background image

 
Tytu

ł oryginału: 

The Baby Affair

 

Pierwsze wydanie:

 

Mills & Boon Limited 1999

 

Wszystkie prawa zastrze

żone, łącznie z prawem reprodukcji 

cz

ęści lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

 

Wydanie niniejsze zosta

ło opublikowane w porozumieniu z 

Harlequin Enterprises II B.V.

 

Wszystkie postacie w tej ksi

ążce są fikcyjne. Jakiekolwiek 

podobie

ństwo do osób rzeczywistych - żywych czy umarłych 

- jest ca

łkowicie przypadkowe.

 

 

MEDICAL ROMANCE - 132

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

-  Tu chyba jest o jedno dziecko za dużo! 
O mój Boże, westchnęła w duchu Ellen Silverton, rzucając 

niespokojne spojrzenie w kierunku doktora Jocka Blaxtona. To 
musiało się tak skończyć, pomyślała. Doktor Blaxton nie jest 
w końcu tak naiwny i mało spostrzegawczy, żeby nie zauważyć 
moich sztuczek. Od tygodnia przecież nie robię nic innego, tylko 
zamieniam łóżeczka, wynoszę i wnoszę na salę dzieci... 

Co jednak zrobić, żeby prawda nie wyszła jeszcze na jaw? 

Muszę pomóc Tinie... Za wszelką cenę muszę pomóc Tinie. 

Doktor Tina Rafter pracowała w szpitalu w Gundowring od 

bardzo niedawna. Tydzień temu przyszła do Ellen bliska zała-
mania; była blada na twarzy i miała oczy pełne łez. 

-  Złożę wymówienie - oznajmiła. - Inaczej sobie nie pora-

dzę, nie mogę przecież przynosić dziecka do pracy. 

-  Ależ oczywiście, że  możesz  -  zapewniła ją Ellen.  - Nikt 

tego na pewno nie zauważy. 

I rzeczywiście nikt nie zauważył, poza Jockiem Blaxtonem. 

A niech go diabli wezmą! Ten człowiek miał chyba dodatkową 
parę oczu! Jak teraz odwrócić jego uwagę? 

-  Co ty opowiadasz? 

Jock Blaxton potrząsnął plikiem kart pacjentów przed nosem 

pielęgniarki. 

-  Posłuchaj mnie dobrze, Ellen. Widzę przecież, że coś tu 

background image

jest nie w porządku, ale nie wiem co. Tylko dlatego, że jesteś 
ode mnie dwadzieścia lat starsza, nie możesz... 

-  Jestem starsza, a poza tym znałam twoją mamę - pociąg-

nęła  nosem  Ellen,  chcąc  odwrócić  uwagę  Jocka  od  łóżeczek 
dziecinnych, których było rzeczywiście za dużo. - Twoja mama 
była niezwykłą kobietą!  -  mówiła dalej. - Bardzo się przyjaź-
niłyśmy... 

-  Przestań  mnie zagadywać! - Oczy Jocka ciskały błyska-

wice. - Chcę wiedzieć, co się tu dzieje! 

-  A co się ma dziać? 
Doktor Blaxton spojrzał z ukosa na Ellen. Może ja rzeczy-

wiście robię z igły widły? Cóż by tu się mogło dziać? W ską-
panym  w  słońcu  szpitalu  w  Gundowring,  położonym  na  wy-
brzeżu  Nowej  Południowej  Walii,  nigdy  nic  się  przecież  nie 
„działo". 

Dla Jocka było tu nawet za cicho i za spokojnie. Spędził 

w Gundowring pierwszych dziesięć lat swego życia, po śmierci 
matki wyjechał, aby wrócić po upływie dwudziestu lat. Namó-
wił go do tego dyrektor szpitala, Struan Maitland, któremu pilnie 
był potrzebny położnik. Ciągnęły go też z powrotem wspomnie-
nia  szczęśliwego  dzieciństwa,  pełne  obrazów  morza  i  słońca. 
Ponadto nie umiał sobie do tej pory znaleźć miejsca. Czegoś mu 
brakowało, choć sam nie wiedział czego... 

Cokolwiek by to było, już po roku pobytu  w Gundowring 

zrozumiał, że i tutaj tego nie znajdzie, męczyła go tu bowiem 
monotonia. Doktor Blaxton był człowiekiem czynu, potrzebne 
mu było aktywne, urozmaicone życie, po powrocie więc z ur-
lopu w Londynie, który bardzo mu przypadł do gustu, zaczął 
myśleć o przeprowadzce. 

Teraz jednak, niespodziewanie, ma do rozwiązania problem. 

 

Sytuacja, w jakiej się znalazł, wymaga działania. Na oddziale 
znajduje się bowiem o jedno dziecko za dużo... 

-  Jak  widzę,  postanowiłaś  nie  odpowiadać  na  moje  pyta 

nie... - Wziął do ręki pierwszą z kart małych pacjentów. - Jody 
Connor  -  przeczytał  nazwisko.  -  Jody  ma  dwa  tygodnie  -  do 
dał, rozglądając się wokół. - O, tam jest Jody... - Położył pa 
piery na łóżeczku dziecka i sięgnął po drugą kartę. 

Ellen przełknęła nerwowo ślinę. Sytuacja stawała się poważ-

na. Co będzie z Tiną? 

-  Muszę... zanieśc Benjamina do jego mamy. - Ellen pode-

szła do najbliższego łóżeczka. - Trzeba go nakarmić. A Lucy 
Fleming powinna wrócić... 

-  Usiądź, proszę. - Jock położył rękę na ramieniu Ellen. 

- Nie ruszaj teraz żadnego dziecka. 

-  Ale... 
-  Usiądź!  -  Podprowadził  ją  do  krzesła.  -  Ponoszę  odpo-

wiedzialność za ten oddział i chciałbym w końcu zrozumieć, co 
tu się dzieje. W czasie nocnych dyżurów pielęgniarki chcą się 
mnie także jak najszybciej pozbyć! Ciekaw jestem dlaczego. 

-  Pewnie cię po prostu unikają - mruknęła Ellen. - Chyba 

wiesz, jaką się cieszysz opinią... 

-  Pojęcia nie mam, co tu o mnie mówią. - Jock rozkładał 

na małych łóżeczkach karty pacjentów. 

-  Łatwo  się  chyba  domyśleć  -  westchnęła,  śledząc  wzro-

kiem Jocka zatrzymującego się po kolei przy każdym łóżeczku. 

Zrobiłam wszystko, co mogłam, pocieszała się. Ale co teraz 

będzie?  Czy  doktor  Blaxton  zechce  wyciągać  z  tego  konse-
kwencje? 

Kiedyś Ellen znała go dobrze. Przyjaźniła się serdecznie 

z jego matką i Jock dorastał razem z jej synami. Pani Blaxton 

background image

 

wkrótce zmarła. Chłopiec, z natury bardzo uczuciowy, długo nie 
mógł dojść do siebie. Pan Blaxton także przeżył bardzo śmierć 
żony i wyprowadził się z Jockiem do miasta. Ellen zobaczyła 
Jocka dopiero po dwudziestu latach, gdy wrócił do Gundowring 
jako położnik. 

Przyjrzała mu się uważnie. Ma, tak jak w dzieciństwie, cie-

mną  karnację  i  czarne  włosy.  Jest  teraz  wysoki,  ponad  metr 
osiemdziesiąt wzrostu, szczupły i wysportowany... A gdy spoj-
rzy na ciebie tymi swoimi niebieskimi oczami, które przybierają 
odcień  granatu,  gdy  zupełnie  niespodziewanie  wybuchnie 
zaraźliwym śmiechem... 

Pacjentki go uwielbiały, a wszystkie niezamężne pielęgniar-

ki wzdychały do niego. Nikt jednak nie rozumiał, dlaczego Jock 
trzymał  się  z  dala  od  ludzi  i  gdy  tylko  nadarzała  się  okazja, 
wyjeżdżał za granicę lub przynajmniej do Sydney. 

Nie  dają  mu  pewnie  spokoju  wspomnienia,  uznała  Ellen. 

Dręczy go coś, co przeżył w przeszłości i chyba boi się życia, 
strachem napawa go miłość... 

No tak, tylko że to wszystko nie ma najmniejszego związku 

z sytuacją, w której się teraz znajduję, pomyślała sobie. Cieka-
we, jak mu wytłumaczyć obecność w szpitalu jednego maleń-
stwa więcej... 

- Jeśli mi nie pozwalasz zanieść Benjamina do matki - za-

częła, próbując ratować sytuację - muszę przynajmniej ją o tym 
uprzedzić. Ona na pewno się już denerwuje... 

Jock nie zwracał na nią najmniejszej uwagi. W ręce pozostała 

mu jeszcze tylko karta Jasona. Odszukał chłopczyka i położył ją 
na  jego  łóżeczku.  Rozejrzał  się  potem  uważnie  dookoła  i 
uśmiech rozjaśnił mu twarz. A więc miałem rację, pomyślał z 
zadowoleniem, patrząc na stojące tuż obok różowe łóżeczko, 

 

9

 

w którym leżała maleńka dziewczynka. Najwyraźniej umiem 
jeszcze liczyć!  - To ja już pójdę... 

-  Zostań!  -  rzucił  krótko.  -  Jak  widzisz,  nie  jest  tak  źle 

z  moją matematyką. Jak się nazywasz,  maleńka?  - zwrócił 
się do dziewczynki. 

Dziewczynka spała głęboko. Mogła mieć cztery do pięciu 

tygodni, miała delikatną buzię, a na głowie rude kędziorki. 

-  Powiedz mi, Ellen... 
-  Ja naprawdę muszę już iść... 

 

-  Najpierw będziesz mi musiała przedstawić tę młodą osobę  

- Zaraz zajrzę... 

-  Do karty? Przejrzałem wszystkie karty; nie ma u nas karty 

tego maleństwa. 

-  Musi być. 
-  Posłuchaj mnie, Ellen... 

-  Kiedy ja naprawdę nie mam czasu na podobne rozmowy 

- rzuciła, ruszając w kierunku drzwi. 

Jock zagrodził jej drogę. 

-  Pierwszy  raz  widzę  tę  dziewczynkę  na  oczy  -  mówił.  -

Nigdzie też nie ma jej karty... 

-  To pacjentka Giny - wybąkała Ellen. 

Gina Buchanan, żona doktora Struana Maitlanda, była leka-

rzem pediatrą. Razem z mężem przebywała teraz na urlopie. 

Jock pokiwał głową. Ellen straciła najwyraźniej głowę, skoro 

zaczyna opowiadać podobne historie. 

-  Wiesz  przecież,  że  Gina  wyjechała,  ale  przed  wyjazdem 

przekazała mi wszystkich pacjentów i dokładnie opowiedziała 
o każdym z nich. Jednak o tej czterotygodniowej dziewczynce 
nie wspomniała ani słowem. 

background image

10 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO

 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO 

11

 

 

-  Ona ma pięć tygodni... 

-  Zgadza  się.  -  Pokiwał  głową,  biorąc  delikatnie  maleńkie 

zawiniątko  w  swe  wielkie  ręce.  -  Widzę,  że  ją  znasz  -  dodał 
cicho. - A jak ona się nazywa? 

-  Rose. 
-  Rose - powtórzył. Dziewczynka poruszyła się we śnie, 

a  maleńka  buzia  rozjaśniła  się  uśmiechem.  -  Bardzo  piękne 
imię, w sam raz dla takiej ślicznej osóbki. Ale musisz mi po-
wiedzieć, co tu się w ogóle dzieje. 

-  Kiedy ja nie... 
-  Chcę się wreszcie czegoś dowiedzieć - przerwał jej i Ellen 

zrozumiała, że będzie musiała powiedzieć prawdę. 

Powoli uniosła głowę i spojrzała Jockowi Blaxtonowi pro-

sząco w oczy. 

-  Robimy to wszystko dla Tiny... 

Dla Tiny?! Z wrażenia omal nie upuścił zawiniątka. Przyglą-

dał się z niedowierzaniem dziewczynce, a potem spojrzał zdu-
miony na Ellen. 

-  Masz na myśli doktor Rafter? 

-  Tak - wybąkała Ellen. - Zgodziłyśmy się... 
-  Kto się zgodził? 
-  Ja się zgodziłam... 
-  Zgodziłaś się zaopiekować dzieckiem doktor Rafter? 
-  Gdybym tego nie zrobiła, Tina nie mogłaby pracować 

w nocy na ostrym dyżurze - odparła Ellen. - Ty zupełnie nic 
nie rozumiesz. Tina jest w beznadziejnej sytuacji, nie stać jej 
w dodatku na płacenie... 

-  Nie stać jej na opłacenie opiekunki do dziecka? - spytał 

z niedowierzaniem. 

-  Ty nic nie rozumiesz - powtórzyła Ellen. - Siostra... 

 

-  Rzeczywiście, chyba nic z tego nie rozumiem - przerwał 

jej  ostrym  głosem.  -  Doktor  Rafter  pracuje  u  nas  od  dwóch 
tygodni. Kiedy starała się o pracę, nie wspomniała ani słowem 
o dziecku. O pracę zaś starało się poza nią pięć osób. 

-  A co by to zmieniło, gdyby wspomniała o dziecku? 
-  Gdybyśmy wiedzieli, że ona liczy na naszą pomoc w opie-

ce nad jakimś dzieckiem... 

-  Pan doktor  najwyraźniej się zapomina  -  wybuchnęła El-

len. - To nie jest jakieś dziecko. To jest dziewczynka imieniem 
Rose i my ją wszyscy kochamy. I proszę o nic nie winić Tiny. 
To ja jej zaproponowałam opiekę nad dzieckiem i to ja jej do-
radziłam, żeby nic nikomu o małej nie mówiła. 

-  A to dlaczego? 
-  Na  pewno  doskonale  zdajesz  sobie  sprawę,  że  Wayne 

Macky nigdy się nie zgodzi, żeby Tina przynosiła z sobą dziec-
ko, chyba że Struan wyraziłby na to zgodę, ale jak wiesz, Struan 
wyjechał na trzy miesiące. 

-  Przecież  Tina  ma  u  nas  tylko  zastępstwo  -  zauważył 

chłodno Jock. - Nie miała w ogóle prawa podejmować tej pracy, 
skoro nakłada to na nas obowiązek opieki nad jej dzieckiem. 

 

-  Nie  mogę  już  tego  dłużej  słuchać  -  zdenerwowała  się 

Ellen. - Tina nie jest jakąś tam sobie dziewczyną, która objęła 
zastępstwo. Chyba dobrze wiesz, że ona stąd pochodzi, wszy-
scy ją znamy... 

-  Ja jej nie znam - przerwał Jock. - Ma dwadzieścia osiem 

lat, stąd wniosek, że musiała mieć zaledwie pięć lat, kiedy stąd 
wyjeżdżałem. Nie znając jej, nie mogę patrzeć na tę całą sprawę 
przez palce tak jak wy. 

-  A ponadto najwyraźniej nie czujesz do niej sympatii... 
-  Nie czuję! I wcale się z tym nie kryję - odburknął. - Mó- 

background image

12 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO

 

wiłem już o tym Struanowi. Nie podoba mi się, że właśnie ona 
dostała tę pracę, bo nie wydaje mi się, żeby była nią specjalnie 
zainteresowana. Lekarz musi być oddany chorym, nawet wtedy, 
gdy  sprawuje  tylko  zastępstwo,  a  ona  zdążyła  już  dwa  razy 
spóźnić się do pracy... 

-  Posłuchaj mnie. Tina ma tutaj rodzinę, której jest bardzo 

potrzebnamusi się do tego opiekować tym dzieckiem... 

-  I wymyśliła sobie, że szpital jej w tym pomoże. 
-  Mylisz  się  -  zauważyła  kategorycznie  Ellen.  -  Tina  do-

brze  wie,  że  Wayne  Macky  nigdy  się  na  to  nie  zgodzi.  Gdy 
podpisywała umowę, nie przypuszczała, że będzie się musiała 
zajmować w nocy dzieckiem, a kiedy już do tego doszło, posta-
nowiła zrezygnować z pracy. Ale... - przerwała Ellen, czerwie-
niąc się - ja zdawałam sobie sprawę, jak bardzo ona potrzebuje 
tej pracy. Wszystkie zresztą pielęgniarki dobrze o tym wiedzą. 
Znamy przecież Tinę od urodzenia... 

-  Chciałbym wreszcie wiedzieć, co tu się dzieje? - przerwał 

Jock. - Jeżeli dobrze rozumiem, pielęgniarki w nocy doglądają 
Rose na oddziale? 

-  Zgadłeś! - Ellen ujęła się pod boki, patrząc mu śmiało 

w oczy. - Ale jeśli doniesiesz o tym... 

-  Chciałaś  powiedzieć:  Jeśli  powiadomię  o  tym  Wayne'a 

Macky'ego? 

-  Zgadza się! Jeśli dowie się o tym Wayne Macky, nie omie-

szka z pewnością zawiadomić zarządu szpitala, a ten... 

-  Wyrzuci natychmiast doktor Rafter i jej dziecko. 
-  No  właśnie.  A  cała  odpowiedzialność  spadnie  wtedy  na 

ciebie. Nie mam pojęcia, dlaczego nie lubisz Tiny. To wspaniała 
dziewczyna. 

-  Tylko że nasz szpital nie jest przechowalnią dzieci. A jeśli 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO 

13

 

to maleństwo zostanie przy okazji zainfekowane paciorkowcem 
złocistym, co czasem się w szpitalu zdarza... 

-  Przestań! - Ellen nerwowo przygryzła usta. 
Nieraz mówiły o tej możliwości z Tiną, i na samą myśl o 

tym  robiło  im  się  gorąco.  Tina  nie  miała  jednak  wyjścia. 
Podjęła  decyzję  o  pozostawieniu  córki  w  szpitalu  w  odruchu 
rozpaczy, zdając sobie przy tym doskonale sprawę z czyhające-
go zagrożenia. 

-  Gronkowca na razie nie mamy - ciągnął Jock - lecz ja nie 

mogę wyrazić zgody na przetrzymywanie w szpitalu zdrowego 
dziecka przez trzy miesiące! Myślę w dodatku, że doktor Rafter 
nie ma prawa tego od nas wymagać. Otrzymuje wysoką pensję, 
no i jest dorosłą kobietą, zdawała więc sobie chyba sprawę, jakie 
obowiązki czekają na nią przy małym dziecku. 

-  Tylko że... 
-  Mowy  nie  ma  -  przerwał  jej,  obejmując  mocniej  małe 

zawiniątko. - Wiem, że masz dobre serce i pewnie trudno by ci 
było powiedzieć jej to wszystko. Ja zrobię to jednak z łatwością. 

-  Dlaczego ty jej tak nie lubisz? 
-  Bo  ma  pusto  w  głowie  i  nie  traktuje  poważnie  swoich 

obowiązków  -  odrzekł,  zaciskając  gniewnie  wargi.  -  Cała  ta 
historia  z  Rose...  Nietrudno  zgadnąć,  dlaczego  tu  przyjechała. 
Pewnie musiała po prostu wyjechać z poprzedniego miejsca... 

I zanim Ellen zdążyła coś odpowiedzieć, Jock odwrócił się 

i wyszedł. 

Szedł korytarzem w kierunku izby przyjęć, czując, jak ogarnia 
go coraz większa złość. Tina Rafter... Od pierwszej chwili 
był przeciwny jej kandydaturze. Robiła 

background image

14 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO

 

wrażenie bardzo młodej osoby; trudno było uwierzyć, że ma już 
blisko dwadzieścia dziewięć lat. Wydawało mu się, że jest zbyt 
młoda, by pracować na ostrym dyżurze. 

Dlaczego w ogóle zdecydowała się na podobną pracę? Co 

sprawiło, że zrezygnowała z kariery anestezjologa? Irytowało 
go, że nie potrafił znaleźć odpowiedzi na te pytania. W dodatku 
nie mógł jej o to po prostu zapytać! 

Do dziś pamiętał dobrze pierwsze spotkanie, gdy dwa tygo-

dnie temu Struan przedstawiał ją wszystkim. Wywarła na nim 
duże  wrażenie... Miała  uśmiechniętą  buzię, była  szczupła  i 
zgrabna,  na  ramiona  opadała  jej  kaskada  lśniących,  rudych 
włosów. Weszła lekkim, swobodnym krokiem, wystarczyło jed-
nak, by Struan przedstawił jej Jocka, a twarz Tiny zachmurzyła 
się  i  kobieta  zmierzyła  go  lodowatym,  pełnym  pogardy 
wzrokiem. 

Jock zapomniał wtedy języka w gębie. Żadna kobieta nigdy 

jeszcze tak na niego nie patrzyła. Mówił sobie potem wiele razy, 
że musiało mu się coś przywidzieć. Wiedział jednak dobrze, że 
to nieprawda. 

Z niewiadomych dla niego przyczyn Tina od pierwszej chwili 

nie mogła na niego patrzeć. Co więcej, najwyraźniej nim pogar-
dzała. Podzielił się swoimi spostrzeżeniami ze Struanem, nikt 
się  tym  jednak  nie  przejął.  Struan,  Wayne  Macky  i  jeden  ze 
starszych członków rady nadzorczej szpitala znali Tinę od dzie-
cka i mieli do niej pełne zaufanie. 

-  Może ją nawet namówimy, żeby została u nas na stałe 

- oznajmił Struan tuż przed wyjazdem na zasłużony urlop. - Ma 
znakomite referencje, a do uzyskania specjalizacji z anestezjo-
logii brakuje jej tylko jednego egzaminu. 

-  Tego właśnie nie rozumiem - odezwał się Jock. - Dlacze- 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO 

15

 

go  ona  przerywa  specjalizację  i  bierze  zastępstwo  na  ostrym 
dyżurze? 

- Sprawy rodzinne - rzucił krótko Struan. - Spróbuj ją na-

mówić, żeby u nas została. Giną ma naprawdę za dużo roboty, 
a Lloyd jest przepracowany. Jeden anestezjolog nie daje sobie 
po prostu rady. 

Struan  miał  oczywiście  rację,  tyle  tylko,  że  Jockowi  nie 

dawała spokoju pogarda, jaką wyczytał w oczach Tiny. A do 
tego ta historia z Rose... 

Jak ona mogła utrzymywać to wszystko w tajemnicy? Jak 

mogła nie przyznać się, że jest samotną matką? No, to w końcu 
można  jakoś zrozumieć, zdecydował po chwili. Tina  musiała 
wiedzieć, że gdyby opowiedziała o dziecku, spotkałaby się 
z  oburzeniem  Wayne'a,  a  stary  Ron  Sergeant,  dyrektor  rady 
nadzorczej szpitala, wyraziłby dezaprobatę. 

Ale  jak  mogła  oczekiwać,  że  personel  szpitala  będzie  się 

opiekować jej dzieckiem? Zmarszczył czoło i zdecydowanym 
ruchem pchnął oszklone drzwi, prowadzące do izby przyjęć. 

Jak się okazało, nie była to najlepsza chwila, aby przeprowa-

dzić rozmowę z doktor Rafter. 

Jock stanął jak wryty, nie mogąc oderwać oczu od całującej 

się pary. Ktoś, nie wiadomo kto, całował zapamiętale Tinę. Któż 
to mógł być? Maleńka, filigranowa figurka kobiety - Tina nie 
mogła  mieć  więcej niż  metr  sześćdziesiąt  wzrostu  -  tonęła 
w objęciach potężnego mężczyzny. Jock widział tylko smukłe 
nogi Tiny i opadające jej na ramiona włosy. 

To pewnie jakiś farmer - wielki, dobrze zbudowany, w po-

plamionym ubraniu, wyglądał tak, jakby właśnie wyszedł z obo-
ry. To ci dopiero amant, pomyślał Jock. Tinie najwyraźniej to 
jednak nie przeszkadzało. 

background image

16 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO

 

Ogarnął go niespodziewanie gniew. 

-  Co tu się dzieje? 
Para przestała się całować, mężczyzna jednak nie puszczał 

Tiny z objęć. Nie wydawali się wcale zmieszani, a zielone oczy 
kobiety śmiały się figlarnie. 

-  Oj, Harry, zapominasz się. Zgodziłam się tylko na całusa, 

a ty od razu... Oj, bo powiem Mary! 

-  Nigdy ci nie uwierzy, masz być przecież naszą druhną. 

A zresztą - Harry Daniel uśmiechnął się z wyraźnym zadowo-
leniem - już za miesiąc Mary zostanie moją żoną i będzie nią 
przez następne pięćdziesiąt lat. 

Rozmawiali tak, nie zwracając na Jocka najmniejszej uwagi. 

Ten od razu poznał Harry'ego Daniela, który zaręczony był 
z Mary Stevenson, nauczycielką, i należał do miejscowej dru-
żyny piłkarskiej... 

-  Co tu się... - zaczął znowu. 

Tym razem go zauważyli. Harry spojrzał w jego stronę i 

uśmiechnął się, zaś z twarzy Tiny uśmiech zniknął. Wyśliznęła 
się z objęć Harry'ego i zwróciła się do niego oficjalnym tonem: 

-  Przyjdź  w  piątek,  wyjmę  ci  wtedy  szwy.  Do  wesela  na 

pewno się zagoi... 

-  Co się stało? - spytał Jock, który dopiero teraz zauważył 

opatrunek na ręce farmera. 

-  Małe starcie z piłą elektryczną, doktorze - odparł wesoło 

Harry. - Ta cholerna maszyna była oczywiście górą. 

-  I doktor Rafter zamieniła się w anioła pocieszyciela? 
-  Pewnie, że tak.  Zagroziłem, że będę  krzyczeć.  Obiecała 

dać mi całusa, jeśli nie pisnę podczas zszywania. No i dotrzy-
mała  słowa.  Nie  ma  lepszego  lekarza  na  świecie  od  doktor 
Rafter. Mam nadzieję, że ją tu zatrzymacie. 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO 

17

 

Mówiąc to, Harry pomachał Tinie ręką i wyszedł. Zapadła 
cisza. Dopiero teraz Tina zauważyła zawiniątko w rękach 
Jocka. 

-  Rose - wyszeptała, wyciągając ręce do dziecka. - Czy coś 

się stało? 

Napotkała zimny, niechętny wzrok Jocka. To było przecież 

do przewidzenia! Ellen zapewniała, że wszystko się jakoś ułoży, 
ale Tina nigdy w to nie wierzyła. Na twarzy Jocka wyczytała 
już potępienie... 

A niech go diabli wezmą! - pomyślała. Tyle już złego nam 

zrobił, a teraz jeszcze będzie mi pewnie prawił kazania. Nie ma 
wyjścia, trzeba z tym wszystkim raz na zawsze skończyć! Na 
pewno nie będę wysłuchiwać, co ten człowiek ma do powie-
dzenia! 

-  Czy  życzy  pan  sobie,  doktorze,  żebym  zakończyła  ten 

dyżur, zanim stąd odejdę, czy też mam od razu zrezygnować 
z pracy? - spytała. 

Jock milczał zaskoczony. 
-  No więc? - spytała ponownie, biorąc na ręce Rose. 
Spojrzała na śpiącą spokojnie dziewczynkę i poczuła, jak 

przepełnia  ją  ogromna  miłość  do  tego  dziecka.  A  obok  stoi 
człowiek,  który  wyrządził  już  tyle  złego...  Niech  go  diabli 
wezmą, pomyślała znowu. 

-  Pójdę więc zaraz - oznajmiła. 

Jock poczuł wzbierający gniew. Co za nieodpowiedzialność! 
-  A  kto  się  zajmie  izbą  przyjęć?  -  zapytał.  -  Proszę  nie 

zapominać, że podpisała pani umowę na trzy miesiące. 

-  Wiem - rzuciła - ale muszę ją zerwać z ważnych powo-

dów natury osobistej. Czasem tak bywa i w obecnej sytuacji 
żadne względy prawne nie zmuszą mnie, żebym tu pozostała. 

background image

18 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO

 

 

19

 

 

Ellen próbowała mnie przekonać, że jestem wobec pana niespra-
wiedliwa, że potraktuje pan nas życzliwie. Byłam na tyle głupia, 
że w to uwierzyłam... 

Głos jej lekko zadrżał, gdy kończyła: 
-  A więc... zabieram teraz Rosę do domu, i będzie pan miał 

przez parę dni mnóstwo pracy, zanim znajdzie pan kogoś na 
moje miejsce. Myślę jednak, że nic się panu nie stanie. Wprost 
przeciwnie. Sądzę nawet, że wyjdzie to panu na dobre! 

Odwróciła się i ruszyła w kierunku drzwi. Jock dogonił ją, 

zanim nacisnęła klamkę. 

-  Chwileczkę... - rzekł, kładąc jej rękę na ramieniu. 
-  Nie zamierzam wysłuchiwać teraz pańskich kazań, panie 

doktorze. Dosyć złego wyrządził pan temu maleństwu - dodała, 
przytulając dziecko do siebie. - Proszę mnie teraz puścić. 

Jock zacisnął mocniej rękę na jej ramieniu. 
-  Nic z tego nie rozumiem - powiedział. 
-  To  pana  specjalność.  -  Gwałtownym  ruchem  strząsnęła 

jego rękę. 

Jock błyskawicznie zastąpił jej drogę. 
-  Czy zechciałaby mi pani wyjaśnić, co tu się w ogóle dzie-

je? - wybuchnął. - Dowiaduję się, że mój personel zajmuje się 
pani  nieślubnym  dzieckiem,  a  o  ile  mi  wiadomo,  podpisując 
umowę nawet nas pani nie zawiadomiła o jego istnieniu. A kie-
dy zaczynam o tym z panią rozmawiać,  wpada pani w złość, 
zupełnie jakbyśmy to my byli winni. Od pierwszej chwili ma 
pani do mnie jakieś pretensje... 

-  O czym pan mówi? Moje nieślubne dziecko? - wykrztu-

siła. 

-  Czy... - zaczął Jock, ale nie skończył. 
Tina na chwilę zaniemówiła, czując, że krew uderza jej do 

głowy, po czym podniosła rękę i z całej siły uderzyła go  w 
twarz.  A  potem,  tuląc  do  siebie  dziecko,  wyśliznęła  się  na 
korytarz. 

Świadkiem  tej  sceny  była  siostra  dyżurna  Barbara,  siedząca  za 
biurkiem  w  rogu  pokoju.  Na  twarzy  jej  malowało  się  bez-
brzeżne zdumienie. 
Zanim Jock oprzytomniał, Tina dobiegła już do parkingu. Po 
chwili usłyszał odgłos zapalanego silnika... 

background image

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO 

21

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Tej nocy Jock nie miał już wiele czasu, aby rozmyślać o Ti-

nie.  Musiał  przejąć  jej  obowiązki,  a  poza  tym  pełnił  funkcję 
lekarza położnika. O siódmej rano był zupełnie wykończony. 
Odebrał w nocy skomplikowany poród, ratował pacjenta, który 
dostał ataku serca, zakładał kroplówki i uspokajał starszą panią, 
która cierpiała na bezsenność. 

Gdy  przyszedł  do  sali  noworodków,  aby  obejrzeć  świeżo 

narodzonego niemowlaka, Ellen zamierzała po skończonym dy-
żurze iść do domu. Obrzuciła szybkim spojrzeniem Jocka i jej 
zwykle  łagodna,  uśmiechnięta  twarz  zmieniła  się  w  jednej 
chwili. 

-  Pielęgniarka  z  izby  przyjęć  wszystko  mi  powiedziała  - 

oznajmiła ze złością. - Jak mogłeś dać Tinie wymówienie! Jock, 
zastanów się! Twoja matka przewraca się teraz w grobie! 

Jock przymknął oczy. Miał już tego wszystkiego po dziurki 

w nosie, był przy tym zupełnie wykończony. W niedzielę w no-
cy odbierał poród, prawie cały poniedziałek przyjmował pacjen-
tki, noc poniedziałkowa właśnie się skończyła i wkrótce czekał 
go następny dzień pracy. 

-  Nie dałem jej wymówienia - wydusił przez zęby. - Sama 

odeszła, zerwała umowę. Dobrze się zresztą stało. 

-  Chyba nie mówisz tego poważnie. 
-  Wprost przeciwnie. Tak właśnie myślę. Tina ma pstro 

w głowie, flirtuje z pacjentami, spóźnia się do pracy, a w dodat-

ku chciała zatrudnić personel szpitalny do opieki nad swoją 
coreczką, bo pewnie jest skąpa i żal jej pieniędzy na 
opłacenie opiekunki. Nie zdziwiłbym się przy tym, gdyby nawet 
nie wiedziała, kto jest ojcem Rose. Ellen nie odzywała się. 

-  Chciałem cię teraz prosić, żebyś przed wyjściem poprosiła 

Vayne'a Macky'ego o ponowne rozpoczęcie poszukiwań kogoś 

na zastępstwo - poprosił Jock. - Muszę zjeść śniadanie, a o ós-
mej będę robił cesarskie cięcie. Ellen nadal milczała. 

-  Dała ci po twarzy? - odezwała się w końcu. Na policzku 

Jocka widać jeszcze było ślady palców. 

-  Dała - wybuchnął. - Mógłbym ją nawet oskarżyć... 
Nie skończył, bo Ellen podeszła do niego szybkim krokiem 

i wymierzyła mu policzek z drugiej strony. 

To od twojej matki - oświadczyła - i ode mnie. A jeżeli 

sobie życzysz, możesz mnie zaraz zwolnić. Za stara już jestem,  
żeby przymykać oczy na podobne wyczyny. Powinien się pan 
wstydzić, panie doktorze! 

-  Ja? 
-  Tak, ty! - Chwyciła go za ramiona i popchnęła na krzesło. 

- A teraz siadaj i słuchaj - zarządziła. 

-  Ale... 

- I nie przerywaj mi, dopóki nie skończę. - Twarz Ellen 

płonęła. Wzięła się pod boki i stała nad nim, mierząc go roz- 

iskrzonym wzrokiem. - Po pierwsze - zaczęła - Tina to 

wspaniała dziewczyna, a to, co przeszła, to, z czym się teraz 

boryka... 

-  Kiedy ja... 

background image

22 

 

-  Cicho bądź! Po drugie,  Rose  Maiden nie jest dzieckiem 

Tiny, lecz jej siostry. Jak można było nazwać Tinę nieodpowie 
dzialną matką nieślubnego dziecka! Ją, która dźwiga tak strasz 
ne ciężary, gdy tyle zwaliło się na jej barki! Wcale sie nie dziwię, 
że cię spoliczkowała. A w dodatku oskarżasz ją o flirty... 

-  Całowała się z Harrym Danielem w izbie przyjęć... 
Ellen robiła nadludzki wysiłek, aby się uspokoić. 

-  Wiem. Barbara mi o tym mówiła. Powiedziała również, 

że zareagowałeś na to tak jak zdradzony kochanek. Może nie 
wiesz, ale Harry i Tina przyjaźnią się od dziecka. W przyszłym 
miesiącu  Harry  żeni  się  z  bliską  przyjaciółką  Tiny.  Czy  taki 
pocałunek źle świadczy o Tinie? 

-  Ale... - Jock próbował pozbierać myśli. - Skoro Rose nie 

jest dzieckiem Tiny... 

-  Już ci mówiłam, że to córeczka jej siostry. 
-  To dlaczego jej siostra się nią nie zajmuje? 
-  Bo nie może. Od tygodnia leży w szpitalu w Sydney. Cier-

pi na depresję poporodową i ogólne wycieńczenie. 

-  Kiedy ja nie. .. 
-  Co nie? - przerwała Ellen. - Nie wierzysz w to, co ci mówię? 

Wolisz wierzyć, że Tina zaleca się do każdego i że jest nieodpo-
wiedzialna? Wstydzę się za ciebie. Dobrze, że twoja matka nie 
dożyła tej chwili - skończyła, kierując się w stronę drzwi. 

-  Posłuchaj mnie... 
W głosie Jocka krył się niepokój i obawa, które kazały jej 

się zatrzymać. 

-  Musisz  mi  wytłumaczyć, co tu się dzieje  - poprosił i de 

likatnie  dotknął  palcami  twarzy.  -  Może  rzeczywiście  przesa 
dziłem - dodał po chwili, widząc, że Ellen usiadła. - Tylko że 
ja nic z tego wszystkiego nie rozumiem. 

 

 

23

 

  - A dlaczego to ja miałabym ci to wszystko opowiadać? - 
burknęła Ellen, zaciskając gniewnie wargi. - Bo cię o to 
proszę! 

W głosie Jocka było tyle rozpaczy, że Ellen zmiękła trochę. 
Może nie wszystko jeszcze stracone? - No więc siostra Tiny, 
Christine Maiden, mieszka za miastem - zaczęła Ellen. Aha - 
wtrącił Jock. - I Christine urodziła przed pięcioma  tygodniami 
Rose? 

