background image

 MARGARET STARKS 

 

WSZYSTKO DLA NIEGO 

(Better for Adam) 

 

Przełożył Paweł Dobrowolski 

background image

 

Dzień  był  gorący.  Upał,  szczególnie  dotkliwy  w  podróży,  ustępował  teraz  wraz  ze 

zbliżającym się wieczorem. Lekki wietrzyk owiewał delikatnie twarz dziewczyny wciśniętej 
w  miękkie  oparcie  dorożki.  Czując  chłód  powiewu,  wyprostowała  się  i  rozejrzała  dookoła. 
Zieleń okolicy koiła zmęczone oczy. Stary woźnica oderwał na moment wzrok od alei, którą 
jechali. Uśmiechnął się, odwracając głowę.  

–  Już  niedaleko,  panienko.  Prawie  dojechalim.  Dziękowała  Bogu,  że  ta  długa  podróż 

jednak  dobiegała  końca,  chociaż  zdenerwowanie  wróciło,  chwilowo  uśpione  zmęczeniem. 
Wyprostowała  przekrzywiony  kapelusz  i  zaczęła  nakładać  bawełniane  rękawiczki  na 
rozgrzane dłonie.  

Kiedy  dorożka  skręciła  w  podjazd,  dziewczyna  ujrzała  cel  swojej  podróży.  Była  zbyt 

zmęczona,  by  dokładnie  przyjrzeć  się  otoczeniu,  a  jednak  na  widok  domu  spowitego  w 
kwitnące pnącza jej twarz rozjaśniła się uśmiechem. Budynek był piękny. Dużo piękniejszy, 
niż go sobie wyobrażała.  

Woźnica zwolnił i zatrzymał dorożkę przed werandą. Ciężko zsiadł z siedzenia i obszedł 

pojazd, chcąc pomóc dziewczynie wysiąść i wypakować walizkę.  

– No i dojechalim, panienko. Dobrze jej tu będzie, zobaczy... Pani Lawrence oczekuje jej, 

niech tylko zadzwoni.  

Dziewczyna  skinęła  głową  i  podeszła  do  drzwi.  Kiedy  pociągnęła  za  mosiężną  rączkę, 

odezwał się dzwonek.  

Kapryfolium obrastające werandę wypełniało powietrze duszącym zapachem. Zamknięte 

były jedynie szklane drzwi wewnętrzne, jednak one również po chwili otworzyły się i stanęła 
w nich pełna godności kobieta w średnim wieku. Wyciągając z uśmiechem rękę na powitanie, 
rzekła: 

– O, Heather. Przyjechałaś nareszcie. Musisz być bardzo zmęczona. Mateuszu, wnieś do 

holu walizkę panny Blakeney.  

Dziewczyna  weszła  do  środka;  ogarnął  ją  miły  chłód.  Zaczęła  grzebać  w  torebce  w 

poszukiwaniu portmonetki. Obawa o to, ile będzie kosztować dorożka, nie dawała jej spokoju 
przez całą drogę od stacji. Niestety, był to jedyny sposób na dostanie się tutaj ze wsi, chyba że 
ktoś się decydował na trzy milowy marsz.  

Pani Lawrence gestem nakazała jej schować pieniądze.  
– Och, nie, moja droga. To my powinniśmy byli wysłać po ciebie dwukółkę. Niestety, ja 

nie powożę, a Adama nie mogłam prosić... W każdym razie, łatwiej było wziąć Mateusza.  

– Chodźmy – rzekła po chwili, odprawiwszy woźnicę. – Pewnie padasz z nóg.  
Ruszyły  przez  szeroki  hol.  Dziewczyna  podziwiała  kosztowne  dywany  na  błyszczącej 

podłodze, solidne meble i ładne kręcone schody.  

– Tak, jestem zmęczona – przyznała.  
Nigdy wcześniej nie poróżowała, nigdy nie była z dala od domu. Tak naprawdę, to poza 

przedmieściem,  na  którym  mieszkała,  Londyn  też  znała  słabo.  Nic  dziwnego  więc,  że 

background image

samotna  podróż  do  Devon  przerażała  ją.  Teraz,  oszołomiona  wrażeniami  dnia,  była  jeszcze 
dodatkowo  onieśmielona  świadomością  swojego  wyglądu.  Własnoręcznie  uszyta  sukienka, 
wygnieciona  podczas  podróży,  kontrastowała  z  niewymuszoną  elegancją  starszej  pani  i 
wytwornym wnętrzem pokoju, do którego weszła.  

Heather  przycupnęła  na  samym  brzeżku  krzesła.  Domyśliła  się,  że  siedzą  w  salonie  – 

wskazywało na to umeblowanie. Pokój był długi, z kilkoma oknami i kominkiem w ścianie 
wewnętrznej. Promienie wieczorowego słońca, wpadające przez okno, podkreślały subtelność 
barw dywanu, obić sofy i foteli.  

Pani Lawrence badawczo przyglądała się dziewczynie.  
– Wyglądasz bardzo młodo, moja droga. Sądziłam, że jesteś starsza.  
–  Tak,  wiem.  Niestety,  zawsze  odejmowano  mi  lat.  Ale  teraz  mam  już  prawie 

dziewiętnaście.  

Kobieta patrzyła na nią z lekko niezadowoloną miną.  
– Mam nadzieję, że to nie był zły pomysł, by cię tu sprowadzić...  
Heather spłoszyła się i zapytała szybko: 
– To znaczy... że nie odpowiadam pani? 
–  Nie,  nie  to  miałam  na  myśli.  Żyjemy  tu  na  odludziu,  zupełnie  odcięci  od  świata. 

Obawiam się, że mogłabyś się tu czuć odrobinę samotna.  

– Och, nie. Na pewno nie. Zawsze marzyłam o życiu na wsi, a tu jest tak pięknie... Aż 

boję się pomyśleć o powrocie do Londynu.  

Starsza pani spojrzała z sympatią na Heather, która nerwowo splotła palce na kolanach.  
– Doceniam to. Tak mi przykro z powodu śmierci twojej matki. Ciotka Ewelina pisała mi, 

jak  nieszczęśliwa  jesteś  od  tego  czasu.  I  choć  zostaniesz  tu  tylko  na  próbę,  to  boję  się,  by 
życie w tej samotni jeszcze bardziej cię nie przygnębiło.  

– To bardzo miło z pani strony, że martwi się pani o to, lecz chyba niepotrzebnie. Jeśli 

tylko rzeczywiście będę w stanie pomóc... bo widzi pani... nigdy jeszcze nie robiłam niczego 
takiego.  

– Tak, wiem, ale to chyba nawet lepiej. Starsza osoba mogłaby mieć swoje nawyki, a ja 

chcę, by dom był prowadzony na mój sposób. Niestety, zdrowie mi już nie dopisuje i jeśli się 
tym  zajmiesz,  będzie  to  doprawdy  wielka  pomoc  Uśmiechnęła  się,  widząc  wyraz  twarzy 

Heather.  

–  Nie  przejmuj  się,  moje  dziecko.  Wcale  nie  oczekuję,  że  jednego  dnia  nauczysz  się 

wszystkiego.  Poza  tym,  Lucy  będzie  ci  pomagać.  Codziennie  przyjeżdża  ze  wsi  i  wykonuje 
wszystkie ciężkie prace. To dobra dziewczyna i chociaż nie bardzo ma czas na coś więcej niż 
sprzątanie, nie wiem, co bym bez niej zrobiła. Ostatnio i tak pracuje za dużo i dlatego dobrze, 
że  przyjechałaś.  Nie  będzie  ci  ciężko  i  będziesz  miała  dużo  czasu  dla  siebie.  To  mogę  ci 
obiecać. Obyś się tylko nie nudziła. Choć Ewelina zapewnia, iż jesteś bardzo samodzielna, a 
spokój ci nie przeszkadza.  

–  Tak,  ciocia  miała  rację.  Tego  pragnę:  spokoju  i  ciszy.  Pani  Lawrence  spojrzała 

przenikliwie na dziewczynę.  

–  Sądzę,  że  je  tu  znajdziesz.  Oby  próba  okazała  się  pomyślna  i  obyśmy  obie  były 

background image

zadowolone.  Na  pewno  minie  trochę  czasu,  zanim  się  do  siebie  dostosujemy,  ale  bardzo 
potrzebuję teraz kogoś na stałe. Mam nadzieję, że i Adam z czasem to zrozumie. Widzę, że 
zależy  ci  na  pozostaniu  tutaj.  Musisz  być  więc  cierpliwa  i  nie  zniechęcaj  się,  jeśli  początki 
będą trudne. – Zamilkła na moment, po czym mówiła dalej, łagodniejszym już tonem: – Przy 
okazji, w domu mamy mnóstwo rozmaitych książek, większość w bibliotece. Korzystaj z nich 

swobodnie.  Gdzieś  na  górze  jest  też  maszyna  do  szycia,  także  do  twojej  dyspozycji.  Jak 

widzisz, twoja ciotka wiele mi o tobie pisała i przekonała mnie, że będziesz idealną dla mnie 
osobą.  Tak  dawno  się  nie  widziałyśmy...  ale  ciągle  piszemy  do  siebie.  To  jedyne  ogniwo 
łączące  mnie  ze  światem,  który  porzuciłam,  opuszczając  Londyn..  ,  –  Ponownie  przerwała 
zamyślając  się.  Mimo  to,  nadal  obserwowała  dziewczynę.  –  Jakie  to  dziwne  –  rzekła  po 

chwili  –  że  to  ty  jesteś  tutaj.  Tyle  wspomnień  budzi  się  we  mnie...  Ewelina  i  ja  byłyśmy 
bliskimi przyjaciółkami przed laty. Znałam także twoją matkę jako dziewczynę. Wiedziałaś o 
tym? Była trochę młodsza ode mnie... i bardzo młoda, gdy wyszła za mąż. Nie widziałam się 
z nią od tamtego czasu.  

– Nikt się z nią nie widział oprócz cioci Eweliny. Ona jedna była z mamą w kontakcie.  
–  Taak...  To  robota  twojego  dziadka.  Choć  trzeba  przy»  znać,  że  nie  jego  jednego 

zaszokowało  małżeństwo twojej matki. Nigdy jej  nie wybaczył,  że wyszła za mąż bez jego 
wiedzy  i  błogosławieństwa.  Wybacz  mi,  moja  droga,  jeśli  niezbyt  mile  wspominam  twego 
ojca.  Twoja  matka  musiała  go  bardzo  kochać...  Jesteś  do  niej  podobna.  Chociaż 

prawdopodobnie  nie  masz  tej  zapalczywej  natury...  i  życie  masz  inne  niż  ona  w  czasach 
naszej znajomości.  

W tym momencie gdzieś z tyłu domu dał się słyszeć odgłos dzwonka i tak jak gdyby to 

był jakiś sygnał, pani Lawrence poderwała się gwałtownie.  

– Chodź, moja droga. Za długo zatrzymuję cię swoim gadaniem. Pokażę ci twój pokój.  
W  holu  spostrzegła  wciąż  tam  stojącą  walizkę  panny  Blakeney.  Zatrzymała  się, 

marszcząc brwi.  

– To przeoczenie z mojej strony. Powinnam była kazać Lucy zanieść ją na górę, zanim 

Adam przyszedł. Dziś wolałabym mu nie przypominać... powiem mu jutro...  

– Poradzę sobie sama – zapewniła Heather, podnosząc walizkę. – Nie jest taka ciężka.  
– Jeżeli tak, to zabierz ją już teraz – powiedziała pani Lawrence i wchodząc na schody, 

stwierdziła:  –  Jesteś  silniejsza,  niż  można  by  sądzić.  Większość  pokoi  jest  na  dwóch 
pierwszych piętrach – dodała, gdy weszły w korytarz prowadzący z głównej części domu. – 
Poza  tym,  jest  jeszcze  jeden  lub  dwa  na  strychu.  To  duży,  rodzinny  dom,  chociaż  ledwie  w 
połowie wykorzystany.  

Otworzyła drzwi na końcu korytarza.  
– To ten pokój Lucy przygotowała dla ciebie. Mam nadzieję, że ci się spodoba.  
Heather weszła do środka i pozostawiła walizkę na podłodze. Z przyjemnością rozejrzała 

się  dookoła.  Pokój  był  jasny,  przestronny  i  wygodnie  umeblowany  –  w  połowie  jako 
sypialnia, a w połowie jako salon.  

Pani Lawrence uśmiechnęła się do niej.  
–  Widzę,  że  podoba  ci  się.  Przyjemny,  prawda?  Pozostałe  też  są  ładne.  Będziesz  miała 

background image

stąd wspaniały widok na wrzosowiska.  

Dziewczyna wyjrzała przez okno na skąpaną w słońcu okolicę.  
– Ten pokój jest piękny! – Odwróciła się gwałtownie. – Och, tak bym chciała tu zostać... 

To znaczy, mam nadzieję, że sobie poradzę.  

–  Na  pewno  –  odparła  pani  Lawrence,  wciąż  ją  obserwując.  –  Och,  gdyby  tylko  o  to 

chodziło... – westchnęła. – No, ale cóż, jutro będziemy się martwić.  

Wyglądała na niespokojną.  
–  Proponuję,  abyś  już  została  tego  wieczora  w  pokoju.  Jesteś  bardzo  zmęczona.  Na 

kolację też nie musisz schodzić. Lucy przyniesie ci ją tutaj. Masz teraz czas, by spokojnie się 
ulokować i rozpakować rzeczy. Śpij dobrze, moja droga. Zobaczymy się rano.  

Heather  była  wdzięczna  za  propozycję  pozostania  w  pokoju,  bo  miniony  dzień,  tak 

wyczerpujący, wydawał się już nie mieć końca. Gdy tylko została sama, rzuciła kapelusz na 
łóżko  i  usiadła  w  dużym,  wygodnym  fotelu  pod  oknem.  Wyprostowała  nogi  i  opuściła 
swobodnie ramiona.  Lekki powiew z okna miło chłodził jej twarz. Przed oczyma wyobraźni 
przesuwały  jej  się  obrazy  minionego  dnia.  Klekocący  tramwaj  do  centrum  Londynu, 
poszukiwanie  autobusu  do  dworca  Paddington,  zamieszanie  na  wielkiej  stacji  i  niepokój  o 
odnalezienie  właściwego  pociągu.  Dalej  nie  kończąca  się  podróż  do  Plymouth,  później 
przesiadka i następny pociąg. Jednym słowem – dzień pełen napięcia, ale teraz czuła już tylko 
ulgę i zadowolenie ze szczęśliwego zakończenia podróży.  

Otworzywszy  oczy,  rozejrzała  się  uważniej:  szafa,  komoda,  łóżko  z  gustowną  narzutą, 

stół,  krzesła,  półki  z  kilkoma  książkami,  ładne  zasłony  w  oknach.  Powoli  przenosiła  spój: 
rżenie z przedmiotu na przedmiot, uśmiechając się lekko. To wszystko dla niej, tylko dla niej. 
Zapominając o zmęczeniu, wstała z fotela i wziąwszy kapelusz z łóżka, umieściła go na półce 
w  szafie.  Rozpakowała  walizkę  i  rozmieściła  swoje  rzeczy,  starając  się  wykorzystać 
wszystkie  półki  i  szuflady.  Parę  osobistych  drobiazgów,  pozostawionych  na  wierzchu, 
zmieniło pokój tak, że poczuła się jak u siebie.  

Zachwyciło  ją  duże  lustro  na  drzwiach  szafy,  o  niebo  lepsze  od  tego  domowego, 

wypaczonego i  zniszczonego.  Byli zbyt biedni,  by wydawać pieniądze na cokolwiek innego 

poza  zaspokajaniem  podstawowych  potrzeb.  Heather  dobrze  pamiętała  dzień,  w  którym 
opuściła szkołę po to, aby nauczyć się krawiectwa i móc zarabiać na utrzymanie rodziny.  

Odsunęła się dalej, by obejrzeć się w sukni specjalnie uszytej na podróż: sama prostota i 

młodość. Była smukła i filigranowa jak dziecko, miała małe piersi, a wiotka talia uwydatniała 
łagodny łuk  bioder.  Jej  drobna, owalna twarz była teraz blada ze zmęczenia, a pod oczyma 
pojawiły się głębokie cienie. Po takich przeżyciach jak dziś wyglądała bardzo delikatnie, co 
pani Lawrence natychmiast zauważyła. Głęboki błękit oczu obramowanych czarnymi rzęsami 
harmonizował  z  ciemnymi  włosami.  Zebrane  ku  górze  i  spięte  wysoko  z  tyłu  głowy 
przechodziły  w  grube,  swobodnie  opadające  loki,  które  wydawały  się  zbyt  ciężkie  dla 
wysmukłej szyi.  

Usłyszała pukanie do drzwi, ale nim zdążyła podejść, do pokoju weszła parę lat od niej 

starsza dziewczyna z tacą. Domyśliła się,  że to  Lucy. Dziewczyna postawiła tacę na stole i 
zaczęła rozstawiać naczynia. Cały czas szybko mówiła i Heather z przyjemnością słuchała jej 

background image

paplaniny. Gwara, którą mówili Lucy i Mateusz, podkreślała nowość otoczenia.  

– Proszę bardzo. Panienka musi co głodna jak wilk.  
Lucy cofnęła się, chcąc przypatrzeć się nowo przybyłej.  
– Trzeba będzie podkarmić. Panienka to całkiem jak pani. Nie to, co ja... ha, ha.  
Obróciła się, by „panienka” mogła ją obejrzeć. Patrząc na jej różową, uśmiechniętą twarz, 

Heather także się uśmiechnęła, a skrępowanie wywołane tym, że Lucy ją obsługuje, minęło.  

– Już jestem wolna – oznajmiła Lucy. – Jak panienka skończy, to niech zostawi wszystko 

na tacy. Może poczekać do rana. Jak panience będzie przeszkadzać, to niech czymś przykryje.  

Stanęła w drzwiach, nie otwierając ich jednak.  
–  Dobrze,  że  panienka  przyjechała,  bo  z  panią  to  marnie  ostatnio.  Aż  żal  patrząc.  Co 

mogę, to robię, ale, ech... – westchnęła. – Tera latem to pół biedy, ale zimą... szkoda gadać.  

– Jesteś tu codziennie? – zapytała Heather, pamiętając, jak daleko jest do wsi.  
–  Tak,  panienko.  Przyjeżdżam  rowerem,  jak  pogoda  dobra.  Czasem  piechotą,  to  wtedy 

pan Adam odwozi mnie dwukółką. Pani chce, żeby ja została na noc, ale ja nie zostałabym tu 
za nic. Choćby nie wiem co...  

Heather zaskoczyła nutka emocji w jej głosie.  
– A dlaczego nie? 
– No, bo wolę spać u siebie. A tu? Ciarki mnie przechodzą na myśl o spaniu w tym domu.  
– Przecież tu jest tak pięknie.  
– Może i tak, ale w słońcu. Niech panienka poczeka do zimy: na dworzu ciemno jak w 

grobie,  a  w  środku  nie  lepiej,  choć  lampy  zapalone.  Wkoło  nikogo,  najbliższy  dom  dopiero 

we wsi. No i te wrzosowiska, tam wiatry tak wieją, że... A Princetown też niedaleko...  

– Princetown? 
– To panienka nie wie? To więzienie. Tam siedzą sami mordercy.  
– No cóż, pewnie są dobrze zamknięci.  
– Taa... akurat. Raz jeden uciekł. I kto wie, kiedy będzie następny. Nie, to nie dla mnie. Ja 

lubię towarzystwo. A panienka? Nie będzie jej tu smutno? Przecież przyjechała z Londynu.  

– Na pewno nie. Ja lubię ciszę.  
– No, to panienka będzie zadowolona – stwierdziła Lucy z uśmiechem. – Tego to tu pod 

dostatkiem.  Tylko  pani  i pan Adam  tu  mieszkają.  Było  trochę  więcej  ruchu,  jak przyjeżdżał 

pan Robert, ale dawno go nie było i na to wygląda, że i długo nie będzie. Pani tego nie mówi, 

ale ja swoje wiem. Tera tu okropnie cicho. Jak dla mnie, to i za cicho. Nie ma co, cieszę się, 
że panienka przyjechała. Miło będzie mieć do kogo gębę otworzyć. A pani to jest w porządku 
– ciągnęła po chwili przerwy. – Trudno o lepszą. A pan Adam... hm, jeszcze go panienka nie 
widziała.  Z  nim  jest  trochę  gorzej...  ale  niech  się  panienka  nie  martwi.  Z  nim  też  się  jakoś 
ułoży.  

Otworzyła drzwi.  
– Na pewno będzie spała jak zabita. Nie dziwota, po takiej podróży. Dobranoc panience.  
Po jej wyjściu Heather usiadła do stołu. Niewiele dziś jadła, ale nawet teraz, mając pusty 

żołądek, nie czuła głodu. Nie chciała jednak, by Lucy było przykro, że nawet nie skosztowała 
przygotowanego  przez  nią  posiłku.  Już  po  kilku  kęsach  wrócił  jej  apetyt.  Gdy  skończyła, 

background image

złożyła  naczynia  na  tacy  i  przykryła  je  ścierką.  Podeszła  do  okna  i  wyjrzała,  opierając  się 
wygodnie o parapet.  

Dom  zbudowany  został  bez  jednolitego  planu.  Teren,  na  którym  się  znajdował, 

ograniczony  był  parkanem,  a  za  nim,  aż  po  wrzosowiska,  ciągnęły  się  pola.  Nie  dostrzegła 
żadnych zabudowań poza położonymi na lewo od domu kilkoma budynkami gospodarczymi, 
choć  i  one  wyglądały  na  opuszczone.  W  oddali  widniało  wzgórze,  po  stronie  zacienionej 
niemalże  czarne,  a  po  drugiej  w  kolorze  zachodzącego  słońca  –  tak  jak  i  całe  wrzosowiska. 
Heather była dziwnie poruszona – to ten rozległy obszar dzikiej, bezludnej przestrzeni tak na 
nią  działał.  Był  jak  obraz,  na  który  będzie  mogła  patrzeć,  ilekroć  tylko  zapragnie,  obraz 
zmieniający  się,  tak  jak  w  tej  chwili,  o  zachodzie  słońca,  z  minuty  na  minutę  inny. 
Przypomniała  sobie  uwagę  Lucy  o  tutejszej  zimie.  Nie,  dla  niej  będzie  tu  pięknie  o  każdej 
porze roku. Urzekła ją dzikość tego miejsca, nie skażonego działaniem człowieka.  

Jakże odmienne było to wszystko, z czym zetknęła się do tej pory w Londynie: brudne, 

hałaśliwe  ulice,  odrapane,  ciągnące  się  w  nieskończoność  domy,  pospolitość  i  ordynarność 
wszystkiego wokół. Tu zastała piękno i spokój – to, za czym tęskniła.  

Dom  był  kompletnie  odizolowany,  jak  powiedziała  pani  Lawrence,  nawet  od  wioski, 

która i tak różniła się od świata, do którego przywykła Heather.  Życie biegło tu spokojnym 
rytmem. W drodze ze stacji kolejowej widziała jedynie pojazdy konne, a przecież w Londynie 
nie było ich od lat, od czasu nastania ery automobilizmu.  

Wiatr przynosił do pokoju woń kwiatów.  
Dziewczyna  wychyliła  się  przez  okno  i  ujrzała  różowy  ogród.  Z  rozkoszą  wdychała 

zapach  róż.  W  domu  nie  mieli  ogrodu.  Drzwi  frontowe  wychodziły  na  ulicę,  tylne  –  na 
zaśmiecone podwórko. Odwróciła się z powrotem do pokoju. Przeglądała chwilę książki na 
półkach  i  wybrała  jedną  z  nich  do  czytania  przed  snem.  Przy  łóżku  stał  mały  stoliczek  z 
lampą.  Och,  jakie  przemyślane  było  umeblowanie  tego  pokoju.  Tu  mogłaby  być  dużo 
szczęśliwsza niż kiedykolwiek w Londynie.  

Pani Lawrence budziła w niej lęk – taka zrównoważona i pełna rezerwy, wyniosła, prawie 

pyszna. Chociaż wydawała się być życzliwa Heather. Lucy była jej przeciwieństwem: 

pogodna i przyjazna trzpiotka. Adama jeszcze nie zdążyła poznać.  
Myśląc  o  nim,  usiadła  na  łóżku  z  zamkniętą  książką  na  kolanach.  Jak  to  Lucy 

powiedziała? „Z panem Adamem jest trochę gorzej... „ i jeszcze coś o tym, żeby się nim nie 
przejmowała. A dlaczego miałaby się przejmować? Jaki on jest? 

Usiłowała przypomnieć sobie, co słyszała o państwie Lawrence od ciotki Eweliny, gdy ta 

po raz pierwszy zaproponowała Heather wyjazd do Devon. „Niewiele mogę ci powiedzieć o 
tym,  co  się  z  nimi  dzieje,  odkąd  widziałam  ich  po  raz  ostatni.  Opuścili  Londyn  wkrótce  po 

tym,  jak  urodził  się  im  drugi  syn,  Adam.  Jest  mniej  więcej  w  twoim  wieku,  może  trochę 

straszy,  ale  niewiele.  Robert  miał  wtedy  ze  trzy-cztery  lata.  Kupili  dom  na  wrzosowiskach. 
Nigdy  tam  nie  byłam  i  prawie  zupełnie  straciliśmy  kontakt.  To  musi  być  straszne  dla 
Katarzyny,  żyć  tam,  w  tej  samotni.  Szczególnie  po  śmierci  męża.  Tu,  w  Londynie,  zawsze 
była  bardzo  towarzyska,  wciąż  w  centrum  wydarzeń.  Nie  potrafiłam  nigdy  zrozumieć, 
dlaczego stąd wyjechali i pogrzebali się za życia gdzieś na pustkowiu. „ 

background image

Nic jej to nie mówiło o Adamie. Pani Lawrence też wspomniała o nim ledwo raz czy dwa 

i wydawała się być niechętna spotkaniu Heather z synem. Nie, to musiało być złudzenie. Nie 
było przecież powodu, dla którego nie mogłaby się z nim zobaczyć. Lucy oczywiście lubiła 
sobie poplotkować, a ona niepotrzebnie przejęła się jej uwagą.  

Ziewając  odłożyła  książkę  i  zaczęła  przygotowywać  się  do  snu.  Jeszcze  raz  obejrzała 

pokój. Lampa naftowa była dla niej nowością. Jakże odmienne było życie miejskie od tego, z 
czym spotkała się tutaj. W Londynie mieli oświetlenie gazowe. W salonie świeciła lampa ze 
stale nagrzanym do czerwoności kloszem, w kuchni był otwarty palnik gazowy do gotowania. 
Tu nie było gazu ani prądu elektrycznego.  

Ciekawa  była,  czy  i  we  wsi  wciąż  używa  się  lamp  naftowych.  Jej  w  każdym  razie  to 

odpowiadało, przyjemnie było mieć taką przy łóżku. Na razie nie musiała jej zapalać, wciąż 
było jasno.  

Szczęśliwa i rozmarzona zaczęła czytać.  

background image

 

Było  już  jasno  i  słońce  wpadało  do  pokoju,  gdy  Heather  obudziła  się.  Spała  dobrze. 

Najpierw  pomyślała,  że  musi  być  już  późno  i  pewnie  jest  już  oczekiwana  na  dole.  Jednak 
mały  zegarek  na  stoliku  przy  łóżku  wskazywał  dopiero  szóstą.  Położyła  się  wcześniej  niż 
zwykle i dlatego była już wyspana.  

Wstała i podeszła do okna. Na policzku poczuła ciepło porannego słońca. Zapowiadał się 

kolejny  upalny  dzień,  chociaż  powietrze  pełne  wiejskich  zapachów  było  na  razie 
orzeźwiająco chłodne. Postanowiła pójść na spacer, zanim domownicy się obudzą.  

Szybko  ubrała  się,  przeszła  ostrożnie  korytarzem,  a  dalej  schodami  w  dół.  W  holu 

zatrzymała się nasłuchując, ale wszędzie panowała cisza. Drzwi nie były zamknięte na klucz, 
więc bez przeszkód wyszła na zewnątrz.  

Kiedy  szła  w  dół  podjazdem,  z  przyjemnością  wdychała  rześkie  powietrze.  Upał  nie 

zdążył jeszcze odebrać mu świeżości. Ten wczesny, letni ranek był dla niej zupełnie nowym 
doznaniem, w dziwny sposób odbierał jej poczucie rzeczywistości.  

Dalej poszła zadrzewioną aleją, którą wczoraj przyjechała. Po jakimś czasie natrafiła na 

niewielką rzeczkę, jednak droga biegła dalej po zgrabnym, łukowatym moście. Heather oparła 
się o barierkę i spojrzała w czysty, wartki nurt. Potem, porzucając aleję, podążyła z biegiem 
rzeki,  delikatnie  stąpając  po  miękkiej  darni  na  brzegu.  Z  oddali  słychać  było  głośny  szum 

wody.  Minąwszy  zakole  ujrzała,  jak  rzeka  rozlewa  się  w  tym  miejscu  szeroko  na  skalnym 
podłożu, opływając z głośnym bulgotem i szumem mniejsze i większe kamienie. Przechodząc 
z jednego na drugi, bez trudu osiągnęła środek nurtu i usadowiła się na sporym okrąglaku.  

Opływająca ją woda, z wyjątkiem miejsc, gdzie się pieniła, miała piękny błękitny kolor, 

podobnie  jak  bezchmurne  niebo.  Zmęczenie  i  napięcie  poprzedniego  dnia  minęło  i  Heather 
odzyskała nareszcie wewnętrzny spokój. Patrząc na wodę, siedziała jak zahipnotyzowana, a 
jednostajny szum zachęcał ją do rozmyślań.  

Od  dziecka  zamknięta  w  sobie,  wrażliwa,  nie  pasująca  do  ordynarnego  sąsiedztwa,  w 

którym  żyła,  wyobcowana  z  własnej  nieszczęśliwej  rodziny,  coraz  bardziej  pogrążała  się  w 
sobie.  

Ojciec był w domu gościem, większość czasu spędzał w morzu. Nie kochała go. Bała się 

ciągłych  awantur,  które  wszczynał,  zamieniając  życie  jej  matki  w  pasmo  udręk.  Trwonił 
wszystkie zarobione pieniądze i nie zajmował się zupełnie losem żony i córki.  

Gdy  tak  siedziała  zamyślona,  straciła  poczucie  czasu.  Zdecydowała  jednak,  że  lepiej 

będzie już ruszyć z powrotem.  

W  domu  nadal  panowała  cisza.  Pani  Lawrence  jeszcze  nie  wstała,  ale  lada  moment 

powinna była przyjechać Lucy. Nie wiedząc jeszcze, co należy do jej obowiązków, musiałaby 
czekać bezczynnie w pustej kuchni. Sama czuła się wewnątrz nieswojo, wolała więc poczekać 
na przyjazd Lucy przed drzwiami.  

Skorzystała  z  okazji,  by  dokładnie  obejrzeć  swój  nowy  dom.  Wyglądał  na  raczej 

zaniedbany,  z drzwi i  ram  okiennych odchodziła farba. Jeśli nawet  ktoś  dbał  o niego,  to  nie 

background image

tak, jak powinien. Podobnie otoczenie: podjazd poprzetykany kępkami mchu i trawy, nadmiar 
chwastów  pomiędzy  krzewami  i  drzewami.  Stary  drzewiasty  bez  z  węzłowatym  pniem  i 
wystającymi  korzeniami  zwieszał  swe  kwiaty  nad  dróżką  wiodącą  na  tyły  obejścia.  Zapach 
kwiatów  przypomniał  dziewczynie  ogród  różany  widziany  wczoraj  z  okna,  poszła  więc 
ścieżką, by go odnaleźć.  

O  ile  cała  reszta  była  zaniedbana,  to  ogród  –  wręcz  przeciwnie.  Nie  dostrzegła  ani 

chwasta. Składał się z kilku kwietników rozdzielonych trawiastymi dróżkami, prowadzącymi 
do  niedużego,  także  dobrze  utrzymanego  trawnika.  W  rogu  stała  altana,  a  na  środku 
urządzono karmnik i wanienkę dla ptaków. Akurat chlapał się w niej kos. Obserwowała go, 
dopóki nie odleciał.  

Zatrzymała  się  przy  kępie  kremowych  róż.  Wyciągnęła  rękę,  by  dotknąć  aksamitnych 

płatków, lecz gdy to uczyniła, usłyszała niemalże nad swoim uchem ostry syk. Przestraszona 
odwróciła  się  gwałtownie  i  zobaczyła,  że  obok  niej  stoi  mężczyzna.  Jego  ciemne  oczy  o 
przenikliwym spojrzeniu wpatrywały się w nią z wrogością. Był jej wzrostu, a mała wełniana 
czapeczka na czubku głowy nadawała mu dziwny, gnomowaty wygląd.  

–  Wcale  nie  chciałam  ich  zrywać  –  wyjaśniła  pośpiesznie.  –  Są  takie  cudowne,  takie 

delikatne, że niemal nieprawdziwe.  

Mężczyzna nie odpowiedział. Nie poruszył się nawet, tylko wciąż wrogo wpatrywał się w 

Heather.  Pomyślała,  że  to  pewnie  ogrodnik,  a  róże  to  jego  medalistki.  Przeprosiła  cicho, 
odwróciła się i odeszła.  

Szedł  za  nią  do  końca  ogrodu.  Gdy  skręcała  za  róg  domu,  obejrzała  się  –  stał  tam  i 

obserwował ją. Wzdrygnęła się na myśl o tym, w jaki sposób na nią patrzył. Z ulgą dostrzegła 
na podjeździe nadjeżdżającą na rowerze Lucy.  

–  Wcześnie  panienka  wstała.  Całkiem  jak  pan  Adam.  Nie  wyleży,  gdy  słońce  już  stoi. 

Pewno szwęda się po swoim ogrodzie od godziny albo i dłużej. Albo z koniem w stajni. To 
jego dwie miłości. Można by pomyśleć, że to stare, zakichane konisko to człowiek, tak wkoło 
niego chodzi. Pani jeszcze nie wstała, nie? 

Heather potrząsnęła głową.  
– Jeszcze spala, kiedy wychodziłam.  
– Pani zawsze późno wstaje, ale dziś chciała zejść na dół razem z panienką. Tylko pewnie 

nie spodziewała się, że panienka tak wcześnie wstanie, szczególnie po podróży. Ale co tam, 
panienka może pójść ze mną, jeśli chce.  

Heather rada była jej pogodnemu towarzystwu i razem podążyły w kierunku kuchennego 

wejścia.  Drzwi  były  otwarte.  Z  sieni  o  kamiennej  posadzce  prowadziły  w  dół  schody  do 
piwnicy.  Po  drugiej  stronie  zobaczyła  duże  pomieszczenie,  także  z  kamienną  podłogą, 
wyglądające  na  pralnię.  W  długiej  wnęce  po  prawej  stronie  korytarza  umieszczono  szereg 
wieszaków.  Lucy  zatrzymała  się,  by  przebrać  się  w  fartuch.  Wisiało  tam  parę  marynarek  i 

płaszczy nieprzemakalnych, na podłodze stała niemal kolekcja butów i kapci. Większość tych 
rzeczy  była  męska,  prawdopodobnie  należały  więc  do  Adama.  Heather  miała  niejasne 
przeczucie, że to on był człowiekiem, którego spotkała w ogrodzie.  

Weszły  do  kuchni.  Heather  usłyszała  nad  głową  dźwięk  dzwonka,  tego  samego,  który 

background image

wczoraj tak zaniepokoił panią Lawrence.  

Lucy zauważyła jej zdziwienie.  
–  Jedyne  przejście  przez  dom  idzie  tędy,  przez  kuchnię.  Te  drzwi  tam  są  do  holu.  Pan 

Adam używa tylko tego wejścia, bo jego stajnia jest z tyłu, ogród też. A jak pogoda jest zła, to 
siedzi w warsztacie na dole, w piwnicy. – Przerwała na moment. – Na początku trzeba się do 
niego  przyzwyczaić.  Chodzi  cicho  jak  kot,  a  tak  to  chociaż  wiadomo,  że  wchodzi  albo 
wychodzi.  

A  więc  to  jednak  był  Adam,  tam  w  ogrodzie.  Rzeczywiście,  wcale  nie  słyszała,  kiedy 

zaszedł ją od tyłu.  

Rozejrzała  się  po  kuchni.  Była  ona  duża,  dobrze  urządzona,  z  kredensem  i  szafkami 

kuchennymi wzdłuż ścian i długim, wyszorowanym stołem na środku.  

 

Lucy zaczęła już się kręcić; zapaliła małą maszynkę spirytusową, napełniła czajnik wodą. 

Heather zapytała, czy mogłaby w czymś pomóc.  

– Jeśli panienka chce, to może nakryć do stołu. Im wcześniej się wszystkiego nauczy, tym 

prędzej poczuje się tu jak w domu. Obrusy są w tamtej szufladzie.  

Heather nakrywała stół kuchenny obrusem, a Lucy mówiła dalej: 
– Tu tylko dwa nakrycia. Pan Adam jada tutaj, odkąd pani nie schodzi na śniadanie. Ja 

jem  z  nim,  bo  jak  wyjeżdżam  z  domu,  to  jest  za  wcześnie,  teraz  dopiero  głodnieję.  Zawsze 
przywożę panu Adamowi gazetę. Co prawda, zawsze z poprzedniego dnia, ale on bardzo lubi 
czytać przy śniadaniu.  

– Teraz niech panienka nakryje w małym salonie – rzekła, gdy Heather skończyła. – Pani 

powiedziała, że zejdzie. Pewno i tak nie będzie jeść, ale śniadanie może na nią czekać.  

– To może ja zjem tu, w kuchni? – zaproponowała Heather. – Sprawię ci mniej kłopotu.  
–  O  to  niech  panienkę  głowa  nie  boli.  Pani  by  się  to  nie  podobało.  Wczoraj  kazała 

umieścić panienkę w małym salonie, jeśli panienka wstanie wcześniej. To ten mały pokój w 
lewo, jak wejdzie się do holu.  

Heather  wzięła  obrus  i  wyszła.  Na  myśl  o  tym,  że  miałaby  jeść  przy  jednym  stole  z 

Adamem, świdrującym ją swym niesamowitym spojrzeniem, przeszedł ją dreszcz.  

– Dzięki za pomoc – odezwała się Lucy, gdy Heather wróciła do kuchni. – Nie ma już nic 

więcej do roboty. Teraz może panienka poczekać w małym salonie. Przyniosę śniadanie, jak 
będzie gotowe.  

Wkrótce potem,  kiedy już siedziała w małym  salonie,  usłyszała dzwonek w kuchni  –  to 

Adam przyszedł na śniadanie.  

Pani Lawrence nie zeszła jednak, więc Heather jadła sama. Cały czas myślała o spotkaniu 

z Adamem. Jego zachowanie nie mogło być chyba bardziej nieprzyjazne. Martwiło ją to. Gdy 
skończyła  jeść,  chciała  odnieść  naczynia  do  kuchni,  ale  wahała  się,  wiedząc,  że  on  wciąż 
jeszcze może tam być.  

Dzwonek  odezwał  się  wreszcie,  lecz  nie  zdążyła  nawet  zebrać  naczyń,  gdy  w  chwilę 

potem weszła pani Lawrence. Wyglądała na poruszoną czymś.  

–  To  fatalny  początek,  i  to  z  mojej  winy.  Nie  pomyślałam,  niestety,  że  możesz  tak 

background image

wcześnie  wstać.  Nie  przewidziałam  też,  że  ja  z  kolei  wstanę  tak  późno.  Zaspałam,  bo 
położyłam  się  dopiero  o  świcie.  –  Była  blada,  ale  mimo  wzburzenia  i  nieprzespanej  nocy, 
elegancka i dostojna jak dnia poprzedniego. – Adam powiedział mi, że byłaś w jego ogrodzie.  

– Tak, podziwiałam róże. Nie wiedziałam, że to jego ogród.  
– Skąd mogłaś wiedzieć? Powinnam była ci powiedzieć, ale byłaś zmęczona i myślałam, 

że  lepiej  będzie  pozwolić  ci  się  położyć.  Och,  moje  drogie  dziecko,  stało  się  dokładnie  to, 
czego chciałam uniknąć.  

Odsunęła krzesło od stołu i usiadła, dając dziewczynie znak, by usiadła obok.  
– Chciałam być przy waszym spotkaniu. Myślę, że Adamn może czuć się dotknięty tym, 

że tu jesteś. Z czasem, mam nadzieję, przywyknie do ciebie, tak jak to było z Lucy. On nie 
znosi obcych i gniewają go wszelkie ingerencje w jego prywatność. Dlatego obawiam się, że 
najgorsze, co mogłaś zrobić, to pójść do jego ogrodu bez zaproszenia. Ale to nie twoja wina. 
Powinnam była cię uprzedzić. – Patrzyła pochmurnie. – Taak... to zły początek, niestety. Ale 
z tobą, skoro masz tu mieszkać, i tak byłoby trudniej niż z Lucy. Cóż, najlepsze, co możesz 
zrobić teraz, to unikać go na tyle, na ile będzie to możliwe. Przynajmniej na razie. Zgadzasz 
się? 

– Tak, oczywiście.  
–  Kiedyś  przywykniesz  do  porządków  panujących  w  tym  domu.  Nie  sądzę,  by  to  było 

trudne. Widzisz, moje dziecko, jeśli jednak twoja obecność będzie Adama zbytnio niepokoić, 
to  obawiam  się,  że  nie będziesz  mogła  tu  zostać.  –  Spojrzała  na zasmuconą  twarz  Heather, 
przechyliła się w jej stronę i poklepała po dłoni. – Ale nie pozwól, by ten dzisiejszy incydent 
tak cię gnębił. Co się stało, to się nie odstanie, nic na to nie poradzimy. Teraz musimy być 
bardzo ostrożne, by nic takiego się nie powtórzyło. – Wstała. – A teraz chodź. Wyjaśnię ci, na 
czym będą polegać twoje obowiązki.  

