background image

Herbert George Wells

Wojna światów

background image

KSIĘGA PIERWSZA

PRZYBYCIE MARSJAN

background image

1. W PRZEDEDNIU WOJNY

Nikt  pod koniec dziewiętnastego   wieku nie  uwierzyłby  chyba,  iż  życie   ludzi   bacznie  i 

wszechstronnie   obserwują   istoty   mądrzejsze   od   człowieka,   a   przecież   jak   i   on   śmiertelne;   że 

krzątających się wokół swych spraw codziennych ludzi badają i analizują one równie być może 

skrupulatnie, jak skrupulatnie bada człowiek pad mikroskopem rające się i mnożące w kropli wody 

drobnoustroje.   Snując   się,   niezmiernie   radzi   z   siebie,   po   naszym   globie,   szczerze   jesteśmy 

przekonani o swej władzy nad materią. Możliwe, że żyjątka pod mikroskopem czują tak samo. Ale 

nikomu z nas nie przyszła do głowy myśl, że są inne, starze od naszego światy, które mogą być 

źródłem niebezpieczeństwa dla ludzkości. Każdą myśl o życiu na nich odpędzaliśmy od siebie, 

uważając je za nieprawdopodobne, a przynajmniej mocno wątpliwe.

Dzisiejszego   czytelnika   zainteresuje   niezawodnie   nasz   sposób   myślenia   z   tamtych 

odległych dni. Przypuszczano podówczas, że na Marsie mogą żyć co najwyżej inni jacyś ludzie, na 

niższym   od   naszego   stopniu   rozwoju,   którzy   z   radością   powitaliby   ziemskie   wyprawy 

misjonarskie. A tymczasem poprzez otchłań międzyplanetarnej przestrzeni spoglądały na naszą. 

Ziemię zazdrosnym okiem istoty obdarzane umysłami o tyleż wyższymi od naszych, o ile ludzkie 

wyższe są  od umysłów  zagładą  zagrożonych zwierząt;  o intelekcie szerokim, lecz chłodnym i 

niechętnym. I powali, lecz nieuchronnie opracowywały swe plany przeciwka nam. W pierwszych 

latach wieku dwudziestego przyszło WIELKIE ZASKOCZENIE.

Nie muszę chyba przypominać czytelnikowi, iż Mars krąży dookoła Słońca w odległości 

140 000 000 mil, a światła i ciepła otrzymuje zaledwie dwa razy mniej od naszej Ziemi. Mars, jeśli 

teorie mgławicowo kryją w sobie choć ziarno prawdy, musi być znacznie od Ziemi starszy i życie 

na nim musiało pojawić się na długo przed ukształtowaniem się ziemskiej skorupy. To, że masa 

Marsa wynosi zaledwie jedną siódmą masy Ziemi, przyspieszyło jego ostyganie do temperatury, w 

której pojawia się życie. Co więcej, posiada on powietrze i wodę, a więc to wszystko, co niezbędne 

jest do podtrzymywania żywego istnienia.

Człowiek jednak jest tak próżny i tak w swej próżności zaślepiony, iż do samego schyłku 

XIX stulecia ne. znalazł się żaden pisarz, który wyraziłby pogląd, że mogła się tam rozwinąć życie 

istot rozumnych, na poziomie wyższym od ziemskiego. Nie pojmowano też na ogół, że na Marsie, 

który o wiele jest od Ziemi starszy, powierzchnię ma czterokrotnie mniejszą i znacznie dalej leży 

od Słońca - życie musi być nie tylko odleglejsze od swych początków, ale bliższe końca.

Nieustanne   stygnięcie,   któremu   podległa   jest   przecież   i   nasza   planeta,   posunęło   się   u 

naszego   sąsiada   znacznie  dalej.  Warunki fizyczne  tam  panujące  są   dla  nas,  co prawda,  wciąż 

background image

jeszcze tajemnicą - wiemy jednak, że nawet na równiku temperatura południa osiąga zaledwie 

temperaturę naszych najostrzejszych zim. Atmosfera Marsa jest o wiele bardziej rozrzedzona od 

naszej, oceany zaś skurczyły się tak dalece, iż pokrywają już tylko jedną trzecią powierzchni tej 

planety. Potężne lodowce zalegają oba jej bieguny, a wskutek powolnych zmian pór roku spełzają 

coraz   groźniej   na   obszary   strefy   umiarkowanej.   Ten   najwyższy   stopień   wyczerpania,   tak 

niewiarygodnie jeszcze dla naszej Ziemi odległy, stał się palącym problemem dla mieszkańców 

Marsa. Pod bezpośrednim naciskiem konieczności rozkwitła ich nauka, urosła ich wiedza - lecz 

stwardniały serca. Spoglądając przez przyrządy, o jakich nam się nawet nie śniło, w przestrzeń, w 

kierunku Słońca, ujrzeli oni odległą od siebie o zaledwie 35 000 000 mil jutrzenkę nadziei, naszą 

cieplejszą   planetę,   pokrytą   zielenią   roślinności,   szarą   od   wód,   z   atmosferą   pełną   chmur   - 

wymownym   świadectwem   płodności,   z   przelotnym   pośród   tych   chmur   widokiem   gęsto 

zaludnionych lądów i upstrzonych statkami mórz.

My zaś, ludzie, stworzenia zamieszkujące tę Ziemię, byliśmy dla  nich czymś tak samo 

obcym i niższym, jak obce i niższe są dla nas małpy i lemury. Umysł człowieka pojął już prawdę, 

iż życie jest nieustanną walką o byt. Wydaje się, że prawdę, tę wyznawali również Marsjanie. Ich 

świat stygł  coraz bardziej, nasz  zaś  pełen był życia, Życia obcego im. niższego. pierwotnego. 

Jedyną ucieczką od groźby nieuniknionego końca, groźby wzrastającej z pokolenia na pokolenie, 

było dla nich przedsięwzięcie wyprawy wojennej bliżej Słońca.

Zanim osądzimy ich zbyt surowo, przypomnijmy sobie. jak bezlitośnie tępił własny nasz 

gatunek nie tylko zwierzęta, bizony czy ptaki dodo, ale i inne rasy ludzkie, na niższym stające 

szczeblu rozwoju. Choćby Tasmańczycy wytępieni doszczętnie w ciągu pięćdziesięciu lat przez 

przybyszów z: Europy. Czyż tacy z nas apostołowie litości, byśmy mieli prawo żalić się na Marsjan 

postępujących tak samo z nami?

Obmyślili   oni   swoje   lądowanie   na   Ziemi   z   zadziwiającą   wprost   precyzją   -   ich   wiedza 

matematyczna stoi niewątpliwie znacznie wyżej od naszej - i poprowadzili przygotowania prawie 

zupełnie jednomyślnie. Gdyby nasze przyrządy pozwalały na to, wzbierające niebezpieczeństwo 

można by dostrzec znacznie już wcześniej w XIX wieku. Tacy ludzie jak Schiaparelli obserwowali 

wprawdzie czerwoną planetę - nawiasem mówiąc ciekawe, że Mars z dawien dawna uchodził za 

symbol wojny - lecz nie potrafili pojąć zmian zachodzących w wyglądzie pewnych wycinków jej 

powierzchni,   choć   tak   dokładnie   umieli   zmiany   te   nanosić   na   mapy.   A   przez   cały   ten   czas 

Marsjanie przygotowywali się.

W 1894 roku, w czasie wielkiej apozycji Marsa, dostrzeżono jasny błysk na oświetlonej 

części jego tarczy. Pierwsze ujrzało go obserwatorium Licka, nieco później Perrotin w Nicei, potem 

zaś inne obserwatoria. Angielska publiczność dowiedziała się o tym po raz pierwszy 2 sierpnia z 

background image

artykułów w Przyrodzie. Ja osobiście skłonny jestem przypuszczać, iż zjawiska to było błyskiem 

wystrzału  oddanego  z głębokiego  szybu  wyrytego  w skorupie  Marsa,  niby z potężnego działa 

wyrzucającego   skierowane   na   Ziemię   pociski.   Pojawienie   się   szczególnych   punkcików 

dostrzeżonych w pobliżu miejsca błysku podczas dwu następnych opozycji nie zastała dotychczas 

wyjaśnione.

Burza zwaliła się na nas przed sześciu laty. Gdy Mars osiągnął największe przybliżenie, 

Lavelle z Jawy zelektryzował cały świat astronomiczny zadziwiającą wiadomością a potężnym na 

tej planecie wybuchu rozżarzonych do białości gazów. Stała się to dwunastego przed północą, przy 

czym użyty przezeń natychmiast  spektroskop wykazał  wielką masę płonących gazów, głównie 

wodoru, mknącą z błyskawiczną szybkością w kierunku Ziemi. Ten strumień ognia przestał być 

widoczny mniej więcej po piętnastu minutach. Astronom porównywał go do olbrzymiego kłębu 

płomieni wytrysłych gwałtownie z planety, "zupełnie jak płomień z wylotu lufy",

Później dopiero okazało się, jak trafne była ta porównanie. Następnego jednak dnia nie 

znalazłbyś, z wyjątkiem drobnej wzmianki w Daily Telegraph  ani słowa o tym zjawisku w żadnej 

gazecie i świat żył dalej nic nie wiedząc o największym niebezpieczeństwie jakie kiedykolwiek 

zagrażało rodzajowi ludzkiemu. Nie dowiedziałbym się i ja o tym wybuchu, gdybym przypadkiem 

nie  spotkał   w   Ottershaw   słynnego   astronoma   Ogilvy'ego.   Wiadomość   o   niezwykłym   zjawisku 

bardzo go poruszyła i temu właśnie zawdzięczałem zaproszenie, by tegoż wieczoru obserwować z 

nim razem czerwoną planetę.

Mimo  wszystko,  co potem  zaszło  -  wieczór  ów  pamiętam  bardzo  dokładnie.  Ciemne i 

milczące   obserwatorium,   nikłą   plamę   światła   przyćmionej   latarni   w   kącie,   monotonne  tykanie 

mechanizmu zegarowego przy teleskopie, wreszcie szczelinę w kopule dachu - podłużną głębię 

przeciętą smugą gwiezdnego pyłu. słychać było, jak niewidoczny Ogiivy poruszał się gdzieś w 

pobliżu. teleskopie widniał krąg głębokiego granatu z unoszącą się w samym niemal jego środku 

planetą. Wydała mi się okruchem światła - taka była jasna, maleńka i nieruchoma. Przecinały ją 

ledwie dostrzegalne poprzeczne kreski, a na biegunach była leciutko spłaszczona. Taka drobna, 

taka srebrzyście  ciepła kropelka światła! Wydawało  się, że drży,  naprawdę jednak drżał  tylko 

utrzymywany nieustannym działaniem mechanizmu zegarowego na wprost gwiazdy teleskop.

Gdy tak patrzyłem. gwiazda rosła, to malała, zbliżała się nieco, to znów oddalała. Było to 

złudzenie wywołane po prostu wysiłkiem wzroku. Dzieliła ją ode mnie 40 000 000 mil-ponad 

czterdzieści milionów mil próżni. Niewielu tylko spośród nas potrafi wyobrazić sobie bezmiar 

kosmicznej pustki usianej gwiezdnym ziarnem światów.

W   pobliżu   Marsa,   pamiętam,   tkwiły   trzy   świetlne   kropki,   trzy   nieskończenie   odległe, 

widoczne tylko przez teleskop gwiazdy, wokół zaś roztaczała się nieprzenikniona ciemność próżni. 

background image

Wiecie, jak wygląda ciemność nieba w gwiaździstą mroźną noc. W teleskopie wydaje się ona 

daleko głębsza. A niewidzialne dla mnie, bo tak odległe i małe, mknęło bez wytchnienia poprzez 

niezmierzoną przestrzeń, zbliżało się o tysiące mit z każdą chwilą; nadchodziło wysłane przez 

tamtych COŚ - co miało przynieść nam walkę i nieszczęścia i śmierć. Patrząc na nieruchomą 

gwiazdę nie śniłem nawet o tym. Nikt na całej kuli ziemskiej nie śnił o bezbłędnie wymierzonych 

w nas pociskach.

Tej nocy także nastąpił wybuch gazów na odległej planecie. Dojrzałem go. Czerwony błysk 

na   krawędzi   tarczy,   ledwie   dostrzegalny   zarys   wytrysku   światła   -   akurat   gdy   chronometr 

wydzwaniał północ. Przywołałem Ogilvy'ego, by zastąpił mnie przy teleskopie. Noc była upalna i 

chciało mi się pić. Stąpając niezdarnie i potykając się poszedłem po omacku do stolika z syfonem, 

podczas gdy Ogilvy wykrzykiwał coś o pędzących w naszą stronę kłębach gazów.

Tej nocy wyruszył z Marsa na Ziemię jeszcze jeden niewidzialny pocisk, prawdopodobnie 

już drugi w ciągu dwudziestu czterech godzin. Pamiętam, jak siedziałem na stole tam, w ciemności, 

a przed oczami migotały mi zielone i szkarłatne plamy. Pamiętam, jak bardzo chciało mi się zapalić 

światło. Nie podejrzewałem, co oznaczał ów przelotny błysk ani co miał mi on przynieść. Ogilvy 

obserwował do pierwszej, potem także dał spokój. Z jasno już płonącą latarnią wracaliśmy do 

domu.   Gdzieś   niżej,   w   ciemnościach,   leżały   ciche   miasteczka   Otershaw   i   Chertsey   z   setkami 

śpiących spokojnie mieszkańców.

Ogilvy   zastanawiał   się   tej   nocy   nad   warunkami,   jakie   panują   na   Marsie,   i   wydrwiwał 

prostackie  pomysły,  że  jego   mieszkańcy  dają  nam  jakieś  znaki. Twierdził,  że   to   gęsty   deszcz 

meteorytów spada na tę planetę lub też, że rozwija się tam potężny wybuch wulkanu. Udowadniał 

mi, jakim niepodobieństwem jest identyczny rozwój życia organicznego na dwu sąsiadujących ze 

sobą planetach.

-   Jest   może   jedna   szansa   na   milion   -   mówił  -   aby   na  Marsie   żyło   coś   podobnego   do 

człowieka.

W  setkach obserwatoriów widziano tej  nocy błysk  i następnej, i znów następnej, i tak 

dziesięć razy z rzędu, noc w noc, około dwunastej - błysk. Gdy wybuchy, po dziesiątym, ustały - 

nikt na Ziemi nie usiłował sobie tego wytłumaczyć. Być może, gazy tworzące się przy wystrzałach 

sprawiły   w   jakiś   sposób   kłopot   Marsjanom.   W   każdym   razie,   dostrzeżone   przez   najsilniejsze 

ziemskie teleskopy, gęste chmury dymu i kurzu długo jeszcze unosiły się w postaci szarych plamek 

o zmiennych kształtach w przejrzystej atmosferze planety przesłaniając przelotnie tak dobrze znane 

astronomom szczegóły jej powierzchni.

Ocknęła   się   wreszcie   codzienna   prasa.   Poczęły   się   ukazywać   popularnie   podawane 

wiadomości o wulkanach na Marsie. Pamiętam, że satyryczny tygodnik Punch wykorzystał, nawet 

background image

dosyć dowcipnie, temat ten do satyry politycznej. A tymczasem; nie oczekiwane przez nikogo, 

szybowały ku nam wystrzelone przez Marsjan pociski. Mknęły z chyżością wielu mil na sekundę 

przez pustą otchłań przestrzeni, godzina za godziną, dzień za dniem, wciąż bliżej. i bliżej. Dzisiaj 

wydaje   się   czymś   niemal   niewiarygodnym,   że   mimo   wiszącej   wówczas   nad   nami   groźby 

zajmowaliśmy się powszednimi swoimi kłopotami. Pamiętam, jak cieszył się Markham, gdy udało 

mu się uzyskać dla swojego tygodnika najnowszą fotografię Marsa. Jeśli o mnie idzie - dzieliłem 

czas   między   dwa   zajęcia   naukę   jazdy   na   bicyklu   i   pracę   nad   szeregiem   artykułów   na   temat 

prawdopodobnych dróg rozwoju moralności w miarę postępu cywilizacji.

Pewnego wieczoru - pierwszy z pocisków był już wtedy o niespełna dziesięć milionów mil 

od Ziemi - wyszedłem z żoną na przechadzkę. Niebo było wygwieżdżone i pokazywałem jej znaki 

zodiaku, a potem Marsa, jasny punkcik wspinający się powali coraz wyżej, ku zenitowi, punkcik, 

na który patrzyło w tej chwili tyle potężnych teleskopów. Noc była ciepła. Wracając minęliśmy 

grupę spacerowiczów z Chertsey czy może z Isleworth. Szli, grali i podśpiewywali. W oddaleniu 

jaśniały   okna   domów.   Ludzie   kładli   się   spać.   Ze   stacji   kolejowej   dochodziły,   zmienione 

odległością   w   jakąś   niemal   melodię,   dźwięki   dzwonków,   dudnienie,   szczęk   przetaczanych 

wagonów. Jaskrawa siatka czerwonych, zielonych i żółtych świateł sygnałowych była - wedle słów 

żony   -   jakby   wpięta   w   ciemną   ramę   nieba.   Wszystko   tu   wydawało   się   takie   spokojne,   takie 

bezpieczne.

2. Spadająca gwiazda

Nadeszła wreszcie noc, gdy spadł pierwszy pocisk. Późnym wieczorem ujrzano wysoko w 

górze krechę ognia. Przemknęła nad Winchesterem kierując się na wschód i zgasła. Patrzyły na nią 

setki   ludzi   .biorąc   je   niczawodnie   za   ślad   zwykłego   meteoru.   Według   opisu   reportera   Albina 

ciągnął on za sobą zielonkawy, jarzący się przez kilka sekund ogon. Profesor Denning, największy 

nasz   autorytet   w   dziedzinie   meteorytów,   stwierdził,   iż   dostrzeżono   go   na   wysokości   około 

dziewięćdziesięciu, a może stu mil. Zdawało mu się, że bolid spadł o jakieś sto mil na wschód.

Nocy tej byłem w domu, pracowałem w gabinecie, a chociaż okno wychodzi na Ottershaw i 

zasłona była podniesiona (lubiłem w tamtych czasach spoglądać w nocne niebo) - nie dostrzegłem 

nic. A przecież najdziwniejszy ten przedmiot, jaki kiedykolwiek nadleciał z przestworzy na Ziemię, 

spadł wtedy właśnie i ujrzałbym go niewątpliwie, gdybym patrzył w okno. Niektórzy świadkowie 

jego lotu twierdzą, iż mknął ze świstem. Nic takiego nie słyszałem. Musiało go widzieć wiele osób 

w   13erkshire,   Surmy  i   Middlesex,   ale   wydawało   im   się   pewnie,  że   to   spada   jakiś   zwyczajny 

meteoryt. Nikt chyba nie pomyślał, by go odszukać tej jeszcze nocy.

Tymczasem biedak Ogilvy, który widział spadającą gwiazdę, przekona

background image

ny, iż leży ona gdzieś na polach między Horsell, Ottershaw i Woking, zerwał się skoro świt 

i   ruszył   na   poszukiwania.   Odnalazł   ją   rzeczywiście,   krótko   po   wschodzie   słońca,   w   pobliżu 

żwirowiska. Pocisk uderzając z wielką siłą o ziemię wyrył ogromną jamę i rozrzucił we wszystkie 

strony żwir i piasek zasypując wrzosowisko. Powstałe w ten sposób zwały widać było o półtorej 

mili.   Wschodnia   część   wrzosowiska   płonęła   i   na   tle   wschodzącego   właśnie   słońca   snuty   się 

przezroczyste niebieskawe dymki.

Bolid niemal całkowicie zagrzebany był w piachu. Dokoła walały się pogruchotane resztki 

połamanych przy upadku sosen. Widoczna jego część przypominała ogromnych rozmiarów walec 

pokryty grubą okładziną z płyt lub raczej z prostokątnych ciemnobrązowych łusek. średnica walca 

mogła wynosić ze trzydzieści jardów. Ogilvy zdumiony wielkością, a jeszcze bardziej kształtem - 

meteory są zazwyczaj. mniej lub bardziej kuliste - chciał podejść do bryły, była ona jednak wciąż 

jeszcze tak rozgrzana tarciem wskutek przelotu przez atmosferę ziemską, że zamiar ten spełznął na 

niczym.   Zgrzyty   dochodzące   z   wnętrza   walca   wziął   za   odgłosy   wywołane   nierównomiernym 

ostyganiem powierzchni, gdyż nie przyszła mu jeszcze wtedy do głowy myśl, że walec może być 

wydrążony.

Gdy stał tak na skraju wyrytej przez bolid jamy podziwiając niezwykły jego wygląd, przede 

wszystkim   zaś   barwę   i   kształt,   poczęło   mu   świtać   mgliście,   iż   jest   może   jakaś   celowość   w 

przybyciu walca na Ziemię. Poranek byt cudownie cichy, słońce nieźle już przypiekało sponad 

rozsypanych kępami w stronę Weybridge sosen. Nie było słychać świergotu ptaków

,   nie  zaszemrał   najlżejszy   wietrzyk,   tylko   z   okopconego   walca  dochodziły   słabe   jakieś 

dźwięki. Ogilvy był samiuteńki na całej tej wielkiej równinie.

Wtem spostrzegł ze zdziwieniem, iż wzdłuż kolistej krawędzi walca skruszyło się i odpadło 

trochę brązowej, zwęglonej, pokrywającej bolid skorupy. Zaczęła ona odrywać się i spadać na 

piasek płatami. Nagle odpadł duży kawał z takim łoskotem, że w Ogilvym serce zamarło.

Chcąc zdać` sobie w pełni sprawę z tego, co to oznacza, zsunął się mimo bijącego z jamy 

żaru na dno, aby obejrzeć walec z bliska. Nawet wtedy jeszcze sądził, że przyczyną odpadania 

okładziny jest stygnięcie walca, chociaż nurtować go już zaczęło zdziwienie, dlaczego odrywa się 

ona tylko wzdłóż krawędzi.I wtedy spostrzegł, że koliste dno walca obraca się powolutku dokoła 

swej podłużnej osi. Ruch ten był tak powolny, że niemal niedostrzegalny. Zauważył go dopiero 

wówczas, gdy zorientował się, że czarna plama na skraju dna będąca pięć minut temu tuż przed 

nim 

zawędrowała   teraz   na   przeciwległą   stronę.   Olśniła   go   myś.   Walec   był   sztuczny! 

Wydrążony! Z odkręcanym dnem? Ktoś je od wewnątrz odkręcał!

background image

-   Wielkie   nieba!   -   krzyknął   Ogilvy.   -   Tam   w   środku   jest   człowiek...   ludzie!   Na   wpół 

zwęgleni! Usiłują się wydostać!

Nagle, w ogromnym skrócie myślowym; skojarzył walec z błyskiem na Marsie.

Myśl o uwięzionej istocie była tak straszliwa, iż niepomny na gorąco y przypadł do dna, by 

dopomóc  w  odkręcaniu.  Na  szczęście  silne   promieniowanie  uchroniło  go  przed spaleniem  rąk 

grożącym przy zetknięciu ą z wciąż jeszcze rozżarzonym metalem. Stał chwilę niezdecydowany, 

potem odwrócił się, wyskoczył z jamy i popędził jak szalony do Woking. Dochodziła akurat szósta 

rano. Po drodze spotkał jakiegoś woźnicę i probował mu tłumaczyć, ale zarówno wygląd jego- 

kapelusz zgubił w jamie jak i to, co mówił, było tak niesamowite, że chłopina zaciął konia i 

odjechał bez słowa. Nie lepiej powiodło mu się też z pomywaczem otwiera- t jącyrn właśnie oberżę 

przy moście w Horsell.  Człowiek ten  wziął  go  za wariata i  nawet usiłował, bezskutecznie na 

szczęście, zamknąć w komórce. To go nieco otrzeźwiło, kiedy więc ujrzał w ogródku londyńskiego 

dziennikarza Hendersona krzyknął do niego przez płot i począł opowia dać bardziej już zrozumiale.

-   Henderson!   -   zawołał.   -   Widział   pan   ten   wczorajszy   meteor?   -   A   bo   co?   -   zapytał 

Henderson.

- Leży na polu, za Horsell!

- Mój Boże! - zawołał Henderson. - Meteor! To ciekawe!

- To nie jest zwykły meteor! Człowieku, to walec! Sztuczny walec! 1 coś jest w środku!

Henderson podniósł się trzymając:w ręku łopatę.

- Co takiego? - zapytał: Henderson był przygłuchy na jedno ucho. Ogilvy opowiedział mu 

wszystko, co widział. Henderson zastanawiał się chwilę, potom rzucił łopatę, wdział marynarkę i 

wybiegł na ulicę. Popędzili we dwójkę z powrotem na pole i stwierdzili, że walec nie zmienił 

położenia. Nie było  też  słychać  zgrzytów, za  to  pomiędzy ścianą a dnem  ukazał  się wąziutki 

paseczek lśniącego metalu. Przez tę szczelinę wchodziło do walca lub, być może, uchodziło z niego 

z lekkim sykiem powietrze. Chwilę nasłuchiwali, postukali kijem w okładzinę i nie otrzymawszy 

żadnej odpowiedzi doszli zgodnie do wniosku, że człowiek czy ludzie w walcu muszą być 

nieprzytomni lub zgoła martwi.

Sami oczywiście nie mogli im w niczym dopomóc, wykrzykiwali więc ,

tylko przez chwilę słowa otuchy i obietnic, po czym udali się z powrotem po pomoc. Można 

ich sobie wyobrazić, jak ubrudzeni piaskiem, podnieceni, z odzieżą w nieładzie gnali pogodnym 

rankiem przez miasteczko pełne trzasku odsłanianych żaluzji wystawowych i okiennic sypialni. 

Henderson   popędził   prosto   na   pocztę,   aby   nadać   depeszę   do   Londynu.   Arykuły   w   prasie 

przygotowywały już, bądż co bądź, umysły ludzkie do uznania takiej wiadomości za wiarygodną.

background image

Już o ósmej wielu wyrostków i dorosłych poszło na pola, by obejrzeć "nieboszczyków z 

Marsa". Tak się ta historia rozpoczęła. Ja dowiedziałem się o wszystkim od gazeciarza, gdy mniej 

więcej   za.   kwadrans   dziewiąta   wyszedłem   jak   zwykle   po   Daily   Chronicle.   Wiadomości   te 

poruszyły   mnie   oczywiście   bardzo,   toteż   nie   tracąc   ani   chwili   poszedłem   na   przełaj   przez 

Ottershaw ku żwirowisku.

3 Żwirowisko pod Horsell

Zastałem tam tłumek złożony z dwudziestu może ludzi otaczających wielką jamę, w której 

Spoczywał walec. Wcześniej już opisałem wygląd tej olbrzymiej, wbitej głęboko w ziemię bryły. 

Żwir   i   trawa   dokoła   wyglądały   jak   osmalone   nagłym   wybuchem.   Był   to   niewątpliwie   skutek 

zderzenia   z   rozżarzonym   bolidem.   Nie   zastałem   przy   jamie   ani   Hendersona,   ani   Ogilvy'ego. 

Widocznie przekonawszy się, że nie ma na razie nic do zrobienia ; udali się na śniadanie do domu 

HenderSOna.

Kilku wyrostków siedziało na skraju jamy i wymachując nogami zabawiało się, dopókim im 

tego   nie  zabroniłem,  rzucaniem  w   walec   kamieniami.   Odpędzeni   -  zaczęli   bawić   się   w   berka 

uwijając się między grupami gapiów.

Byli   tu   dwaj   cykliści,   ogrodnik,   którego   niekiedy   zatrudniałem   w   naszym   ogródku, 

dziewczynka z niemowlęciem na ręku, rzeźnik Gregg z synkiem i kilku łazików obijających się 

zazwyczaj koło dworca i wynaj mujących się jako pomoc do noszenia kijów golfowych. Nie było 

słychać żadnych prawie rozmów. W tamtych czasach astronomia była dla prostych ludzi w Anglii 

czymś zupełnie nie znanym. Większość zebranych gapiła się bez słowa na podobne do stołu dno 

walca. Pozostawało ono zresztą od czasu odejścia Ogilvy'ego i Hendersona w nie zmienionym 

położeniu.   Wyobrażam   sobie,   jak   rozczarowali   się   wszyscy   ci   ludzie   zastając   tu   zamiast 

spodziewanego stosu zwęglonych trupów - nieru

chomą bryłę metalu. Niektórzy odchodzili, na ich miejsce przybywali inni. Zszedłem do 

jamy i wydało mi się, że z dołu, spad mych nóg, słychać słabe jakieś dźwięki. Pewien natomiast 

byłem jednego - że dno przestało się obracać.

Niezwykłość   walca   stała   się   dla   mnie   oczywista   wtedy   dopiero,   gdy   ujrzałem   go   z 

bezpośredniej   bliskości.   Na   pierwszy   rzut   oka   nie   robił   większego   wrażenia   niż   przewrócony 

wagon czy zwalone w poprzek drogi drzewo. A może nawet mniejsze. Najbardziej przypominał 

zagrzebany w piachu, zardzewiały ze starości zbiornik z gazowni.

Trzeba było posiadać pewien zasób wiedzy, aby zauważyć, że rdzawa jego okładzina to nie 

zwyczajna   rdza,   a   żółtawobiały   metal   połyskujący   między   ścianą   i   dnem   też   nie   wygląda 

zwyczajnie. Pojęcie "nieziemski" dla większości tu zebranych nie zawierało żadnej treści.

background image

Już wtedy byłem  przekonany, że  przedmiot ten przybył  do  nas  z Marsa.  Nie sądziłem 

jednak,   aby   mogła   w   nim   być   jakaś   żyjąca   istota.   Przypuszczałem,   iż   dno   odkręca   się 

automatycznie. Pomimo wywodów Ogilvy'ego wciąż jeszcze wierzyłem, że na Marsie żyją ludzie. 

Wyobrażałem sobie, że znajdziemy w walcu jakieś wzorce i monety, jakieś rękopisy, myślałem o 

trudnościach połączonych z ich rozszyfrowaniem. Walec był

jednak zbyt duży, by zawierać taki tylko ładunek. Z wielką tedy niecierpliwością czekałem 

na całkowite wykręcenie się dna. Kiedy koło jedenastej spostrzegłem, że nadal nic się nie dzieje, 

ruszyłem z głową nabitą myślami do Maybury, do domu. Ale i tu nie dały mi one spokojnie 

pracować nad moimi abstrakcyjnymi badaniami.

Po południu-wygląd pola zmienił się nie do poznania. Wczesne wydania wieczornych gazet 

poruszyły   Londyn   ogromnymi   tytułami   w   rodzaju:   ,,POSŁANIE   Z   MARSA"   lub   "GODNE 

UWAGI   WYDARZENIE   W   WOKING"   itd.   W   dodatku   depesza   Ogilvy'ego   do   Instytutu 

Astronomicznego postawiła na nogi wszystkie obserwatoria w Zjednoczonym Królestwie.

Na polu opodal jamy stało ze sześć przynajmniej dorożek z Woking, bryczka z Cobham, a 

nawet jakaś wielkopańska kareta. Nie mówiąc już o mnóstwie bicykli. Prócz tego, choć dzień był 

upalny, wielu ludzi z Wo king i Chertsey musiało ściągnąć tu na piechotę, tak iż tłum zebrał się 

niemały. Było w nim nawet kilka jaskrawo odzianych kobiet.

Upał był, jak się już rzekło, piekielny. Niebo bez chmurki i ani tchnienia wietrzyku, tylko 

rozsiane tu i ówdzie pojedynczo sosny rzucały nieco skąpego cienia. Płonące wrzosowisko już 

ugaszono, cała jednak równina, jak okiem sięgnąć w stronę Ottershaw, wypalona była i sczerniała, 

a

gdzieniegdzie sączyły się z niej pionowe smużki dymu. Przedsiębiorczy piwiarz z Cobham 

przysłał syna z wózkiem pełnym butelek piwa i jabłek.

Zbliżając się do jamy spostrzegłem nad samym jej brzegiem grupkę złożoną z sześciu ludzi. 

Byli   między   nimi   Ogilvy,   Henderson   i   wysoki   jasnowłosy   mężczyzna,   jak   się   później 

dowiedziałem   -   astronom   Stent   z   Królewskiego   Obserwatorium,   a   także   paru   robotników   z 

łopatami i kilofami. Stent ostrym podniesionym głosem wydawał im jakieś rozkazy. Stał przy tym 

na   walcu,   który   oczywiście   ostygł   już   znacznie.   Stent   był   purpurowy,   po   twarzy   spływał   mu 

strumieniami pot, widać było wyraźnie, że coś go bardzo zirytowało.

Duża część walca została już odkopana, dolny jednak koniec wciąż jeszcze tkwił w ziemi. 

Ogilvy dostrzegłszy mnie w tłumie gapiów natychmiast przywołał mnie do jamy i poprosił, bym 

udał   się   do   lorda   Hiltona,   właściciela   tej   posiadłości.   Rosnący   nieustannie   tłum,   a   zwłaszcza 

wyrostki - mówił - bardzo  utrudniają odkopywanie. Trzeba na gwałt ogrodzić, prowizorycznie 

chociażby, jamę, by oddzielić ją od gapiów. Powiedział także, iż od czasu do czasu słychać jeszcze 

background image

w walcu słabe zgrzyty, ale odkręcić dna nie udało się, gdyż nic ma ono żadnych uchwytów. Ściany 

są   niewątpliwie   bardzo   grubo,   być   więc   może,   iż   dochodzące   do   nas   słabe   dźwięki   są   w 

rzeczywistości głośnym zgiełkiem.

Prośba   Ogilvy'ego   ucieszyła   mnie   bardzo.,   gdyż   spełnienie   jej   czyniło   mnie   widzem 

uprzywilejowanym, dopuszczonym niechybnie poza projektowane ogrodzenie. Co prawda lorda 

Hiltona nie zastałem, powiedziano 

mi   jednak,   że   spodziewają   się   jego   przyjazdu   z   Londynu   pociągiem   przybywającym   o 

szóstej   po   południu.   Ponieważ   było   dopiero   piętnaście   po   piątej,   wróciłem   do   domu   na 

podwieczorek, potem zaś pośpieszyłem na dworzec, aby tam na niego czatować.

4 Walec otwiera się

Na żwirowisko powróciłem, gdy słońce skłaniało się już ku zachodowi. Od strony Woking 

wciąż napływały w pośpiechu grupy ludzi, podczas gdy nieliczni tylko wracali do domu. Tłum 

zarysowany ciemnym konturem na tle cytrynowożółtego nieba urósł tymczasem do kilkuset chyba 

osób. Dochodziły z niego jakieś krzyki, a bliżej jamy słychać było odgłosy szamotania się. Przez 

głowę przelatywały mi najdziwniejsze myśli. Podchodząc bliżej usłyszałem głos Stenta:

- Cofnąć się Cofnąć się!

W moją stronę pędził jakiś chłopczyk.

- Rusza się! - wołał przebiegając obok. - Kręci się i kręci! Ja się boję! Wracam do domu!

Zbliżyłem się pospiesznie do tłumu. Stało tam może dwieście, może trzysta rozpychających 

się łokciami, tłoczących się ze wszystkich sił osób. Parę znajdujących się tam pań wykazywało nie 

mniejszą aktywność.

- Wpadł do jamy! - wrzasnął ktoś. - Cofnąć się! - krzyczały inne głosy.

Tłum   falował,   ja   zaś   przepychałem   się   siłą   ku   przodowi.   Wszyscy   byli   niezwykle 

podnieceni. Z jamy rozlegało się jakieś szczególne brzęczenie

- Słuchaj! - zawołał Ogilvy. - Pomóż odpędzić tych idiotów Przecież nie wiadomo, co jest w 

tym przeklętym walcu!

Ujrzałem   młodego   człowieka,   zdaje   się   sprzedawcę   z   Woking,   stojącego   na   walcu   i 

usiłującego wydostać się z jamy, do której zepchnął go falujący tłum.

Dno walca odkręcało się od wewnątrz. Widać już było ze dwie stopy lśniącego gwintu. Ktoś 

popchnął mnie tak silnie, że omal nie spadłem na obracające się dno. Odwróciłem się i w tej 

właśnie   chwili   śruba   musiała   wykręcić   się   do   końca,   gdyż.   dno   upadło   z   brzękiem   na   piach. 

background image

Odepchnąłem  łokciem napierającego  na mnie mężczyznę i znowu zwróciłem wzrok ku jamie. 

Kolisty otwór walca był przez chwilę całkowicie czarny. Zachodzące słońce raziło prosto w oczy.

Myślę, że wszyscy spodziewali  się ujrzeć wydobywającego się z walca człowieka, być 

może niezupełnie podobnego do ziemskich ludzi, ale przecież człowieka. Przynajmniej ja się tego 

spodziewałem. Tymczasem w głębi tej czerni ujrzałem jakieś ruchy, jakieś wciąż bliższe i bliższe, 

nakładające się szare falowania, następnie dwie połyskujące tarcze, jakby ogromne oczy. Potem z 

wnętrza wysunęło się coś na kształt szarego  węża grubości zwykłej laski  i poczęło wić się w 

powietrzu wprost ku nam. Po chwili za pierwszym wężem ukazał się następny.

Wstrząsnął   mną   nagły   dreszcz.   Jakaś   kobieta   za   mną   krzyknęła   głośno.   Na   wpół 

odwrócony, ze wzrokiem wciąż utkwionym w walcu, skąd wytryskały następne macki, począłem 

przepychać się dalej od skraju jamy. Widziałem wyraźniej, jak zdumienie malujące się na twarzach 

otaczających mnie ludzi zmieniało się w przerażenie. Zewsząd słychać było niezrozumiałe okrzyki. 

Tłum zaczął się cofać. Patrzyłem, jak sprzedawca wspina się ź pośpiechem po zboczu jamy, nagle 

spostrzegłem, że jestem

sam, a po przeciwnej stronie jamy tłum, ze Stentem na czele, uchodzi co sił w pole. Znów 

spojrzałem na walec i porwał mnie nieokiełznany strach. Stałem skamieniały i patrzyłem.

Z walca powoli, z trudem, wydobywało się duże, wielkości niedźwiedzia

, szare kuliste cielsko. Wychynęło z otworu i zalśniło w promieniach słońca jak wilgotna 

skóra. Fara wielkich ciemnych oczu wpatrywała się we mnie przenikliwie. Cielsko było owalne i, 

można by rzec, miało twarz. Poniżej oczu widniał otwór gębowy, wąska szrama bez warg, drgająca 

bezustanku,   sapiąca,   ociekająca   śliną.   Całe   ciało   dyszało   i   pulsowało   konwulsyjnie.   Cienkim 

mackowatym   ramieniem   trzymało   się   krawędzi   walca,   podczas   gdy   druga   macka   bujała   w 

powietrzu.

Ktoś,   kto   nigdy   nie   widział   żywych   Marsjan,   z   trudem   tylko   może   wyobrazić   sobie 

niezwykłe obrzydzenie, jakie budził ich wygląd. Zwłaszcza drgające nieustannie usta wygięte w 

kształt litery V, z obwisłą ku przodowi górną wargą, brak łuków brwiowych, brak podbródka pod 

klinowatą wargą dolną, wężowe macki, głośne i pośpieszne sapanie wywołane-obcą im atmosferą 

ziemską,   wyraźna   trudność   w   poruszaniu   się   spowodowana   silniejszym   niż   na   Marsie 

przyciąganiem, a przede wszystkim niesamowita wprost przenikliwość ogromnych oczu - widok 

ten   przyprawiał   nieomal   o   mdłości.   W   ich   oleistej   brunatnej   skórze   było   coś   gąbczastego,   w 

niezręcznej celowości powolnych ruchów - coś niewypowiedzianie potwornego. Już pierwsze z 

nimi zetknięcie, pierwszy rzut oka napełnił mnie wstrętem i przerażeniem.

background image

Wtem potwór znikł. Przewinął się przez krawędź walca i, z głuchym hukiem upuszczonego 

na ziemię ciężkiego zwoju skór, spadł na dno jamy. Usłyszałem, jak wydał z siebie przy tym 

szczególny ochrypły okrzyk, po czym z głębi ciemnego otworu wypełzło następne straszydło.

Na ten widok nie udało mi się już dłużej opanować przestrachu. Odwróciłem się i pędząc 

jak szalony dopadłem oddalonej o sto może jardów kępy drzew. Biegłem w skos i potykałem się co 

krok, gdyż nie mogłem, na chwilę nawet, oderwać od tych istot wzroku.

Zatrzymałem   się   wreszcie,   dysząc   ciężko,   wśród   karłowatych   sosenek   przerośniętych 

krzewami   jałowca   i   czekałem,   co   będzie   dalej.   Calutkie   wrzosowisko   usiane   była   ludźmi 

przykutymi jak i ja do ziemi przerażającym jakimś urokiem, wpatrującymi się w te wstrętne istoty, 

a właściwie w skrywające je zwały żwiru. Nagłe ujrzałem, z nową falą przerażeni, wysuwający się 

spoza nasypu jakiś czarny okrągły przedmiot. Była to ostro zarysowana na tle płonącego zachodem 

nieba głowa sprzedawcy. Dostrzegłem, jak przełożył rękę i kolano przez krawędź zwału, po chwili

jednak   znów   pozostała   widoczna   tylko   głowa.   Wyglądało   to,   jakby   ześliznął   się   z 

powrotem.   Nagle   znikła   i   głowa   i   wydawało   mi   się,   że   w   jamie   rozległ   się   słaby   krzyk. 

Poderwałem się, by przyjść nieszczęsnemu z pomocą, lecz po krótkiej rozterce strach przeważył. 

Potem nie było już widać nic więcej. Wszystka  skrywało hałdy piasku i żwiru, utworzone po 

upadku   cylindra.   Ktoś   nadchodzący   gościńcem   od   Cobham   lub   Woking   zadziwiłby   się 

niewątpliwie   widokiem   topniejącego   tłumu   około   setki   ludzi   rozsypanych   półkolem   po   polu, 

kryjących się w zagłębieniach, za krzewami, za pniami drzew, porozumiewających się między sobą 

krótkimi   gorączkowymi   wykrzyknikami   i   wpatrującymi   się   w   kilka   wielkich   kup   piasku.   Jak 

niesamowity wrak wózek czerniał na tle płomiennego nieba porzucony wózek piwiarza, a nieco 

opodal - rząd opuszczonych pojazdów. Konie chrupały owies z nadzianych na łby mieszków !lub 

skubały trawę.

5 Snop Gorąca

Przelotny widok Marsjan wydobywających się z walca, w którym przybyli ze swej planety 

na Ziemię, zafascynował mnie paraliżując me ruchy. Stałem po kalana we wrzosach, z oczami 

utkwionymi w skrywający ich nasyp, i czułem, że ścierają się we mnie strach i ciekawość.

Nie miałem odwagi powrócić do jamy, równocześnie jednak pragnąłem namiętnie zajrzeć 

do   niej   znowu.   Ruszyłem   wreszcie   wolniutko,   wielkim   łukiem,   szukając   jakiegoś   punktu 

obserwacyjnego. Nadal nie odrywałem wzroku od nasypu, za którym schowali się przybysze. Raz 

nad jamą zabłysło na chwilę w słońcu i znowu skryło się kłębowisko czarnych cienkich węży 

podobnych d.o macek ośmiornicy. Potem, bardzo powoli, wynurzyła się długa tyczka zakończona 

okrągłą tarczą wirującą nieustannym, szybkim, drgającym ruchem. Co się tam mogło dziać

background image

Większość gapiów skupiła się w dwóch miejscach - jedna gromada bliżej Woking, druga od 

strony Cobham. Widocznie wszyscy przeżywali rozterkę podobną do mojej. W pobliżu stało paru 

mężczyzn. Podszedłem do jednego z nich. Był to mój sąsiad, nie znany mi zresztą z nazwiska. 

Choć nie była to najwłaściwsza do rozmowy chwila, zagadnąłem go.

- Cóż to za wstrętne bydlaki-odrzekł. -0, mój Boże! Co to za wstrętne bydlaki! - powtarzał 

w kółko.

-   Widział   pan   tego   człowieka   w   jamie?   -   zapytałem;   nic   na   to   nie   odpowiedział. 

Milczeliśmy obaj, zapatrzeni, czując się we dwóch nieco

raźniej.   Po   chwili   przesunąłem   się   trochę   w   bok,   by   wspiąć   się   na   niewielki,   lecz 

zapewniający lepszą widoczność pagórek, kiedy zaś obejrzałem się za sąsiadem, zobaczyłem, jak 

oddalał się w stronę Woking.

Dopiero roztapiający się w mroku zachód przyniósł nowe wydarzenia. Na lewo, w stronę 

Woking, tłum gęstniał. Donosił się stamtąd gwar rozmów. Znikła natomiast grupka pod Cobham. 

W jamie panowała zupełna cisza.

Natchnęło to widocznie ludzi odwagą. Sądzę, że odegrali też pewną rolę nawa przybyli z 

Woking. W każdym razie równocześnie z zapadającym mrokiem rozpoczął się przerywany ruch w 

kierunku jamy, tym  żywszy, im cichszy i spokojniejszy wydawał się gęstniejący wokół walca 

wieczór.   Czarne   pionowe   figurki   posuwały   się   parami,   trójkami   ku   przodowi,   przystawały 

niepewnie, wpatrywały się w ciemność i znów ruszały przed siebie opasując żwirowisko szerokim 

nieregularnym półksiężycem. Ja także począłem zbliżać się do jamy.

Na   żwirowisko   wkroczyło   śmiało   kilku   woźniców,   po   czym   rozległ   się   tupot   kopyt   i 

skrzypienie kół. Zobaczyłem też chłopaka popychającego wózek z jabłkami. Nagle, o trzydzieści 

maże jardów od jamy, ujrzałem nadchodzącą od Horsell małą gromadkę. Wiódł ją jakiś człowiek 

wymachujący białą chorągwią.

Było to poselstwo. Widząc, że Marsjanie mimo odpychającej powierzchowności są istotami 

niewątpliwie   myślącymi,   postanowiono   po   gorączkowych   naradach   przekonać   ich   za   pomocą 

znaków, że my również obdarzeni jesteśmy inteligencją.

Chorągiew powiewała w lewo i w prawo. Odległość dzieląca mnie od poselstwa zbyt była 

wielka, bym mógł rozpoznać, kto brał w nim udział. Później dopiero dowiedziałem się, że w próbie 

porozumienia uczestniczyli, prócz innych, także Ogilvy, Stent i Hen.derson. W bezpiecznym za 

parlamentariuszami oddaleniu posuwało się dość dużo ciemnych postaci. Wyglądało to, jakby ktoś 

przebił w jednym miejscu otaczający jamę, dosyć już teraz szczelnie, krąg.

Nagle zabłysło jaskrawe światło i z jamy buchnęły unoszące się pionowo w górę, jeden za 

drugim, trzy potężne kłęby zielono jarzącego się dymu. Dym ten, trafniej maże byłoby nazwać go 

background image

płomieniem,   świecił   tak   jaskrawo,   że   w   jego   blasku   i   ciemnobłękitne   niebo   nad   głowami,   i 

zamglone brązowe zarośla ciągnące się aż pod Chertsey, i czarne rozrzucone tu i ówdzie sosny-

pociemniały jeszcze bardziej i pozostały czarne, kiedy dym się rozwiał. Równocześnie rozległo się 

ciche syczenie.

Zbliżająca się klinem ku jamie, z chorągwią na czele, grupka parlamen

tariuszy, małych czarnych figurek na czarnej rozległej płaszczyźnie, zatrzymała się na ten 

widok jak wryta. Gdy zielony dym wzbił się w górę, twarze rozświetliły się bladą zielenią i zgasły. 

Syczenie przeszło z wolna w brzęczenie, potem w długi donośny warkot. Równocześnie z jamy 

wysunął   się   powoli   sklepiony,   podobny   do   garbu   kształt   wysyłający   w   przestrzeń   ledwie 

dostrzegalny, wąski, cieniutki promyk światła.

Po chwili w rozproszonej grupie zaczęły przeskakiwać z człowieka na człowieka jasne 

iskry, oślepiające błyski płomienia. Wydawało się, jakby niewidzialny strumień światła uderzał ich 

i zapalał po kolei, jakby jeden po drugim stawali nagle w płomieniach.

Widziałem w zabójczym, niszczącym ich ogniu, jak zataczali się i padali, gdy towarzyszący 

im dotychczas tłum rzucił się do ucieczki.

Stojąc tak i przyglądając się nie zdawałem sobie sprawy, że to śmierć grasuje wśród tej 

małej odległej gromadki. Czułem tylko, że dzieje się tam coś dziwnego. Oślepiający, bezgłośny 

błysk   światła   i   człowiek  wali   się   na   ziemię.   Kiedy   zaś   niewidoczny   snop   gorąca   sięgał   dalej 

wydając głuchy odgłos - stawały w płomieniach sosny, buchały ogniem wysuszone kępy janowca. 

Nawet hen, daleko, gdzieś aż pod Knaphill dostrzegłem płonące drzewa, żywopłoty i drewniane 

zabudowania.

Niewidzialny gorący grot, ognista śmierć, szybko i nieuchronnie raził wszystko dokoła. 

Pałające krzewy znaczyły jego drogę ku mnie, tak jednak byłem osłupiały, tak oszołomiony, że nie 

mogłem ruszyć się z miejsca. Słychać było wyraźnie ogień potrzaskujący na wrzosowisku. Jakiś 

koń zarżał i urwał nagle. Jakby ktoś przeciągnął po oddzielających mnie od Marsjan wrzosach 

niewidzialnym rozżarzonym palcem i natychmiast szerokim śladem zadymiła i potrzaskała ziemia. 

Na lewo, u wylotu gościńca z Woking na żwirowisko, coś runęło z hukiem. Wtem syczenie i 

warkot umilkły, a kopulasty garb skrył się za okalającym jamę nasypem.

Wszystka odbyło się tak szybko, tak mnie oślepiły i zaskoczyły te błyski, że nie zdążyłem 

nawet poruszyć się. Gdyby śmierć zatoczyła pełny krąg wokół jamy - byłbym zgubiony. Przeszła 

jednak bokiem, oszczędziła mnie i pozostawiła po sobie nagle ciemną, niezwykłą noc.

Pod   granatowym   sklepieniem   wieczornego   nieba   leżały   ciche,   ciemne   aż   do   czerni, 

pagórkowate   wrzosowiska   przecięte   popielatą   wstęgą   gościńca.   Ciemność   zdała   się   całkiem 

background image

bezludna. W górze migotały już pierwsze gwiazdy, niebo na zachodzie jaśniało jeszcze bladym, 

seledynowym błękitem. Na jego tle rysowały się czarno wierzchołki sosen i dachy domów w 

Horsell. Z wyjątkiem tyczki z wirującym nieustannie zwiercia

dłem   na   czubku   nie   była   widać   ani   Marsjan,   ani   żadnych   ich   narzędzi.   Gdzieniegdzie 

dopalały się dymiące drzewa i kępy krzaków, zaś z domów w Woking biły w ciche, pogodne niebo 

języki płomieni.

Prócz tych pożarów i przerażonego zdumienia wszystko było jak przedtem. Wydawało się, 

że   zniknięcie  z   powierzchni   Ziemi   kilku   czarnych   figurek   z   białą   chorągiewką   w   niczym   nie 

zakłóciło ciszy wieczoru.

Nagle poczułem się na całym tym ciemnym, bezkresnym polu sam, bezbronny i bezsilny. 

Ogarnęło mnie przerażenie.

Odwróciłem się i z wysiłkiem pobiegłem, potykając się, przez wrzosowisko.

Nie tylko Marsjanie napawali mnie grozą, groźna była ciemność, groźna cisza. Przerażenie 

załamało cały mój męski hart ducha. Biegnąc płakałem bezgłośnie, jak płaczą małe dzieci. Raz 

odwróciwszy się - nie śmiałem już spoglądać za siebie.

Pamiętam, jak ogarnęła mnie dziwna pewność, że ktoś ze mną igra, że właśnie teraz, kiedy 

od ocalenia dzieli mnie tylko  krok, dopędzi  mnie i schwyta przyczajona w jamie koło walca, 

szybka jak błyskawica, tajemnicza śmierć.

6 Snop Gorąca na gościńcu do Cobham

Bezgłośna   szybkość,   z   jaką   Marsjanie   potrafili   zabijać,   zdumiewa   nas   wciąż   jeszcze. 

Mniema się ogólnie, że, umieli oni w sobie tylko wiadomy sposób wytwarzać zasoby intensywnego 

ciepła w komorach o minimalnym 

przewodnictwie.   Potem,   używając   wykonanego   z   nieznanego   stopu   parabolicznego 

zwierciadła, rzucali snop tego gorąca, podobnie jak zwierciadło latarni morskiej rzuca snop światła, 

na dowolny przedmiot. Nikt oczywiście nie potwierdził naukowo tych szczegółów. W każdym 

jednak razie pewne jest, iż podstawą tej broni był snop gorąca. Gorąca i niewidzalnego, zamiast 

widzialnego,   światła.   Pod  jego   dotknięciem  wszystko,   co   palne,  stawało   w   płomieniach,   ołów 

płynął jak woda, miękło żelazo, pękało i topiło się szkło, woda zmieniała się gwałtownie w parę.

Czterdziestu   bez   mała   zwęglonych,   zmienionych   do   niepoznania   ludzi   legło   owego 

pogodnego   wieczora   dokoła   jamy,   zaś   rozświetlone   pożarami   pola   między   Horsell   i   Maybury 

pozostawały przez całą noc pusto i jaskrawo płonące:

Wiadomość o masakrze dotarła równocześnie niemal do Cobham, do

background image

Woking i do Ottershaw. Gdy na żwirowisku rozgrywała się tragedia, w Woking zamykano 

właśnie sklepy - toteż niemało pociągniętych zasłyszanymi wieściami ludzi udało się przez most 

pod Horsell i dalej drogą pomiędzy żywopłotami prowadzącą ku żwirowisku.

Nietrudno wyobrazić sobie wyświeżoną po całodziennej pracy młodzież, jak korzystając z 

okazji stworzonej przez nowinę wybierała się na wieczorną przechadzkę wypełnioną zwykłymi 

zalotami. Nietrudno wyobrazić sobie płynący nad gościńcem gwar młodych głosów...