-  Tak. 
-  To musiało być wtedy, kiedy byłem na urlopie - zauważył. 
Tylko że to niczego nie wyjaśnia, pomyślał. Jestem w naj- 

bliższej okolicy jedynym położnikiem, nigdy jednak nie słysza- 

 łem o żadnej Christine Maiden... 

- Z tego by wynikało, że poród odebrał Henry Roddick?     
Jock zapłacił Henry'emu majątek, by zgodził się objąć za-
stępstwo na czas jego pobytu w Londynie. 

-  Pewnie tak, chociaż Tina twierdzi, że to byłeś ty. Nie mam 

pojęcia, jak było naprawdę, bo i ja miałam wtedy wolne. 

-  Nadal  nic  nie  rozumiem  - pokręcił  głową Jock.  -  Skoro 

Christine Maiden tu mieszka, powinienem ją znać. Nie było 
mnie tylko dwa tygodnie... Gdzie więc robiła badania podczas 

ciąży? 

-  Mogła ich wcale nie robić - odrzekła Ellen niepewnie. 
-  Ale jak to możliwe? 
Ellen westchnęła ciężko. 
-  To długa historia... 
-  No to zaczynaj. 

-  Nie znam dobrze szczegółów - zawahała się Ellen. - Z te 

go jednak, co wiem... No więc Tina twierdzi, że mąż Christie 

background image

24 

 

porzucił ją, kiedy była w drugim miesiącu ciąży. Mają już dwoje 
dzieci, jedno ma dwa, a drugie cztery lata. Christine nie chciała 
nikogo prosić o pomoc. Chyba nikt tu nawet nie wiedział, że 
ona jest w ciąży. Ja w każdym razie nie miałam o tym pojęcia. 
Nigdy jej przez ten czas nie widziałam. 

-  Ale poród odebrał doktor Roddick? 
-  Pewnie tak. 
-  Czy są tu jej papiery? 
-  Tak, historia jej choroby - odrzekła Ellen. - Jeśli chcesz, 

możesz ją przejrzeć. 

-  Uważasz, jak widzę, że nic mnie to nie obchodzi... 
-  Nic podobnego nie powiedziałam. 
-  Domyśliłem się jednak, że tak sądzisz - zauważył ze smut-

nym uśmiechem. - Nie mogę tylko zrozumieć, dlaczego mi tego 
wcześniej nie opowiedziałaś, no i jaka w tym wszystkim jest 
rola Tiny? 

-  Tina opiekuje się całą rodziną. Wzięła zastępstwo  w na-

szym szpitalu, bo niepokoiła się o siostrę, a kiedy tu przyjecha-
ła, Christine załamała się zupełnie. No i wtedy Tina umieściła 
ją w szpitalu, pozostając sama z trójką dzieci. Wydaje mi się, 
że mieszka z nimi jakaś dziewczyna, którą Tina opłaca chociaż-
by po to, żeby móc się przespać chwilę w ciągu dnia, ale nie 
może  zająć  się  w  nocy  płaczącym  niemowlęciem,  więc  Tina 
zabierała z sobą Rose do pracy. 

-  Kto o tym wiedział? 
-  Tylko pielęgniarki z naszego oddziału. 
-  A Gina i Struan? 
-  Struan wie, dlaczego Tinie zależało na pracy w Gundow-

ring, nic jednak nie wiedział, że Rose miała spędzać noce w 
szpitalu. 

 

25

 

- Nie bardzo rozumiem? 
-  To  proste.  Kiedy  wyjeżdżali,  Christine  nie  była  jeszcze  w 
szpitalu.  Tina  zresztą  uważa,  że  im  mniej  ludzi  wie  o  zabu- 
rzeniach  psychicznych  Christine,  tym  lepiej.  Ludzie  tak  lubią 
osądzać innych, wydają tak łatwo wyroki. Christine nie chciała 

tu nawet pójść do lekarza, Tina musiała ją zabrać do Sydney... 
Biedna, bała się pewnie, że wszyscy już zawsze będą ją uważali 

za psychicznie chorą. 

-  Co za koszmar! 
-  Też tak uważam. Ty zaś ten cały koszmar uczyniłeś jesz-

cze straszniejszym. A teraz, panie doktorze, jeśli pan pozwoli, 
pójdę już, zwłaszcza że mam rozpocząć poszukiwania za- 

stępcy... 

-Niepotrzebny  nam  żaden  zastępca.  -  Jock  nerwowym  ru 
chem  przygładził  włosy.  -  Czy...  zechciałabyś  poprosić  Tinę, 
żeby wróciła do pracy? Powiedz jej, że zrozumiałem, o co 

   chodzi. 

-  Nie. - Ellen stanowczo potrząsnęła głową. 
-  Ale dlaczego? 
-  Podejrzewam, że tylko ty możesz ją poprosić, żeby wróciła 

do pracy. Ta kobieta ma swój honor. 

Dopiero o piątej po południu Jock znalazł chwilę czasu, by   

wybrać się na farmę siostry Tiny. Zajęło mu to ponad pół godziny, 
gdyż adres w szpitalnej karcie nie był zbyt dokładny. 

Gdy wysiadł z samochodu i otworzył furtkę prowadzącą do 

obejścia, ogarnęło go przerażenie. To niemożliwe, by ktoś mógł     
mieszkać w podobnym domu! Była to waląca się rudera zawie-
szona na stromym stoku, który wznosił się nad nadmorską rów-
niną. Dzika roślinność wdzierała się wszędzie mimo ogrodzenia. 

background image

26 

 

 

27

 

 

Krzaki eukaliptusa i wielkie paprocie rozrastały się w pobliżu 
domu. 

Czy dobrze trafiłem? - zastanawiał się Jock, rozglądając się 

niespokojnie dookoła. Obok domu zauważył wychudłą krowę, 
a  na  werandzie  kilka  nastroszonych  kur.  W  tej  samej  chwili 
usłyszał śmiech dobiegający gdzieś z tyłu, a potem dziewczęcy 
głos: 

-  Raz, dwa, trzy, szukam! 
Zza domu wybiegła Tina. Z trudem ją poznał. Spotykał 

w szpitalu zadbaną panią doktor w białym fartuchu, a przed 
sobą miał potarganą, bosą dziewczynę w postrzępionych dżin-
sach, która tuliła do piersi zawiniątko z dzieckiem. 

Jednym susem wbiegła po schodkach na werandę. 
-  O! Tu cię mam! Wychodź, Ally! 
Zbiegła zaraz z powrotem i ruszyła naprzeciw spieszącego 

w jej kierunku małego chłopczyka. Trzymała teraz zawiniątko 
w  jednej  ręce,  drugą  uniosła  do  góry  malca,  posadziła  go  na 
biodrze i kręciła się z dziećmi w kółko, śmiejąc się głośno i po-
krzykując. 

-  Hurra! Popatrz, Tim! Znaleźliśmy Ally! 

W tej samej chwili Tim dostrzegł samochód Jocka. 

-  Ciociu, zobacz! Samochód! 

Tina znieruchomiała. Sportowy samochód nie zrobił na niej 

żadnego wrażenia, spostrzegła jednak od razu Jocka. 

-  Ciociu, ciociu - rozległ się głosik małej dziewczynki, któ 

ra z rozwianymi, rudymi włoskami biegła do Tiny, wyciągając 
do niej rączki. - A ja myślałam, że mnie nigdy nie znajdziesz, 
bo... 

Urwała, widząc przed sobą obcego, i szybko złapała Tinę za 

rękę. Jak dobrze by było uciec do domu i zatrzasnąć nieproszo- 

nemu  gościowi  drzwi  przed  nosem,  pomyślała  Tina.  Od  razu 
przyszło jej jednak do głowy, że dom rozsypałby się wtedy na 
kawałki. 

Stała więc z trójką dzieci na podwórzu, Jock szedł powoli 

w  ich  kierunku, a ciepły  wiatr rozwiewał jego  czarne  włosy. 
Zauważył, że cofnęła się na jego widok, jakby się czegoś bała. 
Czego mogła się bać? 

-  Tino! - odezwał się, stając tuż przy niej. 
-  Ally - zwróciła się Tina do siostrzenicy, siląc się na spo-

kojny ton - przyszedł do nas doktor Blaxton. Opowiadałam ci 
już o nim dziś rano. Panie doktorze - Tina podniosła teraz oczy 
na Jocka - to moja siostrzenica Alison, a to jest Timothy. 

Jock poczuł na sobie uważne i krytyczne spojrzenie dwóch 

par oczu. 

-  Przez ciebie moja ciocia płakała - rozległ się dźwięczny 

głosik dziewczynki. - Po co tu przyszedłeś? Lepiej sobie idź... 

Jock przełknął ślinę. Sytuacja stawała się nieznośna. 

-  Wcale nie chciałem, żeby twoja ciocia płakała. Bardzo mi 

przykro. 

Patrzyły  na  niego trzy pary oczu.  A  kto  wie,  może  nawet 

cztery, bo maleńkie zawiniątko właśnie się poruszyło. 

-  Przyjechałeś, żeby ciocię przeprosić? - pytała dziewczyn-

ka, a Tina w tej samej chwili cofnęła się gwałtownie. 

-  Niepotrzebne mi jego przeprosiny - rzuciła z niechęcią. 
-  Płakałaś przez niego... 
-  Byłam głupia - odrzekła Tina stanowczo. - Nie mamy 

i nie chcemy mieć nic wspólnego z doktorem Blaxtonem, a on, 
nawet gdyby chciał, nie może nas obrazić ani zmusić do płaczu. 
- Mówiąc to, podniosła głowę do góry, mierząc Jocka lodowa-
tym spojrzeniem. - Niech pan stąd idzie - dodała. 

background image

28 

 

 

Przyszedłem panią przeprosić - zaczął. - Powiedziałem, że 
Rose jest nieślubnym dzieckiem. To było... 

-  Przyszedł mnie pan przeprosić za to, że podejrzewał mnie 

pan o nieślubne dziecko! - wybuchnęła Tina. - To nie do wiary! 
Wyrządził nam pan tak wielką krzywdę, ale uważa pan... 

Urwała, bo oburzenie nie pozwoliło jej mówić. Zapadła ci-

sza, nawet dzieci nie ośmieliły się pisnąć. 

-  Ja naprawdę nie rozumiem, o czym pani mówi - wybąkał 

Jock. 

-  Nie rozumie pan! - Oczy Tiny ciskały błyskawice. - Nie 

rozumie pan! Przyjął pan moją siostrę do szpitala, odebrał pan 
poród  i  po dwudziestu  czterech  godzinach  ją pan  wypisał.  Po 
dwudziestu czterech godzinach! Tylko dlatego, że nie była pry-
watną  pacjentką  i  że  wolno  było  panu  policzyć  tylko  za  jej 
poród. Wypisał pan samotną kobietę będącą u kresu sił, bo nie 
mógł pan wycisnąć z niej więcej pieniędzy. I nic pana nie ob-
chodził jej los. Nie zawiadomił pan o narodzinach dziecka przy-
chodni dla dzieci, nie wysłał do mojej siostry pielęgniarki. Gdy 
po dobie spędzonej w szpitalu wróciła do domu, sąsiadka oddała 
jej tych dwoje i Christine musiała sobie radzić. Mnie także nikt 
nie zawiadomił i kiedy po dwóch tygodniach przyjechałam 
z Brisbane... 

Zadrżał jej głos i mocniej przytuliła do siebie dzieci. 

-  Mamusia  była  bardzo  chora...  ale  czuje  się  już  lepiej  - 

odezwała się do nich. - Jest teraz w szpitalu i wkrótce wyzdro 
wieje. Niepotrzebne nam są pana przeprosiny, panie doktorze 
-  zwróciła  się  ostrym  głosem  do  Jocka.  -  Mojej  siostrze  po 
trzebny był troskliwy lekarz, ale skoro się wtedy pan nią nie 
zajał proszę teraz stąd iść. 

Zapadla znowu cisza. Gdzieś wysoko pośród drzew odezwał 

 

się żałobny, przenikliwy krzyk ptaka. Trzy pary zielonych 
oczu wpatrywały się w Jocka. Cały świat zdawał się go 
oskarżać... 

Czuł się winny. Może nie tak, jak sądziła Tina, na tyle jednak 

winny, by nie móc jej spojrzeć prosto w oczy. Tak bardzo po-
trzebny był mu ten urlop, że kandydaturę Henry'ego przyjął 
z radością, nie sprawdzając nawet jego kwalifikacji. Miał na-
dzieję, że zrobią to Gina ze Struanem. Oni zaś pewnie nie mieli 
czasu... 

-  Nie odbierałem porodu pani siostry - oświadczył w końcu. 

-  Nie  było  mnie  nawet  wtedy  w  Australii.  Czy  siostra  podała 
pani moje nazwisko? Czy jest pani tego pewna? 

-  Oczywiście  -  odpowiedziała  Tina.  -  Mówiła  o  doktorze 

Blaxtonie. 

-  Może słyszała moje nazwisko przedtem, gdy była w ciąży, 

a przy porodzie nie dosłyszała już nazwiska lekarza. Mówi pani, 
że była w strasznym stanie... 

-  Nie wiem... Myślę, że... - zmieszała się Tina. 
-  Z pewnością poród odbierał doktor  Roddick.  Gdy  Ellen 

opowiedziała  mi  o  wszystkim,  obejrzałem  historię  choroby 
Christine  Maiden.  Nigdy  nie  widziałem  pani  siostry,  a  w  jej 
papierach nie było żadnych notatek z okresu ciąży. Poród odbył 
się normalnie, a po dwudziestu czterech godzinach została wy-
pisana ze szpitala na własne żądanie. 

Tina patrzyła na Jocka szeroko otwartymi oczami. 

-  A więc to nie pan... 
-  To na pewno nie byłem ja. 
-  O mój Boże... 
-  Wydaje mi się, że obydwoje nie zachowaliśmy się najle-

piej. Może dobrze by było ustalić, co naprawdę się wydarzyło 
- mówił Jock znużonym głosem. 

29 

background image

30 
 

Musiał pan mieć koszmarną noc... - odezwała się Tina. - 
Odbierał pan poród, a do tego jeszcze wszyscy moi pacjenci... 

-  Jakoś przeżyłem. 
-  Uderzyłam pana. 
-  Zasłużyłem sobie na to. 
-  Wcale  nie  -  westchnęła.  -  I  nie  miałam  prawa  zabierać 

Rose do szpitala. Ellen mnie namówiła, ale... 

-  Szkoda tylko, że nie dowiedziałem się od razu wszystkie-

go. Uniknąłbym może kary... 

-  Ciociu! - przerwała im czteroletnia Ally. - Ciociu, czy wy 

już będziecie się lubili z doktorem Blaxtonem? 

-  Nie  wiem  jeszcze.  -  Tina  próbowała  się  uśmiechnąć.  -

Właśnie się nad tym zastanawiam. 

-  To  może  będziemy  się  mogli  przejechać  jego  samo-

chodem? 

Twarz  Tiny  rozjaśniła  się.  Uśmiech  jej  oczarował  go  już 

wtedy, gdy zobaczył ją pierwszy raz, dlatego właśnie ciążyła 
mu tak bardzo wzgarda, jaką mu dotychczas okazywała. A teraz 
uśmiechała się do niego. 

-  Przestań, Ally, przestań! - odparła Tina łamiącym się gło 

sem, po czym postawiła na ziemi  małego Tima i  wyciągnęła 
rękę do Jocka. - Nawet pan sobie nie wyobraża, jak się cieszę, 
że nie muszę już pana nienawidzić! - oznajmiła. 

Nigdy jeszcze nie spotkał podobnej dziewczyny. Oczy miała 

bystre i inteligentne, patrzyła na świat ufnym i ciepłym wzro-
kiem. Nie malowała się wcale. Promieniowała od niej bezpo-
średniość, u w tej chwili wydawała się uosobieniem macierzyń-
stwa. Bluzkę miała poplamioną mlekiem, a maleńka dziewczynka 
przytulona  do  jej  piersi  zdawała  się  należeć  do  niej  od  uro-
dzenia. 

 

31

 

Podobne obrazki zwykle Jocka odstraszały. 

-  A jak... się czuje Rose? - spytał nieswoim głosem. 
-  Sam pan widzi. - Tina czule uśmiechnęła się do małego 

zawiniątka. - Jest bardzo towarzyska i nie można jej ani na 

chwilę zostawić samej. A teraz właśnie zasnęła, miejmy nadzie-
ję, że na długo. 

-Ale dlaczego... dlaczego ona nie jest z matką? - Depresje 

poporodowe nasilają się, gdy matka zostaje oddzielona od dzie 
cka. - Zupełnie tego nie rozumiem - dodał. 

Nie rozumiem jeszcze tylu innych rzeczy, westchnął. Zrobi-

łem się nieśmiały, uginają się pode mną nogi. Wszystko przez   
te oczy... 

- Pan najwyraźniej nie ma pojęcia, co się działo z moją siostrą, 
jak  bardzo była  chora  -  rzekła cicho,  gładząc  Ally  po  główce.  - 
Ally,  zabierz Tima i przynieście parę jajek.  Zrobimy doktorowi 
Blaxtonowi omlet i może wtedy was przewiezie. 

-  Naprawdę? - spytała Ally. 
Jock poczuł znowu na sobie niespokojne spojrzenie dwóch 

par zielonych oczu. Któż potrafiłby się im oprzeć? 

-  Naprawdę. Czegóż bym nie zrobił dla omletu z jajek pro- 

 sto od kury! 

-  Cudownie! - zawołała Ally, złapała brata za rękę i pobieg-

ła z nim do kurnika. 

Jock został sam na sam z Tiną... i Rose. 

background image

 

33

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

Stali dłuższą chwilę w promieniach zachodzącego słońca, 

nie bardzo wiedząc, jak się zachować. Tina czuła się w obecno-
ści Jocka dość dziwnie. Zagryzła wargi i mocniej przytuliła do 
piersi Rose. 

-  Może się pan czegoś napije? Proszę wejść - odezwała się 

po chwili. - Zmusiłam pana do zjedzenia z nami kolacji, a nie 
zapytałam nawet, czy ma pan ochotę. 

-  Na zjedzenie domowego omletu i zabranie dwojga dzie-

ciaków na przejażdżkę samochodem? Jakoś wytrzymam... 

Uśmiechnął  się,  wchodząc  za  nią  po  schodkach  do  domu. 

Trzeba przyznać, że mam nawet na to ochotę. Po części pewnie 
dlatego, że ona wygląda naprawdę wspaniale, pomyślał, patrząc 
na zgrabną sylwetkę dziewczyny i jej bose stopy. 

Stanął w drzwiach kuchni i rozejrzał się dookoła. Z każdego 

kąta wyzierała nędza. W domu było jednak czysto, widać było 
troskliwą rękę, która pragnęła zachować porządek. Mebli prawie 
nie było. Stał jakiś stół, zamiast krzeseł ustawiono drewniane 
skrzynki po owocach. Podłoga była z desek, resztki linoleum 
zachowały się tylko przy piecu. 

W słoiku na stole stały polne kwiaty. Czerwień ich płatków 

rozjaśniała całe pomieszczenie. 

-  Codziennie rano wstawiamy nowe kwiaty - mówiła Tina, 

spostrzegając zainteresowanie Jocka. - Wtedy życie wydaje się 
łatwiejsze. 

-  Powiedz mi - rzekł, przechodząc na „ty" - dlaczego twoja 

siostra  żyje  w  takiej  nędzy?  To  straszne...  Jest  przecież  pomoc 
społeczna, mogłaby dostać przynajmniej meble. 

Tina  wzruszyła  ramionami.  Postawiła  na  kuchni  czajnik, 
przysunęła sobie do stołu skrzynkę i usiadła, trzymając Rose 
przy sobie. 

-  Moja siostra jest niesamowicie dumna - wyjaśniła. - Za-

wsze była bardzo uparta, a teraz... 

-  Teraz? 

 

-  Jej  mąż  znalazł sobie jakąś dziewczynę  - ciągnęła Tina, 

patrząc Jockowi prosto w oczy. - W dodatku to nastolatka. Chri-
stie dowiedziała się o tym, gdy była już w drugim miesiącu 
ciąży. Ray, to znaczy jej mąż, chciał, żeby przerwała ciążę. 

-  A ona się nie zgodziła? 
-  Oczywiście, że się nie zgodziła. 

Nie  ulegało  wątpliwości,  że  sama  myśl  o  przerwaniu  ciąży 
była dla Tiny straszna. Zamilkła na chwilę, pochylając się nad 
Rose i całując ją delikatnie w rudy puszek porastający główkę. 

-  No i co dalej? 

-Christie wyjechała wtedy na parę dni z dziećmi, żeby 

wszystko sobie przemyśleć. Pewnie miała nadzieję, że Ray bę- 
dzie jej szukał, że się przestraszy. Nic podobnego się jednak nie 
stało. Przez ten czas, kiedy jej nie było, sprzedał wszystko, co 

tylko miało jakąkolwiek wartość. Wszystko. Nawet linoleum z 

podłogi.  Wyjął  ponadto  pieniądze  z  konta,  całe  ich  oszczęd-
ności, pozaciągał długi na karty kredytowe i przepadł bez śladu. 
A przedtem jeszcze powykręcał wszystkie żarówki w domu 
i też je zabrał. 

background image

34 

 

-  Coś koszmarnego... 
-  A Christie, zamiast prosić o pomoc, straciła po prostu chęć 

do życia. Nasi rodzice zmarli przed paroma laty, a ja byłam 
w Brisbane. Nie powiedziała mi słowa, że coś się złego dzieje. 
Nie wiedziałam nawet, że była w ciąży. 

-  Jak to możliwe? 
-  No właśnie... Ostatni raz widziałam ją na Boże Narodzenie. 

Zajęta byłam swoimi sprawami i pracą, a kiedy do niej dzwoniłam, 
opowiadała o dzieciach, o Rayu, tak jakby nic się nie stało. 

-  Z czego ona żyła? 
-  Nie mam pojęcia. Wydaje mi się, że nawet nie wystąpiła 

o zasiłek. Są tu kury i krowa, więc dzieci mają chociaż jajka 
i mleko. Nie utrzymywała kontaktów z sąsiadami, nie chciała 
nikogo widzieć, bo czuła się upokorzona... 

-  Wreszcie przyszła na świat Rose... - wtrącił Jock. 
-  Przedtem Christie musiała po raz pierwszy poprosić o po-

moc. - W głosie Tiny krył się ból. Robiła sobie pewnie wyrzuty, 
że nie było jej wtedy przy siostrze, że niczego się nie domyśli-
ła...  -  Nie  miała  przecież  samochodu,  nie  miała  pieniędzy  -
ciągnęła Tina. - Kiedy więc zaczęły się bóle porodowe, poszła 
do sąsiadów i poprosiła o zawiezienie do szpitala. Ta sąsiadka 
nie należy może do najmilszych, ale kiedy zobaczyła, w jakim 
stanie Christie się znajduje, odszukała mnie. Przyjechałam, kie-
dy Rose skończyła dwa tygodnie. 

-  Przyjechałaś od razu? 
-  Tak. Christie była wtedy bliska śmierci. - Oczy Tiny pa-

trzyły gdzieś przed siebie, twarz miała ściągniętą bólem. Widać 
było, że jej myśli zajęte są wyłącznie siostrą. - Zajmowała się 
dziećmi, ale sama nic nie jadła i prawie się nie odzywała. Za-
brałam ją więc do szpitala w Sydney. 

 

35

 

-  Dlaczego bez Rose? 
-  Potrzebny jej był spokój i czas, żeby dojść do siebie, ale 

nie ma obawy, żeby zapomniała o małej – odparła ze smutnym 
uśmiechem Tina. - Musi odzyskać siły i zacząć myśleć o przy-
szłości, musi zrozumieć, że bez względu na to, co się stało, to 
jeszcze nie koniec życia. 

-  Musi dojść do przekonania, że silne poczucie godności 

i duma nie mogą być w życiu jedynymi doradcami - powiedział 
Jock. 

-  No właśnie. - Tinę ogarnęło wzruszenie. Tak długo była 

sama ze swymi myślami i strasznymi problemami, a teraz... 

Zrozumienie i pociecha nadeszły niespodziewanie ze strony 

człowieka,  po  którym  nigdy  by  się  tego  nie  spodziewała,  od 
którego nigdy by tego nie oczekiwała. Było to w dodatku więcej 
niż zrozumienie... Jock nie tylko podniósł ją na duchu. Odczu-
wała coś jeszcze, czego nie umiała sobie do końca wytłumaczyć. 
Czuła się tak, jakby stanowili z tym obcym człowiekiem jedno. 
Wstrząśnięta tym odkryciem, potrząsnęła głową, bo nic z tego 
nie pojmowała. 

-  Christie była zawsze taka silna - dodała, próbując się opa-

nować. -A to, co się stało, zawaliło jej świat, zniszczyło ją samą. 

-  Jak długo ma zostać w szpitalu? 
-  Przywiozę  ją  pewnie  w  przyszłym  tygodniu  -  odrzekła 

niepewnie. - W niedzielę, a może nawet wcześniej, pojedziemy 
do niej z dziećmi. Nie mam już przecież pracy... 

-  Ależ  masz pracę.  - Jock wziął ją za ręce ponad stołem, 

który ich oddzielał od siebie. - Nie jesteś wiele lepsza od Chri-
stie. Żeby nikomu nic nie powiedzieć... 

-  Ależ  rozmawiałam  o  tym  z  kilkoma  osobami  -  zaprote-

stowała, patrząc na ich złączone dłonie, jakby chciała zrozu- 

background image

36

 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO

 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO

 

37

 

 

mieć, skąd bierze się ciepło, które zaczyna ją wypełniać, jakby 
pragnęła odkryć źródło, z którego płynie otucha. 

Po chwili wysunęła niechętnie ręce, a on równie niechętnie 

na to przystał. 

-  Mówiłam o tym z Ellen, Struanem i Giną - ciągnęła i tyl-

ko delikatny rumieniec na policzkach zdradzał, że czuła jeszcze 
ciepło jego dłoni. - Struan wiedział, dlaczego mi zależy na tej 
pracy, a kiedy okazało się, że Christie musi pójść do szpitala, 
opowiedziałam wszystko Ellen, a ona powtórzyła to pielęgniar-
kom z nocnej zmiany. Christie nie będzie tym pewnie zachwy-
cona, ale nie było wyjścia. 

-  Szkoda, że mnie nie powiedziałaś. 
-  Jak mogłam... 
-  Jak mogłaś mi powiedzieć, skoro myślałaś, że odesłałem 

ją do domu, nie sprawdzając nawet... 

-  Przepraszam, naprawdę mi teraz głupio - wyszeptała Tina. 

Starała się za wszelką cenę skupić na rozmowie z człowie-

kiem,  który  przed  nią  siedział,  a  nie  rozpamiętywać  od  nowa 
problemy siostry. Przychodziło jej to z trudnością, bo Jock za-
władnął niepodzielnie jej uwagą. 

-  Christie była przekonana, że to ty odbierałeś poród. Ten 

lekarz,  ten  człowiek,  który  cię  zastępował,  nie  powinien  już 
nigdy tu wrócić - mówiła Tina przez łzy. - Czy wiesz, że moja 
siostra cierpi na anoreksję? Kiedy ją przyjmowali do szpitala 
w Sydney, nie ważyła nawet pięćdziesięciu kilo. A on tego wca 
le  nie zauważył! Jak  mogłeś przyjąć takiego  nieodpowiedzial 
nego człowieka do pracy! 

Siedziała przed nim szczupła i drobna, a on, patrząc na nią, 

odczuwał  narastające  wyrzuty  sumienia.  Przecież  to  chyba  nie

 

możliwe, żeby poradziła sobie sama z tym wszystkim. Spadło 

na nią tyle spraw i obowiązków, a najgorsze, że to ja jestem 
temu wszystkiemu winien! 

-  Tak, to moja wina - przyznał skruszony. - Ale powiedz 

mi lepiej, co mam teraz zrobić, żeby to wszystko naprawić? 

Nie wahała się nawet przez chwilę. 
-  Przyjmij mnie do pracy. 
-  To rozumie się samo przez się - żachnął się. - Tylko... jak 

ty możesz pracować? Masz przecież pełno roboty z dziećmi. 

-  To prawda, ale muszę pracować. Jestem w podobnych ta-

rapatach finansowych jak Christie. 

-  Jak to możliwe? Przecież już od jakiegoś czasu pracujesz 

na etacie specjalisty i musiałaś mieć ostatnio dobrą pensję. 

-  Pewnie mi nie uwierzysz, ale oddawałam się grom hazar-

dowym i popadłam w długi. - W oczach Tiny zapaliły się filu-
terne iskierki. 

Ona  potrafi  się  jeszcze  śmiać...  Mając  tyle  na  głowie,  ta 

dziewczyna potrafi jeszcze dowcipkować i śmiać się z samej 
siebie! 

-  Rzeczywiście trudno w to uwierzyć - mruknął pod nosem, 

na próżno siląc się na uśmiech. - Powiedz mi więc całą prawdę. 

Tina wahała się przez chwilę. Co go obchodzą moje sprawy 

finansowe? Co go może obchodzić los mojej rodziny? Wystar-
czyło  jednak,  że  spojrzała  w  oczy  Jocka,  by  zrozumiała,  że 
obchodzi  go  to  naprawdę  i  że  nie  potrafi  się  oprzeć  pokusie 
stawiania podobnych pytań. 

Ona zaś nie umiała się oprzeć Jockowi. 
Z podwórka dobiegł ich śmiech dzieci, które zbliżały się do 

domu. 

-  Mamy  siedem  jajek!  -  pokrzykiwała  Ally.  -  Mamy  sie- 

dem jajek! 

background image

 

 

 

-  A samochód? - pytał Tim. - A samochód? 
-  Położymy  tu  jajka  i  obejrzymy  samochód  -  tłumaczyła 

bratu Ally. - Pospiesz się, bo ciocia na nas czeka. No, daj rączkę. 

Jock też czekał. Czekał, aż Tina wszystko mu opowie. 

-  Nasi rodzice umarli, kiedy miałam szesnaście lat - zaczę-

ła.  -  Christie  miała  wtedy  dziewiętnaście.  Pracowałam  przez 
cały czas studiów - mówiła, nie spuszczając z niego wzroku 
- ale nie starczało mi na wszystko. Christie mi pomagała. Dla-
tego, między innymi, czuję się teraz tak podle. Musiałam także 
kilka razy zaciągać pożyczki. Spłacam je do tej pory. Marzę 
o tym, żeby zostać z Christie i dzieciakami jeszcze z pół roku, 
jednak nie bardzo mnie na to stać. 

-  Pozwól, że ci pomogę. 
-  Chcesz, żebym zaciągnęła kolejną pożyczkę? Dziękuję ci, 

ale naprawdę nie mogę. 

-  A  co  byś  zrobiła,  gdyby  na  przeszkodzie  nie  stały  pie-

niądze? 

-  Taka rozmowa nie ma sensu... 
-  Proszę cię, odpowiedz na to pytanie. 

Cóż to za niezwykły człowiek... W jego obecności wszystko 

wydaje  się  dużo  prostsze.  Zupełnie  jakby  miał  czarodziejską 
różdżkę i potrafił czynić cuda. Tylko że nawet on nie potrafi 
znaleźć wyjścia z podobnej sytuacji. 

-  Zabrałabym dzieci i pojechała do Sydney. Zostalibyśmy 

z Christie, dopóki nie dojdzie do siebie. A potem wróciłabym 
tu do pracy. 

-  Zabierałabyś z sobą Rose na dyżur i płaciła komuś, żeby 

opiekował się domem? 

-  Zgadza się. 
-  Nie da rady. 

 

-  Wiem, nie mam przecież pieniędzy, żeby... 
-  Nie  o  to  nawet  chodzi.  Nie  możesz  po  prostu  zabierać 

Rose do szpitala - rzekł stanowczo. - Christie nie chciałaby 
z pewnością, żeby jej córeczka zaraziła się gronkowcem, a ja 
nie chcę, żeby dziecko z zewnątrz przynosiło infekcję do sali 
noworodków. Jest jednak inne wyjście. 

-  Nie rozumiem... 
-  Słuchaj. Lekarz, którego zatrudniłem, narobił wiele szko-

dy. Gdybyś chciała, mogłabyś mnie pozwać do sądu i puścić 
z torbami. 

-  Jakże bym mogła... 
-  No dobrze, ale mogłabyś chociaż oskarżyć doktora Rod-

dicka o zaniedbanie i błędy, jakie popełnił, kiedy twoja siostra 
była w szpitalu. Bardzo by mi to zaszkodziło. Zatrudniłem go, 
odpowiadam więc za jego czyny. Proponuję, żebyśmy zawarli 
ugodę bez udawania się do sądu. 

-  Nigdy się na to nie zgodzę. 
-  Ja chcę zawrzeć ugodę z twoją siostrą, a nie z tobą. 
-  Ale... 
-  Przestań  już  mówić.  Nie  masz  pieniędzy,  a  ja  mam  ich 

dużo.  Zarabiam  od  lat  i  nie  mam  rodziny.  Wydaję  trochę  na 
samochody, a reszta mi zostaje. Kilka kilometrów stąd mieszka 
starsza pani, która poszukuje pracy - wyjaśnił. - Dopiero tu się 
sprowadziła.  Pracowała  kiedyś  jako  pielęgniarka  dziecięca, 
zgłosiła się w zeszłym tygodniu do szpitala, ale musi najpierw 
podnieść kwalifikacje, zanim można ją będzie przyjąć. A u was 
mogłaby od razu rozpocząć pracę. No więc... 

-  Kiedy ja... 
-  Nic nie mów  - przerwał jej. - Nie robię tego dla ciebie, 

tylko dla twojej siostry, a ty nie masz prawa odrzucać mojej 

background image

40 

 

propozycji w jej imieniu. Zatrudnię więc Marie w pełnym wy-
miarze godzin i uprzedzę, że czasem będzie musiała u was za-
nocować. Na pewno będzie zachwycona, a dzieci z pewnością 
ją polubią. 

-  Ale... 
-  Zabierzesz  teraz  dzieci  do  Sydney,  przywieziesz  potem 

Christie i wszystko sobie urządzisz. Upewnisz się, czy Marie ci 
odpowiada, i wrócisz do pracy. 

-  Ale ja nie mogę sobie pozwolić na urlop. 
-  Rzuciłaś pracę - zauważył. - Zrobiłaś to przy świadkach. 

Wrócić do pracy będziesz mogła dopiero wtedy, kiedy ci na to 
pozwolę. A pozwolę ci wtedy, kiedy Christie i Marie będą sobie 
dawały radę z dziećmi. 

-  Nie poradzisz sobie beze mnie w szpitalu. 
-  Nie  pierwszy  raz  mamy  za  mało  lekarzy.  A  teraz,  pani 

doktor, proszę skończyć te dyskusje i robić, o co proszę. 

-  Ja nie mogę przecież... 

Nie odpowiedział, tylko wyciągnął do niej znowu ręce. Nie 

była w stanie wydusić słowa. 

-  Możesz. Zapewniam cię, że możesz - rzekł cicho. - Masz 

obowiązki wobec siostry i jej dzieci. A ja muszę te obowiązki 
z tobą dzielić, bo zatrudniłem nieodpowiedzialnego człowieka. 

-  Jock... 
Czuła się bezradna i zagubiona. Nie rozumiała, co się z nią 

dzieje. Jeszcze pół godziny temu nienawidziła tego człowieka, 
a teraz... Teraz ten człowiek trzyma jej rękę, a jej ciało przenika 
dziwny dreszcz. 

Muszę coś powiedzieć... Jock czeka, aż coś powiem. Powin-

nam w dodatku powiedzieć coś mądrego... Tina denerwowała 
się, próbując na próżno pozbierać rozbiegane myśli. 

 

41

 

Uratował ją powrót dzieci, które wpadły do kuchni jak burza, 

przekrzykując się nawzajem. Ucichły jednak od razu na widok 
pana,  który  ma  taki  piękny  samochód,  trzymającego  za  rękę 
ciocię Tinę. 

-  Ciociu - odezwała się po chwili Ally - czy wy już będzie 

cie się teraz lubić? 

Tina próbowała uwolnić rękę, ale Jock trzymał ją mocno. 
-  Będziemy  -  zapewnił  uroczystym  głosem,  ściskając  jesz 

cze mocniej jej dłoń. - Od tej chwili ciocia i ja będziemy przy 
jaciółmi, żeby odbudować waszą rodzinę. 

Rodzina. 

To słowo nie dawało mu spokoju przez resztę dnia. Zjadł ze 

wszystkimi  wspaniały  omlet,  a  potem  zabrał  dzieci  na  prze-
jażdżkę. Siadały  mu kolejno na kolanach, a on pozwalał im 
kręcić  kierownicą,  zaskarbiając  sobie  na  wieki  ich  przyjaźń. 
Wracał teraz do domu i nie potrafił myśleć o niczym innym. 

