background image

 

Herbert George Wells 

 
 
 

Wojna światów 

background image

 

KSIĘGA PIERWSZA 

PRZYBYCIE MARSJAN 

 

W przededniu wojny 

 
Nikt  pod  koniec  dziewiętnastego  wieku  nie  uwierzyłby  chyba,  iŜ  Ŝycie  ludzi  bacznie  i  wszechstronnie 
obserwują istoty mądrzejsze od człowieka, a przecieŜ jak i on śmiertelne; Ŝe krzątających się wokół swych 
spraw  codziennych  ludzi  badają  i  analizują  one  równie  być  moŜe  skrupulatnie,  jak  skrupulatnie  bada 
człowiek pad mikroskopem rające się i mnoŜące w kropli wody drobnoustroje. Snując się, niezmiernie radzi 
z  siebie, po  naszym  globie,  szczerze jesteśmy  przekonani  o swej  władzy  nad  materią. MoŜliwe,  Ŝe  Ŝyjątka 
pod  mikroskopem  czują  tak  samo.  Ale  nikomu  z  nas  nie  przyszła  do  głowy  myśl,  Ŝe  są  inne,  starze  od 
naszego  światy,  które  mogą  być  źródłem  niebezpieczeństwa  dla  ludzkości.  KaŜdą  myśl  o  Ŝyciu  na  nich 
odpędzaliśmy od siebie, uwaŜając je za nieprawdopodobne, a przynajmniej mocno wątpliwe. 
Dzisiejszego  czytelnika  zainteresuje  niezawodnie  nasz  sposób  myślenia  z  tamtych  odległych  dni. 
Przypuszczano  podówczas,  Ŝe  na  Marsie  mogą  Ŝyć  co  najwyŜej  inni  jacyś  ludzie,  na  niŜszym  od  naszego 
stopniu  rozwoju,  którzy  z  radością  powitaliby  ziemskie  wyprawy  misjonarskie.  A  tymczasem  poprzez 
otchłań  międzyplanetarnej  przestrzeni  spoglądały  na  naszą.  Ziemię  zazdrosnym  okiem  istoty  obdarzane 
umysłami o tyleŜ wyŜszymi od naszych, o ile ludzkie wyŜsze są od umysłów zagładą zagroŜonych zwierząt; 
o  intelekcie  szerokim,  lecz  chłodnym  i  niechętnym.  I  powali,  lecz  nieuchronnie  opracowywały  swe  plany 
przeciwka nam. W pierwszych latach wieku dwudziestego przyszło WIELKIE ZASKOCZENIE. 
Nie muszę chyba przypominać czytelnikowi, iŜ Mars krąŜy dookoła Słońca w odległości 140 000 000 mil, a 
ś

wiatła i ciepła otrzymuje zaledwie dwa razy mniej od naszej Ziemi. Mars, jeśli teorie mgławicowo kryją w 

sobie choć ziarno prawdy, musi być znacznie od Ziemi starszy i Ŝycie na nim musiało pojawić się na długo 
przed  ukształtowaniem  się  ziemskiej  skorupy.  To,  Ŝe  masa  Marsa  wynosi  zaledwie  jedną  siódmą  masy 
Ziemi,  przyspieszyło  jego  ostyganie  do  temperatury,  w  której  pojawia  się  Ŝycie.  Co  więcej,  posiada  on 
powietrze i wodę, a więc to wszystko, co niezbędne jest do podtrzymywania Ŝywego istnienia. 
Człowiek jednak jest tak próŜny i tak w swej próŜności zaślepiony, iŜ do samego schyłku XIX stulecia nie 
znalazł  się  Ŝaden  pisarz,  który  wyraziłby  pogląd,  Ŝe  mogła  się  tam  rozwinąć  Ŝycie  istot  rozumnych,  na 
poziomie wyŜszym od ziemskiego. Nie pojmowano teŜ na ogół, Ŝe na Marsie, który o wiele jest od Ziemi 
starszy, powierzchnię ma czterokrotnie mniejszą i znacznie dalej leŜy od Słońca - Ŝycie musi być nie tylko 
odleglejsze od swych początków, ale bliŜsze końca. 
Nieustanne  stygnięcie,  któremu  podległa  jest  przecieŜ  i  nasza  planeta,  posunęło  się  u  naszego  sąsiada 
znacznie  dalej.  Warunki  fizyczne  tam  panujące  są  dla  nas,  co  prawda,  wciąŜ  jeszcze  tajemnicą  -  wiemy 
jednak, Ŝe nawet na równiku temperatura południa osiąga zaledwie temperaturę naszych najostrzejszych zim. 
Atmosfera  Marsa  jest  o  wiele  bardziej  rozrzedzona  od  naszej,  oceany  zaś  skurczyły  się  tak  dalece,  iŜ 
pokrywają  juŜ  tylko  jedną  trzecią  powierzchni  tej  planety.  PotęŜne  lodowce  zalegają  oba  jej  bieguny,  a 
wskutek powolnych zmian pór roku spełzają coraz groźniej na obszary strefy umiarkowanej. Ten najwyŜszy 
stopień wyczerpania, tak niewiarygodnie jeszcze dla naszej Ziemi odległy, stał się palącym problemem dla 
mieszkańców  Marsa.  Pod  bezpośrednim  naciskiem  konieczności  rozkwitła  ich  nauka,  urosła  ich  wiedza  - 
lecz  stwardniały  serca.  Spoglądając  przez  przyrządy,  o  jakich  nam  się  nawet  nie  śniło,  w  przestrzeń,  w 
kierunku Słońca, ujrzeli oni odległą od siebie o zaledwie 35 000 000 mil jutrzenkę nadziei, naszą cieplejszą 
planetę,  pokrytą  zielenią  roślinności,  szarą  od  wód,  z  atmosferą  pełną  chmur  -  wymownym  świadectwem 
płodności,  z  przelotnym  pośród  tych  chmur  widokiem  gęsto  zaludnionych  lądów  i  upstrzonych  statkami 
mórz. 
My zaś, ludzie, stworzenia zamieszkujące tę Ziemię, byliśmy dla nich czymś tak samo obcym i niŜszym, jak 
obce i niŜsze są dla nas małpy i lemury. Umysł człowieka pojął juŜ prawdę, iŜ Ŝycie jest nieustanną walką o 
byt. Wydaje się, Ŝe prawdę, tę wyznawali równieŜ Marsjanie. Ich świat stygł coraz bardziej, nasz zaś pełen 
był  Ŝycia,  Ŝycia  obcego  im,  niŜszego,  pierwotnego.  Jedyną  ucieczką  od  groźby  nieuniknionego  końca, 
groźby  wzrastającej  z  pokolenia  na  pokolenie,  było  dla  nich  przedsięwzięcie  wyprawy  wojennej  bliŜej 
Słońca. 
Zanim osądzimy ich zbyt surowo, przypomnijmy sobie, jak bezlitośnie tępił własny nasz gatunek nie tylko 
zwierzęta,  bizony  czy  ptaki  dodo,  ale  i  inne  rasy  ludzkie,  na  niŜszym  stające  szczeblu  rozwoju.  Choćby 
Tasmańczycy wytępieni doszczętnie w ciągu pięćdziesięciu lat przez przybyszów z Europy. CzyŜ tacy z nas 
apostołowie litości, byśmy mieli prawo Ŝalić się na Marsjan postępujących tak samo z nami? 
Obmyślili  oni  swoje  lądowanie  na  Ziemi  z  zadziwiającą  wprost  precyzją  -  ich  wiedza  matematyczna  stoi 
niewątpliwie  znacznie  wyŜej  od  naszej  -  i  poprowadzili  przygotowania  prawie  zupełnie  jednomyślnie. 

background image

 

Gdyby  nasze  przyrządy  pozwalały  na  to,  wzbierające  niebezpieczeństwo  moŜna  by  dostrzec  znacznie  juŜ 
wcześniej w XIX wieku. Tacy ludzie jak Schiaparelli obserwowali wprawdzie czerwoną planetę - nawiasem 
mówiąc  ciekawe,  Ŝe  Mars  z  dawien  dawna  uchodził  za  symbol  wojny  -  lecz  nie  potrafili  pojąć  zmian 
zachodzących  w  wyglądzie  pewnych  wycinków  jej  powierzchni,  choć  tak  dokładnie  umieli  zmiany  te 
nanosić na mapy. A przez cały ten czas Marsjanie przygotowywali się. 
W 1894 roku, w czasie wielkiej apozycji Marsa, dostrzeŜono jasny błysk na oświetlonej części jego tarczy. 
Pierwsze  ujrzało  go  obserwatorium  Licka,  nieco  później  Perrotin  w  Nicei,  potem  zaś  inne  obserwatoria. 
Angielska  publiczność  dowiedziała  się  o  tym  po  raz  pierwszy  2  sierpnia  z  artykułów  w  Przyrodzie.  Ja 
osobiście  skłonny  jestem  przypuszczać,  iŜ  zjawiska  to  było  błyskiem  wystrzału  oddanego  z  głębokiego 
szybu  wyrytego  w  skorupie  Marsa,  niby  z  potęŜnego  działa  wyrzucającego  skierowane  na  Ziemię  pociski. 
Pojawienie się szczególnych punkcików dostrzeŜonych w pobliŜu miejsca błysku podczas dwu następnych 
opozycji nie zastała dotychczas wyjaśnione. 
Burza  zwaliła  się  na  nas  przed  sześciu  laty.  Gdy  Mars  osiągnął  największe  przybliŜenie,  Lavelle  z  Jawy 
zelektryzował  cały  świat  astronomiczny  zadziwiającą  wiadomością  a  potęŜnym  na  tej  planecie  wybuchu 
rozŜarzonych  do  białości  gazów.  Stała  się  to  dwunastego  przed  północą,  przy  czym  uŜyty  przezeń 
natychmiast spektroskop wykazał wielką masę płonących gazów, głównie wodoru, mknącą z błyskawiczną 
szybkością  w  kierunku  Ziemi.  Ten  strumień  ognia  przestał  być  widoczny  mniej  więcej  po  piętnastu 
minutach.  Astronom  porównywał  go  do  olbrzymiego  kłębu  płomieni  wytrysłych  gwałtownie  z  planety, 
„zupełnie jak płomień z wylotu lufy”. 
Później  dopiero  okazało  się,  jak  trafne  była  ta  porównanie.  Następnego  jednak  dnia  nie  znalazłbyś,  z 
wyjątkiem drobnej wzmianki w Daily Telegraph ani słowa o tym zjawisku w Ŝadnej gazecie i świat Ŝył dalej 
nic nie wiedząc o największym niebezpieczeństwie, jakie kiedykolwiek zagraŜało rodzajowi ludzkiemu. Nie 
dowiedziałbym się i ja o tym wybuchu, gdybym przypadkiem nie spotkał w Ottershaw słynnego astronoma 
Ogilvy’ego.  Wiadomość  o  niezwykłym  zjawisku  bardzo  go  poruszyła  i  temu  właśnie  zawdzięczałem 
zaproszenie, by tegoŜ wieczoru obserwować z nim razem czerwoną planetę. 
Mimo  wszystko,  co  potem  zaszło  -  wieczór  ów  pamiętam  bardzo  dokładnie.  Ciemne  i  milczące 
obserwatorium,  nikłą  plamę  światła  przyćmionej  latarni  w  kącie,  monotonne  tykanie  mechanizmu 
zegarowego  przy  teleskopie,  wreszcie  szczelinę  w  kopule  dachu  -  podłuŜną  głębię  przeciętą  smugą 
gwiezdnego pyłu. Słychać było, jak niewidoczny Ogilvy poruszał się gdzieś w pobliŜu. W teleskopie widniał 
krąg  głębokiego  granatu  z  unoszącą  się  w  samym  niemal  jego  środku  planetą.  Wydała  mi  się  okruchem 
ś

wiatła - taka była jasna, maleńka i nieruchoma. Przecinały ją ledwie dostrzegalne poprzeczne kreski, a na 

biegunach była leciutko spłaszczona. Taka drobna, taka srebrzyście ciepła kropelka światła! Wydawało się, 
Ŝ

e  drŜy,  naprawdę  jednak  drŜał  tylko  utrzymywany  nieustannym  działaniem  mechanizmu  zegarowego  na 

wprost gwiazdy teleskop. 
Gdy  tak  patrzyłem,  gwiazda  rosła,  to  malała,  zbliŜała  się  nieco,  to  znów  oddalała.  Było  to  złudzenie 
wywołane po prostu wysiłkiem wzroku. Dzieliła ją ode mnie 40 000 000 mil - ponad czterdzieści milionów 
mil  próŜni.  Niewielu  tylko  spośród  nas  potrafi  wyobrazić  sobie  bezmiar  kosmicznej  pustki  usianej 
gwiezdnym ziarnem światów. 
W pobliŜu Marsa, pamiętam, tkwiły trzy świetlne kropki, trzy nieskończenie odległe, widoczne tylko przez 
teleskop gwiazdy, wokół zaś roztaczała się nieprzenikniona ciemność próŜni. Wiecie, jak wygląda ciemność 
nieba w gwiaździstą mroźną noc. W teleskopie wydaje się ona daleko głębsza. A niewidzialne dla mnie, bo 
tak  odległe  i  małe,  mknęło  bez  wytchnienia  poprzez  niezmierzoną  przestrzeń,  zbliŜało  się  o  tysiące  mit  z 
kaŜdą  chwilą;  nadchodziło  wysłane  przez  tamtych  COŚ  -  co  miało  przynieść  nam  walkę  i  nieszczęścia  i 
ś

mierć.  Patrząc  na  nieruchomą  gwiazdę  nie  śniłem  nawet  o  tym.  Nikt  na  całej  kuli  ziemskiej  nie  śnił  o 

bezbłędnie wymierzonych w nas pociskach. 
Tej  nocy  takŜe  nastąpił  wybuch  gazów  na  odległej  planecie.  Dojrzałem  go.  Czerwony  błysk  na  krawędzi 
tarczy,  ledwie  dostrzegalny  zarys  wytrysku  światła  -  akurat,  gdy  chronometr  wydzwaniał  północ. 
Przywołałem  Ogilvy'ego,  by  zastąpił  mnie  przy  teleskopie.  Noc  była  upalna  i  chciało  mi  się  pić.  Stąpając 
niezdarnie i potykając się poszedłem po omacku do stolika z syfonem, podczas gdy Ogilvy wykrzykiwał coś 
o pędzących w naszą stronę kłębach gazów. 
Tej nocy wyruszył z Marsa na Ziemię jeszcze jeden niewidzialny pocisk, prawdopodobnie juŜ drugi w ciągu 
dwudziestu czterech godzin. Pamiętam, jak siedziałem na stole tam, w ciemności, a przed oczami migotały 
mi zielone i szkarłatne plamy. Pamiętam, jak bardzo chciało mi się zapalić światło. Nie podejrzewałem, co 
oznaczał ów przelotny błysk ani co miał mi on przynieść. Ogilvy obserwował do pierwszej, potem takŜe dał 
spokój.  Z  jasno  juŜ  płonącą  latarnią  wracaliśmy  do  domu.  Gdzieś  niŜej,  w  ciemnościach,  leŜały  ciche 
miasteczka Otershaw i Chertsey z setkami śpiących spokojnie mieszkańców. 

background image

 

Ogilvy zastanawiał się tej nocy nad warunkami, jakie panują na Marsie, i wydrwiwał prostackie pomysły, Ŝe 
jego mieszkańcy dają nam jakieś znaki. Twierdził, Ŝe to gęsty deszcz meteorytów spada na tę planetę lub teŜ, 
Ŝ

e  rozwija  się  tam  potęŜny  wybuch  wulkanu.  Udowadniał  mi,  jakim  niepodobieństwem  jest  identyczny 

rozwój Ŝycia organicznego na dwu sąsiadujących ze sobą planetach. 
- Jest moŜe jedna szansa na milion - mówił - aby na Marsie Ŝyło coś podobnego do człowieka. 
W setkach obserwatoriów widziano tej nocy błysk i następnej, i znów następnej, i tak dziesięć razy z rzędu, 
noc w noc, około dwunastej - błysk. Gdy wybuchy, po dziesiątym, ustały - nikt na Ziemi nie usiłował sobie 
tego  wytłumaczyć.  Być  moŜe,  gazy  tworzące  się  przy  wystrzałach  sprawiły  w  jakiś  sposób  kłopot 
Marsjanom.  W  kaŜdym  razie,  dostrzeŜone  przez  najsilniejsze  ziemskie  teleskopy,  gęste  chmury  dymu  i 
kurzu długo jeszcze unosiły się w postaci szarych plamek o zmiennych kształtach w przejrzystej atmosferze 
planety przesłaniając przelotnie tak dobrze znane astronomom szczegóły jej powierzchni. 
Ocknęła się wreszcie codzienna prasa. Poczęły się ukazywać popularnie podawane wiadomości o wulkanach 
na  Marsie.  Pamiętam,  Ŝe  satyryczny  tygodnik  Punch  wykorzystał,  nawet  dosyć  dowcipnie,  temat  ten  do 
satyry  politycznej.  A  tymczasem;  nie  oczekiwane  przez  nikogo,  szybowały  ku  nam  wystrzelone  przez 
Marsjan  pociski.  Mknęły  z  chyŜością  wielu  mil  na  sekundę  przez  pustą  otchłań  przestrzeni,  godzina  za 
godziną, dzień za dniem, wciąŜ bliŜej. i bliŜej. Dzisiaj wydaje się czymś niemal niewiarygodnym, Ŝe mimo 
wiszącej  wówczas  nad  nami  groźby  zajmowaliśmy  się  powszednimi  swoimi  kłopotami.  Pamiętam,  jak 
cieszył się Markham, gdy udało mu się uzyskać dla swojego tygodnika najnowszą fotografię Marsa. Jeśli o 
mnie idzie - dzieliłem czas między dwa zajęcia naukę jazdy na bicyklu i pracę nad szeregiem artykułów na 
temat prawdopodobnych dróg rozwoju moralności w miarę postępu cywilizacji. 
Pewnego  wieczoru  -  pierwszy  z  pocisków  był  juŜ  wtedy  o  niespełna  dziesięć  milionów  mil  od  Ziemi  - 
wyszedłem  z  Ŝoną  na  przechadzkę.  Niebo  było  wygwieŜdŜone  i  pokazywałem  jej  znaki  zodiaku,  a  potem 
Marsa,  jasny  punkcik  wspinający  się  powali  coraz  wyŜej,  ku  zenitowi,  punkcik,  na  który  patrzyło  w  tej 
chwili  tyle  potęŜnych  teleskopów.  Noc  była  ciepła.  Wracając  minęliśmy  grupę  spacerowiczów  z  Chertsey 
czy moŜe z Isleworth. Szli, grali i podśpiewywali. W oddaleniu jaśniały okna domów. Ludzie kładli się spać. 
Ze  stacji  kolejowej  dochodziły,  zmienione  odległością  w  jakąś  niemal  melodię,  dźwięki  dzwonków, 
dudnienie,  szczęk  przetaczanych  wagonów.  Jaskrawa  siatka  czerwonych,  zielonych  i  Ŝółtych  świateł 
sygnałowych była - wedle słów Ŝony - jakby wpięta w ciemną ramę nieba. Wszystko tu wydawało się takie 
spokojne, takie bezpieczne. 
 

Spadająca gwiazda 

 
Nadeszła  wreszcie  noc,  gdy  spadł  pierwszy  pocisk.  Późnym  wieczorem  ujrzano  wysoko  w  górze  krechę 
ognia. Przemknęła nad Winchesterem kierując się na wschód i zgasła. Patrzyły na nią setki ludzi, biorąc je 
niezawodnie  za  ślad  zwykłego  meteoru.  Według  opisu  reportera  Albina  ciągnął  on  za  sobą  zielonkawy, 
jarzący się przez kilka sekund ogon. Profesor Denning, największy nasz autorytet w dziedzinie meteorytów, 
stwierdził,  iŜ  dostrzeŜono  go  na  wysokości  około  dziewięćdziesięciu,  a  moŜe  stu  mil.  Zdawało  mu  się,  Ŝe 
bolid spadł o jakieś sto mil na wschód. 
Nocy  tej  byłem  w  domu,  pracowałem  w  gabinecie,  a  chociaŜ  okno  wychodzi  na  Ottershaw  i  zasłona  była 
podniesiona  (lubiłem  w  tamtych  czasach  spoglądać  w  nocne  niebo)  -  nie  dostrzegłem  nic.  A  przecieŜ 
najdziwniejszy  ten  przedmiot, jaki  kiedykolwiek  nadleciał  z  przestworzy  na  Ziemię,  spadł  wtedy  właśnie i 
ujrzałbym go niewątpliwie, gdybym patrzył w okno. Niektórzy świadkowie jego lotu twierdzą, iŜ mknął ze 
ś

wistem.  Nic  takiego  nie  słyszałem.  Musiało  go  widzieć  wiele  osób  w  Berkshire,  Surmy  i  Middlesex,  ale 

wydawało im się pewnie, Ŝe to spada jakiś zwyczajny meteoryt. Nikt chyba nie pomyślał, by go odszukać tej 
jeszcze nocy. 
Tymczasem  biedak  Ogilvy,  który  widział  spadającą  gwiazdę,  przekonany,  iŜ  leŜy  ona  gdzieś  na  polach 
między  Horsell,  Ottershaw  i  Woking,  zerwał  się  skoro  świt  i  ruszył  na  poszukiwania.  Odnalazł  ją 
rzeczywiście,  krótko  po  wschodzie  słońca,  w  pobliŜu  Ŝwirowiska.  Pocisk  uderzając  z  wielką  siłą  o  ziemię 
wyrył ogromną jamę i rozrzucił we wszystkie strony Ŝwir i piasek zasypując wrzosowisko. Powstałe w ten 
sposób  zwały  widać  było  o  półtorej  mili.  Wschodnia  część  wrzosowiska  płonęła  i  na  tle  wschodzącego 
właśnie słońca snuty się przezroczyste niebieskawe dymki. 
Bolid niemal całkowicie zagrzebany był w piachu. Dokoła walały się pogruchotane resztki połamanych przy 
upadku sosen. Widoczna jego część przypominała ogromnych rozmiarów walec pokryty grubą okładziną z 
płyt  lub  raczej  z  prostokątnych  ciemnobrązowych  łusek.  Średnica  walca  mogła  wynosić  ze  trzydzieści 
jardów. Ogilvy zdumiony wielkością, a jeszcze bardziej kształtem - meteory są zazwyczaj mniej lub bardziej 
kuliste - chciał podejść do bryły, była ona jednak wciąŜ jeszcze tak rozgrzana tarciem wskutek przelotu przez 
atmosferę ziemską, Ŝe zamiar ten spełznął na niczym. Zgrzyty dochodzące z wnętrza walca wziął za odgłosy 

background image

 

wywołane nierównomiernym ostyganiem powierzchni, gdyŜ nie przyszła mu jeszcze wtedy do głowy myśl, 
Ŝ

e walec moŜe być wydrąŜony. 