Odprowadziła ją po domu. Na koniec wróciły do kuchni.  
–  Sama  gotuję  –  rzekła  starsza  pani.  –  Z  wyjątkiem  śniadań,  które  przygotowuje  Lucy. 

Chcę,  byś  ty  to  robiła  w  przyszłości.  Z  początku  będziemy  pracować  razem,  ale  śniadania 
nadal pozostawimy Lucy. Poza tym, chcę byś sporządzała listę produktów, których będziemy 
potrzebować. Według niej będę robić zakupy we wsi – Adam mnie zawozi, gdy to konieczne.  

Przejrzały wszystkie szafki i  szuflady,  by Heather zorientowała się,  gdzie czego szukać. 

Potem pani Lawrence pokazała jej, jak działa maszynka spirytusowa i piec kuchenny.  

– Ten duży piec cały czas trzymamy nagrzany, bo wciąż jest używany, wyjątkiem takich 

upalnych dni jak dziś. Wkrótce przywykniesz do niego, jest doskonały do wypieków.  

Piec  zajmował  większą  część  jednej  z  krótszych  ścian.  Był  doskonale  wypolerowany  i 

otoczony  kratką  ochronną.  Po  obu  jego  stronach  stały  dwa  wiklinowe  fotele.  Heather 
wyobraziła sobie kuchnię w zimie: Adam czytający gazetę w jednym z foteli, Lucy siedząca z 
filiżanką herbaty w drugim.  

Zastanawiała się, czy to możliwe, aby i ona w przyszłości tak spędzała czas z Adamem.  
Nie widziała go więcej tego ranka. Przy lunchu też się nie widzieli, gdyż jadł z matką w 

ogrodzie, a ona z Lucy w kuchni.  

– Pani dobrze służy świeże powietrze i słońce w takie ciepłe dni – powiedziała Lucy. – A 

background image

dla pana Adama to nie ma większego szczęścia niż mieć ją przy sobie. Siedzą razem w altanie 
i  patrzą  na  ptaki.  Pan  Adam  jest  bardzo  dumny  z  ogrodu,  wszystko  sam  urządził.  Musi 
naprawdę  kogoś  lubić,  jeśli  go  tam  zaprasza.  To  samo  z  dwukółką.  Ciągle  nią  jeździ  po 
okolicy. I ciągle sam. Tylko mnie czasem odwozi do domu, znaczy, że mnie lubi.  

Heather była ciekawa reakcji Lucy, gdyby ta dowiedziała się, że ona poszła do ogrodu nie 

zaproszona.  Postanowiła  jednak  nie  mówić  jej  o  tym  i  raczej  o  wszystkim  zapomnieć,  jak 
radziła pani Lawrence.  

–  Pan  Adam  to  spokojna  dusza  –  ciągnęła  Lucy.  –  Nigdy  nie  nudzi  mu  się  własne 

towarzystwo.  A  pan  Robert  jest  całkiem  inny.  Diabeł  wcielony,  mówię  panience,  chwili  na 

miejscu nie usiedzi. Od razu było widać, że tu dla niego za cicho.  

– To dlatego tu nie mieszka? Lucy wzruszyła ramionami.  
–  Ma  pracę  w  Plymouth  i  za  daleko  by  mu  było  dojeżdżać  codziennie.  Ale  kiedyś 

przyjeżdżał co sobota. – Nachyliła się w kierunku Heather i ściszyła głos, mimo że były same 
w kuchni. – A tak między nami, to mnie się zdaje, że tu chodzi o co innego. Zawsze, gdy pan 

Robert  bywał  w  domu,  coś  było  nie  tak.  Od  razu  było  widać,  że  jak  przyjeżdża,  to  się  coś 

zmienia.  I  ostatnim  razem  to  wyjechał  w  takim  pośpiechu,  że...  mówię  panience,  przed 
świtem, a więc to znaczy, że wcale nie zamierzał. I już nie wrócił od wtedy. Pani to nawet o 
nim nie wspomina, sama panienka zobaczy.  

Wstała ze śmiechem.  
– Alem się rozgadała. W domu mówią, że mój język pracuje więcej niż cała reszta. To 

prawda, lubię sobie pogadać, ale leń to ze mnie też nie jest. Nie umiem usiedzieć na miejscu. 

No, a teraz trza przynieść naczynia z ogrodu.  

Dzień  się  miał  ku  końcowi  i  Heather  z  obawą  myślała  o  kolacji,  kiedy  to  Lucy  już  nie 

będzie i zostaną tylko we troje. Czy pani Lawrence i Adam będą jedli w dużej jadalni, którą 
widziała dziś rano, czy zaproszą ją do siebie? Nie mogła sobie wyobrazić tego, że siedzą w 
trójkę na końcu długiego stołu.  

Na szczęście, gdy przygotowywały kolację, pani Lawrence oznajmiła: 
–  Zjem  u  siebie,  Heather,  a  Adam  będzie  mi  towarzyszył.  Często  tak  robimy  ostatnio, 

gdyż wieczorami jestem bardzo zmęczona. Lucy przed wyjściem przyniesie nam posiłek na 
górę.  Będziesz  więc  jadła  sama.  Przez  resztę  wieczoru  też  będziesz  musiała  zadowolić  się 
jedynie własnym towarzystwem. Cóż, obawiam się, że tak będzie najczęściej...  

Gdy  Lucy odjechała, Heather sama usiadła do kolacji. Jadła nie śpiesząc się. Myślała o 

wydarzeniach minionego dnia. Mimo, że pani Lawrence niewiele mówiła poza tym, czego się 

od niej oczekuje, to dziewczyna czuła, że podoba się starszej pani, nawet zważywszy fatalny 

poranek.  Wciąż  jednak  była  podenerwowana  i  niespokojna;  nie  czuła  się  tu  jeszcze 

swobodnie.  

Chcąc nie chcąc, część dnia musiała spędzić bezczynnie. Nic nie było do zrobienia. Nie 

wiedziała, co ma ze sobą począć, wydawało jej się, że na pewno znalazłaby się jeszcze jakaś 
praca  w  kuchni.  Była  jednak  pewna,  że  to  się  zmieni,  gdy  odnajdzie  swoje  miejsce  w  tym 

domu.  

Zebrała  naczynia  i  zaczęła  zmywać.  Zdała  sobie  sprawę,  że  mimo  wszystko  czuje  się 

background image

lepiej niż wczoraj, bo wie przynajmniej, na czym polegają jej obowiązki.  

Chowała naczynia, gdy wtem przez ramię dostrzegła Adama. Jego zjawienie się było tak 

nieoczekiwane,  że  serce  stanęło  jej  w  gardle  z  przerażenia.  „Powinien  mieć  dzwonki  przy 

butach – pomyślała złośliwie. – Takie, jak ten nad drzwiami w kuchni”. Nie usłyszała go, bo 
hałasowała naczyniami.  

Stał  nieruchomo  w  wejściu,  trzymając  tacę  w  dłoniach.  Nie  poruszył  się,  gdy  Heather 

zwróciła  się  w  jego  stronę.  Patrzył  na  nią  swym  zimnym  wzrokiem.  Z  trudem  opanowała 
zdenerwowanie. Uśmiechnęła się nieśmiało, ruszając w jego kierunku, by odebrać tacę. Oddał 
ją bez słowa. Opróżniła tacę z naczyń i zaczęła zmywać, nie odważywszy się odwrócić, by 
sprawdzić, czy on tam jeszcze stoi i wpatruje się i w nią. Gdyby się obejrzała, dostrzegłaby z 
ulgą, iż odszedł.  

Jak  długo  to  będzie  trwało,  zanim  się  odezwie  czy  chociaż  uśmiechnie  do  niej? 

Początkowo zastanawiała się na – I wet, czy Adam w ogóle mówi. Później słyszała jednak, że 
rozmawia nieco gardłowym głosem z matką.  

Odbierając od niego tacę, zauważyła, że jego dłonie są silne, a ramiona muskularne. Miał 

ciało prawidłowo zbudowanego mężczyzny, ale krótkie nogi sprawiały, iż był jedynie wzrostu 
Heather.  Na  głowie  nosił  małą  czapeczkę.  Częściowo  za  sprawą  tej  czapeczki  i  niskiego 

wzrostu,  a  częściowo  z  tego  powodu,  że  się  garbił  i  głowę  miał  umieszczoną  między 
wystającymi ramionami, sprawiał wrażenie karła. Uznałaby go za dużo starszego, tak jak za 
pierwszym razem w ogrodzie, gdyby nie wiedziała od ciotki, w jakim jest wieku.  

Po wysprzątaniu kuchni nie miała już nic więcej do zrobienia, postanowiła więc zajrzeć 

do  biblioteki,  w  której  była  dziś  rano  z  panią  Lawrence,  i  poszperać  w  książkach. 
Uświadomiła sobie jednak, iż może tam być Adam, toteż zdecydowała się poczytać u siebie 
przy otwartym oknie.  

Była  na  szczycie  schodów,  gdy  spostrzegła,  że  drzwi  do  sypialni  pani  Lawrence  są 

uchylone i usłyszała, że Adam życzy matce dobrej' nocy. Instynktownie przyspieszyła kroku, 
domyślając  się,  iż  za  moment  opuści  pokój.  Była  już  na  końcu  korytarza,  gdy  poczuła  na 
sobie  jego  kłujące  spojrzenie.  Z  całych  sił  powstrzymała  chęć  odwrócenia  się  i  dopiero 
wchodząc  do  pokoju,  rzuciła  szybkie  spojrzenie  w  jego  kierunku.  Stał  nieruchomo  pod 
drzwiami matki i obserwował ją.  

Szybko zamknęła za sobą drzwi i z westchnieniem ulgi oparła się o nie. Wzdrygnęła się. 

Jego zachowanie przyprawiało ją o dreszcz grozy. Czuła kropelki potu na czole.  

Nie  mogła  pozwolić,  by  Adam,  za  każdym  razem  gdy  go  widzi,  wyprowadzał  ją  z 

równowagi. Gdyby zyskała jego przychylność, mogłaby być szczęśliwa w tym domu. Ale czy 

to w ogóle było możliwe? Tak bardzo pragnęła tu zostać. Wszystko, co mogła zrobić, to mieć 
nadzieję, że on z czasem zaakceptuje jej obecność i że, jeśli będzie się zajmowała wyłącznie 
swoimi sprawami, nie obrazi go ponownie.  

Wieczorny  chłód  i  widok  wrzosowisk  w  świetle  zachodzącego  słońca  powoli  ją 

uspokajał.  

background image

 

Dom na skraju wrzosowisk był rzeczywiście zupełnie odosobniony. Jedyną nicią łączącą 

go ze światem, a zarazem jedyną skrą życia w samotnej egzystencji Heather była Lucy. Gdy 
odjeżdżała  co  wieczór,  w  domu  zapadała  cisza,  cisza  niczym  nie  zmącona,  niemalże 
namacalna,  zwiastująca  jednak  czyjąś  obecność.  Heather  przyłapywała  się  nieraz  na 
nieświadomym wyciszaniu swoich kroków. Tylko do kuchni i do własnego pokoju wchodziła 
pewnie.  Drzwi  do  biblioteki,  która  przyciągała  ją  najbardziej,  otwierała  z  zapartym  tchem. 
Lecz  nie  to  było  najuciążliwsze.  Szczególnie  doskwierała  jej  pustka  wielkiego  domu.  Po 
latach spędzonych w londyńskim hałasie i tłoku, czuła się tu niby w świątyni, bała się głębiej 
odetchnąć.  Tylko  w  swoim  pokoju  była  całkowicie  rozluźniona,  bo  tylko  tam  nie  musiała 
obawiać się obecności Adama.  

Jej  plan  dnia  opierał  się  na  jednym,  podstawowym  założeniu:  jak  najmniej  spotkań  z 

Adamem.  Robiła  wszystko,  by  ich  liczbę  ograniczyć  do  niezbędnego  minimum.  Jego 
obecność  oznaczała  dla  niej  niepokój  i  niemalże  strach.  Przeszywał  ją  mrocznym 
spojrzeniem,  w  którym  dostrzegała  jedynie  wrogość  i  niechęć.  Jego  stałe  skradanie 
wyprowadzało ją z równowagi.  

Zarówno  w  domu,  jak  i  na  zewnątrz,  używał  wyłącznie  obuwia  na  miękkiej  podeszwie. 

Ale  nie  to  sprawiało,  że  potrafił  nadchodzić  niepostrzeżenie.  Chodził  w  specyficzny,  koci 
sposób, stawiając ostrożnie stopy. Trudno było oprzeć się wrażeniu, iż jest dużo starszy niż w 
rzeczywistości.  Heather  zaskoczona  była  jego  młodzieńczym  wyglądem  podczas  rozmów  z 
matką. Twarz wypogadzała mu się, a kiedy się śmiał, miała wygląd wręcz chłopięcy.  

Większość czasu spędzał przy pracy w ogrodzie lub w obejściu. Do ogrodu nie zbliżała 

się, lecz czasami widywała go w pobliżu domu. Niezmiennie to on jako pierwszy dostrzegał 
Heather i nim zdążyła zdać sobie sprawę ze spotkania, przerywał pracę i stojąc nieruchomo 
obserwował  ją.  Uśmiechała  się  wtedy  i  odchodziła,  domyślając  się,  iż  odprowadza  ją 
wzrokiem.  Nigdy nie odpowiedział na uśmiech,  nie odezwał  się też ani nie uczynił żadnego 

przyjaznego gestu.  

Dni  biegły  regularnym  rytmem.  Pani  Lawrence  zazwyczaj  późno  schodziła  na  dół. 

Popołudnia spędzała z Adamem w ogrodzie, siadywała w altanie lub w fotelu na trawniku i 
rozmawiała z synem, gdy on pracował. Potem jedli razem lunch w ogrodzie, a po południu, 
kiedy Adam wracał do pracy lub wyjeżdżał na przejażdżkę, ona szła do domu. Lubiła usiąść 
wtedy  w  salonie  przy  otwartym  oknie  w  towarzystwie  swojej  nowej  pomocy.  Czasami 
wyszywała  i  uczyła  dziewczynę  rozmaitych  haftów.  Często  miewała  bóle  głowy,  kładła  się 
wówczas na sofie, a Heather czytała jej głośno.  

Późnym popołudniem wracał Adam, by zjeść z matką podwieczorek. Gdy tylko słyszała 

dzwonek u drzwi w kuchni, natychmiast podrywała się z sofy, nigdy nie przyznając się przed 

synem  do  migreny.  Heather  opuszczała  ją  wtedy.  Kolację,  tak  jak  pierwszego  dnia,  pani 
Lawrence jadała z synem u siebie na górze. Wyglądało na to, że tych dwoje nie widzi świata 
poza  sobą.  Z  wyjątkiem  sytuacji,  gdy  wyjazd  do  wsi  był  konieczny,  unikali  innego 

background image

towarzystwa.  

Z  biegiem  czasu  Heather  stawała  się  coraz  bardziej  pożyteczna;  matka  Adama  zdawała 

się  na  nią  w  coraz  większym  stopniu.  Częstsze  teraz  wspólne  popołudnia  w  salonie  powoli 
zbliżały  je  do  siebie.  Minął  dawny  lęk  Heather  przed  panią  Lawrence.  Dziewczyna 
spostrzegła,  iż  w  jej  towarzystwie  starsza  pani  jest  całkowicie  naturalna:  pogodna  lub 
przygnębiona,  rozmowna  lub  milcząca  –  zależnie  od  humoru  i  samopoczucia.  Heather 
nauczyła się dostosowywać do jej nastrojów. Inaczej w obecności syna. Wtedy pani Lawrence 
zawsze  była  taka  sama  –  z  pozoru  pogodna  i  beztroska,  wewnątrz  jednak  spięta  i 
podenerwowana.  Pod  maską  wesołości  starała  się  ukryć  przed  nim  swoje  kłopoty  ze 

zdrowiem.  

Pewnego dnia, gdy leżała na sofie z zamkniętymi oczyma, Heather uderzyła jej niezwykła 

bladość. Wstała i zapytała z niepokojem: 

– Może powinnam już sobie pójść? Nie chciałabym zakłócić pani wypoczynku...  
–  Ależ  nie,  moja  droga.  Dobrze  jest  mieć  cię  przy  sobie,  nawet  jeśli  nie  rozmawiamy. 

Teraz dopiero, gdy tak mało wychodzę, odczuwam pustkę tego domu. Przejażdżki dwukółką 
z Adamem stały się dla mnie zbyt uciążliwe, męczy mnie bardzo ta jego szaleńcza jazda po 
okolicznych  wertepach.  Ale  przecież  nie  mogę  mu  tego  powiedzieć...  Wykręcam  się 
zajęciami  w  domu,  mówię,  że  osobie  w  moim  wieku  nie  przystoi  telepać  się  ciągle  po 
okolicy. Biedny Adam! Tak go martwi moje zdrowie... Chociaż przy tobie nie muszę udawać. 
– Otworzyła oczy i uśmiechnęła się do dziewczyny. – Jesteś mi bardzo pomocna, moja droga. 
Bardziej, niż oczekiwałam. Nie chciałabym cię teraz utracić.  

Po chwili spoważniała. Jej oczy wyrażały zatroskanie.  
– Obserwuję zachowanie Adama wobec ciebie. Cóż, wiem, że nadal nie jest ci życzliwy, 

ale  przynajmniej  zaakceptował  twoją  obecność  tutaj.  Zobaczymy,  z  czasem  stanie  się  na 
pewno  bardziej  przyjazny.  Twoje  życie  odmieni  się,  kiedy  poznasz  go  lepiej.  Czy  nadal  tak 
gorąco pragniesz tu zostać? 

–  Och,  tak.  Szczególnie  teraz,  gdy  jestem  pani  choć  trochę  przydatna.  A  jeśli  chodzi  o 

Adama, to proszę się nie martwić, ostatecznie widujemy się przecież tak mało. Poza tym parę 
razy wydawało mi się nawet, że jest w stosunku do mnie nieco życzliwszy.  

Istotnie. Z upływem czasu zdobywała sobie jego sympatię. Pewnego razu obserwował ją, 

kiedy  układała  bukiet  w  holu.  Na  jego  twarzy  nie  było  już  dotychczasowej  nieżyczliwości. 
Potem zaczął przynosić do kuchni świeżo ścięte róże i kłaść obok niej, gdy pracowała. Robił 
to zawsze z tym samym nieśmiałym półuśmiechem, którym obdarzył ją za pierwszym razem. 
Potem widywała go, jak podziwiał ułożone przez nią bukiety, które ustawiała w całym domu.  

Stopniowo  zaczęła  wyręczać  Lucy  w  wykonywaniu  czynności,  których  do  tej  pory 

unikała  ze  względu  na  Adama.  Teraz  to  ona  podawała  podwieczorek  w  salonie  dla  pani 
Lawrence  i  jej  syna.  Przejęła  też  przygotowywanie  kolacji,  tak  że  Lucy  mogła  wcześniej 
wracać do domu. Łatwo nawiązana przyjaźń między dziewczętami pogłębiła się, choć Lucy 
niezmiennie  traktowała  Heather  z  respektem.  Nigdy  nie  ustawała  w  pytaniach  o  Londyn, 
rewanżując się wiejskimi plotkami.  

– Pan Robert to często przyjeżdżał do wsi – powiedziała kiedyś. – On lubi towarzystwo, 

background image

nigdy nie opuścił zabawy we wsi. A jak świetnie tańczy... mówię panience. Szkoda, że go tu 
nie ma, panienka by się tak nie nudziła.  

Heather nie narzekała jednak. Świetnie sobie radziła z obowiązkami domowymi i miała 

mnóstwo  czasu  dla  siebie.  Chodziła  na  długie  spacery,  poznając  okolicę.  Ulubionym 
miejscem jej przechadzek stały się brzegi rzeki, potrafiła godzinami wędrować wzdłuż nich, 
wsłuchując się w szum i bulgotanie wody.  

Kiedyś,  gdy  siedziała  tam  gdzie  pierwszego  dnia,  na  swym  ulubionym  głazie  pośród 

kłębiącej się wody, spostrzegła Adama stojącego na brzegu. Przypatrywał się jej jak zwykle. 
Zamachała  do  niego  przyjaźnie,  a  on  odpowiedział  wolnym,  nieśmiałym  ruchem. 
Uśmiechnęła się uradowana jego wzrastającą przychylnością. Potem odwrócił się i  odszedł. 
Więc on też tu przychodził. Ciekawa była, jak daleko docierał brzegiem, ona nigdy nie doszła 
dalej  niż  do  punktu,  w  którym  teraz  siedziała.  Nie  potrafiła  oprzeć  się  czarowi  ulubionego 
miejsca.  

Nazajutrz pani Lawrence oznajmiła, iż musi pojechać do wsi.  
–  Tak  wiele  zakupów  trzeba  zrobić.  Zdaje  się,  że  zbyt  długo  to  odkładałam.  Och! 

Przeraża mnie podróż dwukółką.  

– Czy to rzeczywiście konieczne? Czy nie mógłby załatwić tego Adam, gdyby dała mu 

pani listę potrzebnych rzeczy? 

–  Och,  nie.  Nie  mogłabym  go  o  to  prosić.  Nie  ma  nic  przeciwko  czekaniu  na  mnie  w 

dwukółce,  lecz  chodzenie  po  wsi  to  co  innego.  Siedząc  niczym  się  nie  wyróżnia,  ale  gdy 
chodzi... Boję się o niego. Nie, nie dlatego, że ktoś mógłby go skrzywdzić, ale ludzie będą się 
przyglądać... On jest przeczulony na punkcie ludzkiej ciekawości.  

– Lucy nie mogłaby z nim pojechać? 
–  Tak,  masz  rację,  nie  pomyślałam  o  tym.  Zgodzę  się  na  wszystko,  byleby  tylko  nie 

jechać. – Westchnęła. – A on tak lubi mnie wozić...  

–  Pewna  jestem,  że  Adam  zrezygnowałby  z  proponowania  przejażdżek,  gdyby  tylko 

wiedział, jak ciężko pani je znosi.  

– Cóż, zobaczę, jak będę się czuła po lunchu.  
Po  południu  starsza  pani  stwierdziła  jednak,  iż  nie  może  jechać.  Heather  przekonała  ją 

ostatecznie, by wysłała Lucy.  

–  Najlepiej  zapytam  pana  Adama,  kiedy  chce  jechać  –  powiedziała  Lucy,  gdy  Heather 

oznajmiła jej o tym.  

Po pewnym czasie wróciła i rzekła z udanym zniechęceniem: 
– Pani wysyła mnie, a pan Adam to tylko z panienką chce jechać.  
Heather otworzyła szeroko oczy ze zdumienia, a Lucy uśmiechnęła się.  
– Ja nie żartuję, panienko. Za kilka minut będzie gotowy.  
Na  myśl  o  jeździe  sam  na  sam  z  Adamem  wrócił  jej  dawny  niepokój.  Z  drugiej  strony 

jednak, zadowolona była, że wolał jechać z nią. O ile wszystko pójdzie dobrze, będzie mogła 
jeździć częściej po zakupy i oszczędzić matce Adama uciążliwych podróży.  

Obserwował w milczeniu, jak wspina się na siedzenie obok niego. Nie odzywał się także 

w  drodze  do  wsi.  Na  miejscu  czekał  na  Heather  przed  sklepem.  Sprzedawca  wyniósł  za  nią 

background image

pakunki  i  gdy  układał  je  na  dwukółce,  zagadnął  Adama.  „To  prawda,  co  powiedziała  pani 
Lawrence  –  pomyślała  Heather.  –  Siedząc  tam,  wygląda  na  normalnego,  wiejskiego 

gentelmena”. Miał na głowie zwyczajną czapkę z daszkiem, zamiast tej zrobionej na drutach; 
powoli i uprzejmie odpowiadał sprzedawcy. Patrząc na jego śniadą twarz i błyszczące oczy, 
zdała sobie sprawę, że jest całkiem przystojny. Nagle uchwycił jej spojrzenie i patrzył na nią 
przez moment z dziwnym, nie znanym jej dotąd wyrazem oczu.  

Sprzedawca  skończył  pakowanie  i  podał  dłoń  Heather,  by  pomóc  jej  wsiąść.  Wieś 

opuścili  kłusem,  ale  na  skraju  wrzosowisk  Adam  zwolnił  bieg  konia  do  stępa.  W  świetle 
słonecznym  okolica  wyglądała  przepięknie.  Wysoka  trawa  łagodnie  uginała  się  od  wiatru, 
powietrze wypełniał zapach tawuły. Skowronek poderwał się z trawy i Heather, zachwycona 
jego śpiewem, szukała go wzrokiem. Adam odwrócił się do niej. Uśmiechał się łagodnie.  

– Lubisz skowronki? 
W  odpowiedzi  jedynie  skinęła  głową,  czując  nagłe  onieśmielenie.  Przecież  to  był 

pierwszy raz, gdy odezwał się do niej.  

Skowronek na nowo zniknął w trawie, a Adam, pokazując na dużego ptaka szybującego 

w oddali, rzekł: 

– Patrz, pustułka.  
– Pustułka – powtórzyła za nim. – Nigdy jeszcze nie widziałam pustułki. Świetnie znasz 

się na ptakach, ja rozpoznaję tylko gołębie i wróble.  

Nadal łagodnie się uśmiechał.  
–  Gołębie  i  wróble  –  powiedział,  patrząc  na  nią.  –  Gołębie  i  wróble  –  powtórzył  raz 

jeszcze po chwili.  

Nagle roześmiał się głośno i odwracając się w stronę drogi, zaciął Rafię, pobudzając ją do 

galopu.  Dwukółka  zaczęła  trząść  się  i  podskakiwać  gwałtownie  na  kamienistej  drodze. 
Heather  przywarła  przerażona  do  siedzenia.  Adam  z  niepohamowanym  śmiechem  ponaglał 
konia  do  jeszcze  szybszego  biegu.  Przypomniała  sobie,  co  pani  Lawrence  mówiła  o  jego 
szaleńczej jeździe. W ten sposób wyżywał się, dając , upust emocjom, gdy opadała zasłona 
powściągliwości. Prawdopodobnie od tej strony znała go jedynie matka.  

Dziewczyna  wyobrażała  sobie,  jak  z  boku  musi  wyglądać  ta  ich  szaleńcza  jazda  przez 

spokojne  wrzosowiska:  koń  z  i  rozwianą  grzywą  i  łbem  wysuniętym  do  przodu,  paczki 
przesuwające  się  i  podskakujące,  Adam  ożywiony  jak  nigdy,  a  ona  sama,  z  włosami 
falującymi w pędzie, kiwa się i trzęsie, ledwo utrzymując równowagę. Udzieliła jej się dzika 
werwa Adama, nie wytrzymała i także zaczęła śmiać się w głos.  

Adam  odwrócił  się  do  niej  raptownie,  przerywając  na  moment  szaleńczy  śmiech. 

Przemknęło  jej  przez  głowę,  że  przecież  to  wszystko  może  się  źle  skończyć.  Lecz  on  był 
zachwycony,  że  udzielił  jej  się  jego  nastrój.  Dalej  ponaglał  konia  i  pędzili  wariacko  przez 

wrzosowiska. Zwolnił bieg dopiero przed podjazdem.  

Zatrzymali  się  przy  tylnym  wyjściu.  Adam,  zeskoczywszy  pośpiesznie  z  siedzenia, 

obszedł  pojazd,  by  pomóc  wysiąść  dziewczynie.  Stanęła  obok  niego,  on  spoglądał  na  nią 
nieśmiało.  Teraz,  ze  spuszczoną  głową,  wyglądał  jak  uczniak  przyłapany  na  figlu. 
Wypakował  pudła  z  zakupami  i  wszedł  do  domu.  Podążyła  za  nim.  Policzki  miała 

background image

zaróżowione, a oczy wciąż roziskrzone.  

W  kuchni  była  Lucy.  Spoglądała  to  na  Heather,  to  na  Adama.  Mrugnęła 

porozumiewawczo za jego plecami.  

–  Zdobyła  go  panienka,  nie  ma  co  –  odezwała  się,  gdy  Adam  wyszedł  odprowadzić 

dwukółkę. – Nic dziwnego, w końcu tacyście do siebie podobni...  

Heather przerwała rozpakowywanie zakupów i spojrzała zdziwiona.  
– Panienka nieśmiała i delikatna, a on przecież taki sam. Chociaż jak się zdenerwuje, to 

nie ma gorszego. Ale tam, to każdemu się zdarza. Panienka to wszędzie sama, do wsi nigdy 

nie chodzi, on taki sam odludek. Nie to co ja. Chociaż i tak wiadomo, że każdemu lepiej, gdy 

ma  z  kim  pogadać.  Jak  to  dobrze,  że  on  w  końcu  polubił  panienkę,  pani  się  ucieszy. 
Denerwowała się, jak powiedziałam, że pojechaliście razem. Lepiej niech panienka pójdzie i 
powie, że wszystko dobrze.  

Heather zdziwiło poruszenie pani Lawrence.  
–  Nie  miałam  pojęcia,  że  pojechałaś  z  Adamem.  Dopiero  Lucy  mi  powiedziała.  Czy 

wszystko w porządku, moja droga? 

–  O,  tak!  Podobało  mi  się  i  Adamowi  chyba  także.  Starsza  pani  spojrzała  na  nią 

badawczo.  

– Tak, widać, że jesteś  zadowolona.  Lucy mówi, że to  Adam  zaproponował, byś z nim 

jechała. Och, to wspaniale, że wszystko się jednak ułożyło. Sama widzisz, moja droga, iż on 
cię lubi, tylko nie okazywał tego. Ale bądź dalej ostrożna, bo byłoby straszne, gdyby znowu 
coś się popsuło. – Przerwała gwałtownie. – Och nie, nie słuchaj mnie, zaczynam zrzędzić. To 
przez to dzisiejsze osłabienie.  

Ten wieczór Heather spędziła w bibliotece. Adam zazwyczaj towarzyszył matce, lecz tym 

razem przyszedł tam. Otworzył drzwi i stanął w nich. Zrobił to tak cicho, że gdyby Heather 
nie  siedziała  twarzą  w  kierunku  wejścia,  nie  zauważyłaby  go.  Patrzyła  na  niego  uważnie. 
Oboje ochłonęli i już z popołudniowego szaleństwa. Pod pachą trzymał pokaźnych rozmiarów 
książkę i kiedy wszedł, uśmiechając się jak zwykle nieśmiało, położył ją na stole.  

Gdyby  to  było  jeszcze  wczoraj,  wyszłaby  bez  zastanowienia,  nie  chcąc  wchodzić  mu  w 

drogę. Teraz wahała się. Jednak on, wskazując na książkę, powiedział: 

– To dla ciebie ją przyniosłem. Może cię zainteresuje. Możesz ją sobie przeczytać, jeśli 

chcesz.  

Przekartkowała ją.  
– Tak, oczywiście, że chciałabym ją przeczytać – odparła. Książka pełna była kolorowych 

ilustracji ptaków.  

–  Mama  podarowała  mi  ją  wiele  lat  temu.  Pokażę  ci  ptaki,  które  można  spotkać  w 

okolicy, chcesz? Będziesz mogła sama je rozpoznawać.  

Zestawił dwa krzesła przy stole i usiedli, pochylając się nad książką.  
Nie  okazywał  jej  już  więcej  dawnej  niechęci,  teraz  rad  był  jej  obecności  w  domu  na 

wrzosowisku.  Po  ptakach  przyszła  kolej  na  dzikie  kwiaty  i  drzewa.  Uczył  ją  ich  nazw,  a 
podczas i częstych wspólnych wędrówek pokazywał te, które rosły na i okolicznych polach i 
w  lasach.  Robił  to  z  widocznym  zadowoleniem,  a  ona  także  niecierpliwie  oczekiwała 

background image

kolejnych , wspólnych wędrówek.  

Któregoś  dnia  zabrał  ją  w  góry,  dalej  niż  do  tej  pory  chodziła,  nad  szerokie,  spokojne 

rozlewisko, w którym zbierały się ryby. U podstawy rozlewiska rzeka zwężała się i w tym l 
miejscu brzegi połączone były mostem, a raczej nie budzącą ' zaufania kładką, zbudowaną z 
nie ociosanych pni. Na zdziwienie Heather Adam odpowiedział uśmiechem. 

– Robert i ja zbudowaliśmy to dawno temu – rzekł z młodzieńczą chełpliwością. – To był 

pomysł Roberta, ale ja mu 

pomagałem.  

Zamyślił  się,  patrząc  na  most.  Było  to  spojrzenie  pełne  smutku  i  tęsknoty.  Po  chwili 

niecierpliwie  machnął  ręką,  jakby  chcąc  rozproszyć  złe  myśli,  i  wkroczył  szybko  na  pnie. 
Stanął  wpatrzony  w  wodę.  Nie  przyłączyła  się  do  niego;  kładka  była  za  wąska  i  nie  miała 
poręczy.  

Kiedy  przyszli  w  to  miejsce  następnym  razem,  dziewczyna  mogła  złapać  się  dwóch 

grubych  lin,  które  Adam  przeciągnął  pomiędzy  drzewami  na  przeciwnych  brzegach.  Stali 
teraz obok siebie na kładce, patrząc w dół na śmigające w przejrzystej wodzie ryby.  

– Robert i ja często tu kiedyś przychodziliśmy razem. – W jego głosie zabrzmiała znów ta 

sama tęsknota. Odwrócił się do Heather z tym swoim nieśmiałym uśmiechem. – Cieszę się, że 
i tobie się tu podoba.  

Pani Lawrence z zadowoleniem obserwowała ich rosnącą przyjaźń.  
–  Adam  przywiązał  się  do  ciebie  –  stwierdziła  któregoś  popołudnia.  –  A  wydawało  się 

już, że to całkiem nieprawdopodobne. Zmienił się od czasu, gdy przyjechałaś. Teraz bardzo 
odpowiada  mu  twoje  towarzystwo.  Dzięki  temu  już  go  tak  nie  martwi,  że  z  nim  nie  jeżdżę. 

Poza  tym,  ty  nareszcie  przestałaś  być  taka  samotna.  –  Przerwała  na  moment,  zamyślona.  – 
Śniadania wciąż jadasz sama, prawda? Nie widzę powodu, dla którego nie miałabyś jadać z 
Adamem  i  Lucy.  Nie  sądzę,  by  on  miał  coś  przeciwko  temu,  pewnie  nawet  będzie 

zadowolony.  Och,  moja  droga,  byłaś  tak  wyrozumiała  dla  niego...  Sama  widzisz,  to  było 
dobre  rozwiązanie:  pozwolić  mu  powoli,  stopniowo  przywyknąć  do  ciebie.  Obie  jednak 
wiemy, jak zmienny jest Adam, i chociaż wszystko wydaje się być w najlepszym porządku, to 
dajmy  mu  jeszcze  trochę  czasu.  Wybacz  więc,  moja  droga,  że  wciąż  będę  cię  utrzymywać 
raczej z dala od niego.  

Znów przerwała, zatopiona w myślach. Po chwili odezwała się ponownie, cicho, raczej do 

siebie niż do Heather.  

– Gdyby tylko Robert chciał mnie słuchać... ale on nigdy tego nie robił...  
Dziewczyna  spojrzała  na  nią  zaskoczona:  to  pierwszy  raz,  gdy  pani  Lawrence 

wspomniała o Robercie, po raz pierwszy zdradziła się, że myśli o nim.  

– Wiesz, że mam drugiego syna, Roberta? Mieszka w Plymouth. Tak jest lepiej...  
Jej  oczy mówiły co innego;  były pełne smutku, jak oczy Adama,  gdy wspominał  brata. 

Czyżby jednak, mimo pozorów, nie byli szczęśliwi we dwoje? Heather po raz pierwszy była 
ciekawa, jakim człowiekiem jest Robert.  

Pani Lawrence uśmiechnęła się słabo.  
– Cóż, staję się marudna z wiekiem, ot co, za dużo czasu spędzam na rozpamiętywaniu 

przeszłości... Poza tym... ty jesteś inna niż Robert, nic takiego nie mogłoby się już wydarzyć...  

background image

 

To  pogodne,  szczęśliwe  lato  Heather  wiele  razy  miała  wspominać  z  tęsknotą  później, 

kiedy  nadeszły  niespokojne  miesiące.  Jej  przyjaźń  z  Adamem  zacieśniła  się.  Dziewczyna 
rezygnowała  z  jego  towarzystwa  jedynie  wtedy,  gdy  był  w  towarzystwie  matki.  Zauważyła 
bowiem,  iż  jej  obecność  w  takich  wypadkach  wywołuje  u  pani  Lawrence  dziwny  niepokój. 
Nie rozumiała jego przyczyn, jako że Adam wydawał się już całkiem zapomnieć o dawnych 
urazach.  Bez  sprzeciwu  jednak  zostawiała  ich  samych,  bo  w  żadnym  razie  nie  chciała  się 
narzucać.  

Wiejskie życie odpowiadało  jej. Większość wolnego czasu spędzała na  powietrzu,  więc 

jej policzki nabrały koloru, a oczy rozbłysły nieznanym dotąd blaskiem.  

Lato powoli ustępowało jesieni, wszystko wokół zmieniało się. Drzewa pożółkły, aleja i 

las  na  brzegu  rzeki,  dotychczas  zielone,  zaczęły  się  wkrótce  mienić  czerwienią  i  złotem. 
Opadłe liście szeleściły pod stopami.  

Potem  nadszedł  tydzień  ulewnych  deszczy  i  nawet  Adam  większość  czasu  spędzał  w 

domu, pracując w warsztacie w piwnicy. Gdy Heather wyszła po tej przymusowej przerwie na 

spacer, rzeka była wezbrana i zmącona, a liście, których szelest tak lubiła, nasiąknięte wodą.  

Wrzosowiska zmieniły jedynie barwę. Drżała z zimna, patrząc na nie z okna. Jednak, w 

przeciwieństwie  do  Lucy  i  pani  Lawrence,  nie  obawiała  się  nadchodzącej  zimy.  Wciąż 
pociągała  ją  dzikość  tego  miejsca  tracącego  teraz  letnią  łagodność.  Wyobrażała  sobie,  że 
wkrótce  aż  po  horyzont  będzie  się  tu  rozciągać  bezkresna,  śnieżna  pustynia,  nie  skalana 
ludzką bytnością.  

Matce  Adama  nie  służyły  jesienne  chłody.  Dni  stawały  się  coraz  krótsze  i  starsza  pani 

szybciej  się  męczyła.  Heather  wydawało  się  czasem,  że  dostrzega  na  jej  twarzy  cierpienie. 
Kilkakrotnie  proponowała  sprowadzenie  lekarza,  ale  niezmiennie  spotykała  się  z  odmową. 
Dziewczyna  podejrzewała,  iż  pani  Lawrence  robi  to  ze  względu  na  Adama,  nie  chcąc  go 
martwić. Ale być może bała się usłyszeć diagnozę lekarza.  

Heather  przejęła  w  całości  prowadzenie  domu.  Doskonale  potrafiła  już  przygotowywać 

posiłki  odpowiednie  dla  delikatnego  żołądka  swojej  gospodyni,  starając  się  jednocześnie 
zaspokoić wilczy apetyt Adama. Teraz tylko ona jeździła z nim po zakupy.  

Adam zawsze był czymś zajęty. Godziny spędzał na czyszczeniu i polerowaniu dwukółki 

i  uprzęży,  na  oporządzaniu  konia.  Zdarzało  się,  że  Heather  towarzyszyła  mu  w  stajni, 
rozmawiając z nim i przyglądając się jego pracy. Miał wiele uczucia dla Rafii; przemawiał do 
niej  podczas  czyszczenia.  Zwierzę  odwzajemniało  jego  miłość,  rżąc  radośnie  i  trącając  go 
łbem.  

– Mieliśmy trzy konie – wspomniał pewnego razu. – Robert z ojcem jeździli wierzchem, 

a  ja  z  mamą  dwukółką.  Zazwyczaj  ja  je  oporządzałem.  Zawsze  to  lubiłem.  –  Przerwał  ze 
zgrzebłem  w  dłoni.  –  Inaczej  niż  Robert  –  rzekł  raczej  do  siebie.  –  Mama  ma  rację,  z 
Robertem jest inaczej.  

Heather zapomniała o jego wcześniejszej antypatii. Teraz był niezmiennie miły i łagodny 

w stosunku do niej. Tym bardziej była zszokowana, zetknąwszy się ponownie z drugą stroną 

background image

jego charakteru. Stało się to podczas jednej z ich wspólnych wypraw do wioski.  

Skończyła już zakupy i mieli właśnie odjeżdżać, gdy w pogoni za piłką na drogę wybiegł 

mały chłopczyk. Widząc, iż toczy się ona w kierunku konia, rzucił w nią trzymanym w dłoni 
kijem.  Chybił  jednak  i  upadł,  straciwszy  równowagę,  a  kij  uderzył  w  przednią  nogę  Rafii. 
Spłoszony  koń  zerwał  się  gwałtownie.  Heather  krzyknęła  w  obawie  o  życie  dziecka.  Adam 
uspokoił  konia,  ale  mimo  iż  wiedział,  że  to  był  przypadek,  twarz  zapłonęła  mu  gniewem. 
Wychylił się z dwukółki i zrugał chłopca straszliwie. Ten, wystraszony, uciekł zapomniawszy 
o piłce. Heather była zaskoczona gwałtownością wybuchu Adama. Zauważyła, że trzęsły mu 
się ręce, gdy brał wodze. Podczas powrotnej drogi do domu nie odezwał się do niej słowem, a 
twarz  miał  cały  czas  odwróconą.  Także  podczas  rozładowywania  dwukółki  uparcie  unikał 
wzroku dziewczyny.  