Rodzina. 
Ileż wspomnień, ileż dobrych myśli rodzi to słowo! 
Nieprawda! Rodzina to więzienie. Założenie rodziny ozna-

cza  związanie  się  z  jedną  osobą,  posiadanie  dzieci,  płacenie 
długów hipotecznych i czesnego za szkołę... 

I trzeba się liczyć z tym, że w każdej chwili może się coś 

stać, że ktoś odejdzie, tak jak odszedł mąż Christie, lub umrze, 
tak jak moja matka. 

Przypomniał sobie ojca, którego widział ostatni raz piętna-

ście lat temu. Najważniejszą sprawą w życiu Sama Blaxtona 
było  małżeństwo.  Całe  życie  poświęcił  żonie,  a  gdy  umarła, 
zapadł się w sobie, niezdolny do okazania uczucia nawet włas-
nemu synowi. Zamienił jego życie w piekło. 

background image

42 

 

 

43

 

 

Jock skręcił na cypel. Jechał teraz brzegiem morza, czując 

na twarzy morski wiatr. 

Tego  mi  właśnie  potrzeba,  myślał.  Wolności,  wiatru  wie-

jącego w twarz, nieskrępowanej niczym swobody wyboru -a 
nie  miłości,  małżeństwa,  dzieci  i  związanych  z  tym  obo-
wiązków. 

Będę to wszystko znowu miał, kiedy tylko pomogę Tinie i jej 

rodzinie stanąć na nogi. Ciekawe, jak Tina to wszystko znosi? 
Jest tak bardzo związana z siostrą! Wstrząsnął się na samą myśl 
o ciężarach, które ta drobna kobieta dźwiga na swoich barkach. 
Długi,  zależna  od  niej  całkowicie  siostra  i  trójka  małych 
dzieci... 

Christie powinna była przerwać ciążę, pomyślał ze złością. 

W takich warunkach dawać nowe życie... 

Zaraz jednak się opamiętał. Jedno dziecko więcej w tej sy-

tuacji, jedno mniej... Nie ma to w końcu większego znaczenia. 
Przed oczami stanęła mu buzia Rose, rudy puszek na jej główce. 
Z pewnością będzie miała takie same wspaniałe rude włosy jak 
Tina... 

O czym ja w ogóle myślę? 
Zajmij się teraz, chłopie, czymś konkretnym! Zabierz się do 

zorganizowania im życia. Żebyś się tylko za bardzo nie zaanga-
żował w to wszystko uczuciowo! 

Tego naprawdę nie chciał. Wiedział bowiem, że zwykle pro-

wadzi to do katastrofy. 

Tina wróciła do pracy tydzień później. Zadzwoniła do niego 

o piątej rano. Jock położył się poprzedniego wieczoru spać już 
o siódmej, miał bowiem za sobą dwie nieprzespane noce. 

- Jock? - rozległ się w słuchawce jej melodyjny głos. 

Czyżby to był sen? Leżał, przyciskając słuchawkę do ucha, 

przepełniony tęsknotą do niej, i starał się otrząsnąć ze snu. 

-  Jock? - W jej głosie wyczuł niepokój i zdenerwowanie. 
-  Tak, to ja. 
-  Przykro  mi  - zaczęła. -  Ale  widzisz,  właśnie przyjechała 

pani Blythe i jesteś bardzo potrzebny. 

PaniBlythe... 
Jock zmarszczył czoło. Julie Blythe była pierwiastką. Skoro 

dopiero przyjechała, do samego porodu zostało jej jeszcze wiele 
godzin. 

-  Czy dzieje się coś szczególnego? - zapytał. 
-  Tak. Płód jest  w  położeniu  pośladkowym,  a  pani  Blythe 

zwlekała zbyt długo z przyjazdem do szpitala. 

-  W położeniu... 
-  Nie wygląda to dobrze, Jock. Chyba trzeba będzie zrobić 

cesarskie, jeśli nie jest za późno. 

-  Zadzwoń do Lloyda i uprzedź go, jaka jest sytuacja. 

Do cesarskiego cięcia potrzebnych jest trzech lekarzy, myślał 

Jock. Sam odebrałbym poród, Tina byłaby anestezjologiem, 
a Lloyd zająłby się dzieckiem. 

-  Jock, pospiesz się. Sytuacja jest poważna. 

Łamiąc wszelkie przepisy i przekraczając dozwoloną pręd-

kość, Jock w ciągu czterech minut pokonał odległość ośmiuset 
metrów, która dzieliła jego dom od szpitala. Wiedział dobrze, 
że Tina nie robiłaby fałszywego alarmu, gdyby sytuacja nie była 
poważna. 

Jedno spojrzenie na panią Blythe upewniło go, że miał rację. 

Pacjentka znajdowała się na sali operacyjnej, co go trochę zdzi-
wiło,  gdyż  położenie  pośladkowe  płodu  nie  zawsze  oznacza 
konieczność wykonania cesarskiego cięcia. 

background image

44 

 

-  Panie doktorze - wyjaśniała Tina, która zakładała właśnie 

kroplówkę - pani Blythe od dwudziestu czterech godzin ma bóle 
porodowe. Skurcze nie były początkowo zbyt silne, nie widziała 
więc powodu,  żeby przyjeżdżać do  szpitala. Męża akurat  nie 
było, a kiedy wrócił, sytuacja radykalnie się zmieniła. 

Jock podszedł szybko do pani Blythe i uścisnął jej rękę. 

-  Personel jest już w komplecie  - rzekł z uśmiechem. - Za 

raz zobaczymy, co wyprawia to pani małe stworzenie. 

Julie Blythe sprawiała wrażenie wykończonej. Jej oczy przy-

ćmione były bólem i po chwili Jockowi udzieliło się zdenerwo-
wanie Tiny. 

Dziecko  znajdowało  się  już  w  kanale  rodnym,  położenie 

pośladkowe uniemożliwiało mu jednak wydostanie się na zew-
nątrz. Nieustanne skurcze wywoływały niestety opuchliznę gło-
wy i szanse na naturalny poród malały z każdą chwilą. 

-  Chyba jednak nie uda się zrobić cesarskiego - odezwała 

się niepewnie Tina. 

Spojrzała na monitor: na ekranie można było śledzić walkę 

dziecka o życie. Jego stan nie był dobry. Tętno spadało, poja-
wiała się smółka i należało podjąć szybkie działanie. 

Za wszelką cenę trzeba było uratować życie Julie, nie zapo-

minając oczywiście o dziecku, i do tego właśnie zmierzał Jock. 
Wydawał polecenia jedno po drugim, nie było  więc czasu na 
rozmyślania. Tina straciła już wcześniej nadzieję na uratowanie 
dziecka, ale teraz wykonywała polecenia lekarza, licząc, że mo-
że jednak... 

Dzięki Ci, Boże, za cuda techniki. Dzięki za wybitnych le-

karzy. Dzięki Ci, Boże, za Jocka. 

Na  polecenie  Jocka  zrobiła  blokadę,  a  potem  patrzyła,  jak 

bada on położenie płodu. Nic chyba z tego nie będzie... 

 

45

 

-  Podaj mi kleszcze - rzucił Jock. 
Nastawił je odpowiednio i ostrożnie, powoli, dokonując cu-

dów zręczności, zaczął przepychać dziecko z powrotem w gó-
rę kanału rodnego. Tina nie widziała jeszcze czegoś podobne-
go. Choć była zupełnie oszołomiona tym widokiem, szybko 
i sprawnie wykonywała polecenia lekarza. 

Na skutki jego działania nie trzeba było długo czekać. Skur-

cze zaczęły powoli ustawać... 

-  Wszystko będzie dobrze - zwrócił się Jock do Julie, choć 

nie wiedział, czy kobieta go słyszy.  -  Niedługo zobaczy pani 
swoje dziecko. A gdzie jest pan Blythe? - spytał Tinę. 

-  W poczekalni. Myślałam, że... 
-  W porządku - mruknął. 
W  wypadku  jakichkolwiek  komplikacji  porodowych  wię-

kszość położników wypraszała rodzinę z porodówki. Julie Bly-
the była jednak w krytycznym stanie. Jej oddech był szybki 
i płytki, groziła jej zapaść. 

-  Siostro, proszę zawołać pana Blythe'a - poprosił Jock. 

- Jego żonie potrzebne jest teraz wszelkie wsparcie. 

Po chwili do sali operacyjnej wszedł młody człowiek. Pod-

biegł do żony, usiadł przy niej i chwycił ją za rękę, jakby szukał 
u niej ratunku. Tina myślała przez chwilę, że jest on chyba 
w gorszym stanie niż jego żona. 

-  Zaraz będę robił cesarskie cięcie - oznajmił Jock. 

Dał znać oczami, że już czas, i Tina przy pomocy pielęgnin-

rek rozpoczęła zewnątrzoponowe znieczulenie, wykonując pil 
nie wszystkie polecenia lekarza. Nie opuszczuł jej przy tym 
niepokój. Czy udało się przesunąć dziecko na tyle wysoko, ze 
możliwe jest cesarskie cięcie? 

-  Zależy mi bardzo, żeby pan podtrzymal zone na duchu 

background image

46

 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO

 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO

 

47

 

 

-  zwrócił  się  Jock  do  mężczyzny.  -  Czy  słyszy  mnie  pani?  - 
uśmiechnął  się  do  Julie.  -  Wszystko  jest  w  porządku  i  już 
wkrótce zobaczy pani swoje dziecko. Musimy tylko  wykonać 
cesarskie. Zrobię małe nacięcie na brzuchu i wydobędę je tam 
tędy. Nie będę robił znieczulenia ogólnego, bo chcę, żeby była 
pani przytomna i od razu mogła powitać dziecko. 

Doktor Blaxton nie mówił całej prawdy. Stan Julie i dziecka 

nie pozwalał po prostu na zastosowanie znieczulenia ogólne-
go.  Tina  doskonale  zdawała  sobie  z  tego  sprawę,  starała  się 
jednak o tym nie myśleć. Musiała skoncentrować się na swojej 
pracy. 

-  Trochę mi słabo - wyszeptał młody człowiek. - Nie wiem, 

czy temu wszystkiemu podołam... 

-  Nie ma innego wyjścia - oświadczył Jock kategorycznie. 

-  Żona pana potrzebuje. Musi pan się wziąć w garść, zapomnieć 
o sobie i myśleć tylko o niej. Proszę cały czas z nią rozmawiać. 
Proszę przez cały czas być razem z nią... 

-  Lloyda jeszcze nie ma  - odezwała się Tina.  - Sally obie 

cała, że przyjedzie w ciągu dziesięciu minut. 

Jock  zmarszczył  czoło.  Poród  bez  lekarza,  który  mógłby 

zająć się od razu dzieckiem, niesie z sobą ryzyko. Jedno spoj-
rzenie na monitory wystarczyło jednak, by zrozumieć, że cze-
kanie jest bardziej ryzykowne. 

Gdy  znieczulenie  zaczęło  działać,  Jock  odczekał  jeszcze, 

dopóki nie ustały skurcze. Sprawdził położenie główki dziecka, 
a następnie dokonał cięcia. W dwie minuty później na świecie 
pojawiła się maleńka dziewczynka. A potem już wszystko uło-
żyło się dobrze. 

Lloyd wpadł na salę w ostatniej chwili. Odessał zaraz dziec-

ku drogi oddechowe i zbadał je dokładnie. Zanim Jock zakoń- 

czył zszywanie rany, dziewczynka płakała już wniebogłosy. Na 
dobrą sprawę Lloyd nie miał tu nic do roboty. 

-  To po to zrywaliście mnie z łóżka? - narzekał, ale oczy 

mu się śmiały. Sam miał dzieci i bardzo je lubił. Nie był wpraw 
dzie pediatrą, lecz z prawdziwą przyjemnością zastępował Ginę 
w  czasie jej nieobecności.  -  Moje gratulacje  -  uśmiechnął się 
serdecznie do państwa Blythe.  -  Urodziła się  wam  śliczna có 
reczka, która dzięki Bogu jest zdrowa, więc już mnie tu nie ma. 
Moje dzieciaki niedługo się zbudzą, może mi się uda przedtem 
jeszcze troszkę zdrzemnąć. 

Pomachał ręką Tinie i Jockowi i zniknął. 

-  Trzeba będzie podać w kroplówce dwa miliony jednostek 

penicyliny - zwrócił się Jock do Tiny. 

-  Dwa miliony? - spytała zdumiona. Przecież to było zwykłe 

cesarskie cięcie. 

-  Tak - odparł kategorycznym tonem i zapadła cisza. 
-  Już podaję - zapewniła. 

Jako anestezjolog nie mogła kwestionować poleceń położni-

ka, ale taka dawka wydała jej się zbyt wysoka. Nie mogła jednak 
w  niczym  zaszkodzić  i  z  pewnością  wykluczała  jakiekolwiek 
zakażenie. Po założeniu kroplówki salowe  wywiozły Julie na 
oddział położniczy. Obok kroczył pan Blythe dumny jak paw. 
Ellen zabrała dziewczynkę na oddział noworodków, a Tina 
i Jock zostali sami. 

background image

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Cisza dźwięczała im w uszach. Oboje czuli, że przenika ich 

jakiś dziwny dreszcz. 

-  Przepraszam  cię  za  te  uwagi  na  temat  penicyliny  -  ode-

zwała się w końcu Tina. - Nie chciałam wcale podawać w wąt-
pliwość tego, co mówisz; po prostu rzadko daje się taką dawkę. 

-  Nie lubię ryzykować. 
-  Powinieneś się teraz położyć spać - zauważyła. - Tak mi 

przykro, że musiałam cię obudzić. 

-  Nie  masz  za  co  przepraszać  -  rzekł  z  uśmiechem.  -  Za-

kończyło się wszystko tak pomyślnie, że warto było wstać. 

-  Julie była już bliska śmierci, a gdyby czekała jeszcze dłu-

żej... Dziecko też nie było w najlepszym stanie. 

Zamilkli na chwilę. Tak niewiele brakowało, by tej matki 

i jej maleńkiej córeczki nie było już wśród żywych... 

-  Nie spodziewałem się, że tak prędko wrócisz do pracy 

przerwał ciszę Jock. - Sądziłem, że Sally będzie miała nocny 

dyzur. 

-  Miało tak być, ale wróciłam z Sydney już wczoraj, na tyle 

wczesnie,  że  zdążyłam  jeszcze  wziąć  udział  w  panieńskim 
wieczorze  Mary.  Wiesz,  mam  być  druhną  na  jej  weselu.  A 
potem  zadzwonilam  do  szpitala  i  powiedziałam,  że  przyjdę  na 
noc. 
Christle  wrocila  ze  mna  a  Marie,  tak  jak  przypuszczałeś,  zna- 
komicie sobie ze wszystkim radzi, no więc jestem. 

 

-  Rozumiem. - Zdjął fartuch i cisnął go do kosza znacznie 

silniej,  niż było to potrzebne.  Spodziewał się, że rozładuje  to 
jakoś napięcie, które istniało między nimi. - Jak się czuje twoja 
siostra? 

-  Lepiej. 
-  To znaczy? 
-  Nie znajduje się już na pograniczu życia i śmierci. 
-  Na  pograniczu  życia  i  śmierci?  Brzmi  to  dosyć  drama-

tycznie. 

-  Ale tak to właśnie wyglądało przed naszym wyjazdem do 

Sydney. Przestała zupełnie jeść... - Urwała nagle. - Najgorsze 
jednak było to, że mogła w każdej chwili popełnić samobójstwo 
- dodała po chwili. 

-  A teraz? 
-  Nareszcie zaczęła jeść, odpoczęła, można z nią normalnie 

rozmawiać. Musimy się postarać, żeby całkiem doszła do siebie. 

-  Może wam to zabrać wiele miesięcy. 
-  Wiem. 

Spojrzał na nią zatroskany. 

-  Ale co  się przez ten czas będzie działo z tobą?  -  spytał, 

myjąc  pod  kranem  ręce.  -  Co  robiłaś  w  Brisbane,  zanim  tu 
przyjechałaś? 

-  Chyba wiesz... - zaczęła. 
Czuła się w obecności Jocka tak dziwnie, tak niesamowicie 

dziwnie.  Próbowała  się  skupić  na  odpowiedzi,  ale  nie  mogła 
oderwać od niego wzroku. 

-  Czytałeś przecież mój życiorys i różne zaświadczenia, kie-

dy starałam się o pracę... 

-  Oczywiście,  że  tak.  Pamiętam,  że  zrobiłaś  pierwszy  sto-

pień specjalizacji w anestezjologii. Nawiasem mówiąc, wspa- 

background image

 

niale się dziś spisałaś, za co cała rodzina Blythe'ów powinna ci 
być wdzięczna do końca życia. 

Tina spłonęła rumieńcem, a Jock, udając, że tego nie widzi, 

mówił dalej: 

-  Nie wiem jednak, czy znalazłaś już szpital, w którym mo-

głabyś zrobić drugi stopień. 

-  Tak. To znaczy... 
-  To znaczy miałaś taką możliwość, tylko z niej zrezygno-

wałaś,  żeby  przyjechać  tutaj.  -  Pokiwał  głową.  -  Z  twoimi 
umiejętnościami znajdziesz bez trudu nowe miejsce, ale stracisz 
rok. 

-  Może ktoś zrezygnuje i wcześniej zwolni się  miejsce. -

Tina  tak  właśnie  sama  siebie  pocieszała.  -  Może  będę  miała 
szczęście. 

-  To nie jest wcale takie pewne - zauważył. - Chyba zosta-

wiłaś w Brisbane przyjaciół? Masz pewnie narzeczonego? 

Tina znowu się zaczerwieniła. 

-  To moja prywatna sprawa. 

Jock jednak łatwo czytał w jej myślach. 

-  A więc ktoś tam cierpliwie na ciebie czeka? 
Peter rzeczywiście cierpliwie czekał na nią w Sydney. Było 

to znakomite określenie. Siedział i czekał, aż iskierka przyjaźni, 
jaka się tliła w ich sercach, wybuchnie płomieniem miłości. 

Mieli  z  sobą  dużo  wspólnego,  pasowali  do  siebie,  jednak 

zdawali sobie sprawę, że to trochę za mało, by decydować się 
na małżeństwo. Peter był naprawdę kochany, szkoda tylko, że 
będąc  z  nim,  Tina  nie  odczuwała  nigdy  gwałtownego  bicia 
serca... 

-  Jeżeli  chcesz  wiedzieć...  -  odezwała  się  po  chwili.  - 

A więc dobrze, mam narzeczonego. Na imię ma Peter. - Nie 

udało jej się, choć tak bardzo chciała, powiedzieć tego wszy-
stkiego z dumą i radością. 

-  Czy Peter też jest lekarzem? 
-  Chirurgiem. 
-  Brawo! - rzekł Jock z udawaną radością w głosie.  - Czy 

przyjedzie do ciebie podczas weekendu? 

-  Nie. - Spojrzała na niego zdziwiona. - Dlaczego by miał 

przyjeżdżać? 

-  Czy spotkałaś się z nim w Sydney? 
Rzuciła na Jocka chmurne spojrzenie. 
-  A cóż to takiego, panie doktorze? Przesłuchanie na temat 

Petera? Tak, widziałam się z nim w czasie pobytu w Sydney. 

-  Masz rację, nie mam prawa wtrącać się do twoich spraw 

-  zgodził się z uśmiechem, który znowu sprawił, że przebiegł 
ją dreszcz i serce zaczęło bić mocniej. 

Szkoda, że nic podobnego ze mną sie nie dzieje, kiedy uśmie-

cha się Peter, pomyślała od razu. 

-  Wiem,  że  to  nie  moja  sprawa  -  dodał  Jock  -  myślałem 

tylko... - Zawahał się. - Widzisz, w sobotę jest bal w szpitalu 
i poszukuję kogoś do towarzystwa. 

-  Nie będziesz miał chyba z tym kłopotu. Kobiety ustawią 

się w kolejkę - zauważyła z ironią. 

-  Co chciałaś przez to powiedzieć? 
-  Tylko  to,  co  opowiadają  o  tobie  wszystkie  pielęgniarki. 

Podobno nigdy nie miałeś żadnych trudności, żeby umówić się 
z dziewczyną. 

-  Widzę, że robisz ze mnie playboya. 
-  Tak by to można nazwać - odparła po chwili namyslu. 

-  Podobno nie umawiasz się z tą samą dziewczyna wiecej niz 
dwa razy. 

background image

 

 

 

-  Boisz się tego? 
-  Ja? Skądże znowu! - zapewniła go wesoło. - Nie jestem 

przecież wolna. 

-  Bo masz Petera. 
-  Bo  mam  Petera  -  potwierdziła.  -  Ciekawi  mnie  jednak, 

dlaczego nie umawiasz się nigdy więcej niż dwa razy. Musisz 
mieć jakiś powód. 

-  Od razu się we mnie zakochują - poskarżył się. 
-  To ci historia! - roześmiała się Tina. - Czy nie wydaje ci 

się, że jesteś trochę zarozumiały? 

-  Może to tak wygląda - przyznał ze skruchą i dodał: - Wi-

dzisz, ja po prostu nie jestem zainteresowany żadnym trwałym 
związkiem. 

-  A cóż złego jest w trwałym związku? Może by ci się to 

nawet podobało? 

-  Na pewno nie. 
-  Co za kategoryczne stwierdzenie! 
-  Mam swoje powody. 

Przestała żartować, gdyż zrozumiała, że kryje się za tym coś 

poważnego. 

-  Może mi powiesz, dlaczego tak jest? 
-  Powiedzmy, że nie chcę się angażować - odparł, wzrusza-

jąc ramionami. - Tak sobie pomyślałem, że skoro i ciebie nie 
interesują inne związki, bo masz przecież narzeczonego, to mo-
że wybrałabyś się ze mną na ten bal? 

Czemu nie? - pomyślała. Christie ma ciągle wyrzuty sumie-

nia, że siedzę z nią tutaj, więc kiedy pójdę na bal, będzie zado-
wolona.  Marie  u  nas  mieszka,  nic  więc  naprawdę  nie  stoi  na 
przeszkodzie. Zwłaszcza że tak miło będzie gdzieś pójść z Jo-
ckiem... 

Uśmiechał  się do niej, czekając na odpowiedź. Miał takie 

miłe, ciepłe oczy... 

-  Cóż...  -  mruknęła.  -  Może  mi  się  uda  -  dodała  nonsza-

lancko.-Ale... 

-  Ale co? 

Jock potrzebuje mojego towarzystwa po to tylko, żeby zała-

twić jakieś swoje sprawy. Wobec tego ja także wykorzystam go 
do swoich celów, zadecydowała. 

-  Umówię  się  z  tobą  na  ten  bal  pod  warunkiem,,  że  poje 

dziesz z nami wszystkimi na piknik. 

Christie  też  się  coś  należy,  powinna  już  zacząć  widywać 

ludzi, myślała sobie Tina. Będzie jej miło w towarzystwie Jocka, 
bo z pewnością potrafi się odnieść do niej ze zrozumieniem. 

-  Jeżeli będę pracowała co noc do końca tygodnia, od piątku 

będę miała wolne. W sobotę po południu możemy więc wyru-
szyć nad jezioro. Weź kąpielówki, zabierzemy dzieci, popływa-
my, zjemy podwieczorek i pojedziemy potem na bal. 

-  Dzieci? 
-  Nie  masz  chyba  nic  przeciwko  rodzinnej  atmosferze?  -

spytała poważnie. - A może właśnie od tego chcesz uciec? 

-  Ależ nie! - Potrząsnął głową z uśmiechem. - Nie mam nic 

przeciwko rodzinnej atmosferze... cudzego domu. 

-  To dobrze! Zobaczymy się w sobotę o czwartej. 
-  Świetnie. Będę o czwartej. 
W tej samej chwili przeraził się. Strach dosięgal go zwykle 

dopiero wtedy, gdy spotkał się z jakąś dziewczyna dwu razy 
A teraz... Teraz bał się od pierwszego spotkaniu. Od poczatku 
tej znajomości miał ochotę uciec na koniec świata. 

Czego  tu  się  bać?  -  próbował  sobie  tlumaczyc.  Tina  ma

 

narzeczonego i wróci do niego, kiedy jej siostra poczuje sie

background image

54

 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO

 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO

 

55

 

 

lepiej. Skąd więc świadomość, że wszystko się wali, że ziemia 
rozstępuje mi się pod nogami? 

-  O  ile  oczywiście  nie  zacznie  się  jakiś  poród  -  dodał  po 

spiesznie. 

Szkoda, że dzieci nie rodzą się na zawołanie! Długi poród 

w  sobotnie  popołudnie  rozwiązałby  wszystkie  problemy.  Nie 
musiałbym chodzić na żadne wycieczki, myślał Jock. 

-  Mam  nadzieję,  że  do  tego  nie  dojdzie  -  roześmiała  się 

Tina. 

Przed pójściem do domu nie wytrzymała i wpadła jeszcze do 

pokoju noworodków, żeby rzucić okiem na Laurę Blythe. Dziec-
ko miało dopiero dwie godziny, a już dawało o sobie znać do-
nośnym głosem. Tina wzięła dziewczynkę na ręce i przytuliła 
do siebie. 

-  Cicho, malutka, cicho. Daj mamie trochę pospać. 
Dziewczynka wydała gniewny okrzyk i przytuliła buzię do 

piersi Tiny. Wiedziała dobrze, czego chce; może właśnie dlatego 
zniosła tak ciężki poród. 

-  Widzę, że lubisz dzieci - zauważyła Ellen. 
-  Jak można ich nie lubić? 
-  Pewnie chciałabyś mieć swoje? 
-  Oczywiście... 
-  Doktor Blaxton by nie chciał. 

 

-  Nie?  -  spytała,  przybierając  obojętny  ton  i  tuląc  dziew-

czynkę mocniej do serca. - Ale w ogóle lubi dzieci. 

-  Pewnie lubi - Ellen wzruszyła niechętnie ramionami - tyl-

ko że raczej na odległość, bo on nie chce się wiązać. 

Ja też nie - rzekła Tina. - Pasujemy więc do siebie. 

Wszystkie moje pielęgniarki tak opowiadają, zanim się 

z nim umówią - westchnęła Ellen. - Wystarczy jedno spotkanie 
z tym człowiekiem, a chodzą potem jak błędne. Po drugim spot-
kaniu zdają się fruwać, a on zaprasza już kogoś innego i bieda-
czka zapłakuje się albo usycha z tęsknoty. 

-  Robisz z niego jakiegoś straszliwego uwodziciela - roze-

śmiała się Tina. 

-  Chcę cię tylko ostrzec - stwierdziła poważnie Ellen. - Je-

steś młoda i wrażliwa. 

-  Daj spokój! Mam dwadzieścia osiem lat, a właściwie już 

prawie dwadzieścia dziewięć. 

-  Zgoda,- jesteś więc dojrzałą kobietą, ale jesteś wrażliwa, 

a Jock jest niebezpieczny. Zapamiętaj sobie moje słowa. 

-  Zapewniam cię, że nie należę do kobiet, które tracą głowę 

dla byle przystojniaka. 

-  Doskonale o tym wiem i gdyby tylko o to chodziło, wcale 

bym się o ciebie nie martwiła. 

-  Na litość boską, powiedz mi wreszcie, dlaczego się mar-

twisz? Co takiego niepokoi cię w Jocku? 

-  To duchy przeszłości nie dają mu  spokoju. Zawładnęły 

nim i nie dają mu żyć, a wraz z nim cierpi całe jego otoczenie 
-  mówiła  Ellen,  najwyraźniej  bardzo  przejęta  losem  doktora 
Blaxtona. 

-  Duchy? O czym ty mówisz? - spytała Tina z uśmiechem. 
-  Choćby duch jego matki. I pewnie nie tylko. Dlatego właś-

nie  nie  sądzę,  żeby  jakiejkolwiek  dziewczynie  udało  się  do 
niego zbliżyć. 

-  Nic nie rozumiem - rzekła Tina. 
Ellen wzruszyła ramionami. Dawno już z nikim nie rozma-

wiała o matce Jocka. Rzadko nawet o niej myślała, choć kiedyś 
bardzo się przyjaźniły. Ból zelżał po latach i przypominała sobie 

background image

 

 

 

o niej tylko wtedy, gdy dostrzegała na twarzy Jocka ślady cier-
pienia. 

-  Jock urodził się przez cesarskie cięcie - oznajmiła. - Za-

bieg nie był zaplanowany, wykonano go w ostatniej chwili, 
a opieka poporodowa pozostawiała wiele do życzenia, co do-
prowadziło do poważnego zakażenia u jego matki. 

-  Teraz już rozumiem - mruknęła pod nosem Tina, przypo-

minając sobie dawkę penicyliny, jaką Jock zaaplikował Julie. 

-  Nie byłabym tego taka pewna - rzekła ze smutkiem Ellen. 

- Zakażenie doprowadziło do zrostów w jamie brzusznej - wy-
jaśniła. - Krótko mówiąc, matka Jocka musiała być wielokrot-
nie  operowana,  a  każda  kolejna  operacja  tylko  pogarszała  jej 
stan. Właściwie nie wychodziła w ogóle ze szpitala. Nie mogła 
mieć więcej dzieci i stale cierpiała. W końcu, kiedy Jock skoń-
czył dziesięć lat, zrosty spowodowały obstrukcję jelita. Zmarła 
przed jedenastymi urodzinami syna. 

-  Boże... - wyszeptała Tina. 
-  To  jeszcze  nie  wszystko.  Bardzo  chcieliśmy  pomóc  Jo-

ckowi, to znaczy ja i inni przyjaciele jego matki, tylko że ojciec 
Jocka... To był zawzięty, twardy człowiek. Był surowy i wyma-
gający. Ogromnie kochał swoją żonę, nie widział świata poza 
nią. Tak sobie myślę, że patrząc przez dziesięć lat na jej konanie, 
mógł dostać pomieszania zmysłów. W każdym razie zaczęło się 
z nim dziać coś niedobrego. Uznał najwyraźniej, że ktoś ponosi 
winę za jej śmierć. 

-  Chyba nie Jock! - wtrąciła Tina. 
-  Owszem, według niego właśnie Jock! - Ellen przymknęła na 

chwilę oczy, powstrzymując łzy. - Wszystkiemu był winien Jock 
i dlatego właśnie, zdaniem Sama, nie powinien był się w ogóle 
narodzić. Sam dobrze pilnował, żeby Jock stale o tym pamiętał. 

 

-  To straszne... 
-  Dlatego  musisz  uważać,  kiedy  jesteś  w  pobliżu  Jocka  -

mówiła Ellen.  -  Są  takie rany, które  się  nigdy  nie  goją. Jock 
nauczył się od najwcześniejszych lat myśleć, że na świecie rodzi 
się za dużo dzieci. Nauczono go, że jego narodziny były pomył-
ką. Założę się, że został położnikiem po to tylko, żeby żadnej 
kobiecie  nie  przytrafiło  się  coś  takiego  jak  jego  matce  i  nie 
wyobrażam sobie, żeby kiedykolwiek chciał mieć dziecko. Chy-
ba mi przyznasz rację? 

Jock pojawił się w domku Christie punktualnie o czwartej. 

Gdy zobaczył Ally i Tima na werandzie, machających do niego  
rączkami, przestał żałować, że został zaproszony. Na widok 
Tiny w żółtym bikini zapomniał o swych obawach, które jesz-
cze niedawno nie dawały mu spokoju. 

-  Dzień dobry! - zawołała Tina. 
Schodziła po stopniach werandy, uśmiechając się do niego 

i tuląc do piersi Rosęe, którą trzymała w nosidełku. Na jej widok 
poczuł  się  tak,  jakby  ktoś  uderzył  go  obuchem  w  głowę.  Była 
śliczna,  prawie  naga...  Osłaniało  ją  maleństwo,  które  przylgnęło 
do  niej  całym  ciałkiem...  Nie  był  w  stanie  oderwać  od  niej 
wzroku. 

-  Dzień  dobry  -  odrzekł,  usiłując  mówić  normalnym  gło 

sem. - Widzę, że nawet Rosę ma zamiar pływać. 

-  Co ty opowiadasz!  - odezwała się  Ally.  - Rosę  ma przecież 

dopiero  kilka  tygodni  i  nie  umie  pływać.  Musi  zostać  z  ma-
musią. Czy pojedziemy nad wodę twoim samochodem? 

-  Po co mamy jechać  - odezwała się Tina.  - Pójdziemy 

na  piechotę,  a  zresztą  taki  samochód  nie  przejedzie  przez  pa 
stwisko. 

background image

 

 

-  Ależ przejedzie - zaprotestował urażonym głosem. - Kil-

ka dziur to żadna przeszkoda. 

-  A kilka pniaków? 
-  Można je wyminąć. 
-  Ale ma tylko dwa siedzenia. 
-  Ściśniemy się jakoś, jeśli nie trzeba będzie wyjeżdżać na 

drogę. 

-  Zabłocimy ci  wszystko i zamoczymy.  Zastanów  się, czy 

twoje obijane skórą fotele to wytrzymają? 

Jock  uniósł  głowę.  Tinie  chyba  sprawia  szczególną  przy-

jemność wykpiwanie jego samochodu. 

-  Można je potem umyć - oznajmił. 
-  Czy jesteś tego pewien? 
-  Ależ oczywiście. 
-  No to świetnie! - Roześmiała się, wyraźnie ubawiona całą 

rozmową. - Cudownie - dodała, wsadzając Tima do samocho-
du. - To chyba rzeczywiście za daleko, żeby iść na piechotę. 

W drzwiach domu ukazała się jakaś kobieca postać. To musi 

być Christie, pomyślał Jock. Była dość podobna do Tiny, ogniste 
włosy jednak zupełnie do niej nie pasowały. Była chorobliwie 
chuda, trzymała się kurczowo poręczy schodów, a przez prze-
zroczystą skórę na ręce prześwitywały błękitne żyły. 

-  A więc to jest twój doktor Blaxton - zwróciła się z uśmie-

chem do Tiny. 

-  On  wcale  nie jest  mój - oznajmiła Tina, podbiegając do 

siostry.  -  Czekają  mnie  tylko dwa spotkania, bo on  nigdy  nie 
umawia  się  więcej niż dwa razy. Muszę  więc  wykorzystać te 
spotkania najlepiej jak się da. 

-  Co  ty  mówisz!  -  przeraziła  się  Christie,  witając  jednak 

uśmiechem Jocka, który wchodził właśnie na werandę, aby się 

z nią przywitać. - Proszę jej wybaczyć - dodała. - Ona jest 
okropnie wychowana. 

-  Nic podobnego!  - zaprotestowała Tina. - Christie  wycho 

dziła ze skóry, żeby coś ze mnie wyrosło, ale co mogła poradzić, 
skoro takie mam geny? 

Siostry zachichotały, a Jock patrzył na nie zdumiony. Nigdy 

jeszcze  nie  spotkał  kogoś  takiego.  Oto  miał  przed  sobą  dwie 
kobiety, żyjące w ubóstwie, a jedna z nich była w dodatku cho-
ra. Walczyły o przetrwanie, a wszystko to nie przeszkadzało im 
śmiać się i dowcipkować. 

Jock zbliżył się do Christie, wziął ją za rękę i mocno uścisnął. 
-  Dzień dobry. Bardzo mi miło, że mogę nareszcie panią po-

znać. Chciałem też przeprosić, że wyjechałem akurat wtedy, kiedy 
przyszła  na  świat  Rose.  -  Uśmiechnął  się  serdecznie.  -  Tak  mi 
przykro, że mój zastępca zachował się w nieodpowiedzialny spo-
sób - dodał. - Sama pani widzi, jak wiele musi mi pani wybaczyć. 

-  Kiedy to nie pana wina - odparła Christie cichym głosem. 

- Sama jestem sobie winna. Tina robi mi wyrzuty, że nie przycho-
dziłam do pana w czasie całej ciąży. Wiem, że ma rację, tylko że... 

-  Tylko  że  depresję  można  czasem  porównać  do  sytuacji 

człowieka  przywalonego  głazem,  który  nie  pozwala  podnieść 
głowy - wtrącił Jock. - Wydostać się spod niego można jedynie 
z cudzą pomocą. Przeżyła pani wstrząs psychiczny, a do tego 
doszła depresja poporodowa. Ta choroba jest nie do końca zba-
dana, ale wiadomo, że wywołują ją zaburzenia hormonalne. Na 
zaburzenia psychiczne nałożyły się więc dolegliwości fizyczne. 
To prawdziwy cud, że wszystko się pomyślnie zakończyło, że 
stoi pani tu z nami uśmiechnięta. 

-  To dzięki Tinie mogę się uśmiechać - odrzekła Christie, 

a Jock pokiwał ze zrozumieniem głową. 

background image

60

 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO

 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO

 

61

 

 

-  Każdy w jej obecności musi się uśmiechnąć... 
-  Czyżbym była taka śmieszna? - Tina uniosła nieco wyżej 

Rose.  -  Słyszysz,  maleńka?  Opowiadają  tu  o  mnie,  że  jestem 
podobna do klowna. 