Choć   nieszczęsny   Henderson   pchnął   gońca  na  bicyklu,   aby   nadać   z   poczty   w   Woking 

depeszę do wieczornych gazet londyńskich, to jednak mało kto, nawet w Woking, wiedział, że 

walec już się otworzył.

Ciekawi, nadchodzący dwójkami, trójkami, widzieli jedynie gorączkowo 

rozprawiające gromadki ludzi wpatrzonych w wirujące nieustannie na czubku tyczki nad 

jamą   zwierciadła.   Trudno   wątpić",   by   panujące   tu   podniecenie  nie  udzieliło   się   także   i   nowo 

przybyłym.

Około wpół da dziewiątej, to znaczy w chwili, kiedy ginęli parlamentariusze, na gościńcu 

zebrało się już, nie licząc śmiałków, którzy udali się w pole, by obejrzeć Marsjan z bliska, około 

trzystu   osób.   Było   też   trzech   policjantów,   w   tym   jeden   konny,   usiłujących   za   wszelką   cenę 

wykonać polecenie Stenta, to jest utrzymać gapiów z daleka od walca. Nie obeszło się przy tym bez 

wrzawy ze strony tych bezmyślnych i ulegających podnieceniu ludzi, dla których zbiegowiska jest 

okazją do hałasowania i głupich dowcipów.

Stent i Ogilvy natychmiast po ukazaniu się,Marsjan, przewidując możliwość jakichś starć, 

depeszowali z Horsell do najbliższych koszar z. prośbą o przysłanie kompanii piechurów, aby 

uchronić te dziwne stworzenia przed gwałtem. Dokonawszy tego powrócili czym prędzej do jamy, 

aby stanąć na czele owego nieszczęsnego poselstwa. Opis jego zagłady dokonany przeze mnie nie 

różni  się  niczym   od  opisu   wydarzeń  widzianych  przez  tłum   ciekawych.  Trzy  kłęby  zielonego 

dymu, odgłos głuchego warkotu w jamie, błyski płomienia.

Cały ten tłum był jednak znacznie bliższy śmierci ode mnie. Ocaliły go zarosłe wrzosami 

piaszczyste pagórki, które przegrodziły drogę dolnemu pasmu Snopa Gorąca. Gdyby paraboliczne 

zwierciadło uniosło się o kilka jardów wyżej, nie zostałby przy życiu ani jeden świadek. Najpierw 

ujrzano błyski, padających ludzi i zapalane, jakby niewidoczną w mroku ręką, coraz bliżej i 

bliżej, krzaki. Patem, z sykiem zagłuszającym dochodzący z jamy warkot, łysnął nad głowami 

Snop   Gorąca   i   natychmiast   stanęły   w   ogniu   czubki   obrzeżających   gościniec   buków.   Poczęły 

kruszyć

background image

się cegły, trzaskać w oknach szyby, zapłonęły drewniane framugi, a z narożnego domu 

posypały się na ziemię szczątki dachu.

Wśród nagłego syku, trzasku i huku, oślepiany blaskiem płonących drzew, zdjęty paniką 

tłum zamarł na chwilę.

Na gościniec poczęły się sypać iskry, a za nimi płonące liście i gałęzie. Zajmowała, się od 

nich odzież i kapelusze. Na wrzosowisku rozległy się krzyki. W cały ten rozgardiasz wtargnął 

wrzeszcząc coś i osłaniając głowę rękami konny policjant. Jakaś kobieta krzyknęła rozdzierającym 

głosem: - Idą! - i wszyscy rzucili się do niepowstrzymanej ucieczki. Gnali na oślep jak stado owiec. 

Tam,   gdzie   gościniec   zwęża   się,   przebiegając   w   wykopie,   zrobił   się   zator,   ścisk   i   wybuchła 

rozpaczliwa bójka. Nie wszyscy uszli z niej cało - zduszone i stratowane pozostały, konając w 

okrutnych ciemnościach, dwie kobiety i dziecko.

7 Jak dotarłem do domu

Jeśli o mnie idzie - z ucieczki pozostało mi w pamięci tylko ślepe błąkanie się pośród drzew 

i pełen potknięć bieg przez wrzosowisko. Dokoła była groza i pewność, że gorące ostrze krąży i 

unosi się nieustannie nad głową, aby spaść i zgładzić mnie bezlitośnie, Na gościniec wyszedłem 

pomiędzy Horsell a skrzyżowaniem, ku któremu pognałem co sił.

W pewnej chwili poczułem, że dalej już biec nie mogę. Wyczerpany gwałtownością wrażeń 

i   wysiłkiem   ucieczki   zatoczyłem   się   i   padłem   na   skraju   drogi.   Było   to   tuż   przy   moście   nad 

kanalem, w pobliżu gazowni. Upadłem i leżałem bez ruchu.

Leżałem tak, zdaje się, dość długo.

Wtem, jakby czymś zaniepokojony, usiadłem. Przez chwilę nie moglem pojąć; skąd się tu 

wziąłem. Przerażenie opadło ze mnie jak płaszcz. W ucieczce zgubiłem kapelusz, a kołnierzyk 

zsunął się z ułamanej spinki. Jeszcze przed chwilą oczywiste były dla mnie trzy tylko rzeczy: 

bezmiar nocy, przestrzeni i przyrody - własna moja trwoga i niemoc - i bliskość śmierci. Teraz, 

jakby  coś  się   we  mnie odmieniło,  zacząłem  widzieć  wszystko   inaczej.  Nie   było  to  świadome 

przejście z jednego stanu w drugi. Po prostu poczułem się znowu zwykłym sobą, poważnym i 

statecznym   obywatelem.   A   te   ciche   pola,   ta   instynktowna   ucieczka,   te   buchające   płomienie   - 

wydały mi się snem. Zadawałem sobie pytanie, czy wszystko to działo się naprawdę. Nie mogłem 

uwierzyć.

Powstałem niepewnie i wstąpiłem na stromo sklepiony most. Przepeł

niało mnie zdumienie. Nerwy i mięśnie osłabły, jakby z nich uszły wszelkie siły. Rzec 

można: potykałem się niczym pijany. Spoza sklepienia mostu ukazała się wpierw głowa, patem 

reszta czyjejś postaci. Był to robotnik. Szedł obarczony koszykiem, a obok biegł mały chłopczyk. 

background image

Mijając życzyli mi dobrej nocy. Chciałem odpowiedzieć i - nie mogłem. Mruknąłem tylko coś 

niezrozumiale   i   powlokłem   się   dalej.   Pod   mostem   Maybury   zadudnił   pociąg.   Długa   gąsienica 

oświetlonych okien, biała falująca smuga dymu oświetlonego ogniem, stukot kół - i znikł mknąc na 

południe:   Przy   furtkach   willowych   ogródków   (wchodziłem   od   strony   pięknego   przedmieścia 

zwanego   Wschodnim   Tarasem)   gwarzyły   spokojnie  ciemne   gromadki   mieszkańców.  Wszystko 

było tu takie zwyczajne, takie rzeczywiste. A tam - poza mną! Jak nierealny gorączkowy sen! Nie, 

wmawiałem w siebie, tego być nie mogło! 

Jestem, być może, obdarzony wyjątkowym usposobieniem. Nie wiem, czy dużo jest ludzi 

podobnych w tym do mnie. Otóż odczuwam czasami dziwne jakieś oderwanie się od samego 

siebie,   od  otaczającego   mnie  świata;   wydaje   mi   się   wówczas,   że   patrzę   na   wszystko   jakby   z 

zewnątrz, spoza czasu, spoza przestrzeni, z niezmiernego oddalenia, spoza napięcia rozgrywającej 

się nieustannie tragedii bytu. Uczucie to było we mnie tej nocy niezwykle silne. Jakbym dopłynął 

do drugiego brzegu snu.

Największej troski przyczyniła mi niepojęta sprzeczność między otaczającą mnie ciszą a 

śmiercią grasującą o niecałe dwie. mile stąd. W gazowni słychać było odgłosy - normalnej pracy, 

elektryczne lampy płonęły jak co wieczór.

Przystanąłem   przy   najbliższej   grupce   gwarzących.   -   Co   słychać   na   żwirowisku?   - 

zapytałem.

Przy furtce stało dwóch mężczyzn i kobieta. - Co? - jeden z nich zwrócił się ku mnie.

- Co słychać na żwirowisku? - powtórzyłem pytanie. - A pan nie stamtąd wraca?-odparł.

- Powariowali z tym żwirowiskiem! -zawołała kobieta. - Co tam się dzieje?

- Nic pani nie słyszała o ludziach z Marsa? - zagadnąłem. - 0 stworzeniach z Marsa?

- Aż za wiele - odpowiedziała na to. - Bardzo dziękuję! Wszyscy troje roześmieli się.

Poczułem   się   ośmieszony,   i   to   mnie   rozgniewało.   Próbowałem   opowiadać   im,   co 

widziałem, lecz nie udawało mi się. Urywane słowa bawiły ich tylko.

- Jeszcze o nich usłyszycie! - wykrzyknąłem i ruszyłem do domu. Już w progu przeraziłem 

żonę niesamowitym wyglądem. W jadalni

usiadłem przy stole, wypiłem nieco wina i gdy trochę przyszedłem do siebie, zacząłem 

opowiadać o wszystkich swych przejściach. Gotowa od dawna zimna kolacja stała nie tknięta na 

stole przez cały czas opowiadania.

- Jedno jest pewne-kończyłem chcąc choć trochę złagodzić wywołane wrażenie. - Nigdy 

jeszcze nie widziałem stworzeń poruszających się równie niezdarnie. Mogą, rzecz prosta, siedzieć 

sobie w tej swojej jamie i zabijać każdego, kto tylko zbliży się do nich, ale na pewno nie potraf ą z 

niej wyjść... Wyglądają jednak okropnie.

background image

- Przestań, kochanie! - zawołała żona ściągając brwi i kładając rękę na mojej.

- Biedny OgiIvy! - ciągnąłem. - Pomyśl, może leży tam martwy! Żona w każdym razie nie 

wątpiła w prawdziwość moich przygód. Widząc jej śmiertelną bladość natychmiast umilkłem.

- Oni tu przyjdą! - powtarzała bez ustanku.

Nakłoniłem ją do przełknięcia paru kropel wina i próbowałem uspokoić.

- Przecież ledwie łażą - tłumaczyłem.

Chcąc   pocieszyć   i   ją,   i   siebie   powtarzałem   to,   co   wczoraj   mówił   Ogilvy:   że 

niepodobieństwem jest, by Marsjanie mogli zadomowić się na Ziemi. Szczególny nacisk kładłem 

na trudności grawitacyjne. Siła ciężkości jest trzykrotnie większa na Ziemi niż na Marsie. Wskutek 

tego Marsjanin waży na Ziemi trzy razy tyle, choć siła jego mięśni pozostaje ta sama. Ciało jego 

będzie jak z ołowiu! Takie zresztą było powszechne mniemanie. Przytoczę tu dla przykładu, iż 

następnego poranka i Times, i Daily Telegraph twierdziły słowo w sławo to samo, zapominając jak 

i ja o działaniu dwu zupełnie oczywistych czynników.

Atmosfera   ziemska   zawiera,   jak   wiadomo,   więcej   tlenu,   a   mniej   argonu   od   atmosfery 

Marsa. Ta nadwyżka tlenu oddziaływała na Marsjan dostatecznie pobudzająco, aby w znacznym 

stopniu zrównoważyć zwiększony ciężar ich ciała, Po drugie, przeoczano na ogół fakt, że wysoki 

poziom myśli technicznej pozwalał Marsjanom obchodzić się doskonale bez pracy mięśni.

Nie zastanawiałem się jednak wówczas nad tym, toteż całe moje rozumowanie pozbawiało 

najeźdźców najmniejszej nawet szansy w walce z ludźmi. Konieczność uspokojenia żony i ufność, 

jaką natchnął mnie ,suto zastawiony stół, smaczne jedzenie i dobre wino sprawiły,

iż z minuty na, minutę stawałem się odważniejszy i pewniejszy siebie.

- Popełnili głupstwo - twierdziłem dolewając sobie wina. - Oszaleli ze strachu i to uczyniło 

ich niebezpiecznymi. Może nie spodziewali, się zastać tu, na Ziemi, istot żyjących i obdarzonych 

do tego inteligencją. W ostateczności dość będzie jednego pocisku, aby wytłuc ich wszystkich w tej 

jamie,

Niezwykłe   podniecenie   wywołane   wypadkami   tamtego   dnia   musiało   wprawić   mą 

spostrzegawczość w stan wysokiego uczulenia. Wieczór ów pamiętam dzisiaj jeszcze niezwykle 

żywo. Zwrócona ku mnie, słodka w różowym cieniu abażuru, zaniepokojona twarz żony; biały 

obrus, srebrna i kryształowa zastawa - w tamtych czasach nawet filozoficzni pisarze mogli sobie 

pozwolić na pewien przepych - purpurowe wina w kielichu wryły się w mą pamięć z fotograficzną 

dokładnością.   Siedziałem   przy   stole,   koiłem   nerwy   papierosem,   współczułem   nierozważnemu 

Ogilvy'emu i krytykowałem tchórzliwą krótkowzroczność Marsjan.

background image

Zupełnie   tak   samo,   myśląc   o   dostrzeżonych   za   dnia   myśliwych,   poruszył   się   w   swym 

gniazdku jakiś szacowny ptak dodo. "Zadziobiemy ich jutro na śmierć" - ćwierkał zapewne do swej 

małżonki.

Skądże mogłem wówczas wiedzieć, że była to ostatnia wykwintna kolacja, jaką miałem 

zjeść w ciągu wielu dziwnych i straszliwych dni,.

8 Piątkowa noc

Ze   wszystkich   niezwykłych   zjawisk   oglądanych   przeze   mnie   w   ów   piątek   za 

najniezwyklejsze uważam trwałość zwyczajów panującego podówczas porządku społecznego, w 

momencie gdy rozpoczynały się zdarzenia, które miały ten porządek obalić.

Gdyby   w   piątek   wieczorem   zatoczyć   koło   w   promieniu   pięciu   mil   ze   środkiem   w 

żwirowisku   pod   Woking   -   nie   sądzę,   by   choć   jeden   człowiek   (poza,   być   może,   krewnymi 

nielicznych cyklistów, Stenta i kilku leżących wokół jamy martwych londyńczyków) przebywający 

poza   tym   okręgiem   zmienił   z   uwagi   na   zaziemskich   przybyszów,   choć   w   nieznaczny   sposób, 

codzienne swe nawyki.

0 walcu słyszało oczywiście wiele osób. Na pewno rozmawiano nawet o nim w wolnych 

chwilach, jednak niemieckie ultimatum, na przykład,  zrobiłoby, z wszelką pewnością, większe 

wrażenie.

Telegram Hendersona o odkręcaniu się walca uznano tego wieczoru w Londynie za zwykłą 

kaczkę.   Redakcja   zadepeszowała   doń   żądając   potwierdzenia   wiadomości,   a   nie   otrzymawszy 

odpowiedzi - biedak nie żył już przecie - postanowiła nie wydawać dodatku nadzwyczajnego.

Nawet   jednak   wewnątrz   tego   pięciomilowego   kręgu   większość   ludzi   pozostawała 

bezczynna. Wspomniałem już o zachowaniu się zagadniętych przeze mnie mężczyzn i kobiety. W 

całej okolicy ludzie spożywali obojętnie posiłek, grzebali po pracy w ogródkach, dzieci kładziono 

spać, młode pary spacerowały po zagajnikach, uczniowie ślęczeli nad książkami.

Być może, uliczna plotka w wioskach, nowy interesujący temat w piwiarni, słowa któregoś 

naocznego   świadka   ostatnich   wydarzeń   wywołały   gdzieniegdzie   trochę   zamętu,   krzyków   i 

bieganiny, w ogromnej jednak większości ludzie pracowali, jedli, pili, szli spać, zupełnie tak samo 

jak co dzień, jak co rok, od najdawniejszych czasów, jakby na niebie nie było żadnego Marsa. 

Nawet na stacji w Woking, w Horsell i w Cobham było tak sama.

Na dworcu w Woking najzwyczajniej w świecie, do późnej nocy, przyjeżdżały i odchodziły 

pociągi,   niektóre   przetaczano   na   boczne   tory,   pasażerowie   wysiadali   i   czekali   na   połączenia. 

Wszystko szło normalnym trybem. Jakiś chłopak z miasta usiłował przełamać monopol Smitha 

background image

sprzedając na stacji popołudniowe gazety. Jego okrzyki: - Ludzie z Marsal mieszały się z ostrymi 

gwizdami parowozów i stukotem kół. Gdy około dziewiątej pojawili się na dworcu;wstrząśnięci 

niewiarygodnymi wprost przeżyciami ludzie - nie zrobili tam większego wrażenia od zwykłych 

pijaków. Jadący do Londynu spoglądali z okien wagonów w ciemność, a widząc gdzieś pod Horsell 

z rzadka tylko ukazujące się iskry, słaby czerwony odblask i nikłe smużki dymu wijące się po 

wygwieżdżonym niebie sądzili, iż patrzą na zwykły o tej porze roku pożar wrzosowisk. Sprawa 

wyglądała poważniej dopiero w obrębie wrzosowiska. Na skraju Woking płonęło sześć domków. 

We wszystkich trzech wioskach okna od strony pól były oświetlone, a ludzie nie spali aż do świtu

Tłum ciekawskich zebrany na mostach w Cobham i w Horsell nie topniał ani przez chwilę. 

Gdy   jedni   odchodzili,   przybywali   nowi   i   zbiegowisko   nie   zmniejszała   się.   Później   dopiero 

stwierdzono, iż kilku śmiałków podsunęło się w ciemnościach bardzo blisko do Marsjan - nie 

powrócili oni już jednak nigdy, promień światła bowiem; jak reflektor okrętowy, omiatał od czasu 

do czasu pole, a Snop Gorąca był zawsze w pogotowiu. Poza tym rozległe pola puste były i ciche, 

tylko zwęglone ciała leżały

nietknięte przez całą noc i dzień następny. Wiele osób słyszało dochodzące z jamy odgłosy 

kucia,

W   piątek   wieczorem   sytuacja   wyglądała   następująco:   w   środku,   jak   zatrute   żądło   w 

naskórku naszej starej Ziemi, tkwił wale. Trucizna jednak nie działała jeszcze z pełną macą. Dalej 

rozciągał   się   pas   cichych,   miejscami   okopconych   pól   z   rozrzuconymi   tu   i   ówdzie   ciemnymi, 

poskręcanymi   dziwacznie   figurkami.   Gdzieniegdzie   paliło   się   drzewo   i   krzak.   Poza   nimi 

przebiegała obwódka podniecenia, lecz zapalenie nie sięgało jeszcze dalej w głąb. Przez resztę 

świata płynął, jak od niepamiętnych czasów, codzienny potok życia. Gorączka wojenną. która 

miała wkrótce zasklepić żyły i arterie, zabić nerwy i zniszczyć mózg, dopiero miała się rozwijać,

Marsjanie, jak noc długa, bez zmrużenia oka i bez chwili wytchnienia kuli i hałasowali 

przygotowując  swe   machiny.  Co   chwila  buchały   w  wygwieżdżone  niebo kłęby  białozielonego 

dymu.   Po   godzinie   jedenastej   przemaszerowała   przez   Horsell   i,   tworząc   kordon,   zaciągnęła 

posterunki   dokoła   żwirowiska   kompania   piechoty.   Przez   Cobham   przeszła   druga,   zamykając 

żwirowisko od północy. Opowiadano, że tego dnia było tam już kilku oficerów i że jeden z nich, 

major Eden z pułku lnkermana, zaginął. Na moście w Cobham zatrzymał się dowódca pułku i 

niezwłocznie, choć dochodziła już północ, zabrał się do przesłuchiwania zebranych tam gapiów. 

Trzeba przyznać, że władze w wojskowe nie zlekceważyły sytuacji. Jak doniosły nazajutrz poranne 

dzienniki, już przed jedenastą wyruszyły z Aldershot w pole oddziały w sile jednego szwadronu 

huzarów, dwóch karabinów maszynowych typu Maxim i czterystu piechurów z pułku Cardigana.

background image

W parę dosłownie sekund po północy tłum zebrany na gościńcu wiodącym z Woking do 

Chertsey ujrzał, jak w pobliskim sosnowym lesie spadł meteor. Lot jego do złudzenia przypominał 

letnią błyskawicę, lecz światło było zielone. Na Ziemię spadł drugi walec.

9 Walka rozpoczyna się

Sobota, pamiętam, była dniem zawieszenia. Także i dniem znużenia, gdyż upał i duchota 

były straszliwe. Barometr bez przerwy niemal skakał to w dół, to w górę. W przeciwieństwie do 

żony  spałem  bardzo   krótko  i  z   łóżka  zerwałem   się   już  wczesnym  rankiem.  Przed  śniadaniem 

wyszedłem

do   ogrodu.   Nasłuchiwałem   długo   i   uważnie,   lecz   nad   polami   unosił   się   tylko   śpiew 

skowronka. n

Mleczarz zjawił się jak co dzień. Turkot wózka wywołał mnie do furtki, gdyż chciałem 

posłuchać najnowszych plotek. Dowiedziałem się, że w nocy Marsjan otoczyło wojsko i teraz 

czekają tam już tylko na armaty. Rozmowę przerwało nam tak dobrze znane, tak pokrzepiające 

dudnienie pociągu pod Woking,

- Nie powinni ich zabijać bez koniecznej potrzeby - mówił mleczarz

.

Przez płot zobaczyłem sąsiada dłubiącego w grządkach. Gawędziliśmy chwilkę, po czym 

poszedłem na śniadanie. Ranek by't najzupełniej powszedni. Sąsiad mój twierdził, że Marsjanie 

zostaną dziś jeszcze uwięzieni lub zgładzeni przez wojsko.

- Szkoda, że tacy są nieprzystępni - mówił. - Ciekawe byłoby dowiedzieć się czegoś o życiu 

na ich planecie. Niejednego mogliby nas pewno nauczyć.

Podszedł do płotu częstując mnie garścią truskawek, gdyż ogrodnik był z niego równie 

szczodry, co zapalony. Opowiadał też o płonącym lesie sosnowym pod Byfleet.

- Opowiadają - rzekł - że spadło tam drugie takie paskudztwo. Jakby jednego było mało. 

No, ubezpieczeniowcy zapłacą za to wszystko parę ładnych groszy. - Ubawiło go to widocznie, bo 

chichotał. przez chwilę. Pokazywał mgliste dymy wyjaśniając, że to właśnie pali się las i, śmiejąc 

się, mówił:

- Długo im będzie gorąco, bo igły i mchy tlą się powoli. - Później jednak wspomniał "tego 

biedaka Ogilvy'ego" i znów spoważniał.

Po   śniadaniu,   zamiast   zasiąść   jak   co   dzień   do   pisania   -   postanowiłem   przejść   się   na 

żwirowisko. Pod mostem kolejowym natknąłem się na oddziałek żołnierzy, saperów zdaje się, w 

okrągłych   czapkach,   w   rozpiętych   brudnych   czerwonych   bluzach,   spod   których   wyzierały 

background image

niebieskie koszule, w ciemnych spodniach i krótkich, do pół łydki, butach. Oświadczyli mi, że 

nikomu nie wolno przechodzić na tamten brzeg kanału. Na gościńcu za mostem też stał wartownik. 

Gawędziłem z żołnierzami dość długo, Opowiadałem im o Marsjanach i o tym, co wydarzyło się 

tutaj wczorajszego wieczora. Żaden z nich nie widział jeszcze Marsjan, toteż wyobrażali ich sobie 

bardzo mgliście. Zasypali mnie oczywiście pytania mi. Nie wiedzieli, na czyj rozkaz wystąpiło 

wojsko, słyszeli tylko o jakichś sporach z gwardią konną. Przeciętny saper stoi znacznie wyżej od 

zwykłego piechura, toteż spierali się o różne sposoby możliwej wałki z dość

dużą bystrością, Gdy opisałem snop Gorąca, spór rozgorzał na nowo. - Podczołgać się w 

ukryciu i skoczyć na nich - dowodził jeden

- Akurat! - odrzekł inny, - Co ci pomoże ukrycie przed takim gorącem? Od razu cię usmażą. 

Trzeba podejść jak najbliżej, a potem robić podkop.

- Do cholery z podkopem! Wiecznie te twoje podkopy! Ty, Snippy, powinieneś był urodzić 

się kretem!

-   To   znaczy   jak?   Szyi   zupełnie   nie   mają?   -   dopytywał   się   trzeci,   smagły,   zamyślony 

człeczyna z fajką w zębach.

Opisałem raz jeszcze ich wygląd.

- Nazwałbym ich ośmiornicami. Co tu gadać o ludojadach - tym razem będą z nas rybojady!

- Myślę, że zabić takie bydlę to nie żadna zbrodnia - powiedział pierwszy.

- Dlaczego nie wybić po prostu tego draństwa szrapnelami? - mówił smagły z fajką. - Nigdy 

nie wiadomo, co wymyślą!

-   A   gdzież   te   twoje   szrapnele?   -   odparł   pierwszy.-   Zresztą   na   co   czekać?   Skoczyć, 

powiadam, na nich i już! Czasu nie ma?

Tak -się spierali. Po chwili zostawiłem ich, by pójść na dworzec po poranne gazety; których 

kupiłem całą stertę,

Nie   będę   więcej   nużył   czytelnika   opisem   długiego   tego   poranka   i   dłuższego   jeszcze 

popołudnia. Nie udało mi się rzucić okiem na żwirowisko, gdyż władze wojskowe obsadziły nawet 

wieże kościelne w Horsell i w Cobham. Zapytywani żołnierze nie nie wiedzieli, oficerowie zaś byli 

tyleż tajemniczy, co zajęci. Stwierdziłem tylko, że obecność wojska całkowicie uspokoiła ludność 

miasteczka. Od Marshalla, właściciela trafiki, dowiedżiałem się, że wśród wczorajszych ofiar był 

także i jego syn. Żołnierze nakazali tymczasem mieszkańcom przedmieścia w Horsell pozamykać i 

opuścić domy. w

Na   obiad   wróciłem   dopiero   po   drugiej,   bardzo   zmęczony,   gdyż,   powtarzam,   dzień   był 

niezwykle upalny i parny. Po południu, chcąc nieco się odświeżyć, wziąłem zimną kąpiel. Około 

background image

wpół do piątej znów udałem się na dworzec po wieczorne dzienniki, gdyż w porannych był tylko, 

bardzo zresztą niedokładny, opis śmierci Stenta, Hendersona, Ogilvy'ego i innych, Znałem zresztą 

wszystko to szczegółowo. Marsjanie nie pokazywali 

się już więcej ani razu. Pracowali widocznie w swej jamie, bo unosiły się nad nią bez 

przerwy kłęby dymu, nie milkły też ani na chwilę odgłosy kucia. Gotowali się zapewne do walki. 

"Poczyniono   nowe   próby   porozumienia,   jednak   bezskutecznie"   -   zdanie   to   powtarzało   się   we 

wszystkich

gazetach.  Jakiś saper opowiedział mi, że próbowano machać  z ukrycia chorągiewką na 

długim kiju, ale Marsjanie tyle akurat zwracali na to uwagi, co my na ryki krów. _

Muszę   wyznać,   że   widok   wszystkich   tych   zbrojnych   przygotowań   podziałał   na   mnie 

niezwykle podniecająco, Wyobraźnia malowała niesłychanie wojownicze obrazy coraz to innej 

zguby najeźdźców. Ożyły we mnie chłopięce sny o bohaterskich bojach. Wałka wydawała mi się 

jednak aż nazbyt nierówna. Wróg był w swej jamie taki bezbronny.

O trzeciej usłyszeliśmy, od Chertsey czy też Addlestone powtarzający się w równomiernych 

odstępach huk działa. Okazało się, że to bombardowano leżący w sosnowym lesie drugi walec 

chcąc   zniszczyć   go,   zanim   się   jeszcze   otworzy,   Armata   przeznaczona   do   walki   z   pierwszym 

oddziałem Marsjan przybyła do Cobham dopiero o piątej,

Nieco   po   szóstej   siedziałem   z   żoną   w   altance   przy   podwieczorku   rozmawiając   z 

ożywieniem o zbliżającej się bitwie, gdy wtem na żwirowisku rozległa się głucha detonacja, a w 

ślad za nią gęsta strzelanina. Nie przebrzmiały jeszcze strzały, gdy tuż koło nas wstrząsnął ziemią 

gwałtowny głuchy huk. Wyskoczyłem z altany i oczom mym przedstawił się zdumiewający widok. 

Czubki drzew okalających Kolegium Wschodnie stały w płomieniach, wieża pobliskiego kościółka 

rozsypywała   się   właśnie   w   gruzy,   igły   minaretu   już  nie  było,   a   dach   Kolegium   wyglądał   jak 

ostrzelany z ciężkiego działa. Pękł jeden z kominów na naszym domku, a czerwone jego szczątki 

sypały się na klomb pod oknem mojego gabinetu, postukując po dachówkach.

Staliśmy oboje jak wryci. Pojąłem w jednej chwili, że po zniszczeniu dachu Kolegium 

grzbiet wzgórza Maybury musi znaleźć się w zasięgu Snopa Gorąca: Chwyciłem żonę z ramię i 

wyciągnąłem   bez  ceremonii  na  góściniec.  To  samo   zrobiłem  ze   służącą,   choć  dopominała  się 

płaczliwie o pozostawiony na strychu kuferek. Obiecałem przynieść go za chwilę,

- Nie będziemy w żadnym wypadku mogli pozostać tu dłużej - powiedziałem; równocześnie 

na żwirowisku znów zagrzmiały strzały.

- A gdzież się podziejemy? - pytała wystraszona żona.

Zastanowiłem sig, zmieszany. Wtem przypomniałem sobie krewnych w Leatherhead.

background image

- Leatherhead! - usiłowałem przekrzyczeć panujący dokoła zgiełk. Zona patrzyła poza mną, 

w dolinę. Przerażeni sąsiedzi wybiegali z domów.

- Jakże my się tam dostaniemy? - zapytała.

Dolinką, pod mostem kolejowym, pędził oddziałek huzarów. Trzech

wpadło galopem na dziedziniec Kolegium, dwaj inni zeskoczyli z koni i poczęli biegać od 

domu do domu. Poprzez dymy płonących drzew przeglądało czerwone jak krew słońce, rzucając na 

świat niezwykłe, wyblakie jakby promienie.

- Czekaj tu - zawołałem - tutaj jest bezpiecznie - i popędziłem co tchu do zajazdu Pod 

Łaciatym Psem, którego właściciel posiadał konia i bryczkę. Spieszyłem się, rzecz jasna, bardzo, 

gdyż   nietrudno   było   odgadnąć,   że   za   chwilę   ruszą   się   wszyscy   zamieszkujący   tamtą   stronę 

wzgórza. Oberżysto stał spokojnie za ladą nie mając najmniejszego pojęcia o tym, co się dzieje 

dokoła. Targował się z jakimś odwróconym do mnie plecami jegomościem.

- Muszę dostać funta - mówił - i nie mam woźnicy. Dam panu dwa - krzyknąłem obcemu 

przez ramię. - Za co?

I zwrócę przed północą!

- Na miłość boską? - zawołał oberżysta. - Co to jest? Sprzedaję wieprzka, a pan chce dać za 

niego dwa funty i zwrócić przed północą`? Nic nie rozumiem.

Wyjaśniłem pośpiesznie, że muszę natychmiast wyjechać, do czego potrzebny mi jest za 

wszelką   cenę  jego   zaprzęg:   Nawet   nie  pomyślałem,   że   oberżysta   także   zechce   może   uciekać. 

Wziąłem  bryczkę  od razu;  podjechałem  pod dom  i zostawiając  ją pod opieką żony i służącej 

wpadłem do mieszkania, by zabrać nieliczne nasze kosztowności: Żywopłoty i przydrożne drzewa 

płonęły coraz gwałtowniej. Pakując rzeczy dostrzegłem, jak jeden ze spieszonych huzarów biegł w 

naszym kierunku. Pędząc od domu od domu wzywał mieszkańców do ucieczki. Kiedy dźwigając 

zawinięte w obrus nasze skarby stanąłem w drzwiach - akurat przebiegał koło nas. Krzyknąłem za 

nim: - Co się dzieje?

Odwrócił się, spojrzał, wybełkotał coś w rodzaju: "czołgają się przykryci rondlami", i wpadł 

do   bramy   stojącego   na   szczycie   domku,   Przepływający   nad   gościńcem   kłąb   czarnego   dymu 

przesłonił   go   na   chwilę.   Podbiegłem   do   drzwi   sąsiadów   i   zapukałem   chcąc   upewnić   się,   czy 

wyjeżdżając dziś do Londynu zamknęli mieszkanie, po czym wróciłem raz jeszcze do domu po 

kuferek służącej, przyniosłem go i wpakowałem do bryczki, uchwyciłem lejce i wskoczyłem na 

kozioł   obok   żony.   Jeszcze   chwila   -   i   zjeżdżaliśmy   stokiem   pagórka   do   Starego   Woking 

pozostawiając za sobą zgiełk i dym.

background image

Przed   nami   leżał   cichy   słoneczny   krajobraz,   na   polach   przeciętych   tasiemką   gościńca 

kołysała się pszenica, powiewał na wietrze szyld oberży

w Maybury. W przodzie dostrzegłem bryczuszkę doktora. U stóp wzgórza obejrzałem się, 

by rzucić okiem na stok, z którego zjeżdżałem. W nieruchomym powietrzu, kładąc się szarym 

cieniem na zielone czubki drzew, płynęły ciężkie kłęby czarnego dymu przetykane czerwonymi 

pręgami   płomieni. Dym  rozpościerał   się   od  lasu  pod Byfleet  na  wschodzie  aż   po   Woking na 

zachodzie. Gościniec za nami usiany był uchodzącymi w panice ludźmi, zaś poprzez nieruchome, 

nagrzane powietrze roznosił się słabo, lecz bardzo wyraźnie terkot karabinu maszynowego, który 

po chwili ustał, i przerywany grzechot strzałów. Widocznie Marsjanie palili wszystko, czego tylko 

dosięgnął Snop Gorąca.

Nie jestem doświadczonym woźnicą, toteż całą uwagę musiałem  skupić na koniu. Gdy 

obejrzałem się znowu - czarny dym skrył się już za następ nym pagórkiem. Zaciąłem konia i nie 

zwalniałem, dopóki nie zostawiłem za sobą Woking i Send. Doktora prześcignęliśmy jeszcze przed 

Send.

10 Nawałnica

Leatherhead leży o dwadzieścia bez mała mil od wzgórza Maybury. Za Pyrford powietrze 

była   przesycone wonią  świeżego   siana,  która  mieszała   się  ze   słodkim  zapachem   oplatających, 

przydrożne żywopłoty polnych róż. Gwałtowna strzelanina, która wybuchła przy naszym zjeździe z 

pagórka Maybury, ucichła równie nagle, jak się przedtem zaczęła, pozostawiając po sobie niczym 

nie zamąconą ciszę i spokój wieczoru. Do Leatherhead dotarliśmy, beż żadnych przygód, około 

dziewiątej. Podczas krótkiego odpoczynku, którego tak potrzebował nasz konik, zjedliśmy kolację, 

po czym poprosiłem krewnych o opiekę nad żoną.

Przez całą drogę  żona dziwnie była milcząca, jakby przeczuwała przyszłe  nieszczęście. 

Kiedy   próbowałem   dodawać   jej   otuchy   dowodząc,   że   Marsjanie   przykuci   są   do   jamy   swoim 

ciężarem,   że   mogą   się   po   niej   co   najwyżej   czołgać,   odpowiadała   półsłówkami   albo   milczała. 

Gdyby   nie obietnica  dana   oberżyście,  iż  odprowadzę   konia -  bez  wątpienia nalegałaby,  abym 

pozostał tej nocy w Leatherhead. Czemuż nie pozostałem! Pamiętam jej bladość przy rozstaniu.

Co do mnie - przez cały ten dzień byłem jak w gorączce. Opanowało mnie coś w rodzaju 

gorączki wojennej, która czasami udzielała się cywilizowanemu społeczeństwu, i w głębi duszy 

cieszyłem się, że muszę wracać tej nocy do Maybury. Obawiałem się nawet, iż ostatnia kanonada

background image

mogła  oznaczać   zagładę   najeźdźców   z  Marsa.  Najlepiej  zresztą   określę   swój  stan,  jeśli 

powiem, iż pragnąłem być przy ich zniszczeniu.

W drogę powrotną wyruszyłem tuż przed jedenastą. Noc była nadspodziewanie ciemna; 

kiedy wyszliśmy z oświetlonego przedpokoju - wydała mi się czarna. Upał i duchota panujące 

przez cały dzień nie zmniejszyły się ani odrobinę. Chociaż nie -było nawet tchnienia wiatru, po 

niebie mknęły chmury. Ktoś ze służby zapalił boczne światła u bryczki. Drogę na szczęście znałem 

doskonale. Dopóki nie wskoczyłem na kozioł, żona stała w rozwartych oświetlonych drzwiach. 

Wtem odwróciła się i odeszła, pozostawiając na ganku życzących mi szczęśliwej drogi krewnych.

Z początku obawy zony udzieliły mi się, wkrótce jednak powróciłem myślami do Marsjan. 

Nie   miałem   wówczas   pojęcia   o   przebiegu   wieczornej   potyczki.   Nie   wiedziałem   nawet,   co 

przyśpieszyło starcie. Gdy przejeżdżałem przez Ockham (wracałem nie przez Send i Stare Woking, 

lecz inną drogą), dostrzegłem, iż cały zachodni widnokrąg rozświetla krwawa łuna, zajmująca w 

miarę zbliżania się do niej coraz więcej nieba. Chmury zwiastujące burzę mieszały się z kłębami 

czarno-czerwonego dymu.

W Ripley ulica była pusta i z wyjątkiem kilku oświetlonych okien nie było tam widać ani 

śladu życia. Na zakręcie do P,yrford omal nie wpadłem na gromadkę ludzi. Stali w milczeniu, gdy 

ich mijałem. Nie mam pojęcia, czy wiedzieli, co się działo poza pagórkiem; nie mam też pojęcia, 

czy domki, obok których przejeżdżałem, spały spokojnie, czy stały próżne i opuszczone, czy może 

Wpatrywały się z niepokojem w okropną ciemność tej nocy.

Gościniec z Ripley do  Pyrford przebiega  doliną rzeki Wey, toteż łuny nie było  widać. 

Wjeżdżając na pagórek przy kościółku w Pyrford ujrzałem ją znowu, równocześnie zaś zaszeleściły 

drzewa pod pierwszym tchnieniem ścigającej mnie burzy. Usłyszałem wydzwaniający północ zegar 

na wieży kościelnej i w tejże chwili wyłoniło się przede mną, obrzeżone wyraźnie rysującymi się 

na tle łuny czubkami drzew i wierzchołkami dachów, wzgórze Maybury.

Gdy   oglądałem   ten   widok,   gościniec  rozświetliła   nagle   bladozielona   poświata   ukazując 

dalekie lasy w kierunku Aldershot. Uczułem gwałtowne szarpnięcie lejców. Nagle błysk zielonego 

płomienia przebił grubą warstwę chmur, ukazał na moment splątane ich kłębowisko i znikł gdzieś 

w polu, na lewo od drogi. Była to trzecia z kolei spadająca gwiazda.

Na  niebie roztańczyły  się  oślepiająco  fioletowe, przez kontrast   z zielenią,  błyskawice  i 

zahuczał pierwszy grom. Koń zagryzł wędzidło i poniósł.

Gnaliśmy zbiegającym  po lekkiej pochyłości gościńcem ku podnóżu pagórka Maybury. 

Nigdy dotąd nie widziałem tak szybko następujących po sobie błyskawic. Pioruny zdawały się 

deptać   sobie   z   trzaskiem   po   piętach,   bardziej   przypominając   pracę   jakiejś   potężnej   machiny 

background image

elektrycznej niż zwykłe wyładowania atmosferyczne. Migotliwe światło oślepiało i myliło, począł 

siec drobny grad.

Z początku patrzyłem tylko na biegnący przede mną gościniec, nagle jednak uwagę mą 

zwróciło coś sunącego z dużą szybkością w dół po przeciwległym stoku wzgórza. Wziąłem to w 

pierwszej chwili za mokry dach domu, jednak w nieustannym niemal świetle błyskawic widać było 

wyraźnie jego szybki, posuwisty ruch. Zjawisko było ledwo dostrzegalnemoment obezwładniającej' 

ciemności,  potem  znów   stało   się   jasno  ja-k  w  dzień,  ujrzałem  poci  samym  szczytem   pagórka 

czerwone mury sierocińca, zielone wierzchotki sosen i ten zagadkowy, ostro i wyraźnie rysujący 

się przedmiot.

I to jakie zjawisko! Jak je opisać? Ogromny, wyższy od domów trójnóg łamiący i depczący 

w   pędzie   sosny,   potężna   machina   z   połyskującego   metalu   krocząca   przez   wrzosowisko, 

wymachująca giętkimi stalowymi mackami! Hałaśliwy grzechot jej ruchu mieszał się z rykiem 

burzy. Błysk = i widać wyraźnie, jak dwie nogi unoszą się nad ziemią, błysk gaśnie zapala się 

następny i trójnóg wydaje się już o sto jardów bliżej. Czy możesz, czytelniku, wyobrazić sobie 

trójnogi stołek skaczący i pędzący na szczudłach? Tak to w blasku błyskawic wyglądało. Tylko że 

zamiast małego stołka sunęła przede mną olbrzymia machina na trójnogim statywie.

Wtem, w coraz bliższym lesie, drzewa poczęły rozchylać się jak zeschłe zielsko, przez które 

przedziera się człowiek. Sosny łamały się na boki i do przodu, zdawało się, wprost na mnie. A koń 

galopował co sił na jego spotkanie! Na widok drugiego potwora nerwy me nie wytrzymały. Nie 

patrząc na niego szarpnąłem konia w prawo, bryczka przechyliła się, dyszel pękł z trzaskiem, ja zaś 

wyleciałem jak ź procy w bok i zwaliłem się ciężko w niegłębokie bajoro.

Natychmiast zerwałem się i po kolana w wodzie przykucnąłem za kępą krzaków. Koń leżał 

bez   ruchu   -   biedne   zwierzę   złamało   sobie   kark.   W   blasku   błyskawic   widziałem   czarny   zarys 

obalonej bryczki i ciągle jeszcze obracające się wolniutko koła. Chwila - i ogromny mechanizm 

przestąpił przeze mnie i począł wspinać się na wzgórze, ku Pyrford.

Z bliska wyglądał niewiarygodnie dziwacznie, wcale nie jak zwykła bezduszna maszyna 

sunąca z góry wytyczoną prostą drogą. Krok jego

dźwięczał metalicznie, wokół kadłuba zaś wiły się z chrzęstem długie, giętkie i lśniące 

macki. Jedna z nich, jakby mimochodem, wyrwała z korzeniami sosnę. Sunąc przez las potwór 

wybierał sobie drogę, a obracający się we wszystkie strony wysoko w górze mosiężny kaptur do 

złudzenia   przypominał   głowę   rozglądającego   się   człowieka.   Z   tyłu,   za   plecami   kadłuba, 

umocowane   było   metalowe   pudło   podobne   do   ogromnego   rybackiego   kosza,   ze   stawów   zaś 

potwora, gdy mnie mijał, tryskały strugi zielonego dymu. Po chwili znikł mi z oczu.

background image

Wszystko to widziałem niezbyt wyraźnie, gdyż migotliwe i oślepiające światło błyskawic 

przerywała   co   chwila   gęsta   czarna   ciemność.   W   biegu   potwór   wydawał   z   siebie   ogłuszający 

triumfalny ryk - "aluu! aluu!", głośniejszy od huku gromów. Po chwili dopędził towarzysza i obaj 

przystanęli, nachylając się nad czym leżącym w polu o dobre pół mili ode mnie. Nie ulegało dla 

mnie żadnej wątpliwości, iż zatrzymali się przy trzecim przybyłym z.Marsa walcu.

 Leżałem pewien czas na deszczu, przyglądając się w przerywanej błyskawicami 

ciemności uwijającym się , ponad żywopłotami potwornym metalowym istotom.:Chwilami 

zacinał drobny grad to przesłaniając cieniem

, to znów odsłaniając ostre ich zarysy. W przerwach między błyskawicami noc pochłaniała 

je całkowicie.

Woda z bajora i gęsto sypiący grad przemoczyły mnie do suchej nitki. Długo trwało, nim 

otrząsnąłem się ze zdziwienia na tyle, aby wyczołgać  się z bajora i pomyśleć o grożącym mi 

niebezpieczeństwie.

Nie opodal, na kartoflisku, stała samotna chałupa jakiegoś osiedleńca. Podniosłem się w 

końcu i skulony pobiegłem szukać tam schronienia. Wołałem w drzwi, nikt jednak się nie odezwał 

- być może nie słyszeli lub w chacie nie było nikogo. Po chwili zrezygnowany podążyłem kryjąc 

się w przydrożnych rowach do ciągnącego się aż pod Maybury lasu.

Lasem, przemoczony i drżący z zimna, skierowałem się do  domu. Błąkałem się wśród 

drzew szukając ścieżki. Było bardzo ciemno, gdyż błyskawice stawały się coraz rzadsze, a rzęsisty 

deszcz z gradem wypełniał każdą szczelinę między drzewami.

Gdybym   zdał   sobie   wówczas   w   pełni   sprawę,   co   oznaczają   widziane   przeze   mnie 

wydarzenia,   zawróciłbym   od   razu   do   Byfleet   i   Cobham,   aby   dostać   się   czym   prędzej   do 

Leatherhead, do żony. Niesamowitość jednak otaczającej mnie nocy i zmęczenie nie pozwoliły mi 

na to; byłem mokry, podrapany, ogłuszany i oślepiony nawałnicą.

Kołatało   we   mnie  podświadome   pragnienie   powrotu   do   domu   i   sądzę,   że   ono  właśnie 

kierowało moimi krokami. Obijałem się o pnie, wpadałem

do wądołów, kaleczyłem kolana o sterczące zdradziecko sęki, aż wbrodziłem wreszcie na 

łąkę   na   stoku   poniżej   College   Arms.   Mówię:   wbrodziłem,   gdyż   łąką   rwały   potoki   brudnej 

deszczowej wody. Tutaj w ciemnościach wpadł na mnie jakiś mężczyzna, i to z taką siłą, że ledwie 

utrzymałem się na nogach.

Wydał okrzyk przerażenia, odskoczył w bok i zanim zdążyłem się opanować i przemówić 

doń - uciekł. Wicher dął tak gwałtownie, iż wlokłem się pod górę z największym trudem. Chcąc 

posuwać   się   jako   tako   naprzód,   musiałem   podejść   do   pobliskiego   parkanu   i   pomagać   sobie 

czepiając się sztachet. `

background image

Tuż przed szczytem stanąłem na czymś miękkim. Przy świetle błyskawicy ujrzałem pod 

nogami czarny płaszcz i trzewiki. Nim mogłem rozpoznać, że to leży człowiek - światło zgasło. 

Przystanąłem   czekając   na   następny   błysk.   Przy   jego   świetle   udało   mi   się   rozpoznać   tęgiego 

mężczyznę odzianego skromnie, lecz nie ubogo; głowa była przygięta tak mocno ku przodowi, że 

skryła się zupełnie pod ciałem. Leżał skulony tuż koło parkanu, jakby gwałtownie oń rzucony. .

Pokonując   zrozumiały   u   tego,   kto   nigdy   nie   dotykał   trupa,   wstręt   nachyliłem   się   i 

odwróciłem leżącego, sprawdzić, czy bije w nim jeszcze serce. Był martwy. Widocznie skręcił 

kark. Błysnęło po raz trzeci i poznałem go. Wyprostowałem się wstrząśnięty. Był to oberżysta, 

właściciel pożyczonej bryczki.

Przestąpiłem ostrożnie przez trupa i dalej piąłem się pod górę. Minąłem posterunek policji, 

College Arms i doszedłem wreszcie do domu. Po tamtej stronie wzgórza nie było widać pożarów, 

na żwirowisku tylko wciąż jeszcze połyskiwał czerwony odblask rozświetlający pędzone wichrem, 

podcinane gradem kłębowiska rudego dymu. Domy dokoła, o ile mogłem zauważyć w błyskach 

burzy, stały nienaruszone. Jakiś czarny kształt leżał na gościńcu. koto College Arms.

Nieco dalej w kierunku Maybury słychać było na drodze głosy i kroki, brakło mi jednak sił, 

by krzyknąć czy podejść tam. Otworzyłem drzwi z klucza, wszedłem do domu, zamknąłem je za 

sobą   na   zasuwę,   dowlokłem   się   do   wiodących   na   piętro   schodów   i   usiadłem   na   stopniu. 

Wyobraźnię mą przepełniały sunące polami metalowe potwory i zmiażdżone o płoty trupy.

Siedziałem na .schodku wsparty o ścianę i dygotałem jak w febrze.

11 U okna

Wspomniałem już, zdaje się, iż najburzliwsze nawet uczucia wygasają we mnie nad podziw 

szybko. Toteż wkrótce poczułem dotkliwy chłód. Ociekałem wodą do tego stopnia, że dokoła mnie 

na schodach i na chodniku stały kałuże. Podniosłem się mechanicznie, poszedłem do jadalni i 

pociągnąłem łyk whisky, po czym odczułem potrzebę przyodziania się w coś suchego.

Nieco później wspiąłem się na górę do gabinetu. Po co tam poszedłem nie mam pojęcia. 

Okna mego gabinetu wychodzą na tory i pola Horsell. W pośpiechu ucieczki zapomniałem je 

zamknąć przed odjazdem. Korytarz i wnętrze pokoju; w przeciwieństwie do widoku oprawionego 

w ramę okna, wydawały się pełne nieprzeniknionej ciemności. Stałem w progu jak wryty.

Nawałnica już przeszła. Wieżyczki Kolegium i otaczające go drzewa znikły bez śladu i 

widać   teraz   było   doskonale   ciągnące   się   w   dali   pola   i   żwirowisko   rozświetlone   jaskrawym 

czerwonym   blaskiem.   W   blasku   tym   krzątały   się   ciemne,   dziwaczne,   groteskowo   ogromne 

postacie.

background image

Wydawało  się, że cała okolica płonie, tak gęsto  usiana była malutkimi, migocącymi w 

podmuchach zamierającej burzy i rzucającymi krwawy blask na gęste chmury płomykami. Przed 

oknem przepływały co chwila, przesłaniając sylwetki Marsjan, kłęby dymu. Nie mogłem dojrzeć, 

co   robili,   gdyż   zarysy   ich   były   bardzo   niewyraźne.   Nie   mogłem   także   ustalić   przeznaczenia 

czarnych urządzeń, przy których trudzili się z taką gorliwością. Niewidoczny też był najbliższy 

pożar, choć odblask jego tańczył po ścianach i suficie. Powietrze-przepełniał ostry odór palonej 

gumy.

Zamknąłem   bezszelestnie   drzwi   i   podkradłem   się   do   okna.   Widziałem   teraz   przestrzeń 

leżącą między otaczającymi dworzec w Woking domami a osmalonym, sczerniałym lasem pod 

Byfleet. Na torze, koło mostu, coś się świeciło, a z kilku domostw stojących przy gościńcu do 

Maybury i w pobliżu stacji zostały jedynie tlące się ruiny. Światło na torze zadziwiło mnie; widać 

tam było czarny, płonący jasnym płomieniem stos, a nieco w bok, na prawo, ciągnął się łańcuch 

żółtych   prostokącików.   Zrozumiałem   po   chwili,   że   to   leży   rozbity   pociąg   ze   zdruzgotanym 

parowozem. Kilka pierwszych wagonów płonęło, podczas gdy reszta stała spokojnie na szynach.

Pośród tych trzech głównych ognisk, to znaczy: między grupą domów, pociągiem i pożarem 

pod Cobham, ciągnęły się nieregularne, ciemne

plamy   pól   przerywane   gdzieniegdzie   pasmami   tlących   się   i   dymiących   zgliszcz   i 

wrzosowisk.   Przedziwny   był   ten   widok   czarnej   przestrzeni   przetykanej   ogniem.   Najbardziej 

przypominał mi ogromną hutę nocą. Ludzi z początku nie widziałem nigdzie. Później dopiero 

ujrzałem   w   blasku   płonącego   dworca   w   Woking   kilka   czarnych   figurek   przebiegających 

pojedynczo przez tory.

Czyżby ten dziki chaos miał być tym samym światkiem, gdzie tak bezpiecznie żyło się od 

tylu już lat? Nie wiedziałem jeszcze, co zaszło w ciągu ubiegłych siedmiu godzin, nie wiedziałem 

też, choć zaczynałem już po trosze odgadywać, jaki był związek między mechanicznymi kolosami 

a niezdarnie pełzającymi istotami, które z takim trudem wyłaziły przymnie z walca. Z dziwnym 

uczuciem bezosobowego zainteresowania przywlokłem do okna fotel, usiadłem i przyglądałem się 

sczerniałym łąkom, a zwłaszcza trzem gigantycznym postaciom krzątającym się po żwirowisku.

Wydawały mi się zadziwiająco czynne. Zastanawiałem się, czym one są. Czy myślącymi 

mechanizmami? Czułem, że to niepodobieństwo, Być może w każdym z nich krył się Marsjanin 

kierując, rządząc, rozkazując, jak ludzki mózg kieruje, rządzi i rozkazuje ciału? Porównywałem je 

do naszych maszyn; po raz pierwszy w życiu zapytałem siebie, czym mogą być ludzkie krążowniki 

i parowce dla zwierząt o niższej inteligencji.

Niebo po burzy było jasne. Kiedy migocący ponad dymami, malutki jak łepek szpilki Mars 

skłaniał się już ku zachodowi - do ogródka wszedł żołnierz. Najpierw zatrzeszczał cicho płot. 

background image

Rozejrzałem się jak człowiek obudzony z letargu i spostrzegłem go. Przełaził przez ogrodzenie. Na 

widok istoty ludzkiej minęło dotychczasowe osłupienie. Wychyliłem się gorączkowo z okna.

- Pst! - szepnąłem.