Gdy stał tak na skraju wyrytej przez bolid jamy podziwiając niezwykły jego wygląd, przede wszystkim zaś 
barwę  i  kształt,  poczęło  mu  świtać  mgliście,  iŜ  jest  moŜe  jakaś  celowość  w  przybyciu  walca  na  Ziemię. 
Poranek byt cudownie cichy, słońce nieźle juŜ przypiekało sponad rozsypanych kępami w stronę Weybridge 
sosen.  Nie  było  słychać  świergotu  ptaków,  nie  zaszemrał  najlŜejszy  wietrzyk,  tylko  z  okopconego  walca 
dochodziły słabe jakieś dźwięki. Ogilvy był samiuteńki na całej tej wielkiej równinie. 
Wtem spostrzegł ze zdziwieniem, iŜ wzdłuŜ kolistej krawędzi walca skruszyło się i odpadło trochę brązowej, 
zwęglonej, pokrywającej bolid skorupy. Zaczęła ona odrywać się i spadać na piasek płatami. Nagle odpadł 
duŜy kawał z takim łoskotem, Ŝe w Ogilvym serce zamarło. 
Chcąc zdać sobie w pełni sprawę z tego, co to oznacza, zsunął się mimo bijącego z jamy Ŝaru na dno, aby 
obejrzeć  walec  z  bliska.  Nawet  wtedy  jeszcze  sądził,  Ŝe  przyczyną  odpadania  okładziny  jest  stygnięcie 
walca, chociaŜ nurtować go juŜ zaczęło zdziwienie, dlaczego odrywa się ona tylko wzdłuŜ krawędzi. I wtedy 
spostrzegł, Ŝe koliste dno walca obraca się powolutku dokoła swej podłuŜnej osi. Ruch ten był tak powolny, 
Ŝ

e niemal niedostrzegalny. ZauwaŜył  go dopiero wówczas, gdy  zorientował się, Ŝe czarna plama na skraju 

dna  będąca  pięć  minut  temu  tuŜ  przed  nim  zawędrowała  teraz  na  przeciwległą  stronę.  Olśniła  go  myśl. 
Walec był sztuczny! WydrąŜony! Z odkręcanym dnem? Ktoś je od wewnątrz odkręcał! 
- Wielkie nieba! - krzyknął Ogilvy.  - Tam w środku jest człowiek... ludzie! Na wpół zwęgleni! Usiłują się 
wydostać! 
Nagle, w ogromnym skrócie myślowym; skojarzył walec z błyskiem na Marsie. 
Myśl  o  uwięzionej  istocie  była  tak  straszliwa,  iŜ  niepomny  na  gorąco  y  przypadł  do  dna,  by  dopomóc  w 
odkręcaniu. Na szczęście silne promieniowanie uchroniło go przed spaleniem rąk groŜącym przy zetknięciu 
ą

  z  wciąŜ  jeszcze  rozŜarzonym  metalem.  Stał  chwilę  niezdecydowany,  potem  odwrócił  się,  wyskoczył  z 

jamy i popędził jak szalony do Woking. Dochodziła akurat szósta rano. Po drodze spotkał jakiegoś woźnicę i 
próbował  mu  tłumaczyć,  ale  zarówno  wygląd  jego  -  kapelusz  zgubił  w  jamie  jak  i  to,  co  mówił,  było  tak 
niesamowite, Ŝe chłopina zaciął konia i odjechał bez słowa. Nie lepiej powiodło mu się teŜ z pomywaczem 
otwierającym  właśnie  oberŜę  przy  moście  w  Horsell.  Człowiek  ten  wziął  go  za  wariata  i  nawet  usiłował, 
bezskutecznie  na  szczęście,  zamknąć  w  komórce.  To  go  nieco  otrzeźwiło,  kiedy  więc  ujrzał  w  ogródku 
londyńskiego  dziennikarza  Hendersona  krzyknął  do  niego  przez  płot  i  począł  opowiadać  bardziej  juŜ 
zrozumiale. 
- Henderson! - zawołał. - Widział pan ten wczorajszy meteor? 
- A bo co? - zapytał Henderson. 
- LeŜy na polu, za Horsell! 
- Mój BoŜe! - zawołał Henderson. - Meteor! To ciekawe! 
- To nie jest zwykły meteor! Człowieku, to walec! Sztuczny walec! I coś jest w środku! 
Henderson podniósł się trzymając w ręku łopatę. 
-  Co  takiego?  –  zapytał.  Henderson  był  przygłuchy  na  jedno  ucho.  Ogilvy  opowiedział  mu  wszystko,  co 
widział.  Henderson  zastanawiał  się  chwilę,  potom  rzucił  łopatę,  wdział  marynarkę  i  wybiegł  na  ulicę. 
Popędzili we dwójkę z powrotem na pole i stwierdzili, Ŝe walec nie zmienił połoŜenia. Nie było teŜ słychać 
zgrzytów, za to pomiędzy ścianą a dnem ukazał się wąziutki paseczek lśniącego metalu. Przez tę szczelinę 
wchodziło  do  walca  lub,  być  moŜe,  uchodziło  z  niego  z  lekkim  sykiem  powietrze.  Chwilę  nasłuchiwali, 
postukali kijem w okładzinę i nie otrzymawszy Ŝadnej odpowiedzi doszli zgodnie do wniosku, Ŝe człowiek 
czy ludzie w walcu muszą być nieprzytomni lub zgoła martwi. 
Sami  oczywiście  nie  mogli  im  w  niczym  dopomóc,  wykrzykiwali  więc, tylko  przez  chwilę  słowa  otuchy  i 
obietnic,  po  czym  udali  się  z  powrotem  po  pomoc.  MoŜna  ich  sobie  wyobrazić,  jak  ubrudzeni  piaskiem, 
podnieceni,  z  odzieŜą  w  nieładzie  gnali  pogodnym  rankiem  przez  miasteczko  pełne  trzasku  odsłanianych 
Ŝ

aluzji  wystawowych  i  okiennic  sypialni.  Henderson  popędził  prosto  na  pocztę,  aby  nadać  depeszę  do 

Londynu.  Artykuły  w  prasie  przygotowywały  juŜ,  bądź  co  bądź,  umysły  ludzkie  do  uznania  takiej 
wiadomości za wiarygodną. 
JuŜ o ósmej wielu wyrostków i dorosłych poszło na pola, by obejrzeć „nieboszczyków z Marsa”. Tak się ta 
historia  rozpoczęła.  Ja  dowiedziałem  się  o  wszystkim  od  gazeciarza,  gdy  mniej  więcej  za.  kwadrans 
dziewiąta  wyszedłem  jak  zwykle  po  Daily  Chronicle.  Wiadomości  te  poruszyły  mnie  oczywiście  bardzo, 
toteŜ nie tracąc ani chwili poszedłem na przełaj przez Ottershaw ku Ŝwirowisku. 
 
 
 
 

background image

 

świrowisko pod Horsell 

 
Zastałem  tam  tłumek  złoŜony  z  dwudziestu  moŜe  ludzi  otaczających  wielką  jamę,  w  której  Spoczywał 
walec. Wcześniej juŜ opisałem wygląd tej olbrzymiej, wbitej głęboko w ziemię bryły. świr i trawa dokoła 
wyglądały jak osmalone nagłym wybuchem. Był to niewątpliwie skutek zderzenia z rozŜarzonym bolidem. 
Nie zastałem przy jamie ani Hendersona, ani Ogilvy’ego. Widocznie przekonawszy się, Ŝe nie ma na razie 
nic do zrobienia; udali się na śniadanie do domu Hendersona. 
Kilku  wyrostków  siedziało  na  skraju  jamy  i  wymachując  nogami  zabawiało  się,  dopóki  im  tego  nie 
zabroniłem,  rzucaniem  w  walec  kamieniami.  Odpędzeni  -  zaczęli  bawić  się  w  berka  uwijając  się  między 
grupami gapiów. 
Byli  tu  dwaj  cykliści,  ogrodnik,  którego  niekiedy  zatrudniałem  w  naszym  ogródku,  dziewczynka  z 
niemowlęciem  na  ręku,  rzeźnik  Gregg  z  synkiem  i  kilku  łazików  obijających  się  zazwyczaj  koło  dworca i 
wynajmujących się jako pomoc do noszenia kijów golfowych. Nie było słychać Ŝadnych prawie rozmów. W 
tamtych  czasach  astronomia  była  dla  prostych  ludzi  w  Anglii  czymś  zupełnie  nieznanym.  Większość 
zebranych gapiła się bez słowa na podobne do stołu dno walca. Pozostawało ono zresztą od czasu odejścia 
Ogilvy’ego  i  Hendersona w  niezmienionym  połoŜeniu.  WyobraŜam  sobie, jak  rozczarowali  się  wszyscy  ci 
ludzie  zastając  tu  zamiast  spodziewanego  stosu  zwęglonych  trupów  -  nieruchomą  bryłę  metalu.  Niektórzy 
odchodzili, na ich miejsce przybywali inni. Zszedłem do jamy i wydało  mi się, Ŝe z dołu, spad mych nóg, 
słychać słabe jakieś dźwięki. Pewien natomiast byłem jednego - Ŝe dno przestało się obracać. 
Niezwykłość walca stała się dla mnie oczywista wtedy dopiero, gdy ujrzałem go z bezpośredniej bliskości. 
Na  pierwszy  rzut  oka  nie  robił  większego  wraŜenia  niŜ  przewrócony  wagon  czy  zwalone  w  poprzek  drogi 
drzewo.  A  moŜe  nawet  mniejsze.  Najbardziej  przypominał  zagrzebany  w  piachu,  zardzewiały  ze  starości 
zbiornik z gazowni. 
Trzeba było posiadać pewien zasób wiedzy, aby zauwaŜyć, Ŝe rdzawa jego okładzina to nie zwyczajna rdza, 
a  Ŝółtawobiały  metal  połyskujący  między  ścianą i  dnem  teŜ  nie  wygląda  zwyczajnie.  Pojęcie „nieziemski” 
dla większości tu zebranych nie zawierało Ŝadnej treści. 
JuŜ wtedy byłem przekonany, Ŝe przedmiot ten przybył do nas z Marsa. Nie sądziłem jednak, aby mogła w 
nim  być  jakaś  Ŝyjąca  istota.  Przypuszczałem,  iŜ  dno  odkręca  się  automatycznie.  Pomimo  wywodów 
Ogilvy'ego wciąŜ jeszcze wierzyłem, Ŝe na Marsie Ŝyją ludzie. WyobraŜałem sobie, Ŝe znajdziemy w walcu 
jakieś  wzorce  i  monety,  jakieś  rękopisy,  myślałem  o  trudnościach  połączonych  z  ich  rozszyfrowaniem. 
Walec  był  jednak  zbyt  duŜy,  by  zawierać  taki  tylko  ładunek.  Z  wielką  tedy  niecierpliwością  czekałem  na 
całkowite  wykręcenie  się  dna.  Kiedy  koło  jedenastej  spostrzegłem,  Ŝe  nadal  nic  się  nie  dzieje,  ruszyłem  z 
głową  nabitą  myślami  do  Maybury,  do  domu.  Ale  i  tu  nie  dały  mi  one  spokojnie  pracować  nad  moimi 
abstrakcyjnymi badaniami. 
Po  południu  wygląd  pola  zmienił  się  nie  do  poznania.  Wczesne  wydania  wieczornych  gazet  poruszyły 
Londyn ogromnymi tytułami w rodzaju: ,,POSŁANIE Z MARSA” lub „GODNE UWAGI WYDARZENIE 
W  WOKING”  itd.  W  dodatku  depesza  Ogilvy’ego  do  Instytutu  Astronomicznego  postawiła  na  nogi 
wszystkie obserwatoria w Zjednoczonym Królestwie. 
Na  polu  opodal  jamy  stało  ze  sześć  przynajmniej  doroŜek  z  Woking,  bryczka  z  Cobham,  a  nawet  jakaś 
wielkopańska kareta. Nie mówiąc juŜ o mnóstwie bicykli. Prócz tego, choć dzień był upalny, wielu ludzi z 
Woking i Chertsey musiało ściągnąć tu na piechotę, tak, iŜ tłum zebrał się niemały. Było w nim nawet kilka 
jaskrawo odzianych kobiet. 
Upał  był,  jak  się  juŜ  rzekło,  piekielny.  Niebo  bez  chmurki  i  ani  tchnienia  wietrzyku,  tylko  rozsiane  tu  i 
ówdzie  pojedynczo  sosny  rzucały  nieco  skąpego  cienia.  Płonące  wrzosowisko  juŜ  ugaszono,  cała  jednak 
równina,  jak  okiem  sięgnąć  w  stronę  Ottershaw,  wypalona  była  i  sczerniała,  a  gdzieniegdzie  sączyły  się  z 
niej  pionowe  smuŜki  dymu.  Przedsiębiorczy  piwiarz  z  Cobham  przysłał  syna  z  wózkiem  pełnym  butelek 
piwa i jabłek. 
ZbliŜając  się  do  jamy  spostrzegłem  nad  samym  jej  brzegiem  grupkę  złoŜoną  z  sześciu  ludzi.  Byli  między 
nimi  Ogilvy,  Henderson  i wysoki  jasnowłosy  męŜczyzna, jak  się później  dowiedziałem  -  astronom  Stent  z 
Królewskiego  Obserwatorium,  a  takŜe  paru  robotników  z  łopatami  i  kilofami.  Stent  ostrym  podniesionym 
głosem wydawał im jakieś rozkazy. Stał przy tym na walcu, który oczywiście ostygł juŜ znacznie. Stent był 
purpurowy, po twarzy spływał mu strumieniami pot, widać było wyraźnie, Ŝe coś go bardzo zirytowało. 
DuŜa  część  walca  została  juŜ  odkopana,  dolny  jednak  koniec  wciąŜ  jeszcze  tkwił  w  ziemi.  Ogilvy 
dostrzegłszy mnie w tłumie gapiów natychmiast przywołał mnie do jamy i poprosił, bym udał się do lorda 
Hiltona,  właściciela  tej  posiadłości.  Rosnący  nieustannie  tłum,  a  zwłaszcza  wyrostki  -  mówił  -  bardzo 
utrudniają  odkopywanie.  Trzeba  na  gwałt  ogrodzić,  prowizorycznie  chociaŜby,  jamę,  by  oddzielić  ją  od 
gapiów. Powiedział takŜe, iŜ od czasu do czasu słychać jeszcze w walcu słabe zgrzyty, ale odkręcić dna nie 

background image

 

udało  się,  gdyŜ  nic  ma  ono  Ŝadnych  uchwytów.  Ściany  są  niewątpliwie  bardzo  grubo,  być  więc  moŜe,  iŜ 
dochodzące do nas słabe dźwięki są w rzeczywistości głośnym zgiełkiem. 
Prośba  Ogilvy’ego  ucieszyła  mnie  bardzo,  gdyŜ  spełnienie  jej  czyniło  mnie  widzem  uprzywilejowanym, 
dopuszczonym  niechybnie  poza  projektowane  ogrodzenie.  Co  prawda  lorda  Hiltona  nie  zastałem, 
powiedziano mi jednak, Ŝe spodziewają się jego przyjazdu z Londynu pociągiem przybywającym o szóstej 
po  południu.  PoniewaŜ  było  dopiero  piętnaście  po  piątej,  wróciłem  do  domu  na  podwieczorek,  potem  zaś 
pośpieszyłem na dworzec, aby tam na niego czatować. 
4 Walec otwiera się 
Na Ŝwirowisko powróciłem, gdy słońce skłaniało się juŜ ku zachodowi. Od strony Woking wciąŜ napływały 
w  pośpiechu  grupy  ludzi,  podczas  gdy  nieliczni  tylko  wracali  do  domu.  Tłum  zarysowany  ciemnym 
konturem na tle cytrynowoŜółtego nieba urósł tymczasem do kilkuset chyba osób. Dochodziły z niego jakieś 
krzyki,  a  bliŜej  jamy  słychać  było  odgłosy  szamotania  się.  Przez  głowę  przelatywały  mi  najdziwniejsze 
myśli. Podchodząc bliŜej usłyszałem głos Stenta: 
- Cofnąć się Cofnąć się! 
W moją stronę pędził jakiś chłopczyk. 
- Rusza się! - wołał przebiegając obok. - Kręci się i kręci! Ja się boję! Wracam do domu! 
ZbliŜyłem  się  pospiesznie  do  tłumu.  Stało  tam  moŜe  dwieście,  moŜe  trzysta  rozpychających  się  łokciami, 
tłoczących się ze wszystkich sił osób. Parę znajdujących się tam pań wykazywało nie mniejszą aktywność. 
- Wpadł do jamy! - wrzasnął ktoś. - Cofnąć się! - krzyczały inne głosy. 
Tłum  falował,  ja  zaś  przepychałem  się  siłą  ku  przodowi.  Wszyscy  byli  niezwykle  podnieceni.  Z  jamy 
rozlegało się jakieś szczególne brzęczenie 
- Słuchaj! - zawołał Ogilvy. - PomóŜ odpędzić tych idiotów PrzecieŜ nie wiadomo, co jest w tym przeklętym 
walcu! 
Ujrzałem młodego człowieka, zdaje się sprzedawcę z Woking, stojącego na walcu i usiłującego wydostać się 
z jamy, do której zepchnął go falujący tłum. 
Dno walca odkręcało się od wewnątrz. Widać juŜ było ze dwie stopy lśniącego gwintu. Ktoś popchnął mnie 
tak silnie, Ŝe omal nie spadłem na obracające się dno. Odwróciłem się i w tej właśnie chwili śruba musiała 
wykręcić się do końca, gdyŜ dno upadło z brzękiem na piach. Odepchnąłem łokciem napierającego na mnie 
męŜczyznę  i  znowu  zwróciłem  wzrok  ku  jamie.  Kolisty  otwór  walca  był  przez  chwilę  całkowicie  czarny. 
Zachodzące słońce raziło prosto w oczy. 
Myślę,  Ŝe  wszyscy  spodziewali  się  ujrzeć  wydobywającego  się  z  walca  człowieka,  być  moŜe  niezupełnie 
podobnego do ziemskich ludzi, ale przecieŜ człowieka. Przynajmniej ja się tego spodziewałem. Tymczasem 
w  głębi  tej  czerni  ujrzałem  jakieś  ruchy,  jakieś  wciąŜ  bliŜsze  i  bliŜsze,  nakładające  się  szare  falowania, 
następnie  dwie  połyskujące  tarcze,  jakby  ogromne  oczy.  Potem  z  wnętrza  wysunęło  się  coś  na  kształt 
szarego węŜa grubości zwykłej laski i poczęło wić się w powietrzu wprost ku nam. Po chwili za pierwszym 
węŜem ukazał się następny. 
Wstrząsnął mną nagły dreszcz. Jakaś kobieta za  mną  krzyknęła głośno. Na wpół odwrócony, ze wzrokiem 
wciąŜ utkwionym w walcu, skąd wytryskały następne macki, począłem przepychać się dalej od skraju jamy. 
Widziałem  wyraźniej,  jak  zdumienie  malujące  się  na  twarzach  otaczających  mnie  ludzi  zmieniało  się  w 
przeraŜenie. Zewsząd słychać było niezrozumiałe okrzyki. Tłum zaczął się cofać. Patrzyłem, jak sprzedawca 
wspina się z pośpiechem po zboczu jamy, nagle spostrzegłem, Ŝe jestem sam, a po przeciwnej stronie jamy 
tłum,  ze  Stentem  na  czele,  uchodzi  co  sił  w  pole.  Znów  spojrzałem  na  walec i porwał  mnie  nieokiełznany 
strach. Stałem skamieniały i patrzyłem. 
Z walca powoli, z trudem, wydobywało się duŜe, wielkości niedźwiedzia, szare kuliste cielsko. Wychynęło z 
otworu i zalśniło w promieniach słońca jak wilgotna skóra. Fara wielkich ciemnych oczu wpatrywała się we 
mnie przenikliwie. Cielsko było owalne i, moŜna by rzec, miało twarz. PoniŜej oczu widniał otwór gębowy, 
wąska  szrama  bez  warg,  drgająca  bez  ustanku,  sapiąca,  ociekająca  śliną.  Całe  ciało  dyszało  i  pulsowało 
konwulsyjnie.  Cienkim,  mackowatym  ramieniem  trzymało  się  krawędzi  walca,  podczas  gdy  druga  macka 
bujała w powietrzu. 
Ktoś, kto nigdy nie widział Ŝywych Marsjan, z trudem tylko moŜe wyobrazić sobie niezwykłe obrzydzenie, 
jakie  budził  ich  wygląd.  Zwłaszcza  drgające  nieustannie  usta  wygięte  w  kształt  litery  V,  z  obwisłą  ku 
przodowi górną wargą, brak łuków brwiowych, brak podbródka pod klinowatą wargą dolną, węŜowe macki, 
głośne  i  pośpieszne  sapanie  wywołane  obcą  im  atmosferą  ziemską,  wyraźna  trudność  w  poruszaniu  się 
spowodowana  silniejszym  niŜ  na  Marsie  przyciąganiem,  a  przede  wszystkim  niesamowita  wprost 
przenikliwość ogromnych oczu - widok ten przyprawiał nieomal o mdłości. W ich oleistej brunatnej skórze 
było coś gąbczastego, w niezręcznej celowości powolnych ruchów - coś niewypowiedzianie potwornego. JuŜ 
pierwsze z nimi zetknięcie, pierwszy rzut oka napełnił mnie wstrętem i przeraŜeniem. 

background image

 

Wtem  potwór  znikł.  Przewinął  się  przez  krawędź  walca  i,  z  głuchym  hukiem  upuszczonego  na  ziemię 
cięŜkiego  zwoju  skór,  spadł  na  dno  jamy.  Usłyszałem,  jak  wydał  z  siebie  przy  tym  szczególny  ochrypły 
okrzyk, po czym z głębi ciemnego otworu wypełzło następne straszydło. 
Na  ten  widok  nie  udało  mi  się  juŜ  dłuŜej  opanować  przestrachu.  Odwróciłem  się  i  pędząc  jak  szalony 
dopadłem  oddalonej  o  sto  moŜe  jardów  kępy  drzew.  Biegłem  w  skos  i  potykałem  się  co  krok,  gdyŜ  nie 
mogłem, na chwilę nawet, oderwać od tych istot wzroku. 
Zatrzymałem  się  wreszcie,  dysząc  cięŜko,  wśród  karłowatych  sosenek  przerośniętych  krzewami  jałowca  i 
czekałem,  co  będzie  dalej.  Calutkie  wrzosowisko  usiane  była  ludźmi  przykutymi  jak  i  ja  do  ziemi 
przeraŜającym  jakimś  urokiem,  wpatrującymi  się  w  te  wstrętne  istoty,  a  właściwie  w  skrywające  je  zwały 
Ŝ

wiru. Nagłe ujrzałem, z nową falą przeraŜeni, wysuwający się spoza nasypu jakiś czarny okrągły przedmiot. 

Była to ostro zarysowana na tle płonącego zachodem nieba głowa sprzedawcy. Dostrzegłem, jak przełoŜył 
rękę i kolano przez krawędź zwału, po chwili jednak znów pozostała widoczna tylko głowa. Wyglądało to, 
jakby ześliznął się z powrotem. Nagle znikła i głowa i wydawało mi się, Ŝe w jamie rozległ się słaby krzyk. 
Poderwałem się, by przyjść nieszczęsnemu z pomocą, lecz po krótkiej rozterce strach przewaŜył. Potem nie 
było  juŜ  widać  nic  więcej.  Wszystka  skrywało  hałdy  piasku  i  Ŝwiru,  utworzone  po  upadku  cylindra.  Ktoś 
nadchodzący gościńcem od Cobham lub Woking zadziwiłby się niewątpliwie widokiem topniejącego tłumu 
około  setki  ludzi  rozsypanych  półkolem  po  polu,  kryjących  się  w  zagłębieniach,  za  krzewami,  za  pniami 
drzew,  porozumiewających  się  między  sobą  krótkimi  gorączkowymi  wykrzyknikami  i  wpatrującymi  się  w 
kilka wielkich kup piasku. Jak niesamowity wrak wózek czerniał na tle płomiennego nieba porzucony wózek 
piwiarza,  a  nieco  opodal  -  rząd  opuszczonych  pojazdów.  Konie  chrupały  owies  z  nadzianych  na  łby 
mieszków lub skubały trawę. 
 

