background image

MARGARET STARKS

WSZYSTKO DLA NIEGO

(Better for Adam)

Przełożył Paweł Dobrowolski

background image

1

Dzień był gorący. Upał, szczególnie dotkliwy w podróży, ustępował 

teraz   wraz   ze   zbliżającym   się   wieczorem.   Lekki   wietrzyk   owiewał 

delikatnie twarz dziewczyny wciśniętej w miękkie oparcie dorożki. Czując 

chłód   powiewu,   wyprostowała   się   i   rozejrzała   dookoła.   Zieleń   okolicy 

koiła zmęczone oczy. Stary woźnica oderwał na moment wzrok od alei, 

którą jechali. Uśmiechnął się, odwracając głowę. 

– Już niedaleko, panienko. Prawie dojechalim. Dziękowała Bogu, że ta 

długa   podróż  jednak  dobiegała   końca,  chociaż   zdenerwowanie  wróciło, 

chwilowo uśpione zmęczeniem. Wyprostowała przekrzywiony kapelusz i 

zaczęła nakładać bawełniane rękawiczki na rozgrzane dłonie. 

Kiedy   dorożka   skręciła   w   podjazd,   dziewczyna   ujrzała   cel   swojej 

podróży.   Była   zbyt   zmęczona,   by   dokładnie   przyjrzeć   się   otoczeniu,   a 

jednak na widok domu spowitego w kwitnące pnącza jej twarz rozjaśniła 

się   uśmiechem.   Budynek   był   piękny.   Dużo   piękniejszy,   niż   go   sobie 

wyobrażała. 

Woźnica zwolnił i zatrzymał dorożkę przed werandą. Ciężko zsiadł z 

siedzenia   i   obszedł   pojazd,   chcąc   pomóc   dziewczynie   wysiąść   i 

wypakować walizkę. 

–   No   i   dojechalim,   panienko.   Dobrze   jej   tu   będzie,   zobaczy...   Pani 

Lawrence oczekuje jej, niech tylko zadzwoni. 

Dziewczyna skinęła głową i podeszła do drzwi. Kiedy pociągnęła za 

mosiężną rączkę, odezwał się dzwonek. 

Kapryfolium   obrastające   werandę   wypełniało   powietrze   duszącym 

zapachem. Zamknięte były jedynie szklane drzwi wewnętrzne, jednak one 

background image

również po chwili otworzyły się i stanęła w nich pełna godności kobieta w 

średnim wieku. Wyciągając z uśmiechem rękę na powitanie, rzekła:

– O, Heather.  Przyjechałaś nareszcie.  Musisz  być bardzo zmęczona. 

Mateuszu, wnieś do holu walizkę panny Blakeney. 

Dziewczyna weszła do środka; ogarnął ją miły chłód. Zaczęła grzebać 

w torebce w poszukiwaniu portmonetki. Obawa o to, ile będzie kosztować 

dorożka, nie dawała jej spokoju przez całą drogę od stacji. Niestety, był to 

jedyny sposób na dostanie się tutaj ze wsi, chyba że ktoś się decydował na 

trzy milowy marsz. 

Pani Lawrence gestem nakazała jej schować pieniądze. 

–   Och,   nie,   moja   droga.   To   my   powinniśmy   byli   wysłać   po   ciebie 

dwukółkę.   Niestety,   ja   nie   powożę,   a   Adama   nie   mogłam   prosić...   W 

każdym razie, łatwiej było wziąć Mateusza. 

– Chodźmy – rzekła po chwili, odprawiwszy woźnicę. – Pewnie padasz 

z nóg. 

Ruszyły przez szeroki hol. Dziewczyna podziwiała kosztowne dywany 

na błyszczącej podłodze, solidne meble i ładne kręcone schody. 

– Tak, jestem zmęczona – przyznała. 

Nigdy wcześniej nie poróżowała, nigdy nie była z dala od domu. Tak 

naprawdę, to poza przedmieściem, na którym mieszkała, Londyn też znała 

słabo. Nic dziwnego więc, że samotna podróż do Devon przerażała ją. 

Teraz,   oszołomiona   wrażeniami   dnia,   była   jeszcze   dodatkowo 

onieśmielona   świadomością   swojego   wyglądu.   Własnoręcznie   uszyta 

sukienka, wygnieciona podczas podróży, kontrastowała z niewymuszoną 

elegancją starszej pani i wytwornym wnętrzem pokoju, do którego weszła. 

Heather   przycupnęła   na   samym   brzeżku   krzesła.   Domyśliła   się,   że 

background image

siedzą w salonie – wskazywało na to umeblowanie. Pokój był długi, z 

kilkoma   oknami   i   kominkiem   w   ścianie   wewnętrznej.   Promienie 

wieczorowego słońca, wpadające przez okno, podkreślały subtelność barw 

dywanu, obić sofy i foteli. 

Pani Lawrence badawczo przyglądała się dziewczynie. 

– Wyglądasz bardzo młodo, moja droga. Sądziłam, że jesteś starsza. 

– Tak, wiem. Niestety, zawsze odejmowano mi latAle teraz mam już 

prawie dziewiętnaście. 

Kobieta patrzyła na nią z lekko niezadowoloną miną. 

– Mam nadzieję, że to nie był zły pomysł, by cię tu sprowadzić... 

Heather spłoszyła się i zapytała szybko:

– To znaczy... że nie odpowiadam pani?

– Nie, nie to miałam na myśli. Żyjemy tu na odludziu, zupełnie odcięci 

od świata. Obawiam się, że mogłabyś się tu czuć odrobinę samotna. 

– Och, nie. Na pewno nie. Zawsze marzyłam o życiu na wsi, a tu jest 

tak pięknie... Aż boję się pomyśleć o powrocie do Londynu. 

Starsza pani spojrzała z sympatią na Heather, która nerwowo splotła 

palce na kolanach. 

– Doceniam to. Tak mi przykro z powodu śmierci twojej matki. Ciotka 

Ewelina   pisała   mi,   jak   nieszczęśliwa   jesteś   od   tego   czasu.   I   choć 

zostaniesz tu tylko na próbę, to boję się, by życie w tej samotni jeszcze 

bardziej cię nie przygnębiło. 

– To bardzo miło z pani strony, że martwi się pani o to, lecz chyba 

niepotrzebnie. Jeśli tylko rzeczywiście będę w stanie pomóc... bo widzi 

pani... nigdy jeszcze nie robiłam niczego takiego. 

– Tak, wiem, ale to chyba nawet lepiej. Starsza osoba mogłaby mieć 

background image

swoje nawyki, a ja chcę, by dom był prowadzony na mój sposób. Niestety, 

zdrowie mi już nie dopisuje i jeśli się tym zajmiesz, będzie to doprawdy 

wielka pomoc Uśmiechnęła się, widząc wyraz twarzy Heather. 

– Nie przejmuj się, moje dziecko. Wcale nie oczekuję, że jednego dnia 

nauczysz się wszystkiego. Poza tym, Lucy będzie ci pomagać. Codziennie 

przyjeżdża   ze   wsi   i   wykonuje   wszystkie   ciężkie   prace.   To   dobra 

dziewczyna i chociaż nie bardzo ma czas na coś więcej niż sprzątanie, nie 

wiem, co bym bez niej zrobiła. Ostatnio i tak pracuje za dużo i dlatego 

dobrze, że przyjechałaś. Nie będzie ci ciężko i będziesz miała dużo czasu 

dla siebie. To mogę ci obiecać. Obyś się tylko nie nudziła. Choć Ewelina 

zapewnia, iż jesteś bardzo samodzielna, a spokój ci nie przeszkadza. 

– Tak, ciocia miała rację. Tego pragnę: spokoju i ciszy. Pani Lawrence 

spojrzała przenikliwie na dziewczynę. 

– Sądzę, że je tu znajdziesz. Oby próba okazała się pomyślna i obyśmy 

obie były zadowolone. Na pewno minie trochę czasu, zanim się do siebie 

dostosujemy, ale bardzo potrzebuję teraz kogoś na stałe. Mam nadzieję, że 

i Adam z czasem to zrozumie. Widzę, że zależy ci na pozostaniu tutaj. 

Musisz być więc cierpliwa i nie zniechęcaj się, jeśli początki będą trudne. 

– Zamilkła na moment, po czym mówiła dalej, łagodniejszym już tonem: – 

Przy okazji, w domu mamy mnóstwo rozmaitych książek, większość w 

bibliotece. Korzystaj z nich swobodnie. Gdzieś na górze jest też maszyna 

do szycia, także do twojej dyspozycji. Jak widzisz, twoja ciotka wiele mi o 

tobie pisała i przekonała mnie, że będziesz idealną dla mnie osobą. Tak 

dawno   się   nie   widziałyśmy...   ale   ciągle   piszemy   do   siebie.   To   jedyne 

ogniwo   łączące   mnie   ze   światem,   który   porzuciłam,   opuszczając 

Londyn..   ,   –   Ponownie   przerwała   zamyślając   się.   Mimo   to,   nadal 

background image

obserwowała dziewczynę. – Jakie to dziwne – rzekła po chwili – że to ty 

jesteś tutaj. Tyle wspomnień budzi się we mnie... Ewelina i ja byłyśmy 

bliskimi   przyjaciółkami   przed   laty.   Znałam   także   twoją   matkę   jako 

dziewczynę. Wiedziałaś o tym? Była trochę młodsza ode mnie... i bardzo 

młoda, gdy wyszła za mąż. Nie widziałam się z nią od tamtego czasu. 

– Nikt się z nią nie widział oprócz cioci Eweliny. Ona jedna była z 

mamą w kontakcie. 

– Taak... To robota twojego dziadka. Choć trzeba przy» znać, że nie 

jego   jednego   zaszokowało   małżeństwo   twojej   matki.   Nigdy   jej   nie 

wybaczył, że wyszła za mąż bez jego wiedzy i błogosławieństwa. Wybacz 

mi, moja droga, jeśli niezbyt mile wspominam twego ojca. Twoja matka 

musiała   go   bardzo   kochać...   Jesteś   do   niej   podobna.   Chociaż 

prawdopodobnie nie masz tej zapalczywej natury... i życie masz inne niż 

ona w czasach naszej znajomości. 

W tym momencie gdzieś z tyłu domu dał się słyszeć odgłos dzwonka i 

tak   jak   gdyby   to   był   jakiś   sygnał,   pani   Lawrence   poderwała   się 

gwałtownie. 

–   Chodź,   moja   droga.   Za   długo   zatrzymuję   cię   swoim   gadaniem. 

Pokażę ci twój pokój. 

W   holu   spostrzegła   wciąż   tam   stojącą   walizkę   panny   Blakeney. 

Zatrzymała się, marszcząc brwi. 

– To przeoczenie z mojej strony. Powinnam była kazać Lucy zanieść ją 

na górę, zanim Adam przyszedł. Dziś wolałabym mu nie przypominać... 

powiem mu jutro... 

– Poradzę sobie sama – zapewniła Heather, podnosząc walizkę. – Nie 

jest taka ciężka. 

background image

–   Jeżeli   tak,   to   zabierz   ją   już   teraz   –   powiedziała   pani   Lawrence   i 

wchodząc na schody, stwierdziła: – Jesteś silniejsza, niż można by sądzić. 

Większość pokoi jest na dwóch pierwszych piętrach – dodała, gdy weszły 

w korytarz prowadzący z głównej części domu. – Poza tym, jest jeszcze 

jeden   lub   dwa   na   strychu.   To   duży,   rodzinny   dom,   chociaż   ledwie   w 

połowie wykorzystany. 

Otworzyła drzwi na końcu korytarza. 

– To ten pokój Lucy przygotowała dla ciebie. Mam nadzieję, że ci się 

spodoba. 

Heather   weszła   do   środka   i   pozostawiła   walizkę   na   podłodze.   Z 

przyjemnością   rozejrzała   się   dookoła.   Pokój   był   jasny,   przestronny   i 

wygodnie   umeblowany   –   w   połowie   jako   sypialnia,   a   w   połowie   jako 

salon. 

Pani Lawrence uśmiechnęła się do niej. 

– Widzę, że podoba ci się. Przyjemny, prawda? Pozostałe też są ładne. 

Będziesz miała stąd wspaniały widok na wrzosowiska. 

Dziewczyna wyjrzała przez okno na skąpaną w słońcu okolicę. 

– Ten pokój jest piękny! – Odwróciła się gwałtownie. – Och, tak bym 

chciała tu zostać... To znaczy, mam nadzieję, że sobie poradzę. 

– Na pewno – odparła pani Lawrence, wciąż ją obserwując. – Och, 

gdyby tylko o to chodziło... – westchnęła. – No, ale cóż, jutro będziemy 

się martwić. 

Wyglądała na niespokojną. 

– Proponuję, abyś już została tego wieczora w pokoju. Jesteś bardzo 

zmęczona. Na kolację też nie musisz schodzić. Lucy przyniesie ci ją tutaj. 

Masz teraz czas, by spokojnie się ulokować i rozpakować rzeczy. Śpij 

background image

dobrze, moja droga. Zobaczymy się rano. 

Heather   była   wdzięczna   za   propozycję   pozostania   w   pokoju,   bo 

miniony dzień, tak wyczerpujący, wydawał się już nie mieć końca. Gdy 

tylko   została   sama,   rzuciła   kapelusz   na   łóżko   i   usiadła   w   dużym, 

wygodnym fotelu pod oknem. Wyprostowała nogi i opuściła swobodnie 

ramiona.   Lekki   powiew   z   okna   miło   chłodził   jej  twarz.   Przed   oczyma 

wyobraźni przesuwały jej się obrazy minionego dnia. Klekocący tramwaj 

do   centrum   Londynu,   poszukiwanie   autobusu   do   dworca   Paddington, 

zamieszanie   na   wielkiej   stacji   i   niepokój   o   odnalezienie   właściwego 

pociągu. Dalej nie kończąca się podróż do Plymouth, później przesiadka i 

następny pociąg. Jednym słowem – dzień pełen napięcia, ale teraz czuła 

już tylko ulgę i zadowolenie ze szczęśliwego zakończenia podróży. 

Otworzywszy   oczy,  rozejrzała   się   uważniej:   szafa,   komoda,   łóżko   z 

gustowną narzutą, stół, krzesła, półki z kilkoma książkami, ładne zasłony 

w   oknach.   Powoli   przenosiła   spój:   rżenie   z   przedmiotu   na   przedmiot, 

uśmiechając się lekko. To wszystko dla niej, tylko dla niej. Zapominając o 

zmęczeniu, wstała z fotela i wziąwszy kapelusz z łóżka, umieściła go na 

półce w szafie. Rozpakowała walizkę i rozmieściła swoje rzeczy, starając 

się wykorzystać wszystkie półki i szuflady. Parę osobistych drobiazgów, 

pozostawionych  na  wierzchu,   zmieniło  pokój  tak,  że  poczuła   się  jak  u 

siebie. 

Zachwyciło ją duże lustro na drzwiach szafy, o niebo lepsze od tego 

domowego, wypaczonego i zniszczonego. Byli zbyt biedni, by wydawać 

pieniądze   na   cokolwiek   innego   poza   zaspokajaniem   podstawowych 

potrzeb. Heather dobrze pamiętała dzień, w którym opuściła szkołę po to, 

aby nauczyć się krawiectwa i móc zarabiać na utrzymanie rodziny. 

background image

Odsunęła   się   dalej,   by   obejrzeć   się   w   sukni   specjalnie   uszytej   na 

podróż: sama prostota i młodość. Była smukła i filigranowa jak dziecko, 

miała   małe   piersi,   a   wiotka   talia   uwydatniała   łagodny   łuk   bioder.   Jej 

drobna,   owalna   twarz   była   teraz   blada   ze   zmęczenia,   a   pod   oczyma 

pojawiły   się  głębokie  cienie.   Po  takich   przeżyciach  jak  dziś  wyglądała 

bardzo   delikatnie,   co   pani   Lawrence   natychmiast   zauważyła.   Głęboki 

błękit oczu obramowanych czarnymi rzęsami harmonizował z ciemnymi 

włosami. Zebrane ku górze i spięte wysoko z tyłu głowy przechodziły w 

grube,   swobodnie   opadające   loki,   które   wydawały   się   zbyt   ciężkie   dla 

wysmukłej szyi. 

Usłyszała pukanie do drzwi, ale nim zdążyła podejść, do pokoju weszła 

parę   lat  od  niej   starsza   dziewczyna  z  tacą.   Domyśliła   się,   że   to   Lucy. 

Dziewczyna postawiła tacę na stole i zaczęła rozstawiać naczynia. Cały 

czas   szybko   mówiła   i   Heather   z   przyjemnością   słuchała   jej   paplaniny. 

Gwara, którą mówili Lucy i Mateusz, podkreślała nowość otoczenia. 

– Proszę bardzo. Panienka musi co głodna jak wilk. 

Lucy cofnęła się, chcąc przypatrzeć się nowo przybyłej. 

– Trzeba będzie podkarmić. Panienka to całkiem jak pani. Nie to, co 

ja... ha, ha. 

Obróciła się, by „panienka” mogła ją obejrzeć. Patrząc na jej różową, 

uśmiechniętą   twarz,   Heather   także   się   uśmiechnęła,   a   skrępowanie 

wywołane tym, że Lucy ją obsługuje, minęło. 

– Już jestem wolna – oznajmiła Lucy. – Jak panienka skończy, to niech 

zostawi wszystko na tacy. Może poczekać do rana. Jak panience będzie 

przeszkadzać, to niech czymś przykryje. 

Stanęła w drzwiach, nie otwierając ich jednak. 

background image

– Dobrze, że panienka przyjechała, bo z panią to marnie ostatnio. Aż 

żal patrząc. Co mogę, to robię, ale, ech... – westchnęła. – Tera latem to pół 

biedy, ale zimą... szkoda gadać. 

– Jesteś tu codziennie? – zapytała Heather, pamiętając, jak daleko jest 

do wsi. 

–   Tak,   panienko.   Przyjeżdżam  rowerem,   jak   pogoda   dobra.   Czasem 

piechotą, to wtedy pan Adam odwozi mnie dwukółką. Pani chce, żeby ja 

została na noc, ale ja nie zostałabym tu za nic. Choćby nie wiem co... 

Heather zaskoczyła nutka emocji w jej głosie. 

– A dlaczego nie?

– No, bo wolę spać u siebie. A tu? Ciarki mnie przechodzą na myśl o 

spaniu w tym domu. 

– Przecież tu jest tak pięknie. 

–   Może   i   tak,   ale   w   słońcu.   Niech   panienka   poczeka   do   zimy:   na 

dworzu ciemno jak w grobie, a w środku nie lepiej, choć lampy zapalone. 

Wkoło nikogo, najbliższy dom dopiero we wsi. No i te wrzosowiska, tam 

wiatry tak wieją, że... A Princetown też niedaleko... 

– Princetown?

– To panienka nie wie? To więzienie. Tam siedzą sami mordercy. 

– No cóż, pewnie są dobrze zamknięci. 

– Taa... akurat. Raz jeden uciekł. I kto wie, kiedy będzie następny. Nie, 

to   nie   dla   mnie.   Ja   lubię   towarzystwo.   A   panienka?   Nie   będzie   jej   tu 

smutno? Przecież przyjechała z Londynu. 

– Na pewno nie. Ja lubię ciszę. 

– No, to panienka będzie zadowolona – stwierdziła Lucy z uśmiechem. 

– Tego to tu pod dostatkiem. Tylko pani i pan Adam tu mieszkają. Było 

background image

trochę więcej ruchu, jak przyjeżdżał pan Robert, ale dawno go nie było i 

na to wygląda, że i długo nie będzie. Pani tego nie mówi, ale ja swoje 

wiem. Tera tu okropnie cicho. Jak dla mnie, to i za cicho. Nie ma co, 

cieszę   się,   że   panienka   przyjechała.   Miło   będzie   mieć   do   kogo   gębę 

otworzyć.   A  pani  to   jest   w   porządku   –   ciągnęła   po   chwili   przerwy.  – 

Trudno o lepszą. A pan Adam... hm, jeszcze go panienka nie widziała. Z 

nim jest trochę gorzej... ale niech się panienka nie martwi. Z nim też się 

jakoś ułoży. 

Otworzyła drzwi. 

– Na pewno będzie spała jak zabita. Nie dziwota, po takiej podróży. 

Dobranoc panience. 

Po jej wyjściu Heather usiadła do stołu. Niewiele dziś jadła, ale nawet 

teraz, mając pusty żołądek, nie czuła głodu. Nie chciała jednak, by Lucy 

było przykro, że nawet nie skosztowała przygotowanego przez nią posiłku. 

Już po kilku kęsach wrócił jej apetyt. Gdy skończyła, złożyła naczynia na 

tacy   i   przykryła   je   ścierką.   Podeszła   do   okna   i  wyjrzała,   opierając   się 

wygodnie o parapet. 

Dom zbudowany został bez jednolitego  planu. Teren, na którym się 

znajdował,   ograniczony   był   parkanem,   a   za   nim,   aż   po   wrzosowiska, 

ciągnęły się pola. Nie dostrzegła żadnych zabudowań poza położonymi na 

lewo od domu kilkoma budynkami gospodarczymi, choć i one wyglądały 

na   opuszczone.   W   oddali   widniało   wzgórze,   po   stronie   zacienionej 

niemalże czarne, a po drugiej w kolorze zachodzącego słońca – tak jak i 

całe   wrzosowiska.   Heather   była   dziwnie   poruszona   –   to   ten   rozległy 

obszar dzikiej, bezludnej przestrzeni tak na nią działał. Był jak obraz, na 

który będzie mogła patrzeć, ilekroć tylko zapragnie, obraz zmieniający się, 

background image

tak   jak   w   tej   chwili,   o   zachodzie   słońca,   z   minuty   na   minutę   inny. 

Przypomniała sobie uwagę Lucy o tutejszej zimie. Nie, dla niej będzie tu 

pięknie   o   każdej   porze   roku.   Urzekła   ją   dzikość   tego   miejsca,   nie 

skażonego działaniem człowieka. 

Jakże odmienne było to wszystko, z czym zetknęła się do tej pory w 

Londynie:   brudne,   hałaśliwe   ulice,   odrapane,   ciągnące   się   w 

nieskończoność domy, pospolitość i ordynarność wszystkiego wokół. Tu 

zastała piękno i spokój – to, za czym tęskniła. 

Dom   był   kompletnie   odizolowany,   jak   powiedziała   pani   Lawrence, 

nawet od wioski, która i tak różniła się od świata, do którego przywykła 

Heather. Życie biegło tu spokojnym rytmem. W drodze ze stacji kolejowej 

widziała jedynie pojazdy konne, a przecież w Londynie nie było ich od lat, 

od czasu nastania ery automobilizmu. 

Wiatr przynosił do pokoju woń kwiatów. 

Dziewczyna   wychyliła   się   przez   okno   i   ujrzała   różowy   ogród.   Z 

rozkoszą wdychała zapach róż. W domu nie mieli ogrodu. Drzwi frontowe 

wychodziły na ulicę, tylne – na zaśmiecone podwórko. Odwróciła się z 

powrotem  do  pokoju.  Przeglądała   chwilę   książki  na   półkach   i  wybrała 

jedną z nich do czytania przed snem. Przy łóżku stał mały  stoliczek  z 

lampą.   Och,   jakie   przemyślane   było   umeblowanie   tego   pokoju.   Tu 

mogłaby być dużo szczęśliwsza niż kiedykolwiek w Londynie. 

Pani   Lawrence   budziła   w   niej   lęk   –   taka   zrównoważona   i   pełna 

rezerwy, wyniosła, prawie pyszna. Chociaż wydawała się być życzliwa 

Heather. Lucy była jej przeciwieństwem:

pogodna i przyjazna trzpiotka. Adama jeszcze nie zdążyła poznać. 

Myśląc o nim, usiadła na łóżku z zamkniętą książką na kolanach. Jak to 

background image

Lucy powiedziała? „Z panem Adamem jest trochę gorzej... „ i jeszcze coś 

o   tym,   żeby   się   nim   nie   przejmowała.   A   dlaczego   miałaby   się 

przejmować? Jaki on jest?

Usiłowała   przypomnieć   sobie,   co   słyszała   o   państwie   Lawrence   od 

ciotki Eweliny, gdy ta po raz pierwszy zaproponowała Heather wyjazd do 

Devon. „Niewiele mogę ci powiedzieć o tym, co się z nimi dzieje, odkąd 

widziałam ich po raz ostatni. Opuścili Londyn wkrótce po tym, jak urodził 

się im drugi syn, Adam. Jest mniej więcej w twoim wieku, może trochę 

straszy, ale niewiele. Robert miał wtedy ze trzy-cztery lata. Kupili dom na 

wrzosowiskach.   Nigdy   tam   nie   byłam   i   prawie   zupełnie   straciliśmy 

kontakt.   To   musi   być  straszne   dla   Katarzyny,  żyć  tam,   w   tej   samotni. 

Szczególnie   po   śmierci   męża.   Tu,   w   Londynie,   zawsze   była   bardzo 

towarzyska, wciąż w centrum wydarzeń. Nie potrafiłam nigdy zrozumieć, 

dlaczego stąd wyjechali i pogrzebali się za życia gdzieś na pustkowiu. „

Nic jej to nie mówiło o Adamie. Pani Lawrence też wspomniała o nim 

ledwo  raz   czy   dwa   i  wydawała   się   być  niechętna   spotkaniu   Heather  z 

synem.   Nie,   to   musiało   być   złudzenie.   Nie   było   przecież   powodu,   dla 

którego nie mogłaby się z nim zobaczyć. Lucy oczywiście lubiła sobie 

poplotkować, a ona niepotrzebnie przejęła się jej uwagą. 

Ziewając odłożyła książkę i zaczęła przygotowywać się do snu. Jeszcze 

raz   obejrzała   pokój.   Lampa   naftowa   była   dla   niej   nowością.   Jakże 

odmienne   było   życie   miejskie   od   tego,   z   czym   spotkała   się   tutaj.   W 

Londynie mieli  oświetlenie  gazowe. W salonie  świeciła  lampa  ze stale 

nagrzanym do czerwoności kloszem, w kuchni był otwarty palnik gazowy 

do gotowania. Tu nie było gazu ani prądu elektrycznego. 

Ciekawa była, czy i we wsi wciąż używa się lamp naftowych. Jej w 

background image

każdym razie to odpowiadało, przyjemnie było mieć taką przy łóżku. Na 

razie nie musiała jej zapalać, wciąż było jasno. 

Szczęśliwa i rozmarzona zaczęła czytać. 

background image

2

Było już jasno i słońce wpadało do pokoju, gdy Heather obudziła się. 

Spała dobrze. Najpierw pomyślała, że musi być już późno i pewnie jest już 

oczekiwana   na   dole.   Jednak   mały   zegarek   na   stoliku   przy   łóżku 

wskazywał dopiero szóstą. Położyła się wcześniej niż zwykle i dlatego 

była już wyspana. 

Wstała   i   podeszła   do   okna.   Na   policzku   poczuła   ciepło   porannego 

słońca.   Zapowiadał   się   kolejny   upalny   dzień,   chociaż   powietrze   pełne 

wiejskich   zapachów   było   na   razie   orzeźwiająco   chłodne.   Postanowiła 

pójść na spacer, zanim domownicy się obudzą. 

Szybko ubrała się, przeszła ostrożnie korytarzem, a dalej schodami w 

dół.   W   holu   zatrzymała   się   nasłuchując,   ale   wszędzie   panowała   cisza. 

Drzwi   nie   były   zamknięte   na   klucz,   więc   bez   przeszkód   wyszła   na 

zewnątrz. 

Kiedy   szła   w   dół   podjazdem,   z   przyjemnością   wdychała   rześkie 

powietrze. Upał nie zdążył jeszcze odebrać mu świeżości. Ten wczesny, 

letni  ranek był dla  niej zupełnie   nowym doznaniem,   w  dziwny  sposób 

odbierał jej poczucie rzeczywistości. 

Dalej poszła zadrzewioną aleją, którą wczoraj przyjechała. Po jakimś 

czasie   natrafiła   na   niewielką   rzeczkę,   jednak   droga   biegła   dalej   po 

zgrabnym, łukowatym moście. Heather oparła się o barierkę i spojrzała w 

czysty, wartki nurt. Potem,  porzucając aleję, podążyła z biegiem rzeki, 

delikatnie  stąpając po miękkiej darni na brzegu. Z oddali słychać było 

głośny szum wody. Minąwszy zakole ujrzała, jak rzeka rozlewa się w tym 

miejscu szeroko na skalnym podłożu, opływając z głośnym bulgotem i 

background image

szumem mniejsze i większe kamienie. Przechodząc z jednego na drugi, 

bez trudu osiągnęła środek nurtu i usadowiła się na sporym okrąglaku. 

Opływająca   ją   woda,   z   wyjątkiem   miejsc,   gdzie   się   pieniła,   miała 

piękny   błękitny   kolor,   podobnie   jak   bezchmurne   niebo.   Zmęczenie   i 

napięcie   poprzedniego   dnia   minęło   i   Heather   odzyskała   nareszcie 

wewnętrzny  spokój. Patrząc na wodę, siedziała jak zahipnotyzowana, a 

jednostajny szum zachęcał ją do rozmyślań. 

Od dziecka zamknięta w sobie, wrażliwa, nie pasująca do ordynarnego 

sąsiedztwa, w którym żyła, wyobcowana z własnej nieszczęśliwej rodziny, 

coraz bardziej pogrążała się w sobie. 

Ojciec był w domu gościem, większość czasu spędzał w morzu. Nie 

kochała go. Bała się ciągłych awantur, które wszczynał, zamieniając życie 

jej matki w pasmo  udręk. Trwonił wszystkie zarobione pieniądze i nie 

zajmował się zupełnie losem żony i córki. 

Gdy   tak   siedziała   zamyślona,   straciła   poczucie   czasu.   Zdecydowała 

jednak, że lepiej będzie już ruszyć z powrotem. 

W domu nadal panowała cisza. Pani Lawrence jeszcze nie wstała, ale 

lada   moment   powinna   była   przyjechać   Lucy.   Nie   wiedząc   jeszcze,   co 

należy do jej obowiązków, musiałaby czekać bezczynnie w pustej kuchni. 

Sama   czuła   się   wewnątrz   nieswojo,   wolała   więc   poczekać   na   przyjazd 

Lucy przed drzwiami. 

Skorzystała z okazji, by dokładnie obejrzeć swój nowy dom. Wyglądał 

na   raczej   zaniedbany,   z   drzwi  i  ram  okiennych   odchodziła   farba.   Jeśli 

nawet ktoś dbał o niego, to nie tak, jak powinien. Podobnie otoczenie: 

podjazd   poprzetykany   kępkami   mchu   i   trawy,   nadmiar   chwastów 

pomiędzy   krzewami   i   drzewami.   Stary   drzewiasty   bez   z   węzłowatym 

background image

pniem i wystającymi korzeniami zwieszał swe kwiaty nad dróżką wiodącą 

na tyły obejścia. Zapach kwiatów przypomniał dziewczynie ogród różany 

widziany wczoraj z okna, poszła więc ścieżką, by go odnaleźć. 

O ile cała reszta była zaniedbana, to ogród – wręcz przeciwnie. Nie 

dostrzegła   ani   chwasta.   Składał   się   z   kilku   kwietników   rozdzielonych 

trawiastymi   dróżkami,   prowadzącymi   do   niedużego,   także   dobrze 

utrzymanego   trawnika.   W   rogu   stała   altana,   a   na   środku   urządzono 

karmnik   i   wanienkę   dla   ptaków.   Akurat   chlapał   się   w   niej   kos. 

Obserwowała go, dopóki nie odleciał. 

Zatrzymała   się   przy   kępie   kremowych   róż.   Wyciągnęła   rękę,   by 

dotknąć aksamitnych płatków, lecz gdy to uczyniła, usłyszała niemalże 

nad swoim uchem ostry  syk. Przestraszona odwróciła  się gwałtownie  i 

zobaczyła, że obok niej stoi mężczyzna. Jego ciemne oczy o przenikliwym 

spojrzeniu   wpatrywały  się   w  nią  z wrogością.  Był  jej wzrostu,  a  mała 

wełniana czapeczka na czubku głowy nadawała mu dziwny, gnomowaty 

wygląd. 

– Wcale nie chciałam ich zrywać – wyjaśniła pośpiesznie. – Są takie 

cudowne, takie delikatne, że niemal nieprawdziwe. 

Mężczyzna   nie   odpowiedział.   Nie   poruszył   się   nawet,   tylko   wciąż 

wrogo wpatrywał się w Heather. Pomyślała, że to pewnie ogrodnik, a róże 

to jego medalistki. Przeprosiła cicho, odwróciła się i odeszła. 

Szedł za nią do końca ogrodu. Gdy skręcała za róg domu, obejrzała się 

– stał tam i obserwował ją. Wzdrygnęła się na myśl o tym, w jaki sposób 

na nią patrzył. Z ulgą dostrzegła na podjeździe nadjeżdżającą na rowerze 

Lucy. 

– Wcześnie panienka wstała. Całkiem jak pan Adam. Nie wyleży, gdy 

background image

słońce już stoi. Pewno szwęda się po swoim ogrodzie od godziny albo i 

dłużej. Albo z koniem w stajni. To jego dwie miłości. Można by pomyśleć, 

że to stare, zakichane konisko to człowiek, tak wkoło niego chodzi. Pani 

jeszcze nie wstała, nie?

Heather potrząsnęła głową. 

– Jeszcze spala, kiedy wychodziłam. 

–   Pani  zawsze   późno   wstaje,   ale   dziś  chciała   zejść   na   dół  razem  z 

panienką. Tylko pewnie nie spodziewała się, że panienka tak wcześnie 

wstanie,   szczególnie   po  podróży.  Ale  co   tam,   panienka   może   pójść   ze 

mną, jeśli chce. 

Heather   rada   była   jej   pogodnemu   towarzystwu   i   razem   podążyły   w 

kierunku kuchennego wejścia. Drzwi były otwarte. Z sieni o kamiennej 

posadzce   prowadziły   w   dół   schody   do   piwnicy.   Po   drugiej   stronie 

zobaczyła duże pomieszczenie, także z kamienną podłogą, wyglądające na 

pralnię. W długiej wnęce po prawej stronie korytarza umieszczono szereg 

wieszaków. Lucy zatrzymała się, by przebrać się w fartuch. Wisiało tam 

parę marynarek i płaszczy  nieprzemakalnych, na podłodze stała  niemal 

kolekcja   butów   i   kapci.   Większość   tych   rzeczy   była   męska, 

prawdopodobnie   należały   więc   do   Adama.   Heather   miała   niejasne 

przeczucie, że to on był człowiekiem, którego spotkała w ogrodzie. 

Weszły do kuchni. Heather usłyszała nad głową dźwięk dzwonka, tego 

samego, który wczoraj tak zaniepokoił panią Lawrence. 

Lucy zauważyła jej zdziwienie. 

– Jedyne przejście przez dom idzie tędy, przez kuchnię. Te drzwi tam 

są do holu. Pan Adam używa tylko tego wejścia, bo jego stajnia jest z tyłu, 

ogród też. A jak pogoda jest zła, to siedzi w warsztacie na dole, w piwnicy. 

background image

– Przerwała na moment. – Na początku trzeba się do niego przyzwyczaić. 

Chodzi   cicho   jak   kot,   a   tak   to   chociaż   wiadomo,   że   wchodzi   albo 

wychodzi. 

A więc to jednak był Adam, tam w ogrodzie. Rzeczywiście, wcale nie 

słyszała, kiedy zaszedł ją od tyłu. 

Rozejrzała   się   po   kuchni.   Była   ona   duża,   dobrze   urządzona,   z 

kredensem i szafkami kuchennymi wzdłuż ścian i długim, wyszorowanym 

stołem na środku. 

Lucy   zaczęła   już   się   kręcić;   zapaliła   małą   maszynkę   spirytusową, 

napełniła czajnik wodą. Heather zapytała, czy mogłaby w czymś pomóc. 

–   Jeśli   panienka   chce,   to   może   nakryć   do   stołu.   Im   wcześniej   się 

wszystkiego nauczy, tym prędzej poczuje się tu jak w domu. Obrusy są w 

tamtej szufladzie. 

Heather nakrywała stół kuchenny obrusem, a Lucy mówiła dalej:

– Tu tylko dwa nakrycia. Pan Adam jada tutaj, odkąd pani nie schodzi 

na śniadanie. Ja jem z nim, bo jak wyjeżdżam z domu, to jest za wcześnie, 

teraz   dopiero   głodnieję.   Zawsze   przywożę   panu   Adamowi   gazetę.   Co 

prawda,   zawsze   z   poprzedniego   dnia,   ale   on   bardzo   lubi   czytać   przy 

śniadaniu. 

– Teraz niech panienka nakryje w małym salonie – rzekła, gdy Heather 

skończyła. – Pani powiedziała, że zejdzie. Pewno i tak nie będzie jeść, ale 

śniadanie może na nią czekać. 

– To może ja zjem tu, w kuchni? – zaproponowała Heather. – Sprawię 

ci mniej kłopotu. 

– O to niech panienkę głowa nie boli. Pani by się to nie podobało. 

background image

Wczoraj   kazała   umieścić   panienkę   w   małym   salonie,   jeśli   panienka 

wstanie wcześniej. To ten mały pokój w lewo, jak wejdzie się do holu. 

Heather wzięła obrus i wyszła. Na myśl o tym, że miałaby jeść przy 

jednym   stole   z   Adamem,   świdrującym   ją   swym   niesamowitym 

spojrzeniem, przeszedł ją dreszcz. 

–   Dzięki   za   pomoc   –   odezwała   się   Lucy,   gdy   Heather   wróciła   do 

kuchni. – Nie ma już nic więcej do roboty. Teraz może panienka poczekać 

w małym salonie. Przyniosę śniadanie, jak będzie gotowe. 

Wkrótce   potem,   kiedy   już   siedziała   w   małym   salonie,   usłyszała 

dzwonek w kuchni – to Adam przyszedł na śniadanie. 

Pani Lawrence nie zeszła jednak, więc Heather jadła sama. Cały czas 

myślała o spotkaniu z Adamem. Jego zachowanie nie mogło być chyba 

bardziej nieprzyjazne. Martwiło ją to. Gdy skończyła jeść, chciała odnieść 

naczynia do kuchni, ale wahała się, wiedząc, że on wciąż jeszcze może 

tam być. 

Dzwonek odezwał się wreszcie, lecz nie zdążyła nawet zebrać naczyń, 

gdy   w   chwilę   potem   weszła   pani   Lawrence.   Wyglądała   na   poruszoną 

czymś. 

– To fatalny początek, i to z mojej winy. Nie pomyślałam, niestety, że 

możesz tak wcześnie wstać. Nie przewidziałam też, że ja z kolei wstanę 

tak późno. Zaspałam, bo położyłam się dopiero o świcie. – Była blada, ale 

mimo   wzburzenia   i   nieprzespanej   nocy,   elegancka   i   dostojna   jak   dnia 

poprzedniego. – Adam powiedział mi, że byłaś w jego ogrodzie. 

– Tak, podziwiałam róże. Nie wiedziałam, że to jego ogród. 

–   Skąd   mogłaś   wiedzieć?   Powinnam   była   ci   powiedzieć,   ale   byłaś 

zmęczona i myślałam, że lepiej będzie pozwolić ci się położyć. Och, moje 

background image

drogie dziecko, stało się dokładnie to, czego chciałam uniknąć. 

Odsunęła krzesło od stołu i usiadła, dając dziewczynie znak, by usiadła 

obok. 

– Chciałam być przy waszym spotkaniu. Myślę, że Adamn może czuć 

się dotknięty tym, że tu jesteś. Z czasem, mam nadzieję, przywyknie do 

ciebie, tak jak to było z Lucy. On nie znosi obcych i gniewają go wszelkie 

ingerencje   w   jego   prywatność.   Dlatego   obawiam   się,   że   najgorsze,   co 

mogłaś zrobić, to pójść do jego ogrodu bez zaproszenia. Ale to nie twoja 

wina. Powinnam była cię uprzedzić. – Patrzyła pochmurnie. – Taak... to 

zły początek, niestety. Ale z tobą, skoro masz tu mieszkać, i tak byłoby 

trudniej niż z Lucy. Cóż, najlepsze, co możesz zrobić teraz, to unikać go 

na tyle, na ile będzie to możliwe. Przynajmniej na razie. Zgadzasz się?

– Tak, oczywiście. 

– Kiedyś przywykniesz do porządków panujących w tym domu. Nie 

sądzę,   by   to   było   trudne.   Widzisz,   moje   dziecko,   jeśli   jednak   twoja 

obecność   będzie   Adama   zbytnio   niepokoić,   to   obawiam   się,   że   nie 

będziesz   mogła   tu   zostać.   –   Spojrzała   na   zasmuconą   twarz   Heather, 

przechyliła się w jej stronę i poklepała po dłoni. – Ale nie pozwól, by ten 

dzisiejszy incydent tak cię gnębił. Co się stało, to się nie odstanie, nic na to 

nie poradzimy. Teraz musimy być bardzo ostrożne, by nic takiego się nie 

powtórzyło. – Wstała. – A teraz chodź. Wyjaśnię ci, na czym będą polegać 

twoje obowiązki. 

