background image

 
 

Eugieniusz Debski 

 

Krach operacji "Szept 

Tygrysa"  

Zbiór opowiadań "Krach operacji "Szept Tygrysa" "

 

 

 

                           

background image

Marat  przeturlał  się  przez  lewy  bok  i  przywarł  brzuchem  do  łóżka.  Zgrzytnął  zębami  i 

sięgnął  po  omacku  do  regulatora  umieszczonego  tuż  nad  podłogą,  palce  musnęły  owalne 
pokrętło. Zatrzymały się na początku jego ruchu. Przekręcił głowę i syknął: 

- Komputer? 

W  jego  głosie  było  tyle  nienawiści,  że  można  by  nią  napędzać  statki  niewiele  tylko 

mniejsze  od  jego"  Koniczynki".  Albo  gdyby  tę  złość  upakować,  skoncentrować,  ugnieść, 
sprasować i wrzucić do reaktora, nie wlókłby się tak. 

I nie czekałby  jeszcze dziesięć dni  na wejście w strefę  łączności, tylko już w tej chwili 

leżałby  z  jakąś  fajną  procą  w  łóżeczku.  Byleby  łóżeczko  nie  było  tak  gorące,  jak  ta 
nadmuchiwana plazmą prezerwatywa, na której rzuca się już chyba z godzinę. 

- Słucham - tchnęło delikatnie z głośnika. 

-  Prosiłem  o  obniżenie  temperatury  w  łóżku.  A  może  mi  się  tylko  tak  wydaje?  Jak  ty 

chcesz sterować podświetlną fregatą, jeśli nie potrafisz, do cholery, tego, co robi najgłupszy 
sterownik w sypialni mojego domu? Kretynie zasrany... 

-  Temperatura  powietrza  wypełniającego  twoje  łóżko  wynosi  dokładnie  dziewiętnaście 

stopni. Tyle ile sobie życzyłeś - trochę głośniej powiedział komputer. 

-  No  to  co!  -  Marat  usiadł  na  łóżku  i  zaczął  szukać  czegoś,  czym  mógłby  rzucić  w 

głośnik. - Ma być zimne! I obniż temperaturę w pokoju. Masz na to trzy sekundy. Raz... 

Przenikliwie zimny ciąg ze wszystkich stron zburzył mu włosy i wycisnął gęsią skórkę na 

całej  powierzchni  ciała.  Wolno,  by  komputer  nie  mógł  triumfować,  Marat  położył  się  na 
plecach i naciągnął na siebie prawie nieważki koc. Zamknął oczy i wyobraził  sobie, że jest 
na lodowcu. Leży golutki na śniegu, wytapia wygodne leże i czeka, aż całe ciepło ujdzie, 
lodowa  pokrywa  zamknie  się  nad  nim  i  lodowiec  po  jakimś,  ma  się  rozumieć,  czasie, 
wchłonie  w  siebie  Marata.  I  dopiero  wtedy  ten  dureń  komputer  zacznie  żałować,  siądzie 
gdzieś na morenie czołowej i zapłacze gorzko, skurwysyn. 

- Zabiję cię! - Marat wysunął głowę spod koca i powtórzył to jeszcze raz: 

- Zabiję cię. 

Nazbierał ślinę i przechylił głowę, by splunąć nią w kierunku obiektywu. 

Wciągnął  powietrze  przez  nos  i  wtedy  z  głośnika  buchnął  terkotliwy  jęk,  na  ułamek 

sekundy  mózg  Marata  zajęła  myśl,  że  komputer  broni  się  przed  jego  agresywnym 
zamiarem, ale zaraz potem odruch wyrzucił Marata z łóżka. Prawie już stał na nogach, gdy 
nagły manewr" Koniczynki" sprawił, że podłoga skoczyła na niego i rzuciła nim o ścianę 
nad łóżkiem. Trzasnął tyłem głowy w twardą przegrodę i opadł na posłanie. Zanim zerwał 
się po raz drugi, ze wszystkich stron wystrzeliły awaryjne płaskie pęcherze, mocno opasały 
go i wgniotły w łóżko. Dobiegający bez przerwy z głośnika, podarty na krótkie paski, jęk 
ścichł,  ale  rozbrzmiewał  nadal.  Jeden  z  nadmuchanych  pasów  przycisnął  powieki  tak,  że 
Marat  nie  mógł  nawet  zobaczyć  na  ekranie  monitora,  co  się  właściwie  dzieje.  Oddychał 
ciężko,  mimo  że  powietrze  docierało  bez  przeszkód  w  głąb  kokona.  Usiłował  krzyknąć, 
zażądać informacji, uwolnienia, ale inny pas, przebiegający na ukos przez usta, skutecznie 

background image

je zakneblował. Marat usiłował rozchylić wargi i przegryźć krępujący wał, jednak nie mógł 
poruszyć szczęką zablokowaną od spodu innym rękawem. Unieruchomienie było absolutne. 
Przestał  się rzucać  i spróbował ocenić  sytuację  - cztery potężne rury, tworzące statek i w 
razie  potrzeby  oddzielające  się  od  siebie  i  kontynuujące  lot  samodzielnie,  nie  wykonały 
manewru  rozdzielenia,  nie  było  przyspieszenia,  zwrotu,  hamowania.  Nie  było  sygnału 
autonomizacji sekcji. Był tylko sygnał alarmu zero. Komputer milczał. 

Marat  poczuł,  że  ogarnia  go  wściekłość.  Wszystko  wskazywało  na  awarię  komputera, 

szarpnął  się  mocno  raz,  potem  jeszcze  kilka  razy  i  znieruchomiał.  Przypomniał  sobie 
wstrząs, który rzucił go w uścisk łóżka. Więc jednak coś było. 

Drgający jęk skończył się nagle, ale komputer ciągle nie wypuszczał powietrza z kiełbach 

unieruchamiających  Marata.  Leżał  tak  jeszcze  około  minuty,  aż  nagle  usłyszał  głos 
komputera: 

-  Fregata znajdowała się osiemdziesiąt cztery sekundy w  niemetrycznej przestrzeni.  Nie 

jestem w stanie zinterpretować tego zjawiska. Zdążyłem odstrzelić sekcję C od pozostałych 
sekcji. 

Komputer umilkł. Marat poczuł, że oplatające go rury wiotczeją, szarpnął się kilka razy, 

odbił od posłania i skoczył na równe nogi. Nie stał na nich jednak ani sekundy, .bo to, co 
zobaczył, zaszokowało go, a mózg zareagował omdleniem. Było to w sumie najlepsze, co 
mogło  Marata spotkać, zobaczył  bowiem, że znajduje  się poza  "Koniczynką".  Absolutnie 
goły. W kosmicznej pustce. 

  

Najpierw poczuł, że  leży w  jakimś gęstym kisielu, ciepłym  i  lepkim. Uczucie oklejenia 

oślizłą mazią było mu na tyle znane, że przytomny w niewielkim tylko stopniu, na początku 
odzyskiwania kontroli nad zmysłami wiedział już, gdzie się znajduje. Pudło terapeuty. I to 
komora  intensywna,  wypełniona  specjalnym  żelem,  odznaczającym  się  wyjątkową 
łatwością podgrzania lub oziębienia. Mózg pracował coraz sprawniej, myśli nie ciągnęły się 
już gumiasto, pędziły tłocząc się i poganiając. Powtarzały i zmieniały, a najgorsze było to, 
że wszystkie obracały się wokół tego samego tematu - awaria i czy była w ogóle, czy tylko 
powstała  w  niedotlenionym  mózgu.  A  jeśli  była,  to  co  znaczyło  dziwne  zachowanie 
komputera? 

Marat  rozmyślnie  nie  próbował  się  poruszyć,  nie  unosił  powiek,  wytężył  tylko  słuch  i 

mełł  wspomnienia  sprzed  nieokreślonego  czasu.  Z  całą  pewnością  mógł  już  ostatnie 
sekundy, tuż po uwolnieniu z blokady awaryjnej, zaliczyć do majaczeń, bo na pewno żył, 
co byłoby niemożliwe, gdyby rzeczywiście wisiał goły w kosmicznej pustce, ale nie potrafił 
zinterpretować działania komputera. 

Wciągnął powietrze nosem, spróbował określić jego skład, ale nie wyczuł niczego, co nie 

było  składową  standardowej,  choć  obficie  natlenionej,  mieszanki.  Wolno  rozkleił  wargi, 
przejechał po nich językiem. 

- Komputer - powiedział cicho. 

- Słucham - natychmiast odezwał się mózg. Jakby czekał na wezwanie. 

background image

Na pewno czekał. 

-  Interpretacja  wydarzenia.  Możesz  wyłączyć  obwody  logiczne,  jeśli  ci  to  w  czym 

pomoże. 

-  Osiemdziesiąt  cztery  sekundy  znajdowaliśmy  się  poza  przestrzenią.  Nie  potrafię  tego 

inaczej określić. Przestały do mnie docierać jednocześnie wszystkie sygnały  i dane. Przez 
cały czas otrzymywałem informację o statku, natomiast nie odbierałem żadnych danych z 
zewnątrz, chociaż absolutnie wykluczona jest jakakolwiek awaria. Wszystkie bloki, zespoły 
i układy są i były sprawne. 

- Po prostu nagle znaleźliśmy się poza kosmosem? 

-  Tak  -  komputer nie wyczuł  ironii,  śmiertelnie serio potwierdził diagnozę wywracającą 

na nice dotychczasową wiedzę człowieka. Marat poczuł przeraźliwe zimno na karku, choć 
temperatura otaczającej go termogalarety nie opadła. Odetchnął głęboko i otworzył oczy. 

Tym  razem  zdążył  wrzasnąć,  zanim  błyskawicznie  reagujący  komputer  strzelił  mu  w 

twarz  porcją  hipnotyku.  Gaz  uciął  krzyk  Marata,  krzyk  na  widok  ciemnej  pustki 
naszpikowanej drobnymi jasnymi punkcikami, krzyk sięgający niemal tych gwiazd, mimo 
że w przestrzeni kosmicznej  nie udało się dotychczas  nikomu wydobyć z siebie głosu.  A 
potem kosmos trzasnął w Marata i na trzy godziny wyłączył go z działalności. 

  

Tym  razem  przejście  do  przytomności  odbyło  się  skokowo,  bez  stanów  przejściowych. 

Marat  spróbował  otworzyć  oczy,  ale  poczuł,  że  ma  sklejone  czymś  powieki.  Leżał  bez 
ruchu,  ręce  miał  unieruchomione,  mógł  nimi  nawet  trochę  poruszać,  ale  oczu  nie  mógł 
sięgnąć. Takie same delikatne więzy krępowały nogi w kostkach. 

- Uwolnij mnie! - powiedział Marat. 

-  Sekcja  medyczna  pracuje  nad  wyjaśnieniem  twoich  dwu  omdleń.  Dopóki  nie  ustalą 

diagnozy  i  leczenia,  dopóty  -  dla  twojego  dobra  -  musisz  mieć  ograniczony  do  słuchu 
odbiór bodźców. Cierpisz na jakiś rodzaj zaburzeń i dlatego... 

Nie  dyskutuj!  Uwolnij  ręce  -  Marat  szarpnął  rękami,  miękkie  kajdanki  stawiały  chwilę 

opór i puściły. 

Usiadł i ściągnął pętle z nóg, roztarł piekące lekko przeguby i obmacał posłanie. 

- Komputer, daj mi ubranie i jednego robota. Będzie moim pilotem. Szybko! 

Potarł  ramiona.  Było  tu  dość  chłodno,  ale  i  tak  o  kilkaset  stopni  za  ciepło  jak  na 

przestrzeń kosmiczną, w której - jeśli wierzyć oczom - się znajdował. Usłyszał miękki syk 
otwieranych drzwi, poczuł podmuch powietrza i usłyszał głos robota przed sobą: 

- Przywiozłem kombinezon. Jestem gotów do pilotowania. 

-  Dawaj!  -  Marat  wyciągnął  rękę  do  przodu  i  wymacał  złożony  w  kostkę  sprasowany  i 

opakowany w cienką folię nowy kombinezon. 

background image

Rozdarł  opakowanie  i  strzepnął  zawartość.  Naciągnął  kombinezon  na  siebie  i  wstał  z 

leżanki. Wyciągnął rękę i chwycił robota za krótki pręt anteny na półkulistej głowie. 

- Idziemy do sterówki - powiedział i pchnął lekko robota. 

Ruszyli z pewnymi kłopotami,  bo robot  skoczył,  potem przystopował widząc, że Marat 

nie  nadąża  za  nim,  Marat  rozpędziwszy  się  naskoczył  na  niego  i  boleśnie  uderzył  się  w 
kolano. Robot, jakby wystraszony, skoczył do przodu i pociągnął Marata za sobą. Dopiero 
po kilku takich karambolach sytuacja ustabilizowała się  na tyle, że  mogli dojść do drzwi, 
przekroczyć je i pójść korytarzem w stronę sali dyspozycyjnej. W gruncie rzeczy robot nie 
był Maratowi potrzebny, znał ten statek jak własne mieszkanie, a nawet lepiej, ale nie był w 
stanie  powstrzymać  się  od  kontaktu  z  kimkolwiek.  Bał  się  upiornej  pustki,  samo 
wspomnienie  przyspieszyło  bicie  serca.  Była  niby  taka  sama,  gdy  wychodził  w  nią  w 
skafandrze,  ale,  gdy  zobaczył  siebie  w  niej  gołego,  dławiła,  paraliżowała  i  zupełnie  nie 
nadawała się do tego, by ją oglądać w samotności. Marat postanowił dostać się do sterówki, 
sprawdzić  całą  posiadaną  aparaturę,  porozmawiać  z  komputerem  i  dojść  do  jakichś 
sensownych uzgodnień. W to, że zwariował, Marat nie wierzył. 

Doszli do drzwi sterówki, robot, nauczony doświadczeniem, zahamował łagodnie, skręcił 

w lewo i podprowadził Marata do fotela. Marat chwycił wysokie oparcie i zatrzymał się na 
króciutką  chwilę.  Teraz  czuł  się  pewniej,  ale  nie  zdejmował  ręki  z  fotela  obchodząc  go 
dookoła.  Usiadł  i  przywołał  z  pamięci  wygląd  panelu  przed  sobą,  rozmieszczenie 
poszczególnych  dźwigni,  pokręteł  i  klawiszy.  Obraz  pod  powiekami  był  tak  wyrazisty, 
żeMarat pozwolił sobie nawet na lekki uśmiech. Położył dłonie na brzegu panelu. 

- "Dzielny eksplorator uniwersum chwilę przed startem".  Rzeźba w marmurze. Muzeum 

w  Catchcal.  Zwiedzanie  w  poniedziałki  i  czwartki  -  odczekał  chwilę,  ale  nie  usłyszał 
oklasków ani śmiechu rozbawionych gości. - Komputer, co to było z sekcją C? 

-  Moduł  C  został  odstrzelony  w  trybie  awaryjnym.  Po  ustabilizowaniu  sytuacji  został 

ściągnięty  i  zajął  swoje  miejsce  między  modułem  B  i  D.  Komputer  pokładowy  nie 
zarejestrował żadnych anomalii sekcji głównej A oraz pozostałych sekcji B i D. 

- Dlaczego od razu mi tego nie powiedziałeś? - Marat sam nie wiedział, dlaczego ma o to 

pretensje  do  komputera.  Po  prostu  nie  lubił,  kiedy  mózg  nie  dzielił  się  z  nim  całością 
posiadanych informacji. 

-  Żaden  z  modułów  nie  różni  się  od  modelu.  Już  informowałem,  że  nie  nastąpiły  żadne 

zmiany... 

-  Dobrze  -  przerwał Marat. Nie widział powodu, by dzielić się z komputerem poglądem 

na temat zmian we własnej psychice. - Przynieś mi skafander zewnętrzny. 

Czekał przebierając palcami po klawiaturze, czuł wilgoć na dłoniach i ból mięśni szczęk 

zaciśniętych prawie cały czas. Robot wrócił po niecałej minucie. 

Marat wyciągnął się w fotelu. 

- Spłucz mi to świństwo z oczu. 

background image

Poczuł rozpyloną z bliska chłodną mgiełkię na obu powiekach i zaraz potem dość mocny 

nacisk dwu tamponów. Wyciągnął rękę, odnalazł szczelinę skafandra i, nie otwierając oczu, 
naciągnął go na siebie. Dołączył hełm i powiedział: 

- Sprawdź hermetyzację. 

- W normie - usłyszał pod banią hełmu. 

Machnął  kilka  razy  ręką,  aż  znalazł  stojącego  obok  robota.  Chwycił  mocno  za  pręt 

anteny, prawą rękę położył na bocznym oparciu fotela. Otworzył oczy. 

Wokół  niego  nie  było  nic.  Kosmos.  Marat  poczuł,  że  chwieje  się,  jego  ciało, 

podporządkowane informacji dostarczanej przez wzrok, zaczynało się chylić, by rozpocząć 
charakterystyczny  dla  pobytu  poza  statkiem  powolny  taniec  w  pustce.  Marat  chwycił 
mocniej oparcie fotela i antenę robota, ustał. Popatrzył na prawą rękawicę, goła dłoń leżała 
płasko, palce bezsensownie wygięte zaciskały się na wyprofilowanym boku nieistniejącego 
fotela.  Popatrzył  na  lewą  dłoń.  Ta  również  bez  rękawicy,  zastygła  odwrócona  w  pionie, 
palce obejmowały niewidzialny pręt anteny. Popatrzył na swoje nogi, na korpus. Był goły. 
Zamknął oczy, poczuł w mieszance jakiś obcy zapach. 

- Komputer - nie poznał własnego głosu, ale był pewien, że to właśnie chciał powiedzieć. 

Odchrząknął. - Nie dawaj mi żadnych stabilizatorów. Słyszysz? Muszę to wyjaśnić, dzieje 
się coś dziwnego. 

- Powiedz mi, co widzisz. Potrzebuję... 

-  Wyłącz  się  -  tym  razem  głos  był  pewniejszy.  Z  zamkniętymi  oczami  Marat  czuł  się 

bardzo  dobrze.  Ale  ten  sposób  sterowania  statkiem  nie  wydawał  mu  się  specjalnie 
perspektywicznym.  -  Powiedz,  w  jakim  położeniu  znajduje  się  statek  względem  kursu 
Demius. 

- Zero cztery, dwanaście, trzydzieści trzy w układzie Marsey'a. 

-  Dobrze.  Teraz  przez  chwilę  nie  zawracaj  mi  głowy  -  Marat  pochylił  głowę  i  odnalazł 

wargami ustnik. Pociągnął mocno aż chlipnęło, odetchnął głęboko i otworzył oczy. 

Nic  się  nie  zmieniło.  Nagi  i  bezbronny  wisiał  w  pustce.  Skoncentrował  się,  wydłużył 

oddech.  Odwrócił  się,  by  odnaleźć  Demius  i  zobaczył  moduł  C.  Nie  od  razu  zorientował 
się,  że  to  właśnie  ta  sekcja,  ale  gdy  przyjrzał  się  olbrzymiej,  grubej,  ale  proporcjonalnej 
rurze, jednej z czterech zgrupowanych w "Koniczynkę", zobaczył pulsujący co pół sekundy 
reflektor  na  boku.  To  był  właśnie  rytm  modułu  C.  Zamknął  oczy  i  po  chwili  znowu  je 
otworzył.  Moduł  C  był  faktem.  Marat  szarpnął  się  i  odwrócił,  prawa  ręka  nie  utrzymała 
gładkiej poręczy fotela i Marat zatańczył w miejscu usiłując utrzymać pręt anteny. Szybko 
zamknął oczy i natychmiast skończyły się kłopoty z równowagą. Odetchnął głęboko. 

- Robot! Idziemy do modułu C. Ruszaj. 

Robot miękko wystartował. Sprawnie przebyli korytarz i dotarli do windy. 

Zjechali  dwa  poziomy  niżej  do  przejścia  intermodułowego  i  weszli  do  śluzy.  Wbrew 

temu,  co  mówił  komputer,  Marat  oczekiwał  pełnej  procedury,  towarzyszącej  wyjściu  w 

background image

kosmos,  błysnęła  mu  myśl,  że  komputer  zwariował  i  chce  się  go  pozbyć  w  ten 
wyrafinowany sposób. Na wszelki wypadek oparł się o ścianę i prawą ręką chwycił kolbę 
laserwera. Odsunął się od robota na całą długość ręki, zdecydowany na atak, gdyby poczuł, 
że robot zaczyna wypływać w przestrzeń kosmiczną. 

Nic  takiego  się  nie  stało.  Robot  pewnie  ruszył  do  przodu  pociągając  za  sobą  Marata. 

Otworzył na chwilę oczy właśnie w chwili, gdy z pustki kosmosu wchodził do śluzy sekcji 
C.  Światła  spoczynkowe  dopiero  teraz,  na  powitanie  człowieka,  rozjarzyły  się.  Marat 
wszedł na podłogę śluzy, puścił robota i podskoczył do pulpitu. Układ fidów i zółty napis: 
"Położenie  -  kompleks  czterech  modułów.  Pełna  hermetyzacja.  Stan  zagrożenia  -  zero" 
zamiast uspokoić, spotęgował obawy Marata. Znaczyły, że na pokładzie znajduje się wariat. 
Albo  wariat-człowiek,  albo  wariat-komputer,  a  żadna  z  tych  możliwości  nie  wróżyła 
statkowi niczego dobrego. 

Wyjął  z  płaskiego  zasobnika  na  biodrze  mały  analizator  o  tyle  godzien  zaufania,  że 

niezależny  od  komputera  i  sprawdził  skład  mieszanki  w  module  C.  Była  bez  zarzutu. 
Sprawdził analizator na trzech modelowych kosteczkach. Sprawny. 

Oparł się o ścianę i spojrzał do tyłu. Otwarte wrota śluzy przechodziły w czerń kosmosu. 

Teraz,  w  skafandrze,  na  twardym  gruncie  podłogi  śluzy  nie  odczuwał  większych  emocji 
widząc gwiazdy, setki razy wychodził w ten sposób, - skafander, otwarta śluza. Tylko ten 
komunikat o  hermetyzacji  i  te  otwarte  drzwi  na  korytarzu, ten  wykluczający  się  zestaw  - 
gwiazdy i otwarty moduł sprawiały, że nie był to normalny widok. Rozejrzał się jeszcze raz 
po śluzie. 

- Robot! - krzyknął czując, że nadchodzi nowa fala obłędu. 

- Słucham - głos w słuchawkach brzmiał czysto i wyraźnie. I był spokojny. 

- Podejdź do mnie na pół mita - Marat chwycił zębami dolną wargę i ścisnął ją mocno. 

Wyciągnął  rękę  i  machnął  nią  kilka  razy,  aż  uderzył  wierzchem  dłoni  w  coś  twardego. 

Złapał  za  klamrę  na  brzuchu  niewidzialnego  robota  i  drugą  ręką  obmacał  go.  To  był 
niewątpliwie robot, tyle że Marat go nie widział. Przytrzymał robota i powiedział: 

- Komputer. Przyślij tu jeszcze jednego robota, ale z sekcji C. 

Czekał niecałą minutę. Drzwi prowadzące na korytarz wsunęły się w ścianę i przez próg 

przeturlał się robot. Podjechał do Marata i zatrzymał się. 

-  Przeprowadź  test  obu  robotów.  Maksymalnie  szczegółowy.  Znajdź,  czym  się  różnią. 

Muszą się czymś różnić. Sekcja C będzie od tej chwili sekcją główną. Zostaję tutaj. 

