background image

LAURELL K. HAMILTON 

 

POCAŁUNEK MISTRALA 

Tłumaczenie: Rissaya 

Beta: Averil 

www.chomikuj.pl/Rissaya 

background image

 

Nadszedł  czas  dla  Meredith  Gentry,  by  odłożyła  na  bok  swoją  pracę  detektywa  i 

zajęła się ostatecznie swoimi obowiązkami w świecie Faerie – gdzie jej wysiłki by zajść 
w  ciążę,  żeby  zostać  następczynią  tronu  Unseelie,  wpływają  na  odbudowanie  magii, 
samego  życia  i  królestwa  istot  magicznych.  Mimo,  że  jej  poszukiwania  są  pełne 
przyjemności, cienie intryg nadal wypełniają dwór królewski… a sabotaż może czaić się 
wszędzie. 

Kiedy  w  Kopcu  Unseelie  odrodziły  się  martwe  ogrody,  do  głosu  dochodzi  potężna 

magia.  Wujek  Merry,  Król  Światła  i  Iluzji,  spiskuje,  by  obwinić  jej  nieśmiertelnych 
strażników  o  zbrodnie.  Magiczne  siły,  które  opanowała  Merry  i  którymi  włada 
samodzielnie,  obracają  się  w  coś  gwałtownego  i  niebezpiecznie  nieprzewidywalnego. 
Wylęgają się spiski i kontrspiski. Obmyśla się strategie i podstępy. Przeznaczenie całego 
świata  łączy  się  z  pomyślnością  Merry  Gentry:  obiektu  obsesji,  celu  zdrady,  pionka 
niepewnego losu. 

background image

Rozdział 1 

 

Śniły  mi  się  ciepłe  ciała  i  ciasteczka.  Rozumiem  seks,  ale  ciasteczka…  Dlaczego 
ciasteczka?  Dlaczego  nie  ciasto  czy  mięso?  Ale  właśnie  to  moja  podświadomość 
wybrała na sen.  

Jedliśmy  siedząc  w  małej  kuchni,  w  moim  mieszkaniu  w  Los  Angeles  –  w 

mieszkaniu w którym w rzeczywistości już nie mieszkaliśmy. Mówiąc my mam na 
myśli  siebie,  Księżniczkę  Meredith,  jedyną  księżniczkę  faerie  urodzoną 
kiedykolwiek  na  amerykańskiej  ziemi,  oraz  ponad  tuzin  moich  królewskich 
strażników. 

Poruszali  się  dookoła  mnie,  ze  skórą  w  kolorze  najciemniejszej  nocy, 

najbielszego  śniegu,  jasnych,  świeżo  wyrosłych  liści,  brązowych  liści,  które 
opadają  uschłe  na  leśną  ziemię,  tęcza  mężczyzn  poruszających  się  nago  dookoła 
kuchni. 

W  rzeczywistości  kuchnia  w  mieszkaniu  była  tak  mała,  że  ledwie  mieściło 

się w niej troje z nas, ale we śnie każdy szedł przez tą wąską przestrzeń pomiędzy 
zlewem, kuchenką i szafkami, jakby było tu dostępne całe miejsce na świecie. 

Jedliśmy  ciasteczka,  ponieważ  przed  chwilą  kochaliśmy  się,  a  to 

wyczerpujące  zajęcie,  czy  coś  w  tym  rodzaju.  Mężczyźni  przesuwali  się  dookoła 
mnie  z  gracją,  idealnie  nadzy.  Kilku  z  tych  mężczyzn  nigdy  nie  widziałam  nago. 
Przesuwali  się  ze  skórą  w  kolorze  letniego  światła  słonecznego,  przeźroczystego 
białego kryształu, w kolorach, dla których nie miałam nazwy, kolorach, jakich nie 
ma  poza  faerie.  To  powinien  być  dobry  sen,  ale  nie  był.  Wiedziałam,  że  coś  było 
źle,  czułam  to  uczucie  niepokoju,  które  doświadczasz  w  snach,  kiedy  wiesz,  że 
szczęśliwe  znaki  są  tylko  przebraniem,  iluzją,  która  ma  ukryć  nadchodzącą 
brzydotę. 

Talerz ciasteczek był tak nieszkodliwy, tak pospolity, że aż mnie to martwiło. 

Starałam  się  przyciągnąć  do  siebie  uwagę  mężczyzn,  dotykając  ich  ciał, 
przytrzymując  je,  ale  każdy  z  nich  po  kolei  brał  ciasteczko  i  gryzł  je,  jakby  mnie 
tam nie było. 

Galen,  z  jego  bladą,  bladozieloną  skórą  i  zieleńszymi  oczami,  ugryzł 

ciasteczko  i  coś  trysnęło  z  jednej  strony.  Coś  gęstego  i  ciemnego.  Ciemny  płyn 
spływał  kroplami  po  krańcu  jego  stworzonych  do  pocałunku  ust,  opadając  na 
biały  blat  szafek.  Pojedyncza  kropla  rozprysła  się  i  była  czerwona,  tak  czerwona, 
tak świeża. Ciasteczka krwawiły. 

Wytrąciłam  je  z  ręki  Galena.  Porwałam  tacę  starając  się  powstrzymać 

mężczyzn  od  dalszego  jedzenia.  Taca  była  pełna  krwi.  Krew  spłynęła  przez  kraj 
tacy, plamiąc moje ręce. Rzuciłam tacę, która rozbiła się, mężczyźni pochylili się, 
jakby chcieli jeść z podłogi i potłuczonego szkła. Odepchnęłam ich krzycząc: Nie! 

background image

Doyle  spojrzał  na  mnie  swoimi  czarnymi  oczami  i  powiedział:  Ale  to 

wszystko co mieliśmy do jedzenia od tak dawna. 

Sen zmienił się, tak jak robią to sny. Stałam na otwartym polu, które w dali 

otaczały  drzewa.  Za  drzewami  widać  było  wzgórze,  widoczne  w  bladości 
oświetlonej  księżycem  zimowej  nocy.  Śnieg  leżał  na  ziemi  jak  gładki  koc.  Stałam 
po kostki w głębokim śniegu. Miałam na sobie luźną, szeroką togę, tak białą jak 
śnieg.  Miałam  nagie  ramiona  w  tę  zimną  noc.  Powinnam  zamarzać,  ale  tak  nie 
było. To był sen, tylko sen. 

Wtem  zdałam  sobie  sprawę,  że  jest  coś  pośrodku  polanki.  To  było  zwierzę, 

małe, białe zwierzę i pomyślałam to dlatego go nie widziałam, był biały, bielszy niż 
śnieg.  Bielszy  niż  moja  toga,  bielszy  niż  moja  skóra,  tak  biały,  że  wydawał  się 
lśnić. 

Zwierzę  podniosło  głowę,  wąchając  powietrze.  To  była  mała  świnia,  ale  jej 

pysk  był  dłuższy,  a  nogi  wyższe,  niż  u  jakiejkolwiek  świni,  jaką  widziałam. 
Chociaż  stała  pośrodku  śnieżnego  pola,  nie  było  żadnych  śladów  na  śniegu, 
żadnego sposobu, żeby warchlaczek przeszedł przez środek polany. Jakby zwierzę 
po prostu się pojawiło. 

Spojrzałam  na  okrąg  drzew,  tylko  przez  moment,  a  kiedy  znów  zwróciłam 

wzrok na warchlaka, był większy. Setki funtów cięższy i sięgał mi ponad kolana. 
Nie odwracałam znów wzroku, ale świnia znów stała się większa. Ramiona miała 
tak długie, jak mój obwód w pasie, długie, szerokie i puszyste. Nigdy wcześniej nie 
widziałam takiej futrzastej świni, jakby miała na sobie gruby, zimowy płaszcz. To 
futro wyglądało na całkowicie zwierzęce. Podniósł tą dziwnie długopyską twarz w 
moją  stronę,  widziałam  kły  wyglądające  z  jego  ust,  małe,  zakrzywione  kły.  W 
chwili,  kiedy  je  zobaczyłam,  blask  zwierzęcej  kości  na  śnieżnym  świetle,  inny 
szept trwogi przepłynął przeze mnie. 

Powinnam  opuścić  to  miejsce,  pomyślałam.  Odwróciłam  się,  żeby  odejść 

przez  okrąg  drzew.  Krąg  drzew  wyglądał  teraz  na  zbyt  regularny,  na  za  dobrze 
zaplanowany, żeby być przypadkowym. 

Za  mną  stała  kobieta,  tak  blisko,  że  kiedy  wiatr  wiał  przez  martwe  drzewa, 

jej  peleryna  z  kapturem  ocierała  się  rąbkiem  o  moją  togę.  Ułożyłam  wargi  by 
zapytać,  Kto?  Ale  nie  dokończyłam  słowa.  Wyciągnęła  rękę,  pomarszczoną  i 
zabarwioną przez wiek. Narosła we mnie mocna wiedza, mądrość rozważeń wielu 
długich, zimowych nocy. Był tu ktoś, kto posiadał wiedzę całego życia, nie, kilku 
żywotów. 

Starowinka,  wiedźma,  była  szkalowana  jako  brzydka  i  słaba.  Ale  nie 

spodziewaliśmy się po Bogini, że będzie prawdziwą starowinką i to nie było to, co 
widziałam.  Uśmiechnęła  się  do  mnie,  a  ten  uśmiech  niósł  ciepło,  którego  zawsze 
potrzebowaliśmy.  To  był  uśmiech,  który  niósł  w  sobie  tysiące  pogawędek  przy 
ognisku,  setki  tuziny  pytań  zadanych  i  odpowiedzianych.  Wiedzy  zebranej  i 

background image

zapamiętanej  podczas  niekończącego  się  życia.  Nie  było  nic,  czego  by  nie 
wiedziała, gdybym tylko mogła wymyśleć pytanie, które mogłabym zadać. 

Wzięłam  jej  rękę,  na  której  skóra  była  tak  delikatna,  jak  u  dziecka.  Była 

pomarszczona,  ale  gładkość  nie  zawsze  jest  najlepsza,  w  wieku  jest  piękno, 
którego młodzi nie znają. 

Trzymałam rękę starowinki i poczułam bezpieczeństwo, całkowite i zupełne 

bezpieczeństwo,  jakby  nic,  nigdy  nie  mogło  naruszyć  tego  poczucia  cichego 
spokoju.  Uśmiechnęła  się  do  mnie,  reszta  jej  twarzy  ginęła  w  cieniu  jej  kaptura. 
Wyciągnęła swoją rękę z mojej, starałam się ją przytrzymać, ale potrząsnęła głową 
i powiedziała, chociaż jej usta się nie poruszały: Masz pracę do wykonania. 

-  Nie  rozumiem  –  powiedziałam,  a  mój  oddech  unosił  się  mgiełką  w  zimnej 

nocy, chociaż jej tak nie robił. 

- Daj im inne jedzenie do zjedzenia. 

Zmarszczyłam brwi. 

- Nie rozumiem. 

- Odwróć się – powiedziała, a tym razem jej usta poruszyły się, ale nadal jej 

oddech nie barwił nocy. Wydawało się, że mówiła, ale nie oddychała, lub jakby jej 
oddech  był  tak  zimny  jak  zimowa  noc.  Starałam  się  przypomnieć  sobie,  czy  jej 
ręka  była  ciepła,  czy  zimna,  ale  nie  mogłam.  Wszystko,  co  pamiętałam,  to 
poczucie  spokoju  i  słuszności.  –  Odwróć  się  –  powiedziała  znów  i  tym  razem 
posłuchałam. 

Biały byk stał na środku polany – przynajmniej na to wyglądał na pierwszy 

rzut  oka.  Jego  ramiona  stały  się  tak  wysokie,  jak  ja  byłam  wysoka.  Musiał  mieć 
więcej niż dziewięć stóp

1

 długości. Jego ramiona były ogromnie szerokie, pokryte 

muskułami  wyginającymi  się  za  jego  pochyloną  głową.  Podniósł  ją,  ujawniając 
pysk wypełniony długimi, ostrymi kłami. To nie był byk, ale ogromny dzik, to, co 
zaczęło się od małej świnki. Kły, jak ostrza z kości słoniowej, lśniły, jakby patrzyły 
na mnie. 

Spojrzałam  do  tyłu,  ale  wiedziałam,  że  starowinka  odeszła.  Byłam  sama  w 

zimowej  nocy.  No  dobrze,  może  nie  tak  sama,  jak  chciałam  być.  Spojrzałam  do 
tyłu  i  zorientowałam  się,  że  olbrzymi  dzik  nadal  tam  stoi,  nadal  patrzy  na  mnie. 
Teraz  śnieg  pod  moimi  nagimi  nogami  był  zimny.  Moje  ramiona  pokryła  gęsia 
skórka i nie byłam pewna, czy drżę z zimna, czy ze strachu.  

Zauważyłam teraz na dziku białe, grube włosy. Nadal wyglądały tak miękko. 

Ale  jego  ogon  odstawał  wyprostowany  od  ciała,  a  swój  długi  pysk  wyciągnął  ku 
niebu. Kiedy oddychał, jego oddech zamieniał się w mgiełkę w powietrzu. To było 

                                       

1

 Ok. 2,74 m 

background image

złe. To znaczyło, że był rzeczywisty, w każdym razie wystarczająco rzeczywisty, by 
mnie skrzywdzić. 

Stałam  tak  nieruchomo,  jak  tylko  mogłam.  Nie  wydaje  mi  się,  żebym 

poruszyła się chociaż trochę, ale nagle zaatakował. Śnieg trysnął spod jego kopyt, 
kiedy ruszył na mnie. 

To  było  jak  obserwowanie  jakiejś  ogromnej  maszyny  staczającej  się  w  dół. 

Był  za  wielki,  by  być  rzeczywisty,  za  wielki,  żeby  to  było  możliwe.  Nie  miałam 
broni. Odwróciłam się i pobiegłam. 

Słyszałam  dzika  za  sobą.  Jego  kopyta  ślizgały  się  po  zamarzniętej  ziemi. 

Dobiegł  mnie  dźwięk,  który  był  niemalże  krzykiem.  Obejrzałam  się,  nic  nie 
mogłam  na  to  poradzić.  Moje  nogi  zaplątały  się  w  togę  i  upadłam.  Przetoczyłam 
się  po  śniegu,  starając  się  stanąć  na  nogi,  ale  toga  owinęła  mi  się  dookoła  nóg. 
Nie mogłam się uwolnić. Nie mogłam stanąć. Nie mogłam biec. 

Dzik  był  prawie  na  mnie.  Jego  oddech  zamieniał  się  w  obłok.  Rozrzucał 

śnieg  dookoła  nóg,  kawałki  zamarzniętej  ziemi  odrzucane  były  razem  z  całą  tą 
bielą.  To  była  jedna  z  tych  niekończących  się  chwil,  kiedy  czas  zatrzymuje  się,  a 
ty patrzysz jak śmierć podchodzi do ciebie. Biały dzik, biały śnieg, białe kły, całe 
błyszczące  w  świetle  księżyca,  poza  czarną  ziemią,  która  psuła  bezkresną  biel 
ciemnymi bliznami. Dzik znów wydał z siebie ten okropny, krzyczący kwik. 

Ta  gruba  zimowa  sierść  wyglądała  na  tak  delikatną.  Będzie  wyglądał 

delikatnie, kiedy przeszyje mnie śmiertelnie i wdepta w śnieg! 

Sięgnęłam  za  siebie,  czując  konar  drzewa,  cokolwiek,  by  wyciągnąć  się  ze 

śniegu.  Coś  dotknęło  mojej  ręki  i  chwyciłam  to.  Ciernie  przecięły  moją  rękę. 
Winorośl 

pokryta 

cierniami 

wypełniała 

przestrzeń 

pomiędzy 

drzewami. 

Wykorzystałam winorośl, by podciągnąć się na nogi. Ciernie wbiły się w moje ręce, 
moje  nogi,  ale  tylko  tego  mogłam  się  chwycić.  Dzik  był  tak  blisko,  że  mogłam 
poczuć  jego  zapach,  ostry  i  cierpki  w  zimnym  powietrzu.  Nie  chciałam  umierać 
leżąc na śniegu. 

Krwawiłam przez ciernie, splamiłam białą togę krwią, śnieg w ciągu minuty 

pokrył  się  karmazynowymi  kroplami.  Winorośl  poruszyła  się  pod  moją  ręką  jak 
coś  bardziej  żywego  niż  roślina.  Poczułam  oddech  dzika  jak  gorąco  na  moich 
plecach, a cierniowa winorośl otworzyła się jak drzwi. Świat wydawał się obracać, 
a kiedy znów mogłam widzieć, żeby upewnić się, gdzie znów się znalazłam, stałam 
po  drugiej  stronie  cierni.  Biały  dzik  uderzył  w  winorośl  mocno  i  szybko,  jakby 
spodziewał się rozerwać ją na wylot. Przez chwilę myślałam, że tak zrobi, potem, 
kiedy  uderzył  w  ciernie,  zwolnił.  Przestał  uderzać,  zaczął  ciąć  winorośl  wielkim 
pyskiem  i  kłami.  Tak  mógł  się  przedrzeć,  stratować  nogami,  ale  jego  biała  sierść 
była  przyozdobiona  cienkimi  krwawymi  zadrapaniami.  Mógł  się  przedrzeć,  ale 
ciernie go raniły. 

background image

Nigdy  nie  używałam  własnej  magii  we  śnie  czy  wizji,  tak  jak  robiłam  to  w 

życiu.  Ale  teraz  miałam  magię.  Dzierżyłam  rękę  krwi.  Wyciągnęłam  moją  rękę  w 
kierunku  dzika  i  pomyślałam,  Krwaw.  Sprawiłam,  że  te  wszystkie  małe 
zadrapania  zaczęły  krwawić.  Ale  bestia  nadal  walczyła,  żeby  przedrzeć  się  przez 
ciernie.  Winorośl  odrywała  się  od  ziemi.  Pomyślałam  Więcej.  Zacisnęłam  rękę  w 
pięść, ale kiedy ją otworzyłam, zadrapania rozszerzyły się. Setki czerwonych ust, 
rozszerzających  białą  skórę.  Krew  płynęła  w  dół  po  boku  i  teraz  kwik  nie  był 
krzykiem złości, czy wyzwania. Był kwikiem bólu. 

Winorośl  sama  zacisnęła  się  dookoła  dzika.  Jego  nogi  wykrzywiły  się,  a 

winorośl  związała  go  na  zamarzniętej  ziemi.  To  nie  był  już  dłużej  biały  dzik,  ale 
czerwony. Czerwony od krwi. 

W ręce miałam nóż. To było lśniące, białe ostrze, które świeciło jak gwiazda. 

Wiedziałam,  co  powinnam  zrobić.  Przeszłam  przez  spryskany  krwią  śnieg.  Dzik 
zwrócił oczy na mnie, ale wiedziałam, że jeżeli mógłby, nawet teraz zabiłby mnie. 

Wbiłam  nóż  w  jego  gardło,  a  kiedy  ostrze  wyszło,  krew  trysnęła  na  śnieg, 

ponad  moją  togę,  na  moją  skórę.  Krew  była  gorąca.  Karmazynowa  fontanna 
gorąca i życia. 

Krew  rozpuściła  śnieg  aż  do  żyznej,  czarnej  ziemi.  Z  ziemi  wyszedł  mały 

warchlaczek,  ale  tym  razem  nie  biały,  ale  brązowawy  ze  złotymi  paskami.  Był 
ubarwiony jak jelonek. Warchlaczek zapłakał, ale wiedziałam, że nikt nie odpowie. 

Schyliłam  się  i  wzięłam  go  na  ręce,  jak  szczeniaczka.  Był  taki  ciepły,  taki 

żywy.  Owinęłam  nas  oboje  w  pelerynę  z  kapturem,  którą  miałam  teraz  na  sobie. 
Moja  toga  była  teraz  czarna,  nie  czarna  od  krwi,  ale  po  prostu  czarna. 
Warchlaczek usadowił się w delikatnym,  ciepłym ubraniu. Miałam na sobie buty 
ocieplane  futerkiem,  delikatne  i  ciepłe.  W  ręce  nadal  miałam  nóż,  ale  był  czysty, 
jakby krew wypaliła się. 

Poczułam  zapach  róż.  Odwróciłam  się  i  zorientowałam  się,  że  ciało  białego 

dzika zniknęło. Ciernista winorośl pokryła się zielonymi liśćmi i kwiatami. Kwiaty 
były  białe  i  różowe,  od  bladoróżowego  do  ciemnego,  łososiowego.  Niektóre  róże 
były ciemnoróżowe, prawie purpurowe. 

Wspaniały słodki zapach dzikich róż wypełniał powietrze. Martwe drzewa w 

kręgu już nie były dłużej martwe, ale kiedy patrzyłam na nie, zaczęły wypuszczać 
liście  i  pączki.  Od  ciała  dzika  i  rozlanej  krwi  rozciągała  się  ziemia  pokryta 
roztopami. 

Malutki  warchlaczek  był  coraz  cięższy.  Spojrzałam  w  dół  i  zorientowałam 

się, że jest dwa razy większy. Położyłam go na roztapiający się śnieg i tak jak dzik 
stawał  się  cięższy,  teraz  rósł  warchlaczek.  Znów.  Nie  widziałam  zmiany,  ale  jak 
kwiaty rozwijają się niedostrzegalnie, tak on również zmieniał się. 

background image

Zaczęłam iść przez śnieg, a szybko rosnący dzik szedł za mną jak posłuszny 

pies. Szliśmy przez roztapiający się śnieg, a życie wracało na ziemię. Dzik stracił 
dziecięce paski i wyrósł czarny i szeroki w ramionach, jak ja w pasie, i nadal rósł. 
Dotknęłam  jego  pleców,  a  jego  sierść  nie  była  miękka,  ale  szorstka.  Dotknęłam 
jego boku i skulił się obok mnie. Szliśmy przez ziemię, a gdzie przeszliśmy, świat 
stawał się zielony. 

Doszliśmy  do  szczytu  małego  wzgórza,  którego  podstawą  były  kamienie, 

szare  i  zimne  w  rozjaśniającym  się  świetle.  Nadchodził  świt,  pojawiając  się  jak 
karmazynowa  rana  na  wschodnim  krańcu  nieba.  Słońce  powracało  we  krwi  i 
umierało we krwi. 

Dzik  miał  teraz  kły,  małe  i  zakrzywione,  ale  się  nie  bałam.  Trącał  nosem 

moją dłoń, a jego pysk był miększy i bardziej zwinny, bardziej jak wielki palec, niż 
jakikolwiek  ryjek  dzika,  jaki  kiedykolwiek  dotykałam.  Wydał  dźwięk,  który 
pozwalał domyśleć się, że to przyjemne. To sprawiło, że się uśmiechnęłam. Potem 
odwrócił  się  i  zbiegł  w  dół  drugiego  zbocza  wzgórza,  a  jego  ogon  sterczał  za  nim 
jak flaga. Tam, gdzie uderzyły jego kopyta, ziemia tryskała zielenią. 

Obok  mnie  na  wzgórzu  stała  postać  w  todze,  ale  to  nie  była  postać  szaro 

odzianej  starowinki,  jaką  Bogini  była  w  zimie.  To  była  męska  postać,  wyższa  niż 
ja,  szeroka  w  ramionach,  z  naciągniętym  kapturem,  tak  czarnym  jak  dzik,  który 
stawał się coraz mniejszy w oddali. 

Bóg wyciągnął rękę, a w niej miał róg. Zakrzywiony kieł wielkiego dzika. Kieł 

biały i świeży, nadal zakrwawiony, jakby przed chwilą odciął go białemu dzikowi. 
Ale kiedy ruszyłam w jego stronę, róg stał się czysty i lśniący, jakby używany od 
wielu lat, jakby wiele rąk go dotknęło. Róg nie był już dłużej biały, ale w kolorze 
bursztynu,  którego  nabiera  z  wiekiem.  Tuż  zanim  go  dotknęłam,  zorientowałam 
się, że róg wymodelował się w złoto, uformowane w kielich. 

Położyłam  rękę  po  jego  drugiej  stronie  i  zobaczyłam,  że  ręce  Boga  były 

czarne, jak jego peleryna, ale wiedziałam, że to nie mój Doyle, moja Ciemność. On 
był  Bogiem.  Spojrzałam  pod  jego  kaptur  i  zobaczyłam  przez  chwilę  głowę  dzika, 
potem  zobaczyłam  ludzkie  usta,  które  uśmiechnęły  się  do  mnie.  Jego  twarz,  jak 
twarz Bogini, była ukryta w cieniu, twarz bóstwa zawsze była tajemnicą. 

Owinął  moje  ręce  dookoła  gładkiego  kielicha  z  rogu,  rzeźbionego  złotem, 

prawie  delikatnego  pod  moimi  palcami.  Przycisnął  moje  ręce  do  kielicha. 
Zastawiałam się, gdzie zniknął biały nóż. 

Głęboki głos nie był głosem konkretnego mężczyzny, ale każdego mężczyzny. 

-  Oto  gdzie  należy  –  Nóż  pojawił  się  w  kielichu,  ostrzem  w  dół  i  znów  był 

błyszczący,  jakby  gwiazda  upadła  do  kielicha  ze  złota  i  rogu.  –  Pij  i  bądź 

background image

szczęśliwa – zaśmiał się ze swojego własnego kalamburu

2

. Podniósł lśniący kielich 

do moich ust i zniknął, pozostawiając tylko ciepły dźwięk swojego śmiechu. 

Wypiłam  z  rogu  i  zorientowałam  się,  że  słodszego  napoju  nigdy  nie  piłam, 

był  gęsty  od  miodu  i  ciepły,  jakby  samo  gorąco  lata  prześlizgnęło  się  przez  mój 
język, pieszcząc moje gardło. Przełknęłam i poczułam, że był bardziej wyskokowy, 
niż jakikolwiek zwykły alkoholowy koktajl. 

Moc jest najbardziej wyskokowym drinkiem ze wszystkich. 

                                       

2

  Gra słów: Merry po  angielsku  jest  zdrobnieniem  imienia  Meredith, a  także  znaczy  „szczęśliwy”. Powiedział 

„Drink  and  be  merry”,  co  może  znaczyć  „pij  i  bądź  szczęśliwa”,  lub  „Pij  i  bądź  Merry”  (np.  bądź  kimś  kto 
należy

 

do Merry)  

background image

Rozdział 2 

 

Obudziłam  się  otoczona  kręgiem  twarzy,  w  łóżku,  które  nie  było  moje. 

Twarze  w  kolorze  najciemniejszej  nocy,  najbielszego  śniegu,  bladej  zieleni 
młodych  liści,  złota  słonecznego  światła,  brązowych  liści  szeleszczących  pod 
stopami, które użyźnią ziemię. Ale nie było bladej skóry, która zawierała w sobie 
wszystkie  kolory  brylantowego  kryształu,  jakby  diament  wyrzeźbiony  jak  ciało. 
Zamrugałam patrząc na nich o zastanawiałam się, pamiętając o swoim śnie, gdzie 
były ciasteczka? 

Rozległ  się  głos  Doyle’a,  głęboki  i  gruby,  jakby  dochodził  do  mnie  z  dużej 

odległości. 

- Księżniczko Meredith, dobrze się czujesz? 

Usiadłam  naga,  w  łóżku  z  czarnymi,  jedwabnymi  prześcieradłami,  zimnymi 

przy  mojej  skórze.  Królowa  ulokowała  nas  na  noc  w  swoim  pokoju.  Prawdziwe 
futro,  delikatne  i  prawie  żywe,  dotykało  mojego  biodra.  Futro  poruszyło  się  i 
wyjrzała spod niego twarz Kitto. Jego wielkie niebieskie oczy dominowały na jego 
twarzy i nie miały w sobie białego. Kolor był jak u Seelie sidhe, ale same oczy były 
goblińskie.  Był  dzieckiem  ostatniej  wielkiej  wojny  pomiędzy  gobelinami,  a  sidhe. 
Jego blade, idealne ciało miało ledwie cztery stopy wzrostu, delikatny mężczyzna, 
tylko on spośród moich mężczyzn był niższy niż ja. Wyglądał dziecięco, przytulony 
do  futra,  otaczającego  jego  twarz  jak  u  jakiegoś  cherubinka  na  walentynkowej 
kartce.  Urodził  się  tysiąc  lat  wcześniej,  nim  chrześcijaństwo  pojawiło  się  na 
świecie.  Był  częścią  mojego  sojuszu  z  goblinami.  Byli  moimi  sojusznikami, 
ponieważ dzielił ze mną łóżko. 

Jego ręka odnalazła moje ramię, przesunął dłonią po mojej skórze, starając 

się  pocieszyć  mnie  w  sposób,  w  jaki  postępujemy,  kiedy  się  denerwujemy.  Nie 
podobało  mu  się,  że  patrzę  na  niego  nic  nie  mówiąc.  Przyturlał  się  bliżej  mnie, 
moc  Bogini  i  Boga  z  mojego  snu  ześlizgnęła  się  na  jego  skórę.  Twarze  piętnastu 
mężczyzn  stojących  w  kole  dookoła  łóżka  pokazały  jasno,  że  oni  również  coś 
poczuli. 

Doyle powtórzył swoje pytanie. 

- Księżniczko Meredith, dobrze się czujesz? 

Spojrzałam  na  mojego  kapitana  straży,  mojego  kochanka,  jego  twarz  była 

czarna  jak  peleryna,  jaką  miałam  w  wizji,  czy  jak  futro  dzika,  który  biegł  przez 
śnieg  i  sprowadził  wiosnę  z  powrotem  na  ziemię.  Musiałam  zamknąć  oczy  i 
głęboko  odetchnęłam,  starając  się  pozbyć  ostatnich  pozostałości  wizji  i  snu. 
Starałam się być tutaj i teraz. 

background image

Wyciągnęłam  ręce  spod  plątaniny  prześcieradeł.  W  swojej  prawej  ręce 

miałam  kielich  uformowany  z  rogu,  ze  starego  i  pożółkłego  rogu,  oprawionego  w 
złoto. Wyryto w nim symbole, które tylko kilkoro w faerie mogło teraz odczytać. W 
lewej ręce spodziewałam się znaleźć biały nóż, ale nie było go tam. Moja lewa ręka 
była pusta. Wpatrywałam się w nią przez chwilę, potem chwyciłam kielich obiema 
rękami. 

- Mój Boże – wyszeptał Rhys, chociaż jego szept był dziwnie głośny. 

- Tak – odrzekł Doyle - to dokładnie tym jest. 

-  Co  powiedział,  kiedy  dawał  ci  rogowy  kielich?  –  to  Abe  zapytał.  Abe,  o 

włosach  w  paskach  różnych  odcieni,  jasnoszarym,  ciemnoszarym,  czarnym  i 
białym,  idealne  kosmyki  w  różnych  kolorach.  Jego  oczy  były  o  kilka  odcieni 
ciemniejsze  niż  większość  ludzkich  oczu,  ale  wyglądały  inaczej,  były 
nierzeczywiste.  Gdyby  ubrać  go  jak  nowoczesnego  Gotha,  byłby  przebojem 
niejednej sceny klubowej. 

Jego oczy były dziwnie poważne. Był pijakiem i pośmiewiskiem dworu przez 

więcej lat, niż mogłam spamiętać. Ale teraz zupełnie inna osoba spoglądała z jego 
twarzy,  przelotnie  można  było  zobaczyć,  kim  kiedyś  był.  Kimś,  kto  pomyślał, 
zanim  przemówił.  Kimś,  kto  miał  inne  zajęcia,  niż  tylko  wypić  tak  szybko  i  tak 
często, jak tylko mógł. 

Abe przełknął głośno i zapytał znów. 

- Co powiedział? 

Tym razem odpowiedziałam. 

- Pij i bądź szczęśliwa. 

Abe uśmiechnął się, smutno z cierpieniem. 

- To podobne do niego. 

- Do kogo? – zapytałam. 

- Ten kielich był kiedyś mój. To mój symbol. 

Podpełzłam do brzegu łóżka i klęknęłam na nim. Wyciągnęłam kielich w jego 

stronę, trzymając go w obu rękach. 

- Pij i bądź szczęśliwy, Abeloec. 

Potrząsnął głową. 

-  Nie  zasługuję  na  względy  Boga,  Księżniczko.  Nie  zasługuję  na  niczyje 

względy. 

Nagle wiedziałam, nie z wizji, po prostu nagle posiadałam wiedzę. 

background image

-  Nie  zostałeś  wygnany  z  Dworu  Seelie  za  uwiedzenie  niewłaściwej  kobiety, 

jak wszyscy wierzą. Zostałeś wygnany, ponieważ straciłeś swoją moc. Więc kiedy 
nie  mogłeś  już  dłużej  uszczęśliwiać  dworzan  piciem  i  hulanką,  Taranis  wykopał 
cię ze złotego dworu. 

W  jednym  jego  oku  pojawiła  się  łza,  zatrzymując  się  na  krawędzi.  Abeloec 

stał  tam,  prosty  i  dumny  w  taki  sposób,  jakiego  nigdy  u  niego  nie  widziałam. 
Nigdy nie widziałam go trzeźwego, jakim  wydawał się być teraz. Zazwyczaj pił do 
nieprzytomności,  ale  ponieważ  był  nieśmiertelnym  sidhe,  oznaczało  to,  że  żadne 
narkotyki, żaden alkohol nigdy naprawdę nie pomogły mu odnaleźć zapomnienia. 
Mógł  był  otumaniony,  ale  nigdy  tak  naprawdę  nie  poznał  odurzenia  żadnym 
narkotykiem. 

W  końcu  skinął  głową  i  to  wystarczyło,  żeby  łza  spłynęła  po  jego  policzku. 

Złapałam tę łzę krawędzią rogowego kielicha.  Ta maleńka kropelka wydawała się 
spływać  do  wnętrza  kielicha  szybciej,  niż  mogła  tego  dokonać  grawitacja.  Nie 
widziałam, czy inni zauważyli, co się stało, ale Abe i ja patrzeliśmy, jak łza spływa 
od  brzegu  do  dna  kielicha.  Łza  prześliznęła  się  po  krzywiźnie  i  nagle  do  góry 
wypływał płyn, bulgocząc jak źródło w ciemnej, wewnętrznej krzywiźnie kielicha. 

Ciemnozłoty  płyn  wypełniał  kielich  aż  po  brzegi,  pachniał  miodem  i 

jagodami, a ostry zapach alkoholu wypełnił pokój. 

Ręce  Abe  objęły  moje  w  taki  sam  sposób,  w  jaki  ja  trzymałam  kielich  w 

mojej wizji z Bogiem. Podniosłam go i usta Abeloec’a dotknęły brzegu. 

- Pij i bądź szczęśliwy. Pij i bądź mój. – Powiedziałam. 

Zawahał  się,  zanim  wypił  i  patrzyłam  na  inteligencję,  jakiej  nigdy  nie 

wiedziałam  wcześniej  w  tych  szarych  oczach.  Przemówił  z  ustami  dotykającymi 
brzegu kielicha. Chciał wypić. Mogłam poczuć niecierpliwe drżenie w jego rękach, 
które pokrywały moje. 

-  Należałem  kiedyś  do  króla.  A  kiedy  nie  byłem  już  dłużej  błaznem  na  jego 

dworze,  wyrzucił  mnie  –  drżenie  jego  rąk  zelżało,  jakby  z  każdym  słowem 
odzyskiwał  stabilność.  –  Kiedyś  należałem  do  królowej.  Nienawidziła  mnie, 
zawsze.  I  upewniła  się,  swoimi  słowami  i  czynami,  że  wiem,  jak  bardzo  mnie 
nienawidzi – jego ręce były ciepłe i mocne, oparte o moje. Jego oczy były poważne, 
ciemnoszare,  grafitowoszare,  z  cieniem  czerni  gdzieś  w  środku.  –  Nigdy  nie 
należałem  do  księżniczki,  ale  boję  się  ciebie.  Boję  się  tego,  co  mi  zrobisz.  Co 
pozwolisz, żeby zrobili mi inni. Boję się to wypić i związać siebie z twoim losem. 

Potrząsnęłam głową, ale nie straciłam kontaktu z jego oczami. 

-  Nie  związuję  ciebie  ze  swoim  losem,  Abeloec,  ani  też  siebie  do  twojego. 

Jedynie  mówię,  napij  się  mocy,  którą  kiedyś  dzierżyłeś.  Bądź  tym,  czym  byłeś 
kiedyś. To, co ci daję, to nie mój dar. Ten kielich należał do Boga, Małżonka. Dał 
go mnie i poprosił, żebym podzieliła się z tobą. 

background image

- Mówił o mnie? 

-  Nie,  nie  dokładnie,  ale  poprosił,  żebym  podzieliła  się  z  innymi.  Bogini 

powiedziała  mi,  żebym  dała  wam  coś  innego  do  jedzenia  –  zmarszczyłam  brwi, 
niepewna  jak  wytłumaczyć  wszystko,  co  widziałam,  lub  zrobiłam.  Wizja  zawsze 
wydaje się być bardziej sensowna w twojej głowie niż na języku. 

Starałam się ubrać w słowa to, co czułam w sercu. 

- Pierwszy napój jest twój, ale nie ostatni. Pij i zobaczymy, co się zdarzy. 

- Boję się – wyszeptał. 

- Bój się, ale wypij, Abeloec. 

- Nie myślisz o mnie gorzej, dlatego, że się boję? 

- Tylko ci, którzy nigdy nie zaznali strachu, myślą gorzej o innych, którzy się 

boją. Szczerze mówiąc, myślę, że ten, kto nigdy nie bał się czegokolwiek w życiu, 
jest kłamcą, lub nie ma wyobraźni. 

To sprawiło, że uśmiechnął się, a potem zaśmiał. W tym śmiechu słyszałam 

echo  Boga.  Jakaś  część  starej  boskości  Abeloeca  zachowała  się  w  tym  kielichu 
przez  wieki.  Jakiś  cień  jego  dawnej  mocy  czekał  i  czuwał.  Czekał  na  kogoś,  kto 
mógł odnaleźć drogę przez wizję na wzgórze, na brzegu zimy i wiosny, na krańcu 
ciemności i świata, w miejscu pomiędzy, gdzie śmiertelny i nieśmiertelny może się 
dotknąć. 

Jego  śmiech  sprawił,  że  się  uśmiechnęłam,  w  odpowiedzi  chichoty  przeszły 

przez pokój. To był zaraźliwy rodzaj śmiechu. Śmiał się, a ty musiałaś śmiać się z 
nim. 

- Tylko trzymałeś kielich w dłoni – powiedział Rhys – a twój śmiech sprawił, 

że  uśmiechnąłem  się.  Nie  byłeś  tak  zabawny  od  wieków  –  odwrócił  swoją 
chłopięco  przystojną  twarz  do  nas,  blizny  pokrywały  miejsce,  gdzie  powinno  być 
jego  drugie  trójkolorowe  oko.  –  Pij  i  zobaczymy,  czy  staniesz  się  tym,  kim  byłeś. 
Lub nie pij i pozostań cieniem i pośmiewiskiem. 

- Kiepski dowcip – odrzekł Abeloec. 

Rhys skinął głową i podszedł bliżej do nas. Jego białe loki opadały do pasa. 

Otaczały 

najbardziej 

umięśnione 

ciało 

ze 

wszystkich 

strażników. 

Był 

równocześnie  najniższym  z  nich,  sidhe  pełnej  krwi,  który  miał  tylko  sześć  stóp, 
coś niespotykanego. – Co masz do stracenia? 

-  Musiałbym  znów  próbować.  Musiałoby  mi  znów  zależeć  –  powiedział  Abe. 

Spojrzał  na  Rhysa  z  takim  skupieniem,  z  jakim  patrzył  na  mnie,  jakby  to,  co 
mówimy, znaczyło wszystko. 

background image

- Jeżeli chcesz odczołgać się do następnej butelki, czy następnej torebeczki 

proszku,  zrób  to.  Odsuń  się  od  kielicha  i  pozwól  wypić  komuś  innemu  – 
powiedział Rhys. 

Ból przemknął przez twarz Abeloeca. 

- To jest moje. Jest częścią tego, czym byłem. 

- Bóg nie wymienił twojego imienia, Abe – powiedział Rhys. – Powiedział jej, 

by podzieliła się, ale nie powiedział z kim. 

- Ale to jest moje. 

- Tylko jeżeli to weźmiesz – stwierdził Rhys, a jego głos był niski i czysty, w 

jakiś sposób delikatny, jakby rozumiał bardziej, dlaczego Abe się boi. 

- Jest mój – znów powtórzył Abe. 

- Więc pij – powiedział Rhys, - pij i bądź szczęśliwy. 

- Pij i bądź przeklęty – dodał Abeloec. 

Rhys dotknął jego ramienia. 

-  Nie,  Abe,  powiedz  to  i  zrób,  co  możesz,  żeby  w  to  uwierzyć.  Pij  i  bądź 

szczęśliwy. Widziałem więcej z nas, którzy doszli do swoich mocy, niż ty widziałeś. 
Postawa ma na to wpływ, lub może mieć. 

Abeloec zaczął odsuwać się od kielicha, ale zeszłam z łóżka i podeszłam, by 

stanąć przed nim. 

-  Wszystko,  czegokolwiek  nauczyłeś  się  tym  długim  smutnym  czasie, 

pozostanie  z  tobą.  Ale  ty  nadal  będziesz  sobą.  Będziesz  tym,  kim  byłeś,  tylko 
starszy i mądrzejszy. Mądrość wiele kosztuje i nie należy tego żałować. 

Spojrzał na mnie na dół, swoimi oczami, ciemnymi i idealnie szarymi. 

- Prosisz mnie, żebym wypił. 

Potrząsnęłam głową. 

- Nie. To musi być twój wybór. 

- Nie rozkażesz mi tego? 

Znów potrząsnęłam głową. 

- Księżniczka ma bardzo amerykańskie wyobrażenie wolnej woli – powiedział 

Rhys. 

- Przyjmuję to jako komplement – odrzekłam. 

- Ale… - powiedział miękko Abe. 

background image

-  Tak  –  stwierdził  Rhys  –  to  znaczy,  że  wszystko  zależy  od  ciebie.  Twój 

wybór.  Twój  los.  Wszystko  w  twoich  rękach.  Jak  mówią,  wystarczy  liny,  żeby  się 
powiesić. 

- Lub się ocalić – wtrącił się Doyle i podszedł, by stanąć po drugiej stronie, 

jak  wysoka  ciemność  obok  bieli  Rhysa.  Abeloec  i  ja  staliśmy  z  bielą  po  jednej 
stronie, czerń po drugiej. Rhys był kiedyś Cromm Cruach, bogiem śmierci i życia. 
Doyle był głównym zabójcą królowej, ale kiedyś był Nodons

3

, bogiem uzdrawiania. 

Staliśmy pomiędzy nimi i kiedy spojrzałam na Abeloeca, coś poruszyło się w jego 
oczach,  jakiś  cień  osoby,  którą  przelotnie  ujrzałam  na  wzgórzu,  pod  kapturem 
peleryny. 

Abeloec  wziął  kielich,  biorąc  razem  z  nim  moje  ręce.  Razem  trzymaliśmy 

kielich,  a  on  pochylił  głowę.  Jego  wargi  zawahały  się  na  chwilę  nad  krawędzią 
gładkiego rogu, potem wypił. 

Odsunął  ręce  od  kielicha,  zanim  upadł  na  kolana,  więc  tylko  moje  dłonie 

trzymały kielich. Wypił jednym długim łykiem. 

Nadal  klęcząc  puścił  kielich  i  odchylił  głowę  do  tyłu,  zamykając  oczy.  Jego 

ciało odchyliło się, aż położył się w kałuży swoich własnych paskowanych włosów, 
z  kolanami  nadal  zgiętymi  pod  siebie.  Leżał  przez  chwilę  nieruchomo,  bardzo 
nieruchomo,  tak  że

 

zaczęłam  się  bać  o  niego.  Czekałam,  aż  jego  pierś  będzie 

podnosić się i opadać. Patrzyłam, czy oddycha, ale tego nie robił. 

Leżał  jak  ktoś  śpiący,  poza  dziwnym  kątem,  pod  którym  zginały  się  jego 

nogi,  nikt  tak  nie  śpi.  Jego  twarz  była  gładka  i  zorientowałam  się,  że  Abe  był 
jedynym z kilku sidhe, którzy mieli na stałe małe zmarszczki dookoła oczu i ust. 
Wygładziły się, kiedy spał, o ile to był sen. 

Uklęknęłam  obok  niego,  trzymając  kielich  nadal  w  rękach.  Pochyliłam  się 

nad  nim  i  dotknęłam  jego  policzka.  Nie  poruszył  się.  Położyłam  rękę  na  jego 
policzku i wyszeptałam. 

- Abeloec. 

Jego oczy otworzyły się szeroko. Spojrzał na mnie. Westchnęłam delikatnie. 

Chwycił mój nadgarstek na swoim policzku, a drugą rękę owinął dookoła mojego 
pasa.  Usiadł,  czy  klęknął,  jednym  potężnym  ruchem,  ze  mną  w  ramionach. 
Zaśmiał  się,  a  to  nie  było  wyłącznie  echo  tego  śmiechu,  który  słyszałam  w  wizji. 
Śmiech  wypełnił  pokój,  a  inni  mężczyźni  zaśmiali  się  z  nim.  W  pokoju  zabrzmiał 
szczęśliwy męski śmiech. 

Zaśmiałam  się  więc  z  nimi.  To  było  niemożliwe,  nie  śmiać  się  z  czystej 

radości na jego twarzy, tak blisko mojej. Pochylił się, zmniejszając te ostatnie cale 

                                       

3

 Nodons - bóstwo lecznicze, jego psy również posiadały zdolności leczenia, za pomocą lizania ran. 

background image

pomiędzy naszymi wargami. Wiedziałam, że zamierza mnie pocałować i chciałam 
tego. Chciałam poczuć ten śmiech wewnątrz mnie. 

Jego  wargi  przycisnęły  się  do  moich.  Głośny  szloch  przeszedł  pomiędzy 

mężczyznami,  szczęśliwymi  i  rozbawionymi.  Jego  język  polizał  moje  wargi  i 
otworzyłam  dla  niego  usta.  Szedł  do  moich  ust  i  nagle  mogłam  posmakować 
miodu,  owoców  i  słodu.  To  nie  był  tylko  jego  symbol.  To  on  był  kielichem  czy 
naczyniem.  Jego  język  przesuwał  się  we  mnie,  aż  otwarłam  usta  szeroko  i 
zassałam.  To  było  jak  łyk  gęstego,  złotego,  miodowego  słodu.  Był  alkoholowym 
kielichem. 

Leżałam  na  podłodze  z  nim  na  mnie,  ale  był  za  wysoki,  by  całować  mnie 

głęboko  i  równocześnie  przyciskać  się  do  mojego  nagiego  ciała.  Pod  nami  było 
futro położone na kamiennej podłodze. Łaskotało moją skórę, wspomagając każdy 
ruch,  który  dzięki  niemu  stawał  się  czymś  więcej,  jakby  futro  pomagało  mnie 
pieścić. 

Nasza  skóra  zaczęła  lśnić,  jakbyśmy  połknęli  księżyc  w  pełni  i  jego  światło 

lśniło  przez  naszą  skórę.  Białe  pasma  w  jego  włosach  lśniły  bladoniebieskim 
blaskiem. Jego grafitowoszare oczy stały się dziwnie ciemne. Wiedziałam, że moje 
oczy  lśnią,  każdy  okrąg  koloru,  zieleń  trawy,  jasna  zieleń  jadeitu  i  ten  w  kolorze 
płynnego złota. Wiedziałam, że każdy okrąg dookoła mojej źrenicy lśni. Moje włosy 
stały się czerwonawym światłem, które widziałam kątem oka. Lśniły jak wirujący 
granat z ogniem wewnątrz, kiedy jaśniałam. 

Jego oczy były jak głęboka, ciemna pieczara, do której nie dochodzi światło. 

Nagle  zorientowałam  się,  że  od  dłuższej  chwili  nie  całujemy  się.  Po  prostu 

wpatrywaliśmy się nawzajem w swoje twarze. Pochyliłam się do niego, obejmując 
go rękami. Zapomniałam, że nadal w jednej ręce trzymałam kielich, który dotknął 
jego nagich pleców. Jego kręgosłup wygiął się, a płyn rozlał się na jego skórę, bo

 

chociaż kielich był wcześniej opróżniony, teraz znów był pełen. Gęsty, zimny płyn 
spłynął w dół jego ciała i na moje, mocząc nas tym gęstym, złotym strumieniem. 