Odprowadziła ją po domu. Na koniec wróciły do kuchni. 

–   Sama   gotuję   –   rzekła   starsza   pani.   –   Z   wyjątkiem   śniadań,   które 

przygotowuje   Lucy.   Chcę,   byś   ty   to   robiła   w   przyszłości.   Z   początku 

będziemy pracować razem, ale śniadania nadal pozostawimy Lucy. Poza 

background image

tym,   chcę   byś   sporządzała   listę   produktów,   których   będziemy 

potrzebować.   Według   niej   będę   robić   zakupy   we   wsi   –   Adam   mnie 

zawozi, gdy to konieczne. 

Przejrzały   wszystkie   szafki   i   szuflady,   by   Heather   zorientowała   się, 

gdzie   czego   szukać.   Potem   pani   Lawrence   pokazała   jej,   jak   działa 

maszynka spirytusowa i piec kuchenny. 

– Ten duży piec cały czas trzymamy nagrzany, bo wciąż jest używany, 

wyjątkiem takich upalnych dni jak dziś. Wkrótce przywykniesz do niego, 

jest doskonały do wypieków. 

Piec zajmował większą część jednej z krótszych ścian. Był doskonale 

wypolerowany i otoczony kratką ochronną. Po obu jego stronach stały dwa 

wiklinowe   fotele.   Heather   wyobraziła   sobie   kuchnię   w   zimie:   Adam 

czytający gazetę w jednym z foteli, Lucy siedząca z filiżanką herbaty w 

drugim. 

Zastanawiała się, czy to możliwe, aby i ona w przyszłości tak spędzała 

czas z Adamem. 

Nie widziała go więcej tego ranka. Przy lunchu też się nie widzieli, 

gdyż jadł z matką w ogrodzie, a ona z Lucy w kuchni. 

– Pani dobrze służy świeże powietrze i słońce w takie ciepłe dni – 

powiedziała Lucy. – A dla pana Adama to nie ma większego szczęścia niż 

mieć ją przy sobie. Siedzą razem w altanie i patrzą na ptaki. Pan Adam jest 

bardzo dumny z ogrodu, wszystko sam urządził. Musi naprawdę kogoś 

lubić, jeśli go tam zaprasza. To samo z dwukółką. Ciągle nią jeździ po 

okolicy. I ciągle sam. Tylko mnie czasem odwozi do domu, znaczy, że 

mnie lubi. 

Heather była ciekawa reakcji Lucy, gdyby ta dowiedziała się, że ona 

background image

poszła do ogrodu nie zaproszona. Postanowiła jednak nie mówić jej o tym 

i raczej o wszystkim zapomnieć, jak radziła pani Lawrence. 

– Pan Adam to spokojna dusza – ciągnęła Lucy. – Nigdy nie nudzi mu 

się własne towarzystwo. A pan Robert jest całkiem inny. Diabeł wcielony, 

mówię panience, chwili na miejscu nie usiedzi. Od razu było widać, że tu 

dla niego za cicho. 

– To dlatego tu nie mieszka? Lucy wzruszyła ramionami. 

– Ma pracę w Plymouth i za daleko by mu było dojeżdżać codziennie. 

Ale kiedyś przyjeżdżał co sobota. – Nachyliła się w kierunku Heather i 

ściszyła głos, mimo że były same w kuchni. – A tak między nami, to mnie 

się zdaje, że tu chodzi o co innego. Zawsze, gdy pan Robert bywał w 

domu, coś było nie tak. Od razu było widać, że jak przyjeżdża, to się coś 

zmienia. I ostatnim razem to wyjechał w takim pośpiechu, że... mówię 

panience, przed świtem, a więc to znaczy, że wcale nie zamierzał. I już nie 

wrócił   od   wtedy.   Pani   to   nawet   o   nim   nie   wspomina,   sama   panienka 

zobaczy. 

Wstała ze śmiechem. 

– Alem się rozgadała. W domu mówią, że mój język pracuje więcej niż 

cała reszta. To prawda, lubię sobie pogadać, ale leń to ze mnie też nie jest. 

Nie umiem usiedzieć na miejscu. No, a teraz trza przynieść naczynia z 

ogrodu. 

Dzień się miał ku końcowi i Heather z obawą myślała o kolacji, kiedy 

to Lucy już nie będzie i zostaną tylko we troje. Czy pani Lawrence i Adam 

będą jedli w dużej jadalni, którą widziała dziś rano, czy zaproszą ją do 

siebie?   Nie   mogła   sobie   wyobrazić   tego,   że   siedzą   w   trójkę   na   końcu 

długiego stołu. 

background image

Na szczęście, gdy przygotowywały kolację, pani Lawrence oznajmiła:

– Zjem u siebie, Heather, a Adam będzie mi towarzyszył. Często tak 

robimy ostatnio, gdyż wieczorami jestem bardzo zmęczona. Lucy przed 

wyjściem przyniesie nam posiłek na górę. Będziesz więc jadła sama. Przez 

resztę   wieczoru   też   będziesz   musiała   zadowolić   się   jedynie   własnym 

towarzystwem. Cóż, obawiam się, że tak będzie najczęściej... 

Gdy   Lucy   odjechała,   Heather   sama   usiadła   do   kolacji.   Jadła   nie 

śpiesząc   się.   Myślała   o   wydarzeniach   minionego   dnia.   Mimo,   że   pani 

Lawrence   niewiele   mówiła   poza   tym,   czego   się   od   niej   oczekuje,   to 

dziewczyna czuła, że podoba się starszej pani, nawet zważywszy fatalny 

poranek. Wciąż jednak była podenerwowana i niespokojna; nie czuła się tu 

jeszcze swobodnie. 

Chcąc nie chcąc, część dnia musiała spędzić bezczynnie. Nic nie było 

do zrobienia. Nie wiedziała, co ma ze sobą począć, wydawało jej się, że na 

pewno znalazłaby się jeszcze jakaś praca w kuchni. Była jednak pewna, że 

to się zmieni, gdy odnajdzie swoje miejsce w tym domu. 

Zebrała   naczynia   i   zaczęła   zmywać.   Zdała   sobie   sprawę,   że   mimo 

wszystko   czuje   się   lepiej   niż   wczoraj,   bo   wie   przynajmniej,   na   czym 

polegają jej obowiązki. 

Chowała   naczynia,   gdy   wtem   przez   ramię   dostrzegła   Adama.   Jego 

zjawienie   się   było   tak   nieoczekiwane,   że   serce   stanęło   jej   w   gardle   z 

przerażenia. „Powinien mieć dzwonki przy butach – pomyślała złośliwie. 

– Takie, jak ten nad drzwiami w kuchni”. Nie usłyszała go, bo hałasowała 

naczyniami. 

Stał nieruchomo w wejściu, trzymając tacę w dłoniach. Nie poruszył 

się, gdy Heather zwróciła się w jego stronę. Patrzył na nią swym zimnym 

background image

wzrokiem.   Z   trudem   opanowała   zdenerwowanie.   Uśmiechnęła   się 

nieśmiało, ruszając w jego kierunku, by odebrać tacę. Oddał ją bez słowa. 

Opróżniła tacę z naczyń i zaczęła zmywać, nie odważywszy się odwrócić, 

by sprawdzić, czy on tam jeszcze stoi i wpatruje się i w nią. Gdyby się 

obejrzała, dostrzegłaby z ulgą, iż odszedł. 

Jak długo to będzie trwało, zanim się odezwie czy chociaż uśmiechnie 

do niej? Początkowo zastanawiała się na – I wet, czy Adam w ogóle mówi. 

Później słyszała jednak, że rozmawia nieco gardłowym głosem z matką. 

Odbierając od niego tacę, zauważyła, że jego dłonie są silne, a ramiona 

muskularne. Miał ciało prawidłowo zbudowanego mężczyzny, ale krótkie 

nogi   sprawiały,   iż   był  jedynie   wzrostu   Heather.   Na   głowie   nosił   małą 

czapeczkę.   Częściowo   za   sprawą   tej   czapeczki   i   niskiego   wzrostu,   a 

częściowo z tego powodu, że się garbił i głowę miał umieszczoną między 

wystającymi ramionami, sprawiał wrażenie karła. Uznałaby go za dużo 

starszego, tak jak za pierwszym razem w ogrodzie, gdyby nie wiedziała od 

ciotki, w jakim jest wieku. 

Po   wysprzątaniu   kuchni   nie   miała   już   nic   więcej   do   zrobienia, 

postanowiła więc zajrzeć do biblioteki, w której była dziś rano z panią 

Lawrence, i poszperać w książkach. Uświadomiła sobie jednak, iż może 

tam być Adam, toteż zdecydowała się poczytać u siebie przy otwartym 

oknie. 

Była na szczycie schodów, gdy spostrzegła, że drzwi do sypialni pani 

Lawrence są uchylone i usłyszała, że Adam życzy matce  dobrej' nocy. 

Instynktownie przyspieszyła kroku,  domyślając się, iż za moment opuści 

pokój. Była już na końcu korytarza, gdy poczuła na sobie jego kłujące 

spojrzenie.   Z   całych   sił   powstrzymała   chęć   odwrócenia   się   i   dopiero 

background image

wchodząc   do   pokoju,   rzuciła   szybkie   spojrzenie   w   jego   kierunku.   Stał 

nieruchomo pod drzwiami matki i obserwował ją. 

Szybko zamknęła za sobą drzwi i z westchnieniem ulgi oparła się o nie. 

Wzdrygnęła się. Jego zachowanie przyprawiało ją o dreszcz grozy. Czuła 

kropelki potu na czole. 

Nie   mogła   pozwolić,   by   Adam,   za   każdym   razem   gdy   go   widzi, 

wyprowadzał ją z równowagi. Gdyby zyskała jego przychylność, mogłaby 

być  szczęśliwa   w   tym  domu.   Ale   czy   to   w   ogóle   było   możliwe?   Tak 

bardzo pragnęła tu zostać. Wszystko, co mogła zrobić, to mieć nadzieję, że 

on  z  czasem zaakceptuje  jej  obecność  i  że,  jeśli  będzie   się  zajmowała 

wyłącznie swoimi sprawami, nie obrazi go ponownie. 

Wieczorny chłód i widok wrzosowisk w świetle zachodzącego słońca 

powoli ją uspokajał. 

background image

3

Dom   na   skraju   wrzosowisk   był  rzeczywiście   zupełnie   odosobniony. 

Jedyną   nicią   łączącą   go   ze   światem,   a   zarazem   jedyną   skrą   życia   w 

samotnej egzystencji Heather była Lucy. Gdy odjeżdżała co wieczór, w 

domu   zapadała   cisza,   cisza   niczym   nie   zmącona,   niemalże   namacalna, 

zwiastująca jednak czyjąś obecność. Heather przyłapywała się nieraz na 

nieświadomym   wyciszaniu   swoich   kroków.   Tylko   do   kuchni   i   do 

własnego pokoju wchodziła pewnie. Drzwi do biblioteki, która przyciągała 

ją   najbardziej,   otwierała   z   zapartym   tchem.   Lecz   nie   to   było 

najuciążliwsze. Szczególnie doskwierała jej pustka wielkiego domu.  Po 

latach   spędzonych   w   londyńskim   hałasie   i   tłoku,   czuła   się   tu   niby   w 

świątyni,   bała   się   głębiej   odetchnąć.   Tylko   w   swoim   pokoju   była 

całkowicie rozluźniona, bo tylko tam nie musiała obawiać się obecności 

Adama. 

Jej   plan   dnia   opierał   się   na   jednym,   podstawowym   założeniu:   jak 

najmniej spotkań z Adamem. Robiła wszystko, by ich liczbę ograniczyć do 

niezbędnego   minimum.   Jego   obecność   oznaczała   dla   niej   niepokój   i 

niemalże   strach.   Przeszywał   ją   mrocznym   spojrzeniem,   w   którym 

dostrzegała jedynie wrogość i niechęć. Jego stałe skradanie wyprowadzało 

ją z równowagi. 

Zarówno   w   domu,   jak   i   na   zewnątrz,   używał   wyłącznie   obuwia   na 

miękkiej   podeszwie.   Ale   nie   to   sprawiało,   że   potrafił   nadchodzić 

niepostrzeżenie. Chodził w specyficzny, koci sposób, stawiając ostrożnie 

stopy.   Trudno   było   oprzeć   się   wrażeniu,   iż   jest   dużo   starszy   niż   w 

rzeczywistości. Heather zaskoczona była jego młodzieńczym wyglądem 

background image

podczas rozmów z matką. Twarz wypogadzała mu się, a kiedy się śmiał, 

miała wygląd wręcz chłopięcy. 

Większość czasu spędzał przy pracy w ogrodzie lub w obejściu. Do 

ogrodu   nie   zbliżała   się,   lecz   czasami   widywała   go   w   pobliżu   domu. 

Niezmiennie to on jako pierwszy dostrzegał Heather i nim zdążyła zdać 

sobie   sprawę   ze   spotkania,   przerywał   pracę   i   stojąc   nieruchomo 

obserwował   ją.   Uśmiechała   się   wtedy   i   odchodziła,   domyślając   się,   iż 

odprowadza   ją   wzrokiem.   Nigdy   nie   odpowiedział   na   uśmiech,   nie 

odezwał się też ani nie uczynił żadnego przyjaznego gestu. 

Dni   biegły   regularnym   rytmem.   Pani   Lawrence   zazwyczaj   późno 

schodziła na dół. Popołudnia spędzała z Adamem w ogrodzie, siadywała w 

altanie lub w fotelu na trawniku i rozmawiała z synem, gdy on pracował. 

Potem jedli razem lunch w ogrodzie, a po południu, kiedy Adam wracał do 

pracy   lub   wyjeżdżał   na   przejażdżkę,   ona   szła   do   domu.   Lubiła   usiąść 

wtedy   w   salonie   przy   otwartym   oknie   w   towarzystwie   swojej   nowej 

pomocy.   Czasami   wyszywała   i   uczyła   dziewczynę   rozmaitych   haftów. 

Często   miewała   bóle   głowy,   kładła   się   wówczas   na   sofie,   a   Heather 

czytała jej głośno. 

Późnym popołudniem wracał Adam, by zjeść z matką podwieczorek. 

Gdy tylko słyszała dzwonek u drzwi w kuchni, natychmiast podrywała się 

z   sofy,   nigdy   nie   przyznając   się   przed   synem   do   migreny.   Heather 

opuszczała   ją   wtedy.  Kolację,   tak   jak   pierwszego   dnia,   pani   Lawrence 

jadała z synem u siebie na górze. Wyglądało na to, że tych dwoje nie widzi 

świata poza sobą. Z wyjątkiem sytuacji, gdy wyjazd do wsi był konieczny, 

unikali innego towarzystwa. 

Z biegiem czasu Heather stawała się coraz bardziej pożyteczna; matka 

background image

Adama   zdawała   się   na   nią   w   coraz   większym   stopniu.   Częstsze   teraz 

wspólne popołudnia w salonie powoli zbliżały je do siebie. Minął dawny 

lęk   Heather   przed   panią   Lawrence.   Dziewczyna   spostrzegła,   iż   w   jej 

towarzystwie   starsza   pani   jest   całkowicie   naturalna:   pogodna   lub 

przygnębiona,   rozmowna   lub   milcząca   –   zależnie   od   humoru   i 

samopoczucia.   Heather   nauczyła   się   dostosowywać   do   jej   nastrojów. 

Inaczej w obecności syna. Wtedy pani Lawrence zawsze była taka sama – 

z pozoru pogodna i beztroska, wewnątrz jednak spięta i podenerwowana. 

Pod   maską   wesołości   starała   się   ukryć   przed   nim   swoje   kłopoty   ze 

zdrowiem. 

Pewnego   dnia,   gdy   leżała   na   sofie   z   zamkniętymi   oczyma,   Heather 

uderzyła jej niezwykła bladość. Wstała i zapytała z niepokojem:

–   Może   powinnam   już   sobie   pójść?   Nie   chciałabym   zakłócić   pani 

wypoczynku... 

– Ależ nie, moja droga. Dobrze jest mieć cię przy sobie, nawet jeśli nie 

rozmawiamy. Teraz dopiero, gdy tak mało wychodzę, odczuwam pustkę 

tego   domu.   Przejażdżki   dwukółką   z   Adamem   stały   się   dla   mnie   zbyt 

uciążliwe,   męczy   mnie   bardzo   ta   jego   szaleńcza   jazda   po   okolicznych 

wertepach. Ale przecież nie mogę mu tego powiedzieć... Wykręcam się 

zajęciami w domu, mówię, że osobie w moim wieku nie przystoi telepać 

się   ciągle   po   okolicy.   Biedny   Adam!   Tak   go   martwi   moje   zdrowie... 

Chociaż przy tobie nie muszę udawać. – Otworzyła oczy i uśmiechnęła się 

do dziewczyny. – Jesteś mi bardzo pomocna, moja droga. Bardziej, niż 

oczekiwałam. Nie chciałabym cię teraz utracić. 

Po chwili spoważniała. Jej oczy wyrażały zatroskanie. 

– Obserwuję zachowanie Adama wobec ciebie. Cóż, wiem, że nadal nie 

background image

jest   ci   życzliwy,   ale   przynajmniej   zaakceptował   twoją   obecność   tutaj. 

Zobaczymy, z czasem stanie się na pewno bardziej przyjazny. Twoje życie 

odmieni się, kiedy poznasz go lepiej. Czy nadal tak gorąco pragniesz tu 

zostać?

– Och, tak. Szczególnie teraz, gdy jestem pani choć trochę przydatna. A 

jeśli chodzi o Adama, to proszę się nie martwić, ostatecznie widujemy się 

przecież tak mało. Poza tym parę razy wydawało mi się nawet, że jest w 

stosunku do mnie nieco życzliwszy. 

Istotnie. Z upływem czasu zdobywała sobie jego sympatię. Pewnego 

razu obserwował ją, kiedy układała bukiet w holu. Na jego twarzy nie było 

już   dotychczasowej   nieżyczliwości.   Potem   zaczął   przynosić   do   kuchni 

świeżo ścięte róże i kłaść obok niej, gdy pracowała. Robił to zawsze z tym 

samym   nieśmiałym   półuśmiechem,   którym   obdarzył   ją   za   pierwszym 

razem. Potem widywała go, jak podziwiał ułożone przez nią bukiety, które 

ustawiała w całym domu. 

Stopniowo zaczęła wyręczać Lucy w wykonywaniu czynności, których 

do   tej   pory   unikała   ze   względu   na   Adama.   Teraz   to   ona   podawała 

podwieczorek   w   salonie   dla   pani   Lawrence   i   jej   syna.   Przejęła   też 

przygotowywanie kolacji, tak że Lucy mogła wcześniej wracać do domu. 

Łatwo nawiązana przyjaźń między dziewczętami pogłębiła się, choć Lucy 

niezmiennie   traktowała   Heather   z   respektem.   Nigdy   nie   ustawała   w 

pytaniach o Londyn, rewanżując się wiejskimi plotkami. 

– Pan Robert to często przyjeżdżał do wsi – powiedziała kiedyś. – On 

lubi   towarzystwo,   nigdy   nie   opuścił   zabawy   we   wsi.   A   jak   świetnie 

tańczy... mówię panience. Szkoda, że go tu nie ma, panienka by się tak nie 

nudziła. 

background image

Heather nie narzekała jednak. Świetnie sobie radziła z obowiązkami 

domowymi i miała mnóstwo czasu dla siebie. Chodziła na długie spacery, 

poznając okolicę. Ulubionym miejscem jej przechadzek stały się brzegi 

rzeki, potrafiła godzinami wędrować wzdłuż nich, wsłuchując się w szum i 

bulgotanie wody. 

Kiedyś, gdy siedziała tam gdzie pierwszego dnia, na swym ulubionym 

głazie pośród kłębiącej się wody, spostrzegła Adama stojącego na brzegu. 

Przypatrywał  się   jej   jak   zwykle.   Zamachała   do   niego   przyjaźnie,   a   on 

odpowiedział wolnym, nieśmiałym ruchem. Uśmiechnęła się uradowana 

jego wzrastającą przychylnością. Potem odwrócił się i odszedł. Więc on 

też tu przychodził. Ciekawa była, jak daleko docierał brzegiem, ona nigdy 

nie doszła dalej niż do punktu, w którym teraz siedziała.  Nie potrafiła 

oprzeć się czarowi ulubionego miejsca. 

Nazajutrz pani Lawrence oznajmiła, iż musi pojechać do wsi. 

–   Tak   wiele   zakupów   trzeba   zrobić.   Zdaje   się,   że   zbyt   długo   to 

odkładałam. Och! Przeraża mnie podróż dwukółką. 

– Czy to rzeczywiście konieczne? Czy nie mógłby załatwić tego Adam, 

gdyby dała mu pani listę potrzebnych rzeczy?

–   Och,   nie.   Nie   mogłabym   go   o   to   prosić.   Nie   ma   nic   przeciwko 

czekaniu   na   mnie   w   dwukółce,   lecz   chodzenie   po   wsi   to   co   innego. 

Siedząc niczym się nie wyróżnia, ale gdy chodzi... Boję się o niego. Nie, 

nie   dlatego,   że   ktoś   mógłby   go   skrzywdzić,   ale   ludzie   będą   się 

przyglądać... On jest przeczulony na punkcie ludzkiej ciekawości. 

– Lucy nie mogłaby z nim pojechać?

– Tak, masz rację, nie pomyślałam o tym. Zgodzę się na wszystko, 

byleby tylko nie jechać. – Westchnęła. – A on tak lubi mnie wozić... 

background image

– Pewna jestem, że Adam zrezygnowałby z proponowania przejażdżek, 

gdyby tylko wiedział, jak ciężko pani je znosi. 

– Cóż, zobaczę, jak będę się czuła po lunchu. 

Po   południu   starsza   pani   stwierdziła   jednak,   iż   nie   może   jechać. 

Heather przekonała ją ostatecznie, by wysłała Lucy. 

–   Najlepiej   zapytam   pana   Adama,   kiedy   chce   jechać   –   powiedziała 

Lucy, gdy Heather oznajmiła jej o tym. 

Po pewnym czasie wróciła i rzekła z udanym zniechęceniem:

– Pani wysyła mnie, a pan Adam to tylko z panienką chce jechać. 

Heather otworzyła szeroko oczy ze zdumienia, a Lucy uśmiechnęła się. 

– Ja nie żartuję, panienko. Za kilka minut będzie gotowy. 

Na myśl o jeździe sam na sam z Adamem wrócił jej dawny niepokój. Z 

drugiej   strony   jednak,   zadowolona   była,   że   wolał   jechać   z   nią.   O   ile 

wszystko   pójdzie   dobrze,   będzie   mogła   jeździć   częściej   po   zakupy   i 

oszczędzić matce Adama uciążliwych podróży. 

Obserwował w milczeniu, jak wspina się na siedzenie obok niego. Nie 

odzywał się także w drodze do wsi. Na miejscu czekał na Heather przed 

sklepem.   Sprzedawca   wyniósł   za   nią   pakunki   i   gdy   układał   je   na 

dwukółce, zagadnął Adama. „To prawda, co powiedziała pani Lawrence – 

pomyślała Heather. – Siedząc tam, wygląda na normalnego, wiejskiego 

gentelmena”. Miał na głowie zwyczajną czapkę z daszkiem, zamiast tej 

zrobionej na drutach; powoli i uprzejmie odpowiadał sprzedawcy. Patrząc 

na jego śniadą twarz i błyszczące oczy, zdała sobie sprawę, że jest całkiem 

przystojny. Nagle uchwycił jej spojrzenie i patrzył na nią przez moment z 

dziwnym, nie znanym jej dotąd wyrazem oczu. 

Sprzedawca skończył pakowanie i podał dłoń Heather, by pomóc jej 

background image

wsiąść. Wieś opuścili kłusem,  ale na skraju wrzosowisk Adam zwolnił 

bieg konia do stępa. W świetle słonecznym okolica wyglądała przepięknie. 

Wysoka trawa łagodnie uginała się od wiatru, powietrze wypełniał zapach 

tawuły.   Skowronek   poderwał   się   z   trawy   i   Heather,   zachwycona   jego 

śpiewem, szukała go wzrokiem. Adam odwrócił się do niej. Uśmiechał się 

łagodnie. 

– Lubisz skowronki?

W   odpowiedzi   jedynie   skinęła   głową,   czując   nagłe   onieśmielenie. 

Przecież to był pierwszy raz, gdy odezwał się do niej. 

Skowronek na nowo zniknął w trawie, a Adam, pokazując na dużego 

ptaka szybującego w oddali, rzekł:

– Patrz, pustułka. 

–   Pustułka   –   powtórzyła   za   nim.   –   Nigdy   jeszcze   nie   widziałam 

pustułki.   Świetnie   znasz   się   na   ptakach,   ja   rozpoznaję   tylko   gołębie   i 

wróble. 

Nadal łagodnie się uśmiechał. 

– Gołębie i wróble – powiedział, patrząc na nią. – Gołębie i wróble – 

powtórzył raz jeszcze po chwili. 

Nagle   roześmiał   się   głośno   i   odwracając   się   w   stronę   drogi,   zaciął 

Rafię,   pobudzając   ją   do   galopu.   Dwukółka   zaczęła   trząść   się   i 

podskakiwać   gwałtownie   na   kamienistej   drodze.   Heather   przywarła 

przerażona do siedzenia. Adam z niepohamowanym śmiechem ponaglał 

konia do jeszcze szybszego biegu. Przypomniała sobie, co pani Lawrence 

mówiła o jego szaleńczej jeździe. W ten sposób wyżywał się, dając , upust 

emocjom, gdy opadała zasłona powściągliwości. Prawdopodobnie od tej 

strony znała go jedynie matka. 

background image

Dziewczyna   wyobrażała   sobie,   jak   z   boku   musi   wyglądać   ta   ich 

szaleńcza jazda przez spokojne wrzosowiska: koń z i rozwianą grzywą i 

łbem   wysuniętym   do   przodu,   paczki   przesuwające   się   i   podskakujące, 

Adam ożywiony jak nigdy, a ona sama, z włosami falującymi w pędzie, 

kiwa się i trzęsie, ledwo utrzymując równowagę. Udzieliła jej się dzika 

werwa Adama, nie wytrzymała i także zaczęła śmiać się w głos. 

Adam   odwrócił   się   do   niej   raptownie,   przerywając   na   moment 

szaleńczy śmiech. Przemknęło jej przez głowę, że przecież to wszystko 

może się źle skończyć. Lecz on był zachwycony, że udzielił jej się jego 

nastrój.   Dalej   ponaglał   konia   i   pędzili   wariacko   przez   wrzosowiska. 

Zwolnił bieg dopiero przed podjazdem. 

Zatrzymali się przy tylnym wyjściu. Adam, zeskoczywszy pośpiesznie 

z siedzenia, obszedł pojazd, by pomóc wysiąść dziewczynie. Stanęła obok 

niego,   on   spoglądał   na   nią   nieśmiało.   Teraz,   ze   spuszczoną   głową, 

wyglądał jak uczniak przyłapany na figlu. Wypakował pudła z zakupami i 

wszedł do domu. Podążyła za nim. Policzki miała zaróżowione, a oczy 

wciąż roziskrzone. 

W kuchni była Lucy. Spoglądała to na Heather, to na Adama. Mrugnęła 

porozumiewawczo za jego plecami. 

– Zdobyła go panienka, nie ma co – odezwała się, gdy Adam wyszedł 

odprowadzić   dwukółkę.   –   Nic   dziwnego,   w   końcu   tacyście   do   siebie 

podobni... 

Heather przerwała rozpakowywanie zakupów i spojrzała zdziwiona. 

– Panienka nieśmiała i delikatna, a on przecież taki sam. Chociaż jak 

się   zdenerwuje,   to   nie   ma   gorszego.   Ale   tam,   to   każdemu   się   zdarza. 

Panienka to wszędzie sama, do wsi nigdy nie chodzi, on taki sam odludek. 

background image

Nie to co ja. Chociaż i tak wiadomo, że każdemu lepiej, gdy ma z kim 

pogadać. Jak to dobrze, że on w końcu polubił panienkę, pani się ucieszy. 

Denerwowała się, jak powiedziałam, że pojechaliście razem. Lepiej niech 

panienka pójdzie i powie, że wszystko dobrze. 

Heather zdziwiło poruszenie pani Lawrence. 

–   Nie   miałam   pojęcia,   że   pojechałaś   z   Adamem.   Dopiero   Lucy   mi 

powiedziała. Czy wszystko w porządku, moja droga?

–   O,   tak!   Podobało   mi   się   i   Adamowi   chyba   także.   Starsza   pani 

spojrzała na nią badawczo. 

–   Tak,   widać,   że   jesteś   zadowolona.   Lucy   mówi,   że   to   Adam 

zaproponował,   byś   z   nim   jechała.   Och,   to   wspaniale,   że   wszystko   się 

jednak   ułożyło.   Sama   widzisz,   moja   droga,   iż   on   cię   lubi,   tylko   nie 

okazywał tego. Ale bądź dalej ostrożna, bo byłoby straszne, gdyby znowu 

coś się popsuło. – Przerwała gwałtownie. – Och nie, nie słuchaj mnie, 

zaczynam zrzędzić. To przez to dzisiejsze osłabienie. 

Ten   wieczór   Heather   spędziła   w   bibliotece.   Adam   zazwyczaj 

towarzyszył matce, lecz tym razem przyszedł tam. Otworzył drzwi i stanął 

w   nich.   Zrobił   to   tak   cicho,   że   gdyby   Heather   nie   siedziała   twarzą   w 

kierunku wejścia, nie zauważyłaby go. Patrzyła na niego uważnie. Oboje 

ochłonęli   i   już   z   popołudniowego   szaleństwa.   Pod   pachą   trzymał 

pokaźnych rozmiarów książkę i kiedy wszedł, uśmiechając się jak zwykle 

nieśmiało, położył ją na stole. 

Gdyby to było jeszcze wczoraj, wyszłaby bez zastanowienia, nie chcąc 

wchodzić mu w drogę. Teraz wahała się. Jednak on, wskazując na książkę, 

powiedział:

– To dla ciebie ją przyniosłem. Może cię zainteresuje. Możesz ją sobie 

background image

przeczytać, jeśli chcesz. 

Przekartkowała ją. 

–   Tak,   oczywiście,   że   chciałabym   ją   przeczytać   –   odparła.   Książka 

pełna była kolorowych ilustracji ptaków. 

– Mama podarowała mi ją wiele lat temu. Pokażę ci ptaki, które można 

spotkać w okolicy, chcesz? Będziesz mogła sama je rozpoznawać. 

Zestawił dwa krzesła przy stole i usiedli, pochylając się nad książką. 

Nie okazywał jej już więcej dawnej niechęci, teraz rad był jej obecności 

w domu na wrzosowisku. Po ptakach przyszła kolej na dzikie kwiaty i 

drzewa. Uczył ją ich nazw, a podczas i częstych wspólnych wędrówek 

pokazywał te, które rosły na i okolicznych polach i w lasach. Robił to z 

widocznym   zadowoleniem,   a   ona   także   niecierpliwie   oczekiwała 

kolejnych , wspólnych wędrówek. 

Któregoś dnia zabrał ją w góry, dalej niż do tej pory chodziła, nad 

szerokie, spokojne rozlewisko, w którym zbierały się ryby. U podstawy 

rozlewiska rzeka zwężała się i w tym l miejscu  brzegi połączone były 

mostem,   a   raczej   nie   budzącą   '   zaufania   kładką,   zbudowaną   z   nie 

ociosanych pni. Na zdziwienie Heather Adam odpowiedział uśmiechem.

–  Robert   i   ja   zbudowaliśmy   to   dawno   temu   –   rzekł   z   młodzieńczą 

chełpliwością. – To był pomysł Roberta, ale ja mu 

pomagałem. 

Zamyślił   się,   patrząc   na   most.   Było   to   spojrzenie   pełne   smutku   i 

tęsknoty. Po chwili niecierpliwie machnął ręką, jakby chcąc rozproszyć złe 

myśli,   i   wkroczył   szybko   na   pnie.   Stanął   wpatrzony   w   wodę.   Nie 

przyłączyła się do niego; kładka była za wąska i nie miała poręczy. 

Kiedy   przyszli   w   to   miejsce   następnym   razem,   dziewczyna   mogła 

złapać   się   dwóch   grubych   lin,   które   Adam   przeciągnął   pomiędzy 

background image

drzewami   na   przeciwnych   brzegach.   Stali   teraz   obok   siebie   na   kładce, 

patrząc w dół na śmigające w przejrzystej wodzie ryby. 

– Robert i ja często tu kiedyś przychodziliśmy razem. – W jego głosie 

zabrzmiała znów ta sama tęsknota. Odwrócił się do Heather z tym swoim 

nieśmiałym uśmiechem. – Cieszę się, że i tobie się tu podoba. 

Pani Lawrence z zadowoleniem obserwowała ich rosnącą przyjaźń. 

– Adam przywiązał się do ciebie – stwierdziła któregoś popołudnia. – A 

wydawało się już, że to całkiem nieprawdopodobne. Zmienił się od czasu, 

gdy przyjechałaś. Teraz bardzo odpowiada mu twoje towarzystwo. Dzięki 

temu już go tak nie martwi, że z nim nie jeżdżę. Poza tym, ty nareszcie 

przestałaś   być   taka   samotna.   –   Przerwała   na   moment,   zamyślona.   – 

Śniadania wciąż jadasz sama, prawda? Nie widzę powodu, dla którego nie 

miałabyś jadać z Adamem i Lucy. Nie sądzę, by on miał coś przeciwko 

temu,   pewnie   nawet   będzie   zadowolony.   Och,   moja   droga,   byłaś   tak 

wyrozumiała   dla   niego...   Sama   widzisz,   to   było   dobre   rozwiązanie: 

pozwolić   mu   powoli,   stopniowo   przywyknąć   do   ciebie.   Obie   jednak 

wiemy,  jak  zmienny  jest  Adam,   i  chociaż  wszystko  wydaje  się   być  w 

najlepszym porządku, to dajmy mu jeszcze trochę czasu. Wybacz więc, 

moja droga, że wciąż będę cię utrzymywać raczej z dala od niego. 

Znów   przerwała,   zatopiona   w   myślach.   Po   chwili   odezwała   się 

ponownie, cicho, raczej do siebie niż do Heather. 

–   Gdyby   tylko   Robert   chciał   mnie   słuchać...   ale   on   nigdy   tego   nie 

robił... 

Dziewczyna spojrzała  na  nią  zaskoczona:  to  pierwszy   raz, gdy  pani 

Lawrence wspomniała o Robercie, po raz pierwszy zdradziła się, że myśli 

o nim. 

background image

– Wiesz, że mam drugiego syna, Roberta? Mieszka w Plymouth. Tak 

jest lepiej... 

Jej oczy mówiły co innego; były pełne smutku, jak oczy Adama, gdy 

wspominał brata. Czyżby jednak, mimo pozorów, nie byli szczęśliwi we 

dwoje?   Heather  po  raz  pierwszy   była  ciekawa,  jakim człowiekiem  jest 

Robert. 

Pani Lawrence uśmiechnęła się słabo. 

– Cóż, staję się marudna z wiekiem, ot co, za dużo czasu spędzam na 

rozpamiętywaniu przeszłości... Poza tym... ty jesteś inna niż Robert, nic 

takiego nie mogłoby się już wydarzyć... 

4

To pogodne, szczęśliwe lato Heather wiele razy miała wspominać z 

tęsknotą   później,   kiedy   nadeszły   niespokojne   miesiące.   Jej   przyjaźń   z 

Adamem   zacieśniła   się.   Dziewczyna   rezygnowała   z   jego   towarzystwa 

jedynie wtedy, gdy był w towarzystwie matki. Zauważyła bowiem, iż jej 

obecność   w   takich   wypadkach   wywołuje   u   pani   Lawrence   dziwny 

niepokój. Nie rozumiała jego przyczyn, jako że Adam wydawał się już 

całkiem zapomnieć o dawnych urazach. Bez sprzeciwu jednak zostawiała 

ich samych, bo w żadnym razie nie chciała się narzucać. 

Wiejskie życie odpowiadało jej. Większość wolnego czasu spędzała na 

powietrzu, więc jej policzki nabrały koloru, a oczy rozbłysły nieznanym 

dotąd blaskiem. 

Lato powoli ustępowało jesieni, wszystko wokół zmieniało się. Drzewa 

pożółkły,   aleja   i   las   na   brzegu   rzeki,   dotychczas   zielone,   zaczęły   się 

wkrótce mienić czerwienią i złotem. Opadłe liście szeleściły pod stopami. 

background image

Potem nadszedł tydzień ulewnych deszczy i nawet Adam większość 

czasu spędzał w domu, pracując w warsztacie w piwnicy. Gdy Heather 

wyszła   po  tej  przymusowej   przerwie   na  spacer,   rzeka   była  wezbrana  i 

zmącona, a liście, których szelest tak lubiła, nasiąknięte wodą. 

Wrzosowiska zmieniły jedynie barwę. Drżała z zimna, patrząc na nie z 

okna. Jednak, w przeciwieństwie do Lucy i pani Lawrence, nie obawiała 

się nadchodzącej zimy. Wciąż pociągała ją dzikość tego miejsca tracącego 

teraz   letnią   łagodność.   Wyobrażała   sobie,   że   wkrótce   aż   po   horyzont 

będzie się tu rozciągać bezkresna, śnieżna pustynia, nie skalana ludzką 

bytnością. 

Matce   Adama   nie   służyły   jesienne   chłody.   Dni   stawały   się   coraz 

krótsze i starsza pani szybciej się męczyła. Heather wydawało się czasem, 

że   dostrzega   na   jej   twarzy   cierpienie.   Kilkakrotnie   proponowała 

sprowadzenie   lekarza,   ale   niezmiennie   spotykała   się   z   odmową. 

Dziewczyna   podejrzewała,   iż   pani   Lawrence   robi   to   ze   względu   na 

Adama, nie chcąc go martwić. Ale być może bała się usłyszeć diagnozę 

lekarza. 

Heather przejęła w całości prowadzenie domu. Doskonale potrafiła już 

przygotowywać   posiłki   odpowiednie   dla   delikatnego   żołądka   swojej 

gospodyni,   starając   się   jednocześnie   zaspokoić   wilczy   apetyt   Adama. 

Teraz tylko ona jeździła z nim po zakupy. 

Adam   zawsze   był   czymś   zajęty.   Godziny   spędzał   na   czyszczeniu   i 

polerowaniu dwukółki i uprzęży, na oporządzaniu konia. Zdarzało się, że 

Heather towarzyszyła mu w stajni, rozmawiając z nim i przyglądając się 

jego   pracy.   Miał   wiele   uczucia   dla   Rafii;   przemawiał   do   niej   podczas 

czyszczenia. Zwierzę odwzajemniało jego miłość, rżąc radośnie i trącając 

background image

go łbem. 

– Mieliśmy trzy konie – wspomniał pewnego razu. – Robert z ojcem 

jeździli wierzchem, a ja z mamą dwukółką. Zazwyczaj ja je oporządzałem. 

Zawsze to lubiłem. – Przerwał ze zgrzebłem w dłoni. – Inaczej niż Robert 

– rzekł raczej do siebie. – Mama ma rację, z Robertem jest inaczej. 

Heather   zapomniała   o   jego   wcześniejszej   antypatii.   Teraz   był 

niezmiennie   miły   i   łagodny   w   stosunku   do   niej.   Tym   bardziej   była 

zszokowana,   zetknąwszy   się   ponownie   z   drugą   stroną   jego   charakteru. 

Stało się to podczas jednej z ich wspólnych wypraw do wioski. 

Skończyła już zakupy i mieli właśnie odjeżdżać, gdy w pogoni za piłką 

na drogę wybiegł mały chłopczyk. Widząc, iż toczy się ona w kierunku 

konia,   rzucił   w   nią   trzymanym   w   dłoni   kijem.   Chybił   jednak   i   upadł, 

straciwszy równowagę, a kij uderzył w przednią nogę Rafii. Spłoszony 

koń zerwał się gwałtownie. Heather krzyknęła w obawie o życie dziecka. 

Adam uspokoił konia, ale mimo iż wiedział, że to był przypadek, twarz 

zapłonęła   mu   gniewem.   Wychylił   się   z   dwukółki   i   zrugał   chłopca 

straszliwie. Ten, wystraszony, uciekł zapomniawszy o piłce. Heather była 

zaskoczona gwałtownością wybuchu Adama. Zauważyła, że trzęsły mu się 

ręce, gdy brał wodze. Podczas powrotnej drogi do domu nie odezwał się 

do   niej   słowem,   a   twarz   miał   cały   czas   odwróconą.   Także   podczas 

rozładowywania dwukółki uparcie unikał wzroku dziewczyny. 

Wieczorem zamknął się w swoim pokoju, zaraz po tym, jak życzył 

matce dobrej nocy. Wyraźnie unikał towarzystwa Heather. Sądziła, że dąsa 

się na nią, tak jakby pokłócili się. 

Nazajutrz przyszedł na śniadanie wciąż milczący, jednak gdy odezwała 

się do niego, odpowiedział szybkim uśmiechem. Zrozumiała wtedy, że to 

background image

nie złość kazała mu jej unikać, a wstyd za wczorajsze zachowanie. 