Wieczorem  zamknął  się w  swoim  pokoju,  zaraz po  tym,  jak  życzył  matce  dobrej  nocy. 

Wyraźnie unikał towarzystwa Heather. Sądziła, że dąsa się na nią, tak jakby pokłócili się.  

Nazajutrz  przyszedł  na  śniadanie  wciąż  milczący,  jednak  gdy  odezwała  się  do  niego, 

odpowiedział szybkim uśmiechem. Zrozumiała wtedy, że to nie złość kazała mu jej unikać, a 
wstyd za wczorajsze zachowanie.  

Potem,  gdy  już  odłożył  gazetę  i  miał  wyjść,  zatrzymał  się  przy  drzwiach  z  wyraźnym 

wahaniem. Zrobił parę kroków w jej stronę i powiedział: 

– Czasem... to szybko wpadam w złość.  
– Cóż, każdy się czasem denerwuje. – Uśmiechnęła się życzliwie.  
– Ty nigdy się nie złościsz.  
– Ależ tak. Są rzeczy, które i mnie złoszczą.  
Powoli pokręcił głową bez przekonania. Wyszedł, nie odezwawszy się więcej.  
Nigdy  nie  mówił  o  zdrowiu  matki,  lecz  Heather  zauważyła,  że  gryzie  się  tym  coraz 

bardziej. Stopniowo, mimo iż wciąż był przyjazny, stawał się bardziej milczący i zamyślony. 
Rzadziej go widywała. O ile pogoda na to pozwalała, z niezmordowaną energią pracował w 
swoim  ogrodzie,  jakby  wysiłkiem  fizycznym  chciał  zagłuszyć  niepokój  wewnętrzny. 
Powiększał ogród na tyłach domu – wyrównywał teren pod trawnik, wytyczał nowe ścieżki. 
Pracował pod jej oknem i ze swojego pokoju widziała, jak odrzucał wielkie szufle ziemi pod 
ścianę,  gdzie wiosną zamierzał  urządzić nowy kwietnik. Nadszedł  wreszcie dzień, gdy pani 
Lawrence czuła się zbyt źle, by wstać z łóżka.  

– Powiem Adamowi, by sprowadził lekarza – zaproponowała Heather.  
– Nonsens. Nie ma potrzeby niepokoić Adama ani wyciągać lekarza na to bezludzie. To 

tylko lekka niestrawność, nic więcej. To minie, tylko muszę trochę poleżeć.  

Gdy po południu odwiedziła ją powtórnie, pani Lawrence przekonywała, że czuje się już 

lepiej,  lecz  jeszcze  pozostanie  w  łóżku.  Dziewczynę  bardzo  to  zmartwiło,  bo  zdawała  sobie 
sprawę, że gdyby wszystko było w porządku, starsza pani dawno by już wstała. Postanowiła, 
że bez względu na jej sprzeciw należy wezwać lekarza.  

Powiedziała o tym Lucy.  
– Zawiadomię doktora, jak będę jechać do domu, jeśli panienka chce – zaoferowała się. – 

Ale myślę sobie, że nie ma co panikować, to chyba nie takie pilne. Lepiej niech przyjedzie 

background image

jutro rano.  

–  Tak,  chyba  masz  rację  –  zgodziła  się  Heather.  –  Nie  chciałabym  robić  niepotrzebnie 

zamieszania.  Więc  zawiadom  go,  a  ja  powiem  pani.  Nie  będzie  zadowolona,  ale  cóż... 

uważam, że powinnyśmy.  

Następnego ranka Lucy przyjechała ogromnie podekscytowana.  
– Czy słyszała panienka nowinę? 
– O niczym nie wiem, Lucy. Niby skąd miałabym wiedzieć? Co z lekarzem? Przyjedzie? 
Przez moment wydawało się, że Lucy jest zakłopotana.  
– Lekarz, panienko? 
– Tylko nie mów, że zapomniałaś zawiadomić lekarza... Lucy wyglądała na urażoną.  
– Oczywiście, że nie zapomniałam. Przyjedzie.  
– Och, dzięki Bogu – odetchnęła Heather z ulgą. – A teraz, cóż to za wiadomość tak cię 

rozpiera? 

– Mówią, że uciekł więzień. – Lucy stała się znowu podekscytowana. – Ci skazańcy są 

gotowi  na  wszystko.  Albo  to  wiadomo,  co  takiemu  strzeli  do  głowy,  zanim  go  złapią?... 
Założę się, że to dusiciel...  

Odegrała pantomimę, udając, że jest duszona – wytrzeszczyła oczy, a ręce zacisnęła sobie 

wokół szyi. Hearher wybuchnęła śmiechem.  

–  Nie  ma  się  co  śmiać,  panienko.  Mnie  to  ciarki  przechodzą,  jak  o  tym  pomyślę.  Nie 

chciałabym  być  na  miejscu  panienki  dziś  w  nocy.  Za  nic.  A  dokąd  on  ma  niby  pójść  w 
poszukiwaniu  jedzenia,  jak  nie  tutaj?  Poza  tym,  przecież  musi  pozbyć  się  więziennych 
łachów... I nikt nie przyszedł was ostrzec? 

Heather potrząsnęła głową.  
– Nie, pierwszy raz słyszę.  
–  On  jest  gdzieś  w  pobliżu,  szukają  go  na  wrzosowiskach.  Uwinę  się  dziś  i  wcześniej 

pojadę do domu, dobrze, panienko? Nie chcę wracać po nocy... – I odeszła pośpiesznie, jakby 
dusiciel deptał jej już po piętach.  

Nikt  nie  przyjechał  po  to,  by  potwierdzić  opowiadanie  Lucy,  a  przybycie  lekarza 

sprawiło, iż Heather szybko o wszystkim zapomniała.  

Podczas wizyty Adam chodził nerwowo po pokoju. Odprowadzając lekarza, dziewczyna 

wyczuła, że jest gdzieś w pobliżu i słucha.  

– Trudno z całą pewnością orzec, co to jest. Rzeczywiście, ból może być spowodowany 

ostrą niestrawnością, ale nie jestem pewien. Dobrze byłoby, gdyby pojechała ze mną na jakiś 
czas do kliniki na obserwację, lecz ona oczywiście nie chce się zgodzić. Cóż, zobaczymy, jak 
to  się  rozwinie.  Na  razie  zapisałem  środki  przeciwbólowe.  Uśmierzą  ból,  o  ile  znów  się 
pojawi.  

Chciała porozmawiać z Adamem i pocieszyć go. Widać było, że jest przerażony chorobą 

matki. Nie znalazła go jednak w holu i nie pojawił się więcej tego dnia.  

Gdy  zaciągała  zasłony,  by  odgrodzić  się  od  zapadającej  ciemności  i  nadać  wnętrzu 

przyjemniejszy wygląd, po raz pierwszy poczuła się przygnębiona i samotna. Wiatr porywał z 
podjazdu liście, z impetem uderzał w okna i wył niesamowicie w kominie. Widok szkieletów 

background image

drzew,  czarnych  na  tle  szarego  nieba,  przyprawiał  o  gęsią  skórkę.  Pomyślała,  jak  dobrze 
byłoby móc teraz wyjrzeć na miejską ulicę, gęsto zabudowaną i rzęsiście oświetloną światłem 
latarń...  

Perspektywa  spędzenia  samotnie  tego  długiego  wieczoru  nie  była  zbyt  zachwycająca. 

Poza tym było coś jeszcze, coś, o czym przypomniała sobie dopiero teraz. Tam, za oknem, w 
ciemnościach czaił się być może zbiegły więzień, zdecydowany na wszystko... Zaczynała się 
bać.  

Lucy odjechała wcześnie, pędząc na złamanie karku w dół  podjazdu, by zdążyć do wsi 

przed zmrokiem. Heather przypomniała sobie jej pożegnalne słowa: 

– Zamknijcie się dobrze. Ja tam, na waszym miejscu, to bym zostawiła trochę jedzenia i 

jakieś ubranie na dworze. Na wszelki wypadek. Może go i już złapali i dlatego nie przyszli 
was ostrzec, ale nigdy nic nie wiadomo. No, to lecę, panienko. Mam nadzieję, że jutro zastanę 

was tu całych i zdrowych.  

Zajęła się przygotowywaniem kolacji, chcąc otrząsnąć się ze złych myśli.  
Po posiłku Adam nie zniósł tacy, jak to robił zazwyczaj, więc sama poszła po nią na górę, 

chcąc się także upewnić, czy chorej niczego nie potrzeba. Nie było odpowiedzi na pukanie do 
drzwi. Gdy weszła do środka, okazało się, iż Adam już wyszedł od matki, a jego kolacja była 
ledwo  napoczęta  –  niewiele  jadał  przez  ostatnie  dwa  dni.  Pani  Lawrence  spała,  więc 
dziewczyna zabrała tacę i cicho wyszła z pokoju.  

Po umyciu  naczyń i  wysprzątaniu kuchni  została tam chwilę dłużej,  nie wiedząc,  co ma 

zrobić.  Odkąd  przebywała  w  tym  domu,  nie  pamiętała,  żeby  go  kiedykolwiek  zamykano. 
Jedynie  drzwi  zewnętrzne  były  zamknięte  na  noc,  a  i  to  nie  na  klucz,  ponieważ  chodziło  o 
ochronę  przed  złą  pogodą.  Wahała  się  teraz,  czy  uczynić  odstępstwo  od  tej  reguły,  Adam 
zwykł  był  bowiem  wychodzić  do  stajni  po  zmroku.  Poza  tym  był  jeszcze  problem  lamp. 
Zazwyczaj ten, kto szedł spać ostatni, gasił je. Poprzedniego wieczoru Adam nie zszedł na dół 
i tego dnia także nie spodziewała się go tutaj. Nie mogła mieć jednak pewności, a za bardzo 
bała się czekać na niego sama na dole. Pomyślała, że jeżeli pogasi lampy i zarygluje drzwi, i 
Adam  mimo  wszystko  zejdzie,  to  będzie  wielce  zdziwiony  tym,  co  zastanie.  Był  tak 
zmartwiony matką, że ani Heather, ani Lucy nie wspominały mu nawet o zbiegu. Ostatecznie 
poszła na górę, nie gasząc lamp i zostawiając drzwi nie zaryglowane.  

W swoim pokoju poczuła się bezpieczniej i siedząc w łóżku zaczęła czytać. Wiedziała, że 

nie zaśnie, dopóki nie będzie pewna, iż lampy są pogaszone. Około dziesiątej otworzyła drzwi 
i wyjrzała na korytarz. Lampy wciąż się paliły. Heather miała rozpuszczone włosy i jedynie 
koszulę nocną na sobie, lecz przekonana, że Adam jest u siebie, narzuciła tylko szlafrok i w 
kapciach zeszła na dół.  

Gdy doszła do holu, cała drżała – częściowo z zimna, a częściowo ze strachu. Tym razem 

była  zdecydowana  zaryglować  drzwi  bez  względu  na  to,  co  Adam  sobie  rano  pomyśli. 
Drżącymi  dłońmi  zabezpieczyła  zasuwami  frontowe  i  kuchenne  drzwi  i  wygasiła  lampy, 
zostawiając jedną, by oświetlała jej drogę powrotną.  

Wzięła  ją  teraz  i  zaczęła  wchodzić  po  schodach.  Wtem  usłyszała  chrzęst  kroków  na 

podjeździe.  Zamarła  z  przerażenia  i  nastawiła  uszu.  Kroki  zbliżyły  się  do  drzwi  i  usłyszała 

background image

odgłos szarpania za klamkę. Jeśliby zeszła chociaż pięć minut później, to ktokolwiek to był, 
znalazłby się w środku. Dygotała tak silnie, że o mało nie upuściła lampy. Chwyciła ją więc 
obiema  dłońmi  i  wstrzymała  oddech  nasłuchując.  Ponownie  dał  się  słyszeć  odgłos  kroków. 
Ten ktoś nie próbował nawet się skradać. Obchodził dom.  

Przestraszona, że mógł ją usłyszeć, podeszła do drzwi kuchni. Teraz próbował dostać się 

do środka tylnym wejściem – wskazywał na to hałas przy drzwiach. Potem znowu usłyszała 
kroki,  najwyraźniej  ten  ktoś  mijał  właśnie  kuchenne  okno.  Nagle  wszystko  ucichło  i 
nasłuchując u wejścia do małego salonu, pomyślała, że mężczyzna musiał zejść ze ścieżki i 
pójść przez ogród. Napięcie opadło. Odetchnęła z ulgą i oparła się o futrynę. Naraz dobiegły 
ją jakieś odgłosy przy drugim oknie i zanim zdała sobie sprawę z tego, co się dzieje, zasłona 
zafalowała pod wpływem wiatru z otwartego okna. W panice upuściła lampę i rzuciła się do 
kominka,  chwytając  ciężki  pogrzebacz.  Gdy  się  odwróciła,  intruz  niespiesznie  wchodził  do 
środka.  

Wpatrywała się w niego nie tyle zatrwożona, co zaskoczona. Nie przypominał bowiem w 

niczym  ściganego  więźnia  ani  nie  wyglądał  też  na  szaleńca,  którego  opisywała  Lucy.  Był 
młody, przystojny i elegancko ubrany.  

Teraz on z kolei stanął jak wryty. Potem, najwyraźniej szczerze rozbawiony, postawił na 

ziemi  małą  torbę,  którą  miał  ze  sobą,  podszedł  do  Heather,  wyjął  z  jej  rąk  pogrzebacz  i 
odłożył na miejsce. Następnie przyniósł lampę, którą dziewczyna tak nierozważnie upuściła i 
trzymając ją w górze, odezwał się: 

– A więc jesteś prawdziwa. Przez moment myślałem, że zbzikowałem. Kim jesteś? I co, u 

diabła, robisz tutaj? 

Była  zbyt  zdumiona,  by  odpowiedzieć.  Czuła,  że  czerwieni  się  pod  jego  badawczym 

spojrzeniem  i  odsunęła  się  poza  krąg  światła.  On  tymczasem  odstawił  lampę  na  stół  i 
wróciwszy do okna, zamknął je i zaciągnął zasłonę.  

– Cóż, skoro nie chcesz powiedzieć, kim jesteś, powiedz mi coś innego. Dlaczego  cały 

dom jest tak pozamykany? Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek robiono tu coś takiego.  

– To tylko na dzisiejszą noc. Rzeczywiście, zazwyczaj się tego nie robi.  
Spostrzegła gniew na jego twarzy. Zapytał ostrym głosem: 
–  A  dlaczego  akurat  dzisiaj?  Czyżby  Adam  się  mnie  spodziewał?  Domyślił  się,  że 

musiałem się dowiedzieć o chorobie matki? 

– Adam nie ma z tym nic wspólnego. Ty jesteś Robert, prawda? Kiedy usłyszałam kroki 

na zewnątrz, pomyślałam, że to zbiegły więzień...  

Znów wyglądał na rozbawionego.  
– Tak, to wyjaśnia to wspaniałe powitanie... Ktoś uciekł z Princetown? Nic nie słyszałem.  
– Lucy mówiła...  
– Ach, tak? – zapytał drwiącym tonem. – W takim razie to możliwe... Lucy zawsze była 

świetna w tragediach. Poczekaj, już wiem: ty jesteś dobrą wróżką i  stoisz na straży zamku, 
zgadłem? Nie wątpię, że i tego pogrzebacza użyłabyś w razie potrzeby...  

– Przepraszam za to.  
–  Nie,  to  ja  powinienem  przeprosić  ciebie.  Musiałem  napędzić  ci  niezłego  stracha. 

background image

Przykro  mi,  ale  nie  miałem  zielonego  pojęcia,  że  tu  jesteś.  Cała  ta  sytuacja  wielce  mnie 

intryguje. Gdzie jest Adam? 

– Chyba u siebie. Nie widziałam go cały wieczór. Bardzo się martwi o matkę.  
– Tak, wyobrażam sobie. Powinien był mnie zawiadomić. Spotkałem kogoś z wioski, kto 

mi powiedział, że wzywano tu lekarza. Ciekawe, jak późno bym się dowiedział, gdyby nie to 
przypadkowe spotkanie... – Stał, patrząc na nią ze smutkiem w oczach. – Co z nią? 

– Nie wiadomo. Lekarz nie potrafił powiedzieć nic konkretnego. Ona twierdzi, że to nic 

poważnego.  

–  To  zrozumiałe;  nie  chce  straszyć  Adama.  Ale  chyba  musi  być  nie  najlepiej,  skoro  aż 

wezwała lekarza.  

– Nie chciała go wzywać. Ja wymusiłam to na niej.  
– O! Dobra jesteś, wróżko! To wcale nieźle, wymusić na mojej matce coś, czego ona nie 

chce. Wiem coś o tym, bo przez całe lata próbowałem. Pójdę się z nią zobaczyć – powiedział, 
zmierzając do >1rzwi. – Nie znikniesz, kiedy mnie nie będzie, prawda? Jest wiele rzeczy, o 
które chciałbym cię zapytać.  

– Spała, gdy zaglądałam do niej ostatnim razem. Chyba nie będziesz jej budził? 
Odwrócił się w drzwiach, by spojrzeć na dziewczynę. Uśmiech wrócił na jego twarz.  
– Jesteś więc także strażą u łoża chorej?... Nie, nie obawiaj się, nie będę jej budził Zajrzę 

tylko. To nie potrwa długo.  

Heather  pragnęła  wrócić  do  łóżka,  bo  było  jej  zimno  i  cała  się  trzęsła,  odreagowując 

napięcia  minionego  wieczoru.  Czuła  się  ogromnie  zmieszana.  Nie  pomyślała,  że  to  Robert 
może wracać do domu. Och, jakże głupio się zachowała... Opadła na fotel i podkurczyła nogi, 
by opanować ich drżenie. Czekała na jego powrót.  

background image

 

Robert wrócił prawie natychmiast.  
– Wciąż śpi. U Adama nie byłem, nie widać światła pod jego drzwiami.  
Stanął na moment w wejściu, patrząc zamyślonym wzrokiem na Heather, po czym wszedł 

powoli do środka i przysunął sobie krzesło do jej fotela. Usiadł okrakiem, trzymając ręce na 
oparciu.  

– Jak długo tu jesteś? 
– Od prawie sześciu miesięcy. Zdziwił się.  
– Ale matka chyba nie była już wtedy chora? 
– W każdym razie nie na tyle, by musiała zostawać w łóżku i wzywać lekarza. Właściwie, 

odkąd tu jestem, nigdy nie była całkiem zdrowa.  

Jego dłonie zacisnęły się na oparciu. Wstał, odsuwając krzesło.  
– Nigdy mi nie powiedziała... Powinna była mi powiedzieć. Czy dlatego tu jesteś? 
– Tak. Prowadzenie domu zbytnio ją męczy, nawet z pomocą Lucy.  
Milczał przez chwilę, przyglądając się dziewczynie.  
– Musiało jej być naprawdę ciężko, skoro sprowadziła cię na stałe, choć z drugiej strony, 

to jest pierwsza rozsądna rzecz, jaką zrobiła od lat... – Usiadł ponownie. – Dlaczego ty? 

– Co masz na myśli? 
–  Dlaczego  akurat  na  ciebie  się  zdecydowała?  Wybacz,  ale  to  raczej  osobliwy  wybór. 

Jesteś taka młoda, to po pierwsze. W każdym razie, chodzi mi o to, jak cię znalazła? Jesteś 
jakąś naszą krewną czy kimś takim? 

– Nie. Twoja matka i moja ciotka były bliskimi przyjaciółkami, zanim wyprowadziliście 

się  z  Londynu.  Traf  chciał,  że  pani  Lawrence  myślała  już  od  pewnego  czasu  o  wzięciu 
gospodyni.  Kiedy  więc  ciotka  napisała  jej  o  śmierci  mojej  matki  i  o  tym,  że  jestem 
zrozpaczona i chcę uciec z Londynu... to podsunęło jej myśl, że mogłabym przyjechać tutaj 
na jakiś czas.  

Wolno pokręcił głową.  
– Jakoś nadal nie chce mi się wierzyć, że wpadła na taki pomysł... Chodź. – Wstał nagle. 

– Cała dygoczesz. Chodźmy do kuchni, tam jest cieplej. Poza tym jestem głodny.  

W  kuchni  otworzył  drzwiczki  od  piecyka  i  wysunął  szyber.  Potem  powkładał  drewno 

pomiędzy rozgrzane węgle i już po chwili rozbłysnął ogień.  

Przysunął jeden z plecionych foteli bliżej do pieca.  
– Proszę – rzekł, gestem zapraszając, by usiadła.  
– Mówiłeś, że jesteś głodny...  
–  Owszem,  zjadłbym  konia  z  kopytami,  ale  to  nie  twoje  zmartwienie.  Poradzę  sobie. 

Znam tę kuchnię nie gorzej od ciebie.  

Heather  stała  niezdecydowana,  lecz  on  siłą  posadził  ją  w  fotelu  i  położył  jej  nogi  na 

kracie ochronnej pieca.  

– Tak lepiej – uśmiechnął się. – Tam nie będziesz mi przeszkadzać.  

background image

Gdy  zagotowała  się  woda,  zaparzył  herbatę  i  podał  jej  filiżankę.  Przyglądał  się  przez 

chwilę, jak piła małymi łykami.  

– Już cieplej? 
Gorący  napój  i  żar  od  ognia  rozgrzały  ją,  tak  że  przestała  się  trząść.  Na  pytanie 

odpowiedziała jedynie skinieniem, onieśmielona jego troską.  

– To dobrze. Teraz coś zjemy.  
Przyglądała się, jak wyciągał jaja i boczek i sprawnie smażył jajecznicę.  
– Głodna? – spytał, patrząc na nią. Pokręciła odmownie głową.  
– Ale ja nie jadam sam, nie masz więc wyjścia.  
Podał jej talerz z jajecznicą i usiadł w drugim fotelu. Jedli w milczeniu.  
–  Dobre  było  –  odezwał  się,  gdy  skończył.  –  Od  lunchu  nic  nie  miałem  w  ustach,  a  i 

spacerek ze wsi wyostrzył mi apetyt.  

– Szedłeś na piechotę? Uśmiechnął się złośliwie.  
–  Zapomniałem,  że  z  ciebie  były  mieszczuch.  To  wcale  nie  tak  daleko,  a  nie  chciałem 

ciągnąć po nocy starego Mateusza. – Wstawił talerz do zlewu. – Chociaż, gdybym przyjechał 
jak gentelmen, to pewnie i powitanie byłoby inne...  

–  Tak,  wtedy  chyba  nie  wzięłabym  cię  za  bandytę...  Cóż,  zdaje  się,  że  nieładnie 

postąpiłam.  

– Nie, nieprawda. Wcale się nie dziwię, że się zdenerwowałaś w takich okolicznościach. 

Musisz się tu czuć bardzo samotna. Ciekawym, jak długo wytrzymasz.  

– Mylisz się. Jestem tu szczęśliwa.  
– Nie, w to to już nie wierzę. Jak ci się układa z moją matką? 
– Od początku jest bardzo taktowna i miła dla mnie.  
– A Adam? 
– Cóż, muszę przyznać, że początkowo nie był zbyt przyjaźnie nastawiony do mnie. W 

ogóle nie był zadowolony z pomysłu sprowadzenia tu kogokolwiek do pomocy. Ale teraz już 
się to zmieniło. Lubię go bardzo, spędzamy razem wiele czasu, więc nie jestem tu wcale taka 
samotna, jak myślisz.  

Pokręcił z niedowierzaniem głową.  
–  Ten  wieczór  jest  pełen  niespodzianek...  –  Wstał.  –  Wybacz,  że  tak  długo  cię  tu 

trzymałem.  Lepiej  już  idź  i  prześpij  się  trochę,  z  resztą  pytań  poczekamy  do  jutra.  A  tego 
twojego  zbiega  możesz  już  mnie  zostawić.  Wiesz  –  dodał,  gdy  powiedziała  „dobranoc”  – 
wieczór spędziłem dużo przyjemniej, niż tego oczekiwałem.  

Ten długi, napięty dzień wyczerpał ją. Spała głęboko i dłużej niż zwykle. Obudziła się z 

poczuciem przyjemnego oczekiwania na wydarzenia rozpoczynającego się dnia. Wiedząc, że 
codzienna  rutyna  została  naruszona  przyjazdem  Roberta,  była  mile  podekscytowana.  Mniej 
też  martwiła  się  o  panią  Lawrence.  Czuła  bowiem,  iż  Robert  samą  swoją  obecnością  tutaj 
przyjmuje  na  siebie  ciężar  odpowiedzialności  za  dom.  Adam  nigdy  nie  dawał  jej  takiego 
poczucia  bezpieczeństwa...  Aczkolwiek  przyjazd  starszego  brata  mógł  pociągnąć  za  sobą 
także i niekorzystne skutki – mógł przecież zakłócić spokój tego domu. Nie zastanawiała się 
jednak nad tym i na śniadanie zeszła w doskonałym humorze.  

background image

Adama już nie było, a Robert jeszcze nie wstał. Prawie natychmiast pojawiła się Lucy.  
– Dzień dobry, panienko. Dobrze panienka spała? Wczoraj było trochę strachu, ale już po 

wszystkim. Złapali go, gdzieś tu, niedaleko, na wrzosowiskach.  

– To znaczy... że to nie była plotka? 
– No pewnie, że nie. Ja na miejscu panienki to bym chyba umarła ze strachu, przecież nic 

nie  wiedzieliście,  że  go  złapali.  Pani  tam  na  górze  chora,  z  pana  Adama  też  ostatnio  mało 
pożytku... Nie bała się panienka? 

– Miałam towarzystwo, Lucy. Robert przyjechał w nocy. Lucy ze zdumienia aż otworzyła 

usta.  

– Pan Robert? Wielkie nieba, a ja nic nie wiem. Pani go nie oczekiwała, prawda? 
– Nie, przyjechał bez uprzedzenia. Było już całkiem późno, jak tu dotarł, bo szedł pieszo 

z wioski.  

Lucy twierdząco pokiwała głową.  
– To dlatego nic nie wiedziałam. Mateusz by mi powiedział.  
–  Pani  Lawrence  już  spała,  gdy  przyjechał.  Przypadkowo  spotkał  kogoś  z  wioski  i 

dowiedział się o jej chorobie. Bardzo się martwi o nią.  

– Żeby jej tylko nie zdenerwował teraz, kiedy z nią tak źle.  
– Na pewno nie będzie. Wydaje mi się całkiem miły. Lucy zaśmiała się krótko.  
–  O  tak!  On  potrafi  być  miły,  ma  podejście  do  kobiet,  nie  ma  co.  Jest  naprawdę 

przystojny, no nie? 

Zanim Heather zdążyła odpowiedzieć, wszedł Robert.  
– Dzień dobry, moje panie – powiedział pogodnie. – Ale z was ranne ptaszki: wy dwie już 

w pracy, a i Adama już nie ma. On zawsze wstawał przed świtem.  

–  Jest  pewno  w  stajni  –  odparła  Lucy.  –  Ale  niezadługo  przyjdzie  na  śniadanie.  Nie 

spodziewałam się, że pana zobaczę dzisiaj. – Uśmiechnęła się do niego zalotnie. – Miło pana 
znów widzieć, nie powiem...  

– Mnie także miło, Lucy – odrzekł. Objął ją i uścisnął. – Stęskniłem się za tobą.  
– Och, niech mnie pan puści – powiedziała Lucy ze śmiechem, oswobadzając się. – Kto 

by tam wierzył w to, co pan mówi.  

Stał teraz, patrząc na Heather.  
–  Wcale  nie  jesteś  dzieckiem,  za  jakie  cię  wziąłem  w  nocy.  Ciekaw  jestem,  czy  Adam 

zdaje sobie sprawę z tego, jakim jest szczęściarzem...  

Poczuła,  jak  się  czerwieni  pod  jego  spojrzeniem.  Lucy  mrugnęła  do  niej 

porozumiewawczo, ją jednak to zirytowało i zajęła się przygotowywaniem śniadania. Lucy i 
Robert  dalej  się  przekomarzali.  Mogła  mu  się  teraz  lepiej  przyjrzeć.  Był  przystojny  i 
elegancki,  tak  jak  mówiła  Lucy.  Włosy  miał  jasne,  falujące,  oczy  niebieskie,  jakby  trochę 

figlarne. Jego twarz była pogodna, ożywiona ujmującym uśmiechem. Obydwaj bracia śmiali 
się podobnie, lecz Robert robił to częściej. Mimo, że kolor włosów i oczu przejął po matce, to 
nie  miał  nic  z  jej  delikatnej  budowy.  Był  wysoki,  barczysty  i  sprawiał  wrażenie  pełnego 
niespożytej energii. Domyślała się, że musi mięć jakieś dwadzieścia cztery, pięć lat.  

Zadźwięczał  dzwonek  nad  drzwiami  i  do  kuchni  wszedł  Adam.  Natychmiast  spostrzegł 

background image

Roberta  i  zamarł  w  drzwiach.  Jego  pierwsze  spojrzenie  było  pełne  zdziwienia,  po  chwili 
jednak patrzył na brata w dziwny sposób – oczy wyrażały skruchę. Wahał się, gotów wyjść w 
każdej chwili. Spuścił wzrok, jakby niepewny reakcji Roberta.  

Trwało  to  zaledwie chwilę, jednakże była to  chwila pełna napięcia. Robert poruszył  się 

pierwszy i podszedł do Adama uśmiechając się. Uścisnął mu dłoń i poklepał po ramieniu.  

– Jak się masz, mary. Nie spodziewałeś się mnie tutaj, co? 
Jeszcze  przez  moment  Adam  stał  nieruchomo,  wpatrując  się  w  brata,  jakby  wciąż 

niepewny  przyjaznego  powitania.  Jednak  powoli  uśmiech  rozjaśnił  mu  twarz  i  trzymając  w 
obu dłoniach jego dłoń, potrząsnął nią energicznie.  

–  Przyjechałem  w  nocy  –  oznajmił  Robert.  –  Było  późno,  więc  nie  budziłem  cię. 

Słyszałem, że z mamą niedobrze, więc chciałem się z nią zobaczyć.  

Uśmiech zniknął z twarzy Adama, jego wzrok był teraz pełen niepokoju.  
– Czy to coś poważnego? – zapytał.  
–  Nie  sądzę.  Nie  martw  się,  mały,  mama  przyjdzie  do  siebie  –  mówił  Robert  łagodnie. 

Objął Adama ramieniem i przyprowadził do stołu. – To nie potrwa długo, zobaczysz.  

Adam wyglądał na uspokojonego tymi zapewnieniami i zabrał się do śniadania z dawnym 

apetytem.  

Po jedzeniu, gdy Adam siedział przy piecu kuchennym z gazetą przywiezioną przez Lucy, 

Robert poszedł zobaczyć się z matką. Kiedy wrócił, zastał go wciąż siedzącego w fotelu.  

–  Chodź,  mały.  Mama  chce  teraz  zostać  sama.  Pokażesz  mi,  co  zrobiłeś  od  mojego 

wyjazdu.  

Adam wstał chętnie, uśmiechając się. Heather obserwowała odchodzących braci, widząc 

teraz wyraźnie, jak bardzo się różnią. Zdążyła przywyknąć do wyglądu Adama, lecz teraz – 
obok wysokiego i  przystojnego Roberta  –  na krótkich nogach i  w swej  wełnianej  czapeczce 
wyglądał on rzeczywiście dosyć osobliwie.  

Niedługo potem Heather poszła zobaczyć się z panią Lawrence.  
– Czy ból powrócił? – zapytała, zauważywszy ślady łez na jej twarzy.  
Starsza pani pokręciła głową.  
– Nie, moja droga. To nagłe przybycie Roberta tak mnie wzruszyło. Leżałam i myślałam 

teraz...  Ach,  gdyby  sprawy  potoczyły  się  inaczej...  –  Uśmiechnęła  się  z  wysiłkiem.  –  Nie 
zważaj na mnie, moja droga, starzeję się...  

Dziewczyna patrzyła na nią ze współczuciem. Robert sprawiał przecież wrażenie bardzo 

zaniepokojonego  matką.  Skoro  tak,  to  dlaczego  tak  rzadko  bywał  w  domu?  Dlaczego 
pozwalał się jej zadręczać? Wszyscy troje wyglądali na silnie ze sobą związanych, co więc 
było  przyczyną  niezgody,  o  której  mówiła  Lucy?  Sądziła  do  tej  pory,  iż  jest  nią  zawiść 
między braćmi, lecz nie zauważyła dotychczas żadnych jej oznak.  

W porze lunchu Adam, jak zwykle, udał się do matki. Robert jadł razem z dziewczętami 

w  kuchni.  Kiedy  Lucy  poszła  na  górę,  by  zebrać  naczynia,  Robert  przyglądał  się  Heather 
przez chwilę, a potem nagle odepchnął krzesło gwałtownym ruchem i wstał.  

– Chodź, pójdziemy na spacer.  
Zaskoczona  nieoczekiwaną  propozycją,  spojrzała  najpierw  na  niego,  a  potem  na  nie 

background image

uprzątnięty stół.  

– Zostaw to Lucy – rzekł niecierpliwie.  
Wahała się.  
– Matka wytłumaczyła mi, jak to było możliwe zatrzymać cię tutaj tak długo, więc biorę z 

ciebie przykład i chcę iść na spacer. Jej i Adamowi niepotrzebne teraz niczyje towarzystwo. 
Wiem, że wychodzisz codziennie. Dziś pójdziemy razem.  

Ustąpiła, widząc, że on nie zrezygnuje tak łatwo. Poszli na górę po kapelusz.  
Szli aleją aż do mostu, a tam wybrali jej ulubioną trasę brzegiem rzeki.  
–  Musisz  się  czuć  strasznie  samotna  tutaj.  Nie  znudził  ci  się  jeszcze  ten  pustelniczy 

żywot? 

–  Mówiłam  ci  już  wczoraj,  że  nie  jestem  wcale  taka  samotna.  Wiele  czasu  spędzam  z 

twoją  matką  i  Adamem.  Często  spacerujemy  razem.  –  Uśmiechnęła  się  na  myśl  o  tym.  – 
Bardzo lubię spacery z nim.  

– W ogóle nie brakuje ci Londynu? Ruchu, krzątaniny, ludzi? 
– Nienawidzę tego Londynu, który znam. Dlatego odpowiada mi tutejszy spokój.  
– A jak zamierzasz sobie znaleźć męża, tu na tym odludziu? Przecież nawet do wsi nie 

jeździsz, z wyjątkiem wypraw po zakupy.  

– Nie szukam męża – stwierdziła stanowczo. Robert spojrzał na nią ironicznie.  
– Każda dziewczyna chce złapać męża.  
Gdy odwróciła się do niego, na jej twarzy malowało się coś na kształt pogardy.  
– Naprawdę tak myślisz? Niewiele w takim razie wiesz o kobietach...  
–  Widać  sama  siebie  nie  znasz.  Większość  dziewcząt  marzy  o  małżeństwie  i  jestem 

pewien, że nie jesteś wyjątkiem.  

– Mylisz się – odrzekła z naciskiem. – Jestem teraz szczęśliwa i na razie nie zamierzam 

niczego zmieniać w moim życiu.  

– Cóż, twoja sprawa, ale gdybyś tylko mogła zobaczyć siebie i swoją sytuację, tak jak ja 

to widzę, zdałabyś sobie sprawę, jak bardzo się mylisz...  

– Nie, to ty źle oceniasz sytuację. Zaśmiał się.  
– Całkiem, jakbym słyszał matkę. Ma na ciebie duży wpływ, tak jak i na Adama zresztą...  
–  Być  może,  ale  jeśli  rzeczywiście  tak  jest,  to  tylko  dlatego,  że  odpowiada  mi  to.  Nie 

sądzę, byś miał rację. To samo jeśli chodzi o Adama.  

Ponownie roześmiał się.  
– Widzę, że jest trzy do jednego, a już myślałem, że będzie dwa do dwóch.  
–  O  czym  ty  mówisz?  W  żadnym  wypadku  nie  zamierzam  mieszać  się  do  waszych 

sporów.  

–  Dobrze,  już  dobrze.  Dajmy  temu  spokój  –  odpowiedział  pojednawczo.  –  Jesteśmy  na 

spacerze. Mam nadzieję, że będzie ci równie przyjemnie jak w towarzystwie Adama.  

Doszedłszy do ulubionego miejsca Heather, przystanęli wpatrzeni w spienioną wodę. Jak 

zawsze opływała kamienie, szumiąc i bulgocząc głośno.  

–  Kamienie  są  teraz  prawie  całe  pod  wodą  –  odezwała  się.  –  Zazwyczaj  z  łatwością 

dochodzę  do  środka  rzeki.  Siedziałam  tam  pierwszego  dnia.  Tam,  na  brzegu,  było  wtedy 

background image

mnóstwo  muchomorów,  czerwonych,  różowych  z  czarnymi  kropkami.  Były  piękne. 
Wyglądały jak nieprawdziwe. Często tu przychodzę od tamtego czasu.  

– Wiem teraz, gdzie cię szukać. Pewnie inne wróżki też tu przychodzą... i tańczą wokół 

muchomorów...  

Zaśmiała się.  
–  Chodź  –  powiedział  nagle,  chwytając  jej  dłoń  i  ciągnąc  ją  za  sobą  wzdłuż  brzegu.  – 

Teraz ja pokaże, ci moje ulubione miejsce. Tam dalej, w górę rzeki, jest rozlewisko, w którym 
zbierają się ryby. Można je obserwować, gdy woda jest przejrzysta.  

– Znam to miejsce, Adam mnie zaprowadził. Często tam chodzimy razem.  
Wypuścił jej dłoń i zwolnił kroku.  
– Powinienem się był domyślić...  
Gdy doszli do kładki, Roberta zaskoczył widok lin przeciągniętych przez rzekę.  
– Kto to zrobił? 
– Adam. Założył je dla mnie. Bałam się wejść na most, nie mając czego się uchwycić.  
Stał przez chwilę zamyślony.  
–  Miałem  więc  rację  –  rzekł.  –  Ty  rzeczywiście  jesteś  niezwykła.  Adama,  zawsze  tak 

krnąbrnego, owinęłaś sobie wokół palca, sprawiasz, że moja matka robi rzeczy, na które nie 
ma najmniejszej ochoty, a ja sam zaczynam się zastanawiać, czy jestem na pewno tym samym 
człowiekiem, którego wczoraj spotkałaś.  

Roześmiała się.  
– Och, Robercie! Pleciesz takie głupstwa.  
– Pewnie, to nie to, co uczone gadki mojego braciszka o ptaszkach i kwiatkach...  
– Ja lubię go słuchać.  
Milczał przez moment, po czym odwrócił się do mostu plecami.  
– Chodźmy stąd. Dziś i tak nie ma sensu wgapiać się w wodę, jest zmącona.  
– Ależ chyba nie będziemy jeszcze wracać? – zapytała. – Właściwie to nie byłam nigdy 

powyżej tego miejsca...  

–  Skoro  tak,  to  pójdziemy  dalej  –  zdecydował.  –  Górą  przez  las,  a  potem  skrótem  do 

domu.  Idąc  wzdłuż  rzeki,  nadkładamy  drogi.  Wiosną  jest  tu  pięknie  –  rzekł,  gdy  szli  »  pod 
górę  między  drzewami.  –  Wszędzie  pełno  wtedy  dzwonków  i  pierwiosnków.  Daj  mi  rękę, 
pomogę ci. Tu jest trochę stromo.  

Na szczycie wzgórza las się kończył. Zatrzymali się, żeby chwilę odpocząć. W dole wiła 

się  rzeka,  połyskując  przez  bezlistne  szkielety  drzew.  Po  jednej  stronie,  aż  po  szare  niebo, 
ciągnęły się posępne wrzosowiska, z drugiej strony mieli pola i lasy.  

– Tam jest nasz dom – wskazał ręką. – Nie widać go, bo drzewa zasłaniają.  
– Pięknie jest tu na górze – odparła. – Cieszę się, że mnie tu przyprowadziłeś.  
Patrzyła  w  dal.  Oczy  jej  błyszczały,  policzki  miała  zaróżowione  od  wspinaczki,  wiatr 

bawił się jej włosami. Robert przyglądał się jej przez dłuższą chwilę. Zauważyła to.  

– Robi się późno – powiedziała nerwowo.  
– Tak, lepiej chodźmy już.  
Schodzili ramię w ramię, długim, posuwistym krokiem. Robert zaczął śpiewać. Zaśpiewał 

background image

dwa pierwsze wersy i przerwał. Po chwili spróbował znowu i znowu urwał.  

–  Nigdy  nie  mogę  skończyć  żadnej  piosenki  –  przyznał  się  rozbrajająco.  –  Zawsze 

zapominam słów.  

Przyłączyła  się  ze  śmiechem,  pomagając  mu.  Zbocze  kończyło  się  bardzo  stromym 

odcinkiem. Zatrzymali się.  

–  Bioto  po  ostatnich  deszczach  jeszcze  nie  wyschło  –  zauważył.  –  Będzie  ślisko. 

Schodzimy od drzewa do drzewa, trzymaj się blisko mnie.  

Śmiejąc  się  nawzajem  ze  swoich  wysiłków,  mających  na  celu  utrzymanie  równowagi, 

ślizgali się od drzewa do drzewa, aż dotarli do miejsca, gdzie drzewa się kończyły.  