Zrobił kilka kroków i wszedł w korytarz, światła zapaliły się na jego powitanie. 

Tu wszystko było normalne. Zwykłe. Znane. 

-  Pełna  hermetyzacja  sekcji!  Na  razie  lecimy  w  kompleksie,  ale  bądź  gotów  do 

autonomizacji w każdej chwili - powiędział Marat idąc korytarzem w stronę windy. 

background image

Ciągle  w  skafandrze  wsiadł  do  walca  windy  i  wjechał  na  poziom  dowodzenia,  szybko 

doszedł  do  sali  dyspozycyjnej  i  stanął  dopiero  przed  pulpitem.  Paliły  się  już  na  nim  trzy 
światła  sygnalizujące,  że  sekcja  C  stała  się  wiodącą  w  kompleksie  "Koniczynki".  Marat 
przejrzał  najważniejsze  systemy  statku  i  podszedł  do  ściany  z  kompletem  skafandrów. 
Wybrał  jeden  z  lżejszych,  rozłożył  na  podłodze  i  odetchnął  głęboko  kilka  razy.  Jednym 
ruchem  zdarł  hełm  i  rzucił  w  kąt,  potem  szybko,  jakby  oczekując  jakiejś  niespodzianki, 
zsunął  z  siebie  ciężkie  ubranie  i  wskoczył  w  lekki  skafanderek.  Czuł  się  teraz  w  jakimś 
sensie bezpieczny i jednocześnie odzyskał swobodę poruszania. Przeszedł się kilka razy po 
sali, potem usiadł w fotelu i wywołał komputer. 

- Badanie robotów skończone? 

- Tak. Test szczegółowy nie wykazuje żadnych różnic. Są niemal identyczne... 

- Czym się różnią? - Marat przerwał komputerowi. Lubił taki dynamiczny dialog, dawał 

złudzenie  rozmowy  z  człowiekiem.  Inaczej  było  to  smutne  wysłuchiwanie  stron  na 
przemian. 

- Ten z sekcji A jest szybszy od robota z sekcji C. Ale to różnica nie mająca wpływu na 

nic. Każdy robot różni się jakimś nieznacznym szczegółem od innego. 

- A przed tą awarią? Jak wyglądało ich porównanie? 

-  Tak  samo.  Już  mówiłem,  że  nie  odnotowałem  żadnej  różnicy  w  działaniu  aparatury 

przed i po tym wydarzeniu. 

-  No  to  może  mi  wytłumaczysz  dlaczego  widzę  tylko  sekcję  C  i  jej  wyposażenie? 

Dlaczego nie istnieją dla mnie pozostałe sekcje? Dlaczego nie widzę robota, który mnie tu 
przyprowadził i dlaczego widzę skafander, który włożyłem w sekcji C? A przecież twoim 
zdaniem to wszystko, wszystkie sekcje i cała aparatura niczym się nie różnią, tak? Podobno 
mam tu cztery identyczne statki z czterema kompletami identycznego wyposażenia? 

Marat  zrozumiał,  że  krzyk,  do  którego  doszedł,  nie  spodoba  się  komputerowi.  Plasnął 

ręką w oparcie fotela i zamilkł. Chwilę trwała cisza. Potem komputer powiedział: 

-  Nie  mogę  zinterpretować  twojej  obserwacji.  Jest  niespójna  i  nie  wygląda  nawet  na 

majaczenie. 

- Dziękuję. To co mówię jest tak głupie, że nie może być nawet tworem wariata.  Dobre i 

to. Ale niczego to nie wyjaśnia. Jedno tylko jest pewne - te trzy moduły, które wpadły w to 
coś  albo  -  jak  to  określiłeś  -  wypadły  z  kosmosu,  różnią  się  czyms  dla  mnie,  tylko  nie 
potrafię  tego  sformułować.  Co  prawda  ten  robot  i  skafander  trochę  plączą  moje 
obserwacje... 

-  Jeśli  to,  co  mówisz,  nie  jest  tylko  wytworem  wyobraźni,  to  owszem,  twoje 

przypuszczenie  jest  logiczne. Z drugiej  strony  nie potrafię sobie wyobrazić różnicy, której 
nie odnotowałyby  moje  indykatory. Niestety,  muszę odrzucićchorobę psychiczną, choć to 
wyjaśniałoby  wszystko.  Jesteś  pod  ciągłym  nadzorem  terapeuty  i  niczego  nie 
zauważyliśmy. 

background image

- Poczekaj! - Marat wychylił się do przodu. - Jak z kursem? Czy po tych osiemdziesięciu 

sekundach znajdowaliśmy się na kursie? 

-  Tak.  Przebyliśmy  tyle,  ile  powinniśmy  byli  przebyć.  To  też  jest  nielogiczne  -  jeśli 

wypadliśmy  z  przestrzeni,  to  powinniśmy  w  nią  ponownie  wejść  w  tym  samym  miejscu. 
Jestem bezradny - przyznał się mózg. 

Marat zachichotał krótko. Dotychczas sądził, że słownik komputera nie zawiera takiego 

sformułowania. Rozparł się wygodnie w fotelu i przymknął oczy. Leżał tak chwilę, a potem 
zerwał się i zawołał: 

-  Robimy  jeszcze  jedną  próbę.  Wyślij  robota  do  sekcji...  Jaka  jest  najlepiej  stąd 

widoczna... E... Co ja mówię! Nieważne, do sekcji B. Tylko robot ma być stąd, z sekcji C. 
Niech pojeździ trochę po korytarzach. Daj tu na ekran widok ogólny modułu B. 

Centralny  ekran  zalała  czerń.  Marat  poczekał  chwilę,  ale  okazało  się,  że  kamera  jest 

wycelowana  w  moduł  B.  Na  dole  ekranu  pojawił  się  robot  sunący  po  jakimś  szklanym 
niewidzialnym dla Marata moście. 

- Powiedz, żeby włączył reflektor - powiedział Marat. 

Robot błysnął światłem. Miało ono dość mały zasięg i zachowywało się dziwnie. Marat 

przełączył kamerę na ręczne sterowanie i powiększył obraz robota na ekranie. 

- Robot stop! - krzyknął. 

Robot  przystanął  natychmiast,  jego  reflektor  świecił  prawie  pod  kątem  prostym  w 

stosunku do Marata. Oświetlał jakieś trzy metry przestrzeni przed robotem, a potem światło 
nagle  opierało  się  o  coś  i  dalej  już  była  czerń.  Marat  zrozumiał,  że  struga  światła 
zatrzymywała się na niewidzialnej ścianie, to było niesamowite. Nie do pojęcia. Ten robot 
pewnie kroczący po pustce kosmicznej, to światło które nie mogło przeciąć ściany... Marat 
poczuł, że obłęd zbliża się olbrzymimi krokami, jest tuż-tuż albo jeszcze bliżej. Poczuł, że 
nie wytrzyma, popełni jakieś głupstwo, narozrabia i potem nigdy i nikomu nie wytłumaczy 
się z tego. Nie był w stanie podjąć żadnej decyzji, wszystko co przychodziło mu do głowy 
odrzucał  natychmiast. Zdjął  z głowy  hełm. Podbiegł do podajnika  i wypił duszkiem dwie 
szklanki  soku.  Miał  jakiś  ohydny  smak,  zrozumiał,  że  komputer  podjął  decyzję  i  nic  go 
przed  uśpieniem  nie  uratuje  -  każda  porcja  jedzenia  i  napoju  będzie  przyprawiona 
narkotykiem, a poza tym komputer w każdej chwili może strzelić w niego porcją tak, jak to 
już zrobił wcześniej. Wrócił na fotel. 

-  Kompu...u-uter...  -  ziewnął.  -  Dlaczego  mnie  wyłą-ą-ech-czasz?  A  zresztą...  -  chciał 

machnąć ręką, ale drgnęły mu tylko palce.  - Zawołaj tu robota - opadły mu powieki, a po 
chwili głowa uderzyła miękko w oparcie. Wstrząs zatrzymał na kilka sekund zapadanie się 
w sen. Otworzył usta i szepnął: 

- Wywołaj... wywołaj... bazę i po... 

  

-  Altin!  Ściągnij  do  mnie  kapitena  Mariosa!  -  rysik  drgnął  w  ręku  i  obsunął  się  z 

pogrubianej  kreski.  Altin  nie  otwierając  ust  sypnął  stekiem  najcięższych  przekleństw  i 

background image

sięgnął  do  centralki.  Szybko  wystukał  numer  trzeciego  oddziału  i  przekazał  dyżurnemu 
polecenie pułkownika Sasa. 

Skasował  nieudaną  kreskę  i  pociągnął  znowu  na  ekranie,  tym  razem  nikt  mu  nie 

przeszkodził,  ale  odchylenie  od  zamierzonej  linii  było  duże,  komputer  nie  omieszkał 
złośliwie  podać  błędu  w  procentach.  Altin  zaklął  jeszcze  raz  w  ten  sam  sposób  i  odłożył 
trening na  spokojniejsze czasy.  Wstał  i podszedł  do podręcznej szafy, otworzył  ją  i wyjął 
jedną z taśm. Stał z nią w ręku osłonięty skrzydłem drzwi w postawie pełnej zafrasowania. 
Nie  miał  zamiaru  dać  się  wygryźć  z  cichej  synekurki  w  sztabie  i  ganiać  jak  durny  po 
poligonie,  celując  z  coraz  to  nowych  broni  w  coraz  to  wymyślniejsze  i  mniejsze  cele. 
Dlatego  musiał  być  zawsze  zapracowany,  dlatego  nikt  nigdy  nie  widział  go  siedzącego 
bezczynnie, choć wielu podejrzewało go o to. Grunt to nie dać się przyłapać. 

Cicho beknął sygnał wyprzedzający o sekundę otwarcie drzwi. taśma w ręku sekretarza 

zawirowała, trzasnął  zameczek  i krótki odcinek cienkiej  błony z danymi  identyfikującymi 
znalazł się przed oczami Altina. Wychylił głowę zza drzwi szafy i jakby z lekka zaskoczony 
przyjął  postawę  zasadniczą  -  prawą  rękę  opuścił  do  kabury,  lewą,  zaciśniętą  w  pięść 
przyłożył  do  piersi,  prawą  nogę  wysunął  do  przodu  i  trochę  w  bok.  Nikt  nie  mógłby  się 
przyczepić do jego postawy, mimo że jako sekretarz zastępcy dowódcy bazy nie musiał w 
tym  pokoju  oddawać  honorów  nikomu  z  wyjątkiem  pułkownika  Sasa  i  dowódcy  bazy 
generała  Rakody.  Ale  czy  to  wzrok  miał  niewystarczająco  chwacki,  czy  nie  dość  napięte 
mięśnie. w każdym razie wszyscy oficerowie czuli się oszukiwani tą jego postawą. Kapiten 
Marios nie należał do wyjątków w tym względzie. Obrzucił Altina pobieżnym spojrzeniem 
i po raz setny pomodlił się: "Daj mi, Panie, tego syna żaby i jeża. Dam mu taki wypiżdż, że 
będzie sobie przydeptywał jajka ze zmęczenia". Udał, że jest zadowolony z lustracji i rzekł: 

- Proszę mnie zameldować pułkownikowi. 

Altin  błyskawicznie  zamknął  szafę  i  zrobił  trzy  kroki  w  kierunku  konsolety,  za  którą 

zwykle urzędował. Dopiero tu, świadom, że kapiten cały czas czeka. aż zamelduje o jego 
przybyciu Sasowi, odwrócił się  i powiedział  nadając  swojemu głosowi odcień  leciutkiego 
zdziwienia: 

- Ma pan wejść bez meldowania. Nie powiedziano tego-panu, kapiten? 

Marios  postarał  się,  by  jego,  posłane  w  środek  czoła  Altina,  spojrzenie  rzuciło 

sekretarzem  o  ścianę  i  podszedł  do  drzwi.  Automatycznym  ruchem  szarpnął  poły  bluzy  i 
wsadzonymi  za  pas  kciukami  objechał  od  brzucha  do  pleców  wyrównując  mikrofałdki, 
sapnął  krótko  przez  nos  i  otworzył  drzwi.  Altin  przesłał  do  nieba  krótki  tekst  o  treści 
zupełnie przeciwnej modlitwie Mariosa. 

Pułkownik  Sas  siedział  wyprostowany  z  wytrzeszczonymi  oczami,  wyglądał  jak 

wyłączony robot, choć jak na razie nikomu nie przyszło do głowy produkować roboty o tak 
kretyńsko  jajowatej  głowie  pokrytej  kłakami  koloru  pleśni  na  starym  łajnie  i  twarzy,  na 
której warte przyjrzenia się były tylko zwisające niemal na wiązadłach gałki oczne. Nawet 
nie dlatego, że były tak wytrzeszczone, po prostu: były, bo pułkownik nie miał prawie nosa, 
a wargi, cienkie i szare, zazwyczaj wciągał w głąb otworu gębowego. Nieruchomo przyjął 
meldunek kapitena Mariosa i jakby pobudzony nagle impulsem urządzenia sterującego ożył 
i wskazał podwładnemu twarde krzesło. 

background image

-  Mam  dziwną  sprawę  -  powiedział.  -  Wraca  nasz  statek.  "Koniczynka",  jeśli  to  ci  coś 

mówi - Marios szybko skinął głową. - Komputer nadał obszerny raport, w skrócie wygląda 
to  tak:  "Koniczynka"  weszła  w  jakiś  bardzo  dziwny  obszar,  przez  osiemdziesiąt  kilka 
sekund komputer nie odbierał żadnych  informacji  z zewnątrz, ale  nie  był  wyłączony.  Jak 
twierdzi, ten stan poprzedzony był jakimś dziwnym drgnięciem przestrzeni wokół statku i 
komputer  zdążył  odstrzelić  jeden  sektor  statku.  Sektor  C  -  pułkownik  zacisnął  pięść  i 
położył ją na stole. Marios zrozumiał, że ta informacja nie jest bez znaczenia. - Pilot, niejaki 
Marat  Boole,  był  w  czasie  tej  półtorej  minuty  skrępowany.  Potem,  gdy  komputer  go 
uwolnił,  zemdlał. Ocknął się w gabinecie terapeutycznym  i gdy otworzył oczy, komputer 
uśpił  go,  bo  uznał,  że  grozi  mu  obłęd.  Potem  ten  Marat,  nie  otwierając  oczu,  przeszedł 
pilotowany  przez  robota  do  sekcji  C,  tej  odstrzelonej  i  tam  okazało  się,  że  on  nie  widzi 
pozostałych  trzech  sekcji  -  druga  pięść  legła  obok  pierwszej  na  blacie,  tuż  przed  całym 
batalionem przycisków. Marios postarał się, by jego twarz wyrażała odpowiednie uczucia. 

-  Masz  minę  jak  zając  użyty  w  charakterze  podcierki  -  sapnął  Sas  i  Marios  rozciągnął 

lekko  wargi  w  małym  uśmiechu.  Pułkownik  wymagał,  by  podwładni  mieli  sporo 
samokrytycyzmu  i  poczucia  humoru,  to  znaczy  bez  zmrużenia  powiek  wysłuchiwali 
wszystkich jego obelg. - Po prostu ten Marat przestał widzieć trzy czwarte swojego statku. 
Widział natomiast sekcję C i cały jej sprzęt, rozumiesz coś z tego? 

Sas  zrobił  krótką  przerwę,  ale  Marios  nawet  nie  zdążył  otworzyć  ust,  gdy  ten  zaczął 

mówić dalej: 

- W końcu komputer uśpił go, bo zaczął się obawiać o jego umysł. Dlatego ci to wszystko 

mówię, że za pół godziny wyląduje w naszej bazie" Koniczynka" . Nie cała, tylko te trzy 
sekcje, których nie widział Marat. Tamta jest nam na razie niepotrzebna, a paliwo musimy 
oszczędzać.  Streściłem  ci  tę  historię,  bo  nie  zdążysz  zapoznać  się  z  całym  raportem 
komputera, a zajmiesz się tym Maratem i jego statkiem. Nie wiadomo, czy nie da się z tego 
wygrzebać  czegoś  pożytecznego,  chociażby  dla  propagandy,  rozumiesz?  Rozumiesz?  - 
wrzasnął nagle tak, że Marios podskoczył na krześle. 

Niechcący zrobił właśnie to, czego chciał Sas. Nie zniósłby myśli, że jego oficerowie nie 

boją się go. Marios poderwał się z krzesła i wyprężył. 

- Polecenie  jest zrozumiałe. Proszę zezwolić na wykonanie  - przycisnął brodę do piersi i 

wytrzymał tak dokładnie trzy sekundy. 

- Akurat zrozumiałe! - prychnął Sas. - Gówno, ale nie będę tego teraz rozwijał. Na razie 

masz tu przywieźć tego Marata, znajdziesz go w oddziale medycznym sekcji A. Dostajesz 
żółtą przepustkę, sprawa będzie utajniona, podlegasz mnie i generałowi Rakody. Zmiataj! 

Pułkownik  Sas  sięgnął  palcem  klawisza  łączności  z  sekretariatem,  kapiten  Marios 

wychodząc z gabinetu usłyszał polecenie przez interkom na konsoli Altina. 

- ...przepustka, opancerzony track i czterech ludzi do obstawy. Natychmiast. 

- Wykonuję! - raźnie odkrzyknął Altin i okrągłym gestem zaprosił kapitena do konsolety. 

Wystukał  kilka  dwu  i  trzycyfrowych  kodów  na  swoim  komputerze,  poczekał  na 

komunikat i wskazał Mariosowi płytę czytnika odcisków palców. Kapiten położył najpierw 
prawą,  potem  lewą  dłoń  na  chłodnej  płycie  i  wyciągnął  ze  szczeliny  wysuwającą  się 

background image

prostokątną  przepustkę.  Gdy  tylko  jej  dotknął,  zmieniła  barwę  na  żółtą.  Marios  podał  ją 
Altinowi.  Od  razu  zgasła,  więc  ten  zwrócił  przepustkę  kapitenowi,  który  wsadził  ją  do 
kieszeni. 

- Pole? - powiedział. 

- Już. Sekundę - uprzejmie powiedział Altin i zerknął na ekran. - Trójka. 

Czekają na kapitena. 

Tym  razem  nie  przyjął  postawy  tylko  usiadł  za  konsolą  i  zmarszczył  brwi.  Chwilę 

wpatrywał  się  w  klawiaturę,  a  potem  uderzył  w  kilka  klawiszy.  Marios  odwrócił  się  i 
wyszedł. Idąc korytarzem przeklął tym razem dalekiego kuzyna ojca, który pełniąc funkcję 
opiekuna małego Elta Mariosa wybrał mu karierę wojskową. Chłopcze - mawiał stary dureń 
-  to  zawód,  który  nie  zaniknie  nigdy,  szczególnie  u  nas,  gdy  mamy  potężnego  wroga  na 
południu. Tylko w wojsku  możesz szybko  i  łatwo zrobić karierę  nawet bez szczególnych 
zdolności. Szybko staniesz się samodzielny. 

Samodzielny!  Nawet  w  sraczu  nie  możesz  wytrzeć  się  papierem  jak  chcesz,  bo  tylko 

jedna strona nadaje się do podcierania. Samodzielny... Możesz robić co chcesz  - to znaczy 
wykonać polecenie bardzo dobrze albo wspaniale, albo genialnie. Kariera! Żeby cię!... 

Doszedł do środka korytarza i kopnął listwę na drzwiach windy. Poczekał sekundę zanim 

zjechała  na  jego  pożiom  i  wsiadł  do  cylindra.  Wyjechał  na  powierzchnię  i  korytarzem 
oznaczonym  migocącą  trójką  dojechał  do  śluzy.  Była  to  długa  wąska  kicha,  w  której 
należało cały czas iść i ten czas wystarczał do zamknięcia jednych drzwi i otwarcia drugich, 
wyrównania ciśnienia, oczyszczenia  i dezynfekcji. A przy okazji przebywało  się te kilka-
mitów, które - jak wyobrażali sobie planiści - mogą zadecydować o wszystkim. 

Wyszedł  na  dno  zalanej  słońcem,  płytkiej  sztolni  i  podszedł  do  tracka  i  wyprężonej 

wzdłuż tylnej platformy piątki żołnierzy. Jeden z nich, prawoskrzydłowy, zrobił dwa kroki 
do przodu i Marios, świadomy, że Sas  może go obserwować, wysłuchał raportu, a potem 
wydał  komendę  i  usiadł  w  kabinie  obok  kierowcy.  Żołnierz  uruchomił  silnik,  pojazd 
wyskoczył miękko z szybu i lekko kołysząc się na poduszce powietrznej pognał po pustyni 
na południowy zachód. 

Kapitan  Marios  pochylił  się  nad  panelem  komputera  i  wsunął  w  szczelinę  swoją 

przepustkę,  a  potem,  po  identyfikacji,  zażądał  kopii  raportu  komputera  "Koniczynki"  i 
dossier  pilota  Marata  Boole.  Przeczytał  dokładnie  raport,  porównując  na  bieżąco  dane 
liczbowe  z  modelowymi  i  wsunął  w  szczelinę  spalarki.  Przejrzał  życiorys  Marata  gęsto 
upstrzony zdjęciami, przyjrzał się wszystkim i utrwalił w pamięci ostatnie, tuż sprzed startu. 
Na wszelki wypadek skopiował odciski palców pilota w swoim służbowym czytniku, który 
odpiął  od  pasa  i  podłączył  na  kilka  chwil  do  komputera,  a  potem  skasował  zapis  w 
komputerze tracka i zniszczył dossier. Rozparł się wygodnie i przyciągnął do siebie ustnik 
papierosa.  Miękki  cienki  wężyk  wysunął  się  z  prawej  strony  płyty  czołowej,  Marios 
zastanowił  się  i  wybrał  najmocniejszy  dym.  Galar.  Zaciągnął  się  kilka  razy  i  po  raz  nie 
wiadomo  już  który  stwierdził,  że  jedyna  pozytywna  rzecz  w  jego  zawodzie  to  darmowe, 
umieszczone w każdym możliwym miejscu, papierosy. I nie wiadomo który raz stwierdził, 
że  chyba  jest  to  trochę  za  mało,  by  czuć  się  tu  dobrze.  Zresztą  najczęściej  już  piąty  czy 
szósty sztach przestawał smakować. Większość palaczy uważała, że automat jest specjalnie 
zaprogramowany - dodaje jakiegoś świństwa, by nie rozpieszczać nałogowców. 

background image

Podlecieli do pierwszego kordonu wokół  lądowiska. Marios przyłożył swoją przepustkę 

do  specjalnej  płytki  na  pulpicie.  Na  dachu  tracka  żółto  rozjarzył  się  transmiter.  Brama 
skoczyła na boki i wjechali na drogę prowadzącą prosto do gniazda kontroli szczegółowej. 
Tu musieli się zatrzymać i przepustka Mariosa powędrowała do czytnika. To wystarczyło. 
Przejechali już bez kontrolowania trzecie i czwarte gniazdo i zwalniając łagodnie dojechali 
do potężnego betonowego grzyba a właściwie jego kapelusza. Kopuła pękła i track wjechał 
do jasno oświetlonego garażu, kapiten zostawił załogę w wozie, a sam wyszedł i skierował 
się  do  windy  prowadzącej  do  sali  operacyjnej.  Siedząc  w  windzie  za  kuloodporną  szybą 
wartownik  sprawdził  jeszcze  raz  przepustkę  Elta  i  nacisnął  jeden  z  sześciu  przycisków 
przed sobą. 

Ani  na  korytarzu,  ani  przed  drzwiami  do  saloperu  nikt  już  nie  zaczepiał  kapitena. 