Potem,   gdy   już   odłożył   gazetę   i   miał   wyjść,   zatrzymał   się   przy 

drzwiach   z   wyraźnym   wahaniem.   Zrobił   parę   kroków   w   jej   stronę   i 

powiedział:

– Czasem... to szybko wpadam w złość. 

– Cóż, każdy się czasem denerwuje. – Uśmiechnęła się życzliwie. 

– Ty nigdy się nie złościsz. 

– Ależ tak. Są rzeczy, które i mnie złoszczą. 

Powoli pokręcił głową bez przekonania. Wyszedł, nie odezwawszy się 

więcej. 

Nigdy nie mówił o zdrowiu matki, lecz Heather zauważyła, że gryzie 

się tym coraz bardziej. Stopniowo, mimo iż wciąż był przyjazny, stawał 

się bardziej milczący i zamyślony. Rzadziej go widywała. O ile pogoda na 

to   pozwalała,   z   niezmordowaną   energią   pracował   w   swoim   ogrodzie, 

jakby   wysiłkiem   fizycznym   chciał   zagłuszyć   niepokój   wewnętrzny. 

Powiększał   ogród   na   tyłach   domu   –   wyrównywał   teren   pod   trawnik, 

wytyczał   nowe   ścieżki.   Pracował   pod   jej   oknem   i   ze   swojego   pokoju 

widziała,   jak   odrzucał   wielkie   szufle   ziemi   pod   ścianę,   gdzie   wiosną 

zamierzał   urządzić   nowy   kwietnik.   Nadszedł   wreszcie   dzień,   gdy   pani 

Lawrence czuła się zbyt źle, by wstać z łóżka. 

– Powiem Adamowi, by sprowadził lekarza – zaproponowała Heather. 

– Nonsens. Nie ma potrzeby niepokoić Adama ani wyciągać lekarza na 

to  bezludzie.  To  tylko  lekka  niestrawność,  nic   więcej.  To  minie,  tylko 

muszę trochę poleżeć. 

Gdy   po   południu   odwiedziła   ją   powtórnie,   pani   Lawrence 

przekonywała, że czuje się już lepiej, lecz jeszcze pozostanie w łóżku. 

background image

Dziewczynę   bardzo   to   zmartwiło,   bo   zdawała   sobie   sprawę,   że   gdyby 

wszystko było w porządku, starsza pani dawno by już wstała. Postanowiła, 

że bez względu na jej sprzeciw należy wezwać lekarza. 

Powiedziała o tym Lucy. 

– Zawiadomię doktora, jak będę jechać do domu, jeśli panienka chce – 

zaoferowała się. – Ale myślę sobie, że nie ma co panikować, to chyba nie 

takie pilne. Lepiej niech przyjedzie jutro rano. 

– Tak, chyba masz rację – zgodziła się Heather. – Nie chciałabym robić 

niepotrzebnie   zamieszania.   Więc   zawiadom   go,   a   ja   powiem  pani.   Nie 

będzie zadowolona, ale cóż... uważam, że powinnyśmy. 

Następnego ranka Lucy przyjechała ogromnie podekscytowana. 

– Czy słyszała panienka nowinę?

–   O  niczym  nie   wiem,   Lucy.  Niby   skąd   miałabym  wiedzieć?   Co   z 

lekarzem? Przyjedzie?

Przez moment wydawało się, że Lucy jest zakłopotana. 

– Lekarz, panienko?

–   Tylko   nie   mów,   że   zapomniałaś   zawiadomić   lekarza...   Lucy 

wyglądała na urażoną. 

– Oczywiście, że nie zapomniałam. Przyjedzie. 

– Och, dzięki Bogu – odetchnęła Heather z ulgą. – A teraz, cóż to za 

wiadomość tak cię rozpiera?

– Mówią, że uciekł więzień. – Lucy stała się znowu podekscytowana. – 

Ci skazańcy są gotowi na wszystko. Albo to wiadomo, co takiemu strzeli 

do głowy, zanim go złapią?... Założę się, że to dusiciel... 

Odegrała pantomimę, udając, że jest duszona – wytrzeszczyła oczy, a 

ręce zacisnęła sobie wokół szyi. Hearher wybuchnęła śmiechem. 

background image

– Nie ma się co śmiać, panienko. Mnie to ciarki przechodzą, jak o tym 

pomyślę. Nie chciałabym być na miejscu panienki dziś w nocy. Za nic. A 

dokąd on ma niby pójść w poszukiwaniu jedzenia, jak nie tutaj? Poza tym, 

przecież musi pozbyć się więziennych łachów... I nikt nie przyszedł was 

ostrzec?

Heather potrząsnęła głową. 

– Nie, pierwszy raz słyszę. 

– On jest gdzieś w pobliżu, szukają go na wrzosowiskach. Uwinę się 

dziś i wcześniej pojadę do domu, dobrze, panienko? Nie chcę wracać po 

nocy... – I odeszła pośpiesznie, jakby dusiciel deptał jej już po piętach. 

Nikt   nie   przyjechał   po   to,   by   potwierdzić   opowiadanie   Lucy,   a 

przybycie lekarza sprawiło, iż Heather szybko o wszystkim zapomniała. 

Podczas   wizyty   Adam   chodził   nerwowo   po   pokoju.   Odprowadzając 

lekarza, dziewczyna wyczuła, że jest gdzieś w pobliżu i słucha. 

– Trudno z całą pewnością orzec, co to jest. Rzeczywiście, ból może 

być spowodowany ostrą  niestrawnością,  ale nie jestem pewien. Dobrze 

byłoby, gdyby pojechała ze mną na jakiś czas do kliniki na obserwację, 

lecz   ona   oczywiście   nie   chce   się   zgodzić.   Cóż,   zobaczymy,  jak   to   się 

rozwinie. Na razie zapisałem środki przeciwbólowe. Uśmierzą ból, o ile 

znów się pojawi. 

Chciała porozmawiać z Adamem i pocieszyć go. Widać było, że jest 

przerażony chorobą matki. Nie znalazła go jednak w holu i nie pojawił się 

więcej tego dnia. 

Gdy zaciągała zasłony, by odgrodzić się od zapadającej ciemności i 

nadać   wnętrzu   przyjemniejszy   wygląd,   po   raz   pierwszy   poczuła   się 

przygnębiona   i   samotna.   Wiatr   porywał   z   podjazdu   liście,   z   impetem 

background image

uderzał w okna i wył niesamowicie w kominie. Widok szkieletów drzew, 

czarnych na tle szarego nieba, przyprawiał o gęsią skórkę. Pomyślała, jak 

dobrze byłoby móc teraz wyjrzeć na miejską ulicę, gęsto zabudowaną i 

rzęsiście oświetloną światłem latarń... 

Perspektywa spędzenia samotnie tego długiego wieczoru nie była zbyt 

zachwycająca. Poza tym było coś jeszcze, coś, o czym przypomniała sobie 

dopiero teraz. Tam, za oknem, w ciemnościach czaił się być może zbiegły 

więzień, zdecydowany na wszystko... Zaczynała się bać. 

Lucy odjechała wcześnie, pędząc na złamanie karku w dół podjazdu, by 

zdążyć   do   wsi   przed   zmrokiem.   Heather   przypomniała   sobie   jej 

pożegnalne słowa:

– Zamknijcie się dobrze. Ja tam, na waszym miejscu, to bym zostawiła 

trochę jedzenia i jakieś ubranie na dworze. Na wszelki wypadek. Może go 

i już złapali i dlatego nie przyszli was ostrzec, ale nigdy nic nie wiadomo. 

No, to lecę, panienko. Mam nadzieję, że jutro zastanę was tu całych i 

zdrowych. 

Zajęła   się   przygotowywaniem   kolacji,   chcąc   otrząsnąć   się   ze   złych 

myśli. 

Po posiłku Adam nie zniósł tacy, jak to robił zazwyczaj, więc sama 

poszła po nią na górę, chcąc się także upewnić, czy chorej niczego nie 

potrzeba.   Nie   było   odpowiedzi   na   pukanie   do   drzwi.   Gdy   weszła   do 

środka, okazało się, iż Adam już wyszedł od matki, a jego kolacja była 

ledwo napoczęta – niewiele jadał przez ostatnie dwa dni. Pani Lawrence 

spała, więc dziewczyna zabrała tacę i cicho wyszła z pokoju. 

Po umyciu naczyń i wysprzątaniu kuchni została tam chwilę dłużej, nie 

wiedząc, co ma zrobić. Odkąd przebywała w tym domu, nie pamiętała, 

background image

żeby   go   kiedykolwiek   zamykano.   Jedynie   drzwi   zewnętrzne   były 

zamknięte na noc, a i to nie na klucz, ponieważ chodziło o ochronę przed 

złą pogodą. Wahała się teraz, czy uczynić odstępstwo od tej reguły, Adam 

zwykł był bowiem wychodzić do stajni po zmroku. Poza tym był jeszcze 

problem   lamp.   Zazwyczaj   ten,   kto   szedł   spać   ostatni,   gasił   je. 

Poprzedniego   wieczoru   Adam   nie   zszedł   na   dół   i   tego   dnia   także   nie 

spodziewała się go tutaj. Nie mogła mieć jednak pewności, a za bardzo 

bała się czekać na niego sama na dole. Pomyślała, że jeżeli pogasi lampy i 

zarygluje   drzwi,   i   Adam   mimo   wszystko   zejdzie,   to   będzie   wielce 

zdziwiony tym, co zastanie. Był tak zmartwiony matką, że ani Heather, ani 

Lucy nie wspominały mu nawet o zbiegu. Ostatecznie poszła na górę, nie 

gasząc lamp i zostawiając drzwi nie zaryglowane. 

W swoim pokoju poczuła się bezpieczniej i siedząc w łóżku zaczęła 

czytać. Wiedziała, że nie zaśnie, dopóki nie będzie pewna, iż lampy są 

pogaszone.   Około   dziesiątej   otworzyła   drzwi   i   wyjrzała   na   korytarz. 

Lampy   wciąż   się   paliły.   Heather   miała   rozpuszczone   włosy   i   jedynie 

koszulę nocną na sobie, lecz przekonana, że Adam jest u siebie, narzuciła 

tylko szlafrok i w kapciach zeszła na dół. 

Gdy doszła do holu, cała drżała – częściowo z zimna, a częściowo ze 

strachu. Tym razem była zdecydowana zaryglować drzwi bez względu na 

to,   co   Adam   sobie   rano   pomyśli.   Drżącymi   dłońmi   zabezpieczyła 

zasuwami frontowe i kuchenne drzwi i wygasiła lampy, zostawiając jedną, 

by oświetlała jej drogę powrotną. 

Wzięła   ją   teraz   i   zaczęła   wchodzić   po   schodach.   Wtem   usłyszała 

chrzęst kroków  na podjeździe.  Zamarła   z przerażenia   i  nastawiła  uszu. 

Kroki zbliżyły się do drzwi i usłyszała odgłos szarpania za klamkę. Jeśliby 

background image

zeszła chociaż pięć minut później, to ktokolwiek to był, znalazłby się w 

środku. Dygotała tak silnie, że o mało nie upuściła lampy. Chwyciła ją 

więc obiema dłońmi i wstrzymała oddech nasłuchując. Ponownie dał się 

słyszeć   odgłos   kroków.   Ten   ktoś   nie   próbował   nawet   się   skradać. 

Obchodził dom. 

Przestraszona, że mógł ją usłyszeć, podeszła do drzwi kuchni. Teraz 

próbował dostać się do środka tylnym wejściem – wskazywał na to hałas 

przy drzwiach. Potem znowu usłyszała kroki, najwyraźniej ten ktoś mijał 

właśnie kuchenne okno. Nagle wszystko ucichło i nasłuchując u wejścia 

do małego salonu, pomyślała, że mężczyzna musiał zejść ze ścieżki i pójść 

przez ogród. Napięcie opadło. Odetchnęła z ulgą i oparła się o futrynę. 

Naraz dobiegły ją jakieś odgłosy przy drugim oknie i zanim zdała sobie 

sprawę z tego, co się dzieje, zasłona zafalowała pod wpływem wiatru z 

otwartego   okna.   W   panice   upuściła   lampę   i   rzuciła   się   do   kominka, 

chwytając   ciężki   pogrzebacz.   Gdy   się   odwróciła,   intruz   niespiesznie 

wchodził do środka. 

Wpatrywała   się   w   niego   nie   tyle   zatrwożona,   co   zaskoczona.   Nie 

przypominał bowiem w niczym ściganego więźnia ani nie wyglądał też na 

szaleńca,   którego   opisywała   Lucy.   Był   młody,   przystojny   i   elegancko 

ubrany. 

Teraz   on   z   kolei   stanął   jak   wryty.   Potem,   najwyraźniej   szczerze 

rozbawiony, postawił na ziemi małą torbę, którą miał ze sobą, podszedł do 

Heather,   wyjął   z   jej   rąk   pogrzebacz   i   odłożył   na   miejsce.   Następnie 

przyniósł lampę, którą dziewczyna tak nierozważnie upuściła i trzymając 

ją w górze, odezwał się:

– A więc jesteś prawdziwa. Przez moment myślałem, że zbzikowałem. 

background image

Kim jesteś? I co, u diabła, robisz tutaj?

Była zbyt zdumiona, by odpowiedzieć. Czuła, że czerwieni się pod jego 

badawczym spojrzeniem i odsunęła się poza krąg światła. On tymczasem 

odstawił   lampę   na   stół   i   wróciwszy   do   okna,   zamknął   je   i   zaciągnął 

zasłonę. 

– Cóż, skoro nie chcesz powiedzieć, kim jesteś, powiedz mi coś innego. 

Dlaczego   cały   dom   jest   tak   pozamykany?   Nie   przypominam   sobie,   by 

kiedykolwiek robiono tu coś takiego. 

– To tylko na dzisiejszą noc. Rzeczywiście, zazwyczaj się tego nie robi. 

Spostrzegła gniew na jego twarzy. Zapytał ostrym głosem:

–   A   dlaczego   akurat   dzisiaj?   Czyżby   Adam   się   mnie   spodziewał? 

Domyślił się, że musiałem się dowiedzieć o chorobie matki?

– Adam nie ma z tym nic wspólnego. Ty jesteś Robert, prawda? Kiedy 

usłyszałam kroki na zewnątrz, pomyślałam, że to zbiegły więzień... 

Znów wyglądał na rozbawionego. 

– Tak, to wyjaśnia to wspaniałe powitanie... Ktoś uciekł z Princetown? 

Nic nie słyszałem. 

– Lucy mówiła... 

– Ach, tak? – zapytał drwiącym tonem. – W takim razie to możliwe... 

Lucy   zawsze  była  świetna  w  tragediach.  Poczekaj,  już  wiem:   ty  jesteś 

dobrą wróżką i stoisz na straży zamku, zgadłem? Nie wątpię, że i tego 

pogrzebacza użyłabyś w razie potrzeby... 

– Przepraszam za to. 

–   Nie,   to   ja   powinienem   przeprosić   ciebie.   Musiałem   napędzić   ci 

niezłego   stracha.   Przykro   mi,   ale   nie   miałem   zielonego   pojęcia,   że   tu 

jesteś. Cała ta sytuacja wielce mnie intryguje. Gdzie jest Adam?

background image

– Chyba u siebie. Nie widziałam go cały wieczór. Bardzo się martwi o 

matkę. 

– Tak, wyobrażam sobie. Powinien był mnie zawiadomić. Spotkałem 

kogoś z wioski, kto mi powiedział, że wzywano tu lekarza. Ciekawe, jak 

późno bym się dowiedział, gdyby nie to przypadkowe spotkanie... – Stał, 

patrząc na nią ze smutkiem w oczach. – Co z nią?

– Nie wiadomo. Lekarz nie potrafił powiedzieć nic konkretnego. Ona 

twierdzi, że to nic poważnego. 

– To zrozumiałe; nie chce straszyć Adama. Ale chyba musi być nie 

najlepiej, skoro aż wezwała lekarza. 

– Nie chciała go wzywać. Ja wymusiłam to na niej. 

– O! Dobra jesteś, wróżko! To wcale nieźle, wymusić na mojej matce 

coś, czego ona nie chce. Wiem coś o tym, bo przez całe lata próbowałem. 

Pójdę   się   z   nią   zobaczyć   –   powiedział,   zmierzając   do   >1rzwi.   –   Nie 

znikniesz,   kiedy   mnie   nie   będzie,   prawda?   Jest   wiele   rzeczy,   o   które 

chciałbym cię zapytać. 

– Spała, gdy zaglądałam do niej ostatnim razem. Chyba nie będziesz jej 

budził?

Odwrócił się w drzwiach, by spojrzeć na dziewczynę. Uśmiech wrócił 

na jego twarz. 

– Jesteś więc także strażą u łoża chorej?... Nie, nie obawiaj się, nie będę 

jej budził Zajrzę tylko. To nie potrwa długo. 

Heather pragnęła wrócić do łóżka, bo było jej zimno i cała się trzęsła, 

odreagowując   napięcia   minionego   wieczoru.   Czuła   się   ogromnie 

zmieszana. Nie pomyślała, że to Robert może wracać do domu. Och, jakże 

głupio się zachowała... Opadła na fotel i podkurczyła nogi, by opanować 

background image

ich drżenie. Czekała na jego powrót. 

background image

5

Robert wrócił prawie natychmiast. 

– Wciąż śpi. U Adama nie byłem, nie widać światła pod jego drzwiami. 

Stanął   na   moment   w   wejściu,   patrząc   zamyślonym   wzrokiem   na 

Heather, po czym wszedł powoli do środka i przysunął sobie krzesło do jej 

fotela. Usiadł okrakiem, trzymając ręce na oparciu. 

– Jak długo tu jesteś?

– Od prawie sześciu miesięcy. Zdziwił się. 

– Ale matka chyba nie była już wtedy chora?

– W każdym razie nie na tyle, by musiała zostawać w łóżku i wzywać 

lekarza. Właściwie, odkąd tu jestem, nigdy nie była całkiem zdrowa. 

Jego dłonie zacisnęły się na oparciu. Wstał, odsuwając krzesło. 

–   Nigdy   mi   nie   powiedziała...   Powinna   była   mi   powiedzieć.   Czy 

dlatego tu jesteś?

– Tak. Prowadzenie domu zbytnio ją męczy, nawet z pomocą Lucy. 

Milczał przez chwilę, przyglądając się dziewczynie. 

– Musiało jej być naprawdę ciężko, skoro sprowadziła cię na stałe, choć 

z drugiej strony, to jest pierwsza rozsądna rzecz, jaką zrobiła od lat... – 

Usiadł ponownie. – Dlaczego ty?

– Co masz na myśli?

– Dlaczego akurat na ciebie się zdecydowała? Wybacz, ale to raczej 

osobliwy   wybór.   Jesteś   taka   młoda,   to   po   pierwsze.   W   każdym   razie, 

chodzi   mi   o   to,   jak   cię   znalazła?   Jesteś   jakąś   naszą   krewną   czy   kimś 

takim?

– Nie. Twoja matka i moja ciotka były bliskimi przyjaciółkami, zanim 

background image

wyprowadziliście się z Londynu. Traf chciał, że pani Lawrence myślała 

już od pewnego czasu o wzięciu gospodyni. Kiedy więc ciotka napisała jej 

o   śmierci   mojej   matki   i   o   tym,   że   jestem   zrozpaczona   i   chcę   uciec   z 

Londynu... to podsunęło jej myśl, że mogłabym przyjechać tutaj na jakiś 

czas. 

Wolno pokręcił głową. 

– Jakoś nadal nie chce mi się wierzyć, że wpadła na taki pomysł... 

Chodź. – Wstał nagle. – Cała dygoczesz. Chodźmy do kuchni, tam jest 

cieplej. Poza tym jestem głodny. 

W   kuchni   otworzył   drzwiczki   od   piecyka   i   wysunął   szyber.   Potem 

powkładał drewno pomiędzy rozgrzane węgle i już po chwili rozbłysnął 

ogień. 

Przysunął jeden z plecionych foteli bliżej do pieca. 

– Proszę – rzekł, gestem zapraszając, by usiadła. 

– Mówiłeś, że jesteś głodny... 

– Owszem, zjadłbym konia z kopytami, ale to nie twoje zmartwienie. 

Poradzę sobie. Znam tę kuchnię nie gorzej od ciebie. 

Heather   stała   niezdecydowana,   lecz   on   siłą   posadził   ją   w   fotelu   i 

położył jej nogi na kracie ochronnej pieca. 

– Tak lepiej – uśmiechnął się. – Tam nie będziesz mi przeszkadzać. 

Gdy   zagotowała   się   woda,   zaparzył   herbatę   i   podał   jej   filiżankę. 

Przyglądał się przez chwilę, jak piła małymi łykami. 

– Już cieplej?

Gorący napój i żar od ognia rozgrzały ją, tak że przestała się trząść. Na 

pytanie odpowiedziała jedynie skinieniem, onieśmielona jego troską. 

– To dobrze. Teraz coś zjemy. 

background image

Przyglądała   się,   jak   wyciągał   jaja   i   boczek   i   sprawnie   smażył 

jajecznicę. 

– Głodna? – spytał, patrząc na nią. Pokręciła odmownie głową. 

– Ale ja nie jadam sam, nie masz więc wyjścia. 

Podał jej talerz z jajecznicą i usiadł w drugim fotelu. Jedli w milczeniu. 

– Dobre było – odezwał się, gdy skończył. – Od lunchu nic nie miałem 

w ustach, a i spacerek ze wsi wyostrzył mi apetyt. 

– Szedłeś na piechotę? Uśmiechnął się złośliwie. 

– Zapomniałem, że z ciebie były mieszczuch. To wcale nie tak daleko, 

a nie chciałem ciągnąć po nocy starego Mateusza. – Wstawił talerz do 

zlewu.   –   Chociaż,   gdybym   przyjechał   jak   gentelmen,   to   pewnie   i 

powitanie byłoby inne... 

– Tak, wtedy chyba nie wzięłabym cię za bandytę... Cóż, zdaje się, że 

nieładnie postąpiłam. 

– Nie, nieprawda. Wcale się nie dziwię, że się zdenerwowałaś w takich 

okolicznościach. Musisz się tu czuć bardzo samotna. Ciekawym, jak długo 

wytrzymasz. 

– Mylisz się. Jestem tu szczęśliwa. 

– Nie, w to to już nie wierzę. Jak ci się układa z moją matką?

– Od początku jest bardzo taktowna i miła dla mnie. 

– A Adam?

–   Cóż,   muszę   przyznać,   że   początkowo   nie   był   zbyt   przyjaźnie 

nastawiony   do   mnie.   W   ogóle   nie   był   zadowolony   z   pomysłu 

sprowadzenia tu kogokolwiek do pomocy. Ale teraz już się to zmieniło. 

Lubię go bardzo, spędzamy razem wiele czasu, więc nie jestem tu wcale 

taka samotna, jak myślisz. 

background image

Pokręcił z niedowierzaniem głową. 

– Ten wieczór jest pełen niespodzianek... – Wstał. – Wybacz, że tak 

długo cię tu trzymałem. Lepiej już idź i prześpij się trochę, z resztą pytań 

poczekamy do jutra. A tego twojego zbiega możesz już mnie zostawić. 

Wiesz – dodał, gdy powiedziała  „dobranoc” – wieczór spędziłem dużo 

przyjemniej, niż tego oczekiwałem. 

Ten   długi,   napięty   dzień   wyczerpał   ją.   Spała   głęboko   i   dłużej   niż 

zwykle.   Obudziła   się   z   poczuciem   przyjemnego   oczekiwania   na 

wydarzenia   rozpoczynającego   się   dnia.   Wiedząc,   że   codzienna   rutyna 

została naruszona przyjazdem Roberta, była mile podekscytowana. Mniej 

też martwiła się o panią Lawrence. Czuła bowiem, iż Robert samą swoją 

obecnością   tutaj   przyjmuje   na  siebie   ciężar  odpowiedzialności   za  dom. 

Adam nigdy nie dawał jej takiego poczucia bezpieczeństwa... Aczkolwiek 

przyjazd   starszego   brata   mógł   pociągnąć   za   sobą   także   i   niekorzystne 

skutki – mógł przecież zakłócić spokój tego domu. Nie zastanawiała się 

jednak nad tym i na śniadanie zeszła w doskonałym humorze. 

Adama już nie było, a Robert jeszcze nie wstał. Prawie natychmiast 

pojawiła się Lucy. 

– Dzień dobry, panienko. Dobrze panienka spała? Wczoraj było trochę 

strachu,   ale   już   po   wszystkim.   Złapali   go,   gdzieś   tu,   niedaleko,   na 

wrzosowiskach. 

– To znaczy... że to nie była plotka?

– No pewnie, że nie. Ja na miejscu panienki to bym chyba umarła ze 

strachu, przecież nic nie wiedzieliście, że go złapali. Pani tam na górze 

chora, z pana Adama też ostatnio mało pożytku... Nie bała się panienka?

–   Miałam   towarzystwo,   Lucy.   Robert   przyjechał   w   nocy.   Lucy   ze 

background image

zdumienia aż otworzyła usta. 

– Pan Robert? Wielkie nieba, a ja nic nie wiem. Pani go nie oczekiwała, 

prawda?

–   Nie,   przyjechał   bez   uprzedzenia.   Było   już   całkiem   późno,   jak   tu 

dotarł, bo szedł pieszo z wioski. 

Lucy twierdząco pokiwała głową. 

– To dlatego nic nie wiedziałam. Mateusz by mi powiedział. 

– Pani Lawrence już spała, gdy przyjechał. Przypadkowo spotkał kogoś 

z wioski i dowiedział się o jej chorobie. Bardzo się martwi o nią. 

– Żeby jej tylko nie zdenerwował teraz, kiedy z nią tak źle. 

– Na pewno nie będzie. Wydaje mi się całkiem miły. Lucy zaśmiała się 

krótko. 

– O tak! On potrafi być miły, ma podejście do kobiet, nie ma co. Jest 

naprawdę przystojny, no nie?

Zanim Heather zdążyła odpowiedzieć, wszedł Robert. 

– Dzień dobry, moje panie – powiedział pogodnie. – Ale z was ranne 

ptaszki: wy dwie już w pracy, a i Adama już nie ma. On zawsze wstawał 

przed świtem. 

– Jest pewno w stajni – odparła Lucy. – Ale niezadługo przyjdzie na 

śniadanie. Nie spodziewałam się, że pana zobaczę dzisiaj. – Uśmiechnęła 

się do niego zalotnie. – Miło pana znów widzieć, nie powiem... 

– Mnie także miło, Lucy – odrzekł. Objął ją i uścisnął. – Stęskniłem się 

za tobą. 

–   Och,   niech   mnie   pan   puści   –   powiedziała   Lucy   ze   śmiechem, 

oswobadzając się. – Kto by tam wierzył w to, co pan mówi. 

Stał teraz, patrząc na Heather. 

background image

– Wcale nie jesteś dzieckiem, za jakie cię wziąłem w nocy. Ciekaw 

jestem, czy Adam zdaje sobie sprawę z tego, jakim jest szczęściarzem... 

Poczuła, jak się czerwieni pod jego spojrzeniem. Lucy mrugnęła do niej 

porozumiewawczo, ją jednak to zirytowało i zajęła się przygotowywaniem 

śniadania. Lucy i Robert dalej się przekomarzali. Mogła mu się teraz lepiej 

przyjrzeć. Był przystojny i elegancki, tak jak mówiła Lucy. Włosy miał 

jasne,   falujące,   oczy   niebieskie,   jakby   trochę   figlarne.   Jego   twarz   była 

pogodna,   ożywiona   ujmującym   uśmiechem.   Obydwaj   bracia   śmiali   się 

podobnie, lecz Robert robił to częściej. Mimo, że kolor włosów i oczu 

przejął po matce, to nie miał nic z jej delikatnej budowy. Był wysoki, 

barczysty i sprawiał wrażenie pełnego niespożytej energii. Domyślała się, 

że musi mięć jakieś dwadzieścia cztery, pięć lat. 

Zadźwięczał   dzwonek   nad   drzwiami   i   do   kuchni   wszedł   Adam. 

Natychmiast   spostrzegł   Roberta   i   zamarł   w   drzwiach.   Jego   pierwsze 

spojrzenie   było   pełne   zdziwienia,   po   chwili   jednak   patrzył   na   brata   w 

dziwny sposób – oczy wyrażały skruchę. Wahał się, gotów wyjść w każdej 

chwili. Spuścił wzrok, jakby niepewny reakcji Roberta. 

Trwało   to   zaledwie   chwilę,   jednakże   była   to   chwila   pełna   napięcia. 

Robert   poruszył   się   pierwszy   i   podszedł   do   Adama   uśmiechając   się. 

Uścisnął mu dłoń i poklepał po ramieniu. 

– Jak się masz, mary. Nie spodziewałeś się mnie tutaj, co?

Jeszcze przez moment Adam stał nieruchomo, wpatrując się w brata, 

jakby   wciąż   niepewny   przyjaznego   powitania.   Jednak   powoli   uśmiech 

rozjaśnił mu twarz i trzymając w obu dłoniach jego dłoń, potrząsnął nią 

energicznie. 

– Przyjechałem w nocy – oznajmił Robert. – Było późno, więc nie 

background image

budziłem cię. Słyszałem, że z mamą niedobrze, więc chciałem się z nią 

zobaczyć. 

Uśmiech   zniknął   z   twarzy   Adama,   jego   wzrok   był   teraz   pełen 

niepokoju. 

– Czy to coś poważnego? – zapytał. 

– Nie sądzę. Nie martw się, mały, mama przyjdzie do siebie – mówił 

Robert łagodnie. Objął Adama ramieniem i przyprowadził do stołu. – To 

nie potrwa długo, zobaczysz. 

Adam wyglądał na uspokojonego tymi zapewnieniami i zabrał się do 

śniadania z dawnym apetytem. 

Po   jedzeniu,   gdy   Adam   siedział   przy   piecu   kuchennym   z   gazetą 

przywiezioną przez Lucy, Robert poszedł zobaczyć się z matką. Kiedy 

wrócił, zastał go wciąż siedzącego w fotelu. 

– Chodź, mały. Mama chce teraz zostać sama. Pokażesz mi, co zrobiłeś 

od mojego wyjazdu. 

Adam   wstał   chętnie,   uśmiechając   się.   Heather   obserwowała 

odchodzących braci, widząc teraz wyraźnie, jak bardzo się różnią. Zdążyła 

przywyknąć   do   wyglądu   Adama,   lecz   teraz   –   obok   wysokiego   i 

przystojnego Roberta – na krótkich nogach i w swej wełnianej czapeczce 

wyglądał on rzeczywiście dosyć osobliwie. 

Niedługo potem Heather poszła zobaczyć się z panią Lawrence. 

– Czy ból powrócił? – zapytała, zauważywszy ślady łez na jej twarzy. 

Starsza pani pokręciła głową. 

– Nie, moja droga. To nagłe przybycie Roberta tak mnie wzruszyło. 

Leżałam i myślałam teraz... Ach, gdyby sprawy potoczyły się inaczej... – 

Uśmiechnęła się z wysiłkiem. – Nie zważaj na mnie, moja droga, starzeję 

background image

się... 

Dziewczyna patrzyła na nią ze współczuciem. Robert sprawiał przecież 

wrażenie   bardzo   zaniepokojonego   matką.   Skoro   tak,   to   dlaczego   tak 

rzadko bywał w domu? Dlaczego pozwalał się jej zadręczać? Wszyscy 

troje   wyglądali   na   silnie   ze   sobą   związanych,   co   więc   było   przyczyną 

niezgody, o której mówiła Lucy? Sądziła do tej pory, iż jest nią zawiść 

między braćmi, lecz nie zauważyła dotychczas żadnych jej oznak. 

W   porze   lunchu   Adam,   jak   zwykle,   udał   się   do   matki.   Robert   jadł 

razem z dziewczętami w kuchni. Kiedy Lucy poszła na górę, by zebrać 

naczynia,   Robert   przyglądał   się   Heather   przez   chwilę,   a   potem   nagle 

odepchnął krzesło gwałtownym ruchem i wstał. 

– Chodź, pójdziemy na spacer. 

Zaskoczona nieoczekiwaną propozycją, spojrzała najpierw na niego, a 

potem na nie uprzątnięty stół. 

– Zostaw to Lucy – rzekł niecierpliwie. 

Wahała się. 

– Matka wytłumaczyła mi, jak to było możliwe zatrzymać cię tutaj tak 

długo, więc biorę z ciebie przykład i chcę iść na spacer. Jej i Adamowi 

niepotrzebne teraz niczyje towarzystwo. Wiem, że wychodzisz codziennie. 

Dziś pójdziemy razem. 

Ustąpiła, widząc, że on nie zrezygnuje tak łatwo. Poszli na górę po 

kapelusz. 

Szli aleją aż do mostu, a tam wybrali jej ulubioną trasę brzegiem rzeki. 

– Musisz się czuć strasznie samotna tutaj. Nie znudził ci się jeszcze ten 

pustelniczy żywot?

– Mówiłam ci już wczoraj, że nie jestem wcale taka samotna. Wiele 

background image

czasu spędzam z twoją matką i Adamem. Często spacerujemy razem. – 

Uśmiechnęła się na myśl o tym. – Bardzo lubię spacery z nim. 

– W ogóle nie brakuje ci Londynu? Ruchu, krzątaniny, ludzi?

–   Nienawidzę   tego   Londynu,   który   znam.   Dlatego   odpowiada   mi 

tutejszy spokój. 

– A jak zamierzasz sobie znaleźć męża, tu na tym odludziu? Przecież 

nawet do wsi nie jeździsz, z wyjątkiem wypraw po zakupy. 

– Nie szukam męża – stwierdziła stanowczo. Robert spojrzał na nią 

ironicznie. 

– Każda dziewczyna chce złapać męża. 

Gdy odwróciła się do niego, na jej twarzy malowało się coś na kształt 

pogardy. 

– Naprawdę tak myślisz? Niewiele w takim razie wiesz o kobietach... 

–   Widać   sama   siebie   nie   znasz.   Większość   dziewcząt   marzy   o 

małżeństwie i jestem pewien, że nie jesteś wyjątkiem. 

– Mylisz się – odrzekła z naciskiem. – Jestem teraz szczęśliwa i na 

razie nie zamierzam niczego zmieniać w moim życiu. 

– Cóż, twoja sprawa, ale gdybyś tylko mogła zobaczyć siebie i swoją 

sytuację,   tak   jak   ja   to   widzę,   zdałabyś   sobie   sprawę,   jak   bardzo   się 

mylisz... 

– Nie, to ty źle oceniasz sytuację. Zaśmiał się. 

– Całkiem, jakbym słyszał matkę. Ma na ciebie duży wpływ, tak jak i 

na Adama zresztą... 

–   Być   może,   ale   jeśli   rzeczywiście   tak   jest,   to   tylko   dlatego,   że 

odpowiada   mi   to.   Nie   sądzę,   byś   miał   rację.   To   samo   jeśli   chodzi   o 

Adama. 

background image

Ponownie roześmiał się. 

– Widzę, że jest trzy do jednego, a już myślałem, że będzie dwa do 

dwóch. 

– O czym ty mówisz? W żadnym wypadku nie zamierzam mieszać się 

do waszych sporów. 

–   Dobrze,   już   dobrze.   Dajmy   temu   spokój   –   odpowiedział 

pojednawczo. – Jesteśmy na spacerze. Mam nadzieję, że będzie ci równie 

przyjemnie jak w towarzystwie Adama. 

Doszedłszy  do ulubionego  miejsca  Heather, przystanęli wpatrzeni w 

spienioną   wodę.   Jak   zawsze   opływała   kamienie,   szumiąc   i   bulgocząc 

głośno. 

– Kamienie są teraz prawie całe pod wodą – odezwała się. – Zazwyczaj 

z łatwością dochodzę do środka rzeki. Siedziałam tam pierwszego dnia. 

Tam,   na   brzegu,   było   wtedy   mnóstwo   muchomorów,   czerwonych, 

różowych   z   czarnymi   kropkami.   Były   piękne.   Wyglądały   jak 

nieprawdziwe. Często tu przychodzę od tamtego czasu. 

–   Wiem   teraz,   gdzie   cię   szukać.   Pewnie   inne   wróżki   też   tu 

przychodzą... i tańczą wokół muchomorów... 

Zaśmiała się. 

– Chodź – powiedział nagle, chwytając jej dłoń i ciągnąc ją za sobą 

wzdłuż brzegu. – Teraz ja pokaże, ci moje ulubione miejsce. Tam dalej, w 

górę   rzeki,   jest   rozlewisko,   w   którym   zbierają   się   ryby.   Można   je 

obserwować, gdy woda jest przejrzysta. 

–  Znam to   miejsce,  Adam mnie  zaprowadził.   Często  tam chodzimy 

razem. 

Wypuścił jej dłoń i zwolnił kroku. 

background image

– Powinienem się był domyślić... 

Gdy   doszli   do   kładki,   Roberta   zaskoczył   widok   lin   przeciągniętych 

przez rzekę. 

– Kto to zrobił?

– Adam. Założył je dla mnie. Bałam się wejść na most, nie mając czego 

się uchwycić. 

Stał przez chwilę zamyślony. 

–   Miałem   więc   rację   –   rzekł.   –   Ty   rzeczywiście   jesteś   niezwykła. 

Adama, zawsze tak krnąbrnego, owinęłaś sobie wokół palca, sprawiasz, że 

moja matka robi rzeczy, na które nie ma najmniejszej ochoty, a ja sam 

zaczynam się zastanawiać, czy jestem na pewno tym samym człowiekiem, 

którego wczoraj spotkałaś. 

Roześmiała się. 

– Och, Robercie! Pleciesz takie głupstwa. 

– Pewnie, to nie to, co uczone gadki mojego braciszka o ptaszkach i 

kwiatkach... 

– Ja lubię go słuchać. 

Milczał przez moment, po czym odwrócił się do mostu plecami. 

– Chodźmy stąd. Dziś i tak nie ma sensu wgapiać się w wodę, jest 

zmącona. 

– Ależ chyba nie będziemy jeszcze wracać? – zapytała. – Właściwie to 

nie byłam nigdy powyżej tego miejsca... 

–  Skoro  tak, to  pójdziemy  dalej –  zdecydował. –  Górą przez  las,  a 

potem skrótem do domu. Idąc wzdłuż rzeki, nadkładamy drogi. Wiosną 

jest tu pięknie – rzekł, gdy szli » pod górę między drzewami. – Wszędzie 

pełno wtedy dzwonków i pierwiosnków. Daj mi rękę, pomogę ci. Tu jest 

background image

trochę stromo. 

Na   szczycie   wzgórza   las   się   kończył.   Zatrzymali   się,   żeby   chwilę 

odpocząć.   W   dole   wiła   się   rzeka,   połyskując   przez   bezlistne   szkielety 

drzew.   Po   jednej   stronie,   aż   po   szare   niebo,   ciągnęły   się   posępne 

wrzosowiska, z drugiej strony mieli pola i lasy. 

–   Tam   jest   nasz   dom   –   wskazał   ręką.   –   Nie   widać   go,   bo   drzewa 

zasłaniają. 

–   Pięknie   jest   tu   na   górze   –   odparła.   –   Cieszę   się,   że   mnie   tu 

przyprowadziłeś. 

Patrzyła   w   dal.   Oczy   jej   błyszczały,   policzki   miała   zaróżowione   od 

wspinaczki, wiatr bawił się jej włosami. Robert przyglądał się jej przez 

dłuższą chwilę. Zauważyła to. 

– Robi się późno – powiedziała nerwowo. 

– Tak, lepiej chodźmy już. 

Schodzili ramię w ramię, długim, posuwistym krokiem. Robert zaczął 

śpiewać. Zaśpiewał dwa pierwsze wersy i przerwał. Po chwili spróbował 

znowu i znowu urwał. 

–   Nigdy   nie   mogę   skończyć   żadnej   piosenki   –   przyznał   się 

rozbrajająco. – Zawsze zapominam słów. 

Przyłączyła   się   ze   śmiechem,   pomagając   mu.   Zbocze   kończyło   się 

bardzo stromym odcinkiem. Zatrzymali się. 

–   Bioto   po   ostatnich   deszczach   jeszcze   nie   wyschło   –   zauważył.   – 

Będzie ślisko. Schodzimy od drzewa do drzewa, trzymaj się blisko mnie. 

Śmiejąc   się   nawzajem   ze   swoich   wysiłków,   mających   na   celu 

utrzymanie równowagi, ślizgali się od drzewa do drzewa, aż dotarli do 

miejsca, gdzie drzewa się kończyły. 

background image

– Lepiej pójdę pierwszy. Będę mógł cię złapać na dole. 

Zjechał   w   dół,   ostatnie   kilka   jardów   przeskakując.   Odwrócił   się   i 

spojrzał w jej kierunku. 

– Puść drzewo i biegnij. Złapię cię. 

Puściła drzewo i poszła w ślady Roberta, zjeżdżając raczej niż biegnąc. 

Chwycił ją w talii, podniósł i obrócił się z nią wkoło. Postawił na ziemi, 

wziął w ramiona i pocałował. 