Zatrzymał się niezdecydowany, siedząc okrakiem na parkanie. Potem zeskoczył i pobiegł 

trawnikiem do najbliższego narożnika domu. Pochylony posuwał się wolno wzdłuż ściany.

- Kto tam? - zapytał, także szeptem, przystając pod oknem i zadzierając głowę.

- Dokąd pan idzie? - spytałem. - Bóg wie.

- Chce się pan ukryć? - Tak.

- Niech pan wejdzie do domu - powiedziałem.

Zszedłem na dół, uchyliłem drzwi, by go wpuścić, i natychmiast za

mknąłem je znowu. Twarzy żołnierza nie mogłem dojrzeć. Był bez czapki, mundur miał 

rozchełstany.

- 0 Boże! ; powtarzał, gdy wciągałem go do pokoju.

Co   się   stało?   -   pytałem.   r   -   Niech  pan   lepiej   zapyta,   co   się   nie  stało!   -   W   ciemności 

ujrzałem, jak załamał w rozpaczy ręce. - Zmietli nas! Po prostu nas zmietli! - powtarzał w kółko.

Jak automat wszedł za mną do jadalni.

- Niech no pan się napije - powiedziałem napełniając szklankę whisky.

Wypił: Potem padł na krzesło, podparł głowę rękami i rozszlochał się jak dziecko. Ja zaś, 

zapomniawszy o niedawnej własnej rozpaczy, stałem nad nim zaskoczony. '

Wiele upłynęło czasu, zanim opanował się na tyle, by móc odpowiedzieć na me pytania. 

Mówił bezładnie, zacinał się co chwila. Był jezdnym w artylerii, do akcji weszli dopiero około 

siódmej. Opowiadano, że pierwszy oddział Marsjan - posuwał się powoli pod osłoną metalowej 

tarczy w kierunku drugiego walca.

Tarcza ta, ustawiona później na trójnogu, stała się pierwszą machiną bojową, którą zresztą i 

ja potem widziałem. Działo, przy którym był jezdnym, odprzodkowano niedaleko Horsell, aby 

panować nad żwirowiskiem. Przybycie artylerii przyśpieszyło działania. Gdy jezdni odprowadzali 

przodek, jego koń potknął się i upadł zrzucając go w jakąś rozpadlinę. Równocześnie działo pękło, 

amunicja   wybuchła,   wszystko,   dokoła   stanęło   w   płomieniach,   a   on   znalazł   się   pod   stosem 

martwych, zwęglonych ludzi i koni.

- Leżałem  bez ruchu - mówił - nieprzytomny ze  strachu, przyciśnięty  zadem  końskim. 

Zmietli nas! A ten smród - dobry Boże! Jak przypalone mięso! Plecy bolały mnie po upadku, 

leżałem więc czekając, aż ból przejdzie. Przed chwilą wszystko było jak na paradzie i raptem 

koniec! Zmietli nas! - wykrzyknął.

background image

Długo leżał pod martwym koniem, od czasu do czasu tylko wyglądając w pole. Piechurzy 

próbowali atakować jamę tyralierą, po to tylko, by zginąć. Potem potwór zaczął przechadzać się po 

żwirowisku,   między   uciekającymi,   kręcąc   podobnym   do   głowy   kapturem,   zupełnie   jak 

rozglądający się człowiek. W czymś, co przypominało rękę,.trzymał siejącą zielonymi iskrami, 

metalową; skomplikowanej budowy skrzynkę opatrzoną tubą, z której raził Snop Gorąca.

Starczyło kilka chwili by na polu nie pozostało nic żywego, przynaj

mniej   w   zasięgu   wzroku   żołnierza,   a   reszta   nie   zmienionych   jeszcze   dotąd   w   czarne, 

osmalone szkielety drzew i krzewów stanęła w płomieniach.

Huzarów ukrytych za. wyniosłością terenu nie widział. Przez krótką chwilę słyszał grzechot 

maxima, potem i to ucichło. Olbrzym do ostatka oszczędzał dworzec w Woking i przyległe don", 

domy, potem jednak skierował Snop na miasteczko. Pozostały  zeń tylko ruiny. Wtedy potwór 

wyłączył Snop, zwrócił się do artylerzysty tyłem i naszył w stronę dymiących lasów, gdzie leżał 

drugi walec. Równocześnie z jamy wyłonił się następny Tytan.

Gdy i ten podążył w ślad za pierwszym, artylerzysta począł czołgać się ostrożnie polem, 

przez gorące jeszcze popieliska wrzosów, do Horsell. Udało mu się dotrzeć do przydrożnego rowu i 

ujść   nim   do   Woking.   Dalsza   jego   opowieść   pełna   była   wykrzykników.   0   przejściu   przed 

miasteczko   nie   było   mowy.   Zachowała   się   tam,   być   może,   garstka   żyjących,   ale   byli   to   bez 

wątpienia  ludzie  bądź  obłąkani  ze  strachu, bądź   też  straszliwie  poparzeni.  Widząc,  iż  jeden  z 

Marsjan - powraca żołnierz ukrył się za dymiącymi ruinami jakiegoś muru. Stamtąd widział, jak 

gigant dopędziwszy człowieka schwycił go`w jedną ze swych stalowych macek i zmiażdżył o pień 

sosny. Po zapadnięciu mroku artylerzysta skoczył ku nasypowi kolejowemu i przebiegł na drugą 

stronę.

Przemykał   się   następnie   do   Maybury   w   nadziei,   iż   idąc   w   kierunku   Londynu   uniknie 

niebezpieczeństwa Ludzie kryli się po piwnicach i rowach, a większość tych, co uszli z życiem, 

wędrowała   do   Send   i   Woking.   Męczyło   go   pragnienie,   dopóki   nie   natrafił   na   rozbitą   pompę 

kolejową tryskającą strumieniem wody aż na gościniec.

Taką   to   wydobyłem   z   niego,   słowo   po   słowie;   historię.   Opowiadanie   o   wszystkim,   w 

widział,   uspokoiło   go   nieco.   Od   ubiegłego   popołudnia,   jak   mówił,   nie   miał   nic   w   ustach, 

poszedłem więc do spiżarni, skąd przyniosłem trochę baraniny i chleba. Bojąc się zwabić Marsjan 

nie   paliliśmy   lampy,   toteż   ręce   nasze   często   stykały   się   nad   talerzem.   W   miarę   jak   mówił, 

wyłaniały się z ciemności otaczające nas przedmioty, a podeptane krzewy i połamane krzaki róż za 

oknem stawały się coraz widoczniejsze. Wyglądało to, jakby przez ogród przewaliła się czereda 

ludzi   czy   zwierząt.   Coraz   wyraźniej   też   widziałem   poczerniałą,   posępną,   niewiele   zapewne 

różniącą się od mojej, twarz żołnierza.

background image

Zakończywszy posiłek wspięliśmy się wolniutko na piętro, do gabinetu, by dalej patrzeć 

przez okno. Dolina nasza w ciągu jednej nocy zmieniła się w popielisko. Pożary dogasały. Tam 

gdzie niedawno szalały płomienie,

teraz   wzbijały   się   smugi   dymu;   bezlitosne   światło   poranka   obnażało   osłonięte   dotąd 

mrokiem nocy straszliwe, odpychające w swej grozie, nieprzeliczone 

ruiny   zburzonych   domów   i   szkielety   zwęglonych,   sczerniałych   drzew.   Gdzieniegdzie 

widniały, jakby cudem ocalałe, jakiś semafor na torach, jakaś altanka w ogrodzie - jasne i żywe 

pośród zagłady. Nigdy dotąd w dziejach wojen zniszczenie nie było tak zupełne, tak powszechne. 

A koło jamy, pobłyskując w promieniach wschodzącego słońca, stali trzej metalowi olbrzymi i 

kręcąc kapturami przyglądali się dokonanym spustoszeniom. _

Wydawało mi się, że jama została powiększona. W niebo biły z niej co chwila, unosiły się 

wirując i rozpływały w przestworzach kłęby jaskrawozielonej pary.

Widniejące w oddali, w Cobham, słupy płomieni zmieniły się za pierwszym dotknięciem 

dnia w słupy krwawego dymu.

12 Co widziałem z zagłady Weybridge i Sheppertonu

Świat zdawał się zbyt jasny, toteż zaprzestaliśmy podglądania Marsjan, opuściliśmy okno i 

zeszliśmy cichutko na dół.

Artylerzysta przyznał mi rację, iż dom nie jest bezpiecznym schronieniem. Chciał iść dalej, 

jak mówił, na Londyn,.dó swojej baterii. Dwunastej konnej. Mój plan, powstały pod przemożnym 

wrażeniem potęgi Marsjan, polegał na niezwłocznym powrocie do Leatherhead po żonę, zabraniu 

jej do Newhaven i opuszczeniu kraju. Pojąłem już bowiem zupełnie jasno, iż okolice Londynu 

muszą stać się, zanim straszliwe te istoty nie zostaną zgładzone, polem okrutnych walk.

Pomiędzy   mną   wszakże   a   Leatherhead   leżał   pilnowany   przez   olbrzymów   trzeci   walec. 

Myślę, iż będąc sam próbowałbym szczęścia i poszedł na przełaj. Artylerzysta jednak powstrzymał 

mnie od tego. Dla kochającej żony, tłumaczył mi, to żadna przyjemność zostać wdową. Ostatecznie 

ustąpiłem i postanowiliśmy iść razem, pod osłoną lasu, na północ, do Street Cobham. Stamtąd 

dopiero miałem udać się zataczając wielki krąg przez Epsom do Leatherhead.

Byłbym wyruszył bez zwłoki, towarzysz mój jednak, zawodowy wojskowy, znał się na tym 

lepiej ode mnie. Musiałem przetrząsnąć cały dom, aby znaleźć manierkę i napełnić ją whisky. 

Kieszenie wypchaliśmy sucharami i pokrojonym w plasterki mięsem. Wtedy dopiero wymknęliśmy 

się

z domu i popędziliśmy co siłą tą samą kiepską drogą, którą przyszedłem wczorajszej nocy. 

Domy wydawały się opuszczone. No gościńcu natknęliśmy się na trzy zbite w ciasną gromadkę 

background image

zwęglone ciała, niewątpliwie ofiary Gorącego Snopa. Gdzieniegdzie poniewierały się pogubione 

przez uciekających drobiazgi, jakiś zegarek, jakiś pojedynczy pantofel, jakaś srebrna łyżka i tym 

podobne kosztowności. Na zakręcie do poczty stał okulawiony na trzech kołach, zapchany gratami 

wózek. Pośród rozrzuconych dokoła szczątków leżała rozbita w pośpiechu skarbonka.

Z wyjątkiem wciąż jeszcze płonącego sierocińca żaden z pobliskich domów nie ucierpiał 

wiele. Snop zgolił tylko kominy i przemknął dalej. Mimo to wydawało się, że w owym Maybury 

nie ma prócz nas żywego ducha. Większość mieszkańców uszła, jak sądziłem, drogą na Stare 

Woking, tą samą, którą jechaliśmy wczoraj do Leatherhead. A może ukrywała się gdzieś w pobliżu.

Schodząc łąką po stoku minęliśmy ciało mężczyzny w czarnym przemokłym od nocnej 

ulewy ubraniu i u podnóża wzgórka weszliśmy w las. f,asem, nie napotykając nikogo, podążaliśmy 

ku linii kolejowej. Po drugiej stronie toru ciągnęły się czarne zgliszcza. Większość drzew leżała 

pokotem,   gdzieniegdzie   tylko   sterczały   szare   pnie   z   kikutami   konarów   pokrytych   zwęglonym 

ciemnobrązowym listowiem.  '

Po naszej stronie pożarowi nie udało się rozszerzyć, osmalony był sam tylko skraj lasu. W 

pobliżu niedawno, widocznie w sobotę jeszcze, pracowali drwale. Na polanie obok kupy trocin i 

wielkiej mechanicznej piły leżały świeżo zrąbane i pocięte klocki. Tuż przy nich stał nieduży pusty 

barak. Ranek był dziwnie cichy, bez tchnienia wiatru. Nawet ptaki przycichły

, my zaś, krocząc ż pośpiechem, także rozmawialiśmy tylko szeptem. Oglądaliśmy się co 

chwila, parę razy przystawaliśmy nasłuchując.

Po pewnym czasie, gdy .zbliżaliśmy się już do gościńca, doszedł nas stamtąd tupot kopyt 

końskich.   Poprzez   rozchylone   gałęzie   ujrzeliśmy   jadącą   powoli   w   kierunku   Woking   trójkę 

kawalerzystów.

Zawołaliśmy na nich, a kiedy przystanęli, pośpieszyliśmy na drogę. Byli to porucznik i dwaj 

huzarzy z ósmego pułku. Wieźli z sobą podobny do teodolitu przyrząd na statywie. Artylerzysta 

wyjaśnił mi, że to heliograf.

- Pierwsi spotkani na tej drodze od rana ludzie! -wykrzyknął porucznik

. - Co się tu dzieje?

Minę i głos bardzo miał przejęte. Stojący za nim żołnierze przyglądali się nam ciekawie. 

Artylerzysta przeskoczył przez równa drogę i zasalutował.

-   Melduję   posłusznie,   panie   poruczniku,   w   nocy   rozbito   nam   działo.   Ukrywałem   się. 

Próbuję odnaleźć baterię. Jadąc dalej tą drogą natknie się pan o pół mili stąd na Marsjan.

- A cóż to znów za diabły?

background image

--   Melduję   posłusznie,   opancerzone   olbrzymy.   Wysokość   sto   stóp.   Trzy   nogi.   Ciało 

aluminiowe. Ogromne głowy w kapturach.

- Nie wygłupiajcie się! = zawołał porucznik. - Co za przeklęte bzdury!

- Przekona się pan porucznik. Mają też skrzynki, z których strzelają ogniem.

- Chyba armaty?

- Nie, panie poruczniku - tu artylerzysta począł żywo opisywać Snop Gorąca.

Nie dając mu dokończyć porucznik zwrócił się do mnie. Dotychczas stałem na skraju drogi 

bez słowa.

- Pan też ich widział? - zapytał.

- Opis jak najzupełniej dokładny - odparłem.

-   Tak   -  zakonkludował   porucznik.  -   Myślę,   że   i   ja  powinienem  to   zobaczyć.  A   wy-tu 

spojrzał na artylerzystę-idźcie najlepiej zameldować się u dowódcy brygady, generała Marvina, i 

powtórzcie mu to wszystko. My mamy rozkaz usuwać ludzi z domów. Generał jest w Weybridge: 

Znacie drogę? h

J Ja znam - odezwałem się, po czym oficer zawrócił konia na południe.

- Pół mili, mówicie? - rzucił.

- Co najwyżej - odparłem wskazując wierzchołki drzew na południe. Podziękował i ruszyli 

drogą. Więcej ich nie widzieliśmy.

Nieco dalej natknęliśmy się na trzy kobiety z dwojgiem dzieci zajęte wynoszeniem rzeczy z 

chałupy. Ręczny wózek pełen był ubogich sprzętów i brudnych węzełków. ,Kobiety tak były zajęte, 

że nie miały nawet czasu, by z nami rozmawiać.

Z lasu wyszliśmy niedaleko dworca w Byfleet; Cała ta okolica, skąpana w promieniach 

porannego słońca, cicha była i spokojna. Snop Gorąca nie sięgał aż tutaj, toteż gdyby nie milcząca 

pustka wielu domów, gdyby nie wybuchający gdzieniegdzie zgiełk i gwar pakowania się, gdyby 

nie oddział żołnierzy rozstawionych na moście kolejowym i spoglądających na Woking

, byłaby to najzwyczajniejsza letnia niedziela.

Do Addlestone ciągnął gościńcem szereg skrzypiących wozów i bryczek. Ujrzeliśmy na 

drugim krańcu łąki sześć armat, dwunastofuntówek,

ustawionych w jednakowych odstępach i wymierzonych w Woking. Przy armatach stała 

obsługa, czekały w pogotowiu bojowym jaszcze. Ludzie wyglądali jak na paradzie.

- To rozumiem!-zawołałem. -Ci na pewno oddadzą choć jeden celny strzał.

Artylerzysta zawahał się. - Idą dalej - mruknął.

background image

Bliżej  Weybridge,  tuż przy moście, gromada  żołnierzy w  białych roboczyeh drelichach 

sypała długi szaniec, za którym widniały liczne działa.

-   Łuki   i   strzały   przeciwko   piorunom   -   powiedział   artylerzysta.   -   Nie   widzieli   jeszcze 

ognistego promienia!

Wolni od pracy przy szańcu oficerowie wypatrywali czegoś ponad drzewami, a sypiący go 

żołnierze przerywali co chwila robotę, aby też rzucić okiem w południową stronę.

Zamieszanie w Byfleet panowało niewiarygodne: Ludzie pakowali się; a huzarzy, jedni 

wierzchem,   inni   pieszo,   popędzali   ich   beż   wytchnienia.   Na   wiejskiej   uliczce   ładowano   w 

pośpiechu, prócz innych pojazdów, trzy czy cztery ambulanse oznaczone krzyżami :na białych 

polach i stary omnibus. Wszędzie uwijały się grupki odświętnie odzianych ludzi. Żołnierzom z 

największym trudem udawało się wyjaśnić im powagę sytuacji.

Jakiś staruszek chciał zabrać ogromną skrzynię pełną doniczek z orchideami i wykłócał się 

ząb za ząb z usiłującym mu to wyperswadować kapralem.

- Wie pan, co stamtąd nadchodzi?-krzyknąłem wskazując przesłaniające Marsjan drzewa.

- Hę? - odparł zwracając się ku mnie. - Toć tłumaczę, że to drogie rzeczy. .

- Śmierć! - wrzasnąłem. - Śmierć nadchodzi! Śmierć! - i pozostawiwszy go głowiącego się 

nad tymi słowami pośpieszyłem za artylerzystą. Na zakręcie obejrzałem się. Żołnierz odszedł, a 

staruszek stał przy swej skrzynce i gapił się na dalekie drzewa.

Nikt w całym Weybridge nie potrafił nas objaśnić, gdzie mieści się kwaterą główna: takiego 

bałaganu   nie   widziałem   jeszcze,   jak   żyję,   w   żadnym   miasteczku.   Wszędzie   pełno   było   bryk, 

wozów,   przedziwnej   jakiejś   mieszaniny   pojazdów   i   koni.   Pięknie   odziane   damy   i   szacowni 

obywatele   miasta   w   golfowych   wioślarskich   strojach   pakowali   się   na   gwałt   przy   energicznej 

pomocy rozmaitych próżniaków. Dzieciaki były podniecone i raczej  zachwycone tą niezwykłą 

odmianą w coniedzielnej nudzie.

A pośród całego tego zgiełku i tumultu dzielny jakiś pastor odprawia) wczesne nabożeństwo 

zwołując na nie wiernych przeraźliwą sygnaturką.

Przysiedliśmy   z   moim   artylerzystą   na   stopniach   studni,   by   posilić   się   nieco   zapasami. 

Patrole wojskowe, tym razem nie huzarzy, lecz biało odziani grenadierzy, ostrzegały ludność, aby 

w  razie  strzelaniny  kryć  się  natychmiast  po  piwnicach albo  niezwłocznie  opuszczać   mieścinę. 

Mijając most kolejowy ujrzeliśmy na dworcu tłum ludzi i perony zawalone walizami i tobołami. 

Normalny   ruch   prawdopodobnie   wstrzymano,   aby   przepuścić   transporty   wojska   do   Chertsey. 

Dopiero później dowiedziałem się o 

dzikich walkach o miejsca w pociągu specjalnym, podstawionym po długim oczekiwaniu.

background image

W Weybrigde pozostaliśmy do południa, a wkrótce potem znaleźliśmy się koło przystani 

Shepperton,   w   miejscu   gdzie   Wey   wpada   do   Tamizy.   Zatrzymaliśmy   się   tam   nieco   dłużej 

pomagając dwu starowinom załadować rzeczy na wózek. Ujście Wey składa się z trzech koryt, 

przez rzekę kursuje prom, jest tam też przystań i wynajem łódek. Na brzegu od strony Sheppertonu 

stała   wówczas   oberża   okolona   rozległym   trawnikiem,   nieco   głębiej   zaś   -   kościół   z   wieżą 

(odbudowano ją potem bardziej strzelistą) wznoszącą się wysoko ponad drzewa.

Zastaliśmy tam podniecony i hałaśliwy tłum uciekinierów. Wprawdzie ucieczka nie była 

jeszcze paniczna, tyle jednak zebrało się tutaj ludzi, że nie zdołałyby ich przewieźć wszystkie 

łodzie   z   całej   rzeki   razem   wzięte.   A   wciąż   jeszcze   napływały   nowe,   zadyszane,   obładowane 

tobołami gromady. Jakieś małżeństwo niosło dobytek ułożony na zdjętych z zawiasów drzwiach 

domku. Ktoś udowadniał, że łatwiej będzie wyjechać z Sheppertonu pociągiem.

Hałasu było tu co niemiara, a jakiś facet próbował nawet kpić i dworować. Najwidoczniej 

cały ten tłum wyobrażał sobie Marsjan jako ludzi  groźnych wprawdzie, którzy mogą napaść i 

zrabować   miasteczka   i   wioski,   ale   którzy   wcześniej   czy   później   nie   unikną   zagłady.   Wzrok 

wszystkich zwracał się co chwila ku łąkom za Wey, ciągnącym się aż po Chertsey, lecz panował 

tam zupełny spókój.

W przeciwieństwie do wybrzeża po stronie Surrey, na przeciwległym brzegu Tamizy, z 

wyjątkiem miejsca gdzie przybijają łodzie, cicho było i spokojnie. Lądujący rozchodzili się w 

pośpiechu polnymi drożynami. Akurat wielki prom dobijał do brzegu. Kilku stojących na trawniku 

koło oberży żołnierzy pokpiwało  sobie  z uciekinierów nie udzielając  im pomocy. Oberża,  jak 

zwykle w niedzielę, była zamknięta.

- Co to? - krzyknął przewoźnik.

- Stul pysk, przeklęty!- zawołał ktoś do ujadającego niedaleko nas psa. Od Chertsey rozległ 

się głuchy huk, odgłos strzału armatniego.

Walka rozpoczęła się. Niemal natychmiast zaczęły przyłączać .się do chóru, strzelając co 

sił, jedna po drugiej, niewidoczne, ukryte bardziej na prawo, za porastającymi przeciwległy brzeg 

drzewami, baterie. Któraś kobieta krzyknęła. Tłum stał nieporuszony, wsłuchany w nagły zgiełk 

tak bliskiej, a przecież niewidocznej bitwy. Dostrzec można było tylko płaskie łąki, krowy skubiące 

trawę i srebrzyste, nieruchome w upalnym słońcu płaczące wierzby.  .

- Chyba ich wojsko zatrzyma - odezwała się z powątpiewaniem stojąca koło mnie paniusia. 

Nad drzewami unosiła się leciutka mgiełka.

background image

Nagle daleko w górze rzeki ujrzeliśmy chmurę dymu, która kłębiła się i szła wciąż wyżej i 

wyżej,   aż   zawisła   wysoko   w   nieruchomym   powietrzu.   Potem   ziemia   zadrżała   pod   nogami   i 

powietrzem targnął głośny wybuch wybijając szyby w oknach i ogłuszając nas na długą chwilę.

- Już tu są! - wrzasnął jakiś człek w błękitnej koszuli. - Tam! Widzicie ich? Tam!

W   oddali   spoza   drzew   ukazał   się   nagle   jeden,   drugi,   trzeci,   czwarty   Marsjanin.   Gnali 

ciągnącymi się ód Chertsey polami ku rzece. Z dala wyglądali jak niewielkie zakapturzone figurki 

mknące posuwistym, szybkim jak lot ptaków ruchem. Potem pojawił się piąty. Pędził na przełaj, 

wprost na nas. Szli-na działa. Lśniły w słońcu metalowe cielska rosnących z każdym krokiem 

potworów.   Najodleglejszy,   ostatni   w   lewo,   wymachiwał   wzniesioną   wysoko   skrzynką   i   nagle 

upiorny, straszliwy Snop Gorąca, tak dobrze znany mi od piątku, pomknął ku Chertsey i uderzył w 

nieszczęsne miasteczko.

Wydawało się, że widok tych przedziwnych, okropnych istot poraził na chwilę zebrany 

nad,.rzeką tłum. Zapanowała zupełna cisza, nikt nie krzyknął, nikt nie jęknął. Potem rozległ się 

ochrypły pomruk, tupot setek nóg i plusk wody. Jakiś mężczyzna, zbyt wystraszony, by rzucić 

trzymaną na ramieniu walizę, odwrócił się  i wyrżnął  mnie nią tak  mocno, aż  się  zatoczyłem. 

Biegnąca  ku  rzece  kobieta  popchnęła   mnie z   niespodziewaną  siłą.  Ja  też  rzuciłem   się  wraz  z 

tłumem   do   ucieczki,   mimo   przerażenia   jednak   nie   przestawałem   myśleć.   Ani   na   chwilę   nie 

zapominałem o Snopie Gorąca! Ukryć się pod wodą! Oto jedyny ratunek!

-   Kryć   się   pod   wodą!   -   ryknąłem.   .   Rozejrzałem   się   i   popędziłem   na   spotkanie 

nadchodzącego Marsjanina, prosto ku piaszczystej zatoce i do wody. Inni uczynili to samo. Gdy bie

głem, obok. z zawracającej do brzegu łodzi, wyskakiwali ludzie. Kamienie na dnie oślizłe 

były   i   zamulone,   woda   zaś   tak   płytka,   że   chcąc   zagłębić   się   do   pasa,   musiałem   odbiec   ze 

dwadzieścia kroków od brzegu. Kiedy olbrzymia postać Marsjanina była o paręset już tylko jardów 

ode mnie dałem nurka. Plusk, z jakim ludzie wyskakiwali z łodzi, grzmiał mi w uszach z siłą 

piorunów. Ludzie z pośpiechu lądowali po obu stronach rzeki.

Marsjanin nie zwracał chwilowo uwagi na uwijających się w popłochu ludzi, jak człowiek 

nie   zwraca   uwagi   na   mrówki   krzątające   się   wokół   kopniętego   przypadkiem   mrowiska.   Gdy 

wytknąłem nareszcie, na pół uduszony, głowę z wody - kaptur Marsjanina patrzył ku strzelającym 

jeszcze zza rzeki bateriom. Potem olbrzym ruszył dalej wymachując w takt kroków zbiornikiem 

gorąca.

Po chwili był już nad rzeką i począł brnąć przez wodę. Wychodząc na przeciwległy brzeg 

przyklęknął   na   chwilę,   natychmiast   jednak   powstał   i   ruszył   ku-Sheppertonowi.   Równocześnie 

wypaliło sześć ukrytych wśród podmiejskich domków armat. Niespodziane, bliskie, następujące 

background image

szybko po sobie wybuchy przeraziły mnie. Potwór unosił właśnie skrzynię ze Snopem, gdy ó kilka 

stóp od kaptura rozerwał się granat.

Wydałem okrzyk zdumienia: Nie parzyłem już na tamtych czterech, nie myślałem o nich, 

całą   uwagę   skupiłem   na   najbliższym.   Dwa   następne   pociski   wybuchły   tuż   koło   metalowego 

cielska, a czwarty rąbnął w usiłujący uniknąć go obrotem kaptur. Kaptur.pękł, błysnął i rozleciał się 

w kawałki sypiąc wkoło odłamkami metalu i krwawymi strzępami mięsa.

- Trafili! - krzyknąłem z zachwytem.

Odpowiedziały mi okrzyki radości. W podnieceniu omal nie wyskoczyłem 

na brzeg.

Pozbawiony głowy kolos zataczał się jak pijany; nie przewrócił się jednak. Cudem niemal 

zachował równowagę, ale nie panując nad ruchami pomykał ze wzniesionym w górę zbiornikiem 

gorąca ku Sheppertonowi. Żywa inteligencja, zamknięty w kapturze Marsjanin, została zgładzona, 

rozprysła   się   na   cztery   wiatry   i   potwór  był   już   tylko   metalowym   mechanizmem   sunącym   ku 

nieuchronnej zagładzie. Nie kierowany przez nikogo pędził wprost przed siebie. Uderzył jak taran 

w wieżę kościelną, zdruzgotał ją jak szklaną zabawkę, skręcił w bok, potknął się i ginąc z oczu 

runął w rzekę z potężnym łoskotem.

Gwałtowny   wybuch   wstrząsnął   powietrzem.   W   niebo   'strzelił   słup   wody,   pary,   błota   i 

odłamków metalu. To komora ze Snopem dotknęła

wody zmieniając ją niepowstrzymanie w parę. Rzeką runęła jak wrzący błotnisty przypływ 

potężna   fala.   Widziałem   ludzi   uciekających   na   brzegi,   zewsząd   rozlegały   się   jęki   i   krzyki 

zagłuszane sykiem i zgiełkiem upadku Marsjanina.

Nie zwracając uwagi na gorąco, stłumiwszy instynkt samozachowawczy przepychałem się 

wśród uciekających, pędziłem z pluskiem przez nadbiegające fale w górę rzeki, do zakrętu, chcąc 

ujrzeć, co się tam dzieje. Kilka porzuconych łódek obijało się bez celu po wzburzonych falach. 

Wreszcie zobaczyłem Marsjanina. Leżał w poprzek koryta, zupełnie niemal zatopiony.

Nad szczątkami unosiły się gęste obłoki pary. Widać przez nie było; jak olbrzymie członki 

młócą w nieustannych drgawkach wodę, jak rozpryskują w powietrzu błotnistą pianę. Macki niby 

żywe   ramiona  to   splatały   się   konwulsyjnie,   to   rozplatały   i   gdyby   nie  bezradna   jałowość   tych 

ruchów wydawałoby się, że to śmiertelnie zraniona istota walczy z falami o życie. 7a machiny 

tryskały z głośnym sykiem olbrzymie strugi rdzawobrązowej cieczy. ,

Od   widoku   tego   odwróciły   mą   uwagę   wściekłe   ryki   przypominające   dźwięki 

rozpowszechnionych w przemysłowych miastach syren fabrycznych. Jakiś jegomość stojący tuż 

przy brzegu, po kolana w wodzie, krzyczał  coś do  mnie pokazując palcem w tył, poza mnie. 

background image

Odwróciłem   się   i   ujrzałem   sadzących   ogromnymi   susami   brzegiem,   od   Chertsey,   Marsjan.   Z 

Sheppertonu znów odezwały się działa, tym jednak razem bez skutku.

Na ten widok dałem nurka i płynąłem pod wodą wstrzymując oddech dopóty, dopóki każdy 

ruch   nie   stał   się   męką.   Woda   dokoła   burzyła   się   coraz   gwałtowniej,   temperatura   rosła 

błyskawicznie.

Gdy.wynurzyłem   się   na  chwilę,  by   zaczerpnąć   tchu,  i   przetarłem   oczybiałe   kłęby  pary 

przesłoniły   Marsjan   niemal   całkowicie.   Hałas   panował   ogłuszający.   Wreszcie   ujrzałem 

niewyraźnie ogromne, bo powiększone jeszcze przez mgłę, szare postacie. Minęły mnie, po czym 

dwie nachyliły się nad parującymi szczątkami towarzysza.

Dwie pozostałe stanęły koło nich, w wodzie, jedna o dwieście mniej więcej jardów od mnie, 

druga bliżej ku Laleham. Wzniesione wysoko 

zbiorniki ze Snopem Gorąca siały z sykiem śmiercionośne promienie.

Powietrze   pełne   było   wrzawy,   ogłuszającej   mieszaniny   skłóconych   ze   sobą   hałasów; 

podobnych do głosu trąb, ryków Marsjan, łoskotu walą. cych się domów, trzasku płonących drzew, 

płotów i zabudowań. Gęsty,

czarny dym łączył się z bijącą z rzeki parą, w Weybridge zaś miejsca dotknięte Snopem 

łyskały oślepiającą białością i w jednej chwili zmieniały się w dymiące, roztańczone płomienie. 

Pobliskie domy wciąż jeszcze stały  nietknięte, wyczekując swego  losu. Przesłaniały  je drżące, 

blade obłoczki pary, oświetlały buzujące pożary. ,

Dysząc   ciężko,   stałem   chwilę   po   pierś   we   wrzącej   niemal   wodzie,   oszołomiony 

beznadziejnością   "położenia,   pewny   nieuchronnej   zguby.   Poprzez   opary   widziałem   ludzi 

uchodzących na brzeg i przezierających się przez gęstwę trzcin, na podobieństwo żab przerażonych 

zbliżaniem się człowieka.

Nagle biała smuga Snopa poczęła .pomykać w mą stronę. Pod jej dotknięciem z domów 

tryskały płomienie, drzewa stawały w ogniu. Przejećhała po brzegu w jedną stronę, potem w drugą, 

zlizując uciekających, i dotknęła rzeki niespełna pięćdziesiąt kroków ode mnie. Musnęła wodę 

przesuwając się od brzegu do brzegu, a śladem jej pobiegło białe pasmo wrzącej, buchającej parą 

piany. Skoczyłem ku brzegowi.

Uszedłem   parę   zaledwie   kroków,   gdy   runęła   na   mnie   potężna,   wrząca   niemal   fala. 

Wrzasnąłem nieprzytomnie i poparzony, na pół oślepiony, czując, że ginę, zataczając się wśród 

syczącej, rwącej wody przedzierałem się resztkami sił ku brzegowi. Gdybym potknął się-byłby to 

koniec.  Nie  potknąłem  się  jednak.  Upadłem  wyczerpany  na szerokiej,  piaszczystej  łasze,  przy 

background image

samym ujściu Wey do Tamizy, tuż pod nosem nadchodzących Marsjan. Byłem pewien, że czeka 

mnie śmierć. 

Jak przez mgłę pamiętam ogromną stopę Marsjanina. Wparła się w ziemię o kilkanaście 

zaledwie jardów od mej głowy, rozrzucając na wszystkie strony piach, po czym znów uniosła się w 

górę. Pamiętam długą, pełną niepewności chwilę wyczekiwania, a potem widok, to wyraźny, to 

przesłonięty welonem dymu, czterech kolosów dźwigających szczątki  zgładzonego  towarzysza. 

Uchodziły one nieskończenie wolno, jak mi się zdawało, przez rzekę i dalej, nadbrzeżnymi łęgami. 

Dopiero wtedy zacząłem pojmować coraz jaśniej, że chyba cudem jakimś - ocalałem.

13 Jak spotkałem się z wikarym

ł'o tej niespodzianej lekcji naszej potęgi, udzielonej przez ziemską broń, Marsjanie wycofali 

się na pola pod Horsell; do swych wyjściowych pozycji; że zaś odchodzili w pośpiechu i do tego 

obciążeni szczątkami powalonego kompana - przeoczyli niewątpliwie wielu takich rozsianych w

pojedynkę rozbitków jak ja. Gdyby nie zajmowali się wówczas swym towarzyszem, lecz 

atakowali   dalej,   to   nieliczne   baterie   broniące   dostępu   do   Londynu   nie   byłyby   w   stanie   ich 

powstrzymać i stanęliby w stolicy wcześniej niż wieść o ich pochodzie. Byłoby to natarcie tak 

nagłe, straszliwe i niszczące, jak trzęsienie ziemi, które przed stu laty zburzyło Lizbonę.

Nie śpieszyli się jednak. Poprzez międzyplanetarne przestrzenie mknął przecież walec za 

walcem. Każda doba przynosiła posiłki. A tymczasem nasze sztaby, lądowy i morski, znając już w 

pełni   niesłychaną  moc  wroga   pracowały   z  wściekłą  energią.   Dosłownie co  minutę  stawało  na 

stanowisku nowe działo, tak że o zmierzchu z każdego zagłębienia, zza każdego krzaka i domku, ze 

stoków   wzgórz   Kingstonu   i   Richmondu   wyzierały   czujne,   choć   zamaskowane   czarne   paszcze 

armatnie. A przez zwęglone, martwe pola, wszystkiego ze-dwadzieścia może mil kwadratowych, 

otaczające obozowiska Marsjan w Horsell, przez spalone, zrujnowane wioski, między sczerniałymi, 

zeschłymi   kikutami   wczoraj   jeszcze   szumiących   drzew   przemykali   się   ofiarni   zwiadowcy   z 

heliografami, które miały ostrzegać artylerzystów o każdym ruchu Marsjan. Ci jednak pojęli już 

znakomicie działanie naszej artylerii, pojęli niebezpieczeństwo ludzkiej bliskości, toteż podejść 

bliżej niż o milę do któregoś z walców można było tylko za cenę życia.

Wydaje się, że wczesnym popołudniem olbrzymy przeniosły zawartość drugiego i trzeciego 

walca z Adlestone i Pyrfordu do pierwszej swej jamy na polach Horsell. Na wzniesieniu, ponad 

wypalonymi wrzosowiskami i zrujnowanymi budynkami, stanął na warcie jeden, podczas gdy inni 

opuścili   swe   machiny   wojenne   i   zeszli   do   jamy.   Pracowali   tam   zawzięcie   do   późnej   nocy. 

Świadczył o tym piętrzący się nad jamą słup zielonego dymu widoczny wyraźnie z pagórków pod 

Merrow, a nawet, jak mówiono, z Banstead, Epsom i Downs.

background image

Podczas gdy za mymi plecami Marsjanie gotowali się do następnego wypadu, a przede mną 

ludzkość zbierała siły do walki, ja w niewypowiedzianej męce, bólu i trudzie przedzierałem się 

przez ogień i dym płonącego Weybridge ku Londynowi.

Dostrzegłszy   jakieś   porzucone   czółno   płynące   w   dół   rzeki,   zrzuciłem   przemoczone 

zwierzchnie odzienie, dotarłem do łódki i w ten sposób opuściłem teren zagłady. Wioseł w czółnie- 

nie było, toteż grzebiąc w wodzie poparzonymi rękami posuwałem się z wielkim tylko trudem do 

Hallifordu   i   Waltonu.   Oglądałem   się   przy   tym   nieustannie,   co   zresztą   łatwo   chyba   przyjdzie 

czytelnikowi zrozumieć. Wybrałem rzekę, bo wie

działem teraz, że najwięcej szans ocalenia, gdyby potwory pojawiły się znowu, zapewnia 

woda.

Fala wywołana upadkiem Marsjanina tak była gorąca, że przez większą część pierwszej mili 

para całkowicie przesłaniała mi widok brzegów rzeki. Raz tylko, przez krótką chwilę, widziałem 

czarny  sznur   sylwetek   uciekających   polami   od  Weybridge.   Halliford,   jak  mi  się   zdawało,  był 

całkowicie opuszczony, a szereg nadbrzeżnych domków płonęło. Dziwny to był widok- zupełny 

spokój,   zupełna   pustka   pod   upalnym,   błękitnym   niebem   i   tylko   dym   i   płomienie   tańczące   w 

popołudniowym   skwarze.   Nigdy   jeszcze   nie   zdarzyło   mi   się   widzieć   płonących   domów   bez 

zgiełkliwego tłumu gapiów: Nieco dalej tliły się i dymiły suche przybrzeżne szuwary, zaś nie 

skoszonymi jeszcze łąkami posuwała się niepowstrzymanie w głąb lądu krecha ognia,,

Tak bylem obolały i.zmordowany gwałtownością przeżyć, tak straszny panował skwar na 

rzece; 'iż długi czas dawałem bezwalnie nieść się prądowi. W końcu jednak arach przemógł i znów 

zacząłem wiosłować. Na dobitek słońce spiekło mi obnażone plecy, toteż gdy wyłonił się wreszcie 

zza zakrętu most w Waltonie- upał i wyczerpanie przemogły przerażenie. Przybiłem do brzegu i 

śmiertelnie znużony wyciągnąłem się wśród wysokiej trawy. Była może czwarta, może piąta po 

południu. Po chwili podniosłem się, uszedłem z pół mili nie spotykając po drodze żywej duszy i 

znów ległem, tym razem w cieniu żywopłotu. Pamiętam: idąc mówiłem coś półprzytomnie sam do 

siebie. Okropnie chciało mi się pić i gorzko żałowałem, że wypiłem tak mało wody. Ciekawe, że 

zły byłem na żonę; nie potrafię tego objaśnić, lecz winiłem ją za jałowość mych prób powrotu do 

Leatherhead.

Duchowny zjawił się prawdopodobnie w czasie mej drzemki, gdyż nadejścia jego zupełnie 

sobie nie przypominam. Ujrzałem go siedzącego przy mnie, w wybrudzonej sadzami bluzie, z 

wygoloną twarzą wzniesioną w górę, zapatrzonego w migocące na niebie błyski. Niebo pokryte 

było barankami, kłębkami puchowych chmurek zabarwionych leciutkim różem letniego zachodu.

Usiadłem, a ksiądz na odgłos tego ruchu spojrzał pośpiesznie na mnie.

background image

- Nie ma pan wody? - spytałem krótko. .  Zaprzeczył ruchem głowy.

- Dopomina się pan o wodę już od godziny - odrzekł.

Milczeliśmy   przyglądając   się   sobie   badawczo.   Śmiem   twierdzić,   że   wyglądałem   dość 

dziwacznie, nagi do pasa, w mokrych spodniach i skar

petkach, poparzony, umorusany. Jego zaś twarz była wcieleniem słabości. Cofnięta broda, 

kędzierzawe, lniane niemal loki opadające na niskie czoło, dość duże bladoniebieskie bez wyrazu 

oczy. Mówił urywanie, patrząc gdzieś w bok, w próżnię.

- Co to ma znaczyć? - rzekł. - Co to wszystko ma znaczyć? Patrzyłem nań bez słowa.

Wyciągnął białą, wątłą dłoń i zaczął pełnym skargi głosem:

- Dlaczego pozwala się na to? Za jakie grzechy? Wyszedłetń po rannym nabożeństwie w 

pole, by odświeżyć nieco umysł, i nagle ogień,'trzęsienie ziemi, śmierć! Jak Sodoma i Gomora! 

Cała nasza praca zniszczona, cała praca... Kim są ci Marsjanie?

- Kim my jesteśmy? - odparłem ochryple.

Opasał kolana ramionami i znów zwrócił się ku mnie. Długą chwilę patrzał na mnie w 

milczeniu.

- Wyszedłem na spacer, by odświeżyć się nieco - powtórzył - i nagle ogień, trzęsienie ziemi, 

śmierć!

Zamilkł,   skłaniając   głowę   tak   nisko,   iż   brodą   sięgał   niemal   kolan.   Wtem   począł 

wymachiwać ręką. - Cała praca, wszystkie szkoły... Cóżeśmy zawinili? Co zawiniło Weybridge? 

Wszystko zniszczone! Nic nie zostało! Kościół! Odbudowany trzy lata temu! Nie ma! Zmieciony! 

Za co?

Chwila milczenia i znów wybuch - jak u szaleńca.

- Dymy pożarów unosić się będą na wieki wieków! - krzyczał.

Oczy płonęły mu, cienkim palcem wskazywał Weybrigde. Zacząłem pojmować. Straszliwa 

tragedia, jaką przeżył - uszedł najwidoczniej z Weybridge - doprowadziła go niemal do obłędu.

- Daleko stąd do Sunbury`? - zapytałem rzeczowo.

- I cóż mamy czynić? - pytał. - Czy te istoty są wszędzie? Czy całą Ziemię otrzymały we 

władanie?

- Daleko stąd do Sunbury? ,

- Przecież dziś rano odprawiałem jeszcze mszę...

- Od rana zmieniło się wiele rzeczy - odparłem spokojnie. - Proszę się opanować. Nie 

należy tracić nadziei.

- Nadziei!

- Tak. Gorącej nadziei, mimo wszystkich tych zniszczeń!

background image

Zacząłem   wyjaśniać   swój   pogląd   na   sytuację.   Z   początku   słuchał,   w   miarę   jednak   jak 

mówiłem,   zainteresowanie   w   jego   oczach   zmieniało   się   w   poprzednią   bezmyślność.   Odwrócił 

wzrok.

= To początek końca - wykrzyknął nie dając mi dokończyć. - Koniec!

"Wielki, straszliwy dzień Pana! I ludy wzywać będą pagórki i skały, by spadły na nie i 

ukryły je... ukryły przed obliczem Tego, który zasiada na tronie!"

Zacząłem   rozumieć   sytuację.   Zaprzestałem   wypracowanego   rozumowania,   powstałem   i 

pochylając się nad nim oparłem mu dłoń na ramieniu.

- Trzeba, być mężczyzną - wyrzekłem. - Pan jest nieprzytomny ze strachu. Cóż za pożytek z 

religii, jeśli kruszy się ona w obliczu nieszczęścia? Proszę pomyśleć, ile.zła wyrządziły ludzkości 

trzęsienia ziemi, powodzie, wojny, wybuchy wulkanów! Czy panu zdaje się, że Bóg ubezpieczył 

Weybrigde od wypadku? Człowieku, Bóg to nie agent ubezpieczeniowy.

Siedział czas jakiś w bezmyślnym milczeniu.

- I jakże możemy ocaleć? - spytał nagle. - Oni są niedosiężni, oni są bezlitośni...

- Ani jedno, ani prawdopodobnie drugie- odparłem. - Poza tym  im są potężniejsi, tym 

mądrzejsi i ostrożniejsi powinniśmy być my. Jeden z nich zginął, o, tam, niespełna trzy godziny 

temu.

- Zginął! - wykrzyknął rozglądając się dokoła. - Jakże mógł zginąć wysłannik Pana?

-   Widziałem   na   własne   oczy   -   odparłem.   -   Przypadkowo   wpadliśmy   w   sam   gąszcz 

wydarzeń... i to wszystko - zakończyłem.

- Co to za iskry na niebie? '- zapytał urywanie.

Wyjaśniłem, że są to sygnały przesyłane heliografami, znaki na niebie wysiłków i pomocy 

ludzkiej na ziemi.

- Jesteśmy w samym środku - mówiłem. -Choć teraz panuje tu spokój, błyski te zwiastują 

nadchodzącą burzę. Tam, zdaje się, są Marsjanie, a pod Londynem, tam gdzie widać pagórki, koło 

Richmondu i Kingstonu, usypano szańce i ustawiono działa. Niedługo Marsjanie znów nadejdą

Nie skończyłem jeszcze mówić, gdy przerwał mi gestem. - Słyszy pan? - zawołał.

Spoza płaskich pagórków na tamtym brzegu rzeki doszedł nas głuchy huk dalekich dział i 

odległy tajemniczy krzyk. Potem wszystko ucichło. Nad krzakami przemknął hucząc głośno czarny 

trzmiel. Na zachodzie wysoko nad dymami Weybrigde i Sheppertonu, nad płomienną świetnością 

gasnącego słońca zawisł na niebie biały, wąski sierp księżyca.

- Chodźmy lepiej w tamtą stronę -- rzekłem - na północ.

background image

14  W Londynie

Kiedy Marsjanie lądowali w Woking, młodszy mój brat przebywał w Londynie. Studiował 

tam medycynę i, przygotowując się do bliskich już egzaminów, aż do soboty rano nie słyszał nic o 

ich przybyciu. Sobotnie -dzienniki poranne, prócz przydługich artykułów na temat Marsa, życia na 

innych  planetach  i   tak   dalej,   przyniosły   krótką  i   mgliście   sformułowaną,  a   więc  tym   bardziej 

zaskakującą depeszę.

Marsjanie wystraszeni zbliżaniem się tłumu użyli szybkostrzelnego działa i zabili trochę 

ludzi. Tyle mówiła depesza. Kończyła się zaś słowami: "Jakkolwiek Marsjanie wydają się groźni, 

to jednak nie ruszają się ze swej jamy, co więcej, nie są chyba do tego zdolni. Przyczyną tego jest 

prawdopodobnie   względna   wielkość   siły   ziemskiego   ciążenia".   Nad   tą   to   właśnie   tezą 

komentatorzy rozwodzili się w artykułach redakcyjnych najbardziej optymistycznie. 

Rzecż jasna, zaciekawiło to niesłychanie wszystkich studentów katedry biologii, gdzie tego 

właśnie   dnia   brat   miał   zajęcia,  na  ulicach  jednak   nie  można  było   dostrzec   ani   śladu   jakiegoś 

podniecenia.   Wieczorna   prasa   rozdmuchiwała   strzępy   wiadomości   opatrując   je   ogromnymi 

tytułami. Nie mogła jednak podać nic ponad to, że na żwirowisko skierowano oddziały wojskowe i 

że pomiędzy Woking a Weybrigde wybuchł pożar lasu. Tak było aż do ósmej wieczór. Później ST. 

James' Gazette doniosła w dodatku nadzwyczajnym, ber żadnych zresztą komentarzy, o przerwaniu 

linii telegraficznej. Przypuszczano, iż walące  się drzewa uszkodziły przewody. Nocy tej, nocy 

mojej wyprawy do Leatherhead i powrotu do domu, nie nadeszły już żadne dalsze wiadomości o 

walce.

Brat nie martwił się o nas wiedząc z prasy, iż walec spadł o dobre dwie mile od naszego 

domku. Postanowił jednak skoczyć do nas wieczorem, aby- jak.potem mówił'-żobaczyć te stwory, 

zanim zostaną zabite. około czwartej nadał depeszę, która nigdy do mnie nie dotarła, wieczór zaś 

spędził na koncercie.

W   noc   sobotnią   nad   Londynem   także   przeszła   nawałnica,   toteż   mój   brat   na   dworzec 

Waterloo udał się dorożką. Na peronie, z którego zazwyczaj odchodzą nocne pociągi, po dość 

długim wyczekiwaniu dowiedział się, że jakiś wypadek na trasie nie pozwala dostać się tej nocy do 

Woking. Nie zdołał  upewnić się, o jaki  to  wypadek chodziło; prawdę  powiedziawszy,  władze 

kolejowe same jeszcze wówczas dobrze nie wiedziały, co się tam stało. Na dworcu nie było widać 

podniecenia., gdyż kolejarze, przy

background image

puszczając,  że   chodzi   po  prostu   o zwykłe  uszkodzenie  toru  między  Byfleet  a  Woking, 

puszczali pociągi idące normalnie przez Woking - okólną trasą, przez Virginia Water lub przez 

Guildford. Czyniono także niezbędne przygotowania do zmiany tras wycieczek niedzielnych do 

Southampton   i   Portsmouth.   Pewien   nocny   reporter   jednej   z   gazet,   biorąc   mego   brata   za 

zawiadowcę stacji, jako że istotnie był do niego trochę podobny, usiłował po długim czatowaniu 

przeprowadzić   z   nim   wywiad.   Mało   kto   prócz   kolejarzy   kojarzył   sobie   przerwę   w   ruchu   z 

Marsjanami.

W jednym z późniejszych opisów ówczesnych wydarzeń czytałem, iż w niedzielę rano "cały 

Londyn zelektryzowany został wiadomościami z Woking". W rzeczywistości jednak nie działo 

się.tam nic, co mogłoby usprawiedliwić to przesadne twierdzenie. Mnóstwo ludzi w Londynie w 

ogóle   nie   słyszało   o   Marsjanach   aż   do   poniedziałkowej   paniki.   Ci   zaś,   którzy   słyszeli   - 

potrzebowali dość dużo czasu, by pojąć, co kryło się naprawdę za pośpiesznymi, krótkimi słowami 

depesz w niedzielnych dziennikach. Wszak większość mieszkańców Londynu w ogóle nie czyta 

niedzielnej prasy.

Co więcej, nawyk osobistego bezpieczeństwa tak głęboko tkwi w świadomości 

przeciętnego londyńczyka, zaś zadziwiające informacje w gazetach są rzeczą tak zwykłą, iż 

czytał  on bez żadnego  niepokoju:'"Wczoraj, około siódmej wieczór, Marsjanie wydostali  się z 

walca i poruszając się pod osłoną metalowych tarcz zniszczyli całkowicie dworzec w Woking wraz 

z pobliskimi domami oraz rozgromili cały batalion pułku Cardigana.  Bliższe  szczegóły  nie są 

dotychczas  znane. Karabiny maszynowe są  zupełnie bezskuteczne wobec pancerzy używanych 

przez   Marsjan,   działa   zaś   polowe   zostały   przez   nich   obezwładnione.   Szwadron   huzarów 

przecwałował w ucieczce przez Chertsey. Wydaje się, że Marsjanie posuwają się wolno w kierunku 

Chertsey lub Windsoru. W zachodniej części Surrey panuje poważne zaniepokojenie: Prowadzi się 

roboty ziemne, aby powstrzymać marsz Marsjan na Londyn". Tak pisał Suanday Sun, zaś Referee 

w krótkim, zręcznie zredagowanym artykuliku porównywał Marsjan do "dzikich zwierząt, które 

wyrwały się nagle z menażerii i rozbiegły po wiosce".

Nikt   w   Londynie   nie   wiedział   nic   dokładnego   o   uzbrojeniu   Marsjan   i   wciąż   jeszcze 

panowało tu przekonanie, że potwory te są "nieruchawe", że "czołgają się" lub "pełzają z trudem" - 

jak to z początku określały wszystkie niemal doniesienia. Żadna depesza nie pochodziła przecież 

od naocznego świadka ich marszu. W niedzielę redakcje drukowały dodatki nadzwyczajne w miarę 

napływu nowych wiadomości, niektóre zaś nawet i

bez   tego.   Aż   do   późnego   jednak   popołudnia,   kiedy   to   władze   przekazały   agencjom 

prasowym   pierwsze   oficjalne   komunikaty,   gazety   nie   miały   właściwie   dla   swych   czytelników 

background image

żadnych   nowości.   Ograniczały   się   więc   do   drukowania   wiadomości   o   tłumach   mieszkańców 

Walton, Weybridge i okolicy ciągnących wszystkimi drogami do Londynu.

Brat   mój,   dalej   nic   nie   wiedząc   o   wydarzeniach   ubiegłej   nocy,   był   z   rana   w   kaplicy 

szpitalnej Foundling. Tam usłyszał pogłoski o najeździe i uczestniczył w specjalnych modłach o 

pokój. Wychodząc kupił numer Referee. Wiadomości, jakie w nim znalazł, przeraziły go, udał się 

więc   ponownie   na   dworzec   Waterloo,   by   dowiedzieć   się,   czy   jest   już   połączenie   z   Woking. 