Jock milczał, starając się nie patrzeć na nogi Tiny. 
-  Jest pani nareszcie w domu, ma pani tu pomoc - zwrócił 

się znowu do Christie. 

-  To dzięki panu. 
-  Cóż mogłem innego zrobić po tym, jak się obszedł z panią 

mój zastępca - odpowiedział. - Nie ma pani za co być mi wdzię-
czna.  Ale  chciałem  zauważyć,  że  po  wyjściu  ze  szpitala  nie 
wolno przerywać leczenia. Czy mógłbym prosić, żeby zechciała 
pani  przyjść  do  mnie  na  kontrolę,  tak  żebym  mógł  ustawić 
właściwe leczenie? 

Tina  wstrzymała oddech. Tyle zależy od tego, co Christie 

teraz odpowie. 

-  Sama nie  wiem  - zaczęła. -  Właściwie niepotrzebne mi 

jest żadne leczenie... 

-  Nie ma pani zaufania do lekarzy - westchnął Jock. - Po 

tym, co pani przeszła, trudno się dziwić. Proszę jednak, żeby 
zechciała mi pani zaufać i przyszła do mnie do szpitala. - Wyjął 
z kieszeni kalendarz. - Może w poniedziałek o jedenastej? Ma-
rie  mogłaby  panią  przywieźć,  prawda?  -  dodał  z  proszącym 
uśmiechem. 

-  Proszę mi mówić po imieniu - rzekła Christie wymijająco. 
-  No więc, Christie, czy zgodzisz się mi zaufać? Pozwalasz 

mi zabrać nad jezioro dzieci i Tinę -  wskazał na Ally i Tima, 
którzy wrzucali do samochodu zabawki - zaufaj mi więc także 
w sprawach swojego zdrowia. 

-  Ale ja nie... 

-  Do końca życia będę miał wyrzuty sumienia, jeśli mi nie 

pozwolisz pomóc. 

Milczała chwilę, a potem jej twarz rozjaśnił uśmiech. 

-  Teraz rozumiem, dlaczego Tina opowiada, że  jesteś  nie-

bezpieczny. To chyba prawda, że zawsze potrafisz postawić na 
swoim. No więc dobrze, przyjdę w poniedziałek o jedenastej. 

-  Cudownie! - Jock chwycił Christie za ręce. - Zobaczysz 

sama, że przegonimy tę twoją depresję na drugi koniec świata. 
Ja będę dbał o twój stan fizyczny, Tina zadba o stan duchowy, 
a Marie pomoże ci przy dzieciach. Zobaczysz, że razem doko-
namy cudów! 

background image

ROZDZIAŁ  PIĄTY 

-  Byłeś naprawdę wspaniały. 
Tyle tylko Tina potrafiła z siebie wykrztusić spod wielkiej 

plażowej piłki i kół ratunkowych Ally i Tima. Siedziała wciś-
nięta między dzieci i z trudem utrzymywała równowagę, gdy 
samochód podskakiwał na wykrotach. 

-  Rose zostanie w domu - oznajmiła Tina przed wyjazdem. 

- Marie przyjdzie niedługo, a Christie dobrze zrobi, kiedy przez 
godzinę zajmie się małą. 

-  Co  chcesz  przez  to  powiedzieć"?  -  spytał  Jock.  -  Co  to 

znaczy „byłeś wspaniały"? Użyłaś w dodatku czasu przeszłego. 
Czy to znaczy, że udało mi się tylko raz? 

-  Chodzi mi o twoją rozmowę z Christie. Skąd wiedziałeś, 

że ona nie ma ochoty na kontakty z lekarzami? 

-  Po prostu zgadłem. Myślisz, że przyjdzie? 
-  Skoro ma wyznaczoną godzinę i już cię poznała, przyjdzie 

na pewno. Jaka szkoda, że cię tu nie było, kiedy rodziła się Rose. 
Żałuję bardzo, że i mnie tu wtedy nie było. 

-  Nie myśl o tym więcej. Teraz przy niej jesteśmy, a najgor-

sze już minęło. 

-  Miejmy nadzieję. 
Jock wymijał właśnie duże pnie, samochód podskakiwał, 

a dzieci wydawały radosne okrzyki. 

 

- Jak się nazywa psychiatra, który opiekował się Christie 

w Sydney ? 
- Pat Morgan. 

-  To  wspaniała  lekarka  -  ucieszył  się.  -  Jeżeli  pozwoliła 

twojej siostrze wrócić do domu, to znaczy, że wszystko jest na 
dobrej drodze. Pat nie rzuca słów na wiatr. 

-  Chciałabym  ci  podziękować.  Po  tym  wszystkim,  co  ci 

nagadałam... Naprawdę jesteś wspaniały. 

-  A czego mogłaś się po mnie spodziewać? - zażartował. - 

O wybitnych specjalistach zawsze mówimy, że są wspaniali. 

Zobaczysz, że i o tobie tak będę mówić, zrób tylko drugi stopień. 
Jeziorko  znajdowało  się  u  podnóża  góry.  Było  to  niewielkie 
wyżłobienie  w  skale,  w  którym  zbierała  się  kryształowo  czysta 
woda, spływająca ze szczytu. Ponad ich głowami widniały roz- 
łożyste konary drzew. Milion lat temu teren ten musiał znajdo-
wać się pod powierzchnią morza i piaszczysta plaża na północ-
nym brzegu jeziora usiana była  muszelkami. Jock zatrzymał 
samochód tuż obok plaży. 

-  Kto pierwszy? - wykrzyknęła Tina i pobiegła w kierunku 

wody, a za nią gnały, śmiejąc się, dzieci. 

Dobry  humor  nie  opuszczał  jej  przez  całe  popołudnie.  Jock 
pływał leniwie na plecach, schowany w cieniu potężnych drzew i 
patrzył, jak Tina bawi się z siostrzeńcem i siostrzenicą. 

Zostawiła  go  samego,  co  było  dla  niego  zupełnie  nowym 

doznaniem.  Wszystkie  dziewczyny,  z  którymi  do  tej  pory  się 
umawiał, nie zostawiały go ani na chwilę, nadskakując mu bez 
przerwy.  Tina  była  inna.  Przyszło  mu  znów  do  głowy,  że  takiej 
kobiety  jeszcze  nie  spotkał.  Szła  przebojem  przez  życie  i  wyko- 
rzystywała każdą chwilę, aby się nim cieszyć. 

Ally i Tim wpatrzeni byli w nią jak w obrazek. Baraszkowali 

background image

 

 

teraz w trójkę w  wodzie, a ona nurkowała  pod nimi, aby za 
chwilę wyłonić się tuż obok, i dzieci witały ją wtedy okrzykiem: 
„Tina jest rekinem!". Śmiali się wszyscy do rozpuku; bez prze-
rwy się śmiali. 

Jedli później z dużym apetytem podwieczorek. Tina, umoru-

sana  podobnie jak  dzieci  kremem  z  bitej  śmietany,  zawołała 
nagle ze śmiechem: 

-  Kto szybciej obliże się z kremu? Liczę do trzech... 
Dzieci były zachwycone. Tina wygrała zawody, a potem 

chwyciła dzieci na ręce i pobiegła z nimi do wody. 

-  Ostatnia kąpiel! - zarządziła. - Proszę umyć ręce i buzie, 

i wracamy do domu. Ja i Jock przebierzemy się tylko i idziemy 
na tańce. 

Jock nie mógł oderwać od niej oczu. Patrzył jak urzeczony 

na smukłe ciało Tiny, wynurzające się co chwilę z wody. Leżał 
na piasku i nie był w stanie ruszyć się z miejsca, jakby bał się 
znaleźć zbyt blisko tej pięknej dziewczyny. Na moment ogarnął 
go gniew. To przecież szaleństwo! Na pewno oczarowała go ta 
okolica, a nie dziewczyna! To chyba jeden z najpiękniejszych 
zakątków na ziemi... 

W głębi serca wiedział jednak dobrze, że piękna okolica nie 

ma żadnego wpływu na to, co się z nim dzieje. Wszystkiemu 
winna jest Tina. 

Spojrzał w kierunku jeziora. Tina leżała na wznak i płynęła 

wzdłuż brzegu, odpychając się mocno nogami, a do nadgarst-
ków przywiązała linki, do których przyczepione były dzieci. Ali 
i Tim szaleli ze  szczęścia, śmiali  się i pokrzykiwali. Tina im 
wtórowała. 

Jak by to było, gdybym miał własną rodzinę? Taką rodzinę 

jak ta? Jock, weź się w garść! Nie stało się przecież nic niezwy- 

kłego. Znalazłeś się w cudownym miejscu w towarzystwie pięk-
nej dziewczyny i dwojga miłych dzieci, i to wszystko. To nie 
powód, by rezygnować z tego, co sobie obiecywałeś przez ostat-
nie dwadzieścia lat. 

Znowu przypomniał mu się ojciec, który do śmierci nosił 

w swym sercu gorycz. 

-  Żałuję, że poznałem twoją matkę - mawiał. - Zakochałem 

się w niej i sam widzisz, do czego mnie to doprowadziło. Dzie-
więć miesięcy ciąży, a potem przez tyle lat musiałem patrzeć, 
jak umiera. I przez cały ten czas, dzień w dzień, musiałem w do-
datku patrzeć na ciebie... 

-  Byłbyś  skończonym  głupcem,  gdybyś  się  kiedykolwiek 

zakochał - ostrzegł go kiedyś ojciec. - Zapamiętaj to sobie na 
całe życie. Kieruj się zawsze rozumem i nie dawaj się nigdy 
ponosić uczuciom... 

Dopiero teraz zrozumiał, co ojciec miał na myśli. Pierwszy 

raz w życiu przestał bowiem kierować się rozumem i dawał się 
ponieść uczuciom. Co gorsza, z każdą chwilą sytuacja stawała 
się poważniejsza. 

Po powrocie znad jeziora zaczęli przygotowania do wyjścia. 

Jock pierwszy wziął prysznic i przysiadł się potem do Christine, 
Marie i dzieci, biorąc Rose na ręce. Ku jego zdumieniu, Tina 
była gotowa już po kwadransie. Gdy wyszła z sypialni, z wra-
żenia zaniemówił. 

-  Czy coś się stało? - spytała z uśmiechem, obracając się 

w kółko, aby mógł ją lepiej zobaczyć. - Może mam za krótką 
sukienkę? 

Trzeba przyznać, że sukienka była rzeczywiście krótka. Ja- 

skrawoczerwona, krótka i skąpa. Dopasowana góra, waziutkie 
ramiączka i głęboki dekolt... Fałdy delikatnego jedwabiu ukla- 

background image

66

 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO

 

O JEDNO DZTECKO ZA DUŻO

 

67

 

 

dające się w spódniczkę sięgającą tam, gdzie zaczynają się nogi. 
Nogi  w  błyszczących,  srebrnych  pończochach  i  w  butach  na 
wysokich obcasach. Tina wyglądała olśniewająco. 

-  Ależ  dziecko,  masz  zupełnie  mokre  włosy  -  zauważyła 

Marie, przyglądając się ciekawie minie Jocka. - Zaziębisz się 
na śmierć. 

-  Wyschną mi w samochodzie - zapewniła Tina. - Jeśli tyl-

ko Jock opuści dach. 

Jock podniósł się, a Tina pomyślała sobie, że doktor Blax-

ton wygląda niezwykle interesująco w czarnym smokingu i... 
z Rose na rękach. Widać było, że lubi dzieci. Będzie z niego 
na pewno doskonały mąż... 

No i co z tego? Spotykam się z nim pierwszy raz, spotkam 

się pewnie po raz drugi, a trzeciego razu już nie będzie. Sam mi 
to przecież powiedział. 

-  Czy  nie  sądzisz,  że  twoją  sukienkę  dałoby  się  jeszcze 

skrócić? - spytała Christie z ironią. 

-  Chyba nie - roześmiała się Tina beztrosko. 

Przez  cały  ten  czas  Jock  rozpaczliwie  próbował  przybrać 

neutralny wyraz twarzy, a Marie i Christie przyglądały mu się 
z zainteresowaniem. 

-  Może  już  pójdziemy  -  odezwała  się  Tina,  patrząc  na  ze 

garek.  -  Jest  w  pół  do  ósmej.  Kto  wie,  ile  nam  jeszcze  czasu 
zostało, zanim pana doktora ktoś wezwie. 

Na samą myśl o tym, że mógłby go ktoś teraz rozdzielić 

z Tiną, Jocka ogarnęło przerażenie. Nie mógł się doczekać chwi-
li, gdy wkroczy na bal z nią właśnie przy boku. 

Zabawa udała się znakomicie. Jock pamiętał potem jedynie 

pojedyncze obrazy i nie związane z sobą sceny, takie jak na 

przykład spotkanie z Lloydem Nealem, który po raz pierwszy 
zobaczył Tinę poza szpitalem i stanął na jej widok jak wryty. 

Sally,  która  wyglądała  także  ślicznie  w  sukni  kremowego 

koloru, podeszła wtedy do Lloyda i wsunęła mu rękę pod ramię. 

-  Nie  zapominaj,  proszę  -  zwróciła  się  do  niego  -  że  je 

steś szczęśliwym mężem i ojcem. Nie zwracaj więc uwagi na 
sukienkę  Tiny,  a  raczej  jej  brak;  zostaw  to  Jockowi.  -  Sally 
uśmiechnęła się potem do Tiny. - Szczerze mówiąc, dziwiłabym 
się bardzo, gdyby na ciebie nie patrzył. Wyglądasz cudownie. 
Zabierz ją stąd, Jock, bo trzeba będzie założyć wszystkim panom 
opaski na oczy. 

Jock posłuchał jej chętnie. Porwał Tinę na parkiet i przyciąg-

nął do siebie. Świat zawirował im przed oczami. Od czasu do 
czasu  tylko  ktoś  im  przerywał,  chcąc  zatańczyć  z  Tiną  choć 
jeden taniec. 

-  Pani doktor, czy chce pani tańczyć tylko z doktorem Blax-

tonem? 

-  Pamiętasz mnie chyba, Tina, chodziliśmy razem do trze-

ciej klasy. Czy mógłbym z tobą zatańczyć? 

-  Panie doktorze, proszę i nam dać szansę... 
A Tina śmiała się i uśmiechała do wszystkich. 

-  Dzisiaj  nie  -  mówiła.  -  Obiecałam  dotrzymać  towarzy 

stwa doktorowi Blaxtonowi, dopóki nie wezwą go do następne 
go porodu. 

Czy to możliwe, że chciałem odbierać dzisiaj porody? - pytał 

sam siebie z niedowierzaniem. Koło północy okazało się jednak, 
że nie uda mu się tego uniknąć. Akurat gdy rytmy zmieniły się 
na powolniejsze, a tancerze, szykując się do tanga, przytulali do 
siebie swe partnerki, Jock usłyszał sygnał pagera. 

-  A niech to diabli - mruknął pod nosem.   Musze znalezc 

background image

68

 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO

 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO

 

69

 

 

telefon  i  zadzwonić  -  rzekł  po  chwili.  -  Czy  poczekasz  na 
mnie? Sam Hopper prosi o kontakt, chce zasięgnąć porady. 

Też pytanie! Czy zechcę na niego poczekać! 
Jock odszedł zaledwie parę kroków, a Tinę zdążył już porwać 

do tańca Kevin Blewitt,  miejscowy aptekarz. Dobrze jest być 
aptekarzem, myślał z goryczą Jock. Człowiek pracuje w okre-
ślonych  godzinach,  zamyka  interes  o  szóstej  i  idzie  sobie  do 
domu. 

Ciekawe, czy uda mi się ją zaprosić znowu do tańca, kiedy 

skończę  rozmawiać  z  Samem?  Ten  Kevin  coś  za  dużo  sobie 
pozwala, trzyma Tinę trochę za blisko... 

Nie zdołał już zaprosić Tiny do tańca. Sam był bardzo zde-

nerwowany i Jock po chwili rozmowy zorientował się, że będzie 
musiał do niego pojechać. 

- Przyjąłem właśnie poród - oznajmił Sam drżącym głosem 

- i wywiązały się komplikacje; macica wypadła. 

Jock westchnął tylko. Ambicją Sama, internisty, było odbie-

rać  także  porody.  W  najbliższej  okolicy  prowadziło  praktykę 
kilku lekarzy ogólnych, których kwalifikacje na to pozwalały. 
Sam, niestety, do nich się nie zaliczał. Miał zbyt mało doświad-
czenia, zgłaszało się do niego zaledwie kilka kobiet rocznie, 
a ponadto był niezwykle pewny siebie i zarozumiały i nie chciał 
nigdy prosić o pomoc. 

W rezultacie wzywał Jocka dopiero wtedy, gdy stan rodzącej 

był krytyczny. Podobnie jak teraz... 

Jockowi nie pozostało nic innego, jak tylko pożegnać się 

z Tiną i ratować pacjentkę Sama. Może Lloyd i Sally zgodzą się 
podrzucić Tinę do domu? A może poprosić Kevina? 

Tina nie zgodziła się ani na jedno, ani na drugie. Stała w ob-

jęciach Kevina i uśmiechała się do Jocka ze współczuciem. 

-  Proszę mi wybaczyć - zwróciła się do aptekarza. - Pojadę 

z Jockiem, może mu będzie potrzebny anestezjolog. 

Kevin objął ją mocniej. 

-  Ależ dyżur anestezjologiczny  pełni dziś Mark  - zaprote- 

stował. - Pani ma wolne. 

Tina potrząsnęła jednak głową i wyśliznęła się z objęć Ke-

vina. 

-  Pojadę z Jockiem. Mieliśmy spędzić ten wieczór razem. 

-  Nie musiałaś ze mną jechać - odezwał się Jock, gdy wcho-

dzili do szpitala. 

-  Musiałam.  Chcę  wykorzystać  do  końca  nasze  przedostat-

nie spotkanie, a poza tym Kevinowi pocą się ręce i brzydko mu 
pachnie z ust. Zresztą jego interesuje tylko jedna rzecz, którą ja 
akurat nie jestem zainteresowana. 

-  A może chcesz, żebym cię odwiózł do domu? - zapytał, 

modląc  się  w  duchu,  by  odmówiła.  -  Mogę  ci  też  zawołać 
taksówkę... 

-  Nie  chcę  -  oświadczyła  z  uśmiechem.  -  Jesteśmy  dzisiaj 

skazani na swoje towarzystwo, czy ci się to podoba, czy nie. 

Sytuacja wyglądała dramatycznie. Heather Wardrop była ko-

bietą w średnim wieku i miała już pięcioro dzieci. Przypuszcza-
ła, że i za szóstym razem, podobnie jak poprzednio, poród od-
będzie się normalnie. Tym razem jednak macica się wynicowała. 
Kobieta leżała sparaliżowana strachem i wszystko wskazywało 
na to, że znajduje się w stanie zbliżającej się zapaści. Jej maz 
odchodził od zmysłów z rozpaczy, a doktor Hopper krazyl wo- 
kół nich, wydając z siebie nieartykułowane dźwięki. 

-  A niech to diabli wezmą! - powitał Jocka w drzwiach 

background image

 

 

i zaraz odzyskał pewność siebie. - Skąd mogłem wiedzieć, że 
to  się  tak  skończy?  Nigdy  jeszcze  nic  podobnego  mnie  nie 
spotkało. To beznadziejna historia... 

-  To  rzeczywiście  poważna  sprawa,  ale  nie  widzę  tu  nic 

beznadziejnego  -  odparł  Jock  spokojnie,  widząc  rosnące 
przerażenie Heather i jej męża. 

Teraz trzeba przeciwdziałać zapaści. 
-  Załóż, proszę, wenflon - polecił Tinie. 
Do licha! - zaklął w myślach. Sam powinien był już dawno 

to zrobić! 

-  Takie  komplikacje czasami  się zdarzają  - powiedział, bio 

rąc Heather za rękę - ale łatwo można się z nimi uporać. 

Wiedział,  że  za  wszelką  cenę  musi  uspokoić  nieszczęsną 

kobietę, nie zwracał więc uwagi na doktora Hoppera mruczące-
go coś pod nosem za jego plecami. 

-  Proszę  się  nie bać  - dodał z  uśmiechem.  -  Nie  ma  w  tej 

chwili żadnego niebezpieczeństwa. Pani organizm za sprawnie 
po prostu działa - zażartował. - Macica tak dobrze wypychała 
przez tyle lat dzieci, że teraz sama wywróciła się na drugą stronę. 
To tak jak ze skarpetką. Czasami przy zdejmowaniu wykręca 
się  nam  na  lewą  stronę  i  przed  włożeniem  trzeba  ją  znowu 
wywrócić. To właśnie muszę zrobić. Zaraz się do tego zabiorę 
i wszystko będzie w porządku. 

-  Tylko że... 
-  Ale  gdzie  jest  główny  bohater  dzisiejszego  wieczoru?  -

pytał Jock. Oczy mu się śmiały, promieniowało od niego ciepło 
i postronny obserwator nigdy by się nie domyślił, że pacjentce 
może  zagrażać  jakiekolwiek  niebezpieczeństwo.  -  Nie  widzę 
sprawcy tego całego zamieszania... - powtórzył, rozglądając się 
wokół. 

-  Siostra zabrała ją przed chwilą na oddział noworodków 

-  wyszeptała Heather. 

-  Ach, więc to dziewczynka! 
-  Tak... 
-  A jak ją państwo nazwiecie? - Jock nadal zachowywał się 

tak,  jakby  wszystko  było  w  porządku,  dał  tylko  oczami  znak 
Tinie, by pilnowała kroplówki. 

-  Marguerite...  -  rozległ  się  cichy  głos.  -  To  po  mamie 

męża... 

-  Śliczne  imię.  -  Jock  wstał  i  podszedł  do  umywalki,  by 

umyć ręce przed badaniem Heather. - Pójdę zaraz ją obejrzeć 

-  obiecał. - Najpierw jednak zabierzemy się chyba do wywró 
cenia na prawą stronę tej pani skarpetki. 

-  Ale jak? - spytał Michael Wardrop zmienionym głosem. 

Twarz miał białą jak kreda, a usta mu drżały. 

-  To  bardzo  proste  -  zapewnił  Jock.  -  Ale,  żeby  nic  nie 

bolało, może lepiej panią przedtem uśpimy. O ile więc nie ma 
pani ci przeciwko temu, doktor Rafter poda teraz środek usy-
piający.- 

-  Zgoda - westchnęła z ulgą Heather. 
-  Chcę tylko zapytać - odezwał się Jock, kończąc badanie 

-  czy zamierzają państwo mieć jeszcze dzieci? 

-  Nie będziemy mieli więcej dzieci, prawda, Mike? Szóstka 

wystarczy. Ja mam czterdzieści trzy lata, a Michael czterdzieści 
siedem. 

-  Pewnie, że nie - zgodził się Michael, tuląc rękę żony do 

ust. Gdy spojrzał na doktora Blaxtona, w jego oczach zabłysła 
po  raz  pierwszy  nadzieja.  -  Tylko  niech  pan  ratuje  Heather, 
błagam pana. 

Biedacy, pewnie myśleli, że ona umrze. Tina rzuciła ukrad- 

background image

72

 

 

 

73

 

 

kiem spojrzenie na doktora Hoppera. Ciekawe, co on im naopo-
wiadał. 

-  Może lepiej odesłać ją do Sydney? - wtrącił Sam. - To 

nie wygląda dobrze... 

-  Wygląda  gorzej,  niż  jest  w  rzeczywistości  -  rzucił  Jock, 

odwracając się tyłem do doktora Hoppera.  -  Musimy dziwnie 
wyglądać w naszych wieczorowych strojach - uśmiechnął się 
do państwa Wardrop - ale zapewniam, że mimo wszystko mamy 
odpowiednie kwalifikacje. Doktor Rafter jest znakomitym ane-
stezjologiem, a ja nie zliczę już nawet, ile razy miałem do czy-
nienia  z  takim  problemem.  Jeżeli  pani  sobie  życzy,  możemy 
oczywiście wysłać panią do Sydney, uważam jednak, że nie ma 
takiej potrzeby. Czy mają państwo do nas zaufanie? 

-  Jakby  to  powiedzieć...  -  zaczął  mężczyzna,  patrząc  na 

nogi Tiny w srebrzystych pończochach. - Czy myślisz, kocha-
nie, że można im zaufać? - zwrócił się do żony. - Wyglądają 
oboje tak, jakby zeszli z pierwszej strony żurnala... 

-  To prawda  - rzekła Heather ze słabym uśmiechem, uno-

sząc lekko głowę. Szybko jednak przymknęła oczy i opadła na 
poduszkę.  -  Mam  słabość  do  mężczyzn  w  smokingach  -  wy-
szeptała. - Bardzo mi się to podoba... A teraz niech pan robi co 
trzeba, doktorze... 

Operacja nie była wcale prosta. Dopiero po dwóch godzinach 

Jock zakończył zszywanie, bardzo zadowolony z faktu, że pań-
stwo Wardrop postanowili nie mieć już więcej dzieci. 

-  Tak  wszystko  zaszyłem,  że  następny  poród  musiałby  się 

odbyć poprzez cesarskie cięcie wyjaśnił, odchodząc od stołu 
operacyjnego.  -  Myślę, że i  ten powinien był  się tak  samo od 
być. Dziewczynka była bardzo duża i doktor Hopper powinien 
był zasięgnąć porady położnika. 

Rozsadzał go gniew. Tina zauważyła to już w chwili, gdy 

Sam Hopper, ziewając głośno, oznajmił, że idzie do domu, gdy 
Heather przewożono do sali operacyjnej. 

-  On  to  wszystko  wyraźnie  ma  w  nosie  -  mruknął  przez 

zęby Jock. 

Hamował się trochę, nie chcąc zwracać na siebie uwagi pie-

lęgniarek. Kiedy jednak po operacji zostali na moment z Tiną 
sami, wybuchnął: 

-  To jest nieodpowiedzialny człowiek! Jak on w ogóle może 

odbierać porody! Przecież on nie ma żadnych kwalifikacji. Po 
ukończeniu studiów nie otworzył na pewno żadnej książki. Nic 
go nie obchodzi, że medycyna idzie naprzód! Czy on sobie nie 
zdaje sprawy ze skutków swojego postępowania? Przecież to, 
co robi, jest groźne dla życia pacjentek! 

-  Nie denerwuj się - próbowała go uspokoić Tina. - Heather 

nic już nie grozi. Dzięki tobie - dodała po chwili. 

-  Ale czy wiesz, co się mogło stać? Czy ten człowiek nie 

wie, że wieloródki narażone są na znacznie większe niebezpie-
czeństwo niż pierworódki? Sam zanotował, że wszystkie dzieci 
Heather ważyły po urodzeniu ponad cztery kilo, a dwoje miało 
niemal  pięć!  Badania  prenatalne  wykazały,  że  Marguerite  jest 
jeszcze większa. A jego nic to nie obchodzi! Czy wiesz, co by 
powiedział, gdyby Heather umarła?  - spytał zmienionym gło-
sem. - Ano pewnie tylko tyle, że takie rzeczy się zdarzają. Takie 
rzeczy nigdy się jednak nie zdarzają, jeżeli podejmie się środki 
ostrożności. Ale ja nie mogę być wszędzie i... 

-  Chyba tak naprawdę nie chciałbyś być wszędzie? - zauwa-

żyła cicho. 

Oprzytomniał i potrząsnął głową, jakby budził się ze złego 

snu. Spróbował się nawet uśmiechnąć. 

background image

74

 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO

 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO

 

75

 

 

-  Mówię jak zarozumiały... 
-  Mówisz jak wspaniały położnik, którym jesteś. 
Chyba jej nie dosłyszał. Patrzył przed siebie nie widzącym 

wzrokiem, a ona wiedziała, że myśli zapewne o sześciorgu dzie-
ciach  państwa  Wardrop,  które  tak  łatwo  mogły  zostać 
sierotami,  i  o  Mike'u  Wardropie,  który  omal  nie  został 
wdowcem. 

Myślał też pewnie o własnej matce... 
Tinie ścisnęło się serce. Na twarzy Jocka malowała się teraz 

prawdziwa udręka. Któż by pomyślał? Słynny doktor Blaxton, 
który pochyla się nad każdym cierpiącym, nad każdym skrzyw-
dzonym... 

Boże! Ja go chyba zaczynam kochać. 
Kochać? Myśl ta jak błyskawica rozjaśniła to, co było dotąd 

ukryte, to, co istniało już dawno, nie było jednak do tej pory 
nazwane. Tina zrozumiała, że zaczyna kochać człowieka, który 
nie ma zamiaru z nikim się wiązać. 

-  Jock... 

Ręka Tiny bezwiednie uniosła się w górę i zaczęła gładzić 

jego włosy. Kobieta pocieszała swego mężczyznę. 

-  Dziś w nocy pojawiła się na świecie mała dziewczynka 

-  mówiła Tina cicho - która dzięki tobie będzie miała matkę. 
-  Gładziła go po głowie, pragnąc rozpaczliwie złagodzić jego 
ból. - Nie możesz być wszędzie - szeptała. - Nie jesteś w stanie 
zbawić całego świata, ale dziś udało ci się pomóc Wardropom. 
Pomogłeś też mojej siostrze i uważam, że jesteś bardzo dobrym 
lekarzem i wspaniałym człowiekiem. Czego jeszcze od siebie 
chcesz? 

Nie odpowiadał. Stał nieruchomo, sztywno wyprostowany, 

na jego twarzy malowało się cierpienie. 

Tina czuła, że Jock jest u kresu wytrzymałości. Jego ojciec 

musiał być  strasznym  człowiekiem. Jak  można obciążyć  małe 
dziecko  tak  wielkim  poczuciem  winy?  Wmówić  w  niego,  że 
winne jest śmierci własnej matki? Skazać go na borykanie się 
w samotności z tak wielkim bólem! 

Uniosła drugą rękę do góry. Nie wiedziała, jak mu pomóc. 

Czuła jednak, że musi go pocieszyć w ten jeden jedyny znany 
sobie sposób. Gładziła więc jego włosy obydwiema rękami, 
a potem przyciągnęła go do siebie i pocałowała. 

background image

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Miał to być jedynie pocałunek na pociechę. 
Miał być, ale nie był. Cały świat zawirował w chwili, gdy 

wargi Tiny dotknęły ust Jocka. Zawirował? Może raczej stanął? 

Co się z nami dzieje? Było mi go po prostu żal, chciałam go 

pocieszyć, a okazało się, że uderzyła w nas jakaś nieznana siła, 
która nas obezwładnia, a potem łączy w jedno... 

I ta fala gorąca... Ogień, który wypala w środku, płomień, 

który nadchodzi falami i ogarnia wszystko. 

Ręce Jocka przyciągnęły ją i tuliły do siebie. Rozchyliła usta, 

aby go powitać... 

Co się ze mną dzieje? 
Jock! Mój Jock... 
Wiem, co się ze mną dzieje! 
Nigdy w życiu nie doznała czegoś podobnego, a teraz pojęła, 

że odkryła po prostu swego mężczyznę, że znalazła swoje miej-
sce na świecie. 

Jock... 
On jednak jej nie potrzebował. Nie potrzebował nikogo, więc 

odepchnął ją od siebie. Pozwoliła na to, ponieważ pozostało 
w niej jeszcze trochę dumy. Stali naprzeciw siebie na odległość 
ramienia, czuła na sobie spojrzenie jego czarnych oczu. Oczu, 
które zdawały się ją oskarżać... 

Ani na chwilę nie spuściła wzroku. Patrzyła mu prosto w 

oczy i nawet się nie wstydziła. 

-  Nie chcę... - odezwał się Jock nieswoim głosem. 
-  Nie?  -  W  jej  głosie  zadźwięczał  śmiech.  -  Jesteś  tego 

pewien? A ja już myślałam, że chcesz mnie posiąść, i to w do-
datku w sali operacyjnej. 

-  Chciałem cię przeprosić... 
-  Za to, że mnie pocałowałeś? 
Gdy musnęła wargami jego usta, nie poruszył się, tylko pa-

trzył na nią nie widzącym wzrokiem. 

-  Nie jesteś miły. 
-  Wiem, że nie jestem miły. Ja... 
-  No tak, nie interesuje cię trwały związek. - Pokiwała gło-

wą, dokonując nadludzkiego wysiłku, aby jej głos brzmiał bez-
trosko. - Dobrze się składa, bo mnie też nie. Chyba pamiętasz 
Petera? 

Niespodziewanie dla siebie samego poczuł złość. 
-  Petera? 
-  Petera - odparła, patrząc na niego wyzywająco. 
-  Jak możesz całować tak jak całowałaś mnie przed chwilą, 

będąc związana z innym człowiekiem? 

-  Tylko ciebie tak potrafię całować - odpowiedziała. 
-  Co masz na myśli? - zapytał ze złością. 
-  Chciałam przez to powiedzieć, że nigdy jeszcze nikogo 

nie pocałowałam w podobny sposób, i w dodatku nie mam po-
jęcia, dlaczego tak się stało. Będę ci bardzo wdzięczna, jeżeli 
potrafisz mi to wytłumaczyć. Zamieniam się w słuch! 

Nic nie odpowiedział. 
-  Wiesz  co?  -  westchnęła.  -  Najlepiej  będzie,  jeśli  obej 

rzysz teraz Marguerite Wardrop, a potem pójdziemy do łóżka. 

background image

78

 

 

 

79

 

 

Zaczynała być pewna, że zakochała się w Jocku i wiedziała 

dobrze, że nie wolno jej się do tego przyznać. Uciekłby wtedy 
chyba na drugi koniec świata... 

-  Do łóżka... - powtórzył bezbarwnym tonem. 
-  Tak. Do łóżka. Każde z nas do swojego łóżka - wybuch-

nęła. - To tylko miałam na myśli. Cóż innego mogłam myśleć, 
będąc związana z Peterem? 

A przecież nic mnie z Peterem nie łączy, pomyślała. 
Przez  cały  następny  tydzień  próbowała  analizować  swoje 

uczucia, unikając spotkań z Jockiem. Nie na wiele się to jednak 
zdało,  gdyż  podczas  jej  dyżuru  nocnego  Jock  odbierał  poród 
dwojaczków, a jedna z pacjentek poroniła i zmuszeni byli do 
wspólnego działania. 

Pod koniec tygodnia zaczęło jej się wydawać, że zwariuje. 

Mój Boże, myślała. Zakochałam się w nim po uszy, a on nie 
chce mieć więcej ze mną do czynienia... 

Nie mogła sobie jednak pozwolić na to, żeby ot tak po prostu 

zwariować z miłości. Była na to zbyt dumna. 

Pozostawało jej jeszcze tylko rozstać się z Peterem. Nie mo-

głaby się już dłużej z nim spotykać, gdy dowiedziała się, co to 
znaczy być całowaną przez mężczyznę takiego jak Jock. 

Oczywiście, bardzo prawdopodobne, że Jock nigdy już jej 

nie pocałuje. Nie zmieniało  to jednak  faktu, że  wiedziała już 
teraz, co to jest prawdziwy pocałunek. 

Peter zadzwonił do niej akurat po powrocie z balu. Starała 

się wykazać jak największe zainteresowanie tym, co się dzieje 
w Sydney, nie bardzo jej to jednak wychodziło. Potem, z do-
kładnie  takim  samym  rezultatem,  Peter  próbował  intereso-
wać się wydarzeniami w Gundowring. Tina zdobyła się więc na 
odwagę i zaproponowała, by wobec dłuższej rozłąki każde 

z nich mogło umawiać się z kim zechce i Peter szybko na to 
przystał. 

Cóż więc jej teraz pozostało? Christie i jej dzieci. Rodzina. 

I to rzeczywiście było w tej chwili najważniejsze. 

Christie jednak ciągle opowiadała, że Jock jest wspaniały, co 

Tinie bardzo utrudniało życie, gdyż starała się właśnie przeko-
nać samą siebie, że jest dokładnie na odwrót. W poniedziałek 
Christie  poszła  do  Jocka  o  umówionej  godzinie  i  wróciła  ze 
szpitala pełna zachwytu. 

-  To cudowny człowiek - oznajmiła. - Dzięki niemu potra-

fię teraz patrzeć na wszystko inaczej. Udało mu się dowiedzieć, 
z kim Ray mieszka. - Potrząsnęła głową w zupełnym oszoło-
mieniu. -1 wyobraź sobie, że razem śmialiśmy się z tego. 

-  Śmialiście się? - Tina nie posiadała się ze zdumienia. 
-  Samej mi trudno w to uwierzyć! Ale pomyśl tylko... Ray 

ma czterdzieści siedem lat, a Skye, to znaczy ta dziewczyna, 
z którą zamieszkał, siedemnaście. Jock kazał mi wyobrazić so-
bie, jakie on musi mieć życie! Jego zdaniem Ray, już teraz, za 
życia, trafił do czyśćca. No bo wyobraź sobie, jak on musi się 
czuć w dyskotece z nastolatką! 