Zatrzymał się jeszcze na chwilę przy papierosie i pociągnął kilka razy Galara. Poprzestał na 
trzecim zaciągnięciu się i nacisnął klawisz obok drzwi. Komputer porównał jego odcisk ze 
zdjętym wcześniej z przepustki i otworzył drzwi. 

Marios  wszedł  do  dużej  hali  podzielonej  na  kilkanaście  sekcji,  rozejrzał  się,  szukając 

właściwej i ruszył widząc, że nad jednym z bloków monitorów i pulpitów zapalił się napis: 
"Koniczynka". Wszedł do środka kompleksu i przystanął przed ekranem pokazującym pole 
lądowiska. Było absolutnie puste, żółty wypalony beton odbijał światło słoneczne i zmuszał 
do  mrużenia  powiek.  Marios  przejrzał  inne  ekrany,  tylko  dwa  były  zajęte  -  pokazywały 
jaskrawobiałą  kropkę  jarzącą  się  w  centrum  każdego  z  nich.  Marios  podszedł  do 
najbliższego  wyłączonego  monitora  i  włączył  go  w  obwód.  Gdy  na  ekranie  pojawiła  się 
błyszcząca  kropka,  dał  powiększenie  i  przyciemnił  obraz,  teraz  wyraźnie  widział  trzy 
gigantyczne  rury,  połączone  bokami,  tworzące  trójkąt.  Z  każdej  z  trzech  dysz  tryskało 
światło,  po  minucie  zmieniło  się  na  różowe  potem  na  ciemnoczerwone.  Takim  już 
pozostało  do  końca  nudnej  operacji  lądowania.  Jeszcze  zanim  z  każdej  z  rur-sekcji 
wystrzeliły  po trzy  opory,  Marios  opuścił  saloper  i  wyjechał  na  powierzchnię.  Wsiadł  do 
tracka i czekał na otwarcie bramy po opadnięciu temperatury lądowiska. Zastanowił się, czy 
nie  zapalić  czegoś  łagodniejszego  tym  razem,  ale  w  końcu  zrezygnował.  Oparł  się 
wygodnie  plecami  o tylną  ściankę  fotela.  Przypomniał  sobie,  że  nawet  nie  wie,  od  czego 
zacznie rozmowę z Maratem Boole i napłynęła złość dusząca skuteczniej niż regulaminowy 
okrągły kołnierzyk z trójkątem koloru formacji. 

  

Po raz kolejny Marat wychodził z omdlenia. Znowu, jak ostatnim razem, trwało to bardzo 

krótko. Szybko odzyskał poczucie własnego ciała, kontrolę nad nim. I pamięć. 

Poczuł  wciąż  rosnący  ciężar  ciała,  zrozumiał,  że  lądują  na  jakiejś  planecie,  pewnie 

ojczystej  Dugei.  Znowu  był  skrępowany  i  miał  sklejone  powieki.  Naciągnął  więzy  rąk  i 
zdziwił się, gdy ustąpiły. Pewnie śmiertelnie logiczny komputer uznał, że i tak nie może się 
ruszyć, więc dla zachowania dobrej kondycji psychicznej pozwolił mu cieszyć się pozorną 
swobodą. Z coraz większym trudem powietrze wchodziło do płuc, Marat pozostawił ręce za 
głową.  Przeleżał  bez  ruchu  całe  lądowanie,  zbierał  siły  i  gdy  tylko  poczuł  lekkość  ciała, 
zwlókł się z legowiska. 

Chwiejnym  krokiem  poszedł  w  kierunku  drzwi  z  wyciągniętymi  przed  siebie  rękami. 

Dopadł  ściany  i  przesunął  się  w  lewo,  aż  znalazł  płaszczyznę  drzwi.  Otworzyły  się  bez 
przeszkód, widocznie komputer, zgodnie z procedurą, został już wyłączony i Boole wyszedł 
na  korytarz.  Trzymał  się  jedną  ręką  ściany,  drugą  usiłował  zedrzeć  z  powiek  opatrunek. 

background image

Doszedł  do  windy  i  wymacał  przyciski,  bez  trudu  zlokalizował  ten  większy  z  napisem 
"Grunt"  i  wcisnął  szybko.  Bez  zdziwienia  przyjął  fakt,  że  śluza  bez  żadnej  procedury 
otworzyła się i wypuściła go na zewnątrz. Przystanął na chwilę w progu i spróbował przez 
zamknięte powieki określić porę dnia. Poczuł ciepło na twarzy i zobaczył różową poświatę, 
zrozumiał, że trafił na dzień i że widzi. Że będzie widział. Zrobił kilka kroków po pochylni. 

  

Marios zobaczył rozwierające się wrota i pchnął palcem powietrze przed sobą. 

- Jedziemy - powiedział do kierowcy. 

Track zakołysał się  i prysnął do przodu. Wypadli w pełne słońce.  Kierowca trzepnął w 

okrągły  przycisk  na  szczycie  pulpitu.  Szyba  ściemniała,  więc  trójczłonową  "Koniczynkę" 
zobaczyli  wyraźnie,  wysoką,  sterczącą  jak  fragment  olbrzymiej  palisady  z  gładzi  betonu. 
Spod  statku  ruszyły  ostatnie  trzy  wozy  zlewające  beton  specjalną  mieszanką  chłodzącą. 
Track podjechał  na odległość dwudziestu  metrów  i zatrzymał się, posłuszny  podniesieniu 
lewej  dłoni  Mariosa.  Kapiten  przez  chwilę  obserwował  statek,  potem  wcisnął  taster  w 
podłokietniku i powiedział, patrząc na otwierający się trap: 

- Łączność bezpośrednia. Jeden zostaje przy trapie, pozostali wchodzą na statek za mną. 

Do akcji! 

Wygrzebał z kieszonki małą kuleczkę i wcisnął ją w ucho, nacisnął rożek kołnierza bluzy. 

Teraz  każde  jego  słowo  dotrze  do  identycznie  wyposażonych  pięciu  żołnierzy.  Komputer 
pokładowy automatycznie wybrał wolną częstotliwość i zastrzegł ją dla nich. 

- Kolejność numeryczna - powiedział Marios. 

Piątka za nim wykonała małe przegrupowanie, teraz każdy kolejny rozkaz wykonywany 

będzie  przez  kolejnego  żołnierza  według  numeru  personalnego.  Podeszli  do  trapu  w  tej 
samej chwili, gdy Marat z niego schodził. Spotkali się na środku pomostu i przeszli przez 
siebie zupełnie się nawzajem nie widząc. Ostatni żołnierz przystanął tuż przed początkiem 
trapu  na  rozstawionych  nogach.  Stał  twarzą.  w  kierunku  statku  gotów  do  każdej  z 
możliwych akcji, ale i on nie poczuł, jak Marat najpierw wyciągniętą dłonią uderzył go w 
twarz, jak ta dłoń przeszła przez jego głowę i w ślad za dłonią cały Marat Boole, ostrożnie 
stąpając, przeszedł przez żołnierza i zatrzymał się tuż za nim. Podniósł obie ręce do oczu i 
zaczął zrywać błony. Czuł, że pod powiekami wzbierają mu łzy, czuł jak wyrywa sobie całe 
kępy rzęs. Potem poczuł wilgoć na policzku i ze zdwojoną energią rzucił się do odrywania 
żywcem  powiek.  Najpierw  w  lewe,  potem  w  prawe  oko  uderzyło  światło,  ale  nic  nie 
widział, dopóki nie spłynęły łzy zmywając kilka kropel krwi z rozdartych powiek. 

Zobaczył, że stoi w powietrzu kilka mitów nad jakąś siną, z białawymi pasmami, skorupą. 

Zachwiał  się  i przykucnął, dotknął dłonią  niewidzialnej tafli,  na której  stał. Była szorstka 
jak beton, ale nie miała temperatury, była ani zimna, ani ciepła. Obojętna. Marat poczuł, jak 
w gardle wzbiera mu szloch. Kiwnął się kilka razy i opadł na ręce. Leżał wpatrując się w 
skorupę  przed  sobą,  zobaczył,  że  łzy  kapią  z  policzków  i  znikają  jakby  wchłonięte  przez 
błonę czy taflę, na której leżał. Podniósł głowę i zobaczył słońce. Wpatrywał się w nie, aż 
łzy całkowicie przesłoniły widok, ale wiedział już to, co chciał wiedzieć: to na pewno był 
Salar, a więc na pewno był na Dugei. Podniósł się i spróbował zawrócić na statek, ale nie 
był  w  stanie  zrobić  dwóch  prostych  kroków  nad  kilkumitową  przepaścią.  Zarzuciło  nim 

background image

mocno i zanim  zorientował się, że powinien zamknąć oczy, stracił orientację. Zerwał się  i 
pobiegł  na  oślep.  Wiedział  już,  że  zgubił  "Koniczynkę",  ale  działanie  ciała  wyszło  spod 
kontroli  rozumu.  Biegł  kilka  minut,  aż  dopadł  bunkra,  w  którym  znajdowały  się  wozy 
obsługujące  lądowisko.  Przeszedł  przez  nie  równie  gładko  jak  przez  Mariosa  i  jego 
żołnierzy  i  biegł  dalej.  Ciągle  po  niewidzialnej  tafli,  która  nie  odbijała  nawet  słońca,  nie 
uginała się pod nim i była nieskazitelnie gładka. Aż dobiegł do końca lądowiska i zwalił się 
nagle  w  jakiś  dół.  Najpierw  ucieszył  się  tym  pęknięciem  skorupy,  potem,  gdy  uderzył 
twarzą  w  taką  samą  skorupę  tylko  o  dwa  mity  niżej  położoną,  stracił  przytomność.  Nie 
stracił nadziei tylko dlatego, że nie zdążył. 

  

Kapiten Elt Marios wszedł ze swym oddziałkiem do statku. Zmrużył oczy, gdy rozbłysły 

światła w korytarzu. Ruszył do windy. 

- Jeden przy wyjściu - powiedział. 

Ostatni z żołnierzy zamarł tuż za śluzą, pozostała trójka wsiadła do windy i wjechała na 

poziom siódmy, gdzie znajdował się oddział medyczny. 

- Jeden przy drzwiach - powiedział Marios nie zatrzymując się. Czuł się głupio siejąc tak 

żołnierzami, bóg wie po co i dlatego wydawał rozkazy ostrym, suchym tonem. 

Wszedł do saloterapu i zamarł tuż za progiem. Pomieszczenie było puste. 

Rozejrzał się i odwrócił do żołnierzy. 

-  Ma  tu  gdzieś  być  facet  o  nazwisku  Boole.  Marat  Boole.  Być  może  wariat.  Szybko 

znaleźć i unieszkodliwić, gdyby stawiał opór. Nie może mu się stać nic złego. 

Wypchnął  żołnierzy  gestem  ręki  i  przysiadł  na  leżance.  Zastanawiał  się,  co  znaczy  ta 

zabawa w chowanego z Maratem. Wyjść ze statku nie mógł, trap od chwili oderwania się 
od korpusu był pod obserwacją, więc jest gdzieś na statku. Widocznie zupełnie sfiksował. 
Marios wstał, by się zaciągnąć papierosem i dopiero po chwili bezskutecznych poszukiwań 
przypomniał sobie, że papierosy są zabronione na statkach. Kapiten wyszedł na korytarz i 
nagle uświadomił sobie, co powinien był od razu zrobić. 

- Komputer! - krzyknął. 

Nie  było  nawet echa. I w tej samej  chwili przypomniał  sobie, że komputer zawsze  jest 

zdalnie wyłączany po lądowaniu. 

- Pierwszy! - powiedział wściekły na własną głupotę. 

- Pierwszy melduje się - szczeknęło w ucho. 

- Natychmiast komunikat do saloperu. Niech włączą komputer pokładowy. 

Otoczyć  lądowisko kordonem. Zniknął  Marat Boole, pilot "Koniczynki". Nikt nie  może 

się  krzątać  po  lądowisku.  Każdy  poruszający  się  człowiek  może  być  za  trzy  minuty 
ostrzelany. Koniec. 

background image

Poszperał  w  kieszeni,  ale  nie  znalazł  pastylek  sterydyny.  Zacisnął  dłonie  w  pięści  i 

splunął  na  ścianę.  Nad  głową  rozległ  się  cichy  świst  zakończony  dwoma  pulsującmi 
dźwiękami. 

- Komputer - powiedział spokojnie Marios. Nie miał zamiaru podkładać się, miotając się 

po statku i wrzeszcząc do komputera. Jeśli nawet popełnił błąd, to musi udowodnić, że nie 
było  to  wynikiem  złego  wyszkolenia.  Opanowanie  to  jeden  z  elementów  dobrego 
wyszkolenia. 

- Słucham - uprzejmie zgłosił się komputer. 

- Ostatnie działania Marata Boole po odzyskaniu przytomności. 

-  Gdy  weszliśmy  w  gęste  warstwy  atmosfery,  zgodnie  ze  standardowym  programem 

uaktywniłem  pilota.  Taki  jest  model-  wyjaśnił  komputer.  -  Potem,  gdy  Marat  Boole 
odzyskał  przytomność,  musiałem  go  zwolnić  z  więzów  -  pilot  musi  być  zdolny  do 
manewrowania statkiem. 

- Przecież podobno Marat nie widział właśnie tych trzech sekcji? 

-  Tak,  ale  model  jest  właśnie  taki  -  pilot  musi  być  gotów  do  manewrowania  statkiem 

podczas lądowania. 

- Niech cię z twoją logiką - zawołał Marios. - I co dalej? 

-  Gdy  podpory  dotknęły  gruntu,  Marat  podniósł  się  z  leżanki  i  zrobił  krok  w  kierunku 

ściany. Potem zostałem wyłączony, działały tylko najprostsze standardowe obwody. 

- Gdzie jest teraz Marat? W którym pomieszczeniu? 

Odpowiedź padła natychmiast: 

- Marata nie ma na statku. 

Marios poczuł, że stoi z otwartymi ustami, choć oddycha przez nos. Zamknął je dopiero, 

gdy poczuł, że za sekundę wypłynie z nich strumyczek śliny. Przełknął ją, choć dopiero za 
trzecim razem udało mu się oczyścić jamę ustną ze śluzowatego płynu. 

- Ostatnie ślady Marata? Termoślady, szybko! - pogonił komputer. 

- Kończą się na trapie. Lądowisko jest zbyt rozgrzane. 

-  Na trapie?  Marat  Boole  opuścił  statek?  -  Marios  szarpnął  kołnierzyk,  na  szczęście  jak 

wszyscy miał go z tyłu naszyty na gumkę. Ratowało to od uduszenia w chwilach takich jak 
ta. 

- Z całą pewnością - beznamiętnie oświadczył komputer. 

Te trzy słowa miały wagę salwy plutonu egzekucyjnego. Kapiten Elt Marios zrozumiał to 

od razu. 

background image

  

Marat ocknął się twarzą do góry. W oczy uderzał blask Salara. Przymknął powieki. 

"Jestem chory. To pewne. Nie widzę statku, na którym leżę, nie widzę gruntu, po którym 

chodzę. Widzę Salar. Widzę swój kombinezon, ale nie widziałem skafandra próżniowego. 
Jeden robot był  niewidzialny, drugiego widziałem  jak własną rękę.  Do  jasnej  maldy!  Nie 
jestem  chory!  Nie  ma  takiej  choroby,  żeby  majaczenia  i  jawa  plątały  się  z  taką 
konsekwencją! Widziałem sekcję C i cały jej sprzęt, bo nie wpadłem w to gówno co reszta 
"Koniczyny". Tak jest. To statek jest chory. Che-chche! A Dugea? Dugea też jest chora na 
niewidzialność. Tak jest najprościej  - wszystko dookoła jest chore, a  facet, który postawił 
diagnozę - nie! Tylko co robić?" 

Podniósł rękę do góry i popatrzył na dłoń, ale od razu zorientował się, że coś jest nie tak. 

Opuścił  rękę  i  rozejrzał  się.  W  dziurze  było  dużo  ciemniej  niż  przed  omdleniem.  Salar 
opuścił  się  niżej  i  przesłonił  go  brzeg  niecki,  w  którą  wpadł  Marat.  Jeszcze  jedna 
ciekawostka. Przezroczysta tafla w pewnych sytuacjach nie przepuszczająca światła słońca. 
Marat przypomniał sobie, że gdy szedł, a potem biegł po tej tafli, nie widział swojego cienia 
ani  na tafli, ani  na skorupie pod nią. Spojrzał  na  zegarek  -  szósta trzydzieści  cztery. Czyli 
wszystko w porządku, Salar jest w porządku. 

-  Przynajmniej  jedna  rzecz  stanęła  na  poziomie  zadania.  Cała  reszta  się  spieprzyła  - 

powiedział głośno. Wsłuchał się w dźwięk swego głosu i nagle nabrał powietrza w płuca i 
krzyknął  głośno:  -  Pieprzę!  Wszystko!  Hej-ej!  Ho!  -  na  przemian  słuchał  uważnie  i 
wydzierał się na całe gardło. 

Głos był dźwięczny, soczysty, taki jaki miał być. Niecka nie tłumiła głosu, dawała nawet 

małe  echo.  Boole  leżąc  sięgnął  do  szeregu  małych  kosteczek  wklejonych  na  stałe  w 
kombinezon i odnalazł tę, w której ktoś przesadnie ostrożny kazał umieścić kilka kapsułek z 
formitem. Odnalazł po omacku mały występ w szwie i szarpnął mocno. Materiał trzasnął i 
puścił,  Marat  pogrzebał  w  ciasnej  kieszonce  i  wyjął  jeden  z  trzech  wałeczków.  Starannie 
zakleił  z  powrotem  kieszeń  i  wsadził  do  ust  kapsułkę.  Uczono  go,  że  nie  ma  urojenia, 
którego nie zdjąłby formit. Starzy piloci powiadali, że jeśli po formicie zobaczy się diabła, 
znaczy to, po prostu, że diabeł istnieje. Połknął pastylkę i położył się, podkładając ręce pod 
głowę. Patrzył w jasne wciąż jeszcze niebo i starał się o niczym nie myśleć. 

Uciekał  od  wspomnień,  bo  nic  nie  wydawało  mu  się  godne  rozpamiętywania  w  tej 

kretyńskiej  sytuacji,  a  o  wydarzeniach  ostatnich  chronologicznie  nie  mógł  myśleć  bez 
dreszczu. Przymknął na chwilę powieki z uczuciem zapadania się w sen, ale prawie od razu 
je otworzył. Nic się nie zmieniło, przed sobą miał coraz ciemniejszą ścianę niecki, gdzieś 
wyżej, za brzegiem tej cholernej tafli błyszczał Salar, a on sam wisiał trzy, trzy i pół mita 
nad kaflem z  sinoszarej gliny. Nagłym ruchem przewalił  się  na  brzuch, tym razem swoje 
zawieszenie przyjął spokojnie, zdołał nawet zauważyć nieco inny, wpadający w pomarańcz 
kolor  spieczonego  chyba  gruntu  pod  sobą.  Odepchnął  się  od  tafli  i  usiadł,  przejechał 
palcami obu rąk po kieszonkach na obu udach przypominając sobie, co w nich ma. Osiem 
koncentratów, dwa formity, sześć drażetek do odsalania i oczyszczania wody i moczu, małą 
latarkę oplątaną cienką, ale piekielnie mocną linką, a pod pachą cienki płaski nóż. 

Poczuł  się  na  tyle  dobrze,  że  wstał  i  ruszył  do  ciemnej  skarpy,  by  wyleźć  na 

powierzchnię.  Była  gładka,  bez  występów,  ale  podeszwy  butów  świetnie  trzymały  się 
szorstkiej ściany i bez trudu wspiął się na górę. 

background image

Rozejrzał się. Salar wisiał nisko nad horyzontem, ale warstwa gliny, czy co tam było pod 

taflą,  była  oświetlona  jasno,  dużo  jaśniej  niż  gdyby  oświetlało  ją  słońce  Dugei.  Marat 
pokręcił głową udając zdziwionego tą kolejną anomalią i ruszył w kierunku, z którego, jak 
mu się wydawało, przybiegł. Po piętnastu minutach podszedł bardzo blisko miejsca, gdzie 
jeszcze  przed  kilkunastu  sekundami  stała"  Koniczynka".  Właśnie  na  rozkaz  Północnego 
Sztabu wystartowała, by przenieść się na poligon w górach Seyera. Północny Sztab uważał, 
że  tam  łatwiej  będzie  pod  pozorem  zwykłego  przeglądu  dokonać  superszczegółowego 
badania statku. Marat szedł wolno w obłoku szalejącego pod dyszami ognia. 

  

- Mam zamiar oddać cię pod sąd polowy - zdanie to pułkownik Sas wygłosił z wyraźną 

przyjemnością.  Marios  nie  wątpił,  że  jest  to  zupełnie  szczere  oświadczenie.  I  zupełnie 
zgodne  z  naturą  przełożonego.  -  Wypuściłeś  ze  statku  faceta,  którego  działania  nie 
rozumiemy.  A wiesz, co znaczy,  jeśli  nie rozumiemy czyjegoś postępowania? Że ten ktoś 
coś przed nami ukrywa!  - Sas pochylił  się  nad pulpitem. Teraz kropelki  śliny  dolatywały 
nawet do Elta i lądowały na jego piersi. Gdy Sas wrzasnął "przed", kilka z nich trafiło mu w 
twarz. Zacisnął zęby i zerwał się z fotela. 

-  Gówno  mnie  to  obchodzi!  -  wrzasnął,  ile  miał  sił  w  płucach.  -  Ten  pilot  nie  wyszedł 

normalną drogą. Mam pięciu świadków i bóg wie ilu w saloperze! A ty, stary gawronie  - 
wycelował trzęsący się palec w Sasa - szukasz po prostu miednicy na swój własny grzbiet! 
Przynajmniej  raz  bądź  mężczyzną  i  przyznaj.  że  całe  twoje  zasrane  działanie  służy  nie 
Federacji,  a  twoim  własnym  interesom,  bo  inaczej  zwątpię  w  całą  naszą  armię  i  cel,  jaki 
nam przyświeca! 

Machnął ręką i usiadł z powrotem w fotelu, patrzył w podłogę, ale nagle podniósł wzrok i 

spojrzał  prosto  w  oczy  Sasowi.  Chciał  nacieszyć  się  widokiem  jego  zbaraniałej  gęby. 
Rozczarował się, Sas nie zbaraniał, Sas wyraźnie cieszył się z wybuchu, jaki sprowokował. 
Pochylił się jeszcze niżej nad pulpitem i rozchylił wąskie wargi. W prawym kąciku cienka 
niteczka śliny łączyła dolną i górną wargę. 

- Będziesz żył tylko tyle, ile trzeba będzie czasu, by wyjaśnić ten syf. Potem na ochotnika 

przeniesiesz  się  do  Korpusu  Cozza.  A  tam  cię  tak  wypiżdżą,  że  skorzystasz  z  pierwszej 
okazji,  by  się  przenieść  do  tatula  i  mamusi.  Im  też  się  u  nas  nie  podobało,  prawda?  -  w 
gardle mu coś zabulgotało. Elt podciągnął pod siebie nogi obawiając się, że Sas z radości 
rzygnie i zabrudzi mu obuwie. 

Wstał  i  wyszedł  z  gabinetu  nie  żegnając  się,  szybko  przemierzył  sekretariat,  ale  drzwi 

wyjściowe  nie  otworzyły  się.  Odwrócił  się  i  spojrzał  na  Altina.  Tym  razem  ten  cwaniak 
miał chyba szczere niezrozumienie w oczach, patrzył chwilę na Mariosa, a potem przeniósł 
wzrok na drzwi do gabinetu Sasa. Elt prychnął i usiadł na krześle obok drzwi. W tej samej 
chwili ożył głośnik na konsoli Altina. 

