background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 HONORIUSZ BALZAC
 KOMEDIA LUDZKA
 XXIV
 Studia filozoficzne (IV)
 1967
 SPÓŁDZIELNIA WYDAWNICZA CZYTELNIK
 Skanował, opracował i błędy poprawił Roman Walisiak.
 HONORIUSZ BALZAC
 MISTRZ KORNELIUSZ
 ELIKSIR śYCIA
 WYGNAŃCY
 LUDWIK LAMBERT
 SERAFITA
 PrzełoŜyli TADEUSZ śELEŃSKI-BOY, JULIAN ROGOZIŃSKI
 Tytuły oryginałów francuskich:
 MAlTRE CORNELIUS
 LELIXIR DE LONGUE VIE
 LES PROSCRITS
 LOUIS LAMBERT
 SERAPHITA

 MISTRZ KORNELIUSZ
 PrzełoŜył JULIAN ROGOZIŃSKI

 
 HRABIEMU JERZEMU MNISZCHOWI
 * Hrabia Jerzy Mniszech poślubił w roku 1846 córkę pani Hańskiej, Annę. Balzac 
darzył go wielką przyjaźnią. Mniszech umarł bezdzietnie w 1881 licząc lat 
pięćdziesiąt osiem. Pochowany jest w ParyŜu na cmentarzu Pere-Lachaise, w 
grobowcu, gdzie spoczywa   Balzac.

 
 Ktoś ZAWISTNY, ujrzawszy, jak na tej stronicy jaśnieje jedno z najsławniejszych
i najstarszych nazwisk sarmackich, gotów byłby pomyśleć, Ŝe niby złotnik 
podnoszę blask nowej pracy lśnieniami pradawnego klejnotu: iluzja to dziś modna;
ale Pan, mój drogi Hrabio, obok kilku innych osób, będzie wiedział, Ŝe staram 
się tylko spłacić dług zaległy - Talentowi, Wspomnieniom i Przyjaźni.

 
 W roku 1479, w dzień Wszystkich Świętych - kiedy to rozpoczyna się nasza 
opowieść - nieszpory w katedrze w Tours dobiegały końca.
 Arcybiskup Eliasz de Bourdelles podnosił się właśnie z tronu, aŜeby 
pobłogosławić wiernych.
 Kazanie było długie, podczas naboŜeństwa zapadła noc, jak najgęstsze ciemności 
spowiły częściowo ów piękny kościół o dwóch głównych wieŜach nie wykończonych 
jeszcze.
 A przecieŜ sporo świec płonęło ku czci świętych w trójkątnych świecznikach 
słuŜących ofiarom, których skuteczności ani sensu jak dotąd nie wytłumaczono 
dokładnie.
 Paliły się światła na wszystkich ołtarzach i we wszystkich kandelabrach 
prezbiterium.
 Nierównomiernie rozsiane wśród lasu filarów i arkad wspierających trzy nawy 
katedralne, owe masy światła rozjaśniały z ledwością ogromną budowlę - a 
przeplatając się z intensywnymi cieniami, które padały od kolumn poprzez 
kruŜganki, tworzyły mnóstwo fantastycznych efektów, podkreślanych jeszcze 
ciemnością, jaka spowijała łuki, sklepienia i boczne kaplice, pełne mroku nawet 
za dnia.
 Tłum przedstawiał się nie mniej malowniczo.
 Niektóre postaci słabo majaczące w półmroku mógłbyś wziąć za widma; inne, wśród
rozproszonych blasków, przyciągały uwagę jak centralne figury w obrazie.
 Posągi wydawały się oŜywione, a ludzie - skamieniali.
 Tu i ówdzie pod filarami rozbłysło czyjeś oko, kamień spoglądał, marmur 
przemawiał, strop wzdychał, cała budowla tchnęła Ŝyciem.
 W istnieniu narodów nie masz scen bardziej uroczystych ani bardziej dostojnych 
momentów.
 Człowiekowi, masie ludzkiej trzeba zawsze ruchu, aby powstał twór poezji; ale w
tych godzinach naboŜnej zadumy, kiedy bogactwa ludzkie kojarzą się z wielkością 

Strona 1

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

niebiańską, wzniosłość niewiarygodną napotykamy w milczeniu; ugięte kolana 
wyraŜają trwogę, złoŜone ręce-nadzieję.
 Koncert uczuć, w którym wszystkie dusze wzbijają się do nieba, staje się wtedy 
źródłem zrozumiałego zjawiska duchowości.
 Mistyczna egzaltacja skupiska wiernych oddziałuje na kaŜdego z osobna, i 
najsłabszych zapewne unoszą fale tego oceanu miłości i wiary.
 Modlitwa, potęga czysto elektryczna, wyrywa w ten sposób naszą naturę jej 
samej.
 Ta niewłasnowolna unia poszczególnych woli w równej mierze leŜących krzyŜem, w 
równej mierze wzlatujących w niebo, stanowi chyba sekret, dla którego tak 
magiczny wpływ wywiera śpiew księŜy, muzyka organów, dymy kadzidła, uroczystości
przy ołtarzu, pienia tłumu i jego milcząca adoracja.
 Nie dziwmy się zatem, Ŝe w średniowieczu większość amorów zaczynała się w 
kościele - po tylu długotrwałych ekstazach; amory te kończyły się częstokroć nie
najzboŜniej, ale w końcu kobiety jak zawsze płaciły za nie pokutą.
 Uczucie religijne miało z pewnością naówczas jakieś powinowactwa z miłością 
zmysłową, było jej istotą lub celem.
 Miłość stanowiła jeszcze wtedy religię, odznaczała się jeszcze pięknym, 
właściwym sobie fanatyzmem, naiwnymi przesądami, wspaniałą ofiarnością bliską 
ofiarności chrześcijańskiej.
 Obyczaje epoki tłumaczą skądinąd nieźle ów alians religii z amorami.
 Przede wszystkim towarzystwo zbierało się li tylko przed ołtarzem.
 Panowie i wasale, kobiety i męŜczyźni tam jedynie byli równi.
 Tam jedynie kochankowie mogli widywać się i porozumiewać.
 Na koniec, święta kościelne były wtedy spektaklami, dusza kobieca silniejszych 
emocyj doznawała podówczas w katedrze niŜ dziś na balu albo w paryskiej Operze.
 A czy wzruszenia nie wiodą wszystkich kobiet do miłości?
 Religia, mieszając się z Ŝyciem i ogarniając je we wszystkich jego czynach, 
jęła współdziałać zarówno z cnotą, jak występkiem.
 Religia przeniknęła do nauki, polityki, krasomówstwa, zniŜyła się do zbrodni i 
wstąpiła na trony, wśliznęła się w ciała ubogich i chorych; była wszystkim.
 Te na pół uczone uwagi uzasadnią moŜe prawdziwość naszego Studium, w którym 
pewne szczegóły potrafiłyby urazić wydoskonaloną moralność dzisiejszej doby, 
moralność, jak wiadomo kaŜdemu, nieco sztywną.
 Kiedy księŜa wyśpiewywać przestali, ostatnie zaś tony organów zmieszały się z 
wibrującymi amen, które dobyły się z potęŜnej piersi chóru, kiedy pod wysokimi 
stropami drŜał jeszcze leciutki szmer, a ciŜba wiernych czekała na dobroczynne 
słowa arcybiskupa - jakiś mieszczanin spieszący się snadź do domu albo 
niespokojny oswoją sakiewkę, która mogłaby mu zginąć w zatłoczonej kruchcie, 
wymknął się ukradkiem, nie zwaŜając, Ŝe za czyn taki groziła reputacja złego 
katolika.
 Miejsce po roztropnym Tureńczyku zajął skwapliwie jakiś szlachcic, wynurzywszy 
się z cienia olbrzymich filarów okalających prezbiterium.
 Idąc tam ukrywał starannie twarz w piórach zdobiących wysoki popielaty kołpak, 
po czym ukląkł na kościelnym krześle z miną tak skruszoną, Ŝe zwiodłaby samego 
inkwizytora.
 Sąsiedzi, przyjrzawszy się młodzieńcowi dość uwaŜnie, poznali go chyba, drgnęli
jak gdyby tknięci jedną myślą - kostyczną i drwiącą, w której taiła się milcząca
kalumnia - i znów pogrąŜyli się w modłach.
 Dwie staruszki pokiwały głowami i wymieniły spojrzenia zagłębiające się w 
przyszłość.
 Krzesło, na którym ukląkł młody szlachcic, stało u wejścia do kapliczki 
urządzonej między dwoma filarami, zamkniętej Ŝelazną kratą.
 Kapituła odstępowała podówczas za sumy dość znaczne niektórym rodom 
szlacheckim, a nawet bogatym mieszczanom, prawo wysłuchiwania naboŜeństw - prawo
wyłączne, obejmujące zresztą i czeladź najemcy - w kaplicach bocznych, 
porozmieszczanych w dwóch wąskich nawach okalających katedrę.
 Symonię tę praktykuje się i dziś jeszcze.
 Dama wynajmowała sobie kaplicę, jak dziś wynajmuje się loŜę w teatrze Włoskim.
 Na dzierŜawcy owych uprzywilejowanych miejsc ciąŜył obowiązek przystrajania 
stojących tam ołtarzy.
 KaŜdy z najemców poczytywał sobie za punkt honoru, by ołtarz jego wyglądał 
najwspanialej, owa zaś próŜność przynosiła kościołowi profit niezgorszy.
 W rzeczonej kaplicy, tuŜ za kratą, na pięknej aksamitnej poduszce, czerwonej ze
złotymi chwastami, klęczała młoda kobieta - obok miejsca, które przed chwilą 
opuścił mieszczanin.
 Pozłacana lampa, zawieszona u stropu kaplicy przed wspaniale ozdobionym 
ołtarzem, rzucała mdłe światło na modlitewnik damy.

Strona 2

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Modlitewnik zadrŜał gwałtownie w jej dłoniach, kiedy pojawił się młodzieniec.
 - Amen!
 Ów respons zaśpiewany głosem łagodnym, lecz pełnym okrutnej emocji, zagłuszony 
szczęśliwie przez ogólne pienia, uzupełniła Ŝywo szeptem: - Gubisz mnie.
 Wyrzekła te słowa z niewinnością, wobec której byłby winien cofnąć się kaŜdy 
subtelny męŜczyzna; niewinność ta trafiała bowiem do serca, przenikając je na 
wskroś; lecz nieznajomy, poniesiony zapewne paroksyzmem namiętnej miłości, która
zagłusza głos sumienia, nie ruszył się z krzesła i tylko uniósł nieco głowę, by 
zajrzeć do kaplicy.
 - Śpi - ozwał się głosem ściszonym tak umiejętnie, Ŝe do młodej damy dotarło 
jakby tylko echo.
 Dama pobladła i oderwała na moment oczy od welinu modlitewnika, kierując je ku 
starcowi, na którego spojrzał był młodzieniec.
 IleŜ okrutnego porozumienia było w tym zerknięciu!
 Przypatrzywszy się staremu, odetchnęła z ulgą i piękne czoło przyozdobione 
klejnotem wzniosła ku obrazowi Najświętszej Panny; ów ruch pełen prostoty, poza,
zwilgotniałe oko mówiły z nierozwaŜną naiwnością o całym jej Ŝyciu; gdyby była 
zepsuta, potrafiłaby się maskować.
 Osobistością tak oboje kochanków trwoŜącą był staruch niski, garbaty, łysy, 
arcyniemiłego wejrzenia, z długą brudnosiwą brodą przystrzyŜoną w szeroki 
wachlarz; na piersi błyszczał mu krzyŜ Świętego Michała; dłonie ordynarne a 
mocne, gęsto porośnięte szarawą szczecią, przed chwilą splecione, rozplótł teraz
nieco we śnie, któremu tak nieroztropnie dał sobą owładnąć.
 Prawa dłoń sięgała jakby po sztylet ze stalową rękojeścią wyrobioną w kształt 
muszli; Ŝelazo to ułoŜył sobie w taki sposób, aby mieć je w pogotowiu; gdyby 
nieszczęściem dłoń dotknęła broni, zbudziłby się natychmiast i spojrzał na Ŝonę.
 Z warg sardonicznych, dolnej szczęki spiczastej i kapryśnie wysuniętej do 
przodu, mogłeś wyczytać charakter jadowity, rozum przebiegły a zimny, który 
domyślał się trafnie wszystkiego, poniewaŜ wszystko przypuścić umiał.
 Czoło było Ŝółtawe, pofałdowane jak u ludzi nawykłych do tego, by w nic nie 
wierzyć i wszystko rozwaŜać - ludzi, co, podobni skąpcom kładącym na szali 
złoto, starają się czyny bliźniego przeliczać na wartość pieniądza.
 Grubokościsty, mocnej budowy, zdawał się muskularny, więc i krewki; słowem, 
rzekłbyś, niedoszły ludoŜerca.
 Gdyby zbudził się ów pan groźny, dama nie uniknęłaby strasznego 
niebezpieczeństwa.
 Zazdrosny mąŜ dostrzegłby ani chybi róŜnicę między sędziwym mieszczuchem, który
nie wadził mu wcale, a nowoprzybyłym - młodzieńcem dwornym, smukłym i 
wykwintnym.
 - Libera nos a malo - rzekła dając znać o swoich obawach nieustępliwemu 
młodzieńcowi.
 * Libera  nos   a  malo (łacińskie) - Zbaw nas od złego.
 Młodzieniec podniósł głowę i spojrzał na nią.
 W oczach miał łzy - łzy miłości i rozpaczy.
 Na ten widok kobieta zadrŜała, zmieszała się do cna.
 Oboje opierali się zapewne od dawna - a teraz opierać się juŜ nie mogli - 
miłości, którą podsycały z dniem kaŜdym nieprzezwycięŜone przeszkody, miłości 
pielęgnowanej wśród lęku, a umacnianej młodością.
 Była to kobieta urody miernej, lecz bladość oblicza świadcząca o utajonych 
cierpieniach czyniła ją powabną.
 Figurę miała pełną gracji, a włosy najpiękniejsze pod słońcem.
 StrzeŜona przez tygrysa, kto wie czy nie ryzykowała Ŝyciem wypowiadając jedno 
słowo, pozwalając na uścisk ręki, odwzajemniając spojrzenie.
 Jeśli nigdy jeszcze miłość nie była utajona głębiej w dwóch sercach i z większą
smakowana rozkoszą, nigdy teŜ nie groziła okrutniejszym niebezpieczeństwem.
 Łatwo odgadnąć, Ŝe dla tych dwojga aura, dźwięki, odgłos kroków na posadzce - 
rzeczy dla innych znikomej wagi - nabierały wartości rzeczywistych, znaczeń 
szczególnych, im jedynie wiadomych.
 MoŜe miłość zesłała im wiernych pośredników nawet w lodowatych palcach starego 
księdza - ich spowiednika, dłoniach, które podawały im hostię, kiedy 
przystępowali do stołu Pańskiego.
 Miłość głęboka, miłość wrośnięta w duszę, jak na ciele póki Ŝycia trwa ślad po 
głębokiej ranie.
 Kiedy spojrzeli po sobie, kobieta powiedziała jakby: "Umrzyjmy, ale się 
kochajmy".
 A młody szlachcic odpowiadał jakby: "Będziemy się kochać i nie umrzemy".
 A wtedy melancholijnym ruchem głowy wskazała starą ochmistrzynię i dwóch 
paziów.

Strona 3

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Ochmistrzyni spała.
 Młodzi pazie nie zdawali się troskać o sprawy swojego pana.
 - Nie zlęknij się przy wejściu i nie opieraj.
 Ledwie szlachcic wyszeptał te słowa, dłoń starego pana osunęła się na sztylet.
 Uczuwszy chłód Ŝelaza ocknął się nagle; Ŝółte oczy wlepił w Ŝonę.
 Przywilejem dość rzadkim, nawet u ludzi genialnych, odzyskiwał natychmiast 
jasność umysłu taką, jakby nie zdrzemnął się wcale.
 Był to mąŜ zazdrosny.
 Ale młody szlachcic zerknął jednym okiem na kochankę, a drugim na jej męŜa; 
porwał się zwinnie z klęczek i uskoczył za filar w momencie, kiedy drgnęła dłoń 
starego pana, po czym zniknął z lekkością ptaka.
 Dama utkwiła oczy w modlitewniku i siliła się na spokój; nie mogła jednak 
zaradzić ani na rumieniec, który wykwitł na jej licu, ani na bicie serca nad 
wyraz mocne.
 Stary pan usłyszał ową palpitację, która odbiła się echem w kaplicy, i 
dostrzegł niezwyczajny szkarłat na policzkach, czole i powiekach Ŝony; 
podejrzliwie rozejrzał się wokół, ale nie dostrzegłszy nikogo, kto budziłby w 
nim nieufność, zagadnął: - O czymŜe to tak dumasz, moja miła?
 - W głowie mi się kręci od kadzidła - odparła.
 - Widać dzisiaj w złym ono gatunku - powiedział stary.
 Szczwany starzec nie uwierzył jednak w ten wybieg; węsząc utajoną zdradę, 
postanowił z jeszcze większą bacznością czuwać nad skarbem.
 Arcybiskup udzielił błogosławieństwa.
 Nie czekając, aŜ padną słowa saecula saeculorum, tłum niczym wezbrany potok 
runął ku drzwiom kościoła.
 Swoim zwyczajem stary pan odczekał roztropnie, aŜ ludzie przestaną się tłoczyć,
po czym wyszedł puściwszy przodem ochmistrzynię i młodszego z paziów, który 
niósł latarnię; podał ramię Ŝonie - starszy paź zamykał pochód.
 Kiedy stary pan docierał do drzwi w ścianie wschodniej, którymi zwykł był 
wychodzić, od tłumu odłączyło się kilkudziesięciu męŜczyzn zawracając ku bocznej
nawie - a Ŝe masa ludzka zatarasowała wrota główne, starzec ze swoją kompanią 
cofnąć się nie mógł.
 Sędziwego pana i jego Ŝonę jął wtedy wypychać z kościoła silny napór ciŜby.
 Starał się przejść pierwszy, ciągnąc za sobą damę, ale w tejŜe chwili z energią
wypchnięto go na ulicę, a ktoś obcy wydarł mu Ŝonę.
 Groźny garbus pojął, Ŝe wpadł w obmyśloną z dawna juŜ pułapkę.
 śałując, Ŝe spał za długo, zebrał wszystkie siły; jedną dłonią chwycił Ŝonę za 
rękaw, drugą próbował wczepić się w drzwi.
 Ale zapał miłosny zatriumfował nad rozwścieczoną zazdrością.
 Młody szlachcic, objąwszy kochankę wpół, uniósł ją błyskawicznie, z siłą tak 
desperacką, Ŝe złotogłów, brokat i fiszbiny pękły z trzaskiem.
 W dłoni męŜa pozostał rękaw.
 Nad wrzaskami ciŜby rozległ się ryk lwa, straszliwy głos zagrzmiał: - Do mnie, 
Poitiers!
 Do kruchty, ludzie hrabiego de Saint-Vallier!
 Na pomoc!
 Tutaj!
 I hrabia Aymar de Poitiers, pan na Saint-Vallier, juŜ dobywał szpady, aby 
utorować sobie drogę; lecz otoczyło go i jęło nań napierać ze czterdziestu 
szlachty, których ranić byłoby niebezpiecznie; kilku z nich, z rodów 
najwyŜszych, odpowiedziało hrabiemu Ŝartami ciągnąc go w uliczkę wiodącą do 
klasztoru.
 W oka mgnieniu młody szlachcic zaprowadził kochankę do otwartej kaplicy i 
posadził za konfesjonałem, na drewnianej ławie.
 W blasku świec płonących przed patronem kaplicy spoglądali chwilę po sobie w 
milczeniu, złączywszy ręce w uścisku i dziwiąc się własnemu zuchwalstwu.
 Hrabina nie miała okrutnej odwagi czynić młodzieńcowi wyrzutów, Ŝe tę pierwszą 
chwilę szczęścia zawdzięczali czynowi tak śmiałemu i ryzykownemu.
 - A nie uciekłabyś ze mną za granicę ?
 - zagadnął Ŝywo młodzieniec.
 - Niedaleko stąd czeka para angielskich koni, zdolnych przebiec trzydzieści mil
bez odpoczynku.
 - Och - westchnęła cicho - a gdzieŜ znajdziesz na świecie takie miejsce, gdzie 
mógłbyś ukryć córkę króla Ludwika XI?
 - To prawda - zgodził się szlachcic zaskoczony, Ŝe nie przewidział tej 
trudności.
 - CzemuŜ więc wydarłeś mnie mojemu męŜowi?
 - spytała nie bez grozy.

Strona 4

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 - Niestety, nie wyobraŜałem sobie nawet, Ŝe kiedy znajdę się przy tobie i 
usłyszę, jak mówisz do mnie, wpadnę w konfuzję aŜ tak wielką.
 UłoŜyłem ze trzy plany, a teraz, kiedy na ciebie patrzę, wydaje mi się, Ŝem 
dokonał juŜ wszystkiego.
 - AleŜ ja jestem zgubiona.
 - Jesteśmy ocaleni - odparł szlachcic w ślepym porywie miłości - posłuchaj.
 - Przypłacę to Ŝyciem - rzekła płacząc rzewnie.
 - MoŜe dziś jeszcze mąŜ mnie zabije!
 Ale pojedź do króla, opowiedz mu, jakie katusze jego córka cierpi od lat 
pięciu.
 Kochał mnie bardzo, kiedy byłam mała, nazywał mnie Ŝartobliwie Marią łaski 
pełną, poniewaŜ byłam brzydulą.
 Ach, gdyby wiedział, jakiemu oddał mnie człowiekowi, uniósłby się straszliwym 
gniewem.
 Nie śmiałam się skarŜyć przez litość dla mojego męŜa.
 A zresztą jakŜe mój głos dotarłby do króla?
 Nawet mój spowiednik to szpieg mojego męŜa.
 Zgodziłam się więc na to grzeszne porwanie w nadziei, Ŝe zyskam obrońcę.
 Ale czyŜ mogę zaufać komuś...
 O - przerwała blednąc - paź nadchodzi.
 Biedna hrabina zasłoniła twarz dłońmi.
 - Nic się nie lękaj - odparł młody szlachcic - kupiłem go.
 MoŜesz się nim posługiwać z całkowitym zaufaniem, naleŜy do mnie.
 Uprzedzi nas, gdyby hrabia się tu zbliŜał.
 W konfesjonale - dodał szeptem - siedzi pewien kanonik, mój przyjaciel, który 
wybawi cię z kłopotów, a w tej kaplicy da ci azyl.
 Wszystko więc przewidziane, Ŝeby oszukać twojego męŜa.
 Na te słowa obeschły łzy hrabinie, ale smutek zasępił jej czoło.
 - Nikt go nie oszuka!
 - odrzekła.
 - Dziś jeszcze będzie wiedział wszystko, jeśli więc chcesz odeprzeć jego ciosy,
pojedź do Plessis, dostań się do króla i powiedz mu, Ŝe...
 - tu zawahała się, ale snadź ośmielona jakimś wspomnieniem zdradziła sekret 
swojego małŜeństwa: - A więc powiedz mu, Ŝe hrabia, aby mną władać, puszcza mi 
krew z ramion, bo to mnie wycieńcza.
 Powiedz mu, Ŝe mnie szarpie za włosy, powiedz, Ŝe jestem uwięziona, powiedz, 
Ŝe...
 Serce nabrzmiało jej Ŝałością, szlochanie uwięzło w gardle, uroniła kilka łez; 
a wśród tego poruszenia dozwalała młodzieńcowi całować jej ręce.
 Młody szlachcic gadał gorączkowo: - Nikt nie moŜe dostać się do króla, moja 
biedna mała!
 ChociaŜ jestem synowcem dowódcy kuszników, nie wpuszczą mnie dziś do Plessis.
 Pani mojego serca, piękna moja władczyni!
 Wielki BoŜe, ileŜ ona wycierpiała!
 Mario, pozwól mi powiedzieć dwa słowa albo będziemy zgubieni.
 - I cóŜ począć ?
 - zagadnęła.
 Hrabina dostrzegłszy na czarnej ścianie obraz Najświętszej Panny, na którą 
padało światło lampki, zawołała: - Doradź nam, Święta BoŜa Rodzicielko!
 - Dziś wieczór - podjął młodzieniec - będę u ciebie.
 - A to jak?
 - spytała naiwnie.
 Byli w niebezpieczeństwie tak wielkim, Ŝe najsłodsze słowa wydawały im się 
obojętne.
 - Dziś jeszcze - oznajmił młodzieniec - pójdę do mistrza Korneliusza, bankiera 
królewskiego, z prośbą, Ŝeby mnie przyjął na ucznia.
 Wystarałem się o listy polecające, a więc mnie przyjmie.
 Jego dom przytyka do twojego.
 A kiedy znajdę się pod dachem tego starego sknery, po drabinie z jedwabnego 
sznura potrafię dostać się na twoje komnaty.
 - Och!
 - zdrętwiała z przeraŜenia - jeśli mnie kochasz, nie chodź do mistrza 
Korneliusza.
 - Ach!
 - zawołał tuląc ją do serca z siłą właściwą tylko wiekowi tak młodemu - a więc 
mnie kochasz!
 - Kocham.
 CzyŜ nie jesteś moją nadzieją?

Strona 5

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Jesteś szlachcicem, zawierzyłam ci swój honor.
 A zresztą - dodała spoglądając nań z godnością - jestem nazbyt nieszczęśliwa, 
abyś mógł zawieść moje zaufanie.
 Ale po co to wszystko?
 Daj pokój, wolałabym umrzeć, aniŜeli widzieć cię u mistrza Korneliusza!
 Bo jak ci wiadomo, wszyscy jego uczniowie...
 - Zginęli od stryczka - roześmiał się szlachcic.
 - Czy myślisz, Ŝe nęcą mnie jego skarby?
 - Och, nie chodź tam!
 Opętają cię czarami.
 - Nie ma takich skarbów na ziemi, których nie oddałbym za szczęście słuŜenia 
tobie!
 - odrzekł ogarniając ją płomiennym spojrzeniem.
 Spuściła oczy.
 - A mój mąŜ?
 - zagadnęła.
 - Tym go uśpimy - odparł dobywając flakonik z zanadrza.
 - Ale chyba nie na zawsze?
 - zaniepokoiła się mocno.
 Młodzieniec wzdrygnął się ze zgrozą.
 - Gdyby nie był taki stary, dawno juŜ wyzwałbym go na pojedynek - odparł.
 - Zachowaj Bóg, abym kiedykolwiek miał uwolnić cię od niego trucizną.
 - Przebacz mi - odrzekła hrabina oblewając się rumieńcem - ale ponoszę okrutną 
karę za moje grzechy.
 Nieraz juŜ w momentach desperacji chciałam zabić męŜa, zlękłam się więc, aby i 
tobie coś podobnego nie przyszło do głowy.
 Wielka jest moja zgryzota, a nie mam sposobu wyspowiadać się ze swoich 
grzesznych myśli; ale teŜ trwoŜę się, by nie odgadł ich i nie zemścił się na 
mnie.
 Wstyd ci za mnie teraz - dodała uraŜona milczeniem szlachcica.
 - ZasłuŜyłam sobie na wzgardę.
 Potłukła flakon cisnąwszy nim z całych sił o posadzkę.
 - Nie przychodź"!
 - zawołała.
 - Mój mąŜ ma sen lekki.
 Obowiązkiem moim jest czekać pomocy z nieba.
 I tak uczynię!
 Chciała juŜ odejść.
 - O, rozkaŜ tylko, pani, a zabiję go!
 - wykrzyknął młodzieniec.
 - Zjawię się dziś jeszcze.
 - Mądrzem uczyniła rozlawszy ten dekokt - odparła głosem stłumionym rozkoszą, o
jaką przyprawił ją afekt szlachcica aŜ tak płomienny.
 - Trwoga, Ŝe mój mąŜ mógłby się zbudzić, będzie nam ratunkiem.
 - Ofiarowuję ci moje Ŝycie, jako oblubienicy - ozwał się młodzieniec ściskając 
jej rękę.
 - Jeśli król zechce, papieŜ znajdzie sposób, aby uniewaŜnić moje małŜeństwo, a 
wtedy się połączymy - rzekła ogarniając go spojrzeniem pełnym słodkiej nadziei.
 - Pan idzie!
 - zawołał paź nadbiegając.
 Szlachcic, zaskoczony tak rychłym nadejściem rywala, nie mógł ochłonąć ze 
zdumienia, Ŝe chwilę tylko rozmawiał z kochanką - skradł jej więc całusa, przed 
czym nie wzbraniała się raczej.
 - Zobaczymy się dziś jeszcze!
 - powiedział wybiegając z kaplicy.
 Pod osłoną mroków jął przemykać się od filaru do filaru wśród ich cieni 
kładących się długimi smugami na posadzce i tak dotarł do wrót katedry.
 Z konfesjonału wynurzył się stary kanonik i stanąwszy obok hrabiny zamknął 
cicho kratę, przed którą paź przechadzał się powaŜnie i z czelnością mordercy.
 Rozbłysły światła zapowiadając nadejście hrabiego.
 W asyście przyjaciół i czeladzi niosącej pochodnie zbliŜał się z obnaŜoną 
szpadą w dłoni.
 Posępnym okiem przenikał, rzekłbyś, gęstą ciemność katedry i przepatrywał 
najmroczniejsze jej zakątki.
 - Wasza miłość, pani hrabina jest tutaj - oznajmił paź wyszedłszy naprzeciw 
pana.
 Pan na Saint-Vallier zastał Ŝonę klęczącą przed ołtarzem; obok niej stał 
sędziwy kanonik odmawiając brewiarz.

Strona 6

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Hrabia szarpnął gwałtownie kratą, jak gdyby na niej chciał wyładować 
wściekłość.
 - Czego Ŝądasz?
 Z obnaŜonym Ŝelazem wszedłeś do kościoła!
 - ozwał się kanonik.
 - Mój ojcze, ten pan to mój mąŜ - powiedziała hrabina.
 Ksiądz dobył klucz z rękawa i otworzył kratę.
 Hrabia mimo woli prawie ogarnął okiem konfesjonał i wszedł do kaplicy; po czym 
jął wsłuchiwać się w ciszę katedry.
 - Winieneś, mój męŜu, podziękować czcigodnemu księdzu kanonikowi, który ukrył 
mnie tutaj - rzekła hrabina.
 Pan na Saint-Vallier pobladł ze złości.
 Nie ośmielił się spojrzeć na przyjaciół, którzy towarzyszyli mu bardziej po to,
Ŝeby go wyśmiać, aniŜeli wspomóc - i odparł tylko lakonicznie: - Jeśli Bóg 
dopuści, znajdę ja, mój ojcze, sposób, Ŝeby ci się wypłacić!
 Hrabina nie zdąŜyła, nawet złoŜyć kanonikowi reweransu, mąŜ chwycił ją bowiem 
za rękę, skinął na czeladź i opuścił katedrę nie wyrzekłszy do przyjaciół ani 
słowa.
 W milczeniu jego była jakaś dzikość.
 Spieszył się do domu, medytował nad sposobem wykrycia prawdy - podąŜył więc 
szybko krętymi ulicami, które dzieliły podówczas katedrę od bramy Kanclerstwa: 
wznosił się tu piękny pałac wybudowany przez kanclerza Juwenala des Ursins na 
dawnym miejscu warowni, którą Karol VII podarował temu wiernemu słudze w nagrodę
za chwalebne jego trudy.
 Rozpoczynała się tutaj ulica zwana Pieczętarnią, na pamiątkę urzędu pieczęci, 
który długo mieścił się przy niej.
 Łączyła się ze starym Tours na gruntach wsi Chateauneuf, słynącej opactwem 
Świętego Marcina, w którym tylu naszych królów piastowało godność kanoników.
 Przed stu laty, po długich debatach, wieś tę wcielono w tereny grodu.
 Istniało juŜ wtedy wiele ulic otaczających Pieczętarnię, a stanowiących dziś 
centrum miasta; najpiękniejsze jednak pałace, a wśród nich najokazalszy - pałac 
skarbnika Xancoings, stojący do dziś przy ulicy du Commerce, wznosiły się w 
obrębie gminy Chateauneuf.
 Tędy więc czeladź zbrojna w pochodnie wiodła pana na Saint-Vallier ku dzielnicy
połoŜonej nad Loarą; machinalnie kroczył za słuŜbą, od czasu do czasu popatrując
ponuro to na Ŝonę, to na pazia, aby przyłapać ich na porozumiewawczych 
spojrzeniach, które wyświetliłyby mu nieco tę fatalną przygodę.
 Tak dotarł na ulicę du Murier, gdzie miał dom.
 Kiedy orszak zniknął za cięŜkimi podwojami, które zamknęły się za nim, cisza 
zaległa w wąskiej ulicy, gdzie rezydowało podówczas kilku magnatów - nowa ta 
dzielnica sąsiadowała bowiem z Plessis, stałą siedzibą królewską.
 Dworzanie mieli więc stąd kilka kroków do króla.
 Ostatni dom na tej ulicy był równieŜ ostatnim w mieście, a naleŜał do mistrza 
Korneliusza Hoogworsta, starego brabanckiego kupca, cieszącego się zaufaniem 
Ludwika XI w transakcjach finansowych, jakie król ten, polityk szczwany, 
przeprowadzał poza granicami kraju.
 Z przyczyn dogodnych dla tyranii, którą gnębił Ŝonę, hrabia de Saint-Vallier 
zajął pałac sąsiadujący z domem mistrza Korneliusza.
 Topografia wytłumaczy tu profit, który połoŜenie to dawało zazdrosnemu męŜowi.
 Za posesją hrabiego, tak zwanym pałacem Poitiers, rozciągał się ogród chroniony
od północy murem i fosą; wzdłuŜ tego dawnego szańca wsi Chateauneuf Ludwik XI 
rozkazał niedawno usypać groblę - między Tours a Plessis.
 Od tej strony psy strzegły dostępu do posesji hrabiego; od wschodu dzielił ją 
od sąsiednich domów rozległy dziedziniec, od zachodu zaś pałac był przybudowany 
do kamienicy mistrza Korneliusza.
 Fasada, widoczna z ulicy, miała wystawę południową.
 Do pałacu nieufnego a przebiegłego pana, do tej twierdzy z trzech stron 
odizolowanej, mogliby więc tylko wedrzeć się mieszkańcy domu brabanckiego, który
z pałacem Poitiers miał wspólne poddasza i wspólne kamienne rynny.
 Od ulicy okna wąskie, obramowane kamieniem, były zakratowane; brama niska, 
sklepiona niby furta w najstarszych naszych więzieniach, odznaczała się 
niezawodną solidnością.
 Obok bramy stała kamienna ława słuŜąca za stopień jeźdźcom dosiadającym koni.
 Patrząc na zarys domów mistrza Korneliusza i hrabiego de Poitiers, mogłeś 
odgadnąć łatwo, Ŝe jeden i ten sam architekt wybudował je dla tyranów.
 Oba były posępne, oba przypominały forteczkę i oba potrafiłyby długi czas 
opierać się atakom rozjuszonej tłuszczy.
 NaroŜników strzegły wieŜyczki takie same, jakie miłośnik dawności dostrzeŜe w 

Strona 7

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

tych miasteczkach, do których nie dotarł jeszcze młot przedsiębiorcy - 
burzyciela.
 Wąskość okien przydawała niezwykłych zalet obronnych okutym okiennicom.
 Te środki ostroŜności tłumaczyły się same przez się rozruchami i wojnami 
domowymi, tak częstymi w owym okresie niezgody.
 Kiedy zegar na dzwonnicy opactwa Świętego Marcina wydzwaniał szóstą, kochanek 
hrabiny mijając pałac Poitiers przystanął na chwilę - w parterowej sali 
wieczerzała hałaśliwie czeladź hrabiego.
 Spojrzawszy w okno komnaty, gdzie, jak sądził, mieszkała jego dama, skierował 
się ku drzwiom sąsiedniego domu.
 Po drodze dolatywały go zewsząd śmiechy i radosny gwar ludzi siedzących przy 
świątecznej kolacji.
 Szparami w okiennicach sączyło się światło, kominy dymiły, a wyborny zapach 
pieczonych mięs rozweselał ulice.
 Po naboŜeństwie baraszkowało całe miasto, szumiało wrzawą, którą imaginacja 
łatwiej sobie wyobrazi, niŜ odmalują słowa.
 Ale w tym miejscu zalegała głęboka cisza, w obu bowiem domach czaiły się 
namiętności, które nie weselą się nigdy.
 Dalej - milczały pola; w cieniu wieŜ opactwa Świętego Marcina dwa te domy, 
jednako nieme, odgrodzone od innych, połoŜone u krętego wylotu ulicy, 
przypominały leprozorium.
 Dom naprzeciwko był opieczętowany, jako własność przestępcy politycznego - 
nagły kontrast wstrząsnął oczywiście młodzieńcem.
 WaŜąc się w tej chwili na czyn nader ryzykowny, szlachcic nasz dumał przed 
domem lichwiarza, wspominając legendy, których źródłem był Ŝywot mistrza 
Korneliusza, legendy tak osobliwie trwoŜące hrabinę.
 Rycerz czy kochanek - kaŜdy drŜał podówczas na samo słowo: czary.
 Rzadko spotykałeś wtedy umysły odnoszące się trzeźwo do faktów nadzwyczajnych 
lub obojętne na baśnie.
 Kochanek hrabiny de Saint-Vallier, jednej z córek Ludwika XI i pani de 
Sassenage, spłodzonych w Delfinacie, mógł być śmiałkiem nad śmiałki, musiał 
jednak zastanowić się dobrze, zanim wszedł do zaklętego domostwa.
 Dzieje mistrza Korneliusza Hoogworsta wytłumaczą nam zaufanie, jakie lichwiarz 
budził w hrabim de Saint-Vallier, lęk, o który przyprawiał hrabinę, i bojaźń 
powstrzymującą jej kochanka.
 Aby jednak czytelnik urodzony w dziewiętnastym stuleciu zrozumiał naleŜycie, 
dlaczego wypadki z pozoru dość zwykłe stały się wypadkami cudownymi, i aby 
przejął się grozą czasów dawnych, musimy przerwać naszą opowieść i szybko 
ogarnąć okiem przygody mistrza Korneliusza.
 Korneliusz Hoogworst, jeden z najbogatszych kupców gandawskich, ściągnąwszy na 
siebie niełaskę Karola diuka Burgundii, znalazł przytułek i opiekę u dworu 
Ludwika XI.
 Król, rozumiejąc korzyść, jaką mógł przynieść mu człowiek utrzymujący ścisłe 
stosunki z głównymi domami handlowymi Flandrii, Wenecji i Lewantu, nadał 
mistrzowi Korneliuszowi szlachectwo i obywatelstwo oraz otoczył go szczególnymi 
względami - co Ludwikowi XI zdarzało się rzadko.
 Monarcha przypadł zresztą do serca Flamandowi nie mniej, niŜ Flamand monarsze.
 Obaj szczwani, nieufni i skąpi, poUtykowali w podobny sposób i odebrali podobną
edukację, górowali obaj nad swoją epoką, dogadywali się zatem znakomicie; z 
podobną łatwością zapominali, a potem przypominali sobie - jeden o swoim 
sumieniu, drugi o swoich naboŜnych praktykach; miłowali jedną i tę samą Dziewicę
- jeden z przekonania, drugi dla pochlebstwa; na koniec, jeśli wierzyć zawistnym
słowom Oliviera le Daim i Tristana, król zaŜywał swoich ulubionych uciech w domu
lichwiarza.
 * Olivier Necker zwany le Daim - cyrulik i powiernik Ludwika XI, zginął na 
szubienicy w roku 1484.
 Historia nie zaniedbała przechować wiadomości o rozwiązłych gustach owego 
monarchy, który od obłapek nie stronił raczej.
 Stary Brabantczyk znajdował zapewne i przyjemność, i profit w dogadzaniu 
wymyślnym kaprysom koronowanego klienta.
 Korneliusz mieszkał w Tours od lat dziewięciu.
 W okresie tym dom jego był sceną niezwykłych wypadków, które ściągnęły na 
bankiera ogólną wzgardę.
 Osiadłszy tu, nie szczędził grosza, aby dom swój uczynić bezpiecznym skarbcem.
 Miejscowi ślusarze sporządzili w tajemnicy specjalne zamki pomysłu mistrza 
Korneliusza, a Ŝe wpuszczał rzemieślników do domu stosując nader szczególne 
środki ostroŜności i w sposób nie mniej osobliwy wymuszał na nich dyskrecję - o 
metodach tych długo krąŜyły baśnie, którym dziwował się lud w zimowe tureńskie 

Strona 8

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

wieczory.
 Starca stosującego fortele tak niezwyczajne pomówiono o posiadanie skarbów 
Golkondy.
 JakoŜ miejscowi bajarze - a Turenia jest ojczyzną bajki francuskiej - budowali 
u Flamanda komnaty ze złota i drogich kamieni, dopatrując się oczywiście źródła 
tych bogactw olbrzymich w paktach magicznych.
 Mistrz Korneliusz zjechał z dwoma pachołkami flamandzkimi, jakąś starą kobietą 
i uczniem o twarzy łagodnej i ujmującej; młodzieniec ów słuŜył mu za sekretarza,
kasjera, totumfackiego i gońca.
 Tego roku, kiedy imć Hoogworst osiadł w Tours, popełniono u niego powaŜną 
kradzieŜ.
 Śledztwo wykazało, Ŝe winowajcą był któryś z domowników.
 Stary skąpiec kazał wtrącić do lochu obydwu pachołków i ucznia.
 Słabowity młodzieniec zmarł na torturach przesłuchiwania, zapewniając o swojej 
niewinności.
 Pachołkowie przyznali się do winy, aby uniknąć tortur; ale kiedy sędzia 
zapytał, gdzie ukryli skradzione złoto - milczeli; wzięto więc ich ponownie na 
tortury, osądzono, skazano i powieszono.
 Idąc na szubienicę, głosili uparcie o swojej niewinności - zwyczajem wszystkich
skazańców.
 W Tours długo jeszcze debatowano nad tą dziwną sprawą, ale Ŝe przestępcy byli 
Flamandami, współczucie dla nieszczęsnych pachołków i młodego sekretarza 
rozwiało się wprędce.
 Wojny i rebelie dostarczały podówczas ustawicznych emocyj, toteŜ tragedia dnia 
poprzedniego bladła wobec tragedii dnia następnego.
 Bardziej strapiony ogromną stratą aniŜeli śmiercią trzech sług, mistrz 
Korneliusz przemieszkiwał od tej pory sam z ową starą Flamandką; była to jego 
siostra.
 Król nadał mu przywilej posługiwania się w prywatnych sprawach kurierami 
rządowymi; skąpiec umieścił więc swoje muły u mulnika-sąsiada i od tej chwili 
Ŝył w jak najgłębszej samotności, widując jedynie króla, prowadząc jego interesa
przez pośredników Ŝydowskich- śydzi rachować umieją doskonale, słuŜyli mu zatem 
wiernie, co gwarantowało im wszechmocną opiekę lichwiarza.
 W jakiś czas po tej historii król sprokurował osobiście swojemu staremu 
dusigroszowi pewnego młodzieniaszka, sierotę, którego los leŜał mu na sercu.
 Ludwik XI zwał familiarnie Flamanda dusigroszem; przezwisko to od czasów 
Ludwika Świętego nadawano lichwiarzom, poborcom, ludziom za pomocą brutalnych 
środków wyduszającym grosz ostatni.
 Biedny dzieciak pracował pilnie u lichwiarza, potrafił mu się przypodobać, 
zyskać jego względy.
 W pewną noc zimową diamenty, które król angielski zdeponował u mistrza 
Korneliusza pod zastaw poŜyczki wynoszącej sto tysięcy dukatów, zostały 
skradzione, a podejrzenie padło na sierotę; Ludwik XI okazał chłopcu tym większą
surowość, Ŝe za uczciwość jego zaręczył.
 Po dość pobieŜnym śledztwie, które przeprowadził wielki prowot, nieboraka 
powieszono.
 Od tej pory długo nikt nie ośmielił się iść do mistrza Korneliusza na naukę 
sztuki bankowej i wekslarskiej.
 Minął jednak czas pewien i zgłosiło się kolejno dwóch młodzieńców z Tours, 
rodowitych Tureńczyków, honorowych i Ŝądnych zdobycia fortuny.
 Kiedy lichwiarz przyjął ich do terminu, w domu jego popełniono znów dwie 
znaczne kradzieŜe; okoliczności, w jakich zaszły owe przestępstwa, sposób, w 
jaki je popełniono, świadczył, Ŝe istnieje tajny układ między złodziejami a kimś
z domowników: musiano więc oskarŜyć nowych uczni.
 Brabantczyk, coraz bardziej podejrzliwy i rozjuszony, przedstawił natychmiast 
rzecz Ludwikowi XI, który podobnymi sprawami obarczał wielkiego prowota.
 Oba procesy wytoczono szybko, a zakończono jeszcze szybciej.
 Patriotyzm tureński potępiał w sekrecie skwapliwość Tristana.
 Winni czy niewinni, obaj młodzieńcy uchodzili za ofiary, a mistrz Korneliusz za
kata.
 Obie rodziny okryte Ŝałobą otoczyła estyma, słuchano ich Ŝalów; zdąŜając od 
przesłanki do przesłanki, obie rodziny utwierdziły Tureńczyków w przekonaniu o 
niewinności tych wszystkich, których bankier nadworny posłał na szubienicę.
 Jedni utrzymywali, Ŝe dusigrosz usiłuje wzorem króla odseparować się od ludzi 
grozą i szubienicami; nigdy nie został okradziony; smutne te egzekucje stanowiły
wynik zimnego rachunku - okrutnik chce być spokojny o swoje skarby.
 Wskutek tych pogłosek wokół Korneliusza wytworzyła się pustka; Tureńczycy jęli 
traktować go jak zapowietrzonego i nazywać katem, a siedzibę jego - Domem 

Strona 9

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

Diabła.
 Gdyby nawet lichwiarz znalazł kogoś z obcych stron, dość odwaŜnego, by wstąpić 
doń na naukę, mieszkańcy Tours powstrzymaliby śmiałka samym swoim gadaniem.
 Najprzychylniejszą opinię o mistrzu Korneliuszu wydawali ci, którzy widzieli w 
nim człowieka ściągającego na innych nieszczęście.
 W jednych budził lęk instynktowny, w drugich - głęboki respekt, jakim darzymy 
bezgraniczną władzę albo pieniądz; innych fascynował swoją tajemniczością.
 Jego tryb Ŝycia, fizjonomia i fawor królewski były uzasadnieniem dla wszystkich
baśni, których temat stanowił.
 Po śmierci swojego prześladowcy, diuka Burgundii, Korneliusz wyprawiał się dość
często za granicę; owoŜ pod niebytność bankiera król otaczał dom jego straŜą ze 
swojej kompanii szkockiej.
 Z pieczołowitości królewskiej dworzanie wnieśli, Ŝe starzec zapisał Ludwikowi 
XI swoją fortunę.
 Dusigrosz wychodził nader rzadko, za to szlachta dworska składała mu często 
wizyty; nie szczędził jej poŜyczek, lecz bywał kapryśny; zdarzało się, Ŝe nie 
popuścił ani szeląga, a następnego dnia oferował sumy ogromne, oczywista na 
dobry procent i za solidną gwarancją.
 Gorliwy skądinąd katolik, bywał regularnie na mszy u Świętego Marcina - 
wczesnym rankiem; a Ŝe zakupił sobie kaplicę doŜywotnio, w kościele, jak i gdzie
indziej, był odseparowany od ludzi.
 Na koniec powstało takie oto porzekadło, które długo przetrwało w Tours: 
"Przeszedłeś pod domem lichwiarza, spotka cię nieszczęście".
 Pod owym nieszczęściem rozumiano nagłą chorobę, niezawinione troski lub 
niekorzystną odmianę losu.
 Nawet u dworu przypisywano Korneliuszowi fatalny wpływ, zwany przez zabobon 
włoski, hiszpański i azjatycki urocznym okiem.
 Gdyby nie straszliwa władza Ludwika XI, osłaniająca tę siedzibę niby płaszczem,
wystarczyłyby niewielkie rozruchy, Ŝeby lud zburzył Dom Diabła przy ulicy du 
Murier.
 A przecieŜ to u Korneliusza zasadzono w Tours pierwsze morwy; a tureńczycy 
traktowali go wtedy niby wysłannika niebios.
 I licz tu na względy ludu!
 Kilku szlachty spotkawszy mistrza Korneliusza za granicą, zdumiało się jego 
wybornym humorem.
 W Tours był zawsze posępny i zadumany; ale zawsze tam wracał.
 Niewytłumaczona moc gnała lichwiarza ku jego czarnemu domostwu.
 Podobny ślimakowi, którego Ŝycie jest nierozłączne ze skorupą, powiedział 
kiedyś szczerze do króla, Ŝe czuje się najlepiej wśród kamienia i tygli swojej 
forteczki - świadom, Ŝe po śmierci Ludwika XI miejsce to stanie się dlań 
najbardziej niebezpieczne pod słońcem.
 - Diabeł zabawia się kosztem naszego kuma dusigrosza - ozwał się Ludwik XI do 
swojego balwierza niedługo przed Wszystkimi Świętymi.
 - Znów mi się Ŝalił, Ŝe go okradli.
 Ale nie moŜe teraz powiesić juŜ nikogo, chyba Ŝe sam się powiesi.
 Czy ten stary łotr nie przyszedł zapytać, czym nie wyniósł wczoraj przez 
nieuwagę łańcucha wysadzanego rubinami, który chciał mi sprzedać ?
 Do licha!
 PrzecieŜ powiedziałem juŜ mu kiedyś, Ŝe nie kradnę tego, co i tak zabiorę.
 - A zląkł się?
 - zagadnął balwierz.
 - Skąpcy lękają się tylko jednego - odparł król.
 - Mój kum dusigrosz wie doskonale, Ŝe nigdy nie obdarłbym go bez racji, bo 
wtedy byłbym niesprawiedliwy, a ja czynię zawsze tylko to, co sprawiedliwe i 
konieczne.
 - A przecieŜ ten stary łajdak naciąga waszą królewską mość - podjął balwierz.
 - Chciałbyś, Ŝeby tak było naprawdę, co?
 - odparł król popatrując chytrze na golibrodę.
 - Dalibóg, sire, piękną miłościwy pan miałby z diabłem sukcesję do podziału.
 - Dość - uciął król.
 - Nie podsuwaj mi brzydkich myśli.
 Mój kum to człowiek wierniejszy od tych wszystkich, którzy zawdzięczają mi 
fortunę, moŜe właśnie dlatego, Ŝe nic mi nie zawdzięcza.
 Od dwóch lat mistrz Korneliusz mieszkał więc tylko z siostrą, staruszką, która 
uchodziła za czarownicę.
 Krawiec - sąsiad utrzymywał, Ŝe widywał ją często nocą na dachu, jak 
wyczekiwała godziny sabatu.
 Fakt ów zdawał się tym dziwniejszy, Ŝe stary skąpiec zamykał siostrę w alkierzu

Strona 10

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

o zakratowanych oknach.
 Na starość Korneliusz, wciąŜ okradany i wciąŜ w obawie, aby go ktoś nie okradł,
znienawidził wszystkich z wyjątkiem króla, którego szacował wysoko.
 Wpadł w krańcową mizantropie, lecz jak u większości skąpców namiętność do 
złota, jednoczenie owego metalu z własną istnością stawało się u Korneliusza 
sprawą coraz bardziej osobistą, a z wiekiem wzrastało na sile.
 Jął podejrzewać nawet siostrę, chociaŜ była chyba oszczędniejsza i skąpsza od 
brata: górowała nad nim pomysłowością w sknerstwie.
 W Ŝyciu więc rodzeństwa było coś problematycznego i tajemniczego.
 Stara panna kupowała chleb u piekarza tak rzadko i tak rzadko zjawiała się na 
rynku, iŜ obserwatorzy nawet najtrzeźwiejsi jęli w końcu przypisywać dwojgu tym 
dziwacznym stworom znajomość jakiegoś eliksiru Ŝycia.
 Ci, którzy zajmowali się po trosze alchemią, powiadali, Ŝe mistrz Korneliusz 
umie fabrykować złoto.
 Uczeni twierdzili, Ŝe wynalazł panaceum.
 Dla chłopów okolicznych, którym o Korneliuszu opowiadali ludzie z miasta, 
bankier był postacią baśniową.
 Ten i ów z wieśniaków przychodził pod jego dom z ciekawości i przyglądał się 
fasadzie.
 Siedząc na ławie przed domem naprzeciwko siedziby mistrza Korneliusza, 
szlachcic popatrywał to na pałac Poitiers, to na Dom Diabła; księŜyc obrzeŜał 
swoim blaskiem występy murów, barwił mieszaniną świateł i cieni wypukłości 
rzeźb.
 Igraszki tych białawych lśnień nadawały obu domostwom ponurą fizjonomię; 
rzekłbyś, Ŝe sama przyroda wspomaga zabobon unoszący się nad tą budową.
 Młodzieniec wspominał kolejno opowieści, które czyniły mistrza Korneliusza 
osobistością ciekawą i groźną zarazem.
 Aczkolwiek Ŝar miłości nakazał mu powziąć decyzję, by do domu tego wejść i 
pozostać tam tak długo, jak będzie tego wymagało urzeczywistnienie planów, wahał
się, czy podjąć ów krok ostateczny, świadom, Ŝe i tak go podejmie.
 Ale któŜ w decydujących momentach Ŝycia nie lubi dawać posłuchu przeczuciom, 
chwiać się nad otchłanią przyszłości?
 Jako amant godzien miłości, nasz młodzieniec lękał się, Ŝe mógłby umrzeć nie 
otrzymawszy od hrabiny za swój afekt nagrody.
 Utajone te rozwaŜania były tak okrutnie ciekawe, Ŝe nie czuł mroźnego wiatru, 
który świstał mu w uszach - i wśród występów domu.
 Wchodząc do Korneliusza będzie musiał zostawić za progiem swoje piękne 
nazwisko, podobnie jak zrzucił juŜ był wykwintny strój szlachecki.
 W razie nieszczęścia nie wolno mu będzie powołać się na przywilej urodzenia lub
wezwać pomocy przyjaciół, bo wtedy utraciłby hrabinę na zawsze.
 Gdyby stary pan domyślił się nocnej wizyty kochanka, byłby zdolny upiec Ŝonę na
wolnym ogniu w Ŝelaznej klatce albo morzyć głodem aŜ do skutku w lochach 
warowni.
 Spoglądając na nędzną odzieŜ, pod którą się ukrył, szlachcic wstydził się 
samego siebie.
 Mając na sobie skórzany czarny pas, grube buty, ordynarne pończochy, pludry z 
lichej wełenki i szary sukienny Spencer, przypominał skrybę zatrudnionego w 
najnędzniejszym z sądów.
 Dla szlachcica XV wieku odgrywać rolę mieszczucha bez grosza przy duszy, wyrzec
się przywilejów szlacheckiej kondycji była to właściwie śmierć.
 Ale wdrapać się na dach pałacu, w którym kochanka zalewa się łzami, spuścić się
w dół kominem albo biegnąc po kruŜgankach i przeskakując z rynny na rynnę 
dotrzeć aŜ do jej komnaty, naraŜać Ŝycie, aby znalazłszy się przy niej na 
jedwabnej poduszce, przy sutym ogniu, wsłuchiwać się w chrapanie posępnego męŜa 
i szydzić z zazdrośnika, rzucić rękawicę ziemi i niebu wymieniając najzuchwalszy
z pocałunków, nie wypowiedzieć ani jednego słowa, które nie groziłoby śmiercią, 
a przynajmniej krwawym pojedynkiem - oto rozkoszne obrazy i romansowe 
niebezpieczeństwa, które skłoniły młodzieńca do kroku tak ryzykownego.
 Mógł przecieŜ otrzymać za swoje zaloty nagrodę tak błahą, jak ów pocałunek i 
uścisk dłoni; tym szybciej postanowił porwać się na wszystko, dał mu bowiem 
bodźca rycerski i namiętny duch epoki.
 A ponadto nie przypuszczał nawet, Ŝeby hrabina wśród śmiertelnych 
niebezpieczeństw ośmieliła się odmówić najsłodszej z miłosnych rozkoszy.
 Była to przygoda nazbyt szaleńcza, nazbyt nieprawdopodobna, aby nie doprowadzić
jej do końca.
 Dzwony całego miasta dały znak, aby wygaszać ogień: prawo to, podówczas juŜ 
przestarzałe, zachowywano jeszcze na prowincji, gdzie wszystko niszczeje powoli.
 Aczkolwiek światła nie gasły, stróŜe nocni przeciągali łańcuchy w poprzek ulic.

Strona 11

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Zamykano drzwi, w oddali rozbrzmiewały kroki spóźnionych mieszczan, zdąŜających
grupami w asyście pachołków uzbrojonych po zęby i niosących latarnie; i niedługo
potem miasto, w pewnym sensie skute łańcuchami, zasnęło i kaŜdy juŜ tylko lękał 
się napaści łotrzyków, wałęsających się po dachach.
 Kalenice wytyczały bowiem trakt nocami rojny.
 Na prowincji, a nawet w ParyŜu ulice były tak wąskie, Ŝe złodzieje 
przeskakiwali nad nimi z dachu na dach.
 Niebezpieczne to rzemiosło z upodobaniem uprawiał za młodu dla zabawy Karol IX,
jeśli wierzyć ówczesnym pamiętnikom.
 W obawie, Ŝeby nie zjawić się u mistrza Korneliusza zbyt późno, młodzieniec 
podnosił się juŜ z miejsca, zamierzając zakołatać do drzwi Domu Diabła - kiedy, 
spojrzawszy na fasadę, uległ rodzajowi wizji, którą ówcześni pisarze nazwaliby 
chimerą.
 Przetarł oczy, aby widzieć wyraźniej, lecz to, co ujrzał, obudziło w jego duszy
tysiące róŜnorakich uczuć.
 Z obu stron drzwi ujrzał twarze wprawione między dwie pionowe sztaby okienek 
przypominających strzelnice.
 Wziął zrazu obie te twarze za groteskowe maski wyrzeźbione w kamieniu, tak były
pomarszczone, toporne, wykrzywione, wypukłe, nieruchome, a kolor miały brunatny,
ale pogodna noc i światło księŜyca pozwoliły mu dostrzec dwa białe obłoczki, 
dobywające się z dwóch fioletowych nosów; na koniec ujrzał w obu tych twarzach, 
zapadłych pod cieniami brwi, dwie pary oczu niebieskich jak fajans, oczu 
ziejących jasnym ogniem jak ślepie wilka przyczajonego w chaszczach, który 
nasłuchuje myśliwskich nawoływań.
 Niespokojny blask oczu kierował się ku młodzieńcowi tak uparcie, Ŝe 
zahipnotyzowany tym widokiem, poczuł się niby ptak dopadnięty przez psy, a duszę
jego przejęło gorączkowe drŜenie, które opanował zaraz.
 Dwie twarze, pełne napięcia i podejrzliwe, naleŜały zapewne do Korneliusza i 
jego siostry.
 Szlachcic jął wtedy udawać przybysza z dalekich stron, rozglądać się, szukać 
domu oznaczonego na kartce, którą wyciągnął z kieszeni, odczytywać coś z trudem 
w świetle księŜyca; następnie skierował się ku drzwiom dusigrosza, zastukał trzy
razy - a stukanie to rozbrzmiało w domu piwnicznym echem.
 Mdłe światło zabłysło w szparze pod drzwiami, a w judaszu opatrzonym kratą, 
grubą nad podziw, zalśniło czyjeś oko.
 - Kto tam?
 - Przyjaciel przysłany od Oosterlincka z Brugii.
 - Czego chcesz?
 - Wejść.
 - Jak się nazywasz?
 - Filip Goulenoire.
 - Masz listy polecające?
 - Mam.
 - Wrzuć do skrzynki.
 - A gdzie ona?
 - Na lewo.
 Filip Goulenoire wrzucił list do Ŝelaznej skrzynki, umieszczonej pod judaszem.
 "Do diabła!
 - pomyślał - król z pewnością tu bywa, skoro stosują te same środki 
ostroŜności, co w Plessis".
 Czekał z kwadrans na ulicy.
 Po kwadransie usłyszał, jak bankier rzekł do siostry: - Zamknij pułapki pod 
drzwiami.
 Zazgrzytały łańcuchy.
 Filip usłyszał, jak odsuwają się rygle i szczękają zamki; na koniec otworzyły 
się niskie, okute Ŝelazem drzwiczki, uchyliły się pod kątem ostrym na tyle, Ŝeby
zdołał przecisnąć się chudzielec.
 O mało nie podarłszy ubrania, Filip wśliznął się raczej, niŜ wszedł w Dom 
Diabła.
 Stara szczerbata panna o twarzy jak nóŜ wąskiej, brwiach podobnych do uch 
kotła, nosie haczykowatym, który zrastał się z brodą tak dokładnie, Ŝe nie 
wetknąłbyś orzeszka, blada, wymizerowana, o skroniach zapadłych, szkielet 
obciągnięty skórą i mięśniami - powiodła w milczeniu rzekomego cudzoziemca; 
Korneliusz, dbały o bezpieczeństwo, postępował za nimi.
 - Siadaj pan - rzekła wskazując Filipowi trójnogi zydel przy potęŜnym 
rzeźbionym kominku, w którego palenisku nie dostrzegłbyś śladów ognia.
 Z drugiej strony kominka, na stole o wygiętych nogach, Filip ujrzał talerz, a 
na nim jajko i ze dwanaście zucheleczków chleba, sczerstwiałego do twardości, 

Strona 12

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

pokrajanego ze skrupulatnym skąpstwem.
 Dwa zydle - na jednym z nich siadła starucha - świadczyły, Ŝe skąpcy 
wieczerzali właśnie.
 Korneliusz zasunąwszy Ŝelazne zasłony na dwóch okienkach, przez które tak długo
przepatrywali ulicę, wrócił na swoje miejsce.
 Mniemany Filip Goulenoire ujrzał wtedy, jak brat i siostra maczają na przemian 
z powagą chleb w owym jajku - a precyzją ruchów przypominali Ŝołnierza, który w 
równomiernych odstępach zanurza łyŜkę w menaŜce; kawałeczki chleba zabarwiali 
zaledwie, aby pogodzić zawartość jajka z ilością kęsów.
 Ów manewr odbywał się w milczeniu.
 Korneliusz jedząc obserwował rzekomego terminatora z taką bacznością i tak 
przenikliwie, jakby waŜył stare monety z epoki wypraw krzyŜowych.
 Filip czując, jak na ramiona opada mu lodowaty płaszcz, miał wielką ochotę 
rozejrzeć się wokół; ale Ŝe przedsięwzięcie miłosne uŜycza nam chytrości, 
strzegł się, by nawet ukradkiem nie zerknąć na ściany - pojmując, Ŝe gdyby 
Korneliusz przyłapał go na tym, ciekawski nie zagrzałby tu miejsca.
 Panując więc nad sobą, popatrywał skromnie to na jajko, to znów na starą pannę;
a chwilami spoglądał na przyszłego pryncypała.
 Bankier Ludwika XI przypominał swego monarchę; zapoŜyczył odeń niektóre ruchy, 
jak to dość często zdarza się ludziom złączonym rodzajem zaŜyłości.
 Gęste brwi zasłaniały Flamandowi oczy prawie całkiem; ale kiedy unosił powiekę,
spoglądał bystro, przenikliwie i z nadzwyczajną energią: spojrzenie to było 
milczka, człowieka nie obcego zjawisku koncentracji sił duchowych.
 Wąskie usta i pionowe zmarszczki nadawały jego twarzy wyraz niewiarygodnie 
szczwany.
 Dolna jej część przypominała nieco pysk lisa; ale czoło wysokie, wypukłe, 
sfałdowane wydawało się zdradzać przymioty wielkie i piękne - szlachetność 
duszy, której porywy miarkowało doświadczenie, porywy zepchnięte okrutnymi 
naukami Ŝycia w najtajniejsze zakątki tego szczególnego jestestwa.
 Nie był to z pewnością skąpiec zwyczajny, namiętność jego kryła zapewne 
sekretne radości i zatajoną ideę.
 - Jaki jest kurs cekinów weneckich?
 - zagadnął nagle przyszłego ucznia.
 - W Brugii trzy czwarte, w Gandawie jeden.
 - A koszta przewozu na Skaldzie?
 - Trzy soldy paryskie.
 - W Gandawie nic nowego nie zaszło?
 - Zbankrutował brat Lieven-dHerdea.
 - Aha!
 Starzec, westchnąwszy tak, otulił kolana połą dalmatyki; był to rodzaj 
aksamitnej czarnej sukni, rozchylonej na piersi, sukni bez kołnierza, o sutych 
rękawach.
 Owa szata z materii przepysznej a połyskliwej - teraz juŜ tylko łachman - była 
pozostałością po wspaniałym stroju, który mistrz Korneliusz nosił niegdyś, jako 
prezydent trybunału Parchons: funkcja ta ściągnęła nań nieŜyczliwość diuka 
Burgundii.
 Filipowi nie było zimno, pocił się w swoich twardych wełnach i drŜał przed 
dalszą indagacją.
 AŜ do tej chwili pobieŜne nauki, jakie w przeddzień pobrał od pewnego śyda, 
którego kiedyś ocalił od śmierci, wystarczyły dzięki znakomitej pamięci 
szlachcica i niezawodnej znajomości trybu Ŝycia i obyczajów Korneliusza, jaką 
posiadał ów informator.
 O ile jednak szlachcic, powziąwszy swój zamysł i zapaliwszy się do niego, nie 
wątpił bynajmniej o powodzeniu, o tyle teraz jął dostrzegać trudności.
 Dostojny spokój i zimna krew groźnego Flamanda oddziaływały na Filipa.
 Uczuł się w zamknięciu strzeŜonym ryglami, widział juŜ komplet stryczków 
wielkiego prowota, gotowych do dyspozycji mistrza Korneliusza.
 - Po kolacji jesteś?
 - zagadnął bankier tonem, który oznaczał: Nie waŜ się prosić o kolację.
 Mimo tonu, jakim wyrzekł te słowa, stara panna wzdrygnęła się i popatrzyła na 
młodzieńca mierząc jakby pojemność Ŝołądka, który by przyszło jej nasycić; po 
czym rzekła ze sztucznym uśmiechem: - Nie na darmo nazywasz się Goulenoire, bo 
masz oczy i wąsy czarniejsze, niŜ ogon diabła...
 - Jadłem juŜ - powiedział Filip.
 - A więc - ozwał się skąpiec - przyjdź jutro.
 Od dawna juŜ przywykłem obywać się bez terminatorów.
 A zresztą namyślę się jeszcze przez noc.
 - O, na świętego Bawona, mój panie, jestem Flamandem, nie znam tu nikogo, ulice

Strona 13

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

pozagradzane łańcuchami, wtrącą mnie do więzienia.
 No trudno - dodał zatrwoŜony Ŝywością swoich słów - odejdę, jeśli pan sobie tak
Ŝyczy.
 Święty Bawon podziałał mocno na starego Flamanda.
 - Zaraz, zaraz, ech, na świętego Bawona, zanocujesz tutaj.
 - AleŜ...
 - przeraziła się starucha.
 - Cicho bądź - burknął Korneliusz.
 - Oosterlinck ręczy mi za tego młodzieńca w swoim liście.
 CzyŜ nie mamy - szepnął siostrze na ucho - stu tysięcy dukatów Oosterlincka?
 To kaucja przecieŜ!
 - A jeśli skradnie klejnoty bawarskie?
 Słuchaj, bardziej mi on wygląda na złodzieja, niŜ na Flamanda.
 - Ćsiii...
 - szepnął stary natęŜając ucha.
 Para skąpców jęła nasłuchiwać.
 Niemal niedosłyszalnie, na moment po owym "ćsiii"..., kroki kilku męŜczyzn 
zabrzmiały w oddali, po drugiej stronie fos miejskich.
 - To ront z Plessis - ozwała się siostra.
 - No to dawaj klucz od izby uczniów - powiedział Korneliusz.
 Stara panna wyciągnęła rękę po lampę.
 - CóŜ to, chcesz zostawić nas po ciemku?
 - zagadnął znacząco Korneliusz.
 - Taka stara jesteś, a jeszcze nie nauczyłaś się widzieć w ciemności i Tak 
trudno znaleźć ten klucz?
 Starucha wyszła, pojąwszy ukryty sens tych słów.
 Spoglądając za tą przedziwną osobą zdąŜającą do drzwi, Filip mógł, nie 
wzbudziwszy podejrzeń skąpca, rozejrzeć się po sali.
 Ściany, u dołu wykładane dębową lamperią, zdobiła powyŜej Ŝółta skóra w czarne 
arabeski; najbardziej jednak zwracał uwagę długi pistolet skałkowy z 
odwiedzionymi kurkami.
 Tę broń nową i straszną mistrz Korneliusz miał pod ręką.
 - A jak zamierzasz zarobić na Ŝycie?
 - zapytał dusigrosz.
 - Pieniędzy mam niewiele - odparł Goulenoire - ale znam dobre sposoby.
 Daj mi pan tylko solda od kaŜdej miarki srebra, a nie będę się skarŜył.
 - Solda!
 Solda!
 - powtórzył skąpiec.
 - To duŜo!
 Tu wróciła stara sybilla.
 - Chodź - ozwał się Korneliusz do Filipa.
 Wyszli do sieni i jęli się wspinać po krętych kamiennych schodach, 
umieszczonych w wysokiej wieŜyczce.
 Na pierwszym piętrze młodzieniec przystanął.
 - O nie!
 - ozwał się Korneliusz.
 - Niech cię diabli!
 Na tym piętrze król baraszkuje z dziewkami.
 Izdebkę dla ucznia architekt wybudował pod spiczastym dachem wieŜy z krętymi 
schodami; była okrągła, o kamiennych ścianach, zimna i pozbawiona wszelkich 
ozdób; wieŜa ta dzieliła na pół fasadę wznoszącą się od podwórza, małego i 
ciemnego jak wszystkie podwórza w prowincjonalnych miastach.
 W głębi przez zakratowane arkady było widać nędzny ogródek, w którym rosło 
kilka morw, doglądanych zapewne przez mistrza Korneliusza.
 Szlachcic zauwaŜył to wszystko przez okrągłe okienka wieŜy, księŜyc bowiem 
zalewał na szczęście cały krajobraz jasną poświatą.
 Wyrko, zydel, dzban i rozchwierutana szafa słuŜyły za umeblowanie tej izdebki.
 Światło dostawało się tutaj przez czworokątne okienka, przebite w równych 
odstępach w rzeźbionym gzymsie, otaczającym wieŜę, jak nakazywała wdzięczna 
architektura podobnych domostw.
 - Oto twój pokój.
 Prosty, lecz i przyzwoity; znajdziesz tu wszystko, czego ci trzeba, Ŝeby się 
przespać.
 Dobranoc!
 Obyś nie wyszedł stąd tą drogą, co inni.
 Obrzuciwszy ucznia spojrzeniem nader znaczącym, Korneliusz wyszedł, zamknął 
drzwi na dwa spusty, zabrał klucz - a szlachcic stanął z rozdziawioną niemądrze 

Strona 14

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

gębą, niby ludwisarz, który nie znalazł w formie spodziewanego tam dzwonu.
 Siedział na zydlu samotny, w ciemnościach, znalazł się na poddaszu, skąd 
czterej jego poprzednicy wywędrowali prosto pod stryczek, czuł się jak dzikie 
zwierzę schwytane w potrzask.
 Wskoczywszy na zydel, wspiął się na palce, aby wyjrzeć przez okienko, skąd 
sączył się białawy blask; ujrzał Loarę, piękne pagórki Saint-Cyr, ujrzał teŜ 
posępny a cudowny zamek Plessis, gdzie w kilku oknach paliły się światła; w 
oddali rozpościerały się piękne pola Turenii, a wśród nich srebrzysta wstęga jej
rzeki.
 Śliczny ten pejzaŜ nasycony był w kaŜdym szczególe wdziękiem nie znanym dotąd 
szlachcicowi: szyby, woda, dachy domów, wszystko to iskrzyło się niby klejnoty w
drŜącym blasku księŜyca.
 Dusza młodzieńca nie obroniła się przed wzruszeniem, słodkim a smętnym: "A 
jeśli to poŜegnanie"!
 - westchnął.
 Pozostał tutaj smakując w okrutnych wzruszeniach, jakie obiecała mu jego 
przygoda miłosna, pozostał tu nurtowany lękiem więźnia, któremu wciąŜ jeszcze 
świta nadzieja.
 Im większe napotykał trudności, tym bardziej piękniała jego kochanka.
 Nie była juŜ dlań kobietą, lecz istotą nieziemską, która majaczyła mu wśród 
ogni poŜądania.
 Wydało mu się, Ŝe w pałacu Poitiers ktoś zawołał słabo, a wtedy uprzytomnił 
sobie swoją prawdziwą sytuację.
 Układając się na wyrku, aby zastanowić się nad całą sprawą, usłyszał w wieŜy 
jakiś lekki szmer, a wtedy natęŜył ucha z uwagą i dobiegły go słowa: "Kładzie 
się juŜ"!
; wypowiedziała je starucha.
 Przypadkiem nie dostrzeŜonym przez architekta najlŜejszy szelest docierał do 
izdebki uczniów, toteŜ mniemany Goulenoire nie uronił ani jednego szmeru: 
skąpiec i jego siostra szpiegowali go teraz, to pewne.
 Rozebrał się, połoŜył i udając, Ŝe śpi, odczekał, aŜ gospodarze opuszczą schody
słuŜące im za punkt obserwacyjny; wtedy dopiero jął szukać sposobów, Ŝeby z 
więzienia swojego przedostać się do pałacu Poitiers.
 Około dziesiątej rodzeństwo, przekonane, Ŝe uczeń zasnął, poszło do swoich 
komnat.
 Szlachcic nasłuchiwał pilnie głuchych i dalekich odgłosów: to krzątała się para
Flamandów - wydawało mu się, Ŝe zorientował się juŜ, gdzie przemieszkują; winni 
zajmować całe drugie piętro.
 Jak we wszystkich ówczesnych domach, piętro to było rodzajem mansardy: w dachu 
widniały okna wśród tympanonów zdobionych bogatymi rzeźbami.
 Całość była obrzeŜona balustradą, zasłaniającą rynny, którędy woda deszczowa 
spływała na ulicę, wytryskując z rur imitujących paszcze krokodyla.
 Szlachcic, przestudiowawszy topografię ze skrupulatnością kota, miał nadzieję, 
Ŝe znajdzie drogę z wieŜy na dach i Ŝe po rynnach przedostanie się do pani de 
Saint-Vallier; nie wiedział jednak, iŜ okienka wieŜy są tak ciasne, Ŝe 
przecisnąć się Ŝadnym z nich nie zdoła.
 Postanowił zatem wyleźć na dach przez okno wieŜy, oświetlające klatkę schodową 
drugiego piętra.
 Aby śmiały ten projekt wprowadzić w czyn, musiał wyjść z izdebki, a Korneliusz 
zamknął go na klucz.
 Przezorny szlachcic zaopatrzył się jednak w sztylet, jakim w pojedynkach 
śmiertelnych zadawano ongi cios miłosierdzia, kiedy adwersarz błagał, aby go 
dobić.
 Straszna ta broń była z jednej strony ostra jak brzytwa, a z drugiej zębata, 
lecz zęby piły były ustawione w kierunku odwrotnym niŜ ten, jaki ręka nadawała 
Ŝelazu wraŜającemu się w ciało.
 Szlachcic umyślił sobie, Ŝe mizerykordią przepiłuje drzwi wokół zamka.
 Na szczęście rygielek był umocowany po drugiej stronie czterema grubymi 
śrubami.
 Posługując się sztyletem zdołał nie bez wielkiego trudu odśrubować rygielek, 
który go więził, a śruby ułoŜył pieczołowicie na szafie.
 Około północy był wolny; zdjął buty i zszedł na dół, Ŝeby zbadać rozkład 
mieszkania.
 JakŜeŜ zdumiał się, widząc na rościeŜ otwarte drzwi korytarza, skąd wchodziło 
się do kilku pokojów - u jego zaś końca okno, skąd roztaczał się widok na rodzaj
doliny między dachami pałacu Poitiers i Domu Diabła, które stykały się tutaj.
 śadnymi słowy nie potrafimy odmalować jego radości; dość powiedzieć, Ŝe 
ślubował Najświętszej Pannie, iŜ w Tours ku jej czci zakupi mszę w słynnej 

Strona 15

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

parafii Escrignoles.
 Przyjrzawszy się dokładnie wysokim, a szerokim kominom pałacu Poitiers, wrócił 
po sztylet; w tej chwili zadrŜał zdjęty trwogą, na schodach bowiem rozbłysło 
światło, a mistrz Korneliusz w dalmatyce, z lampą w ręku, ukazał się niby widmo 
i bystro jął przepatrywać korytarz.
 "Jeśli otworzę okno i wyskoczę na dach, usłyszy"!
 - pomyślał szlachcic.
 A straszliwy Korneliusz zbliŜał się, nadchodził, jak dla skazańca nadchodzi 
godzina śmierci.
 W tych opałach Goulenoire, jak większość zakochanych, odzyskał przytomność 
umysłu; uskoczywszy we framugę drzwi, przycupnął i czekał, aŜ bankier go minie.
 Kiedy dusigrosz dzierŜąc lampkę w wysuniętej ręce znalazł się w takiej 
odległości od młodzieńca, Ŝe szlachcic mógł zdmuchnąć płomień, lampa zgasła.
 Korneliusz wymamrotał coś, krasząc te słowa holenderskim przekleństwem; ale 
zawrócił.
 Szlachcic pobiegł wtedy do izdebki, chwycił broń, powrócił do błogosławionego 
okna, otwarł je cicho i wyskoczył na dach.
 Znalazłszy się na swobodzie, pod gołym niebem o mało nie zemdlał ze szczęścia; 
o emocje tak gwałtowne przyprawiła go moŜe nadmierna niespokojność wywołana 
niebezpieczeństwem albo zuchwałe przedsięwzięcie.
 Oparł się o rynnę i, drŜąc z radości, powiadał sobie: "KtórymŜ teraz kominem 
wpadnę do niej"?
 Oglądał je po kolei.
 Wiedziony instynktem zakochanego dotykał ich, badając, gdzie moŜe być ogień.
 Powziąwszy decyzję, nasz śmiałek wbił sztylet między kamienie, uczepił na nim 
drabinkę, wpuścił ją w otwór komina i bez lęku, wierząc solidności ostrza, jął 
schodzić do kochanki.
 Nie wiedział, czy hrabia śpi, czy moŜe czuwa; postanowił wziąć hrabinę w 
ramiona, choćby za cenę Ŝycia dwóch męŜczyzn!
 Postawił cicho stopy na gorącym popiele; a nachyliwszy się jeszcze ciszej, 
ujrzał hrabinę w fotelu.
 W świetle lampy lękliwa kobieta, blada i drŜąca z uszczęśliwienia, wskazała mu 
palcem męŜa, który leŜał w pościeli o dziesięć kroków od niej.
 Wierzcie mi, Ŝe milczący i pełen Ŝaru pocałunek kochanków zadźwięczał echem 
jedynie w ich sercach.
 Następnego dnia około dziesiątej rano Ludwik XI, wysłuchawszy w swojej kaplicy 
mszy świętej, natknął się wychodząc na mistrza Korneliusza.
 - Szczęść BoŜe, mój kumie - ozwał się zdawkowo, dotykając czapki.
 - Sire, zapłaciłbym chętnie tysiąc dukatów za chwilkę posłuchania, bom odkrył 
złodzieja, który ukradł łańcuch rubinowy i wszystkie klejnoty...
 - No proszę, proszę - odparł Ludwik XI i wyszedł na dziedziniec zamku Plessis; 
za królem postępował jego bankier, Coyctier, lekarz nadworny, Olivier le Daim, i
kapitan gwardii szkockiej.
 - PrzedstawŜe mi swoją sprawę.
 Będziemy znów mieli wisielca, odpowiedniego do twoich gustów.
 Hej tam, Tristanie!
 Wielki prowot, przechadzający się akurat wzdłuŜ i wszerz dziedzińca, podszedł 
wolnym krokiem niby pies, pyszniący się swoją wiernością.
 Gromadka przystanęła pod drzewem.
 Król siadł na ławie, dworzanie otoczyli go kręgiem.
 - Sire, domniemany Flamand znakomicie wystrychnął mnie na dudka - oznajmił 
Korneliusz.
 - Szczwany to widać chłopak - odpowiedział Ludwik XI kiwając głową.
 - O tak, tak - zgodził się bankier - ale nie wiem, czy i ciebie nie potrafiłby 
omotać, sire.
 Bo i jakŜeŜ miałem nie zaufać jakiemuś biedaczynie, poleconemu przez 
Oosterlincka, człowieka, który dał mi w depozyt sto tysięcy talarów!
 ToteŜ załoŜyłbym się, Ŝe pieczęć tego śyda sfałszowano.
 Krótko mówiąc, sire, dziś rano zauwaŜyłem brak tych klejnotów, którymi tak 
zachwycałeś się, panie, bo i piękne one bardzo.
 Skradziono mi je, sire!
 Skraść klejnoty elektora bawarskiego!
 Te łotry niczego juŜ nie szanują, skradną ci, sire, twoje królestwo, jeśli 
pilnować się nie będziesz.
 Poszedłem zaraz do izdebki tego ucznia, który z pewnością wśród złodziejów jest
mistrzem nad mistrze!
 Tym razem nie zabraknie nam dowodów.
 Odśrubował zamek; ale kiedy wrócił, księŜyc juŜ zaszedł i nasz frant nie 

Strona 16

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

odnalazł wszystkich śrubek!
 Na szczęście wchodząc uczułem śrubkę pod stopą.
 Łotr spał, był zmęczony.
 Wyobraźcie sobie, panowie, Ŝe do mojego gabinetu wlazł kominem.
 Jutro, a moŜe dziś jeszcze kaŜę go upiec na wolnym ogniu.
 Zawsze się człowiek czegoś od złodzieja nauczy.
 Ma przy sobie jedwabną drabinkę, a na sukniach jego widnieją ślady drogi, którą
odbył po dachach i przez komin.
 Zamierzał zostać u mnie, zrujnować mnie, to mi zuch!
 Ale gdzie zakopał kosztowności?
 StraŜ widziała go, jak świtkiem wracał do mnie po dachach.
 Ma wspólników, oczekiwali go na grobli, którą kazałeś usypać, sire.
 Ach, sire, jesteś wspólnikiem złodziei, którzy przybywają tu na statkach; i 
szast-prast unoszą wszystko, nie pozostawiając śladów; ale złapaliśmy herszta, 
śmiałego łotra, draba, który przyniósłby zaszczyt matce szlachcica.
 A, piękny będzie to owoc szubieniczny, a jak go trochę przyprzemy do muru, 
dowiemy się wszystkiego!
 CzyŜ nie okryje to większą chwałą twojego panowania, sire?
 Za tak wielkiego króla nie powinno być złodziejów.
 Król nie słuchał juŜ od dawna.
 Zapadł w posępną zadumę, tak częstą w ostatnich dniach jego Ŝycia.
 Zaległo głębokie milczenie.
 - Ciebie to dotyczy, mój kumie - ozwał się wreszcie do Tristana.
 - Wyjaśnij sprawę.
 Podniósł się z ławy, postąpił kilka kroków naprzód, a dworzanie zostawili go 
samego.
 Przypomniał sobie o Korneliuszu.
 Bankier w kompanii wielkiego prowota odjeŜdŜał juŜ na swojej mulicy; zawołał 
więc za nim: - A tysiąc dukatów?
 - O, sire, jesteś nazbyt wielkim królem!
 Nie masz takiej sumy, która zdołałaby opłacić twoją sprawiedliwość...
 Ludwik XI uśmiechnął się na te słowa.
 Dworzanie pozazdrościli bankierowi obrotności języka i przywilejów; starzec 
zniknął szybko w alei morwowej, łączącej Tours i Plessis.
 ZnuŜony szlachcic zapadł był rzeczywiście w sen głęboki.
 Wróciwszy z miłosnej wyprawy nie czuł juŜ - aby bronić się przeciw 
niebezpieczeństwom odległym lub wyimaginowanym, w które przestał wierzyć moŜe - 
owej odwagi i zapału, jakie pchnęły go ku zgubnym rozkoszom.
 OdłoŜył więc na dzień następny troskę, by oczyścić zbrukane suknie i usunąć 
ślady szczęścia.
 Był to wielki błąd, lecz na ów błąd złoŜyły się pewne okoliczności.
 Bo i rzeczywiście, kiedy księŜyc zaszedł wśród jego miłosnych uciech, 
szlachcic, wróciwszy po ciemku, nie znalazł wszystkich śrub od przeklętego 
zamka, a na szukanie cierpliwości mu nie starczyło.
 Po czym uległszy rozleniwieniu człowieka nasyconego rozkoszą albo złaknionego 
spoczynku, zaufał swojej szczęśliwej gwieździe, która aŜ dotąd świadczyła mu tak
miłe przysługi.
 Zawarł sam z sobą rodzaj paktu, na którego mocy miał się zbudzić o świcie; lecz
wypadki dnia i nocne przygody sprawiły, Ŝe nie dotrzymał słowa sam sobie.
 Człowiek szczęśliwy łatwo zapomina.
 Kiedy więc młody szlachcic kładł się spać na twardym wyrku, z którego zaraz po 
zbudzeniu tylu nieszczęśliwych powędrowało prosto na tortury - mistrz Korneliusz
nie wydał mu się wcale tak groźny; i zgubiła go ta lekkomyślność.
 Kiedy nadworny bankier wracał z Plessis w asyście wielkiego prowota i 
straszliwych jego łuczników, domniemanego terminatora strzegła stara panna.
 Robiąc dla Korneliusza pończochę, siedziała na kręconych schodach nie dbając o 
zimno.
 Młody szlachcic, pogrąŜony wciąŜ jeszcze w tajemnych rozkoszach uroczej nocy, 
nie wiedział, Ŝe nieszczęście cwałuje doń wyciągniętym galopem.
 Śnił.
 Sny jego jak u kaŜdego młodzieńca były nasycone kolorami tak Ŝywymi, Ŝe nie 
wiedział juŜ, gdzie kończy się złuda i zaczyna rzeczywistość.
 Był na poduszce u stóp hrabiny; z głową na jej kolanach, ciepłych od miłości, 
słuchał opowiadania, jak zadręczał ją mąŜ i z jak okrutną gnębił tyranią; 
rozczulał się nad hrabiną, którą spośród swoich córek naturalnych Ludwik XI 
kochał najserdeczniej; obiecywał, Ŝe nazajutrz uda się do tego groźnego ojca i 
wyjawi mu wszystko; kierował juŜ królewską decyzją: Ludwik XI rozkaŜe uniewaŜnić
małŜeństwo, a hrabiego wtrącić do więzienia; a przecieŜ w tym momencie mogli 

Strona 17

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

paść od jego szpady, gdyby zbudził się za najlŜejszym szelestem.
 We śnie światło lampy, płomień ich oczu, barwy tkanin i tapiserii były Ŝywsze; 
zapach bardziej upajający ulatywał z nocnego dezabilu, w powietrzu unosiło się 
więcej miłości i więcej Ŝaru, aniŜeli unosiłoby się na jawie.
 ToteŜ Maria ze snu była znacznie mniej oporna, niŜ Maria prawdziwa, jego 
poŜądliwym spojrzeniom, łagodnym nastawaniom, magicznym zapytaniom, zręcznie 
obranym momentom milczenia, lubieŜnym namowom i rzekomym, szlachetnym 
rejteradom, które czynią pierwsze chwile miłości tak Ŝarliwymi i przy kaŜdym 
nowym postępie afektu rozlewają w duszy nowy balsam ukojenia.
 Według miłosnej jurysprudencji tych czasów Maria de Saint-Vallier przyznawała 
kochankowi błahe przywileje znane z gry w gąskę.
 Godziła się z ochotą, by całował jej stopy, suknię, ręce i szyję; wyznawała 
miłość, przyjmowała zaloty i Ŝycie kochanka, pozwalała mu umrzeć dla siebie, 
pogrąŜała się w upojeniu, które półdziewictwo to surowe, często okrutne, 
potrafiło rozniecić; ale nie chciała słyszeć o śmielszych pieszczotach, 
najwyŜszą bowiem nagrodę miłości rezerwowała w zamian za oswobodzenie.
 Podówczas, jeśli ktoś chciał rozwiązać małŜeństwo, musiał jechać do Rzymu, 
zyskać sobie protekcję kilku kardynałów, a przed ojcem świętym stanąć z listem 
polecającym od króla.
 Maria pragnęła zachować w miłości swobodę, aby swobodę tę miłości złoŜyć w 
dani.
 Prawie wszystkie kobiety miały podówczas moc tak wielką, Ŝe mogły do tego 
stopnia zawładnąć sercem męŜczyzny, iŜ jedna miłość stawała się dziejami całego 
Ŝycia, źródłem najszczytniejszych postanowień!
 Ale teŜ damy miały we Francji znaczenie ogromne: kaŜda z nich była władczynią, 
kaŜdą z nich cechowała piękna duma, kochankowie naleŜeli do nich, choć im się 
nie oddawały, a często w imię miłości przelewali strumienie krwi, Ŝeby zaś do 
dam swoich naleŜeć, naraŜali się na rozliczne niebezpieczeństwa.
 Ale Maria ze snu, łaskawsza i wzruszona oddaniem kochanka, nie broniła się 
zbytnio przed szturmem miłosnym, jaki przypuścił urodziwy szlachcic.
 Która z tych Marii była prawdziwa?
 Czy domniemany uczeń widział we śnie Marię prawdziwą?
 Czy w pałacu Poitiers napotkał damę w masce cnoty?
 Problem to delikatny, rozstrzygnąć go trudno, a honor dam wymaga, Ŝeby pozostał
kwestią sporną.
 W momencie, kiedy moŜe Maria wyśniona miała zapomnieć juŜ o swojej królewskiej 
godności, kochanek uczuł, jak uchwyciła go czyjaś Ŝelazna dłoń i rozległ się nad
nim słodko-kwaśny głos wielkiego prowota: - No, marku nocny, który szukasz Boga 
po omacku, obudźŜe się!
 Filip ujrzał czarniawą twarz Tristana i poznał jego sardoniczny uśmiech; potem 
na schodach dostrzegł mistrza Korneliusza i jego siostrę, a za nimi straŜników.
 Na widok wszystkich tych twarzy diabelskich, tchnących albo nienawiścią, albo 
ponurą ciekawością oprawców, Filip Goulenoire siadł na posłaniu i przetarł oczy.
 - Przebóg!
 - zawołał wyciągając sztylet spod poduszki.
 - Oto godzina rozprawy na noŜe!
 - Ho, ho - ozwał się Tristan - przecieŜ to słowa szlacheckie!
 Czy to nie Jerzy dEstouteville, siostrzeniec dowódcy królewskich łuczników?
 Kiedy z ust Tristana padło prawdziwe jego nazwisko, Jerzy pomyślał mniej o 
sobie, niŜ o niebezpieczeństwie, jakie zagroziłoby jego nieszczęsnej kochance, 
gdyby został poznany: aŜeby więc rozwiały się wszelkie podejrzenia, zawołał: - 
Do mnie, moi hultaje!
 Był to okrzyk straszny, okrzyk człowieka pogrąŜonego w szczerej desperacji.
 Młody dworak dał potęŜnego susa i dzierŜąc sztylet pomknął ku schodom.
 Lecz akolitom wielkiego prowota podobne spotkania nowiną nie były.
 Zręcznie pojmali Jerzego, nie dziwiąc się, Ŝe młodzieniec jednego z nich mocno 
sztyletem ugodził - Ŝelazo zresztą ześliznęło się szczęściem po kolczudze; 
rozbroiwszy go, związali mu ręce i cisnęli na łoŜe przed nieruchomego i 
zamyślonego prowota.
 Tristan spoglądał w milczeniu na ręce więźnia i, podrapawszy się w brodę, 
wskazał je Korneliuszowi mówiąc: - Nie są to ręce ani opryszka, ani terminatora.
 Ten człowiek to szlachcic.
 - Zbój nie szlachcic - westchnął boleśnie dusigrosz.
 - Mój poczciwy Tristanie, cham to czy szlachcic, zrujnował mnie ten łajdak!
 Rad bym juŜ widzieć, jak przypiekają mu nogi i ręce albo jak stroją go w wasze 
śliczne ciŜemki.
 Nie ma co wątpić, Ŝe to herszt owego legionu widzialnych czy niewidzialnych 
diabłów, którzy znają wszystkie moje tajemnice, otwierają moje rygle, okradają 

Strona 18

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

mnie i wpędzają do grobu.
 Bogacze to, mój kumie!
 Ale tym razem wpadną nam w ręce ich skarby, bo ten tutaj to właściciel min 
króla Egiptu.
 Odzyskam moje ukochane rubiny i spore sumy; a godny nasz monarcha będzie miał 
dukatów co niemiara...
 - O, moje skrytki pewniejsze są niŜ twoje - uśmiechnął się Jerzy.
 - Przyznaje się, łotr przeklęty!
 - zawołał skąpiec.
 Wielki prowot obejrzał z uwagą odzieŜ Jerzego dEstouteville, po czym jął badać 
zamek u drzwi.
 - Czyś to ty poodkręcał śrubki?
 Jerzy nie odpowiedział.
 - A milcz sobie, jeśli chcesz.
 Niebawem wyspowiadasz się świętej torturze - ozwał sie Tristan.
 - To mi słowa!
 - ucieszył się Korneliusz.
 - Zabrać go - rozkazał prowot.
 Jerzy poprosił, Ŝeby pozwolono mu się ubrać.
 Na znak dowódcy pachołkowie sprawiedliwości odziali więźnia czyniąc to z wprawą
niańki, która wykorzystuje moment uspokojenia, Ŝeby bębnowi włoŜyć czyste 
majtki.
 Nieprzebrany tłum zatarasował ulicę du Murier.
 Lud szemrał coraz głośniej, zapowiadały się rozruchy.
 Rankiem juŜ rozeszła się wieść o kradzieŜy.
 Terminator, jak powiadano, młody i urodziwy, budził powszechną sympatię, to zaś
podsycało nienawiść, która otaczała starego kutwę; nie znalazła się więc ani 
jedna zacna matka i ani jedna młoda kobieta, która, mając do pokazania zgrabne 
ciŜemki i rumiane liczko, nie zechciałaby obejrzeć ofiary.
 Kiedy Jerzy wyszedł, podniosła się groźna wrzawa: pachołkowie prowota jadąc 
bowiem konno prowadzili więźnia między sobą na grubym rzemieniu, którym mocno 
skrępowali mu ręce.
 Aby więc zobaczyć Filipa Goulenoire albo go wyswobodzić, tłum jął napierać na 
pikietę kawalerii strzegącą Domu Diabła.
 Napastujący byli ostatnimi, którzy zjawili się tutaj.
 W tejŜe chwili Korneliusz, wspomagany przez siostrę, zatrzasnął drzwi domu i 
pozamykał okiennice z energią, jakiej uŜycza lęk paniczny.
 Tristan nie znający moresu dla ówczesnych ludzi - lud nie władał wtedy jeszcze 
- nie kłopotał się bynajmniej tumultem.
 - Naprzód!
 Naprzód!
 - wołał.
 Na rozkaz dowódcy łucznicy spięli konie ostrogą, szarŜując ku wylotowi ulicy.
 Ten i ów z gapiów dostał się pod kopyta, inni podusili się przyparci gwałtownie
do murów - ciŜba powzięła więc rozumną decyzję, by się rozejść.
 - Miejsca dla sprawiedliwości królewskiej!
- wołał Tristan.
- Czego tu chcecie?
 Spieszno wam do stryczka?
 IdźcieŜ do swoich garnków, moi drodzy, pieczeń wam się przypali!
 Hej, kobieto, twój mąŜ ma dziurawe portki, bierz się do igły!
 Aczkolwiek słowa te świadczyły o dobrym humorze wielkiego prowota - 
rozpierzchli się nawet najzawziętsi, jakby Tristan zionął morową zarazą.
 Kiedy tłum przypuścił pierwszy atak, Jerzy skamieniał ujrzawszy w jednym z 
okien pałacu Poitiers swoją ukochaną Marię stojącą obok męŜa i jak on śmiejącą 
się do rozpuku.
 Szydziła z biednego oddanego kochanka, który dla niej szedł na śmierć.
 Ale moŜe teŜ śmieszyli ją ci, którym łucznicy strącali pałaszami czapki z głów.
 Tylko młodzieniec dwudziestoparoletni, bogaty w złudzenia, mający odwagę 
wierzyć w miłość kobiety, kochający wszystkimi siłami duszy, za rękojmię jednego
pocałunku ryzykujący z rozkoszą Ŝyciem, tylko zdradzony młokos pojmie, ile 
wściekłości, nienawiści i desperacji rozpętało się w sercu Jerzego, kiedy 
zaśmiewająca się kochanka rzuciła mu spojrzenie zimne i obojętne.
 Od dawna juŜ chyba tkwiła w tym oknie, łokciami bowiem wspierała się o 
poduszkę; dobrze tam było Marii, a i staruch jej wydawał się kontent.
 Przeklęty garbus śmiał się takŜe!
 Młodzieniec uronił kilka łez; lecz Maria na ich widok odskoczyła od okna.
 Łzy Jerzego obeschły, kiedy wśród ciŜby mignął czerwono-czarny pióropusz 

Strona 19

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

oddanego mu pazia.
 Hrabia nie zauwaŜył, jak ów dyskretny sługa podszedł na palcach do hrabiny.
 Hrabina znów ukazała się w oknie, kiedy paź szepnął jej coś na ucho.
 Odwróciwszy się od wiecznie szpiegującego ją tyrana, przesłała Jerzemu 
spojrzenie, w którym zabłysła chytrość kobiety zwodzącej swojego argusa, ogień 
miłości i radość nadziei.
 "Czuwam nad tobą".
 Gdyby głośno wyrzekła te słowa, powiedziałaby mniej, niŜ wyraziła jednym 
spojrzeniem brzemiennym w myśli - spojrzeniem, z którego aŜ nazbyt jasno 
przebijała trwoga, radość i świadomość niebezpieczeństwa wzajemnej ich sytuacji.
 ToteŜ młody szlachcic krokiem lekkim i rad z Ŝycia poszedł wesoło na tortury, 
uwaŜając, iŜ bolesne badania nie zdołają zagłuszyć rozkosznych uczuć, jakimi 
przejmowała go miłość.
 Kiedy Tristan opuszczał ulicę du Murier, łucznicy zatrzymali się nagle, 
przygalopował bowiem co koń wyskoczy oficer gwardii szkockiej.
 - A cóŜ tam nowego?
 - zagadnął prowot.
 - Nie wasza to rzecz - odrzekł impertynencko oficer.
 - Przysłał mnie tu król z zaproszeniem na obiad dla hrabiostwa de 
Saint-Vallier.
 Kiedy wielki prowot był juŜ na grobli Plessis, dogonili go państwo de Saint 
Vallier - on na koniu, ona na białej mulicy, a za nimi dwaj pazie - aby razem z 
nim i łucznikami wjechać do Plessis-les-Tours.
 Posuwali się dość wolno.
 Jerzy szedł pieszo między dwoma straŜnikami, z których jeden wiódł go na 
rzemieniu.
 Tristan i hrabiostwo jechali oczywiście przodem, więzień postępował za nimi.
 Paź, wmieszawszy się między łuczników, zasypywał ich pytaniami; zagadywał teŜ 
do Jerzego, aby w pewnym momencie, korzystając sprytnie z okazji, szepnąć: - 
Przesadziwszy mur ogrodu, pognałem do króla z listem od pani hrabiny.
 O mało nie umarła na wieść, Ŝe oskarŜyli pana o kradzieŜ.
 A więc odwagi!
 Hrabina przemówi za panem.
 Miłość uŜyczyła hrabinie sił i swoich forteli.
 Kiedy się śmiała, wesołość jej i zachowanie były owocem heroizmu, na jaki 
kobieta potrafi się zdobyć w decydujących chwilach Ŝycia.
 ChociaŜ poniesiony szczególniejszą fantazją autor "Quentina Durwarda" wybudował
królewski zamek Plessis-les-Tours na wzgórzu, musimy pogodzić się z faktem, Ŝe 
podówczas rezydencja ta wznosiła się w dolinie, broniona z dwóch stron rzekami 
Loarą i Cher, a z trzeciej - kanałem Świętej Anny, który Ludwik XI nazwał tak na
cześć ukochanej swojej córki, pani de Beaujeu.
 * Autorem powieści „Quentin Durward" jest Walter Scott; tematem jej są dzieje 
Ludwika XI, jego zatarg z księciem Burgundii.
 Łącząc obie te rzeki między miastami Tours i Plessis, ów kanał utrudniał dostęp
do twierdzy, a ułatwiał w sposób nieoszacowany stosunki handlowe.
 Od Ŝyznej i rozległej równiny Brehemont zamkowego parku broniła fosa 
niespotykanej szerokości i głębokości, o czym świadczą pozostałe do dziś po niej
ślady.
 W epoce, kiedy sztuka artyleryjska rodziła się dopiero, Ludwik XI zawczasu juŜ 
upatrzył sobie Plessis na schronienie, pozycja bowiem tego miasta mogła wtedy 
uchodzić za niezdobytą.
 Zamek, wybudowany z cegieł i kamienia, do najpiękniejszych nie naleŜał; lecz 
ocieniały go piękne drzewa; z okien, spoglądając w aleje parku (Plexitium), 
widziałeś w oddali prześliczne krajobrazy.
 A ponadto nie wznosił się w pobliŜu Ŝaden inny zamek, którego właściciele 
mogliby zagraŜać królowi, samotnia więc ta, umieszczona dokładnie pośrodku 
niewielkiej równiny oblanej z czterech stron głębokimi wodami, zapewniała 
monarsze bezpieczeństwo.
 Jeśli wierzyć podaniom, Ludwik XI zajmował skrzydło zachodnie, spoglądał więc 
ze swojej komnaty na wstęgę Loary, za którą po drugim brzegu rozpościera się 
wdzięczna dolinka zraszana rzeką Choisille, i na wzgórza Saint-Cyr; z okien 
wychodzących na podwórzec ogarniał okiem wejście do swojej twierdzy i groblę, 
którą połączył swoją ulubioną siedzibę z miastem Tours.
 Domniemania te są aŜ nadto prawdopodobne, jeśli zwaŜyć, jak nieufnym z natury 
był ów monarcha.
 Gdyby Ludwik XI wybudował swój zamek z takim samym przepychem 
architektonicznym, jakim później Franciszek I uświetnił swoją rezydencję w 
Chambord, królowie francuscy osiedliby raz na zawsze w Turenii.

Strona 20

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Kto raz ujrzy to zachwycające połoŜenie i te czarodziejskie widoki, przekona 
się, Ŝe Ŝadna dynastia nie mieszkała w okolicach wspanialszych.
 Ludwik XI osiągnął właśnie pięćdziesiąty siódmy rok Ŝycia, miał więc przeŜyć 
juŜ tylko trzy lata - a z ciosów zadawanych mu przez chorobę wyczuwał rychłą 
śmierć.
 Nie tylko pozbył się wrogów, lecz miał właśnie powiększyć terytorium Francji o 
wszystkie posiadłości diuków burgundzkich, a to dzięki mariaŜowi delfina z 
Małgorzatą, dziedziczką Burgundii, który przygotowywał starannie Desquerdes, 
dowódca wojsk francuskich stacjonujących we Flandrii; ustanowiwszy wszędzie 
swoją władzę, zamierzał wprowadzić jak najkorzystniejsze reformy, ale czas 
umykał mu teraz, dotykały go wciąŜ nieszczęścia właściwe jego wiekowi.
 A Ŝe zawiódł się na wszystkich, nawet na tych, którzy jemu tylko zawdzięczali 
swoje wyniesienie, wśród podobnych doświadczeń wzmagała się jego wrodzona 
nieufność.
 Pragnął Ŝyć i pragnienie to przerodziło się u niego w egoizm króla, co wcielił 
się w swój lud: pragnął przedłuŜyć sobie Ŝycie, aby urzeczywistnić szerokie 
swoje plany.
 Ludwik XI myślał juŜ o tych wszystkich zmianach, które w ustrój monarchiczny 
wprowadził później zdrowy rozsądek publicystów albo geniusz rewolucji.
 Podatki rozłoŜone równomiernie na wszystkich, równość poddanych wobec prawa 
(podówczas prawo uosabiał suweren) - oto cel śmiałych zamierzeń Ludwika XI.
 W wigilię Wszystkich Świętych zwołał naradę uczonych złotników, aby wprowadzić 
we Francji jedność miar i wag, jak przedtem wprowadził jedność władzy.
 Tak więc ten wspaniały umysł szybował niby orzeł nad całym krajem.
 Ale we władcy tym bystrym a przezornym napotykałeś równieŜ i dziwactwa: rzecz 
to skądinąd znakomitym umysłom przyrodzona.
 W Ŝadnej epoce wielka ta postać nie wydawałaby się ani bardziej poetyczna, ani 
piękniejsza.
 Niesłychane zestawienie kontrastów!
 Ogromna władza w słabowitym ciele; umysł - co się tyczy spraw ziemskich - 
sceptyczny, ale pełen zabobonnej wiary w praktyki religijne; człowiek zmagający 
się z dwiema silniejszymi niŜ jego władza potęgami: teraźniejszością i 
przyszłością; od przyszłości lękał się udręk i dlatego był tak ustępliwy wobec 
Kościoła; widząc teraźniejszość - czyli swoje Ŝycie - zagroŜoną, był posłuszny 
Coyctierowi.
 Owego króla, który gnębił wszystkich, gnębiło sumienie; lecz bardziej jeszcze 
gnębiła go choroba - wśród nimbu poezji, jaka osnuwa monarchów nieufnych, a w 
której streszcza się władza.
 Były to zapasy gigantyczne i zawsze wspaniałe - zapasy, jakie człowiek u 
szczytu sił stacza z naturą.
 Przed obiadem, do którego podówczas zasiadano w południe, między jedenastą a 
dwunastą, Ludwik XI wróciwszy z krótkiej przechadzki odpoczywał w swojej 
komnacie, przy kominku, w ogromnym fotelu wymoszczonym kobiercem.
 Olivier le Daim i lekarz Coyctier spoglądali po sobie w milczeniu, stojąc pod 
oknem: szanowali drzemkę władcy.
 Dolatywał tu jedynie stłumiony odgłos kroków: to w komnacie sąsiedniej 
spacerowali dwaj dyŜurni szambelani - pan na Montresor i Jan Dufou, pan na 
Montbazon.
 Obaj ci wielmoŜe tureńscy popatrywali na kapitana Szkotów, który swoim 
zwyczajem pochrapywał w fotelu.
 Król zdrzemnął się na dobre.
 Głowę zwiesił na pierś, a czapka, zsunąwszy się na czoło, prawie całkiem 
zakryła oczy.
 Na wysokim fotelu, z oparciem zdobnym koroną królewską, Ludwik XI przypominał 
skulonego mędrca, który zasnął wśród zadumy.
 W tymŜe momencie Tristan ze swoim orszakiem wjechał na most Świętej Anny, 
przerzucony przez kanał, o dwieście kroków od bram zamku Plessis.
 - Kto tam?
 - ozwał się król.
 Dworzanie spojrzeli po sobie ze zdziwieniem.
 - Śni mu się coś - szepnął Coyctier.
 - Do licha, czy wy za wariata mnie macie?
 - Ŝachnął się Ludwik XI.
 - Ktoś wjechał na most.
 Co prawda tu przy kominku słyszę lepiej niŜ wy, co się dzieje na dworze.
 Zjawisko naturalne, lecz warto by je wykorzystać.
 - Niezwykły człowiek!
 - powiedział le Daim.

Strona 21

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Podniósłszy się z fotela, król skierował się ku oknu, skąd było widać miasto; 
ujrzawszy wielkiego prowota, rzekł: - Ho, ho, zjawił się mój kum ze swoim 
złodziejem.
 A takŜe moja córka Marysieńka.
 Zapomniałem juŜ o tej całej historii.
 Olivierze - zwrócił się do balwierza - powiedz panu de Montbazon, Ŝeby kazał 
podać do stołu przednie wino z Bourgueil.
 I zobacz no, czy kucharz nie zapomniał aby o minogach, bo jedno i drugie 
hrabina bardzo lubi.
 - Czy pozwolisz mi zjeść kawałek minogi?
 - zagadnął po chwili Coyctiera spoglądając nań z niepokojem.
 Lekarz, miast odpowiedzieć, jął przypatrywać się bacznie królewskiej twarzy.
 Dwaj ci ludzie wystarczyliby za malowidło.
 Powieściopisarze i historycy uświęcili raz na zawsze strój Ludwika XI - 
brunatną sukienną kapotę i pludry z tejŜe materii.
 Nie mniej zasłynęła jego czapka ugarnirowana ołowianymi medalikami i łańcuch 
orderu Świętego Michała; Ŝaden jednak pisarz ani malarz nie przedstawił lic 
owego groźnego władcy, kiedy Ludwik XI zbliŜał się do kresu Ŝycia; była to twarz
człowieka schorowanego, twarz o policzkach zapadłych, czarniawa i poŜółkła, 
nacechowana zgorzkniałą przebiegłością i zimną ironią.
 Miała ta maska czoło wielkiego męŜa, poorane bruzdami i brzemienne wspaniałą 
myślą; ale na policzkach i wargach czaiło się coś wulgarnego, gminnego.
 Rozpatrując niektóre szczegóły rzeczonej fizjonomii, powiedzielibyście o tym 
królu: stary rozpustny właściciel winnic, albo - przekupień-sknera; ale król, 
władca i człowiek czynu, dominował nad owym dalekim podobieństwem i nad cechami 
zgrzybiałego starca stojącego nad grobem.
 JasnoŜółte oczy wydawały się przygasłe; ale tlił się w nich ogień odwagi i 
gniewu; wystarczył lekki wstrząs, Ŝeby trysnęły płomieniem spalającym wszystko 
po drodze.
 Lekarz był opasłym mieszczuchem, odzianym na czarno, mieszczuchem nadętym, z 
którego rumianej gęby przebijała chciwość i bezwzględność.
 Tło dla tych dwóch osobistości stanowiła komnata wykładana orzechem, obwieszona
flamandzkimi arrasami, komnata o rzeźbionym, belkowanym pułapie sczerniałym od 
dymu.
 Meble i łoŜe, inkrustowane cynowymi arabeskami, wydawałyby się dziś cenniejsze,
niŜ w owej epoce, kiedy rzemiosło artystyczne poczynało produkować arcydzieła.
 - Minoga nie pomoŜe ci, panie - oznajmił fizyk.
 Mianem tym, które zachowało się wśród lekarzy angielskich, zastąpiono niedawno 
inne - maitre myrrhe.
 Tak podówczas wszędzie tytułowano doktorów.
 - CóŜ mi więc zjeść pozwolisz?
 - zagadnął król pokornie.
 - Soloną makrelę.
 Inne jadło tak wzburzyłoby ci Ŝółć, panie, Ŝe gotów byłbyś zemrzeć w same 
Zaduszki.
 - To znaczy dziś jeszcze?
 - przeraził się król.
 - E, nie bój się, sire.
 Czuwam nad tobą - zapewnił Coyctier.
 - Nie turbuj się, panie, staraj się rozweselić.
 - Ach - westchnął król - moja córka umiała niegdyś dokazać tej trudnej sztuki.
 Imbert de Bastarnay, pan na Montresor i Bridore, zastukał delikatnie do drzwi 
królewskich.
 Król wejść mu zezwolił - oznajmił więc przybycie hrabiostwa de Saint-Vallier.
 Na znak Ludwika XI zjawiła się Maria, a za nią jej stary mąŜ, przepuściwszy ją 
przodem.
 - Jak się macie, moje dziatki - ozwał się król.
 - Sire - szepnęła Maria całując ojca - chciałabym pokonferować z tobą na 
osobności.
 Ludwik XI udał, Ŝe nie słyszy.
 Obróciwszy się ku drzwiom, zawołał basem: - Hej, Dufou!
 Nadbiegł z pośpiechem Dufou, pan na Montbazon, wielki podczaszy.
 - Leć do ochmistrza i powiedz, Ŝe będę jadł soloną makrelę.
 A potem wstąp do pani de Beaujeu i powiedz, Ŝe dziś do obiadu zasiądę sam.
 - A wiesz ty, moja pani - ozwał się król udając zagniewanego z lekka - Ŝe mnie 
zaniedbujesz?
 Nie widziałem cię ze trzy lata.
 Chodź no tu, moja pieszczotko - rzekł i siadając wyciągnął do niej ręce.

Strona 22

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 - AleŜ ty schudłaś!
 śona chudnie przez ciebie, i czemuŜ to ?
 - zagadnął szorstko pana na Poitiers.
 Zazdrosny mąŜ przesłał Ŝonie spojrzenie tak wystraszone, Ŝe zlitowała się 
niemal nad nim.
 - To ze szczęścia, sire - odpowiedział.
 - Aha, za bardzo się kochacie - ozwał się król trzymając córkę między kolanami.
 - No, widzę, Ŝem się nie pomylił nazywając cię Marią-łaski-pełną.
 Coyctier, idź sobie stąd!
 CzegóŜ to chciałaś ode mnie?
 - zagadnął córkę, kiedy doktor zmierzał ku drzwiom.
 - Bo przysłałaś mi...
 W tej opresji Maria przytkała śmiało dłonią królewskie usta i szepnęła ojcu na 
ucho: - Myślałam zawsze, Ŝeś dyskretniejszy i bystrzejszy...
 - Saint-Vallier - roześmiał się król - słyszałem, Ŝe Bridore ma do ciebie jakiś
interes.
 Hrabia wyszedł, ale podrzucił ramieniem w sposób Marii dobrze znany: odgadłszy 
myśl okrutnego zazdrośnika, postanowiła pokrzyŜować jego złe zamiary.
 - Powiedz no mi, moje dziecko, jak wyglądam?
 Czym bardzo się zmienił?
 - Ale czy chcesz, sire, dowiedzieć się jak najprawdziwszej prawdy, czy teŜ 
wolisz, Ŝebym cię okłamała?
 - Nie - odpowiedział cicho - chciałbym wiedzieć, jak ze mną jest naprawdę.
 - No to ci powiem, Ŝe dziś jesteś bardzo mizerny.
 Oby tylko ta prawdomówność nie zaszkodziła mojej sprawie.
 - A cóŜ to za sprawa?
 - zagadnął król marszcząc brew i przesuwając dłońmi po czole.
 - OwóŜ, sire - odrzekła - młodzieniec, którego kazałeś pojmać u bankiera 
Korneliusza i który jest obecnie w rękach wielkiego prowota, nie ukradł 
klejnotów elektora bawarskiego.
 - A ty skąd wiesz?
 Maria spuściła głowę i spłonęła rumieńcem.
 - Nie mam juŜ co pytać, czy w tym wszystkim nie tai się miłość - powiedział 
Ludwik XI unosząc łagodnie głowę córki i głaszcząc ją pod brodą.
 - Jeśli, córeczko, nie będziesz spowiadać się co dzień, pójdziesz do piekła.
 - Czy nie mógłbyś mnie zobligować, nie pogwałcając moich utajonych myśli?
 - A cóŜ bym miał wtedy za przyjemność?
 - zawołał król przeczuwając, Ŝe ubawi się setnie tą historią.
 - A czy chcesz, Ŝebym za twoją przyjemność zapłaciła zgryzotą?
 - Ach, ty przechero!
 CóŜ to, nie ufasz ojcu?
 - A więc, ojcze, kaŜ wypuścić tego szlachcica na wolność.
 - Ach, więc to szlachcic?
 - zdziwił się król.
 - Nie Ŝaden czeladnik?
 - To człowiek z pewnością niewinny...
 - odrzekła.
 - Ja zapatruję się na rzecz inaczej - odparł zimno król.
 - Jako najwyŜszy w moim królestwie sędzia winienem karać złoczyńców...
 - E, przestań się burmuszyć i daj mi w podarku Ŝycie tego młodzieńca !
 - A czy nie zaszkodziłbym ci tym samym ?
 - Sire - odrzekła - stateczna jestem i cnotliwa!
 śartujesz tylko...
 - Skoro tak - odparł Ludwik XI - poniewaŜ nic nie rozumiem z tej całej sprawy, 
niechŜe wyświetli ją Tristan...
 Maria de Sassenage pobladła, ale szybko zapanowawszy nad sobą zawołała: - Sire,
zapewniam cię, Ŝe będziesz tego Ŝałował!
 Domniemany złodziej nic nie skradł!
 Jeśli ułaskawisz go na moją prośbę, wyjawię ci wszystko, choćbyś miał mnie 
ukarać.
 - Oho, sprawa staje się powaŜna!
 - mruknął Ludwik XI zdejmując czapkę.
 - Mów, moja córko.
 - A więc - szepnęła przytykając mu wargi do ucha - ten młodzieniec zabawił u 
mnie całą noc.
 - Ale przy tej okazji mógł okraść Korneliusza: przy jednym ogniu upiekł dwie 
pieczenie...
 - Sire, w moich Ŝyłach płynie twoja krew, nie jestem więc na to stworzona, Ŝeby

Strona 23

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

kochać hołysza.
 Ten szlachcic jest siostrzeńcem dowódcy twoich kuszników...
 - To ci dopiero!
 AleŜ trudno cię wyspowiadać, moja pani!...
 To rzekłszy, Ludwik XI odepchnął drŜącą córkę i bezszelestnie podbiegł na 
palcach do drzwi.
 Okno sąsiedniej sali oświetlało odźwiernie od dołu - i w blasku tym król 
dostrzegł cień nóg jakiegoś natręta, padający na posadzkę komnaty.
 Odsunąwszy raptem rygle, przyłapał hrabiego de Saint-Vallier na podsłuchiwaniu.
 - O do diaska!
 - wykrzyknął.
 - To zuchwalstwo zasługuje na topór.
 - Sire - odparł dumnie Saint-Vallier - wolę topór na karku niŜ rogi na głowie!
 - MoŜesz mieć jedno i drugie, mój hrabio - zapewnił Ludwik XI - KaŜdemu z was 
groŜą obie te szkaradne ozdoby, moi panowie.
 Przejdźcie do drugiej sali.
 A ty, Conyngham - zwrócił się do kapitana straŜy - spałeś, czy co ?
 A gdzieŜ to się zawieruszył pan de Bridore?
 I wy pozwalacie, Ŝeby ktoś podchodził tak do moich drzwi?
 Do diaska!
 Ostatni mieszczuch w Tours jest lepiej niŜ ja obsłuŜony.
 Zbesztawszy dworzan, król Ludwik wrócił do swojej komnaty; ale tym razem 
starannie zaciągnął zasłonę z tapiserii wiszącą na drzwiach: tłumiła ona nie 
świst wichury, ale słowa królewskie.
 - A więc, moja córko - podjął rozpocząwszy przyjemne igraszki kota ze schwytaną
myszą - Jerzy dEstouteville przespał się wczoraj z tobą.
 - Nie, sire!
 - Nie?
 O, na świętego Polikarpa!
 ZasłuŜył więc sobie na śmierć.
 Jak to?
 Błazen nie docenił powabów mojej córki?
 - AleŜ docenił, i to jak jeszcze!
 Przysięgam ci, Ŝe całował mi stopy i ręce z takim zapałem, Ŝe zmiękłaby 
najcnotliwsza z kobiet.
 Kocha mnie, lecz i szanuje.
 - Chyba ty mnie masz za świętego Ludwika, wyobraŜając sobie, Ŝe uwierzę w 
podobne brednie!
 Chłop na schwał ryzykowałby Ŝyciem, Ŝeby obcałowywać twoje ciŜemki i rękawy!
 Gadaj to komu innemu!
 - AleŜ to prawda, sire!
 I przyszedł jeszcze z innego względu.
 Wyrzekłszy te słowa Maria uczuła, Ŝe Ŝyciu jej męŜa zagroziło 
niebezpieczeństwo, Ludwik XI bowiem zagadnął natychmiast: - A z jakiegoŜ to?
 Bawił się znakomicie całą tą historią.
 Ani się by spodziewał wynurzeń tak osobliwych, jakie poczyniła mu córka 
wyjednawszy przebaczenie dla męŜa.
 - No, no, panie de Saint-Vallier, krew królewską przelewasz!
 - zawołał, a w oczach zapłonął mu gniew.
 Dzwon zamkowy obwieścił, Ŝe król zasiada do stołu.
 Wsparty na ramieniu córki, Ludwik XI marszcząc brwi ukazał się w progu, ale tym
razem dworzanom nic zarzucić nie mógł.
 Spojrzał z wahaniem na hrabiego de Saint-Vallier namyślając się jeszcze, jaki 
wydać nań wyrok.
 Głęboką ciszę przerwał krok Tristana, prowot wchodził po głównych schodach.
 Zjawiwszy się w sali, podąŜył ku królowi: - Sire, sprawa juŜ zbadana.
 - Jak to, juŜ po wszystkim?
 - spytał król.
 - Więźniem zaopiekowali się teraz mnisi, bo po krótkim przesłuchiwaniu przyznał
się do kradzieŜy.
 Hrabina westchnęła, zbladła, nie potrafiła wydobyć z siebie głosu i tylko 
spojrzała na króla.
 MąŜ, przyłapawszy ją na tym spojrzeniu, mruknął: - Zdradza mnie, zna tego 
złodzieja.
 - Ciszej tam!
 - zawołał król.
 - Jest tu ktoś, kto chciałby mnie zirytować.
 Leć i wstrzymaj egzekucję - zwrócił się do wielkiego prowota.