Jasnoniebieskie  linie  tańczyły  po  skórze  Abe.  Nie  mogłam  stwierdzić,  czy 

były pod jego skórą, wewnątrz jego ciała, czy na powierzchni jego lśniącego torsu. 
Pocałował  mnie.  Pocałował  mnie  głęboko  i  długo,  a  tym  razem  nie  smakował  jak 
słód. Smakował ciałem, wargami, ustami, językiem i muśnięciem zębów na mojej 
dolnej wardze. Słód nadal spływał w dół naszych ciał, pokrywając nas, spływając 
złotą kałużą. Futro pod nami pokleiło się od niego.  

Przesunął swoje usta i ręce w dół mojego ciała, na moje piersi. Chwycił je w 

swoje  dłonie,  delikatnie  pieścił  moje  sutki  swoimi  wargami  i  językiem,  aż 
zapłakałam  i  poczułam,  że  moje  ciało  stało  się  wilgotne,  ale  nie  od  pokrywającej 
mnie złotej kałuży słodu. 

background image

Patrzyłam jak bladoniebieskie linie na jego ramionach przepłynęły w figury, 

kwiaty i winorośle. Przesunęły się w dół jego ręki na moją skórę. Poczułam, jakby 
coś przesuwało piórem po mojej skórze. 

Jakiś głos załkał, ale to nie byłam ja i nie był to Abeloec. Brii opadł na ręce i 

kolana, jego długie żółte włosy spływały w dół do powiększającej się kałuży słodu. 

Abeloec zassał mocniej moją pierś, przyciągając moją uwagę z powrotem do 

niego.  Jego  oczy  nadal  nie  lśniły,  ale  była  w  nich  jakaś  intensywność,  będąca 
jakimś  rodzajem  magii,  rodzajem  mocy.  Mocy,  jaką  mają  wszyscy  mężczyźni, 
kiedy spływają w dół twojego ciała zręcznymi dłońmi i ustami. 

Przesunął  swoje  usta  po  mnie,  pijąc  słód,  który  zebrał  się  we  wgłębieniach 

mojego  brzucha.  Lizał  delikatną  skórę  tuż  ponad  kręconymi  włoskami  pomiędzy 
moimi  nogami.  Jego  język  przesuwał  się  pewnymi  liźnięciami  przez  tą  niewinną 
skórę.  To  sprawiło,  że  zastanowiłam  się,  jak  byłoby,  gdyby  obniżył  się  do  tych 
miejsc w moim ciele, które nie były niewinne. 

Zduszony  męski  płacz  sprawił,  że  odwróciłam  wzrok  od  ciemnych  oczy 

Abeloeca.  Znałam  ten  głos.  Galen  opadł  na  kolana.  Jego  skóra  była  zielona,  tak 
blada, że wydawała się biała, ale teraz zielone linie przesuwały się po jego skórze, 
lśniąc,  skręcając  się  pod  jego  skórą.  Formując  się  w  winorośl,  kwiaty,  obrazy. 
Inne  szlochy  przyciągnęły  moją  uwagę  do  pozostałych  w  pokoju.  Z  piętnastu 
strażników,  większość  była  na  kolanach,  a  nawet  gorzej.  Niektórzy  leżeli  na 
podłodze,  trzymając  się  z  brzuchy,  jakby  byli  uwięzieni  w  płynącym,  złotym 
płynie.  Jakby  płyn  był  płynnym  bursztynem,  a  oni  owadami,  które  zostały 
uwięzione w nim na wieczność, a teraz walczyły ze swoim przeznaczeniem. 

Niebieskie, zielone i czerwone linie przesuwały się po ich ciałach. Dojrzałam 

zarysy  zwierząt,  winorośli,  wizerunki  narysowane  na  ich  skórach,  jak  tatuaże, 
które były żywe i rosły. 

Doyle  i  Rhys  stali  w  narastającym  przypływie  i  wydawali  się  nieporuszeni. 

Ale  Doyle  spoglądał  na  swoje  ręce  i  ramiona,  na  linie  przesuwające  się  po  tych 
mocnych  ramionach,  karmazynowe  przy  całej  jego  czerni.  Ciało  Rhysa  było 
pomalowane  bladoniebieskim,  ale  nie  patrzył  na  te  linie,  patrzył  na  mnie  i 
Abeloeca. Mróz również stał w wijących się, płynących liniach, ale, tak jak Doyle, 
patrzył  na  przesuwające  się  linie,  które  lśniły  na  jego  skórze.  Nicca  stał  wysoki  i 
prosty  ze  swoimi  brązowymi  włosami,  skrzydłami  spływającymi  brylantami,  jak 
żagle  w  niektórych  żaglowcach  faerie,  ale  żadne  linie  nie  pokrywały  jego  ciała, 
pozostawał nietknięty. 

To Barinthus, najwyższy z sidhe, ruszył w kierunku drzwi. Stał przyciśnięty 

do nich, unikając wpływającego słodu, który wydawał się podpełzać przez podłogę 
jak coś żywego.  Trzymał dłoń na klamce, ale nie mógł otworzyć drzwi. Jakbyśmy 
byli uwięzieni, dopóki działa na nas magia. 

background image

Cichy  dźwięk  przyciągnął  moje  spojrzenie  do  łóżka,  gdzie  Kitto  nadal 

siedział,  bezpieczny,  ponad  płynącym  słodem.  Jego  oczy  były  rozszerzone,  jakby 
mimo to bał się. Bał się tak wielu rzeczy. 

Abeloec  przesunął  policzkiem  po  moim  udzie.  Odwróciłam  się  do  niego, 

wracając spojrzeniem do tych ciemnych, prawie ludzkich oczu. Blask jego i mojej 
skóry osłabł. Zorientowałam się, że zrobił przerwę, żeby pozwolić mi rozejrzeć się 
po pokoju. 

Teraz jego ręka prześlizgnęła się po moim udzie, obniżył twarz, zawahał się, 

jakby  chciał  złożyć  cnotliwy  pocałunek.  Ale  to,  co  robił  swoimi  ustami,  nie  było 
cnotliwe.  Pogrążył  swój  język  głęboko  i  pewnie  we  mnie.  Uczucie  odchyliło  mi 
głowę do tyłu i wygięło plecy. 

Odwróciłam  głowę,  zobaczyłam,  że  drzwi  otwierają  się,  zobaczyłam  wyraz 

zdziwienia  na  twarzy  Barinthusa,  kiedy  wszedł  Mistral,  nowy  kapitan  straży 
królowej.  Jego  włosy  były  szare  jak  deszczowe  chmury.  Kiedyś  był  panem  burz, 
bogiem  nieba.  Teraz  wszedł  do  pokoju,  poślizgnął  się  na  słodzie  i  zaczął  upadać. 
Potem  jakby  świat  zamrugał.  W  jednej  chwili  Mistral  upadał  koło  drzwi,  w 
następnej był przy mnie, opadając koło mnie. Wyciągnął rękę, by się podeprzeć, a 
ja wyciągnęłam swoją, by powstrzymać go od upadku na mnie. 

Jego ręka podparła się podłogi, ale moja dotknęła jego piersi. Zadrżał obok 

mnie,  klęcząc  i  podpierając  się  jedną  ręką,  jakby  jego  serce  zgubiło  rytm. 
Dotknęłam  go  przez  gładkość  jego  skórzanego  pancerza.  Był  w  nim  bezpieczny, 
ale  wyraz  jego  twarzy  był  taki,  jak  u  innych  zauroczonych  mężczyzn,  jego  oczy 
były rozszerzone. 

Był  wystarczająco  blisko,  żebym  mogła  zobaczyć  jego  oczy  płynące  zielenią 

nieba przed wielką burzą, która niszczy wszystko na swojej drodze. Tylko wielkie 
pożądanie  mogło  zmienić  jego  oczy  na  ten  kolor,  lub  wielki  gniew.  Kiedyś  samo 
niebo zmieniało się, tak jak oczy Mistrala. 

Moja  skóra  ożyła,  świecąc  jak  gorąca,  biała  gwiazda.  Abeloec  lśnił  wraz  ze 

mną.  Po  raz  pierwszy  zobaczyłam  linie  na  mojej  własnej  skórze,  wijące  się  linie 
koloru przesuwającego się po nas, lśniącego neonowo niebieskiego. Patrzyłam jak 
cierniste  pnącze  pełza,  niebieskie  i  żywe  na  mojej  ręce,  żeby  rozpostrzeć  się  na 
bladej skórze Mistrala. 

Ciało Mistrala owinęło się wokół mnie, jakby to te kolorowe linie pociągnęły 

go do mnie, jakby były linami, które ciągną je w dół, i w dół. Jego oczy pozostały 
niechętne,  jego  ciało  walczyło  muskułami  i  mocą.  Dopiero  kiedy  był  prawie  na 
mnie  i  Abeloecu,  kiedy  tylko  siłą  swoich  ramion  utrzymywał  swoją  twarz  nade 
mną, dopiero wtedy jego oczy zmieniły się. Patrzyłam jak ten przerażający, zielony 
kolor  blaknie  w  jego  oczach,  zastąpiony  przez  błękit  czysty  jak  letnie  niebo.  Nie 
wiedziałam, że jego oczy mogą być tak niebieskie. 

background image

Niebieskie  linie  na  jego  skórze,  namalowana  błyskawica,  przeszły  na  jego 

policzek,  potem  jego  twarz  była  już  za  blisko  mojej,  żebym  mogła  widzieć 
szczegóły. Jego usta były na moich i pocałowałam Mistrala po raz drugi w życiu. 

Pocałował  mnie,  jakby  powietrze,  którego  potrzebował  do  życia,  znajdowało 

się w moich ustach, jakby mógł zginąć, gdyby jego usta nie dotknęły moich. Jego 
ręce  ześlizgnęły  się  w  dół  mojego  ciała  i kiedy  dotknął  moich  piersi  z  jego  gardła 
wydobył się dźwięk pełen pożądania, prawie pełen bólu. Abeloec wybrał tę chwilę, 
by  przypomnieć  mi,  że  przy  moim  ciele  są  więcej  niż  jedne  usta.  Dostał  się 
pomiędzy  moje  uda  językiem,  wargami  i  delikatnie  zębami,  więc  wydałam  swój 
własny spragniony dźwięk prosto w usta Mistrala. Wyciągnęłam z niego następny 
taki dźwięk, który był równocześnie pełen pożądania i bólu, jakby chciał tego tak 
bardzo, że to aż bolało. Jego ręka zacisnęła się na moich piersiach. Wystarczająco 
mocno, żeby to zabolało, ale w pewien sposób ten ból przechodził w przyjemność. 
Wiłam  się  pod  ustami  ich  obu,  przyciskając  wargi  do  Mistrala,  a  biodra  do 
Abeloeca. To była taka chwila, w której świat kręcił się przed oczami. 

Najpierw  pomyślałam,  że  wszystko  dzieje  się  w  mojej  głowie,  usidlonej 

przyjemnością.  Potem  zorientowałam  się,  że  nie  czuję  już  pod  sobą  futrzanego 
dywanika, ciężkiego od słodu. Zamiast tego leżałam na suchych gałązkach, które 
dźgały i szturchały moje nagie ciało. 

Zmiana  otoczenia  była  wystarczająca,  żeby  odciągnąć  naszą  uwagę  od 

dotyku  ust  i  rąk.  Byliśmy  w  ciemnym  miejscu,  jedynym  światłem  był  blask 
naszych ciał. Ale ten blask był jaśniejszy niż tylko od naszej trójki. To sprawiło, że 
spojrzałam ponad dotykającymi mnie mężczyznami. Mróz, Rhys i Galen sami byli 
jak  jasne  duchy.  Doyle  był  prawie  niewidoczny,  poza  liniami  mocy.  Byli  też  inni, 
jarzący  się  w  ciemności,  prawie  wszystkie  bóstwa  roślinne  i  Nicca,  stojący  ze 
swoimi  skrzydłami,  lśniącymi  dookoła  niego.  Wróciły  dzisiejszej  nocy  do  postaci 
tatuażu  na  jego  plecach.  Nie  pamiętałam,  żeby  Nicca  dotykał  słodu.  Spojrzałam 
na  Barinthusa  i  Kitto,  ale  ich  nie  było.  Wydawało  się,  że  to  magia  zabrała 
wybranych  spośród  moich  mężczyzn.  Przez  blask  naszych  ciał  widziałam  uschłe 
rośliny. Zwiędłe. 

Byliśmy w martwych ogrodach, w magicznych kiedyś terenach pod ziemią, o 

których  legendy  opowiadały,  że  faerie  miało  własne  słońce  i  księżyc,  deszcz  i 
pogodę. Nigdy niczego z tego nie widziałam. Moc sidhe opadła na długo, zanim się 
urodziłam.  Teraz  ogrody  były  po  prostu  martwe,  a  niebo  ponad  nami  było  tylko 
nagimi, pustymi skałami. 

- Jak? – usłyszałam czyjś głos. 

Linie  kolorów  zalśniły  mocniej  w  ciemności:  karmazyn,  neonowy  niebieski, 
szmaragdowozielony.  To  sprawiło,  że  w  ciemności  rozległ  się  płacz  i  posłało  usta 
Abeloeca z powrotem pomiędzy moje nogi. Usta Mistrala przyciskały się do moich, 
jego ręce były spragnione mojego ciała. To była słodka pułapka, ale jednak to była 
pułapka.  Zastawiona  na  nas  przez  coś,  co  troszczyło  się  niewiele  o  to,  czego 

background image

pragnęliśmy. 

Magia 

faerie 

trzymała 

nas 

nie 

uwolni, 

aż 

będzie 

usatysfakcjonowana.  Starałam  się  obawiać  tego,  ale  nie  mogłam.  Nie  było  nic 
poza dotykiem ciał Abeloeca i Mistrala na moim oraz martwą ziemią pode mną.  

background image

Rozdział 3 

 

Język  Abeloeca  przejechał  długim,  pewnym  liźnięciem  dookoła  brzegu 

wejścia do mojego ciała, potem pieścił mnie, co jakiś czas zapuszczając się znów 
do  środka.  Ręka  Mistrala  bawiła  się  moimi  piersiami  w  taki  sam  sposób,  w  jaki 
mnie całował, jakby nie miał dosyć mojego ciała, jakby te doznania były czymś, co 
musiał mieć. Pieścił moje sutki palcami, a w końcu odsunął usta od moich, żeby 
dołączyły  do  rąk  na  piersiach.  Wciągnął  jedną  pierś  do  swoich  ust  tak  głęboko, 
jak  tylko  mógł,  jakby  naprawdę  chciał  zjeść  moje  ciało.  Ssał  mocno,  coraz 
mocniej, aż jego zęby zaczęły naciskać na mnie. 

Abeloec przesunął się do tego słodkiego  miejsca i zaczął pieścić je językiem 

na  wierzchu  i  dookoła.  Zęby  Mistrala  naciskały  powoli,  jakby  czekał,  kiedy 
powiem  stop,  ale  tego  nie  zrobiłam.  Połączenie  ust  Abeloeca,  pewnych  i 
delikatnych między moimi udami i nieubłaganego nacisku ust Mistrala na moich 
piersiach, coraz mocniejszego, to było coś wspaniałego. 

Delikatny  wietrzyk  tańczył  na  mojej  skórze.  Podmuch  wiatru  pchnął 

kosmyki włosów Mistrala na moje ciało, uwalniając je z długiego końskiego ogona. 
Jego zęby nadal bezwzględnie naciskały. Miażdżył moje piersi swoimi zębami i to 
było cudowne uczucie. Język Abeloeca trzepotał coraz szybciej ponad tym jednym 
słodkim punktem. 

Wiatr wiał mocniej, zawiewając uschłe liście na nasze ciała. 

Zęby  Mistrala  prawie  spotkały  cię  na  mojej  piersi  i  to  bolało.  Otworzyłam 

usta, by powiedzieć mu żeby przestał, ale w tej chwili Abeloec musnął ten ostatni 
raz, którego potrzebowałam. Doprowadził mnie do krzyku, moje ręce rozrzuciły się 
do góry, szukając czegoś, czego mogłabym się przytrzymać, kiedy Abeloec tworzył 
orgazm językiem i ustami. 

Moje  ręce  odnalazły  Mistrala.  Wbiłam  paznokcie  w  jego  nagie  ramię,  kiedy 

jedna  z  moich  rąk  sięgnęła  jego  uda,  chwycił  moje  nadgarstki.  By  to  zrobić, 
uwolnił  moją  pierś  z  więzienia  swoich  zębów.  Przyszpilił  moje  ręce  do  suchej 
ziemi,  kiedy  krzyknęłam  i  napięłam  się,  sięgając  po  niego  paznokciami  i  zębami. 
Podpierał się tuż nade mną, przyciskając moje nadgarstki do ziemi. Spojrzał w dół 
na  mnie  oczami,  w  których  migotało  światło.  Ostatnie,  co  dostrzegłam  w  jego 
oczach,  zanim  Abeloec  sprawił,  że  poruszałam  głową  na  boki  walcząc  z 
narastająca  przyjemnością,  to  to,  że  były  pełne  błyskawic,  uderzających, 
tańczących i tak jasnych, że rzucały cienie na blask mojej skóry.  

Ręce Abeloeca wbiły się w moje ciało, przytrzymując mnie na miejscu, kiedy 

szarpałam się, żeby się uwolnić. Czułam się tak dobrze, tak cudownie. Myślałam, 
że  zaraz  oszaleję,  jeżeli  nie  przestanie.  Tak  cudownie,  że  chciałam  równocześnie, 
by przestał i żeby nigdy nie przestawał. 

background image

Wiatr wiał mocniej. Suche gałązki pnączy szumiały w narastającym wietrze, 

drzewa  trzeszczały  w  proteście,  jakby  ich  martwe  konary  mogły  nie  przetrwać 
ostatniego wiatru. 

Linie  kolorów,  które  pochodziły  od  Abeloeca,  czerwone,  niebieskie  i  zielone 

stawały się mocniejsze w podmuchach wiatru. Kolor pulsował coraz jaśniej. Może 
dlatego,  że  światło  było  tak  intensywnie kolorowe,  nie  tyle  rozpraszało  ciemność, 
ile sprawiało, że lśniła ona– jakby bezkresna noc muśnięta światłem neonów. 

Abeloec  odsunął  się  od  moich  ud  i  w  chwili,  kiedy  to  zrobił,  światło  nieco 

przygasło,  troszeczkę.  Klęknął  pomiędzy  moimi  nogami  i  zaczął  rozsznurowywać 
spodnie.  Jego  nowoczesne  ubranie  zostało  zniszczone  ostatniej  nocy  podczas 
próby  zamachu.  Tak  jak  większość  mężczyzn,  którzy  rzadko  opuszczali  faerie, 
miał tylko kilka rzeczy z zamkami i metalowymi guzikami. 

Zaczęłam mówić nie, ponieważ nie zapytał i dlatego, że magia opadła. Znów 

mogłam myśleć, jakby orgazm oczyścił mi umysł. 

Zamierzałam  mieć  tak  wiele  seksu,  ile  tylko  mogłam,  dlatego,  że  jeżeli 

szybko  nie  zajdę  w  ciążę,  nie  tylko  nie  zostanę  królową,  ale  najprawdopodobniej 
umrę. Jeżeli mój kuzyn Cel zapłodni kogoś, zanim ja zajdę w ciążę, będzie królem 
i  zabije  mnie,  a  także  wszystkich,  którzy  są  lojalni  względem  mnie.  To  była  taka 
zachęta do seksu, jakiej nie mógł zapewnić żaden afrodyzjak. 

Ale  coś  ostrego  było  pod  moimi  plecami,  a  coś  mniejszego  raniło  mnie  w 

niższe  części  ciała.  Uschłe  konary,  kawałki  roślin  poszturchiwały  i  uderzały  we 
mnie. Nie zauważałam ich wcześniej, przed orgazmem, kiedy endorfiny znieczuliły 
mój organizm. Nie było prawie żadnej poświaty, kiedy opadły uczucia przyniesione 
przez  orgazm  i  poczułam  każdą  niedogodność.  Jeżeli  Abeloec  chciał  pozycji 
misjonarskiej, potrzebowaliśmy koca. 

To  było  niepodobne  do  mnie,  by  tak  szybko  stracić  zainteresowanie.  Jeżeli 

Abeloec był tak utalentowany w innych rzeczach, jak utalentowane były jego usta, 
to chciałam mieć go w swoim łóżku, tylko dla zwykłej przyjemności. Dlaczego więc 
nagle  nie  interesowałam  się  swoimi  wargami  i  pożądaniem,  ale  tym,  co  leżało  na 
ziemi? 

Wtem w ciemności narastającej po tym,  jak zgasły linie kolorów, rozległ się 

głos, który zmroził nas wszystkich i sprawił, że poczułam puls w gardle. 

-  Proszę,  proszę,  proszę.  Wzywałam  mojego  kapitana  straży,  Mistrala  i  nie 

można  było  go  nigdzie  znaleźć.  Moi  uzdrowiciele  powiedzieli  mi,  że  wszyscy 
zniknęliście  z  sypialni.  Szukałam  was  w  ciemności  i  oto  jesteście.  –  Andais, 
Królowa Powietrza i Ciemności wyszła z odległej ściany. Jej blada skóra jaśniała w 
narastającej  ciemności,  ale  koło  niej  było  światło,  jakby  ciemność  mogła  być 
ogniem i dawać poświatę. 

background image

- Gdybyś stał w świetle, może bym cię nie znalazła, ale stoisz w ciemności, 

głębokiej  ciemności  martwych  ogrodów.  Nie  możesz  się  tutaj  przede  mną  ukryć, 
Mistral. 

- Nikt się przed tobą nie ukrywa, moja królowo – powiedział Doyle, pierwszy 

z nas, który odezwał się, od kiedy się tutaj znaleźliśmy. 

Minęła  go  w  milczeniu  i  przeszła  przez  suchą  trawę.  Wiatr,  który  wcześniej 

rozwiewał liście, teraz ucichł, a kolory zgasły. 

Ostatni podmuch wiatru rozwiał brzeg jej czarnej szaty. 

- Wiatr? – powiedziała to jak pytanie. – Tutaj nie było wiatru od wieków. 

Mistral  zostawił  mnie,  by  uklęknąć  przed  nią.  Jego  skóra  straciła  blask, 

kiedy  odsunął  się  ode  mnie  i  Abeloeca.  Zastanawiałam  się,  czy  w  jego  oczach 
nadal uderzają błyskawice, byłoby lepiej, żeby nie. 

-  Dlaczego  odszedłeś  od  mojego  boku,  Mistral?  –  Dotknęła  jego  brody 

długim, szpiczastym paznokciem, podnosząc jego twarz tak, że patrzył na nią. 

- Szukałem porady – powiedział, a jego głos wydawał się równocześnie niski 

i  donośny  w  narastającej  ciemności.  Teraz,  kiedy  Abeloec  i  ja  przestaliśmy  się 
kochać,  przygasało  światło,  blask  skóry  pozostałych  też  opadł.  Wkrótce 
znajdziemy  się  w  ciemności  tak  całkowitej,  że  można  będzie  dotknąć  własnych 
gałek  ocznych,  nie  zauważywszy  tego  wcześniej.  Kot  byłby  tu  ślepy,  nawet  kocie 
oczy potrzebują trochę światła. 

Starał się pochylić głowę, ale trzymała go palcami za podbródek. 

- Szukałeś porady u mojej Ciemności? 

Abeloec  pomógł  mi  wstać  i  przytulił  mnie,  nie  dla  romantyzmu,  ale  w 

sposób, w jaki istoty magiczne dotykają się, kiedy się denerwują. Dotykaliśmy się 
nawzajem,  przytulając  się  w  ciemności,  jakby  dotyk  ręki  kogoś  drugiego  mógł 
powstrzymać złe rzeczy od zdarzenia się. 

- Tak – powiedział Mistral. 

-  Kłamca  –  powiedziała  królowa  i  ostatnią  rzeczą,  którą  zobaczyłam,  zanim 

ciemność  ogarnęła  świat,  był  błysk  ostrza  w  jej  drugiej  ręce.  Błysnęło  spod  jej 
szaty, gdzie je ukryła. 

Odezwałam się zanim pomyślałam. 

- Nie! 

Jej  głos  przetoczył  się  przez  ciemność,  wydawało  się,  że  pełznął  przez  moją 

skórę. 

background image

-  Meredith,  moja  bratanico,  czy  ty  właśnie  zabraniasz  mi  ukarać  jednego  z 

moich strażników? Nie jednego z twoich, ale moich, moich! 

Ciemność  stała  się  cięższa,  grubsza,  musiałam  włożyć  więcej  wysiłku  w 

oddychanie.  Wiedziałam,  że  królowa  może  sprawić,  że  powietrze  stanie  się  tak 
ciężkie,  że  zgniecie  we  mnie  życie.  Mogła  uczynić  powietrze  tak  gęstym,  że  moje 
śmiertelne  płuca  nie  mogły  go  wciągnąć.  Prawie  zabiła  mnie  zaledwie  wczoraj, 
kiedy wtrąciłam się w jedną z jej „zabaw”. 

- W martwych ogrodach wieje wiatr – głęboki głos Doyle’a był niski, głęboki, 

wydawał  się  wibrować  na  mojej  skórze.  –  Poczułaś  ten  wiatr.  Sama  go 
skomentowałaś. 

-  Tak,  skomentowałam.  Ale  teraz  odszedł.  Teraz  ogrody  są  martwe,  jak 

zawsze będą. 

Jasnozielone  światło  ukazało  się  w  ciemności.  Doyle  trzymał  malutki 

zielonkawy płomień w swoich rękach.  To była jedna z jego rąk mocy. Widziałam, 
jak dotyk tego ognia podpełzał na innego sidhe

 

i sprawiał, że pragnął śmierci. Ale 

jak wiele rzeczy w faerie miał też inne zastosowanie. Był światłem w ciemności. 

Światło  pokazało  nam,  że  to  już  nie  czubkami  palców  trzymała  podbródek 

Mistrala  w  górze,  ale  czubkiem  ostrza.  Jej  mieczem,  Śmiertelnym  Strachem. 
Jednym  z  kilku  rzeczy,  które  mogły  sprowadzić  prawdziwą  śmierć  na 
nieśmiertelnych sidhe. 

-  A  co,  jeśli  ogrody  znów  ożyją?  –  zapytał  Doyle  -  Jak  ożyły  znów  róże  przy 

sali tronowej. 

Uśmiechnęła się nieprzyjemnie. 

-  Czy  tu  proponujesz  przelać  więcej  drogocennej  krwi  Meredith?  To  była 

cena za odrodzenie się róż. 

- Są sposoby, żeby dać życie bez przelewania krwi – powiedział. 

-  Myślisz,  że  możecie  pieprzeniem  sprawić,  by  ogród  powrócił  do  życia?  – 

Zapytała. Użyła ostrza, żeby wyprostować klęczącego Mistrala. 

- Tak – powiedział Doyle. 

- Chciałabym to zobaczyć – powiedziała. 

-  Nie  wydaje  mi  się,  żeby  to  zadziałało,  jeżeli  będziesz  tutaj  -  powiedział 

Rhys.  Białe  światło  pojawiło  się  ponad  jego  głową.  Małe,  okrągłe,  świeciło 
delikatną bielą, kiedy szedł. To było światło, jakie większość sidhe, większość istot 
magicznych  mogło  wyczarować,  mała  magia,  którą  większość  z  nas  opanowała. 
Jeżeli ja chciałam światła w ciemności, musiałam znaleźć latarkę lub zapałki. 

background image

Rhys  przesunął  się  w  swoim  delikatnym  okręgu  światła,  idąc  powoli  w 

stronę królowej. 

- Trochę pieprzenia po kilku wiekach celibatu ośmieliło cię, jednooki. 

- Pieprzenie mnie uszczęśliwiło – powiedział. – To mnie ośmieliło. 

Podniósł  swoją  prawą  rękę,  pokazując  jej  coś  na  wewnętrznej  stronie. 

Światło  nie  było  wystarczająco  mocne,  również  kąt  nie  był  właściwy,  więc  nie 
widziałam, co było takie interesujące. 

Skrzywiła się, potem, kiedy podszedł bliżej, jej oczy rozszerzyły się. 

- Co to jest? 

Jej  dłoń  obniżyła  się  na  tyle,  żeby  Mistral  nie  musiał  wyciągać  się,  by 

uchronić się od skaleczenia. 

- To jest dokładnie to, o czym myślisz, moja królowo – powiedział Doyle. On 

również przysunął się do niej. 

-  Jesteście  wystarczająco  blisko,  obaj  –  podkreśliła  swoje  słowa,  zmuszając 

Mistrala do odchylenia się na kolanach. 

- Nie chcieliśmy cię skrzywdzić, moja królowo – powiedział Doyle. 

- Może to ja skrzywdzę ciebie, Ciemności. 

- To twój przywilej – powiedział. 

Otworzyłam  usta  żeby  go  poprawić,  ponieważ  był  teraz  kapitanem  mojej 

straży. Nie mogła go tak po prostu zranić, już nie. 

Abeloec zacisnął rękę na moim ramieniu. 

- Jeszcze nie, Księżniczko – wyszeptał w moje włosy. – Ciemność jeszcze nie 

potrzebuje twojej pomocy. 

Chciałam  się  kłócić,  ale  to  brzmiało  rozsądnie.  Otworzyłam  usta,  by  się 

kłócić, ale spojrzawszy na jego twarz, zrezygnowałam.  

Coś  uderzyło  w  moje  biodro  i  zorientowałam  się,  że  trzyma  rogowy  kielich. 

On  był  kielichem,  a  kielich  był  nim  w  jakiś  mistyczny  sposób,  ale  kiedy  go 
dotykał, stawał się czymś więcej. Bardziej… rozsądnym. Czy raczej takie były jego 
rady. 

Nie  byłam  pewna,  czy  podoba  mi  się  to,  ale  odpuściłam.  Mieliśmy 

wystarczająco problemów bez zawracania sobie głowy błahostkami. 

- Co jest na ramieniu Rhysa? – wyszeptałam. 

background image

Ale  Abeloec  i  ja  staliśmy  w  ciemności,  a  Królowa  Powietrza  i  Ciemności 

mogła  słyszeć  wszystko,  co  zostało  powiedziane  w  ciemności.  Więc  to  ona  mi 
odpowiedziała. 

- Pokaż jej, Rhys. Pokaż jej, co sprawiło, że jesteś śmiały. 

Rhys nie odwrócił się do niej plecami, ale przesunął się tak, by odwrócić się 

do  nas,  delikatne,  białe,  czarodziejskie  światło  przesunęło  się  wraz  z  nim, 
pokazując  zarys  jego  ciała.  W  walce  to  przyniosłoby  więcej  szkody  niż  pożytku, 
zrobiłoby  z  niego  cel.  Ale  nieśmiertelni  nie  zwracają  uwagi  na  takie  rzeczy,  jeżeli 
nie  możesz  umrzeć,  zdaje  się,  że  wystawiasz  się  jako  widoczny  cel,  kiedy  tylko 
chcesz. 

Najpierw  dotknęło  nas  światło,  jak  pierwszy  oddech  świtu  ślizgający  się  po 

skórze,  tak  biały,  tak  czysty,  jak  wtedy,  kiedy  świt  jest  niczym  więcej  niż 
opadającą ciemnością. Kiedy Rhys podszedł bliżej do nas, białe światło wydawało 
się rozszerzać, ześlizgując się w dół jego ciała i pokazując, że nadal jest nagi. 

Wyciągnął  do  mnie  ramię.  Był  tam

 

bladoniebieski  szkic  ryby,  która 

zaczynała  się  tuż  ponad  nadgarstkiem,  a  sięgała  aż  do  łokcia.  Była  skierowana 
głową w dół, w kierunku ręki i wydawała się dziwnie zakrzywiona, jakby półkole, 
czekające na drugą część. 

Abeloec dotknął go, tak jak zrobiła to królowa, czubkami palców. 

-  Nie  widziałem  tego  na  twoim  ramieniu,  odkąd  przestałem  być  opiekunem 

pubów. 

- Znam ciało Rhysa – powiedziałam. – Nigdy wcześniej tu nic nie było. 

- Nie za twojego życia – odrzekł Abeloec. 

Oderwałam spojrzenie od niego na Rhysa. 

- To jest ryba, dlaczego… 

- To łosoś – powiedział – tak dokładnie. 

Zamknęłam usta, żeby nie powiedzieć czegoś głupiego. Postarałam się zrobić 

to, czego uczył mnie ojciec, pomyśleć. Myślałam na głos…  

-  Łosoś  oznacza  wiedzę.  Jedna  z  naszych  legend  mówi,  że  ponieważ  łosoś 

jest  najstarszą  z  żyjących  istot,  ma  całą  wiedzę  od  początku  świata.  Z  tej  samej 
legendy wywodzi się jego drugie znaczenie: długowieczność. 

- Legenda, tak? – Powiedział Rhys z uśmiechem. 

- Mam stopień z biologii, Rhys, nic co powiesz, nie przekona mnie, że łosoś 

poprzedza dinozaury. Jest współczesną rybą, współczesną na tabeli geologicznej. 

Abeloec popatrzył na mnie zaciekawiony. 

background image

-  Zapomniałem,  że  książę  Essus  nalegał,  żebyś  kształciła  się  pomiędzy 

ludźmi – uśmiechnął się. – Kiedy tak myślisz nad czymś, nie jest łatwo rozproszyć 
twoją uwagę – napiął swoją drugą rękę, tę, w której trzymał kielich. 

Skrzywiłam się i odsunęłam się od niego. 

- Przestań. 

-  Piłaś  z  jego  kielicha  –  powiedział  Rhys.  –  Powinien  być  zdolny,  żeby 

namówić  cię  prawie  do  wszystkiego  –  uśmiechnął  się,  kiedy  to  mówił.  –  Gdybyś 
była człowiekiem. 

- Zdaje się, że nie jest wystarczająco człowiekiem – wtrącił Abeloec. 

-  Zachowujecie  się,  jakby  te  blade  tatuaże  były  czymś  ważnym.  Nie 

rozumiem, dlaczego? 

- Czy Essus nie opowiadał ci o nich? – zapytał Rhys. 

Zmarszczyłam brwi. 

- Mój ojciec nie wspominał nic o tatuażach na twoim ramieniu. 

Królowa prychnęła ironicznie. 

- Essus nie uważał, żebyś był wystarczająco ważny, by o tobie opowiadać. 

- Nie powiedział jej – odezwał się Doyle - z takiego samego powodu, z jakiego 

nie wie Galen. 

Galen nadal leżał w martwym ogrodzie. Wszyscy mężczyźni, którzy upadli na 

ziemię,  nadal  klęczeli,  lub  siedzieli  w  nieruchomej  wegetacji.  Delikatne 
zielonkawobiałe  światło  zaczęło  formować  się  ponad  głową  Galena.  Nie  tak  jak 
przy Rhysie, ale bardziej jak mała kula światła ponad jego głową. 

Galen  odnalazł  swój  głos,  ochrypły,  musiał  mocno  odchrząknąć,  zanim  był 

w stanie odezwać się. 

- Ja również nie wiem nic o jakichkolwiek tatuażach Rhysa. 

- Nikt z nas nie mówił o tym młodszym, Królowo Andais – odezwał się Doyle. 

–  Wszyscy  wiedzą,  że  nasi  wyznawcy  malowali  się  symbolami  i  szli  w  bój,  a  te 
symbole chroniły ich. 

- W końcu nauczyli się nosić zbroje – powiedziała Andais. Jej ramię obniżyło 

się wystarczająco, by Mistral znów mógł wygodnie klęczeć. 

-  Tak, tylko kilka ostatnich fanatycznych plemion starało się szukać naszej 

łaski i błogosławieństwa. Zginęli za to oddanie – powiedział Doyle. 

- O czym ty mówisz? – zapytałam. 

background image

- Kiedyś, my sidhe, ich bogowie, byliśmy pomalowani symbolami, które były 

oznakami  błogosławieństwa  Bogini  i  Boga.  Ale  nasza  moc  opadła,  więc  znaki 
zniknęły z naszych ciał – powiedział Doyle głosem gęstym jak melasa. 

Rhys podjął opowiadanie. 

- Kiedyś, kiedy nasi wyznawcy pomalowali swoje ciała w takie znaki, jak na 

naszych, zyskiwali pewną ochronę, magię, jaką my mieliśmy. To był również znak 
oddania, ale kiedyś, dawno, dawno temu, mogli dosłownie wezwać nas na pomoc 
–  spojrzał  na  słabo  widoczną  niebieską  rybę  na  swoim  ramieniu.  –  Nie  miałem 
tego znaku od prawie czterech tysięcy lat. 

- Ten znak jest niekompletny – odezwała się królowa spod ściany. 

- Tak – potwierdził Rhys i spojrzał na nią. – Ale to jest początek. 

Doszedł nas delikatny głos Nikki, prawie zapomniałam o nim, kiedy stał tak 

nieruchomo  obok  mnie.  Jego  skrzydła  zaczęły  błyszczeć  w  ciemności,  jakby  jego 
żyły  zaczęły  pulsować  światłem  zamiast  krwią.  Wachlował  tymi  ogromnymi 
skrzydłami.  Były  tylko  znamieniem,  z  którym  się  urodził,  znamieniem  na  jego 
plecach,  aż  kilka  dni  temu  wytrysnęły  z  jego  pleców,  w  końcu  rzeczywiste  i 
prawdziwe.  Zaczęły  lśnić,  jakby  jego  własne  kolory  zastygły  w  szkle  i  lśniły  w 
świetle słonecznym, którego my nie widzieliśmy. 

Wyciągnął  swoją  prawą  rękę  i  pokazał  nam  znak  na  zewnętrznej  części 

nadgarstka,  prawie  na  samej  ręce.  Światło  było  dla  mnie  za  słabe,  żebym  była 
pewna, co to jest, ale odezwał się Doyle. 

- Motyl – powiedział. 

-  Nigdy  nie  miałem  znaku  łaski  od  Bogini  –  powiedział  Nicca  swoim 

delikatnym głosem. 

Królowa  obniżyła  całkowicie  swoje  ostrze,  więc  znów  stało  się  niewidoczne 

przy czerni jej szaty. 

- A co z pozostałymi? 

-  Będziecie  zdolni  to  poczuć,  jeżeli  o  tym  pomyślicie  –  powiedział  Rhys  do 

pozostałych. 

Mróz wezwał kulę zamglonego szarosrebrnego światła. Utrzymała się ponad 

jego  głową,  tak  jak  zielonkawe  światło  Galena.  Mróz  zaczął  odpinać  koszulę. 
Rzadko  rozbierał  się,  jeżeli  tylko  mógł  tego  uniknąć,  więc  wiedziałam,  zanim 
obnażył idealną krzywiznę swojego prawego ramienia, że tam coś jest. 

Obrócił ramię, żeby zobaczyć. 

- Pokaż nam – odezwała się królowa. 

background image

Pokazał jej pierwszej, potem odwrócił się powoli, po półkolu, do nas. Było

 

to 

blade i niebieskie, jak u Rhysa, małe, suche drzewo, bez liści, nagie, a ziemia pod 
spodem  wydawała  się  aluzją  do  ośnieżonej  skarpy.  Jak  łosoś  Rhysa,  było 
wyblakłe i wydawało się niekompletne, jakby ktoś zaczął pracę, ale nie skończył. 

- Zabójczy Mróz nigdy nie posiadał znaku łaski – powiedziała królowa, a jej 

głos był dziwnie nieszczęśliwy. 

-  Nie  –  odrzekł  Mróz  -  nie  posiadałem.  Nie  byłem  pełnym  sidhe,  kiedy 

ostatnio  sidhe  byli  obdarzeni  takimi  znakami.  -  Obniżył  rękaw  koszuli  i  zaczął 
zapinać  guziki.  Był  nie  tylko  ubrany,  był  uzbrojony.  Większość  z  pozostałych 
miała  miecz  i  sztylet,  ale  tylko  Doyle  i  Mróz  mieli  pistolety.  Rhys  zostawił  swoją 
broń razem z ubraniem w sypialni. 

Zauważyłam  wybrzuszenia  tu  i  tam  pod  koszulą  Mroza,  co  oznaczało,  że 

miał  więcej  broni,  niż  było  widać.  Lubił  być  uzbrojony,  ale  tak  wiele  broni 
znaczyło, że coś sprawiło, że stał się nerwowy. Próby zamachów, może, a może coś 
innego. Jego przystojna twarz była nie do odczytania, ukryta za arogancją, którą 
używał jak maski. Może po prostu ukrywał swoje myśli i uczucia przed królową, a 
może znów… Mróz miał skłonności do dąsania się. 

-  Pozwólmy  Abeloecowi  i  Merry  dokończyć  to,  co  zaczęli.  Pozwólmy  nam 

wszystkim to skończyć. 

Królowa  Andais  wzięła  głęboki  wdech,  więc  nawet  w  tej  mglistej  komnacie 

mogłam  zobaczyć,  jak  unosi  się  i  opada  jej  białe  ciało,  widoczne  przez  dekolt  w 
szacie. 

-  Bardzo  dobrze,  skończcie  to.  Potem  przyjdźcie  do  mnie,  mamy  wiele  do 

omówienia. – Wyciągnęła rękę do Mistrala. – Chodź mój kapitanie, zostawmy ich, 
żeby zajęli się przyjemnością. 

Mistral nie kwestionował tego. Wstał i podał jej bladą dłoń. 

- Potrzebujemy go – odezwał się Rhys. 

- Nie – powiedziała Andais – nie, dałam Meredith moich zielonych mężczyzn. 

Nie potrzebuje całego świata. 

- Czy trawa rośnie bez wiatru i deszczu? – Zapytał Doyle. 

-  Nie  –  powiedziała,  a  jej  głos  był  znów  nieprzyjazny,  jakby  chciała  być  zła, 

ale  nie  mogła  sobie  na  to  teraz  pozwolić.  Andais  nie  panowała  zazwyczaj  nad 
swoim temperamentem, zawsze dawała mu upust. Tak wiele samokontroli było u 
niej rzadkością. 

-  By  stworzyć  wiosnę,  potrzeba  wielu  rzeczy,  moja  królowo  –  powiedział 

Doyle.  –  Bez  ciepła,  wody,  rośliny  uschną  i  zginą.  –  Patrzyli  na  siebie  nawzajem, 
królowa i jej Ciemność. To królowa pierwsza odwróciła wzrok. 

background image

-  Mistral  może  zostać.  -  Podniosła  rękę,  potem  spojrzała  przez  pieczarę, 

prosto na mnie. – Ale niech to będzie jasne, między nami, bratanico. On jest mój. 
Jest twój tylko na chwilę. Czy to jest dla ciebie jasne? 

Wszyscy potwierdziliśmy. 

- A ty, Mistralu - zapytała królowa - rozumiesz to? 

- Mój geas jest uchylony na ten czas, który spędzę z księżniczką. 

-  Jasno  powiedziane,  jak  zawsze  –  powiedziała.  Odwróciła  się,  jakby  mogła 

przejść przez ścianę, potem popatrzyła się przez ramię. – Skończę to, co robiłam, 
kiedy zauważyłam twoją nieobecność, Mistral. 

Upadł na kolana. 

- Moja królowo, proszę, nie rób tego. 

Odwróciła  się  z  powrotem  z  uśmiechem prawie  przyjemnym,  poza  wyrazem 

jej  oczu,  który  nawet  jak  na  nią  był  przerażający.  –  Masz  na  myśli,  że  mam  nie 
zostawiać cię z księżniczką? 

- Nie, moja królowo, wiesz, że to nie to miałem na myśli. 

-  Naprawdę?  –  Powiedziała  z  groźbą  w  głosie.  Prześlizgnęła  się  przez  suche 

krzaki  i  przyłożyła  mu  Śmiertelny  Strach  pod  podbródek.  –  Nie  przybyłeś,  żeby 
zapytać  o  radę  moją  Ciemność.  Przyszedłeś,  by  wstawić  się  u  księżniczki  za 
klanem Nerys. 

Ramiona  Mistrala  poruszyły  się,  jakby  odetchnął  głęboko,  lub  przełknął 

ciężko. 

-  Odpowiedz  mi,  Mistral  –  powiedziała,  jęk  wściekłości  w  jej  głosie  ciął  jak 

brzytwa. 

-  Nerys  oddała  swoje  życie  za  twoje  słowo,  że  nie  zabijesz  jej  ludzi  –  nagle 

zamilkł, jakby przyłożyła ostrze tak blisko, że nie mógł się odezwać bez zranienia 
się. 

- Ciociu Andais – wtrąciłam – co zrobiłaś ludziom Nerys? 

- Starali się zabić ciebie i mnie ostatniej nocy, czy już zapomniałaś? 

- Pamiętam, ale pamiętam również, że Nerys poprosiła, że jeżeli odda swoje 

życie,  oszczędzisz  jej  dom.  Dałaś  jej  swoje  słowo,  że  pozwolisz  im  żyć,  jeżeli  ona 
umrze za nich. 

-  Nie  złamałam  słowa,  jakie  jej  dałam  –  powiedziała,  ale  wyglądała  na  zbyt 

zadowoloną z siebie. 

- Co to znaczy? – zapytałam. 

background image

- Jedynie zaoferowałam mężczyznom szansę, by służyli swojej królowej jako 

członkowie  mojej  królewskiej  straży.  Potrzebuję,  by  moje  Kruki  były  w  pełni 
sprawne. 

-  Dołączenie  do  twojej  straży  oznacza  poświęcenie  lojalności  rodzinnej  i 

celibat. Dlaczego mieliby się zgodzić na coś takiego? – zapytałam. 

Odsunęła ostrze od gardła Mistrala. 

- Wydawałeś się tak chętny by plotkować o mnie. Powiedz jej. 

- Czy mogę wstać, moja królowo? – zapytał. 

- Podnieś się, zrób gwiazdę, nie obchodzi mnie to. Po prostu jej powiedz. 

Mistral  podniósł  się  ostrożnie,  a  kiedy  królowa  nie  poruszyła  się  w  jego 

stronę,  zaczął  spokojnie  iść  w  naszą  stronę.  Jego  gardło  lśniło  ciemno  w  świetle. 
Zraniła  go.  Każdy  sidhe  mógł  uleczyć  taką  ranę,  ale  ponieważ  zraniła  go 
Śmiertelnym Strachem, będzie uzdrawiał się wolniej, jak człowiek. 

Oczy  Mistrala  rozszerzyły  się,  przestraszone,  ale  poruszał  się  powoli  przez 

uschłą  ziemię,  jakby  nie  martwił  się,  co  mu  zrobi,  kiedy  odsunie  się  od  niej. 
Dopiero kiedy odsunął się poza zasięg jej miecza, panika zniknęła z jego oczu. Ale 
nawet wtedy pozostała w nich zieleń, podobna do tornada. Niepokój. 

- Wystarczająco daleko – powiedziała. - Meredith usłyszy cię z tej odległości. 

Zatrzymał  się  posłusznie,  ale  przełknął  mocno,  jakby  nie  podobało  mu  się, 

że  zatrzymała  go,  zanim  doszedł  do  nas.  Nie  mogłam  go  winić.  Magia  królowej 
mogła  go  zniszczyć  na  odległość.  Prawdopodobnie  zatrzymała  go  tylko  po  to,  by 
się  martwił.  Nie  miała  zamiaru  już  więcej  go  zranić,  ale  chciała,  żeby  się  bał. 
Lubiła, kiedy ludzie się jej bali. 

-  Nałożyła  metalowe  łańcuchy  na  ręce  wszystkich  w  domu  Nerys,  więc  nie 

mogą czynić magii – powiedział Mistral. 

-  Z  tym  nie  można  się  kłócić  –  odrzekłam  –  zaatakowali  nas,  jako  dom, 

wszyscy. Powinni utracić na jakiś czas swoją magię. 

-  Mężczyznom  dała  szansę,  żeby  dołączyli  do  jej  Kruków,  kobietom 

zaoferowała wstąpienie do straży Cela, jego Żurawi. 

- Cel jest odizolowany, zamknięty. Nie potrzebuje straży  - powiedziałam. 

-  Większość  z  kobiet  i  tak  się  na  to  nie  zgodziła  –  powiedział  Mistral.  –  Ale 

zdawałoby się, że królowa dała im wszystkim wybór. 