Omnibusy, pojazdy, cykliści, nieprzeliczone tłumy odświętnie odzianych przechodniów, wszystko 

to   nie   wydawało   się   wcale   poruszone   dziwnymi   wiadomościami,   wykrzykiwanymi   przez 

gazeciarzy. Owszem, udzie byli zaciekawieni; jeśli zaś niepokoili się, to przede wszystkim o los 

mieszkańców zagrożonych okolic. Na dworcu brat usłyszał po raz pier wszy o przerwaniu linii do 

Windsoru i Chertsey. Tragarze mówili, że z rana nadeszła z Byfleet i Chertsey wiele ważnych 

depesz; lecz napływ ich został nagle przerwany. Brat mój uzyskał od nich jednak bardzo niewiele 

szczegółów. Wiadomości ich ograniczmy się do tego, że "koło Weybrigde biją się".

Ruch   pociągów   był   mocno   zdezorganizowany.   Pod   dworcem   stało   mnóstwo   łudzi 

oczekujących   przyjazdu   znajomych   z   licznych   miejscowości   objętych   siecią   Południowo   - 

Zachodniego  Towarzystwa Linii Kolejowych. Jakiś starszy,  szpakowaty jegomość podszedł  do 

brata i żalił się gorzko na dyrekcję linii. -Będą się jeszcze z tego tłumaczyć! - powtarzał.

Z Richmondu, Putney i Kingstonu nadeszło parę pociągów wypełnionych ludźmi, którzy 

pojechali na łódki i zastali przystanie pozamykane i ogólną atmosferę paniki. Jakiś pan w biało-

niebieskiej marynarce zasypał brata niezwykłymi nowinami.

- Do Kingstonu zjechały całe gromady ludzi wozami, bryczkami, Bóg wie czym jeszcze, z 

pakami, ze wszystkim - opowiadał. - Jechali z Molesey, z Weybridge, z Waltonu i mówili, że w 

Chertsey   słychać   armaty,   gęstą'   kanonadę,   a   jacyś   kawalerzyści   kazali   im   się   czym   prędzej 

wynosić, bo nadchodzą Marsjanie. My też na stacji w Hampton Court słyszeliśmy huk dział, ale 

myśleliśmy,'że to burza. Co to wszystko ma, do licha, znaczyć? Przecież Marsjanie nie potrafią 

wyleźć z jamy, prawda?

Brat nie umiał mu na to nic odpowiedzieć.

Nieco później przekonał się, że nieokreślone uczucie niepokoju, sze

rzyło się również wśród pasażerów kolei podziemnej i że niedzielni wycieczkowicze zaczęli 

powracać tłumnie z poludniowo - zachodnich "płuc" Londynu: z Barnes, z Wimbledonu, z parku w 

Richmond, z Kew i tak dalej, o niezwykle wczesnej porze; nikt jednak nie mógł nic powiedzieć 

oprócz niepewnych plotek. Wszyscy przybywający wydawali się za to bardzo poirytowani.

background image

Około piątej tłum zebranych pod dworcem obiegła niezwykle podniecająca wiadomość. Oto 

uruchomiono połączenie, zawsze prawie zamknięte, pomiędzy stacją Południowo - Wschodnią a 

Południowo   -   za   chodnią   i   skierowano   tam   transportery   wojskowe   załadowane   ogromnymi 

działami i wojskiem. Były to armaty wysłane  z Woolwich i Chatham  dla  ochrony Kingstonu. 

Publiczność wymieniała z żołnierzami dowcipy w rodzaju: "uważajcie, bo was pożrą", "zrobili z 

nas pogromców dzikich zwierząt" i wiele innych. Wkrótce przybył na dworzec oddział policji i 

przystąpił do usuwania tłumu z peronów. Wówczas brat mój wyszedł z innymi na ulicę.

Dzwony kościelne biły na wieczorne nabożeństwo, zaś ulicą Waterloo przemaszerowała 

śpiewając   grupka   dziewcząt   z   Armii   Zbawienia.   Na   moście   gromada   gapiów   przyglądała   się 

płatom   dziwnej,   brązowej   piany   niesionej   prądem   w   dół   rzeki.   Słońce   zachodziło   i   na   tle 

złocistego, przeciętego długimi ukośnymi pasmami purpurowych chmur nieba rysowały się dachy 

Parlamentu   i   wieża   Clock   Tower.   Mówiono   coś   o   topielcach.   Jakiś   człowiek,   rezerwista,   jak 

wynikało z jego słów, opowiadał bratu o widocznych na zachodzie błyskach heliografów.

Na ulicy Wellingtona brat natknął się na kilku obdartusów wybiegających z F`leet Street z 

wilgotnymi jeszcze, prosto z drukarni, gazetami i afiszami. - Straszliwa klęska - wrzeszczeli jeden 

przez   drugiego,   pędząc   jezdnią.   -   Bitwa   pod   Weybridge!   Dokładny   opis!   Marsjanie   odparci! 

Londyn w niebezpieczeństwie! - Za gazetę brat musiał zapłacić trzy pensy.

Wtedy, i dopiero wtedy, zaczął zdawać sobie po trosze sprawę ze straszliwej potęgi tych 

istot. Dowiedział się, że nie są one tylko garstką niezdarnych potworów, że potrafią kierować 

potężnymi mechanizmami, że poruszają się z błyskawiczną szybkością, że zadają niespodziewane 

ciosy, którym nie mogą sprostać najcięższe nawet działa.

Opisywano ich jako "wielkie, podobne do pająków  machiny około stu  stóp wysokości, 

rozwijające   szybkość   pociągu   pośpiesznego  i  wyrzucające  snop  intensywnego  gorąca".  Tereny 

wokół Horsell, a zwłaszcza pomiędzy Woking i Londynem naszpikowane zostały zamaskowanymi 

bateriami.

przede wszystkim artylerią polową. Dostrzeżono pięć machin podążających ku Tamizie, 

jedna z nich dzięki szczęśliwemu trafieniu została zniszczona. Inne działa spudłowały i wszystkie 

je natychmiast unicestwił Snop Gorąca. Wspomniano o ciężkich stratach wśród żołnierzy, ogólny 

jednak ton komunikatu był raczej optymistyczny.

Marsjanie zostali odparci; nie byli niezniszczalni. Wycofali się do wyznaczonego walcami 

koła   ze   środkiem   w   Woking.   Ze   wszystkich   stron   tropili   ich   zwiadowcy   z   heliografami. 

Przewożono pośpiesznie działa z Windsoru, Portsmouth, Aldershot, Woolwich, nawet z Północy.; 

były nawet długie, potężne dziewięćdziesiątki piątki z Woolwich. Ogółem ustawiono z pośpiechem 

background image

na stanowiskach sto szesnaście armat, głównie jako osłonę Londynu. Jak Anglia Anglią, nigdy 

dotąd nie było tak wielkiego i tak szybkiego skoncentrowania narzędzi wojny.

Wyrażano nadzieję, iż każdy następny lądujący walec będzie można natychmiast niszczyć 

pośpiesznie wytwarzanymi i dosyłanymi na plac boju materiałami wybuchowymi. Niewątpliwie, 

głosiło dalej sprawozdanie, sytuację należy określić jako mocno niepewną i jako najpoważniejszą, 

lecz   wzywa   się   ludność,   by   nie   ulegała   panice.   Wprawdzie   Marsjanie   wydają   się   nam 

bezgranicznie obcy i straszliwi, jednak jest ich najwyżej dwudziestu przeciw milionom ludzi.

Władze przypuszczały na podstawie rozmiarów walców, iż w każdym z nich pomieścić się 

mogło co najmniej pięciu Marsjan, czyli razem piętnastu. Co najmniej zaś jeden, a być; może 

więcej,  został   zgładzony.  W  wypadku  niebezpieczeństwa  ludność   zostanie   ostrzeżona  na  czas, 

ponadto   przedsięwzięto   szczegółowo   przemyślane   środki   zabezpieczenia   mieszkańców 

zagrożonych   południowo   -   zachodnich   przedmieść.   Komunikat   kończył   się   ponownymi 

zapewnieniami o bezpieczeństwie Londynu i wezwaniem, by ludność ufała władzom, iż potrafią 

one opanować trudności.

Wszystko   to   wydrukowane   było   ogromnymi   czcionkami   i   najwidoczniej   przed   chwilą 

dopiero, gdyż papier nie zdążył nawet jeszcze wyschnąć. Nie starczyło też widocznie czasu na 

jakiekolwiek komentarze. Zadziwiło brata,  jak mi później opowiadał, że usunięto bez litości z 

numeru wszelkie inne wiadomości, aby zostawić jak najwięcej miejsca dla komunikatu.

Wzdłuż całej ulicy Wellingtona widać było przechodniów czytających i wymachujących 

różowymi płachtami gazet. Strand zaś zapełnił się nagle hałaśliwymi nawoływaniami całej czeredy 

gazeciarzy   pędzącej   w   ślad   za   grupką   swych   obdartych   przywódców.   Ludzie   wyskakiwali   z 

omnibusów, aby tylko zaopatrzyć się w gazetę. Komunikat ten niewątpliwie zaniepo

koił ludzi poważnie, niezależnie od uprzedniej apatii. Żaluzje jednego ze sklepów z mapami 

przy Strandzie zostały podniesione, opowiadał brat, a jakiś jegomość w niedzielnym ubraniu, nie 

zdjąwszy   nawet   rękawiczek   cytrynowej   barwy,   pojawił   się   za   szybą   przyklejając   do   niej   z 

pośpiechem mapę hrabstwa Surrey. '

Idąc tak z gazetą w ręku Strandem do Trafalgar Square, brat ujrzał pierwszych uchodźców z 

zachodniego Surrey. Był to jakiś mężczyzna z  żoną i dwoma chłopcami, jadący na wyładowanym 

gratami zieleniarskim wózku. Jechali od strony mostu Westminsterskiego, a tuż za nimi ciągnął ' 

drabiniasty wóz, na którym znajdowało się pięć czy sześć zamożnych z pozoru osób oraz kilka pak 

i kufrów. Twarze ich były posępne, a cały wygląd raził zdecydowanie na tle odświętnych strojów 

przechodniów.   r   Z   dorożek   przyglądali   się   im   wyelegantowani   spacerowicze.   Uciekinierzy 

przystanęli na placu, jakby niezdecydowani, w którą udać się stronę, i   ostatecznie skręcili na 

background image

wschód, Strandem. W pewnym za nimi oddaleniu ukazał się jadący na staromodnym trzykołowym 

rowerze mężczyzna w roboczym odzieniu. Był brudny i bardzo blady.

Brat   mój   skręcił   do   dworca   Victoria,   gdzie   natknął   się   także   na   wielu     uchodźców 

Nurtowała go myśl, że być może spotka wśród nich i mnie.  Spostrzegł też, że ruch uliczny reguluje 

niezwykle dużo policjantów.  Niektórzy uciekinierzy opowiadali coś pasażerom omnibusów. Ktoś 

zapewniał, iż widział Marsjan na własne oczy. - Kotły na szczudłach, mówię wam, a chodzą jak 

ludzie. - Większość podniecona była i wzbu-  rzona niezwykłymi przygodami. 

Za   Victoria   Station   bary   prowadziły   z   przybyszami   ożywiony   handel:     Na   wszystkich 

narożnikach ulic gromadki ludzi czytały gazety lub rozprawiały z ożywieniem, gapiąc się na tych 

niezwykłych niedzielnych gości. W miarę jak noc gęstniała, napływało ich wciąż więcej i więcej, 

aż w końcu, jak mówił brat, ulice były tak przepełnione, jak główna ulica Epsom w dniu Derby. 

Zagadywał   on   kilkakrotnie   niektórych   uchodźców,    od  większości   jednak   otrzymywał   nic  nie 

mówiące odpowiedzi.

0   Woking   nikt   nie   umiał   nic   powiedzieć,   tylko   jakiś   pan   zapewniał   go,   iż 

miasteczko ?.ostało ubiegłej nocy zrównane z ziemią.

- Idę z Byfleet - odpowiadał. - Wczesnym rankiem przyjechał tam jakiś cyklista i chodząc 

od domu do domu ostrzegał nas i radził uciekać. Potem nadeszli żołnierze. Chodziliśmy patrzeć; na 

południu widać byto chmury dymu - nic, tylko dym i dym, i ani żywego ducha. Od Chertsey "y 

słyszeliśmy armaty,  a z Weybridge  zaczęli nadchodzić  ludzie. Zamknąłem `'  wtedy dom i też 

poszedłem.

Na ulicach panowało ogólne przekonanie, że wszystkiemu winien był rząd, bo nie potrafił 

zawczasu obezwładnić najeźdźców i dopuścił do wszystkich tych kłopotów. , 

Około ósmej wieczorem w całym południowym Londynie słychać było wyraźnie huk dział. 

Wprawdzie duży ruch na głównych ulicach nie pozwalał bratu go słyszeć, wystarczyło jednak 

skręcić w spokojniejsze zaułki, bliżej rzeki, aby natychmiast nieomylnie odróżnić strzelaninę.

Z Westminsteru powrócił brat do swego pokoju przy Regent's Park koła godziny drugiej. 

Martwił   się   o   mnie   bardzo   i   niepokoiła   go   oczywista   już   teraz   powaga   sytuacji;   Umysł   jego 

zaprzątały,   podobnie   jak   mój   w   sobotę,   działania   wojenne.   Myślał   o   wszystkich   tych 

wyczekujących   w   ukryciu   działach,   o   mieszkańcach   wielkiej   połaci   kraju   zmienionych 

niespodziewanie   w   tułaczy   i   usiłował   wyobrazić   sobie   ;,kotły   na   szczudłach"   stustopowej 

wysokości.

Przez   Oxford   Street   i   Marylebone   Road   przejechało   parę   wozów   z   uchodźcami,   lecz 

wiadomości rozchodziły się tak wolno, iż Regent's Street i Portland Road wciąż jeszcze pełne były 

przechadzających się grupkami i gawędzących spokojnie zwykłych niedzielnych spacerowi ozów. 

background image

Alejkami   Regent's   Park   spacerowały   przy   świetle   gazowych   latarni   milczące   pary.   Noc   była 

spokojna   i   trochę   parna,   grzmot   dział   rozlegał   się   nieprzerwanie,   po   dwunastej   zaś   niebo   na 

południu poczęły przecinać błyskawice.

Brat   odczytywał   wielokrotnie   gazetę   obawiając   się   dla   mnie   najgorszego.   Nie   mógł 

usiedzieć na miejscu i po kolacji wyszedł, by powałęsać się bez celu po mieście. Po powrocie na 

próżno usiłował skupić sig nad skryptem. Spać poszedł nieco po północy, a o świcie obudziło go z 

koszmarnych snów walenie w bramę dochodzące z ulicy, tupot nóg, odległe bicie w bębny i dźwięk 

dzwonów. Po suficie tańczyły czerwone błyski. Leżał długą chwilę oszołomiony nie wiedząc,-czy 

to dzień już nasiał, czy też świat nagle oszalał. Wyskoczył wreszcie z łóżka i pobiegł do okna.

Pokój był na poddaszu. Brat, chcąc wyjrzeć, otworzył z hukiem okno. Odpowiedział mu 

echem tuzin innych okien, a w każdym pojawiła -się głowa odziana w czepek lub szlafmycę. Na 

zewnątrz rozlegały  się  pytająca.  okrzyki. Jakiś policjant bił pięścią w bramę i  wykrzykując: - 

Nadchodzą! Marsjanie nadchodzą - pędził do następnej bramy.

W koszarach przy Albany Street grzmiały bębny i trąby, wszystkie zaś okoliczne kościoły 

robiły, co mogły, by gorączkowym, przeraźliwym dźwiękiem dzwonów spędzić z miasta resztki 

snu.   Wszędzie   słychać   było   hałas   otwieranych   w   pośpiechu   drzwi,   a   w   domach   naprzeciwko 

wszędzie

dotychczas ciemne okna rozświetlały się, jedno po drugim, żółtym światłem.

Zza rogu ukazała. się mknąca galopem karoca. Turkot kół, słaby z początku, potężniał pod 

oknami przechodząc w grzmot, potem zamierał wolno w oddali. Tuż za nią goniło kilka dorożek, 

zwiastunów długiej procesji uciekających pojazdów. Wszystko to podążało przeważnie w kierunku 

dworca   Chalk   Farm,   skąd   -   zamiast   jak   zazwyczaj   z   Euston   odchodziły   specjalne   pociągi 

Towarzystwa Północno - Zachodniego.

Brat mój długi czas patrzył w osłupiałym zadziwieniu przez okno, jak policjant dobija się 

do bram i wykrzykuje swe niezrozumiałe posłanie. Potem drzwi jego pokoju otwarły się i stanął w 

nich sąsiad. Miał na sobie tylko koszulę, spodnie i nocne pantofle, szelki zwisały luźno po bokach, 

był rozczochrany; wprost z łóżka.

- Co się dzieje, u diabła? - pytał. - Pali się? Co za piekielne hałasy? Obaj wyglądali oknem 

usiłując dosłyszeć, co wykrzykują policjanci. Z bocznych uliczek wybiegali ludzie i gromadząc się 

na narożnikach rozprawiali o czymś gorączkowo.

- Co to wszystko ma znaczyć, do diabła? -zawołał sąsiad do brata. Brat odkrzyknął coś 

niezrozumiale i począł ubierać się z gorączkowym pośpiechem biegając z każdą częścią odzieży do 

background image

okna;   aby   nie   stracić   nic   z   rosnącego   podniecenia   ulicy.   Nagle   pojawili   się   rozkrzyczani 

sprzedawcy niezwykle dziś wcześnie wydanych gazet:

- Londynowi grozi wytrucie! Opór pod Richmondem i Kingstonem złamany! Straszliwa 

masakra w dolinie Tamizy!

A wszędzie dokoła, w mieszkaniu pod nim, w domach po obu stronach ulicy i w Park 

Terrace, i na stu innych ulicach dzielnicy Marylebone, i na północ w w Kilburn, w St. John's Wood, 

w Hampstead, i na wschód w Shoreditch, i w Highbury, i w Haggeston, i w Hoxton, i dosłownie w 

całym  ogromnym  Londynie   od  Ealing  po   East  Ham   -  ludzie   przecierali   oczy,   otwierali   okna, 

wyglądali na ulicę, zadawali bezsensowne pytania i odziewali się w pośpiechu przy pierwszym 

odgłosie   nadciągającej   nawałnicy   przerażenia.   Był   to   świt   wielkiej   paniki.   Londyn   zasypiając 

beztrosko   w   niedzielę   wieczorem   ocknął   się   wczesnym   rankiem   w   poniedziałek   przepełniony 

żywym poczuciem niebezpieczeństwa.

Gdy brat, nie mogąc dowiedzieć się przez okno, co się właściwie stało, zbiegł na dół i 

wyszedł   na   ulicę   -   pierwsze   promienie   słońca   malowały   właśnie   różem   prześwitujące   między 

dachami niebo. Tłum uciekający końmi i na piechotę gęstniał z każdą chwilą. - Czarny dym! - 

krzyczeli ludzie i znowu: - Czarny dym! - Strach szerzył się jak płomień. Brat,

niezdecydowany,   stał   w   bramie.   Przebiegający   gazeciarz   sprzedał   mu   świeży   numer 

dziennika i popędził dalej zdzierając po szylingu za sztukę groteskowa mieszanina chciwości i 

przerażenia. W gazecie brat wyczytał następujący tragiczny komunikat Naczelnego Dowództwa:

"Marsjanie wyrzucają rakiety napełnione ogromnymi chmurami czarnego 

trującego   oparu.  Zniszczyli   nasze   baterie,  zburzyli   Richmond,   Kingston   i   Wimbledon   i 

zbliżają   się   powoli   do   Londynu   niszcząc   wszystko   po   drodze.   Powstrzymać   ich   niepodobna, 

jedynym środkiem ocalenia przed Czarnym Dymem jest natychmiastowa ucieczka".

Było to wszystko, lecz starczyło i tego. Cała ludność wielkiego; sześciomilionowego miasta 

kotłowała się i wrzała, teraz zaś miała wylać się en masse na północ.

- Czarny Dym! - rozlegało się. - Gore!

Dzwony pobliskiego kościoła jęczały przeraźliwie, jakiś nieostrożnie powożony wóz rozbił 

się wśród krzaków i przekleństw o hydrant uliczny. W domach na przemian zapalały się i gasły 

blade, żółtawe światełka, niektóre dorożki paradowały z zapalonymi latarniami. Tylko niebo było 

coraz jaśniejsze, coraz czystsze, coraz cichsze i spokojniejsze.

W sąsiednich pokojach i na schodach brat słyszał bieganinę i krzyki. Do bramy podeszła 

gospodyni odziana w szlafrok, z zarzuconym na ramiona szalem. Za nią śpieszył, pokrzykując coś, 

mąż.

background image

Gdy groza wydarzeń dotarła wreszcie do świadomości brata, popędził do pokoju, zabrał 

całą posiadaną gotówkę - było tego około dziesięciu funtów - i wybiegł ponownie na ulicę.

15 Co stało się w Surrey

W tym samym czasie, kiedy wikary gadał od rzeczy siedząc ze mną pod żywopłotem na 

łączce   niedaleko   Hallifordu,   a   brat   mój   przyglądał   się   płynącemu   mostem   Westminsterskim 

potokowi uchodźców - Marsjanie rozpoczęli kolejne natarcie. Jeśli można wierzyć późniejszym 

sprzecznym częstokroć sprawozdaniom, większość z nich zajmowała się aż do dziesiątej wieczór 

pośpiesznymi przygotowaniami w jamie pod Horsell, skąd wydobywały się ogromne ilości zielonej 

pary.

Pewne też było, iż trzej Marsjanie wyruszyli już około ósmej. Posuwając się ostrożnie i 

powoli, minęli Byfleet i Pyrford, po czym zdążając ku Ripley i Weybridge pojawili się na tle 

zachodzącego słońca przed przyczajonymi tam bateriami. Marsjanie nie szli zwartym szykiem, lecz 

tyra

lierą, o jakieś półtorej mili jeden od drugiego. W marszu porozumiewali się wyciem o 

zmiennej tonacji, podobnym do głosu syren fabrycznych.

Te   właśnie   wycia,   zmieszane   z   armatnimi   strzałami   pod   Ripley   i   St.   George's   Hill, 

usłyszeliśmy wraz z wikarym w Górnym Hallifordzie, Kanonierzy broniący dostępu do Ripley, 

niedoświadczeni   ochotnicy,   ja:   kimi   nigdy   w   życiu   nie   należało   obsadzać   tak   trudnego   i 

odpowiedzialnego stanowiska, oddali na oślep jedną jedyną, przedwczesną i zupełnie bezskuteczną 

salwę, po czym rzucili się konno i pieszo przez opuszczoną wieś do ucieczki, Marsjanie zaś po 

prostu przestąpili przez porzucone działa nie używając nawet Snopa Gorąca. Krocząc ostrożnie 

dalej stanęli.: znienacka przed armatami ukrytymi w parku Painshill i natychmiast, zniszczyli je.

Załoga wzgórza St. George miała jednak lepszych dowódców, a może była dzielniejsza, w 

każdym razie wydaje się, że ukrycie jej w sosnowym lasku stanowiło dla najbliższego Marsjanina 

prawdziwą niespodziankę. Z dział wymierzono dokładnie jak na poligonie i wypalono z odległości' 

tysiąca jardów.

Pociski wybuchły tuż koło olbrzyma. Ten zrobił jeszcze kilka kroków, zatoczył się i upadł. 

Żołnierze wrzasnęli z radości i z gorączkowym pośpiechem znów załadowali armaty. Obalony 

Marsjanin zawył przeciągle. W odpowiedzi natychmiast pojawił się nad lasem drugi połyskujący 

olbrzym. Wydaje się, że wybuch pocisku uszkodził jedną z nóg trójnoga. Następna salwa nie trafiła 

leżącego Marsjanina, obaj zaś jego sąsie-  dzi natychmiast użyli przeciwko baterii Snopów Gorąca. 

Amunicja poszła w powietrze, sosnowy lasek wokół dział stanął w płomieniach, a z obsługi ocaleli 

tylko ci nieliczni, którzy wcześniej już uciekli i zdążyli , skryć się za szczytem pagórka..

background image

Po   tym,   co   zaszło,   cała   trójka   przystanęła,   by   się   naradzić;   obserwujący   ją   bacznie 

zwiadowcy donieśli, że pozostawała ona bez ruchu dobre pół godziny. Obalony Marsjanin z trudem 

wypełzł z kaptura i wziął się do naprawy trójnoga. Mała jego brązowa postać podobna była z 

oddali do plamki rdzy na lśniącym metalu machiny. Zakończył pracę około dzie wiątej, gdyż o tej 

właśnie porze zwiadowcy zameldowali o ponownym pojawieniu się nad lasem trzeciego kaptura.

Parę minut po dziewiątej do trójki wartowników dołączyli się czterej . następni Marsjanie. 

Uzbrojeni byli w grube czarne rury. Takie same rury wręczyli trzem pozostałym i cała siódemka 

ustawiła   się   półkolem,   w   równych   odstępach,   między   wzgórzem   St.   George,   miasteczkiem 

Weybridge a leżącą na południowy zachód od Ripley wioską Send.

' Zaledwie ruszyli z miejsca, już z pasma ciągnących się przed nimi wzgórz wystrzelił w 

niebo tuzin rakiet ostrzegając przyczajone pod Ditton i Esher baterie. Cztery uzbrojone w czarne 

rury machiny bojowe przeszły  jednocześnie w bród rzekę, zaś  ciemne sylwetki dwóch innych 

ukazały się na tle zachodniego nieba naszym oczom, gdy zmęczony wlokłem się wraz z wikarym 

drogą wiodącą z Halliford na północ. Wydawało się, że suną ponad chmurami, gdyż pola spowite 

były mleczną, zatapiającą olbrzymy powyżej kolan, mgłą.

Wikary krzyknął na ten widok głucho, ochryple i rzucił się do ucieczki. Co do mnie - 

wiedziałem dobrze, że nie ma sensu uciekać przed Marsjanami, że nie zda się to na nic, skręciłem 

więc gwałtownie w bok i pełznąc  wśród wilgotnych od rosy pokrzyw  i ostów ukryłem się w 

głębokim rowie przydrożnym. Wikary obejrzał się i widząc, co robię, zawrócił w moją stronę.

Obaj Marsjanie przystanęli. Bliższy zwrócony był ku Sunbury, odleglejszy zaś, podobny do 

szarej plamy na tle wieczornej gwiazdy, w drugą stronę, ku Staines.

Ryki,   jakie   wydawali   od   czasu   do   czasu,   ustały.   Stanowiska   rozrzucone   ogromnym 

półksiężycem   wokół   walców   zajęte   zostały   w   głębokim   milczeniu.   Półksiężyc   ten   mierzył   od 

krańca do krańca ze dwanaście mil. Nigdy chyba jeszcze, od dnia kiedy wynaleziono proch, żadna 

bitwa   nie  zaczynała   się   tak   cicho.  I   nam,   i   obserwatorom   od  Ripley   mogło   wydawać   się,   że 

jedynymi władcami nocnych ciemności, rozświetlanych wąziutkim sierpem księżyca, gwiazdami, 

zamierającą poświatą dnia i czerwoną łuną płonących w dali lasów byli groźni przybysze z Marsa.

Zwrócone   zaś   ku   półksiężycowi,   pod   Staines   i   pod   Hounslow,   pod   Ditton   i   Esher,   i 

Ockham, na lesistych pagórkach południowego brzegu rzeki i pośród rozległych nizinnych łąk na 

północ od niej, wszędzie gdzie tylko kępka drzew  czy wiejska chałupa zapewniała jakie takie 

ukrycie, czyhały na nich armaty. Gdy sypiąc deszczem iskier i ginąc w nocnych ciemnościach 

wzbijały się sygnałowe race- napięcie wyczekiwania przy bateriach wzrosło jeszcze bardziej. Dość 

było jednego kroku Marsjan w polu ognia, by znieruchomiałe czarne sylwetki ludzkie i połyskujące 

w wieczornym mroku paszcze dział rozszalały się burzliwą wściekłością walki.

background image

Bez wątpienia tysiące czuwających umysłów nurtowała na równi z moim jedna uporczywa 

myśl - jak dalece oni nas pojmują? Czy zrozumieli, że jesteśmy w swej mnogości zorganizowani, 

zdyscyplinowani, że potrafimy współdziałać ze sobą? Czy też patrzyli na nasze nawały ogniowe, 

na kąśliwe wybuchy naszych pocisków, na nieustanne oblężenie ich

obozowiska, jak my patrzymy na gniewną jedność pszczelich ataków obronie niszczonego 

ula? Czy łudzili się, że potrafią nas wytępić? (Nikt przecież nie wiedział jeszcze wtedy, czym 

żywią się Marsjanie.) Kiedy patrzyłem na olbrzymią postać wartownika, umysł mój kipiał setką 

takich wątpliwości. Wyczuwałem podświadomie, że na drodze między nami a Londynem czekają 

w ukryciu wielkie, potężne siły. Czy przygotowano

  zasadzki?   Czy   pracuje   wytwórnia   prochu   w   Hounslow?   Czy   nie   zabraknie   męstwa 

londyńczykom, by z potężnego morza swych domostw uczynić drugą, większą jeszcze Moskwę?

Wreszcie   po   nieskończenie,   jak   się   zdawało,   długim   czasie   doszedł   nas,   skulonych, 

wypatrujących, dźwięk podobny de odległego huku działa. Potem następny bliżej i znów następny. 

W końcu stojący koło  nas  Marsjanin podniósł  wysoko  rurę  i wypalił z  niej jak ze  strzelby  z 

grzmotem, od którego zadrżała ziemia. Zawtórował mu kompan stojący pod Staines. Nie było przy 

tym   żadnego   błysku   ani   dymu,   tylko   głuchy   wybuch.   Tak   podnieciły   mnie   te   głośne,   szybko 

następujące po sobie wystrzały,

że zapomniałem zupełnie o bezpieczeństwie, o poparzonych dłoniach i przedarłem się przez 

krzewy, by widzieć, co stanie się z Sanbury. W tej samej chwili rozległ się następny grzmot i 

ogromny pocisk przemknął nad naszymi głowami ku Hounslow. Spodziewałem się dostrzec ogień, 

a przynajmniej dym wybuchu czy jakiś inny ślad jego działania, tymczasem nie ujrzałem nic prócz 

granatowego nieba, jednej jedynej gwiazdki i ławicy białej mgły ścielącej się szeroką i cienką 

smugą. Nie słyszałem żadnego y wybuchu. Zapanowała przedłużająca się z minuty na minutę cisza.

- Co to było? - zapytał wikary stojąc koło mnie. - Bóg jeden wie! - odrzekłem.

Obok przemknął nietoperz i znikł w ciemnościach. W dali rozległ się zgiełk, krzyki, potem 

wszystko nagle ucichło. Spojrzałem na Marsjanina i dostrzegłem, jak ruszył posuwiście brzegiem 

rzeki na wschód.

Czekałem na ogień ukrytych tam baterii, nic jednak nie zakłóciło wieczornej ciszy. Postać 

Marsjanina malała w oddaleniu, aż roztopiła się 'i' wreszcie we mgle i gęstniejącej nocy. Pchnięci 

tą samą siłą wspięliśmy się wyżej. Nad Sunbury pojawiło się coś ciemnego, jakby wyrósł tam nagle 

stożek górski przesłaniający widok na dalszą okolicę. Dalej, za rzeką, koło Walton, dostrzegliśmy 

drugą taką górę. Obie o opadały rozszerząc się w oczach.

Tknięty nagłą myślą spojrzałem na północ. Tam także wznosił się taki sam mglisty pagórek.

background image

Było zupełnie cicho. Tylko bardzo daleko na południowych wschodzie,

jakby dla podkreślenia tej ciszy, rozległo się pohukiwanie Marsjan, później 

zaś znów wstrząsnęły powietrzem odległe grzmoty ich strzałów. Lecz ziemska artyleria nie 

odpowiadała.

Nie   pojmowaliśmy   jeszcze   wówczas   tego,   co   się   stało;   później   dopiero   zrozumiałem 

znaczenie   złowróżbnych   czarnych   wzgórz   pojawiających   się   w   mroku.   Każdy   z   Marsjan 

ustawionych, jak już mówiłem, w półksiężyc wyrzucił z rury na dany znak wielki zbiornik mierząc 

w znajdujące się przed nim wzgórza, kępy drzew, zabudowania, w każde jednym słowem ukryte 

działo. Niektórzy oddali tylko jeden strzał, inni dwa, jak ten, którego myśmy obserwowali; stojący 

pod Ripley, jak mówiono, wystrzelił aż pięć pocisków. Zbiorniki te nie wybuchały, lecz rozbijały 

się   przy   zderzeniu   z   ziemią   i   wyrzucały   gwałtownie   ogromne   ilości   kłębiącego   się,   gęstego, 

atramentowego   oparu   wzbijającego   się   potężną   chmurą   w   górę.   Po   chwili   chmura   opadała 

rozpościerając się na całą okolicę. Zetknięcie się z oparem, wciągnięcie-do płuc tej mgły gryzącej 

przyprawiało o śmierć wszystko, co oddycha.

Oparł był ciężki, cięższy od najgęstszego dymu, tak że po gwałtownym wydostaniu się ze 

zbiornika i rozprężeniu w atmosferze opadał powoli i rozpływał się po ziemi, podobniejszy w tym 

do cieczy raczej niż do gazu. Spływał z pagórków, wypełniając doliny, rowy i łożyska potoków, 

podobnie   jak   czyni   to   uchodzący   ze   szczelin   wulkanicznych   kwas   węglowy.   W   miejscu   jego 

zetknięcia się z wodą następowała reakcja chemiczna i powierzchnia wody pokrywała się pienistą 

warstwą,   opadającą   wolno   na   dno,   by   ustąpić   miejsca   następnej.   Piana   ta   była   całkowicie 

nierozpuszczalna, co najdziwniejsze zaś, jeśli weźmie się pod uwagę zabójczą szybkość działania 

gazu, przefiltrowana woda była  zupełnie nieszkodliwa. Opar nie rozpraszał  się, jak zwykły to 

czynić gazy, lecz utrzymywał się zwartymi ławicami spływając powoli po stokach wzgórz lub 

ustępując niechętnie przed podmuchami wiatru. Wiązał się też powoli z wilgocią atmosferyczną i 

opadał na ziemię w postaci pyłu. Prócz tego, że w skład jego wchodził .nieznany pierwiastek, 

dający   w   niebieskim   polu   widma   cztery   linie   -   do   dziś   dnia   nie   wiemy   nic   o   innych   jego 

właściwościach.

W miarę opadania kłębiących się wzniesień czarny dym tak ściśle przywierał do ziemi, że 

zanim   jeszcze   osiadł   zupełnie,   można   było   schronić   się   przed   zatruciem   na   wysokości 

pięćdziesięciu stóp, na dachach, na górnych piętrach domów, na wierzchołkach wysokich drzew. 

Stwierdzono to zresztą tej właśnie nocy w Cobham i Ditton.

Jeden z ocalałych opowiadał dziwy, jak przyglądał się z wieży kościel

background image

nej zjawom domków wynurzających się z atramentowej nicości. Przesiedział na niej półtora 

dnia, osłabły, wygłodniały, prażony słońcem, widząc najpierw tylko błękit nieba i aksamitną czerń 

rozpościerającą się aż po odległe wzgórza. Tu i ówdzie przezierały z niej czerwone dachy i zielone 

czubki drzew, później dopiero poczęły z wolna wyłaniać się okryte jakby czarnym szronem krzaki, 

zabudowania, mury i bramy.

Było   to   w   Cobham,   gdzie   opar   unosił   się   swobodnie   w   powietrzu,   dopóki   nie   opadł 

samorzutnie na ziemię. Z reguły jednak Marsjanie oczyszczali powietrze z gazu, gdy spełnił już 

swe zadanie, kierując nań strumień przegrzanej pary. Tak właśnie postąpili z chmurami oparu w 

pobliżu nas. Przyglądaliśmy się temu w świetle gwiazd z okna pustego domu, po powrocie do 

górnego Hallifordu. Widzieliśmy stamtąd reflektory z Richmondu i Kingstonu, migające tu i tam, 

koło   jedenastej   zabrzęczały   szyby   i   rozległ   się   grzmot   ciężkich   fortecznych   dział.   Biły   one 

nieprzerwanie przez kwadrans wysyłając pocisk za pociskiem na oślep, w niewidocznych Marsjan 

pod Hampton i Ditton, potem zaś blade strumyczki światła elektrycznego zgasły ustępując miejsca 

jasnoczerwonej łunie.

A potem spadł czwarty walec, zielono lśniący meteor, jak się później dowiedziałem, w 

parku Bushey. Zanim jeszcze zagrały działa na wzgórzach Richmondu i Kingstonu, gdzieś daleko, 

na południowym zachodzie, słychać było gęstą kanonadę. Prowadzili ją; jak sądzę, strzelający na 

chybił trafił artylerzyści, zanim nie rozprawił się z nimi czarny opar.

Tak oto, posługując się nim metodycznie jak ludzie podkurzający gniazdo os, Marsjanie 

pokryli tym dziwnym duszącym oparem cały kraj aż po Londyn. Rogi półksiężyca rozchodziły się 

z wolna, aż zmienił się on wreszcie w linię prostą od Hanwell do Coombe i Malden. Jak noc długa 

niszczące rury posuwały się naprzód. Ani razu już, od obalenia Marsjanina pod St. George's Hill, 

nie   pozostawili   oni   naszej   artylerii   cienia   nawet   możliwości.   Wszędzie,   gdzie   tylko   było 

prawdopodobieństwo ukrycia wymierzonego przeciw nim działa - spadł nowy zbiornik czarnego 

oparu, tam zaś gdzie stanowiska armat były odkryte, rozprawiał się z nimi Snop Gorąca.

Przed północą płonące drzewa na stokach Richmondu i łuna Kingstonu oświetlały sieć 

stożków Czarnego Dymu, pokrywającą jak okiem sięgnąć całą dolinę Tamizy. Brodzili w niej 

wolno dwaj Marsjanie, kierując to tu, to tam syczące strumienie pary.

Nocy tej oszczędzali oni widocznie Snopa Gorąca; być może mieli ograniczony tylko zapas 

surowca do jego wytwarzania, a może nie chcieli

niszczyć   kraju,   poprzestając   na   zastraszeniu   tylko   i   zgnieceniu   oporu.   Cel   ten   zresztą 

osiągnęli w zupełności. W niedzielną noc ustało wszelkie zorganizowane przeciwdziałanie ruchom 

Marsjan. Przekonano się,że żadna broń ziemska nie mogła im dotrzymać pola, że jakakolwiek 

próba walki z nimi była beznadziejna. Nawet załogi wysłanych w górę Tamizy, ze względu na 

background image

szybkostrzelność, torpedowców i niszczycieli odmówiły lądowania, zbuntowały się i odpłynęły z 

powrotem. Jedyne działania bojowe, na jakie ludzie odważyli się jeszcze po tej nieszczęsnej nocy, 

polegały  na minowaniu dostępu do  Londynu i kopaniu wilczych dołów, ale nawet i one były 

dorywcze tylko i zupełnie żywiołowe.

Można bez trudu wyobrazić sobie los baterii przyczajonych w mroku pod Esher. Nikt tam 

nie  ocalał.  Można  wyobrazić  sobie,  jak w  ciszy  wieczoru stoją w   ordynku  gotowe  do  strzału 

obsługi z czujnymi oficerami na czele, jak leżą przygotowane pod ręką stosy amunicji, jak jezdni 

trzymają   konię,   a   gromadki   ciekawych   cywilów   przysuwają   się   możliwie   jak   najbliżej.   Gdy 

rozległy   się   huki   pierwszych   oddanych   przez   Marsjan   wystrzałów   i   wirujące   w   locie   ponad 

drzewami i dachami niezdarne pociski zaczęły rozbijać się na sąsiednich polach - ambulansy i 

namioty szpitalne pełne były poparzonych i pokaleczonych uciekinierów z Weybridge.

Nietrudno   wyobrazić   sobie,   jak   uwaga   wszystkich   skupia   się   nagle   na   kłębiącym   się 

czarnymi   kręgami   i   wybrzuszeniami,   podpełzającym   coraz   bliżej,   piętrzącym   się   pod   niebo, 

zmieniającym półmrok w dotykalną niemal ciemność, dziwnym i straszliwym oparze. Można sobie 

wyobrazić, jak rzuca się on na swe ofiary, na ledwie widoczne w mroku sylwetki ludzi i koni. 

Można sobie wyobrazić  bieganinę, jęki, okrzyki przerażenia, porzucone armaty, walące  się na 

ziemię ciała ludzi duszących się w konwulsjach. A potem już tylko noc i cisza, i bezgłośny całun 

nieprzeniknionego   oparu   okrywający   martwych.   0   świcie   Czarny   Opar   przelewał   się   ulicami 

Richmondu, zaś rozkładający się organizm państwowy czynił ostatnie wysiłki, by powiadomić 

mieszkańców Londynu o konieczności ucieczki.

16 Ucieczka z Londynu

Łatwo pojąć burzliwą falę przerażenia przewalającą się poniedziałkowym rankiem przez 

największe miasto świata. Strumień ucieczki przeradzał się w powódź, zalewał spienionym wirem 

dworce kolejowe, piętrzył się

straszliwą kipielą wokół przystani na Tamizie, by ruszyć w końcu wszelkimi możliwymi 

kanałami   na   północ   i   na   wschód.   0   dziesiątej   policja,   v   południe   zaś   koleje   straciły   swą 

dotychczasową spoistość i sprawność, uległy i rozpłynęły się bez śladu w topniejącym porządku 

społecznym.

Wszystkie linie kolejowe na północnym brzegu Tamizy oraz ludność dzielnic leżących na 

południowy wschód od Cannon Street zostały ostrzeżanejuż w niedzielę o północy, toteż od drugiej 

nad ranem pociągi odchodziły przepełnione, a ludzie walczyli dziko o każde miejsce w wagonie. 0 

trzeciej   ludzie   tłoczyli   się   i   tratowali   nawet   na   ulicach   Bishopsgate.   0   kilkaset   jardów   od 

background image

liverpoolskiego   dworca   strzelano   z   rewolwerów,   kłuto   się   nożami,   a   rozwścieczeni   policjanci 

rozbijali pałkami głowy tych, do których ochrany byli przecież powołani.

W   ciągu   dnia.   w   miarę   jak   maszyniści   i   palacze   odnawiali   powrotu   do   Londynu,   pęd 

ucieczki   odciągał   od   dworców   rosnące   nieustannie   rzesze,   kierując   je   w   biegnące   na   północ 

gościńce. W południe w Barnes ukazał się Marsjanin i opadająca powali chmura czarnego oparu 

poczęła suną wzdłuż Tamizy, przez pola Lambeth, odcinając ślimaczym ruchem wszelkie drogi 

ucieczki przez mosty.

Druga taka chmura rozlała się po Ealing, okalając wzgórza Castle jak wysepkę z ocalałymi 

wprawdzie, lecz odciętymi od świata ludźmi.

Po bezowocnej walce o miejsce w pociągu linii Północno - Wschodniego Towarzystwa na 

stacji Chalk Farm, gdzie parowóz, ciągnąc nabite ludźmi wagony, przeorywał się dosłownie przez 

rozwrzeszczany   tłum,   zaś   tuzin   tęgich   chłopów   ochraniał   z   wysiłkiem   maszynistę   przed 

zmiażdżeniem   o   własny   jego   kocioł,   brat   mój   wydostał   się   na   drogę,   przedarł   się   przez   rój 

pędzących pojazdów i trafił szczęśliwie, jako jeden z pierwszych, na dopiero co rozbity sklep z 

bicyklami. Przebił co prawda przednią oponę, wyciągając pojazd przez okno wystawowe, wsiadł 

nań jednak i odjechał nie odnosząc żadnych, prócz lekkiego skaleczenia napięstka, obrażeń. Stroma 

drożyna   wiodąca   wzgórzem   Haverstock   była   nie   do   przebycia,   gdyż   przegradzały   ją   cielska 

padłych koni, toteż brat udał się gościńcem do Belsize.

Uszedł w ten sposób wściekłej panice i skręcając drogą do Edgware, dotarł około siódmej 

do tego miasteczka, głodny i zmęczony, jednak wyprzedzając znacznie cały tłum. Na przydrożnych 

ścieżkach   pełno   było   miejscowych   gapiów.   Brata   prześcignęło   tylko   kilku   cyklistów,   paru 

jeźdźców i dwa samochody. 0 milę przed Edgware rozleciało się jedno z kół i bicykl trzeba było 

porzucić. Brat zostawił go przy drodze i pobrnął przez miasteczko na piechotę. Drzwi sklepów przy 

głównej ulicy byty

pouchylane, a ludzie tłoczyli się na jezdni, w drzwiach i oknach domów, przyglądając się ze 

zdziwieniem   rozpoczynającemu   się   właśnie   niezwykłemu   pochodowi   uciekinierów.   W   oberży 

udało się bratu dosiać trochę żywności.

Nie   wiedząc,   co   dalej   począć   ze   sobą,   pozostawał   czas   jakiś   w   Edgware.   Liczba 

uciekających wzrastała nieustannie. Widać było, iż wielu z nich ma chętkę, jak mój brat, pozostać 

w miasteczku. 0 najeźdźcach z Marsa nie było żadnych nowin.

Szosą  szło  już  wówczas   wiele  łudzi,  tłoku  jednak  na niej jeszcze   nie było.  Większość 

uciekinierów jechała dotąd na bicyklach, kiedy jednak pojawiły się samochody, powozy i bryczki, 

nad gościńcem do St. Albans zawisły gęste chmury kurzu. .

background image

Brat mój wspomniał widocznie przyjaciół mieszkających w Chelmslord, gdyż skierował 

kroki w cichy zaułek wiodący na wschód. Po drodze przebył kładkę i dalej kroczył ścieżką wśród 

pól na północny wschód, Mijał liczne rozsiane chaty i wioseczki o nie znanych mu nazwach. Nie 

napotkał tu zbyt wielu uciekinierów, aż dopiero na polnej drodze wiodą cej do górnego Barnet 

natknął się na dwie panie, które stały się odtąd jego towarzyszkami podróży. Natknął się zaś w sam 

czas, aby je wyratować z opresji. Usłyszał jakieś krzyki i wybiegając zza węgła ujrzał dwóch 

mężczyzn usiłujących ściągnąć je przemocą z zaprzężonej w kucyka bryczuszki, podczas gdy trzeci 

z trudem przytrzymywał łeb wystraszonego zwierzęcia. Jedna z kobiet, niższa, odziana w białą 

suknię, krzyczała tylko. druga natomiast, smagła, wysmukła, chłostała batem ciągnącego ją za 

ramię napastnika,

Brat mój od razu pojął, co się święci, i popędził z krzykiem ku miejscu walki, a wówczas 

jeden z mężczyzn porzucił wózek i zwrócił się ku niemu. Brat poznał po minie przeciwnika, że 

bójka jest nieunikniona, będąc zaś doświadczonym bokserem dopadł go i zwalił jednym ciosem 

pod koła wózka. Nie było czasu na pięściarską rycerskość, toteż dodał mu kopniaka, po czym 

chwycił za kołnierz łotra wyciągającego z bryczuszki smukłą dziewczynę. Równocześnie usłyszał 

stuk podków, bicz chlasnął go po twarzy, trzeci przeciwnik wyrżnął go pięścią między oczy, zaś 

trzymany za kołnierz obwieś wyrwał się i popędzie w stronę, z której nadszedł właśnie brat.

Na   poły   ogłuszony   brat   mój  znalazł   się   twarz   w   twarz   z   mężczyzną   przytrzymującym 

dotychczas kucyka, dojrzał też, jak oddalał się podskakując po wybojach powozik z oglądającymi 

się co chwila wystraszonymi kobietami. Stojący przed nimi krzepki drab rzucił się na brata, ten 

jednak

powstrzymał go potężnym ciosem w szczękę. Natychmiast też, zdając sobie sprawę, że jest 

osamotniony, odwrócił się i pognał za oddalającym się powozikiem. Tuż za nim pędził drab, nieco 

dalej zaś sunął trzeci napastnik, który zdążył już tymczasem powrócić.

Wtem brat potknął się i rozciągnął jak długi; przez niego przewrócił się jego prześladowca. 

Gdy brat zerwał się - stało przed nim już znów dwóch złoczyńców. Niewielkie miałby przeciw nim 

szanse, gdyby dzielna smagła dziewczyna nie wróciła, by przyjść mu z pomocą. Okazała się, że 

przez cały ten czas miała rewolwer, jednak w chwili napaści był on ukryty pad siedzeniem bryczki. 

Teraz wypaliła zeń z odległości sześciu maże jardów, o mały co prawda włos nie trafiając w brata. 

Tchórzliwszy z napastników znów rzucił się do ucieczki, kamrat zaś jego, przeklinając tchórza, 

pobiegł   za   nim.  Obaj   przystanęli,   widoczni   z   dała,   nad   leżącym   wciąż   jeszcze   nieprzytomnie 

trzecim łotrem.

- Niech pan weźmie - rzekła dziewczyna podając bratu rewolwer.

background image

- Proszę wracać da bryczki - odparł brat ocierając krew z rozciętej wargi.

Odwróciła się bez słowa, zdyszani byli oboje, po czym razem już poszli ku pani w bieli 

usiłującej powstrzymać rwącego kucyka. Rabusie mieli już widocznie dosyć, kiedy bowiem brat 

spojrzał ponownie w ich stronę dostrzegł, jak się oddalali.

- Ja także wsiądę - rzekł brat - jeśli panie pozwolą - i wskoczył na wolne miejsce na koźle. 

Dziewczyna spojrzała nań z ukosa.

- Proszę dać mi lejce - powiedziała i zacięła biczem kucyka. Jeszcze chwila i trzej bandyci 

znikli za zakrętem.

Tak   oto,   zupełnie   nieoczekiwanie,   brat   mój,   zasapany,   z   rozplataną   wargą,   skaleczoną 

szczęką i poobijanymi da  krwi pięściami, znalazł  się  wraz z dwiema kobietami  w bryczuszce 

podążającej nieznaną drogą. Dowiedział się, iż jedna z nich jest żoną, a druga, młodsza, siostrą 

lekarza ze Stanmore, wezwanego wczesnym rankiem da ciężko chorega w Pinner. Na jednej ze 

stacji kolejowych doktor dowiedział się o natarciu Marsjan, wrócił czym prędzej do domu, obudził 

obie   panie   (służąca   odeszła   akurat   dwa   dni   temu),   zapakował   nieco   żywności,   schował   pod 

siedzenie pistolet - bardzo szczęśliwie dla brata - i kazał im jechać do Edgware myśląc, że uda im 

się tam dostać do pociągu. Sam pozostał, by obudzić sąsiadów; obiecując dopędzić je najdalej a 

wpół do piątej rano, mima jednak iż dochodziła już dziewiąta, nie zjawił się jeszcze. W Edgware 

nie mogły czekać nań przy głównej ulicy, gdyż ruch wzrastał  nieustannie, toteż skręciły w tę 

właśnie boczną uliczkę.

Całą tę historię opowiedziały bratu memu urywkami, po drodze do Nowego Bagnet, gdzie 

znów przystanęli na chwilę. Aby dodać paniom otuchy, brat obiecał pozostać z nimi przynajmniej 

do chwili, aż postanowią, co robić dalej, lub aż pojawi się nieobecny doktor. Przechwalał się też, że 

włada świetnie pistoletem, choć broń ta była mu zupełnie obca. Rozbili przy szosie coś w rodzaju 

biwaku, przede wszystkim ku wielkiej uciesze kucyka. Tu z kolei brat opowiedział towarzyszkom 

o   ucieczce   z   Londynu,   jak   również   a   wszystkim,   czego   dowiedział   się   o   Marsjanach   i   ich 

zachowaniu.   Słońce   wzbijało   się   coraz   wyżej.   Rozmowa   wygasła,   pozostał   niemiły   nastrój 

wyczekiwania. Brat starał się uzyskać od nielicznych mijających ich podróżnych jak najwięcej 

wiadomości.   Każda   jednak   pośpieszna   odpowiedź   pogłębiała   tylko   wrażenie   wielkiego 

nieszczęścia, jakie spadła na ludzkość, pogłębiała pewność, że dalsza, i to niezwłoczna, ucieczka 

jest koniecznością. Brat starał się przekonać o tym obie panie.

-   Mamy   pieniądze   -   oświadczyła   smukła   panna   i   zawahała   się.   Oczy   jej   napotkały 

spojrzenie brata i wahanie znikło.

- I ja mam - odparł brat.

background image

Wtedy wyjaśniła, że prócz pięciofuntowego banknotu mają trzydzieści funtów w złocie. 

Zaproponowała też, aby spróbować dostać  się z tym do pociągu w St. Albans lub w Nowym 

Barnet. Zdaniem brata było to jednak beznadziejne. Widział on już przecież szał, jaki ogarnął 

londyńczyków na dworcach i w pociągach, toteż upierał się, aby pojechać przez Essex do Harwich, 

a stamtąd morzem ujść w ogóle z kraju.

Pani Elphinstone, takie bowiem nazwisko nosiła biało odziana dama, nie chciała o niczym 

słyszeć   i   powtarzała   tylko   bez   ustanku:   -Jureczku,   Jureczku!   -   szwagierka   jej   natomiast 

zachowywała się nad wyraz spokojnie i rozważnie, zgodziła się też wreszcie na pomysł mego brata. 

Podążyli więc ku Barnet zamierzając przeciąć tam wielki trakt północny. Brat prowadził kucyka, a 

sam szedł obok piechotą, gdyż zwierzę należało jak najbardziej oszczędzać.

Im wyżej wznosiło się słańce, tym dzień stawał się upalniejszy. Gruby biały piach pad 

stopami palił i oślepiał. Posuwali się niezmiernie wolno. Żywopłoty szare były od kurzu. Im bliżej 

Barnet - tym głośniejszy stawał się burzliwy pomruk tłumu.

Ludzi napotykali coraz więcej. Zmordowani, posępni, brudni szli wpatrzeni przed siebie i 

mruczeli coś niezrozumiale. Jakiś jegomość odziany w strój wieczorowy szedł pieszo z oczami 

utkwionymi   w   ziemię.   Głos   jego   Słychać   była   z   daleka,   jedną   rękę   wplątał   we  włosy,   drugą 

wymachiwał,

jakby bijąc przed sobą kogoś niewidzialnego. Potem atak wściekłości .' minął, on zaś szedł 

dalej nie oglądając się na nikogo.