Strona 24

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 - Odpowiadasz mi za tego przestępcę, łeb za łeb, pamiętaj, mój kumie!
 Sprawę tę naleŜy przefiltrować dokładniej, sam się z nią zapoznam, zastrzegam 
to sobie.
 Na razie wypuść więźnia na wolność!
 Potrafię go odszukać; złodzieje mają swoje ulubione kryjówki, zaszywają się po 
róŜnych norach.
 Uwiadom Korneliusza, Ŝe pod wieczór będę u niego i sam poprowadzę śledztwo.
 Panie de Saint-Vallier - tu wlepił oczy w hrabiego - dowiedziałem się o tobie 
róŜności.
 Cała twoja krew nie zdoła być zapłatą za jedną kroplę krwi mojej, wiesz?
 Na Najświętszą Pannę z Clery!
 Dopuściłeś się zbrodni obrazy majestatu.
 Czy po to dałem ci taką miluchną Ŝonę, Ŝebyś z niej zrobił wychudzoną szkapę?
 A teraz wracaj do domu i szykuj się na długi wojaŜ.
 Tu król urwał na chwilę, powodowany zwykłym sobie okrucieństwem; po czym dodał:
- Wyjedziesz dziś wieczór, aby uładzić moje interesa z panami Wenecjanami.
 Bądź spokojny, Ŝonę twoją zabieram do Plessis dziś jeszcze; z pewnością będzie 
tu bezpieczna.
 Będę się nią opiekował teraz troskliwiej, bom zaniedbał się w obowiązkach ojca,
wydawszy ją za ciebie.
 Na te słowa Maria uścisnęła w milczeniu ojca za rękę, jak gdyby dziękując mu za
łaskawość i przychylność.
 A Ludwik XI śmiał się w kułak.
 Ludwik XI ogromnie lubił mieszać się w sprawy poddanych, chętnie wkraczając z 
królewskim majestatem w Ŝycie mieszczańskie.
 Upodobanie to, przez kilku historyków surowo potępione, było jedynie 
namiętnością do incognita, jedną z największych przyjemności, jakich mogą 
zaznawać władcy, rodzajem chwilowej abdykacji, która pozwala w egzystencję ich, 
mdłą od braku sprzeciwów, wpuścić trochę pospolitego Ŝycia; tylko Ŝe Ludwik XI 
zabawę w incognito uprawiał jawnie.
 W tym rodzaju spotkań okazywał zresztą poczciwość i starał się przypodobać 
ludziom ze stanu trzeciego, których uczynił swoimi sojusznikami w walce z 
feudalizmem.
 Od dawna juŜ nie miał sposobności, Ŝeby pobratać się trochę z ludem, przejąć 
się sprawami prywatnymi kogoś uwikłanego w jakiś proces - z radością więc 
obarczył się niepokojem mistrza Korneliusza i sekretnymi zgryzotami hrabiny de 
Saint-Vallier.
 Kilkakroć więc przy obiedzie zagadywał do córki: - Ale kto mógł okraść mojego 
kuma?
 Przez osiem lat oskubano go na z górą sto dwadzieścia tysięcy dukatów!
 Sto dwadzieścia tysięcy dukatów!
- powtórzył spoglądając na szlachtę, która podawała mu półmiski.
 - Najświętsza Panno!
 IleŜ odpustów moŜna by za to nakupować w Rzymie.
 Mógłbym za to, do diaska, uregulować Loarę albo raczej zdobyć Piemont, bo 
piękna to twierdza i jakby stworzona dla naszego królestwa.
 Po obiedzie Ludwik XI skinął na córkę, lekarza i wielkiego prowota - i pod 
eskortą zbrojnych udał się do pałacu Poitiers, gdzie, zgodnie ze swoimi 
przewidywaniami, zastał jeszcze hrabiego.
 Pan de Saint-Vallier czekał na Ŝonę, umyśliwszy zapewne ją zgładzić.
 - Nakazałem ci, mój panie, Ŝebyś co prędzej ruszał w drogę - ozwał się król.
 - PoŜegnaj się z Ŝoną i spiesz ku granicy pod honorową eskortą, którą ci dodam.
 Instrukcje i listy uwierzytelniające zastaniesz w Wenecji.
 Ludwik XI wydał rozkaz - nie bez kilku tajnych poruczeń - namiestnikowi gwardii
szkockiej, aby ze swoim szwadronem towarzyszył ambasadorowi aŜ do Wenecji.
 Saint-Vallier wyjechał w wielkim pośpiechu, obdarowawszy Ŝonę zimnym 
pocałunkiem, który rad byłby uczynić morderczym, Ludwik XI zaś poszedł do Domu 
Diabła, pilno mu było bowiem wyświetlić ponurą farsę, jaka rozgrywała się u jego
kuma dusigrosza; pochlebiał sobie, Ŝe jako król i człek przenikliwy zarazem 
odkryje tajemnicę złodziei.
 Korneliusz odniósł się nieco trwoŜliwie do towarzyszy swojego pana.
 - A czy tych wszystkich ludzi - szepnął - teŜ mam ugościć ?
 Ludwik XI uśmiechnął się mimo woli, widząc przeraŜenie skąpca i jego siostry.
 - Nie, nie, mój kumie, uspokój się - powiedział.
 - Zjedzą z nami kolację w moim domu, a potem sami przystąpimy do poszukiwań.
 Taki szczwany lis jak ja wykryje zbrodniarza; zakładam się z tobą o tysiąc 
dukatów.
 - Wykryjemy go, sire, ale się nie zakładajmy.

Strona 25

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 I zaraz poszli do gabinetu, w którym lichwiarz trzymał swoje skarby.
 Tu Ludwik XI, obejrzawszy najpierw szufladkę, gdzie były schowane klejnoty 
elektora bawarskiego, a następnie przewód komina, którędy miałby się spuścić 
domniemany złoczyńca, wykazał łatwo Brabantczykowi mylność jego przypuszczeń: w 
palenisku, gdzie co prawda rzadko rozniecano ogień, nie było ani śladu sadzy - a
komin brał początek w części dachu niemal niedostępnej.
 Na koniec po dwóch godzinach poszukiwań, nacechowanych ową szczwaną mądrością, 
jaką odznaczał się nieufny geniusz Ludwika XI, nie ulegało wątpliwości, Ŝe nikt 
nie mógł się zakraść do skarbów królewskiego kuma.
 śadnego śladu włamania nie dostrzeŜono ani w zamkach, ani na Ŝelaznych 
skrzyniach, zawierających złoto, srebro i kosztowności dane w zastaw przez 
majętnych dłuŜników.
 - Jeśli złodziej otwarł tę szufladę - zagadnął Ludwik XI - czemuŜ miałby 
poprzestać jedynie na klejnotach bawarskich?
 Z jakiej racji miałby uszanować ten naszyjnik z pereł?
 Szczególny rabuś!
 Na tę słuszną uwagę dusigrosz pobladł; król i jego kum jęli popatrywać po sobie
dłuŜszą chwilę.
 - A więc, sire, co robił tutaj złodziej, którego chronisz?
 Wałęsał się przecieŜ w nocy po moim domu - powiedział Korneliusz.
 - Skoroś nie zgadł jeszcze, mój kumie, zakazuję ci dociekać tej sprawy; to 
jedna z moich tajemnic.
 - A więc diabeł u mnie harcuje - zmartwił się skąpiec.
 W innych okolicznościach król roześmiałby się moŜe na te słowa, lecz tym razem 
zapadł w zadumę i tylko rzucał na bankiera owe przeszywające na wskroś 
spojrzenia, tak zwykłe u ludzi talentu, którzy dzierŜą władzę; Brabantczyk 
trwoŜył się więc mocno, w obawie, czy nie obraził srogiego pana.
 - Diabeł czy anioł, złoczyńców juŜ mam!
 - zawołał nagle Ludwik XI.
 - Jeśli okradziono cię dziś w nocy, jutro będę wiedział, kto cię okradł.
 Zawołaj no tu tę starą małpę, którą nazywasz swoją siostrą.
 Korneliusz zawahał się niemal, czy zostawić króla samego w swoim skarbcu; ale 
wyszedł zwycięŜony potęgą gorzkiego uśmiechu, który błądził po zwiędłych wargach
króla.
 ChociaŜ ufał mu, wrócił co prędzej wiodąc za sobą staruchę.
 - Masz mąkę?
 - spytał Ludwik XI.
 - O tak, zrobiliśmy juŜ zapas na zimę - odrzekła.
 - No to przynieś - powiedział król.
 - A co chcesz zrobić z naszą mąką, sire ?
 - przeraziła się starucha; majestat królewski nie wywarł na niej Ŝadnego 
wraŜenia, a była w tym względzie podobna wszystkim osobom, które trawi gwałtowna
namiętność.
 - Spełniaj, stara wariatko, rozkaz najmiłościwszego pana!
 - huknął mistrz Korneliusz.
 - CóŜ to, myślisz, Ŝe król nie ma mąki?
 - i kupuj tu piękną mąkę!
 - zrzędziła na schodach.
 - O moja mączko!
 - Zawróciła i rzekła do króla: - Sire, czy to królowi naprawdę przystoi oglądać
moją mąkę?
 Zjawiła się wreszcie dźwigając płócienny worek.
 W workach takich jak świat światem w całej Turenii przynoszą na targ orzechy, 
owoce i zboŜe.
 Z takimiŜ workami wracają z targu nabywcy.
 Worek był w połowie napełniony mąką.
 Gosposia rozchyliła go i lękliwie pokazała mąkę królowi, bodąc go spojrzeniem 
błyskawicznym i dzikim, jakim stara panna rada by zapuścić jad.
 - Po sześć groszy funt - oznajmiła.
 - To nic nie szkodzi - odpowiedział król - posyp nią podłogę.
 Tylko syp starannie, równo, jakby śniegu napadało.
 Stara panna nie zrozumiała.
 Rozkaz ten zdumiewał ją bardziej, niŜby zdziwiła się końcem świata.
 - Moją mąkę, sire...
 rozsypywać...
 po podłodze...
 aleŜ...
 Mistrz Korneliusz pojmując juŜ, aczkolwiek niejasno, zamysł króla, chwycił 

Strona 26

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

worek i począł jego zawartością ostroŜnie posypywać podłogę; starucha zadrŜała i
wyciągnęła rękę, gotowa wyrwać mu worek; a kiedy brat oddał go wreszcie, znikła 
z boleściwym westchnieniem.
 Korneliusz wziął skrzydłak i od ściany jął rozmiatać mąkę, tworząc coś na 
kształt warstewki śniegu; cofał się miarowo, a król szedł za nim, bawiąc się 
setnie tą czynnością.
 Kiedy dotarli do drzwi, Ludwik XI zagadnął swojego kuma: - Masz dwa klucze od 
tego zamka?
 - Nie, sire.
 Król obejrzał mechanizm broniący drzwi, ich potęŜne okucia i sztaby Ŝelazne; 
sercem całego tego urządzenia był zamek otwierany i zamykany sekretnie, do 
którego klucz Korneliusz miał zawsze przy sobie.
 Obejrzawszy wszystko dokładnie, król zawołał Tristana i kazał rozstawić wokół 
domu zbrojną straŜ, ale tak, by nikt dostrzec jej nie mógł - bądź pod morwami, 
ocieniającymi groblę, bądź na dachach domów sąsiednich; rozkazał teŜ zebrać się 
całej eskorcie, która miała mu towarzyszyć do Plessis, aby wyglądało na to, Ŝe u
mistrza Korneliusza wieczerzać nie będzie; skąpcowi zalecił nade wszystko 
pozamykać szczelnie okiennice, Ŝeby na zewnątrz nie przedostał się ani jeden 
promień światła, i przygotować jaki taki posiłek, aby nikomu nie przyszło na 
myśl, Ŝe będzie tutaj nocował.
 Uroczyście odjechawszy groblą, wrócił ukradkiem samotrzeć przez bramę w wałach 
fortecznych do swojego kuma dusigrosza.
 Wszystko poszło tak składnie, Ŝe sąsiedzi, mieszczanie i dworacy myśleli, iŜ 
królowi przyszła fantazja wrócić do Plessis, a dopiero następnego wieczoru 
zjedzie na kolację do bankiera.
 Siostra Korneliusza utwierdziła wszystkich w tym domniemaniu: nabyła bowiem 
tylko pikantny sos u dobrego traktiera zamieszkałego nie opodal rynku 
Warzywnego; placyk ten nazwano później Carroir de Beaune dzięki wspaniałej 
fontannie z białego marmuru, którą nieszczęsny Semblancay (Jacques de Beaune) 
sprowadził z Włoch, aby przyozdobić stolicę swojego kraju.
 * Jacques de Beaune, baron de Semblancay (około 1457-1527) - finansista 
francuski, minister Ludwika XII i Franciszka I, oskarŜony o naduŜycia, zginął na
szubienicy.
 Około ósmej wieczór, kiedy król wieczerzał w kompanii swojego doktora, 
Korneliusza i kapitana straŜy szkockiej i Ŝartując zapomniał, Ŝe jest Ludwikiem 
XI, chorym i niemal umierającym, za oknami panowała jak najgłębsza cisza, a 
przechodnie, czy nawet ów złodziej, mogliby wziąć Dom Diabła za nie zamieszkały.
 - Mam nadzieję - Ŝartował król - Ŝe mojego kuma ktoś okradnie dziś w nocy, aby 
zaspokoić moją ciekawość.
 ToteŜ zapowiadam panom, Ŝeby nikt jutro rano nie opuścił swojego pokoju, dopóki
nie pozwolę.
 Nieposłusznych ukarzę surowo.
 Po czym wszyscy rozeszli się na spoczynek.
 Nazajutrz rano Ludwik XI opuścił pierwszy swoją komnatę i podąŜył do 
Korneliuszowego skarbca; zdziwił się niemało ujrzawszy na schodach i korytarzach
rozsiane ślady czyichś szerokich stóp.
 Bacząc, aby cennych tych śladów nie pozacierać, poszedł pod drzwi dukatowego 
gabinetu, ale zastał je zamknięte i nie noszące Ŝadnych śladów włamania.
 PodąŜył za śladami stóp, ale Ŝe zacierały się stopniowo, a potem nikły całkiem,
nie sposób było odgadnąć, którędy umknął złodziej.
 - He, mój kumie!
- zawołał król.
 - Znów cię ktoś oskubał gładko!
 Na te słowa ukazał się stary Brabantczyk, strwoŜony jak najwyraźniej.
 Ludwik XI pokazał mu ślady na podłodze i obaj poczęli je badać; w pewnej chwili
król, spojrzawszy na papucie skąpca, zauwaŜył, Ŝe forma ich podeszwy odpowiada 
dokładnie tajemniczym śladom.
 Nie wyrzekł jednak ani słowa, a do śmiechu odeszła mu ochota na myśl o 
niewinnych ludziach, których powieszono.
 Skąpiec pomknął do skarbca.
 Król kazał mu umączonym pantoflem zrobić nowy ślad obok śladów juŜ istniejących
i przekonał go, Ŝe złodziejem nie był nikt inny, tylko on sam.
 - Brak mi naszyjnika z pereł!
 - zawołał Korneliusz.
 - Są w tym wszystkim jakieś czary, nie ruszyłem się przecieŜ z pokoju!
 - ZbadajmyŜ to jak najprędzej - powiedział król, a zastanowiła go przy tym 
niewątpliwa prawdomówność Korneliusza.
 Wezwał więc do swojej komnaty straŜników i spytał: - No i cóŜeście tam widzieli

Strona 27

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

nocą?
 - Ach, sire, myśleliśmy, Ŝe to czary!
 - oznajmił namiestnik.
 - Bankier twój, panie, uwijał się po ścianach jak kot, spuszczając się na dół 
tak zwinnie, Ŝe wzięliśmy go zrazu za widmo.
 - Ja!
- wykrzyknął Korneliusz, po czym stanął jak wrośnięty w ziemię, milczący i, 
rzekłbyś, sparaliŜowany.
 - A wy - zwrócił się król do łuczników - idźcie do panów Conynghama, Coyctiera,
Bridorego, a takŜe do Tristana i powiedzcie im, Ŝe mogą juŜ powyłazić z łóŜek.
 Niech tu zaraz przyjdą.
 ZasłuŜyłeś na karę śmierci - rzekł zimno Ludwik XI do Brabantczyka, który 
szczęściem nie usłyszał tych słów.
 - Masz ich na sumieniu co najmniej dziesięciu!
 No tak!
 - Tu Ludwik XI zaśmiał się bezgłośnie i przerwał na chwilę.
 - Ale uspokój się - podjął zauwaŜywszy osobliwą bladość na twarzy skąpca - 
lepszyś do wykrwawienia, niŜ na ubój!
 Wpłacisz mi jakąś grubszą sumkę, Ŝeby powiększyć moje oszczędności, i dzięki 
temu wydostaniesz się z pazurów moich sędziów; ale jeśli nie zbudujesz 
przynajmniej jednej kaplicy na cześć Najświętszej Panny, będziesz przez całą 
wieczność smaŜył się w piekle.
 - Sto dwadzieścia tysięcy dukatów i czterdzieści siedem tysięcy dukatów to 
razem sto sześćdziesiąt siedem tysięcy dukatów - odrzekł machinalnie skąpiec 
pogrąŜywszy się w rachunkach.
 - Skradziono mi sto sześćdziesiąt siedem tysięcy dukatów!
 - Zakopał je pewnie w jakiejś jamie - powiedział król dostrzegając juŜ 
królewskie powaby tej sumy.
 - Oto magnes, który przyciągał go tutaj.
 Czuł swój skarb.
 Wszedł Coyctier.
 Widząc minę Korneliusza, jął obserwować go uczenie, a tymczasem król 
opowiedział, co zaszło.
 - Sire - ozwał się lekarz - w całej tej historii nie ma nic nadprzyrodzonego.
 Nasz dusigrosz ma to do siebie, Ŝe umie chodzić we śnie.
 To juŜ trzynasty przykład tej osobliwej choroby, jaki spotykam.
 Gdybyś, panie, zechciał dla przyjemności obejrzeć jej symptomy, zobaczyłbyś, 
jak ten staruch będzie całkiem bezpiecznie szedł po krawędzi dachu najbliŜszej 
nocy, kiedy chwyci go atak.
 U dwóch badanych przeze mnie ludzi, cierpiących na tę chorobę, zauwaŜyłem 
ciekawy związek między tym Ŝyciem nocnym a ich interesami, czyli tym, czym się 
trudnili na jawie.
 - Ho, ho, uczony jesteś, mistrzu Coyctier!
 - Nie darmo jestem twoim lekarzem, panie!
 - odparł bezczelnie doktor.
 Ludwik XI szybko zsunął czapkę z czoła: był to gest, który zwykł był czynić, 
kiedy przyszedł mu do głowy jakiś dobry pomysł.
 - W tej chorobie - podjął Coyctier po chwili - ludzie robią interesa śpiąc.
 A Ŝe nasz dusigrosz oszczędzać lubi, we śnie oddaje się chyba cichcem temu 
swojemu umiłowanemu nawykowi.
 Według mnie choroba nawiedza go wtedy, jeśli tylko za dnia zdejmie go lęk o 
skarby.
 - Do diaska!
 A cóŜ to za skarb!
 - zawołał król.
 - A gdzie on?
 - zagadnął Korneliusz.
 Osobliwym przywilejem natury ludzkiej słyszał słowa króla i lekarza, choć był 
niemal poraŜony nurtującą go myślą i nieszczęściem.
 - E - podjął Coyctier śmiejąc się rubasznie i z diabelska zarazem - po 
zbudzeniu Ŝaden noktambulik nie pamięta, co robił we śnie.
 - Zostawcie nas - powiedział król.
 Znalazłszy się sam na sam ze swoim kumem, Ludwik XI popatrzył nań szyderczo i 
zimno.
 - Imć panie Hoogworst - ozwał się, kłaniając mu się nisko - wszystkie skarby we
Francji zakopane naleŜą do króla.
 - Tak, sire, wszystko naleŜy do ciebie, jesteś absolutnym panem naszego Ŝycia i
mienia; ale aŜ dotąd w łaskawości swojej brałeś tylko tyle, ile ci było trzeba.

Strona 28

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 - Posłuchaj no, mój kumie: gdybym pomógł ci odszukać twój skarb, mógłbyś ze 
szczerego serca i nie Ŝywiąc obaw podzielić się ze mną.
 - Nie, sire, dzielić się z tobą nie zamierzam, gdyŜ ofiaruję ci wszystko po 
mojej śmierci.
 Ale na jaki, panie, wpadłeś sposób?
 - Wystarczyłoby, Ŝebym cię śledził, kiedy wyruszysz na swoją nocną przechadzkę.
 Kogo innego musiałbyś się lękać.
 - Ach, sire - zawołał Korneliusz rzucając się Ludwikowi XI do kolan - tobie 
jedynie w królestwie mógłbym zaufać, gdybyś raczył wyświadczyć mi tę przysługę.
 A wywdzięczyć się potrafię za dobroć, którą okazałbyś swojemu słudze.
 Doprowadzę do mariaŜu pana delfina z dziedziczką Burgundii, choćbym miał stanąć
na głowie.
 Oto piękny skarb i nie tylko w dukatach, ale włościach, dzięki którym zaokrągli
się juŜ całkiem twoja korona.
 - Terę fere, Flamandzie, albo mnie zwodzisz, alboś dotąd był złym sługą - 
powiedział król marszcząc brew.
 - JakŜe moŜesz wątpić, sire, o moim oddaniu?
 Jesteś, panie, jedynym człowiekiem, którego kocham.
 - Puste frazesy - odparł król wpatrując się w Brabantczyka.
 - Nie powinieneś był czekać na tę okazję, Ŝeby mi być uŜytecznym.
 O, do diaska, on mi chce sprzedać swoją protekcję, mnie, królowi, Ludwikowi XI!
 To moŜe tyś tutaj panem, a ja sługą?
 - Ach, sire - odpowiedział stary dusigrosz - chciałem ci sprawić miłą 
niespodziankę donosząc, Ŝe wyrobiłem ci stosunki z finansistami gandawskimi; 
czekałem tylko na potwierdzenie, które przywiózł czeladnik Oosterlincka.
 Ale cóŜ się z nim stało?
 - Dość!
- powiedział król.
- Nowy błąd.
 Nie lubię, jak się ktoś bez pytania wtrąca do moich spraw.
 Dość!
 Muszę się zastanowić nad tym wszystkim.
 Mistrz Korneliusz, zwinny teraz jak młodzik, pobiegł do parterowej komnaty, 
gdzie siedziała jego siostra.
 - Ach, Joanno, duszko moja droga - zawołał.
 - Mamy tutaj skarb w postaci stu trzydziestu tysięcy dukatów!
 I to ja, ja sam byłem tym złodziejem!
 Joanna Hoogworst zerwała się na równe nogi, jakby siedziała nie na zydlu, lecz 
na rozŜarzonej blasze.
 Wstrząs ten był tak gwałtowny dla starej panny, która od wielu lat wycieńczała 
się dobrowolnymi postami, Ŝe zadrŜała na całym ciele i poczuła straszliwy ból w 
plecach.
 Bladła stopniowo, a twarz jej, gdzie wśród zmarszczek trudno byłoby dostrzec 
jakiekolwiek zmiany, rozpadła się, rzekłbyś, kiedy brat opowiadał o dręczącej go
chorobie i dziwacznej sytuacji, w której znaleźli się oboje.
 - Oszukaliśmy się z królem wzajemnie - zakończył - niby dwaj szarlatani.
 Rozumiesz sama, moje dziecko, Ŝe gdyby mnie śledził, on jeden posiadłby 
tajemnicę skarbu.
 A tylko król moŜe obserwować moje nocne wycieczki.
 Nie wiem, czy sumienie króla, choć mu juŜ trzy ćwierci do śmierci, zdołałoby 
się oprzeć stu trzydziestu tysiącom dukatów.
 Trzeba go wykwitować, wybrać ptaszęta z gniazdka, wysłać cały nasz skarb do 
Gandawy, a ty jedna...
 Korneliusz urwał nagle, waŜąc jakby serce owego władcy, który juŜ w dwudziestym
roku Ŝycia marzył o bratobójstwie.
 Osądziwszy tak Ludwika XI, podniósł się szybko z miejsca, jakby pilno mu było 
uciekać przed niebezpieczeństwem.
 Kiedy się poderwał, siostra jego, zbyt słaba, a moŜe zbyt silna wobec przeŜyć 
tak niespodzianych, padła trupem.
 Mistrz Korneliusz potrząsnął nią gwałtownie, powiadając: - Ani się waŜ teraz 
umierać.
 Będziesz miała na to czas później.
 Oho, to juŜ koniec.
 Stara małpa nie umiała nigdy nic zrobić w porę.
 Zamknął jej oczy i ułoŜył ją na podłodze; ale wtedy wróciły mu wszelkie 
szlachetne i zacne uczucia, utajone na dnie duszy.
 I zapominając niemal o swoim skarbie, wyrzekł z boleścią: - Moja biedna 
towarzyszko, utraciłem więc ciebie, która rozumiałaś mnie tak dobrze.

Strona 29

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 To ty byłaś prawdziwym skarbem.
 Tak, skarbem.
 Z tobą odchodzi ze świata mój spokój i moje uczucia.
 Gdybyś wiedziała, jaki profit przyniosłyby ci jeszcze tylko dwie noce, nie 
umarłabyś na pewno, nie umarłabyś jedynie dlatego, Ŝeby mi sprawić przyjemność, 
moja biedna siostrzyczko!
 Oj, Joanno, sto trzydzieści tysięcy dukatów!
 No, jeśli to nawet cię nie zbudziło...
 to juŜ umarłaś na dobre!
 Usiadł i nie powiedział juŜ nic; ale dwie grube łzy stoczyły mu się po 
zapadłych policzkach; po czym, nawzdychawszy się na róŜne tony, zamknął komnatę 
i poszedł do króla.
 Ludwika XI zaskoczyła boleść, malująca się na mokrych od łez licach starego 
druha.
 - A cóŜ tam znowu ?
 - zagadnął.
 - O, sire, nieszczęścia zawsze chodzą parami.
 Moja siostra umarła.
 Wyprzedziła mnie - dodał wskazując podłogę ruchem mroŜącym krew w Ŝyłach.
 - Dość!
 - uciął Ludwik XI, nie znosił bowiem, jeśli ktoś mówił o śmierci.
 - Czynię cię, panie, moim spadkobiercą.
 Na niczym juŜ mi nie zaleŜy.
 Masz tu moje klucze.
 MoŜesz mnie powiesić, jeśli ci się spodoba, zabierz wszystko, przetrząśnij cały
dom, jest pełen złota.
 Daję ci wszystko...
 - EjŜe, mój kumie - odparł Ludwik XI rozczuliwszy się niemal tym osobliwym 
wyrazem boleści - w jakąś pogodną noc odnajdziemy skarb, a na sam widok tak 
wielkiego bogactwa odzyskasz ochotę do Ŝycia.
 Odwiedzę cię jeszcze w tym tygodniu.
 - Kiedy tylko zechcesz, sire.
 Na te słowa Ludwik XI, zmierzający juŜ ku drzwiom, odwrócił się nagle.
 A wtedy ci dwaj ludzie wymienili spojrzenia, których wyrazu nie odda ani 
pędzel, ani słowo.
 - śegnaj, mój kumie!
 - ozwał się wreszcie Ludwik XI tonem oschłym.
 To rzekłszy naprostował czapkę.
 - Niech Bóg i Najświętsza Panna mają cię, sire, w swojej opiece!
- odpowiedział z pokorą dusigrosz odprowadzając króla.
 Po długoletniej przyjaźni wyrosła między tymi ludźmi bariera pieniądza i 
nieufności, chociaŜ porozumiewali się zawsze przedtem w rzeczach pieniądza i 
nieufności; ale znali się wzajem tak dobrze i jeden drugiego nawykł był 
przenikać tak dalece, Ŝe król musiał odgadnąć z tonu, jakim Korneliusz wyrzekł 
owo nierozwaŜne: "Kiedy tylko zechcesz, sire", odrazę, którą owa wizyta 
przepoiłaby bankiera, podobnie jak w owym królewskim: "śegnaj, mój kumie", 
bankier poznał wypowiedzenie wojny.
 ToteŜ Ludwik XI i jego dusigrosz rozstali się nader zaambarasowani, nie 
wiedząc, jaką przyjdzie obrać im taktykę.
 Monarcha posiadł tajemnicę Brabantczyka, ale Brabantczyk mógł dzięki swoim 
stosunkom zapewnić najpiękniejszy podbój, jakiego kiedykolwiek zdołałby dokonać 
król Francji - podbój włości naleŜących do dynastii burgundzkiej, włości, na 
które mieli podówczas chrapkę wszyscy europejscy królowie i ksiąŜęta.
 MariaŜ sławnej Małgorzaty zaleŜał od jej otoczenia składającego się z 
Gandawczyków i Flamandów.
 Złoto i wpływy Korneliusza byłyby potęŜną podporą w rokowaniach, jakie wszczął 
Desquerdes, generał, któremu Ludwik XI powierzył dowództwo nad wojskami 
stacjonującymi na granicy belgijskiej.
 Dwóch tych lisów nad lisy przypominało więc dwóch pojedynkowiczów, których siły
mógłby zneutralizować tylko przypadek.
 JakoŜ czy od opisanego tu ranka pogorszyło się zdrowie Ludwika XI, czy teŜ 
mistrz Korneliusz przyczynił się, aby Małgorzata Burgundzka zjechała do Francji 
- a stanęła ona rzeczywiście w Amboise w lipcu 1438 roku - i poślubiła delfina, 
któremu wręczyła pierścień zaręczynowy w kaplicy zamkowej, dość, Ŝe król swojego
bankiera nie obłoŜył grzywną ani teŜ nie wszczął przeciw niemu dochodzeń 
sądowych; ale pozostawali wobec siebie na stopie zbrojnej przyjaźni.
 Szczęściem dla dusigrosza po Tours rozeszła się plotka, Ŝe złodziejką była jego
siostra i Ŝe to Tristan dyskretnie ją zgładził.

Strona 30

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 W przeciwnym razie, gdyby poznano całą prawdę, w mieście rozpętałyby się 
rozruchy i zburzono by Dom Diabła, zanim król zdąŜyłby interweniować.
 O ile jednak wszystkie te domniemania historyczne posiadają pewien fundament, 
co się tyczy neutralności, jaką zachowywał Ludwik XI, inaczej rzecz się miała z 
mistrzem Korneliuszem Hoogworstem.
 Kilka dni, które nastąpiły po tym fatalnym poranku, dusigrosz spędził wśród 
ustawicznych zatrudnień.
 Podobny drapieŜnemu zwierzęciu zamkniętemu w klatce, kręcił się po domu, węszył
złoto we wszystkich kątach, badał kaŜdą szparę, ostukiwał mury, upominał się o 
swój skarb u drzew ogrodowych, u fundamentów domu, u dachów na wieŜyczkach, u 
ziemi i nieba.
 Często wystawał godzinami, ogarniając okiem wszystko jednocześnie i 
zapuszczając wzrok w próŜnię.
 Uciekając się do cudownych zjawisk ekstazy mistycznej i do potęgi 
czarnoksięŜników, usiłował przeniknąć przestrzeń albo ziemską powłokę, aby 
dojrzeć swoje skarby.
 Zaprzątała go wciąŜ myśl przygnębiająca, Ŝarła go Ŝądza, która pali trzewia - 
ale najbardziej Ŝarł go odradzający się wciąŜ niepokój zmagań z samym sobą, a 
trawił go od czasu, kiedy jego namiętność do złota obróciła się przeciw samej 
sobie; był to rodzaj nie dokończonego samobójstwa, które zawierało całą boleść 
Ŝycia i całą boleść śmierci.
 Nigdy jeszcze występek nie zwarł się z samym sobą w uścisku bardziej duszącym; 
albowiem skąpiec, który przez nieobaczność zamknie się w podziemnym lochu, gdzie
spoczywa jego złoto, moŜe jak Sardanapal dostąpić radości umierania w sercu 
swoich bogactw.
 Ale Korneliusz, złodziej i okradziony zarazem, nie znał sekretu ani złodzieja, 
ani okradzionego, posiadał swój skarb i nie posiadał go: tortura całkiem nowa, 
nader dziwaczna, lecz nieodmiennie potworna.
 Czasami, tracąc pamięć, pozostawiał otworem swoje drzwi, a wtedy przechodnie 
oglądali tego człowieka, chudego jak szkielet, który siedział w kucki pośrodku 
zapuszczonego ogrodu, siedział nieruchomo, rzucając gapiom spojrzenie szkliste, 
ale przesycone światłem nieznośnym i mroŜącym trwogą.
 Jeśli przypadkiem pokazał się na ulicach Tours, moglibyście go wziąć za 
cudzoziemca; nigdy nie wiedział, gdzie jest, i nigdy nie wiedział, czy świeci 
słońce, czy księŜyc.
 Często pytał przechodniów o drogę myśląc, Ŝe jest w Gandawie, i wciąŜ jakby 
szukał swojego utraconego skarbu.
 Idea najbardziej Ŝywotna i najbardziej skonkretyzowana spośród wszystkich 
ludzkich idei, idea, dzięki której człowiek wyobraŜa sobie samego siebie, 
tworząc na zewnątrz ową istotę czysto fikcyjną, którą nazywamy własnością, ów 
demon moralny wpijał mu co chwila ostre pazury w serce.
 Po czym wśród katuszy wyrastał Lęk ze wszystkimi uczuciami, które słuŜą mu za 
orszak.
 W istocie zaś dwóch ludzi znało jego sekret, ów sekret, którego on sam nie 
znał.
 Ludwik XI albo Coyctier mogli nasłać ludzi, którzy, śledząc jego wędrówki 
nocne, poznaliby ową tajemniczą dlań otchłań, w którą rzucał bogactwa, zalewając
je krwią niewinnych; gdyŜ obok lęków czuwały równieŜ wyrzuty.
 Aby nikt za Ŝycia nie wydarł mu nieznanego skarbu, Korneliusz przez kilka dni 
po katastrofie środkami jak najostrzejszymi usiłował walczyć ze snem; następnie,
dzięki stosunkom handlowym, sprokurował sobie jak najpotęŜniejsze antynarkotyki.
 Straszliwe musiały być jego czuwania; zmagał się samotnie z nocą, ciszą, 
wyrzutami, trwogą, z wszelkimi myślami, które człowiek upersonifikował 
najtrafniej, moŜe instynktownie posłuszny w tym prawdzie moralnej, na którą nie 
istnieją jeszcze dowody materialne.
 W końcu ten człowiek tak potęŜny, to serce zobojętniałe wśród Ŝycia 
politycznego i handlowego, ten geniusz nie znany historii musiał ulec 
potworności tortur, które stworzył sam sobie.
 Zabity kilkoma myślami zjadliwszymi od tych, jakim opierał się aŜ dotąd, 
poderŜnął sobie gardło brzytwą.
 Śmierć ta zbiegła się niemal ze śmiercią Ludwika XI, toteŜ lud zrabował Dom 
Diabła nic nie pozostawiwszy.
 Kilku starców z Turenii utrzymywało, Ŝe pewien restaurator nazwiskiem Bonier 
znalazł skarb dusigrosza i posłuŜył się nim, Ŝeby rozpocząć budowę Chenonceaux, 
zamku cudownego, który, chociaŜ królowie francuscy byli bardzo bogaci, a Diana 
de Poitiers, jak równieŜ jej rywalka, Katarzyna Medycejska, miały w budowlach 
wielkie upodobanie, do dziś pozostał nie wykończony.
 Szczęściem dla Marii de Sassenages, pan de Saint-Vallier umarł, jak wiadomo, na

Strona 31

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

swoim ambasadorstwie.
 Lecz nie wygasł ów ród.
 Hrabina po wyjeździe hrabiego powiła syna, który w historii francuskiej wsławił
się pod rządami Franciszka I.
 Został ocalony przez swoją córkę, słynną Dianę de Poitiers, z nielegalnego łoŜa
prawnuczkę Ludwika XI, która została nielegalną małŜonką, najukochańszą metresą 
Henryka II; bękarctwo bowiem i miłość były w tym szlachetnym rodzie dziedziczne!
 Na zamku Sache, listopad-grudzień 1831.
 
 
 ELIKSIR śYCIA.
 PrzełoŜył JULIAN ROGOZINSKI.
 
 
 DO CZYTELNIKA.

 Na początku kariery literackiej autora pewien przyjaciel, dziś juŜ od dawna 
nieŜyjący, podsunął mu temat niniejszego Studium, który to motyw autor odnalazł 
później w zbiorze wydanym na początku bieŜącego stulecia, i wedle jego 
przypuszczeń jest to fantazja, którą zawdzięczamy Hoffmannowi z Berlina, 
ogłoszona w jakimś niemieckim kalendarzu, a na skutek przeoczenia edytorów do 
zbiorowych dzieł owego pisarza nie włączona.
 * Ernst Theodor Amadeus Hoffmann (1776—1822) — przedstawiciel romantyzmu 
niemieckiego, pisarz, malarz i muzyk, autor m.in. „Opowieści fantastycznych".
W "Komedii ludzkiej" od tylu pomysłów się roi, Ŝe autor moŜe przyznać się do 
niewinnego zapoŜyczenia; naśladując zacnego pana La Fontaine, potraktował je 
zresztą na własny sposób, nie wiedząc, jaki powyŜszej historii kształt niegdyś 
nadano.
 * August Heinrich Lafontaine (1758—1831) — pisarz niemiecki, autor 
sentymentalnych powieści z Ŝycia mieszczańskiego.
Nie jest to jeden z owych fartów, modnych w 1830 roku, okresie, kiedy kaŜdy z 
autorów okropnościami straszył, aby sprawić przyjemność młodym pannom.
 Jeśli zastanowicie się nad problemem don Juana, eleganckiego ojcobójcy, 
spróbujcie odgadnąć, jak zachowaliby się w identycznych prawie okolicznościach 
uczciwi ludzie, którzy w dziewiętnastym wieku czerpią zasoby z doŜywotniej 
renty, ci, którzy opierają swą przyszłość na czyjejś chorobie albo wynajmują dom
starej kobiecie na resztę jej dni.
 Czy wskrzesiliby dobroczyńców, po których mają otrzymać spadek ?
 Chciałbym, aŜeby zaprzysięŜeni wagmistrze ludzkiego sumienia orzekli, jak 
daleko sięga podobieństwo między don Juanem a ojcami rodzin, którzy obmyślają 
małŜeństwa swoich dzieci, biorąc pod uwagę widoki na spadek.
 Azali społeczność ludzka, idąca, jeśli wierzyć kilku filozofom, drogą postępu, 
ocenia sztukę czekania na śmierć bliźniego jako jeden krok naprzód w kierunku 
dobra ?
 Umiejętność ta stworzyła róŜnorakie a szacowne fachy, dzięki którym Ŝyjemy z 
cudzej śmierci.
 Istnieją osoby stałe liczące na czyjś zgon, które wysiadują nieboszczyka niby 
kwoka kurczęta, kucają kaŜdego poranka nad trupem, a wieczorem czynią sobie zeń 
poduszkę; to zastępcy biskupów, kardynałowie, urzędnicy nadetatowi, ludzie 
ubezpieczeni systemem tontyny etc.
 Przydajcie do nich obywateli o wraŜliwej duszy, pragnących nabyć realność, a 
nie rozporządzających odpowiednimi środkami, ludzi zacnych raczej, którzy jednak
obliczają logicznie i na zimno, jak długo siedemdziesięcioletnia teściowa lub 
osiemdziesięcioletni ojciec wyŜyć jeszcze zdołają, ludzi, co mówią: "Zanim 
upłyną trzy lata, dostanę oczywiście spadek, a wtedy"...
 Bardziej brzydzimy się szpiegiem niŜli mordercą.
 Morderca uległ moŜe odruchowi szaleństwa, okazuje niekiedy skruchę, 
szlachetnieje.
 Ale szpieg jest zawsze szpiegiem ; jest szpiegiem w łóŜku, przy stole, na 
spacerze, w dzień i w nocy; jest obrzydliwy o kaŜdej porze dnia.
 KimŜe byłby morderca o szkaradnej naturze szpiega?
 A czyŜ nie dostrzegliście w łonie społeczeństwa tłumu ludzi przywiedzionych 
naszymi obyczajami i moralnością do ustawicznego myślenia o śmierci bliskich, do
poŜądania owej śmierci!
 Medytują nad ceną trumny, targując się o kaszmir dla swoich małŜonek, wchodząc 
na stopnie teatrów, wybierając się na spektakl do teatru Bouffons, marząc o 
kupnie powozu.
 Mordują w momencie, kiedy najdroŜsze stworzenia, urzekające niewinnością, 

Strona 32

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

nadstawiają im wieczorem dziecięcego czoła do pocałunku, mówiąc: "Dobranoc, 
papciu"!
 Widzą o kaŜdej godzinie oczy, które zamknąć by chcieli, a te oczy otwierają się
co rano do słońca, jak w niniejszym studium oczy Bekidera.
 Bóg jeden zna liczbę ojcobójstw, które oni w myśli popełniają!
 Wyobraźcie sobie człowieka, co zobowiązał się wypłacać tysiąc dukatów 
doŜywotniej renty jakiejś staruszce: oboje mieszkają na wsi, przedzieleni 
strumieniem, ale nawzajem dość sobie obcy, Ŝeby nienawidzić się serdecznie, nie 
uchybiając jednocześnie takim ludzkim konwenansom, jakie nakładają maskę na 
twarze dwóch braci, z których jeden wyŜmie majorat, a drugi legitymę.
 Cała cywilizacja europejska opiera się na SCHEDZIE, prawo spadkowe jest jej 
osią i szaleniec tylko usiłowałby je znieść; moŜna by jednak, tak samo jak w 
maszynach będących dumą naszego stulecia, udoskonalić to najwaŜniejsze koło!
 Autor zachował tę starą formułę "Do czytelnika" w dziele, któremu usiłuje nadać
wszelki kształt literacki, z tego tylko względu, aby móc umieścić komentarz 
tyczący kilku studiów, osobliwie zaś powyŜszego.
 KaŜdy z jego utworów opiera się na mniej lub więcej nowych pomysłach, których 
wyraz autorowi poŜytecznym się wydaje.
 Autor moŜe przyznać pierwszeństwo pewnym formom i myślom, które do dziedziny 
literackiej przeszedłszy stały sie pospolitymi.
 Daty pierwszego opublikowania kaŜdego studium nie powinny być obojętne 
czytelnikowi, który ową pracę sprawiedliwie ocenić zechce.
 Lektura zjednuje nam nieznanych przyjaciół, a czytelnik to przyjaciel nie lada!
 Mamy znajomych przyjaciół, którzy nie czytują nas wcale !
 Autor mniema, Ŝe spłacił swój dług dedykując ten utwór DIIS IGNOTIS.
 *  Diis  ignotis (łacińskie) — bogom nieznanym.

 
 Działo się to zimowego wieczoru w jednym z przepysznych pałaców Ferrary.
 Don Juan Belvidero podejmował lukullusową ucztą pewnego księcia z familii 
dEste.
 Biesiada taka naleŜała podówczas do cudownych spektakli, które tylko dzięki 
królewskim bogactwom albo potędze magnata urządzać było moŜna.
 Przy stole, jarzącym się od wonnych świec, siedem wesołych kobiet rozwodziło 
ucieszne i miłe dyskursa, a tłem w tym obrazie były arcydzieła sztuki, których 
biały marmur, odcinając się od ścian pokrytych czerwonym stiukiem, kontrastował 
z kosztownymi tureckimi dywanami.
 Odziane w atłas, lśniące od złota, obsypane klejnotami, których blask zanikał 
wobec ich oczu, rozprawiały o namiętnościach gwałtownych, ale i tak róŜnorakich,
jak rozmaite były typy urody owych dam.
 Natomiast myśli ich i słowa były podobne; wyraz twarzy, spojrzenie, gesty lub 
akcent słuŜyły tym rozmowom za komentarz - rozpustny, lubieŜny, melancholijny 
albo drwiący.
 Jedna zdawała się mówić: "Moja piękność umie zagrzewać wyziębłe serca starców".
 Druga: "Lubię, wylegując się na poduszkach, upajać się myślą o tych, którzy 
mnie wielbią".
 Trzecia, nowiejuszka będąca na takich zabawach, chciała się rumienić: - W głębi
mojego serca tają się wyrzuty!
- powiadała.
 - Jestem katoliczką, boję się piekła.
 Ale tak cię kocham, tak mocno i czule, Ŝe dla ciebie wieczności wyrzec się 
mogę.
 Czwarta, wychylając kielich wina z Chios, zawołała: - Wiwat uciechy!
 O kaŜdym świtaniu rozpoczynam nowe Ŝycie!
 Niepomna na przeszłość, pijana jeszcze wczorajszą rozpustą, co wieczór słodycz 
szczęścia do dna wypijam.
 Egzystencję moją miłość wypełnia.
 Kobieta siedząca obok Belvidera ogarniała go rozpłomienionym spojrzeniem.
 Milczała.
 "Bravi na prośbę zdradzonej kobiety zabijają niewiernego kochanka, ale ja bym 
się do nich nie zwróciła"!
 * Bravi (włoskie) — najemni mordercy.
 Potem roześmiała się; ale jej ręka nerwowa i nieopanowana gniotła złote 
puzderko, przecudnie rzeźbione.
 - A kiedyŜ to zostaniesz wielkim księciem?
 - ozwała się szósta do pana dEste; błysnęła zębami niby drapieŜne zwierzę, a 
oko jej zaszło mgłą bachicznego szału.
 - A kiedyŜ to umrze twój ojciec?

Strona 33

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 - spytała siódma śmiejąc się w głos i ruchem pełnym upajającej swawoli rzuciła 
bukiet don Juanowi.
 Była niewinną dziewczyną, przywykłą Ŝartować z tego, co najświętsze.
 - Ach!
 nie mówcie mi o tym - zniecierpliwił się młody i piękny don Juan Belvidero.
 Jeden jest ojciec przedwieczny na świecie i nieszczęście chciało, Ŝe to mnie 
się on trafił.
 Wszyscy krzyknęli, grozą zdjęci: siedem kurtyzan z Ferrary, przyjaciele don 
Juana, a nawet ksiąŜę.
 W dwieście lat później, i to pod rządami Ludwika XV, taki koncept rozśmieszyłby
wykwintną kompanię.
 A moŜe na początku orgii umysły zbyt wiele jeszcze przytomności zachowały?
 Mimo ognia świec, krzyków namiętności, lśnienia złotej i srebrnej zastawy, 
oparów wina, mimo widoku najbardziej zachwycających kobiet, istniała moŜe 
jeszcze na dnie tych serc odrobina owego wstydu wobec boskich i ludzkich spraw, 
wstydu, który walczy, dopóki orgia nie zatopi go pod ostatnimi falami musującego
wina.
 Ale kwiaty były juŜ pogniecione, oczy zasnuwało ogłupienie, a pijaństwo 
sięgnęło, jak powiada Rabelais, aŜ do pięt.
 W owym momencie, kiedy zapanowała cisza, drzwi się otwarły, a Bóg, który dał 
znać o sobie na uczcie Baltazara, ukazał się teraz pod postacią starego sługi o 
siwych włosach, drŜącym ciele i zmarszczonych brwiach: wszedł zasmucony, potępił
spojrzeniem wieńce, puchary ze złoconego srebra, piramidy owoców, wspaniałość 
bankietu, twarze, szkarłatem zdziwienia oblane, i kolory poduszek wymiętych 
białymi ramionami kobiet; na koniec spowił tę rozpustną zabawę kirem, wymawiając
głucho ponure słowa: - Panie, twój ojciec kona.
 Don Juan powstał i uczynił gest, który moŜna by wyrazić zdaniem: "Wybaczcie, 
mili goście, ale to nie co dzień się zdarza".
 Śmierć ojca nieraz juŜ zaskoczyła młodych ludzi wśród splendorów Ŝycia i 
szaleństw orgii.
 Śmierć jest równie nieobliczalna w swoich kaprysach, jak kurtyzana w sympatiach
i antypatiach swoich; ale jest od kurtyzany wierniejsza, albowiem nie zawiodła 
jeszcze nikogo.
 Kiedy don Juan, zamknąwszy drzwi sali, kroczył równie długą, jak zimną i ciemną
galerią, usiłował przybrać teatralną pozę: pamiętając o roli syna, odrzucił 
wesołość razem z serwetką.
 Noc była czarna.
 Milczący sługa, który młodzieńca do komnaty umierającego prowadził, lichym 
kagankiem oświecał drogę, a dzięki temu Śmierć, wspomagana przez zimno, ciszę, 
ciemności, a moŜe i przez reakcję na oszołomienie winem, zdołała przemycić do 
duszy tego hulaki jakąś myśl powaŜniejszą: zastanowił się nad swoim Ŝyciem i jął
dumać, niczym ktoś udający się na proces do trybunału.
 Bartolommeo Behridero, ojciec don Juana, był dziewięćdziesięcioletnim starcem, 
który większą część Ŝycia strawił na spekulacjach handlowych.
 PodróŜując często po magicznych krainach Wschodu, zgromadził olbrzymie bogactwa
i wiadomości szacowniejsze, jak powiadał, niŜ diamenty i złoto, o które wtedy 
nie troszczył się wcale.
 "Wolę ząb od rubina, a władzę od wiedzy" - zwykł mawiać z uśmiechem.
 Ów dobry ojciec lubił, kiedy don Juan rozprawiał przy nim o wybrykach młodości,
i odzywał się drwiąco, dając synowi złoto: "Moje drogie dziecię, masz popełniać 
tylko takie głupstwa, które cię zabawią".
 Był jedynym starcem, który, patrząc na młodzieńca, doznawał ukontentowania: 
miłość ojcowska, w tak świetne zapatrzona Ŝycie, pozwalała Bartolommeowi 
zapominać o sędziwym wieku.
 Oszukiwał sam siebie.
 W sześćdziesiątym roku Ŝycia Belvidero zakochał się w aniele słodyczy i urody.
 Don Juan był jedynym owocem tej spóźnionej a krótkotrwałej miłości.
 Od piętnastu lat poczciwiec opłakiwał swoją najdroŜszą Juanę.
 W owej boleści liczni słudzy i syn dopatrywali się przyczyny osobliwych 
nawyków, którym hołdował starzec.
 Schroniwszy się w najbardziej niewygodnym skrzydle pałacu, Bartolommeo 
pokazywał się rzadko, a syn tylko za specjalnym zezwoleniem mógł wchodzić do 
apartamentów ojca.
 Kiedy ów dobrowolny pustelnik przechadzał się po swym pałacu albo po ulicach 
Ferrary, wydawał się szukać czegoś; kroczył pogrąŜony w zadumie, niezdecydowany,
obcy światu, jak człowiek zmagający się z myślą albo wspomnieniem.
 Młodzieniec urządzał wspaniałe zabawy, pałac rozbrzmiewał okrzykami jego 
radości, konie parskały na dziedzińcach, na schodach kłócili się paziowie grając

Strona 34

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

w kości, a Bartolommeo jadał co dzień siedem uncji chleba, który popijał wodą.
 Prosił czasem o trochę drobiu, ale tylko po to, Ŝeby raczyć kośćmi czarnego 
pudla, wiernego towarzysza.
 Nie skarŜył się nigdy na hałasy.
 Jeśli chorował, a dźwięk rogu i szczekanie psów sen mu przerwały, powiadał bez 
gniewu: "A, to wraca don Juan"!
 Nikt nie widział na tym świecie równie ustępliwego i wyrozumiałego ojca; toteŜ 
młody Belvidero przywykł obchodzić się ze starym bezceremonialnie i odznaczał 
się wszystkimi wadami rozpieszczonych dzieci; odnosił się do Bartolommea tak, 
jak kapryśna ladacznica traktuje starego galanta: za swe impertynencje wypłacał 
uśmiechem, sprzedawał dobry humor i pozwalał się kochać.
 Odtwarzając teraz w myśli obraz młodych lat, don Juan spostrzegł, Ŝe trudno 
byłoby znaleźć jakąkolwiek skazę na dobroci ojca.
 Sumienie odezwało się na dnie serca i, posłyszawszy ów zresztą słaby głos, 
młodzieniec, przechodzący w tym momencie przez galerię, uczuł, Ŝe gotów jest 
niemal wybaczyć rodzicowi tak długie Ŝycie.
 Powracał do sentymentów miłości synowskiej, niby złodziej, który staje się 
człowiekiem uczciwym, gdyŜ wkrótce pocznie korzystać z godziwie skradzionego 
miliona.
 Po chwili minął wysokie i zimne sale, z których składały się ojcowskie 
apartamenty.
 Wstrząsnął nim dreszcz, gdyŜ atmosfera była tu przesycona wilgocią, nabrał w 
płuca gęstego powietrza, zakrztusił się stęchlizną buchającą ze starych 
gobelinów i zakurzonych szaf, wszedł do staroświeckiej komnaty ojca i zatrzymał 
się obok prawie wygasłego kominka, przed cuchnącym szkaradnie łoŜem.
 Lampa, na gotyckim stole umieszczona, rzucała chybotliwe światło, rozlewające 
się to silniej, to słabiej po łoŜu, a wskutek tego co moment odmieniające wygląd
twarzy starca.
 Zimny wiatr gwizdał w szparach nie domkniętych okien; śnieg z suchym szelestem 
chłostał witraŜe.
 Ów obraz kontrastował tak przejmująco z obrazem uczty, Ŝe don Juan nie zdołał 
opanować drŜenia.
 A potem wstrząsnął nim lodowaty dreszcz, w tej bowiem chwili, kiedy zbliŜał się
do wezgłowia, dość gwałtowny strumień światła, podmuchem wiatru wywołany, 
ogarnął głowę ojca: rysy ulegały juŜ zmianom, skóra, przylepiona mocno do kości,
nabrała zielonawych odcieni, które biel poduszki jeszcze okropniejszymi czyniła;
z ust na pół otwartych, wykrzywionych bólem i bezzębnych, dobywały się jeszcze 
westchnienia, pełne ponurej energii, wzmacnianej wyciem śnieŜycy.
 A mimo tych objawów rozkładu głowa starca przytłaczała charakterem o 
niewiarygodnej potędze.
 Pod tą czaszką wielki duch zmagał się ze śmiercią.
 Oczy, zapadłe na skutek choroby, patrzyły w jeden punkt z osobliwym uporem.
 Zdawało się, Ŝe Bartolommeo starał się zabić owym gasnącym spojrzeniem 
nieprzyjaciela, który czyhał u stóp łoŜa.
 Uparte i zimne spojrzenie tym mocniej przeraŜało, Ŝe głowa zachowała 
nieruchomość na podobieństwo czaszki zdobiącej stół lekarza.
 Wygląd modelujących się pod prześcieradłem członków świadczył, Ŝe ciało starca 
juŜ w tę samą zapadło drętwotę.
 Wszystko umarło prócz oczu.
 GdyŜ i bełkot starca przypominał juŜ urywane dźwięki mechanicznej zabawki.
 Don Juana zdjęło uczucie mające w sobie coś ze wstydu: staje przed łoŜem 
konającego ojca ustrojony kwiatami od kurtyzany, przynosząc zapachy uczty i 
wonie wina.
 - Bawiłeś się!
 - zawołał starzec widząc Juana.
 W tymŜe momencie lekki i czysty głos śpiewaczki, który zachwycał biesiadników, 
wzmocniony akompaniamentem wioli, zapanował nad chrapliwym wyciem huraganu i 
rozbrzmiał w tej Ŝałobnej komnacie.
 Okrutne było to potwierdzenie i don Juan wolałby go nie usłyszeć.
 Bartolommeo powiedział: - Nie mam do ciebie Ŝalu, moje dziecko.
 Te jakŜe łagodne słowa dźgnęły don Juana w serce, nie wybaczył ojcu dotkliwej 
dobroci.
 - Okropny to dla mnie wyrzut, drogi ojcze!
 - rzekł obłudnie.
 - Biedny Juanino - podjął umierający, a głos jego dźwięczał głucho.
 - Byłem zawsze taki pobłaŜliwy dla ciebie, Ŝe chyba nie Ŝyczysz sobie mojej 
śmierci?
 - Och - zawołał don Juan - gdybyŜ to było moŜliwe przywrócić ci Ŝycie, ojcze, 

Strona 35

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

oddałbym część Ŝycia mojego!
 ("Takiego oświadczenia złoŜyć nie zaszkodzi - pomyślał hulaka - równie dobrze 
mógłbym ofiarować cały świat kochance")!
 - Ledwie dokończył tej myśli, kiedy stary pudel zaszczekał.
 Don Juan zadrŜał na głos mądrego zwierzęcia, w mniemaniu, Ŝe pies go zrozumiał.
 - Wiedziałem doskonale, mój synu, Ŝe mogę liczyć na ciebie - ozwał się 
umierający.
 - Będę Ŝył.
 Ukontentuję cię, Juanie.
 Będę Ŝył, nie odebrawszy ci ani jednego z owych dni, które naleŜą do ciebie.
 "Majaczy" - pomyślał don Juan.
 A potem rzekł głośno: - Oczywiście, drogi ojczulku, będziesz Ŝył tak samo jak 
ja, gdyŜ twój obraz na zawsze pozostanie w moim sercu.
 - Nie chodzi o takie Ŝycie - odparł starzec zbierając siły, aby unieść się na 
poduszkach: nurtowało w nim teraz jedno z owych podejrzeń, które tylko u 
wezgłowia konających się rodzą.
 - Słuchaj, mój synu - podjął głosem na skutek owego szamotania osłabłym - nie 
mam ochoty umierać, tak samo jak ty nie chciałbyś się wyrzec kochanek, wina, 
koni, sokołów, psów i złota.
 "No chyba"!
 - pomyślał znowu syn i klękając ucałował strupiałą juŜ dłoń Bartolommea.
 - Ale - oznajmił głośno - trzeba, mój ojcze, najdroŜszy ojcze, poddać się woli 
boŜej.
 - Bóg...
 to ja - odburknął starzec.
 - Nie bluźnij!
 - wykrzyknął młodzieniec widząc groźny wyraz, jaki przybrała twarz ojca.
- Wystrzegaj się bluźnierstw!
 Przyjąłeś Ostatnie Namaszczenie, a ja byłbym niepocieszony, gdybym cię zobaczył
umierającego w grzechu!
 - Chcesz mnie wysłuchać?
 - spytał Bartolommeo szczękając zębami.
 Don Juan umilkł.
 Zapanowała okropna cisza.
 Poprzez wycie wichury pomieszanej ze śniegiem przeniknęły znowu akordy wioli, 
słabe jak rodzący się dzień.
 Konający uśmiechnął się.
 - Dziękuję ci, Ŝeś sprosił śpiewaczki i przywołał muzykantów!
 Uczta, młode i piękne kobiety o mlecznej płci i czarnych włosach!
 Wszystkie uciechy Ŝycia!
 RozkaŜ im zostać - ja się odrodzę!
 - Majaczenia sięgnęły szczytu - rzekł don Juan.
 - Odkryłem lek, dzięki któremu zmartwychwstanę.
 Słuchaj!
 Znajdziesz go w szufladzie tego stołu.
 Otworzysz ją, nacisnąwszy spręŜynę ukrytą pod rzeźbionym gryfem.
 - JuŜ otwarłem, ojcze.
 - Dobrze.
 Weź teraz flakonik z górskiego kryształu.
 - Mam go.
 - Strawiłem dwadzieścia lat na...
 - W tym momencie starzec uczuł, Ŝe koniec się zbliŜa; zebrał przeto całą 
energię, by powiedzieć:- Jak tylko wydam ostatnie tchnienie, natrzesz mnie 
całego tą wodą, a zmartwychwstanę.
 - Mało tego likworu - zauwaŜył młodzieniec.
 Bartolommeo nie mógł juŜ mówić, ale widział i słyszał jeszcze; gdy padły te 
słowa, głowa starca obróciła się z przeraŜającą szybkością w stronę don Juana, 
szyja skręciła się jak u marmurowego posągu, któremu pomysł rzeźbiarza kazał 
spoglądać w bok, a oczy zastygły w ohydnym bezruchu.
 Umarł, umarł straciwszy swoją jedyną, ostatnią iluzję.
 Szukał schronienia w synowskim sercu, a znalazł grób ziejący okropniejszą 
pustką niźli groby, jakie ludzie kopią pospolicie dla swoich umarłych.
 Groza rozczochrała mu włosy, a wysadzone oczy mówiły jeszcze.
 Był to ojciec odwalający z wściekłością grobową płytę, aby domagać się zemsty u
Boga!
 - Ho!
 ho!
 Dziadyga przestał juŜ zipać!

Strona 36

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 - stwierdził don Juan.
 Spieszno mu było obejrzeć tajemniczy flakonik w świetle lampy - podobnie 
zachowuje się pijak zaglądający na dno butelki pod koniec obiadu - nie dostrzegł
więc, Ŝe oczy ojca bielmem się osnuły.
 Pies rozdziawiwszy pysk wpatrywał się na przemian to w zmarłego pana, to w 
eliksir, tak samo jak i don Juan, który bądź na nieboszczyka, bądź na fiolkę 
spozierał.
 Płomień lampy chybotał.
 Panowała głęboka cisza, umilkła wiola.
 Belvidero zadygotał ze strachu, wydało mu się bowiem, Ŝe ciało ojca drgnęło.
 Onieśmielony zmartwiałym, ale oskarŜycielskim wyrazem oczu, zamknął te oczy 
tak, jakby w jesienną noc przymocował okiennicę szarpaną wiatrem.
 Stał nieruchomo, zagubiony w świecie myśli.
 Nagle w tę ciszę wdarł się ostry zgrzyt, skrzypienie zardzewiałej spręŜyny.
 PrzeraŜony don Juan o mało nie upuścił flakonu.
 Pot, zimniejszy niŜ ostrze sztyletu, zrosił mu ciało.
 Kogut z malowanego drzewa wyskoczył na daszek zegara i zapiał trzy razy.
 Był to jeden z owych dowcipnych mechanizmów, które budziły niegdyś uczonych o 
tej godzinie, kiedy rozpocząć naleŜało pracę.
 Świt zaróŜowił juŜ okna.
 Don Juan przetrwał w zadumie dziesięć godzin.
 Stary zegar wierniejszy był panu niŜ syn, który nie kwapił się ze spełnieniem 
obowiązków.
 Ów mechanizm składał się z drzewa, dźwigni, drutów i kółek, a on przecieŜ miał 
inny mechanizm, właściwy ludziom, zwany sercem.
 Bojąc się utraty cennego likworu, sceptyczny don Juan włoŜył flakonik na dawne 
miejsce, do szuflady gotyckiego stołu.
 W owym uroczystym momencie posłyszał z galerii przygłuszone hałasy i szmery: 
był to gwar pomieszanych rozmów, tłumione śmiechy, lekkie stąpanie, szelest 
jedwabiu - taką osobliwą "ciszę" zachowuje wesoła kompania, kiedy usiłuje się 
skupić.
 Drzwi się otwarły, ksiąŜę, przyjaciele don Juana, siedem kurtyzan i śpiewaczki,
wszyscy zjawili się razem, a w ich ubiorze i postawie panował ów dziwaczny 
nieład, jaki dostrzegamy wśród tancerek zaskoczonych światłem dnia, które walczy
z blednącymi ogniami świec.
 Przybyli, Ŝeby, jak obyczaj nakazuje, pocieszyć młodego spadkobiercę.
 - Ho, ho, zdaje się, Ŝe nasz biedny don Juan serio tę śmierć potraktował - 
szepnął ksiąŜę do ucha Brambilli.
 - Bo jego ojciec był wielce poczciwym człowiekiem - odpowiedziała.
 Nocne medytacje zostawiły tak głęboki ślad na obliczu don Juana, Ŝe rozbawiona 
czereda spowaŜniała i umilkła.
 MęŜczyźni zastygli w bezruchu.
 Kobiety, których wargi były wysuszone winem, a policzki nosiły ślady 
pocałunków, uklękły i jęły się modlić.
 Don Juan nie zdołał opanować drŜenia, widząc, jak ta wspaniałość, wesele, 
uśmiech, śpiewy, młodość, słowem: uosobione piękno Ŝycia - korzyło się w obliczu
śmierci.
 Ale w uroczych Włoszech rozpusta i religia tworzyły naonczas tak dobraną parę, 
Ŝe religia była rozpustą, a rozpusta religią!
 KsiąŜę uścisnął serdecznie dłoń don Juana; a potem wszystkie te twarze ustroiły
się w ten sam wyraz na pół smutny i na pół obojętny, zniknęły koszmary i sala 
opustoszała.
 Był to właśnie obraz Ŝycia!
 Na schodach ksiąŜę powiedział do Rivabarelli: - No i cóŜ!
 Kto by się tego spodziewał po don Juanie!
 Nic niby nie szanował, a było to fanfaronadą: kochał ojca!
 - Postrzegłeś, ksiąŜę, tego czarnego psa?
 - spytała Brambilla.
 - AleŜ on teraz jest bogaty!...
 - westchnęła Bianca Cavatolino.
 - Wielkie rzeczy!
 - zawołała dumna Varonese, ta, która zgniotła puzderko.
 - Co ty pleciesz!
 - obruszył się ksiąŜę.
 - Ze swoimi dukatami jest takim samym księciem jak ja.
 Kołysany wielką mnogością myśli, don Juan nie wiedział zrazu, co uczynić 
wypada.
 Obejrzawszy skarb - swoją schedę po rodzicu, wrócił wieczorem do komnaty 

Strona 37

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

nieboszczyka, z duszą potwornym egoizmem nabrzmiałą.
 Zastał w apartamentach zmarłego całą słuŜbę, przygotowującą i zdobiącą 
wspaniały katafalk, na którym miało być wystawione wśród świateł, kiru i kwiatów
ciało wielmoŜnego pana.
 Widowisko w Ferrarze ulubione, na które zbiega się całe miasto.
 Don Juan dał znak i słuŜba przerwała pracę, zdumiona i przeraŜona.
 - Zostawcie mnie tu samego - powiedział głosem, co raził sztucznością.
 - Wrócicie, kiedy ja wyjdę.
 Gdy kroki starego lokaja, który wyszedł ostatni, umilkły prawie na kamiennej 
posadzce, don Juan zatrzasnął drzwi i pewien samotności wykrzyknął: - 
Spróbujemy!
 Ciało Bartolommea leŜało na długim stole.
 Pragnąc zaoszczędzić oczom widoku ohydnego trupa, który zgrzybiałą a szkaradną 
chudością przypominał szkielet, cyrulicy zatrudnieni przy balsamowaniu spowili 
go prześcieradłem tak, Ŝe tylko głowa wystawała.
 Nieboszczyk, podobny do mumii, spoczywał pośrodku sali, a prześcieradło, 
miękkie z natury swojej, modelowało jego kształty, co prawda nie dokładnie, ale 
ukazując sztywność, ostrość i cienkość piszczeli.
 Twarz poznaczyły juŜ fioletowe cętki, świadczące, Ŝe balsamowanie jak 
najprędzej skończyć trzeba.
 Don Juan, lubo w sceptycyzm uzbrojony, zadrŜał otwierając kryształowy flakon.
 Kiedy pochylił się nad głową, zawahał się chwilę, taki okropny przejął go 
dreszcz.
 Ale naszego młodzieńca wcześnie juŜ i umiejętnie zepsuły obyczaje rozwiązłego 
dworu; myśl godna księcia Urbino dodała mu odwagi, którą podsyciło jeszcze 
gorące uczucie ciekawości, i zdawać by się mogło, Ŝe to demon podszepnął słowa, 
co w sercu Juana teraz rozbrzmiały: ZwilŜ oko!
 Wziął więc lniany płatek i kapnąwszy nań z nieopisanym skąpstwem cennego 
likworu, przeciągnął delikatnie po prawej powiece trupa.
 Oko się otworzyło.
 - Ach!
 Ach!
 -zdumiał się don Juan ściskając flakon w dłoni; człowiek śniący, Ŝe wisi nad 
przepaścią, podobnie czepia się jedynej gałęzi.
 Zobaczył oko pełne Ŝycia, oko dziecka w głowie trupa, światło migotało w 
odmłodzonej tęczówce; osłonięte pięknymi czarnymi rzęsami, błyszczało niby jedno
z owych przedziwnych świateł, które dostrzega podróŜny wędrujący pustymi polami 
w zimowy wieczór.
 To płonące oko chciało jakby rzucić się na don Juana, myślało, oskarŜało, 
skazywało, groziło, osądzało, mówiło, krzyczało, gryzło.
 WyraŜało najczulsze prośby, królewski gniew, miłość dziewczyny błagającej katów
o litość, a wreszcie pojawiło się wszechwiedzące spojrzenie, jakim obrzuca 
innych ludzi człowiek wstępujący na ostatni stopień szafotu.
 Z tej cząstki Ŝycia tyle Ŝycia buchało, Ŝe don Juan odskoczył przeraŜony i jął 
krąŜyć po pokoju, nie śmiejąc spojrzeć na to oko, a widział je wszędzie, na 
posadzce i gobelinach.
 Komnata była usiana punktami tryskającymi ogniem, Ŝyciem, inteligencją.
 Wszędzie błyszczały oczy, prześladowały go niby sfora psów gończych.
 - śyłby jeszcze drugie sto lat!
 - wykrzyknął mimo woli w momencie, kiedy, diabelskim wpływem do ojca 
przyciągnięty, zawisł wzrokiem na tej jarzącej się iskrze.
 Nagle ta rozumna powieka zamknęła się szybko i otwarła, niby powieka kobiety 
wyraŜającej zgodę.
 Don Juana zdjęłaby nie mniejsza trwoga, gdyby usłyszał głos wołający: "Tak"!
 "Co robić"?
 - pomyślał.
 Zebrawszy się na odwagę, spróbował zamknąć tę białą powiekę.
 Daremne to były usiłowania.
 "Wyłupić je?
 AleŜ moŜe byłoby to ojcobójstwem"?
 - zadał sobie pytanie.
 - Tak - odpowiedziało oko mrugnięciem pełnym zadziwiającej ironii.
 - Ha!
 - wykrzyknął don Juan.
 - Kryją się w tym jakieś czary.
 - ZbliŜył rękę do oka, aby je zmiaŜdŜyć.
 Wielka łza spłynęła po zapadniętych policzkach trupa i spadła na dłoń 
Belvidera.

Strona 38

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 - Piekąca łza!...
 - zawołał siadając.
 Wyczerpała go ta walka, jakby nowy Jakub zmagał się z aniołem.
 * Jakub, patriarcha biblijny, syn Izaaka, stoczył nad rzeką Jabbok walkę z  
aniołem i otrzymał od Boga imię Izrael.
 Na koniec wstał powiadając sobie: "Byle tylko nie było krwi"!
 A potem zebrawszy tyle sił, ile trzeba tchórzowi, rozmiaŜdŜył to oko wgniatając
je szmatą, ale nie patrząc na nie.
 Rozległo się nieoczekiwane i jakŜe okropne skomlenie: stary pudel zdychał wyjąc
Ŝałośnie.
 "CzyŜby znał tajemnicę"?
 - pomyślał don Juan spoglądając na wierne zwierzę.
 Don Juan Belvidero zyskał opinię dobrego syna.
 Wzniósł na grobie ojca pomnik z białego marmuru, a rzeźby polecił wykonać 
najznakomitszym artystom epoki.
 Odetchnął pełną piersią dopiero tego dnia, kiedy posąg, wyobraŜający ojca na 
klęczkach przed uosobieniem Religii, przypieczętował olbrzymim cięŜarem ten dół,
gdzie nasz bohater pogrzebał jedyny wyrzut, który w momentach fizycznego 
znuŜenia mógłby jego serce zaniepokoić.
 Zliczywszy nieprzebrane bogactwa po starym orientaliście pozostałe, don Juan 
nauczył się skąpstwa: musiał przecieŜ wyposaŜyć pieniędzmi dwa ludzkie Ŝycia.
 Jego sondujący wzrok sięgnął aŜ do podstaw istnienia społeczeństw, a tym 
łacniej mógł ogarnąć świat, Ŝe widział go przez ciemności grobu.
 Zanalizował ludzi i rzeczy, aby raz na zawsze skończyć z przeszłością, którą 
reprezentuje historia; z teraźniejszością wyobraŜaną przez prawo; z 
przyszłością, którą religie odsłaniają.
 Wziął ducha i materię, rzucił je do wspólnego tygla, nie wytopił nic i wtedy 
stał się DON JUANEM.
 Zapanowawszy nad ułudami Ŝycia, pogrąŜył się, młody i piękny, w wirze owego 
Ŝycia, gardząc światem, ale biorąc go we władanie.
 Jego szczęśliwość nie miała nic wspólnego z owym mieszczańskim dosytem, który w
określonych porach kleikiem się raczy, cieszy się w zimie gorącą kamionką 
włoŜoną pod kołdrę, lampą zapalaną wieczorami i nowymi pantoflami, sprawianymi 
co kwartał.
 Zagarnął egzystencję, jak małpa chwyta orzech, i bez długich ceregieli zręcznie
odarł pospolite łupiny owocu, aby dobrać się do smacznego miąŜszu.
 Poezja i podniosłe wzloty ludzkiej namiętności obchodziły go tyle, co 
zeszłoroczny śnieg.
 Nie popełnił nigdy błędu potęŜnych umysłów, które imaginując sobie niekiedy, Ŝe
małe dusze w wielkie dusze wierzą, wymieniają, jakby robiły łaskę, znakomite 
myśli o przyszłości na grosze naszych doczesnych pojęć.
 Mógł doskonale jak oni stąpać po ziemi, a głową sięgać nieba i nie odwracać 
odeń wzroku, lecz wolał siedzieć i wysuszać pocałunkami wargi delikatnych, 
jędrnych i pachnących kobiet; gdyŜ, podobny śmierci, poŜerał bezwstydnie 
wszystko, gdziekolwiek się zjawił, Ŝądając miłości zaborczej, wschodniej, o 
długotrwałych i łatwych rozkoszach.
 Miłując w kobietach tylko kobietę, uczynił z ironii naturalny stan swojej 
duszy.
 Gdy łóŜko jego kochankom słuŜyło po to, aby mogły wzlecieć do nieba i zapomnieć
się tam w upajającej ekstazie, don Juan podąŜał za nimi, powaŜny, wylewny i 
szczery, ale w tym stopniu, w jakim student niemiecki na szczerość zdobyć się 
potrafi.
 Powiadał: JA, kiedy jego kochanka, szalona, nieprzytomna, mówiła: MY!
 Dawał porywać się kobietom i czynił to z zadziwiającą wprawą.
 Starczyło mu zawsze dowcipu, aby przekonać kobietę, Ŝe drŜy przed nią niby 
uczeń gimnazjum pytający swoją pierwszą tancerkę na balu: "Czy lubisz pani 
tańcować"?
 Ale umiał w stosownej chwili ryknąć jak lew, dobyć niezwycięŜonej szpady i 
kłaść trupem komandorów.
 W prostocie jego czaiła się zawsze drwina, a w łzach przebijał śmiech, gdyŜ 
umiał płakać niczym kobieta, kiedy powiada do męŜa: "Daj mi nowy ekwipaŜ albo 
umrę na suchoty".
 Dla kupców świat jest towarem albo ogromną sumą waluty obiegowej; dla 
większości młodych ludzi jest kobietą; dla kilku kobiet - męŜczyzną; dla pewnych
natur - salonem, kliką, dzielnicą, miastem; don Juan utoŜsamiał się z 
wszechświatem!
 Będąc wzorem wdzięku, szlachetnych manier i nieodpartych zalet umysłu, zawijał 
do wszystkich portów; lecz pozwalając swoją łódź prowadzić, zmierzał zawsze tam,

Strona 39

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

gdzie Ŝyczył sobie, aby go zaprowadzono.
 Im bardziej się wyŜywał, tym mocniej wątpił.
 Obserwując ludzi, demaskował często odwagę, odkrywając w niej tylko 
zuchwalstwo; w roztropności odsłonił tchórzostwo; w szczodrobliwości - 
przebiegłość; w sprawiedliwości - zbrodnię; w delikatności - głupotę; w 
uczciwości - naprzód powzięte zamysły.
 Dostrzegł, Ŝe wskutek osobliwej fatalności ludzie naprawdę uczciwi, delikatni, 
sprawiedliwi, szczodrobliwi, roztropni i odwaŜni nie cieszą się Ŝadnym mirem u 
bliźnich.
 "JakiŜ to bezlitosny Ŝart!
 - powiadał sobie.
 - Bóg nie jest jego autorem".
 Zrezygnowawszy tedy z lepszego świata, przestał zdejmować kapelusz, kiedy padło
BoŜe imię, a kamiennych świętych w kościele li tylko za dzieła sztuki 
poczytywał.
 Ale rozumiejąc takŜe mechanizm ludzkich społeczeństw, nigdy zbytnio przesądów 
nie obraŜał, nie dorównywał bowiem potęgą katowi; obchodził tylko prawa 
społeczne z ową gracją i dowcipem, tak wybornie oddanymi w scenie z panem 
Niedzielą.
 *  Scena z panem Niedzielą—z komedii Moliera „Don Juan", gdzie krawiec 
Niedziela daje się wywieść w pole uprzejmościom swego arystokratycznego 
dłuŜnika.
 Nie przesadzimy mówiąc, Ŝe na jego naturę złoŜył się Don Juan Moliera, Faust 
Goethego, Manfred Byrona i Melmoth Maturina.
 *  Charles-Robert Maturin (1782—1824) — urodzony w Dublinie z rodziny 
protestantów francuskich, przedstawiciel tzw. w literaturze szkoły frenetycznej,
autor fantastycznych powieści (m.in. „Melmoth wędrowiec"), wywarł wielki wpływ 
na twórczość Balzaka.
 Wielkie obrazy pióra największych geniuszów Europy, obrazy, którym tak akordy 
Mozarta, jak i lira Rossiniego pewno nie przyniosą ujmy!
 Obrazy straszliwe, uwieńczone pierwiastkiem zła istniejącym w człowieku, 
których kopie w kaŜdym odnajdujemy stuleciu: niekiedy ów typ paktuje z ludźmi 
wcielając się w Mirabeau; niekiedy zadowala się milczącym działaniem, jak 
Bonaparte; innym razem gnębi świat ironią, jak boski Rabelais; to znów natrząsa 
się z ludzi, zamiast obrzucać świat obelgami, jak marszałek Richelieu; a raczej 
moŜe szydzi ze świata i ludzi jednocześnie, jak najsławniejszy z naszych 
ambasadorów.
 Ale sięgający głęboko geniusz don Juana Belvidero streścił w sobie wszystkie te
geniusze.
 Natrząsał się ze wszystkiego.
 śycie jego było Ŝartem obejmującym ludzi, rzeczy, instytucje, idee.
 Jeśli idzie o wieczność, gawędził raz poufale przez pół godziny na ów temat z 
papieŜem Juliuszem II, a pod koniec rozmowy oznajmił śmiejąc się w głos: "Skoro 
muszę koniecznie wybierać, wolę wierzyć w Boga niŜ w diabła; potęga z dobrocią 
złączona rokuje lepsze nadzieje niźli Geniusz Zła".
 - Tak, ale Bóg domaga się, aby czyniono pokutę na tym świecie...
 - CzyŜbyś, ojcze święty, ustawicznie o swoich myślał odpustach ?
- rzekł Belvidero.
 - A no cóŜ, mam jeszcze całe istnienie w rezerwie i poświęcę je na Ŝal za 
grzechy pierwszego Ŝycia.
 - Jeśli tak rozumiesz starość, bacz, aby cię nie kanonizowano...
 - Wszystkiego się moŜna spodziewać, skoro ciebie, ojcze święty, na tron 
papieski wyniesiono.
 I poszli odwiedzić robotników zajętych przy budowie olbrzymiej bazyliki 
ofiarowanej świętemu Piotrowi.
 - Święty Piotr był genialnym człowiekiem, który ustanowił dla nas podwójną 
władzę - rzekł papieŜ do don Juana - zasłuŜył więc na ten pomnik.
 Ale czasami, nocą, myślę sobie, Ŝe potop przeciągnie po tym wszystkim jak gąbką
i trzeba będzie zaczynać od nowa...
 Don Juan i papieŜ parsknęli śmiechem: zrozumieli się.
 Głupiec udałby się nazajutrz z Juliuszem II na zabawę do Rafaela albo do 
rozkosznej Villa Madama; lecz Belvidero poszedł na mszę papieską, aby umocnić 
się ostatecznie w wątpliwościach.
 Mógłby przecieŜ Rovera w rozpuście otrzeźwieć i zabrać się do komentowania 
Apokalipsy.
 Aczkolwiek nie piszemy tej legendy, aby dostarczyć materiałów ludziom 
komponującym rozprawy o Ŝyciu don Juana, pragniemy dowieść naszym poczciwym 
bliźnim, Ŝe Belvidero nie zginął w pojedynku z kamieniem, jakby nas kilku 

Strona 40

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

litografów przekonać chciało.
 Ukończywszy sześćdziesiąty rok Ŝycia, don Juan Belvidero osiadł na stałe w 
Hiszpanii.
 Poślubił tam na stare lata młodą i zachwycającą Andaluzyjkę.
 Ale powodując się wyrachowaniem, nie był ani dobrym ojcem, ani dobrym 
małŜonkiem.
 Spostrzegł bowiem, Ŝe tylko od tych kobiet jesteśmy tkliwie kochani, o które 
nie dbamy wcale.
 Dona Elwira, chowana naboŜnie przez wiekową ciotkę w głębi Andaluzji, w starym,
leŜącym nie opodal Sanlucar zamku, była uosobieniem wdzięku i oddania.
 Przewidziawszy, iŜ ta dziewczyna długo będzie zwalczać namiętność, zanim jej 
ustąpi, don Juan poślubił Elwirę, licząc, Ŝe ją do śmierci swojej w cnocie 
utrzymać potrafi.
 Była to facecja serio traktowana, partia szachów, którą odłoŜył sobie na 
podeszłe lata.
 Znając dobrze wszystkie błędy, które popełnił ojciec jego Bartolommeo, don Juan
postanowił wykorzystywać rozsądnie wszystkie najbłahsze choćby czyny swojej 
starości: na jego śmiertelnym łoŜu rozegra się ten sam dramat, ale koniec będzie
pomyślny.
 Dlatego lwią część bogactw zakopał w piwnicach swego pałacu w Ferrarze, które 
to miasto rzadko teraz nawiedzał.
 Pozostałą część fortuny umieścił na doŜywocie, aby trwałością swojego Ŝycia 
małŜonkę i dziatki zainteresować: rodzaj fortelu, którego winien był się chwycić
stary Bartolommeo; ale ta spekulacja, trącąca makiawelizmem, nie była konieczna.
 Młody Filip Belvidero, syn jego, był równie naboŜnym Hiszpanem, jak ojciec 
bezboŜnikiem, zapewne w myśl przysłowia: "Skąpi rodzice marnotrawnych miewają 
synów".
 Don Juan wybrał opata z Sanlucar na spowiednika księŜnej de Belvidero i Filipa.
 Ów mąŜ boŜy był świątobliwym człowiekiem, pięknej i nad podziw zgrabnej 
postawy, miał prześliczne czarne oczy, oblicze podobne do twarzy cesarza 
Tyberiusza, zmęczone postami i wybladłe od umartwień, prócz tego znać było po 
zacnym księdzu, Ŝe - jak wszyscy samotnicy - ustawicznie z pokusami walczyć 
musi.
 Stary pan Ŝywił zapewne nadzieję, Ŝe nim dzierŜawę pierwszego Ŝycia ukończy, 
zabije jeszcze mnicha.
 Ale bądź z tej racji, Ŝe opat przebiegłością samemu don Juanowi dorównywał, 
bądź Ŝe dona Elwira większą roztropnością i cnotą się odznaczała, niŜ to 
hiszpańskim białogłowom pospolicie przypisujemy, don Juan musiał spędzać 
ostatnie dni swojego Ŝycia niczym wiejski proboszcz: Ŝaden skandal nie wybuchł w
jego domu.
 Czasami tylko przyłapywał z radością Ŝonę i syna na uchybianiu obowiązkom 
religijnym, a wtedy Ŝądał stanowczo, aby Ŝadnych praktyk nakazanych wiernym od 
Stolicy Apostolskiej nie omijali.
 A zresztą nic mu takiej przyjemności nie sprawiało, jak słuchanie dysput 
moralnych, które Filip, dona Elwira i wykwintny opat z Sanlucar prowadzili.
 Jakkolwiek nadzwyczajnymi staraniami otaczał osobę swoją, don Juan de Belvidero
zgrzybiał wreszcie; z owym bolesnym wiekiem nadeszły krzyki niemocy, tym 
bardziej rozdzierające, Ŝe niepomiernie bogate były wspomnienia szaleńczej 
młodości i rozkosznego wieku męskiego.
 Ten człowiek, co umiał wznosić się na szczyty drwiny, wpajając innym wiarę w 
prawa i zasady, z których szydził, zasypiał teraz wieczorami nad jakimś być 
moŜe!
 Ten wzór dobrego tonu, ten ksiąŜę niezmordowany w orgiach, wspaniały na 
wyścigach, pełen gracji wobec dam, których serca zginał podobnie, jak wieśniak 
zgina pręt wikliny, ten genialny człowiek cierpiał na chroniczny katar Ŝołądka, 
nieznośny ischias i brutalną podagrę.
 Wypadały mu zęby, jak pod koniec balu najbielsze i najpiękniej wystrojone damy 
umykają jedna po drugiej, zostawiając pusty i ogołocony salon.
 Na koniec jego śmiałe ręce drŜeć poczęły, jęły się chwiać smukłe nogi, a 
pewnego wieczoru apopleksja ścisnęła mu szyję zakrzywionymi i lodowatymi 
palcami.
 Od tego fatalnego dnia zrobił się posępny i twardy.
 OskarŜał syna i Ŝonę o brak serca, utrzymując niekiedy, Ŝe otaczają go 
wzruszającą i delikatną troskliwością, poniewaŜ całą swoją fortunę na doŜywocie 
umieścił, a inne powody owych tkliwych zabiegów jego zdaniem nie istniały.
 Elwira i Filip zalewali się wtedy gorzkimi łzami i tym gorliwiej karesowali 
zjadliwego starucha, którego skrzeczący głos nabrzmiewał uczuciem, Ŝeby im 
oznajmić: "Moi przyjaciele, ukochana moja Ŝono, przebaczacie mi, nieprawdaŜ?

Strona 41

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Dokuczam wam troszeczkę.
 Niestety!
 O wielki BoŜe!
 CzemuŜ się mną posługujesz, aby doświadczyć te dwa niebiańskie stworzenia ?
 Ja, który powinienem być ich radością, jestem ich biczem"!
 Takimi sposobami przykuł ich do swego wezgłowia, kaŜąc im całymi miesiącami 
znosić okrucieństwo i niecierpliwość, a wypłacał za nie godziną, kiedy roztaczał
przed Ŝoną i synem wciąŜ nowe skarby łaskawości i fałszywych uczuć - system 
ojcowski, co wydał bez porównania lepsze owoce niŜ metoda, którą stosował ojciec
don Juana.
 Wreszcie ksiąŜę tak okropnie zapadł na zdrowiu, Ŝe kiedy prześcielano łóŜko, 
musiano nim manewrować jak feluką u niebezpiecznego wejścia do kanału.
 Ów błyskotliwy sceptyk, którego rozum przeŜył to najokropniejsze ze zniszczeń, 
znalazł się między lekarzem a spowiednikiem, a tych fachów osobliwie 
nienawidził.
 Ale traktował ich jowialnie.
 PrzecieŜ błyszczało dlań światło za przyszłości zasłoną!
 Na owej kurtynie, ołowianej dla innych, a przezroczystej dla niego, lekkie, 
zachwycające uciechy młodości igrały jak cienie.
 W piękny wieczór letni don Juan uczuł, Ŝe śmierć się zbliŜa.
 Hiszpańskie niebo było cudownie czyste, gaje pomarańczowe nasycały wonią 
powietrze, gwiazdy sączyły chłodne i przyjemne światło, natura zdawała się 
ręczyć za zmartwychwstanie Belvidera, posłuszny i dobry syn wpatrywał się weń z 
miłością i szacunkiem.
 Około jedenastej zapragnął pozostać sam z tym naiwnym chłopcem.
 - Filipie - ozwał się głosem tak serdecznym i czułym, Ŝe młodzieniec drgnął i 
zapłakał ze szczęścia.
 Nigdy jeszcze ów nieugięty ojciec nie wymówił w ten sposób: Filipie!
 - Słuchaj, mój synu - podjął konający.
 - Jestem wielkim grzesznikiem.
 I dlatego przez całe Ŝycie myślałem o swojej śmierci.
 Miałem niegdyś przyjaciela w świętym papieŜu Juliuszu II.
 Ten najznakomitszy z kapłanów, lękając się, abym okropnej porywczości swej 
uległszy nie popełnił śmiertelnego grzechu między momentem konania a tym, kiedy 
namaszczą mnie olejami świętymi, podarował mi fiolkę z odrobiną owej 
przenajświętszej wody, co niegdyś ze skał na puszczy wytrysła.
 Utrzymywałem rzecz w tajemnicy, gdyŜ to trwonienie skarbów Kościoła, lecz 
dozwolono mi objawić ten sekret synowi in articulo mortis.
 * In  articulo  mortis (łacińskie) - w obliczu śmierci.
 Znajdziesz ten flakonik w szufladzie gotyckiego stołu, który zawsze przy łóŜku 
swoim umieszczać kazałem.
 Bezcenny ów kryształ będzie mógł i tobie kiedyś posłuŜyć, mój Filipie ukochany.
 Przysięgnij na wieczne zbawienie, Ŝe skrupulatnie wykonasz moje rozkazy!
 Filip spojrzał na ojca.
 Don Juan znał się zbyt dobrze na objawach ludzkich sentymentów, aby nie umrzeć 
spokojnie i z wiarą, uchwyciwszy takie spojrzenie - jak ojciec jego w rozpaczy 
umierał, na Juana popatrzywszy.
 - ZasłuŜyłeś na innego ojca - ciągnął don Juan.
 - Muszę ci wyznać, moje dziecię, Ŝe kiedy opat z Sanlucar wiatyk mi podawał, 
rozmyślałem o dwóch królestwach: diabelskim i boŜym.
 Ogromne to potęgi i nigdy nie dadzą się pogodzić...
 - O mój ojcze...
 - i powiadałem sobie: kiedy szatan zawrze pokój, będzie musiał wymówić sobie 
przebaczenie dla swoich adherentów, gdyŜ inaczej wielkim okazałby się łotrem.
 Prześladuje mnie ta myśl.
 Pójdę więc do piekła, mój synu, jeśli nie spełnisz mojej ostatniej woli.
 - MówcieŜ prędko, panie ojcze, co mam robić!
 - Jak tylko zamknę oczy, a moŜe stać się to i za kilka minut, weźmiesz moje 
ciało, jeszcze ciepłe, i połoŜysz je na stole, pośrodku tej komnaty.
 Potem zgasisz lampę; światło gwiazd musi ci wystarczyć.
 Zdejmiesz ze mnie suknie i odmawiając zdrowaśki i ojczenasze, wznosząc duszę ku
Bogu, zwilŜysz starannie tą świętą wodą moje oczy, wargi, całą głowę, a 
następnie członki i ciało; ale, mój synu, wszechmoc boska jest tak potęŜna, Ŝe 
nie trzeba niczemu się dziwić!
 Czując, Ŝe śmierć stanęła obok łoŜa, don Juan krzyknął straszliwym głosem: - 
Trzymaj mocno flakon!
 - A potem wyzionął spokojnie ducha w ramionach Filipa, którego obfite łzy 
zrosiły bladą i wykrzywioną ironicznie twarz ojca.

Strona 42

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Około północy don Filip de Belvidero umieścił zewłok ojca na stole.
 Ucałowawszy czoło i siwe włosy, zgasił lampę.
 Łagodna poświata księŜyca, której przedziwne lśnienie kładło się na okolicznych
polach, pozwoliła naboŜnemu Filipowi postrzegać niewyraźnie ciało ojca: biały 
kształt cieniem spowity.
 Młodzieniec zmoczył lniany płatek likworem i, pogrąŜywszy się w modłach, 
namaścił wiernie tę świętą głowę.
 Panowała głęboka cisza.
 Usłyszał po chwili niewytłumaczony szelest, ale przypisywał go igraszkom 
wietrzyka pośród wierzchołków drzew.
 Kiedy natarł prawe ramię, uczuł, Ŝe ramię krzepkie i młode ściska go za szyję, 
ramię ojca!
 Wrzasnął jak opętany, upuścił fiolkę i kryształ się rozprysnął.
 Likwor ulotnił się.
 SłuŜba zamkowa wpadła dzierŜąc pochodnie.
 Ów krzyk tak przeraził i zaskoczył lokajów, jakby trąba zwołująca na Sąd 
Ostateczny wstrząsnęła światem.
 W jednym momencie komnata napełniła się ludźmi.
 DrŜący tłum postrzegł zemdlonego Filipa, który nie osunął się na ziemię, 
albowiem trzymało go potęŜne ojcowskie ramię.
 A potem - zjawisko nadprzyrodzone - zgromadzeni ujrzeli głowę don Juana, młodą 
i piękną niczym głowa Antinousa; głowę o czarnych włosach, błyszczącym oku, 
szkarłatnych wargach, co szamotała się przeraźliwie, nie mogąc poruszyć korpusu,
do którego naleŜała.
 *  Antinous - młody i piękny Grek, ulubieniec cesarza Hadriana; gdy zginął w 
roku 130 poświęcając się dla cesarza, ten ogłosił go bogiem.
 Stary sługa zawołał: - Cud!
 - I wszyscy ci Hiszpanie powtórzyli: - Cud!
 - Nazbyt poboŜna, aby myśleć, Ŝe tu o tajemnice magii chodzi, dona Elwira 
posłała po opata z Sanlucar.
 Kiedy ów mąŜ boŜy zobaczył cud na własne oczy, postanowił zeń skorzystać, jako 
człowiek rozumny tudzieŜ ksiądz, który o powiększeniu swoich dochodów dniem i 
nocą marzy.
 Oświadczywszy natychmiast, Ŝe don Juan będzie niezawodnie kanonizowany, wskazał
swój klasztor jako najsposobniejsze miejsce uczczenia zwłok, a rzeczoną budowlę 
mianem San Juan de Lucar ochrzcił.
 Usłyszawszy to głowa wykrzywiła się dość krotochwilnie.
 Zamiłowanie Hiszpanów do uroczystości tego rodzaju jest tak dobrze znane, Ŝe 
nietrudno uwierzyć, jakimi to feeriami religijnymi klasztor w Sanlucar uczcił 
wprowadzenie zwłok błogosławionego don Juana Belvidero do swojego kościoła.
 W kilka dni po śmierci znakomitego pana wieść o jego częściowym 
zmartwychwstaniu takiego rozgłosu po okolicznych wsiach w promieniu 
pięćdziesięciu mil wokół Sanlucar nabrała, Ŝe sam widok ciekawych, ściągających 
róŜnymi drogami, był sceną z komedii; napływali ze wszystkich stron, nęciło ich 
Te Deum, które miano odśpiewać przy blasku pochodni.
 Starodawny meczet - dziś klasztor Sanlucar - cudowny budynek przez Maurów 
wzniesiony, którego sklepienia od trzech wieków imię Chrystusa zamiast imienia 
Allacha słyszały, nie mógł pomieścić tłumu, pragnącego oglądać tę ceremonię.
 Stłoczeni niby mrówki, hidalgowie w aksamitnych płaszczach, zbrojni w szpady 
znane z dobroci, stali wokół filarów, nie mając nawet miejsca, aby klęknąć, oni,
którzy tutaj tylko zginali kolana.
 Urocze wieśniaczki, pod których baskinami rysowały się kształty stworzone do 
miłości, prowadziły siwowłosych starców.
 Młodzieńcy o płomiennych oczach towarzyszyli wystrojonym staruchom.
 Były teŜ i pary drŜące z ukontentowania, ciekawe narzeczone wiedzione przez 
amantów, młode małŜeństwa, dzieci trzymające się lękliwie za ręce.
 CiŜba bogata w kolory, olśniewająca kontrastami barw, odświętnie ubrana, 
niosąca naręcza kwiatów, napełniała nocną ciszę przyjemnym gwarem.
 Otwarły się szerokie wrota kościoła.
 Ci, co się spóźnili i zostali na dworze, widzieli z daleka, poprzez trzy 
otwarte portale, spektakl, o którym zwiewne dekoracje naszych współczesnych oper
nie dałyby prawie Ŝadnego pojęcia.
 Dewotki i grzesznicy, pilnie o łaski nowego świętego zabiegający, zapalili na 
jego cześć w tej przestronnej świątyni tysiące świec, których przedziwne ognie 
nadawały owej budowli magiczny wygląd.
 Czarne arkady, kolumny i kapitele głębokie kaplice migocące od złota i srebra, 
galerie, saraceńskie łuki wycięte w koronkę, najdelikatniejsze linie tej 
delikatnej rzeźby rysowały się w owym nadmiarze światła, niby kapryśne wzory 

Strona 43

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

powstające w rozpalonych do czerwoności węglach.
 Nad tym oceanem ognia panowało w głębi kościoła złocone prezbiterium, gdzie 
wznosił się wielki ołtarz, którego blask mógłby ze wschodzącym słońcem 
rywalizować.
 Ale, co prawda, wspaniałość złotych lamp, srebrnych kandelabrów, chorągwi, 
błyszczących frędzli, figur świętych i wotów bladła przy relikwiarzu, w którym 
umieszczono don Juana.
 Ciało bezboŜnika, okryte kwiatami, mieniące się od klejnotów, kryształów, 
diamentów, złota, piór niźli skrzydła serafina bielszych, zastępowało na wielkim
ołtarzu wizerunek Chrystusa.
 Wokół don Juana płonęło mnóstwo świec, wysyłających w powietrze ognistą falę za
falą.
 Poczciwy opat z Sanlucar, strojny w kapłańskie szaty, w mitrze wysadzanej 
drogimi kamieniami, oparty na złotym pastorale, siedział niby król prezbiterium,
na fotelu, którego mógłby mu cesarz pozazdrościć, w otoczeniu całego swojego 
duchowieństwa składającego się z obojętnych dla świata, srebrnowłosych starców, 
odzianych w najcieńsze komŜe i podobnych do świętych wyznawców, jakich malarze 
grupują wokół Przedwiecznego.
 Celebrans i dygnitarze kapituły, strojni w błyszczące oznaki próŜności 
kościelnej, przechadzali się w chmurze kadzidlanych dymów, przypominając 
gwiazdy, które toczą się po firmamencie.
 Kiedy nadeszła godzina triumfu, rozbrzmiały dzwony, budząc echa w całej 
okolicy, i olbrzymia ciŜba rzuciła ku Bogu pierwszy odzew pochwalny, od którego 
zaczyna się Te Deum.
 Wzniosły to odzew!
 Były w nim lekkie i czyste głosy, głosy kobiet porwanych ekstazą, pomieszane z 
powaŜnymi i silnymi głosami męŜczyzn, tysiące głosów tak potęŜnych, Ŝe organy 
nie mogły zapanować nad nimi, lubo pełną ryczały piersią.
 I tylko przejmujące nuty młodego głosu ministrantów i donośne pienia kilku 
barytonów obudziły myśli pełne powabu, odmalowały dzieciństwo i siłę w tym 
zachwycającym koncercie ludzkich głosów złączonych uczuciem miłości.
 - Te Deum laudamus!
 Z łona tej katedry, czarnej od klęczących męŜczyzn i kobiet, wytrysnął ów śpiew
podobny do światła, co nagle zabłyśnie w nocy, i ciszę jakby uderzenie gromu 
przerwało.
 Głosy wzbiły się razem z dymami kadzidła, które na tych fantastycznych cudach 
architektury rozciągnęły niebieskawe i przejrzyste welony.
 Wszystko tu było bogactwem, wonią, światłem i melodią.
 W momencie kiedy ta muzyka miłości i wdzięcznych uczuć spłynęła na ołtarz, don 
Juan, nazbyt uprzejmy, Ŝeby nie podziękować, nazbyt dowcipny, Ŝeby nie zrozumieć
facecji, odpowiedział przeraźliwym śmiechem i rozparł się w relikwiarzu.
 Diabeł nie spał: podsunąwszy don Juanowi myśl, Ŝe wierni mogliby go wziąć za 
jakiegoś pospolitaka, świętego w guście Bonifacego albo Pantaleona, zmącił tę 
melodię miłości wyciem, do którego przyłączyły się tysiące głosów piekła.
 Ziemia błogosławiła, piekło lŜyło.
 Kościół zadrŜał w prastarych posadach.
 - Te Deum laudamus!
 - śpiewali wierni.
 - Idźcie do wszystkich diabłów!
 Głupie bydło!
 Bóg!
 Bóg!
 Carajos demonios, głupie bydlęta, z tym waszym Bogiem-ramolem!
 I potok bluźnierstw chlusnął niby strumień wrzącej lawy, kiedy wybuchnie 
Wezuwiusz.
 - Deus sabaoth, sabaoth!
 - wołali chrześcijanie.
 - ObraŜacie majestat piekła!
 - odpowiedział don Juan zgrzytając zębami.
 Po chwili Ŝyjące ramię wysunęło się poza ramy relikwiarza i jęło wygraŜać 
zebranym, a ruchy te pełne były ironii i rozpaczy.
 - Święty nas błogosławi - mówiły stare kobiety, dzieci i narzeczeni, ludzie 
naiwnej wiary.
 Oto jak często mylimy się w adoracjach naszych!
 Człowiek wyŜszego umysłu drwi sobie z tych, co prawią mu komplementy, a czasem 
prawi komplementy ludziom, z których drwi sobie w głębi serca.
 W tym momencie ksiądz, który leŜał krzyŜem u stóp ołtarza i wyśpiewywał Sancte 
Johannes, ora pro nobis - usłyszał dość wyraźnie: O coglione!

Strona 44

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 * Sancte Johannes, ora pro nobis (łacińskie) - Święty Janie, módl się za nami.
 * O  coglione (włoskie) - Och, głupcze.
 - A cóŜ się tam dzieje na górze?
 - spytał biskup sufragan widząc, Ŝe relikwiarz się porusza.
 - Święty udaje diabła - odrzekł opat.
 Wtedy ta Ŝyjąca głowa oderwała się gwałtownie od martwego korpusu i wyrŜnęła 
celebransa w Ŝółtawą łysinę.
 - Przypomnij sobie donie Elwirę!
 - wrzasnęła głowa wgryzając się w głowę opata.
 Ów okropny wrzask zmącił porządek naboŜeństwa.
 Zbiegli się wszyscy księŜa, otaczając swojego władcę.
 - No i co, głupcze?
 Powiadasz jeszcze, Ŝe jest Bóg?
 - rozległ się nowy wrzask, a tymczasem opat, w mózg ugryziony, ducha oddawał.
 ParyŜ, październik 1830 .

 
 WYGNAŃCY.
 PrzełoŜył JULIAN ROGOZINSKI.
 

 ALMAE SORORI
 * Almae sorori (łacińskie) — dobroczynnej siostrze, to znaczy Laurze Surville, 
której Balzac zadedykował wcześniej „Pierwsze kroki".

 W roku 1308 niewiele domów stało na tak zwanym Terenie, uformowanym przez piach
i muł, które naniosła Sekwana - powyŜej Cite, za kościołem Notre-Dame.
 Pierwszym, który odwaŜył się zbudować dom na tym brzegu naraŜonym na częste 
powodzie, był sierŜant straŜy paryskiej, człek cieszący się względami kanoników 
kapituły Notre-Dame - za drobne przysługi, jakie im świadczył; w nagrodę biskup 
wydzierŜawił mu dwadzieścia pięć prętów ziemi, zwalniając go od wszelkich 
czynszów naleŜnych z tytułu wzniesienia budowli.
 Siedem lat wcześniej, licząc od dnia, kiedy rozpocznie się nasza opowieść, 
Józef Tirechair, jeden z najtwardszych straŜników ParyŜa, za procenty od 
grzywien, którymi karał złodziejaszków i prostytutki na ulicach Cite, zbudował 
sobie dom nad Sekwaną, dokładnie u wylotu ulicy du Port-Saint-Landry.
 AŜeby uchronić od wszelkich szkód towary deponowane w porcie, miasto wzniosło 
coś na kształt murowanej grobli, zaznaczanej na starych planach ParyŜa, która 
zabezpieczała fundament palowy portu, broniąc przyczółka Terenu przed naporem 
wód i spływającej kry; straŜnik wykorzystał groblę jako fundament - do jego 
siedziby wchodziło się więc po kilku stopniach.
 Podobną do wszystkich ówczesnych domów, harharę tę wieńczył dach spiczasty, 
który od frontu miał kształt przepołowionego po przekątnej rombu.
 Ku Ŝalowi historiografów kilka zaledwie dachów tej konstrukcji zachowało się w 
ParyŜu.
 Okrągłe okienko oświetlało strych, gdzie pani sierŜantowa suszyła bieliznę 
Kapituły, miała bowiem zaszczyt prać dla Notre-Dame, będącej na pewno klientką 
nielichą.
 Na pierwszym piętrze były dwa pokoje, wynajmowane rok w rok cudzoziemcom, po 
czterdzieści soldów paryskich kaŜdy, cena olbrzymia, uzasadniona skądinąd 
przepychem, z jakim umeblował je Tirechair.
 Ściany przyozdobił tapiserią flandryjską, łoŜa wstawił obszerne, podobne do 
chłopskich, osłonięte baldachimami z zielonej szarszy, wyposaŜone w miękkie 
materace i pościel solidną, z cienkiego płótna.
 W kaŜdej z izb był chauffedoux, rodzaj pieca, którego opis nie miałby tutaj 
celu.
 Podłoga, starannie pucowana przez czeladniczki sierŜantowej, lśniła jak oprawa 
relikwiarzy.
 Miast zydli lokatorzy rozporządzali wielkimi stolcami z rzeźbionego orzecha, 
pochodzącymi zapewne z grabieŜy jakiegoś zamku.
 Dwie skrzynie inkrustowane cyną, stół na kręconych nogach dopełniały 
umeblowania godnego najdumniejszych nawet magnatów przybyłych za interesami do 
ParyŜa.
 Okna obu komnatek wychodziły na rzekę.
 Z jednego ujrzałbyś tylko brzegi Sekwany i trzy pustawe wyspy, z których 
pierwsza i druga, połączone później, stworzyły dzisiejszą wyspę Świętego Ludwika
- a trzecia, to wyspa Louviers.

Strona 45

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Z drugiego, poprzez wyrwę portu Saint-Landry, roztaczał się widok na dzielnicę 
Greve, most Notre-Dame z jego domami oraz na wysokie wieŜe Luwru, niedawno 
wzniesione przez Filipa Augusta i górujące nad owym ParyŜem ubogim i mizernym, 
który sugeruje imaginacji nowoczesnego poety tyle mniemanych cudów.
 Parter Tirechairówki, jak pospolicie zwano podówczas naszą budowlę, składał się
z przestronnej izby, gdzie pracowała sierŜantowa i skąd lokatorzy musieli 
wdrapywać się do swoich komnatek po schodach wąskich i stromych, jak w młynie.
 Dalej mieściły się kuchnia i sypialnia, z widokiem na Sekwanę.
 Ogródeczek, wydarty wodom rzeki, rozkładał u stóp owej skromnej siedziby 
grządki zasadzone kapustą i cebulą, całość ogradzał rodzaj Ŝywopłotu z róŜ, 
umocnionego kołkami.
 W budzie skleconej z desek i błota przemieszkiwał duŜy pies, niezbędny stróŜ 
tego odosobnionego domu.
 Za budą było podwóreczko dla rozgdakanych kur, których jajka nabywali kanonicy.
 Tu i ówdzie na Terenie, bądź błotnistym, bądź suchym, zaleŜnie od kaprysów 
paryskiej aury, rosły rzadko cherlawe drzewka, bądź targane wichrem, bądź gięte 
i łamane rękami paryŜan zaŜywających przechadzki; Ŝywotne wierzby, sitowie, 
wybujałe zielsko...
 Teren, Sekwana, Port i Tirechairówka miały od zachodu olbrzymią bazylikę 
Notre-Dame, co w miarę jak przesuwało się słońce, rzucała na tę połać ziemi swój
cień zimny i coraz dłuŜszy.
 Podówczas, jak i dziś - nie było w ParyŜu miejsca bardziej odosobnionego, 
pejzaŜu dostojniejszego i bardziej melancholijnego.
 Wysoki szum fal, śpiew duchowieństwa albo świst wiatru zakłócały - one tylko - 
ciszę w tym swoistym gaju, dokąd czasami przybijały czółna przywoŜąc pary 
zakochanych, co zwierzały sobie tu wzajem swoje sekrety, kiedy naboŜeństwa 
zatrzymywały kler w kościele.
 W pewien kwietniowy wieczór 1308 roku Tirechair wrócił osobliwie czymś 
poirytowany.
 Od trzech dni na ulicach panował nienaganny porządek.
 A nasz stróŜ porządku zŜymał się najbardziej, widząc się zbytecznym.
 Cisnąwszy ze złością halabardę, mruczał coś pod nosem, zdejmując kaftan w 
połowie czerwony i w połowie błękitny, Ŝeby wdziać niechlujny, kamlotowy lejbik.
 Wziął ze skrzyni kawałek chleba, posmarował go masłem, rozsiadł się na ławie, 
obejrzał z uwagą cztery ściany pobielone wapnem, przeliczył deski w podłodze, 
sporządził inwentarz statków gospodarskich, rozwieszonych na gwoździach, 
przeklął porządek nienaganny i tutaj panujący, po czym jął popatrywać na Ŝonę, 
która nie odzywając się ani słowem prasowała komŜe i alby.
 - Przebóg - ozwał się, Ŝeby wszcząć rozmowę - nie wiem, śaklino, skąd ty 
wyławiasz sobie pomocnice.
 Ot ta choćby - przydał wskazując dziewczynę, która dość niezręcznie plisowała 
obrus na ołtarz.
 - Im baczniej na nią spoglądam, tym bardziej wydaje mi się zalotną dziwką niŜ 
poczciwym wiejskim tłumokiem.
 Ręce ma białe jak szlachcianka!
 Na miły Bóg, włosy jej pachną perfumami, a ciŜmy nosi cienkie niczym jaka 
królowa!
 Na rogi Belzebuba, coś mi się nie podoba w tym domu!
 Dziewczyna zaczerwieniła się i zerknęła na śaklinę z miną, w której lęk mieszał
się z dumą.
 Praczka, uśmiechnąwszy się na to spojrzenie, odłoŜyła robotę i zaskrzeczała 
zwracając się do męŜa: - A ty nie złość mnie!
 MoŜe chciałbyś mnie oskarŜyć o jakieś machinacje?
 Łaź po swoich brukach, ile ci się podoba, ale do spraw domowych wtrącaj się 
tylko tyle, Ŝeby się wyspać, napić się wina, siąść do stołu i zjeść to, co przed
tobą postawię; a jak nie, to przestanę utrzymywać cię w dobrym humorze i 
zdrowiu.
 Znajdźcie mi w całym mieście chłopa szczęśliwszego niŜ ta małpa!
 - wykrzyknęła krzywiąc się doń z dezaprobatą.
 - Ma pieniądze w sakiewce, dom z frontem od Sekwany, zacną halabardę u jednego 
boku, a u drugiego cnotliwą Ŝonę, izby czyste, wyszorowane, Ŝe świecą jaśniej 
słońca; a ten stęka jak pielgrzym z wilkiem w tyłku!
 - A tobie się zdaje, Ŝe chciałbym zobaczyć swój dom zrównany z ziemią, 
halabardę w innych rękach, a ciebie pod pręgierzem?
 - odpalił sierŜant.
 śaklina i jej delikatna pomocnica pobladły.
 - Powiedz jasno, w czym rzecz - odparła ostro praczka - pokaŜ, co masz w 
zanadrzu.

Strona 46

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 UwaŜam juŜ od paru dni, mój chłopie, Ŝe w twojej biednej mózgownicy zalęgła ci 
się jakaś głupota.
 No gadaj, odmów przede mną swój róŜaniec.
 Musisz być tęgo tchórzem podszyty, skoro boisz się muchy, ty, co nosisz 
magistracką halabardę i Ŝyjesz pod opieką kapituły.
 Kanonicy obłoŜyliby klątwą całą diecezję, gdyby twoja śaklina poskarŜyła im 
się, Ŝe spotkał ją najmniejszy despekt.
 Mówiąc to podeszła do męŜa i wzięła go pod rękę.
 - Chodź no - dodała i, ściągnąwszy go z ławy, zawiodła na schodki.
 A kiedy znaleźli się nad wodą, w ogródku, spojrzała na męŜa i ozwa-ła się 
drwiąco: - Dowiedz się, dziadygo, Ŝe kiedy ta piękna wyprowadzi się od nas, 
złoty dukat wpadnie nam do kiesy.
 - Ho, ho!
 - burknął sierŜant, po czym zadumał się i zamilkł.
 śona zbiła go z pantałyku.
 Otrząsnął się jednak zaraz: - A więc jesteśmy zgubieni!
 Po co ta kobieta sprowadziła się do nas ?
 - śeby widywać się ze swoim ślicznym kleryczkiem, który mieszka na górze - tu 
wskazała pokój, skąd rozpościerał się szeroki widok na Sekwanę.
 - Biada nam!
 - zawołał sierŜant.
 - Zgubisz mnie za parę marnych dukatów.
 Czy to rzemiosło godne mądrej i cnotliwej sierŜantowej?
 Hrabina czy baronowa, dama ta nie potrafi wyciągnąć nas z matni, w którą się 
zaplączemy.
 Nie będziemyŜ mieć przeciw sobie męŜa wpływowego i cięŜko zniewaŜonego?
 Bo, do diaska, bardzo ona jest piękna!
 - Gadaj zdrów!
 To wdowa, fujaro głupi!
 Jak śmiesz posądzać swoją Ŝonę o łajdactwo i głupotę?
 Ta pani ani razu nie przemówiła do naszego miluchnego kleryczka, kontentuje się
patrząc na niego i myśląc o nim.
 Nieboraczek!
 Gdyby nie ona, dawno umarłby z głodu, bo ta pani zastępuje mu matkę.
 A tego cherubinka tak łatwo oszukać, jak ukołysać niemowlę.
 Myśli, Ŝe wciąŜ mu przysyłają gotowiznę, choć od pół roku przejadł juŜ ją dwa 
razy.
 - Moja Ŝono - odparł z powagą sierŜant wskazując plac Greve - nie pamiętasz, 
jak przyglądałaś się stąd, kiedy pieczono tę Dunkę?
 - I co dalej ?
 - zatrwoŜyła się śaklina.
 - A to - odrzekł Tirechair - Ŝe dwaj nasi cudzoziemscy lokatorzy zalatują 
spalenizną.
 Nie poradzi tu Ŝadna kapituła, hrabina ani protekcja.
 Nadchodzi Wielkanoc, rok się kończy, trzeba naszych lokatorów wyrzucić, i to 
zaraz, nie czekając.
 Czy ty będziesz uczyć sierŜanta, jak się poznaje kandydatów na szubienicę?
 Nasi lokatorzy znali dobrze Porrette, tę heretyczkę z Danii czy tam Norwegii, 
której ostatni krzyk słyszałaś.
 OdwaŜna diablica, ani mrugnęła na stosie, a to najlepszy dowód, Ŝe miała 
konszachty z diabłem: widziałem ją z bliska, jak teraz widzę ciebie, próbowała 
przekabacić całą asystencję, powiadając, Ŝe jest w niebie i ogląda Boga.
 Od tego dnia ani jednej nocy nie przespałem spokojnie na swoim wyrku.
 Szlachcic, który mieszka nad nami, to z pewnością czarownik, a nie Ŝaden 
chrześcijanin.
 Na honor sierŜanta!
 Dreszcz mną wstrząsa, kiedy ten staruch przechodzi koło mnie; nigdy nie sypia 
po nocach; ilekroć się zbudzę, głos jego huczy jak dzwon, słyszę zaklęcia, które
ten dziad rzuca w języku z piekła rodem; widziałaś kiedy, Ŝeby jadł uczciwą 
kromkę chleba, podpłomyk od katolickiego piekarza?
 Płeć ma czarniawą, wypieczoną i osmaloną w ogniu piekielnym.
 Na Boga, oczy jego są uroczne niby dwa węŜe!
 śaklino, nie chcę dłuŜej trzymać tych ludzi u siebie!
 Nazbyt blisko Ŝyję sprawiedliwości, Ŝeby nie wiedzieć, Ŝe nie trzeba mieć z nią
nigdy na pieńku.
 Wyrzucisz obu naszych lokatorów: starego, bo coś za bardzo jest mi podejrzany, 
a młodego, bo za miluśki.
 Obaj wyglądają mi na takich, co nigdy nie wdają się z chrześcijanami, z 

Strona 47

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

pewnością nie Ŝyją tak, jak my: młokos wpatruje się wciąŜ w księŜyc, gwiazdy i 
chmury, jak to czarodziej, który oczekuje godziny, Ŝeby wsiąść na miotłę; a ten 
stary chytrus posługuje się na pewno biednym dzieciakiem do jakichś czarów.
 Moja chałupa i tak stoi nad rzeką, dość nam od niej grozi niebezpieczeństw, 
Ŝebym jeszcze miał ściągać tutaj piorun albo miłość hrabiny.
 Rzekłem.
 Nie ruszaj się!
 śaklina, choć w domu sprawowała despotyczne rządy, słuchała w osłupieniu 
płomiennych oskarŜeń, jakie sierŜant rzucał na dwóch swoich lokatorów.
 Popatrzywszy teraz chcąc nie chcąc w okno pokoju starca, zadrŜała ze zgrozy na 
widok jego lic posępnych i melancholijnych, które ukazały się nagle - i 
przenikliwego spojrzenia, co takim lękiem napawało sierŜanta, chociaŜ oswojony 
był przecie ze zbrodniarzami.
 W owych czasach wielcy i mali, duchowni i świeccy, wszyscy słowem, drŜeli na 
samą myśl o mocach nadprzyrodzonych.
 Wyraz "magia" z nie mniejszą potęgą niŜ trąd niweczył uczucia, rozrywał więzi 
społeczne, mroził litość w sercach najmiłosierniejszych.
 SierŜantowa pomyślała raptem, Ŝe nie spostrzegła nigdy, by jej lokatorzy 
zachowywali się jak zwykli ludzie.
 Młodszy wprawdzie głos miał słodki i melodyjny niby dźwięk fletu, ale 
przemawiał do niej tak rzadko, iŜ była skłonna poczytywać to za skutek czarów.
 Przypominając sobie osobliwą urodę tej twarzy bladej, okraszonej delikatnym 
rumieńcem, widząc teraz oczyma wyobraźni te włosy złote i wilgotny ogień 
spojrzenia, jęła się dopatrywać w owej gładkości sztuczek diabelskich.
 Przypomniała sobie, Ŝe mijały dnie, a z obu wynajętych izb nie dolatywał i 
najlŜejszy szmer.
 Gdzie podziewali się przez te godziny?
 Raptem okoliczności jak najdziwaczniejsze jęły hurmem napastować jej pamięć.
 Ogarnięta trwogą aŜ do głębi, poczytała za dowód czarów miłość, jaką bogata 
dama pałała do młodego Godfryda, ubogiego sieroty rodem z Flandrii, który 
przebywał w ParyŜu na studiach uniwersyteckich.
 Wsunąwszy szybko rękę do kieszeni, wydobyła cztery srebrne talary bite w Tours 
i spojrzała na nie, a w oczach jej chciwość mieszała się z lękiem.
 - A przecieŜ chyba fałszywe nie są?
 - rzekła pokazując pieniądze męŜowi.
 - No i jakŜe ich wyrzucić, skoro zapłacili z góry komorne za rok przyszły?
 - zagadnęła.
 - Poradzisz się dziekana kapituły - odparł sierŜant.
 - CzyŜ nie on to winien cię uwiadomić, jak mamy postępować z tymi monstrami?
 - O, monstra to nadzwyczajne!
 - przyznała.
 - I jakie przechery!
 Osiąść tuŜ pod Notre-Dame!
 Ale - przydała - nim poradzę się dziekana, czemuŜ nie miałabym ostrzec tej 
godnej i szlachetnej pani o groŜącym jej niebezpieczeństwie?
 Kiedy śaklina wyrzekła te słowa, oboje wrócili do domu.
 Tirechair nie stracił rezonu.
 Jako człek wytrawny w fortelach swojego rzemiosła, udał, iŜ bierze nieznajomą 
za prawdziwą wyrobnicę; ale spod owej pozornej obojętności przebijał lęk 
dworzanina respektującego królewskie incognito.
 W tejŜe chwili godzina szósta wybiła na dzwonnicy Saint-Denis-du-Pas, kościółka
między Notre-Dame a portem Saint-Landry, będącego pierwszą katedrą, jaką 
wzniesiono w ParyŜu, na tym dokładnie miejscu, gdzie święty Dionizy poniósł 
śmierć na ruszcie - powiadają kronikarze.
 I zaraz w całym Cite godzina jęła przefruwać z dzwonnicy na dzwonnicę.
 Nagle na lewym brzegu Sekwany, za Notre-Dame, tam, gdzie roiło się od szkół 
uniwersyteckich, podniósł się tumult i wrzawa.
 Na ten znak stary lokator poruszył się w swoim pokoju.
 SierŜantostwo i nieznajoma usłyszeli trzaśnięcie drzwiami, cięŜki krok 
cudzoziemca zadudnił na schodach.
 Podejrzenia, jakie wyraził był sierŜant, przydały pojawieniu się owej 
osobistości sensacji tak wielkiej, iŜ małŜonkowie przybrali minę nader 
dziwaczną, która mocno zastanowiła damę.
 Kojarząc, jak wszystkie osoby zakochane, trwogę małŜonków ze sprawami swojego 
pupila, dama jęła oczekiwać z niepokojem ewenementu, który zapowiadał lęk 
domniemanych jej chlebodawców.
 Cudzoziemiec zatrzymał się na chwilę w progu drzwi, obserwując bacznie trzy 
osoby będące w tej sali - i szukając jakby swojego towarzysza.