-  Wybór  pomiędzy  dołączeniem  do  straży  lub  czym?  –  Zapytałam.  Prawie 

obawiałam  się  odpowiedzi.  Miała  przy  sobie  Śmiertelny  Strach.  Modliłam  się,  by 

background image

nie  okazało  się,  że  ich  skazała.  Byłaby  krzywoprzysięzcą  przed  całym  dworem.  A 
ja potrzebowałam Andais na tronie, aż zaprzysięgnie mnie jako następcę. 

-  Królowa  zaproponowała,  żeby  Ezekiel  i  jego  pomocnicy  zamurowali  ich 

żywcem – powiedział Mistral. 

Mrugnęłam. Nie mogłam nadążyć za nim. Moją pierwszą myślą był protest, 

to że królowa jest krzywoprzysięzcą, ale potem zorientowałam się, że nie jest. 

- Są nieśmiertelni, nie mogą umrzeć – powiedziałam delikatnie. 

-  Będą  cierpieć  tak  okropny  głód  i  pragnienie,  że  będą  pragnąć  śmierci  – 

powiedział Mistral - ale nie, są nieśmiertelni i nie umrą. 

Spojrzałam za niego, na moją ciotkę. 

- Oszustka – powiedziałam. - Bardzo, cholera, sprytne. 

Ukłoniła mi się lekko, nieznacznym pochyleniem szyi. 

- Cieszę się, że doceniasz subtelny pomysł. 

-  Tak,  doceniam  –  naprawdę  tak  uważałam.  –  Nie  łamiesz  przysięgi.  W 

rzeczywistości,  teoretycznie  robisz  dokładnie  to,  za  co  Nerys  oddała  swoje  życie. 
Jej klan, jej dom, jej linia krwi będzie żyć. 

- To nie jest życie – powiedział Mistral. 

-  Naprawdę  uważasz,  że  księżniczka  ma  wystarczający  wpływ  na  mnie,  by 

ocalić ich przez tym losem? 

- Kiedyś poszedłbym do Essusa, by prosić go o pomoc - powiedział Mistral. – 

Więc odszukałem księżniczkę. 

- Ona nie jest moim bratem – warknęła Andais. 

- Nie, ona nie jest Essusem – odrzekł Mistral - ale jest jego dzieckiem. Jest z 

twojej krwi. 

- I co to ma znaczyć, Mistral? To, że będzie targować się o życie ludzi Nerys? 

Niedawno targowała się o samą Nerys. 

- Naruszyłaś ducha tej umowy – powiedział Rhys. 

- Ale jej nie złamałam – odrzekła. 

-  Nie  –  stwierdził  i  wyglądał  bardzo  smutno.  –  Nie,  sidhe  nigdy  nie  kłamią, 

zawsze  dotrzymujemy  słowa.  Ale  nasza  wersja  prawdy  może  być  bardziej 
niebezpieczna  niż  jakiekolwiek  kłamstwo,  więc  lepiej  przemyśleć  każde  słowo 
każdej  przysięgi,  jaką  składamy,  ponieważ  znajdziemy  sposób,  byś  pożałował,  że 
kiedykolwiek nas spotkałeś – brzmiał teraz bardziej rozzłoszczony niż smutny. 

background image

- Czy ty krytykujesz swoją królową? – zapytała. 

Dotknęłam  ramienia  Rhysa,  ścisnęłam.  Spojrzał  najpierw  na  moją  dłoń, 

potem  na  twarz.  Cokolwiek  na  niej  zobaczył,  sprawiło,  że  wziął  głęboki  wdech  i 
potrząsnął głową. 

-  Nie,  nie  śmiałbym  tego  robić,  Królowo  Andais  –  jego  głos  był  znów 

zrezygnowany. 

-  A  co,  jeśli  dalibyśmy  ci  znak,  że  życie  powraca  do  ogrodów?  –  zapytał 

Doyle. 

-  Co  masz  na  myśli  mówiąc  znak?  –  Zapytała,  a  jej  głos  niósł  ze  sobą  całą 

podejrzliwość kogoś, kto znał nas dobrze. 

- Co dasz za oznakę życia, tutaj w ogrodzie? 

- Lekki wietrzyk to nie znak – odrzekła. 

-  Ale  początek  życia  w  ogrodach  nie  jest  dla  ciebie  warte  niczego,  moja 

królowo? 

- Oczywiście, że będzie coś warte. 

- To oznaczałoby, że nasza moc powraca – powiedział Doyle. 

Wskazała mieczem mgliście lśniącym srebrem w świetle. 

- Wiem, co to by oznaczało, Ciemności. 

- A więc powrót naszych mocy, ile to by było warte dla ciebie, Królowo? 

- Wiem, dokąd zmierzasz, Ciemności. Nie próbuj takich gierek ze mną. To ja 

je wymyśliłam. 

-  Dlatego  nie  będę  grał.  Powiem  jasno.  Jeżeli  sprowadzimy  jakąś  oznakę 

życie na tą ziemię, wtedy wstrzymasz się z ukaraniem, w jakikolwiek sposób, ludzi 
Nerys. Lub kogokolwiek innego. 

Okrutny i zimny, jak zimowy poranek, uśmiech wykrzywił jej usta. 

- Dobry chwyt, Ciemności, dobry chwyt. 

Moje  gardło  ścisnęło  się,  kiedy  zdałam  sobie  sprawę,  że  gdyby  zapomniał  o 

ostatnim  zdaniu,  inni  zapłaciliby  za  jej  gniew.  Ktoś,  kto  miałby  znaczenie  dla 
Doyle’a  lub  mnie,  lub  dla  nas  obu,  gdyby  go  odnalazła.  Rhys  miał  rację:  To  były 
niebezpieczne gierki, te słowne gierki. 

- A co dostanę, jeśli poczekam? – zapytała. 

- Sprowadzimy życie do martwych ogrodów, oczywiście – odrzekł. 

background image

- A jeżeli nie sprowadzicie życia do martwych ogrodów, wtedy co? 

-  Kiedy  wszyscy  będziemy  przekonani,  że  księżniczka  i  jej  ludzie  nie 

sprowadzili  życia  do  ogrodów,  będziesz  mogła  postąpić  z  ludźmi  Nerys,  jak 
zamierzałaś. 

- A jeżeli sprowadzicie życie do ogrodów, wtedy co? – zapytała. 

- Jeżeli sprowadzimy nawet oznakę życia do ogrodów, pozwolisz Księżniczce 

Meredith wybrać rodzaj kary, dla tych, który próbowali ją zabić. 

Potrząsnęła głową. 

- Sprytne, Ciemności, ale nie dość sprytne. Jeżeli sprowadzicie oznaki życia 

do ogrodów, wtedy pozwolę Meredith ukarać ludzi Nerys. 

Teraz była jego kolej by potrząsnąć głową. 

-  Jeżeli  Księżniczka  Meredith  i  jej  ludzie  sprowadzą  jakąkolwiek  oznakę 

życia do ogrodów, wtedy Meredith sama zadecyduje, jaka kara będzie wymierzona 
ludziom Nerys. 

Wydawała się myśleć o tym, przez chwilę lub dwie, potem skinęłam głową. 

- Zgoda. 

- Dajesz swoje słowo, słowo królowej Dworu Unseelie? – zapytał. 

- Daję – odpowiedziała. 

- Poświadczam – powiedział Rhys. 

Machnęła z niechęcią ręką. 

- Dobrze, dobrze, macie swoją obietnicę. Ale pamiętajcie, muszę zgodzić się, 

że to oznaka życia. Lepiej, żeby do był jakiś imponujący dowód, żebym nie mogła 
się  z  tego  wykręcić,  Ciemności,  ponieważ  wiesz,  że  zrobię  to,  jeżeli  tylko  będę 
mogła. 

- Wiem – powiedział. 

Spojrzała na mnie. To nie było przyjacielskie spojrzenie. 

-  Ciesz  się  Mistralem,  Meredith.  Ciesz  się  nim  i  wiedz,  że  wróci  do  mnie, 

kiedy to się skończy. 

- Dziękuję za pożyczenie mi go – powiedziałam, całkowicie pustym głosem. 

Odwróciła do mnie twarz. 

- Nie dziękuj mi, Meredith. Jeszcze nie. Spałaś z nim tylko raz – wskazała na 

mnie mieczem. – Chociaż widzę, że rozważyłaś, jaką lubi przyjemność. Lubi ból. 

background image

- Myślę więc, że będzie twoim idealnym kochankiem, Ciociu Andais. 

- Lubię sprawiać ból, bratanico Meredith, a nie go otrzymywać. 

Przełknęłam mocno, więc nie mogłam powiedzieć tego, co myślałam.  

-  Nie  wiedziałam,  że  jesteś  czystą  sadystką,  Ciociu  Andais  –  jakoś  sobie 

poradziłam. 

Zmarszczyła brwi. 

Czystą sadystką, co za dziwne wyrażenie. 

-  Miałam  na  myśli,  że  nie  wiedziałam,  że  nie  lubisz  wcale  bólu  na  swoim 

ciele. 

- Och, lubię lekkie ugryzienia, zadrapania, ale nie jak to - Andais wskazała 

na  moje  piersi.  Bolało  mnie  tam,  gdzie  mnie  ugryzł,  miałam  tam  prawie  idealny 
odcisk jego zębów, chociaż nie przegryzł skóry. Będę miała siniaka, nic więcej. 

Potrząsnęła  głową,  jakby  odgoniła  jakąś  myśl,  potem  odwróciła  się,  a  ruch 

zawirował jej szatą. Chwyciła jej koniec i owinęła dookoła siebie. Spojrzała do tyłu 
przez  ramię  po  raz  ostatni  i  weszła  w  ciemność,  idąc  w  stronę,  z  której  przyszła. 
Jej ostatnie słowa nie były pocieszające. 

-  Jeżeli  Mistral  tak  postąpi  z  nią,  nie  przychodźcie  do  mnie  z  płaczem,  że 

połamał waszą małą księżniczkę – ta część ciemności, w której była, opustoszała. 

Tak  wielu  z  nas  wypuściło  westchnienie  ulgi,  że  było  jak  szum  wiatru 

miedzy drzewami. Niektórzy zaśmiali się nerwowo. 

-  W  jednym  ma  rację  –  odezwał  się  Mistral,  a  w  jego  głosie  słychać  było 

skruchę.  -  Lubię  zadawać  lekki  ból.  Przykro  mi,  że  cię  zraniłem,  ale  od  tak 
dawna… - rozłożył ręce. – Zapomniałem się. Przepraszam za to. 

Rhys  zaśmiał  się,  Doyle  dołączył  do  niego,  a  w  końcu  nawet  Galen  i  Mróz 

przyłączyli się w delikatnym męskim śmiechu. 

- Z czego się śmiejecie? – zapytał Mistral. 

Rhys odwrócił się do mnie, z twarzą nadal jaśniejącą od śmiechu. 

- Ty chcesz mu powiedzieć, czy my mamy to zrobić? 

Zarumieniłam  się,  czego  prawie  nigdy  nie  robię.  Chwyciłam  rękę  Abe  i 

pociągnęłam  nas  oboje  przez  suchą,  kruchą  trawę,  aż  stanęliśmy  przed 
Mistralem. Spojrzałam na krew, która ciemną strużką spływała po jego bladej szyi 
i spojrzałam w jego oczy, takie zaniepokojone. 

- Podobało mi się to, co robiłeś z moimi piersiami. Było na krawędzi tego, co 

lubię, tuż przed przebiciem skóry zębami. 

background image

Zmarszczył brwi. 

-  Paznokciami  lubisz  bardziej  niż  zębami.  –  odrzekł  Rhys.  –  Nie  masz  nic 

przeciwko odrobinie krwi od paznokci. 

- Ale tylko po wstępie – odrzekłam. 

- Po wstępnie? – zapytał Mistral zdziwionym głosem. 

- Po grze wstępnej – wyjaśnił Abeloec. 

Zdziwienie w jego spojrzeniu opadło, coś innego pokazało się w jego oczach. 

Coś  ciepłego,  jakaś  pewność  siebie,  która  sprawiła,  że  zadrżałam  tylko  od  tego 
spojrzenia. 

- Mogę tak zrobić – powiedział. 

- Więc ściągnij pancerz – odrzekłam. 

- Co? – zapytał. 

- Rozbierz się – wytłumaczył Rhys. 

- Dziękuję, mogę mówić za siebie – powiedziałam zerkając do tyłu na niego. 

Zrobił  mały  ruch,  jakby  mówił,  proszę  bardzo,  jak  sobie  życzysz

Odwróciłam  się  do  Mistrala.  Spojrzałam  na  jego  twarz,  zobaczyłam,  że  jego  oczy 
zaczynają  przybierać  barwę  delikatnej  szarości,  jak  deszczowe  chmury. 
Uśmiechnęłam się do niego, uśmiechnął się również, trochę niepewnie, jakby nie 
był przyzwyczajony do uśmiechania. 

- Rozbierz się – powiedziałam. 

Uśmiechnął się znów. 

- A co potem? 

- Będziemy mieć seks. 

- Ja pierwszy – powiedział Abeloec ściskając mnie od tyłu. 

Skinęłam głową. 

- Zgoda. 

Twarz Mistrala pociemniała. Mogłam prawie widzieć chmury w jego oczach. 

Nie tylko jako kolor tęczówek, ale zarys chmur zasłaniających jego źrenice. 

- Dlaczego on ma być pierwszy? – zapytał. 

- Ponieważ może być częścią gry wstępnej – odrzekłam. 

background image

-  Chodzi  jej  o  to,  że  kiedy  ja  będę  ją  pieprzył,  ty  możesz  robić  to  ostrzej  – 

wyjaśnił Abeloec. 

Mistral znów się uśmiechnął, ale ten uśmiech był inny. To był taki uśmiech, 

który sprawia, że oddycha się ciężej. 

- Naprawdę podobało ci się to, co zrobiłem z twoimi piersiami? – zapytał. 

Przełknęłam  ciężko  przyciskając  się  do  ciała  Abeloec,  jakbym  bała  się 

wyższego mężczyzny stojącego przede mną.  

- Tak – wyszeptałam. 

-  To  dobrze  –  powiedział  sięgając  po  skórzane  paski  przytrzymujące  jego 

pancerz na właściwym miejscu. – Bardzo dobrze – wyszeptał. 

background image

Rozdział 4 

 

W  chwili,  kiedy  Abeloec  położył  mnie  na  posłaniu  z  ubrań,  nasza  skóra 

zaczęła  lśnić.  Posłaniem  była  cienka  warstwa  koszul  i  tunik  moich  strażników, 
tylko  taka,  żebym  nie  zraniła  się  od  uschłych  roślin.  Były  tu  wszystkie  ubrania, 
jakie moi mężczyźni mieli na sobie, czego nie było wiele, a i tak wszyscy byli teraz 
nadzy.  Mogłam  czuć  suche  gałązki,  pokruszone  liście,  uschłe  i  zwiędłe, 
pogniecione pode mną. 

Nie  czułam  ziemi  takiej,  jaka  mogłaby  być  zimą.  Bez  znaczenia  jak  zimna 

jest zima, jak głęboki śnieg, można wyczuć, że ziemia czeka, że ziemia zasnęła, a 
słońce może ją obudzić i nadejdzie wiosna. Nie tutaj. To było jak różnica pomiędzy 
ciałem, które głęboko śpi, a tym, które jest martwe. Na pierwszy rzut oka możesz 
nie  zauważyć  różnicy,  ale  jeżeli  dotkniesz,  wiesz.  Ziemia,  do  której  przyciskało 
mnie ciało Abeloeca, nic w sobie nie miała, żadnego ciepła, oddechu, życia. Pusta, 
jak oczy trupa, w których jeszcze chwilę wcześniej widać było osobowość, a teraz 
są jak ciemne lusterka. Ogrody nie czekały na obudzenie, były po prostu martwe. 

Ale my nie byliśmy martwi. 

Abeloec  położył  swoje  nagie  ciało  przy  moim  i  pocałował  mnie.  Różnica  we 

wzroście sprawiała, że w tej chwili wszystko, co mógł zrobić, to całować mnie, ale 
to wystarczyło. Wystarczyło, by wywołać blask księżyca wewnątrz mojego ciała. 

Podniósł się na ramionach i spojrzał w dół, na moją twarz. Skóra lśniła mu 

tak  jasno,  że  jego  oczy  stały  się  znów  jak  ciemnoszare  jaskinie  na  twarzy.  Nigdy 
nie  spotkałam  żadnego  sidhe,  którego  oczy  nie  lśniłyby,  kiedy  wychodzi  z  nich 
moc. Jego długie włosy spływały dookoła nas, a białe pasma w nich zaczęły lśnić 
błękitem,  jak  wcześniej.  Podniósł  się  wyżej  na  ramionach,  prawie  jakby  ćwiczył 
pompki, więc podpierał się nade mną na rękach i palcach. 

Jasnoniebieskie linie zalśniły przez biel jego skóry. Przepływały w wizerunki 

winorośli i kwiatów, drzew i zwierząt, zmieniające się co chwilę. Nie było tu wiele 
linii  i  nie  poruszały  się  szybko.  Powinnam  być  w  stanie  stwierdzić,  jaki  rodzaj 
winorośli,  owoców  czy  zwierząt  przedstawiają,  ale  bez  względu  na  to,  czy 
wizerunki  były  małe,  czy  duże,  wydawało  się,  że  mój  umysł  nie  jest  w  stanie  ich 
utrzymać. 

Naszkicowałam  błękit  palcami  i  przesunęłam  pod  swoją  ręką,  łaskocząc  i 

drażniąc moją skórę z prześwitującym od spodu białym blaskiem. Nawet patrząc 
na swoją rękę nie mogłam powiedzieć, co za roślina wyrosła i zakwitła na niej. To 
było  tak,  jakbym  nie  miała  tego  zobaczyć,  czy  po  prostu  zrozumieć.  Jeszcze  nie 
teraz, może nigdy. 

Przestałam  starać  się  odnaleźć  znaczenie  w  tych  przepływających  liniach  i 

spojrzałam w dół ciała Abeloeca, które napinało się powyżej mnie. Utrzymywał się 

background image

nade  mną  jak  osłona,  jakby  mógł  tam  zostać  wiecznie  i  się  nie  zmęczyć. 
Sięgnęłam  w  dół  jego  ciała,  przesuwając  przez  całe  jego  mocne  i  silne  ciało,  aż 
dosięgłam i owinęłam rękę dookoła jego twardej długości. 

Zadrżał nade mną. 

- Powinienem cię dotykać – jego głos był napięty, gruby z wysiłku, ach, jakże 

wielkiego wysiłku! Jego ramiona, ręce i nogi były zupełnie nieruchome nade mną, 
jakby  były  z  kamienia,  a  nie  ciała.  To  nie  był  wysiłek,  który  słychać  było  w  jego 
głosie. A przynajmniej nie wysiłek ciała. To był raczej wysiłek woli. 

Ścisnęłam  lekko  dookoła  jego  członka,  był  twardy,  tak  okropnie  twardy. 

Jego oddech zmienił się i mogłam poczuć, że jego brzuch poruszył się w wysiłku, 
żeby pozostać nieruchomo nade mną. 

- Kiedy był ostatni raz? – zapytałam. 

- Nie pamiętam – odrzekł. 

Przesunęłam ręką do góry i w dół ponad jego główką. Jego plecy wygięły się i 

prawie  opadł  na  mnie,  ale  potem  jego  ramiona  i  nogi  powróciły  do  swojej 
nieruchomej pozycji. 

- Myślałam, że sidhe nie kłamią. 

- Nie pamiętam dokładnie – powiedział. Jego głos był zadyszany. 

Prześlizgnęłam  się  drugą  ręką  w  dół  i  otuliłam  jego  jądra,  bawiąc  się  nimi 

delikatnie. 

Przełknął wystarczająco głośno, żebym usłyszała. 

-  Jeżeli  będziesz  tak  dalej  robić,  dojdę,  a  nie  tak  chcę  zrobić  za  pierwszym 

razem. 

Dalej delikatnie bawiłam się nim. Był tak twardy, drżąco twardy. Po prostu 

trzymałam  go  w  rękach,  wiedziałam,  że  powiedzenie,  chory  z  potrzeby  nie  było 
tylko jedynie słowami. Błyszczał i mogłam wyczuć w nim moc, ale nie pulsowała w 
nim, jak moc w innych sidhe. To była spokojna moc. 

-  Czego  chcesz  za  pierwszym  razem?  –  Zapytałam,  a  mój  głos  stał  się 

głębszy, gęstniejący od doznań, jakie dawało pieszczenie go.  

-  Chcę  być  w  tobie,  pomiędzy  twoimi  nogami.  Chcę  sprawić,  żebyś  doszła, 

zanim ja dojdę. Ale nie wiem, czy nadal mam w sobie tyle dyscypliny. 

- To nie bądź zdyscyplinowany. Tym razem, pierwszym razem, nie martw się 

o to. 

Potrząsnął  głową,  a  niebieskie  linie  w  jego  włosach  wydawały  się  lśnić 

jaśniej. 

background image

-  Chcę  dać  ci  tyle  przyjemności,  że  będziesz  chciała  mnie  w  swoim  łóżku 

każdej  nocy.  Tak  wielu  mężczyzn,  Meredith,  tak  wielu  mężczyzn  masz  w  swoim 
łóżku.  Nie  chcę  czekać  na  swoją  kolej.  Chcę,  żebyś  przychodziła  do  mnie  znów  i 
znów, bo nikt nie da ci tyle przyjemności co ja. 

Dźwięk  sprawił,  że  oboje  odwróciliśmy  głowę,  zobaczyliśmy,  że  Mistral 

klęknął obok nas. 

- Pospiesz się i kończ to Abeloec, lub nie będę czekał, by być drugim. 

-  Nie  martwisz  się,  tak  jak  ja,  czy  sprawisz  księżniczce  przyjemność?  – 

zapytał Abeloec. 

-  W  przeciwieństwie  do  ciebie,  ja  nie  będę  miał  drugiej  szansy,  Abeloec. 

Królowa  postanowiła,  że  wszystko,  co  będę  miał,  to  ten  jeden  raz  z  księżniczką. 
Tak  więc  nie,  nie  martwię  się  o  swoje  dokonania  –  wsunął  rękę  głęboko  w  moje 
włosy tak, że jego palce dotknęły skóry. To sprawiło, że przytuliłam głowę do jego 
ręki. Zacisnął palce w pięść, co szarpnęło moimi włosami. Mój puls przyspieszył, 
dźwięk,  który  wydarł  się  z  moich  ust,  nie  był  bólem.  Moja  skóra  wybuchła 
gorącym, białym życiem. 

-  Nie  musimy  być  delikatni  –  powiedział  Mistral.  Przysunął  swoją  twarz  do 

mojej – prawda, Księżniczko? 

- Nie – wyszeptałam. 

Ścisnął mocniej moje włosy i załkałam. Poczułam raczej, niż zobaczyłam, że 

pozostali mężczyźni przesuwali się w naszą stronę. Mistral pociągnął znów mocno 
moje  włosy,  chwytając  mój  kark  z  jednej  strony  i  wyciągając  mnie  trochę  spod 
Abeloeca. 

-Nie krzywdzę cię, księżniczko? 

- Nie  - wszystko, co mogłam z siebie wydobyć, to był szept. 

-  Nie  wydaje  mi  się,  żeby  oni  cię  słyszeli  –  powiedział.  Nagle  skręcił  rękę, 

która  trzymał  mocno  moje  włosy.  Przyłożył  swoje  wargi  do  mojego  policzka  i 
wyszeptał.  –  Krzycz  dla  mnie  –  niebieskie  linie  przepłynęły  przez  moją  skórę  na 
jego, zobaczyłam znów linie światła na jego piersi. 

- A co zrobisz, jeśli nie krzyknę? – zapytałam. 

Pocałował mnie delikatnie w policzek. 

- Zranię cię. 

Mój oddech przeszedł w dreszcz. 

- Proszę - westchnęłam. 

background image

Zaśmiał  się  cudownym  głębokim  śmiechem,  z  twarzą  nadal  przyciśniętą  do 

mojej i ręką zaciśniętą w moich włosach. 

-  Pospiesz  się  Abeloec,  pospiesz  się,  lub  będziemy  walczyć  o  to,  kto  będzie 

pierwszy. 

Puścił moje włosy tak gwałtownie, że ten ruch trochę zabolał i wyciągnął ze 

mnie  cichy  jęk.  Mistral  odwrócił  mnie  znów  do  Abeloeca,  z  błędnymi  oczami  i 
oddechem,  który  przyspieszał,  by  zatrzymać  się  na  chwilę.  Mój  puls  wydawał  się 
niepewny,  jakbym  bała  się,  lub  była  przerażona.  Wydawało  się,  że  teraz,  kiedy 
Mistral  mnie  dotknął,  nie  może  przestać  mnie  dotykać.  Jego  palce  pozostały 
zaciśnięte na mojej szyi, jakby chciał sprawdzić mój puls. 

-  Nie  lubię  zadawać  bólu  -  powiedział  Abeloec.  Jego  ciało  nie  było  bardziej 

szczęśliwe niż jego głos. 

- Ból nie jest jedyną droga do przyjemności – odrzekłam. 

Jego oczy zmrużyły się na jego błyszczącej twarzy. 

- Nie musisz doświadczać bólu, by odczuwać przyjemność? 

Potrząsnęłam  głową,  czując  lekki  ból  w  miejscu  gdzie  zacisnęła  się  ręka 

Mistrala. 

- Nie. 

Z ciemności doszedł nas głęboki głos Doyle’a. 

- Meredith lubi przemoc, ale także lubi delikatność. To zależy od jej nastroju 

i twojego. 

Obaj, Abeloec i Mistral spojrzeli na niego. 

- Królowa nie dba o nasz nastrój – powiedział Mistral. 

- Ona dba. – Odrzekł Doyle. 

Abeloec spojrzał w dół na mnie i zaczął powoli opuszczać się. Robił to w taki 

sposób, w jaki wszyscy robią pompki, ale po drodze byłam ja. Jego usta znalazły 
moje, zanim jego ciało przycisnęło się do mnie. Pocałował mnie, i niebieskie, jasne 
jak neon linie, zamigotały karmazynem i szmaragdem. Te linie zamigotały na ręce 
Mistrala i poczułam, jakby zamieniły się w linę, przyciągając jego usta do moich,  
ciało  Abeloeca  do  mojego  ciała.  Rozszerzył  moje  nogi,  więc  jego  ciało  spoczęło 
pomiędzy  nimi.  Ale  to  jego  palce  wsunęły  się  we  mnie  najpierw,  jak  myślę, 
szukając wilgoci. 

- Jesteś nadal mokra – odezwał się zduszonym głosem. 

Chciałam  odpowiedzieć,  ale  usta  Mistrala  odnalazły  moje,  więc  dałam  mu 

jedyną  odpowiedź,  jaką  mogłam.  Uniosłam  biodra  w  stronę  poszukującej  ręki 

background image

Abeloeca. Następne co poczułam, to czubek jego członka pocierający o wejście do 
mojego ciała. 

Mistral odsunął swoje usta i na wpół wyszeptał, na wpół jęknął. 

- Pieprz ją, pieprz ją, pieprz ją, proszę – to ostatnie słowo przeszło w długie 

westchnienie, które zakończyło się czymś zbliżonym do krzyku. 

Abeloec  wepchnął  się  we  mnie  i  dopiero  teraz  zaczął  pulsować  magią.  Było 

tak, jakby był jakimś wielkim wibratorem, ale ten wibrator był ciepły i żywy, miał 
jeszcze umysł i ciało. Ten umysł poruszył ciałem w rytmie, którego nie można by 
uzyskać  żadną  mechaniczną  zabawką.  Abeloec  wpychał  się  i  wychodził  z  mojego 
ciała  jak  jakiś  lśniący  członek  ze  światła,  chociaż  to  było  bez  wątpienia  ciało, 
które wchodziło i wychodziło ze mnie. Delikatne, twarde, wibrujące ciało. 

Mistral  znów  chwycił  moje  włosy,  odciągnął  mi  głowę  do  tyłu  tak,  że  nie 

mogłam  już  dłużej  patrzeć  jak  Abeloec  oddziałuje  swoją  magią  na  moje  ciało. 
Wyraz  twarzy  Mistrala  przeraziłby  mnie,  gdybym  była  sama.  Pocałował  mnie 
mocno,  tak  mocno,  że  to  bolało.  Miałam  wybór,  otworzyć  usta  dla  niego,  lub 
przeciąć sobie wargi o jego zęby. Otworzyłam usta. 

Jego język pogrążył się we mnie, jakby starał się zrobić w moich ustach to, 

co Abeloec robił miedzy moimi nogami. To był tylko jego język, ale wpychał go do 
środka,  wpychał  aż  rozszerzył  moje  usta  tak  szeroko,  że  szczęka  zaczęła  mnie 
boleć. Wepchał język tak głęboko do mojego gardła, że poczułam mdłości, a on się 
cofnął.  Myślałam,  że  pozwoli  mi  przełknąć  i  złapać  oddech,  ale  wepchnął  się  ze 
śmiechem z powrotem. Pozwolił, żeby ta męska przyjemność wypłynęła z jego ust i 
zatańczyła na mojej skórze. W tym śmiechu słychać było echo odległego grzmotu. 

Zatrzymał  się,  pozwalając  mi  skoncentrować  się  na  Abeloecu.  Ten  odnalazł 

rytm, w którym nurkował do samego końca i wychodził, płynnym ruchem, rytm, 
który mógł doprowadzić mnie do końca. Ale nawet poza tym, jego ciało pulsowało 
we  mnie.  To  było  tak,  jakby  jego  magia  pulsowała  w  rytm  jego  ciała,  jakby  za 
każdym razem, kiedy nurkował głęboko we mnie, jego magia pulsowała mocniej i 
wibrowała szybciej. 

Wykorzystałam, że Mistral dał mi szansę odezwać się. 

-  Abeloec,  czy  ty  to  robisz  specjalnie,  że  twoja  magia  pulsuje  w  rytmie,  w 

którym się kochasz? 

Doszedł mnie jego głos, napięty od koncentracji. 

- Tak. 

Zaczęłam mówić, Och Bogini, ale Mistral  znów odnalazł moje usta i zdążyła 

powiedzieć tylko Och, Bog… 

background image

Mistral wepchał swój język tak głęboko i tak mocno do moich ust, że było to 

niemalże  jak  seks  oralny,  kiedy  mężczyzna  jest  zbyt  duży,  by  było  to  wygodne. 
Jeżeli  będziesz  z  tym  walczyć,  będzie  boleć,  ale  jeżeli  odprężysz  się,  to  może  się 
udać. Możesz pozwolić, by mężczyzna wszedł tak do twojego gardła, bez złamania 
szczęki.  Nikt  nigdy  nie  całował  mnie  w  ten  sposób,  nawet  jeśli  zmusiłam  się,  by 
mu  na  to  pozwolić,  myśl,  że  może  chcieć  zrobić  to  czymś  innym,  sprawiła,  że 
otworzyłam się szerzej na niego, na nich obu. 

Obaj  byli  tak  zręczni,  na  tak  różne,  przeciwne  sposoby,  że  zastanawiałam 

się,  jak  byłoby  mieć  pełną  uwagę  jednego  z  nich.  Ale  nie  było  sposobu,  żeby 
powiedzieć  Mistralowi  by  poczekał,  by  dał  nam  więcej  miejsca,  ponieważ  ledwie 
mogłam oddychać z jego językiem głęboko w gardle, a co dopiero mówić. Chciałam 
odezwać się, chciałam przestać walczyć z nim o oddech. Moja szczęka bolała mnie 
wystarczająco mocno, by odwrócić uwagę od niesamowitego pieprzenia Abeloeca. 
Mistral przekroczył linię dzielącą cudowne uczucie od przestań pieprzyć. 

Nie  ustaliliśmy  znaku,  którym  mogłabym  dać  mu  znać,  że  chcę,  żeby 

przestał. Kiedy nie możesz mówić, zazwyczaj masz jakiś umówiony sposób by dać 
znać. Zaczęłam odpychać jego ramiona. Nie jestem tak silna jak pełnej krwi sidhe, 
ale  kiedyś  zrobiłam  dziurę  w  drzwiach  samochodu,  żeby  odstraszyć  jakiś 
przypuszczalnych bandziorów. Miałam rozkrwawioną rękę, ale nie złamaną. Więc 
pchnęłam, a on przysunął się z powrotem. 

Miałam  jego  usta  tak  daleko  w  sobie,  że  nawet  nie  mogłam  go  ugryźć. 

Dławiłam się, ale on o to nie dbał. 

Poczułam  nadchodzący  orgazm.  Nie  chciałam,  by  dobra  praca  Abeloeca 

poszła na marne dlatego, że się dławiłam. 

Paznokcie mogą być użyte dla przyjemności, lub żeby na coś zwrócić uwagę. 

Wbiłam  swoje  paznokcie  w  szyję  Mistrala  i  podrapałam  go.  Rozdrapałam  na  jego 
skórze głęboki krwawy ślad. Szarpnął się ode mnie i widząc gniew na jego twarzy 
znów ucieszyłam się, że nie byliśmy tu sami. 

-  Kiedy  mówię  przestań,  masz  przestać  –  powiedziałam.  Zorientowałam  się, 

że też jestem zła. 

- Nie powiedziałaś, żebym przestał. 

- Ponieważ upewniłeś się, żebym nie mogła. 

- Powiedziałaś, że lubisz ból. 

Miałam  kłopoty  z  zapanowaniem  nad  oddechem,  ponieważ  Abeloec  nadal 

wibrował i poruszał się we mnie. Byłam blisko. 

-  Lubię  ból,  do  pewnego  miejsca,  ale  nie  złamaną  szczękę.  Musimy  ustalić 

jakieś  zasady  zanim…  ty…  dostaniesz…  swoją  szansę.  –  ostatnie  słowo  było 

background image

krzykiem,  odrzuciłam  głowę  do  tyłu,  a  moje  ciało  zadrżało.  Mistral  złapał  moją 
głowę, lub rozbiłabym ją sobie o twardą ziemię. 

Przyjemność Abeloeca spłynęła falami we mnie, przeze mnie i na mnie. Fale 

przyjemności,  fale  mocy,  ciągle  i  ciągle,  jakby  również  teraz  był  w  stanie 
kontrolować to, co się dzieje. Jakby mógł kontrolować moje wyzwolenie w sposób, 
w  jaki  kontroluje  wszystko  inne.  Orgazm  przetoczył  się  przeze  mnie  od  mojej 
pachwiny do każdego cala mojego ciała. Potem, kiedy zaczął się znów, rozszedł się 
z pomiędzy moich nóg na moją skórę w przypływie, który rozrzucił moje ręce, żeby 
szukały czegoś, czego mogłyby się przytrzymać, moje ciało przesuwało się. 

Górna  część  mojego  ciała  podniosła  się  ponad  ziemię  i  opadła  na  nią, 

podczas gdy Abeloec trzymał moje biodra i nogi uwięzione pod jego ciałem. 

Ktoś był za mną, chwytając mnie, starając się przytrzymać mnie na dole, ale 

przyjemności  było  za  wiele.  Nie  mogłam  zrobić  nic,  poza  szarpaniem  się  i 
krzykiem,  jednym  długim  szorstkim  krzykiem,  nadchodzącym  po  drugim.  Moje 
palce  znalazły  ciało,  w  które  mogły  się  wbić,  a  mocne  ręce  trzymały  moje 
nadgarstki.  Moja  druga  dłoń  odnalazła  moje  własne  ciało  i  podrapała  je.  Inna 
ręka chwyciła mnie za ten nadgarstek i przyszpiliła go do podłogi. 

Usłyszałam głosy ponad moimi krzykami. 

- Już, Abeloec, po prostu to skończ. 

- Teraz, Abeloec – pospieszał Mistral. 

Wtedy  zrobił  to  i  nagle  świat  stał  się  białym  światłem,  było  tak,  jakbym 

mogła  czuć  jego  uwolnienie  między  moimi  nogami,  poczuć  ciepło,  gęstość  i  jego 
chowającego  się  we  mnie,  tak  głęboko,  jak  tylko  mógł.  Pływałam  w  tym  białym 
świetle,  zobaczyłam  gwiazdki,  czerwone,  zielone  i  niebieskie.  Potem  nie  było  nic, 
nic poza białym, białym światłem. 

background image

Rozdział 5 

 

Nie  zemdlałam,  nie  zupełnie,  nie  naprawdę,  ale  leżałam  wiotka,  bezbronna 

w poświacie mocy Abeloeca. Zamrugałam i otworzyłam oczy, kiedy moje kolana  i 
głowa  odpoczęły  chwilę  i  znieruchomiały.  Zobaczyłam  Mistrala  nade  mną,  jego 
ręce nadal trzymały moje nadgarstki, nadal przytulał moją głowę. 

- Chciałem sprawić ci ból, a nie złamać – powiedział i zobaczył coś w mojej 

twarzy, co wystarczyło mu za odpowiedź. 

Dopiero za trzecim razem udało mi się odpowiedzieć. 

- Miło to słyszeć – powiedziałam w końcu. 

Zaśmiał  się,  potem  ostrożnie  zaczął  się  wysuwać  spode  mnie.  Delikatnie 

położył  moją  głowę  na  martwej  ziemi.  Musiałam  rozrzucić  nasz  prowizoryczny 
koc,  ponieważ  czułam  kawałki  suchych,  gryzących  roślin,  tu  i  tam  przy  swojej 
skórze. 

Odwróciłam  głowę  i  spojrzałam  na  innych.  Abeloec  czołgał  się  trochę 

niepewnie w stronę mojej głowy, jakby on i Mistral chcieli zamienić się miejscami. 
Minęła chwila, zanim skupiłam wzrok na tym, co było za Abe, dalej w otaczającej 
nas ciemności. 

Ciemność  przecinał  neonowy  blask,  niebieski,  zielony  i  czerwony.  Kolory 

były wszędzie, niektóre były pojedynczymi świecącymi liniami, inne zwijały się po 
kilka  razem,  tworząc  wspólny  splot,  były  mocniejsze  i  grubsze  dzięki  temu 
połączeniu.  Doyle  klęczał  bliżej  nas,  jakby  starał  się  podejść  do  mnie.  Miał 
wyciągnięty  miecz,  jakby  pomiędzy  nami  było  coś,  co  metal  mógł  przeciąć.  Jego 
ciemna skóra pokryta była niebieskimi i karmazynowymi liniami. 

Tuż  za  nim  był  Rhys,  również  pokryty  niebieskimi  i  czerwonymi  liniami,  za 

nimi  inne  postacie  w  ciemności,  pokryte  zielonymi  i  niebieskimi  liniami, 
wizerunkami  rozkwitających  roślin.  Zauważyłam  błysk  długich  bladych  włosów. 
Ivi  był  pokryty  uschniętą  winoroślą  i  zielonymi  liniami  mocy.  Brii  stał  obok 
drzewa,  trzymając  się  go,  czy  też  starał  się  go  podtrzymać,  cały  w  zielonych  i 
niebieskich  liniach.  Wyglądało  to  tak,  jakby  drzewo  było  za  nim,  jego  cienkie, 
pozbawione  życia  konary  obejmowały  jego  nagie  ciało  jak  ramiona.  Adair  wspiął 
się na drzewo i stanął na jednym z grubszych, górnych konarów. Sięgał do góry, 
jakby  widział  coś,  czego  ja  nie  widziałam.  Spojrzałam  na  ciała  pozostałych, 
stojących na ziemi, pokrytych uschłymi roślinami. 

Mróz  i  Nicca  klęczeli  trochę  dalej.  Po  ich  ciałach  prześlizgiwały  się  tylko 

niebieskie  linie.  Trzymali  czyjeś  ręce  i  nogi.  Zajęło  mi  chwilę,  zanim 
zorientowałam się, że to Galen. Był pokryty jasnym, zielonym blaskiem tak, że był 
spod  niego  prawie  niewidoczny.  Inni  wydawali  się  być  zadowoleni  z  mocy,  a 

background image

przynajmniej nie sprawiało im to bólu, ale ciało Galena wydawało się wić, prawie 
jak ja, kiedy Abeloec mnie brał, ale było to bardziej gwałtowne. 

Twarz Mistrala pojawiła się ponad moją i zorientowałam się, że utrzymywał 

się ponad moim ciałem, podobnie jak Abeloec wcześniej. Ale mnie nie pocałował, 
jak zrobił to drugi mężczyzna. Upewnił się tylko, że widzę jego twarz. 

-  Moja  kolej  -  powiedział,  a  wyraz  jego  oczu  był  wystarczający,  żeby  mnie 

przerazić.  Nie  ze  strachu  przed  Mistralem,  ale  przed  tym,  co  się  zdarzy.  Coś 
potężnego,  ale  jaka  będzie  tego  cena?    Jedno,  czego  nauczyłam  się  wcześniej,  to 
to, że każda moc ma swoją cenę. 

-  Mistral  –  powiedziałam,  ale  on  już  opuścił  się  na  moje  ciało.  Powrócił 

wiatr,  delikatny,  poszukujący  wiatr,  który  dotykał  mojego  ciała  jak  niewidzialne 
palce.  Uschłe  liście  szeleściły,  a  winorośle  wydawały  się  wzdychać  w 
narastających podmuchach wiatru. 

Podniosłam się na tyle, żeby spojrzeć w dół swojego ciała na Mistrala. Znów 

zawołałam  jego  imię.  Na  dźwięk  swojego  imienia  spojrzał  na  mnie,  ale  na  jego 
twarzy  nie  było  nic,  co  świadczyłoby,  że  naprawdę  mnie  usłyszał.  To  była  jego 
jedyna  szansa  na  tysiąc  lat,  by  mieć  kobietę.  Kiedy  opuścimy  ogrody,  ta 
sposobność zniknie. 

Gdybym wiedziała, że inni będą bezpieczni, nawet nie kłóciłabym się, widząc 

wyraz  jego  oczu.  Ale  nie  byłam  tego  pewna.  Nie  byłam  pewna,  czy  ktokolwiek  z 
nas jest bezpieczny. Nie lubiłam, kiedy nie wiedziałam, co może się zdarzyć. 

Przesunął  rękami  po  wewnętrznej  stronie  moich  ud,  delikatnie, 

pieszczotliwie,  ale  tym  delikatnym  ruchem  rozsunął  moje  nogi,  klęcząc  pomiędzy 
nimi. 

- Co się stanie, Mistral? 

- Boisz się? – Zapytał, ale nie patrzył w moją twarz, kiedy to mówił. 

- Tak – powiedziałam, a mój głos był miękki w narastającym wietrze. 

- Dobrze – powiedział. 

Abeloec odpowiedział mi. 

-  Jestem  alkoholowym  kielichem,  jakim  Medb  była  dla  starszych  królów. 

Musisz wziąć głęboki łyk - odwróciłam głowę i zobaczyłam, że klęczy za mną. 

Wiedziałam,  że  Medb  było  słowem  na  „słód”,  była  boginią,  suwerenką,  z 

którą  dziewięciu  królów  Irlandii  musiało  połączyć  się,  zanim  bogini  pozwoliła  im 
rządzić.  Ale  większość  z  tego  to  były  stare  opowieści,  nikt  nie  mówił  o  niej 
pomiędzy  sidhe,  jakby  była  prawdziwą  boginią,  prawdziwą  osobą.  Zapytałam  i 
powiedziano  mi  tylko,  że  była  odurzająca.  Co  było  innym  sposobem  na 

background image

powiedzenie,  że  była  słodem.  To  sprawiło,  że  uwierzyłam,  że  nigdy  nie  była 
rzeczywista. 

- Nie rozumiem – powiedziałam. 

Abeloec przesunął swoje ręce po mojej twarzy.  

-  Daję  moc  zwierzchnictwa  królowym,  jak  Medb  dawała  moc  królom. 

Zostałem  zapomniany,  bo  świat  stał  się  szowinistyczny  i  nie  wybierano  już 
królowych.  Stałem  się  tylko  Accasbel’em.  Zaprzeczeniem  własnej  woli.  Niektóra 
ludzka  literatura  mówi,  że  jestem  antycznym  bóstwem  wina  i  piwa.  Założyłem 
pierwszy  pub  w  Irlandii,  byłem  służącym  Partholona

4

.  Tylko  tym  byłem  według 

historii  –  pochylił  się  bliżej  do  mojej  twarzy,  a  ja  położyłam  się  na  ziemi  z  jego 
rękami  opartymi  po  obu  stronach  mojej  twarzy.  –  Aż  do  teraz.  Mam  nowe 
obowiązki. 

Właśnie  teraz  palce  Mistrala  odnalazły  wejście  do  mojego  ciała  i  chciałam 

obrócić się, by spojrzeć na niego, ale ręce Abeloec zacisnęły się na mojej twarzy i 
trzymały  mnie,  żebym  patrzyła  na  niego,  podczas  kiedy  Mistral  zagłębiał  się  we 
mnie ręką. 

-  Był  czas,  kiedy  beze  mnie  lub  Medb,  nikt  nie  rządził  Irlandią,  faerie,  czy 

jakimkolwiek  miejscem  na  wyspie.  Kopiec  sprowadził  nas  tutaj  dla  jakiegoś 
powodu. Sprowadził każdego z jakiegoś powodu, również Mistrala.  

Suche liście przeleciały przez moje ciało, jak kruche palce uderzające w mój 

brzuch i piersi. 

- Pozwól nam z powrotem mieć powód, Meredith. - wyszeptał Abeloec. 

Na  dole  nie  dotykały  mnie  już  palce,  chociaż  Mistral  nie  wszedł  we  mnie. 

Jak na kogoś, kto lubi zadawać ból, był cierpliwy i delikatny. 

- Powód, jaki powód?  - Wyszeptałam prosto w twarz Abeloeca. 

-  Powód  by  być,  Meredith.  Mężczyzna  bez  obowiązku  jest  tylko  w  połowie 

mężczyzną. Istnienie bez celu jest tylko połowicznym istnieniem.

 

Mistral  wepchnął  się  we  mnie  jednym  długim,  mocnym  ruchem.  To 

przesunęło górną część mojego ciała po ziemi, wyrywając mi krzyk z ust. Abeloec 
puścił mnie, więc mogłam wreszcie spojrzeć w dół mojego ciała, na Mistrala. 

Mistral  miał  odchyloną  głowę  i  zamknięte  oczy.  Jego  ciało  było  połączone  z 

moim  tak

 

głęboko,  jak  tylko  dało  się  to  zrobić.  Nie  było  już  na  nim  kolorowych 

linii i zorientowałam się, że nie było ich już na nikim z naszej trójki. Ale było coś 
w  jego  błyszczącej  skórze.  Zajęło  mi  chwilę,  zanim  zorientowałam  się,  że  coś 

                                       

4

  Partholon  syn  króla  hiszpańskiego  Bela,  którego  zabił  i  musiał  opuścić  Hiszpanię.  Przybył  do 

Irlandii dokonując najazdu i zamieszkał tam, ale jego lud wyniszczyła zaraza. 

background image

poruszało  się  wewnątrz  jego  skóry.  Spojrzałam  na  odbicie  tego  czegoś,  ale  to  nie 
było odbicie czegokolwiek, co było wokół nas. 

Stał  tam,  nieruchomy  nade  mną,  dolną  część  ciała  przyciskał  do  mnie  tak 

mocno,  jak  tylko  mógł,  górną  część  podniósł  do  góry,  opierając  się  na  rękach  i 
ramionach. Otworzył oczy i spojrzał na mnie. Zobaczyłam chmury ślizgające się w 
jego  oczach,  jak  w  oknie,  z  którego  widać  odległe  niebo.  Chmury  przesuwały  się, 
jakby gnał je porywisty wiatr. Domyśliłam się, że to było właśnie to, co widziałam 
wewnątrz jego skóry. Chmury, burzowe chmury złościły się wewnątrz jego skóry. 

Wiatr narastał, zawiewając mi włosy na twarz, poruszając suchymi liśćmi w 

małych  trąbach  powietrznych.  Nadchodziła  burza,  patrzyłam  jak  narasta 
wewnątrz  ciała  Mistrala.  Mistral  był  panem  wiatrów,  panem  nieba,  jakiś  czas 
temu był bogiem burzy. Pierwsza błyskawica pokazała to w jego oczach. 

Jakiś czas temu, to nie było tak dawno, jak mogłoby się wydawać. 

background image

Rozdział 6 

 

Mistral  wyszedł  ze  mnie  z  drżącym  westchnieniem,  które  przebiegło  w  dół 

jego ciała. Kiedy patrzyłam na niego, do tego stopnia przejętego, mój oddech stał 
się  szybki  i  płytki.  W  pierwszej  chwili  pomyślałam,  że  to  deszcz  w  jego  oczach 
dopasował  się  do  błyskawic,  potem  Mistral

 

zamrugał  i  zorientowałam  się,  że  to 

łzy. 