-  Mówiłam  ci  dokładnie  to  samo  -  zauważyła  Tina  nie-

śmiało. 

-  Pamiętam! - Christie uścisnęła ją serdecznie. - Tylko wte-

dy było chyba jeszcze za wcześnie. Niewykluczone zresztą, że 
musiał mi to powiedzieć ktoś obcy. Aha, i Jock zadzwonił do 
opieki społecznej,  a  tam  mu powiedzieli, że będą  co  miesiąc 
ściągać z pensji Raya alimenty, zanim dostanie te pieniądze do 
ręki. Przerażały go zawsze wydatki na dzieci, a teraz... Teraz 
nie tylko będzie musiał utrzymywać Ally, Tima i Rosę, ale do-
szły mu jeszcze wydatki na tę dziewczynę. 

background image

80

 

 

 

81

 

 

-  Nie żal ci go? - spytała Tina. 
-  Wyobraź  sobie,  że  mi  go żal!  Do tej pory czułam  tylko 

złość, rosło we mnie poczucie krzywdy, a teraz po raz pierwszy, 
poza rozgoryczeniem i oburzeniem, czuję litość. Żal mi go, bo 
dużo stracił. 

Zamilkła na chwilę, lecz zaraz uśmiechnęła się znowu. 
-  To mnie jednak nie powstrzyma od pobierania alimentów 

na dzieci. A doktor Blaxton jest naprawdę wspaniały. Kiedy go 
znowu zobaczysz? 

-  Nie zapraszał mnie nigdzie. 
-  No to ty go zaproś! Daję słowo, gdybym tylko była młod-

sza, sama bym to zrobiła. 

-  Trochę z niego lekkoduch... 
-  Starczy  twojej  powagi  na  was  dwojga  -  roześmiała  się 

Christie. - Zaproś go gdzieś, dobrze ci radzę. 

Zaproś go, zaproś. Łatwo to powiedzieć, tylko jak to zrobić? 

Przez kilka dni zbierała się na odwagę, ale nic z tego nie wy-
chodziło. Jock zawsze był w towarzystwie, rozmawiał wesoło 
z pielęgniarkami... 

Dopadła go wreszcie w pokoju noworodków. 
Długo patrzyła na niego przez wewnętrzne okno. Widziała, 

jak podchodzi kolejno do dziecinnych łóżeczek, zatrzymuje się 
przy każdym... Wziął w końcu na ręce maleńką Marguerite i 
uśmiech rozjaśnił mu twarz... 

Musi naprawdę kochać dzieci! Jak taki człowiek mógłby nie 

chcieć własnej rodziny! To bzdura. Może obawia się, czy sprosta 
temu wszystkiemu, co niesie z sobą posiadanie dzieci. Z pew-
nością jednak pragnie je mieć... 

Będzie  na  pewno  najlepszym  ojcem  na  świecie,  myślała, 

widząc, jak delikatnie bierze na ręce maleńkie zawiniątka, z jaką 

czułością na nie patrzy... Trudno też znaleźć lepszego męża. 
A więc trzeba się z nim wreszcie umówić! Podjęła decyzję i 
zdecydowanym krokiem weszła do pokoju. 

-  Dzień dobry - powiedziała. 
Podniósł na nią oczy i uśmiech zniknął z jego twarzy. 
-  Dzień dobry - odparł, kładąc dziewczynkę z powrotem do 

łóżeczka. Poprawił jej kocyk i spojrzał od razu na zegarek. - 
A co ty tu jeszcze robisz? 

Nie było to najmilsze przywitanie. 
-  Pracuję - wyjaśniła, usiłując przywołać na twarz uśmiech. 

-  Nie  wiem,  czy  pamiętasz,  że  ponownie  przyjąłeś  mnie  do 
pracy. 

Jak mógł nie pamiętać? 

-  No tak, tylko że kończysz pracę o siódmej, a jest już ósma. 
-  Czekałam na ciebie, bo chciałam cię zobaczyć. 

Jego twarz nie wyrażała absolutnie nic. Patrzył na nią pu-

stym, martwym wzrokiem. 

-  Po co? 
-  Cóż to za przyjemna rozmowa... 
-  Jestem zajęty. 
-  Zauważyłam... Zwłaszcza przez ostatnie pół godziny, kie-

dy tulisz do siebie każde dziecko po kolei... 

-  O czym chcesz ze mną rozmawiać? 
-  O naszym drugim spotkaniu. 

Najwyraźniej się przestraszył. Patrzył na nią dziwnym wzro-

kiem i milczał przez chwilę. 

-  Nie bój się! Jestem po prostu zaproszona na wesele, a że 

nie mogę zabrać Petera... 

-  Dlaczego nie możesz zabrać Petera? - przerwał jej. 
-  Byliśmy zaręczeni - odrzekła smutnym głosem. - Rozsta- 

background image

82 

 

liśmy się po blisko roku znajomości, kiedy okazało się, że jednak 
do siebie nie pasujemy. 

-  Ale dlaczego? 
-  Peter chciałby założyć rodzinę i mieć dzieci, a ja nie chcę 

być ani żoną, ani matką - skłamała. 

Wcale nie kłamię, pomyślała sobie. To przecież prawda, że 

nie chcę być żoną Petera ani matką jego dzieci. 

-  Póki jestem młoda, chcę się bawić i cieszyć życiem. 
Przyjrzał jej się uważnie. Najbezpieczniej będzie zmienić 

temat rozmowy, stwierdziła, nachylając się nad łóżeczkiem ma-
łego Camerona Croxtona. 

-  Prawie mu już przeszła żółtaczka - zauważyła. - Wygląda 

dużo lepiej. Można sądzić, że jest tylko opalony. 

-  Tak, i mógłby już pójść do domu, ale ojciec chce go jesz-

cze obrzezać. Nie mogę mu tego wyperswadować. Boję się 
w dodatku, że będę to musiał sam zrobić, bo inaczej wezmą byle 
kogo. 

Tina pokiwała głową. Jeszcze nie tak dawno tylu chłopców 

obrzezywano wkrótce po urodzeniu, wierząc, że nic przy tym 
nie czują. Bolało ich to jednak bardzo, u niektórych wywoły-
wało zapaść. Zdarzały się nawet niekiedy wypadki śmierci na 
skutek zakażenia. Wzięła na ręce Camerona i przytuliła go do 
siebie, całując w puszystą główkę. 

-  Nie bój się, maleńki - wyszeptała. - Świat wprawdzie jest 

okrutny,  ale  masz  na  razie  przy  sobie  doktora  Blaxtona,  on 
przynajmniej cię nie skrzywdzi. To jak będzie z tym weselem? 
- spytała po chwili. 

-  Posłuchaj... 
-  Czyżbyś się bał ze mną wyjść? 
Jock po raz pierwszy uśmiechnął się. 

 

83

 

-  Posłuchaj  -  powtórzył.  -  Uczono  mnie  zawsze,  że  mło-

dym panienkom nie wypada zapraszać panów. A już na pewno 
w złym tonie jest nazywać ich tchórzami, jeśli odmówią. 

-  Jak to dobrze, że nie jestem młodą panienką - odrzekła. 

Jej oczy rzucały mu wyzwanie. - Ślub jest w sobotę o czwartej, 
wiem, że nie masz dyżuru. Zarówno ślub, jak i wesele będą się 
odbywać tak blisko, że w razie czego zdążysz do szpitala. Mam 
być druhną i czeka mnie sporo obowiązków, więc spotkamy się 
zapewne podczas wesela tylko przy stole. Kto wie? Może bę-
dziesz się nawet dobrze bawił? 

Nie bawił się dobrze, mimo że wesele było udane. Wszystko 

z powodu dziwnego napięcia, które obydwoje odczuwali. 

Na ślub zaproszono gości z całej okolicy. Harry był farme-

rem, a Mary nauczycielką w miejscowej szkole. Harry uprawiał 
wiele  sportów:  grał  w  piłkę  nożną  i  krykieta,  a  także  rzucał 
strzałkami do tarczy, Mary zaś grała w siatkówkę, tenisa i ho-
keja,  więc  w  kościele  stawiło  się  kilka  klubów  sportowych. 
Licznie też przybyły rodziny państwa młodych. 

Stojący na cyplu kościół wypełniony był po brzegi. Przyjęcie 

weselne odbywało się w położonej obok przestronnej szopie. 

Tina dotrzymała słowa. Jock musiał jej towarzyszyć tylko 

przy obiedzie, a potem, gdy stoły przesunięto na bok i zaczęły 
się tańce, zniknęła mu z oczu. Co rusz prosił ją ktoś do tańca i 
z dala migała mu tylko jej jasna, długa sukienka. Odnosił wra-
żenie, że umyślnie go unikała. 

I tak rzeczywiście było. 
Po cóż ja go tu zaprosiłam? - zastanawiała się ze smutkiem. 

Jock  najwyraźniej  bał  się  jej  i  wydawało  się,  że  pobyt  w  jej 
towarzystwie jest dla niego przykrym obowiązkiem. A niech go 

background image

84

 

 

 

85

 

 

licho! Na pewno nie będę mu się narzucać. Niech sobie nie 
myśli, że uwieszę mu się u szyi i będę prosiła, żeby przy mnie 
został. 

Przez  cały  wieczór  Jock  ani  razu  się  do  niej  nie  zbliżył. 

Zatańczył z nią dopiero na wyraźne polecenie wodzireja - trzy-
mał ją jednak wtedy z daleka od siebie, a wyraz jego twarzy 
mówił, że najchętniej uciekłby, gdzie pieprz rośnie. 

Tina  jednak  miała  swój  honor.  Po  drugim  okrążeniu  sali 

poczuła,  jak  wzbiera  w  niej  gniew.  Bardzo  jej  to  pomogło. 
Chwilę później zaś zobaczyła coś, co odwróciło jej uwagę od 
własnych spraw. I to pomogło jeszcze bardziej. 

Pod szopą siedziała gromada wyrostków, racząc się alkoho-

lem. Pili na umór i oni właśnie zajęli jej uwagę. 

-  Mają  nie  więcej  niż  osiemnaście  lat  -  rzekła  -  i  piją  sta 

nowczo za dużo. Ciekawe, co robią ich rodzice? 

Czegoś podobnego Jock jeszcze nie doświadczył. Kobieta, 

z którą tańczy, nie zwraca na niego najmniejszej uwagi, zajęta 
swoimi sprawami! To prawda, że nie chciał z nią tańczyć, ale 
wszystko ma swoje granice! 

Niespodziewanie zapragnął ją przytulić - po to, by zwróciła 

na niego uwagę. Kto to zresztą wie? Może miał ochotę to zrobić 
już od samego początku? 

Tina nadal na niego nie patrzyła. Zerkała w kierunku chłop-

ców, którzy mieszali piwo z whisky i z minuty na minutę stawali 
się coraz głośniejsi i bardziej agresywni. 

-  Przecież są tutaj ich rodzice - gorączkowała się. - Dlacze-

go nikt nie zwróci im uwagi? Może powinnam coś zrobić? 

-  A co byś mogła zrobić? 
-  Nie wiem, może mogłabym im coś powiedzieć... 
-  To nie twoja sprawa - mruknął. 

Jaka ona jest śliczna, pomyślał niespodziewanie, ale zaraz 

odwrócił od niej wzrok i spojrzał znów na chłopaków. 

-  Co za głupcy! Gdyby to były moje dzieci... 
-  Ale nie są! - wyszeptała. - W dodatku o żadnych dzie-

ciach nie będziesz mógł nigdy powiedzieć, że są twoje. - Wy-
rwała mu się i cofnęła o krok. - Przepraszam cię. To moja wina,  
nie powinnam cię była tu zapraszać. 

Odetchnął z ulgą, gdy odeszła. 

Już jednak po chwili szukał jej wzrokiem wśród tańczących

 

par, oglądał, jak odbijają ją sobie kolejni partnerzy... Nie mógł 
na to patrzeć. Wiedział, że to już koniec. Umówił się z nią ostatni 
raz. Potem będą już wyłącznie spotkania w pracy. 

A może rzeczywiście przenieść się do Londynu? Trzeba by 

tylko od razu zacząć wszystko załatwiać, mógłby wtedy wyje-
chać zaraz po powrocie Struana i Giny... W tej chwili wodzirej 
zarządził zmianę partnerów i Tina niespodziewanie znalazła się 
znowu w jego objęciach, rozbawiona, śliczna i wesoła. 

-  Dobrze  się bawisz?  - Przekorne iskierki  na przemian  za 

palały się i gasły w jej roześmianych oczach. Nie domyślał się 

    nawet, jak dużo kosztował ją ten beztroski nastrój. 

-  Mhm - skłamał. - A ty? 
-  Uwielbiam wesela! 
-  Ale za Petera nie chcesz wyjść? 
-  Nie. 

-  Naprawdę nie chcesz wyjść za mąż? - spytał z niedowie-

rzaniem. 

Potrząsnęła głową, aż zafalowały jej cudowne włosy. 

-  Naprawdę nie chcę. A przynajmniej tak mówię... 
-  Ale dlaczego? 
-  Dlatego, że wystarczy, żebym na ciebie spojrzała dwa razy, 

background image

86 

 

a ty zaczynasz się od razu trząść, jakby ci groziło śmiertelne 
niebezpieczeństwo - powiedziała bez uśmiechu. - Bawmy się 
więc, panie doktorze, i używajmy życia, żeby nie zwariować. 
I odpłynęła w ramionach innego tancerza. 

Unikała  go potem aż do końca zabawy. On zresztą też jej 

unikał. Musieli jednak wrócić razem do domu. Wyszli o drugiej 
nad ranem spięci i zdenerwowani do ostatecznych granic. 

Parkiet  powoli  pustoszał,  z  daleka  dobiegał  stukot  i  brzęk 

puszek po piwie i końskich podków, ciągnących się za samo-
chodem  państwa  młodych.  Orkiestra  grała  jeszcze  dla  kilku 
ostatnich par. Z oddali dobiegły ich odgłosy kłótni. Chłopcy, 
których  widzieli przed chwilą pijących pod szopą, spierali się 
teraz o kluczyki od samochodu. 

-  Daj spokój, Andrew, nie możesz przecież prowadzić. Ktoś 

nas podwiezie. 

-  Nic mi nie jest... Wypiłem tylko kilka piw... 
-  Kilka piw! Dobre sobie. Chciałeś powiedzieć kilkanaście 

piw rozcieńczonych whisky... 

-  Wsiadaj, mówię! 
Ich głosy niosły się od strony pastwiska. Tina i Jock biegli 

w tamtym kierunku, patrząc na siebie z przerażeniem. 

-  Stójcie! - zawołał Jock, lecz było już za późno. Stary sa-

mochód toczył się już zakosami po drodze. - A niech to diabli! 
- zaklął Jock i wyjął z kieszeni telefon komórkowy. 

-  Co chcesz zrobić? 
-  Zadzwonię  na  policję.  Jeśli  ktoś  nie  zatrzyma  tej  bandy 

idiotów, to pozabijają siebie i innych. Do jasnej cholery, gdzie 
są ich rodzice? 

Ruszyli wkrótce potem. Tina milczała. Może powinna była 

 

87

 

go  zaczepić  podczas  wesela?  Przytulić  się  do  niego?  Ależ 
skąd...  Od  razu  by  wtedy  uciekł.  A  tak  nic  się  po  prostu  nie 
wydarzyło. Nic się nie wydarzyło i nie wydarzy... 

Nic się nie wydarzyło dziś między nami, myślał Jock. Tylko 

że zachowywałem się jak stary głupiec. Co Tina sobie o tym 
wszystkim  pomyśli?  Chyba  przesadziłem...  Ale  to  w  końcu  do-
brze, zdecydował. Tak ma  właśnie być. Odwiozę ją  teraz do 
domu i zajmę się sobą. Tego przecież mi potrzeba. Tego właśnie 
mi potrzeba... 

Nagle przed nimi czarna noc rozbłysła ognistą kulą i w tym 

momencie Jock zapomniał o wszystkich problemach, które je-
szcze przed chwilą nie dawały mu spokoju. 

background image

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Nacisnął gwałtownie na hamulec, zagłuszając muzykę, która 

sączyła się z radia. Napotkali przed sobą ścianę ognia tak wielką, 
że płomienie zdawały się ogarniać wszystko dookoła. 

Nie  odezwali  się  do  siebie  ani  słowem.  Jock  nacisnął  po 

chwili pedał gazu i samochód wolno ruszył naprzód. Spodzie-
wając  się  najgorszego,  przejechali  około  trzystu  metrów  i  za 
zakrętem zobaczyli, że droga zaczyna się wznosić pod górę... 

Musieli stanąć, za wzniesieniem był bowiem już tylko ogień. 

Płomienie buchały w górę na wysokość dwudziestu kilku me-
trów. Razem wysiedli z samochodu i bez słowa pobiegli przed 
siebie, czując, że za chwilę ich oczom ukaże się przerażający 
widok. Jock zwolnił na chwilę, by wydobyć z kieszeni telefon. 

- To ty, Kate? Mówi Blaxton. Jestem teraz na Slatey Creek 

Road koło Black Hill. Mamy poważny wypadek. Potrzebna jest 
natychmiast karetka i wóz straży pożarnej, a może nawet kilka 
wozów. Wezwij też policję. Słucham...? Nie mam pojęcia, ale 
muszą być ofiary. Tylko się pospiesz! 

Tina prawie go nie słyszała, wszystko wokół zagłuszał bo-

wiem  trzaskający  ogień.  Na  szczycie  wzniesienia  dogonił  ją 
Jock.  Stali przez  chwilę  na pół sparaliżowani  strachem.  Mieli 
przed sobą samochód cysternę, który płonął jak pochodnia. Mu- 

siał zjechać z szosy, bo znajdował się jakieś trzydzieści metrów 
od drogi po ich prawej stronie. 

Nieco poniżej, po lewej stronie, zauważyli samochód dobrze 

widoczny w świetle płomieni. Był zgnieciony z tyłu, nie palił 
się jednak. Stał po przeciwnej stronie szosy niż paląca się cy-
sterna i właśnie w tej chwili próbowali się z niego wydostać 
jacyś ludzie. Pijani młodzi ludzie, których Tina z Jockiem ob-
serwowali podczas wesela. 

Tina raz jeszcze rzuciła okiem na palącą się cysternę. Przez 

pole wzdłuż szosy szedł, potykając się i zataczając, jakiś czło-
wiek. Boże, to chyba kierowca! 

Czy to możliwe, by ktoś ocalał z tego piekła? 

Jock także zauważył mężczyznę i puścił się biegiem w jego 

stronę. Tina została daleko w tyle. Kierowca jakimś cudem wy-
szedł  z  wypadku  niemal  bez  szwanku.  Miał  tylko  osmalone 
włosy i głęboką ranę na twarzy, która mocno krwawiła. 

- Czy w ciężarówce ktoś jest? - pytał Jock, biorąc kierowcę 

pod ramię. W tej chwili podbiegła Tina i chwyciła mężczyznę 
z drugiej strony. - Czy jest tam ktoś? 

Kierowca potrząsnął przecząco głową. Z trudem trzymał się 

na  nogach;  gdyby  nie  Tina  i  Jock,  już  by  upadł.  Po  chwili 
usłyszeli za sobą ogłuszający wybuch i podmuch gorącego po-
wietrza popchnął ich do przodu. 

W  końcu  przedostali  się  na  drugą  stronę  szosy  w  pobliże 

rozbitego samochodu. Ułożyli kierowcę na trawie, a Jock zaczął 
go dokładnie badać. Oderwał kawałek koszuli, aby zrobić mu 
prowizoryczny  opatrunek,  gdyż  rana  na  twarzy  nadal  obficie 
krwawiła. Kierowca był w szoku i nie mógł wydusić z siebie 
ani  słowa;  trząsł  się  i  płakał  bez  przerwy.  Trzeba  się  było 
wreszcie zająć młodymi ludźmi. Ilu ich tam 

background image

 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO

 

było?  Tina  zaczęła  liczyć:  raz,  dwa,  trzy,  cztery.  Przy 

rozbitym samochodzie siedziały cztery skulone postacie. Zaraz, 
a ilu ich odjeżdżało po weselu? Czwórka! 

Czy to  możliwe? Czy tak  straszny  wypadek  naprawdę nie 

pociągnął za sobą żadnych ofiar? Skoro kierowca żyje i te cztery 
osoby też? 

Coś się tu jednak nie zgadza, stwierdziła, patrząc uważnie na 

rozbity  samochód.  Nagle  ogarnęło  ją  przerażenie.  Musi  być 
jeszcze... Nigdy nie pragnęła równie gorąco jak teraz, aby jej 
przypuszczenia okazały się bezpodstawne. 

-  Nic ci nie jest? - zapytała, podchodząc bliżej do młodego 

chłopaka,  którego  dziewczyna  właśnie  wymiotowała.  -  Czy 
ktoś z was doznał jakichś obrażeń? 

-  Pani doktor... - usłyszała głos chłopca. 

Tina poznała go od razu. Tydzień temu był u niej z kontuzją 

kolana. 

-  Co to będzie, pani doktor... 
-  Uspokój się, Simon, i powiedz mi, czy komuś coś się stało. 
-  Andrew złamał pewnie rękę, a Syl... Z Syl jest niedobrze, 

boli ją  w piersiach... Ale  ten samochód... Tam byli ludzie, 
w tym samochodzie... 

-  W jakim samochodzie? 
-  W tym, który zderzył się z cysterną... 
Tina na chwilę zaniemówiła, po czym odwróciła się w stronę 

płonącej cysterny. Simon musi się mylić! Przecież tam nie ma 
żadnego samochodu! Nie ma nawet żadnych śladów. 

Wystarczyło jednak jeszcze jedno spojrzenie na chłopca, by 

zrozumieć, że Simon nie fantazjuje. Jego oczy rozszerzone były 
przerażeniem. No tak, samochód chłopców nie mógł się zderzyć 
z cysterną i spowodować wypadku, gdyż był na to za mało 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO 

91

 

uszkodzony. A więc był jeszcze jeden samochód. Na samą myśl 
o  tym  poczuła,  jak  serce  podchodzi  jej  do  gardła.  Wiadomo 
przecież, co się musiało z nim stać... 

Rzuciła  się  jak  oszalała  z  powrotem  w  kierunku  płonącej 

cysterny. Nogi jej się chwiały w wieczorowych sandałkach, nie 
mogła ich jednak zdjąć, gdyż na ziemię wciąż spadały iskry 
i sadze. 

Chciała się dostać za ciężarówkę, dostępu bronił jednak żar, 

uniemożliwiający  oddychanie.  Gdzieś  z  tyłu  słyszała  za  sobą 
wołanie Jocka. Jeżeli tylko się nie mylę... jeżeli mam rację... 
tam nic się już nie da zrobić! 

I o tym właśnie musiała się przekonać. Biegnąc, trzymała 

rękę przy twarzy, chroniąc się przed żarem płonącej benzyny 
i unoszącym się w powietrzu popiołem. Aż wreszcie zobaczyła 
na własne oczy pogięty i powykręcany wrak czterodrzwiowego, 
osobowego samochodu, wbity w palącą się cysternę i płonący 
razem z nią. 

A w środku... 
Opadła  na  trawę  i  przymknęła  oczy.  Dopiero  po  dłuższej 

chwili zdobyła się na odwagę, żeby je otworzyć. 

Wszyscy lekarze i pielęgniarki z Gundowring zgłosili się do 

pomocy i dla nikogo nie zabrakło pracy. 

Kierowca miał na twarzy i rękach oparzenia drugiego sto-

pnia. Stracił też sporo krwi, lecz jego życiu nie zagrażało nie-
bezpieczeństwo. 

-  Zasłużył  sobie  na  to  -  oświadczył  Tinie  policjant,  który 

pojawił się w szpitalu, aby przesłuchać młodych ludzi. - Niech 
pani doktor tylko pomyśli, co by było, gdyby gwałtownie zaha-
mował i zatrzymał cysternę. Mielibyśmy wtedy siedem trupów, 

90

 

background image

92 

 

nie trzy. Samochód chłopców też by spłonął. O ile można coś 
powiedzieć po oględzinach śladów opon - ciągnął - kierowca 
zdawał sobie sprawę, że gdyby gwałtownie zahamował, ładunek 
od razu by eksplodował, dlatego właśnie przyspieszył i zjechał 
z drogi, a po przejechaniu około trzydziestu metrów wyskoczył 
z  szoferki.  To  nie  jego  wina,  że  cysterna  pociągnęła  za  sobą 
samochód osobowy. 

-  Czy oni... czy oni... - próbowała się dowiedzieć. 
-  Myślę, że zginęli na miejscu - pokiwał głową policjant. 

-  Ciała  są  spalone,  ale  samochód  został  najpierw  doszczętnie 
rozbity, musieli więc zginąć na miejscu. 

-  Ale jak do tego w ogóle doszło? 
-  Wszystko przez tych cholernych smarkaczy - burknął pod 

nosem.  -  Jest  oczywiście  jeszcze  za  wcześnie,  żeby  móc  coś 
powiedzieć ze stuprocentową pewnością, ale wszystko wskazuje 
na to, że na wzniesieniu drogi chłopcy zaczęli wyprzedzać pań-
stwa  Croxtonów.  Zjechali  na  przeciwległy  pas.  Państwo  Crox-
tonowie  wracali  właśnie  od  rodziny,  u  której  byli  na  kolacji 
wydanej z okazji chrzcin synka. Oni także jechali za szybko. 
Gdy chłopcy, dojeżdżając do wzniesienia, znajdowali się ciągle 
na przeciwległym pasie, z naprzeciwka wynurzyła się cysterna. 
Widząc ją, zjechali gwałtownie na swój pas, zajeżdżając drogę 
Croxtonom.  Pan  Croxton  stracił  panowanie  nad  kierownicą, 
jego  samochód  wpadł  w  poślizg  i  uderzył  w  bok  cysterny. 
Wszystko przez tych cholernych smarkaczy - mruczał policjant. 

-  Wszystko przez to cholerne picie... Ruszyliśmy w drogę, gdy 
tylko doktor Blaxton zawiadomił  nas, że pijani  wsiedli do sa 
mochodu, ale nie zdążyliśmy. 

Tina przymknęła na chwilę oczy, próbując się uspokoić, 

i wróciła do pracy. Wraz z Sally zajęła się teraz młodymi ludź- 

 

93

 

mi. Przygotowywały Sylvię do podróży do Sydney. Dziewczyna 
miała  złamane  żebro  i  przedziurawione  płuco,  groziła  jej  też 
zadma opłucnowa. Była zbyt pijana, by moc ją operować od razu, 
lepiej więc było wysłać ją helikopterem do Sydney, gdzie zope-
jruje ją specjalista. 

-  Ja  bym  i  tak  nie  mogła  dziś  operować  -  mówiła  Sally 

przez łzy. - Liz Croxton jest... Liz była moją przyjaciółką... 

Sally stłumiła szloch, a Tina nie po raz pierwszy zrozumiała, 

jak trudno jest być lekarzem w małej miejscowości. Człowiek 
jest zbyt związany uczuciowo z pacjentami. 

Pomyślała od razu o Jocku. To on dozorował  wydobycie  z 
wraku  samochodu  zwęglonych  ciał,  a  więc  także  małego  Ca-
merona, którego poród odbierał niespełna dwa tygodnie temu. 
Jako  położnik  niewiele  mógł  w  tej  chwili  pomóc,  Lloyd  zaś, 
Mark, Sally  i Tina  mieli ręce  pełne roboty.  Musieli  nie tylko 
opatrzyć oparzenia i złamania młodych ludzi, ale też łagodzić 
skutki  upojenia  alkoholem  i  przeciwdziałać  załamaniom  psy-
chicznym. 

Tina ani na chwilę nie odrywała się od pracy, ale przez cały  

czas  myślała  o  Jocku.  Co  musiał  czuć,  gdy  patrzył  na  szczątki 
maleńkiego chłopczyka,  którego jeszcze  nie tak dawno  trzymał 
na  rękach?  Z  trudem  założyła  kroplówkę  drugiej  dziewczynie, 
która przeżyła katastrofę. Pacjentka przez cały czas klęła i ję- 
czała... 

Powoli zaczynali się schodzić rodzice młodych ludzi, którzy 

spowodowali wypadek. Sally i Tina brały ich kolejno na rozmo-
wę. Tłumaczyły, prosiły o zrozumienie i wyjaśniały. Całe Gun-
dowring zwróciło się przeciw młodym ludziom. Należało prze-
konać  rodziców,  aby  udzielili  swym  dzieciom  wsparcia,  bez 
którego nie będą w stanie wrócić do normalnego życia. 

background image

 

 

Tylko co robili ci rodzice, gdy ich dzieci upijały się alkoho-

lem? Gdzie byli, gdy wyrostki po pijanemu wsiadały do samo-
chodu? Były to jednak próżne rozważania. Gniew nie prowadzi 
do niczego. Umarłych nic już nie wskrzesi, należy się więc zająć 
tymi, którzy przeżyli. 

O piątej nad ranem wszystko zostało załatwione. Tina poży-

czyła szpitalny samochód i jechała do domu, czując potworne 
zmęczenie. 

Zwolniła. Nie chciała rozmawiać teraz z Christie. Nie była 

w stanie spokojnie i bez emocji opowiedzieć jej o tym, co wy-
darzyło się w nocy. Pomyślała o Jocku... 

Co robi teraz Jock? 
Ostatni raz widziała go, odjeżdżając karetką z miejsca wy-

padku wraz z kierowcą cysterny. Jock pozostał przy zmiażdżo-
nym samochodzie i Tina wiedziała, że czekają go teraz ciężkie 
chwile. Był silnym  człowiekiem,  nie  wiadomo jednak,  na ile 
silnym... Niewiele się zastanawiając, skręciła na zachód, tam, 
gdzie przy plaży Jock miał swój domek. 

Jock był w domu, z daleka zauważyła jego samochód. We-

wnątrz paliły się światła, a więc nie spał. Przez chwilę się wa-
hała, ale tylko przez chwilę. 

Jock z pewnością cierpiał, choć starał się tego nie okazywać. 

Tego Tina była pewna i tego właśnie nie potrafiła znieść. Nie 
mogła znieść świadomości, że Jock jest sam i jest mu źle. 

Zaparkowała samochód i zapukała do drzwi. Nikt nie odpo-

wiedział, weszła więc do środka. 

- Jock? 
Powitała ją cisza. Z pewnością dopiero wrócił, nie może więc 

jeszcze spać. Obeszła całe mieszkanie, lecz nie znalazła w nim 
nikogo. 

Wyszła bocznymi drzwiami prowadzącymi na plażę, poło-

żoną  nad  małą  zatoczką.  Pierwsze  promienie  wschodzącego 
słońca rozświetlały horyzont i na jego tle Tina dostrzegła syl-
wetkę mężczyzny. Był sam. 

Musiał  być  zawsze  sam,  przyszło  jej  niespodziewanie  do 

głowy. Pierwsze dziesięć lat życia spędził z umierającą matką 
i  ojcem,  który  wychował  go  w  przekonaniu,  iż  spowodował 
śmierć matki, a potem przez resztę swego życia umacniał się 
w przekonaniu, że ojciec miał rację. Taki człowiek musiał być 
sam ze swoimi myślami. 

Dziś jednak nie będzie sam! 
Zrzuciła z nóg swoje zniszczone pantofelki i pobiegła w 

stronę  Jocka.  Serce  biło  jej  jak  oszalałe,  zdawało  się,  że 
rozsadzi jej piersi. Żeby mnie tylko nie odepchnął! Żeby mnie 
tylko nie odepchnął! 

-  Jock? 
-  Tina? - Zatrzymał się, poznając ją z daleka. 

Nie było to jednak powitanie. Zdziwił się jedynie, wymówił jej 
imię obojętnym, bezbarwnym głosem. Podbiegła bliżej i 
schwyciła go za ręce. 

-  Musiałam do ciebie przyjść - wyszeptała. 
-  Dlaczego? - spytał. 
-  Tęskniłam za tobą. 

Mocniej ścisnęła jego ręce i przymknęła oczy. Żeby mnie 
tylko od siebie nie odepchnął, modliła się w duchu. Jock 
milczał. 

-  Skończyliśmy już akcję ratunkową - mówiła drżącym gło 

sem. - Stan kierowcy jest zadowalający, została przy nim żona. 
Wszyscy poza Sylvią mają się dobrze, do wszystkich przyszli 
rodzice. Sally wróciła do domu z Lloydem, Mark poszedł 

background image

96

 

 

 

97

 

 

z Margaret. Meg Preston przyszła na nocny dyżur, ale jutro 
wróci do Roba. A ja... nie chciałam budzić Christie. Musiałam 
się z tobą spotkać. 

Odpowiedziało jej milczenie, tylko fale cicho rozbijały się 

o brzeg. Ściskała go mocno za ręce, walcząc o to, aby zaczął jej 
potrzebować tak bardzo, jak ona potrzebowała jego. 

-  Jock... - Oparła głowę na jego piersi. - Jock, to straszne, 

że to właśnie ty musiałeś się zająć tym maleństwem. Musiało ci 
przy tym krwawić serce... 

-  Nic  podobnego  -  zaoponował  ostro.  -  Nic  mi  nie  jest. 

Posłuchaj, Tina, ja nie potrzebuję... 

-  Wiem, że nie potrzebujesz, ty nikogo nie potrzebujesz. Ale 

proszę cię, żebyś sobie nie wyrządzał krzywdy. Wiem dobrze, 
że na swój sposób kochasz każde dziecko, które przychodzi 
w twojej obecności na świat. Przede mną tego nie ukryjesz. 
W jakimś sensie wynagradza ci to całą miłość, jakiej sam po-
trzebujesz. 

-  Ale ja nie... 
-  To, co mówię, to prawda. Jestem tego zupełnie pewna, 

a  wiem  to,  bo  cię  kocham.  Bóg  jeden  zresztą  raczy  wiedzieć 
dlaczego. Zakochałam się w tobie i potrafię teraz czytać w tobie 
jak w otwartej książce. Dlatego wiem, co musiałeś przejść, kie-
dy wyciągałeś małego Camerona z tego samochodu, a potem... 
wróciłeś do pustego domu i dusisz to wszystko w sobie, myślisz, 
że uda ci się zapomnieć. Ale mylisz się, człowiek musi opowie-
dzieć komuś o tym, co go boli... 

Powoli wypuściła jego ręce i objęła go. Pocieszała go w je-

dyny sposób, w jaki potrafiła, tak jak to czynią kobiety. 

-  Powinienem był coś zrobić - odezwał się głuchym głosem. 

- Widzieliśmy przecież, jak pili... 

 

-  Sama o tym  myślę bez przerwy, ale skąd mieliśmy  wie-

dzieć, że oni wsiądą potem do samochodu? Rodzice powinni 
byli ich pilnować. 

-  Tacy ludzie nie powinni w ogóle mieć dzieci... 
-  To prawda, ale mimo wszystko świat nie jest taki zły. Nie 

możesz  ciągle  myśleć  tylko  o  strasznych  rzeczach,  o  śmierci 
swojej matki, bo inaczej zginiesz. - Wsunęła mu ręce pod ko-
szulę i zaczęła delikatnie gładzić jego ramiona. - Przestań my-
śleć o tym wszystkim - wyszeptała. - I miej odwagę przyznać 
się, że mnie pragniesz. Ja cię bardzo pragnę. Pewnie bardziej 
niż ty mnie. Kocham cię... 

Stanęła potem na palcach i pocałowała go w usta. 

background image

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Oglądał tej nocy śmierć, zetknął się też z cierpieniem, a Tina 

proponuje mu życie, pokazuje drogę niosącą ratunek. Nie był 
więc  w  stanie  jej  się  oprzeć.  Nachylił  się,  by  oddać  jej  po-
całunek. .. 

Całował ją gwałtownie i w zapamiętaniu. Obydwoje zdawali 

sobie sprawę, do czego ich to doprowadzi. Wiedzieli, czym musi 
zakończyć się ta noc... 

Wrócili jakoś do domu, choć Tina nie mogła sobie potem 

przypomnieć, w jaki sposób. Pewnie ją zaniósł prosto do swej 
sypialni i położył na wielkim łóżku, które zdawało się na nich 
czekać. Obydwoje byli bez tchu, ogarnięci namiętnością i prze-
pełnieni żądzą. Tina trzymała kurczowo Jocka, jakby bała się, 
że  bez  niego  utonie,  a  on  przylgnął  do  niej  mocno,  pragnąc 
wtopić się w nią, zniknąć w niej bez śladu. Tulił ją do siebie 
coraz mocniej... 