-  Altin!  Kapiten  Marios  znajduje  się  w  areszcie  służbowym.  Z  wszelkimi 

konsekwencjami! Odebrać broń i przepustkę. Nałożyć kajdanek! 

Marios  wstał  i  wyjął  z  kieszeni  przepustkę,  która  ironicznie  rozjarzyła  się  żółtym 

soczystym  kolorem,  i  położył  ją  na  konsoli  przed  Altinem.  Odpiął  kaburę  z  osobistym 
laserwerem i nakrył nią przepustkę. Wyciągnął prawą rękę do Altina. Sekretarz pociągnął 
szufladę na samym dole konsoli, do której kiedyś schował kajdanki. Wyjął z futerału jeden, 

background image

przyłożył  do  płytki,  na  której  niedawno  weryfikował  przepustkę  Elta  i  nałożył  go  na 
przegub  kapitena.  Cicho  szczęknął  zamek,  płaska  tarcza  sięgająca  prawie  nasady  palców 
rozjarzyła się jadowitą czerwienią. 

Altin  podszedł  do  drzwi  i  nacisnął  klawisz.  Gdy  Marios  przechodził  obok,  przyjął 

postawę zasadniczą i tym razem zaskoczony Marios nie znalazł w niej niczego, co mógłby 
odczytać jako wygłup rozpieszczonego fagasa. 

  

Po godzinie marszu Marat Boole odkrył, że grunt zaczyna się różnić od tego z lądowiska. 

Zaczęły  trafiać  się  doły,  większe  i  mniejsze,  w  niektóre  wpadał,  inne  były  łagodniejsze. 
Udawało mu się zbiec po zboczu i utrzymać równowagę, choć raz w samym środku dziury 
trafił na jakiś głaz i boleśnie walnął się w kolano prawej i goleń lewej nogi. Powierzchnia 
tafli  była  prawie  ciemna,  Salar  zamaskował  się  za  horyzontem,  ale  purpurowa  łuna 
przeświecała  jeszcze,  natomiast  skorupa  pod  taflą  wciąż  była  jasna,  choć  Maratowi 
wydawało się, że oświetlenie padało teraz na nią pod innym kątem, jakby bardziej z góry. 
Oświetlało teraz wszystkie szczeliny i załomy w skorupie, a był prawie pewien, że zaraz po 
lądowaniu niektóre szczelinki były ciemne. 

Przysiadł na jakimś niewidzialnym kamieniu, w który grzmotnął i przez który przewalił 

się,  omal  nie  rozbijając  twarzy.  Nie  zastanawiał  się  już  nad  pochodzeniem  tych 
niewidzialnych przeszkód, postanowił odnależć najpierw kogoś, potem wodę i żarcie. W tej 
właśnie kolejności. 

Myślał nad jakimś sposobem na uniknięcie upadków i uderzeń, obawiał się, że niedługo 

złamie  albo  skręci  nogę  i  tyle  pożyje,  na  ile  wystarczy  koncentratu.  Należało  coś  z  tym 
zrobić.  Jeszcze  raz  przejrzał  zasoby.  Na  pierwszy  ogień  poszła  latarka.  Ucieszył  się,  gdy 
zobaczył, że niewidzialne załomy gruntu i wybrzuszenia rzucają dość wyraźny cień, w ten 
sposób  mógł  iść  prawie  normalnym  krokiem.  Radość  opadła,  gdy  odczytał,  że  ładunku 
wystarczy w niej na dwie godziny. To była awaryjna, bardzo mała latareczka. Potem Marat 
odwinął  z  niej  linkę,  było  jej  chyba  z  sześć  mitów,  przywiązał  do  jednego  końca  nóż  w 
pochewce  i  rzucił  w  przód.  Sznurek  opadł  na  taflę  znakomicie  kreśląc  jej  rysunek. 
Wprawdzie  sześć  mitów  to  zaledwie  osiem-dziewięć  kroków,  za  to  zdychająca  latarka 
miała szansę przydać się kiedyś potem. 

Boole  myślał  jeszcze  chwilę,  rozważając  ewentualny  posiłek,  ale  uznał,  że  czuje  się 

wystarczająco rześko, by zachować koncentrat również na kiedyś potem. Wstał i ruszył do 
przodu. Wykonał tak pięćdziesiąt cztery rzuty i przebył pięćdziesiąt cztery odcinki, unikając 
kilku dziur i szczelin, zanim uświadomił sobie, że mógł wcześniej pomyśleć i wykorzystać 
cień  rzucany  przez  niewidzialne  głazy  oświetlone  Salarem.  Postanowił  wykorzystać  to  o 
świcie  lub  następnego  wieczora.  Ale  w  sumie  za  bardzo  nie  przejął  się  swoim 
niedopatrzeniem.  Uznał,  że  wolno  mu  być  trochę  rozkojarzonym  i  nieskutecznym.  Nie 
zatrzymując  się,  pracowicie  rzucając  i  podnosząc  nóż,  szedł  w  kierunku  miejsca  na 
horyzoncie, gdzie przed godziną zniknął Salar. 

  

Marios  któryś  z  kolei  raz  przemierzył  swój  pokoik  od  niewielkiego  monitora 

wpuszczonego  w  ścianę  do  drzwi,  jak  ekran  szarych  i  płaskich.  Pełna  bezczynność  od 
godziny męczyła go, choć jeszcze kilka godzin temu zdziwiłby się, gdyby mu powiedziano, 

background image

że  nie  będzie  się  cieszył  z  absolutnie  wolnego  czasu.  Nie  martwił  go  ani  areszt,  ani 
prespektywa służby w karnym Korpusie Cozza. Dręczyła go, i sam się temu dziwił, sprawa 
pilota  Marata  Boole  i  jego"  Koniczynki",  i  oczywiście  tajemnicze  zniknięcie  pilota  z 
pokładu  statku.  Na  razie  doszedł  do  hipotezy  opartej  na  awarii  komputera,  choć  zdawał 
sobie  sprawę,  że  to  akurat  najłatwiej  będzie  stwierdzić.  Nie  miał  jednak  w  tej  chwili 
dostępu do danych, jakie na pewno zaczęły już spływać do tego kutafona Sasa, więc ciągnął 
temat, wałkując go na wszelkie możliwe sposoby. Zdawał sobie sprawę, że jest to działanie 
nie mające żadnej wartości oprócz pewnej gimnastyki umysłowej, ale wolał myśleć o tym 
niż  o  jednym  zdaniu  wypowiedzianym  przez  Sasa.  Nie  chciał  wracać  do  sprawy 
przypadkowej śmierci swoich rodziców, która w sposób zasadniczy wpłynęła na jego losy i 
której przypadkowość wyraźnie dziś Sas podważył. 

  

Pułkownik  Sas  położył  na  biurku  generała  Rakody  kartkę  zawierającą  krótki  wyciąg 

sprawy o kryptonimie "Szafir". Generał stuknął palcem w kartkę i westchnął. 

- Co to jest? 

-  Trafiło  nam  się  potężne  gówno,  Moccasarey.  Jakiś  zafajdany  statek  albo  jego  pilot, 

dokładnie  jeszcze  nie  wiadomo,  zwariował.  Pilot  przestał  widzieć  część  statku,  tak 
przynajmniej powiedział komputerowi. Faktem jest, że po pewnym incydencie w kosmosie 
pilot  mdlał  ilekroć  otworzył  oczy.  Wygląda,  że  rzeczywiście  coś  widział.  Fachowcy 
twierdzą" że gdyby przestał widzieć statek i zobaczył siebie w kosmosie, to miał całkowite 
prawo zemdleć. Potem okazało się, że jeden z modułów statku  jest dla niego w porządku. 
W końcu komputer uśpił go i przytaszczył do nas. Statek wylądował, na lądowisku czekał 
nasz  oficer  z  obstawą,  a  pilot  zniknął,  wychodząc  przez  trap  dokładnie  w  chwili,  gdy 
wchodził po nim kapiten z czterema żołnierzami. 

- No to co! - Moccasarey Rakody przymknął powieki i pociągnął z ustnika. 

Nie  wyglądał  na  specjalnie  zainteresowanego  incydentem,  ale  pułkownik  doskonale 

wiedział, że tak nie jest i ta maniera zdenerwowała go nieco. 

- W tej chwili jeszcze nie wiadomo, co w tym jest, ale może być coś, co by nas urządzało. 

Nas - Federację i nas - dowodzących Grupą Smoka! Albo sposób na uszkodzenie wrogiego 
komputera tak, że zaczyna pieprzyć i nie wiadomo, co z nim robić, albo niewidzialny facet, 
który może spokojniutko chodzić po bazach Unii i nikt go nie ruszy. 

- Kiedy ostatnio byłeś na badaniach? 

Generał  wolno  otworzył  oczy  i  popatrzył  na  Sasa.  To  był  niewątpliwie  dowcip,  ale 

pułkownik  poczuł  ostre  zimne  ukłucia  na  całej  powierzchni  szerokiego  jak  ławka  karku. 
Uznał, że jest to pytanie retoryczne. 

-  Wyobrażasz  sobie,  że  zamelduję  w  Sztabie  Federalnym  o  posiadaniu  niewidzialnego 

agenta? - dodał generał. 

- A gdyby ten agent udokumentował swoją obecność? - szybko powiedział Sas. 

background image

-  No  więc,  jak  będziesz  mógł  to  zrobić,  wtedy  będziesz  mi  zawracał  głowę.  Zajmij  się 

tym. A na razie mamy inny problem... - generał puścił ustnik. Błyszczący wężyk zwinął się 
i wciągnął w gniazdko. - A co z tym kapitenem? - wrócił nagle do porzuconego pozornie 
tematu. 

- Na pewno nie kłamie. On i cała obsługa zostali przepytani na wykrywaczu. W każdym 

razie  są  przekonani,  że  nikogo  nie  widzieli.  Odpada  hipnoza  spora  część  obsługi 
obserwowała lądowanie przez kamery pod piętnastoma mitami stalobetonu. To by byto zbyt 
proste - Sas zmobilizował się i pokręcił głową, miał nadzieję, że ten gest przesądzi sprawę. 

-  Dobrze.  Pamiętaj  o  tym  na  wszelki  wypadek.  Wróćmy  do  poważniejszego  problemu. 

Więc  tak...  -  generał  westchnął  i  położył  rękę  na  małym  pulpicie  przed  sobą.  Dotknął 
palcem  jednego  z  klawiszy.  Pomieszczenie  wypełnit  cienki  świdrujący  dźwięk,  po  chwili 
dołączył  do  niego  niski  basowy  pomruk.  Sas  siedział  nieruchomo,  ale  przez  myśl 
przemknęło  mu,  że  ostatni  raz  rozmawiali  z  pogłosem  wykluczającym  podsłuch  dwa  lata 
temu,  kiedy  obmyślali  plan  pozbycia  się  ze  Sztabu  Federalnego  generała  Sporsea  i 
zastąpienia go swoim znajomkiem. Leniwie dźwignął się i oparł łokciami o blat biurka. Ich 
głowy znajdowały się najwyżej o trzy decymity od siebie. 

  

Lśniąca tafla pod nogami dawno już ściemniała, ale nie to utrudniało marsz - skorupa pod 

nią ciągle była jasno oświetlona, choć teraz już nie ulegało wątpliwości, że oświetlające ją 
źródło  światła,  podobnie  jak  Salar,  przemieszcza  się.  Teraz  małe  nierówności  rzucały 
wyraźny cień z tego samego, co ciekawe, kierunku co słońce Dugei, a nieliczne grubsze od 
palca szczeliny czarnymi wężykami pełzły we wszystkie strony i kończyły się cieniutkimi 
jak włos kreseczkami. Sznur rysował się ostro na tle tej jasnej płaszczyzny. Ale po czterech 
godzinach marszu coraz trudniej było schylać się i podnosić nóż do kolejnego rzutu. Marat 
próbowat  wybierać  sznurek  i  nie  schylać  się,  ale  to  z  kolei  zwalniało  tempo  marszu. 
Zaczęły  boleć  mięśnie  grzbietu,  dokuczało  potłuczone  kolano  i  skręcona  lekko  kostka. 
Bolała  rozbita  podczas  upadku  na  lądowisku  głowa,  chciało  się  pić  i  głód  ostrymi  kłami 
szarpał żołądek. Wszystko naraz. 

Rzucony kolejny raz nóż uderzył w jakiś głaz i odskoczył z brzękiem. Marat dowlókł się 

do  głazu  i  nie  podnosząc  noża  opadł  na  kolana.  Chwilę  obmacywał  kamień  szukając 
wygodnego  oparcia,  w  końcu  usiadł  i  znalazł  w  miarę  gładki  fragment  dla  pleców. 
Ostrożnie ułożył głowę na niewidzialnym głazie i przymknął oczy. 

Poczuł, że formit przestał hajcować, myśli, kręcąc się wciąż wokół tego samego tematu, 

stały  się  kleiste,  maziowate.  Usiłował  się  skupić,  ale  nie  mógł  się  pozbyć  uparcie 
powracającego przeświadczenia, że jest jedynym człowiekiem, więcej - jedyną żywą istotą 
w  tym  niesamowitym  dwuwarstwowym  świecie.  Od  razu  po  sformułowaniu  tej  myśli 
zrodziła się następna - konsekwencje. Powolna śmierć, wyschnięta mumia na powierzchni 
niewidzialnej tafli, suchy, muszy trupek na szkle. Otworzył oczy i przekręcił głowę tak, by 
w  polu  widzenia  znalazł  się  nóż,  wyciągnął  rękę  i  znalazł  koniec  sznurka.  Leniwie 
pociągnął  go,  nóż  posłusznie  drgnął  i  przysunął  się,  zmieniał  chwyt  kilka  razy,  aż  ujął 
pochwę w dłoń. Ważył nóż w dłoni, wyjął go z futerału i obejrzał ostrze. Dotknął czubka 
palcem,  nacisnął  mocniej,  obejrzał  koniuszek  palca  ozdobiony  malutkim  rubinem,  wytarł 
palec o kombinezon. Przyszło mu do głowy, że śni, że całe to wariactwo to tylko sen, jakiś 
kabotyński przekładaniec. Uczepił się tej myśli, zacisnął palce na rękojeści noża, jakby ten 
ruch  miał  go  wyciągnąć  na  powierzchnię  jawy.  Serce  wykonało  kilka  spazmatycznych, 

background image

bulgotliwych, do szlochu podobnych  skurczy.  Rozważał ten wariant na wszystkie  strony  i 
nie  mógł  znaleźć  niczego,  co  by  nie  pasowało.  Typowo  senne  założenie  -  niewidzialna 
Dugea, konsekwencja rozwoju wydarzeń.  Dobrze, a formit? Trzepnął  się dłonią w czoło  - 
jeśli  śnił,  że  zażywa  formit,  to  jak  preparat  ma  przerwać  sen?  Przygryzł  wargi,  szybko 
podniósł  lewą  dłoń  do  wysokości  piersi  i  kilka  razy,  cztery  czy  pięć,  dźgnął  nożem  w 
przedramię  tuż  za  chronometrem.  Poczuł  ból,  zobaczył  kilka  małych  kropelek  krwi 
wypływających z  nakłuć. Ogarnęła go rozpacz, ból powinien przecież wyrwać go ze snu, 
chyba  że  tak  jak  z  formitem  -  śni  tylko,  że  się  pokłuł.  Zamknął  znowu  oczy  i  spróbował 
odwołać się do swojego trenowanego w końcu i niezawodnego jak dotychczas organizmu. 
Podniósł taki szum w mózgu, tyle razy  i tak głośno wydawał polecenie przerwania snu, że 
poczuł lekki ból głowy. 

Sen odpadał. Szaleństwo odrzucał, choć nie za bardzo miał ku temu podstawy. Istnienia 

dwupoziomowego świata nie przyjmował. Pozostawało... nic. Nic. Postanowił  nie płakać, 
by  nie  marnować  niepotrzebnie  wilgoci  i  udało  mu  się  to osiągnąć.  Zaraz  potem  błysnęła 
inna  myśl-  nie  marnować wilgoci,  nie  marnować sił,  nie  marnować czasu! Od razu, teraz 
przyłożyć nóż ostrzem do klatki piersiowej i rzucić się na grunt, którego nie ma. Ujął nóż w 
ręce  tak,  że  teraz  trzymał  go  za  ostrze  i  wykonał  szybkie  wahadłowe  ruchy  jakby 
przygotowując się do rzutu. 

  

-  Myślę, że sprawa tego Marata nie  jest tak ważna, jak ci  się wydaje. Bo nie zdążymy  - 

nawet gdybyśmy coś z tej afery wyciągneli  - użyć żadnej z tych cudownych  broni, wizje 
których mi tu przed chwilą roztoczyłeś - Rakody powiedział to tak spokojnie, że Sas nabrał 
wewnętrznego  przekonania,  że  tylko  nadludzki  wysiłek  woli  i  chęć  pokazania  swojej 
odporności wstrzymuje generała przed wywrzeszczeniem tych kilkunastu słów. 

To  zdanie  miało  potworną  wagę,  na  nie  Sas  i  kilka  tysięcy  jemu  podobnych  oficerów 

czekało od kilkunastu pokoleń, od czasu rozbicia jednolitej kiedyś społeczności Dugei. Jego 
twarz  nie  wyrażała  żadnych  emocji,  ale  niezadowolone  spojrzenie  generała  uprzytomniło 
mu,  że  Rakody  oczekiwał  jednak  żywszej  reakcji.  Musiał  potwierdzić  wyższość 
Rakody'ego  delikatnie,  by  nie  przeszarżować  i  nie  okazać  się  niegodnym  stanowiska,  a 
jednocześnie pogłaskać poczucie własnej wartości przełożonego. Odrobinę szerzej otworzył 
oczy i przełknął ślinę z minimalnym chlipnięciem. Zobaczył aprobatę w oczach Rakody'ego 
i niezauważalnie odetchnął. 

-  Za  dwa-trzy  dni  będziemy  tu  mieli  posiedzenie  Sztabu  Generalnego  Federacji  w 

poszerzonym o kilka osób składzie - powiedział cicho Rakody. - Zapadnie pewna decyzja o 
kapitalnym znaczeniu - teraz tchnął, wydmuchał te kilka słów, ale Sas i tak sczytał je z ust 
generała, rozumiał wszystko, słyszał wszystko tak wyraźnie, że nie był nawet pewien, czy 
przypadkiem nie odbiera myśli, a nie wypowiedziane słowa. Pyknął wargami i koniuszkiem 
języka oblizał je. 

Generał Rakody odrzucił korpus na oparcie, manifestując zakończenie rewelacji, a może 

dając  Sasowi  czas  na  wchłonięcie  ich.  Pułkownik  odczekał  chwilę  i  zrobił  to  samo,  jego 
twarz manifestowała teraz pracę mózgu. Na dłuższąchwilę zamilkli. 

  

background image

Niższa, skorupiasta warstwa pociemniała wyraźnie. Sznur był teraz widoczny  słabo, ale 

Marat  Boole  nie  przerywał  marszu.  Postanowił  iść  dopóki  starczy  sił,  dopóki  będzie  w 
stanie  odróżnić  drogę  i  nie  narażać  się  na  kontuzje  i  dopiero  wtedy  zrobić  porządny 
odpoczynek,  przespać  się,  przedtem  zjeść  koncentrat  i  napić  się,  a  po  przebudzeniu,  gdy 
górną taflę oświetli Salar, iść dalej. 

Rzut, siedem kroków, nóż do łapy i rzut. Sześć kroków, bo dziura, nóż do łapy, rzut przez 

dziurę. Płytka,  można  iść.  Rzut, siedem kroków nóż do łapy...  Rzut... rzut... kroków... do 
łapy... rzut do łapy... 

Zatoczył się, potknął i przebiegł kilka kroków do przodu, nóż ze zgubionym sznurkiem 

został  gdzieś  z  tyłu,  na  szczęście  teren  w  tym  miejscu  był  równy.  Marat  zatrzymał  się, 
odetchnął kilka razy głęboko. Odwrócił się sztywno i wrócił po nóż. Schylił się po sznurek i 
nie próbował już nawet wyprostować się. Opadł na brzuch i dłuższą chwilę leżał bez ruchu. 
Wystarczyło,  by  skoncentrował  się  i  wytłumaczył  sobie,  że  to  co  robi  ma  tylko  pozory 
odpoczynku,  przewrócił  się  na  plecy,  wyjął  z  kieszeni  tabletkę  koncentratu  i  zestaw  do 
oczyszczania  wody.  Zdecydował,  że  najpierw  przygotuje  płyn,  i  tak  musi  postać  kilka 
minut, a dopiero potem zacznie żuć gumiastą kostkę. Rozdarł jeden z sześciu woreczków i 
wyjął z niego trzy okrągłe drażetki. Położył się na plecach i napiął przeponę. 

Stęknął. Nic. Zerwał się  na równe  nogi  i szarpnął  suwak od pasa w dół. Napiął  znowu 

mięśnie koncentrując się na pęcherzu, z ogromną ulgą poczuł wypływ moczu, złapał wątłą 
strużkę  w  woreczek,  nie  dopuszczając  by  zmarnowała  się  choć  kropla.  Niecała  szklanka. 
Wrzucił do woreczka żółtą tabletkę, zapiął go i sprawdził szczelność zamknięcia. Ostrożnie 
potrząsał miękkim naczyniem kilkanaście sekund, aż zobaczył, że płyn wyraźnie ciemnieje. 
Dla pewności zapalił na chwilę latarkę. Otworzył zamknięcie i wrzucił czerwoną tabletkę, 
nie było mowy o pomyłce - należało wrzucać tabletki o aktualnym kolorze płynu. Zamknął 
znowu  woreczek  i  potrząsnął  kilka  razy.  Usiadł  w  końcu  i  oparł  woreczek  o  nogę tak,  by 
zamknięcie było na wszelki wypadek na górze. Rozdarł folię z kostki koncentratu i odgryzł 
kawałek sprężystej masy. Zaczął żuć choć wiedział, że bez śliny, bez jakiejkolwiek wilgoci 
koncentrat nie  ma zupełnie  smaku, ale  nie chodziło  mu o przeżycia gourmanda, doznania 
smakowe, tylko o utrzymanie się przy życiu. Szczególnie, gdy się weźmie pod uwagę, czym 
będzie za chwilę popijać swój posiłek. Ucieszył się, gdy ślinianki wydusiły z siebie nieco 
śliny i kostka zaczęła smakować słodko i poczuł nawet jakiś przyjemny aromat w ustach. 