Gdybyśmy  byli  sami,  zapytałabym,  porozmawialibyśmy,  ale  z  tak  wieloma 

mężczyznami  wokół  nas  nie  mogłam.  Nie  mogłam  zwrócić  ich  uwagi  na  to,  że 
płakał  przy  nich,  więc  nie  mogłam  zapytać  dlaczego  i  mieć  nadzieję,  że  dostanę 
prawdziwą odpowiedź. Ale to wiele dla mnie znaczyło, że Mistral, pan burz, płakał 
po tym, jak skosztował mojego ciała. 

- To było za długo – powiedział delikatnie Abeloec. 

Mistral spojrzał na niego i po prostu skinął głową, z błyskiem tych kilku łez 

spływających  po  jego  policzkach.  Spojrzał  w  dół  na  mnie,  na  jego  twarzy  widać 
było łagodność, w jego oczach ból. Pocałował mnie, ale tym razem delikatnie. 

- Zapomniałem o moich manierach, Księżniczko, wybacz mi. 

- Możesz całować mnie gwałtownie, ale mnie nie zadław. 

Uśmiechnął się lekko i jeszcze lżej skłonił głową. Potem opuścił swoje ciało 

ostrożnie  na  mnie,  jego  jądra  przytuliły  się  do  mojej  pachwiny,  a  jego  twardy 
członek  przycisnął  się  od  mojego  krocza,  aż  do  brzucha.  Położył  się  na  mnie,  a 
ramionami  mnie  objął.  Przytulił  swoją  twarz  do  mojego  policzka,  poczułam  jak 
opuszcza  mnie  jakieś  wielkie  napięcie.  Pocałowałam  Mistrala  delikatnie  w 
krzywiznę jego ucha, ponieważ tylko tam mogłam dosięgnąć. 

Znów  zadrżał,  ale  ponieważ  był  tak  mocno  przyciśnięty  do  mojego  ciała, 

sprawiło to, że ja również zadrżałam. Wiatr rozwiewał jego włosy, zawiewając moje 
na  twarz,  łącząc  czerwone  i  szare  pasma  razem,  prawie  w  taki  sposób,  w  jaki 
neony  lśniłyby,  gdyby  były  połączone  razem.  Razem  mocniejsi  niż  oddzielnie. 
Chmury  w  jego  oczach  zawirowały  tak  szybko,  że  patrzenie  na  nie  przyprawiało 
niemalże o zawrót głowy. 

Odsunął swoje ramię ode mnie i podparł się na nim, podnosząc się na tyle, 

żeby widzieć moją twarz. 

- Nie chcę całować w dół twojego ciała. Wolałbym wygryźć tę drogę. 

Przełknęłam mocno, zanim mogłam odpowiedzieć zadyszanym głosem. 

- Żadnej krwi, żadnych znaków, które nie zejdą, nic mocniejszego od tego, co 

zrobiłeś na moich piersiach. Nie zrobisz nic, zanim nie zrobisz wstępu. 

background image

- Wstępu? – powiedział to jak pytanie. 

-  Gry  wstępnej  –  powiedział  Abeloec,  klęczał  obok  mojej  głowy,  tak 

nieruchomo, że zapomniałam, że tam

 

był. 

Oboje spojrzeliśmy na niego. 

- Daj nam trochę więcej miejsca - poprosił Mistral – tylko ja jestem w twoim 

okręgu i tak musi pozostać. 

Okrąg,  pomyślałam  i  zorientowałam  się,  że  miał  rację.  Linie  niebieskiego, 

zieleni i czerwieni otaczały nas troje. Inni byli nimi pokryci, ale uformowali barierę 
dookoła naszej trójki. Była to bariera, którą wiatr mógł przekraczać bez trudu, ale 
były tu inne rzeczy, które jej przekroczyć nie mogły. Nie byłam pewna, czym były 
te inne rzeczy, ale wiedziałam wystarczająco o magicznych okręgach by wiedzieć, 
że  mają  za  zadanie  utrzymać  pewne  rzeczy  wewnątrz,  a  inne  na  zewnątrz.  Taka 
była ich natura i dzisiejszej nocy to było na tyle. 

Przesunęłam  rękami  po  plecach  Mistrala,  przesuwając  je  po  jego 

kręgosłupie,  bawiąc  się  mięśniami,  które  utrzymywały  go  nade  mną.  Zamknął 
oczy, przełknął, zanim spojrzał w dół na mnie. 

- Chcesz czegoś? 

- Ciebie – powiedziałam. 

Zasłużyłam  tym  sobie  na  uśmiech.  Prawdziwy  uśmiech,  nie  z  powodu 

seksu,  bólu  czy  żalu,  ale  po  prostu  uśmiech.  Ceniłam  ten  uśmiech,  jak  ceniłam 
uśmiech  Mroza  i  Doyle’a.  Wszyscy  przybyli  do  mnie  bez  prawdziwego  uśmiechu, 
jakby  zapomnieli,  jak  się  to  robi.  Porównując  z  tamtą  dwójką,  Mistral  szybko  się 
uczył. 

Przesunęłam rękę tak, że mogłam przeciągnąć palcami po jego biodrze. 

- Zrób, czego pragniesz. Tylko pamiętaj o zasadach. 

Uśmiech  opadł  na  krańcach  w  coś,  co  już  nie  było  szczęśliwe  i  nie  byłam 

dłużej  pewna,  czy  to  te  zasady  go  zasmuciły,  czy  przypomniałam  mu  coś 
smutnego. 

- Żadnej krwi, żadnych nieschodzących znaków, nic mocniejszego niż to, co 

zrobiłem  z  twoimi  piersiami,  ponieważ  na  to  nie  ma  jeszcze  wystarczającej  gry 
wstępnej. 

Było to prawie słowo w słowo to, co mu powiedziałam. 

- Dobra pamięć. 

- Pamięć to wszystko co mam. 

background image

Kiedy  to  powiedział,  zobaczyłam  ból  w  jego  oczach.  Pomyślałam,  że  teraz 

rozumiem. Cieszył się, był zdeterminowany żeby się cieszyć, ale kiedy skończy, nie 
będzie  więcej  radości.  Królowa  wsadzi  go  z  powrotem  do  samotnej  celi  jej  zasad, 
jej  zazdrości,  jej  sadyzmu.  Czy  to  gorsze,  że  miał  tę  chwilę,  a  potem  znów  będzie 
mu  to  zabronione?  Czy  będzie  to  przyczyną  bólu,  kiedy  będzie  patrzył  na  mnie  z 
moimi  mężczyznami,  a  nie  będzie  tego  częścią?  Ani  ja,  ani  oni  nie  byliśmy  dla 
niego czymś wyjątkowym. Po prostu byłam jedyną kobietą, z którą strażnicy mogli 
przerwać swój długi celibat. 

Podniosłam się z ziemi na tyle, by go pocałować. 

- Jestem twoja. 

Pocałował mnie, delikatnie na początku, potem mocniej. Jego język zanurzył 

się między moimi wargami. Otworzyłam usta i pozwoliłam mu zagłębić się w nich. 
Wepchnął  się  głęboko  do  środka,  potem  cofnął  się  troszkę,  wystarczająco,  żeby 
był to po prostu dobry, głęboki pocałunek. Poczułam, że jego usta przycisnęły się 
mocniej  do  moich,  to  sprawiło,  że  silniej  przycisnęłam  swoje  ciało  do  jego  ciała, 
owinęłam jego plecy ramionami i przycisnęłam swoje piersi mocniej do jego klatki 
piersiowej. 

Z gardła wydarł mu się cichy dźwięk, a wiatr owiewający moje plecy stał się 

nagle  zimny.  Odsunął  swoje  usta  od  moich,  a  jego  oczy  były  prawie  szalone. 
Płynęły  w  nich  burzowe  chmury,  ale  zwolniły,  więc  to  nie  było  już  dłużej 
oszałamiające. Gdybym nie wiedziała, na co patrzyłam, pewnie pomyślałabym, że 
jego oczy są szare od chmur deszczowych. 

Pochylił  swoją  twarz  do  krzywizny  mojej  szyi.  Nie  tyle  całował  mnie,  co 

przesuwał  wargami  po  mojej  skórze.  Jego  oddech  przeszedł  w  ciężkie 
westchnienie,  które  pokryło  ciepłem  moją  skórę.  To  sprawiło,  że  zadrżałam  i  to 
było  to.  Przyłożył  zęby  do  boku  mojej  szyi  i  ugryzł  mnie.  Załkałam  i  zacisnęłam 
palce na jego plecach, przesuwając paznokciami przez skórę. 

Ugryzł  mnie  w  ramię,  szybko  i  mocno.  Zapłakałam  pod  nim,  a  on  znów  się 

poruszył. Wydaje mi się, że nie ufał sobie na tyle, by zaciskać zęby na moim ciele 
zbyt  długo.  Wiedziałam,  że  chciał  ugryźć  mocniej,  mogłam  poczuć  wysiłek,  jaki 
włożył,  by  zwalczyć  to  pragnienie.  Czułam  je  w  jego  ustach,  jego  rękach,  całym 
jego ciele. Był zadowolony, ale zmuszał się, by trzymać swoje impulsy na wodzy. 

Przyłożył swoje usta do tej strony moich piersi, której wcześniej nie oznaczył 

i ledwie zacisnął zęby. Chwyciłam go za  policzek, nie mocno, ale powstrzymałam 
go.  Spojrzał  na  mnie  z  na  wpół  rozchylonymi  ustami,  a  ja  patrzyłam,  jak  opada 
jego  uniesienie.  Myślę,  że  spodziewał  się,  że  powiem  mu,  żeby  przestał.  Nawet 
gdybym chciała to powiedzieć, nie miałabym serca tak zrobić. Ale tak nie było. 

- Mocniej – powiedziałam zamiast tego. 

background image

Uśmiechnął  się  do  mnie  wilczym  uśmiechem  i  znów  zobaczyłam  w  jego 

spojrzeniu  coś,  co  sprawiłoby,  że  zawahałabym  się  zostać  z  nim  sama.  Ale  nie 
byłam  już  dłużej  pewna,  czy  to  była  prawdziwa  natura  Mistrala,  czy  też  wieki 
odmowy sprawiły, że jest oszalały z potrzeby. 

Przyłożył zęby do mojej skóry i ugryzł mocniej, wystarczająco mocno, żebym 

skręcała  się  pod  nim.  Poruszył  się  trochę  niżej  w  dół  mojego  ciała,  do  mojego 
pasa. Poczułam, że zamierza odsunąć się. 

- Mocniej – powiedziałam. 

Tym razem ugryzł mnie mocniej, gryzł mnie, aż jego zęby prawie spotkały się 

na mojej skórze. Zapłakałam. 

- Wystarczy, wystarczy – powiedziałam. 

Podniósł  swoją  twarz,  jakby  chciał  przestać  całkowicie.  Uśmiechnęłam  się 

do niego. 

- Nie powiedziałam przestań. Chodziło mi o to, że to wystarczająco mocno. 

Przesunął  się  na  drugą  stronę  mojego  ciała  i  znów  mnie  ugryzł  bez 

namawiania,  wystarczająco  mocno,  że  musiałam  powiedzieć  mu  prawie 
natychmiast,  żeby  nie  poszedł  dalej.  Spojrzał  na  mnie,  cokolwiek  zobaczył  w 
moich  oczach,  spodobało  mu  się,  ponieważ  ugryzł  zaraz  koło  mojego  pępka,  tak 
szybko i mocno, że musiałam powiedzieć mu, żeby przestał. 

Na  moim  brzuchu  pozostawił  czerwony  znak  swoich  zębów.  Na  moim  ciele 

były czerwone znaki w różnych miejscach, ale nic równie idealnego jak to. Idealny 
odcisk zębów na moim białym ciele. Patrzenie na to sprawiło, że zadrżałam. 

- Lubisz to – wyszeptał. 

- Tak – powiedziałam. 

Wiatr  owiał  ścieżkę  wilgoci,  jaką  zostawił  na  mojej  skórze.  Lizał  dół  mojego 

brzucha,  a  wiatr  wydawał  się  igrać  z  tą  mokrą  linią,  prawie  jakby  był  ustami  i 
mógł podążać tam, gdzie chciał. 

Mistral przycisnął swoje usta tam, gdzie  wcześniej mnie lizał i ugryzł mnie. 

Mocno  i  ostro,  wystarczająco  by  zaskoczyć  mnie  i  unieść  górę  mojego  ciała  z 
ziemi. 

- Wystarczy – powiedziałam, a mój głos był prawie krzykiem. 

Wiatr  wzmógł  się,  zawiewając  więcej  uschłych  liści  na  moje  ciało. 

Zawiewając mi włosy na twarz, więc nie mogłam widzieć, co robi Mistral. Wiatr był 
wilgotny, jakby niósł ze sobą deszcz. Ale w martwych ogrodach nigdy nie padało. 

background image

Poczułam  jego  usta  na  wzgórku  pomiędzy  moimi  nogami,  spoczęły  na 

cienkich, kręconych włoskach. Nie mogłam widzieć, ale wiedziałam, co zamierza. 
Ugryzł mnie, a ja krzyknęłam. 

- Wystarczy. 

Odsunęłam ręką włosy z twarzy, więc mogłam spojrzeć w dół mojego ciała i 

zobaczyć  go.  Liznął  szybkim  ruchem  języka  pomiędzy  moimi  nogami.  Ten  jeden 
mały dotyk przyspieszył mój puls i otworzył moje usta w ciche „O”. 

-  Wiesz,  co  chcę  zrobić  –  powiedział.  Ręce  owinął  wokół  moich  ud,  palce 

wbiły  się  tylko  trochę,  jego  twarz  była  tuż  ponad  moją  pachwiną,  tak  blisko,  że 
pieścił mnie jego oddech. 

Skinęłam  głową,  ponieważ  nie  ufałam  mojemu  głosowi.  Z  jednej  strony  nie 

chciałam, by mnie zranił, z drugiej, chciałam, by doszedł do granicy prawdziwego 
zranienia mnie. Podobało mi się to. Bardzo mi się podobało. 

W końcu udało mi się wydobyć z siebie głos, który nie brzmiał jak mój, tak 

zdyszany, taki rozpalony. 

- Idź powoli i kiedy powiem wystarczy, przestajesz. 

Znów  uśmiechnął  się  do  mnie,  uśmiechem,  który  wypełnił  jego 

zachmurzone  oczy  błyskiem  dzikiego  światła.  Zorientowałam  się,  że  to  nie  była 
moja  wyobraźnia.  Błyskawice  przebijały  przez  ciężkie,  szare  chmury  jego  oczu. 
Odeszły,  a  teraz  powróciły,  błyskając  białym,  bardzo  białym  światłem,  więc  jego 
oczy na sekundę wyglądały jak ślepe. Wiatr zwolnił, a powietrze stało się ciężkie, 
gęste, poczułam w nim posmak elektryczności. 

Rozszerzył  mnie  szeroko,  używając  swoich  palców,  tak  mocnych,  tak 

grubych. Polizał na całej długości tam i z powrotem, aż zaczęłam wić się pod jego 
ustami  i  rękami.  Potem  przycisnął  do  mnie  usta.  Potem  pozwolił  poczuć  brzeg 
jego zębów dookoła najbardziej intymnych części mojego ciała. 

Ugryzł powoli, bardzo powoli, bardzo ostrożnie. 

Odetchnęłam. 

- Mocniej. 

Posłuchał. 

Wciągnął moje ciało głęboko do swoich ust i ugryzł. Ugryzł mnie tak mocno, 

że  podniosłam  górną  część  swoje  ciała  całkowicie  z  ziemi  i  krzyknęłam.  Ale  nie 
krzyknęłam  stop  czy  wystarczy.  Po  prostu  krzyknęłam  pełnym  gardłem, 
wykrzywiając  kręgosłup,  patrząc  na  niego  w  dół  z  rozszerzonymi  oczami  i 
otwartymi  ustami.  Szczytowałam  czując  jego  zęby  na  najbardziej  intymnych 
częściach  mojego  ciała.  Szczytowałam,  chociaż  ta  przyjemność  zmieniła  mój 
krzyk. 

background image

- Przestań, przestań. Och Boże, przestań! 

Nawet  przez  tą  przytłaczającą  przyjemność  mogłam  czuć  jego  zęby 

wchodzące  trochę  za  daleko.  Kiedy  coś  rani  cię  w  środku  orgazmu,  chcesz,  żeby 
przestało, zazwyczaj odczuwasz ból, kiedy uniesienie zaczyna opadać. 

- Przestań! – krzyknęłam znów i przestał. 

Opadałam na ziemię, nie mogłam skupić na niczym spojrzenia, walczyłam o 

oddech,  niezdolna  do  poruszenia  się.  Zaczęłam  odczuwać  ból.  Bolało  mnie  w 
miejscach,  gdzie  jego  zęby  dotknęły  mnie  i  wiedziałam,  że  będzie  boleć  mnie 
bardziej.  Pozwoliłam,  by  moje  pożądanie  i  pożądanie  Mistrala  posłało  nas  za 
daleko poza granicę. 

- Nie rozlałem krwi i nie ugryzłem cię mocniej, niż wcześniej na piersiach – 

doszedł mnie jego głos. 

Skinęłam  głową,  ponieważ  nie  mogłam  mówić.  Powietrze  było  gęste  od 

nadchodzącej  burzy  tak,  że  było  ciężko  oddychać,  prawie  w  sposób,  w  jaki 
królowa sprawiała, że powietrze było za gęste by nim oddychać. 

- Jesteś ranna? – zapytał. 

Starałam się odzyskać głos 

- Trochę – ból stał się ostrzejszy. Niedługo po prostu będzie boleć. Chciałam, 

żeby skończył, zanim przyjemność naprawdę stanie się bólem. 

Podczołgał się do mnie na czworakach, więc właściwie nie dotykał mnie, ale 

mógł widzieć moją twarz. 

- Wszystko w porządku, Księżniczko? 

Skinęłam głową. 

- Pomóż mi odwrócić się. 

- Dlaczego? 

- Bo jeżeli skończymy z tobą na górze, to będzie za bardzo boleć. 

-  Byłem  zbyt  brutalny  –  powiedział  i  zabrzmiało  to  smutno.  Błyskawica 

błysnęła  najpierw  w jednym  oku,  potem  w  drugim,  jakby  wędrowała  z  jednej 
strony  jego  umysłu  do  drugiej.  Niebieskie  światło  błyskawicy  przeniosło  się  na 
jaśniejąca bladość jego policzka. 

Odczołgał się ode mnie, jakby chciał przestać. Chwyciłam go za ramię. 

-  Nie  przestawaj,  Jaśniejąca  Bogini,  nie  przestawaj.  Po  prostu  pomóż  mi 

przekręcić  się,  jeżeli  weźmiesz  mnie  od  tyłu,  nie  będziesz  ocierał  się  o  te  części 
ciała, które obtarłeś. 

background image

- Jeżeli zraniłem cię za bardzo, musimy przestać. 

Moje palce zacisnęły się na jego ramieniu. 

-  Jeżeli  chciałabym  przestać,  powiedziałabym  to.  Wszyscy  za  bardzo  boją 

się,  że  mnie  zranią,  nawet  jak  zajdziesz  za  daleko,  lubię  to,  Mistral.  Bardzo  to 
lubię. 

Uśmiechnął się do mnie nieśmiało. 

- Będę uważał. 

Uśmiechnęłam się do niego. 

- Więc skończmy co zaczęliśmy. 

- Jeżeli jesteś pewna – w chwili kiedy to powiedział, wiedziałam, że byłabym 

z  nim  bezpieczna  sama.  Jeżeli  był  w  stanie  zrezygnować  z  pierwszego  stosunku, 
który  został  mu  zaoferowany  po  wiekach,  bo  obawiał  się  mnie  zranić,  oznaczało 
to,  że  miał  wystarczająco  dyscypliny,  żeby  się  kontrolować  na  osobności.  Panie 
chroń  nas,  on  miał  więcej  dyscypliny,  niż  ja  miałabym.  Jak  wiele  mężczyzn 
zrezygnowałoby z zakończenia, jeżeliby już zaczęli? Niewielu, zupełnie niewielu. 

- Jestem pewna – powiedziałam. 

Znów  się  uśmiechnął,  coś  poruszyło  się  obok  nas.  Coś  szarego, 

poruszającego się niedaleko wysokiej kopuły sufitu. Chmury, cienka kępa chmur 
wisiała koło sufitu. Spojrzałam w twarz Mistrala. 

- Pieprz mnie, Mistral. 

-  Czy  to  rozkaz,  moja  księżniczko?  –  Uśmiechnął  się,  kiedy  to  mówił,  ale  w 

jego głosie było słychać cień czegoś nieszczęśliwego. 

- Tylko jeżeli chcesz, żeby tak było. 

Spojrzał na mnie.  

- Wolałbym, żeby to był rozkaz. 

- Więc zrób to – powiedział. 

-  Odwróć  się  –  odrzekł.  Jego  głos  nie  miał  w  sobie  tej  pewności,  jaką  miał 

wcześniej, jakby nie był pewien, czy posłucham. 

Odzyskałam  siłę  na  tyle,  żeby  obrócić  się,  chociaż  zrobiłam  to  powoli. 

Przesunął się, aż klęknął przy moich nogach.  

- Chcę ciebie na czworakach. 

Zrobiłam,  o  co  prosił,  czy  też  rozkazał.  To  sprawiło,  że  patrzyłam  na 

Abeloeca,  który  nadal  klęczał,  bez  ruchu,  na  końcu  naszego  zaimprowizowanego 

background image

koca.  Spodziewałam  się,  że  zobaczę  pożądanie,  czy  coś,  co  pozwoliłoby  domyśleć 
się,  że  podoba  mu  się  przedstawienie,  ale  nie  było  tego  na  jego  twarzy.  Jego 
uśmiech  był  delikatny,  spokojny.  Nie  pasował  do  tego,  co  robiliśmy, 
a przynajmniej nie do mnie. 

Ręka Mistrala ścisnęła moje pośladki, i poczułam jak wpycha się do mnie. Z 

przodu byłam obtarta, ale reszta mnie była spragniona. 

- Jesteś mokra –powiedział Mistral. 

- Wiem – odrzekłam. 

- Naprawdę ci się to podoba. 

- Tak. 

- Naprawdę lubisz robić to brutalnie. 

-  Czasami  –  odrzekłam.  Koniuszkiem  ocierał  się  dookoła  krawędzi,  tak 

blisko, ale nie w środku. 

- Teraz? – powiedział to jak pytanie. 

Obniżyłam  górną  część  mojego  ciała  tak,  że  dolna  część  przesunęła  się  w 

jego  stronę,  wpychając  się  na  niego.  Tylko  to,  że  się  odsunął,  sprawiło,  że  nie 
wszedł we mnie. Jęknęłam cicho w proteście. Wiatr niósł ze sobą zapach deszczu, 
nacisk  cichego  grzmotu.  Burza  nadchodziła,  a  ja  chciałam,  żeby  był  we  mnie, 
kiedy nadejdzie. 

Zaśmiał się cudownym męskim śmiechem. 

- Mam to wziąć za tak? 

- Tak – powiedziałam. 

Przycisnęłam  piersi  do  kruchych  liści,  moja  twarz  i  ręce  dotykały  suchej 

ziemi.  Musiałam  zamknąć  oczy  z  powodu  przesuwających  się  uschłych  liści  i 
roślin.  Wypchnęłam  pośladki  do  niego,  prosząc  bez  słów,  by  mnie  wziął.  Nie 
zdawałam  sobie  sprawy,  że  mówię  cokolwiek  na  głos,  ale  musiało  tak  być. 
Usłyszałam  swój  głos  śpiewający  monotonnie:  Proszę,  proszę,  proszę.  I  tak  bez 
końca,  przyciągając  piersi  i  wargi  bliżej  do  martwej  ziemi,  niż  do  mężczyzny, 
którego błagałam. 

Wepchnął  we  mnie  tylko  koniuszek,  a  wiatr  zmienił  się  nagle.  Stał  się 

prawie gorący. Mogłam czuć w nim deszcz, ale był także jakiś metaliczny zapach. 
Zapach  ozonu,  błyskawic.  Powietrze  było  gorące  i  duszne,  w  tej  chwili  nie 
wiedziałam,  czy  naprawdę  chcę  Mistrala  w  sobie,  kiedy  rozszaleje  się  burza.  Ale 
burza nie nadejdzie, zanim on nie wejdzie we mnie. On był burzą, tak jak Abeloec 
był  kielichem.  Mistral  był  ciężki  od  nacisku  powietrza,  a  skrzywienie  jego  karku 
obiecywało błyskawice. 

background image

Podniosłam i przyciągnęłam moje ciało do niego. Powstrzymał mnie ręką na 

moich biodrach. 

- Nie – powiedział - nie, powiem kiedy. 

Położyłam znów górną część swojego ciała na suchej ziemi. 

- Mistral, proszę, nie czujesz tego? – Spytałam. – Nie czujesz? 

- Burza – powiedział, a jego głos wydawał się niższy niż był, narastał, jakby 

w jego głosie słychać było echo grzmotu. 

Podniosłam  się,  ale  już  nie  próbowałam  go  kontrolować.  Chciałam  go 

widzieć. Chciałam widzieć, czy była jakaś zmiana poza narastającym grzmotem w 
jego  głosie.  Nadal  lśnił  od  mocy,  ale  było  tak,  jakby  ciemne,  szare  chmury 
poruszały  się  ponad  tym  blaskiem  tak,  że  widziałam  tylko  lśnienie  jego  mocy 
przebłyskujące za zasłony chmur. 

Spojrzał w dół na mnie, jego oczy błysnęły jasno, tak jasno, że przez chwilę 

jego  twarz  była  na  wpół  przyćmiona  tym  białym  światłem.  Blask  opadł, 
zostawiając  mroczki  w  moich  oczach.  Ale  bez  błyskawic,  jego  oczy  nie  były  szare 
od  chmur  deszczowych,  były  czarne.  Tą  czernią,  która  przechodzi  przez  niebo  w 
południe  i  sprawia,  że  biegniemy  poszukać  okrycia,  ponieważ  tylko  patrząc  w 
niebo  wiemy,  że  nadchodzi  coś  niebezpiecznego.  Coś,  co  może  utopić  cię,  spalić 
cię, wstrząsnąć tobą poprzez moc opadającą z nieba. 

Zadrżałam,  patrząc  na  niego,  zadrżałam,  ponieważ  zastanawiałam  się,  czy 

nie byłam za bardzo śmiertelna, żeby to przetrwać? Czy jego moc spali moje ciało, 
zrani mnie w sposób, jakiego nie chciałam? 

Abeloec usłyszał moje myśli. Odezwał się niskim, delikatnym głosem, który 

sprawił,  że  spojrzałam  na  niego.  Nadal  klęczał  przed  nami,  ale  jego  blada  skóra 
nikła w zapadającej ciemności, jakby on sam zanikał w okręgu mocy. Jego włosy 
mieniły  się  liniami  błękitu,  czerwieni  i  zieleni,  jak  te  linie  oddzielające  nas  od 
ciemności i mężczyzn za nami. Jego oczy iskrzyły się wszystkimi tymi kolorami, a 
jego  moc  rosła.  Zaczął  być  tą  mocą,  a  nie  tylko  Abeloekiem.  Mogłam  mu 
powiedzieć, że jeżeli nie będzie ostrożny, stanie się tylko liniami mocy, kreślonymi 
w ciemności. 

-  Taniec  nieba  i  ziemi  jest  bardzo  starym  tańcem,  Meredith  –  powiedział.  – 

Nie  obawiaj  się  mocy.  Zbyt  długo  czekała  na  ciebie,  by  pozwolić,  żebyś  została 
teraz zraniona. 

Mój głos okazał się tylko szorstkim szeptem. 

- Spójrz na niego. 

- Tak – powiedział Abeloec - jest burzą, która nadchodzi. 

- Jestem śmiertelna. 

background image

Wydawało  mi  się,  że  się  uśmiechnął,  ale  nie  byłam  pewna.  Nie  widziałam 

wyraźnie jego twarzy, chociaż wiedziałam, że był tylko o kilka stóp ode mnie. 

-  W  tym  czasie  i  w  tym  miejscu  jesteś  Boginią.  Ziemia  szykuje  się  na 

uderzenie nieba. Czy to opisuje kogoś, kto jest zaledwie śmiertelnikiem? 

 

Mistral  wybrał  tę  chwilę  by  przypomnieć  mi,  że  był  tutaj.  Pochylił  się  nade 

mną  i  ugryzł  mnie  w  plecy,  a  jego  ciało  weszło  we  mnie.  Połączenie  tych  dwóch 
rzeczy  sprawiło,  że  wepchnęłam  się  mocniej  na  niego.  Ugryzł  mnie  silniej  i 
skręcałam się pod nim, uwięziona pod jego ciałem i jego ustami. 

Jego  usta  puściły  mnie,  owinął  się  ramionami  dookoła  mnie.  Czułam  jego 

ciężar  na  swoim  ciele,  ciepły,  solidny.  Opierał  się  na  mnie  prawie  całym  swoim 
ciężarem,  bo  jego  ręce  bawiły  się  moimi  piersiami  i  brzuchem.  Był  we  mnie,  ale 
jak za pierwszym razem, kiedy wszedł, przestał się poruszać. Odezwał się do mnie 
z twarzą przytuloną do mojej. 

- To było za długo. Nie wytrzymam, jeżeli będziesz tak się poruszać. 

Odwróciłam  głowę,  był  tak  blisko,  że  kiedy  błyskawica  błysnęła  w  jego 

oczach,  oślepiła  mnie  na  sekundę.  Zamknęłam  oczy,  pod  powiekami  migały  mi 
białe i czarne mroczki. Odezwałam się nadal mając zamknięte oczy. 

- Nic na to nie poradzę. 

Westchnął,  wszedł  we  mnie  nieznacznie,  ale  i  tak  zadrżał.  To  sprawiło,  że 

wiłam się pod nim i z jego ust wyrwało dźwięk będący na wpół przyjemnością, na 
wpół protestem. 

Grzmot przetoczył się przez jaskinię, odbijając się echem od nagich skalnych 

ścian, jak jakaś olbrzymia perkusja, która wydawała się grać na mojej skórze. 

- Cii, Meredith, cicho. Jeżeli się poruszysz, nie wytrzymam. 

- Jak mogę się nie ruszać z tobą we mnie? 

Ścisnął mnie mocniej. 

- Tak długo nikt nie reagował na moje ciało – odsunął się od moich pleców, 

więc znów klęczał, nadal schowany głęboko we mnie. Ale pchnął biodrami w moje, 
pozwalając mi poznać, że jest nade mną  i jeszcze niezupełnie we mnie. Ponieważ 
jego czubek dotarł już do końca, zorientowałam się, że może być za duży na taką 
pozycję.  Jeżeli  mężczyzna  jest  za  duży,  wejście  do  końca  może  boleć.  To  jeszcze 
nie  bolało,  ale  niosło  w  sobie  obietnicę  tego,  kiedy  delikatnie  pchnął  w 
ograniczone  wnętrze  mojego  ciała.  Myśl,  co  może  mi  zrobić,  była  ekscytująca  i 
trochę przerażająca. Równocześnie chciałam poczuć jak wpycha się we mnie i nie 
chciałam. Myśl była ekscytująca, ale to był jeden z tych bólów, które są lepsze w 
wyobraźni niż rzeczywistym życiu. 

background image

Znów  wepchnął  się  głębiej,  delikatnie  jak  wcześniej,  potem  mocniej,  jakby 

starał  się  znaleźć  sposób,  by  wejść  dalej.  Pchał  powoli,  mocno  i  solidnie,  aż 
jęknęłam z protestu. 

Grzmot znów się przetoczył, wiatr powiał. Poczułam zapach wiatru i ozonu, 

jakby  błyskawica  uderzyła  gdzieś  niedaleko,  chociaż  jedyne  błyskawice  były  w 
oczach Mistrala. 

-  Jak  bardzo  lubisz  ból?  –  Zapytał,  a  jego  głos  zawierał  w  sobie  grzmot  w 

taki sam sposób, w jaki głos Doyle’a przypominał warkot psa. 

Wiedziałam,  o  co  pyta  i  zawahałam  się.  Jak  bardzo  lubię  ból? 

Zdecydowałam,  że  szczerość  będzie  bezpieczniejsza.  Spojrzałam  w  tył  na  moje 
ciało,  aż  zobaczyłam  jego  i  wszystkie  słowa  ostrzeżenia,  jakie  chciałam 
wypowiedzieć  utkwiły  mi  w  gardle.  Był  czymś  podstawowym.  Jego  ciało  nadal 
miało  kontur,  było  pewne,  ale  wewnątrz  solidnych  linii  jego  skóry  były  chmury, 
szare,  białe  i  czarne,  kotłujące  się  i  wijące.  W  jego  oczach  znów  błysnęła 
błyskawica,  ale  tym  razem  przeszła  w  dół  jego  ciała,  poszarpała  linię  jasności, 
która  napełniała  świat  metalicznym  zapachem  ozonu.  Ale  nie  dotknęła  mojego 
ciała  tak,  jak  powinna  to  zrobić  prawdziwa  błyskawica.  Zamiast  tego  poczułam 
tylko błyszczący taniec światła. 

Oczy lśniły mu na twarzy rozświetlonej uderzeniami białego światła, jednym 

po  drugim.  Po  każdym  trzecim  błysku  błyskawica  schodziła  w  dół  jego  ciała  i 
ozdabiała  jego  skórę.  Jego  włosy  uwolniły  się  z  końskiego  ogona  i  szare  pasma 
włosów  tańczyły  na  wietrze  jego  mocy,  jak  jakaś  szara  zasłona  uwięziona  przy 
granicy nadchodzącej burzy. 

Wiele razy kochałam się z wojownikami  sidhe, stworzeniami faerie, ale jego 

widok  nadal  sprawiał,  że  brakowało  mi  słów.  Widziałam  wiele  cudów,  ale  nic 
takiego jak Mistral. 

-  Ja  bardzo  lubisz  ból?  –  Zapytał  znów,  ale  kiedy  mówił,  błysnęła 

błyskawica, blask wypełnił jego usta i wylał się z jego słowami. 

- Kończ – powiedziałam jedyną rzecz, która przyszła mi do głowy. 

Uśmiechnął się, a na krańcach jego warg widać było ten blask. 

- Kończ, po prostu kończ? 

Skinęłam głową. 

- Tak. 

- Cieszysz się tym? 

- Nie wiem. 

background image

Uśmiechnął się szerzej, jego oczy zabłysły, a ta linia światła popłynęła w dół 

jego ciała. Przez chwilę byłam oślepiona tym blaskiem. Zaczął wychodzić ze mnie. 

-  Niech  więc  tak  będzie  –  powiedział  głębokim,  wibrującym  głosem.  Grzmot 

przeszedł pod pułapem i przez chwilę wydawało się, że nawet ściany zadrżały wraz 
z nim. 

Wszedł  we  mnie  tak  szybko  i  mocno  jak  tylko  mógł,  ale  był  za  długi. 

Krzyknęłam  i  to  nie  z  przyjemności.  Starałam  się  nie  poruszać,  ale  zaczęłam  się 
wić, nie żeby być bliżej, ale by się oddalić, odczołgać się od mocnego, szarpiącego 
bólu. 

Chwycił  mnie  mocno  za  włosy.  Przytrzymał  mnie  w  miejscu,  gdzie  mógł 

wejść we mnie. 

Krzyknęłam, ale tym razem mój krzyk niósł ze sobą słowa. 

- Kończ, Bogini, proszę kończ. Ruszaj się, po prostu się ruszaj. 

Szarpnął  mnie  na  kolana,  używając  moich  włosów,  żeby  przybliżyć  nasze 

ciała do siebie. Nadal wchodził we mnie, ale ta pozycja była lepsza. Wchodził nie 
tak głęboko, ale to nie bolało. 

Objął  ramionami  przód  mojego  ciała  i  przycisnął  mnie  do  klatki  piersiowej. 

Zacisnął ręce na moich włosach, wyciągając ze mnie dźwięk, który nie był bólem. 

Odezwał się z ustami przyciśniętymi do mojego policzka.  

-  Wiem,  że  to  bolało  cię  wcześniej,  ale  teraz  twoje  ciało  wybaczy  mi.  Już 

wkrótce  wydasz  z  siebie  jęk  przyjemności.  –  Szarpnął  moją  głowę  do  tyłu 
trzymając za włosy. To bolało, ale podobało mi się. Po prostu podobało mi się. 

-  Lubisz  to  –  wyszeptał  w  moją  twarz,  a  ja  poczułam  wiatr  wiejący  mi  w 

twarz. 

- Tak – powiedziałam. 

-  Ale  nie  inaczej  –  powiedział,  wiatr  uderzył  w  nas,  wystarczająco  mocno, 

żebyśmy  zachwiali  się  na  chwilę.  Podniosłam  wzrok  i  zobaczyłam,  że  sufit  jest 
zapełniony  chmurami.  Chmurami,  które  wyglądały,  jakby  były  bliźniaczkami 
tych, poruszających się pod jego skórą. 

Znów szarpnął moje włosy, przyciągnął mnie do swojej twarzy. 

- Myślałem, że to nadejdzie wkrótce, ale teraz uważam, że to i tak za późno. 

-  Nie  dojdziesz,  zanim  nie  nadejdzie  burza  –  powiedział  Abeloec  dziwnie 

nieswoim głosem. 

Mistral rozluźnił uścisk na moich włosach, więc mogliśmy oboje spojrzeć na 

niego. Zobaczyłam jego oczy, wirujące szkarłatem, szmaragdem i szafirami, jakby 

background image

były  pełne  płynnych  klejnotów.  Jego  włosy  migotały  dookoła  niego,  ale  nie 
dlatego,  że  rozwiewał  je  wiatr,  tylko  bardziej  jak  ogon  ptaka,  lub  peleryna 
podtrzymywana  przez  jakieś  niewidzialne  ręce.  Pasma  kolorów  żarzyły  się  w  jego 
włosach  i  odchodziły  w  ciemność  jak  lina.  Linie  lśniących  kolorów  odnalazły 
ciemne  kształty  poza  naszym  kręgiem  mocy.  Wszyscy  mężczyźni  w  martwym 
ogrodzie  byli  pokryci  tymi  liniami.  Starałam  się  zobaczyć,  czy  wszystko  z  nimi  w 
porządku,  ale  obok  nas  przetaczały  się  błyskawice,  tak  jakby  sam  świat 
dopasowywał się do nich. 

Mistral  zadrżał  obok  mnie,  we  mnie,  a  to  sprawiło,  że  i  ja  zadrżałam. 

Uścisnął mnie swoimi silnymi ramionami. Nie bolało mnie to ani przez chwilę. 

-  Jeżeli  wzięcie  cię  od  tyłu  to  za  wiele,  co  nam  pozostało?  Od  przodu  cię 

poraniłem. 

Oparłam się o jego ciało, pozwalając sobie na chwilę odpoczynku. 

-  Jeżeli  jesteś  na  tyle  mocny,  by  utrzymać  się  ponad  moim  ciałem,  kiedy 

będziemy się pieprzyć, nie zranisz mnie. 

- Ponad twoim ciałem? – Zapytał zdziwiony. 

-  Ty będziesz na górze, ale jedyną część ciała, którą będziesz mnie dotykać, 

to ta część, która jest we mnie. 

- Jeżeli będziesz płasko leżeć, będę wchodził głębiej. 

- Podniosę się na twoje spotkanie – potem zapytałam. – Więc jesteś? 

- Co jestem? – Zapytał, a błyskawice w jego oczach oślepiły mnie na chwilę. 

-  Wystarczająco  silny  –  powiedziałam,  a  przed  oczami  wirowały  mi  jasne 

białe punkciki. 

Zaśmiał  się,  a  jego  śmiech  przeszedł  jak grzmot,  nie  tylko  do  mojego  ucha, 

ale przez całe moje ciało. 

- Tak – powiedział, – jestem wystarczająco silny. 

-  Udowodnij  to  –  powiedziałam,  a  mój  głos  był  szeptem,  który  prawie  ginął 

przy odgłosach wiatru i grzmotów. 

Pomógł  mi  odsunąć  się  i  położyć  na  tym,  co  pozostało  z  naszego  posłania. 

Jeżeli  mieliśmy  kochać  się  w  pozycji  misjonarskiej,  będę  bardzo  zainteresowana 
posłaniem.  Jeżeli  zrobi  to  jak  należy,  tylko  w  niewielkiej  części  będę  leżeć  na 
ziemi. 

Położyłam  się  na  twardej,  suchej  ziemi,  rozszerzyłam  kolana.  Mistral 

zawahał się, klękając pomiędzy nimi. Błyskawice błyskały w jego oczach, tańczyły 
w dół jego ciała, więc wyglądało to przez chwilę, jakby piorun uciekał z jego oczu, 

background image

przechodził po nodze do ziemi. Usłyszałam odległy grzmot i zobaczyłam pierwszą 
błyskawicę tańczącą w chmurach przy suficie. Słabnął zapach ozonu, mocniejszy 
był zapach nadchodzącego deszczu. 

- Mistral – powiedziałam – teraz, wejdź we mnie teraz. 

- Obtarłem przód twojego ciała – odrzekł. – To będzie boleć. 

- Wejdź we mnie, a ja ci pokażę. 

Pochylił  się  do  mnie,  opierając  się  na  rękach,  zamykając  mnie  pod  swoim 

ciałem. Wślizgnął się we mnie, zanim skończył, podniosłam się na jego spotkanie. 

Podniosłam  górną  część  ciała,  siadając  niemalże,  napinając  brzuch.  Nie 

mogłam utrzymać tej pozycji wiecznie, ale mogłam to robić przez jakiś czas, jeżeli 
położyłby  ręce  po  obu  stronach  moich  ud  i  podtrzymał  mnie.  W  ten  sposób 
trzymał mnie i rozszerzał równocześnie. 

Patrzyłam na niego wpychającego się we mnie, przez księżycowo biały blask 

mojej własnej skóry i odległy błysk błyskawicy, który wysłał z chmur ponad nami. 
Było prawie tak, jakby to, że błyskawice uderzały z góry, oznaczało, że nie zostało 
ich wiele w nim. 

Zaczął  pompować  we  mnie  swoim  ciałem.  Jego  długi  członek  wchodził  i 

wychodził  z  mojego  ciała,  kiedy  skręciłam  się  pod  nim,  a  on  utrzymywał  swoje 
ciało nade mną. 

- Uwielbiasz patrzeć, jak wchodzisz i wychodzisz ze mnie – powiedziałam. 

Pochylił głowę tak, że jego włosy przesunęły się po mnie, mógł więc patrzeć, 

jak jego ciało wsuwa się we mnie i wysuwa. 

- Taaak – wydyszał - taaak. 

Zaczął gubić rytm i oderwał wzrok od miejsca, gdzie nasze ciała stykały się 

razem.  Wkrótce  odzyskał  swoje  długie  pewne  pchnięcia.  Piorun  uderzył  w  świat, 
błyskawica trzasnęła i uderzyła w ziemię. Burza nadchodziła. 

Zaczął  ruszać  się  szybciej,  mocniej,  opadając  na  mnie.  Ale  w  tej  pozycji  to 

nie  bolało.  W  tej  pozycji  to  było  cudowne  uczucie.  Mogłam  czuć,  jak  narasta  we 
mnie moja przyjemność. 

- Wkrótce nadejdzie – powiedziałam i był to niemalże krzyk ponad wiatrem i 

burzą. 

- Jeszcze nie – odrzekł - jeszcze nie. 

Nie byłam pewna, czy mówi o mnie, czy o sobie, ale nagle wydawało się, że 

dał sobie pozwolenie, by pieprzyć mnie mocniej, tak jak chciał. Wchodził we mnie 

background image

i  wychodził  z  siłą,  która  wstrząsała  moim  ciałem,  wciskała  pośladki  w  liście  i 
sprawiła, że załkałam ze szczerej radości. 

Błyskawice  zaczęły  uderzać  z  chmur.  Jedna,  oślepiająco  biała,  po  drugiej, 

jakby chmury krzyczały i tak szybko jak tylko mogły, miotały błyskawice na nas. 
Ziemia  zadrżała  od  uderzeń  błyskawic  i  grzmotów.  Wydawało  się,  że  błyskawice 
uderzają  w  ziemię  tak  często,  jak  ciało  Mistrala  uderza  we  mnie.  Znów,  znów  i 
znów wbijał się we mnie. Znów, znów i znów błyskawice uderzały w ziemię. Świat 
pachniał  metalicznie  od  ozonu,  a  włosy  podnosiły  się  od  elektrycznego  tańca, 
które niosły ze sobą. 

Doprowadził  mnie  do  krzyku,  wbiłam  palce  w  moje  własne  uda, 

przytrzymując  się  na  miejscu,  kiedy  orgazm  wpadł  we  mnie,  zagarnął  mnie,  a 
moje  ciało  owinęło  się  dookoła  ciała  Mistrala.  Mój  krzyk  zaginął  w  gwałtowności 
burzy, ale słyszałam Mistrala płaczącego nade mną, na sekundę zanim jego ciało 
pchnęło we mnie po raz ostatni. Wszedł we mnie, a błyskawica uderzyła w ziemię 
jak wielka biała ręka. 

Białe światło oślepiło mnie. Wbiłam sobie paznokcie w uda, by przypomnieć 

sobie, kim jestem i co robię. Chciałam, żeby pozwolił sobie na wszystko, co tylko 
był  w  stanie.  Ale  w  końcu  opadłam  na  ziemię,  rozluźniłam  nogi.  Leżałam  na 
suchej ziemi dysząc, starając się na nowo nauczyć jak oddychać. 

Opadł  na  mnie,  nadal  będąc  wewnątrz  mojego  ciała.  Jego  serce  biło  tak 

mocno, że poczułam, jakby wypłynęło z jego ciała i dotknęło mnie. Deszcz zaczął 
padać, delikatnie. 

- Zraniłem cię? – Zapytał zadyszany. 

Starałam  się  podnieść  ramię,  żeby  go  dotknąć,  ale  nadal  nie  mogłam  się 

poruszyć. 

- Nic mnie teraz nie boli – powiedziałam. 

Odetchnął w długim westchnieniu. 

- Dobrze. 

Jego serce zaczęło zwalniać, kiedy deszcz padał mocniej. Odwróciłam twarz 

na bok, żeby nie padały na nią krople. 

Myślałam,  że  pogoda  wewnątrz  jaskini  uspokoi  się  wraz  z  orgazmem 

Mistrala.  Ale  chociaż  burza  skończyła  się,  nad  nami  nadal  było  niebo. 
Zachmurzone,  deszczowe  niebo.  Pod  ziemią  faerie  nie  padało  od  ponad  czterystu 
lat.  Mieliśmy  niebo  i  deszcz,  ale  nadal  byliśmy  pod  ziemią.  To  wydawało  się 
niemożliwe,  ale  deszcz  padający  na  moją  twarz  był  ciepły.  Wiosenny  deszcz,  coś 
delikatnego, namawiającego kwiaty, żeby wzeszły. 

background image

Podniósł  się  na  tyle,  by  wyjść  z  mojego  ciała  i  położyć  się  obok  mnie. 

Poczułam  wilgoć  na  jego  twarzy  i  w  pierwszej  chwili  pomyślałam,  że  to  deszcz. 
Potem  zdałam  sobie  sprawę,  że  to  łzy.  Czy  deszcz  nadszedł,  ponieważ  on  płakał, 
czy  też  jedno  nie  miało  nic  wspólnego  z  drugim?  Nie  wiedziałam.  Wiedziałam 
tylko, że płacze, więc wyciągnęłam do niego ramiona. 

Ukrył twarz w moich piersiach i zapłakał. 

background image

Rozdział 7 

Abeloec,  Mistral  i  ja  staliśmy  w  delikatnym,  wiosennym  deszczu.  Minęła 

chwila,  zanim  zorientowałam  się,  że  było  teraz  jasno.  Nie  tym  kolorowym 
lśnieniem  magii,  ale  mglistym,  bladym  światłem,  jakby  gdzieś  u  góry,  blisko 
kamiennego sufitu jaskini, był księżyc. Nie mogłam widzieć sufitu. Był zagubiony 
w delikatnej mgle chmur. 