Strona 48

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Spojrzenie jego, choć beztroskie, posiało zamęt w sercach.
 Rzeczywiście, nikt - nawet najtrzeźwiejszy męŜczyzna - nie zdołałby zaprzeczyć,
Ŝe natura wyposaŜyła tę istotę, z pozoru nadprzyrodzoną, przemoŜnymi siłami.
 Oczy jego, głęboko osadzone pod wydatnymi łukami krzaczastych brwi, były jak u 
kani otoczone powieką mięsistą i tak śniadą, Ŝe jej nieomal czerń odcinała się 
ostro od policzków, wywołując wraŜenie szczególnej gałek ocznych wyłupiastości.
 W oku tym magicznym taił się jakiś despotyzm i przenikliwość zarazem, które 
niewoliły duszę spojrzeniem cięŜkim i brzemiennym w myśli, iskrzącym się i 
trzeźwym, jak u węŜa albo ptaka; lecz najbardziej wprawiało w osłupienie, 
przytłaczało to, Ŝe nieznajomy miał zdolność błyskawicznego komunikowania o 
jakimś ogromnym nieszczęściu lub o nadludzkiej potędze.
 Wszystko harmonizowało z tym spojrzeniem, w którym był i ołów, i ogień, 
nieruchomość i Ŝywość, surowość i spokój.
 O ile w tym wielkim oku burze ziemskie zdawały się do pewnego stopnia wygasłe, 
na licu chudym i suchym malował się świeŜy jeszcze ślad nieszczęśliwych uczuć i 
doniosłych, zakończonych juŜ wypadków.
 Nos opadał linią prostą, lecz budowę miał taką, iŜ nozdrza słuŜyły mu jakby za 
podporę.
 Kości policzkowe zarysowywały się wyraziście pod skórą, pobruŜdŜoną 
zmarszczkami długimi i prostymi, na zapadłych licach.
 KaŜda zaklęsłość na tej twarzy wydawała się cieniem.
 Porównałbyś te zmarszczki i zapadliny do łoŜyska potoku, gdzie o gwałtowności 
wód, co płynęły nim ongi, świadczy dziś głębokość bruzd, które zdradzają jakąś 
walkę straszliwą, wieczystą.
 Podobne śladom pozostawianym na falach przez wiosła, szerokie fałdy z obu stron
nosa podkreślały wyrazistość rysów, nadając ustom zaciętym i wąskim charakter 
goryczy i smutku.
 Ponad huraganem malującym się na tych licach czoło pogodne wznosiło się z czymś
na kształt zuchwalstwa i wieńczyło je niby marmurowa kopuła.
 Cudzoziemiec trwał w postawie nieustraszonej i powaŜnej, jakiej nabywają ludzie
przywykli do nieszczęść, stworzeni przez naturę do nieugiętego sprzeciwiania się
rozwścieczonej tłuszczy - i do spoglądania prosto w oczy wielkim 
niebezpieczeństwom.
 Zdawał się szybować wysoko w kręgach własnych, ponad ludzkością.
 ToteŜ jego spojrzenia i gesty cechowała przemoŜna potęga; wychudłe ręce były 
rękami wojownika; spuszczałeś oczy, kiedy zatopił w nich wzrok, drŜałeś, kiedy 
słowem albo gestem zwracał się do twojej duszy.
 Otaczał go milczący majestat, dzięki któremu ów cudzoziemiec wydawał się 
despotą bez eskorty, Bogiem bez aureoli.
 Ubiór jego pobudzał jeszcze imaginację, i tak juŜ rozbudzoną szczególnymi 
cechami zachowania i fizjonomii starca.
 Dusza, ciało i suknie harmonizowały ze sobą w sposób, który wywarłby wraŜenie 
na umysłach najchłodniejszych.
 Miał na sobie rodzaj opończy z czarnego sukna, bez rękawów, opadającej do 
połowy uda, spiętej z przodu, ale tak, by szyja pozostała odsłonięta i nie 
krępował jej rabat.
 Spencer i ciŜmy były czarne.
 Głowę nakrywał czarną aksamitną piuską, nieomal księŜą, która odcinała się 
kolistą linią nad czołem, nie przepuszczając ani jednego włosa.
 Była to Ŝałoba najsurowsza, odzienie najposępniejsze, jakie mógłby nosić 
męŜczyzna.
 Gdyby nie długa szpada, zawieszona u boku, na skórzanym pasie widoczna przez 
rozcięcie w czarnej opończy, duchowny powitałby w nim brata.
 Aczkolwiek wzrostu był średniego, wydawał się wysoki; ale, jeśli spojrzałeś na 
jego twarz, wydawał się olbrzymem.
 - Godzina wybiła, łódź czeka, czemu nie schodzisz?
 Na te słowa, wypowiedziane złą francuszczyzną, łatwo jednak dosłyszalne wśród 
ogólnej ciszy, coś zaszeleściło w drugim pokoju i młodzieniec zbiegł po schodach
lekko, jakby sfrunął ptak.
 Kiedy pojawił się Godfryd, dama oblała się purpurą, zadrŜała, zadygotała i 
przysłoniła twarz białymi dłońmi.
 KaŜda kobieta podzieliłaby z nią to wzruszenie, patrząc na chłopca lat mniej 
więcej dwudziestu, ale postaci tak szczupłej i delikatnej, Ŝe na pierwszy rzut 
oka wziąłbyś go za dziecko albo za przebraną dziewczynę.
 Czarny płaski toczek, podobny beretowi baskijskiemu, uwydatniał śnieŜną biel 
czoła, na którym jaśniał wdzięk i niewinność, wyraŜając boską słodycz, odbicie 
duszy wypełnionej wiarą.
 Imaginacja poetów rada byłaby doszukać się tam owej gwiazdy, którą na prośbę 

Strona 49

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

matki, nie pomnę juŜ w jakiej bajce, wróŜka i chrzestna zarazem naznaczyła czoło
dziecka powierzonego, niby MojŜesz, falom rzeki.
 Miłością promieniały złote kędziory spływające mu na ramiona.
 Szyja, iście łabędzia, zalecała się bielą i prześliczną krągłością.
 W oku bystrym, niebieskim i przezroczym przeglądało się jakby niebo.
 Rysy twarzy, foremność czoła odznaczały się subtelnym wykończeniem, którym 
zachwyciłby się malarz.
 Kwiat urody, co w twarzach kobiecych przyprawia nas o niewyczerpane wzruszenia,
owa doskonała czystość owalu, świetlista aureola emanująca z umiłowanych lic 
kojarzyły się tutaj z odcieniami męskości, z energią młodzieńczą jeszcze, 
tworząc urocze kontrasty.
 Twarz ta, słowem, przypominała melodię, która choć niema, przemawia do nas i 
nas pociąga; a jednak wpatrując się uwaŜniej w te lica, odkrylibyśmy moŜe rodzaj
trwałego znuŜenia, jakie wyciska wielka myśl lub namiętność - zmatowiała juŜ 
bowiem świeŜość, dzięki której Godfryd przypominał młody liść rozwijający się w 
promieniach słonecznych.
 ToteŜ kiedy spotkali się ci dwaj ludzie, nigdy jeszcze nie powstał kontrast 
gwałtowniejszy i ostrzejszy.
 Rzekłbyś, Ŝe krzak słaby i wdzięczny zrodził się w starej wierzbie, ogołoconej 
przez czas, rozoranej piorunem, zmurszałej - w jednej z owych dostojnych wierzb,
którymi zachwycają się malarze; nieśmiały krzaczek chroni się wśród nich przed 
burzami.
 Jeden był Bogiem, drugi - aniołem; jeden był poetą, który odczuwa, drugi był 
poetą, który interpretuje; prorok cierpiący i rozmodlony lewita.
 Obaj odeszli w milczeniu.
 - Słyszałaś, jak zagwizdał na niego?
 - zawołał sierŜant, kiedy krok cudzoziemców przestał skrzypieć na piasku.
 - Nie diabeł to ze swoim paziem?
 - Uff - stęknęła sierŜantowa - aŜ mnie w dołku ściskało!
 Po raz pierwszy przyjrzałam się naszym gościom z taką uwagą.
 Nieszczęście to dla nas, kobiet, Ŝe diabeł potrafi przyoblec twarz tak 
urodziwą!
 - A pokrop go tylko wodą święconą, to zobaczysz, jak zamieni się w ropuchę!
 - wrzasnął Tirechair.
 - Idę opowiedzieć o wszystkim oficjałom.
 Na te słowa dama ocknęła się z głębokiej zadumy; spojrzała na sierŜanta, który 
wkładał juŜ swój czerwono-niebieski kaftan.
 - Dokąd tak spieszno?
 - zapytała.
 - Poinformować sprawiedliwość, Ŝe gościmy u siebie czarowników i dalej gościć 
ich nie mamy ochoty.
 Nieznajoma uśmiechnęła się na to.
 - Jestem hrabina Mahaut - oznajmiła wstając z dumą, od której sierŜant 
zbaraniał.
 - Nie waŜ się czynić najmniejszej krzywdy swoim lokatorom.
 A szczególną czcią otaczać masz starca, spotkałam go u króla, twojego pana, i 
widziałam, jak grzeczne zgotował mu przyjęcie, popełniłbyś więc gruby błąd, 
szykanując go choć trochę.
 Co zaś do mojego u was pobytu, nikomu ani słowa, jeśli wam Ŝycie miłe.
 To rzekłszy, znów pogrąŜyła się w zadumie.
 Po chwili jednak uniosła głowę, skinęła na gospodynię i obie poszły do pokoju 
Godfryda.
 Piękna hrabina spojrzała na łóŜko, krzesła, skrzynię, tapiserię, stół - i w oku
jej zabłysło szczęście jak u wygnańca, który wróciwszy w rodzinne strony, siadł 
u stóp wzgórza i wpatruje się w stłoczone dachy swojego miasteczka.
 - Jeśli okaŜe się, Ŝe mnie nie oszukałaś - powiedziała do śakliny - obiecuję ci
sto złotych dukatów.
 - AleŜ, proszę pani - odparła gospodyni - biedny aniołeczek jest ufny jak 
dziecko.
 A to cały jego dobytek.
 To mówiąc wysunęła szufladę stołu i pokazała kilka zwitków pergaminu.
 - Dobry BoŜe!
 - zawołała hrabina, biorąc do ręki kontrakt, który przyciągnął nagle jej uwagę;
i przeczytała: - Gothofredus comes Gantiacus (Godfryd, hrabia Gandawy).
 Upuściła pergamin, przeciągnęła dłonią po czole, stwierdziwszy jednak zapewne, 
Ŝe skompromitowała się zdradzając się przed śakliną ze swoim wzruszeniem, 
odzyskała zimny kontenans.
 - Jestem kontenta!

Strona 50

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 - oznajmiła.
 Po czym opuściła pokój i wyszła z domu.
 Gospodarze, stanąwszy w progu, widzieli, jak skierowała się drogą do portu.
 Nie opodal czekało przycumowane czółno.
 Na odgłos kroków hrabiny ukazał się nagle marynarz, pomógł pięknej wyrobnicy 
usadowić się na ławce i powiosłował z taką energią, Ŝe czółno niby jaskółka 
pomknęło w dół Sekwany.
 - Aleś ty głupi!
 - ozwała się śaklina klepiąc familiarnie męŜa po ramieniu.
 - Dziś rano zarobiliśmy sto złotych dukatów.
 - Nie lubię gościć wielkich panów, tak samo jak czarowników.
 Nie wiem, którzy prędzej zaprowadzą nas na szubienicę - odparł Tirechair biorąc
halabardę.
 - Idę - dodał - na ront w okolice Champfleuri.
 Niech Bóg nas ma w swojej opiece, a mnie napędzi jaką ladacznicę, która na 
wieczór włoŜy złote kolczyki, Ŝeby błyszczeć w ciemnościach jak robaczek 
świętojański!
 śaklina, sama teraz w domu, pobiegła do pokoju nieznajomego szlachcica, w 
nadziei, Ŝe myszkując tam znajdzie jakieś informacje o tajemniczej tej sprawie.
 Podobna uczonemu, który w pocie czoła komplikuje jasne i proste dane natury, 
wykoncypowała juŜ nieudolny romans, w którym starała się wyjaśnić gościnę trzech
tych osób pod jej ubogim dachem.
 Bobrowała w skrzyni, oglądała wszystko dokładnie, nie mogąc jednak wykryć nic 
nadzwyczajnego.
 Na stole zobaczyła ekrytuar i kilka kartek pergaminu; ale Ŝe nie umiała czytać,
odkrycie to było całkiem bezowocne.
 Wiedziona uczuciem kobiecym wróciła do pokoju młodzieńca - skąd ujrzała przez 
okno, jak obaj lokatorzy przeprawiali się najętą łodzią na drugi brzeg Sekwany.
 - Wyglądają jak dwie figury kamienne - pomyślała.
 - Aha, dobijają do ulicy du Fouarre.
 Leciutki jest nasz kochaneczek!
 Wyskoczył na ląd jak szczygieł.
 Przy nim ten stary wygląda jak kamienny święty z katedry.
 Idą do dawnej szkoły Czterech Narodów.
 Do diaska, straciłam ich z oczu!
 To tutaj Ŝyje sobie nasz biedny cherubinek!
 - dodała spoglądając na meble.
 - Galanty chłopak i przyjemny!
 Oj, ci wielcy panowie, z innej oni, niŜ my, gliny.
 Wygładziła kapę na łóŜku, starła kurz ze skrzyni,poczym zeszła na dół, po raz 
setny zadając sobie od sześciu miesięcy pytanie: - Na czym, u diabła, spędza 
swoje dni boŜe?
 Toć nie moŜe wciąŜ wpatrywać się w błękit nieba i w gwiazdy, które pan Bóg 
zawiesił u góry, niczym latarnie.
 Trapi się czymś kochany chłopczyna.
 Ale dlaczego nie rozmawia prawie nigdy ze swoim starym mistrzem?
 - I zagubiła się w rozmyślaniach, które w mózgu kobiecym poplątały się jak 
nici.
 Starzec i młodzieniec weszli do jednej ze szkół, którymi podówczas ulica du 
Fouarre słynęła w całej Europie.
 Znakomity Siger, najsłynniejszy na Uniwersytecie paryskim doktor Teologii 
mistycznej, wchodził na katedrę w tym akurat momencie, kiedy obaj cudzoziemcy 
dotarli do dawnej szkoły Czterech Narodów i znaleźli się w obszernej sali, dokąd
drzwi prowadziły wprost z ulicy.
 * Siger z Brabantu (około 1235-1282) - teolog i filozof, uwieczniony przez 
Dantego w „Boskiej komedii" (Raj, pieśń X), nauczał w ParyŜu i współpracował z 
Robertem Sorbon w organizowaniu Sorbony.
Zimną, kamienną posadzkę przyrzucono warstwą świeŜej słomy, aŜeby studenci 
mogli, przyklęknąwszy na jednym kolanie, oprzeć na drugim tabliczkę i 
stenografować improwizację mistrza, posługując się skrótami, których 
rozszyfrowanie wprawia w rozpacz dzisiejszych badaczy.
 Sala była pełna nie tylko Ŝaków, lecz i co znaczniejszych duchownych, dworzan i
jurystów.
 Byli teŜ i cudzoziemscy uczeni, wojskowi i bogaci mieszczanie.
 Napotykałeś tutaj owe twarze szerokie, wypukłe czoła, szacowne brody, które 
budzą w nas rodzaj kultu dla naszych przodków, kiedy oglądamy portrety 
średniowieczne.
 Twarze ascetyczne o błyszczących zapadłych oczach i czołach poŜółkłych wśród 

Strona 51

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

jałowych a nuŜących medytacyj nad problemami scholastyki, którymi pasjonowała 
się owa epoka, kontrastowały z licami młodych zapaleńców, ze statecznymi 
twarzami ludzi powaŜnych, marsowymi - wojskowych, pucołowatymi i krwistymi - 
bankierów.
 Wykłady te, dysertacje, tezy bronione przez najświetniejszych geniuszów 
trzynastego i czternastego wieku podniecały entuzjazm naszych pradziadów, były 
dla nich tym, czym dla nas są walki byków, teatr włoski, tragedie, wielki balet,
słowem - widowiska.
 Przedstawienia misteriów pojawiały się dopiero po tych zapasach duchowych, z 
których być moŜe zrodziła się scena francuska.
 Wymowna inspiracja łącząca w sobie powaby głosu ludzkiego umiejętnie 
wyszkolonego, subtelności krasomówcze i śmiałe badania tajemnic Boga - 
kontentowała podówczas wielką ciekawość, poruszała dusze i tworzyła modny 
spektakl.
 Teologia nie tylko streszczała nauki, była nauką sama w sobie, jak u Greków 
staroŜytnych - gramatyka, zapowiadając płodną przyszłość tym, którzy wyróŜniali 
się w owych pojedynkach, gdzie niczym Jakub, mówcy zmagali się z duchem BoŜym.
 Ambasady, arbitraŜe między monarchami, kanclerstwa, wysokie godności kościelne 
przypadały ludziom, których słowo wyostrzyło się w dysputach teologicznych.
 Katedra była trybuną ówczesną.
 Ów system przetrwał aŜ do dnia, w którym Rabelais okrutnymi drwinami unicestwił
manię scholastycznego rezonerstwa, podobnie jak Cervantes zabił rycerstwo 
komedią pisaną.
 AŜeby zrozumieć ową dziwaczną epokę, pojąć ducha, co dyktował podówczas 
arcydzieła dziś juŜ zapomniane, choć ogromnego rozmachu, aby, słowem, 
wytłumaczyć sobie w niej wszystko, nie wyłączając barbarzyństwa, wystarczy 
przestudiować statuty Uniwersytetu Paryskiego i zbadać nader osobliwy, 
obowiązujący wtedy program nauczania.
 Teologia dzieliła się na dwa Fakultety, jeden z nich obejmował teologię we 
właściwym sensie, drugi - naukę o dekretach kanonicznych.
 Fakultet Teologii miał trzy sekcje: scholastyczną, kanoniczną i mistyczną.
 Zanudzilibyśmy czytelnika wyszczególniając atrybucje owych trzech róŜnych 
działów nauki, a zresztą jeden z nich tylko, mistyka, stanowi przedmiot 
niniejszego studium.
 Teologia mistyczna obejmowała całość objawień boŜych oraz interpretację 
tajemnic.
 Kult dla tego odgałęzienia dawnej teologii przetrwał sekretnie pomiędzy nami.
 Jakub Boehme, Swedenborg, Martinez Pascraalis, Saint-Martin,Molinos, panie 
Guyon, Bourignon i Kriidener, sekta ekstatyków oraz iluministów - w rozmaitych 
okresach godnie przechowywali doktrynę owej nauki, której cel ma w sobie coś 
przeraŜającego i gigantycznego zarazem.
 Dziś, jak i za czasów doktora Sigera, rzecz w tym, aby obdarzyć człowieka 
skrzydłami, dzięki którym mógłby wzbić się do sanktuarium, gdzie ukrywa się Bóg.
 Dygresja to konieczna, by czytelnik zrozumiał scenę, w której mieli 
uczestniczyć starzec i młodzieniec, opuściwszy teren Notre-Dame; obroni ponadto 
przed wszelkimi zarzutami nasze Studium - zarzutami, jakie mogłyby wysunąć pewne
osoby zbyt pochopne w sądach, czyli skłonne podejrzewać autora o kłamstwo lub 
tendencję do hiperboli.
 Doktor Siger był męŜczyzną wysokim i w sile wieku.
 Roczniki uniwersyteckie ocaliły od zapomnienia jego wizerunek, wiadomo więc, Ŝe
z twarzy nasz doktor był zadziwiająco podobny do Mirabeau.
 Fizys nerwowa, sroga, naznaczona piętnem ognistej elokwencji.
 Czoło Sigera nosiło jednak znamiona religijnej wiary i Ŝarliwości, na których 
zbywało jego sobowtórowi.
 Głos miał pełen zniewalającej słodyczy, o brzmieniu donośnym i przymilnym.
 W opisanym momencie światło sączące się skąpo przez szybki oprawne w ołów 
barwiło zgromadzonych kolorami kapryśnymi, tworząc tu i ówdzie jaskrawe 
kontrasty, dzięki melanŜowi blasków i cieni.
 Tu w mrocznym kącie zaiskrzyły się czyjeś oczy; tam czarne włosy pieszczone 
promieniami przypominały świetlistą aureolę, która unosiła się nad twarzą 
spowitą w ciemności; gdzie indziej głowy łyse, z cienką opaską siwizny, 
sterczały nad ciŜbą niby wieŜyczki osrebrzone księŜycem.
 Wszystkie te głowy, zwrócone ku doktorowi, milczały w niecierpliwym 
oczekiwaniu.
 Monotonne głosy innych profesorów ze szkół sąsiednich szemrały w cichej ulicy, 
jak morskie fale.
 Kroki dwóch nieznajomych, nadchodzących właśnie, zwróciły ogólną uwagę.
 Doktor Siger, gotów juŜ rozpocząć wykład, widząc, iŜ majestatyczny starzec 

Strona 52

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

stoi, jął wzrokiem szukać dlań miejsca, a Ŝe nie znalazł go w gęstym tłumie, 
zszedł, przystąpił do cudzoziemca z miną pełną uszanowania i, ofiarowując mu 
swój zydel, posadził go na podium katedry.
 Zgromadzeni powitali ten fawor przeciągłym szmerem uznania, rozpoznawszy w 
starcu autora znakomitej tezy, której niedawno bronił na Sorbonie.
 Górując nad audytorium, nieznajomy obrzucił je spojrzeniem zapadającym na dno 
duszy, zawierającym długi poemat o nieszczęściach - i ci, których wzrok ów 
dosięgnął, zadrŜeli nie zdając sobie sprawy z powodu wzruszenia.
 Młokos podąŜający za starcem usiadł na stopniu, plecami wsparł się o katedrę, w
pozie, która urzekała wdziękiem i zasmuceniem.
 Zaległa głęboka cisza, drzwi, a nawet ulicę zatarasował po chwili tłum Ŝaków, 
którzy opuścili inne sale.
 W ostatnim tym wykładzie doktor Siger zamierzał streścić swoje teorie, które 
juŜ był wyłoŜył wcześniej, na temat zmartwychwstania, nieba i piekła.
 W ciekawej swojej doktrynie dawał wyraz upodobaniom epoki, zaspokajając przy 
tym ową niepomiarkowaną Ŝądzę cudowności, która dręczyła ludzi jak świat 
światem.
 Ów ludzki wysiłek, aby uchwycić nieskończoność wciąŜ umykającą nieporadnym 
rękom człowieka, owe ostatnie zmagania myśli ze sobą samą, stanowiły dzieło 
godne asystencji, którą uświetniali wszyscy ówcześni luminarze i w której 
iskrzyła się najbardziej dalekosięŜna wyobraźnia, jaka istniała kiedykolwiek.
 Doktor przypomniał najpierw po prostu, tonem łagodnym i bez emfazy, punkty 
uprzednio juŜ ustalone: "Nie masz dwóch równych sobie inteligencyj.
 Czy zatem człowiek ma prawo Ŝądać od stwórcy zdania rachunku z nierówności sił 
duchowych u poszczególnych jednostek?
 Nie zamierzając więc przenikać nagle zamysłów Boga, musimy przyznać de facto, 
Ŝe inteligencje dzielą się na rozległe kręgi, a to wskutek róŜnic ogólnych, 
istniejących między nimi.
 Czy nie istnieje rzeczywista gradacja duchowości między kręgiem najmniej 
rozjaśnionym inteligencją a kręgiem najbardziej klarownym, gdzie dusze 
postrzegają juŜ drogę do Boga?
 Czy duchy naleŜące do jednego i tego samego kręgu nie porozumiewają się 
bratersko pod względem duchowym, cielesnym, myślowym i uczuciowym"?
 Tu doktor jął rozwijać cudowne teorie na temat sympatyj.
 Tłumaczył w języku biblijnym zjawiska miłości, instynktowną antypatię, to znów 
namiętne sympatie nie znające przestrzeni, nagłe przymierza dusz, które zdają 
rozpoznawać się wzajem.
 Problem rozmaitych stopni nasilenia, któremu podlegają nasze uczucia, wyjaśnił 
miejscem bliŜszym czy dalszym od centrum, zajmowanym przez dusze w 
odpowiadających sobie kręgach.
 Wyjawiał matematycznie wielką myśl Boga w koordynacji odmiennych ludzkich 
kręgów.
 Poprzez człowieka - twierdził - kręgi te stworzyły świat pośredni między 
inteligencją zwierzęcia a inteligencją aniołów.
 Według Sigera Słowo boŜe karmi Słowo duchowe, Słowo duchowe karmi Słowo 
oŜywione, Słowo oŜywione karmi Słowo zwierzęce, Słowo zwierzęce karmi Słowo 
roślinne, a Słowo roślinne jest wyrazem Ŝycia słowa jałowego.
 Kolejne przepoczwarczenia, jakie Bóg tym samym nakazał naszym duszom, i ów 
rodzaj Ŝycia osmotycznego, które od kręgu do kręgu przenika coraz Ŝywsze, coraz 
bardziej duchowe, coraz inteligentniejsze, odmalowują ruch, w który NajwyŜszy 
wprawił Przyrodę: wykład był to niejasny, lecz dla niezbyt okrzesanych słuchaczy
zatrącał cudownością.
 Wspomagając się licznymi cytatami zapoŜyczonymi z ksiąg świętych - i posługując
się nimi dla komentowania samego siebie, zastępował malowniczymi obrazami 
argumentację abstrakcyjną, ilekroć mu nie dopisała, i w głębinach stworzenia 
potrząsał duchem BoŜym niby pochodnią, elokwentny zaś z natury, budził 
przekonywającymi akcentami wiarę w audytorium.
 Rozwijając ów systemat oraz wszelkie wynikłe zeń wnioski, dawał klucz do 
wszystkich symbolów, uzasadniał powołania, właściwości szczególne, jak talent 
czy geniusz.
 Stając się raptem, instynktownie, fizjologiem, opisywał znamiona w twarzach 
ludzkich upodobniające człowieka do zwierzęcia, fenomen zaś ów udowodnił 
analogiami pierwotnymi oraz ewolucją stworzenia.
 Sprawiał, Ŝe słuchacze byli świadkami urzeczywistniających się zamierzeń 
przyrody, wyznaczał misję, przyszłość minerałom, roślinom i zwierzętom.
 Dopuszczał moŜliwość przechodzenia z jednego kręgu do drugiego, uzasadniając 
ową hipotezę z Biblią w ręku - kiedy juŜ uduchowił Materię, umaterialnił Ducha, 
wprowadził we wszystko wolę BoŜą i zaszczepił szacunek do najskromniejszych 

Strona 53

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

nawet dzieł Boga.
 W tej pierwszej części dyskursu, stosując zręczne dygresje, pogodził swoją 
doktrynę z feudalizmem.
 Poezja religijna i świecka, dosadna elokwencja owej epoki nadawały się wybornie
do tych wszechstronnych teorii, gdzie połączyły się wszystkie systemy 
filozoficzne staroŜytności, ale teŜ gdzie nasz doktor ukazał je w kształcie 
nowym, klarowniejszym, odmiennym.
 Słowami swoimi obalił fałszywy dogmat o dwóch pierwiastkach i nie mniej 
fałszywe dogmaty panteizmu, głosząc jednię boską oraz pozostawiając Bogu i jego 
aniołom znajomość celów, do których wiodące środki z całą wspaniałością 
rozbłysły w oczach człowieka.
 Zbrojny w dowody, za których pomocą interpretował świat materialny, doktor 
Siger konstruował świat duchowy, składający się z kręgów wznoszących się 
stopniowo i dzielących nas od Boga, jak roślinę dzieli od nas nieskończoność 
kręgów koniecznych dla niej do przebycia.
 Zaludniał niebo, planety, gwiazdy, słońce.
 Powołując się na świętego Pawła obdarowywał ludzi nową potęgą: wolno im wznosić
się od kręgu do kręgu - i tak aŜ do źródeł Ŝycia wiecznego.
 Mistyczna drabina Jakuba stanowiła zarówno formułę religijną owej tajemnicy 
BoŜej, jak tradycją przekazany dowód rzeczywisty.
 WojaŜował w przestrzeniach porywając za sobą Ŝarliwe dusze na skrzydłach 
swojego słowa, uzmysłowił słuchaczom nieskończoność, zatapiając ich w 
niebiańskim oceanie.
 Przedstawił logiczny dowód na istnienie piekła, wyobraŜając kręgi ułoŜone w 
porządku odwrotnym niŜ kręgi świetliste, wznoszące się ku Bogu - kręgi, gdzie 
miast ducha i światła panowało cierpienie i ciemność.
 Udręki były równie zrozumiałe, jak rozkosze.
 Człony porównania istnieją w poszczególnych etapach Ŝycia ludzkiego, w 
róŜnorakich klimatach boleści oraz inteligencji.
 Tak więc jak najdziwaczniejsze legendy o piekle i czyśćcu znajdowały 
przyrodzone urzeczywistnienie.
 Wydedukował znakomicie racje fundamentalne cnót naszych.
 Człek naboŜny, nie zbaczający z dróg ubóstwa, dumny ze swojego sumienia, Ŝyjący
zawsze w zgodzie z samym sobą, wytrwały, by nie kłamać swojemu sercu, chociaŜ 
napotyka wszędzie przykłady grzechów zwycięskich, jest aniołem ukaranym, 
upadłym, który pamięta jednak o swoich początkach, przeczuwa nagrodę - i, 
posłuszny swojemu posłannictwu, robi, co do niego naleŜy.
 Podniosłość chrześcijańskich wyrzeczeń wystąpiła tedy w pełnej chwale.
 Rzucając męczenników na stosy, Siger pozbawiał ich niemal wszelkich zasług, 
zaprzeczając im cierpienia.
 Anioł wewnętrzny raduje się w niebiosach, gdy tymczasem człowieka zewnętrznego 
łamią katowskie Ŝelaza.
 Odmalowywał aniołów między ludźmi, wskazując znaki niebiańskie, po których 
poznać ich moŜna.
 Wydzierał zatem z trzewi rozumienia właściwy sens słowa "upadek", na które 
natykamy się we wszystkich językach.
 Wskrzeszał najpłodniejsze tradycje, aby wykazać prawdziwość naszego 
pochodzenia.
 Tłumaczył jasno, skąd u ludzi bierze się Ŝarliwy zapał ku doskonałości, widząc 
w nim ambicję instynktowną, wieczysty przejaw naszych losów.
 Sprawiał, Ŝe jednym spojrzeniem słuchacze ogarniali wszechświat, opisywał 
substancję Boga występującą z brzegów, jak rzeka bezmierna, płynącą od centrum 
ku ekstremom i od ekstremów ku centrum.
 Przyroda jest jedna i niepodzielna.
 W dziele na pozór najmizerniejszym, jak i najpotęŜniejszym, wszystko jest 
posłuszne owemu prawu.
 KaŜdy twór odzwierciedla w pomniejszeniu obraz jego dokładny: czy będzie to sok
roślin, czy krew ludzka, czy teŜ obroty ciał niebieskich.
 Piętrzył dowody, kształtując swoją myśl melodyjnym poetyckim obrazem.
 Uprzedzał śmiało zarzuty przeciwników.
 Tak więc retorycznymi pytaniami gromił pomniki naszych nauk oraz wszelką 
wybujałość - ku których tworzeniu społeczeństwa uŜywały elementów świata 
ziemskiego.
 Pytał, czy nasze wojny, nędza ludzka, deprawacja nie hamują wielkiego ruchu, w 
jaki Bóg wprawił wszystkie planety?
 Wyśmiewał niemoc ludzką, wykazując, jak wszędzie ślady naszych wysiłków ulegają
zatarciu.
 Wzywał cienie Tyru, Kartaginy, Babilonu; nakazywał wieŜy Babel i Jerozolimie, 

Strona 54

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

by dały temu świadectwo; szukał, nie znajdując ich, bruzd efemerycznych, jakie 
wyorał rzekomo pług cywilizacji.
 Ludzkość kołysała się na planecie niby okręt, który ciągnie za sobą ślad 
niknący pod Spokojną taflą Oceanu.
 Takie były podstawowe tezy wykładu doktora Sigera, tezy, które spowił w 
słownictwo mistyczne i dziwaczną ówczesną łacinę.
 Pismo Święte, które studiował był ze szczególnym staraniem, dostarczyło mu 
zbroi: w niej to pojawił się swojemu stuleciu, aŜeby przyspieszyć jego bieg.
 Śmiałość swoją, niby płaszczem, okrywał głęboką wiedzą, filozofię - 
świątobliwością obyczajów.
 W opisywanym momencie postawił swoich słuchaczów oko w oko z Bogiem, ujął świat
w jednej myśli i odsłonił niemal myśl świata - po czym wpatrując się w 
asystencję milczącą, pełną napięcia, spojrzał pytająco na nieznajomego.
 Obecność tej szczególnej postaci była snadź mu bodźcem, dorzucił bowiem te oto 
słowa, na ten raz wolne od zmanierowanej łaciny średniowiecznej: - Skąd, według 
was, człowiek mógłby czerpać te płodne prawdy, jeśli nie w łonie Boga samego?
 Czym jestem?
 Nieudolnym tłumaczem kilku słów, jakie przekazał nam z apostołów 
najpotęŜniejszy, kilku słów spomiędzy tysiąca innych, nie mniej światłością 
jaśniejących.
 Przed nami wszystkimi powiedział święty Paweł: In Deo vivimus, movemus et 
sumus.
 (śyjemy, poruszamy się i jesteśmy w Bogu).
 Czy dziś, mniej wierzący i bardziej uczeni albo mniej umiejący i bardziej 
niedowierzający, zapytalibyśmy apostoła, po co właściwie ów ruch wieczny?
 Dokąd zmierza to Ŝycie rozdzielone na strefy?
 Na co ta inteligencja, która rozpoczyna od niejasnych postrzeŜeń, do jakich 
zdolny jest marmur, i od kręgu do kręgu przechodzi aŜ do człowieka, aŜ do 
anioła, aŜ do Boga?
 Gdzie źródło jest, a gdzie morze - skoro Ŝycie dotarłszy do Boga poprzez 
planety i gwiazdy, poprzez materię i ducha, zawraca ku innemu celowi?
 Chcielibyście oglądać wszechświat z dwóch stron.
 Bylibyście radzi wielbić władcę, ale pod warunkiem, Ŝeby choć na moment zasiąść
na tronie.
 Głupcy z nas!
 Zaprzeczamy najinteligentniejszym zwierzętom daru rozumienia naszych myśli oraz
celu naszych działań, nie znamy litości dla stworzeń zamieszkujących kręgi 
niŜsze, wypędzamy je z naszego świata, negujemy ich zdolność odgadywania 
ludzkiej myśli, a pragnęlibyśmy poznać najwyŜszą ze wszystkich idei, ideę idei!
 No cóŜ, ruszajcie w drogę, na skrzydłach wiary wznoście się od globu do globu, 
fruwajcie w przestrzeniach!
 Miłość, myśl i wiara: oto sekretne od nich klucze.
 Przebądźcie kręgi, dotrzyjcie do tronu!
 Bóg pobłaŜliwszy jest od was, otwarł świątynię swoją wszelkiemu swojemu 
stworzeniu.
 Ale czy pamiętacie przykład MojŜesza?
 Rozzujcie się więc, zanim wejdziecie do sanktuarium, zmyjcie z siebie brud 
wszelaki, rozstańcie się kompletnie z waszym ciałem, abyście nie spłonęli, Bóg 
bowiem...
 Bóg to światłość!
 W chwili kiedy doktor Siger z licem rozpłomienionym i wzniesioną ręką 
wypowiadał to wielkie słowo, promień słońca przedostawszy się przez otwartą 
szybkę wyczarował, jakby sztuką magiczną, świetliste źródło, długą trójkątną 
strugę złota, która wstęgą opasała słuchaczów.
 Wszyscy klasnęli w dłonie, poczytawszy za cud ową grę świateł zachodzącego 
słońca.
 Zabrzmiał okrzyk chóralny: - Vivat!
 Vivat!
 Rzekłbyś, samo niebo dało aplauz mistrzowi.
 Godfryd przejęty szacunkiem spoglądał to na starca, to na doktora Sigera, 
którzy rozmawiali po cichu.
 - Chwała ci, mistrzu!
 - ozwał się cudzoziemiec.
 - CzymŜe jest chwała doczesna?
 - odparł Siger.
 - Rad byłbym uwiecznić swoją wdzięczność - starzec na to.
 - Hm, jedna linijka spod waszego pióra obdarzyłaby mnie ludzką 
nieśmiertelnością - powiedział Siger.

Strona 55

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 - Ale czyŜ podobna obdarować tym, czego się nie ma?
 - obruszył się nieznajomy.
 W asyście tłumu, co niczym dworzanie otaczający monarchów szedł za owymi trzema
osobistościami krok w krok, nie zbliŜając się zbytnio przez szacunek, Godfryd, 
starzec i Siger zdąŜali ku błotnistemu brzegowi, nie zabudowanemu podówczas 
jeszcze, a gdzie czekał przewoźnik.
 Doktor i cudzoziemiec nie gawędzili ani po łacinie, ani po galijsku, 
rozprawiali z powagą w jakimś nieznanym języku.
 Na przemian wskazywali rękami to niebo, to znów ziemię.
 Nie raz jeden Siger, będąc obznajmionym z krętą linią brzegu, nadzwyczaj 
troskliwie przeprowadzał starca po wąskich kładkach przerzuconych nad 
błotnistymi rowami; asystencja śledziła obu z ciekawością, ten i ów Ŝak 
zazdrościł młodzikowi przywileju towarzyszenia tym dwóm władcom słowa.
 Na koniec Siger skłonił się cudzoziemcowi, przewoźnik odepchnął czółno od 
brzegu.
 Kiedy łódź kołysała się na szeroko rozlanej Sekwanie, kołysząc dusze pasaŜerów,
słońce, podobne poŜarowi, co zapłonął na widnokręgu, przebiło chmury, zatopiło 
pola strumieniami światła, ubarwiło czerwonymi tony, brunatnym odblaskiem 
spiczaste dachy z łupku i słomiane strzechy, obrzeŜyło ogniem wieŜe Filipa 
Augusta, zawładnęło niebem, kolorami nasyciło wody, roziskrzyło się w trawach i 
zbudziło drzemiące owady.
 Była to jakby ostatnia strofa codziennego hymnu.
 WydłuŜony snop światła rozŜagwił się w obłokach.
 Serca zadrŜały przed tą wspaniałością natury.
 Cudzoziemcowi kontemplującemu ten obraz najcichsza z łez ludzkich zwilŜyła 
powieki.
 Godfryd zapłakał takŜe, ręka jego, dygocąc, napotkała rękę starca, który 
zwrócił twarz ku niemu, nie tając wzruszenia; ale zapewne, by ocalić swoją 
godność męską, którą uznał za nadweręŜoną, ozwał się posępnie: - Opłakuję mój 
kraj, jestem banitą!
 Młodzieńcze, o tej właśnie porze opuściłem ojczyznę.
 Ale tam o tej godzinie robaczki świętojańskie wyfruwają ze swoich kruchych 
siedzib i spoczywając na łodygach gladiolusów zdobią je niby diamenty.
 O tej godzinie wiatr łagodny jak najsłodsza poezja wzbija się z doliny 
nasyconej światłem, niosąc miłe aromaty.
 Na horyzoncie widziałem złote miasto podobne niebiańskiej Jeruzalem, miasto, 
którego imię nie powinno wyjść z ust moich.
 Tam rzeka równieŜ wije się węŜowo.
 Owo miasto, jego budowle, owa rzeka o zachwycających perspektywach, 
błękitnawych wodach, których nurt rozplata się, to znów łączy w harmonijnych 
zmaganiach, co stanowiły radość mojej duszy i budziły we mnie miłość, gdzieŜ są 
one?
 O tej godzinie fale nabierały pod niebem zachodu fantastycznych kolorów, 
układając się w kapryśne obrazy.
 Z gwiazd sączyło się pieszczotliwe światło, księŜyc zastawiał wszędzie swoje 
wdzięczne sidła, nadając inne Ŝycie drzewom, kolorom, kształtom i wprowadzając 
rozmaitość w migoczące wody, nieme pagórki, wymowne budowle.
 Miasto przemawiało, iskrzyło się: przypominało mi ją!
 Kolumny dymu wznosiły się obok kolumien antycznych, których marmur lśnił 
białością w łonie nocy; linie horyzontu majaczyły jeszcze wśród mgieł 
wieczornych, wszystko było harmonią i tajemnicą.
 Natura nie mówiła mi "Ŝegnaj", chciała mnie zachować.
 Ach, to było dla mnie wszystkim: moją matką i dzieckiem, małŜonką i sławą!
 Dzwony nawet płakały wtedy nad moją banicją.
 O ziemio cudowna!
 Piękna jest ona jak niebo!
 Od tej chwili miałem świat za loch.
 Droga moja ojczyzno, dlaczegoś mnie wygnała?
 Ale odniosę tam zwycięstwo!
 - zawołał z przekonaniem pełnym ognia, a głos jego zabrzmiał tak donośnie, Ŝe 
wzdrygnął się przewoźnik, jakby na dźwięk surmy.
 Starzec zastygł w postawie proroka i spoglądając na południe wskazywał swoją 
ojczyznę poprzez regiony nieba.
 Ascetyczna bladość jego lic zamieniła się w rumieniec tryumfu, rozjarzyło mu 
się oko, był wspaniały niby lew jeŜący grzywę.
 - A ty, mój biedny chłopcze - mówił dalej spoglądając na Godfryda, którego 
policzki okolił róŜaniec świetlistych kropel - czy studiowałeś, jak ja, księgę 
Ŝycia, ale na jej skrwawionych kartach?

Strona 56

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Czemu płakać?
 Nad czym boleć moŜesz w twoim wieku?
 - Niestety!
 - odrzekł Godfryd.
- Boleję nad ojczyzną aniŜeli wszystkie ojczyzny na ziemi piękniejszą, ojczyzną,
której nie widziałem nigdy, ale którą wspominam.
 Och, gdybym lotem strzały mógł pokonać przestrzenie, pofrunąłbym...
 - Dokąd?
 - zagadnął Banita.
 - W górę - odrzekł chłopiec.
 Na te słowa cudzoziemiec zadrŜał, cięŜkim swoim spojrzeniem zamknął młodzikowi 
usta.
 Obydwaj poczęli rozmawiać nie wytłumaczonymi emanacjami duszy, słuchając wzajem
swoich zwierzeń w głębi płodnego milczenia - i wojaŜowali bratersko, niby dwa 
gołębie, które zgodnym lotem przemierzają niebo; i działo się tak aŜ do chwili, 
kiedy łódź, szorując po piaskach Terenu, przerwała ich zadumę.
 Obaj, spowici w swoje myśli, zmierzali milcząc ku domowi sierŜanta.
 - Tak więc - rozmyślał wielki cudzoziemiec - ten biedny dzieciak poczytuje się 
za anioła wygnanego z niebios.
 I kto z nas miałby prawo wyprowadzić go z błędu?
 Czy ja moŜe?
 Ja, którego tak często magiczna siła porywa i unosi daleko od ziemi; ja, który 
naleŜę do Boga; ja, który dla samego siebie jestem tajemnicą.
 CzyŜ nie ujrzałem najpiękniejszego z aniołów Ŝyjących w tym błocie?
 Czy ten chłopak jest więc mniej czy bardziej, niŜ ja, szalony?
 Czy w wierze uczynił krok śmielszy?
 Wierzy, a wiara poprowadzi go zapewne na jakąś świetlistą drogę, podobną do 
mojej.
 Ale skoro jest piękny jak anioł, za słaby jest, aby wytrzymać tak cięŜkie 
walki!
 Onieśmielony obecnością towarzysza, którego głos, raŜący niby grom, wyjawił mu 
jego własne myśli, jak błyskawica wyraŜa wolę niebios, chłopak wpatrywał się w 
gwiazdy oczami kochanka, poprzestając na tym.
 Nadmiar uroczej wraŜliwości przytłaczał mu serce, słaby teraz był i zalękniony 
jak owad, którego słońce zatopiło swoim blaskiem.
 Głos Sigera niebiańsko wyłoŜył obydwom tajemnice świata duchowego; wielki 
starzec miał przyoblec je sławą; młodzik odczuwał je w swojej jaźni, nie umiejąc
wyrazić ich pod Ŝadnym kształtem; wszyscy trzej byli Ŝywymi symbolami Nauki, 
Poezji i Uczucia.
 Po powrocie, cudzoziemiec zamknął się w swoim pokoju, zapalił lampę pomocną mu 
w inspiracji, po czym zawierzył się straszliwemu demonowi pracy, Ŝądając słów od
ciszy, idej - od mroków nocnych.
 Godfryd usiadł w oknie, spoglądając to na blaski księŜyca w wodach, to 
zgłębiając tajemnice nieba.
 Porwany tak częstą u niego ekstazą, podróŜował od kręgu do kręgu, od wizji do 
wizji, nasłuchując,i mniemając, Ŝe je słyszy - głuchego szmeru głosów 
anielskich, widząc - albo mniemając, Ŝe je widzi - boskie światła, w których 
zatracał się łonie; i tak starał się osiągnąć punkt odległy, źródło wszelkiej 
światłości, pierwiastek wszelkiej harmonii.
 Głośny gwar ParyŜa niesiony wodami Sekwany zamilkł, wygasły powoli światła na 
wysokich piętrach domów, cisza zaległa w całej swojej rozciągłości -i wielkie 
miasto zasnęło jak znuŜony olbrzym.
 Wybiła północ.
 NajlŜejszy szelest - liścia spadającego albo skrzydeł puszczyka, co przefruwał 
między wieŜami Notre-Dame - byłby zdolny sprowadzić umysł starca na ziemię, a 
chłopca strącić z niebiańskich wyŜyn, na które wzniosła się jego dusza, porwana 
ekstazą.
 W tejŜe chwili cudzoziemiec usłyszał ze zgrozą, jak w sąsiednim pokoju ktoś 
jęknął, po czym cięŜko runął na ziemię; wprawne ucho wygnańca rozpoznało w tym 
łoskot ciała powalonego śmiercią.
 Wybiegł z pokoju, wszedł do Godfryda: młodzieniec leŜał na ziemi niczym 
bezkształtna masa, długi sznur zaciśnięty na jego szyi wił się jak wąŜ po 
płytach posadzki.
 Starzec rozluźnił sznur, chłopiec otworzył oczy.
 - Gdzie jestem?
 - zapytał, a w głosie jego brzmiało ukontentowanie.
 - U siebie - odparł starzec i spoglądał zdziwiony na szyję Godfryda i na gwóźdź
uwiązany przy końcu sznura.

Strona 57

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 - W niebiosach - odrzekł z rozradowaniem chłopak.
 - Nie!
 Na ziemi - padła odpowiedź.
 Okno w pokoju było otwarte, Godfryd przeszedł przez krąg księŜycowej poświaty, 
ujrzał migoczącą Sekwanę, wierzby i zielska Terenu.
 Nasycone mgłą powietrze unosiło się nad rzeką niby baldachim z dymu.
 Na ten widok, dla niego tragiczny, skrzyŜował ręce na piersi i stanął w pozie 
desperata; starzec przystąpił doń, zdziwienie malowało się na jego twarzy.
 - Chciałeś się zabić?
 - spytał.
 - Tak - odparł Godfryd pozwalając cudzoziemcowi dotykać swojej szyi.
 Starzec badał, czy sznur nie wyrządził jej szkód nazbyt groźnych.
 Były to jednak tylko lekkie obraŜenia, chłopiec nie ucierpiał więc raczej.
 Starzec wniósł, Ŝe gwóźdź ustąpił szybko pod cięŜarem ciała i Ŝe ta fatalna 
próba skończyła się nieszkodliwym upadkiem.
 - i czemuŜ, moje dziecko, próbowałeś umrzeć?
 - Ach - oznajmił Godfryd nie powstrzymując juŜ łez, które płynęły mu z oczu - 
usłyszałem głos stamtąd!
 Wzywał mnie po imieniu.
 Nie wymówił go jeszcze; ale tym razem zapraszał mnie juŜ do nieba!
 Och, jakiŜ on był słodki!
 Nie mogąc wzbić się w niebo - przydał naiwnie - obrałem, Ŝeby pójść do Boga, 
jedyną dostępną nam drogę.
 - O, dziecię, dziecię szlachetne!
 - zawołał starzec i otaczając Godfryda ramionami z wylaniem przygarnął go do 
serca.
 - Jesteś poetą, umiesz nieustraszenie dosiadać huraganu!
 Poezja twoja własna nie pochodzi z twojego serca!
 Twoje Ŝywe, twoje Ŝarliwe myśli, twoje twory rodzą się i wzrastają w twojej 
duszy!
 Nie waŜ się wydać swoich idej profanom!
 Bądź ołtarzem, ofiarą i kapłanem w jednej osobie!
 Poznałeś niebiosa, nieprawdaŜ?
 Widziałeś miriady białopiórych aniołów, dzierŜących złote sistra, aniołów, co 
zgodnym lotem zmierzają do tronu, i nieraz podziwiałeś ich skrzydła, które na 
głos Boga falują harmonijnie niby lasy poruszane burzą.
 O, powiedz, jak piękna jest bezkresna przestrzeń?...
 Starzec ścisnął kurczowo dłoń Godfryda i obaj zapatrzyli się w nieboskłon, 
którego gwiazdy zdawały się przelewać im w uszy pieszczotliwą poezję.
 - Och, oglądać Boga - westchnął cicho Godfryd.
 - Chłopcze!
 - ozwał się nagle surowo starzec.
 - CzyŜbyś zapomniał o świętych naukach naszego zacnego mistrza, doktora Sigera?
 Skoro chcemy powrócić, ty, do swojej ojczyzny niebiańskiej, ja,do swojej 
ojczyzny ziemskiej, czy nie powinniśmy być posłuszni głosowi Boga?
 Kroczmy w pokorze po wyboistych drogach, które wskazał nam jego wszechmocny 
palec.
 Nie drŜysz przed niebezpieczeństwem, na jakie się naraziłeś?
 Jeśli zjawisz się zawczasu, nie wołany, powiadając: Oto jestem!
, czy nie stoczysz się znowu w świat niŜszy, ten, po którym trzepocze się dziś 
twoja dusza?
 Biedny, zbłąkany cherubinie, czyŜ nie powinieneś dziękować Bogu, Ŝe kazał ci 
Ŝyć w kręgu, gdzie słyszysz tylko niebiańskie akordy?
 CzyŜ nie jesteś czysty jak diament i piękny jak kwiat?
 Ach, gdybyś, podobnie jak ja, poznał tylko miasto boleści!
 Wędrując po nim, sterałem serce!
 Och, grzebać w grobach, aby wydzierać im straszliwe tajemnice; wycierać ręce 
zbrukane krwią, liczyć je po nocach, patrzeć, jak wznoszą się ku mnie, błagając 
o przebaczenie, którego udzielić nie mogę; studiować konwulsje mordercy i 
ostatni krzyk ofiary; słuchać przeraŜającej wrzawy i straszliwego milczenia; to 
milczy ojciec poŜerając swoich zmarłych synów; badać śmiech potępieńców; szukać 
ludzkiego kształtu wśród mas bezbarwnych, które skłębiła i poraziła zbrodnia; 
uczyć się słów, których Ŝywi nie mogą wypowiedzieć nie umierając od nich; wciąŜ 
przyzywać zmarłych, aby wciąŜ stawiać ich przed sądem i ferować wyroki: czy to 
Ŝycie?
 - Przestań!
 - krzyknął Godfryd.
 - Nie powinienem patrzeć na ciebie ani dłuŜej słów twoich słuchać!

Strona 58

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Umysł mi się mąci, wzrok mi się ćmi.
 Zapaliłeś we mnie ogień, który mnie poŜera.
 - Muszę jednak mówić dalej - odparł starzec wznosząc rękę do góry gestem 
niezwykłym, guślarskim, który podziałał na chłopca jak zaklęcie.
 DłuŜszą chwilę cudzoziemiec wpatrywał się w Godfryda swoim okiem wygasłym i 
pełnym przygnębienia; po czym wypręŜył palec ku ziemi: rzekłbyś, Ŝe na jego 
rozkaz przepaść otwarła się pod stopami.
 KsięŜyc oświetlił swoim blaskiem mdłym i niezdecydowanym jego czoło, skąd 
wydobyły się jakby promienie słoneczne.
 Wyraz, niemal wzgardliwy, rozpłynął się wśród posępnych fałd jego twarzy i 
wzrok nabrał zaraz owego skupienia, które zdaje się zdradzać obecność przedmiotu
niewidzialnego dla oczu zwykłych.
 Z pewnością wzrok ów kontemplował odległe obrazy, jakie rezerwuje nam śmierć.
 Nigdy jeszcze chyba postać nieznajomego nie była tak wspaniała.
 Walka straszliwa, wstrząsnąwszy jego duszą, odbiła się na kształcie 
zewnętrznym; i chociaŜ wydawał się potęŜny, zgiął się jak trawa pod wichrem 
zwiastującym burzę.
 Godfryd milczał - zastygły w bezruchu, urzeczony; niewytłumaczona moc 
przygwoździła go do podłogi; i jak w przypadkach, kiedy natęŜona uwaga odrywa 
nas od nas samych - kiedy obserwujemy poŜar albo bitwę - nie czuł juŜ istnienia 
własnego ciała.
 - Czy chcesz, abym wyjawił ci los, ku któremu zmierzałeś, biedny aniele 
miłości?
 Posłuchaj!
 Zostało mi dane oglądać przestrzenie bezmierne, przepaści bezkresne, w których 
tonie twór zwany człowiekiem, owo morze bezbrzeŜne, dokąd wpada nasza wielka 
rzeka ludzi i aniołów.
 Kiedy wędrowałem przez regiony wieczystych udręk, od śmierci chronił mnie 
płaszcz Nieśmiertelnego: ja, robak nędzny, miałem na sobie szatę sławy utkaną 
przez geniusz, a którą stulecia przekazują sobie wzajem!
 Kiedy szedłem polami światła, gdzie tłoczą się szczęśliwi, miłość kobiety, 
skrzydła anioła były mi podporą; goszcząc w jej sercu mogłem smakować owe 
niewysłowione rozkosze, spośród których uścisk niebezpieczniejszy jest dla nas, 
śmiertelnych, aniŜeli dławiące lęki świata złego.
 Pielgrzymując przez ciemne regiony dolne, szedłem od boleści do boleści, od 
zbrodni do zbrodni, od kary do kary, od okrutnego milczenia do rozdzierających 
krzyków - nad otchłań wyŜszą niŜ kręgi piekła.
 Dostrzegałem juŜ w oddali światłość Raju, która jaśniała na odległość ogromną, 
byłem w nocy, lecz na granicy dnia.
 Leciałem unoszony przez mojego przewodnika, porwany mocą podobną do tej, która 
w snach unosi nas w kręgi niewidzialne dla oczu ciała.
 Aureola opasująca nasze czoła rozpraszała na naszej drodze mroki niczym pył 
nieuchwytny.
 Z dala od nas słońca wszystkich światów prószyły blaskiem nie silniejszym chyba
niŜ latarenki robaczków świętojańskich w mojej ojczyźnie.
 Zmierzałem juŜ ku tym połaciom atmosfery, gdzie nie opodal raju pomnaŜają się 
masy światłości, gdzie łatwo Ŝeglujemy poprzez lazur i gdzie nieprzeliczone 
światy rozwijają się niby kwiaty na łące.
 Tam, na ostatnim punkcie kręgu, naleŜącego jeszcze do widm, które pozostawiłem 
za sobą podobne strapieniom, o jakich radzi bylibyśmy zapominać, ujrzałem 
ogromny cień.
 Stojąc w pozie ekstatycznej, dusza ta poŜerała wzrokiem przestrzenie, ale stopy
jej mocą BoŜą pozostawały przykute do najdalej wysuniętego punktu owej linii - 
skąd dusza próbowała ulecieć, napinając się wciąŜ boleśnie, jak my, kiedy 
gotujemy się do skoku, albo jak ptaki przed odfrunięciem.
 Poznałem w nim męŜczyznę, nie spojrzał na nas, nie usłyszał nas; dyszał, drŜały
wszystkie jego mięśnie; wydawało się, Ŝe w kaŜdej cząsteczce czasu doświadcza 
doznań takich, jak gdyby z największą łatwością, jednym susem, przebywał 
nieskończoność dzielącą go od raju, dokąd zaglądał bez ustanku i gdzie, jak 
mniemał, dostrzega obraz umiłowany.
 Na pierwszej jak i na ostatniej z bram Piekła rozeznałem symbol desperacji w 
nadziei.
 Nieszczęśnik był tak miaŜdŜony jakąś nie znaną mi siłą, Ŝe boleść jego zmroziła
mnie aŜ do szpiku.
 Schroniłem się pod skrzydła mojego przewodnika, którego opieka przywróciła mnie
spokojowi i ciszy.
 Podobny matce, której bystre oko dostrzega lub odgaduje kanię szybującą w 
przestworzach, cień wydał okrzyk radości.

Strona 59

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Spojrzeliśmy tam, gdzie i on spoglądał, i oczom naszym ukazał się szafir 
unoszący się nad naszymi głowami, w otchłaniach światła.
 Ta rozjarzona gwiazda zbliŜała się z szybkością promienia słonecznego - kiedy o
brzasku pojawia się na horyzoncie i kiedy pierwsze blaski ześlizgują się 
ukradkiem na naszą ziemię.
 Jasność stała się wyraźna, wzrosła; ujrzałem po chwili świetlisty obłok, w 
którym nadlatują aniołowie, rodzaj migoczącego dymu emanującego z ich istności, 
dymu, skąd wystrzelają ogniste języki.
 Szlachetne lico, którego blasku nie zniesiesz nie przywdziawszy płaszcza, 
wawrzyn, palma, atrybuty Potęg, wznosiły się nad tą chmurą jak śnieg białą i 
czystą.
 Była to światłość w światłości!
 Skrzydła jego drŜąc rozsiewały oślepiające wibracje w kręgach, które przecinał 
swym lotem, jak spojrzenie Boga przenika światy.
 Na koniec ujrzałem archanioła w jego glorii!
 Kwiat wieczystej urody, zdobiący aniołów Ducha, jarzył się w nim.
 W jednym ręku dzierŜył zieloną palmę, w drugim - miecz ognisty; palmę, aby 
uwieńczyć widmo, któremu przebaczono; miecz, aby jednym gestem odpędzić Piekło.
 Kiedy się zbliŜył, uczuliśmy niebiańskie wonie, które opadły jak rosa.
 W kręgu, gdzie zatrzymał się Anioł, aura nabrała barw opalu i ogarnęło ją 
falowanie, którego przyczyna była w nim.
 Przystąpił do widma, spojrzał na nie i rzekł: "Zobaczymy się jutro"!
 Po czym ruchem pełnym gracji zwrócił się ku niebu, rozwinął skrzydła, przebył 
kręgi, jak okręt, który mknie po falach tak rączo, Ŝe wygnańcy pozostawieni na 
bezludnej wyspie zdąŜą zaledwie postrzec jego białe Ŝagle.
 Widmo jęło krzyczeć przeraźliwie, na co odpowiedzieli potępieńcy poczynając od 
kręgu najgłębiej wciśniętego w bezmiar światów boleści, aŜ do kręgu 
spokojniejszego, na którego powierzchni przebywaliśmy obaj.
 Najdotkliwsze ze wszelkich cierpień odwołało się do wszystkich innych cierpień.
 Krzyk nabrzmiewał wyciem morza ognistego, które słuŜyło jakby za fundament 
monstrualnej symfonii nieprzeliczonych milionów dusz cierpiących.
 I raptem widmo poszybowało przez ów gród bolesny aŜ na samo dno Piekła; i zaraz
wypłynęło na powierzchnię, wróciło, znów dało nura między nieskończone kręgi i 
jęło latać we wszystkich kierunkach, podobne sępowi, co po raz pierwszy 
uwięziony w ptaszarni, szamocze się wśród wysiłków daremnych.
 Widmu przysługiwało prawo do tych błądzeń - mogło wojaŜować po strefach Piekła 
lodowatych, smrodliwych i parzących, nie uczestnicząc w męczarniach; 
prześlizgiwało się wśród owych bezmiarów, jak promień słońca przedziera się 
przez najgęstsze mroki.
 "Bóg nie wymierzył mu kary - powiedział mi mój mistrz - ale Ŝadna z tych dusz, 
których widziałeś juŜ męczarnie, nie chciałaby zamienić swoich tortur na 
nadzieję przygniatającą to widmo".
 W tejŜe chwili widmo wróciło do nas wiedzione przemoŜną siłą, która skazała je 
na palącą tęsknotę u granicy piekła.
 Mój boski przewodnik, odgadując moją ciekawość, dotknął gałązką nieszczęśnika, 
co medytował moŜe nad wiekiem kary, który dzielił ów moment od jutra wciąŜ 
umykającego.
 Widmo drgnęło, rzucając nam spojrzenie pełne wszystkich przelanych juŜ przez 
nie łez.
 "Chcecie poznać moje nieszczęście?
 - ozwało się ze smutkiem.
 - Och, lubię opowiadać o nim!
 Jestem tu, a Teresa w niebie!
 Ot i cała historia.
 Na ziemi byliśmy szczęśliwi, nie rozstawaliśmy się nigdy.
 Moja ukochana Teresa Donati miała lat dziesięć, kiedym ujrzał ją po raz 
pierwszy.
 Pokochaliśmy się wtedy, nieświadomi, co to miłość.
 Nasze Ŝycie było jednym i tym samym Ŝyciem: bladłem, kiedy ona bladła, 
radowałem się jej radością; oddawaliśmy się razem urokom rozmyślań, odczuć i 
jedno uczyło się miłości od drugiego.
 Pobraliśmy się w Cremonie, nasze wargi spotykały się zawsze strojne perłami 
uśmiechów, oczy nasze wciąŜ promieniały; włosy nasze nie rozplatały się nigdy - 
tak jak nasze przysięgi; kiedyśmy czytali, przytulały się do siebie nasze 
policzki, chodziliśmy zawsze zgodnym krokiem.
 śycie było nam długim pocałunkiem, nasz dom był łóŜkiem.
 Któregoś dnia Teresa pobladła i rzekła: - Jestem chora".
 A mnie nic nie było!

Strona 60

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Inie wstała juŜ więcej.
 Nie umierając patrzyłem, jak marnieją jej piękne rysy, jak matowieją jej złote 
włosy.
 Uśmiechała się, Ŝeby zataić przede mną swoje bóle; lecz ja wyczytywałem je w 
lazurze jej oczu, rozumiejąc od dawna najlŜejsze drgnięcie powiek Teresy.
 Powiadała: - Honorino, kocham cię!
 - i wargi jej bladły; tuliła jeszcze moją dłoń w swoich dłoniach, zmroŜonych 
juŜ śmiercią.
 I zaraz odebrałem sobie Ŝycie, Ŝeby nie spoczywała samotna w grobowym łoŜu, pod
marmurowym całunem.
 Teresa jest w niebie, a ja tutaj.
 Nie chciałem jej opuścić, Bóg nas rozłączył; czemuŜ więc połączył nas na ziemi?
 Jest zazdrosny.
 Raj stał się z pewnością znacznie piękniejszy w dniu, kiedy przybyła tam 
Teresa.
 Widzicie ją?
 Smuci się w swojej szczęśliwości, bo nie ma mnie przy niej!
 Raj musi wydawać jej się bardzo pusty".
- "Mistrzu - zagadnąłem ze łzami, na myśl nasunęły mi się bowiem moje uczucia 
miłosne - czy biedak ten nie będzie wyswobodzony w momencie, kiedy zapragnie 
raju dla Boga tylko"?
 Ojciec poezji skłonił lekko głowę na znak, Ŝe przyznaje mi rację.
 Oddaliliśmy się szybując w przestworzach bezszelestnie jak ptaki, co przelatują
nad naszymi głowami, kiedy czasem leŜymy w cieniu drzew.
 Daremnie próbowaliśmy odwieść nieboraka od jego bluźnierstw.
 Jednym z nieszczęść, jakie dotknęły aniołów ciemności, jest to, Ŝe nigdy nie 
widzą światła, nawet jeśli ich otoczy.
 Nieborak nie zrozumiałby słów naszych.
 W tejŜe chwili tętent galopujących koni rozbrzmiał wśród ciszy, pies 
zaszczekał, odpowiedziały mu gniewne pomruki sierŜanta; jeźdźcy zeskoczyli z 
wierzchowców, jęli stukać do drzwi, hałas rozległ się nagle z gwałtownością 
niespodzianej detonacji.
 Dwaj wygnańcy, dwaj poeci spadli na ziemię z całej wysokości, jaka dzieli nas 
od nieba.
 Bolesny wstrząs upadku rozszedł im się w Ŝyłach niby inna krew, krew 
świszcząca, parząca, pełna kolców.
 Ból ten był dla nich jak gdyby poraŜeniem elektrycznością.
 CięŜki, dudniący krok rycerza, którego miecz, pancerz i ostrogi szczękały 
Ŝelazem, rozległ się na schodach - i Ŝołnierz stanął przed zdumionym 
cudzoziemcem.
 - MoŜemy wracać do Florencji - ozwał się, a gruby jego głos wydał się 
melodyjny, padły bowiem słowa włoskie.
 - Coś ty powiedział?
 - zagadnął wielki starzec.
 - Biali zwycięŜyli!
 - Nie mylisz się aby?
 - spytał znów poeta.
 - Nie, drogi Dante!
 - zawołał Ŝołnierz, w którego wojowniczym głosie dźwięczał zgiełk bitew i 
radość tryumfu.
 - Do Florencji!
 Do Florencji!
 O moja Florencjo!
 - wykrzyknął z energią DANTE ALIGHIERI.
 Zerwał się na równe nogi, spojrzał w przestrzeń, wydało mu się, Ŝe widzi 
Italię, i stał się gigantem.
 - A ja, kiedy będę w niebie?
 - pytał Godfryd przyklęknąwszy przed nieśmiertelnym poetą, jak anioł klęka 
przed sanktuarium.
 - Przyjedź do Florencji - odparł Dante głosem pełnym współczucia.
 - Kiedy z wyŜyn Fiesole ujrzysz jej miłosne pejzaŜe, pomyślisz, Ŝe jesteś w 
raju!
 Rycerz uśmiechnął się.
 Po raz pierwszy - i chyba ostatni - posępna i groźna twarz Dantego tchnęła 
radością; w oku i na czole odmalowywało się szczęście, które tak szczodrobliwie 
rozdzielił w swoim Raju.
 Wydało mu się moŜe, Ŝe słyszy głos Beatryczy.
 Ciszę przerwał wtedy lekki krok kobiecy i szelest sukien.

Strona 61

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Jutrzenka rzucała pierwsze blaski.
 Weszła piękna hrabina Mahaut, podbiegła do Godfryda.
 - Pójdź, moje dziecię, mój synu!
 Teraz juŜ wolno mi to wyznać!
 Zostałeś uznany, król Francji będzie bronił twoich praw, a raj znajdziesz w 
sercu matki.
 Na te słowa ocknął się Dante i ujrzał chłopca w objęciach hrabiny; ogarnął 
oboje Ŝyczliwym spojrzeniem i pozostawił swojego towarzysza studiów na łonie 
matki.
 - Jedźmy!
 - zawołał grzmiącym głosem.
 - Śmierć welfom!
 ParyŜ, październik 1831 .
 
 
 LUDWIK LAMBERT.
 PrzełoŜył TADEUSZ śELEŃSKI-BOY.
 
 
 Et Nunc Et Semper Dilectae Dedicatum.
 * (łacińskie) — poświęcone ukochanej i teraz, i zawsze, to jest pani de Berny, 
pierwszej, głębokiej miłości Balzaka.

 
 -Ludwik Lambert urodził się w roku 1797 w Montoire, miasteczku w Vendómois, 
gdzie ojciec jego prowadził niewielką garbarnię i spodziewał się znaleźć w synu 
następcę; ale skłonność do nauk, jaką zawczasu chłopiec okazywał, zmieniła te 
zamiary.
 Zresztą garbarz i Ŝona jego kochali Ludwika, jak się kocha jedynego syna, i nie
sprzeciwiali mu się w niczym.
 Stary i Nowy Testament dostały się w ręce Ludwika, gdy miał pięć lat; i ksiąŜka
ta, w której mieści się tyle ksiąŜek, rozstrzygnęła o jego losie.
 Czy ta dziecięca wyobraźnia pojęła juŜ wtedy tajemniczą głębię Pisma?
 Czy była juŜ zdolna biec za Świętym Duchem w jego locie przez światy, czy tylko
zachwyciła się romantycznym urokiem, w który obfitują te na wskroś wschodnie 
rapsody?
 Lub moŜe, w pierwotnej niewinności, odczuła bezwiednie ową wzniosłą 
religijność, jaką Boskie ręce rozlały w tej ksiąŜce?
 Dla niektórych czytelników opowiadanie nasze rozwiąŜe te pytania.
 Jeden fakt wyniknął z tego pierwszego czytania Biblii: Ludwik zaczął obchodzić 
całe Montoire po kweście o ksiąŜki; jakoŜ dostawał je dzięki owemu urokowi, 
którego tajemnicę posiadają tylko dzieci i któremu nikt nie umie się oprzeć.
 Oddając się tym studiom, których biegiem nie kierował nikt, doszedł dziewiątego
roku.
 W tej epoce o zastępców do wojska było trudno; wiele bogatych rodzin godziło 
ich z góry, aby się nie znaleźć w kłopocie w chwili losowania.
 Ubóstwo biednych garbarzy nie pozwoliło im myśleć o kupieniu zastępcy dla syna;
widzieli tedy w stanie duchownym jedyny legalny sposób ocalenia go od branki i 
posłali go, w roku 1807, do wuja, proboszcza w Mer, równieŜ nad Loarą, niedaleko
Blois.
 Krok ten zadowalał i namiętność Ludwika do nauki, i chęć rodziców ochronienia 
go od okrutnych kolei wojny.
 Jego Ŝądza wiedzy oraz przedwczesna inteligencja dawały zresztą nadzieję, Ŝe 
znajdzie w stanie duchownym drogę do świetnej kariery.
 Przebywszy trzy lata u wuja, dość światłego starego oratorianina, Ludwik 
opuścił go z początkiem roku 1811, aby wstąpić do kolegium w Vendóme, gdzie 
znalazł pomieszczenie i utrzymanie na koszt pani de Stael.
 Poparcie tej słynnej kobiety zawdzięczał Lambert przypadkowi lub raczej 
Opatrzności, zawsze umiejącej torować drogi opuszczonemu geniuszowi.
 Ale dla nas, których wzrok zatrzymuje się na powierzchni spraw ludzkich, koleje
te, znajdujące tyle przykładów wŜywotach wielkich ludzi, zdają się jeno wynikiem
czysto fizycznego zjawiska: dla większości biografów głowa genialnego człowieka 
wyrasta ponad masę dziecinnych twarzyczek, jak piękna roślina, która swoim 
blaskiem ściąga w polu oczy botanika.
 Porównanie to mogłoby się nadać do przygody Ludwika.
 Czas, jakiego wuj uŜyczył mu na wakacje, spędzał zazwyczaj w domu rodzinnym; 
ale zamiast się oddawać, zwyczajem uczniaków, lubemu far niente, które nęci nas 
w kaŜdym wieku, zabierał się od rana z chlebem i ksiąŜkami, szedł czytać i 

Strona 62

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

rozmyślać w głębi lasów, aby się umknąć napomnieniom matki, którą niepokoiły 
wytęŜone studia dziecka.
 * Far  niente (włoskie) — próŜniactwo.
 Cudowny instynkt macierzyństwa!
 Od tego czasu czytanie stało się u Ludwika głodem, którego nic nie mogło 
nasycić; poŜerał wszelkie ksiąŜki, chłonął bez róŜnicy dzieła religijne, 
historię, filozofię, fizykę.
 Mówił mi nieraz, iŜ w braku innych ksiąŜek czytał z rozkoszą słowniki, i 
wierzyłem mu chętnie.
 KtóryŜ uczeń nie znalazł nieraz przyjemności w dociekaniu znaczeń nieznanego 
rzeczownika?
 Rozbiór jakiegoś słowa, jego wyraz, historia były dla Lamberta pobudką do 
długiej zadumy.
 Ale nie była to zaduma instynktowna, jaką dziecko oswaja się z przejawami Ŝycia
i ośmiela się do odbierania wraŜeń duchowych i fizycznych; bezwiedny rozwój, 
który później wydaje owoce zarówno w inteligencji, jak w charakterze; nie.
 Ludwik ogarniał fakty i tłumaczył je, dociekając z przenikliwością dzikiego ich
przyczyny i celu.
 JakoŜ, dzięki niepokojącej igraszce natury, będącej zarazem świadectwem jego 
wyjątkowości, mógł on, mając ledwie czternaście lat, wyraŜać bez trudu myśli, 
których głębię zrozumiałem dopiero znacznie później.
 - Często - powiadał mówiąc mi o przeczytanych ksiąŜkach - odbywałem rozkoszne 
podróŜe Ŝeglując na słowie przez otchłanie przeszłości, jak owad, który 
przysiadł na ździebełku trawy, płynącym z biegiem rzeki.
 Wyruszywszy z Grecji, dopływałem do Rzymu, przebywałem obrazy nowszych czasów.
 CóŜ za piękną ksiąŜkę moŜna by napisać, opowiadając Ŝycie i dzieje jednego 
słowa?
 Bez wątpienia zachowało ono odciski wypadków, którym słuŜyło; budziło, zaleŜnie
od miejsc, rozmaite myśli; ale czyŜ nie większe jest jeszcze, kiedy je zwaŜyć z 
potrójnej perspektywy, duszy, ciała i ruchu?
 Patrząc na nie, niezaleŜnie od jego funkcji, następstw i przejawów, czyŜ nie 
moŜna się pogrąŜyć w oceanie refleksji?
 CzyŜ większość słów nie barwi się pojęciem, którego są widomym znakiem?
 Jakiemu geniuszowi zawdzięczają istnienie?
 Jeśli trzeba wielkiej inteligencji, aby stworzyć jedno słowo, ileŜ wieków ma 
mowa ludzka?
 Skupienie liter, ich kształty, postać, jaką dają słowu, rysują wyraźnie, wedle 
charakteru kaŜdego narodu, nieznane istnienia, których pamięć jest w nas.
 Kto nam filozoficznie wytłumaczy przejście od wraŜenia do myśli, od myśli do 
słowa, od słowa do jego hieroglificznego wyrazu, od hieroglifów do alfabetu, od 
alfabetu do wymowy pisanej, której piękność spoczywa w szeregu obrazów 
sklasyfikowanych przez retorów i będących jak gdyby hieroglifami myśli?
 Dawne malowidło pojęć ludzkich, określonych formami zoologicznymi, czyŜ nie 
zrodziło pierwszych znaków, jakimi posłuŜył się Wschód, aby spisać swą mowę?
 CzyŜ nie zostawiło teŜ ono, drogą tradycji, niejakich śladów w naszych 
nowoŜytnych językach, dzielących między siebie szczątki pierwotnego słowa 
narodów, słowa majestatycznego i uroczystego, którego majestat i uroczystość 
wyradzają się w miarę starzenia się społeczeństw, którego brzmienia, tak 
dźwięczne w hebrajskiej Biblii, tak piękne jeszcze w Grecji, wątleją w miarę 
postępu naszych kolejnych cywilizacji?
 Czy temu dawnemu duchowi winni jesteśmy tajemnice zagrzebane we wszelkim słowie
ludzkim?
 CzyŜ nie istnieje w słowie PRAWDA jakaś fantastyczna prostolinijność?
 * Prawda - w oryginale: vrai; przetłumaczony z francuskiego na inny język, 
wywód ten staje się tym samym dość wątpliwy. (Przyp. tłum.).
czyŜ ten krótki dźwięk, jakiego ono wymaga, nie zawiera mglistego obrazu czystej
nagości, prostoty prawdy we wszystkim?
 Ta sylaba oddycha dziwną świeŜością.
 Wziąłem za przykład formułę idei oderwanej, nie chcąc tłumaczyć problemu 
słowem, które by go czyniło zbyt łatwym do zrozumienia, jak na przykład LOT, w 
którym wszystko przemawia do zmysłów.
 CzyŜ nie tak jest z kaŜdym słowem?
 Wszystkie są nasiąknięte Ŝywą mocą, którą czerpią z duszy i którą jej zwracają 
dzięki cudownej tajemnicy wzajemnego oddziaływania między słowem a myślą.
 CzyŜ to nie Ŝywy obraz kochanka, który czerpie z ust lubej tyleŜ miłości, ile 
jej udziela?
 Samym swoim obliczem, słowa oŜywiają w naszym mózgu twory, którym słuŜą za 
szatę.

Strona 63

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Podobnie jak wszystkie istoty, mają one tylko jedno miejsce, gdzie ich 
właściwości mogą w pełni działać i rozwijać się.
 Ale ten przedmiot zamyka moŜe całą naukę!
 I wzruszał ramionami, jak gdyby chcąc powiedzieć: "Jesteśmy i zbyt wielcy, i 
zbyt mali".
 Namiętność Ludwika do czytania znalazła obfity pokarm.
 Proboszcz z Mer posiadał jakieś dwa do trzech tysięcy tomów.
 Skarb ten pochodził z grabieŜy dokonanych podczas Rewolucji w sąsiednich 
opactwach i zamkach.
 Dzięki swemu charakterowi zaprzysięŜonego księdza poczciwiec mógł sobie 
wybierać najlepsze dzieła wśród cennych kolekcji, które sprzedawano wówczas na 
wagę.
 * ZaprzysięŜony ksiądz - tojest jeden z tych, którzy się pogodzili z nowym 
porządkiem i uznali rewolucję. (Przyp. tłum.).
W ciągu trzech lat Ludwik Lambert przyswoił sobie miąŜsz wszystkich ksiąŜek, 
które w wujowskiej bibliotece warte były czytania.
 Wchłanianie myśli poprzez lekturę stało się u niego ciekawym fenomenem; oko 
jego obejmowało po siedem i osiem wierszy jednym rzutem, a umysł ogarniał ich 
treść z chyŜością podobną chyŜości wzroku; często jedno słowo wystarczało, aby 
mu odsłonić sens zdania.
 Pamięć miał zdumiewającą.
 Przypominał sobie z równą dokładnością myśli nabyte drogą lektury jak te, które
mu nasunęło dumanie lub rozmowa.
 Posiadał przy tym pamięć wszelkiego rodzaju: pamięć miejsc, imion, słów, rzeczy
i obrazów.
 Nie tylko przypominał sobie dowolnie przedmioty, ale wręcz widział je 
bezpośrednio w duszy, w tym samym połoŜeniu, oświetleniu, barwie, jakie miały w 
chwili, gdy je spostrzegł.
 Władza ta obejmowała równieŜ najbardziej niepochwytne stany intelektu.
 Przypominał sobie, jak sam mówił, nie tylko uszeregowanie myśli w ksiąŜce, z 
której je zaczerpnął, ale i stany swej duszy w odległych okresach.
 Pamięć jego, tak wyjątkowo uprzywilejowana, mogła mu tedy odtworzyć całkowicie 
Ŝycie jego ducha, od myśli najdawniej poczętej aŜ do rozkwitłej świeŜo, od 
najmętniejszej do najjaśniejszej.
 Mózg jego, zaprawiony od młodu do skupienia, dobywał z tego bogatego lamusa 
mnóstwo cudownych prawdą i świeŜością obrazów, którymi karmił się podczas swoich
kryształowych kontemplacji.
 - Kiedy chcę - mówił mi w swoim języku, któremu skarby pamięci udzielały 
oryginalnej świeŜości - spuszczam sobie zasłonę na oczy.
 Natychmiast wchodzę w siebie i znajduję tam ciemną komorę, w której zjawiska 
natury odbijają się w postaci czystszej niŜ ta, pod jaką objawiły się pierwotnie
mym zmysłom.
 W dwunastym roku wyobraźnia jego, pobudzona nieustannym ćwiczeniem, rozwinęła 
się tak, iŜ pozwalała mu mieć ścisłe pojęcia o rzeczach, które znał jedynie z 
czytania.
 Obraz ich, odciśnięty w jego duszy, był nie mniej Ŝywy, niŜ gdyby je był 
istotnie widział: czy Ŝe posługiwał się analogiami, czy teŜ Ŝe posiadał jak 
gdyby drugi wzrok, którym ogarniał naturę.
 - Czytając opis bitwy pod Austerlitz - mówił mi raz - widziałem wszystkie jej 
szczegóły.
 Strzały armatnie, krzyki walczących rozbrzmiewały mi w uszach i szarpały mi 
trzewia; czułem proch, słyszałem tętent, głosy ludzkie; podziwiałem równinę, na 
której ścierały się zbrojne narody.
 To było tak przeraŜające jak ustęp z Apokalipsy.
 Gdy tak zuŜywał wszystkie swoje siły w lekturze, tracił do pewnego stopnia 
świadomość Ŝycia fizycznego, istniał juŜ tylko przez potęŜną grę wewnętrznych 
narządów, których pojemność niepomiernie się rozszerzyła: zostawiał, wedle swego
wyraŜenia, przestrzeń za sobą.
 Ale nie chcę uprzedzać intelektualnych faz jego Ŝycia.
Mimo woli odwróciłem juŜ porządek, w jakim mam rozwinąć dzieje tego człowieka, 
który przeniósł całą swą czynność w myśl, jak inni mieszczą całe swoje Ŝycie w 
czynie.
 PrzemoŜna skłonność ciągnęła go ku dziełom mistycznym.
 - Abyssus abyssum - mówił mi.
 * Abyssus  abyssum (łacińskie) - z przepaści w przepaść.
 - Duch nasz jest otchłanią, która lubuje się w otchłaniach.
 Dzieci, męŜczyźni, starcy, wciąŜ jesteśmy łakomi tajemnic, pod jakąkolwiek 
jawią się formą.

Strona 64

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Upodobanie to stało się dlań zgubne, o ile w ogóle wolno jest sądzić jego Ŝycie
wedle zwykłych praw i mierzyć czyjeś szczęście miarą naszego lub teŜ miarą 
przesądów społecznych.
 Ten smak rzeczy niebiańskich (równieŜ jego częste wyraŜenie), tę mens dwitiior,
zawdzięczał moŜe wpływowi, jaki wywarły nań pierwsze ksiąŜki czytane u wuja.
 Święta Teresa i pani Guyon były mu dalszym ciągiem Biblii, posiadły pierwociny 
dojrzewającej inteligencji i przyzwyczaiły go do owych Ŝywych wzruszeń, których 
środkiem i celem jest ekstaza.
 * Pani Guyon (1648—1717) — mistyczka francuska, autorka licznych dzieł 
mistycznych.
 Te studia, te upodobania podniosły jego serce, oczyściły je, uszlachetniły, 
obudziły w nim łaknienie natury boskiej i nauczyły owych niemal kobiecych 
delikatności, które są u wielkich ludzi instynktowne: wzniosłość ich jest moŜe 
tylko potrzebą poświęcenia, które cechuje kobietę, ale potrzebą przeniesioną w 
sferę wielkich rzeczy.
 Dzięki tym pierwszym wraŜeniom Ludwik pozostał w kolegium czysty.
 Naturalnym swym działaniem owo szlachetne dziwactwo zmysłów wzbogaciło ciepło 
jego krwi i pomnoŜyło władze myśli.
 Baronowa de Stael, wypędzona o czterdzieści mil za ParyŜ, przebyła kilka 
miesięcy wygnania w majątku swoim opodal Vendóme.
 Jednego dnia, przechadzając się, spostrzegła na skraju parku dziecko garbarza, 
niemal w łachmanach, zatopione w ksiąŜce.
 Był to przekład "Nieba i Piekła".
 * „Niebo  i   Piekło" — tytuł jednego z dzieł Swedenborga.
 W owej epoce panowie Saint-Martin, de Gence i kilku innych pisarzy francuskich,
wpół Niemców, byli prawie jedynymi, którzy, na obszarze ziem francuskich, znali 
nazwisko Swedenborga.
 * Louis-Claude de Saint-Martin (1743—1803) — pisarz i mistyk francuski; 
Jean-Baptiste-Modeste Gence (1755—1840) — poeta i językoznawca, pod koniec Ŝycia
został mistykiem, zajmował się magnetyzmem i naukami tajemnymi; w roku 1824 
napisał biografię Saint-Martina pt. „Filozof nieznany".
Zdziwiona pani de Stael chwyciła ksiąŜkę z ową porywczością, w którą lubiła 
stroić swoje pytania, spojrzenia i gesty; następnie, spoglądając na Ludwika, 
rzekła: - Czy ty to rozumiesz?
 - Czy pani modli się do Boga?
 - spytało dziecko.
 - AleŜ...
 tak.
 - A czy go pani rozumie?
 Baronowa oniemiała na chwilę; następnie siadła koło Ludwika i zaczęła z nim 
rozmawiać.
 Nieszczęściem, pamięć moja, mimo iŜ rozległa, daleka jest co do wierności od 
pamięci mego kolegi; uleciało mi wszystko z tej rozmowy, z wyjątkiem pierwszych 
słów.
 Spotkanie to musiało wywrzeć na pani de Stael duŜe wraŜenie; wróciwszy do 
zamku, mówiła o nim niewiele, mimo potrzeby wywnętrzania się, która wyradzała 
się u niej w gadulstwo; ale była tym widocznie silnie zajęta.
 Jedyna Ŝyjąca osoba, która zachowała pamięć tej przygody - kiedym ją wypytywał,
aby zebrać niewiele słów, które wówczas wymknęły się pani de Stael - 
przypomniała sobie z trudem to pierwsze odezwanie się jej oLambercie: "To 
prawdziwy jasnowidzący".
 Ludwik nie ziścił w oczach świata nadziei, które zbudził w swej opiekunce.
 Przelotne zainteresowanie, jakie mu okazała, uznano tedy za kaprys kobiecy, 
jedną z owych fantazji właściwych artystom.
 Pani de Stael chciała wydrzeć Lamberta cesarzowi i Kościołowi, aby go wrócić 
szlachetnym losom, które, jak mówiła, czekały go: czyniła zeń juŜ nowego 
MojŜesza ocalonego z wody.
 Przed wyjazdem poleciła jednemu z przyjaciół, panu de Corbigny, wówczas 
prefektowi w Blois, aby w odpowiednim czasie umieścił jej MojŜesza w kolegium w 
Vendóme; po czym prawdopodobnie zapomniała o nim.
 Wstąpiwszy tam mając czternaście lat, z początkiem roku 1811, Lambert opuścił 
kolegium z końcem roku 1814, ukończywszy klasę filozofii.
 Wątpię, czy przez ten czas otrzymał jaki dowód pamięci od swej dobrodziejki, o 
ile w ogóle było dobrodziejstwem opłacać trzy lata pensję za dzieciaka, nie 
myśląc o jego przyszłości, a odciągnąwszy go od drogi Ŝycia, na której byłby 
moŜe znalazł szczęście.
 Okoliczności związane z chwilą oraz charakter Ludwika mogą w znacznej mierze 
usprawiedliwić i brak pamięci pani de Stael, i jej szczodrobliwość.

Strona 65

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Osoba, która miała słuŜyć za pośrednika między nią a młodym wychowankiem, 
opuściła Blois, właśnie gdy Ludwik wyszedł z kolegium.
 Wydarzenia polityczne, które przypadły na ten moment, dostatecznie 
usprawiedliwiają obojętność tej osoby na losy pupila baronowej.
 Autorka "Korynny" nie usłyszała juŜ o swym małym MojŜeszu.
 Sto ludwików wręczonych panu de Corbigny, który, zdaje mi się, sam umarł w roku
1812, nie były sumą dość powaŜną, aby utrwalić to zdarzenie w pamięci pani de 
Stael, której gorąca dusza znalazła dla siebie strawę i której cały los 
rozstrzygał się w kolei lat 1814 i 1815.
 Ludwik Lambert był w owej epoce i zbyt ubogi, i zbyt dumny, aby szukać swej 
dobrodziejki, która przebiegała Europę.
 Mimo to udał się z Blois do ParyŜa pieszo, aby ją ujrzeć: nieszczęściem, 
przybył w dniu, w którym baronowa umarła.
 Dwa listy Lamberta zostały bez odpowiedzi.
 Tak więc wspomnienie Ŝyczliwości pani de Stael dla Ludwika zachowało się 
jedynie w pamięci kilku młodych ludzi, uderzonych, jak ja cudownością tej 
historii.
 Trzeba było być w naszym kolegium, aby zrozumieć i zajęcie, jakie budziła w 
naszych umysłach juŜ sama zapowiedź nowego, i osobliwe wraŜenie, jakie musiała 
na nas sprawić przygoda Lamberta.
 Tu, dla objaśnienia nowego Ŝycia, jakie Lambert miał rozpocząć, potrzebne są 
niejakie szczegóły tyczące zasadniczych praw naszego zakładu, niegdyś 
półwojskowego a półzakonnego.
 Przed Rewolucją zakon oratorianów poświęcony był, jak zakon Jezusowy, 
wychowaniu publicznemu, i objął teŜ spadek po jezuitach i kilku klasztorach.
 Oratorianie posiadali szereg zakładów na prowincji; z tych najgłośniejsze były 
kolegia w Vendóme, Tournon, La Fleche, Pont-Le-Voy, Sorreze i Juilly.
 Kolegium w Vendóme, podobnie jak inne, wychowywało, jak sądzę, pewną ilość 
młodzieŜy przeznaczonej do słuŜby wojskowej.
 Zniesienie zakonów wychowawczych, uchwalone przez Konwent, niewiele wpłynęło na
zakład w Vendóme.
 Skoro minęło pierwsze wstrząśnienie, kolegium odzyskało swoje gmachy; kilku 
oratorianów rozproszonych po okolicy wróciło, aby wskrzesić zakład, zachowując 
dawną regułę, zwyczaje i obyczaje, dające owemu kolegium fizjonomię, z którą nie
mógłbym porównać Ŝadnego z liceów, jakie poznałem po wyjściu z Vendóme.
 PołoŜone w środku miasta, nad rzeczką Loir, w której kąpią się jego fundamenty,
kolegium tworzy rozległe i szczelnie zamknięte zabudowanie, gdzie mieszczą się 
wszystkie potrzebne zakłady: kaplica, teatr, infirmeria, piekarnia, ogrody, 
wodociągi.
 Kolegium to, najsłynniejsze w środkowej Francji, czerpie swą klientelę z 
okolicznych prowincji oraz z naszych kolonii.
 Oddalenie nie pozwala tedy rodzicom często odwiedzać dzieci.
 Reguła zabraniała wyjazdu na wakacje.
 Raz wszedłszy, uczniowie opuszczają kolegium aŜ po ukończeniu studiów.
 Z wyjątkiem przechadzek pod dozorem ojców, wszystko zmierzało ku temu, aby dać 
zakładowi charakter klasztornej dyscypliny.
 Za mego czasu korektor był jeszcze Ŝywym wspomnieniem, a klasyczna feruła 
skórzana odgrywała zaszczytnie swą straszliwą rolę.
 Kary, niegdyś wymyślone przez ojców jezuitów, groźne zarówno moralnie, jak 
fizycznie, przechowały się w nienaruszonej postaci.
 Listy do rodziców w pewne dni były obowiązkowe; toŜ samo spowiedź.
 Tak więc nasze grzechy i nasze uczucia poddane były jak gdyby prawidłowemu 
wyrębowi.
 Wszystko nosiło piętno klasztornej jednostajności.
 Przypominam sobie, wśród innych pozostałości dawnego zakładu, inspekcję, której
poddawano nas co niedzielę.
 Staliśmy w galowych mundurkach, w szeregu jak Ŝołnierze, oczekując dwóch 
dyrektorów, którzy, w otoczeniu dostawców i nauczycieli, badali nas pod trojakim
względem: stroju, higieny i moralności.
 Dwie lub trzy setki uczniów, których mogło pomieścić kolegium, dzieliły się, 
wedle dawnego zwyczaju, na cztery grupy, zwane: najmniejsi, mali, średni i 
starsi.
 Dział najmniejszych obejmował klasy oznaczone mianem ósmej i siódmej; małych - 
szóstą, piątą i czwartą; średnich - trzecią i drugą; wreszcie sekcja starszych -
retorykę, filozofię, matematykę wyŜszą, fizykę i chemię.
 KaŜde z tych oddzielnych kolegiów posiadało swój budynek, swoje klasy i swój 
dziedziniec na wspólnym wielkim placu, na który wychodziły sale do nauki, a 
który zamykał refektarz.

Strona 66

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Refektarz ten, godny staroŜytnego klasztoru, mieścił wszystkich uczniów.
 Na wspak regule innych zakładów mogliśmy rozmawiać przy jedzeniu, a tolerancja 
ta pozwalała nam zamieniać się na potrawy wedle ochoty i smaku.
 To obcowanie gastronomiczne było jedną z największych przyjemności 
koleŜeńskiego Ŝycia.
 JeŜeli jakiś średni, siedzący u szczytu stołu, wołał porcję czerwonej fasoli od
wetów (dostawaliśmy bowiem wety), propozycja biegła z ust do ust: "Wety za 
fasolę"!
 - aŜ wreszcie jakiś łakotniś ją przyjął; wówczas wysyłał swoją porcję fasoli, 
która szła z ręki do ręki aŜ do Ŝądającego, po czym wety wracały tą samą drogą.
 Nigdy nie zdarzyła się omyłka.
 JeŜeli było kilka jednakich Ŝądań, kaŜde miało swój numer; mówiło się: 
"Pierwsza fasola za pierwsze wety".
 Stoły były długie, nasz nieustający handel utrzymywał je w ciągłym ruchu, 
rozmawialiśmy, jedli, ruszali się z bezprzykładną Ŝywością.
 ToteŜ szczebiot kilkuset chłopców, krąŜenie słuŜby zajętej zmianą talerzy, 
roznoszeniem półmisków, rozdzielaniem chleba, nadzór dyrektorów - wszystko to 
czyniło z refektarza w Vendóme widowisko jedyne w swoim rodzaju i budzące podziw
odwiedzających.
 Aby osłodzić Ŝycie odcięte od wszelkiej styczności ze światem i wyzute z 
pieszczot rodzinnych, ojcowie pozwolili nam hodować gołębie i uprawiać ogródki.
 Paręset gołębników, tysiąc gołębi gnieŜdŜących się wzdłuŜ muru oraz jakieś 
trzydzieści ogródków tworzyły widok jeszcze ciekawszy od samego refektarza.
 Ale byłoby zbyt nuŜące wyliczać osobliwości, które czynią z kolegium Vendóme 
zakład zupełnie odrębny i bogaty we wszystkie wspomnienia dla chłopców, którym 
spłynęła w nim młodość.
 KtóŜ z nas nie przypomina sobie jeszcze z rozkoszą, mimo goryczy nauki, 
osobliwości tego klasztornego Ŝycia?
 Te łakocie kupowane ukradkiem podczas przechadzki, pozwolenie grywania w karty 
i urządzania widowisk teatralnych w porze wakacji; psoty i wybryki spowodowane 
naszym zamknięciem; nasza orkiestra wojskowa, ostatnia pozostałość po kadetach; 
nasza akademia, nasz kapelan, ojcowie-profesorowie; wreszcie specjalne gry, 
dozwolone lub zakazane; kawaleria na szczudłach, ślizgawka w zimie, łoskot 
naszych sabotów, a zwłaszcza handel skupiający się dokoła sklepiku w dziedzińcu.
 Sklepik ten prowadził jakiś uniwersalny kramarz, u którego starsi i mali mogli 
się zaopatrywać, w myśl prospektu, w skrzynki, szczudła, narzędzia, gołębie, 
ksiąŜki do naboŜeństwa (artykuł mało poszukiwany), scyzoryki, papier, pióra, 
ołówki, atrament wszelkich kolorów, piłki, kule, słowem cały świat pokus i 
marzeń dziecinnych, obejmujący wszystko: od sosu do potrawki z gołębi aŜ do 
garnczków, w których przechowywaliśmy ryŜ z wczorajszej wieczerzy do śniadania.
 KtóŜ z nas jest tak nieszczęśliwy, iŜ zapomniał bicia własnego serca na widok 
tego magazynu, otwartego stale w czas niedzielnych rekreacyj!
 Śpieszyliśmy tam kolejno, aby wydać wydzieloną nam sumkę; ale, niestety, 
pensyjka, przeznaczona przez rodziców na drobne przyjemności, zmuszała nas do 
wyboru w tej masie przedmiotów, które tyloma pokusami przemawiały do naszej 
duszy.
 Młoda męŜatka, której w zaraniu miodowych miesięcy mąŜ wręcza dwanaście razy do
roku sakiewkę ze złotem, miluchny skarbczyk jej kaprysów, z pewnością nie 
marzyła o tylu zakupach, z których kaŜdy pochłania całą sumę, ile my ich 
roiliśmy w wilię pierwszej niedzieli w miesiącu!
 Za sześć franków posiadaliśmy, przez całą jedną noc, wszystkie skarby 
niewyczerpanego sklepiku!
 Podczas mszy kaŜdy respons, który nam trzeba było odśpiewać, mącił nasze 
tajemne rachunki.
 KtóŜ z nas moŜe sobie przypomnieć, aby miał parę groszy do wydania w drugą 
niedzielę miesiąca ?
 KtóryŜ wreszcie nie usłuchał zawczasu instynktów społecznych, darząc litością, 
pomocą lub wzgardą pariasów, którym skąpstwo lub ubóstwo rodziców odmawiało 
pieniędzy?
 Kto bądź zechce sobie wyobrazić odosobrienie tego wielkiego kolegium z jego 
klasztornymi zabudowaniami, w środku małego miasteczka, oraz cztery zagrody, w 
których byliśmy po starszeństwie pomieszczeni, ten pojmie zainteresowanie, jakie
musiało w nas budzić przybycie nowego, istnego podróŜnika wstępującego na 
statek!
 śadna, młoda księŜna przedstawiona na dworze nie była przedmiotem tylu 
złośliwych krytyk, ile ich spotykało nowego przybysza ze strony wszystkich 
uczniaków jego grupy.
 Zazwyczaj podczas wieczornej rekreacji, przed modlitwą, lizusy, nawykłe 

Strona 67

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

gawędzić z dwoma ojcami dozorującymi nas kolejno, pierwsi słyszeli owe doniosłe 
słowa: "Będziecie mieli jutro nowego"!
 Natychmiast okrzyk: "Nowy!
 nowy"!
 rozlegał się po dziedzińcach.
 Przybiegaliśmy wszyscy cisnąc się do regenta i zasypując go pytaniami: "Skąd 
przybywa?
 Jak się zowie?
 Do której klasy"?
 etc.
 Przybycie Ludwika Lambert stało się istną bajką z "Tysiąca i jednej nocy".
 Byłem wówczas w czwartej klasie, u małych.
 Mieliśmy dwóch regentów, nauczycieli, których nazywaliśmy przez tradycję 
ojcami, mimo Ŝe byli świeccy.
 Za mego czasu było juŜ w Vendóme nie więcej niŜ trzech prawdziwych oratorianów,
którym naleŜał się z prawa ten tytuł; w roku 1814 opuścili kolegium, które 
nieznacznie przybrało charakter świecki, aby się przytulić po jakichś 
probostwach wiejskich, jak ów proboszcz z Mer.
 Ojciec Haugoult, regent-dyŜurny owego tygodnia, był to niezły człowiek, ale bez
wyŜszego wykształcenia; brakło mu owego odczucia, niezbędnego, aby rozróŜnić 
charaktery dzieci i wymierzać im kary w stosunku do ich sił.
 Ojciec Haugoult zaczął tedy przyjacielsko opowiadać osobliwe wydarzenia, które 
miały nazajutrz sprowadzić nam najbardziej niezwykłego z nowych.
 Natychmiast ustały zabawy.
 Malcy przysunęli się w milczeniu, aby słuchać przygód owego Ludwika, 
znalezionego, na kształt aerolitu, przez panią de Stael koło parku.
 Ojciec Haugoult musiał nam objaśnić, kto to jest pani de Stael; owego wieczora 
zdawało mi się, Ŝe ma dziesięć stóp wzrostu; później widziałem obraz Korynny, na
którym Gerard przedstawił ją tak duŜą i piękną; niestety!
 idealna kobieta, wymarzona przez moją wyobraźnię, przewyŜszała ją tak bardzo, 
iŜ pani de Stael wciąŜ traciła w moim mniemaniu, nawet po przeczytaniu jej na 
wskroś męskiej ksiąŜki "O Niemczech".
 Ale Lambert był, na tę chwilę, czymś o wiele cudowniejszym: przeegzaminowawszy 
go, pan Mareschal, dyrektor szkoły, wahał się (tak mówił ojciec Haugoult), czy 
go nie przenieść do duŜych.
 Słaba znajomość łaciny zepchnęła Lamberta do klasy czwartej; ale z pewnością 
miał przeskakiwać co rok po jednej klasie; wyjątkowo miał juŜ uczęszczać do 
akademii.
 Proh pudor!
 * (łacińskie) — O hańbo!
 czekał nas zaszczyt posiadania wśród małych mundurka ozdobionego czerwoną 
wstąŜeczką - odznaka akademików w Vendóme.
 Akademikom przysługiwały świetne przywileje; jadali często u dyrektora i 
odbywali dwa razy do roku zebrania literackie, na których byliśmy obecni, 
przysłuchując się ich utworom.
 Akademik był małym wielkim człowiekiem.
 JeŜeli który Vendómczyk zechce być szczery, przyzna, iŜ później prawdziwy 
akademik z prawdziwej Akademii Francuskiej wydał mu się mniej olśniewający niŜ 
owo gigantyczne dziecko, uświetnione krzyŜem i pełną uroku czerwoną wstąŜeczką, 
oznakami naszej akademii.
 Bardzo było trudno znaleźć się w tym dostojnym ciele przed dojściem do klasy 
drugiej; akademicy bowiem urządzali co czwartek, podczas wakacji, publiczne 
posiedzenia, gdzie nam czytali opowieści prozą i wierszem, listy, traktaty, 
tragedie, komedie - kompozycje zabraniane w klasach niŜszych.
 Długo zachowałem wspomnienie powiastki "Zielony osieł", będącej, jak sądzę, 
najwybitniejszym dziełem owej nieznanej akademii.
 Czwartak członkiem akademii!
 Ma być naszym kolegą ten czternastoletni chłopiec, juŜ poeta, beniaminek pani 
de Stael, przyszły geniusz, jak powiadał ojciec Haugoult; czarownik, chwat 
zdolny wyrobić zadanie lub tłumaczenie od ręki i umieć lekcję przeczytawszy ją 
ledwie raz!
 Ludwik Lambert wywracał wszystkie nasze pojęcia.
 Ciekawość ojca Haugoult, niecierpliwość, z jaką oczekiwał nowego, podsycała 
nasze rozpłomienione wyobraźnie.
 - JeŜeli ma gołębie, nie znajdzie gołębnika.
 Nie ma juŜ miejsca.
 Trudno!
 - powiadał jeden, który później został wielkim rolnikiem.

Strona 68

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 - Koło kogo będzie siedział?
 - pytał drugi.
 - Och!
 jakŜe chciałbym być jego parą - wykrzyknął jakiś zapaleniec.
 W naszym szkolnym języku słowo to stanowiło termin lokalny, trudny do 
przetłumaczenia.
 WyraŜało ono braterską wspólność doli i niedoli dziecięcego Ŝywota, splecenie 
interesów obfite w sprzeczki i jednania, przymierze zaczepnoodporne.
 Dziwna rzecz; nigdy za moich czasów nie widziałem, aby dwaj bracia stanowili 
parę.
 Człowiek Ŝyje tylko uczuciami; uwaŜa moŜe tedy, iŜ zuboŜyłby swoje istnienie, 
przywiązanie nabyte topiąc w przywiązaniu naturalnym.
 WraŜenie, jakie słowa ojca Haugoult wywarły na mnie, naleŜy do najŜywszych w 
moim dzieciństwie; mogę je porównać tylko z przeczytaniem "Robinsona Cruzoe".
 Pamięć tych wzruszeń zrodziła we mnie później spostrzeŜenia - moŜe nowe - 
tyczące róŜnego działania słów na kaŜdą umysłowość.
 Słowo nie jest czymś bezwzględnym: więcej oddziaływujemy na słowo my, niŜ ono 
na nas; ale studium tych zjawisk wymaga szerokiego rozwinięcia, odbiegającego od
naszego wątku.
 Nie mogąc spać, wszcząłem z sąsiadem w sypialni obszerną dyskusję o niezwykłej 
istocie, którą mieliśmy powitać nazajutrz rano.
 Sąsiad ten, do niedawna oficer, obecnie pisarz o rozległych horyzontach, 
Barchou de Penhoen, nie zadał kłamu swemu przeznaczeniu ani przypadkowi, który 
złączył w jednej klasie, na jednej ławce i pod jednym dachem jedynych dwóch 
uczniów Vendóme, o których Vendóme słyszy dzisiaj; w chwili bowiem wydania tej 
ksiąŜki kolega nasz Dufaure nie wstąpił był jeszcze w szranki parlamentu.
 * Barchou de Penhoen (1801—1855) — znajomy Balzaka, któremu pisarz zadedykował 
„Gobsecka", oficer; opuścił armię w roku 1830, w 1849 został członkiem 
Zgromadzenia Prawodawczego, od 1850 członkiem Akademii.
Obecny tłumacz Fichtego, komentator i przyjaciel Ballanchea, zajęty juŜ, jak i 
ja, kwestiami metafizycznymi, bredził często wraz ze mną na temat Boga, 
człowieka i przyrody.
 * Pierre-Simon Ballanche (1776—1847) — historyk, pisarz-mistyk, naleŜał do 
grona przyjaciół pani Recamier, od roku 1842 był członkiem Akademii.
Silił się wówczas na pyrrhonizm.
* doktryna Pyrrhona z Elidy (około 365—270 p.n.e.), filozofa
greckiego, załoŜyciela szkoły sceptyków.
 Pragnąc się utrzymać w swej roli, przeczył zdolnościom Lamberta; gdy ja, świeŜo
pod wraŜeniem lektury "Sławnych dzieci", miaŜdŜyłem go dowodami, cytując mu 
małego Montcalma, Pika Mirandolę, Pascala, wszystkie młodociane mózgi, anomalie 
sławne w dziejach ducha, poprzedników Lamberta.
 * Louis-Joseph Montcalm de Saint-Veran (1712—1759) — generał francuski, 
odznaczył się w walkach z Anglikami w Kanadzie; zginął broniąc Quebeku;
 * Pik Mirandola (Giovanni Pico delia Mirandola, 1463—1494) — filozof włoski,
humanista, przedstawiciel kierunku usiłującego pogodzić róŜne religie i systemy
filozoficzne, zwanego synkretyzmem.
Przechodziłem wówczas namiętność czytania.
 Ojciec mój, pragnąc mnie widzieć na politechnice, opłacał dla mnie osobne 
lekcje matematyki.
 Repetytor mój, bibliotekarz zakładu, pozwalał mi wybierać ksiąŜki, nie 
wglądając zbytnio, co wynoszę z biblioteki, zacisznego miejsca, dokąd w czasie 
rekreacji ściągał mnie na lekcję.
 Sądzę, iŜ był albo nieudolny, albo zajęty jakąś waŜną pracą, gdyŜ chętnie 
pozwalał mi czytać podczas lekcji, a sam pracował, nie wiem nad czym.
 Zatem, na mocy milczącego paktu, ja nie skarŜyłem się, Ŝe się nic nie uczę, on 
zaś milczał o moim poŜyczaniu ksiąŜek.
 Pochłonięty tą niewczesną namiętnością, zaniedbywałem naukę, aby układać 
poematy, które zaiste musiały budzić mało nadziei, jeśli mam sądzić z tego 
przydługiego wiersza, wsławionego między kolegami, który zaczynał epopeję o 
Inkasach: O Inkasie!
 o królu nieszczęsny i Ŝałośliwy!
 Przezwano mnie poetą, podrwiwając sobie z moich prób; ale drwiny nie wyleczyły 
mnie.
 Rymowałem ciągle, mimo roztropnych rad pana Mareschal.
 Dyrektor nasz starał się mnie wyleczyć z nieszczęsnej manii, opowiadając, w 
kształcie przypowieści, niedole sikorki, która wypadła z gniazda, poniewaŜ 
chciała latać, nim skrzydła jej urosły.
 Grzęzłem w ksiąŜkach, stałem się uczniem najmniej czynnym, najleniwszym, 

Strona 69

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

najbardziej skłonnym do dumań w oddzielę małych, a tym samym najczęściej 
karanym.
 Ta autobiograficzna dygresja moŜe oświetlić naturę rozmyślań, jakie mnie 
obiegły z przybyciem Lamberta.
 Miałem wówczas dwanaście lat.
 Uczułem od pierwszej chwili sympatię do chłopca, z którym łączyło mnie 
podobieństwo natury.
 Miałem tedy znaleźć towarzysza dumań i marzenia!
 Nie wiedząc jeszcze, co to sława, miałem sobie za chlubę być kolegą chłopca, 
któremu pani de Stael przepowiedziała nieśmiertelność.
 Ludwik zdawał mi się olbrzymem.
 Wreszcie oczekiwane jutro nadeszło.
 Na chwilę przed śniadaniem usłyszeliśmy w cichym dziedzińcu kroki pana 
Mareschal i nowego.
 Wszystkie głowy zwróciły się natychmiast ku drzwiom.
 Ojciec Haugoult, który podzielał męki naszej niecierpliwości, zapomniał 
zwykłego gwizdu, którym nakazywał ciszę i przywoływał nas do pracy.
 Ujrzeliśmy słynnego nowego, którego pan Mareschal wprowadził za rękę.
 Regent zstąpił z katedry, dyrektor zaś oznajmił uroczyście, zgodnie z etykietą:
- Panie regencie, powierzam panu Ludwika Lambert; umieści go pan w klasie 
czwartej; naukę zacznie od jutra.
 Następnie, wymieniwszy po cichu kilka słów z regentem, rzekł głośno: - Gdzie go
pan posadzi?
 Nie byłoby właściwe ruszać którego z nas dla nowego; Ŝe zaś był tylko jeden 
pulpit wolny, Ludwik usiadł przy nim, koło mnie, który ostatni wstąpiłem do 
klasy.
 Mimo Ŝe lekcja nie była jeszcze skończona, wstaliśmy wszyscy, aby się przyjrzeć
Lambertowi.
 Pan Mareschal usłyszał nasze pogwarki, spostrzegł poruszenie i rzekł z 
dobrocią, która go nam czyniła tak bardzo drogim: - SprawujcieŜ się przynajmniej
grzecznie, nie przeszkadzajcie innym klasom.
 Słowa te upowaŜniły nas do zaczęcia rekreacji na jakiś czas przed porą 
śniadania: otoczyliśmy wszyscy Ludwika, gdy pan Mareschal przechadzał się w 
dziedzińcu z ojcem Haugoult.
 Było nas blisko osiemdziesiąt diablątek, śmiałych jak drapieŜne ptaki.
 Mimo Ŝeśmy wszyscy przebyli tę okrutną próbę, nie darowaliśmy nigdy nowemu 
śmieszków, pytań, docinków, padających nań jak grad, ku wielkiemu zmieszaniu 
przybysza, którego obyczajów, siły i charakteru doświadczało się w ten sposób.
 Lambert, obojętny czy teŜ oszołomiony, nie odpowiedział na Ŝadne pytanie.
 Któryś rzekł wówczas, Ŝe z pewnością jest ze szkoły Pitagorasa.
 Buchnął śmiech.
 Nowy otrzymał przydomek Pitagoras, na cały czas pobytu w szkole.
 Mimo to przenikliwe spojrzenie Ludwika, malująca się na jego twarzy wzgarda dla
naszych dzieciństw sprzecznych z jego naturą, jego swoboda oraz widoczna siła w 
harmonii z jego wiekiem, wszystko to wdroŜyło pewien szacunek nawet największym 
urwisom.
 Co do mnie, stałem tuŜ obok przyglądając mu się w milczeniu.
 Był to chłopiec chudy i wątły, mający półpięta stóp wzrostu; ogorzała twarz, 
ręce spalone słońcem zdawały się zapowiadać siłę muskułów, której wszelako w 
stanie normalnym nie posiadał, jakoŜ, po dwóch miesiącach, kiedy pobyt w klasie 
pozbawił go jego roślinnego niemal tonu skóry, stał się blady i biały jak 
kobieta.
 Głowę miał uderzająco duŜą.
 Piękne czarne włosy, kręcące się w grubych puklach, dawały niewymowny wdzięk 
jego czołu, którego wymiary miały coś niezwykłego, nawet dla nas, nie 
troszczących się, jak moŜna sobie wyobrazić, o frenologię, naukę wówczas w 
kołysce.
 Piękność jego wieszczego czoła wynikała głównie z czystego rysunku łuków, 
sklepionych nad parą czarnych oczu: łuki te zdawały się wycięte w alabastrze, a 
linie ich - właściwość dość rzadka - przebiegały zupełnie jednako, spływając się
u nasady nosa.
 Ale trudno było myśleć o jego twarzy, zresztą bardzo nieregularnej, widząc 
oczy, których wyraz odznaczał się cudowną zmiennością i które zdawały się 
oŜywione duszą.
 To jasne i zdumiewająco przenikliwe, to znów niebiańsko słodkie spojrzenie jego
stawało się martwe, bezbarwne, w chwili gdy tonął w kontemplacji.
 Oko jego podobne było wówczas do szyby, z której oświecające ją słońce zeszło 
nagle.