– Lepiej pójdę pierwszy. Będę mógł cię złapać na dole.  
Zjechał w dół, ostatnie kilka jardów przeskakując. Odwrócił się i spojrzał w jej kierunku.  
– Puść drzewo i biegnij. Złapię cię.  
Puściła  drzewo  i  poszła  w  ślady  Roberta,  zjeżdżając  raczej  niż  biegnąc.  Chwycił  ją  w 

talii, podniósł i obrócił się z nią wkoło. Postawił na ziemi, wziął w ramiona i pocałował.  

Była tak zaskoczona, że przez moment nie zdobyła się na żadną reakcję. Po chwili jednak 

zaczęła  energicznie  próbować  wyswobodzić  się  z  jego  uścisku.  Dostrzegł  na  jej  twarzy 
panikę, uwolnił ją, a ona odskoczyła i zaczęła uciekać. Dopiero po jakimś czasie ruszył za nią.  

– Nie tak szybko – rzekł, złapawszy Heather. – Nie tędy. Nie masz orientacji? 
– Dlaczego to zrobiłeś? – spytała bliska płaczu. – Zepsułeś wszystko. Myślałam, że jesteś 

taki jak Adam, a ty... ty jesteś taki jak... jak...  

– Jak kto? – zapytał, gdy przerwała, szukając słów.  
–  Jesteś  jak  wyrostki  z  ciemnej  bramy,  jak  większość  mężczyzn.  Myślisz,  że  możesz 

zrobić wszystko, co chcesz, z każdą, którą sobie wybierzesz.  

– To nie tak, Heather. Nie chciałem pocałować „każdej” dziewczyny – powiedział cicho. 

–  Chciałem  pocałować  ciebie,  od  kiedy  tylko  cię  zobaczyłem  po  raz  pierwszy.  Nie  zdajesz 
sobie sprawy, jaka jesteś atrakcyjna? 

–  Ale  wcale  nie  dawałam  ci  powodów,  byś  myślał,  że  chcę  z  tobą  flirtować.  Nie 

powinnam była w ogóle godzić się na ten spacer.  

Próbowała odsunąć się od niego, lecz nie pozwalał na to.  
–  Posłuchaj,  Heather.  Przepraszam.  Przykro  mi,  że  cię  uraziłem.  Niemniej  jednak,  cała 

moja  wina  polega  na  tym,  że  pozwoliłem,  by  twój  urok  uderzył  mi  do  głowy.  Obiecuję,  że 
nigdy  więcej  się  to  nie  powtórzy,  jeśli  nie  będziesz  tego  chciała.  Nadal  zostaniemy 
przyjaciółmi, dobrze? Nie puszczę cię, dopóki nie obiecasz mi tego.  

Patrzyła na niego z powątpiewaniem. Robert uśmiechał się pojednawczo.  
– Czy jest coś złego w przyjaźni? Udobruchana, także się uśmiechnęła.  
–  No,  już  lepiej.  A  teraz  pozwolisz,  że  wskażę  ci  drogę  do  domu.  Nie  mam  zamiaru 

szukać cię później...  

Wkrótce stanęli na skraju łąki ogrodzonej drewnianym parkiem.  
– Widzisz ten przełaz, tam? Ta aleja za nim prowadzi do domu, więc jesteśmy prawie na 

miejscu. – Uśmiechnął się do niej szybko. – Pościgamy się do przełazu, chcesz? Możesz już 
startować, jesteś kobietą.  

background image

Zaśmiała się z jego dziecięcej propozycji i pobiegła przez łąkę. Dopędził ją i wyprzedził 

bez trudu w połowie dystansu. Siedząc przy przełazie, obserwował, jak nadbiega zdyszana.  

– Siadaj – wskazał miejsce obok siebie.  
Poczekali, aż uspokoi jej się oddech, po czym ruszyli do domu.  

background image

 

Ten wieczór Adam spędził na dole. Nie zamykał się już u siebie tak jak przez ostatnich 

kilka  dni.  Minął  mu  zły  nastrój  i  wyglądało  na  to,  że  udzielało  mu  się  ożywienie  Roberta. 

Siedzieli  razem  w  salonie  i  Heather,  przechodząc  przez  hol,  słyszała  ich  głośną  rozmowę  i 
śmiech. Wybrała sobie książkę i poszła na górę, chcąc resztę wieczoru spędzić u siebie.  

–  Wcześniej  idziesz  dziś  spać,  moja  droga  –  zauważyła  pani  Lawrence,  gdy  Heather 

przyszła się z nią zobaczyć. – Mam nadzieję, że nie męczysz się ponad miarę. Ja sprawiam ci 
teraz tyle kłopotu, leżąc w łóżku, a i Robert jeszcze przyjechał... Wszystko na twojej głowie.  

– Nie, proszę się nie martwić, nie jestem zbytnio zmęczona. Pomyślałam sobie tylko, że 

trochę poczytam u siebie, Adam na dzisiaj ma towarzystwo Roberta.  

– Co robią? 
– Są w salonie. Słyszałam ich rozmowę i nie chciałam przeszkadzać.  
Pani Lawrence obserwowała dziewczynę, gdy ta poprawiała pościel.  
–  Och,  gdyby  zawsze  tak  mogło  być...  Gdyby  tylko  Robert  był  bardziej  wyrozumiały, 

gdyby  był  choć  w  połowie  tak  wyrozumiały  jak  ty,  wszystko  mogłoby  być  inaczej.  –  Jej 
smukłe palce zacisnęły się na prześcieradle. – Zupełnie jak jego ojciec. Dlaczego mężczyźni 
muszą być tak uparci i krótkowzroczni? Patrzą na wszystko z własnego punktu widzenia i... 
ach, gdybyż zdawali sobie sprawę, iż są w ten sposób na wpół ślepi.  

Poruszyła się niespokojnie na łóżku. Heather usiadła przy niej, nie chcąc zostawiać jej w 

takim nastroju.  

–  Życie  jest  takie  niesprawiedliwe  –  rzekła  pani  Lawrence  z  nagłą  goryczą.  – 

Czegokolwiek by się nie zrobiło, to błędów i tak nie można naprawić, choćby nie wiem jak 
się ich żałowało. Nic nie zostaje zapomniane...  

Znów ściskała nerwowo pościel w dłoniach. Heather ujęła ją za rękę.  
– Nie wolno się wciąż tak zamartwiać. Nie lepiej jest myśleć o teraźniejszości, o lepszej 

przyszłości? 

–  Teraźniejszość,  przyszłość,  przeszłość...  co  za  różnica?  Przeszłość  wpływa  na 

teraźniejszość,  teraźniejszość  kreuje  przyszłość...  i  nic  się  na  to  nie  poradzi.  Zawsze,  gdy 
widzę Roberta, wiem o tym dobrze, dręczy mnie to szczególnie... a dziś pewnie i z powodu 
choroby.  Ta  samotność  wystarczająco  mnie  przygnębia,  nie  wolno  mi  chorować,  nie  wolno 
mi umrzeć... Co by się wtedy stało z Adamem? 

– Proszę tak nie mówić. Wszystko się jakoś ułoży, wie pani doskonale, że Robert zawsze 

zaopiekowałby się Adamem.  

Chora cofnęła dłoń i gwałtownie potrząsnęła głową.  
– Nie, ty tego nie potrafisz zrozumieć. Oni nie mogliby żyć razem! Robert nigdy się nie 

zmieni! 

Dziewczyna  była  zaskoczona  tym  nagłym  wybuchem.  Po  chwili  starsza  pani  dodała 

łagodniejszym tonem: 

– Gdyby tylko Adam mógł się ożenić, ożenić z kimś, kto go zrozumie, kto mógłby zająć 

background image

moje miejsce...  

– Cóż, może kiedyś... Jest przecież wciąż młody.  
– Jest w twoim wieku, moja droga, parę miesięcy starszy, to wszystko. Ty go rozumiesz, 

prawda? Jest z tobą szczęśliwy, lubi cię coraz bardziej, to widać. Ty także go lubisz, prawda, 
moja droga? 

– O tak, bardzo. ' 
Kobieta ułożyła się wygodniej w pościeli.  
–  Może  jednak  znajdzie  się  ktoś,  kto  zajmie  moje  miejsce.  –  Uśmiechnęła  się  słabo.  – 

Ktoś, kto uczyni go szczęśliwym...  

Zamknęła  oczy.  Teraz,  z  uśmiechem  na  twarzy,  wyglądała  na  uspokojoną.  Heather 

poprawiła pościel wokół niej.  

– Tak, na pewno – przytaknęła cicho. – Niech się pani już o to nie martwi.  
Kobieta otworzyła oczy i ponownie uśmiechnęła się do niej.  
– Nie zamierzałam obarczać cię moimi troskami. Niemniej  jednak, sądzę, iż dobrze się 

stało, teraz widzę już rozwiązanie...  

Dziewczyna długo zastanawiała się nad jej słowami. Cóż takiego stało się w przeszłości 

w tym domu, że pani Lawrence wciąż się tym gryzła? I dlaczego bracia nie mogli żyć razem? 
Być może z tego powodu, że byli tak odmienni? Adam – z natury powściągliwy, nieskory do 
rozmowy, samotnik. Robert odwrotnie – popędliwy, gadatliwy i towarzyski. Adam chodził po 

domu  bezszelestnie.  O  Robercie  zawsze  mogła  powiedzieć,  gdzie  się  aktualnie  znajduje. 
Poznawała  to  po  jego  donośnym  głosie  i  śmiechu.  Trzaskał  drzwiami,  podczas  gdy  Adam 
zawsze starannie je zamykał. Aczkolwiek te różnice właśnie zdawały się ich zbliżać – Adam 
nie  krył  się  z  podziwem  dla  pełnego  werwy  starszego  brata,  nie  okazując  przy  tym  cienia 
zazdrości, Robert z kolei był nadspodziewanie łagodny i troskliwy w stosunku do Adama.  

Następnego dnia Robert znów wybrał lunch w kuchni.  
– Jadę do wsi – zakomunikował Heather, gdy skończyli posiłek. – Chcę zobaczyć się z 

lekarzem, zanim wrócę do Plymouth. Idę przygotować dwukółkę. Ubierz się ciepło.  

Zirytowało ją trochę to, że z góry zakładał, iż ona na pewno z nim pojedzie.  
– Czy jest jakiś powód, dla którego miałabym jechać z tobą? 
Odwrócił się w drzwiach.  
– Jeśli musisz mieć jakiś powód, to  możesz zrobić zakupy. Na pewno znajdzie się coś, 

czego  potrzebujemy.  Ale  myślałem,  że  może  chciałabyś  przejechać  się  ze  mną  ot  tak,  dla 
przyjemności...  

Był  tak  rozbrajający,  że  nie  mogła  powstrzymać  uśmiechu.  Poszła  przebrać  się  do 

wyjścia.  

W  otwartej  dwukółce  było  zimno,  szare  niebo  obiecywało  rychłe  opady  śniegu,  lecz 

Heather była ciepło ubrana i opatulona pledem przez Roberta.  

Powoził  lekko  i  swobodnie,  częściej  patrząc  na  nią  niż  na  drogę.  Zawsze  lubiła  jazdę 

dwukółką, a tego dnia było jej wyjątkowo przyjemnie. To Robert zaraził ją swoją wesołością, 
rozluźniała  się  przy  nim.  Nigdy  przedtem  nie  spotkała  nikogo,  z  kim  czułaby  się  tak 
naturalnie, a przecież znała go dopiero od dwóch dni.  

background image

Liście  całkiem  już  opadły  z  przydrożnych  drzew.  Dzikość  i  surowość  krajobrazu 

wprawiały  ją  w  specyficzny  nastrój.  Była  zupełnie  beztroska,  jakby  wszelkie  codzienne 
kłopoty  straciły  znaczenie.  Przez  całą  drogę  rozmawiali  i  śmiali  się.  Zimny  pęd  powietrza 
zaróżowił jej policzki.  

Gdy dotarli do wioski, Robert skręcił w drogę biegnącą obok stacji kolejowej i zatrzymał 

dwukółkę  przy  małej  chacie.  Pomógł  wysiąść  dziewczynie  i  przywiązał  lejce  do 
pomalowanego na biało parkanu, otaczającego ogródek przy chacie.  

– Mateusz będzie miał Rafię na oku – rzekł. – Nigdy nie wychodzi na dłużej.  
Zawrócili i skierowali się w stronę głównej ulicy.  
– Jak ci się tu podoba? – zapytał. – Ja bardzo lubię tę wioskę.  
–  Cóż,  nigdy  nie  miałam  czasu  się  rozejrzeć.  Zawsze  gdy  przyjeżdżamy  tu  z  Adamem, 

robimy jedynie zakupy i natychmiast wracamy.  

– Tak, zapomniałem o nieśmiałości Adama... Pewno nawet nie rusza się z miejsca, kiedy 

ty siłujesz się z zakupami...  

– Jesteś niemiły – odparła ostrym tonem. – To całkiem zrozumiałe, że on woli zostać w 

dwukółce. I wcale nie muszę się siłować z zakupami, sprzedawca zawsze mi je wynosi.  

Na twarzy Roberta pojawiło się rozbawienie.  
–  Natychmiast  stajesz  w  jego  obronie.  Świetnie  się  tego  nauczyłaś  od  mojej  matki, 

doprawdy.  

– Nie mieszaj w to swojej matki.  
– Cóż, po prostu wydaje mi się, że przejęłaś jej stosunek do Adama.  
– Nie jesteś chyba o niego zazdrosny? – Jej głos zabrzmiał nieprzyjemnie.  
– Właściwie to chyba już zaczynam być. – Wciąż miał rozbawienie w oczach.  
– Przepraszam – zmieszała się nagle. – Nie mam prawa tak mówić.  
– Dlaczego nie? Skoro tak myślisz, to dlaczego nie miałabyś tego powiedzieć? Podobno 

mieliśmy  zostać  przyjaciółmi,  więc  bądź  uczciwa  wobec  mnie.  Nie  ukrywaj  przede  mną 
swoich prawdziwych myśli, ja nie jestem Adamem.  

Zwróciła  się  ku  niemu,  ponownie  zagniewana,  on  jednak  z  uśmiechem  chwycił  ją  za 

łokieć i skierował z powrotem na drogę.  

– Dobrze, już dobrze. Nie traćmy całego popołudnia na kłótnie. Prawdę mówiąc, to rad 

jestem, iż nie znasz wioski. Z przyjemnością cię po niej oprowadzę. Lecz najpierw chciałbym 
zobaczyć się z lekarzem, no i musimy zrobić te nieszczęsne zakupy.  

Byli razem w kilku sklepach i Heather zauważyła, iż Robert znany jest we wsi; wszędzie 

witano go z przyjaznym pozdrowieniem.  

–  Pójdę  do  kościoła  –  powiedziała,  gdy  znaleźli  się  przed  domem  lekarza.  –  Zawsze 

chciałam go obejrzeć.  

– Dobrze, tam się spotkamy. To nie potrwa długo. Kościół znajdował się na końcu wsi. 

Był  niewielki,  stary  i  ustawiony  tyłem  do  drogi.  Pociągał  ją  od  pierwszego  razu,  gdy  go 
ujrzała,  bo  był  tak  odmienny  od  budynków  kościelnych  przy  hałaśliwej  High  Street  w 
Londynie.  

Otworzyła  krytą  dachem  bramę  cmentarną  i  wkroczyła  na  cichy,  kościelny  dziedziniec. 

background image

„Wokół nie było nikogo, wydawało się, że nawet wioska leży gdzieś daleko. Na lewo, za |P 
niskim murem, ciągnęły się pola i lasy, a z drugiej strony, aż po horyzont widać było jedynie 

wrzosowiska. Ten mały kościółek leżał jakby na końcu świata.  

Weszła do środka. Było pusto. Z zaciekawieniem przyglądała się witrażom i epitafiom na 

ścianach. Zaabsorbowana, nie zauważyła nadejścia Roberta i zlękła się, gdy odezwał się do 
niej: 

– Brakuje ci chodzenia do kościoła? Spojrzała na niego zaskoczona.  
–  Nie  byłaś  tu  od  przyjazdu,  prawda?  Matka  także  nigdy  nie  przychodziła  tutaj,  nie 

chciała  wystawiać  Adama  na  spojrzenia  ciekawskich.  Chociaż  przypuszczam,  że  tak  czy 
owak, utraciła wiarę,  gdy on się urodził. Teraz jest zbyt nieśmiały, by się tu pojawić, nawet 
gdyby chciał.  

Patrzyła na niego w milczeniu.  
– No proszę, znowu zeszło na Adama. – Uśmiechnął się. – Niemniej jednak, myślałem o 

tobie. Ty także nie możesz tu przyjeżdżać, jeśli nie ma kto cię odwieźć.  

– W domu  też nie chodziłam  do kościoła, a w  każdym  razie niezbyt często. Nikt  z nas 

tego nie robił ani nikt z sąsiadów, kogo bym znała. Niedziela była jedynym dniem wolnym od 
pracy, jedynym dniem odpoczynku i wykonywania rozmaitych prac domowych. Pomimo to, 
bywałam tam od czasu do czasu, ale obawiam się, że raczej nie z potrzeby ducha. Pociągał 
mnie śpiew kościelny, organy, podobał mi się kościół udekorowany z okazji żniw. Siadałam 
wtedy  w  ławce  i  marzyłam  o  wsi,  o  zielonych  łąkach,  o  polach,  na  których  dojrzewa 

kukurydza... Nigdy nie myślałam, że moje marzenia się spełnią.  

Patrzył na nią z rosnącą ciekawością.  
– Tobie naprawdę podoba się życie tutaj, prawda? 
– O, tak. Tu jest tak cicho i spokojnie.  
–  Wciąż  mówisz  o  ciszy  i  spokoju.  Czy  tylko  tego  pragniesz  w  życiu?  To  przecież 

niezwykłe u pięknej i młodej dziewczyny. Poza tym, o ironio, ty szukasz ciszy i spokoju w 
naszym  domu...  Czy  naprawdę  jesteś  zadowolona  ze  swego  życia  takiego,  jakim  jest  ono 

teraz? 

– Tak.  
– Cóż, w końcu nic w tym złego... Musisz jednak wiedzieć, że ta twoja cicha przystań, za 

którą uważasz nasz dom, nie zawsze była taka spokojna. Kiedyś znów może się tu rozszaleć 
burza, bo przecież to właśnie ludzie niszczą zawsze spokój innych ludzi...  

– Wiem o tym, i to nazbyt dobrze. Patrzył ze zrozumieniem.  
– Matka opowiadała mi o tobie. Wiem, że nie było ci łatwo.  
Wzruszyła ramionami.  
– Najtrudniej było patrzeć na nieszczęście mojej matki.  
–  Wspólne  życie  moich  rodziców  też  nie  było  radosne.  Małżeństwo  jest  żałosnym 

przyznaniem się ludzkości do tego, iż nie potrafi żyć ze sobą w zgodzie.  

–  Ale  to  kobieta  jest  zawsze  bardziej  pokrzywdzona,  szczególnie,  gdy  jest  się  tak 

biednym, jak my byliśmy.  

– Nie przesadzaj. Bywa rozmaicie. Kiedy wyszli, rzekł: 

background image

– Mój ojciec jest tu pochowany. Chodź, pokażę ci, gdzie. Zatrzymali się przy grobie pod 

murem, który oddzielał ich od wrzosowisk.  

– Życie potoczyło się inaczej, niż tego chciał – powiedział posępnie. – I chyba już nigdy 

nie  będzie  biegło  po  jego  myśli.  Dobrze  chociaż,  że  nie  wie,  co  wydarzyło  się  po  jego 
śmierci...  

Milczała  nie  rozumiejąc,  o  czym  on  mówi.  Patrzyła  ponad  murem  na  wrzosowiska.  W 

oddali widniało mroczne wzgórze, niemalże czarne pod nisko przepływającymi chmurami.  

– Jak na końcu świata, prawda? – zapytał, podążając za jej spojrzeniem.  
–  Dziś  wygląda  to  rzeczywiście  na  zupełne  odludzie,  ale  i  tak  chciałabym  kiedyś  tam 

pójść. Chyba nietrudno się tam zgubić...  

– Byłaś już kiedyś na wrzosowiskach? 
– Tylko z brzegu. Pociągają mnie i przerażają równocześnie. Gdy jestem tam sama, czuję 

się tak, jakbym była sama na całym świecie...  

–  Tak,  znam  to  uczucie.  Traci  się  kontakt  z  rzeczywistością  i  ma  się  wrażenie,  jakby 

nawet czas się zatrzymał. Bardzo mnie to uspokaja. Zabiorę cię tam kiedyś, nieźle je znam. – 
Odwrócił  się  do  niej  z  entuzjazmem.  –  Tak  wiele  mógłbym  ci  pokazać,  tak  wiele  rzeczy 
moglibyśmy robić razem...  

Zaśmiała się. W ciągu jej pobytu tutaj on przyjechał po raz pierwszy, a zachowywał się 

tak, jak gdyby od dawna się znali.  

– Co powiedział lekarz? – zapytała, gdy opuścili kościelny dziedziniec.  
–  Mówi,  że  jeśli  ból  minie,  a  matka  będzie  się  czuła  na  siłach,  to  wolno  jej  wstawać. 

Obiecał mieć ją na oku i informować mnie stale o jej stanie. Podejrzewa, że to serce. Ona też 
się  chyba  czegoś  domyśla,  lecz  nie  daje  tego  poznać  po  sobie.  Widzę,  że  się  boi,  chociaż 
pewnie bardziej o Adama niż o siebie. Bóg jeden wie, cóż on by bez niej począł. To następny 
powód, dla którego uważam obecny stan rzeczy za nienormalny. On nie powinien być tak od 
niej uzależniony.  

– A cóż w tym dziwnego, że syn zwraca się ze wszystkim do matki? 
– Nic, pod warunkiem jednak, iż nie prowadzi to do całkowitego odizolowania od świata 

zewnętrznego. Myślę, że nie ma nic bardziej nienaturalnego niż życie, które oni prowadzą.  

– Ale oni są szczęśliwi, bardziej niż byliby żyjąc inaczej. Zniecierpliwił się.  
– A skąd ta pewność? Nigdy nie próbowali żyć inaczej. Widziała teraz, jak bardzo Robert 

różni się od Adama.  

–  To  kwestia  upodobania.  To,  co  odpowiada  tobie,  niekoniecznie  musi  być  dobre  dla 

nich.  

– Ale problem polega na tym, że oni nie wiedzą, co jest dla nich dobre.  
Twarz rozjaśnił mu uśmiech.  
–  Zmieńmy  lepiej  temat.  Cóż...  niewiele  jest  tu  do  roboty,  gdy  przywykło  się  do 

miejskiego życia, niemniej jednak, Lucy znajduje tutaj mnóstwo rozrywek. Ty też powinnaś 
choć trochę zainteresować się tutejszym życiem. Sporo we wsi młodych ludzi. Hm... trudno 
byłoby ci za każdym razem przychodzić do wsi... Wiesz co? Nauczę cię powozić.  

Osłupiała widząc, że Robert nie żartuje.  

background image

–  Wykluczone.  Wyobrażam  sobie,  co  Adam  powiedziałby  na  to,  gdybym  prosiła  go  o 

dwukółkę za każdym razem, gdy przyszłaby mi ochota na wyjazd.  

– Nie przesadzaj. Nie musiałabyś używać jej wcale tak często. Poza tym, ona nie jest jego 

wyłączną  własnością,  chociaż  tylko  on  jeden  jej  używa.  Mógłby  być  nawet  z  tego 
zadowolony, bo nie musiałby wozić cię po zakupy.  

Nie dawała się przekonać.  
– Nie powinnaś się tak odcinać od świata. Gdybyś umiała powozić, nie byłabyś już tak 

uwiązana do tego miejsca.  

–  Przestań  układać  moje  życie  za  mnie,  dobrze?  –  rzekła 

z  irytacją  w  głosie.  –  Już  ci 

mówiłam, że chcę, by wszystko pozostało tak, jak jest.  

– Jakbym słyszał matkę. Czy jesteś tego świadoma, czy nie, ona ma na ciebie ogromny 

wpływ. Przejrzyj na oczy, Heather, zanim skończysz jak Adam. Całe jego życie to chybione 
pomysły matki.  

– Jak możesz w ogóle tak mówić? Twoja matka świata poza nim nie widzi...  
– Nie widzi także – wpadł jej w słowo – że Adam wcale nie jest na tyle odmienny, by nie 

mógł żyć wśród ludzi. To ona, świadoma jego fizycznych braków; uczyniła go tak delikatnym 
i  nadwrażliwym.  W  porządku,  ma  za  krótkie  nogi  i  małą  łysinę  na  czubku  głowy,  ale  co  z 
tego?  To  nie  powinno  mu  przeszkadzać  w  prowadzeniu  normalnego  życia.  Jest  przecież 
absolutnie  normalny  pod  wszystkimi  innymi  względami.  Gdyby  tylko  wyrzucił  te  głupie, 
małe  czapki,  do  których  noszenia  ona  go  zachęca  i  przestał  chować  się  na  tym  odludziu, 
mógłby stać się normalnym człowiekiem.  

Patrzyła  na  niego  w  zamyśleniu.  Zaczynała  rozumieć,  co  było  przedmiotem  ciągłych, 

rodzinnych kłótni.  

– I co? Nie sądzisz, że mam rację? Sama wiesz najlepiej, jak bardzo zmienił się przez te 

parę  miesięcy,  odkąd  tu  jesteś.  To  dlatego,  że  miał  nareszcie  kontakt  z  kimś  jeszcze  poza 
matką.  

– Nie powinieneś tak mówić o niej. Poświęciła mu przecież całe swoje życie.  
– Właśnie. Nie tylko, że nigdy nie było  takiej  potrzeby, ale jeszcze wyrządziła mu  tym 

ogromną krzywdę. Tak, krzywdę, jemu i sobie. Pewien jestem, że musiałaś to zauważyć.  

– Powiedziałam ci już wczoraj: nie będę brała udziału w waszych rodzinnych kłótniach.  
Uśmiechnął się, patrząc na nią z ukosa.  
– Niestety, coś mi się zdaje, że znalazłaś się na samym środku ringu, przyjeżdżając tutaj. 

Przez jakiś czas możesz się uchylać przed ciosem, ale w końcu i tak zostaniesz wciągnięta w 
walkę.  Upewnij  się  wtedy,  czy  aby  na  pewno  stoisz  po  właściwej  stronie.  –  Odetchnął 
głęboko. – Dajmy w końcu spokój rodzinnym problemom. Przepraszam cię, ale to temat, od 
którego nie potrafię się uwolnić, kiedy tylko jestem w domu i widzę, jak się sprawy mają.  

Zbliżała  się  już  pora  podwieczorku,  gdy  opuszczali  wioskę.  Jechali  szybkim  kłusem. 

Mniej więcej w połowie drogi zaczął padać śnieg, muskając delikatnie ich twarze.  

Robert zwolnił bieg konia do stępa.  
– Wiesz – rzekł, odwracając się do Heather – niezależnie od tego, co powiedziałaś, i tak 

myślę,  że  powinnaś  nauczyć  się  powozić.  Jeśli  nie  dla  siebie,  to  dla  dobra  mojej  matki. 

background image

Przypuśćmy, że będzie nagle potrzebowała lekarza.  

– Oczywiście Adam go sprowadzi.  
– Przypuśćmy, że nie mógłby z jakiegoś powodu. Mógłby także zachorować...  
– To nieprawdopodobne.  
– Ale możliwe. Zgadzam się, że być może nigdy nie będziesz miała okazji skorzystać z 

tej umiejętności, ale uważam, że powinnaś jednak wiedzieć, jak się to robi. No, dalej, przysuń 
się bliżej, będziemy powozić razem.  

Wciąż się wahała, wziął więc jej dłoń i włożył w nią wodze.  
– Spójrz, jakie to proste – powiedział, pokazując jej, jak należy je trzymać. – Rafia jest 

potulna  jak  baranek,  nie  będzie  się  wyrywać  ani  szarpać.  Musisz  tylko  wiedzieć,  w  jaki 
sposób ruszyć z miejsca i zatrzymać się.  

Zanim  zorientowała  się  w  jego  zamiarach,  Robert  zatrzymał  dwukółkę  i  zeskoczył  na 

ziemię, pozostawiając wodze w jej dłoniach. Roześmiał się na widok wyrazu jej twarzy.  

–  Nie  bój  się  –  rzekł,  wspinając  się  na  miejsce  po  przeciwnej  stronie.  –  Przyjdę  ci  na 

pomoc, gdy zajdzie potrzeba, ale zobaczysz, że doskonale sobie sama poradzisz.  

Powoli  ruszyli  z  miejsca.  Po  chwili,  za  namową  Roberta,  przynagliła  konia  do  kłusu. 

Siedziała  sztywno,  kurczowo  ściskając  cugle.  Jednak  po  jakimś  czasie  dała  się  przekonać  i 
rozluźniła się, aż w końcu się uśmiechnęła, a oczy zapłonęły jej blaskiem podekscytowania.  

–  Znakomicie  ci  idzie  –  pochwalił  ją.  –  Najpierw  nabierzesz  trochę  wprawy,  a  potem 

pokażę ci, jak się zaprzęga.  

– Wiele razy obserwowałam Adama... – zaczęła, lecz na myśl o nim ostro zacięła konia. – 

Musisz  je  teraz  wziąć  ode  mnie.  Jesteśmy  już  prawie  w  domu  –  odpowiedziała  na  jego 
pytające spojrzenie.  

–  Ależ  nie.  Tak  trudno  było  ci  się  odważyć,  więc  skończ  teraz  to,  co  zaczęłaś.  Nie 

będziesz się więcej denerwować.  

Nigdy nie wiedziała, kiedy przestawała kierować się własnym osądem, a poddawała się 

woli  Roberta. Miał  na nią jakiś  magiczny wpływ, czuła się przy nim beztrosko i  nie była w 
stanie martwić się ewentualnymi konsekwencjami swego postępowania.  

Nie  dała  się  więcej  prosić  i  ruszyła  z  miejsca.  Potem,  śmiejąc  się  w  głos,  skierowała 

dwukółkę w podjazd i odprowadziła ją do tylnego wyjścia.  

– Sama widzisz, jakie to łatwe – powiedział, obchodząc podjazd, by pomóc jej wysiąść.  
– Cóż, nie sądzę jednak, bym kiedykolwiek odważyła się prowadzić ją sama – odparła i 

zeskoczyła obok niego.  

– Jeszcze  kilka  razy  i  z pewnością  będziesz  to  robić  –  zapewnił  ją,  wyjmując  paczkę  z 

zakupami.  

Heather miała właśnie wejść za Robertem do domu, gdy spostrzegła Adama stojącego w 

bramie stajni. Patrzył na nią. Wyraz jego twarzy zatrzymał ją w miejscu. Zbladła.  

Stali  tak  oboje  przez  moment,  przyglądając  się  sobie  nawzajem,  aż  Heather  ruszyła  w 

jego kierunku. Adam odwrócił się i zniknął w staj ni.  

background image

 

Przez  chwilę  Heather  stała  niezdecydowana  w  połowie  drogi  między  domem  a  stajnią. 

Chciała pójść i zmusić Adama, by wysłuchał jej wyjaśnień. Czuła bowiem, że mimo tego, co 
powiedział  Robert,  jest  mu  winna  przeprosiny  za  prowadzenie  dwukółki  bez  jego  zgody. 
Zrezygnowała jednak, przypomniawszy sobie wyraz jego twarzy. Jego zachowanie zirytowało 
ją,  tak  jak  za  pierwszym  razem,  gdy  tu  przyjechała.  Poza  tym  należało  już  przygotować 
podwieczorek. Odwróciła się i weszła do domu.  

W korytarzu spotkała Roberta. Tym razem on stanął jak wryty na jej widok.  
–  Co  się  stało,  u  licha?  Minutę  temu  byłaś  w  siódmym  niebie,  a  teraz  wyglądasz  tak, 

jakby to niebo spadło ci na głowę.  

– Adam widział, jak przyjechaliśmy.  
– To wszystko? No i co z tego, że nas widział? 
– Nie podobało mu się to. Właściwie to patrzył na mnie.  
–  Przeboleje  to.  Przestań  się  martwić.  Przywyknie  do  takiego  widoku,  gdy  kilka  razy 

zobaczy, jak powozisz.  

– Nie, nie zrobię tego więcej. Sądzę także, że i dzisiaj nie powinnam była tego robić.  
– Na miły Bóg! – krzyknął Robert i wyszedł zniecierpliwiony.  
W  kuchni  nie  było  jeszcze  Lucy.  Przyszła,  kiedy  Heather  zaczęła  przygotowywać 

podwieczorek.  

–  Już  czas  na  podwieczorek.  Napiję  się  herbaty  i  przekąszę  co  nieco.  Wiedziałam,  że 

panienka wróciła, bo usłyszałam dwukółkę na podjeździe.  

Wypełniła kuchnię swoim trajkotaniem, ale Heather nie była w nastroju, by jej słuchać. 

Nadstawiła ucha dopiero wtedy, gdy Lucy wspomniała o Adamie.  

–  Przez  ostatnie  dwie  godziny  chodził  jak  struty.  Coś  mnie  się  zdaje,  że  wcale  nie 

podobało mu się to, że panienka i pan Robert pojechali razem.  

Podeszła  bliżej,  zaglądając  Heather  w  oczy.  Trzymała  się  pod  boki,  ściskając  w  dłoni 

kilka ściereczek do kurzu. Twarz miała poważną.  

– On jest zazdrosny, mówię panience. Lepiej niech panienka uważa.  
– Zazdrosny? Dlaczego miałby być zazdrosny? 
– Przecież to jasne jak słońce. Jest zazdrosny, bo pan Robert zabiera mu panienkę.  
Heather uczyniła gest zniecierpliwienia.  
– Och, Lucy, jesteś niepoważna.  
– Nie, panienko, ja mówię poważnie – oburzyła się. –  To niedobrze, że pan  Adam  jest 

zazdrosny, to przecież z nim panienka musi być na co dzień, a nie z panem Robertem.  

– Nonsens – ucięła Heather.  
„Aczkolwiek  Lucy  może  mieć  trochę  racji”  –  myślała.  Oprócz  przykrości,  jaką  mu 

sprawili, biorąc pojazd bez jego wiedzy, Adam, być może, poczuł się także zazdrosny,  choć 

nie w ten sposób, jak mówiła Lucy. Może zabolało go, iż pojechali bez niego. Tak czy owak, 
jego zachowanie nie wróżyło nic dobrego.  

background image

Lucy  nie  odezwała  się  więcej;  płukała  ściereczki  w  zlewie.  Zdaje  się,  że  czuła  się 

dotknięta szorstkością Heather, lecz ta nadal nie była w nastroju do słuchania jej paplaniny.  

Wtem  gwałtownie  otworzyły  się  drzwi  kuchenne  i  rozległ  się  przenikliwy  dźwięk 

dzwonka.  Wszedł  Robert.  Widać  było  po  nim  zdenerwowanie.  Bez  słowa  przeszedł  przez 
kuchnię  i  zniknął  w  drzwiach  do  holu.  Lucy,  wycierając  dłonie  w  fartuch,  podeszła  do 
Heather i wyszeptała: 

– A nie mówiłam? 
– Czego nie mówiłaś, Lucy? 
– A nie mówiłam, że będzie źle, jak pan Robert zostanie dłużej? Od razu widać, że się 

pokłócili, on i pan Adam. Myśli panienka, że pan Robert wyjedzie teraz, tak jak wtedy? 

–  Nie  mam  pojęcia  i  nie  sądzę,  by  to  była  nasza  sprawa.  Powiedziała  to  ostrzej,  niż 

zamierzała, więc Lucy bez słowa wróciła do zlewu.  

– Przepraszam cię. Nie chciałam tak warknąć na ciebie, ale jestem trochę podenerwowana 

– rzekła po chwili.  

Lucy odwróciła się do niej i uśmiechnęła.  
–  Nic  się  nie  stało,  panienko.  Wcale  się  nie  dziwię,  bo  jak  oni  się  kłócą,  to  wszyscy 

chodzą w nerwach. Pani pewno już też.  

Wkrótce potem dziewczęta znów uniosły głowy na dźwięk dzwonka. Tym razem był to 

Adam. Stanął na moment w wejściu i przeszedł do holu, nie odezwawszy się. Heather po raz 
pierwszy usłyszała, jak trzasnął drzwiami.  

Lucy tryumfowała.  
–  Miałam  rację.  O  panienkę  poszło.  To  było  widać,  jak  na  panienkę  spojrzał.  Lepiej 

pospieszmy się z podwieczorkiem, tym dwóm przyda się coś na osłodę...  

Gdy Heather weszła z tacą do salonu, zastała tam tylko Adama. Obserwował w milczeniu, 

jak rozstawia filiżanki i talerze. Chciała go przeprosić, wyjaśnić, on jednak gniewnie machnął 
ręką, dając do zrozumienia, iż nie chce słuchać.  

Wróciwszy  później  po  naczynia,  zauważyła,  że  Robert  w  ogóle  nie  przyszedł  na 

podwieczorek.  Adam  siedział  przy  kominku  wpatrzony  w  płomienie.  Nie  obejrzał  się,  gdy 
zbierała ze stołu.  

Tego wieczora nie było już słychać śmiechu z salonu. Po kolacji z matką, Adam zamknął 

się w warsztacie w piwnicy. Gdzie podział się Robert, Heather nie wiedziała.  

Skończywszy porządkowanie kuchni, poszła do salonu upewnić się, czy nie zgasł ogień w 

kominku, na wypadek, gdyby któryś z nich jednak się zjawił. Ogień przygasał, dorzuciła więc 

kilka szczap. Stała przyglądając się, jak zajmują się jasnym płomieniem. Jakże żałowała teraz, 
że dała się namówić Robertowi. W ciągu jednego popołudnia wszystkie jej cierpliwe zabiegi 
o przyjaźń Adama obróciły się wniwecz. Znalazła się w punkcie wyjścia, tak jakby znów stała 
naprzeciw  niego  w  ogrodzie,  patrząc  w  jego  nieprzyjazne  oczy.  Lecz  tym  razem  czuła  się 

winna, przewidywała przecież, iż Adam może poczuć się urażony, a jednak dopuściła do tego.  

Usłyszała kroki Roberta na schodach. Przeszedł przez hol i wszedł do salonu.  
– Sama? A gdzie Adam? 
– W piwnicy. Chrząknął.  

background image

– Wiedziałem, że będzie się boczył.  
– Robert, to naprawdę nie było w porządku. Nic dziwnego, że się zdenerwował, skoro nie 

zapytaliśmy nawet, czy nie będzie potrzebował dwukółki.  

– Mówiłem ci już: dwukółka nie jest wyłącznie jego własnością. To prawda, że on zawsze 

najwięcej  z  niej  korzysta,  ale  tylko  dlatego,  że  nie  jeździ  konno.  To  właśnie  jeden  z 
genialnych pomysłów mojej matki. Adamowi  krótkie nogi  pozwalały jedynie na dosiadanie 
pony, a matka nie mogła znieść myśli, że on będzie jeździł na kucu, a ja z ojcem na koniach. 
Więc jeździła z nim dwukółka, gdy wybieraliśmy się na przejażdżki.  

– Przecież to właśnie czyni dwukółkę jego własnością.  
– Ależ nie. Teraz nie mamy już koni, więc wszyscy mogą z niej korzystać.  
– Być może, ale ty jesteś członkiem rodziny, ja to co innego...  
–  Już  czas,  by  i  ciebie  uznano  za  członka  rodziny.  Wykorzystują  cię  i  nie  dają  nic  w 

zamian.  

– Nie mów tak. Wiesz dobrze, że to nieprawda. Byliśmy szczęśliwi...  
– ... a ja przyjechałem i wszystko zepsułem, zniszczyłem ten wasz drogocenny spokój. To 

chciałaś powiedzieć? – Odwrócił się zirytowany. – Całe to zamieszanie o nic. W tym domu z 
każdej najmniejszej rzeczy robi się tragedię. Nie, tu nie da się żyć normalnie...  

– A czyja to wina? Czy musiałeś się kłócić z Adamem? Czy nie mógłbyś spróbować choć 

raz spojrzeć na wszystko z jego punktu widzenia i przyznać się do winy? 

–  Na  Boga!  A  czy  Adam  nie  mógłby  w  końcu  dorosnąć?  Dąsa  się  jak  dzieciuch.  Jest 

dorosłym człowiekiem! 

– Ty podobno także. Opadł na fotel.  
– Dobrze. Masz rację. Obaj jesteśmy siebie warci. Zawsze kłóciliśmy się z byle powodu – 

przyznał ze smutkiem.  

– Ale dlaczego? Przecież nie dlatego, że nie możecie się znieść nawzajem.  
– On zawsze trzymał z matką. Teraz też uważa, że to ona ma rację.  
– Ale to wcale nie znaczy, że musicie się kłócić o wszystko inne...  
–  Zawsze  tak  było.  Kłóciliśmy  się  już  jako  dzieci,  na  długo  przedtem,  zanim  zacząłem 

walczyć  z  matką,  z  jej  wpływem  na  Adama.  Od  samego  początku  nim  kierowała,  we 
wszystkim jej ustępował. Być może jestem pobudliwy z natury, ale mnie to doprowadzało do 
szału. Dopóki matki nie było w pobliżu, wszystko było w porządku, dobrze nam było razem. 
Ale  gdy  ona  się  pojawiała,  to  skakaliśmy  sobie  do  gardeł.  Można  by  pomyśleć,  że 
nienawidziliśmy  się  nawzajem,  ale  to  nieprawda...  Byłem  pod  dużym  wpływem  ojca,  który 
ciągle  miał  nadzieję,  że  zdoła  zmienić  stosunek  matki  do  Adama.  Po  jego  śmierci  ja 
próbowałem robić to samo, więc często kłóciłem się z nią na ten temat. Ona mówi, że przy 
nieprzystosowaniu  Adama  nie  można  inaczej  postępować,  a  ja  nie  chcę  tego  dostrzec,  bo 
jestem  po  prostu  egoistą.  I  mówi  coś  jeszcze...  Ale  to  on  naprawdę  jest  egoistą,  choć  to  nie 

jego wina. Ona go takim ukształtowała.  