Zbliżywszy się do skrzyżowania, na południe od Barnet, brat ujrzał nadchodzącą polami 

kobietę z dwojgiem dzieci. Na ręku dźwigała trzecie. Potem minął ich brudny, czarno odziany 

mężczyzna z grubą laską w jednej, z niewielką walizką w drugiej ręce. Dalej, u wylotu zaułka, 

pomiędzy   obrzeżającymi   go   willami,   ukazał   się   kary   spocony   koń   ciągnący   nieduży   wózek. 

Powoził   blady,   szary   od   kurzu   młodzieniec   w   meloniku.   Na   wózku   siedziały   stłoczone   trzy 

dziewczyny wyglądające na robotnice z East-Endu i kilkoro małych dzieci.

- Objadziem tom drogom Edgware?- pytał dzikooki, wyblakły woźnica; gdy brat wyjaśnił, 

że należy w tym celu skręcić w lewo - zaciął konia i odjechał bez słowa podzięki.

Brat mój dostrzegł bladoszary dym czy mgłę unoszącą się między '' domami i przesłaniającą 

jakby welonem białe ściany will ze szosą. Pani , Elphinstone krzyknęła nagle na widok dymu i 

języków płomienia tańczą-' tych na tle gorącego błękitnego nieba po dachach pobliskich domów. 

Zgiełk   gościńca   zmienił   się   teraz   w   nieskładną   mieszaninę   ludzkich   gło-   sów,   turkotu   kół, 

skrzypienia wozów i stukotu kopyt. 0 jakieś pięćdziesiąt jardów od skrzyżowania zaułek skręcał 

ostro ku szosie.

background image

- Boże drogi, dokąd pan nas wiezie? - krzyknęła pani Elphinstone. Brat zatrzymał kucka.,

Szosa wyglądała jak wrzący ludzki potok, jakby burzliwa rzeka pędząca niepowstrzymanie 

na północ. Kurz zalegający gęstą, białą, połyskującą w słońcu ławicą rozmazywał i czynił wszystko 

szarym i niewyraźnym co najmniej do wysokości dwudziestu stóp. Ławicę tę zasilały coraz to 

nowe   tumany   wzbijane   nogami   śpieszących   gęstym   tłumem   ludzi   i   koni   i   kołami   pojazdów 

wszelkich możliwych gatunków i typów.

- Z drogi! - rozległy się okrzyki. - Z drogi!

Wylot zaułka na szosę wyglądał jak wjazd do dymiącego pieca. Tłum huczał jak ogień, 

gorący zaś kurz gryzł jak dym. Nieco dalej w górę szosy rzeczywiście płonęła willa i buchający 

kłębami na drogę czarny dym jeszcze bardziej wzmagał zamieszanie.

Przeszło dwóch mężczyzn, za nimi zakurzona kobieta dźwigająca z łkaniem ciężki tobół. 

Jakiś zbłąkany pies z wywieszonym językiem krążył niepewnie wokół wózka, wystraszony, dopóki 

brat nie odpędził go precz.

W prawo od willi, w stronę Londynu, droga zmieniła się, jak okiem sięgnąć, w jeden wielki, 

zamknięty po brzegi dwoma rzędami domów

strumień brudnych, śpieszących się ludzi; coraz wyraźniej widoczne w miarę zbliżania się 

do zakrętu czarne głowy i stłoczone ciała roztapiały się w pośpiesznie oddalającej się masie, ginęły 

tonąc w chmurach kurzu.

- Dalej! Dalej! - krzyczał tłum. - Z drogi! Z drogi!

Idący z tyłu wpierali ręce w plecy poprzedników. Brat stał i patrzył trzymając kucyka przy 

pysku. Po chwili, wsysany bezpowrotnie potokiem ludzi począł posuwać się z wolna, krok za 

krokiem, ku szosie.

W   Edgware   panowało   zamieszanie,   w   Chalk   Farm   zgiełkliwy   tumult,   tu   natomiast 

wydawało się, że gościńcem wali cała ludność kraju. Trudno sobie po prostu wyobrazić te zastępy. 

Nie miały one jakiegoś wyraźnego oblicza. Postaci ludzkie wysypywały się zza zakrętu i ginęły za 

następnym zakrętem zwrócone plecami ku grupie stojącej w zaułku. Piesi potykając się i potrącając 

szli skrajem drogi. Wisiała nad nimi nieustanna groźba przejechania. Wozy i bryki zbijały się w 

gromady niechętnie ustępując z drogi szybszym lub bardziej niecierpliwym pojazdom, te zaś przy 

każdej sposobności usiłowały wyrwać się do przodu. Piesi rozbiegali się wówczas na strony, kuląc 

się pod płotami i w bramach.

- Prędzej - krzyczano. - Prędzej! Już nadchodzą!

Na   jednym   z   wozów   stał   ślepic   w   mundurze   Armii   Zbawienia   i   wymachując   rękami 

wrzeszczał: - Wieczność! Wieczność! - Ochrypły głos tak był donośny, że brat mój słyszał go 

jeszcze po zniknięciu wozu w. obłokach kurzu. Niektórzy stłoczeni w pojazdach ludzie okładali 

background image

bezmyślnie   batem   konie   i   wykłócali   się   z   innymi   woźnicami;   niektórzy   siedzieli   bez   ruchu 

wpatrzeni   zgaszonym   wzrokiem   w   próżnię;   niektórzy   gryźli   palce   z   pragnienia   lub   leżeli 

bezwładnie w swych wozach. Konie ociekały pianą, oczy miały przekrwione.

Drogą sunęły nieprzeliczone dorożki, bryczki, wozy, platformy, przejechał wóz pocztowy, 

za nim karawan z napisem: "Dom modlitwy św. Pankracego", za nim ogromna platforma opałowa 

pełna jakichś oberwańców. Potem przetoczyła się dwukółka piwiarza z planami świeżej krwi na 

kołach.

- Z drogi! - ryczały liczne głosy. - Z drogi!

- Wie-e-czność! Wie-e-eczność! - brzmiało jak echo nad drogą. Obok przeszły  smętne, 

posępne,   choć   zamożnie   ubrane   kobiety   prowadzące   za   rękę   płaczące   potykające   się   dzieci. 

Wytworne ich suknie pokryte były kurzem, po zmęczonych twarzach płynął pot i łzy. Obok szli 

mężczyźni, jedni usiłowali im pomagać, inni patrzyli ponuro i dziko. Za nimi pchał się tłum jakichś 

włóczęgów odzianych w spłowiałe czarne

szmaty,   rozwrzeszczanych,   klnących.   Przeszli   krzepcy   robotnicy   przepychając   się 

nieustępliwie   przez   tłum;   przeszli   zmęczeni,   nie   ogoleni   mężczyźni   podobni   z   odzienia   do 

urzędników lub sprzedawców sklepowych; potykając się i rozpychając przeszedł raniony żołnierz; 

grupa tragarzy kolejowych parła za nim, a dalej wlokło się jakieś nieszczęsne stworzenie w nocnej 

koszuli z narzuconym na ramiona płaszczem.

Chociaż tak różny w składających się nań jednostkach - cały ten tłum jedną miał przecież 

cechę wspólną. Było nią przerażenie i ból malujący się na twarzach, był nią gnający ich przemożny 

strach. Każdy hałas na drodze, każda kłótnia o miejsce na wazie przyśpieszała kroki tłumu. Ci 

nawet, którym zmęczenie podcinało nogi, zrywali się za chwilę z nową siłą. Upał i kurz dały się już 

uciekającym dobrze we znaki. Twarze ich były spalone, wargi czarne i spękane. Wszyscy byli 

spragnieni, znużeni, wyczerpani. Pośród rozlicznych okrzyków słyszało się swary, narzekania, jęki 

słabości i zmęczenia; głosy brzmiały ochryple i słabo. A poprzez całą tę wrzawę przebijało jedno 

powtarzające się zdanie; - Z drogi! Z drogi! Marsjanie nadchodzą!

Nieliczni tylko próbowali wydostać się z tej lawiny. Zaułek wychodził na drogę skośnym 

wąskim wylotem i pozornie prowadził w stronę Londynu. Mimo to wir ludzki rzucał tam osłabłych 

tylko po to, by po chwilowym odpoczynku mogli zanurzyć się w nim ponownie. Nieco głębiej w 

zaułku   leżał   z   obnażoną,   owiniętą   skrwawionymi   szmatami   nogą   jakiś   człowiek,   a   nad   nim 

pochylali się dwaj jego przyjaciele. Szczęśliwiec! Miał jeszcze przyjaciół.

Staruszek z siwym wojskowym wąsem, w brudnym czarnym surducie, pokuśtykał na bok, 

usiadł   przy   wózku,   zdjął   but   ukazując   okrwawioną   skarpetkę,   wytrząsnął   kamyki,   wdział   z 

background image

powrotem  but  i powlókł się  dalej;  nadeszła   malutka,  ośmioletnia może  dziewczynka,  zupełnie 

sama, i padła płacząc u żywopłotu, tuż koło mego brata.

- Nie mogę już dalej! Nie mogę już dalej!

Brat ocknął się z osłupienia, chwycił ją na ręce i przemawiając łagodnie zaniósł do pani 

Elphinstone. Mała pod jego dotknięciem ucichła natychmiast, jakby czymś przestraszona.

- Helenko! Helenko! - wołała kobieta w tłumie pełnym łez głosem. Helenko! - Dziecko 

wyrwało się bratu i biegnąc ku drodze krzyczało: Mamo!

-   Nadchodzą!   -   wołał   mijając   zaułek   jadący   wierzchem   mężczyzna.   -   Z   drogi   tam!   = 

wrzeszczał woźnica stając na koźle. Brat ujrzał skręcającą w zaułek karetę.

Ludzie uchodzili z drogi popychając się gwałtownie w obawie, by nie wpaść pod koła. Brat 

cofnął   kucyka   i   bryczuszkę   pod   sam   żywopłot,   kareta   zaś   przejechała   obok   i   stanęła.   Była 

dwukonna, jednak w zaprzęgu szedł tylko jeden koń.

Poprzez tumany kurzu brat dostrzegł niewyraźnie; jak dwaj ludzie wynoszą z niej i składają 

ostrożnie na trawie pod krzewami żywopłotu rozpostarte na białych noszach ciało.

Jeden z nich podbiegł do brata.

- Gdzie tu jest woda? - zawołał. - To lord Garrick. Umiera i chce pić!

-   Lord   Garrick!   -   wykrzyknął   brat.   -   Prezes   Sądu   Najwyższego?   -   Gdzie   tu   woda?   - 

powtórzył tamten.

- Może w którymś z tych domków. My nie mamy wody. Bałbym się zresztą odejść od 

moich pań.

Woźnica począł przepychać się przez tłum do bramy narożnego domu. - Uciekaj! - wołano 

za nim. - Marsjanie nadchodzą! Uciekaj! Nagle uwagę brata zwrócił orlą swą twarzą mężczyzna 

ciągnący za sobą

niewielką walizkę. W tej właśnie chwili otwarła mu się. Sypnęły z niej potokiem rulony 

złotych suwerenów rozpryskując się w zderzeniu z ziemią w grad złotych krążków, pojedynczych 

monet. Toczyły się we wszystkie strony pośród depczących nieustannie drogę ludzkich i końskich 

nóg. Człowiek o orlej twarzy stanął patrząc tępo na stos rozsypanego złota. Nagle potrącił go w 

ramię i odrzucił na bok dyszel wozu. Tamten krzyknął i skoczył w bok omal nie wpadając pod 

koła.

- Z drogi! - zaczęto krzyczeć z tłumu. - Na bok! Z drogi!

Gdy wóz oddalił się nieco, mężczyzna padł z rozpostartymi ramionami na stos monet i 

pełnymi garściami począł napychać nimi kieszenie. Tuż nad nim ukazał się łeb koński i usiłujący 

właśnie powstać człowiek znów legł na ziemi tratowany kopytami.

background image

- Stój! - krzyknął brat i odepchnąwszy idącą ścieżką kobietę próbował pochwycić konia za 

wędzidło.

Zanim mu się to jednak udało, usłyszał jęk i poprzez tuman pyłu ujrzał, jak po plecach 

nieszczęśnika przetoczyły się koła wozu. Woźnica zamierzył się biczem na przebiegającego na 

drugą   stronę,  za   wozem,  brata.   Dokoła   podniosły   się   krzyki.   Leżący  wił  się   w   kurzu,   pośród 

rozsypanych monet, z przetrąconym kręgosłupem, usiłując powstać na bezsilne, zmartwiałe nogi. 

Brat stanął nad nim krzycząc na napierającego następnego woźnicę; z pomocą przyszedł mu jakiś 

jeździec dosiadający rumaka.

- Zabierzcie go z drogi! - wykrzyknął; brat schwycił wolną ręką leżącego za kołnierz i 

powlókł go na ścieżkę obok szosy. Ten jednak walił brata po ręku pięścią pełną złota, przeszywając 

go przy tym wściekłym spojrzeniem.

- Naprzód! Naprzód! - krzyczały za nimi gniewne głosy. - Z drogi! Rozległ się trzask. To 

dyszel   powozu   wbił  się   w   zatrzymany   przez   jeźdźca   wóz.   Brat   rzucił   okiem   w   tamtą   stronę, 

równocześnie zaś człowiek ze złotem przekrzywił głowę i ugryzł trzymającą go za kołnierz rękę. 

Wóz ruszył; kary koń uskoczył w bok, a zaprzęg przeszedł tak blisko brata, że kopyta omal nie 

zmiażdżyły   mu  stóp.   Brat   cofnął  się   pośpiesznie   puszczając   leżącego.  Dostrzegł   jeszcze   złość 

zmieniającą się na twarzy nieszczęsnego w ,przerażenie, po czym znikł on pod kołami, brat zaś 

pociągnięty potokiem ludzkim i uniesiony poza wylot zaułka ciężko musiał walczyć, by dotrzeć 

doń z powrotem.

Powróciwszy do bryczuszki zobaczył, że pani Elphinstone przysłania oczy rękami, obok 

niej zaś stoi jakieś dziecko i przygląda się ze zwykłym u dzieci brakiem współczucia, szeroko 

rozwartymi   oczami,  leżącej   na  szosie   czarnej,   zakurzonej,  nieruchomej,  tratowanej   kopytami   i 

miażdżonej kołami postaci.

- Zawracajmy! - krzyknął brat i zaczął wyprowadzać kucyka z zaułka. - Nie przejedziemy 

przez to piekło!

Wrócili ze sto jardów przebytą niedawno drogą. Oszalały tłum znikł im wreszcie z oczu. 

Mijając zakręt, brat ujrzał śmiertelnie bladą, ściągniętą i lśniącą od potu twarz umierającego w 

rowie pod ligustrem lorda Garricka. Obie panie siedziały w bryczce bez słowa, skulone i drżące.

Za zakrętem brat znów zatrzymał wózek. Panna Elphinstone była blada, szwagierka zaś jej 

zalewała   się   łzami,   zbyt   wystraszona   nawet,   by   wzywać   swego   "Jureczka".   Brat   mój   też   był 

zmieszany i wstrząśnięty. Gdy tylko zawrócili, pojął, jak pilnie i nieodzownie należało przebić się 

na przeciwległy skraj gościńca. Nagle zwrócił się pełen zdecydowania do panny Elphinstone.

background image

- Musimy przejechać! - zawołał i znów zawrócił kucyka ku szosie. Po raz wtóry już tego 

dnia dziewczyna dała dowód wielkiej siły ducha. Chcąc wedrzeć się w potok ludzki na szosie brat 

skoczył w sam gąszcz pojazdów i zatrzymał najbliższy zaprzęg, a tymczasem panna wprowadziła 

przedeń bryczuszkę. Zahamowany na chwilę wóz ruszył gwałtownie odłupując od bryczuszki lewy 

błotnik   wraz   ze   stopniem.   W   następnej   chwili   prąd   porwał   ich   i   poniósł   z   innymi.   Brat   z 

czerwonymi pręgami od

smagnięć biczem po twarzy i rękach wdrapał się na kozioł i odebrał dziewczynie lejce.

- Proszę grozić temu za nami pistoletem - rzekł, wręczając jej broń - jeżeli zanadto będzie 

się pchał. Nie! Lepiej niech pani mierzy w konia.

Następnie podjął wysiłki, by przedrzeć się na drugą stronę drogi. Dać nura jednak w ten 

odmęt   oznaczało   utracić   wolną   wolę,   zlać   się   w   jedno   ż   całym   tym   zakurzonym,   oszalałym 

motłochem.   Niesieni   potokiem   płynęli   przez   Chipping   Barnet   i   dopiero   o   jakąś   milę   za 

śródmieściem udało im się przedostać na przeciwległy brzeg nurtu. Hałas i zamieszanie panowały 

tu   nie   do   opisania,   w   samym   jednak   miasteczku   i   poza   nim   szosa   rozwidla   się   parokrotnie, 

rozluźniło więc to w pewnym stopniu ścisk na drodze.

Podróżni nasi skręcili na wschód, przez Hadley. Po drodze widzieli tłumy ludzi gaszących 

pragnienie wodą ze strumienia, gdy niektórzy walczyli o dostęp do niego. Nieco dalej, z pagórka w 

pobliżu Wschodniego Barnet, dostrzegli dwa sunące bardzo wolno, bez żadnych sygnałów, jeden 

za drugim, pociągi  zapchane ludźmi siedzącymi nawet w tendrach, na węglu. Zdążały  one na 

północ   trasą   Wielkiej   Kolei   Północnej.   Brat   mój   przypuszczał,   iż   musiały   wyruszyć   spoza 

Londynu,   gdyż   w   tym   czasie   obłąkane   przerażenie   ludności   uniemożliwiało   już   odjazd   z 

londyńskich dworców.

Niedaleko   pagórka   zatrzymali   się   na   południowy   wypoczynek,   gdyż   gwałtowność 

całodziennych   przeżyć   wyczerpała   w   najwyższym   stopniu   całą   trójkę.   Zaczął   im   również 

doskwierać głód, a że wieczór był chłodny, żadne nie mogło usnąć. Późnym wieczorem drogą obok 

biwaku przeszło w pośpiechu mnóstwo ludzi uciekających przed nieznanym niebezpieczeństwem, 

a ludzie ci uchodzili w tę stronę - z której przybył mój brat.

17 Dziecię Gromu

Gdyby jedynym celem Marsjan było zniszczenie, mogliby oni w poniedziałek zgładzić całą 

rozpraszającą się w ucieczce po najbliższej okolicy ludność Londynu. Nie tylko bowiem gościńcem 

do Barnet, lecz i przez Edgware, i Waltham Abbey, i drogami biegnącymi na wschód, do Southend 

i Shoeburyness, i na południe od Tamizy, w stronę Deal i Broad

background image

stairs, płynął rozgorączkowany motłoch. Gdyby ktoś owego czerwcowego poranka wzbił 

się   balonem   w   rozpalone   błękity   pod   Londynem,   ujrzałby,   że   wszystkie   wybiegające   z 

nieskończonej plątaniny ulic na wschód i na północ drogi usiane są czarnymi, zlewającymi się w 

strumienie punkcikami. Każdy zaś punkcik był ludzką agonią i przerażeniem, i rozpaczą. Aby 

czytelnik zdał sobie sprawę, jak wyglądał ten potok czarnych punkcików widziany z bliska oczami 

jednego z nich - opisałem szeroko w poprzednim rozdziale to wszystko, co widział mój brat na 

gościńcu wiodącym przez Chipping Barnet. Nigdy jeszcze w dziejach świata tak wielka liczba 

połączonych cierpieniem istot ludzkich nie porzucała swych siedzib. Legendarne zastępy Gotów i 

Hunów, najpotężniejsze, jakie kto kiedykolwiek widział, armie wschodu -byłyby kroplą tylko w tej 

rzece. A nie był to przecież bynajmniej żaden zdyscyplinowany marsz. Był to bieg straszliwy, 

gigantyczny bieg, bez porządku i bez celu, bieg sześciu milionów wystraszonych, bezbronnych i 

pozbawionych żywności ludzi, gnanych lękiem, gdzie oczy poniosą. Wydawać się mogło, że to 

początek zagłady cywilizacji, początek zniszczenia rodzaju ludzkiego.

Na wprost pod sobą pasażer balonu widziałby rozpostartą daleko i szeroko sieć pustych już 

ulic,   mostów,   domostw,   świątyń,   ogrodów   i   parków   -   ogromną   mapę   upstrzoną   na   południu 

czarnymi plamami. Zdawało się, że koło Ealing, Richmondu i Wimbledonu potworne jakieś pióro 

bryznęło na nią atramentem. Każda z tych bryzg rosła i rozszerzała się nieustannie, wystrzelając to 

tu, to tam poza swój kształt pierwotny, raz zbierając się w ławice przed wzniesieniami terenu, to 

znów   wylewając   się   szybko   w   doliny,   gdy   przekroczyła   grzbiet   wzgórza,   zupełnie   jak   kropla 

atramentu rozpływająca się po bibule.

W oddali zaś, ponad wznoszącymi się na południe od rzeki niebieskimi wzgórzami, uwijali 

się lśniący w słońcu Marsjanie spokojnie i metodycznie pokrywając to tę, to tamtą część kraju 

obłokami, spędzając je strumieniami pary, gdy spełniły już swe dzieło, i obejmując w posiadanie 

podbitą   krainę.   Wydawało   się,   że   celem   ich   było   nie   tyle   zniszczenie,   co   całkowite 

zdemoralizowanie   i   stłumienie   oporu.   Wysadzali   w   powietrze   każdą   napotkaną   prochownię, 

przecinali   każdą   linię   telegraficzną,   gdzieniegdzie   zaś   zrywali   tory   kolejowe.   Postanowili 

okaleczyć ludzkość. Nie zależało im, jak się zdaje, na pośpiechu, toteż nie posunęli się tego dnia 

poza   śródmieścia   Londynu.   Dlatego,   być   może,   w   poniedziałek   rano   mnóstwo   mieszkańców 

pozostało  w swych domach. Pewne jest bowiem, iż tysiące  ich zginęły tam  wytrute  Czarnym 

Dymem.

Aż do południa port londyński przedstawiał zadziwiający widok. Cze

kały   tu   najprzeróżniejszego   rodzaju   parowce   i   okręty   skuszone   ogromnymi   sumami 

płaconymi przez uciekających; mówiono, że wielu spośród wdzierających się na nie ludzi utonęło 

background image

spychanych   przez   majtków   bosakami.   Około   pierwszej   po   południu   pomiędzy   filarami   mostu 

Blackfriars   pojawiły   się   rozrzedzone   forpoczty   Czarnego   Dymu.   Wówczas   w.   całym   porcie 

zapanowało obłąkane wprost zamieszanie, bójki i zderzenia. Statki i łodzie tłoczyły się przez długi 

czas   pod   północnym   łukiem   mostu   Tower,   zaś   majtkowie  i   tragarze   portowi   musieli   walczyć 

uparcie z napierającymi ze wszystkich stron tłumami: Doszło do tego, że ludzie spuszczali się z 

mostu po filarach...

Gdy w godzinę później jeden z Marsjan wyłonił się spoza Clock Tower i przeszedł w bród 

rzekę, po wodzie koło Limehouse pływały już tylko jakieś szczątki.

0   tym,   jak   spadł   piąty   walec,   opowiem   nieco   później.   Szósty   natomiast   upadł   w 

Wimbledonie. Brat mój czuwając w bryczuszce nad snem kobiet widział jego zielony błysk w 

oddali   za   wzgórzami.   We   wtorek   cała   trójka,   wciąż   jeszcze   zdecydowana   uciekać   za   morze, 

przebijała   się   przez   kipiące   uciekinierami   okolice   Colchester.   Potwierdziła   się   wiadomość,   że 

Marsjanie opanowali już cały Londyn. Widziano ich w Highate, a nawet, jak twierdzili niektórzy, 

w Neasdon. Brat mój jednak ujrzał ich dopiero następnego ranka.

Tymczasem rozproszone tłumy poczęły zdawać sobie sprawę z coraz groźniejszego braku 

pożywienia. W miarę jak wzrastał głód - malało poszanowanie praw własności. Wieśniacy stawali 

z bronią w ręku w obronie swych chlewów, spichlerzy i dojrzewających zbiorów. Niemało ludzi, 

podobnie jak i rój brat, podążało teraz na wschód, można jednak było znaleźć i takich straceńców, 

którzy   w   poszukiwaniu   żywności   zawracali   do   Londynu.   Byli   to   przeważnie   mieszkańcy 

północnych jego dzielnic, znający Czarny Opar z opowiadań tylko. Mówiono, że połowa bez mała 

członków rządu schroniła się w Birminghamie i że przygotowuje się olbrzymie ilości środków 

wybuchowych, by użyć ich do zaminowania dolin Midlandu.

Mówiono też, że Towarzystwo Kolei Midlandzkieh, po uzupełnieniu luk powstałych wśród 

maszynistów i palaczy w. pierwszym dniu paniki, podjęło obecnie normalny ruch i wypuszcza ze 

stacji w St. Albans pociągi odchodzące na północ, chcąc rozładować w ten sposób przeludnione, 

najbliżej Londynu położone okolice. W Chipping Ongar wywieszono nawet plakaty głoszące, że na 

północy   kraju   zgromadzono   wielkie   zapasy   mąki   i   że   w   ciągu   dwudziestu   czterech   godzin 

pomiędzy głodującą lud

ność okoliczną rozdzielony będzie chleb. Wiadomości te nie powstrzymały jednak ani brata, 

ani jego towarzyszek od zamierzonej ucieczki i cała trójka jechała,.jak dzień długi, na wschód, 

widząc rozdzielanego chleba tyle tylko, ile go było na plakatach. Jeśli już o tym mowa, to trzeba 

powiedzieć, że nikt zresztą nie widział go na oczy. Nocy tej spadła siódma już z kolei gwiazda, 

background image

niedaleko pagórka Primrose Hill. Spadła podczas warty panny Elphinstone, gdyż czuwała ona na 

zmianę z bratem. Ona też właśnie ją dostrzegła.

We   środę   trójka   uciekinierów,  po   nocy  spędzonej   w   polu   wśród  niedojrzałej   pszenicy, 

dotarła do Chelmsford, gdzie grupa mieszkańców mianująca się jakimś Komitetem Publicznego 

Zaopatrzenia skonfiskowała im kucyka na mięso, w zamian obiecując poszkodowanym udział w 

jego zjedzeniu. Opowiadano tu, że Marsjanie są już w Epping oraz że podczas nieudanej próby 

wysadzenia w powietrze jednego z nich uległa zniszczeniu prochownia w Waltham Abbey.

Ludność wypatrywała tu Marsjan z wież kościelnych. Brat mój na swoje, jak się później 

okazało, szczęście wolał nie czekać na jedzenie, chociaż wszyscy troje bardzo byli głodni, lecz 

niezwłocznie podążył wraz z paniami ku wybrzeżu. W południe minęli Tillingham, gdzie było nad 

podziw   pusto   i   spokojnie,   tylko   jakieś   łaziki   plądrowały   domy   w   poszukiwaniu   żywności. 

Niedaleko  za  Tillingham  widać   już było  morze,  a na nim najdziwaczniejszą,  jaką  sobie  tylko 

można wyobrazić, zbieraninę statków.

Ponieważ nie dało się już wpływać do ujścia Tamizy, przybijały one do wybrzeża hrabstwa 

Essex,   by   zabierać   ludzi   z   Harwich,   z   Walton   i   Clacton,   potem   zaś   z   Foulness   i   Shoebury. 

Rozciągnęły się ogromnym łukiem, którego koniec ginął we mgle aż za przylądkiem Naze. Tuż 

przy   brzegu   zaś   uwijało   się   mnóstwo   angielskich,   szkockich,   francuskich,   holenderskich   i 

szwedzkich kutrów, parowczyków z Tamizy, jachtów, motorówek - głębiej w morzu widać było 

statki o większej wyporności, przeróżne węglowce, statki do przewozu bydła, tankowce, schludne 

statki handlowe, parowce pasażerskie, frachtowce oceaniczne, był tam nawet jakiś stary żaglowiec; 

jeszcze zaś głębiej stały białe i popielate statki regularnych linii okrętowych z Southamptonu i 

Hamburga. Wzdłuż całego błękitnego wybrzeża aż do Blackwater można było mgliście dojrzeć 

gęsty   rój   szalup   i   ich   właścicieli   targujących   się   z   ludźmi   na   lądzie,   rój   ciągnący   się   poza 

Blackwater prawie aż do Maldon.

Jeszcze dalej, o parę mil od brzegu, leżał zanurzony tak głęboko, że

według słów brata wyglądał jakby nasiąkły wodą, okręt wojenny. Był to kontrtorpedowiec 

Dziecię Gromu. Jedyna zresztą widoczna tu z lądu jednostka floty wojennej. Ale hen daleko, w 

prawo, nad gładzią morską, gdyż w dniu tym panowała prawdziwa martwa cisza, wiły się czarne 

wężyki dymków znaczących stanowiska pancerników floty kanału. Z kotłami pod parą, w pełnej 

gotowości   bojowej   przegradzała   ona   stalowym   łańcuchem   wylot   Tamizy   przez   cały   czas 

zwycięskiego natarcia Marsjan, czujna, choć niezdolna go powstrzymać.

Na widok morza pani  Elphinstone, mimo pełnych otuchy słów  swej  szwagierki, uległa 

panice. Nigdy jeszcze nie wyjeżdżała poza granice Anglii i woli raczej umrzeć, niż znaleźć się 

sama,   bez   przyjaciół,   w   obcym   kraju.   Jak   wynikało   z   jej   słów,   biedaczka   wyobrażała   sobie 

background image

widocznie Francuzów nie lepszymi od Marsjan. Podczas ostatnich dwu dni podróży była coraz 

bardziej wystraszona, przygnębiona i rozhisteryzowana. Jedynym i nieustannym jej marzeniem był 

powrót do Stanmore. W Stanmore przecież zawsze było tak dobrze, tak bezpiecznie, w Stanmore 

na pewno odnajdą Jureczka...

Z największym tylko trudem udało się sprowadzić ją na plażę, gdzie brat mój zdołał właśnie 

zwrócić   uwagę   marynarzy   z   jakiegoś   przedpotopowego,   o   łopatkowym   napędzie,   parowca 

rzecznego z Tamizy. Podpłynęli oni szalupą i zgodzili się przewieźć całą trójkę za trzydzieści sześć 

funtów do Ostendy, dokąd, jak mówili, płynąć miał ich stateczek.

Dochodziła druga, gdy zapłaciwszy przy wejściu umówioną sumę brat mój znalazł się wraz 

z paniami bezpieczny na pokładzie statku. Można tam było dostać pożywienie, po niezwykle co 

prawda   wysokich   cenach,   toteż   naszej   trójce   udało   się   wreszcie   spożyć   jaki   taki   posiłek.   Na 

pokładzie  było  już kilkudziesięciu pasażerów. Wielu z nich wydało ostatnie grosze, aby tylko 

zapewnić sobie przejazd, kapitan jednakże tkwił pod Blackwater aż do piątej, przyjmując wciąż 

nowych i nowych podróżnych, aż wreszcie na pokładzie zapanował niebezpieczny tłok. Tkwiłby 

tam pewnie i dłużej, gdyby nie huk armat, jaki o tej właśnie porze rozległ się gdzieś na południu. 

Jakby w odpowiedzi na to, kontrtorpedowiec wypalił w stronę morza z małego działa i wciągnął na 

masz banderę. Z kominów jego buchnęły kłęby dymu.

Niektórzy pasażerowie twierdzili, że to strzelają pod Shoeburyness,. potem jednak okazało 

się,   że   huki   stają   się   coraz   głośniejsze.   Równocześnie   daleko   na   południowym   wschodzie 

wynurzyły   się   kolejno   z   morza   maszyny   i   wieżyczki   trzech   jeszcze   pancerników   spowitych 

chmurami

czarnego dymu. Lecz uwagę brata skupiła na sobie nieustanna strzelanina. Wydawało mu 

się, że dostrzega na południu wznoszący się w mglistej szarej dali słup dymu.

Parowczyk pluskał łopatkami przebijając się na wschód, poza rozsypane wachlarzem statki, 

i płaskie wybrzeża Essexu  roztapiały się już w błękitnej mgiełce, gdy  ukazał się  zmniejszony 

odległością, posuwający się błotnistym wybrzeżem od strony Foulness, pierwszy Marsjanin. Na ten 

widok przerażony i rozgniewany kapitan począł przeklinać własne guzdralstwo, a łopatki stateczku, 

jakby udzielił się im jego lęk, zapulsowały gwałtownie. Kto żyw na parowcu pchał się ku burtom i 

wspinał  się   na  ławki,  by   oglądać   tę   odległą   postać   przewyższającą   drzewa   i   wieże   kościelne, 

posuwającą się ruchami wyglądającymi na przedrzeźnianie ruchów człowieka.

Był to pierwszy widziany przez brata Marsjanin, toteż przyglądał mu się bardziej zdziwiony 

niż przestraszony. Tymczasem gigant zbliżał się ostrożnie do okrętu, zanurzając się coraz głębiej w 

morze. Potem daleko za Crouch ukazał się drugi, przedzierający się pośród karłowatych drzewek, a 

background image

jeszcze dalej trzeci, brodzący w głębokich, połyskujących w słońcu bagnach nadbrzeżnych, jakby 

zawieszony w pół drogi między morzem a niebem. Wszyscy trzej szli w morze, chcąc widocznie 

przeszkodzić w ucieczce statkom zebranym pomiędzy Foulness a Naze. Mimo pośpiesznego rytmu 

maszyn,   mimo spienionej  kipieli,  jaką  pozostawiały  za   sobą   łopatki,  ucieczka  parowczyka,   na 

którym płynął brat, była przerażająco powolna.

Spozierając na północny zachód brat dostrzegł, jak rwie się i wije w przerażeniu ogromny 

wachlarz   statków,   jak   ścigają   się   one  ze   sobą,   jak   zwracają   rufy   miast   burt   ku   brzegom,   jak 

gwiżdżą buchając parą parowce, jak wciągają żagle  żaglowce, jak pomykają tu i tam warcząc 

motorami motorówki. Widok ten, zarówno jak i niebezpieczeństwo nadciągające od brzegu tak go 

urzekły,   że   nie   patrzył   wcale   na   morze.   Wtem   błyskawiczny   zwrot   stateczku   dokonany   dla 

uniknięcia   zderzenia   strącił   brata   z   zajmowanego   przezeń   krzesła.   Dokoła   wszyscy   krzyczeli, 

potem rozległ się tupot nóg i wiwaty, na które, jak mu się zdawało, ktoś odpowiadał z oddali. 

Nagle stateczek zakołysał się gwałtownie znowu zbijając go z nóg.

Gdy brat mój zerwał się i popatrzył za prawą burtę, o niecałe sto jardów od kołyszącego się, 

przechylonego   parowca   ujrzał   prujący   morze   wielki   stalowy   kadłub.   Ciął   dziobem   wodę,   jak 

lemiesz   pługa   tnie   rolę.   Odgarniane   na   boki   potężne   spienione   fale   kołysały'i   podrzucały 

stateczkiem,

ten zaś to zanurzał się po pokład niemal w morzu, to znów unoszony wysoko wymachiwał 

bezsilnie łopatkami w powietrzu.

Pienisty prysznic oślepił brata na chwilę. Gdy  przetarł  oczy, stalowy potwór minął ich 

mknąc w stronę lądu. Nad płaskim kadłubem wznosiły się potężne nadbudówki, zaś dwa bliźniacze 

kominy pluły dymem gęsto przetykanym iskrami. Był to kontrtorpedowiec Dziecię Gromu gnający 

zagrożonym statkom z odsieczą.

Wpierając stopy w  rozkołysany pokład,  trzymając  się  kurczowo poręczy brat  popatrzył 

wpierw na szarżującego lewiatana, potem zaś na zbitych w gromadkę Marsjan. Stali tuż przy sobie; 

i to tak daleko od brzegu, że trójnogi ich prawie zupełnie skryły się w morzu: Zanurzeni głęboko i 

pomniejszeni odległością wydawali się o wiele mniej groźni od potężnego stalowego cielska, w 

którego nurcie huśtał się bezwolnie stateczek niosący na swym pokładzie brata. Mogło wydawać 

się, że przyglądają się zaskoczeni temu nowemu wrogowi. Być może wzięli go za istotę podobną 

do siebie. Okręt nie strzelał, lecz pędził tylko ku nim z największą szybkością i to właśnie, że gnał 

bez strzału, pozwoliło mu prawdopodobnie podsunąć się tak blisko do nieprzyjaciół. Ci zaś nie 

wiedzieli widocznie, co z nim zrobić. Dość było jednego wystrzału, aby Snop Gorąca posłał go 

nieuchronnie na dno.

background image

Kontrtorpedowiec, czarny, gwałtownie malejący kadłub na tle oddalającej się płaszczyzny 

essekskiego   wybrzeża,   mknął   tak   szybko,   iż   po   chwili   wydawał   się   już   w   pół   drogi   między 

stateczkiem a Marsjanami. ,

Wtem   najbliższy   z   Marsjan   nachylił   rurę   i   wypalił   z   niej   w   napastnika   zbiornikiem 

Czarnego   Dymu.   Zbiornik   uderzył   o   lewą   burtę   tryskając   atramentowym   strumieniem 

rozlewającym się szeroko po morzu potokami Czarnego Dymu, kontrtorpedowiec jednak był już 

daleko. Patrzącym pod słońce z zanurzonego głęboko parowczyka widzom zdawało się, że wpadł 

on już między Marsjan.

Widać było posępne ich postacie wynurzające się z wody i oddalające od siebie w ucieczce 

ku brzegowi. Jeden podniósł aparat ze Snopem Gorąca, skierował go skośnie w dół i natychmiast 

trysnęły   z   wody   obłoki   pary.   Snop   musiał   przebić   stalowy   pancerz   statku   równie   łatwo,   jak 

rozpalone do białości żelazo przebija kartkę papieru.

Obłoki pary rozdarł błysk płomienia, a Marsjanin zatoczył się i potknął. Jeszcze chwila i 

upadł.   Potężny   słup   wody   i   pary   strzelił   wysoko   w   górę.   Teraz   dopiero   zagrzmiały   działa 

Dziecięcia Gronu głusząc syk pary. Jeden z pocisków uderzył w pobliżu parowczyka brata, odbił 

się rykoszetem w stronę innych uciekających na północ okrętów i zgruchotał

pobliski   kuter.   Nikt   się   tym   jednak   zbytnio   nie   przejął.   Na   widok   upadku   Marsjanina 

kapitan na mostku ryknął coś niezrozumiale, a tłoczący się na pokładzie pasażerowie wydali głośny 

okrzyk. Po chwili zaś znów zaczęli wrzeszczeć radośnie. Oto z białej zawieruchy wypadło coś 

długiego, czarnego, buchającego z kominów, wentylatorów i śródokręcia płomieniami...

Kontrtorpedowiec żył jeszcze; ster był widocznie nie uszkodzony i maszyny pracowały 

dalej. Pędził prosto na drugiego Marsjanina i był już od niego o niecałe sto jardów, gdy znów 

uderzył weń Snop Gorąca. Wówczas kominy i pokład wyleciały z głośnym hukiem w powietrze. 

Gwałtowność wybuchu zachwiała Marsjaninem, a po chwili płonący wrak pchany siłą rozpędu 

wpadł  na niego   i  zgniótł  jak  tekturową  zabawkę.  Brat  mój  mimo woli  krzyknął.  Znów  kłęby 

wrzącej pary przesłoniły wszystko.

- Dwa! - ryknął kapitan.

Wszyscy dokoła darli  się wniebogłosy. Cały stateczek od dzioba do rufy rozbrzmiewał 

gorączkowymi wiwatami. Przerzucały się one z okrętu na okręt, aż objęły wszystkie stłoczone w 

gęstą gromadę, mknące w morze statki.

Długo jeszcze wisiał nad wodą obłok pary, przesłaniając i trzeciego Marsjanina, i wybrzeże. 

Przez cały ten czas stateczek szedł morze, oddalając się bez ustanku od pobojowiska; gdy wreszcie 

para rozwiała się, pojawił się sunący powoli wał Czarnego Oparu i znów nie można było dostrzec 

background image

ani Dziecięcia Gromu, ani trzeciego Marsjanina. Za to między parowczykiem a wybrzeżem stały 

teraz inne kontrtorpedowce.

Stateczek płynął wciąż dalej i dalej, zostawiając z wolna kontrtorpedowce za sobą, zaś 

wybrzeże   skrywała   nieprzenikniona   ławica   oparu,   po   części   pary,   po   części   Czarnego   Dymu, 

zmieszanych ze sobą i splątanych w najdziwaczniejsze formy. Armada uciekinierów rozpraszała się 

na północo-wschód. Między kontrtorpedowcami a parowcami płynęło wiele kutrów. Po pewnym 

czasie okręty wojenne, nie dopłynąwszy jeszcze do osiadającej coraz niżej ławicy Czarnego Dymu, 

zawróciły   na   północ,   obeszły   ją   i   skręciwszy   na   południe   roztopiły   się   w   mgle   wieczornej. 

Wybrzeże rysowało się coraz niewyraźniej pod niskimi, gromadzącymi się wokół zachodzącego 

słońca zwałami chmur.

Nagle w złocistej mgle zachodu znów rozległ się huk dział i dojrzeć tam można było ruch 

jakichś czarnych cieni. Zebrani na stateczku ludzie raz jeszcze zaczęli przepychać się ku burtom, 

by  lepiej  widzieć,   co   dzieje   się   w   oślepiającym   kotle   zachodu.   Nie  udało   się   jednak   nic  tam 

wypatrzeć.

Chmury dymu wzbijając się skośnymi pasmami przesłaniały słońce. Pulsujący napięciem 

stateczek płynął jakby zawieszony w bezkresach.

Słońce skryło się za szarymi chmurami, niebo rozbłysło na chwilę i ściemniało, zamigotała 

wieczorna gwiazda. Panował już głęboki mrok, gdy kapitan krzyknął wskazując w górę. Brat mój 

wytężył wzrok. Z szarości wieczoru wystrzeliło niezmiernie szybko skośnie w górę, ponad chmury, 

w lśniącą jasność zachodniego nieba coś płaskiego i szerokiego, i ogromnego i płynąc w krąg po 

szerokiej spirali, malało opadając z wolna, aż znikło zupełnie w pełnych tajemnic cieniach nocy. 

Lecąc zaś prószyło na ziemię ciemnością.

Księga druga

Ziemia we władzy Marsjan

1 Zdeptani

Podczas gdy brat mój doświadczał tak szeroko opisanych w ostatnich dwóch rozdziałach 

pierwszej księgi przygód, wikary i ja czailiśmy się w pustym domu w Hallifordzie, dokąd uszliśmy, 

by schronić się przed Czarnym Dymem. Od tego też miejsca podejmuję swą opowieść.

W ukryciu tym przebyliśmy noc niedzielną i cały następny dzień, dzień paniki, jak rozbitki 

odcięci Czarnym Dymem od reszty świata na wysepce jasności dziennej. Skazani przez te dwa 

męczące dni na żałosną bezczynność, mogliśmy tylko czekać.

background image

Myśli   me   opanował   niepokój   o   żonę.   Wyobrażałem   sobie,   jak   jest   przerażona,   jakie 

niebezpieczeństwa grożą jej w Leatherhead, jak opłakuje mój domniemany zgon. Przechadzałem 

się po pokojach łkając głośno na myśl o naszej rozłące, o tym, co może ją spotkać podczas mej 

nieobecności. Chociaż wiedziałem, jak dzielnie kuzyn mój potrafi stawić czoło przeciwnościom, to 

jednak   nie   należał   on   do   ludzi   szybko   rozpoznających   niebezpieczeństwo   ani   też   szybko 

działających.   A   teraz   właśnie   potrzebna   była   nie   tyle   odwaga,   ile   zdolność   przewidywania   i 

szybkość   decyzji.   Jedyną   pociechą   było   przypuszczenie,   iż   posuwając   się   w   stronę   Londynu 

Marsjanie   oddalają   się   od   Leatherhead.   Tego   typu   nieokreślone   niepokoje   trzymają   umysł   w 

bolesnym   napięciu.   Z   trudnością   mi   przychodziło   panowanie   nad   sobą.   Nieustanne   jęki 

duchownego, widok jego samolubnej rozpaczy męczył mnie i drażnił coraz bardziej. Kiedy zaś 

uwagi,   jakie   mu   czyniłem,   nie   odnosiły   skutku,   począłem   unikać   go   przesiadując   w   pokoju 

przeznaczonym, jak sądzę,  na izbę szkolną dla  dzieci, gdyż  pełno tam było ławek, globusów, 

zeszytów i podręczników. Gdy i tam dotarł za mną, uciekłem na strych i zamknąłem się, aby 

pozostać sam na sam ze swą boleścią.

Przez   cały   ten   dzień,   jak   również   przez   następny   ranek   Czarny   Opar   osaczał   nas 

nieubłaganie. W niedzielę wieczorem dostrzegliśmy w sąsiednim domku ślady ludzkiej obecności: 

twarz w oknie, przesuwające się

światło, potem trzaśnięcie drzwiami. Nie wiem jednak, co to byli za ludzie i co się z nimi 

stało. Nazajutrz już ich nie widzieliśmy. Przez cały poniedziałkowy ranek Czarny Opar spływał z 

wolna ku rzece podpełzając wciąż bliżej i bliżej, aż zalał w końcu gościniec, przy którym stał dom 

stanowiący obecnie nasze schronienie.

W południe nadszedł polami Marsjanin i rozproszył Opar strugą przegrzanej pary bijąc nią z 

sykiem o ściany domów, wybijając szyby i parząc w rękę księdza usiłującego uciec z frontowego 

pokoju. Gdy przeczołgaliśmy się wreszcie przez zamokłe izby i wyjrzeliśmy na świat, cała okolica 

na północ od nas wyglądała  jak po czarnej zamieci. Patrząc  w  stronę rzeki  spostrzegliśmy ze 

zdziwieniem niepojętą dla nas czerwień plamiącą gdzieniegdzie czerń wypalonych łąk.

Długi czas nie uświadamialiśmy sobie, że zmiana naszego położenia polega nie tylko na 

uwolnieniu od groźby uduszenia przez Czarny Opar. Dopiero później pojąłem, że nie jesteśmy już 

osaczeni, że droga do wolności stoi otworem. Natychmiast też zacząłem znowu myśleć o działaniu. 

Cóż, kiedy wikary popadł w bezmyślną jakąś apatię.

- Tutaj jesteśmy bezpieczni - powtarzał - tutaj nic nam nie grozi. Wtedy postanowiłem 

porzucić   go.   O,   czemuż   tak   się   nie   stało!   Mądrzejszy   o   wiedzę   nabytą   od   artylerzysty, 

przygotowania do drogi rozpocząłem od zaopatrzenia się w prowiant. Na oparzenia me znalazłem 

oliwę i czyste szmaty, zabrałem też znalezione w sypialni kapelusz i flanelową koszulę. Kiedy stało 

background image

się jasne, że wybieram się sam, że jestem na to zdecydowany, wikary zaczął się raptem także 

szykować.

Popołudnie minęło spokojnie, toteż koło piątej wyruszyliśmy sczerniałą drogą do Sunbury. 

Zarówno w samym Sunbury, jak i po drodze leżało mnóstwo poskręcanych w męce ciał ludzkich i 

koni,   porozrzucanych   tobołów,   przewróconych   wozów,   a   wszystko   pokryte   grubą   warstwą 

czarnego pyłu. Nalot ten, podobny do popiołu, przypominał mi opis zagłady Pompei. Do Hampton 

Court dotarliśmy bez żadnych przygód. Przez całą drogę nie mogliśmy nadziwić się niezwykłej 

obcości pokrytego  czerwienią i  czernią krajobrazu. Dopiero  w Hampton  Court oczom naszym 

ukazała się pierwsza ocalała od duszących oparów Czarnego Dymu zieleń. Minęliśmy Bushey Park 

z jego przemykającymi się pośród kasztanów jeleniami i nieco dalej ujrzeliśmy kobiety i mężczyzn 

śpieszących polami do Hampton. Byli to pierwsi dostrzeżeni przez nas w tej okolicy ludzie. My 

skierowaliśmy kroki do Twickenham.

Las po drugiej stronic gościńca, za Ham i Petersham, wciąż jeszcze płonął. Twickenham nie 

ucierpiało ani od Snopa Gorąca, ani od

Czarnego Oparu, toteż ludzi było tu więcej, nikt jednak nie mógł udzielić nam żadnych 

nowych wiadomości. Byli to przeważnie ludzie korzystający, jak i my, z chwili ciszy, by uciec 

dalej od terenów okupowanych przez Marsjan. Odniosłem wrażenie, iż w wielu jeszcze domach 

pozostawali mieszkańcy, zbyt wystraszeni, by uchodzić. I tu także dużo było na szosie śladów 

pośpiesznej ucieczki. Szczególnie żywo utkwił mi w pamięci stos złożony z trzech wgniecionych w 

gościniec kołami pogruchotanych bicykli. Około wpół do dziewiątej minęliśmy most w Richmond. 

Gdyśmy   przezeń   przebiegali   w   pośpiechu,   dostrzegłem   płynące   rzeką   liczne   kilkustopowej 

długości czerwone bryły. Nie wiedziałem, co to było, na badanie zaś nie starczyło czasu. Wydały 

mi się wtedy czymś straszliwym. Również i tu, na brzegu Surrey, leżał czarny osad i trupy, cały ich 

stos koło dworca, nie pokazywali się tylko Marsjanie. Ujrzeliśmy ich dopiero w pobliżu Barnes.

W czerniejącej dali dostrzegliśmy troje ludzi biegnących pustą na pozór ulicą w stronę 

rzeki. Na wzgórzu płonęło miasto Richmond, dokoła nie było ani śladu Czarnego Dymu.

Wtem, podchodząc do Kew, zobaczyliśmy całą gromadę uciekających, za nimi zaś, nie 

dalej jak o sto jardów od nas, ukazał się kaptur Marsjanina. Stanęliśmy porażeni niespodzianym 

niebezpieczeństwem i gdyby potwór spojrzał w dół - bylibyśmy zgubieni. Przerażenie nasze było 

tak wielkie, że nie śmieliśmy iść dalej. Skoczyliśmy w bok i skryliśmy się w szopie stojącej w 

pobliskim ogrodzie. Tam wikary przypadł do ziemi i łkając cicho oświadczył, że nie ruszy się z 

miejsca.

background image

Mnie jednak nie opuszczała uparta myśl o Leatherhead, toteż o zmroku wyruszyłem dalej. 

Przedarłem się przez gęste krzewy i posuwając się ostrożnie uliczką biegnącą obok wysokiego 

domu wyszedłem na drogę do Kew. Wikary pozostał w szopie, po chwili jednak dopędził mnie z 

pośpiechem.

Mój ówczesny postępek uważam za największe, jakie kiedykolwiek w życiu popełniłem, 

szaleństwo, jasne bowiem było, iż dokoła kręcą się Marsjanie. Ledwie wikary przyłączył się do 

mnie, już ujrzeliśmy daleko, na polach w stronie Kew Lodge, jeszcze jedną Bojową Machinę. 

Cztery czy pięć czarnych figurek uciekało przed nią po szarozielonej łące, Marsjanin zaś, widać to 

było   od   razu,   ścigał   je   zawzięcie.   W   trzech   susach   był   już   przy   nich.   Ludzie   usiłowali   ujść 

rozbiegając się w różne strony. Prześladowca nie użył Snopa Gorąca, lecz wyłowił ich skrzętnie, po 

jednemu, i wrzucił do wielkiego, przytroczonego do pleców, metalowego pudła. Przypominało ona 

kształtem koszyki, jakie zwykli nosić do pracy nasi

robotnicy. Po raz pierwszy zdałem sobie wówczas sprawę, iż celem Marsjan może być nie 

tylko   zniszczenie   pokonanej   ludzkości.   Staliśmy   przez   chwilę   jak   skamieniali,   po   czym 

zawróciliśmy, wpadliśmy w rozwartą bramę i skryliśmy się w przypadkowo dostrzeżonym rowie, 

w jakimś okolonym wysokim murem ogrodzie. Długo, aż do pojawienia się gwiazd, leżeliśmy tam 

bojąc się rozmawiać nawet szeptem.

Dochodziła, jak sądzę, jedenasta w nocy, gdy zebrawszy się na odwagę ruszyliśmy dalej. 

Nie wyszliśmy już jednak na drogę, lecz prześlizgiwaliśmy się pod żywopłotami i przez ogrody, 

wypatrując   pilnie   w   ciemnościach,   wikary   na   lewo,   a   ja   na   prawo,   krążących,   jak   się   nam 

wydawało, w pobliżu Marsjan. W pewnej chwili natknęliśmy się na ostygły już i pokryty popiołem, 

wypalony, sczerniały szmat ziemi. Leżało tam mnóstwo trupów. Głowy ich i ciała były straszliwie 

spalone, nogi jednak wraz z obuwiem zupełnie nietknięte. O jakieś pięćdziesiąt stóp za stojącymi 

szeregiem czterema rozwalonymi działami leżały martwe konie i zdruzgotane przodki.

Miasteczko Sheen uniknęło zniszczenia, było jednak ciche i opuszczone. Nie widzieliśmy 

też w nim martwych, choć trzeba stwierdzić, że w tak ciemną noc jak tamta niewiele można było 

dojrzeć.   W   Sheen   właśnie   towarzysz   mój   zaczął   nagle   uskarżać   się   na   słabość   i   pragnienie, 

postanowiliśmy więc zajrzeć do któregoś z domków.

Pierwszym, do którego z pewnymi zresztą trudnościami włamaliśmy się przez okno, była 

niewielka, stojąca nieco na uboczu willa. Prócz spleśniałego sera nie było w niej nic do jedzenia. 

Znalazła się za to woda. Zabrałem też leżącą w kuchni siekierkę, która mogła nam oddać wiele 

usług przy następnych włamaniach.