Strona 70

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Z siłą jego i z jej wyrazem było to samo, co ze spojrzeniem: ten sam bezwład, 
te same kaprysy.
 Głos jego bywał słodki jak głos kobiety, której wymyka się wyznanie; to znów 
bywał przykry, szorstki, nierówny.
 Co się tyczy jego siły, zwyczajnie był on niezdolny znieść lada utrudzenia czy 
zabawy; zdawał się wątły, prawie niedołęŜny.
 Ale kiedy, w pierwszych dniach, któryś z matadorów zadrwił z owej chorobliwej 
delikatności, czyniącej go niezdolnym do ulubionych w szkole brutalnych zabaw, 
Lambert chwycił oburącz jeden koniec stołu zawierającego dwanaście wielkich 
pulpitów, osadzonych w dwa rzędy i schodzących się grzbietem, i oparł się o 
katedrę regenta; następnie przytrzymał stół nogami, wspierając je na poprzecznej
desce, i rzekł: - ChodźcieŜ tu w dziesięciu i spróbujcie go ruszyć!
 Byłem przy tym, mogę poświadczyć ten osobliwy dowód siły: niepodobna było 
wydrzeć mu stołu.
 Lambert posiadał dar ściągania ku sobie, w pewnych momentach, nadzwyczajnych 
mocy, oraz skupienia swoich sił w dany punkt, na który chciał je skierować.
 Ale dzieci, przyzwyczajone, jak i dorośli, sądzić z wraŜenia, zwracały uwagę na
Ludwika jedynie w pierwszych dniach jego pobytu; zadał wówczas kłam wróŜbom pani
de Stael, nie ziszczając Ŝadnego z cudów, jakich oczekiwaliśmy po nim.
 Po próbnym kwartale Ludwik miał opinię bardzo przeciętnego ucznia.
 Mnie jednemu było tedy dane wejrzeć w tę duszę wzniosłą - czemu nie miałbym 
powiedzieć: boską?
 CóŜ bowiem jest bliŜsze Boga niŜ geniusz w sercu dziecka?
 Wspólność myśli i upodobań uczyniła z nas nierozdzielną parę.
 Braterstwo nasze zacieśniło się tak, Ŝe koledzy złączyli nasze imiona; mając 
wołać jednego z nas, krzyczeli: Poeta i Pitagoras!
 Tak więc dwa lata byłem towarzyszem ławki biednego Ludwika: w tej epoce Ŝycie 
moje było tak ściśle związane z jego Ŝyciem, Ŝe mogę dziś napisać jego historię 
intelektualną.
 Długo byłem nieświadom poezji i bogactw ukrytych w sercu i głowie mego kolegi.
 Trzeba mi było dojść trzydziestki, aby moje spostrzeŜenia dojrzały i zagęściły 
się, aby strumień światła oświecił je na nowo, abym zrozumiał doniosłość 
zjawisk, których byłem wówczas niezdarnym świadkiem.
 Przyjmowałem je, nie rozumiejąc ani ich wielkości, ani mechanizmu; zapomniałem 
nawet niektórych i przypominam sobie jedynie najbardziej uderzające; ale dziś 
pamięć moja skojarzyła je w pewien ład.
 Przenosząc się myślą w rozkoszne dni naszej młodej przyjaźni, wŜyłem się w 
tajemnice tej płodnej głowy.
 Jedynie tedy czas dał mi przeniknąć sens wydarzeń i faktów, w które obfitowało 
to nieznane Ŝycie, jak Ŝycie tylu innych, straconych dla nauki.
 Dlatego opowiadanie to jest, w wyrazie i w ocenie rzeczy, pełne duchowych 
anachronizmów czysto intelektualnych, które nie uszczuplą moŜe jego swoistej 
wartości.
 Przez pierwsze miesiące pobytu w Vendóme Ludwik stał się pastwą choroby, której
objawy były niepochwytne oczom naszych stróŜów, a która nieuchronnie 
paraliŜowała jego zdolności.
 Przyzwyczajony do powietrza i niezaleŜności, otoczony opieką kochającego 
starca, nawykły dumać w słońcu, niełatwo nagiął się do reguły kolegium, do 
kroczenia w szeregu, Ŝycia w czterech ścianach, gdzie osiemdziesięciu młodych 
chłopców siedziało w milczeniu na drewnianych ławkach, kaŜdy przed swoim 
pulpitem.
 Zmysły jego posiadały cudowną delikatność, wszystko tedy cierpiało w nim od 
tego wspólnego Ŝycia.
 Wyziewy, zaduch sali zawsze brudnej, zanieczyszczonej resztkami śniadań i 
podwieczorków raziły jego powonienie, ów zmysł, który, bezpośredniej niŜ inne 
stykając się z systemem mózgowym, musi, przez swoje zaburzenia, powodować 
niedostrzegalne wstrząsy w narządach myśli.
 Poza tymi źródłami skaŜenia powietrza, znajdowały się w naszych salach 
skrzynki, gdzie kaŜdy chował swoje łupy: gołębie zabite na święto, potrawy 
ściągnięte w refektarzu.
 Wreszcie, sale nasze mieściły jeszcze olbrzymi kamień, na którym stały zawsze 
dwie kadzie pełne wody: umywalnia, w której co rano kolejno myliśmy w obecności 
nauczyciela twarz i ręce.
 Stamtąd przechodziliśmy do stołu, gdzie kobiety czesały nas i pudrowały.
 Lokal nasz, sprzątany ledwie raz na dzień, przed naszym obudzeniem, był stale 
brudny.
 Przy tym, mimo mnogich okien i wysokich drzwi, powietrze było tam wciąŜ zepsute
wyziewami z umywalni, gotowalni, spiŜarni, z tysiącznych przemysłów 

Strona 71

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

uczniowskich, nie licząc nagromadzonych osiemdziesięciu ciał.
 Ten, moŜna rzec, humus szkolny, mieszany bez ustanku z błotem, które znosiliśmy
z dziedzińca, tworzył nieznośny zaduch.
 * Humus (łacińskie) — próchnica, czarnoziem.
 Brak aromatu wiejskiego powietrza, w którym Ŝył dotąd, zmiana przyzwyczajeń, 
rygor, wszystko to przygnębiło Ludwika.
 Z głową wiecznie w dłoni, łokciem wsparty o pulpit, spędzał godziny patrząc w 
dziedziniec, na zieleń drzew lub chmury na niebie; niby to pracował; ale, widząc
jego nieruchome pióro lub białą stronicę, regent wołał: - Lambert, ty nic nie 
robisz!
 Owo: "Nic nie robisz" było ukłuciem szpilki, które raniło Ludwika w serce.
 Nie znał przy tym rekreacji, zawsze miał pensa.
 Pensum, kara, której rodzaj zmienia się wedle zwyczajów danego kolegium, 
polegało w Vendóme na pewnej liczbie wierszy do przepisania podczas rekreacji.
 Lambert i ja byliśmy tak przywaleni pensami, Ŝe przez dwa lata naszej przyjaźni
nie mieliśmy ani tygodnia swobody.
 Gdyby nie ksiąŜki, które ściągaliśmy z biblioteki i które podtrzymywały Ŝycie 
naszych mózgów, byłoby nas to przywiodło do zupełnego ogłupienia.
 Brak ruchu zgubny jest dla dzieci.
 Nawyk reprezentacji, wdroŜony od dziecka, upośledza, jak mówią, organizm dzieci
królewskich, o ile ujemnych stron ich doli nie wyrównają trudy obozowe lub łowy.
 JeŜeli formy etykiety dworskiej działają na szpik pacierzowy w ten sposób, iŜ 
feminizują miednice królów, zwątlają ich włókna nerwowe i wyradzają rasę, jakieŜ
głębokie zmiany - fizyczne i moralne - musi powodować w uczniach brak powietrza,
ruchu, wesołości?
 ToteŜ system kar przestrzegany w kolegiach zasługuje na uwagę prawodawców 
wychowania publicznego, o ile znajdą się wśród nich myśliciele nie myślący 
wyłącznie o sobie.
 Obrywaliśmy pensa na tysiąc sposobów.
 Pamięć mieliśmy tak dobrą, Ŝe nigdy nie uczyliśmy się lekcji.
 Wystarczało nam słyszeć, jak koledzy wydają francuskie, łacinę lub gramatykę, 
aby natychmiast powtórzyć to z pamięci; ale jeŜeli, nieszczęściem, przyszła 
nauczycielowi ochota zmienić porządek i wyrwać nas pierwszych, często nie 
wiedzieliśmy nawet, co zadane; wówczas spadało na nas pensum, mimo 
najsprytniejszych wymówek.
 Poza tym czekaliśmy zawsze ostatniej chwili z odrobieniem zadań.
 Kiedy zabrnęliśmy w jakąś lekturę lub tonęliśmy w marzeniu, zadanie szło w 
niepamięć: nowe źródło pensów!
 IleŜ razy kreśliliśmy zadanie przez czas, gdy prymus, obowiązany zebrać je na 
początku godziny, obchodził ławki odbierając od kaŜdego jego ćwiartkę!
 Z trudnościami moralnymi, jakie sprawiało Ludwikowi wŜycie się w kolegium, 
łączyła się nie mniej cięŜka próba, przez którą przeszliśmy wszyscy: cierpienia 
fizyczne o nieskończonej rozmaitości.
 Delikatny naskórek dziecka wymaga bacznych starań, zwłaszcza w zimie, gdy, z 
tysiąca przyczyn, przechodzi ono ustawicznie z lodowatej atmosfery błotnistego 
dziedzińca do gorącej temperatury wewnątrz klasy.
 ToteŜ z braku opieki macierzyńskiej najmniejsi i mali dotknięci byli 
odmroŜeniami oraz pękaniem skóry tak bolesnym, iŜ cierpienia te wymagały 
specjalnych opatrunków, których dokonywano w porze śniadań, ale bardzo 
niedokładnie, z przyczyny nadmiernej ilości schorzałych rąk, nóg i pięt.
 Niejeden dzieciak wolał zresztą chorobę od lekarstwa : czyŜ nie trzeba było 
wybierać między dokończeniem zadania, rozkoszami ślizgawki a zmianą opatrunku, 
niedbale załoŜonego, noszonego jeszcze niedbalej?
 Była zresztą moda w kolegium szydzić z nieboraków, którzy szli do opatrunku; 
kaŜdy na wyprzódki silił się zedrzeć im szmaty załoŜone przez dozorczynię.
 Zatem w zimie większość z na wpół martwymi palcami i nogami, Ŝarta bólem, mało 
była usposobiona do nauki, bo cierpieli; karano ich zaś, bo się nie uczyli.
 Zbyt często wywiedziony w pole chorobami udanymi, regent nie liczył się z 
prawdziwym cierpieniem.
 W zamian za opłacaną pensje uczniowie znajdowali w kolegium całkowite 
utrzymanie.
 Zarząd zawierał hurtowne umowy o buty i ubranie; stąd tygodniowa inspekcja, o 
której juŜ mówiłem.
 System ten, wyborny dla zarządu daje zawsze smutne rezultaty dla klienta.
 Biada malcowi, który miał zły obyczaj ścierać obcasy, drzeć trzewiki lub 
przedwcześnie zuŜywać podeszwy, bądź przez wadliwy sposób chodzenia, bądź teŜ 
oskubując je podczas nauki, z owej potrzeby ruchu tak właściwej dzieciom!
 Całą zimę chłopiec taki nie mógł zaŜywać spaceru bez dotkliwych cierpień; 

Strona 72

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

przede wszystkim, odmroŜenia sprawiały ból tak okrutny jak atak podagry; 
następnie agrafki i sznurki, mające przytrzymywać trzewik, puszczały lub teŜ 
starte obcasy nie pozwalały przeklętemu obuwiu przylegać do nogi; wówczas musiał
ją wlec z trudem po zmarzniętej drodze, niekiedy wydzierać ją siłą z gliniastego
gruntu właściwego okolicom Vendóme; wreszcie woda, śnieg wciskały się 
niedostrzeŜoną szczeliną, źle załoŜonym przyszczypkiem, i noga zaczynała 
puchnąć.
 Na sześćdziesięciu chłopców nie znalazłoby się ani dziesięciu idących bez 
tortury; mimo to wszyscy dotrzymywali kroku gromadzie, pchani jej rytmem, tak 
jak ludzi popycha w Ŝyciu samo Ŝycie.
 IleŜ razy ten i ów dzielny chłopak płakał z wściekłości, znajdując wszakŜe 
resztkę energii, aby iść naprzód lub aby dognać swą trzodę mimo cierpień; tak w 
tym wieku dusza, świeŜa jeszcze, obawia się i śmiechu, i współczucia, tych dwu 
rodzajów szyderstwa.
 W szkole, jak w społeczeństwie, silny gardzi słabym, nie wiedząc, na czym 
polega prawdziwa siła.
 To by nie było jeszcze nic.
 Nie nosiliśmy rękawiczek.
 Jeśli przypadkiem rodzice, dozorczyni lub dyrektor kazali je nosić któremuś z 
delikatniejszych, dowcipnisie i starzy praktycy kładli rękawiczki na piec, 
robili sobie zabawę z tego, aby je wysuszać, kurczyć; wreszcie, o ile rękawiczki
uszły prześladowcom, maczały się, pruły, z braku dbałości.
 Nie było sposobu utrzymać rękawiczek.
 Rękawiczki trąciły przywilejem, dzieci zaś chcą równości.
 Te rozmaite cierpienia nękały Ludwika.
 Ludzie oddani medytacji zwykle nabierają jakiegoś machinalnego gestu; on miał 
nałóg bawienia się trzewikami i niszczył je w krótkim czasie.
 Jego kobieca płeć, uszy, wargi pękały za najlŜejszym zimnem.
 Ręce, tak miękkie i białe, stawały się czerwone i spierzchnięte.
 Zaziębiał się stale.
 Ludwik cierpiał tedy wciąŜ, póki nie dostroił swego Ŝycia do obyczajów Vendóme.
 Wychowany wreszcie okrutnym i bolesnym doświadczeniem, zaczął w końcu mieć 
głowę,aby się posłuŜyć szkolnym terminem.
 Trzeba mu było nauczyć się dbać o swoją skrzynkę, o swój pulpit, o ubranie, 
trzewiki; nie dać sobie kraść atramentu, ksiąŜek, kajetów, piór; słowem, myśleć 
o tysiącu szczegółów naszej dziecięcej egzystencji.
 Szczegółami tymi umieją się sprawnie zajmować samolubne i mierne dusze, 
zdobywające niezawodnie nagrody pilności i sprawowania; ale zaniedbywał je 
chłopiec pełen przyszłości, który, pod naciskiem boskiej niemal wyobraźni, 
poddawał się z miłością strumieniowi swoich myśli.
 To nie wszystko jeszcze.
 Istnieje ciągła walka między nauczycielami a uczniami, walka bez wytchnienia, 
nie mająca nic równego w ustroju społecznym, chyba walkę opozycji z ministerium 
w ustroju parlamentarnym.
 Ale dziennikarze i mówcy z opozycji są moŜe mniej zwinni w wyzyskiwaniu 
przewagi, mniej twardzi w wypominaniu błędu, mniej bezlitośni w drwinach wobec 
swoich wychowawców.
 W tym zawodzie aniołowi zbrakłoby cierpliwości.
 Nie trzeba zatem nadto brać za złe biednemu prefektowi, licho płatnemu, co 
zatem idzie niezbyt inteligentnemu, Ŝe bywa niesprawiedliwy lub się unosi.
 Otoczony mnóstwem drwiących spojrzeń, otoczony zasadzkami, mści się niekiedy za
własne błędy na dzieciach zbyt rączych w ich podchwytywaniu.
 Wyjąwszy wielkie przestępstwa, dla których istniał inny rodzaj kar, feruła była
w Vendóme ultima ratio Patrum.
 * (łacińskie) — ostatni argument Ojców.
 Za zapomniane zadania, nie douczone lekcje, za zwykłe wybryki wystarczało 
pensum; ale obraŜona miłość własna nauczyciela wyraŜała się ferułą.
 Wśród cierpień fizycznych, które nas gnębiły, najŜywsze było to, jakie nam 
sprawiała ta skórzana packa, gruba blisko na dwa palce, aplikowana na nasze 
wątłe dłonie całą siłą i całą złością regenta.
 Aby otrzymać tę klasyczną karę, winny musiał klęknąć na środku klasy.
 Trzeba było wstać z ławki, klęknąć koło katedry pod ciekawym, często drwiącym 
spojrzeniem kolegów.
 Dla wraŜliwej natury przygotowania te były podwójną męką, podobną drodze z 
Pałacu Sprawiedliwości na plac de la Greve, którą odbywał niegdyś skazaniec 
jadąc na rusztowanie.
 ZaleŜnie od usposobień, jedni płakali gorącymi łzami, przed ferułą lub po niej;
inni znosili ból stoicznie; najtęŜsi ledwie mogli powstrzymać skurcz twarzy.

Strona 73

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Na Ludwika sypały się feruły, a zawdzięczał je wraŜliwości swojej natury, 
której długo sam był nieświadom.
 Kiedy go zbudziło z zadumy gwałtowne: "Ty nic nie robisz" regenta, wyrywało mu 
się często, zrazu bezwiednie, spojrzenie przepełnione jakąś dziką wzgardą, 
naładowane myślą jak butelka lejdejska elektrycznością.
 Spojrzenie to musiało przenikać do głębi nauczyciela, który, podraŜniony 
milczącą obelgą, chciał oduczyć ucznia owych płomiennych spojrzeń.
 Za pierwszym razem, kiedy regent uraził się tym wzgardliwym promieniowaniem, 
które dosięgło go jak błyskawica, wyrzekł zdanie, które zapamiętałem dobrze: - 
Jeśli się jeszcze raz tak na mnie popatrzysz, Lambert, dostaniesz ferułę!
 Na to wszystkie nosy podniosły się do góry, wszystkie oczy objęły kolejno 
nauczyciela i Ludwika.
 PogróŜka była tak głupia, Ŝe dzieciak przygwoździł ojca spojrzeniem, które było
jak błyskawica.
 Wszczęła się między regentem a Lambertem sprzeczka, zakończona znaczniejszą 
ilością feruł.
 W ten sposób Lambert poznał siłę własnego oka.
 Ów biedny poeta, o kompleksji tak nerwowej, często podległy waporom jak 
kobieta, trawiony melancholią, chory na swój geniusz, jak młoda dziewczyna chora
jest na miłość, której woła, a której nie zna, to dziecko tak silne i tak słabe,
wyrwane przez Korynnę z uroków wsi i wtłoczone w kolegium, gdzie kaŜda 
inteligencja i kaŜde ciało muszą, bez względu na swą siłę, na swój charakter, 
nagiąć się do reguły i do jednostajnej pracy, tak jak złoto przybiera kształt 
monety pod uderzeniem młota, Ludwik Lambert cierpiał tedy we wszystkich 
punktach, w których cierpienie ma władzę nad duszą i ciałem.
 Przygięty do gleby swego pulpitu, bity ferułą, nękany chorobą, obolały, 
gnieciony obręczą cierpień, na kaŜdym kroku czuł przymus wydawania swej powłoki 
na tysiączne tyranie kolegium.
 Podobny męczennikom, którzy uśmiechali się wśród męczarni, schronił się w 
niebiosa, które mu otwierała jego myśl.
 MoŜe właśnie to czysto wewnętrzne Ŝycie pomogło mu ujrzeć rąbek tajemnic, w 
które tak wierzył!
 Nasza niepodległość, nasze niedozwolone zajęcia, nasze pozorne próŜniactwo, 
odrętwienie, w jakimśmy Ŝyli, nasze ustawiczne kary, nasza niechęć do zadań i 
pensów ściągnęły na nas bezsporną reputację niedbałych i niepoprawnych 
chłopaków.
 Nauczyciele gardzili nami, ale jednocześnie postradaliśmy szacunek kolegów, 
przed którymi kryliśmy z obawy drwin nasze zakazane studia.
 To dwustronne lekcewaŜenie, niesłuszne u ojców, u kolegów było naturalne.
 Nie umieliśmy ani grać w piłkę, ani biegać, ani chodzić na szczudłach.
 W dnie rekreacji lub gdy przypadkiem zdobyliśmy chwilę wolności, nie 
dzieliliśmy Ŝadnej z uciech szkolnych.
 Obcy zabawom rówieśników, smętnie przysiadaliśmy pod drzewem na dziedzińcu, 
zostawaliśmy sami.
 Poeta i Pitagoras byli wyjątkiem, egzystencją poza wspólnym Ŝyciem.
 Instynkt uczniaków, ich draŜliwa miłość własna przeczuwały w nas dusze będące 
wyŜej lub niŜej ich poziomu.
 Stąd, u jednych, nienawiść dla naszego niemego arystokratyzmu, u drugich 
wzgarda dla naszej bezuŜyteczności.
 Uczucia te istniały moŜe nieświadomie, moŜe odgadłem je dopiero dziś.
 śyliśmy tedy dosłownie jak dwa szczury, zaszyci w kącie sali, gdzie stały nasze
pulpity, tkwiąc tam zarówno w czasie nauki, jak podczas rekreacji.
 Ta niezwykła rola musiała nas postawić na stopie wojennej z całym oddziałem.
 Prawie zapomnieni, Ŝyliśmy tam spokojni, niemal szczęśliwi, podobni dwom 
roślinom, dwom ornamentom, których brakłoby do harmonii sali.
 Czasami tylko najdokuczliwsi zaczepiali nas, aby wyładować na nas swą siłę, my 
zaś odpowiadaliśmy wzgardą, która często ściągała grad kułaków na głowy Poety i 
Pitagorasa.
 Nostalgia Lamberta trwała szereg miesięcy.
 Nie znam nic, co by mogło odmalować drąŜącą go melancholię.
 Ludwik zepsuł mi wiele arcydzieł.
 Grając po trosze obaj rolę "Trędowatego z doliny Aosta", przeŜyliśmy uczucia 
wyraŜone w ksiąŜce pana de Maistre, nim przeczytaliśmy je oddane tym wymownym 
piórem.
 * Joseph de Maistre (1753—1821) — reakcyjny filozof i pisarz, obrońca monarchii
absolutnej i papiestwa, z ramienia króla Sardynii poseł w Petersburgu w latach 
1803—1817.
 OtóŜ ksiąŜka moŜe odtworzyć wspomnienia dzieciństwa, ale nie moŜe z nimi 

Strona 74

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

rywalizować.
 Westchnienia Ludwika dały mi poznać hymny smutku o wiele bardziej przejmujące 
niŜ najpiękniejsze stronice "Wertera".
 Ale teŜ moŜe nie ma porównania między cierpieniami, jakie sprawia namiętność 
słusznie czy niesłusznie potępiana przez nasze prawa, a boleścią biednego 
dziecka wzdychającego za słońcem, rosą i swobodą.
 Werter jest niewolnikiem Ŝądzy; Ludwik Lambert to była dusza cała w niewoli.
 Przy równym talencie, uczucie najbardziej wzruszające, oparte na pragnieniach 
najprawdziwszych, bo najczystszych, musi przesłonić zawodzenia geniusza.
 Zapatrzony w lipę rosnącą w dziedzińcu, Ludwik rzucał mi tylko oderwane słowa, 
ale te słowa odsłaniały bezkres marzenia.
 - Szczęściem dla mnie, zdarzają się dobre chwile, w których mam uczucie, Ŝe 
mury klasy runęły, Ŝe jestem het, w polach!
 CóŜ za rozkosz dać swobodny bieg myśli, jak ptak daje go skrzydłom!...
 Czemu zielony kolor jest tak obfity w naturze?
 Czemu w niej jest tak mało linii prostych?
 Czemu człowiek w swoich tworach tak rzadko uŜywa krzywizn?
 Czemu on jeden ma poczucie linii prostej ?
 Słowa te odsłaniały długą drogę przez bezkresy.
 Z pewnością musiał oglądać całe krajobrazy lub oddychać zapachem lasów.
 Był on, niby Ŝywa i wzniosła elegia, zawsze milczący, zrezygnowany; wciąŜ 
cierpiący bez moŜności powiedzenia: "Cierpię"!
 Ten orzeł, który łaknął świata całego za strawę, Ŝył w czterech ciasnych i 
brudnych ścianach, toteŜ Ŝycie jego stało się, w najszerszym pojęciu słowa, 
Ŝyciem idealnym.
 Pełen wzgardy dla bezuŜytecznych niemal studiów, na jakie byliśmy skazani, 
Ludwik szedł swą powietrzną drogą, oderwany od tego, co nas otaczało.
 Wierny potrzebie naśladownictwa, tak znamiennej u dzieci, starałem się dostroić
doń swoją egzystencję.
 Ludwik zaszczepił mi swoje upodobanie w owym letargu, w jakim kontemplacja 
pogrąŜa ciało, tym skuteczniej, Ŝe byłem młodszy i wraŜliwszy.
 Przyzwyczailiśmy się, jak para kochanków, myśleć razem, dzielić się marzeniami.
 Intuicja jego posiadała juŜ ową celność, która musi być cechą wielkich poetów i
często graniczy z szaleństwem.
 - Czy czujesz jak ja - spytał mnie raz - jak się w tobie bezwiednie spełniają 
fantastyczne cierpienia?
 JeŜeli, na przykład, pomyślę Ŝywo o działaniu, jakie wywarłoby ostrze scyzoryka
wchodząc w moje ciało, odczuwam nagle dotkliwy ból, jak gdybym się naprawdę 
skaleczył: brak jedynie krwi.
 Ale to wraŜenie zaskakuje mnie jak nagły hałas, który by zmącił głęboką ciszę.
 Myśl powodująca cierpienie fizyczne!...
 CóŜ ty na to?
 Kiedy dawał wyraz tak wiotkim refleksjom, popadaliśmy obaj w naiwną zadumę.
 Zaczynaliśmy szukać w sobie nieuchwytnych zjawisk poczynania się myśli, którą 
Lambert spodziewał się pochwycić w najdrobniejszych rozgałęzieniach, aby kiedyś 
opisać jej nieznany mechanizm.
 Wreszcie, po tych dyskusjach, często przeplatanych dzieciństwami, strzelał 
błysk z oczu Lamberta; ściskał mi rękę, z duszy jego wypływało słowo, w którym 
starał się streścić: - Myśleć to widzieć!
 - rzekł raz, porwany którymś z zarzutów tyczących podstaw naszego ustroju.
 - Wszelka wiedza polega na dedukcji, będącej powolną wizją, w której zstępujemy
od przyczyny do skutku; lub, biorąc szerzej, wszelka poezja, jak wszelkie dzieło
sztuki, rodzi się z nagłej wizji rzeczy.
 Ludwik był spirytualistą; ja ośmielałem się mu sprzeciwiać, aby, zbrojąc się w 
jego własne spostrzeŜenia, uwaŜać inteligencję za produkt czysto fizyczny.
 Mieliśmy obaj słuszność.
 Słowa "materializm" i "spirytualizm" wyraŜają moŜe dwie strony jednego faktu.
 Jego studia nad substancją myśli kazały mu przyjmować z dumą owo Ŝycie pełne 
udręczeń, na jakie skazywały nas i lenistwo, i wzgarda naszych obowiązków.
 Miał on świadomość swej wartości, która go podtrzymywała w pracy ducha.
 Z jaką słodyczą czułem jego oddziaływanie!
 IleŜ razy siedzieliśmy przy sobie na ławce, zaczytani, zapominając o sobie 
wzajem, ale wiedząc, Ŝe jesteśmy tam obaj, zanurzeni w ocean myśli jak dwie ryby
płynące w tych samych wodach!
 śycie nasze było tedy z pozoru czysto roślinne, ale istnieliśmy tylko przez 
serca i przez mózg.
 Uczucia, myśli były jedynymi zdarzeniami naszego szkolnego Ŝycia.
 Lambert miał na mą wyobraźnię wpływ, który odczuwam jeszcze dziś.

Strona 75

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Słuchałem chciwie jego opowiadań, przepojonych ową cudownością pozwalającą tak 
dzieciom, jak dorosłym pochłaniać opowieści, w których prawda obleka 
najniedorzeczniejsze kształty.
 Upodobanie jego w tajemnicy oraz łatwowierność właściwa młodym sprowadzały nas 
często na rozmowy o niebie i piekle.
 Ludwik starał się tłumaczyć mi Swedenborga, zaszczepić mi jego wiarę w aniołów.
 W najfałszywszych jego rozumowaniach trafiały się zdumiewające spostrzeŜenia o 
potędze człowieka; dawały one jego słowom ton prawdy, bez którego nic się nie 
zdziała w Ŝadnej sztuce.
 Romantyczny cel, jakim darzył losy ludzkie, odpowiadał owej skłonności, która 
popycha dziewicze wyobraźnie w stronę wiary.
 CzyŜ nie w dobie swej młodości ludy poczynają swoje dogmaty i bóstwa?
 Nadprzyrodzone istoty, przed którymi drŜą, czyŜ nie są uosobieniem ich 
wyolbrzymionych uczuć i potrzeb?
 To, co mi zostało do dziś w pamięci z pełnych poezji rozmów, jakie wiedliśmy z 
Lambertem o szwedzkim proroku, którego dzieła przeczytałem później przez 
ciekawość, da się sprowadzić do tego zarysu: Mieszczą się w nas jakoby dwie 
róŜne istoty.
 Wedle Swedenborga, anioł byłby jednostką, w której istota wewnętrzna odniosła 
tryumf nad istotą zewnętrzną.
 Jeśli człowiek chce być posłuszny swemu powołaniu anioła, wówczas, z chwilą gdy
rozum wykaŜe mu owo podwójne istnienie, winien podsycać szlachetną naturę 
anioła, który w nim mieszka.
 JeŜeli, z braku jasnego widzenia swoich przeznaczeń, pozwoli przewaŜyć 
cielesności zamiast wzmacniać Ŝycie intelektualne, siły jego przechodzą w grę 
zmysłów, anioł ginie z wolna przez materializację obu natur.
 W przeciwnym wypadku, jeśli podsyca swą wewnętrzność pierwiastkami, które są 
jej właściwe, dusza zyskuje przewagę nad materią i stara się od niej oddzielić.
 Kiedy ich rozdział nastąpi w owej postaci, którą nazywamy śmiercią, anioł, dość
silny, aby się wyzwolić, trwa dalej i zaczyna prawdziwe Ŝycie.
 Niezliczone indywidualności róŜniczkujące ludzi dadzą się wytłumaczyć jedynie 
tym podwójnym istnieniem; stanowią jego wyjaśnienie i dowód.
 W istocie, odległość między człowiekiem, którego bezwład inteligencji skazuje 
na jawną tępotę, a tym, którego ćwiczenie wewnętrznego wzroku obdarzyło pewną 
siłą, winna w nas obudzić przypuszczenie, Ŝe między ludźmi genialnymi a resztą 
moŜe istnieć ta sama myśl, która dzieli ślepych od widzących.
 Myśl ta rozszerza bezkreśnie dzieło stworzenia, daje poniekąd klucz do nieba.
 Stworzenia, tutaj na pozór pomieszane, tam, zaleŜnie od wewnętrznej istoty, 
podzielone są na odrębne sfery, których obyczaje i język obce są sobie wzajem.
 W świecie niewidzialnym, jak w świecie realnym, skoro jakiś mieszkaniec stref 
niŜszych wejdzie, nie będąc tego godny, w krąg wyŜszy, nie tylko nie rozumie 
jego zwyczajów ani rozmów, ale takŜe obecność jego krępuje tam i głowy, i serca.
 W swej "Boskiej komedii" Dante miał moŜe mgliste przeczucie owych sfer, które 
zaczynają się w świecie boleści i wznoszą się okręŜnym ruchem do niebios.
 Nauka Swedenborga byłaby tedy dziełem jasnowidzącego umysłu, rejestrującego 
niezliczone zjawiska, w których aniołowie ujawniają się wśród ludzi.
 Naukę tę, którą staram się dziś streścić dając jej logiczny sens, Lambert 
przedstawił mi z całym urokiem tajemnicy, zatuloną w powijaki frazeologii 
właściwej mistykom.
 To wysłowienie ciemne, pełne abstrakcji tak Ŝywo działa, na mózg, Ŝe istnieją 
ksiąŜki Jakuba Boehme, Swedenborga lub pani Guyon, których lektura rodzi majaki 
tak bogate, jak sny lęgnące się z opium.
 * Jakub Boehme (1575—1624) — niemiecki teozof i mistyk, z zawodu szewc.
 Lambert opowiadał mi fakty tak osobliwe, działał nimi tak Ŝywo na mą 
wyobraźnię, Ŝe przyprawiał mnie o zawrót głowy.
 Lubiłem mimo to zanurzać się w owym tajemniczym świecie niepochwytnym dla 
zmysłów, w którym kaŜdy czuje się dobrze, czy to przedstawia go sobie pod 
nieokreśloną formą przyszłości, czy teŜ stroi go w wyraziste kształty bajki.
 Te potęŜne przeŜycia duszy pouczały mnie bez mej wiedzy o jej sile i 
przyzwyczajały do pracy myśli.
 Co się tyczy Lamberta, tłumaczył wszystko swoim systemem aniołów.
 Dla niego miłość czysta, taka, o jakiej się marzy za młodu, była stopieniem się
dwóch natur anielskich.
 ToteŜ nic nie da się porównać z Ŝarem, z jakim pragnął spotkać anioła-kobietę.
 KtóŜ bardziej od niego zdolny był budzić i odczuwać miłość?
 Jeśli cośkolwiek świadczy o najdelikatniejszej wraŜliwości, to zaiste owa miła 
prostota odbijająca się w jego uczuciach i słowach, w jego uczynkach i 
najdrobniejszych gestach, wreszcie w owej zaŜyłości, która nas łączyła i którą 

Strona 76

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

wyraŜaliśmy mieniąc się parą.
 Nie było róŜnicy między rzeczami, które pochodziły z niego, a tymi, które 
pochodziły ze mnie.
 Naśladowaliśmy wzajem swoje pismo, iŜby jeden mógł odrabiać ćwiczenia za obu.
 Kiedy jeden z nas miał kończyć ksiąŜkę, którą musieliśmy oddać nauczycielowi 
matematyki, mógł ją czytać bez przerwy, drugi gryzmolił zadanie i pensum za 
niego.
 Uiszczaliśmy się z tych zadań niby z podatku nałoŜonego na nasz spokój.
 O ile mnie pamięć nie myli, często, kiedy Lambert je odrabiał, były one bardzo 
niepospolite.
 Ale uwaŜając nas obu za idiotów, profesor rozpatrywał zawsze nasze zadania pod 
kątem nieszczęsnego uprzedzenia; odkładał je nawet na bok, aby nimi ubawić 
naszych kolegów.
 Przypominam sobie, jak pewnego dnia, kończąc lekcję trwającą od drugiej do 
czwartej, nauczyciel wziął do ręki tłumaczenie Lamberta.
 Tekst zaczynał się od: Caius Gracchus, vir nobilis.
 * Vir nobilis (łacińskie) — mąŜ szlachetny.
 Ludwik przełoŜył te słowa: "Caius Gracchus było to szlachetne serce".
 - Gdzie ty widzisz serce w nobilis?
 - spytał szorstko profesor.
 I cała klasa buchnęła śmiechem, gdy Lambert patrzał na profesora ogłupiały.
 - Co powiedziałaby pani de Stael dowiadując się, Ŝe ty tłumaczysz opacznie 
słowo oznaczające szlachetny ród, patrycjuszowskie pochodzenie?
 - Powiedziałaby, Ŝe pan profesor jest głupi!
- wykrzyknąłem półgłosem.
 - Mości poeto, udasz się do karceru na tydzień - rzekł profesor, który 
nieszczęściem dosłyszał.
 Lambert, obejmując mnie spojrzeniem niewymownej czułości, powtórzył łagodnie: -
Vir nobilis i Pani de Stael była poniekąd przyczyną nieszczęść Lamberta.
 Przy kaŜdej sposobności nauczyciele i uczniowie rzucali mu w twarz to nazwisko,
bądź przez ironię, bądź jako wymówkę.
 Ludwik postarał się rychło o porcję karceru, aby mi dotrzymać towarzystwa.
 Tam, swobodniejsi niŜ gdzie indziej, mogliśmy rozmawiać całymi dniami w cichej 
sypialni, gdzie kaŜdy uczeń posiadał przegródkę wymiaru sześciu stóp 
kwadratowych.
 KaŜda przegroda opatrzona była u góry Ŝelaznymi prętami, drzwi zaś z drucianej 
siatki zamykały się co wieczór, a otwierały co rano, pod okiem ojca pełniącego 
dozór przy naszym wstawaniu i udawaniu się na spoczynek.
 Skrzypienie tych drzwi, którymi ze szczególną zwinnością manewrowali 
posługacze, było równieŜ jedną z osobliwości tego kolegium.
 Owe alkowy słuŜyły nam za więzienie; czasem bywaliśmy tam zamknięci przez całe 
miesiące.
 Uczniowie wsadzeni do klatki znajdowali się pod surowym okiem prefekta, 
cenzora, który zjawiał się lekkim krokiem, w oznaczonych godzinach lub 
niespodzianie, aby zbadać, czy nie rozmawiamy zamiast odrabiać pensa.
 Ale łupki od orzechów rozsiane po schodach lub bystrość naszego słuchu 
pozwalały nam prawie zawsze przewidzieć jego przybycie; mogliśmy się tedy 
oddawać bez lęku ukochanym studiom.
 PoniewaŜ czytanie było wzbronione, godziny więzienne poświęcone były zazwyczaj 
dyskusjom metafizycznym lub opowiadaniu jakichś ciekawych wydarzeń odnoszących 
się do zjawisk myśli.
 Jednym z najosobliwszych faktów był z pewnością ten, który opowiem nie tylko 
dlatego, Ŝe dotyczy Lamberta, ale i dlatego, Ŝe rozstrzygnął moŜe o jego 
powołaniu naukowym.
 Wedle ustaw kolegium niedziela i czwartek były to nasze dni wolne; ale 
naboŜeństwa, obowiązujące pod rygorem, wypełniały niedzielę tak ściśle, Ŝe 
uwaŜaliśmy czwartek za jedyne święto.
 Raz wysłuchawszy mszy, mieliśmy pod dostatkiem czasu na długie przechadzki w 
okolicach Vendóme.
 Najsłynniejszym celem wycieczek był zamek Rochambeau, moŜe dla swej odległości.
 Rzadko mali odbywali tak nuŜącą wyprawę; ale raz lub dwa razy do roku regenci 
proponowali nam Rochambeau, tytułem nagrody.
 W roku 1812, pod koniec wiosny, mieliśmy się tam udać po raz pierwszy.
 śądza oglądania słynnego zamku, którego właściciel podejmował niekiedy uczniów 
nabiałem, natchnęła nas wszystkimi cnotami.
 Nic nie przeszkodziło tedy wycieczce.
 Ani ja, ani Lambert nie znaliśmy doliny Loir, gdzie wznosi się ta siedziba.
 ToteŜ w wilię majówki, która wzbudziła w kolegium tradycyjną radość, i jego, i 

Strona 77

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

moja wyobraźnia były mocno pobudzone.
 Rozmawialiśmy o tej wycieczce cały wieczór, przyrzekając sobie obrócić na owoce
lub na obiad pieniądze, które posiadaliśmy sprzecznie z ustawami kolegium.
 Nazajutrz po obiedzie wyruszyliśmy o wpół do pierwszej, kaŜdy zaopatrzony w 
kromkę chleba, które nam rozdawano z góry na podwieczorek.
 Zaczem, zwinni jak jaskółki, pomykaliśmy gromadką ku słynnemu zamkowi, z 
zapałem, który zrazu nie pozwalał nam czuć utrudzenia.
 Przybyliśmy na wzgórze, skąd mogliśmy widzieć i zamek wznoszący się na zboczu, 
i krętą dolinę, gdzie błyszczy rzeka wijąca się wśród powabnej łączki: cudowny 
widok, jeden z tych, które wraŜenia młodości lub miłości ubrały w tyle czarów, 
Ŝe nigdy później nie powinno się ich oglądać ponownie!
 Naraz Ludwik rzekł do mnie: - AleŜ ja to widziałem tej nocy we śnie!
 Poznał i kępkę drzew, pod którąśmy stali, i rozmieszczenie krzewów, kolor wody,
wieŜyczki zamkowe, oświetlenie, tło, słowem wszystkie szczegóły widoku, który 
oglądał po raz pierwszy.
 Byliśmy obaj zupełne dzieci, przynajmniej ja, który miałem dopiero trzynaście 
lat; co do Ludwika, mógł on, w piętnastym roku, posiadać umysł genialnego 
człowieka, ale w owej epoce obaj byliśmy jednako niezdolni do jakiegoś kłamstwa 
w najdrobniejszych bodaj aktach naszego współŜycia.
 O ile zresztą Ludwik potęgą myśli przeczuwał wagę faktów, daleki był od 
pojmowania całej ich doniosłości, toteŜ zrazu zdziwiony był tym wydarzeniem.
 Spytałem go, czy nie był kiedy w Rochambeau w dzieciństwie; pytanie moje 
uderzyło go; ale poszukawszy we wspomnieniach zaprzeczył.
 Wydarzenie to, którego analogię moŜna spotkać w snach wielu ludzi, ułatwi 
zrozumienie wrodzonych talentów Ludwika: umiał z niego wysnuć cały system, 
posługując się, jak to czynił Cuvier w innym zakresie, fragmentem myśli, aby 
odbudować całe stworzenie.
 * Georges Cuvier (1769—1832)— przyrodnik francuski, jeden z twórców anatomii 
porównawczej i paleontologii.
 Siedzieliśmy pod kępą starych dębów; po chwili dumania Ludwik rzekł: - JeŜeli 
krajobraz nie przyszedł do mnie, co byłoby niedorzecznością przypuszczać, 
przyszedłem tedy ja tutaj.
 JeŜeli byłem tutaj, podczas gdy spałem w alkowie, czyŜ ten fakt nie stanowi 
zupełnego rozdziału między moim ciałem a moją wewnętrzną istotą?
 Czy nie świadczy o jakiejś nie znanej mi bliŜej zdolności poruszania się ducha 
lub teŜ objawów, będących odpowiednikiem lokomocji ciała?
 OtóŜ jeŜeli duch mój i ciało mogą się rozłączyć podczas snu, czemuŜ nie miałbym
ich tak samo rozdzielić na jawie?
 Nie widzę nic pośredniego między tymi dwoma przypuszczeniami.
 Ale idźmy dalej, wniknijmy w szczegóły!
 Albo te fakty dzieją się mocą zdolności wprawiającej w ruch ową drugą istotę, 
której ciało słuŜy za powłokę - skoro byłem w alkowie, a widziałem ten krajobraz
- a to obala wiele systemów; albo te fakty spełniły się bądź to w jakimś ośrodku
nerwowym, którego miano jest nieznane i w którym wytwarzają się uczucia, bądź w 
ośrodku mózgowym, gdzie wytwarzają się pojęcia.
 Ta ostatnia hipoteza nastręcza osobliwe zagadnienia.
 Szedłem, widziałem, słyszałem.
 Ruchu nie moŜna sobie wyobrazić bez przestrzeni, dźwięk działa jedynie na kąty 
lub na powierzchnie, barwa zaś powstaje jedynie dzięki światłu.
 JeŜeli w nocy, z zamkniętymi oczami, widziałem w sobie barwne przedmioty, 
jeŜeli słyszałem hałas w najzupełniejszej ciszy i bez warunków wymaganych dla 
powstania dźwięku, jeŜeli w najzupełniejszej nieruchomości przebyłem 
przestrzenie, mielibyśmy własności duchowe niezaleŜne od praw fizycznych.
 Przyroda materialna dałaby się przenikać duchem.
 Jakim cudem ludzie tak mało zastanawiali się dotąd nad objawami snu, które 
dowodzą w człowieku podwójnego Ŝycia?
 Czy w tym zjawisku nie mieści się nowa nauka - dodał uderzając się w czoło.
 - JeŜeli nie jest ono podstawą nauki, zdradza niewątpliwie w człowieku 
olbrzymie moce; zwiastuje co najmniej częsty rozdział naszych dwóch natur, fakt,
dokoła którego krąŜę od tak dawna.
 Znalazłem tedy dowód wyŜszości, która odróŜnia nasze zmysły utajone od zmysłów 
widomych!
 Homo duplex!
 * Homo   duplex (łacińskie) — człowiek podwójny.
 - Ale - dodał po pauzie, z mimowolnym gestem zwątpienia - moŜe nie ma w nas 
dwóch natur?
 MoŜe posiadamy po prostu własności wewnętrzne, zdolne do udoskonalenia, których
ćwiczenie i rozwój wydają w nas zjawiska ruchu, przenikliwości, widzenia, 

Strona 78

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

jeszcze nie zaobserwowane.
 Nasz pociąg do cudowności - namiętność zrodzona z naszej dumy - przetwarza te 
zjawiska w twory poetyckie, poniewaŜ ich nie rozumiemy.
 Tak wygodnie jest przebóstwić to, co niezrozumiałe!
 Ach!
 wyznaję, iŜ płakałbym nad utratą swoich złudzeń!
 Potrzeba mi było wierzyć w podwójną naturę i w anioły Swedenborga!
 CzyŜby ta nowa wiedza miała je zabić?
 Tak, badanie naszych nieznanych właściwości mieści w sobie wiedzę pozornie 
materialistyczną, DUCH bowiem zatrudnia, dzieli, oŜywia materię, ale jej nie 
niweczy.
 Zadumał się smętnie.
 MoŜe patrzył na swoje młodociane marzenia jak na pieluszki, które mu będzie 
trzeba niebawem porzucić.
 - Wzrok i słuch - rzekł śmiejąc się ze swego określenia - to z pewnością 
futerały jakiegoś cudownego narzędzia!
 Za kaŜdym razem kiedy rozmawiał ze mną o niebie i piekle, zwykł był spoglądać 
na przyrodę okiem mistrza; ale wymawiając te ostatnie słowa, brzemienne wiedzą, 
poszybował śmielej niŜ zazwyczaj nad krajobrazem; wydawało się, Ŝe czoło mu 
pęknie pod naporem geniuszu; siły jego, które trzeba nazwać duchowymi aŜ do 
znalezienia innej nazwy, zdawały się tryskać z organów przeznaczonych do ich 
promieniowania; oczy miotały myśl; ręka wzniesiona w górę, drŜące i nieme wargi 
mówiły; palący wzrok strzelał promieniami; wreszcie, głowa jego, jakby zbyt 
cięŜka i znuŜona tym gwałtownym rzutem myśli, opadła na piersi.
 To dziecko, ten olbrzym pochylił się, ujął mnie za rękę, uścisnął ją w swojej, 
która byk wilgotna, tak zgorączkowało go szukanie prawdy; następnie, po pauzie, 
rzekł: - Będę sławny!
 Ale ty takŜe - dodał Ŝywo.
 - Zostaniemy chemikami woli.
 Niezrównane serce!
 Uznawałem jego wyŜszość, ale on sam nigdy mi jej nie dał uczuć.
 Dzielił ze mną skarby swej myśli, liczył mnie za coś w swoich odkryciach i 
zostawił mi na własność moje mizerne spostrzeŜenia.
 Zawsze pełen wdzięku jak kochająca kobieta, posiadał wszystkie wstydliwości 
uczucia, wszystkie delikatności duszy, które czynią Ŝycie tak dobrym i tak 
pomagają je dźwigać.
 Zaczął, zaraz nazajutrz, dzieło, które zatytułował "Traktat o woli"; nowe 
refleksje zmieniały często plan dzieła; ale wydarzenie owego uroczystego dnia 
było z pewnością jego zarodkiem, jak wstrząs elektryczny, stale odczuwany przez 
Mesmera za zbliŜeniem się pewnego lokaja, był początkiem jego odkryć w sferze 
magnetyzmu, wiedzy niegdyś ukrytej w tajemnicach Izydy, Delfów, w jaskini 
Trofoniusza, a odnalezionej przez tego zadziwiającego człowieka, sąsiadującego z
Lavaterem, prekursorem Galia.
 * Franz Anton Mesmer (1734—1815) — niemiecki lekarz, twórca metody leczniczej 
opartej na magnetyzmie zwierzęcym, zwanej mesmeryzmem.
 * Johann Gaspar Lavater (1751 —1801) — teolog i filozof szwajcarski, twórca 
pseudonaukowej teorii, która próbowała ustalić związki między rysami twarzy 
człowieka a jego charakterem;
 * Franz Josef Gali (1750—1828) — teolog i filozof niemiecki, twórca 
pseudonaukowej teorii, wedle której charakter człowieka moŜna określić na 
podstawie kształtu jego czaszki.
 Oświecone tą nagłą jasnością, myśli Lamberta objęły szersze horyzonty; poznał w
swoich zdobyczach rozprószone prawdy i skupił je; następnie, niby giser, odlał 
swój posąg.
 Po pół roku nieustannego wysiłku prace Lamberta zaczęły budzić ciekawość 
kolegów i stały się przedmiotem okrutnych Ŝarcików, które wydały opłakane 
następstwa.
 Pewnego dnia jeden z prześladowców, który chciał koniecznie widzieć nasze 
rękopisy, podburzył kilku naszych tyranów i zagarnął przemocą skrzynkę, kryjącą 
ów skarb.
 Broniliśmy go z niesłychanym męstwem.
 Skrzynka była zamknięta, niepodobna było napastnikom otworzyć jej; ale 
próbowali ją strzaskać w wirze walki; niegodziwość ta wydarła nam krzyki 
oburzenia.
 Kilku kolegów, oŜywionych zmysłem sprawiedliwości lub ujętych naszą bohaterską 
obroną, radziło, aby nas zostawić w spokoju, przygniatając nas zarazem 
upokarzającą litością.
 Nagle, ściągnięty hałasem walki, ojciec Haugoult wtargnął i wmieszał się w 

Strona 79

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

zwadę.
 Wrogowie oderwali nas od pensów: regent przyszedł bronić swoich niewolników.
 Aby się uniewinnić, napastnicy zdradzili istnienie rękopisów.
 Straszliwy Haugoult kazał nam oddać skrzynkę; gdybyśmy się opierali, mógł ją 
kazać rozbić; Lambert wydał mu tedy klucz.
 Regent wziął papiery, przejrzał je, po czym rzekł konfiskując rękopis: - Więc 
dla takich głupstw zaniedbujecie swoje obowiązki?
 Grube łzy spływały z oczu Lamberta, wydarte zarówno poczuciem obraŜonej 
wyŜszości moralnej, co bezkarną zniewagą oraz zdradą, której padliśmy ofiarą.
 Rzuciliśmy na swych oskarŜycieli spojrzenie pełne wyrzutu; czyŜ nie sprzedali 
nas wspólnemu wrogowi?
 Mogli, wedle prawa koleŜeńskiego, nas bić; ale czyŜ nie powinni byli pokryć 
milczeniem naszych błędów?
 ToteŜ przez chwilę zawstydzili się swojej podłości.
 Ojciec Haugoult sprzedał zapewne jakiemuś sklepikarzowi w Vendóme "Traktat o 
woli", nie znając doniosłości skarbów, których zarodki zmarniały w rękach 
nieuków.
 W pół roku później opuściłem kolegium.
 Nie wiem tedy, czy Lambert, którego rozstanie nasze pogrąŜyło w głębokiej 
melancholii, podjął na nowo swoje dzieło.
 Na pamiątkę tej katastrofy, spadłej na ksiąŜkę Ludwika, w utworze, którym 
zaczynają się te "Studia", posłuŜyłem się, dla fikcyjnego dzieła, tytułem 
istotnie wymyślonym przez Lamberta i dałem imię kobiety, która mu była drogą, 
młodej dziewczynie pełnej poświęcenia.
 * W utworze, którym zaczynają się te „Studia" — mowa o „Jaszczurze", gdzie 
jedna z postaci ma na imię Paulina.
 Nie jest to jedyne zapoŜyczenie, jakiego się dopuściłem; jego charakter, jego 
prace były mi bardzo przydatne w tym opowiadaniu, które treść swą zawdzięcza 
naszym młodocianym rozmyślaniom.
 Historia ta przeznaczona jest, aby była skromną kolumną stwierdzającą Ŝycie 
tego, który mi przekazał całe swoje mienie, swoją myśl.
 W tym dziecięcym utworze Lambert złoŜył męskie myśli.
 W dziesięć lat później, spotkawszy kilku uczonych, powaŜnie zajętych 
zjawiskami, które nas uderzyły, a które Lambert zanalizował tak cudownie, 
zrozumiałem doniosłość jego prac, zapomnianych juŜ jako dzieciństwo.
 Strawiłem tedy kilka miesięcy na przypominaniu sobie odkryć mego biednego 
kolegi.
 Skupiwszy swoje wspomnienia, mogę twierdzić, Ŝe juŜ w roku 1812 ustalił on, 
odgadł, roztrząsnął w swoim traktacie wiele doniosłych faktów, dla których - 
powiadał - dowody znajdą się wcześniej lub później.
 Jego filozoficzne konstrukcje powinny były niewątpliwie pomieścić go w liczbie 
tych wielkich myślicieli, co w rozmaitych odstępach czasu jawili się wśród 
ludzi, aby im odsłonić pierwiastki jakiejś przyszłej wielkiej nauki, której 
korzenie rosną wolno i wydają z czasem piękne owoce w dziedzinach myśli.
 I tak biedny rękodzielnik, Bernard, ryjący ziemię, aby znaleźć sekret emalii, 
ogłosił w XVI wieku, z nieomylną pewnością geniuszu, fakty geologiczne, których 
udowodnienie stanowi dziś chwałę Buffona i Cuviera.
 * Georges-Louis Leclerc de Buffon (1707—1788) — znakomity przyrodnik i pisarz 
francuski.
 Sądzę, iŜ zdołam dać pojęcie o traktacie Lamberta za pomocą głównych twierdzeń 
tworzących jego podstawę; ale mimo woli obedrę je z myśli, w które on je spowił,
a które były ich nieodzownym orszakiem.
 Krocząc inną ścieŜką niŜ on, brałem z jego dociekań te, które najlepiej 
wspomagały mój system.
 Nie wiem tedy, czy ja, jego uczeń, będę mógł wiernie oddać jego myśli, 
przyswoiwszy je sobie, ale równocześnie ubarwiwszy je moimi.
 Nowym ideom trzeba nowych słów lub teŜ dla dawnych słów - szerszych, 
rozleglejszych, lepiej określonych znaczeń: Lambert wybrał tedy, dla wyraŜenia 
zasad swego systemu, kilka słów pospolitych, które juŜ odpowiadały ogólnie jego 
myśli.
 Słowo wola oznaczało środowisko, w którym myśl wykonywa swoje ewolucje; lub, w 
mniej oderwanym wyrazie, sumę siły, za pomocą której człowiek moŜe odtworzyć, 
zewnątrz samego siebie, czynności stanowiące jego Ŝycie zewnętrzne.
 Chcenie, słowo zaczerpnięte z traktatu Lockea, wyraŜało akt, w którym człowiek 
posługuje się wolą.
 *  Chcenie - w oryginale: La volition.
 Słowo myśl - dla niego kwintesencja woli, oznaczało równieŜ środowisko, gdzie 
rodzą się pojęcia, którym ona słuŜy za substancję.

Strona 80

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Pojęcie, nazwa wspólna wszystkim wytworom mózgu, określało akt, w którym 
człowiek posługuje się myślą.
 Tak więc wola, myśl były to dwa środki twórcze; chcenie, pojęcie były to dwa 
wytwory.
 Chcenie wydawało mu się pojęciem, które przeszło ze stanu oderwanego w stan 
konkretny, z płynnego rodzenia się w kształt niejako stały, o ile w ogóle te 
słowa mogą oddać przejawy tak trudne do odróŜnienia.
 Wedle niego, myśl i pojęcie są ruchem i czynem naszego wewnętrznego ustroju, 
tak jak chcenie i wola stanowią ruch i czyn Ŝycia zewnętrznego.
 Wolę postawił w swoim systemie przed myślą.
 - Aby myśleć, trzeba chcieć, mówił.
 - Wiele istot Ŝyje w stanie woli, nie dochodząc wszakŜe do stanu myśli.
 Na Północy - długowieczność ; na Południu - krótkotrwałe Ŝycie; ale teŜ na 
Północy martwota, na Południu ustawiczne podniecenie woli; aŜ do granicy, gdzie,
bądź przez zbytnie zimno, bądź przez zbytnie gorąco, narządy są prawie 
unicestwione.
 Określenie środowisko nasunęło mu się pod wpływem spostrzeŜenia dokonanego w 
dzieciństwie; nie przeczuwał zapewne jego doniosłości, ale niezwykłość jego 
musiała uderzyć tak czułą wyobraźnię.
 Matka jego, osoba nerwowa i wątła, tym samym bardzo delikatna i tkliwa, była 
jedną z istot przeznaczonych na wcielenie kobiecości w jej idealnej postaci, ale
zepchniętej przez omyłkę losu na dno społeczne.
 Cała będąc miłością, tym samym cała cierpieniem, umarła młodo, skupiwszy swą 
istotę w miłości macierzyńskiej.
 Lambert, spoczywając jako sześcioletnie dziecko blisko łoŜa matki, ale często 
nie śpiąc, widział niekiedy iskierki tryskające z jej włosów, gdy się czesała.
 Piętnastoletni męŜczyzna spoŜytkował dla wiedzy ten fakt, którym dziecko się 
bawiło.
 Częste dowody tego niezaprzeczonego faktu spotyka się u kobiet, w których jakaś
fatalność losu więzi zdławione i niezrozumiane uczucia, niby nadmiar nie zuŜytej
siły.
 Na poparcie swoich określeń Lambert dodał kilka zagadnień, pięknych wyzwań 
rzuconych wiedzy, na które odpowiedzi zamierzał szukać pytając sam siebie: Czy 
zasadnicza istota elektryczności nie jest podstawą swoistego fluidu, z którego 
wypływają nasze pojęcia i chcenia?
 Czy włosy, które odbarwiają się, jaśnieją, wypadają i znikają wedle rozmaitych 
stopni zniszczenia lub krystalizacji myśli, nie stanowią układu kapilarnego, 
bądź chłonącego, bądź wydzielającego, na wskroś elektrycznego?
 Czy płynne przejawy naszej woli, substancji praistniejącej w nas i 
oddziaływującej tak samorzutnie wedle warunków jeszcze nie poznanych, są 
bardziej niezwykłe niŜ przejawy niewidzialnego, nieuchwytnego fluidu, wywołane 
przez stos Volty na układzie nerwowym trupa?
* Alessandro Volta (1745—1827) — fizyk włoski, wynalazł elektroskop i butelkę 
lejdejską, zbudował pierwsze ogniwo elektryczne, tzw. stos  Volty.
Czy tworzenie się naszych pojęć i nieustanne ich promieniowanie mniej jest 
niezrozumiałe niŜ ulatnianie się drobin niedostrzegalnych, a mimo to tak 
potęŜnych w swoim działaniu, jakim podlega ziarnko piŜma, bez utraty swej wagi?
 Czy zostawiając układowi skórnemu naszej powłoki przeznaczenie na wskroś 
obronne, chłonne, wydzielające i dotykowe, krąŜenie krwi i jego narządy nie 
odpowiadają transsubstancjacji naszej woli, jak krąŜenie fluidu nerwowego 
odpowiada transsubstancjacji myśli?
 Czy wreszcie mniej lub więcej Ŝywy napływ tych dwóch realnych substancji nie 
wynika z pewnej doskonałości lub niedoskonałości organów, których warunki 
naleŜałoby badać we wszystkich ich odmianach?
 Ustaliwszy te zasady, chciał podzielić objawy Ŝycia ludzkiego na dwie grupy 
zjawisk i z Ŝarliwą siłą przekonania Ŝądał dla kaŜdej z nich specjalnego 
rozbioru.
 W istocie, zauwaŜywszy prawie we wszystkich stworzeniach dwa odrębne ruchy, 
przyjmował je wręcz jako naszą naturę i nazywał ten antagonizm Ŝyciowy: akcją i 
reakcją.
 - Pragnienie - mówił - jest faktem zupełnie spełnionym w naszej woli, nim 
spełni się zewnętrznie.
 Tak więc, zespół naszych chceń i naszych pojęć stanowił akcję, zespół zaś 
naszych zewnętrznych działań - reakcję.
 Kiedy później czytałem spostrzeŜenia Bichata nad dwoistością naszych zmysłów, 
uczułem się jak oszołomiony mymi wspomnieniami, widząc uderzającą zgodność 
między poglądami słynnego psychologa a myślami Lamberta.
 * Prosper Francois Xavier Bichat (1771—1802) — znakomity lekarz i anatom 

Strona 81

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

francuski.
 Obaj zmarli przedwcześnie, obaj kroczyli pewnym krokiem ku tajemniczym prawdom.
 Natura lubi na ogół dawać podwójne przeznaczenie podstawowym narządom swoich 
stworzeń; podwójna zaś działalność naszego ustroju, będąca dziś faktem nie do 
zaprzeczenia, potwierdza, całokształtem codziennie spostrzeganych dowodów, 
wnioski Lamberta tyczące akcji i reakcji.
 Istota akcjonalna lub wewnętrzna - słowo, które słuŜyło mu do nazwania 
nieznanej species, tajemniczego zestroju włókienek, dzięki którym powstają dwie 
rozmaite siły, niedostatecznie jeszcze poznane, myśl i wola, słowem, ta nie 
nazwana istota widząca, działająca, doprowadzająca wszystko do skutku, 
spełniająca wszystko przed jakimkolwiek przejawem cielesnym - musi, aby być w 
zgodzie ze swą naturą, nie podlegać Ŝadnemu z warunków fizycznych, którymi 
istota reakcjonalna, czyli zewnętrzna - widzialny człowiek - ograniczona jest w 
swoich przejawach.
 * Species (łacińskie) — postać, kształt, rodzaj.
 Stąd wypływało mnóstwo wyjaśnień logicznych co do najdziwniejszych pozornie 
objawów naszej podwójnej natury oraz sprostowanie wielu systemów, prawdziwych 
zarazem i fałszywych.
 Niektórzy ludzie, dostrzegłszy parę zjawisk naturalnego działania istoty 
akcjonalnej, ulecieli, jak Swedenborg, poza świat prawdziwy, mocą duszy 
płomiennej, rozkochanej w poezji, pijanej boskim Ŝywiołem.
 Ci wszyscy byli tedy skłonni, w nieświadomości przyczyn, w podziwie dla faktu, 
ubóstwić ten wewnętrzny ustrój, zbudować wszechświat mistyczny.
 Stąd owe anioły, rozkoszne złudzenia, których nie chciał się wyrzec Lambert, 
pieszcząc je jeszcze w chwili, gdy miecz jego analizy obcinał im olśniewające 
skrzydła.
 - Niebo - powiadał mi - byłoby po prostu przeŜyciem naszych cech, ale 
udoskonalonych, piekło zaś nicością, w której toną cechy niedoskonałe.
 Ale jak w wiekach, w których rozum zachował piętno religijne i 
spirytualistyczne, władające od Chrystusa do Kartezjusza, między wiarą a 
zwątpieniem, jak obronić się tłumaczeniu tajemnic wewnętrznej istoty czym innym 
niŜ interwencją BoŜą?
 U kogóŜ, jeŜeli nie u Boga, mogli uczeni szukać wyjaśnienia niewidocznej 
istoty, tak aktywnie, tak reaktywnie czułej, obdarzonej zdolnościami tak 
rozległymi, tak doskonalącymi się w uŜyciu, tak potęŜnymi pod wpływem pewnych 
tajemnych okoliczności, Ŝe widzieli ją, jak - cudem wizji lub lokomocji - znosi 
przestrzeń w dwóch jej objawach: czasu i odległości, z których jeden jest 
przestrzenią duchową, druga przestrzenią fizyczną, to znów widzieli ją, jak 
wskrzesza przeszłość, bądź za pomocą zdolności wstecznego widzenia, bądź przez 
tajemnicę palingenezji, dość podobną do władzy człowieka, który byłby zdolny po 
zarysie, powłoce i zarodku ziarna poznawać jego poprzednie wegetacje w 
niezliczonych odmianach ich odcieni, zapachów i kształtów, to wreszcie widzieli 
ją, jak mglisto odgaduje przyszłość, bądź obejmując pierwotne przyczyny, bądź 
przez zjawisko fizycznego przeczucia?
 inni, mniej poetycznie religijni, zimni i rozumujący, moŜe szarlatani, 
entuzjaści bodaj mózgiem, jeŜeli nie sercem, spostrzegając niektóre z tych 
oderwanych objawów przyjęli je za prawdę, nie rozwaŜając ich jako promieniowania
ze wspólnego środka.
 KaŜdy z nich chciał wówczas przemienić prosty fakt na wiedzę.
 Stąd urodziła się demonologia, astrologia sądowa, czarnoksięstwo, wreszcie 
wszelakie wróŜbiarstwo, oparte na przypadkach na wskroś przemijających, poniewaŜ
zmieniały się wedle temperamentów, zaleŜnie od okoliczności zupełnie jeszcze nie
znanych.
 Ale teŜ z tych uczonych błędów i z procesów kościelnych, których ofiarą padło 
tylu męczenników swoich własnych zdolności, wynikły jaskrawe dowody 
zadziwiającej potęgi, jaką rozporządza istota działająca, która, wedle Lamberta,
moŜe się zupełnie oddzielić od istoty oddziałującej, skruszyć jej powłokę, 
obalić mury swoim wszechpotęŜnym wzrokiem: zjawisko nazwane u Hindusów tokejadą,
wedle tego, co mówią misjonarze; następnie, mocą innej zdolności, pochwycić w 
mózgu, poprzez jego najgrubsze zwoje, pojęcia, które się tam utworzyły lub się 
tam tworzą, oraz całą przeszłość świadomości.
 - JeŜeli zjawy są moŜliwe - powiadał Lambert - muszą się spełnić mocą zdolności
spostrzegania idei, które przedstawiają człowieka w jego czystej istocie, a 
których Ŝycie, moŜe niezniszczalne, umyka się naszym zmysłom, ale moŜe się stać 
pochwytne dla wewnętrznej istoty, skoro ta dojdzie do wysokiego stopnia ekstazy 
lub wielkiej doskonałości wzroku.
 Wiem, ale dziś juŜ tylko mglisto, Ŝe śledząc krok za krokiem objawy myśli i 
woli we wszystkich ich postaciach i raz ustaliwszy ich prawa, Lambert 

Strona 82

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

wytłumaczył mnóstwo zjawisk, które, aŜ do niego, uchodziły słusznie za 
niezrozumiałe.
 I tak czarowników, jasnowidzących i wszelkiego rodzaju opętańców, owe ofiary 
wieków średnich, objaśniał w sposoby tak naturalne, Ŝe często ich prostota zdała
mi się dowodem prawdy.
 Nadzwyczajne dary, które Kościół rzymski, zazdrosny o swe tajemnice, karał 
stosem, były wedle Ludwika wynikiem pewnych powinowactw między zasadniczymi 
składnikami materii i myśli, które pochodzą z tego samego źródła.
 Człowiek uzbrojony leszczynową laseczką szedł, wykrywając Ŝywą wodę, za jakąś 
sympatią lub antypatią nie znaną jemu samemu; trzeba było dziwności tego rodzaju
zjawisk, aby dać niektórym z nich pewność historyczną.
 Sympatie bywały stwierdzone rzadko.
 Stanowią one źródło przyjemności, które ci, co są dość szczęśliwi, aby je 
posiadać, zdradzają rzadko, chyba w razie jakiejś zdumiewającej osobliwości, a i
to zazwyczaj w poufnym zbliŜeniu, w którym wszystko zostaje zapomniane.
 Ale antypatie, które wynikają z pogwałcenia powinowactw, notowano na szczęście,
skoro zdarzały się u sławnych ludzi.
 I tak Bayle popadał w konwulsje słysząc tryskający strumień wody.
 Skaliger bladł na widok rzeŜuchy.
 Erazm z Rotterdamu dostawał gorączki od zapachu ryby.
 * Pierre Bayle (1647—1706) — historyk, poprzednik encyklopedystów, autor 
„Historycznego i krytycznego słownika", który, przeprowadzając krytykę 
instytucji feudalnych, monarchii absolutnej i Kościoła, wywarł silny wpływ na 
ideologię Oświecenia.
 * Skaliger (Giulio Cesare Scaligero, 1484—1558) — filozof i lekarz włoski, 
jeden z największych erudytów epoki Renesansu.
 Te trzy antypatie pochodziły od substancji wodnych.
 KsiąŜę dEpernon mdlał na widok młodego zajączka, Tycho de Brahe na widok lisa, 
Henryk III na widok kota, marszałek dAlbret na widok warchlaka; wszystko 
antypatie wywołane przez emanacje zwierzęce i odczuwane często na olbrzymie 
odległości.
 * Tycho de Brahe (1546—1601) — słynny astronom duński, którego obserwacje 
umoŜliwiły Keplerowi odkrycie praw dotyczących ruchu planet.
 Kawaler de Guise, Maria Medycejska i niektórzy inni mdleli na widok róŜy, nawet
malowanej.
 Kanclerz Bacon, czy wiedział, czy nie wiedział o zaćmieniu księŜyca, popadał w 
omdlenie, w chwili gdy się spełniało; a Ŝycie jego, zawieszone przez cały czas 
trwania tego zjawiska, budziło się natychmiast potem, bez śladu dolegliwości.
 * Francis Bacon z Verulamu (1561—1626)—kanclerz Anglii za Jakuba Pierwszego, 
mąŜ stanu i filozof.
 Te objawy autentycznych antypatii, zaczerpnięte z Ŝywotów przypadkowo 
wsławionych w historii, wystarczą moŜe dla objaśnienia nieznanych sympatii.
 Ten strzęp dociekań, który przypomniałem sobie wśród wszystkich spostrzeŜeń 
Lamberta, pozwoli zrozumieć metodę, jaką posługiwał się w swej pracy.
 Nie sądzę, abym potrzebował podkreślać powinowactwa łączące tę naukę z 
analogicznymi teoriami Galia i Lavatera; były one jej naturalnym dopełnieniem i 
wszelki bodaj trochę naukowy umysł spostrzeŜe łatwo odnogi, którymi wiąŜą się z 
nią spostrzeŜenia frenologiczne jednego i dokumenty fizjognomoniczne drugiego.
 Odkrycie Mesmera, tak waŜne i jeszcze tak nie docenione, znajdowało się całe w 
jednym rozdziale tego traktatu, mimo Ŝe Ludwik nie znał dzieł, dość lakonicznych
zresztą, szwajcarskiego lekarza.
 Logiczny i prosty wniosek z tych zasad objawił mu, Ŝe wola moŜe, przez prosty 
skurcz istoty wewnętrznej, skupić się, a następnie, drugim rzutem, wydobyć się 
na zewnątrz, a nawet udzielić się przedmiotom.
 Tak więc całkowita siła człowieka musi posiadać własność oddziaływania na 
drugich oraz przenikania ich istotą obcą ich własnej istocie, o ile się nie 
obronią temu najazdowi.
 Dowody tej teorii wiedzy ludzkiej są nadzwyczaj liczne, ale nic nie stwierdza 
ich autentyczności.
 Trzeba było bądź to głośnej klęski Mariusza i jego odezwania się do Cymbra, 
który miał poruczone go zabić, bądź dostojnego nakazu matki danego florenckiemu 
lwu, aby stwierdzić historycznie niektóre z tych piorunowań myśli.
 Dla niego tedy wola, myśl były to Ŝywe siły, toteŜ mówił o nich w sposób 
zniewalający do podzielenia jego wierzeń.
 Dla niego te dwie potęgi były poniekąd i widzialne, i dotykalne.
 Dla niego myśl była powolna lub szybka, cięŜka lub zwinna, jasna lub ciemna; 
przypisywał jej wszystkie właściwości działających istot, kazał jej tryskać, 
spoczywać, budzić się, rosnąć, starzeć się, kurczyć, więdnąć, odŜywać; 

Strona 83

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

podchwytywał jej Ŝycie róŜniczkując wszystkie jej czynności w naszym dziwacznym 
języku; stwierdził jej samorzutność, siłę, własności, z intuicją, która mu 
pozwalała rozpoznać wszystkie przejawy tej substancji.
 - Często, w spokoju i ciszy - powiadał - kiedy nasze duchowe zdolności są 
uśpione, kiedy oddajemy się słodyczy spoczynku, kiedy zapadną w nas jak gdyby 
ciemności i kiedy popadamy w kontemplację rzeczy zewnętrznych, naraz myśl jakaś 
wyrywa się, przebiega z chyŜością błyskawicy nieskończone przestrzenie, które 
moŜemy ogarnąć dzięki naszemu wewnętrznemu wzrokowi.
 Ta lśniąca myśl, powstała niby błędny ognik, gaśnie bezpowrotnie; znikome 
istnienie, podobne istnieniu owych dzieci, które dają poznać rodzicom radość i 
zgryzotę bez miary; coś jak kwiat urodzony martwo na niwie myśli.
 Niekiedy myśl, zamiast trysnąć z siłą i rozwiać się w nicość, rodzi się z 
wolna, kołysze się w nieznanych strefach organów, w których się poczęła; nuŜy 
nas długimi narodzinami, rozwija się, staje się płodna, rośnie w powaby 
młodości, strojna we wszystkie cechy długiego Ŝycia; wytrzymuje najciekawsze 
spojrzenia, ściąga je, nie nuŜy ich nigdy; przy bliŜszym rozbiorze zmusza do 
podziwu, jaki budzą dzieła długo wypracowane.
 Myśli te rodzą się tłumnie, jedna pociąga drugą, zazębiają się o siebie, 
draŜniące, rojne, szalone, to wychylają się blade, mętne, giną dla braku sił lub
poŜywienia: brak im substancji twórczej.
 Niekiedy wreszcie rzucają się w otchłanie, aby rozświecać ich głębie; 
przeraŜają nas, pogrąŜają duszę w przygnębieniu.
 Myśli stanowią w nas całkowity system, podobny jednemu z królestw przyrody: 
roślinność, której atlas nakreśli jakiś geniusz, uwaŜany moŜe za szaleńca.
 Tak, wszystko wewnątrz i zewnątrz nas stwierdza Ŝycie tych uroczych tworów, 
które przyrównuję do kwiatów.
 Produkcja ich, jako cel człowieka, nie jest zresztą czymś bardziej 
zdumiewającym niŜ produkcja zapachu i barwy u roślin.
 Zapachy to są moŜe myśli!
 ZwaŜywszy, Ŝe linia, gdzie kończy się nasze ciało, a zaczyna się paznokieć, 
zawiera niepojętą i niewidzialną tajemnicę nieustannego przeobraŜania się 
naszych soków w róg, trzeba uznać, Ŝe nic nie jest niemoŜliwe w cudownych 
przemianach substancji ludzkiej.
 A w świecie ducha czyŜ nie spotyka się zjawisk ruchu i cięŜkości, analogicznych
do zjawisk fizycznych?
 Czekanie - aby wybrać przykład, który kaŜdy moŜe odczuć równie Ŝywo - jest tak 
dotkliwe jedynie mocą prawa, wedle którego cięŜar ciała mnoŜy się jego 
chyŜością.
 CięŜar uczuć, jakie powoduje czekanie, czyŜ nie wzmaga się nieustannym 
przyrostem cierpień minionych do bólu obecnego?
 CzemuŜ wreszcie, jeśli nie jakiejś substancji elektrycznej, moŜna przypisać 
czarodziejstwo, mocą którego wola objawia się tak majestatycznie w spojrzeniach,
aby spiorunować przeszkody nakazem geniuszu, wybucha w głosie lub wydziela się, 
mimo hipokryzji, przez ludzką powłokę?
 Strumień tej królowej fluidów, która, w miarę ciśnienia myśli lub uczucia, 
rozlewa się falami lub zwęŜa się i wątleje, to znów zagęszcza się, aby trysnąć w
błyskawicach, jest tajnym ministrem, którego dziełem są bądź to zbawienne czy 
zgubne przejawy sztuk i namiętności, bądź intonacje głosu, na przemian 
szorstkie, łagodne, groźne, lubieŜne, przeraźliwe, uwodzicielskie, które 
znajdują oddźwięk w sercu, trzewiach lub mózgu, zaleŜnie od naszych pragnień; 
bądź wszystkie czary dotyku, źródło transfuzji myślowych owych artystów, których
twórcze ręce umieją, po latach zaciekłych studiów, zaklinać naturę; bądź 
wreszcie nieskończona skala spojrzeń, od bezwładnej martwoty aŜ do najbardziej 
przeraŜających błysków.
 Przy tym systemie Bóg nie zrzeka się Ŝadnego ze swych praw.
 Myśl materialna opowiedziała mi o nim nowe cuda!
 Kiedy się słyszało Ludwika tak mówiącego, kiedy się przyjęło w duszę jego 
spojrzenie jak światło, trudno było nie być olśnionym jego przekonaniem, nie być
porwanym jego wywodami.
 ToteŜ MYŚL objawiała mi się jako potęga czysto fizyczna, w orszaku swoich 
niewspółmiernych zapłodnień.
 Była to niby nowa ludzkość pod inną formą.
 Ten prosty rzut oka na prawa, które Lambert głosił jako formułę naszej 
inteligencji, powinien wystarczyć, aby dać pojęcie o zdumiewającej energii, z 
jaką dusza jego poŜerała samą siebie.
 Ludwik szukał dowodów dla swoich zasad w historii wielkich ludzi, których 
Ŝycie, obnaŜone przez dziejopisów, dostarcza ciekawych rysów funkcjonowania ich 
władz duchowych.

Strona 84

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 PoniewaŜ pamięć pozwalała mu uprzytomnić sobie fakty sposobne dla jego hipotez,
dołączał je do kaŜdego z rozdziałów, któremu słuŜyły za dowód, tak Ŝe wiele jego
maksym nabierało przez to niemal matematycznej pewności.
 Dzieła Cardana, człowieka obdarzonego osobliwą zdolnością wizji, dostarczyły mu
cennych materiałów.
 * Cardan (Geronimo Cardano, 1501—1576) — matematyk, lekarz i astrolog włoski.
 Nie zapomniał ani Apoloniusza z Tiany, zwiastującego w Azji śmierć tyrana i 
opisującego jego mękę w tej samej chwili, w której odbywała się ona w Rzymie; 
ani Plotyna, który, rozłączony z Porfiriuszem, uczuł na odległość, Ŝe ów ma 
zamiar się zabić, i przybył, aby go odwieść od tego; ani faktu, stwierdzonego w 
ubiegłym wieku, w obliczu najsceptyczniejszego niedowiarstwa, faktu 
zdumiewającego dla ludzi nawykłych robić z wątpienia broń przeciw takim 
zjawiskom, ale zupełnie prostego dla wierzących.
 * Apoloniusz z Tiany w Azji Mniejszej (około roku 50) — neopitagorejczyk, 
nauczyciel i cudotwórca.
 * Plotyn (około 205 — około 270) — filozof grecki, czołowy przedstawiciel 
neoplatonizmu;
 * Porfiriusz (około 232 — około 304) — był jego uczniem, wydawcą jego dzieł i 
biografem.
 Alfons Maria de Liguori, biskup Świętej Agaty, udzielił pociech papieŜowi 
Ganganelli, który widział go, słyszał, odpowiadał mu; równocześnie zaś, bardzo 
daleko od Rzymu, biskup pogrąŜony był w ekstazie, u siebie, w fotelu, w którym 
siadał zazwyczaj odprawiwszy mszę.
 Wróciwszy do zwykłego Ŝycia, ujrzał klęczących domowników, którzy wszyscy mieli
go za umarłego.
 "Moi przyjaciele - rzekł - Ojciec święty umarł właśnie".
 W dwa dni potem goniec potwierdził tę wiadomość.
 Śmierć papieŜa schodziła się z godziną, w której biskup odzyskał zmysły.
 Lambert nie pominął świeŜszej jeszcze przygody, która sie zdarzyła w ubiegłym 
wieku młodej Angielce.
 Kochając namiętnie pewnego marynarza, puściła się doń z Londynu i znalazła go 
sama, bez przewodnika, w puszczach Ameryki Północnej, dokąd przybyła, aby mu 
ocalić Ŝycie.
 Ludwik spoŜytkował do swego dzieła misteria staroŜytnych, dzieje męczenników, 
zawierające najchlubniejsze dokumenty woli ludzkiej, demonologów 
średniowiecznych, procesy kryminalne, badania medyczne, wyróŜniając wszędzie 
prawdziwy fakt, prawdopodobne zjawisko, z cudowną przenikliwością.
 Ten bogaty zbiór anegdot naukowych zebranych w tylu ksiąŜkach przewaŜnie 
godnych wiary, posłuŜył zapewne na wyrób papierowych tutek; praca ta, co 
najmniej ciekawa, poczęta przez jego zadziwiającą pamięć, musiała zaginąć.
 Między dowodami, które wzbogaciły dzieło Lamberta, znalazła się historia 
zaczerpnięta z dziejów jego rodziny, którą opowiadał mi, nim rozpoczął swój 
traktat.
 Fakt ten, odnoszący się do poistnienia istoty wewnętrznej (jeśli wolno mi ukuć 
nowe słowo dla oddania nie nazwanego zjawiska), uderzył mnie tak Ŝywo, Ŝem go 
zachował w pamięci.
 Rodzice jego musieli podjąć proces, którego przegrana splamiłaby ich cześć, 
jedyne mienie, jakie posiadali na świecie.
 Wielkie zatem przechodzili wzruszenia, kiedy chodziło o decyzję, czy mają 
ustąpić niesłusznej napaści pozywającego, czy teŜ się bronić.
 Narada toczyła się w jesienną noc, przy lichym ogniu, w izdebce garbarza i jego
Ŝony.
 Wezwano na radę paru krewnych oraz pradziadka Ludwikowego po matce, starego 
rolnika pochylonego wiekiem, ale o czcigodnej i majestatycznej twarzy, jasnych 
oczach i skąpych siwych włosach rosnących w paru kępkach na poŜółkłej czaszce.
 Podobnie jak obi u Murzynów, sagamore u dzikich, był on jak gdyby proroczym 
duchem, którego radzono się w waŜnych chwilach.
 Ziemię jego uprawiały wnuki, Ŝywiąc go i obsługując; on im przepowiadał deszcz,
pogodę, wskazywał porę, w której naleŜy skosić łąkę lub zebrać zboŜe.
 Barometryczna ścisłość jego orzeczeń była sławna i wciąŜ mnoŜyła zaufanie i 
cześć, które go otaczały.
 Całe dnie spędzał nieruchomo na krześle.
 Ten stan ekstazy był mu zwyczajny od śmierci Ŝony, do której zachował najŜywsze
i najstalsze przywiązanie.
 Narada toczyła się przy nim, nie zdawało się jednak, aby na to zwracał wiele 
uwagi.
 - Moje dzieci - rzekł, kiedy go poproszono o zdanie - to sprawa zbyt powaŜna, 
abym mógł rozstrzygać o niej sam.

Strona 85

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Muszę poradzić się Ŝony.
 Staruszek wstał, wziął laskę i wyszedł, ku wielkiemu zdziwieniu obecnych, 
którzy brali to za objaw zdziecinnienia.
 Niebawem wrócił i rzekł: - Nie potrzebowałem chodzić na cmentarz, matka wasza 
wyszła naprzeciw mnie, spotkałem ją koło potoku.
 Powiedziała mi, Ŝe u rejenta w Blois znajdziecie kwity, dzięki którym wygracie 
proces.
 Słowa te wyrzekł pewnym głosem; postawa i wyraz twarzy znamionowały człowieka, 
dla którego ta zjawa była czymś naturalnym.
 W istocie, podawane w wątpliwość kwity znalazły się i proces upadł.
 Przygoda ta, która zdarzyła się pod dachem rodzicielskim, w oczach Ludwika, 
liczącego wówczas dziewięć lat, przyczyniła się znacznie do utrwalenia w nim 
wiary w cudowne wizje Swedenborga, który w Ŝyciu swoim dał wiele dowodów siły 
wizjonerskiej, jaką posiadła jego istota wewnętrzna.
 Rosnąc w lata, w miarę jak inteligencja jego się rozwijała, Lambert musiał 
wejść na drogę szukania w prawidłach ludzkiej natury przyczyn cudu, który od 
dzieciństwa ściągnął jego uwagę.
 Jakim mianem nazwać przypadek, który skupiał dokoła niego fakty, ksiąŜki, 
odnoszące się do tych zjawisk, i jego samego czynił teatrem i aktorem 
największych cudów myśli?
 Gdyby Ludwik nie posiadał innego tytułu do sławy, jak tylko to, Ŝe licząc 
piętnaście lat wyraził tę psychologiczną zasadę: "Wypadki, w których objawiają 
się czyny ludzkości i które są wytworem jej inteligencji, mają swoje przyczyny, 
w których są zawsze poczęte, tak samo jak nasze uczynki spełniają się w myśli, 
zanim ujawnią się na zewnątrz; przeczucia lub proroctwa są widzeniem tych 
przyczyn" - nawet wówczas, sądzę, trzeba by w nim opłakiwać stratę geniusza na 
miarę Pascala, Lavoisiera, Laplacea.
 * Antoine-Laurent Lavoisier (1743—1794) — chemik, twórca podstaw nowoczesnej 
chemii;
  * Pierre-Simon de Laplace (1749—1827) — matematyk, fizyk i astronom, między 
innymi wraz z Lavoisierem ugruntował termochemię.
  MoŜe rojenia o aniołach zbyt długo ciąŜyły nad jego pracami; ale czyŜ chemia 
nie powstała przy szukaniu sposobów robienia złota?
 Bądź co bądź, jeŜeli później Lambert studiował anatomię porównawczą, fizykę, 
geometrię oraz nauki wiąŜące się z jego odkryciami, musiał niezawodnie mieć 
zamiar zebrania faktów i kroczenia drogą analizy, jedynej pochodni, jaka moŜe 
nas dziś poprowadzić przez ciemności.
 Miał on z pewnością zbyt wiele rozumu, aby pozostać w mgłach teoryj, które 
wszystkie dadzą się zamknąć w kilku słowach.
 Najprostsze doświadczenie oparte na faktach czyŜ nie jest dziś cenniejsze niŜ 
najpiękniejsze systemy bronione za pomocą mniej lub więcej przemyślanych 
indukcyj?
 śe jednak nie znałem go w epoce, kiedy musiał pracować myślą najbardziej 
owocnie, mogę jedynie wnioskować o doniosłości jego dzieł z tych jego pierwszych
medytacji.
 Łatwo przejrzeć, czym grzeszył jego "Traktat o woli".
 Mimo Ŝe juŜ obdarzony przymiotami, które wyróŜniają ludzi wybitnych, Lambert 
był jeszcze dzieckiem.
 Mózg jego, jakkolwiek bogaty i biegły w abstrakcjach, trącił owymi rozkosznymi 
wierzeniami, w których chętnie pławi się wszelka młodość.
 Sąd jego sięgał w niektórych punktach dojrzałości geniuszu, w mnóstwie zaś 
innych bliski był jeszcze nikłych zarodków.
 Niektórym duszom, rozmiłowanym w poezji, największa jego wada wydałaby się 
cennym przymiotem.
 Dzieło jego nosiło ślady walki, jaką toczyły w tej pięknej duszy dwa wielkie 
pierwiastki, spirytualizm i materializm, dokoła których krąŜyło tyle wspaniałych
umysłów, Ŝaden zaś nie miał odwagi stopić ich w jedność.
 Zrazu czysty spirytualista, Ludwik posuwał się nieznacznie w strefę 
materialnego pojmowania myśli.
 Smagany faktami analizy w chwili, gdy serce kazało mu jeszcze spoglądać z 
miłością na chmury snujące się po niebie Swedenborga, nie czuł się wówczas na 
siłach, aby wydać system jednolity, zwarty, z jednej sztuki.
 Stąd pewne sprzeczności, widoczne nawet w tym szkicu, który kreślę z pierwszych
jego prób.
 Ale dzieło jego, mimo Ŝe niezupełne, czyŜ nie było brulionem wiedzy, której 
później byłby zgłębił tajemnice, umocnił podstawy, odszukał, wywiódł i powiązał 
szczegóły?
 W pół roku po konfiskacie "Traktatu o woli" opuściłem kolegium.

Strona 86

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Rozstanie nasze było nagłe.
 Matka moja, zaniepokojona trawiącą mnie gorączką, która z braku fizycznego 
ruchu dawała objawy komatyczne, zabrała mnie z kolegium z godziny na godzinę.
 Usłyszawszy o mym odjeździe, Lambert popadł w przeraźliwy smutek.
 Ukryliśmy się, aby płakać.
 - Czy zobaczę cię kiedy?
 - rzekł słodkim głosem, ściskając mnie.
 - Ty będziesz Ŝył, dodał -ale ja umrę.
 Jeśli będę mógł, pokaŜę ci się.
 Trzeba być młodym, aby wyrzec takie słowa z akcentem wiary, czyniącym z nich 
niejako przepowiednię, obietnicę, której straszliwego spełnienia trzeba się 
lękać.
 Długi czas myślałem mglisto o tym zapowiedzianym pojawieniu się.
 Bywa jeszcze, iŜ w pewne dni spleenu, zwątpienia, grozy, samotności trzeba mi 
odpędzać wspomnienia owego smętnego poŜegnania, które jednak nie miało być 
ostatnie.
 Kiedy wychodząc z kolegium mijałem dziedziniec, Lambert stał z twarzą 
przyklejoną do zakratowanego okna, aby mnie ujrzeć jeszcze raz.
 Na moją prośbę matka uzyskała dlań pozwolenie spoŜycia z nami obiadu w 
gospodzie.
 Wieczorem ja znowuŜ odprowadziłem go do bramy.
 Nigdy para kochanków rozstając się nie wylała więcej łez.
 - śegnaj więc!
 zostanę sam na tej pustyni - rzekł wskazując dziedziniec, gdzie dwustu 
chłopaków bawiło się i krzyczało.
 - Kiedy wrócę zmęczony, wpółŜywy z moich długich wycieczek w dziedziny myśli, 
na czyimŜ sercu odpocznę?
 Jedno spojrzenie wystarczało, aby ci powiedzieć wszystko.
 KtóŜ mnie zrozumie teraz?
 śegnaj!
 Byłbym wolał nigdy cię nie spotkać; nie wiedziałbym, ile mi będzie brakowało.
 - A ja - odparłem - cóŜ się ze mną stanie?
 CzyŜ moje połoŜenie nie jest okropniejsze?
 Nie mam nic tu, aby się pocieszyć - dodałem uderzając się w czoło.
 Potrząsnął głową ruchem pełnym smętnego wdzięku, i rozstaliśmy się.
 Ludwik miał wówczas pięć stóp i dwa cale wzrostu, nie urósł juŜ potem.
 Fizjonomia jego, pełna wyrazu, świadczyła o wrodzonej dobroci.
 Anielska cierpliwość rozwinięta złym obchodzeniem, napięcie, jakiego wymagała 
ciągła kontemplacja, wyzuły jego spojrzenie z owej zuchwałej dumy, która tak 
zdobi niektóre twarze i którą umiał miaŜdŜyć naszych regentów.
 Na jego obliczu jaśniał spokój, czarująca pogoda, której nie kaziły nigdy 
ironia ani szyderstwo; wrodzona dobroć łagodziła poczucie własnej wyŜszości i 
siły.
 Miał ładne ręce o cienkich palcach, prawie zawsze wilgotne.
 Ciało jego był to cud godny rzeźby; ale nasze szare mundurki ze złoconymi 
guzikami, nasze krótkie spodenki dawały nam wygląd tak niezręczny, Ŝe doskonałe 
proporcje Lamberta i ich delikatność moŜna było zauwaŜyć jedynie w kąpieli.
 Kiedy pływaliśmy w naszym basenie na Loarze, Ludwik wyróŜniał się białością 
skóry, która odbijała od pocętkowanych chłodem lub zsiniałych w wodzie ciał 
kolegów.
 Delikatnych kształtów, wdzięczny w ruchach, lekko zaróŜowiony, nie drŜący po 
wyjściu z wody, moŜe dlatego Ŝe unikał cienia i biegł zawsze ku słońcu, Ludwik 
podobny był do owych przezornych kwiatów, które zamykają kielichy przed 
północnym wiatrem i rozwierają się jedynie pod czystym niebem.
 Jadł mało, pijał tylko wodę; wreszcie, z instynktu czy z upodobania, był bardzo
oszczędny w ruchach Ŝądających wydatku siły; gesty jego były skąpe i proste, jak
gesty ludzi Wschodu i dzikich, u których powaga jest jak gdyby naturalnym 
stanem.
 Na ogół nie lubił niczego, co zdradza dbałość o swoją osobę.
 Miał zwyczaj pochylać głowę w lewo i opierać się na łokciu, tak Ŝe rękawy 
nowego ubrania szybko się przecierały.
 Do tego pobieŜnego portretu trzeba mi dodać zarys moralny, sądzę bowiem, Ŝe 
dziś mogę go bezstronnie osądzić.
 Mimo iŜ z natury religijny, Ludwik nie uznawał drobiazgowych praktyk rzymskiego
Kościoła; poglądy jego sympatyzowały ze świętą Teresą i Fenelonem, z poglądami 
wielu ojców Kościoła i paru świętych, którzy za naszych dni uchodziliby za 
herezjarchów i ateuszów.
 * Francois de Salignac de la Mothe Fenelon (1651—1715) — pisarz i teolog 

Strona 87

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

francuski, arcybiskup Cambrai, autor powieści dydaktycznej „Przygody Telemaka".
 W czasie naboŜeństwa nie zdradzał Ŝadnego wzruszenia.
 Modlitwa jego ujawniała się wybuchami, wzlotami duszy, pozbawionymi 
prawidłowego porządku: szedł we wszystkim za głosem natury; jak myśleć, tak i 
modlić się nie umiał o stałej godzinie.
 Często w kaplicy mógł równie dobrze myśleć o Bogu, jak dumać nad jakimś 
filozoficznym zagadnieniem.
 Chrystus był dlań najpiękniejszym typem jego systemu.
 Owo: Et verbum caro factum est, było dlań wzniosłym słowem, tradycyjną formułą 
Woli, Słowa, Czynu w ich widomej postaci.
 * Et verbum caro factum  est (łacińskie) — I słowo stało się ciałem.
 Chrystus nie spostrzegający własnej śmierci, doskonalący swą istotę za pomocą 
dzieł boskich tak dalece, iŜ pewnego dnia jej niewidzialny kształt ukazał się 
jego uczniom, wreszcie tajemnice Ewangelii, magnetyczne uleczenia Jezusa, dar 
języków potwierdzały jego teorię.
 Przypominam sobie, jak raz w związku z tym mówił, Ŝe najpiękniejszym dziełem do
napisania dzisiaj byłaby historia pierwotnego Kościoła.
 Nigdy nie był takim poetą, jak w chwili gdy w naszych wieczornych rozmowach 
rozpatrywał cudy spełnione potęgą woli w owej wielkiej epoce wiary.
 Najsilniejsze dowody swej teorii znajdował w męczeństwach z pierwszej ery 
Kościoła, którą nazywał wielką erą myśli.
 - Zjawiska przewaŜnej ilości męczeństw, cierpianych tak heroicznie dla wiary, 
czyŜ nie dowodzą - mówił - Ŝe siły materialne nic nie wskórają przeciw potędze 
myśli lub woli człowieka?
 Z działania tego, sprawionego wolą wszystkich, kaŜdy moŜe wnioskować o własnej.
 Nie sądzę, bym potrzebował mówić o jego poglądach na poezję i historię lub o 
sposobie, w jaki oceniał arcydzieła naszego języka.
 Nie byłoby niczym ciekawym zbierać tu poglądy, które stały się dziś niemal 
pospolite, ale które, w ustach dziecka, mogły się wówczas zdawać niezwykłe.
 Nic nie było dlań za wysokie.
 Aby określić w dwóch słowach jego talent: byłby napisał "Zadiga" równie 
dowcipnie, jak Wolter, a dialog między Syllą a Eukratem równie głęboko, jak 
Montesquieu.
 * Dialog między Syllą a Eukratem jest ostatnią częścią dzieła „Uwagi nad 
przyczynami wielkości i upadku Rzeczypospolitej Rzymskiej" (1734), którego 
autorem jest Charles-Louis de Montesquieu (1689—1755), wybitny prawnik, 
myśliciel i pisarz polityczny.
 Prostota jego kazała mu Ŝądać w dziele przede wszystkim uŜyteczności, zarazem 
zaś lotny jego umysł wymagał nowości zarówno myśli, jak formy.
 Wszystko, co nie dopełniało tych warunków, budziło w nim niesmak.
 Jedna z jego najświetniejszych definicji literackich, pozwalająca zrozumieć 
ducha wszystkich innych, jak równieŜ przenikliwość jego sądów, utkwiła mi w 
pamięci: "Apokalipsa jest to ekstaza pisana".
 UwaŜał Biblię za część tradycji ludów przedpotopowych, którą obdzieliła się 
nowa ludzkość.
 Mitologia Greków stykała się dlań zarazem z Biblią i ze świętymi księgami 
Indii, które ten rozkochany w pięknie naród przełoŜył na swój sposób.
 - Niepodobna - powiadał - wątpić o tym, Ŝe księgi azjatyckie wcześniejsze są od
Pisma świętego.
 Dla kogoś, kto umie z dobrą wiarą osądzić ten punkt historyczny, świat się 
niezwykle rozszerza.
 CzyŜ nie na płaskowyŜu Azji schroniła się owa garstka ludzi, którzy zdołali 
przeŜyć katastrofę naszego globu, o ile w ogóle ludzie istnieli przed tym 
przewrotem czy wstrząśnieniem ?
 Doniosłe zagadnienie, którego rozwiązanie wypisane jest na dnie mórz!
 Antropogonia Biblii jest więc jedynie genealogią roju, który, wyfrunąwszy z 
ludzkiego ula, uczepił się zboczów Tybetu, między szczytami Himalajów a Kaukazu.
 Pierwotne pojęcia gromady, którą prawodawca nazwał ludem boŜym (bez wątpienia, 
aby mu nadać jedność, moŜe takŜe aby mu wszczepić własne prawa i ustrój, księgi 
MojŜesza bowiem stanovią kodeks religijny, polityczny i cywilny) - pojęcia te 
nacechowane są piętnem grozy: wstrząśnienie globu wyłoŜone jest w tych 
olbrzymich myślach jako zemsta niebios.
 Wreszcie, poniewaŜ plemię to nie zaznało Ŝadnej ze słodyczy, jakich kosztuje 
lud osiadły w ojczystej ziemi, niedole tego koczującego narodu podyktowały mu 
same ponure, majestatyczne i krwawe poematy.
 Na odwrót, widok szybkiego gojenia się ziemi, cudowne działanie słońca, którego
pierwszymi świadkami byli Hindusi, tchnęły w nich radosne pojęcia szczęsnej 
młodości, kult ognia, niezliczone uosobienia aktu rozrodczego.

Strona 88

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Tych wspaniałych obrazów zbywa Hebrajczykom.
 Nieustanna samoobrona wśród niebezpieczeństw, w krajach, przez które dąŜyli do 
miejsca spoczynku, zrodziła w tym ludzie wyłączność i nienawiść do innych 
narodów.
 Te trzy pisma, to archiwa pochłoniętego świata.
 Tu tkwi tajemnica niesłychanych wielkości tych języków i ich mitów.
 Wielka historia ludzka spoczywa pod tymi imionami ludzi i miejsc, pod tymi 
fikcjami, które nas pociągają nieodparcie, nie wiadomo czemu.
 MoŜe oddychamy tam rodzinnym powietrzem naszej nowej ludzkości.
 Dla Ludwika potrójna ta literatura obejmowała wszystkie myśli człowieka.
 Nie zdarza się, wedle niego, ksiąŜka, której przedmiot nie znalazłby się tam w 
zarodku.
 Pogląd ten świadczy, jak głębokie były jego młodzieńcze studia nad Biblią i 
dokąd go zawiodły.
 Szybując ponad społeczeństwem, które znał tylko z ksiąŜek, sądził je zimno.
 - Prawa - powiadał - nie krępują nigdy ludzi potęŜnych lub bogatych, godzą zaś 
w maluczkich, którzy właśnie potrzebowaliby ochrony.
 Dobroć jego nie pozwalała mu tedy sympatyzować z ideami politycznymi; ale 
system jego prowadził do biernego posłuszeństwa, którego przykład dał Chrystus.
 W ostatniej dobie mego pobytu w Vendóme Ludwik nie odczuwał juŜ bodźca chwały; 
nasycił się poniekąd abstrakcyjnie sławą i otwarłszy ją, jak dawni ofiarnicy, 
którzy szukali przyszłości w sercu ludzkim, nie znalazł we wnętrznościach tej 
chimery nic.
 Wzgardził owym czysto osobistym uczuciem: - Sława - powiadał - to ubóstwiony 
egoizm.
 Zanim się rozstanę z tym wyjątkowym dziecięctwem, winienem moŜe osądzić je 
szybkim rzutem oka.
 Na jakiś czas przed naszym rozstaniem Ludwik mówił: - Poza naturalnymi prawami,
których ujęcie będzie moŜe moją chwałą, a które muszą być prawami naszego 
ustroju, Ŝycie człowieka jest ruchem, który wyładowuje się w kaŜdej istocie, 
mocą jakiejś nieznanej siły, przez mózg, serce i nerwy.
 Z owych trzech układów, wyraŜonych przez te pospolite słowa, wypływają 
nieskończone odmiany ludzkości, zawisłe od proporcyj, w jakich te trzy rodzajne 
pierwiastki kombinują się z substancjami środowisk, w których Ŝyją.
 Tu przerwał, uderzył się w czoło i rzekł: - Szczególny fakt!
 Wszyscy wielcy ludzie, których portrety ściągnęły moją uwagę, mają krótką 
szyję.
 MoŜe natura chce, aby serce było u nich bliŜej mózgu.
 Po czym ciągnął: - Stąd pochodzi pewien całokształt zjawisk, tworzący istnienie
społeczne.
 Człowiekowi Nerwu przypada czyn lub siła; człowiekowi Mózgu - geniusz; 
człowiekowi Serca - wiara.
 Ale - dodał smutno - wiara posiada tylko dymy sanktuarium; jedynie anioł - 
jasność.
 Zatem, wedle własnych określeń, Lambert był cały sercem i mózgiem.
 Dla mnie Ŝycie jego duchowe rozpada się na trzy okresy.
 Od dzieciństwa objawiał on przedwczesną Ŝywotność: owoc choroby lub 
doskonałości jego organów; od dzieciństwa siły jego wyraŜały się w grze zmysłów 
wewnętrznych oraz w nadmiernej produkcji fluidu nerwowego.
 Jako urodzony człowiek Myśli, musiał wciąŜ gasić pragnienie mózgu, Ŝądnego 
przyswajać sobie wszystkie myśli.
 Stąd namiętność czytania, a z czytania - refleksje, które pozwalały mu 
sprowadzać rzeczy do najprostszego wyrazu, chłonąć je, zgłębiać je w ich 
istocie.
 Zyski tego wspaniałego okresu, który u innych przychodzi dopiero po długich 
studiach, przypadły Lambertowi podczas jego dziecięctwa; dziecięctwa 
szczęśliwego, opromienionego pracowitymi rozkoszami poety.
 Kres, na którym poprzestaje większość mózgów, był punktem, z którego jego mózg 
miał wyruszyć na poszukiwanie nowych światów.
 Tam, nieświadomie jeszcze, stworzył sobie Ŝycie równie wymagające, jak 
nienasycone.
 Aby istnieć, czyŜ nie musiał ustawicznie rzucać Ŝeru w otchłań, którą otwarł w 
sobie?
 Po dobny istotom pewnych regionów świata, czyŜ nie mógł zginąć z braku pokarmu 
dla nadmiernych i zawiedzionych głodów?
 CzyŜ tonie była rozpusta, zaszczepiona w duszy i zdolna ją doprowadzić, niby 
ciało przesycone alkoholem, do nagłego poŜaru?
 Tej jego pierwszej fazy nie znałem; dziś dopiero mogę sobie wytłumaczyć jej 

Strona 89

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

zdumiewające owocowania i skutki.
 Ludwik miał wówczas trzynaście lat.
 Byłem na tyle szczęśliwy, aby być świadkiem drugiej epoki.
 Lambert (i to go moŜe ocaliło) pogrąŜył się w niedolach konwiktu i zuŜył w nich
nadmiar myśli.
 Przekształciwszy rzeczy w ich czysty wyraz, słowa w idealną treść, a treść w 
jej prawidła, doprowadziwszy wszystko do abstraktu, dąŜył, aby Ŝyć, do innych 
tworów intelektualnych.
 Złamany męką kolegium i przesileniami własnego Ŝycia fizycznego, pogrąŜył się w
medytacji, przeniknął uczucia, ujrzał nowe światy wiedzy, istne snopy myśli!
 Wstrzymany w biegu, zbyt wątły jeszcze, aby oglądać sfery wyŜsze, oglądał 
duchem samego siebie.
 Ujrzałem w nim wówczas walkę myśli, doświadczającej się, starającej się 
podchwycić tajemnice swej natury, niby lekarz, który studiuje postępy własnej 
choroby.
 W owym stanie siły i słabości, dziecięcego wdzięku i nadludzkiej potęgi Ludwik 
Lambert ucieleśnił mi najbardziej poetyckie i najprawdziwsze pojęcie istoty, 
którą nazywamy aniołem, wyjąwszy wszelako kobietę, której rysy, imię, osobę i 
Ŝycie chciałbym ukryć światu, aby samemu tylko posiadać tajemnicę jej istnienia 
i móc zagrzebać tę tajemnicę na dnie mego serca.
 Trzeciej fazy nie było mi dane oglądać.
 Zaczynała się wówczas, kiedy mnie rozłączono z Ludwikiem, który opuścił 
kolegium dopiero w osiemnastym roku Ŝycia, w połowie roku 1815.
 Ludwik stracił był wówczas ojca i matkę mniej więcej przed pół rokiem.
 Nie znajdując nikogo w rodzinie, z kim dusza jego, skłonna do wylania, ale 
zdławiona od czasu naszej rozłąki, mogłaby się porozumieć, schronił się do wuja,
ustanowionego jego opiekunem, który, wypędzony z probostwa jako ksiądz 
zaprzysięŜony, osiadł w Blois.
 Ludwik spędził tam jakiś czas.
 PoŜerany Ŝądzą ukończenia studiów, których musiał czuć braki, przybył do 
ParyŜa, aby odszukać panią de Stael i aby pić wiedzę z najwyŜszych źródeł.
 Stary ksiądz, mający słabość do siostrzeńca, pozwolił Ludwikowi zjadać swą 
ojcowiznę przez trzy lata spędzone w ParyŜu; pomimo to chłopak Ŝył tam w 
najgłębszej nędzy.
 Spadek ten wynosił parę tysięcy franków.
 Lambert wrócił do Blois w roku 1820, wygnany z ParyŜa cierpieniami, które 
czyhają tam na ludzi bez majątku.
 Podczas pobytu w stolicy nieraz musiał być pastwą tajemnych burz, straszliwych 
huraganów myśli miotających duszą artystów, o ile mamy sądzić z jednego faktu, 
który wuj jego sobie przypominał, z jedynego listu, który się przechował w 
rękach zacnego człowieka: zachował ów list moŜe dlatego, Ŝe był ostatni i 
najdłuŜszy ze wszystkich.
 Oto przede wszystkim fakt.
 Pewnego dnia Ludwik znalazł się w Komedii Francuskiej, na galerii, obok jednego
z filarów, między którymi mieściły się wówczas loŜe trzeciego piętra.
 Wstając w pierwszym antrakcie, ujrzał kobietę, która weszła do sąsiedniej loŜy.
 Widok tej kobiety, młodej, pięknej i ładnie ubranej, moŜe w wyciętej sukni, w 
towarzystwie kochanka, dla którego twarz jej oŜywiała się powabami miłości, 
wywarł na duszę i zmysły Lamberta wraŜenie tak okrutne, Ŝe musiał wyjść z sali.
 Gdyby nie błysk rozsądku, który w pierwszym momencie płomiennej namiętności nie
zagasł doszczętnie, moŜe byłby uległ nieodpartej niemal Ŝądzy zabicia owego 
młodzieńca, ku któremu zwracały się spojrzenia młodej kobiety.
 CzyŜ to nie była w naszym paryskim światku błyskawica miłości dzikiego, który 
rzuca się na kobietę jak na swój łup; objaw zwierzęcego instynktu, połączonego z
chyŜością promienistych niemal rzutów duszy, zdławionej brzemieniem myśli?
 Wreszcie, czyŜ to nie było owo cięcie urojonego scyzoryka u dziecka, które 
stało się u męŜczyzny piorunem najprzemoŜniejszej jego potrzeby, miłości?
 A teraz oto list, w którym maluje się stan jego duszy, uderzonej obrazem 
paryskiej cywilizacji.
 Serce jego, z pewnością wciąŜ uraŜone w tej otchłani egoizmu, musiało ciągle 
cierpieć; nie spotkał tam moŜe ani przyjaciół, którzy by go pocieszyli, ani 
wrogów, którzy by dali ton jego Ŝyciu.
 Zmuszony Ŝyć bez przerwy w sobie samym i nie dzieląc z nikim swych delikatnych 
rozkoszy, chciał moŜe rozwiązać dzieło swego losu przez ekstazę i trwać w formie
niemal roślinnej, niby anachoreta z pierwszych wieków Kościoła, abdykując tym 
samym z królestwa intelektu.
 List wskazuje poniekąd ten zamysł, którego chwytały się wielkie dusze we 
wszystkich epokach społecznej odnowy.

Strona 90

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Ale to postanowienie czyŜ nie jest dla wielu objawem powołania?
 Czy nie starają się skupić sił w długim milczeniu, aby zeń wyjść zdatni do 
władania światem, mocą słowa lub czynu?
 Zaiste, Ludwik musiał zebrać wiele goryczy wśród ludzi lub pocisnąć 
społeczeństwo jakąś straszliwą ironią nie mogąc zeń nic wydobyć, nim wydał ów 
potęŜny krzyk, nim doszedł - on, biedak!
 - do pragnienia, które rodziło się niekiedy w sercu monarchów zmierzonych 
władzą i światem.
 A moŜe kończył w samotności wielkie dzieło, które bujało mglisto w jego mózgu?
 KtóŜby w to nie uwierzył, czytając ten urywek jego myśli, odbijających walki 
jego duszy w chwili, gdy się dlań kończyła młodość, gdy zaczynała kwitnąć 
straszliwa władza twórczości, z której miały się zrodzić dzieła dojrzałego 
męŜczyzny?
 List ten jest w związku z przygodą w teatrze.
 Fakt i pismo oświetlają się wzajem, dusza i ciało nastroiły się na jeden ton.
 Ta burza zwątpień i twierdzeń, chmur i błyskawic, z której często strzelał 
piorun i która kończy się namiętnym westchnieniem do niebiańskiej jasności, 
dostatecznie oświetla trzecią epokę jego przeobraŜenia i pozwala ją zrozumieć.
 Czytając te bezładne stronice, zaczynane i porzucane wedle kaprysu paryskiego 
Ŝycia, czyŜ nie mamy uczucia, Ŝe widzimy dąb, w chwili gdy jego wewnętrzny 
przyrost rozsadza zieloną korę, marszczy ją i fałduje i gdy wypracować się ma 
jego majestatyczny kształt, jeśli tylko uszanuje go grom niebios lub siekiera 
człowieka?
 Na tym liście kończy się dla myśliciela, jak dla poety, owo wspaniałe 
dziecięctwo i niezrozumiała młodość.
 Tu kończy się zarys tego duchowego zaląŜka.
; filozofowie poŜałują jego pędów, zniszczonych w samym pączku mrozem; ale z 
pewnością uznają, Ŝe kwiaty te rozkwitły w strefach wyŜszych niŜ najwyŜej 
połoŜone miejsca na ziemi.
 ParyŜ, wrzesień-listopad 1819 .
 Drogi Wuju, opuszczę niebawem to miasto, nie mogę tu Ŝyć.
 Nie widzę tu nikogo, kto by kochał to, co ja kocham, kto by się zajmował tym, 
co mnie zajmuje, wzruszał się tym, co mnie wzrusza.
 Zmuszony kurczyć się w sobie, dręczę się i cierpię.
 Długie i cierpliwe studium, jakie podjąłem nad tym społeczeństwem, prowadzi do 
smutnych wniosków, w których przewaŜa wątpienie.
 Tutaj punktem wyjścia wszystkiego jest pieniądz.
 Trzeba pieniędzy nawet na to, aby się obyć bez pieniędzy.
 Ale mimo Ŝe ten kruszec potrzebny jest kaŜdemu, kto chce myśleć spokojnie, nie 
czuję w sobie odwagi uczynienia go jedyną pobudką swych myśli.
 Aby zebrać majątek, trzeba wybrać sobie zawód; słowem, trzeba, jakimś 
przywilejem dającym pozycję lub klientelę, przywilejem legalnym lub zręcznie 
stworzonym, nabyć prawo czerpania co dzień w cudzej sakiewce skromnej sumy, 
która w ciągu roku tworzy mały kapitalik; ten znowuŜ, w ciągu dwudziestu lat, 
daje ledwie cztery czy pięć tysięcy franków renty, kiedy ktoś poczyna sobie 
uczciwie.
 W piętnaście lub szesnaście lat, nie licząc czasu nauki, adwokat, rejent, 
kupiec, wszyscy patentowani pracownicy zdolni są zarobić na chleb na stare lata.
 Nie czułem się zdatny do niczego w tym rodzaju.
 Wolę myśl od czynu, ideę od interesu, kontemplację od ruchu.
 Brak mi owej ciągłej baczności, potrzebnej kaŜdemu, kto chce dojść do majątku.
 Wszelkie przedsięwzięcia handlowe, wszelki przymus dobierania się do czyichś 
pieniędzy skończyłyby się niepowodzeniem i rychło doprowadziłyby mnie do ruiny.
 Jeśli obecnie nie mam nic, nic nikomu bodaj niejestem winien.
 Kto śYJe, aby dokonać wielkich rzeczy w dziedzinie ducha, zadowoli się 
materialnie lada czym; ale pomimo Ŝe dwadzieścia su dziennie moŜe mi starczyć, 
nie posiadam renty, która by mi zapewniła tę pracowitą bezczynność.
 Kiedy chcę myśleć, potrzeba wygania mnie z sanktuarium, w którym porusza się 
moja myśl.
 Co się ze mną stanie ?
 Nędza nie przeraŜa mnie.
 Gdyby nie zamykano, nie hańbiono, nie obrzucano wzgardą Ŝebraków, Ŝebrałbym, 
aby móc swobodnie rozwiązyvać problemy, które mnie zajmują.
 Ale ta wzniosła rezygnacja, przez którą mógłbym oswobodzić swoją myśl 
wyzwalając ją od ciała, nie zdałaby się na nic: i tak trzeba pieniędzy, aby 
podjąć pewne doświadczenia.
 Gdyby nie to, zgodziłbym się na pozorny niedostatek myśliciela, który posiada 
wraz niebo i ziemię.

Strona 91

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Aby być wielkim w nędzy, wystarczy nigdy nie spodlić się.
 Człowiek, który walczy i cierpi dla szlachetnego celu, przedstawia zaiste 
piękny obraz; ale któŜ tutaj czuje w sobie siłę, aby walczyć?
 Trzeba drapać się na skały, nie moŜna wciąŜ dreptać w błocie.
 Tu wszystko tamuje prostolinijny lot ducha dąŜącego w przyszłość.
 Nie bałbym się samego siebie na pustyni, boję się tutaj.
 Na pustyni byłbym sam ze sobą bez rozproszenia; tu człowiek doświadcza mnóstwa 
potrzeb, które go zdrabniają.
 Kiedy wyszedłeś z domu zadumany, pochłonięty myślą, głos nędzarza, Ŝebrząc 
jałmuŜny, ściąga cię na ten świat głodu i pragnienia.
 Trzeba pieniędzy, aby się móc przechadzać.
 Zmysły, bez ustanku mącone błahostkami, nigdy nie znajdują spoczynku.
 Nerwowa natura poety jest tutaj bez przerwy naraŜona na wstrząśnienia; to, co 
powinno być jego chlubą, staje się jego cierpieniem; wyobraźnia jest jego 
najokropniejszym wrogiem.
 Tutaj ranny robotnik, nędzarka w połogu, dziewczyna publiczna, która zachoruje,
opuszczone dziecko, niedołęŜny starzec, występki, zbrodnie nawet znajdą starania
i opiekę: ale dla wynalazcy, dla człowieka, który śyje myślą, świat jest 
bezlitosny.
 Tutaj wszystko musi dawać wynik bezpośredni, realny ; drwią sobie z prób zrazu 
bezowocnych, które mogą prowadzić do największych odkryć; nie cenią głębokich i 
wytrwałych badań, wymagających długiego natęŜenia sił.
 Państwo mogłoby utrzymywać talent, jak utrzymuje bagnet; ale wciąŜ inteligentny
człowiek nie wywiódł go w pole; jak gdyby moŜna długo udawać geniusz!
 Ach, Wuju, kiedy zniszczono pustelnie i klasztory wznoszące się u stóp gór, w 
cieniu zielonych i cichych drzew, czyŜ nie naleŜało wznieść przybytków dla tych 
cierpiących dusz, które jedną myślą tworzą prawdziwy postęp narodów lub 
przygotowują nowe i płodne zdobycze wiedzy ?
 20 września.
 Przywiodła mnie tutaj nauka, wiesz o tym; znalazłem tu ludzi naprawdę uczonych,
nieraz wręcz zdumiewających; ale brak jedności w pracach naukowych unicestwia 
niemal wszystkie wysiłki.
 Ani nauczanie, ani wiedza nie mają swej głowy.
 Jeden profesor dowodzi, Ŝe drugi plecie skończone głupstwa.
 Uczony z Akademii hańbi uczonego z College de France.
 Przybywszy tutaj, wybrałem się posłuchać starego członka Akademii, który 
wykładał pięciuset młodym ludziom, Ŝe Corneille jest to geniusz krzepki i dumny,
Racine religijny i czuły, Molier niezrównany, Wolter nadzwyczaj dowcipny, 
Bossuet i Pascal rozpaczliwie genialni.
 Profesor filozofii staje się znakomitością, tłumacząc, Ŝe Platon jest Platonem.
 Inny pisze historię słów, nie troszcząc się o myśli.
 Ten tłumaczy ci Ajschylosa, ów dowodzi niezbicie, Ŝe komuny to były komuny, a 
nie co innego.
 Te nowe i świetne spostrzeŜenia, wałkowane przez kilka godzin, stanowią ową 
wyŜszą naukę, która ma być krokami olbrzyma dla ludzkiego poznania.
 Gdyby rząd miał w ogóle jakąś myśl, podejrzewałbym, Ŝe się obawia prawdziwych 
talentów, które, raz obudzone, łacno poddałyby społeczeństwo jarzmu 
inteligentnej władzy.
 Narody zaszłyby zbyt daleko, zbyt rychło, profesorowie są tedy obowiązani 
fabrykować głupców.
 Jak inaczej wytłumaczyć bakalarkę bez metody, bez myśli o przyszłości ?
 Instytut mógłby być wielkim rządem duchowego i intelektualnego świata; ale 
złamano go niedawno rozdziałem na poszczególne akademie.
 Wiedza kroczy tedy bez przewodnika, bez systemu; buja na los szczęścia, bez 
wytyczonej drogi.
 Ta beztroska, ta niepewność istnieją zarówno w polityce, jak w wiedzy.
 W naturze środki są proste, cel wielki i cudowny ; tutaj, w nauce, jak w 
rządzie, środki są olbrzymie, cel mały.
 Owa siła, która w naturze idzie równym krokiem i która sumuje się sama 
ustawicznie, owo A + A, które wydaje wszystko, w społeczeństwie jest 
destrukcyjne.
 Obecna polityka przeciwstawia sobie wzajem siły ludzkie, aby je zneutralizować,
zamiast je kombinować, aby im kazać działać dla jakiegoś celu.
 Biorąc tylko Europę, od Cezara do Konstantyna, od małego Konstantyna do 
wielkiego Attyli, od Hunów do Karola Wielkiego, od Karola Wielkiego do Leona X, 
od Leona X do Filipa II, od Filipa II do Ludwika XIV, od Wenecji do Anglii, od 
Anglii do Napoleona, od Napoleona do Anglii - nie widzę Ŝadnej ciągłości w 
polityce, a nieustanne jej wstrząśnienia nie wydały Ŝadnego postępu, świadectwem

Strona 92

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

wielkości narodów są ich pomniki, a świadectwem szczęścia - dobrobyt osobisty.
 Czy nowoczesne pomniki dorównują staroŜytnym ?
 Wątpię.
 Sztuki, które są bezpośrednim dziełem jednostki, twory geniuszu lub dłoni 
ludzkiej, niewiele zyskały.
 Rozkosze Lukullusa warte były z pewnością rozkoszy Samuela Bernarda, Beaujona 
lub króla bawarskiego.
 * Samuel Bernard (1651—1739)— finansista francuski, który zdobył ogromny 
majątek i oddał wielkie usługi królom Ludwikowi XIV i Ludwikowi XV;
 * Nicolas Beaujon (1708—1786) — finansista, wzbogacony zwłaszcza na spekulacji 
zboŜem, fundator przytułku dla sierot w ParyŜu.
Długowieczność ludzka zmalała.
 Dla kogoś, kto jest z sobą szczery, nic się tedy nie zmieniło, człowiek jest 
ten sam: siła jest zawsze jego jedynym prawem, powodzenie jedyną mądrością.
 Chrystus, Mahomet, Luter ubarwili jedynie rozmaicie arenę, na której młode 
narody odbywały swoje ewolucje.
 śadna polityka nie przeszkodziła cywilizacji, jej bogactwom, jej obyczajom, jej
zmowie silnych przeciw słabym, jej pojęciom i rozkoszom, wędrować z Memfisu do 
Tyru, z Tyru do Bałbek, z Tedmoru do Kartaginy, z Kartaginy do Rzymu, z Rzymu do
Konstantynopola, z Konstantynopola do Wenecji, z Wenecji do Hiszpanii, z 
Hiszpanii do Anglii - a wszakŜe nie istnieje Ŝaden ślad Memfisu, Tyru, 
Kartaginy, Rzymu, Wenecji i Madrytu.
 Duch tych wielkich ciał uleciał.
 śadne nie uchroniło się od ruiny i nie zrozumiało tego pewnika: "Kiedy skutek 
przestaje być w harmonii z przyczyną, następuje rozkład".
 Najsubtelniejszy geniusz nie moŜe odkryć związku między tymi wielkimi faktami 
społecznymi.
 śadna polityczna teoria nie ostała się.
 Rządy mijają jak ludzie, nie przekazując sobie nauki; Ŝaden ustrój nie rodzi 
ustroju doskonalszego niŜ poprzedni.
 Co sądzić o polityce, kiedy rząd oparty na Bogu wygasł w Indiach i w Egipcie; 
kiedy rząd miecza i tiary przeminął; kiedy rząd jednego ginie; kiedy rząd 
wszystkich nigdy nie zdołał się utrzymać przy śyciu; kiedy Ŝadne pojęcie siły 
intelektualnej, zastosowanej do materialnych interesów, nie zdołało przetrwać i 
kiedy wszystko trzeba by dziś przebudować, jak we wszystkich epokach, gdy 
człowiek krzyczał: Cierpię i Kodeks, który uwaŜają za najpiękniejsze dzieło 
Napoleona, jest dziełem najbardziej drakońskim, jakie znam.
 Nieograniczona podzielność gruntów, której zasada uświęcona jest równym 
rozdziałem dóbr, musi sprowadzić wyrodzenie się narodu, upadek sztuk i nauk.
 Ziemię zbyt rozdrobnioną zmienia się w warzywne ogródki; lasy, a z nimi 
strumienie znikają; przestaje się hodować woły, konie.
 Zbywa środków tak do ataku, jak do odporu.
 Niech przyjdzie najazd, lud jest zmiaŜdŜony, stracił swoje wielkie spręŜyny, 
stracił swoich przewodników.
 Oto dzieje pustyń!
 Polityka jest tedy wiedzą bez ustalonych zasad, bez moŜliwej stałości; jest 
duchem chwili, ciągłym stosowaniem siły wedle konieczności dnia.
 Człowiek, który widziałby na dwa wieki naprzód, zginąłby na placu publicznym, 
przywalony przekleństwami ludu, lub, co mi się zdaje gorsze, smagany biczem 
śmieszności.
 Narody to jednostki, które nie są ani mędrsze, ani silniejsze od człowieka, i 
losy ich są takie same.
 Zastanawiać się nad człowiekiem, czyŜ nie znaczy zajmować się narodem ?
 Patrząc na społeczeństwo, wciąŜ nękane w swoich podstawach, jak i swoich 
objawach, w przyczynach i w działaniu, na społeczeństwo, w którym filantropia 
jest wspaniałą omyłką, a postęp nonsensem, zyskałem potwierdzenie tej prawdy, Ŝe
śycie jest w nas, nie Poza nami; Ŝe wznieść się ponad ludzi, aby im rozkazywać, 
jest to, w powiększeniu, rola regenta w szkole, i Ŝe ludzie dość silni, aby się 
wzbić do wyŜyn, skąd mogą objąć okiem światy, nie powinni patrzeć pod nogi.
 5 listopada.
 Jestem pochłonięty powaŜnymi myślami, idę ku pewnym odkryciom, niezwycięŜona 
siła pociąga mnie ku światłu, które zawczasu rozbłysło w ciemni mego duchowego 
Ŝycia; ale jak nazwać potęgę, która mi wiąŜe ręce, zamyka usta i ciągnie mnie w 
kierunku przeciwnym memu powołaniu?
 Trzeba opuścić ParyŜ, poŜegnać się z bibliotekami, z tymi pięknymi ogniskami 
światła, z uczonymi tak Ŝyczliwymi, tak przystępnymi, z młodymi inteligencjami, 
z którymi sympatyzowałem.
 Kto mnie odpycha ?