- Niebo – wyszeptał ktoś - nad nami jest niebo. 

Odwróciłam  się  do  pozostałych  mężczyzn,  którzy  byli  poza  lśniącym 

okręgiem  magii  Abeloeca.  Odwróciłam  się,  żeby  zobaczyć,  kto  to  mówił,  ale  w 
chwili, w której ich zobaczyłam, już o to nie dbałam. Nie dbałam już nawet o to, że 
pada deszcz, że gdzieś tam jest niebo i jakiś widmowy księżyc. Wszystko, o czym 
mogłam myśleć, to o tym, że utraciliśmy ludzi, wielu ludzi. 

Mróz  i  Rhys  byli  białymi  cieniami  we  mgle,  a  Doyle  ciemniejszą  obecnością 

obok nich. 

- Doyle, gdzie są pozostali? 

To Rhys odpowiedział. 

- Ogród ich zabrał. 

- Co to znaczy? – Zapytałam. Chciałam pójść do nich, ale Mistral odciągnął 

mnie do tyłu. 

- Dopóki nie dowiemy się, co się stało, nie możemy ryzykować, Księżniczko. 

-  Ma  rację  –  odrzekł  Doyle.  Szedł  w  naszą  stronę,  sunął  nagi,  pełen  gracji. 

Coś  w  sposobie,  w  jaki  się  poruszał,  mówiło,  że  walka  jeszcze  się  nie  skończyła. 
Poruszał się, jakby spodziewał się, że sama ziemia otworzy się i zaatakuje. Samo 
patrzenie na niego przeraziło mnie. Coś było bardzo źle. 

- Zostań z Mistralem i Abe. Mróz z Merry, Rhys ze mną. 

Pomyślałam, że ktoś będzie się z nim

 

sprzeczał, ale tego nie zrobili. Podążyli 

za  nim,  jak  podążali  przez  tysiąc  lat.  Mój  puls  dudnił  mi  w

 

gardle,  nie 

rozumiałam,  co  się  stało,  ale  byłam  pewna,  że  w  tej  chwili  mężczyźni  nie 
posłuchają  mnie  tak,  jak  słuchali  jego.  Zrozumiałam,  kiedy  podkradał  się  przez 
mięknąca  ziemię,  z  Rhysem  jak  z

 

małym,  bladym  cieniem  u  jego  boku,  dlaczego 

moja  ciotka  nigdy  nie  kochała  się  z  Doylem.  Nigdy  nie  dała  mu  szansy,  by 
napełnił jej brzuch dzieckiem. Ona nie dzieliła się mocą, a on był tym, za którym 
podążają  inni.  Był  materiałem  na  króla.  Wiedziałam  to,  ale  nie  byłam  pewna,  aż 
do  tej  sekundy,  czy  inni  również

 

o  tym  wiedzieli.  Może  nie  swoim  umysłem,  ale 

background image

każdą kością w swoim ciele, swoim instynktem rozumieli, kim był, kim mógłby się 
stać. 

On i Rhys ruszyli w stronę wysokich drzew, których konary, nagie i uschłe, 

mokły  w  delikatnym,  deszczowym  poranku.  Doyle  patrzył  na  drzewa,  jakby 
widział coś w pustych konarach. 

- Co tam jest? – zapytał Mistral. 

-  Nie  widzę…  -  zaczął  Abe,  potem  usłyszałam  jak  jego  oddech  nagle  się 

urywa.  

- Co, co tam jest? – Zapytałam. 

- Aisling, jak myślę – wyszeptał Mróz. 

Spojrzałam na Mroza. Pamiętałam, że niektórzy z mężczyzn dotykali drzew. 

Adair, na przykład, wspiął się na nie. Pamiętałam go wspinającego się na konary, 
w środku seksu i magii. Ale nie pamiętałam Aislinga po tym, jak magia uderzyła 
w nas. 

-  Pamiętam,  że  Adair  wspinał  się  na  drzewo,  ale  nie  pamiętam  Aislinga.  – 

powiedziałam. 

- Zniknął, kiedy weszliśmy do ogrodu – powiedział Mróz. 

- Myślałam, że został w pokoju z Barinthusem i innymi – powiedziałam. 

- Nie, nie został za nami - powiedział Mistral. 

- Nie widzę, na co patrzy Doyle. 

- Możesz woleć nie widzieć –powiedział Abe. - Ja wolałbym. 

-  Nie  strasz  mnie  jak  dziecka.  Co  widzisz?  Co  stało  się  Aislingowi?  – 

Odepchnęłam  się  od  Mistrala.  Ale  on  i  Abe  nadal  stali  pomiędzy  mną,  a  linią 
drzew. – Odsuńcie się – powiedziałam. 

Spojrzeli na siebie, ale nie poruszyli się. Nie słuchali mnie tak, jak słuchali 

Doyle’a. 

-  Jestem  Księżniczka  Meredith  NicEssus,  dzierżąca  ręce  ciała  i  krwi. 

Jesteście  królewskimi  strażnikami,  ale  nie  członkami  rodziny  królewskiej.  Nie 
pozwólcie, żeby seks uderzył wam do głowy, panowie, ruszcie się! 

- Zróbcie, jak mówi – powiedział Mróz. 

Znów  spojrzeli  po  sobie,  ale  rozstąpili  się,  żebym  mogła  zobaczyć.  W 

przeciwieństwie do Mroza, Doyle nie pomógłby mi, a oni teraz nie słuchali moich 
rozkazów.  Słuchali  rozkazów  Mroza.  Ale  to  był  problem  na  inną  noc.  Dzisiejszej 
nocy, tej nocy, chciałam zobaczyć to, co widzieli pozostali. 

background image

Blada  postać  wisiała  na  najwyższym  konarze  najwyższego  drzewa.  W 

pierwszej  chwili  pomyślałam,  że  Aisling  wisi  za  rękę,  wisząc  na  konarze  celowo, 
ale potem zdałam sobie sprawę, że jego ręce są przy jego boku. Wisiał na konarze, 
ale nie za rękę. Deszcz zaczął padać mocniej.  

-  Konar - wyszeptałam – jest wbity w jego pierś. 

- Tak – powiedział Mistral. 

Przełknęłam  tak  gwałtownie,  że  to  zabolało.  Nie  było  wielu  rzeczy,  które 

mogły  sprowadzić  śmierć  na  arystokratę  na  wysokim  dworze  faerie.  Krążyły 
opowieści o nieśmiertelnych sidhe, którzy wstawali po tym, jak obcięto im głowy, 
nadal żywi. Ale nie było opowieści o przeżyciu po tym, jak zniknęło serce. 

Niektórzy  strażnicy  nie  chcieli,  by  Aisling  spał  z  nimi  w  jednej  sypialni, 

czując, że był za bardzo niebezpieczny. Jedno spojrzenie na jego twarz sprawiało, 
że zapadało się na natychmiastową, beznadziejną miłość do niego. Kiedyś, nawet 
boginie  i  niektórzy  bogowie  ulegali  jego  mocy,  jak  mówią  stare  opowieści.  Sam 
więc  osłaniał  większość  swojego  ciała,  również  na  twarzy  nosił  welon  z  gazy. 
Zwykle widać było tylko jego oczy. 

Był mężczyzną tak pięknym, że każdy, kto go widział, zakochiwał się w nim. 

Rozkazałam  mu  użyć  swojej  mocy  na  jednej  z  naszych  wrogów.  Starała  się  zabić 
Galena i prawie się jej udało. Ale nie rozumiałam, o co proszę Aislinga, a na co ją 
skazuję. Podała nam informacje, o które pytaliśmy, ale wydrapała sobie oczy, żeby 
nie pozostawać dłużej pod działaniem jego mocy. 

Aisling obawiał się nawet ściągnąć przy mnie koszulę, ze strachu, że jestem 

za  bardzo  śmiertelna,  by  patrzeć  na  jego  ciało,  nawet  jeżeli  nie  będę  patrzeć  na 
jego twarz. Nie zostałam zauroczona, ale patrząc na jego bladą postać, uwięzioną, 
bez  życia,  przestałam  zauważać  brzask  i  deszcz.  Pamiętałam  jego.  Pamiętałam 
jego  złotą  skórę.  Tak  złotą,  jakby  ktoś  potrząsnął  złotym  pyłkiem  prosto  na  jego 
blade, idealne ciało. Iskrzył się światłem, nie tylko od magii, ale w sposób, w jaki 
klejnoty odbijają światło. Lśnił od piękna, które posiadał. Teraz wisiał w deszczu, 
martwy lub umierający. A ja nie miałam pojęcia dlaczego. 

background image

Rozdział 8 

Kiedy  szliśmy  w  stronę  ciała  Aislinga,  ziemia  była  delikatna  pod  naszymi 

stopami.  Szorstkie,  suche  rośliny  wtopiły  się  w  mięknącą  ziemię.  Jeszcze  trochę 
tej  ulewy,  a  zrobi  się  błoto.  Musiałam  osłonić  oczy  rękami,  by  móc  spojrzeć  na 
ciało na drzewie. 

Ciało, to tylko ciało. Próbowałam zdystansować się od tego. Prawie udało mi 

się  stworzyć  tę  mentalną  blokadę,  która  pozwalała  mi  pracować  przy  sprawach 
dotyczących morderstw w Los Angeles. Ciało, to, a nie on, absolutnie nie Aisling. 
To  wisiało  tutaj,  z  czarnym  konarem  grubszym  od  mojego  ramienia 
przechodzącym przez jego pierś. Konar o długości dwóch stóp przeszywał bok jego 
ciała.  Musiał  wejść  z  wielką  siłą,  skoro  przeszył  pierś  sidhe,  a  zwłaszcza 
wojownika  dworu  Unseelie.  Prawie  nieśmiertelnego,  kiedyś  uważanego  za  boga. 
Nie jest tak łatwo go zabić. Nawet nie zapłakał… lub może to zrobił? Może płakał 
umierając, a ja byłam na to głucha? Czy moje krzyki przyjemności zagłuszyły jego 
krzyki rozpaczy? 

Nie, nie, muszę przestać myśleć w ten sposób, lub ucieknę krzycząc. 

- Czy on… - zaczął Abe. 

Nikt nie odpowiedział, ani nie dokończył jego zdania. Nadal patrzyliśmy bez 

słowa, jakby to, że nie nazwiemy tego, co się stało, może sprawić, że to nie będzie 
prawdą. Był tak całkowicie nieruchomy i bezwładny, w ten ciężki sposób, jakiego 
nie może skopiować nawet najgłębszy sen. 

-  Nie  żyje  –  odezwałam  się  w  przesiąkniętej  deszczem  ciszy.  To  słowo 

wydawało się głośniejsze niż było naprawdę. 

- Jak? Dlaczego? – pytał Abe. 

Jak jest oczywiste – odezwał się Rhys. – A dlaczego jest tajemnicą. 

Odwróciłam  wzrok  od  tego,  co  wisiało  na  drzewie,  od  brzasku  w  ogrodzie. 

Nie  tyle  odwróciłam  wzrok  od  Aislinga,  co  spojrzałam  na  pozostałych.  Starałam 
się  zignorować  zaciśnięte  gardło  i  przyspieszony  puls.  Starałam  się  nie  kończyć 
myśli,  która  mogłaby  sprawić,  że  odwrócę  się  i  zacznę  przeszukiwać  mgłę.  Gdzie 
byli  pozostali  mężczyźni,  martwi,  czy  umierający  we  mgle?  Kto  jeszcze  był 
przeszyty przez magiczne drzewo? 

Nie  było  widać  nic,  poza  uschłymi  konarami,  wyciągniętymi  w  kierunku 

chmur.  Żadne  inne  drzewo  nie  dzierżyło  równie  makabrycznego  trofeum.  Moja 
ściśnięta pierś rozluźniła się trochę, kiedy upewniłam się, że wszystkie pozostałe 
drzewa były puste, poza tym jednym. 

background image

Ledwie  znałam  Aislinga.  Nigdy  nie  był  moim  kochankiem,  stał  się  tylko  na 

dzień jednym z moich strażników. Było mi przykro, że go utraciłam, ale pomiędzy 
moimi strażnikami byli tacy, o których dbałam więcej, a oni nadal byli zaginieni. 
Byłam szczęśliwa, że nie ozdabiali drzew, ale zastanawiałam się, co innego mogło 
im się stać. Gdzie są? 

Doyle odezwał się tak blisko mnie, że podskoczyłam. 

- Nie widziałem innych na drzewach. 

Potrząsnęłam głową. 

-  Nie,  nie  –  spojrzałam  na  Mroza.  Stał  blisko,  ale  nie  tak  blisko,  żeby  mnie 

trzymać.  Wolałabym  być  pocieszana  przez  jednego  z  nich,  ale  to  było  dziecięce 
życzenie.  Życzenie  dziecka,  które  leży  w  ciemności,  a  pod  łóżkiem  wcale  nie  ma 
potworów. Wyrosłam w świecie, w którym potwory są bardzo rzeczywiste. 

- Miałeś ze sobą Galena i Niccę – powiedziałam. - Co im się stało? 

Mróz  odgarnął  z  twarzy  swoje  przemoczone  włosy.  Były  srebrne,  ale 

wyglądały na szare, jak u Mistrala w zamglonym świetle. 

- Galen zapadł się w ziemię. – W jego oczach widać było ból. – Nie mogłem go 

utrzymać. Jakby jakaś wielka siła wyszarpnęła go. 

Nagle zrobiło mi się zimno, ciepły deszcz nie wystarczał, żeby mnie rozgrzać. 

- Kiedy Amatheon zrobił to samo w mojej wizji, zrobił to chętnie. Po prostu 

wsiąknął w błoto. Nie było tam żadnej wyszarpującej siły. 

-  Ja  tylko  melduję,  co  się  stało,  Księżniczko  –  jego  głos  stał  się  posępny. 

Jeżeli uważał, że go krytykuję, to trudno. Nie miałam czasu trzymać go za rękę. 

- To była wizja - powiedział Mistral. – Czasami po tej stronie zasłony nie jest 

tak delikatnie. 

- Co nie jest tak delikatnie? – Zapytałam. 

- Bycie pochłoniętym przez twoją moc - odrzekł. 

Potrząsnęłam  głową,  niecierpliwie  otarłam  deszcz  z  twarzy.  Zaczynałam  się 

irytować.  Cud  deszczu  w  martwych  ogrodach,  to  nie  wystarczało,  by  uciszyć 
zimny strach. 

- Chciałabym, żeby przestało padać – powiedziałam bezmyślnie. Byłam zła i 

zmartwiona, a deszcz był czymś, na co mogłam się złościć bez zranienia niczyich 
uczuć. 

Deszcz  osłabł.  Przeszedł  z  ulewy  do  lekkiej  mżawki.  Puls  znów  uderzył  mi, 

ale nie z tego samego powodu. To był cud, że deszcz tutaj padał, nie chciałam, by 
odszedł. 

background image

Doyle dotknął moich ust czubkami palców. 

- Cii, Meredith, nie zniszcz błogosławieństwa deszczu. 

Skinęłam, by zorientował się, że zrozumiałam. Powoli zabrał palce. 

-  Zapomniałam,  że  kopiec  słucha  wszystkiego,  co  powiem  –  przełknęłam 

wystarczająco mocno, że to zabolało. – Nie chcę, żeby deszcz przestał padać. 

Staliśmy tutaj, w napięciu, czekając. Tak, Aisling nie żył i wielu zaginęło, ale 

martwe ogrody były kiedyś sercem kopców faerie i było ważne, żeby powróciły do 
życia.  Były  sercem  naszych  mocy.  Kiedy  to  miejsce  umarło,  nasz  moc  zaczęła 
umierać. 

Zobaczyłam  z  ulgą,  że  ciepła,  wiosenna  mżawka  nadal  padała.  Powoli 

odetchnęliśmy. 

- Uważaj na to, co mówisz – wyszeptał Mistral. 

Skinęłam tylko głową. 

-  Nicca  stał,  patrząc  na  swoje  dłonie  –  odezwał  się  Mróz,  jakbym  go  o  to 

zapytała. – Sięgnął do mnie, ale zanim zdołałem go załapać, zniknął. 

- Jak zniknął? – zapytał Abe. 

- Po prostu zniknął, jakby stał się powietrzem. 

-  Został  zabrany  do  strefy  oddziaływania  ciała  niebieskiego  –  powiedział 

Mistral. 

- Co to znaczy? – zapytałam. 

- Powietrze, ziemia. 

Potrząsnęłam rękami pomiędzy nami, jakby pomiędzy nami unosił się dym.  

- Nie rozumiem. 

-  Hawthorne  został  pochłonięty  przez  pień  tego  drzewa  -  powiedział  Rhys. 

Wskazał duże drzewo z szarawą korą. – Nie walczył z tym. Uśmiechał się. Jestem 
pewien, że gdybyśmy mogli je zidentyfikować, to byłoby drzewo głogu. 

- Galen i Nicca nie uśmiechali się – powiedział Mróz. 

-  Oni  nigdy  nie  byli  uwielbiani  jako  bóstwa  –  odrzekł  Doyle  -  więc  nie 

wiedzą,  że  trzeba  rozluźnić  się  na  moc.  Jeżeli  będziesz  z  nią  walczyć,  ona  będzie 
walczyć z tobą. Jeżeli pozwolisz, by cię wzięła, wtedy będzie bardziej delikatna. 

-  Wiem,  że  kiedyś  niektórzy  z  sidhe  mogli  przemieszczać  się  pomiędzy 

ziemią, drzewami, powietrzem. Ale wybaczcie mi panowie, to było tysiąc lat zanim 

background image

się  urodziłam.  Tysiąc  lat  zanim  urodził  się  Galen.  Nicca  jest  starszy,  ale  on 
również był za słaby, żeby być bogiem. 

- To mogło się zmienić – powiedział Abe. 

- Tak jak powróciła moc Abe – dodał Doyle. 

Abe skinął głową. 

-  Kiedyś,  tak  dawno  temu,  że  już  nie  pamiętam,  nie  tylko  tworzyłem 

królowe. Tworzyłem boginie. 

- Co ty mówisz? – Zapytałam. 

Wyciągnął rogowy kielich przed sobą. 

-  Grecy  również  w  to  wierzyli,  Księżniczko.  W  to,  że  napój  bogów  mógł 

sprawić, że staniesz się nieśmiertelny, mógł sprawić, że staniesz się bogiem. 

- Ale oni nie pili z tego. 

-  Czasami  picie  oznaczało  coś  –  wydawał  się  szukać  słowa  –  bardziej 

metaforycznego.  To  była  moja  moc  i  moc  Medb,  dawać  bogom  i  boginiom  z 
naszego panteonu ich znaki mocy. Kolorowe linie, Księżniczko, barwiły skórę. 

Rhys  spojrzał  w  dół  na  swoje  ramię,  tam  gdzie  była  wcześniej  jedna  ryba. 

Teraz  były  tam  dwie,  jedna  płynąca  w  dół,  druga  płynąca  w  górę.  Formowały 
okrąg, jakby rybią wersję yin i yang. Niebieskie linie nie były teraz wyblakłe, były 
czyste i wyraźnie niebieskie, ciemniejsze niż letnie niebo. Loki Rhysa zlepiły się od 
deszczu,  więc  jego  twarz  obrócona  do  nas  wydawała  się  zaskoczona  i  jakby 
niedokończona. 

-  Teraz  nosisz  znaki  mocy  –  powiedział  Doyle.  Ze  swoimi  włosami 

związanymi  w  ciasny  warkocz,  wyglądał  jak  zawsze.  Stał  pośrodku  całego  tego 
zamieszania, jak jakaś ciemna skała, której mogłam się chwycić. 

Rhys spojrzał na niego. 

- To nie może być takie łatwe. 

- Spróbuj – powiedział. 

- Co ma spróbować? – zapytałam. 

Wszyscy  mężczyźnie  wydawali  się  wymieniać  jakąś  wiedzą,  razem  ze 

spojrzeniami. Nie rozumiałam. 

- Rhys był bóstwem śmierci – powiedział Mróz. 

- Wiem o tym, był Cromm Cruach. 

- Nie pamiętasz historii, jakie ci opowiadał? – Zapytał Doyle. 

background image

W  tej  chwili  nie  pamiętałam.  Wszystko  o  czym  mogłam  myśleć  to  to,  że 

Galen i Nicca może nie żyją, lub są ranni i w pewien sposób to była moja wina. 

- Kiedyś przynosiłem więcej niż śmierć, Merry – powiedział Rhys spoglądając 

w dół na swoje ramię z nowym znakiem. 

Mój umysł w końcu zaczął pracować. 

-  Zgodnie  z  legendami,  celtyckie  bóstwa  śmierci  były  równie  bóstwami 

uzdrawiającymi – powiedziałam. 

- Zgodnie z legendami – powiedział Rhys. Spoglądał na Aislinga. 

- Spróbuj – powiedział znów Doyle. 

Spojrzałam na Rhysa. 

- Czy ty mówisz, że możesz znów go ożywić? 

-  Ostatnim  razem,  kiedy  miałem  oba  symbole  na  ramieniu,  mogłem.  – 

Spojrzał na mnie, na jego twarzy widoczny był jakiś ból. Teraz pamiętałam, co mi 
mówił. Kiedyś jego wyznawcy cieli się i ranili, poświęcając swoją krew i ból, ale był 
zdolny  ich  uzdrowić.  Potem  utracił  zdolność  uzdrawiania,  ale  jego  wyznawcy 
myśleli, że jest z nich niezadowolony. Zdecydowali, że chce czyjejś śmierci i zaczęli 
składać mu ofiary. Zmasakrował ich, by powstrzymać okrucieństwa. Zabił swoich 
własnych ludzi, by ocalić pozostałych. 

Nigdy  nie  utracił  zdolności,  żeby  zabijać  niewielkie  istoty  dotykiem.  W  Los 

Angeles  odkrył,  że  znów  ma  zdolności  zabijania  innych  istot  faerie  dotykiem  i 
słowem. W ten sposób zabił goblina. 

Rhys spoglądał na nieruchome ciało Aislinga. 

- Spróbuję. 

Podał  swoją  broń  Doyle’owi  i  Mrozowi,  potem  dotknął  drzewa.  Wydawał  się 

czekać przez chwilę, by zobaczyć, co zrobi drzewo. Po raz pierwszy zorientowałam 
się,  że  zastanawia  się,  czy  drzewo  również  jego  nie  zabije,  wcześniej  nie  przyszło 
mi to do głowy. 

- Czy to jest bezpieczne dla Rhysa? – Zapytałam. 

Obejrzał się na mnie. Uśmiechnął się. 

- Gdybym był wyższy, nie musiałbym się wspinać. 

-  Chodzi  mi  o  to  Rhys,  że  nie  chcę  przehandlować  ciebie  za  Aislinga.  I 

naprawdę nie chcę, żebyście obaj tam wisieli. 

- Gdybym uważał, że naprawdę mnie kochasz, może nie zdecydowałbym się 

na to. 

background image

- Rhys… 

- W porządku, Merry, wiem, na czym stoję – odwrócił się do drzewa i zaczął 

się wspinać. 

Doyle dotknął mojego ramienia. 

- Nie możesz kochać nas wszystkich jednakowo. To nie jest hańba. 

Skinęłam głową, wierzyłam mu, ale to nadal raniło mi serce. 

Rhys  wyglądał  jak  jakaś  biała  zjawa  przy  czerni  drzewa.  Był  tuż  pod 

miejscem,  gdzie  wisiał  Aisling.  Sięgał  do  niego,  kiedy  magia  przepłynęła  przez 
moją skórę, zatrzymując mi oddech w gardle. 

Doyle poczuł to również i wrzasnął. 

- Poczekaj! Nie dotykaj go! 

Rhys zaczął schodzić z drzewa, ślizgając się na mokrej korze. 

- Rhys! Pospiesz się! – krzyknęłam. 

Powietrze  dookoła  ciała  Aislinga  zadrżało,  jakby  z  gorąca,  potem 

eksplodowało.  Nie  deszczem  ciała,  krwi  i  kości,  ale  chmurą  ptaków.  Malutkich 
ptaków, mniejszych, bardziej delikatnych niż wróble. 

Tuziny  świerkających  ptaków  przeleciało  nad  naszymi  głowami.  Wszyscy 

upadliśmy  na  ziemie,  chroniąc  głowy.  Mróz  osłonił  mnie  swoim  ciałem,  chroniąc 
przed  fruwającym,  śpiewającym  tłumem.  Ptaszki  wyglądały  uroczo,  ale  wygląd 
może być mylący. 

Kiedy  Mróz  podniósł  się  na  tyle,  żebym  znów  mogła  widzieć  jasno,  ptaszki 

zniknęły  we  mgle  pomiędzy  drzewami.  Wyciągnęłam  się  do  góry,  starając  się 
zobaczyć. 

- Czy ściany jaskini są dalej niż były wcześniej? - Zapytałam. 

- Tak – odrzekł Doyle. 

-  Las  ciągnie  się  teraz  na  mile  –  powiedział  Mistral,  w  jego  głosie  słychać 

było grozę. 

- Nazywali to martwymi ogrodami, nie martwym lasem – powiedziałam. 

- Tak było kiedyś – odrzekł miękko Doyle. 

-  To  był  kiedyś  świat,  Merry  –  wyjaśnił  Rhys.  -  Cały  podziemny  świat. Były 

tu  lasy  i strumienie,  jeziora  i  wspaniałe  widoki.  Ale  zniknęły,  jak  zniknęła  nasza 
moc. Aż na końcu to było tylko to, co widziałaś, jak weszliśmy, naga ścieżka gdzie 

background image

kiedyś  rosły  kwiaty,  otoczone  przez  kilka  uschłych  drzew  –  wskazał  w  kierunku 
drzew. – Minęło kilka wieków, od kiedy widziałem coś takiego. 

Abe  uścisnął  mnie  od  tyłu,  to  mnie  przestraszyło  i  zesztywniałam.  Zaczął 

odsuwać się ode mnie, ale poklepałam go po ramieniu. 

- Wystraszyłeś mnie, to wszystko. 

Zawahał się, potem przytulił mnie mocniej. 

- To ty to zrobiłaś, Księżniczko. 

Odwróciłam się na tyle, żeby zobaczyć jego twarz. Uśmiechał się. 

- Myślę, że ty również pomogłeś – powiedziałam. 

-  I  Mistral  –  dodał  Doyle.  Próbował  utrzymać  neutralny  ton  w  swoim 

głębokim  głosie  i prawie  mu  się  udało,  ale  wiedziałam,  że  raniło  go,  kiedy 
wypowiadał  te  słowa.  Nadal  był  przekonany,  że  pierścień  królowej,  który  teraz 
nosiłam  na  palcu,  wybrał  Mistrala  na  mojego  króla.  Wcześniej  udało  mi  się 
przekonać  go,  że  to  nie  Mistral,  ale  po  prostu  fakt,  że  to  był  pierwszy  seks 
w faerie,  kiedy  nosiłam  pierścień.  Doyle zaakceptował  to,  ale  teraz  wydawało  się, 
że znów się zastanawia. 

- Doyle – powiedziałam. 

Potrząsnął głową. 

- W obliczu takich cudów, co znaczy szczęście jednej osoby, Księżniczko? 

Prawie  udało  mi  się  przekonać  go,  by  nie  nazywał  mnie  księżniczką.  W 

końcu  byłam  dla  niego  Meredith,  Merry,  ale  widocznie  już  nie.  Dotknęłam  jego 
ramienia. Odsunął się od mojego dotyku, delikatnie, ale stanowczo. 

- Poddajesz się za łatwo, mój przyjacielu – powiedział Mróz. 

-  Nad  nami  jest  niebo,  Mrozie  –  Doyle  wskazał  w  górę  pistoletem,  który 

trzymał w dłoni. – Wokół nas jest las – podniósł twarz do góry i pozwolił, by ciepły 
deszcz padał na jego zamknięte oczy. – Deszcz znów pada wewnątrz kopca – Doyle 
otworzył oczy, spojrzał na Mroza chwytając go za ramię, ciemne na jasnym. – Jak 
oczywista

 

musi  być  dla  ciebie  wiadomość,  Mrozie?  Wydaje  się,  że  to  Mistral  to 

zrobił. 

-  Nie  porzucę  moich  nadziei,  Ciemności.  Nie  utracę  ich,  kiedy  zwycięstwo 

jest tak blisko. Ty również nie powinieneś. 

- Coś przeoczyłem – powiedział Rhys. 

Doyle potrząsnął głową. 

- Nic nie przeoczyłeś. 

background image

-  To jest trochę za bliskie kłamstwa, a my nigdy nie kłamiemy – powiedział 

Rhys. 

-  Nie  będę  teraz  o  tym  z  tobą  dyskutował  –  powiedział  Doyle.  Spojrzał  za 

Rysa,  na  wysoką  postać  Mistrala.  To  było  krótkie  spojrzenie,  ale  wystarczające, 
żeby powiedzieć mi o jego zazdrości. 

- Patrz na swoją własną moc, Ciemności – odrzekł Abe. 

- Wystarczy – uciął Doyle. – Musimy powiedzieć królowej, co się stało. 

- Spójrz na swoją pierś, Ciemności – powiedział Abe. 

Doyle  skrzywił  się,  potem  spojrzał  w  dół.  Moje  spojrzenie  również  tam 

powędrowało. Ciężko było coś zobaczyć przy czerni jego skóry i takim niepewnym 
świetle, ale… 

-  Na  twojej  skórze  są  linie,  czerwone  linie.  –  Podeszłam  bliżej,  starając  się 

odszyfrować, co moc Abe narysowała na skórze Doyle’a. 

Wyciągnęłam rękę, by prześledzić linie na jego piersi. Doyle odsunął się. 

- Nie mogę udźwignąć tak wiele, Księżniczko. 

- Twoje ciało jest znów pomalowane w symbole - powiedział Abe. – Nie tylko 

Mistral powrócił. 

- Ale chodzi o to, kto przywrócił do życia samo faerie – odrzekł Doyle. – A ja 

byłem  gotowy  stanąć  mu  na  drodze,  bo  moje  serce  nie  chciało  utracić  tego  bez 
walki.  Ale  to  było,  zanim  stał  się  cud  i  martwe  ogrody  powróciły  do  życia. 
Służyłem  na  tym  dworze  wiek  po  wieku,  aż  utraciliśmy  wszystko,  czym  byliśmy. 
Jak  mógłbym  przestać  służyć,  kiedy  odzyskujemy  to,  cośmy  utracili?  Czy 
kiedykolwiek  moja  przysięga  coś  znaczyła,  czy  też  nie  znaczyła  nic?  Czy 
kiedykolwiek  działałem  dla  dobra  naszych  ludzi,  czy  też  nigdy  nie  byłem 
Ciemnością  Królowej?  Czy  działałem  właściwie,  czy  jestem  nikim,  nie  widzisz 
tego? 

Abe podszedł do niego i dotknął jego ramienia. 

-  Słyszę  cię,  tak  honorowa  Ciemności,  ale  mówię  ci,  że  ta  moc  jest  czymś 

szczodrym. Bogini jest szczodrą Boginią. Bóg jest szczodrym Bogiem. Oni nie dają 
jedną ręką, żeby zabrać drugą. Nie są aż tak okrutni. 

- Służba u nich okazała się bardzo okrutna. 

- Nie, służba u Andais okazała się dla ciebie okrutna – powiedział delikatnie 

Abe. 

Ptak  zaćwierkał  w  lesie,  nad  którym  pojawił  się  brzask,  dźwiękiem,  jaki 

wysyła w nocy, zaspanym i pytającym. 

background image

Z mgły doszedł do nas głos. 

- Myślałam, że jesteś pijanym głupcem Abeloec, teraz zorientowałam się, że 

to nie pijaństwo takim cię zrobiło. To po prostu twój naturalny stan. 

Wszyscy  obróciliśmy  się  w  kierunku  głosu.  Królowa  Andais  wyszła  ze 

ściany,  tam  gdzie  wynurzyła  się  wcześniej.  Byliśmy  za  bardzo  beztroscy,  nie 
zdając sobie sprawy, że może wrócić. 

Abe opadł na jedno kolano prosto w błoto. 

- Nie chciałem ci ubliżyć, moja królowo. 

-  Tak,  chciałeś  –  przeszła  niewielki  kawałek  w  naszą  stronę,  potem 

zatrzymała się i skrzywiła. – Jestem szczęśliwa widząc deszcz i chmury, ale błoto, 
bez tego mogłabym się obejść. 

- Przykro nam, że jesteś niezadowolona, moja królowo – powiedział Mistral. 

- Przeprosiny brzmiałyby lepiej, gdybyś klęczał – powiedziała. 

Mistral opadł na kolana w błoto, obok Abe. Ich włosy były za długie, mokre i 

ciężkie,  opadły  do  błota.  Nie  podobało  mi  się,  że  widzę  ich  w  ten  sposób.  To 
sprawiało, że bałam się o nich. 

Brnęła  teraz  przez  sięgające  do  kostek  błoto,  aż  mogła  ich  dotknąć,  ale 

przeszła  obok  nich.  Zamiast  tego  sięgnęła,  by  przesunąć  palcami  przez  pierś 
Doyle’a. 

- Szczeniaczki – powiedziała uśmiechając się. 

Doyle  stał  niewzruszony  pod  pieszczotą  jej  ręki,  chociaż  Andais  umiała 

zrobić  torturę  z pieszczoty.  Mogła  drażnić  się  i  męczyć,  a  potem  odmówić  im 
spełnienia. Uprawiała tę grę przez wieki. Dotknęła ramienia Mroza. 

-  Teraz  twoje  drzewo  jest  ciemne  na  skórze  –  ruszyła  do  Rhysa,  dotykając 

podwójnej  ryby.  Przeszła  w  moją  stronę,  a  ja  zmusiłam  się,  żeby  się  nie  skulić. 
Położyła rękę na moim brzuchu, gdzie był odcisk ćmy, jak najbardziej idealny na 
świecie tatuaż. – Kilka godzin temu ta ćma trzepotała skrzydłami, szamocząc się, 
by uciec z twojej skóry. 

Spojrzałam  w  dół  na  miejsce,  w  którym  mnie  dotykała,  mając  nadzieję,  że 

nie  opuści  ręki  niżej.  Nie  lubiła  mnie,  ale  mogła  dotykać  moich  najbardziej 
intymnych  części  ciała,  ponieważ  wiedziała,  że  czuję  do  niej  wstręt.  Seks  i 
nienawiść zawsze były pomieszane u mojej ciotki. 

- Moi strażnicy powiedzieli mi, że to może stać się jak tatuaż. 

- Powiedzieli ci, co to było? 

- Znak mocy. 

background image

Potrząsnęła głową.  

-  Inni  mają  kontury  postaci,  czy  wizerunków,  ale  twoja  ćma  wygląda  jak 

prawdziwa.  To  bardziej  jak  fotografia  nadrukowana  na  twoją  skórę.  To  nie  jest 
coś,  co  może  dać  ci  magia  Abeloeca.  To  –  nacisnęła  mocniej  na  mój  brzuch  – 
oznacza,  że  możesz  znakować  innych.  Oznacza,  że  ci,  których  oznakujesz,  są 
mniej  potężni,  tłoczący  się  przy  cieple  twojego  ognia.  –  Owinęła  ramię  dookoła 
mojej  tali,  przyciskając  moje  ciało  do  swojej  czarnej  szaty.  Wyszeptała  mi  prosto 
do ucha. – Mężczyźni tego nie lubią, nie, nie lubią. Nie lubią, kiedy cię dotykam… 
-  polizała  brzeg  mojego  ucha  -  …ani…  -  polizała  w  dół  krzywizny  mojej  szyi  – 
…trochę.  –  Ugryzła  mnie  mocno  i  nagle,  nie  do  krwi,  ale  wystarczająco,  żebym 
krzyknęła. 

Podniosła głowę i powiedziała spokojnie. 

- Myślałam, że lubisz ból, Meredith. 

- Nie w ten sposób, nie. 

-  To  nie  to  słyszałam  –  puściła  mnie  i  obeszła  nas  dookoła.  –  Gdzie  są 

pozostali mężczyźni, którzy zniknęli z sypialni razem z tobą? 

- Ogrody ich wzięły – powiedział Doyle. 

- Jak to ich wzięły? 

- Wzięły ich do drzew, kwiatów i ziemi – powiedział, nie patrząc jej w oczy. 

-  Jak  Amatheon,  który  podniósł  się  z  kurzu,  powrócą  do  nas,  czy  też  ich 

śmierć  będzie  zapłatą  za  ten  cud?  –  Wyszeptała,  ale  jej  głos  wydawał  się  odbijać 
echem. 

- Nie wiemy – odrzekł Doyle. 

Ptaki  zaczęły  znów  śpiewać.  Wysoka  pieśń  opadła  z  nieba, tańcząc  dookoła 

nas.  Owinęła  się  dookoła  nas,  jakby  dźwięków  można  było  dotknąć,  jakby  były 
tylko  poza  zasięgiem  wzroku.  Wydawała  się  przypominać,  że  świt  nadejdzie,  a 
śmierć  nie  będzie  trwać  wiecznie.  To  był  dźwięk  nadziei,  który  nadchodzi  każdej 
wiosny i pozwoli ci pamiętać, że zima nie trwa wiecznie, a ziemia nie umarła. 

Nic  nie  mogłam  na  to  poradzić,  ale  uśmiechnęłam  się.  Mistral  i  Abe 

podnieśli  twarze  do  góry,  jakby  obracali się  z  wdzięcznością  do  rozlewającego  się 
ciepła słonecznego światła. 

Andais  zaczęła  się  cofać,  kiedy  ostatnia  słodka  nutka  rozległa  się  w 

powietrzu. Cofnęła się w stronę ściany, która nadal była pogrążona w ciemności, 
jakby powracająca magia nie mogła jej dotknąć. 

background image

- Robisz z Dworu Unseelie bladą imitację złotego dworu, którym rządzi twój 

wujek,  Meredith.  Napełniasz  ciemność  światłem  i  muzyką,  a  my  zginiemy  jako 
lud. 

- Kiedyś mieliśmy wiele dworów - powiedział Abeloec - niektóre ciemne, inne 

jasne,  ale  wszystkie  faerie.  Nie  dzieliliśmy  się  na  dobrych  i  złych,  jak  to  robili 
chrześcijanie w swojej religii. Kiedyś byliśmy wszystkim, czym chcieliśmy być. 

Andais  nawet  nie  potrudziła  się  by  odpowiedzieć.  Zamiast  tego  po  prostu 

powiedziała. 

- Sprowadziłaś życie do martwych ogrodów. Nie będę starała się wykręcić od 

swojej  obietnicy.  Idź  do  Korytarza  Śmiertelności  i  ocal  ludzi  Nerys,  jeżeli  możesz. 
Sprowadź tą jasną magię do obu serc dworu Unseelie i zobacz jak długo przetrwa. 
– Powiedziawszy to zniknęła. 

Czekaliśmy  przez  kilka  uderzeń  serca,  potem  Mistral  i  Abe  wstali,  błoto 

oblepiło  ich  nogi.  Żaden  głos  z  ciemności  nie  nakazał  im  znów  uklęknąć. 
Wypuściłam oddech, który sama nie wiedząc kiedy, wstrzymałam. 

- Co miała na myśli mówiąc, że nasz dwór ma dwa serca? - Zapytałam. 

-  Kiedyś  każdy  kopiec  faerie  miał  ogród,  las  lub  jezioro,  jako  swoje  serce  – 

odpowiedział  Abe.  –  Ale  każdy  dwór  miał  również  inne  serce  mocy,  jedno,  które 
odzwierciedlało rodzaj magii, w jakim specjalizował się dwór. 

-  Doprowadziliśmy  jedno  serce  do  życia  –  dodał  Mistral  -  ale  nie  jestem 

pewien, czy to mądre obudzić drugie. 

-  Korytarz  jest  komnatą  tortur,  gdzie  większość  magii  nie  działa.  To  puste 

miejsce – odrzekłam. 

- Ale kiedyś, Meredith, było czymś więcej. 

Spojrzałam na mężczyzn. 

- Czymś więcej? 

- Rzeczy starsze niż faerie, starsze od nas, były tam uwięzione. Pozostałości 

mocy tych, których pokonaliśmy. 

- Nie jestem pewna, czy cię rozumiem, Mistral. 

Spojrzał na Doyle’a. 

- Pomóż mi to wytłumaczyć. 

-  Kiedyś  w  Korytarzu  Śmiertelności  były  istoty,  które  mogły  sprowadzić 

śmierć  nawet  na  sidhe.  Trzymaliśmy  je,  żeby  służyły  nam  za  sposoby  egzekucji, 
tortur,  czy  po  prostu  jako  postrach  na  innych.  Królowa  nie  dbała  o  nich, 
ponieważ  jak  sama  wiesz,  lubi  sama  torturować.  Obserwowanie  jak  inni 

background image

pozbawiają  nas  kończyny  po  kończynie,  nie  jest  dla  niej  nawet  w  połowie  tak 
zabawne, jak robienie tego samej. 

- A my uzdrawialiśmy się łatwiej, kiedy ona to robiła – powiedział Rhys. 

Doyle skinął głową. 

-  Tak,  mogła  torturować  nas  dłużej  i  częściej,  kiedy  tamte  istoty  jej  nie 

pomagały. 

- Jaki to rodzaj istot? – Zapytałam. Nie podobało mi się, jak bardzo poważni 

się stali. 

-  Przerażające  istoty.  Spojrzenie  na  nie  mogło  sprowadzić  szaleństwo  na 

śmiertelnika – odrzekł. 

- Jak dawno temu te istoty zniknęły z kopca? 

- Tysiąc lat, może więcej – odpowiedział. 

- Las nie zniknął tak dawno – powiedziałam. 

- Nie, nie tak dawno. 

- Więc dlaczego tak się martwicie? 

- Ponieważ skoro ty, czy moc Bogini przepływająca przez ciebie, mogłyście to 

sprowadzić  –  powiedział  Abe,  wskazał  na  otaczający  nas  las  -  musimy 
przygotować  się  na  to,  że  drugie  serce  naszego  dworu  również  może  powrócić  do 
pełnego życia. 

-  Może  Merry  jest  za  bardzo  Seelie,  by  sprowadzić  taką  makabrę?  – 

Powiedział Mistral, ale w jego głosie nie było słychać nadziei. 

-  Jej  dwie  ręce  mocy  to  krew  i  ciało  –  odrzekł  Doyle.  –  To  nie  jest  magia 

Seelie. 

-  Przyszedłem  do  księżniczki  po  pomoc  dla  ludzi  Nerys,  ale  teraz  nie 

narażałbym jej, nie dla domu pełnego zdrajców - stwierdził Mistral. 

- Jeżeli ich ocalimy, nie będą zdrajcami – powiedziałam. 

-  Nadal  wierzą,  że  twoja  śmiertelność  jest  zaraźliwa  –  powiedział  Rhys.  – 

Nadal myślą, że jeżeli usiądziesz na tronie, zaczną starzeć się i umrą. 

-  Nie  wydaje  ci  się,  że  dom  Nerys  spotkał  wystarczający  zaszczyt,  by 

zorientowali  się,  że  staram  się  upewnić, że  poświecenie  ich  władcy  nie  poszło  na 
marne?  Nerys  oddała  swoje  życie  by  jej  dom  nie  zginął  i  chcę,  żeby  to  coś 
znaczyło. 

Mężczyźni wydawali się myśleć o tym przez chwilę. 

background image

- Spotkał ich zaszczyt - powiedział w końcu Doyle - ale nie wiem, czy są za 

to wdzięczni. 

background image

Rozdział 9 

-  Magia  bóstwa  sprowadziła  nas  tutaj  –  powiedział  Rhys  -  ale  jak  teraz 

wyjdziemy? Nie ma więcej drzwi do martwych ogrodów. 

- Meredith – powiedział Mróz. 

Spojrzałam na niego. 

- Poproś kopiec, by dał nam drzwi, żebyśmy mogli wyjść stąd. 

- Myślisz, że to będzie takie proste? – Zapytał Rhys. 

- Jeżeli kopiec życzy sobie, żeby Merry ocaliła ludzi Nerys, to tak – odrzekł 

Mróz. 

- A co jeżeli sobie tego nie życzy, lub o to nie dba? 

Mróz wzruszył ramionami. 

- Jeżeli masz lepszy pomysł, słucham. 

Rhys rozłożył ręce, jakby mówił nie. 

Spojrzałam na ciemną ścianę. 

- Potrzebuję drzwi, żeby wyjść stąd. 

Ciemność zelżała i drzwi, wielkie złote drzwi, pojawiły się na ścianie jaskini. 

Prawie powiedziałam, Dziękuję, ale stara magia nie lubi, kiedy się jej dziękuje, to 
dla niej zniewaga.  

- Co za urocze drzwi – wyszeptałam. 

Rzeźbienie  pojawiło  się  dookoła  framugi  drzwi,  wzór  winorośli,  jakby 

narysowany na drewnie niewidzialnym palcem. 

- To coś nowego – wyszeptał Rhys. 

- Chodźmy, zanim zdecydują się zniknąć – powiedział Mróz. 

Miał rację. Z całą pewnością miał rację. Ale co dziwne, nikt z nas nie chciał 

przejść  przez  drzwi,  zanim  niewidzialny  palec  nie  skończy  rysować  winorośli. 
Dopiero kiedy drewno przestało się poruszać, Doyle dotknął złotej klamki i obrócił 
ją.  Wszedł  na  korytarz,  który  był  prawie  tak  czarny,  jak  jego  skóra.  Kiedy  stał 
nieruchomo, wtapiał się w tło. 

Rhys dotknął ściany. 

- Nie mieliśmy w kopcu od lat tak czarnych korytarzy. 

background image

-  Jest  zrobiony  z  tego  samego  kamienia,  co  królewska  komnata  – 

wyszeptałam.  Miałam  tak  wiele  złych  doświadczeń  z  królewskiej  komnaty  o 
lśniących  czarnych  ścianach,  że  kopiec,  który  stał  się  tak  czarny  jak  jej  pokój, 
przerażał mnie. 

Mistral  ostatni  przeszedł  przez  drzwi.  Kiedy  przez  nie  przeszedł,  drzwi 

zniknęły,  pozostawiając  gładką,  czarną  ścianę,  nietkniętą,  bez  najmniejszego 
śladu. 

-  Ściany  korytarza,  w  którym  Mistral  i  Merry  mieli  seks,  zamieniły  się  w 

biały  marmur  –  powiedział  Mróz.  –  Z  jakiego  powodu  ten  korytarz  zmienił  się  na 
czarny? 

- Nie wiem – odrzekł Doyle. Spojrzał w dół i w górę korytarza. – Zmienił się 

za bardzo. Nie wiem, w której części kopca jesteśmy. 

- Spójrz na to – powiedział Mróz. Spoglądał na ścianę naprzeciwko nas. 

Doyle przesunął się, żeby stanąć obok niego, spojrzał, potem obrócił się do 

mnie z pustą twarzą. Wydał z siebie szorstki, syczący dźwięk. 

- Meredith, wezwij drzwi z powrotem. 

- Dlaczego? 

-  Po  prostu  to  zrób  –  jego  głos  był  cichy,  ale  wibrował  niepokojem,  jakby 

zmuszał się do szeptu, kiedy tym, co chciał zrobić, był krzyk. 

Nie kłóciłam się z tym tonem w jego głosie. Wezwałam. 

- Chciałabym drzwi z powrotem do martwych ogrodów. 

Drzwi  pojawiły  się  znów,  całe  złote  i  drewniane,  rzeźbione  w  winorośle. 

Doyle skinięciem nakazał Mistralowi prowadzić. Mistral sięgnął po złotą klamkę z 
nagim  mieczem  w  swojej  drugiej  dłoni.  Co  się  stało?  Co  ich  przeraziło?  Co 
przeoczyłam? 

Mistral przeszedł przez drzwi z Abe tuż za nim, ze mną pośrodku, Rhysem i 

Doylem  podążającym  za  nami,  a  Mrozem  zamykającym  pochód.  Ale  zanim 
zdążyliśmy  przejść  przez  drzwi,  pełen  napięcia  głos  Abe  i  Mistrala  doszedł  nas  z 
martwych ogrodów. 

- Do tyłu, wracajcie! 