Snop Gorąca 

 
Przelotny  widok  Marsjan  wydobywających  się  z  walca,  w  którym  przybyli  ze  swej  planety  na  Ziemię, 
zafascynował  mnie  paraliŜując  me  ruchy.  Stałem  po  kalana  we  wrzosach,  z  oczami  utkwionymi  w 
skrywający ich nasyp, i czułem, Ŝe ścierają się we mnie strach i ciekawość. 
Nie  miałem  odwagi  powrócić  do  jamy,  równocześnie  jednak  pragnąłem  namiętnie  zajrzeć  do  niej  znowu. 
Ruszyłem  wreszcie  wolniutko,  wielkim  łukiem,  szukając  jakiegoś  punktu  obserwacyjnego.  Nadal  nie 
odrywałem wzroku od nasypu, za którym schowali się przybysze. Raz nad jamą zabłysło na chwilę w słońcu 
i  znowu  skryło  się  kłębowisko  czarnych  cienkich  węŜy  podobnych  do  macek  ośmiornicy.  Potem,  bardzo 
powoli,  wynurzyła  się  długa  tyczka  zakończona  okrągłą  tarczą  wirującą nieustannym,  szybkim,  drgającym 
ruchem. Co się tam mogło dziać? 
Większość gapiów skupiła się w dwóch miejscach - jedna gromada bliŜej Woking, druga od strony Cobham. 
Widocznie wszyscy przeŜywali rozterkę podobną do mojej. W pobliŜu stało paru męŜczyzn. Podszedłem do 
jednego  z  nich.  Był  to  mój  sąsiad,  nie  znany  mi  zresztą  z  nazwiska.  Choć  nie  była  to  najwłaściwsza  do 
rozmowy chwila, zagadnąłem go. 
- CóŜ to za wstrętne bydlaki - odrzekł. - O, mój BoŜe! Co to za wstrętne bydlaki! - powtarzał w kółko. 
-  Widział  pan  tego  człowieka  w  jamie?  -  zapytałem;  nic  na  to  nie  odpowiedział.  Milczeliśmy  obaj, 
zapatrzeni,  czując  się  we  dwóch  nieco  raźniej.  Po  chwili  przesunąłem  się  trochę  w  bok,  by  wspiąć  się  na 
niewielki, lecz zapewniający lepszą widoczność pagórek, kiedy zaś obejrzałem się za sąsiadem, zobaczyłem, 
jak oddalał się w stronę Woking. 
Dopiero  roztapiający  się  w  mroku  zachód  przyniósł  nowe  wydarzenia.  Na  lewo,  w  stronę  Woking,  tłum 
gęstniał.  Donosił  się  stamtąd  gwar  rozmów.  Znikła  natomiast  grupka  pod  Cobham.  W  jamie  panowała 
zupełna cisza. 
Natchnęło  to  widocznie  ludzi  odwagą.  Sądzę,  Ŝe  odegrali  teŜ  pewną  rolę  nawa  przybyli  z  Woking.  W 
kaŜdym razie równocześnie z zapadającym  mrokiem  rozpoczął się przerywany ruch w kierunku jamy, tym 
Ŝ

ywszy, im cichszy i spokojniejszy wydawał się gęstniejący wokół walca wieczór. Czarne pionowe figurki 

posuwały  się  parami,  trójkami  ku  przodowi,  przystawały  niepewnie,  wpatrywały  się  w  ciemność  i  znów 
ruszały przed siebie opasując Ŝwirowisko szerokim nieregularnym półksięŜycem. Ja takŜe począłem zbliŜać 
się do jamy. 
Na  Ŝwirowisko  wkroczyło  śmiało  kilku  woźniców,  po  czym  rozległ  się  tupot  kopyt  i  skrzypienie  kół. 
Zobaczyłem  teŜ  chłopaka  popychającego  wózek  z  jabłkami.  Nagle,  o  trzydzieści  maŜe  jardów  od  jamy, 
ujrzałem nadchodzącą od Horsell małą gromadkę. Wiódł ją jakiś człowiek wymachujący białą chorągwią. 
Było  to  poselstwo.  Widząc,  Ŝe  Marsjanie  mimo  odpychającej  powierzchowności  są  istotami  niewątpliwie 
myślącymi,  postanowiono  po  gorączkowych  naradach  przekonać  ich  za  pomocą  znaków,  Ŝe  my  równieŜ 
obdarzeni jesteśmy inteligencją. 

background image

 

Chorągiew powiewała w lewo i w prawo. Odległość dzieląca mnie od poselstwa zbyt była wielka, bym mógł 
rozpoznać,  kto  brał  w  nim  udział.  Później  dopiero  dowiedziałem  się,  Ŝe  w  próbie  porozumienia 
uczestniczyli,  prócz  innych,  takŜe  Ogilvy,  Stent  i  Henderson.  W  bezpiecznym  za  parlamentariuszami 
oddaleniu  posuwało  się  dość  duŜo  ciemnych  postaci.  Wyglądało  to,  jakby  ktoś  przebił  w  jednym  miejscu 
otaczający jamę, dosyć juŜ teraz szczelnie, krąg. 
Nagle  zabłysło  jaskrawe  światło  i  z  jamy  buchnęły  unoszące  się  pionowo  w  górę,  jeden  za  drugim,  trzy 
potęŜne  kłęby  zielono  jarzącego  się  dymu.  Dym  ten,  trafniej  maŜe  byłoby  nazwać  go  płomieniem,  świecił 
tak jaskrawo, Ŝe w jego blasku i ciemnobłękitne niebo nad głowami, i zamglone brązowe zarośla ciągnące 
się aŜ pod Chertsey, i czarne rozrzucone tu i ówdzie sosny pociemniały jeszcze bardziej i pozostały czarne, 
kiedy dym się rozwiał. Równocześnie rozległo się ciche syczenie. 
ZbliŜająca się klinem ku jamie, z chorągwią na czele, grupka parlamentariuszy, małych czarnych figurek na 
czarnej rozległej  płaszczyźnie,  zatrzymała  się  na  ten  widok  jak  wryta.  Gdy  zielony  dym  wzbił  się  w  górę, 
twarze  rozświetliły  się  bladą  zielenią  i  zgasły.  Syczenie  przeszło  z  wolna  w  brzęczenie,  potem  w  długi 
donośny warkot. Równocześnie z jamy wysunął się powoli sklepiony, podobny do garbu kształt wysyłający 
w przestrzeń ledwie dostrzegalny, wąski, cieniutki promyk światła. 
Po  chwili  w  rozproszonej  grupie  zaczęły  przeskakiwać  z  człowieka  na  człowieka  jasne  iskry,  oślepiające 
błyski  płomienia.  Wydawało  się, jakby  niewidzialny  strumień  światła  uderzał  ich  i  zapalał  po  kolei, jakby 
jeden po drugim stawali nagle w płomieniach. 
Widziałem w zabójczym, niszczącym ich ogniu, jak zataczali się i padali, gdy towarzyszący im dotychczas 
tłum rzucił się do ucieczki. 
Stojąc  tak  i  przyglądając  się  nie  zdawałem  sobie  sprawy,  Ŝe  to  śmierć  grasuje  wśród  tej  małej  odległej 
gromadki.  Czułem  tylko,  Ŝe  dzieje  się  tam  coś  dziwnego.  Oślepiający,  bezgłośny  błysk  światła  i  człowiek 
wali  się  na  ziemię.  Kiedy  zaś  niewidoczny  snop  gorąca  sięgał  dalej  wydając  głuchy  odgłos  -  stawały  w 
płomieniach  sosny,  buchały  ogniem  wysuszone  kępy  janowca.  Nawet  hen,  daleko,  gdzieś  aŜ  pod  Knaphill 
dostrzegłem płonące drzewa, Ŝywopłoty i drewniane zabudowania. 
Niewidzialny  gorący  grot,  ognista  śmierć,  szybko  i  nieuchronnie  raził  wszystko  dokoła.  Pałające  krzewy 
znaczyły  jego  drogę  ku  mnie,  tak  jednak  byłem  osłupiały,  tak  oszołomiony,  Ŝe  nie  mogłem  ruszyć  się  z 
miejsca. Słychać było wyraźnie ogień potrzaskujący na wrzosowisku. Jakiś koń zarŜał i urwał nagle. Jakby 
ktoś  przeciągnął  po  oddzielających  mnie  od  Marsjan  wrzosach  niewidzialnym  rozŜarzonym  palcem  i 
natychmiast  szerokim  śladem  zadymiła  i  potrzaskała  ziemia.  Na  lewo,  u  wylotu  gościńca  z  Woking  na 
Ŝ

wirowisko, coś runęło z hukiem. Wtem syczenie i warkot umilkły, a kopulasty garb skrył się za okalającym 

jamę nasypem. 
Wszystko odbyło się tak szybko, tak mnie oślepiły i zaskoczyły te błyski, Ŝe nie zdąŜyłem nawet poruszyć 
się. Gdyby śmierć zatoczyła pełny krąg wokół jamy - byłbym zgubiony. Przeszła jednak bokiem, oszczędziła 
mnie i pozostawiła po sobie nagle ciemną, niezwykłą noc. 
Pod  granatowym  sklepieniem  wieczornego  nieba  leŜały  ciche,  ciemne  aŜ  do  czerni,  pagórkowate 
wrzosowiska przecięte popielatą wstęgą gościńca. Ciemność zdała się całkiem bezludna. W górze migotały 
juŜ  pierwsze  gwiazdy,  niebo  na  zachodzie  jaśniało  jeszcze  bladym,  seledynowym  błękitem.  Na  jego  tle 
rysowały  się  czarno  wierzchołki  sosen  i  dachy  domów  w  Horsell.  Z  wyjątkiem  tyczki  z  wirującym 
nieustannie  zwierciadłem  na  czubku  nie  była  widać  ani  Marsjan,  ani  Ŝadnych  ich  narzędzi.  Gdzieniegdzie 
dopalały się dymiące drzewa i kępy krzaków, zaś z domów w Woking biły w ciche, pogodne niebo języki 
płomieni. 
Prócz tych poŜarów i przeraŜonego zdumienia wszystko było jak przedtem. Wydawało się, Ŝe zniknięcie z 
powierzchni Ziemi kilku czarnych figurek z białą chorągiewką w niczym nie zakłóciło ciszy wieczoru. 
Nagle  poczułem  się  na  całym  tym  ciemnym,  bezkresnym  polu  sam,  bezbronny  i  bezsilny.  Ogarnęło  mnie 
przeraŜenie. 
Odwróciłem się i z wysiłkiem pobiegłem, potykając się, przez wrzosowisko. 
Nie  tylko  Marsjanie  napawali  mnie  grozą,  groźna  była  ciemność,  groźna  cisza.  PrzeraŜenie  załamało  cały 
mój  męski  hart  ducha.  Biegnąc  płakałem  bezgłośnie,  jak  płaczą  małe  dzieci.  Raz  odwróciwszy  się  -  nie 
ś

miałem juŜ spoglądać za siebie. 

Pamiętam, jak ogarnęła mnie dziwna pewność, Ŝe ktoś ze mną igra, Ŝe właśnie teraz, kiedy od ocalenia dzieli 
mnie  tylko  krok,  dopędzi  mnie  i  schwyta  przyczajona  w  jamie  koło  walca,  szybka  jak  błyskawica, 
tajemnicza śmierć. 
 
 
 
 

background image

 

10 

Snop Gorąca na gościńcu do Cobham 

 
Bezgłośna szybkość, z jaką Marsjanie potrafili zabijać, zdumiewa nas wciąŜ jeszcze. Mniema się ogólnie, Ŝe, 
umieli  oni  w  sobie  tylko  wiadomy  sposób  wytwarzać  zasoby  intensywnego  ciepła  w  komorach  o 
minimalnym  przewodnictwie.  Potem,  uŜywając  wykonanego  z  nieznanego  stopu  parabolicznego 
zwierciadła,  rzucali  snop  tego  gorąca,  podobnie  jak  zwierciadło  latarni  morskiej  rzuca  snop  światła,  na 
dowolny  przedmiot.  Nikt  oczywiście  nie  potwierdził  naukowo  tych  szczegółów.  W  kaŜdym  jednak  razie 
pewne  jest,  iŜ  podstawą  tej  broni  był  snop  gorąca.  Gorąca  i  niewidzialnego,  zamiast  widzialnego,  światła. 
Pod  jego  dotknięciem  wszystko,  co  palne,  stawało  w  płomieniach,  ołów  płynął  jak  woda,  miękło  Ŝelazo, 
pękało i topiło się szkło, woda zmieniała się gwałtownie w parę. 
Czterdziestu  bez  mała  zwęglonych,  zmienionych  do  niepoznania  ludzi  legło  owego  pogodnego  wieczora 
dokoła jamy, zaś rozświetlone poŜarami pola między Horsell i Maybury pozostawały przez całą noc pusto i 
jaskrawo płonące. 
Wiadomość  o  masakrze  dotarła  równocześnie  niemal  do  Cobham,  do  Woking  i  do  Ottershaw.  Gdy  na 
Ŝ

wirowisku  rozgrywała  się  tragedia,  w  Woking  zamykano  właśnie  sklepy  -  toteŜ  niemało  pociągniętych 

zasłyszanymi  wieściami  ludzi  udało  się  przez  most  pod  Horsell  i  dalej  drogą  pomiędzy  Ŝywopłotami 
prowadzącą ku Ŝwirowisku. 
Nietrudno wyobrazić sobie wyświeŜoną po całodziennej pracy młodzieŜ, jak korzystając z okazji stworzonej 
przez nowinę wybierała się na wieczorną przechadzkę wypełnioną zwykłymi zalotami. Nietrudno wyobrazić 
sobie płynący nad gościńcem gwar młodych głosów... 
Choć  nieszczęsny  Henderson  pchnął  gońca  na  bicyklu,  aby  nadać  z  poczty  w  Woking  depeszę  do 
wieczornych gazet londyńskich, to jednak mało kto, nawet w Woking, wiedział, Ŝe walec juŜ się otworzył. 
Ciekawi,  nadchodzący  dwójkami,  trójkami,  widzieli  jedynie  gorączkowo  rozprawiające  gromadki  ludzi 
wpatrzonych w wirujące nieustannie na czubku tyczki nad jamą zwierciadła. Trudno wątpić, by panujące tu 
podniecenie nie udzieliło się takŜe i nowo przybyłym. 
Około wpół da dziewiątej, to znaczy w chwili, kiedy ginęli parlamentariusze, na gościńcu zebrało się juŜ, nie 
licząc śmiałków, którzy udali się w pole, by obejrzeć Marsjan z bliska, około trzystu osób. Było teŜ trzech 
policjantów,  w  tym  jeden  konny,  usiłujących  za  wszelką  cenę  wykonać  polecenie  Stenta,  to  jest  utrzymać 
gapiów z daleka od walca. Nie obeszło się przy tym bez wrzawy ze strony tych bezmyślnych i ulegających 
podnieceniu ludzi, dla których zbiegowiska jest okazją do hałasowania i głupich dowcipów. 
Stent  i  Ogilvy  natychmiast  po  ukazaniu  się  Marsjan,  przewidując  moŜliwość  jakichś  starć,  depeszowali  z 
Horsell  do  najbliŜszych  koszar  z  prośbą  o  przysłanie  kompanii  piechurów,  aby  uchronić  te  dziwne 
stworzenia  przed  gwałtem.  Dokonawszy  tego  powrócili  czym  prędzej  do jamy,  aby  stanąć na czele owego 
nieszczęsnego poselstwa. Opis jego zagłady dokonany przeze mnie nie róŜni się niczym od opisu wydarzeń 
widzianych  przez  tłum  ciekawych.  Trzy  kłęby  zielonego  dymu,  odgłos  głuchego  warkotu  w  jamie,  błyski 
płomienia. 
Cały  ten  tłum  był  jednak  znacznie  bliŜszy  śmierci  ode  mnie.  Ocaliły  go  zarosłe  wrzosami  piaszczyste 
pagórki,  które  przegrodziły  drogę  dolnemu  pasmu  Snopa  Gorąca.  Gdyby  paraboliczne  zwierciadło  uniosło 
się  o  kilka  jardów  wyŜej,  nie  zostałby  przy  Ŝyciu  ani  jeden  świadek.  Najpierw  ujrzano  błyski,  padających 
ludzi  i  zapalane,  jakby  niewidoczną  w  mroku  ręką,  coraz  bliŜej  i  bliŜej,  krzaki.  Patem,  z  sykiem 
zagłuszającym dochodzący z jamy warkot, łysnął nad głowami Snop Gorąca i natychmiast stanęły w ogniu 
czubki  obrzeŜających  gościniec  buków.  Poczęły  kruszyć  się  cegły,  trzaskać  w  oknach  szyby,  zapłonęły 
drewniane framugi, a z naroŜnego domu posypały się na ziemię szczątki dachu. 
Wśród  nagłego  syku,  trzasku  i  huku,  oślepiany  blaskiem  płonących  drzew,  zdjęty  paniką  tłum  zamarł  na 
chwilę. 
Na  gościniec  poczęły  się  sypać  iskry,  a  za  nimi  płonące  liście  i  gałęzie.  Zajmowała,  się  od  nich  odzieŜ  i 
kapelusze. Na wrzosowisku rozległy się krzyki. W cały ten rozgardiasz wtargnął wrzeszcząc coś i osłaniając 
głowę rękami konny policjant. Jakaś kobieta krzyknęła rozdzierającym głosem: - Idą! - i wszyscy rzucili się 
do niepowstrzymanej ucieczki. Gnali na oślep jak stado owiec. Tam, gdzie gościniec zwęŜa się, przebiegając 
w wykopie, zrobił się zator, ścisk i wybuchła rozpaczliwa bójka. Nie wszyscy uszli z niej cało - zduszone i 
stratowane pozostały, konając w okrutnych ciemnościach, dwie kobiety i dziecko. 
 

Jak dotarłem do domu 

 
Jeśli o mnie idzie - z ucieczki pozostało mi w pamięci tylko ślepe błąkanie się pośród drzew i pełen potknięć 
bieg  przez  wrzosowisko.  Dokoła  była  groza  i  pewność,  Ŝe  gorące  ostrze  krąŜy  i  unosi  się  nieustannie  nad 

background image

 

11 

głową, aby spaść i zgładzić mnie bezlitośnie, Na gościniec wyszedłem pomiędzy Horsell a skrzyŜowaniem, 
ku któremu pognałem co sił. 
W  pewnej  chwili  poczułem,  Ŝe  dalej  juŜ  biec  nie  mogę.  Wyczerpany  gwałtownością  wraŜeń  i  wysiłkiem 
ucieczki zatoczyłem się i padłem na skraju drogi. Było to tuŜ przy moście nad kanałem, w pobliŜu gazowni. 
Upadłem i leŜałem bez ruchu. 
LeŜałem tak, zdaje się, dość długo. 
Wtem,  jakby  czymś  zaniepokojony,  usiadłem.  Przez  chwilę  nie  mogłem  pojąć;  skąd  się  tu  wziąłem. 
PrzeraŜenie opadło ze mnie jak płaszcz. W ucieczce zgubiłem kapelusz, a kołnierzyk zsunął się z ułamanej 
spinki. Jeszcze przed chwilą oczywiste były dla mnie trzy tylko rzeczy: bezmiar nocy, przestrzeni i przyrody 
-  własna  moja  trwoga  i  niemoc  -  i  bliskość  śmierci.  Teraz,  jakby  coś  się  we  mnie  odmieniło,  zacząłem 
widzieć wszystko inaczej. Nie było to świadome przejście z jednego stanu w drugi. Po prostu poczułem się 
znowu  zwykłym  sobą,  powaŜnym  i  statecznym  obywatelem.  A  te  ciche  pola, ta  instynktowna  ucieczka,  te 
buchające płomienie - wydały mi się snem. Zadawałem sobie pytanie, czy wszystko to działo się naprawdę. 
Nie mogłem uwierzyć. 
Powstałem niepewnie i wstąpiłem na stromo sklepiony most. Przepełniało mnie zdumienie. Nerwy i mięśnie 
osłabły, jakby z nich uszły wszelkie siły. Rzec moŜna: potykałem się niczym pijany. Spoza sklepienia mostu 
ukazała się wpierw głowa, patem reszta czyjejś postaci. Był to robotnik. Szedł obarczony koszykiem, a obok 
biegł  mały  chłopczyk.  Mijając  Ŝyczyli  mi  dobrej  nocy.  Chciałem  odpowiedzieć  i  nie  mogłem.  Mruknąłem 
tylko  coś  niezrozumiale  i  powlokłem  się  dalej.  Pod  mostem  Maybury  zadudnił  pociąg.  Długa  gąsienica 
oświetlonych  okien,  biała  falująca  smuga  dymu  oświetlonego  ogniem,  stukot  kół  -  i  znikł  mknąc  na 
południe:  Przy  furtkach  willowych  ogródków  (wchodziłem  od  strony  pięknego  przedmieścia  zwanego 
Wschodnim  Tarasem)  gwarzyły  spokojnie  ciemne  gromadki  mieszkańców.  Wszystko  było  tu  takie 
zwyczajne, takie rzeczywiste. A tam - poza mną! Jak nierealny gorączkowy sen! Nie, wmawiałem w siebie, 
tego być nie mogło!  
Jestem, być moŜe, obdarzony wyjątkowym usposobieniem. Nie wiem, czy duŜo jest ludzi podobnych w tym 
do  mnie.  OtóŜ  odczuwam  czasami  dziwne  jakieś  oderwanie  się  od  samego  siebie,  od  otaczającego  mnie 
ś

wiata; wydaje mi się wówczas, Ŝe patrzę na wszystko jakby z zewnątrz, spoza czasu, spoza przestrzeni, z 

niezmiernego  oddalenia,  spoza  napięcia  rozgrywającej  się  nieustannie  tragedii  bytu.  Uczucie  to  było  we 
mnie tej nocy niezwykle silne. Jakbym dopłynął do drugiego brzegu snu. 
Największej troski przyczyniła mi niepojęta sprzeczność między otaczającą mnie ciszą a śmiercią grasującą 
o niecałe dwie mile stąd. W gazowni słychać było odgłosy normalnej pracy, elektryczne lampy płonęły jak 
co wieczór. 
Przystanąłem przy najbliŜszej grupce gwarzących. 
- Co słychać na Ŝwirowisku? - zapytałem. 
Przy furtce stało dwóch męŜczyzn i kobieta. 
- Co? - jeden z nich zwrócił się ku mnie. 
- Co słychać na Ŝwirowisku? - powtórzyłem pytanie. 
- A pan nie stamtąd wraca? - odparł. 
- Powariowali z tym Ŝwirowiskiem! - zawołała kobieta. - Co tam się dzieje? 
- Nic pani nie słyszała o ludziach z Marsa? - zagadnąłem. - O stworzeniach z Marsa? 
- AŜ za wiele - odpowiedziała na to. - Bardzo dziękuję! - Wszyscy troje roześmieli się. 
Poczułem  się  ośmieszony,  i  to  mnie  rozgniewało.  Próbowałem  opowiadać  im,  co  widziałem,  lecz  nie 
udawało mi się. Urywane słowa bawiły ich tylko. 
-  Jeszcze  o  nich  usłyszycie!  -  wykrzyknąłem  i  ruszyłem  do  domu.  JuŜ  w  progu  przeraziłem  Ŝonę 
niesamowitym wyglądem. W jadalni usiadłem przy stole, wypiłem nieco wina i gdy trochę przyszedłem do 
siebie,  zacząłem  opowiadać  o  wszystkich  swych  przejściach.  Gotowa  od  dawna  zimna  kolacja  stała  nie 
tknięta na stole przez cały czas opowiadania. 
-  Jedno  jest  pewne  –  kończyłem,  chcąc  choć  trochę  złagodzić  wywołane  wraŜenie.  -  Nigdy  jeszcze  nie 
widziałem  stworzeń  poruszających  się  równie  niezdarnie.  Mogą,  rzecz  prosta,  siedzieć  sobie  w  tej  swojej 
jamie  i  zabijać  kaŜdego,  kto  tylko  zbliŜy  się  do  nich,  ale  na  pewno  nie  potraf  ą  z  niej  wyjść...  Wyglądają 
jednak okropnie. 
- Przestań, kochanie! - zawołała Ŝona ściągając brwi i kładąc rękę na mojej. 
- Biedny Ogilvy! - ciągnąłem. - Pomyśl, moŜe leŜy tam martwy! 
ś

ona w kaŜdym razie nie wątpiła w prawdziwość moich przygód. Widząc jej śmiertelną bladość natychmiast 

umilkłem. 
- Oni tu przyjdą! - powtarzała bez ustanku. 
Nakłoniłem ją do przełknięcia paru kropel wina i próbowałem uspokoić. 

background image

 

12 

- PrzecieŜ ledwie łaŜą - tłumaczyłem. 
Chcąc  pocieszyć  i  ją,  i  siebie  powtarzałem  to,  co  wczoraj  mówił  Ogilvy:  Ŝe  niepodobieństwem  jest,  by 
Marsjanie  mogli  zadomowić  się  na  Ziemi.  Szczególny  nacisk  kładłem  na  trudności  grawitacyjne.  Siła 
cięŜkości jest trzykrotnie większa na Ziemi niŜ na Marsie. Wskutek tego Marsjanin waŜy na Ziemi trzy razy 
tyle, choć siła jego mięśni pozostaje ta sama. Ciało jego będzie jak z ołowiu! Takie zresztą było powszechne 
mniemanie. Przytoczę tu dla przykładu, iŜ następnego poranka i Times, i Daily Telegraph twierdziły słowo 
w sławo to samo, zapominając jak i ja o działaniu dwu zupełnie oczywistych czynników. 
Atmosfera ziemska zawiera, jak wiadomo, więcej tlenu, a mniej argonu od atmosfery Marsa. Ta nadwyŜka 
tlenu  oddziaływała  na  Marsjan  dostatecznie  pobudzająco,  aby  w  znacznym  stopniu  zrównowaŜyć 
zwiększony  cięŜar  ich  ciała,  Po  drugie,  przeoczano  na  ogół  fakt,  Ŝe  wysoki  poziom  myśli  technicznej 
pozwalał Marsjanom obchodzić się doskonale bez pracy mięśni. 
Nie  zastanawiałem  się  jednak  wówczas  nad  tym,  toteŜ  całe  moje  rozumowanie  pozbawiało  najeźdźców 
najmniejszej  nawet  szansy  w  walce  z  ludźmi.  Konieczność  uspokojenia  Ŝony  i  ufność,  jaką  natchnął  mnie 
,suto  zastawiony  stół,  smaczne  jedzenie  i  dobre  wino  sprawiły,  iŜ  z  minuty  na  minutę  stawałem  się 
odwaŜniejszy i pewniejszy siebie. 
-  Popełnili  głupstwo  -  twierdziłem  dolewając  sobie  wina.  -  Oszaleli  ze  strachu  i  to  uczyniło  ich 
niebezpiecznymi.  MoŜe  nie  spodziewali,  się  zastać  tu,  na  Ziemi,  istot  Ŝyjących  i  obdarzonych  do  tego 
inteligencją. W ostateczności dość będzie jednego pocisku, aby wytłuc ich wszystkich w tej jamie. 
Niezwykłe podniecenie wywołane wypadkami tamtego dnia musiało wprawić mą spostrzegawczość w stan 
wysokiego uczulenia. Wieczór ów pamiętam dzisiaj jeszcze niezwykle Ŝywo. Zwrócona ku mnie, słodka w 
róŜowym cieniu abaŜuru, zaniepokojona twarz Ŝony; biały obrus, srebrna i kryształowa zastawa - w tamtych 
czasach nawet filozoficzni pisarze mogli sobie pozwolić na pewien przepych - purpurowe wina w kielichu 
wryły  się  w  mą  pamięć  z  fotograficzną  dokładnością.  Siedziałem  przy  stole,  koiłem  nerwy  papierosem, 
współczułem nierozwaŜnemu Ogilvy’emu i krytykowałem tchórzliwą krótkowzroczność Marsjan. 
Zupełnie  tak  samo,  myśląc  o  dostrzeŜonych  za  dnia  myśliwych,  poruszył  się  w  swym  gniazdku  jakiś 
szacowny ptak dodo. „Zadziobiemy ich jutro na śmierć” - ćwierkał zapewne do swej małŜonki. 
SkądŜe mogłem wówczas wiedzieć, Ŝe była to ostatnia wykwintna kolacja, jaką miałem zjeść w ciągu wielu 
dziwnych i straszliwych dni. 
 