Przeszkadzało im ubranie. Odgradzało ich od siebie, oni zaś 

chcieli pozbyć się wszystkiego, co ich jeszcze dzieliło. Sukienka 
Tiny podarla się, gdy Jock ją zdejmował, ona jednak nawet tego 
nie zauważyła. Myślała później, że musieli się wtedy zachowy-
wać jak szaleńcy. Tej nocy jednak żadne z nich nie było w stanie 
myśleć. Stapiali się obydwoje w ogniu namiętności, która ich 
unicestwiała. 

-  Pragnę cię. Gdybyś wiedziała, jak cię pragnę - szeptał 

zmienionym głosem. 

Nic  więcej  już  potem  nie  mówił,  ale  nie  było  takiej  potrzeby. 
Spalała ich żądza. Umarłaby chyba z pożądania, gdyby jej wte-
dy nie wziął... Wszedł więc w nią, wdarł się między jej uda i 
ogarnęła  ich  wielka,  nieopisana  radość.  Odsunęli  od  siebie 
pustkę i mroczną noc, łącząc się w jedno mocniej niż przysięga 
dana na ślubie. 

Tina tuliła  go do siebie.  Całe  życie  czekała  na taką chwilę, 

nie zdając sobie nawet sprawy, że podobne szczęście jest w ogóle 
możliwe.  Teraz  chciała,  aby  chwila  ta  trwała  wiecznie.  Miała 
przy sobie swego mężczyznę, człowieka, któremu oddała serce i 
którego  pragnęła.  Nikt  poza  nim  się  nie  liczył.  Wspomnienia 
strasznych wydarzeń zaczęły blaknąć i rozpływać się gdzieś bez 
śladu. Mając miłość Jocka, mogłaby zresztą stawić czoło więk- 
szym jeszcze koszmarom. 

-  Jock, Jock... 
Może to ona wymówiła jego imię, a może zrobiło to jej 

 serce? Wiedziała jednak, że imię Jocka, które z pewnością uno-

siło się teraz gdzieś nad nimi, musiało mieć wagę przysięgi 
ślubnej. A potem nagle noc wybuchnęła miłością i gwiazdami, 
by zasnuć się mgłą, i nie istniało już nic poza Jockiem. I nic 
już w przyszłości nie miało być takie samo. 

-  Napijesz się kawy? 

Otworzyła powoli oczy, oślepiona jasnością poranka. Za 

otwartym oknem widziała morze, do pokoju wpadały oślepiające 

promienie słońca. Przewróciła się na bok i zobaczyła Jocka   

stojącego w drzwiach. A niech go! Był na bosaka, ale miał na 

sobie dżinsy i koszulę. Podciągnęła kołdrę pod brodę. 

background image

100

 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO

 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO

 

101

 

 

-  A kto ci pozwolił ubrać się tak od samego rana? 
Podszedł do łóżka i musnął wargami jej nos. 
-  To  moje  ulubione  zajęcie  -  uśmiechnął  się  przekornie  - 

przynosić w tym stroju kawę kobietom, które znajdują się w mo 
im łóżku. 

Tina zadrżała. Kobiety... Ile już kobiet leżało przede mną 

w tym łóżku? Uspokój się! - powiedziała sobie od razu. Powie-
działaś mu wczoraj, że go kochasz. Otworzyłaś przed nim duszę 
i serce, nie pozostaje ci teraz nic innego, jak cierpliwie czekać. 

-  Jak się dziś czujesz? - zapytała z uśmiechem, wyciągając 

rękę po filiżankę. - Chyba lepiej? 

-  Czy o to ci wczoraj chodziło? - Usiadł przy niej, dotyka-

jąc jej włosów, rozczesując palcami splątane loki. - Żebym się 
lepiej poczuł? 

-  Oczywiście! - Jej oczy się śmiały. - Udało mi się? 
-  Czy ci się udało? - Odrzucił kołdrę, tak że kawa omal się 

nie wylała, i położył głowę na jej piersi. Jak w tych warunkach 
można pić kawę? - Nie masz nawet pojęcia, jak bardzo ci się 
udało  -  szepnął.  -  Czy  też  raczej co się ze  mną działo,  kiedy 
wczoraj przyjechałaś. 

Uniósł głowę i zaczął delikatnie pieścić jej ciało. 

-  Nie  mam  pojęcia,  jak  wytrzymujesz  na  izbie  przyjęć.  -

Pokręcił  głową.  -  Ja  nie  muszę  przynajmniej  codziennie  prze-
żywać podobnie koszmarnych wypadków. 

-  Tragedie zdarzają się też w sali porodowej - odparła, gła-

dząc jego  włosy  i  za  wszelką  cenę  usiłując  zachować  dystans. 
Przecież on mnie niedługo odtrąci od siebie, myślała. A ja będę 
musiała dalej żyć... - Ja też nie potrafię sama przeżywać trage-
dii - wyszeptała. 

-  I dlatego tu przyszłaś? Bo nie chciałaś być sama? 

Czy nie pamięta już, że powiedziałam mu, że go kocham? 

Może  wyobraża  sobie,  że  mówię  to  zawsze,  każdemu  męż-
czyźnie... A teraz, właśnie teraz nie potrafię na zawołanie za-
pewniać go znowu o swojej miłości. A zresztą... Wyglądałoby 
to trochę na szantaż. 

-  Dlatego. - Nie zauważył, że jej głos zabrzmiał sztucznie. 

- Nie umiałabym rozmawiać z Christie po tym, co się stało. 

-  Czy nie wydaje ci się, że Christie może się o ciebie mar-

twić? - zapytał, kreśląc przez cały czas na jej brzuchu maleńkie 
kółeczka. - Jest niedziela, dziewiąta rano. Czy nie boisz się, że 
twoja siostra oszaleje ze zdenerwowania, gdy się obudzi i zoba-
czy, że nie wróciłaś na noc? 

-  Moja siostra doskonale  wie,  że skończyłam dwadzieścia 

osiem lat i wyszłam wieczorem z bardzo przystojnym młodym 
człowiekiem - mruknęła Tina. - Łatwo się więc domyśli, gdzie 
jestem. 

Jeżeli on zaraz nie przestanie mnie dotykać... to chyba zwa-

riuję! Ale jeśli przestanie, też zwariuję... 

-  Rozumiem. - Spojrzał na nią dziwnie. 

Wyobraża sobie pewnie, że zawsze tak robię. Spotykam się 

z jakimś chłopakiem, mówię mu, że go kocham i zostaję u niego 
na noc. Ale niech tam... 

-  Pójdę już do domu - szepnęła nieswoim głosem. - Muszę 

się trochę przespać, wieczorem mam przecież dyżur. 

-  Czy naprawdę musisz już iść? 
-  Powinnam... 

... 

Nie przestawał jej jednak głaskać i szybko zapomniała o 

swoich planach. 

-  Tina... 
-  Tak? 

background image

102 

 

 

103

 

 

Całował  ją  teraz  tam,  gdzie  przed  chwilą  rysował  palcami 

kółeczka. 

-  Niepotrzebnie  się  chyba  ubrałem  -  wyszeptał zduszonym 

głosem. - Kończy się nasze ostatnie spotkanie... Może zostań 
my z sobą chwilkę dłużej. 

Oczywiście zostali z sobą dłużej, tylko że leżąc potem w je-

go ramionach, Tina czuła się pusta i wypalona. 

-  Kończy się nasze ostatnie spotkanie... 

Gdy wyszła od niego o jedenastej, poszedł na plażę. Pły-

wał pełne dwie godziny, jakby chciał zagłuszyć w sobie nie-
pokój. 

Tina była śliczna. Dobrze by  było  mieć taką  kobietę przy 

sobie, do końca życia. 

-  Człowieku!  -  przemawiał  do  siebie.  -  Chcesz  się  może 

ożenić? Mieć dzieci? Ściągnąć sobie na głowę nieszczęście? 
Sam wiesz, że to się zawsze tak kończy. Nawet teraz zachowałeś 
się jak głupiec, nie pomyślałeś o żadnym zabezpieczeniu. 

Gdy Tina brała prysznic, wspomniał o tym. 

-  Nie pomyślałem... to było tak szybko. 
-  Wszystko  w  porządku  -  odrzekła  zmęczonym,  bezbarw-

nym głosem. - Jestem przecież dorosła i dam sobie radę, a zre-
sztą dopiero miałam okres. 

A gdyby Tina zaszła jednak w ciążę? To byłaby katastrofa... 

Boże, żeby do tego stopnia stracić głowę! 

Wiedział jednak dobrze, że nie zapomni nigdy, co czuł, gdy 

wszedł do sypialni z poranną kawą i zastał ją w swoim łóżku, 
z włosami rozsypanymi na poduszce, nagą i śliczną... 

Zapragnął jej wtedy tak bardzo, że odczuł fizyczny ból na 

myśl, że mogłaby odejść. A teraz chciał, by pozostała z nim na 

zawsze. Ależ to szaleństwo! To czyste szaleństwo! Ojciec uczył 
go od dziecka, że podobny związek może sprowadzić na czło-
wieka tylko nieszczęście. I tak już za długo to ciągnąłem. 

Nigdy  jej  przecież  niczego  nie  obiecywałem.  Od  samego 

początku wiedziała, że nie chcę się wiązać. A więc najwyższa 
pora, aby ograniczyć naszą znajomość wyłącznie do kontaktów 
zawodowych. I muszę wreszcie załatwić ten wyjazd do Londy-
nu.  Zabiorę  się  do  tego  od  razu  jutro  rano.  Im  szybciej  stąd 
wyjadę, tym lepiej dla wszystkich. 

-  Nocowałaś u Jocka Blaxtona? 

Christie patrzyła zdumiona na strój siostry - podartą, popla-

mioną i pokrwawioną sukienkę i nałożoną na to męską koszulę. 
-  Boże! Mam nadzieję, że cię nie zgwałcił? 

-  Zgwałcił? Oczywiście, że nie. 
-  A twoja sukienka? Dlaczego tak wygląda? 
-  Naprawdę mnie nie zgwałcił. - Próbowała się uśmiechnąć. 

-  Zeszłej nocy było prawdziwe piekło, ale u Jocka zostałam na 
noc z własnej woli. 

-  Proszę, proszę - mruknęła Christie, tuląc do siebie Rose, 

która popiskiwała cichutko, bo zbliżała się pora karmienia. -
Czy mam przez to rozumieć, że nareszcie będziesz miała chło-
pa? Ten twój doktor Blaxton jest całkiem do rzeczy. 

-  Co masz na myśli? 
-  Nic, porównuję go z Peterem. 
Tina uśmiechnęła się. 
-  W  gruncie  rzeczy  masz  rację,  tylko  że  doktor  Blaxton 

wcale nie jest mój. 

-  Nie rozumiem. Przecież zostałaś u niego? To nie w twoim 

stylu spędzać z kimś jedną noc. 

background image

104 

 

 

105

 

 

-  Tym  razem  też  masz  rację,  ale  Jockowi  to  zupełnie  wy 

starczy i nie sądzę, żeby kiedykolwiek zmienił zdanie. 

W tak małej społeczności jak Gundowring nie było chyba 

osoby,  która  by  nie została  w  taki  czy  inny  sposób dotknięta 
tragedią, jaka się wydarzyła koło Black Hill. 

Wypadek pozostawił głębokie ślady w psychice ludzkiej; lu-

dzie rozmaicie reagowali na tragiczne wydarzenia. U wuja jed-
nego z chłopców, którzy spowodowali wypadek, odkryto sym-
ptomy dusznicy bolesnej, a jeden z nastolatków dostał egzemy. 
Obydwaj  poczuli  się  lepiej  po  zażyciu  środków 
uspokajających i kilku sesjach terapeutycznych. 

Napięcie  psychiczne  może  się  objawiać  w  najrozmaitszy 

sposób. Pod koniec tygodnia Andrew, który prowadził feralnego 
dnia  samochód,  próbował  popełnić  samobójstwo,  lekarze  zaś 
znajdowali się już u kresu wytrzymałości. Tina była tak bardzo 
zajęta,  że  nie  starczyło  jej  nawet  czasu,  aby  rozmyślać  o 
sobie i o Jocku. 

Podświadomie jednak czuła przez cały czas jego obecność, 

gdyż noc, którą z nim spędziła, zupełnie odmieniła jej życie. 
Teraz czuła się związana z Jockiem na zawsze, bez względu na 
to, co on zamierza zrobić z jej miłością. 

On najwyraźniej nie zamierzał robić nic, gdyż minął tydzień, 

a  ani  razu  nie  okazał  jej  zainteresowania.  Zajmie  się  pewnie 
kolejną  dziewczyną,  myślała  z  goryczą,  po  to,  aby  po  dwóch 
spotkaniach szukać następnej. 

-  Może byś usiadła ze starą ciotką i opowiedziała, co tu się 

dzieje? - spytała ją Ellen któregoś dnia o świcie. 

Tina wyglądała na zmęczoną. Dyżur był bardzo ciężki, a 

o świcie opuszczają zwykle człowieka wszystkie siły. Ellen 

przyglądała się jej badawczo przez całą noc, czekała jednak na 
stosowną chwilę, aby z nią porozmawiać. 

-  O czym mam opowiadać? 
-  O tym, co się  wydarzyło między tobą a doktorem Blax-

tonem... 

-  Nie ma mowy. Nic nie będę opowiadać. 

Tina zakładała właśnie kroplówkę dwumiesięcznemu dziec-

ku,  które  przed  chwilą  przyjęła  do  szpitala.  Było  poważnie 
odwodnione i nie musiała nawet udawać, że całą uwagę poświę-
ca pacjentowi. Kłopoty z brzuszkiem w tym wieku łatwo mogą 
doprowadzić nawet do śmierci, a u małego Brie przez ostatnie 
dwanaście godzin następował spadek płynów w organizmie. 

-  Muszę znać poziom elektrolitów. 
-  Badanie zostało już zamówione - oznajmiła Ellen, wstając 

z krzesła, by zagrodzić drogę Tinie, która zamierzała wyjść 
z pokoju. - Dziewczyno, posłuchaj mnie. Przyglądam ci się od 
tygodnia, chodzisz jak nieprzytomna, zmizerniałaś... Początko-
wo  myślałam,  że  dalej  przeżywasz  ten  cały  wypadek,  próbę 
samobójstwa Andrew... 

-  Zgadza się. 
-  Kiedy  to  nieprawda  -  potrząsnęła  głową  Ellen.  -  Znako-

micie sobie dawałaś przez cały czas radę, zarówno wtedy, kiedy 
pocieszałaś rozhisteryzowane rodziny, jak i wtedy, kiedy robiłaś 
pompowanie żołądka przepitym młodzieńcom. Potrafiłaś dopro-
wadzić do jakiej takiej równowagi psychicznej u chłopców, któ 
rzy spowodowali wypadek. Wszystko powoli wraca do normy, 
zapominamy stopniowo o tamtej koszmarnej nocy, tylko ty wy- 
glądasz coraz gorzej... 

-  Nie wiem, o czym mówisz. 
-  A może zasmuciła cię wiadomość o wyjezdzie Jocka? 

background image

 

-  Nie wiedziałam, że wyjeżdża. Ellen, czy... 
-  Myślałam,  że  słyszałaś  -  odrzekła  Ellen  łagodniejszym 

głosem, widząc cierpienie malujące się na twarzy Tiny. - Zatem 
nie myliłam się. Ten człowiek od tygodnia unika spotkania 
z tobą, więc... 

-  Unika spotkania ze mną? 
-  Mam oczy i dobrze wszystko widzę - wybuchnęła Ellen. 

- Wczoraj  w  nocy  na przykład Jock chciał zobaczyć dziecko, 
które  dopiero  odebrał.  Widziałam,  jak  szedł  korytarzem,  ale 
kiedy zobaczył, że tu jesteś, poszedł na kawę. Wrócił dopiero 
po  godzinie,  kiedy  ciebie  już  nie  było.  Nie  wydaje  mi  się  to 
normalne! Żeby w środku nocy tracić godzinę na wypicie kawy 
zamiast iść do domu i się przespać? Za godzinę Jock zaczyna 
dyżur, ale na pewno przyjdzie tu dopiero wtedy, kiedy ty pój-
dziesz do domu. 

-  Ellen... 
-  Zapewniam cię, że to nie jest moja bujna wyobraźnia. 

A przed chwilą powiedział mi, że po powrocie Giny i Struana 
zaczyna  pracę  w  Londynie.  -  Urwała  na  chwilę  i  popatrzyła 
zatroskanym wzrokiem na Tinę. - W dodatku Jock jest tak samo 
smutny jak ty - dodała cicho - a więc... 

-  A więc... - Tina wzruszyła ramionami. - Nic nas z sobą 

nie łączy. 

Nie  może  ich  z  sobą  nic  łączyć,  skoro  Jock  wyjeżdża  do 

Londynu. Tylko że... 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Tylko że Tina była w ciąży. 

Siedziała  na  łóżku  i  patrzyła  ze  zgrozą  na  dwa  niebieskie 

paseczki. Potrząsnęła plastikową płytką, jakby miała nadzieję, że 
wszystko to może jej się tylko wydawać. Kreseczki jednak nie 
zniknęły, nie ma więc wątpliwości. 

Patrzyła  przed  siebie  pustym  wzrokiem.  Początkowo  mówiła 

sobie,  że  wyczerpanie  i  nabrzmiałe  piersi  to  wynik  nadmiaru 
pracy,  braku  snu  i  zbliżającego  się  okresu.  Nie  dostała  jednak 
okresu w poniedziałek, tak jak się spodziewała, a piersi bolały ją 
coraz bardziej. Kupiła więc w aptece zestaw do próby ciążowej, 
lecz nadal pocieszała się, że nie ma powodu do paniki. Wróciła 
do domu i... 

Co teraz będzie? 

Jedno jest pewne: Jock z pewnością nie chciałby o tym wie-

dzieć. Minęły już blisko cztery tygodnie od nocy, którą spędzili 
razem, a on prawie się do niej nie odzywał. Rozmawiali jedynie o 
sprawach zawodowych, a ostatnio ktoś jej powiedział, że spotkał 
się dwa razy z siostrą Jackson, kierowniczką miejscowego domu 
opieki. 

Ciekawe,  czy  siostra  Jackson  trafiła  do  kolekcji  kobiet  Jocka? 

Kto  wie? Tak czy owak, Jock z pewnością umawiał się już   
następną dziewczyną. 

Spojrzała raz jeszcze na niebieskie paseczki. Nie zniknęły 

background image

108

 

 

 

109

 

 

i nadal dawały świadectwo, że zaszła w ciążę. Jak mogła być aż 
tak głupia! Co z tego, że był to bezpieczny okres, że dopiero 
skończyła się miesiączka... Przypomniała sobie słowa stare-
go profesora położnika, który mawiał, że zajście w ciążę możli-
we jest zawsze i wszędzie. Powtarzał często, że w okresie płod-
ności  kobietę  może  zabezpieczyć  przed  ciążą  jedynie 
wstrzemięźliwość. 

Co teraz będzie? Czy mam przerwać ciążę? Bezwiednie do-

tknęła ręką brzucha. Gdzieś tam w środku poczęło się nowe 
życie, któremu początek dała ich miłość. 

Jock jej już jednak nie potrzebuje. 
-  To  tylko  płód  -  powiedziała  do  siebie  głośno,  tak  jakby 

wymówienie na głos medycznego terminu mogło coś zmienić. 
-  To tylko płód - powtórzyła - a nie dziecko. I jest nie większy 
od kijanki. Zniszczy ci życie. To dopiero piąty tydzień, śmiało 
możesz to usunąć. 

Mowy nie ma. 

Słowa te zapadły jej głęboko w serce. Nie zdając sobie nawet 

z tego sprawy, skrzyżowała ręce na brzuchu, zasłaniając go tak, 
jak czyniły to przed nią od wieków kobiety, pragnąc ratować to, 
co miały najdroższego. 

W zeszłym tygodniu Tina obchodziła urodziny. 
-  Mam już dwadzieścia dziewięć lat i urodzę to dziecko 

-  wyszeptała do siebie. 

I w jednej chwili wszystko wydało jej się proste. Zupełnie 

niespodziewanie zalała ją fala szczęścia, a ręce na brzuchu za-
cisnęły się jeszcze mocniej. Dziecko... 

Jak  bym  mogła  zabić  dziecko,  które  stanowi  część  mnie 

samej i człowieka, którego kocham? 

To w ogóle nie wchodzi w grę. W żaden sposób nie potrafi- 

łabym tego zrobić. Nieważne, co pomyśli Jock. Wystarczy, że 
ja będę czekała na tę istotkę, którą zrodziła miłość. 

Rozległo się pukanie do drzwi i do pokoju weszła Christie 

z Rose na rękach. Tuż za nią pokazała się Ally z Timem. 

-  Czy coś się stało? Nie możemy się ciebie doczekać... 
-  Może  i  stało  -  westchnęła  Tina.  -  Pamiętasz,  kiedy  tu 

przyjechałam, mówiłam ci, że pobędę tylko kilka miesięcy? 

-  Pamiętam. - Oczy Christie spoczęły na pudełku z napisem 

„Test ciążowy". 

-  Ale teraz myślę, że zostanę pewnie dłużej... - dodała ła-

miącym się głosem. 

W jednej chwili role zupełnie się odwróciły. Przez ostatnie 

dwa miesiące Tina opiekowała się siostrą, pomagając jej wydo-
być się z depresji. A teraz przyszła kolej na Christie. Objęła 
mocno siostrę, tuląc ją do siebie. 

-  Christie,  powiedz  mi  -  zaszlochała  Tina.  -  Jak  my  sobie 

poradzimy we dwie z czwórką dzieci? 

-  Musisz mu o tym powiedzieć! 
Christie zmieniła się nie do poznania. Nikt by nie uwierzył, 

że  jeszcze niedawno była to bezwolna, przygnębiona kobieta, 
która nie potrafiła się nawet uśmiechać. 

Siedziały, pijąc herbatę, a Christie obmyślała sposoby dzia-

łania. Postanowiła wystąpić w obronie siostry i wałczyć o nią 
do upadłego. Najwyraźniej dobrze się czuła w nowej roli. 

-  Jock będzie musiał płacić na utrzymanie dziecka - tłuma-

czyła Christie. - Zaszłaś z nim w ciążę, więc musi ponosić za 
to odpowiedzialność. 

-  Ale ja mu powiedziałam, że nie ma się czego bać, bo to 

był bezpieczny okres... 

background image

110 

 

-  Czy jesteś pewna, że nic was nie łączy? - próbowała do-

wiedzieć się Christie, widząc smutek na twarzy siostry. - Czy 
naprawdę nic już się nie da zrobić? Stanowicie taką udaną parę, 
a on byłby z pewnością dobrym mężem. 

-  Nic się nie da zrobić! - Tina postawiła gwałtownie filiżan-

kę na stole. - On jest wspaniałym lekarzem i potrafi być dobrym 
przyjacielem.  Jest  też...  -  zaczerwieniła  się  -  wspaniałym  ko-
chankiem, ale zapewniam cię, że nie potrafi być mężem. Tak 
sobie postanowił. Przespał się ze mną, nigdy mi jednak niczego 
nie obiecywał, a teraz chodzi z następną dziewczyną. On nie 
chce ani tego dziecka, ani mnie. 

-  Ale powiesz mu chyba, że jesteś w ciąży? 
-  Myślę, że tak - odparła drżącym głosem. - Jest w końcu 

ojcem dziecka, a kiedy... wyjedzie, kiedy będzie w Londynie, 
powinien wiedzieć, że zostawił tu część siebie. 

-  Wyjedzie więc od swego własnego dziecka - wyszeptała 

Christie.  -  A  czy  nie  przyszło  ci  do  głowy,  że  on  może  go 
chcieć? Może ucieszy się, że został ojcem? 

-  Chyba nie. Wydaje się, że będzie teraz na świecie o jedno 

dziecko za dużo... 

Była północ. 

-  Zasnęła  przed  podwieczorkiem,  a  później  obudziła  się 

głodna,  więc  zrobiłam  jej  kanapkę  z  masłem  z  orzechowym. 
Zjadła, a potem nagle... - mówiła przerażonym głosem kobieta, 
stojąca w drzwiach izby przyjęć, trzymając na rękach maleńką 
dziewczynkę. 
Zaciskała kurczowo ręce wokół dziecka i Tinie z trudem 
udało się na tyle je rozchylić, by wziąć od niej dziewczynkę. 
Dziecko było w stanie krytycznym. Tina dała znać oczami 

 

111

 

dyżurnej pielęgniarce Barbarze, a ta wzięła panią Hughes pod  

ramię, próbując ją uspokoić. 

-  Proszę pozwolić doktor Rafter zbadać dziecko, niech pani 

zostawi małą... 

-  O mój Boże, mój Boże - łkała Claire Hughes, wyrywając 

się Barbarze. - Moje dziecko umiera. Musiałam zostawić pozo- 

stałe dzieci u sąsiadów, bo mąż jest w pracy. --
Proszę, niech się pani uspokoi... 

Claire nie słyszała, co się do niej mówi. Z natury miała 

histeryczne usposobienie, a teraz rzuciła się na podłogę i upadła 
Tinie do nóg. 

-  Moje dziecko! Ratujcie moje dziecko - krzyczała. 
Dziecko zaczęło sinieć. Tina przyglądała mu się uważnie, 

usiłując  nie  przewrócić  się,  gdy  Claire  uczepiła  się  jej  nogi. 
Wystarczyło jedno spojrzenie na dziewczynkę, by zrozumieć, 
co się stało. Pani Hughes wspomniała o kanapce z masłem orze-
chowym. Wszystkiemu więc winne są orzeszki... 

Dziewczynka puchła. Powieki miała nabrzmiałe, oczy były 

jak  małe  szparki.  Twarz  i  ramiona  pokrywała  jasnoczerwona 
wysypka. Oddychała płytko i z ogromnym trudem. 

Oddech  ustał  nagle,  co  Claire  od  razu  zauważyła.  Chwyciła 

Tinę  za  drugą  nogę  i  pociągnęła  do  siebie  w  dół,  a  jej  płacz    
zamienił się w krzyk. 

-  Nie! Nie! Nie! 

-  Proszę  mnie  puścić!  -  Tina  bezskutecznie  próbowała  się 

uwolnić. - Niech mnie pani puści! 

Czuła się zupełnie bezradna, na ręku miała przeciez nieprzy-

tomne dziecko. Na pomoc podbiegła Barbarii. Pochylila sie usilując 
oswobodzić  nogi  Tiny,  ale  nie  zdało  się  to  im  nic.  Claire 
zachowywała się jak szalona, odchodząc od zmysłów z rozpaczy. 

background image

112 

 

 

113

 

 

Sytuację uratował Jock. Wszedł do izby przyjęć, podbiegł 

jednym susem do Claire i chwycił ją za rękę. Podniósł ją z pod-
łogi i odciągnął od Tiny, sadzając na najbliższym krześle. 

-  Proszę usiąść - zakomenderował głosem,  który byłby za 

pewne w stanie zatrzymać nawet oddział szykujący się do ataku. 
-  Proszę  tu  siedzieć!  -  powtórzył.  -  Pod  żadnym  pozorem  nie 
wolno się pani stąd ruszyć. Proszę zostać przy pani Hughes 
-  zwrócił się następnie do Barbary - a gdyby były jakieś kłopoty 
proszę  wezwać ochronę.  A panią doktor poproszę tu z dziec-
kiem! - zawołał, otwierając drzwi gabinetu. 

Dziecko nadal nie oddychało, a przeraźliwa sinica na jego 

twarzy zmieniała się powoli w trupią bladość. 

-  Trzeba je intubować - wykrztusiła Tina. - Nie ma chwili 

do stracenia. 

Intubacja  była  niezbędna,  gdyż  krtań  dziecka  najwyraźniej 

spuchła. Powietrze miało utrudniony dostęp do płuc, a było już 
za  późno  na  podanie  antyhistaminy.  Tina  nie  musiała  jednak 
tłumaczyć  tego  wszystkiego  Jockowi.  Zanim  zdążyła  ułożyć 
dziecko w odpowiedniej pozycji, przygotowywał już potrzebne 
instrumenty. Zajęło mu to zaledwie parę sekund. 

Podał rurkę intubacyjną Tinie, która odchyliła głowę dziecka 

do tyłu, po czym, przy pomocy laryngoskopu, ostrożnie wpro-
wadziła  rurkę  do  tchawicy.  Współpracowali  bez  słów,  jakby 
kierował  nimi  jeden  mózg  i  jedno  wspólne  pragnienie.  Jakby 
stanowili jedno. 

Struny głosowe były bardzo spuchnięte... 
Jock podniósł brodę dziecka jeszcze wyżej, Tina wprowadziła 

rurkę głębiej, a on tymczasem wstrzyknął dziecku adrenalinę. I 
zanim zdążyła go poprosić, podał jej worek samorozprężalny. 
Podłączyła go do rurki intubacyjnej i zaczęła wdmuchiwać po- 

wietrze do płuc dziecka. W tym czasie Jock podawał dożylnie 
antyhistaminę. Po kilku wdmuchnięciach dziecko wydało nie-
spodziewanie długi, świszczący oddech, a potem zaczęło samo 
oddychać. Tina poczuła wielką ulgę. 

Podtrzymała  rurkę,  pamiętając,  że  naturalną  reakcją  dziecka 

będzie próba jej wykrztuszenia. Dopiero gdy mała zostanie uśpio-
na, ustaną odruchy obronne gardła i krtani. Jock przygotowywał 
już środek nasenny i antyhistaminę. Gdyby nie on, dziewczynka 
pewnie by już nie żyła. Nie poradziłaby sobie sama z rozhiśtery-
zowaną matką i dzieckiem, które przestało oddychać... 

A wszystkiemu winne orzeszki, myślała ze złością, gdy zaj-

mowali się wentylowaniem dziecka. Należałoby właściwie za-
kazać stosowania ich w przemyśle spożywczym, gdyż są zbyt 
niebezpieczne, zwłaszcza że niewiele osób wie, jak bardzo są 
alergenne. 

Mała Marika Hughes przeżyła, ale do  końca życia będzie 

musiała uważać, co je. Będzie musiała nosić stale przy sobie 
adrenalinę  i  antyhistaminę.  Orzeszki  ziemne  znajdują  się  bo-
wiem często w różnych produktach spożywczych, choć na opa-
kowaniu brak informacji o tym. 

Rozległo się pukanie do drzwi i w progu stanęła Barbara. 

Z niepokojem przyjrzała się dziewczynce, ale po chwili jej twarz 
się rozjaśniła. 

- Widzę, że jest lepiej! Dzięki Bogu! - zawołała. 
Tina uśmiechnęła się blado i oczami wskazała na Jocka, któ-

ry był nadal zajęty dziewczynką. Trzeba było dobrze umocować 
rurkę intubacyjną; musiała tak pozostać przez kilka godzin, do-
póki  nie  cofnie  się  opuchnięcie  dróg  oddechowych.  Dlatego 
właśnie dziecko musi być przez cały czas uśpione. 

Teraz problemem stawała się matka. 

background image

114

 

 

 

115

 

 

-  Co z panią Hughes? - spytała Tina. 
-  Musiałam podać jej środki uspokajające - odparła Barba-

ra. - Przepraszam, ale nie było innego wyjścia. Gdy tylko wy-
szliście  z  Mariką,  Claire  wpadła  w  prawdziwy  szał.  Kopnęła 
Erica w brzuch i gdybyśmy jej nie unieszkodliwili, wdarłaby się 
pewnie do gabinetu. 

Jak dobrze, że to właśnie Erie ma dziś dyżur, westchnęła 

Tina. Erie był najsilniejszym ze wszystkich ochroniarzy. 

-  A co jej podałaś? 
-  Valium  domięśniowo.  Erie  trzymał  ją,  a  ja  robiłam  za-

strzyk. Pomógł nam jej mąż, który właśnie nadszedł. - Barbara 
pokazała posiniaczone ramię. - Zostawiła mi to na pamiątkę, 
ale z pewnością poda nas jeszcze do sądu. 

-  Wtedy i my ją podamy do sądu - oznajmiła Tina, ogląda-

jąc siniaki Barbary. - Nic ci więcej nie zrobiła? 

-  Najważniejsze, że żyję - roześmiała się Barbara. - Do sądu 

nie będę jej podawała, bo rzeczywiście z rozpaczy odchodziła od 
zmysłów.  -  Barbara  jeszcze  raz  spojrzała  na  Marikę.  -  Pan 
Hughes chciałby z tobą porozmawiać. Czy mogłabyś wyjść na 
chwilkę? On też jest zrozpaczony, choć na szczęście objawia się 
to nieco spokojniej niż u jego żony. 

Tina spojrzała w stronę Jocka. Zajęty był nadal dziewczynką. 

Widać było, że kocha dzieci... Wiedziała o tym od dawna, ale 
gdy pomyślała o tym teraz, zrobiło jej się gorąco. Jock kocha 
dzieci, powinien więc ich pragnąć. Powinien marzyć o własnym 
dziecku.;. 

Powinien też pragnąć żony. Niedługo przyjdzie na świat jego 

dziecko, a jego może wcale to nie obchodzi. 

-  Zaraz... wrócę - rzekła głośno Tina, choć głos jej przy 

tym nieco zadrżał. - Zostaniesz z Mariką? 

-  Oczywiście. 

Głupie pytanie! Po co w ogóle o to pytać. Wiadomo było, 

że Jock nie zostawiłby żadnego chorego malucha samego, choć-
by  go  wyciągano  siłą.  Ciekawe,  jak  by  traktował  własne 
dziecko? 

Wróciła  dopiero  po  półgodzinie.  Musiała  przez  ten  czas 

uspokoić Barry'ego Hughesa, zapewnić go, że wszystko jest 
w porządku, a potem zobaczyć się z jego żoną. 

Tina umieściła na tę noc panią Hughes w szpitalu, a Barry 

zajął  się  pozostałymi  dziećmi.  Nie  można  było  obarczać  go 
dodatkowymi  obowiązkami  i  powierzać  mu  opieki  nad  żoną, 
zwłaszcza że sam bardzo przeżywał chorobę córeczki. 

Musiała potem napisać wsteczne zlecenie na valium, które 

Barbara podała Claire. Teoretycznie pielęgniarka nie miała pra-
wa dawać podobnych leków bez wyraźnego polecenia lekarza, 
gdyby jednak tego tym razem  nie zrobiła, musiałaby  wezwać 
policję, która zabrałaby panią Hughes siłą na posterunek. 

Claire leżała teraz w łóżku półprzytomna, podano jej bo-

wiem bardzo silne środki uspokajające. W pobliżu znajdowała 
się młodsza pielęgniarka, a łóżko dla bezpieczeństwa pacjentki 
miało specjalne barierki. 

Gdy Tina przyszła ją odwiedzić, pani Hughes z trudem otwo-

rzyła  oczy.  Wpatrywała  się  potem  długo  w  Tinę  pytającym 
wzrokiem. 

-  Marika... - wyszeptała w końcu. 
-  Z Mariką już dobrze - odrzekła Tina pewnym głosem, 

biorąc Claire za rękę. - Śpi teraz, ale doktor Blaxton jest caly 
czas przy niej. Opuchlizna już schodzi. Zobaczy ją pani z samego 
rana. 

-  Dziecina moja... Tak mi przykro, przepraszam... 

background image

116

 

 

 

117

 

 

Po policzku pani Hughes stoczyła się łza, a potem kobieta 

zamknęła oczy i zasnęła. 

Tina znalazła Jocka na oddziale dziecięcym przy łóżeczku 

Mariki. Barry Hughes poszedł już do domu zająć się pozostałą 
dwójką dzieci. Jego los nie był do pozazdroszczenia. Miał pod 
swą opieką troje maleńkich dzieci i żonę histeryczkę, która re-
agowała w niezwykle gwałtowny sposób na wszystkie przeciw-
ności losu. 

Gdyby nie Jock, ten wypadek zakończyłby się z pewnością 

tragicznie... 

Tina stała chwilę  w drzwiach pokoju, w którym paliło się 

tylko przyćmione światło, i przyglądała się Jockowi. Nie wie-
dział  o  tym  i  siedział  bez  ruchu,  wpatrzony  w  dziewczynkę, 
słuchając jej oddechu. Mogłoby się wydawać, że ten człowiek 
nigdy nie był zmęczony i że najważniejszą dla niego sprawą jest 
upewnić się, czy chore dziecko prawidłowo oddycha. Ma w so-
bie niewyczerpane zasoby miłości... 

Opuściła bezwiednie rękę i dotknęła nią brzucha. Ósmy ty-

dzień ciąży. Za pięć tygodni Jock ma wyjechać do nowej pracy 
na drugi koniec świata.  Czy kiedykolwiek potrafi  spojrzeć na 
swoje dziecko z podobną czułością, z jaką spogląda na tę małą 
dziewczynkę? 

Na pewno  nie.  Gdy  urodzi  się  jej dziecko... ich dziecko, 

będzie wtedy na świecie o jedno dziecko za dużo. 