Na drugą stronę szosy przeszliśmy w miejscu, gdzie skręca ona ku Mortlake. Stał tam biały 

domek   w   ogrodzie.   W   spiżarni   znaleźliśmy   zapas   żywności   składający   się   z   dwu   bochenków 

background image

chleba   w   blaszanym   pudełku,   surowej   polędwicy   i   połowy   szynki.   Wymieniam   to   wszystko 

dokładnie, gdyż, jak się okazało, musiało nam tego starczyć na dwa bez mała tygodnie. Pod półką 

stało kilka flaszek piwa, obok nich zaś dwa worki fasoli i parę zwiędłych główek sałaty. Spiżarnia 

łączyła   się   z   kuchnią,   w   której   znaleźliśmy   trochę   drewek   i   kredens,   a   w   nim   tuzin   butelek 

burgunda, zupę i łososia w konserwach oraz dwie paczki sucharków.

Siedzieliśmy w tej kuchni po ciemku, obawiając się palić światło, i jedliśmy chleb z szynką 

zapijając piwem prosto z flaszek. Wikary, wciąż jeszcze roztrzęsiony i przerażony, upierał się, by 

iść nie zwlekając dalej, ja zaś nalegałem, aby pokrzepić się przed drogą posiłkiem, gdy

wydarzyło się coś, co miało nas uwięzić w tym domku na długo. - Nie ma chyba jeszcze 

dwunastej - odezwałem się i w tejże chwili

oślepił nas jaskrawozielony błysk. Na moment ukazało się czarnozielone wnętrze kuchni i 

znikło w ciemności. Rozległ się grzmot, jakiego nie słyszałem nigdy ani przedtem, ani potem. Tuż 

po nim, wydawało się, że niemal równocześnie, usłyszałem za sobą huk, szczęk szkła i łoskot 

walących się ścian. O nasze głowy rozbił się w kawałki wielki plaster tynku oderwany od sufitu. 

Runąłem jak długi na podłogę uderzając przy tym skronią o gałkę kuchenek drzwiczek i straciłem 

przytomność. Długo, jak mi potem opowiadał wikary, leżałem ogłuszony, gdy zaś powróciłem do 

zmysłów, w kuchni panowały egipskie ciemności, wikary zaś z twarzą mokrą, jak się okazało - od 

krwi płynącej z rozciętego czoła, skrapiał mnie wodą.

Początkowo   nie   pamiętam,   co   się   stało.   Powoli   jednak   pamięć   wydarzeń   powróciła. 

Potwierdzeniem zaś ich była rana na skroni.

- Lepiej panu? - pytał szeptem wikary. Wreszcie odezwałem się i usiadłem.

- Proszę nie ruszać się - rzekł. - Na podłodze pełno rozbitej porcelany z kredensu. Nie da się 

uczynić kroku, by nie narobić hałasu, a zdaje się, że oni są koło domu.

Obaj siedzieliśmy tak cicho, że ledwo było słychać własne nasze oddechy. Dokoła w domku 

panowała   martwa   cisza,   raz   tylko   obsunął   się   z   hałasem,   gdzieś   w   pobliżu,   kawał   tynku   czy 

spękanego   muru.  Z  zewnątrz   zaś,   z  bezpośredniej   bliskości,  dochodził   przerywany  metaliczny 

grzechot.

- O! - powiedział wikary, gdy rozległ się on znowu. - Tak - odparłem. - Ale co to jest?

- Marsjanin - odrzekł. Nasłuchiwałem dalej.

- To nie był Snop Gorąca - rzekłem. Przez chwilę skłonny byłem przypuszczać; że jedna z 

Machin Bojowych zderzyła się z naszym domem, podobnie jak tamta, widziana przeze mnie pod 

Shepperton, z wieżą kościelną.

background image

Położenie nasze tak było dziwaczne i niepojęte, że do świtu, to znaczy ze trzy czy cztery 

godziny, nie poruszaliśmy się prawie wcale. Wreszcie do kuchni poczęło przesączać  się blade 

światło poranka. Docierało ono tu jednak nie przez czarne wciąż okno, przez trójkątną szczelinę w 

ścianie za nami, między belką stropową a zwaliskiem cegieł. Po raz pierwszy ujrzeliśmy w szarym 

półmroku wnętrze naszej kuchni.

Okno wtłoczone zostało  do  środka  masą  ziemi z ogrodu, pełno jej było  na stole, koło 

którego   siedzieliśmy.   Pokrywała   też   grubą   warstwą   podłogę.   Od   zewnątrz   ziemia   obsypała 

wysokim zwałem cały dom. Pod górną framugą okna można było dostrzec wyrwaną rynnę. Na 

podłodze leżały rozrzucone w nieładzie rondle; ściana między kuchnią a resztą mieszkania zawaliła 

się i w coraz jaśniejszym świetle dziennym można było bez trudu rozpoznać, iż większa część 

domu leży w gruzach. Jakże jaskrawym przeciwieństwem tej ruiny był wytworny, pomalowany na 

modny   seledynowy   kolor,   pełen   mosiężnych   i   cynowych   naczyń   kredens,   imitująca   białe   i 

niebieskie kafelki tapeta oraz para barwnych, powiewających nad płytą kuchenną zasłonek.

Gdy dzień rozjaśnił wyrwę zupełnie, ujrzeliśmy przez nią postać Marsjanina stojącego na 

czatach   przy   rozżarzonym   jeszcze,   jak   sądziłem,   walcu.   Na   ten   widok   przeczołgaliśmy   się 

możliwie jak najszybciej z półmroku kuchni w ciemność spiżarni.

Nagle   zaświtało   mi  w  głowie właściwe  wyjaśnienie  tego,  co  się   stało.   - Piąty  walec   - 

szepnąłem. - Piąty pocisk z Marsa. Trafił w dom i zagrzebał nas pod ruinami.

Wikary milczał dość długo, po czym wyszeptał: - Niech Bóg zlituje się nad nami.

Usłyszałem ciche szlochanie.

Ten tylko dźwięk przerywał otaczającą nas w spiżarni ciszę. Jeśli o mnie idzie, ledwie 

ośmieliłem się oddychać i siedziałem bez ruchu, z oczami utkwionymi w słabo oświetlony otwór 

drzwi kuchennych. Tuż obok jaśniała niewyraźnie owalna plama twarzy duchownego, jego biały 

kołnierzyk i mankiety. Na zewnątrz  rozpoczęło  się  tymczasem  metaliczne  jakieś  kucie, potem 

gwałtowny gwizd, po krótkiej zaś przerwie głośny syk podobny do syku maszyny parowej. Hałasy 

te, najzupełniej dla nas zagadkowe, słychać było z przerwami, a w miarę upływu czasu rozlegały 

się   coraz   częściej.   Wreszcie   dały   się   słyszeć   rytmiczne,   głuche   uderzenia   i   odczuliśmy   nie 

przerwane już przez długi czas drgania, od których trzęsło się wszystko dokoła, a w spiżarni z 

brzękiem podskakiwały  naczynia. W  pewnej chwili coś przesłoniło  światło  i ledwie widoczne 

dotąd drzwi ściemniały zupełnie. Długie godziny spędziliśmy w tej nieszczęsnej kryjówce skuleni, 

milczący, drżący z trwogi - aż zmęczenie przemogło czujność...

Obudziłem się niesłychanie wygłodniały. Sądzę, że przeleżeliśmy tak większą część dnia. 

Głód był tak silny, że zmusił mnie do działania. Powiedziałem, że idę poszukać czegoś do jedzenia, 

i popełzłem po

background image

omacku   do   kredensu.   Nie   otrzymałem   odpowiedzi,   kiedy   tylko   jednak   począłem   jeść, 

odgłos ten musiał widocznie poruszyć wikarego, gdyż usłyszałem, jak czołga się za mną.

2 Co widzieliśmy z ukrycia w ruinach

Skończywszy z jedzeniem powróciliśmy do spiżarni. Musiałem znów zadrzemać, gdyż po 

pewnym   czasie,   kiedy   poruszyłem   się   -   spostrzegłem,   że   jestem   sam.   Huki   i   wywołane   nimi 

drgania trwały nadal z męczącą jednostajnością. Nawoływałem kilkakrotnie cichutko, aż w końcu 

podążyłem po omacku do drzwi kuchennych. Jeszcze był dzień, toteż dostrzegłem duchownego po 

drugiej stronie izby, leżącego przy trójkątnym, wychodzącym wprost na Marsjan otworze. Tak był 

przy tym zgarbiony, że wyglądał jak bez głowy.

Na   zewnątrz   hałasy   przypominały   rozgwar   wielkiej   hali   maszyn,   dokoła   zaś   wszystko 

trzęsło się w takt grzmiących uderzeń. Przez otwór w ścianie mogłem dojrzeć skąpany w złocie 

wierzchołek   drzewa   i   ciepły   lazur   cichego   wieczornego   nieba.   Przyglądałem   się   przez   chwilę 

wikaremu, po czym skulony stąpając  z największą ostrożnością pośród zaściełających podłogę 

skorup posunąłem się ku niemu.

Gdy  dotknąłem  jego kolana, drgnął  gwałtownie i potrącił przy  tym  odłam  muru, który 

potoczył się z wielkim hukiem w dół, na zewnątrz. W obawie, by nie krzyknął, chwyciłem go za 

ramię, po czym długo leżeliśmy bez ruchu. Podniosłem się wreszcie, aby sprawdzić, co ocalało z 

naszej osłony. W resztce muru pozostała po odpadłym kawale ściany pionowa szczelina, przez 

którą widać było, gdy wychyliłem się ostrożnie ponad belką, cichą jeszcze wczoraj, podmiejską 

uliczkę. Wielkie tu doprawdy zaszły zmiany. Piąty walec trafił widocznie w sam środek willi, w 

której   najpierw   byliśmy.   Domek   zdruzgotany   całkowicie,   rozbity   w   proch,   skruszony   ciosem 

przestał   istnieć.   Znacznie   poniżej   dawnych   fundamentów,   w   głębokim   dole,   o   wiele   zresztą 

szerszym   od   jamy   widzianej   przeze   mnie   pod   Woking,   leżał   teraz   walec.   Potężne   uderzenie 

chlusnęło dokoła ziemią ("chlusnęło" będzie tu najlepszym chyba wyrażeniem), piętrząc ją w zwały 

skrywające szczątki pobliskich domów. Ziemia zachowała się tu zupełnie jak uderzone z całej siły 

ciężkim   młotem   błoto.   Nasz   dom   zwalił   się   do   tyłu,   elewacja   aż   do   parteru   włącznie   została 

zniszczona kompletnie. Szczęśliwym trafem ocalała kuchnia i spiżarnia. Stały one nienaruszone, 

przysypane ziemią i szczątkami muru, zamknięte z trzech stron

ławami ziemi, z jednym jedynym wyjściem ku walowi. Z taką to perspektywą zawieszeni 

byliśmy na samym skraju wielkiej kolistej jamy pogłębianej obecnie przez Marsjan. Tuż za nami 

słychać było odgłosy ciężkich uderzeń, przed naszą zaś szczeliną przepływały co chwila podobne 

do welonu chmurki jasnozielonej pasy.

background image

W samym środku jamy leżał otwarty już walec, po przeciwnej zaś od nas stronie, wśród 

połamanych i zasypanych w połowie krzewów, stała, opuszczona w tej chwili przez użytkownika, 

sztywna i ogromna na tle wieczornego nieba, jedna z wielkich Machin Bojowych. W pierwszym 

momencie nie zauważyłem ani jamy, ani walca, tak zajął mnie widok groźnej maszyny, właściwy 

jednak opis należałoby rozpocząć od nich właśnie, już choćby ze względu na niezwykły lśniący 

mechanizm pracujący w wykopie czy też na dziwaczne, pełzające niezdarnie po pobliskich zwałach 

ziemi istoty.

Uwagę   mą   przykuł   przede   wszystkim   mechanizm.   Była   to   jedna   z   tych   niesłychanie 

skomplikowanych   maszyn,   nazwanych   później   Machinami   Roboczymi,   których   poznanie   tak 

bardzo   przyczyniło   się   do   rozwoju   ziemskiej   wynalazczości.   Najpierw   uderzyło   mnie   jej 

podobieństwo do metalowego pająka o pięciu zwinnych, kolankowatych odnóżach; opatrzonego 

wokół   kadłuba   niezliczoną   liczbą   dźwigni,   drążków   oraz   rozciągliwych,   chwytnych   macek. 

Większa ich część obecnie nie pracowała, trzy tylko długie macki wyławiały .z wnętrza walca 

liczne pręty, płyty i wsporniki stanowiące bez wątpienia wewnętrzne umocnienia jego ścian. W 

miarę wydobywania unosiły je w górę i układały z boku na ziemi w stosy.

Ruchy macek  były  tak  szybkie, płynne i  dokładne,  że   mimo metalicznego  połysku   nie 

chciało mi się z początku wierzyć, iż patrzę na pracę mechanizmu. Machiny Bojowe były w bardzo 

wysokim stopniu podobne do żyjących, posłusznych woli pana istot, nie można ich jednak nawet 

porównywać z Machinami Roboczymi. Kto nie widział tych konstrukcji na własne oczy, lecz zna je 

tylko   z   pozbawionych   wyobraźni   szkiców   malarskich   czy   technicznych   lub   z   niedoskonałych 

opisów naocznych świadków, takich jak ja na przykład, ten z trudem może wyobrazić sobie, jak 

bardzo przypominały one żywe stworzenia.

Myślę   tu   przede   wszystkim   o   ilustracjach   do   jednej   z   pierwszych   broszur   usiłujących 

przedstawić cały przebieg tej wojny. Malarz obejrzał, dość pobieżnie zapewne, jedną z Machin 

Bojowych i  na  tym  zakończyła  się  jego  o  nich  wiedza.  Uczynił  z  nich  sztywne  mechaniczne 

trójnogi, pozbawione zupełnie giętkości i posuwistości, wywołując w ten sposób

fałszywe,  jednostronne  wyobrażenie.  Ponieważ  broszura   opatrzona   tymi   rycinami   miała 

ogromne powodzenie, wspominam o tym, by przestrzec czytelników przed błędnymi wrażeniami, 

jakie   mogłyby   na   jej   podstawie   powstać.   Rysunki   przypominały   Marsjan,   których   widziałem 

przecież w ruchu niezliczoną ilość razy, tak samo jak kukły woskowe przypominają żywe istoty 

ludzkie. Moim zdaniem broszura byłaby bez nich o wiele lepsza.

Z początku, powtarzam, Machina Robocza nie przypominała w niczym maszyn, lecz raczej 

kraba o lśniącej powłoce. Zamiast mózgu, za pomocą wrażliwych czułek, kierował jej ruchami 

background image

Marsjanin. Prawdziwą naturę tego sprawnego robotnika wyjaśniłem sobie wówczas dopiero, gdy 

spostrzegłem podobieństwo jego szarobrązowej połyskującej "skóry" do pozostałych pełzających 

dokoła cielsk. Równocześnie ze zrozumieniem zainteresowanie me przeniosło się na te inne istoty, 

na prawdziwych Marsjan. Widziałem ich przelotnie dawniej i ówczesna odraza nie przeszkadzała 

mi już teraz w obserwacji. Ponadto mogłem przyglądać się im z ukrycia, nie poruszając się niemal, 

w skupieniu.

Teraz dopiero stwierdziłem, że są to najbardziej nieziemskie stworzenia, jakie tylko można 

sobie  wyobrazić. Były to wielkie obłe cielska lub raczej  głowy, około czterech stóp średnicy. 

Każde miało z przodu twarz. Twarz ta nie miała nozdrzy, gdyż Marsjanie nie byli obdarzeni, jak się 

zdaje, zmysłem powonienia, miała za to parę ogromnych ciemnych oczu, tuż pod nimi zaś coś w 

rodzaju mięsistego dzioba. W tylnej części głowy czy też ciała-sam już nie wiem, jak to nazywać-

mieściła   się   jedna   tylko,   sztywno   napięta   błona   bębenkowa,   anatomicznie   odpowiadająca,   jak 

później stwierdzono, uchu, jakkolwiek w ziemskim gęstym powietrzu było ono zupełnie niemal 

bezużyteczne. Dokoła dzioba, to znaczy ust, znajdowały się zebrane w dwa pęki, po osiem w 

każdym, smukłe, podobne do biczy macki. Pęki te nazwane zostały potem, dość udanie zresztą, 

przez   słynnego   profesora   anatomii   Howesa   -   rękami.   Już   po   raz   pierwszy   widząc   Marsjan 

zauważyłem, jak usiłowali oni dźwigać się za pomocą tych rąk, co zważywszy zwiększony w 

ziemskich warunkach ciężar tych istot było, rzecz jasna, niemożliwe. Są jednak podstawy, aby 

przypuszczać, iż na Marsie takie poruszanie się nie nastręcza żadnej trudności.

Wewnętrzna   ich   budowa,   mogę   to   stwierdzić,   gdyż   dokonane   sekcje   nie   pozostawiają 

żadnych wątpliwości, była tak sarno prosta. Większą część wnętrza zajmował mózg, z którego 

grube nerwy prowadziły do oczu, ucha i czułek. Ponadto mieli złożone płuca łączące się z ustami i 

serce wraz z układem naczyń krwionośnych. Przeciążenie płuc wywołane gęściejszą

atmosferą   ziemską   i   zwiększoną   siłą   ciążenia   przejawiało   się   zupełnie   wyraźnie 

konwulsyjnym drganiem naskórka.

Żadnych innych wewnętrznych organów nie mieli. Choć może się nam to wydać dziwne, u 

Marsjan nie istniał cały skomplikowany system trawienia zajmujący tyle miejsca w ciałach ludzi. 

Byli głowami, po prostu tylko głowami. Nie mieli żadnych wnętrzności. Nie jedli, tym bardziej zaś 

nie   trawili.   W   zamian   pobierali   świeżą   krew   żywych   istot,   wstrzykując   ją   do   własnych   żył. 

Widziałem, jak się to odbywa, wspomnę zresztą o tym we właściwym czasie. Lecz choćbym miał 

się wydać przewrażliwiony, nic potrafię zmusić się do opisania tego, czemu nie mogłem nawet 

przyglądać się bez odrazy. Niech wystarczy, jeśli powiem, że krew pochodząca z żywego jeszcze 

stworzenia, najczęściej z istoty ludzkiej, wprowadzana była za pomocą ssawki bezpośrednio do 

przewodu przyjmującego.

background image

Dla   nas   sama   już   myśl   o   tym   jest   niewątpliwie   odrażająca,   sądzę   jednak,   iż   należy 

równocześnie   pamiętać,   jak   odrażającymi   musiałyby   wydać   się   inteligentnemu   na   przykład 

królikowi nasze mięsożercze zwyczaje.

Jeśli się zaś pomyśli o niesłychanej wprost stracie czasu ludzkiego i energii poświęconych 

na   jedzenie   i   proces   trawienia,   fizjologiczne   korzyści   takiego   sposobu   odżywiania   się   są 

niezaprzeczalne. Ciała nasze w połowie niemal składają się z gruczołów, przewodów i organów 

zajętych przekształcaniem różnorodnych pokarmów na krew. Procesy trawienia i ich wpływ na 

układ nerwowy podkopują nasze siły i odbijają się na umysłowości. Ludzie bywają szczęśliwi lub 

nieszczęśliwi w zależności od tego, czy mają zdrową, czy też chorą wątrobę, czy ich gruczoły 

trawienne pracują należycie, czy też nie. Marsjanie zaś byli wyżsi ponad te organiczne zmiany 

nastrojów i uczuć.

To, że uznali oni ludzi za najlepsze źródło pożywienia, możną po części wytłumaczyć sobie 

podobieństwem   szczątków   ich   ofiar   stanowiących   zapasy   żywności   przywiezione   z   Marsa. 

Stworzenia te, sądząc z zeschłych szczątków, które dostały się w ręce ludzi, były dwunogie, miały 

słabe krzemowe szkielety podobne do krzemowych szkieletów gąbek i równie słabe umięśnienie. 

Wzrost   ich   sięgał   sześciu   stóp   w   postawie   wyprostowanej,   głowy   były   kuliste   i   miały   dwa 

stwardniałe oczodoły. W każdym walcu wieziono po dwie, trzy takie istoty, wszystkie one jednak 

zostały zgładzone jeszcze przed przybyciem na Ziemię. Nie sprawiało to jednak żadnej właściwie 

różnicy, gdyż każda próba wyprostowania się na naszej planecie doprowadziłaby natychmiast do 

zmiażdżenia wszystkich ich kości.

Jeżeli już jestem przy opisie Marsjan, pragnę tu dorzucić pewne dalsze

szczegóły,   które   (jakkolwiek   wówczas   jeszcze   nam   nie   znane)   pozwolą   czytelnikowi 

zaznajomionemu z nimi stworzyć sobie dokładniejszy obraz groźnych tych istot.

Fizjologia   ich   różniła   się   znacznie   od   naszej   w   trzech   innych   jeszcze   dziedzinach. 

Organizmy te w ogóle nie znały snu, a przynajmniej nie spały dłużej, niż śpi ludzkie serce. Bez 

wymagającego   ustawicznej   regeneracji   rozwiniętego   mechanizmu   mięśniowego   nie   znali   oni 

okresowego ugasania - snu. Wydaje się, że nie odczuwali zupełnie (lub w bardzo nie- , znacznym 

tylko stopniu) zmęczenia. Na Ziemi zawsze poruszali się z :_ wysiłkiem, do samego jednak końca 

byli w ustawicznym ruchu. Pracowali przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, podobnie jak się 

to dzieje u ziemskich mrówek.

Dalej, choć może to w świecie płciowym wydać się dziwne, Marsjanie  nie posiadali żadnej 

płci, a więc pozbawieni byli wszystkich tych burzli- wych uczuć, jakie miotają podzieloną na 

background image

rodzaje ludzkością. Nie ma wątpliwości, iż w czasie wojny przyszedł na świat tu, na Ziemi, młody 

Marsjanin. Znaleziono go złączonego z ciałem rodziciela, wypączkowanego 

zeń, jak się to dzieje z młodymi cebulkami lilii lub ze słodkowodnymi polipami.

U człowieka i u wyżej zorganizowanych zwierząt ten sposób rozmnażania się zanikł już 

całkowicie, był on jednak niewątpliwie również u nas, na Ziemi, pierwotnym sposobem mnożenia 

się.   U   zwierząt   niżej   zorganizowanych,   takich   choćby,   jak   odległe   krewniaczki   kręgowców 

osłonice, oba te sposoby istnieją obok siebie do dzisiaj. Ostatecznie jednak sposób płciowy wyparł 

całkowicie wegetatywnego rywala. Na Marsie widocznie stało się odwrotnie.

Warto tu zwrócić uwagę, iż pewien pseudonaukowy pisarz na długo jeszcze przed najazdem 

Marsjan przewidywał przyszłą budowę ciała ludzkiego bardzo podobnie do obecnej budowy ciała 

mieszkańców Marsa. Przepowiednia jego, pamiętam, ukazała się w listopadzie czy też w grudniu 

1893 roku, w od dawna już nie istniejącym czasopiśmie Pall-Mall. Przypominam sobie również, iż 

została ona wyśmiana w przedmarsjańskim tygodniku satyrycznym noszącym miano Punch.

Pisarz ten dowodził z wielką swadą, że wskutek rozwoju urządzeń .) mechanicznych ulegną 

zanikowi nogi, a wskutek rozwoju chemii - narządy trawienia; że takie organy, jak włosy, nozdrza, 

zęby, uszy, przestaną być zasadniczymi częściami ludzkiego ciała i że dobór naturalny pójdzie na 

przestrzeni nadchodzących stuleci w kierunku stałego ich zaniku. Najważniejszą koniecznością 

pozostanie tylko mózg. Jedna jedyna część cia

ła, której dalszy rozwój wydaje się pewny, to ręce - "nauczyciel i pośrednik mózgu". Gdy 

reszta ciała zmarnieje, ręce rozrosną się.

Wiele   już   prawd   wypowiedziano   fantazjując,   tu   zaś   na   Marsjanach   mieliśmy   nie 

podlegające   dyskusji   potwierdzenie   podporządkowania   umysłowi   zwierzęcej   strony   organizmu. 

Mnie osobiście wydaje się zupełnie możliwe, iż Marsjanie mogą pochodzić od istot podobnych do 

nas.   Zmieniając   się   stopniowo   dzięki   rozwojowi   mózgu   kosztem   reszty   ciała   ręce   Marsjan 

przekształciły   się   w   dwa   pęki   wrażliwych   macek.   Mózg   zaś   bez   ciała,   pozbawiony   podkładu 

uczuciowego, musiał, rzecz jasna, stawać się umysłowością coraz bardziej samolubną.

Ostatnim rzucającym się w oczy szczegółem, w którym stworzenia te różniły się od nas, 

było   coś, co można by  uznać  za   drobiazg.   Na Marsie  albo  w  ogóle  nie było  drobnoustrojów 

powodujących tyle chorób i bólu tu, na Ziemi, albo też marsjańska wiedza sanitarna rozprawiła się 

z nimi już przed wiekami. Życie Marsjan wolne więc było od setek chorób, od wszelkich gorączek 

i zakażeń, od gruźlicy, raka, wrzodów i innych bied. Mówiąc zaś o różnicach między życiem na 

Marsie a życiem ziemskim chcę przytoczyć ciekawe uwagi o Czerwonym Zielsku.

Głównym barwnikiem w świecie roślinnym Marsa jest najwidoczniej nie kolor zielony, lecz 

jaskrawy odcień krwawej czerwieni. W każdym razie wszystkie gatunki roślin, jakie wzeszły z 

background image

nasion   przywiezionych   przypadkowo   czy   też   rozmyślnie   przez   Marsjan,   były   zabarwione   na 

czerwono. Spośród nich jednej tylko, znanej ogólnie pod nazwą Czerwonego Zielska, udało się 

znieść   zwycięsko   konkurencję   ziemskich   gatunków.   Czerwone   Pnącze   było   rośliną   tak 

krótkotrwałą, że niewiele ludzi w ogóle je widziało. Czerwone Zielsko jednak krzewiło się przez 

pewien czas nad podziw bujnie i szybko. Na trzeci czy czwarty dzień uwięzienia wspięło się ono 

po ścianach jamy i kaktusowatymi łodygami obrzeżyło karminową obwódką krawędzie naszego 

trójkątnego okna. Później zaś widziałem, jak pleniło się po całej okolicy, zwłaszcza zaś wszędzie 

tam, gdzie była woda.

Marsjanie mieli, jak wiadomo, organ słuchu, pojedynczą kolistą membranę z tyłu głowy, 

oraz oczy o zakresie widzenia nie różniącym się wiele od naszego, z wyjątkiem, jak twierdził 

Philips,   iż   niebieską   i   fiołkową   barwę   widzieli   jako   czarną.   Przypuszcza   się   ogólnie,   iż 

porozumiewali się oni za pomocą dźwięków i gestów. Twierdzi się tak, na przykład, w umiejętnie, 

lecz zbyt powierzchownie opracowanej broszurze, o której wspomniałem już poprzednio. Była ona, 

jak dotąd, głównym źródłem informacji o nich, mimo iż pisał ją ktoś, kto nie widział zacho

wania się Marsjan na własne oczy. Nikt jednak z istot ludzkich, które przeżyły najazd, nie 

widział tyle z życia Marsjan, co ja. Nie przechwalam się tym bynajmniej, stwierdzam po prostu 

fakt.   Stwierdzam   też,   że   obserwowałem   ich   z   bliska   przez   dłuższy   czas,   że   widziałem,   jak 

wspólnie, we czwórkę, w piątkę, a raz nawet w szóstkę wykonywali najbardziej skomplikowane 

czynności   bez   żadnego   dźwięku   ni   gestu.   Szczególne   pohukiwania   zawsze   poprzedzały 

przyjmowanie pokarmu; tonacja tych dźwięków była niezmienna, nie można więc, moim zdaniem, 

uznać ich za jakieś sygnały, lecz za zwykłe wydechy przed przystąpieniem do czynności ssania. 

Mam pretensje do podstawowej co najmniej znajomości psychologii i jestem pewien, jeśli w ogóle 

można   być   czegokolwiek   pewnym,   że   Marsjanie   wymieniali   myśli   bez   udziału   czynników 

fizycznych.   Pewien   zaś   tego   jestem   wbrew   poważnym   w   tej   dziedzinie   uprzedzeniom.   Przed 

najazdem Marsjan, jak może przypominają sobie niektórzy czytelnicy, wypowiadałem się dość 

namiętnie przeciw teorii telepatii.

Marsjanie nie nosili żadnej odzieży. Ich pojęcie ozdób czy strojów było z konieczności 

odmienne od naszego; nie tylko zaś byli w sposób zupełnie wyraźny mniej od nas wrażliwi na 

wahania temperatury, lecz i zmiany ciśnienia zdawały się wcale nie wpływać na stan ich zdrowia. 

Jeśli jednak nie nosili odzieży, to przecież mieli nad ludźmi olbrzymią wyższość w stosowaniu 

sztucznych   uzupełnień   ciała.   My,   ludzie,   ze   swymi   bicyklami,   wrotkami,   samochodami   i 

Lilienthalowskimi   machinami   latającymi,   ,pistoletami,   karabinami,   armatami   czy   kijami 

rozpoczynamy dopiero tę ewolucję, którą Marsjanie bez wątpienia już przeszli. Stali się oni w 

background image

rzeczywistości   samymi   tylko   mózgami   odzianymi   w   niezbędne   dla   określonych   potrzeb 

urządzenia, tak jak ludzie odziewają się w szaty w zależności od wymagań pór roku, jak posługują 

się rowerem w pośpiechu lub podczas deszczu parasolem. We wszystkich zaś ich urządzeniach 

najgodniejszy podziwu może wydać się człowiekowi brak podstawy każdego niemal mechanizmu 

ziemskiego - zupełny brak koła. Pośród wszystkiego, co przywieźli ze sobą na Ziemię, nie było nic, 

co wskazywałoby na używanie przez nich kół. Można by było oczekiwać tego przynajmniej w 

przyrządach służących do poruszania się. Należy tu podkreślić, że i u nas, na Ziemi, przyroda nigdy 

nie używa samorzutnie koła, przedkłada, być może, ponad nie inne rozwiązania. Marsjanie nie 

tylko nie znali, co zresztą nie wydaje się prawdopodobne, czy nie chcieli stosować koła, lecz co 

więcej  w   aparatach   swych   w   małym   tylko   niezmiernie  stopniu  używali   dźwigni   o  stałym   lub 

półstałym   punkcie   zaczepienia,   a   więc   poruszających   się   ruchem   obrotowym   w   jednej 

płaszczyźnie. Wszystkie złącza w

mechanizmach były złożonym systemem suwaków poruszających się w niewielkich, lecz 

wspaniale ukształtowanych łożyskach ciernych. Jeśli już wdałem się w te szczegóły, to pragnę 

podkreślić, że dźwignie ich maszyn napędzane były w większości wypadków przez coś w rodzaju 

licznych tarcz, mieszczących się w elastycznych osłonach; tarcze te zmieniały się pod działaniem 

przepuszczanego przez nie prądu elektrycznego w potężne magnesy. Uzyskiwali oni w ten sposób 

niezwykle   interesujące   podobieństwo   do   ruchów   zwierząt,   ruchów,   których   naśladowanie   w 

mechanice tyle sprawiało trudności ziemskim badaczom.

Mnóstwo tych niby-mięśni znajdowało się właśnie w podobnej do kraba Machinie Roboczej 

rozładowującej piąty walec, w chwili gdy ujrzałem ją wyglądając po raz pierwszy przez szczelinę 

w murze. Wydała mi się ona o wiele bardziej żywa od prawdziwych Marsjan wylegujących się 

koło niej w promieniach zachodzącego słońca, dyszących z wysiłkiem, poruszających bezcelowo 

mackami i przeciągających się leniwie po męczącej. długotrwałej podróży międzyplanetarnej.

Podczas gdy przyglądałem się niezdarnym ich ruchom w blasku słońca, notując w pamięci 

każdy szczegół dziwacznych tych postaci, wikary przypomniał o swej obecności szarpiąc mnie 

gwałtownie za  ramię.  Zwróciłem  się   ku   nachmurzonej twarzy  i  milczącym   wymownie  ustom. 

Teraz on chciał patrzeć, bo tylko jeden z nas mógł wyglądać przez szczelinę; tak więc, gdy on 

cieszył się tym przywilejem, ja z kolei,musiałem przerwać na pewien czas obserwację.

Gdy wyjrzałem ponownie, Machina Robocza złożyła już z licznych wydobytych z walca 

części mechanizm o zupełnie do niej podobnym kształcie. Niżej zaś i bardziej na lewo ukazała się 

niewielka koparka ziejąca strumieniami zielonej pary, przekopująca się wokół jamy, odkładając 

ziemię na zwał i metodycznie i nieprzerwanie ubijająca ją. To właśnie ubijanie było przyczyną 

głośnych   rytmicznych   uderzeń   i   regularnie   powtarzających   się   wstrząsów,   wprawiających   w 

background image

drżenie ruiny naszego schroniska. Pracy tej towarzyszyły najprzeróżniejsze piski i gwizdy. O ile 

mogłem dojrzeć, nie kierował nią żaden Marsjanin.

3 Dni więzienne

Przybycie drugiej Machiny Bojowej odegnało nas od szczeliny i zapędziło do spiżarni, gdyż 

obawialiśmy się, by Marsjanie mimo naszego ukrycia nie dojrzeli nas z góry. Później przestaliśmy 

się lękać, gdyż z zewnątrz, dla

olśnionego   słonecznym   światłem   oka,   schronienie   nasze   musiało   wydawać   się   jakby 

zaciągnięte   czarną   błoną,   początkowo   jednak   przy   najlżejszym   nawet   podejrzeniu   odkrycia 

rzucaliśmy   się   z   bijącym   sercem   do   ucieczki,   by   ukryć   się   w   spiżarni.   Mimo   straszliwego 

niebezpieczeństwa,   jakim   groziło   wyglądanie,   nie   mogliśmy   oprzeć   się   pokusie.   Z   uczuciem 

zdumienia powracam myślą do tamtych chwil, kiedy niepomni nieustannej groźby zagłodzenia lub 

gorszej jeszcze śmierci z rąk Marsjan - walczyliśmy zawzięcie o straszliwy przywilej patrzenia. 

Ścigaliśmy się w groteskowym biegu przez kuchnię, starając się wyprzedzić wzajemnie i bojąc się 

przy tym zdradzieckiego hałasu, potem zaś baliśmy się, kopali i popychali, o kilka cali, o krok od 

wykrycia.

Faktem   jest,   że   usposobienia  nasze,   nasz   sposób   myślenia   i   postępowania   były   nie  do 

pogodzenia, zaś niebezpieczeństwo i osamotnienie podkreślały tę rozbieżność jeszcze mocniej. Już 

w   Hallifordzie   znienawidziłem   te   bezsilne   jęki,   ten   tępy   umysł.   Nigdy   nie   kończący   się, 

wymrukiwany   bez   przerwy   jego   monolog   psuł   mi   każdą   próbę   obmyślenia   jakiegoś   sposobu 

działania, czasami zaś doprowadzał niemal do szału. Brakowało mu opanowania jak kapryśnej 

kobiecie... Mógł płakać całymi godzinami i pewien jestem, że do samego końca to rozpieszczone 

przez życie dziecko uważało łzy swej słabości za oręż w jakiś sposób skuteczny. Ja zaś siedziałem 

w   ciemności   nie  mogąc   oderwać   od  niego   myśli.   Jadł   więcej   ode   mnie  i   próżną   było   rzeczą 

tłumaczyć mu, że jedyną możliwość przeżycia daje nam ukrywanie się w tym domu do czasu, aż 

Marsjanie skończą roboty w jamie, że przy tym długim wyczekiwaniu może nadejść chwila, gdy 

zabraknie nam żywności. Jadł i pił nieumiarkowanie, kiedy tylko przyszła mu na to ochota. Spał 

niewiele.

W miarę jak upływały dni, nierozważna ta beztroska pogarszała stale sytuację i powiększała 

niebezpieczeństwo, tak iż (choć bardzo niechętnie) musiałem uciec się najpierw do gróźb, w końcu 

zaś do razów. Przywróciło mu to rozsądek, lecz na krótki tylko czas. Było to stworzenie słabe, lecz 

pełne chytrości. Brakło mu odwagi, by stawić czoło nie tylko Bogu czy ludziom, lecz własnej 

nawet słabości. Była to wyzbyta godności, tchórzliwa, anemiczna, zawistna duszyczka.

background image

Przykro   mi   wspominać   i   opisywać   te   sprawy,   postanowiłem   jednak   nie   pomijać   w   tej 

historii niczego. Tym, którzy uniknęli w życiu wszystkiego, co ciemne i straszne, nietrudno będzie 

potępić mnie za brutalność, za wybuch wściekłości, jakim zakończyła się nasza tragedia; czym ,jest 

zło, wiedzą oni nie gorzej od innych, nie wiedzą natomiast, do czego zdolni są ludzie torturowani. 

Ci przecież, którzy poznali mroki życia, którzy

zgłębili jego pierwotność, więcej bez wątpienia okażą wyrozumiałości.

Gdy my toczyliśmy wewnątrz, w mglistej ciemności, walkę szeptów, zaciśniętych pięści i 

bezlitosnych   razów,   na   zewnątrz,   w   palącym   słońcu   straszliwego   owego   czerwca   Marsjanie 

prowadzili zwykłe dla nich, a tak obce i dziwne dla nas roboty. Lecz powróćmy do tych nowych 

dla   mnie   doświadczeń.   Gdy   po   długim   czasie   znów   odważyłem   się   wyjrzeć   przez   szczelinę, 

dostrzegłem,   iż   nowo   przybyłych   wzmocniły   załogi   co   najmniej   trzech   Machin   Bojowych. 

Dostarczyły   one   jakichś   nowych   urządzeń   ustawionych   rzędem   koła   walca.   Druga   Machina 

Robocza była już gotowa i obsługiwała jedno z nich. Kształtem przypominało ono bańkę do mleka, 

nad którą kołysał się gruszkowaty zbiornik. Płynął z niego do okrągłego, położonego niżej basenu 

strumień   białego   proszku.   Machina   Robocza   nadawała   za   pomocą   macki   zbiornikowi   ruch 

wahadłowy.   Dwiema   łopatkowymi   rękami   kopała   ona   i   wrzucała   do   gruszkowatego   zbiornika 

glinę, innym zaś  ramieniem otwierała co pewien czas drzwiczki w środkowej części aparatu  i 

usuwała stamtąd rdzawoczarny żużel. Jeszcze jedna stalowa macka kierowała proszek z basenu 

żeberkowym kanałem do zbiornika ukrytego przed mym wzrokiem za hałdą niebieskawego pyłu. 

Stamtąd unosił się w nieruchomym powietrzu pionowo w górę cienki słup zielonego dymu. Gdy 

patrzyłem,   Machina   Robocza   rozsunęła   teleskopowym   sposobem   ze   słabym   melodyjnym 

podźwiękiem jedną z macek, będącą przed chwilą jeszcze krótkim tępo zakończonym trzpieniem, 

tak daleko, że koniec jej skrył się za zwałem gliny. Za chwilę ukazała się ona ponownie, przy czym 

niosła sztabę nieskazitelnie białego, połyskującego oślepiająco aluminium i złożyła ją na rosnącym 

nieustannie na skraju jamy stosie tych sztab. Od zniknięcia słońca do ukazania się pierwszych 

gwiazd wydajna ta maszyna zrobiła z surowej zupełnie gliny przeszło setkę takich sztab, zaś hałda 

niebieskiego kurzu urosła ponad brzeg jamy.

Kontrast   między   szybkimi   i   złożonymi   poruszeniami   tych   mechanizmów   a   ociężałą, 

zadyszaną niezdarnością ich władców był tak wielki, iż musiałem wielokrotnie przekonywać sam 

siebie, że nie mechanizmy, lecz oni to właśnie są istotami żyjącymi.

Gdy do jamy przynieśli pierwszych ludzi, przy szczelinie był wikary. Ja siedziałem niżej, 

skulony, wytężając słuch. Widząc, że odskakuje gwałtownie od otworu, skuliłem się przerażony 

jeszcze   bardziej,   pewny,   że   Marsjanie   dostrzegli   go.   Ześliznąwszy   się   w   dół   po   rumowisku 

przykucnął w ciemności przy mnie i bełkotał coś niezrozumiale, wymachując rękami,

background image

aż zaraził mnie na chwilę swym przestrachem. Poznałem po gestach, że zrezygnował ze 

szczeliny,   gdy   więc   zaciekawienie   przemogło   wreszcie   obawę,   podniosłem   się   i   wspiąłem   do 

wyrwy. Zrazu nie mogłem pojąć przyczyny jego przerażenia. Panował już półmrok, gwiazdy były 

jeszcze  blade, jamę jednak rozświetlał jasny, zielony, migotliwy blask  towarzyszący produkcji 

aluminium. Całość obrazu wyglądała jak migocący zielonymi błyskami ekran, na który padały 

ruchliwe   rdzawoczarne,   niezwykle   męczące   wzrok   cienie.   Nad   jamą   uwijały   się   obojętne   na 

wszystko nietoperze. Pełzających Marsjan nie było nigdzie widać. Przesłaniała ich rosnąca bez 

przerwy hałda niebieskozielonego.pyłu. W narożniku jamy stała, jakby skrócona, na skurczonych 

nogach Machina Bojowa. Wtem pośrodku klekotu maszyn usłyszałem dźwięk przypominający głos 

ludzki. Początkowo starałem się uparcie odpędzić od siebie nawet wszelką myśl o tym.

Skulony przyglądałem się uważnie Machinie Bojowej upewniając się wreszcie, że w jej 

kapturze rzeczywiście znajduje się Marsjanin. Gdy zielone płomienie wzbijały się wyżej, można 

było wyraźnie dojrzeć oleisty połysk naskórka i blask wielkich oczu. Nagle doszedł mnie krzyk i 

spostrzegłem   długą   mackę   sięgającą   poprzez   ramię   maszyny   do   niezbyt   wielkiej   klatki 

przewieszonej przez jej plecy. Po chwili macka uniosła się wysoko trzymając coś wijącego się 

rozpaczliwie, coś, co rysowało się na tle gwiazd czarnym, mglistym znakiem zapytania. Ten znak 

zapytania  w  miarę  zniżania się  przybierał  w  zielonym  świetle  postać  człowieka.  Przez  chwilę 

widziałem go zupełnie wyraźnie. Był to tęgi, zażywny, dostatnio odziany mężczyzna w średnim 

wieku; parę jeszcze dni temu kroczył zapewne dumny po świecie jako człowiek otoczony ogólnym 

szacunkiem. Widziałem doskonale wytrzeszczone oczy i odblask światła na spinkach i dewizce. 

Znikł   za   hałdą   i   przez   chwilę   nic   nie   było   słychać.   Potem   rozległ   się   rozdzierający   krzyk   i 

przeciągłe, jakby drwiące pohukiwanie Marsjan...

Ześliznąłem się po rumowisku, porwałem się na nogi, zatkałem uszy i wpadłem do spiżarni. 

Duchowny, skulony dotąd w milczeniu z głową ukrytą w ramionach, spojrzał, gdy go mijałem, 

krzyknął głośno, bym nie zostawiał go samego, i popędził za mną.

Nocy tej, przyczajony w spiżarni, wahając się między przerażeniem a straszliwym urokiem 

wyglądania, pojąłem, że trzeba koniecznie działać, i to zaraz. Na próżno jednak siliłem się na 

ułożenie planu ucieczki; później dopiero, następnego dnia, udało mi się rozważyć nasze położenie 

bardziej szczegółowo. Wikary, jak stwierdziłem, był zupełnie niezdolny nawet do

dyskusji; groza uczyniła zeń stworzenie poddające się przelotnym, żywiołowym bodźcom, 

odebrała   rozsądek   i   przezorność.   Prawdę   powiedziawszy,   spadł   on   już   właściwie   do   poziomu 

zwierzęcia. Ja zaś, jak się to mówi, wziąłem się w garść. Przemyślawszy wszystko pojąłem jasno, 

że położenie nasze, jakkolwiek okropne, nie dawało jeszcze powodów do ostatecznej rozpaczy.

background image

Największą naszą szansą byłoby, rzecz jasna, gdyby Marsjanie potraktowali jamę jako tylko 

przejściowe   obozowisko.   Nawet   jednak   gdyby   mieli   pozostawać   w   niej   na   stałe,   nie   musieli 

przecież pilnować jej nieustannie, to zaś mogło nam umożliwić ucieczkę. Rozważałem też bardzo 

szczegółowo   możliwość   przekopania   przejścia   podziemnego   poza   jamę,   prawdopodobieństwo 

jednak wydostania się na powierzchnię w zasięgu wzroku wartujących Marsjan wydawało mi się 

od razu zbyt wielkie. Poza tym trzeba by przekopywać się samemu, gdyż wikary niewątpliwie nie 

pomógłby mi w niczym.

Trzeciego dnia, jeśli mnie pamięć nie myśli, ujrzałem śmierć tego chłopaka. Był to zresztą 

jedyny wypadek, gdy widziałem Marsjan przyjmujących pokarm. Po tym, co ujrzałem - przez 

większą część dnia unikałem wyrwy jak ognia. Udałem się do spiżarni i po zdjęciu z zawiasów 

drzwi spędziłem kilka godzin na kopaniu posługując się, jak tylko można najciszej, siekierką; gdy 

jednak   okazało   się,   że   wygrzebana   na   długość   kilku   stóp   dziura   zawaliła   się   z   hałasem,   nie 

ośmieliłem się kopać dalej. Straciłem wówczas całe męstwo i długi czas leżałem zniechęcony, bez 

ruchu, na wykopanej ziemi. Po tym wypadku zaniechałem myśli o ucieczce przekopem.

Wiele można powiedzieć o wrażeniu, jakie zrobili na mnie Marsjanie. Początkowo, widząc, 

jak   potrafią   oni   niweczyć   wszelkie   ludzkie   wysiłki,   nie   miałem   w   ogóle   nadziei   na   ocalenie. 

Czwartej czy piątej jednak nocy doszedł mnie odgłos podobny do odległych strzałów z ciężkich 

dział.

Noc   była   późna   i   świecił   jasno   księżyc.   Marsjanie   zabrali   gdzieś   koparkę,   toteż   prócz 

Machiny Bojowej stojącej na przeciwległym brzegu jamy oraz Machiny Roboczej zajętej czymś 

tuż pod naszą szczeliną - w jamie nie było nikogo. Gdyby nie blady odblask padający z dołu, gdzie 

pracowała   Machina   Robocza,   i   białe   plamy   i   smugi   księżycowej   poświaty,   ciemność   byłaby 

zupełna. Ciszę przerywało tylko brzęczenie maszyny. Noc była piękna i bezchmurna. Wydawało 

się, że księżyc objął w posiadanie calutkie niebo. Gdzieś z oddali dochodziło szczekanie psa. Ono 

właśnie skłoniło mnie do wytężenia słuchu i wówczas usłyszałem

zupełnie wyraźnie huk, bardzo podobny do głosu ciężkiego działa. Naliczyłem sześć takich 

wybuchów, a po długiej przerwie sześć następnych. 1 to było wszystko.

4 Śmierć wikarego

Szóstego dnia naszego uwięzienia, gdy wyglądałem po raz ostatni, spostrzegłem nagle, że 

jestem  przy wyrwie sam. Wikary, zamiast  trzymać się, jak to zazwyczaj bywało, w pobliżu  i 

odpychać mnie od szczeliny, powrócił widocznie do spiżarni. Uderzony nagłą myślą udałem się z 

background image

pośpiechem i w milczeniu za nim. Usłyszałem w ciemności, jak coś pił. Sięgnąłem w mrok i palce 

me pochwyciły butelkę wina.

Szarpanina trwała kilka chwil. Zaprzestałem walki wtedy dopiero, kiedy butelka upadła na 

ziemię i rozbiła się. Staliśmy zdyszani grożąc sobie nawzajem. Stanąłem ostatecznie między nim a 

zapasem żywności i oświadczyłem, że odtąd będę racjonować posiłki. Cały nasz zapas podzieliłem 

na porcje wystarczające do przetrwania dziesięciu dni. Tego dnia nie dałem mu nic już więcej do 

jedzenia. Po południu próbował wyrwać mi żywność siłą, był jednak na to zbyt słaby. Drzemałem 

właśnie, obudziłem się jednak natychmiast. Cały dzień i całą następną noc siedzieliśmy twarzą w 

twarz, ja zmęczony, lecz zdecydowany, on skomlący coś o trapiącym go głodzie. Wiedziałem, że 

trwało to dzień i noc, wówczas jednak wydawało mi się, a i dziś jeszcze wydaje się, że czas ten 

ciągnął się nieskończenie długo.

W   ten   sposób   coraz   bardziej   pogłębiająca   się   rozbieżność   zakończyła   się   otwartym 

konfliktem. Dwa długie dni zeszły nam na przyciszonych sporach i milczących zmaganiach. Były 

chwile, gdy biłem go i kopałem, jak szaleniec, były i takie, gdy schlebiałem mu i prosiłem. Raz 

próbowałem nawet przekupstwa, odstępując mu ostatnią butelkę wina, gdyż w kuchni była pompa 

dająca nieco wody. Ani siła jednak, ani dobroć nie i skutkowały, naprawdę stracił cały rozsądek. 

Nie   zaprzestawał   zamachów   na   żywność,   nie   zaprzestawał   głośnego   bełkotu,   nie   chciał 

przestrzegać   najbardziej   podstawowych   zasad   ostrożności,   od   zachowania   których   zależało 

przecież nasze bezpieczeństwo i życie. Zaczynałem pojmować coraz jaśniej, że inteligencja jego 

gasła, że jedyny mój towarzysz w gęstej, dławiącej ciemności ukrycia jest człowiekiem obłąkanym.

Sądząc   z  niektórych  mglistych   wspomnień  umysł   mój   także   był   chwilami   przyćmiony. 

Każdy sen wypełniały dziwaczne, potworne koszmary.

Brzmi to niezbyt może zrozumiale, sądzę jednak, że właśnie obłęd wikarego stał się dla 

mnie ostrzeżeniem, dodał sił i uchronił przed szaleństwem.

Ósmego dnia zaprzestał szeptu i począł mówić na głos, ja zaś nie mogłem uciszyć go w 

żaden sposób.

- Tak być powinno, o Boże! - powtarzał w kółko. - Tak być powinno. Brzemię kary niech 

spadnie   na   mnie   i   na   dzieci   moje.   Grzeszyliśmy,   nadto   byliśmy   dufni   w   swoje   siły.   Nędza 

panowała dokoła i ból, ubogich deptano w prochu, ja zaś milczałem. Cóż za głupstwa kazałem, 

Boże mój, cóż za głupstwa! Zamiast powstać i życie oddać w ofierze, i wołać głosem wielkim: 

Pokutujcie, pokutujcie!... Ciemiężyciele maluczkich i łaknących... Jakże groźna jest dłoń Pana!

Potem   niespodziewanie   przeskakiwał   na   jedzenie,   którego   mu   odmawiałem,   prosząc, 

błagając,   płacząc;   w   końcu   grożąc.   Zaczął   podnosić   głos,   prosiłem   go,   by   zamilkł.   Wówczas 

widząc, że ma mnie w ręku, zagroził, iż krzykiem ściągnie na nas Marsjan. W pierwszej chwili 

background image

przeraziłem się, każde jednak ustępstwo zmniejszałoby tylko możliwość przetrwania. Rzuciłem mu 

więc wyzwanie, chociaż wcale nie byłem pewien, czy go nie` podejmie. Tym razem jeszcze nie 

podjął. Przez resztę ósmego i cały dziewiąty dzień mówił coraz głośniej. Groźby i błagania płynące 

spienionym potokiem półprzytomnych słów skruchy i żalu za oszukańczą pustkę jego służby bożej 

budziły we mnie litość. Zasnął wreszcie na chwilę, po przebudzeniu jednak zaczął wykrzykiwać z 

nową siłą, i to tak głośno, że za wszelką cenę trzeba go było nakłonić do milczenia.

- Bądź cicho - prosiłem.

Siedział w ciemności - teraz nagle ukląkł.

- Zbyt długo już byłem cicho - odkrzyknął głosem, który bez wątpienia dotarł do jamy. - 

Czas już, bym dał świadectwo prawdzie. Biada miastu, które wiarę utraciło. Biada! Biada! Po 

trzykroć biada ludziom ziemi, gdy zabrzmią trąby archanielskie...

- Stul pysk! - ryknąłem zrywając się pełen przerażenia, by nie usłyszeli go Marsjanie. - Na 

miłość boską! - dodałem.

- Nie! - krzyknął na cały głos, zrywając się także i rozkrzyżowując ramiona. - Nie zamilknę! 

Głos Pana jest ze mną!

Dopadł w kilku susach kuchennych drzwi.

- Muszę dać świadectwo prawdzie! Pójdę! Nazbyt już długo zwlekałem!

Wyciągnąłem   rękę   i   namacałem   wiszący   na   ścianie   tasak.   Skoczyłem   za   nim   jak 

błyskawica. Oszalałem ze strachu. Dopadłem go na środku kuch

ni. Resztka uczuć ludzkich odwróciła tasak w mym ręku tak, że cios padł nie ostrzem, -lecz 

płazem. Wikary runął na twarz i leżał bez ruchu. Potknąłem się o rozciągnięte ciało i stanąłem 

ciężko dysząc.

Wtem dobiegł mnie z zewnątrz jakiś szelest, a potem szmer obsuwającego się tynku. Coś 

przesłoniło trójkątną wyrwę w murze. Spojrzałem i oczom mym ukazał się kadłub, a raczej górna 

część Machiny Roboczej przepychającej się z wolna przez wyrwę. Jedna z chwytnych macek wiła 

się po rumowisku; po chwili pojawiła się druga szukając drogi ponad zwalonymi belkami. Ja zaś - 

skamieniały - patrzyłem. Przez przezroczystą,  jakby szklaną ścianę kadłuba  dostrzegłem  twarz 

Marsjanina i jego wielkie, ciemne, bacznie wpatrzone w mrok kuchni oczy. Stalowy wąż macki 

począł tymczasem sunąć wolno przez wyrwę.