Była   tak   zaskoczona,   że   przez   moment   nie   zdobyła   się   na   żadną 

reakcję. Po chwili jednak zaczęła energicznie próbować wyswobodzić się 

z   jego   uścisku.   Dostrzegł   na   jej   twarzy   panikę,   uwolnił   ją,   a   ona 

odskoczyła i zaczęła uciekać. Dopiero po jakimś czasie ruszył za nią. 

– Nie tak szybko – rzekł, złapawszy Heather. – Nie tędy. Nie masz 

orientacji?

– Dlaczego to zrobiłeś? – spytała bliska płaczu. – Zepsułeś wszystko. 

Myślałam, że jesteś taki jak Adam, a ty... ty jesteś taki jak... jak... 

– Jak kto? – zapytał, gdy przerwała, szukając słów. 

–   Jesteś   jak   wyrostki   z   ciemnej   bramy,   jak   większość   mężczyzn. 

Myślisz,   że   możesz   zrobić   wszystko,   co   chcesz,   z   każdą,   którą   sobie 

wybierzesz. 

– To nie tak, Heather. Nie chciałem pocałować „każdej” dziewczyny – 

powiedział   cicho.   –   Chciałem   pocałować   ciebie,   od   kiedy   tylko   cię 

zobaczyłem   po   raz   pierwszy.   Nie   zdajesz   sobie   sprawy,   jaka   jesteś 

atrakcyjna?

–   Ale  wcale   nie   dawałam  ci  powodów,  byś  myślał,   że  chcę   z  tobą 

flirtować. Nie powinnam była w ogóle godzić się na ten spacer. 

Próbowała odsunąć się od niego, lecz nie pozwalał na to. 

background image

–   Posłuchaj,   Heather.   Przepraszam.   Przykro   mi,   że   cię   uraziłem. 

Niemniej jednak, cała moja wina polega na tym, że pozwoliłem, by twój 

urok uderzył mi do głowy. Obiecuję, że nigdy więcej się to nie powtórzy, 

jeśli nie będziesz tego chciała. Nadal zostaniemy  przyjaciółmi, dobrze? 

Nie puszczę cię, dopóki nie obiecasz mi tego. 

Patrzyła   na   niego   z   powątpiewaniem.   Robert   uśmiechał   się 

pojednawczo. 

– Czy jest coś złego w przyjaźni? Udobruchana, także się uśmiechnęła. 

– No, już lepiej. A teraz pozwolisz, że wskażę ci drogę do domu. Nie 

mam zamiaru szukać cię później... 

Wkrótce stanęli na skraju łąki ogrodzonej drewnianym parkiem. 

– Widzisz ten przełaz, tam? Ta aleja za nim prowadzi do domu, więc 

jesteśmy   prawie   na   miejscu.   –   Uśmiechnął   się   do   niej   szybko.   – 

Pościgamy się do przełazu, chcesz? Możesz już startować, jesteś kobietą. 

Zaśmiała   się   z   jego   dziecięcej   propozycji   i   pobiegła   przez   łąkę. 

Dopędził   ją   i   wyprzedził   bez   trudu   w   połowie   dystansu.   Siedząc   przy 

przełazie, obserwował, jak nadbiega zdyszana. 

– Siadaj – wskazał miejsce obok siebie. 

Poczekali, aż uspokoi jej się oddech, po czym ruszyli do domu. 

background image

6

Ten wieczór Adam spędził na dole. Nie zamykał się już u siebie tak jak 

przez   ostatnich   kilka   dni.   Minął   mu   zły   nastrój   i   wyglądało   na   to,   że 

udzielało mu się ożywienie Roberta. Siedzieli razem w salonie i Heather, 

przechodząc przez hol, słyszała ich głośną rozmowę i śmiech. Wybrała 

sobie książkę i poszła na górę, chcąc resztę wieczoru spędzić u siebie. 

– Wcześniej idziesz dziś spać, moja droga – zauważyła pani Lawrence, 

gdy Heather przyszła się z nią zobaczyć. – Mam nadzieję, że nie męczysz 

się ponad miarę.  Ja sprawiam ci teraz tyle kłopotu, leżąc w łóżku, a i 

Robert jeszcze przyjechał... Wszystko na twojej głowie. 

–   Nie,   proszę   się   nie   martwić,   nie   jestem   zbytnio   zmęczona. 

Pomyślałam sobie tylko, że trochę poczytam u siebie, Adam na dzisiaj ma 

towarzystwo Roberta. 

– Co robią?

– Są w salonie. Słyszałam ich rozmowę i nie chciałam przeszkadzać. 

Pani Lawrence obserwowała dziewczynę, gdy ta poprawiała pościel. 

– Och, gdyby zawsze tak mogło być... Gdyby tylko Robert był bardziej 

wyrozumiały, gdyby był choć w połowie tak wyrozumiały jak ty, wszystko 

mogłoby być inaczej. – Jej smukłe palce zacisnęły się na prześcieradle. – 

Zupełnie   jak   jego   ojciec.   Dlaczego   mężczyźni   muszą   być   tak   uparci   i 

krótkowzroczni? Patrzą na wszystko z własnego punktu widzenia i... ach, 

gdybyż zdawali sobie sprawę, iż są w ten sposób na wpół ślepi. 

Poruszyła   się   niespokojnie   na   łóżku.   Heather   usiadła   przy   niej,   nie 

chcąc zostawiać jej w takim nastroju. 

–   Życie   jest   takie   niesprawiedliwe   –   rzekła   pani   Lawrence   z   nagłą 

background image

goryczą. – Czegokolwiek by się nie zrobiło, to błędów i tak nie można 

naprawić,   choćby   nie   wiem   jak   się   ich   żałowało.   Nic   nie   zostaje 

zapomniane... 

Znów ściskała nerwowo pościel w dłoniach. Heather ujęła ją za rękę. 

–   Nie   wolno   się   wciąż   tak   zamartwiać.   Nie   lepiej   jest   myśleć   o 

teraźniejszości, o lepszej przyszłości?

–   Teraźniejszość,   przyszłość,   przeszłość...   co   za   różnica?   Przeszłość 

wpływa na teraźniejszość, teraźniejszość kreuje przyszłość... i nic się na to 

nie poradzi. Zawsze, gdy widzę Roberta, wiem o tym dobrze, dręczy mnie 

to   szczególnie...   a   dziś   pewnie   i   z   powodu   choroby.   Ta   samotność 

wystarczająco mnie przygnębia, nie wolno mi chorować, nie wolno mi 

umrzeć... Co by się wtedy stało z Adamem?

– Proszę tak nie mówić. Wszystko się jakoś ułoży, wie pani doskonale, 

że Robert zawsze zaopiekowałby się Adamem. 

Chora cofnęła dłoń i gwałtownie potrząsnęła głową. 

– Nie, ty tego nie potrafisz zrozumieć. Oni nie mogliby żyć razem! 

Robert nigdy się nie zmieni!

Dziewczyna była zaskoczona tym nagłym wybuchem. Po chwili starsza 

pani dodała łagodniejszym tonem:

– Gdyby tylko Adam mógł się ożenić, ożenić z kimś, kto go zrozumie, 

kto mógłby zająć moje miejsce... 

– Cóż, może kiedyś... Jest przecież wciąż młody. 

– Jest w twoim wieku, moja droga, parę miesięcy starszy, to wszystko. 

Ty go rozumiesz, prawda? Jest z tobą szczęśliwy, lubi cię coraz bardziej, 

to widać. Ty także go lubisz, prawda, moja droga?

– O tak, bardzo. '

background image

Kobieta ułożyła się wygodniej w pościeli. 

–   Może   jednak   znajdzie   się   ktoś,   kto   zajmie   moje   miejsce.   – 

Uśmiechnęła się słabo. – Ktoś, kto uczyni go szczęśliwym... 

Zamknęła   oczy.   Teraz,   z   uśmiechem   na   twarzy,   wyglądała   na 

uspokojoną. Heather poprawiła pościel wokół niej. 

– Tak, na pewno – przytaknęła cicho. – Niech się pani już o to nie 

martwi. 

Kobieta otworzyła oczy i ponownie uśmiechnęła się do niej. 

–   Nie   zamierzałam   obarczać   cię   moimi   troskami.   Niemniej   jednak, 

sądzę, iż dobrze się stało, teraz widzę już rozwiązanie... 

Dziewczyna długo zastanawiała się nad jej słowami. Cóż takiego stało 

się w przeszłości w tym domu, że pani Lawrence wciąż się tym gryzła? I 

dlaczego bracia nie mogli żyć razem? Być może z tego powodu, że byli 

tak   odmienni?   Adam   –   z   natury   powściągliwy,   nieskory   do   rozmowy, 

samotnik. Robert odwrotnie – popędliwy, gadatliwy i towarzyski. Adam 

chodził   po   domu   bezszelestnie.   O   Robercie   zawsze   mogła   powiedzieć, 

gdzie   się   aktualnie   znajduje.   Poznawała   to   po   jego   donośnym  głosie   i 

śmiechu.   Trzaskał   drzwiami,   podczas   gdy   Adam   zawsze   starannie   je 

zamykał. Aczkolwiek te różnice właśnie zdawały się ich zbliżać – Adam 

nie krył się z podziwem dla pełnego werwy starszego brata, nie okazując 

przy tym cienia zazdrości, Robert z kolei był nadspodziewanie łagodny i 

troskliwy w stosunku do Adama. 

Następnego dnia Robert znów wybrał lunch w kuchni. 

– Jadę do wsi – zakomunikował Heather, gdy skończyli posiłek. – Chcę 

zobaczyć   się   z   lekarzem,   zanim   wrócę   do   Plymouth.   Idę   przygotować 

dwukółkę. Ubierz się ciepło. 

background image

Zirytowało ją trochę to, że z góry zakładał, iż ona na pewno z nim 

pojedzie. 

– Czy jest jakiś powód, dla którego miałabym jechać z tobą?

Odwrócił się w drzwiach. 

– Jeśli musisz mieć jakiś powód, to możesz zrobić zakupy. Na pewno 

znajdzie się coś, czego potrzebujemy. Ale myślałem, że może chciałabyś 

przejechać się ze mną ot tak, dla przyjemności... 

Był   tak   rozbrajający,   że   nie   mogła   powstrzymać   uśmiechu.   Poszła 

przebrać się do wyjścia. 

W otwartej dwukółce było zimno, szare niebo obiecywało rychłe opady 

śniegu, lecz Heather była ciepło ubrana i opatulona pledem przez Roberta. 

Powoził   lekko   i   swobodnie,   częściej   patrząc   na   nią   niż   na   drogę. 

Zawsze lubiła jazdę dwukółką, a tego dnia było jej wyjątkowo przyjemnie. 

To Robert zaraził ją swoją wesołością, rozluźniała się przy nim. Nigdy 

przedtem nie spotkała nikogo, z kim czułaby się tak naturalnie, a przecież 

znała go dopiero od dwóch dni. 

Liście całkiem już opadły z przydrożnych drzew. Dzikość i surowość 

krajobrazu wprawiały ją w specyficzny nastrój. Była zupełnie beztroska, 

jakby   wszelkie   codzienne   kłopoty   straciły   znaczenie.   Przez   całą   drogę 

rozmawiali i śmiali się. Zimny pęd powietrza zaróżowił jej policzki. 

Gdy dotarli do wioski,  Robert skręcił w drogę biegnącą obok stacji 

kolejowej   i   zatrzymał   dwukółkę   przy   małej   chacie.   Pomógł   wysiąść 

dziewczynie   i   przywiązał   lejce   do   pomalowanego   na   biało   parkanu, 

otaczającego ogródek przy chacie. 

– Mateusz będzie miał Rafię na oku – rzekł. – Nigdy nie wychodzi na 

dłużej. 

background image

Zawrócili i skierowali się w stronę głównej ulicy. 

– Jak ci się tu podoba? – zapytał. – Ja bardzo lubię tę wioskę. 

– Cóż, nigdy nie miałam czasu się rozejrzeć. Zawsze gdy przyjeżdżamy 

tu z Adamem, robimy jedynie zakupy i natychmiast wracamy. 

– Tak, zapomniałem o nieśmiałości Adama... Pewno nawet nie rusza się 

z miejsca, kiedy ty siłujesz się z zakupami... 

– Jesteś niemiły – odparła ostrym tonem. – To całkiem zrozumiałe, że 

on woli zostać w dwukółce. I wcale nie muszę się siłować z zakupami, 

sprzedawca zawsze mi je wynosi. 

Na twarzy Roberta pojawiło się rozbawienie. 

– Natychmiast stajesz w jego obronie. Świetnie się tego nauczyłaś od 

mojej matki, doprawdy. 

– Nie mieszaj w to swojej matki. 

– Cóż, po prostu wydaje mi się, że przejęłaś jej stosunek do Adama. 

–   Nie   jesteś   chyba   o   niego   zazdrosny?   –   Jej   głos   zabrzmiał 

nieprzyjemnie. 

– Właściwie to chyba już zaczynam być. – Wciąż miał rozbawienie w 

oczach. 

– Przepraszam – zmieszała się nagle. – Nie mam prawa tak mówić. 

–   Dlaczego   nie?   Skoro   tak   myślisz,   to   dlaczego   nie   miałabyś   tego 

powiedzieć? Podobno mieliśmy zostać przyjaciółmi, więc bądź uczciwa 

wobec mnie. Nie ukrywaj przede mną swoich prawdziwych myśli, ja nie 

jestem Adamem. 

Zwróciła się ku niemu, ponownie zagniewana, on jednak z uśmiechem 

chwycił ją za łokieć i skierował z powrotem na drogę. 

– Dobrze, już dobrze. Nie traćmy całego popołudnia na kłótnie. Prawdę 

background image

mówiąc, to rad jestem, iż nie znasz wioski. Z przyjemnością cię po niej 

oprowadzę.   Lecz   najpierw   chciałbym   zobaczyć   się   z   lekarzem,   no   i 

musimy zrobić te nieszczęsne zakupy. 

Byli razem w kilku sklepach i Heather zauważyła, iż Robert znany jest 

we wsi; wszędzie witano go z przyjaznym pozdrowieniem. 

–   Pójdę   do   kościoła   –   powiedziała,   gdy   znaleźli   się   przed   domem 

lekarza. – Zawsze chciałam go obejrzeć. 

– Dobrze, tam się spotkamy. To nie potrwa długo. Kościół znajdował 

się na końcu wsi. Był niewielki, stary i ustawiony tyłem do drogi. Pociągał 

ją od pierwszego razu, gdy go ujrzała, bo był tak odmienny od budynków 

kościelnych przy hałaśliwej High Street w Londynie. 

Otworzyła   krytą   dachem   bramę   cmentarną   i   wkroczyła   na   cichy, 

kościelny dziedziniec. „Wokół nie było nikogo, wydawało się, że nawet 

wioska leży gdzieś daleko. Na lewo, za |P niskim murem, ciągnęły się pola 

i lasy, a z drugiej strony, aż po horyzont widać było jedynie wrzosowiska. 

Ten mały kościółek leżał jakby na końcu świata. 

Weszła   do   środka.   Było   pusto.   Z   zaciekawieniem   przyglądała   się 

witrażom   i   epitafiom   na   ścianach.   Zaabsorbowana,   nie   zauważyła 

nadejścia Roberta i zlękła się, gdy odezwał się do niej:

– Brakuje ci chodzenia do kościoła? Spojrzała na niego zaskoczona. 

–   Nie   byłaś   tu   od   przyjazdu,   prawda?   Matka   także   nigdy   nie 

przychodziła   tutaj,   nie   chciała   wystawiać   Adama   na   spojrzenia 

ciekawskich. Chociaż przypuszczam, że tak czy owak, utraciła wiarę, gdy 

on się urodził. Teraz jest zbyt nieśmiały, by się tu pojawić, nawet gdyby 

chciał. 

Patrzyła na niego w milczeniu. 

background image

– No proszę, znowu zeszło na Adama. – Uśmiechnął się. – Niemniej 

jednak, myślałem o tobie. Ty także nie możesz tu przyjeżdżać, jeśli nie ma 

kto cię odwieźć. 

– W domu też nie chodziłam do kościoła, a w każdym razie niezbyt 

często. Nikt z nas tego nie robił ani nikt z sąsiadów, kogo bym znała. 

Niedziela   była   jedynym   dniem   wolnym   od   pracy,   jedynym   dniem 

odpoczynku   i   wykonywania   rozmaitych   prac   domowych.   Pomimo   to, 

bywałam tam od czasu do czasu, ale obawiam się, że raczej nie z potrzeby 

ducha.   Pociągał   mnie   śpiew   kościelny,   organy,   podobał  mi   się   kościół 

udekorowany z okazji żniw. Siadałam wtedy w ławce i marzyłam o wsi, o 

zielonych łąkach, o polach, na których dojrzewa kukurydza... Nigdy nie 

myślałam, że moje marzenia się spełnią. 

Patrzył na nią z rosnącą ciekawością. 

– Tobie naprawdę podoba się życie tutaj, prawda?

– O, tak. Tu jest tak cicho i spokojnie. 

– Wciąż mówisz o ciszy i spokoju. Czy tylko tego pragniesz w życiu? 

To przecież niezwykłe u pięknej i młodej dziewczyny. Poza tym, o ironio, 

ty   szukasz   ciszy   i   spokoju   w   naszym   domu...   Czy   naprawdę   jesteś 

zadowolona ze swego życia takiego, jakim jest ono teraz?

– Tak. 

– Cóż, w końcu nic w tym złego... Musisz jednak wiedzieć, że ta twoja 

cicha przystań, za którą uważasz nasz dom, nie zawsze była taka spokojna. 

Kiedyś znów może się tu rozszaleć burza, bo przecież to właśnie ludzie 

niszczą zawsze spokój innych ludzi... 

– Wiem o tym, i to nazbyt dobrze. Patrzył ze zrozumieniem. 

– Matka opowiadała mi o tobie. Wiem, że nie było ci łatwo. 

background image

Wzruszyła ramionami. 

– Najtrudniej było patrzeć na nieszczęście mojej matki. 

– Wspólne życie moich rodziców też nie było radosne. Małżeństwo jest 

żałosnym przyznaniem się ludzkości do tego, iż nie potrafi żyć ze sobą w 

zgodzie. 

– Ale to kobieta jest zawsze bardziej pokrzywdzona, szczególnie, gdy 

jest się tak biednym, jak my byliśmy. 

– Nie przesadzaj. Bywa rozmaicie. Kiedy wyszli, rzekł:

– Mój ojciec jest tu pochowany. Chodź, pokażę ci, gdzie. Zatrzymali 

się przy grobie pod murem, który oddzielał ich od wrzosowisk. 

– Życie potoczyło się inaczej, niż tego chciał – powiedział posępnie. – I 

chyba już nigdy nie będzie biegło po jego myśli. Dobrze chociaż, że nie 

wie, co wydarzyło się po jego śmierci... 

Milczała nie rozumiejąc, o czym on mówi. Patrzyła ponad murem na 

wrzosowiska. W oddali widniało mroczne wzgórze, niemalże czarne pod 

nisko przepływającymi chmurami. 

– Jak na końcu świata, prawda? – zapytał, podążając za jej spojrzeniem. 

–   Dziś   wygląda   to   rzeczywiście   na   zupełne   odludzie,   ale   i   tak 

chciałabym kiedyś tam pójść. Chyba nietrudno się tam zgubić... 

– Byłaś już kiedyś na wrzosowiskach?

–   Tylko   z   brzegu.   Pociągają   mnie   i   przerażają   równocześnie.   Gdy 

jestem tam sama, czuję się tak, jakbym była sama na całym świecie... 

– Tak, znam to uczucie. Traci się kontakt z rzeczywistością i ma się 

wrażenie,   jakby   nawet   czas   się   zatrzymał.   Bardzo   mnie   to   uspokaja. 

Zabiorę   cię   tam   kiedyś,   nieźle   je   znam.   –   Odwrócił   się   do   niej   z 

entuzjazmem.   –   Tak   wiele   mógłbym   ci   pokazać,   tak   wiele   rzeczy 

background image

moglibyśmy robić razem... 

Zaśmiała się. W ciągu jej pobytu tutaj on przyjechał po raz pierwszy, a 

zachowywał się tak, jak gdyby od dawna się znali. 

– Co powiedział lekarz? – zapytała, gdy opuścili kościelny dziedziniec. 

– Mówi, że jeśli ból minie, a matka będzie się czuła na siłach, to wolno 

jej wstawać. Obiecał mieć ją na oku i informować mnie stale o jej stanie. 

Podejrzewa, że to serce. Ona też się chyba czegoś domyśla, lecz nie daje 

tego poznać po sobie. Widzę, że się boi, chociaż pewnie bardziej o Adama 

niż o siebie. Bóg jeden wie, cóż on by bez niej począł. To następny powód, 

dla którego uważam obecny stan rzeczy za nienormalny. On nie powinien 

być tak od niej uzależniony. 

– A cóż w tym dziwnego, że syn zwraca się ze wszystkim do matki?

–   Nic,   pod   warunkiem   jednak,   iż   nie   prowadzi   to   do   całkowitego 

odizolowania   od   świata   zewnętrznego.   Myślę,   że   nie   ma   nic   bardziej 

nienaturalnego niż życie, które oni prowadzą. 

– Ale oni są szczęśliwi, bardziej niż byliby żyjąc inaczej. Zniecierpliwił 

się. 

– A skąd ta pewność? Nigdy nie próbowali żyć inaczej. Widziała teraz, 

jak bardzo Robert różni się od Adama. 

– To kwestia upodobania. To, co odpowiada tobie, niekoniecznie musi 

być dobre dla nich. 

– Ale problem polega na tym, że oni nie wiedzą, co jest dla nich dobre. 

Twarz rozjaśnił mu uśmiech. 

–   Zmieńmy   lepiej   temat.   Cóż...   niewiele   jest   tu   do   roboty,   gdy 

przywykło się do miejskiego życia, niemniej jednak, Lucy znajduje tutaj 

mnóstwo   rozrywek.   Ty   też   powinnaś   choć   trochę   zainteresować   się 

background image

tutejszym życiem. Sporo we wsi młodych ludzi. Hm... trudno byłoby ci za 

każdym razem przychodzić do wsi... Wiesz co? Nauczę cię powozić. 

Osłupiała widząc, że Robert nie żartuje. 

–   Wykluczone.   Wyobrażam   sobie,   co   Adam   powiedziałby   na   to, 

gdybym   prosiła   go   o   dwukółkę   za   każdym   razem,   gdy   przyszłaby   mi 

ochota na wyjazd. 

– Nie przesadzaj. Nie musiałabyś używać jej wcale tak często. Poza 

tym, ona nie jest jego wyłączną własnością, chociaż tylko on jeden jej 

używa. Mógłby być nawet z tego zadowolony, bo nie musiałby wozić cię 

po zakupy. 

Nie dawała się przekonać. 

– Nie powinnaś się tak odcinać od świata. Gdybyś umiała powozić, nie 

byłabyś już tak uwiązana do tego miejsca. 

– Przestań układać moje życie za mnie, dobrze? – rzekła 

i  

z irytacją w 

głosie. – Już ci mówiłam, że chcę, by wszystko pozostało tak, jak jest. 

– Jakbym słyszał matkę. Czy jesteś tego świadoma, czy nie, ona ma na 

ciebie ogromny wpływ. Przejrzyj na oczy, Heather, zanim skończysz jak 

Adam. Całe jego życie to chybione pomysły matki. 

– Jak możesz w ogóle tak mówić? Twoja matka świata poza nim nie 

widzi... 

– Nie widzi także – wpadł jej w słowo – że Adam wcale nie jest na tyle 

odmienny,   by   nie   mógł   żyć   wśród   ludzi.   To   ona,   świadoma   jego 

fizycznych   braków;   uczyniła   go   tak   delikatnym   i   nadwrażliwym.   W 

porządku, ma za krótkie nogi i małą łysinę na czubku głowy, ale co z tego? 

To nie powinno mu przeszkadzać w prowadzeniu normalnego życia. Jest 

przecież absolutnie normalny pod wszystkimi innymi względami. Gdyby 

background image

tylko wyrzucił te głupie, małe czapki, do których noszenia ona go zachęca 

i   przestał   chować   się   na   tym   odludziu,   mógłby   stać   się   normalnym 

człowiekiem. 

Patrzyła   na   niego   w   zamyśleniu.   Zaczynała   rozumieć,   co   było 

przedmiotem ciągłych, rodzinnych kłótni. 

– I co? Nie sądzisz, że mam rację? Sama wiesz najlepiej, jak bardzo 

zmienił się przez te parę miesięcy, odkąd tu jesteś. To dlatego, że miał 

nareszcie kontakt z kimś jeszcze poza matką. 

– Nie powinieneś tak mówić o niej. Poświęciła mu przecież całe swoje 

życie. 

– Właśnie. Nie tylko, że nigdy nie było takiej potrzeby, ale jeszcze 

wyrządziła mu tym ogromną krzywdę. Tak, krzywdę, jemu i sobie. Pewien 

jestem, że musiałaś to zauważyć. 

–   Powiedziałam   ci   już   wczoraj:   nie   będę   brała   udziału   w   waszych 

rodzinnych kłótniach. 

Uśmiechnął się, patrząc na nią z ukosa. 

– Niestety, coś mi się zdaje, że znalazłaś się na samym środku ringu, 

przyjeżdżając tutaj. Przez jakiś czas możesz się uchylać przed ciosem, ale 

w końcu i tak zostaniesz wciągnięta w walkę. Upewnij się wtedy, czy aby 

na pewno stoisz po właściwej stronie. – Odetchnął głęboko. – Dajmy w 

końcu spokój rodzinnym problemom. Przepraszam cię, ale to temat, od 

którego nie potrafię się uwolnić, kiedy tylko jestem w domu i widzę, jak 

się sprawy mają. 

Zbliżała   się   już   pora   podwieczorku,   gdy   opuszczali   wioskę.   Jechali 

szybkim   kłusem.   Mniej   więcej   w   połowie   drogi   zaczął   padać   śnieg, 

muskając delikatnie ich twarze. 

background image

Robert zwolnił bieg konia do stępa. 

– Wiesz – rzekł, odwracając się do Heather – niezależnie od tego, co 

powiedziałaś, i tak myślę, że powinnaś nauczyć się powozić. Jeśli nie dla 

siebie,   to   dla   dobra   mojej   matki.   Przypuśćmy,   że   będzie   nagle 

potrzebowała lekarza. 

– Oczywiście Adam go sprowadzi. 

–   Przypuśćmy,   że   nie   mógłby   z   jakiegoś   powodu.   Mógłby   także 

zachorować... 

– To nieprawdopodobne. 

– Ale możliwe. Zgadzam się, że być może nigdy nie będziesz miała 

okazji   skorzystać   z   tej   umiejętności,   ale   uważam,   że   powinnaś   jednak 

wiedzieć, jak się to robi. No, dalej, przysuń się bliżej, będziemy powozić 

razem. 

Wciąż się wahała, wziął więc jej dłoń i włożył w nią wodze. 

–   Spójrz,   jakie   to   proste   –   powiedział,   pokazując   jej,   jak   należy   je 

trzymać.  –  Rafia  jest potulna   jak  baranek, nie  będzie  się  wyrywać ani 

szarpać.   Musisz   tylko   wiedzieć,   w   jaki   sposób   ruszyć   z   miejsca   i 

zatrzymać się. 

Zanim zorientowała się w jego zamiarach, Robert zatrzymał dwukółkę i 

zeskoczył na ziemię, pozostawiając wodze w jej dłoniach. Roześmiał się 

na widok wyrazu jej twarzy. 

– Nie bój się – rzekł, wspinając się na miejsce po przeciwnej stronie. – 

Przyjdę ci na pomoc, gdy zajdzie potrzeba, ale zobaczysz, że doskonale 

sobie sama poradzisz. 

Powoli ruszyli z miejsca. Po chwili, za namową Roberta, przynagliła 

konia do kłusu. Siedziała sztywno, kurczowo ściskając cugle. Jednak po 

background image

jakimś   czasie   dała   się   przekonać   i   rozluźniła   się,   aż   w   końcu   się 

uśmiechnęła, a oczy zapłonęły jej blaskiem podekscytowania. 

– Znakomicie  ci idzie – pochwalił ją. – Najpierw nabierzesz trochę 

wprawy, a potem pokażę ci, jak się zaprzęga. 

– Wiele razy obserwowałam Adama... – zaczęła, lecz na myśl o nim 

ostro zacięła konia. – Musisz je teraz wziąć ode mnie. Jesteśmy już prawie 

w domu – odpowiedziała na jego pytające spojrzenie. 

– Ależ nie. Tak trudno było ci się odważyć, więc skończ teraz to, co 

zaczęłaś. Nie będziesz się więcej denerwować. 

Nigdy nie wiedziała, kiedy przestawała kierować się własnym osądem, 

a poddawała się woli Roberta. Miał na nią jakiś magiczny wpływ, czuła się 

przy   nim   beztrosko   i   nie   była   w   stanie   martwić   się   ewentualnymi 

konsekwencjami swego postępowania. 

Nie dała się więcej prosić i ruszyła z miejsca. Potem, śmiejąc się w 

głos,   skierowała   dwukółkę   w   podjazd   i   odprowadziła   ją   do   tylnego 

wyjścia. 

– Sama widzisz, jakie to łatwe – powiedział, obchodząc podjazd, by 

pomóc jej wysiąść. 

– Cóż, nie sądzę jednak, bym kiedykolwiek odważyła się prowadzić ją 

sama – odparła i zeskoczyła obok niego. 

– Jeszcze kilka razy i z pewnością będziesz to robić – zapewnił ją, 

wyjmując paczkę z zakupami. 

Heather miała właśnie wejść za Robertem do domu, gdy spostrzegła 

Adama   stojącego   w   bramie   stajni.   Patrzył   na   nią.   Wyraz   jego   twarzy 

zatrzymał ją w miejscu. Zbladła. 

Stali   tak   oboje   przez   moment,   przyglądając   się   sobie   nawzajem,   aż 

background image

Heather ruszyła w jego kierunku. Adam odwrócił się i zniknął w staj ni. 

background image

7

Przez chwilę Heather stała niezdecydowana w połowie drogi między 

domem   a   stajnią.   Chciała   pójść   i   zmusić   Adama,   by   wysłuchał   jej 

wyjaśnień. Czuła bowiem, że mimo tego, co powiedział Robert, jest mu 

winna   przeprosiny   za   prowadzenie   dwukółki   bez   jego   zgody. 

Zrezygnowała   jednak,   przypomniawszy   sobie   wyraz   jego   twarzy.   Jego 

zachowanie zirytowało ją, tak jak za pierwszym razem, gdy tu przyjechała. 

Poza tym należało już przygotować podwieczorek. Odwróciła się i weszła 

do domu. 

W korytarzu spotkała Roberta. Tym razem on stanął jak wryty na jej 

widok. 

– Co się stało, u licha? Minutę temu byłaś w siódmym niebie, a teraz 

wyglądasz tak, jakby to niebo spadło ci na głowę. 

– Adam widział, jak przyjechaliśmy. 

– To wszystko? No i co z tego, że nas widział?

– Nie podobało mu się to. Właściwie to patrzył na mnie. 

– Przeboleje to. Przestań się martwić. Przywyknie do takiego widoku, 

gdy kilka razy zobaczy, jak powozisz. 

– Nie, nie zrobię tego więcej. Sądzę także, że i dzisiaj nie powinnam 

była tego robić. 

– Na miły Bóg! – krzyknął Robert i wyszedł zniecierpliwiony. 

W   kuchni   nie   było   jeszcze   Lucy.   Przyszła,   kiedy   Heather   zaczęła 

przygotowywać podwieczorek. 

– Już czas na podwieczorek. Napiję się herbaty i przekąszę co nieco. 

Wiedziałam, że panienka wróciła, bo usłyszałam dwukółkę na podjeździe. 

background image

Wypełniła   kuchnię   swoim   trajkotaniem,   ale   Heather   nie   była   w 

nastroju,   by   jej   słuchać.   Nadstawiła   ucha   dopiero   wtedy,   gdy   Lucy 

wspomniała o Adamie. 

– Przez ostatnie dwie godziny chodził jak struty. Coś mnie się zdaje, że 

wcale nie podobało mu się to, że panienka i pan Robert pojechali razem. 

Podeszła bliżej, zaglądając Heather w oczy. Trzymała się pod boki, 

ściskając w dłoni kilka ściereczek do kurzu. Twarz miała poważną. 

– On jest zazdrosny, mówię panience. Lepiej niech panienka uważa. 

– Zazdrosny? Dlaczego miałby być zazdrosny?

– Przecież to jasne jak słońce. Jest zazdrosny, bo pan Robert zabiera mu 

panienkę. 

Heather uczyniła gest zniecierpliwienia. 

– Och, Lucy, jesteś niepoważna. 

– Nie, panienko, ja mówię poważnie – oburzyła się. – To niedobrze, że 

pan Adam jest zazdrosny, to  przecież z nim panienka  musi  być na co 

dzień, a nie z panem Robertem. 

– Nonsens – ucięła Heather. 

„Aczkolwiek   Lucy   może   mieć   trochę   racji”   –   myślała.   Oprócz 

przykrości, jaką mu sprawili, biorąc pojazd bez jego wiedzy, Adam, być 

może,   poczuł  się   także   zazdrosny,  choć  nie   w  ten   sposób,   jak  mówiła 

Lucy.   Może   zabolało   go,   iż   pojechali   bez   niego.   Tak   czy   owak,   jego 

zachowanie nie wróżyło nic dobrego. 

Lucy nie odezwała się więcej; płukała ściereczki w zlewie. Zdaje się, że 

czuła się dotknięta szorstkością Heather, lecz ta nadal nie była w nastroju 

do słuchania jej paplaniny. 

Wtem   gwałtownie   otworzyły   się   drzwi   kuchenne   i   rozległ   się 

background image

przenikliwy   dźwięk   dzwonka.   Wszedł   Robert.   Widać   było   po   nim 

zdenerwowanie. Bez słowa przeszedł przez kuchnię i zniknął w drzwiach 

do   holu.   Lucy,   wycierając   dłonie   w   fartuch,   podeszła   do   Heather   i 

wyszeptała:

– A nie mówiłam?

– Czego nie mówiłaś, Lucy?

– A nie mówiłam, że będzie źle, jak pan Robert zostanie dłużej? Od 

razu widać, że się pokłócili, on i pan Adam. Myśli panienka, że pan Robert 

wyjedzie teraz, tak jak wtedy?

– Nie mam pojęcia i nie sądzę, by to była nasza sprawa. Powiedziała to 

ostrzej, niż zamierzała, więc Lucy bez słowa wróciła do zlewu. 

–   Przepraszam   cię.   Nie   chciałam   tak   warknąć   na   ciebie,   ale   jestem 

trochę podenerwowana – rzekła po chwili. 

Lucy odwróciła się do niej i uśmiechnęła. 

– Nic się nie stało, panienko. Wcale się nie dziwię, bo jak oni się kłócą, 

to wszyscy chodzą w nerwach. Pani pewno już też. 

Wkrótce potem dziewczęta znów uniosły głowy na dźwięk dzwonka. 

Tym razem był to Adam. Stanął na moment w wejściu i przeszedł do holu, 

nie   odezwawszy   się.   Heather   po   raz   pierwszy   usłyszała,   jak   trzasnął 

drzwiami. 

Lucy tryumfowała. 

– Miałam rację. O panienkę poszło. To było widać, jak na panienkę 

spojrzał. Lepiej pospieszmy się z podwieczorkiem, tym dwóm przyda się 

coś na osłodę... 

Gdy   Heather   weszła   z   tacą   do   salonu,   zastała   tam   tylko   Adama. 

Obserwował   w   milczeniu,   jak   rozstawia   filiżanki   i   talerze.   Chciała   go 

background image

przeprosić,   wyjaśnić,   on   jednak   gniewnie   machnął   ręką,   dając   do 

zrozumienia, iż nie chce słuchać. 

Wróciwszy   później   po   naczynia,   zauważyła,   że   Robert   w   ogóle   nie 

przyszedł na podwieczorek.  Adam siedział przy  kominku  wpatrzony  w 

płomienie. Nie obejrzał się, gdy zbierała ze stołu. 

Tego  wieczora nie  było już słychać śmiechu   z salonu.  Po  kolacji  z 

matką,   Adam   zamknął   się   w   warsztacie   w   piwnicy.   Gdzie   podział   się 

Robert, Heather nie wiedziała. 

Skończywszy   porządkowanie   kuchni,   poszła   do   salonu   upewnić   się, 

czy nie zgasł ogień w kominku, na wypadek, gdyby któryś z nich jednak 

się   zjawił.   Ogień   przygasał,   dorzuciła   więc   kilka   szczap.   Stała 

przyglądając się, jak zajmują się jasnym płomieniem. Jakże żałowała teraz, 

że dała się namówić Robertowi. W ciągu jednego popołudnia wszystkie jej 

cierpliwe zabiegi o przyjaźń Adama obróciły się wniwecz. Znalazła się w 

punkcie wyjścia, tak jakby znów stała naprzeciw niego w ogrodzie, patrząc 

w jego nieprzyjazne oczy. Lecz tym razem czuła się winna, przewidywała 

przecież, iż Adam może poczuć się urażony, a jednak dopuściła do tego. 

Usłyszała kroki Roberta na schodach. Przeszedł przez hol i wszedł do 

salonu. 

– Sama? A gdzie Adam?

– W piwnicy. Chrząknął. 

– Wiedziałem, że będzie się boczył. 

–   Robert,   to   naprawdę   nie   było   w   porządku.   Nic   dziwnego,   że   się 

zdenerwował, skoro nie zapytaliśmy nawet, czy nie będzie potrzebował 

dwukółki. 

– Mówiłem ci już: dwukółka nie jest wyłącznie jego własnością. To 

background image

prawda, że on zawsze najwięcej z niej korzysta, ale tylko dlatego, że nie 

jeździ   konno.   To   właśnie   jeden   z   genialnych   pomysłów   mojej   matki. 

Adamowi krótkie nogi pozwalały jedynie na dosiadanie pony, a matka nie 

mogła znieść myśli, że on będzie jeździł na kucu, a ja z ojcem na koniach. 

Więc jeździła z nim dwukółka, gdy wybieraliśmy się na przejażdżki. 

– Przecież to właśnie czyni dwukółkę jego własnością. 

–   Ależ   nie.   Teraz   nie   mamy   już   koni,   więc   wszyscy   mogą   z   niej 

korzystać. 

– Być może, ale ty jesteś członkiem rodziny, ja to co innego... 

– Już czas, by i ciebie uznano za członka rodziny. Wykorzystują cię i 

nie dają nic w zamian. 

– Nie mów tak. Wiesz dobrze, że to nieprawda. Byliśmy szczęśliwi... 

–   ...   a   ja   przyjechałem   i   wszystko   zepsułem,   zniszczyłem   ten   wasz 

drogocenny spokój. To chciałaś powiedzieć? – Odwrócił się zirytowany. – 

Całe to zamieszanie o nic. W tym domu z każdej najmniejszej rzeczy robi 

się tragedię. Nie, tu nie da się żyć normalnie... 

–   A   czyja   to   wina?   Czy   musiałeś   się   kłócić   z   Adamem?   Czy   nie 

mógłbyś spróbować choć raz spojrzeć na wszystko z jego punktu widzenia 

i przyznać się do winy?

– Na Boga! A czy Adam nie mógłby w końcu dorosnąć? Dąsa się jak 

dzieciuch. Jest dorosłym człowiekiem!

– Ty podobno także. Opadł na fotel. 

– Dobrze. Masz rację. Obaj jesteśmy siebie warci. Zawsze kłóciliśmy 

się z byle powodu – przyznał ze smutkiem. 

–   Ale   dlaczego?   Przecież   nie   dlatego,   że   nie   możecie   się   znieść 

nawzajem. 

background image

– On zawsze trzymał z matką. Teraz też uważa, że to ona ma rację. 

– Ale to wcale nie znaczy, że musicie się kłócić o wszystko inne... 

– Zawsze tak było. Kłóciliśmy się już jako dzieci, na długo przedtem, 

zanim zacząłem walczyć z matką, z jej wpływem na Adama. Od samego 

początku nim kierowała, we wszystkim jej ustępował. Być może jestem 

pobudliwy z natury, ale mnie to doprowadzało do szału. Dopóki matki nie 

było w pobliżu, wszystko było w porządku, dobrze nam było razem. Ale 

gdy ona się pojawiała, to skakaliśmy sobie do gardeł. Można by pomyśleć, 

że nienawidziliśmy się nawzajem, ale to nieprawda... Byłem pod dużym 

wpływem   ojca,   który   ciągle   miał   nadzieję,   że   zdoła   zmienić   stosunek 

matki  do  Adama.  Po  jego  śmierci  ja  próbowałem robić   to  samo,  więc 

często   kłóciłem   się   z   nią   na   ten   temat.   Ona   mówi,   że   przy 

nieprzystosowaniu Adama nie można inaczej postępować, a ja nie chcę 

tego dostrzec, bo jestem po prostu egoistą. I mówi coś jeszcze... Ale to on 

naprawdę jest egoistą, choć to nie jego wina. Ona go takim ukształtowała. 