Muszę mu jednak o tym powiedzieć. Nie ma innej rady. 
- Jock? 
Podniósł głowę i uśmiechnął się, ale myślami był daleko. 

Cała  jego  uwaga  skupiona  była teraz  na Marice. Czas Tiny 
minął. Spotkali się przecież już dwa razy... 

-  Wszystko  w  porządku  -  odezwał  się  cicho.  -  Niedługo 

zwolni  mnie pielęgniarka, ale  chcę jeszcze chwilę posiedzieć, 
żeby upewnić się, czy nic jej nie zagraża. Idź już do domu, nie 
masz co tu robić. 

Dostała więc odprawę; świadczył o tym wyraźnie jego ton. 

Nie chce, by tu zostawała. Tina jednak wiedziała, że musi mu 
wyznać swą tajemnicę i że trudno sobie wymarzyć lepszą do 
tego chwilę. Byli sami w pokoju pogrążonym w półmroku i 
obydwoje  przeżywali  moment  satysfakcji  po  odniesionym 
sukcesie. 

Musi się zdobyć na odwagę. I to nie na byle jaką odwagę. 

Trzeba zignorować odprawę, jaką od niego dostała, i zebrać się 
w  sobie, by powiedzieć to, czego Jock  nie  miał najmniejszej 
ochoty usłyszeć. Podniosła do góry głowę, wytarła o fartuch 
ręce, które niespodziewanie zaczęły jej się pocić, i usiadła przy 
nim na krześle. 

-  Muszę z tobą porozmawiać - zaczęła drżącym głosem. 

- Muszę... 

-  Masz jakiś medyczny problem? - spytał. 
Już po raz drugi dostaję odprawę, pomyślała. On daje mi do 

zrozumienia, że rozmawiać możemy jedynie na tematy zawo-
dowe. 

-  Można  to  i  tak  nazwać  -  odrzekła,  patrząc  mu  prosto 

w oczy. - Jestem w ciąży. 

Zapadła cisza. Długa, ciągnąca się w nieskończoność cisza. 

Minęła  minuta,  dwie,  trzy.  Jock  przypominał  postać  wyrzeź-
bioną w kamieniu. Żaden muskuł nie drgnął w jego twarzy, oczy 
patrzyły martwo przed siebie. 

Powiedz coś Jock, błagam cię, powiedz, krzyczało bezgłoś-

nie jej serce. On jednak nie mówił nic. Nie była już w stanie 

background image

118

 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO

 

O JEDNO DZIECKO ZA DUŻO

 

119

 

 

wytrzymać tego milczenia. Nie mogła pozostać tu ani chwili 
dłużej... 

-  Muszę wracać na izbę przyjęć... 

Zdobyła się w końcu na odwagę i wstała. Jeszcze raz spoj-

rzała na jego zimną, obcą twarz, i wstrząsnął nią dreszcz. Całe 
jej ciało przenikał ból, straszniejszy i trudniejszy do zniesienia 
niż cierpienia fizyczne. 

Kocham tego człowieka, a on nie chce mieć nic do czynienia 

ani ze mną, ani z własnym dzieckiem! 

-  Przepraszam, ale myślałam, że powinieneś o tym wiedzieć 

- wyszeptała i wyszła z pokoju. 

Po drodze natknęła się na nocną pielęgniarkę Penny, która 

przyszła zmienić Jocka. Dziewczyna uśmiechnęła się do niej, 
a potem obejrzała zdumiona. Tina minęła ją w milczeniu z mar-
twym, utkwionym przed siebie wzrokiem, jakby nikogo i nicze-
go nie widziała. 

Musiało się wydarzyć coś strasznego, pomyślała niespokoj-

nie Penny. Tina znana była z wesołego usposobienia i dobrego 
humoru i wszystkim okazywała zwykle dużo serdeczności. El-
len powiedziała jej wprawdzie, że Marika jest w dobrym stanie, 
ale w międzyczasie coś się musiało zmienić. Wchodząc na od-
dział  dziecinny,  Penny  spodziewała  się  najgorszego... Jakież 
więc było jej zdziwienie, gdy zobaczyła, że Marika śpi spokoj-
nie i normalnie oddycha. 

Doktor Blaxton, siedzący przy jej łóżeczku, wyglądał jednak 

dziwnie. Patrzył przed siebie martwym, nic nie widzącym wzro-
kiem, dokładnie tak samo jak przed chwilą doktor Rafter. Penny 
umawiała się z nim dwa razy i nigdy jeszcze nie widziała go 
w podobnym stanie. 

-  Już jesteś? - powitał ją, gdy stanęła w progu. - Proszę jej 

ani na chwilę nie zostawiać samej - przykazał. - Co dziesięć 
minut należy mierzyć ciśnienie i nie spuszczać oka z rurki. Gdy-
by zaszły jakieś zmiany, proszę do mnie natychmiast zadzwonić. 
Myślę jednak, że wszystko będzie dobrze. Opuchlizna znacznie 
się już zmniejszyła. 

Opuścił pokój i szedł korytarzem z utkwionym przed siebie 

wzrokiem, jakby nie widział nic dookoła. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Gdy  pojawił  się  w  izbie  przyjęć,  Tina  wypełniała  właśnie 

karty chorych. Siedziała z pochyloną głową, włosy zasłaniały 
jej twarz. Pracowała w zapamiętaniu, ze zmarszczonym czołem, 
całkowicie pochłonięta swym zajęciem, jakby od tego, co robiła, 
zależały losy świata. 

W izbie przyjęć nikogo w tej chwili nie było, tylko gdzieś 

w głębi siostra Roberts robiła porządki. Światło było więc przy-
ćmione i jedynie nad biurkiem Tiny paliła się lampa. 

Jockowi na jej widok ścisnęło się serce. Przypominała małą, 

drobną dziewczynkę; była taka śliczna, samotna przy tym i opu-
szczona. A pod sercem nosiła jego dziecko. 

Jak  ja  się  powinienem  teraz  zachować?  Co  powinienem 

czuć? 

Stał dobrą chwilę w drzwiach i nie mógł oderwać oczu od 

tej niezwykłej, pełnej radości życia dziewczyny, która oczaro-
wała go, gdy tylko ją ujrzał. Od razu jednak zaczął go ogarniać 
strach, znajome uczucie, którego nauczono go jeszcze w dzie-
ciństwie... 

Tina jest w ciąży. 
Kiedy  ja  wcale  tego  nie  chcę.  Nie  chcę!  Jak  to  w  ogóle 

możliwe? Co ja mam robić? A Tina siedzi pochylona nad swoją 
pracą, rude włosy zasłaniają jej twarz i... 

Boże, przecież ja ją kocham! Tylko dlaczego ona jest w cią- 

ży? No i wyjeżdżam do Londynu! Wszystko już załatwione. 
I nie mam najmniejszej ochoty zostawać ojcem ani kochać ko-
gokolwiek, ani... 

Tina dostrzegła go i uniosła głowę. Uśmiechnęła się do nie-

go, przerywając tok jego myśli. Jego uporządkowany, dobrze 
zorganizowany i zaplanowany świat rozpadł się pięć minut temu 
w gruzy. 

Niewykluczone jednak, że stało się to znacznie wcześniej, 

już wtedy, gdy ujrzał Tinę po raz pierwszy. 

-  Nie  bój  się  -  rzekła  spokojnie.  Uśmiechała  się  nadal, 

skrywając swoje cierpienie przed światem. - Nie masz czego się 
bać. 

Czy wszystko, co myślę, jest wypisane na mojej twarzy? 

-  pomyślał z niepokojem. 

-  Nie mam zamiaru namawiać cię do małżeństwa i na pew-

no  nie  będziesz  się  musiał  o  nas  martwić.  Nie  mam  zamiaru 
zatrzymywać cię przy sobie. Myślałam tylko, że... masz prawo 
dowiedzieć się przed wyjazdem, że urodzi ci się dziecko. 

-  Wytłumacz mi, proszę, co się stało! - wybuchnął niespo-

dziewanie, podchodząc do biurka. Oparł się o nie rękami i na-
chylił, patrząc jej prosto w oczy.  - Mówiłaś mi, że dopiero 
miałaś miesiączkę, że jesteś dorosłą osobą, że wiesz, co robisz, 
i że nie jesteś głupia... 

-  Okazało się jednak, że jestem głupia. 
-  Nie wierzę! Jeżeli zaszłaś w ciążę, to znaczy, że sama tego 

chciałaś. 

-  Nie chciałam zajść w ciążę - odpowiedziała spokojnie. 

-  Uwierz  mi,  proszę,  że  nie  zastawiałam  na  ciebie  pułapki. 
Myślałam...  naprawdę  tak  mi  się  wydawało,  że  jestem  bez 
pieczna. Wiem, oczywiście, że nie ma zupełnie bezpiecznej 

background image

122

 

 

 

123

 

 

pory, a teraz... Widzisz, dla mnie to dziecko nie jest żadnym 
nieszczęściem. Musisz to wreszcie zrozumieć - dodała. 

-  Nie  jest  nieszczęściem?  -  Spojrzał  na  nią  zdumiony.  - 

Mylisz się! To niewyobrażalna tragedia. To szczyt głupoty i bez 
sensu... 

Miała po dziurki w nosie tej całej rozmowy. Nie chciała 

tego  dłużej  słuchać.  Szczyt  głupoty  i  bezsensu!  A  rozmowa 
dotyczy przecież dziecka, ich dziecka. Zerwała się zza biurka 
i oparła o ścianę jak najdalej od Jocka. Jej twarz stała się kre-
dowobiała. 

Szczyt głupoty i bezsensu? Czy można tak myśleć o dziecku, 

które ma się narodzić? 

-  Muszę  ci  coś  powiedzieć  -  zaczęła,  przymykając  oczy. 

Milczała chwilę, a potem postanowiła powiedzieć mu, co kryje 
się w jej sercu. - Posłuchaj mnie. Moja głupota nie ma tu nic 
do rzeczy. Uważam ponadto, że nadszedł czas, żeby mówić 
o przyszłości, a nie o tym, co się stało. 

-  Ale... 
-  Nie ma żadnych ale! Mam dwadzieścia dziewięć lat i za-

kochałam  się.  Pokochałam  cię  bezgraniczną,  ślepą  miłością. 
Nigdy nikogo jeszcze nie kochałam tak bardzo jak ciebie. I nig-
dy  już  nikogo  nie  pokocham  w  podobny  sposób.  Ty  zaś...  ty 
wyjeżdżasz. Dlatego właśnie myśl o urodzeniu twojego dziecka 
napełnia mnie taką radością. 

Jock nadal zdawał się nic nie rozumieć. 
-  Chcesz więc powiedzieć, że chciałaś zajść w ciążę? 
-  Nie - odpowiedziała krótko. - Nie chciałam, tylko że te-

raz  łatwiej  by  ci  było  nauczyć  mnie  fruwać,  niż  nakłonić  do 
usunięcia tej ciąży. W odróżnieniu od ciebie nie sądzę, że na 
świecie pojawi się o jedno dziecko za dużo. Potrafię o nie zadbać 

i potrafię dać mu dużo miłości. Potrafię ofiarować mu całą swoją 
miłość... 

-  Jakim cudem będziesz się nim mogła opiekować w twojej 

sytuacji finansowej? - zapytał bez ogródek. 

-  Rozmawiałyśmy już o tym z Christie. Jeżeli Struan da mi 

stałą pracę, a robił mi przecież takie nadzieje, zostanę w Gun-
dowring. Christie sprzeda farmę i przeniesiemy się do miasta. 
Damy sobie radę, nie mamy przecież dużych wymagań. Będzie-
my się utrzymywać z mojej pensji, a Christie zajmie się dziećmi. 

-  Wszystko już, widzę, zaplanowałaś. 
Czuł, jak ogarnia go gniew. Te kobiety wszystko już bez 

niego postanowiły! 

-  Jock... 
-  Jak ty sobie to wyobrażasz, u diabła? - zawołał, odwraca-

jąc się do okna. - Dla mnie, jak widzę, nie ma miejsca, mam 
więc odejść po prostu od własnego dziecka? 

-  Może  powiesz  mi  w  takim  razie,  czego  tak  naprawdę 

chcesz? - spytała cicho.  - Jak wyobrażasz sobie siebie w roli 
ojca? 

Zapadła cisza. 
A potem Jock powziął decyzję. Przyszło mu to bardzo cięż-

ko, musiał bowiem zapomnieć o tym wszystkim, czego uczono 
go od dziecka. Czuł, że  wpada w pułapkę... Cóż miał jednak 
robić? Chodzi przecież o Tinę! Nie pozostaje mu więc nic in-
nego, tylko pokornie znieść to, co przynosi mu los. 

-  Musimy się pobrać - oznajmił, wzdychając ciężko. - Nic 

innego nam nie pozostaje. 

-  Jock mi się oświadczył. 
-  To cudownie... - rzekła z ulgą Christie. 

background image

124 

 

 

125 

 

-  Posłuchaj mnie uważnie, zanim zaczniesz szyć  mi suknię 

ślubną i spraszać gości na wesele - przerwała Tina. - Nie mam 
zamiaru wychodzić za niego za mąż. 

-  Ale... 
-  Czy chcesz usłyszeć, jak on mi się oświadczył? Powiedział 

mniej  więcej  tak:  „Musimy  się  pobrać,  bo  nie  mamy  innego 
wyjścia", i wyglądał przy tym, jakby właśnie wydał na siebie 
wyrok śmierci. 

-  No, jeżeli tak... - spochmurniała Christie. 
-  Ale on nie może zrozumieć, dlaczego mu odmówiłam. 
-  A więc nadal chce się z tobą ożenić... 
-  On tylko chce się zachować przyzwoicie, to wszystko. Na 

myśl o żonie i dziecku przechodzą go ciarki, postanowił jednak 
zachować się honorowo. I wiesz, co mi w końcu powiedział? 

-  No? 
-  Że porozmawiamy sobie o tym na spokojnie jutro. 

-  Weźmiemy ślub siódmego listopada. 
-  Nie rozumiem? 

Przed chwilą minęła godzina siódma i Tina rozpoczęła właś-

nie dyżur. Zdążyła tylko włożyć biały fartuch i powiesić na szyi 
stetoskop, gdy w drzwiach pojawił się Jock. 

-  Wszystko już sprawdziłem. To najwcześniejsza data, jaka 

wchodzi  w  grę,  gdyż  między  zgłoszeniem  a  datą  ślubu  musi 
upłynąć miesiąc. 

-  Powtórz, proszę, bo dobrze nie zrozumiałam - rzekła z 

uśmiechem, wkładając ręce do kieszeni fartucha. - Czegoś mi tu 
brakuje.  Oświadczyny  wyglądają  chyba  zupełme  inaczej? 
Gdzież bukiet róż i pierścionek z diamentem? A gdzie wyzna-
nie miłości i obietnice, że nic nas nie rozdzieli aż do śmierci? 

Przeczytałam w swoim życiu dosyć romansów, panie doktorze, 
i wiem, jak to powinno wyglądać! 

-  Niemądra jesteś. 
-  No  właśnie - przyznała ze smutkiem  - jestem niemądra. 

Sam to powiedziałeś i masz zupełną rację. Jestem niemądra, bo 
zaszłam w ciążę. Jestem niemądra, bo się w tobie zakochałam. 
A ty nie potrzebujesz przecież niemądrej żony. W gruncie rze-
czy, panie doktorze, panu nie jest potrzebna żadna żona, mądra 
czy głupia. 

-  Tino... 
-  Nie chcesz w ogóle małżeństwa - przerwała mu - a ja nie 

wyjdę za mąż za człowieka, który mnie nie kocha. 

-  Ależ to szantaż! - wybuchnął. 
-  Nazywaj  to  sobie,  jak  tylko  chcesz,  ale  ja,  mimo  że  cię 

kocham, nigdy nie wyjdę za ciebie mąż, jeśli nie potrafisz mi 
odpłacić miłością. 

-  Posłuchaj mnie... 
-  Przepraszam, panie doktorze, ale mam już pacjenta - prze-

rwała mu chłodno. - A czy na pana nie czeka jakiś poród? 

-  Chwilowo nie. 
-  To idź poszukać  sobie  kogoś innego,  kogo  mógłbyś za-

dręczać, a mnie zostaw w spokoju. Najlepiej będzie, jeśli po-
szukasz teraz Sarah Page. To nowa pielęgniarka, która pracuje 
na  drugim  oddziale dopiero od  dwóch  dni.  Czekają  cię dwa 
upojne  spotkania,  dwa  szampańskie  wieczory,  a  może  nawet 
noce, kto wie? Może uda ci się jeszcze kogoś rozkochać przed 
wyjazdem do Londynu? Idź sobie w każdym razie ode mnie 
i nie zawracaj mi głowy swoimi pomysłami, bo ja naprawde nie 
mam na to czasu. 

Jock stanął w oknie. Nie miał pojęcia, co z sobą zrobić. 

background image

Pękała  mu  głowa.  Wiedział  tylko,  że  w  tej  sytuacji  w 

żaden sposób nie może stąd wyjechać... 

A Tina? Do diabła! Tina musi wyjść za mnie za mąż! 
Te rozmyślania przerwał mu widok Barbary, która pomagała 

mężczyźnie  w  średnim  wieku  wysiąść  z  samochodu,  a  potem 
sadowiła go  na  wózku. Mężczyzna był nagi od pasa  w  górę. 
Zgięty  w  pół,  nie  mógł  się  najwyraźniej  wyprostować.  W  tej 
chwili podbiegła do nich Tina. 

Postanowił  zostać  i  sprawdzić,  czy  nie  będzie  potrzebny, 

zwłaszcza że nie nęcił go zupełnie powrót do pustego domu 
i pozostawanie sam na sam ze swymi myślami. 

Z  samochodu  wysiadła  właśnie  kobieta,  która  siedziała  za 

kierownicą. Była to Lorna Colsworth, członkini zarządu szpita-
la, prezeska damskiego klubu gry w kręgle, która stała na straży 
moralności w Gundowring i okolicy. 

Jock spojrzał na wózek, spodziewając się zobaczyć na nim 

jej  męża,  właściciela  przedsiębiorstwa  pogrzebowego.  Jakież 
było  jednak  jego  zdumienie,  gdy  zobaczył  zamiast  niego 
rzeźnika Rega Carneya, otyłego mężczyznę o nalanej czerwonej 
twarzy, na której malowało się teraz bezbrzeżne cierpienie. 

Lorna była niemal tak samo czerwona. Szła szybko w stronę 

izby  przyjęć,  skrywając  twarz  pod  stosem  ubrań.  Gdy  tylko 
dostrzegła Jocka, który zbliżał się w jej kierunku, niemal rzuciła 
w niego całe zawiniątko: koszulę, marynarkę, krawat, skarpetki 
i buty. 

-  Proszę mu to dać, kiedy... Panie doktorze, muszę już iść! 

Ja naprawdę muszę już iść... 

Jock stanowczym ruchem położył jej rękę na ramieniu. 
-  Niech nam pani powie, co się stało? - zapytał. 
Zorientował się już, że Tina pochylona nad Regiem na próżno 

 

127

 

próbuje się czegoś od niego dowiedzieć. Mężczyzna wyglądał 
tak, jakby nagle stracił mowę. 

Lorna za wszelką cenę chciała odejść, Jock jednak nie mógł 

na  to  przystać.  Może  Reg  Carney  zjadł  coś  zatrutego?  Może 
przedawkował leki? Doznał jakiegoś urazu? 

-  Ja nic nie wiem... Tu jest jego ubranie. Naprawdę muszę 

iść. - Lorna zrobiła krok do tyłu, ale Jock ją zatrzymał. 

-  Proszę nam wszystko powiedzieć. 

Tina zrezygnowała już z uzyskania informacji od swego pa-

cjenta i próbowała teraz oderwać jego rękę od pachwiny. Męż-
czyzna jęczał przez cały czas przeraźliwie, przechylając się 
z boku na bok. 

-  Co panu jest? - pytała. 
-  On... on... 

Czerwień na twarzy Lorny zamieniała się teraz w purpurę. 

Wyglądała tak, jakby za chwilę miała dostać udaru. Jock odpro-
wadził ją na bok i posadził na krześle. Nie miał wyjścia, musiał 
się od niej czegoś dowiedzieć. 

-  Niech pani wreszcie coś powie! 
-  Przyciął mu się... przyciął mu się... - wykrztusiła. - Te-

raz naprawdę muszę już iść... 

Jock rzucił okiem na Rega i zobaczył, że Tina zdołała odsunąć 

jego rękę. Spojrzała w dół i najwyraźniej osłupiała. A potem przez 
ułamek  sekundy  Jockowi  wydało  się,  że  niewiele  brakuje,  aby 
wybuchnęła śmiechem. W porę jednak się opanowała. 

Reg znajdował się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Trud-

no byłoby wymyślić coś bardziej poniżającego dla mężczyzny, 
jego penis uwiązł bowiem między ząbkami zamka błyskawic/ 
nego. Reg musiał najwyraźniej podciągnąć zamek bardzo 
energicznie i z wielką siłą. 

126 

background image

128

 

 

 

129

 

 

Tina pokiwała głową w zdumieniu. 
-  Jak... to się stało? 
Lorna jęknęła znowu i zaczęła opowiadać: 
-  Nagle usłyszeliśmy, że przed domem zatrzymał się samo 

chód. Myśleliśmy, że to wraca Simon i Reg  wpadł w panikę. 
Złapał spodnie... i podciągnął zamek... no i... Nie udało nam 
się go uwolnić. Krzyczał tak głośno, że się bałam, że sąsiedzi 
usłyszą, a to wcale nie był Simon... 

Lorna zaczęła szlochać. 
Jock zachował powagę, choć sam nie rozumiał, jak mu się 

to udało. Nigdy jeszcze w życiu nie chciało mu się tak bardzo 
śmiać. 

-  Proszę się uspokoić, może już pani iść do domu - zwrócił 

się do Lorny. - Damy sobie radę. 

-  Ale... - Lorna patrzyła na nich przerażonym wzrokiem. 

- Co teraz będzie? Simon... wszyscy się o tym dowiedzą... 

-  Wiem o tym tylko ja, doktor Rafter i siostra Roberts. Daję 

pani słowo, że nic nie wydostanie się poza mury tego szpitala. 
Niech pani stąd idzie. 

Ratowanie Rega Carneya zabrało im równe dwadzieścia mi-

nut. Przez dziewiętnaście minut uspokajali go, aż wreszcie Tina 
mogła wstrzyknąć mu niewielką ilość środka znieczulającego. 
Następnie w ciągu minuty udało im się przesunąć zamek bły-
skawiczny w dół. 

-  Zawołajcie  mi  taksówkę  -  poprosił  zaraz  potem  Reg,  pa 

trząc nerwowo na zegarek. - Moja żona za chwilę będzie w do 
mu. Albo nie! - zmienił szybko zdanie. - Dzisiaj jeździ taksów 
ką Ted Farndale! Tego by jeszcze brakowało! Jutro wiedziałoby 
o wszystkim całe miasto. 

-  Mogę  pana  zaraz  podwieźć  do  domu  -  zaproponował 

Jock. - Skończyłem już dyżur. Zostawimy doktor Rafter, żeby 
dalej sama ratowała pacjentów. Niedługo wrócę - odezwał się 
cicho do Tiny przed wyjściem. - Musimy wreszcie poważnie 
porozmawiać. 

Wrócił wkrótce potem i zastał Tinę znowu przy biurku. Gdy 

spojrzała na niego, wiedział, że musiała się przed chwilą głośno 
śmiać. 

-  Czy nikt was po drodze nie widział? - spytała. - Trzeba 

mu było przykleić sztuczne wąsy i brodę dla niepoznaki. 

-  Na pewno by z tego skorzystał - uśmiechnął się Jock. 

-  Kaktus mi na dłoni wyrośnie, jeśli któreś z nich dopuści się 
jeszcze w przyszłości zdrady. 

-  Ma to jedną dobrą stronę - rzekła Tina. 
-  Jaką? 
-  Wiesz przecież, że Lorna jest w zarządzie szpitala. Trudno 

sobie wyobrazić bardziej pruderyjną osobę, więc się bałam, że 
może  sprzeciwić  się  zatrudnieniu  mnie  na  stałe,  gdy  zostanę 
samotną matką. Myślę jednak, że teraz nie będzie jej wypadało 
zwracać mi uwagę. 

Dobry humor Jocka rozwiał się bez śladu. 

-  Tino... 
-  Zastanawiam się właśnie, co wpisać Regowi do jego karty 

choroby - ciągnęła, zupełnie nie zwracając na niego uwagi. 

-  Chyba nie dokonam żadnego wpisu. Biedny, umarłby chyba 
na serce, gdyby kiedyś jakiś lekarz zapytał go, co mu się wtedy 
stało. 

-  Tino... 
-  Co o tym sądzisz? 

background image

 

Sądzę, że powinniśmy porozmawiać. 

-  Przecież rozmawiamy. 
-  Powinniśmy porozmawiać o nas. Potrząsnęła 
głową i pochyliła się nad biurkiem. 

 

-  Nie ma żadnych „nas". Jesteś tylko ty, jestem ja i jest nasze 

dziecko. 

-  Kiedy ja chcę mówić „my". 
-  Chyba tylko po to, żeby wypełnić obowiązek? - rzuciła. 

- Nie masz przecież najmniejszej ochoty na małżeństwo. 

Jock westchnął ciężko i usiadł naprzeciwko niej. Cóż to za 

kobieta! Jej obecność sprawia, że jedynym jego pragnieniem 
jest przebywać w jej obecności, aby wraz z nią się śmiać, aby 
ją kochać i aby się nią opiekować. 

Ale małżeństwo? 
-  Chyba masz rację. Ja sam nie wiem, czego chcę. 
-  Skoro tak mówisz, to z pewnością nie chcesz się żenić. 

              - Do diabła... 

Jock przejechał palcami po włosach i wstał. Wyszedł na ko-

rytarz, a po chwili znów wrócił i usiadł. Tina siedziała bez ru-
chu, starając się z całych sił powstrzymać na wodzy swoje uczu-
cia  i  sprawiać  wrażenie  osoby  opanowanej,  zainteresowanej 
rozmową i przyjaznej. Przychodziło jej to jednak z wielkim tru-
dem. W końcu odłożyła pióro, zamknęła oczy i zrozumiała, że 
dłużej już nie wytrzyma. 

-  Wiesz co? - odezwała się cicho. - Idź do domu i połóż się 

spać.  Przeszkadzasz  mi  w  pracy,  a  sam  jesteś  zmęczony.  Zo 
stawmy to do jutra. 

-A niech to licho porwie! - wybuchnął, uderzając pięścią 

         w stół. - Zastanów się! Czy nic więcej nie masz mi do powie 

dzenia, tylko żebym poszedł spać, bo ty masz pracę, a ja jestem 

 

131

 

zmęczony? I żebyśmy wszystko zostawili do jutra? Do jutra to 
możesz sobie zostawić swoje papierki! 

-  A co byś chciał ode mnie usłyszeć? 
-  Sam  nie  wiem,  ale...  -  Potrząsnął  głową  z  rozpaczą.  -

Mówimy przecież o miłości. Do diabła! Tak jest! Mówimy prze-
cież o miłości... 

-  Do diabła! Wcale nie mówimy o miłości! 
-  Mylisz się! Od dziecka uczono mnie, żebym nie okazywał 

uczuć, żebym nie zbliżał się do ludzi. Mówiono mi, że to grozi 
katastrofą, bo albo mnie ludzie zniszczą, albo ja ich... Wiem 
teraz, że to bzdura. Bywają na świecie szczęśliwe małżeństwa, 
a to, że moim rodzicom się nie udało, nie oznacza jeszcze, że 
mnie się nie uda. Dlaczego więc miałbym się nie ożenić? 

-  Chciałbyś się szczęśliwie ożenić? 
-  Tak... Nie! To znaczy, sam nie wiem - wybąkał z rozpa-

czą  w  głosie.  -  Wiem  tylko,  że  gdybym  się  miał  ożenić,  to 
ożeniłbym się właśnie z tobą. Nie spotkałem jeszcze nigdy takiej 
kobiety jak ty! Ledwie się trzymasz na nogach ze zmęczenia, 
nie  masz  grosza  przy  duszy,  masz  za  to  na  głowie  mnóstwo 
zmartwień, oczekujesz mojego dziecka, a ja wyjeżdżam do Lon-
dynu. A ty nawet teraz nie wpadasz w histerię, tylko bierzesz 
na siebie odpowiedzialność za dziecko, tak jak już kiedyś wzię-
łaś odpowiedzialność za siostrę i jej dzieci. 

-  Ciekawe, co by mi pomogła histeria - zauważyła spokoj-

nie Tina. - A jeśli chodzi o siostrę... Christie zrobiłaby na moim 
miejscu dokładnie to samo. 

-  Właśnie o  to  mi  chodzi!  Christie  by  tak  zrobiła, bo  cię 

kocha tak samo jak ty ją. Ja bym tak jednak nie potrafił zrobić, 
nie umiałbym wziąć odpowiedzialności, bo się boję. 

Wstał znowu, okrążył stół i stanął za Tina, po czym położył 

background image

132 

 

 

133

 

 

ręce na jej ramionach. Tina odchyliła się do tyłu i oparła o niego, 
by nabrać trochę siły. Nie ma na to rady. Kocham go jak nikogo 
na świecie, może więc zgodzić się na jego propozycję... Z bie-
giem czasu nauczę go chyba miłości? I może uda mi się zaleczyć 
jego rany? 

Pochylił się i musnął wargami jej włosy. 

-  Musisz  wyjść  za  mnie  -  szepnął.  -  Wiem...  Do  diabła 

ciężkiego, właściwie to nic nie wiem. A tak naprawdę wiem 
tylko jedno, że nie potrafię wyjechać na drugi koniec świata 
i kazać ci  wychowywać samej nasze dziecko. I  wiem  też, że 
muszę się zmienić... muszę się nauczyć  kochać... dawać  mi-
łość... 

-  Jock... 
-  Nic  nie  mów!  -  Położył  jej  palec  na  ustach.  -  Tylko  ty 

możesz mi pokazać, jak się kocha... Jeżeli chcesz zaryzykować, 
to wyjdź za mnie za mąż. Gotów jestem uklęknąć przed tobą 
z bukietem róż... 

 

Jak mogłabym mu odmówić? Szanse na powodzenie są oczy-

wiście niewielkie, a ryzyko duże, nic innego mi jednak nie po-
zostaje. Jeśli nie zaryzykuję, na pewno nic nie zyskam. 

-  Spróbujesz mnie pokochać? - wyszeptała, kładąc rękę na 

jego dłoni. 

-  Na pewno cię pokocham - odpowiedział. 

Jeśli  tylko  potrafię,  szepnęło  cicho  jego  serce.  Jeśli  tylko 

potrafię. 

Ich ślub odbył się dwa miesiące później. Jak na śluby w 
Gundowring gości nie było zbyt wiele, Jock jednak uważał, 
że przyszły tłumy. 

-  Zaprosimy tylko najbliższych przyjaciół - postanowił, ale 

że wszyscy niemal uważali się za najbliższych przyjaciół Tiny 
i Jocka, nie sposób było kogokolwiek pominąć. 

Struan, który wrócił z urlopu w doskonałym nastroju, zamó-

wił na weekendowy dyżur lekarzy z miasta, aby żadne nagłe 
wypadki nie mogły zakłócić uroczystości. 

Tina wyglądała prześlicznie. Nie chciała włożyć białej suk-

ni, choć  Christie  tłumaczyła jej, że „panna  młoda  w ciąży to 
obecnie  żaden  wstyd",  zgodziła  się  jednak  na  kolor  jasno-
złocisty. 

Jedwabna  suknia,  którą  uszyła  jej  Christie,  leżała  na  niej 

znakomicie. Christie, ubrana w sukienkę o podobnym odcieniu, 
wyglądała także bardzo ładnie. Ostatnio przytyła trochę, dopi-
sywał jej humor i powoli odzyskiwała radość życia. W orszaku 
ślubnym nie zabrakło oczywiście Ally i Tima. 

Przed ślubem Jock i Tina kupili małą farmę z widokiem 

na  zatokę.  Miejsce  było  śliczne,  a  największą  zaletą  nowego 
nabytku był fakt, że na farmie stały niedaleko siebie dwa domy. 

- Chcielibyśmy bardzo mieszkać obok was - oznajmił Jock 

Christie. - Tina ma zamiar pracować przynajmniej na pół etatu, 
więc  będziesz  nam  potrzebna  i  cieszylibyśmy  się  ogromnie, 
gdybyś i ty nas potrzebowała. 

Jock czasem wie, co i kiedy powiedzieć, myślała Tina, stojąc 

w drzwiach kościoła. W okresie narzeczeństwa też zachowywał 
się wspaniale. Kupił jej piękny pierścionek zaręczynowy, zabie-
rał na poszukiwanie domu i... spał z nią tak, jakby rzeczywiście 
ją kochał. 

A teraz biorą ślub. Jock, którego tak bardzo kocha, czeka na 

nią koło ołtarza. I jest tak niesamowicie przystojny... 

Zabrzmiały pierwsze dźwięki marsza weselnego, Tina postą-

piła krok do przodu. Jock odwrócił się w jej kierunku i powital

background image

134 

 

ją uśmiechem pełnym dumy i  miłości. Ona zaś gotowa była 
ruszyć za nim na koniec świata. 

Czekał  na  nią.  Czekał  na  nią  człowiek,  którego  kochała. 

Gdyby jednak nie darzyła go aż takim uczuciem, gdyby nie 
znała  go  tak  dobrze,  nie  zauważyłaby  strachu  kryjącego  się 
głęboko w jego oczach. 

Wiedziała  już,  że  ją  kocha,  ale  wcale  nie  pragnie  ślubu. 

Zdawała  sobie  dobrze  sprawę,  że  dużo  czasu  musi  jeszcze 
upłynąć, zanim znajdzie prawdziwe szczęście. Jeżeli kiedykol-
wiek jej się to w ogóle uda. 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Nic chyba z tego nie będzie. 

Patrzyła ponuro na swoje biurko. Był to jej ostatni dzień 

w szpitalu. Miała jeszcze pozamykać szuflady, a potem czekał 
ją powrót do domu i wystąpienie w nowej dla siebie roli matki. 
Ale już teraz czuła się bardzo samotnie. Dziecko ma się urodzić 
za cztery tygodnie, wtedy też będą już we troje stanowić rodzinę. 

Tina jednak obawiała się, że jeśli Jock się nie zmieni, nic 

z tego nie będzie. 

-  Jesteś gotowa? - powitała ją Ellen, która weszła właśnie 

do pokoju, niosąc naręcze kapciuszków dziecinnych.  - Do wy 
boru, do koloru - oznajmiła ze śmiechem. - To miesięczna pro 
dukcja pensjonariuszek naszego domu opieki. 

Tina odpowiedziała jej bladym uśmiechem i Ellen skonsta-

towała, że z Tiną dzieje się coś niedobrego. 

-  Co się stało? 
-  Ależ nic. 
-  Nie  masz  chyba  tajemnic  przed  starą  ciotką?  -  zaczęła 

Ellen, siadając naprzeciwko Tiny. - Przede mną nic się nie ukry-
je. Widzę przecież, że coś ci jest. Może boisz się porodu, zasta-
nawiasz się, jak to wszystko będzie? 

-  Zupełnie  się  nie  boję  -  westchnęła  Tina.  -  Jock  boi  się 

wystarczająco za nas oboje. 

-  Teraz ja nic nie rozumiem. Przeszłaś wszystkie badania 

background image

136 

 

 

137

 

 

i trudno sobie wyobrazić lepszego położnika niż twój mąż. 
W dodatku zapewnił sobie pomoc kolegi o kwalifikacjach nie 
gorszych  niż  jego.  -  Urwała  nagle.  -  No  tak,  tylko  że  Jock 
najwyraźniej nie może zapomnieć, jak jego matka zapłaciła za 
swój poród. Trudno mu się właściwie dziwić, że się boi. 

-  Ale ja nie jestem już w stanie tego wytrzymać - wybuch-

nęła Tina. 

-  Nie jesteś w stanie wytrzymać? 
-  Tak! Ciągle na mnie patrzy tak, jakbym już za chwilę miała 

zniknąć bez śladu z powierzchni ziemi. 

-  I to cię niepokoi? 
-  No  właśnie  -  westchnęła  Tina.  -  Jestem  najszczęśliwszą 

kobietą na ziemi, kocham go ogromnie, a on jest dla mnie taki 
dobry. Tylko że nie wyobrażasz sobie, jak to wygląda! On nie 
tyle obawia się, że coś mi się stanie, ile cały czas wydaje się 
wyczekiwać  nieszczęścia.  Z  góry  już  wie,  że  pewnego  dnia 
nadejdzie  kres,  że  to,  co  jest  między  nami,  nie  będzie  trwać 
wiecznie i dlatego... dlatego on nie potrafi... 