Strona 93

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Przypadek czy Opatrzność ?
 Dwa pojęcia, zawarte w tych słowach, są nie do pogodzenia.
 Jeśli przypadek nie istnieje, trzeba przyjąć fatalizm lub konieczne 
współdziałanie rzeczy poddanych ogólnemu planowi.
 CzemuŜ tedy się opierać?
 Jeśli człowiek nie jest wolny, co się stanie z rusztowaniem jego ducha ?
 A jeśli moŜe tworzyć swój los, jeśli moŜe swoją wolną wolą powstrzymać 
spełnienie się ogólnego planu, cóŜ stanie się z Bogiem ?
 Po com tu przybył ?
 Kiedy się zastanowię, wiem : znajduję w sobie treść do rozwinięcia; ale w takim
razie na co posiadam ogromne zdolności bez moŜności uŜycia ich?
 Gdyby moja męka słuŜyła do jakiegoś przykładu, rozumiałbym.
 Ale nie, cierpię pokątnie.
 Wynik ten jest równie opatrznościowy, jak los nieznanego kwiatka umierającego w
dziewiczym lesie, gdzie nikt nie poczuł jego zapachu ani zachwycił się jego 
barwą.
 Jak on wydziela daremnie w samotności swoje wonie, tak ja rodzę tu na poddaszu 
myśli, których nikt nie pozna.
 Wczoraj jadłem przy oknie chleb i winogrona z młodym lekarzem nazwiskiem 
Meyraux.
 Rozmawialiśmy jak ludzie, których nieszczęście uczyniło braćmi; rzekłem doń: - 
Ja odchodzę, ty zostajesz, weź moje myśli i rozwiń je !
 - Nie mogę - odparł smutnie - zdrowie moje, zbyt wątłe, nie wytrzyma moich 
prac: umrę młodo, walcząc z nędzą.
 Spojrzeliśmy w niebo, ściskając sobie dłonie.
 Spotykaliśmy się na kursie anatomii porównawczej i w gabinecie Muzeum, 
sprowadzeni jednym i tym samym studium: jednością składu geologicznego.
 U niego było to przeczucie geniuszu, zesłanego, aby wytyczyć nową drogę w 
ugorach myśli; u mnie dedukcja z ogólnego systemu.
 Moją ideą jest określić realne stosunki mogące istnieć między człowiekiem a 
Bogiem.
 CzyŜ to nie jest konieczność epoki?
 Bez wzniosłych pewników niepodobna nałoŜyć ivędzidła społeczeństwom rozpętanym 
przez zmysł dociekania i wątpienia, i krzyczącym dziś: "Czy wiedziecie nas na 
drogę, na której nie spotkamy przepaści "?
 Spytasz mnie, co ma wspólnego anatomia porównawcza z kwestią tak waŜną dla 
przyszłości społeczeństw ?
 CzyŜ nie trzeba nabrać przekonania, Ŝe człowiek jest celem wszystkich ziemskich
środków, aby się zapytać, czy nie będzie środkiem do jakiegoś celu ?
 JeŜeli człowiek jest związany ze wszystkim, czyŜ nie ma nic ponad nim, z czym 
by się on znowuŜ wiązał ?
 JeŜeli on jest kresem niewytłumaczonych przemian, które sięgają aŜ do niego, 
czyŜ nie musi być węzłem między widzialną a niewidzialną naturą ?
 Działanie świata nie jest niedorzeczne ; zmierza do celu, a celem tym nie moŜe 
być społeczeństwo takie jak nasze.
 Istnieje straszliwa luka między nimi i niebem.
 W obecnym stanie nie moŜemy ani wciąŜ czuć rozkoszy, ani wciąŜ cierpieć; czyŜ 
nie trzeba ogromnej zmiany, aby dojść do nieba i do piekła, dwóch pojęć, bez 
których Bóg nie istnieje w oczach tłumu ?
 Wiem, Ŝe wyplątano się z kłopotu, stwarzając duszę; ale mam jakąś odrazę do 
tego, aby czynić Boga odpowiedzialnym za ludzkie podłości, za nasze 
rozczarowania, wstręty, za nasz upadek.
 Przy tym jak przyjąć w nas zasadę boską, którą moŜe przemóc parę kieliszków 
rumu?
 Jak sobie wyobrazić niematerialne zdatności, na które oddziaływa materia, 
których działanie moŜna porazić gramem opium ?
 Jak sobie wyobrazić, Ŝe będziemy jeszcze czuli wówczas, gdy będziemy obdarci z 
warunków czucia?
 Czemu Bóg miałby zginąć przez to, Ŝe materia jest myśląca ?
 CzyŜ oŜywienie substancji i jej niezliczone odmiany, czyŜ objawy jej instynktów
są mniej niewytłumaczalne niŜ zjawiska myśli?
 Czy ruch nadany światom nie wystarcza, aby dowieść Boga, bez niedorzeczności 
spłodzonych przez naszą pychę ?
 To, Ŝe ze znikomego istnienia przechodzimy, po wielu próbach, do lepszego bytu,
czyŜ to nie dosyć dla stworzeń, które róŜnią się od innych jedynie pełniejszym 
instynktem ?
 Jeśli nie istnieje w duchowym świecie zasada, która by nie prowadziła do 
absurdu lub nie kłóciła się z oczywistością, czyŜ nie czas puścić się na 

Strona 94

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

szukanie dogmatów wypisanych w samej istocie rzeczy ?
 Czy nie trzeba by wywrócić filozofii na nice ?
 Nie zajmujemy się rzekomą nicością, która nas poprzedziła, a grzebiemy się w 
rzekomej nicości, która nas czeka.
 Czynimy Boga odpowiedzialnym za przyszłość, a nie Ŝądamy odeń Ŝadnego rachunku 
z przeszłości.
 A przecieŜ równie potrzebne jest wiedzieć, czy nie tkwimy jakimś korzeniem w 
przeszłości, co wiedzieć, czy jesteśmy spojeni z przyszłością.
 Byliśmy dotąd deistami lub ateuszami tylko z jednej strony.
 Czy świat jest wieczny ?
 Czy świat jest stworzony ?
 Nie pojmujemy nic pośredniego między tymi dwoma twierdzeniami : jedno jest 
fałszywe, drugie prawdziwe, wybierajcie!
 Jakkolwiek padnie wasz wybór, Bóg taki, jak go nasz rozum sobie wyobraŜa, musi 
zmaleć, co jest równoznaczne z jego zaprzeczeniem.
 Uczyńcie świat wiecznym : upada wszelka wątpliwość, Bóg musiał go przyjąć.
 Przypuśćcie, Ŝe świat jest stworzony, Bóg nie jest moŜebny.
 W jaki sposób spędziłby całą wieczność, nie wiedząc, Ŝe poweźmie myśl 
stworzenia świata?
 Jak nie przewidziałby z góry jego następstw ?
 Skąd zaczerpnął jego istotę?
 - nieodzownie z siebie.
 JeŜeli świat jest z Boga, w jaki sposób przyjąć zło ?
 Jeśli zło wyszło z dobra, popada się w absurd.
 JeŜeli nie ma zła, czym staje się społeczeństwo ze swymi prawami ?
 Wszędzie przepaści!
 Wszędzie otchłań dla rozumu.
 Trzeba by przebudować z gruntu wiedzę społeczną.
 Posłuchaj, Wuju: póki jaki wspaniały geniusz nie uświadomi oczywistej 
nierówności między inteligencjami, poty ogólny sens ludzkości, poty słowo Bóg 
będą wciąŜ podawane w wątpliwość; społeczeństwo będzie stało na ruchomym piasku.
 Tajemnicę rozmaitych stref ducha, przez które wędruje człowiek, znajdzie się w 
analizie świata zwierzęcego.
 Do dziś rozpatrywano świat zwierzęcy jedynie w jego róŜnicach, nie w jego 
podobieństwach ; w jego kształtach organicznych, nie w jego zdatnościach.
 Zdatności zwierzęce doskonalą się krok po kroku, wedle praw, które naleŜałoby 
zbadać.
 Właściwości odpowiadają siłom, które je wyraŜają, a te są na wskroś materialne,
podzielne.
 Zdatności materialne !
 ZwaŜ te dwa słowa.
 CzyŜ to nie jest kwestia równie nie do rozwiązania, jak udzielenie się ruchu 
materii, nie zgłębiona jeszcze otchłań, której trudności Newton raczej 
przemieścił, niŜ rozwiązał?
 Wreszcie kombinacja światła ze wszystkim, co Ŝyje na ziemi, wymaga nowego 
zbadania globu.
 To samo zwierzę niepodobne jest do siebie w tropikach, w Indiach, a na Północy.
 Między prostopadłymi a skośnymi promieniami słonecznymi rozwija się natura, 
róŜna zarazem i jednaka, taŜ sama w swej istocie, odmienna w swoich wynikach.
 Objaw, który bije w oczy w świecie zoologicznym, kiedy porównujemy motyle 
bengalskie z europejskimi, jest jeszcze o wiele jaskrawszy w świecie ducha.
 Trzeba pewnego określonego kąta twarzowego, pewnej ilości zwojów mózgowych, aby
otrzymać Kolumba, Rafaela, Napoleona, Laplacea lub Beethovena; dolina bez słońca
wydaje kretynów - wyciągnąć stąd konkluzje.
 Skąd te róŜnice zaleŜne od mniej lub więcej obfitego wnikania światła w 
człowieka ?
 Te wielkie cierpiące masy ludzkie, mniej lub więcej czynne, mniej lub więcej 
syte, mniej lub więcej oświecone, stanowią trudności nie do rozwiązania, 
krzyczące przeciw Bogu.
 Czemu w najwyŜszej radości chcemy zawsze opuścić ziemię; skąd ta chęć wzlotu, 
która ogarnęła i będzie ogarniać wszelkie stworzenie?
 Ruch jest wielką duszą, której związek z materią jest równie trudny do 
wytłumaczenia, jak wytwarzanie się myśli w człowieku.
 Dziś wiedza jest jedna ; niepodobna tknąć polityki, nie zajmując się kwestią 
ducha ; a kwestia ducha wiąŜe się ze wszystkimi kwestiami naukowymi.
 Zdaje mi się, Ŝe jesteśmy w przededniu wielkiej bitwy ludzkiej; siły są, ale 
nie widzę generała...
 25 listopada.

Strona 95

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Wierzaj mi, Wuju, trudno bez bólu wyrzec się Ŝycia, do którego się jest 
stworzonym.
 Wracam do Blois ze straszliwie cięŜkim sercem; umrę tam, unosząc z sobą wielkie
prawdy.
 śaden osobisty wzgląd nie obniŜa mego Ŝalu.
 CzyŜ sława znaczy coś dla człowieka, który wierzy, Ŝe moŜe się wznieść w sferę 
wyŜszą?
 Nie czuję rzadnego przywiązania do tych dwóch sylab: Lam i bert: czyje będą 
wymawiać z czcią, czy z obojętnością na mym grobie, nie zmieni to nic w moim 
dalszym losie.
 Czuję się silny, energiczny, mógłbym się stać potęgą ; czuję w sobie Ŝycie tak 
promieniste, Ŝe mogłoby oŜywić cały świat, a jestem zamknięty w rodzaju 
minerału, jak moŜe owe kolory, które podziwiasz na szyi indyjskich ptaków.
 Trzeba by objąć cały ten świat, uścisnąć go, aby go przetworzyć; ale ci, którzy
go tak objęli i przetopili, czyŜ nie zaczęli od tego, Ŝe byli kółkiem w 
machinie?
 Mnie by ona zmiaŜdŜyła.
 Mahometowi szabla, Jezusowi krzyŜ, mnie pokątna śmierć; jutro w Blois, w kilka 
dni potem - w trumnie.
 Czy wiesz, czemu wróciłem do Swedenborga, dokonawszy olbrzymich studiów nad 
religiami i stwierdziwszy, drogą lektury wszystkich dzieł, jakie cierpliwie 
Niemcy, Anglia i Francja ogłosiły od sześćdziesięciu lat, głęboką prawdę swoich 
młodzieńczych spostrzeŜeń nad Biblią?
 Niewątpliwie Swedenborg streszcza wszystkie religie lub raczej jedyną religię 
ludzkości.
 Jeśli obrządki miały niezliczone postacie, ani znaczenie ich, ani metafizyczna 
konstrukcja nie zmieniły się nigdy.
 Słowem, człowiek posiadał zawsze tylko jedną religię.
 Siwaizm, wisznuizm i braminizm, trzy pierwsze obrządki ludzkie, zrodzone w 
Tybecie, w dolinie Indu i na równinach Gangesu, skończyły swoje walki na kilka 
tysięcy lat przed Chrystusem, przyjmując hinduską Trimurti.
 Trimurti to nasza trójca.
 Z tego dogmatu wypływają - w Persji magizm; w Egipcie religie afrykańskie i 
mozaizm ; potem kabiryzm i grecko-rzymski politeizm.
 Gdy owe promieniowania Trimurti zestrajają mity azjatyckie z wyobraźnią kaŜdego
kraju, dokąd wnikają wprowadzane przez mędrców, których ludzie zmieniają w 
półbogów, Mitrę, Bachusa, Hermesa, Herkulesa etc.
 - Budda, słynny reformator owych trzech pierwotnych religii, zjawia się w 
Indiach i zakłada tam swój kościół, który dziś liczy jeszcze o dwieście milionów
więcej niŜ chrystianizm i w którym szukały wzmacniającej kąpieli potęŜne wole 
Chrystusa i Konfucjusza.
 Chrystianizm podnosi swój sztandar.
 Później Mahomet stapia mozaizm i chrystianizm, Biblię i Ewangelię w jedną 
księgę, Koran, gdzie je przystosowuje do ducha Arabów.
 Wreszcie Swedenborg bierze z magizmu, braminizmu, buddyzmu i chrześcijańskiego 
mistycyzmu to, co te wielkie religie mają wspólnego, rzeczywistego, boskiego, i 
daje ich naukom rację, moŜna rzec, matematyczną.
 Dla kaŜdego, kto się rzuca w te rzeki religijne, których nie wszyscy 
załoŜyciele są znani, niewątpliwe jest, Ŝe Zoroaster, MojŜesz, Budda, 
Konfucjusz, Chrystus, Swedenborg posiadali te same zasady i zakładali sobie ten 
sam cel.
 Ale ostatni ze wszystkich, Swedenborg, będzie moŜe Buddą Północy.
 Mimo ciemności i rozwlekłości jego ksiąŜek, są tam elementy olbrzymiej 
koncepcji społecznej, figoteokracja jest wspaniała, a jego religia jest jedyną, 
jaką moŜe przyjąć wyŜszy umysł.
 On jeden pozwala czuć Boga, budzi pragnienie Boga, wyswobodził majestat boski z
powijaków, w jakie zamotały go inne wyznania; zostawił go tam, gdzie jest, kaŜąc
dąŜyć ku niemu niezliczonym tworom i stworzeniom za pomocą kolejnych 
przeobraŜeń, stanowiących przyszłość bezpośredniejszą, naturalniejszą niŜ 
wieczność katolicka.
 Obmył Boga z zarzutu, jaki mu czynią tkliwe dusze: z wiekuistości kar, jakimi 
karze błędy jednej chvili; rzecz, która przeczy zarówno dobroci, jak 
sprawiedliwości.
 KaŜdy moŜe wiedzieć, czy mu jest przeznaczone inne Ŝycie i czy ten świat ma 
sens.
 O to doświadczenie ja pragnę się pokusić.
 To usiłowanie moŜe ocalić świat równie dobrze, jak krzyŜ Jerozolimy i pałasz 
Mekki, jeden i drugi są synami pustyni.

Strona 96

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Z trzydziestu trzech lat Jezusa znamy tylko dziewięć; jego Ŝycie w zaciszu 
przygotowało Ŝycie pełne chwały.
 I mnie równieŜ trzeba pustyni!
 Mimo trudności tego przedsięwzięcia sądziłem, Ŝe trzeba mi było spróbować 
odmalować młodość Lamberta, owo tajemne Ŝycie, któremu zawdzięczam jedyne dobre 
godziny i jedyne miłe wspomnienia dziecięctwa.
 Poza tymi dwoma latami znałem same troski i przykrości.
 JeŜeli później przyszło szczęście, było zawsze niezupełne.
 Byłem bardzo rozwlekły, bez wątpienia; ale gdyby nie wniknąć w obszary serca i 
mózgu Lamberta (dwa wyrazy, które bardzo niedoskonale oddają niezliczone 
odcienie jego wewnętrznego Ŝycia), prawie niemoŜliwe byłoby zrozumieć drugą 
część jego dziejów duchowych, nie znanych światu i mnie, ale których tajemne 
rozwiązanie rozwinęło się w mojej obecności w ciągu kilku godzin.
 Ci, którym ta ksiąŜka nie wypadła jeszcze z rąk, zrozumieją, mam nadzieję, 
wypadki, które mi pozostało opowiedzieć i które stwarzają poniekąd drugą 
egzystencję tej istocie; czemu nie miałbym powiedzieć: temu istnieniu, w którym 
wszystko miało być nadzwyczajne, nawet koniec?
 Kiedy Ludwik wrócił do Blois, wuj starał się dostarczyć mu rozrywek.
 Ale biedny ksiądz czuł się w tym naboŜnym mieście jak trędowaty.
 Nikt nie miał ochoty przyjmować w domu rewolucjonisty, zaprzysięŜonego księdza.
 Towarzystwo jego składało się z kilku osób o poglądach zwanych wówczas 
liberalnymi, patriotycznymi lub konstytucyjnymi, do których zachodził na 
partyjkę wista lub bostona.
 W pierwszym domu, gdzie go wprowadził wuj, Ludwik poznał młodą osobę, którą 
pozycja jej skazywała na to towarzystwo wzgardzone przez wielki świat, mimo iŜ 
znaczny jej majątek pozwalał przypuszczać, Ŝe z czasem zdoła znaleźć partię 
wśród okolicznej arystokracji.
 Paulina de Villenoix była jedyną spadkobierczynią bogactw swego dziadka, śyda 
nazwiskiem Salomon, który wbrew obyczajom swego narodu zaślubił w podeszłym 
wieku katoliczkę.
 Miał z niej syna, którego wychował w religii matki.
 Po śmierci ojca młody Salomon kupił, wedle współczesnego wyraŜenia, mydełko i 
postarał się o stworzenie baronii z dóbr Villenoix, przybierając od nich 
nazwisko.
 * Mydełko — w oryginale: savonetle a vilain; tak nazywano urzędy, które 
nieszlachta kupowała dla uzyskania szlachectwa. (Przyp. tłum.).
 Umarł bezŜenny, zostawiając naturalną córkę, której zapisał znaczną część 
mienia, a w szczególności baronię de Villenoix.
 Jeden ze stryjów, Józef Salomon, został, z woli umierającego, opiekunem 
sieroty.
 Stary śyd przywiązał się do pupilki tak bardzo, Ŝe okazywał się skłonny do 
wielkich poświęceń, aby ją wydać dobrze za mąŜ.
 Ale pochodzenie panny de Villenoix oraz uprzedzenia prowincji do śydów nie 
pozwoliły jej, mimo majątku i jej, i opiekuna, zdobyć wstępu do tego bardzo 
wyłącznego towarzystwa, które mieni się - słusznie czy niesłusznie - dobrze 
urodzonym.
 Niemniej pan Józef Salomon twierdził, Ŝe, na przekór prowincjonalnym 
szlachciurom, pupilka jego znajdzie bez trudu męŜa wśród liberalnych lub 
monarchicznych parów Francji; co się zaś tyczy szczęścia, zacny opiekun sądził, 
Ŝe zdoła zabezpieczyć je mocą intercyzy.
 Panna de Villenoix miała wówczas dwadzieścia lat.
 Niezwykła jej uroda i inteligencja stanowiły dla jej szczęścia rękojmie mniej 
wątpliwe od przywilejów, jakie dawał jej majątek.
 Rysy jej przedstawiały najczystszy typ Ŝydowskiej piękności: owe owalne linie, 
tak pełne i tak dziewicze, które mają coś niewymownie idealnego i oddychają 
rozkoszą Wschodu, niezmąconym lazurem jego nieba, przepychami ziemi i bajecznym 
bogactwem Ŝycia.
 Piękne jej oczy były przysłonięte długimi powiekami o gęstych i odgiętych 
rzęsach.
 Biblijna niewinność lśniła na jej czole.
 Cera jej posiadała matową biel sukni lewity.
 Zazwyczaj była milcząca i skupiona; ale ruchy jej i gesty świadczyły o ukrytym 
wdzięku, jak słowa ujawniały łagodność i miękkość kobiecą.
 Mimo to nie miała owej róŜanej świeŜości, owych purpurowych kolorów, jakie 
stroją lica kobiety w owym beztroskim wieku.
 Śniada płeć, ubarwiona paroma czerwonawymi niteczkami, zastępowała na jej 
twarzy krasę kolorów, zdradzając ów energiczny charakter, ową nerwową 
pobudliwość, której wielu męŜczyzn nie lubi w kobiecie, ale która dla innych 

Strona 97

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

jest oznaką czystości i dumy.
 Zaledwie Lambert ujrzał pannę de Villenoix, odgadł w niej anioła.
 Bogactwo jego duszy, skłonność do ekstazy, wszystko roztopiło się w miłości bez
granic, w pierwszej miłości młodzieńca, juŜ z natury swojej tak potęŜnej, a 
którą Ŝar jego zmysłów, jego charakter oraz sposób Ŝycia miały doprowadzić do 
nieobliczalnej potęgi.
 Namiętność ta stała się otchłanią, w którą nieszczęśliwy rzucił wszystko; 
przepaścią, w którą myśl wzdryga się zstąpić, skoro jego myśl, gibka i mocna, 
zgubiła się w niej!
 Wszystko tu jest tajemnicą; wszystko rozegrało się w owym świecie ducha, 
zamkniętym dla większości ludzi, którego prawa on zrozumiał, moŜe na swoje 
nieszczęście.
 Kiedy przypadek zetknął mnie z jego wujem, poczciwiec wprowadził mnie do 
pokoju, zajmowanego w owej porze przez Lamberta.
 Chciałem szukać jakichś śladów jego dzieł, o ile je zostawił.
 Tam - wśród papierów, których nieład uszanował starzec z cudownym i właściwym 
starym ludziom odczuciem boleści - znalazłem kilka listów, zbyt nieczytelnych, 
aby je moŜna było doręczyć pannie de Villenoix.
 Znajomość pisma Ludwika pozwoliła mi odcyfrować hieroglify tej stenografii 
zrodzonej z niecierpliwości i gorączki miłosnej.
 Porwany swymi uczuciami, pisał nie widząc niedokładności linii, zbyt powolnych 
dla naporu myśli.
 Zapewne musiał przepisać te niekształtne bruliony, w których często kreski się 
zlewały; moŜe lękał się równieŜ, Ŝe nie daje swym myślom dość powabnej formy; 
moŜe w początkach kreślił na dwa zawody swoje listy miłosne.
 Bądź jak bądź, trzeba było całego kultu dla jego pamięci oraz całego uporu, 
jaki rodzi podobna praca, aby odgadnąć i odtworzyć treść przytoczonych tutaj 
pięciu listów.
 Te papiery, które przechowuję z naboŜeństwem, są jedynym materialnym 
świadectwem jego uczucia.
 Panna de Villenoix zniszczyła zapewne pisane do niej autentyczne listy, 
wspaniałe i wymowne dowody szaleństwa, które wznieciła.
 Pierwszy z tych listów, najwyraźniej brulion, świadczył - formą i rozmiarem - o
owych wahaniach, wzruszeniach, niezliczonych obawach, zrodzonych z chęci 
podobania się; o owych zmianach wyrazu, błądzeniu w zamęcie myśli, jakie 
oblegają młodego człowieka, kreślącego pierwszy list miłosny: list, który 
pamięta się zawsze, którego kaŜde zdanie jest owocem marzenia, którego kaŜde 
słowo rodzi zadumę, gdzie najbardziej rozszalałe uczucie rozumie konieczność 
najskromniejszych wyraŜeń i - niby olbrzym, który pochyla się wchodząc do chatki
- czyni się pokornym i małym, aby nie przeraŜać duszy młodej dziewczyny.
 Nigdy Ŝaden antykwariusz nie obracał w rękach swoich palimpsestów z większym 
poszanowaniem, niŜ ja, kiedym się silił zgłębić i odbudować owe uszkodzone 
pomniki cierpień i radości, tak świętych tym, którzy poznali podobne cierpienia 
i podobne radości.
 Kiedy Pani będziesz czytała ten list, o ile w ogóle go przeczytasz, Ŝycie moje 
będzie w Twoich rękach: kocham Cię, a nadzieja wzajemności to dla mnie Ŝycie.
 Nie wiem, czy inni mówiąc Pani o sobie nie naduŜyli juŜ słów, którymi się 
posługuję, aby odmalować stan swej duszy; ale uwierz w prawdę moich wyraŜeń: są 
słabe, ale szczere.
 MoŜe to źle, Ŝe Ci tak wyznaję swą miłość?
 Tak, głos mego serca radził mi czekać w milczeniu, aŜ uczucie moje wzruszy 
Panią, aby je zdławić w sobie, gdyby jego nieme świadectwa były Ci niemiłe; lub 
teŜ wyrazić je jeszcze niewinniej aniŜeli słowami, o ile bym znalazł łaskę w 
Twoich oczach.
 Ale, długo posłuszny skrupułom, których lęka się młode serce, poszedłbym 
wreszcie, pisząc do Pani, za instynktem, który wydziera daremne krzyki 
umierającym.
 Trzeba mi było całej mej mocy, aby nakazać milczenie obolałej dumie i aby 
przebyć zapory, jakie przesądy stworzyły między nami.
 Musiałem zdławić wiele myśli, aby pokochać Cię mimo Twego majątku I Pisząc do 
Pani, czyŜ nie trzeba mi było narazić się na ową wzgardę, jaką kobiety Ŝywią 
nieraz dla miłości, której wyznanie jest dla nich tylko pochlebstwem ?
 ToteŜ trzeba się rwać wszystkimi siłami ku szczęściu, obracać się ku miłości 
jak roślina ku światłu, przecierpieć wiele, aby zwycięŜyć tortury i lęki owych 
tajemnych rozwaŜań, w których rozum wykazuje nam w tysiączne sposoby jałowość 
pragnień ukrytych na dnie serca, a mimo to nadzieja kaŜe się waŜyć na wszystko.
 Czułem się tak szczęśliwy, podziwiając Panią w milczeniu, byłem tak pochłonięty
kontemplacją Twojej pięknej duszy, iŜ widząc Cienie wyobraŜałem sobie nic ponad 

Strona 98

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

to.
 Nie, nie byłbym się jeszcze ośmielił przemówić do Pani, gdyby nie wiadomość o 
Twoim wyjeździe.
 Na jakie męki wydało mnie to jedno słowo!
 Wreszcie zgryzota moja pozwoliła mi ocenić rozmiary mego przywiązania ; jest 
ono bez granic.
 Nie poznasz nigdy, pragnę przynajmniej, abyś nie poznała nigdy, bólu, jaki 
sprawia lęk postradania jedynego szczęścia rozkwitłego dla nas na ziemi, 
jedynego, które rzuciło blask w mroku niedoli.
 Wczoraj uczułem, Ŝe śycie moJe nie jest juŜ we mnie, ale w Tobie.
 Istnieje juŜ dla mnie tylko jedna kobieta, jak istnieje tylko jedna myśl w mej 
duszy.
 Nie śmiem zdradzić, w jakiej alternatywie stawia mnie moja miłość.
 Pragnąc zawdzięczać Cię tylko Tobie samej, nie powinienem jawić się Twym oczom 
przybrany w uroki nieszczęścia: czyŜ na szlachetną duszę nie działają one 
silniej niŜ uroki pomyślności ?
 Zamilczę więc wiele rzeczy.
 Tak, zbyt piękne mam pojęcie o miłości, aby ją kazić myślami obcymi jej 
naturze.
 Jeśli moja dusza godna jest Twojej, jeśli Ŝycie moje jest czyste, Twoje 
szlachetne serce przeczuje to: zrozumiesz mnie I Przeznaczeniem męŜczyzny jest 
oddać się tej, która zbudzi w nim wiarę w szczęście ; ale Twoim prawem jest - 
wiem o tym - odtrącić najszczersze bodaj uczucie, skoro nie odpowiada tajemnym 
szeptom Twego serca.
 Jeśli los, który mnie czeka, ma zburzyć me nadzieje, odwołuję się do 
delikatności Twej dziewiczej duszy, do wyrozumiałości i współczucia kobiety: 
błagam Cię na kolanach, spal mój list, zapomnij!
 Nie Ŝartuj z uczucia pełnego szacunku i zbyt głęboko wyrytego w duszy, aby się 
w niej mogło zatrzeć.
 Złam moje serce, ale go nie rozdzieraj!
 Jeśli wyraz mej pierwszej miłości, miłości młodej i czystej, nie znajdzie 
oddźwięku w młodym i czystym sercu, niechaj umrze w nim, jak modlitwa ginie w 
łonie Boga.
 I Winien Ci jestem wdzięczność: przeŜyłem rozkoszne godziny, patrząc na Ciebie,
oddając się najsłodszym marzeniom; nie wieńcz tego długiego a przelotnego 
szczęścia dziewczęcym szyderstwem.
 Poprzestań na tym, śe mi nie odpowiesz.
 Będę umiał zrozumieć Twoje milczenie, nie ujrzysz mnie juŜ- Jeśli mam być 
skazany na to, aby zawsze rozumieć szczęście i zawsze je tracić; jeŜeli, jak 
wygnany anioł, zawsze mam chować poczucie niebiańskich rozkoszy, ale wciąŜ 
przykuty do świata boleści, dobrze więc, zachowam tajemnicę swej miłości, tak 
jak tajemnicę swych niedoli.
 I bądź zdrowa!
 Tak, powierzam Cię Bogu, do którego będę się modlił za Ciebie, którego będę 
prosić, aby Ci dał piękne Ŝycie; choćbym miał być wygnany z Twego serca, do 
którego wszedłem ukradkiem bez Twej wiedzy, nie opuszczę Cię nigdy.
 Inaczej, jakąŜ miałyby wartość święte słowa tego listu, mojej pierwszej i moŜe 
ostatniej prośby ?
 Gdybym kiedy - szczęśliwy czy nieszczęśliwy - przestał myśleć o Tobie, kochać 
Cię, czyŜ nie byłbym wart swojej męki ?

 
 II
 
 
 Nie jedziesz!
 Kochasz mnie więc!
 mnie, biedną, pokątną istotę.
 Droga Paulino moja, nie znasz potęgi spojrzenia, w które wierzę, a którym 
oznajmiłaś mi, Ŝeś mnie wybrała, Ty, młoda, piękna, mająca świat u swoich nóg.
 IŜbyś zrozumiała me szczęście, trzeba by Ci opowiedzieć moje Ŝycie.
 Gdybyś mnie odepchnęła, wszystko byłoby dla mnie skończone.
 Zbyt wiele cierpiałem.
 Tak, miłość moja, ta dobroczynna i wspaniała miłość, była ostatnim wysiłkiem ku
szczęściu, do jakiego rwała się moja dusza, dusza juŜ złamana daremnymi trudami,
strawiona lękiem i zwątpieniem, Ŝarta rozpaczą, która nieraz pchała mnie do 
śmierci.
 Nikt w świecie nie zna grozy, jaką napełnia mnie samego moja nieszczęsna 

Strona 99

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

wyobraźnia.
 Wznosi mnie często w niebiosy i nagle daje mi runąć z zawrotnej wysokości.
 Rzuty siły ducha, niezwykłe i tajemnicze dowody osobliwego jasnowidztwa, mówią 
mi chwilami, Ŝe mogę wiele.
 Ogarniam wówczas myślą świat, urabiam go, kształtuję, przenikam ; rozumiem go 
lub zdaje mi się, Ŝe go rozumiem; i nagle budzę się sam, w głębokiej nocy, 
biedny i wątły; zapominam o blaskach oglądanych przez chwilę, brak mi pomocy, 
brak serca zwłaszcza, w które mógłbym się schronić!
 To nieszczęście mego wewnętrznego Ŝycia oddziaływa równieŜ na moje fizyczne 
istnienie.
 Moja duchowa natura wydaje mnie bez obrony upojeniom szczęścia, jak i 
straszliwym jasnowidzeniom refleksji, która niszczy je analizując.
 Obdarzony tą smutną zdolnością, Ŝe widzę równie jasno szansę powodzenia i 
niepowodzenia, bywam - zaleŜnie od stanu duszy - szczęśliwy lub nieszczęśliwy.
 I tak, kiedym spotkał Ciebie, miałem przeczucie natury anielskiej, oddychałem 
powietrzem zbawczym dla mej rozpalonej piersi, usłyszałem w sobie ten głos, 
który nie zwodzi nigdy i który zwiastował mi szczęśliwe Ŝycie; ale widząc teŜ 
zapory, które nas dzielą, odgadłem pierwszy raz przesądy świata, zrozumiałem je 
w bezmiarze ich małości: przeszkody przeraziły mnie bardziej, niŜ mnie upoił 
widok szczęścia.
 Natychmiast odczułem ową straszliwą reakcję, przez jaką dusza moja, gotowa do 
kochania, skurczyła się w sobie; uśmiech, który zrodziłaś na mych ustach, 
zmienił się w grymas goryczy; siliłem się zostać zimny, gdy krew moja wrzała, 
miotana tysiącem sprzecznych uczuć.
 Wreszcie poznałem to piekące wzruszenie, do jakiego dwadzieścia trzy lata pełne
zdławionych westchnień i zawiedzionych porywów nie przyzwyczaiły mnie jeszcze.
 Spojrzenie, którym zwiastowałaś mi szczęście, ogrzało nagle moje Ŝycie i 
zmieniło niedolę w rozkosz.
 śałuję obecnie, Ŝe nie wycierpiałem więcej.
 Miłość moja uczuła się wielką.
 Dusza moja była rozległym krajem, któremu zbywało słońca; Twoje spojrzenie 
stało się jej światłem.
 Droga moja opatrzności!
 Ty będziesz wszystkim dla mnie, biednego sieroty, który nie ma krewnych prócz 
wuja.
 Będziesz całą mą rodziną, jak jesteś mi juŜ jedynym bogactwem, całym światem.
 Czy nie rzuciłaś mi juŜ wszystkich skarbów w tym czystym, szczodrym, nieśmiałym
spojrzeniu ?
 Tak, dałaś mi niepojętą wręcz ufność, odwagę.
 Mogę się teraz waŜyć na wszystko.
 Wróciłem do Blois zniechęcony.
 Pięć lat studiów w ParyŜu ukazało mi świat niby więzienie.
 Poczynałem w sobie całe przestworza wiedzy i nie śmiałem o nich mówić.
 Sława zdawała mi się kuglarstwem, do którego dusza naprawdę wielka nie powinna 
się zniŜać.
 Myśli moje mogły objawić się jedynie przy poparciu człowieka na tyle odwaŜnego,
aby wstąpić na scenkę prasy i przemówić donośnym głosem do głupców, którymi 
gardzi.
 Tej odwagi brakło mi.
 Szedłem zmiaŜdŜony wyrokiem motłochu, zwątpiwszy, abym kiedy zyskał jego 
posłuch.
 Byłem i zbyt nisko, i zbyt wysoko!
 Łykałem swoje myśli, jak inni łykają upokorzenia.
 Doszedłem do tego, Ŝe wzgardziłem wiedzą, wyrzucając jej, Ŝe nie moŜe stworzyć 
szczęścia.
 Ale od wczoraj wszystko się zmieniło.
 Dla Ciebie poŜądam chwały i tryumfu talentu.
 Pragnę, składając głowę na Twych kolanach, ściągnąć ku nim spojrzenia świata, 
tak jak chcę włoŜyć w mą miłość wszystkie swoje myśli, wszystkie moce!
 Bezmiar sławy to skarb, którego nie zdoła stworzyć Ŝadna potęga, oprócz potęgi 
geniuszu.
 OtóŜ ja mogę, jeśli zechcę, usłać Ci łoŜę z wawrzynów.
 Ale gdyby spokojne triumfy wiedzy nie wystarczyły Ci, ja noszę w sobie miecz 
słowa, potrafię pognać w sferę zaszczytów i ambicji, jak inni w niej pełzają!
 Przemów, Paulino, a będę wszystkim, czym zechcesz.
 Moja Ŝelazna wola moŜe wszystko.
 Ty mnie kochasz!
 Zbrojny tą myślą, czyŜ męŜczyzna nie powinien wszystkiemu kazać się uginać 

Strona 100

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

przed sobą ?
 Wszystko moŜe ten, kto chce wszystkiego.
 BądźŜe Ty nagrodą zwycięstwa, a jutro wstępuję w szranki.
 Aby uzyskać spojrzenie podobne temu, jakie mi rzuciłaś, przebyłbym najgłębszą 
przepaść.
 Dzięki Tobie zrozumiałem bajeczne wyprawy epok rycerstwa, baśnie "Tysiąca i 
jednej nocy".
 Dziś wierzę w najfantastyczniejsze przesądy miłości, w powodzenie wszystkiego, 
co podejmują więźniowie, aby odzyskać wolność.
 Obudziłaś tysiąc cnót uśpionych w mym jestestwie: cierpliwość, poddanie, 
wszystkie siły serca, wszystkie moce duszy.
 śyję przez Ciebie i - o myśli rozkoszna!
 - dla Ciebie.
 Teraz wszystko ma dla mnie sens.
 Rozumiem wszystko, nawet próŜność bogactwa.
 Chwytam się na tym, Ŝe sypię wszystkie perły Indii pod Twoje stopy; rad widzę 
Cię albo wśród najpiękniejszych kwiatów, albo na najbardziej puszystych 
tkaninach ; wszelkie przepychy ziemi ledwie mi się zdadzą godne Ciebie, dla 
której chciałbym rozrządzać wszystkimi akordami i światłami, jakie wydają harfy 
serafinów i gwiazdy niebios.
 O biedny ja poeta!
 Słowa moje ofiarują Ci skarby, których nie posiadam ; mogę Ci dać jedynie 
serce, w którym panować będziesz zawsze.
 Tam są wszystkie moje bogactwa.
 Ale czyŜ nie istnieją skarby w wiekuistej wdzięczności, w uśmiechu, którego 
wyraz wciąŜ będzie się mienił od szczęścia; w ustawicznej baczności, z jaką 
miłość moja będzie się siliła odgadnąć Ŝyczenia Twej duszy ?
 Niebiańskie spojrzenie czyŜ nam nie powiedziało, Ŝe zawsze będziemy się 
rozumieć?
 Mam tedy modlitwę, którą mogę co wieczór zasyłać do Boga, modlitwę pełną 
Ciebie: "Spraw, aby moja Paulina była szczęśliwa"!
 Ale czyŜ Ty nie wypełnisz moich dni, jak juŜ wypełniasz serce?
 Bądź zdrowa; mogę Cię powierzyć jedynie Bogu!

 
 III
 
 
 Paulino, powiedz mi, czym mogłem urazić Cię wczoraj?
 Poniechaj tej gry, która kaŜe znosić w milczeniu przykrość wyrządzoną przez 
drogą istotę.
 Łaj mnie!
 Jakaś mglista obawa, Ŝe Cię obraziłem, powleka od wczoraj smutkiem owo Ŝycie 
serca, które mi uczyniłaś tak słodkim i tak bogatym.
 Często najlŜejsza chmurka, która wciśnie się między dwie dusze, staje się 
spiŜowym murem.
 Nie ma małych zbrodni w miłości!
 Jeśli posiadasz cały geniusz tego pięknego uczucia, musisz odczuwać wszystkie 
jego cierpienia.
 Trzeba nam bez ustanku czuwać, aby się nie urazić jakimś nieopatrznym słowem.
 Tak, drogi skarbie, z pewnością wina jest po mojej stronie, jeŜeli jest wina.
 Nie pochlebiam sobie, abym rozumiał serce kobiety w całym bezmiarze jej 
tkliwości, we wszystkich urokach jej poświęceń; będę się starał po prostu zawsze
odgadnąć wartość tego, co mi zechcesz odsłonić z tajemnic swego serca.
 Przemów do mnie, odpowiedz prędko!
 Melancholia, w jaką wtrąca nas poczucie winy, jest bardzo przykra; wciska się w
Ŝycie i kaŜe wątpić o wszystkim.
 Spędziłem ten ranek gdzieś przy zapadłej dróŜce, patrząc na wieŜyczki Villenoix
i nie śmiejąc dotrzeć do naszego Ŝywopłotu.
 Gdybyś wiedziała wszystko, co się działo w mej duszy, jakie smutne widziadła 
przesunęły się przede mną, pod tym szarym niebem, którego chłodna barwa 
pomnaŜała jeszcze mój smutek!
 Miałem złowrogie przeczucia.
 Lękałem się, śe nie zdołam Cię uczynić szczęśliwą.
 Muszę Ci wszystko wyznać, droga Paulino.
 Bywają chwile, w których duch jak gdyby ustępuje ze mnie.
 Siła opuszcza mnie.
 Wszystko mi ciąŜy wówczas, kaŜde włókno staje się martwe, kaŜdy zmysł się 

Strona 101

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

rozpręŜa, spojrzenie traci moc, język lodowacieje, wyobraźnia gaśnie, pragnienia
obumierają, jedynie moja ludzka siła trwa jeszcze.
 Mogłabyś wówczas stać przede mną w całym przepychu piękności, mogłabyś mi sypać
najsubtelniejsze uśmiechy i najczulsze słowa - wznosi się przede mną jakaś zła 
potęga, która mnie oślepia i zmienia mi w dysonans najczarowniejszą melodię.
 W takich chwilach - tak sądzę - staje przede mną duch krytyki, ukazując mi 
nicość najpewniejszych bogactw.
 Bezlitosny demon warzy wszystkie kwiaty, szydzi z najsłodszych uczuć, 
powiadając: "I co dalej"?
 Kazi najpiękniejsze dzieło, rozbierając jego składniki; odsłania mechanizm 
rzeczy, kryjąc ich harmonijne rezultaty.
 W tych straszliwych chwilach, kiedy zły anioł owłada mą istotą, gdy boskie 
światło przygasa w mej duszy nie wiadomo czemu, jestem smutny i cierpię, 
chciałbym być głuchy i niemy, pragnę śmierci widząc w niej odpoczynek.
 Te godziny zwątpienia i niepokoju są moŜe potrzebne ; uczą mnie, abym nie 
wzbijał się w pychę po wzlotach niosących mnie w niebo, gdzie zbieram myśli 
pełnymi garściami; zawsze po długim pędzie przez rozległe niwy ducha, po 
promienistych rozmyślaniach, znuŜony, wyczerpany, staczam się w tę otchłań.
 W takiej chwili, mój aniele, kobieta musiałaby - mogłaby przynajmniej - zwątpić
o mej czułości.
 Często, w chwili kaprysu lub chorobliwego smutku, będzie Ŝądać u mnie 
pieszczotliwych skarbów domyślnej czułości, a ja nie znajdę jednego spojrzenia, 
aby ją pocieszyć.
 Wstyd mi, Paulino, wyznać, Ŝe wtedy mógłbym z Tobą płakać, ale nic nie 
wydarłoby ze mnie uśmiechu.
 A kobieta znajduje w swej miłości siłę zmilczenia swych cierpień!
 Dla swego dziecka, jak i dla ukochanego męŜczyzny, umie śmiać się cierpiąc.
 Dla Ciebie, Paulino, czyŜ nie zdołam naśladować kobiety w jej wzniosłych 
subtelnościach ?
 Od wczoraj wątpię o sobie.
 JeŜeli mogłem Cię dotknąć raz, jeśli Cię nie zrozumiałem, drŜę, śe mój zły duch
moŜe mnie często unieść poza naszą dobrą sferę.
 Gdybym miał duŜo owych straszliwych chwil, gdyby moja bezgraniczna miłość nie 
umiała okupić złych godzin mego Ŝycia, gdyby mi było przeznaczone zostać, jakim 
jestem ?...
 Straszne pytania!
 Potęga jest bardzo złowrogim darem, o ile zresztą to, co czuję w sobie, jest 
potęgą.
 Oddal się, Paulino, opuść mnie!
 Wolę cierpieć wszystkie męki niŜ ból świadomości, Ŝeś nieszczęśliwa przeze 
mnie.
 Ale moŜe ów demon zyskał tyle władzy nad mą duszą jedynie dlatego, śe nie 
znalazły się jeszcze przy mnie delikatne siostrzane ręce, aby go wypędzić.
 Nigdy kobieta nie darzyła mnie balsamem pocieszeń; kiedy w owych chwilach 
znuŜenia miłość zatrzepoce skrzydłami nad mą głową, nie wiem, czy nie wleje 
nowych sił w me serce.
 MoŜe te okrutne melancholie są owocem samotności, cierpieniem opuszczonej 
duszy, która jęczy i opłaca swoje skarby nieznaną męką.
 Błahe uciechy niosą z sobą lekkie cierpienia, bezmiar upojeń, niesłychane bóle.
 CóŜ za wyrok!
 Gdyby był prawdą, czyŜ nie powinni byśmy zadrŜeć o siebie, my, którzy jesteśmy 
nieludzko szczęśliwi ?
 JeŜeli natura sprzedaje nam rzeczy wedle ich wartości, w jakąŜ otchłań 
przyjdzie nam runąć?
 Ach!
 najhojniej obdarzeni kochankowie to ci, którzy umierają razem w pełni młodości 
i miłości!
 CóŜ za smutek!
 Czy dusza moja przeczuwa opłakaną przyszłość ?
 Badam siebie i pytam, czy istnieje we mnie coś, co by Cię powinno przyprawiać o
najlŜejszą troskę.
 Czy kocham Cię moŜe samolubnie ?
 WłoŜę moŜe na Twą drogą głowę brzemię cięŜsze, niŜ czułość moja będzie słodka 
Twemu sercu.
 Jeśli istnieje we mnie nieubłagana moc, której jestem posłuszny, jeśli będę 
złorzeczył, gdy Ty będziesz składała ręce do modlitwy, jeŜeli jakaś smutna myśl 
owładnie mną wówczas, gdy zechcę się połoŜyć u Twych stóp, aby igrać z Tobą jak 
dziecko, czy nie będziesz zazdrosna o tego wymagającego i kapryśnego ducha?

Strona 102

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Czy rozumiesz Ty, serce moje, Ŝe lękam się tego, iŜ mógłbym nie cały naleŜeć do
Ciebie; Ŝe wyrzekłbym się chętnie wszystkich bereł i palm świata, aby uczynić z 
Ciebie mą wieczną myśl; aby widzieć w naszej rozkosznej miłości piękno i piękny 
poemat; aby w nią rzucić moją duszę, utopić w niej swoje siły i Ŝądać od niej o 
kaŜdej godzinie upojeń, które nam jest winna ?
 Ale oto wracają tłumnie wspomnienia miłości, chmury mego smutku rozpraszają 
się.
 Bądź zdrowa.
 Opuszczam Cię, aby być lepiej Twoim.
 Duszo droga, czekam jednego wyrazu, jednego słowa, które by mi wróciły spokój 
serca.
 Niech wiem, czym zasmucił mą Paulinę, czy teŜ omamił mnie omylny wyraz Twojej 
twarzy.
 Nie chciałbym, po całym Ŝyciu szczęścia, mieć sobie do wyrzucenia, śe zbliŜyłem
się do Ciebie bez uśmiechu pełnego miłości, bez słodkiego słowa.
 Zrobić przykrość ukochanej kobiecie - dla mnie, Paulino, to zbrodnia!
 Powiedz mi prawdę, nie uciekaj się do wspaniałomyślnego kłamstwa, ale oczyść 
swoje przebaczenie z wszelkiego okrucieństwa.
 FRAGMENT.
 Czy przywiązanie tak pełne jest szczęściem ?
 Tak, bo lata cierpień nie opłaciłyby godziny miłości.
 Wczoraj smutek Twój przeniósł się w mą duszę z szybkością padającego cienia.
 Czy byłaś smutna, czy nieszczęśliwa ?
 Ja byłem nieszczęśliwy.
 Skąd to strapienie ?
 Napisz prędko.
 Czemu go nie odgadłem ?
 Nie jesteśmy tedy zjednoczeni myślą ?
 Powinien bym, o dwie mile czy o tysiąc mil, odczuć Twoje cierpienia i zgryzoty.
 Nie uwierzę, Ŝe Cię kocham, póki Ŝycie moje nie będzie zespolone z Twoim dość 
blisko, abyśmy mieli jedno śycie, jedno serce, jedną myśl.
 Powinienem być tam, gdzie Ty jesteś, widzieć, co Ty widzisz, czuć, co Ty 
czujesz, biec za Tobą myślą.
 Czy juŜ raz nie przeczułem, Ŝe Twój powóz się przewrócił, Ŝeś się pokaleczyła?
 Ale teŜ tego dnia nie rozstawałem się z Tobą, widziałem Cię.
 Kiedy wuj spytał mnie, czemum pobladł, odrzekłem: "Paulina wypadła z powozu".
 Czemu więc wczoraj nie umiałem czytać w Twojej duszy ?
 Czy chciałaś mi ukryć powód zmartwienia ?
 Domyślałem się, Ŝeś przemawiała za mną bez skutku do tego straszliwego pana 
Salomona, który mnie mrozi.
 Ten człowiek nie jest z naszego nieba.
 Czemu chcesz, aby nasze szczęście, które w niczym nie jest podobne do szczęścia
innych, naginało się do praw świata ?
 Ale nadto kocham Twoje skrupuły, Twoją religię, Twoje przesądy, aby się nie 
poddać Twoim najmniejszym kaprysom.
 To, co czynisz, musi być dobre ; niema nic czystszego niŜ Twoja myśl, tak jak 
nie ma nic nad Twoją twarz, w której odbija się niebiańska dusza.
 Będę czekał listu, nim puszczę się naszą dróŜką po słodką chwilę, której mi 
uŜyczysz.
 Ach!
 gdybyś wiedziała, jak mi bije serce na widok tych wieŜyczek, kiedy wreszcie 
ujrzę je obramione poblaskiem księŜyca, naszego przyjaciela, naszego jedynego 
powiernika!

 
 IV
 
 
 śegnaj mi, sławo, przyszłości, Ŝycie, jakie marzyłem!
 Teraz, najukochańsza, chwałą moją jest być Twoim, godnym Ciebie; przyszłość 
moja jest cała w nadziei widzenia Cię ; a Ŝycie moje czyŜ nie jest w tym, aby je
pędzić u Twoich stóp, kłaść się u nich pod Twoim spojrzeniem, oddychać pełną 
piersią w niebiosach, które mi stworzyłaś?
 Wszystkie moje siły, wszystkie myśli winny przynaleŜeć Tobie, któraś mi rzekła 
te upajające słowa: "Chcę dzielić twoje brzemię"!
- Poświęcać swój czas nauce, myśli-światu, poezje-poetom, czyŜby to nie znaczyło
odkradać je miłości, szczęściu, odkradać je Twej niebiańskiej duszy ?
 Nie, nie, drogie Ŝycie moje, chcę wszystko zachować dla Ciebie, chcę Ci oddać 

Strona 103

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

wszystkie kwiaty mojej duszy.
 CzyŜ istnieje, wśród skarbów ziemi i myśli, coś dość pięknego, dość świetnego, 
aby było godne uczcić serce tak bogate, tak czyste jak Twoje, serce, z którym 
śmiem zestawiać niekiedy moje własne ?
 Tak, bywam na tyle pyszny, aby mniemać, Ŝe umiem kochać tak jak Ty.
 Ale nie, Ty jesteś anioł-kobieta ; zawsze będzie więcej wdzięku w wyrazie 
Twoich uczuć, więcej harmonii w głosie, uroku w uśmiechach, więcej czystości w 
Twoich spojrzeniach.
 Tak, pozwól mi wierzyć, Ŝe jesteś tworem sfery wyŜszej niŜ moja; Tobie 
przypadnie chluba, Ŝeś z niej zstąpiła, mnie ta, Ŝem Cię zasłuŜył; nie poniŜy 
Cię moŜe to, Ŝe zejdziesz do mnie, biednego i nieszczęśliwego.
 Tak, jeśli najpiękniejszym schronieniem kobiety jest serce jej oddane, Ty 
będziesz zawsze władała w moim.
 śadna myśl, Ŝaden uczynek nie zbruka nigdy tego serca, wspaniałego sanktuarium,
póki Ty zechcesz w nim przebywać; a czyŜ nie będziesz w nim mieszkała bez 
przerwy ?
 Czy nie wyrzekłaś tego rozkosznego słowa: Teraz i zawsze !
 Et Nunc, Et Semper!
 Wyryłem pod Twoim portretem te rytualne słowa, godne Ciebie, jak są godne Boga.
 On jest i teraz, i zawsze, jak moja miłość.
 Nie, nie wyczerpię nigdy tego, co jest olbrzymie, nieskończone, bez granic; a 
takie jest uczucie moje dla Ciebie, odgadłem jego niezmierzoną rozciągłość, jak 
odgadujemy przestrzeń z wymiaru jednej jej części.
 I tak odczuwałem niewymowne rozkosze, godziny pełne lubej zadumy, przypominając
sobie Twój ruch, intonację.
 Czekają mnie tedy wspomnienia, pod których cięŜarem padnę, skoro juŜ pamięć 
słodkiej i poufnej godziny wyciska mi łzy radości, rozrzewnia, przenika mą 
duszę, staje się niewygasłym źródłem szczęścia.
 Kochać to Ŝycie anioła!
  Zdaje mi się, Ŝe nie wyczerpię nigdy rozkoszy, jaką jest dla mnie widzieć 
Ciebie.
 Ta rozkosz, najskromniejsza ze wszystkich, ale której zawsze nie dość, dała mi 
poznać wiekuistą kontemplację serafinów i duchów w obliczu Boga: nie ma nic 
naturalniejszego, jeŜeli z istoty jego promieniuje światło, równie płodne w nowe
uczucia, jak nim jest światło Twoich oczu, Twego wspaniałego czoła, pięknej 
twarzy, niebiańskiego obrazu Twej duszy, tego naszego drugiego ja, którego 
czysta i niezniszczalna forma czyni miłość naszą nieśmiertelną.
 Chciałbym, aby istniał język inny niŜ ten, którym się posługuję, iŜbym Ci 
wyraził wciąŜ odradzające się rozkosze mej miłości; ale jeśli istnieje język, 
któryśmy sobie sami stworzyli, jeśli nasze spojrzenia są Ŝywymi słowami, czyŜ 
nie trzeba nam się widywać, aby słyszeć oczami te zapytania i te odpowiedzi 
serca tak Ŝywe, tak wnikliwe, iŜ rzekłaś mi pewnego wieczora: "Cicho bądź" - 
mimo iŜ nic nie mówiłem.
 Czy przypominasz to sobie, drogie Ŝycie ?
 Z daleka, kiedy tonę w ciemnościach rozłąki, czyŜ nie trzeba mi uŜywać słów 
ludzkich, zbyt słabych dla oddania boskich wzruszeń ?
 Słowa wskazują bodaj owe bruzdy, jakie one śłobią w mojej duszy, jak słowo Bóg 
streszcza niedoskonałe pojęcia nasze o tym tajemniczym pierwiastku.
 A i tak, mimo nieskończonych tajemnic mowy, nie znalazłem w jej elementach nic,
co by mogło odmalować Ci rozkoszny uścisk, jakim Ŝycie moje topi się w Twoim, 
kiedy myślę o Tobie.
 A wreszcie, jakim słowem skończyć, kiedy przestaję pisać nie rozstając się z 
Tobą ?
 Co znaczy rozstanie, o ile nie przez śmierć ?
 Ale czy śmierć byłaby rozstaniem ?
 Czy wówczas dusza moja nie zespoliłaby się tym ściślej z Twoją ?
 O moja wieczna myśli!
 Niegdyś ofiarowałem Ci na kolanach swoje serce i Ŝycie ; obecnie jakieŜ znajdę 
w duszy nowe kwiaty uczucia, których bym Ci juŜ nie dał ?
 CzyŜby to nie znaczyło ofiarować Ci cząstkę tego, co całe jest Twoje ?
 Czy nie jesteś mą przyszłością ?
 JakŜe mi Ŝal przeszłości!
 Te lata, które nie naleŜą juŜ do nas, jakŜe chciałbym Ci je oddać wszystkie, 
abyś w nich panowała tak, jak panujesz w mym obecnym Ŝyciu!
 Ale cóŜ to jest, ów czas mego istnienia, w którym nie znałem Cię jeszcze ?
 Byłby nicością, gdybym nie był w nim tak nieszczęśliwy!
 FRAGMENT.
 Aniele drogi, jakiŜ słodki był wczorajszy wieczór!

Strona 104

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 IleŜ bogactw w Twym drogim sercu!
 Twoja miłość jest tedy niewyczerpana, jak moja?
 KaŜde słowo przynosiło mi nową rozkosz, kaŜde spojrzenie pomnaŜało ich głębię.
 Spokój Twojej fizjonomii stwarzał bezkresny widnokrąg naszym myślom.
 Tak, wszystko było wówczas nieskończone jak niebo, słodkie jak jego lazur.
 Subtelność Twoich ubóstwianych rysów odbijała się jakimś dziwnym 
czarnoksięstwem w Twych wdzięcznych ruchach, w lubych gestach.
 Wiedziałem, śe jesteś samym urokiem i samą miłością, ale nie wiedziałem, jak 
jesteś rozmaita w swym wdzięku.
 Wszystko spiknęło się, aby mi podszepnąć owe rozkoszne błagania, aby mi kazać 
prosić o te pierwsze ustępstwa, których kobieta zawsze odmawia, zapewne dlatego,
aby je dać sobie wydrzeć.
 Ale nie: Ty, droga duszo mego Ŝycia, Ty nigdy nie będziesz wiedziała z góry, 
czego uŜyczysz mej miłości; oddasz się moŜe niechcący!
 Jesteś szczera, słuchasz jedynie serca.
 JakŜe Twój słodki głos spływał się z tkliwą harmonią czystego powietrza i 
spokojnego nieba!
 Ani krzyku ptaka, ani szelestu wiatru - samotność i my!
 Listeczki nie drgnęły nawet w owych cudownych barwach zachodzącego słońca, 
które są zarazem światłem i cieniem.
 Odczułaś tę niebiańską poezję, Ty, kojarząca tyle róŜnych uczuć i zwracająca 
tak często oczy ku niebu, aby mi nie odpowiadać!
 Ty, dumna i roześmiana, pokorna i despotyczna, oddająca się cała w duszy, w 
myśli, a broniąca się nieśmiałej pieszczocie!
 Droga zalotność serca!
 Dźwięczą wciąŜ w moich uszach, śpiewając w nich, i igrają jeszcze rozkoszne 
słowa, wyjąkane niepewnie niby mowa dzieci, słowa, które nie były ani 
przyrzeczeniem, ani wyznaniem, ale które zostawiły miłości jej cudne nadzieje, 
bez obaw i bez udręczeń!
 JakieŜ czyste wspomnienie!
 JakiŜ rozkwit wszystkich kwiatów rodzących się w duszy, kwiatów, które lada 
drobnostka moŜe zwarzyć, ale które wówczas wszystko oŜywiało i zapładniało!
 Zawsze tak będzie, nieprawdaŜ, ukochana ?
 Przypominając sobie rankiem Ŝywe i świeŜe słodycze, które wytrysły w owej 
chwili, czuję w duszy szczęście, ukazujące mi miłość niby ocean wiekuistych i 
wciąŜ nowych wraŜeń, w które zanurzam się z rosnącym upojeniem.
 KaŜdy dzień, kaŜde słowo, kaŜda pieszczota, kaŜde spojrzenie muszą dorzucać 
swój haracz przeŜytej juŜ rozkoszy.
 Tak, serca dość wielkie na to, aby niczego nie zapominać, powinny Ŝyć, za 
kaŜdym uderzeniem, całym szczęściem minionym i tym, które obiecuje przyszłość.
 Oto com marzył niegdyś i co nie jest juŜ marzeniem.
 CzyŜ nie spotkałem na tej ziemi anioła, który dał mi poznać wszystkie jej 
radości, moŜe aby mi wynagrodzić to, Ŝe zniosłem wszystkie jej cierpienia ?
 Aniele niebios, pozdrawiam Cię, Posyłam Ci ten hymn wydarty memu sercu, byłem 
Ci go winien; zaledwie zdoła odmalować moją wdzięczność i modlitwy poranne, 
jakie serce moje zwraca codziennie do Tej, która przekazała mi całą ewangelię 
serca w boskim słowie: WIERZ!

 
 V
 
 
 Jak to, najdroŜsza istoto, Ŝadnych przeszkód ?
 Będzie nam wolno naleŜyć do siebie kaŜdego dnia, o kaŜdej godzinie, kaŜdej 
chwili, zawsze!
 Będziemy mogli trwać przez wszystkie dni Ŝycia, szczęśliwi, tak jakjesteśmy 
szczęśliwi ukradkiem, rzadko, na chwilę?
 Jak to!
 nasze uczucia, tak czyste, tak głębokie, przybiorą kształt tysiącznych 
pieszczot, o których marzyłem ?
 Twoja drobna nóŜka rozzuje się dla mnie, będziesz zupełnie moją!
 To szczęście zabija mnie, miaŜdŜy!
 Głowa moja jest zbyt słaba, pęka pod naporem myśli.
 Płaczę i śmieję się, szaleję.
 KaŜda rozkosz jest dla mnie niby rozpalony grot, przeszywa mnie i pali!
 Wyobraźnia moja wodzi Cię przed moimi zachwyconymi oczami w niezliczonych 
postaciach, jakie przybiera rozkosz.
 Słowem, całe nasze Ŝycie jest tu, przede mną, ze swymi strumieniami, 

Strona 105

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

spoczynkami, radościami; kipi, rozlewa się, zasypia, po czym budzi się, młode, 
świeŜe.
 Widzę nas dwoje, złączonych, idących jednym krokiem, Ŝyjących jedną myślą, 
serce przy sercu, rozumiejących się, słyszących się tak, jak echo przejmuje i 
oddaje dźwięki w przestrzeni!
 Czy moŜna Ŝyć długo, pochłaniając tak Ŝycie swoje w kaŜdej godzinie ?
 Czy nie umrzemy w pierwszym uścisku?
 I czymŜe on będzie, skoro dusze nasze stapiały się juŜ w tym słodkim wieczornym
pocałunku, który nas pozbawił sił: pocałunek bez trwania, rozwiązanie wszystkich
pragnień, bezsilny tłumacz tylu modlitw wydzierających Cię mej duszy w godzinach
rozłąki i ukrytych w głębi mego serca jak wyrzuty ?
 Ja, który kładłem się w zaroślach, aby słyszeć szelest Twych kroków, kiedy 
wracałaś do zamku, ja będę mógł podziwiać Cię do woli, jak krąŜysz, śmiejesz 
się, igrasz, rozmawiasz!...
 O radości bez końca!
 Nie wiesz, ile ja odczuwam szczęścia patrząc na kaŜdy Twój ruch; trzeba być 
męŜczyzną, aby doznawać tych wzruszeń.
 KaŜdy Twój ruch daje mi więcej rozkoszy, niŜ moŜe jej czuć matka patrząc na 
bawiące się lub uśpione dziecię.
 Kocham Cię wszystką miłością na raz.
 Wdzięk Twego najmniejszego gestu jest mi wciąŜ nowy- Zdaje mi się, Ŝe trawiłbym
noce chłonąc Twój oddech ; chciałbym się wcisnąć we wszystkie czynności Twego 
Ŝycia, być istotą Twych myśli, chciałbym być Tobą.
 Słowem, nie rozstanę się juŜ z Tobą!
 śadne ludzkie uczucie nie zmąci juŜ naszej miłości, nieskończonej i czystej jak
wszystko, co jest jednością; miłość szeroka jak morze, jak niebo!
 Jesteś moja!
 zupełnie moja !
 Będę mógł patrzeć w Twoje oczy, aby zgadywać w nich ukochaną duszę, która się w
nich kryje i odsłania na przemian, aby śledzić Twoje pragnienia!
 Ukochana moja, wysłuchaj czegoś, czegom nie śmiał Ci powiedzieć dotąd, ale co 
mogę Ci rzec dziś.
 Czułem jakiś wstyd, tamujący pełny wyraz moich uczuć; siliłem sieje odziać w 
kształty myśli.
 Ale teraz chciałbym obnaŜyć swoje serce, opowiedzieć Ci cały Ŝar moich marzeń, 
odsłonić Ci kipiącą ambicję zmysłów przedraŜnionych samotnością, 
rozpłomienionych nadzieją szczęścia i obudzonych przez Ciebie, tak słodką, tak 
uroczą!
 Ale czy podobna wyrazić, jak jestem spragniony nieznanych upojeń, które daje 
posiadanie kochanej kobiety i którym dusze złączone miłością muszą uŜyczać 
wściekłej siły!
 Wiedz, Paulino moja, często trwałem godziny całe w odrętwieniu namiętnych 
pragnień, zatracony w pieszczocie jak w bezdennej otchłani.
 W tych chwilach myśli moje, całe moje Ŝycie, moje siły topią się, jednoczą w 
tym, co nazywam Ŝądzą, w braku słów dla wyraŜenia szaleństwa bez nazwy!
 I teraz mogę Ci wyznać, Ŝe w dniu kiedy odmówiłem ujęcia ręki, którą podawałaś 
mi tak ładnym ruchem (smutny rozsądek, który kazał Ci wątpić o mej miłości), 
znajdowałem się w stanie szaleństwa, w którym człowiek jest bliski mordu, byle 
posiąść kobietę.
 Tak, gdybym był uczuł ten rozkoszny uścisk równie Jak głos Twój rozbrzmiewał w 
mym sercu, nie wiem, dokąd by mnie zawiodła gwałtowność uczuć.
 Ale mogę milczeć i cierpieć wiele.
 Po co mówić o tych cierpieniach, skoro marzenia moje mają się stać 
rzeczywistością.
 Będzie mi wtedy wolno uczynić całe nasze Ŝycie jedną pieszczotą!
 Kochanie moje, zdarza się czasem jakiś błysk światła na Twoich czarnych 
włosach, który by mi pozwolił trwać, ze łzami w oczach, przez długie godziny w 
kontemplacji, gdybyś mi nie rzekła w końcu, odwracając się: "Przestań, ja się 
wstydzę".
 Jutro więc miłość nasza stanie się jawną!
 Ach, Paulino, te obce spojrzenia, ta ciekawość, wszystko to ściska mi serce...
 Schrońmy się do Villenoix, zostańmy tam z dala od wszystkiego.
 Pragnąłbym, aby Ŝadna twarz ludzka nie zajrzała do sanktuarium, w którym 
będziesz moją ; chciałbym nawet, aby i ono po nas nie istniało, aby zostało 
zniszczone.
 Tak, chciałbym odjąć całej przyrodzie szczęście, które my jedni zdolni jesteśmy
odczuć, a które jest tak olbrzymie, Ŝe rzucam się w nie, aby w nim zginąć: to 
otchłań!

Strona 106

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Nie przeraŜaj się łez, które zwilŜyły ten list, to łzy radości.
 O Ty, jedyne moje szczęście, nie rozstaniemy się juŜ nigdy!

 
 W roku 1823 jechałem z ParyŜa do Turenii dyliŜansem.
 W Mer konduktor przyjął podróŜnego jadącego do Blois.
 Wpuszczając go do mego przedziału, rzekł Ŝartem: - Nie będzie panu ciasno, 
panie Lefebvre!
 W istocie, byłem sam.
 Słysząc to nazwisko, widząc przed sobą starca o siwych włosach, wyglądającego 
co najmniej na lat osiemdziesiąt, pomyślałem o wuju Lamberta.
 Po kilku podstępnych zapytaniach spostrzegłem, Ŝe się nie mylę.
 Staruszek ukończył właśnie winobranie i wracał do Blois.
 Spytałem go skwapliwie o mego dawnego druha.
 Za pierwszym słowem fizjonomia starego oratorianina, surowa jak twarz 
Ŝołnierza, który wiele przecierpiał, stała się smutna i chmurna; zacisnął wargi,
objął mnie zagadkowym spojrzeniem i rzekł: - Nie widział go pan od czasów 
kolegium?
 - Na honor, nie - odparłem.
 - Ale jeŜeli mam się winić o zapomnienie, obaj jesteśmy jednako winni.
 Wiadomo panu, młodzi ludzie po opuszczeniu ławy szkolnej wiodą Ŝycie tak 
niespokojne, Ŝe muszą dopiero się spotkać, aby się przekonać, jak bardzo jeszcze
kochają się wzajem.
 Czasami wszakŜe budzi się wspomnienie młodości i niepodobna jest zapomnieć o 
sobie zupełnie, zwłaszcza kiedy się Ŝyło tak blisko, jak Lambert i ja: nazywano 
nas: Poeta i Pitagoras!
 Wymieniłem nazwisko; na jego dźwięk twarz starca zasępiła się jeszcze bardziej.
 - Nie zna pan tedy jego dziejów?
 - odparł.
 - Biedny mój siostrzeniec miał zaślubić najposaŜniejszą pannę w Blois; ale w 
przeddzień ślubu oszalał.
 - Lambert oszalał!
 - wykrzyknąłem w osłupieniu.
 - Jakim cudem?
 To była najwspanialsza pamięć, najtęŜsza głowa, najbystrzejszy mózg, jakie 
kiedykolwiek spotkałem!
 Wspaniały geniusz, zbyt skłonny moŜe do mistycyzmu, ale najlepsze serce w 
świecie!
 Zdarzyło mu się tedy coś niezwykłego?
 - Widzę, Ŝe go pan dobrze znał - rzekł staruszek.
 Za czym, od Mer aŜ do Blois, rozmawialiśmy o biednym koledze, z dygresjami 
objaśniającymi szczegóły, które juŜ przytoczyłem, aby oŜywić początek 
opowiadania.
 Zwierzyłem wujowi tajemnice naszych studiów, rodzaj zajęć jego siostrzeńca; 
następnie starzec opowiadał mi Ŝycie Lamberta od czasu, jak się z nim rozstałem.
 Wedle pana Lefebvre, Lambert zdradzał pewne cechy szaleństwa przed swoim 
małŜeństwem; cechy te jednak, wspólne wszystkim, którzy namiętnie kochają, 
wydały mi się mniej charakterystyczne, kiedy poznałem i siłę jego uczucia, i 
pannę de Villenoix.
 Na prowincji, w jej ubogiej duchem atmosferze, człowiek pełen nowych myśli i 
opanowany swoim systemem, jak Ludwik, mógł uchodzić co najmniej za oryginała.
 Jego sposób wyraŜania musiał dziwić tym więcej, im rzadziej Ludwik się odzywał.
 Mówił: "Ten człowiek nie jest z mojego nieba", gdzie inni mówią: "Nie zjemy 
razem beczki soli".
 KaŜdy utalentowany człowiek ma swoją gwarę.
 Im szerszy geniusz, tym jaskrawsze dziwactwa, tworzące rozmaite stopnie 
oryginalności.
 Na prowincji oryginał uchodzi niemal za szaleńca.
 Pierwsze słowa pana Lefebvre kazały mi tedy wątpić o szaleństwie mego kolegi.
 Słuchając opowiadania starca, krytykowałem je równocześnie w duchu.
 NajpowaŜniejszy fakt zdarzył się na kilka dni przed ślubem kochającej pary.
 Ludwik miał kilka napadów katalepsji.
 Pozostał pięćdziesiąt dziewięć godzin nieruchomo, z oczami w słup, nie jedząc i
nie pijąc.
 W stan ten, czysto nerwowy, popadają niekiedy osoby owładnięte gwałtowną 
namiętnością, zjawisko rzadkie, ale którego objawy znane są lekarzom.
 JeŜeli co było osobliwe, to to, Ŝe Ludwik juŜ dawniej nie miał napadów owej 
choroby, do której usposabiał go i jego nawyk ekstazy, i jego poglądy.

Strona 107

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Ale zewnętrzna i wewnętrzna organizacja jego była tak doskonała, Ŝe z pewnością
oparła się dotąd naduŜyciom jego sił.
 Podniecenie, do jakiego musiało go doprowadzić oczekiwanie ogromnej fizycznej 
rozkoszy, wzmoŜone jeszcze czystością ciała i potęgą duszy, mogło wywołać 
przesilenie, którego skutki są równie mało znane, jak przyczyny.
 Ocalone przypadkiem listy wyraŜają zresztą dość dobrze przejście od czystego 
idealizmu, w którym Ŝył dotąd, do najgwałtowniejszego sensualizmu.
 Niegdyś mieniliśmy cudownym ów fenomen, w którym Lambert widział przypadkowy 
rozdział naszych dwóch natur, oraz objawy zupełnej nieobecności wewnętrznej 
istoty, czyniącej pod wpływem niepochwytnej przyczyny uŜytek ze swych nieznanych
zdatności.
 Choroba ta - otchłań równie głęboka, jak sen - wiązała się z systemem, który 
Lambert wyłoŜył w swoim "Traktacie o woli".
 W chwili gdy pan Lefebvre opowiadał o pierwszym napadzie Ludwika, przypomniałem
sobie rozmowę, jaką mieliśmy na ten temat po przeczytaniu jakiejś lekarskiej 
ksiąŜki.
 - Głęboka medytacja, wzniosła ekstaza - rzekł w końcu - są moŜe katalepsją w 
zarodku.
 W dniu, w którym tak zwięźle ujął tę myśl, starał się powiązać zjawiska duchowe
za pomocą łańcucha następstw.
 Przechodził, krok po kroku, wszystkie akty inteligencji, zaczynając od odruchów
czysto animalnego instynktu, który wystarcza tylu istotom, zwłaszcza ludziom 
wydającym wszystkie siły w zatrudnieniu wyłącznie mechanicznym; następnie 
przeszedł do skupień myśli, dochodząc do porównania, do refleksji, medytacji, 
wreszcie do ekstazy i katalepsji.
 Szeregując w ten sposób rozmaite stopnie duchowych sił człowieka, Lambert 
wierzył z młodzieńczą naiwnością, Ŝe począł plan pięknego dzieła.
 Przypominam sobie, iŜ - jeden z owych zbiegów okoliczności, które kaŜą wierzyć 
w przeznaczenie - trafiliśmy na wielką Martyrologię, zawierającą fakty zupełnej 
zatraty Ŝycia cielesnego, do jakiej człowiek moŜe dojść w paroksyzmach swoich 
sił duchowych.
 Zastanawiając się nad objawami fanatyzmu, Lambert powziął myśl, Ŝe grupy pojęć,
którym dajemy miano uczuć, mogą być snadnie wytryskiem jakiegoś fluidu, który 
ludzie wydzielają mniej lub więcej obficie, zaleŜnie od sposobu, w jaki organy 
ich wchłaniają substancje twórcze.
 Zapaliliśmy się do katalepsji i z zapałem, jaki dzieci wznoszą w swoje 
przedsięwzięcia, próbowaliśmy znosić ból myśląc o czymś innym.
 Zmęczyliśmy się, robiąc jakieś doświadczenia dość pokrewne tym, jakie 
zawdzięczamy konwulsjonistom z ubiegłego wieku - fanatyzm religijny, który 
posłuŜy kiedyś wiedzy.
 Stawałem Lambertowi na brzuchu i stałem tak kilka minut nie sprawiając mu 
najmniejszego bólu; ale mimo tych szalonych prób nie sprowadziliśmy ani jednego 
napadu.
 Nawias ten wydał mi się potrzebny dla wyjaśnienia pierwszych moich wątpliwości,
które pan Lefebvre usunął zupełnie.
 - Skoro napad minął - rzekł - Ludwik popadł w przeraŜenie, w melancholię, 
której nic nie mogło rozproszyć.
 Podejrzewał się o impotencję.
 Zacząłem czuwać nad nim jak matka nad dziecięciem i zeszedłem go szczęśliwie w 
chwili, gdy miał podjąć na sobie operację, której Origenes (jak mniemał) 
zawdzięczał swój talent.
 Zabrałem go co rychlej do ParyŜa, aby go powierzyć opiece pana Esquirol.
 * Jean-Etienne-Dominique   Esquirol   (1772—1840) — francuski   
tetaunt-psychiatra.
 W podróŜy Ludwik trwał w nieustannej prawie senności i nie poznawał mnie.
 W ParyŜu lekarze uznali sprawę za nieuleczalną; jednogłośnie radzili zostawić 
go w zupełnej samotności, nie mącąc ciszy potrzebnej dla nieprawdopodobnego 
zresztą wyleczenia.
 Kazali go pomieścić w chłodnej sali, gdzie by światło dzienne było ustawicznie 
przyćmione.
 - Panna de Villenoix, której zataiłem stan Ludwika - podjął starzec mrugając 
oczami - ale której małŜeństwo uchodziło za zerwane, przybyła do ParyŜa i 
dowiedziała się o wyroku lekarzy.
 Odwiedziła mego siostrzeńca, który ledwo ją poznał; następnie, jako szlachetna 
dusza, umyśliła poświęcić się staraniom potrzebnym dla jego uleczenia.
 Byłoby to jej obowiązkiem, mówiła, gdyby Ludwik był jej męŜem; czyŜ mniejsze 
obowiązki ma dla swego kochanka?
 JakoŜ zabrała Ludwika do Villenoix, gdzie mieszkają od dwóch lat.

Strona 108

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Zamiast jechać dalej, zatrzymałem się tedy w Blois, aby odwiedzić Ludwika.
 Poczciwy Lefebvre nie pozwolił mi zajechać gdzie indziej niŜ do niego, pokazał 
mi pokój siostrzeńca, ksiąŜki i inne przedmioty będące niegdyś jego własnością.
 Przy kaŜdym sprzęcie wydzierał się starcowi bolesny wykrzyknik, świadczący o 
nadziejach, jakie budził w nim wczesny geniusz Lamberta, oraz o Ŝałobie, w 
jakiej pogrąŜyła go ta niepowetowana strata.
 - Ten chłopiec umiał wszystko, drogi panie!
 - mówił kładąc na stole tom Spinozy.
 * Benedictus (Baruch) Spinoza (1632—1677) — filozof holenderski, przedstawiciel
racjonalizmu w XVII wieku.
 - W jaki sposób tak tęga głowa mogła się tak rozprzęgnąć?
 - Ba - rzekłem - czy to właśnie nie jest wynikiem jego silnego ustroju?
 Jeśli w istocie jest pastwą owego niedostatecznie jeszcze zbadanego zjawiska, 
które nazywamy szaleństwem, byłbym skłonny odnieść przyczynę tego do jego 
namiętności.
 Studia jego, tryb Ŝycia doprowadziły jego siły i zdolności do stopnia potęgi, 
poza którym najlŜejsze podraŜnienie musiało pogwałcić naturę; miłość skruszyła 
je tedy lub wzbiła do jakiegoś nowego wyrazu, który moŜe spotwarzamy określając 
go na nieznane.
 MoŜe wreszcie widział w rozkoszach małŜeństwa przeszkodę do doskonalenia swych 
wewnętrznych zmysłów i do lotu przez światy ducha.
 - Drogi panie - rzekł starzec wysłuchawszy uwaŜnie - wywody pańskie są zapewne 
bardzo logiczne, ale gdybym je i pojął, czyŜ ta smutna wiedza pocieszyłaby mnie 
po stracie Ludwika?
 Wuj Lamberta naleŜał do ludzi, którzy Ŝyją tylko sercem.
 Nazajutrz udałem się do Villenoix.
 Poczciwiec odprowadził mnie do bram Blois.
 Kiedy znaleźliśmy się na drodze do Villenoix, zatrzymał się i rzekł: - 
Domyślasz się pan, Ŝe ja tam nie bywam.
 Ale proszę, nie zapomnij o tym, com ci powiedział.
 W obecności panny de Villenoix nie zdradzaj, iŜ widzisz, Ŝe Ludwik jest 
szalony.
 Przystanął w miejscu, gdzieśmy się rozstali, i patrzał za mną, póki mnie nie 
stracił z oczu.
 Szedłem nie bez głębokiego wzruszenia do zamku.
 Zaduma moja wzrastała z kaŜdym krokiem owej drogi, którą Ludwik przebył tyle 
razy z sercem pełnym nadziei, z duszą upojoną miłością.
 Krzewy, drzewa, nierówności tej krętej drogi, o brzegach poszarpanych wyrwami, 
budziły we mnie niezwykłe zajęcie.
 Siliłem się odnaleźć w nich wraŜenia i myśli mego biednego kolegi.
 Bez wątpienia owe wieczorne rozmowy, u tej szczerby w murze, gdzie luba się z 
nim spotykała, objawiły pannie de Villenoix tajemnice tej tak szlachetnej i 
szerokiej duszy, jak mnie objawiła się ona kilka lat wprzódy.
 Ale faktem, który zaprzątał mnie najbardziej i który, wśród religijnych niemal 
uczuć, jakie mnie wiodły, zaprawiał mą pielgrzymkę olbrzymim zaciekawieniem, 
była owa wspaniała wiara panny de Villenoix, którą staruszek mi wytłumaczył.
 CzyŜby ona sama, z biegiem czasu, zaraziła się szaleństwem kochanka lub teŜ 
wniknęła tak głęboko w jego duszę, iŜ mogła pojąć wszystkie jego myśli, nawet 
najmętniejsze?
 Gubiłem się w tym cudownym problemie uczucia, przewyŜszającego najpiękniejsze 
natchnienia miłości i jej najwznioślejsze poświęcenia.
 Umrzeć dla drugiej istoty jest ofiarą niemal pospolitą.
 śyć wiernym jednej miłości to heroizm, który dał pannie Dupuis nieśmiertelność.
 Skoro Napoleon Wielki i lord Byron mieli następców w sercu kobiet, które 
kochali, wolno podziwiać wdowę po Bolingbroku; ale panna Dupuis mogła Ŝyć 
wspomnieniem kilku lat szczęścia, gdy panna de Villenoix, poznawszy z miłości 
jedynie pierwsze wzruszenia, była dla mnie typem poświęcenia w najszerszym 
wyrazie.
 Oszalawszy nieomal, byłaby wzniosła; ale rozumiejąc, tłumacząc szaleństwo, do 
piękności wielkiego serca przydawała arcydzieło uczucia, godne, aby je 
studiować.
 Kiedym ujrzał smukłe wieŜyczki zamkowe, których widok tak często musiał 
przyprawiać o drŜenie biednego Ludwika, serce moje zabiło.
 Wcieliłem się, moŜna rzec, w jego Ŝycie i dolę, przypominając sobie zdarzenia 
naszej młodości.
 Wreszcie wszedłem w opustoszały dziedziniec i dostałem się do sieni nie 
spotkawszy nikogo.
 Odgłos moich kroków sprowadził starszą kobietę, której oddałem list pana 

Strona 109

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

Lefebvre do panny de Villenoix.
 Niebawem taŜ sama kobieta wróciła do mnie i wprowadziła mnie do sali wyłoŜonej 
białym i czarnym marmurem, o zamkniętych okiennicach.
 W głębi ujrzałem niewyraźnie Ludwika Lambert.
 - Niech pan zechce usiąść - rzekł łagodny głos idący wprost do serca.
 Panna de Villenoix znalazła się niepostrzeŜenie obok mnie i przyniosła mi bez 
szelestu krzesło, które nie od razu przyjąłem.
 Ciemność była tak głęboka, Ŝe w pierwszej chwili panna de Villenoix i Ludwik 
robili na mnie wraŜenie czarnych brył, odcinających się od mrocznego tła.
 Usiadłem, zdjęty uczuciem, jakie ogarnia nas, prawie mimo woli, pod ciemnymi 
arkadami kościoła.
 Oczy moje, jeszcze pełne blasku, stopniowo przyzwyczajały się do tej sztucznej 
nocy.
 - Ten pan - rzekła - to twój szkolny przyjaciel.
 Lambert nie odpowiedział.
 Dojrzałem go wreszcie, a widok ten wyrył się na zawsze w mej pamięci.
 Stał wsparty łokciami na gzymsie boazerii, tak Ŝe tors jego jak gdyby się 
uginał pod cięŜarem pochylonej głowy.
 Włosy, długie jak u kobiety, spadały mu na ramiona i okalały twarz dając jej 
podobieństwo z popiersiami wielkich ludzi z epoki Ludwika XIV.
 Twarz jego była zupełnie biała.
 Pocierał jedną nogę o drugą machinalnym ruchem, którego nic nie mogło 
wstrzymać, a to nieustanne tarcie dwóch kości wydawało okropny chrzęst.
 Obok niego znajdował się tapczan z mchu ułoŜony na desce.
 - Bardzo rzadko zdarza mu się połoŜyć - rzekła panna de Villenoix - mimo Ŝe za 
kaŜdym razem śpi przez kilka dni.
 Ludwik stał tak w pozycji, w której go ujrzałem, dzień i noc, z nieruchomymi 
oczami, nie spuszczając ani podnosząc powiek.
 Spytawszy panny de Villenoix, czy światło nie uraziłoby Ludwika, uchyliłem 
lekko Ŝaluzje; wówczas mogłem ujrzeć wyraz twarzy mego przyjaciela.
 Była - niestety - pomarszczona, wyblakła, bez blasku w oczach szklistych jak u 
ślepego.
 Rysy jego zdawały się konwulsyjnie ściągnięte ku szczytowi głowy.
 Próbowałem mówić doń kilkakrotnie, ale nie usłyszał.
 Był to szczątek wyrwany z grobu, zdobycz Ŝycia na śmierci lub śmierci na Ŝyciu.
 Bawiłem tam blisko od godziny, tonąc w nieokreślonej zadumie, wydany na łup 
bolesnych myśli.
 Słuchałem panny de Villenoix, która opowiadała mi szczegóły tego Ŝycia, 
podobnego Ŝyciu dziecka w kolebce.
 Nagle Ludwik przestał pocierać nogą o nogę i rzekł z wolna: - Anioły są białe.
 Niepodobna mi oddać wraŜenia, jakie na mnie uczyniło to słowo, dźwięk tego 
ukochanego głosu, którego mozolnie wyczekiwane akcenty zdawały się dla mnie na 
zawsze stracone.
 Oczy napełniły mi się łzami.
 Mimowolne przeczucie przebiegło nagle mą duszę; zbudziło się we mnie 
powątpiewanie, czy Ludwik postradał rozum.
 Byłem zupełnie pewny, Ŝe mnie nie widział ani nie słyszał; ale harmonie jego 
głosu, zdające się świadczyć o niebiańskim szczęściu, uŜyczyły tym słowom 
nieodpartej mocy.
 Słowa jego - niepełne objawienie nieznanego świata - rozległy się w naszych 
duszach niby jakiś wspaniały dźwięk dzwonów kościelnych w głębokiej nocy.
 Nie dziwiłem się juŜ, Ŝe panna de Villenoix uwaŜa Ludwika za zupełnie zdrowego 
na umyśle.
 MoŜe Ŝycie duszy unicestwiło w nim Ŝycie ciała.
 MoŜe towarzyszka jego miała, jak ja w tej chwili, nieokreślone przeczucie tej 
melodyjnej i czarownej natury, którą my zowiemy, w najszerszym jej pojęciu, 
NIEBEM.
 Ta kobieta, ten anioł, była tam wciąŜ, siedząc przy krosnach, i za kaŜdym 
razem, kiedy przewlekała igłę, obejmowała Lamberta łagodnym i smutnym 
spojrzeniem.
 Niezdolny Znieść tego straszliwego widowiska - nie umiałem bowiem, jak panna de
Villenoix, odgadnąć wszystkich jego tajemnic - wyszedłem; poszliśmy się przejść 
nieco, aby pomówić o niej i o Lambercie.
 - Bez wątpienia - rzekła - Ludwik musi się wydawać obłąkanym; ale nie jest nim,
jeśli słowo "obłąkany" określa jedynie tych, u których czyny stają się zupełnie 
bezrozumne.
 U mego męŜa wszystko kojarzy się doskonale.
 JeŜeli pana nie poznał fizycznie, niech pan nie sądzi, Ŝe pana nie widział.

Strona 110

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Zdołał się wyzwolić od swego ciała i widzi nas pod inną postacią, nie wiem, 
jaką.
 Kiedy mówi, wyraŜa cudowne rzeczy.
 Jedynie zdarza się dość często, Ŝe kończy słowami myśl rozpoczętą w duchu lub 
zaczyna zdanie, które kończy w myśli.
 Dla innych wydałby się niespełna rozumu; dla mnie, która Ŝyję w myśli jego, 
wszystkie jego idee są jasne.
 Przebiegam drogę dokonaną przez jego umysł i mimo Ŝe nie znam wszystkich jej 
zakrętów, potrafię jednak znaleźć się z nim u celu.
 KomuŜ nie zdarzyło się nieraz myśleć o rzeczy błahej, która, drogą 
wypływających z niej pojęć lub wspomnień pociągnie go ku doniosłym ideom?
 Często mówiąc o błahym przedmiocie, niewinnym punkcie wyjścia nagłej medytacji,
myśliciel zapomina lub zmilcza oderwane łączniki, które doprowadziły go do 
konkluzji, i zaczyna dalej mówić, ukazując jedynie ostatnie ogniwo tego łańcucha
refleksji.
 Zwykli ludzie, którym ta chyŜość wizji myślowej jest obca, nieświadomi pracy 
wewnętrznej ducha, zaczynają śmiać się z marzyciela i uwaŜają go za szaleńca, 
jeśli podlega takim zapomnieniom.
 Ludwik jest wciąŜ taki: buja w przestrzeniach myśli i szybuje w nich z 
chyŜością jaskółki; umiem podąŜać za nim w jego zwrotach.
 Oto dzieje jego szaleństwa.
 MoŜe kiedyś Ludwik wróci do tego Ŝycia, w którym my wegetujemy; ale jeśli 
oddycha powietrzem niebios przed czasem, w którym nam będzie dozwolone w nich 
istnieć, czemu mielibyśmy pragnąć jego powrotu między nas?
 Mnie wystarcza, Ŝe słyszę bicie jego serca, całe moje szczęście jest być przy 
nim.
 CzyŜ nie jest zupełnie mój ?
 Od trzech lat, na dwa zawody, posiadałam go przez kilka dni: w Szwajcarii, 
dokąd go zawiozłam, i w Bretanii, na jakiejś wyspie, gdzie bawiłam z nim dla 
kąpieli morskich.
 Byłam dwa razy bardzo szczęśliwa!
 Mogę Ŝyć wspomnieniami.
 - Ale - rzekłem - czy pani spisuje słowa, które mu się wymykają?
 - Po co?
 - odparła.
 Umilkłem; wiedza ludzka zdała mi się czymś bardzo małym wobec tej kobiety.
 - W epoce gdy zaczął mówić - dodała - zdaje mi się, Ŝe spisałam pierwsze jego 
myśli, ale później poniechałam tego; wówczas nie rozumiałam jeszcze nic z tego, 
co mówił.
 Spojrzałem na nią z wyrazem prośby; zrozumiała, i oto co mogłem ocalić od 
zapomnienia: Na ziemi wszystko jest wytworem substancji eterycznej będącej 
wspólną podstawą wielu zjawisk, znanych pod niewłaściwymi nazwami 
elektryczności, ciepła, światła, fluidu galwanicznego, magnetycznego etc.
 Powszechność przeobraŜeń tej substancji stanowi to, co pospolicie zowie się 
materią.
 II Mózg jest zbiornikiem, w który zwierzę przenosi to, co, wedle siły tego 
narządu, kaŜda z jego organizacji moŜe wchłonąć z tej substancji i skąd ona 
wychodzi przekształcona w wolę.
 Wola jest to fluid właściwy kaŜdej istocie obdarzonej ruchem.
 Stąd niezliczone postacie, które obleka zwierzę i które są wynikiem jej 
kombinacji z substancją.
 Instynkty jego są wytworem konieczności, nałoŜonych przez środowisko, w którym 
się rozwija.
 Stąd jego odmiany.
 III W człowieku wola staje się siłą, która mu jest właściwa i która przewyŜsza 
co do nasilenia własność tę u innych gatunków.
 IV Przez swoje stałe odŜywienie, wola wiąŜe się z substancją, którą odnajduje 
we wszystkich przeobraŜeniach, przenikając ją myślą, będącą swoistym wytworem 
woli ludzkiej, kombinowanym z odmianami substancji.
 V Z mniejszej lub większej doskonałości ustroju ludzkiego płyną niezliczone 
formy, jakie obleka myśl.
 VI Wola wyraŜa się za pomocą organów, pospolicie nazwanych pięcioma zmysłami, a
które są tylko jednym, to jest zdolnością widzenia.
 Tak dotyk jak smak, słuch jak węch są wzrokiem dostosowanym do przeobraŜeń 
substancji, którą człowiek moŜe uchwycić w dwóch jej stanach: przeobraŜoną i 
nieprzeobraŜoną.
 VII Wszystkie rzeczy wchodzące swą formą w dziedzinę jednego zmysłu, to jest 
zdolności widzenia, sprowadzają się do kilku zasadniczych ciał, których 

Strona 111

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

pierwiastki są w powietrzu, w świetle lub w pierwiastkach powietrza i światła.
 Dźwięk jest modyfikacją powietrza; wszystkie barwy są modyfikacjami światła; 
wszelki zapach jest kombinacją powietrza i światła.
 Tak więc cztery wyrazy materii w stosunku do człowieka, dźwięk, barwa, zapach i
kształt, mają to samo pochodzenie ; niedaleki jest dzień, w którym odnajdzie się
filiacja pierwiastków światła w pierwiastkach powietrza.
 Myśl, zrodzoną ze światła, wyraŜamy słowem, które rodzi się z dźwięku.
 Dla niego tedy wszystko pochodzi z substancji, której przeobraŜenia róŜnią się 
jedynie liczbą, pewnym dawkowaniem, którego stosunki wydają osobniki lub rzeczy 
z zakresu tego, co nazwano królestwami.
 VIII Kiedy substancja wchłonięta jest w dostatecznej ilości, czyni ona z 
człowieka narząd o olbrzymiej sile, stykający się z samą istotą substancji i 
działający na zorganizowaną naturę na kształt wielkich strumieni, które 
pochłaniają małe.
 Chcenie wprawia w ruch tę niezaleŜną od myśli siłę, która, przez swoje 
skupienie, uzyskuje niektóre własności substancji, jak szybkość światła, 
przenikanie elektryczności, zdolność nasycania ciał - a trzeba do nich dodać 
rozumienie własnej moŜności.
 Ale istnieje w człowieku pewien czynnik pierwotny i naczelny, nie znoszący 
Ŝadnej analizy.
 RozłoŜywszy całego człowieka, odkryjemy moŜe pierwiastki myśli i woli; ale 
zawsze spotkamy, bez moŜności rozwiązania, owo X, o które niegdyś się 
rozbijałem.
 To X to jest słowo, którego działanie pali i poŜera nie przygotowanych do jego 
przyjęcia.
 Rodzi ono nieustannie substancję.
 IX Gniew, jak wszystkie wyrazy naszych namiętności, jest to prąd siły ludzkiej 
działający elektrycznie; wstrząśnienie jego, w momencie wyzwalania, działa na 
wszystkie osoby obecne, nawet gdy nie są jego przedmiotem ani przyczyną.
 CzyŜ nie zdarzają się ludzie, którzy, przez wyładowanie swego chcenia, 
doprowadzają do szczytu uczucia mas ?
 X Fanatyzm i wszystkie uczucia to są Ŝywe siły.
 U pewnych istot siły te stają się rzekami woli, które jednoczą i porywają 
wszystko.
 XI jeŜeli przestrzeń istnieje, niektóre zdolności dają moc przebycia jej z taką
chyŜością, Ŝe w skutku równa się to jej zniesieniu.
 Od twego łóŜka do krańców świata są tylko dwa kroki: wola - i wiara!
 XII Fakty są niczym, nie istnieją, istnieją w nas jedynie idee.
 XIII Świat idej rozpada się na trzy sfery: sferę instynktu, abstrakcji, 
widzenia.
 XIV Największa część widzialnej ludzkości, część najsłabsza, zamieszkuje sferę 
instynktu.
 Ludzie instynktu rodzą się, pracują i umierają, nie wznosząc się do drugiego 
stopnia inteligencji ludzkiej: do abstrakcji.
 XV Przy abstrakcji zaczyna się społeczeństwo.
 JeŜeli abstrakcja w porównaniu z instynktem jest potęgą niemal boską, jest ona 
niesłychaną słabością w porównaniu z darem widzenia, który jedyny moŜe 
wytłumaczyć Boga.
 Abstrakcja obejmuje całą naturę w zarodku bardziej wewnętrznie, niŜ ziarno 
obejmuje system rośliny i jej produkty.
 Z abstrakcji rodzą się prawa, sztuki, interesy, idee społeczne.
 Jest ona chwałą i przekleństwem świata; chwałą, bo stworzyła społeczeństwo ; 
przekleństwem, bo zwalnia człowieka od wejścia w sferę widzenia, które jest 
jedną z dróg do nieskończoności.
 Człowiek sądzi wszystko za pomocą swoich abstrakcyj, dobro, zło, cnotę, 
zbrodnię.
 Jego formuły prawne to są szale, sprawiedliwość jego jest ślepa: sprawiedliwość
BoŜa widzi, w tym jest wszystko.
 Są oczywiście i istoty pośrednie, które dzielą królestwo instynktu od królestwa
abstrakcji i w których instynkt kombinuje się z abstrakcją w nieskończonych 
proporcjach.
 Jedni mają więcej instynktu niŜ zdolności abstrakcyjnych - i vice versa.
 Wreszcie, są istoty, w których dwa te działania zobojętniają się działając z 
równą siłą.
 XVI Widzenie polega na tym, aby widzieć zarówno zjawiska świata materialnego, 
jak duchowego w ich pierwotnych i następczych rozgałęzieniach.
 Najwspanialsze umysły ludzkie to te, które wyszły z mroków abstrakcji, aby 
dojść do światła widzenia.

Strona 112

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 (Specialite, species, wzrok, wzierać, widzieć wszystko od jednego razu; 
speculum, zwierciadło lub zdolność ocenienia rzeczy oglądaniem jej w całości).
 Jezus był widzącym, widział fakt w jego korzeniach i jego owocach, w 
przeszłości, która go poczęła, w obecności, w której się objawiał, w 
przyszłości, w której się rozwijał; wzrok jego przenikał cudze myśli.
 Doskonałość wewnętrznego wzroku rodzi dar widzenia.
 Widzenie góruje nad intuicją.
 Intuicja jest jedną ze zdolności wewnętrznego człowieka, którego widzenie jest 
atrybutem.
 Działa ona za pomocą nieuchwytnego poczucia, którego ten, kto mu ją poddaje, 
jest nieświadom: Napoleon usuwający się instynktownie z miejsca, nim kula w nie 
uderzyła.
 XVII Między sferą widzenia a sferą abstrakcyjności znajdują się, jak pomiędzy 
tą ostatnią a instynktem, istoty, w których przymioty tych dwóch królestw 
kojarzą się i wydają mieszańców: genialnych ludzi.
 XVIII Widzący jest nieodzownie najdoskonalszym wyrazem człowieka, ogniwem 
łączącym świat widzialny ze światami wyŜszymi: działa, widzi i czuje swoim 
wnętrzem.
 Człowiek abstrakcji myśli.
 Człowiek instynktu działa.
 XIX Stąd trzy stopnie dla człowieka: człowiek instynktu jest poniŜej miary, 
człowiek abstrakcji jest na poziomie; widzący jest powyŜej.
 Widzenie otwiera człowiekowi jego prawdziwe szranki, nieskończoność zaczyna w 
nim kiełkować; w niej widzi swój los.
 XX Istnieją trzy światy: naturalny, duchowy, boski.
 Ludzkość przechodzi przez świat naturalny, który nie jest stały ani w swojej 
istocie, ani w swoich własnościach.
 Świat duchowy jest stały w swej istocie, a ruchomy w swoich własnościach.
 Świat boski jest stały i w swoich własnościach, i w swojej istocie.
 Istnieje zatem nieodzownie obrządek materialny, obrządek spirytualny, obrządek 
boski; trzy formy, które wyraŜają się czynem, słowem, modlitwą ; inaczej mówiąc,
faktem, pojęciem i miłością.
 Człowiek instynktu Ŝąda faktów, człowiek abstrakcji zaprząta się ideami, 
widzący widzi cel, dąŜy do Boga, którego przeczuwa lub go ogląda.
 ToteŜ pewnego dnia odwrotne znaczenie słów: Et verbum caro factum est, będzie 
moŜe streszczeniem nowej Ewangelii, która powie: i ciało stanie się słowem, 
stanie się słowem.
 XXI Zmartwychwstanie spełnia się wiatrem niebios, który zamiata światy.
 Anioł niesiony wiatrem nie powiada: "Umarli, wstańcie", ale powiada: "Niech 
Ŝywi wstaną".
 Oto myśli, które zdołałem, nie bez wielkiego trudu, oblec w kształty dostępne 
dla naszych pojęć.
 Są i inne, które Paulina spamiętała dokładniej, nie wiem czemu, i które 
przepisałem; ale są one wręcz rozpaczliwe, kiedy, wiedząc, z jakiej inteligencji
wyszły, silimy się je zrozumieć.
 Przytoczę z nich kilka, aby dopełnić obrazu tej postaci; moŜe i dlatego, Ŝe, w 
tych ostatnich myślach, formuła Lamberta ogarnia światy lepiej od 
poprzedzającej, która odnosi się jak gdyby tylko do ruchu zoologicznego.
 Ale między tymi fragmentami istnieje widoczny związek w oczach osób, dość 
rzadkich zresztą, które lubią się nurzać w tych intelektualnych otchłaniach.
 Wszystko istnieje na świecie jedynie przez ruch i liczbę.
 II Ruch jest poniekąd liczbą działającą.
 III Ruch jest wynikiem siły zrodzonej przez słowo i przez opór, który jest 
materią.
 Bez oporu ruch byłby bez rezultatu, działanie jego byłoby nieskończone.
 Przyciąganie Newtona nie jest prawem, ale przejawem ogólnego prawa powszechnego
ruchu.
 IV ZaleŜnie od oporu, ruch wydaje kombinację, którą jest Ŝycie; z chwilą gdy 
jeden lub drugi przewaŜa, Ŝycie ustaje.
 V Nigdzie ruch nie jest bezpłodny, wszędzie rodzi liczbę; ale moŜe być 
zobojętniony silniejszym oporem, jak w minerale.
 VI Liczba, która wydaje wszelkie odmiany, rodzi równieŜ harmonię, która, w swym
najwyŜszym pojęciu, jest związkiem między częściami a jednością.
 VII Bez ruchu wszystko byłoby jedną i tą samą rzeczą.
 Jego wytwory, toŜsame w swej istocie, róŜnią się jedynie liczbą, która wydała 
właściwości.
 VIII Człowiek stoi właściwościami, anioł istotą.
 IX Łącząc swoje ciało z czynnością zasadniczą, człowiek moŜe dojść do tego, aby

Strona 113

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

się zjednoczyć ze światłem przez swoje wnętrze.
 X Liczba jest świadkiem intelektualnym, który przynaleŜy jedynie człowiekowi i 
przez którego ten moŜe dojść do poznania słowa.
 XI Istnieje liczba, której Nieczysty nie przekracza, liczba, w której 
stworzenie się kończy.
 XII Jedność była punktem wyjścia wszystkiego, co powstało; wyszły z niej rzeczy
złocone, ale koniec musi być toŜsamy z początkiem.
 Stąd ta duchowa formuła: jedność złocona, jedność zmienna, jedność stała.
 XIII Wszechświat jest tedy rozmaitością w jedności.
 Ruch jest środkiem, liczba rezultatem.
 Celem jest powrót wszystkich rzeczy do jedności, która jest złem.
 XIV Trzy i siedem są to dwie największe liczby spirytualne.
 XV Trzy jest to formuła światów stworzonych.
 Jest spirytualnym znakiem stworzenia, tak jak materialnym znakiem obwodu.
 W istocie Bóg posługiwał się jedynie krzywiznami.
 Linia prosta jest atrybutem nieskończoności ; toteŜ człowiek, który przeczuwa 
nieskończoność, odtwarza ją w swoich dziełach.
 Dwa jest to liczba płodzenia.
 Trzy jest liczbą istnienia, która obejmuje, płodzenie i jego produkt.
 Dodajcie poczwórność, a będziecie mieli siedem, które jest formułą nieba.
 Bóg jest ponad tym, jest jednością.
 Odwiedziwszy jeszcze raz Lamberta, poŜegnałem jego Ŝonę i wróciłem opanowany 
myślami tak zabójczymi dla praktycznego Ŝycia, Ŝe mimo przyrzeczeń poniechałem 
powrotu do Villenoix.
 Widok Ludwika wywarł na mnie dziwnie ponure wraŜenie.
 Lękałem się znów znaleźć w tej odurzającej atmosferze, w której ekstaza stawała
się zaraźliwa.
 KaŜdy doświadczyłby, jak ja, chęci rzucenia się w nieskończoność, tak jak 
Ŝołnierze zabijali się wszyscy na posterunku, gdzie popełnił samobójstwo jeden z
nich w obozie w Boulogne.
 Wiadomo, Ŝe Napoleon musiał spalić ten lasek, zawierający myśl, która doszła do
stanu chorobliwych miazmatów.
 MoŜe pokój Ludwika był podobny owemu posterunkowi?
 Dwa te fakty byłyby nowym dowodem na rzecz jego systemu o przenoszeniu się 
woli.
 Odczuwałem tam dziwne zaburzenia, przewyŜszające najfantastyczniejsze objawy 
spowodowane kawą, herbatą, snem i gorączką, tajemniczymi czynnikami, których 
straszliwe działanie owłada tak często naszą głową.
 Byłbym moŜe zdołał przeobrazić w całkowitą ksiąŜkę te wszystkie myśli, 
zrozumiałe jedynie dla niewielu umysłów, nawykłych pochylać się nad otchłaniami 
w nadziei ujrzenia ich dna.
 śycie tego olbrzymiego mózgu, który bez wątpienia zaczął pękać ze wszystkich 
stron niby zbyt wielkie cesarstwo, znalazłoby się tam rozwinięte w opowiadaniu 
wizji tej istoty, niezupełnej przez nadmiar siły lub przez słabość; ale wolałem 
raczej zdać sprawę ze swoich wraŜeń niŜ napisać utwór mniej lub więcej poetycki.
 Ludwik umarł mając dwadzieścia osiem lat, 25 września roku 1824, w ramionach 
swej przyjaciółki.
 Kazała go pochować na wysepce wparku w Villenoix.
 Na grobie jego wznosi się prosty kamienny krzyŜ, bez nazwiska, bez daty.
 Kwiat zrodzony nad przepaścią miał w nią spaść nieznany, z nieznanymi swymi 
barwami i zapachami.
 CzyŜ nie pragnął często, jak wielu ludzi nie zrozumianych, zanurzyć się dumnie 
w nicość i zatracić w niej tajemnice swego Ŝycia!
 JednakŜe panna de Villenoix miałaby prawo wyryć na tym krzyŜu nazwisko 
Lamberta, ryjąc swoje własne.
 Od straty męŜa, czyŜ to nowe zjednoczenie nie jest nadzieją wszystkich jej 
godzin?
 Ale próŜność cierpienia obca jest wiernym duszom.
 Villenoix rozpada się w ruinę.
 śona Lamberta nie mieszka juŜ tam, z pewnością dlatego, aby czuć się tam w 
wyobraźni tak, jak Ŝyła niegdyś.
 CzyŜ nie słyszano niedawno, jak z jej ust wyszły te słowa: - Ja miałam jego 
serce, Bogu naleŜy się jego duch!
 W Sache, czerwiec-lipiec 1832 .
 
 
 SERAFITA.
 PrzełoŜył JULIAN ROGOZIŃSKI.

Strona 114

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 
 
 Z HRABIch RZEWUSKICH PANI EWELINIE HAŃSKIEJ.
 Oto dzieło, o które prosiłaś mnie, Pani: dedykując Ci je szczęśliwy jestem, Ŝe 
mogę złoŜyć świadectwo uczuć pełnych szacunku, jakimi pozwoliłaś mi darzyć 
siebie.
 JeŜeli oskarŜą mnie o nieudolność, Ŝem próbując wydrzeć tę księgę z głębin 
mistyki, usiłował poprzez kryształ naszego pięknego języka ukazać świetlistość 
poezji Orientu, Twoja to będzie wina!
 CzyŜ nie nakazałaś mi, bym podjął tę walkę, podobną walce Jakuba, powiadając 
mi, Ŝe nawet najmniej doskonały zarys owej postaci z Twoich marzeń i moich snów 
dziecięcych i tak będzie dla Ciebie czymśjeszcze?
A więc masz Pani to coś, Czemu dzieło to nie moŜe stać się wyłączną własnością 
szlachetnych, chroniących się, jak Ty, w samotność przed małostkami salonu ?
 Dusze te potrafiłyby przepoić je melodyjnym rytmem, którego mu brak, a który 
uczyniłby zeń w rękach naszych poetów bohaterski epos, na jaki Francja czeka 
jeszcze; lecz owi poeci przyjmą ode mnie to dziełko niby jedną z balustrad 
rzeźbionych przez gorąco wierzącego artystę, na których opierają się pątnicy, by
medytować o celach Ŝycia ludzkiego albo kontemplować prezbiterium w pięknym 
kościele.
 Pozostaję z szacunkiem Twój, Pani, oddany sługa de BALZAC.
 ParyŜ, 23 sierpnia 1835 .

 
  Serafitus.

 Czyjej nie oczaruje imaginacji mapa brzegów Norwegii pasmem swoich 
fantastycznych wycięć, długim szlakiem granitowych koronek, wśród których bez 
ustanku ryczą fale morza Północy?
 Kto nie marzył o wspaniałych widokach, jakie roztaczają kamieniste plaŜe 
mnogością zakoli, zatok i zatoczek tak odmiennych, a z których kaŜda stanowi 
otchłań, skąd nie ma powrotu?
 CzyŜ nie powiedzielibyście, Ŝe przyroda nakreśliła tu hieroglify będące 
symbolem Ŝycia norweskiego, nadając tym brzegom układ ości olbrzymiej ryby?
 Rybołówstwo stanowi tu bowiem główną gałąź przemysłu i dostarcza jedynego 
niemal poŜywienia nielicznym ludziom, którzy uczepili się tych jałowych skał, 
niby kępa porostu.
 Tutaj, na czternastym stopniu długości geograficznej, Ŝyje zaledwie siedemset 
tysięcy dusz.
 Niebezpieczeństwa nie przynoszące sławy, wieczne śniegi oczekujące wędrowców na
szczytach Norwegii, których same nazwy przejmują mrozem, sprawiły, Ŝe wspaniałe 
ich piękno pozostało dziewiczym i ma zharmonizować się dopiero ze zjawiskami 
Ŝycia ludzkiego, nie tkniętymi jeszcze przynajmniej poezją, jakie tam 
obserwowano - a oto ich dzieje.
 Kiedy jedna z owych zatok, zwykła szczelina dla oczu eiderów, jest na tyle 
otwarta, by morze miotające się w tym kamiennym więzieniu nie zamarzało całkiem,
tubylcy zatoczkę taką zowią fiordem - słowo, które geografowie wszystkich niemal
krajów usiłowali przyswoić swojej mowie ojczystej.
 Mimo podobieństw, jakie zachodzą między tymi swoistymi kanałami, kaŜdy z nich 
ma odrębną fizjonomie: morze w te pęknięcia wdarło się wszędzie, ale kaŜda skała
w odmienny kształt jest rozłupana, a chaos przepaści ziejących pod nimi przyzywa
dziwaczne terminy geometrii: tu kamień przypomina zębatą koronkę, tam jego 
płaszczyzny nazbyt strome nie ścierpią ani płachetka śniegu, ani szlachetnych 
egret sosny północnej; dalej znowu wstrząsy geologiczne zaokrągliły wdzięcznie 
jakąś zaklęsłość, stwarzając piękną dolinę o zboczach porosłych piętrowo 
drzewami zalecającymi się czarnym upierzeniem.
 Miałbyś ochotę nazwać ten kraj Szwajcarią mórz.
 Drontheim od Christianii przedzieliła jedna z owych zatok, zwana Stromfiordem.
 Nie będąc w tym krajobrazie najpiękniejszą, ma tę przynajmniej zaletę, Ŝe 
streszcza w sobie całą wspaniałość ziemską Norwegii i Ŝe posłuŜyła za teatrum 
scenom tej iście niebiańskiej historii.
 W ogólności kształt Stromfiordu to, na pierwszy rzut oka, lej o brzegach 
wyszczerbionych przez morze.
 Ktokolwiek spojrzy na przejście, jakie wybiły tu fale, zobaczy w imaginacji 
walkę między oceanem a granitem, dwoma tworami dorównującymi sobie potęgą 
bezwładu i potęgą ruchu.
 Dowodem liczne rafy kształtów fantastycznych, nie wpuszczające okrętów.

Strona 115

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Nieustraszeni synowie Norwegii mogą tu i ówdzie przeskakiwać ze skały na skałę,
nie dziwiąc się przepaściom na sto prętów głębokim, a na sześć stóp szerokim.
 Tu kruchy i chwiejny, w poprzek rzucony kawał gnejsu łączy dwa głazy.
 Tam rybak czy myśliwy przerzucił pień sosny niby kładkę, łącząc dwie półki 
wykute w pionowej skale, u której stóp morze pomrukuje bez ustanku.
 Owa niebezpieczna szyja, węŜową linią kierując się w prawo, napotyka górę 
wznoszącą się na trzysta prętów nad poziom morza, u której podnóŜa ciągnie się w
pionowej ścianie ława na pół mili długa, gdzie nieugięty granit zaczyna 
wietrzeć, pękać, chwiać się dopiero na mniej więcej dwieście stóp nad wodami.
 Morze, wdzierające się tu więc gwałtownie, z równą gwałtownością odpiera siła 
bezwładu gór ku brzegom naprzeciw - i tam reakcja fal Ŝłobi miękkie zakola.
 W głębi fiord jest zamknięty blokiem gnejsu zwieńczonym lasami, spomiędzy 
których w kaskadach spływa potok, co zamieniając się w rzekę, kiedy topnieją 
śniegi, tworzy ogromne rozlewisko, rwie z hukiem wyrzucając stare sosny i 
odwieczne modrzewie, ledwie w tej kipieli widoczne.
 Wtłaczane z energią na dno zatoki, drzewa te wypływają wnet na powierzchnię, 
łączą się, zbijają w wysepki, które Ŝeglują do lewego brzegu, skąd ludność 
wioski rozsiadłej nad Stromfiordem wyławia pnie połamane, podruzgotane, ale 
niekiedy teŜ nie uszkodzone, choć zawsze odarte z kory i gałęzi.
 Góra, której podnóŜe odpiera szturmy fal, a szczyt ataki wiatrów północnych, 
nazywa się Falberg.
 Wierzchołek jej, stale spowity płaszczem śniegów i lodu, jest najbardziej 
spiczasty w Norwegii - a sąsiedztwo bieguna sprawia, Ŝe tu, na wysokości tysiąca
ośmiuset stóp, panują mrozy tak silne, jak w najwyŜszych górach naszego globu.
 Szczyt owej skały, schodzącej pionową ścianą do morza, ku wschodowi zniŜa się 
stopniowo granią i łączy się z wodospadami na rzece Sieg poprzez doliny o 
topografii opadających w dół tarasów, gdzie zimnu potrafią oprzeć się tylko 
wrzosy i karłowata drzewina.
 Część fiordu, skąd wymykają się wody, połoŜona u stóp lasu, zowie się 
Siegdalhen, słowo, które moŜna by wytłumaczyć jako rejon rzeki Sieg.
 Zakole naprzeciw stołowych skał Falbergu to dolina Jarvis; pejzaŜ tu piękny 
dzięki wysokim wzgórzom porosłym gęsto modrzewiami, sosnami, brzozami, wśród 
których trafiają się dęby i buki - najbogatszy, najbarwniejszy spośród wszelkich
gobelinów, jakie przyroda północy rozpostarła na tych surowych skałach- Oko z 
łatwością zdoła wypatrzyć tu granicę, gdzie połacie ogrzewane promieniami słońca
zaczynają umoŜliwiać uprawę, nie utrudniając Ŝycia florze norweskiej.
 W tym miejscu zatoka rozszerza się na tyle, by morze, odpychane przez Falberg, 
spływało szemrząc z ostatniego szańca wzgórz, pod którymi rozciąga się brzeg 
obramowany łagodnie miałkim piaskiem, usiany miką, lśniącym kwarcem, ładnymi 
kamieniami, odłamkami porfiru i marmuru przywleczonymi tu przez rzekę aŜ ze 
Szwecji, usiany tym wszystkim, co wyrzuca morze, muszlami, wodorostami, 
przygnanymi aŜ tutaj przez burze bądź od bieguna północnego, bądź od południa.
 U podnóŜa gór Jarvis leŜy wieś złoŜona z dwustu drewnianych domów, zapadły kąt,
gdzie ludność niby leśne pszczoły wegetuje szczęśliwie nie powiększając i nie 
zmniejszając swojej liczby, i jak one czerpiąc pokarm z dzikich zasobów 
przyrody.
 Nie znane nikomu bytowanie tego sioła wyjaśnić łatwo.
 Mało kto zdobędzie się na odwagę, aŜeby zapuściwszy się między rafy, dotrzeć na
brzeg morza i zająć się rybołówstwem, które na wielką skalę uprawiają Norwegowie
u wybrzeŜy mniej niebezpiecznych.
 Mnogość ryb fiordu wystarcza częściowo tubylcom na wyŜywienie; pastwiska w 
dolinach darzą ich mlekiem i masłem; z rozsianych tu i ówdzie pól nader Ŝyznych 
zbierają Ŝyto, konopie i warzywa, umiejąc chronić je zarówno przed trzaskającym 
mrozem, jak i krótkotrwałym, lecz okrutnym skwarem słońca: w tej dwojakiej walce
Norweg odznacza się wyjątkową zręcznością.
 Brak komunikacji lądowej, drogi bowiem nie nadają się tutaj do uŜytku i tylko 
kruche łodzie mogą przemykać się morskimi wąwozami fiordu, nie sprzyja bogaceniu
się ludności, która mogłaby ciągnąć zyski z lasów.
 Tylko dzięki wkładowi sum ogromnych dałoby się oczyścić kanał zatoki albo 
przebić drogę w głąb kraju.
 Wszystkie szlaki z Christianii do Drontheim omijają Stromfiord, wiodąc przez 
Sieg w punkcie połoŜonym o kilka mil od jej progów; brzeg między doliną Jarvis a
Drontheim zarastają olbrzymie, nieprzebyte bory; na koniec Christianię dzielą od
Falbergu niedostępne przepaście.
 Wieś Jarvis mogłaby chyba połączyć się z Norwegią centralną i Szwecją przez 
rzekę Sieg; aby jednak nawiązać stosunki z cywilizacją, Stromfiord musiałby się 
postarać o człowieka genialnego.
 I rzeczywiście pojawił się ów geniusz: był to poeta, Szwed naboŜny, który zmarł

Strona 116

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

podziwiając i szanując urodę tego kraju jako jedno z najwspanialszych dzieł 
Stwórcy.
 A teraz ludzie wyposaŜeni dzięki kontemplacyjnym studiom w ów wzrok wewnętrzny,
którego lotne postrzeŜenia rzucają kolejno w duszę, niby na płótno, najbardziej 
ze sobą kontrastujące krajobrazy globu, łacno ogarną okiem całość Stromfiordu.
 Oni tylko chyba potrafią zapuścić się pomiędzy kręte rafy leja, gdzie kłębi się
morze, pomknąć na falach pod spiętrzonymi w białe piramidy wieczystymi ławicami 
Falbergu, które nikną w mglistych obłokach nieba, zawsze niemal szaroperłowego, 
podziwiać uroczą, o koronkowych brzegach taflę zatoki, wsłuchać się w szum rzeki
Sieg, spadającej długimi siklawami na malownicze zwaliska pni rozrzuconych w 
nieładzie, sterczących lub ukrytych między głazami gnejsu, a potem odpocząć 
wśród wesołych krajobrazów, jakie tworzą obniŜające się pagórki Jarvis, spośród 
których wystrzelają rodzinami, miriadami najbujniejsze drzewa Północy: tu brzozy
wdzięczne i pochylone jak dziewczęta, tam kolumnady buków o pniach stuletnich, 
omszałych, i wszelkie kontrasty róŜnolitych zieleni, białe mgły snujące się 
wśród czarnych sosen, wrzosowiska o niezliczonych odcieniach szkarłatu - słowem,
wszelkie barwy i wszelkie wonie tej flory pełnej nie znanych nam cudów.
 Rozbudujcie proporcje tych amfiteatrów, wzbijcie się w chmury, zabłądźcie w 
rozpadlinach skalnych, gdzie śpią foki - wasza myśl i tak nie ogarnie ani 
bogactw, ani poezji tego norweskiego zakątka!
 Czy zdołałaby się stać równie wielką, jak otaczający go ocean, równie 
imaginacyjną jak fantastyczny pejzaŜ namalowany tu przez lasy, obłoki, cienie i 
grę świateł?
 Spójrzcie: ponad rozłogami plaŜy, w ostatniej z dolin ciągnącej się falisto pod
graniami wzgórz Jarvis, widać ze trzysta domków krytych noeverem, czymś na 
kształt gontów z kory brzozowej, domków kruchych, rozsiadłych płasko, podobnych 
gąsienicom jedwabnika na liściu morwy strąconym przez wiatr.
 PowyŜej tych domostw ubogich i spokojnych wznosi się kościół zbudowany z 
prostotą stosowną do biedy, jaka w tej wsi panuje.
 Absydę kościoła otacza cmentarz, nieco dalej stoi plebania.
 Jeszcze wyŜej, na garbie wzgórza, widzimy jedyny tutaj dom kamienny i dlatego 
zwany przez tubylców zamkiem szwedzkim.
 Bo i rzeczywiście lat temu trzydzieści - licząc od dnia, w którym zaczyna się 
nasza opowieść - przybył tu ze Szwecji pewien człowiek bogaty i osiedliwszy się 
w Jarvis usiłował poprawić dolę mieszkańców.
 Niewielki ów murowaniec, który wzniósł ów przybysz, aby zachęcić ludność do 
budowania podobnych, zwraca uwagę swoją solidnością: otacza go mur, rzadkość w 
Norwegii, gdzie mimo obfitości kamienia wszystko grodzi się drzewem, nawet pola.
 Dom, dzięki temu bezpieczny od śniegów, stał na wzgórzu, pośród przestronnego 
dziedzińca.
 Okna miał osłonięte nader szerokimi podcieniami wspartymi na grubych sosnowych 
balach, które nadają budowlom krajów Północy coś z fizjonomii patriarchalnej.
 Spod tego dachu łatwo obserwować dziką nagość Falbergu, porównywać bezmiar 
morza z kroplą spienionej zatoki, wsłuchiwać się w huczący szum rzeki Sieg, 
której wody, zdając się z oddali nieruchome, wpadały w granitową czarę, od 
północy na łuku trzech mil obrzeŜoną lodowcami, słowem, kontemplować pejzaŜ, na 
którego tle potoczą się wypadki naszej opowieści, nadprzyrodzone i proste 
zarazem.
 Zima z roku 1799 na 1800 była jedną z najsroŜszych, jakie zachowały się w 
pamięci Europejczyków; morze norweskie pokryło się lodem w całości równieŜ i w 
fiordach, chronionych na ogół od zamarznięcia gwałtownym naporem kipieli.
 Wicher, podobny w skutkach do hiszpańskiego levantis, wymiótł lody Stromfiordu 
spychając śnieg w głąb zatoki.
 Od dawna juŜ mieszkańcom Jarvis nie było dane oglądać zimą szerokiego 
zwierciadła wód odbijającego barwy nieba - a widok to ciekawy we wnętrzu tych 
gór, których występy znikły całkiem pod nakładającymi się na siebie kolejno 
warstwami śniegu, tak iŜ zarówno najostrzejsze granie, jak najgłębsze doliny 
zamieniły się w łagodne fałdy olbrzymiej tuniki, jaką przyroda narzuciła na ów 
pejzaŜ, smutnie teraz olśniewający i monotonny.
 DalekosięŜne kaskady Sieg, zamarzłszy nagle, zakreśliły potęŜną arkadę, pod 
którą mieszkańcy mogliby przechodzić bezpieczni od wirów wodnych, gdyby komuś 
stało odwagi wybrać się na przechadzkę.
 Ale ryzyko, jakim groziła najbliŜsza choćby wyprawa, zatrzymywało w domu i 
najnieustraszeńszych myśliwych, którzy lękali się, Ŝe nie rozpoznają pod 
śniegiem wąskich ścieŜek wydeptanych na krawędziach przepaści, rozpadlin czy 
stromizn.
 Obecność ludzka nie oŜywiała więc tej białej pustyni, po której hulał wiatr 
biegunowy, i jego tylko wycie rozlegało się chwilami.