Wstał   z   fotela   i   zaczął   się   przechadzać   po   salonie   z   rękami   w 

kieszeniach. 

–   Właściwie...   masz   rację   co   do   dzisiejszego   popołudnia.   Mógł   się 

obrazić, że wzięliśmy dwukółkę, nawet go nie powiadomiwszy. Matka nie 

nauczyła go dzielenia się czymkolwiek, zachęcała, by traktował wszystko 

jako swoją wyłączną własność. Zwykła mawiać, że chce w ten sposób 

dodać mu pewności siebie, której mu brak. 

–   Cóż,   żałuję   bardzo,   iż   miałam   swój   udział   w   dzisiejszej   kłótni. 

Musiałam być chyba szalona, zgadzając się przyprowadzić dwukółkę pod 

dom. 

Robert   przyglądał   się   jej   przez   chwilę,   po   czym   uśmiechnął   się 

background image

przekornie. 

– Byłaś szalona, Heather. Zachwycająco zwariowana. Oczy płonęły ci 

dzikim blaskiem, włosy powiewały w pędzie jak grzywa naszego rumaka, 

a na czubku nosa co i rusz zatrzymywał ci się płatek śniegu. To dobra 

wróżka Heather pędzi na złamanie karku przez wrzosowiska, a ten obok to 

zły czarnoksiężnik usiłujący wciągnąć ją w swe mroczne sprawy... 

Nie mogła powstrzymać uśmiechu. 

–   Chodź   –   powiedział,   przysuwając   dwa   fotele   do   kominka.   – 

Usiądźmy   tutaj   i   nie   rozmawiajmy   więcej   o   rodzinie.   Byłem   w   nie 

najlepszym humorze, ale przy tobie nie potrafię się smucić. I wiesz co? Co 

prawda   nie   przeproszę   Adama   ani   matki   za   to,   co   powiedziałem,   ale 

następnym razem, gdy tu będę, zrobię wszystko, by utrzymać spokój w 

tym domu. Obiecuję. 

Gdy Heather szła potem na górę, przygnębienie, o którym zapomniała 

w towarzystwie Roberta, wróciło. Wiedziała, że przed zejściem do salonu 

kłócił   się   z   matką,   i   teraz,   wchodząc   do   jej   sypialni,   wyczytała   ze 

spojrzenia pani Lawrence, że jest rozgniewana także i na nią. 

– Więc Robert zdążył już naopowiadać ci tych swoich historii. Dziwi 

mnie   tylko,   że   tak   łatwo   mu   uległaś.   Adam   to   teraz   dla   ciebie 

przewrażliwiony, chimeryczny wyrostek, którego uczuciami nie należy się 

przejmować, czy tak?

– Och, nie. Chyba pani nie myśli, że ja... 

– A dlaczego nie, skoro zachowujesz się w ten sposób?

– Czy Robert nie wyjaśnił... ?

– Nie chcę słuchać jego wyjaśnień. Aż nadto dobrze wiem, co ma do 

powiedzenia. O tym, że on jest nieodpowiedzialny, zawsze wiedziałam, 

background image

ale sądziłam, że ty jesteś inna... 

Heather milczała, nie wiedząc, co na to odpowiedzieć. 

– Powiedział mi, że czujesz się zbyt samotna tutaj, że powinnaś mieć 

chociaż   możliwość   wyjazdu   do   wsi.   Jeśli   rzeczywiście   tak   myślisz,   to 

dlaczego mi o tym nie powiedziałaś? Ja jestem osobą, z którą powinnaś o 

tym   rozmawiać.   Twierdziłaś   zawsze,   iż   jesteś   zupełnie   zadowolona   ze 

spokojnego życia, jakie tu prowadzimy. 

– Tak jest nadal. Nigdy nie twierdziłam, że chcę jeździć dla rozrywki 

do wsi. 

– Skoro tak, to skąd nagle pomysł o nauce powożenia?

–   Nie   myślałam   o   sobie.   –   Dziewczyna   zaczerwieniła   się   pod 

sceptycznym   spojrzeniem   pani   Lawrence.   –   Pomyśleliśmy,   że   może 

powinnam umieć prowadzić dwukółkę, na wypadek, gdyby nagle należało 

wezwać lekarza. 

– Coś takiego... – Sarkazm w głosie starszej pani sprawił, że Heather 

zarumieniła się jeszcze mocniej. – I Adam, oczywiście, nie byłby skłonny 

sprowadzić go dla mnie?... 

– Cóż... On także mógłby zachorować. 

– O ile w ogóle można wyobrazić sobie taką sytuację, to w tempie, w 

jakim   Lucy   potrafi   pedałować,   dotarłaby   do   wsi,   zanim   ty   zdążyłabyś 

przygotować dwukółkę. 

– Lucy mogłoby nie być akurat... albo mogłaby to być niedziela... 

– Doprawdy?... – starsza pani uniosła brwi w udanym zdziwieniu. – 

Cóż   za   nieprawdopodobny   zbieg   okoliczności.   Widzę,   że   sama   chyba 

zdajesz sobie sprawę z absurdalności ' swoich wyjaśnień. – Spojrzała na 

Heather z wyrzutem. – Nie sądzisz, iż mądrzej byłoby poprosić Adama, by 

background image

nauczył cię powozić? Zrobiłby to z przyjemnością, jestem pewna. Gdyby 

tylko wiedział, że tego chcesz. 

– Ale ja nigdy nie myślałam o tym. To przyszło nagle... 

– Pomysł Roberta, oczywiście, a ty byłaś na tyle nierozsądna, by go 

posłuchać. Robert to mój syn i kocham go bez względu na wszystko, ale ja 

wiem   najlepiej,   jaki   jest   uparty   i   zapalczywy,   nie   zastanawia   się   nad 

konsekwencjami tego, co robi. Słabo go jeszcze znasz, nie powinnaś tak 

łatwo mu ulegać. 

– Cóż, bardzo mi przykro. Ostatnią rzeczą, jaką chciałam uczynić, to 

urazić Adama. To byłoby straszne, gdybym miała utracić jego przyjaźń z 

tego powodu... 

Jej   skrucha   była   szczera   i   pani   Lawrence   wyglądała   na   nieco 

ułagodzoną. 

– Tak, wiem, bardzo polubiliście się. Doprawdy, nierozsądnie byłoby 

pozwolić Robertowi to zniszczyć. Jutro wraca do Plymouth, a ty zrób, co 

w twojej mocy, by odrobić to, co się dzisiaj stało. 

Heather z ulgą przyjęła wiadomość o jego wyjeździe. Sądziła bowiem, 

iż nie potrafiłby się przystosować do życia, jakie tu wiedli. Jego dłuższa 

obecność zapewne wkrótce znów doprowadziłaby do spięcia. 

Powiedział, że w końcu zostanie wciągnięta w rodzinne kłótnie. Teraz 

wiedziała   już,   po   której   jest   stronie.   Tak   jak   I   Adam   i   jego   matka, 

pragnęła,   by   życie   biegło   tutaj   swoim   ,   dotychczasowym,   spokojnym 

rytmem. 

Rano obudziła się przygnębiona. Wyjrzała przez okno i nie znalazła 

tam   nic,   co   by   poprawiło   jej   nastrój.   Lekki   śnieg   dnia   poprzedniego 

zmienił się w ulewę. Ciemne chmury wisiały nisko nad wrzosowiskami 

background image

tonącymi   w   strugach   deszczu,   z   ziemi   unosiła   się   mgła,   która   ze 

wszystkich stron napierała na dom, zamykając jego mieszkańców jak w 

więzieniu. 

Dygocząc   odwróciła   się   od   okna.   Pani   Lawrence   zapowiedziała,   iż 

zamierza dzisiaj wstać. Wydawało się, że będzie to jedyny pogodny akcent 

tego szarego, jesiennego dnia. 

Zeszła   na   dół.   Adam   już   pracował;   z   piwnicy   dochodziły   odgłosy 

młotka.   Gdy   odsłaniała   okna   w   salonie,   usłyszała   kroki   Roberta   na 

schodach,   które   potem   oddaliły   się   w   stronę   kuchni.   Poszła   za   nim   i 

dostrzegła   w   holu   jego   torbę   podróżną,   stojącą   przy   drzwiach 

wejściowych. 

– Nie najlepszy dzień na spacer do wsi – rzekł, wyglądając przez okno. 

– Idziesz pieszo? – spytała zdziwiona. – Adam cię nie odwiezie?

– Nie prosiłem go o to – odparł szorstko. 

Nie   ociągał   się   przy   jedzeniu.   Miał   już   wychodzić,   gdy   do   kuchni 

wszedł Adam. 

– Wyjeżdżam, mały – rzucił od drzwi. – Miej mamę na oku, nie wolno 

jej się przemęczać. Dopilnuj tego. 

Nie dał Adamowi czasu na odpowiedź. Dziewczyna wyszła za nim. 

Zatrzymali się przy drzwiach frontowych. 

–   Wrócę.   I   mam   nadzieję,   że   tym   razem   nie   będziesz   mnie   witać 

pogrzebaczem – powiedział z uśmiechem. 

Patrzyła, jak schodzi szybko podjazdem. Był w kapeluszu i płaszczu z 

postawionym kołnierzem. 

Stała   w   otwartych   drzwiach   i   patrzyła,   dopóki   nie   zniknął   z   pola 

widzenia.   Towarzyszyło   jej   dziwne   poczucie   straty,   dom   bez   Roberta 

background image

wydał jej się nagle przegnębiająco pusty i cichy. Ganiła się w duchu za 

takie myśli. Przecież on naruszył spokój tego domu, mógł zniszczyć jej 

szczęście i w żadnym razie nie powinna była chcieć jego powrotu... 

Wiedziała jednak, że będzie na niego czekać. 

background image

8

Pani Lawrence nie wracała więcej do incydentu z dwukółką, co Heather 

przyjęła z ulgą. Stosunki między nimi pozostały nie zmienione. Natomiast 

Adam   nie   był   skłonny   zapomnieć   tak   szybko.   Starał   się   unikać 

dziewczyny, a jeśli już znalazł się w jej towarzystwie, uparcie milczał. 

Rozpogadzał się dopiero, gdy matka schodziła na dół. Siadywali wtedy we 

dwoje przy kominku w salonie. 

Któregoś dnia miał lekki wypadek. Podczas pracy w piwnicy ześliznęło 

mu się narzędzie i wbiło mu się w dłoń. Przyszedł na górę do kuchni w 

poszukiwaniu czegoś do zawinięcia rany. 

Gdy Heather spostrzegła krew spływającą mu po palcach, krzyknęła 

przestraszona, przerywając dzielące ich milczenie. 

– Pozwól, że ja to obejrzę – rzekła, podbiegając do niego. Zaoponował, 

zabierając rękę i odpowiadając szorstko, że to nic poważnego. 

– Ale zmieni się w coś poważnego, jeśli zostawisz ranę zabrudzoną. 

Bez dalszych oporów pozwolił jej przemyć i zabandażować skaleczone 

miejsce. 

– Teraz dobrze – powiedziała, gdy skończyła. – Zagoi się za dzień lub 

dwa. 

Ich twarze znalazły się blisko siebie i gdy zabierał dłoń, ich spojrzenia 

spotkały   się.   Podziękował   jej   swoim   nieśmiałym   uśmiechem,   a   ona 

odwzajemniła się tym samym, szczęśliwa, iż odzyskała jego przychylność. 

Brakowało   jej   towarzystwa   Adama.   Przez   te   kilka   ostatnich   dni   zdała 

sobie sprawę, jak bardzo go lubi. 

Zima   zapadła   na   dobre.   Mroźne   wiatry   szalejące   na   wrzosowiskach 

background image

wciskały   się   do   domu   wszystkimi   szczelinami,   tak   że   musieli   stale 

utrzymywać rozpalony ogień w pomieszczeniach, których używali. Płytkie 

odcinki rzeki i podmokłe brzegi skuł lód. 

Heather i Adam często spotykali się przy oknie w kuchni, obserwując 

ptaki,   które   on   dokarmiał.   Kiedyś   znienacka   zaatakował   je   jastrząb   i 

odleciał   z   wróblem   w   szponach.   Adam,   wzburzony,   wygrażał   mu 

zaciśniętą pięścią, wykrzykując obelgi pod jego adresem. Heather kolejny 

raz   wstrząśnięta   była   jego   gwałtowną   przemianą,   tym,   jak   łatwo 

przechodzi od łagodności do pasji. Opanował się jednak szybko. 

– Wpadam w złość tak nieoczekiwanie, że nawet nie zdaję sobie z tego 

sprawy. Nie potrafię się powstrzymać... – Patrzył z ukosa zawstydzony. 

Pomyślała, iż być może próbuje w ten sposób przeprosić za zachowanie 

w stosunku do niej. 

– Nie martw się. Ja to rozumiem. 

– Robert tego nie rozumie. Uważa mnie za skorego do gniewu egoistę. 

– Uderzył zaciśniętą dłonią w parapet okienny, z nagłym rozgoryczeniem 

dodając: – Dlaczego on nie chce tego zrozumieć?

–   Robert   wiele   myśli   o   tobie.   Wierz   mi,   że   on   jednak   próbuje   cię 

zrozumieć. 

Rzucił jej szybkie, podejrzliwe spojrzenie. 

– Dlaczego to powiedziałaś? Skąd wiesz, co Robert myśli o mnie?

– Wystarczy popatrzeć na was. Wtedy staje się to oczywiste. 

Wciąż patrzył z powątpiewaniem. 

– Tak myślisz... ?

– Tak myślę. 

Powoli   pokręcił   głową,   opierając   łokcie   na   parapecie.   Patrzył   przez 

background image

okno. 

– Ty nie wiesz, co zaszło między nami, albo nie chcesz się przyznać, że 

wiesz... 

Przyglądał   jej   się   teraz   badawczo,   jakby   czekając   na   zaprzeczenie. 

Potem jeszcze raz pokręcił głową, odwrócił się i odszedł bez słowa. 

Któregoś dnia pod koniec tygodnia, zbudziwszy się rano, dostrzegła w 

pokoju   nadzwyczajną   jasność.   Okazało   się,   że   świat   za   oknem   jest 

zasypany śniegiem, który tworzy już dość grubą pokrywę. Najwidoczniej 

padało przez całą noc. 

Potem   posypało   jeszcze   przed   lunchem,   lecz   wkrótce   przestało   i 

zimowe słońce rozświetliło okolicę przepięknym blaskiem. 

Po południu Heather ciepło się opatuliła i wyszła na spacer. Marsz był 

utrudniony, ale zapadanie się po łydki w świeżym śniegu sprawiało jej 

przyjemność. Zostawiała za sobą ogromne ślady obok delikatnych ptasich 

odcisków. Śmiała się, gdy biały puch z uginających się pod jego ciężarem 

gałęzi, umyślnie przez nią trącanych, opadał jej na twarz. Rzeka przybrała 

kolor stalowo-granatowy, wyraźnie kontrastujący z bielą brzegów. 

Było już ciemno, kiedy wróciła. Oziębiło się, lecz niebo wciąż było 

czyste i ukazał się nawet skrawek księżyca. Na ganku paliły się lampy. 

Zatrzymała się na podjeździe, zachwycona widokiem ośnieżonego domu. 

Usłyszała   za   sobą   chrzęst   kroków   w   zamarzniętym   śniegu. 

Przestraszona odwróciła się, by ujrzeć Roberta idącego podjazdem. 

– Witaj, Heather! – zawołał. – Co ty tu robisz po ciemku?

– Wcale nie jest aż tak ciemno, wszystko wokół takie białe... Myślałam 

właśnie, jak pięknie wygląda wasz dom, taki rozświetlony na śniegu. 

– Widzę, że ty naprawdę lubisz to miejsce. 

background image

– Tak. Tyle razy już ci o tym mówiłam. 

– A ludzie mieszkający w tym domu?

– Oni też mi odpowiadają. 

– W takim razie, domyślam się, że pogodziłaś się z Adamem... 

– ... i chcę, by tak zostało. Uśmiechnął się pogodnie. 

– Postaram się. Jak matka?

– Lepiej. 

– Wiedziałem, że Adam wkrótce zmięknie – rzekł, gdy ruszyli razem 

do domu. – To byłoby głupie przeciągać sprawę. Cały czas zazdrościłem 

mu, że to on jest tutaj, nie ja. Wyobrażałem sobie siebie zamiast niego na 

spacerach   u   twego   boku...   Pójdziemy   jutro   na   wrzosowiska,   chcesz? 

Dzikie kuce zejdą w poszukiwaniu pożywienia, więc będziemy mogli je 

nakarmić. 

– O tak! Bardzo bym chciała! – zawołała z entuzjazmem. 

Robert nie poszedł na górę z Adamem,  by towarzyszyć matce  przy 

kolacji. 

– Są dostatecznie  szczęśliwi we dwoje, czyż nie? Dlaczego więc ty 

miałabyś siedzieć tu sama?

Pomógł   jej   sprzątnąć   stół,   gdy   skończyli   jeść,   a   kiedy   zaczęła   myć 

naczynia, chwycił ścierkę do naczyń. W tym momencie do kuchni wszedł 

Adam   z   tacą   w   dłoniach   i   zakłopotany   zatrzymał   się   w   drzwiach, 

obserwując ich. 

– No, dalej, mały. Chodź i pomóż – odezwał się Robert pogodnie. – 

Dawaj tu te brudne gary. 

Adam uśmiechnął się szeroko do niego i zaczął zestawiać naczynia z 

tacy.   Robert   wziął   drugą   ścierkę   i   rzucił   bratu.   Ten   złapał   ją   w   locie, 

background image

chichocząc cicho. Zabrał się do wycierania. 

– A co tam słychać u ciebie na dole? – spytał Robert. – Zdaje się, że 

dużo ostatnio pracujesz. 

– Chcesz zobaczyć? – Adam spojrzał na niego z ożywieniem. 

Wciąż byli w piwnicy, gdy Heather szła na górę. Przed pójściem do 

siebie zajrzała jeszcze do pani Lawrence. 

– Tak wcześnie do łóżka? – zdziwiła się starsza pani. 

– Tak. Adam ma teraz towarzystwo Roberta, chyba wolą zostać sami. 

–   Nie   spodziewałam   się,   że   Robert   tak   szybko   pojawi   się   znów   w 

domu. Wiedziałaś, że przyjedzie? – Rzuciła Heather badawcze spojrzenie. 

– Przed wyjazdem zapowiedział, iż wróci wkrótce, żeby zobaczyć, jak 

się pani miewa. Na pewno bardzo martwi się pani zdrowiem. 

– Tak, na pewno... Siedzą w salonie, prawda?

– Nie, gdy szłam na górę, wciąż byli w piwnicy. 

– W piwnicy? – W jej głosie zabrzmiał niepokój. – A cóż oni tam robią 

na dole?

– Oglądają meble ogrodowe, które Adam wykonuje. 

–   Ach,   tak.   Cóż...   w   takim   razie   chyba   wszystko   w   porządku.   – 

Pokręciła niecierpliwie  głową. – Tak... tak, oczywiście, że wszystko w 

porządku, niepotrzebnie pytam. Po prostu poszłaś sobie i zostawiłaś ich... 

– Wciąż mi znikasz – oznajmił Robert następnego dnia. – Szukałem cię 

wczoraj wieczorem. Tylko nie zapomnij, że dziś po południu idziemy na 

wrzosowiska. 

Pani Lawrence zeszła na dół, więc Heather nakryła do lunchu dla trzech 

osób w małym salonie. Wychodziła już, gdy usłyszała pytanie Roberta:

background image

– A ty? Nie jesz z nami?

Dostrzegając pełne dezaprobaty spojrzenie jego matki, odpowiedziała 

pogodnie:

–   A   kto   słuchałby   paplania   Lucy?   Później,   gdy   mieli   wyjść   razem, 

rzekła:

– Może zostałbyś z matką? Tak mało z nią przebywasz. 

– Z tobą jeszcze mniej – odparł przekornie. – Poza tym, Adam jest przy 

niej. 

–   Dobrze   wiedziałeś,   że  nie   spodoba   jej  się   twoja  propozycja,  bym 

została   z   wami   na   lunchu.   Dlaczego   to   zrobiłeś?   To   nie   było   zbyt 

taktowne, postawiłeś ją w niezręcznej sytuacji. 

Niecierpliwie machnął ręką. 

– Ach, przestań. Tam jest przecież twoje miejsce, a matka oponowała 

tylko dlatego, że ta propozycja wyszła ode mnie. Ale niedługo ustąpi, już 

moja w tym głowa. 

– Robert, mówiłam ci już, że odpowiada mi obecny stan rzeczy i nie 

chcę, byś ty próbował go zmieniać. Jeśli będziesz to robił, nie licz na moją 

przyjaźń. 

– Dobrze, już dobrze. Ubieraj się, bo jak tak dalej pójdzie, to nigdy stąd 

nie wyjdziemy. 

Ich   oddechy   parowały   w   mroźnym   powietrzu;   zmarznięty   śnieg 

chrzęścił pod nogami. Szli w kierunku wrzosowisk, zostawiając za sobą 

głębokie ślady na gładkiej, białej powierzchni. W pewnej chwili Robert 

zatrzymał się, nabrał śniegu w dłonie i zaczął go ugniatać. Heather nie od 

razu domyśliła się jego intencji i nie zdążyła się uchylić, gdy rzucił w nią 

kulką. Ze śmiechem przyjęła zaproszenie do zabawy. 

background image

Po jakimś czasie ruszyli dalej. Robert pokazał jej na śniegu ślady zajęcy 

i myszy, a w krotce napotkali dzikie kuce. Były wygłodniałe i bez obaw 

jadły im z rąk. 

– Gdybym mieszkał tu, w domu, znów miałbym konia – odezwał się. – 

Dwa konie, jeden dla mnie, drugi dla ciebie. Wtedy pokazałbym ci całe 

wrzosowiska... 

Roześmiała się sądząc, iż żartuje, lecz on mówił poważnie. 

– Chciałbym, byśmy żyli tak, jak ojciec to sobie zaplanował, gdy tu 

przyjechaliśmy.   Chciał   prowadzić   farmę,   dlatego   kupił   dom   i   całkiem 

spory kawałek ziemi wokół. Te budynki gospodarcze nie opodal też należą 

do nas. Adam mógłby w jkońcu prowadzić użyteczne życie... Mam tyle 

pomysłów...   Bylibyśmy   tu   szczęśliwi,   gdyby   tylko   matka   dała   się 

przekonać. 

– Cóż, ale pewnie potrzeba by było sporo pieniędzy. 

– To nie pieniądze są przeszkodą. Matka od początku była przeciwna. 

Prowadzić farmę znaczyło mieć kontakt ze światem, wkoło kręciliby się 

parobkowie,   wielu   ludzi   przychodziłoby   do   domu...   Ojciec   nie 

przełamywał   jej   oporu   i   choć   wiele   go   to   kosztowało,   rezygnował   ze 

swych zamierzeń. Zainwestował kapitał w interes mego wuja w Plymouth. 

Wtedy   była   to   walcząca   o   przetrwanie   fabryczka,   teraz   to   świetnie 

prosperujące przedsiębiorstwo. Matka wciąż mi przypomina, że tam jest 

moja przyszłość, że czas się ustatkować... Ale nie tym chcę się zajmować 

w życiu. Nie chcę go spędzić za biurkiem. – Uśmiechnął się do Heather. – 

Zobaczysz, jeszcze dopnę swego... ale muszę znaleźć kobietę, która, tak 

jak ja, kochałaby wieś... 

Heather uśmiechnęła się do swoich myśli. Nie wierzyła, by cokolwiek z 

background image

jego planów mogło się spełnić, by cokolwiek w tym domu mogło ulec 

zmianie. Zamki na piasku... 

–   Szybko   się   zaprzyjaźniliście...   –   stwierdziła   pani   Lawrence   po 

wyjeździe Roberta. 

– O, tak. Robert jest bardzo towarzyski. 

– Owszem. Kiedy chce, potrafi też być czarujący, szczególnie, gdy go 

zainteresuje jakaś ładna dziewczyna... Cóż, nic w tym złego, dopóki ona 

nie traktuje go zbyt poważnie. Ty nie traktujesz go poważnie, prawda?

Zdziwienie odmalowało się na twarzy Heather. 

– Och, moja droga, nie dziw się tak. Jesteś bardzo ładna i kto jak kto, 

ale Robert już dawno to zauważył. Spędziliście razem wiele czasu i chyba 

mi nie powiesz, że on z tobą nie flirtuje... 

– Gdyby chciał to robić, nie wychodziłabym z nim. Nie mam na to 

ochoty. – Heather sama była zaskoczona stanowczością swego głosu. 

– Cóż, widzę, że mówisz poważnie... Tym lepiej. Bo widzisz, moja 

droga, nie chciałabym, byś polubiła go za bardzo i doznała potem zawodu. 

Musisz wiedzieć, że jest w Plymouth dziewczyna, którą Robert jest bardzo 

zainteresowany... choć nie zapadły jeszcze ostateczne decyzje. Ona jest 

pasierbicą brata mojego męża i jakkolwiek nie poznałam jej jeszcze, to 

wiem, że jest atrakcyjną kobietą. Wszyscy oczekujemy, iż Robert ożeni się 

z   nią   i   ustatkuje   się   nareszcie.   Położyłoby   to   kres   tym   jego...   hm... 

niepokojom...   –   Uśmiechnęła   się.   –   Jesteś   taka,   jak   Adam...   całkiem 

szczera. On nigdy nie ukrywa swych prawdziwych myśli, jest w każdej 

sytuacji autentyczny. Cóż, Robert też zapewne nie ma złych zamiarów, ale 

to   Iekkoduch...   –   Po   chwili   odezwała   się   znowu:   –   Jest   jeszcze   jedna 

sprawa,   o   której   chciałam   z   tobą   porozmawiać.   Jesteś   tu   szczęśliwa, 

background image

prawda? Ale może... czy masz może wrażenie, że jesteś... źle traktowana?

– Ależ skąd. To prawda, że jestem szczęśliwa, i proszę mi wierzyć, nie 

mam żadnych powodów do narzekań. 

– Miło mi to słyszeć, choć zdaje się, że Robert ma na ten temat nieco 

inne zdanie... Wybacz, że pytałam, ale myślałam, iż rozmawiałaś z nim na 

ten temat i dlatego... Na przyszłość, jeśli zajdzie potrzeba, proszę, zwracaj 

się ze wszystkim najpierw do mnie. Wiedz, moja droga, że zależy mi na 

twoim szczęściu... 

– Wiem o tym. Od samego początku jest pani dla mnie bardzo dobra. 

Przykro   mi,   że   Robert   mógł   pomyśleć   inaczej,   aleja   naprawdę   mu   nie 

dałam do tego powodów. 

– Jeśli do tej pory utrzymywałam cię raczej z dala od nas, to tylko 

dlatego, iż wiem, że tak było najlepiej. Wdzięczna ci jestem, że zawsze to 

rozumiałaś.   Doceniam   wysiłek,   jaki   wkładasz   w   swoją   pracę,   ale 

niezależnie   od   tego   polubiłam   cię   bardzo.   Chcę,   byś  o   tym   wiedziała. 

Teraz   zależy   mi,   byś   stała   się   członkiem   naszej   rodziny   i   choć 

przeszkodził nam ten nieszczęsny incydent z dwukółką, to zdaje się, że już 

się wypogodziło po tej małej burzy. Dbajmy więc, by nic ani nikt więcej 

nie stanął nam na drodze... 

background image

9

Mimo, iż otwarte kłótnie Roberta z matką nie zdarzały się już, w domu 

wciąż panowało wyczuwalne napięcie. Lecz nie Adam, jak dotychczas, był 

jego powodem. Cieszył się z cotygodniowych wizyt brata, ożywiał się, 

ilekroć robili coś razem i chętnie siadywał wieczorami z nim i z Heather 

przy kominku w salonie. 

To   pani   Lawrence   była   przyczyną   niepokoju.   W   jej   stosunku   do 

Heather zaszła zmiana. Na pozór wszystko wydawało się być jak dawniej, 

lecz   dziewczyna   wyczuwała   dziwny   chłód   w   jej   zachowaniu,   jakąś 

milczącą dezaprobatę, której przyczyn nie rozumiała. Sądziła, iż być może 

to   Robert   tak   ją   usposabia,   spędzając   większość   czasu   poza   domem. 

Próbowała   go   nawet   nakłonić,   by   zostawał   z   matką,   on   jednak 

nieodmiennie wolał ich wspólne spacery. 

Stopniowo   Adam   także   się   zmienił.   Już   nie   ożywiał   się   tak   w 

towarzystwie brata, już nie siadywał z nimi przy kominku. Gdy Heather 

wychwytywała jego spojrzenie, odnajdywała w nim dawne zamyślenie i 

smutek. Nie wiedziała, co jest tego powodem. 

O ile Robert w ogóle dostrzegał różnicę w ich zachowaniu, nie dał nic 

po sobie poznać i wciąż przyjeżdżał w każdy weekend. Ona także nie 

poruszała tego tematu, bowiem nauczona doświadczeniem, wiedziała, że 

mógłby wspomnieć o tym matce, a tego nie chciała. 

Wizyty Roberta sprawiały jej wiele radości. Nie miał w sobie nic ze 

zmiennego   usposobienia   brata,   więc   nie   musiała   stale   mieć   się   na 

baczności, by go czymś nie urazić. Rozmawiali swobodnie na wciąż nowe 

tematy, które im się nasuwały, spierając się często, gdy mieli odmienne 

background image

zdania. Nie znała nigdy nikogo, z kim czułaby się tak swobodnie i czyje 

towarzystwo sprawiałoby jej tyle przyjemności. Niecierpliwie oczekiwała 

jego przyjazdów, mimo iż napięcie w domu za każdym razem wzrastało. 

Miała przeczucie, że nieuchronnie zbliża się jakiś kryzys czy przesilenie. 

Czuła też, że nie jest mu w stanie zapobiec, więc starała się o tym nie 

myśleć.   Zresztą,   w   zawsze   pogodnym   towarzystwie   Roberta   nietrudno 

było zapomnieć o wszelkich troskach i choć nigdy nie usiłowała określić 

dokładniej swych uczuć do niego, to świadoma była dziwnej pustki, jaką 

pozostawiał w jej sercu, wracając do Plymouth. Nie sądziła jednak, by 

było to coś więcej niż przyjaźń... 

– Pospiesz się z lunchem, to zabiorę cię gdzieś, gdzie jeszcze nigdy nie 

byłaś – oznajmił pewnego ranka. 

– A co z innymi? Twoja matka może nie życzyć sobie wcześniejszego 

lunchu. 

– Przekonam ją. Namówiłem już Adama, by pożyczył nam dwukółkę. 

– Naprawdę sądzisz, że powinniśmy? – rzekła z powątpiewaniem. 

– Ależ oczywiście. Zgodził się chętnie. Wcale nie musisz powozić, jeśli 

to wbrew twoim zasadom. 

– Nie mam zamiaru. 

Uległa jego namowom i zostawiła sprzątanie po lunchu Lucy, która 

jadła jeszcze, gdy Robert przyszedł do kuchni. 

–   Podasz   podwieczorek,   w   razie   gdybyśmy   nie   wrócili   na   czas?   – 

poprosił Lucy, całując ją w policzek. Nie dając jej .. czasu na odpowiedź, 

wyszedł, ciągnąc Heather za sobą. 

– Dokąd jedziemy na tak długo? – zaniepokoiła się. 

– Dowiesz się wszystkiego w swoim czasie – odpowiedział, pomagając 

background image

jej wsiąść do dwukółki. – Nie denerwuj się. Świat się nie zawali, jeżeli nie 

wrócisz na podwieczorek. Lucy sobie poradzi. 

Jak   zawsze   poza   domem,   tak   i   teraz,   oddając   się   przyjemności 

przejażdżki, zapomniała o swych problemach. 

Dzień był jasny, a niebo bezchmurne. Nawet wzgórze, tak zazwyczaj 

mroczne o tej porze roku, stało teraz rozświetlone w słońcu, ukazując swój 

skalisty szczyt. 

–   Wspaniała   dzisiaj   widoczność,   prawda?   –   odezwał   się   Robert, 

podążając za spojrzeniem Heather. – To właśnie podsunęło mi pomysł. 

– Jaki pomysł?

– Żeby właśnie dziś wybrać się na wrzosowiska. Pomyślałem, że może 

chciałabyś zobaczyć Princetown. 

Wjechali do wsi i skręcili w drogę do stacji kolejowej. Zatrzymali się 

przy chacie starego Mateusza i Robert przywiązał lejce do płotu. Spojrzała 

na niego pytająco, gdy podszedł, by pomóc jej wysiąść. 

– Teraz pojedziemy pociągiem. Była zdziwiona. 

– Nie zajmie nam to zbyt wiele czasu? – zapytała, marszcząc lekko 

brwi, choć perspektywa tak dalekiej wycieczki była nęcąca. 

–   Dwadzieścia   minut...   może   pół   godziny,   nie   dłużej.   Lada   chwila 

mamy odjazd. 

Pociąg był krótki, na pojedynczym torze. Pasażerów było niewielu, tak 

że   Heather   z   Robertem   mieli   dla   siebie   cały   przedział.   Nie   zajmowali 

jednak   miejsc,   ale   przechodzili   z   jednej   strony   na   drugą,   podziwiając 

widok za oknami, gdy pociąg zagłębił się we wrzosowiska. 

– Wrzosowiska, wrzosowiska... aż po horyzont. Żadnego domu... nic... 

–  I  wyobraź  sobie  teraz   tego  twojego  biednego  zbiega  wędrującego 

background image

tędy. W słońcu wygląda tu rzeczywiście pięknie, ale nie daj Boże znaleźć 

się tutaj w złą pogodę. 

Wychylił się przez okno. 

– O! Jest już wieża kościoła w Princetown. Dziś widać ją z daleka. Jest 

dość wysoka. 

Przespacerowali się najpierw po miasteczku, by potem, idąc główną 

ulicą wzdłuż bram więziennych i domów strażników, wyjść na otwartą 

drogę. Dopiero stamtąd, ponad wysokimi murami, widać było więzienie w 

całej   okazałości.   Wielka   kamienna   forteca   z   zakratowanymi   oknami 

wyglądała groźnie i posępnie w pełnym świetle słonecznym. 

– Wyobraź sobie, że jesteś tam zamknięta – powiedział. Wzdrygnęła się 

na samą myśl. 

–   Przypuszczam,   że   muszą   być   naprawdę   niebezpieczni,   skoro   tam 

przebywają. Inaczej nikt by ich nie zamykał. 

– Niekoniecznie – odparł, wciąż wpatrując się w budynek więzienny. – 

Są na  przykład  morderstwa   popełnione  niezamierzenie...  pod  wpływem 

emocji... 

– Oczywiście, ale jeśli ktoś porywa się na życie ludzkie, choćby i w 

afekcie,   to   przyznasz,   że   musi   być   raczej   niepoczytalny   i   przez   to 

niebezpieczny. 

– Czy sądzisz, że Adam jest niepoczytalny? Była zaskoczona pytaniem. 

– Oczywiście, że nie. 

– A przecież wiesz, że miewa nagłe napady wściekłości. Wtedy nie 

potrafi nad sobą zapanować. 

–   Tak,   ale   nie   stwarza   zagrożenia   dla   nikogo,   bo   tak   naprawdę   ma 

przecież łagodne usposobienie. 

background image

Spojrzał na nią w jakiś dziwny sposób. 

– To prawda. Jest bardzo wrażliwy... i dlatego sprowokowany przeze 

mnie,   spaczony   przez   matkę...   mógł   skończyć   tutaj   albo   i   gorzej...   To 

okropne. 

Patrzył przed siebie posępnym wzrokiem. 

– Chodź – rzekł, nie dając jej czasu na odpowiedź. – Przygnębia mnie 

ten widok. 

Wracali przez miasteczko. Heather sądziła, że za chwilę odjeżdża ich 

pociąg, jednak Robert minął stację, nie zamierzając widać wracać jeszcze 

do domu. 

– Tam, przy końcu ulicy, jest jedno miejsce, gdzie można napić się 

herbaty – wyjaśnił. 

Zatrzymała się. 

– Nie powinniśmy już wracać? Robi się późno. 

– Na razie i tak nie mamy pociągu. Ten, którym przyjechaliśmy, już 

wrócił,   a   do   następnego   mamy   jeszcze   trochę   czasu.   Nie   obawiaj   się, 

zdążymy na kolację. 

Tak, nie było powodu spieszyć się z powrotem, skoro i tak zdążą na 

kolację. Mimo to miała jakieś złe przeczucie, które jednak minęło, gdy 

usiedli w cieple przytulnej kawiarni. Ogień trzaskał wesoło na kominku i 

nie   było   nikogo,   przed   kim   musiałaby   udawać   lub   kogo   miałaby   się 

krępować. Tylko Robert... Znowu był pogodny i uśmiechał się do niej, 

siedząc przy stoliku nakrytym do herbaty. 

Odwzajemniła mu uśmiech. 

– Podoba mi się tu. To miło, że przyprowadziłeś mnie tutaj. 

Robert zdawał się wyczuwać jej niepokój. 

background image

– Atmosfera w domu staje się nie do zniesienia. Zastanawiam się, jak ty 

to wytrzymujesz. Chociaż, właściwie... jest tak pewnie tylko wtedy, gdy ja 

przyjeżdżam. Matka zawsze jest niespokojna, gdy jestem w pobliżu. 

– Czy tak było zawsze?

–   Powiedzmy...   W   każdym   razie   od   śmierci   ojca,   kiedy   zacząłem 

pracować. Ale tak naprawdę źle jest dopiero ostatnio... od naszej ostatniej 

kłótni. To było jeszcze, zanim ty przyjechałaś. – Przypatrywał jej się przez 

moment   milcząc,   po   czym   nachylił   się   nad   stołem   w   jej   kierunku.   – 

Heather,   być   może   nie   powinienem   ci   tego   mówić,   choć   prędzej   czy 

później   i   tak   bym   się   wygadał.   Wiesz...   okropnie   się   wtedy 

sprzeczaliśmy... Mało brakowało, a Adam... Adam rozłupałby mi głowę 

siekierą. 

Dziewczyna zbladła. 

–   Zacząłem   kłótnię   z   matką,   jego   przy   tym   nie   było.   Matka   była 

straszliwie zdenerwowana, a on po prostu nie mógł  tego dłużej znieść... 

Nie wiedziałem, że słyszał wszystko i nie zauważyłem, kiedy wszedł. 

Nie była w stanie odpowiedzieć, zszokowana tym, co usłyszała. 

– Wiesz, jaki jest Adam... Już po wszystkim był bardziej wstrząśnięty 

od nas i dotąd się tym gryzie. Teraz już wiesz, dlaczego trzymałem się z 

dala od domu. Postanowiłem nie próbować więcej niczego tam zmieniać, 

dałem za wygraną. Wątpię, czy jeszcze kiedykolwiek wróciłbym, gdyby 

nie choroba matki. 

– Więc to dlatego zawsze była tak zdenerwowana, ilekroć zdarzyło mi 

się urazić Adama... 

– Tak, aczkolwiek niepotrzebnie. On miewa swoje humory, to prawda, 

ale nie jest dla nikogo niebezpieczny. 

background image

–   Twoja   matka   zmieniła   się   ostatnio,   wciąż   jest   taka   napięta...   – 

powiedziała Heather wbrew swoim wcześniejszym postanowieniom. 

– Właśnie to miałem na myśli. Wszystko przez to, że znów zacząłem 

przyjeżdżać. Miała już nadzieję, że zostanę w Plymouth, teraz obawia się, 

by nasz spór nie rozgorzał na nowo. 

– Mówiłeś przecież, że dałeś za wygraną... 

– Tak, tak rzeczywiście było, lecz obecnie wszystko jest inaczej. Och, 

Heather, jest jeszcze coś, co bardzo chciałbym ci powiedzieć, ale chyba 

nie jesteś na razie gotowa, by to usłyszeć... W każdym razie, ja chcę żyć 

tutaj, chcę się ożenić i właśnie tu zamieszkać. To jest mój dom i jest w nim 

wystarczająco dużo miejsca dla nas wszystkich. 

Milczała, wpatrzona w płomienie. Przygnębiło ją to, co mówił Robert. 

– Kłopot polega na tym, że jeżeli choroba matki to coś poważnego, a na 

to wygląda, nie chciałbym być przyczyną jej niepokoju. Błędne koło. 

– Tak, zniszczyłbyś świat, w którym czuje się szczęśliwa. To byłoby 

okrutne, szczególnie teraz. 

– Ty naprawdę sądzisz, że ona jest szczęśliwa? Ja nie jestem tego taki 

pewien. A poza tym, czyż nie byłoby równie okrutnie pozostawić Adama 

zupełnie od niej uzależnionego, w sytuacji, gdy wkrótce może ją utracić?

Dotknął jej dłoni. 

– Chcę to zmienić nie tylko dla siebie. 

Powiedział   to   ciepło   i   łagodnie,   a   jego   twarz   wyrażała   dziwne 

poruszenie. Wzruszenie na moment odebrało Heather głos. 

– Nigdy nie podejrzewałam cię o egoizm – odparła po chwili – ale nie 

sądzę, byś miał rację. 