-  Czego nie potrafi? 
-  Nie potrafi mi ofiarować siebie - przygryzła  wargi Tina. 

Niechętnie prowadziła tę rozmowę, lecz Ellen znała Jocka od 
dziecka,  łatwiej  więc  mogła  zrozumieć  całą  sytuację  niż  na 
przykład Christie, dla której Jock był uosobieniem ideału. - Nie 
chciałabym, żebyś mnie źle zrozumiała - ciągnęła Tina. - Jock 
stara się jak może. Kocha mnie naprawdę i mówi mi o tym. Jest 
taki dobry, śmiejemy się z tego samego... 

-  No to nie jest tak źle - zauważyła Ellen. 
-  Tylko  że  on...  Strasznie  trudno  to  wytłumaczyć.  Widzisz, 

czasami myślę, że małżeństwo jest dla niego ciężkim obowiązkiem, 
a on stara się ten obowiązek wypełnić jak najlepiej... Coś ci teraz 

opowiem. W zeszłym tygodniu wlazła do nas kominem małpka. 
Myśleliśmy, że to złodziej, Jock złapał więc parasol i wałek do 
ciasta i tak uzbrojony zastał małpkę siedzącą na kominku. Śmiechu 
było potem co niemiara, ale wyobraź sobie, że nawet wtedy Jock 
nie spuszczał ze mnie wzroku, jakby się chciał upewnić, że jeszcze 
żyję, bo przecież jak nie jutro, to pojutrze... 

-  Coś się z tobą stanie? 
-  No właśnie. A kiedy na niego krzyczę... 
-  Krzyczysz na niego? 
-  Pewnie, że czasami krzyczę, a tobie nigdy to się nie zda-

rza? Kiedy na przykład twój mąż znowu wejdzie do domu 
w  zabrudzonych  butach  albo  narobi  bałaganu...  No  powiedz, 
Ellen, nigdy nie krzyczysz na Boba? 

-  No, może czasami... 
-  I co wtedy się dzieje? - dociekała Tina. 
Ellen roześmiała się. 
-  Bob krzyczy na mnie... że na przykład dość już ma tych 

babskich porządków, albo że trudno wytrzymać z taką kobietą 
jak ja. Najczęściej śmiejemy się potem z siebie, ale zdarzyło się, 
że trzasnął drzwiami i zniknął na cały wieczór - dodała Ellen, 
czerwieniejąc. 

Tina patrzyła zamyślona przed siebie. I tak właśnie powinno 

być! Dlaczego u nas jest inaczej? 

-  No właśnie... - pokiwała głową. 
-  Nie rozumiem - zdziwiła się Ellen. - A co robi Jock, kiedy 

na niego krzyczysz? 

-  Kiedy jestem w złym humorze, Jock zaczyna mi dogadzac 

i chodzi koło mnie, zupełnie jakbym byla chora i tak krucha 
i  delikatna,  że  wystarczy  jeden  powiew  wiatru  i  juz  mnie  nie 
będzie. Jeżeli on się nie zmieni... 

background image

138 

 

 

139

 

 

-  To co? 

Tina zerwała się na równe nogi, bo w drzwiach stanął właśnie 

Jock. Był taki przystojny! Serce zaczęło jej szybciej bic na jego 
widok, zupełnie jak pierwszego dnia, gdy go poznała. 

Uśmiechnął się, ale oczy miał zatroskane. 

-  Czy  wszystko  w  porządku?  -  spytał  niespokojnie.  -  Wy-

glądasz na zmartwioną. 

-  Nic mi nie jest - próbowała się uśmiechnąć. - Ellen przy-

niosła  mi  właśnie dwadzieścia siedem par dziecinnych  kapci. 
Zobacz sam! Jeśli nasza pociecha będzie miała mniej niż pięć-
dziesiąt cztery nóżki, będziemy mieli kłopot... - rzekła i głośno 
się roześmiała. 

Na twarzy Jocka nie pojawił się nawet cień uśmiechu. 

-  Nasze dziecko będzie najzupełniej normalne  - zapewnił, 

zupełnie jakby Tina rzeczywiście niepokoiła się, że urodzi jej 
się dziecko z pięćdziesięcioma czterema nogami. - Wszystkie 
badania przecież na to wskazują - dodał. - Czy jesteś już gotowa 
do wyjścia? 

-  Jestem - westchnęła. - Czuję, że będzie mi bardzo brako-

wało szpitala... 

-  Niedługo do nas wrócisz - zapewniła Ellen, patrząc z nie-

pokojem na Jocka. Teraz dopiero zrozumiała, co Tina miała na 
myśli.  -  A zanim to zrobisz, musisz znaleźć trochę czasu po-
między jednym karmieniem a drugim, żeby się przygotować do 
egzaminu z anestezjologii. 

-  No właśnie... - westchnęła znowu Tina, podnosząc się 

z krzesła. 

W tej chwili Jock znalazł się przy niej, by jej pomóc, ona zaś 

z trudem pohamowała się, by nie odepchnąć go od siebie. 

-  Dam sobie radę- mruknęła, patrząc na zegarek. - Dopiero 

piąta! - Przez ostatnie dwa miesiące pracowała w ciągu dnia 
i kończyła pracę po południu. - Sklepy są jeszcze otwarte, zro-
bię więc po drodze zakupy i będę na ciebie czekała koło siódmej 
w domu - oznajmiła Jockowi. - Jeśli oczywiście jakieś dziecko 
nie zacznie się w międzyczasie spieszyć na świat... 

-  Pani  Arthur  zaczęła  właśnie  rodzić  -  powiedział  -  ale 

idzie jej to tak wolno, że zdążę odwieźć cię do domu. 

-  Nie ma mowy - zaprotestowała, starając się, aby głos jej 

nie zabrzmiał zbyt ostro. - Pojadę sama. Jestem dorosłą, samo-
dzielną osobą, a w dodatku jestem zdrowa jak rydz. 

Dlaczego  wszystko  jest  takie  skomplikowane?  Dlaczego 

Jock zupełnie nie potrafi się odprężyć? To przecież nie ma sensu! 

Myślała o tym przez cały czas, robiąc zakupy, a zdenerwo-

wanie nie opuściło jej nawet wtedy, gdy wsiadła do samochodu, 
żeby wrócić do domu. 

Może Jock się uspokoi, gdy dziecko się już urodzi? Niewy-

kluczone jednak, że wszystko będzie wyglądało znacznie gorzej. 
Może będzie się wtedy zamartwiał jeszcze bardziej? Dlaczego 
on nie potrafi brać życia po prostu? 

Tina  wyjeżdżała  już  z  miasta,  skręcała  w  górę,  pomiędzy 

wzgórza. Po obydwu stronach drogi widać było farmy. 

Dlaczego ja czuję się taka nieszczęśliwa? Dzień jest przecież 

cudowny, promienie słońca odbijają się w morzu, jest pogodnie 
i ciepło. Niedługo urodzę dziecko mojemu mężowi, człowieko-
wi, którego kocham. On także mnie kocha, opiekuje się mną, 
nosi mnie niemal na rękach... 

-  Najwyraźniej jestem egoistką i za bardzo myślę o sobie 

- mruknęła. - Niczego mi przecież nie brakuje. 

Nie było to jednak takie proste. 

background image

140 

 

 

141

 

 

Nie chciała, by Jock nosił ją na rękach, nie pragnęła być jego 

ukochaną, rozpieszczoną żoną, pragnęła być jego przyjacielem 
i kochanką. 

-  Chcę żyć pełnią życia, a  nie  siedzieć zamknięta  w złotej 

klatce! - powiedziała głośno. 

W tej samej chwili droga, którą jechała, poruszyła się lekko. 

Przez moment wydawało jej się, że śni na jawie. 
Przyzwyczajona do koziołków i fikołków dziecka we włas-

nym brzuchu, sądziła po prostu, że kopnęło ją teraz mocniej, 
w chwilę potem jednak coś szarpnęło kierownicą i samochód 
zjechał na bok. Tina nacisnęła hamulec i patrzyła przed siebie 
w osłupieniu. 

Droga najwyraźniej się ruszała, falowała jak szeroka wstęga, 

którą ktoś potrząsał u obu jej końców. Drogi zazwyczaj się nie 
ruszają! Z pewnością się nie ruszają! 

W panice zacisnęła ręce na kierownicy. Drogi z pewnością 

się nie ruszają, ta jednak najwyraźniej jest inna od pozostałych! 
Cały świat się rusza, jakby ziemia dostała niestrawności. Drze-
wo, które rosło w pobliżu, przechyliło się pod zupełnie niepra-
wdopodobnym kątem i zwaliło z hukiem na szosę. 

Serce ze strachu podchodziło jej do gardła. Boże, co robić! 

Zatrzymała się na trawiastym poboczu, a ziemia pod nią nadal 
pulsowała. 

Czy zostać w samochodzie, czy wysiąść? 
Muszę zostać! Z pewnością będzie tu bezpieczniej, bo wokół 

nie ma drzew... Ruch ziemi nie ustawał, trwał przynajmniej 
dwie minuty. Były to najdłuższe dwie minuty w życiu Tiny. 

Oczekiwała  najgorszego.  Myślała,  że  otworzy  się  pod  jej 

stopami przepaść albo niebo spadnie jej na głowę... 

-  To musi być trzęsienie ziemi - wyszeptała, usiłując zapa 

nować nad sobą. - Trzęsienie ziemi takie jak w Newcastle... 

W Newcastle, mieście położonym na południe od Sydney, 

podczas trzęsienia ziemi były liczne ofiary śmiertelne. 

Odwróciła się, aby spojrzeć przez tylną szybę na Gundow-

ring, z którego przed chwilą wyjechała. W mieście chyba nic 
się nie dzieje, morze jest także spokojne i ciche... 

-  A więc... to lokalne trzęsienie ziemi... Nie ma się czego 

bać - powtarzała sobie. 

Wydawało się, że Christie i dzieciom również nic nie zagra-

ża. Morze w zatoce, nad którą znajdowała się ich farma, było 
zupełnie spokojne. Niewykluczone więc, że gdzie indziej jest 
bezpiecznie. Tina wysiadła ostrożnie z samochodu, oczekując, 
że w każdej chwili ziemia może się przed nią rozstąpić. 

Nic takiego się jednak nie stało. Gdyby nie popękana droga 

przy  poboczu,  leżące  na  szosie  drzewo  i  szerokie  pęknięcie 
nawierzchni pośrodku, można by nawet sądzić, że był to tylko 
zły sen. 

Co robić? Z pewnością nie może jechać dalej, bo drogę za-

gradza  zwalone  drzewo,  a  ostatni  jej  odcinek  jest  zbyt  gęsto 
zalesiony. Ziemia może się zresztą zatrząść jeszcze raz. Może 
zadzwonić? 

Do Jocka? 
Mowy nie ma. Przyjechałby tu w jednej chwili jak szaleniec, 

sprowadziłby jedną lub dwie brygady straży pożarnej, karetkę 
pogotowia, i zaalarmowałby jeszcze inne służby ratunkowe, 
a wszystko po to, by ratować ukochaną żonę, która tej pomocy 
wcale  nie potrzebuje. W dodatku  wszystkie  te  wozy  i  karetki 
mogłyby być potrzebne gdzie indziej... Nie ma przecież żadnej 
pewności, że było to tylko lokalne trzęsienie ziemi! 

background image

142

 

 

 

143

 

 

Do farmy było nie więcej niż około półtora kilometra. Może 

uda mi się dojść? Muszę tylko omijać po drodze drzewa. 

W tej samej chwili usłyszała przeraźliwy krzyk. Wyjęła z sa-

mochodu podręczną torbę lekarską i ruszyła w kierunku, z któ-
rego dochodził. 

Jakieś sto metrów od samochodu wybiegł z zarośli chłopiec. 

Miał pewnie około dwunastu lat, ubrany był w dżinsy, popla-
mioną  koszulkę  i  tenisówki.  Miał  podrapaną  i  zakrwawioną 
twarz, a ramię zwisało mu pod dziwnym kątem. W jego oczach 
krył się strach i przerażenie. Gdy tylko dostrzegł Tinę, rzucił się 
w jej wyciągnięte ramiona. 

Był to miejscowy zabijaka, Jason Calvert, którego Tina znała 

z widzenia i ze słyszenia. Jason i jego przyjaciel Brendan by-
wali postrachem okolicy. Zachowywali się tak, jakby mieli co 
najmniej szesnaście lat, i często wywoływali burdy w mieście. 

Teraz jednak Jason był tylko małym, przerażonym chłopcem, 

który ze szlochem schronił się w objęcia Tiny. 

-  Powiedz mi, co się stało - dopytywała się Tina. - Co ci 

się stało w rękę? 

-  Boże, pani doktor, mnie nic  nie jest...  - Jason z trudem 

przychodził do siebie. 

-  Czy przywaliło cię drzewo? Mów prędko! Zaraz cię zabie-

rzemy do szpitala i nastawimy rękę. 

-  Kiedy  mnie  nic  nie  jest!  -  wyjaśnił,  uwalniając  się  z  jej 

objęć. - Ale Brendan... Trzeba ratować Brendana! - wołał z 
przerażeniem w głosie. 

-  A gdzie jest Brendan? 
-  Ja... Byliśmy razem... 
-  Uspokój się. Policz spokojnie do trzech i zacznij po kolei. 
-  Byliśmy na wagarach - wybąkał w końcu Jason. - Cała 

klasa jechała na jakąś głupią wycieczkę, a my powiedzieliśmy 
naszym mamom, że też jedziemy. Zabraliśmy trochę jedzenia 
i przyszliśmy tutaj na noc. Wzięliśmy nawet piwo... 

Jason nie musiał więcej mówić. Tina także spędziła tu dzie-

ciństwo, domyśliła się więc od razu wszystkiego. 

-  Brendan jest w jaskini? 
-  Tak, ale wejście do niej... Siedzieliśmy tam i próbowali-

śmy rozpalić ognisko, kiedy nagle wszystko się zatrzęsło i za-
częły spadać głazy. Jeden trafił mnie w ramię i wtedy uciekłem, 
ale  Brendan...  Kiedy  przestały  spadać,  wróciłem,  żeby  zoba-
czyć, co się z nim dzieje. Nogi ma przygniecione kamieniami 
i  nie  mogłem  go  wydostać.  -  Jasonem  znowu  wstrząsnęło 
łkanie. 

-  Pamiętaj, że musimy oboje zachować spokój. - Tina po-

łożyła rękę na ramieniu chłopca, patrząc mu w oczy.  - Bez 
ciebie nie dam sobie rady, musisz się więc uspokoić. Powiedz 
mi teraz, czy Brendan jest w jaskini przemytników? 

Wiele lat temu miejscowe dzieci nazwały tak dużą jaskinię 

i od tej pory tak właśnie o niej mówiono. Tina także spędzała 
w niej wagary. 

-  Tak, tylko że on jest w głębi... 
-  Zaraz tam pójdę. 
-  Ja pani pokażę... 
-  Ty musisz zostać tutaj - zatrzymała go. - Sama bywałam 

w jaskini przemytników na wagarach, więc bez trudu tam trafię. 
Nie wszyscy jednak wiedzą, jak się tam dostać, będziesz więc 
musiał ich zaprowadzić, kiedy nadejdzie pomoc. 

-  Ale jak...? 
-  Musisz  wrócić  do  mojego  samochodu  -  powiedziała.  -

Znajdziesz tam telefon komórkowy i wybierzesz trzy zera, ode- 

background image

144 

 

 

145

 

 

zwie się wtedy siostra Rhonda. Opowiedz jej wszystko. Tylko 
pamiętaj, musisz mówić spokojnie i powoli. I nie rozłączaj się, 
dopóki nie odpowiesz na wszystkie jej pytania. Zaczekaj potem 
w samochodzie na karetkę i zaraz ją wyślij do jaskini. Opuść 
sobie oparcie na przednim siedzeniu do tyłu i połóż się wygod-
nie. Czekaj tam, dopóki po ciebie nie przyjadą. Pamiętaj, że nie 
możesz nas zawieść! 

W szpitalu trzęsienia ziemi prawie nie zauważono. Tylko na 

suficie w korytarzu pojawiła się rysa, a na jednym z oddziałów 
spadł obraz ze ściany. 

Poród pani Arthur przeciągał się w nieskończoność, skurcze 

nadal pojawiały  się  rzadko,  choć rodziła już trzeci raz. Jock 
zszedł na chwilę do recepcji, a w progu natknął się od razu na 
lekarzy z karetki, straż miejską i oficera straży pożarnej. 

-  Co  tu  się dzieje? - zapytał,  nikt  mu jednak  nie odpowie 

dział, gdyż wszyscy gdzieś się spieszyli, a pokój obok recepcji 
z minuty na minutę zapełniał się coraz bardziej. 

Przed chwilą powołany został miejscowy sztab kryzysowy. 

-  Trzęsienie ziemi było poważniejsze,  niż się początkowo 

wydawało  -  odezwała  się  w  końcu  zdenerwowana  Rhonda.  - 
Zwłaszcza  na  terenach  wyżej  położonych.  Mamy  dotychczas 
wiadomość o dwóch zawalonych domach, a także o wielu ob 
rażeniach. Połączenia telefoniczne są przerwane, rannych może 
więc być więcej. 

Zawahała się, a potem pokazała na pierwszą karetkę szyku-

jącą się do drogi. 

-  Może chcesz z nimi pojechać? - spytała. - Miałam  właś 

nie dzwonić po doktor Buchanan i prosić, żeby zajęła się panią 
Arthur, a ty zabierz się z nimi. Brendan Cordy został zasypany 

w jaskini i... Tina jest przy nim. Nic jej nie jest - dodała szybko, 
widząc przerażony wyraz jego twarzy. 

Pamiętała bardzo dobrze, że w głąb tej jaskini ośmielały się 

wchodzić tylko najodważniejsze dzieci. Panowały tam głębokie 
ciemności, których nie były w stanie rozjaśnić mdłe światełka 
latarek. 

- Brendan! Słyszysz mnie? - zawołała, stając u wejścia. 
Z głębi dobiegł ją cichy jęk. 

Wyjęła latarkę i najostrożniej jak tylko umiała - gdzież jej 

jednak teraz było do zręczności i sprawności, jaką miała w wie-
ku  szkolnym  -  ruszyła  przed  siebie.  Szła  z  pochyloną  głową, 
pamiętając o niskim sklepieniu. 

Po chwili uklękła i zdecydowała się iść na czworakach, co 

wydało jej się znacznie bezpieczniejsze. Nie zważała na kamie-
nie raniące jej nagie kolana i posuwała się naprzód, trzymając 
latarkę pod pachą, a torbę posuwając przed sobą. 

Brendan  leżał  około  pięćdziesięciu  metrów  od  wejścia  do 

jaskini, nogi miał istotnie przysypane zwalonymi kamieniami, 
był jednak przytomny. Śledził w napięciu zbliżające się do niego 
światełko, a gdy Tina wzięła go za rękę, wybuchnął płaczem. 

-  Pani doktor, to pani... 

-  No już, uspokój się, chłopcze. Wszystko będzie dobrze. 
Poświeciła latarką w górę. Nie grozi nam chyba stamtąd 

żadne niebezpieczeństwo? Gdyby tylko udało mi się odwalić 
mu z nóg te kamienie... 

-  Pomoc niedługo nadejdzie - zapewniła go. - Zaraz dam 

ci coś na uśmierzenie bólu, a potem zabierzemy się... 

Nie skończyła, bo właśnie w tej samej chwili wszystko zno-

wu się poruszyło. 

background image

 

Skały u wejścia do jaskini posypały się w dół i ziemia za-

trzęsła się w posadach. 

-  To gdzie była ta jaskinia? - pytał Jock zmienionym gło-

sem chłopaka. 

-  Ależ tutaj! - Jason rozglądał się przerażonym  wzrokiem, 

biegając  wokół  jak  oszalały.  Wszystko  wyglądało  inaczej.  -
Przysięgam,  że  to  tutaj.  Pamiętam,  że  wejście  było  tuż  pod 
gumowym drzewem... 

Tylko że gumowe drzewo leżało teraz na górze kamieni. 
-  Ma  chłopak  rację  -  odezwał  się  jeden  z  sanitariuszy.  - 

Znam dobrze to miejsce. Właśnie tu było wejście do jaskini. 

Jock wpatrywał się martwym wzrokiem w górę osuwających 

się odłamków skał. Kiedyś była tu jaskinia. Teraz nie było ani 
jaskini, ani Brendana, ani Tiny. 

ROZDZIAŁ DWUNASTY

 

Sobota, 5 maja 
Dwie osoby zaginione. Obydwie prawdopodobnie nie żyją. 

Po wczorajszym trzęsieniu ziemi na północ od Gundowring 

uznany został za zaginionego młody chłopak przysypany kamie-
niami oraz lekarka  w ciąży, która pospieszyła mu na pomoc. 
Wstrząs, który osiągnął 4,1 stopni w skali Richtera, odebrany 
został na terenie siągającym aż do zatoki Batemana, lecz szkody 
zauważono jedynie na małej przestrzeni.
 

-  Boże, Boże... To niemożliwe, żeby zginęli... To niemoż-

liwe - szeptał Jock. 

-  Nie oszukujmy się. Mówiąc ostrożnie, szanse są niewiel-

kie. - Twarz Struana była także ściągnięta bólem. - Tam prze-
cież musiało zlecieć ze dwieście ton ziemi. 

-  Ale  oni  tam  są...  Do  diabła!  Dlaczego  ich  jeszcze  nie 

odkopano? 

-  Ziemia się stale osuwa. Kopią najszybciej, jak tylko moż-

na. Nie mogą tego jednak robić za szybko, bo zwiększa się wtedy 
ryzyko nowego osunięcia głazów. Czekają ponadto na specjali-
styczny sprzęt zamówiony w Sydney. Jeżeli jeszcze żyją, z pew-
nością ich odnajdziemy. 

background image

 

 

-  Ale kiedy to będzie? Kiedy? 

Niedziela, 6 maja 

Coraz mniejsze nadzieje na odnalezienie zaginionych. 

Nadzieje  na  odnalezienie  zaginionych  w  czasie  trzęsienia 

ziemi na północ od Gundowring maleją z każdą chwilą. Mimo 
użycia psów policyjnych i specjalistycznego sprzętu nie udało 
się odszukać żadnego śladu.
 

Poniedziałek, 7 maja 
Ratownicy tracą nadzieją.
 

W zasypanej jaskini nie udało się do tej pory odnaleźć śladów 

Życia. Prywatnie ratownicy wyrażają przekonanie, że dwudzie-
stodziewięcioletnia doktor Tina Rąfter, jej nie narodzone dziecko 
i dwunastoletni Brendan Cordy, któremu pospieszyła na pomoc, 
prawdopodobnie  już  nie  żyją.  Na  miejscu  wypadku  zatru-
dnionych jest obecnie ponad dwustu ludzi...
 

-  Połóż się chociaż na chwilę i prześpij. 
-  Nie chcę. 

Christie położyła rękę na ramieniu Jocka. 

-  Musimy chyba pogodzić się z jej śmiercią... 
-  Ale ja... 

-  Posłuchaj, przecież ja czuję to samo co ty... 
Wynędzniała twarz Christie była ściągnięta bólem. Widać 

było, że od dawna nie zmrużyła oka. 

-  Wiem  tylko,  że  Tina  nie  chciałaby,  żeby  jej  śmierć  nas 

zniszczyła. Musimy dalej żyć. Marzę już wyłącznie o jednym. 

Chciałabym mieć pewność, że się nie męczyła, że śmierć przy-
szła od razu... 

-  Ja nie potrafię dalej żyć - odezwał się Jock bezbarwnym 

głosem. 

-  Ale musisz. 
Christie rozumiała go doskonale. Rozmawiała niedawno 

z Ellen i wiedziała, że Jock spodziewał się tego, jakby czuł, że 
jest mu pisany los własnego ojca. Nie można było jednak do-
puścić, by poszedł teraz w jego ślady. 

-  Pamiętaj, że Tina kochała cię nade wszystko, chętnie ofia-

rowałaby nawet życie za ciebie. A ta miłość żyje dalej po jej 
śmierci. Przeżyła swoje życie w całej pełni, i za to właśnie ją 
kochaliśmy. Żyła z nami krótko, ale jej obecność była dla nas 
błogosławieństwem. 

-  Przestań, proszę... 
-  Musisz mnie wysłuchać. Gdyby Tina nie żyła pełnią życia, 

gdyby nie żyła naprawdę, byłaby może dziś wśród nas i opłaki-
wała z nami małego chłopca, który zginął samotnie. Tylko że to 
nie byłaby Tina, którą kochamy. Ofiarowywała się dla wszy-
stkich i dlatego tak bardzo ja kochaliśmy. I dlatego nigdy o niej 
nie zapomnimy. 

Jock patrzył na nią nieprzytomnym wzrokiem. Był brudny, 

nie ogolony i wyczerpany. Od pierwszego dnia pomagał w od-
kopywaniu  jaskini,  na  początku  w  rozpaczy  robił  to  gołymi 
rękami, potem dołączył do zespołu górników. 

-  Musimy żyć dalej dla... Tiny - mówiła Christie drżącym 

głosem. - Gdybym tylko miała pewność - jęknęła, zakrywając 
twarz rękami - że się nie męczyła... 

W  jej  głosie  pobrzmiewał  tak  wielki  ból,  że  Jock  od  razu 

oprzytomniał. Dopiero teraz zauważył, w jakim stanie znajduje 

background image

150 

 

 

151

 

 

się Christie, dopiero w tej chwili zrozumiał, że z miłości do Tiny 
zapomniała o sobie, wyciągając do niego rękę, by go ratować. 

Życie idzie ciągle naprzód, pomyślał. I wiedział już, czego by 

się spodziewała po nim Tina. Nie chciałaby na pewno, by zniszczył 
sobie życie tak, jak zrobił to jego ojciec po śmierci żony. 

Christie ma rację. Tina chciałaby, by żył dalej, żeby nauczył 

się kochać mocniej i prawdziwiej niż do tej pory. 

Zrozumiał nagle, że to właśnie pozostawiła mu Tina w darze. 

W tej samej chwili wydało mu się, że obok niego zaczyna się 
unosić i znikać czarna, gęsta, zimna mgła, która go do tej pory 
spowijała, a na jej miejsce przychodzi jasność. 

Boże, dlaczego Tina nie może tego zobaczyć... 
Podniósł się powoli i podszedł do Christie. 

- Chodź, odprowadzę cię do domu, a potem  wrócę i będę 

jeszcze czekał. Wiesz co - dodał po chwili - chyba masz rację... 
Cokolwiek się stanie, może uda nam się zachować przy życiu 
jej miłość. 

Poniedziałek, 7 maja 
Dodatek nadzwyczajny
 

Przy  pomocy  specjalistycznego  sprzętu  udało  się  odkryć 

oznaki  życia  głęboko  pod  powierzchnią  rumowiska  skalnego. 
Ratownicy  wypowiadają  się  na  razie  powściągliwie  na  temat 
szans uratowania zasypanych, ale poszukiwania prowadzone są 
jeszcze intensywniej. Prawdopodobnie trzystu ludzi będzie pro-
wadziło tej nocy prace ratunkowe, przekopując cały teren.
 

Jock zobaczył Tinę pierwszy. 
Starano się nie dopuszczać go w pobliże wskazanego przez 

sondę miejsca, nie wiadomo przecież, co ukaże się ich oczom. 
Niespodziewanie jednak usłyszano głos Tiny! Zachrypnięty, pe-
łen  niedowierzania.  Czy  to  w  ogóle  możliwe,  że  po  trzech 
dniach i nocach ktoś ich jednak odnalazł? 

Sonda wychwyciła jej słabe wołanie. Technicy dostroili ją 

i wkrótce można było usłyszeć poszczególne słowa. 

-  Umieram z głodu, nogi mi zesztywniały i chce mi się pić 

tak, że mam opuchnięty język. Ale poza tym czujemy się z 
Brendanem zupełnie dobrze. 

-  Brendan! - Rodzice chłopca, którzy stali za Jockiem, byli 

bliscy omdlenia. 

-  Brendan ma złamaną nogę - słowa z trudem wydobywały 

się poprzez wyschnięte usta Tiny - ale da sie ją uratować. Krą-
żenie jest w porządku, znajdujemy sie w szczelinie skalnej wiel-
kości niecałego metra kwadratowego, a Brendan chce do mamy 
i marzy o coca-coli. 

-  A o czym marzy pani doktor? - spytał szef ekipy ratunko-

wej.  Nawet  jemu  trudno  było  uwierzyć  w  cudowne  ocalenie 
zasypanych. 

Zapadła cisza, a potem rozległ się cichy szept: 

-  Ja? Ja chcę tylko Jocka. 

Nie od razu mogły się spełnić jej marzenia. Dokopywanie się 

do nich zabrało kolejne pięć godzin, a przez cały czas groziło 
niebezpieczeństwo kolejnego osunięcia się ziemi. 

W końcu jednak Jock znalazł się z grupą górników w wy-

drążonym przez nich z takim trudem tunelu. Stanęli przed ostat-
nim głazem, który oddzielał ich od Tiny, a kiedy i ten zaczęto 
usuwać, ujrzał ją nareszcie. Była posiniaczona i brudna, próbo-
wała się jednak do niego uśmiechnąć. 

background image

152 

 

 

153

 

 

-  Jock - wyszeptała i wyciągnęła rękę poprzez szczelinę. 
-  Zaraz cię stąd wyciągniemy - zapewnił łamiącym się gło-

sem. - Żebyś wiedziała... 

-  Pospieszcie się! Jock, mam takie straszne bóle w krzyżu... 
Bóle w krzyżu! Oczami wyobraźni widział Tinę leżącą na 

stole operacyjnym z pękniętym kręgosłupem, a napięcie wśród 
ratowników niepomiernie wzrosło. 

-  Nie  ruszaj  się!  -  krzyknął.  -  Zaraz  cię  ułożymy  na  no-

szach. 

-  Nie będę się kładła na żadnych noszach - odpowiedziała 

pewnym głosem. - Zróbcie tylko szersze przejście, a sama wyj-
dę, bo nie sądzę, żeby Brendan nadawał się na położną... 

Jessica Christine Blaxton urodziła się o trzeciej nad ranem 

w podziemnym tunelu. 

Nie  było  już  czasu  na  jazdę  do  szpitala.  Jak  opowiadała 

potem Christie, nie było już czasu na nic i Struan, który doglądał 
całej akcji ratunkowej, zdążył tylko ustawić parawany. Gdyby 
nie to, Tina rodziłaby w świetle jupiterów miejscowych i zagra-
nicznych kamer telewizyjnych. 

Ratownicy płakali z radości, ludzie obejmowali się i cieszyli, 

a Jock stał wśród nich szczęśliwy bez granic. 

Tej właśnie nocy zrozumiał, że obecność Tiny w jego życiu 

jest błogosławieństwem. 

-  Czy pani doktorowa Blaxton gotowa jest do wyjścia? 
Tina przeciągnęła się leniwie w szpitalnym łóżku. Minęły 

już dwa tygodnie od chwili, gdy została wyciągnięta z jaskini, 
a nadal nie mogła uwierzyć, że może bez ograniczeń poruszać 
się i zmieniać pozycję. 

Jock pochylił się nad łóżkiem żony. Pocałował ją czule w 

usta, a jej serce zabiło tak mocno jak wtedy, gdy pocałował ją 
pierwszy raz. 

Objęła go i przyciągnęła do siebie. Położył się przy niej, nie 

zwracając najmniejszej uwagi na przechodzące pielęgniarki. 

-  Ciągle nie mogę uwierzyć, że jesteś ze mną - wyszeptał. 
Nikt w to zresztą nie mógł uwierzyć. Zwłaszcza że i Tina, 

i Brendan wyszli z opresji obronną ręką. Jock jednak zdawał 
sobie dobrze sprawę, że to straszne przejście musiało pozostawić 
w ich psychice jakieś ślady. 

Mieli dużo szczęścia. 
Wielki granitowy głaz spadł tuż przed nimi, stanowiąc swoi-

stą ochronę. Nie zapadła się także skała ponad ich głowami, 
a  Tina  miała  przy  sobie  torbę  z  antybiotykami,  morfiną  i 
fizjologicznym roztworem soli, co pomogło jej ratować Bren-
dana. 

Obejmowała chłopca i pocieszała go przez cały czas, mó-

wiąc, że na pewno niedługo przyjdzie pomoc. I w końcu pomoc 
nadeszła. 

Teraz patrzyła na Jocka, marszcząc czoło. 
-  Co ci jest, kochanie? 
-  Tak sobie myślę... Wiem, że to głupie, ale... 
-  Ale co? 
-  Jak mnie będziesz chronił przed trzęsieniem ziemi? 
Nie odpowiedział. 

 

-  Posłuchaj - wyszeptała. - Już przedtem tak bardzo się 

o mnie bałeś... - Przerwała, bo maleńka Jessica poruszyła się 
w łóżeczku. - Czy pozwolisz mi teraz... 

-  Na co mam pozwolić? 
-  Czy pozwolisz mi być nareszcie sobą? 

background image

Znowu  zapadło  milczenie.  Jock  przymknął  oczy  i  gładził 

Tinę po włosach. 

-  Nigdy nas nie chciałeś! - wybuchnęła. - Przez cały czas, 

kiedy siedziałam w tej jaskini, myślałam sobie, że tego się właś-
nie  spodziewałeś,  tego  się  właśnie  najbardziej  bałeś,  i  to  się 
właśnie  w  końcu  przeze  mnie  stało.  Nigdy  nie  chciałeś  mnie 
pokochać, nie chciałeś mieć rodziny. A ja w dodatku sprawiłam 
ci tyle bólu... i za to właśnie chcę cię przeprosić. 

-  Przestań! - Odsunął się od niej i rzekł ze złością: - Pamię-

taj, żebyś mnie nigdy więcej nie przepraszała. 

-  Ale... 
-  Powiedziałem, przestań! Chcesz mnie przepraszać za to, 

że jesteś sobą? -  Znowu wziął ją w ramiona.  - To wszystko 
moja wina. Rozmawiałem o tym z Christie, kiedy byłaś  w tej 
jaskini i myśleliśmy już, że nie żyjesz. Byłem zupełnie ślepy... 

-  Nie rozumiem... 
-  Christie  powiedziała,  że  ty  zawsze  ofiarowujesz  się  za 

wszystkich i że dlatego cię tak bardzo kochamy i że cokolwiek 
się stanie, twoja miłość pozostanie na zawsze z nami. - Jock 
znowu  pocałował  ją  w  usta.  -  Ona  ma  rację. Nigdy  cię  nie 
stracę, bo jesteś częścią mnie. Stanowisz cząstkę mojego życia... 

Jeszcze raz pocałował ją, wzruszony. 
-  Chciałbym z tobą przeżyć osiemdziesiąt lat albo i więcej. 

I na pewno będę się zawsze wami opiekował, tobą i Jessie, ale 
nie dlatego, że boję się was utracić. Wiem teraz, że to niemożli-
we. Wiem, że cię nigdy nie stracę, bo jesteś nieodłączną częścią 
mnie  samego  i  dzięki  tobie  stałem  się  teraz  zupełnie  innym 
człowiekiem. 

-  Jock... 
-  Od tej pory będziesz moją żoną, moją kochanką i moim 

 

przyjacielem. Chciałbym... żebyś wyszła za mnie za mąż. Że-
byśmy wzięli raz jeszcze ślub, prawdziwy ślub... 

A co będzie, jeśli ona powie teraz, że już na to za późno, że 

zabiłem jej miłość? 

Nic jednak nie było w stanie zabić miłości Tiny do Jocka. 
Jessica poruszyła się znowu izaczęła popłakiwać. Jock wziął 

córeczkę na ręce i podał ją matce. Trzymał je teraz obydwie 
w ramionach, a Tina myślała, że serce jej pęknie z miłości. 

-  A Jessie? Co myślisz o Jessie - spytała w końcu. - Czy nadal 

ci się wydaje, że na świecie pojawiło się o jedno dziecko za dużo? 

-  O czym ty  w ogóle mówisz?  - Przytulił je jeszcze  moc-

niej. - Jeśli tak kiedyś mówiłem, musiałem być chyba niespełna 
rozumu. 

Uwierzyła mu, gdy tylko spojrzała w jego oczy. Znalazła 

w  nich  zapewnienie  wielkiej  miłości  i  oddania.  Wyczytała 
w oczach Jocka wszystko to, o czym marzą kobiety. Była teraz 
pewna, że kocha ją wielką, prawdziwą miłością. 

Odsunął  się  od  niej,  w  oczach  zapaliły  mu  się  przekorne 

iskierki. 

-  O jedno dziecko za dużo? Wprost przeciwnie - szepnął. 

- Myślę, że na świecie jest o jedno dziecko za mało. A kto wie, 
może nawet o dwoje? Co ty na to? Może trzeba będzie temu 
jakoś zaradzić?