Zacisnął  kostkę  w  zębach  i  zapalił  latarkę,  w  jej  świetle  obejrzał  woreczek  z 

przeźroczystą  teraz  cieczą  i  kilkanaście  grudek  na  jej  dnie.  Otworzył  woreczek  i  wrzucił 
ostatnią,  białą,  tabletkę.  Teraz  nie  zamykał  już  foliowego  naczynia;  nie  chodziło  mu  o 
ciepły płyn, ale o zimny i z przyjemnością poczuł, jak woreczek staje się coraz zimniejszy, 
a  w  ostrym  świetle  latareczki  zobaczył,  że  grudki  na  jego  dnie  zbijają  się  w  jedną  sporą 
bryłkę,  coraz  twardszą.  Gdy  nacisnął  palcami  i  nie  ugięła  się  pod  naciskiem,  odłożył 
koncentrat na udo i wlał w usta pierwszych kilkanaście kropel. Rozprowadzał je dokładnie 
po  jamie  ustnej,  choć  wsiąkły  od  razu  w  wiórowaty  język.  Wlewał  w  usta  kolejne  małe 
porcje i z każdąpostępował podobnie, coraz wyraźniej czuł wilgoć na języku i podniebieniu. 
Co raz więcej płynu mógł połknąć po spłukaniu dziąseł. W końcu, mniej więcej w połowie 
zawartości wypił po prostu kilka  malutkich  łyczków. Oderwał  się od woreczka, starannie 
zapiął go  i znowu oparł o nogę. Odgryzł połowę z resztki kostki  i zjadł z przyjemnością. 
Kostka  jakby  pęczniała  w  żołądku,  syciła  błyskawicznie  i  nawet  zasilała  mózg 
optymizmem. 

background image

Już nie odrywał się od koncentratu, zjadł całą porcję i nawet nie bardzo chciał więcej, to 

była  dobra,  przemyślana  rzecz,  ten  koncentrat.  Wypił  dwie  trzecie  płynu  z  woreczka  i 
przejechał  rękami  dookoła  siebie.  Znalazł  małe  wgłębienie,  w  którym  ułożył  woreczek  z 
resztą zawartości w  bezpiecznej pozycji  i odsunął się od niego. Przewrócił się  na  brzuch, 
rozłożył  nogi  i  przywarł  policzkiem  do  zgiętego w  łokciu  przedramienia.  Minutę  później 
spał. 

  

Ręcznik śmierdział wojskowym kiblem, nawet nie preparatem używanym do czyszczenia 

sracza,  ale  całym  kiblem.  Miał  taki  sam  zapach  gówna,  szczyn,  bździn  i  spermy.  Terek 
Calomer  odsunął  go  od  twarzy,  wciągnął  przez  nos  powietrze  i  znowu  zanurzył  twarz  w 
ręczniku. Zmiął go i rzucił w kąt obok wanny. 

Wyszedł z łazienki w zepsutym na cały dzień humorze. Zszedł na dół i zajrzał do kuchni. 

- Jabel, przestajemy kupować ten zakichany proszek z wojskowych wyprzedaży. Rzygać 

się od niego chce. 

Jabel wzruszyła ramionami i pomieszała łyżką w patelni. 

- Zawsze uważałam, że to gie. Ale ty go kupowałeś. 

- A ty może nie wiesz dlaczego, co? Masz forsę na porządny proszek? 

Przecież to nie z miłości do wojska! I świetnie o tym wiesz, ale lubisz mnie ustawiać w 

każdym  momencie  i  w  każdej  pozycji.  Powinnaś  zamiast  mnie  pójść  służyć.  Byłabyś 
świetnym  drylerem.  I  ja  bym  na  tym  skorzystał,  jakbyś  się  wyładowała  na  plutonie  tych 
biedaków, to może byłabyś milsza dla mnie, krew by zalała... 

Odwrócił  się  i  wyszedł  z  kuchni.  Jak  zawsze  brakowało  mu  satysfakcji,  poczucia 

zwycięstwa po dyskusyjce z żoną. Dawno temu zrozumiał, że nigdy tego uczucia nie zazna, 
bo Jabel nie wiedziała co to fair play, gdy brakowało jej argumentów, mówiła po prostu: ,,- 
No to co?" albo coś w tym stylu. Albo po prostu przestawała go słyszeć. 

Wszedł  do  jadalni  i  przywitał  się  ze  szwagrem.  Falt  zerwał  się  z  kanapy  i  podszedł 

uścisnąć  mu  dłoń.  Terek  lubił  go,  uważał  za  jedynego  porządnego  faceta  w  całej  tej 
nadmiernie rozpłodzonej rodzinie. Fajny gość, tyle że zupełna oferma. Najgorszy dupek w 
całej  Federacji  mógłby  go  okręcić  pięćdziesiąt  razy  dookoła  palca  i  nawet  by  tego  nie 
zauważył. 

Usiedli w fotelach pod ścianą i jednocześnie spojrzeli na sterczący z niej ustnik papierosa. 

Terek uśmiechnął się widząc łakome spojrzenie Falta. 

- Ciągnij pierwszy. Ja zawsze mogę za pół godziny sztachnąć się w bazie. 

Falt  wyciągnął  rękę  i  szarpnął  ustnik.  Przyssał  się  do  niego  i  zaciągnął  mocno. 

Przytrzymał chwilę dym w płucach i wypuścił go długą wąską strugą. 

background image

-  Że  też  nie  można  tego  do  woli...  -  powiedział  i  przekazał  ustnik  Terekowi.  Z 

wdzięcznością przyjął niedbałe skinięcie dłoni szwagra i zaciągnął się drugi raz. - Z drugiej 
strony dobrze, bo bym się zapalił na śmierć. 

- No to wszystko w porządku, nie? - Terek wyciągnął rękę i przejął papierosa, chciał też 

się sztachnąć zanim pójdzie gówno. Zdążył jeszcze, bo dym miał właściwy, co nie znaczy 
dobry, aromat. Oddał ustnik Faltowi i odszedł w ogóle pod okno. 

Usłyszał kaszel szwagra i odwrócił się. Falt odpędzał ręką dym sprzed twarzy, a potem 

pełen wiary w cud zaciągnął się jeszcze raz. Wypuścił dym z ust nawet nie zaciągając się, z 
żalem wcisnął ustnik w gniazdo i wstał. Terek pomyślał, że zrobił to, bo chciał wciągnąć do 
płuc przynajmniej rozrzedzony dym z poprzednich sztachów. 

- Jak tam twoja nowa praca? - zapytał. 

-  Dooobrze  -  optymistycznie  bryknął  głową  Falt.  -  Tam  pracują  faceci  z  głowami,  o 

takimi  -  zakreślił  rękami  w  powietrzu  kwadrat  o  boku  co  najmniej  pół  mita.  -  Dam  ci 
przykład.  Przyszedł  do  nas  facet  w  zeszłym  miesiącu.  Przedsiębiorca  budowlany.  Chciał 
budować hotel, miał nagrany plac, kupił go nawet za psie pieniądze, cieszył się,  że blisko 
centrum  i  tak  tanio.  Ale  okazało  się,  że  plac  jest  zbyt  blisko  szpitala  i  sekretarz  mera  do 
spraw  medycznych  stanął  okoniem.  No  to  on  do  nas.  A  my  co!  -  Falt  podniósł  palec, 
wzmagając  w  swoim  przekonaniu  napięcie.  -  My  proszę  ciebie,  główkujemy.  Cztery  dni. 
Potem wywiad, też cztery dni. Potem właściwa akcja i tydzień temu facet dostał placet na 
budowę.  A  wiesz  w  jaki  sposób?  W  życiu  nie  zgadniesz!  -  klasnął  w  ręce  i  zatarł  je 
radośnie. - Otóż pewien urzędniczek w merostwie dostał kilka tysięcy i instrukcję. Podszedł 
w  sprzyjającym  momencie  do  sekretarza  i  szepnął  mu,  że  mer  dostał  co  trzeba  i  teraz 
dopieprzy sekretarzowi za to, że się boczy w sprawie tego hotelu. Rozumiesz? I sekretarz 
szybciutko nasmarował zezwolenie. A dziś tam już skończyli robić wykop, pod ten hotel, 
rzecz jasna. I klienta kosztowało to mniej w sumie niż łapówka dla sekretarza albo mera, i 
nam kapnęło, i miasto ma hotel. Dobre, nie? 

-  Aha!  Rzeczywiście  sprytne  -  Terek  chciał  coś  powiedzieć,  ale  weszła  Jabel  i  obaj 

posmutnieli natychmiast. 

Podczas  śniadania  nie  padło  ani  jedno  słowo,  Jabel  koncentrowała  się  na  ulubionej 

czynności, mężczyźni wpychali w siebie zbyt tłuste jak na ich gust łojowate kawały mięsa z 
sosem liborette. 

Zaraz  po  śniadaniu  Terek  wstał.  Poszedł  do  sejfu  po  broń  i  do  szafy  po  czapkę  i  pas. 

Ubrał  się,  sprawdził  swój  wygląd  w  lustrze  i  wsadził  głowę  do  jadalni.  Falt  siedział  i 
postukiwał  palcami  o  blat  stołu,  Jabel  po  proszu  siedziała  i  cmokała  wyciągając  strzępy 
mięsa ze szpar w zębach. 

- Cześć, Falt! Lecę. 

Zdążył  jeszcze  usłyszeć,  jak  żona  wrzeszczy  na  brata,  by  nie  bębnił  tak  w  stół,  bo  ją 

cholera  bierze  i  wyszedł.  Wyprowadził  z  garażu  półsłużbowego  garreta,  opuścił  miękki 
dach i wyjechał na ulicę. 

Było  pusto,  większość  ludzi  wyjeżdżała  wcześniej  do  pracy,  Terek  zazwyczaj  również, 

dzisiaj jednak miał wachtę na wzgórzu numer siedem, a tam mógł dojechać w dwadzieścia 

background image

pięć minut. Wyjechał za miasto i dodał gazu, był sam na niezbyt dobrej szosie i miał silnik 
o mocy osiemdziesięciu kardów. To cieszyło. To należało wykorzystać  i  nacieszyć się  na 
zapas. I Terek robił obie te rzeczy naraz. 

  

Chronometr  obudził  Marata  o  szóstej.  Salar  podniósł  się  znad  horyzontu,  a  cokolwiek 

oświetlało drugą warstwę, nie wzeszło  jeszcze czy  nie  było włączone, w każdym razie ta 
druga  warstwa  była  całkowicie  ciemna.  Marat  choć  przywykł  już  był  do  luki  między 
warstwami,  ucieszył  się  z  perspektywy  marszu  w takich  warunkach.  Szybko  wypił  resztę 
ciepławej  już  cieczy  i  zwinął  sznurek.  Promienie  Salara  rzucały  cień,  lecz  Boole  nie 
głowiąc się już nad tym zjawiskiem, ruszył stosunkowo szybko do przodu. 

Po pół godzinie zobaczył pas cienia biegnący regularnie w poprzek jego dotychczasowej 

drogi. Szybko skręcił i po dwudziestu minutach wdrapał się na szosę. Nie miał wątpliwości. 
Szosa!  Dość  szeroki  pas  gładkiej  powierzchni  rzucający  wyraźny  cień  z  prawej  strony. 
Mógł  teraz  nawet  biec,  mógł  pójść  albo  w  jedną  stronę  albo  w  drugą  i  miał  pewność,  że 
gdziekolwiek by nie poszedł, zawsze dojdzie do ludzi. Na końcach szosy zawsze są ludzie. 
Nie zastanawiał się, poszedł w kierunku,  jaki w  pierwszej chwili obrał. Szedł  szybko, ale 
nie forsował tempa, musiał uwzględnić możliwości pomyłki i konieczności powrotu, poczuł 
wzbierającą  radość  i  nadzieję  na  uratowanie,  oba  te  uczucia  objawiły  się  jakimś  głupim 
kołkiem w gardle. Bez rozczulania się, powiedział sobie. I odwrócił się. 

Daleko  w  tyle  pojawił  się  jakiś  szybko  zbliżający  się  punkt.  Po  chwili  Marat  zobaczył 

żołnierza  siedzącego  w  powietrzu  jakieś  trzy  czwarte  mita  nad  ziemią,  z  nogami 
wyciągniętymi  do  przodu  i  rękami  lekko  ugiętymi  w  łokciach  i  też  skierowanymi  do 
przodu. Żołnierz gnał za nim z prędkością chyba ponad stu kilomitów na godzinę. 

  

Terek  zobaczył  kreskę  na  szosie  cztery  kilomity  przed  posterunkiem.  Człowiek. 

Zmarszczył  brwi  i  przesunął  kaburę  z  laserwerem  na  bok.  Tamten,  ubrany  w  matowy 
kombinezon,  stał  i  czekał  na  niego.  Terek  podjechał,  wyhamował  dziesięć  mitów  przed 
nieoczekiwanym wędrowcem i uważnie go obejrzał. 

Nie  miał  broni,  jeśli  nie  liczyć  noża  za  pasem,  ale  nie  wyglądało,  by  chciał  go  użyć. 

Wytrzeszczał zaczerwienione oczy na Terka i milczał. Może szpieg-Unita, pomyślał Terek i 
położył dłoń na kolbie broni. 

- Koleś, co ty tu robisz? - omal nie dodał:  na wojskowym terenie, ale w ostatniej chwili 

ugryzł się w język. 

Obcy  dziwnie chlipnął  i  zatoczył  się w kierunku Tereka. Zdążył zrobić dwa kroki, gdy 

zobaczył trójkątną lufę, której przedłużenie oparłoby się o sam środek jego czoła. Staną.ł i 
coś wychrypiał. 

-  Głośniej!  Znasz  ten  język?  -  Terek  na  wszelki  wypadek  lewą  ręką  ostentacyjnie 

przestawił fiksator w położenie" Struga". 

background image

-  Jestem  pilotem  podświetlnej  fregaty"  Koniczynka".  Marat  Boole,  pilot  w  stopniu 

sierżanta.  Miałem  wypadek...  jakieś  zakłócenie  w  przestrzeni  i  teraz  nie  wiem,  gdzie 
dokładnie jestem... 

Obcy chwiał się na nogach i robił to bardzo przekonywująco. Unia na pewno mogła sobie 

pozwolić na dobrych agentów, którzy potrafią przekonywująco chwiać się na nogach. Terek 
zastanawiał się chwilę. Nie miał w wozie radiostacji, nie ten stopień. Nie mógł, rzecz jasna, 
zostawić  faceta  na  szosie,  nie  bardzo  mógł  go  wziąć  do  wozu.  "Cholerna  sprawa", 
pomyślał. 

-  Gadaj  jeszcze.  Posłucham  z  przyjemnością  -  powiedział  na  wszelki  wypadek,  chciał 

zyskać trochę na czasie. 

-  Człowieku!  Ja  nie  widzę  Dugei,  wiem,  że  mi  nie  uwierzysz,  sam  bym  nie  uwierzył. 

Chodzę po jakiejś tafli jak ze szkła, nie widzę terenu, po którym chodzę. Nie widzę ludzi, 
ptaków,  zwierząt,  domów,  samolotów.  Nic!  Już  myślałem,  że  Unia  nas  zaatakowała  i 
jesteśmy  załatwieni  -  obcy  zaczął  krzyczeć  falsetem,  ale  głos  mu  się  załamał  i  na  końcu 
zdania zapiał skrzekliwie. 

- Za takie gadanie powinienem cię rozstrzelać! - Terek ucieszył się. Akurat wiedział, jak 

zareagować  na  ostatnie  zdanie,  ale  reszta  tak  nie  trzymała  się  kupy,  że  agent  musiał 
zwariować  rzeczywiście.  Przecież  nie  udawałby  wariata  tak  głupio.  Oczywiście,  nie  miał 
zamiaru  strzelać  do  obcego,  tym  bardziej,  że  podobno  miał  starszy  stopień,  cholera  wie, 
może  nie  łże.  Może  rzeczywiście  miał  wypadek  i  wszystko  mu  się  śwignęło?  Tylko  co 
robić? Z jednej strony - szansa na nagrodę, z drugiej - jak facetowi odbije do końca? - Te! 
Jak jesteś pilot, to garreta tym bardziej poprowadzisz, nie? - agent otworzył usta, ale Terek 
postanowił nie bawić się więcej w konwersacje. - No to wsiadaj i prowadź. Ja siądę z tyłu i 
oprę lufę na twoim karku, więc nie próbuj żadnych sztuczek, jasne? 

Agent jakoś dziwnie zadrżał, lewe kolano wystrzeliło mu do przodu, podgięła się prawa 

noga i niemal runął na szosę. Terek w ostatniej chwili powstrzymał się, by nie wsadzić w 
gościa strugi. 

- Wsiadaj! - wrzasnął Calomer. 

- Nie mogę... - jęknął agent - ...ja nie widzę żadnego pojazdu... - z 

gardła wydobył mu się jakiś charkot. 

Terek  szybko  przesunął  lufę  w  bok  i  nacisnął  spust.  Smuga  wbiła  się  w  brzeg  szosy, 

dokładnie  tam  gdzie  chciał  Terek.  Zagotował  się  asfalt,  buchnął  czarny  śmierdzący  dym. 
Agent zaczął zbliżać się do pojazdu Tereka. Calomer wolno, nie spuszczając lufy z głowy 
agenta,  wlazł  na  siedzenie  i  ostrożnie  przestawił  najpierw  jedną,  potem  drugą.  nogę  na 
skrzynię z tyłu. 

-  Chodź-chodź.  Wsiadaj  i  do  przodu.  Bez  cudów,  bo  zanim  umrzesz,  zobaczysz,  jak  ci 

mózg wycieka. 

Obcy podszedł bliżej, wyciągnął rękę jak niewidomy w kierunku drzwiczek wozu. Zrobił 

to doskonale, jak prawdziwy ślepiec. Wysunął rękę jeszcze dalej i jego dłoń przeszła przez 
wzmocnioną blachę burty garreta. Terek otworzył usta i pisnął. Laserwer wypadł z dłoni i 

background image

grzmotnął o podłogę,  jakimś cudem  nie ucinającTerekowi obu  nóg. Calomer zadławił  się 
powietrzem, ale umysł miał dziwnie jasny i widział świetnie, jak obcy z jakimś dziwnym 
histerycznym śmiechem wchodzi w jego wóz jak słup w wodę, przecina piersią kierownicę 
i zatrzymuje się między siedzeniami. Wyrastał częściowo z maski, częściowo, od krocza, z 
siedzeń. Miał twarz szaleńca, wykrzywioną w niesamowitym grymasie, błyszczały zęby, z 
których zsunęły się szare spękane wargi. Z kącika górnej sączyła się wąskim strumyczkiem 
smużka krwi. 

Upiór podniósł rękę,  lecz zamiast przyciągnąć Tereka  i za  jednym zamachem  wyssać z 

Calomera całe pięć litrów krwi, trzepnął go dłonią w twarz. Zrobiłto mocno, słońce plasnęło 
Tereka w oczy i chwilę nie widział nic tylko czerwone kręgi, jakby dłuższą chwilę patrzył 
w Salar bez okularów. Gdy kółka spłynęły, Terek pomyślał, że wolałby  jednak patrzeć w 
Salar niż w oczy strzygi, która przybrała postać agenta Unii i zmasakrowała duszę zastępcy 
komendanta posterunku sił zbrojnych Federacji. 

- Zrozum, że ja naprawdę przeżyłem katastrofę - powiedział upiór.  

Postaraj się przez chwilę myśleć. Sytuacja jest niesamowita, ale tylko spokojnie możemy 

do czegoś dojść. Ja już od kilku dni przeżywam koszmar, musisz mi uwierzyć. Widzę coś, 
czego nie ma i nie widzę tego, co jest, zupełnie bez sensu. Teraz widzę ciebie, jak lecisz w 
powietrzu. Pomyśl, przecież takiej sztuczki nie można zrobić w żaden sposób - mężczyzna 
zrobił trzy kroki w tył i przez maskę wycofał się na szosę. W miarę wychodzenia wyrastały 
mu  nogi,  aż  stanął  cały  z  butami  i  patrzył  na  Tereka.  Calomer  pochylił  się  i  podniósł 
laserwer. Ścisnął go w dłoni. Jeśli upiór, to i tak nic go nie weźmie, a jeśli szpieg, to może 
być nawet w dwóch kawałkach. Nagroda i tak będzie w całości. 

  

- Marios, zwalniam cię z aresztu. Zawieszam wykonanie kary. 

Elt stał nieruchomo, tak jak powinien stać w trakcie rozmowy z przełożonym. 

Wbił  wzrok  w  czoło  Sasa  i  by  nie  marnować  czasu,  wyobrażał  sobie  różnego  rodzaju 

dziury  w  tym  rozległym  placyku.  Sas  sapnął  i  zrobił  przerwę,  by  dać  Mariosowi  czas  na 
okazanie uczuć. Odczekał kilka sekund i kontynuował: 

-  Prowadzisz  nadal  tę  samą  sprawę,  kryptonim"  Szafir".  Dostajesz  najwyższy  priorytet. 

Mam  nadzieję,  że  potrafisz  to  wykorzystać  i  niedługo  zameldujesz  się  z  jakimiś 
konkretnymi  wynikami.  Idź  po  przepustkę  -  wyłupiaste  oczy  drgnęły  nieco  i  kapiten 
zrozumiał, że oznacza to koniec rozmowy. 

Podniósł  lewą  rękę  do  ucha,  wykonał  zwrot  i  wyszedł  z  gabinetu  pułkownika.  Po  raz 

drugi w ciągu doby odbierał od Altina przepustkę i po chwili broń. Wyszedł na korytarz i 
zastanowił  się  chwilę,  uznał,  że  najpierw  musi  się  zapoznać  z  wynikami  badań  trzech 
członów" Koniczynki" . Znalazł wolny pokój operacyjny i zablokował drzwi. Usiadł przed 
monitorem komputera i wsunął w szczelinę nad klawiaturą przepustkę, włączył mikrofon i 
podał  kryptonim.  Na  ekranie  pojawiła  się  specyfikacja  posiadanych  danych  w  sposób 
bardziej  lub  mniej  ścisły  związanych  z  operacją  "Szafir".  Były  tam  kompletne  dane  o 
fregatach  klasy"  Pellurus",  życiorys  Marata  Boole  z  danymi,  które  jego  samego  by 
zdziwiły, raport komputera pokładowego i świeże dane z poligonu w górach Seyera. Marios 
postanowił zacząć od tych właśnie danych. 

background image

-  Proszę  na  ekran  te  dane  z  fregaty,  które  różnią  się  w  jakikolwiek  sposób  od 

modelowych.' 

Rozpoczął przegląd i dokończył go sumiennie, choć wszystkie różnice dotyczyły tylko i 

wyłącznie  tych  wartości,  które  musiały  w  czasie  lotu  ulec  zmianie  -  ilość  paliwa,  wody, 
tlenu, żywności.  Kilka  zgubionych  narzędzi, kilkadziesiąt zużytych kombinezonów  i  brak 
jednego.  To  była  jedyna  informacja  w  jakiś  sposób  użyteczna.  Marios  połączył  się  z 
dyżurnym  jednostki  i przekazał  mu  na  monitor aktualne zdjęcie Marata w kombinezonie. 
Polecił  rozpocząć  poszukiwania  pilota,  który  nie  dopełnił  formalności  karencyjnych  po 
lądowaniu  i  wyłączył  się.  Miał  nadzieję,  że  wzmocni  to  nieco  czujność  patroli,  a 
jednocześnie nie spowoduje śmierci Marata z rąk jakiegoś nadgorliwego patrolera. 

Podszedł do ściany z papierosem  i zaciągnąqł się mocno. Zapomniał o Sasie, kajdanku, 

który  na  kilkanaście  godzin  pozbawił  go  wszelkich  praw  i  postawił  niżej  w  hierarchii 
służbowej od najgorszego ciury w jednostce. Myślał o Maracie. Stał pod ścianą i palił, aż 
uprzytomnił  sobie,  że  co  najmniej  dwukrotnie  przekroczył  normalny  limit  sztachnięć. 
Uśmiechnął  się  ironicznie,  pociągnął  jeszcze  raz  i  puścił  ustnik.  Dobry  papierosek  dla 
dobrego  oficera.  Siadając  znowu  przed  ekranem  pomyślał,  że  nie  wie  nawet,  dlaczego 
papieros tak się właśnie nazywa, nie widział związku między dymem z ustnika a papierem. 
Uśmiechnął  się  jeszcze  raz,  szerzej  i  szczerzej,  zainicjował  nowe  zadanie  i  poprosił  o 
wyjaśnienie  etymologii  słowa  papieros.  Tym  razem  komunikat  wywołał  zmarszczkę  na 
czole kapitena Elta Mariosa. "Zastrzeżone". Zastrzeżone? 