Strona 117

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Niebo jednostajnie szarawe nadawało jezioru odcień przyrdzewiałej stali.
 Niekiedy moŜe jakiś sędziwy eider szybował bezkarnie nad tymi połaciami 
chroniony ciepłym puchem, pod którym przemykają się sny bogaczy nieświadomych, 
za cenę jakich niebezpieczeństw zdobywa się to pierze; ale nikt nie widział ani 
nie słyszał lotu tego ptaka podobnego Beduinowi, który samotnie Ŝegluje po 
piaskach afrykańskich; atmosfera dotknięta drętwotą, pozbawiona właściwych sobie
komunikacyj elektrycznych, nie wibrowała ani świstem skrzydeł, ani wesołymi 
pokrzykiwaniami tego ptaka.
 CzyjeŜ najodporniejsze nawet oko zdołałoby wytrzymać blask owej przepaści 
strojnej w jarzące się kryształy, nie zatrwoŜyć się lodowatymi odblaskami 
śniegów, z lekka na szczytach tęczujących od promieni bladego słońca, które 
czasem przezierało zza chmur podobne konającemu, co pragnąłby koniecznie złoŜyć 
świadectwo, Ŝe jeszcze Ŝyje?
 Częstokroć, kiedy zwały szarych mgieł, przepędzanych szwadronami przez góry i 
sosny, zasłaniały niebo potrójnym welonem, ziemia, w braku świateł z nieba, 
gorzała światłem własnym.
 Tu zatem spotykały się wszelkie świetności mrozu wieczyście rozsiadłego na 
biegunie, mrozu mającego za cechę główną królewską ciszę, w której łonie Ŝyją 
władcy absolutni.
 Wszelka zasada krańcowa nosi w sobie oczywistość negacji i symptomaty śmierci: 
czy Ŝycie nie jest walką dwóch sił?
 Tu nic nie zdradzało Ŝycia.
 Jedyna potęga, bezpłodna siła lodu, władała bez niczyich protestów.
 Nawet szum wzburzonego morza nie docierał do tej niemej niecki, tak gwarnej 
wśród trzech innych krótkich pór roku, kiedy przyroda z pośpiechem wydaje 
mizerny plon, konieczny dla Ŝycia tego cierpliwego ludu.
 Kilka wysokich sosen wznosiło się czarnymi piramidami zdobnymi w cięŜkie 
śnieŜne festony, a kształt ich gałęzi brodatych i obwisłych przydawał jeszcze 
Ŝałobnego wyglądu szczytom górskim, na których wyglądały zresztą niby brunatne 
punkty.
 KaŜda rodzina siedziała przy piecu, w domach pozamykanych szczelnie, 
zaopatrzonych w suchary, topione masło, suszone ryby, prowiant zgromadzony 
zawczasu na siedmiomiesięczną zimę.
 Nad domami snuły się dymy, zaledwie dostrzegalne.
 Prawie kaŜde z tych domostw było przywalone śniegiem - od którego cięŜaru 
chronią długie deski przeprowadzone od dachu i wsparte na solidnych słupach, 
tworzące wokół budowli szerokie podcienia.
 W czasie tych srogich zim kobiety przędą i farbują wełnę lub len, z których 
tkają sukno i płótno na odzieŜ, a większość męŜczyzn pogrąŜa się w lekturze lub 
w owych cudownych medytacjach, skąd rodzą się głębokie teorie, zaduma mistyczna 
Północy, jej wierzenia i w pewnych dziedzinach wiedzy studia tak wyczerpujące, 
jak gdyby myśliciele posługiwali się sondą; obyczaje na poły klasztorne, które 
zmuszają duszę do pracy nad sobą, do znajdowania w samej sobie pokarmu: dlatego 
chłop norweski stanowi wśród ludności europejskiej fenomen odrębny.
 Tak oto przedstawiał się Stromliord w pierwszym roku XIX stulecia, mniej więcej
w połowie maja.
 Pewnego ranka, kiedy słońce jarząc się w tym krajobrazie zapalało w kryształach
śniegu i lodu wszelkie ognie efemerycznych diamentów, dwie osoby, przeprawiwszy 
się przez zatokę, mknęły pod masywem Falbergu ku szczytowi, wznosząc się w górę 
po skalnych półkach.
 Ludzie to byli czy dwie strzały?
 Kto dostrzegłby tych dwoje na podobnej wysokości, wziąłby ich za stadło eiderów
Ŝeglujących zgodnie poprzez chmury.
 Ani rybak najbardziej zabobonny, ani najnieustraszeńszy z myśliwych nie 
przypisałby stworzeniom ludzkim mocy utrzymania się na wąziutkich półkach 
skalnych prowadzących wzdłuŜ granitowego zbocza, po których przecieŜ para ta 
prześlizgiwała się z przeraŜającą zręcznością spotykaną jedynie u lunatyków, co 
niepomni na prawo cięŜkości i niebezpieczeństwo, jakim grozi lada krok fałszywy,
biegają po krawędziach dachów i nie tracą równowagi, będąc pod władzą 
tajemniczej siły.
 - Zatrzymaj mnie, SERAFIE - rzekła blada dziewczyna - i pozwól, niech odetchnę.
 ZdąŜając pod ścianami tej przepaści wolałam spoglądać tylko na ciebie; inaczej,
cóŜ by ze mną się stało?
 A jestem stworzeniem bardzo słabym.
 Czy zmęczyłeś się przeze mnie?
 - Nie - odparł jej towarzysz, na którego wspierała się ramieniu.
 - Chodźmy dalej, Minno!
 To miejsce nie jest zbyt pewne, Ŝeby odpocząć.

Strona 118

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 I znów śnieg zaskrzypiał pod długimi deskami umocowanymi u stóp obojga, i tak 
dotarli do pierwszego gzymsu, który przypadek wyŜłobił wyraźnie na zboczu 
przepaści.
 Osobistość zwana przez Minnę Serafem wsparła się na prawym obcasie, aŜeby 
unieść deskę mniej więcej na pręt długą, wąską jak stopa dziecka i przytroczoną 
do trzewika dwoma rzemieniami z foczej skóry.
 Owa deska, gruba na dwa palce, była podbita skórą rena, której sierść, jeŜąc 
się na śniegu, zahamowała Serafita w pędzie; dosunął lewą nogę, u której miał 
równieŜ drewnianą łyŜwę tejŜe długości, obrócił się zgrabnie, objął lękliwą 
dziewczynę, a choć i ona miała u stóp długie deski, wziął ją na ręce i posadził 
na złomie skalnym, otrzepawszy go wprzódy ze śniegu połą futrzanego płaszcza.
 - Tu, Minno, jesteś bezpieczna i moŜesz drŜeć do woli.
 - Mamy juŜ za sobą trzecią część Lodowej Czapy - ozwała się spoglądając na 
szczyt i dając mu nazwę, pod którą zna go kaŜdy Norweg.
 - Nie mogę wprost uwierzyć.
 Ale zbyt zadyszana, Ŝeby wyrzec coś więcej, uśmiechnęła się do Serafita, który 
nie odpowiadając trzymał dłoń na jej sercu, wsłuchany w jego bicie głośne i 
szybkie, jak u schwytanego ptaka.
 - Bije często tak szybko, kiedy pobiegam - rzekła.
 Serafit pokiwał głową bez lekcewaŜenia ani oziębłości.
 Niemniej, chociaŜ wdzięk nadał owemu ruchowi niemal słodycz, przezierało zeń 
leciutkie zniecierpliwienie, które u kobiety cechowałaby upajająca zalotność.
 Serafit przytulił serdecznie dziewczynę.
 Minna, wziąwszy tę pieszczotę za odpowiedź, wpatrywała się wciąŜ w towarzysza.
 Kiedy Serafit uniósł głowę i, odrzucając w tył złote kędziory gestem niemal 
irytacji, odsłonił czoło, ujrzał szczęście w oczach Minny.
 - Tak, Minno - ozwał się tonem niemal ojcowskim, nie pozbawionym uroku u istoty
jeszcze młodzieńczej - patrz na mnie i w dół nie spoglądaj.
 - Dlaczego?
 - Spróbuj, skoroś ciekawa.
 Minna, spojrzawszy w dół, krzyknęła niby dziecię, które napotkałoby tygrysa.
 Owładnęła nią straszliwa trwoga przed otchłaniami, a wystarczyło na to jedno 
spojrzenie rzucone w dół.
 Fiord, zachłanny na łup, zawołał wielkim głosem, ogłuszającym, dzwoniącym w 
uszach, jak gdyby pragnął poŜreć ją niechybnie, stanąwszy między Minną a Ŝyciem.
 Po czym, od włosów jej aŜ do stóp, wzdłuŜ pleców, spłynął dreszcz lodowaty 
zrazu, który po chwili jednak przelał w jej mięśnie gorącość nieznośną, 
rozpulsował się w Ŝyłach, obezwładnił całą poraŜeniami elektrycznymi, jakby 
dotknęła ryby zwanej drętwą.
 Za słaba, by stawiać opór, czuła, jak ją z głazu ściąga nieznana moc, zdawało 
jej się, Ŝe w dole widzi potwora ziejącego na nią jadem, potwora o 
magnetycznych, urzekających ją oczach, o rozwartej paszczy, która zawczasu 
zdawała się miaŜdŜyć swoją ofiarę.
 - Umieram, Serafie, a kochałam tylko ciebie - rzekła czyniąc juŜ machinalny 
ruch, by skoczyć w przepaść.
 Serafit dmuchnął jej łagodnie w czoło i oczy.
 Raptem, niby wędrowiec odświeŜony kąpielą, Minna zapomniała o swoich dotkliwych
bólach, które rozproszyło pieszczotliwe tchnienie przenikając jej ciało i 
zatapiając balsamiczną falą, lotną jak zefir.
 - KimŜe więc jesteś?
 - zagadnęła zatrwoŜona słodko.
 - Ach wiem, jesteś moim Ŝyciem.
 Jak moŜesz spoglądać w tę otchłań i nie umrzeć?
 - spytała jeszcze po chwili.
 Ciii.
 Serafit pozostawił Minnę uczepioną granitowego głazu, niby cień przesunął się 
na krawędź półki skalnej i zatopiwszy wzrok w głębinach Fiordu, rzucał wyzwanie 
roziskrzonej przepaści; postać jego ani się zachwiała, czoło miał blade i 
nieprzeniknione niby marmurowy posąg: otchłań przeciw otchłani.
 - Serafie, wróć, jeśli mnie kochasz!
 - zawołała dziewczyna.
 - Twoje niebezpieczeństwo przywraca mi moją boleść!
 KimŜe jesteś ty, w twoim wieku obdarzony tą siłą nadludzką ?
 - zagadnęła uczuwszy się znowu w jego ramionach.
 - Ale ty przecie - odparł Serafit - spoglądasz bez lęku w przestrzenie jeszcze 
bardziej bezmierne.
 I przedziwny młodzieniec wzniesionym palcem wskazał błękitną aureolę, jaką 
zarysowały obłoki pozostawiając nad ich głowami jasną przestrzeń, wśród której 

Strona 119

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

błyszczały gwiazdy - w biały dzień, na mocy jednego z nie wytłumaczonych jeszcze
zjawisk atmosferycznych.
 - Wielka to róŜnica!
 - odrzekła z uśmiechem.
 - Masz rację - odparł.
 - Urodziliśmy się po to, Ŝeby zdąŜać do nieba.
 Ojczyzna, jak oblicze matki, nie trwoŜy nigdy dziecka.
 Minna zamilkła, głos jego zadźwięczał w trzewiach jej istności.
 - Chodźmy dalej - powiedział.
 I pomknęli wąskimi ścieŜynami wytyczonymi na zboczach góry, poŜerając 
przestrzeń, przefruwając z piętra na piętro, z wysoczyzny na wysoczyznę, chybcy 
niby koń arabski, ów ptak pustyni.
 Wkrótce stanęli na zielonym kobiercu traw, mchów i kwiatów, gdzie nikt nigdy 
jeszcze nie spoczął.
 - Prześliczny soeler!
 - ozwała się Minna nadając owej łące jej prawdziwą nazwę.
 - Ale skąd się wziął aŜ na tej wysokości?
 - To prawda, Ŝe tutaj zatrzymuje się flora norweska - odrzekł Serafit - a na tę
odrobinę traw i kwiatów natrafiliśmy dzięki tej skale, która osłania je od 
biegunowych mrozów.
 Schowaj, Minno, te roślinkę na piersi - mówił zrywając kwiat - weź to miłe 
stworzonko, na które nigdy jeszcze nie padł wzrok ludzki, zachowaj ten kwiat 
jedyny na pamiątkę tego w twoim Ŝyciu jedynego poranka!
 Nie znajdziesz nigdy innego przewodnika, który zaprowadziłby cię na ten soeler.
 Tu dał jej roślinę, hybrydę, którą orlim okiem wypatrzył wśród bezłodygich 
lepnic i rozchodników, istny cud rozkwitły pod tchnieniem aniołów.
 Minna z dziecinną radością chwyciła zielony pęczek, przezroczysty i mieniący 
się jak szmaragdy, uformowany z listków pozwijanych w trąbki na dnie 
jasnobrunatne, przechodzące stopniowo w zieleń, o brzegach powycinanych.
w nieopisanie misterną koronkę.
 Listki były tak zbite, Ŝe zdawały się tworzyć całość złoŜoną z mnóstwa 
prześlicznych róŜyczek.
 Tu i ówdzie z owego kobierczyka wznosiły się białe gwiazdy obrzeŜone złocistą 
nicią, z których wnętrza wychylały się szkarłatne pręciki, bez słupka.
 Woń mająca w sobie coś i z róŜy, i z kwiatu pomarańczy, woń nieuchwytna i 
pierwotna, uzupełniała jak gdyby niebiańskość tego tajemniczego kwiatu, który 
Serafit kontemplował melancholijnie, jakby woń owa zdradziła mu Ŝałosną myśl, 
którą rozumiał on jeden!
 Ale Minnie nadzwyczajne to zjawisko wydało się kaprysem, w którym przyrodzie 
spodobało się nadać klejnotom świeŜość, miękkość i zapach kwiatów.
 - Dlaczego miałby to być kwiat jedyny?
 Czy nie rozmnoŜy się juŜ więcej ?
 - spytała, na co Serafit zaczerwienił się i zmienił szybko temat rozmowy.
 - Usiądź i obejrzyj się.
 No widzisz, na tej wysokości chyba nie zadrŜałabyś wcale?
 Przepaść jest juŜ tak głęboka, Ŝe głębokości nie dostrzeŜesz; nabrała 
jednolitej perspektywy morza, nieokreśloności chmur; barwy nieba; lód fiordu 
wygląda jak ładny turkus; sosnowe lasy wydają ci się stąd delikatnymi brunatnymi
smugami; przepaści równieŜ winny być tak strojne dla ciebie.
 Serafit mówił te słowa tonem i z gestami pełnymi namaszczenia, znanego u tych 
jedynie, co dotarli na szczyty wysokich gór globu, a przy tym nacechowanego 
naturalnością tak oczywistą, Ŝe najdumniejszy z panów musi traktować swojego 
przewodnika jak brata i zaczyna odczuwać nad nim przewagę wtedy dopiero, kiedy 
schodzi ku dolinom, gdzie mieszkają inni ludzie.
 Klęcząc u stóp Minny, Serafit zdejmował z nich deski.
 Dziewczyna nie dostrzegała tego nawet, zachwycając się imponującym pejzaŜem 
Norwegii, którego długie granie skalne ogarniała stąd jednym rzutem oka - i tak 
mocno poruszyła nią uroczysta wieczystość tych lodowatych szczytów, Ŝe nie 
potrafiłaby wyrazić tego słowami.
 - Nie przywiodła nas tutaj sama tylko siła ludzka - rzekła składając dłonie.
 - Śnię chyba.
 - Nadprzyrodzonymi zowiesz fakty, których nie pojmujesz przyczyn - odparł.
 - Twoje odpowiedzi - ozwała się na to - są zawsze przesycone jakąś głębią.
 Przy tobie pojmuję wszystko bez wysiłku.
 Ach, jestem wolna!
 - Nie ciąŜą ci juŜ deski, ot i wszystko.
 - O, jakŜebym pragnęła odwiązać twoje i ucałować ci stopy.
 - Te słowa zachowaj dla Wilfryda - odrzekł łagodnie Serafit.

Strona 120

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 - Dla Wilfryda!
 - powtórzyła Minna z gniewem, który zgasł, kiedy spojrzała na towarzysza.
 - Bo ciebie nigdy nic nie wytrąca z równowagi!
 - rzekła próbując daremnie wziąć go za rękę.
 - We wszystkim jesteś doskonały, Ŝe aŜ rozpacz bierze.
 - A z tego wnosisz, Ŝe jestem nieczuły.
 Minnę przeraziło to spojrzenie, tak bystro zapuszczone w jej myśl.
 - Dowiodłeś mi, Ŝe się rozumiemy - odparła z gracją zakochanej kobiety.
 Serafit skinął lekko głową, rzucając jej spojrzenie smutne i łagodne zarazem.
 - Ty, który wiesz wszystko - podjęła Minna - powiedz mi, dlaczego 
onieśmielenie, jakie odczuwałam przy tobie tam na dole, rozproszyło się, kiedy 
wspinaliśmy się tutaj ?
 Dlaczego po raz pierwszy odwaŜyłam się spojrzeć ci prosto w oczy, kiedy tam 
ośmielałam się zaledwie popatrywać na ciebie ukradkiem!
 - Tu zapewne strząsnęliśmy z siebie wszelką ziemską małość - odparł rozpinając 
płaszcz podbity futrem.
 - Nigdy jeszcze nie byłeś tak piękny - ozwała się Minna i siadłszy na omszałym 
głazie zagłębiła się w kontemplowaniu istoty, co zawiodła ją na te część szczytu
górskiego, zdawałoby się, niedostępną.
 Nigdy jeszcze doprawdy Serafit nie jaśniał blaskiem tak świetnym - nie sposób 
inaczej wyrazić oŜywienia w jego twarzy i powabów postaci.
 Czy wspaniałość tę zawdzięczał świetlistej bieli, jaką nadaje cerze 
krystaliczne górskie powietrze i refleks bijący od śniegów?
 Czy poruszeniom wewnętrznym, od których krew burzy się w ciele, kiedy 
odpoczywamy po intensywnym marszu?
 Czy raptownemu kontrastowi między złocistą jasnością padającą od słońca a 
mrocznymi chmurami, wśród których przeszło to urocze stadło ?
 MoŜe do tych przyczyn naleŜałoby jeszcze dołączyć owoce jednego z 
najpiękniejszych zjawisk, jakie mogła stworzyć natura ludzka.
 Gdyby wytrawny fizjolog zbadał istotę, która w tym właśnie momencie, jeśli 
spojrzeć na dumne czoło i blask oka, wyglądała na siedemnastoletniego chłopca; 
gdyby poszukał źródeł energii tego kwitnącego Ŝycia pod tkanką najbielszą, jaką 
kiedykolwiek Północ obdarowała jedno ze swoich dzieci, pomyślałby zapewne, Ŝe w 
nerwach migoczących, rzekłbyś, pod naskórkiem przepływa jakiś fosforyzujący 
fluid albo Ŝe ustawiczna obecność wewnętrznego światła nadaje Serafitowi 
rumieniec, niby ogniki zawarte w alabastrowej czarze.
 Dłonie - z których zdjął rękawiczki, Ŝeby Minnie odwiązać drewniane łyŜwy - 
chociaŜ miękkie i wysmukłe, wydawały się dorównywać siłą przezroczystym stawom, 
w jakie Stwórca wyposaŜył szczypce kraba.
 Ze złocistych oczu młodzieńca tryskał ogień walcząc o lepsze z promieniami 
słońca, których, rzekłbyś, nie wchłaniał, lecz dawał im światłość.
 Ciało, wiotkie i wątłe jak u kobiety, zdradzało jedną z owych natur na pozór 
słabych, u których jednak siła zawsze dorównuje pragnieniom, to znaczy, Ŝe w 
porę nabierają sił koniecznych.
 Będąc wzrostu średniego, Serafit ogromniał, kiedy podawał czoło do przodu, jak 
gdyby zamierzał wzlecieć.
 Włosy, zwinięte w loki jakby ręką czarodziejki i jakby rozwiane tchnieniem, 
wzmagały iluzję, którą wywoływała jego postać eteryczna; lecz owa niewymuszona 
lekkość stanowiła sumę cech bardziej duchowych niŜ fizycznych.
 Wyobraźnia Minny potęgowała tę halucynację, której uległby kaŜdy, a która 
przydawała Serafitowi wyglądu postaci, jakie zjawiają się w rozkosznych snach.
 śaden ze znanych typów ludzkich nie zdołałby uzmysłowić obrazu tej postaci 
majestatycznie męskiej w oczach Minny - gdyŜ ta postać w oczach męŜczyzny 
zaćmiłaby kobiecym wdziękiem najpiękniejsze modelki, jakie pozowały Rafaelowi.
 Ów malarz niebios wkładał stale coś na kształt spokojnej radości, miłosnej 
słodyczy w wizerunki swoich anielskich a pięknych modelek; czyjaŜ jednak dusza, 
nie kontemplując Serafita, potrafiłaby wynaleźć smutek przemieszany z nadzieją, 
która zasłaniała na poły niewysłowione uczucia malujące się w jego rysach?
 Kto potrafiłby, nawet wśród fantazjowań artysty, gdzie wszystko staje się 
moŜliwe, dostrzec cień, jakim kładła się trwoga na tym czole nazbyt 
inteligentnym, które zdawało się rzucać niebu pytanie i wciąŜ uŜalać się nad 
ziemią?
 Twarz ta szybowała dumnie niczym szlachetny drapieŜny ptak, zakłócający swoim 
krzykiem spokój przestworzy, to znów opuszczała się z rezygnacją niby 
synogarlica, której gruchanie napełnia tkliwością głębinę cichego boru.
 Zadziwiającą biel cery Serafita podkreślała jeszcze czerwień warg, brąz 
jedwabistych rzęs i brwi - jedyne kolory, jakie odcinały się od bladości lic, 
których doskonały owal nie przeszkadzał w niczym rozbłyskom uczuć: 

Strona 121

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

odzwierciedlały się w nim bez gwałtowności czy wstrząsów, ale z ową 
majestatyczną i naturalną powagą, jaką przypisujemy chętnie istotom wyŜszym.
 Wszystko w tej marmurowej twarzy tchnęło spokojem i siłą.
 Minna wstała, Ŝeby ująć rękę Serafita - spodziewając się, Ŝe tym sposobem 
przygarnie go do siebie i złoŜy na tym powabnym czole pocałunek wydarty bardziej
przez uwielbienie, niŜ miłość; ale wzrok młodzieńca, wzrok, co przeniknął ją, 
jak promień słońca przechodzi przez pryzmat, zmroził biedną dziewczynę.
 Wyczuła, nie uświadamiając sobie tego, dzielącą ich przepaść, odwróciła głowę i
zapłakała.
 Nagle potęŜne ramię objęło ją wpół, ozwał się głos pełen słodyczy: - Chodź.
 - Usłuchała, wsparła głowę, gdzie przejaśniło jej się juŜ, na sercu młodzieńca,
który dostosowawszy swój krok do jej kroku ze zgodnością miłą i pełną atencji, 
powiódł ją na miejsce, skąd oglądać mogli promienne pejzaŜe polarnej przyrody.
 - Zanim spojrzę i wysłucham ciebie, powiedz mi, Serafie, czemu mnie odpychasz?
 Naraziłam ci się czymś moŜe?
 Czym, powiedz?
 Nie chciałabym nic mieć dla siebie; chcę, Ŝeby wszystkie ziemskie bogactwa do 
ciebie naleŜały, jak naleŜą juŜ skarby mojego serca; Ŝeby światło spływało na 
mnie tylko poprzez twoje oczy, jak moja myśl wypływa z myśli twojej; nie 
lękałabym się juŜ wtedy, Ŝe cię uraŜę, odbijając tym sposobem blask twojej 
duszy, słowa twojego serca, światło twojego światła, jak odsyłamy Bogu chwile 
kontemplacyj, którymi karmi nasze dusze.
 Chciałabym cała być twoją!
 - No cóŜ, Minno, twoje nieustające pragnienia są obietnicą, którą składa nam 
przyszłość.
 Nie trać nadziei!
 Ale skoro chcesz pozostać , czystą, łącz zawsze myśl o Wszechmocnym z uczuciami
ziemskimi, a pokochasz wszelkie stworzenie i twoje serce wzbije się bardzo 
wysoko!
 - Uczynię wszystko, co zechcesz - odrzekła, lękliwie wznosząc ku niemu oczy.
 - Nie powinienem być twoim towarzyszem - rzekł smętnie Serafit.
 Stłumił jakieś myśli, wyciągnął ręce ku Christianii widocznej jako punkt na 
horyzoncie i rzekł: - Patrz!
 - Jesteśmy bardzo mali - odpowiedziała.
 - Tak, lecz uczucie oraz inteligencja czynią nas wielkimi - podjął Serafit.
 - Od nas jednych, Minno, rozpoczyna się poznanie rzeczy; odrobina znajomości 
praw świata widzialnego odsłania przed nami ogrom światów wyŜszych.
 Wiem, Ŝe pora juŜ mówić tak do ciebie; a tak bardzo chciałbym przekazać ci 
płomień moich nadziei!
 MoŜe kiedyś znajdziemy się razem w świecie miłości niezniszczalnej.
 - A dlaczego nie teraz juŜ i nie na zawsze?
 - wyszeptała.
 - Nie masz tutaj nic stałego - odparł lekcewaŜąco.
 - Przemijająca szczęśliwość miłości ziemskiej to tylko przebłysk, co zdradza 
niektórym duszom jutrzenkę szczęśliwości trwalszej, podobnie jak niektóre istoty
uprzywilejowane, odkrywając to lub tamto prawo przyrody, wnoszą niejasno o całym
jej systemie.
 CzyŜ nasze wątłe szczęście ziemskie nie jest zaświadczeniem innego szczęścia, 
kompletnego, jak ziemia, fragment świata, świadczy o świecie?
 Nie potrafimy zmierzyć ogromu orbity myśli BoŜej, której stanowimy cząstkę tak 
małą, jak Bóg jest wielki, ale potrafimy przeczuć jej obszar, paść na kolana, 
wielbić, czekać.
 Ludzie mylą się zawsze w swojej wiedzy, nie widząc, Ŝe wszystko na ich globie 
jest względne i dostosowuje się do obrotów ogólnych, do produkcji bezustannej, 
która nieuchronnie pociąga za sobą postęp i cel.
 Sam człowiek nie jest tworem skończonym, inaczej nie byłoby Boga!
 - Kiedy znalazłeś czas, Ŝeby nauczyć się tylu rzeczy?
 - zagadnęła dziewczyna.
 - Pamiętam - odparł.
 - Wydajesz mi się piękniejszy od wszystkiego, co widzę.
 - Jesteśmy jednym z największych dzieł Boga.
 CzyŜ nie dał nam zdolności odzwierciedlania przyrody, koncentrowania jej w nas 
drogą myśli, czynienia z niej stopnia, skąd wzbijemy się ku Niemu?
 Kochamy się proporcjonalnie do mniejszej lub większej cząstki nieba, jaką 
zawierają nasze dusze.
 Nie bądź więc, Minno, niesprawiedliwą, spójrz na krajobraz, jaki rozpościera 
się u twoich stóp, czyŜ nie jest on wspaniały?
 U twoich stóp Ocean rozwinął się niby kobierzec, góry podobne są murom 

Strona 122

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

rzymskiego cyrku, aura nad nami przypomina tkaninę tworzącą kopułę owego 
teatrum, a wszystko tutaj tchnie myślą Boga, jak aromatem.
 Spójrz!
 Burze, od których druzgoczą się statki naładowane ludźmi, wydają nam się stąd 
jedynie słabymi wirami, a jeśli wzniesiesz głowę, wszystko jest błękitem.
 Nad tobą jakby diadem gwiazd.
 Tutaj nikną odcienie ziemskich obrazów.
 Wsparta o tę przyrodę, którą odmaterialniła przestrzeń, czyŜ nie czujesz w 
sobie więcej głębiny niŜ ducha?
 Czy nie cechuje cię bardziej wielkość niŜ entuzjazm, bardziej energia niŜ wola?
 CzyŜ nie doświadczasz wraŜeń, których wyraziciel jest juŜ poza nami?
 Nie czujesz, jak wyrosły ci skrzydła?
 Módlmy się.
 Serafit ugiął kolano, skrzyŜował ręce na piersiach, a Minna płacząc uklękła.
 Trwali tak dłuŜszą chwilę, wśród której błękitna aureola szybująca w niebiosach
nad ich głowami rozszerzyła się, a świetliste promienie spowiły oboje bez ich 
wiedzy.
 - Czemu nie płaczesz, skoro ja płaczę?
 - zagadnęła Minna szlochając.
 - Ci, którzy w całości są duchem, nie płaczą - odparł Serafit wstając z 
klęczek.
 - JakŜe miałbym płakać?
 Nie dostrzegam juŜ ludzkich nieszczęść.
 Tu dobro jaśnieje w całym swoim majestacie; stamtąd słyszę błagania i trwoŜliwy
głos harfy bólu, w której struny uderza dłoń uwięzionego ducha.
 Tu słucham koncertu harf melodyjnych.
 Tam w dole masz nadzieję, ów piękny zaczątek wiary; ale tu wiara króluje, tu 
ziściła się nadzieja!
 - Nie pokochasz mnie nigdy, jestem zbyt ułomna, gardzisz mną, rzekła 
dziewczyna.
 - Minno, fiołek ukryty u stóp dębu powiedział sobie: "Nie kocha mnie słońce, bo
mnie omija".
 A słońce powiedziało sobie: "Zginąłby ten biedny kwiatek, gdybym go 
przygrzało"!
 śyczliwe kwiatkowi, przesiewa promienie poprzez liście dębów, osłabia je, aby 
ubarwić kielich ukochany.
 Nie znajdując w sobie dość zasłon, lękam się, czy nie patrzysz na mnie za 
wiele: zadrŜałabyś, gdybyś poznała mnie lepiej.
 Posłuchaj, nie mam upodobania w owocach ziemi; zbyt dobrze pojąłem wasze 
radości; i, jak owi rozpustni cesarze świeckiego Rzymu, powziąłem niesmak do 
wszystkiego, bom otrzymał dar wizji...
 Porzuć mnie - dodał z boleścią Serafit.
 I przysiadłszy na głazie, zwiesił głowę na piersi.
 - Czemu przywodzisz mnie do aŜ takiej rozpaczy?
 - odrzekła Minna.
 - Odejdź - zawołał Serafit.
 - Nie mam nic z tego, czego pragnęłabyś ode mnie.
 Twoja miłość jest dla mnie zbyt przyziemna.
 Czemu nie pokochasz Wilfryda?
 Wilfryd jest męŜczyzną.
, męŜczyzną doświadczonym przez namiętne uczucia, który potrafi cię wziąć w 
muskularne ramiona, przygarnąć mocno dłonią szeroką i silną.
 Ma piękne czarne włosy, oko wypełnione myślą ludzką, serce, które przelewa 
strumienie lawy w słowa płynące z jego ust.
 Złamie cię pieszczotami.
 On będzie twoim ukochanym, twoim małŜonkiem.
 Wilfryd dla ciebie został stworzony.
 Minna płakała rzewnymi łzami.
 - Czy ośmielisz się powiedzieć, Ŝe go nie kochasz?
 - ozwał się głosem, który jak sztylet przeszywał serce.
 - Łaski, łaski, Serafie!
 - Kochaj go, biedne dziecię ziemi, do której twój los przykuł cię nieodwołalnie
- rzekł okrutny Serafit i władczym gestem pociągnął Minnę na krawędź soeleru, 
skąd rozpościerał się widok tak rozległy, Ŝe rozentuzjazmowana dziewczyna mogła 
z łatwością uwierzyć, iŜ unosi się ponad światem.
 - Pragnąłem towarzysza, aŜeby wejść w królestwo światła, chciałem ci pokazać tę
grudę błota, i widzę, Ŝe wciąŜ jeszcze łączy cię z nią mocna więź.
 śegnaj!

Strona 123

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Pozostań tam, raduj się dzięki zmysłom, bądź wierna swojej naturze, blednij, 
kiedy bledną męŜczyźni, rumień się, kiedy rumienią się kobiety, baw się z 
dziećmi, módl się z grzesznikami, w bólach wznoś oczy ku niebu; drŜyj, ufaj, 
dygocz; będziesz miała towarzysza, będziesz mogła jeszcze śmiać się i płakać, 
obdarowywać i otrzymywać dary.
 Bo ja jestem jak wygnaniec, z dala od nieba; i jak monstrum, z dala od ziemi.
 Moje serce juŜ nie bije; Ŝyję tylko poprzez siebie i dla siebie.
 Czuję poprzez umysł, oddycham poprzez czoło, widzę przez myśl, umieram z 
niecierpliwości i poŜądań.
 Nikt na ziemi nie ma tej władzy, by spełnić moje Ŝyczenia, ukoić moją 
niecierpliwość, a płakać oduczyłem się juŜ.
 Jestem samotny.
 Nie szemrzę i czekam.
 Serafit spojrzał na ukwiecony wzgórek, na którym posadził Minnę, po czym 
obrócił oko ku posępnym górom o szczytach osnutych gęstymi mgłami, rzucając w 
nie resztę swoich myśli.
 - Czy nie słyszysz, Minno, cudownego koncertu?
 - podjął głosem turkawki, wykrzyczał się juŜ bowiem orzeł.
 - Zda się: muzyka harf eolskich, które wasi poeci umieszczają w głębi gór i 
lasów.
 Czy widzisz niewyraźne zarysy twarzy pojawiające się w chmurach?
 Uskrzydlone stopy tych, co niestrudzenie ozdabiają niebo?
 Te momenty krzepią duszę; z nieba spadną niebawem kwiaty wiosenne, światło 
wzbija się od bieguna.
 Uciekajmy, pora juŜ.
 Migiem przymocowawszy deski, ześliznęli się po stromych zboczach Falbergu 
opadających ku dolinom Sieg.
 Inteligencja cudowna patronowała ich biegowi, a raczej lotowi.
 Ilekroć natrafiali na rozpadlinę przysypaną śniegiem, Serafit brał Minnę na 
ręce i, nie waŜąc więcej niŜ ptak, mknął po kruchej warstwie zakrywającej 
otchłań.
 To znów, kierując towarzyszką, skręcał lekko, by wyminąć skraj przepaści, 
drzewo, głaz, który jakby dostrzegał pod śniegiem - podobnie marynarz obeznany z
oceanem odgaduje obecność raf po kolorze wód, układzie i biegu fal.
 Kiedy znaleźli się na drodze wiodącej do Siegdahlen, gdzie mogli posuwać się 
niemal bez obawy, po linii prostej, by dotrzeć do zamarzniętego Stromfiordu, 
Serafit zatrzymał Minnę: - Nie mówisz nic do mnie - zagadnął.
 - Sądziłam - odrzekła z szacunkiem - Ŝe chciałeś podumać samotnie.
 - Śpieszmy się, moja duszko, noc niedługo zapadnie - odparł.
 Minna zadrŜała na dźwięk głosu towarzysza, dźwięk, by tak rzec, nowy: ów głos, 
czysty jak u dziewczęcia, rozproszył fantastyczne blaski marzeń, wśród których 
posuwała się aŜ do tej chwili.
 Serafit jął zrzucać z siebie swoje właściwości męskie, w oczach gasić światła 
inteligencji zbyt Ŝywe.
 Urocza para przemknęła przez fiord i dotarła do śnieŜnej równiny między 
brzegiem zatoki a pierwszym rzędem domów Jarvis; przynaglani gęstniejącym 
mrokiem, spieszyli teraz ku plebanii, zdąŜając pod górę zakosami drogi niby po 
gigantycznych schodach.
 - Mój ojciec niepokoi się na pewno - rzekła Minna.
 - Nie - odparł Serafit.
 W tymŜe momencie stanęli pod bramą ubogiego domostwa, w którym pan Becker, 
pastor w Jarvis, czytając czekał na córkę z kolacją.
 - Oddaję drogiemu panu Minnę zdrową i całą - powiedział Serafit.
 - Dziękuję pani - odrzekł starszy pan kładąc okulary na ksiąŜce.
 - Musicie być zmęczone.
 - Wcale nie - odparła Minna, której czoło w tym momencie owiał oddech 
towarzyszki.
 - Nie przyszłabyś, moja maleńka, pojutrze do mnie na herbatę?
 - Chętnie, najdroŜsza.
 - Przyprowadzi mi ją pan?
 - Oczywiście.
 Serafit pochylił głowę zalotnym ruchem, skłonił się panu Beckerowi, wyszedł i 
po chwili dotarł na dziedziniec zamku szwedzkiego.
 Pod gigantycznym okapem dachu zjawił się osiemdziesięcioletni sługa, dzierŜąc 
latarnię.
 Z kobiecą gracją Serafit odpiął deski, pobiegł do salonu zamkowego, padł na 
sofę okrytą skórami i wyciągnął się wygodnie.
 - Co podać panience?

Strona 124

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 - spytał starzec zapalając świece nadzwyczaj długie, jakich uŜywa się w 
Norwegii.
 - Nic, Dawidzie.
 Jestem za bardzo zmęczona.
 Serafit rozpiął sobolowe futro, otulił się w nie i zasnął.
 Stary sługa postał chwilę wpatrując się z miłością w osobliwą istotę, którą 
miał przed oczyma, a której płeć określić byłoby nader trudno, nawet uczonym.
 Kiedy tak leŜała w zwykłym swoim odzieniu, podobnym zarówno peniuarowi 
damskiemu, jak męskiemu płaszczowi nie sposób byłoby nie uznać za dziewczęce 
stóp drobnych, które niedbale wysunęła spomiędzy fałd, pragnąc jakby ukazać 
naturalną delikatność kostek; ale z czoła, z profilu wyczytałbyś wyraz siły 
męskiej, rozwiniętej do najwyŜszego stopnia.
 "Cierpi, ale nie chce powiedzieć mi tego - pomyślał starzec.
 - Więdnie niby kwiat ugodzony promieniami nazbyt skwarnego słońca.
 I zapłakał stary sługa.

 
 II Serafita.

 
 Wieczorem Dawid znów zjawił się w salonie.
 - Wiem, kogo chcesz mi oznajmić - rzekła SERAFITA sennie.
 - Wilfryd moŜe wejść.
 MęŜczyzna słysząc te słowa wbiegł i usiadł przy niej.
 - Czyś chora, droga moja Serafito?
 Nie widziałem cię jeszcze aŜ tak bladej.
 Zwróciła twarz ku niemu, odgarnąwszy włosy z czoła ruchem uroczej kobiety, co 
dręczona migreną nie ma juŜ sił się Ŝalić.
 - Popełniłam - odrzekła - szaleństwo, przeprawiając się z Minną na drugi brzeg 
fiordu; weszłyśmy na Falberg.
 - CzyŜbyście szukały śmierci ?
 - zatrwoŜył się niczym kochanek.
 - Nie lękaj się, zacny Wilfrydzie, troskliwie opiekowałam się twoją Minną.
 Wilfryd huknął pięścią w stół, zerwał się i wydając okrzyk boleści skierował 
się ku drzwiom, po czym zawrócił, Ŝeby dać upust Ŝalom.
 - Czemu hałasujesz, skoro wiesz, Ŝe czuję się źle?
 - rzekła Serafita.
 - Przebacz!
 Łaski!
 - odparł klękając przed nią.
 - Mów do mnie surowo, Ŝądaj ode mnie wszystkiego, co tylko podyktują ci twoje 
okrutne kaprysy kobiece: spełnię najsroŜsze rozkazy; ale, moja ukochana, nie 
kwestionuj mojej miłości.
 Chwytasz Minnę jak topór i godzisz we mnie, wzmagając ciosy.
 Łaski!
 - Dlaczego, mój miły, mówisz mi te słowa wiedząc, Ŝe nie zdadzą się na nic?
 - odparła rzucając mu spojrzenia, które w końcu nasyciła słodyczą tak wielką, 
Ŝe Wilfryd nie widział juŜ oczu Serafity, lecz tylko świetlisty fluid o 
wibracjach podobnych włoskiemu śpiewowi, przepojonemu miękkością.
 - Ach!
 Nikt nie umiera od udręki - westchnął.
 - Cierpisz?
 - podjęła głosem, którego emanacje oddziaływały na serce Wilfryda podobnie jak 
spojrzenia.
 - I cóŜ mogę uczynić dla ciebie?
 - Pokochaj mnie tak, jak ja cię kocham.
 - Biedna Minna!
 - odrzekła.
 - Przyszedłem bezbronny, jak zawsze!
 - zawołał Wilfryd.
 - Usposobienie masz krwioŜercze - uśmiechnęła się Serafita.
 - CzyŜ nie wyrzekłam tych słów jak owe paryŜanki, o których opowiadałeś mi 
amorach?
 Wilfryd usiadł, skrzyŜował ręce i z posępną miną wpatrywał się w Serafitę.
 - Przebaczam ci - rzekł - bo nie wiesz, co czynisz.
 - EjŜe - odparowała - juŜ od czasów Ewy kobieta zawsze czyniła świadomie dobrze
lub źle.
 - Chyba tak - westchnął.

Strona 125

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 - Jestem tego pewna, Wilfrydzie.
 Nasz instynkt jest właśnie tym, co czyni nas tak doskonałymi.
 Wyczuwamy to, czego wy uczyć się musicie.
 - Dlaczego więc nie czujesz, jak bardzo cię kocham?
 - Bo nie kochasz mnie.
 - O BoŜe!
 - Czemu więc skarŜysz się na swoje udręki?
 - zapytała.
 - Okrutna dziś jesteś, Serafito.
 Jesteś istnym demonem.
 - Nie, mam tylko dar rozumienia, a to straszne.
 Boleść, Wilfrydzie, jest światłem, które rozjaśnia nam Ŝycie.
 - Po co chodziłyście na Falberg?
 - Powie ci to Minna, bo jestem zbyt znuŜona, by mówić.
 Oddaję głos tobie, który wiesz wszystko, który nauczyłeś się wszystkiego i nic 
nie zapomniałeś, tobie, który przeszedłeś przez tyle prób społecznych.
 Zabawiaj mnie, słucham.
 - CóŜ miałbym ci powiedzieć, czego nie wiesz jeszcze?
 A zresztą Ŝądania twoje to drwina.
 Nie uznajesz nic na tym świecie, rozbijasz jego nazwy, piorunujesz na jego 
prawa, obyczaje, uczucia, naukę, sprowadzając je do proporcyj, jakich nabierają 
rzeczy, jeśli spoglądać na nie z wyŜyn pozaziemskich.
 - Widzisz więc dobrze, mój miły, Ŝe nie jestem kobietą.
 Kochając mnie, popełniasz błąd.
 Jak to!
 Opuszczam eteryczne rejony mojej domniemanej siły, pokornie czynię się małą, 
zginam karku na sposób samic wszelkich gatunków, a ty mnie zaraz wywyŜszasz!
 Jestem zdruzgotana w kawałki, złamana, proszę cię o pomoc, potrzebuję twojego 
ramienia, a ty mnie odpychasz.
 Nie rozumiemy się wzajem.
 - Nigdy jeszcze nie byłaś tak niedobra, jak dziś.
 - Niedobra!
- powtórzyła rzucając spojrzenie, które wszelkie uczucia przetapiało w doznania 
niebiańskie.
 - Nie, czuję się źle, i basta.
 A więc odejdź ode mnie, mój miły.
 CzyŜ nie naduŜywam twoich praw męŜczyzny?
 Winnyśmy się wam zawsze podobać, być wam wytchnieniem, być zawsze wesołymi, a 
miewać tylko takie kaprysy, które was bawią.
 I cóŜ mam począć, mój miły?
 Chcesz, bym zaśpiewała, zatańczyła, choć nie mogę przemówić i utrzymać się na 
nogach?
 Musimy się do was uśmiechać, moi panowie, choćbyśmy konały!
 Podobno zowiecie to waszą władzą.
 Biedne kobiety!
 Boleję nad nimi.
 PrzecieŜ porzucacie je, kiedy się starzeją; czyŜby nie miały serca ni duszy?
 A ja, Wilfrydzie, mam przeszło sto lat, odejdź więc!
 Padnij do nóg Minnie.
 - O moja wieczna miłości!
 - A wiesz ty, czym jest wieczność?
 Zamilknij, Wilfrydzie.
 PoŜądasz mnie, ale nie kochasz.
 Powiedz mi, czy przypominam ci jakąś zalotną kobietę?
 - Och, na pewno nie poznaję juŜ w tobie czystej i niebiańskiej dziewczyny, 
którą po raz pierwszy ujrzałem w kościele w Jarvis.
 Na te słowa Serafita przeciągnęła dłońmi po czole, a kiedy odsłoniła twarz, 
Wilfryd zdumiał się naboŜnym i świątobliwym wyrazem, jaki pojawił się w tych 
licach.
 - Masz rację, mój miły.
 Popełniam błąd, ilekroć dotknę stopą waszej ziemi.
 - Tak, droga Serafito, bądź mi gwiazdą i nie opuszczaj miejsca, skąd ogarniasz 
mnie światłością tak Ŝywą.
 Kończąc te słowa, chciał ująć dłoń dziewczyny, lecz ona cofnęła ją bez pogardy 
i gniewu.
 Wilfryd poderwał się i stanął w oknie, odwróciwszy się, Ŝeby Serafita nie 
dostrzegła łez, które zakręciły mu się w oczach.
 - Czemu płaczesz?

Strona 126

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 - spytała.
 - Nie jesteś juŜ dzieckiem, Wilfrydzie.
 No, chodź tu do mnie, Ŝądam tego.
 Dąsasz się, choć to ja powinnam się gniewać.
 Widzisz, Ŝe źle się czuję, a zmuszasz mnie jakimiś wątpliwościami do myślenia, 
mówienia lub dzielenia kaprysów i pojęć, które mnie nuŜą.
 Gdyby twoja inteligencja była pokrewna mojej, zagrałbyś na jakimś instrumencie,
kojąc moje troski; ale kochasz mnie dla siebie, a nie dla mnie.
 Słowa te uciszyły nagle burzę miotającą sercem Wilfryda; zbliŜył się z wolna, 
by wpatrywać się łacniej w tę powabną dziewczynę leŜącą przed jego oczyma w 
pozie niedbałej, zwodniczej, z głową wspartą na dłoni.
 - Myślisz, Ŝe nie kocham cię wcale - podjęła.
 - Mylisz się.
 Posłuchaj, Wilfrydzie.
 Zdobywasz juŜ wiedzę niemałą, przecierpiałeś wiele.
 Pozwól, Ŝe wytłumaczę ci twój zamysł.
 Chciałeś wziąć mnie za rękę?
 - Uniosła się na posłaniu, wdzięczne jej ruchy promieniowały jakby światłem.
 - CzyŜ dziewczyna godząc się, by męŜczyzna wziął ją za rękę, nie składa 
obietnicy i nie powinna jej dotrzymać?
 Wiesz doskonale, Ŝe nie mogę być twoją.
 Dwojakie uczucia panują nad miłością, która urzeka kobietę tej ziemi.
 Kobieta albo poświęca się istotom cierpiącym, upadłym, występnym, które 
pocieszyć, podnieść i odkupić pragnie; albo ofiarowuje siebie istotom wyŜszym, 
szlachetnym, silnym, które pragnie wielbić, rozumieć, a które często ją 
druzgoczą.
 Byłeś człowiekiem upadłym, aleś oczyścił się w płomieniach skruchy i dziś 
jesteś wielki; a ja czuję się za słaba, Ŝeby ci dorównać - i jestem zbyt 
religijna, Ŝeby ukorzyć się przed władzą inną niŜ NajwyŜszego.
 Twoje Ŝycie, mój miły, tak usymbolizować by moŜna: jesteśmy na Północy, wśród 
chmur, gdzie krąŜą abstrakcje.
 - Mówiąc tak, zabijasz mnie, Serafito - odparł.
 - Cierpię, ilekroć wyposaŜona w swoją monstrualną wiedzę ogołacasz wszelkie 
ludzkie sprawy z właściwości, jakie nadaje im czas, przestrzeń, forma, aby 
ujmować je matematycznie w jakiś wyraz czysty, podobnie jak czyni geometria z 
ciałami, którym odejmuje gęstość.
 - Zgoda, Wilfrydzie, będę ci posłuszna.
 Porzućmy tę kwestię.
 Jak ci się podoba ten kobierzec z niedźwiedziej skóry, którą rozłoŜył tutaj mój
poczciwy Dawid?
 - No cóŜ, bardzo ładny.
 - Ale nie widziałeś mnie jeszcze w tej duszgrzejce!
 Był to rodzaj kaszmirowego płaszcza podbitego czarnymi lisami - nazwa, od 
której robi się ciepło na duszy.
 - Czy sądzisz - podjęła - Ŝe na którymkolwiek z królewskich dworów monarcha 
posiada podobne futro?
 - Godne jest tej, która je nosi.
 - A którą ty poczytujesz za bardzo piękną?
 - Język ludzki nie zdoła tego wyrazić, moŜliwy tu tylko dialog dwojga serc.
 - Zacny jesteś, Wilfrydzie, Ŝeś ukoił moją boleść miłymi słowy...
 które mówiłeś juŜ innym.
 - śegnaj.
 - Pozostań!
 Bardzo lubię i ciebie, i Minnę, wierz mi!
 Ale łączę was oboje w jedną i tę samą istotę.
 Zjednoczeni tym sposobem, jesteście mi bratem albo, jeśli wolisz, siostrą.
 Pobierzcie się, chciałabym widzieć was szczęśliwymi, zanim opuszczę na zawsze 
te rejony cięŜkich prób i boleści.
 Mój BoŜe, zwykła kobieta potrafi uzyskać wszystko od kochanka!
 Powiada mu: "Zamilknij"!
 I kochanek milczy.
 Powiada: "Umrzyj"!
 I kochanek umiera.
 Powiada mu: "Kochaj mnie, lecz się nie zbliŜaj"!
 I nie przystępuje do niej blisko, posłuszny, niby dworzanin królowi.
 Powiada mu: "OŜeń się"!
 I biorą ślub.
 Pragnę więc waszego szczęścia, a wy mi go odmawiacie.

Strona 127

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 CzyŜbym nie miała władzy?
 A więc słuchaj, Wilfrydzie, podejdź tu blisko, tak, trapiłabym się, gdybyś 
poślubił Minnę; ale kiedy na zawsze zniknę ci z oczu, wtedy.
, obiecaj mi, Ŝe się połączycie, niebo przeznaczyło was jedno drugiemu.
 - Wysłuchałem cię z rozkoszą, Serafito.
 W słowach twoich, choć niezrozumiałe, tai się czar magiczny.
 Ale co chciałaś właściwie powiedzieć ?
 - Masz rację, zapominam, Ŝe jestem szalona; Ŝe jestem tym biednym stworzeniem, 
w którego słabości gustujesz.
 Zadręczam cię, a ty przybyłeś w te dzikie strony, Ŝeby znaleźć spokój, ty, 
którego zdruzgotały gwałtowne ataki nieznanego geniusza, ty, wyczerpany Ŝmudnymi
pracami naukowymi, ty, któryś o mało nie zamaczał rąk w zbrodni i nosiłeś 
łańcuchy sprawiedliwości ludzkiej.
 Wilfryd półŜywy padł na kobierzec.
 Ale kiedy tchnienie Serafity owionęło mu czoło, zasnął spokojnie u jej stóp.
 - Śpij i wypocznij - rzekła wstając z posłania.
 I połoŜywszy dłonie na głowie Wilfryda, jęła mówić, a kaŜde zdanie padające z 
jej ust miało inną tonację, choć wszystkie były melodyjne i przepojone dobrocią 
zdającą się emanować z oblicza Serafity pod postacią mglistych falowań: tak 
ziemska bogini przelewa dziewiczo swoje promienie na ukochanego jej, śpiącego 
pasterza.
 - Mogę ukazać ci się, drogi Wilfrydzie, takim, jaki jestem - bo jesteś silny.
 Nadeszła godzina, godzina, w której rozmigotane światła przyszłości rzucają 
odblask na dusze, godzina, kiedy dusza niepokoi się wśród wolności swojej.
 Teraz juŜ mogę powiedzieć, jak bardzo cię kocham.
 Czy nie widzisz, jaką jest moja miłość, miłość idealnie bezinteresowna, uczucie
przepełnione li tylko tobą, miłość podąŜająca za tobą w przyszłości, aby 
przyszłość twoją oświecać?
 Bo ta miłość jest światłem prawdziwym.
 Czy pojmujesz teraz, jak gorąco pragnęłabym wiedzieć, Ŝeś uwolnił się od tego 
Ŝycia, które ci ciąŜy, i widzieć cię jeszcze bliŜszym światu, gdzie kocha się na
zawsze?
 CzyŜ to nie cierpienie kochać tylko na czas jednego Ŝycia?
 Czy nie wyczułeś smaku miłości wiecznej ?
 Rozumiesz teraz, do jakich zachwyceń wznosi się stworzenie, kiedy dwojaka 
natura pozwala mu kochać tego, który nie zdradza nigdy niczyjej miłości, tego, 
przed którym w uwielbieniu padamy na kolana.
 Chciałabym mieć skrzydła, Wilfrydzie, aby okryć cię nimi, chciałabym móc 
obdarzyć cię siłą, co zawczasu juŜ wprowadziłaby cię w świat, gdzie najczystsza 
radość najczystszej przyjaźni, jakiej doświadczamy tu na ziemi, byłaby cieniem 
wśród światła, które bez ustanku rozjaśnia i weseli serca.
 Przebacz duszy siostrzanej, Ŝe w krótkich słowach przedstawiła ci obraz twoich 
błędów, powodowana miłosierdziem - aby uśpić piekącą boleść, o jaką przyprawiały
cię wyrzuty.
 Posłuchaj koncertu przebaczenia!
 Pokrzep duszę oddychając jutrzenką, która wzniesie się dla ciebie spoza mroków 
śmierci.
 Tak, twoje Ŝycie nie jest z tego świata!
 Oby słowa moje przybrały świetlisty kształt snów, ustroiły się w obrazy, 
zapłonęły i spłynęły na ciebie.
 Wznieś się, wznieś aŜ do punktu, w którym wszyscy ludzie widzą siebie wyraźnie,
choć mali są i stłoczeni jak ziarenka piasku nad morzem.
 Ludzkość rozwinęła się niby prosta wstęga; widzisz gamę odcieni tego kwiatu 
niebiańskich ogrodów?
 Widzisz tych, którym brak inteligencji, tych, którzy zaczynają się nią 
zabarwiać, tych, których los doświadczył, tych, którymi zawładnęła miłość, i 
tych, co przejęci mądrością zdąŜają do krainy światła?
 Czy poprzez tę myśl widzialną pojąłeś przeznaczenie ludzkości?
 Skąd nadeszła i dokąd zmierza?
 Wytrwaj na swojej drodze!
 Osiągnąwszy cel podróŜy, usłyszysz, jak zagrają trąby wszechpotęgi, jak 
rozlegną się okrzyki zwycięstwa i zabrzmią, takie akordy, Ŝe choć od jednego z 
nich zadrŜałaby ziemia, giną w świecie nie znającym wschodu ani zachodu.
 Czy pojmujesz, drogi biedaku przez los doświadczony, Ŝe gdyby nie te chwile 
odrętwienia i te zasłony snu, podobny widok porwałby i rozszarpał twoją 
inteligencję, jak wichura porywa i strzępi słabe płótno, i odjąłby na zawsze 
człowiekowi jego rozum?
 Czy pojmujesz, Ŝe tylko dusza wyniesiona do swojej wszechpotęgi z trudem podoła

Strona 128

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

stawić opór, we śnie, zachłannej styczności z Duchem?
 Szybuj jeszcze wśród sfer migoczących i świetlistych, podziwiaj, biegaj.
 Fruwając tak, wypoczywasz, wędrujesz bez znuŜenia.
 Jak wszyscy ludzie, chciałbyś pogrąŜyć się na zawsze w tych sferach zapachu, 
światła, po których przechadzasz się wyswobodzony z nikłego ciała - i w których 
przemawiasz myślą!
 Biegaj, fruwaj, raduj się chwilę skrzydłami, które uzyskasz, kiedy miłość w 
tobie będzie juŜ tak kompletna, Ŝe wyzbywszy się zmysłów staniesz się zupełną 
inteligencją i miłością zupełną!
 Im wyŜej się wzniesiesz, tym mniej będziesz niepokoił się otchłanią!
 W niebiosach nie istnieją przepaści.
 Patrz, wpatruj się we mnie jeszcze przez moment, bo potem ujrzysz mnie juŜ 
tylko niedoskonale, jak widzisz w świetle bladego słońca ziemi.
 Serafita wspięła się na palce i trwała, miękko skłoniwszy głowę, z włosami 
rozrzuconymi, w uskrzydlonej pozie, jaką uduchowieni malarze nadawali 
Wysłannikom niebios: fałdy jej szaty układały się z owym nieokreślonym wdziękiem
zatrzymującym artystę, człowieka, który wyraŜa wszystko poprzez uczucie, przed 
cudownymi fałdami welonu antycznej Polihymnii.
 Po czym wyciągnęła rękę i Wilfryd wstał.
 Kiedy spojrzał na Serafitę, blada dziewczyna leŜała na niedźwiedziej skórze, z 
głową wspartą na dłoni, twarz miała spokojną, oczy błyszczące.
 Wilfryd zapatrzył się w nią milcząc, oblicze jego oŜywił naboŜny lęk, 
przejawiając się równieŜ nieśmiałą powściągliwością.
 - Tak, moja droga - ozwał się w końcu, jak gdyby odpowiadając na pytanie - 
światy nas rozdzielają.
 Godzę się z losem, mogę cię tylko wielbić.
 Ale cóŜ pocznę sam, biedny?
 - Wilfrydzie, czy nie masz swojej Minny?
 Spuścił głowę.
 - Och!
 Porzuć tę wzgardę: kobieta pojmuje wszystko przez miłość; jeśli nie rozumie, 
czuje, jeśli nie czuje, widzi, jeśli nie widzi, nie rozumie ani nie czuje...
 no cóŜ, wtedy ów anioł ziemi odgaduje męŜczyznę, Ŝeby go bronić, a broń ukrywa 
pod urokami miłości.
 - Serafito, czy jestem godzien naleŜeć do kobiety?
 - Stałeś się nagle bardzo skromny, ale czy to aby nie zasadzka?
 Kobieta zawsze wzrusza się bardzo, jeśli gloryfikować jej słabość!
 A więc pojutrze z wieczora przyjdź do mnie na herbatę; będzie teŜ poczciwy pan 
Becker; i ujrzysz swoją Minnę, najniewinniejsze stworzenie, jakie znam na tym 
świecie.
 A teraz odejdź juŜ, mój miły, dzisiejszego wieczoru winnam modlić się długo, 
Ŝeby odpokutować za grzechy.
 - A jakŜe ty grzeszyć potrafisz?
 - Mój drogi biedaku, kto naduŜywa swojej potęgi, grzeszy pychą, nieprawdaŜ?
 A chyba dziś byłam zbyt pyszna.
 No, idź juŜ.
 Wstąp jutro.
 - Jutro - westchnął cicho Wilfryd nie mogąc oderwać oczu od tej istoty, której 
nie zatarty obraz chciałby zabrać ze sobą.
 I choć rad byłby juŜ się oddalić, stał jeszcze długą chwilę wpatrując się w 
światło błyszczące w oknach zamku szwedzkiego.
 "CóŜ więc widziałem?
 - medytował.
 - Nie, to bynajmniej nie stwór zwykły, ale całe stworzenie.
 Z tego świata dostrzeŜonego za chmurami i zasłonami pozostały mi oddźwięki 
podobne wspomnieniom boleści, co się rozproszyła, albo olśnieniom powodowanym 
przez owe sny, wT których słyszymy lament wymarłych pokoleń mieszający się z 
melodyjnymi głosami wysokich rejonów, gdzie wszystko jest miłością i światłem.
 Czy to jawa?
 Czy śpię jeszcze?
 Czy zachowałem swoje oczy ze snu, owe oczy, przed którymi świetliste 
przestrzenie cofają się w nieskończoność, oczy podąŜające za przestrzeniami?
 ChociaŜ noc mroźna, głowa wciąŜ jeszcze mi płonie.
 Chodźmy na plebanię!
 Między pastorem a jego córką zdołam utemperować swoje myśli".
 Nie ruszał się jednak z miejsca, skąd mógł zaglądać do salonu Serafity.
 Tajemnicza istota wydawała się promieniejącym środkiem koła, jakie tworzyła 
wokół niej aura o rozleglejszym niŜ u innych istot zasięgu: ktokolwiek wszedł w 

Strona 129

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

ów krąg, wpadał w moc wirów światłości i zachłannych myśli.
 Zmuszony walczyć z niewytłumaczoną siłą, Wilfryd zwycięŜył nie bez wielkiego 
trudu; ale przekroczywszy obręb zamku odzyskał wolną wolę, podąŜył raźno ku 
plebanii i stanął wkrótce pod wysokim drewnianym sklepieniem, które siedzibie 
pana Beckera słuŜyło za perystyl.
 Otwarł pierwsze drzwi przybrane noeverem, na które wiatr naniósł śniegu, i 
zastukał mocno do drugich, pytając: - Czy pozwoli mi pan spędzić wieczór u 
siebie?
 - Prosimy!
 - zmieszały się intonacje dwóch głosów.
 Wchodząc do bawialni, Wilfryd wracał stopniowo do Ŝycia rzeczywistego.
 Z wielką serdecznością skłonił się Minnie, uścisnął dłoń pana Beckera, powiódł 
spojrzeniem po tej scenerii, która obrazami swoimi uspokoiła skurcz jego natury 
fizycznej, gdzie zachodziło juŜ zjawisko dające się porównać z wraŜeniami, 
jakich doznają niekiedy ludzie nawykli do długotrwałych ekstaz.
 JeŜeli myśl pełna energii uniesie na swoich skrzydłach Chimery uczonego albo 
poetę, odrywając go od spraw zewnętrznych, na tej ziemi będących mu pętami, 
rzucając w bezkresne rejony, gdzie najogromniejsze zbiorowiska faktów zamieniają
się w abstrakcje i gdzie najpotęŜniejsze dzieła przyrody są obrazami - biada mu,
skoro nagły hałas porazi jego zmysły i przywoła wędrującą duszę do jej lochu z 
ciała i kości.
 Zderzenie dwóch potęg, Ciała i Ducha, z których jedna w działaniu pokrewna jest
niewidzialnemu piorunowi, druga zaś dzieli z naturą widzialną ów miękki opór 
przeciwstawiający się chwilowo zniszczeniu, walka tych dwóch potęg, a raczej 
straszliwy ich spazm miłosny, rodzi nieopisane cierpienia.
 Ciało zaŜądało znów ognia, który je spala, ogień znów schwycił swoją zdobycz.
 Ale fuzja nie dokonuje się bez kotłowań, wybuchów i udręk, których widome 
przykłady ukazują nam chemie, kiedy rozdzielają się dwa wrogie pierwiastki 
uprzednio przez nią złączone.
 Od kilku dni, ilekroć Wilfryd zjawiał się u Serafity, ciało jego wpadało w 
otchłań.
 Jednym spojrzeniem osobliwa istota wciągała go duchowo w sferę, dokąd Medytacja
wciąga uczonego, dokąd Modlitwa przenosi duszę naboŜną, dokąd Wizja wiedzie 
artystę, dokąd Sen porywa niektórych ludzi; kaŜdy bowiem ma swoją drogę, by 
dotrzeć do przepaści wyŜszych, kaŜdy ma swojego przewodnika kierując się tam, 
kaŜdy cierpi wracając stamtąd.
 Tam tylko rozdzierają się zasłony i w nagości swojej ukazuje się Objawienie, 
Ŝarliwe i groźne zwierzenie świata nieznanego, wizja, z której umysł przynosi na
ziemię tylko strzępy.
 Dla Wilfryda godzina spędzona z Serafitą była czymś na kształt marzeń, w jakich
gustują theriaki - kiedy kaŜdy czułek nerwu staje się ośrodkiem promieniującej 
radości.
 * Theriaki - nazwa nadawana na Wschodzie palaczom opium.
 Odchodził śmiertelnie znuŜony, jak dziewczyna, którą wyczerpała pogoń za 
olbrzymem.
 Ziąb zaczynał osłabiać ostrym swoim biczem chorobliwy dygot, jaki wywoływał w 
nim kaŜdy ponowny mariaŜ dwóch natur gwałtownie rozłączonych; po czym wracał 
zawsze na plebanię; pociągał go do Minny obraz Ŝycia codziennego, Ŝycia, którego
zawsze łaknął, jak awanturnik rodem z Europy łaknie swojej ojczyzny, kiedy wśród
mamiących feerii Wschodu schwyci go nostalgia.
 W tym momencie ów cudzoziemiec, bardziej niŜ kiedykolwiek znuŜony, padł na 
fotel i czas pewien rozglądał się wokół, budząc się jakby ze snu.
 Pan Becker, nawykły zapewne, jak i jego córka, do jawnych dziwactw gościa, 
czytał dalej, a Minna nie odrywała oczu od robótki.
 Bawialnię zdobiły kolekcje norweskich muszel i owadów.
 Osobliwości te, pomysłowo rozmieszczone na ścianach z Ŝółtych sosnowych desek, 
tworzyły barwny gobelin, pociemniały od dymu tytoniowego.
 W głębi, naprzeciwko drzwi głównych, stał ogromny piec z kutego Ŝelaza, tak 
pieczołowicie pucowany ręką słuŜącej, Ŝe lśnił jak polerowana stal.
 Siedząc przy piecu, w głębokim fotelu obitym tapiserią, z nogami okutanymi 
futrzanym workiem, pan Becker czytał infolio ułoŜone na stercie innych ksiąg, 
niby na pulpicie; po lewej miał dzban piwa i szklankę - po prawej paliła się, 
kopcąc, lampa napełniona rybim tranem.
 Pastor wyglądał na lat mniej więcej sześćdziesiąt.
 W typie jego twarzy znalazłby szczególne upodobanie pędzel Rembrandta: malarz 
ów lubił takie właśnie małe bystre oczy okolone zmarszczkami, szpakowate 
krzaczaste brwi, siwe włosy wymykające się w dwóch puszystych pasmach spod 
czarnej aksamitnej mycki, potęŜne odsłonięte czoło, twarz niemal czworokątną 

Strona 130

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

dzięki dolnej szczęce szerokiej i wydatnej; dodajmy do tego głęboki spokój, 
świadczący dla obserwatora o jednym z rodzajów potęgi - królewskim majestacie, 
jakim darzy pieniądz, trybuńskiej władzy burmistrza, wiedzy o sztukach pięknych 
lub o niezłomnej sile szczęśliwego nieuctwa.
 Urodziwy ów starzec, którego dobra tusza wskazywała na Ŝelazne zdrowie, był 
spowity w robdeszan z prymitywnego sukna, zdobny zwykłą lamówką.
 Trzymając z powagą w ustach długą piankową fajkę, wypuszczał miarowo dym i 
śledził z roztargnieniem jego fantastyczne kłęby, zajęty pewnie medytacjami 
mającymi za cel przetrawianie i przyswajanie myśli autora, którego dziełami się 
interesował.
 Z drugiej strony pieca, przy drzwiach od kuchni, majaczyła postać Minny, 
zasnuta szarawym dymem, do którego dziewczyna wydawała się przyzwyczajona.
 Przed nią, na stoliczku, leŜały przybory niezbędne dla szwaczki: stos serwetek,
pończochy do cerowania - oświetlone lampą podobną do tej, która rzucała światło 
na białe karty księgi tak absorbującej pastora.
 ŚwieŜość cery wydobywał jeszcze owal nader delikatny, przydając wielkiej 
czystości, która harmonizowała z naiwnością malującą się na bladym czole i w 
jasnych oczach Minny.
 Siedziała w krześle prosto, z lekka tylko nachylona ku lampie, Ŝeby widzieć 
lepiej - i odsłaniając bezwiednie powaby biustu.
 WłoŜyła juŜ na noc biały bawełniany peniuar.
 Włosy jej okalał zwykły perkalowy czepek, ozdobiony jedynie muszką z tejŜe 
materii.
 Zatopiona w sekretnej zadumie, liczyła, nie myląc się jednak, nici serwetki lub
oczka pończochy.
 Stanowiła wyobraŜenie tak najkompletniejsze, typ jak najprawdziwszy kobiety 
przeznaczonej przez los dziełom ziemskim, kobiety, której spojrzenie byłoby 
zdolne przeniknąć mgły sanktuarium, ale którą myśl pokorna i miłosierna zarazem 
utrzymywała na wyŜynach człowieczych.
 Wilfryd padł na fotel między dwoma stolikami i z rodzajem upojenia kontemplował
ów obraz pełen harmonii, którego nie mąciły bynajmniej kłęby dymu.
 Jedyne okno, oświetlające latem bawialnię, było teraz szczelnie zamknięte.
 Miast firanek stary kobierzec umocowany na kiju zwisał w grubych fałdach.
 Nie było tu Ŝadnej malowniczości, Ŝadnych efektów, a tylko surowa prostota, 
niekłamana dobroduszność, naturalna niewymuszoność i wszelki obyczaj Ŝycia 
domowego, obcego swarom i troskom.
 Wiele mieszkań ma wygląd taki, jak gdyby przeniesiono je ze snu, snujący się po
nich blask uciech wydaje się ukrywać ruiny pod zimnym uśmiechem zbytku; a ta 
bawialnia była szlachetna w prawdziwości swojej, zharmonizowana w kolorach - 
budząca myśl o idei Ŝycia patriarchalnego, pełnego i kontemplacyjnego.
 Ciszę mąciła tylko dreptanina słuŜącej zajętej przygotowaniami do kolacji, 
skwierczenie solonego masła, w którym, według miejscowych przepisów kulinarnych,
smaŜyła się suszona ryba.
 - Zapali pan fajkę?
 - ozwał się pastor korzystając z momentu, w którym, jak mu się zdawało, Wilfryd
mógł go usłyszeć.
 - Dziękuję drogiemu panu - odparł.
 - Wygląda pan dziś na bardziej niŜ zazwyczaj cierpiącego - rzekła Minna 
zauwaŜywszy słabość, jaką zdradzał głos przybysza.
 - Jak zawsze po wizycie na zamku.
 Minna zadrŜała.
 - Mieszka tam dziwna osobistość, panie pastorze - podjął po chwili.
 - Siedzę tu na wsi juŜ pół roku, nie ośmieliłem się jednak aŜ dotąd zapytać o 
nią pana, a i dziś muszę zadać sobie gwałt, Ŝeby z panem o niej pomówić.
 Zaczynam Ŝałować gorzko, Ŝe zima przerwawszy moją podróŜ zmusiła mnie, bym tu 
pozostał; ale od dwóch miesięcy z dniem kaŜdym łańcuchy mocniej przykuwają mnie 
do Jarvis, obawiam się więc, Ŝe zostanę tu póki Ŝycia.
 Wie pan juŜ, jak poznałem Serafitę, o jaką emocję przyprawiło mnie samo jej 
spojrzenie i głos - krótko mówiąc, zna pan powody, dla których zaprosiła mnie 
ona, co nie chce przyjmować nikogo.
 Od pierwszego dnia przychodzę tu, Ŝeby zasięgnąć u pana jakichś informacyj o 
tej tajemniczej istocie.
 Tu rozpoczęła się dla mnie seria czarów...
 - Czarów!
 - Ŝachnął się pastor wytrząsając popiół z fajki do glinianego talerza 
napełnionego piaskiem, który słuŜył mu za spluwaczkę.
 - CzyŜ istnieją czary?
 - Z pewnością pan, który czytasz w tej chwili tak pilnie księgę "Zaklęć" Jana 

Strona 131

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

Wiera, zrozumiesz komentarz, jakim opatrzyć spróbuję swoje wraŜenia - 
zareplikował Wilfryd.
 * Johann Wier albo Weyer (1515—1588) — lekarz belgijski, w podróŜy po wielu 
krajach Wschodu zainteresował się magią, powróciwszy zaś do kraju wydał w 1564 
dzieło na ten temat.
- Ktokolwiek uwaŜnie bada przyrodę zarówno w jej wielkich przemianach, jak 
najdrobniejszych dziełach, musi uznać moŜliwość czarów, nadając temu słowu jego 
sens rzeczywisty.
 Człowiek nie stwarza sił, korzysta tylko z jednej z nich, istniejącej, ale w 
której streszczają się wszystkie; mam na myśli ruch, niepojęte tchnienie 
najwyŜszego autora światów.
 Gatunki są nazbyt odrębne, Ŝeby ręka ludzka zdołała je pomieszać; i jedyny cud,
jakiego potrafiła dokonać, spełnił się w połączeniu dwóch wrogich substancji.
 Bo przecieŜ proch to kuzyn piorunu!
 Ale Ŝeby - i to nagle - wydobyć z nicości stworzenie, który to proces wymaga 
czasu, a czas nie posuwa się i nie cofa nawet na cal...
 A więc poza nami natura kształtująca jest posłuszna prawom, których porządku i 
urzeczywistniania nie odwróci niczyja ręka.
 Ale teŜ oddając Materii, co materialne, byłoby czymś nierozsądnym nie uznać w 
nas istnienia monstrualnej władzy, tak niezmierzonej w skutkach, Ŝe, jak sięgnąć
pamięcią, pokolenia nie sklasyfikowały ich jeszcze zadowalająco.
 Nie mówię panu o zdolności do abstrakcji wszelkich przypadków, zmuszania 
Przyrody do zamknięcia się w Słowie, a czyn to gigantyczny, nad którym gmin nie 
zastanawia się bardziej niŜ nad kwestią ruchu; ale zdolność ta przywiodła 
teozofów indyjskich do interpretacji stworzenia poprzez słowo, któremu nadali 
moŜność odwracania porządku.
 Najdrobniejsza cząstka ich pokarmu, ziarnko ryŜu, z którego powstaje twór i w 
którym twór ten streszcza się następnie, stanowiło dla nich obraz tak czysty 
słowa stwórczego i słowa abstrahującego, Ŝe było czymś nader prostym zastosować 
ów system do produkowania światów.
 Większość ludzi musiała kontentować się ziarnkiem ryŜu zasianym we wszystkich 
Genezach.
 Święty Jan powiadając, Ŝe Słowo było u Boga, skomplikował tylko trudność.
 Ale posiew, kiełkowanie i rozkwit naszych idei to niewiele, jeśli porównać tę 
zdobycz rozdzieloną między mnóstwo ludzi ze zdolnością czysto indywidualną 
przekazywania owej zdobyczy sił mniej lub więcej aktywnych za pomocą, nie znanej
mi bliŜej koncentracji, podnoszenia jej do trzeciej, dziewiątej, dwudziestej 
siódmej potęgi, tak aby owa zdobycz naruszyła masy i aby kondensując zjawiska 
przyrody uzyskać rezultaty magiczne.
 OtóŜ czarami nazywam ogromną akcję, jaka rozgrywa się między dwiema membranami 
na tkance naszego mózgu.
 Spotykamy w nie zbadanym zasięgu Świata Duchowego istoty zbrojne w zdolności 
niesłychane, dające się porównać ze straszliwą mocą, jaką w świecie fizycznym 
posiadają gazy; istoty te łączą się z innymi istotami, przenikają w nie jako 
przyczyna sprawcza i wywołują w nich zjawiska nadprzyrodzone, wobec których 
bezsilni są ci biedni heloci; opętują ich czarami, biorą we władanie, wtrącają w
potworne niewolnictwo, przytłaczają swoją wspaniałością i berłem swojej natury 
wyŜszej, która oddziałuje na nich bądź niby drętwa elektryzująca i 
obezwładniająca rybaka, bądź jak dawka fosforu podsycająca Ŝycie i 
przyspieszająca jego rozkwit, bądź teŜ jak opium, które usypia naturę cielesną, 
wyzwala ducha z więzi, pozwala mu szybować nad światem, ukazuje mu go poprzez 
pryzmat i dobywa z materii najmilsze duchowi pokarmy; bądź wreszcie niby 
katalepsja, która anuluje wszelkie właściwości na rzecz jednej jedynej wizji.
 Cuda, czary, zaklęcia, gusła, słowem zjawiska niesłusznie zwane 
nadprzyrodzonymi, są moŜliwe i dadzą się wytłumaczyć jedynie dzięki owemu 
despotyzmowi, z jakim Duch zmusza nas do posłuszeństwa efektom tajemniczej 
optyki, która powiększa, zmniejsza i ubarwia stworzenie, nadaje mu w naszych 
oczach ruch według swoich praw, szpeci je lub upięknia, porywa nas do nieba lub 
strąca do piekła, przenosząc na jeden z dwóch krańców, jakimi wyraŜa się 
najwyŜsza rozkosz lub najokrutniejsza boleść.
 Zjawiska te są w nas, a nie poza nami.
 Istota, którą zowiemy Serafitą, wydaje mi się jednym z owych nader nielicznych 
i straszliwych demonów obdarzonych mocą uciskania ludzi, przyrody - i udziału w 
tajemniczej władzy Boga.
 Seria czarów rozpoczęła się u mnie milczeniem, które nakazał mi ten stwór.
 Ilekroć odwaŜyłem się zapragnąć, by zapytać o nią pana, wydawało mi się, Ŝe 
zdradzę sekret, którego winienem strzec niezłomnie; ilekroć chciałem pytać pana,
paląca pieczęć zamykała mi wargi i stawałem się mimowolnym sługą tajemniczego 

Strona 132

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

zakazu.
 Widzi mnie pan tu juŜ po raz setny - przybitym, złamanym, poniewaŜ igrałem ze 
światem halucynacyjnym, jaki nosi w sobie ta dziewczyna będąca dla was dwojga 
kimś łagodnym i wątłym, a dla mnie najokrutniejszą czarodziejką.
 Tak, jest ona dla mnie jakby czarownicą, która w prawej ręce trzyma 
niewidzialny aparat do wstrząsania globem, a w lewej piorun, Ŝeby wszystko 
niszczyć według własnego upodobania.
 Na koniec, nie mogę juŜ spoglądać na jej czoło; bije stamtąd blask oślepiający.
 AŜeby milczeć, chodzę juŜ od kilku dni dość niezręcznie po brzegach otchłani 
szaleństwa.
 Korzystam więc z momentu, kiedy mam odwagę stawiać opór temu potworowi, który 
ciągnie mnie za sobą nie pytając, czy zdołam podąŜyć za jego lotem.
 Kim ona jest?
 Czy widział ją pan młodą?
 Czy narodziła się kiedykolwiek?
 Czy miała rodziców?
 Czy spłodził ją związek lodu i słońca?
 Bo ona mrozi i parzy, ukazuje się i niknie jak zachłanna prawda, przyciąga mnie
i odpycha zarazem, daje mi kolejno Ŝycie lub śmierć, kocham ją i nienawidzę.
 Tak Ŝyć dłuŜej nie mogę, chcę być całkiem albo w niebie, albo w piekle.
 Trzymając w jednej dłoni fajkę świeŜo nabitą, a w drugiej pokrywkę, której nie 
zamykał, pan Becker słuchał Wilfryda z tajemniczą miną i chwilami popatrywał na 
córkę, co rozumiała jakby te słowa, trafne wobec istoty dającej do nich asumpt.
 Wilfryd był piękny jak Hamlet stawiający opór cieniowi swojego ojca, z którym 
rozmawia, kiedy zmarły król dla syna tylko zjawia się wśród Ŝywych.
 - Przypomina to bardzo dyskurs męŜczyzny zadurzonego - oznajmił prostodusznie 
zacny pastor.
 - Zadurzonego!
 - podchwycił Wilfryd.
 - Tak, drogi panie, Ŝadne inne słowo nie zdołałoby oddać szału, jaki pcha mnie 
ku temu okrutnemu stworowi.
 - A więc kocha ją pan?
 - zagadnęła Minna z wyrzutem.
 - DrŜę, pani, na jej widok tak szczególnie, smucę się tak głęboko, kiedy jej 
nie widzę, Ŝe u kaŜdego męŜczyzny podobne wzruszenia zwiastowałyby miłość, ale 
uczucie to Ŝarliwie zbliŜa do siebie ludzi, gdy tymczasem pomiędzy nami dwojgiem
otwiera się wciąŜ przepaść, skąd zieje mróz, który mnie przenika, ilekroć znajdę
się razem z Serafitą, a którego doznawać przestaję, kiedy oddalę się od niej.
 Odchodzę od niej wciąŜ, coraz bardziej zrozpaczony, powracam zawsze z tym 
większym zapałem, niby owi uczeni poszukujący sekretów, których najzazdrośniej 
strzeŜe przyroda; niby malarz, co pragnął przelać Ŝycie w płótno, ale mimo 
wszelkich sposobów sztuki łamie pędzel wśród usiłowań daremnych.
 - Wszystko, co pan powiedział, wydaje mi się nader słuszne - odrzekła z 
prostotą dziewczyna.
 - A ty, Minno, skąd moŜesz to wiedzieć?
 - zagadnął pastor.
 - Nie pytałbyś nawet, ojcze, gdybyś przed południem poszedł z nami na Falberg i
widział ją w modlitwie!
 Powiedziałbyś jak pan Wilfryd, kiedy po raz pierwszy zobaczył ją w naszej 
świątyni: "To Geniusz Modlitwy".
 Po tych słowach zaległo milczenie.
 - Z pewnością - przerwał je Wilfryd - nie łączy ją nic ze stworzeniami 
uwijającymi się po nizinach tego globu.
 - Na Falberg!
 - zdumiał się stary pastor.
 - Jakim cudem zaszłyście aŜ tam?
 - Nie mam pojęcia - odrzekła Minna.
 - Teraz ta wycieczka jest dla mnie jak sen, po którym pozostało mi tylko 
wspomnienie!
 Nie wierzyłabym chyba w to wcale, gdyby nie dowód rzeczowy.
 Wydobyła kwiat zza stanika, pokazała go, wszyscy utkwili oczy w tym wdzięcznym 
okazie flory skalnej, świeŜym jeszcze, który, w świetle lamp otoczony obłokiem 
dymu, zabłysł niby inne światło.
 - Oto zjawisko nadprzyrodzone - ozwał się pastor spoglądając na kwiat, który 
rozwinął się zimą.
 - Otchłań!
 - zawołał Wilfryd upojony zapachem.
 - Ten kwiat przyprawia mnie o zawrót głowy - rzekła Minna.

Strona 133

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 - Jakbym słyszała jeszcze jej słowa będące muzyką myśli, jakbym widziała 
jeszcze blask jej spojrzenia będący miłością.
 - Błagam, niech mi pan opowie o Ŝyciu Serafity będącej enigmatycznym kwiatem 
ludzkim, który wyobraŜa dla nas ta tajemnicza roślinka.
 - Drogi mój gościu - odparł starzec wypuszczając kłąb fajczanego dymu - aby ci 
wyjaśnić, jak narodziła się ta istota, muszę rozproszyć przed tobą mgły 
najbardziej tajemniczej z doktryn chrześcijańskich; a nie jest łatwo wyłoŜyć 
jasno najbardziej zagadkowe spośród objawień, ostatni błysk wiary, który 
opromienił ponoć naszą kupę błota.
 Czy wiesz coś o SWEDENBORGU?
 - Znam tylko jego nazwisko; ale o nim, jego dziełach i religii nic nie wiem.
 - A więc opowiem ci o Swedenborgu w całości.

 
 III SERAFITA-SERAFIT.

 
 Pastor rozpoczął opowieść po chwili, gromadząc jakby swoje wspomnienia: - 
Według niektórych autorów Emanuel Swedenborg urodził się w Upsali, w Szwecji, w 
roku 1688, chociaŜ na płycie grobowej figuruje data 1689.
 Był synem biskupa Skary.
 śył lat dziewięćdziesiąt pięć, zmarł w Londynie 29 marca 1772.
 WyraŜam się tak, by określić zwykłe przejście z jednego stanu w drugi.
 Uczniowie Swedenborga utrzymują, Ŝe widzieli go potem w Jarvis i ParyŜu.
 Za pozwoleniem, drogi panie Wilfrydzie - tu pan Becker uczynił gest 
zapobiegając wszelkim sprzeciwom gościa - przytaczam tylko fakty, nie 
stwierdzając ich ani im nie przecząc.
 Wysłuchaj, a później pomyślisz o tym wszystkim, co zechcesz.
 Uprzedzę pana, kiedy zacznę osądzać, krytykować i dyskutować doktrynę, abyś 
mógł skonstatować, Ŝe moja inteligencja zachowuje neutralność między rozumem a 
Nim.
 śycie Emanuela Swedenborga rozpada się na dwa okresy.
 W latach 1688-1745 baron Emanuel dał poznać się wielkiemu światu jako człowiek 
wiedzy nadzwyczaj rozległej, szanowany i lubiany dla swoich zalet, w kaŜdym 
przypadku nieskazitelny, zawsze ludziom pomocny.
 Sprawując w Szwecji wysokie godności, opublikował w latach 1709-1740 wiele 
solidnych ksiąŜek traktujących o fizyce, matematyce, mineralogii i astronomii, 
które wzbogaciły wiedzę uczonych.
 Wynalazł system budowy doków dla morskiej Ŝeglugi.
 Pisywał o najwaŜniejszych kwestiach - od wysokości przypływów morskich do 
połoŜenia ziemi.
 Wynajdował i metody konstruowania śluz na kanałach, i najprostsze procedery 
wytapiania metali.
 Słowem, kaŜda gałąź nauki, jaką tylko się zajął, zawdzięczała mu postęp.
 Za młodu studiował hebrajszczyznę, łacinę, grekę i języki wschodnie, a tak 
wybornie przyswoił je sobie, Ŝe wielu sławnych uczonych często zasięgało u niego
rady i Ŝe w Tartarii zdołał natrafić na ślad najstarszej księgi Słowa, zwanej 
"Wojnami Pańskimi", oraz księgi "Przypowieści"; o tym wszystkim powiada MojŜesz 
w "Numeri" (XXI, 14, 15, 27-30), a mówią teŜ Jozue, Jeremiasz i Samuel.
 "Wojny Pańskie" miały stanowić część historyczną, a "Przypowieści" część 
proroczą owej księgi wcześniejszej od GENESIS.
 Swedenborg zapewniał nawet, Ŝe "Jaschar", czyli "Księga Sędziów" wzmiankowana u
Jozuego, istniała w Tartarii wschodniej wraz z kultem Związków.
 Jakoby pewien Francuz uzasadnił ostatnio hipotezy Swedenborga ogłaszając, Ŝe 
znalazł w Bagdadzie części Biblii nie znane w Europie.
 Kiedy w ParyŜu magnetyzm zwierzęcy wywołał debatę niemal europejską, w której 
uczestniczyli prawie wszyscy uczeni, a było to w roku 1785, pan margrabia de 
Thome pomścił pamięć Swedenborga opierając się o stwierdzenia, jakie wymknęły 
się niechcący komisarzom wyznaczonym przez króla Francji dla zbadania 
magnetyzmu.
 Panowie ci utrzymywali, Ŝe nie istniała nigdy Ŝadna teoria magnesu - a przecieŜ
Swedenborg zajmował się nią juŜ od roku 1720.
 Pan de Thome skorzystał z tej sposobności, by wskazać przyczyny zapomnienia, w 
jakim najsławniejsi ludzie pozostawiali uczonego Szweda, aŜeby swobodnie szperać
w jego skarbach i wspomagać się nimi przy swojej pracy.
 "Niektórzy z najznamienitszych - powiada pan de Thome mając na myśli Buffona i 
jego źTeorię Ziemi" - w słabości swojej ustroili się w pawie pióra nie składając
hołdu pawiowi".

Strona 134

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Na koniec dowiódł na podstawie nieodpartych cytat zaczerpniętych z dzieł 
encyklopedycznych Swedenborga, Ŝe wielki ów prorok wyprzedził o kilka stuleci 
powolny rozwój nauk ludzkich: istotnie, Ŝeby się o tym przekonać, wystarczy 
przeczytać jego dzieła filozoficzne i mineralogiczne.
 Mógłbym przytoczyć tu fragment, gdzie Swedenborg okazuje się prekursorem 
dzisiejszej chemii, głosząc, Ŝe kaŜdy produkt natury organicznej daje się 
rozłoŜyć, Ŝe analiza ta wiedzie do dwóch pierwiastków czystych i Ŝe woda, 
powietrze i ogień nie są pierwiastkami; gdzie indziej dociera za pomocą kilku 
słów do głębi tajemnic magnetycznych, odbierając tym samym Mesmerowi 
pierwszeństwo ich poznania.
 Na koniec oto - mówił pan Becker wskazując długą deskę umocowaną między oknem a
piecem, na której stały ksiąŜki wszelkiego formatu - siedemnaście róŜnorakich 
dzieł, spośród których jedno, jego , Dzieła filozoficzne i mineralogiczne" 
opublikowane w roku 1734, składa się z trzech woluminów in folio.
 Księgi te, świadczące o empirycznej wiedzy Swedenborga, podarował mi pan 
Serafit, jego kuzyn, ojciec Serafity.
 W roku 1740 Swedenborg zapadł w kompletne milczenie, które przerwał po to 
tylko, Ŝeby porzucić zajęcia doczesne i rozmyślać wyłącznie o sprawach świata 
duchowego.
 W roku 1745 otrzymał pierwsze rozkazy z Nieba.
 Oto jak opowiada o swoim powołaniu: "Któregoś wieczora, w Londynie, kiedy 
zjadłem obiad z wielkim apetytem, mój pokój zaległa gęsta mgła.
 Kiedy rozproszyły się ciemności, z kąta wynurzył się jakiś stwór i przybrawszy 
postać ludzką, ozwał się groźnie :źObjadasz się zanadto!
" Przez całą dobę nie wziąłem nic w usta.
 Następnego wieczoru pojawił się ten sam człowiek promieniejąc światłem i rzekł:
- Wysłał mnie Bóg, który wybrał cię, aby wyjaśnić ludziom sens swojego słowa i 
stworzenia.
 Podyktuję ci to, co napisać winieneś".
 Wizja trwała krótko.
 ANIOŁ odziany był - powiada - w purpurę".
 W ciągu tej nocy otworzyły się oczy jego człowieka wewnętrznego i otrzymały 
moŜność oglądania Niebios, świata Duchów i Piekła - trzech odmiennych kręgów, 
gdzie napotkał znajome osoby, które zniszczały w swoim kształcie ludzkim, jedne 
juŜ od dawna, drugie od niedawna.
 Od tej chwili Swedenborg Ŝył wciąŜ juŜ tylko Ŝyciem Duchów i przebywał na tym 
świecie jako wysłannik Boga.
 ChociaŜ posłannictwa zaprzeczali mu niedowiarkowie, postępował bez wątpienia 
jak istota wyŜsza nad ludzkość.
 Przede wszystkim, choć fortunę miał skromną, wystarczającą tylko na potrzeby 
najkonieczniejsze, rozdawał ogromne sumy, podnosząc zwłaszcza z upadku w 
licznych miastach handlowych wielkie firmy zagroŜone bankructwem.
 Ktokolwiek odwołał się do jego szczodrobliwości, nie odchodził nigdy z pustymi 
rękami.
 Pewien Anglik, niedowiarek, jął śledzić Swedenborga i zetknąwszy się z nim w 
ParyŜu opowiadał, Ŝe drzwi jego stały zawsze otworem.
 Jednego dnia sługa poŜalił się na to niedbalstwo naraŜające go na podejrzenia, 
gdyby ktoś popróbował ukraść jego panu pieniądze: - MoŜe być spokojny - 
uśmiechnął się Swedenborg - wybaczam mu tę nieufność, poniewaŜ nie widzi 
straŜnika czuwającego u moich drzwi.
 - Rzeczywiście, w jakimkolwiek przemieszkiwał kraju, nie zamykał nigdy drzwi i 
nic nigdy mu nie zginęło.
 W Gothemburgu, mieście połoŜonym o sześćdziesiąt mil od Sztokholmu, określił, 
na trzy dni przed przybyciem kuriera, dokładnie godzinę, w której poŜar miał 
zniszczyć stolicę, zaznaczając, Ŝe jego dom się nie spali: i okazało się to 
prawdą.
 W Berlinie królowa Szwecji opowiadała królowi, swojemu bratu, Ŝe od jednej z 
dam jej respektowych zaŜądano zwrotu pieniędzy, chociaŜ była pewna, Ŝe mąŜ jej 
spłacił ów dług przed śmiercią, ale nie znalazłszy kwitu odwiedziła Swedenborga 
prosząc, aby zapytał zmarłego, gdzie zapodział ów dowód zapłaty.
 * Królowa Szwecji — Luiza Ulryka, małŜonka Adolfa Fryderyka, siostra Fryderyka 
II, króla Prus.
Następnego dnia Swedenborg wskazał jej miejsce, gdzie wetknięty był kwit; ale Ŝe
dama domagała się równieŜ, by odwiedził ją nieboszczyk, ujrzała we śnie swojego 
męŜa odzianego w szlafrok, który miał na sobie przed śmiercią - i widmo wskazało
Ŝonie kwit ukryty rzeczywiście w miejscu oznaczonym przez Swedenborga.
 Jednego dnia, wsiadając w Londynie na okręt kapitana Dixona, usłyszał, jak 
pewna dama zapytywała, czy zaopatrzono się w dostateczną ilość prowiantu: - Mamy

Strona 135

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

wszystkiego aŜ zanadto - oznajmił.
 - Za tydzień, o drugiej, zawiniemy do portu w Sztokholmie.
 - I tak się stało.
 Stan jasnowidzenia, w jaki Swedenborg wprawiał się, kiedy tylko zechciał, a 
którym obejmował sprawy ziemskie, zadziwiając przyjaciół i znajomych cudowną 
trafnością swoich przepowiedni, był jedynie nikłym odbiciem zdolności oglądania 
niebios.
 Do najciekawszych wizyj zaliczają się te, w których opowiada o swoich podróŜach
po Ziemiach Gwiezdnych, dając opisy zdumiewające niezawodnie swoją naiwną 
prostotą.
 Człowiek o tak ogromnym zasięgu solidnej i niewątpliwej wiedzy, wcielenie 
inteligencji, woli, wyobraźni, potrafiłby z pewnością zmyślać barwniej - gdyby 
zmyślał.
 W literaturze fantastycznej Wschodu nie znaleźlibyśmy zresztą niczego, co 
mogłoby dać pojęcie o tym dziele oszołamiającym i pełnym zaląŜków poezji - jeśli
wolno porównywać dzieło religijne z płodami arabskiej fantazji.
 Swedenborga porwał anioł mający słuŜyć mu za przewodnika w pierwszej podróŜy: 
wzniosłe piękno opisu wyprzedza tutaj o całą odległość, jaką Bóg oddzielił 
ziemię od słońca, obrazy epickie Klopstocka, Miltona, Tassa i Danta.
 Autor nie opublikował nigdy owej części słuŜącej za wstęp dziełu o Ziemiach 
Gwiezdnych; naleŜy ona do tradycyj ustnych, które Swedenborg przekazał trzem 
uczniom najbliŜszym jego sercu.
 Pan Silverichm spisał tę wersję.
 Pan Serafit nieraz chciał mi ją powtórzyć; ale wspomnienie słów kuzyna było tak
palące, Ŝe ilekroć się odezwał, milkł i zapadał w zadumę, z której nic nie 
zdołałoby go wyrwać.
 Dyskurs, jakim Anioł dowiódł Swedenborgowi, Ŝe ciała niebieskie nie po to 
zostały stworzone, aby krąŜyły puste i bez celu, przytłacza, jak powiadał mi 
baron, wszelką wiedzę ludzką wspaniałościami logiki boŜej.
 Według proroka, mieszkańcy Jowisza nie uprawiają Ŝadnych nauk i zowią je 
cieniami; mieszkańcy Merkurego nienawidzą wyraŜania myśli za pomocą słów, które 
wydają im się niezbyt materialne, i posługują się mową oczu; mieszkańców Saturna
złe duchy wodzą bez ustanku na pokuszenie; mieszkańcy KsięŜyca, nie więksi od 
sześcioletnich dzieci, pełzają, a głos wydobywa im się z brzucha, mieszkańcy 
Wenery są olbrzymiego wzrostu, ale głupi i Ŝyją z rozboju - niemniej część owej 
planety zamieszkują istoty nader łagodne, Ŝyjące w miłości dobra.
 Na koniec opisuje obyczaje ludów zrodzonych na tych globach i w terminach nader
ścisłych tłumaczy ogólny sens ich egzystencji w odniesieniu do wszechświata; 
udziela wyjaśnień tak zgodnych z następstwami ich obrotów stwierdzonych w 
ogólnym systemie świata, Ŝe któregoś dnia moŜe uczeni przyjdą czerpać pokarm u 
tych świetlistych źródeł.
 Oto - mówił pan Becker wziąwszy ksiąŜkę i otwierając ją na stronicy zaznaczonej
zakładką - oto jakimi słowy zakończył to dzieło: "Kto by wątpił, Ŝe przeniesiony
zwiedziłem mnóstwo Ziem Gwiezdnych, niech przypomni sobie moje uwagi na temat 
odległości w innym Ŝyciu; istnieją tylko względem stanu zewnętrznego człowieka; 
otóŜ będąc uorganizowanym wewnętrznie jak Duchy Anielskie owych ziem, poznać je 
mogłem".
 Okoliczności, dzięki którym baron Serafit, ukochany kuzyn Swedenborga, musiał 
osiedlić się między nami, sprawiły, Ŝe jestem świadom najdrobniejszych zdarzeń z
tego niezwykłego Ŝycia.
 Ostatnio kilka gazet europejskich oskarŜyło proroka o szalbierstwo, 
przytaczając na podstawie listu kawalera Beylon fakt następujący: Swedenborg - 
powiadano - uwiadomiony przez senatorów o tajnej korespondencji, jaką 
nieboszczka królowa szwedzka prowadziła z władcą Prus, swym bratem, wyjawił 
królowej tajemnice zawarte w owych listach, wmawiając w nią, Ŝe poznał je 
nadprzyrodzonym sposobem.
 Pan Karol Leonard Stahlhammer, człowiek wiarygodny, kapitan gwardii królewskiej
i kawaler orderu Miecza, odpowiedział listem na ową kalumnię.
 Pastor, szperając wśród papierów schowanych w szufladzie stołu, odnalazł 
wreszcie gazetę i podał ją Wilfrydowi, który odczytał głośno list następujący:
 Sztokholm, 13 maja, 1788 roku.
 Przeczytałem ze zdziwieniem list przytaczający rozmowę, jaką odbył sławny 
Swedenborg z królową Luizą Ulryką; podane tam okoliczności są z gruntu fałszywe,
mam więc nadzieję, Ŝe autor wybaczy mi, jeśli wierną relacją, którą zaświadczyć 
moŜe parę znamienitych osób obecnych przy tym i do dziś Ŝyjących, wykaŜę mu, jak
dalece się pomylił.
 W roku 1758, niedługo po śmierci księcia Prus, Swedenborg pojawił się u dworu: 
zwykł był odwiedzać go regularnie.

Strona 136

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Królowa, ujrzawszy filozofa, ozwała się zaraz: "Nie widziałeś aby, panie 
asesorze, mojego brata "?
 Swedenborg odpowiedział, Ŝe nie, a królowa na to: "Gdybyśgo spotkał, kłaniaj mu
się ode mnie".
 Powiedziała to li tylko Ŝartem, nie zamierzając bynajmniej informować się o 
sprawach swojego brata.
 Po tygodniu, a nie po dwudziestu czterech dniach - i nie na audiencję prywatną 
- Swedenborg zjawił się znów u dworu, i to w godzinach tak wczesnych, śe królowa
nie opuściła jeszcze swoich apartamentów zwanych Białą Komnatą, gdzie gawędziła 
z damami respektowymi oraz innymi szlachciankami.
 Swedenborg nie czeka, aŜ królowa się ukaŜe, wchodzi na jej pokoje i coś jej 
szepcze do ucha.
 Królową aŜ zamroczyło ze zdumienia i dopiero po jakimś czasie przyszła do 
siebie.
 Odzyskawszy kontenans, rzekła do otaczających ją osób: "Tylko Bóg i mój brat 
mogą wiedzieć to, co on mi mówił"
 Przyznała się, Ŝe Swedenborg powiedział o ostatniej wymianie listów z księciem,
których przedmiot był znany jedynie im dwojgu.
 Nie umiem wyjaśnić, jakim sposobem Swedenborg poznał ów sekret; mogę tylko 
zapewnić na honor, Ŝe ani hrabia H., jak powiada autor listu, ani w ogóle nikt 
nie przejmował i nie czytywał korespondencji królowej.
 Senat ówczesny pozwalał jej pisywać do brata nie mieszając się wcale do tej 
korespondencji, poczytywał ją bowiem za całkowicie obojętną dla państwa.
 Jest rzeczą oczywistą, Ŝe autor wymienionego listu nie znał wcale charakteru 
hrabiego H...
 Ów pan czcigodny, który wyświadczył jak najdonioślejsze przysługi swojej 
ojczyźnie, łączy z talentami umysłu zalety serca, a wiek sędziwy nie osłabił w 
nim wcale tych cennych przymiotów.
 Sprawując władzę administracyjną, kojarzył zawsze politykę jak najświatlejszą z
jak najbardziej skrupulatną uczciwością i deklarował się jako wróg sekretnych 
intryg i tajemnych knowań, które uwaŜał za środki niegodne, by cel osiągać.
 W równej mierze autor nie zna asesora Swedenborga.
 Jedyną słabostką tego człowieka, doprawdy poczciwą, była wiara w ukazywanie się
duchów - ale jako jego stary znajomy zapewnić mogę, iŜ był pewien, Ŝe rozmawia i
debatuje z duchami, jak ja w tym momencie pewien jestem, Ŝe piszę te słowa.
 Jako przyjaciel i obyvatel był człowiekiem absolutnie bez zarzutu, brzydził się
szalbierstwem, a Ŝycie wiódł przykładne.
 A zatem kawaler Beylon usiłuje dać temu faktowi wyjaśnienie bezpodstawne ; 
wizyta zaś, jaką H. i T. mieli nocą złoŜyć Swedenborgowi, jest całkowicie 
zmyślona.
 Skądinąd mogę autora listu zapewnić, Ŝe w znikomym nawet stopniu zwolennikiem 
nauk Swedenborga nie jestem ; jedynie miłość dla prawdy skłoniła mnie, bym 
wiernie przedstawił fakt, który przytacza się nader często ze szczegółami 
kompletnie fałszywymi - to zaś, co napisałem, stwierdzam własnym podpisem.
 - Świadectwa odnoszące się do jego misji, jakie Swedenborg złoŜył obu 
dynastiom, szwedzkiej i pruskiej, ugruntowały zapewne wiarę, którą Ŝywią do dziś
te lub owe osoby na obu tych dworach - podjął opowieść pan Becker chowając 
gazetę do szuflady.
 - Niemniej wszystkich faktów jego Ŝycia materialnego i widzialnego przytaczać 
panu nie będę: obyczaje Swedenborga trudne były do poznania.
 śył w ukryciu nie chcąc bogacić się ani nie dąŜąc do sławy.
 Odznaczał się nawet rodzajem odrazy do kaptowania sobie stronników, zwierzał 
się szczupłej garstce osób, swój zaś dar ujawniał jedynie tym, w których płonęła
Ŝywo wiara, mądrość i miłość.
 Umiał od pierwszego wejrzenia rozeznać stan ducha tych, co przychodzili do 
niego, czynił Widzącymi tych wszystkich, których tknąć pragnął swoim słowem 
wewnętrznym.
 Od roku 1755 Ŝaden z uczniów nie dostrzegł, by mistrz uczynił coś dla 
jakichkolwiek pobudek ziemskich.
 Jedna tylko osoba, duchowny szwedzki nazwiskiem Matthesius, pomawiała go o 
szaleństwo.
 Nadzwyczajnym zrządzeniem losu ów Matthesius, wróg Swedenborga i jego pism, 
zwariował niedługo potem, a przed kilku laty mieszkał jeszcze w Sztokholmie, 
Ŝyjąc z pensji, jaką wyznaczył mu król szwedzki.
 W roku 1786 pan Sandel wygłosił pochwałę Swedenborga uwzględniając nader 
szczegółowo koleje jego Ŝycia - w auli królewskiej Akademii Nauk w Sztokholmie.
 Na koniec pismo, jakie otrzymał lord mer Londynu, zawiera relację opatrzoną 
najdrobniejszymi szczegółami, dotyczącą ostatniej choroby oraz śmierci 

Strona 137

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

Swedenborga, przy którym czuwał pan Ferelius, duchowny szwedzki, osobistość 
najwyŜszych cnót serca i umysłu.
 Naoczni świadkowie stwierdzają, Ŝe Swedenborg nie wyparł się bynajmniej swoich 
pism, ale wciąŜ zapewniał, Ŝe mówią prawdę.
 "Za sto lat - powiedział do pana Fereliusa - moja nauka będzie rządzić 
Kościołem".
 Przepowiedział ściśle dzień i godzinę swojej śmierci.
 TegoŜ właśnie dnia, w niedzielę 29 marca 1772 roku, zapytał, która godzina.
 "Piąta - odpowiedział ktoś.
- A więc juŜ koniec - odrzekł.
 - Niech was Bóg błogosławi"!
 - I po dziesięciu minutach skonał z nieopisanym spokojem, westchnąwszy lekko.
 Prostota, skromność, samotność cechowały jego Ŝycie.
 Kiedy ukończył któryś ze swoich traktatów, wyprawiał się statkiem do Holandii 
lub Londynu, gdzie drukował je, nie wspominając o tym nigdy.
 Ogłosił tak więc kolejno dwadzieścia siedem róŜnorakich traktatów, a kaŜdy z 
nich, powiadał, dyktowali mu Aniołowie.
 Prawda to czy nieprawda, niewielu ludziom starczy sił, by wytrzymać te 
płomienie słowne.
 Oto komplet jego dzieł - mówił pan Becker wskazując drugą półkę, na której 
stało ze sześćdziesiąt tomów.
 - Siedem traktatów, gdzie duch BoŜy rozsiewa blask najŜywszy, to: "Rozkosze 
miłości małŜeńskiej", "Niebo i piekło", "Apokalipsa objawiona", " Wykład o 
zmyśle wewnętrznym", "Miłość boŜa", "Chrystianizm prawdziwy", "Mądrość anielska 
wszechmocy, wszechwiedzy, wszechobecności tych, którzy podzielają wieczność", 
"Ogrom Boga".
 Jego interpretacja Apokalipsy zaczyna się od tych oto słów - mówił pan Becker 
otwierając pierwszy z tomów, który stał tuŜ przy nim: "Nie dałem tu nic od 
siebie, powtarzałem za Panem, który przez tegoŜ anioła powiedział Janowi: Nie 
pieczętuj słów proroctwa ksiąg tych (Apokalipsa, 22, 10)".
 - Drogi panie - ciągnął doktor teologii spoglądając na Wilfryda - wśród 
zimowych nocy drŜałem nieraz jak liść osiki, czytając te groźne dzieła, gdzie 
człowiek ów ze szczerą poczciwością relacjonuje największe cuda.
 "Widziałem - oznajmia - Niebiosa i Aniołów.
 Człowiek duchowy widzi drugiego człowieka duchowego znacznie lepiej, aniŜeli 
człowiek ziemski widzi człowieka ziemskiego.
 Opisując cuda niebios i sfer im podległych, słucham w tym względzie rozkazu 
Pana.
 KaŜdemu wolno nie wierzyć mi, nie potrafię wprawić nikogo w stan, w jaki 
wprawił mnie Bóg; nie jest w mojej mocy ani spowodować czyjegoś dialogu z 
Aniołami, ani zdziałać cudu, aby ujawnili komuś bezpośrednio swój sposób 
pojmowania; sami tylko są jedynymi narzędziami swoich anielskich zachwyceń.
 Od lat juŜ oto dwudziestu ośmiu przebywam w świecie duchowym razem z Aniołami, 
a na ziemi razem z ludźmi; spodobało się bowiem Panu otworzyć mi oczy Ducha, jak
otwarł je Pawłowi, Danielowi i Elizeuszowi".
 Niemniej istnieją osoby, które mają wizje świata duchowego, a to dzięki 
kompletnemu rozdziałowi, jaki somnambulizm wywołuje między ich formą zewnętrzną 
i człowiekiem wewnętrznym.
 "W tym stanie - powiada Swedenborg w swoim traktacie o Mądrości Anielskiej - 
człowiek moŜe wznieść się aŜ do światłości niebiańskiej, poniewaŜ unicestwia 
zmysły cielesne i wpływ nieba oddziałuje wtedy bez przeszkód na człowieka 
wewnętrznego".
 Wielu jest i takich, którzy nie wątpiąc bynajmniej, Ŝe Swedenborg miał 
objawienia niebiańskie, sądzą jednak, iŜ nie wszystkie jego dzieła są w równej 
mierze przesycone natchnieniem od Boga.
 Inni natomiast domagają się dla Swedenborga aprobaty bezwzględnej, godząc się 
całkowicie z jego niejasnościami; mniemają, Ŝe niedoskonałość mowy ziemskiej 
przeszkadzała prorokowi w wyraŜaniu jego wizyj duchowych, których niejasność 
rozwiewa się w oczach ludzi odrodzonych dla wiary; jak bowiem znakomicie wyraził
się najwybitniejszy z jego uczniów, "ciało jest rodzeniem się zewnętrznym".
 Dla poetów i pisarzy bezmierną jest cudowność mistrza; dla Widzących wszystko 
stanowi rzeczywistość doskonałą.
 Opisy u Swedenborga były dla niektórych chrześcijan przyczyną zgorszenia.
 Ten i ów z krytyków ośmieszał niebiańską substancję jego świątyń, złotych 
pałaców, przepysznych willi napełnionych trzepotem anielskich skrzydeł; inni 
wyszydzali jego gaje drzew tajemniczych, ogrody, gdzie kwiaty mówią, powietrze 
jest białe, a kamienie mistyczne, sardoniks, karbunkuł, chryzolit, chryzopras, 
cyjanit, chalcedon, beryl, uryn i thumim posiadają zdolność poruszeń, 

Strona 138

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

symbolizują prawdy niebiańskie, o które pytać je moŜna, poniewaŜ odpowiadają 
wariacjami świateł ("Religia prawdziwa", str. 278); wiele trzeźwych umysłów 
przeczy tym światom, gdzie rozbrzmiewają rozkoszne koncerty barw, gdzie płoną 
słowa i gdzie SŁOWO wypisane jest pismem roŜkowym ("Religia prawdziwa", str. 
278).
 Na Północy nawet kilku pisarzy wydrwiło jego drzwi z pereł, diamenty, od 
których mienią się ściany i podłogi domów Jerozolimy Swedenborga, gdzie wszelkie
przedmioty codziennego uŜytku sporządzono z substancyj na globie naszym 
najrzadszych.
 "Ale - powiadają jego uczniowie - jeśli przedmioty te na naszym świecie są 
rzadkością, czy to dowód, Ŝe nie obfitują w nie inne światy?
 Na ziemi są z substancji ziemskiej, ale w niebiosach przybierają kształt 
niebiański i stosowny do stanu anioła".
 Swedenborg powtarzał zresztą w tym względzie wielkie słowa JEZUSA CHRYSTUSA: 
Jeślim ziemskie rzeczy powiedział wam, a nie wierzycie: jako, jeślibym wam 
niebieskie opowiadał, wierzyć będziecie ?
 (Jan, 3,12,).
 - Mój panie, czytałem Swedenborga w całości - podjął pan Becker z emfatycznym 
gestem.
 - Powiadam to z dumą, poniewaŜ zachowałem rozum.
 Czytając go, trzeba albo stracić rozsądek, albo stać się Widzącym.
 Aczkolwiek oparłem się obu tym szaleństwom, częstokroć doznawałem 
niewytłumaczonych zachwyceń, głębokich wzruszeń, radości wewnętrznych, jakie 
daje tylko pełnia prawdy, oczywistość niebiańskiego światła.
 Wszystko na tym padole wydaje się małe, kiedy dusza przebiega zachłanne karty 
owych Traktatów.
 Nie sposób oprzeć się zdumieniu na samą myśl, Ŝe w okresie lat trzydziestu 
człowiek ten opublikował dwadzieścia pięć tomów in quarto pisanych po łacinie i 
poświęconych prawdom świata duchowego, tomów, z których najmniejszy liczy 
pięćset stronic, a wszystkie są drukowane mikroskopijną czcionką.
 Mówił, Ŝe pozostawił jeszcze dwadzieścia, w Londynie, pod opieką pana 
Silverichma, swojego synowca, eks-kapelana króla Szwecji.
 Publikując między dwudziestym a sześćdziesiątym rokiem Ŝycia ów rodzaj 
encyklopedii, wyczerpałby się niemal do cna, gdyby nie nadprzyrodzona pomoc, 
jaką otrzymywał w komponowaniu tych cudownych traktatów, kiedy zwłaszcza 
nadeszły dlań lata, w których siły ludzkie zaczynają wygasać.
 W pismach jego znajdziesz tysiące ponumerowanych twierdzeń, a między nimi ani 
jednej sprzeczności.
 Przytomność umysłu, dokładność, metoda zadziwiają wszędzie, mając za źródło 
jeden i ten sam fakt: istnienie Aniołów.
 Swoją "Religię prawdziwą", gdzie streszcza się cały jego dogmat, dzieło o 
nieodpartej sile jasności, obmyślił i napisał w osiemdziesiątym trzecim roku 
Ŝycia.
 Na koniec wszechobecności, wszechwiedzy nie zaprzecza mu Ŝaden z jego krytyków 
ani wrogów.
 Niemniej, kiedy piłem z tego rwącego strumienia świateł niebiańskich, Bóg nie 
otworzył mi moich oczu wewnętrznych, toteŜ osądziłem te pisma z rozsądkiem 
człowieka nie odrodzonego.
 Dostrzegałem więc często, Ŝe NATCHNIONY Swedenborg z pewnością nie zawsze 
słyszał Aniołów jak naleŜy.
 Śmiałem się z wielu wizyj, w które według Widzących winienem był wierzyć z 
admiracją.
 Nie pojąłem, czym jest roŜkowe pismo aniołów, ani dlaczego noszą pasy ze 
słabszego lub silniejszego złota.
 Jeśli na przykład zdanie: "Istnieją aniołowie samotni" szczególnie rozczuliło 
mnie zrazu, po namyśle nie zdołałem pogodzić owej samotności z ich mariaŜami.
 Nie zrozumiałem, dlaczego Maria Dziewica zachowała w niebie białe atłasowe 
szaty.
 Ośmieliłem się zastanawiać, dlaczego gigantyczne demony Enakim i Hephilim wciąŜ
potykały się z cherubami na apokaliptycznych polach Armageddonu.
 Nie mam pojęcia, jak Szatani mogą wciąŜ jeszcze dyskutować z Aniołami.
 Pan baron Serafit odpierał moje zarzuty powiadając, Ŝe szczegóły te dotyczą 
Aniołów, którzy pozostali na ziemi pod kształtem ludzkim.
 Groteskowe obrazy szpecą często wizję szwedzkiego proroka.
 "Memorabilia", tak bowiem swoje wizje zatytułował, rozpoczął w którymś 
paragrafie od tych oto słów: "Widziałem gromadę duchów, miały kapelusze na 
głowach".
 W innym z "Memorabiliów" otrzymuje z nieba liścik pisany, powiada nam, 

Strona 139

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

literami, jakimi posługiwały się ludy pierwotne, skomponowanymi z linii 
krzywych, nad którymi figurowały kółeczka.
 Wolałbym, Ŝeby na dowód bardziej przekonywający swojej zaŜyłej znajomości z 
niebem przedstawił ów liścik szwedzkiej Akademii Nauk.
 W końcu albo moŜe się mylę, albo jawne absurdy rozsiane w jego dziełach miały 
jakieś znaczenie duchowe.
 Inaczej bowiem, czym wytłumaczyć wzrastający wpływ jego religii.
 Jego KOŚCIÓŁ liczy dziś ponad siedemset tysięcy wyznawców - w Stanach 
Zjednoczonych Ameryki przystępują doń masowo róŜnorakie sekty, w Anglii zaś, w 
samym tylko Manchesterze znajdzie pan siedem tysięcy swedenborgistów.
 W Niemczech, Prusach i krajach Północy ludzie, wyróŜniający się bądź 
uczonością, bądź wysoką pozycją w świecie, przyjęli publicznie doktrynę 
Swedenborga, przynoszącą skądinąd więcej pociechy niŜ wierzenia innych sekt 
chrześcijańskich.
 A teraz popróbuję wyłoŜyć panu w słowach zwięzłych niektóre punkty kanonu, jaki
Swedenborg ustanowił dla swojego Kościoła; ale Ŝe taki skrót uczyniony z pamięci
byłby oczywiście pełen błędów, pozwolę sobie opowiedzieć panu jedynie o 
Arkanach, które dotyczą urodzenia Serafity.
 Tu pan Becker umilkł na chwilę, jak gdyby skupiając myśl, po czym podjął w tych
słowach: - Stwierdziwszy matematycznie, Ŝe człowiek Ŝyje wiecznie w sferach bądź
niŜszych, bądź wyŜszych, Swedenborg nazwał Duchami Anielskimi tych, którzy na 
tym świecie są przygotowywani do nieba, gdzie odmieniają się w Aniołów.
 Według tego proroka Bóg nie stworzył Aniołów osobno: nie ma wśród nich takiego,
który na ziemi nie byłby kiedyś człowiekiem.
 Ziemia jest więc pepinierą nieba.
 Aniołowie nie są zatem aniołami sami przez się ("Mądrość anielska", 57); 
przeobraŜają się dzięki osobistej koniunkcji z Bogiem, przed którą Bóg nie 
wzdraga się nigdy; substancja Boga nie jest nigdy negatywna, ale wciąŜ czynna.
 Duchy anielskie przechodzą przez trzy naturalne stadia miłości, człowiek moŜe 
odrodzić się bowiem tylko przeszedłszy przez nie kolejno ("Religia prawdziwa").
 Pierwszym z nich jest Miłość siebie; najwyŜszy wyraz owej miłości stanowi 
geniusz ludzki, którego dzieła są czczone.
 Drugim - Miłość Świata, rodząca proroków, wielkich ludzi, których Ziemia obiera
sobie za przewodników i składa im hołd zowiąc ich wieszczami.
 Trzecim - Miłość Nieba, kreująca Duchy Anielskie.
 Owe Duchy są, by tak rzec, kwiatami ludzkości, która streszcza się w nich albo 
stara się usilnie w nich streszczać.
 Muszą posiąść albo Miłość nieba, albo Mądrość nieba; ale są zawsze w Miłości, 
nim znajdą się w Mądrości.
 ToteŜ pierwszym przeobraŜeniem człowieka jest MIŁOŚĆ.
 AŜeby osiągnąć ów pierwszy stopień, wcześniejsze existers człowieka winny 
przejść przez Nadzieję i Miłosierdzie, które rodzą go dla Wiary i Modlitwy.
 Idee nabyte przy ćwiczeniu się w owych cnotach przenoszą się do kaŜdej nowej 
powłoki ludzkiej, pod którą tają się metamorfozy Istoty Wewnętrznej; nic bowiem 
się nie oddziela, wszystko jest konieczne: Nadzieja jest nierozdzielna z 
Miłosierdziem, Wiara - z Modlitwą: nierozłączne są cztery boki tego kwadratu.
 "W braku jednej cnoty - mówi prorok - Duch Anielski jest niby pęknięta perła".
 KaŜde zatem z existers stanowi krąg, w który wpisują się bogactwa niebiańskie 
kondycji poprzedniej.
 Wielka doskonałość Duchów Anielskich wywodzi się z tajemniczej progresji, wśród
której nie ginie Ŝadna z cnót kolejno nabywanych w tym celu, aby osiągnąć 
promienne ich wcielenie; przy kaŜdej bowiem transformacji wyzbywają się 
niepostrzeŜenie ciała i jego grzechów.
 Człowiek, który Ŝyje w Miłości, rozstał się z wszelkimi swoimi złymi uczuciami:
Nadzieja, Miłosierdzie, Modlitwa, Wiara przewiały, jak powiada prorok Izajasz, 
jego wnętrze, którego nie powinna juŜ kazić Ŝadna z ułomności ziemskich.
 Stąd wielkie słowa świętego Łukasza: Uczyńcie sobie skarb, który nie zaginie w 
niebiesiech.
 I Jezusa Chrystusa: Pozostawcie ten świat ludziom, do nich naleŜy; uczyńcie się
czystymi i pójdźcie do mojego Ojca.
 Drugie przeobraŜenie to Mądrość.
 Mądrość jest pojmowaniem rzeczy niebiańskich, do których dociera poprzez 
Miłość.
 Duch Miłości zawojował siłę, a wynik to zwycięstwa odniesionego nad wszelkimi 
uczuciami ziemskimi - i ślepo miłuje Boga, ale Duch Mądrości posiadł 
inteligencję i wie, dlaczego miłuje.
 Miłość rozpościera skrzydła, unosząc człowieka ku Bogu, skrzydła Mądrości są 
stulone przez bojaźń, którą napawa ją Wiedza: poznała Boga.

