background image

Edwin Bendyk
1 stycznia 2012 

Czy nadchodzi kres motoryzacji?

Odjazd czterech kółek

Samochód i telewizja – ikony cywilizacji XX w. W nowym stuleciu telewizor zaczął powoli 
ustępować miejsca Internetowi i nowym mediom. Czy podobny los czeka samochód?

Zmierzch  epoki  samochodowej  zapowiedział   niedawno  brytyjski   dziennik   „Guardian”.  W 
ciągu niespełna dwóch dekad odsetek osób w wieku 17–20 lat mających prawo jazdy zmalał z 
48   do   35   proc.   Samochód   już   dawno   stracił   w   społeczeństwie   zurbanizowanym   swą 
pierwotną użyteczność – wolność podróżowania zamieniła się w piekło tkwienia w korkach. 
Dziś jednak, przynajmniej w Wielkiej Brytanii, samochód traci na znaczeniu jako oznaka 
statusu   i   symbol   prestiżu.   Dla   młodych   ważniejsze   są,   relacjonuje   „Guardian”   badania 
socjologów,   najnowsze   gadżety   elektroniczne,   a   wśród   nich   smartfon   z   dostępem   do 
Internetu.
Brytyjscy   socjologowie   John   Urry   i   Kingsley   Dennis   w   książce   „After   the   Car”, 
opublikowanej w 2009 r., przekonują, że mamy do czynienia z „deprywatyzacją samochodu” 
i jest to kluczowy element budowy nowej cywilizacji postsamochodowej. Nowa epoka nie 
oznacza wcale zmierzchu samochodu jako jednego ze środków transportu. Samochód  nie 
będzie   jednak   w   niej   przedmiotem   irracjonalnego   kultu   i   ośrodkiem   najbardziej 
marnotrawnych praktyk, jakie ludzkość kiedykolwiek wymyśliła.

Ukryte koszty motoryzacji

Urry   i   Dennis   piszą,   że   gdyby   przedstawiciele   jakiejś   pozaziemskiej   cywilizacji 
zainteresowali się Ziemią, to szybko doszliby do wniosku, że samochód jest najważniejszą 
formą życia. W ciągu stulecia automobilowej przygody wokół auta rozwinął się „złożony, 
autonomiczny, samoodtwarzający system” podporządkowujący sobie bezwzględnie inne sfery 
życia i przestrzeni społecznej – od polityki międzynarodowej, której głównym motywem jest 
dostęp  do ropy naftowej, po zarządzanie  przestrzenią  publiczną, której kolejne połacie  w 
miastach i poza nimi wyrywane są pod potrzeby ruchu kołowego.

W społeczeństwach całkowicie zautomobilizowanych,  jak Stany Zjednoczone lub Francja, 
rodzinny rachunek za posiadanie samochodu sięga 15–20 proc. rocznych  dochodów. Tyle 
trzeba zapłacić głównie po to, żeby móc dojechać do pracy i zarobić na posiadanie auta, 
którym można dojeżdżać do pracy. Trudno o lepszy opis błędnego koła.

Na   dodatek,   wydatki   bezpośrednie   nie   uwzględniają   całego   kosztu   utrzymania   systemu 
samochodowego. Jeśliby przeprowadzić pełny rachunek kosztu podróżowania samochodem 
do pracy, jak zrobił to dla warunków amerykańskich serwis lifehacker.com, to okaże się, że 
każda przejechana mila wiąże się ze stratą aż 795 dol. rocznie. W USA rekordziści dojeżdżają 
do pracy nawet ponad 100 mil w jedną stronę. Ale koszty nie kończą się na prywatnym  
portfelu. Mieszkańcy Stanów Zjednoczonych mogą się cieszyć, że płacą znacznie mniej za 
paliwo niż obywatele innych społeczeństw rozwiniętych. Amory Lovins, amerykański ekspert 
w   dziedzinie   energetyki,   twórca   Rocky   Mountain   Institute,   wylicza   w   swej   najnowszej 
książce  „Reinventing Fire: Bold Business Solutions for the New Energy Era” (Wynaleźć 
ogień ponownie. Śmiałe pomysły na biznes w nowej epoce energetycznej), że samochody 
mieszkańców USA spalają dzienne 13 mln baryłek ropy, za które trzeba zapłacić miliard 
dolarów dziennie. Do tego jednak dochodzą koszty ukryte – od rachunku wystawianego przez 