-  Nie  możemy  zostać  w  czarnym  korytarzu  –  powiedział  Doyle.  Rhys 

przycisnął  się  do  moich  pleców.  Abe  do  mojego  przodu.  Staliśmy  nieruchomo 
pomiędzy  dwoma  kapitanami  straży,  a  każdy  starał  się  przesunąć  nas  w 
przeciwnym kierunku. 

background image

-  Nie  możemy  mieć  dwóch  kapitanów,  Mistral  –  odrzekł  Mróz.  –  Bez 

pojedynczego 

przywódcy 

jesteśmy 

niezdecydowani 

narażeni 

na 

niebezpieczeństwo. 

- Co się stało? – zapytałam. 

Z dołu korytarza dobiegł nas dźwięk, ciężki, pełzający dźwięk, który zmroził 

mi serce w piersi. Bałam się, że go rozpoznałam. Nie, musiałam się mylić. Potem 
doszedł nas się po raz drugi, wysoki, szurający dźwięk, jedyne, z czym mógłby być

 

pomylony, to ćwierkanie ptaków, ale nie był nim. 

- O Bogini - wyszeptałam. 

- Naprzód Mistral, teraz, lub przepadliśmy – powiedział Doyle. 

- Za drzwiami nie ma naszych ogrodów - odrzekł Mistral. 

Wysoki,  podobny  do  pisku  ptaka  dźwięk  zbliżał  się,  wyprzedzając  ciężką, 

pełzającą postać. Sluaghowie, koszmary dworu Unseelie i ich własnego królestwa, 
rządzonego swoimi własnymi prawami, poruszały się szybciej, ale nocni myśliwce 
zawsze poruszali się szybciej pod pozostałych sluaghów. Byliśmy wewnątrz wzgórz 
sluaghów,  w  jakiś  sposób  przeskoczyliśmy  do  ich  kopca.  Gdyby  nas  tutaj 
znaleźli… może przetrwalibyśmy, lub może nie. 

-  Czy  sluaghowie  czekają  po  drugiej  stronie  drzwi?  –  Zapytał  natarczywie 

Doyle Mistrala. 

- Nie – odpowiedział Mistral. 

- Więc idź, teraz! – rozkazał Doyle. 

Abe  potknął  się,  jakby  Mistral  nagle  zszedł  z  drogi.  Przeszliśmy  w 

pośpiechu  przez  drzwi,  z Doylem  napierającym  z  tyłu.  Był  jak  jakaś  rodzaj 
elementarnej siły, zmuszającej nas do pośpiechu. To pchnęło nas i upadliśmy na 
ziemię.  Nie  widziałam  nic  poza  białym  ciałem  i poczułam  ich  muskularne  ciała 
otaczające mnie. 

- Gdzie jesteśmy? – Zapytał Mróz. 

Rhys  poruszył  się,  stawiając  mnie  na  nogi.  Doyle,  Mistral  i  Mróz  byli  w 

gotowości  bojowej,  z  wyciągniętą  bronią,  szukając  zagrożenia.  Drzwi  zniknęły, 
zostawiając nas na brzegu ciemnego jeziora. 

Jezioro to może było za duże słowo. Wgłębienie było suche, poza niewielkim 

zagłębieniem  z  wodą  na  samym  środku.  Kości  zaśmiecały  dno  umierającego 
zbiornika, a także brzeg, na którym staliśmy. Kości błyszczały mdło w zamglonym 
świetle,  które  dochodziło  z  kamiennego  sufitu,  jakby  księżyc  był  ukryty  w 
skałach.  Dookoła  brzegu  były  kamienne  ściany,  wyrastające  stromo  z ciemności, 
pozostawiające tylko wąski występ między murem, a urwiskiem prowadzącym do 
jeziora. 

background image

- Wezwij znów drzwi, Meredith – powiedział Doyle, jego ciemna twarz nadal 

przeszukiwała martwą ziemię. 

-  Tak, tym razem bądź bardziej dokładna przy określaniu naszego miejsca 

docelowego – dodał Mistral. 

Abe  nadal  leżał  na  ziemi.  Usłyszałam  ostry  wdech  i  spojrzałam  na  niego. 

Jego ręka była czarna i lśniąca w słabym świetle. 

- Co to za kości, które mogą przeciąć ciało sidhe? 

-  To  są  kości  istot  najbardziej  magicznych  pomiędzy  sluaghami  – 

odpowiedział mu Doyle. – Istot tak niesamowitych, że kiedy moc sluaghów zaczęła 
zanikać, nie było tu na tyle magii, by utrzymać je przy życiu. 

Przytuliłam się do Rhysa. 

- Jesteśmy w martwych ogrodach sluaghów – wyszeptałam. 

-  Tak.  Wezwij  drzwi,  teraz  –  Doyle  spojrzał  na  mnie,  potem  znów  na 

zamglony horyzont. 

Rhys objął mnie jedną ręką, w drugiej trzymał pistolet. 

- Zrób to Merry. 

- Potrzebuję drzwi do kopca Unseelie. 

Na odległym brzegu jeziora pojawiły się drzwi. 

-  No  cóż,  to  trochę  niewygodne  –  wyszeptał  Rhys  cierpko,  ale  przycisnął 

mnie mocniej do swojego ciała. 

- Jest wystarczająco miejsca, żeby przejść na drugą stronę, jeżeli będziemy 

ostrożni – odrzekł Mistral. – Możemy przejść pomiędzy ścianami jaskini i brzegiem 
jeziora, jeżeli ostrożnie przejdziemy obok kości. 

- Bardzo ostrożnie – powiedział Abe. Stał już na nogach, ale jego lewa ręka i 

ramię  były  pokryte  krwią.  Nadal  trzymał  rogowy  kielich  w  prawej  ręce,  ale  nic 
poza  tym,  zostawił  broń  w sypialni.  Mistral  był  ubrany  i  dozbrojony.  Mróz  tak 
uzbrojony, jak wtedy, kiedy zaczęła się noc. Doyle miał tylko to, co udało mu się 
chwycić, brak ubrania ograniczał możliwość schowania broni. 

- Mróz, opatrz ranę Abeloeca – powiedział Doyle. – Potem ruszymy do drzwi. 

- Nie jest tak źle, Ciemności – powiedział Abe. 

-  To  jest  miejsce  mocy  dla  sluaghów,  nie  dla  nas  –  odrzekł  Doyle.  –  Nie 

chciałbym, żebyś wykrwawił się na śmierć, bo potrzebowałeś bandaża. 

background image

Mróz  nie  kłócił  się,  podszedł  do  drugiego  mężczyzny,  z  pasem  ubrania 

oderwanego ze swojej własnej koszuli. Zaczął bandażować rękę Abe. 

- Dlaczego wszystko bardziej boli, kiedy jest się trzeźwym? – zapytał Abe. 

- Wszystko inne też czujesz mocniej, kiedy jesteś trzeźwy – odrzekł Rhys. 

Spojrzałam na niego. 

-  Mówisz  to,  jakbyś  wiedział  z  doświadczenia.  Nigdy  nie  widziałam  cię 

pijanego. 

- Spędziłem większość z piętnastu setek lat tak pijany, jak tylko pozwolił mi 

organizm.  Widziałaś  Abe  pracującego  nad  tym,  nie  pozostajemy  na  długo  pijani, 
ale starałem się jak mogłem. Bogini wie, że starałem się. 

- Więc dlaczego? Dlaczego całe wieki? 

-  Dlaczego  nie?  –  Zapytał  robiąc  z  tego  żart,  tak  jak  to  Rhys  miał  w 

zwyczaju,  kiedy  coś  ukrywał.  Arogancja  Mroza,  pustka  Doyle’a,  humor  Rhysa, 
różne sposoby na ukrywanie się. 

-  Jego  rana  potrzebuje  uzdrowiciela  -  powiedział  Mróz  -  ale  zrobiłem  co 

mogłem. 

-  Bardzo  dobrze  –  odrzekł  Doyle  i  zaczął  iść  drogą  dookoła  jeziora,  w 

kierunku  delikatnego,  złotego  blasku  dochodzącego  od  drzwi,  które  wezwałam. 
Dlaczego pojawiły się na ścianie za jeziorem? Dlaczego nie obok nas, jak ostatnie 
dwa  razy?  Dlaczego  w  ogóle  się  pojawiły?  Dlaczego  kopiec  sluaghów,  tak  jak  i 
kopiec Unseelie spełnia moje życzenia? 

Brzeg był tak wąski, że Doyle musiał oprzeć się całymi plecami na ścianie 

pieczary, bo jego ramiona były za szerokie. Mnie było lepiej na wąskiej ścieżce niż 
pozostałym  mężczyznom,  ale  nawet  ja  musiałam  przycisnąć  swoje  nagie  ciało  do 
gładkiej  kamiennej  ściany.  Kamienie  nie  były  zimne,  jak  byłyby  w  zwyczajnej 
pieczarze,  były  dziwnie  ciepłe.  Brzeg,  po  którym  się  poruszaliśmy,  był 
przeznaczony,  by  podróżowały  nim  mniejsze  istoty,  lub  może  nie  chodziło  się  po 
nim wcale. Szkielety, lśniące na brzegu, należały do tych istot, które mogły pełzać 
lub pływać, ale nic takiego nie chodziło prosto. Kości wyglądały jak rzucone razem 
szczątki  ryb,  węży  i  istot,  które  zazwyczaj  nie  zostawiają  szkieletów  w  morzach 
śmiertelnej  ziemi.  Istot,  które  wyglądały  jak  kałamarnice,  poza  tym,  że 
kałamarnice nie mają wewnętrznych szkieletów. 

Byliśmy w korytarzu dookoła brzegu, korytarzu wypełnionym kośćmi, kiedy 

powietrze  zadrżało  w  miejscu  odległym  od  drzwi.  Przez  chwilę  powietrze  płynęło, 
potem Sholto, Król Sluaghów, Pan Tego Co Pomiędzy, stał w tym miejscu. 

background image

Rozdział 10 

Sholto był wysoki, muskularny, przystojny i wyglądał całkowicie na wysoko 

urodzonego  sidhe  z  Dworu  Seelie.  Jego  długie  włosy  były

 

jasnożółte,  jak  zimowy 

blask  słońca  ze  śniegiem  na  krańcach.  Jego  ramię  było  na  temblaku,  a  kiedy 
odwrócił głowę do światła, zobaczyłam, że jego twarz pokryta była siniakami. Kitto 
powiedział,  że  własny  dwór  Sholto  zaatakował  go.  Obawiali  się,  że  kiedy  pójdę  z 
Sholto do łóżka, stanie się pełnym sidhe i nie będzie już wystarczająco sluaghem, 
by być nadal ich królem. 

Cztery  przyodziane  w  peleryny  postacie  stały  za  nim.  Rozstawili  się  na 

podobieństwo  wachlarza,  niektórzy  w  stronę  złotych  drzwi,  niektórzy  w  naszą 
stronę. 

- Królu Sholto – powiedział Doyle - nie jesteśmy tutaj z naszej własnej woli. 

Prosimy o wybaczenie, za wejście do twojego królestwa bez zaproszenia. 

Pewnie  uklękłabym,  gdyby  byłoby  tutaj  na  tyle  miejsca,  ale  na 

rozpadającym się krańcu czarnej ziemi było tylko kilka cali na moje stopy, a plecy 
nadal  miałam  przyciśnięte  do  ściany.  Nie  było  na  tej  ścieżce  wystarczająco 
miejsca  na  takie  drobiazgi.  Było  tu  też  za  mało  miejsca  do  walki,  jeżeliby 
zaatakowali nas teraz, przepadliśmy. 

Spod brzegu peleryny jednego ze strażników zalśniło ostrze. 

-  Jesteście  nadzy  i  prawie  nieuzbrojeni  –  odezwał  się.  –  Tylko  jakaś 

desperacja mogła sprowadzić was tutaj w tym stanie, do tego z księżniczką. 

-  To  początek  ich  inwazji  –  od  jednego  z  wyższych  strażników  doszedł 

kobiecy  głos.  Znałam  ten  głos.  To  była  Czarna  Agnes,  dowódca  straży  Sholto, 
rządząca również jego kochankami na tym dworze. Już wcześniej starała się mnie 
zabić z zazdrości. 

Sholto  odwrócił  się  na  tyle,  by  na  nią  spojrzeć.  W  tej  chwili  zauważyłam 

szerokie,  blade  bandaże,  które  miał  na  całej  górnej  części  ciała.  Cokolwiek 
przykrywały, to musiały być straszne rany. 

-  Wystarczy,  Agnes,  wystarczy  –  uciszył  ją  Sholto,  echo  jego  słów  przeszło 

dookoła jaskini. 

Odziana  na  czarno  postać  Agnes,  która majaczyła  ponad  nim,  spojrzała  na 

mnie.  Przez  chwilę  widziałam  blask  jej  oczu  w  ciemności  brzydoty  jej  twarzy. 
Nocne wiedźmy były brzydkie, to była część tego, czym były. 

Jeden z niższych strażników pochylił się do Sholto, jakby chciał wyszeptać, 

ale  echo  tego  syku,  które  odbiło  się  od  ścian,  nie  było  ludzką  mową.  Wysoki 

background image

dźwięk  chichotu  nocnych  myśliwców  wyszedł  z  postaci  o  figurze  człowieka, 
chociaż to nie mógł być nocny myśliwiec, skoro chodził prosto. 

Sholto obrócił się do nas. 

- Czy twierdzicie, że to wasza królowa przysłała was tutaj? 

- Nie – odpowiedział Doyle. 

-  Księżniczko  Meredith  –  zawołał  Sholto  -  mamy  prawo  wyrżnąć  twoich 

strażników i zatrzymać cię tutaj, aż twoja ciotka wykupi cię. Ciemność o tym wie, 
tak jak i Zabójczy Mróz. Z drugiej strony, temperament Mistrala mógł sprowadzić 
go na błędną drogę, a Abeloec pójdzie wszędzie, gdzie tylko dostanie coś do picia, 
nieprawdaż Segna? 

Postać w jasno żółtej pelerynie odezwała się ochrypłym głosem. 

- Acha, jest nieszczęśliwy, kiedy wytrzeźwieje, prawda, posiadaczu kielicha? 

Słyszałam  Abe,  nazywanego  tak  wcześniej,  kiedy  szydzono  z  niego,  ale  nie 

rozumiałam  tego  aż  do  dzisiaj.  To  było  przypomnienie  tego,  czym  kiedyś  był, 
sposób na rzucenie mu w twarz tego, czym kiedyś był. 

-  Nauczyłyście  mnie,  żebym  był  bardziej  ostrożny  wybierając  miejsce  gdzie 

mdleję,  szanowne  panie  –  powiedział  Abe,  a  jego  zazwyczaj  swobodny  głos 
przybrał gorzki ton. 

Dwie wiedźmy zaśmiały się. Pozostali strażnicy dołączyli do chóru syczącym 

śmiechem,  który  pozwolił  mi  domyśleć  się,  że  czymkolwiek  byli  dwaj  niżsi 
strażnicy, byli takim samym rodzajem istot. 

- Nie martw się, Ciemności – odezwał się Sholto. – Wiedźmy nie pomogły Abe 

złamać  jego  przysięgi  celibatu,  za  to  czekałaby  je  kara  śmierci.  Ale  szarpanie 
białego ciała sidhe jest pomiędzy nami prawie tak cenne jak seks. 

Znów  odezwał  się  wysoki  chichoczący  głos.  Sholto  przytaknął  temu,  co 

powiedział. 

- Ivar słusznie zauważył. Jesteście mokrzy i zabłoceni, a to nie stało się tutaj 

w naszym ogrodzie – wskazał swoją zdrową ręką na pokruszoną suchą ziemię, na 
wodę uwięzioną poniżej nas, całkowicie niedostępną. 

-  Proszę  o  pozwolenie  na  zabranie  księżniczki  z  tego  brzegu  –  powiedział 

Doyle. 

-  Nie  –  odrzekł  Sholto  -  jest  tu  wystarczająco  bezpieczna.  Odpowiedz  na 

pytanie  Ciemności…  czy  Księżniczko…  czy  ktokolwiek  z  was.  Jak  to  się  stało,  że 
jesteście  mokrzy  i zabłoceni?  Wiem,  że  na  powierzchni  pada  śnieg,  nie  użyjecie 
tego do kłamstwa. 

background image

- Sidhe nie kłamią – powiedział Mistral. 

Sholto  i  wszyscy  jego  strażnicy  zaśmiali  się.  Wysoki  chichoczący  śmiech 

zmieszał  się  z dudniącym  basem  i  altem  śmiechu  wiedź  i  Sholto,  jawnie 
rozradowanego śmiechu. 

-  Sidhe  nie  kłamią:  oszczędźcie  nam  tego,  to  największe  z  kłamstw  – 

powiedział Sholto. 

- Nie jesteśmy zdolni do kłamstwa – odrzekł Doyle. 

-  Nie,  ale  wersja  prawdy  sidhe  jest  tak  pełna  dziur,  że  jest  gorsza  niż 

kłamstwo.  My,  sluaghowie  wolimy  dobre,  honorowe  kłamstwo  niż  te  półprawdy, 
którymi  karmicie  nas  na  dworze.  Głodujemy  na  tej  diecie  bliskiej  fałszu.  Więc 
powiedz  nam  prawdę,  jeżeli  jesteś  w  stanie,  jak  znaleźliście  się  tutaj  mokrzy  i 
zabłoceni. 

- W martwych ogrodach w naszym kopcu pada deszcz – odrzekł Doyle. 

- Więcej kłamstw – odrzekła Agnes. 

Miałam pomysł. 

- Przysięgam na honor – zaczęłam. Jedna z wiedźm zaśmiała się na te słowa, 

ale  dokończyłam  -  na  ciemność,  która  pożera  wszystko,  że  padało  w  ogrodach 
Unseelie, kiedy je opuściliśmy.  

Złożyłam  nie  tylko  przysięgę,  której  żadne  sidhe  nie  byłoby  chętne  złamać, 

ale  przysięgę,  której

 

wymagałam  od  Sholto  tygodnie  temu,  kiedy  znalazł  mnie  w 

Kalifornii. Złożył przysięgę, że nie chce mnie skrzywdzić i ja mu uwierzyłam. 

Srogość przysięgi sprawiła, że nawet nocne wiedźmy zamilkły. 

- Bądź ostrożna, co mówisz, Księżniczko  – powiedział Sholto. – Część magii 

nadal żyje. 

-  Wiem,  co  przysięgam  i  wiem,  co  to  oznacza,  Królu  Sholto,  Panie  Tego  Co 

Pomiędzy.  Jestem  mokra  od  pierwszego  deszczu,  który  spadł  w  martwych 
ogrodach  od  wieków,  moja  skóra  jest  ozdobiona  nie  tylko  mokrą  ziemią,  ale 
odrodzoną. 

- Jak to możliwe? – Dopytywał się Sholto. 

-  To  nie  jest  możliwe  –  powiedziała  Agnes.  Wskazała  ciemnym, 

muskularnym ramieniem na drzwi. – To jest magia Seelie, nie Unseelie. Spiskują 
razem,  żeby  nas  zniszczyć.  Mówiłam  ci,  że  złoty  dwór  nigdy  nie  śmiałby  działać, 
gdyby nie miał poparcia Królowej Powietrza i Ciemności. – Wskazała dramatycznie 
na lśniące drzwi. – To jest dowód. 

- Meredith – powiedział cicho Doyle - spraw żeby drzwi zniknęły. 

background image

-  Szeptanie  nie  zrobi  z  ciebie  mojego  przyjaciela,  Ciemności  –  powiedział 

Sholto. 

- Powiedziałem księżniczce, by odprawiła drzwi, żebyście mogli zrozumieć, że 

to nie są sprawy, w które zaangażowana jest magia Seelie. 

Agnes  odwróciła  się  tak  nagle,  że  jej  kaptur  opadł  na  plecy  odsłaniając 

suche,  czarne  włosy,  zniszczoną  cerę,  pokrytą  guzami  i  otarciami.  Wiedźmy 
ukrywały  swoją  brzydotę,  co  było  rzadkością  pomiędzy  sluaghami.  Większość  z 
nich  widziała  każdą  ułomność  jako  oznakę  piękna  czy  mocy.  Wiedźmy  ukrywały 
się, tak jak dwójka niższych strażników. 

Agnes wskazała na mnie długą ręką z czarnymi pazurami. 

-  To  nie  ona  wyczarowała  drzwi.  Jest  śmiertelna,  ręka  śmiertelnika  nie 

stworzyłaby tego wejścia. 

- Księżniczko, gdybyś mogła – powiedział Doyle cicho, ale wyraźnie, więc nie 

mógł być oskarżony o szeptanie. 

Powiedziałam  głośno,  więc  wszyscy  mnie  słyszeli,  a  pieczara  chwyciła  echo 

mojego głosu, które odbiło się pomiędzy ścianami. 

- Proszę, żeby drzwi teraz zniknęły. 

Po  moich  słowach  nastąpiła  chwila  wahania,  jakby  drzwi  chciały  mi  dać 

sekundę  do  namysłu,  potem,  kiedy  się  nie  odezwałam,  drzwi  zniknęły.  Strażnicy 
Sholto zadrżeli, a Agnes otrząsnęła się, jakby dostała gęsiej skórki. 

- Śmiertelnik nie może kontrolować kopca. Żadnego kopca. 

- Zgodziłabym się z tobą jeszcze kilka godzin temu – odrzekłam. 

- Jak dostaliście się tutaj? – Zapytał Sholto. 

-  Poprosiłam  o  drzwi  do  martwych  ogrodów.  Nie  przyszło  mi  do  głowy,  że 

mogłabym wyczarować drzwi, które sprowadzą mnie do twojego domu, Sholto. 

- Królu Sholto – poprawiła mnie Anges. 

- Królu Sholto – powiedziałam posłusznie. 

-  Dlaczego  ta  prośba  sprowadziła  was  do  naszych  ogrodów,  Księżniczko 

Meredith? – Zapytał Sholto. 

- Doyle powiedział mi, że musimy dostać się do martwych ogrodów. Dlatego 

właśnie  tak  zrobiłam:  wezwałam  drzwi  do  martwych  ogrodów.  Ale  nie  określiłam 
dokładnie, do których martwych ogrodów, resztę już znasz. 

Sholto  spojrzał  na  mnie.  Potrójne  złoto  jego  tęczówek,  płynny  metal, 

jesienne  liście  i  jasne  światło  słońca,  sprawiło,  że  jego  twarz  była  piękna,  ale  to 

background image

nie sprawiało, że jego spojrzenie było chociaż trochę mniej intensywne. Wpatrywał 
się we mnie, jakby chciał mnie zważyć wzrokiem. 

- To nie może być prawda – wtrąciła się Agnes. 

- Gdyby chcieli skłamać, wymyśliliby coś dużo lepszego – odrzekł Sholto. 

-  Nadal  wierzysz  w  to,  co  ten  kawałek  białego  ciała  sidhe  ci  mówi,  Królu 

Sholto?  Czy  to,  co  ci  zrobili,  niczego  cię  nie  nauczyło?  –  Zapytała  Agnes.  Nie 
byłam pewna, co ma na myśli, ale domyślałam się, że chodzi jej o to, co skrywały 
bandaże. 

-  Cisza  –  powiedział  Sholto,  na  jego  twarzy  było  coś,  coś  w  sposobie  w  jaki 

się  odwrócił,  co  przypominało  zakłopotanie.  Ostatnim  razem  kiedy  widziałam 
Sholto,  ukrywał  się  za  maską  arogancji,  tak  jak  Mróz.  Jakąkolwiek  maskę 
budował, żeby ukryć się za nią na dworze, wydawała się rozerwana, więc teraz nie 
miał nic, za czym mógłby ukryć swoje emocje. 

-  Czy  możemy  podejść  do  ciebie,  Królu  Sholto?  –  Zapytałam,  mój  głos  był 

czysty, ale delikatny. Wysoki, elegancki, arogancki mężczyzna, jakiego spotkałam 
w Los Angeles, nie był tym samym mężczyzną, jaki stał przede mną teraz, z lekko 
zgarbionymi ramionami. 

- Nie, nie możesz – powiedziała Agnes ze złością w swoim dziwnie głębokim 

głosie. Większość nocnych wiedźm mówiła rechoczącym głosem, jakby przełykały 
żwir. 

Sholto  odwrócił  się  do  niej,  niemalże  potykając  się.  To  wydawało  się 

podsycać jego gniew. 

- Ja jestem tu królem, Agnes! Ja! – Uderzył się w pierś. – Ja, Agnes, nie ty! 

To ja nadal jestem tu królem! 

Obrócił  się  do  nas.  Na  przedzie  jego  bandaży  pokazała  się  świeża  krew, 

jakby rozerwał szwy. Sholto był w połowie sidhe, a w połowie sluaghem. Sluaghów 
nawet trudniej zranić niż sidhe. Co mogło zranić go tak bardzo? 

- Sprowadź ją na stałą ziemię, Ciemności – powiedział Sholto. 

Doyle  przeszedł  do  przodu,  ostrożnie.  Rhys  nadal  trzymał  lewą  rękę  na 

moim ramieniu. Pomogli mi przejść po wąskim brzegu. Pozostali ruszyli za nami, 
przedzierając się na bezpieczny grunt. 

Doyle  wziął  mnie  za  rękę  i  poprowadził  do  przodu,  bardzo  oficjalnie,  w 

kierunku  czekających  sluaghów.  Musieliśmy  iść  powoli  z  powodu  kości. 
Widzieliśmy,  co  zrobiły  Abe,  a wszyscy  byliśmy  boso.  Mieliśmy  dosyć  ran  jak  na 
jedną noc. 

- Jak ja cię nienawidzę, Księżniczko – powiedziała Agnes. 

background image

Sholto odezwał się bez odwracania się do niej. 

-  Jestem  bardzo  bliski  utraty  resztek  cierpliwości,  jaką  mam  dla  ciebie, 

Agnes. Nie chcesz tego. 

- Poruszają się jak światło i cień, z taką gracją idą przez pole kości, którym 

jest  nasz  ogród.  –  Odrzekła  Agnes  –  A  ty  patrzysz  na  nią,  jakby  była  jedzeniem  i 
piciem, a ty byś umierał z głodu. 

Ten  komentarz  sprawił,  że  podniosłam  wzrok  odrywając  go  od 

niebezpiecznych kości. 

-  Nie  rób  tego  Agnes  –  powiedział,  ale  na  jego  twarzy  widać  było  jego 

pragnienia. Miała rację co do tego. Na jego twarzy widać było coś więcej, niż tylko 
pożądanie, chociaż nie była to miłość. W jego spojrzeniu był ból, jak u człowieka 
patrzącego na coś, czego nie mógł mieć, ale pragnął tego, jak niczego na świecie. 
Co obnażyło Sholto na oczach świata? Co sprawiło, że tak czuł? 

Doyle  wszedł  na  teren  prawie  wolny  od  kości,  poza  zasięgiem  sluaghów,  a 

przynajmniej nie mogli nas tu łatwo doścignąć. Pozostali podążali o kilka kroków 
za nami, jakby Doyle dał im jakiś znak, którego nie widziałam, więc nie tłoczyli się 
przy Sholto i jego strażnikach. Mieliśmy kłopoty. Wtargnęliśmy na ich ziemię, nie 
było sposobu, żeby odejść, musieliśmy być bardzo uprzejmi. Ale patrząc na twarz 
Sholto  czułam,  że  weszliśmy  w  sam  środek  czegoś,  co  nie  miało  nic  wspólnego 
z nami. 

Zaczęłam  klękać  i  pociągnęłam  Doyle’a  na  dół  wraz  ze  mną.  Pochyliłam 

głowę,  nie  żeby  okazać  szacunek,  ale  ponieważ  nie  mogłam  już  znieść  widoku 
twarzy  Sholto.  Nie  zasługiwałam  na  takie  spojrzenie.  Byłam  mokra,  pokryta 
błotem. Musiałam wyglądać jak kot wyrzucony na burzę. A on patrzył na mnie  z 
pożądaniem, które rozdzierało serce. Zgodziłam się mieć z nim seks, ponieważ był 
częścią  królewskiej  straży  królowej,  tak  jak  był  królem  na  własnej  ziemi.  Mógł 
mnie  mieć,  więc  dlaczego  patrzył  na  mnie  w  sposób,  w  jaki  Tantalus  patrzył  na 
Hades? 

-  Jesteś  księżniczką  Dworu  Unseelie,  przyszłą  królową.  Dlaczego  kłaniasz 

się mnie? – Głos Sholto starał się zachować obojętność i prawie mu się to udało. 

Odezwałam  się,  nadal  patrząc  na  ziemię,  z  ręką  spoczywającą  w  dłoni 

Doyle’a. 

-  Przyszliśmy  na  twoje  ziemie  przez  przypadek,  ale  niezaproszeni.  To  my 

dokonaliśmy wykroczenia. To my musimy przepraszać. Jesteś Królem Sluaghów i 
chociaż jesteś częścią dworu Unseelie, nadal jesteś królem mającym swoje prawa. 
Jestem  tylko  księżniczką,  być  może  następcą  tronu,  która  będzie  rządzić  twoimi 
ziemiami,  ale  ty,  Sholto,  ty  już  jesteś  królem.  Królem  samego  ciemnego  orszaku. 
Ty i twoi ludzie jesteście ostatnim wielkim orszakiem, wielkim łowem. Istoty, które 

background image

nazywają  cię  królem,  są  niezwykłymi  i  przerażającymi  stworzeniami.  Oni  i  ty 
zasługujecie na szacunek na swojej własnej ziemi, nie mniej niż inni władcy. 

Usłyszałam za sobą ruch, jakby jeden ze strażników nie zgadzał się ze mną i 

w  ten  sposób  chciał  zaprotestować,  ale  ręka  Doyle’a  spoczywała  spokojnie  w 
mojej.  On  rozumiał,  że  nadal  grozi  nam  niebezpieczeństwo,  poza  tym 
powiedziałam  prawdę.  Kiedyś  były  czasy,  że  sidhe  rozumieli,  że  szacunek  należy 
się wszystkim władcom, a nie tylko tym, z których krwi pochodzili. 

-  Wstańcie,  wstańcie  i  nie  drwijcie  ze  mnie!  –  Słowa  Sholto  były 

niezrozumiale pełne gniewu. 

Spojrzałam na niego, na jego twarz wykrzywioną złością.  

-  Nie  rozumiem  –  zaczęłam,  ale  nie  dał  mi  czasu  by  dokończyć  zdanie. 

Podszedł  do  mnie,  chwycił  mnie  za  rękę i  szarpnął  mnie  na  nogi.  Doyle  podniósł 
się ze mną, zaciskając uchwyt na mojej ręce. 

Palce  Sholto  wbiły  się  w  moje  przedramię,  kiedy  przyciągnął  mnie  bliżej,  o 

kilka cali od swojej twarzy. 

-  Nie  wierzyłem  Agnes.  Nie  wierzyłem,  że  Andais  mogłaby  pozwolić  na  taką 

zniewagę,  ale  teraz  wierzę.  Teraz  w  to  wierzę!  –  Potrząsnął  mną  wystarczająco, 
żebym potknęła się. Tylko ręka Doyle’a powstrzymała mnie od upadku. 

Zmusiłam się, żeby utrzymać spokojny ton głosu. 

- Nie wiem, o czym mówisz. 

-  Nie  wiesz,  nie  wiesz!  –  Puścił  mnie  gwałtownie,  wpychając  w  ramiona 

Doyle’a.  Sholto  szarpnął  niezranioną  ręką  bandaże  na  swojej  piersi  i  brzuchu 
rozrywając je. 

Doyle  odwrócił  się  tak,  że  osłonił  mnie  swoim  ciałem  od  tego,  co  miało  się 

zdarzyć. Nie kłóciłam się z nim. Sholto był nieobliczalny, nigdy nie wiedziałam go 
w takim stanie. 

-  Przyszliście,  żeby  zobaczyć,  co  zrobili? Chcecie  to  zobaczyć?  –  Krzyknął  w 

końcu, a echo odbiło jego głos, jakby same ściany odkrzyknęły. 

Teraz  mogłam  widzieć,  co  było  pod  bandażami.  Matka  Sholto  była 

arystokratką  na  Dworze  Seelie,  ale  jego  ojciec  był  nocnym  myśliwcem.  Ostatni 
raz,  kiedy  widziałam  tę  część  ciała  Sholto,  bez  magii  maskującej  ją,  żeby 
wyglądała gładko i muskularnie jak pełny sidhe, kilka cali poniżej jego piersi, aż 
do  pachwiny  znajdowało  się  gniazdo  macek.  Miał  komplet  macek,  które  nocni 
myśliwce  używają  jako  ramion  i  nóg,  a  także  zakończone  przyssawkami  macki, 
które są dodatkowym organem seksualnym. To były te dodatki, które sprawiły, że 
zrezygnowałam z wzięcia go do mojego łóżka, Bogini wybacz mi, ale uważałam je 
za  deformacje.  Ale  teraz  to  nie  był  problem.  Skóra  w  miejscu  gdzie  miał  macki 

background image

była  obecnie  świeżą  raną,  czerwoną,  obdartą  do  żywego  mięsa.  Ktoś  nie  tylko 
odciął macki, ale wyciął je razem z większością jego skóry. 

background image

Rozdział 11 

-  Patrząc  na  twoją  twarz,  Meredith,  widzę,  że  nie  wiedziałaś.  Naprawdę  nie 

wiedziałaś.  –  W jego  spokojnym  głosie  słychać  było  w  wpół  ulgę,  na  wpół 
zdziwienie, jakby nie tego się spodziewał. 

Zmusiłam  się,  żeby  przenieść  spojrzenie  z  jego  ran  na  twarz.  Miał 

rozszerzone oczy, rozchylone usta, jakby brakowało mu tchu. Wyglądał jakby był 
w szoku. Udało mi się wydobyć z siebie głos, ale był to tylko ochrypły szept. 

-  Nie  wiedziałam  –  oblizałam  wargi,  starając  się  opanować.  Byłam 

Księżniczką  Meredith  NicEssus,  dzierżącą  dwie  ręce  mocy,  starającą  się  zostać 
królową.  Stać  mnie  było  na  więcej.  Byłam  przytulona  do  Doyle’a,  ale  odsunęłam 
się od niego. Jeżeli Sholto mógł przetrwać takie rany, to ja przynajmniej mogłam 
nie kulić się przy nim. 

Wysoki  głos  znów  dobiegł  od  jednego  ze  strażników,  a  Sholto  odezwał  się, 

jakby w odpowiedzi. 

- Ivar ma rację. Wyraz waszych twarzy jest jasny, nikt z was nie wiedział. Z 

jednej strony, czuję się mniej zdradzony, ale z drugiej, to co wiem o polityce, mówi 
mi, że to jest bardziej niebezpieczne dla naszego dworu, dla obu naszych dworów. 

Podeszłam  do  niego,  powoli,  w  sposób  w  jaki  podchodzi  się  do  zranionego 

zwierzęcia. Powoli, by go nie przerazić. 

- Kto to zrobił? – zapytałam. 

- Złoty dwór to zrobił. 

- Masz na myśli Seelie? 

Skinął lekko głową. 

-  Tylko  sam  Taranis  byłby  zdolny  wydrzeć  cię  od  twoich  sluaghów.  – 

Powiedział Doyle. – Nikt inny na jego dworze nie byłby wystarczająco potężny, by 
tego dokonać. 

Sholto spojrzał na Doyle’a długim, uważnym spojrzeniem. 

- Co za wielka pochwała od Królewskiej Ciemności. 

-  To  prawda.  Księżniczka  powiedziała  to  najlepiej.  Jesteście  ostatnimi  z 

dzikiej  sfory.  Ostatnimi  pozostałymi  w  faerie.  Ty  i  twoi  ludzie  nadal  macie 
nieokiełznaną  magię  płynącą  w waszych  żyłach.  To  nie  jest  mała  moc,  Królu 
Sholto. 

- Powinniśmy usłyszeć odgłosy potyczki, jeżeli odbyła się w naszym kopcu – 

powiedział Mróz, w jego głosie słychać było pytanie. 

background image

Sholto zamrugał i odwrócił wzrok, jakby nagle nie chciał patrzeć nikomu w 

oczy. 

Głos Segny dobiegł nas spod jej brudnego żółtego kaptura. 

- Czego nie można zabrać siłą, łatwo można wygrać słodkimi słówkami. 

Sholto  nie  kazał  jej  umilknąć.  Pochylił  głowę,  więc  jego  jasne  włosy  opadły 

mu na twarz. Nie rozumiałam, co Segna ma na myśli, ale było jasne, że on wie, o 
co chodzi. 

-  Nie  pytałbym  cię  o  to  -  powiedział  Doyle  -  ale  jeżeli  ludzie  Taranisa 

skrzywdzili cię, to jest to wyzwanie rzucone autorytetowi naszej królowej. Oznacza 
to, że wierzy, że nie weźmiemy odwetu, lub że nie jesteśmy wystarczająco potężni, 
by wziąć odwet. 

Sholto spojrzał na niego. 

-  Teraz  rozumiesz,  dlaczego  myślę,  że  Królowa  Andais  musiała  o  tym 

wiedzieć? 

Doyle skinął głową. 

- Ponieważ jeżeli nie dała na to zezwolenia, wtedy ten atak nie ma sensu. 

- Wojny zaczynały się od bardziej błahych rzeczy – odrzekł Mistral. 

To stwierdzenie przyciągnęło do niego spojrzenie Sholto. 

- Kiedy widziałem cię ostatnim razem, siedziałeś na tronie małżonka, o stopę 

od Księżniczki Meredith. 

Mistral skłonił się. 

- Spotkał mnie ten zaszczyt. 

-  Siedziałem  na  tym  tronie,  a  dla  mnie  był  to  pusty  zaszczyt.  Czym  on  był 

dla ciebie? 

Mistral zawahał się. 

- Traktowałem go za zadatek tego wszystkiego, czym mógłbym być, a nawet 

coś więcej. 

Zmusiłam  się,  żeby  nie  obejrzeć  się  na  niego.  Jego  głos  brzmiał  tak 

ostrożnie. Wiedziałam, że zobaczył coś w królu stojącym przed nami, coś czego ja 
nie  widziałam  aż  do  teraz.  Desperacko  chciał  poznać  dotyk  innej  sidhe,  pragnął 
blasku  magii  kogoś,  pasującego  do  jego  blasku.  Nie  przyszło  mi  do  głowy,  że 
Sholto  usychał  z  tęsknoty,  tutaj  w  swoim  własnym  królestwie,  czekając  aż 
dotrzymam  swojej  obietnicy  i  zaoferuję  mu  swoje  ciało.  Próby  zamachu, 

background image

morderstwa, coraz więcej intryg politycznych, odciągnęły mnie od wypełnienia jej. 
Ale nie powinnam była

 

ignorować Sholto. 

- Nie wydaje mi się, żeby to był pusty zaszczyt, Królu Sholto - odezwałam się 

- złożyłam ci obietnicę i dotrzymam jej. 

- Teraz chcesz go do łóżka – rozległ się znów głos Segny, jak zgrzytliwy jęk. – 

Właśnie  tak  powiedziała  również  ta  suka  Seelie,  że  kiedy  się  uzdrowi,  pójdzie  z 
nim do łóżka. 

Spojrzałam na niego. 

Pozwoliłeś by ktoś ci to zrobił? 

Potrząsnął głową. 

- Nigdy. 

Rozległ  się  głos  Agnes,  bardziej  kulturalny,  bardziej  ludzki  niż  jej  siostry 

wiedźmy. 

-  Sholto,  śniłeś  o  zostaniu  sidhe,  pełnym  sidhe,  od  kiedy  byłeś  mały.  Nie 

kłam komuś, kto pomoże ci to osiągnąć. 

-  Kiedy  byłem  mały,  pragnąłem  również  skrzydeł  nocnych  myśliwców,  by 

wyrosły mi na plecach, pamiętasz to? 

Skinęła  głową,  która  wydawała  się  za  duża  w  porównaniu  do  wąskich 

ramion. 

- Płakałeś, kiedy zorientowałeś się, że nigdy nie będziesz miał skrzydeł. 

- Chcemy wiele rzeczy, kiedy jesteśmy dziećmi. Przyznaję się, że był też czas, 

kiedy marzyłem, by to zniknęło – zrobił ruch, jakby mógł dotknąć tego, czego już 
tu  nie  było,  w  sposób,  w jaki  po  amputacji  niektórzy  starają  się  podrapać  po 
nieistniejącej  kończynie.  Jego  ręka  opadła,  zanim  dotknęła  krwawej  masy  na 
brzuchu. 

- Jak cię uwięzili i dlaczego ci to zrobili? – zapytał Doyle. 

- Jestem królem na moim własnym dworze, a nie tylko szlachcicem ze straży 

królewskiej.  Gdyby  Seelie  nie  widzieli  mnie  jako  czegoś  nieczystego,  spałbym  z 
jedną  z  ich  kobiet  dawno  temu.  Ale  jestem  uważany  za  coś  gorszego,  niż  zwykły 
Unseelie  sidhe.  Królowa  Andais  nazywa  mnie  Perwersyjnym  Potworem,  a  Seelie 
naprawdę wierzą, że jestem potworem, rzeczą, dla nich czymś wstrętnym. 

- Sholto – wyszeptałam. 

- Nie, Księżniczko, widziałem, że ty również się ode mnie cofnęłaś. 

Podeszłam do niego. 

background image

-  W  pierwszej  chwili  tak.  Ale  potem  zobaczyłam  cię  lśniącego  od  mocy, 

zobaczyłam  jak  kolory  grały  na  tych  twoich  dodatkach,  więc  błyszczały  jak 
biżuteria  w  słońcu.  Poczułam  twoje  ciało  dźwięczące  od  magii  i  mocy,  twoją 
nagość w moim ciele – dotknęłam jego ramienia. 

Nie odsunął się ode mnie. 

- Nie pieprzyłaś go – powiedziała Segna. 

- Nie, ale miałam go w swoich ustach, a gdybyś nie przerwała nam tej nocy, 

może zrobilibyśmy coś więcej.  

Nie  cieszyły  mnie  dodatki  Sholto,  ale  kiedy  zaczął  lśnić  od  mocy,  a  jego 

magia  odpowiedziała  na  mój  dotyk,  widziałam  go  wtedy  jasno.  Widziałam  go 
przystojnego,  widziałam  jego  macki  nie  jako  deformację,  ale  jako  kolejną  jego 
część. Wątpiłam, żebym mogła spać z nim w tym samym łóżku, ale seks… seks w 
tej chwili wydawał się być dobrym pomysłem. Pozwoliłam, by zobaczył to na mojej 
twarzy  i  musiało  mi  się  udać,  ponieważ  odsunął  się  i  zaczął  opowiadać  o tym 
podstępie. 

-  Powinienem  wiedzieć,  że  to  kłamstwo  –  powiedział.  –  Lady  Clarisse 

zaproponowała, że się ze mną spotka. Wysłała wiadomość mówiącą, że zobaczyła 
mnie  przelotnie  bez  koszuli  i  nie  była  zdolna  przestać  fantazjować  na  ten  temat. 
Chwyciłem  szansę,  nie  zadając  pytań.  Tak  bardzo  chciałem  być  z  inną  sidhe, 
nawet gdyby to miała być tylko noc. 

Nie  czuję  się  często  winna,  tylko  kilka  razy  w  faerie,  ale  w  tej  chwili 

wiedziałam,  że  gdybym  wzięła  go  do  swojego  łóżka,  nie  byłby  tak  podatny  na 
sztuczki  Seelie.  A  może  właśnie  byłby  bardziej  podatny,  tego  nigdy  nie  będziemy 
wiedzieć. 

Starałam  się  uścisnąć  go,  bez  ranienia  przodu  jego  ciała.  Segna  sięgnęła  i 

odepchnęła mnie. 

-  Nie  dotykaj  jej  więcej  –  warknął  Sholto  na  Segnę,  a  jego  głos  był  pełen 

tłumionego gniewu. 

-  Teraz  przytula  cię  –  jęknęła  Segna  -  teraz  dotyka  cię,  ponieważ  klejące 

dodatki znikły. Teraz chce ciebie, tak jak inna suka sidhe. 

- Dotykałaby mnie tej nocy w Los Angeles, gdybyś zostawiła nas w spokoju – 

powiedział. 

Agnes sięgnęła do drugiej wiedźmy i odciągnęła ją. 

- Ma rację, Segna. My również ponosimy winę za to okrucieństwo. 

Łza spłynęła z niezdrowo żółtego oka Agnes. Odwróciła się, więc nie mogłam 

zobaczyć.  Większość  z  faerie  płacze,  kiedy  my  płaczemy  i  jawnie  okazuje  emocje. 

background image

Dopiero  kiedy  jesteśmy  blisko  tronu,  uczymy  się  ukrywać  to,  co  czujemy.  Poza 
tym jesteśmy swobodnymi ludźmi. 

- Lady Clarisse - mówił dalej Sholto - zabrała mnie do wnętrza kopca Seelie. 

Poprowadziła  mnie  osłoniętego  peleryną,  tylnym  wejściem  do  jej  pokoju. 
Powiedziała  mi,  że  chociaż  macki  ją  fascynują,  ale  również  przerażają. 
Powiedziała, że nie chce ich dotyku, kiedy będziemy się kochać. Potem okazałem 
się  prawdziwym  głupcem,  pozwoliłem  jej  związać  się.  Błagała,  żebym  przez 
przypadek nie dotknął jej tą częścią, której się obawiała – znów nie mógł spojrzeć 
nikomu  w  oczy.  Patrzyłam  na  jego  poczerwieniałą  twarz,  widoczną  nawet  przez 
pasma  jego  białych  włosów.  Pałał  z zakłopotania.  –  Kiedy  byłem  bezbronny,  inni 
sidhe wślizgnęli się do pokoju. To oni zrobili mi to, co widzicie. 

- Był z nimi król? – zapytał Doyle. 

Sholto potrząsnął głową. 

-  On  nie  jest  królem,  który  sam  wykonuje  brudną  robotę.  Wiesz  o  tym, 

Ciemności. 

- Czy król wiedział? – Zapytał Doyle. 

-  Nie  mogli  zrobić  czegoś  takiego  bez  jego  wiedzy  –  wtrąciłam.  –  Za  bardzo 

się go boją. 

- Ale przez swoją nieobecność zostawił sobie sposobność, żeby zaprzeczyć – 

odrzekł  Sholto.  –  Gdybym  wiedział,  co  przez  to  zyskał,  może  bym  w  to  uwierzył. 
Ale po co to zrobił? 

-  Niektóry  z  twoich  ludzi  uwierzą,  że  Królowa  Andais  na  to  pozwoliła.  Może 

właśnie  dlatego  zostało  popełnione  to  okrucieństwo.  Jesteś  jej  najsilniejszym 
sojusznikiem, Królu Sholto. Co się stanie, jeżeli ją opuścisz? – Zapytał Doyle. 

-  Jedynym  powodem,  dla  którego  król  chciałby  pozbawić  królową  jej 

sojuszników, jest ten, że myśli o wojnie.  Jeżeli jakiekolwiek faerie będzie walczyć 
ze  sobą,  będzie  to  złamanie  umowy  z Amerykanami.  Zostaniemy  wygnani  z 
ostatniego  kraju,  jaki  nas  przyjął.  Jeżeli  Taranis  stanie  się  tego  przyczyną, 
pozostali faerie zjednoczą się przeciwko niemu i zostanie zniszczony. 

Wiedzieliśmy, że Taranis zrobił coś równie złego jeszcze w tym roku. Uwolnił 

Bezimiennego, bezkształtny byt, stworzony z różnych mocy, którą wszystkie istoty 
magiczne  zmuszone  były  oddać,  żeby  przybyć  do  Ameryki.  Było  to  jedno  z 
restrykcji  umowy,  dzięki  której  prezydent  Jefferson  pozwolił  nam  wyemigrować. 
Faerie  miały  za  sobą  dwa  zaklęcia  ograniczające  moc,  wypowiedziane  jeszcze  w 
Europie,  za  pomocą  których  próbowały  kontrolować  się  wystarczająco,  żeby  żyć 
pokojowo  z  ludźmi,  ale  tutaj  musieliśmy  wypowiedzieć  je  jeszcze  raz.  Nie  wydaje 
mi się, żeby sidhe rozumieli, co oddali. Urodziłam się na długo po tych zaklęciach, 
więc znałam naszą dawną chwałę tylko z opowieści, legend, plotek. 

background image

Taranis  uwolnił  tą  uwięzioną  magię,  żeby  spróbować  zabić  Maeve  Reed. 