Piątkowa noc 

 
Ze  wszystkich  niezwykłych  zjawisk  oglądanych  przeze  mnie  w  ów  piątek  za  najniezwyklejsze  uwaŜam 
trwałość  zwyczajów  panującego  podówczas  porządku  społecznego  w  momencie,  gdy  rozpoczynały  się 
zdarzenia, które miały ten porządek obalić. 
Gdyby w piątek wieczorem zatoczyć koło w promieniu pięciu mil ze środkiem w Ŝwirowisku pod Woking - 
nie sądzę, by choć jeden człowiek (poza, być moŜe, krewnymi nielicznych cyklistów, Stenta i kilku leŜących 
wokół  jamy  martwych  londyńczyków)  przebywający  poza  tym  okręgiem  zmienił  z  uwagi  na  zaziemskich 
przybyszów, choć w nieznaczny sposób, codzienne swe nawyki. 
O walcu słyszało oczywiście wiele osób. Na pewno rozmawiano nawet o nim w wolnych chwilach, jednak 
niemieckie ultimatum, na przykład, zrobiłoby, z wszelką pewnością, większe wraŜenie. 
Telegram  Hendersona  o  odkręcaniu  się  walca  uznano  tego  wieczoru  w  Londynie  za  zwykłą  kaczkę. 
Redakcja  zadepeszowała  doń  Ŝądając  potwierdzenia  wiadomości,  a  nie  otrzymawszy  odpowiedzi  -  biedak 
nie Ŝył juŜ przecie - postanowiła nie wydawać dodatku nadzwyczajnego. 
Nawet jednak wewnątrz tego pięciomilowego kręgu większość ludzi pozostawała bezczynna. Wspomniałem 
juŜ  o  zachowaniu  się  zagadniętych  przeze  mnie  męŜczyzn  i  kobiety.  W  całej  okolicy  ludzie  spoŜywali 
obojętnie  posiłek,  grzebali  po  pracy  w  ogródkach,  dzieci  kładziono  spać,  młode  pary  spacerowały  po 
zagajnikach, uczniowie ślęczeli nad ksiąŜkami. 
Być  moŜe,  uliczna  plotka  w  wioskach,  nowy  interesujący  temat  w  piwiarni,  słowa  któregoś  naocznego 
ś

wiadka  ostatnich  wydarzeń  wywołały  gdzieniegdzie  trochę  zamętu,  krzyków  i  bieganiny,  w  ogromnej 

jednak  większości  ludzie  pracowali,  jedli,  pili,  szli  spać,  zupełnie  tak  samo  jak  co  dzień,  jak  co  rok,  od 
najdawniejszych czasów, jakby na niebie nie było Ŝadnego Marsa. Nawet na stacji w Woking, w Horsell i w 
Cobham było tak sama. 
Na dworcu w Woking najzwyczajniej w świecie, do późnej nocy, przyjeŜdŜały i odchodziły pociągi, niektóre 
przetaczano  na  boczne  tory,  pasaŜerowie  wysiadali  i  czekali  na  połączenia.  Wszystko  szło  normalnym 
trybem.  Jakiś  chłopak  z  miasta  usiłował  przełamać  monopol  Smitha  sprzedając  na  stacji  popołudniowe 
gazety. Jego okrzyki: - Ludzie z Marsa! - mieszały się z ostrymi gwizdami parowozów i stukotem kół. Gdy 
około  dziewiątej  pojawili  się  na  dworcu  wstrząśnięci  niewiarygodnymi  wprost  przeŜyciami  ludzie  -  nie 

background image

 

13 

zrobili tam większego wraŜenia od zwykłych pijaków. Jadący do Londynu spoglądali z okien wagonów  w 
ciemność,  a  widząc  gdzieś  pod  Horsell  z  rzadka  tylko  ukazujące  się  iskry,  słaby  czerwony  odblask  i  nikłe 
smuŜki  dymu  wijące  się  po  wygwieŜdŜonym  niebie  sądzili,  iŜ  patrzą  na  zwykły  o  tej  porze  roku  poŜar 
wrzosowisk. Sprawa wyglądała powaŜniej dopiero w obrębie wrzosowiska. Na skraju Woking płonęło sześć 
domków. We wszystkich trzech wioskach okna od strony pól były oświetlone, a ludzie nie spali aŜ do świtu 
Tłum  ciekawskich  zebrany  na  mostach  w  Cobham  i  w  Horsell  nie  topniał  ani  przez  chwilę.  Gdy  jedni 
odchodzili,  przybywali  nowi  i  zbiegowisko  nie  zmniejszała  się.  Później  dopiero  stwierdzono,  iŜ  kilku 
ś

miałków  podsunęło  się  w  ciemnościach  bardzo  blisko  do  Marsjan  -  nie  powrócili  oni  juŜ  jednak  nigdy, 

promień światła bowiem, jak reflektor okrętowy, omiatał od czasu do czasu pole, a Snop Gorąca był zawsze 
w pogotowiu. Poza tym rozległe pola puste były i ciche, tylko zwęglone ciała leŜały nietknięte przez całą noc 
i dzień następny. Wiele osób słyszało dochodzące z jamy odgłosy kucia. 
W piątek wieczorem sytuacja wyglądała następująco: w środku, jak zatrute Ŝądło w naskórku naszej starej 
Ziemi,  tkwił  wale.  Trucizna  jednak  nie  działała  jeszcze  z  pełną  macą.  Dalej  rozciągał  się  pas  cichych, 
miejscami  okopconych  pól  z  rozrzuconymi  tu  i  ówdzie  ciemnymi,  poskręcanymi  dziwacznie  figurkami. 
Gdzieniegdzie  paliło  się  drzewo  i  krzak.  Poza  nimi  przebiegała  obwódka  podniecenia,  lecz  zapalenie  nie 
sięgało  jeszcze  dalej  w  głąb.  Przez  resztę  świata  płynął,  jak  od  niepamiętnych  czasów,  codzienny  potok 
Ŝ

ycia.  Gorączka  wojenną,  która  miała  wkrótce  zasklepić  Ŝyły  i  arterie,  zabić  nerwy  i  zniszczyć  mózg, 

dopiero miała się rozwijać, 
Marsjanie, jak noc długa, bez zmruŜenia oka i bez chwili wytchnienia kuli i hałasowali przygotowując swe 
machiny.  Co  chwila  buchały  w  wygwieŜdŜone  niebo  kłęby  białozielonego  dymu.  Po  godzinie  jedenastej 
przemaszerowała  przez  Horsell  i,  tworząc  kordon,  zaciągnęła  posterunki  dokoła  Ŝwirowiska  kompania 
piechoty. Przez Cobham przeszła druga, zamykając Ŝwirowisko od północy. Opowiadano, Ŝe tego dnia było 
tam  juŜ  kilku  oficerów  i  Ŝe  jeden  z  nich,  major  Eden  z  pułku  Inkermana,  zaginął.  Na  moście  w  Cobham 
zatrzymał  się  dowódca  pułku  i  niezwłocznie,  choć  dochodziła  juŜ  północ,  zabrał  się  do  przesłuchiwania 
zebranych  tam  gapiów.  Trzeba  przyznać,  Ŝe  władze  w  wojskowe  nie  zlekcewaŜyły  sytuacji.  Jak  doniosły 
nazajutrz  poranne  dzienniki,  juŜ  przed  jedenastą  wyruszyły  z  Aldershot  w  pole  oddziały  w  sile  jednego 
szwadronu huzarów, dwóch karabinów maszynowych typu Maxim i czterystu piechurów z pułku Cardigana. 
W parę dosłownie sekund po północy tłum zebrany na gościńcu wiodącym z Woking do Chertsey ujrzał, jak 
w  pobliskim  sosnowym  lesie  spadł  meteor.  Lot  jego  do  złudzenia  przypominał  letnią  błyskawicę,  lecz 
ś

wiatło było zielone. Na Ziemię spadł drugi walec. 

 

Walka rozpoczyna się 

 
Sobota,  pamiętam,  była  dniem  zawieszenia.  TakŜe  i  dniem  znuŜenia,  gdyŜ  upał  i  duchota  były  straszliwe. 
Barometr bez przerwy niemal skakał to w dół, to w górę. W przeciwieństwie do Ŝony spałem bardzo krótko i 
z łóŜka zerwałem się juŜ wczesnym rankiem. Przed śniadaniem wyszedłem do ogrodu. Nasłuchiwałem długo 
i uwaŜnie, lecz nad polami unosił się tylko śpiew skowronka. 
Mleczarz  zjawił  się  jak  co  dzień.  Turkot  wózka  wywołał  mnie  do  furtki,  gdyŜ  chciałem  posłuchać 
najnowszych plotek. Dowiedziałem się, Ŝe w nocy Marsjan otoczyło wojsko i teraz czekają tam juŜ tylko na 
armaty. Rozmowę przerwało nam tak dobrze znane, tak pokrzepiające dudnienie pociągu pod Woking, 
- Nie powinni ich zabijać bez koniecznej potrzeby - mówił mleczarz 
Przez  płot  zobaczyłem  sąsiada  dłubiącego  w  grządkach.  Gawędziliśmy  chwilkę,  po  czym  poszedłem  na 
ś

niadanie.  Ranek  był  najzupełniej  powszedni.  Sąsiad  mój  twierdził,  Ŝe  Marsjanie  zostaną  dziś  jeszcze 

uwięzieni lub zgładzeni przez wojsko. 
- Szkoda, Ŝe tacy są nieprzystępni - mówił. - Ciekawe byłoby dowiedzieć się czegoś o Ŝyciu na ich planecie. 
Niejednego mogliby nas pewno nauczyć. 
Podszedł  do  płotu  częstując  mnie  garścią  truskawek,  gdyŜ  ogrodnik  był  z  niego  równie  szczodry,  co 
zapalony. Opowiadał teŜ o płonącym lesie sosnowym pod Byfleet. 
-  Opowiadają  -  rzekł  -  Ŝe  spadło  tam  drugie  takie  paskudztwo.  Jakby  jednego  było  mało.  No, 
ubezpieczeniowcy  zapłacą  za  to  wszystko  parę  ładnych  groszy.  -  Ubawiło  go  to  widocznie,  bo  chichotał. 
przez chwilę. Pokazywał mgliste dymy wyjaśniając, Ŝe to właśnie pali się las i, śmiejąc się, mówił: 
-  Długo  im  będzie  gorąco,  bo  igły  i  mchy  tlą  się  powoli.  -  Później  jednak  wspomniał  „tego  biedaka 
Ogilvy’ego” i znów spowaŜniał. 
Po śniadaniu, zamiast zasiąść jak co dzień do pisania - postanowiłem przejść się na Ŝwirowisko. Pod mostem 
kolejowym  natknąłem  się  na  oddziałek  Ŝołnierzy,  saperów  zdaje  się,  w  okrągłych  czapkach,  w  rozpiętych 
brudnych czerwonych bluzach, spod których wyzierały niebieskie koszule, w ciemnych spodniach i krótkich, 
do  pół  łydki,  butach.  Oświadczyli  mi,  Ŝe  nikomu  nie  wolno  przechodzić  na  tamten  brzeg  kanału.  Na 

background image

 

14 

gościńcu  za  mostem  teŜ  stał  wartownik.  Gawędziłem  z  Ŝołnierzami  dość  długo,  Opowiadałem  im  o 
Marsjanach  i  o  tym,  co  wydarzyło  się  tutaj  wczorajszego  wieczora.  śaden  z  nich  nie  widział  jeszcze 
Marsjan, toteŜ wyobraŜali ich sobie bardzo mgliście. Zasypali mnie oczywiście pytania mi. Nie wiedzieli, na 
czyj  rozkaz  wystąpiło  wojsko,  słyszeli  tylko  o  jakichś  sporach  z  gwardią  konną.  Przeciętny  saper  stoi 
znacznie  wyŜej  od  zwykłego  piechura,  toteŜ  spierali  się  o  róŜne  sposoby  moŜliwej  walki  z  dość  duŜą 
bystrością, Gdy opisałem snop gorąca, spór rozgorzał na nowo. 
- Podczołgać się w ukryciu i skoczyć na nich - dowodził jeden 
- Akurat! - odrzekł inny - Co ci pomoŜe ukrycie przed takim gorącem? Od razu cię usmaŜą. Trzeba podejść 
jak najbliŜej, a potem robić podkop. 
- Do cholery z podkopem! Wiecznie te twoje podkopy! Ty, Snippy, powinieneś był urodzić się kretem! 
-  To  znaczy  jak?  Szyi  zupełnie  nie  mają?  -  dopytywał  się  trzeci,  smagły,  zamyślony  człeczyna  z  fajką  w 
zębach. 
Opisałem raz jeszcze ich wygląd. 
- Nazwałbym ich ośmiornicami. Co tu gadać o ludojadach - tym razem będą z nas rybojady! 
- Myślę, Ŝe zabić takie bydlę to nie Ŝadna zbrodnia - powiedział pierwszy. 
- Dlaczego nie wybić po prostu tego draństwa szrapnelami? - mówił smagły z fajką. - Nigdy nie wiadomo, 
co wymyślą! 
- A gdzieŜ te twoje szrapnele? - odparł pierwszy.- Zresztą na co czekać? Skoczyć, powiadam, na nich i juŜ! 
Czasu nie ma? 
Tak  się  spierali.  Po  chwili  zostawiłem  ich,  by  pójść  na  dworzec  po  poranne  gazety;  których  kupiłem  całą 
stertę. 
Nie będę więcej nuŜył czytelnika opisem długiego tego poranka i dłuŜszego jeszcze popołudnia. Nie udało 
mi się rzucić okiem na Ŝwirowisko, gdyŜ władze wojskowe obsadziły nawet wieŜe kościelne w Horsell i w 
Cobham.  Zapytywani  Ŝołnierze  nic  nie  wiedzieli,  oficerowie  zaś  byli  tyleŜ  tajemniczy,  co  zajęci. 
Stwierdziłem tylko, Ŝe obecność wojska całkowicie uspokoiła ludność miasteczka. Od Marshalla, właściciela 
trafiki, dowiedziałem się, Ŝe wśród wczorajszych ofiar był takŜe i jego syn.  śołnierze nakazali tymczasem 
mieszkańcom przedmieścia w Horsell pozamykać i opuścić domy. 
Na  obiad  wróciłem  dopiero  po  drugiej,  bardzo  zmęczony,  gdyŜ,  powtarzam,  dzień  był  niezwykle  upalny  i 
parny. Po południu, chcąc nieco się odświeŜyć, wziąłem  zimną kąpiel. Około wpół do piątej znów udałem 
się  na  dworzec  po  wieczorne  dzienniki,  gdyŜ  w  porannych  był  tylko,  bardzo  zresztą  niedokładny,  opis 
ś

mierci  Stenta,  Hendersona,  Ogilvy'ego  i  innych,  Znałem  zresztą  wszystko  to  szczegółowo.  Marsjanie  nie 

pokazywali się juŜ więcej ani razu. Pracowali widocznie w swej jamie, bo unosiły się nad nią bez przerwy 
kłęby dymu, nie milkły teŜ ani na chwilę odgłosy kucia. Gotowali się zapewne do walki. „Poczyniono nowe 
próby porozumienia, jednak bezskutecznie” - zdanie to powtarzało się we wszystkich gazetach. Jakiś saper 
opowiedział  mi,  Ŝe  próbowano  machać  z  ukrycia  chorągiewką  na  długim  kiju,  ale  Marsjanie  tyle  akurat 
zwracali na to uwagi, co my na ryki krów. 
Muszę  wyznać,  Ŝe  widok  wszystkich  tych  zbrojnych  przygotowań  podziałał  na  mnie  niezwykle 
podniecająco,  Wyobraźnia  malowała  niesłychanie  wojownicze  obrazy  coraz  to  innej  zguby  najeźdźców. 
OŜyły  we  mnie  chłopięce  sny  o  bohaterskich  bojach.  Wałka  wydawała  mi  się  jednak  aŜ  nazbyt  nierówna. 
Wróg był w swej jamie taki bezbronny. 
O trzeciej usłyszeliśmy, od Chertsey czy teŜ Addlestone powtarzający się w równomiernych odstępach huk 
działa. Okazało się, Ŝe to bombardowano leŜący w sosnowym lesie drugi walec chcąc zniszczyć go, zanim 
się jeszcze otworzy, Armata przeznaczona do walki z pierwszym oddziałem Marsjan przybyła do Cobham 
dopiero o piątej. 
Nieco po szóstej siedziałem z Ŝoną w altance przy podwieczorku rozmawiając z oŜywieniem o zbliŜającej się 
bitwie,  gdy  wtem  na  Ŝwirowisku  rozległa  się  głucha  detonacja,  a  w  ślad  za  nią  gęsta  strzelanina.  Nie 
przebrzmiały  jeszcze  strzały,  gdy  tuŜ  koło  nas  wstrząsnął  ziemią  gwałtowny  głuchy  huk.  Wyskoczyłem  z 
altany i oczom mym przedstawił się zdumiewający widok. Czubki drzew okalających Kolegium Wschodnie 
stały  w  płomieniach,  wieŜa  pobliskiego  kościółka  rozsypywała  się  właśnie  w  gruzy,  igły  minaretu  juŜ  nie 
było, a dach Kolegium wyglądał jak ostrzelany z cięŜkiego działa. Pękł jeden z kominów na naszym domku, 
a czerwone jego szczątki sypały się na klomb pod oknem mojego gabinetu, postukując po dachówkach. 
Staliśmy  oboje  jak  wryci.  Pojąłem  w  jednej  chwili,  Ŝe  po  zniszczeniu  dachu  Kolegium  grzbiet  wzgórza 
Maybury musi znaleźć się w zasięgu Snopa Gorąca: Chwyciłem Ŝonę z ramię i wyciągnąłem bez ceremonii 
na  gościniec.  To  samo  zrobiłem  ze  słuŜącą,  choć  dopominała  się  płaczliwie  o  pozostawiony  na  strychu 
kuferek. Obiecałem przynieść go za chwilę. 
- Nie będziemy w Ŝadnym wypadku mogli pozostać tu dłuŜej - powiedziałem; równocześnie na Ŝwirowisku 
znów zagrzmiały strzały. 

background image

 

15 

- A gdzieŜ się podziejemy? - pytała wystraszona Ŝona. 
Zastanowiłem się, zmieszany. Wtem przypomniałem sobie krewnych w Leatherhead. 
-  Leatherhead!  -  usiłowałem  przekrzyczeć  panujący  dokoła  zgiełk.  Zona  patrzyła  poza  mną,  w  dolinę. 
PrzeraŜeni sąsiedzi wybiegali z domów. 
- JakŜe my się tam dostaniemy? - zapytała. 
Dolinką,  pod  mostem  kolejowym,  pędził  oddziałek  huzarów.  Trzech  wpadło  galopem  na  dziedziniec 
Kolegium, dwaj inni zeskoczyli z koni i poczęli biegać od domu do domu. Poprzez dymy płonących drzew 
przeglądało czerwone jak krew słońce, rzucając na świat niezwykłe, wyblakłe jakby promienie. 
-  Czekaj  tu  -  zawołałem  -  tutaj  jest  bezpiecznie  -  i  popędziłem  co  tchu  do  zajazdu  Pod  Łaciatym  Psem, 
którego  właściciel  posiadał  konia  i  bryczkę.  Spieszyłem  się,  rzecz  jasna,  bardzo,  gdyŜ  nietrudno  było 
odgadnąć, Ŝe za chwilę ruszą się wszyscy zamieszkujący tamtą stronę wzgórza. OberŜysto stał spokojnie za 
ladą  nie  mając  najmniejszego  pojęcia  o  tym,  co  się  dzieje  dokoła.  Targował  się  z  jakimś  odwróconym  do 
mnie plecami jegomościem. 
- Muszę dostać funta - mówił - i nie mam woźnicy.  
- Dam panu dwa - krzyknąłem obcemu przez ramię. 
- Za co? 
- I zwrócę przed północą! 
- Na miłość boską? - zawołał oberŜysta. - Co to jest? Sprzedaję wieprzka, a pan chce dać za niego dwa funty 
i zwrócić przed północą? Nic nie rozumiem. 
Wyjaśniłem pośpiesznie, Ŝe muszę natychmiast wyjechać, do czego potrzebny mi jest za wszelką cenę jego 
zaprzęg:  Nawet  nie  pomyślałem,  Ŝe  oberŜysta  takŜe  zechce  moŜe  uciekać.  Wziąłem  bryczkę  od  razu; 
podjechałem  pod  dom  i  zostawiając  ją  pod  opieką  Ŝony  i  słuŜącej  wpadłem  do  mieszkania,  by  zabrać 
nieliczne  nasze  kosztowności:  śywopłoty  i  przydroŜne  drzewa  płonęły  coraz  gwałtowniej.  Pakując  rzeczy 
dostrzegłem, jak jeden ze spieszonych huzarów biegł w naszym kierunku. Pędząc od domu od domu wzywał 
mieszkańców  do  ucieczki. Kiedy  dźwigając  zawinięte  w  obrus  nasze  skarby  stanąłem  w  drzwiach  -  akurat 
przebiegał koło nas. Krzyknąłem za nim: - Co się dzieje? 
Odwrócił  się,  spojrzał,  wybełkotał  coś  w  rodzaju:  „czołgają  się  przykryci  rondlami”,  i  wpadł  do  bramy 
stojącego  na  szczycie  domku,  Przepływający  nad  gościńcem  kłąb  czarnego  dymu  przesłonił  go  na  chwilę. 
Podbiegłem do drzwi sąsiadów i zapukałem chcąc upewnić się, czy wyjeŜdŜając dziś do Londynu zamknęli 
mieszkanie, po czym wróciłem raz jeszcze do domu po kuferek słuŜącej, przyniosłem go i wpakowałem do 
bryczki,  uchwyciłem  lejce  i  wskoczyłem  na  kozioł  obok  Ŝony.  Jeszcze  chwila  -  i  zjeŜdŜaliśmy  stokiem 
pagórka do Starego Woking pozostawiając za sobą zgiełk i dym. 
Przed nami leŜał cichy słoneczny krajobraz, na polach przeciętych tasiemką gościńca kołysała się pszenica, 
powiewał na wietrze szyld oberŜy w Maybury. W przodzie dostrzegłem bryczuszkę doktora. U stóp wzgórza 
obejrzałem  się,  by  rzucić  okiem  na  stok,  z  którego  zjeŜdŜałem.  W  nieruchomym  powietrzu,  kładąc  się 
szarym  cieniem  na  zielone  czubki  drzew,  płynęły  cięŜkie  kłęby  czarnego  dymu  przetykane  czerwonymi 
pręgami  płomieni.  Dym  rozpościerał  się  od  lasu  pod  Byfleet  na  wschodzie  aŜ  po  Woking  na  zachodzie. 
Gościniec za nami usiany był uchodzącymi w panice ludźmi, zaś poprzez nieruchome, nagrzane powietrze 
roznosił się słabo, lecz bardzo wyraźnie terkot karabinu maszynowego, który po chwili ustał, i przerywany 
grzechot strzałów. Widocznie Marsjanie palili wszystko, czego tylko dosięgnął Snop Gorąca. 
Nie jestem doświadczonym woźnicą, toteŜ całą uwagę musiałem skupić na koniu. Gdy obejrzałem się znowu 
- czarny dym skrył się juŜ za następnym pagórkiem. Zaciąłem konia i nie zwalniałem, dopóki nie zostawiłem 
za sobą Woking i Send. Doktora prześcignęliśmy jeszcze przed Send. 
 