Strona 1

2012-01-02

background image

wojsko zaangażowane na Bliskim Wschodzie, po straty wynikające z degradacji środowiska, 
wypadków i opieki zdrowotnej nad rannymi. W sumie rachunek przekracza bilion dolarów.

W USA rocznie ginie w wypadkach samochodowych 40 tys. osób, na całym świecie 1,2 mln, 
a 40–50 mln zostaje rannych. To tak, jakby ludzkość fundowała sobie każdego roku porządną 
wojnę,   uświadamia   nam   francuski   filozof   Jean-Jacques   Delfour.   Człowiek,   zasiadając   za 
kierownicą i czując moc silnika pulsującego pod maską, przekształca się w bestię, ulica to nic 
innego  niż  opisywany  przez   Tomasza  Hobbesa  stan natury,  gdzie   trwa wojna  każdego  z 
każdym – pisze w książce „Télé, bagnole et autres prothèse du sujet moderne” (Telewizja, 
fura i inne protezy podmiotu nowoczesnego).

Siła systemu samochodowego polega na tym, że odwołuje się on do najgłębszych pokładów 
podświadomości – posiadanie samochodu nie ma nic wspólnego z racjonalnością. W agresji, 
jaką wywołują inni użytkownicy dróg, wyraża się atawistyczna wola walki o przestrzeń, w 
podnieceniu ogarniającym kierowcę, gdy przyspiesza naciskając pedał gazu, sublimuje się 
erotyczne   pożądanie   i   poczucie  jouissance,   rozkoszy.   Samochód   to   obiekt   falliczny  par 
excellence
, czyli, mówiąc dosadniej, przedłużenie penisa. Dowodów na tę tezę nie trzeba 
szukać w psychoanalizie, wystarczy sięgnąć po ikoniczne dzieła kultury.

Brytyjski   pisarz   J.G.   Ballard,   jeden   z   najbardziej   przenikliwych   krytyków   współczesnej 
konsumpcyjnej   cywilizacji,   ujawnił   perwersyjny   wymiar   kultury   samochodu,   w   której 
kulminują   się   nie   tylko   obsesje   erotyczne,   lecz   także   niepokojące,   ukryte   głęboko   w 
podświadomości,   pragnienie   śmierci.   „Crash”,   arcydzieło   Ballarda   z   1973   r.,   wypełniają 
zerotyzowane opisy samochodowych katastrof, w których części pokiereszowanych maszyn 
splatają się ze zmasakrowanymi  ludzkimi  ciałami  w ekstazie pełnego zespolenia,  którego 
kresem może być tylko śmierć. Nieskończonym dostawcą podobnych obrazów i intuicji w 
wersji pop jest Hollywood z takimi produkcjami jak „Szybcy i wściekli”.

Czyje jest miasto?

Wspomniani   socjologowie   Urry   i   Dennis   nie   mają   wątpliwości,   że   w   rozkwicie   kultury 
samochodu,   jaka   zdominowała   świat   w   XX   w.,   wyraża   się   w   pełni   samobójczy   wymiar 
współczesnej   cywilizacji,   która   wbrew   rozsądkowi,   wiedziona   irracjonalnymi   popędami, 
zmierza do katastrofy. Bo choć sygnały z Wielkiej Brytanii pokazują, że być może następuje 
tam   odwrót   od  samochodu,   to   jednak  każdego   Anglika   rezygnującego   z   auta   zastąpi   stu 
Chińczyków,  którzy nie pragną niczego  innego, niż przesiąść się z roweru za kierownicę 
własnego samochodu.