Wstał z fotela i zaczął się przechadzać po salonie z rękami w kieszeniach.  
– Właściwie... masz rację co do dzisiejszego popołudnia. Mógł się obrazić, że wzięliśmy 

dwukółkę, nawet go nie powiadomiwszy. Matka nie nauczyła go dzielenia się czymkolwiek, 

background image

zachęcała, by traktował wszystko jako swoją wyłączną własność. Zwykła mawiać, że chce w 
ten sposób dodać mu pewności siebie, której mu brak.  

–  Cóż,  żałuję  bardzo,  iż  miałam  swój  udział  w  dzisiejszej  kłótni.  Musiałam  być  chyba 

szalona, zgadzając się przyprowadzić dwukółkę pod dom.  

Robert przyglądał się jej przez chwilę, po czym uśmiechnął się przekornie.  
– Byłaś szalona, Heather. Zachwycająco zwariowana. Oczy płonęły ci dzikim blaskiem, 

włosy  powiewały  w  pędzie  jak  grzywa  naszego  rumaka,  a  na  czubku  nosa  co  i  rusz 
zatrzymywał  ci  się  płatek  śniegu.  To  dobra  wróżka  Heather  pędzi  na  złamanie  karku  przez 
wrzosowiska,  a  ten  obok  to  zły  czarnoksiężnik  usiłujący  wciągnąć  ją  w  swe  mroczne 

sprawy...  

Nie mogła powstrzymać uśmiechu.  
–  Chodź  –  powiedział,  przysuwając  dwa  fotele  do  kominka.  –  Usiądźmy  tutaj  i  nie 

rozmawiajmy więcej o rodzinie. Byłem w nie najlepszym humorze, ale przy tobie nie potrafię 
się smucić. I wiesz co? Co prawda nie przeproszę Adama ani matki za to, co powiedziałem, 
ale  następnym  razem,  gdy  tu  będę,  zrobię  wszystko,  by  utrzymać  spokój  w  tym  domu. 
Obiecuję.  

Gdy  Heather  szła  potem  na  górę,  przygnębienie,  o  którym  zapomniała  w  towarzystwie 

Roberta, wróciło. Wiedziała, że przed zejściem do salonu kłócił się z matką, i teraz, wchodząc 

do jej sypialni, wyczytała ze spojrzenia pani Lawrence, że jest rozgniewana także i na nią.  

– Więc Robert zdążył już naopowiadać ci tych swoich historii. Dziwi mnie tylko, że tak 

łatwo mu uległaś. Adam to teraz dla ciebie przewrażliwiony, chimeryczny wyrostek, którego 
uczuciami nie należy się przejmować, czy tak? 

– Och, nie. Chyba pani nie myśli, że ja...  
– A dlaczego nie, skoro zachowujesz się w ten sposób? 
– Czy Robert nie wyjaśnił... ? 
– Nie chcę słuchać jego wyjaśnień. Aż nadto dobrze wiem, co ma do powiedzenia. O tym, 

że on jest nieodpowiedzialny, zawsze wiedziałam, ale sądziłam, że ty jesteś inna...  

Heather milczała, nie wiedząc, co na to odpowiedzieć.  
– Powiedział mi, że czujesz się zbyt samotna tutaj, że powinnaś mieć chociaż możliwość 

wyjazdu  do  wsi.  Jeśli  rzeczywiście  tak  myślisz,  to  dlaczego  mi  o  tym  nie  powiedziałaś?  Ja 
jestem  osobą,  z  którą  powinnaś  o  tym  rozmawiać.  Twierdziłaś  zawsze,  iż  jesteś  zupełnie 
zadowolona ze spokojnego życia, jakie tu prowadzimy.  

– Tak jest nadal. Nigdy nie twierdziłam, że chcę jeździć dla rozrywki do wsi.  
– Skoro tak, to skąd nagle pomysł o nauce powożenia? 
– Nie myślałam o sobie. – Dziewczyna zaczerwieniła się pod sceptycznym spojrzeniem 

pani  Lawrence.  –  Pomyśleliśmy,  że  może  powinnam  umieć  prowadzić  dwukółkę,  na 

wypadek, gdyby nagle należało wezwać lekarza.  

–  Coś  takiego...  –  Sarkazm  w  głosie  starszej  pani  sprawił,  że  Heather  zarumieniła  się 

jeszcze mocniej. – I Adam, oczywiście, nie byłby skłonny sprowadzić go dla mnie?...  

– Cóż... On także mógłby zachorować.  
– O ile w ogóle można wyobrazić sobie taką sytuację, to w tempie, w jakim Lucy potrafi 

background image

pedałować, dotarłaby do wsi, zanim ty zdążyłabyś przygotować dwukółkę.  

– Lucy mogłoby nie być akurat... albo mogłaby to być niedziela...  
–  Doprawdy?...  –  starsza  pani  uniosła  brwi  w  udanym  zdziwieniu.  –  Cóż  za 

nieprawdopodobny  zbieg  okoliczności.  Widzę,  że  sama  chyba  zdajesz  sobie  sprawę  z 
absurdalności  '  swoich  wyjaśnień.  –  Spojrzała  na  Heather  z  wyrzutem.  –  Nie  sądzisz,  iż 
mądrzej  byłoby  poprosić  Adama,  by  nauczył  cię  powozić?  Zrobiłby  to  z  przyjemnością, 
jestem pewna. Gdyby tylko wiedział, że tego chcesz.  

– Ale ja nigdy nie myślałam o tym. To przyszło nagle...  
– Pomysł Roberta, oczywiście, a ty byłaś na tyle nierozsądna, by go posłuchać. Robert to 

mój  syn  i  kocham  go  bez  względu  na  wszystko,  ale  ja  wiem  najlepiej,  jaki  jest  uparty  i 
zapalczywy, nie zastanawia się nad konsekwencjami tego, co robi. Słabo go jeszcze znasz, nie 
powinnaś tak łatwo mu ulegać.  

– Cóż, bardzo mi przykro. Ostatnią rzeczą, jaką chciałam uczynić, to urazić Adama. To 

byłoby straszne, gdybym miała utracić jego przyjaźń z tego powodu...  

Jej skrucha była szczera i pani Lawrence wyglądała na nieco ułagodzoną.  
–  Tak,  wiem,  bardzo  polubiliście  się.  Doprawdy,  nierozsądnie  byłoby  pozwolić 

Robertowi to zniszczyć. Jutro wraca do Plymouth, a ty zrób, co w twojej mocy, by odrobić to, 
co się dzisiaj stało.  

Heather z ulgą przyjęła wiadomość o jego wyjeździe. Sądziła bowiem, iż nie potrafiłby 

się  przystosować  do  życia,  jakie  tu  wiedli.  Jego  dłuższa  obecność  zapewne  wkrótce  znów 
doprowadziłaby do spięcia.  

Powiedział, że w końcu zostanie wciągnięta w rodzinne kłótnie. Teraz wiedziała już, po 

której  jest  stronie.  Tak  jak  I  Adam  i  jego  matka,  pragnęła,  by  życie  biegło  tutaj  swoim  , 

dotychczasowym, spokojnym rytmem.  

Rano  obudziła  się  przygnębiona.  Wyjrzała  przez  okno  i  nie  znalazła  tam  nic,  co  by 

poprawiło  jej  nastrój.  Lekki  śnieg  dnia  poprzedniego  zmienił  się  w  ulewę.  Ciemne  chmury 
wisiały  nisko  nad  wrzosowiskami  tonącymi  w  strugach  deszczu,  z  ziemi  unosiła  się  mgła, 
która ze wszystkich stron napierała na dom, zamykając jego mieszkańców jak w więzieniu.  

Dygocząc  odwróciła  się  od  okna.  Pani  Lawrence  zapowiedziała,  iż  zamierza  dzisiaj 

wstać. Wydawało się, że będzie to jedyny pogodny akcent tego szarego, jesiennego dnia.  

Zeszła na dół. Adam już pracował; z piwnicy dochodziły odgłosy młotka. Gdy odsłaniała 

okna  w  salonie,  usłyszała  kroki  Roberta  na  schodach,  które  potem  oddaliły  się  w  stronę 

kuchni.  Poszła  za  nim  i  dostrzegła  w  holu  jego  torbę  podróżną,  stojącą  przy  drzwiach 
wejściowych.  

– Nie najlepszy dzień na spacer do wsi – rzekł, wyglądając przez okno.  
– Idziesz pieszo? – spytała zdziwiona. – Adam cię nie odwiezie? 
– Nie prosiłem go o to – odparł szorstko.  
Nie ociągał się przy jedzeniu. Miał już wychodzić, gdy do kuchni wszedł Adam.  
– Wyjeżdżam, mały – rzucił od drzwi. – Miej mamę na oku, nie wolno jej się przemęczać. 

Dopilnuj tego.  

Nie dał Adamowi czasu na odpowiedź. Dziewczyna wyszła za nim. Zatrzymali się przy 

background image

drzwiach frontowych.  

–  Wrócę.  I  mam  nadzieję,  że  tym  razem  nie  będziesz  mnie  witać  pogrzebaczem  – 

powiedział z uśmiechem.  

Patrzyła,  jak  schodzi  szybko  podjazdem.  Był  w  kapeluszu  i  płaszczu  z  postawionym 

kołnierzem.  

Stała w otwartych drzwiach i patrzyła, dopóki nie zniknął z pola widzenia. Towarzyszyło 

jej dziwne poczucie straty, dom bez Roberta wydał jej się nagle przegnębiająco pusty i cichy. 
Ganiła się w duchu za takie myśli. Przecież on naruszył spokój tego domu, mógł zniszczyć jej 
szczęście i w żadnym razie nie powinna była chcieć jego powrotu...  

Wiedziała jednak, że będzie na niego czekać.  

background image

 

Pani Lawrence nie wracała więcej do incydentu z dwukółką, co Heather przyjęła z ulgą. 

Stosunki między nimi pozostały nie zmienione. Natomiast Adam nie był skłonny zapomnieć 
tak  szybko.  Starał  się  unikać  dziewczyny,  a  jeśli  już znalazł  się  w  jej  towarzystwie,  uparcie 
milczał.  Rozpogadzał  się  dopiero,  gdy  matka  schodziła  na  dół.  Siadywali  wtedy  we  dwoje 
przy kominku w salonie.  

Któregoś dnia miał lekki wypadek. Podczas pracy w piwnicy ześliznęło mu się narzędzie 

i  wbiło  mu  się  w  dłoń. Przyszedł  na  górę  do  kuchni  w  poszukiwaniu  czegoś  do  zawinięcia 
rany.  

Gdy  Heather  spostrzegła  krew  spływającą  mu  po  palcach,  krzyknęła  przestraszona, 

przerywając dzielące ich milczenie.  

– Pozwól, że ja to obejrzę – rzekła, podbiegając do niego. Zaoponował, zabierając rękę i 

odpowiadając szorstko, że to nic poważnego.  

– Ale zmieni się w coś poważnego, jeśli zostawisz ranę zabrudzoną.  
Bez dalszych oporów pozwolił jej przemyć i zabandażować skaleczone miejsce.  
– Teraz dobrze – powiedziała, gdy skończyła. – Zagoi się za dzień lub dwa.  
Ich  twarze  znalazły  się  blisko  siebie  i  gdy  zabierał  dłoń,  ich  spojrzenia  spotkały  się. 

Podziękował  jej  swoim  nieśmiałym  uśmiechem,  a  ona  odwzajemniła  się  tym  samym, 
szczęśliwa,  iż  odzyskała  jego  przychylność.  Brakowało  jej  towarzystwa  Adama.  Przez  te 
kilka ostatnich dni zdała sobie sprawę, jak bardzo go lubi.  

Zima zapadła na dobre. Mroźne wiatry szalejące na wrzosowiskach wciskały się do domu 

wszystkimi  szczelinami,  tak  że  musieli  stale  utrzymywać  rozpalony  ogień  w 

pomieszczeniach, których używali. Płytkie odcinki rzeki i podmokłe brzegi skuł lód.  

Heather  i  Adam  często  spotykali  się  przy  oknie  w  kuchni,  obserwując  ptaki,  które  on 

dokarmiał. Kiedyś znienacka zaatakował je jastrząb i odleciał z wróblem w szponach. Adam, 
wzburzony,  wygrażał  mu  zaciśniętą  pięścią,  wykrzykując  obelgi  pod  jego  adresem.  Heather 
kolejny  raz  wstrząśnięta  była  jego  gwałtowną  przemianą,  tym,  jak  łatwo  przechodzi  od 
łagodności do pasji. Opanował się jednak szybko.  

–  Wpadam  w  złość  tak  nieoczekiwanie,  że  nawet  nie  zdaję  sobie  z  tego  sprawy.  Nie 

potrafię się powstrzymać... – Patrzył z ukosa zawstydzony.  

Pomyślała, iż być może próbuje w ten sposób przeprosić za zachowanie w stosunku do 

niej.  

– Nie martw się. Ja to rozumiem.  
–  Robert  tego  nie  rozumie.  Uważa  mnie  za  skorego  do  gniewu  egoistę.  –  Uderzył 

zaciśniętą  dłonią  w  parapet  okienny,  z  nagłym  rozgoryczeniem  dodając:  –  Dlaczego  on  nie 
chce tego zrozumieć? 

– Robert wiele myśli o tobie. Wierz mi, że on jednak próbuje cię zrozumieć.  
Rzucił jej szybkie, podejrzliwe spojrzenie.  
– Dlaczego to powiedziałaś? Skąd wiesz, co Robert myśli o mnie? 

background image

– Wystarczy popatrzeć na was. Wtedy staje się to oczywiste.  
Wciąż patrzył z powątpiewaniem.  
– Tak myślisz... ? 
– Tak myślę.  
Powoli pokręcił głową, opierając łokcie na parapecie. Patrzył przez okno.  
– Ty nie wiesz, co zaszło między nami, albo nie chcesz się przyznać, że wiesz...  
Przyglądał  jej  się  teraz  badawczo,  jakby  czekając  na  zaprzeczenie.  Potem  jeszcze  raz 

pokręcił głową, odwrócił się i odszedł bez słowa.  

Któregoś  dnia  pod  koniec  tygodnia,  zbudziwszy  się  rano,  dostrzegła  w  pokoju 

nadzwyczajną jasność. Okazało się, że świat za oknem jest zasypany śniegiem, który tworzy 
już dość grubą pokrywę. Najwidoczniej padało przez całą noc.  

Potem  posypało  jeszcze  przed  lunchem,  lecz  wkrótce  przestało  i  zimowe  słońce 

rozświetliło okolicę przepięknym blaskiem.  

Po  południu  Heather  ciepło  się  opatuliła  i  wyszła  na  spacer.  Marsz  był  utrudniony,  ale 

zapadanie  się  po  łydki  w  świeżym  śniegu  sprawiało  jej  przyjemność.  Zostawiała  za  sobą 
ogromne ślady obok delikatnych ptasich odcisków. Śmiała się, gdy biały puch z uginających 
się  pod  jego  ciężarem  gałęzi,  umyślnie  przez  nią  trącanych,  opadał  jej  na  twarz.  Rzeka 
przybrała kolor stalowo-granatowy, wyraźnie kontrastujący z bielą brzegów.  

Było już ciemno, kiedy  wróciła. Oziębiło  się, lecz niebo  wciąż było  czyste i  ukazał  się 

nawet  skrawek  księżyca.  Na  ganku  paliły  się  lampy.  Zatrzymała  się  na  podjeździe, 
zachwycona widokiem ośnieżonego domu.  

Usłyszała za sobą chrzęst  kroków w zamarzniętym  śniegu. Przestraszona odwróciła się, 

by ujrzeć Roberta idącego podjazdem.  

– Witaj, Heather! – zawołał. – Co ty tu robisz po ciemku? 
–  Wcale  nie  jest  aż  tak  ciemno,  wszystko  wokół  takie  białe...  Myślałam  właśnie,  jak 

pięknie wygląda wasz dom, taki rozświetlony na śniegu.  

– Widzę, że ty naprawdę lubisz to miejsce.  
– Tak. Tyle razy już ci o tym mówiłam.  
– A ludzie mieszkający w tym domu? 
– Oni też mi odpowiadają.  
– W takim razie, domyślam się, że pogodziłaś się z Adamem...  
– ... i chcę, by tak zostało. Uśmiechnął się pogodnie.  
– Postaram się. Jak matka? 
– Lepiej.  
–  Wiedziałem,  że  Adam  wkrótce  zmięknie  –  rzekł,  gdy  ruszyli  razem  do  domu.  –  To 

byłoby  głupie  przeciągać  sprawę.  Cały  czas  zazdrościłem  mu,  że  to  on  jest  tutaj,  nie  ja. 
Wyobrażałem  sobie  siebie  zamiast  niego  na  spacerach  u  twego  boku...  Pójdziemy  jutro  na 
wrzosowiska, chcesz? Dzikie kuce zejdą w poszukiwaniu pożywienia, więc będziemy mogli 
je nakarmić.  

– O tak! Bardzo bym chciała! – zawołała z entuzjazmem.  
Robert nie poszedł na górę z Adamem, by towarzyszyć matce przy kolacji.  

background image

– Są dostatecznie szczęśliwi we dwoje, czyż nie? Dlaczego więc ty miałabyś siedzieć tu 

sama? 

Pomógł  jej  sprzątnąć  stół,  gdy  skończyli  jeść,  a  kiedy  zaczęła  myć  naczynia,  chwycił 

ścierkę do naczyń. W tym momencie do kuchni wszedł Adam z tacą w dłoniach i zakłopotany 
zatrzymał się w drzwiach, obserwując ich.  

– No, dalej, mały. Chodź i pomóż – odezwał się Robert pogodnie. – Dawaj tu te brudne 

gary.  

Adam uśmiechnął się szeroko do niego i zaczął zestawiać naczynia z tacy. Robert wziął 

drugą ścierkę i rzucił bratu. Ten złapał ją w locie, chichocząc cicho. Zabrał się do wycierania.  

–  A  co  tam  słychać  u  ciebie  na  dole?  –  spytał  Robert.  –  Zdaje  się,  że  dużo  ostatnio 

pracujesz.  

– Chcesz zobaczyć? – Adam spojrzał na niego z ożywieniem.  
Wciąż  byli  w  piwnicy,  gdy  Heather  szła  na  górę.  Przed  pójściem  do  siebie  zajrzała 

jeszcze do pani Lawrence.  

– Tak wcześnie do łóżka? – zdziwiła się starsza pani.  
– Tak. Adam ma teraz towarzystwo Roberta, chyba wolą zostać sami.  
– Nie spodziewałam się, że Robert tak szybko pojawi się znów w domu. Wiedziałaś, że 

przyjedzie? – Rzuciła Heather badawcze spojrzenie.  

– Przed wyjazdem zapowiedział, iż wróci wkrótce, żeby zobaczyć, jak się pani miewa. Na 

pewno bardzo martwi się pani zdrowiem.  

– Tak, na pewno... Siedzą w salonie, prawda? 
– Nie, gdy szłam na górę, wciąż byli w piwnicy.  
– W piwnicy? – W jej głosie zabrzmiał niepokój. – A cóż oni tam robią na dole? 
– Oglądają meble ogrodowe, które Adam wykonuje.  
– Ach, tak. Cóż... w takim  razie chyba  wszystko w porządku. – Pokręciła niecierpliwie 

głową.  –  Tak...  tak,  oczywiście,  że  wszystko  w  porządku,  niepotrzebnie  pytam.  Po  prostu 
poszłaś sobie i zostawiłaś ich...  

 
–  Wciąż  mi  znikasz  –  oznajmił  Robert  następnego  dnia.  –  Szukałem  cię  wczoraj 

wieczorem. Tylko nie zapomnij, że dziś po południu idziemy na wrzosowiska.  

Pani Lawrence zeszła na dół, więc Heather nakryła do lunchu dla trzech osób w małym 

salonie. Wychodziła już, gdy usłyszała pytanie Roberta: 

– A ty? Nie jesz z nami? 
Dostrzegając pełne dezaprobaty spojrzenie jego matki, odpowiedziała pogodnie: 
– A kto słuchałby paplania Lucy? Później, gdy mieli wyjść razem, rzekła: 
– Może zostałbyś z matką? Tak mało z nią przebywasz.  
– Z tobą jeszcze mniej – odparł przekornie. – Poza tym, Adam jest przy niej.  
–  Dobrze  wiedziałeś,  że  nie  spodoba  jej  się  twoja  propozycja,  bym  została  z  wami  na 

lunchu. Dlaczego to zrobiłeś? To nie było zbyt taktowne, postawiłeś ją w niezręcznej sytuacji.  

Niecierpliwie machnął ręką.  
– Ach, przestań. Tam jest przecież twoje miejsce, a matka oponowała tylko dlatego, że ta 

background image

propozycja wyszła ode mnie. Ale niedługo ustąpi, już moja w tym głowa.  

–  Robert,  mówiłam  ci  już,  że  odpowiada  mi  obecny  stan  rzeczy  i  nie  chcę,  byś  ty 

próbował go zmieniać. Jeśli będziesz to robił, nie licz na moją przyjaźń.  

– Dobrze, już dobrze. Ubieraj się, bo jak tak dalej pójdzie, to nigdy stąd nie wyjdziemy.  
Ich  oddechy  parowały  w  mroźnym  powietrzu;  zmarznięty  śnieg  chrzęścił  pod  nogami. 

Szli  w  kierunku  wrzosowisk,  zostawiając  za  sobą  głębokie  ślady  na  gładkiej,  białej 

powierzchni.  W  pewnej  chwili  Robert  zatrzymał  się,  nabrał  śniegu  w  dłonie  i  zaczął  go 
ugniatać. Heather nie od razu domyśliła się jego intencji i nie zdążyła się uchylić, gdy rzucił 
w nią kulką. Ze śmiechem przyjęła zaproszenie do zabawy.  

Po  jakimś  czasie  ruszyli  dalej.  Robert  pokazał  jej  na  śniegu  ślady  zajęcy  i  myszy,  a  w 

krotce napotkali dzikie kuce. Były wygłodniałe i bez obaw jadły im z rąk.  

– Gdybym mieszkał tu, w domu, znów miałbym konia – odezwał się. – Dwa konie, jeden 

dla mnie, drugi dla ciebie. Wtedy pokazałbym ci całe wrzosowiska...  

Roześmiała się sądząc, iż żartuje, lecz on mówił poważnie.  
–  Chciałbym,  byśmy  żyli  tak,  jak  ojciec  to  sobie  zaplanował,  gdy  tu  przyjechaliśmy. 

Chciał prowadzić farmę, dlatego kupił dom i całkiem spory kawałek ziemi wokół. Te budynki 
gospodarcze  nie  opodal  też  należą  do  nas.  Adam  mógłby  w  jkońcu  prowadzić  użyteczne 
życie...  Mam  tyle  pomysłów...  Bylibyśmy  tu  szczęśliwi,  gdyby  tylko  matka  dała  się 
przekonać.  

– Cóż, ale pewnie potrzeba by było sporo pieniędzy.  
– To nie pieniądze są przeszkodą. Matka od początku była przeciwna. Prowadzić farmę 

znaczyło  mieć  kontakt  ze  światem,  wkoło  kręciliby  się  parobkowie,  wielu  ludzi 
przychodziłoby do domu... Ojciec nie przełamywał jej oporu i choć wiele go to kosztowało, 
rezygnował  ze  swych  zamierzeń.  Zainwestował  kapitał  w  interes  mego  wuja  w  Plymouth. 
Wtedy  była  to  walcząca  o  przetrwanie  fabryczka,  teraz  to  świetnie  prosperujące 
przedsiębiorstwo.  Matka  wciąż  mi  przypomina,  że  tam  jest  moja  przyszłość,  że  czas  się 
ustatkować...  Ale  nie  tym  chcę  się  zajmować  w  życiu.  Nie  chcę  go  spędzić  za  biurkiem.  – 
Uśmiechnął się do Heather. – Zobaczysz, jeszcze dopnę swego... ale muszę znaleźć kobietę, 
która, tak jak ja, kochałaby wieś...  

Heather  uśmiechnęła  się  do  swoich  myśli.  Nie  wierzyła,  by  cokolwiek  z  jego  planów 

mogło się spełnić, by cokolwiek w tym domu mogło ulec zmianie. Zamki na piasku...  

– Szybko się zaprzyjaźniliście... – stwierdziła pani Lawrence po wyjeździe Roberta.  
– O, tak. Robert jest bardzo towarzyski.  
– Owszem. Kiedy chce, potrafi też być czarujący, szczególnie, gdy go zainteresuje jakaś 

ładna dziewczyna... Cóż, nic w tym złego, dopóki ona nie traktuje go zbyt poważnie. Ty nie 
traktujesz go poważnie, prawda? 

Zdziwienie odmalowało się na twarzy Heather.  
–  Och,  moja  droga,  nie  dziw  się  tak.  Jesteś  bardzo  ładna  i  kto  jak  kto,  ale  Robert  już 

dawno to zauważył. Spędziliście razem wiele czasu i chyba mi nie powiesz, że on z tobą nie 
flirtuje...  

–  Gdyby  chciał  to  robić,  nie  wychodziłabym  z  nim.  Nie  mam  na  to  ochoty.  –  Heather 

background image

sama była zaskoczona stanowczością swego głosu.  

–  Cóż,  widzę,  że  mówisz  poważnie...  Tym  lepiej.  Bo  widzisz,  moja  droga,  nie 

chciałabym, byś polubiła go za bardzo i doznała potem zawodu. Musisz wiedzieć, że jest w 
Plymouth  dziewczyna,  którą  Robert  jest  bardzo  zainteresowany...  choć  nie  zapadły  jeszcze 

ostateczne  decyzje.  Ona  jest  pasierbicą  brata  mojego  męża  i  jakkolwiek  nie  poznałam  jej 

jeszcze, to wiem, że jest atrakcyjną kobietą. Wszyscy oczekujemy, iż Robert ożeni się z nią i 

ustatkuje się nareszcie. Położyłoby to kres tym jego... hm... niepokojom... – Uśmiechnęła się. 
– Jesteś taka, jak Adam... całkiem szczera. On nigdy nie ukrywa swych prawdziwych myśli, 
jest w każdej sytuacji autentyczny. Cóż, Robert też zapewne nie ma złych zamiarów, ale to 
Iekkoduch... – Po chwili odezwała się znowu: – Jest jeszcze jedna sprawa, o której chciałam z 
tobą  porozmawiać.  Jesteś  tu  szczęśliwa,  prawda?  Ale  może...  czy  masz  może  wrażenie,  że 
jesteś... źle traktowana? 

–  Ależ  skąd.  To  prawda,  że  jestem  szczęśliwa,  i  proszę  mi  wierzyć,  nie  mam  żadnych 

powodów do narzekań.  

–  Miło  mi  to  słyszeć,  choć  zdaje  się,  że  Robert  ma  na  ten  temat  nieco  inne  zdanie... 

Wybacz,  że  pytałam,  ale  myślałam,  iż  rozmawiałaś  z  nim  na  ten  temat  i  dlatego...  Na 
przyszłość, jeśli zajdzie potrzeba, proszę, zwracaj się ze wszystkim najpierw do mnie. Wiedz, 
moja droga, że zależy mi na twoim szczęściu...  

–  Wiem  o  tym.  Od  samego  początku  jest  pani  dla  mnie  bardzo  dobra.  Przykro  mi,  że 

Robert mógł pomyśleć inaczej, aleja naprawdę mu nie dałam do tego powodów.  

– Jeśli do tej pory utrzymywałam cię raczej z dala od nas, to tylko dlatego, iż wiem, że 

tak  było  najlepiej.  Wdzięczna  ci  jestem,  że  zawsze  to  rozumiałaś.  Doceniam  wysiłek,  jaki 
wkładasz  w  swoją  pracę,  ale  niezależnie  od  tego  polubiłam  cię  bardzo.  Chcę,  byś  o  tym 
wiedziała. Teraz zależy mi, byś stała się członkiem naszej rodziny i choć przeszkodził nam 
ten nieszczęsny incydent z dwukółką, to zdaje się, że już się wypogodziło po tej małej burzy. 
Dbajmy więc, by nic ani nikt więcej nie stanął nam na drodze...  

background image

 

Mimo, iż otwarte kłótnie Roberta z matką nie zdarzały się już, w domu wciąż panowało 

wyczuwalne  napięcie.  Lecz  nie  Adam,  jak  dotychczas,  był  jego  powodem.  Cieszył  się  z 
cotygodniowych  wizyt  brata,  ożywiał  się,  ilekroć  robili  coś  razem  i  chętnie  siadywał 

wieczorami z nim i z Heather przy kominku w salonie.  

To pani Lawrence była przyczyną niepokoju. W jej stosunku do Heather zaszła zmiana. 

Na pozór wszystko wydawało się być jak dawniej, lecz dziewczyna wyczuwała dziwny chłód 
w jej zachowaniu, jakąś milczącą dezaprobatę, której przyczyn nie rozumiała. Sądziła, iż być 
może  to  Robert  tak  ją  usposabia,  spędzając  większość  czasu  poza  domem.  Próbowała  go 
nawet nakłonić, by zostawał z matką, on jednak nieodmiennie wolał ich wspólne spacery.  

Stopniowo Adam także się zmienił. Już nie ożywiał się tak w towarzystwie brata, już nie 

siadywał z nimi przy kominku. Gdy Heather wychwytywała jego spojrzenie, odnajdywała w 
nim dawne zamyślenie i smutek. Nie wiedziała, co jest tego powodem.  

O ile Robert w ogóle dostrzegał różnicę w ich zachowaniu, nie dał nic po sobie poznać i 

wciąż przyjeżdżał w każdy weekend. Ona także nie poruszała tego tematu, bowiem nauczona 
doświadczeniem, wiedziała, że mógłby wspomnieć o tym matce, a tego nie chciała.  

Wizyty  Roberta  sprawiały  jej  wiele  radości.  Nie  miał  w  sobie  nic  ze  zmiennego 

usposobienia  brata,  więc  nie  musiała  stale  mieć  się  na  baczności,  by  go  czymś  nie  urazić. 
Rozmawiali  swobodnie  na  wciąż  nowe  tematy,  które  im  się  nasuwały,  spierając  się  często, 
gdy mieli odmienne zdania. Nie znała nigdy nikogo, z kim czułaby się tak swobodnie i czyje 
towarzystwo  sprawiałoby  jej  tyle  przyjemności.  Niecierpliwie  oczekiwała  jego  przyjazdów, 
mimo  iż  napięcie  w  domu  za  każdym  razem  wzrastało.  Miała  przeczucie,  że  nieuchronnie 
zbliża  się  jakiś  kryzys  czy  przesilenie.  Czuła  też,  że  nie  jest  mu  w  stanie  zapobiec,  więc 
starała się o tym  nie myśleć.  Zresztą, w zawsze  pogodnym  towarzystwie Roberta nietrudno 
było  zapomnieć o  wszelkich troskach i  choć nigdy nie usiłowała określić dokładniej swych 
uczuć do niego, to świadoma była dziwnej pustki, jaką pozostawiał w jej sercu, wracając do 
Plymouth. Nie sądziła jednak, by było to coś więcej niż przyjaźń...  

– Pospiesz się z lunchem, to zabiorę cię gdzieś, gdzie jeszcze nigdy nie byłaś – oznajmił 

pewnego ranka.  

– A co z innymi? Twoja matka może nie życzyć sobie wcześniejszego lunchu.  
– Przekonam ją. Namówiłem już Adama, by pożyczył nam dwukółkę.  
– Naprawdę sądzisz, że powinniśmy? – rzekła z powątpiewaniem.  
– Ależ oczywiście. Zgodził się chętnie. Wcale nie musisz powozić, jeśli to wbrew twoim 

zasadom.  

– Nie mam zamiaru.  
Uległa  jego  namowom  i  zostawiła  sprzątanie  po  lunchu  Lucy,  która  jadła  jeszcze,  gdy 

Robert przyszedł do kuchni.  

– Podasz podwieczorek, w razie gdybyśmy nie wrócili na czas? – poprosił Lucy, całując 

ją w policzek. Nie dając jej .. czasu na odpowiedź, wyszedł, ciągnąc Heather za sobą.  

background image

– Dokąd jedziemy na tak długo? – zaniepokoiła się.  
–  Dowiesz  się  wszystkiego  w  swoim  czasie  –  odpowiedział,  pomagając  jej  wsiąść  do 

dwukółki. – Nie denerwuj się. Świat się nie zawali, jeżeli nie wrócisz na podwieczorek. Lucy 
sobie poradzi.  

Jak zawsze poza domem, tak i teraz, oddając się przyjemności przejażdżki, zapomniała o 

swych problemach.  

Dzień był jasny, a niebo bezchmurne. Nawet wzgórze, tak zazwyczaj mroczne o tej porze 

roku, stało teraz rozświetlone w słońcu, ukazując swój skalisty szczyt.  

– Wspaniała dzisiaj widoczność, prawda? – odezwał się Robert, podążając za spojrzeniem 

Heather. – To właśnie podsunęło mi pomysł.  

– Jaki pomysł? 
–  Żeby  właśnie  dziś  wybrać  się  na  wrzosowiska.  Pomyślałem,  że  może  chciałabyś 

zobaczyć Princetown.  

Wjechali do wsi i skręcili w drogę do stacji kolejowej. Zatrzymali się przy chacie starego 

Mateusza i Robert przywiązał lejce do płotu. Spojrzała na niego pytająco, gdy podszedł, by 
pomóc jej wysiąść.  

– Teraz pojedziemy pociągiem. Była zdziwiona.  
–  Nie  zajmie  nam  to  zbyt  wiele  czasu?  –  zapytała,  marszcząc  lekko  brwi,  choć 

perspektywa tak dalekiej wycieczki była nęcąca.  

– Dwadzieścia minut... może pół godziny, nie dłużej. Lada chwila mamy odjazd.  
Pociąg  był  krótki,  na  pojedynczym  torze.  Pasażerów  było  niewielu,  tak  że  Heather  z 

Robertem  mieli  dla  siebie  cały  przedział.  Nie  zajmowali  jednak  miejsc,  ale  przechodzili  z 
jednej  strony  na  drugą,  podziwiając  widok  za  oknami,  gdy  pociąg  zagłębił  się  we 
wrzosowiska.  

– Wrzosowiska, wrzosowiska... aż po horyzont. Żadnego domu... nic...  
–  I  wyobraź  sobie  teraz  tego  twojego  biednego  zbiega  wędrującego  tędy.  W  słońcu 

wygląda tu rzeczywiście pięknie, ale nie daj Boże znaleźć się tutaj w złą pogodę.  

Wychylił się przez okno.  
– O! Jest już wieża kościoła w Princetown. Dziś widać ją z daleka. Jest dość wysoka.  
Przespacerowali się najpierw po miasteczku, by  potem, idąc  główną ulicą wzdłuż bram 

więziennych i domów strażników, wyjść na otwartą drogę. Dopiero stamtąd, ponad wysokimi 
murami, widać było więzienie w całej okazałości. Wielka kamienna forteca z zakratowanymi 
oknami wyglądała groźnie i posępnie w pełnym świetle słonecznym.  

– Wyobraź sobie, że jesteś tam zamknięta – powiedział. Wzdrygnęła się na samą myśl.  
– Przypuszczam, że muszą być naprawdę niebezpieczni, skoro tam przebywają.  Inaczej 

nikt by ich nie zamykał.  

– Niekoniecznie – odparł, wciąż wpatrując się w budynek więzienny. –  Są na przykład 

morderstwa popełnione niezamierzenie... pod wpływem emocji...  

– Oczywiście, ale jeśli ktoś porywa się na życie ludzkie, choćby i w afekcie, to przyznasz, 

że musi być raczej niepoczytalny i przez to niebezpieczny.  

– Czy sądzisz, że Adam jest niepoczytalny? Była zaskoczona pytaniem.  

background image

– Oczywiście, że nie.  
–  A  przecież  wiesz,  że  miewa  nagłe  napady  wściekłości.  Wtedy  nie  potrafi  nad  sobą 

zapanować.  

–  Tak,  ale  nie  stwarza  zagrożenia  dla  nikogo,  bo  tak  naprawdę  ma  przecież  łagodne 

usposobienie.  

Spojrzał na nią w jakiś dziwny sposób.  
–  To  prawda.  Jest  bardzo  wrażliwy...  i  dlatego  sprowokowany  przeze  mnie,  spaczony 

przez matkę... mógł skończyć tutaj albo i gorzej... To okropne.  

Patrzył przed siebie posępnym wzrokiem.  
– Chodź – rzekł, nie dając jej czasu na odpowiedź. – Przygnębia mnie ten widok.  
Wracali  przez  miasteczko.  Heather  sądziła,  że  za  chwilę  odjeżdża  ich  pociąg,  jednak 

Robert minął stację, nie zamierzając widać wracać jeszcze do domu.  

– Tam, przy końcu ulicy, jest jedno miejsce, gdzie można napić się herbaty – wyjaśnił.  
Zatrzymała się.  
– Nie powinniśmy już wracać? Robi się późno.  
–  Na  razie  i  tak  nie  mamy  pociągu.  Ten,  którym  przyjechaliśmy,  już  wrócił,  a  do 

następnego mamy jeszcze trochę czasu. Nie obawiaj się, zdążymy na kolację.  

Tak,  nie  było  powodu  spieszyć  się  z  powrotem,  skoro  i  tak  zdążą  na  kolację.  Mimo  to 

miała  jakieś  złe  przeczucie,  które  jednak  minęło,  gdy  usiedli  w  cieple  przytulnej  kawiarni. 
Ogień trzaskał wesoło na kominku i nie było nikogo, przed kim musiałaby udawać lub kogo 
miałaby  się krępować. Tylko Robert...  Znowu był  pogodny i uśmiechał  się do niej, siedząc 
przy stoliku nakrytym do herbaty.  

Odwzajemniła mu uśmiech.  
– Podoba mi się tu. To miło, że przyprowadziłeś mnie tutaj.  
Robert zdawał się wyczuwać jej niepokój.  
– Atmosfera w domu staje się nie do zniesienia. Zastanawiam się, jak ty to wytrzymujesz. 

Chociaż,  właściwie...  jest  tak  pewnie  tylko  wtedy,  gdy  ja  przyjeżdżam.  Matka  zawsze  jest 
niespokojna, gdy jestem w pobliżu.  

– Czy tak było zawsze? 
–  Powiedzmy...  W  każdym  razie  od  śmierci  ojca,  kiedy  zacząłem  pracować.  Ale  tak 

naprawdę  źle  jest  dopiero  ostatnio...  od  naszej  ostatniej  kłótni.  To  było  jeszcze,  zanim  ty 
przyjechałaś. – Przypatrywał jej się przez moment milcząc, po czym nachylił się nad stołem 
w jej kierunku. – Heather, być może nie powinienem ci tego mówić, choć prędzej czy później 
i  tak  bym  się  wygadał.  Wiesz...  okropnie  się  wtedy  sprzeczaliśmy...  Mało  brakowało,  a 
Adam... Adam rozłupałby mi głowę siekierą.  

Dziewczyna zbladła.  
–  Zacząłem  kłótnię  z  matką,  jego  przy  tym  nie  było.  Matka  była  straszliwie 

zdenerwowana,  a  on  po  prostu  nie  mógł  tego  dłużej  znieść...  Nie  wiedziałem,  że  słyszał 

wszystko i nie zauważyłem, kiedy wszedł.  

Nie była w stanie odpowiedzieć, zszokowana tym, co usłyszała.  
– Wiesz, jaki jest Adam... Już po wszystkim był bardziej wstrząśnięty od nas i dotąd się 

background image

tym  gryzie.  Teraz  już  wiesz,  dlaczego  trzymałem  się  z  dala  od  domu.  Postanowiłem  nie 
próbować więcej niczego tam zmieniać, dałem za wygraną. Wątpię, czy jeszcze kiedykolwiek 
wróciłbym, gdyby nie choroba matki.  

– Więc to dlatego zawsze była tak zdenerwowana, ilekroć zdarzyło mi się urazić Adama...  
–  Tak,  aczkolwiek  niepotrzebnie.  On  miewa  swoje  humory,  to  prawda,  ale  nie  jest  dla 

nikogo niebezpieczny.  

–  Twoja  matka  zmieniła  się  ostatnio,  wciąż  jest  taka  napięta...  –  powiedziała  Heather 

wbrew swoim wcześniejszym postanowieniom.  

– Właśnie to miałem na myśli. Wszystko przez to, że znów zacząłem przyjeżdżać. Miała 

już nadzieję, że zostanę w Plymouth, teraz obawia się, by nasz spór nie rozgorzał na nowo.  

– Mówiłeś przecież, że dałeś za wygraną...  
–  Tak,  tak  rzeczywiście  było,  lecz  obecnie  wszystko  jest  inaczej.  Och,  Heather,  jest 

jeszcze coś, co bardzo chciałbym ci powiedzieć, ale chyba nie jesteś na razie gotowa, by to 
usłyszeć... W każdym razie, ja chcę żyć tutaj, chcę się ożenić i właśnie tu zamieszkać. To jest 
mój dom i jest w nim wystarczająco dużo miejsca dla nas wszystkich.  

Milczała, wpatrzona w płomienie. Przygnębiło ją to, co mówił Robert.  
– Kłopot polega na tym, że jeżeli choroba matki to coś poważnego, a na to wygląda, nie 

chciałbym być przyczyną jej niepokoju. Błędne koło.  