Nawałnica 

 
Leatherhead leŜy o dwadzieścia bez mała mil od wzgórza Maybury. Za Pyrford powietrze była przesycone 
wonią świeŜego siana, która mieszała się ze słodkim zapachem oplatających, przydroŜne Ŝywopłoty polnych 
róŜ. Gwałtowna strzelanina, która wybuchła przy naszym zjeździe z pagórka Maybury, ucichła równie nagle, 
jak  się  przedtem  zaczęła,  pozostawiając  po  sobie  niczym  nie  zamąconą  ciszę  i  spokój  wieczoru.  Do 
Leatherhead dotarliśmy, beŜ Ŝadnych przygód, około dziewiątej. Podczas krótkiego odpoczynku, którego tak 
potrzebował nasz konik, zjedliśmy kolację, po czym poprosiłem krewnych o opiekę nad Ŝoną. 
Przez całą drogę Ŝona dziwnie była milcząca, jakby przeczuwała przyszłe nieszczęście. Kiedy próbowałem 
dodawać jej otuchy dowodząc, Ŝe Marsjanie przykuci są do jamy swoim cięŜarem, Ŝe  mogą się po niej co 
najwyŜej  czołgać,  odpowiadała  półsłówkami  albo  milczała.  Gdyby  nie  obietnica  dana  oberŜyście,  iŜ 
odprowadzę  konia  -  bez  wątpienia  nalegałaby,  abym  pozostał  tej  nocy  w  Leatherhead.  CzemuŜ  nie 
pozostałem! Pamiętam jej bladość przy rozstaniu. 

background image

 

16 

Co do mnie - przez cały ten dzień byłem jak w gorączce. Opanowało mnie coś w rodzaju gorączki wojennej, 
która czasami udzielała się cywilizowanemu społeczeństwu, i w głębi duszy cieszyłem się, Ŝe muszę wracać 
tej  nocy  do  Maybury.  Obawiałem  się  nawet,  iŜ  ostatnia  kanonada  mogła  oznaczać  zagładę  najeźdźców  z 
Marsa. Najlepiej zresztą określę swój stan, jeśli powiem, iŜ pragnąłem być przy ich zniszczeniu. 
W drogę powrotną wyruszyłem tuŜ przed jedenastą. Noc była nadspodziewanie ciemna; kiedy wyszliśmy z 
oświetlonego przedpokoju - wydała mi się czarna. Upał i duchota panujące przez cały dzień nie zmniejszyły 
się ani odrobinę. ChociaŜ nie -było nawet tchnienia wiatru, po niebie mknęły chmury. Ktoś ze słuŜby zapalił 
boczne  światła  u  bryczki.  Drogę  na  szczęście  znałem  doskonale.  Dopóki  nie  wskoczyłem  na  kozioł,  Ŝona 
stała  w  rozwartych  oświetlonych  drzwiach.  Wtem  odwróciła  się  i  odeszła,  pozostawiając  na  ganku 
Ŝ

yczących mi szczęśliwej drogi krewnych. 

Z  początku  obawy  zony  udzieliły  mi  się,  wkrótce  jednak  powróciłem  myślami  do  Marsjan.  Nie  miałem 
wówczas  pojęcia  o  przebiegu  wieczornej  potyczki.  Nie  wiedziałem  nawet,  co  przyśpieszyło  starcie.  Gdy 
przejeŜdŜałem  przez  Ockham  (wracałem  nie  przez  Send  i  Stare  Woking,  lecz  inną  drogą),  dostrzegłem,  iŜ 
cały  zachodni  widnokrąg  rozświetla  krwawa  łuna,  zajmująca  w  miarę  zbliŜania  się  do  niej  coraz  więcej 
nieba. Chmury zwiastujące burzę mieszały się z kłębami czarno-czerwonego dymu. 
W Ripley ulica była pusta i z wyjątkiem  kilku oświetlonych okien nie było tam  widać ani śladu Ŝycia. Na 
zakręcie  do  Pyrford  omal  nie  wpadłem  na  gromadkę  ludzi.  Stali  w  milczeniu,  gdy  ich  mijałem.  Nie  mam 
pojęcia,  czy  wiedzieli,  co  się  działo  poza  pagórkiem;  nie  mam  teŜ  pojęcia,  czy  domki,  obok  których 
przejeŜdŜałem,  spały  spokojnie,  czy  stały  próŜne  i  opuszczone,  czy  moŜe  Wpatrywały  się  z  niepokojem  w 
okropną ciemność tej nocy. 
Gościniec  z  Ripley  do  Pyrford  przebiega  doliną  rzeki  Wey,  toteŜ  łuny  nie  było  widać.  WjeŜdŜając  na 
pagórek przy kościółku w Pyrford ujrzałem ją znowu, równocześnie zaś zaszeleściły drzewa pod pierwszym 
tchnieniem  ścigającej  mnie  burzy.  Usłyszałem  wydzwaniający  północ  zegar  na  wieŜy  kościelnej  i  w  tejŜe 
chwili  wyłoniło  się  przede  mną,  obrzeŜone  wyraźnie  rysującymi  się  na  tle  łuny  czubkami  drzew  i 
wierzchołkami dachów, wzgórze Maybury. 
Gdy  oglądałem  ten  widok,  gościniec  rozświetliła  nagle  bladozielona  poświata  ukazując  dalekie  lasy  w 
kierunku Aldershot. Uczułem gwałtowne szarpnięcie lejców. Nagle błysk zielonego płomienia przebił grubą 
warstwę chmur, ukazał na moment splątane ich kłębowisko i znikł gdzieś w polu, na lewo od drogi. Była to 
trzecia z kolei spadająca gwiazda. 
Na  niebie  roztańczyły  się  oślepiająco  fioletowe,  przez  kontrast  z  zielenią,  błyskawice  i  zahuczał  pierwszy 
grom. Koń zagryzł wędzidło i poniósł. 
Gnaliśmy  zbiegającym  po  lekkiej  pochyłości  gościńcem  ku  podnóŜu  pagórka  Maybury.  Nigdy  dotąd  nie 
widziałem  tak  szybko  następujących  po sobie  błyskawic.  Pioruny  zdawały  się deptać  sobie  z  trzaskiem  po 
piętach,  bardziej  przypominając  pracę  jakiejś  potęŜnej  machiny  elektrycznej  niŜ  zwykłe  wyładowania 
atmosferyczne. Migotliwe światło oślepiało i myliło, począł siec drobny grad. 
Z  początku  patrzyłem  tylko  na  biegnący  przede  mną  gościniec,  nagle  jednak  uwagę  mą  zwróciło  coś 
sunącego  z  duŜą  szybkością  w  dół  po  przeciwległym  stoku  wzgórza.  Wziąłem  to  w  pierwszej  chwili  za 
mokry  dach  domu,  jednak  w  nieustannym  niemal  świetle  błyskawic  widać  było  wyraźnie  jego  szybki, 
posuwisty ruch. Zjawisko było ledwo dostrzegalne: moment obezwładniającej ciemności, potem znów stało 
się jasno jak w dzień, ujrzałem pod samym szczytem pagórka czerwone mury sierocińca, zielone wierzchotki 
sosen i ten zagadkowy, ostro i wyraźnie rysujący się przedmiot. 
I to jakie zjawisko! Jak je opisać? Ogromny, wyŜszy od domów trójnóg łamiący i depczący w pędzie sosny, 
potęŜna  machina  z  połyskującego  metalu  krocząca  przez  wrzosowisko,  wymachująca  giętkimi  stalowymi 
mackami! Hałaśliwy grzechot jej ruchu mieszał się z rykiem burzy. Błysk i widać wyraźnie, jak dwie nogi 
unoszą  się  nad  ziemią,  błysk  gaśnie  zapala  się  następny  i  trójnóg  wydaje  się  juŜ  o  sto  jardów  bliŜej.  Czy 
moŜesz,  czytelniku,  wyobrazić  sobie  trójnogi  stołek  skaczący  i  pędzący  na  szczudłach?  Tak  to  w  blasku 
błyskawic wyglądało. Tylko Ŝe zamiast małego stołka sunęła przede mną olbrzymia  machina na trójnogim 
statywie. 
Wtem, w coraz bliŜszym lesie, drzewa poczęły rozchylać się jak zeschłe zielsko, przez które przedziera się 
człowiek. Sosny łamały się na boki i do przodu, zdawało się, wprost na mnie. A koń galopował co sił na jego 
spotkanie! Na widok drugiego potwora nerwy me nie wytrzymały. Nie patrząc na niego szarpnąłem konia w 
prawo, bryczka przechyliła się, dyszel pękł z trzaskiem, ja zaś wyleciałem jak ź procy w bok i zwaliłem się 
cięŜko w niegłębokie bajoro. 
Natychmiast  zerwałem  się  i  po  kolana  w  wodzie  przykucnąłem  za  kępą  krzaków.  Koń  leŜał  bez  ruchu  - 
biedne  zwierzę  złamało  sobie  kark.  W  blasku  błyskawic  widziałem  czarny  zarys  obalonej  bryczki  i  ciągle 
jeszcze  obracające  się  wolniutko  koła.  Chwila  -  i  ogromny  mechanizm  przestąpił  przeze  mnie  i  począł 
wspinać się na wzgórze, ku Pyrford. 

background image

 

17 

Z  bliska  wyglądał  niewiarygodnie  dziwacznie,  wcale  nie  jak  zwykła  bezduszna  maszyna  sunąca  z  góry 
wytyczoną prostą drogą. Krok jego dźwięczał metalicznie, wokół kadłuba zaś wiły się z chrzęstem długie, 
giętkie  i  lśniące  macki.  Jedna  z  nich,  jakby  mimochodem,  wyrwała  z  korzeniami  sosnę.  Sunąc  przez  las 
potwór  wybierał  sobie  drogę,  a  obracający  się  we  wszystkie  strony  wysoko  w  górze  mosięŜny  kaptur  do 
złudzenia  przypominał  głowę  rozglądającego  się  człowieka.  Z  tyłu,  za  plecami  kadłuba,  umocowane  było 
metalowe pudło podobne do ogromnego rybackiego kosza, ze stawów zaś potwora, gdy mnie mijał, tryskały 
strugi zielonego dymu. Po chwili znikł mi z oczu. 
Wszystko  to  widziałem  niezbyt  wyraźnie,  gdyŜ  migotliwe  i  oślepiające  światło  błyskawic  przerywała  co 
chwila gęsta czarna ciemność. W biegu potwór wydawał z siebie ogłuszający triumfalny ryk – „aluu! aluu!”, 
głośniejszy  od  huku  gromów.  Po  chwili  dopędził  towarzysza  i  obaj  przystanęli,  nachylając  się  nad  czymś 
leŜącym w polu o dobre pół mili ode mnie. Nie ulegało dla mnie Ŝadnej wątpliwości, iŜ zatrzymali się przy 
trzecim przybyłym z Marsa walcu. 
LeŜałem  pewien  czas  na  deszczu,  przyglądając się  w  przerywanej  błyskawicami  ciemności  uwijającym  się 
ponad Ŝywopłotami potwornym metalowym istotom. Chwilami zacinał drobny grad to przesłaniając cieniem, 
to znów odsłaniając ostre ich zarysy. W przerwach między błyskawicami noc pochłaniała je całkowicie. 
Woda z bajora i gęsto sypiący grad przemoczyły mnie do suchej nitki. Długo trwało, nim otrząsnąłem się ze 
zdziwienia na tyle, aby wyczołgać się z bajora i pomyśleć o groŜącym mi niebezpieczeństwie. 
Nie  opodal,  na  kartoflisku,  stała  samotna  chałupa  jakiegoś  osiedleńca.  Podniosłem  się  w  końcu  i  skulony 
pobiegłem szukać tam schronienia. Wołałem w drzwi, nikt jednak się nie odezwał - być moŜe nie słyszeli lub 
w  chacie  nie  było  nikogo.  Po  chwili  zrezygnowany  podąŜyłem  kryjąc  się  w  przydroŜnych  rowach  do 
ciągnącego się aŜ pod Maybury lasu. 
Lasem,  przemoczony  i  drŜący  z  zimna,  skierowałem  się  do  domu.  Błąkałem  się  wśród  drzew  szukając 
ś

cieŜki.  Było  bardzo  ciemno,  gdyŜ  błyskawice  stawały  się  coraz  rzadsze,  a  rzęsisty  deszcz  z  gradem 

wypełniał kaŜdą szczelinę między drzewami. 
Gdybym zdał sobie wówczas w pełni sprawę, co oznaczają widziane przeze mnie wydarzenia, zawróciłbym 
od razu do Byfleet i Cobham, aby dostać się czym prędzej do Leatherhead, do Ŝony. Niesamowitość jednak 
otaczającej mnie nocy i zmęczenie nie pozwoliły mi na to; byłem mokry, podrapany, ogłuszany i oślepiony 
nawałnicą. 
Kołatało  we  mnie  podświadome  pragnienie  powrotu  do  domu  i  sądzę,  Ŝe  ono  właśnie  kierowało  moimi 
krokami.  Obijałem  się  o  pnie,  wpadałem  do  wądołów,  kaleczyłem  kolana  o  sterczące  zdradziecko  sęki,  aŜ 
wbrodziłem wreszcie na łąkę na stoku poniŜej College Arms. Mówię: wbrodziłem,  gdyŜ łąką rwały potoki 
brudnej deszczowej wody. Tutaj w ciemnościach wpadł na mnie jakiś męŜczyzna, i to z taką siłą, Ŝe ledwie 
utrzymałem się na nogach. 
Wydał  okrzyk  przeraŜenia,  odskoczył  w  bok  i  zanim  zdąŜyłem  się  opanować  i  przemówić  doń  -  uciekł. 
Wicher dął  tak  gwałtownie,  iŜ  wlokłem  się  pod  górę z  największym  trudem.  Chcąc  posuwać  się jako  tako 
naprzód, musiałem podejść do pobliskiego parkanu i pomagać sobie czepiając się sztachet. 
TuŜ  przed  szczytem  stanąłem  na  czymś  miękkim.  Przy  świetle  błyskawicy  ujrzałem  pod  nogami  czarny 
płaszcz i trzewiki. Nim mogłem rozpoznać, Ŝe to leŜy człowiek - światło zgasło. Przystanąłem czekając na 
następny błysk. Przy jego świetle udało mi się rozpoznać tęgiego męŜczyznę odzianego skromnie, lecz nie 
ubogo; głowa była przygięta tak mocno ku przodowi, Ŝe skryła się zupełnie pod ciałem. LeŜał skulony tuŜ 
koło parkanu, jakby gwałtownie odrzucony. 
Pokonując  zrozumiały  u  tego,  kto  nigdy  nie  dotykał  trupa,  wstręt  nachyliłem  się  i  odwróciłem  leŜącego, 
sprawdzić,  czy  bije  w  nim  jeszcze  serce.  Był  martwy.  Widocznie  skręcił  kark.  Błysnęło  po  raz  trzeci  i 
poznałem go. Wyprostowałem się wstrząśnięty. Był to oberŜysta, właściciel poŜyczonej bryczki. 
Przestąpiłem ostroŜnie przez trupa i dalej piąłem się pod górę. Minąłem posterunek policji, College Arms i 
doszedłem wreszcie do domu. Po tamtej stronie wzgórza nie było widać poŜarów, na Ŝwirowisku tylko wciąŜ 
jeszcze  połyskiwał  czerwony  odblask  rozświetlający  pędzone  wichrem,  podcinane  gradem  kłębowiska 
rudego  dymu.  Domy  dokoła,  o  ile  mogłem  zauwaŜyć  w  błyskach  burzy,  stały  nienaruszone.  Jakiś  czarny 
kształt leŜał na gościńcu koło College Arms. 
Nieco dalej w kierunku Maybury słychać było na drodze głosy i kroki, brakło mi jednak sił, by krzyknąć czy 
podejść tam. Otworzyłem drzwi z klucza, wszedłem do domu, zamknąłem je za sobą na zasuwę, dowlokłem 
się  do  wiodących  na  piętro  schodów  i  usiadłem  na  stopniu.  Wyobraźnię  mą  przepełniały  sunące  polami 
metalowe potwory i zmiaŜdŜone o płoty trupy. 
Siedziałem na schodku wsparty o ścianę i dygotałem jak w febrze. 
 
 
 

background image

 

18 

U okna 

 
Wspomniałem juŜ, zdaje się, iŜ najburzliwsze nawet uczucia wygasają we mnie nad podziw szybko. ToteŜ 
wkrótce  poczułem  dotkliwy  chłód.  Ociekałem  wodą  do  tego  stopnia,  Ŝe  dokoła  mnie  na  schodach  i  na 
chodniku  stały  kałuŜe.  Podniosłem  się  mechanicznie,  poszedłem  do  jadalni  i  pociągnąłem  łyk  whisky,  po 
czym odczułem potrzebę przyodziania się w coś suchego. 
Nieco  później  wspiąłem  się  na  górę  do  gabinetu.  Po  co  tam  poszedłem  nie  mam  pojęcia.  Okna  mego 
gabinetu wychodzą na tory i pola Horsell. W pośpiechu ucieczki zapomniałem je zamknąć przed odjazdem. 
Korytarz  i  wnętrze  pokoju;  w  przeciwieństwie  do  widoku  oprawionego  w  ramę  okna,  wydawały  się  pełne 
nieprzeniknionej ciemności. Stałem w progu jak wryty. 
Nawałnica  juŜ  przeszła.  WieŜyczki  Kolegium  i  otaczające  go  drzewa  znikły  bez  śladu  i  widać  teraz  było 
doskonale  ciągnące  się  w  dali  pola  i  Ŝwirowisko  rozświetlone  jaskrawym  czerwonym  blaskiem.  W  blasku 
tym krzątały się ciemne, dziwaczne, groteskowo ogromne postacie. 
Wydawało  się,  Ŝe  cała  okolica  płonie,  tak  gęsto  usiana  była  malutkimi,  migocącymi  w  podmuchach 
zamierającej burzy i rzucającymi krwawy blask na gęste chmury płomykami. Przed oknem przepływały co 
chwila,  przesłaniając  sylwetki  Marsjan,  kłęby  dymu.  Nie  mogłem  dojrzeć,  co  robili,  gdyŜ  zarysy  ich  były 
bardzo niewyraźne. Nie mogłem takŜe ustalić przeznaczenia czarnych urządzeń, przy  których trudzili się z 
taką  gorliwością.  Niewidoczny  teŜ  był  najbliŜszy  poŜar,  choć  odblask  jego  tańczył  po  ścianach  i  suficie. 
Powietrze przepełniał ostry odór palonej gumy. 
Zamknąłem  bezszelestnie  drzwi  i  podkradłem  się  do  okna.  Widziałem  teraz  przestrzeń  leŜącą  między 
otaczającymi  dworzec  w  Woking  domami  a  osmalonym,  sczerniałym  lasem  pod  Byfleet.  Na  torze,  koło 
mostu, coś się świeciło, a z  kilku domostw stojących przy  gościńcu do Maybury i w pobliŜu stacji zostały 
jedynie tlące się ruiny. Światło na torze zadziwiło mnie; widać tam było czarny, płonący jasnym płomieniem 
stos, a nieco w bok, na prawo, ciągnął się łańcuch Ŝółtych prostokącików. Zrozumiałem po chwili, Ŝe to leŜy 
rozbity pociąg ze zdruzgotanym parowozem. Kilka pierwszych wagonów płonęło, podczas gdy reszta stała 
spokojnie na szynach. 
Pośród  tych  trzech  głównych  ognisk,  to  znaczy  między  grupą  domów,  pociągiem  i  poŜarem  pod  Cobham, 
ciągnęły  się  nieregularne,  ciemne  plamy  pól  przerywane  gdzieniegdzie  pasmami  tlących  się  i  dymiących 
zgliszcz  i  wrzosowisk.  Przedziwny  był  ten  widok  czarnej  przestrzeni  przetykanej  ogniem.  Najbardziej 
przypominał  mi  ogromną  hutę  nocą.  Ludzi  z  początku  nie  widziałem  nigdzie.  Później  dopiero  ujrzałem  w 
blasku płonącego dworca w Woking kilka czarnych figurek przebiegających pojedynczo przez tory. 
CzyŜby ten dziki chaos miał być tym samym światkiem, gdzie tak bezpiecznie Ŝyło się od tylu juŜ lat? Nie 
wiedziałem jeszcze, co zaszło w ciągu ubiegłych siedmiu godzin, nie wiedziałem teŜ, choć zaczynałem juŜ 
po trosze odgadywać, jaki był związek między mechanicznymi kolosami a niezdarnie pełzającymi istotami, 
które  z  takim  trudem  wyłaziły  przymnie  z  walca.  Z  dziwnym  uczuciem  bezosobowego  zainteresowania 
przywlokłem  do  okna  fotel,  usiadłem  i  przyglądałem  się  sczerniałym  łąkom,  a  zwłaszcza  trzem 
gigantycznym postaciom krzątającym się po Ŝwirowisku. 
Wydawały  mi  się  zadziwiająco  czynne.  Zastanawiałem  się,  czym  one  są.  Czy  myślącymi  mechanizmami? 
Czułem,  Ŝe  to  niepodobieństwo,  Być  moŜe  w  kaŜdym  z  nich  krył  się  Marsjanin  kierując,  rządząc, 
rozkazując, jak ludzki mózg kieruje, rządzi i rozkazuje ciału? Porównywałem je do naszych maszyn; po raz 
pierwszy  w  Ŝyciu  zapytałem  siebie,  czym  mogą  być  ludzkie  krąŜowniki  i  parowce  dla  zwierząt  o  niŜszej 
inteligencji. 
Niebo po burzy było jasne. Kiedy migocący ponad dymami, malutki jak łepek szpilki Mars skłaniał się juŜ 
ku zachodowi - do ogródka wszedł Ŝołnierz. Najpierw zatrzeszczał cicho płot. Rozejrzałem się jak człowiek 
obudzony  z  letargu  i  spostrzegłem  go.  Przełaził  przez  ogrodzenie.  Na  widok  istoty  ludzkiej  minęło 
dotychczasowe osłupienie. Wychyliłem się gorączkowo z okna. 
- Pst! - szepnąłem. 
Zatrzymał  się  niezdecydowany,  siedząc  okrakiem  na  parkanie.  Potem  zeskoczył  i  pobiegł  trawnikiem  do 
najbliŜszego naroŜnika domu. Pochylony posuwał się wolno wzdłuŜ ściany. 
- Kto tam? - zapytał, takŜe szeptem, przystając pod oknem i zadzierając głowę. 
- Dokąd pan idzie? - spytałem. 
- Bóg wie. 
- Chce się pan ukryć? 
- Tak. 
- Niech pan wejdzie do domu - powiedziałem. 
Zszedłem na dół, uchyliłem drzwi, by go wpuścić, i natychmiast zamknąłem je znowu. Twarzy Ŝołnierza nie 
mogłem dojrzeć. Był bez czapki, mundur miał rozchełstany. 

background image

 