Reed  była  złotą  boginią  Hollywood,  od  tego  czasu  boginią  kina.  Znała  jego 
tajemnicę,  to,  że  był  bezpłodny.  To  nie  jego  kolejne  żony,  które  ciągle  wymieniał, 
miały  problem  z  bezdzietnością.  To  on  go  miał  i podejrzewał  to  setki  lat,  zanim 
wygnał  z  faerie  Maeve  Reed  za  odrzucenie  możliwości  wejścia  do  jego  łóżka. 
Odmówiła mu, bo jego ostatnia żona, którą oddalił, zaszła w ciążę z kimś innym. 
Powiedziała królowi prosto w twarz, że uważa, że jest bezpłodny i tyle lat później 
próbował się zemścić. 

Jedno  z  tych  zdarzeń  zachęciło  Królową  Andais,  by  wezwać  mnie  z 

powrotem  z  wygnania,  kiedy  ludzcy  lekarze  odkryli,  że  jest  bezpłodna.  Władca 
ziemi  faerie  jest  ziemią,  więc  jeżeli  jest  bezpłodny,  niezdrowy,  ziemia  i  ludzie 
umierają.  To  bardzo  stara  magia  i  bardzo  prawdziwa.  Jeżeli  Taranis  wiedział  o 
swojej bezpłodności od setek lat, bez ujawnienia tego, oznaczało to, że świadomie 
skazał swoich ludzi na śmierć. Za takie zbrodnie w faerie zabijano. 

-  Jesteście  wszyscy  zbyt  cicho  –  powiedział  Sholto.  –  Wiecie  o  czymś.  O 

czymś, co potrzebuję wiedzieć. 

- Nie możemy o tym rozmawiać, nie otwarcie – powiedział Doyle. 

- Nie pozwolimy wam zostać samym z nim – odrzekła Agnes. – Nie jesteśmy 

aż takimi głupcami. 

- Nie mogę się sprzeciwiać Agnes, jeżeli o to chodzi – stwierdził Sholto. Znów 

zrobił  taki  gest  jakby  chciał  dotknąć  zagubionych  części  ciała.  –  Zbyt  często 
zdawałem się na miłosierdzie sidhe. 

- Nie możemy opowiedzieć o tym bez pozwolenia królowej - powiedział Doyle. 

– To nas może kosztować wycieczkę do Korytarza Śmiertelności. 

-  Nie  prosiłbym  o  takie  ryzyko  nikogo  –  stwierdził  Sholto.  Pochylił  głowę  i 

wymknął  mu  się  jęk.  To  był  prawie  szloch.  Chciałam  go  uściskać,  ale  nie 
chciałam  zezłościć  jego  wiedźm  i strażników.  Poza  tym  częściowo  mieli  rację. 
Teraz  mogłam  dotykać  go  bez  wzdrygnięcia  się.  Nadal  widziałam,  czym  to  było  - 
okrutnie zrobioną amputacją. Czułam wcześniej dotyk tych muskularnych macek 
na moim ciele, tylko dotyk, ale były realne, używał ich, a teraz je utracił. 

-  Seelie  powiedzieli,  że  robią  mi  przysługę  –  powiedział  cicho  Sholto.  –  Że 

jeżeli uzdrowię się bez deformacji, Lady dotrzyma swojego słowa i weźmie mnie do 
łóżka. 

Z  życzliwości  chciałam  dotknąć  go  tam,  gdzie  były  macki,  ale 

powstrzymałam się, ponieważ rany krwawiły, dotknięcie musiało boleć.  

- Ale te macki są częścią ciebie. To jak odcięcie ramienia, lub nawet gorzej. 

-  Wiesz,  jak  często  śniłem,  żeby  wyglądać  jak  oni?  –  Wskazał  na  mężczyzn 

na  moimi  plecami.  –  Agnes  ma  rację.  Marzyłem  o  wyglądzie  pełnego  sidhe  od 

background image

bardzo  dawna,  a  teraz  jest  tak  jak  mówisz,  utraciłem  część  siebie.  Tak,  jakbym 
utracił ramię, lub gorzej. 

- Królowa o tym nie wie – powiedział Doyle. 

- Jesteś tego pewien, Ciemności? Bez wątpienia? 

Doyle zaczął mówić tak, ale powstrzymał się. 

-  Nie,  nie  jestem  pewien,  ale  nic  nie  wspominała.  Ani  też  żadne  plotki  nie 

krążyły po dworze. 

-  Wojny  zaczynały  się  od  drobniejszych  spraw,  Ciemności.  Wojny  pomiędzy 

dworami faerie. 

Doyle skinął głową. 

- Wiem. 

-  Agnes  mówi,  że  Andais  musiała  dać  Taranisowi  zgodę,  nawet  milczącą, 

inaczej  Taranis nie ryzykowałby. Myślisz, że moja wiedźma ma rację? Myślisz, że 
królowa pozwoliłaby, żeby to się stało? 

-  Sluaghowie  są  zbyt  ważni  dla  królowej,  królu  Sholto.  Nie  mogę  wyobrazić 

sobie  powodu,  dla  którego  Andais  ryzykowałaby,  że  sluaghowie  złamią  swoją 
przysięgę wiążącą ich z jej dworem. Myślę, że najprawdopodobniej stało się tak, a 
przynajmniej  częściowo,  że  była  to  próba  podważenia  twojego  zaufania  do 
królowej. Dlaczego nie powiedziałeś o tym królowej, dworowi? 

- Pomyślałem, że musi wiedzieć. Że musiała dać swoją zgodę. Zgodziłem się 

z  wiedźmami,  nawet  nie  pomyślałem,  że  Taranis  śmiałby  zrobić  coś  takiego  bez 
wiedzy Andais. 

-  Nie  mogę  sprzeczać  się  z  twoim  rozumowaniem,  ale  nie  wierzę,  żeby 

wiedziała – odrzekł Doyle. 

-  Dlaczego  nie  powiedziałeś  mnie,  Sholto?  –  Zapytałam.  –  Kiedyś 

powiedziałeś,  że  tylko  my  dwoje  rozumiemy  jak  to  jest  być  prawie  sidhe.  Prawie 
wystarczająco  wysokim,  wystarczająco  szczupłym,  prawie,  ale  nie  całkiem 
czystym, żeby być akceptowanym. 

Prawie uśmiechnął się, prawie. 

-  Może  to  mamy  wspólne,  ale  mówiłem  ci  w  Los  Angeles,  żaden  mężczyzna 

nigdy nie narzekał na twoje ciało, tylko zazdrosne kobiety. 

Uśmiechnęłam się do niego. 

-  Na  moje  piersi,  masz  rację  –  tym  zasłużyłam  sobie  na  powrót  uśmiechu, 

który  dany  mi,  mimo  przerażających  ran,  sprawił,  że  łatwiej  mi  się  oddychało.  – 

background image

Ale  jestem  za  niska,  za  bardzo  podobna  do  człowieka,  żeby  większość  sidhe, 
obojętne mężczyzn czy kobiet, pozwoliła mi o tym zapomnieć. 

-  Mówiłem  ci,  są  głupcami.  –  powiedział  Sholto.  Wziął  moją  dłoń  w  swoją  i 

podniósł by pocałować, ale kiedy pochylił się ponad mną, ból zatrzymał jego ruch. 

Przycisnęłam jego rękę do mojej piersi. 

- Sholto, och, Sholto. 

-  Miałem  nadzieję,  usłyszeć  czułość  w  twoim  głosie,  ale  nie  z  tego  powodu. 

Nie żałuj mnie, Meredith, nie udźwignę tego. 

Nie  wiedziałam  jak  zareagować.  Po  prostu  przytuliłam  jego  rękę  do  mojej 

twarzy  i  starałam  się  cokolwiek  wymyśleć,  co  mogłabym  powiedzieć,  żeby  nie 
poczuł się gorzej. Jak mogłam nie żałować go? 

- Kiedy to się stało, Królu Sholto? – zapytał Doyle. 

Sholto spojrzał za mnie na pozostałych mężczyzn. 

- Dwa dni temu, tuż przed waszą drugą konferencją prasową. 

- Tą, podczas której popełniono dwa morderstwa – powiedział Rhys. 

Sholto spojrzał na niego. 

-  Złapaliście  swojego  mordercę,  chociaż  ludzka  policja  jeszcze  tego  nie  wie. 

Słyszałem,  że  staracie  się  go  uzdrowić  po  torturach,  zanim  pokażecie  go  ludzkiej 
policji. 

- Królowa trochę przy nim nabałaganiła – stwierdził Rhys. 

- Jest winny? – Sholto powiedział to jak pytanie. 

- Tak wierzymy – odpowiedział Doyle. 

- Ale nie jesteście pewni? 

- To, co stało się z twoim brzuchem, Królowa Andais zrobiła z każdym calem 

jego ciała. 

Sholto skrzywił się i skinął głową. 

- Każdy zrobi wszystko, żeby powstrzymać taki ból. 

- Nawet przyzna się do czegoś, czego nie zrobił – dodał Doyle. 

Spojrzałam na Doyle’a. 

- Myślisz, że Gwennin jest niewinny? 

background image

- Nie. Tak jak wierzę, że działał całkowicie sam. Andais użyła jego własnego 

jelita jako smyczy, Meredith. Byłby głupcem, gdyby się nie przyznał. 

Sholto  przycisnął  moją  dłoń  do  swojej  twarzy.  Segna  starała  się 

przeszkodzić,  ale  Agnes  powstrzymała  ją,  a  pozostali  dwaj  strażnicy  stanęli 
pomiędzy Sholto, a wiedźmami. Rzuciłam okiem na twarz jednego ze strażników. 
Podłużne oczy wypełnione tylko kolorem, cienkie bezwargie usta, a twarz będąca 
dziwną  mieszanką  nocnego  myśliwca  i  humanoida.  Byli  jak  Sholto,  ale  nikt  nie 
pomyliłby  ich  z  sidhe.  Chociaż  oczy  były  oczami  goblinów.  Strażnik  patrzył  na 
mnie  swoją  twarzą,  wyglądającą  na  tylko  w  połowie  uformowaną,  nozdrza  były 
ledwie szparami. Nie odwróciłam wzroku. Patrzyłam, zapamiętując jego twarz, bo 
nigdy nie widziałam czegoś takiego. 

-  Nie  uważasz,  żebym  był  brzydki  –  głos  strażnika  miał  w  sobie  to 

świergotanie, prawie podobne go ptasiego, ale niższe. 

- Nie – odrzekłam. 

- Wiesz, kim jestem? 

-  Oczy  wskazują  na  krew  goblinów,  ale  twarz  jest  nocnego  myśliwca.  Nie 

jestem pewna co do reszty – powiedziałam. 

- Jestem w połowie goblinem, w połowie - nocnym myśliwcem.  

- Ivar i Fyfe są moimi wujkami od strony ojca – powiedział Sholto. 

Drugi  strażnik  odezwał  się  po  raz  pierwszy.  Jego  głos  był  głębszy,  bardziej 

„ludzki”.  Spojrzał  na  mnie  otwarcie.  Jego  oczy  były  tak  samo  podłużne,  pełne 
koloru, niebieskie, ale miał więcej nosa i bardziej opuszczoną szczękę. Gdyby był 
wyższy, mógłby uchodzić za goblina. Ale jego skóra nie miała właściwej faktury. 

-  Jestem  Fyfe,  brat  Ivara  –  popatrzył  się  nieprzyjaźnie  na  wiedźmy.  –  Nasz 

król  czuje,  że  potrzebuje  więcej  męskich  strażników,  którzy  nie  wtrącają  się  do 
tego, co robi ze swoim ciałem. Tylko po prostu go strzegą. 

-  To  nie  jest  zarzut  o  braku  naszych  zdolności  do  strzeżenia  –  powiedziała 

Agnes. – Wy również będziecie bezradni, kiedy poleci za następnym ciałem sidhe. 
Nie będzie chciał widowni, pójdzie z nią sam. 

-  Wystarczy  Agnes.  Wszyscy  przestańcie.  –  Sholto  przycisnął  moją  rękę 

mocniej  do  swojej  twarzy.  –  Dlaczego  nie  powiedziałem  ci,  Księżniczko?  Dlaczego 
dopuściłem  żeby  Seelie  mi  to  zrobili?  Dlaczego  nie  byłem  wystarczająco 
wojownikiem, by się obronić? Wpadłem w pułapkę, bo zaproponowali mi to, co ty 
mi obiecałaś? Agnes ma racje w jednym. Moje pożądanie, żeby być z sidle, oślepiło 
mnie.  Oślepiło  mnie  do  tego  stopnia,  że  pozwoliłem  kobiecie  Seelie  związać  się. 
Oślepiło  mnie  tak,  że  uwierzyłem  w  jej  kłamstwa  o  fascynacji  moimi  mackami, 
również o tym, że się ich obawia. – Potrząsnął głową. – Jestem Królem Sluaghów i 
powinienem mieć wystarczająco magii, by się ocalić – puścił mnie i odsunął się. 

background image

- Seelie władają magią, jakiej my nie mamy – stwierdził Mróz. 

-  Sluaghowie  władają  magią,  jakie  Seelie  nigdy  nie  posiadali  –  odrzekłam. 

Dotknęłam  ramienia  Sholto.  Wzdrygnął  się,  ale  nie  odsunął.  Ścisnęłam  jego 
ramię,  tak  bardzo  chciałam  go  przytulić,  postarać  się  odgonić  od  niego  ten  ból. 
Oparłam głowę na jego nagim ramieniu. Ścisnęło mnie w gardle, nagle zadławiłam 
się  od  łez.  Zaczęłam  płakać,  trzymając  się  kurczowo  jego  ramienia.  Nie  mogłam 
przestać. 

Odsunął mnie od siebie na tyle, żeby zobaczyć moją twarz. 

- Dlaczego marnujesz na mnie łzy? 

Zmusiłam się, by się odezwać. 

-  Jesteś  piękny,  Sholto,  jesteś,  nie  pozwól  by  sprawili,  że  pomyślisz  coś 

innego. 

-  Piękny  teraz,  kiedy  jest  porżnięty  -  powiedziała  Segna,  wynurzając  się 

ponad nami, przepchnąwszy się pomiędzy wujkami. 

Potrzasnęłam głową. 

-  Przerwałaś  nam  w  Los  Angeles.  Widziałaś,  co  mu  robiłam.  Dlaczego 

miałabym mu to robić, gdyby nie był dla mnie piękny? 

-  Wszystko,  co  pamiętam  z  tej  nocy,  białe  mięso,  to  to,  że  zabiłaś  moją 

siostrę. 

Zrobiłam to, ale przypadkowo. Tej nocy, ze strachu o swoje życie, uderzyłam 

magią,  której  nie  znałam.  To  był  pierwszy  raz,  kiedy  zamanifestowała  się  moja 
ręka  ciała.  To  była  przerażająca  moc,  zdolność,  żeby  odwrócić  żyjące  istoty  na 
drugą stronę, ale one nie umierały. Żyły w niemożliwy sposób, ich usta ginęły we 
wnętrzu  kuli  ciała  i  nadal  krzyczały.  Musiałam  pociąć  ją  na  kawałki  magiczną 
bronią, żeby w końcu zakończyć jej agonię. 

Nie wiem, jaki cień pokazał się na mojej twarzy, ale Sholto sięgnął po mnie. 

Chciał  mnie  przytulić  i  pocieszyć,  ale  to  było  za  dużo  dla  Segny.  Odepchnęła 
pozostałych  dwóch  strażników,  jakby  byli  słomkami  na  burzowym  wietrze. 
Uderzyła mnie, krzycząc z gniewu. 

Nagle zawirowało za mną i przede mną. Wszyscy strażnicy poruszyli się jak 

jeden,  ale  Sholto  był  najbliżej.  Użył  własnego  ciała,  żeby  mnie  osłonić,  więc 
podobne do brzytew pazury Segny przecięły jego białe ciało. Wziął na siebie impet 
uderzania,  ale  i  tak  odrzuciło  mnie  do  tyłu,  ramię  zdrętwiało  mi  od  ramienia  do 
łokieć. To nie bolało, ponieważ nic nie czułam. 

Sholto wepchnął mnie w ramiona Doyle’a i obrócił się tym samym ruchem. 

Ruch  był  tak  szybki,  że  zaskoczył  Segnę,  sprawił,  że  potknęła  się  na  brzegu 
jeziora.  Zdrowe  ramię  Sholto  rozmyło  się  w  jasną  plamę,  kiedy  ją  uderzył. 

background image

Uderzenie  posłało  ją  za  krawędź.  Wydawała  się  zawisnąć  w  powietrzu,  na  jej 
prawie nagim ciele, pod peleryną, pokazały się skrzydła. Potem upadła. 

background image

Rozdział 12 

Przeleciała  tuż  ponad  wodą,  nadziewając  się  na  kilka  ostrych  kości,  które 

przeszyły ją na wylot od gardła do brzucha. Wisiała tam, uwięziona, krwawiąc jak 
ryba złapana na jakiś przerażający haczyk. 

Wydaje mi się, że strażnicy Sholto spodziewali się, że po prostu zejdzie z tej 

kościanej 

pułapki. 

Zwłaszcza 

Agnes 

wydawała 

się 

czekać, 

cierpliwa, 

niezmartwiona. 

- No chodź, Segna, wstawaj – jej głos był zniecierpliwiony. 

Segna  leżała  tam  i  krwawiła,  jej  nogi  ugięły  się,  kiedy  się  szarpała, 

odsłaniając  intymne  części  jej  ciała.  Wiedźmy  nosiły  skórzany  pas,  na  którym 
wisiał  miecz  i  sakiewka,  ale  poza  tym  i peleryną,  to  było  wszystko.  Jej  ciało  było 
zarówno  większe,  jak  i  bardziej  zasuszone  niż  ludzkie,  jakby  była  skurczonym 
olbrzymem. 

Zobaczyłam  jej  rozszerzone  oczy  i  strach  na  twarzy.  To  nie  było  tak,  że  się 

po  prostu  poddała.  Czasami,  będąc  śmiertelniczką,  rozpoznawałam  szybciej 
prawdziwe  zagrożenie,  ponieważ  ja  zdawałam  sobie  sprawę,  że  pewne  rzeczy  są 
możliwe. Istoty, które są nieśmiertelne, lub niemalże nieśmiertelne, nie rozumieją, 
że mogą zdarzyć się im nieszczęścia. 

- Ivar, Fyfe idźcie do niej. 

-  Z  całym  szacunkiem,  Królu  Sholto  –  odezwał  się  Fyfe.  -  Wolałbym  zostać 

tutaj i wysłać Agnes na dół. 

Sholto zaczął się sprzeczać, ale Ivar poparł Fyfe. 

- Nie śmiemy zostawić Agnes tutaj samej z tobą. Księżniczka ma strażników, 

ale ty będziesz niechroniony. 

- Agnes nie zraniłaby mnie – powiedział Sholto, ale patrzył na Segnę, jakby 

w końcu zorientował się, jak źle może być. 

-  Jesteśmy  twoją  strażą  i  twoimi  wujkami.  Kiepsko  wywiązalibyśmy  się  z 

obu  tych  obowiązków,  gdybyśmy  zostawili  cię  teraz  samego  z  Agnes  –  powiedział 
Ivar swoim podobnym do świstu ptaka głosem. Ludzie zawsze spodziewają się, że 
nocni  myśliwce  mają  syczący,  okropny  głos,  ale  głos  Ivara  brzmiał  jak  śpiew 
ptaków,  lub  jak  mógłby  brzmieć  głos  ptaków,  gdyby  mogły  mówić  jak  ludzie. 
Większość nocnych myśliwców tak brzmiało. 

-  Segna  jest  nocną  wiedźmą-  odezwała  się  Agnes  –  zwyczajne  kości  nie 

pokonają jej. 

background image

-  Wpadłem  na  takie  kości,  kiedy  weszliśmy  do  twojego  ogrodu  –  powiedział 

Abe i wyciągnął do niej zabandażowaną rękę. Krew przeciekła przez bandaż. 

- Te kości przesiąknięte są starą magią – powiedział Doyle. – Niektóre z tych 

istot  polowały  na  sidhe  i  innych  sluaghów,  zanim  zostali  poskromieni  przez 
waszego króla. 

- Nie pouczaj mnie o moich własnych ludziach – wtrąciła się Agnes. 

- Pamiętam czas, kiedy Czarna Agnes nie była częścią sluaghów – powiedział 

miękko Rhys. 

Spojrzała na niego. 

-  A  ja  pamiętam  czas,  kiedy  nosiłeś  inne  imię,  biały  rycerzu  –  wskazała  w 

jego stronę. – Oboje upadliśmy od tego, czym byliśmy wcześniej. 

- Idź z Ivarem Agnes. Zobacz, co z twoją siostrą. – powiedział Sholto. 

Spojrzała na niego. 

- Nie ufasz mi? 

-  Kiedyś  ufałem  waszej  trójce  bardziej  niż  komukolwiek  na  świecie,  ale  ty 

rozkrwawiłaś mnie, zanim Seelie mnie złapali. Zraniłaś mnie pierwsza. 

- Ponieważ chciałeś zdradzić nas z jakąś zdzirą sidhe o białym ciele. 

-  Jestem  tutaj  królem,  czy  nie,  Agnes?  Podporządkujesz  się  mi,  czy  nie? 

Pójdziesz na dół z Ivarem pomóc Segnie, lub uznam to za bezpośrednie odrzucenie 
mojej władzy. 

- Jesteś poważnie ranny Sholto – powiedziała Agnes. – Nie możesz wygrać ze 

mną w tym stanie. 

-  Tu nie chodzi o wygraną, Agnes.  Tu chodzi o bycie królem. Jestem twoim 

królem, czy też nie? Jeżeli nim jestem, to zrób, co ci mówię. 

- Nie rób tego Sholto – wyszeptała. 

- Pomagałaś mi stać się królem, Agnes. Mówiłaś mi, że jeżeli sluaghowie nie 

będą mnie szanować, nie pozostanę królem na długo. 

- Nie miałam na myśli… 

- Idź z Ivarem, teraz, lub między nami koniec. 

Sięgnęła do niego, jakby chciała dotknąć jego włosów. 

Szarpnął się w tył i krzyknął. 

- Teraz, Agnes idź, lub kiepsko skończy się między nami. 

background image

Fyle odsunął pelerynę, odsłaniając broń, każda z jego rąk dotknęła rękojeści 

miecza, gotowa do cięcia. 

Agnes spojrzała po raz ostatni na Sholto spojrzeniem, w którym było więcej 

desperacji  niż  gniewu.  Potem  podążyła  za  Ivarem  w  dół  zbocza  do  jeziora, 
używając  pazurów  by  wbić  je  w ziemię,  żeby  nie  ześlizgnąć  się  na  kości,  którymi 
nabita była ziemia. 

Ivar właśnie przedzierał się przez nieruchomą wodę. Sięgała mu do pasa, co 

znaczyło,  że  była  głębsza,  niż  się  wydawało.  Napiął  się  by  wyciągnąć  rękę  ponad 
serce 

Segny, 

przebitej 

pomiędzy 

piersiami. 

Obrócił 

swoją 

bezwargą, 

niedokończoną  twarz  by  spojrzeć  na  Sholto,  a  jego  spojrzenie  nie  przekazywało 
dobrych wieści. 

Agnes była wyższa niż Ivar, w wodzie szło się jej łatwiej, sięgała jej tylko do 

ud. Brnęła do drugiej wiedźmy i kiedy sięgnęła do niej, jęknęła z rozpaczy. 

Sholto opadł na kolana na brzegu jeziora. 

- Segna – powiedział, a w jego głosie słychać było prawdziwy żal. 

Klęknęłam obok niego, dotknęłam jego ramienia. Szarpnął się do tyłu. 

-  Za  każdym  razem  kiedy  jestem  z  tobą,  ktoś,  na  kim  mi  zależy,  umiera, 

Meredith. 

Ivar zawołał. 

- Nie jestem pewien, czy ona umarła. Jest poważnie ranna. Ale jeszcze żyje. 

Agnes  pieściła  twarz  siostry.  Ale  mogłam  widzieć  otwarte  usta,  z  trudem 

oddychała. Kiedy oddychała, krew wychodziła bąbelkami z jej piersi, wypływając z 
ust. To najczęściej oznaczało bliską śmierć. 

- Czy może to przetrwać? – zapytałam miękko. 

- Nie wiem – odpowiedział Sholto. - Kiedyś takie krwawienie nie oznaczałoby 

jej śmierci, ale utraciliśmy wiele z tego, czym byliśmy. 

- Rana Abeloeca nadal krwawi – dodał Doyle. 

Sholto  pochylił  głowę,  ukrywając  twarz  za  zasłoną  białych  włosów.  Byłam 

wystarczająco  blisko,  by  usłyszeć,  że  płacze,  chociaż  tak  cicho,  że  wątpiłam,  by 
ktokolwiek  jeszcze  to  słyszał.  Udawałam,  że  tego  nie  słyszę,  zachowując  się  z 
szacunkiem należnym królowi. 

Segna wyciągnęła do niego rękę. Odezwała się głosem grubym, na jej ustach 

było widać krew. 

- Mój panie, miłosierdzia. 

background image

Podniósł  twarz,  układając  swoje  włosy  z  boku  jak  tarczę,  więc  tylko  ja, 

klęcząc  obok  niego,  widziałam  smugi  łez  na  jego  twarzy.  Odezwał  się  czystym 
głosem, w którym nie było słychać uczuć, nie można było poznać z jego głosu, że 
odczuwa ból, który był widoczny w jego oczach. 

- Prosisz o uzdrowienie czy o śmierć, Segna? 

- O uzdrowienie – udało jej się powiedzieć. 

Potrząsnął głową. 

- Ściągnijcie ją z tych kości – spojrzał na Fyfe. – Idź, pomóż im. 

Fyle  zawahał  się  przez  chwilę,  potem  ostrożnie  ześliznął  się  w  dół  zbocza, 

żeby  dołączyć  do  swojego  brata  w  nieruchomej,  gęstej  wodzie.  Całej  trójce  udało 
się uwolnić Segnę od kości. Wydawało się, że jeden z nich chwycił Segnę za żebra, 
a  Agnes  wyszarpnęła  kości,  które  były  wbite  w  jej  ramię.  Segna  skręciła  się  od 
bólu i zakaszlała krwią. 

Agnes podniosła zapłakana twarz. 

- Nie jesteśmy tym, czym byliśmy, Królu Sholto. Ona umiera. 

Segna wyciągnęła drżącą rękę do niego. 

- Miłosierdzia. 

- Przykro mi, nie możemy ocalić cię, Segna – powiedział Sholto i teraz widać 

było jasno, że to był wypadek. 

- Miłosierdzia – powiedziała znów. 

-  Jest  więcej  niż  jeden  rodzaj  miłosierdzia,  Sholto  –  odezwała  się  Agnes.  – 

Czy  mógłbyś  zostawić  ją  tutaj  na  powolną  śmierć?  –  Jej  głos  równocześnie  był 
zadławiony od łez i gorący z nienawiści. Takie słowa wychodząc powinny płonąć. 

Sholto potrząsnął głową. 

- To twoje zabójstwo, Sholto – doszedł nas wysoki śpiewny głos Ivara. 

-  Ich  zabójstwo,  króla  i  księżniczki  –  dodała  Agnes,  patrząc  się  na  mnie 

spojrzeniem,  przesączonym  takim  jadem,  że  zmusiłam  się,  by  się  nie  cofnąć. 
Gdyby  spojrzenie  mogło  zabijać,  umarłabym  od  tego  wyrazu  w  jej  oczach. 
Uderzyła ręką w wodę. 

-  To  nie  ona  uderzyła,  ja  to  zrobiłem  –  powiedział  Sholto  i  stanął  na  nogi. 

Potknął  się,  a  ja  złapałam  go,  pomagając  mu  stanąć.  Nie  wyszarpnął  się,  co 
pozwoliło mi domyśleć się, jak bardzo był ranny. Mogłam widzieć krwawiące rany, 
które zadała mu Segna, ale nie wydaje mi się, żeby to one sprawiły, że się potknął. 
Nie  spowodowała  to  również  słabość  po  amputacji.  Niektórych  ran  nie  widać  na 
ciele, są głębsze i bardziej bolesne, niż cokolwiek, co może krwawić. 

background image

-  Przykro  mi  Sholto,  ale  wiedźma  ma  rację  –  odezwał  się  Ivar  niechętnie 

swoim  wysokim  głosem.  –  Segna  obraziła  was  oboje.  Gdyby  księżniczka  nie  była 
wojownikiem,  wtedy  byłaby  wolna  od  tego,  ale  jest  sidhe  z  Dworu  Unseelie,  a 
każdy kto tak twierdzi, jest wojownikiem. 

- Księżniczka zabiła nie raz w pojedynku – odezwał się Fyfe. 

-  Jeżeli  nie  pomoże  dobić  Segny,  nigdy  nie  zostanie  uznana  jako  królowa 

sluaghów  –  powiedziała  Agnes.  Pogłaskała  twarz  Segny  zaskakująco  delikatnym 
gestem, przy jej sztyletowych szponach. 

Usłyszałam  westchnięcie  Doyle’a.  Przybliżył  się  na  tyle,  by  wyszeptać  do 

mnie. 

-  Jeżeli  nie  pomożesz  jej  dobić,  Agnes  rozpowszechni  plotkę,  że  nie  jesteś 

wojownikiem. 

- A co to będzie znaczyć? – szepnęłam do niego. 

-  Będzie  oznaczało,  że  jeżeli  usiądziesz  na  tronie  Dworu  Unseelie, 

sluaghowie  nie  przybędą  na  twoje  wezwanie,  ponieważ  są  wojownikami.  Nie 
przyjmą przywództwa kogoś, kto nie zakrwawił się w walce. 

-  Zakrwawiłam  się  –  powiedziałam.  Odrętwienie  minęło,  poczułam  ostry  i 

gwałtowny  ból.  Rana  krwawiła.  To  co  potrzebowałam,  to  opieka  medyczna,  a  nie 
brodzenie  w  szlamowatej  wodzie.  –  Po  tym  wszystkim  będę  potrzebować 
antybiotyków. 

- Co? – zapytali równocześnie Doyle i Sholto. 

-  Jestem  śmiertelna.  W  przeciwieństwie  do  was,  mogę  dostać  infekcji, 

zakażenia krwi. Po

 

pełzaniu w tej wodzie będę potrzebować antybiotyków. 

- Naprawdę może cię to spotkać? – zapytał Sholto. 

-  Miałam  nawet  grypę,  a  mój  ojciec  upewnił  się,  że  jako  dziecko  zostałam 

zaszczepiona, nie był pewny, na ile jestem oporna, czy zdolna do uleczenia. 

Sholto spojrzał na mnie, przypatrując się mojej twarzy. 

- Jesteś krucha. 

Skinęłam głową. 

-  Tak, jestem. Jak na standardy faerie – spojrzałam na Doyle’a. – Wiesz, są 

chwile, kiedy nie jestem pewna, czy chcę tu rządzić. 

- Naprawdę tak uważasz? 

-  Gdyby  był  jakiś  inny  wybór,  poza  moim  kuzynem,  tak,  właśnie  tak  bym 

uważała. Jestem zmęczona, Doyle, zmęczona. Tak bardzo, jak chciałam wrócić do 

background image

domu,  do  faerie,  teraz  zaczynam  tęsknić  za  L.A.  By  zachować  jakiś  dystans 
między mną, a całym tym zabijaniem. 

-  Mówiłem  ci  kiedyś  Meredith,  że  jeżeli  mamy  oddać  dwór  Celowi,  odejdę  z 

tobą. 

- Ciemności – powiedział Mistral – nie możesz tak myśleć. 

- Nie byłeś na zewnątrz faerie poza małymi wycieczkami. Nie widziałeś, jakie 

cuda  są  poza  wzgórzami  -  dotknął  mojej  twarzy.  –  Są  tam  takie  cuda,  które  nie 
znikną, kiedy stąd odejdziemy. 

Powiedział  mi,  że  mógłby  pozostawić  wszystko  i  podążyć  za  mną  na 

wygnanie.  Mróz  i  on,  obaj.  Kiedy  po  raz  pierwszy  pomyśleli,  że  królewski 
pierścień,  relikt  mocy,  wybrał  Mistrala  na  mojego  króla,  Doyle  załamał  się  i 
powiedział,  że  nie  zniósłby  tego,  by  oglądać  mnie  z  innym.  Ale  pozbierał  się  i 
przypomniał  sobie  o  swoich  obowiązkach,  jak  ja  pamiętałam  o  moich.  Przyszłe 
królowe  i  króle  nie  uciekają  i  nie  ukrywają  się.  Nie  oddają  swojego  kraju 
obłąkanym tyranom jak mój kuzyn Cel, który był bardziej szalony niż jego matka, 
Andais. 

Spojrzałam  w  twarz  Doyle’a  i  zapragnęłam  go.  Chciałam  uciec  z  nim.  Mróz 

podszedł  do  nas.  Spojrzałam  na  moich  dwóch  mężczyzn.  Chciałam  owinąć  ich 
dookoła  siebie  jak  koc.  Nie  chciałam  schodzić  w  dół  do  tej  śmierdzącej  dziury, 
przedzierać  się  przez  ostre  jak  brzytwa  kości  i  brudną  wodę,  żeby  zabić  kogoś, 
kogo nawet nie chciałam zranić. 

- Nie chcę zabijać. 

- To musi być twój wybór – powiedział delikatnie Doyle. 

Dołączył do nas Rhys. 

-  Jeżeli  rozmawiacie  o  ucieczce  do  L.A.  na  stałe,  co  czy  ja  też  mogę  się 

przyłączyć? 

Uśmiechnęłam się do niego, dotykając jego twarzy. 

- Tak, ty również możesz się przyłączyć. 

-  To dobrze, bo z Celem na tronie, Dwór Unseelie nie będzie bezpieczny dla 

nikogo. 

Zamknęłam  oczy,  opierając  na  minutę  czoło  o  nagą  pierś  Doyle’a. 

Przycisnęłam  do  niego  policzek,  obejmując  go  mocno,  więc  mogłam  posłuchać 
powolnego, miarowego bicia jego serca. 

Abeloec, który do tej pory był cichy, odezwał się tuż obok mojej twarzy. 

background image

-  Piłaś  z  kielicha,  z  obu  kielichów,  Meredith.  Gdziekolwiek  pójdziesz,  faerie 

podaży za tobą. 

Spojrzałam na niego, starając się usłyszeć podwójne znaczenie jego słów. 

- Nie chcę zabijać. 

- Musisz wybrać – odrzekł Abeloec. 

Przytulałam  się  do  Doyle’a  jeszcze  przez  chwilę,  potem  odsunęłam  się. 

Zmusiłam  się,  by  stanąć  prosto,  z  wyprostowanymi  ramionami,  chociaż  ramię, 
które  rozerwała  Segna  bolało  i  piekło.  Jeżeli  moje  ciało  nie  uzdrowi  się,  będę 
potrzebowała  szwów.  Gdybym  mogła  wrócić  na  Dwór  Unseelie,  byli  tam 
uzdrowiciele,  którzy  mogli  mi  pomóc.  Ale  było  tam  jakby  coś  lub  ktoś,  kto  nie 
chciał, żebym wróciła. Nie wydawało mi się, żeby to byli jacyś wrogowie polityczni, 
poza tym zaczynałam czuć rękę bóstwa popychającego mnie stanowczo w plecy. 

Chciałabym, żeby Bogini i Bóg znów chodzili pomiędzy nami, wszyscy z nas 

tego chcieli. Ale zaczynałam sobie zdawać sprawę, że kiedy bogowie poruszają się, 
musisz zejść z drogi lub zgodzić się na tę podróż. Nie byłam pewna, czy wycofanie 
się było wyborem dla mnie. 

Poczułam  omdlewający  zapach  kwiatów  jabłoni,  małe  …  co?  Ostrzeżenie, 

otucha?  W rzeczywistości  nie  byłam  pewna,  czy  to  było  ostrzeżenie  o 
niebezpieczeństwie, czy duchowe dotknięcie podsumowujące moje uczucie o byciu 
instrumentem Bogini: Bądź ostrożna czego sobie życzysz. 

Spojrzałam na Sholto, na jego rany, z których krew przesiąkła na bandaże. 

On  i  ja  chcieliśmy  należeć,  naprawdę  należeć  do  sidhe.  Być  szanowanym  i 
akceptowanym pomiędzy nimi. Patrzcie gdzie to nas zaprowadziło. 

Wyciągnęłam do niego rękę, a on ją chwycił. Chwycił i ścisnął. Nawet pośród 

tego  całego  przerażenia  i  śmierci,  poczułam  tym  jednym  dotykiem,  jak  wiele 
znaczy  dla  niego,  że  może  mnie  dotknąć.  W  jakiś  sposób  fakt,  że  nadal  pragnie 
mnie tak bardzo, sprawiał, że to wszystko było gorsze. 

- Starałem się podzielić z tobą życie, Meredith, ale jestem Królem Sluaghów i 

śmierć jest wszystkim, co mogę zaoferować. 

Ścisnęłam jego rękę. 

-  Oboje  jesteśmy  sidhe  i  to  jest  częścią  naszego  życia.  Jesteśmy  Unseelie 

sidhe, a oni są istotami powiązanymi ze  śmiercią. Rhys przypomniał mi o tym, o 
czym zapomniałam. 

- A o czym zapomniałaś? 

-  Że  są  bóstwa  pomiędzy  nami,  które  przynoszą  śmierć,  ale  również 

przynoszą  życie.  Nie  możemy  tego  rozdzielać.  Nie  jesteśmy  ani  światłem,  ani 

background image

ciemnością,  złem  czy  dobrem,  jesteśmy  obojgiem  i  żadnym.  Wszyscy 
zapomnieliśmy, czym byliśmy. 

-  Czym  jestem  w  tej  chwili  –  powiedział  Sholto  -  jestem  mężczyzną,  który 

musi zarżnąć kobietę, która była moją kochanką i moim przyjacielem. W tej chwili 
nie mogę myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, że kiedy ona zginie z mojej ręki, 
ja zginę razem z nią. 

Potrząsnęłam głową. 

- Nie zginiesz, ale przez chwilę będziesz sobie tego życzył. 

- Tylko przez chwilę? – Zapytał. 

-  Życie  jest  czymś  samolubnym  –  odrzekłam.  –  Kiedy  minie  rozpacz, 

przeminie  przerażenie,  znów  będziesz  chciał  żyć.  Będziesz  szczęśliwy,  że  nie 
umarłeś. 

Przełknął tak mocno, że usłyszałam to. 

- Nie chcę przez to przechodzić. 

- Pomogę ci. 

Prawie uśmiechnął się, jakby widmowy uśmiech przeszedł przez jego twarz. 

- Myślę, że pomogłaś mi już wystarczająco. 

Powiedziawszy  to  puścił  moją  rękę  i  podszedł  do  brzegu,  używając  zdrowej 

ręki by utrzymać równowagę i nie ześlizgnąć się na kości. 

Nie oglądałam się na nikogo. Po prostu przeszłam do brzegu i podążyłam za 

nim.  Oglądanie  się  za  siebie  nie  sprawi,  że  poczuję  się  lepiej.  Oglądnięcie  się 
sprawi  tylko,  że  poproszę  o  pomoc.  Niektóre  rzeczy  musisz  zrobić  samodzielnie. 
Czasami dowodzenie oznacza, że nie możesz poprosić o pomoc. 

Zorientowałam  się,  że  kości  nie  są  ostre  z  każdej  strony,  to  kręgosłupy  na 

wierzchu  były  zjadliwe.  Chwyciłam  delikatniejsze,  wyglądające  na  okrąglejsze 
kości, używając ich jako pomocy. Skoncentrowałam się, by dostać się do wody bez 
utraty  mojego  chwytaka,  czy  rozcięcia  ręki.  Woda  była  zadziwiająco  ciepła,  jak 
woda w wannie. Ziemia poniżej była miękka, mulista, raczej szlam niż błoto. Jako 
oparcie  dla  nóg  była  niepewna  i  znów  przestałam  koncentrować  się  na  tym,  co 
miałam do zrobienia. Skupiłam się na odnajdywaniu podparcia dla stóp, unikając 
wszystkiego,  co  było  podobne  do  kości.  Nie  chciałam  myśleć  o  tym,  co  miałam 
zrobić. 

Segna  dwukrotnie  próbowała  mnie  zabić,  ale  nie  mogłam  jej  nienawidzić. 

Byłoby znacznie łatwiej, gdybym mogła ją nienawidzić. 

background image

Rozdział 13 

Gdybym  się  nie  obawiała  o  to,  że  zranię  się  o  kości,  mogłabym  podpłynąć 

tam, gdzie Sholto i Agnes stali podtrzymując Segnę. Pozostali dwaj strażnicy, Ivar 
i  Fyfe  nadal  byli  w  wodzie,  nadal  blisko,  ale  nie  podtrzymywali  kobiety.  Woda 
sięgnęła  mi  do  ramion,  piekąc  tam,  gdzie  zraniły  mnie  pazury  Segny.  Mogłabym 
płynąć,  gdyby  nie  kości  ukryte  pod  powierzchnią.  Moja  krew  spłynęła  do  czarnej 
wody. 

Sholto tulił głowę Segny i górną część jej ciała, tak delikatnie jak tylko mógł, 

swoim  jedynym  zdrowym  ramieniem.  Agnes  była  nadal  obok  niego,  pomagając 
utrzymać swoją siostrę wiedźmę ponad wodą. Potknęłam się na delikatnym dnie i 
zanurzyłam się. Podniosłam się parskając. 

Doszedł do mnie głos Agnes, kiedy odezwała się do Sholto. 

-  Jak  możesz  pragnąć  tej  słabej  rzeczy?  Jak  to  coś  może  być  tym,  czego 

pragniesz? 

Usłyszałam,  że  ziemia  poruszyła  się,  woda  zafalowała.  Odwróciłam  się  i 

zobaczyłam Doyle’a i Mroza w wodzie, brnących w moją stronę. 

- To jej zabójstwo lub nigdy nie będzie królową – wrzasnęła Agnes. 

- Nie przyszliśmy zabijać za nią – odrzekł Doyle. 

- Przyszliśmy jej

 

strzec – dodał Mróz - jak straż twojego króla chroni jego. – 

Jego  twarz  była  arogancką  maską.  Jego  jasny,  drogi  garnitur  nasiąknął  brudną 
wodą. Jego długie, srebrne włosy spływały do wody. W jakiś sposób wydawał się 
bardziej  wybrudzony  wodą,  niż  ktokolwiek  inny,  jakby  to  poważniej  uszkodziło 
jego  białosrebrne  piękno.  Czerń  Doyle’a  wydawała  się  topić  w  wodzie.  Właściwie 
to, że jego długi warkocz zanurzył się w wodzie, nie martwiło go. Jedyną rzeczą o 
jaką  się  martwił,  to  utrzymanie  broni  w  czystości.  Nowoczesne  pistolety  mogą 
strzelać  po  zmoczeniu,  ale  zaczął  używać  broni  palnej,  kiedy  suchy  proch 
oznaczał życie lub śmierć, a stare przyzwyczajenia ciężko wykorzenić. 

Czekałam  na  nich,  żeby  do  mnie  dołączyli,  bo  chciałam  pocieszenia  z  ich 

obecności,  kiedy  będę  to  robić.  To,  czego  naprawdę  chciałam,  to  opaść  w  ich 
ramiona i zacząć krzyczeć. Nie chciałam więcej zabijać, chciałam życia dla moich 
ludzi. Chciałam sprowadzić życie do faerie, nie śmierć. Nie śmierć. 

Czekałam i pozwoliłam, żeby ich ręce przyniosły mi pocieszenie. Pozwoliłam 

im podnieść mnie z miękkiego, zdradzieckiego dna i przeprowadzić się przez wodę. 
Nie omdlałam przy nich, pozwoliłam sobie zaczerpnąć odwagę z siły ich rąk. 

Kość otarła się o moją nogę. 

- Kość – powiedziałam. 

background image

- Krawędź kości, czuję ją – odrzekł Doyle. 

-  Czy  ty  masz  nadzieję,  że  Segna  umrze,  zanim  tu  dojdziesz?  -  zapytała 

Agnes  drwiącym  głosem.  Łzy  lśniące  na  jej  twarzy  sprawiły,  że  nie  brałam  pod 
uwagę tonu jej głosu. Traciła kogoś, z kim żyła, obok kogo walczyła, kochała przez 
wieki.  Nienawidziła  mnie  wcześniej,  teraz  nienawidziła  mnie  nawet  bardziej.  Nie 
chciałam jej mieć jako swojego wroga, ale wydawało się, że bez względu na to co 
zrobię, nie będę w stanie tego uniknąć. 

- Staram się nie podzielić jej losu – powiedziałam.  

- Mam nadzieję, że to się stanie – odrzekła Agnes. 

Sholto spojrzał na nią, po twarzy płynęły mu łzy. 

- Jeżeli kiedykolwiek podniesiesz znów rękę na Meredith, skończę z tobą. 

Anges  spojrzała  na  niego,  wpatrywała  się  w  jego  twarz,  trzymając  ciało 

Segny.  Patrzyła  w twarz  mężczyzny,  którego  kochała.  Cokolwiek  tam  zobaczyła, 
sprawiło to, że skłoniła głowę. 

- Zrobię, jak życzy sobie mój król. 

Słowa były gorzkie. Samo słuchanie ich sprawiło, że ścisnęło mnie w gardle. 

Agnes musiały palić w gardle. 

- Przysięgnij – powiedział Sholto. 

-  Jaką  przysięgę  chcesz,  żebym  ci  złożyła?  –  Zapytała,  nadal  z  pochyloną 

głową. 

- Taką, jaką złożyła Meredith. 

Zadrżała, ale nie z zimna. 

- Przysięgam na ciemność, zjadającą wszystko, że nie skrzywdzę księżniczki 

tutaj i teraz. 

- Nie – odrzekł Sholto - przysięgnij, że nigdy jej nie skrzywdzisz. 

Ukłoniła się niżej, jej czarne włosy zanurzyły się w wodzie. 

- Nie mogę złożyć takiej przysięgi, mój królu. 

- Dlaczego nie możesz? 

- Ponieważ myślę o skrzywdzeniu jej. 

-  Nie  przysięgniesz,  że  nigdy  jej  nie  skrzywdzisz?  –  Wydawał  się  być 

zaskoczony. 

- Nie, nie przysięgnę, nie mogę. 

background image

Ivar odezwał się swoim ptasim głosem. 

-  Jeżeli  mogę  zasugerować,  Wasza  Wysokość,  niech  przysięgnie,  że  nie 

skrzywdzi  księżniczki  teraz,  wtedy  wszyscy  będziemy  mogli  poruszać  się 
swobodnie.  Możemy  zająć  się  jej  perfidią  później,  kiedy  rozprawimy  się  ze 
sprawami pilnymi na teraz. 

Sholto przyciągnął do siebie Segnę i jej żółtawe ręce z połamanymi

 

pazurami

 

objęły go. 

-  Masz  rację  –  powiedział.  Spojrzał  na  Agnes,  nadal  pochyloną  nad  wodą  i 

ciałem Segny. – Złóż przysięgę, jakiej możesz dotrzymać, Agnes. 

Wyprostowała się, woda spływała z jej włosów.. 

-  Przysięgam  na  ciemność,  która  wszystko  zjada,  że  nie  skrzywdzę 

księżniczki w tej chwili. 

- Czy mogę coś zasugerować, Królu Sholto? – zapytał Doyle. 

- Tak – odpowiedział Sholto, ale nadal wpatrywał się w umierającą kobietę w 

swoich ramionach. 

-  Czarna  Agnes  powinna  dodać  do  swojej  przysięgi,  że  nie  skrzywdzi 

księżniczki kiedy jesteśmy w waszych ogrodach. 

Sholto skinął głową i wyszeptał. 

- Zrób jak mówi, Agnes. 

- Czy strażnicy sidhe wydają teraz rozkazy naszemu królowi? – powiedziała. 

- Zrób to Anges! – Krzyknął na nią, a krzyk zakończył się szlochem. Zgiął się 

nad Segną i otwarcie zapłakał. 

Spojrzała  na  mnie,  nie  na  Doyle’a,  kiedy  odezwała  się,  a  każde  słowo 

wydawała się siłą wyciągać z siebie. 

-  Przysięgam  na  ciemność,  która  zjada  wszystko,  że  nie  zranię  księżniczki, 

kiedy stoi w martwych ogrodach. 

-  Myślę,  że  to  wszystko  co  mogliśmy  z  niej  wyciągnąć  –  odezwał  się  Mróz 

niskim głosem. 

- Zgadzam się – dodał Doyle. 