– Tak, zniszczyłbyś świat, w którym czuje się szczęśliwa. To byłoby okrutne, szczególnie 

teraz.  

– Ty  naprawdę sądzisz, że ona jest szczęśliwa? Ja nie jestem  tego taki pewien. A poza 

tym, czyż nie byłoby równie okrutnie pozostawić Adama zupełnie od niej uzależnionego,  w 

sytuacji, gdy wkrótce może ją utracić? 

Dotknął jej dłoni.  
– Chcę to zmienić nie tylko dla siebie.  
Powiedział to ciepło i łagodnie, a jego twarz wyrażała dziwne poruszenie. Wzruszenie na 

moment odebrało Heather głos.  

– Nigdy nie podejrzewałam  cię o egoizm – odparła po chwili – ale nie sądzę, byś miał 

rację.  

Odpowiedział uśmiechem.  
– Jeszcze cię przekonam. Właśnie ciebie chcę przekonać najbardziej.  
Gdy opuszczali kawiarnię, zapadał zmrok.  
– Wydaje mi się, że twoja matka może mieć nam za złe tak późny powrót...  
– Żałujesz, że dałaś się namówić? 
– Och, nie. Wręcz przeciwnie.  
Tego  wieczora  pani  Lawrence  nie  dała  im  odczuć  swego  niezadowolenia,  ale  już 

nazajutrz, po wyjeździe Roberta, nie kryła się z nim dłużej. Wezwała dziewczynę do salonu i 
już ze spojrzenia, jakim ją obdarzyła u wejścia, Heather zorientowała się, że nastrój starszej 
pani nie jest najlepszy.  

– Dziwię ci  się,  że lekceważysz moje  ostrzeżenia. Mówiłam  ci  przecież, że krzywdzisz 

sama siebie, pozwalając Robertowi flirtować ze sobą. Wydawało mi się, że przedstawiłam ci 

background image

to całkiem jasno, a ty wydawałaś się rozumieć.  

– Nadal doskonale to rozumiem, ale odpowiedziałam wtedy – i nadal tak twierdzę – że 

Robert nie flirtuje ze mną.  

– Owszem, mówiłaś tak, a ja byłam na tyle głupia, by ci uwierzyć. Skoro to, co mówisz, 

jest prawdą, dlaczego wciąż zachęcasz go, by przyjeżdżał? 

– Ależ ja tego nie robię. On przyjeżdża widywać się z panią. A poza tym to jest jego dom 

i myślę, że ja nie mam z tym nic wspólnego.  

–  Przestań  się  oszukiwać,  Heather.  Jak  możesz  być  aż  tak  naiwna?  Wiesz  przecież 

doskonale,  że  nie  przyjeżdżał  tu  wcale  na  początku  twego  pobytu.  Zaczął  tu  bywać,  odkąd 

wie, że ty tu jesteś, chętna na wszelkie jego propozycje. Nadal twierdzisz, iż nie masz z tym 

nic wspólnego? 

– On przyjechał, bo pani była chora. Przyjechał zobaczyć się z panią.  
– Zgadzam się, ale tak było tylko za pierwszym razem. Teraz ledwo przyjedzie, to znów 

go nie ma, bo wychodzi z tobą.  

– Przykro mi, że z tego powodu tak mało przebywa z panią, ale...  
– Święty Boże! Czy ty naprawdę nie widzisz, do czego zmierzam? Przecież to o ciebie 

chodzi, o to, czym się mogą skończyć te wasze wędrówki! 

Heather nie odpowiadała. Nie myślała nigdy w ten sposób. To prawda, że żyła rytmem 

cotygodniowych  przyjazdów  Roberta  i  cieszyła  się  jego  pogodnym  towarzystwem,  lecz  to 
wszystko. Na nic więcej nie liczyła.  

Pani Lawrence przyglądała się jej uważnie.  
– Cóż, widzę, że rzeczywiście nigdy o tym nie pomyślałaś. Usiłujesz mnie przekonać, że 

między wami nie ma nic poza przyjaźnią, lecz zrozum, moja droga, to po prostu niemożliwe 
między  ładną  dziewczyną  a  kimś  takim  jak  Robert...  na  dłuższą  metę.  Może  już  się  w  nim 
zakochałaś? – spytała ostro.  

– Nie. Oczywiście, że nie.  
– Więc lepiej skończ z tym, póki nie jest za późno. Mówiłam ci już, że miejsce Roberta 

jest  w Plymouth. Tam  ma pracę, tam ma narzeczoną i  przyszłość przed sobą,  o ile zapomni 

tylko o tych swoich banialukach. A jaka będzie twoja przyszłość, jeśli się w nim zakochasz? 
Jesteś  młoda  i  niedoświadczona,  moje  dziecko,  i  dopóki  mieszkasz  w  moim  domu, 
obowiązkiem moim jest cię chronić. Cóż... obawiam się, że jeżeli nie przestaniesz zachęcać 
Roberta, by wciąż przyjeżdżał, to nie pozostanie mi nic innego, jak cię odesłać.  

Na widok przerażenia Heather twarz starszej pani złagodniała.  
– Ale nie będę musiała tego robić, prawda? Nie chciałabym cię teraz utracić.  
–  Czego  pani  ode  mnie  oczekuje?  –  zapytała  dziewczyna  cicho.  –  Jakże  mogłabym  go 

prosić, by przestał odwiedzać własny dom? 

– Ależ nie, oczywiście nie to miałam na myśli. Możesz odmawiać wspólnych spacerów, 

unikać  go  tak,  jak  unikałaś  Adama.  Pewna  jestem,  że  wtedy  nie  będzie  przyjeżdżał  tak 
często...  Uwierz  mi,  iż  tak  będzie  lepiej  dla  nas  wszystkich.  Dla  Roberta  także,  choć  Bóg 
jeden wie, jak trudno mi odepchnąć własnego syna...  

Stały naprzeciw siebie. Heather spuściła głowę.  

background image

–  Spędziliście  razem  mnóstwo  czasu  –  kontynuowała  pani  Lawrence  –  wiele 

rozmawialiście.  Robert  na  pewno  nie  krył  przed  tobą  swych  planów  i  byłaś  pewnie  jedyną 
osobą, która chciała słuchać opowieści o tej jego farmie i innych niedorzecznościach. – Ujęła 
dziewczynę pod brodę. – Może nawet uwierzyłaś w ich realność i może on przy tobie zaczął 
na  powrót  w  nie  wierzyć...  To  wszystko  są  zamki  na  piasku  i  wierz  mi,  że  on  będzie 
szczęśliwszy  w  Plymouth.  Czas,  by  już  porzucił  te  dziecięce  marzenia  i  ustatkował  się. 
Byliśmy tu szczęśliwi we troje i niech już tak zostanie. Zaufaj mi, moje » dziecko, wiem, co 
mówię...  

Heather  zdawała  sobie  sprawę,  iż  nie  ma  wyboru.  Ostatnią  rzeczą,  której  pragnęła,  był 

powrót do Londynu. Przygnębiała ją perspektywa utraty towarzystwa Roberta, lecz i tak cały 

czas żyła ze świadomością, że wcześniej czy później musi to nastąpić. Było dla niej przykre, 
że jego plany, w których realizację tak wierzył, nie mogły się spełnić. Pani Lawrence miała 
rację.  Będąc  życzliwym  słuchaczem,  zapewne  podsycała  w  nim  wiarę  i  być  może  dlatego 
wciąż umieszczał ją w swych wizjach.  

Doszła do wniosku, że rzeczywiście lepiej będzie, jeżeli Robert przestanie się tu pojawiać 

tak często, bo może dzięki temu napięcie w domu opadnie. Z niepokojem myślała jednak o 
nadchodzącym weekendzie, bo czuła, że nie będzie w stanie całkowicie uniknąć spotkań.  

background image

10 

 

Po  tej  rozmowie  pani  Lawrence  odzyskała  zwykły  spokój.  Adam,  zwykle  podzielający 

nastroje  matki,  także  stał  się  pogodniejszy.  Z  piwnicy  dochodziły  raźne  odgłosy  młotka, 
stukającego  w  charakterystyczny  dla  Adama,  nieregularny  sposób.  Nie  posyłał  już  Heather 
swoich ponurych spojrzeń, lecz na jej widok uśmiechał się przyjaźnie.  

Ona  jednak  myślała  z  obawą  o  nadchodzącym  weekendzie  i  tego  wieczora,  gdy 

spodziewali się Roberta, wcześnie poszła do siebie.  

– Boli mnie głowa – powiedziała Adamowi. Nie kłamała, chociaż normalnie nie kładłaby 

się wcześniej z tego powodu. – Kolację dla Roberta zostawiłam przygotowaną w kuchni.  

Nazajutrz nie było już sposobu, by uniknąć spotkania. Robert pojawił się w kuchni, gdy 

tylko zeszła na dół.  

– Adam mówił, że bolała cię głowa. Rzeczywiście, musiałaś czuć się słabo, skoro poszłaś 

do łóżka.  

Troska,  jaką  jej  okazywał,  jeszcze  bardziej  wzmogła  przygnębienie  wywołane 

koniecznością oszukiwania go. Zapewniła, że już czuje się lepiej.  

– Jesteś taka blada. – Przyjrzał  się jej z bliska. – Wyglądasz na zmęczoną. Czy  coś się 

stało? Skąd to przygnębienie? 

– Nie, nic. To nic takiego – odparła pospiesznie, nie chcąc rozwijać tematu, skoro lada 

moment mogła nadejść Lucy. – Twoja matka była w tym tygodniu dużo spokojniejsza...  

– Tak, już zauważyłem zmianę. Adam także był wczoraj w dobrym humorze.  
Tego  ranka  nie  było  już  okazji  do  rozmowy  z  Robertem.  Do  lunchu  usiadła 

podenerwowana, wiedząc, iż zapewne przyjdzie za chwilę zaproponować wspólny spacer.  

– Coś panienka milcząca dzisiaj – zagadnęła Lucy. – Dobrze się panienka czuje? 
– To tylko ból głowy – odparła, zamierzając użyć tej wymówki, by spędzić popołudnie u 

siebie.  

Robert spóźniał się tym razem. Lucy przyniosła część naczyń z małego salonu.  
– Wciąż rozmawiają – oznajmiła. – Nigdy nie widziałam pani tak ożywionej.  
Heather poderwała się nagle.  
– Pozmywasz sama, dobrze? Wyjdę na dwór, może świeże powietrze mnie orzeźwi.  
–  Niech  panienka  idzie  –  przystała  chętnie  Lucy.  –  A  nie  poczeka  panienka  na  pana 

Roberta? 

– Nie tutaj. Tu jest zbyt duszno.  
Z  dala  od  domu  uspokoiła  się  nieco.  Wolała  spacer  od  siedzenia  w  swoim  pokoju. 

Sądziła, że w ten sposób da Robertowi dostatecznie wyraźnie do zrozumienia, iż nie chce się 
z  nim  widzieć.  Powinna  tylko  wybrać  inną  trasę  od  tych,  którymi  zwykle  chodzili,  na 
wypadek, gdyby mimo wszystko próbował ją odnaleźć.  

Zeszła  kawałek  aleją  w  kierunku  wioski,  po  czym  skręciła  w  wąską  ścieżkę,  której 

dotychczas  nie  zbadała.  Po  jakimś  czasie  dróżka  kończyła  się  przy  bramie  w  ogrodzeniu 
wokół pola. Nie była zamknięta, więc dziewczyna postanowiła przejść przez ogrodzony teren, 

background image

mając nadzieję, że odnajdzie ścieżkę po drugiej jego stronie. Dalej rozciągały się jednak pola 
i  łąki,  lecz  Heather  wciąż  kroczyła  przed  siebie  zamyślona,  nie  dbając  zupełnie  o  kierunek 
marszu.  

Początkowo szła szybko, bo ruch uspokajał ją. Teraz zwolniła, potykając się w głębokich 

bruzdach  błotnistego  pola.  Zmęczenie  nasunęło  jej  myśl  o  powrocie,  lecz  pole  właśnie 
kończyło  się  i  ścieżka  wiodła  dalej  przez  zagajnik.  Była  zarośnięta  i  miejscami  ginęła  w 
poszyciu  leśnym.  W  końcu,  chcąc  ominąć  kępy  jeżyn  zagradzających  drogę,  dziewczyna 
zgubiła  ją  definitywnie.  Pamiętała  jednak,  że  zagajnik  nie  jest  zbyt  szeroki,  czyli  powinna 
znajdować się na jego brzegu. Wybrała więc kierunek prostopadły do poprzedniego. Zaczęła 
przedzierać  się  przez  gąszcz  drzew  i  krzewów.  Kłujące  zarośla  czepiały  się  jej  sukienki,  a 
niskie gałęzie drzew szarpały włosy i drapały po twarzy.  

Po  jakimś  czasie  las  rzeczywiście  skończył  się,  co  przyjęła  z  ulgą.  Zmęczenie  już 

poważnie  dawało  znać  o  sobie.  Na  szczęście,  niedaleko  dostrzegła  kamienistą  drogę.  Ślady 
furmanki  i  głębokie  odciski  końskich  kopyt  świadczyły  o  tym,  iż  jest  uczęszczana,  a  więc 
może doprowadzić do jakiegoś domostwa lub farmy. Tam dowiedziałaby się, jak dotrzeć do 
domu.  

Nie  potrafiła  się  jednak  zdecydować,  w  którą  stronę  powinna  pójść,  na  lewo  czy  na 

prawo.  Próbowała  jeszcze  raz  w  myśli  przebyć  dzisiejszą  trasę,  ale  i  tak  nie  mogła 
zorientować się, w którym kierunku leży dom Lawrence’ów.  

Przypomniała sobie pierwszy  wspólny spacer z Robertem, kiedy to  uciekała przed nim. 

Wtedy także straciła orientację w terenie. „Ach! Jaka szkoda, że go tu nie ma...” – pomyślała i 
niespodziewanie  dla  samej  siebie  zatęskniła  do  niego  gorąco.  Uciekała  wtedy,  bo  ją 
pocałował, a ona tego nie chciała. Teraz, gdyby był tu przy niej, gdyby wziął ją w ramiona i 
pocałował, nie broniłaby się już...  

Łzy  napłynęły  jej  do  oczu  i  usiadła  bezradnie  na  trawie.  A  więc  pani  Lawrence  miała 

rację, jej przewidywania sprawdziły się... Nie, nie powinna już spotykać się z Robertem.  

Ziemia była wilgotna i chłodna, więc Heather wstała. Zmierzchało. Ruszyła w prawo; z 

tej strony niebo było jaśniejsze. Droga wiła się polami i lasami, jednak mimo długiego marszu 
dziewczyna nie zauważyła nigdzie żadnego domostwa ani farmy. Nadchodziła noc i Heather, 
przerażona perspektywą błądzenia w ciemnościach, szła najszybciej, jak tylko mogła. Droga 
była  kamienista,  liczne  bruzdy  i  wystające  korzenie  drzew  utrudniały  marsz.  Wkrótce 
zmuszona była zwolnić kroku, nie chcąc ryzykować skręcenia kostki.  

Było już całkiem ciemno, gdy dotarła do miejsca, gdzie droga wiodła pomiędzy dwiema 

urwistymi  skarpami.  Dalej  łączyła  się  z  większym  traktem.  Heather  ponownie  stanęła  przed 

problemem wyboru kierunku, lecz tym  razem nie zastanawiała się długo. Po kilku minutach 
marszu zorientowała się, iż idzie aleją prowadzącą z domu do wsi.  

Do  wioski  było  bliżej.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  już  nie  będzie  w  stanie  samodzielnie 

dojść  do  domu,  toteż  postanowiła  dotrzeć  do  chaty  starego  Mateusza  i  poprosić  go,  by  ją 
odwiózł. Poza tym, było na tyle późno, że na pewno martwiono się o nią.  

Nie zaszła daleko, gdy od strony wioski dał się słyszeć tętent kopyt i odgłosy kół szybko 

jadącego powozu. Dziękowała Bogu, bo choć nie wiedziała, kto nim jedzie, to liczyła na to, 

background image

że zgodzi się ją podwieźć.  

Zeszła z drogi, a gdy powóz zbliżył się, rozpoznała dwukółkę Lawrence’ów. Uradowana, 

stanęła znowu na środku, machając chustką.  

To  był  Adam.  Ściągnął  ostro  konia  i  zeskoczył  na  ziemię.  Pełnym  troski  głosem 

wykrzyknął jej imię.  

– Och, Adam! Gdybyś tylko wiedział, jak się cieszę, że cię widzę. Zgubiłam się... Udało 

mi się jedynie znaleźć drogę do alei...  

Widział w świetle latarni łzy spływające jej po policzkach. Nieśmiało objął ją ramieniem.  
– Martwiliśmy się o ciebie. Robert szukał cię całe popołudnie i wrócił dopiero po zmroku, 

by  sprawdzić,  czy  już  jesteś.  Mówił,  że  na  pewno  zgubiłaś  się  albo  coś  ci  się  stało  i  zaraz 
znowu wyszedł. Mama też się bardzo denerwuje. Ja postanowiłem poszukać cię na drodze.  

Uśmiechnęła się do niego, ocierając łzy.  
–  Jak  dobrze,  że  to  zrobiłeś.  Czuję  się,  jakbym  nie  miała  już  siły  zrobić  ani  kroku. 

Chciałam prosić Mateusza o podwiezienie.  

Pomógł  dziewczynie wsiąść i  okrył  ją pledem. Nie oszczędzał  Rafii, by jak najszybciej 

dotrzeć do domu. Dwukółka trzęsła się i podskakiwała na wybojach, przypominając Heather 
jej  pierwszą  szaleńczą  jazdę  z  Adamem.  Teraz  nie  śmiał  się  jednak.  Milczał,  raz  po  raz 
zwracał ku niej poważną twarz sprawdzając, czy wszystko w porządku.  

Pomyślała  o  Robercie.  Wyobrażała  sobie,  jak  szukał  jej,  jak  błąkał  się  samotnie  po 

miejscach,  które  zawsze  odwiedzali  razem.  Tęsknił  za  nią,  tak  jak  i  ona  tęskniła  za  nim... 
Ścisnęło jej się serce. Cóż zyskała przez swoją dzisiejszą ucieczkę? Tak czy owak, musi się z 
nim spotkać i wyjaśnić swoje zachowanie.  

Poruszyła się niespokojnie na siedzeniu, tak że Adam zwrócił się ku niej zaniepokojony. 

Och! Gdyby tylko Robert mógł wyjechać do Plymouth, nie musiałaby patrzeć mu w oczy...  

Gdy wjeżdżali podjazdem, drzwi frontowe otworzyły się i stanęła w nich pani Lawrence. 

Adam  zatrzymał  dwukółkę  i  zeskoczył,  by  pomóc  Heather  wysiąść.  Poruszała  się  z 
trudnością, bo zdrętwiały jej nogi. Ponownie otoczył ją ramieniem, wprowadzając do domu.  

–  Znalazłeś  ją  –  rzekła  pani  Lawrence  z  ulgą,  gdy  tyłko  dostrzegła  dziewczynę.  – 

Martwiliśmy  się  o  ciebie,  moja  droga.  Myśleliśmy,  że  na  pewno  się  zgubiłaś  albo  miałaś 
wypadek...  

Podeszła do niej.  
– Co się stało? Nic ci nie jest? 
Heather potrząsnęła głową, zakłopotana zamieszaniem, którego była przyczyną.  
–  Nie,  nic  mi  się  nie  stało.  Jestem  tylko  bardzo  zmęczona.  Zgubiłam  się  i  nie  mogłam 

odnaleźć powrotnej drogi. Jakie to szczęście, że Adam mnie znalazł.  

Wchodzili do holu, gdy usłyszeli, że Robert biegnie podjazdem.  
– Znaleźliście ją? – krzyknął zdyszany od drzwi. – Słyszałem dwukółkę.  
Wszedł i jego wzrok padł na dziewczynę. Zapytał z troską w głosie: 
– Na miłość boską, co się stało? Nic ci nie jest? Pani Lawrence odpowiedziała za nią.  
– Już wszystko w porządku. Zgubiła się. Jest wyczerpana i dlatego nie trzymajmy jej tu 

dłużej. Idź prosto do łóżka, moja droga.  

background image

Heather pokręciła głową.  
– Ależ nie. Trochę tylko odpocznę, napiję się czegoś ciepłego i zaraz zrobię kolację.  
– Nie ma mowy. Idziesz do łóżka, sami sobie poradzimy, Lucy wszystko przygotowała. 

Nie  chciała  wracać  do  domu,  nie  wiedząc,  co  się  z  tobą  dzieje.  Zaraz  przyniesie  ci  coś  do 
jedzenia. Adam albo Robert odwiezie ją, a Mateusz przywiezie jutro.  

Wzięła dziewczynę pod ramię i poprowadziła przez hol. Adam wciąż podtrzymywał ją z 

drugiej strony, ale u stóp schodów zawahał się i cofnął rękę.  

– Czy teraz już w porządku? – zapytał, gdy zaczęły wchodzić do góry.  
Jego głos był łagodny i pełen troski. Odwróciła się, chcąc mu odpowiedzieć. Ponad jego 

zwróconą  ku  górze  twarzą  napotkała  wzrok  Roberta.  Wciąż  stał  w  miejscu  i  patrzył  na  nią 
rozżalonym wzrokiem. Łzy napłynęły jej do oczu. Odwróciła pospiesznie głowę i z pomocą 
pani Lawrence poszła do siebie.  

Lucy przyniosła jej wkrótce kolację i gorącą herbatę.  
– Napędziła nam panienka stracha, nie ma co – rzekła, stając przy łóżku.  
–  Dziękuję  ci  bardzo,  że  zostałaś  –  odparła  Heather.  –  Chyba  nie  będą  się  o  ciebie 

martwić w domu? 

– O, nie. Przed panienki przyjazdem często później wracałam.  
Uśmiechnęła się porozumiewawczo.  
–  Pan  Robert  ma  mnie  odwieźć.  Dla  takiej  gratki  zostałabym,  choćby  i  do  północy... 

Panienka nie będzie się gniewać, prawda? 

Heather nie mogła powstrzymać uśmiechu.  
– A jakże, pogniewam się na ciebie śmiertelnie...  
–  Powiem  mu,  żeby  dał  odpocząć  starej  Rafii  i  będziemy  jechać  spacerkiem  – 

zachichotała Lucy. Po chwili spoważniała jednak. – Pan Robert się pyta, czy aby na pewno 
wszystko w porządku i co się naprawdę stało.  

– Powiedz mu, że już lepiej, jestem tylko zmęczona. Zgubiłam się, to wszystko.  
–  On  przyszedł  po  panienkę  do  kuchni  po  lunchu.  Zdębiał,  jak  mu  powiedziałam,  że 

panienka poszła bez niego. Ale potem też powiedział, że świeże powietrze dobrze panience 
zrobi i że pójdzie jej poszukać. Bardzo był zdenerwowany, jak wrócił, a panienki ciągle nie 
było. Pani mówiła, że na pewno nic się nie stało, bo panienka często chodzi sama po okolicy. 
Pan Robert na to, że nie wtedy, gdy on tu jest. I jeszcze, że pewnie coś się stało, że panienka 
nogę złamała albo co. Martwiłam się o panienkę. A bo to wiadomo, co się może człowiekowi 
przydarzyć na tym pustkowiu?... Pani w końcu też zaczęła się martwić, no to pan Adam wziął 
dwukółkę i pojechał szukać. I całe szczęście.  

– Och, tyle wam narobiłam kłopotu... Dziękuję ci, Lucy. Lepiej już idź, na pewno już na 

ciebie czekają w domu.  

Pani Lawrence pozwoliła jej nie wstawać nazajutrz, lecz gdy Heather obudziła się rano, 

czuła się całkiem wypoczęta.  

Pomyślała  więc,  że  powinna  jednak  zejść  na  dół,  także  ze  względu  na  Roberta. 

Postanowiła się z nim spotkać, choć wciąż nie wiedziała, co mu powie. Lepiej będzie dla nich 
obojga, jeżeli nie przyjedzie za tydzień. W jakiś sposób musi mu to wyperswadować...  

background image

– Pewno już wiesz, że szukałem cię wczoraj – rzekł, odnalazłszy ją w kuchni.  
–  Tak.  Wybacz,  że  sprawiłam  ci  tyle  kłopotu.  Wcale  nie  zamierzałam  odchodzić  tak 

daleko. Przykro mi, że tak wyszło.  

–  Ale  dlaczego  poszłaś  tam,  gdzie  nie  przyszło  mi  do  głowy  cię  szukać?  Dlaczego 

unikałaś  mnie  przez  cały  weekend?  Już  zaczynałem  myśleć,  że  cię  nie  zobaczę  przed 
wyjazdem.  

Nie była w stanie odpowiedzieć. Robert przyglądał się jej badawczo.  
– Moja matka się za tym kryje, prawda? To jej sprawka. Mówiłem ci, że ona nie może 

ścierpieć mnie tutaj. Myśli, że jeżeli nie będę cię widywał, to przestanę przyjeżdżać, czy tak? 

– Och, Robert. Mylisz się sądząc, iż ona nie chce cię widywać, ale lepiej będzie... lepiej 

będzie, jeśli nie będziesz przyjeżdżał tak często. Sam mówiłeś, że atmosfera jest napięta...  

– A więc jednak – stwierdził z tryumfem w głosie. – Wiedziałem.  
– Nie. Nie, Robert, to nie tak. Ona wcale...  
Nagle postąpił krok w jej stronę i ścisnął za ramiona, patrząc uporczywie w oczy.  
–  W  takim  razie  o  co  chodzi?  Jaka  może  być  inna  przyczyna?  Powiedz  mi  prawdę, 

Heather, ty chcesz, abym przyjeżdżał, prawda? 

Z trudem panowała nad sobą.  
– Nie. Nie chcę, byś przyjeżdżał...  
Dostrzegła niedowierzanie w jego oczach. Puścił ją gwałtownie i odsunął się. Zmienił się 

na twarzy.  

–  Nie  wierzę  ci  –  powiedział  cicho.  –  Widzę  przecież,  co  się  dzieje.  Ale  jak  sobie 

chcesz... Matka już całkiem kontroluje twoje życie, tak jak zawsze robiła to z Adamem. I ty 

jej  na  to  pozwalasz.  Dobrze  więc,  zostańcie  sobie  w  tej  waszej  cichej  przystani  i  bądźcie 

pewni, że więcej wam nie będę przeszkadzał.  

Wyszedł.  Po  chwili  usłyszała  trzaśniecie  drzwi  frontowych.  Robert  odszedł  bez 

pożegnania.  

background image

11 

 

Kiedy  podczas  kolejnego  weekendu  Robert  nie  pojawił  się,  Heather  przyjęła  to  z  ulgą. 

Miniony  tydzień  jedynie  pogłębił  jej  smutek.  Nie  mogła  przestać  myśleć  o  Robercie,  o 
chwilach  spędzonych  razem.  Liczyła  na  to,  że  Adam  będzie  jej  towarzyszył  na  spacerze, 
samotność bowiem sprzyja ponurym rozmyślaniom...  

Czekała na niego kilka chwil przed domem. Adam nie pojawiał się jednak, więc poszła 

sama.  

Gdy  tylko  weszła  w  aleję,  spomiędzy  drzew  na  drogę  wyszedł  Robert.  Była  tak 

zaskoczona, że dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że to on.  

–  Co  za  ulga  –  rzekł.  –  Zaczynałem  już  wątpić,  czy  w  ogóle  przyjdziesz.  Na  szczęście 

jesteś sama.  

Była wzburzona i jej głos zabrzmiał ostro.  
– Nie powinieneś był przyjeżdżać.  
–  Musiałem  się  z  tobą  zobaczyć,  szczególnie  po  naszym  rozstaniu  tydzień  temu. 

Chciałbym porozmawiać, ale nie w domu.  

– Nie, Robert. Skoro już jesteś, powinieneś tam pójść. Co by twoja matka powiedziała na 

to? 

– Ona o niczym się nie dowie. Nie zamierzam zostawać ani w ogóle zachodzić do domu. 

Przyjechałem do ciebie, nie do matki.  

– Chyba jesteś szalony! Adam może wyjść w każdej chwili i...  
– Właśnie, więc zabierajmy się stąd lepiej, póki czas – odparł, biorąc ją za rękę.  
Odsunęła się.  
– Chyba nie myślisz, że pójdę z tobą? 
–  Nie  odejdę,  póki  mnie  nie  wysłuchasz.  Jeżeli  nie  pójdziesz  ze  mną  gdzieś,  gdzie 

moglibyśmy  swobodnie  porozmawiać,  zaczekam  na  ciebie  w  domu,  ale  wtedy  powiem,  co 
mam  do  powiedzenia  bez  względu  na  to,  czy  będziemy  sami,  czy  nie...  Sprowokowany, 
mógłbym  powiedzieć  nawet  więcej,  niż  zamierzam,  a  chyba  nie  chciałabyś,  bym  niepokoił 
matkę w tym stanie. Nie odejdę, póki mnie nie wysłuchasz.  

– To nieuczciwe, nie dajesz mi wyboru.  
– Wystarczająco uczciwe. A jaki ja miałem wybór? Chcę tylko porozmawiać, a i ty chyba 

masz mi coś do powiedzenia, prawda? 

Zauważył jej niespokojne spojrzenie w kierunku domu i ponownie wziął ją za rękę.  
– No, dalej. Chodźmy stąd.  
Tym  razem  nie  oponowała.  Poszli  razem  aleją.  Gdy  minęli  zakręt,  Heather  ze 

zdumieniem dostrzegła dwukółkę czekającą na poboczu.  

– Wszystko w porządku – Robert z uśmiechem odpowiedział na jej pytające spojrzenie. – 

Nie ma w niej Adama, bo ta nie należy do niego. Jest pożyczona.  

– Nigdzie z tobą nie pojadę – zaprotestowała, widząc, do czego zmierza. – Mów szybko, 

co masz do powiedzenia i lepiej odejdź.  

background image

– Nie bądź niemądra, Heather. Im dalej będziemy od domu, tym lepiej. To nie może być 

powiedziane w pośpiechu. No, szybciej, Adam może w każdej chwili nadjechać.  

Wiedziała już, że spieranie się z nim to strata czasu. Wahała się – dom był tak blisko. W 

końcu, bez przekonania, pozwoliła pomóc sobie wejść i usiadła obok niego.  

Ruszyli w milczeniu.  Robert raz po raz zwracał  ku niej twarz,  lecz dziewczyna patrzyła 

prosto przed siebie. Radość i poczucie bezpieczeństwa, które zawsze odczuwała będąc blisko 

niego, zmagały się w niej z poczuciem winy. Przecież to szaleństwo znów mu ulegać...  

–  Jesteś  bardzo  blada  –  zagadnął.  –  Zmieniłaś  się  przez  te  ^  dwa  tygodnie,  tak  jakbyś 

straciła tę swoją iskierkę... tę zdolność czerpania radości ze wszystkiego, co robisz.  

– A czy widzisz coś wesołego w tej sytuacji?...  
Chciał coś powiedzieć, lecz zrezygnował. Resztę drogi przebyli w milczeniu.  
We wsi Robert zboczył z głównej ulicy i zatrzymał się przed ładną małą chatą.  
– Nie jadłem dziś lunchu, bałem się, że nie zdążę cię spotkać. Jestem głodny jak wilk, a 

pani Wetherly robi doskonały pasztet. Usiądziemy sobie przy ogniu z tyłu, w małej sali. O tej 
porze nie powinno tam być nikogo.  

Dom stał bezpośrednio przy ulicy, nie miał ogrodu od frontu, a okna na parterze były z 

nieprzezroczystego  szkła.  Dopiero,  kiedy  weszli  na  ganek,  Heather  zauważyła  szyld  nad 
drzwiami.  

Robert dostrzegł jej spojrzenie.  
– Całkiem miły mały pub, prawda? Zatrzymała się.  
– To jest pub? 
–  Nie  bądź  taka  zasadnicza.  –  Zaśmiał  się.  –  Jest  całkiem  inny  od  tych  waszych 

londyńskich pubów. Ten jest „domowy”.  

Wahała się, więc wziął ją za rękę i pociągnął za sobą do środka.  
– Widzisz, co mam na myśli? 
To było miłe, przytulne pomieszczenie z wesoło trzaskającym ogniem na kominku. Było 

już  świątecznie  przystrojone  na  zbliżające  się  Boże  Narodzenie.  W  kącie  kilku  mężczyzn 
rzucało  lotkami  do  tarczy,  paru  dalszych  gawędziło  przy  barze.  Wszyscy  odwrócili  się  na 
odgłos  otwieranych  drzwi  i  przyjaźnie  pozdrowili  Roberta.  Ten  poprowadził  Heather  do 
drzwi w rogu i zwrócił się do kobiety o sympatycznym wyglądzie, stojącej za kontuarem: 

– Przejdziemy do tyłu, pani Wetherly.  
Kobieta  skinęła  i  obchodząc  bar,  podążyła  za  nimi  do  dużo  mniejszej  sali,  także 

udekorowanej. Nie było tam nikogo więcej.  

– Usiądź i ogrzej się, moja droga – uśmiechnęła się do dziewczyny, przysuwając krzesło 

do ognia. – Na dworze coraz zimniej.  

– To nie jest żadna spelunka – zapewnił Robert. – Pani Wetherly wyczaruje wszystko, o 

co poprosisz... kawa, herbata, nawet woda. Czy próbowałaś już tutejszego jabłecznika? 

Pokręciła głową.  
–  Wobec  tego  niech  będzie  jabłecznik.  Właściwie,  to  moglibyśmy  dziś  uczcić  twoje 

pierwsze Boże Narodzenie w Devon. Za nasze pierwsze wspólne święta – rzekł, trącając jej 
kufel swoim, po tym jak pani Wetherly postawiła przed nimi butelkę złocistego płynu.  

background image

Wyciągnął nogi w stronę ognia.  
–  Przyjemnie  jest  siedzieć  tu  we  dwoje.  Szkoda,  że  wcześniej  nie  wpadłem  na  taki 

pomysł...  

– Chciałeś mi coś powiedzieć... Popatrzył w ogień przez grube szkło kufla.  
– Tak... mnóstwo rzeczy... Ostatnim razem byłem zdenerwowany. Wybacz, że odszedłem 

w ten sposób.  

Szybkim ruchem podkurczył nogi i nachylił się w jej stronę.  
–  Heather,  czy  mówiłaś  poważnie,  wtedy,  przed  tygodniem?  Ciężka  atmosfera  w  domu 

mogła  cię  przygnębić,  mogłaś  powiedzieć  coś,  czego  później  żałowałaś,  mnie  często  się  to 
zdarza. Tutaj jesteś z dala od tego wszystkiego, nikt nie słucha pod drzwiami. Proszę, bądź ze 
mną szczera. Czy naprawdę nie chcesz się ze mną widywać? 

Patrzyła w jego smutne oczy.  
– Przykro mi, ale mówiłam poważnie.  
Jego twarz przybrała ten sam nieszczęśliwy wyraz, jak wtedy, gdy obserwował ją idącą 

do swojego pokoju. Westchnąwszy, odchylił się na oparcie krzesła.  

– Miałem nadzieję, że jednak tego nie powiesz... Heather, co się stało? Nie chcesz o tym 

rozmawiać? 

Nerwowo bawiła się podstawką pod kufel, nie chcąc patrzeć mu w oczy.  
– Nie, raczej nie...  
– No cóż, chyba i tak wiem, o co chodzi. Matka miała więc rację, chociaż ja nie chciałem 

wierzyć... W porządku, będę trzymał się z dala, przynajmniej jakiś czas... jeśli  tego chcesz. 
Na tyle długo, byś miała czas zastanowić się, co naprawdę czujesz.  

Podniósł się i podszedł do okna. Stał nieruchomo z rękoma w kieszeniach, zatopiony w 

myślach.  Dlaczego  wyglądał  na  tak  nieszczęśliwego?  Czyżby  zdał  sobie  sprawę  z 
nierealności swych planów? Zastanawiała się, co miał  na myśli,  mówiąc, że pani  Lawrence 
miała  rację.  Może  matka  powiedziała  mu,  iż  nieuczciwie  jest  spotykać  się  tak  często  z 
Heather, nie mając wobec niej poważnych zamiarów? Czy o to mu chodziło, gdy mówił, że 
powinna zastanowić się nad swoimi uczuciami? Od pewnego czasu wiedziała już, co czuje, 
jednak ani on, ani tym bardziej jego matka nie musieli o tym wiedzieć...  

Poruszyła się niespokojnie na krześle, które zaskrzypiało. Ten odgłos wyrwał Roberta z 

zamyślenia. Wrócił do stołu i usiadł.  

–  Lepiej,  jeśli  nie  będę  się  tu  pokazywał  także  z  innych  powodów...  Zdążaliśmy  ku 

kolejnej  eksplozji,  a  nie  wolno  nam  tak  ryzykować.  Pamiętasz,  mówiłem  ci,  że  często 
kłóciliśmy się. Nie powiedziałem jednak, jak ostro... Czasem nie potrafiłem się powstrzymać i 
mówiłem  okropne  rzeczy...  że  to  z  jej  winy  Adam  jest  taki,  że  zrujnowała  ojcu  życie,  że 
niszczy teraz i moje... Ona nie pozostawała mi dłużna, o nie... Znienawidziliśmy się z czasem.  

– Och, Robert! Dlaczego musisz to robić? Dlaczego nie zrezygnujesz ze swoich planów? 
– Obiecałem ojcu, że spróbuję zrealizować to, o czym on marzył. Naprawdę sądziłem, że 

mi się powiedzie. Bóg mi świadkiem, że próbowałem. – Uśmiechnął się smutno. – To było 
moje wielkie marzenie... chociaż teraz mam jeszcze jedno. Może choć ono się spełni?...  

Heather nie pytała, jakie jest to drugie marzenie, tylko patrzyła na niego z sympatią.  

background image

– Być może liczyłeś na zbyt wiele. Chciałeś dokonać tego, co nie powiodło się twojemu 

ojcu, a on przecież miał większy wpływ na twoją matkę, prawda? Dziś, kiedy minęło już tyle 

lat,  na  pewno  trudniej  cokolwiek  zmienić.  Twój  ojciec  też  uznał  sprawę  za  beznadziejną  i 
pogodził się z tym.  

– Z ojcem było inaczej.  
Zawahał się chwilę, zanim dalej zaczął mówić.  
–  Heather,  jesteś  już  zaangażowana  w  to  wszystko  nie  mniej  od  nas,  nie  widzę  więc 

powodu,  byś  nie  miała  się  dowiedzieć  więcej  o  tej  rodzinie.  Może  lepiej  zrozumiesz  pewne 

sprawy.  Ja sam  nie wiedziałem  zbyt  wiele,  zanim ojciec nie opowiedział mi wszystkiego na 
krótko  przed  śmiercią.  Ujrzałem  wtedy  wszystko  w  zupełnie  innym  świetle.  Cóż...  Wiele 
jeździł w interesach, gdy mieszkaliśmy w Londynie. Był w podróży, gdy matka spodziewała 
sią Adama. Usłyszała plotkę (i oczywiście dała jej wiarę), że ojciec ma kochankę. Wzięła to 
bardzo  serio  i  próbowała  pozbyć  się  ciąży.  Nie  powiodło  się  jednak.  Teraz  wini  siebie  za 
upośledzenie Adama.  

– Och, Robert. Jakie to straszne.  
–  Ojciec  zdołał  przekonać  ją,  iż  nie  było  innej  kobiety  w  jego  życiu.  Nigdy  więcej  nie 

opuścił matki. Wyprowadzili się z Londynu i zerwali wszelkie kontakty z przyjaciółmi, taki 
postawiła warunek. Ojciec pochodził z rodziny ziemiańskiej, dlatego kupił ten majątek. Adam 
odziedziczył po nim miłość do wsi; jest wprost stworzony do życia tutaj. Ona nie pozwoliła 
mu jednak na studia rolnicze... Ojciec dał w końcu za wygraną, choć nigdy nie przypuszczał, 
że matka posunie się tak daleko w izolowaniu Adama od normalnego życia. Ja nadal się z tym 
nie pogodziłem.  

– Wiem, co czujesz – rzekła ze zrozumieniem w głosie. – To oczywiste, że twój ojciec 

był nieszczęśliwy, ale powinien był wytrwać. Wiedział przecież, że twoja matka jest... hm... 
niezrównoważona  emocjonalnie...  co  zresztą  było  zrozumiałe  w  jej  sytuacji.  Gdyby  od 
początku był stanowczy, powiodłoby mu się. Teraz jest inaczej. Niewiele można już zdziałać.  

Robert wpatrywał się w płomienie.  
–  Tak,  teraz  jest  inaczej,  ale  nie  z  tego  powodu,  o  którym  ty  myślisz.  Widzisz,  ja,  w 

przeciwieństwie do ojca, nie jestem niczym skrępowany.  

Patrzyła na niego pytająco. Zwrócił twarz w jej kierunku.  
–  Ta  plotka,  którą  usłyszała  matka...  była  prawdziwa.  To  po  prostu  nie  była  plotka, 

aczkolwiek matka nigdy się o tym nie dowiedziała. Ojciec czuł się bardziej winny od niej i 
dlatego  wciąż  jej  ustępował.  Zniszczył  jej  szczęśliwe  życie  w  Londynie...  Jeżeli  tylko  coś 
mogło  jej  sprawić  przyjemność,  on  na  to  przystawał.  Głównie  tyczyło  się  to  Adama.  Z 
czasem, widząc efekty matczynego wychowania, próbował jeszcze na nią wpłynąć, lecz w ten 
sposób dochodziło jedynie do kolejnych kłótni. Często byłem ich świadkiem. Ojciec kochał ją 
do  końca,  a  ona  znienawidziła  go.  Chociaż  nie  zdawałem  sobie  sprawy  z  przyczyn  takiego 
stanu  rzeczy,  to  i  tak  zawsze  byłem  po  jego  stronie.  Adam,  oczywiście,  trzymał  z  matką. 
Zawsze uczulony był na zmiany jej nastrojów, nie potrafił znieść jej smutku.  