19 

- O BoŜe! - powtarzał, gdy wciągałem go do pokoju. 
- Co się stało? - pytałem. 
- Niech pan lepiej zapyta, co się nie stało! - W ciemności ujrzałem, jak załamał w rozpaczy ręce. - Zmietli 
nas! Po prostu nas zmietli! - powtarzał w kółko. 
Jak automat wszedł za mną do jadalni. 
- Niech no pan się napije - powiedziałem napełniając szklankę whisky. 
Wypił. Potem padł na krzesło, podparł głowę rękami i rozszlochał się jak dziecko. Ja zaś, zapomniawszy o 
niedawnej własnej rozpaczy, stałem nad nim zaskoczony. 
Wiele upłynęło czasu, zanim opanował się na tyle, by móc odpowiedzieć na me pytania. Mówił bezładnie, 
zacinał  się  co  chwila.  Był  jezdnym  w  artylerii,  do  akcji  weszli  dopiero  około  siódmej.  Opowiadano,  Ŝe 
pierwszy oddział Marsjan - posuwał się powoli pod osłoną metalowej tarczy w kierunku drugiego walca. 
Tarcza  ta,  ustawiona  później  na  trójnogu,  stała  się  pierwszą  machiną  bojową,  którą  zresztą  i  ja  potem 
widziałem.  Działo,  przy  którym  był  jezdnym,  odprzodkowano  niedaleko  Horsell,  aby  panować  nad 
Ŝ

wirowiskiem.  Przybycie  artylerii  przyśpieszyło  działania.  Gdy  jezdni  odprowadzali  przodek,  jego  koń 

potknął  się  i  upadł  zrzucając  go  w  jakąś  rozpadlinę.  Równocześnie  działo  pękło,  amunicja  wybuchła, 
wszystko, dokoła stanęło w płomieniach, a on znalazł się pod stosem martwych, zwęglonych ludzi i koni. 
-  LeŜałem  bez  ruchu  -  mówił  -  nieprzytomny  ze  strachu,  przyciśnięty  zadem  końskim.  Zmietli  nas!  A  ten 
smród  -  dobry  BoŜe!  Jak  przypalone  mięso!  Plecy  bolały  mnie  po  upadku,  leŜałem  więc  czekając,  aŜ  ból 
przejdzie. Przed chwilą wszystko było jak na paradzie i raptem koniec! Zmietli nas! - wykrzyknął. 
Długo  leŜał  pod  martwym  koniem,  od  czasu  do  czasu  tylko  wyglądając  w  pole.  Piechurzy  próbowali 
atakować jamę tyralierą, po to tylko, by zginąć. Potem potwór zaczął przechadzać się po Ŝwirowisku, między 
uciekającymi,  kręcąc podobnym do  głowy kapturem, zupełnie jak rozglądający się człowiek. W czymś, co 
przypominało  rękę,  trzymał  siejącą  zielonymi  iskrami,  metalową,  skomplikowanej  budowy  skrzynkę 
opatrzoną tubą, z której raził Snop Gorąca. 
Starczyło  kilka  chwili  by  na  polu  nie  pozostało  nic  Ŝywego,  przynajmniej  w  zasięgu  wzroku  Ŝołnierza,  a 
reszta nie zmienionych jeszcze dotąd w czarne, osmalone szkielety drzew i krzewów stanęła w płomieniach. 
Huzarów ukrytych za wyniosłością terenu nie widział. Przez krótką chwilę słyszał grzechot maxima, potem i 
to  ucichło.  Olbrzym  do  ostatka  oszczędzał  dworzec  w  Woking  i  przyległe  doń,  domy,  potem  jednak 
skierował  Snop  na  miasteczko.  Pozostały  zeń  tylko  ruiny.  Wtedy  potwór  wyłączył  Snop,  zwrócił  się  do 
artylerzysty tyłem i naszył w stronę dymiących lasów, gdzie leŜał drugi walec. Równocześnie z jamy wyłonił 
się następny tytan. 
Gdy  i  ten  podąŜył  w  ślad  za  pierwszym,  artylerzysta  począł  czołgać  się  ostroŜnie  polem,  przez  gorące 
jeszcze popieliska wrzosów, do Horsell. Udało mu się dotrzeć do przydroŜnego rowu i ujść nim do Woking. 
Dalsza jego opowieść pełna była wykrzykników. O przejściu przed miasteczko nie było mowy. Zachowała 
się  tam,  być  moŜe,  garstka  Ŝyjących,  ale  byli  to  bez  wątpienia  ludzie  bądź  obłąkani  ze  strachu,  bądź  teŜ 
straszliwie  poparzeni.  Widząc,  iŜ  jeden  z  Marsjan  -  powraca  Ŝołnierz  ukrył  się  za  dymiącymi  ruinami 
jakiegoś muru. Stamtąd widział, jak gigant dopędziwszy człowieka schwycił go w jedną ze swych stalowych 
macek  i  zmiaŜdŜył  o  pień  sosny.  Po  zapadnięciu  mroku  artylerzysta  skoczył  ku  nasypowi  kolejowemu  i 
przebiegł na drugą stronę. 
Przemykał  się  następnie  do  Maybury  w  nadziei,  iŜ  idąc  w  kierunku  Londynu  uniknie  niebezpieczeństwa 
Ludzie kryli się po piwnicach i rowach, a większość tych, co uszli z Ŝyciem, wędrowała do Send i Woking. 
Męczyło go pragnienie, dopóki nie natrafił na rozbitą pompę kolejową tryskającą strumieniem wody aŜ na 
gościniec. 
Taką to wydobyłem z niego, słowo po słowie, historię. Opowiadanie o wszystkim, co widział, uspokoiło go 
nieco.  Od  ubiegłego  popołudnia,  jak  mówił,  nie  miał  nic  w  ustach,  poszedłem  więc  do  spiŜarni,  skąd 
przyniosłem trochę baraniny i chleba. Bojąc się zwabić Marsjan nie paliliśmy lampy, toteŜ ręce nasze często 
stykały  się  nad  talerzem.  W  miarę  jak  mówił,  wyłaniały  się  z  ciemności  otaczające  nas  przedmioty,  a 
podeptane  krzewy  i  połamane  krzaki  róŜ  za  oknem  stawały  się  coraz  widoczniejsze.  Wyglądało  to,  jakby 
przez ogród przewaliła się czereda ludzi czy zwierząt. Coraz wyraźniej teŜ widziałem poczerniałą, posępną, 
niewiele zapewne róŜniącą się od mojej, twarz Ŝołnierza. 
Zakończywszy posiłek wspięliśmy się wolniutko na piętro, do gabinetu, by dalej patrzeć przez okno. Dolina 
nasza  w  ciągu  jednej  nocy  zmieniła  się  w  popielisko.  PoŜary  dogasały.  Tam  gdzie  niedawno  szalały 
płomienie,  teraz  wzbijały  się  smugi  dymu;  bezlitosne  światło  poranka  obnaŜało  osłonięte  dotąd  mrokiem 
nocy  straszliwe,  odpychające  w  swej  grozie,  nieprzeliczone  ruiny  zburzonych  domów  i  szkielety 
zwęglonych,  sczerniałych  drzew.  Gdzieniegdzie  widniały,  jakby  cudem  ocalałe,  jakiś  semafor  na  torach, 
jakaś altanka w ogrodzie - jasne i Ŝywe pośród zagłady. Nigdy dotąd w dziejach wojen zniszczenie nie było 

background image

 

20 

tak  zupełne,  tak  powszechne.  A  koło  jamy,  pobłyskując  w  promieniach  wschodzącego  słońca,  stali  trzej 
metalowi olbrzymi i kręcąc kapturami przyglądali się dokonanym spustoszeniom. 
Wydawało  mi  się,  Ŝe  jama  została  powiększona.  W  niebo  biły  z  niej  co  chwila,  unosiły  się  wirując  i 
rozpływały w przestworzach kłęby jaskrawozielonej pary. 
Widniejące  w  oddali,  w  Cobham,  słupy  płomieni  zmieniły  się  za  pierwszym  dotknięciem  dnia  w  słupy 
krwawego dymu. 
 

Co widziałem z zagłady Weybridge i Sheppertonu 

 
Ś

wiat  zdawał  się  zbyt  jasny,  toteŜ  zaprzestaliśmy  podglądania  Marsjan,  opuściliśmy  okno  i  zeszliśmy 

cichutko na dół. 
Artylerzysta  przyznał  mi  rację,  iŜ  dom  nie  jest  bezpiecznym  schronieniem.  Chciał iść  dalej, jak  mówił,  na 
Londyn,  do  swojej  baterii  Dwunastej  konnej.  Mój  plan,  powstały  pod  przemoŜnym  wraŜeniem  potęgi 
Marsjan,  polegał  na  niezwłocznym  powrocie  do  Leatherhead  po  Ŝonę,  zabraniu  jej  do  Newhaven  i 
opuszczeniu kraju. Pojąłem juŜ bowiem zupełnie jasno, iŜ okolice Londynu muszą stać się, zanim straszliwe 
te istoty nie zostaną zgładzone, polem okrutnych walk. 
Pomiędzy mną wszakŜe a Leatherhead leŜał pilnowany przez olbrzymów trzeci walec. Myślę, iŜ będąc sam 
próbowałbym szczęścia i poszedł na przełaj. Artylerzysta jednak powstrzymał mnie od tego. Dla kochającej 
Ŝ

ony, tłumaczył mi, to Ŝadna przyjemność zostać wdową. Ostatecznie ustąpiłem i postanowiliśmy iść razem, 

pod osłoną lasu, na północ, do Street Cobham. Stamtąd dopiero miałem udać się zataczając wielki krąg przez 
Epsom do Leatherhead. 
Byłbym wyruszył bez zwłoki, towarzysz mój jednak, zawodowy wojskowy, znał się na tym lepiej ode mnie. 
Musiałem  przetrząsnąć  cały  dom,  aby  znaleźć  manierkę  i  napełnić  ją  whisky.  Kieszenie  wypchaliśmy 
sucharami i pokrojonym w plasterki mięsem. Wtedy dopiero wymknęliśmy się z domu i popędziliśmy co sił 
tą samą kiepską drogą, którą przyszedłem wczorajszej nocy. Domy wydawały się opuszczone. No gościńcu 
natknęliśmy  się  na  trzy  zbite  w  ciasną  gromadkę  zwęglone  ciała,  niewątpliwie  ofiary  Gorącego  Snopa. 
Gdzieniegdzie  poniewierały  się  pogubione  przez  uciekających  drobiazgi,  jakiś  zegarek,  jakiś  pojedynczy 
pantofel, jakaś srebrna łyŜka i tym podobne kosztowności. Na zakręcie do poczty stał okulawiony na trzech 
kołach,  zapchany  gratami  wózek.  Pośród  rozrzuconych  dokoła  szczątków  leŜała  rozbita  w  pośpiechu 
skarbonka. 
Z wyjątkiem wciąŜ jeszcze płonącego sierocińca Ŝaden z pobliskich domów nie ucierpiał wiele. Snop zgolił 
tylko  kominy  i  przemknął  dalej.  Mimo  to  wydawało  się,  Ŝe  w  owym  Maybury  nie  ma  prócz  nas  Ŝywego 
ducha.  Większość  mieszkańców  uszła,  jak  sądziłem,  drogą  na  Stare  Woking,  tą  samą,  którą  jechaliśmy 
wczoraj do Leatherhead. A moŜe ukrywała się gdzieś w pobliŜu. 
Schodząc  łąką  po  stoku  minęliśmy  ciało  męŜczyzny  w  czarnym  przemokłym  od  nocnej  ulewy  ubraniu  i  u 
podnóŜa  wzgórka  weszliśmy  w  las.  Lasem,  nie  napotykając  nikogo,  podąŜaliśmy  ku  linii  kolejowej.  Po 
drugiej  stronie  toru  ciągnęły  się  czarne  zgliszcza.  Większość  drzew  leŜała  pokotem,  gdzieniegdzie  tylko 
sterczały szare pnie z kikutami konarów pokrytych zwęglonym ciemnobrązowym listowiem. 
Po naszej stronie poŜarowi nie udało się rozszerzyć, osmalony był sam tylko skraj lasu. W pobliŜu niedawno, 
widocznie  w  sobotę  jeszcze,  pracowali  drwale.  Na  polanie  obok  kupy  trocin  i  wielkiej  mechanicznej  piły 
leŜały świeŜo zrąbane i pocięte klocki. TuŜ przy nich stał nieduŜy pusty barak. Ranek był dziwnie cichy, bez 
tchnienia  wiatru.  Nawet  ptaki  przycichły,  my  zaś,  krocząc  Ŝ  pośpiechem,  takŜe  rozmawialiśmy  tylko 
szeptem. Oglądaliśmy się co chwila, parę razy przystawaliśmy nasłuchując. 
Po pewnym czasie, gdy zbliŜaliśmy się juŜ do gościńca, doszedł nas stamtąd tupot kopyt końskich. Poprzez 
rozchylone gałęzie ujrzeliśmy jadącą powoli w kierunku Woking trójkę kawalerzystów. 
Zawołaliśmy  na  nich,  a  kiedy  przystanęli,  pośpieszyliśmy  na  drogę.  Byli  to  porucznik  i  dwaj  huzarzy  z 
ósmego  pułku.  Wieźli  z  sobą  podobny  do  teodolitu  przyrząd  na  statywie.  Artylerzysta  wyjaśnił  mi,  Ŝe  to 
heliograf. 
- Pierwsi spotkani na tej drodze od rana ludzie! - wykrzyknął porucznik 
- Co się tu dzieje? 
Minę  i  głos  bardzo  miał  przejęte.  Stojący  za  nim  Ŝołnierze  przyglądali  się  nam  ciekawie.  Artylerzysta 
przeskoczył przez równa drogę i zasalutował. 
-  Melduję  posłusznie,  panie  poruczniku,  w  nocy  rozbito  nam  działo.  Ukrywałem  się.  Próbuję  odnaleźć 
baterię. Jadąc dalej tą drogą natknie się pan o pół mili stąd na Marsjan. 
- A cóŜ to znów za diabły? 
-  Melduję  posłusznie,  opancerzone  olbrzymy.  Wysokość  sto  stóp.  Trzy  nogi.  Ciało  aluminiowe.  Ogromne 
głowy w kapturach. 

background image

 

21 

- Nie wygłupiajcie się! - zawołał porucznik. - Co za przeklęte bzdury! 
- Przekona się pan porucznik. Mają teŜ skrzynki, z których strzelają ogniem. 
- Chyba armaty? 
- Nie, panie poruczniku - tu artylerzysta począł Ŝywo opisywać Snop Gorąca. 
Nie dając mu dokończyć porucznik zwrócił się do mnie. Dotychczas stałem na skraju drogi bez słowa. 
- Pan teŜ ich widział? - zapytał. 
- Opis jak najzupełniej dokładny - odparłem. 
-  Tak  -  zakonkludował  porucznik.  -  Myślę,  Ŝe  i  ja  powinienem  to  zobaczyć.  A  wy  -  tu  spojrzał  na 
artylerzystę  -  idźcie  najlepiej  zameldować  się  u  dowódcy  brygady,  generała  Marvina,  i  powtórzcie  mu  to 
wszystko. My mamy rozkaz usuwać ludzi z domów. Generał jest w Weybridge. Znacie drogę? 
- Ja znam - odezwałem się, po czym oficer zawrócił konia na południe. 
- Pół mili, mówicie? - rzucił. 
- Co najwyŜej - odparłem wskazując wierzchołki drzew na południe. 
Podziękował i ruszyli drogą. Więcej ich nie widzieliśmy. 
Nieco dalej natknęliśmy się na trzy kobiety z dwojgiem dzieci zajęte wynoszeniem rzeczy z chałupy. Ręczny 
wózek pełen był ubogich sprzętów i brudnych węzełków. Kobiety tak były zajęte, Ŝe nie miały nawet czasu, 
by z nami rozmawiać. 
Z  lasu  wyszliśmy  niedaleko  dworca  w  Byfleet.  Cała ta  okolica,  skąpana  w  promieniach  porannego  słońca, 
cicha była i spokojna. Snop Gorąca nie sięgał aŜ tutaj, toteŜ gdyby nie milcząca pustka wielu domów, gdyby 
nie wybuchający gdzieniegdzie zgiełk i gwar pakowania się, gdyby nie oddział Ŝołnierzy rozstawionych na 
moście kolejowym i spoglądających na Woking, byłaby to najzwyczajniejsza letnia niedziela. 
Do Addlestone ciągnął gościńcem szereg skrzypiących wozów i bryczek. Ujrzeliśmy na drugim krańcu łąki 
sześć  armat,  dwunastofuntówek,  ustawionych  w  jednakowych  odstępach  i  wymierzonych  w  Woking.  Przy 
armatach stała obsługa, czekały w pogotowiu bojowym jaszcze. Ludzie wyglądali jak na paradzie. 
- To rozumiem! - zawołałem. - Ci na pewno oddadzą choć jeden celny strzał. 
Artylerzysta zawahał się. - Idą dalej - mruknął. 
BliŜej Weybridge, tuŜ przy moście, gromada Ŝołnierzy w białych roboczych drelichach sypała długi szaniec, 
za którym widniały liczne działa. 
- Łuki i strzały przeciwko piorunom - powiedział artylerzysta. - Nie widzieli jeszcze ognistego promienia! 
Wolni  od  pracy  przy  szańcu  oficerowie  wypatrywali  czegoś  ponad  drzewami,  a  sypiący  go  Ŝołnierze 
przerywali co chwila robotę, aby teŜ rzucić okiem w południową stronę. 
Zamieszanie  w  Byfleet  panowało  niewiarygodne:  Ludzie  pakowali  się;  a  huzarzy,  jedni  wierzchem,  inni 
pieszo, popędzali ich beŜ wytchnienia. Na wiejskiej uliczce ładowano w pośpiechu, prócz innych pojazdów, 
trzy  czy  cztery  ambulanse  oznaczone  krzyŜami  na  białych  polach  i  stary  omnibus.  Wszędzie  uwijały  się 
grupki  odświętnie  odzianych  ludzi.  śołnierzom  z  największym  trudem  udawało  się  wyjaśnić  im  powagę 
sytuacji. 
Jakiś  staruszek  chciał  zabrać  ogromną  skrzynię  pełną  doniczek  z  orchideami  i  wykłócał  się  ząb  za  ząb  z 
usiłującym mu to wyperswadować kapralem. 
- Wie pan, co stamtąd nadchodzi? - krzyknąłem wskazując przesłaniające Marsjan drzewa. 
- Hę? - odparł zwracając się ku mnie. - Toć tłumaczę, Ŝe to drogie rzeczy. . 
- Śmierć! - wrzasnąłem. - Śmierć nadchodzi! Śmierć! - i pozostawiwszy go głowiącego się nad tymi słowami 
pośpieszyłem  za  artylerzystą.  Na  zakręcie  obejrzałem  się.  śołnierz  odszedł,  a  staruszek  stał  przy  swej 
skrzynce i gapił się na dalekie drzewa. 
Nikt  w  całym  Weybridge  nie  potrafił  nas  objaśnić,  gdzie  mieści  się  kwaterą  główna:  takiego  bałaganu  nie 
widziałem jeszcze, jak Ŝyję, w Ŝadnym miasteczku. Wszędzie pełno było bryk, wozów, przedziwnej jakiejś 
mieszaniny pojazdów i koni. Pięknie odziane damy i szacowni obywatele miasta w golfowych wioślarskich 
strojach pakowali się na gwałt przy energicznej pomocy rozmaitych próŜniaków. Dzieciaki były podniecone 
i raczej zachwycone tą niezwykłą odmianą w coniedzielnej nudzie. 
A pośród całego tego zgiełku i tumultu dzielny jakiś pastor odprawiał wczesne naboŜeństwo zwołując na nie 
wiernych przeraźliwą sygnaturką. 
Przysiedliśmy z moim artylerzystą na stopniach studni, by posilić się nieco zapasami. Patrole wojskowe, tym 
razem  nie  huzarzy,  lecz  biało  odziani  grenadierzy,  ostrzegały  ludność,  aby  w  razie  strzelaniny  kryć  się 
natychmiast  po  piwnicach  albo  niezwłocznie  opuszczać  mieścinę.  Mijając  most  kolejowy  ujrzeliśmy  na 
dworcu tłum ludzi i perony zawalone walizami i tobołami. Normalny ruch prawdopodobnie wstrzymano, aby 
przepuścić transporty wojska do Chertsey. Dopiero później dowiedziałem się o dzikich walkach o miejsca w 
pociągu specjalnym, podstawionym po długim oczekiwaniu. 

background image

 

22 

W  Weybrigde  pozostaliśmy  do  południa,  a  wkrótce  potem  znaleźliśmy  się  koło  przystani  Shepperton,  w 
miejscu  gdzie  Wey  wpada  do  Tamizy.  Zatrzymaliśmy  się  tam  nieco  dłuŜej  pomagając  dwu  starowinom 
załadować  rzeczy  na  wózek.  Ujście  Wey  składa  się  z  trzech  koryt,  przez  rzekę  kursuje  prom,  jest  tam  teŜ 
przystań  i  wynajem  łódek.  Na  brzegu  od  strony  Sheppertonu  stała  wówczas  oberŜa  okolona  rozległym 
trawnikiem,  nieco  głębiej  zaś  -  kościół  z  wieŜą  (odbudowano  ją  potem  bardziej  strzelistą)  wznoszącą  się 
wysoko ponad drzewa. 
Zastaliśmy tam podniecony i hałaśliwy tłum uciekinierów. Wprawdzie ucieczka nie była jeszcze paniczna, 
tyle  jednak  zebrało  się  tutaj  ludzi,  Ŝe  nie  zdołałyby  ich  przewieźć  wszystkie  łodzie  z  całej  rzeki  razem 
wzięte.  A  wciąŜ  jeszcze  napływały  nowe,  zadyszane,  obładowane  tobołami  gromady.  Jakieś  małŜeństwo 
niosło  dobytek  ułoŜony  na  zdjętych  z  zawiasów  drzwiach  domku.  Ktoś  udowadniał,  Ŝe  łatwiej  będzie 
wyjechać z Sheppertonu pociągiem. 
Hałasu  było  tu  co  niemiara,  a  jakiś  facet  próbował  nawet  kpić  i  dworować.  Najwidoczniej  cały  ten  tłum 
wyobraŜał  sobie  Marsjan  jako  ludzi  groźnych  wprawdzie,  którzy  mogą  napaść  i  zrabować  miasteczka  i 
wioski,  ale  którzy  wcześniej  czy  później  nie  unikną  zagłady.  Wzrok  wszystkich  zwracał  się  co  chwila  ku 
łąkom za Wey, ciągnącym się aŜ po Chertsey, lecz panował tam zupełny spokój. 
W przeciwieństwie do wybrzeŜa po stronie Surrey, na przeciwległym brzegu Tamizy, z wyjątkiem miejsca 
gdzie  przybijają  łodzie,  cicho  było  i  spokojnie.  Lądujący  rozchodzili  się  w  pośpiechu  polnymi  droŜynami. 
Akurat wielki prom dobijał do brzegu. Kilku stojących na trawniku koło oberŜy Ŝołnierzy pokpiwało sobie z 
uciekinierów nie udzielając im pomocy. OberŜa, jak zwykle w niedzielę, była zamknięta. 
- Co to? - krzyknął przewoźnik. 
- Stul pysk, przeklęty!- zawołał ktoś do ujadającego niedaleko nas psa. Od Chertsey rozległ się głuchy huk, 
odgłos strzału armatniego. 
Walka  rozpoczęła  się.  Niemal  natychmiast  zaczęły  przyłączać  się  do  chóru,  strzelając  co  sił,  jedna  po 
drugiej,  niewidoczne,  ukryte  bardziej  na  prawo,  za  porastającymi  przeciwległy  brzeg  drzewami,  baterie. 
Któraś  kobieta  krzyknęła.  Tłum  stał  nieporuszony,  wsłuchany  w  nagły  zgiełk  tak  bliskiej,  a  przecieŜ 
niewidocznej bitwy. Dostrzec moŜna było tylko płaskie łąki, krowy skubiące trawę i srebrzyste, nieruchome 
w upalnym słońcu płaczące wierzby. 
- Chyba ich wojsko zatrzyma - odezwała się z powątpiewaniem stojąca koło mnie paniusia. Nad drzewami 
unosiła się leciutka mgiełka. 
Nagle daleko w górze rzeki ujrzeliśmy chmurę dymu, która kłębiła się i szła wciąŜ wyŜej i wyŜej, aŜ zawisła 
wysoko w nieruchomym powietrzu. Potem ziemia zadrŜała pod nogami i powietrzem targnął głośny wybuch 
wybijając szyby w oknach i ogłuszając nas na długą chwilę. 
- JuŜ tu są! - wrzasnął jakiś człek w błękitnej koszuli. - Tam! Widzicie ich? Tam! 
W  oddali  spoza  drzew  ukazał  się  nagle  jeden,  drugi,  trzeci,  czwarty  Marsjanin.  Gnali  ciągnącymi  się  od 
Chertsey  polami  ku  rzece.  Z  dala  wyglądali  jak  niewielkie  zakapturzone  figurki  mknące  posuwistym, 
szybkim  jak  lot  ptaków  ruchem.  Potem  pojawił  się  piąty.  Pędził  na  przełaj,  wprost  na  nas.  Szli-na  działa. 
Lśniły w słońcu metalowe cielska rosnących z kaŜdym krokiem potworów. Najodleglejszy, ostatni w lewo, 
wymachiwał wzniesioną wysoko skrzynką i nagle upiorny, straszliwy Snop Gorąca, tak dobrze znany mi od 
piątku, pomknął ku Chertsey i uderzył w nieszczęsne miasteczko. 
Wydawało  się,  Ŝe  widok  tych  przedziwnych,  okropnych  istot  poraził  na  chwilę  zebrany  nad  rzeką  tłum. 
Zapanowała zupełna cisza, nikt nie krzyknął, nikt nie jęknął. Potem rozległ się ochrypły pomruk, tupot setek 
nóg i plusk wody. Jakiś męŜczyzna, zbyt wystraszony, by rzucić trzymaną na ramieniu walizę, odwrócił się i 
wyrŜnął  mnie  nią  tak  mocno,  aŜ  się  zatoczyłem.  Biegnąca  ku  rzece  kobieta  popchnęła  mnie  z 
niespodziewaną  siłą.  Ja  teŜ  rzuciłem  się  wraz  z  tłumem  do  ucieczki,  mimo  przeraŜenia  jednak  nie 
przestawałem  myśleć.  Ani na  chwilę  nie  zapominałem  o  Snopie  Gorąca!  Ukryć  się  pod  wodą!  Oto jedyny 
ratunek! 
- Kryć się pod wodą! - ryknąłem. . Rozejrzałem się i popędziłem na spotkanie nadchodzącego Marsjanina, 
prosto ku piaszczystej zatoce i do wody. Inni uczynili to samo. Gdy biegłem, obok z zawracającej do brzegu 
łodzi, wyskakiwali ludzie. Kamienie na dnie oślizłe były i zamulone, woda zaś tak płytka, Ŝe chcąc zagłębić 
się do pasa, musiałem odbiec ze dwadzieścia kroków od brzegu. Kiedy olbrzymia postać Marsjanina była o 
paręset  juŜ  tylko  jardów  ode  mnie  dałem  nurka.  Plusk,  z  jakim  ludzie  wyskakiwali  z  łodzi,  grzmiał  mi  w 
uszach z siłą piorunów. Ludzie z pośpiechu lądowali po obu stronach rzeki. 
Marsjanin nie zwracał chwilowo uwagi na uwijających się w popłochu ludzi, jak człowiek nie zwraca uwagi 
na  mrówki  krzątające  się  wokół  kopniętego  przypadkiem  mrowiska.  Gdy  wytknąłem  nareszcie,  na  pół 
uduszony,  głowę  z  wody,  kaptur  Marsjanina  patrzył  ku  strzelającym  jeszcze  zza  rzeki  bateriom.  Potem 
olbrzym ruszył dalej wymachując w takt kroków zbiornikiem gorąca. 