  

- To co zrobimy? - Terek Calomer spojrzał na Marata. 

-  Zamelduj  komuś  Marat  przerwał.  -  Nie,  to  bez  sensu.  Nikt  ci  nie  uwierzy.  Daleko 

jedziesz? 

- Jeszcze dwa kilomity. Tam jest telefon  - Terek potarł brodę, sięgnął do skrytki  i wyjął 

termos.  Odkręcił  nakrętkę  i  nalał  do  niej  pieniącą  kawę.  Kątem  oka  widział  jak  Marat 
obserwuje go z zainteresowaniem. Nie widział termosa, czy co? - Masz, łyknij - wyciągnął 
kubek w stronę Marata. 

Boole pokręcił głową. Uśmiechnął się z zakłopotaniem. 

-  To  dla  mnie  nie  istnieje,  jak  cały  twój  wóz.  Nie  rozumiem  tego,  ale  tak  jest  -  widząc 

zdziwione  spojrzenie  Tereka,  ostrożnie  wsadził  palec  między  jego  rozstawione  palce 
trzymające  kubek.  Dłoń  przeszła  przez  kubek,  zasłaniając  na  króciutką  chwilę  fragment 
ścianki naczynia i małą powierzchnię jasnobrązowego płynu. Terek potrząsnął głową. 

- To niesamowita historia. Zaczynam się bać, że zwariuję. 

Marat podszedł bliżej i dotknął jego ramienia. 

- Nie tak szybko, kolego. Jak się okazuje, człowiek nie wariuje tak szybko. 

Jestem tego najlepszym dowodem. Wypij to...  - pokazał brodą dłoń Calomera i idziemy. 

Pojedziesz wolniutko, to nadążę za tobą. 

background image

Terek szybko łyknął kawy, ale nie smakowała mu, może ten palec Marata w kubku, może 

po  prostu  podły  gatunek  spowodowały,  że  po  pierwszym  łyku  wylał  zawartość  na  drogę, 
zamknął termos i uruchomił silnik. Ruszył wolno, Marat szedł po jego lewej stronie. Mieli 
trochę  kłopotów  z  zsynchronizowaniem  swych  prędkości,  po  paru  minutach  wszystko  się 
jakoś ustaliło i zgodnie przebywali mit za mitem, aż po pół godzinie dotarli do posterunku. 

Terek  zahamował,  wyskoczył  z  wozu  i  podszedł  do  bramy.  Wystukał  kod  wejściowy. 

Uzgodnili  po  drodze  z  Maratem,  że  nie  będzie  opowiadał  tu o  niewidzialnym  człowieku, 
chyba żeby ktoś jeszcze Marata widział. Brama otworzyła się i weszli obaj na dziedziniec. 

Terek szybko podszedł do kaprala Ounda. Zasalutował i wyrecytował: 

-  Muszę  szybko  złożyć  meldunek  do  sztabu.  Proszę  o  zezwolenie  na  pominięcie  drogi 

służbowej. 

Ound spojrzał zdziwiony i zanim zdążył przemyśleć sprawę, machnął ręką. Terek pobiegł 

do budynku z centralką łączności, wbiegł do pomieszczenia z telefonami i krzyknął: 

- Wypieprzać stąd wszyscy! Rozkaz kaprala, gazem! 

Poczekał,  aż  wszyscy  wyszli  i  usiadł  przed  monitorem.  Dotarło  do  niego,  że  ogołocił 

centralkę z obsługi. Centralkę posterunku! Jeżeli ten Marat nawali w jakiś sposób albo coś 
nie zagra, to już chociażby z tego powodu do końca zasranego życia nie wyjdzie z silosu 
rakietowego. Przełknął ślinę i wcisnął klawisz wywołania alarmowego. 

Na  dziedzińcu  Marat  zrobił  kilka  kroków  w  bok  i  usiadł.  Pomyślał,  że  gdyby  sytuacja 

była  choć  trochę  inna,  śmiałby  się  widząc  Tereka  salutującego  pośrodku  pustej  szklanej 
tafli,  biegnącego  po  schodkach  z  powietrza  i  siedzącego  aktualnie  w  niezbyt  swobodnej 
pozie i mówiącego coś do nieistniejącego mikrofonu. 

  

Terkot monitora oderwał Mariosa od papierosa, którym się raczył ponad wszelką miarę. 

Wypalał  właśnie  przydział,  który  normalnie  wystarczyłby  mu  na  dwa  dni.  Puścił  ustnik  i 
skoczył do monitora. Na ekranie zobaczył twarz dyżurnego. 

-  Kandydat  Terek  Calomer  z  posterunku  numer  siedem  złożył  właśnie  bardzo  dziwny 

meldunek.  Normalnie  posłałbym  po  niego  karetkę,  ale  on  mówi  cośo  zaginionym  pilocie 
Maracie  Boole.  Przełączam  -  dyżurny  wyciągnął  rękę  i  na  ekranie  monitora  Mariosa 
pojawił się zdenerwowany Terek. Widząc kapitena zaczął zrywać się z fotela. 

- Siedź! Mów szybko, co wiesz Maracie Boole? - krzyknął Marios. 

-  Godzinę temu  spotkałem  na szosie  jakiegoś  faceta w szarym kombinezonie.  Chciałem 

go  zatrzymać,  bo  znajdował  się  na  wojskowym  terenie,  ale  się  okazało,  że  on  nie  jest 
zupełnie  normalny.  To  znaczy...  On  przechodzi  przez  mój  samochód,  jakby  go  nie  było, 
nikt  oprócz  mnie  go  nie  widzi,  a  on  z  kolei  nie  widzi  nikogo  prócz  mnie  i  też  nie  widzi 
budynków  posterunku...  Nikomu  o  nim  nie  mówiłem,  składam  meldunek  i  proszę  o 
instrukcję, bo nie wiem, co robić. On nie może nawet pić z mojego termosa, bo dla niego 
ten termos nie istnieje. To w skrócie tyle... - zakończył jak cywil. 

background image

Marios  poczuł,  jak  mózg  wchodzi  na  wysokie  obroty.  Kilkanaście  wariantów  działania 

przeleciało  przez  głowę.  To  było  przyjemne  -  sprawny  umysł,  ciekawa  sprawa.  Elt 
przemyślał sprawę ze wszystkich stron. Pochylił się do ekranu. 

- Posłuchaj mnie dobrze. Za dziesięć minut wyląduję pół kilomita od twojego posterunku 

na szosie. Wyjdziesz z Maratem i tam się spotkamy. Postaraj się, by nikt nie zauważył, że 
ktoś z tobą jest, rozumiesz? Mów do niego tak, by nikt cię nie słyszał. I czekajcie na mnie 
na szosie. Zawołaj tu swojego kaprala, powiem, by cię zwolnił ze wszystkich zajęć. 

Terek  zerwał  się  i  zasalutował,  zanim  kamera  zdążyła  przesunąć  się  ku  górze.  Marios 

zobaczył tylko wyprężony brzuch i po chwili w pole widzenia weszła twarz kaprala Ounda. 
Gdy zobaczył kapitena, jego krótko ostrzyżone włosy wyprężyły się, Marios nie zajmował 
się jednak kulistą w tej chwili czaszką kaprala, szybko wydał rozkaz zwalniający kandydata 
Tereka z wszelkiej podległości i wyskoczył z pokoju. Minutę później siedział już w kabinie 
flyera i darł z całych sił w kierunku wzgórza numer siedem. 

  

Terek  wyskoczył  z  centralki  i  rozejrzał  się  po  dziedzińcu.  Zobaczył  Buzo,  Chersefa  i 

Urwa,  stojących  pod  murem  i  przyglądających  mu  się  z  ciekawością.  Zobaczył  trzy 
pancerniki  z  lufami  skierowanymi  w  różne  strony,  widział  normalny  dziedziniec,  znany 
doskonale, na którym nie było miejsca dla rzeczy dziwnych i nienormalnych, i na którym 
takich rzeczy aktualnie nie było. Marat zniknął. 

Calomer  w  ułamku  sekundy  wyobraził  sobie  aferę  jaką  rozpętał,  wyobraził  sobie 

wszystkie  konsekwencje,  choć  w  jakimś  przebłysku  zdrowego  rozsądku  zrozumiał,  że 
najprawdopodobniej  nie  jest  w  stanie  przewidzieć  wszystkich.  Zdjął  czapkę  i  przetarł 
zroszone zimnym potem czoło. I wtedy zobaczy, jak z pancernika, z tej bryły najtwardszej 
stali,  wyłania  się  Marat  i  idzie  w  jego  kierunku.  Terek  zrobił  kilka  kroków  i  usiadł  na 
niskim stopniu schodków. Zanim Marat doszedł do niego, odzyskał już w pewnym stopniu 
kontrolę nad umysłem. 

- Mamy stąd wyjść tak, żeby cię nikt nie widział  - syknął przez zęby, gdy Marat zbliżył 

się dostatecznie. 

- A ktoś tu jest? - zapytał Boole. 

- Tak. Idź za mną - Terek wstał i poszedł do bramy. Wystukał kod wyjściowy, przeszedł 

przez  szerokie  wrota  i  nie  czekając  na  Marata  poszedł  szybko  szosą,  którą  przed 
dziesięcioma  minutami  przyjechał.  Flyer  pomalowany  w  żółto-popielato-brązowe  plamy 
lądował właśnie jakieś trzysta mitów przed nimi. 

  

Kapral Ound zrozumiał i wykonał polecenie kapitena z punktu dowodzenia Grupy Smok. 

Ale  nikt  nie  zabraniał  mu  myśleć  i  obserwować,  wyszedł  więc  na  taras  obserwacyjny  i 
wycelował  w  plecy  oddalającego  się  Tereka  lornetę  krzyżową.  Chwilę  obserwował 
podwładnego,  który  niespodziewanie  wyrwał  mu  się  spod  kontroli,  a  potem  przerzucił 
celownik na lądujący flyer. Wysiadł z niego ten sam kapiten z punktu dowodzenia, Ound 
odczytał  jego  numer  i  na  wszelki  wypadek  podyktował  go  do  małego  magnetofonu  na 
lewym ramieniu. Obserwował, jak Terek zbliża się do kapitena i jak tamten, stojąc bokiem 

background image

do Calomera, patrzy gdzieś w dal, a  następnie wyciąga rękę  i chwyta coś w dłoń.  Kapral 
Ound  był  pewien,  że  łapał  jakiegoś  przelatującego  owada,  ale  kapiten  strasznie  długo 
trzymał dłoń wyciągniętą i potrząsał nią, jakby chciał dokładnie tę muchę zgnieść. Dopiero 
potem odwrócił się do kandydata Calomera i o coś go zapytał. 

Kapral  zaklął  pod  nosem  i  kazał  migiem  wciągnąć  na  taras  mikrofon  kierunkowy. 

Przypadł  znowu  do  okularów  lornety.  Terek  mówił  coś,  kapiten  słuchał,  co  jakiś  czas 
odwracając  głowę  w  bok,  jakby  miał  potwornego  zeza  i  nawet  mówił  trzymając  głowę 
odwróconą.  Calomer  wyszarpnął  nagle  coś  zza  pasa  i  kapral  zdrętwiał  pewien,  że  będzie 
świadkiem zabójstwa kapitena, ale przedmiot okazał się zwykłym termosem, który Calomer 
tuż przed wyjściem z posterunku wyjął ze swojego garreta. Wyciągnął rękę przed siebie i 
trzymał  go  dłuższą  chwilę,  potem  podał  go  kapitenowi.  Ten  również  potrzymał  chwilę, 
rozdziawił usta i stał tak chwilę osłupiały. Zdjął czapkę i wytarł czoło. 

-  Gdzie  ten  mikrofon?  Chcecie,  żebym  wam  dupy  zakołkował?  -  ryknął  kapral 

podniecony do najwyższych granic. Dwaj kandydaci rwali przez dziedziniec z długą rurą i 
małą skrzynką w rękach. Kapral przypadł do szkieł. 

Para na szosie rozmawiała chwilę, w ten sam dziwny sposób, kręcąc szyjami na wszystkie 

strony,  jakby  bali  się, że ktoś ich podejrzy.  W pewnej  chwili zakręcili  się, Ound  usłyszał 
obok  siebie  sapanie  kandydatów  i  poczuł  wtykany  do  ręki  mikrofon.  Wycelował  go  w 
kierunku Calomera i kapitena. 

-  ...śli widzisz  flyer, to możesz  nim  lecieć, tak to  chyba dotychczas wyglądało.  Tak czy 

nie? - usłyszał Ound głos kapitena. 

Odpowiedzi  nie  było.  Kapral  zaklął  ohydnie  i  przekręcił  do  oporu  potencjometr.  W 

szkłach lornety widział, jak kandydat Calomer i nieznajomy kapiten patrzą na flyer, potem 
nagle kiwają do siebie radośnie i wskakują w otwarte drzwiczki. Ryk silnika wzmocniony 
setki  razy  eksplodował  w  uszach  kaprala  Ounda.  Zwalił  się  z  nóg  jak  kłoda.  Zanim 
podwładni  domyślili  się  i  zdjęli  z  uszu  kaprala  słuchawki,  jego  organy  słuchu  uległy 
nieodwracalnym uszkodzeniom. Kapral wylądował w szpitalu, a wkrótce potem w pewnym 
nieźle zabezpieczonym obiekcie w zupełnie nieznanej mu okolicy. Ound uparcie nie chciał 
odstąpić  od  jakiejś  głupiutkiej  historyjki  i  dostał  miejsce  w  pokoju  dla  tak  zwanych 
nieagresywnych. Był tam już jeden podglądacz. I koprofag. 

  

- I na posterunku nie widziałeś nikogo? - Marios zadał kurs autopilotowi i odwrócił się do 

Marata. 

- Nikogo i nic - powiedział tamten zmęczonym głosem. 

-  Wszedł  w  pancernik  nawet  tego  nie  zauważając  -  wtrącił  się  Terek.  Marios  pokręcił 

głową. Sprawa była niesamowita, choć może nie było to najbardziej adekwatne określenie. 

- Niewidzialny i jednocześnie niewidomy, nie? - odwrócił się do Marata. Wyciągnął rękę 

i złapał pilota za ramię. 

-  Nie  przejmuj  się.  Nic  innego  nie  mogę  ci  na  razie  poradzić.  Musisz  jeszcze  trochę 

pocierpieć.  Może  się  wszystko  ułoży  -  nie  bardzo  w  to  wierzył,  ale  przecież  nie  można 

background image

powiedzieć komuś, że może sobie wybić z głowy normalne życie i nie przejmować się tym, 
bo  co  to  pomoże.  -  Znam  dość  dokładnie  twoją  sprawę  -  Marat  nie  podnosząc  głowy  z 
oparcia  odwrócił  ją  i  spojrzał  na  kapitena.  -  Jedyne  co  mi  się  nasuwa,  to  że  przez  te 
osiemdziesiąt  cztery  sekundy  byłeś  w  jakimś  polu  o  nieznanej  nam  strukturze  i  zostałeś 
jakby trochę przerobiony, w każdym razie wyszedłeś z niego nieco inny. Ale skoro widzisz 
mnie, kandydata i ten flyer, to nie jest aż tak źle - Elt uśmiechnął się szeroko do Marata.  - 
Hej! A może chcesz się napić? Albo zjeść coś? Tu jest też termos. Codziennie wkładają tu 
rano  świeżą  kawę,  a  wieczorem,  jeśli  nie  jest  wypita,  trafia  do  kotła  niższych  szczebli  - 
Marios sięgnął do skrytki i wyjął duży czarny termos. 

Terek przypominał sobie smak wieczornej kawy za każdym razem inny i zrozumiał nagle 

genezę  tego  fenomenu.  Popatrzył  na  Marata  i  zobaczył  złość  na  twarzy  tamtego.  Marios 
przez chwilę  nie rozumiał o co chodzi, patrzył  zdziwiony  na  Marata zamykającego oczy. 
Terek wyciągnął rękę i dotknął ramienia kapitena. 

- On go nie widzi - powiedział. 

Marios popatrzył na niego jak na wariata. 

- Przecież widzi flyer, to dlaczego miałby nie widzieć termosu? - odwrócił się do Marata. 

- Weź termos, proszę - dodał. 

Marat  otworzył  oczy  i  wyciągnął  rękę.  Marios  wychylił  się  i  włożył  naczynie  w  jego 

dłoń.  Sekundę  później  usłyszeli  stukot  uderzającego  o  podłogę  termosa  i  popatrzyli 
wszyscy trzej na zaciśniętą pięść Boole'a. 

- Przepraszam - powiedział Marios. - Trudno jest tak od razu chwycić wszystkie niuanse 

tej historii. 

Na  horyzoncie  pojawiły  się  niskie  zabudowania  bazy,  trudno  nawet  powiedzieć,  że  się 

pojawiły.  Po  prostu  w  naturalne  wzgórza  i  wzgórki  okolicy  wpisano  kilkanaście 
nieregularnych  kopułowatych  betonowych  grzybów,  pod  którymi  znajdował  się  punkt 
dowodzenia Grupy Smok. 

- Marat, widzisz coś na dole? - zapytał Marios. 

Boole wychylił się do przodu i spojrzał w dół, pokręcił głową i odwrócił się do Elta. W 

połowie ruchu nagle szarpnął głowę z powrotem i rzucił się do lewego okna kabiny. 

- Zawróć! Szybko! - krzyknął nagle. 

Marios rzucił się do sterów, uderzeniem pięści wyłączył pilota i skręcił. Po kilku pełnych 

napięcia  sekundach  wrócili  na  to  samo  miejsce.  W  głośniku  coś  skrzeczało  na  temat 
niedozwolonych manewrów. 

- Tu! - krzyknął Marat i pokazał coś na dole. 

Kapiten ustalił kurs, flyer zataczał teraz koło nad wskazanym przez Marata miejscem. 

- Widzę fragment korytarza! Jakieś drzwi do pokoju, ale to wszystko jest dość głęboko. O 

tu! - wskazał palcem w kopułę F. 

background image

- Kopuły nie widzisz, tak? - zapytał podniecony Marios. 

- Jaka tam kopuła! - Marat nie odrywał oczu od miejsca, w którym w końcu coś widział. 

Coś dugejskiego. - Od skorupy jakieś dwadzieścia mitów. Tam jest korytarz wymalowany 
na żółto i białe drzwi. 

- Szósty, przedostatni poziom - mruknął Marios. - Trzydzieści mitów pod powierzchnią.. 

Najgłębszy schron. Chol-le-ra... Dobra, lądujemy! 

Przejął  sterowanie  i  zawisł  nad  otwartym  od  dłuższej  chwili  szybem  lądowiska.  Nie 

czekali,  aż  ogromne  poziome  śmigła  flyera  zatrzymają  się,  wyskoczyli  na  beton  i 
tarmoszeni przez wichurę pobiegli w kierunku otwartych drzwi śluzy. Marat biegł pierwszy, 
Marios specjalnie puścił go przodem, ale  nagle tuż przed drzwiami pilot skoczył w  bok  i 
wpadł na betonową ścianę. Właściwie - miał wpaść, bo gdy jego ciało dotknęło betonu, ten 
jakby  rozstąpił  się  przed  nim  i  wchłonął  go  całego.  Ani  Terek,  ani  Elt  nie  zdążyli  nawet 
sięgnąć  do  laserwerów,  tym  bardziej  wartownik,  który  w  ogóle  nikogo  prócz  kapitena 
Mariosa i nieznajomego kandydata nie widział. 

  

- Pułkownik Sas. Gotów... - Sas wyprężył się przed monitorem. 

- Dobra-dobra - generał Rakody nie miał czasu na zabawę w meldowanie się. - Pamiętasz 

o czym rozmawialiśmy wczoraj? 

Pota Sas kiwnął głową. 

- No więc sprawa jest aktualna na jutro. Godziny jeszcze nie znam. Pełny alarm w grupie. 

Wycofaj  wszystkie  przepustki  oprócz  koniecznych,  wyczyść  szpital  z  chorych,  ściągnij 
pełną obsadę i sprawdź kuchnię. Wszystko dyskretnie. Mam swoich informatorów na tym 
terenie  i  jeśli  coś  zwąchają,  będzie  to  znaczyło,  że  spieprzyłeś  sprawę.  Rozumiemy  się, 
prawda? 

Twarz generała spłynęła z ekranu  i Sas  nie zdążył  nawet zameldować. że poszukiwany 

Marat  Boole  jest  w  bunkrze  F  grupy  dowodzenia,  że  najpierw  uciekł  jedynym  dwóm 
widzącym  go  ludziom,  a  potem  się  okazało,  że  po  prostu  przeszedł  przez 
kilkunastometrową  warstwę  betonu  i  pojawił  się  na  szóstym  poziomie,  a  dokładnie  w 
magazynie na szóstym poziomie. Gdy Calomer go znalazł, wypijał piątą puszkę soku. 

Sas wybierał się właśnie  na rozmowę z Maratem, ale w tej sytuacji  musiał zrewidować 

plan  postępowania  na  dzisiaj.  Rozwalił  się  w  fotelu  i  pogrążył  w  obmyślaniu  chytrego 
przygotowania bazy na przyjęcie tak ważnych gości. Po półgodzinie uznał, że działając po 
cichu niczego nie osiągnie. Wstał z głośnym beknięciem i podszedł do ściany, wyklejonej 
ekranami  monitorów.  Otworzył  kasetę  pod  najniższym  szeregiem  i  szarpnął  dźwignię  z 
żółtą rękojeścią. Ogłosił  w ten sposób  alarm drugiego stopnia  i  miał  nadzieję w  hałasie  i 
szumie,  jaki  zawsze  towarzyszył  alarmom  ćwiczebnym,  dokonać  kilku  poczynań 
niezbędnych na jutro. 

  

background image

-  Coś  nie  ma  Sasa  -  powiedział  Marios  do  wygodnie  rozpartego,  promieniejącego 

szczęściem, Marata. 

Najedzony i napity, po szybkim prysznicu i dwóch solidnych papierosach czuł się jak w 

raju. Nie martwiło go nawet to, że nadal oprócz Mariosa i Calomera nikt go nie widzi i on 
nie widzi niczego oprócz części poziomu szóstego i całego siódmego. 

Oba te poziomy były aktualnie wyludnione, służyły tylko tej trójce, nawet nie były objęte 

alarmem ogłoszonym przed chwilą. Jedyną - przynajmniej jak na razie - rzeczą, z której nie 
mógł  korzystać  Marat,  były  telefony  i  telewizja.  Ekrany  pozostawały  dla  niego  ciemne  i 
głuche,  obojętne  czy  Marios  rozmawiał  z  Sasem,  czy  oglądali  z  Terekiem  krzątaninę  na 
wyższych poziomach. 

- To akurat jest chyba proste - powiedział Marat po pierwszym papierosie.  - Skoro góra 

dla  mnie  nie  istnieje,  skoro  ten  bunkier  odebrałem  jako  dużą  nieckę  zakończoną  tym 
korytarzem,  to  jak  mogę  widzieć  program  nadawany  z  nieistniejącego  dla  mnie  studia? 
Żelazna logika - złapał ustnik zębami i pociągnął potężnie. 