Strona 140

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Miłość, poŜądając wciąŜ Boga, wyrywa się ku Niemu, Mądrość dotyka Go i drŜy.
 Jedność dokonująca się między Duchem Miłości a Duchem Mądrości wprawia 
stworzenie w stan boŜy, w którym dusza jest Kobietą, a ciało MęŜczyzną: 
najwyŜszy to wyraz człowieczeństwa, gdzie Duch góruje nad Formą, a Forma zmaga 
się jeszcze z Duchem BoŜym; bo Forma, ciało, nie zna, buntuje się i chce 
pozostać pierwotną.
 Z owej ostatecznej próby rodzą się niesłychane cierpienia, widoczne tylko dla 
niebios, cierpienia, których Chrystus zaznał na Górze Oliwnej.
 Po śmierci pierwszy krąg niebios otwiera się przed tą dwoistą oczyszczoną 
naturą ludzką.
 ToteŜ ludzie umierają w rozpaczy, Duch natomiast umiera w zachwyceniu.
 Tak więc Naturalnym zowiemy stan istot nie-odrodzonych; Duchowym - stan Duchów 
Anielskich; a Boskim - stan, w jakim pozostaje Anioł, zanim skruszy swoją 
powłokę: oto trzy stopnie exister, po których człowiek dociera do nieba.
 Myśl Swedenborga wyjaśni panu cudownie róŜnicę między stanem Naturalnym a 
Duchowym: "Dla ludzi - powiada - stan Naturalny przechodzi w Duchowy".
 Ludzie rozwaŜają świat pod jego formami widzialnymi i postrzegają go w 
rzeczywistości właściwej swoim zmysłom.
 Ale dla Ducha Anielskiego stan Duchowy przechodzi w stan Naturalny; ów Duch 
rozwaŜa świat pod względem jego wnętrza, a nie formy".
 Tak więc nasza ludzka nauka to jedynie analiza form.
 Wobec świata uczony, jak i jego wiedza, stoi czysto na zewnątrz, jego wnętrze 
słuŜy mu tylko do zachowywania zdolności pojmowania prawdy.
 Duch Anielski wybiega znacznie dalej, jego wiedza to myśl, której nauka ludzka 
jest jedynie słowem; poznanie rzeczy czerpie ze Słowa, ucząc się ZWIąZKÓW, 
dzięki którym światy współbrzmią z niebiosami.
 SŁOWO Boga, wypisane w całości przez Związki czyste, pokrywa zmysł wewnętrzny 
albo duchowy, którego bez wiedzy o Związkach rozumieć nie sposób.
 Istnieją - powiada Swedenborg ("Doktryna niebiańska", str. 26) - niezliczone 
Arkana w wewnętrznym zmyśle Związków.
 ToteŜ ludzie, co szydzili z ksiąg, gdzie prorocy zgromadzili Słowo, byli takimi
nieukami, jakimi są ci, którzy nic nie wiedząc o danej nauce, szydzą z jej 
prawd.
 Znać Związki Słowa z niebiosami, znać Związki między widzialnymi i uchwytnymi 
rzeczami świata ziemskiego a niewidzialnymi i uchwytnymi świata duchowego, to 
"mieć niebiosa w swoim pojmowaniu".
 Wszelkie przedmioty naleŜące do odmiennych dziedzin stworzenia zawierają 
koniecznie, jako emanacje Boga, sens utajony, o czym w wielkich słowach powiada 
Izajasz (5,6): Ziemia jest powłoką.
 Owa więź tajemnicza między najdrobniejszymi cząsteczkami materii a niebiosami 
stanowi to, co Swedenborg nazywa Arkanem Niebiańskim.
 OwóŜ jego traktat o Arkanach Niebiańskich, gdzie autor tłumaczy Związki lub 
wyznaczniki między rzędem zjawisk Naturalnych a Duchowych, mające być, jak 
powiada Jakub Boehme, "sygnaturą kaŜdej rzeczy", liczy nie mniej niŜ szesnaście 
tomów i trzynaście tysięcy twierdzeń.
 "Cudowna znajomość Związków, jakiej Bóg w dobroci swojej udzielił Swedenborgowi
- powiada jeden z jego uczniów - to Klucz, dzięki któremu dzieło mistrza 
przejmuje nas ciekawością.
 Według tego komentatora wszystko pochodzi od nieba i wszystko wzywa do nieba.
 Pisma proroka są pełne polotu i jasne: mówi w niebiesiech, ale głos jego 
rozlega się na ziemi; na temat jednej tylko z jego maksym moŜna by napisać gruby
tom".
 I spośród tysięcy innych, ów uczeń cytuje tę oto: "Królestwo niebieskie - 
powiada Swedenborg w Arkanach niebiańskich - jest królestwem inspirowań.
 Działanie powstaje w niebie, skąd przenosi się do wszechświata, a potem, w 
stopniach nieskończenie małych, na ziemię; skutki ziemskie powiązane z 
przyczynami niebiańskimi sprawiają, Ŝe wszystko tutaj istnieje ze sobą w Związku
i wszystko jest Znaczące.
 Człowiek jest łącznikiem między rzędem Naturalnym a Duchowym".
 Duchy Anielskie znają więc substancjalnie związki łączące z niebem kaŜdą rzecz 
na ziemi - i znają utajony sens słów proroczych, które wskazują ich obroty.
 Tak więc dla tych Duchów wszystko na tym padole zawiera swoje znaczenie.
 Najskromniejszy kwiat jest myślą, Ŝyciem znajdującym odpowiednik w konturach 
Wielkiej Wszystkości, której ma nieprzerwaną intuicję.
 Cudzołóstwo i rozwiązłość, o których mówi Pismo i prorocy, często wypaczani 
przez rzekomych pisarzy, oznaczają dla owych Duchów stan dusz, co z uporem na 
tym świecie kalają się namiętnościami ziemskimi, przedłuŜając w ten sposób swój 
rozbrat z niebem.

Strona 141

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Obłoki stanowią symbol zasłon, którymi spowija się Bóg.
 Pochodnie, chleby podkładne, konie i jeźdźcy, wszetecznice, klejnoty, wszystko 
w PIŚMIE ma dla tych Duchów sens klarowny i wyjaśnia przyszłość dziejów 
ziemskich w ich związkach z niebem.
 Wszystkie Duchy mogą wniknąć w prawdę "Objawień" świętego Jana, którą nauka 
ludzka wykazuje później w oparciu o fakty i dowody materialne, jak na przykład: 
"Brzemienny - powiada Swedenborg - w róŜnoraką ludzką wiedzę".
 I widziałem niebo nowe i ziemie nową; albowiem pierwsze niebo i pierwsza ziemia
przeszła...
 (Apokalipsa, XXI, 1).
 Znają ivieczerze, na których jada się ciała królów, wolnych i niewolników, a na
które zaprasza się Anioła stojącego na słońcu (Apokalipsa, XIX, 11-18).
 Widują skrzydlatą kobietę, odzianą w słońce, i męŜa zawsze zbrojnego 
(Apokalipsa).
 Koń z Apokalipsy jest - powiada Swedenborg - widzialnym symbolem inteligencji 
ludzkiej, której dosiadła śmierć, inteligencja to bowiem nosi w sobie 
pierwiastek zagłady.
 Na koniec rozeznają się w narodach ukrytych pod kształtem, który nieukom wydać 
się moŜe fantastyczny lub groteskowy.
 Kiedy człowiek gotów jest przyjąć w siebie prorocze tchnienie Związków, budzi 
się w nim duch słowa; rozumie wtedy, Ŝe wszelkie twory są tylko przeobraŜeniami;
odŜywa jego inteligencja i roznieca w nim gorące pragnienie prawdy, które ugasić
moŜna tylko w niebie.
 Pojmuje, w miarę większej czy mniejszej doskonałości swojego wnętrza, potęgę 
Duchów Anielskich i od tej chwili posuwa się naprzód mając za przewodnika 
Tęsknotę, stan najmniej niedoskonały człowieka nieodrodzonego, ku Nadziei, która
otwiera przed nim świat Duchów, aby dotrzeć do Modlitwy, która wręcza mu klucz 
Niebios.
 KtóreŜ stworzenie nie poŜądałoby uczynić się godnym wejścia do sfery 
zamieszkałej przez inteligencje Ŝyjące tajemnie Miłością czy Mądrością ?
 Tutaj, za Ŝycia, owe Duchy zachowują czystość; nie widzą, nie myślą i nie mówią
bynajmniej tak, jak inni ludzie.
 Istnieją dwa rodzaje postrzegania: wewnętrzne i zewnętrzne; Człowiek jest w 
całości zewnętrzny, Duch Anielski jest w całości wewnętrzny.
 Duch zmierza w głąb Liczb, pojmuje ich totalność, zna ich sens.
 Dysponuje ruchem i kojarzy się ze wszystkim poprzez dar wszechobecności.
 "Anioł - według proroka szwedzkiego - jest obecny w kim innym, jeśli tego 
zapragnie" ("Mądrość anielska"), posiada bowiem dar odłączania się od własnego 
ciała i widzi niebiosa, jak widywali je prorocy i jak widywał je sam Swedenborg:
"W tym stanie - powiada ("Religia prawdziwa", 136) - duch człowieka przenosi się
z miejsca na miejsce, ciało zaś pozostaje tam, gdzie jest, i w stanie tym 
trwałem dwadzieścia sześć lat".
 Tak winniśmy rozumieć wszelkie słowa biblijne, w których powiedziano: Uniósł 
mnie duch.
 Mądrość anielska jest wobec Mądrości ludzkiej tym, czym niezliczone siły 
przyrody są wobec jej działania, które jest jedno.
 Wszystko odŜywa, porusza się oraz istnieje w Duchu, który jest w Bogu: to 
właśnie wyraził święty Paweł w słowach: In Deo sumus, movemni et vivimus - 
Ŝyjemy, działamy i jesteśmy w Bogu.
 Ziemia nie stanowi dlań Ŝadnej przeszkody, jak Słowo nie tai dlań Ŝadnej 
niejasności.
 Jego przyszła boskość dozwala mu widzieć w myśli Boga - którą zasłania Słowo, 
podobnie jak Ŝyjąc poprzez swoje wnętrze Duch łączy się z treścią utajoną pod 
wszelkimi rzeczami tego świata.
 Nauka jest mową świata Doczesnego.
 Miłość - mową świata Duchowego.
 ToteŜ człowiek bardziej opisuje, niŜ wyjaśnia, gdy tymczasem Duch Anielski 
widzi i pojmuje.
 Wiedza czyni człowieka smutnym, Miłość weseli Anioła.
 Wiedza szuka jeszcze, Miłość juŜ znalazła.
 Człowiek osądza przyrodę po swoich z nią związkach; Duch Anielski osądza ją po 
związkach jej z niebem.
 Na koniec wszystko przemawia do Duchów.
 Duchy znają tajemnicę harmonii istniejącej między stworzeniami; porozumiewają 
się z duchem dźwięków, duchem barw, duchem roślin; mogą zadawać pytania 
minerałom, a minerały odpowiadają na ich myśli.
 Czym są dla nich nauki i skarby ziemi, skoro w kaŜdej chwili ogarniają je 
wzrokiem i skoro ciała niebieskie, którymi tak bardzo zajmują się ludzie, 

Strona 142

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

stanowią dla Duchów tylko ostatni stopień, skąd wzbijają się do Boga?
 Miłość nieba czy mądrość nieba objawia się u nich świetlistym kręgiem, który 
otacza je i jest widoczny dla Wybranych.
 W ich naiwności, której formą zewnętrzną jest naiwność dziecięca, kryje się 
znajomość świata, jakiej bynajmniej nie mają dzieci: są naiwne i uczone zarazem.
 "A naiwność niebios - powiadał Swedenborg - wywiera na duszy wraŜenie tak 
wielkie, Ŝe ci, których nawiedzi, pozostają nią zachwyceni póki Ŝycia, czego sam
doświadczyłem.
 Wystarczy chyba - powiada jeszcze - pozyskać minimalną jej cząsteczkę, aby 
odmienić się na zawsze, zapragnąć wznieść się do nieba i wnijść w sferę 
Nadziei".
 Naukę jego o małŜeństwach moŜna streścić w tych oto krótkich słowach: "Pan 
wziął urodę, wykwint Ŝycia męŜczyzny i przeniósł je w kobietę; jeśli męŜczyzna 
nie zjednoczy się z ową urodą, wykwintem Ŝycia swojego, jest surowy, smutny i 
dziki; jeśli się zjednoczy z nimi, jest wesół, jest kompletny".
 Aniołowie są zawsze w najdoskonalszym punkcie piękna.
 MałŜeństwa swoje zawierają wśród cudownych obrzędów.
 W związki te, zawsze bezdzietne, męŜczyzna wnosi Pojmowanie, a kobieta - Wolę: 
i tak stają się jedną istotą, jednym ciałem tu na ziemi; po czym przyoblekłszy 
formę niebiańską udają się do nieba.
 Tu na ziemi, w stanie przyrodzonym, wzajemna skłonność dwojga płci do rozkoszy 
stanowi Skutek, który pociąga za sobą znuŜenie i niesmak; przyoblókłszy jednak 
formę niebiańską, para, odmieniona w jednego i tego samego Ducha, znajduje w 
sobie nieustającą przyczynę rozkoszy.
 Swedenborg oglądał mariaŜ Duchów, które, jak powiada święty Łukasz, ani pójdą 
za mąŜ, ani Ŝon pojmować nie będą (20, 35) - czyli zaŜywają tylko rozkoszy 
duchowych.
 Pewien Anioł, zaproponowawszy mu świadkowanie w takim małŜeństwie, zaniósł go 
tam na swoich skrzydłach (skrzydła są symbolem, a nie rzeczywistością ziemską).
 Odział go w szatę godową, Swedenborg zaś, ujrzawszy się ubranym w światło, 
spytał o przyczynę.
 "W tych okolicznościach - odparł Anioł - nasze szaty zapalają się, jarzą i 
stają się szatami ślubnymi" ("Deliciae sap. de am. con"., 19, 20, 21).
 Zobaczył wtedy dwóch Aniołów, z których jeden pojawił się z Południa, a drugi 
ze Wschodu; Anioł z Południa nadjechał rydwanem zaprzęŜonym w parę siwych koni, 
których cugle jaśniały jak jutrzenka i miały jej barwę; ale kiedy obaj znaleźlii
się w pobliŜu proroka, na niebie, znikły rydwany i konie.
 Anioł Wschodu odziany w purpurę, Anioł Południa odziany w hiacynt pomknęły ku 
sobie niby dwa tchnienia i stały się jednym: pierwszy był Aniołem Miłości, drugi
- Aniołem Mądrości.
 Przewodnik poinformował Swedenborga, Ŝe obu tych Aniołów łączyła zawsze na 
ziemi przyjaźń wewnętrzna, chociaŜ dzieliły ich przestrzenie.
 Obopólna zgoda, będąca substancją dobrych małŜeństw na ziemi, jest w niebie 
normalną kondycją Aniołów.
 Miłość jest światłem ich świata.
 Wieczysta ekstaza Aniołów pochodzi stąd, Ŝe Bóg obdarza je zdolnością zwracania
mu rozkoszy, jakich doznają.
 Ta wzajemność nieskończoności stanowi o ich Ŝyciu.
 W niebie stają się nieskończeni, jako część substancji Boga, która rodzi się 
sama z siebie.
 Bezmiar niebios, gdzie przebywają Aniołowie, jest taki, Ŝe gdyby wzrok 
człowieka sięgał wszędzie z błyskawiczną szybkością promieni słonecznych 
zmierzających na ziemię i gdyby człowiek spoglądał przez wieczność, oczy jego 
nie znalazłyby horyzontu, na którym mogłyby spocząć.
 Jedynie światło daje wyobraŜenie o szczęśliwościach niebiańskich.
 To - powiada Swedenborg ("Sap"., "Aug"., 7, 25, 26, 27) - opar cnoty Boga, 
czysta emanacja jego światłości, przy której najjaśniejszy dzień na ziemi jest 
ciemnością.
 Światłość ta moŜe wszystko, nie zaćmiewa się nigdy; otacza Aniołów i sprawia, 
Ŝe mają styczność z Bogiem poprzez nieskończone rozkosze, które pomnaŜają się 
nieskończenie same z siebie.
 Światłość ta zabija kaŜdego człowieka nie przygotowanego na jej przyjęcie.
 Nikt na ziemi ani nawet w niebie nie przeŜyje widoku Boga.
 Oto dlaczego jest powiedziane (Exodus, XIX, 12 - a takŜe 13, 21, 22, 23) o 
MojŜeszu i górze Synaj: Strzelcie się, abyście nie wstępowali na górę, ani nie 
dotykali granic jej; wszelki, kto by się dotknął góry, śmiercią umrze.
 I dalej, Exodus, XXXIV, 29-35: Kiedy MojŜesz przyniósł drugie Tablice, twarz 
jego tak jaśniała, Ŝe przemawiając do ludu musiał zasłonić ją, aby nikogo nie 

Strona 143

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

zabić.
 Przemienienie Pańskie promienieje równieŜ owym światłem, jakie rozsiewa 
Wysłannik nieba, światłem, które przesyca bez ustanku Aniołów, napawając ich 
niewysłowionymi rozkoszami.
 A oblicze jego rozjaśniało jako słońce, a szaty jego stały się białe jako 
śnieg...
 i obłok okrył jego - powiada święty Mateusz (XVII, 1Ś5).
 Na koniec, kiedy jakiś glob roi się juŜ tylko od istot opornych wobec Pana i 
głuchych na jego słowa, kiedy Duchy Anielskie ściągną z czterech stron świata, 
Bóg zsyła Anioła Śmierci, aŜeby odmienić całość opornej gwiazdy, która w 
bezmiarze kosmosu jest dlań tym, czym w przyrodzie ziarno jałowe.
 ZbliŜając się do Globu, Anioł Śmierci, niesiony przez kometę, okręca go wokół 
osi; kontynenty odmieniają się wtedy w głębiny morskie, najwyŜsze góry stają się
wyspami, a połacie zalane niegdyś morzem wyłaniają się strojne świeŜością i 
posłuszne prawom Genesis; słowo BoŜe odzyskuje wówczas moc na nowej ziemi, 
pełnej w kaŜdym miejscu śladów wód ziemskich i niebiańskiego ognia.
 W świetle, jakie Anioł przynosi z Wysokości, ciemnieje blask słońca.
 Wtedy, jak powiada Izajasz (19-20): Ludzie wejdą w szczeliny skalne i w pyle 
czołgać się będą.
 Zawołają (Apokalipsa, VII, 15-17) do gór: Upadnijcie na nas Do morza: Zabierz 
nas!
 Do przestworzy: Uchrońcie nas przed gniewem Baranka!
 Baranek to wielki symbol Aniołów zapoznanych i prześladowanych tu na ziemi.
 JakoŜ Chrystus powiada: Błogosławieni, którzy cierpią!
 Błogosławieni ubodzy duchem!
 Błogosławieni, którzy miłują !
 Cały Swedenborg jest w tych słowach: Cierpieć, Wierzyć, Miłować.
 AŜeby miłować naleŜycie, nie trzebaŜ wycierpieć, nie trzebaŜ wierzyć?
 Miłość rodzi Siłę, a Siła daje Mądrość; stąd Inteligencja; Siła bowiem i 
Mądrość zawierają Wolę.
 Być inteligentnym to Wiedzieć, Chcieć i Móc: trzy atrybuty Ducha Anielskiego.
 "Jeśli wszechświat ma sens, oto najgodniejsza rzecz Boga"-powiedział mi pan 
Saint Martin, z którym widziałem się, kiedy podróŜował po Szwecji.
 Ale, mój panie - ciągnął pan Becker, zaczerpnąwszy oddechu - cóŜ znaczą te 
strzępy wyrwane z całości dzieła, o którym mogłoby dać pojęcie tylko porównanie 
z rzeką światła, z falami płomieni?
 Człowieka, który się w niej zanurzy, porywa straszliwy prąd.
 Poemat Dantego Alighieri to zaledwie przelotny moment dla kogoś, kto chciałby 
się pogrąŜyć w niezliczonych wersetach, przy których pomocy Swedenborg uczynił 
dotykalnymi światy niebiańskie, jak Beethoven wybudował swoje pałace harmonii z 
tysięcy nut, jak architekci powznosili katedry z tysięcy kamieni.
 Błądzisz tam po niezgłębionych otchłaniach, gdzie umysł nie zawsze jest ci 
podporą.
 śeby wrócić stamtąd całym i zdrowym do naszych pojęć społecznych, z pewnością 
konieczna jest potęŜna inteligencja!
 - Swedenborg - ciągnął dalej pastor - miłował szczególnie barona de Seraphitz, 
którego nazwisko przybrało od niepamiętnych czasów, dawnym obyczajem szwedzkim, 
łacińską końcówkę us.
 Baron był najŜarliwszym z uczniów proroka szwedzkiego, który otwarł w nim oczy 
Człowieka Wewnętrznego i przysposobił go do Ŝycia zgodnego z nakazami Wysokości.
 Szukając dlań wśród kobiet Ducha Anielskiego, Swedenborg znalazł go w wizji.
 Narzeczoną okazała się córka londyńskiego szewca, w której, jak powiadał 
prorok, buzowało Ŝycie niebiańskie, a którą wydoskonaliły próby, przez jakie 
przeszła wcześniej.
 Po przemienieniu proroka baron zjechał do Jarvis, aby wśród modlitw i praktyk 
naboŜnych odbywać swoje niebiańskie zaślubiny.
 Ja, mój panie, nie będąc bynajmniej Widzącym, obserwowałem tylko dzieło 
ziemskie tego stadła: małŜonkowie prowadzili Ŝycie świętych płci obojga, których
cnoty stanowią sławę i chwałę Kościoła rzymskiego.
 Obydwoje ulŜyli mieszkańcom w ich nędzy, wianując kaŜdego fortunką, która 
wymaga pewnej pracy, ale teŜ wystarcza na potrzeby; ludzie z ich otoczenia nie 
przyłapali ich nigdy na gniewie lub niecierpliwości; zawsze byli dobroczynni i 
łagodni, pełni przychylności, wdzięku i niekłamanej dobroci; małŜeństwo ich było
harmonią dwojga niepodzielnych dusz.
 Stadło eiderów szybujących w zgodnym locie, dźwięk w echu, myśl w słowie 
mogłyby zobrazować niedoskonale ów związek.
 KaŜdy tu kochał ich z serdecznością, którą dałoby się wyrazić tylko porównaniem
miłości roślin do słońca.

Strona 144

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Baronową cechowała prostota manier, była kobietą dorodną, pięknego lica, 
wzięcia pełnego szlachetności właściwej osobom najdostojniejszym.
 W roku 1783, mając lat dwadzieścia sześć, poczęła dziecię; ciąŜa mijała wśród 
powaŜnych uciech.
 MałŜonkowie Ŝegnali w ten sposób świat, powiedzieli mi bowiem, Ŝe zostaną 
zapewne przemienieni, kiedy dziecko opuści szatę cielesną, wymagającą ich pieczy
aŜ do momentu, kiedy siła istnienia objawi się w nim sama z siebie.
 Narodziło się dziecię, była to Serafita, która ciekawi nas w chwili obecnej; od
momentu jej poczęcia rodzice Ŝyli w odosobnieniu jeszcze większym, wzlatując do 
nieba przez modlitwę.
 śyli nadzieją, Ŝe ujrzą Swedenborga, i wiara urzeczywistniła ich nadzieję.
 W dzień narodzin Serafity ukazał się Swedenborg w Jarvis i napełnił światłem 
pokój, gdzie rodziło się dziecko.
 Wyrzekł jakoby: "Dzieło zostało dokonane, radują się niebiosa"!
 SłuŜba słyszała przedziwną melodię, którą podmuchy wichrów zdawały się 
przynosić z czterech stron świata.
 Duch Swedenborga wyprowadził barona z domu, zawiódł nad fiord i tam opuścił.
 Kilku ludzi z Jarvis przystąpiwszy wtedy do pana Serafita słyszało, jak wymówił
te słodkie słowa z Pisma: Jak piękne są w górach stopy Anioła, którego zesłał 
Pan!
 Kiedy poszedłem z plebanii na zamek, Ŝeby ochrzcić dziecko, nadać mu imię, z 
urzędu wypełnić formalności prawne, spotkałem barona.
 "Zbyteczny trud - rzekł do mnie - nasze dziecko nie będzie miało imienia na tej
ziemi.
 Nie ochrzcisz, pastorze, wodą Kościoła ziemskiego istoty, którą obmył ogień 
Nieba.
 Dziecię to pozostanie kwiatem, nie ujrzysz, kiedy odejdzie; ty masz exister, 
ono ma Ŝycie; ty masz zmysły zewnętrzne, ono ich nie ma, jest w całości 
wewnętrzne".
 Słowa te wyrzekł głosem nadnaturalnym, który wywarł na mnie jeszcze Ŝywsze 
wraŜenie niŜ blask bijący od jego twarzy, ociekającej światłością.
 Wyglądem swoim urzeczywistniał fantastyczne obrazy, jakie nasuwają naszym oczom
natchnieni, kiedy czytamy proroctwa z Biblii.
 Podobne jednak efekty nie są rzadkością w tych górach, gdzie białość wiecznych 
śniegów wywołuje w naszym organizmie zadziwiające zjawiska.
 Zagadnąłem o przyczynę wzruszenia.
 "Swedenborg się zjawił, rozstałem się z nim właśnie, oddychałem aurą nieba - 
oznajmił.
 - Pod jakim kształtem pojawił się panu?
 - spytałem.
 - Pod swoją powłoką śmiertelną, ubrany tak, jak widziałem go po raz ostatni w 
Londynie, u Richarda Shearsmitha, w dzielnicy Cold-Bath-Field, w lipcu 1771 
roku.
 Miał na sobie surdut z mieniącej się wełnianej materii ze stalowymi guzikami, 
zapiętą kamizelkę, biały halsztuk, a na głowie tę samą uroczystą perukę z 
puklami na skroniach upudrowanymi i odsłaniającą wysokie i promienne czoło, 
dopasowane, rzekłbyś, do szerokiej czworokątnej twarzy, w której wszystko jest 
potęgą i spokojem.
 Poznałem ten nos o rozdętych nozdrzach, pełnych ognia; ujrzałem znów te usta 
wciąŜ uśmiechnięte, usta anielskie, z których padły słowa nasycone moim 
szczęściem: Do rychłego zobaczenia!
 I odczułem jasność miłości niebiańskiej".
 Wiara tchnąca z twarzy barona powstrzymała mnie od wszelkiej dyskusji, 
słuchałem w milczeniu, w jego głosie był zaraźliwy Ŝar, rozgrzewał mi trzewia; 
jego fanatyzm miotał moim sercem, jak od czyjegoś gniewu wibrują nam nerwy.
 Milcząc podąŜyłem za nim do jego domu, gdziem ujrzał dziecię bezimienne, 
spoczywające na łonie matki, która przygarniała je tajemniczo.
 Na odgłos moich kroków Serafita uniosła głowę i zwróciła twarz ku mnie: oczy 
jej nie były oczyma zwykłego dziecka; aby wyrazić wraŜenie, jakiego doznałem 
natenczas, naleŜałoby powiedzieć, Ŝe widziały juŜ i myślały.
 Dzieciństwu tej predestynowanej istoty towarzyszyły okoliczności w naszym 
klimacie nadzwyczajne.
 Dziewięć lat zimy były u nas łagodniejsze, a miesiące letnie trwały dłuŜej.
 Zjawisko to wywołało liczne debaty wśród uczonych; ale chociaŜ wyjaśnienia 
fenomenu wydawały się członkom Akademii zadowalające, baron uśmiechał się tylko,
kiedy mu je powtarzałem.
 Nikt nie widział nigdy Serafity nagiej, jak widuje się inne dzieci; nigdy nie 
dotknął jej Ŝaden męŜczyzna ani Ŝadna kobieta; Ŝyła dziewiczo na łonie matki, 

Strona 145

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

nie płacząc nigdy.
 Stary Dawid potwierdzi te fakty, jeśli zaczniesz wypytywać o jego panią, dla 
której zresztą Ŝywi kult taki, jakim król, jego imiennik, otaczał Arkę 
Przymierza.
 W dziewiątym roku Ŝycia dziecię jęło pogrąŜać się w stanach modlitewnych: 
Serafita Ŝyje modlitwą; widziałeś ją w naszej świątyni, w BoŜe Narodzenie; 
jedyny to dzień, kiedy tam się zjawia; od innych chrześcijan dzieli ją tam 
odległość znaczna.
 Stykając się z ludźmi bezpośrednio, Serafita cierpi.
 Dlatego przebywa na zamku, wychodząc nader rzadko.
 Koleje Ŝycia jej nie są zresztą znane, Serafita nie uzewnętrznia się przed 
nikim; jej uzdolnienia, odczucia są li tylko wewnętrzne; najwięcej czasu 
poświęca kontemplacji mistycznej, zwykłej, jak zapewniają pisarze papiści, dla 
pierwszych pustelników chrześcijańskich, u których przetrwała tradycja słowa 
Chrystusowego.
 Jej pojmowanie, dusza, ciało są dziewicze niby śnieg leŜący na naszych górach.
 Mając lat dziesięć wyglądała juŜ tak samo, jak teraz.
 Kiedy miała lat dziewięć, rodzice jej wyzionęli ducha równocześnie, Ŝadnych 
cierpień nie doznając i bez widocznych symptomów choroby - zapowiedziawszy 
godzinę, w której istnieć przestaną.
 Stojąc u ich stóp, Serafita popatrywała na nich ze spokojem, nie okazując ani 
smutku, ani rozpaczy, ani radości, ani zaciekawienia; oni zaś uśmiechali się do 
niej.
 Kiedy przyszliśmy, Ŝeby wynieść oba ciała, Serafita rzekła: "Zabierzcie!
 - Serafito - ozwałem się, tak nazywaliśmy ją bowiem - czy jesteś nieczuła na 
śmierć swoich rodziców ?
 Kochali cię tak bardzo!
 - Śmierć ?
 - odparła.
 - Nie umarli, są we mnie na zawsze.
 To jest niczym" - dorzuciła obojętnie, wskazując na ciała, które wynoszono.
 Widziałem ją po raz trzeci od jej narodzin.
 W zborze trudno ją dostrzec, stoi zawsze pod kolumną podtrzymującą ambonę, 
ukryta w mroku tak, iŜ nie sposób dojrzeć jej twarzy.
 Po śmierci baronostwa ze sług pozostał w domu jedynie stary Dawid, który choć 
ma osiemdziesiąt dwa lata, potrafi obsłuŜyć swoją panią.
 Niektórzy ludzie z Jarvis cuda opowiadają o tej dziewczynie.
 A Ŝe opowieści te zapuściły niejako korzenie w naszych stronach, z zasady 
przychylnych tajemnicom, jąłem rozczytywać się w traktacie o "Zaklęciach" Jana 
Wiera i w dziełach dotyczących demonologii, których autorzy notują zjawiska 
rzekomo nadprzyrodzone, jakie zachodzą w człowieku.
 Zabrałem się do tych lektur, Ŝeby znaleźć fakty analogiczne do tego, co 
przypisuje się Seraficie.
 - Nie wierzy pan w nią zatem ?
 - spytał Wilfryd.
 - Jeszcze by teŜ!
 - Ŝachnął się dobrodusznie pastor.
 - Mam ją za dziewczynę nadzwyczaj kapryśną, zepsutą przez rodziców, co zamącili
jej w głowie ideami religijnymi, którem panu streścił.
 Minna pokręciła głową na znak łagodnego sprzeciwu.
 - Biedna dziewczyna!
 - ciągnął dalej doktor teologii.
 - Rodzice przekazali jej zgubną egzaltację, która mistyków sprowadza na 
manowce, czyniąc ich w mniejszym lub większym stopniu szaleńcami.
 Serafita przestrzega postów, które przywodzą do rozpaczy biednego Dawida.
 Poczciwy starzec przypomina wątłą roślinę, którą ugina kaŜdy podmuch, a krzepi 
naj bledszy promień słońca.
 Serafita, której niezrozumiałą mowę Dawid przyswoił sobie, jest dla niego 
podmuchem wiatru albo promieniem słońca; ma dla niego stopy z diamentów, a czoło
usiane gwiazdami; kroczy spowita świetlistym obłokiem; głosowi jej akompaniuje 
muzyka; potrafi stawać się niewidzialną.
 Gdy przyjdzie pan do niej w odwiedziny, Dawid odpowie, Ŝe jego pani wojaŜuje 
właśnie po Ziemiach Gwiezdnych.
 Trudno wierzyć w te bajki.
 Wie pan, cały ten cud przypomina mniej więcej historyjkę o Złotym Zębie.
 * Historyjka o Złotym Zębie — powstała pod koniec wieku XVI w Niemczech; pewne 
dziecko wiejskie oświadczyło, Ŝe wyrósł mu złoty ząb; wielu lekarzy i uczonych 
wzięło to za dobrą monetę. Dopiero pewien złotnik wykazał, Ŝe ząb jest 

Strona 146

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

powleczony cienką warstwą złota.
Mamy w Jarvis złoty ząb, i basta.
 Tak więc rybak Duncker zapewnia, Ŝe widział ją, jak nurkowała w fiordzie i 
wynurzała się pod kształtem eidera, to znów, Ŝe chodziła po falach w czasie 
burzy.
 Fergus, pasący trzodę na soelerach, powiada, Ŝe w słotę widział zawsze nad 
głową Serafity i nad zamkiem szwedzkim pogodne niebo, jak tylko panna wybrała 
się na spacer.
 Kiedy Serafita zdąŜa do świątyni, niektóre baby wiejskie słyszą muzykę 
olbrzymich organów i z powagą pytają sąsiadek, czy nie słyszą równieŜ koncertu.
 Ale moja córka, którą od dwóch lat Serafita darzy sympatią, nigdy nie słyszała 
Ŝadnych koncertów i nie czuła niebiańskich woni, jakie unoszą się ponoć, kiedy 
przechadza się nasz anioł.
 Wróciwszy do domu, Minna wyraŜa często naiwny dziewczęcy zachwyt pięknem naszej
wiosny; wraca upojona wonią, jaką rozsiewają młode pędy modrzewi, świerków albo 
kwiaty, wonią, którą wdychały wspólnie z Serafitą; ale po tak długiej zimie nie 
masz nic naturalniejszego niŜ owa wzmoŜona rozkosz.
 Niczym osobliwym nie jest dla ciebie towarzystwo tego demona, nieprawdaŜ, moja 
córko?
 - Tajemnice jego nie są moimi - odrzekła Minna.
 - Przy nim wiem wszystko; z dala od niego nie wiem juŜ nic; przy nim przestaję 
być sobą; z dala od niego zapominam wszystko o tym rozkosznym Ŝyciu.
 Widzieć go...
 to sen, który pamiętam zaleŜnie tylko od jego woli.
 Mogłam słyszeć przy nim, a zapomnieć, kiedy oddalił się ode mnie, ową muzykę, o
której opowiada Banckerowa czy Eriksonowa; przy nim mogłam czuć niebiańskie 
wonie, oglądać cuda, a potem, tutaj, zatracać o nich wszelkie pojęcie.
 - Od czasu jak ją znam, najbardziej zdumiewa mnie to, Ŝe pan cierpisz w jej 
przytomności - zwrócił się pastor do Wilfryda.
 - W jej przytomności!
 - odparł Wilfryd.
- AleŜ ona nie dopuściła nigdy, bym pocałował lub chociaŜ dotknął jej ręki.
 Kiedy spojrzała na mnie po raz pierwszy, onieśmielił mnie jej wzrok; 
powiedziała do mnie: "Witam pana z radością, bo miałeś przybyć do nas".
 Wydało mi się, Ŝe mnie zna.
 ZadrŜałem.
 Bojaźń nakazała mi wierzyć w nią.
 - A mnie miłość - ozwała się Minna nie rumieniąc się wcale.
 - Nie kpicie sobie aby ze mnie?
 - zagadnął Becker z dobrodusznym uśmiechem.
 - Ty, moja córko, mieniąc się Duchem Miłości, a pan przybierając rolę Ducha 
Mądrości?
 Wypił kufel piwa, nie dostrzegając szczególnego spojrzenia, jakim Wilfryd 
ogarnął Minnę.
 - Ale Ŝarty na stronę - podjął duchowny.
 - Zdumiałem się bardzo dowiadując się, Ŝe dziś po raz pierwszy te dwie wariatki
weszły jakoby na Falberg; czy to nie przesada, Ŝeby dwie dziewczyny wdrapały się
w ogóle na jakąś górę?
 A na szczyt Falbergu dostać się przecieŜ nie sposób!
 - Mój ojcze - rzekła Minna z alteracją w głosie - byłam więc pod władzą demona,
skoro weszłam z nim na Falberg.
 - Sprawa staje się powaŜna - odparł pan Becker - bo Minna nie kłamie nigdy.
 - Zapewniam pana - ozwał się Wilfryd - Ŝe Serafita wywiera na mnie wpływ 
niezwykły, którego wyrazić nawet nie potrafię, słów mi wprost brak.
 Mówiła mi o sprawach, które ja jeden tylko znać mogę.
 - Somnabulizm!
- powiedział stary pan.
- Wiele zresztą podobnych faktów notuje Jan Wier, powiadając, Ŝe to zjawiska, 
które wytłumaczyć nader łatwo, obserwowane niegdyś w Egipcie.
 - Niech mi pan poŜyczy dzieła teozoficzne Swedenborga - poprosił Wilfryd.
 - Chciałbym się zagłębić w tych otchłaniach światła, rozbudził pan we mnie chęć
ku temu.
 Pan Becker podał mu księgę, Wilfryd nie czekając zabrał się do czytania.
 Była mniej więcej dziewiąta.
 SłuŜąca podała kolację.
 Minna zaparzyła herbatę.
 Po kolacji kaŜde w milczeniu zajęło się swoimi sprawami: pastor czytał traktat 
o "Zaklęciach", Wilfryd łowił myśl Swedenborga, Minna szyła pogrąŜywszy się we 

Strona 147

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

wspomnieniach.
 Był to wieczór norweski, wieczór spokojny, pracowity, pełen myśli - kwiatów pod
śniegiem.
 PoŜerając dzieło proroka, Wilfryd istniał juŜ tylko poprzez swoje zmysły 
wewnętrzne.
 Od czasu do czasu pastor z miną na poły powaŜną, na poły kpiącą pokazywał go 
córce, która uśmiechała się z rodzajem zasmucenia.
 Do Minny uśmiechało się oblicze Serafa unosząc się ponad kłębami dymu, który 
spowijał ich troje.
 Wybiła północ.
 Ktoś gwałtownie otworzył furtkę.
 Kroki cięŜkie i pospieszne, kroki zatrwoŜonego starca, zadudniły w wąskiej 
sionce, pod drzwiami.
 I do bawialni wpadł Dawid.
 - Przemoc!
 Przemoc!
 - zawołał.
 - Chodźcie, chodźcie wszyscy!
 Rozpętali się Szatani!
 Są w ognistych mitrach!
 Adonisy, Vertumny, Syreny!
 Kuszą go, jak na górze kusiły Jezusa!
 Chodźcie, musicie ich przepędzić!
 - Poznaje pan język Swedenborga?
 Mamy go tu w stanie czystym - roześmiał się pastor.
 Ale Wilfryd i Minna spoglądali przeraŜeni na starego Dawida: sługa miał siwe 
włosy w nieładzie, wzrok błędny, drŜały mu nogi ośnieŜone, poniewaŜ przybiegł 
bez nart, a dygotał, jakby szarpał nim wicher.
 - Co się stało?
 - zagadnęła go Minna.
 - Szatani spodziewają się i pragną go odbić.
 Na te słowa Wilfryd zadrŜał.
 - Prawie juŜ pięć godzin stoi z oczyma wzniesionymi ku niebu, z wyciągniętymi 
rękami; cierpi, krzyczy wzywając Boga.
 Nie mogę przekroczyć granic, piekło rozstawiło straŜe Vertumnów.
 Między nią a jej starym Dawidem wybudowali mur Ŝelazny.
 Co zrobię, jeśli będzie mnie potrzebować?
 PomóŜcie mi!
 Chodźcie się modlić!
 Straszna była rozpacz biednego starca.
 - Broni jej światłość Boga; ale jeśli ustąpi wobec przemocy?
 - dodał z wiarą chwytającą za serce.
 - Uspokój się, Dawidzie!
 Przestań pleść jak w malignie.
 Ten fakt sprawdzić naleŜy.
 Pójdziemy z tobą, a przekonasz się, Ŝe nie ma u was ani Vertumnów, ani 
Szatanów, ani Syren.
 - Pani ojciec jest ślepy - szepnął Dawid do Minny.
 Wilfryd, na którego pierwszy traktat Swedenborga, szybko przeczytany, podziałał
gwałtownie, był juŜ w sionce i przymocowywał do stóp deski.
 Zaraz teŜ była gotowa i Minna.
 Zostawiwszy dwóch starców z tyłu, pomknęli na szwedzki zamek.
 - Czy słyszy pani ten trzask?
 - zapytał.
 - Pękają lody fiordu, bo wiosna za pasem - odrzekła Minna.
 Wilfryd nie odpowiedział.
 Znalazłszy się na dziedzińcu, nie mieli sił ani odwagi, Ŝeby iść dalej.
 - Co pani myśli o niej ?
 - spytał.
 - Jaka tam jasność!
- zawołała Minna stanąwszy pod oknem salonu.
 - On tam jest, o BoŜe, jaki piękny!
 Weź mnie, mój Serafie!
 Okrzyk dziewczyny był całkowicie wewnętrzny.
 Ujrzała Serafita stojącego, delikatnie spowitego mgłą barwy opalu, która 
emanowała, nie rozchodząc się daleko, z tej postaci niemal fosforycznej.
 - JakaŜ ona jest piękna!
 - zawołał Wilfryd, równieŜ w myśli.

Strona 148

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 W tejŜe chwili nadszedł pan Becker, a za nim Dawid.
 Widząc córkę i Wilfryda pod oknem, stanął obok nich, zajrzał do salonu i 
oznajmił: - No i cóŜ, Dawidzie, ona po prostu się modli.
 - Ale niech pan spróbuje wejść.
 - A po cóŜ przeszkadzać osobie pogrąŜonej w modłach?
 - odrzekł pastor.
 W tymŜe momencie promień księŜyca świecącego nad Falbergiem padł na szyby.
 Wszyscy obejrzeli się drŜąc, poruszeni tym naturalnym efektem; ale kiedy znów 
spojrzeli w okno, Serafity juŜ nie było.
 - Przedziwna historia!
 - zdumiał się Wilfryd.
 - Słyszę cudowne dźwięki!
 - rzekła Minna.
 - No i cóŜ dziwnego ?
 - ozwał się pastor.
 - Poszła zapewne spać.
 Dawid zniknął w drzwiach domu.
 Wracali w milczeniu; kaŜde w inny sposób pojmowało działanie tej wizji: pan 
Becker wątpił, Minna wielbiła, Wilfryd poŜądał.
 Wilfryd miał lat trzydzieści sześć.
 Choć męŜczyzną budowy był mocnej, proporcjom jego nie brakowało harmonii.
 Wzrostu średniego, jak prawie wszyscy ludzie niepospolici, pierś i ramiona miał
szerokie, a szyję krótką, cechującą tych, u których serce winno sąsiadować z 
umysłem; włosy miał czarne, gęste i jedwabiste; oko piwne, o blasku słonecznym, 
świadczyło, jak mocno z samej swojej natury Wilfryd łaknął świata.
 ChociaŜ lica jego męskie i rysy nieregularne grzeszyły nieobecnością spokoju 
wewnętrznego, jakim nas obdarowuje Ŝycie bez burz, taiły się w tej twarzy 
nieprzebrane bogactwa gorącej zmysłowości i Ŝądz instynktownych, podobnie jak 
ruchy Wilfryda wskazywały na doskonałość kompleksji fizycznej, kapryśność doznań
zmysłowych i wierność ich igraszkom.
 Człowiek ten mógł walczyć z dzikusem, nasłuchiwać jak i on kroków 
nieprzyjaciela skradającego się z leśnej głuszy, węszyć w powietrzu jego zapach,
a na horyzoncie dostrzegać znaki dawane przez przyjaciół.
 Sen miał lekki, jak ci wszyscy, których nie sposób zaskoczyć.
 Ciało jego przystosowywało się szybko do zmian klimatu, gdziekolwiek by gościł 
zapędzony awanturniczym Ŝywotem.
 Sztuka i nauka podziwiałyby w tym organizmie coś na kształt wzoru ludzkiego; 
wszystko się tu równowaŜyło: czyn i uczucia, bystry umysł i wola.
 Na pierwszy rzut oka zaliczyć by go moŜna do stworzeń kierujących się li tylko 
instynktem, które ulegają na ślepo potrzebom materialnym; ale juŜ w lat zaraniu 
pomknął ku sferom społecznym, z którymi wiązał go afekt; studia rozszerzyły jego
inteligencję, medytacja wysubtelniła myśl, nauki ścisłe wzbogaciły zasób pojęć.
 Zgłębiał prawa ludzkie, grę interesów ścierających się z uczuciami - i wydawał 
się kimś obytym juŜ za młodu z abstrakcjami stanowiącymi podwalinę Społeczeństw.
 Wymizerował się nad księgami będącymi umarłym ludzkim działaniem, w stolicach 
europejskich spędzał bezsenne noce wśród zabaw, budził się w niejednym łóŜku, 
sypiał być moŜe na polu walki i w noc poprzedzającą bitwę, i w noc, która 
następuje po zwycięstwie; być moŜe młodość burzliwa rzuciła go na pokład 
korsarskiego okrętu - i Ŝeglując zawadzał o najbardziej kontrastujące ze sobą 
kraje kuli ziemskiej; poznał w ten sposób Ŝywe działanie ludzkie.
 Znał więc teraźniejszość i przeszłość; dwojaką historię, dawną i dzisiejszą.
 Wielu męŜczyzn było, jak Wilfryd, w równej mierze potęŜnymi poprzez Rękę, Serce
i Głowę; jak i on większość naduŜyła swojej trojakiej władzy.
 Ale chociaŜ ten człowiek tkwił jeszcze swoją powłoką w błotnistych strefach 
ludzkości, naleŜał niewątpliwie i do sfery, gdzie siła jest inteligentna.
 Mimo zasłon, jakimi spowijała się jego dusza, spotykałeś w nim owe nie dające 
się wyrazić słowem symptomy widzialne dla oka istot czystych, dla oka dzieci, 
których niewinności nie skaziło jeszcze tchnienie Ŝadnych złych uczuć, dla oka 
starców, którzy niewinność swoją juŜ odzyskali; owe znamiona zdradzały Kaina nie
pozbawionego jeszcze nadziei, Kaina, co zdawał się poszukiwać rozgrzeszenia 
gdzieś na krańcach ziemi.
 Minna domyślała się w nim katorŜnika sławy, Serafita znała go w tym człowieku; 
obie podziwiały go i litowały się nad nim.
 Skąd brały tę przedwiedzę?
 Nic prostszego i bardziej niezwykłego zarazem.
 Jeśli człowiek zechce wniknąć w tajemnice przyrody, gdzie nic tajemnicą nie 
jest i gdzie trzeba tylko widzieć, dostrzega, Ŝe z rzeczy najprostszych rodzi 
się tam cudowność.

Strona 149

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 - Serafie - rzekła pewnego wieczoru Minna, w kilka dni po przybyciu Wilfryda do
Jarvis - czytasz w duszy tego cudzoziemca, a ja czerpię z niej tylko 
nieokreślone wraŜenia.
 Mrozi mnie lub rozgrzewa, ale ty wydajesz się znać przyczynę tego zimna i tej 
gorącości; winieneś mi to powiedzieć, skoro wiesz o nim wszystko.
 - Tak, bo ja widziałem przyczyny - odparł Serafit zasłaniając oczy powiekami.
 - Dzięki jakiej władzy?
 - zagadnęła ciekawa Minna.
 - Mam dar Specjalności - odpowiedział.
 - Specjalność to rodzaj wzroku wewnętrznego, który przenika wszystko, a moc 
jego zrozumiesz tylko dzięki porównaniu.
 W wielkich miastach Europy, miastach, skąd pochodzą dzieła, w których Ręka 
ludzka usiłuje wyobrazić przejawy natury zarówno duchowej, jak fizycznej, 
istnieją wspaniali ludzie wyraŜający swoje idee w marmurze.
 Rzeźbiarz oddziałuje na marmur, kształtuje go, zamyka w nim świat myśli.
 Istnieją marmury wyposaŜone przez rękę ludzką wyobraŜeniem wszelkich 
szlachetnych albo wszelkich złych cech ludzkości, większość ludzi dostrzega w 
tym kamieniu oblicze ludzkie, i nic więcej, inni jednak, nieliczni, nieco wyŜej 
postawieni na drabinie istot, dostrzegają tam część myśli, które przekazał 
rzeźbiarz, i zachwycają się formą; natomiast wtajemniczeni w arkana sztuki 
porozumiewają się z rzeźbiarzem kompletnie: patrząc na jego marmur, rozpoznają w
nim cały świat jego myśli.
 Ci właśnie są ksiąŜętami sztuki, noszą w sobie zwierciadło, gdzie odbija się 
przyroda ze swoimi najsubtelniejszymi wariantami.
 OtóŜ istnieje we mnie jakby lustro, w którym odzwierciedla się natura duchowa 
wraz ze swoimi przyczynami i skutkami.
 Odgaduję przyszłość i przeszłość wnikając w świadomość.
 Jakim sposobem?
 - spytasz jak zawsze.
 Uczyń, Ŝeby marmur stał się ciałem ludzkim, uczyń, Ŝeby rzeźbiarz stał się 
uczuciem, namiętnością, występkiem lub zbrodnią, cnotą, grzechem albo skruchą, a
pojmiesz, jak czytałem w duszy cudzoziemca, chociaŜ nie uzmysłowisz sobie przez 
to Specjalności; aby zrozumieć ów dar, trzeba go posiadać.
 Aczkolwiek Wilfryd był związany z dwiema pierwszymi, tak wyrazistymi, częściami
ludzkości, z ludźmi siły i z ludźmi myśli, jego wybryki, Ŝycie burzliwe i 
grzechy wiodły go często ku Wierze, zwątpienie bowiem ma dwie strony: stronę 
światła i stronę ciemności.
 Wilfryd nazbyt umiejętnie uŜywał świata w jego dwóch formach, Materii i Ducha, 
aby nie dosięgnęło go łaknienie nieznanego, Ŝądza wyjścia poza siebie, jaka 
chwyta prawie wszystkich męŜczyzn, którzy wiedzą, mogą i chcą.
 Ale ani jego wiedza, ani uczynki, ani wola nie miały kierunku.
 Zmuszony koniecznością, uciekł od Ŝycia społecznego, jak wielki grzesznik szuka
klasztoru.
 Wyrzuty, owa cnota słabych, nie znajdowały doń przystępu.
 Wyrzuty to niemoc, a zatem i powrót do grzechu.
 Tylko Skrucha jest siłą - i zamknięciem wszelkich obrachunków.
 Ale wędrując po świecie, z którego uczynił sobie klasztor, Wilfryd nie znalazł 
nigdzie balsamu dla swoich ran; nigdzie nie napotkał natury, którą mógłby 
pokochać.
 Desperacja wysuszyła w nim źródła poŜądań.
 Był z tych duchów, co w zmaganiach z namiętnościami wziąwszy nad nimi górę, nie
mają juŜ nic, co mogłyby zaciskać w szponach; duchów, którym jeśli zabraknie 
okazji, by objąć dowództwo nad równymi sobie i kopytami rumaków tratować ludy, 
kupiłyby za cenę najokropniejszego męczeństwa moŜność unicestwienia się w 
jakiejś wierze: to rodzaj skał szlachetnych oczekujących daremnie dotknięcia 
róŜdŜką, która zdołałaby sprawić, Ŝe trysnęłyby z nich głęboko utajone źródła.
 Pchnięty zamysłem Ŝycia niespokojnego i pełnego poszukiwań na drogi Norwegii, 
dał się w Jarvis zaskoczyć zimie.
 W dniu, kiedy po raz pierwszy ujrzał Serafitę, zapomniał na jej widok o swojej 
przeszłości.
 Dziewczyna wywołała w nim uczucia najwyŜszej miary, które miał za nie dające 
się wskrzesić.
 Z popiołów buchnął ostatni płomień - i popioły rozwiały się od pierwszego 
tchnienia jej głosu.
 KtóŜ by nie uczuł, jak wraca mu młodość i czystość, skoro wychłódł juŜ od 
starości i zbrukał się w nieczystościach?
 Nagle Wilfryd pokochał, jak nie kochał nigdy dotąd; pokochał tajemnie, pełen 
wiary, zgrozy i sekretnych oszołomień.

Strona 150

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 śyciem jego wstrząsnęło samo źródło Ŝycia, sama myśl, Ŝe ujrzy Serafitę.
 Słuchając jej słów przenosił się w nieznane światy; milczał przy niej, 
fascynowała go.
 Tam, pod śniegiem, wśród lodów rozwinął się ów kwiat niebiański, którego 
łaknęły jego Ŝądze aŜ dotąd oszukiwane, kwiat, którego sam widok budził w nim 
myśli młode, nadzieje, uczucia grupujące się wokół nas, aby przenieść nas w 
rejony wyŜsze, jak Aniołowie unoszą w niebiosa Wybranych - na symbolicznych 
obrazach, jakie malarz tworzy za podszeptem swojego ducha opiekuńczego.
 Niebiańska woń kruszyła ów granit, światło mające dar słowa przelewało weń 
boskie melodie, jakie towarzyszą w drodze wędrowcowi, który zmierza do nieba.
 Wychylił kielich miłości ziemskiej miaŜdŜąc go zębami i ujrzał wtedy czarę 
wybraną, pełną świetlistego, przezroczego likworu, budzącą pragnienie rozkoszy 
niespoŜytych w tym, kto zdoła przybliŜyć do niej wargi na tyle rozpłomienione 
wiarą, by kryształ nie pękł.
 Natknął się wreszcie na ów mur spiŜowy, którego poszukiwał na ziemi, Ŝeby go 
przebić.
 ZdąŜał z zapałem ku Seraficie, zamierzając wyrazić jej ogromną wagę uczucia, 
pod którym stawał dęba niby ów koń z baśni pod spiŜowym i niewzruszonym 
jeźdźcem, co siedzi prosto w siodle, coraz cięŜszy i coraz bardziej stanowczy, 
im mocniej buntuje się ognisty rumak.
 Przychodził, Ŝeby opowiedzieć Seraficie o swoim Ŝyciu, odmalować wielkość 
swojej duszy wielkością swoich błędów, ukazać ruiny na swoich pustyniach; ale 
kiedy przekraczając szaniec stawał w bezmiernym kolisku, jakie ogarniały jej 
oczy, których świetlisty lazur nie napotkał nigdzie granic ani przed sobą, ani 
za sobą, robił się spokojny i uległy jak lew, co na pustyniach afrykańskich, 
ścigając ofiarę, zatrzymuje się w biegu, poniewaŜ wiatr na swoich skrzydłach 
przynosi mu posłanie miłości.
 Otwierała się otchłań, gdzie wpadały słowa jego szaleństwa - i skąd wznosił się
głos, który odmieniał go; stawał się chłopcem, chłopcem szesnastoletnim, 
nieśmiałym i lękliwym wobec dziewczyny o pogodnym czole, wobec tej białej 
postaci, której niezmącony spokój przypominał okrutną niezłomność 
sprawiedliwości człowieczej.
 I walka ustała dopiero w ten wieczór, kiedy jednym spojrzeniem Serafita 
pokonała go wreszcie, podobna kani, która opisawszy wokół ofiary swoje 
oszałamiające spirale, strąca ją nieprzytomną na ziemię, nim zaniesie do 
gniazda.
 Istnieją w nas długotrwałe walki mające za kres jeden z naszych czynów, a które
stanowią jak gdyby odwrotną stronę ludzkości.
 Strona ta naleŜy do Boga, jak jej przeciwieństwo naleŜy do ludzi.
 Nie raz jeden Serafita wykazywała z upodobaniem Wilfrydowi, Ŝe zna ową stronę 
odwrotną, tak urozmaiconą, która u większości ludzi tworzy drugie Ŝycie.
 Odzywała się doń często głosem turkawki: "I na cóŜ cały ten gniew"?
, kiedy Wilfryd idąc do niej obiecywał sobie, Ŝe ją porwie, aby uczynić z niej 
swoją własność.
 Wilfryd miał dość siły, Ŝeby rzucić okrzyk buntu, jak się to stało u pana 
Beckera, który uspokoił go wtedy swoją opowieścią.
 Szyderca tak skory do zniewag, ujrzał wreszcie, jak w jego nocy świta jasność 
wiary gwiezdnej; jął zastanawiać się, czy Serafita nie jest wygnanką z wyŜszych 
kręgów powracającą do swojej ojczyzny.
 W kaŜdym kraju kochankowie są skłonni do przesadnych ubóstwień, on jednak tej 
lilii nie darzył czczymi hołdami, wierzył w nie.
 Dlaczego zaszyła się nad tym fiordem?
 Co tam robi?
 Umysł jego obfitował w pytania bez odpowiedzi.
 A zwłaszcza, co stanie się między nimi?
 Jakie losy przywiodły go tutaj ?
 Serafita była dlań owym marmurem nieruchomym, ale zwiewnym jak cień, który 
Minna widziała na skraju przepaści: Serafita mogła tak trwać nad kaŜdą 
przepaścią i nic nie zdołałoby jej dosięgnąć, nie drgnęłyby nawet łuki jej brwi 
i nie zachybotałoby światło w jej źrenicach.
 Była to więc miłość beznadziejna, lecz nie pozbawiona stron ciekawych- Od 
momentu kiedy jął domyślać się eterycznej natury w owej czarodziejce, która w 
harmonijnych snach wyjawiła mu sekret swojego Ŝycia, Wilfryd zamierzał dokonać 
próby podporządkowania jej sobie: chciał ją mieć, wydrzeć niebu, gdzie czekano 
na nią moŜe.
 Byłby reprezentantem Ludzkości, Ziemi odbierającej ponownie swoją zdobycz.
 Pycha, jedyne uczucie, jakie potrafi utrzymać męŜczyznę w długotrwałym 
napięciu, uczyniłaby go póki Ŝycia szczęśliwym z racji tego triumfu.

Strona 151

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Na tę myśl krew kipiała mu w Ŝyłach, serce rozpierało pierś.
 Jeśli mu się nie uda, złamie ją.
 Rzecz jak najbardziej naturalna unicestwić to, czego posiąść nie moŜemy, 
zaprzeczyć temu, czego nie rozumiemy, zniewaŜyć to, czego poŜądamy.
 Następnego dnia Wilfryd, pochłonięty myślami, jakie wywołał w nim niezwykły 
widok, którego świadkiem był w wieczór poprzedni, chciał wybadać Dawida.
 Odwiedził go więc pod pozorem, Ŝeby zapytać o zdrowie Serafity.
 ChociaŜ pan Becker sądził, Ŝe biedaczysko juŜ był zdziecinniał, cudzoziemiec 
ufał swojej przenikliwości, aby wyłowić cząstki prawdy, które wynurzą się z 
potoku majaczeń sługi.
 Dawid miał fizjonomię osiemdziesięcioletnich starców, nieruchomą i pełną 
niezdecydowania: spod siwych włosów wyłaniało się czoło zorane zmarszczkami, 
twarz miał zapadłą niby łoŜysko wyschniętego strumienia.
 śycie schroniło się tu jakby w całości do oczu, w których przebłyskiwał 
promień; było to jednak światło, rzekłbyś, przysłonięte chmurami, w którym taił 
się zarówno aktywny obłęd, jak upór szaleńczy, lecz tępy.
 Z ruchów ocięŜałych i powolnych przebijało zlodowacenie sędziwego wieku, 
udzielając się kaŜdemu, kto długo i biernie wpatrywał się w Dawida, starzec miał
bowiem w sobie siłę odrętwiającą.
 Ograniczona jego inteligencja budziła się jedynie na dźwięk głosu, na widok 
Serafity lub na myśl o niej.
 Była duszą tego odłamka nie zawierającego nic, prócz materii.
 Kiedy Dawid był sam, przypatrując się mu wziąłbyś go za trupa; ale kiedy 
Serafita ukazała się, przemówiła albo kiedy chodziło o nią - umarły wstawał z 
grobu, odzyskiwał mowę i zdolność poruszeń.
 Nigdy jeszcze obraz wyschniętych kości, które Bóg oŜywił tchnieniem w dolinie 
Jozefata, nigdy jeszcze ten obraz apokaliptyczny nie urzeczywistnił się lepiej 
niŜ w owym Łazarzu, wciąŜ wywoływanym z grobu do Ŝycia głosem dziewczyny.
 Język Dawida, zawsze obrazowy, często niezrozumiały, utrudniał tubylcom 
pogawędki ze starym; ale szanowali w nim ów umysł, który daleko zboczył z 
utartych szlaków - bo lud podziwia to instynktownie.
 Wilfryd zastał go w pierwszej komnacie, sługa na pozór drzemał przy piecu.
 I jak pies, co rozpoznaje przyjaciół swojego pana, otworzył oczy, spojrzał na 
cudzoziemca i ani się ruszył.
 - No i gdzieŜ ona?
 - zagadnął Wilfryd siadając przy starym.
 Dawid zatrzepotał rękami naśladując lot ptaka.
 - Przestała juŜ cierpieć?
 - spytał Wilfryd.
 - Tylko istoty przyrzeczone niebu potrafią cierpieć tak, Ŝe cierpienie nie 
umniejsza w nich miłości, to znamię prawdziwej wiary - odparł z powagą starzec, 
niczym wypróbowany instrument odpowiadający na chybił-trafił.
 - Kto nauczył was tych słów?
 - Duch.
 - Ale co jej się stało wczoraj wieczorem?
 Czy pokonaliście w końcu, mój Dawidzie, straŜe Vertumnów?
 Czy prześliznęliście się między Mammonami?
 - Tak - odparł Dawid budząc się jakby ze snu.
 Mgłę w jego zmętniałym oku rozproszyło światło duszy, czyniąc je stopniowo 
błyszczącym jak u orła, bystrym jak u poety.
 - I coście widzieli?
 - spytał Wilfryd, zdziwiony odmianą tak nagłą.
 - Widziałem Gatunki i Formy, słyszałem Ducha rzeczy, widziałem bunt Złych, 
słuchałem słowa Dobrych!
 Nadeszło siedmiu demonów, sfrunęło siedmiu archaniołów.
 Archaniołowie byli daleko, przypatrywali się zawoalowani.
 Demoni byli blisko, jarzyli się i działali.
 Mammon miał za wierzchowca konchę perłową, zjawił się pod postacią pięknej 
nagiej kobiety; oślepiał śnieŜną białością ciała, nigdy kształty ludzkie tak 
doskonałe nie będą; i powiadał: "Jestem Rozkoszą, a ty posiądziesz mnie"!
 Lucyfer, władca węŜów, przybył strojny w insygnia królewskie, a Człowiek był w 
nim piękny jak anioł, i rzekł: "Ludzkość słuŜyć ci będzie"!
 Królowa skąpców, ta, która nigdy nie zwraca nic z tego, co otrzymała, Morze, 
przybyła spowita w zieloną mantylę; otworzywszy łono, dobyła szkatułę z 
klejnotami, zwymiotowała swoje skarby i ofiarowała je; przywołała fale szafirów 
i szmaragdów; poruszyły się jej płody, wyjrzały ze swoich kryjówek i przemówiły;
najpiękniejsza z pereł rozwinęła motyle skrzydła, roztoczyła promienie, zagrała 
muzyką morską i rzekła: "My obie, córy cierpienia, jesteśmy siostrami; czy 

Strona 152

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

zaczekasz na mnie?
 Odejdziemy razem, pozostało mi juŜ tylko odmienić się w kobietę".
 Ptak mający skrzydła orle i lwie pazury, głowę kobiecą i zad koński, Bestia, 
sfrunął, polizał jej nogi, obiecując swojej ukochanej córze siedemset lat 
tłustych.
 Najgroźniejszy z demonów, Dziecię, padł do jej kolan i płacząc pytał: "Czy 
opuścisz mnie słabego i cierpiącego?
 Pozostań, o moja matko"!
 Igrał z innymi, napełniając przestworza lenistwem, a niebo byłoby uległo jego 
skargom.
 Zaśpiewała Dziewica czystego głosu, kojąc duszę melodyjnymi pieniami.
 Nadciągnęli królowie ze Wschodu, wiodąc za sobą wojska, niewolników i swoje 
Ŝony; Ranni prosili o ratunek, Nieszczęśliwi wyciągali ręce: "Nie opuszczaj nas!
 Nie opuszczaj nas"!
 Ja sam wołałem: "Nie opuszczaj nas!
 Będziemy cię wielbić!
 Pozostań"!
 Kwiaty wykluły się z nasion, otoczyły ją woniami, które mówiły: "Pozostań"!
 Olbrzym Enakim przybył z Jowisza wiodąc za sobą Złoto i swoich przyjaciół, 
wiodąc Duchy Ziem Gwiezdnych, które przyłączyły się do niego, i wszyscy wołali: 
"Siedemset lat będziemy naleŜeć do ciebie"!
 Na koniec Śmierć zeskoczyła ze swojego bladego konia i rzekła: "Będę ci 
posłuszna"!
 I wszyscy padli przed nią plackiem, a gdybyś ich pan widział, zobaczyłbyś, Ŝe 
wypełnili rozległą równinę, i wszyscy wołali: "Wykarmiliśmy cię, jesteś naszym 
dzieckiem, nie opuszczaj nas"!
 śycie wynurzyło się z Wód Czerwonych i rzekło: "Nie opuszczę cię"!
 A Ŝe Serafita milczała, rozbłysło jak słońce, wołając: "Jestem światłością!
 - Światłość jest tam"!
 - Ŝachnęła się Serafita wskazując obłoki, wśród których krąŜyli aniołowie; ale 
była znuŜona.
 śądza stargała jej nerwy, mogła tylko wołać: "O mój BoŜe"!
 IleŜ Duchów Anielskich, wspinając się na górę, juŜ pod samym szczytem 
natrafiało nogą na kamyk, który znów strącał je na dno otchłani!
 Wszystkie te Duchy upadłe podziwiały jej stałość; trwały tam tworząc Chór 
nieruchomy, i wszystkie powiadały jej płacząc: "Odwagi"!
 Na koniec zwycięŜyła śądzę, co rozpętała się nad nią pod wszelkim Kształtem i 
we wszystkich Gatunkach.
 PogrąŜyła się w modłach, a kiedy wzniosła oczy, ujrzała stopy Aniołów na powrót
do nieba wzlatujących.
 - Widziała stopy Aniołów?
 - powtórzył Wilfryd.
 - Tak - potwierdził starzec.
 - Czy to był sen, który wam opowiedziała?
 - spytał Wilfryd.
 - Sen tak powaŜny, jak sen pańskiego Ŝycia - odparł Dawid.
 - Byłem tam.
 Uderzony spokojem starego sługi, Wilfryd, odszedł medytując, czy wizje te były 
mniej niezwykłe od wizyj w relacji Swedenborga, którego czytał w przeddzień.
 "Skoro Duchy istnieją, muszą działać" - pomyślał wchodząc na plebanię.
 Pan Becker był sam.
 - Drogi pastorze - ozwał się Wilfryd - Serafita naleŜy do nas tylko poprzez 
formę, a jej forma jest nieprzenikniona.
 Nie traktuj mnie jako szaleńca ani jako zadurzonego: przekonanie dyskusji nie 
podlega.
 Zamień moją wiarę w hipotezy naukowe, spróbujmy czegoś dociec.
 Jutro pójdziemy do niej obaj.
 - I co dalej?
 - zagadnął pan Becker.
 - Skoro jej oko ignoruje przestrzeń - podjął Wilfryd - skoro jej myśl to wzrok 
inteligentny, dzięki któremu ogarnia rzeczy w ich substancji, kojarząc je z 
ogólną ewolucją światów; skoro, słowem, ona wie i widzi wszystko, posadźmy 
pytonissę na trójnogu, zmuśmy pogróŜkami tego nieugiętego orła, by rozwinął 
skrzydła!
 PomoŜe mi pan?
 Oddycham ogniem, który mnie trawi, chcę go zagasić albo dać sie spalić.
 Krótko mówiąc, odkryłem zdobycz i pragnę jej.
 - Byłaby to - odparł duchowny - konkieta raczej trudna, bo ta biedna dziewczyna

Strona 153

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

jest...
 - Jest?...
 - Wariatką - dokończył pastor.
 - Nie będę przeczył, Ŝe jest szalona, ale niech i pan nie przeczy, Ŝe to osoba 
wyjątkowa.
 Drogi pastorze, nie raz jeden zapędziła mnie w kozi róg swoją erudycją.
 Czy podróŜowała?
 - Ze swojego domu nad fiord.
 - Nie ruszała się stąd!
 - zdumiał się Wilfryd.
 - A więc czytała wiele?
 - Nie przeczytała ani jednej stronicy, ani jednej litery!
 Ja tylko w Jarvis mam ksiąŜki.
 Dzieła Swedenborga, jedyne, jakie w tej wiosce istnieją, mam tu na półce.
 Nie poŜyczyła ode mnie nigdy Ŝadnego.
 - Czy próbował pan z nią kiedy gawędzić?
 - Właściwie po co?
 - I nikt nigdy nie mieszkał pod jej dachem?
 - Prócz pana i Minny nie miała nigdy Ŝadnych przyjaciół i Ŝadnego sługi prócz 
Dawida.
 - I nigdy nie słyszała o naukach, sztukach?
 - A od kogo miałaby słyszeć?
 - rzekł pastor.
 - Skoro tak trafnie rozprawia o tych kwestiach, jak nieraz gawędziła ze mną, co
pan o tym by sądził?
 - śe ta dziewczyna zdobyła zapewne wśród paroletniego milczenia dary, jakie 
cechowały Apoloniusza z Tiany i wielu rzekomych czarowników, których spaliła 
inkwizycja, nie mogąc się pogodzić z jasnowidzeniem.
 - A co pan by myślał, gdyby mówiła po arabsku?
 - Historia nauk medycznych potwierdza liczne przypadki dziewcząt, które mówiły 
językami nie znanymi dla nich.
 - I co robić?
 - zagadnął Wilfryd.
 - Zna z przeszłości mojego Ŝycia fakty, których sekret do mnie tylko naleŜy.
 - Przekonamy się, czy powie mi moje myśli, z których nie zwierzałem się nikomu 
- odrzekł pan Becker.
 Wróciła Minna.
 - I cóŜ tam słychać u twojego demona, moja córko?
 - Cierpi, mój ojcze - odparła witając się z Wilfrydem.
 - Namiętności ludzkie, odziane w swój szych, otoczyły ją w nocy ukazując jej 
spektakl niesłychanie bogaty.
 Ale ojciec wkłada to między bajki.
 - Dla tego, kto potrafi wyczytać je w jej umyśle, są równie piękne jak dla 
gminu "Baśnie Tysiąca i Jednej Nocy" - uśmiechnął się pastor.
 - Czy Szatan - odparowała - nie zaniósł Zbawiciela na dach świątyni i nie 
wskazał mu narodów u jego stóp?
 - Ewangeliści nie porównywali swoich tekstów, istnieją więc rozmaite wersje - 
odpowiedział pastor.
 - Wierzysz pani w rzeczywistość tych wizyj ?
 - zagadnął Wilfryd.
 - KtóŜ mógłby wątpić, kiedy on opowiada o nich?
 - On!
 - zdziwił się Wilfryd.
 - Jaki znów on?
 - Ten, który jest tam - odrzekła Minna wskazując ręką zamek.
 - Mówi pani o Seraficie?
 - zdumiał się cudzoziemiec.
 Dziewczyna spuściła głowę popatrując na Wilfryda z chytrą słodyczą.
 - I pani takŜe raczysz wprowadzać zamęt w moje pojęcia - Ŝachnął się Wilfryd.
 - Co pani o niej sądzi?
 - Tego, co odczuwam, wytłumaczyć nie sposób - odparła rumieniąc się Minna.
 - Powariowali oboje!
 - zirytował się pastor.
 - Przyjdę tu jutro!
 - powiedział Wilfryd.

 
 IV Mgły Sanktuarium.

Strona 154

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 
 Istnieją widowiska, w których kooperują wszelkie wspaniałości materialne, 
jakimi dysponuje człowiek.
 Narody niewolników i nurków wydobyły z piasków podmorskich i z wnętrzności skał
owe perły i owe diamenty, które zdobią widzów.
 Przekazywane w spadku z pokolenia na pokolenie, świetne te klejnoty lśniły na 
wszystkich koronowanych czołach, a gdyby przemówiły, opowiedziałyby 
najwierniejsze z ludzkich dziejów.
 CzyŜ nie znają zgryzot i radości ludzi zarówno wielkich, jak małych?
 Noszono je wszędzie: z dumą noszono na balach, z rozpaczą - do lichwiarza, 
unoszono je wśród rzezi i rabunku, przenoszono do arcydzieł zrodzonych przez 
sztukę dla ich zachowania.
 Pomijając perłę Kleopatry, Ŝaden z nich nie zaginął.
 Zgromadzili się Wielcy i Szczęśliwi, by asystować przy koronacji króla, którego
strój produktem jest ludzkiej industrii, ale który w swojej glorii ma na sobie 
purpurę mniej doskonałą niŜ purpura zwykłych kwiatów polnych.
 Istnieją uroczystości olśniewające światłem, opasane muzyką, wśród której słowo
Człowieka grzmieć usiłuje - uczucie jednak i myśl niweczy wszelkie te triumfy 
jego ręki.
 Duch potrafi skupić wokół człowieka i w człowieku najŜywsze światła, zagrać mu 
najmelodyjniejsze koncerty, przenieść go między mgławice błyszczących 
konstelacyj, nad którymi człowiek medytuje.
 Serce moŜe jeszcze więcej!
 Człowiek moŜe znaleźć się oko w oko z jedyną istotą i znaleźć w jednym słowie, 
w jednym spojrzeniu brzemię tak cięŜkie, błysk tak rozjarzony, dźwięk tak 
przenikliwy, Ŝe poddaje się i klęka.
 Najrzeczywistsze wspaniałości nie w otoczeniu są naszym, ale w nas.
 Czy dla uczonego tajemnica nauki nie jest całym światem cudów?
 Czy radościom jego towarzyszą surmy silniejszych.
 Bogactwa, muzyka, zabawy, ciŜba ludzka?
 Nie, przychodzi do jakiejś mrocznej izdebki, gdzie często człowiek blady i 
schorowany mówi mu na ucho jedno słowo.
 Słowo to, niby pochodnia wrzucona do lochu, oświetla mu Naukę.
 Wszelka myśl ludzka, odziana w kształt najbardziej powabny, jaki wynalazła 
Tajemnica, otaczała ślepca siedzącego w błocie, na skraju drogi.
 Trzy światy, Przyrodzony, Duchowy i Boski, otwarły wszystkie swoje kręgi przed 
biednym norenckim wygnańcem: kroczył w kompanii Nieszczęśliwych i Cierpiących, 
tych, którzy modlili się, i tych, którzy krzyczeli, aniołów i potępieńców.
 Kiedy wysłannik Boga, świadom wszystkiego i wszechmocny, pojawił się trzem 
swoim uczniom, stało się to wieczorem przy wspólnym stole najbiedniejszej z 
biednych oberŜy; w tejŜe chwili trysnęła światłość, rozbiła Formy Materialne, 
oświeciła Zdolności Duchowe i ujrzeli go w chwale jego, a ziemia nie bardziej 
trzymała się ich stóp aniŜeli rozwiązany sandał.
 Idąc do niezwykłej istoty, którą zamierzali wypytywać, pan Becker, Wilfryd i 
Minna drŜeli, trawieni lękiem.
 Zamek szwedzki, rozrósłszy się w ich oczach, stanowił scenę gigantycznego 
spektaklu, podobnego widowiskom, w których poeci tak umiejętnie i harmonijnie 
operują tłumem statystów i obfitością barw, a gdzie bohaterowie, aktorzy 
wyimaginowani dla ludzi, są rzeczywiści dla tych, co zaczynają przekraczać progi
Świata Duchowego.
 Na stopniach owego Koloseum pan Becker porozsadzał juŜ szare legiony 
zwątpienia, swoje posępne idee, swoje fałszywe formuły dysput; zwoływał 
róŜnorakie światy filozoficzne i religijne, światy zwalczające się wzajem, 
występujące pod kształtem systemów anemicznych, niby czas wyobraŜony przez ludzi
pod postacią starca dzierŜącego w jednej ręce kosę, a w drugiej kruchy glob, 
świat ludzki.
 Wilfryd przywoływał swoje pierwsze iluzje i ostatnie nadzieje; umieścił na 
owych stopniach los ludzki i jego zmagania, religię i zwycięskie potęgi.
 Poprzez przerwę w chmurach Minna widziała niewyraźnie niebo, miłość podnosiła 
dla niej zasłonę haftowaną w tajemnicze obrazy, a ciekawość jej wzmagały 
melodyjne tony, które łowiła uchem.
 Wieczór ów był więc dla nich tym, czym wieczerza w Emmaus dla trzech 
pielgrzymów, wizja dla Dantego, natchnienie dla Homera; objawiły się im trzy 
formy świata, rozdarła się zasłona, rozproszyły się wątpliwości, światło 
zajaśniało w mrokach.
 Nic nie zdołałoby wyobrazić lepiej ludzkości we wszystkich swoich odmianach 
czekającej na światłość niŜ ta dziewczyna, ten męŜczyzna i ci dwaj starcy, z 

Strona 155

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

których jeden był na tyle uczony, Ŝeby wątpić, a drugi na tyle ciemny, by 
wierzyć.
 Nigdy jeszcze Ŝadna scena nie była z pozoru prostsza, a w rzeczywistości swojej
bogatsza.
 Kiedy wprowadził ich stary Dawid, ujrzeli Serafitę stojącą przy stole, na 
którym przygotowano juŜ wszystko do herbaty, owej kolacji zastępującej na 
Północy wesołe biesiady, jakimi wino darzy w krajach południowych.
 Z pewnością nic nie wskazywało u niej, czy u niego, iŜ ową istotę cechuje 
osobliwa moc pojawiania się w dwóch odmiennych kształtach, nic nie zdradzało 
odmiennych moŜności, jakimi dysponowała.
 Serafita, troszcząc się zwyczajnie o swoich gości, kazała Dawidowi dołoŜyć drew
do pieca.
 - Witam drogich sąsiadów - rzekła.
 - Dobrześ zrobił, kochany pastorze, przychodząc tutaj; po raz ostatni moŜe 
widzi mnie pan przy Ŝyciu.
 Dobiła mnie ta zima.
 NiechŜeŜ pan spocznie - zwróciła się do Wilfryda.
 - A ty, Minno, siądź tutaj - powiedziała wskazując jej fotel obok niego.
 - Czy przyniosłaś swój haft i czy wymyśliłaś stosowny ścieg?
 Prześliczny deseń.
 I dla kogóŜ to?
 Dla twojego ojca czy dla naszego przyjaciela?
 - mówiła obracając się ku Wilfrydowi.
 - Chyba nim odjedzie, dostanie jakąś pamiątkę od dziewcząt norweskich?
 - Czy znów cierpiała pani wczoraj?
 - spytał Wilfryd.
 - To drobiazg - odparła.
 - Lubię to cierpienie; jest konieczne, aby rozstać się z Ŝyciem.
 - A więc śmierć nie przeraŜa pani wcale ?
 - zagadnął pan Becker uśmiechając się, poniewaŜ w chorobę jej nie wierzył.
 - Nie, drogi pastorze.
 Są dwa rodzaje śmierci: dla jednych śmierć jest zwycięstwem, dla drugich - 
klęską.
 - Myślisz, Ŝe zwycięŜyłaś?
 - spytała Minna.
 - Nie wiem - odparła.
 - MoŜe będzie to tylko jeden krok naprzód.
 Sposępniała blada wspaniałość czoła Serafity, opadły z wolna powieki, 
zakrywając oczy.
 Zwykła ta zmiana tak zaniepokoiła troje gości, Ŝe znieruchomieli.
 Pan Becker okazał śmiałości najwięcej: - Droga córko - przerwał milczenie - 
uosabiasz nie tylko niewinność, lecz i boską dobroć; pragnąłbym dziś od ciebie 
czego innego niŜ te łakocie podane do herbaty.
 Jeśli wierzyć niektórym osobom, wiesz o rzeczach niezwykłych; a skoro to 
prawda, zlituj się i rozprosz te lub owe z naszych wątpliwości!
 - Ach!
 - odrzekła z uśmiechem - chodzę po chmurach, jestem w zaŜyłej przyjaźni z 
otchłaniami fiordu, morze jest dla mnie rumakiem, któremu nałoŜyłam wędzidło, 
wiem, gdzie rośnie kwiat śpiewający, gdzie promieniuje światło mówiące i gdzie 
Ŝyją wonne kolory; mam pierścień Salomona, jestem wróŜką, wiatr, niby niewolnik 
uległy, spełnia wszelkie moje rozkazy; widzę skarby ukryte pod ziemią; jestem 
dziewicą, przed którą fruwają perły, i...
 - I wchodzimy bezpiecznie na Falberg?
 - przerwała Minna.
 - A więc i ty!
 - odparła Serafita przesyłając jej świetliste spojrzenie, które głęboko 
skonfundowało dziewczynę.
 - Gdybym nie potrafiła wyczytać poprzez wasze czoła, co was tu sprowadza, czy 
byłabym stworzeniem, za które mnie macie?
 - mówiła ogarniając wszystkich zaborczym spojrzeniem, ku wielkiej satysfakcji 
Dawida, który zatarł ręce i odszedł.
 - Ach!
 - podjęła po chwili - wszystkich was oŜywia ciekawość dziecięca.
 Pan, mój biedny panie pastorze, głowiłeś się, czy jest moŜliwe, aby 
siedemnastoletnia dziewczyna posiadła jedną z tysiąca tajemnic, których 
poszukują uczeni wbijając nos w ziemię miast wznieść oczy do nieba!
 Gdybym powiedziała panu, jak i którędy Roślina komunikuje się ze Zwierzęciem, 
jąłbyś wątpić o swoich wątpliwościach.

Strona 156

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Ukartowaliście, moi państwo, spisek, Ŝeby mnie wybadać, przyznajcie się!
 - Tak, droga Serafito - odrzekł Wilfryd - ale u męŜczyzn to chyba naturalne?
 - CzyŜbyście chcieli dręczyć to dziecię?
 - zagadnęła kładąc pieszczotliwym ruchem dłoń na włosach Minny.
 Minna wzniosła oczy, pragnąc jakby rozpłynąć się w tej pieszczocie.
 - Słowo jest dobrem powszechnym - podjęła z powagą tajemnicza istota.
 - Biada temu, kto milczałby na pustyni, mniemając, Ŝe nikt go nie usłyszy: 
wszystko przemawia i wszystko nasłuchuje na tym świecie.
 Słowo porusza ciałami niebieskimi.
 Pragnęłabym, panie pastorze, nie mówić nic na darmo.
 Znam trudności, jakimi zaprząta się pan najbardziej: czyŜ nie byłoby cudem, 
gdyby ogarnął pan najpierw przeszłość swojego sumienia?
 OtóŜ cud dokona się zaraz!
 Niech pan posłucha.
 Nigdy nie przyznawałeś się przed sobą do swoich zwątpień w całej ich 
rozciągłości; ja jedna, w wierze swojej niezachwiana, mogę wyjawić je panu, a 
wtedy zatrwoŜysz się samym sobą.
 Jesteś po najciemniejszej stronie Zwątpienia; nie wierzysz w Boga, a na tym 
świecie kaŜda rzecz staje się podrzędną dla tego, kto stara się dociec 
pierwiastka wszelkich rzeczy.
 Porzućmy bezowocne dyskusje, w jakie wdraŜały się fałszywe filozofie.
 Pokolenia spirytualistów siliły się na próŜno negować Materię, dorównując w tym
pokoleniom materialistów, które próbowały negować Ducha.
 Po co te spory?
 CzyŜ człowiek nie dostarczał obu systemom dowodów nieodpartych?
 CzyŜ nie napotykamy w nim elementów zarówno materialnych, jak duchowych?
 Głupiec tylko zasłania oczy na fragment materii w ludzkim ciele; rozkładając 
je, wasze nauki przyrodnicze odkrywają w nim niewiele róŜnic między jego a 
innych zwierząt pierwiastkami.
 Myśl, jaką budzi w człowieku porównywanie kilku przedmiotów, nie wydaje się 
równieŜ nikomu przynaleŜną do domeny Materii.
 Nie wypowiadam się tutaj, chodzi bowiem o pańskie wątpliwości, a nie o moją 
pewność.
 Panu, jak i większości myślicieli, związki, jakie potrafisz wykrywać między 
rzeczami, których realność zaświadczają ci twoje wraŜenia, nie wydają się 
bynajmniej koniecznie materialne.
 Przyrodzony wszechświat rzeczy oraz istot jest zatem w człowieku ograniczony 
wszechświatem Nadprzyrodzonym podobieństw albo róŜnic, które człowiek dostrzega 
wśród nieprzeliczonych form Przyrody, a są to związki tak mnogie, Ŝe wydają się 
nieskończone; skoro bowiem aŜ do dziś nikt nie zdołał zliczyć samych tylko 
stworzeń ziemskich, któryŜ człowiek potrafiłby wyliczyć związki pomiędzy nimi 
zachodzące?
 Czy znany tutaj panu ułamek nie jest wobec sumy totalnej tym, czym liczba wobec
nieskończoności?
 I tu wpada pan juŜ w percepcję nieskończoności, percepcję, dzięki której 
pojmiesz niezawodnie świat czysto duchowy.
 Tak oto człowiek przedstawia wystarczający dowód istnienia dwóch światów - 
Materii i Ducha.
 W nim znajduje kres świat skończony, widzialny; w nim bierze początek świat 
niewidzialny i nieskończony, dwie sfery nie znające się wzajem; czy kamienie 
fiordu posiadają intuicję swoich układów, świadomość barw, jakie roztaczają 
przed oczami człowieka, czy słyszą muzykę pieszczących je fal?
 Przebądźmy, nie zapuszczając w nią sondy, przepaść, jaką przedstawia unia 
między światem Materialnym a Duchowym, między stworzeniem widzialnym, 
dotykalnym, waŜkim, a stworzeniem niewidzialnym, niedotykalnym, niewaŜkim; oba 
twory kompletnie odmienne, rozdzielone nicością, złączone niezaprzeczoną 
harmonią, skupione w istocie posiadającej dziedzictwo ich obydwu!
 Złączmy w jeden i ten sam świat te dwa światy według pańskich filozofów nie do 
pogodzenia, ale de facto zgodne.
 Pod postacią jakiejkolwiek abstrakcji wyobraŜałby sobie człowiek związki 
łączące między sobą dwie rzeczy, kaŜdy z nich nosi znamię.
 Gdzie?
 W którym miejscu?
 Nie będziemy tu dociekać, jak dalece potrafi sublimować się Materia.
 Gdyby problem na tym polegał, nie rozumiałabym, dlaczego ten, kto pozszywał 
związkami fizycznymi gwiazdy połoŜone od siebie w bezmiernych odległościach, aby
uczynić z nich sobie zasłonę, nie zdołałby stworzyć substancyj myślących - ani 
teŜ dlaczego miałby mu pan zaprzeczać zdolności oblekania myśli w ciało!

Strona 157

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 A więc pański niewidzialny świat duchowy i widzialny świat fizyczny stanowią 
jedną i tę samą materię.
 Nie rozdzielamy bynajmniej ciał od ich właściwości ani przedmiotów od ich 
związków.
 Wszystko, co tylko istnieje, co naciera na nas, przytłacza z góry i od dołu, 
przed nami i w nas; wszystko, co dostrzegają nasze oczy i władze umysłu, 
wszelkie rzeczy nazwane i nienazwane, uformują, aby przykroić problem Stwórczy 
na miarę pańskiej logiki, skończoną bryłą materii; gdyby bowiem Bóg był 
nieskończony, utraciłby władzę.
 Tu, według ciebie, drogi panie pastorze, w jakikolwiek sposób zechcielibyśmy 
połączyć Boga nieskończonego z ową skończoną bryłą materii, Bóg nie potrafiłby 
istnieć obdarzony atrybutami, w jakie wyposaŜył Go człowiek; ze stanowiska 
faktów będzie bowiem Ŝaden; ze stanowiska rozumowań, Ŝaden będzie równieŜ, 
duchowo i materialnie Bóg staje się niemoŜliwy.
 Posłuchajmy Słowa ludzkiego Rozumu przywiedzionego do konsekwencyj 
ostatecznych.
 Jeśli postawimy Boga wobec Wielkiej Wszystkości, przekonamy się, Ŝe istnieją 
między nimi tylko dwa stany moŜliwe.
 Materia i Bóg są sobie współcześni albo Bóg wprzód istniał sam przed Materią.
 Jeśli załoŜymy, Ŝe rozum, który oświecał rasy ludzkie od momentu ich narodzin, 
został skomasowany w jednej głowie, głowa ta gigantyczna nie zdołałaby wynaleźć 
innej modły bycia, chyba Ŝe skasowałaby Materię i Boga.
 Mogą sobie filozofie ludzkie piętrzyć góry słów i pojęć, religie kumulować 
wyobraŜenia i wierzenia, objawienia i tajemnice, i tak musimy dojść do tego 
straszliwego dylematu i wybrać jeden z tworzących go członów; ale nie ma pan 
nawet co optować; oba wiodą rozum ludzki do Zwątpienia.
 A skoro tak postawiliśmy problem, cóŜ znaczą Duch i Materia?
 CóŜ znaczy bieg światów w tym lub innym kierunku, od chwili, kiedy prowadzącej 
je istocie udowodniono bezsens?
 Po co badać, czy człowiek zdąŜa ku niebu albo czy wraca stamtąd, czy stworzenie
wznosi się ku Duchowi albo czy zstępuje ku Materii, skoro badane światy Ŝadnej 
juŜ nie dają odpowiedzi?
 CóŜ znaczą teogonie oraz ich wojska, cóŜ znaczą teologie oraz ich dogmaty, 
skoro jakiegokolwiek człowiek dokonałby wyboru między dwiema stronami 
zagadnienia, Bóg jego juŜ nie istnieje?
 Spójrzmy na przypadek pierwszy, zakładając, Ŝe Bóg jest współczesny Materii.
 Czy być Bogiem to poddawać się działaniu albo godzić się ze współistnieniem 
substancji obcej, substancji Boga?
 Czy w tym systemie Bóg nie staje się czynnikiem podrzędnym, zmuszonym do 
organizowania materii?
 Kto go zmusza?
 Kto był arbitrem pomiędzy nim a jego nieokrzesaną towarzyszką?
 Kto zapłacił naleŜność za Sześć Dni przypisywanych Wielkiemu Artyście?
 Czy pojawiła się jakaś moc decydująca, nie będąca ani Bogiem, ani Materią?
 Boga, który miałby obowiązek sfabrykować maszynerię światów, byłoby równie 
śmiesznie nazywać Bogiem, jak nazywać obywatelem Rzymu niewolnika na rozkaz pana
obracającego Ŝarna.
 Skądinąd pojawia się tu trudność równie z tej najwyŜszej racji niełatwa do 
rozstrzygnięcia tak dla nas, jak dla Boga.
 Przenieść problem wyŜej to postąpić na podobieństwo Indian, którzy umieszczają 
świat na Ŝółwiu, Ŝółwia na słoniu, ale powiedzieć nie potrafią, na czym stoją 
nogi słonia.
 Skoro ta wola najwyŜsza wyłoniła się z walki między Materią i Bogiem, czy ów 
Bóg, bardziej niŜ Bóg, moŜe trwać wieczność nie chcąc tego, co chciał - 
załoŜywszy, Ŝe wieczność moŜe się rozpaść na dwa okresy?
 Mniejsza z tym, gdzie byłby Bóg, bo skoro nie znał swojej myśli późniejszej, 
czy nie sczeźnie aby jego inteligencja intuicyjna?
 Kto więc miałby rację między tymi dwiema Wiecznościami?
 Czy byłaby to Wieczność niestworzona, czy Wieczność stworzona?
 Skoro od wszech czasów pragnął takiego świata, jakim jest, czy ta nowa 
konieczność, zgodna zresztą z pojęciem najwyŜszej inteligencji, implikuje 
współwieczność materii?
 Czy Materia moŜe być współwieczna dzięki woli boŜej, koniecznie identycznej ze 
sobą w kaŜdym czasie, czy teŜ Materia moŜe być współwieczna poprzez samą siebie,
tak czy inaczej moc Boga, która musi być absolutna, ginie wraz z jego Wolną 
Wolą; Bóg znalazłby zawsze w sobie rację bezwzględną, która dominowałaby nad 
nim.
 Czy być Bogiem to nie móc juŜ odłączyć sie od swojego tworu tak w późniejszej, 

Strona 158

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

jak we wcześniejszej wieczności?
 Czy ta strona problemu jest nie do rozstrzygnięcia w swojej przyczynie?
 Zbadajmy ją w skutkach jej.
 Skoro wydaje się niepojęty Bóg, którego zmuszono, by stworzył świat istniejący 
juŜ w wieczności, niepojęty jest równieŜ w wieczystej spójności ze swoim 
dziełem.
 Bóg, zmuszony do odwiecznego współŜycia w spójni ze swoim stworzeniem, zbytnio 
przypomina robotnika obwarowanego warunkami narzuconymi przez chlebodawcę.
 Czy pojmuje pan Boga, który nie moŜe juŜ być bardziej niezaleŜny niŜ zaleŜny od
swojego dzieła?
 Czy moŜe zniszczyć je, nie negując samego siebie?
 Niech pan rzecz rozwaŜy, i wybiera!
 Ma je zniszczyć jednego dnia albo nie zniszczyć go nigdy: alternatywa 
nierozłączna z atrybutami, bez których nie zdołałby istnieć.
 Czy świat jest eksperymentem, formą przemijającą, która ulegnie zniszczeniu?
 Czy moŜe Bóg jest niekonsekwentny i bezsilny?
 Niekonsekwentny: poniewaŜ powinien był przewidzieć rezultat, nim dokonałby 
doświadczenia; ale w takim razie czemuŜ odwleka zniszczenie tego, co ma 
zniszczyć?
 Bezsilny: czy zamierzał stworzyć świat niedoskonałym?
 Skoro twór niedoskonały zaprzecza atrybutom, jakie człowiek przypisuje Bogu, 
wracajmy do zagadnienia, suponując twór doskonały.
 Idea godzi się z pojęciem Boga, jako inteligencji najwyŜszej i pod kaŜdym 
względem nieomylnej; ale w takim razie skąd upadek?
 I skąd regeneracja?
 A ponadto świat doskonały jest koniecznie niezniszczalny, jego formy zaginąć 
nie mogą; czy świat nigdy nie postępuje ani się nie cofa, krąŜy po wieczystej 
orbicie, z której nie wyskoczy nigdy?
 Bóg jest więc niezaleŜny od swojego dzieła; jest ono więc z nim współwieczne, 
to zaś sprowadza znów jedno z twierdzeń dla Boga najniebezpieczniejszych.
 Świat, jako niedoskonały, zakłada bieg naprzód, postęp; ale jako doskonały, 
stoi w miejscu.
 Skoro nie sposób załoŜyć, Ŝeby Bóg był postępowy, skoro nie zna od wieczności 
skutków, jakie wyda jego twór, czy istnieje w takim razie Bóg stagnacyjny?
 A czy to nie tryumf Materii?
 Czy to nie największa ze wszelkich negacyj ?
 W pierwszej hipotezie Bóg ginie przez słabość; w drugiej ginie przez niemoc 
swojej inercji.
 A zatem tak w koncepcji, jak i realizacji ciał niebieskich kaŜdy umysł 
poczciwy, który przypuści, Ŝe Materia jest współczesna Bogu, będzie chciał 
zaprzeczyć istnieniu Boga.
 Zmuszone wybierać, aŜeby kierować ludami między jedną a drugą płaszczyzną owego
problemu, liczne pokolenia wielkich myślicieli optowały za Materią.
 Stąd dogmat o dwóch pierwiastkach Magizmu, który z Azji przeniknął do Europy 
pod kształtem Szatana walczącego z Ojcem Przedwiecznym.
 Ale czy ta formuła religijna, z niezliczonymi kultami wywodzącymi się od niej, 
nie jest zbrodnią obrazy Boskiego Majestatu?
 JakŜe inaczej nazwać wierzenie, które wyznacza Bogu, jako rywala, 
personifikację zła miotającego się wieczyście pod presją jego wszechmocnej 
inteligencji, bez widoków na jakikolwiek tryumf?
 Wasza statyka powiada, Ŝe dwie Siły tak połoŜone względem siebie anulują się 
wzajem.
 Zwraca się pan ku drugiej płaszczyźnie problemu?
 Bóg wprzód istniał sam i jedyny.
 Nie powtarzajmy argumentów poprzednich, które z całą swoją siłą powracają do 
rozpadu Wieczności na dwa okresy, na czas niestworzony i na czas stworzony.
 Zostawmy równieŜ problemy, jakie nasuwa bieg czy bezwład ciał niebieskich, 
poprzestańmy na trudnościach nierozłącznych z owym drugim tematem.
 Skoro Bóg wprzód istniał sam, świat stanowi jego emanację, a więc i Materia 
pochodzi od jego substancji.
 A zatem Materii nie ma!
 Wszelkie formy są zasłoną, za którą ukrywa się Duch BoŜy.
 A w takim razie Świat jest wieczny, a w takim razie Świat jest Bogiem!
 Twierdzenie to jest nie mniej zgubne, niŜ poprzednie, dla atrybutów, jakimi 
rozum ludzki obdarował Boga, nieprawdaŜ?
 Skoro Materia, owoc łona boŜego, jest wciąŜ połączona z Bogiem, czy obecny jej 
stan da się wytłumaczyć?
 Jak uwierzyć, Ŝe Wszechmocny, absolutnie dobry w swojej substancji oraz 

Strona 159

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

moŜnościach, zrodził rzeczy odmienne od siebie i Ŝe nie jest we wszystkim i 
wszędzie ze sobą identyczny?
 CzyŜby znajdowały się w nim elementy złe, od których uwolnił sie któregoś dnia?
 Przesłanka mniej obraźliwa czy śmieszna, aniŜeli przeraŜająca w tym, Ŝe 
sprowadza do siebie owe dwa pierwiastki, których niedopuszczalności dowiodła 
teza poprzednia.
 Bóg musi być JEDEN, nie moŜe się rozdwoić nie rezygnując z najwaŜniejszego ze 
swoich uwarunkowań.
 Czy jest zatem niemoŜliwe załoŜyć, iŜ istnieje część Boga, która nie byłaby 
Bogiem?
 Hipoteza ta wydała się Kościołowi rzymskiemu aŜ tak zbrodnicza, iŜ ukuto 
artykuł wiary z wszechobecności Boga we wszelkich, najdrobniejszych nawet 
cząstkach Eucharystii.
 Jak zatem suponować inteligencję wszechmocną, która nie tryumfuje?
 Jak skojarzyć ją, w braku tryumfu błyskawicznego, z Przyrodą?
 Owa zaś Przyroda szuka, łączy róŜnorakie elementy, odtwarza, umiera i odradza 
się; bardziej jeszcze miota się tworząc, aniŜeli kiedy wszystko się stapia; 
cierpi, jęczy, nie wie, wyradza się, czyni zło, myli się, unicestwia się, zanika
i rozpoczyna od nowa?
 Jak uzasadnić nieznajomość, niemal powszechną, pierwiastka boskiego?
 Skąd się bierze śmierć?
 Czemu z Boga wszechdobrego w swojej substancji i swoich moŜnościach, Boga, 
który nie powinien by wyprodukować niczego, co nie byłoby z nim identyczne, 
zrodził się geniusz zła, ów król ziemi?
 Ale jeśli od tej nieubłaganej konsekwencji, wiodącej nas najsampierw do 
absurdu, przejdziemy do szczegółów, jaki cel moŜemy wytknąć światu?
 Skoro wszystko jest Bogiem, wszystko jest wzajemnie przyczyną i skutkiem; albo 
raczej ani przyczyna, ani skutek nie istnieją: wszystko jest JEDNIA, jak Bóg, a 
pan nie dostrzeŜesz ani punktu wyjścia, ani punktu dojścia.
 CzyŜby celem rzeczywistym była rotacja materii, która ulatniając się, umyka?
 W jakimkolwiek odbywałoby się to sensie, czy nie przez dziecinną igraszkę 
działałby mechanizm owej materii, która wyłoniwszy się z Boga, powracałaby do 
Boga?
 Dlaczego Bóg miałby się uczynić prymitywnym?
 Pod jaką formą Bóg jest najbardziej Bogiem?
 Która modła miałaby rację, materia czy Duch, skoro Ŝadna z nich nie powinna nie
mieć racji?
 Kto zdoła rozpoznać Boga w tej wiecznej Industrii, gdzie on sam podzieliłby się
na dwie Natury, z których jedna nie wie nic, a druga wie wszystko?
 Czy wyobraŜasz pan sobie Boga, który zabawiałby się sam sobą pod postacią 
człowieka?
 Boga wyszydzającego swoje własne wysiłki, umierającego w piątek, Ŝeby 
zmartwychwstać w niedzielę, Boga, co powtarza ów Ŝart ze stulecia na stulecie, 
chociaŜ zna, jak wieczność długa, jego koniec?
 Boga, który jako Stwórca nie zwierza się nigdy ze swoich działań Bogu jako 
Stworzeniu?
 Bóg z hipotezy poprzedniej, ów Bóg tak Ŝaden poprzez potęgę swojego bezwładu, 
wydaje się bardziej moŜliwy, gdyby przyszło nam wybierać wśród niemoŜliwości, 
aniŜeli ów Bóg tak głupio wesół, który rozstrzeliwuje sam siebie, kiedy ludzkość
podzielona na dwie części zetrze się z bronią w ręku.
 Aczkolwiek nadaliśmy tej drugiej stronie problemu wyraz pełen komicznej 
przesady, przyjęła ową płaszczyznę połowa rodu ludzkiego, te ludy, które 
stworzyły sobie wesołe mitologie.
 Pochutliwe te narody były konsekwentne: wszystko u nich było Bogiem, nawet 
Strach i jego podłości, nawet Występek i jego bachanalie.
 A skoro przyjmiemy panteizm, religię paru wielkich ludzkich geniuszów, nie 
wiadomo juŜ, po czyjej stronie znajdzie się wtedy rozum.
 Czy u dzikusa, wolnego na pustyni, odzianego w nagość, szlachetnego i zawsze 
sprawiedliwego w swoich uczynkach, jakiekolwiek by one były, posłusznego słońcu,
gwarzącego z morzem?
 Czy u człowieka cywilizowanego, który największe swoje uciechy zawdzięcza tylko
kłamstwom, wyŜyma i uciska przyrodę, Ŝeby zarzucić sobie fuzję na ramię, który 
wykorzystał swoją inteligencję, Ŝeby przyspieszyć godzinę swojej śmierci, a 
wśród wszelkich rozkoszy stwarzać sobie choroby?
 Kiedy grabie dŜumy albo lemiesz wojny, kiedy geniusz spustoszeń nawiedzi jakiś 
zakątek globu, zmiatając wszystko, kto okazał się mądrzejszy od dzikusa z Nubii 
albo patrycjusza z Teb?
 Pańskie wątpliwości zstępują z góry na dół, ogarniają wszystko, cel i środki.

Strona 160

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Skoro świat fizyczny wydaje się niewytłumaczony, świat duchowy świadczy tym 
bardziej więc przeciw Bogu.
 GdzieŜ jest w takim razie postęp?
 Skoro wszystko postępuje doskonaląc się, czemuŜ umieramy w młodym wieku?
 CzemuŜ narody przynajmniej nie przedłuŜają swojego gatunku?
 Czy świat wyłoniony z Boga, zawarty w Bogu, stoi w miejscu?
 Czy Ŝyjemy raz jeden?
 Czy teŜ Ŝyjemy zawsze?
 Skoro Ŝyjemy raz jeden, przynaglani biegiem Wielkiej Wszystkości, której 
znajomość nie została nam dana, działajmy, jak nam się podoba!
 A skoro jesteśmy wieczni, pozostańmy bierni!
 Czy twór moŜe być winien swojego istnienia w momencie transformacyj ?
 JeŜeli zgrzeszy w godzinie wielkiej transformacji, czy poniesie za to karę, 
chociaŜ przedtem padł jej ofiarą?
 Czym staje się dobroć BoŜa, jeśli istnieje, skoro nie przenosi nas od razu w 
szczęśliwe regiony?
 Co dzieje się z przedwiedzą Boga, skoro Bóg nie zna wyniku prób, jakim nas 
poddaje?
 Czym jest owa alternatywa, wobec której stawiają człowieka wszelkie religie - 
iŜ albo będzie gotował się w wiecznym kotle, albo spacerował w białej szacie, z 
palmą w ręku, z aureolą wokół głowy?
 CzyŜ moŜliwe, Ŝeby ten pogański wymysł był ostatnim słowem Boga?
 Czyj umysł szlachetny nie uzna skądinąd za niegodną i człowieka, i Boga owej 
cnoty z wyrachowania, obiecującej wieczyste rozkosze, które oferują wszelkie 
religie kaŜdemu, kto w toku krótkiego Ŝycia spełnia pewne warunki dziwaczne i 
często przeciwne naturze?
 Nie śmieszneŜ to darzyć człowieka niepohamowanymi zmysłami, wzbraniając mu ich 
zaspokajania?
 A zresztą po cóŜ te mizerne obiekcje, skoro Dobro i Zło zostały w równej mierze
unicestwione?
 Czy Zło istnieje?
 Skoro substancja pod wszelką swoją formą jest Bogiem, Zło jest Bogiem.
 Skoro zdolność rozumowania, tak samo jak zdolność odczuwania po to zostały dane
człowiekowi, aby z nich korzystał, czymś absolutnie wybaczalnym jest doszukiwać 
się sensu w ludzkich zgryzotach i badać przyszłość; jeśli rozumowania te, proste
i logiczne, przywiodą do takiej konkluzji, ileŜ stąd zamieszania!
 Ten świat nie miałby zatem Ŝadnej stałości, nic nie postępuje naprzód i nic się
nie zatrzymuje, wszystko się zmienia i nic się nie unicestwia, wszystko powraca 
po regeneracji, skoro bowiem pański umysł nie wykaŜe panu ze ścisłością celu, 
nie sposób równieŜ wykazać, aby najdrobniejsza cząstka Materii ulegała 
zniszczeniu: moŜe się przeobraŜać, lecz nie unicestwiać.
 Skoro siła ślepa stanowi niezbity argument w ustach ateusza, siła inteligentna 
jest niewytłumaczona, jeśli bowiem wyłoniła się z Boga, czyŜ winna napotykać 
przeszkody i czy jej tryumf nie powinien następować hic et nunc?
 * Hic  et  nunc (łac.) — tutaj i zaraz.
 Gdzie jest Bóg?
 Skoro nie dostrzegają go Ŝywi, czy odnajdą go umarli?
 Zawalcie się, bałwochwalstwa i religie!
 Ruńcie, nazbyt słabe wsporniki wszelkich stropów społecznych - wy, które nie 
opóźniłyście ani upadku, ani śmierci, ani zapomnienia wygasłych narodów, 
jakkolwiek mocny miałyby fundament!
 Ruńcie, moralności i prawa!
 Nasze zbrodnie są czysto względne, to tylko wyniki nakazów BoŜych, skutki, 
których przyczyny nie są nam znane!
 Wszystko jest Bogiem.
 Albo jesteśmy Bogiem, albo nie ma Boga!
 Dziecię wieku, kaŜdy rok zostawił na twoim czole lód swoich zwątpień 
niedowiarka; starcze, oto streszczenie twojej wiedzy i długotrwałych dumań!
 Drogi panie pastorze, ułoŜyłeś głowę na poduszce Zwątpienia, znajdując w nim 
najdogodniejsze spośród wszelkich rozstrzygnięć, działając podobnie jak 
większość rodzaju ludzkiego, która powiada sobie: "Przestańmy juŜ myśleć o tym 
problemie, skoro Bóg poskąpił nam łaski ukazania dowodu algebraicznego, aby go 
rozwiązać, chociaŜ obdarzył nas tak hojnie, byśmy bez zawodu mogli podąŜyć od 
ziemi do gwiazd".
 CzyŜ nie są to pańskie utajone myśli?
 Czy pominęłam je?
 Czy teŜ, przeciwnie, nie wyraziłam ich dobitnie?
 Albo dogmat o dwóch pierwiastkach, antagonizm, w którym Bóg unicestwia się 

Strona 161

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

przez to właśnie, Ŝe wszechmocnym będąc zabawia się walką: albo absurd 
panteizmu, gdzie skoro wszystko jest Bogiem, Boga nie ma; te dwa źródła, skąd 
wypływają religie, o których triumf zabiega Ziemia, są jednako zgubne.
 Oto rzucono między nas obosieczny topór, którym pan ucina głowę siwemu 
starcowi, wprowadzonemu przez pana na tron z malowanych obłoków.
 Ale teraz topór ja przejmuję!
 Pan Becker i Wilfryd nie bez trwogi popatrywali na dziewczynę.
 - Wierzyć - ciągnęła dalej Serafita swoim głosem Kobiety, uprzednio bowiem 
przemawiał MęŜczyzna - wierzyć to dar.
 Wierzyć to czuć.
 AŜeby wierzyć w Boga, trzeba czuć Boga.
 Owo czucie to odpowiedzialność, którą istota nabywa powoli, jak powoli nabywa 
się zdumiewające moce tak podziwiane u wielkich ludzi, wojowników, artystów i 
uczonych, u tych, którzy wiedzą, u tych, którzy tworzą, u tych, którzy działają.
 Myśl, wiązka zaleŜności, jakie postrzegamy między przedmiotami, to język 
intelektualny, którego nauczyć się moŜna, nieprawdaŜ?
 Wiara, wiązka prawd niebiańskich, to równieŜ język, o tyle jednak wyŜszy od 
myśli, o ile myśl góruje nad instynktem.
 Języka tego nauczyć się moŜna.
 Wierzący odpowiada jednym okrzykiem, jednym gestem; Wiara daje mu w ręce miecz 
ognisty, który rozcina i rozświetla wszystko.
 Widzący nie zstępuje z nieba nigdy, kontempluje i milczy.
 Ale istnieje stworzenie, które wierzy i widzi, wie i moŜe, kocha, modli się i 
czeka.
 Pełne wyrzeczenia, dąŜy do królestwa światłości, nie ma w nim ani wzgardy 
Wierzącego, ani milczenia Widzącego; nasłuchuje i odpowiada.
 Dla niego zwątpienie mrocznych stuleci nie jest bronią morderczą, ale nicią 
przewodnią; przyjmuje walkę pod wszelkim jej kształtem; dostosowuje swój język 
do wszelkiej mowy: nie buntuje się, ale współczuje; nie potępia i nie zabija 
nikogo, ale ocala i pociesza; nie ma w nim zajadłości napastnika, ale jest 
łagodność i subtelność światła, które przenika, rozgrzewa i rozjaśnia wszystko.
 W jego oczach Zwątpienie nie jest ani bezboŜnością, ani bluźnierstwem, ani 
występkiem; jest punktem, w którym człowiek zawraca ku Ciemnościom albo zbliŜa 
się ku Światłu.
 A zatem, drogi pastorze, przeprowadźmy rozumowanie.
 Nie wierzy pan w Boga.
 Dlaczego?
 Bóg, według pana, jest niepojęty, niewytłumaczony.
 Zgoda.
 Nie powiem panu, Ŝe ten, kto pojąłby Boga w całości, byłby Bogiem; nie powiem 
panu, Ŝe negujesz to, co wydaje ci się niewytłumaczone, aby dać mi prawo 
potwierdzenia tego, co wydaje mi się godne wiary.
 Istnieje dla pana fakt oczywisty, tkwiący w tobie.
 W panu materia przechodzi w inteligencję; i myśli pan, Ŝe inteligencja ludzka 
przeszłaby w mrok, zwątpienie, nicość?
 Skoro Bóg wydaje się panu niepojęty, niewytłumaczony, niech pan przynajmniej 
przyzna, Ŝe dostrzegasz w kaŜdej rzeczy czysto fizycznej twórcę konsekwentnego i
szlachetnego.
 CzemuŜ jego logika miałaby się zatrzymać na człowieku, jego tworze 
najdoskonalszym?
 Jeśli to pytanie przekonujące nie jest, wymaga co najmniej kilku przemyśleń.
 Skoro przeczysz istnieniu Boga, szczęściem dla umocnienia swoich wątpliwości, 
uznajesz fakty obosieczne, które tak samo zabijają twoją medytację, jak twoja 
medytacja zabija Boga.
 Ustaliliśmy zgodnie, Ŝe Materia i Duch są dwoma tworami niezrozumiałymi, jeśli 
jeden z nich wyeliminować, i Ŝe świat duchowy składa się z nieskończonej liczby 
związków, które powołuje do egzystencji świat materialny, skończony; Ŝe nic na 
ziemi nie zdołało się zidentyfikować poprzez potęgę ducha z całością tworów 
ziemskich, tym bardziej więc nic nie zdołało się wznieść do poznania związków, 
jakie duch postrzega między tworami.
 Tak więc za jednym zamachem moglibyśmy zakończyć sprawę, odmawiając panu 
zdolności pojmowania Boga, jak pan odmawiasz kamieniom fiordu zdolności widzenia
i przeliczania się wzajemnego.
 Ale czy wiesz pan, czy i one nie negują istnienia człowieka, chociaŜ człowiek 
wywozi je, Ŝeby budować z nich domy?
 Jest pewien fakt, który przytłacza pana: nieskończoność; a skoro czujesz ją pan
w sobie, czemuŜ nie zaakceptować jej konsekwencyj ?
 Czy skończoność moŜe posiąść całkowitą świadomość nieskończoności?

Strona 162

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Skoro nie moŜe pan ogarnąć związków, które, jak pan sam wyznał, są 
nieskończone, jak mógłby pan ogarnąć odległy cel, w którym się streszczają?
 Czy pański ograniczony rozum zdołałby zrozumieć porządek, którego objawienia 
pan łaknie, jest to bowiem porządek nieskończony?
 I nie pytaj pan, dlaczego człowiek nie rozumie wcale tego, co postrzec moŜe, 
postrzega bowiem równieŜ i to, czego nie rozumie.
 Jeśli wykaŜę panu, Ŝe pański umysł nie zna tego wszystkiego" co ma w swoim 
zasięgu, czy przyznasz mi, Ŝe jest dlań niemoŜliwością pojąć to, co go 
przekracza?
 Czy nie będę miała wtedy racji, powiadając panu: "Jeden z argumentów, od 
których Bóg ginie przed trybunałem pańskiego rozumu, musi być prawdziwy, drugi 
jest fałszywy; skoro stworzenie istnieje, odczuwa pan konieczność celu, czy zaś 
ów cel moŜe nie być piękny?
 OwóŜ, jeśli granicą materii w człowieku jest inteligencja, czemu nie miałbyś 
pan poprzestać na wiedzy, Ŝe celem inteligencji ludzkiej jest światło kręgów 
wyŜszych, dla których jest zastrzeŜona intuicja owego Boga, który wydaje się 
panu problemem nie do rozwiązania?
 Gatunki niŜsze od pańskiego nie mają owej inteligencji ciał niebieskich, a pan 
ją masz; dlaczego nie miałyby istnieć nad panem gatunki inteligentniejsze niŜ 
twój gatunek?
 Zanim uŜyje swoich sił, by wymierzyć Boga, człowiek winien poznać siebie 
lepiej, niŜ poznał dotąd.
 Zanim zagrozi gwiazdom, które go oświecają, zanim przypuści szturm do wyŜszych 
pewników, powinien chyba ustalić te pewniki, które odnoszą się doń 
bezpośrednio".
 Ale na negacje Zwątpienia winnam odpowiadać innymi negacjami.
 Teraz więc zapytam pana, czy na ziemi istnieje coś aŜ tak oczywistego samo 
przez się, Ŝebym mogła dać wiarę?
 Zaraz udowodnię panu, Ŝe wierzysz niezachwianie w rzeczy, które działają nie 
będąc istotami, które płodzą myśl nie będąc umysłami - Ŝe wierzysz w Ŝywe 
abstrakcje, których rozum nie chwyta pod Ŝadnym kształtem, których nie ma 
nigdzie, ale które napotykasz wszędzie; których nazwać niepodobna, ale które 
nazwałeś; które, przypominając Boga cielesnego, jakiego sobie wyobraŜasz, giną 
pod nawałem niewytłumaczonego, niezrozumiałego, absurdalnego.
 I zapytam pana, jakim cudem, godząc się z nimi, zachowujesz swoje wątpliwości 
dla Boga?
 Wierzysz w Liczbę, fundament, na którym wznosisz gmach nauk zwanych ścisłymi.
 Bez Liczby nie istniałaby matematyka.
 A więc jaka tajemnicza istota, wyposaŜona we właściwość Ŝycia wiecznego, 
zdołałaby wyrazić ostatecznie i w języku dość giętkim Liczbę, co zawierałaby 
liczby nieskończone, których istnienia dowiodła ci twoja myśl?
 Spytaj o to najznamienitszego z geniuszów ludzkich, a przesiedziałby tysiąc lat
przy stole trzymając się rękami za głowę - i co odpowiedziałby panu?
 śe nie wiesz, ani gdzie rozpoczyna się Liczba, ani gdzie się zatrzymuje, ani 
gdzie się kończy.
 Tu zowiesz ją Czasem, tam - Przestrzenią; wszystko istnieje tylko przez nią; 
bez niej wszystko byłoby jedną i tą samą substancją, ona jedna bowiem tylko 
róŜnicuje i wartościuje.
 Liczba jest dla pańskiego Ducha tym, czym Duch jest dla materii, czynnikiem 
niepojętym.
 Czy uczynisz z niej Boga?
 Czy jest istotą?
 Czy tchnieniem, które wyemanował Bóg, aby zorganizować świat materialny, gdzie 
wszystko uzyskuje swoją formę tylko przez Podzielność, wynikłą, jako skutek, z 
Liczby?
 CzyŜ najmniejsze, jak i najogromniejsze twory nie róŜnią się między sobą tylko 
zawartymi w nich ilościami, tylko swoimi wymiarami, siłami i wszelkimi w ogóle 
atrybutami zrodzonymi przez Liczbę?
 Nieskończoność Liczb to fakt, którego dowiódł panu twój umysł, chociaŜ nie 
sposób dostarczyć tu Ŝadnych dowodów materialnych.
 Matematyk powie panu, Ŝe nieskończoność liczb istnieje, ale dowodu na nią nie 
ma.
 Bóg, drogi pastorze, powie panu Wierzący, to liczba wyposaŜona w zdolność, 
którą odczuwamy, ale której istnienia dowieść nie potrafimy.
 Jak Jedność, rozpoczyna ciąg liczb, z którymi nie ma nic wspólnego.
 Istnienie Liczby zaleŜy od Jedności, która nie będąc liczbą rodzi je wszystkie.
 Bóg, drogi pastorze, to wspaniała Jedność, która nie mając nic wspólnego ze 
swoimi tworami, rodzi je niemniej!

Strona 163

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Niech więc pan mi przyzna, Ŝe nie wiesz tak samo, gdzie zaczyna i gdzie kończy 
się Liczba, i Ŝe nie wiesz, gdzie zaczyna się, a gdzie kończy Wieczność 
stworzona.
 Czemu, skoro wierzysz w Liczbę, negujesz Boga?
 Czy Stworzenie nie zostało umieszczone między Nieskończonością substancyj 
nieorganicznych a Nieskończonością kręgów boŜych, jak Jedność znajduje się 
między Nieskończonością ułamków, które od niedawna zowiecie Dziesiętnymi, a 
Nieskończonością Liczb, które zowiecie Całkowitymi?
 Pan jeden na ziemi rozumiesz Liczbę, ów pierwszy stopień perystylu wiodącego do
Boga, a juŜ twój rozum potyka się na nim.
 Jak to?
 Nie potrafisz wymierzyć ani pierwszej abstrakcji, jaką Bóg ci podarował, ani 
uchwycić jej, a chcesz swojej mierze podporządkować cele Boga?
 CóŜ by się zatem stało, gdybym pogrąŜyła cię w otchłaniach Ruchu, owej siły, 
która organizuje liczbę?
 ToteŜ kiedy powiem ci, Ŝe wszechświat jest tylko Liczbą, i Ruchem, przekonasz 
się, Ŝe zaczniemy juŜ mówić odmiennymi językami.
 Rozumiem oba, a pan nie rozumiesz ich wcale.
 Co by się stało, gdybym dodała, Ŝe Ruch i Liczba zrodziły się ze Słowa?
 Z wyrazu tego, najwyŜszej racji Wizjonerów i Proroków, co niegdyś usłyszeli owo
tchnienie Boga, które powaliło świętego Pawła, kpicie, wy, ludzie, chociaŜ 
wszelkie widome dzieła, społeczeństwa, budowle, czyny, uczucia wywodzą się z 
waszego słabego słowa; wy, którzy bez mowy przypominalibyście ów gatunek tak 
bliski Murzynowi, to znaczy goryla.
 Wierzycie więc mocno w Liczbę i Ruch, w siłę i skutek niewytłumaczone i 
niezrozumiałe dla egzystencji, do których mogę dostosować ów dylemat, jaki 
zwalniał was niegdyś od wiary w Boga.
 Ale pan, umysłowość tak potęŜna nie uwolnisz mnie od wykazania ci, Ŝe 
Nieskończoność musi być wszędzie toŜsama ze sobą i Ŝe musi być koniecznie jedna.
 Tylko Bóg jest nieskończony, dwie nieskończoności bowiem na pewno istnieć by 
nie mogły.
 Skoro, odwołując się do słów ludzkich, coś dowiedzionego tutaj na ziemi wyda 
się panu nieskończonym, bądź pewien, Ŝe dostrzegłeś któreś z oblicz Boga.
 RozwaŜajmy dalej.
 Przyswoiłeś sobie pan miejsce w nieskończoności Liczby, przystosowałeś je do 
swojego wzrostu, stwarzając, jeśli w ogóle cokolwiek stworzyć potrafisz, 
arytmetykę, fundament, na którym spoczywa wszystko, nawet wasze społeczeństwa.
 Podobnie Liczba, jedyna rzecz, w jaką uwierzyli wasi tak zwani ateusze, 
organizuje twory fizyczne; podobnie arytmetyka, zastosowanie Liczby, organizuje 
świat duchowy.
 Ta numeracja winna być absolutna, jak wszystko, co jest prawdziwe same w sobie;
ale jest czysto relatywna, nie istnieje jako dana absolutna, nie potrafiłbyś pan
dostarczyć Ŝadnego dowodu świadczącego o jej rzeczywistości.
 Najsampierw, chociaŜ owa Numeracja podoła określić w cyfrach substancje 
organiczne, jest bezradna wobec sił tworzących organizmy, jedne bowiem są 
skończone, drugie - nieskończone.
 Człowiek, który pojmuje Nieskończoność poprzez swoją inteligencję, nie 
podołałby ująć jej w całości; w przeciwnym razie byłby Bogiem.
 Pańska Numeracja zastosowana nie do Nieskończoności, ale do rzeczy skończonych,
jest więc prawdziwa w przypadku szczegółów, które postrzegasz, ale fałszywa w 
przypadku całości, której nie postrzegasz bynajmniej.
 Aczkolwiek przyroda jest identyczna sama z sobą w swoich siłach tworzących 
organizmy albo w swoich pierwiastkach nieskończonych, nie jest nigdy identyczna 
z sobą w swoich skończonych osiągnięciach; toteŜ nie napotkasz nigdzie w 
przyrodzie dwóch tworów identycznych: w Porządku Przyrodzonym zatem dwa i dwa to
nigdy nie cztery, naleŜałoby bowiem złączyć dwie jednostki dokładnie podobne, a 
jak panu wiadomo, nie sposób znaleźć na jednym i tym samym drzewie dwóch liści 
podobnych ani dwóch egzemplarzy podobnych w danym gatunku drzew.
 Ów pewnik o pańskiej numeracji, fałszywy w naturze widzialnej, jest równieŜ 
fałszywy w niewidzialnym świecie twoich abstrakcyj, gdzie ta sama odmiana 
zachodzi w pańskich ideach, które są rzeczami świata widzialnego, 
rozprzestrzenionymi jednak dzięki swoim związkom; tak więc róŜnice są tam 
jeszcze bardziej odrębne niŜ gdziekolwiek indziej.
 Rzeczywiście, skoro wszystko odnosi się tam do temperamentu, siły, 
obyczajowości i zwyczajów jednostek zawsze między sobą odmiennych, 
najdrobniejsze przedmioty stanowią tam wyraz uczuć osobistych.
 Oczywista, jeśli człowiek zdoła stworzyć jedności, czy nie stało się tak 
dlatego, Ŝe nadał równą wagę i to samo miano kawałkom złota?