Odpowiedział uśmiechem. 

background image

– Jeszcze cię przekonam. Właśnie ciebie chcę przekonać najbardziej. 

Gdy opuszczali kawiarnię, zapadał zmrok. 

– Wydaje mi się, że twoja matka może mieć nam za złe tak późny 

powrót... 

– Żałujesz, że dałaś się namówić?

– Och, nie. Wręcz przeciwnie. 

Tego   wieczora   pani   Lawrence   nie   dała   im   odczuć   swego 

niezadowolenia, ale już nazajutrz, po wyjeździe Roberta, nie kryła się z 

nim dłużej. Wezwała dziewczynę do salonu i już ze spojrzenia, jakim ją 

obdarzyła u wejścia, Heather zorientowała się, że nastrój starszej pani nie 

jest najlepszy. 

– Dziwię ci się, że lekceważysz moje ostrzeżenia. Mówiłam ci przecież, 

że   krzywdzisz   sama   siebie,   pozwalając   Robertowi   flirtować   ze   sobą. 

Wydawało mi się, że przedstawiłam ci to całkiem jasno, a ty wydawałaś 

się rozumieć. 

– Nadal doskonale to rozumiem, ale odpowiedziałam wtedy – i nadal 

tak twierdzę – że Robert nie flirtuje ze mną. 

– Owszem, mówiłaś tak, a ja byłam na tyle głupia, by ci uwierzyć. 

Skoro   to,   co   mówisz,   jest   prawdą,   dlaczego   wciąż   zachęcasz   go,   by 

przyjeżdżał?

– Ależ ja tego nie robię. On przyjeżdża widywać się z panią. A poza 

tym to jest jego dom i myślę, że ja nie mam z tym nic wspólnego. 

–   Przestań   się   oszukiwać,   Heather.   Jak   możesz   być  aż   tak   naiwna? 

Wiesz przecież doskonale, że nie przyjeżdżał tu wcale na początku twego 

pobytu. Zaczął tu bywać, odkąd wie, że ty tu jesteś, chętna na wszelkie 

jego propozycje. Nadal twierdzisz, iż nie masz z tym nic wspólnego?

background image

– On przyjechał, bo pani była chora. Przyjechał zobaczyć się z panią. 

– Zgadzam się, ale tak było tylko za pierwszym razem. Teraz ledwo 

przyjedzie, to znów go nie ma, bo wychodzi z tobą. 

– Przykro mi, że z tego powodu tak mało przebywa z panią, ale... 

–  Święty   Boże!  Czy  ty   naprawdę  nie  widzisz,   do  czego  zmierzam? 

Przecież   to   o   ciebie   chodzi,   o   to,   czym   się   mogą   skończyć   te   wasze 

wędrówki!

Heather nie odpowiadała. Nie myślała nigdy w ten sposób. To prawda, 

że żyła rytmem cotygodniowych przyjazdów Roberta i cieszyła się jego 

pogodnym towarzystwem, lecz to wszystko. Na nic więcej nie liczyła. 

Pani Lawrence przyglądała się jej uważnie. 

– Cóż, widzę, że rzeczywiście nigdy o tym nie pomyślałaś. Usiłujesz 

mnie przekonać, że między wami nie ma nic poza przyjaźnią, lecz zrozum, 

moja droga, to po prostu niemożliwe między  ładną dziewczyną a kimś 

takim jak Robert... na dłuższą metę. Może już się w nim zakochałaś? – 

spytała ostro. 

– Nie. Oczywiście, że nie. 

– Więc lepiej skończ z tym, póki nie jest za późno. Mówiłam ci już, że 

miejsce Roberta jest w Plymouth. Tam ma pracę, tam ma narzeczoną i 

przyszłość przed sobą, o ile zapomni tylko o tych swoich banialukach. A 

jaka będzie twoja przyszłość, jeśli się w nim zakochasz? Jesteś młoda i 

niedoświadczona,   moje   dziecko,   i   dopóki   mieszkasz   w   moim   domu, 

obowiązkiem   moim   jest   cię   chronić.   Cóż...   obawiam   się,   że   jeżeli   nie 

przestaniesz zachęcać Roberta, by wciąż przyjeżdżał, to nie pozostanie mi 

nic innego, jak cię odesłać. 

Na widok przerażenia Heather twarz starszej pani złagodniała. 

background image

– Ale nie będę musiała tego robić, prawda? Nie chciałabym cię teraz 

utracić. 

– Czego pani ode mnie oczekuje? – zapytała dziewczyna cicho. – Jakże 

mogłabym go prosić, by przestał odwiedzać własny dom?

–   Ależ   nie,   oczywiście   nie   to   miałam   na   myśli.   Możesz   odmawiać 

wspólnych spacerów, unikać go tak, jak unikałaś Adama. Pewna jestem, że 

wtedy nie będzie przyjeżdżał tak często... Uwierz mi, iż tak będzie lepiej 

dla nas wszystkich. Dla Roberta także, choć Bóg jeden wie, jak trudno mi 

odepchnąć własnego syna... 

Stały naprzeciw siebie. Heather spuściła głowę. 

– Spędziliście razem mnóstwo czasu – kontynuowała pani Lawrence – 

wiele rozmawialiście. Robert na pewno nie krył przed tobą swych planów i 

byłaś  pewnie  jedyną  osobą,   która   chciała   słuchać   opowieści   o  tej   jego 

farmie   i   innych   niedorzecznościach.   –   Ujęła   dziewczynę   pod   brodę.   – 

Może nawet uwierzyłaś w ich realność i może on przy tobie zaczął na 

powrót w nie wierzyć... To wszystko są zamki na piasku i wierz mi, że on 

będzie   szczęśliwszy   w   Plymouth.   Czas,   by   już   porzucił   te   dziecięce 

marzenia i ustatkował się. Byliśmy tu szczęśliwi we troje i niech już tak 

zostanie. Zaufaj mi, moje » dziecko, wiem, co mówię... 

Heather   zdawała   sobie   sprawę,   iż   nie   ma   wyboru.   Ostatnią   rzeczą, 

której   pragnęła,   był   powrót   do   Londynu.   Przygnębiała   ją   perspektywa 

utraty towarzystwa Roberta, lecz i tak cały czas żyła ze świadomością, że 

wcześniej czy później musi to nastąpić. Było dla niej przykre, że jego 

plany,   w   których   realizację   tak   wierzył,   nie   mogły   się   spełnić.   Pani 

Lawrence miała rację. Będąc życzliwym słuchaczem, zapewne podsycała 

w nim wiarę i być może dlatego wciąż umieszczał ją w swych wizjach. 

background image

Doszła   do   wniosku,   że   rzeczywiście   lepiej   będzie,   jeżeli   Robert 

przestanie się tu pojawiać tak często, bo może dzięki temu napięcie w 

domu   opadnie.   Z   niepokojem   myślała   jednak   o   nadchodzącym 

weekendzie, bo czuła, że nie będzie w stanie całkowicie uniknąć spotkań. 

background image

10

Po   tej   rozmowie   pani   Lawrence   odzyskała   zwykły   spokój.   Adam, 

zwykle podzielający nastroje matki, także stał się pogodniejszy. Z piwnicy 

dochodziły   raźne   odgłosy   młotka,   stukającego   w   charakterystyczny   dla 

Adama, nieregularny sposób. Nie posyłał już Heather swoich ponurych 

spojrzeń, lecz na jej widok uśmiechał się przyjaźnie. 

Ona   jednak   myślała   z   obawą   o   nadchodzącym   weekendzie   i   tego 

wieczora, gdy spodziewali się Roberta, wcześnie poszła do siebie. 

–   Boli   mnie   głowa   –   powiedziała   Adamowi.   Nie   kłamała,   chociaż 

normalnie   nie   kładłaby   się   wcześniej   z   tego   powodu.   –   Kolację   dla 

Roberta zostawiłam przygotowaną w kuchni. 

Nazajutrz nie było już sposobu, by uniknąć spotkania. Robert pojawił 

się w kuchni, gdy tylko zeszła na dół. 

– Adam mówił, że bolała cię głowa. Rzeczywiście, musiałaś czuć się 

słabo, skoro poszłaś do łóżka. 

Troska,   jaką   jej   okazywał,   jeszcze   bardziej   wzmogła   przygnębienie 

wywołane   koniecznością   oszukiwania   go.   Zapewniła,   że   już   czuje   się 

lepiej. 

–   Jesteś   taka   blada.   –   Przyjrzał   się   jej   z   bliska.   –   Wyglądasz   na 

zmęczoną. Czy coś się stało? Skąd to przygnębienie?

– Nie, nic. To nic takiego – odparła pospiesznie, nie chcąc rozwijać 

tematu, skoro lada moment mogła nadejść Lucy. – Twoja matka była w 

tym tygodniu dużo spokojniejsza... 

– Tak, już zauważyłem zmianę. Adam także był wczoraj w dobrym 

humorze. 

background image

Tego ranka nie było już okazji do rozmowy z Robertem. Do lunchu 

usiadła   podenerwowana,   wiedząc,   iż   zapewne   przyjdzie   za   chwilę 

zaproponować wspólny spacer. 

–   Coś   panienka   milcząca   dzisiaj   –   zagadnęła   Lucy.   –   Dobrze   się 

panienka czuje?

– To tylko ból głowy – odparła, zamierzając użyć tej wymówki, by 

spędzić popołudnie u siebie. 

Robert spóźniał się tym razem. Lucy przyniosła część naczyń z małego 

salonu. 

–   Wciąż   rozmawiają   –   oznajmiła.   –   Nigdy   nie   widziałam   pani   tak 

ożywionej. 

Heather poderwała się nagle. 

– Pozmywasz sama, dobrze? Wyjdę na dwór, może świeże powietrze 

mnie orzeźwi. 

–   Niech   panienka   idzie   –   przystała   chętnie   Lucy.   –   A   nie   poczeka 

panienka na pana Roberta?

– Nie tutaj. Tu jest zbyt duszno. 

Z dala od domu  uspokoiła się nieco. Wolała spacer od siedzenia  w 

swoim   pokoju.   Sądziła,   że   w   ten   sposób   da   Robertowi   dostatecznie 

wyraźnie do zrozumienia, iż nie chce się z nim widzieć. Powinna tylko 

wybrać inną trasę od tych, którymi zwykle chodzili, na wypadek, gdyby 

mimo wszystko próbował ją odnaleźć. 

Zeszła kawałek aleją w kierunku wioski, po czym skręciła w wąską 

ścieżkę, której dotychczas nie zbadała. Po jakimś czasie dróżka kończyła 

się   przy   bramie   w   ogrodzeniu   wokół   pola.   Nie   była   zamknięta,   więc 

dziewczyna postanowiła przejść przez ogrodzony teren, mając nadzieję, że 

background image

odnajdzie ścieżkę po drugiej jego stronie. Dalej rozciągały się jednak pola 

i łąki,  lecz Heather wciąż  kroczyła przed  siebie  zamyślona,  nie dbając 

zupełnie o kierunek marszu. 

Początkowo   szła   szybko,   bo   ruch   uspokajał   ją.   Teraz   zwolniła, 

potykając się w głębokich bruzdach błotnistego pola. Zmęczenie nasunęło 

jej myśl o powrocie, lecz pole właśnie kończyło się i ścieżka wiodła dalej 

przez zagajnik. Była zarośnięta i miejscami ginęła w poszyciu leśnym. W 

końcu,   chcąc   ominąć   kępy   jeżyn   zagradzających   drogę,   dziewczyna 

zgubiła ją definitywnie. Pamiętała jednak, że zagajnik nie jest zbyt szeroki, 

czyli   powinna   znajdować   się   na   jego   brzegu.   Wybrała   więc   kierunek 

prostopadły do poprzedniego. Zaczęła przedzierać się przez gąszcz drzew i 

krzewów. Kłujące zarośla czepiały się jej sukienki, a niskie gałęzie drzew 

szarpały włosy i drapały po twarzy. 

Po   jakimś   czasie   las   rzeczywiście   skończył   się,   co   przyjęła   z   ulgą. 

Zmęczenie już poważnie dawało znać o sobie. Na szczęście, niedaleko 

dostrzegła kamienistą drogę. Ślady furmanki i głębokie odciski końskich 

kopyt świadczyły o tym, iż jest uczęszczana, a więc może doprowadzić do 

jakiegoś   domostwa   lub   farmy.   Tam   dowiedziałaby   się,   jak   dotrzeć   do 

domu. 

Nie potrafiła się jednak zdecydować, w którą stronę powinna pójść, na 

lewo  czy   na  prawo.   Próbowała   jeszcze   raz  w  myśli  przebyć  dzisiejszą 

trasę, ale i tak nie mogła zorientować się, w którym kierunku leży dom 

Lawrence’ów. 

Przypomniała   sobie   pierwszy   wspólny   spacer   z   Robertem,   kiedy   to 

uciekała przed nim. Wtedy także straciła orientację w terenie. „Ach! Jaka 

szkoda, że go tu nie ma...” – pomyślała i niespodziewanie dla samej siebie 

background image

zatęskniła do niego gorąco. Uciekała wtedy, bo ją pocałował, a ona tego 

nie chciała. Teraz, gdyby był tu przy niej, gdyby wziął ją w ramiona i 

pocałował, nie broniłaby się już... 

Łzy napłynęły jej do oczu i usiadła bezradnie na trawie. A więc pani 

Lawrence   miała   rację,   jej   przewidywania   sprawdziły   się...   Nie,   nie 

powinna już spotykać się z Robertem. 

Ziemia   była   wilgotna   i   chłodna,   więc   Heather   wstała.   Zmierzchało. 

Ruszyła w prawo; z tej strony niebo było jaśniejsze. Droga wiła się polami 

i lasami, jednak mimo długiego marszu dziewczyna nie zauważyła nigdzie 

żadnego   domostwa   ani   farmy.   Nadchodziła   noc   i   Heather,   przerażona 

perspektywą błądzenia w ciemnościach, szła najszybciej, jak tylko mogła. 

Droga   była   kamienista,   liczne   bruzdy   i   wystające   korzenie   drzew 

utrudniały   marsz.   Wkrótce   zmuszona   była   zwolnić   kroku,   nie   chcąc 

ryzykować skręcenia kostki. 

Było już całkiem ciemno, gdy dotarła do miejsca, gdzie droga wiodła 

pomiędzy   dwiema   urwistymi   skarpami.   Dalej   łączyła   się   z   większym 

traktem.   Heather   ponownie   stanęła   przed  problemem   wyboru   kierunku, 

lecz   tym  razem   nie   zastanawiała   się   długo.   Po   kilku   minutach   marszu 

zorientowała się, iż idzie aleją prowadzącą z domu do wsi. 

Do wioski było bliżej. Zdawała sobie sprawę, że już nie będzie w stanie 

samodzielnie dojść do domu, toteż postanowiła dotrzeć do chaty starego 

Mateusza i poprosić go, by ją odwiózł. Poza tym, było na tyle późno, że na 

pewno martwiono się o nią. 

Nie zaszła daleko, gdy od strony wioski dał się słyszeć tętent kopyt i 

odgłosy   kół   szybko   jadącego   powozu.   Dziękowała   Bogu,   bo   choć   nie 

wiedziała, kto nim jedzie, to liczyła na to, że zgodzi się ją podwieźć. 

background image

Zeszła   z   drogi,   a   gdy   powóz   zbliżył   się,   rozpoznała   dwukółkę 

Lawrence’ów. Uradowana, stanęła znowu na środku, machając chustką. 

To   był   Adam.   Ściągnął   ostro   konia   i   zeskoczył   na   ziemię.   Pełnym 

troski głosem wykrzyknął jej imię. 

–  Och,  Adam!  Gdybyś  tylko  wiedział,   jak  się   cieszę,  że  cię   widzę. 

Zgubiłam się... Udało mi się jedynie znaleźć drogę do alei... 

Widział w świetle latarni łzy spływające jej po policzkach. Nieśmiało 

objął ją ramieniem. 

– Martwiliśmy się o ciebie. Robert szukał cię całe popołudnie i wrócił 

dopiero po zmroku, by sprawdzić, czy już jesteś. Mówił, że na pewno 

zgubiłaś się albo coś ci się stało i zaraz znowu wyszedł. Mama też się 

bardzo denerwuje. Ja postanowiłem poszukać cię na drodze. 

Uśmiechnęła się do niego, ocierając łzy. 

– Jak dobrze, że to zrobiłeś. Czuję się, jakbym nie miała już siły zrobić 

ani kroku. Chciałam prosić Mateusza o podwiezienie. 

Pomógł dziewczynie wsiąść i okrył ją pledem. Nie oszczędzał Rafii, by 

jak najszybciej dotrzeć do domu. Dwukółka trzęsła się i podskakiwała na 

wybojach, przypominając Heather jej pierwszą szaleńczą jazdę z Adamem. 

Teraz nie śmiał się jednak. Milczał, raz po raz zwracał ku niej poważną 

twarz sprawdzając, czy wszystko w porządku. 

Pomyślała o Robercie. Wyobrażała sobie, jak szukał jej, jak błąkał się 

samotnie po miejscach, które zawsze odwiedzali razem. Tęsknił za nią, tak 

jak i ona tęskniła za nim... Ścisnęło jej się serce. Cóż zyskała przez swoją 

dzisiejszą ucieczkę? Tak czy owak, musi się z nim spotkać i wyjaśnić 

swoje zachowanie. 

Poruszyła się niespokojnie na siedzeniu, tak że Adam zwrócił się ku 

background image

niej   zaniepokojony.   Och!   Gdyby   tylko   Robert   mógł   wyjechać   do 

Plymouth, nie musiałaby patrzeć mu w oczy... 

Gdy wjeżdżali podjazdem, drzwi frontowe otworzyły się i stanęła w 

nich pani Lawrence. Adam zatrzymał dwukółkę i zeskoczył, by pomóc 

Heather   wysiąść.   Poruszała   się   z   trudnością,   bo   zdrętwiały   jej   nogi. 

Ponownie otoczył ją ramieniem, wprowadzając do domu. 

–  Znalazłeś ją –  rzekła  pani  Lawrence  z ulgą,  gdy  tyłko  dostrzegła 

dziewczynę. – Martwiliśmy się o ciebie, moja droga. Myśleliśmy, że na 

pewno się zgubiłaś albo miałaś wypadek... 

Podeszła do niej. 

– Co się stało? Nic ci nie jest?

Heather   potrząsnęła   głową,   zakłopotana   zamieszaniem,   którego   była 

przyczyną. 

– Nie, nic mi się nie stało. Jestem tylko bardzo zmęczona. Zgubiłam się 

i nie mogłam odnaleźć powrotnej drogi. Jakie to szczęście, że Adam mnie 

znalazł. 

Wchodzili do holu, gdy usłyszeli, że Robert biegnie podjazdem. 

–   Znaleźliście   ją?   –   krzyknął   zdyszany   od   drzwi.   –   Słyszałem 

dwukółkę. 

Wszedł i jego wzrok padł na dziewczynę. Zapytał z troską w głosie:

–   Na   miłość   boską,   co   się   stało?   Nic   ci   nie   jest?   Pani   Lawrence 

odpowiedziała za nią. 

– Już wszystko w porządku. Zgubiła się. Jest wyczerpana i dlatego nie 

trzymajmy jej tu dłużej. Idź prosto do łóżka, moja droga. 

Heather pokręciła głową. 

– Ależ nie. Trochę tylko odpocznę, napiję się czegoś ciepłego i zaraz 

background image

zrobię kolację. 

–   Nie   ma   mowy.   Idziesz   do   łóżka,   sami   sobie   poradzimy,   Lucy 

wszystko przygotowała. Nie chciała wracać do domu, nie wiedząc, co się z 

tobą   dzieje.   Zaraz   przyniesie   ci   coś   do   jedzenia.   Adam   albo   Robert 

odwiezie ją, a Mateusz przywiezie jutro. 

Wzięła dziewczynę pod ramię i poprowadziła przez hol. Adam wciąż 

podtrzymywał ją z drugiej strony, ale u stóp schodów zawahał się i cofnął 

rękę. 

– Czy teraz już w porządku? – zapytał, gdy zaczęły wchodzić do góry. 

Jego   głos   był   łagodny   i   pełen   troski.   Odwróciła   się,   chcąc   mu 

odpowiedzieć.   Ponad   jego   zwróconą   ku   górze   twarzą   napotkała   wzrok 

Roberta. Wciąż stał w miejscu i patrzył na nią rozżalonym wzrokiem. Łzy 

napłynęły   jej   do   oczu.   Odwróciła   pospiesznie   głowę   i   z   pomocą   pani 

Lawrence poszła do siebie. 

Lucy przyniosła jej wkrótce kolację i gorącą herbatę. 

–   Napędziła   nam  panienka   stracha,   nie   ma   co   –   rzekła,   stając   przy 

łóżku. 

– Dziękuję ci bardzo, że zostałaś – odparła Heather. – Chyba nie będą 

się o ciebie martwić w domu?

– O, nie. Przed panienki przyjazdem często później wracałam. 

Uśmiechnęła się porozumiewawczo. 

– Pan Robert ma mnie odwieźć. Dla takiej gratki zostałabym, choćby i 

do północy... Panienka nie będzie się gniewać, prawda?

Heather nie mogła powstrzymać uśmiechu. 

– A jakże, pogniewam się na ciebie śmiertelnie... 

–   Powiem   mu,   żeby   dał   odpocząć   starej   Rafii   i   będziemy   jechać 

background image

spacerkiem   –   zachichotała   Lucy.   Po   chwili   spoważniała   jednak.   –   Pan 

Robert się pyta, czy aby na pewno wszystko w porządku i co się naprawdę 

stało. 

– Powiedz mu, że już lepiej, jestem tylko zmęczona. Zgubiłam się, to 

wszystko. 

–   On   przyszedł   po   panienkę   do   kuchni   po   lunchu.   Zdębiał,   jak   mu 

powiedziałam, że panienka poszła bez niego. Ale potem też powiedział, że 

świeże powietrze dobrze panience zrobi i że pójdzie jej poszukać. Bardzo 

był zdenerwowany, jak wrócił, a panienki ciągle nie było. Pani mówiła, że 

na pewno nic się nie stało, bo panienka często chodzi sama po okolicy. 

Pan Robert na to, że nie wtedy, gdy on tu jest. I jeszcze, że pewnie coś się 

stało, że panienka nogę złamała albo co. Martwiłam się o panienkę. A bo 

to wiadomo, co się może człowiekowi przydarzyć na tym pustkowiu?... 

Pani w końcu też zaczęła się martwić, no to pan Adam wziął dwukółkę i 

pojechał szukać. I całe szczęście. 

– Och, tyle wam narobiłam kłopotu... Dziękuję ci, Lucy. Lepiej już idź, 

na pewno już na ciebie czekają w domu. 

Pani Lawrence pozwoliła jej nie wstawać nazajutrz, lecz gdy Heather 

obudziła się rano, czuła się całkiem wypoczęta. 

Pomyślała więc, że powinna jednak zejść na dół, także ze względu na 

Roberta. Postanowiła się z nim spotkać, choć wciąż nie wiedziała, co mu 

powie. Lepiej będzie dla nich obojga, jeżeli nie przyjedzie za tydzień. W 

jakiś sposób musi mu to wyperswadować... 

– Pewno już wiesz, że szukałem cię wczoraj – rzekł, odnalazłszy ją w 

kuchni. 

– Tak. Wybacz, że sprawiłam ci tyle kłopotu. Wcale nie zamierzałam 

background image

odchodzić tak daleko. Przykro mi, że tak wyszło. 

– Ale dlaczego poszłaś tam, gdzie nie przyszło mi do głowy cię szukać? 

Dlaczego unikałaś mnie przez cały weekend? Już zaczynałem myśleć, że 

cię nie zobaczę przed wyjazdem. 

Nie była w stanie odpowiedzieć. Robert przyglądał się jej badawczo. 

– Moja matka się za tym kryje, prawda? To jej sprawka. Mówiłem ci, 

że   ona   nie   może   ścierpieć   mnie   tutaj.   Myśli,   że   jeżeli   nie   będę   cię 

widywał, to przestanę przyjeżdżać, czy tak?

– Och, Robert. Mylisz się sądząc, iż ona nie chce cię widywać, ale 

lepiej będzie... lepiej będzie, jeśli nie będziesz przyjeżdżał tak często. Sam 

mówiłeś, że atmosfera jest napięta... 

– A więc jednak – stwierdził z tryumfem w głosie. – Wiedziałem. 

– Nie. Nie, Robert, to nie tak. Ona wcale... 

Nagle   postąpił   krok   w   jej   stronę   i   ścisnął   za   ramiona,   patrząc 

uporczywie w oczy. 

– W takim razie o co chodzi? Jaka może być inna przyczyna? Powiedz 

mi prawdę, Heather, ty chcesz, abym przyjeżdżał, prawda?

Z trudem panowała nad sobą. 

– Nie. Nie chcę, byś przyjeżdżał... 

Dostrzegła   niedowierzanie   w   jego   oczach.   Puścił   ją   gwałtownie   i 

odsunął się. Zmienił się na twarzy. 

– Nie wierzę ci – powiedział cicho. – Widzę przecież, co się dzieje. Ale 

jak   sobie   chcesz...   Matka   już   całkiem   kontroluje   twoje   życie,   tak   jak 

zawsze   robiła   to   z   Adamem.   I   ty   jej   na   to   pozwalasz.   Dobrze   więc, 

zostańcie sobie w tej waszej cichej przystani i bądźcie pewni, że więcej 

wam nie będę przeszkadzał. 

background image

Wyszedł.   Po   chwili   usłyszała   trzaśniecie   drzwi   frontowych.   Robert 

odszedł bez pożegnania. 

background image

11

Kiedy  podczas  kolejnego  weekendu  Robert nie   pojawił  się,  Heather 

przyjęła to z ulgą. Miniony tydzień jedynie pogłębił jej smutek. Nie mogła 

przestać myśleć o Robercie, o chwilach spędzonych razem. Liczyła na to, 

że Adam będzie jej towarzyszył na spacerze, samotność bowiem sprzyja 

ponurym rozmyślaniom... 

Czekała na niego kilka chwil przed domem.  Adam nie pojawiał się 

jednak, więc poszła sama. 

Gdy tylko weszła w aleję, spomiędzy drzew na drogę wyszedł Robert. 

Była tak zaskoczona, że dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że to on. 

–   Co   za   ulga   –   rzekł.   –   Zaczynałem   już   wątpić,   czy   w   ogóle 

przyjdziesz. Na szczęście jesteś sama. 

Była wzburzona i jej głos zabrzmiał ostro. 

– Nie powinieneś był przyjeżdżać. 

–   Musiałem   się   z   tobą   zobaczyć,   szczególnie   po   naszym   rozstaniu 

tydzień temu. Chciałbym porozmawiać, ale nie w domu. 

– Nie, Robert. Skoro już jesteś, powinieneś tam pójść. Co by twoja 

matka powiedziała na to?

– Ona o niczym się nie dowie. Nie zamierzam zostawać ani w ogóle 

zachodzić do domu. Przyjechałem do ciebie, nie do matki. 

– Chyba jesteś szalony! Adam może wyjść w każdej chwili i... 

– Właśnie, więc zabierajmy się stąd lepiej, póki czas – odparł, biorąc ją 

za rękę. 

Odsunęła się. 

– Chyba nie myślisz, że pójdę z tobą?

background image

– Nie odejdę, póki mnie nie wysłuchasz. Jeżeli nie pójdziesz ze mną 

gdzieś, gdzie moglibyśmy swobodnie porozmawiać, zaczekam na ciebie w 

domu, ale wtedy powiem, co mam do powiedzenia bez względu na to, czy 

będziemy   sami,   czy   nie...   Sprowokowany,   mógłbym   powiedzieć   nawet 

więcej, niż zamierzam, a chyba nie chciałabyś, bym niepokoił matkę w 

tym stanie. Nie odejdę, póki mnie nie wysłuchasz. 

– To nieuczciwe, nie dajesz mi wyboru. 

–   Wystarczająco   uczciwe.   A   jaki   ja   miałem   wybór?   Chcę   tylko 

porozmawiać, a i ty chyba masz mi coś do powiedzenia, prawda?

Zauważył   jej   niespokojne   spojrzenie   w   kierunku   domu   i   ponownie 

wziął ją za rękę. 

– No, dalej. Chodźmy stąd. 

Tym   razem   nie   oponowała.   Poszli   razem   aleją.   Gdy   minęli   zakręt, 

Heather ze zdumieniem dostrzegła dwukółkę czekającą na poboczu. 

– Wszystko w porządku – Robert z uśmiechem odpowiedział na jej 

pytające spojrzenie. – Nie ma w niej Adama, bo ta nie należy do niego. 

Jest pożyczona. 

–   Nigdzie   z   tobą   nie   pojadę   –   zaprotestowała,   widząc,   do   czego 

zmierza. – Mów szybko, co masz do powiedzenia i lepiej odejdź. 

– Nie bądź niemądra, Heather. Im dalej będziemy od domu, tym lepiej. 

To nie może być powiedziane w pośpiechu. No, szybciej, Adam może w 

każdej chwili nadjechać. 

Wiedziała już, że spieranie się z nim to strata czasu. Wahała się – dom 

był tak blisko. W końcu, bez przekonania, pozwoliła pomóc sobie wejść i 

usiadła obok niego. 

Ruszyli w milczeniu.  Robert raz po raz zwracał ku niej twarz, lecz 

background image

dziewczyna   patrzyła   prosto   przed   siebie.   Radość   i   poczucie 

bezpieczeństwa, które zawsze odczuwała będąc blisko niego, zmagały się 

w niej z poczuciem winy. Przecież to szaleństwo znów mu ulegać... 

–   Jesteś   bardzo   blada   –   zagadnął.   –   Zmieniłaś   się   przez   te   ^   dwa 

tygodnie,   tak   jakbyś   straciła   tę   swoją   iskierkę...   tę   zdolność   czerpania 

radości ze wszystkiego, co robisz. 

– A czy widzisz coś wesołego w tej sytuacji?... 

Chciał   coś   powiedzieć,   lecz   zrezygnował.   Resztę   drogi   przebyli   w 

milczeniu. 

We wsi Robert zboczył z głównej ulicy i zatrzymał się przed ładną 

małą chatą. 

– Nie jadłem dziś lunchu, bałem się, że nie zdążę cię spotkać. Jestem 

głodny jak wilk, a pani Wetherly robi doskonały pasztet. Usiądziemy sobie 

przy ogniu z tyłu, w małej sali. O tej porze nie powinno tam być nikogo. 

Dom stał bezpośrednio przy ulicy, nie miał ogrodu od frontu, a okna na 

parterze były z nieprzezroczystego szkła. Dopiero, kiedy weszli na ganek, 

Heather zauważyła szyld nad drzwiami. 

Robert dostrzegł jej spojrzenie. 

– Całkiem miły mały pub, prawda? Zatrzymała się. 

– To jest pub?

– Nie bądź taka zasadnicza. – Zaśmiał się. – Jest całkiem inny od tych 

waszych londyńskich pubów. Ten jest „domowy”. 

Wahała się, więc wziął ją za rękę i pociągnął za sobą do środka. 

– Widzisz, co mam na myśli?

To było miłe, przytulne pomieszczenie z wesoło trzaskającym ogniem 

na   kominku.   Było   już   świątecznie   przystrojone   na   zbliżające   się   Boże 

background image

Narodzenie.   W   kącie   kilku   mężczyzn   rzucało   lotkami   do   tarczy,   paru 

dalszych   gawędziło   przy   barze.   Wszyscy   odwrócili   się   na   odgłos 

otwieranych   drzwi   i   przyjaźnie   pozdrowili   Roberta.   Ten   poprowadził 

Heather   do   drzwi   w   rogu   i   zwrócił   się   do   kobiety   o   sympatycznym 

wyglądzie, stojącej za kontuarem:

– Przejdziemy do tyłu, pani Wetherly. 

Kobieta skinęła i obchodząc bar, podążyła za nimi do dużo mniejszej 

sali, także udekorowanej. Nie było tam nikogo więcej. 

– Usiądź i ogrzej się, moja droga – uśmiechnęła się do dziewczyny, 

przysuwając krzesło do ognia. – Na dworze coraz zimniej. 

–   To   nie   jest   żadna   spelunka   –   zapewnił   Robert.   –   Pani   Wetherly 

wyczaruje wszystko, o co poprosisz... kawa, herbata, nawet woda. Czy 

próbowałaś już tutejszego jabłecznika?

Pokręciła głową. 

– Wobec tego niech będzie jabłecznik. Właściwie, to moglibyśmy dziś 

uczcić   twoje   pierwsze   Boże   Narodzenie   w   Devon.   Za   nasze   pierwsze 

wspólne święta – rzekł, trącając jej kufel swoim, po tym jak pani Wetherly 

postawiła przed nimi butelkę złocistego płynu. 

Wyciągnął nogi w stronę ognia. 

–   Przyjemnie   jest   siedzieć   tu   we   dwoje.   Szkoda,   że   wcześniej   nie 

wpadłem na taki pomysł... 

– Chciałeś mi coś powiedzieć... Popatrzył w ogień przez grube szkło 

kufla. 

–   Tak...   mnóstwo   rzeczy...   Ostatnim   razem   byłem   zdenerwowany. 

Wybacz, że odszedłem w ten sposób. 

Szybkim ruchem podkurczył nogi i nachylił się w jej stronę. 

background image

– Heather,  czy  mówiłaś  poważnie,  wtedy, przed tygodniem?  Ciężka 

atmosfera w domu mogła cię przygnębić, mogłaś powiedzieć coś, czego 

później żałowałaś, mnie często się to zdarza. Tutaj jesteś z dala od tego 

wszystkiego, nikt nie słucha pod drzwiami. Proszę, bądź ze mną szczera. 

Czy naprawdę nie chcesz się ze mną widywać?

Patrzyła w jego smutne oczy. 

– Przykro mi, ale mówiłam poważnie. 

Jego   twarz   przybrała   ten   sam   nieszczęśliwy   wyraz,   jak   wtedy,   gdy 

obserwował ją idącą do swojego pokoju. Westchnąwszy, odchylił się na 

oparcie krzesła. 

– Miałem nadzieję, że jednak tego nie powiesz... Heather, co się stało? 

Nie chcesz o tym rozmawiać?

Nerwowo  bawiła   się  podstawką   pod  kufel,  nie   chcąc  patrzeć  mu   w 

oczy. 

– Nie, raczej nie... 

– No cóż, chyba i tak wiem,  o co chodzi. Matka miała  więc rację, 

chociaż ja nie chciałem wierzyć... W porządku, będę trzymał się z dala, 

przynajmniej jakiś czas... jeśli tego chcesz. Na tyle długo, byś miała czas 

zastanowić się, co naprawdę czujesz. 

Podniósł   się   i   podszedł   do   okna.   Stał   nieruchomo   z   rękoma   w 

kieszeniach,   zatopiony   w   myślach.   Dlaczego   wyglądał   na   tak 

nieszczęśliwego? Czyżby zdał sobie sprawę z nierealności swych planów? 

Zastanawiała się, co miał na myśli, mówiąc, że pani Lawrence miała rację. 

Może matka powiedziała mu, iż nieuczciwie jest spotykać się tak często z 

Heather,   nie   mając   wobec   niej   poważnych   zamiarów?   Czy   o   to   mu 

chodziło, gdy mówił, że powinna zastanowić się nad swoimi uczuciami? 

background image

Od pewnego czasu wiedziała już, co czuje, jednak ani on, ani tym bardziej 

jego matka nie musieli o tym wiedzieć... 

Poruszyła się niespokojnie na krześle, które zaskrzypiało. Ten odgłos 

wyrwał Roberta z zamyślenia. Wrócił do stołu i usiadł. 

– Lepiej, jeśli nie będę się tu pokazywał także z innych powodów... 

Zdążaliśmy   ku   kolejnej   eksplozji,   a   nie   wolno   nam   tak   ryzykować. 

Pamiętasz,   mówiłem   ci,   że   często   kłóciliśmy   się.   Nie   powiedziałem 

jednak,  jak  ostro...  Czasem  nie  potrafiłem  się  powstrzymać  i mówiłem 

okropne rzeczy... że to z jej winy Adam jest taki, że zrujnowała ojcu życie, 

że   niszczy   teraz   i   moje...   Ona   nie   pozostawała   mi   dłużna,   o   nie... 

Znienawidziliśmy się z czasem. 

– Och, Robert! Dlaczego musisz to robić? Dlaczego nie zrezygnujesz 

ze swoich planów?

–   Obiecałem   ojcu,   że   spróbuję   zrealizować   to,   o   czym   on   marzył. 

Naprawdę   sądziłem,   że   mi   się   powiedzie.   Bóg   mi   świadkiem,   że 

próbowałem. – Uśmiechnął się smutno. – To było moje wielkie marzenie... 

chociaż teraz mam jeszcze jedno. Może choć ono się spełni?... 

Heather nie pytała, jakie jest to drugie marzenie, tylko patrzyła na niego 

z sympatią. 

–   Być   może   liczyłeś   na   zbyt   wiele.   Chciałeś   dokonać   tego,   co   nie 

powiodło się twojemu ojcu, a on przecież miał większy wpływ na twoją 

matkę,   prawda?   Dziś,   kiedy   minęło   już   tyle   lat,   na   pewno   trudniej 

cokolwiek   zmienić.   Twój   ojciec   też   uznał   sprawę   za   beznadziejną   i 

pogodził się z tym. 

– Z ojcem było inaczej. 

Zawahał się chwilę, zanim dalej zaczął mówić. 

background image

– Heather, jesteś już zaangażowana w to wszystko nie mniej od nas, nie 

widzę więc powodu, byś nie miała się dowiedzieć więcej o tej rodzinie. 

Może lepiej zrozumiesz pewne sprawy. Ja sam nie wiedziałem zbyt wiele, 

zanim ojciec nie opowiedział mi wszystkiego na krótko przed śmiercią. 

Ujrzałem wtedy wszystko w zupełnie innym świetle. Cóż... Wiele jeździł 

w interesach, gdy mieszkaliśmy w Londynie. Był w podróży, gdy matka 

spodziewała sią Adama. Usłyszała plotkę (i oczywiście dała jej wiarę), że 

ojciec ma kochankę. Wzięła to bardzo serio i próbowała pozbyć się ciąży. 

Nie powiodło się jednak. Teraz wini siebie za upośledzenie Adama. 

– Och, Robert. Jakie to straszne. 

– Ojciec zdołał przekonać ją, iż nie było innej kobiety w jego życiu. 

Nigdy więcej nie opuścił matki. Wyprowadzili się z Londynu i zerwali 

wszelkie   kontakty   z   przyjaciółmi,   taki   postawiła   warunek.   Ojciec 

pochodził   z   rodziny   ziemiańskiej,   dlatego   kupił   ten   majątek.   Adam 

odziedziczył po nim miłość do wsi; jest wprost stworzony do życia tutaj. 

Ona nie pozwoliła mu jednak na studia rolnicze... Ojciec dał w końcu za 

wygraną, choć nigdy nie przypuszczał, że matka posunie się tak daleko w 

izolowaniu   Adama   od   normalnego   życia.   Ja   nadal   się   z   tym   nie 

pogodziłem. 

– Wiem, co czujesz – rzekła ze zrozumieniem w głosie. – To oczywiste, 

że   twój   ojciec   był   nieszczęśliwy,   ale   powinien   był   wytrwać.   Wiedział 

przecież, że twoja matka jest... hm... niezrównoważona emocjonalnie... co 

zresztą było zrozumiałe w jej sytuacji. Gdyby od początku był stanowczy, 

powiodłoby mu się. Teraz jest inaczej. Niewiele można już zdziałać. 

Robert wpatrywał się w płomienie. 

– Tak, teraz jest inaczej, ale nie z tego powodu, o którym ty myślisz. 

background image

Widzisz, ja, w przeciwieństwie do ojca, nie jestem niczym skrępowany. 

Patrzyła na niego pytająco. Zwrócił twarz w jej kierunku. 

– Ta plotka, którą usłyszała matka... była prawdziwa. To po prostu nie 

była plotka, aczkolwiek matka nigdy się o tym nie dowiedziała. Ojciec 

czuł się bardziej winny od niej i dlatego wciąż jej ustępował. Zniszczył jej 

szczęśliwe   życie   w   Londynie...   Jeżeli   tylko   coś   mogło   jej   sprawić 

przyjemność,   on   na   to   przystawał.   Głównie   tyczyło   się   to   Adama.   Z 

czasem, widząc efekty matczynego wychowania, próbował jeszcze na nią 

wpłynąć, lecz w ten sposób dochodziło jedynie do kolejnych kłótni. Często 

byłem ich świadkiem. Ojciec kochał ją do końca, a ona znienawidziła go. 

Chociaż nie zdawałem sobie sprawy z przyczyn takiego stanu rzeczy, to i 

tak zawsze byłem po jego stronie. Adam, oczywiście, trzymał z matką. 

Zawsze   uczulony   był   na   zmiany   jej   nastrojów,   nie   potrafił   znieść   jej 

smutku. 

Milczał przez chwilę, rozmyślając nad tym, co powiedział. 

–   Twoja   matka,   wtedy   gdy   przyjechałeś   pierwszy   raz,   wpadła   w 

depresję.  Mówiła   o   przeszłości,   o  tym,   że  nieodwołalne   jest  to,   co   się 

stało... 

