzmolenia swoich wrażeń w Internecie, a jeśli i 

background image

od tego nie możecie się powstrzymać, to nie miejcie 
wzmacniających wasze istnienie złudzeń, że ja będę 
to   czytał   albo   –   zwłaszcza   –   odpowiadał. 
Odpowiadam,   owszem,   na   wszystkie   (prawie)   po 
staremu   napisane   listy,   odpowiadam   z   rozkoszą, 
choć   przecież   moi   prawdziwi   i   czcigodni 
korespondenci   to   też   są   nieraz   –   bardzo   dziwni 
ludzie.   Niezawodnie   za   kilka   dni   nadejdzie 
wytworna   koperta   od   pani   B.P.   –   wykwintnej 
ekonomistki   z   Jarocina,   „kiedy   pan   wreszcie 
przeprosi za wulgaryzmy”– tak niewątpliwie będzie 
się ta surowa epistoła rozpoczynać. Swoją drogą z 
tymi   przeprosinami   to   jest   jakaś   mania.   A   z 
wulgaryzmami? 

Istotnie,   po   użyciu   jakiegoś   niepodobna   nie 
odnotować   znacznego   czytelniczego   ożywienia. 
Niedawno, kilka tygodni temu, pewna (zwłaszcza w 
internautycznym   kontekście)   urocza   pani   H.   z 
Sopotu   zażądała   stanowczo,   by   jej   wyjaśnić   (na 
łamach!)   sens,   jak   się   okazuje,   kompletnie 
nieznanego   jej   słowa:   „przejebać”.   Ponieważ   na 
łamach brakowało miejsca,  listownie skierowałem 
poznawczo   pogubioną   korespondentkę   do 
odpowiednich   słowników.   Pani   H.   z   Sopotu 
pracowicie   odpisała   wszelkie   podstawowe   i 
pochodne   znaczenia   wiadomego   terminu   i   w 
kolejnym   liście   zadała   mi   pytanie,   na   które   do 
dzisiaj   nie   umiem   znaleźć   odpowiedzi:   „córka   – 
pisze pani H.  – niebawem zdaje  maturę,  ciekawa 
jestem,   czy   jeśli   w   pracy   pisemnej   użyje   słowa 
»przejebać«,   to  zda?”  Doprawdy   nie  wiem.   Mam 
jedynie   nadzieję,   że   dziecko   wziąwszy   po   matce 
urodę, inteligencję po ojcu maturę – bez względu na 
słownictwo   –   dawno   zdało.   Spóźnione   ale   tym 
szczersze gratulacje. 

Jeśli idzie o listy z Gniezna – tak Basiu, dochodzą 
one,   czytam   je   uważnie.   Niestety   proponowany 
przez Ciebie szyfr moich odpowiedzi w druku jest 
na razie niemożliwy – „Polityka” musiałaby w tym 
celu   zmienić   szatę   graficzną.   „Zbierzmy   się   w 
sobie,   zbierzmy   się   w   sobie   –   nawołuje 
zdesperowany   czytelnik   –   mniejsza   o   to   skąd   – 
zbierzmy   się   w   sobie   i   wyrwijmy   wreszcie 
Baczyńskiemu   karabin   z   garści!”   I   co   ja   mam   z 
takim   apelem   zrobić?   Wykonać   się   nie   da,   a 
odmówić   tym   bardziej  niezręcznie.   A   wszyscy   ci 
nagle   spoufaleni,   Pilchu,   kumple   żądni 
intensywnego spotkania? A nieoczekiwane i chyba 
prawdziwe   przyjaźnie   z   ludźmi,   co   te   same 
przemierzali szlaki? A listy zmieniające życie? 
Opowiadam   o   wybranych   przygodach 

epistolarnych,   a   też   nie   bez   nostalgii 

wspominam   czasy   dawnych,   całkiem 

bezinteresownych   korespondentów   prasy 

społeczno-kulturalnej,   rytualni   klasycy   –   w 

dzisiejszych   kontekstach   wytworni   erudyci   – 

tamtych   „listów   do   redakcji”   –   Emil   Biela   z 

Myślenic i Aleksander Zaczyński z Zakopanego 

–   żyją   oni   jeszcze?   Nostalgia   nostalgią,   ale 

standardowo boleć – tym razem nad upadkiem 

sztuki korespondencji – też nie mam zamiaru. 

W końcu kto wie – być może jakoś przetrwają 

wasze e-maile albo tomy naszych esemesów. 

Standardowo   boleć   nie   mam   najmniejszego 

zamiaru.   Umyślnie   postanowiłem   w   tym 

właśnie numerze „Polityki” – w którym w innym 

miejscu   zapraszam,   też   przecież   nie 

wszystkich,

 

do

 

intensywnej

 

niekonwencjonalnej korespondencji – umyślnie 

teraz   postanowiłem   uporządkować   pewne   – 

niech będzie – korespondencyjne zaległości. 

Polityka, 

NUMER 26/2001 (2304)


Document Outline