Z   największym   tylko   wysiłkiem   odwróciłem   się   od   wyrwy,   potknąłem   się   o   ciało   i 

sparaliżowany przerażeniem stanąłem w drzwiach spiżarni. Macka posunęła się już o jakieś dwa 

jardy w głąb kuchni, wijąc się i zwracając to w jedną, to w drugą stronę szybkimi, urywanymi 

ruchami. Stałem chwilę, jak urzeczony tym powolnym, niesamowitym zbliżaniem. Potem z cichym 

background image

ochrypłym okrzykiem schroniłem się w spiżarni. Dygotałem, z trudem utrzymując się na nogach. 

Otworzyłem drzwi do piwnicy i stojąc w ciemności wpatrywałem się w jaśniejsze nieco wejście do 

kuchni. Czy Marsjanin dojrzał mnie? Co teraz robił?

W kuchni coś poruszało się bardzo powoli to tu, to tam, obijało się o ściany i znów sunęło 

dalej z metalicznym, podobnym do pobrzękiwania kluczy na kółku, dźwiękiem. Potem usłyszałem, 

jak macka wlokła coś ciężkiego - aż nadto dobrze wiedziałem, co to było - przez kuchnię do 

wyrwy. Pociągany nieodpartą siłą przemknąłem się do drzwi i zajrzałem do kuchni. W trójkącie 

słonecznego światła zobaczyłem, jak siedzący w swej sturękiej maszynie Marsjanin oglądał głowę 

wikarego. Pojąłem, że ślad uderzenia zdradzi mu niechybnie mą obecność.

Poczołgałem się z powrotem do piwnicy, zamknąłem drzwi i począłem przykrywać się w 

ciemności, najciszej jak tylko mogłem, węglem i drzewem. Przerywałem co chwila, nasłuchując, 

czy Marsjanin nie wysłał znów macki przez wyrwę.

Wtem ciche metaliczne brzęczenie powróciło. Śledziłem, jak sunęło z wolna przez kuchnię. 

Wkrótce było już blisko, jak sądziłem - w spiżarni. Miałem nadzieję, że macka okaże się zbyt 

krótka, by sięgnąć aż do mnie. Modliłem się o to gorąco. Usłyszałem, jak sunie ocierając się o 

drzwi piwnicy. Nadeszła chwila oczekiwania trwająca wieki całe; potem macka

poczęła mocować się z klamką. Znalazła drzwi. Marsjanie znali drzwi! Macka trudziła się 

przez czas pewien przy klamce, po czym drzwi

rozwarły się. Ledwie była widoczna w mroku, podobna do trąby słonia, wijąca się w mą 

stronę,   badająca   dotykiem   ściany,   węgiel,   drwa   i   sufit.   Wyglądała   jak   czarny   kołyszący   we 

wszystkie strony ślepą głową wąż.

Raz   nawet   dotknęła   mego   obcasa.   O   mało   nie   krzyknąłem;   zagryzłem   palce   do   krwi. 

Zatrzymała   się   na   chwilę.   Mogło   wydawać   się,   że   odpełzła.   Nagle   z   urwanym   trzaskiem 

pochwyciła coś-myślałem, że  mnie-i  znów, zdało   mi  się,  znikła  z  piwnicy.  Nie  byłem  jednak 

pewien. Widocznie zabrała tylko bryłę węgla do zbadania.

Skorzystałem z okazji, aby odmienić niewygodną nieco pozycję, i nasłuchiwałem dalej. Po 

chwili   znów   doszedł   mnie   powolny,   jednostajny,   coraz   bliższy   szelest.   Wolno,   wolno   macka 

nadciągała ocierając się o ściany i roztrącając meble.

Gdy uderzyła o hałasem o drzwi piwnicy i zatrzasnęła je, wydało mi się, że to niemożliwe. 

Wiła się potem jeszcze po spiżarni, grzechotała blaszankami, zbiła butelkę, wyrżnęła wreszcie 

czymś twardym o drzwi piwnicy i uciekła. Czyżby się oddaliła?

Długo czekałem, nim zdecydowałem, że tak. Nie pojawiła się już więcej w spiżarni; leżałem 

jednak przez cały dziesiąty dzień w zupełnej ciemności, zagrzebany w węglu i drzewie, bojąc się 

background image

nawet wypełznąć po wodę, choć ginąłem z pragnienia. Dopiero jedenastego dnia odważyłem się 

opuścić bezpieczne ukrycie.

5 Cisza

Pierwszą mą po wejściu do spiżarni czynnością było zamknięcie drzwi do kuchni. Spiżarnia 

jednak była pusta - cały żywność znikła. Zabrał ją widocznie poprzedniego dnia Marsjanin. Po tym 

odkryciu po raz pierwszy zwątpiłem w ocalenie. Jedenastego i dwunastego dnia nie miałem w 

ustach ani okruszyny chleba, ani kropli wody.

Wargi me i gardło były spieczone, a siły opuszczały mnie coraz szybciej. Siedziałem w 

mrocznej   spiżarni   pogrążony   w   rozpaczy.   Umysł   mój   zaprzątały   natrętne   myśli   o   jedzeniu. 

Zdawało mi się przy tym, że utraciłem słuch, gdyż nie dochodził mnie z jamy żaden dźwięk. Nie 

podchodziłem wcale do wyrwy, zbyt słaby, by móc tam dotrzeć bez hałasu.

Dwunastego dnia gardło tak miałem obolałe; że, ryzykując wykrycie

przez Marsjan, użyłem skrzypiącej pompy i wypiłem parę szklanek brudnej, czerwonej od 

rdzy   wody.   Odświeżyło   mnie   to   znacznie,   równocześnie   ,   zaś   natchnęło   otuchą,   gdyż   odgłos 

pompowania nie ściągnął do kuchni żadnej ciekawej macki.

W ciągu tych kilku dni wiele myślałem o wikarym, o tym, jak zginął, myśli me jednak 

rozpierzchały się ustawicznie i rwały.

Trzynastego dnia znów piłem wodę, myślałem o jedzeniu, dumałem bezładnie o jakichś 

nierealnych   planach   ucieczki.   Drzemki   me   wypeł-   nione   były   straszliwymi   zjawami,   śmiercią 

wikarego lub wspaniałymi ucztami; we śnie jednak czy na jawie nie opuszczał mnie ostry ból, 

który  mogłem  ukoić tylko   piciem  wody.  Światło   przedostające  się  do  spiżarni   utraciło  odcień 

szarości i stało się czerwonawe. Dla roztrzęsionej mej wyobraźni wyglądało to jak krew.

Czternastego dnia wyszedłem do kuchni, gdzie zaskoczył mnie widok czerwonego listowia, 

które wdzierając się przez wyrwę w ścianie, zmie-niało szary półmrok w purpurową ciemność.

Wczesnym rankiem piętnastego dnia usłyszałem dziwnie znajome odgłosy. Przysłuchując 

się rozpoznałem, że to pies węszy i drze pazurami . ziemię. Wchodząc do kuchni dostrzegłem 

wyglądający spośród czerwo- ,' nych liści pysk psa. Zdziwiło mnie to oczywiście niezmiernie. Pies 

zwęszywszy mnie szczeknął krótko.

Pomyślałem sobie, iż dobrze byłoby zwabić go po cichu do kuchni. Być ; może udałoby się 

zabić go i zjeść. W każdym razie powinien zginąć, by nie ściągnąć na kuchnię uwagi Marsjan.

Zbliżałem się więc doń powoli, powtarzając łagodnie: - Dobry piesek, dobry - gdy wtem łeb 

znikł, a uszu mych doszedł odgłos ucieczki. Nasłuchiwałem - okazało się, że jednak nie ogłuchłem 

- lecz w jamie

background image

panowała zupełna cisza. Słychać było tylko łopot ptasich skrzydeł i . ochrypłe krakanie. To 

było wszystko.

Długą chwilę leżałem koło wyrwy, obawiając się rozgarnąć przesłaniające 

ją czerwone rośliny. Parę razy słyszałem słabo, jak pies biegał gdzieś głęboko w dole, po 

piasku, rozlegały się także głosy ptaków, więcej jednak'; nic nie było słychać. Ośmielony wreszcie 

tą ciszą, wyjrzałem.

W jamie, oprócz zgromadzonych w jednym kącie szkieletów wyssanych przez Marsjan 

ludzi, pośród których uwijały się, dziobiąc, zapamiętale, chmary wron, nie było żywego ducha.

Rozglądałem się nie wierząc własnym oczom. Maszyny znikły Nie licząc ogromnej hałdy 

szaroniebieskiego pyłu, kilku zapomnianych sztab aluminium, Czarnych ptaków i kupy szkieletów, 

u mych stóp le-

żał   zwykły,   pusty,   okrągły   dół,   wykopana   w   piachu   gigantyczna   jama.   Przedarłem   się 

ostrożnie przez Czerwone Zielsko i wstąpiłem na

rumowisko.   Przede   mną   rozciągał   się   rozległy   widok,   nigdzie   jednak   nie   można   było 

dostrzec ani Marsjan, ani żadnych oznak ich bliskości. Tuż u mych stóp ściana jamy opadała 

stromo w dół, nieco w bok jednak rumowisko tworzyło pochyłość wiodącą aż na szczyt ruin. 

Nadeszła chwila wyzwolenia. Ogarnęło mnie drżenie.

Po króciutkim wahaniu, w porywie desperackiej odwagi, z sercem bijącym gwałtownie, 

wspiąłem  się   na  rumowisko,  pod którym   kryłem  się  tak  długo.  Znów  rozejrzałem  się  dokoła. 

Marsjan nie było nigdzie.

Gdy patrzyłem ostatni raz na tę cichą, skąpaną w słońcu dzielnicę Sheen, była to ustronna, 

boczna uliczka zabudowana ślicznymi białymi domkami o czerwonych dachach, ocieniona bujnym 

starodrzewem.   Teraz   zaś   stałem   na   zwalisku   skruszonych   cegieł,   gliny   i   żwiru,   po   kolana   w 

oplatającym je gąszczu czerwonego, kaktusowatego zielska, które zdawało się zupełnie zagłuszać 

tu ziemską roślinność. Pobliskie drzewa stały martwe, brązowe, w dali jednak po żywych jeszcze 

pniach i konarach pięły się czerwone żyłki zielska.

Wszystkie sąsiednie domy były uszkodzone, nie spłonął jednak ani jeden. Gdzieniegdzie 

ściany, bez drzwi i okien co prawda, zachowały się do wysokości pierwszego piętra: Otwarte ku 

niebu pokoje wypełniało pleniące się niepowstrzymanie Czerwone Zielsko.

W dole rozwierała się ogromna jama, gdzie wrony walczyły ze sobą o szczątki. Parę innych 

ptaków skakało po ruinach. W oddali przemykał się pod ścianą zbiedzony kot, śladów człowieka 

natomiast nie dostrzegłem nigdzie.

background image

Dzień, w przeciwieństwie do mroku panującego nieustannie w naszym schowku, wydawał 

się oślepiająco jasny, niebo pałało błękitem. Letni wietrzyk łagodnie kołysał porastającym każdy 

wolny skrawek ziemi Czerwonym Zielskiem. O, jakże upajające było powietrze!

6 Trud dni piętnastu

Niepomny możliwych niebezpieczeństw stałem na chwiejnych nogach. rozglądając się ze 

szczytu rumowiska. W niezdrowej wilgotnej norze, z której dopiero co się wydostałem, myśl moja 

obracała się w wąskim kręgu żarliwej troski o przetrwanie osobiste. Nie zdawałem sobie ,sprawy, 

co działo się z resztą świata, nie przeczuwałem tej przerażającej wizji rzeczy

nieznanych, jaka roztoczyła się teraz przede mną. Sądziłem, że ujrzę Sheen w ruinach, 

dokoła zaś widniał dziwny złowieszczy krajobraz z innej planety.

W owej chwili uczucia me przekraczały zwykłe granice odczuwań ludzkich. Sięgały one 

niechybnie   w   dziedzinę   dobrze   znaną   nieszczęsnym,   podległym   naszej   władzy   stworzeniom. 

Czułem to samo, co odczułby królik, kiedy wracając do swej norki zastanie niespodzianie tuzin 

kopaezy zajętych wykopem pod fundamenty domu w tym właśnie miesjcu, gdzie do niedawna 

jeszcze   była   norka.   W   świadomości   mej   pojawił   się   pierwszy   przebłysk   myśli,   coraz   ostrzej 

rysującej się i prześladującej mnie przez wiele następnych dni, myśli o detronizacji człowieka; 

przeświadczenia,   że   nie   jesteśmy   już   dłużej   panami   stworżenia,   lecz   zwierzętami   jak   inne, 

podległymi władzy Marsjan. Odtąd i my, i one skazani jesteśmy na nieustanne czuwanie i czajenie 

się, na ucieczkę i krycie się; panowanie człowieka, strach przed nim minęły bezpowrotnie.

Gdy jednak pojąłem tę niezwykłą prawdę, przestałem nią zaprzątać sobie głowę. Myślą 

przewodnią stała  się żądza  zaspokojenia bez przerwy i od dawna trapiącego  mnie głodu. . W 

przeciwległej do jamy stronie dojrzałem za murem z cegieł skrawek ocalałego ogrodu. Skłoniło 

mnie to do udania się w tamtym kierunku, choć musiałem po drodze przedzierać się przez sięgające 

kolan, a nieraz i szyi zarośla Czerwonego Zielska. Trudność ta zapewniała mi jednak doskonałe, w 

razie   potrzeby,   ukrycie.   Okazało   się,   że   mur   miał   około   sześciu   stóp   wysokości   i   kiedy 

spróbowałem wspiąć się nań, zabrakło mi po prostu sił. Powlokłem się , więc wzdłuż muru aż do 

kamiennego narożnika i tam dopiero udało mi -i się jakoś wleźć na ogrodzenie, skąd stoczyłem się 

do upragnionego ogrodu. Znalazłem w nim trochę młodej cebulki, parę bulw mieczyków i dużo nie 

wyrośniętej jeszcze marchewki. Wszystko to zebrałem skrzętnie i przebrnąwszy przez ruiny domu 

poszedłem, wśród spowitych w purpurę i szkarłat drzew, drogą wiodącą do Kew. Szedłem tą aleją 

wysadzaną jak gdyby olbrzymimi kroplami krwi, popychany dwoma pragnieniami znaleźć więcej 

żywności oraz odejść, na ile tylko pozwolą mi siły, jak najdalej od tej przeklętej, nieziemskiej 

jamy.

background image

Nieco dalej  natrafiłem  na ukrytą  w  trawie kępkę  grzybów, które  pożarłem  natychmiast 

łapczywie. Ta odrobina pokarmu jeszcze bardziej jednak podnieciła głód. Wkrótce natknąłem się, 

w   miejscu   gdzie   dawniej   były   łąki,   na   płytką,   rozległą   taflę   brunatnej   wody.   Zdziwiła   mnie 

początkowo ta powódź, gdyż lato było gorące i suche, później dopiero odkryłem, iż przyczyną jej 

była tropikalna wprost bujność Czerwonego Zielska. Gdy

tylko niezwykła ta roślina napotykała wodę, natychmiast rozwijała się do gigantycznych 

rozmiarów, przy czym płodność jej była niesłychana. Zasypała wprost nasionami wody Tamizy i 

rzeki  Wey, zaś   niezwykle  szybko  rozrastające   się  i  ogromne jej  liście  po  prostu  zakorkowały 

obydwie te rzeki powodując wylew.

W Putney, jak się wkrótce przekonałem, most skrył się niemal w gęstwinie Zielska, zaś w 

Richmond wody Tamizy również rozlały się szeroką i płytką gładzią zatapiając łąki pod Hampton i 

Twickenham. Za nimi zaś z kolei podążyło Czerwone Zielsko skrywając na długo zrujnowane w 

dolinie   Tamizy   wille   i   przesłaniając   czerwonym   pokrowcem  większość   zniszczeń   dokonanych 

przez Marsjan.

Ostatecznie   jednak   Czerwone   Zielsko   zmarniało,   i   to   równie   szybko,   jak   przedtem   się 

rozpleniło. Rzuciła się nań (wywołana, jak się ogólnie przypuszcza, działaniem pewnej bakterii) 

niszcząca   jakaś   choroba.   Nasza   ziemska   roślinność,   pod  wpływem   prawa   doboru   naturalnego, 

uodporniła się na zabójcze bakterie. Nigdy też nie poddawała się im bez zaciętej walki. Czerwone 

Zielsko zaś gniło już za życia, z góry skazane na zagładę. Liście jego blakły, kurczyły się i schły. 

Przy   najlżejszym   dotknięciu   opadały,   a   wody,   które   przedtem   tak   bardzo   przyczyniły   się   do 

bujnego ich wzrostu, niosły teraz zeschłe resztki ku morzu...

Dotarłszy   do   zalewu   przede   wszystkim   zaspokoiłem   pragnienie.   Potem   zaś   odruchowo 

spróbowałem   żuć   liście   Czerwonego   Zielska,   były   jednak   wodniste   i   miały   nieprzyjemny 

metaliczny posmak. Przekonałem się, że woda była dostatecznie płytka, bym mógł brodzić w niej 

bezpiecznie,   choć   Czerwone   Zielsko   utrudniało   kroki;   zalew   jednak   stawał   się,   w   miarę 

przybliżania się do rzeki, coraz głębszy, toteż zawróciłem ku Mortlake. Drogę wskazywały mi 

rozrzucone tu i ówdzie ruiny domków, szczątki płotów i latarń, wkrótce więc przebrnąłem przez 

zalew i, wspiąwszy się na pagórek pod Rochampton, znalazłem się w Putney.

Widok   zmienił   się   teraz   z   obcego   i   nieznanego   w   ruiny   znanego;   były   tu   miejsca 

wyglądające   jak   po   przejściu   huraganu,   kilkadziesiąt   zaś   jardów   dalej   natykałem   się   na   białe 

nienaruszone domy z oknami przysłoniętymi skrupulatnie okiennicami, z pozamykanymi na głucho 

drzwiami, jakby  mieszkańcy  ich  wyjechali   na  parę   dni  czy też  spali   twardym  snem  w  swych 

łóżkach. Czerwone Zielsko nie krzewiło się tutaj tak bujnie, nie pięło się też po wysokich drzewach 

zarastających  uliczki.  Rozpocząłem  poszukiwania żywności  w  ogrodach, nie znajdując   w  nich 

background image

jednak niczego wtargnąłem do kilku cichych domków. Okazało się, że włamano się już tam przede 

mną i splądrowano je doszczętnie. Resztę dnia odpoczywałem leżąc w krzakach, gdyż zbyt byłem 

słaby, zbyt umęczony, aby iść dalej.

Przez   cały   ten   czas   nie   dostrzegłem   żadnej   istoty   ludzkiej,   nie   widziałem   też   nigdzie 

Marsjan.   Napotkałem   tylko   kilka   wygłodniałych   psów,   ominęły   mnie   jednak   wielkim   łukiem 

pomimo prób zwabienia. W pobliżu Rochampton widziałem dwa szkielety ludzkie, nie ciała, lecz 

obrane do czysta szkielety, w lasku zaś znalazłem rozrzucone i pogruchotane kości kilku kotów i 

zajęcy oraz czaszkę owcy. Choć gryzłem i żułem je długo, nie nasyciło mnie to ani trochę.

Po zachodzie słońca powlokłem się drogą do Starego Putney, gdzie, jak sądzę, użyto z 

nieznanych powodów Snopa Gorąca. W jednym z ogrodów, już za Rochampton, znalazłem trochę 

młodych ziemniaków, było ich tyle, że zdołałem wreszcie zaspokoić głód. Z ogrodu widać było 

rzekę   i   pola   aż   do   Putney.   Widok   ten   w   przedwieczornym   mroku   był   szczególnie   posępny; 

sczerniałe   drzewa,   okopcone   ponure   ruiny,   u   stóp   pagórka   tafla   wody   splamiona   czerwienią 

Zielska, nad wszystkim zaś głucha cisza. Myśl o tym, jak szybko nastąpiły te okropne zmiany, 

napełniała mnie nieopisanym przerażeniem.

Byłem w tej chwili pewien, że ludzkość zmieciono z powierzchni Ziemi,. że zostałem sam 

jeden, ostatni żyjący człowiek. Tuż za szczytem wzgórza Putney natknąłem się na jeszcze jeden 

szkielet   ludzki;   tym   razem   bez   rąk.   Leżały   one   o   parę   kroków   od   reszty   ciała:   Idąc   dalej 

utwierdzałem   się   coraz   bardziej   w   mniemaniu,   iż   nie   licząc   takich   przypadkowo   ocalałych 

szczęśliwców   jak   ja,   w   tej   przynajmniej   okolicy   zagłada   ludności   była   zupełna.   Marsjanie, 

myślałem, zniszczyli kraj i udali się szukać żywności gdzieś dalej. Być może w tej właśnie chwili 

niszczą Berlin lub Paryż, a może poszli na północ...

Człowiek ze wzgórza pod Putney

Noc spędziłem w oberży położonej u stóp pagórka pod Putney. Po raz pierwszy od dnia 

ucieczki do Leatherhead spałem w łóżku. Nie będę tu opisywać niepotrzebnych, jak się okazało, 

trudności przy włamywaniu się przez okno do domu - później dopiero przekonałem się, że drzwi 

wcale   nie   były   zamknięte.   Nie   będę   też   opisywał,   jak   przetrząsnąłem   pokój   za   pokojem   w 

poszukiwaniu jadła, zanim bliski rozpaczy nie znalazłem w sypialni służby dwu puszek konserw z 

ananasa i obgryzionych przez szczury, jak sądzę, skórek chleba.

Miejsce to było widocznie już przeszukiwane, i to gruntownie. Znacznie później znalazłem 

w barze trochę przegapionych zapewne sucharków i kanapek. Te ostatnie nie nadawały się już co 

prawda do jedzenia, za to sucharkami nie tylko nasyciłem głód, lecz napełniłem również kieszenie. 

W obawie, by nie zwabić Marsjan, być może przetrząsających także tę część Londynu w pogoni za 

pożywieniem,   nie   zapalałem   lampy.   Zanim   poszedłem   do   łóżka,   opanował   mnie   niepokój. 

background image

Krążyłem   od   okna   do   okna   wypatrując   śladu   tych   potworów.   Potem   położyłem   się.   Spałem 

niewiele. Leżąc stwierdziłem, że myślę w sposób skoordynowany i uporządkowany, coś, czego nie 

pamiętałem od ostatniego mego sporu z wikarym. Przez cały czas dzielący mnie od tamtej chwili 

proces   myślenia   ograniczał   się   do   pośpiesznych,   zmieniających   się   ustawicznie   doznań 

emocjonalnych lub do pewnego rodzaju bezmyślnego chłonięcia wrażeń. Tej nocy jednak mózg 

mój, pokrzepiony widocznie jedzeniem, rozjaśnił się i mogłem już myśleć normalnie.

Trzy tematy ścierały się ze sobą w mym umyśle. Zabójstwo księdza, działalność Marsjan i 

losy mej żony.

Pierwszy z nich nie wywoływał we mnie ani uczucia grozy, ani też wyrzutów sumienia. 

Patrzyłem na to, co; się stało, po prostu jako na czyn już dokonany, wspomnienie nieskończenie 

przykre wprawdzie, lecz nie budzące żalu. Widziałem już wtedy, jak widzę to i dzisiaj, że do ciosu 

tego doprowadziła mnie, krok za krokiem, nieubłagana konieczność, łańcuch wydarzeń wiodących 

doń   w   sposób   nieuchronny.   Nie   czułem   żadnej   winy,   dręczyły   mnie   jednak   nieustanne 

wspomnienia. W ciszy nocnej, czując w wypełnionej spokojem ciemności bliskość Boga, którą w 

takich okolicznościach czasem się odczuwa, sprawowałem sąd nad sobą, jedyny sąd, jaki mnie 

spotkał za tę chwilę strachu i gniewu. Raz jeszcze kroczyłem poprzez wszystkie nasze rozmowy, 

od chwili gdy pojawił się przy mnie skulony, nieczuły na me błagania o wodę, zapatrzony w 

płomienie i dymy bijące z ruin Weybridge. Nie byliśmy zdolni do współistnienia, ponury los nie 

dbał jednak o to. Gdybym mógł przewidzieć, co się stanie, porzuciłbym go już w Hallifordzie. 

Przewidzieć jednak nie mogłem, zbrodnią zaś byłoby przewidywać, a mimo to uczynić. Tak to 

wyglądało w rzeczywistości i tak dzisiaj o tym piszę. Mógłbym ukryć wszystko, gdyż świadków 

nie miałem, nie ukrywam przecież nic z tego, co było, a czytelnik niech osądzi mnie wedle swej 

woli.

Gdy   rozprawiłem   się   wreszcie   po   wielu   wysiłkach   z   prześladującym   mnie   obrazem 

rozciągniętego nieruchomo ciała, stanęło przede mną zagadnienie Marsjan i losu mej żony. Co do 

pierwszego nie miałem żadnych

danych, mogłem tylko wyobrazić sobie tysiące najgorszych rzeczy. Tak samo niestety było 

i z ostatnim. Noc stała się nagle okropna. Ocknąłem się siedząc na łóżku, wpatrzony w ciemność. 

Modliłem   się,   by   Snop   Gorąca   zgładził   ją   szybko   i   bezboleśnie.   Od   nocy   mego   powrotu   z 

Leatherheaed nie modliłem się ani razu. Kiedy przycisnęła mnie ostateczna potrzeba, szeptałem 

bezmyślnie   bałwochwalcze   jakieś   pacierze   niby   poganin   zaklęcia,   teraz   jednak   modliłem   się 

rzeczywiście, błagałem świadomie i żarliwie, twarzą w twarz z wypełnioną Bogiem ciemnością. 

Przedziwna noc! Najdziwniejsze zaś, że natychmiast po nastaniu świtu ja, który rozmawiałem z 

background image

Bogiem, wypełzłem z oberży jak szczur z nory, istota niewiele odeń większa, zwierzę pośledniego 

gatunku,   na   które   nowi   władcy   moi   mogli   wedle   przelotnego   kaprysu   polować,   które   mogli 

zgładzić. Być może oni także modlili się niemniej żarliwie tej nocy. Doprawdy, wojna ta powinna 

była nauczyć nas przynajmniej jednego: litości dla wszystkich tych bezrozumnych stworzeń, które 

znosić muszą nad sobą panowanie. .

Ranek piękny wstał i jasny, na wschodzie płonęło różowe, haftowane złocistymi chmurkami 

niebo. Droga  zbiegająca   ze  szczytu  wzgórka  Putney  ku   Wimbledonowi usiana  była   nędznymi 

szczątkami   przerażonego   potoku,   jaki   przewalił   się   nią   w   noc   niedzielnej   paniki.   Stał   tu 

dwukołowy wózek z tabliczką właściciela, jakiegoś Tomasza Lobba, zieleniarza z New Maldon; 

koło miał zgruchotane, obok niego zaś leżał porzucony kufer. Nieco dalej walał się wdeptany w 

stwardniałą glinę słomkowy kapelusz, na szczycie zaś West Hill ziemię pokrywały skrwawione 

odłamki   szkła   rozsypane   gęsto   wokół   przewróconego   koryta.   Szedłem   leniwie,   nie   miałem 

określonych   planów.   Chciałem   pójść   do   Leatherhead,   choć   czułem,   że   prawdopodobieństwo 

odnalezienia   tam   żony   bardzo   jest   niewielkie.   Jasne   było;   iż   jeśli   śmierć   nie   zaskoczyła   ich 

znienacka, krewni uszli wraz z nią już dawno. Wydawało mi się jednak, że będę mógł przynajmniej 

zasięgnąć języka, dokąd uciekli mieszkańcy Surrey. Wiedziałem tylko, że boli mnie serce o żonę; 

że pragnę ją odnaleźć, nie wiedziałem jednak, jak tego dokonać. Byłem również przeświadczony o 

całkowitej   swej   samotności.   Przynajmniej   na   rozległej   ,przestrzeni,   poczynając   od   zakątka,   z 

którego   wyszedłem,   by   przedzierać   się   przez   gąszcz   drzew   i   krzewów,   aż   po   skraj   pola 

Wimbledon. 

Ciemną   płaszczyznę   rozjaśniały   żółte   plamy   janowca   i   ostów;   nie   było   tu   widać 

Czerwonego Zielska, gdy zaś przystanąłem pełen wahania na brzegu otwartego pola, ukazało się 

zalewające   wszystko   życiodajnym   światłem   słońce.   Między   drzewami   natrafiłem   na   bajorko 

kipiące od

malutkich żabek. Stałem długą chwilę przyglądając się i ucząc od nich niezwyciężonej woli 

życia. Nagle odwróciłem się, czując na sobie czyjeś spojrzenie, i w pobliskiej kępie krzewów 

dostrzegłem skulony jakiś kształt. Stałem i patrzyłem. Uczyniłem krok w tamtą stronę. Kształt 

wyprostował.się i zmienił w zbrojnego w nóż człowieka. Podchodziłem doń powoli. Stał milczący, 

nieporuszony, przyglądał mi się bacznie.

Podchodząc dostrzegłem, że odzież jego nie mniej jest zakurzona. od mojej. Wyglądał jak 

wyciągnięty z rynsztoka: Z  bliska  znać  na niej było  ślady  zielonkawego  szlamu  z błotnistych 

rowów   zmieszane   z   zaschłym   błotem   i   czarnymi,   tłustymi   plamami   po   węglu.   Ciemne  włosy 

opadały   mu   na   oczy,   twarz   miał   splamioną   słońcem   i   brudną,   policzki   zaś   tak   zapadłe,   że   z 

początku nie poznałem go. Od ucha do brody biegła szeroka czerwona blizna.

background image

- Stój - zawołał, gdy zbliżyłem się na dziesięć jardów. Stanąłem. Głos miał ochrypły. - Skąd 

idziesz? - zapytał. Przyglądałem mu się z namysłem. - Z Mortlake - odparłem. - Ukrywałem się 

tam, niedaleko jamy Marsjan, gdzie spadł walec. Potem wydostałem się z ruin i uciekłem.

- Tu nie ma nic do jedzenia- mówił- "To jest mój teren. Cała ta górka, aż po rzekę i od 

Clapham do skraju wsi. Jedzenia starczy tu tylko na jednego. Dokąd idziesz`?

Nie śpieszyłem z odpowiedzią.

- Nie wiem - odrzekłem. - Siedziałem w ruinach ze dwa tygodnie. Nie mam pojęcia, co się 

przez ten czas stało.

Przyglądał mi się niepewnie, potem drgnął i coś zmieniło się w jego wzroku.

-' Nie mam zamiaru tu pozostawać - ciągnąłem. - Pójdę chyba do Leatherhead, do żony.

Wyciągnął ku mnie rękę.

- To pan! - zawołał. - Człowiek z-Woking! Więc nie zginął pan w Weybridge?

Ja także go poznałem.

- To pan! Artylerzysta, który zjawił się w moim ogrodzie!

- Co za szczęście! - mówił. - Co za szczęściarze z nas! Pomyśleć, że to pan! - Podał mi rękę, 

ja zaś uścisnąłem ją gorąco. - Ukrywałem się w rowie - ciągnął. - Ale oni nie zabijali wszystkich. 

Kiedy zaś oddalili się, uciekłem polami do Walton. Ale przecież minęło zaledwie szesnaście dni, a 

pan osiwiał! - Obejrzał się gwałtownie. - To tylko gawron -rzucił. Teraz dopiero dowiedziałem się, 

że i ptaki mają cień. Trochę tu za przestronnie, chodźmy lepiej pogadać w krzaki.

- Widział pan tu gdzie Marsjan w pobliżu? - zapytałem. - Od kiedy wydostałem się...

- Poszli do Londynu - wyjaśnił. - Myślę, że założyli tam jakieś większe obozowisko. Co 

nocy w stronie Hampstead świeci się całe niebo. Jak nad wielkim miastem. Widać ich, jak łażą w 

tej łunie. A w dzień - nic. Ale bliżej nie widziałem ich nigdzie od - policzył na palcach - pięciu dni. 

Potem widziałem dwóch, w stronie Hammersmith, jak taszczyli coś ciężkiego. A przedwczoraj w 

nocy - przerwał, .po czym powiedział naciskiem: - ciemno już było, co prawda, ale widziałem, jak 

coś uniosło się w powietrze. Myślę, że zbudowali latającą machinę i próbują teraz latać.

Przystanąłem na czworakach, gdyż wdzieraliśmy się właśnie w głąb zarośli. - Latać?! - 

zawołałem.

- Tak - odparł. - Latać!

Posunąłem się nieco głębiej, gdzie krzewy nie były tak gęste, i usiadłem. '

- To koniec ludzkości! - zawołałem. - Jeżeli potrafią latać, po prostu oblecą świat dokoła i...

Przytaknął mi głową.

background image

= Na pewną oblecą. Ale przynajmniej tutaj zrobi się nieco spokojniej. A poza tym-śpojrzał 

na   mnie-tak   panu   szkoda,   że   z   ludzkością   koniec?   Bo   mnie   nie   bardzo.   Wykończyli   nas.   Z 

kretesem.

Popatrzyłem na niego. Choć może to wydać się dziwne, sam jednak nie potrafiłem dojść do 

tego wniosku. Jasne stało się dla mnie wszystko dopiero teraz, kiedy padły te słowa. Tkwiła we 

mnie   jeszcze   dotąd   jaka   mglista   nadzieja,   nie   nadzieja   raczej,   lecz   z   dawien   dawna   nabyte 

przyzwyczajenie. On zaś powtórzył:

- Z kretesem! - Brzmiała w tym niezachwiana pewność. - To koniec dodał. - Oni stracili 

jednego  jedynego.  Usadowili  się  mocno, a  nam  dali  po  kulach. Przetrącili  krzyże  największej 

potędze świata. Przespacerowali się po nas. Śmierć tego pod Weybridge to czysty przypadek. A to 

tylko   zwiadowcy.   Nowi   przylatują   bez   przerwy.   Te   zielone   gwiazdy   (co   prawda   przez   pięć 

ostatnich   dni   nie   widziałem   ich)   na   pewno   spadają   gdzieś   co   nocy.   Nic   się   nie   da   zrobić. 

Wykończyli nas na amen!

Nie odpowiadałem. Siedziałem patrząc przed siebie i na próżno siliłem się wydusić z mózgu 

jakąś rozsądną myśl.

- Co to za wojna? - ciągnął dalej artylerzysta. - Od samego początku było tak, jakby ludzie 

wojowali z mrówkami.

Przypomniałem sobie nagle noc w obserwatorium. - Po dziesiątym

pocisku przestali strzelać, przynajmniej do wylądowania pierwszego walca.

- Skąd pan wie? - zapytał. Kiedy mu wyjaśniłem, zamyślił się.

- Może im się działo popsuło -- rzekł. - No i co z tego? Na pewno już naprawili. A jeżeli 

nawet trochę się odwlecze, to koniec, wszystko jedno, będzie ten sam. Akurat: mrówki i ludzie. 

Mrówki   budują   miasta,   żyją   swoim   życiem,   prowadzą   wojny,   robią   rewolucje,   aż   przychodzi 

człowiek i chce je usunąć. I usuwa. Tylko że w tym wypadku mrówkami jesteśmy my. Do tego...

- Co? - rzuciłem.

- ...jadalnymi mrówkami. -Spojrzeliśmy po sobie.

- I co z nami będzie? - zapytałem.

- O tym właśnie myślałem - zawołał. - O tym właśnie myślałem. I'o Weybridge szedłem na 

południe i myślałem. Widziałem, co się tam działo. Ludzie piszczeli ze strachu. A ja nie lubię 

piszczeć. Nie raz, nie dwa zaglądałem  śmierci w oczy. Ja nie malowany żołnierzyk, dla mnie 

śmierć to śmierć i nic więcej. Ten wyżyje, kto myśli. Widziałem, jak wszystko wiało na południe. 

Pomyślałem sobie: na długo im tam żarcia nie starczy, i od razu zawróciłem. Poszedłem między 

Marsjan, jak jaskółka leci między ludzi. A dokoła - zatoczył ręką szerokie koło - zdychają z głodu, 

obdzierają ze skóry...

background image

Dostrzegł wyraz mej twarzy i przerwał niezręcznie.

- Ci, co mieli funty, popłynęli oczywiście do Francji - dodał. Zawahał się, czy mówić dalej, 

napotkał   me  spojrzenie i  ciągnął:  -  Jedzenia jest tu  dużo. Puszki  konserw  po  sklepach, wino, 

wódka,   wody   mineralne.   A   rury   wodociągowe   i   kanały   są   puste.   Powiem   panu,   co   sobie 

pomyślałem.   Oni   są   mądrzy   i,   zdaje   się,   potrzebują   nas   do   jedzenia:   Poniszczą   więc   przede 

wszystkim nasze statki, maszyny, armaty, miasta, cały nasz ład, całą naszą organizację. Nic z tego 

nie zostanie. Gdybyśmy byli tej wielkości, co mrówki - może by się nam upiekło. Ale jesteśmy 

więksi. Za gruby byłby kawał, gdyby to wszystko miało się rozejść po kościach. Nie da rady. 

Prawda?

Potwierdziłem. - No, tak. Ta sobie właśnie myślałem. Dobrze, na razie łapią nas, kiedy i jak 

chcą. Dosyć takiemu Marsjaninowi przejść parę mil, a już ma całe tłumy zmykających. Widziałem, 

jak któregoś dnia w Wandsworth jeden burzył domy i rył w ruinach. Ale kiedyś wreszcie chyba 

przestaną. Jak tylko skończą z naszymi działami, jak poniszczą koleje i zrobią wszystko,

co sobie zamierzyli, wtedy zaczną systematycznie wyłapywać najgrubszych i zamykać w 

klatkach.   Niedługo   na   pewno   zaczną   to   robić:   O,   mój   Boże!   Przecież   oni  jeszcze   się   do   nas 

naprawdę nie wzięli!

- Nie wzięli się! - wykrzyknąłem.

- Pewno, że nie. - Wszystko, co się dotąd stało, to tylko nasza wina. Nie mieliśmy dosyć 

rozsądku, aby siedzieć cicho, zaczęliśmy naprzykrzać się im głupimi armatami. Straciliśmy głowę, 

goniliśmy całymi tłumami to tu, to lam. Chociaż tam- wcale nie jest bezpieczniej niż tu. A oni w 

ogóle nie mieli zamiaru nas ruszać. Pracują, robią to wszystko, czego nie mogli przywieźć ze sobą 

z   Marsa,   szykują   miejsce   dla   reszty.   Kto   wie,  czy   nie   dlatego   właśnie   przestali   strzelać   tymi 

walcami. Żeby nie trafić któregoś ze swoich tu, na Ziemi. A my, zamiast rozbiegać się w ślepym 

popłochu albo próbować zgładzić ich dynamitem, powinniśmy spróbować przystosować się do 

nowej sytuacji. Tak przynajmniej ja to sobie wyobrażam. Może człowiek wolałby, dla siebie i dla 

swoich, żeby było inaczej, ale fakty są uparte. I na tej zasadzie zacząłem działać. Miasta, państwa, 

cywilizacja, postęp - z tym już koniec! Tę grę przegraliśmy! Z kretesem!

- Więc po co w takim razić żyć? Artylerzysta przyglądał mi się przez chwilę.

- Żadnych koncertów galowych przez jakiś milion najbliższych lat nie będzie na pewno; ani 

wystaw obrazów; ani smakowitych wyżerek w wytwornych knajpach. Jeżeli panu potrzebne są 

rozrywki, to myślę, że nie ma pan tu czego szukać. Jeżeli pan ma salonowe maniery i nie lubi jeść 

ryby nożem czy słuchać mowy cockneyów, to proszę lepiej o tym zapomnieć. Nie będzie to panu 

potrzebne.

background image

- Pan myśli...

- Ja myślę, że tacy jak ja muszą żyć. Dla zachowania gatunku. Mówię panu, ja cholernie 

chcę żyć.1 jeżeli się nie mylę, to pan niedługo powie też to samo. Takich jak my nie wytępią. Na 

pewno nie damy się schwytać ani oswoić; ani tuczyć jak głupie barany. Brr! Pomyśleć tylko, takie 

brązowe gady...

- Nie myśli pan chyba...

-- Właśnie że myślę. Będę żył. Pod ich panowaniem. Uplanowałem już sobie wszystko. 

Obmyśliłem.  My,  ludzie,  zostaliśmy  pokonani.  Z,a   mało   umiemy.  Musimy  wiele   nauczyć   się, 

zanim spróbujemy szczęścia. A ucząc się, musimy żyć. I to na wolności. Rozumie pan'? Oto, co 

trzeba zrobić.

Patrzyłem zdumiony i poruszony głęboko zdecydowaniem tego człowieka.

- Na Boga! - zawołałem. - Prawdziwy z pana mężczyzna! - i uścisnąłem z zapałem jego 

dłoń.

- Co? - odparł, a oczy mu rozbłysły. - Nieźle to wszystko obmyśliłem, prawda?

- Niech pan mówi dalej - nalegałem.

- Dobra. Ci, co chcą uniknąć schwytania, muszą się przygotować. Ja się przygotowuję. 

Niech pan pojmie, nie wszyscy nadają się na dzikie zwierzęta, a tym właśnie będziemy musieli stać 

się. Dlatego tak uważnie przyglądałem się panu. Miałem wątpliwości. Pan wygląda na chudego i 

słabego. Nie poznałem pana. Nie wiedziałem, że tyle czasu siedział pan w kryjówce. Bo, widzi pan, 

tamci wszyscy, co żyli w tym domkach, te przeklęte kupczyki nawykłe do łatwego życia, byliby do 

niczego. To ludzie bez ducha, bez dumnych snów, bez wzniosłych porywów. A człowiek bez tego 

to zwykły tchórz, to szmata. Umieli tylko spieszyć się codziennie do pracy. Widziałem ich setkami, 

jak z drugim śniadaniem w garści gonili jak wściekli do pociągu, aby tylko nie spóźnić się, tylko 

jak najwcześniej otworzyć te swoje marne sklepiki i ciułać te swoje głupie groszaki. Widziałem, 

jak potem gonili do domu, żeby się tylko nie spóźnić na obiad i, broń Boże, nie jeść chłodnej zupy; 

jak siedzieli wieczorami w domu ze strachu przed bandytami; jak szli do łóżek ze swoimi żonami, 

nie   dlatego,   że   je   kochali,   ale   dlatego,   że   było   to   wygodne   i   nie   komplikowało   ich   nędznej 

wegetacji. W powszednie dni ubezpieczali się ze strachu przed jakimś wypadkiem na tym świecie, 

a w niedziele - ze strachu przed życiem pozagrobowym. Tak jakby piekło było dla królików! Dla 

nich Marsjanie jak z nieba spadli. Wygodne klatki, zdrowy pokarm, troskliwa opieka, żadnych 

zmartwień. Jak pobiegają z tydzień, dwa po połach z pustymi brzuchami, sami przyjdą, żeby dać 

się złapać. I będą  uszczęśliwieni. Dziwić się będą, jak ludzie mogli żyć, zanim Marsjanie nie 

zaczęli się o nich troszczyć. A te różne darmozjady, franty i oczajdusze, już ich widz. Już widzę - 

mówił z posępnym zadowoleniem - jacy się robią czuli, jacy nabożni. Choć przejrzałem dopiero w 

background image

ostatnich dniach, dużo już zdążyłem zobaczyć. Wielu tłustych a głupich nie będzie się martwić o 

nic. Inni poczują, że nie wszystko jest w porządku, że trzeba zacząć działać. A kiedy sprawy tak się 

układają, że ludzie zaczynają odczuwać konieczność działania, zaraz znajdują się słabi albo tacy, 

co słabną na samą myśl o potrzebie ruszenia mózgiem, i zawsze wykombinują taką religię, co 

zabrania wszystkiego, górnolotną i głoszącą ufność i pokorę wobec prześladowców i poddanie się 

woli Stwórcy! Pan zresztą także widział na pewno to samo - zupełnie jakby strach zmiótł całą 

energię.

Klatki będą się trząść od psalmów i hymnów, i histerii. A inni, nie tacy prostacy może, jak 

to się mówi, zaczną się gzić...

Przerwał.   -   Bardzo   możliwe,  że   Marsjanie   będą   mieli   swoich   ulubieńców;   wyuczą   ich 

sztuczek,  kto  wie?  Będą  rozczulać   się   nad  kochanym  chłoptysiem,  że  już  utył   i  że   trzeba   go 

zarżnąć. A niektórych nauczą polować na nas.

- Nie! - krzyknąłem. - To niemożliwe! Żaden człowiek...

- Po ,co te kłamstwa? - przerwał. - Znajdą się i tacy. I będą to robić. Nawet bardzo chętnie. 

Byłoby głupotą udawać, że się w to nie wierzy. Pewność jego przekonała mnie.

- Ale niech tylko spróbują przyjść po mnie. Boże! Niech tylko spróbują - powiedział i 

popadł w ponurą zadumę.

Siedziałem bez słowa, rozważając to wszystko. Nie mogłem znaleźć niczego, co- można by 

przeciwstawić rozumowaniu tego człowieka. W dniach sprzed najazdu nikt nie wątpiłby w mą 

wyższość umysłową nad nim. Ja, znany i ceniony pisarz i filozof- i on, prosty żołnierz. A przecież 

to on, a nie ja, oceniłem należycie nasze położenie, gdy ja nie zacząłem nawet jeszcze dobrze 

zdawać sobie sprawy z tego, co się stało.

- Co pan ma zamiar zrobić? - zapytałem. - Jakie ma pan plany? Zawahał się.

- No, dobra; powiem panu. Więc jest tak - odrzekł. - Co mamy robić? Musimy wynaleźć 

taki sposób życia, żeby człowiek mógł mnożyć się i bezpiecznie chować dzieci. Tak... Niech pan 

zaczeka, zaraz wyjaśnię dokładniej, co moim zdaniem należy zrobić. Oswojeni będą jak wszystkie 

oswojone bydlęta. Po paru pokoleniach staną się tłuści, pełnokrwiści, głupi - śmiecie. Chodzi o to, 

żebyśmy   my,   wolni,   nie   zdziczeli,   nie   zmienili   się   w   duże   dzikie   szczury...   Bo,   widzi   pan, 

będziemy chyba musieli żyć pod ziemią. Myślałem o londyńskiej kanalizacji. Ci, co jej nie znają, 

wyobrażają sobie oczywiście straszne rzeczy, ale pod Londynem są całe mile, setki mil kanałów. 

Niech   kilka   dni   popadają   deszcze,   przy   pustym   Londynie   kanały   zrobią   się   czyściutkie, 

schludniutkie. Główne magistrale będą dość duże i przestronne dla każdego. A są przecież jeszcze 

piwnice,   podziemia,   składy;   można   w   nich   będzie   porobić   przejścia   do   kanałów.   A   tunele 

background image

kolejowe,   a   kolej   podziemna?   Co?   Zaczyna   pan   rozumieć?   Trzeba   stworzyć   grupę   silnych, 

mądrych ludzi. Nie przyjmiemy żadnego śmiecia. Słabych nam nie potrzeba...

- Takich jak ja, co?

- Przecież już wyjaśniłem, że to była pomyłka. Prawda? - Nie będziemy się spierać. 1 co 

dalej?

- Ci, co zostaną, muszą być karni. Silne, mądre kobiety będą  także potrzebne. Matki i 

wychowawczynie - nie żadne lalkowate ślicznotki ze słodkimi ślepkami. Słabych ani głupich nie 

chcemy. Znów będzie się żyło naprawdę, a bezużyteczni, uciążliwi i szkodliwi muszą wymrzeć. 

Powinni wymrzeć. Powinni sami chcieć wymrzeć. Bo ostatecznie żyć po to, by psuć rodzaj ludzki, 

to nielojalność. Nie byliby zresztą szczęśliwi. A śmierć wcale nie jest taka znów straszna; tylko 

tchórze lak ją sobie wyobrażają. Tak więc, kanały. Tam będziemy się zbierać. Naszym ośrodkiem 

będzie Londyn. Kto wie, może nawet będziemy wartować i kiedy Marsjanie gdzieś się oddalą, 

wychodzić na powierzchnię. Może nawet będziemy mogli grać  w cricketa! Zachowamy w ten 

sposób gatunek. Co? Przecież to chyba będzie możliwe? Ale samo zachowanie gatunku to jeszcze 

mało. Tyle to i szczury potrafią. Ważniejsze będzie zachowanie i rozwijanie wiedzy ludzkiej.1 tutaj 

właśnie pojawia się na widowni pan. Są książki, są wzory. Trzeba wyszukać głębokie, pewne 

schowki i ukryć tam jak najwięcej książek; nie żadnych romansideł, nie poetyckich bzdurstw, ale 

książek o wiedzy, o myśli ludzkiej. Tu zaczyna się, powiadam pańska rola: Musimy dobrać się do 

British Museum i przejrzeć wszystko, co tam jest:v Przede wszystkim zachować naszą wiedzę i 

rozwijać ją. Musimy podpatrywać Marsjan. Niektórzy będą musieli stać się szpiegami. Kto wie... 

kiedy   już   wszystko   będzie   zorganizowane,   może   i   ja   się   nim   stanę`?   Pozwolę   się   złapać.   A 

najważniejsze, nie wolno nam zaczepiać Marsjan. Nie wolno nawet nic im ukraść. Przy spotkaniu 

uciekać. Trzeba pokazać, że nie wałczymy z nimi. Oni są mądrzy i nie będą nas tępić, jeżeli tylko 

będą mieć wszystko, co im potrzeba, i jeżeli uznają nas za nieszkodliwe robactwo.

Artylerzysta zamilkł i oparł brązową rękę na mym ramieniu.

- Może nawet nie będzie trzeba tak dużo nauczyć się, zanim... Proszę sobie tylko wyobrazić, 

nagle  rusza pięć, sześć Machin Bojowych, Gorącym Snopem w lewo, w prawo, a w nich nie 

Marsjanie, lecz ludzie! Ludzie, którzy wiedzą, jak się z nimi obchodzić! A to może nawet być 

jeszcze   za   naszego   życia.  Niech  pan   sobie   tylko   wyobrazi   -   złapać   takie   jedno  kochaniątko   i 

pomachać Snopem! Panować nad nimi! I cóż, jeśli nawet w końcu rozkurzą cię na cztery wiatry - 

po takim balu? Już widzę Marsjan, jak wytrzeszczają te swoje śliczne oczęta! Człowieku;-może 

pan sobie to wyobrazić`? Może pan wyobrazić sobie, jak się śpieszą i sapią, i dyszą, i pokrzykują, i 

kręcą się przy tych swoich cudownych maszynach, a

background image

tu żadna nie działa! A wtedy my trzask, prask, łup, cup - akurat kiedy się tak przy nich 

grzebią, trzask Snopem i proszę, człowiek znów zajmuje należne mu miejsce. 

Na długą chwilę śmiała wizja wyczarowana przez artylerzystę, pewność i odwaga brzmiące 

w   jego   głosie   podbiły   mą   wyobraźnię   całkowicie.   Uwierzyłem   bez   wahania   zarówno   w 

przewidywane   przezeń   losy   ludzkości,   jak   i   w   możliwość   wcielania   jego   planów   w   życie   - 

czytelnik zaś, który mógłby uznać mnie za głuptaka ulegającego zbyt łatwo cudzym wpływom, 

musi pojąć różnicę między nim, z jego od dawna już przemyślanym planem, a mną, leżącym w 

ukryciu pod krzakiem i słuchającym w pomieszaniu tych myśli. Przegadaliśmy w ten sposób cały 

ranek, po czym wypełzliśmy z zarośli i zbadawszy szczegółowo widnokrąg, czy nie widać gdzie w 

pobliżu Marsjan, pośpieszyliśmy na wzgórze Putney, do domku, w którym było jego legowisko. 

Kiedy zeszliśmy do piwnicy i ujrzałem wykop o długości dziesięciu co najwyżej jardów, na który 

stracił już przeszło tydzień - miał to być przekop do przechodzącego przez Putney burzowca - po 

raz  pierwszy dostrzegłem  przepaść   dzielącą  marzenia tego  człowieka od  jego  sił.  Taką  dziurę 

można   było   wygrzebać   w   ciągu   jednego   dnia.   Wierzyłem   jeszcze   w   niego   tak   mocno,   że 

pracowałem   wraz   z   nim   przy   wykopie   aż   do   południa.   Mieliśmy   taczkę   i   wykopaną   ziemię 

wywoziliśmy na podwórze. W południe pokrzepiliśmy się nieco puszką zupy i winem z sąsiedniej 

spiżarni.   Jednostajna   praca   przynosiła   mi   dziwną   ulgę.   Zapominałem   przy   niej   o   całym   tym 

boleśnie nowymi i obcym świecie. Pracując myślałem o projektach artylerzysty i z wolna poczęły 

budzić się we mnie zastrzeżenia i wątpliwości. Pracowałem jednak bez ustanku, szczęśliwy, że 

znów mam jakiś cel przed sobą. Przepracowawszy godzinę, zacząłem obliczać odległość dzielącą 

nas od kanału. Zwątpiłem, czy w ogóle doń trafimy. Nie mogłem pojąć, po co mamy kopać taki 

długi tunel, kiedy można było dostać się do kanału po prostu włazem. Wydawało mi się także, iż 

dom   nie  był  najlepiej  wybrany i  dlatego   potrzeba  było  tak  długiego   przekopu.  Właśnie  kiedy 

uświadomiłem sobie to wszystko, artylerzysta przerwał kopanie i spojrzał na mnie.

- Narobiliśmy się nielicho - powiedział i odłożył łopatę. - Trzeba trochę odsapnąć. - Potem 

zaś dodał: - Myślę, że czas pójść na dach i rozejrzeć się po świecie.

Ja jednak chciałem pracować dalej, po krótkim więc wahaniu wziął się znowu za szpadel; 

wtedy uderzyła mnie pewna myśl. Zatrzymałem się, on zaś natychmiast zrobił to samo.

- Dlaczego pan chodził po polach - zapytałem - zamiast być tutaj?

-   Wyszedłem   przewietrzyć   się   trochę   -   odparł   -   i   akurat   wracałem.   W   nocy   zawsze 

bezpieczniej. , - A robota?