Siedzieli w różnych kątach sporej sali wykorzystywanej z rzadka na tajne szkolenia. Nie 

wiadomo  dlaczego  przyjęło  się,  że  cokolwiek  cuchnie  tajemnicą  musi  mieć  specjalną 
otoczkę, do specyficznych szkoleń jakoś nie pasował blask słońca za oknem, zawsze musiał 
byc  mrok,  atmosferka,  mały  szumek.  Sala  była  teraz  prawie  pusta,  fotele  wyniesiono 
jeszcze przed nadnaturalnym zejściem  Marata na szósty poziom. Marios siedział  najbliżej 
drzwi, zdawał sobie sprawę, że wygląda jakby ich pilnował, ale tak usiadł i nie chciał teraz 
ostentacyjnie zmieniać położenia. Terek siedział w najdalszym kącie, czuł się obco i źle w 
tym  gronie,  nie  był  partnerem  dla  kapitena  i  sierżanta,  w  dodatku  pilota  fregaty  i 
niewidzialnego  dla  reszty  ludności.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  tylko  ten  jego  tajemniczy 
kontakt pozwolił mu na przebywanie w najgłębszych poziomach grupy dowodzenia i że ta 
sytuacja  jest  nadzwyczaj  krucha.  Odzyskał  na  tyle  sprawność  umysłu  po  szokujących 
wydarzeniach całego prawie dnia, że wiedział jak niepewne jest jego położenie  - w każdej 
chwili mogą go odsunąć od sprawy Marata, ale na pewno nie puszczą po prostu do domu, 
choć to akurat najmniej go martwiło - wiedział, że Jabel nie niepokoi się o jego los, a może 
niepokoi  się  wręcz,  że  wróci  cały  i  zdrowy.  Natomiast  świadomość  uzależnienia 
niwelowała całkowicie dumę z wyróżnienia, które go spotkało. 

Marat,  najspokojniejszy  i  najbardziej  zadowolony  z  nich  wszystkich,  rozwalił  się 

wygodnie  w  fotelu  i  korzystał  z  tego  wszystkiego,  czego  był  pozbawiony  od  momentu 
lądowania  na  Dugei.  Jadł,  pił  i  palił.  Odzyskał  na  tyle  równowagę,  że  omal  nie  zapytał 
Mariosa, czy przypadkiem nie ma w bazie panienek. Wyrwany jakimś cudownym trafem z 
samotności  uważał,  że  nawet  gdyby  miał  dokończyć  żywota  w towarzystwie  tych  dwóch 
rodaków,  to  i  tak  było  to  lepsze  niż  taki  sam  finał  w  samotności  i  dość  radykalnie 
przyspieszony. Uważał, że  los przesłał  mu  jeden  z promienniejszych uśmiechów.. Pewnie 
dlatego lekki uśmiech nie schodził również i z jego ust. 

Syknęły drzwi i do sali wtoczył się pułkownik Sas. Terek zerwał się na równe nogi jak 

dźgnięty szpilą. Nieco później wyprostował się kapiten Marios. 

- Gdzie on jest? - sapnął Sas i zwalił się w najbliższy fotel. 

Marat  spojrzał  na  otwierające  się  drzwi  i  poruszył  się  lekko.  Nie  usiłował  wstać, 

przyzwyczaił  się  już  do  sytuacji,  w  której  mógł  sobie  pozwolić  na  lekceważenie  każdej 

background image

osoby,  której  nie  widział.  Patrzył  na  wyprężonego  Tereka  i  niby  stojącego  w  postawie 
Mariosa, ale nie widział osoby, której wejście zerwało obu żołnierzy na równe nogi. Czekał 
na jakieś konkretne dane. 

- W tym kącie - pokazał Marios Marata, nie precyzując pozycji pilota. 

- Za cholerę nic nie widzę - rozciągnął wargi w uśmiechu Sas i dodał: Siadajcie. Ta-a-a... 

I wy go normalnie widzicie? Jak mnie? 

- Tak. Nie ma żadnej różnicy - odpowiedział Marios. 

Stał jeszcze, ale teraz usiadł. Poczuł nagle radość, że Sas, nawet gdyby chciał, nie może 

mu  nic  zrobić.  Założył  nogę  na  nogę  i  z  dziką  satysfakcją  zauważył,  że  pułkownik 
zapamiętał ten gest. 

- To jest jakoś tak, że jak on kogoś nie widzi, to ten ktoś jego też nie widziz premedytacją 

na pierwszym miejscu postawił Marata. Sas odebrał to należycie. 

- Ta-a-a... Dobrze. A jak możecie udowodnić, że.on istnieje? - zapytał pułkownik. 

-  F-fu-u-u...  -  nonszalancko  wydmuchał  powietrze  Marios.  -  Rzeczywiście  -  nie  bardzo 

wiem  -  odwrócił  głowę  w  stronę  kąta,  w  którym  leżał  uśmiechnięty  Marat.  -  Jak  możesz 
udowodnić, że jesteś tu naprawdę? 

-  Myślę,  że  mogę  -  uśmiech  Marata  przekroczył  wszekie  dopuszczalne  regulaminem 

normy. Podniósł się ze stęknięciem i podszedł do Tereka. - Pokaż no - sięgnął do kabury i 
wyjął laserwer. 

Zakręcił  nim  kilka  razy  na  palcu,  podrzucił  w  powietrze,  złapał  za  lufę,  przerzucił  za 

plecami i złapał za kolbę, znowu zakręcił na palcu. 

Sas  obserwował  fruwający  w  powietrzu  laserwer  w  olbrzymim  napięciu.  Nie 

wytrzeszczył  oczu  tylko  dlatego,  że  wypadłyby  mu  na  podłogę  przy  najmniejszej  próbie 
tego typu reakcji. Za to mrugnął kilka razy i odchrząknął. 

- Nie  mam wątpliwości, że jest tu ktoś poza nami trzema. Ale mam inne. Nie wiem, czy 

to jest rzeczywiście pilot Marat Boole, czy  można  mu całkowicie zaufać  i tak dalej,  i tak 
dalej - powiedział głośniej, niż miał w zwyczaju. 

Marios  musiał przyznać w duchu, że stary kapłon okazał  się wytrzymalszy,  niż on  sam 

sądził.  Pocieszył  się  tym,  że  Sas  wiedział  w  końcu,  czego  ma  się  spodziewać.  Wzruszył 
ramionami. 

- Nie zachowujcie się kapiten jak dziewica na balu inicjacyjnym - powiedział ostro Sas. - 

Jesteście  nadal  oficerem  Armii  Federacji  i  proszę  o  stosowne  zachowanie  się  -  rzucił 
pułkownik. 

Ton jego głosu pozostawał w diametralnej sprzeczności ze słowem "proszę", ale Marios, 

na  razie  co  prawda  w  duchu,  już  kilkanaście  godzin  temu  wziął  jednostronny  rozwód  z 
Armią Federacji. Na razie nie występował otwarcie, fascynowała go sprawa Marata, mówił 

background image

sobie, że nie ma prawa zrezygnować z najciekawszej w jego życiu historii, a potem niech 
się dzieje co chce. 

- O ile zrozumiałem, on nie widzi ekranów? - zapytał Sas. 

- Nie widzi. Komputer musiałby być tu, w podziemiach - odpowiedział kapiten Marios. 

- Jasne! - prychnął pułkownik. - Żeby pierwsza lepsza bomba załatwiła cały sztab. Tu są 

tylko końcówki. 

-  W  każdym  razie  mówi,  że  nie  widzi  niczego  na  ekranie.  Chyba  nie  kłamie  -  dodał 

Marios. 

- Czy on nas słyszy? - Pota Sas wychylił się lekko w stronę Mariosa. 

- O ile wiem, tylko to co ja mówię - przyznał Elt. 

-  No  to  uważaj,  co  mówisz  -  wycedził  Sas.  -Zrobimy  tak...  -  przygryzł  dolną  wargę  - 

usadź go w tym kącie - wskazał kąt najdalszy od siebie. 

Będziesz  mu  czytał  pytania  z  ekranu  i  głośno  powtarzał  odpowiedzi.  Ty...  -  wskazał 

Tereka  -  ...siądziesz  koło  mnie  i  będziesz  weryfikował  odpowiedzi  kapitena.  Otwórz  tę 
kasetę - wskazał niewielki kwadrat na ścianie sali. 

Terek podszedł i szarpnął mały uchwyt. W kasecie leżał zwinięty w kłąb kawał przewodu 

zakończony dwoma końcówkami, czyli, ordynarnie mówiąc, detektor. Kandydat nie pytał o 
przeznaczenie urządzenia, rozpiął mundur i umocował końcówki na piersi i szyi. Odwrócił 
się do pułkownika. 

-  Będziesz  odpowiadał  na  pytania,  a  Terek  będzie  je  weryfikował  przy  monitorze 

pułkowni... - powiedział nagle Marios. 

-  Kapiten!  Kto  pozwolił?  -  ryknął  Sas  przerywając  udzielanie  wyjaśnień  Maratowi. 

Sapnął kilka razy głęboko i odwrócił się do Tereka. - Przysuń tu monitor - rozkazał. 

Calomer  pociągnął  najbliższy  monitor,  wysunął  się  ze  ściany  łatwo,  wlókł  za  sobą 

sprężyście zwinięty przewód. Terek dowlókł go do pułkownika i ustawił ekranem do twarzy 
przełożonego. 

- Drugi monitor ustaw przed kapitenem - rozkazał Sas nie patrząc na kandydata. 

Calomer wykonał polecenie i już nie czekając na rozkazy przysunął do monitora fotele. 

Sas przyjrzał się ustawieniu sprzętów i kiwnął głową. 

-  Marios,  niech  pilot  weźmie  twój  pas  i  położy  go  sobie  na  kolanach  -  polecił  Sas  i 

przesiadł się na fotel przed monitorem bliżej drzwi. 

Marios odpiął pas i rzucił go przed siebie w powietrze. Pas zwinął się i nagle, uchwycony 

niewidzialną dłonią, rozprostował się na chwilę i zawisł trzymany jakąś siłą w powietrzu. 

background image

- Połóż go sobie na kolanach. Będzie wiadomo gdzie jesteś - powiedział kapiten i dodał: - 

Siadaj tutaj, odpowiesz  na kilka pytań dla pełnej  identyfikacji  - zrobił  dwa kroki  i  usiadł 
pierwszy. 

Pas wisiał jeszcze chwilę, ale zaraz potem wahnął się, powędrował w powietrzu i opadł 

kilkanaście centymetrów nad brzegiem siedzenia fotela. Sas znowu skinął głową i położył 
łapę na klawiaturze swojego monitora. Chwilę trwała cisza, cicho klaskały klawisze, przy 
pomocy których Sas inicjował sesję, zastrzegał monitor Mariosa i ustalał działanie swojej 
końcówki. 

-  Czytaj  głośno  pytania  -  powiedział  pułkownik  zwracając  gałki  wyłupiastych  oczu  ku 

Mariosowi. 

Marios popatrzył na fotel, w którym siedział Marat i powiedział: 

- Odpowiadaj na pytania. Kto był twoim trenerem kondycyjnym w szkole pilotów? - i po 

sekundzie: - Egis. 

Pota  Sas  patrzył  w  swój  ekran,  na  którym  również  widniało  to  pytanie,  odpowiedź  i 

równa żółta kreska świadcząca, że Terek słyszał tę samą odpowiedź. Sas stuknął w klawisz. 
Na ekranie przed Mariosem pojawiło się drugie pytanie. 

- Powiedz dokładnie: ile masz lat, miesięcy, dni, godzin i sekund. 

Tym razem czekali dłużej, a potem Marios powiedział: 

-  Trzydzieści  dwa  lata,  trzy  miesiące,  dwanaście  dni,  sześć  godzin  dwadzieścia  cztery 

minuty i... już dwadzieścia pięć minut i sześć... 

- Dobrze - warknął Sas i uderzył w klawisz. 

- Co ci mówią inicjały K.E.? 

Marios uśmiechnął się lekko wysłuchując odpowiedzi i odwrócił się do pułkownika. 

- Mówi, że to sprawa osobista. 

Sas rzucił okiem na wykres Tereka i zaakceptował odpowiedź. Stuknął w klawisz. 

- Ile razy byłeś w górach Sapatch i w jakich schroniskach?  - i po krótkiej chwili: - Trzy 

razy. Zawsze w "Przepaści". 

Sas odchylił się w fotelu i milczał chwilę. Komputer przygotował ponad sześćset pytań, 

które miały rozwiać wątpliwości co do autentyczności pilota. Stwierdził również, że losowo 
wybrane trzy-cztery pytania prawie stuprocentowo załatwią sprawę. 

Pułkownik popatrzył na pas nad brzegiem fotela, przeniósł wzrok wyżej i powiedział: 

- Nie ma wątpliwości, że on jest rzeczywiście Maratem Boole - pchnął lekko monitor od 

siebie i machnął dłonią. Terek podniósł się, wsunął końcówkę w kasetę w ścianie i odczepił 

background image

czujniki.  -  Powiedz  mu,  że  mamy  dla  niego  robotę.  Chcę,  żeby  poleciał  nad  Unię  i 
sprawdził, czy przypadkiem nie odkryje tam ich schronów tak samo, jak zobaczył nasze. 

Marios  odwrócił  głowę  do  pustego  fotela  i  powtórzył  słowa  Sasa.  Kiwnął  głową  i 

powiedział: 

- Marat pyta, czy przypadkiem Unici nie zestrzelą go od razu na podejściach? 

-  Poleci  naszym  korytarzem  wzdłuż  ich  północnego  brzegu.  Interesuje  nas  przede 

wszystkim ten odcinek. Wystarczy, że potwierdzi dane otrzymane przez wywiad. 

Marios powtórzył wyjaśnienie Sasa i wysłuchał odpowiedzi. 

- On mówi, że zrobi to, oczywiście. Zresztą i tak nie ma wyjścia  - powiedział patrząc na 

przełożonego. 

-  Właśnie  -  stęknął  Sas  i  podniósł  się  z  fotela.  Podszedł  do  drzwi  i  wyszedł  bez 

pożegnania. 

Co  najmniej  minutę  trwała  cisza,  cała  trójka  patrzyła  na  siebie  i  nagle  poczuli,  że 

nieważne  stały  się  stopnie,  wiek  i  zainteresowania,  że  jednoczy  ich  coś  innego  i  prawie 
jednocześnie zrozumieli co. 

- Wiecie co? - odezwał się Marat. - Idziemy spać, bo coś mi się wydaje, że będzie trochę 

roboty w najbliższych godzinach - podniósł się z fotela i ruszył do drzwi. Terek był bliżej 
drzwi, ale poczekał i przepuścił Mariosa pierwszego. W tym szyku przeszli część korytarza 
i znaleźli się pod drzwiami dwóch sypialni. 

-  Sądzę,  że  nasi  szefowie  chcieliby,  żeby  jeden  z  was  spał  ze  mną.  Mnie  jest  wszystko 

jedno który, zdecydujecie sami - powiedział Marat i wszedł do pokoju. 

Marios  spojrzał  na  Tereka  i  ruszył  do  drzwi.  Zderzył  się  z  kandydatem,  który  również 

wystartował  w  tej  samej  sekundzie.  Odskoczyli  do  siebie  i  zatrzymali  się.  Marios  skinął 
głową i powiedział: 

- Idziemy. 

A gdy zdziwiony Marat popatrzył na obu, zaproponował: 

- A może by tak partyjkę berety? - wyjął z kieszeni cienką talię kart i pokazał Maratowi. - 

Widzisz je? 

- Aha! - powiedział Marat. 

- No to? - Marios spojrzał na Calomera i Marata. 

Chwilę  potem  dyżurny  na  podglądzie  zatarł  ręce  i  wycelował  swoją  kamerę  tak,  by 

widzieć  dokładnie  karty  kapitena.  Już  się  przyzwyczaił  do  tego  trzeciego,  którego  nie 
widział  i  nie  przeszkadzało  mu,  że  jeden  z  karcianych  wachlarzyków  wisi  nad  stołem 
utrzymywany nadnaturalnym sposobem. Wreszcie trafił mu się ciekawy dyżur. 

background image

  

- Panowie - prezydent Federacji Gole Apert wstał i spojrzał na obecnych - znaleźliśmy się 

w tym miejscu nie przypadkowo i nie przypadkowy jest zestaw obecnych. Witam marszałka 
Chineu, Szefa Sił Powietrznych generała Mereta, Szefa Wojsk Lądowych generała Sakona 
oraz  Dowódcę  Samodzielnej  Grupy  Smok  generała  Rakody  i  jego  zastępcę  pułkownika 
Sasa. Są więc tu dowódcy najważniejszych dla naszej obronności sił  - prezydent skromnie 
przemilczał, że sam jest Wodzem Generalnym Armii Federacyjnej. - Spotkanie nasze stało 
się koniecznością wobec danych przekazanych  nam ostatnio przez wywiad. Zmuszają one 
nas  do  podjęcia  decyzji  o  przełomowym  wręcz  znaczeniu.  Proszę,  aby  generał  Meret 
przedstawił  w  skrócie,  jakie  to  dane  wywołały  nasze  zaniepokojenie  -  prezydent  usiadł  i 
przysunął do siebie jakieś błękitne kartki. 

Podniósł się wysoki, barczysty mężczyzna w polowym mundurze generała. 

- Od dłuższego czasu, konkretnie od sześciu lat, przeciekały do nas informacje o pracach 

Unii nad nowym rodzajem broni defensywnej. Sprawa była jednak tak ściśle strzeżona, że 
nie  mogliśmy,  niestety,  uzyskać  żadnych  konkretniejszych  danych.  W  dodatku  prezydent 
Cuilettamis, pana poprzednik  - Meret skłonił głowę przed Apertem  -  nie wierzył w nasze, 
rzeczywiście  mgliste,  informacje  i  pogrzebał  sprawę  na  długi  czas.  Dopiero  po  wygraniu 
wyborów prezydent Apert odnalazł w archiwum informacje, które zlekceważył Cuilettamis 
i  polecił  dogłębnie  sprawdzić  te  dane.  Najpierw  nie  mogliśmy  długo  zaczepić  się,  wróg 
strzegł  tajemnicy  bardzo  dobrze.  W  końcu  jednak  dowiedzieliśmy  się  kilku  rzeczy.  Po 
pierwsze, Unici nadali tej broni kryptonim "Lotos". Po drugie, jest to jakieś pole, w którym 
zawodzi całkowicie aparatura naszych rakiet i samolotów. Istnieją uzasadnione obawy, że 
pole to jest kombinacją pola zakłócającego i siłowego, tak więc jest również nieprzenikliwe 
dla  naszych  zwykłych  pocisków.  Za  chwilę  zademonstruję  Panom  kilkusekundowy  film, 
zdobycie  którego  kosztowało  nas  niesłychanie  dużo  zachodu,  ale  rozstrzyga  on  problem 
zupełnie jednoznacznie - Unia posiada broń, której my nie mamy i mieć nie będziemy co 
najmniej  przez  kilka  jeszcze  lat.  Proszę!  -  Meret  skinął  ręką  i  jeden  z  dwóch  obecnych 
sekretarzy wsadził kasetę w gniazdo. Na ekranie jedynego w tej sali monitora pojawiło się 
kilka budynków filmowanych z lotu ptaka. 

-  To  są  makiety,  które  za  chwilę  osłoni"  Lotos"  -  powiedział  Meret  i  nagle  budynki 

zamgliły się, jakiś gęsty dym czy para błyskawicznie oblepiły makiety. Dym uformował się 
w kształcie grzyba i zamarł. - Teraz uwaga! - powiedział odrobinę głośniej  Meret i ekran 
podzielił  się  na  dwie  części  -  jedna  nadal  pokazywała  biały  grzyb  nad  makietami,  druga 
kamera  prowadziła  lot  pocisku  zwanego  w  Federacji  Oldie.  Trwało  to  krótko,  pocisk 
pochylił  tępy  dziób  i  uderzył  w  kopułę  wybuchając  od  razu.  Kilka  sekund  później  dym 
zniknął i na ekranie pojawiłsię ten sam co i na początku widoczek - małe kruche domki całe 
i nieuszkodzone. - Otóż to - sapnął Meret. - Wygląda, że nasze rakiety są bezsilne. 

-  Dziękuję.  Przechodzimy  do  meritum  -  prezydent  Apert  wstał  znowu,  odsunął  kartki, 

które studiował podczas projekcji. - Jak zauważył generał Meret nie mamy niczego, co jak 
"Lotos" chroniłoby nas przed atakiem Unii. Teraz nie czas dociekać, czyja lekkomyślność 
doprowadziła  do  takiej  sytuacji.  Fakty  są  takie,  że  Unia  dysponuje  układem  obronnym, 
którego  nie  przebijemy.  My  takiego  czegoś  nie  mamy.  Powstaje  pytanie:  czy  Unia, 
otuliwszy  się  swoim  "Lotosem"  nie  zechce  uderzyć  na  nas?  Prawie  pewna  bezkarności  i 
zwycięstwa, należy sobie to powiedzieć otwarcie - prezydent pacnął dłonią w stół. 

Poderwał się marszałek Chineu, szarpnął poły munduru świątecznego. 

background image

-  Oczywiście,  że  uderzy!  -  krzyknął  cienkim  głosem.  -  Jest  to  nasz  wróg  od  stuleci, 

zawsze  gotów  do  uderzenia,  podstępny  i  bezlitosny.  Ich  gospodarka  i  cały  potencjał 
gospodarczy nastawiony jest na jeden cel, żyją tylko po to, by zniszczyć naszą ojczyznę. Ich 
społeczeństwo pozbawione jest podstawowych... 

-  Panie  marszałku!  -  przerwał  Apert.  -  Nie  jesteśmy  na  szkoleniu  nowego  rocznika 

kandydatów. Chyba zdajemy sobie sprawę z tego, że nie wszystkie informacje dla ogółu są 
zupełnie czyste  i  nieskażone pewnym... powiedzmy, retuszem. Nie o to chodzi, czy  Unia 
jest  taka,  jaką  ją  malujemy  naszemu  społeczeństwu,  ale  jaka  jest  naprawdę  -  czy 
oświadczenia  ich  wodzów,  że  nie  mają  zamiaru  atakować  Federacji,  są  sloganami  czy 
prawdą? 

- To hasło! Przecież to jasne - krzyknął Chineu i usiadł rozglądając się po zebranych. 

- Z drugiej strony - powiedział w zupełnej ciszy generał Sakon - postawili na defensywne 

rodzaje broni. Wiemy świetnie, że od kilku lat żaden nowy rodzaj ofensywnego uzbrojenia 
nie wszedł u  nich  na wyposażenie. Jeszcze  jakiś  czas temu  mieliśmy  nad  nimi przewagę, 
teraz wygląda, że przekonamy się na własnej skórze, jacy oni są naprawdę. 

-  Krótko  mówiąc,  musimy  postanowić  dzisiaj...  Nie,  inaczej  -  Apert  pokręcił  głową  i 

myślał chwilę. - Kilka dni temu przywódca Unii zaproponował mi podpisanie wieczystego 
traktatu  o  wzajemnym  poszanowaniu.  Pojutrze  upływa  termin,  o  jaki  poprosiłem  do 
namysłu. Nie wiem, czy jest to świadoma akcja  - dopuszczenie do przecieku i propozycja 
ugody pod pewną presją, czy oni też stoją w przededniu ważnych decyzji i chcą przed ich 
podjęciem  poznać  nasze  plany.  A  my...  -  prezydent  usiadł  i  poskubał  ucho  -  ...musimy 
podjąć  decyzję  -  atakujemy  teraz,  zanim  całe  terytorium  Unii  pokryte  będzie  kopułą" 
Lotosa ", czy podpisujemy traktat i godzimy się na istnienie Unii na Dugei. Decyzja ta, jak 
panowie  widzicie,  może  wpłynąć  nawet  na  nasze  pryncypia  ustrojowe.  Proszę  o 
wypowiedzi. 