Nie inaczej jest zresztą w Polsce z jej społeczeństwem na dorobku. W rezultacie – jak wynika 
z prognoz – liczba samochodów do 2050 r. podwoi się i osiągnie 2 mld! Głównym źródłem 
popytu są kraje rozwijające się: Chiny, Indie, Afryka. Czy muszą powtarzać drogę Zachodu?

Historia pokazuje, że takiego przymusu nie ma. Jednym z pierwszych  miejsc na świecie, 
gdzie sprzeciwiono się bezwzględnej tyranii systemu samochodowego, stała się brazylijska 
Kurytyba. Już w latach 60. XX w. władze tej wielokulturowej metropolii zapytały: czyje jest 
miasto? W odpowiedzi zaczęły tworzyć kontrsystem, oparty na wzorowo zaprojektowanym 
transporcie   publicznym.   Prywatne   samochody   zniknęły   z   centrum,   w   miejscu   parkingów 
wyrosły zielone parki, a przykład Kurytyby naśladowany jest dziś przez miasta na całym 
świecie, z metropoliami krajów rozwiniętych włącznie.

Podobny kontrsystemowy i antysamochodowy skok wykonała kolumbijska Bogota za władzy 
burmistrza  Enrique’a  Penalosy.  Wygonił  on samochody z centrum,  wprowadzając system 

Strona 2

2012-01-02

background image

komunikacji   publicznej   Transmilenio   i   zastępując   ponad   tysiąc   parkingów   terenami 
zielonymi.

Podziel się samochodem

Kulturze samochodu można się więc przeciwstawić. Urry i Dennis twierdzą jednak, że ze 
względu   na   siłę   systemu   samochodowego   walka   z   nim   musi   mieć   również   charakter 
systemowy i powinna polegać na tworzeniu alternatywy, która nie tylko jest atrakcyjna, lecz 
także   podważa   filary   zmotoryzowanej   cywilizacji.   Jednym   z   kluczowych   aspektów   jest 
deprywatyzacja, której zapowiedź widać już w Wielkiej Brytanii. I nie tylko. W Paryżu ruszył 
niedawno system Autolib. Na ulicach miasta pojawiły się eleganckie elektryczne samochody 
(projekt studia Pininfarina). Wystarczy wykupić abonament, by można było zabrać samochód 
z parkingu, dojechać nim do innego punktu miasta, zostawić tam na wyznaczonym miejscu i 
ruszyć na spotkanie, do pracy czy kina bez żadnych dalszych zobowiązań.

Autolib   wzorowany   jest   na   projekcie   Velib,   czyli   automatycznej   miejskiej   wypożyczalni 
rowerów, która stała się jednym z najbardziej charakterystycznych znaków rozpoznawczych 
współczesnego Paryża. W Autolib oprócz władz miasta zaangażował się miliarder Vincent 
Bolloré,   który   liczy,   że   zdoła   do   końca   2013   r.   wprowadzić   na   ulice   5   tys.   pojazdów. 
Abonament waha się od kilku euro za pół godziny używania auta po 144 euro za rok. Autolib 
to rozwiązanie oryginalne, choć deprywatyzacja samochodów rozpoczęła się wcześniej, wraz 
z rozwojem serwisów polegających na dzieleniu się autami: ZipCar, Streetcar, Whizzgo – to 
tylko   kilka   nazw   rozwiązań   polegających   na   tym,   by   oferować   użytkownikom 
usługę przejechania określonej odległości, a nie posiadania samochodu.