– Tak, mój przyjazd bardzo ją poruszył Chyba nie spodziewała się mnie 

jeszcze kiedykolwiek zobaczyć. Radość walczyła w niej ze strachem i nie 

wiem, co wzięto górę... Ona pewnie także nie wie... Cóż, nie mogłem nie 

pojawić się tu, skoro zachorowała, a poza tym czułem, że nie wolno mi 

zostawić brata samego  w takiej chwili. – Ponownie odwrócił twarz do 

ognia.   –   Być   może   to   był   błąd...   Może   i   lepiej   byłoby,   gdybyśmy 

zapomnieli   o   sobie   nawzajem...   O   ile   to   w   ogóle   możliwe.   –   Znowu 

uśmiechnął się smutno. – Ale wtedy nie spotkałbym ciebie... i nie czułbym 

background image

tego, co teraz czuję... 

Heather wiedziała, że jeszcze moment, a straci panowanie nad swoimi 

uczuciami. Robert wyglądał na tak nieszczęśliwego... Serce ścisnęło jej się 

z żalu. 

Zaproponowała, żeby już wracali, lecz on, jakby jej nie słyszał, wstał i 

zaczął przechadzać się po pokoju z wyrazem zadumy na twarzy. Nagle 

zatrzymał się i spojrzał na Heather. 

–   Wiesz,   tego   dnia   w  Princetown...   może   powiedziałem   więcej,   niż 

powinienem, ale... nie miałem pojęcia, że sprawy przybiorą taki obrót. 

Nie rozumiała go. 

– Pamiętasz, co mówiłem o Adamie, o tym, jak mnie zaatakował?

Usiadł na krześle obok niej. 

– Tak czy owak, nie żałuję tego. Sam na pewno, wcześniej czy później, 

też   by   ci   opowiedział,   co   się   wtedy   wydarzyło,   bo   gryzie   się   tym 

straszliwie.   Matka   dopiero   tamtego   dnia   dowiedziała   się,   iż   wiem   o 

wszystkim   od   ojca.   Wcześniej   trzymałem   język   za   zębami,   bo   ojciec 

wyjawił   mi   prawdę   w   tajemnicy.   Chyba   chciał   się   przede   mną 

usprawiedliwić... 

Tamtym   razem   zagalopowałem   się   jednak.   Moje   zwykłe   argumenty 

wydały   mi   się   bezużyteczne   i   powiedziałem   to   *   wszystko,   czego   nie 

powienienem   był  mówić.   Matka   płakała,   krzyczała,   bym  przestał.   Gdy 

rozpoczynaliśmy rozmowę, Adama przy nas nie było, chyba rąbał drzewo. 

Przyciągnęły   go   widać   odgłosy   kłótni.   Pamiętam,   jak   matka   nagle 

krzyknęła   i   odwróciwszy   się,   zobaczyłem   go   tuż   za   sobą.   Nigdy   nie 

zapomnę wyrazu jego twarzy. Był blady jak papier. Miałem akurat tyle 

czasu, by złapać go za rękę. Ostrze siekiery zatrzymało mi się tuż nad 

background image

czołem... 

Oparła łokcie na stole i skryła twarz w dłoniach. 

– Heather, on chyba nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że wciąż 

trzyma siekierę w dłoni. Był zbyt roztrzęsiony, by wiedzieć, co robi. I to 

nie jego, a moja wina, że znalazł się w takim stanie. 

Dziewczyna nadal się nie odzywała. 

– Chyba jednak nie powinienem był ci tego mówić... Cóż, widocznie 

dotrzymywanie   tajemnic   nie   jest   moją   najmocniejszą   stroną   –   dodał 

strapionym głosem. 

Podniosła wzrok. 

– Nie, mylisz się. Cieszę się, że mi powiedziałeś. Cieszę się, że mi 

powiedziałeś o wszystkim. Lepiej cię teraz rozumiem. 

– I nie zniechęciło cię to do życia w tym domu? Nie zniechęciło cię to 

do nas?

– Nie. Nadal zamierzam tu zostać i to nie dlatego, że muszę. 

Uśmiechnął się i nakrył jej dłoń swoją. 

– Cóż, w takim razie pora wracać. 

Przyniósł ubrania, które powiesili przy wejściu. 

–   Możemy   wyjść   tędy,   tyłem.   Odwiozę   cię   do   domu.   Jeśli 

spotkalibyśmy   mojego   brata,   powiemy,   że   zabrałem   cię   ze   spaceru   i 

właśnie  jedziemy   do  domu.  Jeśli  go  nie   spotkamy,  nie  będę  wchodził, 

tylko wysadzę cię w alei. 

Po drodze nie napotkali jednak nikogo. Zatrzymali się niedaleko domu. 

– Do zobaczenia więc, za jakiś czas, jeśli naprawdę uważasz, że tak 

będzie lepiej. 

– Tak, tak uważam – odparła, nie patrząc mu w oczy. Przez moment 

background image

przyglądał   jej   się   z   bliska   w   milczeniu.   Potem   wziął   ją   w   ramiona   i 

pocałował czule. 

– Tak, wiem. Obiecałem, że nigdy już tego nie zrobię, jeśli nie będziesz 

chciała, ale tym razem to nie był tylko zalotny pocałunek. Będę za tobą 

tęsknił, moja wróżko. Będę o tobie myślał więcej, niż powinienem. Nie 

straciłem jeszcze całkiem nadziei. Wrócę. 

Patrzyła, jak zawraca dwukółką i odjeżdża aleją. Po chwili zniknął za 

zakrętem. Długo stała w miejscu, gdzie się rozstali. Wciąż czuła na ustach 

jego pocałunek i wciąż czuła ciepło jego ramion. Dwie łzy spłynęły wolno 

po jej policzkach. 

Odwróciła się i poszła w stronę domu. 

background image

12

Boże Narodzenie minęło w domu prawie nie zauważone. Jedynie dla 

Lucy święta były czymś szczególnym, bowiem pani Lawrence, za namową 

Heather, dała jej tydzień wolnego. 

– Dziękuję panience. Jest za co, bo i roboty będzie dla panienki więcej i 

pogadać to już zupełnie nie będzie miała panienka z kim. 

Dla Heather święta o tyle tylko różniły się od codziennej rutyny, iż 

zaproszono ją, by jadła z panią Lawrence i Adamem. Nie żałowała jednak 

braku świątecznej atmosfery, nie potrafiłaby się nią teraz cieszyć. 

Przyroda   jakby   podzielała   jej   nastrój,   wszystko   wokół   poszarzało, 

pociemniało.   Liście   opadły,   zniknęły   kwiaty,   okolica   wyglądała   jak 

spustoszona.   Wszędzie   tylko   szkielety   drzew   i   sterczące   badyle 

żywopłotów. Nie sposób było wyjść z domu, by nie trafić do jakiegoś 

miejsca, które nie przypominałoby jej chwil spędzonych tam wspólnie z 

Robertem. Zarzuciła spacery. Pobladła, stała się milcząca i apatyczna. 

Pani   Lawrence   dostrzegła   oczywiście   jej   przygnębienie   i   próbowała 

pomóc. Zachęcała Heather do szycia, kazała nawet Lucy kupić materiał 

specjalnie   w   tym   celu.   Była   miła,   wyrozumiała   i   traktowała   ją   teraz 

zupełnie jak członka rodziny. 

Styczeń był zimny, ale w lutym pogoda poprawiła się. Słońce świeciło 

dłużej   i   wydobywało   zewsząd   zapach   zbliżającej   się   wiosny.   Heather 

niecierpliwie   obserwowała   zieleniejące   pąki   na   gałęziach   drzew   i 

krzewów. Okolica  budziła się  do życia z zimowego  snu, a wraz z nią 

dziewczyna odzyskała dawny spokój i pogodę ducha. 

Gdy się ociepliło, Adam zaczął wynajdywać sobie mnóstwo pracy na 

background image

zewnątrz.   Od   rana   dochodziły   ją   przez   otwarte   okno   odgłosy   jego 

krzątaniny. Z wielkim zapałem zabrał się do urządzania nowego ogrodu. 

Wieczorami, gdy siadywali we trójkę w salonie, z ożywieniem tłumaczył 

Heather, jak zamierza go urządzić, pokazując wszystko na sporządzonym 

przez siebie planie. Słuchała go z rosnącym zainteresowaniem, doradzając 

czasami, jak rozplanować zasadzenie poszczególnych gatunków kwiatów. 

Starsza pani zostawiała ich często samych, z zadowoleniem obserwując 

ich zacieśniającą się przyjaźń. Heather udało się zapomnieć o Robercie, 

pochłonęło ją towarzystwo Adama. Na nowo rozpoczęła spacery, radując 

się każdą nową oznaką wiosny. 

Wtedy wrócił Robert. 

Przestraszył   ją,   tak   jak   poprzednim   razem,   wychodząc   nagle   z 

przydrożnych zarośli. Nie mogła oprzeć się ogarniającej ją fali radości, 

gdy stanął przed nią ze swym zawadiackim uśmiechem. Tęsknota wróciła 

ze   zdwojoną   siłą   i   okazało   się,   że   na   nic   zdały   się   tygodnie   walki   z 

uczuciem. Miała wrażenie, jakby pożegnali się nie dalej jak wczoraj. Nie 

udało jej się zapomnieć delikatności jego pocałunku, ciepła ramion... 

– Ach, Robert, dlaczego wróciłeś?!

– Ładne powitanie, nie ma co. Mówiłem przecież, że wrócę. Ani trochę 

nie cieszysz się z mojego przyjazdu?

Popatrzyła na niego ze smutkiem. Gdyby tylko mogła mu powiedzieć... 

– Myślałam... miałam nadzieję, że... wrócisz, ale nie tak szybko... 

– Tak szybko?! Toż to były wieki całe! Wieki tęsknoty za tobą, a ty 

mówisz, że tak szybko... – żachnął się. 

Heather z trudnością panowała nad sobą. Nie mogła skupić się na tym, 

co mówi. 

background image

– Ale ja... ja nie chciałabym, byś wracał akurat teraz... teraz, kiedy już 

zaczynałam myśleć, że... 

Głos jej się załamał. 

– Zaczynałaś myśleć, że co? – podchwycił, patrząc jej w oczy. 

Wykonała nieokreślony ruch ręką. 

– To wymaga czasu... czasu, by wszystko się ułożyło... Zaczynaliśmy 

już... 

Znów przerwała i z nagłą desperacją zawołała:

– Och, Robert! Dlaczego wróciłeś akurat teraz?! Zobaczyła ból w jego 

oczach. 

–  Przepraszam...  przepraszam,  że  się  naprzykrzam...  Przepraszam  za 

wszystko. 

Odwróciła się od niego. Była na skraju załamania. 

– Co mam zrobić? – spytał cicho. – Odejść? Tym razem na zawsze?... 

– Jak mogłabym tego oczekiwać? – odparła. – To przecież twój dom. 

Tam mieszka twoja matka. 

–  Nie, Heather.  To już nigdy  nie  będzie  mój  dom.  Głęboki smutek 

bijący z jego słów rozdzierał jej serce. 

Nie powstrzymała już łez. 

– Och, Heather, nie sądziłem, że mój przyjazd tak cię poruszy. Nie 

chciałem cię ranić! Pójdę już... 

Wyciągnęła chusteczkę. 

– Nie zobaczysz się z matką? Potrząsnął głową. 

–   Przypuszczam,   że   i   ona   nie   chce   mnie   widzieć...   Ma   się   dobrze, 

prawda?

Łzy   znowu   napłynęły   jej   do   oczu.   „Boże!   Jakiż   on   musi   się   czuć 

background image

samotny!” – pomyślała. 

– Och, Robert! Tak mi przykro... Uśmiechnął się smutno. 

– Chcę twego szczęścia, Heather, i dlatego nie będę was już niepokoił. 

Ale   wiedz,   że   nie   zrezygnowałbym   tak   łatwo,   gdyby   nie   chodziło   o 

Adama. 

Ujął ją delikatnie pod brodę i zwrócił jej twarz ku swojej. Patrzył przez 

dłuższą chwilę w jej oczy. Potem odwrócił się i odszedł. 

Czy już zawsze tak boleśnie będzie odczuwać spotkania z nim? A może 

już nigdy go nie zobaczy? Wyglądało na to, że stracił całą nadzieję na 

życie tutaj. Uznał chyba, że tak będzie lepiej dla Adama. 

Łzy długo jeszcze ciekły jej po policzkach, gdy błądziła po okolicy, 

próbując odzyskać spokój. 

Do   domu   wróciła   później   niż   zwykle   i   Lucy   była   już   gotowa   do 

odjazdu. 

– Dobrze, że panienka jest nareszcie. Zaczynałam się martwić. Pani też 

jakaś niespokojna. Cały czas wędruje z pokoju do pokoju. Podwieczorka 

nawet nie tknęła. Chce panienka, bym jeszcze została?

– Nie, nie ma potrzeby, Lucy. Dziękuję. 

Zanim   zaczęła   przygotowywać  kolację,   poszła   zobaczyć  się   z   panią 

Lawrence. Starsza pani chodziła po salonie. Na dźwięk otwieranych drzwi 

odwróciła się gwałtownie. 

– A! Wróciłaś w końcu. 

Heather zdziwiona była złością, którą usłyszała w jej głosie. 

– Wróciłabym wcześniej, gdybym wiedziała, że pani mnie oczekuje. 

Czy coś się stało?

– Nie udawaj niewiniątka. Gdzie Robert?

background image

– Robert?

Była   kompletnie   zaskoczona   i   zbita   z   tropu.   Srogie   oczy   kobiety 

wpatrywały się w nią. 

– Nie musisz kłamać, że nie wiesz, o co chodzi. Wiem o wszystkim. 

Adam zamierzał przyłączyć się do ciebie na spacerze, ale nic dziwnego, że 

zmienił zamiar, skoro zobaczył cię z Robertem. 

Dziewczyna nie była w stanie zebrać myśli. 

– Całe popołudnie czekałam, aż przyjdzie przywitać się ze mną, ale on 

wolał wałęsać się z tobą... – ciągnęła pani Lawrence. 

– Nie byliśmy razem cały czas. Spacerowałam sama. 

–   Jak   możesz   tak   kłamać?   Pewnie   przyjdzie   za   chwilę,   udając,   że 

dopiero co przyjechał. 

Nie było sensu ukrywać prawdy. 

– On nie przyjdzie. 

– Co to znaczy, że on nie przyjdzie?

– Wrócił do Plymouth. Pani Lawrence zbladła. 

– To znaczy, że przyjechał, nie chcąc w ogóle zobaczyć się ze mną? 

Przyznajesz więc, że przyjechał do ciebie i że ukryłabyś to przede mną? 

Przez cały ten czas spotykaliście się pewnie, a ja już myślałam, że... ach. 

– Nie, to nie prawda. Niech mi pani pozwoli wyjaśnić... 

– Nie chcę twoich wyjaśnień. Kiedy pomyślę, że Robert potraktował 

mnie w ten sposób... I ty, której ufałam... która miałaś być... 

Urwała, zbyt roztrzęsiona, by mówić. Na jej bladej twarzy wystąpiły 

różowe   plamy,   wargi   drżały   ze   zdenerwowania.   Heather   nigdy   nie 

widziała jej tak wzburzonej. Nagle zdała sobie sprawę z obecności Adama. 

Przyszedł, jak zwykle nie zauważony i stał w drzwiach. Był blady, jednak 

background image

oczy mu płonęły. Dziwnym desperackim spojrzeniem patrzył to na matkę, 

to na nią. Przypomniało jej się, co mówił Robert – że Adam przestaje 

panować nad sobą, widząc matkę w podobnym stanie. 

Próbowała uspokoić starszą panią. 

– Nie wolno się pani tak denerwować. Proszę usiąść i odpocząć chwilę, 

a ja wszystko wyjaśnię. 

Pani Lawrence gniewnie machnęła dłonią. 

– Już wystarczy tych kłamstw... Nie ma już dla ciebie miejsca w tym 

domu. 

Widząc,   że   nic   nie   wskóra,   Heather   odwróciła   się,   by   odejść. 

Pomyślała,   że   może   gdy   jej   tu   nie   będzie,   pani  Lawrence   szybciej   się 

uspokoi. Jednak w przejściu stał Adam i nie uczynił najmniejszego ruchu, 

by mogła wyjść. 

Ogarnęła ją panika. „Czym to się skończy?” – przemknęło jej przez 

głowę,   lecz   nagle   oczy   Adama   wpatrzone   w   matkę   rozszerzyły   się   z 

przerażenia. Odwróciła się szybko. Pani Lawrence trzymała rękę na piersi, 

a   na   jej   twarzy   malował   się   grymas   bólu.   Heather   ze   zduszonym 

okrzykiem przyskoczyła do niej, lecz kobieta gniewnym gestem odrzuciła 

jej pomoc i opadła na fotel. 

Adam przez chwilę nie był zdolny do żadnego ruchu. Potem jednak 

brutalnie odepchnął pobladłą Heather i pochylił się nad matką. Na czoło 

wystąpiły mu krople potu. Dziewczyna pobiegła po lekarstwo i szklankę 

wody.   Podała   Adamowi.   Jego   matka   wciąż   leżała   w   fotelu;   twarz   jej 

poszarzała, oczy miała zamknięte. 

– Adam, to wygląda poważnie. Musisz sprowadzić lekarza. Podniósł 

twarz ku niej. Patrzył, nie tając swojej wrogości. 

background image

– To twoja wina i nie mam zamiaru zostawić jej z tobą. Ona nie chce 

cię więcej widzieć. Nie słyszałaś, co powiedziała?

–   Twoja   matka   naprawdę   potrzebuje   pomocy   lekarza.   Jeśli   ty   nie 

pojedziesz, ja to zrobię, tylko musisz zaprząc mi konia. Nie można jej tak 

zostawić. 

Pochylił się znów nad matką, ujął jej dłoń i pogładził delikatnie po 

czole. 

– Czy mam pojechać, mamo? Czy mam sprowadzić lekarza?

Otworzyła oczy i uśmiechnęła się słabo. Ledwo dostrzegalnie skinęła 

głową.   Poderwał   się   i   wybiegł.   Niedługo   potem   Heather   usłyszała   na 

podjeździe odgłosy dwukółki. Adam jechał jak szalony. Pomyślała, że w 

tym wzburzeniu łatwiej może skończyć w rowie, niż dotrzeć do wioski. 

Po niecałej godzinie oczekiwania dobiegły ją odgłosy powracającej z tą 

samą szaleńczą prędkością dwukółki. Adam, zlany potem, wpadł prawie 

natychmiast i ukląkł przy matce. 

Wkrótce potem zajechał powóz lekarza. Heather wyszła otworzyć mu 

drzwi. 

– Czy Adam dotarł cały i zdrowy? – zapytał. – Pędził tak, że raczej 

spodziewałem   się   znaleźć   go   gdzieś   po   drodze   niż   tutaj.   Wyjątkowo 

pobudliwy młody człowiek. Lepiej, żeby nie kręcił się teraz przy matce, 

niech najpierw trochę ochłonie. 

Po przebadaniu pani Lawrence doktor odciągnął Heather na stronę. 

–   To   serce,   tak   jak   przypuszczałem.   Żadnych   nerwów,   żadnych 

wzruszeń. Teraz musi wypocząć. Zabiorę ją do kliniki na obserwację. Atak 

musiał   ją   nieźle   nastraszyć,   skoro   nawet   nie   oponowała.   Rano   przyślę 

ambulans, dzisiaj nie będziemy już jej niepokoić. Proszę jej posłać tu, w 

background image

salonie. 

Nazajutrz,   gdy   zabrano   matkę   Adama,   Heather   stała   z   nim   na 

werandzie,   patrząc   na   odjeżdżający   ambulans.   Nie   było   już   okazji   do 

wyjaśnień – pani Lawrence nie odezwała się więcej do niej, a ostatnim jej 

zdaniem pozostało to, które nakazywało, by opuściła jej dom... 

Adam   długo   wpatrywał   się   w   dal   za   ambulansem.   Widać   było,   że 

sytuacja go przeraża; wyglądał na zagubionego. Dziewczyna zwróciła się 

ku niemu, lecz on niecierpliwym gestem okazał, iż nie chce jej słuchać. 

Chciał odejść, jednak zatrzymał się po kilku krokach. 

–   To   twoja   wina,   Heather.   Musisz   odejść,   by   więcej   się   to   nie 

powtórzyło. Musisz odejść, bo ona tego chce – rzekł i nie czekając na 

odpowiedź, poszedł do swojego ogrodu. 

background image

13

Heather weszła wolno do domu. Był przytłaczająco pusty. Jego cisza 

działała przygnębiająco, jakby nie dość było smutku, który przyniosły ze 

sobą   wydarzenia   ostatnich   godzin.   Czuła   się   fatalnie   po   nieprzespanej 

nocy, a podenerwowanie nie pozwalało jej zebrać myśli. 

Och, gdyby tylko mogła wytłumaczyć wszystko pani Lawrence. Adam 

nie   zachowywałby   się   w   ten   sposób   i   mieliby   przynajmniej   własne 

towarzystwo. Wrócił jej dawny lęk przed nim, przed jego świdrującymi 

oczyma. Teraz był zdolny do wszystkiego, był bardziej nieprzyjazny niż 

kiedykolwiek przedtem. 

Pomyślała o Robercie. Lekarz obiecał dać mu znać o stanie matki, więc 

zapewne przyjedzie natychmiast do kliniki. Nie miała szansy zawiadomić 

go o podejrzeniach matki. Mimo wszystko wierzyła jeszcze, że Robertowi 

uda się ją przekonać, jak było naprawdę. Ta myśl dodawała jej otuchy. 

Adam   większość   dnia   spędził   poza   domem.   Przychodził   jedynie   co 

jakiś czas i wyglądało to tak, jakby sprawdzał, co ona robi. Za pierwszym 

razem miała nadzieję, że ma dobre zamiary, jednak on wszedł tylko na 

moment, posłał jej swe posępne spojrzenie, po czym wyszedł. To samo 

powtórzyło   się   parę   razy.   Dzwonek   u   drzwi   kuchennych   stawiał   ją   na 

równe nogi. „Co on zamierza?” – zastanawiała się. Czyżby oczekiwał, że 

Heather  odejdzie  już  teraz?   Zapewne  odwiózłby   ją  wtedy  do  wsi,  lecz 

przecież nie znała nawet godzin odjazdów pociągów. Poza tym nie mogła 

wyjechać,   zanim   nie   zobaczy   się   jeszcze   z   panią   Lawrence.   Ufała,   że 

matka Adama zmieni swą decyzję, gdy pozna prawdę. 

W porze lunchu pojawił się znowu. Zabrał z tacy coś do jedzenia i 

background image

wyszedł. Zachowywał się tak dziwnie, że powoli ogarniało ją przerażenie. 

Nie mogła nie myśleć o tym, że kiedyś zaatakował Roberta. Wiedziała, że 

to niemądre i nie w porządku wobec niego, lecz strach był silniejszy. Co 

prawda   działał   wtedy   pod   wpływem   emocji,   a   tym   razem   minęło   już 

przecież   tyle   czasu...   Wkoło   panowała   jednak   złowróżbna   cisza,   nie 

słychać było zwykłych odgłosów jego pracy i Heather nie wiedziała, co 

Adam   robi.   Mógł   wejść   w   każdej   chwili...   Nie,   nie   wierzyła,   by 

rzeczywiście był zdolny ją skrzywdzić. 

Wiedziała, że musi się opanować i jakoś przetrwać do następnego dnia. 

Jutro Adam pojedzie odwiedzić matkę, to go uspokoi. Jutro też przyjedzie 

Lucy i dom wreszcie wypełni się jej pogodną paplaniną. 

Jednak z nadejściem wieczoru mroczna atmosfera domu stała się nie do 

zniesienia.   Dziewczyna   wciąż   czuła   na   sobie   wzrok   Adama,   jakby 

obserwował ją z ukrycia. Bała się wspólnej z nim kolacji, obawiała się, iż 

nie wytrzyma i ucieknie od stołu. Poza tym straciła apetyt, zjadła więc 

tylko kanapkę i zostawiwszy kolację dla Adama na stole w kuchni, wyszła, 

tłumacząc się zmęczeniem i bólem głowy. Zrobiła to natychmiast, kiedy 

tylko wszedł. Nie mogła znieść jego spojrzenia. Zapewne patrzył za nią – 

przebiegł ją ten sam dreszcz jak wtedy, gdy spotkali się po raz pierwszy. 

Jedyne, co mogła zrobić, to nie wpadać w panikę i nie oglądać się, by 

sprawdzić,   czy   idzie   za   nią   przez   hol   po   schodach   i   korytarzem   do 

pokoju... Dopiero wewnątrz, za zamkniętymi drzwiami, odetchnęła z ulgą. 

Nagły impuls kazał jej przekręcić klucz w zamku, mimo że nigdy dotąd 

tego nie robiła. 

Przebrała się i usiadła z książką w pościeli. Nie mogła skupić się na 

tym, co czyta, więc po chwili zgasiła lampę i ułożyła się do snu. Jednak jej 

background image

myśli wciąż biegły ku wydarzeniom ostatnich dwóch dni i zdenerwowanie 

nie ustępowało. Nagle wydało jej się, że słyszy jakiś szmer przy drzwiach, 

tak jakby ktoś potajemnie naciskał klamkę. Zamarła nasłuchując, lecz nic 

więcej   nie   zakłóciło   już   ciszy.   Wiedziała,   że   w   tym   stanie   mogła   się 

przesłyszeć. 

Nadal nie mogła zasnąć, niespokojnie przewracając się z boku na bok. 

Chciała już wstać, by spróbować poczytać, gdy wtem usłyszała hałas przy 

oknie.   Tym   razem   nie   mogło   już   być   wątpliwości.   Odwróciła   się 

gwałtownie.   Na   zewnątrz   ujrzała   skuloną   postać   Adama.   Zarys   jego 

sylwetki był ledwie widoczny na tle ciemnego nieba. Serce podskoczyło 

jej   do   gardła.   Wyskoczyła   z   łóżka   i   z   na   wpół   zduszonym  okrzykiem 

podbiegła do okna, zamierzając je przed nim zamknąć. On zauważył jej 

ruch, chciał zawrócić, jednak stracił równowagę na wąskim gzymsie i gdy 

Heather   dopadła   okna,   zniknął   już   w   dole.   Skryła   twarz   w   dłoniach, 

czekając   z   trwogą   na   jego   krzyk   lub   odgłos   upadku.   Nic   jednak   nie 

usłyszała;   wokół   wciąż   panowała   ta   sama   złowróżbna   cisza.   Czyżby 

wyobraźnia znów spłatała jej figla?... 

Nogi miała jak z waty. Musiała trzymać się parapetu, by nie upaść. 

Szczękała zębami zarówno z zimna, jak i ze strachu. Usiadła na podłodze. 

Gdyby tylko nie była sama, gdyby tylko był tu ktoś, kto by jej pomógł 

zwalczyć te koszmary... 

Zebrała   się   w   sobie   i   wstała.   Z   wysiłkiem   podeszła   do   stolika   i, 

zapaliwszy lampę, drżącymi rękoma odnalazła jakoś kapcie i szlafrok. Nie, 

to na pewno nie było złudzenie. Adam był tu naprawdę, a teraz leży gdzieś 

tam w dole ranny, a może nawet i... Bez względu na to, co się stało, nie 

może go tak zostawić! On potrzebuje pomocy. 

background image

Szarpała się przez moment z drzwiami, zapomniawszy, że wcześniej 

zamknęła   je   na   klucz.   Lampy   w   korytarzu   były   zapalone.   Zeszła   po 

schodach   powoli,   trzymając   się   poręczy,   bo   nogi   wciąż   się   pod   nią 

uginały. 

Otworzyła   drzwi   wejściowe.   Powiew   zimnego   nocnego   powietrza 

sprawił, że zatrzęsła się, lecz jednocześnie poczuła się nieco orzeźwiona. 

Potrzebna była jej lampa. Krąg światła, które padało przez otwarte drzwi, 

sięgał niedaleko. 

Za nim panowała ciemność. Wyniosła więc jedną z lamp,  jednak na 

zewnątrz   płomień   trzepotał   i   groził   zgaśnięciem.   *   Postanowiła   wziąć 

lampę ze stajni. 

Gdy przechodziła przez podwórko, stwierdziła, że oczy przywykły jej 

do   ciemności.   Zawahała   się.   Czy   aby   na   pewno   potrzebowała   lampy? 

Może lepiej było nie widzieć zbyt dobrze?... 

Przez na wpół wykończony nowy ogród podeszła do rogu domu, gdzie 

był jej pokój. 

Dostrzegła   Adama.   Leżał   na   plecach,   na   kopcu   ziemi,   którą   usypał 

kilka dni temu pod ścianą poniżej okna. Odetchnęła z ulgą – świeża ziemia 

zamortyzowała   upadek.   Zauważyła,   że   jedną   nogę   miał   nienaturalnie 

podkurczoną. Przestała się go bać – potrzebował jej pomocy. Postawiła 

lampę na ziemi i wymawiając jego imię, pogładziła go po czole. 

Otworzył oczy. 

– Nic ci nie jest? – zapytała z niepokojem. 

– Ty... ty martwisz się o mnie... – odpowiedział z nutą zdumienia w 

głosie. 

Po policzkach spłynęły jej łzy. 

background image

–   Och,   Adam!   Jak   mogło   dojść   do   tego   wszystkiego?   Dotknął 

delikatnie jej twarzy, jakby chciał otrzeć łzy. 

– Wciąż cię krzywdzę... 

– Nie, to nie tak... Ale nie wolno nam czekać, muszę sprowadzić jakąś 

pomoc. 

– Nie – rzekł pośpiesznie, gdy wstała. – Nie jest tak źle. To tylko noga. 

Myślę, że złamana, ale gdybym mógł się odwrócić, to chyba byłbym w 

stanie podnieść się. 

Widziała, jak krzywi się z bólu przy każdym ruchu, lecz gdy usztywniła 

mu   nogę   przy   pomocy   dwóch   tyczek,   których   w   ogrodzie   było   pod 

dostatkiem, wstał, opierając się na jej ramieniu. Potem za radą Heather 

wsiadł   do   taczki   i   dziewczyna   zawiozła   go   do   tylnego   wejścia.   Tam, 

wspierając się z jednej strony na jej ramieniu, a z drugiej na lasce, udało 

mu się wejść do środka. W korytarzu oparł się o ścianę, by odpocząć, a 

Heather otrzepała mu ubranie z ziemi. Czoło zrosił mu pot. 

Otarł   je   wierzchem   dłoni   i   dopiero   teraz   dostrzegła,   że   zgubił   swą 

czapeczkę. To go odmieniło i wyglądał teraz poważniej. Ta nieszczęsna 

czapeczka   zasłaniała,   co   prawda,   niewielką   łysinę,   ale   niweczyła   całą 

powagę jego postaci. Zauważyła, iż dostrzegł jej spojrzenie. 

– Dasz radę dojść do salonu? Tam będziesz mógł wypocząć na sofie. 

Gdy już leżał wygodnie ułożony, rozpaliła w kominku. Martwiła się 

jego   nogą,   lecz   on   nalegał,   by   wracała   do   łóżka   i   odłożyła   sprawę 

zawiadomienia   lekarza   do   jutra,   do   przyjazdu   Lucy.   Gdy   już   ogrzała 

dłonie, podeszła do niego. 

– Jak mogłabym iść spać, skoro wiem, że ty tu leżysz? Nie zasnęłabym 

i tak, martwiąc się, czy wszystko w porządku – powiedziała z troską w 

background image

głosie. 

Jego oczy nabrały dziwnego wyrazu. Patrzył na nią tak, jak wtedy w 

wiosce, tego dnia, gdy po raz pierwszy odezwał się do niej. 

– Chcę, byś już poszła do łóżka i nareszcie odpoczęła. I nie chcę, byś 

musiała się więcej o mnie martwić. 

Spojrzała na niego ze smutkiem. 

– Och, gdyby to tylko chodziło o twoją nogę... Nagle uklękła obok 

niego. 

– Adam, powiedz mi, co ty robiłeś tam na górze, za moim oknem?

Twarz   zmieniła   mu   się,   oczy   straciły   swój   osobliwy   wyraz.   Teraz 

wyrażały jedynie zakłopotanie. 

– Chciałem upewnić się, czy zamierzasz wyjechać. Pomyślałem sobie, 

że mama będzie zadowolona, gdy powiem jej jutro, że ciebie już nie ma. 

Boże! Gdybym tylko mógł zobaczyć, że się pakujesz, że przygotowujesz 

się do drogi, na pewno przestałbym o tym myśleć. A tak... Poszedłem na 

górę, ale pod twoimi drzwiami nie było światła. Chciałem tylko zobaczyć, 

czy zaczęłaś się pakować. 

– Ale dlaczego mnie nie zapytałeś? To pytanie dziwnie poruszyło go. 

– Nie widziałaś, co się ze mną działo? Nie mogłem przestać myśleć o 

mamie,   o   tym,   że   nie   powinna   cię   już   tu   więcej   zobaczyć.   Gdybyś 

odpowiedziała,   że   nie   zamierzasz   na   razie   wyjeżdżać,   nie   wiem,   co 

mogłoby się stać. Bałem się, że stracę panowanie nad sobą, że może być 

tak... 

Przerwał   i   skrył   twarz   w   dłoniach.   Jego   głos   był   chrapliwy   i 

przytłumiony, ale usłyszała, co powiedział. 

– Że... że może być tak jak z Robertem. Bałem się, że to się może 

background image

powtórzyć. 

Teraz zrozumiała przyczynę jego dziwnego zachowania. Od czasu, gdy 

zaatakował Roberta, nie ufał samemu sobie. 

– Och, Adam, jakie to niemądre myśleć w ten sposób o sobie. Przecież 

tym razem nic takiego nie mogłoby się stać – zaprzeczyła stanowczo. 

Rzucił jej szybkie spojrzenie, opuściwszy dłonie. 

– Ty nie wiesz, jak było z Robertem. 

– Wiem, ale tym razem nic takiego nie mogłoby się wydarzyć. Wtedy 

działałeś pod wpływem emocji, nie zdając sobie sprawy z tego, co robisz. 

Teraz było inaczej, bo byłeś całkiem świadomy, że coś takiego może się 

wydarzyć.   Myślałeś   o   tym   i   dlatego   nie   zrobiłbyś   tego.   Nigdy   nie 

skrzywdziłbyś nikogo świadomie. Wiesz to równie dobrze jak ja. 

– Ale ja mogłem go zabić – rzekł z naciskiem. 

– Nie zrobiłeś tego jednak, więc po co się tym gryźć? Nie ma sensu 

wciąż tego roztrząsać, zapomnij o tym. 

– Niełatwo jest zapomnieć – odparł smutno i zapytał: – Jak długo o tym 

wiesz?

– Jakiś czas. 

– Zresztą, co za różnica. Ale nie bałaś się mieszkać ze mną pod jednym 

dachem?

– Oczywiście, że nie. Dlaczego miałabym się bać? Nie odpowiadał. 

– Czy ty naprawdę wierzysz w to, co powiedziałaś? – zapytał po chwili. 

– To znaczy, że coś takiego nie mogłoby się już wydarzyć?

– Tak. 

– Skąd się o wszystkim dowiedziałaś? Robert ci powiedział?

– Tak. Bardzo chciał mi o tym opowiedzieć. On też czuje się winny. 

background image

Adam wyglądał na zaskoczonego. 

– Cóż, to on rozpoczął kłótnię – dodała. – Nie potrafi o tym zapomnieć. 

– Dobrze, że ci powiedział. Ulżyło mi, gdy o tym porozmawialiśmy. 

Sam nie odważyłbym się nigdy. Bałbym się, że odejdziesz... 

– Ale teraz i tak powiedziałeś, że chcesz, bym odeszła. 

– To ze względu na mamę. Tak samo było z Robertem. 

– Cóż, sądzę, że teraz nie chciałbyś, bym odeszła i zostawiła cię bez 

opieki. Zostanę więc do jej powrotu, a wtedy ona zadecyduje. Wczoraj nie 

dała mi szansy, bym mogła to wyjaśnić. Wierzę, że zmieni zdanie, gdy 

pozna prawdę. 

Spojrzał na nią z powątpiewaniem. 

– Mam nadzieję, że tak się stanie. Chciałbym, byś została z nami. 

Niespodziewanie dla niej samej, pochyliła się nad nim i pocałowała go 

w policzek. Objął ją, nie chcąc, by się odsunęła. Jej włosy opadły mu na 

twarz. Delikatnie odgarnął je dłonią. 

– Masz piękne włosy. Nigdy nie widziałem ich rozpuszczonych. 

Żadne z nich nie usłyszało odgłosu otwieranych drzwi , frontowych ani 

kroków Roberta w holu. Kiedy odezwał się od drzwi, oboje drgnęli. 

Heather z wielką ulgą odebrała jego przybycie. Uradowana, poderwała 

się na równe nogi i ruszyła mu na spotkanie. On jednak stał bez ruchu w 

drzwiach,   spoglądając   to   na   nią,   to   na   Adama.   Wyraz   jego   twarzy 

zatrzymał ją w pół drogi. 

– Byłeś w klinice? – zapytała szybko. Skinął głową. 

– Twoja matka... Co z nią?

– Wszystko w porządku – odparł powoli. – Mam od niej wiadomość dla 

ciebie. Dlatego tu jestem. 

background image

Przez   chwilę   stali   w   milczeniu   naprzeciw   siebie.   Robert   nie   mógł 

oderwać   od   niej   wzroku,   w   którym   dostrzegła   rozdzierający   jej   serce 

smutek. Tęsknota odezwała się w niej z całą mocą... Odwróciła się. 

Robert dopiero teraz zdał sobie sprawę, że coś jest nie w porządku. 

Podszedł powoli do leżącego na sofie brata. 

– Co u licha ci się stało, mały? – zapytał, patrząc na jego nogę. 

Adam,   blady,   ociągał   się   z   odpowiedzią.   Heather   przyszła   mu   z 

pomocą. 

– Pośliznął  się i upadł. Chyba złamał nogę, w każdym razie  lekarz 

powinien ją obejrzeć. 

– No, pewnie – zgodził się Robert. – Najlepiej od razu pojadę po niego. 

Wyszedł   i   po   chwili   usłyszeli   dwukółkę   na   podjeździe.   Heather 

spojrzała   na   zegar   stojący   na   obramowaniu   kominka   i   ze   zdumieniem 

stwierdziła, że nie ma jeszcze dziesiątej. Cóż, dla niej był to najdłuższy 

wieczór w życiu. Poszła do kuchni przygotować coś ciepłego do picia. 

Po odjeździe lekarza Robert podążył za Heather do kuchni. 

–   Kto   by   pomyślał,   że   jeszcze   dziś   tutaj   wrócę.   To   był   szok,   gdy 

usłyszałem, że matka jest w klinice. Tym razem atak musiał być silniejszy. 

A teraz jeszcze ta noga Adama... 

– Co to za wiadomość, którą miałeś dla mnie?

– Ach, prawda. Matka prosiła, żebyś zapomniała o tym, co powiedziała 

wczoraj. Czy wiesz, o co chodzi? Nie pozwalają jej dużo mówić. 

– Tak, wiem, co miała na myśli. To znaczy, że wszystko jej wyjaśniłeś. 

Jak to dobrze. 

Nie rozumiał. 

–   Wyjaśniłem?   Ale   co?   Mówiłem   ci   przecież,   że   zamieniłem   z   nią 

background image

zaledwie parę słów. Nie pozwolili mi zostać dłużej. 

– Ona wie, że byłeś tu wczoraj. Powiedziała ci o tym?

– Dobry Boże, nie! Nic nie wiedziałem. 

– Czekała na ciebie całe popołudnie. Wróciłam późno i ona myślała, że 

byliśmy razem. 

– Do diabła! Co za idiota ze mnie, mogłem sobie wyobrazić, jak ona się 

poczuje, jeśli się tu nie pokażę. 

– Tak, była bardzo zdenerwowana, zbyt zdenerwowana, by wysłuchać 

moich wyjaśnień. 

– O, Boże! A więc to było przyczyną ataku. 

Odwrócił się i zaczął chodzić w tę i z powrotem po kuchni. Heather 

oparła się o stół, obserwując go. Widziała, że jest szczerze poruszony. W 

końcu usiadł w jednym z wiklinowych foteli i westchnął głęboko. 

– Nawet gdybym chciał mocniej to zagmatwać, nie potrafiłbym – rzekł 

posępnie. – Osiągnąłem dokładnie to, czego chciałem uniknąć najbardziej. 

– Przypuszczam, że Adam mnie widział – dodał po chwili przerwy. 

–   Tak.   Chciał   się   do   mnie   przyłączyć   na   spacerze.   Zawrócił,   gdy 

zobaczył nas razem. 

– Jemu też musiało być przykro. Chociaż widzę, że teraz już wszystko 

między wami w porządku. Matka także widać doszła do wniosku, iż nie 

ma za co cię winić, niezależnie od tego, co mówiła wczoraj. Leżąc tam, 

przemyślała sobie wszystko zapewne. Gdy wydobrzeje trochę, spróbuję się 

usprawiedliwić. 