Strona 164

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 OtóŜ moŜe pan dukat ubogiego złączyć z dukatem bogacza, powiadając sobie w 
skarbcu publicznym, Ŝe są to dwie ilości równe; ale w oczach myśliciela pierwsza
jest na pewno pod względem moralnym waŜniejsza od drugiej; jedna z nich wyobraŜa
miesiąc szczęścia, druga - jak najbardziej efemeryczny kaprys.
 Dwa i dwa zatem to cztery tylko wskutek abstrakcji fałszywej i monstrualnej.
 Ułamek równieŜ nie istnieje w Przyrodzie, tam bowiem to, co zowiesz pan 
fragmentem, stanowi rzecz skończoną w sobie samej; ale czyŜ nie zdarza się 
często, i masz pan na to dowody, Ŝe setna część danej substancji bywa silniejsza
od tego, co zowiesz całością?
 Skoro ułamek nie istnieje w Porządku Przyrodzonym, nie istnieje tym bardziej w 
Porządku Duchowym, gdzie idee i uczucia mogą być tak odmienne, jak gatunki w 
Porządku Roślinnym, będąc jednak zawsze całościami.
 Teoria ułamków stanowi więc jeszcze jedną znakomitą rozrywkę waszego umysłu.
 Liczba, ze swoimi Nieskończenie małymi i swoimi Całościami nieskończonymi, 
stanowi zatem potęgę, której znana wam jest tylko drobna część, a zasięg jej wam
umyka.
 Zbudowaliście chałupkę w Nieskończoności liczb, ozdobiliście ją hieroglifami 
ustawionymi i namalowanymi uczenie, i zawołaliście: "Wszystko tam jest"!
 Od Liczby czystej przejdźmy do Liczby ucieleśnionej.
 Wasza geometria ustaliła, Ŝe linia prosta to najkrótsza droga między dwoma 
punktami, ale wasza astronomia wykazała wam, Ŝe Bóg działał tylko po liniach 
krzywych.
 OtóŜ więc w jednej i tej samej nauce dwie prawdy jednako dowiedzione: jedna 
przez świadectwo waszych zmysłów spotęgowanych dzięki teleskopowi, druga przez 
świadectwo waszego umysłu, a przecieŜ jedna przeczy drugiej.
 Człowiek omylny potwierdza jedną, lecz autor ciał niebieskich, którego nigdy 
nie przyłapaliście na omyłce, przeczy jej.
 KtóŜ więc rozsądzi problem geometrii prostolinijnej i krzywolinijnej ?
 Problem teorii linii prostej i linii krzywej ?
 Skoro tajemniczy artysta, umiejący osiągać swój cel z cudowną szybkością, 
stosuje linię prostą po to tylko, Ŝeby przeciąwszy ją pod kątem prostym, 
otrzymać krzywą, człowiek nie moŜe nigdy tam się liczyć: pocisk, którym człowiek
chce pokierować po linii prostej, zdąŜa po krzywej, toteŜ kiedy chcesz pan 
trafić niezawodnie w dany punkt przestrzeni, nakazujesz bombie, by zdąŜała swoją
okrutną parabolą.
 śaden z waszych uczonych nie wysunął tego prostego wniosku, Ŝe Krzywa jest 
prawem światów materialnych, a Prosta - prawem światów duchowych: pierwsza 
stanowi teorię tworów skończonych, druga - teorię nieskończoności.
 Człowiek, on jeden tylko na tym padole świadom nieskończoności, moŜe, on jeden,
znać linię prostą; on jeden ma poczucie wertykalności, umieszczone w organie 
szczególnym.
 Czy upodobanie w tworach krzywej nie jest u niektórych ludzi oznaką 
nieczystości ich natury, skojarzonej wciąŜ jeszcze z rodzącymi nas materialnymi 
substancjami?
 A miłość umysłów wielkich do linii prostej, czy nie świadczyłaby u nich o 
przeczuciu nieba?
 Między tymi dwiema liniami istnieje przepaść, jak między skończonością a 
nieskończonością, jak między materią a duchem, jak między człowiekiem a ideą, 
jak między ruchem a poruszanym przedmiotem, jak pomiędzy stworzeniem a Bogiem.
 Poproś miłość BoŜą o jej skrzydła, a przefruniesz nad tą przepaścią!
 Za nią rozpoczyna się Objawienie Słowa.
 Wśród rzeczy, które zwiesz materialnymi, nie masz nigdzie takiej, którą 
pozbawiono by głębi; linie są zakończeniami brył, zawierających w sobie siłę 
działania, którą redukujecie w waszych teorematach, co czyni je fałszywymi w 
stosunku do ciał, pojmowanych całościowo; stąd owo ustawiczne niszczenie 
wszelkich budowli ludzkich, które zbroicie bezwiednie we właściwości działające.
 Przyroda zna tylko ciała, wasza nauka łączy jedynie ich pozory.
 ToteŜ przyroda na kaŜdym kroku przeczy wszelkim waszym prawom: znajdź pan choć 
jedno, którego nie negowałby fakt.
 Prawom waszej Statyki zadają cios za ciosem setki przypadków fizyki, płyn 
bowiem obala najbardziej zwaliste góry, dowodząc wam tym samym, Ŝe najcięŜsze 
substancje mogą być podnoszone przez substancje niewaŜkie.
 Wasze prawa dotyczące Akustyki i Optyki bywają anulowane dźwiękami, jakie w 
sobie samych słyszycie we śnie - i światłem słońca elektrycznego, którego 
promienie nuŜą was często.
 Nie wiecie równieŜ, jakim sposobem światło przeobraŜa się w was w inteligencję,
podobnie jak nie znacie prostego i naturalnego procederu, który na szyi ptaków 
indyjskich zmienia je w rubin, szafir, opal, szmaragd, gdy tymczasem upierzenie 

Strona 165

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

tychŜe ptaków zamieszkałych pod chmurnym niebem Europy pozostaje brunatne albo 
szare, a tu, w łonie przyrody polarnej - białe.
 Nie potraficie ustalić, czy barwa jest właściwością, w którą wyposaŜone są 
ciała, czy teŜ pojawia się wskutek nasycenia światłem.
 Stwierdziliście, Ŝe woda morska jest gorzkosłona, nie sprawdziwszy, czy dzieje 
się tak na wszelkich mórz głębokościach.
 Uznaliście istnienie tych lub owych substancyj, które przebywają to, co 
uwaŜacie za próŜnię; substancyj, które nie są uchwytne pod Ŝadnym z kształtów, 
jakie przybierze materia, ale które, mimo wszelkich przeszkód, komponują się z 
nią harmonijnie.
 A skoro tak, ufacie wynikom, jakie osiągnęła Chemia, chociaŜ nie zna ona 
jeszcze sposobu oceny przemian dokonanych przez napływ lub odpływ owych 
substancyj, co nadpływają lub odpływają poprzez wasze kryształy i machiny, 
przybywając nieuchwytnymi prądami ciepła lub światła, wiedzione, odprowadzane 
sympatią z metalem albo ze stopionym krzemieniem.
 Otrzymujecie tylko substancje martwe, skąd wygnaliście nieznaną siłę, 
przeciwstawiającą się wszelkiemu na tej ziemi rozkładowi, siłę, u której 
przyciąganie, wibracja, spoistość i magnetyzm są tylko przejawami.
 śycie jest myślą ciał; ciała są jedynie środkiem jej utrwalania - i 
utrzymywania w cuglach; gdyby ciała były istotami, które Ŝyją same przez się, 
stanowiłyby przyczynę i nie umierały.
 Kiedy człowiek konstatuje wyniki ewolucji ogólnej, którą dzielą między siebie 
wszelkie twory, stosownie do ich zdolności chłonnej, głosicie, Ŝe nade wszystko 
jest uczony, jak gdyby geniusz polegał na wyjaśnianiu tego, co juŜ istnieje.
 Wzrok geniusza winien sięgać daleko poza skutki!
 KaŜdy z waszych uczonych uśmiałby się, gdybyś mu pan powiedział: "Istnieją 
związki tak pewne między dwiema istotami, z których jedna przebywa tutaj, a 
druga na Jawie, Ŝe mogłyby w jednej i tej samej chwili doznać jednakowego 
wraŜenia, uświadomić je sobie, porozumieć się w tym względzie i wymienić 
bezbłędne spostrzeŜenia"!
 Niemniej istnieją substancje mineralne, które składają świadectwo sympatiom tak
odległym, jak przed chwilą wspomniałam.
 Wierzysz pan w potęgę elektryczności uwięzionej w magnesie, a przeczysz sile 
elektryczności, jaką wydziela dusza.
 Według pana, księŜyc, którego wpływ na przypływy morskie wydaje ci się 
dowiedziony, nie oddziałuje bynajmniej ani na aurę, ani na roślinność, ani na 
ludzi; porusza morze i nadŜera szkło, ale winien uszanować chorych; utrzymuje 
niewątpliwe stosunki z jedną połową ludzkości, ale nie śni mu się nawet tknąć 
drugiej.
 Oto wasze najbogatsze stwierdzenia!
 Idźmy dalej!
 Wierzy pan w Fizykę, nieprawdaŜ ?
 Ale twoja fizyka rozpoczyna się, jak religia katolicka, aktem wiary.
 CzyŜ nie uznaje siły zewnętrznej, oddzielnej od ciał, którym przekazuje ona 
ruch?
 Obserwujesz pan skutki, ale czym one są?
 I gdzie jest ona?
 Czym jest jej substancja, Ŝycie?
 Czy ma granice?
 I pan zaprzeczasz istnieniu Boga!...
 A zatem większość waszych pewników naukowych, prawdziwa w odniesieniu do 
człowieka, jest fałszywa w odniesieniu do całości.
 Nauka jest jedna, a wyście ją podzielili.
 Aby poznać prawdziwy sens praw obejmujących fenomeny, czy nie naleŜałoby poznać
korelacyj istniejących między fenomenami a prawem całości?
 W kaŜdym przedmiocie istnieje wygląd zewnętrzny, który narzuca się waszym 
zmysłom; pod owym pozorem rozwija działalność dusza; istnieje ciało i moŜność.
 Gdzie nauczacie studiować związki, które łączą rzeczy?
 Nigdzie.
 A więc nie poznaliście nic z absolutu.
 Wasz przedmiot najbardziej niezawodny opiera się na analizie Form materialnych,
których Ducha zaniedbujecie z reguły.
 Istnieje nauka wyŜsza, którą ten i ów dostrzega za późno, nie mając odwagi 
przyznać się do tego.
 Ludzie ci pojęli konieczność traktowania ciał nie tylko w ich własnościach 
matematycznych, lecz równieŜ w ich całości, w ich utajonych powinowactwach.
 Największy spośród was odgadł pod koniec dni swoich, Ŝe wszystko nawzajem 
stanowi przyczynę i skutek; Ŝe światy widzialne są między sobą skoordynowane i 

Strona 166

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

podległe światom niewidzialnym.
 Wzdychał, próbując ustalić prawidła absolutne!
 Licząc swoje światy, niby winne jagody rozsiane w eterze, wyjaśnił ich 
koherencję prawami przyciągania planetarnego i molekularnego; pokłoniłeś się pan
temu człowiekowi...
 ale ja powiem panu, Ŝe zmarł w desperacji.
 Zakładając równość sił odśrodkowych i dośrodkowych, które wykoncypował, Ŝeby 
wyjaśnić sobie wszechświat - stwierdził, Ŝe wszechświat się zatrzymał, chociaŜ 
godził się z istnieniem ruchu w sensie nieokreślonym; ale kiedy załoŜył 
nierówność owych sił, pojawił się natychmiast wśród ciał niebieskich chaos.
 Jego prawa nie były zatem wcale absolutne, okazało się, Ŝe istnieje problem 
natury jeszcze wyŜszej, aniŜeli zasada, na której opierała się jego fałszywa 
sława.
 Związki pomiędzy gwiazdami i działalność dośrodkowa ich ruchu wewnętrznego nie 
zniechęciły go więc do poszukiwania krzewu, z którego zwisała kiść winogron ?
 Nieszczęsny!
 Im bardziej rozszerzał przestrzeń, tym cięŜsze stawało się jego brzemię.
 Powiedział panu o równowadze między częściami; ale dokąd zmierzała całość?
 Kontemplował rozciągłość, w ludzkich oczach niezmierzoną, wypełnioną owymi 
grupami ciał niebieskich, których część minimalną ukazują nasze teleskopy, ale 
których bezmiar ujawnia szybkość światła.
 Szczytna ta kontemplacja obdarzyła go percepcją światów nieskończonych, co w 
przestrzeni rozsiane niby kwiaty na łące, rodzą się jak dzieci, rosną jak 
ludzie, umierają jak starcy, Ŝyją asymilując ze swojej atmosfery substancje na 
ich pokarm stosowne, światów mających własne centrum i zasadę Ŝycia, światów 
chroniących się od siebie wzajem swoimi strefami, światów, co podobne roślinom, 
poŜerają i są poŜerane, światów komponujących się w całość zdolną do Ŝycia i 
mających, kaŜdy, swój los.
 Na ten widok zadrŜał ów człowiek!
 Wiedział, Ŝe Ŝycie powstaje ze zjednoczenia przedmiotu z jego pierwiastkiem, Ŝe
śmierć lub inercja, słowem cięŜkość, powstaje z rozłączenia przedmiotu z 
właściwym mu ruchem; a wtedy przeczuł pęknięcie wśród owych ciał niebieskich, 
które zniszczeją, jeŜeli Bóg odbierze im swoje Słowo.
 Jął szukać w Apokalipsie śladów owego słowa!
 Skoroś uznał go pan za szaleńca, wiedz zatem: szukał, aby został mu przebaczony
jego geniusz.
 Wilfrydzie, prosiłeś, abym rozwiązała dla ciebie równania, chciałeś porwać mnie
w tumanach deszczu, wrzucić do fiordu, abym wypłynęła jako łabędź.
 Gdyby nauka albo cuda były celem dla ludzkości, MojŜesz przekazałby ci w spadku
rachunek róŜniczkowy; Chrystus wytłumaczyłby ci niejasności waszych nauk; jego 
apostołowie powiedzieliby ci, skąd wydobywają się te ogromne smugi gazu albo 
roztopionych metali, nierozłączne z jądrem, które wiruje, aby zastygnąć i 
znaleźć miejsce w eterze - a które wdziera się gwałtownie w system, kiedy łączy 
się z gwiazdą, uderza ją i rozbija od wstrząsu albo niszczy ją jadem 
śmiercionośnych gazów.
 Miast nakazywać ci, abyś Ŝył w Bogu, święty Paweł uwiadomiłby cię, w jaki 
sposób poŜywienie stanowi więź utajoną między wszystkimi tworami oraz więź jawną
między wszelkimi Gatunkami Ŝywymi.
 Dziś największym cudem byłoby odkryć kwadraturę koła, problem, który uznałbyś 
za nieziszczalny, ale który z pewnością znalazł rozwiązanie w obrotach ciał 
niebieskich, dzięki przecięciu danej linii matematycznej o zwojach widocznych 
dla oka duchów, co dotarły do wyŜszych kręgów.
 Wierz mi, cuda są w nas, a nie poza nami.
 ToteŜ dokonały się fakty przyrodzone, które narody uznały za nadprzyrodzone.
 Czy Bóg nie byłby niesprawiedliwy, okazując swoją potęgę jednym pokoleniom, a 
odmawiając owego świadectwa drugim?
 SpiŜowa róŜdŜka naleŜy do wszystkich.
 Ani MojŜesz, ani Jakub, ani Zaratustra, ani Paweł, ani Pitagoras, ani 
Swedenborg, ani najbardziej tajemniczy Wysłannicy, ani najświetniejsi Prorocy 
Boga nie byli wyŜsi ponad to, czym ty być moŜesz.
 I tylko istnieją dla narodów godziny, w których mają wiarę.
 Gdyby nauka materialna miała być celem wysiłków ludzkich, przyznaj, Ŝe 
społeczeństwa, te wielkie ogniska, w których gromadzą się ludzie, zostawałyby 
zawsze opatrznościowo rozpraszane, nieprawdaŜ?
 Czy gdyby cywilizacja stanowiła cel Gatunku, inteligencja ginęłaby, czy teŜ 
pozostawała czysto indywidualna?
 Wielkość wszystkich narodów, które były wielkie, miała za fundament wyjątki: 
kiedy ginęły wyjątki, umierała potęga.

Strona 167

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Czy Wizjonerzy, Prorocy, Wysłannicy nie połoŜyliby ręki na Nauce - miast 
wspierać ją na Wierze, i czy nie przypuściliby szturmu do waszych umysłów - 
miast poruszać wam serca?
 Wszyscy zjawili się po to, Ŝeby pchać narody ku Bogu; wszyscy głosili drogę 
świętą, powiadając wam proste słowa, które prowadzą do królestwa niebieskiego; 
wszyscy płonęli miłością i wiarą, wszystkim było natchnieniem to słowo, które 
szybuje ponad narodami, ogarnia je, oŜywia i podnosi - a Ŝaden z nich nie uŜywał
go w interesie ludzkim.
 Wasi wielcy geniusze, poeci, królowie, uczeni zostali pochłonięci wraz z ich 
miastami, a Pustynia odziała ich płaszczami z piasku; a tymczasem imiona tych 
dobrych pasterzy, błogosławione do dziś, ocalały z katastrof.
 Nie moŜemy się porozumieć w Ŝadnym punkcie.
 Dzielą nas otchłanie: tyś jest po stronie ciemności, a ja Ŝyję w świetle 
prawdziwym.
 Czy tego pragnąłeś słowa?
 Wypowiadam je z radością, odmieni cię być moŜe.
 Wiedz, Ŝe istnieją nauki materii i nauki ducha.
 Tam, gdzie ty widzisz ciała, ja widzę siły zmierzające ku sobie ruchem 
zapładniającym.
 Dla mnie charakter ciał jest wskaźnikiem ich pierwiastków i znamieniem ich 
właściwości.
 Z pierwiastków tych rodzą się powinowactwa niedostępne dla twojego umysłu, a 
związane z centrami.
 Poszczególne gatunki, między które rozdzielone jest Ŝycie, to źródła 
nieprzebrane i korespondujące wzajem.
 KaŜde wydaje swój twór specjalny.
 Człowiek, jako przyczyna i skutek, otrzymuje pokarm, lecz i z kolei zasila 
pokarmem.
 Nazywając Boga stwórcą, umniejszasz Go; nie stworzył, jak byś myślał, ani 
roślin, ani zwierząt, ani gwiazd, bo czyŜ mógł uprawiać proceder wieloraki?
 Działał poprzez jedność komponowania.
 ToteŜ dał pierwiastki, które miały się rozwinąć zgodnie z jego prawem ogólnym i
stosownie do środowisk, w jakich się znalazły.
 A więc jedna substancja i ruch; jedna roślina, jedno zwierzę, ale związki 
nieprzerwane.
 Istotnie, wszystkie powinowactwa są połączone stykającymi się ze sobą 
podobieństwami, a Ŝycie ciał niebieskich zdąŜa ku centrum, wciągane zgłodniałym 
oddechem, jak ciebie głód popycha do jedzenia.
 Oto przykład powinowactw połączonych z podobieństwami - prawo poślednie, 
słuŜące za fundament tworom twojej myśli: muzyka, sztuka niebiańska, jest 
urzeczywistnianiem tej zasady, czyŜ nie stanowi bowiem całości dźwięków 
zharmonizowanych liczbą?
 Czy dźwięk nie jest modyfikacją powietrza skomprymowanego, rozszerzonego, 
odbitego?
 Znasz skład chemiczny powietrza: tlen, azot i dwutlenek węgla.
 A skoro nie wywołasz dźwięku w próŜni, jest rzeczą jasną, Ŝe muzyka i głos 
ludzki stanowią wynik procesów zachodzących między substancjami organicznymi, 
które współbrzmią w tobie z tymiŜ substancjami przetworzonymi przez twoją myśl, 
skoordynowanymi za pomocą światła, wielkiej karmicielki waszego globu: mogłeś 
oglądać zwały saletry nagromadzone przez śniegi, mogłeś przypatrywać się 
wyładowaniom pioruna - a czyŜ rośliny nie nasycają powietrza zawartymi w nich 
metalami, nie mówiąc juŜ o tym, Ŝe słońce rozpuszcza i rozdziela subtelną 
esencję, którą Ŝywi się wszystko na tej ziemi?
 Jak powiedział Swedenborg, ziemia jest człowiekiem!
 Wasza obecna nauka, czyniąca was w oczach waszych tak wielkimi, to nędza wobec 
świateł, w jakich toną Wizjonerzy.
 Przestań, przestań mnie pytać, róŜnią się zbytnio nasze języki.
 PosłuŜyłam się na chwilę twoją mową, aby zapuścić w twoją duszę promień wiary, 
podać ci połę mojego płaszcza i wciągnąć w piękne regiony Modłów.
 Czy Bóg ma się zniŜyć do ciebie?
 Nie, to ty winieneś wznieść się do niego!
 Skoro rozum ludzki tak szybko wyczerpał skalę swoich sił umieszczając w niej 
Boga, aby bezskutecznie udowodnić sobie Jego istnienie, czyŜ nie jest oczywiste,
Ŝe trzeba szukać dróg innych, by Go poznać?
 A droga ta jest w nas samych.
 Wizjoner i Wierzący znajdują w sobie wzrok przenikliwszy aniŜeli wzrok 
pochłonięty sprawami ziemskimi - i postrzegają Jutrzenkę.
 Pojmujesz tę prawdę?

Strona 168

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Wasze najściślejsze nauki, wasze najśmielsze medytacje, wasza najpiękniejsza 
Jasność umysłu - to Mgły.
 Nad nimi wznosi się Sanktuarium, skąd bije prawdziwe światło.
 Usiadła i zamilkła, a na spokojnym jej licu nie pojawił się najlŜejszy nawet 
skurcz, jaki chwyta mówców po improwizacjach choćby nawet najłagodniejszych.
 Wilfryd nachylił się ku panu Beckerowi, szepcząc mu na ucho: - Kto jej 
powiedział to wszystko?
 - Nie wiem - odrzekł pastor.
 "Na Falbergu był milszy" - powiedziała sobie w duchu Minna.
 Serafita, przeciągnąwszy ręką po oczach, ozwała się z uśmiechem: - Bardzo 
jesteście dzisiejszego wieczoru zamyśleni, moi panowie.
 Potraktowaliście Minnę i mnie niby dwóch męŜczyzn, z którymi rozprawia się o 
polityce lub handlu, a przecieŜ jesteśmy dziewczętami, które winniście zabawiać 
pogawędką przy herbacie, jak się to praktykuje w długie norweskie wieczory.
 NiechŜe mi więc pan pastor opowie którąś z Sag nieznanych mi jeszcze.
 Na przykład o Fritjofie.
 Obiecałeś mi pan tę kronikę, w którą wierzysz ponoć.
 Opowiedz ową historię, w której syn wieśniaka jest właścicielem okrętu 
mówiącego i obdarzonego duszą.
 Widuję w snach fregatę zwaną "Ellida"!
 Czy to nie owa wróŜka uŜaglona, na której dziewczęta winny odbywać swoje 
nawigacje?
 - Skoro wracamy do Jarvis - rzekł Wilfryd, który nie odrywał oczu od Serafity, 
jak złodziej ukryty w cieniu wpatruje się w miejsce, gdzie ukryto skarb - 
powiedz mi pani, czemu nie wychodzisz za mąŜ?
 - Wszyscy rodzicie się wdowcami albo wdowami - odparła - a Ŝe mój mariaŜ był 
postanowiony juŜ w momencie moich narodzin, jestem narzeczoną...
 - Czyją?
 - zapytali wszyscy na raz.
 - Pozostawcie mi moją tajemnicę - odparła.
 - Obiecuję, jeśli zezwoli nasz ojciec, zaprosić was wszystkich na te tajemnicze
zaślubiny.
 - I kiedyŜ odbędą się one?
 - Czekam.
 Długie milczenie zaległo po tych słowach.
 - Nadeszła wiosna - ozwała się Serafita.
 - Zaczynają huczeć wody i lód pęka z trzaskiem, czyŜ nie powitacie pierwszej 
wiosny nowego stulecia?
 Wstała, Wilfryd podąŜył za nią i podeszli razem do okna, które otwarł był 
Dawid.
 Po długiej zimowej ciszy wody szumiały pod lodami, napełniając fiord jakby 
muzyką, istnieją bowiem dźwięki, które oczyszcza oddalenie, dźwięki napływające 
do ucha niby fale nasycone światłem i chłodem.
 - Przestań, Wilfrydzie, przestań rodzić złe myśli, których zwycięstwo znosiłbyś
boleśnie.
 KtóŜ nie wyczytałby Ŝądz w iskrach twoich spojrzeń?
 Nie wolisz być dobrym, postąpić krok naprzód w dobroci?
 Poświęcić się kompletnie dla szczęścia tej, którą się kocha, to dla męŜczyzny 
być doskonalszym w jego sposobie kochania.
 Bądź mi posłuszny, a poprowadzę cię drogą, gdzie osiągniesz wszelkie 
świetności, o których marzysz, i gdzie miłość będzie naprawdę nieskończona.
 I pozostawiła Wilfryda w zadumie.
 "Czy ta urocza osoba jest rzeczywiście prorokinią, której oczy rzuciły na świat
błyskawice, słowo zahuczało gromem wśród planet, a dłoń ujęła przeciw naszej 
wiedzy topór zwątpienia?
 Czy byliśmy przytomni przez tych kilka momentów"?
 - pomyślał.
 - Minno - ozwał się Serafit powracając do córki pastora - orły latają tam, 
gdzie są trupy, gołębie latają tam, gdzie są krystaliczne źródła, w cieniu 
zielonym i spokojnym.
 Orzeł wzbija się w niebo, gołębica sfruwa z nieba.
 Przestań zapuszczać się w regiony, gdzie nie znajdziesz ani źródeł, ani cienia.
 Skoro kiedyś nie mogłaś spojrzeć w przepaść, Ŝeby się nie załamać, zachowaj 
swoje siły dla tego, który cię pokocha.
 Odejdź, biedna dziewczyno, toć wiesz, Ŝe mam narzeczoną.
 Minna wstała i podeszła z Serafitem do okna, przy którym był Wilfryd.
 Usłyszeli wszyscy troje, jak Sieg wzbierał pod naporem wód spływających z gór, 
wód, co niosły juŜ drzewa uwięzione w lodach.

Strona 169

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Fiord odzyskał głos.
 Rozwiały się iluzje.
 Wszyscy zachwycali się przyrodą uwalniającą się z więzów - która odpowiadała 
jakby wzniosłym akordem Duchowi nawołującemu, by zbudziła się ze snu.
 Kiedy troje naszych przyjaciół rozstało się z ową tajemniczą istotą, wypełniało
ich niejasne uczucie nie będące ani snem, ani odrętwieniem, ani zdziwieniem, ale
które łączy w sobie coś z kaŜdego z nich; które choć nie jest ani zmierzchem, 
ani jutrzenką, budzi w nas łaknienie światła.
 Wszyscy rozmyślali.
 - Zaczynam wierzyć, Ŝe ona jest Duchem ukrytym w ludzkim kształcie - powiedział
pan Becker.
 Wilfryd wrócił do domu spokojny i przekonany, nie wiedząc, jak walczyć z siłami
tak bosko majestatycznymi.
 Minna powiadała sobie: - CzemuŜ on nie chce, Ŝebym go kochała?

 
 V POśEGNANIA.

 
 Istnieje w człowieku zjawisko nieznośne dla umysłów kontemplacyjnych, które 
chciałyby znaleźć sens w pochodzie społeczeństw i nadać prawa progresji ruchowi 
inteligencji.
 Choćby zaszedł fakt najpowaŜniejszy - gdyby fakty nadprzyrodzone istnieć mogły 
- choćby publicznie stał się cud najwspanialszy, błyskawica owego faktu, piorun 
owego cudu zatonęłyby w oceanie moralnym, którego powierzchnia, zaledwie zmącona
przelotnymi wirami, odzyskałaby zaraz poziom swoich zwykłych fluktuacyj.
 Mówiąc zrozumialej: czy Głos przechodzi przez pysk Bestii?
 Czy Ręka pisze litery na fryzach sali, gdzie obŜera się Dwór?
 Czy Oko rozświetla sen króla?
 Czy nadchodzi Prorok, Ŝeby wytłumaczyć sen?
 Czy Śmierć przywołana pojawia się w regionach, gdzie odŜywają moŜności?
 Czy Duch rozbija Materię u stóp mistycznej drabiny Siedmiu Światów Duchowych, 
co zetknęły się w przestrzeni, objawiając się kaskadami świetlistych fal, które 
spływają po stopniach Niebios?
 Choćby najgłębszym było Objawienie wewnętrzne, choćby najbardziej widomym było 
Objawienie zewnętrzne - juŜ następnego dnia Balaam wątpi o swojej oślicy i o 
sobie; Baltazar i Faraon rozkazują komentować Słowo dwóm Wizjonerom, MojŜeszowi 
i Danielowi.
 Duch się pojawia, unosi człowieka ponad ziemię, otwiera dlań morze, ukazując mu
jego dno, pokazuje mu zaginione gatunki, wskrzesza je z zeschniętych kości, 
które pyłem zalegają wielką dolinę: Apostoł pisze Apokalipsę!
 W dwadzieścia stuleci potem wiedza ludzka potwierdza słowa apostoła i 
przekształca jego obrazy w aksjomaty.
 CóŜ z tego!
 Masy Ŝyją nadal tak, jak Ŝyły wczoraj, jak Ŝyły za pierwszej olimpiady, jak 
Ŝyły po pierwszym dniu stworzenia albo w przeddzień wielkiego kataklizmu.
 Zwątpienie pokrywa wszystko swoimi falami.
 Te same fale uderzają tym samym ruchem granit ludzki, który słuŜy za słupy 
graniczne oceanowi inteligencji.
 Zastanowiwszy się, czy widział to, co był widział, czy słyszał dobrze słowa juŜ
wypowiedziane, czy fakt był faktem, czy idea była ideą, człowiek wraca do swojej
postawy, myśli o swoich interesach, okazuje posłuszeństwo jakiemuś tam 
parobkowi, który zdąŜa w ślad za Śmiercią, zapomnieniem, a swoją czarną peleryną
nakrywa dawną Ludzkość, której nowa nie zachowała wcale w pamięci.
 Człowiek nie zaprzestaje kroczyć, maszerować, wzrastać wegetatywnie aŜ do dnia,
w którym powali go Topór.
 Skoro ta potęga fali, ten wysoki napór gorzkich wód hamuje wszelki postęp, 
wyprzedza zapewne i śmierć.
 Wśród istot wyŜszych Duchy, przygotowane do wiary, dostrzegają - one tylko - 
mistyczną drabinę Jakuba.
 Wysłuchawszy odpowiedzi, w której Serafita, interpelowana tak serio, roztoczyła
obraz Bezmiaru BoŜego, przypominając organy, co dotknięte ręką mistrza 
wypełniają kościół swoim rykiem i objawiają wszechświat muzyczny, oblewając 
swoimi powaŜnymi tony najbardziej niedosięŜne stropy, igrając niby światło wśród
najdelikatniejszych kwiatów kapiteli - Wilfryd wrócił do domu, strwoŜony 
widokiem świata w ruinach, na których jaśniały tajemnicze blaski, wyczarowywane 
w bujnej obfitości palcami tej dziewczyny.
 Następnego dnia myślał o tym jeszcze, ale nacichła w nim trwoga; nie czuł się 

Strona 170

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

ani zdruzgotany, ani odmieniony; jego namiętne afekty i myśli zbudziły się 
świeŜe i pełne wigoru.
 Poszedłszy na obiad do pana Beckera, zastał go pochłoniętego lekturą "Traktatu 
o zaklęciach"; pastor przeglądał ową księgę juŜ od rana, pragnąc dodać ducha 
gościowi.
 Z dziecięcą naiwnością uczonego pozakładał stronice w tych miejscach, gdzie Jan
Wier przedstawia dowody autentyczne, wykazujące prawdopodobieństwo wypadków, 
jakie zaszły w przeddzień; dla uczonych bowiem idea stanowi ewenement, jak 
największe ewenementy są dla nich jedynie ideą.
 Przy piątej filiŜance herbaty, którą popijali obaj filozofowie, tajemniczy 
wieczór stał się czymś naturalnym.
 Prawdy niebiańskie przeobraziły się w hipotezy, mocniejsze lub słabsze i 
nadające się do badań.
 Serafita wydała im się dziewczyną mniej czy więcej elokwentną; naleŜało wziąć 
pod uwagę jej czarodziejski głos, urzekającą urodę, hipnotyzujące ruchy i 
wszelkie sztuczki oratorskie, dzięki którym aktor potrafi zamknąć w zdaniu świat
uczuć i myśli, chociaŜ w rzeczywistości zdanie to bywa często trywialne.
 - Ba!
 - powiedział zacny kapłan z filozoficznym grymasikiem w twarzy, smarując kromkę
chleba solonym masłem - klucz od tych pięknych zagadek jest pogrzebany na sześć 
stóp pod ziemią.
 - Niemniej - odparł Wilfryd cukrząc herbatę - nie pojmuję, skąd szesnastoletnia
dziewczyna moŜe wiedzieć tyle rzeczy, bo słowami swoimi zwarła wszystko, jak 
imadłem.
 - No to niech pan - rzekł na to pastor - przeczyta sobie historię pewnej 
Włoszki, która mając dwanaście lat mówiła czterdziestoma dwoma językami, zarówno
staroŜytnymi, jak nowoŜytnymi; albo historię owego mnicha, który węchem 
odgadywał cudze myśli!
 Istnieje u Jana Wiera, a takŜe w dwunastu innych traktatach, które dam panu do 
przeczytania, tysiąc dowodów przeciw jednemu.
 - Zgoda, drogi pastorze, ale dla mnie Serafita jest kobietą boską i gdybym mógł
ją posiąść...
 - Jest uosobieniem inteligencji - ozwał się sceptycznie pan Becker.
 Minęło kilka dni, śnieg w dolinach stopniał niepostrzeŜenie; zieleń lasów 
przebiła się, niby młoda trawa, przyroda norweska jęła się juŜ stroić na 
jednodniowe wesele.
 W owych jednak momentach, kiedy łagodne teraz powietrze pozwalało na spacery, 
Serafita trwała w swojej samotności.
 Uczucie Wilfryda wzmogło się podekscytowane sąsiedztwem ukochanej kobiety, 
która pokazać się nie chce.
 Kiedy owa niewypowiedziana istota przyjęła Minnę, Minna odkryła w niej 
spustoszenia poczynione ogniem wewnętrznym: głos Serafity brzmiał głucho, cera 
jęła Ŝółknąć; aŜ dotąd poeci porównywaliby jej bladość z białością diamentów - 
ostatnio jednak płeć Serafity miała blask topazów.
 - Widziała ją pani?
 - zagadnął Wilfryd, który wałęsając się wokół zamku szwedzkiego czekał na 
Minnę.
 - Stracimy go - odrzekła dziewczyna i oczy jej wypełniły się łzami.
 - Nie igraj ze mną, pani!
 - zawołał cudzoziemiec tłumiąc gniew, który rozpierał mu krtań.
 - MoŜesz kochać Serafitę tylko tak, jak jedna dziewczyna kocha drugą, nie 
moŜesz kochać jej miłością, jaką ona budzi we mnie.
 Nie wiesz, jak wielkie groziłoby ci niebezpieczeństwo, gdyby zazdrość moja 
słusznie została zaalarmowana.
 Dlaczego nie wolno mi jej odwiedzić?
 Czy to pani stwarzasz przeszkody?
 - Nie wiem - odrzekła Minna, spokojna z pozoru, ale zdjęta głęboką trwogą - 
jakim prawem sondujesz pan moje serce!
 Tak, kocham go - oznajmiła odnajdując odwagę swoich sentymentów, aby wyznać 
kult, jaki pielęgnowała w sercu.
 - Ale moja zazdrość, tak naturalna w miłości, nie lęka się tutaj nikogo.
 Niestety, zazdrosna jestem o utajony afekt, który go pochłania.
 Istnieją między nim a mną przestrzenie, których nie potrafiłabym przebyć.
 Rada byłabym wiedzieć, kto kocha go więcej, ktoś z gwiazd, czy ja, i które z 
nas poświęci się łacniej dla jego szczęścia?
 CzemuŜ nie byłoby mi wolno oświadczyć mojego afektu?
 W obliczu śmierci moŜemy wyznać, kogo wyróŜnia nasze serce, a Serafit umrze 
niebawem.

Strona 171

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 - Mylisz się, Minno, syrena, którą tak często pławiłem w swoich poŜądaniach i 
która leŜąc na sofie dozwalała zalotnie, bym się nią zachwycał, syrena 
wdzięczna, wątła i chorowita, nie jest młodym męŜczyzną.
 - Panie Wilfrydzie - skonfundowała się Minna - ten, którego potęŜne ramię 
powiodło mnie na Falberg, na ów soeler osłonięty Lodową Czapą - tu wskazała 
wysoki szczyt - nie jest równieŜ słabą dziewczyną.
 Ach, gdybyś pan słyszał, jak prorokował!
 Jego poezja była muzyką jego myśli.
 Dziewczyna nie dobyłaby z gardła głosu tak powaŜnego, który do głębi poruszał 
moją duszę.
 - Ale jaką pewność masz pani?...
 - zagadnął Wilfryd.
 - śadnej innej, prócz pewności mojego serca - odrzekła Minna pomieszana, 
pragnąc przerwać szybko cudzoziemcowi.
 - A ja - zawołał Wilfryd ogarniając Minnę przeraźliwym a morderczym spojrzeniem
rozkoszy i Ŝądzy - ja, który znam potęgę jej władzy nade mną, dowiodę pani, Ŝe 
się mylisz!
 W momencie, kiedy słowa cisnęły się Wilfrydowi na usta z takim wigorem, z jakim
myśl za myślą rodziła się w jego głowie, Serafita wyszła z zamku, a za nią 
podąŜał Dawid.
 Widok ten ostudził wrzącą w nim gorączkę.
 - Niech pani spojrzy - powiedział - tylko kobietę moŜe cechować ta miękkość 
ruchów i gracja.
 - On cierpi, po raz ostatni zaŜywa przechadzki - odparła Minna.
 Na znak dany przez panią, oddalił się Dawid.
 Wilfryd i Minna skierowali ku niej kroki.
 - Chodźmy do wodospadów na Sieg - zaproponowała owa istota, przejawiając jedną 
z zachcianek właściwych osobom chorym, które spełniamy skwapliwie.
 Lekka biała mgła przysłaniała doliny i góry nad fiordem - góry, których 
szczyty, roziskrzone niczym gwiazdy, ostro odbijały się w wodach, nadając im 
wygląd ruchomej Drogi Mlecznej.
 Poprzez te ziemskie dymy słońce przypominało kulę rozŜarzonego Ŝelaza.
 I choć ostatnie igraszki zimy nie zakończyły się jeszcze, ciepłe podmuchy 
nasycone zapachem brzóz ustrojonych juŜ w swoją złotawą gazę, przepojone 
aromatem modrzewi, co przywdziały juŜ swoje młode zielone czuby, bryza, 
rozgrzana kadzidłami i tchnieniami ziemi, świadczyły o nadejściu północnej 
wiosny, krótkotrwałego wesela najbardziej na świecie melancholijnej przyrody.
 Wiatr jął rozpraszać tę oponę mgieł, przez którą przezierał tu i ówdzie widok 
zatoki.
 Ptaki śpiewały.
 Kora drzew, na której słońce nie wysuszyło jeszcze dróŜek po szronie, co 
topniał teraz i ściekał szemrzącymi struŜkami, rozweselała krajobraz, przydając 
mu fantastyczne zjawy.
 Wszyscy troje przechadzali się w milczeniu po plaŜy.
 Ale tylko Wilfryd i Minna napawali się owym spektaklem czarownym dla nich, 
którym tak dokuczyła monotonia owego pejzaŜu zimą.
 Towarzysz ich kroczył w zadumie, jak gdyby z owego koncertu głosów usiłował 
wyłowić dźwięk jeden.
 Dotarli na krawędź głazów, spomiędzy których wypływał Sieg, u końca długiej 
alei obrzeŜonej starymi świerkami, alei krętej, wytyczonej w lesie biegiem 
potoku, nakrytej gałęźmi tworzącymi strzeliste ostrołuki niby w katedrze.
 Stąd roztaczał się widok na cały fiord, morze iskrzyło się na horyzoncie niczym
stalowa klinga.
 W tym momencie rozwiał się tuman, odsłaniając błękit nieba.
 Wszędzie w dolinach, wokół drzew, fruwały jeszcze roziskrzone drobiny, pył 
diamentowy, wymiatany chłodną bryzą, wspaniałe klejnociki kropel zawieszone na 
końcach piętrzących się gałęzi.
 Pod ich stopami płynął potok.
 Z wód jego unosił się opar ubarwiony wszelkimi odcieniami światła słonecznego, 
którego promienie rozszczepiały się w nich zarysowując siedmiobarwne wstęgi, 
dobywając ognie z tysięcy pryzmatów o kontrastujących refleksach.
 Ów bulwar naturalny był wysłany kilkoma gatunkami porostów, piękną tkaniną 
wilgotną, a dzięki temu mieniącą się jak mora, podobną wspaniałej materii 
jedwabnej.
 Wrzosy juŜ kwitnące wieńczyły granie, układając się we wdzięczne i kapryśne 
girlandy.
 Kołysały się listowia, zwieszając nad wodą długie swoje sploty, zwabione jej 
chłodem; modrzewie poruszały koronkami pieszcząc sosny, nieruchome niby 

Strona 172

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

zafrasowani starcy.
 Ów strój arcybujny kontrastował jednak i z powagą sędziwych kolumnad borów 
spiętrzonych tarasami na górach, i z rozległą taflą fiordu rozpościerającą się u
stóp trojga widzów, taflą, w której potok zatapiał swoją wściekłość.
 Na koniec morze ujmowało ramą tę kartę napisaną przez największego z poetów, ów
przypadek, jaki zawdzięczamy chaosowi stworzenia, na pozór zostawionego samemu 
sobie.
 Jarvis było punktem zagubionym w tym pejzaŜu, w tych bezmiarach podniosłych jak
wszystko, co Ŝyjąc Ŝyciem efemerycznym tylko, roztacza nietrwały obraz 
doskonałości; albowiem, na mocy prawa nieuchronnego tylko w naszych oczach, 
twory, zdawałoby się, doskonałe, owa miłość naszych serc i spojrzeń, znają na 
tej ziemi jedynie wiosnę.
 Stojąc na szczycie skały trzy te istoty mogły z pewnością uznać się za jedyne 
na świecie.
 - Cudowne!
 - zawołał Wilfryd.
 - Przyroda ma swoje hymny - rzekła Serafita.
 - Rozkoszna jest ta muzyka.
 Przyznaj, Wilfrydzie, Ŝe Ŝadna z kobiet, które znałeś, nie mogłaby sobie 
stworzyć tak wspaniałej pustelni.
 Doznaję tutaj uczucia rzadko kiedy inspirowanego widokiem miast, uczucia, które
potrafiłoby mnie skłonić, bym na zawsze połoŜyła się w tych trawach, tak szybko 
wyrosłych.
 Tu, z oczyma utkwionymi w niebie, z sercem otwartym, zagubiona w łonie 
bezmiaru, usłyszałabym oddech kwiatu, co wyzwoliwszy się zaledwie ze swojej 
natury pierwotnej, rad byłby pobiegać, usłyszałabym zawołania eidera, co 
zniecierpliwiony, Ŝe ma jeszcze tylko skrzydła, przypomniałby mi o poŜądaniach 
człowieka, który odziedziczył je po wszystkich tworach, bo i eider poŜąda takŜe!
 Ale to, Wilfrydzie, to tylko poezja kobiety!
 Dostrzegasz rozkoszną myśl w tej przydymionej płynnej przestrzeni, w tych 
zasłonach haftowanych, między którymi przyroda igra niby zalotna oblubienica, w 
tej aurze, którą perfumuje zielone włosy na swój hymen.
 Czy chciałbyś w tej gazie oparów ujrzeć kształt najady?
 Bo według ciebie winnam wsłuchać się w samczy głos Potoku.
 - Czy miłość nie jest niby pszczoła w kielichu kwiatu?
 - odparł Wilfryd, co po raz pierwszy dostrzegłszy u niej ślad sentymentów 
ziemskich, uznał, Ŝe pora wyrazić swoją wrzącą miłość.
 - Więc nie dałeś za wygraną?
 - uśmiechnęła się Serafita, którą Minna pozostawiła samą.
 Dziewczyna wspinała się na skałę, gdzie dostrzegła błękitny rozchodnik.
 - Nie dałem i nie dam - odparł Wilfryd.
 - Posłuchaj mnie, pani - mówił ogarniając ją władczym spojrzeniem, które 
natrafiło jakby na diamentową zbroję - nie wiesz, kim jestem, co mogę i czego 
chcę.
 Nie odrzucaj mojej ostatniej prośby!
 Zostań moją dla szczęśliwości świata, którą nosisz w sercu!
 Zostań moją, abym miał czyste sumienie, aby głos niebiański dźwięczał w moim 
uchu, kierując mnie na drogę dobra w wielkim przedsięwzięciu, które zrealizować 
postanowiłem, inspirowany nienawiścią do narodów, ale które obróciłbym ku ich 
korzyści, gdybyś była mi towarzyszką!
 Czy potrafiłabyś wyznaczyć miłości posłannictwo piękniejsze?
 CzyŜ kobieta mogłaby marzyć o piękniejszej roli?
 Przybyłem w te strony, obmyślając plan wielki...
 - I poświęcisz tę wielkość - rzekła - dla dziewczyny nader prostej, którą 
pokochasz, a która wprowadzi cię na spokojną drogę.
 - Nic to!
 Pragnę tylko ciebie!
 - zawołał podejmując swój dyskurs.
 - Dowiedz się o mojej tajemnicy.
 Zwędrowałem całą Północ, ten wielki warsztat, gdzie wykuwają się nowe rasy i 
rozpleniają się na całej ziemi, podobne ludzkim strugom mającym za cel odświeŜyć
stare cywilizacje Zamierzałem rozpocząć swoje dzieło w jednym z owych punktów, 
zdobyć inteligencją i siłą władzę absolutną nad pospólstwem, wyćwiczyć je do 
boju, wzniecić wojnę, rozszerzyć ją niby poŜar, poŜreć Europę, jednym obiecując 
wolność, drugim - rabunek, temu przyrzekając sławę, tamtemu - uciechy; ale sam 
pozostałbym niby symbol Przeznaczenia, okrutny i nieubłagany, przeciągając jak 
burza, co przyswaja sobie z atmosfery wszelkie cząsteczki, które składają się na
piorun, a syciłbym się ludźmi, niczym zachłanna plaga.

Strona 173

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 I tak zawojowałbym Europę, znalazła się ona bowiem w czasach, kiedy wszyscy 
czekają na nowego Mesjasza, który ma spustoszyć świat, aby odrodziły się 
społeczeństwa.
 Europa uwierzy juŜ tylko w tego, kto zmiaŜdŜy ją pod stopami.
 Pewnego dnia poeci, historycy usprawiedliwiliby moje Ŝycie, obdarzyli mnie 
wielkością, odziali w ideologię, mnie, dla którego ów monstrualny Ŝart, wypisany
krwią, byłby tylko zemstą.
 Ale, droga Serafito, moje obserwacje zniechęciły mnie do Północy, siła jest tu 
nazbyt ślepa, poŜądam Indyj!
 Pociąga mnie bardziej pojedynek z rządem samolubnym, tchórzliwym i przekupnym.
 Poza tym łatwiej poruszyć imaginację ludów osiadłych u stóp Kaukazu aniŜeli 
przekonać umysły w tych oto mroźnych krajach.
 Kusi mnie więc, Ŝeby przeprawić się przez rosyjskie stepy, dotrzeć do granic 
Azji, zalać ją moją zwycięską ludzką powodzią aŜ po Ganges i tam obalić 
angielską potęgę.
 Siedmiu ludzi w róŜnych epokach urzeczywistniało juŜ ten plan.
 Odrodzę Sztukę, jak uczynili to Saraceni, których Mahomet rzucił na Europę.
 Nie będę królem małostkowym, jak ci, którzy władają dziś dawnymi prowincjami 
imperium rzymskiego, kłócąc się z poddanymi o prawo ceł.
 Nie, nic nie powstrzyma piorunu moich spojrzeń ani burzy słów moich!
 Moje stopy zdepczą trzecią część globu, jak zdeptały stopy DŜingis-chana; moja 
ręka zagarnie Azję, jak zagarnęła ją ręka AurengZeba.
 * AurengZeb (Aurangzeb, 1618—1707) — cesarz Indii z dynastii Wielkich Mogołów, 
władca wybitny, lecz fanatyczny muzułmanin.
Bądź mi towarzyszką, zasiądź na tronie, o biała i piękna postaci!
 Nigdy nie wątpiłem o sukcesie, ale kiedy zagościsz w moim sercu, będę go 
pewien!
 - Sprawowałam juŜ władzę - odrzekła Serafita.
 Słowa te były jak cios topora, którym wprawny drwal powala za jednym zamachem 
młode drzewo.
 Tylko męŜczyzna moŜe wiedzieć, jaką wściekłość kobieta potrafi wzniecić w jego 
duszy - kiedy on pragnie ukazać owej ukochanej kobiecie swoją siłę lub władzę, 
inteligencję lub nieprzeciętność, kapryśnica zaś pochyla głowę i powiada: "To 
fraszka"!
, albo kiedy znudzona uśmiecha się i mówi: "Wiem, wiem!"...
 - i kiedy siła dla niej jest małością.
 - Jak to!
 - wykrzyknął Wilfryd z desperacją w głosie - bogactwa sztuk pięknych, bogactwa 
światów, świetności dworu...
 Przerwała mu jednym lekkim grymasem warg i rzekła: - Osoby potęŜniejsze niŜ pan
ofiarowywały mi więcej.
 - A więc nie masz duszy, skoro nie urzekły cię perspektywy pocieszenia 
wielkiego człowieka, który poświęciłby dla ciebie wszystko, Ŝeby Ŝyć z tobą w 
domeczku nad jeziorem!
 - AleŜ - odparła - jestem kochana miłością nie znajdującą granic.
 - Przez kogo?
 - wykrzyknął Wilfryd i ogarnięty szaleństwem przyskoczył do Serafity, by 
strącić ją w spienione wodospady Sieg.
 Spojrzała na niego, opuścił ręce; wskazała mu Minnę, co biegła ku nim biała i 
zaróŜowiona, śliczna niby kwiaty, które trzymała w dłoni.
 - Dziecko!
 - rzekł Serafit idąc jej na spotkanie.
 Wilfryd pozostał na szczycie skały, nieruchomy jak posąg, zatopiony w myślach, 
rad popłynąć nurtem Sieg, niby jedno ze zwalonych drzew, co przepływały mu przed
oczyma i nikły w głębinach zatoki.
 - Zerwałam je dla ciebie - rzekła Minna podając bukiet swojej umiłowanej 
istocie.
 - Jeden z nich, o ten - mówiła pokazując kwiat - jest podobny do tego, który 
znaleźliśmy na Falbergu.
 Serafit popatrywał to na kwiaty, to znów na Minnę.
 - Czemu pytasz mnie o to?
 Czy wątpisz o mnie?
 - Nie - odparła dziewczyna.
 - Bezgraniczna jest moja ufność w ciebie.
 Jesteś dla mnie piękniejszy niŜ ta piękna przyroda, ale teŜ wydajesz mi się 
inteligentniejszy niŜ cała ludzkość.
 Kiedy ujrzałam cię, wydało mi się, Ŝe modlę się do Boga.
 Chciałabym...

Strona 174

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 - Czego byś chciała?
 - zagadnął Serafit rzucając spojrzenie, które objawiło dziewczynie 
rozdzielający ich bezmiar.
 - Cierpieć zamiast ciebie...
 "Oto najniebezpieczniejsze ze stworzeń - pomyślał Serafit.
 - Czy to myśl występna, Ŝe chciałbym ci przedstawić tę dziewczynę, o mój BoŜe"!
 - Czyś zapomniała juŜ, com ci mówił tam, wysoko?
 - zwrócił się do Minny, wskazując szczyt Lodowej Czapy.
 "Znów stał się okrutny" - pomyślała Minna drŜąc z lęku.
 Szum rzeki Sieg towarzyszył myślom tych trojga, którzy choć czas jakiś stali 
razem na skalnym występie, byli rozdzieleni przepaściami Świata Duchowego.
 - A więc naucz mnie, Seraficie - ozwała się Minna głosem srebrzystym jak perła 
i łagodnym jak drŜenie mimozy - naucz mnie, co winnam zrobić, Ŝeby przestać cię 
kochać?
 Bo któŜ by cię nie wielbił?
 Miłość to uwielbienie, które nie nuŜy się nigdy.
 - Biedne dziecię!
 - rzekł Serafit blednąc.
 - Tak moŜna kochać tylko jedną istotę.
 - Kogo?
 - zagadnęła Minna.
 - Dowiesz się - odparł słabym głosem człowieka, który układa się, Ŝeby umrzeć.
 - Na pomoc, umiera!
 - zawołała Minna.
 Nadbiegł Wilfryd, a na widok tej istoty spoczywającej z gracją na głazie, na 
który czas rzucił aksamitny płaszcz z porostów lśniących i płowych mchów, 
płaszcz mieniący się w promieniach słońca jak atłas, powiedział: - Jaka ona 
piękna!
 - Oto ostatnie spojrzenie, jakim zdołam ogarnąć tę tworzącą przyrodę - rzekła 
zbierając siły, Ŝeby powstać.
 Przesunęła się na krawędź skały, skąd mogła objąć wzrokiem ukwiecone, 
zieleniejące, Ŝywe szczegóły tego rozległego i wspaniałego krajobrazu, który 
niedawno jeszcze spowijała tunika śniegu.
 - śegnajcie - powiedziała - parzące ognisko miłości, gdzie wszystko zdąŜa 
Ŝarliwie od środka ku krańcom, ognisko, którego krańce skupiają się niby włosy 
kobiece, aby spleść się w warkocz nieznany, łączący cię z eterem niewidzialnym, 
z myślą BoŜą!
 Czy widzicie tego, kto schylony nad bruzdą, którą zrasza potem, prostuje się na
moment, aby pytać niebo?
 Czy widzicie tę, która zwołuje dzieci, aby karmić je własnym mlekiem?
 Tego, kto wśród nawałności związuje liny?
 Tę, która siedzi w załomie skalnym, czekając na ojca?
 Czy widzicie tych, którzy wyciągają rękę, strawiwszy Ŝycie na niewdzięcznych 
pracach?
 Pokoju im wszystkim Ŝyczę i odwagi, i Ŝegnam wszystkich!
 Czy słyszycie krzyk Ŝołnierza umierającego samotnie, lament człowieka 
oszukanego, który zawodzi na pustyni?
 Wszystkim im Ŝyczę pokoju i odwagi, i Ŝegnam wszystkich.
 śegnam was, którzy umieracie dla królów ziemi.
 Ale Ŝegnam cię równieŜ, ludu bez ojczyzny; Ŝegnajcie, ziemie bez narodów, wy, 
co pragniecie się wzajem.
 śegnaj nade wszystko, Ty, który nie wiesz, gdzie skłonić głowę, szlachetny 
wygnańcze.
 śegnajcie, drogie, naiwne kobiety, włóczone za włosy, boście za bardzo kochały!
 śegnajcie, matki, które czuwacie przy konających synach!
 śegnajcie, świątobliwe, zranione kobiety!
 śegnajcie, Ubodzy!
 śegnajcie, Maluczcy!
 śegnajcie, Słabi i Cierpiący, wy, którym tak często współczułem w boleści.
 śegnajcie wy, co krąŜycie w sferze Instynktu, cierpiąc za bliźnich.
 śegnajcie, Ŝeglarze, co poszukujecie Wschodu poprzez gęsty mrok waszych 
abstrakcyj, rozległych jak pierwsze początki.
 śegnajcie, męczennicy myśli, wiedzeni przez nią ku prawdziwemu światłu.
 śegnajcie, kręgi uczonych, gdzie słyszę skargi zelŜonego geniusza, westchnienie
doktora zbyt późno oświeconego.
 Oto koncert anielski, wicher woni, kadzidło serca, którym tchną ci, co idą 
modląc się, pocieszając, rozprzestrzeniając światło BoŜe i balsam niebiański w 
duszach smutnych.

Strona 175

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Odwagi, chórze miłości!
 Was, do których ludy wołają: "Pocieszajcie nas i brońcie"!
, Ŝegnam, Ŝycząc wam odwagi!
 śegnaj, granicie, staniesz się kwiatem; Ŝegnaj, kwiecie, staniesz się gołębicą;
Ŝegnaj, gołębico, staniesz się kobietą; Ŝegnaj, kobieto, staniesz się 
cierpieniem; Ŝegnaj, męŜczyzno, staniesz się wiarą; Ŝegnajcie wy wszyscy, którzy
staniecie się miłością i modlitwą!
 ZnuŜywszy się śmiertelnie, owa nieodgadniona istota wsparła się po raz pierwszy
na ramionach Wilfryda i Minny, aby wrócić do domu.
 Wilfryda i Minnę przeniknął wtedy jakiś nieznany fluid.
 Zaledwie postąpili kilka kroków, wyrósł przed nimi zapłakany Dawid: - Ona jest 
umierająca!
 Dlaczego przyprowadziliście ją aŜ tutaj?
 - wołał z daleka.
 Starzec, odzyskawszy siły młodzieńcze, porwał Serafitę i niosąc ją na rękach 
pomknął aŜ do bram zamku szwedzkiego - niby orzeł unoszący białe jagnię do 
swojego gniazda.

 
 VI DROGA DO NIEBA.
 
 
 Następnego dnia potem, jak Serafita przeczuwając swój koniec poŜegnała się z 
Ziemią, niby więzień, który ogląda swój loch, nim opuści go na zawsze, cierpiała
bóle, co zmusiły ją do pozostania w kompletnym bezruchu - tak się dzieje, kiedy 
kogoś ostatecznie powali śmiertelna niemoc.
 Odwiedziwszy Serafitę, Wilfryd i Minna zastali ją leŜącą na futrzanej sofie.
 Okryta jeszcze ciałem, dusza jej promieniała poprzez ową zasłonę, czyniąc ją 
coraz bielszą.
 Postępy Ducha, który rozsadzał ostatnią zaporę dzielącą go od nieskończoności, 
nazwano chorobą, godzinę śycia nazwano godziną śmierci.
 Dawid płakał patrząc na cierpienia swojej pani, nie chcąc słyszeć od niej 
Ŝadnych słów pociechy: starzec był nierozsądny jak dziecko.
 Pan Becker chciał, Ŝeby Serafita się kurowała, ale kaŜda kuracja okazałaby się 
tu daremną.
 W pewnym momencie wezwała obie umiłowane przez nią osoby, oznajmiając im, Ŝe 
dzień ów jest ostatni z jej złych dni.
 Wilfryda i Minnę zdjął lęk: wiedzieli, Ŝe ją utracą na zawsze.
 Serafita uśmiechnęła się do nich tak, jak uśmiechają się ci, którzy przenoszą 
się do lepszego świata, skłoniła głowę niby kwiat, co nazbyt obarczony rosą 
ukazuje po raz ostatni swój kielich i oddaje aurze ostatnie swoje wonie; 
spoglądała na nich z melancholią, którą oboje w niej budzili, nie myślała juŜ o 
sobie - oni zaś czuli się bezsilni, by wyrazić swoją boleść pomieszaną z 
wdzięcznością.
 Wilfryd stał milczący, nieruchomy, zatopiony w kontemplacji wywołanej sprawami,
których zasięg pozwala nam zrozumieć bezmiary najwyŜsze.
 Ośmielona słabością owej istoty tak potęŜnej, a moŜe zdjęta trwogą, Ŝe utraci 
ją na zawsze, Minna pochyliła się nad chorym, mówiąc: - Pozwól, Seraficie, abym 
podąŜyła za tobą.
 - CzyŜ mogę ci tego zabronić?
 - Ale czemu nie kochasz mnie na tyle, Ŝeby pozostać?
 - Nie potrafiłbym tutaj nie kochać.
 - CóŜ więc kochasz?
 - Niebo.
 - Czy jesteś godzien Nieba, gardząc aŜ tak bardzo tworami Boga?
 - Minno, czy podobna nam kochać dwie istoty naraz?
 Czy ukochany byłby ukochanym, gdyby nie wypełniał serca bez reszty?
 Czy nie powinien być pierwszym, ostatnim, jedynym?
 Czy ta, która wszystka jest miłością, nie rozstaje się ze światem dla swojego 
ukochanego?
 Cała jej rodzina staje się tylko wspomnieniem, pozostaje dla niej krewniak 
jedyny, On!
 Dusza jej nie naleŜy juŜ do niej, ale do Niego!
 Jeśli zachowa w sobie coś, co nie naleŜałoby do Niego, nie kocha; nie, nie 
kocha!
 Czy kochać słabo - to kochać?
 Słowo kochanka odmienia kochankę w radość i przelewa się w jej Ŝyły purpurą 
czerwieńszą niŜ krew; jego spojrzenie to światło, które ją przenika: ona 

Strona 176

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

rozpływa się w Nim; tam, gdzie On jest, wszystko jest piękne.
 On jest ciepłem dla duszy i On rozświetla wszystko; przy Nim nie masz nigdy 
zimna ani nocy.
 Nie jest nigdy nieobecny, jest zawsze w nas, myślimy w Nim, o Nim i dla Niego.
 Oto, Minno, jak kocham.
 - Kogo?
 - zawołała Minna trawiona piekącą zazdrością.
 - Boga!
 - odrzekł Serafit i głos jego rozgorzał w duszach, niczym ogień wolności 
przenoszony ze szczytu na szczyt górski.
 - Boga, który nie zdradza nas nigdy!
 Boga, który nie opuszcza nas i spełnia wciąŜ nasze pragnienia, Boga, który - On
jeden - moŜe stale sycić swoje stworzenie radością nieskończoną i przeczystą!
 Boga, który nie nuŜy się nigdy i zawsze się uśmiecha!
 Boga, który odmawiając się wciąŜ, rzuca w duszę swoje skarby, Boga, który 
oczyszcza i nie ma w sobie nic goryczy, Boga, który wszystek jest harmonią i 
płomieniem!
 Boga, który zasiewa się w nas, by rozkwitnąć, Boga, który wysłuchuje wszelkich 
próśb naszych, Boga, który nie rozlicza się z nami, kiedy z Nim jesteśmy, ale 
oddaje się cały; Boga, który zachwyca nas, wzbogaca, pomnaŜa w sobie; dość 
powiedzieć: BOGA!
 Minno, kocham cię, moŜesz bowiem naleŜeć do Niego!
 Kocham cię, jeśli bowiem przyjdziesz do Niego, będziesz moją.
 - A więc poprowadź mnie - odrzekła klękając.
 - Weź mnie za rękę, nie chcę rozstać się z tobą juŜ nigdy.
 - Poprowadzisz nas, Serafito?
 - zawołał Wilfryd przyłączając się z zapałem do Minny.
 - Tak, nareszcie obudziłaś we mnie głód Światła i głód Słowa; łaknę miłości, 
którą wlałaś mi w serce, w swojej duszy zachowam twoją; posiej mi w duszy swoją 
wolę, a uczynię, co rozkaŜesz.
 Skoro nie mogę cię zdobyć, pragnę zachować wszelkie uczucia, jakie zaszczepisz 
we mnie!
 Skoro nie mogę połączyć się z tobą dzięki jedynie mojej sile, nie rozłączę się 
z tobą jak ogień, który wszystko poŜera.
 Przemów!
 - Aniele - zawołała niepojęta istota ogarniając oboje spojrzeniem niby 
lazurowym płaszczem - Aniele, niebo dziedzictwem twoim będzie!
 Po tych słowach zaległo między nimi uroczyste milczenie, które w duszach 
Wilfryda i Minny zabrzmiało rezonansem muzyki niebiańskiej.
 - Skoro chcecie, Ŝeby stopy wasze oswoiły się z drogą wiodącą do nieba, musicie
wiedzieć, Ŝe początek jej trudny - ozwała się owa boleściwa dusza.
 - Bóg Ŝąda, aby go szukano dla niego samego.
 W tym względzie jest zaborczy, pragnie całego człowieka; ale kiedy powierzysz 
mu się, nie opuści cię juŜ nigdy.
 Zostawię wam klucze od królestwa, gdzie jarzy się jego światło, gdzie będziecie
zawsze w łonie Ojca, w sercu MałŜonka.
 śadne straŜe nie wzbraniają tam przystępu, moŜecie wejść od kaŜdej strony; nikt
nie pilnuje pałacu Boga, Jego skarbów i berła; powiedział wszystkim: Bierzcie 
je!
 Ale trzeba chcieć tam pójść.
 I jak wybierając się w podróŜ, musicie porzucić dom i projekty, poŜegnać 
przyjaciół, rodziców, siostrę, a nawet najmłodszego z braci, który kwili, 
poŜegnać na wieki, nie powrócicie juŜ bowiem, jak męczennicy idący na stos nie 
wracają do domu; na koniec musicie wyrzec się uczuć i rzeczy, na których zaleŜy 
ludziom, gdyŜ inaczej nie poświęcicie się w całości waszemu zamysłowi.
 Uczyńcie dla Boga to, co czynicie dla waszych ambitnych zamiarów, to, co 
czynicie poświęcając się sztukom pięknym, to, co uczyniliście juŜ miłując świat 
ziemski nad Niego albo kiedy tropiliście jakiś sekret naukowy.
 CzyŜ Bóg nie jest samą nauką, samą miłością i źródłem wszelkiej poezji?
 Czy Jego skarb nie moŜe pobudzić chciwości?
 A Jego skarb jest nieprzebrany, poezja - nieskończona, miłość - niezmienna, a 
wiedza - nieomylna i pozbawiona tajemnic!
 Porzućcie więc wszelkie przywiązania, da wam wszystko.
 Tak, odkryjecie w Jego sercu dobra nie dające się porównać z tymi, które 
utracicie na ziemi.
 To, co wam mówię, jest pewne: osiągniecie Jego potęgę i będziecie korzystać z 
niej, jak postępujecie z kochankiem albo kochanką.
 Niestety, większość ludzi wątpi, brak jej wiary, woli, wytrwałości.

Strona 177

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Niektórzy, co wyruszyli juŜ w drogę, wnet zaczynają się oglądać za siebie i 
zawracają.
 Niewielu potrafi wybrać między tymi dwiema ekstremami: albo zostać - albo 
odejść, albo błoto - albo niebo.
 KaŜdy się waha.
 Słabość zapoczątkowuje dezorientację, namiętność wciąga na złą drogę, występek,
stając się nawykiem, wpycha w jej błoto, i człowiek nie zbliŜa się ku lepszej 
kondycji.
 Wszyscy przeŜywają pierwsze Ŝycie w sferze Instynktów, gdzie wśród znoju 
przekonywują się o bezuŜyteczności skarbów ziemskich, które nagromadzili w pocie
czoła.
 IleŜ razy człowiek Ŝyje na tym pierwszym ze światów, zanim opuści go 
przygotowany do rozpoczęcia prób następnych w sferze Abstrakcyj, gdzie myśl 
ćwiczy się w naukach fałszywych i gdzie duch nuŜy się wreszcie ludzkimi słowy; 
bo kiedy wyczerpie się Materia, pojawia się Duch.
 IleŜ form zmarnowała istota przyrzeczona niebu, zanim pojęła wartość milczenia 
i samotności, której rozgwieŜdŜone stepy są przedsionkiem Światów Duchowych!
 Po doświadczeniach z próŜnią i nicością, oczy jej zwracają się ku dobrej 
drodze.
 Wtedy musi przejść przez inne egzystencje, zanim wstąpi na ścieŜkę, gdzie 
błyszczy światło.
 Śmierć to postój w tym wojaŜu.
 Doświadczenia przybierają wtedy kierunek odwrotny: trzeba często całego Ŝycia, 
Ŝeby uzyskać zalety będące przeciwieństwem wad, które cechowały człowieka w 
Ŝyciu poprzednim.
 Tak więc najpierw pojawia się Ŝycie pełne cierpień, owe zaś udręki budzą w nas 
głód miłości.
 Następnie pojawia się Ŝycie, w którym kochamy, ofiarowując się zaś stworzeniu, 
uczymy się ofiarowywać Stwórcy, a Ŝycie to znamionują cnoty miłowania, róŜnoraki
kształt męczeństwa, anielska nadzieja, radości - a po nich zgryzoty, 
cierpliwość, wyrzeczenie, i wszystko to pobudza w nas aspirację do rzeczy 
Boskich.
 Po nim pojawia się Ŝycie, wśród którego szukamy w milczeniu śladów Słowa, a w 
Ŝyciu tym stajemy się pokorni i miłosierni.
 Następuje Ŝycie, w którym poŜądamy.
 Na koniec - Ŝycie w modlitwie.
 W nim jest wieczne południe, w nim kwiaty i Ŝniwo!
 Przymioty nabyte i rozwijające się w nas powoli, stanowią niewidzialną więź 
między poszczególnymi eristers, więź, o której pamięta jedynie dusza, materia 
jest bowiem niezdolna do wspomnień o jakichkolwiek sprawach duchowych.
 Myśl tylko przekazuje nam czasy minione.
 Ta wieczysta scheda, przechodząca z przeszłości na przyszłość, stanowi sekret 
ludzkich geniuszów: jedne posiadają dar Form, drugie - dar Liczb, jeszcze inne -
dar Harmonii.
 To postęp na drodze światłości.
 Tak, ten, kto posiada jeden z owych darów, styka się w danym punkcie z 
nieskończonością.
 Słowo, którego wyjawiam wam tutaj kilka wyrazów, ziemia rozdrobniła, obróciła w
proch i zasiała w swoich dziełach, naukach i poezjach.
 Skoro jakieś nieuchwytne nasiono roztacza swój blask w dziele, powiadacie: 
"Wielkie, prawdziwe, podniosłe"!
 Drobina ta wibrując w was, ekscytuje przeczucie nieba.
 W jednych czyni to poprzez chorobę odgradzającą nas od świata, u drugich 
poprzez samotność, która przybliŜa nas do Boga, u innych jeszcze poprzez poezję;
słowem - to wszystko, co pozwala wam skupić się w sobie, co was poraŜa i 
miaŜdŜy, wywyŜsza albo poniŜa, stanowi refleks Świata BoŜego.
 Jeśli człowiek wytyczy prosto pierwszą swoją ścieŜkę, wystarczy to, Ŝeby 
zapewnił sobie następne: jedna myśl pogłębiona, głos usłyszany, cierpienie 
dotkliwe, jedno echo, jakie słowo w was napotka, odmieni raz na zawsze waszą 
duszę.
 Wszystko zmierza do Boga, istnieje więc mnóstwo szans, Ŝe odnajdziecie Go idąc 
prosto przed siebie.
 "Kiedy nadejdzie ów dzień szczęśliwy, w którym stawiacie pierwszy krok na 
drodze, gdzie zaczyna się wasza pielgrzymka, ziemia nic o tym nie wie, przestaje
was rozumieć, przestajecie się równieŜ porozumiewać między sobą, ziemia 
utoŜsamia się z wami.
 Ludzie, którzy osiągają poznanie tych spraw i powiadają juŜ coś niecoś o Słowie
prawdziwym, ludzie ci nie znajdują miejsca na świecie, są tropieni jak dzikie 

Strona 178

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

zwierzęta i często giną na szafocie ku wielkiej radości zgromadzonych ludów, a 
tymczasem Aniołowie otwierają przed nimi bramę nieba.
 Wasze losy stanowić zatem będą tajemnicę między wami a Bogiem, jak miłość jest 
tajemnicą między dwoma sercami.
 Będziecie skarbem zakopanym, po którym depczą ludzie poŜądający złota, nie 
wiedząc, Ŝe tam jesteście.
 Wasza egzystencja stanie się wtedy wciąŜ aktywna; kaŜdy z waszych czynów będzie
miał sens odnoszący się do Boga, jak w miłości wasze uczynki i myśli są 
przepełnione kochanką albo kochankiem; lecz miłość i jej radości, miłość i jej 
rozkosze, ograniczone zmysłami, to tylko obraz niedoskonały miłości 
nieskończonej, jaka łączy was z oblubieńcem Boskim.
 Za wszelką radością ziemską podąŜają niepokoje i niedosyty; aŜeby miłość obyła 
się bez niesmaku, musi zakończyć ją śmierć wśród najwyŜszych wzlotów jej 
płomienia, wtedy bowiem nie dowiecie się, co to popioły; ale tutaj Bóg 
przeobraŜa nasze nędze w rozkosze, radość pomnaŜa się wtedy sama przez się, 
wzrasta i nie zna kresu.
 Tak więc w Ŝyciu Ziemskim miłość przemijająca kończy się ustawicznymi 
strapieniami; w Ŝyciu Duchowym za to utrapienia jednodniowe kończą się 
radościami bezbrzeŜnymi.
 Dusza wasza wciąŜ jest radosna.
 Czujecie Boga przy sobie i w sobie; nadaje kaŜdej rzeczy smak święty, 
promieniuje w duszy waszej, przepaja was słodyczą, odrywa was od ziemi dla was 
samych i przywodzi was do Siebie, pozwalając wam sprawować Swoją władzę.
 W Jego imieniu czynicie dzieła, do których was inspiruje: osuszacie łzy, 
działacie dla Niego, nie macie juŜ Ŝadnej własności, jak i On kochacie 
stworzenie miłością nigdy nie wygasającą; pragnęlibyście, aby wszystko zdąŜało 
ku Niemu, jak prawdziwa kochanka pragnęłaby ujrzeć wszystkie narody świata 
posłuszne swojemu kochankowi.
 Ostatnim Ŝyciem, streszczającym wszystkie Ŝycia poprzednie, Ŝyciem, w którym 
napinają się wszelkie siły, a którego zasługi winny przed istotą doskonałą 
otworzyć Święte Wrota, jest Ŝycie Modlitwy.
 Niech głos mój zagrzmi w sercach waszych i niech je odmieni!
 Stańcie się nagle tym, czym bylibyście po przebytych próbach!
 Istnieją twory uprzywilejowane, Prorocy, Wizjonerzy, Wysłannicy, Męczennicy, ci
wszyscy, którzy cierpieli dla Słowa i głosili je; dusze te przebywają w oka 
mgnieniu wszystkie kręgi ludzkie i wznoszą się raptownie do Modlitwy.
 Tak bywa z tymi, których trawi ogień Wiary.
 Bądźcie jedną z owych par odwaŜnych.
 Bóg toleruje śmiałość, lubi, Ŝeby brano go szturmem, nie odpycha nigdy nikogo, 
kto zdoła dotrzeć aŜ do niego.
 Wiedzcie o tym!
 Ŝądza, ten rwący strumień ludzkiej woli, jest w człowieku tak potęŜna, Ŝe za 
pomocą jednego wytrysku, wyrzuconego z siłą, wszystko uzyskać moŜna, pod naporem
Wiary wystarczy nieraz krzyk jeden.
 Bądźcie z tych istot pełnych siły, woli, miłości.
 Bądźcie zwycięzcami ziemi!
 Niech was chwyci pragnienie i głód Boga!
 Biegnijcie do niego, niby spragniony jeleń do źródła; śądza uzbroi was w 
skrzydła; łzy, te kwiaty Skruchy, będą niby chrzest niebiański, z którego natura
wasza wynurzy się oczyszczona.
 Wzbijcie się z łona tych fal w Modlitwę!
 Milczenie i medytacja są skutecznymi środkami na tej drodze.
 Bóg objawia się zawsze człowiekowi samotnemu i skupionemu.
 Tak dokona się konieczny rozbrat z Materią, która tak długo otaczała was swoimi
mroki, a Duch, co rodzi się w was i was oświeca, rozjaśni wtedy i dusze wasze.
 Wasze złamane serca zatoną wtedy w świetle.
 Przestaniecie wtedy rozumować, wszystko stanie się dla was olśniewającą 
oczywistością.
 Poeta wyraŜa, Mędrzec medytuje, Sprawiedliwy działa; ale ten, kto staje na 
granicy Światów BoŜych, pogrąŜa się w Modlitwie; i jego modły są słowem, myślą i
działaniem naraz!
 Tak, jego modlitwa obejmuje wszystko, zawiera wszystko, wydoskonala waszą 
naturę, ukazując wam ducha jej i progresję.
 Biała i świetlista córa wszystkich cnót ludzkich, arka przymierza między ziemią
a niebem, miła towarzyszka mająca w sobie coś i z lwa, i z gołębia, modlitwa da 
wam klucz niebios.
 Śmiała i czysta jak niewinność, silna jak wszystko, co jest niepodzielne i 
proste, ta Piękna Królowa niezwycięŜona wspiera się na świecie materialnym, 

Strona 179

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

zawładnęła nim; podobna bowiem słońcu, opasuje go kręgiem światłości.
 Świat naleŜy do tego, kto ma wolę, wiedzę i dar modlitwy, ale trzeba chcieć, 
wiedzieć i móc, słowem: posiadać siłę, mądrość i wiarę.
 JakoŜ modlitwa, rezultat prób tak wielu, jest spełnieniem się wszelkich prawd, 
wszelkich potęg i wszelkich uczuć.
 Owoc rozwoju pracowitego, progresywnego, nieprzerwanego wszelkich właściwości 
przyrodzonych, modlitwa, oŜywiona tchnieniem boŜym Słowa, oddziałuje magicznie i
stanowi najwyŜszy z kultów: ale nie jest ani kultem materialnym wyraŜającym się 
w obrazach, ani kultem duchowym wyraŜającym się w swoich formułach, stanowi kult
świata BoŜego.
 Nie odmawiamy juŜ pacierzy, modlitwa zapala się w nas, jest moŜnością, która 
działa sama z siebie; zdobyła ów charakter działania, który wynosi ją ponad 
formy, łączy wtedy duszę z Bogiem, z którym wy jednoczycie się, jak korzeń 
drzewa jednoczy się z ziemią; Ŝyły wasze wrastają w pierwiastek świata i Ŝyjecie
samym Ŝyciem ciał niebieskich.
 Modlitwa daje przekonanie zewnętrzne, za jej bowiem sprawą przenikacie Świat 
Materialny, spajając wszelkie wasze moŜności z substancjami elementarnymi; daje 
przekonanie wewnętrzne rozwijając waszą istność i kojarząc ją z istnością 
Światów Duchowych.
 Aby osiągnąć ów stopień modlitwy, musicie osiągnąć najpierw całkowite wyzucie z
ciała, uzyskać w ogniu tygli czystość diamentu, do tej bowiem komunii kompletnej
dochodzimy tylko poprzez absolutny spoczynek, uspokojenie wszelkich burz.
 Tak, modlitwa, prawdziwa dąŜność duszy całkowicie oddzielonej od ciała, porywa 
wszystkie siły, aby stale i uparcie kierować je ku zjednoczeniu Widzialnego z 
Niewidzialnym.
 Jeśli posiadacie zdolność modlenia się z niezmoŜoną wytrwałością, z miłością, 
siłą, przekonaniem, inteligencją, wasza natura uduchowiona posiądzie niebawem 
potęgę.
 Niby wicher albo piorun przedziera się przez wszystko i dzieli władzę z Bogiem.
 Nabywacie zwinności ducha; w jednej chwili stajecie się obecni, gdziekolwiek 
zechcecie, jesteście przenoszeni, jak Słowo, z jednego końca świata na drugi.
 Istnieje harmonia, a wy w niej uczestniczycie!
 Istnieje światłość, a wy ją widzicie!
 Istnieje melodia, a jej akordy są w was.
 W tym stanie będziecie odczuwać, jak wasza inteligencja rozwija się, wzrasta, 
sięgając nad podziw daleko: dla ducha nie masz w istocie ani czasu, ani 
przestrzeni.
 Przestrzeń i czas to wymiary stworzone dla materii, a materia i duch nie mają 
ze sobą nic wspólnego.
 Aczkolwiek rzeczy te dokonują się w milczeniu, bez niepokoju i ruchu 
zewnętrznego, wszystko tu jest działaniem, lecz w modłach, działaniem Ŝywym, 
wyzbytym ze wszelkiej substancjalności i zredukowanym do bycia, jak ruch Ciał 
Niebieskich, siła niewidzialna i czysta.
 Spływa wszędzie jak światło, daje Ŝycie duszom ogarniętym jej promieniami, jak 
Przyrodę ogarniają promienie słońca.
 Wskrzesza wszędzie cnotę, oczyszcza i uświęca wszelki akt, zaludnia pustkowie, 
daje przedsmak rozkoszy wiecznych.
 Jeśli raz jeden zakosztujecie ich w upojeniu boskim, zrodzonym przez wasze 
prace wewnętrzne, wszystko jest powiedziane!
 Jeśli raz ujmiecie sistrum, na którym będziecie opiewać Boga, nie rozstaniecie 
się z nim juŜ.
 Stąd wywodzi się samotność, w jakiej Ŝyją duchy Anielskie, oraz ich pogarda dla
tego, co stanowi radość ludzką.
 Powiadam wam, odcięte są od liczby tych, którzy mają umrzeć; rozumieją ich 
mowę, lecz nie pojmują juŜ ich myśli; dziwią się ich czynnościom, temu, co 
zowiemy polityką, prawem materialnym i społecznym; dla nich nie ma juŜ tajemnic,
dla nich istnieją tylko prawdy.
 Ci, którzy osiągnęli punkt, skąd ich wzrok odkrywa Wrota Święte, i którzy, ani 
razu nie obejrzawszy się wstecz i nie wyraŜając ani słowa Ŝalu, kontemplują 
gwiazdy i przenikają ich losy - ci milczą, czekają i cierpią ostatnie swoje 
walki; najtrudniejsza z nich jest ostatnia, najwyŜszą cnotą jest Wyrzeczenie: 
być banitą i znosić to bez skargi, nie tęsknić juŜ za rzeczami ziemskimi i 
uśmiechać się, być własnością Boga i pozostawać między ludźmi.
 Słyszycie głos, który woła: "Idź!
 Idź"!
 Często w niebiańskich wizjach zstępują Aniołowie i spowijają was swoimi śpiewy.
 Trzeba nie płacząc i nie szemrząc patrzeć, jak odfruwają potem do swych 
siedzib.

Strona 180

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Lamentować byłoby upadkiem.
 Rezygnacja to owoc, który dojrzewa u wrót nieba.
 Jak potęŜny i piękny jest spokojny uśmiech, jak czyste jest czoło człowieka, 
który zdobył się na wyrzeczenie!
 Promienne jest światło zdobiące mu czoło!
 Kto Ŝyje w jego aurze, staje się lepszy!
 Jego wzrok przenika, kruszy.
 Bardziej elokwentny poprzez swoje milczenie aniŜeli prorok przez dar słowa, 
tryumfuje samą swoją obecnością.
 NatęŜa ucha, niczym wierny pies czekający na pana.
 Silniejszy nad miłość, Ŝywszy nad nadzieję, większy nad wiarę, jest uroczą 
dziewczyną, która leŜąc na ziemi trzyma przez moment zdobytą palmę - i 
pozostawia ślad swojej stopy białej i wytwornej; a kiedy zniknie, zbiega się 
tłum ludzi i powiadają: "Patrzcie"!
 Bóg ustawił ją tam niby posąg, u którego stóp czołgają się Formy i Gatunki 
zwierzęcości, aby poznać swoją drogę.
 Chwilami prószy światłem emanującym z jej włosów, a oni widzą to; przemawia, a 
oni słyszą i powiadają między sobą: "Cud"!
 Często tryumfuje w imieniu Boga; ludzie strwoŜeni wypierają się jej, skazują ją
na śmierć; składa miecz i uśmiecha się na stosie, zbawiwszy uprzednio narody.
 IluŜ Aniołów, którym przebaczono, dostało się poprzez męczeństwo do nieba!
 Synaj, Golgota nie mają określonego miejsca; Anioł został ukrzyŜowany wszędzie,
we wszystkich kręgach.
 Westchnienia dochodzą zewsząd do Boga.
 Ziemia, gdzie przebywamy, to jeden z kłosów Ŝniwa, a ludzkość to jeden z 
gatunków na bezmiernym polu, gdzie załoŜono hodowlę kwiatów nieba.
 Na koniec, Bóg jest wszędzie toŜsamy ze sobą i zewsząd, dzięki modlitwie, łatwo
dotrzeć do niego.
 Wyrzekłszy te refleksje padające niczym z ust nowej Agar na pustyni, refleksje,
co znalazłszy się w duszy poruszyły ją niby strzały ognistych Słów Izajasza, owa
istota zamilkła nagle, Ŝeby zebrać sił ostatek.
 Wilfryd i Minna nie ośmielili się odezwać.
 Raptem On powstał, aŜeby umrzeć.
 - Duszo wszechrzeczy, o BoŜe mój, którego kocham dla ciebie samego!
 Ojcze i Sędzio, wysonduj Ŝarliwość, której miarą jest tylko nieskończona dobroć
twoja!
 Daj mi swoją substancję i moŜności, abym bardziej był twój!
 Zabierz mnie, abym nie był więcej sobą.
 Jeśli nie jestem dość oczyszczony, wrzuć mnie na powrót do tygla!
 Jeśli zostałem wykuty na kosę, uczyń ze mnie Lemiesz przynoszący chleb albo 
Miecz zwycięski!
 Obdarz mnie wspaniałym męczeństwem, wśród którego głosiłbym twoje słowo!
 Odepchnięty, będę błogosławił twoją sprawiedliwość.
 Skoro dzięki nadmiarowi miłości zyskujemy w moment jeden to, czego odmawia się 
pracującym cięŜko i wytrwale, porwij mnie na swoim ognistym wozie!
 Bądź błogosławiony, czymkolwiek byś mnie obdarzył, tryumfem albo nową boleścią!
 Ale przecieŜ cierpieć dla ciebie to równieŜ tryumf!
 Weź, uchwyć, wyrwij, unieś mnie!
 A jeśli zechcesz, odepchnij!
 Wielbię ciebie, który nie umiesz źle czynić!
 Ach!
- zawołał po chwili - pękają okowy.
 Duchy czyste, trzodo uświęcona, opuśćcie otchłań, wyfruńcie na powierzchnię fal
świetlistych!
 Wybiła godzina, stawcie się gromadnie!
 Śpiewajmy u wrót Sanktuarium, naszymi pieniami rozproszymy mgły ostatnie.
 Zjednoczmy brzmienia naszych głosów, aby powitać jutrzenkę Dnia Wiecznego!
 Oto świtanie Prawdziwej światłości.
 CzemuŜ nie mogę zabrać ze sobą przyjaciół moich?
 śegnaj, biedna ziemio, Ŝegnaj!

 
 VII WNIEBOWZIĘCIE.
 
 
 Ostatnich tych śpiewów nie wyraziło ani słowo, ani spojrzenie, ani gest, ani 
Ŝaden ze znaków, jakimi posługują się ludzie, aby komunikować sobie wzajem swoje
myśli: dusza mówiła tutaj do siebie; w momencie bowiem, kiedy Serafita 

Strona 181

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

odsłaniała się w prawdziwej swojej naturze, myśl jej nie była juŜ niewolnicą 
słów człowieczych.
 Wybuch ostatniej modlitwy zerwał więź.
 Niby biała gołębica, dusza jej spoczywała jeszcze chwilę na ciele, którego 
wyniszczone substancje miały się unicestwić.
 Tęsknota Duszy za niebem okazała się tak udzielająca, Ŝe Wilfryd i Minna 
dostrzegli Śmierć, ujrzawszy promienne iskry śycia.
 Padli na kolana, kiedy On zwrócił się ku swojemu wschodowi, i podzielili jego 
ekstazę.
 Bojaźń BoŜa, która stwarza człowieka po raz wtóry i obmywa go z błota, poŜarła 
ich serca.
 Oczy ich zamknęły się dla spraw Ziemi i otwarły się dla światłości Nieba.
 ChociaŜ ogarnięci naboŜnym drŜeniem, jak się to zdarzało paru Wizjonerom zwanym
wśród ludzi Prorokami, pozostali, jak i oni, w promieniach, gdzie DUCH roztaczał
swoją chwałę.
 Osłona cielesna, która aŜ do tej chwili ukrywała go przed ich oczyma, 
rozwiewała się niepostrzeŜenie, ukazując im boską substancję.
 Pozostali w półmroku Rodzącej się Jutrzenki, której delikatny blask oswajał ich
ze Światłem Prawdziwym i Słowem śywym, tak aby nie umarli od widoku i brzmienia.
 W tym stanie jęli pojmować niezmierzone róŜnice dzielące rzeczy Ziemskie od 
Niebiańskich.
 śYCIE, na którego krawędzi stali przytuleni do siebie, drŜący i pełni światła, 
jak dwoje dzieci chroniących się przed poŜarem, Ŝycie to nie dawało zmysłom 
Ŝadnych postrzeŜeń.
 Idee, jakie posłuŜyły im do podzielenia się wizjami, były wobec rzeczy 
dostrzeŜonych tym, czym powierzchowne wraŜenia człowieka mogą być dla jego 
duszy, materialną powłoką substancji boŜej.
 DUCH unosił się ponad nimi, otoczony aromatem dla węchu nieuchwytnym, muzyką 
nieuchwytną dla słuchu; tam, gdzie byli, nie istniały powierzchnie ani 
geometria, ani aura.
 Nie ośmielali się juŜ ani pytać, ani kontemplować; byli w mroku, jak bywamy pod
palącymi promieniami słońca tropików, nie ośmielając się podnieść głowy, Ŝeby 
nie oślepnąć.
 Wiedzieli, Ŝe są przy nim, nie mogąc sobie wytłumaczyć, jakim sposobem znaleźli
się niby we śnie na granicy Widzialnego i Niewidzialnego ani jakim sposobem nie 
widzą juŜ Widzialnego, a postrzegają Niewidzialne.
 Powiadali sobie: "Jeśli nas dotknie, umrzemy"!
 Ale DUCH był w nieskończoności, oni zaś nie wiedzieli, Ŝe ani przestrzeń, ani 
czas nie istnieją juŜ w nieskończoności i Ŝe dzielą ich od niego otchłanie, choć
na pozór są przy nim.
 Dusze ich nie były przystosowane w całości do poznania cech właściwych owemu 
śyciu; miały tylko zdolność postrzegania niejasną, proporcjonalną do ich 
słabości.
 To znaczy, gdyby rozbrzmiało SŁOWO śYWE, którego odległe dźwięki dotarłyby do 
ich uszu, a sens przeniknął w dusze, jak Ŝycie łączy się z ciałem, jeden akcent 
owego Słowa wchłonąłby oboje jak wir ognia porywa słomkę.
 Ujrzeli więc tylko to, co ich natura, wspierana siłą Ducha, dozwoliła im 
zobaczyć; usłyszeli jedynie to, co usłyszeć mogli.
 Mimo tych ograniczeń zadrŜeli, kiedy buchnął GŁOS duszy cierpiącej, śpiew 
DUCHA, który czekał na Ŝycie i błagał o nie krzykiem.
 Ów krzyk zmroził ich aŜ do szpiku kości.
 Duch stukał do WRÓT ŚWIĘTYCH.
 - Czego chcesz?
 - odpowiedział Chór, a pytanie to rozbrzmiało wśród planet.
 - Iść do Boga.
 - Czy zwycięŜyłeś ?
 - ZwycięŜyłem ciało wstrzemięźliwością, fałszywe słowo zwycięŜyłem milczeniem, 
fałszywą naukę zwycięŜyłem pokorą, pychę zwycięŜyłem miłosierdziem, ziemię 
zwycięŜyłem miłością, trybut mój spłaciłem cierpieniem, oczyściłem się płonąc w 
wierze, pragnąłem Ŝycia przez modlitwę: czekam wielbiąc, czekam z rezygnacją.
 Nie padła Ŝadna odpowiedź.
 - Bądź błogosławiony, o BoŜe!
 - odparł Duch, mniemając, Ŝe został odepchnięty.
 Łzy mu trysnęły i spadły rosą na dwoje klęczących świadków, którzy zadrŜeli 
przed sprawiedliwością Boga.
 Nagle zabrzmiały surmy Zwycięstwa, które odniósł ANIOŁ w tej ostatniej próbie, 
dźwięk ich rozszedłszy się echem w przestrzeniach napełnił je i wstrząsnął 
światem, a Wilfryd i Minna uczuli, Ŝe glob jest mały pod ich stopami.

Strona 182

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Zadygotali miotani dławiącym niepokojem, strwoŜyła ich bowiem tajemnica, która 
miała się spełnić.
 I rzeczywiście powstał wielki ruch, jak gdyby rozpoczęły marsz legiony wieczne,
układając się w spiralę.
 Wirowały globy podobne chmurom unoszonym przez wściekły wicher.
 Odbyło się to błyskawicznie.
 Nagle rozdarły się zasłony, Wilfryd i Minna ujrzeli w górze jakby gwiazdę bez 
porównania jaśniej błyszczącą od wszystkich gwiazd materialnych, która oderwała 
się, spadła niby piorun, iskrząc się wciąŜ jak błyskawica, a kiedy przelatywała,
bladło to, co aŜ do tej chwili uwaŜali za Światło.
 Był to Wysłannik zdąŜający z dobrą nowiną, wysłannik, którego kask był - miast 
pióropusza - zdobny w płomień Ŝycia.
 Pozostawiał za sobą bruzdy, co wypełniały się zaraz błyskami szczególnymi, 
przez które mknął.
 DzierŜył palmę i miecz, dotknął Ducha palmą.
 A Duch się przeobraził i rozwinął bezszelestnie białe skrzydła.
 Duch dotknięty Światłem przemienił się w SERAFINA, odzienie jego chwalebnego 
kształtu, zbroja niebiańska, tak błyszczało, rzucało tyle promieni, Ŝe blask ten
oślepił dwoje Wizjonerów.
 Jak trzej apostołowie, których oczom ukazał się Jezus, Wilfryd i Minna uczuli 
cięŜar własnych ciał, sprzeczny z kompletną i krystaliczną intuicją SŁOWA i 
śYCIA PRAWDZIWEGO.
 Pojęli nagość dusz swoich i mogli przekonać się o małej ich klarowności, 
porównując je z aureolą Serafina, w której znaleźli się niby haniebna plama.
 Zapragnęli Ŝarliwie pogrąŜyć się znowu w błocie świata, aby odcierpieć tam 
próby, dzięki którym mogliby wyrzec pewnego dnia zwycięsko u WRÓT ŚWIĘTYCH słowa
wypowiedziane przez promiennego Serafina.
 Ów Anioł ukląkł przed SANKTUARIUM, na które mógł wreszcie patrzeć wprost, i 
powiedział wskazując na nich: - Pozwól, aby ujrzeli więcej zawczasu, pokochają 
bowiem Pana i będą głosić jego słowo.
 Na tę prośbę opadła zasłona.
 MoŜe siła nieznana, ciąŜąca na dwojgu Wizjonerach, unicestwiła na chwilę formy 
ich cielesne, a moŜe wydobyła ducha ich na zewnątrz - dość, Ŝe uczuli w sobie 
jakby rozdział czystego od nieczystego.
 Łzy Serafina wzniosły się wokół nich pod postacią obłoku, co zasłonił przed 
nimi światy niŜsze, spowił oboje, uniósł, sprawił, Ŝe zapomnieli o znaczeniach 
ziemskich, i uŜyczył im potęgi rozumienia sensu rzeczy boskich.
 Ukazało się Światło Prawdziwe, oświeciło twory, co wydały im się jałowe, kiedy 
ujrzeli źródło, skąd światy Ziemskie, Duchowe i Boskie czerpią ruch.
 KaŜdy ze światów miał środek, do którego zmierzał kaŜdy punkt jego okręgu.
 Owe zaś światy były punktami zmierzającymi do środka swojego gatunku.
 KaŜdy gatunek miał swój środek w okolicy wielkich rejonów niebiańskich, które 
łączyły się z niewyczerpanym i płomiennym motorem wszystkiego, co jest.
 Tak więc od największego do najmniejszego ze światów i od najmniejszego ze 
światów aŜ do najmniejszej cząstki istot, które je tworzyły, wszystko było 
indywidualne, aczkolwiek wszystko było jednością.
 Jaki był plan tej istoty niezmiennej w swojej substancji oraz moŜnościach, 
która przekazywała je nie tracąc Ŝadnej, która przejawiała je na zewnątrz siebie
nie rozdzielając ich ze Sobą, która emanowała z Siebie wszelkie te twory 
niezmienne pod względem substancji, a zmienne pod względem formy?
 Dwoje biesiadników powołanych na tę ucztę mogło widzieć jedynie porządek i 
układ istot, podziwiając wytyczony im cel doraźny.
 Aniołowie tylko przekraczali tę granicę, znali środki i pojmowali cel.
 Ale to, co dwoje wybranych mogło kontemplować, to, z czego wynieśli 
doświadczenie, które dusze ich oświeciło na zawsze, stanowiło dowód działalności
Globów i Bytów, uświadomienie sobie wysiłku, z jakim zmierzają one do celu.
 Usłyszeli, jak rozmaite rejony Nieskończoności komponują melodię Ŝywą; ilekroć 
zaś akord dawał się odczuć jak bezmierne tchnienie, Globy porywane tym zgodnym 
ruchem kłoniły się ku Istocie bezmiernej, która ze swojego nieprzeniknionego 
środka emanowała wszystko i wszystko sprowadzała ku niemu.
 Ta nieustająca przemienność głosów i milczenia zdawała się być rytmem świętego 
hymnu, który rozbrzmiewając przechodził ze stulecia na stulecie.
 Wilfryd i Minna pojęli wtedy niektóre z tajemniczych słów Tego, kto na ziemi 
pojawił się kaŜdemu z nich pod formą dwojaką, Serafity i Serafita, formą, dzięki
której pojęli Go, przekonawszy się, Ŝe wszystko w niej było homogeniczne.
 Światło rodziło melodię, melodia rodziła światło, kolory były światłem i 
melodią, ruch był Liczbą wyposaŜoną w dar Słowa; na koniec wszystko tam było 
dźwięczne, przezroczyste i ruchome zarazem; skoro więc wszystkie rzeczy 

Strona 183

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

przenikały się wzajemnie, w przestrzeni nie było przeszkód i Aniołowie mogli ją 
przebywać w głębi nieskończoności.
 Poznali naiwność wiedzy ludzkiej, o której im powiadano.
 Był to dla nich widok bez linii horyzontu, przepaść, w której musieli się 
pogrąŜyć, trawieni zachłanną Ŝądzą; ale przykuci do swoich nędznych ciał, mieli 
Ŝądzę nie mając mocy.
 Serafin złoŜył lekko skrzydła, podrywając się do lotu; nie zwrócił się ku nim 
więcej: z Ziemią nie łączyło go juŜ nic.
 Poszybował; pióra jego swoim roziskrzonym ogromem osłoniły dwoje Wizjonerów 
niby dobroczynny cień, który pozwolił obojgu wznieść oczy i ujrzeć, jak ulatywał
w glorii, a towarzyszył mu radosny archanioł.
 Wzbił się jak promienne słońce, które wynurza się z łona fal; lecz bardziej niŜ
gwiazda majestatyczny i przeznaczony piękniejszym losom, nie miał zaznać więzi, 
jak twory niŜsze w Ŝyciu krąŜącym między początkiem a końcem; podąŜając linią 
nieskończoności, zmierzał nie zbaczając ku środkowi jedynemu, aŜeby tam pogrąŜyć
się w jego Ŝyciu wiecznym, otrzymać w swoich moŜnościach i substancji moc 
radowania się przez miłość i dar rozumienia przez mądrość.
 Obraz, co odsłonił się oczom dwojga Wizjonerów, przytłoczył ich swoim ogromem, 
poczuli się bowiem niby punkty, których małość moŜna porównać tylko do 
najdrobniejszego ułamka, jaki nieskończoność podzielności dozwala zrozumieć 
człowiekowi: małość porównana z nieskończonością Liczb, którą Bóg jeden moŜe 
ogarnąć, jak ogarnia siebie.
 JakieŜ poniŜenie i jaka wielkość w tych dwóch punktach będących Siłą i 
Miłością, które Serafin, powodując się najpierwszym ze swoich Ŝyczeń, umieścił 
niby dwa ogniwa, aŜeby połączyć bezmiar światów niŜszych z bezmiarem światów 
wyŜszych!
 Zrozumieli niewidzialne więzi, jakimi światy materialne łączą się z duchowymi.
 Wspominając szczytne wysiłki najpiękniejszych geniuszów ludzkich, znaleźli 
pierwiastek melodyj, wysłuchawszy śpiewów nieba, które dawały wraŜenie barw, 
zapachów, idaj, a przypominały w niezliczonych swoich szczegółach wszelkie 
stworzenie, jak śpiew ziemi oŜywia najnieuchwytniejsze wspomnienia o miłości.
 Nieopisana ekstaza ich dyspozycyj duchowych osiągnęła punkt nie dający się 
nazwać w ludzkim języku, zdołali więc przelotnym spojrzeniem ogarnąć Świat 
Boski.
 Odbywała się tam uroczystość.
 Miriady Aniołów nadfrunęły zgodnym lotem, w ordynku, wszystkie do siebie 
podobne i wszystkie od siebie odmienne, proste niby róŜe polne, nieprzebrane 
niby konstelacje.
 Wilfryd i Minna nie dostrzegli, Ŝeby przybywali albo się rozpraszali; 
zapłodnili raptem nieskończoność swoją obecnością, niby gwiazdy rozbłyskujące w 
subtelnym eterze.
 Diademy ich rozjarzyły się w przestrzeniach niczym niebiańskie ognie w 
momencie, kiedy poranek świta nad ziemskimi górami.
 Z włosów ich emanowały fale światła, ruchami swoimi wywoływali faliste drŜenia 
podobne falom fosforyzującego morza.
 Nasi Wizjonerzy ujrzeli Serafina, ciemną plamę wśród nieśmiertelnych legionów, 
których skrzydła były niczym ogromny pióropusz lasów kołysanych bryzą.
 I zaraz, jak gdyby wszystkie strzały pomknęły z kołczana, Duchy strąciły jednym
tchnieniem ślad jego dawnej formy; i w miarę jak Serafin wzbijał się w górę, 
stawał się coraz czystszy; a po chwili wydawał się im juŜ tylko delikatnym 
zarysem tego, co znali, zanim się przeistoczył: zamienił się w ogniste linie 
pozbawione cienia.
 Wzbijał się wciąŜ i w kaŜdym kręgu otrzymywał dar nowy; po czym znak wyboru 
przenosił się w krąg wyŜszy i tak wznosił się, wciąŜ oczyszczany.
 Nie milknął Ŝaden z głosów, hymn rozbrzmiewał bez ustanku we wszelkich swoich 
modulacjach.
 "Chwała temu, kto wzbija się Ŝyjący!
 Pójdź do nas, o kwiecie światów!
 Diamencie, któryś opuścił ognie cierpień!
 Perło bez skazy, Ŝądzo bez ciała, więzi nowa między ziemią a niebem, zamień się
w światłość!
 Duchu zwycięski, Królowo świata, przyfruń do swojej korony!
 Ty, co zatryumfowałeś nad ziemią, weź swój diadem!
 Bądź nasz"!
 Cnoty Anioła występowały w swoim pięknie.
 Jego pierwsza Ŝądza nieba pojawiła się wdzięczna niby zakwitające dzieciństwo.
 Niby tyleŜ konstelacyj, kaŜdy jego czyn przystroił go swoim blaskiem.
 Czyny te rozbłysły niby Hiacynt nieba, kolorem ognia gwiezdnego.

Strona 184

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 Miłosierdzie rzuciło mu perły wschodnie, piękne nagromadzone łzy.
 Miłość BoŜa otoczyła go swoimi róŜami, a naboŜne Wyrzeczenie odjęło mu swoją 
białością wszelki opar ziemski.
 Niebawem stał się w oczach Wilfryda i Minny juŜ tylko punktem ognistym, coraz 
jaśniej gorzejącym, którego ruch niknął wśród melodyjnej aklamacji, jaką 
sławiono jego przyjście do nieba.
 Dwoje wygnańców zapłakało słysząc te niebiańskie pienia.
 Nagle cisza śmiertelna, która niby ciemny welon rozpostarła się od pierwszego 
do ostatniego kręgu, pogrąŜyła Wilfryda i Minnę w niewysłowionym oczekiwaniu.
 W tymŜe momencie Serafin zniknął w łonie Sanktuarium, otrzymując dar Ŝycia 
wiecznego.
 Powstał ruch głębokiej adoracji, który napełnił oboje Wizjonerów ekstatyczną 
trwogą.
 Uczuli, Ŝe wszystko pada na twarz w Kręgach Boskich, w Kręgach Duchowych i w 
Światach Ciemności.
 Aniołowie uginali kolan, aby głosić jego chwałę, Duchy uginały kolan, aby dać 
wyraz palącej tęsknocie; w otchłaniach uginano kolan w trwoŜnym drŜeniu.
 Wielki krzyk radości buchnął, jak buchnęłoby źródło, co na czas jakiś 
zamurowane, tryska znów tysiącami kwietnych strumieni, w których igra słońce 
zamieniając świetliste krople w perły i diamenty - tak stało się w chwili, kiedy
Serafin ukazał się znów, cały w ogniach, i zawołał: - WIECZNY!
 WIECZNY!
 WIECZNY!
 Konstelacje posłyszały go i uznały; przeniknął je, jak przenika je Bóg, i objął
nieskończoność w posiadanie.
 Siedem światów BoŜych poruszyło się na jego głos i odpowiedziało mu.
 W tymŜe momencie powstał ruch wielki, jak gdyby gwiazdy oczyszczone wzbijały 
się do góry wśród oślepiających blasków, które stały się wieczne.
 MoŜe Serafin otrzymał, jako posłannictwo pierwsze, rozkaz, by powołać do Boga 
twory, które przeniknęło Słowo?
 Ale juŜ podniosłe ALLELUJA rozbrzmiało w umysłach Wilfryda i Minny, jako 
ostatnie falowania muzyki skończonej.
 I juŜ rozpływały się niebiańskie blaski, jak barwne smugi słońca, które spowija
się purpurą i złotem.
 Nieczyste i Śmierć chwytały znów swoją ofiarę.
 Dwoje śmiertelnych, powracających w więzy cielesne, skąd ich duch wyzwolił się 
chwilowo w podniosłych snach, czuło się tak, jak czujemy się rankiem po nocy 
wypełnionej czarodziejskimi marzeniami nie dającymi się wyrazić ludzką mową, a 
których wspomnienie błąka się tylko w duszy, niedostępne dla świadomości ciała.
 Głęboka noc, w której spadali teraz do piekła, była kręgiem, gdzie obraca się 
słońce światów widzialnych.
 - Zejdźmy tam - rzekł Wilfryd do Minny.
 - Uczyńmy tak, jak on nam powiedział - odparła.
 - Ujrzawszy światy zmierzające ku Bogu, znamy powinną ścieŜkę.
 Na górze są nasze diademy z gwiazd.
 Stoczywszy się w otchłanie, wrócili w pył światów niŜszych i zobaczyli nagle 
Ziemię niby loch, którego wnętrze rozświetlił im blask, jaki przynieśli w swoich
duszach, a blask ów otaczał ich obłokiem rozpływającym się juŜ, ale 
pobrzmiewającym jeszcze niebiańskimi melodiami.
 Ten właśnie widok roztoczył się ongi przed wewnętrznymi oczyma Proroków.
 Oto Kapłani róŜnorakich kultów, z których kaŜdy mienił się prawdziwym, Królowie
wszyscy konsekrowani przez Siłę i Terror, Wojownicy i WielmoŜe dzielący między 
siebie Narody, Uczeni i Bogacze ponad tłumem gwarnym i cierpiącym; wszystkim 
towarzyszyli słudzy i kobiety, wszyscy byli odziani w złotogłów, srebro i lazur,
obwieszeni klejnotami i kosztownościami wydartymi trzewiom Ziemi, skradzionymi 
Mórz głębinom, zdobytymi długotrwałym trudem Ludzkości pracującej w pocie czoła 
i bluźniącej.
 Ale bogactwa te i splendory, których materię stanowiła krew, były w oczach 
dwojga Wygnańców tylko starymi łachmanami.
 - Co tam robicie ustawieni rzędem i nieruchomi?
 - zawołał Wilfryd.
 Nie odpowiedzieli.
 - Co tam robicie ustawieni rzędem i nieruchomi?
- Nie odpowiedzieli.
 Wilfryd dotknął ich rękami, wołając znów: - Co tam robicie ustavieni rzędem i 
nieruchomi?
 - Wszyscy, jak jeden mąŜ, rozchylili szaty ukazując ciała wyschnięte, zŜarte 
robactwem, zgniłe, rozsypujące się w proch, trawione straszliwymi chorobami.

Strona 185

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 - Prowadzicie naród na śmierć - rzekł im Wilfryd - Zhańbiliście ziemię, 
wynaturzyli słowo, sprostytuowali sprawiedliwość.
 Wyjadłszy trawę pastwisk, zabijacie teraz owce.
 UwaŜacie się za wytłumaczonych, odsłaniając wasze rany?
 Uwiadomię tych spośród moich braci, co zdołają jeszcze usłyszeć Głos, aby 
ugasili pragnienie u źródeł, które wyście ukryli.
 - Zachowajmy nasze siły dla modłów - ozwała się Minna.
 - Nie wyznaczono ci misji Proroka, Zbawcy ani Wysłannika.
 Jesteśmy dopiero na krańcach pierwszego kręgu, spróbujmy przebyć przestrzenie 
na skrzydłach modlitwy.
 - Będziesz moją miłością!
 - Będziesz moją siłą!
 - Ujrzeliśmy rąbek Wysokich Tajemnic, jesteśmy tutaj dla siebie wzajem jedynymi
istotami, które rozumieć będą radość i smutek; módlmy się więc, znamy drogę, 
chodźmy.
 - Daj mi rękę - rzekła Dziewczyna - jeśli wciąŜ będziemy kroczyć razem, droga 
okaŜe się dla mnie łatwiejsza i krótsza.
 - Z tobą tylko - odparł MęŜczyzna - zdołam przemierzyć wielką samotnię, nigdy 
się nie skarŜąc.
 - I razem pójdziemy do Nieba - rzekła.
 Nadciągnęły chmury tworząc ciemny baldachim.
 Raptem kochankowie znaleźli się na klęczkach przed ciałem, które stary Dawid 
bronił przed ogólną ciekawością i pragnął sam pogrzebać.
 Wokół nich jaśniało swoją wspaniałością pierwsze lato dziewiętnastego wieku.
 Kochankom wydało się, Ŝe wśród promieni słonecznych słyszą czyjś głos.
 Płuca ich wypełnił duch niebiański świeŜo rozwiniętych kwiatów, i powiedzieli 
trzymając się za ręce: - Świetlisty bezmiar morza jest obrazem tego, cośmy 
widzieli w górnych rejonach.
 - Dokąd idziecie?
 - zagadnął pan Becker.
 - Pragniemy iść do Boga - odrzekli.
 - Pójdziesz, ojcze, z nami?
 Genewa i ParyŜ, grudzień 1833 - listopad 1835.

  
  NOTY.

 MISTRZ KORNELIUSZ.
 Drukowane po raz pierwszy w "Revue de Paris" (grudzień 1831), opowiadanie to w 
r. 1832 znalazło się wśród "Nouveaux Contes philosophiques", po czym wyszło w 
1836 r. w czwartym wydaniu "Etudes philosophiques" (t. IX), w 1846 zaś znalazło 
się w II tomie "Studiów filozoficznych" w "Komedii ludzkiej".

 ELIKSIR śYCIA.
 Opowiadanie to wydano po raz pierwszy w "Revue de Paris" (24 października 
1830), następnie w 1831, w "Romans et Contes philosophiques", a wreszcie w 1846 
w "Studiach filozoficznych" jako XV t. "Komedii ludzkiej".

 WYGNAŃCY.
 Opowiadanie to ukazało się po raz pierwszy w "Revue de Paris" w maju 1821 i w 
tymŜe roku włączono je do II tomu "Romans et Contes philosophiques".
 W grudniu 1835 weszło wraz z "Ludwikiem Lambert" i "Serafitą" do "Livre 
mystique" (powtórnie wyd. w 1836).
 W r. 1840 "Wygnańcy" ukazali się w czwartym wydaniu "Etudes philosophiques", 
tworząc wraz z "Massimillą Doni", "Gambarą" i "Serafitą" "Livre de douleur".
 W 1846 znaleźli się w trzecim tomie V wydania "Studiów filozoficznych" jako XVI
tom "Komedii ludzkiej".

 LUDWIK LAMBERT.
 Wydrukowana najpierw, w październiku 1832, w "Nouveaux contes philosophiques", 
powieść ta następnie ukazała się dwukrotnie w osobnym tomie (1832, 1833), a 
potem, równieŜ dwukrotnie, w r. 1835 i 1836, w "Livre mystique", gdzie Balzac 
dołączył do niej "Listy Ludwika Lambert", ogłoszone juŜ osobno w "Revue de 
Paris" (sierpień 1835).

Strona 186

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 W 1836 "Ludwik Lambert "wychodzi w dwu tomach stanowiących tomy XXIII i XXIV 
"Studiów filozoficznych", potem w 1842, wraz z "Serafitą", by wreszcie w 1846 
wejść do trzeciego tomu piątego wydania "Studiów filozoficznych", jako XVI tom 
"Komedii ludzkiej".

 SERAFITA.
 Początek dzieła ogłosił Balzac w "Revue de Paris" (czerwiec-lipiec 1834); 
całość ukazała się w grudniu 1835 i lutym 1836 w "Livre mystique", obok 
"Wygnańców" i "Ludwika Lambert".
 Wydano je następnie w XXVIII i XXIX tomie "Studiów filozoficznych", gdzie 
tworzyło tomy IV i V "Livre des douleurs" (pierwsze trzy zawierały "Gambarę", 
"Wygnańców" i "Massimillę Doni").
 W r. 1842 "Serafita" raz jeszcze ukazuje się wraz z "Ludwikiem Lambert", a w 
1846 wchodzi do III tomu piątego wydania "Studiów filozoficznych" (XVI tom 
"Komedii ludzkiej").

 
 O WAśNIEJSZYCH POSTACIACH "KOMEDII LUDZKIEJ".
 Osoby występujące w "Mistrzu Korneliuszu", "Eliksirze Ŝycia", "Wygnańcach" i 
"Seraficie" nie pojawiają się w innych częściach "Komedii ludzkiej".

 LUDWIK LAMBERT.

 Ludwik Lambert naleŜy w r. 1824 do tzw. Biesiady, której przewodził Daniel 
dArthez ("Stracone złudzenia"); spotykamy go równieŜ w opowiadaniu "Dramat nad 
morzem".
 Paulina Salomon de Villenoix pojawia się w "Dramacie nad morzem" i "Proboszczu 
z Tours".

 
 SPIS RZECZY.

 MISTRZ KORNELIUSZ... 5
 ELIKSIR śYCIA... 65
 WYGNAŃCY... 91
 LUDWIK LAMBERT... 125
 SERAFITA... 223
 Noty o waŜniejszych postaciach "Komedii ludzkiej"... 368 .

 Oddano do składania 13. VIII. 66 r.
 Podpisano do druku 26. IV. 67 r.
 Druk ukończono w maju 67 r.
 Zakłady Graficzne "Dom Słowa Polskiego" W-wa.

 
 HONORIUSZ BALZAC: "KOMEDIA LUDZKA".
 DOM POD KOTEM Z RAKIETKĄ
 BAL W SCEAUX
 LISTY DWÓCH MŁODYCH MĘśATEK
 SAKIEWKA
 MODESTA MIGNON
 PIERWSZE KROKI
 ALBERT SAVARUS
 * WENDETA
 PODWÓJNA RODZINA
 ZGODA W MAŁśEŃSTWIE PANI FIRMANI
 STUDIUM KOBIETY
 FAŁSZYWA KOCHANKA
 CÓRKA EWY
 ZLECENIE
 GRANATKA
 * KOBIETA PORZUCONA
 HONORYNA
 BEATRIX GOBSECK
 KOBIETA TRZYDZIESTOLETNIA
 OJCIEC GORIOT

Strona 187

background image

Balzac Honoriusz - Komedia ludzka 24

 PUŁKOWNIK CHABERT
 MSZA ATEUSZA
 KURATELA
 KONTRAKT ŚLUBNY
 DRUGIE STUDIUM KOBIETY
 * URSZULA MIROUET
 EUGENIA GRANDET
 * PIOTRUSIA
 PROBOSZCZ Z TOURS
 KAWALERSKIE GOSPODARSTWO
 ZNAKOMITY GAUDISSART
 MUZA Z ZAŚCIANKA
 STARA PANNA
 GABINET STAROśYTNOŚCI
 * DWAJ POECI
 WIELKI CZŁOWIEK Z PROWINCJI W PARYśU
 CIERPIENIA WYNALAZCY
 * HISTORIA TRZYNASTU
 URZĘDNICY
 * HISTORIA WIELKOŚCI I UPADKU CEZARA BIROTTEAU
 BANK NUCINGENA
 KRÓL CYGANERII
 BEZWIEDNI AKTORZY
 AFERZYSTA
 BLASKI I NĘDZE śYCIA KURTYZANY
 OSTATNIE WCIELENIE VAUTRINA
 SEKRETY KSIĘśNEJ DE CADIGNAN
 SARRAZINE
 FACINO CANE
 PIOTR GRASSOU
 GAUDISSART II
 MAŁOMIESZCZANIE
 KRZYWE ZWIERCIADŁO HISTORII WSPÓŁCZESNEJ
 * KUZYNKA BIETKA
 KUZYN PONS
 * EPIZOD Z CZASÓW TERRORU
 TAJEMNICZA SPRAWA
 DEPUTOWANY Z ARCIS
 Z. MARCAS
 SZUANIE
 NAMIĘTNOŚĆ
 NA PUSTYNI
 * CHŁOPI
 LEKARZ WIEJSKI
 * LILIA W DOLINIE
 WIEJSKI PROBOSZCZ
 * FIZJOLOGIA MAŁśEŃSTWA
 MAŁE NIEDOLE POśYCIA MAŁśEŃSKIEGO
 JASZCZUR
 JEZUS CHRYSTUS WE FLANDRII
 MELMOTH
 POJEDNANY
 MASSIMILLA DONI
 * NIEZNANE ARCYDZIEŁO GAMBARA
 POSZUKIWANIE ABSOLUTU
 PRZEKLĘTY SYN
 śEGNAJ...
 * REKRUT MARANY
 EL VERDUGO
 DRAMAT NAD MORZEM
 CZERWONA OBERśA
 KATARZYNA MEDYCEJSKA
 * MISTRZ KORNELIUSZ
 ELIKSIR śYCIA-
 WYGNAŃCY
 LUDWIK LAMBERT
 SERAFITA.

Strona 188