Dalsze   przemiany   kultury   samochodu   i   ewentualne   nadejście   świata   postsamochodowego 
zależeć   będą   od   zasygnalizowanej   już   ewolucji   pojęcia   mobilności.   Na   skutek   rozwoju 
technik teleinformatycznych nabiera ono coraz bardziej cyfrowego charakteru i najwyraźniej 
widać, że to właśnie cyfrowy świat zaczyna wchłaniać system samochodowy i poddawać 
swojej   kontroli.   Auta,   szczytowe   osiągnięcie   cywilizacji   mechanicznej,   coraz   bardziej 
przekształcają   się   w   komputery   na   kołach,   naszpikowane   mikroprocesorami   i 
oprogramowaniem,   za  pomocą  którego  pojazd wraz  jego operatorem  stają się  ruchomym 
węzłem wielowymiarowej komunikacyjnej sieci.

Kierowca   dzięki   takim   rozwiązaniom   jak   nawigacja   satelitarna   jest   w   stanie   nieustannie 
kontrolować proces przemieszczania się w przestrzeni fizycznej, nie tracąc kontaktu ze swoją 
siecią relacji społecznych, czyli przyjaciółmi, współpracownikami i kontrahentami, którzy są 
w zasięgu za sprawą łączności bezprzewodowej.

Współczesny cyfrowy nomada płaci jednak za tę autonomię wysoką cenę praktycznie totalnej 
kontroli   ze   strony   systemu,   który   na   podstawie   sygnałów   cyfrowych   ma   możliwość 
monitorowania lokalizacji pojazdów po to choćby, żeby naliczać opłaty za korzystanie z dróg 
i  kontrolować,   czy  jazda   odbywa  się   zgodnie   z  przepisami  i   nakazanymi  ograniczeniami 
szybkości.

Kierowca zbędny

Ewolucja rozwiązań technicznych prowadzi nieuchronnie do integracji samochodu z cyfrową 
siecią, w wyniku której z systemu zostanie wyeliminowany najbardziej zawodny jego element 
– kierowca. Od 1 marca 2012 r. na drogach stanu Nevada w USA będą mogły poruszać się 
samochody bez kierowców. Nowe prawo dopuszcza do ruchu tzw. pojazdy autonomiczne, 
czyli używające „sztucznej inteligencji, czujników i GPS do samodzielnego kierowania sobą 

Strona 3

2012-01-02

background image

bez   aktywnego   udziału   ludzkiego   operatora”.   Warunkiem   dopuszczenia   do   ruchu   będzie 
prawo jazdy, tylko że wydawane pojazdowi, a nie kierowcy.

Choć   na   pierwsze   zezwolenia   trzeba   będzie   jeszcze   trochę poczekać,   to   autonomiczne 
pojazdy już jeżdżą w ramach testów po prawdziwych szosach. Flota aut przygotowanych 
przez koncern Google przemierzyła już ponad 140 tys. mil po amerykańskich drogach, w 
każdych warunkach, w dzień i w nocy, w mieście i poza nim. Bez wypadku, choć ciągle 
jeszcze  średnio  raz   na  tysiąc   mil   potrzebna   była   drobna  interwencja  czynnika   ludzkiego. 
Pełny sukces będzie można ogłosić, gdy autonomiczne pojazdy przejadą pierwszy milion mil 
bez wypadku i bez żadnej interwencji. Kiedy to nastąpi, trudno dokładnie prognozować, lecz 
tempo zmian jest zaskakujące.

Zaledwie siedem lat temu DARPA, agencja Pentagonu zajmująca się finansowaniem rozwoju 
zaawansowanych   technologii,   zorganizowała   pierwsze   turnieje   Grand   Challenge   (patrz 
POLITYKA   42/10).   Zaprosiła   do   nich   zespoły   badawcze   z   prototypami   samochodów 
zdolnych pokonać samodzielnie dość łatwą trasę wyznaczoną na pustyni. Większość maszyn 
napakowanych elektroniką za setki tysiące dolarów nie dała rady. Dziś po ulicach miast bez 
trudu poruszają się seryjne samochody, zaopatrzone tylko w kilka dodatkowych czujników – 
cała inteligencja ukryta jest w sieci.