Obaj spojrzeli na mnie, jakby wiedzieli, że to zły pomysł. Odpowiedziałam na 

ich spojrzenie na głos. 

-  Nie  ma  sposobu  żeby  to  obejść,  musimy  to  zrobić.  Musimy  przeżyć  tę

 

chwilę, by nadeszła następna. 

background image

Sholto podniósł twarz wystarczająco, by móc powiedzieć. 

- Segna nie przeżyje tej chwili. 

Nie  był  tak  załamany  w  Los  Angeles,  kiedy  zrobiłam  coś  dużo  bardziej 

przerażającego Szarej Nerys, jego innej wiedźmie. Nie chciałam tego zrobić, ale nie 
mogłam  nic  na  to  poradzić.  Obie  były  jego  kochankami,  ale  teraz  wiedziałam 
lepiej,  że  do  wszystkich  swoich  kochanków  nie  czujesz  tego  samego.  Segna 
znaczyła coś dla niego, Nerys nie. Proste, bolesne, prawdziwe. 

Spojrzałam,  ponad  umierającą  wiedźmą,  na  Czarną  Agnes,  która  uważnie 

obserwowała  Sholto.  Zorientowałam  się  w  tej  chwili,  że  ona  nie  opłakuje  tylko 
śmierci  Segny,  ale  podobnie  jak  ja  przypomina  sobie,  że  Sholto  nie  płakał  nad 
Nerys.  Czy  zastanawia  się,  czy  płakałby  po  niej?  Czy  wie,  że  bardziej  kochał 
Segnę?  Nie  byłam  pewna,  ale  mogłam  powiedzieć,  że  ten  ból  ranił  ją  prosto  w 
duszę. Wpatrywała się w płaczącego króla i jej myśli były widoczne na jej twarzy. 
Ona tej nocy nie opłakiwała po prostu Segny. 

Zdawała  się  wyczuć  ciężar  mojego  spojrzenia,  ponieważ  się  obróciła. 

Spojrzała  na  mnie,  a żałość  na  jej  twarzy  zamieniła  się  w  ostrą,  płonącą 
nienawiść.  Widziałam  swoją  śmierć  w  jej  oczach.  Agnes  zabiłaby  mnie,  gdyby 
tylko mogła. 

Ręka Doyle’a zacisnęła się na moim ramieniu. Mróz przeszedł ponad kośćmi 

ukrytymi w wodzie, przed nas, zasłaniając nas przed wzrokiem Agnes, jakby samo 
jej  spojrzenie  mogło  mnie  zranić.  Czas  mijał.  Ale  będzie  więcej  nocy,  więcej 
sposobów, żeby zabić jedną śmiertelną księżniczkę. 

- Złożyła przysięgę – odezwał się Sholto zduszonym głosem - to wszystko co 

możemy zrobić tej nocy. 

W tym ostatnim zdaniu była jakaś wiedza, która pozwalała się domyśleć, że 

widział to, co my wiedzieliśmy na twarzy Agnes. Chciałabym wierzyć, że będzie w 
stanie  utrzymać  wiedźmę  na  smyczy,  ale  jej  spojrzenie  mówiło,  że  żadna  smycz 
honoru czy miłości nie będzie mocniejsza od jej nienawiści. 

Nie chciałam zabić Segny, nie chciałam zakończyć jej życia, kiedy Sholto ją 

opłakiwał.  Ale  teraz  wiedziałam,  że  muszę  również  zabić  Agnes,  lub  ona  zobaczy 
moją  śmierć.  Była  za  bardzo  niebezpieczna,  zbyt  dobrze  usytuowana  pomiędzy 
sluaghami, by pozwolić jej żyć. 

Zaraz  kiedy  dotarło  do  mnie  to,  co  sobie  pomyślałam,  nie  wiedziałam  czy 

śmiać  się,  czy  płakać.  Nie  chciałam  zabić  jednej  wiedźmy,  nie  znosiłam  myśli  o 
zabiciu pierwszej, a właśnie planowałam śmierć trzeciej. 

Mróz i Doyle podnieśli mnie ponad ukrytymi kośćmi. Prawie podpłynęliśmy 

do Sholto, tam gdzie płakał nad wiedźmą. Próbowali mnie postawić, ale zapadłam 

background image

się aż po brodę, kiedy mnie puścili. W tej samej chwili mnie chwycili i wyciągnęli 
ponad czarną wodę. 

- Żeby zabić, musi stać na swoich własnych nogach – powiedziała Agnes, jej 

głos niósł w sobie tę śmiertelną pasję, jaką widać było w jej spojrzeniu. 

- Nie wiem, czy jestem na tyle wysoka – powiedziałam. 

-  Muszę  zgodzić  się  z  wiedźmą  –  odrzekł  Fyfe.  –  Księżniczka  musi  stać 

samodzielnie, żeby zabójstwo było jej. 

Mróz i Doyle wymienili spojrzenia, nadal trzymając mnie pomiędzy sobą. 

- Postawcie mnie powoli – powiedziałam. – Myślę, że mogę sięgnąć do dna. 

 Zrobili,  o  co  prosiłam.  Jeżeli  uniosłam  brodę,  mogłam  ledwie  powstrzymać 

brudną wodę od dostania się do moich ust. 

-  Nie  mamy  ze  sobą  żadnej  broni,  by  zabić  nieśmiertelnego  –  powiedział 

Doyle. 

- Tak jak my – dodał Ivar. 

Sholto  spojrzał  na  mnie,  jego  twarz  była  wykrzywiona  żalem,  zmusiłam  się 

by  wytrzymać  to  spojrzenie.  Poruszył  się  i  mała  fala  uderzyła  mnie  w  twarz. 
Zaczęłam  iść  przez  wodę,  więc  mogłam  utrzymać  głowę  ponad  powierzchnią. 
Kiedy  szłam,  moja  noga  otarła  się  o  coś,  myślałam,  że  to  kość,  ale  to  poruszało 
się.  To było ramię Segny, leżące bezwładnie w wodzie. Moja noga otarła się o nie 
znów, ramię zadrżało. 

- Kości są zabójcze - powiedziałam. 

Wtedy  Segna  odezwała  się  grzechoczącym  głosem,  gęstym  od  rzeczy,  które 

nigdy nie powinny znaleźć się w gardle żyjącego. 

- Pocałuj mnie… ostatni… raz. 

Sholto pochylił się do niej ze szlochem. 

Ivar  odsunął  wszystkich,  by  dać  im  więcej  miejsca.  Upewnił  się,  że  Agnes 

cofnęła się, co znaczyło że ciało Segny zaczęło zapadać się pod wodę. Ruszyłam w 
ich  stronę,  starając  się  ją  chwycić,  brnąc  przez  wodę.  Położyłam  na  niej  rękę, 
czując  ciężar  jej  peleryny  owijającej  się  dookoła  moich  nóg.  Poczułam  napięcie  w 
biciu jej serca, zanim jej ramię, które znajdowało się teraz przede mną, poleciało 
w  moją  stronę.  Zdążyłam  odwrócić  się  i  chwycić  jej  ramię  obiema  rękami,  by 
utrzymać jej szpony z dala od siebie. 

- Merry! – wrzasnął Doyle. 

background image

Zobaczyłam jej drugie ramię lecące w moją stronę. Puściłam to ramię, które 

trzymałam i próbowałam odsunąć drugie ramię od siebie. Ciało Segny obróciło się 
w wodzie i pociągnęło mnie za sobą. 

background image

Rozdział 14 

 

Zdążyłam  zaczerpnąć  powietrza,  zanim  poszłyśmy  pod  wodę.  Twarz  Segny 

pojawiła się pod wodą. Miała otwarte usta, krzyczące na mnie, krew tryskała jej z 
ust. Ręce wbiłam desperacko w jej ramiona, były za małe, by ją nimi otoczyć, ale 
zmusiłam ją, żeby odsunęła się ode mnie i nie

 

wciągnęła mnie głębiej do wody. 

Za  późno  zorientowałam  się,  że  jest  jeszcze  inny  sposób  zabicia  mnie  niż 

szpony,  starała  się  przeszyć  mnie  zanurzonymi  kośćmi.  Kopnęłam  nogą  by 
pozostać  ponad  kośćmi  i  nie  pozwolić  jej  nadziać  mnie  na  nie.  Koniec  kości 
dotknął mnie, kopnęłam i odepchnęłam, by nie przecięła mi skóry. Segna pchała i 
walczyła  przy  mnie.  Siła  jej  ramion  i  ciała,  to  było  niemalże  za  wiele  dla  mnie. 
Była zraniona, umierająca, ale tylko to mogło powstrzymać ją od zabicia mnie. 

Ścisnęło  mnie  w  piersi,  musiałam  odetchnąć.  Szpony,  kości,  nawet  sama 

woda mogła zabić. Jeżeli nie uda mi się odepchnąć jej od siebie, wszystko co musi 
zrobić, to po prostu przytrzymać mnie pod powierzchnią. 

- Bogini, pomóż mi – modliłam się. 

Blada ręka zalśniła w wodzie i Segna została odciągnięta, ale mój uścisk na 

jej  ramionach  pociągnął  mnie  za  nią.  Poszliśmy  pod  powierzchnię  razem,  obie 
walcząc o oddech. Jej oddech zakończył  się kaszlem, który pokrył moją twarz jej 
krwią. Przez chwilę nie widziałam, kto odepchnął ją do tyłu. Musiałam zetrzeć jej 
krew  z  moich  oczu,  by  zobaczyć  Sholto  chwytającego  ją  ramieniem.  Trzymał  ją 
jednym ramieniem. 

- Uciekaj, Meredith, uciekaj! – krzyczał. 

Zrobiłam, co mówił. Puściłam ją i odsunęłam się mając nadzieję, że za mną 

nie  ma  żadnych  kości.  Segna  nie  starała  się  mnie  schwytać.  Użyła  swojej 
oswobodzonej  ręki  żeby  przeciągnąć  szponami  w  dół  ramienia  Sholto,  robiąc  z 
jego ciała karmazynową ruinę. 

Brnęłam  przez  wodę,  rozglądając  się  za  Doylem,  Mrozem  i  pozostałymi. 

Nikogo  nie  było.  Brodziłam  w  jeziorze,  głębokim,  zimnym  jeziorze,  które  nie  było 
już  płytką,  ospałą  sadzawką,  w której  pływaliśmy  wcześniej.  W  zasięgu  ręki  była 
mała wyspa, ale brzeg był daleko i nie był to brzeg, jaki znałam. 

-  Doyle!  –  krzyknęłam,  ale  nie  było  odpowiedzi.  Tak  naprawdę  nie 

spodziewałam się jej, bo właśnie zorientowałam się, że jesteśmy albo w wizji, albo 
gdzieś indziej w faerie. Nie wiedziałam ani co to za wizja, ani gdzie jesteśmy. 

Sholto  zapłakał  za  mną.  Odwróciłam  się  na  czas,  by  zobaczyć  go 

zanurzającego  się  w czerwonej  kipieli.  Segna  uderzała  w  wodę,  w  miejscu  gdzie 

background image

zniknął,  sztyletem  wyciągniętym  zza  pasa.  Czy  zdawała  sobie  sprawę,  kogo  teraz 
atakuje, czy nadal uważała, że zabija mnie? 

- Segna! – krzyknęłam. 

Wydawało  się,  że  mój  krzyk  dotarł  do  niej,  ponieważ  się  zawahała. 

Odwróciła  się  w  wodzie  i spojrzała  na  mnie.  Wychyliłam  się  z  wody  na  tyle,  żeby 
mogła mnie zobaczyć. Sholto się nie wynurzył. 

Segna  krzyknęła  na  mnie,  jej  krzyk  zakończył  się  mokrym  kaszlem.  Krew 

spłynęła w dół jej brody, ale ruszyła w moją stronę. 

- Sholto! – krzyknęłam, mając nadzieję, że Segna zorientuje się, co zrobiła i 

odwróci się, by go ratować. Ale ona nadal z trudem płynęła w moją stronę. 

-  Teraz  jest  tylko  białym  mięsem  –  zawarczała  tym  za  grubym,  za  mokrym 

głosem. – Jest tylko sidhe, nie sluagh. 

To było na tyle, jeżeli chodzi o pomoc Sholto, wyraźnie interesowało to tylko 

mnie. Wzięłam głęboki wdech i zanurkowałam. Woda była w tym miejscu czysta. 
Widziałam Sholto jak blady cień zapadający się w dno, dookoła niego unosiła się 
krew niczym chmura. 

Krzyknęłam  jego  imię,  a  dźwięk  rozszedł  się  echem  przez  wodę.  Jego  ciało 

drgnęło, potem coś chwyciło mnie za włosy i szarpnęło do góry. 

Segna ciągnęła mnie przez wodę. Widziałam, że kieruje się w stronę wyspy. 

Moje  nagie  plecy  uderzały  o  skały,  ocierając  się  o  nie,  kiedy  szarpała  się  w 
jeziorze.  Ciągnęła  mnie  za  sobą,  aż  obie  wyszłyśmy  z  wody.  Leżała  dysząc  na 
kamieniach,  z  ręką  nadal  wplątaną  w  moje  włosy.  Starałam  się  od  niej  uwolnić, 
ale  zacisnęła  mocniej  pięść,  ciągnąc  moje  włosy,  jakby  chciała  je  wyrwać  z 
cebulkami. Zaczęła ciągnąć mnie bliżej miejsca, gdzie leżała. 

Walczyłam, by podnieść się na czworaka, żeby nie mogła ocierać mojej skóry 

o nagie skały. Straciłam ją z oczu na chwilę. 

To był błąd. Szarpnęła mnie w dół, na brzuch, z siłą, którą mogłaby usadzić 

rozbrykanego konia. Podparłam się ramieniem, żeby nie opaść na skały. 

Wtedy  zobaczyłam,  że  nadal  ma  sztylet.  Przycisnęła  go  do  mojego  policzka. 

Spojrzałam na nią przez linię ostrza. Leżała na dole, prawie płasko na skałach. 

- Potnę cię – powiedziała - zniszczę tę piękną twarz. 

- Sholto tonie. 

- Sluagh nie może zginąć od wody. Jeżeli jest na tyle sidhe by utonąć, niech 

tonie. 

- Kochał cię – powiedziałam. 

background image

Jęknęła szorstko, zachlapując sobie brodę krwią. 

- Nie tak bardzo jak kochał myśl o ciele sidhe w swoim łóżku. 

Z tym nie mogłam się kłócić. 

Czubek jej ostrza zadrżał ponad moim policzkiem. 

- Jak bardzo jesteś sidhe? Jak dobrze się uzdrawiasz? 

Pomyślałam,  że  to  retoryczne  pytanie  i  nie  odpowiedziałam  na  nie.  Czy 

zginie, zanim mnie zrani, czy się uzdrowi? 

Wykrztusiła  krew  na  kamienie,  wydawało  się,  że  zastanawia  się  nad  tym 

samym.  Wykorzystała  uchwyt  na  moich  włosach  by  położyć  mnie  na  plecach, 
przyciągając  bliżej  do  siebie.  Nie  mogłam  jej  powstrzymać,  nie  mogłam  walczyć 
przeciwko takiej sile. Wczołgała się na mnie i przyłożyła czubek ostrza do mojego 
gardła. Chwyciłam jej rękę, owinęłam wokół niej moje obie ręce, drżące z wysiłku, 
by odsunąć ją ode mnie. 

-  Taka  słaba  –  sapała  nade  mną.  –  Dlaczego  podążamy  za  sidhe?  Gdybym 

nie umierała, nie mogłabyś mnie zrzucić. 

- Jestem tylko po części sidhe. 

- Ale dla niego jesteś wystarczająco sidhe, by cię chciał – zawarczała. – Lśnij 

dla  mnie,  sidhe!  Pokaż  mi  szlachetną  magię  Seelie.  Pokaż  mi  magię,  która 
sprawia, że podążamy za sidhe. 

To były decydujące słowa. Miała rację. Miałam magię. Magię, której nie miał 

nikt  inny.  Wezwałam  moją  rękę  krwi.  Wezwałam  ją  i  starałam  się  nie  myśleć  o 
tym, że mogłam zrobić to wcześniej, zanim zraniła Sholto. 

Władałam ręką krwi. Mogłam wykrwawić ją już z małego cięcia, a nie miała 

małych cięć. Zaczęłam lśnić pod naciskiem jej ciała. Moje ciało błyszczało przez jej 
krew, która ściekła na mnie. 

- Nie magię Seelie, Segna – wyszeptałam - magię Unseelie. Krwaw dla mnie. 

Z początku nie zrozumiała. Starała się pchnąć mnie sztyletem w gardło, a ja 

odciągnąć jej rękę z daleka ode mnie. Wbiła rękę w moje włosy tak, że jej szpony 
dotknęły skóry rozcinając mnie. Wezwałam krew, a jej rany trysnęły. 

Krew  polała  się  na  mnie,  gorąca,  gorętsza  niż  moja  własna  skóra. 

Odwróciłam  głowę,  by  nie  zalała  mi  oczu.  Moje  ręce  stały  się  śliskie  od  jej  krwi  i 
bałam się, że jej nóż prześlizgnie się, zanim ją wykrwawię. Tak wiele krwi, lała się 
bez końca. 

Czy  nocna  wiedźma  może  wykrwawić  się  na  śmierć?  Czy  kiedykolwiek 

któraś została zabita w ten sposób? Nie wiedziałam, po prostu nie wiedziałam. 

background image

Czubek jej noża przebił moją skórę ostrym cieciem. Moje ramię zaczęło drżeć 

z wysiłku, by utrzymać ją z daleka ode mnie. 

-  Krwaw  dla  mnie!  –  krzyknęłam.  Wyplułam  jej  krew  z  ust,  jej  nóż  nadal 

wbijał  mi  się  w gardło.  Był  tuż  nad  moją  skórą,  nie  byłam  jeszcze  ranna,  ale  już 
wkrótce będę. 

Potem jej ręka zawahała się, odsunęła do tyłu. Zamrugałam przez maskę jej 

krwi,  która  spłynęła  na  moją  twarz.  Jej  oczy  były  rozszerzone  i  zaskoczone.  Jej 
gardło było przebite białą włócznią. 

Sholto  stał  ponad  nią,  jego  bandaże  zniknęły,  widać  było  rany.  W  obu 

rękach trzymał włócznię. Wyszarpnął ją. Fontanna krwi spłynęła jej na szyję. 

-  Krwaw  –  wyszeptałam.  Opadła  w  karmazynową  kałużę,  z  nożem  nadal 

zaciśniętym w ręce. 

Sholto  stał  ponad  nią,  białą  włócznią  uderzył  mocno  w  jej  plecy.  Drgnęła 

pod nim, jej usta otwarły się i zamknęły, ręce i stopy drapały nagą skałę. 

Dopiero  kiedy  zupełnie  przestała  się  ruszać  wyciągnął  włócznię.  Stał 

chwiejąc  się,  ale  za  pomocą  czubka  włóczni  wrzucił  jej  sztylet  do  jeziora.  Potem 
opadł na kolana obok niej, podpierając się na włóczni. 

Podeszłam  się  do  niego,  już  nie  lśniłam.  Byłam  zmęczona,  ranna  i  pokryta 

krwią moich wrogów. Opadłam na kolana na zakrwawioną skałę, tuż obok niego i 
dotknęłam jego ramienia, jakbym nie była pewna, czy jest prawdziwy. 

- Widziałam, jak toniesz – powiedziałam. 

Wydawało  się,  że  miał  problem  ze  skupieniem  uwagi  na  mnie,  ale 

odpowiedział mi. 

- Jestem sluagh i sidhe. Nie możemy zginąć przez utonięcie – zakrztusił się, 

wymiotując wodą na skały, kurczowo trzymając się białego trzonka włóczni. – Ale 
to boli, jakbym umarł. 

Objęłam  go,  a  on  się  skrzywił,  przez  nowe  i  stare  rany.  Chwyciłam  go 

ostrożnie, przywierając do niego, pokrywając jego ramiona krwią Segny. 

Jego głosy był ochrypły od kaszlu. 

-  Trzymam  włócznię  kości.  Kiedyś  był  to  jeden  z  królewskich  symboli  dla 

mojego ludu. 

- Skąd ją wziąłeś? – zapytałam. 

- Była na dnie jeziora, czekając na mnie. 

- Gdzie jesteśmy? – zapytałam znów. 

background image

- Na Wyspie Kości. Kiedyś była pośrodku naszych ogrodów, ale potem stała 

się częścią legend. 

Dotknęłam  tego,  o  czym  myślałam,  że  jest  skałą.  To  była  skała,  ale  skała, 

która kiedyś była kością. Wyspa powstała ze skamielin. 

- To wydaje się być dość solidne jak na legendę – powiedziałam. 

Uśmiechnął się. 

- Co, w imię Danu, się dzieję, Meredith? Co się stało? 

Poczułam zapach róż, gęsty i słodki. 

Podniósł głowę i rozejrzał się. 

- Czuję zioła. 

- Ja czuję róże – powiedziałam miękko. 

Spojrzał na mnie. 

- Co się dzieje, Meredith? Jak się tutaj znaleźliśmy? 

-Modliłam się. 

Wykrzywił się. 

- Nie rozumiem. 

Zapach  róż  nasilił  się,  jakbyśmy  stali  na  letniej  łące.  Kielich  pojawił  się  w 

mojej ręce, tej którą opierałam na nagich plecach Sholto. 

Odsunął  się  od  dotyku,  jakby  go  palił.  Starał  się  odwrócić  tak  szybko,  że 

musiały  zaboleć  do  otwarte  rany  na  brzuchu,  drgnął,  wciągając  ostro  powietrze. 
Opadł na bok, nadal ściskając włócznię w ręce. 

Trzymałam  złoto-  srebrny  kielich,  w  którym  odbijało  się  światło.  Dopiero 

wtedy  okazało  się,  że  było  tu  światło.  To  było  światło  słoneczne,  lśniące  w 
kielichu, ciepłe przy mojej skórze. 

Za  nic  nie  mogłam  sobie  przypomnieć,  czy  chwilę  wcześniej  było  tu  słonce. 

Chciałam zapytać Sholto, ale on skupił się na tym co trzymałam w ręce. 

- To nie może być to, o czym myślę – wyszeptał. 

- To kielich. 

Potrząsnął lekko głową. 

- Jak? 

background image

- Śniłam o nim, jak śniłam o rogowym kielichu Abeloeca i kiedy obudziłam 

się, był obok mnie. 

Oparł  się  mocno  na  włóczni  i  sięgnął  w  kierunku  lśniącego  kielicha. 

Wyciągnęłam  go  w  jego  stronę,  ale  jego  palce  zatrzymał  się  tuż  przed  nim,  jakby 
obawiał się go dotknąć. 

Jego wahanie przypomniało mi, co może się zdarzyć, jeżeli dotknę jednego z 

mężczyzn  trzymając  kielich.  Ale  czy  nie  byliśmy  w  wizji?  A  jeżeli  tak,  czy  to  nie 
powinno  przynieść  prawdy?  Spojrzałam  na  ciało  Segny,  czując  jej  krew 
spływającą mi po skórze. Czy to była wizja, czy rzeczywistość? 

- A może rzeczywista wizja? – Rozległ się kobiecy głos. 

- Kto to powiedział? – Zapytał Sholto. 

Pojawiła się postać. Była ukryta całkowicie pod szarą peleryną z kapturem. 

Stała  w  świetle  słonecznym,  ale  wyglądało,  jakby  stała  w  cieniu.  Cień  w  żaden 
sposób nie mógł jej ukształtować. 

- Nie obawiaj się dotknąć Bogini – powiedziała postać. 

- Kim ty jesteś? – wyszeptał Sholto. 

-  A  kim  myślisz,  że  jestem?  –  Odrzekł  głos.  W  przeszłości  zawsze  pojawiała 

się jako coś bardziej solidnego, lub była tylko głosem, zapachem na wietrze. 

Sholto oblizał wargi. 

- Bogini – wyszeptał. 

Moja ręka podniosła się, jakby z własnej woli. Trzymałam kielich, ale to ktoś 

inny poruszał moją ręką. 

- Dotknij kielicha – wyszeptałam. 

Zacisnął uścisk na włóczni, oparł się na niej, jakby chciał wyciągnąć drugą 

rękę. 

- Co się stanie, kiedy go dotknę? 

- Nie wiem – powiedziałam. 

- Dlaczego więc chcesz, żebym to zrobił? 

- Ona tego chce – odrzekłam. 

Znów  się  zawahał  z  palcami  tuż  nad  lśniącą  powierzchnią.  Głos  Bogini 

rozszedł się dookoła nas, wraz z zapachem letnich róż. 

- Wybieraj. 

background image

Sholto wziął głęboki wdech i wypuścił go, jak biegacz przed biegiem, potem 

dotknął  złotego  kielicha.  Poczułam  zapach  ziół,  jakby  ktoś  musnął  rabatkę  z 
tymiankiem i lawendą koło moich róż. Obok szarej pojawiła się postać w czarnej 
pelerynie.  Wysoka,  szeroka  w  ramionach  w  jakiś  sposób,  mimo  że  osłonięta 
peleryną, w wyraźny sposób męska. Tak jak peleryna nie mogła ukryć kobiecości 
Bogini, tak nie mogła również ukryć męskości Boga. 

Sholto owinął rękę dookoła kielicha, zasłaniając moją rękę swoją, więc oboje 

trzymaliśmy kielich. 

Doszedł  do  nas  głęboki,  bogaty  głos,  wciąż  zmieniający  się.  Znałam  głos 

Boga, zawsze męski, ale nigdy ten sam. 

- Przelałeś swoją krew, ryzykowałeś swoje życie, zabiłeś na tej ziemi – zaczął. 

Ciemny  kaptur  odwrócił  się  w  stronę  Sholto.  Przez  chwilę  wydawało  mi  się,  że 
widziałam  brodę,  usta,  ale  zmieniały  się  w  chwili,  kiedy  je  zobaczyłam.  To  było 
oszałamiające.  –  Co  byś  dał,  by  sprowadzić  życie  z  powrotem  do  swoich  ludzi, 
Sholto? 

- Wszystko – wyszeptał. 

-  Bądź  ostrożny,  co  oferujesz  –  powiedziała  Bogini  i  również  jej  głos  był 

głosem każdej kobiety i żadnej. 

- Mógłbym oddać swoje życie, żeby ocalić moich ludzi – powiedział Sholto. 

-  Nie  mam  zamiaru  go  zabierać  –  odpowiedziałam,  ponieważ  kiedyś  Bogini 

zaoferowała  mi  podobny  wybór.  Amatheon  obnażył  swoją  szyję  dla  ostrza,  co 
mogło sprawić, że życie powróci na ziemię faerie. Odmówiłam, ponieważ był inny 
sposób, by dać życie ziemi. Pochodziłam od bóstw płodności i wiedziałam, że krew 
nie jest jedyną rzeczą, która sprawia, że trawa rośnie. 

- To nie jest twój wybór – powiedziała do mnie. Czy w jej głosie słychać było 

nutkę żalu? 

W  powietrzu  przed  Sholto  pojawił  się  sztylet.  Rękojeść  i  ostrze  było  całe 

białe,  lśniło  dziwnie  w  świetle.  Sholto  puścił  kielich  i  chwycił  nóż,  prawie 
odruchowo. 

- Rękojeść jest z kości. Pasuje do włóczni – powiedział Sholto, a w jego głosie 

słychać było zdziwienie, kiedy patrzył na sztylet. 

- Czy pamiętasz, do czego używany był ten sztylet? – zapytał Bóg.  

-  Używano  go,  by  zabić  starego  króla.  Rozlać  jego  krew  na  tej  wyspie  – 

odpowiedział Sholto posłusznie. 

- Dlaczego? 

- Ten sztylet jest sercem sluaghów, lub kiedyś nim był. 

background image

- Czego potrzebuje serce? 

- Krwi i życia – odpowiedział Sholto, jakby rozwiązywał test. 

- Rozlałeś krew i życie na wyspie, ale nie ma tu życia. 

Sholto potrząsnął głową. 

-  Segna  nie  była  odpowiednią  ofiarą  dla  tego  miejsca.  Ono  potrzebuje 

królewskiej krwi – wyciągnął nóż w kierunku cienistej postaci Boga. – Rozlej moją 
krew, zabierz moje życie, doprowadź serce sluaghów z powrotem do życia. 

- Jesteś królem, Sholto. Jeżeli ty umrzesz, kto poniesie włócznię i sprowadzi 

moc z powrotem pomiędzy twoich ludzi? 

Klęczałam  tam,  lepka  krew  spływała  po  mojej  skórze.  Tuliłam  kielich  w 

rękach i miałam przeczucie, że wiem dokąd zmierza ta rozmowa. 

Sholto obniżył nóż i zapytał. 

- Co chcesz ode mnie, Panie? 

Postać wskazała na mnie. 

-  Tam  jest  królewska  krew  do  rozlania.  Zrób  to,  a  serce  sluaghów  znów 

ożyje. 

Sholto  spojrzał  na  mnie  ze  zszokowanym  wyrazem  twarzy.  Zastanawiałam 

się, czy kiedy ja dokonywałam wyboru, też miałam taki wyraz twarzy. 

- Chcesz, żebym zabił Meredith? 

- Ona jest z królewskiej krwi, odpowiednia ofiara dla tego miejsca. 

- Nie – powiedział Sholto. 

- Powiedziałeś, że zrobiłbyś wszystko – powiedziała Bogini. 

- Mogę zaoferować moje życie, ale nie mogę zaoferować jej życia– powiedział 

Sholto. – Nie jest moje, żebym je oddawał – jego ręka pobielała, kiedy zacisnął ją 
mocno na rękojeści noża. 

- Jesteś królem – powiedział Bóg. 

- Król opiekuje się swoimi ludźmi, a nie zarzyna ich. 

-  Czy  skażesz  swoich  ludzi  na  powolną  śmierć,  by  ocalić  życie  jednej 

kobiety? 

Emocje  przebiegły  przez  twarz  Sholto,  ale  w  końcu  rzucił  nóż  na  skałę. 

Zadźwięczał tak, jakby był z twardego metalu, a nie z kości. 

- Nie mogę, nie skrzywdzę Meredith. 

background image

- Dlaczego? 

-  Ona  nie  jest  sluagh.  Nie  może  zginąć, by  sprowadzić

 

życie  do  nas.  To  nie 

jej miejsce. 

- Jeżeli chce zostać królową wszystkich faerie, wtedy będzie sluagh. 

- To pozwól jej być królową. Jeżeli tu zginie, nie będzie nią, a to zostawi nas 

tylko z Celem. Jednym cięciem sprowadziłbym życie do sluaghów i zniszczył całe 
faerie. Ona dzierży kielich. Kielich, mój panie. Kielich powrócił po tych wszystkich 
latach.  Nie  rozumiem,  jak  możesz  prosić  nas  o  zniszczenie  wszystkich  nadziei, 
jakie mamy. 

- Czy ona jest twoją nadzieją, Sholto? – zapytał Bóg. 

- Tak – wyszeptał. W tym jednym słowie mieściło się tak wiele emocji. 

Ciemna postać spojrzała na szarą. 

- Nie ma w tobie strachu, Meredith – przemówiła Bogini. – Dlaczego? 

Starałam się ubrać swoje myśli w słowa. 

-  Sholto  ma  rację, moja  pani.  Kielich  powrócił  do  nas,  a  magia  powraca  do 

sidhe.  Używasz  mojego  ciała  jako  naczynia.  Nie  wydaje  mi  się,  żebyś  marnowała 
to  wszystko  na  jedną  krwawą  ofiarę  –  spojrzałam  na  Sholto.  –  Poza  tym,  czułam 
jego  rękę  w  mojej.  Czułam  jego  pożądanie  do  mnie.  Myślę,  że  zabicie  mnie 
zniszczyłoby coś w nim. Nie wierzę, że

 

mój Bóg i Bogini są tak bez serca. 

- Czy on cię kocha, Meredith? 

- Nie wiem, ale kocha pomysł trzymania mnie w ramionach. To wiem. 

- Czy kochasz tę kobietę, Sholto? – zapytał Bóg. 

Sholto otworzył usta, potem zamknął je. 

- To nie jest odpowiednie miejsce by odpowiadać na takie pytania, zwłaszcza 

przy damie. 

- To jest miejsce prawdziwe, Sholto. 

-  Wszystko  w  porządku,  Sholto  –  powiedziałam  –  odpowiedz  prawdę.  Nie 

wykorzystam jej przeciwko tobie. 

- Tego się właśnie obawiam – powiedział miękko. 

Wyraz  jego  twarzy  sprawił,  że  zaśmiałam  się.  Śmiech  przeszedł  echem  w 

powietrzu jak śpiew ptaków. 

-  Radość  wystarczy,  żeby  doprowadzić  to  miejsce  do  życia  –  powiedziała 

Bogini. 

background image

-  Jeżeli  radością  sprowadzicie  życie  na  to  miejsce,  bardzo  zmienicie  serce 

sluaghów. Rozumiesz to, Sholto? – powiedział Bóg. 

- Niezupełnie. 

-  Serce  sluaghów  opiera  się  na  śmierci,  krwi,  walce,  przerażeniu.  Śmiech, 

radość i życie stworzy inne serce dla sluaghów. 

- Przykro mi mój panie, ale nadal nie rozumiem. 

- Meredith – powiedziała Bogini – wyjaśnij mu to. 

Bogini  zaczynała  blaknąć,  jak  sen  w  blasku  świtu  wkradającym  się  przez 

okno. 

- Nie rozumiem – powiedział Sholto. 

- Jesteś sluagh i Unseelie sidhe – powiedział Bóg – jesteś istotą przerażenia i 

ciemności. Tym jesteś, ale nie tylko tym.  

Powiedziawszy to ciemny kształt zaczął również blaknąć. 

Sholto wyciągnął do niego rękę. 

- Poczekaj, nie rozumiem. 

Bóg  i  Bogini  zniknęli,  jakby  ich  nigdy  nie  było,  a  światło  słoneczne  wraz  z 

nimi.  Zostaliśmy  w  mroku.  W  tych  dniach  pod  ziemią  faerie  wschodził  świt,  nie 
zniekształcone  podniosłe  światło  słoneczne,  w  którym  kąpaliśmy  się  chwilę 
wcześniej. 

- Poczekaj, mój Panie! – krzyknął Sholto. 

- Sholto – powiedziałam. Musiałam powtórzyć to dwukrotnie, zanim spojrzał 

na mnie. 

Jego twarz była zagubiona. 

-  Nie  wiem,  czego  chcą  ode  mnie.  Co  mam  zrobić?  Jak  sprowadzić  serce 

moich ludzi z powrotem radością? 

Uśmiechnęłam  się  do  niego,  czując  jak  pęka  maska  krwi,  którą  byłam 

pokryta. Musiałam się oczyścić z tego bałaganu. 

- Och, Sholto, spełni się twoje marzenie. 

- Moje marzenie? Jakie marzenie? 

- Pozwól mi wcześniej oczyścić się z krwi. 

- Przed czym? 

Dotknęłam jego ramienia. 

background image

- Seks, Sholto, mieli na myśli seks. 

- Co? – wyraz jego twarzy, taki zszokowany, sprawił, że znów się zaśmiałam. 

Dźwięk  odbił  się  echem  przez  jezioro  i  znów  wydawało  mi  się,  że  słyszę  pieśń 
ptaków. 

- Słyszałeś to? 

- Słyszałem twój śmiech, podobny do muzyki. 

-  To  miejsce  jest  gotowe  by  powrócić  do  życia,  Sholto.  Ale  jeżeli  użyjemy 

śmiechu,  radości  i seksu,  sprawimy,  że  będzie  radosne,  inne  niż  było  wcześniej. 
Rozumiesz to? 

- Nie jestem pewien. Będziemy się kochać, tutaj, teraz? 

-  Tak.  Pozwól  mi  zmyć  z  siebie  krew,  a  potem  tak.  –  Nie  byłam  pewna,  czy 

słyszał  cokolwiek  innego  z  tego,  co  powiedziałam.  –  Widziałeś  nowy  ogród  koło 
wejścia do sali tronowej w kopcu Unseelie? 

Wydawał się zmuszać do koncentracji, ale w końcu skinął głową. 

-  Jest  tam  teraz  łąka  ze  strumieniem,  nie  miejsce  tortur,  które  miała  tam 

wcześniej królowa. 

-  Dokładnie  –  powiedziałam.  –  To  było  miejsce  bólu,  teraz  jest  tam  łąka  z 

motylami  i króliczkami.  Jestem  częścią  Dworu  Seelie,  Sholto,  rozumiesz  co 
mówię? Ta część mnie uderzy magią w to, co zrobimy tutaj i teraz. 

-  Jaką  magię  stworzymy  tutaj  i  teraz?  –  Zapytał  uśmiechając  się.  Nadal 

opierał  się  ciężko  o włócznię,  otwarte  rany,  które  zadali  mu  Seelie,  wystawione 
były  na  działanie  powietrza.  Wystarczająco  często  byłam  ranna  by  wiedzieć,  że 
nawet dotyk powietrza moje ranić, kiedy skóra jest zdarta. Nóż z kości leżał obok 
kolan  Sholto.  Prawdę  mówiąc  myślałam,  że  zniknie,  kiedy  Bóg  i Bogini  odeszli, 
kiedy  odmówił  użycia  go  zgodnie  z  jego  prawdziwym  celem.  Niemniej  jednak 
Sholto  nadal  miał  ważny  relikt  sluaghów.  Spotkał  się  z  bóstwami.  Klęczeliśmy  w 
miejscu  z legendy,  mając  możliwość  doprowadzenia  jego  ludzi  do  ich  mocy.  A 
wydawało  się,  że  wszystko  o czym  był  zdolny  myśleć  to  fakt,  że  możemy  mieć 
seks. 

Spojrzałam w jego twarz. Starałam się zobaczyć na niej wcześniejsze, prawie 

nieśmiałe  oczekiwanie.  Wydawał  się  obawiać  okazywania  zbyt  wiele  entuzjazmu. 
Był dobrym królem, ale obietnica seksu z inną sidhe wypędziła całą ostrożność z 
jego umysłu. Nie pozwolę mu pochopnie się na to zgodzić, aż nie upewnię się, że 
rozumie, co może stać się z jego ludźmi. Musi zrozumieć lub… lub co? 

- Sholto – odezwałam się. 

Sięgnął do mnie. Wzięłam jego rękę i powstrzymałam ją od dotknięcia mojej 

twarzy. 

background image

- Musisz wysłuchać mnie, Sholto, naprawdę wysłuchać mnie. 

- Słucham każdego twojego słowa. 

Poddawał  się  mojej  woli.  Zauważyłam  to  już  w  L.A.,  że  dominujący, 

przerażający  król  sluaghów  staje  się  uległy  w  intymnych  sytuacjach.  Czy  to 
czarna  Agnes  nauczyła  go  tego,  czy  może  Segna?  Czy  może  sam  z  własnej  woli 
taki się stał? 

Chwyciłam jego rękę bardziej przyjacielskim gestem niż seksualnym. 

- To, co sprowadziłam przez seks, to łąka i motyle. Część korytarza w kopcu 

Unseelie zamieniła się w biały marmur ze złotymi żyłkami. 

Jego twarz stała się bardziej poważna, mniej rozbawiona. 

-  Tak, królowa była niemalże zdenerwowana – powiedział. – Oskarżyła cię o 

przerabianie jej kopca na wyobrażenie Dworu Seelie. 

- Dokładnie – powiedziałam. 

Jego oczy rozszerzyły się. 

- Nie zrobiłam tego celowo – powiedziałam. – Nie mam kontroli nad tym, co 

energia zrobiła z kopcem. Magia seksu nie jest jak inna magia, jest bardziej dzika, 
ma swoją własną wolę. 

- Sluagh są dziką magią, Merry. 

- Ale dzikość sluagh i dzikość magii Seelie nie są takie same. 

Odwrócił moją rękę dłonią do góry. 

- Władasz ręką ciała i ręką krwi. To nie są moce Seelie. 

- Nie. W walce wydaję się być całkowicie Unseelie, ale magia seksu sprawia, 

że  to  Seelie  w mojej  krwi  wychodzi  na  zewnątrz.  Czy  rozumiesz,  co  to  może 
znaczyć dla sluagh? 

- Wydawało się, że całe światło odpłynęło z jego twarzy, teraz tak mrocznej. 

-  Jeżeli  będziemy  mieć  seks  i  sluagh  odrodzą  się,  możesz  przerobić  sluagh 

na swoje wyobrażenie. 

- Tak – powiedziałam. 

Patrzył na moje dłonie, jakby nigdy ich wcześniej nie widział. 

-  Gdybym  zabrał  twoje  życie,  wtedy  sluagh  odrodziliby  się  tacy,  jacy  byli, 

jako  najbardziej  przerażająca  ciemność,  jaka  przebywała  pomiędzy  nami.  Jeżeli 
użyjemy seksu, by sprowadzić życie na moich ludzi, wtedy mogą stać się bardziej 
jak sidhe, czy nawet Seelie sidhe. 

background image

- Tak – powiedziałam. - Tak - poczułam ulgę, że w końcu zrozumiał. 

-  Czy  to  byłoby  tak  okropne,  gdybyśmy  byli  bardziej  sidhe?  –  Prawie 

wyszeptał, jakby mówił sam do siebie. 

- To ty jesteś ich królem, Sholto. Tylko tym możesz dokonać takiego wyboru 

dla swoich ludzi. 

-  Mogą  mnie  znienawidzić,  jeżeli  tak  wybiorę  –  spojrzał  na  mnie.  –  Ale  czy 

jest tu inny wybór? Nie przeleję twojego życia, nawet za cenę sprowadzenia życia 
do  całego  mojego  królestwa.  –  Zamknął  oczy  i  puścił  moją  rękę.  Zaczął  lśnić 
delikatnym,  białym  światłem,  jakby  księżyc  wzeszedł  pod  jego  skórą.  Otworzył 
oczy i potrójne złoto jego tęczówek zalśniło. Przesunął lśniącymi czubkami palców 
przez moją dłoń i poczułam, jak przeciąga linie zimnego białego ognia przez moją 
skórę. Zadrżałam od tego małego dotyku. 

Uśmiechnął się. 

- Jestem sidhe, Meredith. Rozumiem to teraz. Jestem sluagh, ale jestem też 

sidhe.  Chcę  być  sidhe,  Meredith.  Chcę  być  pełnym  sidhe.  Chcę  wiedzieć  jakie  to 
uczucie być tym, czym jestem. 

Odsunęłam  rękę  od  niego,  więc  znów  mogłam  myśleć,  nie  czując  nacisku 

jego mocy na mojej skórze. 

- To ty jesteś tutaj królem. Ty musisz dokonać wyboru – mój głos był trochę 

chropowaty. 

- To nie jest wybór – powiedział. – Twoja śmierć i utrata całego faerie, lub ty 

w moich ramionach?  To nie jest wybór – zaśmiał się więc, a jego śmiech również 
odbił się echem po jeziorze. Usłyszałam dźwięk kurantów, lub śpiew ptaków, lub 
równocześnie jedno i drugie. – Poza tym, Ciemność i Mróz zabiliby mnie, gdybym 
złożył cię w ofierze. 

- Nie zabiliby króla sluaghów i nie zaczęliby wojny w faerie – powiedziałam. 

-  Jeżeli  naprawdę  wierzysz,  że  są  nadal  lojalni  bardziej  wobec  faerie  niż 

wobec  ciebie,  to  znaczy,  że  nie  widziałaś  ich  oczu,  kiedy  patrzą  na  ciebie.  Ich 
zemsta  byłaby  potworna,  Meredith.  To,  że  nadal  zdarzają  się  zamachy  na  ciebie, 
pokazuje,  że  niektórzy  sidhe  nie  rozumieją,  na  jakiej  krótkiej  smyczy  królowa 
trzymała  Ciemność  i  Mroza.  Zwłaszcza  Ciemność.–  Jego  głos  obniżył  się,  twarz 
wyglądała  na  udręczoną.  Potrząsnął  głową  odsuwając  te  myśli  od  siebie  i  znów 
spojrzał  na  mnie.  –  Widziałem  jak  Ciemność  poluje.  Gdyby  Piekielna  Sfora, 
Piekielne  Ogary  nadal  żyłyby  pomiędzy  nami,  należałyby  do  sluaghów,  do  dzikiej 
sfory, a krew tej dzikiej sfory nadal płynie w żyłach Doyle’a, Meredith. 

- A więc nie zabiłeś mnie ze strachu przed Doylem i Mrozem? 

 

background image

Spojrzał  na  mnie  i  na  chwilę  opadła  zasłona  w  tych  lśniących  oczach. 

Pozwolił  mi  zobaczyć  swoją  potrzebę,  tak  wielką,  tak  widoczną,  jakby  została 
napisana literami w powietrzu. 

- Nie, to nie strach zmusił mnie do oszczędzenia twojego życia – wyszeptał. 

Uśmiechnęłam  się  do  niego,  a  kielich,  który  nadal  ściskałam  w  ręku,  znów 

zapulsował. Kielich był częścią tego, co robiliśmy. 

- Pozwól mi zmyć z siebie krew. Potem połączę mój blask z twoim. 

Jego  blask  zaczął  nieco  ciemnieć,  jego  płonące  oczy  stawały  się  bardziej 

podobne do normalnych. Chociaż ciężko było nazwać jego potrójnie złote tęczówki 
normalnymi, nawet jak na standardy sidhe. 

-  Jestem  ranny,  Meredith.  Chciałbym,  żeby  nasz  pierwszy  raz  razem  był 

idealny. Nie jestem pewien, czy będę dla ciebie dość dobry tej nocy.  

- Ja też

 

jestem ranna – powiedziałam - ale oboje poradzimy sobie, jak tylko 

możemy najlepiej.  

Wstałam i zorientowałam się, że jestem cała zesztywniała od ran, nawet nie 

wiedziałam, że jestem ranna. Były to niewielkie rany, jakie zostały mi po walce. 

- Nie będę zdolny kochać się z tobą, tak jak tego chcesz – powiedział. 

-  Skąd  wiesz,  czego  chcę?  –  Zapytałam  i powoli  przeszłam  przez  nierówne  i 

gładkie skały. 

- Miałaś widownię, kiedy byłaś z Mistralem. Plotki narastają, ale nawet jeżeli 

tylko część z nich jest prawdziwa, nie będę zdolny do takiej dominacji jak on. 

Wślizgnęłam się do wody. Poczułam każde małe nacięcie i odrapanie. Woda 

była zimna i kojąca, ale równocześnie sprawiła, że każda rana zapłonęła. 

-  Nie  chcę  być  teraz  zdominowana,  Sholto.  Kochaj  się  ze  mną,  niech  to 

będzie delikatne, jeżeli tak właśnie chcemy. 

Zaśmiał się znów i usłyszałam dzwonki. 

- Myślę, że delikatność to wszystko, do czego się nadaję dzisiejszej nocy. 

-  Nie  zawszę  chcę  brutalności,  Sholto,  moje  upodobania  w  tej  dziedzinie  są 

bardziej urozmaicone.  

Byłam  teraz  zanurzona  w  wodzie  po  ramiona,  starając  się  zmyć  z  siebie 

krew. Krew zaczęła rozpuszczać się w wodzie, zmywając się łatwiej niż powinna. 

- Jak urozmaicone są twoje upodobania? – Zapytał. 

Uśmiechnęłam się do niego. 

background image

- Bardzo. 

Zanurkowałam, by zmyć krew z twarzy i z włosów. Wynurzyłam się dysząc i 

ścierając  strumyczek  różowej  wody  z  twarzy.  Zrobiłam  tak  jeszcze  dwa  razy,  aż 
woda była czysta. 

Sholto był na brzegu wyspy, tam gdzie ostatnio leżałam. Stał podpierając się 

włócznią.  Biały  nóż  schował  ostrożnie  w  spodniach  tak,  że  było  widać  tylko  jego 
czubek.  Podał  mi  rękę.  Chwyciłam  ją,  chociaż  mogłam  wyjść  sama  i  wiedziałam, 
że pochylenie się musi go boleć. 

Wyciągnął  mnie  z  wody,  ale  nie  patrzył  mi  w  twarz.  Jego  spojrzenie 

utkwione było w moim ciele, moich piersiach po których spływała woda. Niektóre 
kobiety  wzięłyby  to  za  obrazę,  ale  ja  nie byłam  jedną  z  nich.  W  tej  chwili  nie  był 
królem, był mężczyzną i jak dla mnie to było w porządku.