Westchnął   ponownie.   Podniósł   się   z   fotela   i   popatrzył   na   Heather, 

stojąc po drugiej stronie stołu. 

– Dlaczego ja wczoraj przyjechałem? Dlaczego w ogóle tu wróciłem?... 

background image

To rozpaczliwe  pytanie  odbiło się  echem w jej duszy. Dlaczego on 

wrócił, zadając jej tyle bólu... Odwróciła się. 

–   Cieszę   się,   że   przyjechałeś   –   próbowała   nadać   swojemu   głosowi 

obojętny ton. – Nie wiem, co byśmy bez ciebie zrobili... 

– Tak. Zawsze będę pamiętał wyraz twej twarzy, gdy wyszłaś mi na 

spotkanie. Nigdy nie zaznałem piękniejszego powitania. Szkoda tylko, że 

to z powodu Adama... Jest jeszcze jeden powód, dla którego dobrze się 

stało,   że   przyjechałem  –  mówił   dalej,  gdy   Heather  nie   odpowiadała.   – 

Nareszcie   wiem,   na   czym   stoję.   Musiałbym   być   niespełna   rozumu, 

gdybym wciąż miał nadzieję. Cóż, ten dom przestał być moim domem, nie 

ma tu już dla mnie miejsca. 

– Och, Robert, tak mi przykro, że wszystko potoczyło się inaczej, niż 

chciałeś. Ale powiedz sam, czy twoje marzenia nie były tylko nierealnymi 

marzeniami?

–   Nie,   ja   w   nie   wierzyłem.   A   jak   sądzisz,   dlaczego   wciąż   tu 

przyjeżdżałem?

Westchnęła. 

– Twoja matka musi teraz wieść spokojny tryb życia. Nie wolno jej 

niepokoić. 

–   Tak.   Mimo   wszystko   pewne   rzeczy   zmieniły   się   na   lepsze.   Ona 

będzie tu szczęśliwa z tobą i Adamem. Sam Adam też się zmienił, nie 

oczekiwałem,   że   kiedyś   zobaczę   go   takim,   jak   dziś   wieczorem.   Tego 

przecież chciałem... – Uśmiechnął się smutno. – No i jestem w punkcie 

wyjścia.   Wyglądasz   jak   wtedy,   gdy   spotkaliśmy   się   po   raz   pierwszy: 

szlafrok,   kapcie,   rozpuszczone   włosy...   Nigdy   nie   zapomnę   tamtego 

wieczoru... i tego także. 

background image

Patrzył   na   nią   z   taką   czułością,   że   łzy   napłynęły   jej   do   oczu. 

Powstrzymała je jednak i postarała się uśmiechnąć. 

– Wtedy byłeś głodny, pewnie i teraz jesteś. Przygotować ci coś do 

zjedzenia?

Pokręcił głową. 

– Dzięki. Tym razem nie mam apetytu. 

Odwrócił się i wyszedł do holu. Gdy wrócił, miał na sobie płaszcz. 

– Nie zamierzasz chyba wracać dziś w nocy? – spytała zdziwiona. 

– Nie do Plymouth. Tak czy owak, zamierzałem zostać na noc we wsi, 

zanim matka nie poprosiła mnie, bym przyjechał tutaj. Zobaczę się z nią 

jeszcze jutro przed wyjazdem. 

– Ale jest już tak późno... 

–   Lepiej   będzie,   gdy   odejdę.   Wezmę   dwukółkę   i   zostawię   ją   u 

Mateusza, a on znajdzie potem kogoś do jej odprowadzenia. Adamowi 

jakiś czas nie będzie potrzebna. 

– To znaczy, że już nie wrócisz?... 

– Nie. Dam wam znać przez Lucy, jak matka się czuje, a teraz, cóż... 

Znów spojrzał na nią w ten sam sposób. Poczuła, że nie uda jej się 

powstrzymać łez. 

– ... do zobaczenia, mała wróżko. Tak, do zobaczenia, bo będę czasem 

przyjeżdżał, żeby zobaczyć, jak się miewacie. Ale między nami już zawsze 

wszystko będzie inaczej. Mam nadzieję, że będziesz szczęśliwa. Życzę ci 

tego. 

Łzy popłynęły jej po policzkach. Chciała zarzucić mu ramiona na szyję 

i błagać, by nie odchodził. Otarł delikatnie jej łzy. 

–  Nie  płacz   nade  mną,  moja   wróżko.  Nie  na  współczucie  liczyłem, 

background image

moja droga. 

Odszedł i prawie natychmiast usłyszała hałas odjeżdżającej dwukółki. 

Stała wpatrzona w drzwi, które zamknęły się za nim. Rozpacz wypełniała 

jej serce. Nie, nie może pozwolić mu odjechać. Wybiegła za nim, zanosząc 

się   płaczem.   Nie   mogła   biec   szybko   po   żwirze,   zatrzymała   się   więc 

bezradnie za rogiem i oparła o pień drzewiastego bzu. Pomyślała, że to 

szaleństwo zachowywać się w ten sposób. Z trudem uciszyła szloch. On 

odjechał.   Nawet   nie   było   już   słychać   dwukółki   w   alei,   jedynie   krzyk 

nocnego ptaka rozległ się w ciszy. Wydawał się drwić z jej samotności. 

Trzęsąc się z zimna, z wysiłkiem dotarła do drzwi i pogasiła lampy 

wewnątrz. Czuła się kompletnie wyczerpana. Ostatnie dni były jak długi 

nocny koszmar, aż dziw, że nie straciła panowania nad sobą. Teraz tylko 

sen mógł dać jej ukojenie. 

Sen   jednak   nie   nadchodził.   Długo   przewracała   się   niespokojnie   w 

łóżku, nie mogąc przestać myśleć o Robercie. Dopiero teraz zdała sobie 

sprawę, jak głęboką darzy go miłością. Zaskoczona była intensywnością 

swego   uczucia,   pragnienia   bycia   z   nim.   Teraz   zaczynała   rozumieć,   co 

popchnęło matkę do małżeństwa z ojcem, i po raz pierwszy bardziej jej 

zazdrościła,   niż   współczuła.   Ona   zaznała   szczęścia   miłości   i  nigdy   nie 

żałowała tego, mimo późniejszych doświadczeń. 

Wiedziała, że radość tych pierwszych, letnich  miesięcy  przebywania 

tutaj już nigdy nie wróci. Nie była już tą samą prostą dziewczyną, która tu 

przyjechała. Cóż z tego, że pani Lawrence wyzdrowieje i wróci do domu? 

Cóż z tego, że Adam i jego matka będą po staremu mili i przyjacielscy? 

Cóż z tego, że Robert nie będzie już zakłócał ich spokoju? Cóż z tego, 

skoro wszystko tutaj będzie jej zawsze go przypominać.  Nie zniosłaby 

background image

spotkania   z   nim,   gdyby   przyjechał   odwiedzić   matkę.   Tym   razem   nie 

zapanowałby już nad sobą. 

Ten dom, który tak kochała, przestał być także i jej domem. Czuła, że 

nie może w nim dłużej zostać. Gdy przyjechała, obawiała się, iż Adam 

może ją odrzucić. Ale to Robert nie chciał jej miłości. 

Postanowiła, że zostanie do powrotu pani Lawrence, potem oświadczy 

jej, że musi odejść. 

background image

14

Następnego ranka Heather spała znacznie dłużej niż zwykle. Zbudził ją 

w końcu zatroskany głos Lucy, pochylającej się nad nią. 

– Coś panience dolega? Mam zawołać doktora? Chwilę trwało, zanim 

zebrała myśli. 

– Nie, oczywiście, że nie. Nic mi nie jest, byłam tylko bardzo zmęczona 

i późno się położyłam. Długo nie mogłam zasnąć. 

–  Nie  dziwota,   po  tym,   jak  panią  zabrali.  Mówiłam  panience  przed 

odjazdem, że pani bardzo niespokojna. Gdybym wiedziała, że z nią tak źle, 

to bym została. 

– To znaczy, że już o wszystkim wiesz?

– No, pewnie. Ambulansu trudno nie zauważyć. Potem dowiedzieliśmy 

się,   że   to   o   panią   chodzi.   Przestraszyłam   się,   żeby   to   nie   było   co 

poważnego. Pan Adam to pewno od zmysłów odchodzi. 

– Tak, jest bardzo przygnębiony, chociaż teraz już mniej, skoro wie, że 

z nią wszystko w porządku. 

– Był się z nią zobaczyć?

– Nie, nie on. Robert tam był. Lucy była zaskoczona. 

– To pan Robert jest w domu? Nie wiedziałam. 

– Nie, już go nie ma, wyjechał wczoraj. Obiecał dać nam znać przez 

ciebie, jak się miewa pani Lawrence, bo Adam nie może do niej pojechać. 

Złamał nogę. 

Lucy zaparło dech z przerażenia. Siadła na brzegu łóżka. Tego już było 

za wiele dla niej. 

– Rzeczywiście, w domu tak cicho... ale myślałam, że to może przez 

background image

chorobę pani pan Adam siedzi u siebie. Wiedziałam, że nie wychodził, bo 

jego narzędzia leżą w korytarzu. Wcale się nie dziwię, że panienka taka 

zmęczona. Niech zostanie dzisiaj w łóżku, sama sobie poradzę. 

Przez   moment   Heather   wahała   się,   skuszona   propozycją.   Była   już 

jednak całkiem rozbudzona, a poza tym wiedziała, że powinna zobaczyć, 

jak miewa się Adam. Zapewne nie spał już od jakiegoś czasu. 

– To nic takiego, naprawdę – nalegała Lucy. – Panienka taka blada. Nie 

budziłabym, gdybym wiedziała, że panienka tylko zmęczona, a nie chora. 

Podam panu Adamowi śniadanie i wszystko, czego będzie potrzebował. 

Adam   był   zaskakująco   pogodny,   zważywszy,   iż   przecież   nie   mógł 

odwiedzić   matki.   Większą   część   dnia   Heather   spędziła   w   jego 

towarzystwie. Nie potrafiła otrząsnąć się z apatii, w której była pogrążona 

od   rana;   z   wysiłkiem   zmuszała   się   do   okazywania   dobrego   humoru. 

Wieczór przyniósł jej ulgę. U siebie w pokoju nie musiała przed nikim 

udawać. Znów długo nie spała, nie mogąc przestać myśleć o Robercie. 

Z domu wychodziła niewiele, mimo iż Adam doskonale bez niej sobie 

radził.   Nie   narzekał   na   nogę,   długie   godziny   spędzał   nad   swoimi 

książkami. Przy pomocy lasek był w stanie chodzić po domu, a nawet, 

przy sprzyjającej pogodzie, wyjść do ogrodu. 

Lucy regularnie przywoziła wiadomości o stanie zdrowia jego matki. 

Dalszych ataków nie było, rekonwalescencja przebiegała pomyślnie, tak że 

pani Lawrence wróciła do domu szybciej, niż się tego spodziewali. 

Lekarz przywiózł ją osobiście któregoś popołudnia. 

– Ona wciąż potrzebuje spokoju, musi teraz dużo wypoczywać – mówił 

do   Heather.   –   W   klinice   wciąż   martwiła   się   sytuacją   tutaj,   więc 

zdecydowałem,   że   lepiej   będzie,   jeśli   wróci   do   domu.   Myślę,   że   tu 

background image

chodziło o Adama, mimo iż zapewniałem, że nie ma powodu do obaw. 

Adam był rozradowany powrotem matki. Nie rozstawał się z nią ani na 

chwilę. Zabierał swe książki do pokoju, gdzie wypoczywała i siadywał w 

pobliżu, zadowolony, że ma ją znowu przy sobie. Siadywali też razem na 

powietrzu – pogoda była już prawdziwie wiosenna i ogród rozjaśnił się 

żonkilami. 

Patrząc na nich, Heather przypominała sobie szczęśliwe dni lata. Jej 

smutek pogłębiała świadomość, że tego lata jej już tu nie będzie... 

Pani Lawrence bez trudu dostrzegła jej przygnębienie. Przy pierwszej 

nadarzającej się okazji, gdy zostały same, poruszyła ten temat. 

– Adam świetnie wygląda, jest taki radosny i ożywiony, ale o tobie tego 

powiedzieć nie można. Ostatnie wydarzenia bardzo cię poruszyły, prawda? 

Jesteś bardzo przygnębiona, moja droga. Czy to zmęczenie, czy też jest 

jeszcze inny powód?

Heather postanowiła jeszcze nie oznajmiać swej decyzji, bo uznała, że 

jest na to za wcześnie. Na razie chciała oszczędzić pani Lawrence kłopotu 

z szukaniem kogoś na jej miejsce. 

– Tak, przypuszczam, że to zmęczenie. Bardzo martwiłam się o panią i 

o Adama. 

– Mam nadzieję, że wybaczyłaś mi te okropne rzeczy, które mówiłam. 

Bardzo zabolało mnie to, że Robert nie przyszedł się ze mną zobaczyć. Nie 

bardzo   wiedziałam,   co   mówię.   Poza   tym,   wtedy   wydawało   mi   się,   że 

nadzieje, jakie żywiłam co do ciebie i Adama, spełzły na niczym. Cóż, po 

prostu wyciągnęłam niewłaściwe wnioski. Chyba mamy sobie wiele do 

powiedzenia,   prawda?   Po   lunchu   będę   odpoczywać   w   salonie,   proszę, 

przyjdź i posiedź ze mną. Adam nie będzie nam przeszkadzał. W taką 

background image

pogodę wyjdzie na pewno do ogrodu. 

Wkrótce   po   lunchu   spotkały   się   w   salonie.   Pani   Lawrence 

zaproponowała, by dziewczyna zajęła się jakąś robótką. 

–   Dzięki   temu   nie   będziesz   się   nudzić.   Na   pewno   będę   mówiła   z 

przerwami.   Szybko   się   męczę.   Usiądź,   proszę,   tam,   żebym   cię   dobrze 

widziała.   Coś   cię   gryzie,   moja   droga,   prawda?   –   zaczęła   po   chwili 

milczenia. – Cóż, wydaje mi się, iż wiem, o co ci chodzi, więc nie musisz 

już tego dłużej ukrywać. 

Heather odłożyła robótkę na kolana. 

–   Tak,   ma   pani   rację.   Jest   coś,   co   chciałam   pani   powiedzieć. 

Zamierzałam zrobić to później, ale cóż, skoro już pani wie... Myślę, że nie 

będzie  trudno  znaleźć  kogoś  na moje  miejsce,  bo  obawiam  się,  że nie 

mogę tu dłużej zostać. 

– Och, nie, moje dziecko! Nie to miałam na myśli! Wcale nie będziesz 

musiała   stąd   odchodzić,   wręcz   przeciwnie,   teraz   ten   dom   będzie   już 

naprawdę twoim domem. I wiedz, że bardzo jestem temu rada. 

– Nie, pani nie rozumie... 

– Ależ oczywiście, że rozumiem. Czy myślisz, że nie zauważyłam, jak 

się mają sprawy między wami? Nie sądzisz chyba, że mam coś przeciwko 

temu, nic nie przyniesie mi więcej radości, jak małżeństwo Adama z tobą. 

Wyjść za Adama! Ten pomysł był tak niespodziewany, że dziewczyna 

dopiero po chwili była w stanie odpowiedzieć. 

– Ależ nigdy nawet nie pomyślałam o poślubieniu Adama!

– Tak też myślałam i dlatego postanowiłam z tobą porozmawiać. Nie 

doceniasz się, moja droga, jesteś przecież dla niego doskonałą partią. 

– Ależ nie o to chodzi, ja... ja nie kocham Adama. Lubię go, to prawda, 

background image

nawet bardzo, ale nic więcej. 

–   To   początek,   z   czasem   go   pokochasz.   Być   może   zbyt   wcześnie 

poruszyłam ten temat. Jesteście oboje bardzo młodzi, życie macie przed 

sobą, lecz obawiam się, że mnie pozostało już niewiele czasu. Być może, 

nie jesteście teraz * na to gotowi, ale cóż, oswajajcie się z tą myślą. 

Zdenerwowana   Heather   tak   gwałtownie   poderwała   się   z   krzesła,   że 

robótka upadła na podłogę. 

– Myli się pani! Adam także mnie nie kocha i nie ma o czym więcej 

rozmawiać. 

Starsza   pani  poruszyła się  niecierpliwie   na sofie.   Jej  głos  zabrzmiał 

ostro. 

– Usiądź, dziecko, i nie podniecaj się tak. Pamiętaj, że mnie nie wolno 

się denerwować. 

Dziewczyna usiadła, starając się uspokoić. 

– Przepraszam, w takim razie lepiej o tym więcej nie mówmy. Musi się 

pani pogodzić z myślą, że my nie możemy się pobrać. Dziwię się, że pani 

mogła kiedykolwiek myśleć, że to możliwe. 

– Będziemy o tym rozmawiać – pani Lawrence rzekła stanowczo. – 

Postaram się nie denerwować, a i ty, moja droga, spróbuj zapanować nad 

sobą. Jest tu coś, czego nie rozumiem. Jak możesz mówić, że Adam cię nie 

kocha? Moim zdaniem, okazał to w dostateczny sposób. 

– Tak, Adam kocha mnie, ale jak siostrę. Tak, jak i ja kocham go jak 

brata. Ale nic ponad to. 

– A więc mylisz się, moja droga. Powiedziałam ci kiedyś, że Adam nie 

jest powierzchowny. Są mężczyźni, którzy całują, a już za moment tego 

nie pamiętają. Lecz jeśli Adam kogoś całuje lub pieści, oznaczać to może 

background image

tylko jedno. 

– Zgadzam się, wiem, że on jest szczery, ale nie całował mnie ani nie 

pieścił... 

–   Czyżbyś  miała   aż   tak   krótką   pamięć?   Wypowiedziała   to   pytanie, 

unosząc brwi ze zdziwienia. 

Heather   zaczerwieniła   się,   lecz   nie   potrafiła   przypomnieć   sobie 

sytuacji, którą matka Adama mogłaby mieć na myśli. 

–   Tej  nocy,  gdy   Robert   przyjechał  do   domu   z   kliniki,   zastał   cię   w 

ramionach Adama... 

Nietrudno jej było przypomnieć sobie wydarzenia tamtego wieczora. 

– Tak, doskonale to pamiętam, ałe to nic nie znaczyło. 

– Cóż, Robert nie miał wątpliwości, co to znaczy... 

–   Mylił   się.   Nie   mógł   wiedzieć,   co   wydarzyło   się   przed   jego 

przyjściem. 

– Mów dalej, proszę. Cóż takiego się wydarzyło?

– Czy Adam opowiedział pani, w jaki sposób złamał nogę?

– Nie. Oczywiście, nie chciał o tym rozmawiać, więc nie nalegałam. 

– Cóż, sądzę, że tak czy owak, powinna pani wiedzieć. Pomoże to pani 

zrozumieć, jak naprawdę jest z Adamem. Ale czy na pewno chce pani 

usłyszeć to teraz?

– Tak, tak. Czuję się doskonale. 

Heather opowiedziała o dziwnym zachowaniu Adama tamtego dnia, o 

jego strachu przed samym sobą. 

– Dlatego Robert zastał nas w takiej sytuacji. To była naturalna reakcja 

po tak burzliwym dniu. Poza tym, czy gdyby Adam kochał mnie, chciałby 

mojego odejścia? Na pewno nie, nawet gdyby chodziło o panią. 

background image

W   trakcie   gdy   Heather   mówiła,   pani   Lawrence   zamknęła   oczy   i 

odwróciła twarz. Leżała milcząca. Dziewczyna podeszła do niej. 

– Mam nadzieję, że nie poruszyło to pani zbytnio. 

– Znaczy, że Robert powiedział ci o naszej straszliwej kłótni... Boję się 

nawet pomyśleć, co jeszcze mógł ci powiedzieć – odparła, nie otwierając 

oczu ani nie odwracając głowy. 

– Opowiedział mi wiele – przytaknęła cicho. – Cieszę się z tego, bo w 

ten sposób dużo zrozumiałam. Dzięki temu lepiej rozumiem także Adama. 

– Tak, wygląda na to, że i on nie ma przed tobą tajemnic. 

Starsza pani powiedziała to cichym, przygaszonym głosem, po czym 

zamilkła, wciąż leżąc nieruchomo z odwróconą twarzą. 

– Lepiej będzie, jeśli zostawię panią samą. Potrzebuje pani odpoczynku 

– rzekła Heather po dłuższej chwili. 

– Nie, nie odchodź. Tylko przez moment chcę poleżeć w ciszy. 

Dziewczyna podeszła do okna i oparta o parapet wyjrzała na zewnątrz. 

Robótka   leżała   zapomniana   na   podłodze.   Wzrok   Heather   padł   na 

drzewiasty bez przytulony do rogu domu. Nie kwitł jeszcze, tak jak tego 

ranka,   gdy   po   raz   pierwszy   go   ujrzała,   lecz   dopiero   co   okrył   się 

jasnozielonym   płaszczem   świeżych   liści.   Pamiętała,   jak   owego   dnia 

zapach kwiatów kazał jej wychylić się z okna i jak wtedy po raz pierwszy 

zobaczyła ogród różany. Pomyślała o pierwszym spotkaniu z Adamem i o 

tym, jak innym człowiekiem był teraz. Potem przyszło wspomnienie nocy, 

gdy   stała   oparta   o   pień   tego   bzu,   rozpaczliwie   tęskniąc   za   Robertem. 

Westchnęła.   Czy   dałaby  się   przekonać  pani Lawrence,  że  rzeczywiście 

kocha Adama, gdyby nie poznała Roberta? Czy gdyby poprosił ją o rękę, 

to czy wyszłaby wtedy za niego i resztę życia spędziłaby tu, w domu, 

background image

który   tak   pokochała?   Nie   próbowała   odpowiadać   sobie   na   te   pytania, 

miłość do Roberta sprawiała, że jej sympatia dla Adama stawała się czymś 

mniej istotnym. Nie wierzyła też, by Adam kiedykolwiek poprosił ją o 

rękę. Żal jej było pani Lawrence, że tak wielkie wiązała z tym nadzieje... 

– Gdzie jesteś, Heather? Usiądź, proszę, tak bym mogła cię widzieć. 

Dziewczyna podeszła i usiadła w fotelu obok. 

– Pomimo tego, co powiedziałaś, wciąż wierzę, że Adam cię kocha, 

choć być może on sam nie zdaje sobie z tego w pełni sprawy. Wyjdź za 

niego, Heather i uwolnij mnie od niepokoju o niego. Gdy mnie zabraknie, 

musi być przy nim ktoś, kto mnie zastąpi. Jesteście oboje tacy podobni do 

siebie, doświadczeni przez życie, zamknięci w sobie... Możecie być razem 

szczęśliwi, a i twoja sympatia dla niego z czasem przerodzi się w miłość. 

A poza tym zawsze kochałaś to miejsce. 

Błagalny wyraz jej oczu, w zwykle dumnej twarzy, napełnił Heather 

współczuciem. 

– Ależ to naprawdę nie ma sensu – powiedziała łagodnie. 

– Tak czy owak, nie wierzę, by Adam kiedykolwiek poprosił mnie o 

rękę. 

– Obiecaj mi więc, proszę, że jeśli to zrobi, nie odrzucisz go. 

– Nie mogę tego zrobić. Nie mogę wyjść za niego, jeśli go nie kocham. 

– Ciągle to gadanie o miłości – żachnęła się pani Lawrence. 

– Masz  w głowie  pełno tych romantycznych bzdur z książek,  które 

czytujesz. Adam może i nie jest rycerzem z twoich marzeń, lecz miłość nie 

zawsze nadchodzi w błyszczącej zbroi. 

Ukryte znaczenie jej słów poruszyło Heather. 

–   Och!   Czy   sądzi   pani,   że   nie   mogłabym   być   dumna   i   szczęśliwa, 

background image

wychodząc za Adama, mimo jego fizycznych niedostatków? Nie w tym 

rzecz... 

Podniosła   się   z   fotela,   przeszła   kilka   kroków,   po   czym   zawróciła   i 

stanęła przy sofie, patrząc na panią Lawrence. 

– Jest jeszcze coś, o czym pani nie powiedziałam. Nie mogłabym wyjść 

za Adama, nawet gdyby mnie o to poprosił, ponieważ ja kocham Roberta. 

Twarz   starszej   pani   nabrała   dziwnego   wyrazu.   Potrząsnęła   głową, 

patrząc na dziewczynę z niedowierzaniem. 

–   Nie,   ty   nie   możesz   go   kochać.   Sam  Robert   to   powiedział,   a   i  ty 

mówiłaś mi, że to nieprawda. 

– Tak, ale wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy. Trudno jej było 

mówić o tym. Usiadła na brzegu łóżka, skrywając twarz w dłoniach. 

– Teraz już pani wie, dlaczego chcę odejść – rzekła załamującym się 

głosem. – Nie mogę sobie zaufać i ryzykować następnego spotkania z nim. 

– Więc to cię tak gnębiło – powoli powiedziała pani Lawrence. – A ja 

myślałam, że martwisz się tym, co zaszło między tobą a Adamem podczas 

mojej nieobecności... 

Zamilkła.   Gdy   Heather   podniosła   wzrok,   dostrzegła   na   jej   twarzy 

głęboki smutek. 

– Przykro mi, że sprawy nie potoczyły się po pani myśli. Zostanę do 

czasu, aż znajdzie pani kogoś na moje miejsce. Oczywiście, o ile pani 

sobie tego życzy. – Podniosła z podłogi swoją robótkę. – Pójdę już. 

–   Nie,   zostań.   Jeszcze   nie   skończyłyśmy.   Czy   myślałaś   o   swojej 

przyszłości?

– Niewiele. 

–   Myślę,   że   powinnaś.   Dokąd   pójdziesz,   jeżeli   nas   opuścisz?   Co 

background image

będziesz wtedy robiła?

– Znajdę inną pracę. 

– Wrócisz do Londynu?

– Mam nadzieję, iż nie będę do tego zmuszona. Być może uda mi się 

znaleźć dom taki, jak ten. Wiele się u pani nauczyłam. 

– To nie będzie łatwe. Możesz wydawać się zbyt młoda, by powierzyć 

ci   tak   odpowiedzialne   zadanie.   Nigdzie   nie   będzie   tak,   jak   tutaj.   Ja 

przyjęłam cię w dość specyficznych okolicznościach. 

– Doceniam to i wiem, że nigdzie nie będzie mi tak dobrze. Lecz nie 

mam wyboru. 

– Niezupełnie. Wciąż możesz wybrać. A może masz nadzieję poślubić 

Roberta?

– Wie pani doskonale, że nie. 

– To znaczy, że nigdy nie wyjdziesz za mąż, a jeśli nawet, to za kogoś, 

kogo   nie   kochasz.   Życie   samotnej   kobiety,   do   tego   bez   pieniędzy,   nie 

należy do najłatwiejszych. Poddasz się w końcu i poślubisz kogokolwiek. 

Więc   dlaczego   nie   miałabyś   wyjść   teraz   za   Adama?   Przyjaźnicie   się 

przynajmniej, jesteście sobie bliscy. Radzę ci, przemyśl to sobie. 

– Już zdecydowałam i nie chcę więcej do tego wracać. 

–   Jesteś   uparta,   bardziej   niż   myślałam...   Dajmy   spokój   dziś   tej 

rozmowie. Czuję się zmęczona. Poczekam do podwieczorku i pójdę do 

siebie. Ufam, że przyznasz mi rację, gdy przemyślisz sobie wszystko w 

spokoju. 

Ułożyła się wygodniej i zamknęła oczy. Heather wyszła. 

background image

15

Heather dotychczas nie zdawała sobie sprawy z nadziei, jakie żywiła 

matka Adama. Rozmowa na ten temat bardzo ją poruszyła. Świadomość 

niemożności spełnienia oczekiwań utwierdziła ją w decyzji wyjazdu. 

Spodziewała   się,   że   pani   Lawrence   wróci   niebawem   do   przerwanej 

rozmowy.   Tak   też   się   stało.   Już   następnego   popołudnia,   kiedy   tylko 

dziewczyna weszła do salonu, starsza pani odezwała się:

– Miałaś cały dzień na przemyślenie wszystkiego, co ci mówiłam. Co 

zdecydowałaś?

–   Wciąż   zamierzam   wyjechać.   Przykro   mi,   ale   to   jedyne,   co   mogę 

zrobić. 

Heather   oczekiwała   gniewnej   reakcji,   lecz   ku   swemu   zdziwieniu 

odniosła   wrażenie,   iż   takiej   właśnie   odpowiedzi   pani   Lawrence   się 

spodziewała. 

–   Odeszłabyś  więc,  mając   przed  sobą   wielce   niepewną   przyszłość... 

Cóż, musisz bardzo go kochać... 

Unikała badawczego wzroku matki Adama. Nie chciała rozmawiać na 

ten temat. 

– ... a on nigdy ci nie powiedział, że cię kocha. – To nie było pytanie. – 

Zrobiłby to już dawno temu, gdybym go nie powstrzymywała. 

Heather wydawała się nie słyszeć tych słów. 

–   Cóż,   moja   droga   –   w   głosie   pani   Lawrence   zabrzmiała   nuta 

zniecierpliwienia.   –   Nie   masz   nic   do   powiedzenia?   Czy   ty   w   ogóle 

zrozumiałaś, co powiedziałam?

–   Nie,   nie   zrozumiałam   –   odparła,   patrząc   na   nią.   –   Co   pani 

background image

powiedziała?

– Powiedziałam, że Robert cię kocha. I to tak  samo zawzięcie, jak ty 

jego. Musiałaś być ślepa, żeby tego nie zauważyć. 

– Ależ pani mówiła, że on kocha dziewczynę z Plymouth. 

–   Mówiłam   tylko,   że   interesował   się   dziewczyną   z   Plymouth.   Tak 

rzeczywiście było. Zawsze chciałam, by się z nią ożenił i ustatkował i tak 

zapewne by zrobił, gdyby nie spotkał ciebie. Miałam też nadzieję, że ty 

wyjdziesz   za   Adama   i   tak   zapewne   by   się   stało,   gdybyś   nie   spotkała 

Roberta. 

Heather   poczuła   narastające   szczęście,   wypełniające   ją   niczym 

powietrze balon. Na razie jednak wciąż siedziała milcząc, wpatrzona w 

panią Lawrence. Znaczenie tego, co usłyszała, docierało do niej powoli. 

Wszystko,   co   Robert   mówił   i   robił,   nabierało   teraz   nowego   wyrazu. 

Sposób, w jaki wrócił, ostatnie spotkanie, jego smutek i to, jak patrzył na 

nią przy pożegnaniu. I jego słowa: „nie na współczucie liczyłem”. 

Więc on pragnął jej miłości i przez cały czas miał na nią nadzieję, a ona 

tak desperacko ukrywała ją przed nim!

Nagle balon eksplodował. Wstała wywracając krzesło; jej oczy jaśniały 

szczęściem. Roześmiała się, nie mogąc powstrzymać radości. Nie będąc w 

stanie   ustać   w miejscu,   chodziła  w  tę  i  z  powrotem.   Robert  ją  kocha! 

Kocha! Wszystko inne jest nieważne. 

Po chwili zatrzymała się raptownie. 

–   Jak   mogłam   tego   nie   widzieć?   Jak   mogłam   być  taka   ślepa?   Pani 

Lawrence patrzyła na nią dziwnym wzrokiem. 

–   Czekam   właśnie,   aż   zejdziesz   z   chmur.   Nie   zapomnij,   że   mało 

brakowało, a nie dopuściłabym do waszego szczęścia. 

background image

Uśmiech zniknął z twarzy dziewczyny. 

– Tak, pozwalała mi pani myśleć, że Robert kocha kogoś innego. Teraz 

usłyszałam, że to z pani powodu on nie wyznał mi swej miłości. Dlaczego 

tak się stało? Dlaczego dał się powstrzymać?

– Powiedziałam mu, że kochasz Adama. Na początku nie uwierzył mi, 

chciał   zapytać   ciebie.   Wtedy   powiedziałam,   iż   nie   chcesz   o   tym 

rozmawiać, bo chociaż Adam, oczywiście, także cię kocha, to jeszcze nie 

wyznał   ci   tego.   Przekonałam   go,   iż   jego   przyjazdy   są   dla   ciebie 

kłopotliwe. 

– Jak pani mogła? Dlaczego?

– Usiądź, moja droga. Możesz teraz być pewna swego szczęścia, więc, 

proszę,   wysłuchaj,   co   jeszcze   mam   do   powiedzenia.   Nie   chcę   już   nic 

więcej ukrywać. 

Heather usiadła, a pani Lawrence kontynuowała. 

– Prawdę mówiąc, na początku jeszcze wierzyłam, że nie widząc cię 

przez jakiś czas Robert zapomni o tobie. Myliłam się jednak. Nie miałam 

pojęcia, jak silnie jest już z tobą związany. Wierzyłam także, iż pod jego 

nieobecność   pokochasz   Adama   i   pomału   mówiłam   sobie,   że   tak   się 

rzeczywiście stało. Wciąż miałam wątpliwości, lecz pragnąc szczęścia dla 

Adama, zagłuszałam je. Wydawaliście mi się bardzo sobie bliscy przez te 

wszystkie   tygodnie,   gdy   Robert   nie   przyjeżdżał,   dlatego   jego   powrót 

wyprowadził   mnie   z   równowagi.   Leżąc   w   klinice,   po   raz   pierwszy 

doszłam do wniosku, że on cię kocha. Postanowiłam więc się przekonać, 

którego   z   nich   ty   darzysz   uczuciem.   I   z   tego   między   innymi   powodu 

przysłałam go do domu tamtej nocy. Chciałam dać wam znowu szansę 

bycia razem, byście odkryli swoje uczucia. Robertowi nic nie mówiłam o 

background image

właściwym celu jego podróży. Gdy wrócił, nie miał żadnych wątpliwości 

co do tego, jak sprawy się mają między tobą a Adamem. Ja także byłam 

przekonana, że się kochacie. 

–   Ale   wczoraj,   gdy   już   pani   wiedziała,   że...   to   właśnie   Roberta 

kocham... wciąż namawiała mnie pani na małżeństwo z Adamem. 

–   Powiedzmy,   że   cię   sprawdzałam   lub   sprawdzałam   samą   siebie. 

Gdybyś  zgodziła   się   wyjść   za   Adama,   mogłabym   ci   nic   nie   mówić   o 

miłości Roberta, a on sam nigdy by ci tego nie wyznał... Zdecydowałam 

się jednak powiedzieć ci. Westchnęła i dodała pełnym smutku głosem:

– Jeden z nich musi być szczęśliwy. Teraz wiesz, że nie do mnie należy 

wybór. 

Heather podeszła i uklękła przy sofie. 

– Pani wciąż myśli, że Adam mnie kocha, czy tak? Ja jednak jestem 

pewna, że to nie jest prawdą. 

Kobieta uniosła dłoń i pogładziła Heather po włosach. 

– Nie będę już dłużej stała na drodze waszego szczęścia, życzę wam go 

z całego serca. Czy potrafisz mi uwierzyć? – Zamilkła na chwilę, a potem 

dodała: – Jak dużo Robert powiedział ci o nas?

– Myślę, że wszystko, co sam wie. – Dziewczyna podniosła się z kolan 

i usiadła na brzegu sofy. 

–   Nie   wiedziałam,   że   mój   mąż   przed   śmiercią   wszystko   wyjaśnił 

Robertowi. Wiele chciałam przed nim ukryć, przed tobą także. Lecz teraz 

nie   żałuję,   że   znacie   prawdę.   Przeciwnie,   to   wielka   ulga   –   odetchnęła 

głęboko.   –   Opieka   nad   Adamem   stała   się   moją   obsesją   i   stopniowo 

zrozumiałam, dlaczego. Jest bowiem coś, czego nie wiecie. Coś, do czego 

nikomu jeszcze się nie przyznałam i o czym Adam nigdy nie może się 

background image

dowiedzieć.   Robert,   odkąd   się   urodził,   stał   się   centrum   mojego   życia. 

Kochałam go i byłam z niego dumna... Z Adama nigdy nie byłam dumna. 

Czasem zastanawiałam się nawet, czy go kocham... To było takie okrutne, 

walczyłam   z   tym   od   początku   i   zawsze   z   tego   powodu   wyróżniałam 

Adama. Teraz nie ma już wątpliwości, że i jego kocham, choć staram się 

nie zadawać sobie pytania, którego z nich bardziej. To odosobnienie, w 

którym   go   trzymałam...   Wierzyłam,   że   to   dla   jego   dobra.   Dziś   bliska 

jestem stwierdzenia, iż kierowała mną wyłącznie duma; duma, która nie 

pozwalała   mi   przyznać   się   przed   światem,   że   mój   drugi   syn   jest 

upośledzony,   jak   sobie   wmówiłam.   Jaką   przyszłość   mu   stworzyłam? 

Gdybyś go kochała, z radością widziałabym was razem, nawet wiedząc, iż 

Robert   będzie   przez   to   nieszczęśliwy.   Lecz   ty   go   nie   kochasz...   Cóż, 

skazany jest więc na samotność. 

– Ależ nie! Dlaczego nie zgodzi się pani teraz, by Robert założył tu 

farmę? Adam byłby szczęśliwy, mając go przy sobie. Nigdy nie chciał 

jego odejścia, robił to tylko ze względu na panią. Wiem to od niego. 

–   Przez   lata   nie   pozwalałam   na   to   ich   ojcu,   potem   walczyłam   z 

Robertem...   Teraz   zaczynacie   od   nowa.   Uważasz,   że   nie   miałam   racji, 

prawda?

– Tak. I pewna jestem, że pani także musiała mieć wątpliwości. Sądzę, 

że Adam czuł się samotny i dlatego tak zaprzyjaźnił się ze mną. On musi 

mieć możliwość spotykania innych ludzi i nie ma żadnego powodu, by go 

przed tym powstrzymywać. 

–   Jakbym   słyszała   Roberta...   Gdy   już   przestał   przekonywać   mnie, 

znalazł wdzięcznego słuchacza w tobie. 

–   Nie,   nie   on   mnie   przekonał.   Prawdę   mówiąc,   zawsze   uważał,   że 

background image

jestem całkowicie pod pani wpływem. Twierdziłam bowiem, iż powinien 

dać za wygraną, że nie powinien więcej próbować wpływać na zmianę 

trybu życia pani i Adama, skoro świadomie go pani wybrała. Z czasem 

doszłam   jednak   do   przekonania,   że   wybrała   pani   samotność   tylko   ze 

względu   na   Adama.   Poznałam   go   dobrze   i   myślę,   iż   był   to   wybór 

niesłuszny. 

Pani Lawrence westchnęła głęboko. 

– Niech tym razem Adam zadecyduje. Będzie tak, jak on zechce, tyle 

mogę obiecać. Jeszcze dziś z nim porozmawiam. 

Gdy tego wieczoru Adam zszedł na dół, nietrudno było dostrzec zmianę 

w jego zachowaniu. Choć nigdy dotychczas tego nie robił, teraz zabrał się 

do   wycierania   naczyń.   Nie   miał   wprawy   i   o   mały   włos   nie   upuścił 

filiżanki. Heather uśmiechnęła się do niego. 

– Muszę poćwiczyć – stwierdził, także się uśmiechając. – i Pamiętasz, 

jak tamtego wieczora wycieraliśmy je razem z ! Robertem?

Teraz trzymał jeden z talerzy, polerując go zawzięcie, mimo iż dawno 

był już suchy. Z całej jego sylwetki promieniowała energia i zapał, z oczu 

bił mu osobliwy blask. Zauważył, że dziewczyna przygląda mu się. 

–   Cieszę   się,   że   Robert   wraca,   by   zamieszkać   z   nami   –   rzekł   z 

niezwykłym ożywieniem. – Ma zamiar założyć farmę i chce, bym ja mu w 

tym pomógł. 

– I co ty na to?

– Nie mogę się doczekać. Kiedyś rozmawialiśmy o tym, ale wtedy było 

inaczej. Ciekawe, jak dużo czasu nam to zajmie... 

–   Już   jutro   będziecie   mogli   wszystko   omówić,   Robert   przyjeżdża 

zobaczyć się z matką. 

background image

Pomogła mu dokończyć wycieranie. 

– Wychodząc za Roberta, już zawsze będziesz z nami... – powiedział, 

posyłając jej nieśmiałe spojrzenie. 

– Tak. Będę twoją siostrą. Cieszysz się?

– Bardzo. Mama też. 

– Och, Adamie! – ucałowała go radośnie. – Jak wspaniale, że wszyscy 

będziemy razem. Zobaczysz, będziemy szczęśliwi we czwórkę. 

Tak jak Heather przewidziała, nazajutrz przyjechał Robert. Zjawił się 

po   południu,   gdy   nie   było   jej   w   domu.   Celowo   wyszła,   dając   pani 

Lawrence okazję do rozmowy z synem. Poza tym, pragnęła być z nim sam 

na sam, gdy się spotkają. 

Wybrała ich ulubioną trasę, wzdłuż rzeki. Usiadła tam gdzie zawsze, 

zwrócona w stronę, z której miał nadejść Robert. 

Z daleka dostrzegła jego postać. Ze łzami szczęścia w oczach pobiegła 

mu na spotkanie.