Integracja   systemu   samochodowego   z   Internetem   nie   zakończy   jednak   rewolucji   –   jej 
zwieńczeniem   będzie   dopiero   fuzja   z   systemem   energetycznym.   Przeciętnie   prywatny 
samochód jeździ dziennie dwie godziny, pozostałe 22 stoi bezużytecznie, zajmując miejsce 
parkingowe. Samochód elektryczny lub zasilany ogniwem paliwowym, które samodzielnie 
wytwarza energię elektryczną z wodoru, mógłby pełnić znacznie ciekawszą i pożyteczniejszą 
funkcję ogniwa systemu komunikacyjno-informacyjno-energetycznego. W jaki sposób?

Bardzo   prosto.   Największe   zapotrzebowanie   na   moc   elektryczną pojawia   się   wtedy,   gdy 
pracownicy biur zaparkują swoje auta, usiądą za biurkami  i poczują, że jest zbyt  ciepło. 
Podkręcona klimatyzacja domaga się więcej energii. Żeby to oczekiwanie zaspokoić, system 
energetyczny   musi   dysponować  nadwyżką   mocy  do  obsługi  takich  gwałtownych  zrywów 
popytu.   Rezerwy   bezpieczeństwa   można   by   zmniejszyć,   gdyby   za   awaryjne   źródło 
potraktować   stojące   bezczynnie   samochody   elektryczne   i   ukryte   w   ich   akumulatorach 
elektrony (patrz POLITYKA 1/10).

Krok   po   kroku   stary   stworzony   w   epoce   przemysłowej   system   samochodowy   ulega 
rozmontowaniu   i   przejęciu   przez   nowy   system   mobilności   komunikacyjno-informacyjnej. 
John Urry i Kingsley Dennis dostrzegają ten proces i uznają za najbardziej prawdopodobny 
scenariusz   budowy   świata   postsamochodowego.   Będzie   to   jednak   świat   –   jak   pisze   bez 
ogródek   przytaczany   wcześniej   Jean-Jacques   Delfour   –   totalitaryzmu   technologicznego. 
Dosyć ponura to alternatywa.

Możliwe   są   jednak   inne   warianty.   W   najbardziej   pesymistycznym   ewolucja   systemu   nie 
nadąży   za   wytwarzanymi   przezeń   impulsami   destrukcyjnymi,   jak   choćby   konsekwencje 
zmian klimatycznych, spowodowane spalaniem ropy naftowej. Kryzys gospodarki opartej na 
paliwach kopalnych zakończy się w tym scenariuszu katastrofą i nadejściem epoki „nowego 
średniowiecza”. Życie w nowej epoce biec będzie w zamkniętych enklawach, podobnie jak 
niegdyś   w   grodach.   Pomiędzy   nimi   zapanuje   chaos,   wystarczy   zresztą   sięgnąć   po   wizje 
przedstawione w filmie „Mad Max”.

W końcu najmniej chyba prawdopodobny jest scenariusz pozytywny, polegający na rewolucji 
społeczno-kulturowej,   w   wyniku   której   człowiek   uzyskałby   większą   autonomię   wobec 

Strona 4

2012-01-02

background image

totalizujących   sił   techniki.   W   tym   wariancie   uspołeczniona   technika   miałaby   służyć 
człowiekowi   w   dobrym   życiu,   a   nie   zaspokajaniu   atawistycznych,   irracjonalnych   i 
samobójczych pragnień, podsycanych nieustannie przez służby marketingu kapitalistycznej 
machiny. Niestety, kultura popularna nie pomaga w wyobrażeniu sobie takiej rzeczywistości. 
Lubimy happy endy, ale na zgliszczach po katastrofie.

Źródło: 

http://www.polityka.pl/nauka/technika/1522637,1,czy-nadchodzi-kres-

motoryzacji.read

dostęp: 2012-01-02 14:16:45

Strona 5

2012-01-02


Document Outline