Milczał przez chwilę, rozmyślając nad tym, co powiedział.  
–  Twoja  matka,  wtedy  gdy  przyjechałeś  pierwszy  raz,  wpadła  w  depresję.  Mówiła  o 

background image

przeszłości, o tym, że nieodwołalne jest to, co się stało...  

–  Tak,  mój  przyjazd  bardzo  ją  poruszył  Chyba  nie  spodziewała  się  mnie  jeszcze 

kiedykolwiek  zobaczyć.  Radość  walczyła  w  niej  ze  strachem  i  nie  wiem,  co  wzięto  górę... 
Ona pewnie także nie wie... Cóż, nie mogłem nie pojawić się tu, skoro zachorowała, a poza 
tym  czułem,  że  nie  wolno  mi  zostawić  brata  samego  w  takiej  chwili.  –  Ponownie  odwrócił 
twarz do ognia. – Być może to był błąd... Może i lepiej byłoby, gdybyśmy zapomnieli o sobie 

nawzajem...  O  ile  to  w  ogóle  możliwe.  –  Znowu  uśmiechnął  się  smutno.  –  Ale  wtedy  nie 
spotkałbym ciebie... i nie czułbym tego, co teraz czuję...  

Heather wiedziała, że jeszcze moment, a straci panowanie nad swoimi uczuciami. Robert 

wyglądał na tak nieszczęśliwego... Serce ścisnęło jej się z żalu.  

Zaproponowała,  żeby  już  wracali,  lecz  on,  jakby  jej  nie  słyszał,  wstał  i  zaczął 

przechadzać się po pokoju z wyrazem zadumy na twarzy. Nagle zatrzymał się i spojrzał na 
Heather.  

– Wiesz, tego dnia w Princetown... może powiedziałem więcej, niż powinienem, ale... nie 

miałem pojęcia, że sprawy przybiorą taki obrót.  

Nie rozumiała go.  
– Pamiętasz, co mówiłem o Adamie, o tym, jak mnie zaatakował? 
Usiadł na krześle obok niej.  
–  Tak  czy  owak,  nie  żałuję  tego.  Sam  na  pewno,  wcześniej  czy  później,  też  by  ci 

opowiedział, co się wtedy wydarzyło, bo gryzie się tym straszliwie. Matka dopiero tamtego 
dnia dowiedziała się, iż wiem o wszystkim od ojca. Wcześniej trzymałem język za zębami, bo 
ojciec wyjawił mi prawdę w tajemnicy. Chyba chciał się przede mną usprawiedliwić...  

Tamtym  razem  zagalopowałem  się  jednak.  Moje  zwykłe  argumenty  wydały  mi  się 

bezużyteczne  i  powiedziałem  to  *  wszystko,  czego  nie  powienienem  był  mówić.  Matka 
płakała, krzyczała, bym przestał. Gdy rozpoczynaliśmy rozmowę, Adama przy nas nie było, 
chyba  rąbał  drzewo.  Przyciągnęły  go  widać  odgłosy  kłótni.  Pamiętam,  jak  matka  nagle 
krzyknęła  i  odwróciwszy  się,  zobaczyłem  go  tuż  za  sobą.  Nigdy  nie  zapomnę  wyrazu  jego 
twarzy. Był blady jak papier. Miałem akurat tyle czasu, by złapać go za rękę. Ostrze siekiery 
zatrzymało mi się tuż nad czołem...  

Oparła łokcie na stole i skryła twarz w dłoniach.  
– Heather, on chyba nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że wciąż trzyma siekierę w 

dłoni. Był zbyt roztrzęsiony, by wiedzieć, co robi. I to nie jego, a moja wina, że znalazł się w 
takim stanie.  

Dziewczyna nadal się nie odzywała.  
–  Chyba  jednak  nie  powinienem  był  ci  tego  mówić...  Cóż,  widocznie  dotrzymywanie 

tajemnic nie jest moją najmocniejszą stroną – dodał strapionym głosem.  

Podniosła wzrok.  
–  Nie,  mylisz  się.  Cieszę  się,  że  mi  powiedziałeś.  Cieszę  się,  że  mi  powiedziałeś  o 

wszystkim. Lepiej cię teraz rozumiem.  

– I nie zniechęciło cię to do życia w tym domu? Nie zniechęciło cię to do nas? 
– Nie. Nadal zamierzam tu zostać i to nie dlatego, że muszę.  

background image

Uśmiechnął się i nakrył jej dłoń swoją.  
– Cóż, w takim razie pora wracać.  
Przyniósł ubrania, które powiesili przy wejściu.  
– Możemy wyjść tędy, tyłem. Odwiozę cię do domu. Jeśli spotkalibyśmy mojego brata, 

powiemy, że zabrałem cię ze spaceru i właśnie jedziemy do domu. Jeśli go nie spotkamy, nie 
będę wchodził, tylko wysadzę cię w alei.  

Po drodze nie napotkali jednak nikogo. Zatrzymali się niedaleko domu.  
– Do zobaczenia więc, za jakiś czas, jeśli naprawdę uważasz, że tak będzie lepiej.  
– Tak, tak uważam – odparła, nie patrząc mu w oczy. Przez moment przyglądał jej się z 

bliska w milczeniu. Potem wziął ją w ramiona i pocałował czule.  

– Tak, wiem. Obiecałem, że nigdy już tego nie zrobię, jeśli nie będziesz chciała, ale tym 

razem  to  nie był  tylko  zalotny pocałunek.  Będę za tobą tęsknił, moja wróżko. Będę o tobie 
myślał więcej, niż powinienem. Nie straciłem jeszcze całkiem nadziei. Wrócę.  

Patrzyła,  jak  zawraca  dwukółką  i  odjeżdża  aleją.  Po  chwili  zniknął za zakrętem.  Długo 

stała w miejscu, gdzie się rozstali. Wciąż czuła na ustach jego pocałunek i wciąż czuła ciepło 
jego ramion. Dwie łzy spłynęły wolno po jej policzkach.  

Odwróciła się i poszła w stronę domu.  

background image

12 

 

Boże  Narodzenie  minęło  w  domu  prawie  nie  zauważone.  Jedynie  dla  Lucy  święta  były 

czymś szczególnym, bowiem pani Lawrence, za namową Heather, dała jej tydzień wolnego.  

– Dziękuję panience. Jest za co, bo i roboty będzie dla panienki więcej i pogadać to już 

zupełnie nie będzie miała panienka z kim.  

Dla  Heather  święta  o  tyle  tylko  różniły  się  od  codziennej  rutyny,  iż  zaproszono  ją,  by 

jadła  z  panią  Lawrence  i  Adamem.  Nie  żałowała  jednak  braku  świątecznej  atmosfery,  nie 
potrafiłaby się nią teraz cieszyć.  

Przyroda  jakby  podzielała  jej  nastrój,  wszystko  wokół  poszarzało,  pociemniało.  Liście 

opadły, zniknęły kwiaty, okolica wyglądała jak spustoszona. Wszędzie tylko szkielety drzew i 
sterczące  badyle  żywopłotów.  Nie  sposób  było  wyjść  z  domu,  by  nie  trafić  do  jakiegoś 
miejsca, które nie przypominałoby jej chwil spędzonych tam wspólnie z Robertem. Zarzuciła 

spacery. Pobladła, stała się milcząca i apatyczna.  

Pani  Lawrence  dostrzegła  oczywiście  jej  przygnębienie  i  próbowała  pomóc.  Zachęcała 

Heather  do  szycia,  kazała  nawet  Lucy  kupić  materiał  specjalnie  w  tym  celu.  Była  miła, 
wyrozumiała i traktowała ją teraz zupełnie jak członka rodziny.  

Styczeń  był  zimny,  ale  w  lutym  pogoda  poprawiła  się.  Słońce  świeciło  dłużej  i 

wydobywało  zewsząd  zapach  zbliżającej  się  wiosny.  Heather  niecierpliwie  obserwowała 
zieleniejące  pąki  na  gałęziach  drzew  i  krzewów.  Okolica  budziła  się  do  życia  z  zimowego 
snu, a wraz z nią dziewczyna odzyskała dawny spokój i pogodę ducha.  

Gdy się ociepliło, Adam zaczął wynajdywać sobie mnóstwo pracy na zewnątrz. Od rana 

dochodziły ją przez otwarte okno odgłosy jego krzątaniny. Z wielkim zapałem zabrał się do 
urządzania  nowego  ogrodu.  Wieczorami,  gdy  siadywali  we  trójkę  w  salonie,  z  ożywieniem 
tłumaczył  Heather,  jak  zamierza  go  urządzić,  pokazując  wszystko  na  sporządzonym  przez 
siebie  planie.  Słuchała  go  z  rosnącym  zainteresowaniem,  doradzając  czasami,  jak 
rozplanować  zasadzenie  poszczególnych  gatunków  kwiatów.  Starsza  pani  zostawiała  ich 
często samych, z zadowoleniem obserwując ich zacieśniającą się przyjaźń. Heather udało się 
zapomnieć  o  Robercie,  pochłonęło  ją  towarzystwo  Adama.  Na  nowo  rozpoczęła  spacery, 
radując się każdą nową oznaką wiosny.  

Wtedy wrócił Robert.  
Przestraszył ją, tak jak poprzednim razem, wychodząc nagle z przydrożnych zarośli. Nie 

mogła  oprzeć  się  ogarniającej  ją  fali  radości,  gdy  stanął  przed  nią  ze  swym  zawadiackim 
uśmiechem.  Tęsknota  wróciła  ze  zdwojoną  siłą  i  okazało  się,  że  na  nic  zdały  się  tygodnie 
walki z uczuciem. Miała wrażenie, jakby pożegnali się nie dalej jak wczoraj. Nie udało jej się 
zapomnieć delikatności jego pocałunku, ciepła ramion...  

– Ach, Robert, dlaczego wróciłeś?! 
– Ładne powitanie, nie ma co. Mówiłem przecież, że wrócę. Ani trochę nie cieszysz się z 

mojego przyjazdu? 

Popatrzyła na niego ze smutkiem. Gdyby tylko mogła mu powiedzieć...  

background image

– Myślałam... miałam nadzieję, że... wrócisz, ale nie tak szybko...  
–  Tak  szybko?!  Toż  to  były  wieki  całe!  Wieki  tęsknoty  za  tobą,  a  ty  mówisz,  że  tak 

szybko... – żachnął się.  

Heather z trudnością panowała nad sobą. Nie mogła skupić się na tym, co mówi.  
–  Ale  ja...  ja  nie  chciałabym,  byś  wracał  akurat  teraz...  teraz,  kiedy  już  zaczynałam 

myśleć, że...  

Głos jej się załamał.  
– Zaczynałaś myśleć, że co? – podchwycił, patrząc jej w oczy.  
Wykonała nieokreślony ruch ręką.  
– To wymaga czasu... czasu, by wszystko się ułożyło... Zaczynaliśmy już...  
Znów przerwała i z nagłą desperacją zawołała: 
– Och, Robert! Dlaczego wróciłeś akurat teraz?! Zobaczyła ból w jego oczach.  
– Przepraszam... przepraszam, że się naprzykrzam... Przepraszam za wszystko.  
Odwróciła się od niego. Była na skraju załamania.  
– Co mam zrobić? – spytał cicho. – Odejść? Tym razem na zawsze?...  
– Jak mogłabym tego oczekiwać? – odparła. – To przecież twój dom. Tam mieszka twoja 

matka.  

–  Nie,  Heather.  To  już  nigdy  nie  będzie  mój  dom.  Głęboki  smutek  bijący  z  jego  słów 

rozdzierał jej serce.  

Nie powstrzymała już łez.  
– Och, Heather,  nie sądziłem, że mój przyjazd tak cię poruszy. Nie chciałem cię  ranić! 

Pójdę już...  

Wyciągnęła chusteczkę.  
– Nie zobaczysz się z matką? Potrząsnął głową.  
– Przypuszczam, że i ona nie chce mnie widzieć... Ma się dobrze, prawda? 
Łzy znowu napłynęły jej do oczu. „Boże! Jakiż on musi się czuć samotny!” – pomyślała.  
– Och, Robert! Tak mi przykro... Uśmiechnął się smutno.  
– Chcę twego szczęścia, Heather, i dlatego nie będę was już niepokoił. Ale wiedz, że nie 

zrezygnowałbym tak łatwo, gdyby nie chodziło o Adama.  

Ujął ją delikatnie pod brodę i zwrócił jej twarz ku swojej. Patrzył przez dłuższą chwilę w 

jej oczy. Potem odwrócił się i odszedł.  

Czy już zawsze tak boleśnie będzie odczuwać spotkania z nim? A może już nigdy go nie 

zobaczy? Wyglądało na to, że stracił całą nadzieję na życie tutaj. Uznał chyba, że tak będzie 
lepiej dla Adama.  

Łzy długo jeszcze ciekły jej po policzkach, gdy  błądziła po okolicy, próbując odzyskać 

spokój.  

Do domu wróciła później niż zwykle i Lucy była już gotowa do odjazdu.  
– Dobrze, że panienka jest nareszcie. Zaczynałam się martwić. Pani też jakaś niespokojna. 

Cały czas wędruje z pokoju do pokoju. Podwieczorka nawet nie tknęła. Chce panienka, bym 
jeszcze została? 

– Nie, nie ma potrzeby, Lucy. Dziękuję.  

background image

Zanim  zaczęła  przygotowywać  kolację,  poszła  zobaczyć  się  z  panią  Lawrence.  Starsza 

pani chodziła po salonie. Na dźwięk otwieranych drzwi odwróciła się gwałtownie.  

– A! Wróciłaś w końcu.  
Heather zdziwiona była złością, którą usłyszała w jej głosie.  
– Wróciłabym wcześniej, gdybym wiedziała, że pani mnie oczekuje. Czy coś się stało? 
– Nie udawaj niewiniątka. Gdzie Robert? 
– Robert? 
Była kompletnie zaskoczona i zbita z tropu. Srogie oczy kobiety wpatrywały się w nią.  
–  Nie  musisz  kłamać,  że  nie  wiesz,  o  co  chodzi.  Wiem  o  wszystkim.  Adam  zamierzał 

przyłączyć się do ciebie na spacerze, ale nic dziwnego, że zmienił zamiar, skoro zobaczył cię 
z Robertem.  

Dziewczyna nie była w stanie zebrać myśli.  
– Całe popołudnie czekałam, aż przyjdzie przywitać się ze mną, ale on wolał wałęsać się 

z tobą... – ciągnęła pani Lawrence.  

– Nie byliśmy razem cały czas. Spacerowałam sama.  
– Jak możesz tak kłamać? Pewnie przyjdzie za chwilę, udając, że dopiero co przyjechał.  
Nie było sensu ukrywać prawdy.  
– On nie przyjdzie.  
– Co to znaczy, że on nie przyjdzie? 
– Wrócił do Plymouth. Pani Lawrence zbladła.  
– To znaczy, że przyjechał, nie chcąc w ogóle zobaczyć się ze mną? Przyznajesz więc, że 

przyjechał  do  ciebie  i  że  ukryłabyś  to  przede  mną?  Przez  cały  ten  czas  spotykaliście  się 
pewnie, a ja już myślałam, że... ach.  

– Nie, to nie prawda. Niech mi pani pozwoli wyjaśnić...  
– Nie chcę twoich wyjaśnień. Kiedy pomyślę, że Robert potraktował mnie w ten sposób... 

I ty, której ufałam... która miałaś być...  

Urwała,  zbyt  roztrzęsiona,  by  mówić.  Na  jej  bladej  twarzy  wystąpiły  różowe  plamy, 

wargi drżały ze zdenerwowania. Heather nigdy nie widziała jej tak wzburzonej. Nagle zdała 
sobie sprawę z obecności Adama. Przyszedł, jak zwykle nie zauważony i stał w drzwiach. Był 
blady, jednak oczy mu płonęły. Dziwnym desperackim spojrzeniem patrzył to na matkę, to na 
nią. Przypomniało jej się, co mówił Robert – że Adam przestaje panować nad sobą, widząc 
matkę w podobnym stanie.  

Próbowała uspokoić starszą panią.  
–  Nie  wolno  się  pani  tak  denerwować.  Proszę  usiąść  i  odpocząć  chwilę,  a  ja  wszystko 

wyjaśnię.  

Pani Lawrence gniewnie machnęła dłonią.  
– Już wystarczy tych kłamstw... Nie ma już dla ciebie miejsca w tym domu.  
Widząc, że nic nie wskóra, Heather odwróciła się, by odejść. Pomyślała, że może gdy jej 

tu nie będzie, pani Lawrence szybciej się uspokoi. Jednak w przejściu stał Adam i nie uczynił 
najmniejszego ruchu, by mogła wyjść.  

Ogarnęła  ją  panika.  „Czym  to  się  skończy?”  –  przemknęło  jej  przez  głowę,  lecz  nagle 

background image

oczy  Adama  wpatrzone  w  matkę  rozszerzyły  się  z  przerażenia.  Odwróciła  się  szybko.  Pani 
Lawrence  trzymała  rękę  na  piersi,  a  na  jej  twarzy  malował  się  grymas  bólu.  Heather  ze 
zduszonym  okrzykiem  przyskoczyła  do  niej,  lecz  kobieta  gniewnym  gestem  odrzuciła  jej 
pomoc i opadła na fotel.  

Adam przez chwilę nie był zdolny do żadnego ruchu. Potem jednak brutalnie odepchnął 

pobladłą Heather i pochylił się nad matką. Na czoło wystąpiły mu krople potu. Dziewczyna 
pobiegła po lekarstwo i szklankę wody. Podała Adamowi. Jego matka wciąż leżała w fotelu; 
twarz jej poszarzała, oczy miała zamknięte.  

–  Adam,  to  wygląda  poważnie.  Musisz  sprowadzić  lekarza.  Podniósł  twarz  ku  niej. 

Patrzył, nie tając swojej wrogości.  

– To twoja wina i nie mam zamiaru zostawić jej z tobą. Ona nie chce cię więcej widzieć. 

Nie słyszałaś, co powiedziała? 

– Twoja matka naprawdę potrzebuje pomocy lekarza. Jeśli ty nie pojedziesz, ja to zrobię, 

tylko musisz zaprząc mi konia. Nie można jej tak zostawić.  

Pochylił się znów nad matką, ujął jej dłoń i pogładził delikatnie po czole.  
– Czy mam pojechać, mamo? Czy mam sprowadzić lekarza? 
Otworzyła oczy i uśmiechnęła się słabo. Ledwo dostrzegalnie skinęła głową. Poderwał się 

i wybiegł. Niedługo potem Heather usłyszała na podjeździe odgłosy dwukółki. Adam jechał 
jak szalony. Pomyślała, że w tym wzburzeniu łatwiej może skończyć w rowie, niż dotrzeć do 

wioski.  

Po niecałej godzinie oczekiwania dobiegły ją odgłosy powracającej z tą samą szaleńczą 

prędkością dwukółki. Adam, zlany potem, wpadł prawie natychmiast i ukląkł przy matce.  

Wkrótce potem zajechał powóz lekarza. Heather wyszła otworzyć mu drzwi.  
–  Czy  Adam  dotarł  cały  i  zdrowy?  –  zapytał.  –  Pędził  tak,  że  raczej  spodziewałem  się 

znaleźć go gdzieś po drodze niż tutaj. Wyjątkowo pobudliwy młody człowiek. Lepiej, żeby 
nie kręcił się teraz przy matce, niech najpierw trochę ochłonie.  

Po przebadaniu pani Lawrence doktor odciągnął Heather na stronę.  
–  To  serce,  tak  jak  przypuszczałem.  Żadnych  nerwów,  żadnych  wzruszeń.  Teraz  musi 

wypocząć. Zabiorę ją do kliniki na obserwację. Atak musiał ją nieźle nastraszyć, skoro nawet 
nie  oponowała.  Rano  przyślę  ambulans,  dzisiaj  nie  będziemy  już  jej  niepokoić.  Proszę  jej 
posłać tu, w salonie.  

Nazajutrz,  gdy  zabrano  matkę  Adama,  Heather  stała  z  nim  na  werandzie,  patrząc  na 

odjeżdżający ambulans. Nie było już okazji do wyjaśnień – pani Lawrence nie odezwała się 
więcej do niej, a ostatnim jej zdaniem pozostało to, które nakazywało, by opuściła jej dom...  

Adam długo wpatrywał się w dal za ambulansem. Widać było, że sytuacja go przeraża; 

wyglądał na zagubionego. Dziewczyna zwróciła się ku niemu, lecz on niecierpliwym gestem 
okazał, iż nie chce jej słuchać. Chciał odejść, jednak zatrzymał się po kilku krokach.  

– To twoja wina, Heather. Musisz odejść, by więcej się to nie powtórzyło. Musisz odejść, 

bo ona tego chce – rzekł i nie czekając na odpowiedź, poszedł do swojego ogrodu.  

background image

13 

 

Heather  weszła  wolno  do  domu.  Był  przytłaczająco  pusty.  Jego  cisza  działała 

przygnębiająco, jakby nie dość było  smutku, który przyniosły ze sobą wydarzenia ostatnich 
godzin. Czuła się fatalnie po nieprzespanej nocy, a podenerwowanie nie pozwalało jej zebrać 
myśli.  

Och, gdyby tylko mogła wytłumaczyć wszystko pani Lawrence. Adam nie zachowywałby 

się w ten sposób i mieliby przynajmniej własne towarzystwo. Wrócił jej dawny lęk przed nim, 
przed jego świdrującymi oczyma. Teraz był zdolny do wszystkiego, był bardziej nieprzyjazny 
niż kiedykolwiek przedtem.  

Pomyślała  o  Robercie.  Lekarz  obiecał  dać  mu  znać  o  stanie  matki,  więc  zapewne 

przyjedzie  natychmiast  do  kliniki.  Nie  miała  szansy  zawiadomić  go  o  podejrzeniach  matki. 

Mimo wszystko wierzyła jeszcze, że Robertowi uda się ją przekonać, jak było naprawdę. Ta 
myśl dodawała jej otuchy.  

Adam większość dnia spędził poza domem. Przychodził jedynie co jakiś czas i wyglądało 

to  tak,  jakby  sprawdzał,  co  ona  robi.  Za  pierwszym  razem  miała  nadzieję,  że  ma  dobre 

zamiary,  jednak  on  wszedł  tylko  na  moment,  posłał  jej  swe  posępne  spojrzenie,  po  czym 
wyszedł.  To  samo  powtórzyło  się  parę  razy.  Dzwonek  u  drzwi  kuchennych  stawiał  ją  na 
równe  nogi.  „Co  on  zamierza?”  –  zastanawiała  się.  Czyżby  oczekiwał,  że  Heather  odejdzie 
już  teraz?  Zapewne  odwiózłby  ją  wtedy  do  wsi,  lecz  przecież  nie  znała  nawet  godzin 
odjazdów  pociągów.  Poza  tym  nie  mogła  wyjechać,  zanim  nie  zobaczy  się  jeszcze  z  panią 
Lawrence. Ufała, że matka Adama zmieni swą decyzję, gdy pozna prawdę.  

W porze lunchu pojawił się znowu. Zabrał z tacy coś do jedzenia i wyszedł. Zachowywał 

się tak dziwnie, że powoli ogarniało ją przerażenie. Nie mogła nie myśleć o tym, że kiedyś 
zaatakował Roberta. Wiedziała, że to niemądre i nie w porządku wobec niego, lecz strach był 
silniejszy.  Co prawda działał  wtedy pod wpływem  emocji,  a tym  razem  minęło  już przecież 

tyle czasu... Wkoło panowała jednak złowróżbna cisza, nie słychać było zwykłych odgłosów 
jego  pracy  i  Heather  nie  wiedziała,  co  Adam  robi.  Mógł  wejść  w  każdej  chwili...  Nie,  nie 
wierzyła, by rzeczywiście był zdolny ją skrzywdzić.  

Wiedziała,  że  musi  się  opanować  i  jakoś  przetrwać  do  następnego  dnia.  Jutro  Adam 

pojedzie odwiedzić matkę, to go uspokoi. Jutro też przyjedzie Lucy i dom wreszcie wypełni 
się jej pogodną paplaniną.  

Jednak  z  nadejściem  wieczoru  mroczna  atmosfera  domu  stała  się  nie  do  zniesienia. 

Dziewczyna  wciąż  czuła  na  sobie  wzrok  Adama,  jakby  obserwował  ją  z  ukrycia.  Bała  się 
wspólnej z nim kolacji, obawiała się,  iż nie wytrzyma i  ucieknie od stołu. Poza tym  straciła 

apetyt, zjadła więc tylko kanapkę i zostawiwszy kolację dla Adama na stole w kuchni, wyszła, 
tłumacząc  się  zmęczeniem  i  bólem  głowy.  Zrobiła  to  natychmiast,  kiedy  tylko  wszedł.  Nie 
mogła  znieść  jego  spojrzenia.  Zapewne  patrzył  za  nią  –  przebiegł  ją  ten  sam  dreszcz  jak 
wtedy, gdy spotkali się po raz pierwszy. Jedyne, co mogła zrobić, to nie wpadać w panikę i 
nie  oglądać  się,  by  sprawdzić,  czy  idzie  za  nią  przez  hol  po  schodach  i  korytarzem  do 

background image

pokoju...  Dopiero  wewnątrz,  za  zamkniętymi  drzwiami,  odetchnęła  z  ulgą.  Nagły  impuls 
kazał jej przekręcić klucz w zamku, mimo że nigdy dotąd tego nie robiła.  

Przebrała się i usiadła z książką w pościeli. Nie mogła skupić się na tym, co czyta, więc 

po chwili zgasiła lampę i ułożyła się do snu. Jednak jej myśli wciąż biegły ku wydarzeniom 
ostatnich dwóch dni  i  zdenerwowanie nie ustępowało. Nagle wydało  jej  się, że słyszy jakiś 
szmer  przy  drzwiach,  tak  jakby  ktoś  potajemnie  naciskał  klamkę.  Zamarła  nasłuchując,  lecz 
nic więcej nie zakłóciło już ciszy. Wiedziała, że w tym stanie mogła się przesłyszeć.  

Nadal nie mogła zasnąć, niespokojnie przewracając się z boku na bok. Chciała już wstać, 

by spróbować poczytać, gdy wtem usłyszała hałas przy oknie. Tym razem nie mogło już być 
wątpliwości.  Odwróciła  się  gwałtownie.  Na  zewnątrz  ujrzała  skuloną  postać  Adama.  Zarys 
jego sylwetki był ledwie widoczny na tle ciemnego nieba. Serce podskoczyło jej do gardła. 
Wyskoczyła  z  łóżka  i  z  na  wpół  zduszonym  okrzykiem  podbiegła  do  okna,  zamierzając  je 
przed  nim  zamknąć.  On  zauważył  jej  ruch,  chciał  zawrócić,  jednak  stracił  równowagę  na 
wąskim gzymsie i  gdy Heather dopadła okna, zniknął już w dole. Skryła twarz w dłoniach, 
czekając z trwogą na jego krzyk lub odgłos upadku. Nic jednak nie usłyszała; wokół wciąż 
panowała ta sama złowróżbna cisza. Czyżby wyobraźnia znów spłatała jej figla?...  

Nogi  miała  jak  z  waty.  Musiała  trzymać  się  parapetu,  by  nie  upaść.  Szczękała  zębami 

zarówno  z  zimna,  jak  i  ze  strachu.  Usiadła  na  podłodze.  Gdyby  tylko  nie  była  sama,  gdyby 
tylko był tu ktoś, kto by jej pomógł zwalczyć te koszmary...  

Zebrała  się  w  sobie  i  wstała.  Z  wysiłkiem  podeszła  do  stolika  i,  zapaliwszy  lampę, 

drżącymi  rękoma  odnalazła  jakoś  kapcie  i  szlafrok.  Nie,  to  na  pewno  nie  było  złudzenie. 
Adam był tu naprawdę, a teraz leży gdzieś tam w dole ranny, a może nawet i... Bez względu 
na to, co się stało, nie może go tak zostawić! On potrzebuje pomocy.  

Szarpała  się  przez  moment  z  drzwiami,  zapomniawszy,  że  wcześniej  zamknęła  je  na 

klucz. Lampy w korytarzu były zapalone. Zeszła po schodach powoli, trzymając się poręczy, 
bo nogi wciąż się pod nią uginały.  

Otworzyła  drzwi  wejściowe.  Powiew  zimnego  nocnego  powietrza  sprawił,  że  zatrzęsła 

się, lecz jednocześnie poczuła się nieco orzeźwiona. Potrzebna była jej lampa. Krąg światła, 
które padało przez otwarte drzwi, sięgał niedaleko.  

Za  nim  panowała  ciemność.  Wyniosła  więc  jedną  z  lamp,  jednak  na  zewnątrz  płomień 

trzepotał i groził zgaśnięciem. * Postanowiła wziąć lampę ze stajni.  

Gdy  przechodziła  przez  podwórko,  stwierdziła,  że  oczy  przywykły  jej  do  ciemności. 

Zawahała  się.  Czy  aby  na  pewno  potrzebowała  lampy?  Może  lepiej  było  nie  widzieć  zbyt 
dobrze?...  

Przez na wpół wykończony nowy ogród podeszła do rogu domu, gdzie był jej pokój.  
Dostrzegła  Adama.  Leżał  na  plecach,  na  kopcu  ziemi,  którą  usypał  kilka  dni  temu  pod 

ścianą poniżej okna. Odetchnęła z ulgą – świeża ziemia zamortyzowała upadek. Zauważyła, 
że jedną nogę miał nienaturalnie podkurczoną. Przestała się go bać – potrzebował jej pomocy. 
Postawiła lampę na ziemi i wymawiając jego imię, pogładziła go po czole.  

Otworzył oczy.  
– Nic ci nie jest? – zapytała z niepokojem.  

background image

– Ty... ty martwisz się o mnie... – odpowiedział z nutą zdumienia w głosie.  
Po policzkach spłynęły jej łzy.  
– Och, Adam! Jak mogło dojść do tego wszystkiego? Dotknął delikatnie jej twarzy, jakby 

chciał otrzeć łzy.  

– Wciąż cię krzywdzę...  
– Nie, to nie tak... Ale nie wolno nam czekać, muszę sprowadzić jakąś pomoc.  
–  Nie  –  rzekł  pośpiesznie,  gdy  wstała.  –  Nie  jest  tak  źle.  To  tylko  noga.  Myślę,  że 

złamana, ale gdybym mógł się odwrócić, to chyba byłbym w stanie podnieść się.  

Widziała, jak krzywi się z bólu  przy każdym  ruchu, lecz  gdy usztywniła mu  nogę przy 

pomocy  dwóch  tyczek,  których  w  ogrodzie  było  pod  dostatkiem,  wstał,  opierając  się  na  jej 

ramieniu.  Potem  za  radą  Heather  wsiadł  do  taczki  i  dziewczyna  zawiozła  go  do  tylnego 
wejścia. Tam, wspierając się z jednej strony na jej ramieniu, a z drugiej na lasce, udało mu się 
wejść do środka. W korytarzu oparł się o ścianę, by odpocząć, a Heather otrzepała mu ubranie 
z ziemi. Czoło zrosił mu pot.  

Otarł  je  wierzchem  dłoni  i  dopiero  teraz  dostrzegła,  że  zgubił  swą  czapeczkę.  To  go 

odmieniło  i  wyglądał  teraz  poważniej.  Ta  nieszczęsna  czapeczka  zasłaniała,  co  prawda, 
niewielką  łysinę,  ale  niweczyła  całą  powagę  jego  postaci.  Zauważyła,  iż  dostrzegł  jej 
spojrzenie.  

– Dasz radę dojść do salonu? Tam będziesz mógł wypocząć na sofie.  
Gdy już leżał wygodnie ułożony, rozpaliła w kominku. Martwiła się jego nogą, lecz on 

nalegał, by wracała do łóżka i odłożyła sprawę zawiadomienia lekarza do jutra, do przyjazdu 
Lucy. Gdy już ogrzała dłonie, podeszła do niego.  

– Jak mogłabym iść spać, skoro wiem, że ty tu leżysz? Nie zasnęłabym i tak, martwiąc 

się, czy wszystko w porządku – powiedziała z troską w głosie.  

Jego oczy nabrały dziwnego wyrazu. Patrzył na nią tak, jak wtedy w wiosce, tego dnia, 

gdy po raz pierwszy odezwał się do niej.  

– Chcę, byś już poszła do łóżka i nareszcie odpoczęła. I nie chcę, byś musiała się więcej o 

mnie martwić.  

Spojrzała na niego ze smutkiem.  
– Och, gdyby to tylko chodziło o twoją nogę... Nagle uklękła obok niego.  
– Adam, powiedz mi, co ty robiłeś tam na górze, za moim oknem? 
Twarz  zmieniła  mu  się,  oczy  straciły  swój  osobliwy  wyraz.  Teraz  wyrażały  jedynie 

zakłopotanie.  

– Chciałem  upewnić się, czy zamierzasz wyjechać. Pomyślałem  sobie, że mama będzie 

zadowolona, gdy powiem jej jutro, że ciebie już nie ma. Boże! Gdybym tylko mógł zobaczyć, 
że się pakujesz, że przygotowujesz się do drogi, na pewno przestałbym o tym myśleć. A tak... 
Poszedłem na górę, ale pod twoimi drzwiami nie było światła. Chciałem tylko zobaczyć, czy 
zaczęłaś się pakować.  

– Ale dlaczego mnie nie zapytałeś? To pytanie dziwnie poruszyło go.  
– Nie widziałaś, co się ze mną działo? Nie mogłem przestać myśleć o mamie, o tym, że 

nie  powinna  cię  już  tu  więcej  zobaczyć.  Gdybyś  odpowiedziała,  że  nie zamierzasz  na  razie 

background image

wyjeżdżać, nie wiem, co mogłoby się stać. Bałem się, że stracę panowanie nad sobą, że może 
być tak...  

Przerwał i skrył twarz w dłoniach. Jego głos był chrapliwy i przytłumiony, ale usłyszała, 

co powiedział.  

– Że... że może być tak jak z Robertem. Bałem się, że to się może powtórzyć.  
Teraz  zrozumiała  przyczynę  jego  dziwnego  zachowania.  Od  czasu,  gdy  zaatakował 

Roberta, nie ufał samemu sobie.  

–  Och,  Adam,  jakie  to  niemądre  myśleć  w  ten  sposób  o  sobie.  Przecież  tym  razem  nic 

takiego nie mogłoby się stać – zaprzeczyła stanowczo.  

Rzucił jej szybkie spojrzenie, opuściwszy dłonie.  
– Ty nie wiesz, jak było z Robertem.  
–  Wiem,  ale  tym  razem  nic  takiego  nie  mogłoby  się  wydarzyć.  Wtedy  działałeś  pod 

wpływem  emocji,  nie  zdając  sobie  sprawy  z  tego,  co  robisz.  Teraz  było  inaczej,  bo  byłeś 
całkiem świadomy, że coś takiego może się wydarzyć. Myślałeś o tym i dlatego nie zrobiłbyś 
tego. Nigdy nie skrzywdziłbyś nikogo świadomie. Wiesz to równie dobrze jak ja.  

– Ale ja mogłem go zabić – rzekł z naciskiem.  
– Nie zrobiłeś tego jednak, więc po co się tym gryźć? Nie ma sensu wciąż tego roztrząsać, 

zapomnij o tym.  

– Niełatwo jest zapomnieć – odparł smutno i zapytał: – Jak długo o tym wiesz? 
– Jakiś czas.  
– Zresztą, co za różnica. Ale nie bałaś się mieszkać ze mną pod jednym dachem? 
– Oczywiście, że nie. Dlaczego miałabym się bać? Nie odpowiadał.  
– Czy ty naprawdę wierzysz w to, co powiedziałaś? – zapytał po chwili. – To znaczy, że 

coś takiego nie mogłoby się już wydarzyć? 

– Tak.  
– Skąd się o wszystkim dowiedziałaś? Robert ci powiedział? 
– Tak. Bardzo chciał mi o tym opowiedzieć. On też czuje się winny.  
Adam wyglądał na zaskoczonego.  
– Cóż, to on rozpoczął kłótnię – dodała. – Nie potrafi o tym zapomnieć.  
–  Dobrze,  że  ci  powiedział.  Ulżyło  mi,  gdy  o  tym  porozmawialiśmy.  Sam  nie 

odważyłbym się nigdy. Bałbym się, że odejdziesz...  

– Ale teraz i tak powiedziałeś, że chcesz, bym odeszła.  
– To ze względu na mamę. Tak samo było z Robertem.  
– Cóż, sądzę, że teraz nie chciałbyś, bym odeszła i zostawiła cię bez opieki. Zostanę więc 

do jej powrotu, a wtedy ona zadecyduje. Wczoraj nie dała mi szansy, bym mogła to wyjaśnić. 
Wierzę, że zmieni zdanie, gdy pozna prawdę.  

Spojrzał na nią z powątpiewaniem.  
– Mam nadzieję, że tak się stanie. Chciałbym, byś została z nami.  
Niespodziewanie dla niej samej, pochyliła się nad nim i pocałowała go w policzek. Objął 

ją, nie chcąc, by się odsunęła. Jej włosy opadły mu na twarz. Delikatnie odgarnął je dłonią.  

– Masz piękne włosy. Nigdy nie widziałem ich rozpuszczonych.  

background image

Żadne z nich nie usłyszało odgłosu otwieranych drzwi , frontowych ani kroków Roberta 

w holu. Kiedy odezwał się od drzwi, oboje drgnęli.  

Heather z wielką ulgą odebrała jego przybycie. Uradowana, poderwała się na równe nogi 

i ruszyła mu na spotkanie. On jednak stał bez ruchu w drzwiach, spoglądając to na nią, to na 
Adama. Wyraz jego twarzy zatrzymał ją w pół drogi.  

– Byłeś w klinice? – zapytała szybko. Skinął głową.  
– Twoja matka... Co z nią? 
– Wszystko w porządku – odparł powoli. – Mam od niej wiadomość dla ciebie. Dlatego 

tu jestem.  

Przez  chwilę  stali  w  milczeniu  naprzeciw  siebie.  Robert  nie  mógł  oderwać  od  niej 

wzroku, w którym dostrzegła rozdzierający jej serce smutek. Tęsknota odezwała się w niej z 
całą mocą... Odwróciła się.  

Robert dopiero teraz zdał sobie sprawę, że coś jest nie w porządku. Podszedł powoli do 

leżącego na sofie brata.  

– Co u licha ci się stało, mały? – zapytał, patrząc na jego nogę.  
Adam, blady, ociągał się z odpowiedzią. Heather przyszła mu z pomocą.  
– Pośliznął się i upadł. Chyba złamał nogę, w każdym razie lekarz powinien ją obejrzeć.  
– No, pewnie – zgodził się Robert. – Najlepiej od razu pojadę po niego.  
Wyszedł i po chwili usłyszeli dwukółkę na podjeździe. Heather spojrzała na zegar stojący 

na obramowaniu kominka i ze zdumieniem stwierdziła, że nie ma jeszcze dziesiątej. Cóż, dla 
niej był to najdłuższy wieczór w życiu. Poszła do kuchni przygotować coś ciepłego do picia.  

Po odjeździe lekarza Robert podążył za Heather do kuchni.  
– Kto by pomyślał, że jeszcze dziś tutaj wrócę. To był szok, gdy usłyszałem, że matka jest 

w klinice. Tym razem atak musiał być silniejszy. A teraz jeszcze ta noga Adama...  

– Co to za wiadomość, którą miałeś dla mnie? 
–  Ach,  prawda.  Matka  prosiła,  żebyś  zapomniała  o  tym,  co  powiedziała  wczoraj.  Czy 

wiesz, o co chodzi? Nie pozwalają jej dużo mówić.  

– Tak, wiem, co miała na myśli. To znaczy, że wszystko jej wyjaśniłeś. Jak to dobrze.  
Nie rozumiał.  
– Wyjaśniłem? Ale co? Mówiłem  ci  przecież, że zamieniłem  z nią zaledwie parę słów. 

Nie pozwolili mi zostać dłużej.  

– Ona wie, że byłeś tu wczoraj. Powiedziała ci o tym? 
– Dobry Boże, nie! Nic nie wiedziałem.  
– Czekała na ciebie całe popołudnie. Wróciłam późno i ona myślała, że byliśmy razem.  
– Do diabła! Co za idiota ze mnie, mogłem sobie wyobrazić, jak ona się poczuje, jeśli się 

tu nie pokażę.  

– Tak, była bardzo zdenerwowana, zbyt zdenerwowana, by wysłuchać moich wyjaśnień.  
– O, Boże! A więc to było przyczyną ataku.  
Odwrócił  się  i  zaczął  chodzić  w  tę  i  z  powrotem  po  kuchni.  Heather  oparła  się  o  stół, 

obserwując  go.  Widziała,  że  jest  szczerze  poruszony.  W  końcu  usiadł  w  jednym  z 
wiklinowych foteli i westchnął głęboko.  

background image

–  Nawet  gdybym  chciał  mocniej  to  zagmatwać,  nie  potrafiłbym  –  rzekł  posępnie.  – 

Osiągnąłem dokładnie to, czego chciałem uniknąć najbardziej.  