- Czy nie jest możliwe... - powiedział wolno Rakody - ...że Unici podrzucili nam ten film, 

by  zmusić  do  podpisania  traktatu,  a  cały  ten"  Lotos"  to  precyzyjna,  długotrwała  akcja 
dywersyjna, mająca na celu zmylenie nas? 

Sakon kiwnął kilka razy głową i powiedział: 

- Mnie też to przyszło do głowy. 

- Generale? - prezydent spojrzał na Mereta. 

-  Nie  możemy  tego  wykluczyć.  Tym  bardziej,  że  film  rzeczywiście  jest  zrobiony  przez 

Unitów.  My  tylko  przejęliśmy  go  po  delikatnej  akcji.  Ale  na  pewno  nie  jest  to  montaż, 
specjaliści  odrzucili  możliwość  wykonania  filmu  trickowego  tak,  by  oni  się  nie 
zorientowali.  Wygląda  więc,  że  "Lotos"  istnieje  naprawdę.  Ja  przynajmniej  wierzę  w  to 
pole - generał Meret zmrużył oczy i po kolei przyjrzał się obecnym. 

-  Panie  prezydencie!  -  powiedział  marszałek  Chineu.  Starał  się  panować  nad  nerwami  i 

nadać  głosowi  głębsze,  bardziej  solidne  brzmienie.  -  Dla  mnie  natomiast  nie  ulega 
wątpliwości, że chcą nas oszukać i prawie im się udało. Uważam, że powinniśmy uderzyć 
na nich - albo nie zdążyli zamontować tego swojego "Lotosa" wszędzie i możemy sprawić 
im  bardzo  przykrą  niespodziankę,  albo  nie  mają  go  w  ogóle  i  wtedy  cios  będzie  tym 

background image

dotkliwszy. Należy więc uderzyć. Jak najszybciej! To moje zdanie - pod koniec perory głos 
jednak zawiódł marszałka. 

-  Proszę o  wypowiedź  każdego  z  panów  -  powiedział  Apert.  -  Decyzja  powinna  zapaść 

dzisiaj. Bo jedno jest pewne - że nie mamy czasu. 

  

Marat obudził  się pierwszy.  Kandydat spał w  fotelu, opierając głowę o blat stołu, a Elt 

Marios  cicho  pochrapywał  na  łóżku  pod  ścianą.  Marat  przetarł  oczy  i  ziewnął  głośno. 
Wyszedł na korytarz i poszedł do łazienki. Gdy wracał w kilka minut później, minął drzwi 
pokoju,  w  którym  do  rana  grali  w  karty  i  poszedł  dalej.  Schodami  dotarł  do  szóstego 
poziomu  i  skierował  się  w  stronę  końca  korytarza,  który  dla  niego  kończył  się  nagle  i 
przechodził w nieckę oświetloną wysoko już stojącym na niebie Salarem. 

Marat doszedł do miejsca, gdzie lity beton kończył się i zobaczył wiszącego w powietrzu 

mężczyznę.  Brunet  około  pięćdziesiątki  siedział  na  niewidocznym  fotelu  i  chyba  słuchał 
kogoś. Boole zrozumiał, źe na przedłużeniu korytarza jest sala, w której siedzi kilka osób i 
jedną z nich widzi. Nie wiedział ciągle jeszcze, dlaczego widzi jednych, a nie widzi innych, 
ale  ucieszył  się,  że  krąg  widzialnych  osób  rozszerzył  się.  Zszedł  z  korytarza  i  wszedł  na 
taflę poszarpaną w tym  miejscu  i podziurawioną. Musiał przykucnąć  i wymacywać drogę 
rękami i nagle, z żabiej perspektywy, rozpoznał prezydenta Federacji  - Aperta. Przystanął 
na chwilę, a potem ruszył dalej, ale teraz starał się posuwać tak, by wyjść w pomieszczeniu 
za plecami prezydenta. Był od niego o dwa mity, gdy Apert wstał i powiedział: 

-  Mam  nadzieję,  że  wszyscy  obecni  świadomi  są  wagi  decyzji  tu  podjętej.  Historia 

pokaże, kto miał rację. Ustaliliśmy, że pojutrze o czternastej uderzamy na Unię. Operacja 
będzie  miała  kryptonim...  e-e-e...  "Szept  tygrysa".  Szczegóły  rozpracują  panowie  sami, 
muszę  wracać  do  stolicy.  Proszę  jutro  o  dwudziestej  zapoznać  mnie  ze  szczegółowym 
planem operacji. 

Prezydent  wstał  i  zrobił  kilka  kroków,  wyciągnął  rękę  i  złapał  coś  w  dłoń,  potem 

powtórzył  operację  kilka  razy  i  Marat  zrozumiał,  że  Apert  ściska  dłonie  pozostałym 
obecnym  na  naradzie.  Zrobił  dwa  kroki  do tyłu  i  potknął  się.  Szybko  przysiadł  i  przetarł 
twarz dłońmi. 

  

Marios i Calomer jednocześnie rzucili się do monitora, przeciągły jęk sygnału poderwał 

obu na nogi parę sekund wcześniej. Kandydat zwolnił, a Elt Marios trzasnął w klawisz. 

- Gdzie jest Marat? - wrzasnął Sas z ekranu. 

-  Nie  wiem  -  powiedział  podniesionym  głosem  Marios.  -  Nie  miałem  za  zadanie 

pilnowania go, tylko pośredniczenie... 

- A teraz masz go pilnować, obaj macie go pilnować! Jasne? 

Marios otworzył usta, ale usłyszał szmer drzwi i odwrócił się. Marat stał w drzwiach. 

- Właśnie wrócił - powiedział kapiten. 

background image

-  No to  w  porządku.  Za  godzinę  chciałbym  was  widzieć  w  powietrzu.  Wybierzcie  jakiś 

szybki flyer i tak jak się umawialiśmy: spróbujecie wypatrzeć umocnienia i bunkry Unitów. 
Wykonać! - Sas spłynął z ekranu. 

Nikt nie wydał z siebie dźwięku. Wszyscy trzej poczuli, że gęba Sasa zepsuła im humor 

na  cały  dzień.  Marios  podszedł  do  ściany  i  wypalił  całego  papierosa  na  czczo,  Terek 
odczekał  chwilę  i  zrobił  to  samo.  Marat  zwalił  się  na  łóżko  i  odwrócił  się  do  ściany. 
Kapiten podszedł do stołu i zaczął zgarniać leżące w nieładzie karty. 

- Coś się stało? - zapytał w powietrze. 

- Nic. Nie mam jakoś humoru - mruknął Marat. 

- Może po prostu teraz nastąpiła reakcja organizmu na tę całą hecę? - zapytał Terek. 

Dotychczas  tak  rzadko  odzywał  się  nie  pytany,  że  obaj  spojrzeli  na  niego  zdziwieni. 

Calomer uśmiechnął się lekko. 

- Może - Marat westchnął, popatrzył na Mariosa i zapytał: - Jesteśmy na podsłuchu? 

-  Jasne,  ale  ty  możesz  mówić,  co  chcesz.  Chyba,  że  znaleźli  jeszcze  jednego,  który  cię 

widzi. 

-  Właśnie  o  to  chodzi,  że  znam  jeszcze  jednego...  -  nie  dokończył  Marat  i  wstał  z 

westchnieniem. - Lecimy? Chciałbym już mieć to z głowy. 

-  Dobrze  -  Marios  złożył  karty  i  wsadził  w  kieszeń.  -Idziemy  na  lądowisko.  My 

pojedziemy windą, a ty nie wiem jak - wzruszył ramionami. - Kieruj się stąd... - przymknął 
oczy  przypominając  sobie  rozkład  lądowisk  -  ...mniej  więcej  na  południowy  wschód. 
Najwyżej pochodzisz trochę. Polecimy tym samym flyerem, którym przylecieliśmy tu, i tak 
nie wiadomo, czy jakiś inny się nada... Aha! Czekaj! Ciągle coś mi przeszkadza, a mam do 
ciebie pytanie podszedł bliżej do Marata i zapytał cicho: - Dlaczego nie widzieliśmy się na 
trapie, a zobaczyliśmy się potem? 

Marat milczał chwilę, a potem pokręcił głową. 

- Też się zastanawiałem. I nic rozsądnego nie przychodzi mi do głowy. 

Zresztą pogadamy później - pierwszy ruszył do drzwi i wyszedł na korytarz. 

Gdy  Marios  i  Terek  wyszli  za  nim,  znikał  na  schodach  wiodących  na  szósty  poziom. 

Wsiedli  do  windy  i  wyjechali  na  powierzchnię,  przeszli  kawałek  korytarza  i  wyszli  na 
lądowisko. Flyer stał już z otwartymi drzwiami, ale czekali prawie piętnaście minut zanim z 
jednej  ze  ścian  nie  pojawił  się  Marat  i  bez  słowa  skierował  do  flyera.  Usiadł  z  tyłu  i 
odwrócił głowę do okna. Marios poprosił o zezwolenie na start i otrzymał je natychmiast. 
Wystartował  ostro,  odczytał  kurs,  sprawdził  go  i  zadał  autopilotowi.  Potem  pogrzebał 
trochę w radiostacji wyjął jakiś bezpiecznik i powiedział odwracając się do Marata: 

- Coś kombinujesz. Chyba udało mi się wyłączyć podsłuch. No? 

background image

Marat oderwał się na chwilę od oglądania pustyni pod flyerem  i spojrzał na kapitena, a 

potem na Calomera. Potarł szczękę. 

-  Włącz ten podsłuch, teraz jeszcze nic  nie wiem. Może potem  -  odwrócił  się znowu do 

okna i wyłączył. 

Marios wsadził bezpiecznik na miejsce i wyłączył autopilota, był zły i wyładował się na 

silniku flyera. Pomknęli do przodu z maksymalną prędkością. Wysoki ton silnika najpierw 
drażnił  uszy,  ale  potem  jakby  ukołysał,  uśpił  i  Marios  po  godzinie  stwierdził,  że  obaj 
towarzysze podróży śpią.  A przynajmniej półleżą z zamkniętymi oczami.  Wywołał  bazę  i 
złożył  meldunek.  Ku  jego  zdziwieniu  włączyłsię  Sas  i  kazał  trzymać  się  dokładnie, 
podkreślił - "dokładnie", korytarza wydzielonego dla samolotów Federacji lecących do bazy 
na wyspie Surumac. 

Pół godziny póżniej kapiten zawołał: 

- Hej! Wy tam! Skończyła się wycieczka, zaczęła się robota! 

Usłyszał  z  tyłu  ziewanie,  ale  wydawało  mu  się,  że  jeden  z  ziewających  udawał,  nie 

widział tylko który. Wprowadził samolot w korytarz i obniżył lot do maksimum. Uruchomił 
kamery  i  rzucił  Maratowi  sterownik.  Pilot  chciwie  złapał  pudełko  i  dał  maksymalne 
powiększenie,  strzelał  przełącznikami  oglądając  każdy  widok  tylko  sekundę  albo  dwie. 
Potem zapytał: 

- Mamy łączność z satelitami? 

- Pewnie! - kapiten sięgnął do pulpitu i chwilę trzaskał klawiszami.  - Masz - powiedział 

po chwili. 

Marat  rzucił  się  na  sterownik  i  dłuższą  chwilę  katował  urządzenie  błyskawicznymi 

zmianami  dyspozycji.  Potem,  jakby  i  tego  było  mu  mało,  podszedł  do  pulpitu  i  sam 
wywołał  satelitę  wiszącego  nad  Federacją.  Chwilę  siedział  nieruchomo,  tym  razem  nie 
zmieniając  niczego  i  patrząc  na  obraz  swojej  ojczyzny  z  wysokości  sześćdziesięciu 
kilometrów. 

-  Zwolnij  jeszcze  -  powiedział  wreszcie  i  znowu  przełączył  się  na  Unię.  -  Nie  mogę  - 

odparł Marios. - Mamy określone parametry lotu. 

-  Nadaj,  że  mamy  awarię  silnika,  może  nie  wypakują  do  nas  z  rakiety.  Muszę  to  sobie 

dobrze obejrzeć. 

Marios połączył  się z  bazą  i  nadał  meldunek o przerwach w pracy  silnika, wyłączył  na 

chwilę  pompę  paliwową  i  wysłuchał  rzetelnie  odegranego  oburzenia  Sasa.  Wyłączył 
radiostację i popatrzył na pilota, siedział wpatrzony niby w ekran, ale kapiten był pewien, 
że nie interesują go widoki brzegu Unii ani w ułamku procenta tak, jak to okazuje. Marat 
intensywnie  myślał  i  Elt  Marios,  sam  nie  wiedząc  dlaczego,  nie  mógł  się  zdobyć,  by 
przerwać milczenie w kabinie. Spojrzał na Tereka, tamten wpatrywał się z uwagą w Marata 
i również myślał o czymś. 

Marat westchnął i odłożył sterownik. 

background image

-  Nic  nie  widzę.  To  znaczy  -  to  samo  co  i  u  nas,  ale  bez  wyników  pozytywnych  - 

zakończył odrobinę głośniej, by dotarło to do Sasa i wstał. - Idę do kibla. 

Wyszedł  na  korytarzyk  i  wszedł  do  kabiny  sanitarnej.  Marios  jeszcze  raz  na  krótko 

wyłączył  pompę,  nawet  nie  po  to,  by  przekonać  Unitów  o  prawdziwości  awarii.  Raczej 
chciał  się  czymś  zająć,  bezczynność  przypomniała  mu  jego  krótki  areszt.  Usłyszał  trzask 
drzwi  kabiny  i  kroki  Marata  w  korytarzu.  Pilot  wszedł  w  jego  pole  widzenia,  oparł  się 
plecami o pulpit i przednią szybę flyera. Podniósł palce do ust i pokazał kapitenowi, żeby 
wstał i przeniósł się do tyłu. Marios usłuchał. Nawet nie był zły, że Marat trzyma w ręku 
służbowy laserwer wyjęty ze skrzynki w korytarzu. Usiadł obok równie spokojnego Tereka 
i patrzył, jak Marat przełącza ogień na minimalny i pali radiostację. Pilot usiadł na oparciu 
fotela i chwilę milczał. 

- Wydaje mi się, że się trochę poznaliśmy przez tę dobę. I dlatego jest mi przykro, że na 

was  napadłem  z  tym  -  machnął  ręką,  w  której  trzymał  laserwer.  -  Ale  wydaje  mi  się,  że 
doszedłem do pewnych słusznych wniosków. Nie mam zamiaru wracać do naszej kochanej 
Federacji i dlatego trzymam to gówno w ręku. Jeżeli zgodzicie się ze mną to odkładam broń 
i wyjaśniam resztę. Jeśli  nie, to najpierw wyjaśnię co wymyśliłem, a potem zapytam was 
jeszcze raz. 

-  Najpierw  wyjaśnij  -  powiedział  Marios  i  machnął  ręką.  -  Zresztą,  wszystko  mi  jedno. 

Może to jest wyjście... - rozwalił się w fotelu. 

Terek milczał. Wzrok miał wbity we własne stopy. 

- No więc... - Marat nabrał powietrza w płuca - najważniejsza informacja, jaką dysponuję 

to ta, że nasi wodzowie zdecydowali pojutrze uderzyć na Unię. Będziemy więc mieli wojnę. 
Nie  o  to  chodzi,  że  się  jej  boję,  w  końcu  to  niby  mój  zawód.  Niestety  znam  wynik  tej 
rozgrywki,  a  to  zmienia  nieco  postać  rzeczy.  Mogę  walczyć,  ale  muszę  mieć  choć  cień 
nadziei,  minimalną  szansę,  natomiast  w  tej  chwili  wiem  z  całą  pewnością,  że  Federacja 
takiej szansy nie ma. 

Wiecie, co widziałem, gdy patrzyłem na Unię przed chwilą? To samo co wy!  - wychylił 

się  z  fotela  i  wyskandował  ostatnie  zdanie.  -  Wszystko  -  ziemię,  drzewa,  rzeki  i  ludzi. 
Mnóstwo  ludzi!  Zupełnie  normalnie,  jak  przedtem,  przed  lotem  na  "Koniczynce"  i  tym 
incydentem. A co widziałem u nas? Spaloną glinę, wypalone do podstaw bunkry i ani śladu 
ludzi, zwierząt, ptaków i roślin... - przygryzł dolną wargę i umilkł na chwilę. - Nasunęło mi 
się  takie  wyjaśnienie:  widzę  to,  co  będzie!  Rozumiecie?  Widzę  nasz  świat  z  przyszłości. 
Nie wiem, o ile ten świat wyprzedza rzeczywisty, ale jestem przekonany, że się nie mylę. 
Po  pierwsze,  ta  skorupa  pod  nogami  to  nic  innego  jak  wyprażona  gleba  Federacji.  Po 
drugie,  obie  warstwy  są  oświetlone  pod  różnym  kątem  -  to  nasz  Salar,  tylko  w  różnych 
porach roku. Dlatego myślę, że różnica między tymi światami wynosi jakieś kilka miesięcy. 
Po trzecie, mówiłeś... - spojrzał na Mariosa - ...że sektory A, B i D "Koniczynki" poleciały 
na  badania,  a  C  jest  na  orbicie,  tak?  -  Elt  skinął  głową.  -  No  to  właśnie  dlatego  nie 
widziałem tych trzech sekcji, bo za jakiś czas ich już nie będzie, a C widocznie się uchowa. 
I  po  czwarte,  widzę  was  i  widziałem  naszego  prezydenta  Aperta.  Przeżyjecie  tę  wojnę. 
Apert, bo ma głęboki schron, a wy - bo lecicie ze mną. Tak to rozumiem - uderzył pięścią w 
kolano. 

- Jesteś jasnowidzem - stwierdził Marios po chwili milczenia. 

background image

Marat wzruszył ramionami i nie odpowiedział. Lecieli w ciszy przerywanej tylko piskiem 

autopilota. 

-  Mam  pewność,  że  pojutrze,  kiedy  odpalą  nasze  rakiety,  rozpocznie  się  pierwszy  akt 

zniszczenia Federacji. Unia wypali nas do głębokości dwudziestu mitów! Namyślcie się... 
Wiem, że to chwilami  brzmi  jak  majaczenie, ale  nie widzę alternatywy.  Albo  mam rację, 
albo wszyscy zwariowaliśmy, albo tylko ja - podniósł ręce na wysokość głowy. 

- Mogłeś to wszystko powiedzieć w dowództwie - powiedział Marios. 

-  Akurat  by  mi  uwierzyli!  Albo  rozwaliliby  mnie  za  sianie  defetyzmu  i  zdradę,  albo 

zamknęli w zakładzie i żyłbym do pojutrza. Sam nie wierzysz w to, co mówisz. 

- Chyba tak, ale twoja hipoteza, czy interpretacja nie ma oparcia w dowodach i ma pewne 

luki,  prawda?  Pytałem  cię,  dlaczego  najpierw  mnie  nie  widziałeś,  a  potem  nagle 
zobaczyłeś? 

-  Nie potrafię tego wyjaśnić  -  Marat wzruszył ramionami.  -  Jeśli przyjąć  moją teorię, to 

miałeś nie przeżyć tej wojny, a potem coś się zmieniło. Tylko tak mogę to tłumaczyć, jeśli 
chcę żeby moje wyjaśnienie... 

-  Czekaj!  -  po  raz  pierwszy  od  kilku  minut  Marios  wykonał  żywszy  ruch,  zerwał  się  z 

fotela  i  stał,  patrząc  przez  szybę  flyera.  -  Miałem  być  karnie  przeniesiony  do  korpusu 
Cozza. Jeśli Sas planował to już wcześniej, to dlatego mnie nie widziałeś. A potem musiał 
mnie zwolnić, żebym zajął się tobą dalej... 

-  Widzisz?  -  Marat  również  poderwał  się  na  nogi,  zapominając  o  broni,  stali  naprzeciw 

siebie  z  błyszczącymi  oczami.  -  Widzisz?  -  pokiwał  głową  Marat  i  usiadł  z  powrotem  w 
fotelu. - Nie wiem na co natknąłem się tam...  - wskazał głową niebo nad sobą - ....na jakiś 
rodzaj  promieniowania,  fal,  zmarszczkę  przestrzeni,  czasu,  geometrii.  Nie  wiem.  Mam 
natomiast  głębokie  przeświadczenie  o  swoistej  logice  tego,  co  mnie  spotkało  i  na  ile  to 
możliwe,  chcę  się  do  niej  dostosować.  A  wy  -  jak  chcecie  -  możecie,  w  końcu,  nawet 
wrócić  i  opowiedzieć  wszystko  Sasowi.  Ja  wyskoczę  na  spadochronie.  Sądzę  jednak,  że 
wasz powrót to samobójstwo. Takie jest moje zdanie, zresztą jestem pewien, że gdy tylko 
podejmiecie decyzję o powrocie, znikniecie mi z oczu razem z flyerem. 

- Lecę z tobą! - nagle włączył się do rozmowy Terek.  - Jak bym nie patrzył na sprawę - 

nie mam do czego wracać. Od jakiegoś czasu czuję się źle w Federacji. 

.Elt Marios ścisnął głowę dłońmi  i oparł  łokcie na kolanach, potarł twarz. Syknął przez 

zęby i spojrzał najpierw na Calomera potem na Boole'a. 

-  Twoim  zdaniem  mogę  przeżyć  tylko  lecąc  do  Unii.  Lubię  żyć,  jeśli  tak  można 

powiedzieć. I nie mam za cholerę argumentów, by się z tobą kłócić. Wygląda po prostu, że 
masz rację. 

Odpiął  pas  z  bronią  i  rzucił  na  podłogę  przed  Maratem.  Terek  zaczął  odpinać  swój, 

powstrzymał go gest Marata. 

- Hej? Po co mi tyle armat? - wstał i rzucił swój laserwer na fotel. - Zmieniamy kurs? 

background image

-  Chyba  trzeba  będzie  -  powiedział  Marios  i  wstał.  -  Jeszcze  jedno:  tu  jest  awaryjna 

radiostacja i wydaje mi się, że wszystko, co tu było mówione słyszeli w sztabie. A może nie 
tylko. 

-  Pchy!  -  prychnął  Marat.  -  To  nawet  lepiej.  Nie  mogą  mieć  pretensji,  że  ich  nie 

ostrzegłem.  Myślałem,  że  nadamy  jakiś  komunikat  już  z  Unii,  a  tak  to  jeszcze  lepiej  - 
powtórzył. - Tylko... wygląda, że wszystko jest przesądzone, nic się nie zmieni. A dlaczego 
- nie wiem. 

Zmiana  kursu  i  nadanie  otwartym  kodem  tekstu  z  prośbą  o  zezwolenie  na  lądowanie 

zabrało im kilka minut. Gdy po bokach pojawiły się dwa flyery Unitów, dwa inne zawisły 
nad ich głowami, a Marios włączył stałe światła pozycyjne na znak, że się poddają, Terek 
nagle powiedział: 

- A jeśli twoja... nasza... - poprawił się - ...ucieczka wywoła wojnę? 

- Też o tym myślałem - powiedział Marat Boole i zacisnął szczęki. - Nie mam możliwości 

sprawdzenia  tego,  ale  ciągle  mi  wychodzi,  że  wszystko  zdecydowało  się  dużo  wcześniej. 
Być może, zanim urodziliśmy się albo zanim nasi przodkowie przylecieli na Dugeę, albo w 
ogóle zanim powstał nasz świat?