- Przecież nie można ciągle pracować - odrzekł, ja zaś jak w olśnieniu przejrzałem tego 

człowieka. Wahałem się, trzymając w ręku łopatę.

background image

- Powinniśmy teraz rozejrzeć się - powtórzył. - Jeżeli ktoś podejdzie, może posłyszeć nasze 

kopanie. Zaskoczą nas nie przygotowanych.

Nie   miałem   chęci   sprzeciwiać   się   dłużej.   Poszliśmy   na   strych   i   stojąc   na   drabinie 

wyjrzeliśmy spod klapy włazu. Marsjan nie było widać nigdzie, toteż śmiało wstąpiliśmy na dach i 

ukryliśmy się za parapetem.

Co prawda większą część Putney przesłaniały nam drzewa, widać jednak było dolinę rzeki 

zarosłą  fantastyczną gęstwą Czerwonego Zielska i Dolne Lambeth, zalane i również tonące w 

czerwieni.   Spośród   pęków   Czerwonego   Pnącza   sterczały   cherlawe,   martwe   gałęzie   drzew   w 

pałacowym   parku.   Dziwne,   jak   bardzo   obie   te   rośliny   uzależnione   były   w   swym   rozwoju   od 

obfitości wody. W pobliżu naszego domku żadnej z nich nie udało się przyjąć. Pełno za to było tu 

szczodrzewca, kwiatów głogu, buldeneżów i drzew tui strzelających wysoko ponad zielone krzewy 

wawrzynów   i   mieniących   się   tęczą   barw   w   promieniach   słońca   hortensji.   Daleko,   za 

Kensingtonem, unosił się gęsty dym przesłaniając pospołu z błękitną mgiełką łańcuch ciągnących 

się na północy wzgórz. Artylerzysta opowiadał tymczasem o ludziach, którzy pozostali jeszcze w 

Londynie.

- Którejś nocy zeszłego tygodnia - mówił - jacyś głupcy naprawili przewody elektryczne i 

po rzęsiście oświetlonych Regent's Street i Piccadilly Circus wrzeszczała i tańcowała aż do rana 

gromada obdartych, brudnych pijaków, mężczyzn i kobiet. Opowiadał mi jeden, co to widział. 

Kiedy zrobił się dzień, połapali się, że niedaleko, pod Langham, stoi i gapi się na nich Machina 

Bojowa. Bóg wie, jak długo już tak stała. Potem zbliżyła się i wyłapała ze setkę takich, co z 

pijaństwa albo ze strachu nie mieli sił uciekać.

Sądzę, że żadna historia nie opisze wszystkich groteskowych wydarzeń tamtych czasów.

Później, w odpowiedzi na me pytania, powrócił do wspaniałych planów. Począł zapalać się. 

Tak   wymownie   opisywał   zdobycie   przez   człowieka   Machiny   Bojowej,   że   znów   na   poły   weń 

uwierzyłem. Teraz jednak, znając prawdziwą jego wartość, pojmowałem, dlaczego tak kładł nacisk, 

by nie robić nic zbyt pośpiesznie. Zauważyłem też, iż nie ma już teraz mowy o jego osobistym 

udziale w opanowaniu i poprowadzeniu do boju potężnej tej maszyny.

Po pewnym czasie powróciliśmy do piwnicy. Żaden z nas jednak nie miał; zdaje się, ochoty 

zabierać się znowu do kopania. Kiedy zaś zaproponował posiłek, nie protestowałem. Stał się nagle 

niezwykle   szczodry   i   gdy   nasyciliśmy   się,   wyszedł,   by   przynieść   kilka   doskonałych   cygar. 

Zapaliliśmy, a on również zapłonął optymizmem. Potraktował me przybycie jako wielkie święto.

- Mam w piwnicy trochę szampana - powiedział. - Po wodzie lepiej się kopie - odrzekłem.

background image

- Nie - zawołał. - Dzisiaj ja wydaję przyjęcie! Szampan! Mocny Boże! Toć przed nami 

ciężka praca. Trzeba trochę odpocząć i, póki jeszcze można, nabrać sił. Niech pan spojrzy na te 

pęcherze!

Upierał się; by resztę dnia świętować, i nalegał, byśmy po obiedzie zagrali w karty. Nauczył 

mnie gry w belotkę, po czym podzieliliśmy Londyn na dwie części, dla mnie północną, dla niego 

południową, i poczęliśW y grać o parafie. Trzeźwo myślącemu czytelnikowi może to wydać się 

głupie i groteskowe, wszystko jednak działo się tak, jak tu opisuję. Co najciekawsze zaś - i belotka, 

i inne gry, w które graliśmy później, wydawały mi się bezgranicznie interesujące.

Dziwny   jest   umysł   ludzki!   Rodzaj   nasz   stał   przed   groźbą   zagłady,   a   przynajmniej 

straszliwego poniżenia; nas samych nie czekało nic prócz straszliwej śmierci, my zaś zabawialiśmy 

się malowanymi tekturkami i z ożywieniem, ba! z podnieceniem graliśmy.w oczko! Potem nauczył 

mnie pokera; ja zaś ograłem go trzy razy z rzędu w szachy. Gdy ściemniało, tak byliśmy przejęci 

grą, że nie zważając na niebezpieczeństwo zapaliliśmy lampę.

Po   nieskończonej   ilości   partii   zjedliśmy   kolację,   przy   której   artylerzysta   wykończył 

szampana.   Potem,   paląc   cygara,   graliśmy   dalej.   Nie   był   on   już   teraz   tym   energicznym 

odnowicielem   gatunku,   którego   spotkałem   rankiem.   Optymizm   jego   stał   się   mniej   bojowy, 

spokojniejszy. Pamiętam; jak pił moje zdrowie wygłaszając zawiłe, pełne jąkania się i powtórzeń 

przemówienie. Po tej właśnie tyradzie zapaliłem cygaro i wspiąłem się na dach, chcąc obejrzeć 

zieloną łunę jaśniejącą, wedle jego słów, na pagórkach Highgate.

Początkowo gapiłem się bezmyślnie w kotlinę londyńską. Wzgórza na północy tonęły w 

ciemności.   Opodal   Kensingtonu   widniały   czerwone   ognie.   Wystrzelały   co   jakiś   czas 

pomarańczowymi płomieniami, by zniknąć po chwili w granatowej nocy. Reszta Londynu była 

czarna. Nieco bliżej  dostrzegłem  dziwne światło, bladofioletową migotliwą poświatę  drżącą  w 

wieczornym wietrze. Długo nie mogłem sobie wyjaśnić tego

zjawiska,   aż   w   końcu   pojąłem,   że   to   słabe   promieniowanie   pochodzi   od   Czerwonego 

Zielska. Obudziło mnie to ze stanu sennego podziwu i przywróciło do rzeczywistości. Przeniosłem 

wzrok na Marsa, jasną, czerwoną gwiazdkę błyszczącą wysoko na zachodzie, potem zaś,długo i 

żarliwie wpatrywałem się w ciemność Hampstead i Highgate.

Długi   czas   stałem   na   dachu,   zastanawiając   się   nad   dziwacznymi   wydarzeniami   tego 

niezwykłego dnia. Raz jeszcze przebiegłem myślą wszystkie przemiany, jakie we mnie zaszły; 

począwszy   od   nocnych   modlitw,   na   bezsensownym   kartograjstwie   skończywszy.   Odczułem 

gwałtowny wstręt. Pamiętam, jak odrzuciłem, z pewnym co prawda żalem, nie dopalone jeszcze 

cygaro. Uznałem ten gest za symbol! Z płomienną przesadą zarzucałem sobie głupotę, czułem się 

zdrajcą   wobec   własnej   żony   i   całego   rodzaju   ludzkiego,   trapiły   mnie   wyrzuty   sumienia. 

background image

Postanowiłem opuścić tego marzyciela z fantastycznymi planami, pijaństwem i obżarstwem oraz 

udać się do Londynu. Tam, jak sądziłem,. najpewniej dowiem się, co robią Marsjanie, a co moi 

towarzysze, ludzie. Księżyc już wzszedł, a ja wciąż jeszcze stałem na dachu.

8 Londyn wymarły

Po   opuszczeniu   artylerzysty   poszedłem   do   Highstreet   i   dalej   mostem   przez   Tamizę   do 

Lambeth.   Most   ginął   całkowicie   niemal   w   gęstwinie   Czerwonego   Zielska.   Łodygi   i   liście   tej 

rośliny zdradzały już jednak pierwsze oznaki zagłady - gęsto rozsiane białawe plamy.

Na rogu uliczki wiodącej ku przystani w Putney leżał człowiek. Okryty czarnym pyłem 

wyglądał   jak   kominiarz.   Nie   był   martwy,   lecz   pijany   do   nieprzytomności.   Nie   udało   mi   się 

wydostać z niego nic prócz przekleństw i wściekłych razów. Zostałbym może przy nim, gdyby nie 

nazbyt już zbydlęcona jego twarz.

Za mostem pokrywał wszystko czarny pył. Warstwa jego, w miarę jak zbliżałem się do 

Fulham, była coraz grubsza. Przerażała mnie pustka ulic. W pobliskiej piekarni znalazłem trochę 

pożywienia, spleśniałego, czerstwego, jednak nadającego się jeszcze do jedzenia chleba. Nieco 

dalej,   w   pobliżu   Walham   Green,   pyłu   nie   było,   natomiast   cała   jedna   strona   ulicy   stała   w 

płomieniach; huk pożaru przynosił w martwej ciszy prawdziwą ulgę. Ulice wiodące do Brompton 

także były puste, jakby wymarłe.

Tutaj znów pełno było czarnego kurzu i trupów. Na samej Falham Road naliczyłem ich 

dwanaście. Musiały leżeć tam od wielu już dni, toteż

uciekłem od nich czym prędzej. Okrywał je grubą warstwą czarny pył, niektóre zaś były 

napoczęte przez psy.

Tam gdzie miasto wolne było od czarnego kurzu - wyglądało dziwnie odświętnie. Sklepy 

pozamykane,   okna   zasłonięte,   wszędzie   cisza   i   pustka.   Gdzieniegdzie,   przeważnie   w   sklepach 

spożywczych i winiarniach, widniały ślady rabunku. Ujrzałem też rozbitą wystawę złotnika, rabuś 

jednak został widocznie spłoszony, gdyż na chodniku leżały porzucone w nieładzie złote łańcuszki 

i zegarki. Nawet nie schyliłem się po nie. Nieco dalej na progu domu siedziała skulona kobieta w 

łachmanach. Krew ze spoczywającej na kolanach skaleczonej ręki rozlała się rdzawą plamą po 

sukni, obok zaś, na chodniku, wokół rozbitej flaszki po szampanie, widniała cała kałuża. Kobieta 

wydawała się pogrążona w głębokim śnie, była jednak martwa.

Im dalej zagłębiałem się w Londyn, tym głębsza panowała cisza. Nie była to jednak cisza 

śmierci. Było to milczenie pełne niespokojnego wyczekiwania. Lada chwila przecież wszystkie te 

domy   mogły   zmienić   się   w   dymiące   zgliszcza,   jak   zmieniły   się   w   nie   północno-zachodnie 

dzielnice, mogły zginąć, jak zginęły domy Ealing i Kulburn. Było to miasto skazane...

background image

Na ulicach południowego Kensingtonu nie znalazłem ani zwłok, ani czarnego kurzu. Tam 

też usłyszałem po raz pierwszy dziwny odgłos rozpaczy. Dotarł on do mej świadomości niemal 

niepostrzeżenie. Brzmiał jak nieustanne łkanie złożone z dwu tonów: "ul-la, ul-la, ul-la". Gdy 

szedłem na północ, natężenie jego narastało, choć głuszyły je domy. Z pełną mocą rozbrzmiewał 

natomiast,  kiedy  wyszedłem na Exhibition Road. Zatrzymałem się zdziwiony tym  płynącym z 

oddali jękiem patrząc ku kensingtońskim ogrodom. Mogło wydawać się, że to łka głosem lęku i 

pustki niezmierzone skupisko domów. "U1-la, ul-la, ul-la, ul-la" brzmiał nieludzki jęk, a potężne 

fale dźwięków przelewały się szeroką, słoneczną, zamkniętą dwoma rzędami wysokich kamienic 

ulicą. Zwróciłem się pełen niepokoju ku żelaznym bramom Hyde Parku. Zastanawiałem się, czy 

nie wedrzeć się do Muzeum Przyrodniczego, by się wspiąć na szczyt wieży i rozejrzeć po okolicy. 

Postanowiłem   jednak   pozostać   na   ziemi,   gdzie   łatwiej   można   było   w   razie   potrzeby   znaleźć 

kryjówkę, i podążyłem dalej wzdłuż Exhibition Road. Kamienice puste. były i milczące i tylko 

głośne echo mych kroków rozbrzmiewało dokoła. W pobliżu bramy parkowej czekał mnie dziwny 

widok. Leżał tam obalony omnibus i obrany doszczętnie z mięsa szkielet konia. Stałem przy nim 

długą chwilę, po czym ruszyłem ku mostowi. Jęk stawał się coraz potężniejszy, choć nie ,

było widać nic prócz chmury dymu kłębiącej się ponad konarami drzew.

"U1-la,   ul-la,   ul-la,   ul-la"   -   nawoływał   głos   dochodzący,   jak   mi   się   zdawało,   gdzieś   z 

Regent's Park. Rozpaczliwy ten krzyk działał przygnę-, biająco. Począłem tracić siły, ogarniało 

mnie coraz większe  zmęczenie. Poczułem  się  słaby,  obolały,  głodny i  spragniony. Minęło już 

południe.   Po   co   błąkałem   się   samotnie   po   tym   wymarłym   mieście?   Po   co   znalazłem   się   w 

Londynie, spowitym w czarny całun, spoczywającym na katafalku trupie miasta? Poczułem się 

śmiertelnie samotny. Wybiegałem pamięcią ku zapomnianym od lat przyjaciołom. Myślałem o 

truciznach ukrytych w opuszczonych aptekach, o pełnych wódki piwnicach. Wspomniałem tych 

parę nieszczęsnych, dzielących ze mną miasto istot...

Do Oxford Street dotarłem przez Marble Arch. Tutaj znów pełno było czarnego pyłu i wiele 

martwych ciał. Z piwnicznych okien biła złowieszcza

, okropna woń. Panował upał, a że szedłem już długo, zachciało mi się jeść i pić. Z wielkimi 

trudnościami   włamałem-się   do   jakiegoś   baru.   Udało   mi   się   tam   nasycić   zarówno   głód,   jak   i 

pragnienie, osłabiło mnie to jednak tak bardzo, że wyciągnąłem się na stojącej pod ścianą kanapce i 

zasnąłem kamiennym snem. Ocknąłem się z ponurym jękiem "ul-la, ul-la, ul-la, ul-la" w uszach. 

Panował już mrok. Posiliłem się znalezionym w barze serem i sucharkami (spiżarka na mięso pełna 

była   tylko   robactwa),   po   czym   powlokłem   się   ku   Baker   Street   i   dalej   do   Regent's   Park. 

Przechodziłem obok szeregu wymarłych skwerów - w tej chwili przypominam sobie nazwę'tylko 

jednego   z   nich   -   Portman   Square.   Wychodząc   z   Baker   Street   dostrzegłem   w   oddali,   ponad 

background image

drzewami,   w   świetle   zachodu   kaptur   olbrzyma   z   Marsa.   Jęk   dobiegał   stamtąd   właśnie.   Nie 

przeraziłem się. Widok ów wydał mi się- czymś zupełnie naturalnym. Przyglądałem się długo. 

Gigant stał bez ruchu i jęczał. .Nie mogłem pojąć, dlaczego tak stoi i krzyczy.

Usiłowałem   ułożyć   jakiś   plan   działania,   nieprzerwane   to   szlochanie   przeszkadzało   mi 

jednak. Może zaś zbyt byłem zmęczony, aby lękać się czegokolwiek. Z pewnością bardziej byłem 

ciekaw przyczyn tego płaczu, niż przerażony widokiem Machiny Bojowej. Skręciłem w Park Road, 

chcąc obejść park dokoła, i posuwając się pod osłoną domów wyszedłem od strony St. John's 

Wood,   by   przyjrzeć   się   stamtąd   jęczącemu   Marsjaninowi.   O   paręset   jardów   od   Baker   Street 

usłyszałem głośne szczekanie i ujrzałem pędzącego w mym kierunku psa z ochłapem czerwonego 

mięsa w pysku. Gnała za nim sfora wynędzniałych kundli. Ominął mnie wielkim łukiem, obawiając 

się widocznie, bym nie odebrał mu smakowitej

zdobyczy. Gdy szczekanie ucichłe w oddali, mocniej rozbrzmiało płaczliwe "ul-la, ul-la, ul-

la, ul-la, ul-la". 

W   pobliżu   dworca   St.   John's   Wood   natknąłem   się   na   zniszczoną   Machinę   Roboczą. 

Wydawało mi się z początku, że ulicę przegrodził zwalony dom. Dopiero kiedy wspiąłem się na 

ruiny,   ujrzałem   ze   zdziwieniem,   iż   przykrywają   one   zgruchotany   mechanizm   z   pogiętymi   i 

splątanymi mackami. Część  przednia była  zmiażdżona.  Wyglądało  na to, że  pędząca  na oślep 

maszyna wpadła na dom i zginęła pod jego szczątkami. Sądziłem wówczas, że katastrofa nastąpiła 

wskutek puszczenia maszyny samopas. Zbyt było już ciemno, by chodzić pośród ruin, toteż nie 

dostrzegłem zbryzganej krwią kabiny ani rozszarpanych przez psy szczątków Marsjanina.

Wstrząśnięty   tym   widokiem   zdążałem   dalej,   ku   Primrose   Hill.   W   oddaleniu   między 

drzewami, w kierunku Ogrodu Zoologicznego, stał  drugi, nieruchomy, milczący Marsjanin. W 

pobliżu rozwalonego domu natknąłem się na Czerwone Zielsko, zaś Kanał Regenta stanowił jedną 

wielką, gąbczastą masę ciemnoczerwonej roślinności.

Nagle, kiedy wchodziłem na most, dźwięk "ul-la, ul-la, ul-la, ul-la, ul-la" umilkł jak ucięty 

nożem. Cisza uderzyła we mnie niby grom.

Wysokie, mroczne domy stały przymglone jakieś, rozmazujące się w ciemności. Drzewa w 

parku wydawały się czarne. Wszędzie dokoła pięło się po ruinach niesamowite Czerwone Zielsko, 

ginąc gdzieś w górze, w mroku. Tajemnicza noc schwytała mnie za gardło, dławić poczęły strach i 

groza. Gdy rozbrzmiewał ten głos, można jeszcze było znieść jakoś samotność i opuszczenie, dziki 

niemu Londyn wydawał się nie taki martwy. Ten pozór życia podtrzymywał mnie na duchu. Gdy 

zamilkł, coś się nagle zmieniło, odeszło, sam nie wiedziałem co, i cisza stała się niemal dotykalna. 

Upiorna cisza.

background image

Londyn   wpatrywał   się   we   mnie   oczodołami   pustych,   czarnych   okien.   Wyobraźnia 

ukazywała tysiące bezgłośnych, czyhających w mroku wrogów. Opanował mnie.obłędny strach, 

przeraziłem   się  własnego   zuchwalstwa.  Przede  mną ulica  była  czarna,  jakby zalana  smołą,  na 

chodniku dojrzałem jakiś skulony, czarny kształt. Nie mogłem uczynić ani kroku. Zawróciłem 

wreszcie i uciekłem co sił od tej ciszy, prosto przed siebie, ku Kilburn. Do świtu niemal kryłem 

się ,przed tą nocą w domku jakiegoś dryndziarza  przy Harrow Road.  Przed wschodem słońca 

jednak odwaga znów powróciła i jeszcze gwiazdy widniały na niebie, gdy zwróciłem kroki ku 

Regent's Park. Błąkałem się w labiryncie uliczek, aż w końcu dostrze

głem w bladym świetle poranka pagórek Primrose. Na jego szczycie stał spiętrzony pod 

niebo, wyprostowany i nieruchomy jak tamci - trzeci Marsjanin.

Powziąłem szalone postanowienie. Zginę raz wreszcie i skończy się to wszystko. Mogę 

nawet   oszczędzić   sobie   trudu   samobójstwa.   Podszedłem   niedbale   wprost   ku   olbrzymowi, 

podchodząc zaś ujrzałem

w coraz jaśniejszym blasku rodzącego się dnia stada krążących wokół kaptura i siedzących 

na nim czarnych ptaków. Na ten widok serce we mnie zabiło żywiej i rzuciłem się naprzód.

Przedarłem się przez Czerwone Zielsko spowijające St. Edmund's Terrace, przebrnąłem 

zalewający mnie do pół piersi rwący ku Albert Road potok wody z uszkodzonej stacji pomp i wraz 

z   pierwszymi   promieniami   słońca   stanąłem   u   podnóża   zarosłego   trawą   zbocza.   Potężne   wały 

ziemne   okalały   wierzchołek   wzgórza   czyniąc   zeń   niedostępną   twierdzę,   największe   i   zarazem 

ostatnie obozowisko Marsjan na Ziemi. Spoza szańców wzbijała się w niebo wąziutka struga dymu.

Po wale przemknęła rysująca się ostro na tle nieba sylwetka psa. Świtająca zaledwie w 

mózgu   mym   myśl   poczęła   nabierać   cech   coraz   większej   pewności.   Biegnąc   pod   górę,   ku 

nieruchomemu potworowi, nie odczuwałem lęku, lecz dzikie, pełne drżenia uniesienie. Z kaptura 

zwisało bezsilne brunatne cielsko, a chmary ptactwa dziobały je i rwały w strzępy.

W   mgnieniu   oka   wdarłem   się   na   wał   i   stanąłem   na   jego   koronie.   Przede   mną   leżała 

twierdza.   Zajmowała   ogromną   przestrzeń.   Tu   i   ówdzie   stały   wielkie   machin,   leżały   stosy 

przeróżnych   materiałów,   gdzieniegdzie   widać   było   dziwne   jakieś,   podobne   do   ziemianek, 

schronienia. Dokoła zaś, rozrzuceni po całej twierdzy, jedni w obalonych Machinach Bojowych, 

inni   w   kabinach   bezczynnych   już   Machin   Roboczych,   jeszcze   inni   leżąc   rzędem,   sztywno   i 

nieruchomo   -   spoczywali   Marsjanie,   martwi,  zabici   przez   chorobotwórcze   i   gnilne   bakterie,   z 

którymi nie umiały walczyć ich organizmy. Zginęli, jak zginęło po nich Czerwone Zielsko. Zginęli, 

gdy  zawiodła cała potęga  człowieka, zgładzeni  przez malutkie, niewidoczne stworzonka, które 

mądrość Boża ustanowiła na ziemi.

background image

Stało   się  to,  co  i  ja,  i  wielu  z  nas   mogłoby  przewidzieć,  gdyby  umysłów  naszych  nie 

zaślepiło   przerażenie   i   groza.   Ludzkość   olbrzymią   spłaciła   daninę   od   pierwszego   dnia   swego 

istnienia   tym   drobniutkim   istotkom.   Dzięki   jednak   doborowi   naturalnemu   rodzaj   ludzki   nabył 

wielkiej odporności. Nigdy nie ulegaliśmy bez walki, toteż wiele spośród nich; przede wszystkim 

zaś te, które wywołują gnicie ciał martwych, nie mogą dziś już nam szkodzić. Na.Marsie jednak nie 

ma bakterii, zaledwie więc najeźdźcy

stanęli   na   Ziemi,   zaledwie   odetchnęli   ziemskim   powietrzem   i   przyjęli   ziemski   pokarm, 

natychmiast nasi mikroskopijni sojusznicy poczęli gotować im nieuchronną zgubę. Gdy po raz 

pierwszy patrzyłem na nich, już wówczas byli nieodwołalnie skazani, umierali i rozkładali  się 

nawet będąc w stałym ruchu. Los ich był przesądzony. Miliardami śmierci opłacił człowiek swe 

prawo   do   Ziemi   i   nikomu   go   nie   odstąpi;   utrzymałby   je   wówczas   nawet,   gdyby   Marsjanie 

dziesięćkroć byli potężniejsi. Bo człowiek żyje i umiera nie na próżno.

Leżeli, rozrzuceni tu i tam, pięćdziesięciu chyba, w wyrytej przez siebie samych ogromnej 

mogile, dotknięci śmiercią najbardziej chyba dla nich ze wszystkich rodzajów śmierci niepojętą. Ja 

zaś   widziałem   jedno   tylko   oto   leżały   przede   mną   martwe   istoty,   tak   straszliwe   za   życia   dla 

ludzkości. Uwierzyłem na chwilę, że to Bóg użalił się nad nami i zesłał tej nocy na Ziemię anioła 

śmierci.

Stałem   wpatrując   się   w   jamę   z   sercem   bijącym   radością,   zaś   promienie  wschodzącego 

słońca zapalały dokoła światła poranka. W jamie panował jeszcze półmrok; potężne mechanizmy, 

tak   wielkie   i   niezwykłe   w   swej   a   mocy   i   złożoności,   tak   nieziemskie   w   dziwacznych   swych 

kształtach, wyłaniały się powoli z cienia - złowróżbne, niesamowite, obce. Słychać było, jak sfora 

psów walczy o rozpostarte w mrocznej głębi u mych stóp martwe cielska.

Na przeciwległym krańcu jamy leżała wielka, płaska, szeroka Machina Latająca, której nie 

zdążyli już wypróbować w gęstej ziemskiej atmosferze. Śmierć nadeszła w sam czas. Krakanie 

przyciągnęło mój wzrok ku ogromnej Machinie Bojowej, która już nigdy nie miała wziąć udziału w 

żadnym   boju,   ku   szarpanym   dziobami   i   ptactwa   krwawym   ochłapom   zaściełającym   wnętrze 

kaptura na szczycie wzgórza Primrose.

Odwróciłem się i spojrzałem w dół, gdzie wiry ptasie okalały tamtych dwu, na których 

śmierć patrzyłem wczoraj. Jeden umierał przywołując swych towarzyszy; być może głosił światu 

samotną swą mękę, konając ostatni, dopóki maszyneria nie odmówiła mu posłuszeństwa. W blasku 

rodzącego się słońca połyskiwały bezsilne już trójnogie wieże z lśniącego metalu.

background image

Dokoła jamy zaś, jakby cudem ocalałe od straszliwej zagłady, leżało miasto. Ci, którzy 

znają Londyn spowity w chmury posępnych dymów, z trudem tylko potrafią wyobrazić sobie nagą 

czystość i piękno głuchej ciszy tego oceanu domów.

Na wschodzie, ponad czarnymi ruinami Albert Terrace i rozszczepioną wieżycą kościoła, 

płonęło na bezchmurnym niebie oślepiające słońce.

Gdzieniegdzie w gęstwinie dachów lśniły białymi iskrami odbijając jego promienie tafelki 

szyb. W blasku tym pięknie i tajemniczo wyglądał nawet sklepiony skład win koło dworca Chalk 

Farm,   wielkie   zajezdnie   kolejowe,   pocięte   czarnymi   zazwyczaj,   a   dziś,   po   dwutygodniowej 

przerwie, czerwonymi od rdzy pręgami torów.

Na   północy  leżały   błękitne,   zatłoczone   domami   Kilburn   i   Hampstead;   zachodnia   część 

miasta kryła się w mgiełce, zaś na południu, w dali, poza Marsjanami, falowała w słońcu zieleń 

Regent's   Park,   jaśniały   hotel   Langham,   kopuła   Albert   Hall,   Instytut   Imperialny   i   wysokie 

domostwa przy Brompton Road, dalej zaś rysowały się mgliście poszarpane ruiny Westminsteru. 

W błękitnej dali wznosiły się pagórki Surrey, a wieżyce Kryształowego Pałacu połyskiwały jak 

dwa srebrzyste groty. Ciemną plamą wznosiła się w blasku słońca kopuła katedry św. Pawła i teraz 

dopiero spostrzegłem, iż jest uszkodzona, że z jednej strony zieje w niej głęboka wyrwa.

Spoglądając na tę niezmierzoną przestrzeń usianą domami, fabrykami i świątyniami, cichą 

teraz   i   opustoszałą,   dumałem   o   wszystkich   nadziejach   i   wysiłkach,   o   niezliczonych   zastępach 

istnień ludzkich, które złożyły się na powstanie tego skupiska, dumałem o bezlitosnym zniszczeniu, 

jakie   nad   nim   zawisło.   Kiedy   pojąłem,   że   cień   zagłady   rozwiał   się   już,   że   moje   ukochane, 

olbrzymie, martwe w tej chwili miasto może znów ożyć i odzyskać swą wielkość, wzruszyłem się 

do łez nieomal

Nawałnica ucichła. Zdrowie od dzisiaj już zaczynało powracać. Ci, którzy przeżyli, choć 

rozproszeni po całym kraju, choć pozbawieni przywódców, praw, żywności, jak owce bez pasterza, 

te tysiące, które uszły za morza - mogą już powracać; znów wymarłe dziś ulice i opuszczone 

skwery   zapulsują   życiem.   Chociaż   wielkiego   dokonała   zniszczenia   -   rękę   niszczyciela 

powstrzymano.   Wszystkie   te   upiorne   ruiny,   wszystkie   sczerniałe   szkielety   domów   patrzące 

złowrogo   na   słoneczną   zieleń   pagórka   mogą   wkrótce   już   wypełnić   się   gwarem   odbudowy, 

stukotem młotków i kielni. Na tę myśl wzniosłem dłonie ku niebu i zacząłem dziękować Bogu. Za 

rok, myślałem, za rok...

I wtedy, dopiero wtedy przygniotła mnie myśl o sobie, o żonie, o dawnym, pełnym nadziei i 

uroku życiu, które odeszło na zawsze.

9 Ocaleni z rozbicia

background image

Teraz nastąpi najdziwniejsza może część mego opowiadania. Choć z drugiej strony nie jest 

ona aż tak bardzo znów dziwaczna. Pamiętam jasno, żywo i dokładnie wszystko, co nastąpiło tego 

dnia, do chwili gdy stanąłem na szczycie wzgórza Primrose płacząc i chwaląc Pana. Potem zaś nie 

pamiętam nic już więcej.

O trzech następnych dniach nie wiem nic zgoła. Później dopiero dowiedziałem się, że nie ja 

pierwszy   odkryłem   zgubę   Marsjan;   że   już   w   nocy   dokonało   tego   kilku   podobnych   do   mnie 

wędrowców. Pierwszy z nich, gdy ja kryłem się w domku dorożkarza, popędził do St: Martin's - le 

- Grand i zadepeszował do Paryża. Stamtąd radosna wieść pomknęła w świat i tysiące miast i 

miasteczek zmartwiałych w koszmarnym wyczekiwaniu ożyło gorączką radości; gdy ja stałem nad 

jamą, o zagładzie Marsjan wiedziano już w Dublinie, Edynburgu, Manchesterze i Birminghamie. 

Ludzie płacząc i krzycząc z radości rzucali pracę, padali sobie w objęcia, by po chwili pędzić z 

krzykiem   na   dworzec   i   pchać   się   do   szczelnie   wypełnionych,   zdążających   z   całego   kraju   ku 

Londynowi pociągów.

Dzwony kościelne, zamilkłe dwa tygodnie temu, ożyły teraz i przesyłając radosne posłanie 

rozdzwoniły całą Anglię. Wychudli, brudni, zmęczeni ludzie podążali wszystkimi drogami, pieszo, 

na   bicyklach;   wozami,   rozgłaszając   radosnym   zgiełkiem   wieść   o   niespodzianym   ocaleniu.   A 

żywność! Przez kanał La Manche, przez Morze Irlandzkie, przez Atlantyk płynął strumień ziarna, 

chleba i mięsa. Zdawało się, że wszystkie okręty świata skierowano do Londynu. Ja jednak nic z 

tego nie pamiętam. Błąkałem się bez celu jak oszalały. Znalazłem się wreszcie wśród dobrych 

jakichś   ludzi,   którzy   napotkali   mnie   na   trzeci   dzień,   płaczącego   i   nieprzytomnego,   krążącego 

uliczkami w pobliżu St. John's Wood. Opowiadali mi później, że wyśpiewywałem coś bez sensu o 

"ostatnim żyjącym człowieku". Mając niemało własnych kłopotów, ludzie ci, których nazwiska 

nawet nie mogę tu przytoczyć, choć usilnie pragnę wyrazić im swą wdzięczność, zajęli się mną 

troskliwie, przygarnęli i uchronili przed samym sobą. Najwidoczniej też dowiedzieli się coś niecoś 

o tym, co przeszedłem, z mych półprzytomnych słów.

Gdy   wróciłem już całkowicie do   zmysłów,  opowiedzieli  mi  bardzo   ostrożnie  to,  czego 

udało im się tymczasem dowiedzieć o losie Leatherhead. Dwa dni po mym uwięzieniu zostało ono 

zniszczone przez Marsjan, przy czym nikt nie ocalał. Zmietli je po prostu z powierzchni Ziemi, ot 

tak

sobie,   bez   żadnej   przyczyny,   jak   chłopcy,   którzy   z   nadmiaru   sił   żywotnych   rozwalają 

czasem mrowisko.

Zostałem więc samotny, oni zaś byli dla mnie dobrzy. Byłem sam i bardzo smutny, oni zaś 

opiekowali się mną. Po powrocie do zdrowia pozostałem u nich jeszcze przez cztery dni. Ciągle 

background image

jednak czułem, że pcha mnie jakaś siła, by choć raz jeszcze spojrzeć na szczątki życia, które tak 

przecież niedawno wydawało mi się jasne i szczęśliwe. Usiłowali powstrzymać mnie. Było to, ich 

zdaniem, niepotrzebne rozdrapywanie nie zaschłych jeszcze ran. Robili, co było w ich mocy, aby 

odwrócić me chorobliwe myśli od tej wyprawy w przeszłość. W końcu nie mogłem jednak oprzeć 

się ślepemu -nakazowi wewnętrznemu i; obiecując niezawodnie powrócić, opuściłem ze łzami w 

oczach mych czterodniowych przyjaciół, by znów wyjść na puste tak jeszcze niedawno, obce i 

nieme ulice.

Teraz przepełniał je tłum powracających. Miejscami sklepy były otwarte, widziałem nawet 

wodę zdatną do picia, bijącą z ulicznych wodotrysków"

Pamiętam, jak szyderczo jaśniało słońce, gdy. rozpoczynałem smutną tną pielgrzymkę do 

domku w Woking, jakie ożywione, ruchliwe było miasto dokoła. Uwijało się tu takie mnóstwo 

zajętych czymś, ludzi, że niewiarygodną .wprost wydawała się niedawna śmierć tylu ich tysięcy. 

Twarze były pożółkłe, włosy w nieładzie, oczy szeroko rozwarte i jakby wyblakłe, większość zaś 

odziana   była   w   łachmany.   Lecz   na   wszystkich   tych   twarzach,   we   wszystkich   oczach   dwa 

wyczytałbyś tylko uczucia: podniecenia i zawziętej energii - lub posępnej determinacji. Gdyby nie 

to,   Londyn   byłby   w   tych   dniach   miastem   włóczęgów.   Na   ulicach   rozdzielano   hojnie   chleb 

nadesłany   z   Francji.   Nielicznym   koniom   znać   było   wszystkie   żebra.   Na   rogach   ulic   stali   już 

policjanci. Zniszczenia poczynione przez Marsjan ujrzałem dopiero na ulicy Wellingtona, tam też 

spostrzegłem Czerwone Zielsko pnące się po filarach mostu Waterloo.

U   wejścia   na   most   zauważyłem,   jakże   charakterystyczny   dla   tych   groteskowych   dni, 

dziwaczny obrazek. Do gęstwy Czerwonego Zielska przypięty był patykiem arkusz papieru, świeżo 

wydany   numer  Daily   Mail,   pierwszy,   jaki   ukazał   się   po   wielu   dniach   przerwy.   Znalazłem   w 

kieszeni sczerniałego szylinga i kupiłem gazetę. Wydawca nie zapełnił całego numeru, większa 

część szpalt pozostała nie zadrukowana, ostatnią zaś stronę wypełniały dawne jeszcze reklamy i 

ogłoszenia. W gazecie znalazłem jedynie oddane drukiem wrażenia piszącego, agencje prasowe 

widocznie nie podjęły jeszcze pracy. Nie dowiedziałem się niczego nowego ponad to, że już po 

tygodniu badań prowadzonych nad maszynami Mars

jan osiągnięto zadziwiające wyniki. Artykuły zapewniały między innymi, w co zresztą nie 

uwierzyłem, że poznano już tajemnicę lotu. 7. dworca Waterloo odchodziły pociągi przewożące 

bezpłatnie ludność do domów. Pierwsza fala powracających spłynęła już parę dni temu. W pociągu 

niewielu   było   pasażerów,   ja   zaś   nie   miałem   nastroju   do   rozmów,   toteż   usiadłem   w   pustym 

przedziale i patrzyłem, skrzyżowawszy ręce na piersiach, na mknącą za oknem, skąpaną w słońcu 

panoramę zniszczeń. Tuż za stacją pociąg biegł powoli po prowizorycznie ułożonych torach, po 

background image

obu   zaś   stronach   ciągnęły   się   sczerniałe   ruiny   domów.  Aż   do   Clapham,   mimo   dwudniowego 

deszczu i burzy, Londyn pokryty był osadem Czarnego Dymu: W Clapham tory były uszkodzone. 

Setki bezrobotnych sklepikarzy i urzędników ramię w ramię z kolejarzami trudziło się przy ich 

naprawie, my zaś podskakiwaliśmy na złączach pośpiesznie ułożonych. szyn.

Cała okolica wzdłuż toru wyglądała niezwykle i smętnie. Wimbledon ucierpiał szczególnie. 

Najmniej, zdawało się, ucierpiał Walton, przynajmniej las otaczający go nie był spalony. Rzeczki 

Wandle i Mole, a także każdy, najmniejszy nawet strumyczek, ginęły w zwartej masie Czerwonego 

Zielska, to podobnego do stosu mięsiwa w jatce, to znów do poszatkowanej fioletowej kapusty. 

Sosnowe   lasy   Surrey   wydawały   się   uschłe,   tak   rozpleniło   się   tam   Czerwone   Pnącze.   Za 

Wimbledonem, w pobliżu toru, widać było zwały ziemi wokół szóstego walca. Stało tam mnóstwo 

ludzi   przyglądających  się  pracy  saperów.  Nad  nimi  trzepotała   wesoło   na  porannym   wietrzyku 

chorągiew   narodowa.   Całą   okolicę   pokrywała   karmazynowa   roślinność,   rażąc   boleśnie   oko 

purpurowym odcieniem. Spojrzenie umęczone nieustanną szarzyzną zgliszcz i posępną czerwienią 

roślin szukało ukojenia w łagodnych zarysach odległych, błękitnoszmaragdowych wzgórz.

Dojazd do Woking od strony Londynu nie został jeszcze naprawiony, toteż wysiadłem w 

Byfleet i poszedłem gościńcem do Maybury. Minąłem po drodze miejsce, gdzie rozmawialiśmy 

wraz z artylerzystą z patrolem huzarów, potem to, w którym ujrzałem wśród burzy pierwszego 

Marsjanina   w   Bojowej   Machinie.   Pchnięty   ciekawością   zboczyłem   nieco,   by   w   plątaninie 

czerwonego listowia odnaleźć przewróconą bryczkę i zbielałe, obgryzione, rozwleczone dokoła 

końskie kości. Długo przyglądałem się tym szczątkom...

Zagłębiłem się w las i brnąc miejscami po szyję w Czerwonym Zielsku zobaczyłem, iż 

oberżysta został już pochowany; mijając College Arms zbliżyłem się wreszcie do domu. Jakiś 

stojący w rozwartych drzwiach swej willi mężczyzna powitał mnie, gdy go mijałem, po nazwisku.

Rzuciłem na nasz domek pełne nadziei spojrzenie, zgasła ona jednak natychmiast. Drzwi 

były wyważone, nie domknięte i podchodząc dostrzegłem,jak porusza nimi i trzaska przeciąg.

W   otwartym   oknie   gabinetu,   przez   które   wyglądałem   wówczas,   aż   do   świtu,   wraz   z 

artylerzystą, powiewały franki. Nikt od tego czasu go nie zamknął. Połamane krzewy wyglądały 

tak samo jak wtedy, cztery bez mała tygodnie temu, gdy odchodziłem. Wszedłem do przedpokoju 

po to tylko, by wszystkimi zmysłami odczuć beznadziejną pustkę domu. Chodnik na schodach, tam 

gdzie przemoczony burzą siedziałem bezsilnie w ową okropną noc, zgnieciony był i wyplamiony. 

Na stopniach zachowały się ślady naszych zabłoconych stóp.

Poszedłem na górę, do gabinetu. Na biurku znalazłem pod przyciskiem arkusz papieru, na 

którym kreśliłem mą rozprawkę w tym właśnie dniu, gdy otworzył się pierwszy walec. Długo 

stałem odczytując po wielekroć dawno już zapomniane zdania. Pisałem wówczas o tym, jak będzie 

background image

prawdopodobnie rozwijać się nasza moralność w miarę rozwoju cywilizacji; ostatnie zaś słowa 

były początkiem przepowiedni: "Za jakieś dwieście lat" napisałem "możemy oczekiwać..." w tym 

miejscu zdanie urywało się. Wspomniałem, jak nie udawało mi się tamtego dnia skupić myśli i jak 

rzuciłem wszystko i zbiegłem na dół, by nabyć u gazeciarza Daily Chronicle. Wspomniałem, jak 

pędziłem do furtki, gdy  nadchodził, i jak słuchałem dziwacznej historii o "ludziach z Marsa". 

Zszedłem  na dół i stanąłem w jadalni. Na stole  leżał  chleb i baranina zupełnie już zepsuta, i 

przewrócona butelka od piwa, zupełnie tak samo, jak pozostawiliśmy je z artylerzystą wychodząc z 

domu.   Mieszkanie   było   puste.   Pojąłem,   jakim   szaleństwem   była   tak   długo   piastowana   nikła 

nadzieja. Raptem zaszło coś dziwnego.

- To nie ma przecież sensu - rozległ się czyjś głos- dom jest opuszczony. Już od dawna nie 

ma w nim nikogo. Zostawać tu byłoby tylko niepotrzebną męką. Nikt prócz ciebie nie ocalał.

Zadrżałem. Czy to ja sam myślałem na głos? Zwróciłem się ku szerokiemu francuskiemu 

oknu, wychodzącemu do ogrodu, zbliżyłem się doń i wyjrzałem.

I oto nie mniej ode mnie zdziwieni i zalęknieni stali tam kuzyn mój i żona - pobladła - 

powstrzymująca łzy. Na mój widok krzyknęła słabo.

- Wróciłam - wyszeptała - ja wiedziałam... wiedziałam...

Palce jej dotknęły szyi, zachwiała się. Przypadłem do niej i pochwyciłem w ramiona.

10 Epilog

Mogę tylko żałować; iż teraz, kończąc już mą opowieść, tak niewiele wniosłem do dyskusji 

nad licznymi nie rozwiązanymi, jak dotąd, zagadnieniami. Krytyk obawiam się z jednego tylko 

względu.   Oto   właściwą   mą   dziedziną   jest   filozofia.   Wiedzę   o   fizjologii   porównawczej 

zaczerpnąłem   z   paru   zaledwie   książek,   lecz   twierdzenia   Carvera   o   przyczynach   nagłej   zguby 

Marsjan  wydają  się  tak   prawdopodobne,  iż  mogą  być   uznane   za  pewnik. Stwierdziłem   to  już 

zresztą w toku opowiadania.

W   każdym   razie   w   ciałach   Marsjan   badanych   po   wojnie   nie   wykryto   żadnych   innych 

drobnoustrojów  prócz gatunków  znanych, dotychczas  na Ziemi. To, że  przybysze  nie grzebali 

swych zmarłych, jak i to, że niedbale obchodzili się ze zwłokami mordowanych przez siebie ofiar, 

również wskazuje na całkowitą nieznajomość procesów gnilnych. Trzeba jednak stwierdzić, iż przy 

całym swym prawdopodobieństwie wnioski te nie zostały, jak dotąd, naukowo potwierdzone.

Nie jest również znany skład chemiczny Czarnego Dymu używanego z tak straszliwym 

skutkiem przez Marsjan. Zagadką pozostało także i źródło Snopa Gorąca. Okropne wypadki, jakie 

wydarzyły się w laboratoriach w Ealing i South Kensington, powstrzymały fizyków od dalszych.z 

nimi doświadczeń. Analiza spektralna czarnego pyłu wykazała nieomylnie obecność nieznanego 

background image

pierwiastka, dającego trzy lśniące linie w zielonym polu widma, przy czym możliwe jest, iż łączy 

się on z argonem wytwarzając związek oddziałujący zabójczo na któryś ze składników krwi. Te 

jednak nie udokumentowane niczym rozważania nie zainteresują zapewne zwykłego czytelnika, dla 

którego przeznaczyłem tę opowieść. Nie zbadano również brązowej piany spływającej do morza 

Tamizą po zniszczeniu Machiny Bojowej pod Shepperton, teraz zaś jest już oczywiście za późno.

Wyniki   badań   anatomicznych   resztek   Marsjan   pozostawionych   przez   wygłodniałe   psy 

przedstawiłem   już   wcześniej.   Każdy   jednak   może   zapoznać   się   ze   wspaniale   zachowanym   w 

spirytusie,   nie   uszkodzonym   okazem   w   Muzeum   Przyrodniczym   jak   również   z   niezliczonymi 

rysunkami i fotografiami tego okazu; dla fizjologii zaś dane te są najzupełniej wystarczające. '

Znacznie   ważniejsze   i   ogólniejsze   natomiast   jest   pytanie,   -czy   należy   liczyć   się   z 

możliwością ponownego najazdu  Marsjan. Nie wydaje mi się, by sprawie tej poświęcono, jak 

dotąd, należytą uwagę. W tej chwili.odle

głość od Marsa jest ogromna, przy każdej jednak opozycji ja przynajmniej oczekuję nowych 

z ich strony prób. W każdym zaś razie winniśmy być do tego przygotowani. Sądzę, że da się z 

wielką dokładnością ustalić położenie działa, które oddało wówczas tych kilka strzałów, i bacznie 

obserwować tę część-planety, by zawczasu przygotować się na przyjęcie następnego napadu.

Można by wówczas zniszczyć środkami wybuchowymi i za pomocą artylerii walce, jeszcze 

zanim ostygną na tyle, by Marsjanie mogli się z nich wydostać, lub też wybić ich za pomocą 

granatów   natychmiast   po   odkręceniu   się   śruby.   Wydaje   mi   się,   że   stracili   oni   jednak,   i   to 

bezpowrotnie,   tę   wielką   nad   nami   przewagę,   jaką   dało   im   przy   pierwszym   na   nas   najeździe 

zaskoczenie. Być może, iż pogląd ich jest podobny do mego.

Lessing ma dostateczne podstawy, by twierdzić, iż Marsjanom udało się dokonać lądowania 

na Wenus. Przed siedmiu miesiącami Mars był w opozycji z tą planetą i wówczas to właśnie 

astronomowie   dostrzegli   na   nie   oświetlonej   jej   części,   zwróconej   ku   Marsowi,   szczególne 

sinusoidalnego kształtu  znaki świetlne i równocześnie niemal takie same znaki dostrzeżono na 

fotografiach Marsa. Wystarczy porównać zdjęcia obu tych tarcz, aby zadziwiające podobieństwo 

znaków stało się zupełnie oczywiste.

W każdym bądź razie, czy możemy spodziewać się ponownego najazdu, czy też nie - nasz 

pogląd na przyszłe losy ludzkości musi pod wpływem niedawnych wypadków ulec gruntownej 

zmianie.   Nauczyły   nas   one,   że   nie   wolno   uważać   naszego   globu   za   całkowicie   bezpieczne 

schronienie; nigdy przecież nie da się przewidzieć, jakie nieznane, dobre czy złe, istoty mogą spaść 

do nas z międzyplanetarnych przestrzeni. Można jednak stwierdzić, iż w ostatecznym rozrachunku 

najazd   Marsjan   przyniósł   ludzkości   wiele   korzyści.   Odebrał   nam   bowiem   to   nieuzasadnione 

zadufanie, które zazwyczaj staje się przyczyną upadku. Przyniósł również w darze naszej wiedzy 

background image

rzeczy nowe i niezwykłe i przyczynił się do poważnego wzrostu poczucia wspólnoty na Ziemi. Być 

może, iż poprzez gwiezdne przestrzenie Marsjanie widzieli los swych wysłanników i dobrze pojęli 

tę lekcję, być może także, iż na Wenus znaleźli bardziej sprzyjające warunki bytowania. Niech 

sobie zresztą będzie, co chce, lecz przez wiele jeszcze lat nie zniknie napięcie, z jakim obserwować 

będą tu, na Ziemi, tarczę Marsa i spadające gwiazdy, które w tamtych okrutnych dniach przyniosły 

ludzkości tyle nieszczęść.

Trudno   również   przecenić   wpływ   najazdu   na   rozszerzenie   się   naszych   .horyzontów 

myślowych. Zanim pierwszy walec spadł na Ziemię, panowało ogólne przeświadczenie, iż w całym 

nieobjętym wszechświecie tylko

na malutkiej naszej Ziemi kwitnie życie. Dziś wiemy już znacznie więcej. Jeśli Marsjanie 

potrafili   dotrzeć   do   Wenus,   nie   ma   podstaw,   by   sądzić,   że   nie   potrafi   dokonać   tego   także   i 

człowiek, gdy zaś powolne stygnięcie Słońca sprawi, iż na Ziemi nie będzie już można żyć dłużej, 

co przecież nieuchronnie musi kiedyś nastąpić, być może trzeba będzie przenieść potok ziemskiego 

życia na siostrzaną planetę. Czy dokonamy tego?

Mglista   i   wspaniała   jest   wizja,   jaką   stworzył   mój   umysł,   wizja   życia   przenoszonego 

stopniowo z malutkiego zarodka, jakim jest nasz Układ Słoneczny, aż w najodleglejsze krańce 

wszechświata. Odległe to jeszcze marzenie. Ż drugiej jednak strony niewykluczone, iż zagłada 

pierwszych Marsjan odroczyła tylko naszą zgubę. Do nich, być może, nie do nas należy przyszłość.

Muszę   wyznać,   iż   groza   i   burzliwość   tamtych   czasów   pozostawiły   w   mym   umyśle 

zwątpienie i niepewność. Bywa, iż siedząc przy świetle lampy nad pracą w cichym gabinecie, 

dostrzegam gdzieś w dole, przed sobą, rozległą równinę pokrytą wijącymi się płomieniami, za 

plecami  zaś   czuję pustkę  i  samotność  domu.  Wychodzę  na gościniec  do  Byfleet,  mijają  mnie 

pojazdy, wóz rzeźnika, bryczka pełna gości, robotnik na rowerze, dzieciaki idące do szkoły i nagle 

wszystko to roztapia się we mgle, staje się nierzeczywiste i wydaje mi się, że idę z artylerzystą 

przez upalną, pustą ciszę. Nocami widuję czarny kurz pokrywający ulice i poskręcane dziwacznie, 

spowite   kirem   pyłu   trupy.   Schodzą   się   całymi   gromadami,   straszne,   poszarpane   przez   psy, 

mamroczą coś obłąkańczo, blade, okropne

, ja zaś budzę się zmęczony, zlany potem, wpatrzony niewidzącymi oczami w ciemność 

nocy.

Jadę  do  Londynu i ruchliwe, pełne życia Fleet Street i Strand znów widzę  jako ciche, 

wymarłe zaułki. Snują się wokół upiory przeszłości, martwe cienie, szydzące z ożywionego dziś 

miasta. Jak dziwnie jest stanąć na szczycie wzgórza Primrose, a uczyniłem to właśnie wczoraj, 

background image

przed napisaniem tego rozdziału, i patrzeć na morze domków spowite niebieską mgiełką dymów, 

zlewające się z chmurnym, nawisłem nisko niebem, patrzeć na spacerujących beztrosko pośród 

kwietników ludzi, na gapiów podziwiających do dziś stojące tam machiny Marsjan, przysłuchiwać 

się hałaśliwym igraszkom dzieci i wspominać chwile, gdy patrzyłem na Londyn, taki jasny, tak 

wyraźnie widoczny, taki pusty i cichy w tamtym, rodzącym się, wielkim dniu.

Najdziwniejsze zaś - to móc znowu trzymać dłoń mej żony i wspominać chwile, gdy oboje 

myśleliśmy o sobie jako o ludziach martwych.

Spis rzeczy

Księga pierwsza 

Przybycie Marsjan

1 W przededniu wojny . . . . . . . . . . . . . . . . . 7 

2 Spadająca gwiazda . . . . . . . . . . . . . . . . . . 12 

3 Żwirowisko pod Horsell. . . . . . . . . . . . . . . 15 

4 Walec otwiera się . . . . . . . . . . . . . . . . . . 17 

5 Snop Gorąca . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 20 

6 Snop Gorąca na gościńcu do Cobham. . .- . . . . : 23 

7 Jak dotarłem do domu . . . . . . . . . . . . . . . 25 

8 Piątkowa noc. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 28 

9 Walka rozpoczyna się . . . . . . . . . . . . . . . . 30 

10 Nawałnica . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 35 

11 U okna . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 40 

12 Co widziałem z zagłady Weybridge i Sheppertonu 44 

13 Jak spotkałem się z wikarym . . . . . . . . . . . . 52 

14 W Londynie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 57 

15 Co stało się w Surrey . . . . . . . . . . . . . . . . 65 

16 Ucieczka z Londynu. . . . . . . . . . . . . . . . . 71 

17 Dziecię Gromu. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 81 

Księga druga

Ziemia we władzy Marsjan

1 Zdeptani . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 90 

2 Co widzieliśmy z ukrycia w ruinach. . . . . . . . 96 

3 Dni więzienne . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 103 

background image

4 Śmierć wikarego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 108 

5 Cisza . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 111 

6 Trud dni piętnastu. . . . . . . . . . . . . . . . . . 113 

7 Człowiek ze wzgórza pod Putney . . . . . . . . 116 

8 Londyn wymarły. . . .  . . . . . . . 129 

9 Ocaleni z rozbicia . . . . . . . . 136 

10 Epilog . . . . . . . . . . . . . 140

(scaned by MarcinW®)


Document Outline