background image

 

23 

Po  chwili  był  juŜ  nad  rzeką  i  począł  brnąć  przez  wodę.  Wychodząc  na  przeciwległy  brzeg  przyklęknął  na 
chwilę,  natychmiast  jednak  powstał  i  ruszył  ku  Sheppertonowi.  Równocześnie  wypaliło  sześć  ukrytych 
wśród podmiejskich domków armat. Niespodziane, bliskie, następujące szybko po sobie wybuchy przeraziły 
mnie. Potwór unosił właśnie skrzynię ze Snopem, gdy o kilka stóp od kaptura rozerwał się granat. 
Wydałem  okrzyk  zdumienia:  Nie  parzyłem  juŜ  na  tamtych  czterech,  nie  myślałem  o  nich,  całą  uwagę 
skupiłem na najbliŜszym. Dwa następne pociski wybuchły tuŜ koło metalowego cielska, a czwarty rąbnął w 
usiłujący uniknąć go obrotem kaptur. Kaptur pękł, błysnął i rozleciał się w kawałki sypiąc wkoło odłamkami 
metalu i krwawymi strzępami mięsa. 
- Trafili! - krzyknąłem z zachwytem. 
Odpowiedziały mi okrzyki radości. W podnieceniu omal nie wyskoczyłem na brzeg. 
Pozbawiony  głowy  kolos  zataczał  się  jak  pijany;  nie  przewrócił  się  jednak.  Cudem  niemal  zachował 
równowagę,  ale  nie  panując  nad  ruchami  pomykał  ze  wzniesionym  w  górę  zbiornikiem  gorąca  ku 
Sheppertonowi.  śywa  inteligencja,  zamknięty  w  kapturze  Marsjanin,  została  zgładzona,  rozprysła  się  na 
cztery  wiatry  i  potwór  był  juŜ  tylko  metalowym  mechanizmem  sunącym  ku  nieuchronnej  zagładzie.  Nie 
kierowany przez nikogo pędził wprost przed siebie. Uderzył jak taran w wieŜę kościelną, zdruzgotał ją jak 
szklaną zabawkę, skręcił w bok, potknął się i ginąc z oczu runął w rzekę z potęŜnym łoskotem. 
Gwałtowny wybuch wstrząsnął powietrzem. W niebo strzelił słup wody, pary, błota i odłamków metalu. To 
komora  ze  Snopem  dotknęła  wody  zmieniając  ją  niepowstrzymanie  w  parę.  Rzeką  runęła  jak  wrzący 
błotnisty przypływ potęŜna fala. Widziałem ludzi uciekających na brzegi, zewsząd rozlegały się jęki i krzyki 
zagłuszane sykiem i zgiełkiem upadku Marsjanina. 
Nie  zwracając  uwagi  na  gorąco,  stłumiwszy  instynkt  samozachowawczy  przepychałem  się  wśród 
uciekających, pędziłem z pluskiem przez nadbiegające fale w górę rzeki, do zakrętu, chcąc ujrzeć, co się tam 
dzieje.  Kilka  porzuconych  łódek  obijało  się  bez  celu  po  wzburzonych  falach.  Wreszcie  zobaczyłem 
Marsjanina. LeŜał w poprzek koryta, zupełnie niemal zatopiony. 
Nad  szczątkami  unosiły  się  gęste  obłoki  pary.  Widać  przez  nie  było,  jak  olbrzymie  członki  młócą  w 
nieustannych  drgawkach  wodę,  jak  rozpryskują  w  powietrzu  błotnistą  pianę.  Macki  niby  Ŝywe  ramiona  to 
splatały się konwulsyjnie, to rozplatały i  gdyby nie bezradna jałowość tych ruchów wydawałoby się, Ŝe to 
ś

miertelnie zraniona istota walczy z falami o Ŝycie. Z machiny tryskały z głośnym sykiem olbrzymie strugi 

rdzawobrązowej cieczy. 
Od  widoku  tego  odwróciły  mą  uwagę  wściekłe  ryki  przypominające  dźwięki  rozpowszechnionych  w 
przemysłowych  miastach syren fabrycznych. Jakiś jegomość stojący tuŜ przy brzegu, po  kolana w wodzie, 
krzyczał coś do mnie pokazując palcem w tył, poza mnie. Odwróciłem się i ujrzałem sadzących ogromnymi 
susami  brzegiem,  od  Chertsey,  Marsjan.  Z  Sheppertonu  znów  odezwały  się  działa,  tym  jednak  razem  bez 
skutku. 
Na ten widok dałem nurka i płynąłem pod wodą wstrzymując oddech dopóty, dopóki kaŜdy ruch nie stał się 
męką. Woda dokoła burzyła się coraz gwałtowniej, temperatura rosła błyskawicznie. 
Gdy wynurzyłem się na chwilę, by zaczerpnąć tchu, i przetarłem oczy białe kłęby pary przesłoniły Marsjan 
niemal  całkowicie.  Hałas  panował  ogłuszający.  Wreszcie  ujrzałem  niewyraźnie  ogromne,  bo  powiększone 
jeszcze  przez  mgłę,  szare  postacie.  Minęły  mnie,  po  czym  dwie  nachyliły  się  nad  parującymi  szczątkami 
towarzysza. 
Dwie pozostałe stanęły koło nich, w wodzie, jedna o dwieście mniej więcej jardów od mnie, druga bliŜej ku 
Laleham. Wzniesione wysoko zbiorniki ze Snopem Gorąca siały z sykiem śmiercionośne promienie. 
Powietrze  pełne  było  wrzawy,  ogłuszającej  mieszaniny  skłóconych  ze  sobą  hałasów;  podobnych  do  głosu 
trąb,  ryków  Marsjan,  łoskotu  walących  się  domów,  trzasku  płonących  drzew,  płotów  i  zabudowań.  Gęsty, 
czarny dym łączył się z bijącą z rzeki parą, w Weybridge zaś miejsca dotknięte Snopem łyskały oślepiającą 
białością i w jednej chwili zmieniały się w dymiące, roztańczone płomienie. Pobliskie domy wciąŜ jeszcze 
stały  nietknięte,  wyczekując  swego  losu.  Przesłaniały  je  drŜące,  blade  obłoczki  pary,  oświetlały  buzujące 
poŜary. 
Dysząc cięŜko, stałem chwilę po pierś we wrzącej niemal wodzie, oszołomiony beznadziejnością połoŜenia, 
pewny nieuchronnej zguby. Poprzez opary widziałem ludzi uchodzących na brzeg i przezierających się przez 
gęstwę trzcin, na podobieństwo Ŝab przeraŜonych zbliŜaniem się człowieka. 
Nagle biała smuga Snopa poczęła pomykać w mą stronę. Pod jej dotknięciem z domów tryskały płomienie, 
drzewa  stawały  w  ogniu.  Przejechała  po  brzegu  w  jedną  stronę,  potem  w  drugą,  zlizując  uciekających,  i 
dotknęła rzeki niespełna pięćdziesiąt kroków ode mnie. Musnęła wodę przesuwając się od brzegu do brzegu, 
a śladem jej pobiegło białe pasmo wrzącej, buchającej parą piany. Skoczyłem ku brzegowi. 
Uszedłem  parę  zaledwie  kroków,  gdy  runęła  na  mnie  potęŜna,  wrząca  niemal  fala.  Wrzasnąłem 
nieprzytomnie  i  poparzony,  na  pół  oślepiony,  czując,  Ŝe  ginę,  zataczając  się  wśród  syczącej,  rwącej  wody 

background image

 

24 

przedzierałem się resztkami sił ku brzegowi. Gdybym potknął się-byłby to koniec. Nie potknąłem się jednak. 
Upadłem  wyczerpany  na  szerokiej,  piaszczystej łasze,  przy  samym  ujściu Wey  do Tamizy,  tuŜ  pod  nosem 
nadchodzących Marsjan. Byłem pewien, Ŝe czeka mnie śmierć.  
Jak przez mgłę pamiętam ogromną stopę Marsjanina. Wparła się w ziemię o kilkanaście zaledwie jardów od 
mej głowy, rozrzucając na wszystkie strony piach, po czym znów uniosła się w górę. Pamiętam długą, pełną 
niepewności  chwilę  wyczekiwania,  a  potem  widok,  to  wyraźny,  to  przesłonięty  welonem  dymu,  czterech 
kolosów  dźwigających  szczątki  zgładzonego  towarzysza.  Uchodziły  one  nieskończenie  wolno,  jak  mi  się 
zdawało,  przez  rzekę  i  dalej,  nadbrzeŜnymi  łęgami.  Dopiero  wtedy  zacząłem  pojmować  coraz  jaśniej,  Ŝe 
chyba cudem jakimś - ocalałem. 
 

Jak spotkałem się z wikarym 

 
Po tej niespodzianej lekcji naszej potęgi, udzielonej przez ziemską broń, Marsjanie wycofali się na pola pod 
Horsell;  do  swych  wyjściowych  pozycji;  Ŝe  zaś  odchodzili  w  pośpiechu  i  do  tego  obciąŜeni  szczątkami 
powalonego  kompana  -  przeoczyli  niewątpliwie  wielu  takich  rozsianych  w  pojedynkę  rozbitków  jak  ja. 
Gdyby  nie  zajmowali  się  wówczas  swym  towarzyszem,  lecz  atakowali  dalej,  to  nieliczne  baterie  broniące 
dostępu  do  Londynu  nie  byłyby  w  stanie  ich  powstrzymać  i  stanęliby  w  stolicy  wcześniej  niŜ  wieść  o  ich 
pochodzie.  Byłoby  to  natarcie  tak  nagłe,  straszliwe  i  niszczące,  jak  trzęsienie  ziemi,  które  przed  stu  laty 
zburzyło Lizbonę. 
Nie  śpieszyli  się  jednak.  Poprzez  międzyplanetarne  przestrzenie  mknął  przecieŜ  walec  za  walcem.  KaŜda 
doba  przynosiła  posiłki.  A  tymczasem  nasze  sztaby,  lądowy  i  morski,  znając juŜ  w  pełni  niesłychaną  moc 
wroga  pracowały  z  wściekłą  energią.  Dosłownie  co  minutę  stawało  na  stanowisku  nowe  działo,  tak  Ŝe  o 
zmierzchu z kaŜdego zagłębienia, zza kaŜdego krzaka i domku, ze stoków wzgórz Kingstonu i Richmondu 
wyzierały czujne, choć zamaskowane czarne paszcze armatnie. A przez zwęglone, martwe pola, wszystkiego 
ze-dwadzieścia  moŜe  mil  kwadratowych,  otaczające  obozowiska  Marsjan  w  Horsell,  przez  spalone, 
zrujnowane wioski, między sczerniałymi, zeschłymi kikutami wczoraj jeszcze szumiących drzew przemykali 
się  ofiarni  zwiadowcy  z  heliografami,  które  miały  ostrzegać  artylerzystów  o  kaŜdym  ruchu  Marsjan.  Ci 
jednak  pojęli  juŜ  znakomicie  działanie  naszej  artylerii,  pojęli  niebezpieczeństwo  ludzkiej  bliskości,  toteŜ 
podejść bliŜej niŜ o milę do któregoś z walców moŜna było tylko za cenę Ŝycia. 
Wydaje  się,  Ŝe  wczesnym  popołudniem  olbrzymy  przeniosły  zawartość  drugiego  i  trzeciego  walca  z 
Adlestone  i  Pyrfordu  do  pierwszej  swej  jamy  na  polach  Horsell.  Na  wzniesieniu,  ponad  wypalonymi 
wrzosowiskami i zrujnowanymi budynkami, stanął na warcie jeden, podczas gdy inni opuścili swe machiny 
wojenne i zeszli do jamy. Pracowali tam zawzięcie do późnej nocy. Świadczył o tym piętrzący się nad jamą 
słup  zielonego  dymu  widoczny  wyraźnie  z  pagórków  pod  Merrow,  a  nawet,  jak  mówiono,  z  Banstead, 
Epsom i Downs. 
Podczas  gdy  za  mymi  plecami  Marsjanie  gotowali  się  do  następnego  wypadu,  a  przede  mną  ludzkość 
zbierała  siły  do  walki,  ja  w  niewypowiedzianej  męce,  bólu  i  trudzie  przedzierałem  się  przez  ogień  i  dym 
płonącego Weybridge ku Londynowi. 
Dostrzegłszy  jakieś  porzucone  czółno  płynące  w  dół  rzeki,  zrzuciłem  przemoczone  zwierzchnie  odzienie, 
dotarłem  do  łódki  i  w  ten  sposób  opuściłem  teren  zagłady.  Wioseł  w  czółnie  nie  było,  toteŜ  grzebiąc  w 
wodzie poparzonymi rękami posuwałem się z wielkim tylko trudem do Hallifordu i Waltonu. Oglądałem się 
przy  tym  nieustannie,  co  zresztą  łatwo  chyba  przyjdzie  czytelnikowi  zrozumieć.  Wybrałem  rzekę,  bo 
wiedziałem teraz, Ŝe najwięcej szans ocalenia, gdyby potwory pojawiły się znowu, zapewnia woda. 
Fala wywołana upadkiem Marsjanina tak była gorąca, Ŝe przez większą część pierwszej mili para całkowicie 
przesłaniała  mi  widok  brzegów  rzeki.  Raz  tylko,  przez  krótką  chwilę,  widziałem  czarny  sznur  sylwetek 
uciekających  polami  od  Weybridge.  Halliford,  jak  mi  się  zdawało,  był  całkowicie  opuszczony,  a  szereg 
nadbrzeŜnych  domków  płonęło.  Dziwny  to  był  widok  -  zupełny  spokój,  zupełna  pustka  pod  upalnym, 
błękitnym niebem i tylko dym i płomienie tańczące w popołudniowym skwarze. Nigdy jeszcze nie zdarzyło 
mi  się  widzieć  płonących  domów  bez  zgiełkliwego  tłumu  gapiów:  Nieco  dalej  tliły  się  i  dymiły  suche 
przybrzeŜne szuwary, zaś nie skoszonymi jeszcze łąkami posuwała się niepowstrzymanie w głąb lądu krecha 
ognia. 
Tak byłem obolały i zmordowany gwałtownością przeŜyć, tak straszny panował skwar na rzece, iŜ długi czas 
dawałem  bezwolnie  nieść  się  prądowi.  W  końcu  jednak  strach  przemógł  i  znów  zacząłem  wiosłować.  Na 
dobitek słońce spiekło mi obnaŜone plecy, toteŜ gdy wyłonił się wreszcie zza zakrętu most w Waltonie - upał 
i  wyczerpanie  przemogły  przeraŜenie.  Przybiłem  do  brzegu  i  śmiertelnie  znuŜony  wyciągnąłem  się  wśród 
wysokiej trawy. Była moŜe czwarta, moŜe piąta po południu. Po chwili podniosłem się, uszedłem z pół mili 
nie  spotykając  po  drodze  Ŝywej  duszy  i  znów  ległem,  tym  razem  w  cieniu  Ŝywopłotu.  Pamiętam:  idąc 

background image

 

25 

mówiłem coś półprzytomnie sam do siebie. Okropnie chciało mi się pić i gorzko Ŝałowałem, Ŝe wypiłem tak 
mało  wody.  Ciekawe,  Ŝe  zły  byłem  na  Ŝonę;  nie  potrafię  tego  objaśnić,  lecz  winiłem  ją  za jałowość  mych 
prób powrotu do Leatherhead. 
Duchowny  zjawił  się  prawdopodobnie  w  czasie  mej  drzemki,  gdyŜ  nadejścia  jego  zupełnie  sobie  nie 
przypominam.  Ujrzałem  go  siedzącego  przy  mnie,  w  wybrudzonej  sadzami  bluzie,  z  wygoloną  twarzą 
wzniesioną  w  górę,  zapatrzonego  w  migocące  na  niebie  błyski.  Niebo  pokryte  było  barankami,  kłębkami 
puchowych chmurek zabarwionych leciutkim róŜem letniego zachodu. 
Usiadłem, a ksiądz na odgłos tego ruchu spojrzał pośpiesznie na mnie. 
- Nie ma pan wody? - spytałem krótko. 
Zaprzeczył ruchem głowy. 
- Dopomina się pan o wodę juŜ od godziny - odrzekł. 
Milczeliśmy  przyglądając  się  sobie  badawczo.  Śmiem  twierdzić,  Ŝe  wyglądałem  dość  dziwacznie,  nagi  do 
pasa, w mokrych spodniach i skarpetkach, poparzony, umorusany. Jego zaś twarz była wcieleniem słabości. 
Cofnięta  broda,  kędzierzawe,  lniane  niemal  loki  opadające  na  niskie  czoło,  dość  duŜe  bladoniebieskie  bez 
wyrazu oczy. Mówił urywanie, patrząc gdzieś w bok, w próŜnię. 
- Co to ma znaczyć? - rzekł. - Co to wszystko ma znaczyć? 
Patrzyłem nań bez słowa. 
Wyciągnął białą, wątłą dłoń i zaczął pełnym skargi głosem: 
- Dlaczego pozwala się na to? Za jakie grzechy? Wyszedłem po rannym naboŜeństwie w pole, by odświeŜyć 
nieco  umysł,  i  nagle  ogień,  trzęsienie  ziemi,  śmierć!  Jak  Sodoma  i  Gomora!  Cała  nasza  praca  zniszczona, 
cała praca... Kim są ci Marsjanie? 
- Kim my jesteśmy? - odparłem ochryple. 
Opasał kolana ramionami i znów zwrócił się ku mnie. Długą chwilę patrzał na mnie w milczeniu. 
- Wyszedłem na spacer, by odświeŜyć się nieco - powtórzył - i nagle ogień, trzęsienie ziemi, śmierć! 
Zamilkł,  skłaniając  głowę  tak  nisko,  iŜ  brodą  sięgał  niemal  kolan.  Wtem  począł  wymachiwać  ręką.  -  Cała 
praca,  wszystkie  szkoły...  CóŜeśmy  zawinili?  Co  zawiniło  Weybridge?  Wszystko  zniszczone!  Nic  nie 
zostało! Kościół! Odbudowany trzy lata temu! Nie ma! Zmieciony! Za co? 
Chwila milczenia i znów wybuch - jak u szaleńca. 
- Dymy poŜarów unosić się będą na wieki wieków! - krzyczał. 
Oczy  płonęły  mu,  cienkim  palcem  wskazywał  Weybrigde.  Zacząłem  pojmować.  Straszliwa  tragedia,  jaką 
przeŜył - uszedł najwidoczniej z Weybridge - doprowadziła go niemal do obłędu. 
- Daleko stąd do Sunbury? - zapytałem rzeczowo. 
- I cóŜ mamy czynić? - pytał. - Czy te istoty są wszędzie? Czy całą Ziemię otrzymały we władanie? 
- Daleko stąd do Sunbury? 
- PrzecieŜ dziś rano odprawiałem jeszcze mszę... 
- Od rana zmieniło się wiele rzeczy - odparłem spokojnie. - Proszę się opanować. Nie naleŜy tracić nadziei. 
- Nadziei! 
- Tak. Gorącej nadziei, mimo wszystkich tych zniszczeń! 
Zacząłem  wyjaśniać  swój  pogląd  na  sytuację.  Z  początku  słuchał,  w  miarę  jednak  jak  mówiłem, 
zainteresowanie w jego oczach zmieniało się w poprzednią bezmyślność. Odwrócił wzrok. 
- To początek końca - wykrzyknął nie dając mi dokończyć. - Koniec! „Wielki, straszliwy dzień Pana! I ludy 
wzywać będą pagórki i skały, by spadły na nie i ukryły je... ukryły przed obliczem Tego, który zasiada na 
tronie!”. 
Zacząłem  rozumieć  sytuację.  Zaprzestałem  wypracowanego  rozumowania,  powstałem  i  pochylając  się  nad 
nim oparłem mu dłoń na ramieniu. 
-  Trzeba,  być  męŜczyzną  -  wyrzekłem.  -  Pan  jest  nieprzytomny  ze  strachu.  CóŜ  za  poŜytek  z  religii,  jeśli 
kruszy  się  ona  w  obliczu  nieszczęścia?  Proszę  pomyśleć,  ile  zła  wyrządziły  ludzkości  trzęsienia  ziemi, 
powodzie,  wojny,  wybuchy  wulkanów!  Czy  panu  zdaje  się,  Ŝe  Bóg  ubezpieczył  Weybrigde  od  wypadku? 
Człowieku, Bóg to nie agent ubezpieczeniowy. 
Siedział czas jakiś w bezmyślnym milczeniu. 
- I jakŜe moŜemy ocaleć? - spytał nagle. - Oni są niedosięŜni, oni są bezlitośni... 
- Ani jedno, ani prawdopodobnie drugie- odparłem. - Poza tym im są potęŜniejsi, tym mądrzejsi i ostroŜniejsi 
powinniśmy być my. Jeden z nich zginął, o, tam, niespełna trzy godziny temu. 
- Zginął! - wykrzyknął rozglądając się dokoła. - JakŜe mógł zginąć wysłannik Pana? 
- Widziałem na własne oczy - odparłem. - Przypadkowo wpadliśmy w sam gąszcz wydarzeń... i to wszystko 
- zakończyłem. 
- Co to za iskry na niebie? - zapytał urywanie. 

background image

 

26 

Wyjaśniłem, Ŝe są to sygnały przesyłane heliografami, znaki na niebie wysiłków i pomocy ludzkiej na ziemi. 
-  Jesteśmy  w  samym  środku  -  mówiłem.  -  Choć  teraz  panuje  tu  spokój,  błyski  te  zwiastują  nadchodzącą 
burzę.  Tam,  zdaje  się,  są  Marsjanie,  a  pod  Londynem,  tam  gdzie  widać  pagórki,  koło  Richmondu  i 
Kingstonu, usypano szańce i ustawiono działa. Niedługo Marsjanie znów nadejdą 
Nie skończyłem jeszcze mówić, gdy przerwał mi gestem. - Słyszy pan? - zawołał. 
Spoza  płaskich  pagórków  na  tamtym  brzegu  rzeki  doszedł  nas  głuchy  huk  dalekich  dział  i  odległy 
tajemniczy  krzyk.  Potem  wszystko  ucichło.  Nad  krzakami  przemknął  hucząc  głośno  czarny  trzmiel.  Na 
zachodzie  wysoko  nad  dymami  Weybrigde  i  Sheppertonu,  nad  płomienną  świetnością  gasnącego  słońca 
zawisł na niebie biały, wąski sierp księŜyca. 
- Chodźmy lepiej w tamtą stronę - rzekłem - na północ. 
 

W Londynie 

 
Kiedy Marsjanie lądowali w Woking, młodszy mój brat przebywał w Londynie. Studiował tam medycynę i, 
przygotowując się do bliskich juŜ egzaminów, aŜ do  soboty rano nie słyszał nic o ich przybyciu. Sobotnie 
dzienniki  poranne,  prócz  przydługich  artykułów  na  temat  Marsa,  Ŝycia  na  innych  planetach  i  tak  dalej, 
przyniosły krótką i mgliście sformułowaną, a więc tym bardziej zaskakującą depeszę. 
„Marsjanie  wystraszeni  zbliŜaniem  się  tłumu  uŜyli  szybkostrzelnego  działa  i  zabili  trochę  ludzi”.  Tyle 
mówiła depesza. Kończyła się zaś słowami: „Jakkolwiek Marsjanie wydają się groźni, to jednak nie ruszają 
się  ze  swej  jamy,  co  więcej,  nie  są  chyba  do  tego  zdolni.  Przyczyną  tego  jest  prawdopodobnie  względna 
wielkość  siły  ziemskiego  ciąŜenia”.  Nad  tą  to  właśnie  tezą  komentatorzy  rozwodzili  się  w  artykułach 
redakcyjnych najbardziej optymistycznie.  
Rzecz jasna, zaciekawiło to niesłychanie wszystkich studentów katedry biologii, gdzie tego właśnie dnia brat 
miał  zajęcia,  na  ulicach  jednak  nie  moŜna  było  dostrzec  ani  śladu  jakiegoś  podniecenia.  Wieczorna  prasa 
rozdmuchiwała strzępy wiadomości opatrując je ogromnymi tytułami. Nie mogła jednak podać nic ponad to, 
Ŝ

e na Ŝwirowisko skierowano oddziały wojskowe i Ŝe pomiędzy Woking a Weybrigde wybuchł poŜar lasu. 