– Przypuszczam, że Adam mnie widział – dodał po chwili przerwy.  
– Tak. Chciał się do mnie przyłączyć na spacerze. Zawrócił, gdy zobaczył nas razem.  
– Jemu też musiało być przykro. Chociaż widzę, że teraz już wszystko między wami w 

porządku. Matka także  widać doszła do wniosku, iż nie ma za co  cię  winić, niezależnie od 
tego, co mówiła wczoraj. Leżąc tam, przemyślała sobie wszystko zapewne. Gdy wydobrzeje 
trochę, spróbuję się usprawiedliwić.  

Westchnął  ponownie.  Podniósł  się  z  fotela  i  popatrzył  na  Heather,  stojąc  po  drugiej 

stronie stołu.  

– Dlaczego ja wczoraj przyjechałem? Dlaczego w ogóle tu wróciłem?...  
To rozpaczliwe pytanie odbiło się echem w jej duszy. Dlaczego on wrócił, zadając jej tyle 

bólu... Odwróciła się.  

–  Cieszę  się,  że  przyjechałeś  –  próbowała  nadać  swojemu  głosowi  obojętny  ton.  –  Nie 

wiem, co byśmy bez ciebie zrobili...  

– Tak. Zawsze będę pamiętał wyraz twej twarzy, gdy wyszłaś mi na spotkanie. Nigdy nie 

zaznałem piękniejszego powitania. Szkoda tylko, że to z powodu Adama... Jest jeszcze jeden 
powód,  dla  którego  dobrze  się  stało,  że  przyjechałem  –  mówił  dalej,  gdy  Heather  nie 
odpowiadała. – Nareszcie wiem, na czym  stoję. Musiałbym  być niespełna rozumu, gdybym 
wciąż miał nadzieję. Cóż, ten dom przestał być moim domem, nie ma tu już dla mnie miejsca.  

–  Och,  Robert,  tak  mi  przykro,  że  wszystko  potoczyło  się  inaczej,  niż  chciałeś.  Ale 

powiedz sam, czy twoje marzenia nie były tylko nierealnymi marzeniami? 

– Nie, ja w nie wierzyłem. A jak sądzisz, dlaczego wciąż tu przyjeżdżałem? 
Westchnęła.  
– Twoja matka musi teraz wieść spokojny tryb życia. Nie wolno jej niepokoić.  
– Tak. Mimo wszystko pewne rzeczy zmieniły się na lepsze. Ona będzie tu szczęśliwa z 

tobą i Adamem. Sam Adam też się zmienił, nie oczekiwałem, że kiedyś zobaczę go takim, jak 
dziś wieczorem. Tego przecież chciałem... – Uśmiechnął się smutno. – No i jestem w punkcie 
wyjścia.  Wyglądasz  jak  wtedy,  gdy  spotkaliśmy  się  po  raz  pierwszy:  szlafrok,  kapcie, 
rozpuszczone włosy... Nigdy nie zapomnę tamtego wieczoru... i tego także.  

Patrzył  na  nią  z  taką  czułością,  że  łzy  napłynęły  jej  do  oczu.  Powstrzymała  je  jednak  i 

postarała się uśmiechnąć.  

– Wtedy byłeś głodny, pewnie i teraz jesteś. Przygotować ci coś do zjedzenia? 
Pokręcił głową.  
– Dzięki. Tym razem nie mam apetytu.  
Odwrócił się i wyszedł do holu. Gdy wrócił, miał na sobie płaszcz.  
– Nie zamierzasz chyba wracać dziś w nocy? – spytała zdziwiona.  
– Nie do Plymouth. Tak czy owak, zamierzałem zostać na noc we wsi, zanim matka nie 

poprosiła mnie, bym przyjechał tutaj. Zobaczę się z nią jeszcze jutro przed wyjazdem.  

– Ale jest już tak późno...  
–  Lepiej będzie, gdy odejdę. Wezmę dwukółkę i  zostawię ją u Mateusza, a on znajdzie 

background image

potem kogoś do jej odprowadzenia. Adamowi jakiś czas nie będzie potrzebna.  

– To znaczy, że już nie wrócisz?...  
– Nie. Dam wam znać przez Lucy, jak matka się czuje, a teraz, cóż...  
Znów spojrzał na nią w ten sam sposób. Poczuła, że nie uda jej się powstrzymać łez.  
– ... do zobaczenia, mała wróżko. Tak, do zobaczenia, bo będę czasem przyjeżdżał, żeby 

zobaczyć,  jak  się  miewacie.  Ale  między  nami  już  zawsze  wszystko  będzie  inaczej.  Mam 
nadzieję, że będziesz szczęśliwa. Życzę ci tego.  

Łzy popłynęły jej po policzkach. Chciała zarzucić mu ramiona na szyję i błagać, by nie 

odchodził. Otarł delikatnie jej łzy.  

– Nie płacz nade mną, moja wróżko. Nie na współczucie liczyłem, moja droga.  
Odszedł i prawie natychmiast usłyszała hałas odjeżdżającej dwukółki. Stała wpatrzona w 

drzwi, które zamknęły się za nim. Rozpacz wypełniała jej serce. Nie, nie może pozwolić mu 
odjechać.  Wybiegła  za  nim,  zanosząc  się  płaczem.  Nie  mogła  biec  szybko  po  żwirze, 
zatrzymała się więc bezradnie za rogiem i oparła o pień drzewiastego bzu. Pomyślała, że to 
szaleństwo zachowywać się w ten sposób. Z trudem uciszyła szloch. On odjechał. Nawet nie 
było już słychać dwukółki w alei, jedynie krzyk nocnego ptaka rozległ się w ciszy. Wydawał 
się drwić z jej samotności.  

Trzęsąc się z zimna, z wysiłkiem dotarła do drzwi i pogasiła lampy wewnątrz. Czuła się 

kompletnie wyczerpana.  Ostatnie dni  były jak długi  nocny koszmar,  aż dziw,  że nie straciła 
panowania nad sobą. Teraz tylko sen mógł dać jej ukojenie.  

Sen  jednak  nie  nadchodził.  Długo  przewracała  się  niespokojnie  w  łóżku,  nie  mogąc 

przestać myśleć o Robercie. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak głęboką darzy go miłością. 
Zaskoczona  była  intensywnością  swego  uczucia,  pragnienia  bycia  z  nim.  Teraz  zaczynała 
rozumieć,  co  popchnęło  matkę  do  małżeństwa  z  ojcem,  i  po  raz  pierwszy  bardziej  jej 
zazdrościła, niż współczuła. Ona zaznała szczęścia miłości i nigdy nie żałowała tego, mimo 
późniejszych doświadczeń.  

Wiedziała, że radość tych pierwszych,  letnich miesięcy przebywania tutaj  już nigdy nie 

wróci.  Nie  była  już  tą  samą  prostą  dziewczyną,  która  tu  przyjechała.  Cóż  z  tego,  że  pani 
Lawrence wyzdrowieje i wróci do domu? Cóż z tego, że Adam i jego matka będą po staremu 
mili i przyjacielscy? Cóż z tego, że Robert nie będzie już zakłócał ich spokoju? Cóż z tego, 
skoro wszystko tutaj będzie jej zawsze go przypominać. Nie zniosłaby spotkania z nim, gdyby 
przyjechał odwiedzić matkę. Tym razem nie zapanowałby już nad sobą.  

Ten  dom,  który  tak  kochała,  przestał  być  także  i  jej  domem.  Czuła,  że  nie  może  w  nim 

dłużej  zostać.  Gdy  przyjechała,  obawiała  się,  iż  Adam  może  ją  odrzucić.  Ale  to  Robert  nie 
chciał jej miłości.  

Postanowiła, że zostanie do powrotu pani Lawrence, potem oświadczy jej, że musi odejść.  

background image

14 

 
Następnego  ranka  Heather  spała  znacznie  dłużej  niż  zwykle.  Zbudził  ją  w  końcu 

zatroskany głos Lucy, pochylającej się nad nią.  

– Coś panience dolega? Mam zawołać doktora? Chwilę trwało, zanim zebrała myśli.  
–  Nie,  oczywiście,  że  nie.  Nic  mi  nie  jest,  byłam  tylko  bardzo  zmęczona  i  późno  się 

położyłam. Długo nie mogłam zasnąć.  

–  Nie  dziwota,  po  tym,  jak  panią  zabrali.  Mówiłam  panience  przed  odjazdem,  że  pani 

bardzo niespokojna. Gdybym wiedziała, że z nią tak źle, to bym została.  

– To znaczy, że już o wszystkim wiesz? 
– No, pewnie. Ambulansu trudno nie zauważyć. Potem dowiedzieliśmy się, że to o panią 

chodzi. Przestraszyłam się, żeby to nie było co poważnego. Pan Adam to pewno od zmysłów 

odchodzi.  

– Tak, jest bardzo przygnębiony, chociaż teraz już mniej, skoro wie, że z nią wszystko w 

porządku.  

– Był się z nią zobaczyć? 
– Nie, nie on. Robert tam był. Lucy była zaskoczona.  
– To pan Robert jest w domu? Nie wiedziałam.  
– Nie, już go nie ma, wyjechał wczoraj. Obiecał dać nam znać przez ciebie, jak się miewa 

pani Lawrence, bo Adam nie może do niej pojechać. Złamał nogę.  

Lucy zaparło dech z przerażenia. Siadła na brzegu łóżka. Tego już było za wiele dla niej.  
– Rzeczywiście,  w domu tak cicho...  ale myślałam, że to  może przez chorobę pani pan 

Adam  siedzi  u  siebie.  Wiedziałam,  że  nie  wychodził,  bo  jego  narzędzia  leżą  w  korytarzu. 
Wcale się nie dziwię, że panienka taka zmęczona. Niech zostanie dzisiaj w łóżku, sama sobie 
poradzę.  

Przez  moment  Heather  wahała  się,  skuszona  propozycją.  Była  już  jednak  całkiem 

rozbudzona, a poza tym wiedziała, że powinna zobaczyć, jak miewa się Adam. Zapewne nie 
spał już od jakiegoś czasu.  

–  To  nic  takiego,  naprawdę  –  nalegała  Lucy.  –  Panienka  taka  blada.  Nie  budziłabym, 

gdybym wiedziała, że panienka tylko zmęczona, a nie chora. Podam panu Adamowi śniadanie 
i wszystko, czego będzie potrzebował.  

Adam  był  zaskakująco  pogodny,  zważywszy,  iż  przecież  nie  mógł  odwiedzić  matki. 

Większą część dnia Heather spędziła w jego towarzystwie. Nie potrafiła otrząsnąć się z apatii, 
w której była pogrążona od rana; z wysiłkiem zmuszała się do okazywania dobrego humoru. 
Wieczór przyniósł jej ulgę. U siebie w pokoju nie musiała przed nikim udawać. Znów długo 
nie spała, nie mogąc przestać myśleć o Robercie.  

Z  domu  wychodziła  niewiele,  mimo  iż  Adam  doskonale  bez  niej  sobie  radził.  Nie 

narzekał  na  nogę,  długie  godziny  spędzał  nad  swoimi  książkami.  Przy  pomocy  lasek  był  w 
stanie chodzić po domu, a nawet, przy sprzyjającej pogodzie, wyjść do ogrodu.  

Lucy  regularnie  przywoziła  wiadomości  o  stanie  zdrowia  jego  matki.  Dalszych  ataków 

background image

nie  było,  rekonwalescencja  przebiegała  pomyślnie,  tak  że  pani  Lawrence  wróciła  do  domu 
szybciej, niż się tego spodziewali.  

Lekarz przywiózł ją osobiście któregoś popołudnia.  
– Ona wciąż potrzebuje spokoju, musi teraz dużo wypoczywać – mówił do Heather. – W 

klinice wciąż martwiła się sytuacją tutaj, więc zdecydowałem, że lepiej będzie, jeśli wróci do 
domu. Myślę, że tu chodziło o Adama, mimo iż zapewniałem, że nie ma powodu do obaw.  

Adam był rozradowany powrotem matki. Nie rozstawał się z nią ani na chwilę. Zabierał 

swe  książki  do  pokoju,  gdzie  wypoczywała  i  siadywał  w  pobliżu,  zadowolony,  że  ma  ją 
znowu przy sobie. Siadywali też razem na powietrzu – pogoda była już prawdziwie wiosenna 
i ogród rozjaśnił się żonkilami.  

Patrząc  na  nich,  Heather  przypominała  sobie  szczęśliwe  dni  lata.  Jej  smutek  pogłębiała 

świadomość, że tego lata jej już tu nie będzie...  

Pani  Lawrence  bez  trudu  dostrzegła  jej  przygnębienie.  Przy  pierwszej  nadarzającej  się 

okazji, gdy zostały same, poruszyła ten temat.  

– Adam świetnie wygląda, jest taki radosny i ożywiony, ale o tobie tego powiedzieć nie 

można. Ostatnie wydarzenia bardzo cię poruszyły, prawda? Jesteś bardzo przygnębiona, moja 
droga. Czy to zmęczenie, czy też jest jeszcze inny powód? 

Heather  postanowiła  jeszcze  nie  oznajmiać  swej  decyzji,  bo  uznała,  że  jest  na  to  za 

wcześnie.  Na  razie  chciała  oszczędzić  pani  Lawrence  kłopotu  z  szukaniem  kogoś  na  jej 
miejsce.  

– Tak, przypuszczam, że to zmęczenie. Bardzo martwiłam się o panią i o Adama.  
– Mam nadzieję, że wybaczyłaś mi te okropne rzeczy, które mówiłam. Bardzo zabolało 

mnie  to,  że  Robert  nie  przyszedł  się  ze  mną  zobaczyć.  Nie  bardzo  wiedziałam,  co  mówię. 

Poza tym, wtedy wydawało mi się, że nadzieje, jakie żywiłam co do ciebie i Adama, spełzły 

na  niczym.  Cóż,  po  prostu  wyciągnęłam  niewłaściwe  wnioski.  Chyba  mamy  sobie  wiele  do 

powiedzenia,  prawda?  Po  lunchu  będę  odpoczywać  w  salonie,  proszę,  przyjdź  i  posiedź  ze 
mną. Adam nie będzie nam przeszkadzał. W taką pogodę wyjdzie na pewno do ogrodu.  

Wkrótce po lunchu spotkały się w salonie. Pani Lawrence zaproponowała, by dziewczyna 

zajęła się jakąś robótką.  

– Dzięki temu nie będziesz się nudzić. Na pewno będę mówiła z przerwami. Szybko się 

męczę. Usiądź, proszę, tam, żebym cię dobrze widziała. Coś cię gryzie, moja droga, prawda? 
– zaczęła po chwili milczenia. – Cóż, wydaje mi się, iż wiem, o co ci chodzi, więc nie musisz 
już tego dłużej ukrywać.  

Heather odłożyła robótkę na kolana.  
–  Tak,  ma  pani  rację.  Jest  coś,  co  chciałam  pani  powiedzieć.  Zamierzałam  zrobić  to 

później,  ale  cóż,  skoro  już  pani  wie...  Myślę,  że  nie  będzie  trudno  znaleźć  kogoś  na  moje 
miejsce, bo obawiam się, że nie mogę tu dłużej zostać.  

–  Och,  nie,  moje  dziecko!  Nie  to  miałam  na  myśli!  Wcale  nie  będziesz  musiała  stąd 

odchodzić, wręcz przeciwnie, teraz ten dom będzie już naprawdę twoim domem. I wiedz, że 
bardzo jestem temu rada.  

– Nie, pani nie rozumie...  

background image

– Ależ oczywiście, że rozumiem. Czy myślisz, że nie zauważyłam, jak się mają sprawy 

między wami? Nie sądzisz chyba, że mam coś przeciwko temu, nic nie przyniesie mi więcej 
radości, jak małżeństwo Adama z tobą.  

Wyjść za Adama! Ten pomysł był tak niespodziewany, że dziewczyna dopiero po chwili 

była w stanie odpowiedzieć.  

– Ależ nigdy nawet nie pomyślałam o poślubieniu Adama! 
– Tak też myślałam i dlatego postanowiłam z tobą porozmawiać. Nie doceniasz się, moja 

droga, jesteś przecież dla niego doskonałą partią.  

– Ależ nie o to chodzi, ja... ja nie kocham Adama. Lubię go, to prawda, nawet bardzo, ale 

nic więcej.  

– To początek, z czasem go pokochasz. Być może zbyt wcześnie poruszyłam ten temat. 

Jesteście oboje bardzo młodzi, życie macie przed sobą, lecz obawiam się, że mnie pozostało 
już niewiele czasu. Być może, nie jesteście teraz * na to gotowi, ale cóż, oswajajcie się z tą 
myślą.  

Zdenerwowana  Heather  tak  gwałtownie  poderwała  się  z  krzesła,  że  robótka  upadła  na 

podłogę.  

– Myli się pani! Adam także mnie nie kocha i nie ma o czym więcej rozmawiać.  
Starsza pani poruszyła się niecierpliwie na sofie. Jej głos zabrzmiał ostro.  
– Usiądź, dziecko, i nie podniecaj się tak. Pamiętaj, że mnie nie wolno się denerwować.  
Dziewczyna usiadła, starając się uspokoić.  
– Przepraszam, w takim razie lepiej o tym więcej nie mówmy. Musi się pani pogodzić z 

myślą, że my nie możemy się pobrać. Dziwię się, że pani mogła kiedykolwiek myśleć, że to 
możliwe.  

–  Będziemy  o  tym  rozmawiać  –  pani  Lawrence  rzekła  stanowczo.  –  Postaram  się  nie 

denerwować,  a  i  ty,  moja  droga,  spróbuj  zapanować  nad  sobą.  Jest  tu  coś,  czego  nie 
rozumiem.  Jak  możesz  mówić,  że  Adam  cię  nie  kocha?  Moim  zdaniem,  okazał  to  w 

dostateczny sposób.  

– Tak, Adam kocha mnie, ale jak siostrę. Tak, jak i ja kocham go jak brata. Ale nic ponad 

to.  

–  A  więc  mylisz  się,  moja  droga.  Powiedziałam  ci  kiedyś,  że  Adam  nie  jest 

powierzchowny. Są mężczyźni, którzy całują, a już za moment tego nie pamiętają. Lecz jeśli 
Adam kogoś całuje lub pieści, oznaczać to może tylko jedno.  

– Zgadzam się, wiem, że on jest szczery, ale nie całował mnie ani nie pieścił...  
–  Czyżbyś  miała  aż  tak  krótką  pamięć?  Wypowiedziała  to  pytanie,  unosząc  brwi  ze 

zdziwienia.  

Heather  zaczerwieniła  się,  lecz  nie  potrafiła  przypomnieć  sobie  sytuacji,  którą  matka 

Adama mogłaby mieć na myśli.  

– Tej nocy, gdy Robert przyjechał do domu z kliniki, zastał cię w ramionach Adama...  
Nietrudno jej było przypomnieć sobie wydarzenia tamtego wieczora.  
– Tak, doskonale to pamiętam, ałe to nic nie znaczyło.  
– Cóż, Robert nie miał wątpliwości, co to znaczy...  

background image

– Mylił się. Nie mógł wiedzieć, co wydarzyło się przed jego przyjściem.  
– Mów dalej, proszę. Cóż takiego się wydarzyło? 
– Czy Adam opowiedział pani, w jaki sposób złamał nogę? 
– Nie. Oczywiście, nie chciał o tym rozmawiać, więc nie nalegałam.  
– Cóż, sądzę, że tak czy owak, powinna pani wiedzieć. Pomoże to  pani  zrozumieć, jak 

naprawdę jest z Adamem. Ale czy na pewno chce pani usłyszeć to teraz? 

– Tak, tak. Czuję się doskonale.  
Heather opowiedziała o dziwnym zachowaniu Adama tamtego dnia, o jego strachu przed 

samym sobą.  

– Dlatego Robert zastał nas w takiej sytuacji. To była naturalna reakcja po tak burzliwym 

dniu.  Poza  tym,  czy  gdyby  Adam  kochał  mnie,  chciałby  mojego  odejścia?  Na  pewno  nie, 
nawet gdyby chodziło o panią.  

W trakcie gdy Heather mówiła, pani Lawrence zamknęła oczy i odwróciła twarz. Leżała 

milcząca. Dziewczyna podeszła do niej.  

– Mam nadzieję, że nie poruszyło to pani zbytnio.  
– Znaczy, że Robert powiedział ci o naszej straszliwej kłótni... Boję się nawet pomyśleć, 

co jeszcze mógł ci powiedzieć – odparła, nie otwierając oczu ani nie odwracając głowy.  

– Opowiedział mi wiele – przytaknęła cicho. – Cieszę się z tego, bo w ten sposób dużo 

zrozumiałam. Dzięki temu lepiej rozumiem także Adama.  

– Tak, wygląda na to, że i on nie ma przed tobą tajemnic.  
Starsza  pani  powiedziała  to  cichym,  przygaszonym  głosem,  po  czym  zamilkła,  wciąż 

leżąc nieruchomo z odwróconą twarzą.  

– Lepiej będzie, jeśli zostawię panią samą. Potrzebuje pani odpoczynku – rzekła Heather 

po dłuższej chwili.  

– Nie, nie odchodź. Tylko przez moment chcę poleżeć w ciszy.  
Dziewczyna  podeszła  do  okna  i  oparta  o  parapet  wyjrzała  na  zewnątrz.  Robótka  leżała 

zapomniana na podłodze. Wzrok Heather padł na drzewiasty bez przytulony do rogu domu. 
Nie kwitł jeszcze, tak jak tego ranka, gdy po raz pierwszy go ujrzała, lecz dopiero co okrył się 
jasnozielonym płaszczem świeżych liści. Pamiętała, jak owego dnia zapach kwiatów kazał jej 
wychylić  się  z  okna  i  jak  wtedy  po  raz  pierwszy  zobaczyła  ogród  różany.  Pomyślała  o 
pierwszym  spotkaniu  z  Adamem  i  o  tym,  jak  innym  człowiekiem  był  teraz.  Potem  przyszło 

wspomnienie  nocy,  gdy  stała  oparta  o  pień  tego  bzu,  rozpaczliwie  tęskniąc  za  Robertem. 
Westchnęła. Czy dałaby się przekonać pani Lawrence, że rzeczywiście kocha Adama, gdyby 
nie poznała Roberta? Czy gdyby poprosił ją o rękę, to czy wyszłaby wtedy za niego i resztę 
życia  spędziłaby  tu,  w  domu,  który  tak  pokochała?  Nie  próbowała  odpowiadać  sobie  na  te 
pytania,  miłość  do  Roberta  sprawiała,  że  jej  sympatia  dla  Adama  stawała  się  czymś  mniej 

istotnym.  Nie  wierzyła  też,  by  Adam  kiedykolwiek  poprosił  ją  o  rękę.  Żal  jej  było  pani 

Lawrence, że tak wielkie wiązała z tym nadzieje...  

– Gdzie jesteś, Heather? Usiądź, proszę, tak bym mogła cię widzieć.  
Dziewczyna podeszła i usiadła w fotelu obok.  
– Pomimo tego,  co powiedziałaś, wciąż wierzę, że Adam  cię kocha, choć być może on 

background image

sam  nie  zdaje  sobie  z  tego  w  pełni  sprawy.  Wyjdź  za  niego,  Heather  i  uwolnij  mnie  od 
niepokoju o niego. Gdy mnie zabraknie, musi być przy nim ktoś, kto mnie zastąpi. Jesteście 

oboje  tacy  podobni  do  siebie,  doświadczeni  przez  życie,  zamknięci  w  sobie...  Możecie  być 
razem szczęśliwi, a i twoja sympatia dla niego z czasem przerodzi się w miłość. A poza tym 
zawsze kochałaś to miejsce.  

Błagalny wyraz jej oczu, w zwykle dumnej twarzy, napełnił Heather współczuciem.  
– Ależ to naprawdę nie ma sensu – powiedziała łagodnie.  
– Tak czy owak, nie wierzę, by Adam kiedykolwiek poprosił mnie o rękę.  
– Obiecaj mi więc, proszę, że jeśli to zrobi, nie odrzucisz go.  
– Nie mogę tego zrobić. Nie mogę wyjść za niego, jeśli go nie kocham.  
– Ciągle to gadanie o miłości – żachnęła się pani Lawrence.  
– Masz w głowie pełno tych romantycznych bzdur z książek, które czytujesz. Adam może 

i nie jest rycerzem z twoich marzeń, lecz miłość nie zawsze nadchodzi w błyszczącej zbroi.  

Ukryte znaczenie jej słów poruszyło Heather.  
– Och! Czy sądzi pani, że nie mogłabym być dumna i szczęśliwa, wychodząc za Adama, 

mimo jego fizycznych niedostatków? Nie w tym rzecz...  

Podniosła  się  z  fotela,  przeszła  kilka  kroków,  po  czym  zawróciła  i  stanęła  przy  sofie, 

patrząc na panią Lawrence.  

– Jest jeszcze coś, o czym pani nie powiedziałam. Nie mogłabym wyjść za Adama, nawet 

gdyby mnie o to poprosił, ponieważ ja kocham Roberta.  

Twarz starszej pani nabrała dziwnego wyrazu. Potrząsnęła głową, patrząc na dziewczynę 

z niedowierzaniem.  

–  Nie,  ty  nie  możesz  go  kochać.  Sam  Robert  to  powiedział,  a  i  ty  mówiłaś  mi,  że  to 

nieprawda.  

–  Tak,  ale  wtedy  nie  zdawałam  sobie  z  tego  sprawy.  Trudno  jej  było  mówić  o  tym. 

Usiadła na brzegu łóżka, skrywając twarz w dłoniach.  

– Teraz już pani wie, dlaczego chcę odejść – rzekła załamującym się głosem. – Nie mogę 

sobie zaufać i ryzykować następnego spotkania z nim.  

–  Więc  to  cię  tak  gnębiło  –  powoli  powiedziała  pani  Lawrence.  –  A  ja  myślałam,  że 

martwisz się tym, co zaszło między tobą a Adamem podczas mojej nieobecności...  

Zamilkła. Gdy Heather podniosła wzrok, dostrzegła na jej twarzy głęboki smutek.  
– Przykro mi, że sprawy nie potoczyły się po pani myśli. Zostanę do czasu, aż znajdzie 

pani kogoś na moje miejsce. Oczywiście, o ile pani sobie tego życzy. – Podniosła z podłogi 
swoją robótkę. – Pójdę już.  

– Nie, zostań. Jeszcze nie skończyłyśmy. Czy myślałaś o swojej przyszłości? 
– Niewiele.  
– Myślę, że powinnaś. Dokąd pójdziesz, jeżeli nas opuścisz? Co będziesz wtedy robiła? 
– Znajdę inną pracę.  
– Wrócisz do Londynu? 
– Mam nadzieję, iż nie będę do tego zmuszona. Być może uda mi się znaleźć dom taki, 

jak ten. Wiele się u pani nauczyłam.  

background image

–  To  nie  będzie  łatwe.  Możesz  wydawać  się  zbyt  młoda,  by  powierzyć  ci  tak 

odpowiedzialne  zadanie.  Nigdzie  nie  będzie  tak,  jak  tutaj.  Ja  przyjęłam  cię  w  dość 
specyficznych okolicznościach.  

– Doceniam to i wiem, że nigdzie nie będzie mi tak dobrze. Lecz nie mam wyboru.  
– Niezupełnie. Wciąż możesz wybrać. A może masz nadzieję poślubić Roberta? 
– Wie pani doskonale, że nie.  
– To znaczy, że nigdy nie wyjdziesz za mąż, a jeśli nawet, to za kogoś, kogo nie kochasz. 

Życie samotnej kobiety, do tego bez pieniędzy, nie należy do najłatwiejszych. Poddasz się w 
końcu  i  poślubisz  kogokolwiek.  Więc  dlaczego  nie  miałabyś  wyjść  teraz  za  Adama? 
Przyjaźnicie się przynajmniej, jesteście sobie bliscy. Radzę ci, przemyśl to sobie.  

– Już zdecydowałam i nie chcę więcej do tego wracać.  
–  Jesteś  uparta,  bardziej  niż  myślałam...  Dajmy  spokój  dziś  tej  rozmowie.  Czuję  się 

zmęczona. Poczekam do podwieczorku i pójdę do siebie. Ufam, że przyznasz mi rację,  gdy 
przemyślisz sobie wszystko w spokoju.  

Ułożyła się wygodniej i zamknęła oczy. Heather wyszła.  

background image

15 

 

Heather  dotychczas  nie  zdawała  sobie  sprawy  z  nadziei,  jakie  żywiła  matka  Adama. 

Rozmowa na ten temat bardzo ją poruszyła. Świadomość niemożności spełnienia oczekiwań 
utwierdziła ją w decyzji wyjazdu.  

Spodziewała się, że pani Lawrence wróci niebawem do przerwanej rozmowy. Tak też się 

stało.  Już  następnego  popołudnia,  kiedy  tylko  dziewczyna  weszła  do  salonu,  starsza  pani 
odezwała się: 

– Miałaś cały dzień na przemyślenie wszystkiego, co ci mówiłam. Co zdecydowałaś? 
– Wciąż zamierzam wyjechać. Przykro mi, ale to jedyne, co mogę zrobić.  
Heather  oczekiwała  gniewnej  reakcji,  lecz  ku  swemu  zdziwieniu  odniosła  wrażenie,  iż 

takiej właśnie odpowiedzi pani Lawrence się spodziewała.  

– Odeszłabyś więc, mając przed sobą wielce niepewną przyszłość... Cóż, musisz bardzo 

go kochać...  

Unikała badawczego wzroku matki Adama. Nie chciała rozmawiać na ten temat.  
– ... a on nigdy ci nie powiedział, że cię kocha. – To nie było pytanie. – Zrobiłby to już 

dawno temu, gdybym go nie powstrzymywała.  

Heather wydawała się nie słyszeć tych słów.  
–  Cóż,  moja  droga  –  w  głosie  pani  Lawrence  zabrzmiała  nuta  zniecierpliwienia.  –  Nie 

masz nic do powiedzenia? Czy ty w ogóle zrozumiałaś, co powiedziałam? 

– Nie, nie zrozumiałam – odparła, patrząc na nią. – Co pani powiedziała? 
– Powiedziałam, że Robert cię kocha. I to tak samo zawzięcie, jak ty jego. Musiałaś być 

ślepa, żeby tego nie zauważyć.  

– Ależ pani mówiła, że on kocha dziewczynę z Plymouth.  
–  Mówiłam  tylko,  że  interesował  się  dziewczyną  z  Plymouth.  Tak  rzeczywiście  było. 

Zawsze chciałam, by się z nią ożenił i ustatkował i tak zapewne by zrobił, gdyby nie spotkał 
ciebie. Miałam też nadzieję, że ty wyjdziesz za Adama i tak zapewne by się stało, gdybyś nie 
spotkała Roberta.  

Heather poczuła narastające szczęście, wypełniające ją niczym powietrze balon. Na razie 

jednak wciąż siedziała milcząc, wpatrzona w panią Lawrence. Znaczenie tego, co usłyszała, 
docierało do niej powoli. Wszystko, co Robert mówił i robił, nabierało teraz nowego wyrazu. 
Sposób,  w  jaki  wrócił,  ostatnie  spotkanie,  jego  smutek  i  to,  jak  patrzył  na  nią  przy 
pożegnaniu. I jego słowa: „nie na współczucie liczyłem”.  

Więc on pragnął jej miłości i przez cały czas miał na nią nadzieję, a ona tak desperacko 

ukrywała ją przed nim! 

Nagle  balon  eksplodował.  Wstała  wywracając  krzesło;  jej  oczy  jaśniały  szczęściem. 

Roześmiała  się,  nie  mogąc  powstrzymać  radości.  Nie  będąc  w  stanie  ustać  w  miejscu, 
chodziła w tę i z powrotem. Robert ją kocha! Kocha! Wszystko inne jest nieważne.  

Po chwili zatrzymała się raptownie.  
– Jak mogłam tego nie widzieć? Jak mogłam być taka ślepa? Pani Lawrence patrzyła na 

background image

nią dziwnym wzrokiem.  

–  Czekam  właśnie,  aż  zejdziesz  z  chmur.  Nie  zapomnij,  że  mało  brakowało,  a  nie 

dopuściłabym do waszego szczęścia.  

Uśmiech zniknął z twarzy dziewczyny.  
– Tak, pozwalała mi pani myśleć, że Robert kocha kogoś innego. Teraz usłyszałam, że to 

z  pani  powodu  on  nie  wyznał  mi  swej  miłości.  Dlaczego  tak  się  stało?  Dlaczego  dał  się 
powstrzymać? 

–  Powiedziałam  mu,  że  kochasz  Adama.  Na  początku  nie  uwierzył  mi,  chciał  zapytać 

ciebie. Wtedy powiedziałam, iż nie chcesz o tym rozmawiać, bo chociaż Adam, oczywiście, 
także cię kocha, to jeszcze nie wyznał ci tego. Przekonałam go, iż jego przyjazdy są dla ciebie 
kłopotliwe.  

– Jak pani mogła? Dlaczego? 
– Usiądź, moja droga. Możesz teraz być pewna swego szczęścia, więc, proszę, wysłuchaj, 

co jeszcze mam do powiedzenia. Nie chcę już nic więcej ukrywać.  

Heather usiadła, a pani Lawrence kontynuowała.  
–  Prawdę  mówiąc,  na  początku  jeszcze  wierzyłam,  że  nie  widząc  cię  przez  jakiś  czas 

Robert  zapomni  o  tobie.  Myliłam  się  jednak.  Nie  miałam  pojęcia,  jak  silnie  jest  już  z  tobą 
związany. Wierzyłam  także, iż pod jego nieobecność pokochasz Adama  i  pomału mówiłam 
sobie,  że  tak  się  rzeczywiście  stało.  Wciąż  miałam  wątpliwości,  lecz  pragnąc  szczęścia  dla 

Adama, zagłuszałam je. Wydawaliście mi się bardzo sobie bliscy przez te wszystkie tygodnie, 
gdy  Robert  nie  przyjeżdżał,  dlatego  jego  powrót  wyprowadził  mnie  z  równowagi.  Leżąc  w 
klinice,  po  raz  pierwszy  doszłam  do  wniosku,  że  on  cię  kocha.  Postanowiłam  więc  się 
przekonać, którego z nich ty darzysz uczuciem. I z tego między innymi powodu przysłałam 
go do domu tamtej nocy. Chciałam dać wam znowu szansę bycia razem, byście odkryli swoje 

uczucia.  Robertowi  nic  nie  mówiłam  o  właściwym  celu  jego  podróży.  Gdy  wrócił,  nie  miał 
żadnych wątpliwości co do tego, jak sprawy się mają między tobą a Adamem. Ja także byłam 
przekonana, że się kochacie.  

–  Ale  wczoraj,  gdy  już  pani  wiedziała,  że...  to  właśnie  Roberta  kocham...  wciąż 

namawiała mnie pani na małżeństwo z Adamem.  

–  Powiedzmy,  że  cię  sprawdzałam  lub  sprawdzałam  samą  siebie.  Gdybyś  zgodziła  się 

wyjść za Adama, mogłabym ci nic nie mówić o miłości Roberta, a on sam nigdy by ci tego 
nie wyznał...  Zdecydowałam się jednak powiedzieć ci. Westchnęła i  dodała pełnym  smutku 
głosem: 

– Jeden z nich musi być szczęśliwy. Teraz wiesz, że nie do mnie należy wybór.  
Heather podeszła i uklękła przy sofie.  
– Pani wciąż myśli, że Adam mnie kocha, czy tak? Ja jednak jestem pewna, że to nie jest 

prawdą.  

Kobieta uniosła dłoń i pogładziła Heather po włosach.  
– Nie będę już dłużej stała na drodze waszego szczęścia, życzę wam  go z całego serca. 

Czy  potrafisz  mi  uwierzyć?  –  Zamilkła  na  chwilę,  a  potem  dodała:  –  Jak  dużo  Robert 
powiedział ci o nas? 

background image

–  Myślę,  że  wszystko,  co  sam  wie.  –  Dziewczyna  podniosła  się  z  kolan  i  usiadła  na 

brzegu sofy.  

–  Nie  wiedziałam,  że  mój  mąż  przed  śmiercią  wszystko  wyjaśnił  Robertowi.  Wiele 

chciałam  przed  nim  ukryć,  przed  tobą  także.  Lecz  teraz  nie  żałuję,  że  znacie  prawdę. 
Przeciwnie,  to  wielka  ulga  –  odetchnęła  głęboko.  –  Opieka  nad  Adamem  stała  się  moją 
obsesją i stopniowo zrozumiałam, dlaczego. Jest bowiem coś, czego nie wiecie. Coś, do czego 
nikomu jeszcze się nie przyznałam i o czym Adam nigdy nie może się dowiedzieć. Robert, 
odkąd się urodził, stał się centrum mojego życia. Kochałam  go i  byłam z niego dumna...  Z 
Adama nigdy nie byłam dumna. Czasem zastanawiałam się nawet, czy go kocham... To było 
takie  okrutne,  walczyłam  z  tym  od  początku  i  zawsze  z  tego  powodu  wyróżniałam  Adama. 
Teraz nie ma już wątpliwości, że i jego kocham, choć staram się nie zadawać sobie pytania, 
którego  z  nich  bardziej.  To  odosobnienie,  w  którym  go  trzymałam...  Wierzyłam,  że  to  dla 

jego dobra. Dziś bliska jestem stwierdzenia, iż kierowała mną wyłącznie duma; duma, która 
nie pozwalała mi przyznać się przed światem, że mój  drugi  syn jest upośledzony, jak sobie 
wmówiłam.  Jaką  przyszłość  mu  stworzyłam?  Gdybyś  go  kochała,  z  radością  widziałabym 
was razem, nawet wiedząc, iż Robert będzie przez to nieszczęśliwy. Lecz ty go nie kochasz... 
Cóż, skazany jest więc na samotność.  

– Ależ nie! Dlaczego nie zgodzi się pani teraz, by Robert założył tu farmę? Adam byłby 

szczęśliwy, mając go przy sobie. Nigdy nie chciał jego odejścia, robił to tylko ze względu na 
panią. Wiem to od niego.  

–  Przez  lata  nie  pozwalałam  na  to  ich  ojcu,  potem  walczyłam  z  Robertem...  Teraz 

zaczynacie od nowa. Uważasz, że nie miałam racji, prawda? 

– Tak. I pewna jestem, że pani także musiała mieć wątpliwości. Sądzę, że Adam czuł się 

samotny i  dlatego tak zaprzyjaźnił się ze mną. On musi mieć możliwość spotykania innych 
ludzi i nie ma żadnego powodu, by go przed tym powstrzymywać.  

–  Jakbym  słyszała  Roberta...  Gdy  już  przestał  przekonywać  mnie,  znalazł  wdzięcznego 

słuchacza w tobie.  

– Nie, nie on mnie przekonał. Prawdę mówiąc, zawsze uważał, że jestem całkowicie pod 

pani  wpływem.  Twierdziłam  bowiem,  iż  powinien  dać  za  wygraną,  że  nie  powinien  więcej 
próbować wpływać na zmianę trybu życia pani i Adama, skoro świadomie go pani wybrała. Z 
czasem  doszłam  jednak  do  przekonania,  że  wybrała  pani  samotność  tylko  ze  względu  na 
Adama. Poznałam go dobrze i myślę, iż był to wybór niesłuszny.  

Pani Lawrence westchnęła głęboko.  
–  Niech  tym  razem  Adam  zadecyduje.  Będzie  tak,  jak  on  zechce,  tyle  mogę  obiecać. 

Jeszcze dziś z nim porozmawiam.  

Gdy  tego  wieczoru  Adam  zszedł  na  dół,  nietrudno  było  dostrzec  zmianę  w  jego 

zachowaniu. Choć nigdy dotychczas tego nie robił, teraz zabrał się do wycierania naczyń. Nie 
miał wprawy i o mały włos nie upuścił filiżanki. Heather uśmiechnęła się do niego.  

–  Muszę  poćwiczyć  –  stwierdził,  także  się  uśmiechając.  –  i  Pamiętasz,  jak  tamtego 

wieczora wycieraliśmy je razem z ! Robertem? 

Teraz trzymał jeden z talerzy, polerując go zawzięcie, mimo iż dawno był już suchy. Z 

background image

całej jego sylwetki promieniowała energia i zapał, z oczu bił mu osobliwy blask. Zauważył, 
że dziewczyna przygląda mu się.  

– Cieszę się, że Robert wraca, by zamieszkać z nami – rzekł z niezwykłym ożywieniem. – 

Ma zamiar założyć farmę i chce, bym ja mu w tym pomógł.  

– I co ty na to? 
– Nie mogę się doczekać. Kiedyś rozmawialiśmy o tym, ale wtedy było inaczej. Ciekawe, 

jak dużo czasu nam to zajmie...  

– Już jutro będziecie mogli wszystko omówić, Robert przyjeżdża zobaczyć się z matką.  
Pomogła mu dokończyć wycieranie.  
–  Wychodząc  za  Roberta,  już  zawsze  będziesz  z  nami...  –  powiedział,  posyłając  jej 

nieśmiałe spojrzenie.  

– Tak. Będę twoją siostrą. Cieszysz się? 
– Bardzo. Mama też.  
– Och, Adamie! – ucałowała go radośnie. – Jak wspaniale, że wszyscy będziemy razem. 

Zobaczysz, będziemy szczęśliwi we czwórkę.  

Tak  jak  Heather  przewidziała,  nazajutrz  przyjechał  Robert.  Zjawił  się  po  południu,  gdy 

nie było jej w domu. Celowo wyszła, dając pani Lawrence okazję do rozmowy z synem. Poza 
tym, pragnęła być z nim sam na sam, gdy się spotkają.  

Wybrała ich ulubioną trasę, wzdłuż rzeki. Usiadła tam gdzie zawsze, zwrócona w stronę, 

z której miał nadejść Robert.  

Z daleka dostrzegła jego postać. Ze łzami szczęścia w oczach pobiegła mu na spotkanie.