Tak było aŜ do ósmej wieczór. Później St. James’ Gazette doniosła w dodatku nadzwyczajnym, ber Ŝadnych 
zresztą  komentarzy,  o  przerwaniu  linii  telegraficznej.  Przypuszczano,  iŜ  walące  się  drzewa  uszkodziły 
przewody. Nocy tej, nocy mojej wyprawy do Leatherhead i powrotu do domu, nie nadeszły juŜ Ŝadne dalsze 
wiadomości o walce. 
Brat nie martwił się o nas wiedząc z prasy, iŜ walec spadł o dobre dwie mile od naszego domku. Postanowił 
jednak skoczyć do nas wieczorem, aby - jak potem mówił - zobaczyć te stwory, zanim zostaną zabite. Około 
czwartej nadał depeszę, która nigdy do mnie nie dotarła, wieczór zaś spędził na koncercie. 
W  noc  sobotnią  nad  Londynem  takŜe  przeszła  nawałnica,  toteŜ  mój  brat  na  dworzec  Waterloo  udał  się 
doroŜką.  Na  peronie,  z  którego  zazwyczaj  odchodzą  nocne  pociągi,  po  dość  długim  wyczekiwaniu 
dowiedział się, Ŝe jakiś wypadek na trasie nie pozwala dostać się tej nocy do Woking. Nie zdołał upewnić 
się, o jaki to wypadek chodziło; prawdę powiedziawszy, władze kolejowe same jeszcze wówczas dobrze nie 
wiedziały,  co  się  tam  stało.  Na  dworcu  nie  było  widać  podniecenia,  gdyŜ  kolejarze,  przypuszczając,  Ŝe 
chodzi  po  prostu  o  zwykłe  uszkodzenie  toru  między  Byfleet  a  Woking,  puszczali  pociągi  idące  normalnie 
przez  Woking  okólną  trasą,  przez  Virginia  Water  lub  przez  Guildford.  Czyniono  takŜe  niezbędne 
przygotowania do zmiany tras wycieczek niedzielnych do Southampton i Portsmouth. Pewien nocny reporter 
jednej  z  gazet,  biorąc  mego  brata  za  zawiadowcę  stacji,  jako  Ŝe  istotnie  był  do  niego  trochę  podobny, 
usiłował  po  długim  czatowaniu  przeprowadzić  z  nim  wywiad.  Mało  kto  prócz  kolejarzy  kojarzył  sobie 
przerwę w ruchu z Marsjanami. 
W  jednym  z  późniejszych  opisów  ówczesnych  wydarzeń  czytałem,  iŜ  w  niedzielę  rano  „cały  Londyn 
zelektryzowany  został  wiadomościami  z  Woking”.  W  rzeczywistości  jednak  nie  działo  się  tam  nic,  co 
mogłoby  usprawiedliwić  to  przesadne  twierdzenie.  Mnóstwo  ludzi  w  Londynie  w  ogóle  nie  słyszało  o 
Marsjanach aŜ do poniedziałkowej paniki. Ci zaś, którzy słyszeli - potrzebowali dość duŜo czasu, by pojąć, 
co  kryło  się  naprawdę  za  pośpiesznymi,  krótkimi  słowami  depesz  w  niedzielnych  dziennikach.  Wszak 
większość mieszkańców Londynu w ogóle nie czyta niedzielnej prasy. 
Co  więcej,  nawyk  osobistego  bezpieczeństwa  tak  głęboko  tkwi  w  świadomości  przeciętnego  londyńczyka, 
zaś zadziwiające informacje w gazetach są rzeczą tak zwykłą, iŜ czytał on bez Ŝadnego niepokoju: „Wczoraj, 
około  siódmej  wieczór,  Marsjanie  wydostali  się  z  walca  i  poruszając  się  pod  osłoną  metalowych  tarcz 
zniszczyli  całkowicie  dworzec  w  Woking  wraz  z  pobliskimi  domami  oraz  rozgromili  cały  batalion  pułku 
Cardigana.  BliŜsze  szczegóły  nie  są  dotychczas  znane.  Karabiny  maszynowe  są  zupełnie  bezskuteczne 
wobec pancerzy uŜywanych przez Marsjan, działa zaś polowe zostały przez nich obezwładnione. Szwadron 
huzarów przecwałował w ucieczce przez Chertsey. Wydaje się, Ŝe Marsjanie posuwają się wolno w kierunku 

background image

 

27 

Chertsey  lub  Windsoru.  W  zachodniej  części  Surrey  panuje  powaŜne  zaniepokojenie.  Prowadzi  się  roboty 
ziemne,  aby  powstrzymać  marsz  Marsjan  na  Londyn”.  Tak  pisał  Sunday  Sun,  zaś  Referee  w  krótkim, 
zręcznie  zredagowanym  artykuliku  porównywał  Marsjan  do  „dzikich  zwierząt,  które  wyrwały  się  nagle  z 
menaŜerii i rozbiegły po wiosce”. 
Nikt  w  Londynie  nie  wiedział  nic  dokładnego  o  uzbrojeniu  Marsjan  i  wciąŜ  jeszcze  panowało  tu 
przekonanie,  Ŝe  potwory  te  są  „nieruchawe”,  Ŝe  „czołgają  się”  lub  „pełzają  z  trudem”  -  jak  to  z  początku 
określały  wszystkie  niemal  doniesienia.  śadna  depesza  nie  pochodziła  przecieŜ  od  naocznego  świadka  ich 
marszu.  W  niedzielę  redakcje  drukowały  dodatki  nadzwyczajne  w  miarę  napływu  nowych  wiadomości, 
niektóre  zaś  nawet  i  bez  tego.  AŜ  do  późnego  jednak  popołudnia,  kiedy  to  władze  przekazały  agencjom 
prasowym  pierwsze  oficjalne  komunikaty,  gazety  nie  miały  właściwie  dla  swych  czytelników  Ŝadnych 
nowości.  Ograniczały  się  więc  do  drukowania  wiadomości  o  tłumach  mieszkańców  Walton,  Weybridge  i 
okolicy ciągnących wszystkimi drogami do Londynu. 
Brat  mój,  dalej  nic  nie  wiedząc  o  wydarzeniach  ubiegłej  nocy,  był  z  rana  w  kaplicy  szpitalnej  Foundling. 
Tam usłyszał pogłoski o najeździe i uczestniczył w specjalnych modłach o pokój. Wychodząc kupił numer 
Referee. Wiadomości, jakie w nim znalazł, przeraziły go, udał się więc ponownie na dworzec Waterloo, by 
dowiedzieć  się,  czy  jest  juŜ  połączenie  z  Woking.  Omnibusy,  pojazdy,  cykliści,  nieprzeliczone  tłumy 
odświętnie  odzianych  przechodniów,  wszystko  to  nie  wydawało  się  wcale  poruszone  dziwnymi 
wiadomościami,  wykrzykiwanymi  przez  gazeciarzy.  Owszem,  udzie  byli  zaciekawieni;  jeśli  zaś  niepokoili 
się, to przede wszystkim o los mieszkańców zagroŜonych okolic. Na dworcu brat usłyszał po raz pierwszy o 
przerwaniu  linii  do  Windsoru  i  Chertsey.  Tragarze  mówili,  Ŝe  z  rana  nadeszła  z  Byfleet  i  Chertsey  wiele 
waŜnych depesz; lecz napływ ich został nagle przerwany. Brat mój uzyskał od nich jednak bardzo niewiele 
szczegółów. Wiadomości ich ograniczmy się do tego, Ŝe „koło Weybrigde biją się”. 
Ruch  pociągów  był  mocno  zdezorganizowany.  Pod  dworcem  stało  mnóstwo  łudzi  oczekujących  przyjazdu 
znajomych  z  licznych  miejscowości  objętych  siecią  Południowo  -  Zachodniego  Towarzystwa  Linii 
Kolejowych. Jakiś starszy, szpakowaty jegomość podszedł do brata i Ŝalił się gorzko na dyrekcję linii. -Będą 
się jeszcze z tego tłumaczyć! - powtarzał. 
Z Richmondu, Putney i Kingstonu nadeszło parę pociągów wypełnionych ludźmi, którzy pojechali na łódki i 
zastali  przystanie  pozamykane  i  ogólną  atmosferę  paniki.  Jakiś  pan  w  biało-niebieskiej  marynarce  zasypał 
brata niezwykłymi nowinami. 
-  Do  Kingstonu  zjechały  całe  gromady  ludzi  wozami,  bryczkami,  Bóg  wie  czym  jeszcze,  z  pakami,  ze 
wszystkim  -  opowiadał.  -  Jechali  z  Molesey,  z  Weybridge,  z  Waltonu  i  mówili,  Ŝe  w  Chertsey  słychać 
armaty, gęstą kanonadę, a jacyś kawalerzyści kazali im się czym prędzej wynosić, bo nadchodzą Marsjanie. 
My teŜ na stacji w Hampton Court słyszeliśmy huk dział, ale myśleliśmy, Ŝe to burza. Co to wszystko ma, do 
licha, znaczyć? PrzecieŜ Marsjanie nie potrafią wyleźć z jamy, prawda? 
Brat nie umiał mu na to nic odpowiedzieć. 
Nieco później przekonał się, Ŝe nieokreślone uczucie niepokoju, szerzyło się równieŜ wśród pasaŜerów kolei 
podziemnej  i  Ŝe  niedzielni  wycieczkowicze  zaczęli  powracać  tłumnie  z  poludniowo  -  zachodnich  „płuc” 
Londynu:  z  Barnes,  z  Wimbledonu,  z  parku  w  Richmond,  z  Kew  i tak  dalej,  o  niezwykle  wczesnej  porze; 
nikt jednak nie mógł nic powiedzieć oprócz niepewnych plotek. Wszyscy przybywający wydawali się za to 
bardzo poirytowani. 
Około  piątej  tłum  zebranych  pod  dworcem  obiegła  niezwykle  podniecająca  wiadomość.  Oto  uruchomiono 
połączenie, zawsze prawie zamknięte, pomiędzy stacją Południowo - Wschodnią a Południowo - zachodnią i 
skierowano  tam  transportery  wojskowe  załadowane  ogromnymi  działami  i  wojskiem.  Były  to  armaty 
wysłane z Woolwich i Chatham dla ochrony Kingstonu. Publiczność wymieniała z Ŝołnierzami dowcipy w 
rodzaju:  „uwaŜajcie,  bo  was  poŜrą”,  „zrobili  z  nas  pogromców  dzikich  zwierząt”  i  wiele  innych.  Wkrótce 
przybył na dworzec oddział policji i przystąpił do usuwania tłumu z peronów. Wówczas brat mój wyszedł z 
innymi na ulicę. 
Dzwony  kościelne  biły  na  wieczorne  naboŜeństwo,  zaś  ulicą  Waterloo  przemaszerowała  śpiewając  grupka 
dziewcząt z Armii Zbawienia. Na moście gromada gapiów przyglądała się płatom dziwnej, brązowej piany 
niesionej prądem w dół rzeki. Słońce zachodziło i na tle złocistego, przeciętego długimi ukośnymi pasmami 
purpurowych chmur nieba rysowały się dachy Parlamentu i wieŜa Clock Tower. Mówiono coś o topielcach. 
Jakiś człowiek, rezerwista, jak wynikało z jego słów, opowiadał bratu o widocznych na zachodzie błyskach 
heliografów. 
Na  ulicy  Wellingtona  brat  natknął  się  na  kilku  obdartusów  wybiegających  z  Fleet  Street  z  wilgotnymi 
jeszcze,  prosto  z  drukarni,  gazetami  i  afiszami.  -  Straszliwa  klęska  -  wrzeszczeli  jeden  przez  drugiego, 
pędząc jezdnią. - Bitwa pod Weybridge! Dokładny opis! Marsjanie odparci! Londyn w niebezpieczeństwie! - 
Za gazetę brat musiał zapłacić trzy pensy. 

background image

 

28 

Wtedy, i dopiero wtedy, zaczął zdawać sobie po trosze sprawę ze straszliwej potęgi tych istot. Dowiedział 
się, Ŝe nie są one tylko  garstką niezdarnych potworów, Ŝe potrafią kierować potęŜnymi  mechanizmami,  Ŝe 
poruszają  się  z  błyskawiczną  szybkością,  Ŝe  zadają  niespodziewane  ciosy,  którym  nie  mogą  sprostać 
najcięŜsze nawet działa. 
Opisywano ich jako „wielkie, podobne do pająków machiny około stu stóp wysokości, rozwijające szybkość 
pociągu  pośpiesznego  i  wyrzucające  snop  intensywnego  gorąca”.  Tereny  wokół  Horsell,  a  zwłaszcza 
pomiędzy Woking i Londynem naszpikowane zostały zamaskowanymi bateriami, przede wszystkim artylerią 
polową.  DostrzeŜono  pięć  machin  podąŜających  ku  Tamizie,  jedna  z  nich  dzięki  szczęśliwemu  trafieniu 
została zniszczona. Inne działa spudłowały i wszystkie je natychmiast unicestwił Snop Gorąca. Wspomniano 
o cięŜkich stratach wśród Ŝołnierzy, ogólny jednak ton komunikatu był raczej optymistyczny. 
Marsjanie zostali odparci; nie byli niezniszczalni. Wycofali się do wyznaczonego walcami koła ze środkiem 
w  Woking.  Ze  wszystkich  stron  tropili  ich  zwiadowcy  z  heliografami.  PrzewoŜono  pośpiesznie  działa  z 
Windsoru,  Portsmouth,  Aldershot,  Woolwich,  nawet  z  Północy;  były  nawet  długie,  potęŜne 
dziewięćdziesiątki  piątki  z  Woolwich.  Ogółem  ustawiono  z  pośpiechem  na  stanowiskach  sto  szesnaście 
armat, głównie jako osłonę Londynu. Jak Anglia Anglią, nigdy dotąd nie było tak wielkiego i tak szybkiego 
skoncentrowania narzędzi wojny. 
WyraŜano  nadzieję,  iŜ  kaŜdy  następny  lądujący  walec  będzie  moŜna  natychmiast  niszczyć  pośpiesznie 
wytwarzanymi  i  dosyłanymi  na  plac  boju  materiałami  wybuchowymi.  Niewątpliwie,  głosiło  dalej 
sprawozdanie,  sytuację  naleŜy  określić  jako  mocno  niepewną  i  jako  najpowaŜniejszą,  lecz  wzywa  się 
ludność, by nie ulegała panice. Wprawdzie Marsjanie wydają się nam bezgranicznie obcy i straszliwi, jednak 
jest ich najwyŜej dwudziestu przeciw milionom ludzi. 
Władze  przypuszczały  na  podstawie  rozmiarów  walców,  iŜ  w  kaŜdym  z  nich  pomieścić  się  mogło  co 
najmniej pięciu Marsjan, czyli razem piętnastu. Co najmniej zaś jeden, a być; moŜe więcej, został zgładzony. 
W  wypadku  niebezpieczeństwa  ludność  zostanie  ostrzeŜona  na  czas,  ponadto  przedsięwzięto  szczegółowo 
przemyślane  środki  zabezpieczenia  mieszkańców  zagroŜonych  południowo  -  zachodnich  przedmieść. 
Komunikat  kończył  się  ponownymi  zapewnieniami  o  bezpieczeństwie  Londynu  i  wezwaniem,  by  ludność 
ufała władzom, iŜ potrafią one opanować trudności. 
Wszystko to wydrukowane było ogromnymi czcionkami i najwidoczniej przed chwilą dopiero, gdyŜ papier 
nie  zdąŜył  nawet  jeszcze  wyschnąć.  Nie  starczyło  teŜ  widocznie  czasu  na  jakiekolwiek  komentarze. 
Zadziwiło brata, jak mi później opowiadał, Ŝe usunięto bez litości z numeru wszelkie inne wiadomości, aby 
zostawić jak najwięcej miejsca dla komunikatu. 
WzdłuŜ  całej  ulicy  Wellingtona  widać  było  przechodniów  czytających  i  wymachujących  róŜowymi 
płachtami gazet. Strand zaś zapełnił się nagle hałaśliwymi nawoływaniami całej czeredy gazeciarzy pędzącej 
w ślad za grupką swych obdartych przywódców. Ludzie wyskakiwali z omnibusów, aby tylko zaopatrzyć się 
w gazetę. Komunikat ten niewątpliwie zaniepokoił ludzi powaŜnie, niezaleŜnie od uprzedniej apatii. śaluzje 
jednego  ze  sklepów  z  mapami  przy  Strandzie  zostały  podniesione,  opowiadał  brat,  a  jakiś  jegomość  w 
niedzielnym ubraniu, nie zdjąwszy nawet rękawiczek cytrynowej barwy, pojawił się za szybą przyklejając do 
niej z pośpiechem mapę hrabstwa Surrey. 
Idąc  tak  z  gazetą  w  ręku  Strandem  do  Trafalgar  Square,  brat  ujrzał  pierwszych  uchodźców  z  zachodniego 
Surrey. Był to jakiś męŜczyzna z  Ŝoną i dwoma chłopcami, jadący na wyładowanym gratami zieleniarskim 
wózku.  Jechali  od  strony  mostu  Westminsterskiego,  a  tuŜ  za  nimi  ciągnął  drabiniasty  wóz,  na  którym 
znajdowało się pięć czy sześć zamoŜnych z pozoru osób oraz kilka pak i kufrów. Twarze ich były posępne, a 
cały  wygląd  raził  zdecydowanie  na  tle  odświętnych  strojów  przechodniów.  Z  doroŜek  przyglądali  się  im 
wyelegantowani  spacerowicze.  Uciekinierzy  przystanęli  na  placu,  jakby  niezdecydowani,  w  którą  udać  się 
stronę,  i  ostatecznie  skręcili  na  wschód,  Strandem.  W  pewnym  za  nimi  oddaleniu  ukazał  się  jadący  na 
staromodnym trzykołowym rowerze męŜczyzna w roboczym odzieniu. Był brudny i bardzo blady. 
Brat mój skręcił do dworca Victoria, gdzie natknął się takŜe na wielu uchodźców Nurtowała go myśl, Ŝe być 
moŜe  spotka  wśród  nich  i  mnie.  Spostrzegł  teŜ,  Ŝe  ruch  uliczny  reguluje  niezwykle  duŜo  policjantów.  
Niektórzy uciekinierzy opowiadali coś pasaŜerom omnibusów. Ktoś zapewniał, iŜ widział Marsjan na własne 
oczy.  -  Kotły  na  szczudłach,  mówię  wam,  a  chodzą  jak  ludzie.  -  Większość  podniecona  była  i  wzburzona 
niezwykłymi przygodami.  
Za  Victoria  Station  bary  prowadziły  z  przybyszami  oŜywiony  handel.  Na  wszystkich  naroŜnikach  ulic 
gromadki ludzi czytały gazety lub rozprawiały z oŜywieniem, gapiąc się na tych niezwykłych niedzielnych 
gości.  W  miarę  jak  noc  gęstniała,  napływało  ich  wciąŜ  więcej  i  więcej,  aŜ  w  końcu,  jak  mówił  brat,  ulice 
były  tak  przepełnione,  jak  główna  ulica  Epsom  w  dniu  Derby.  Zagadywał  on  kilkakrotnie  niektórych 
uchodźców, od większości jednak otrzymywał nic nie mówiące odpowiedzi. 

background image

 

29 

O Woking nikt nie umiał nic powiedzieć, tylko jakiś pan zapewniał go, iŜ miasteczko zostało ubiegłej nocy 
zrównane z ziemią. 
- Idę z Byfleet - odpowiadał. - Wczesnym rankiem przyjechał tam jakiś cyklista i chodząc od domu do domu 
ostrzegał  nas  i  radził  uciekać.  Potem  nadeszli  Ŝołnierze.  Chodziliśmy  patrzeć;  na  południu  widać  byto 
chmury dymu - nic, tylko dym i dym, i ani Ŝywego ducha. Od Chertsey słyszeliśmy armaty, a z Weybridge 
zaczęli nadchodzić ludzie. Zamknąłem wtedy dom i teŜ poszedłem. 
Na  ulicach  panowało  ogólne  przekonanie,  Ŝe  wszystkiemu  winien  był  rząd,  bo  nie  potrafił  zawczasu 
obezwładnić najeźdźców i dopuścił do wszystkich tych kłopotów.  
Około ósmej wieczorem w całym południowym Londynie słychać było wyraźnie huk dział. Wprawdzie duŜy 
ruch na głównych ulicach nie pozwalał bratu go słyszeć, wystarczyło jednak skręcić w spokojniejsze zaułki, 
bliŜej rzeki, aby natychmiast nieomylnie odróŜnić strzelaninę. 
Z Westminsteru powrócił brat do swego pokoju przy Regent’s Park koła godziny drugiej. Martwił się o mnie 
bardzo  i  niepokoiła  go  oczywista  juŜ  teraz  powaga  sytuacji;  Umysł  jego  zaprzątały,  podobnie  jak  mój  w 
sobotę,  działania  wojenne.  Myślał  o  wszystkich  tych  wyczekujących  w  ukryciu  działach,  o  mieszkańcach 
wielkiej  połaci  kraju  zmienionych  niespodziewanie  w  tułaczy  i  usiłował  wyobrazić  sobie  „kotły  na 
szczudłach” stustopowej wysokości. 
Przez  Oxford  Street  i  Marylebone  Road  przejechało  parę  wozów  z  uchodźcami,  lecz  wiadomości 
rozchodziły się tak wolno, iŜ Regent’s Street i Portland Road wciąŜ jeszcze pełne były przechadzających się 
grupkami  i  gawędzących  spokojnie  zwykłych  niedzielnych  spacerowi  ozów.  Alejkami  Regent’s  Park 
spacerowały  przy  świetle  gazowych  latarni  milczące  pary.  Noc  była  spokojna  i  trochę  parna,  grzmot  dział 
rozlegał się nieprzerwanie, po dwunastej zaś niebo na południu poczęły przecinać błyskawice. 
Brat odczytywał wielokrotnie gazetę obawiając się dla mnie najgorszego. Nie mógł usiedzieć na miejscu i po 
kolacji  wyszedł,  by  powałęsać  się  bez  celu  po  mieście.  Po  powrocie  na  próŜno  usiłował  skupić  się  nad 
skryptem.  Spać  poszedł  nieco  po  północy,  a  o  świcie  obudziło  go  z  koszmarnych  snów  walenie  w  bramę 
dochodzące  z  ulicy,  tupot  nóg,  odległe  bicie  w  bębny  i  dźwięk  dzwonów.  Po  suficie  tańczyły  czerwone 
błyski.  LeŜał  długą  chwilę  oszołomiony  nie  wiedząc,  czy  to  dzień  juŜ  nasiał,  czy  teŜ  świat  nagle  oszalał. 
Wyskoczył wreszcie z łóŜka i pobiegł do okna. 
Pokój był na poddaszu. Brat, chcąc wyjrzeć, otworzył z hukiem okno. Odpowiedział mu echem tuzin innych 
okien, a w kaŜdym pojawiła się głowa odziana w czepek lub szlafmycę. Na zewnątrz rozlegały się pytająca. 
okrzyki. Jakiś policjant bił pięścią w bramę i wykrzykując: - Nadchodzą! Marsjanie nadchodzą - pędził do 
następnej bramy. 
W koszarach przy Albany Street grzmiały bębny i trąby, wszystkie zaś okoliczne kościoły robiły, co mogły, 
by  gorączkowym, przeraźliwym dźwiękiem dzwonów spędzić z  miasta resztki snu. Wszędzie słychać było 
hałas  otwieranych  w  pośpiechu  drzwi,  a  w  domach  naprzeciwko  wszędzie  dotychczas  ciemne  okna 
rozświetlały się, jedno po drugim, Ŝółtym światłem. 
Zza  rogu  ukazała  się  mknąca  galopem  karoca.  Turkot  kół,  słaby  z  początku,  potęŜniał  pod  oknami 
przechodząc w grzmot, potem zamierał wolno w oddali. TuŜ za nią goniło kilka doroŜek, zwiastunów długiej 
procesji uciekających pojazdów. Wszystko to podąŜało przewaŜnie w kierunku dworca Chalk Farm, skąd - 
zamiast jak zazwyczaj z Euston odchodziły specjalne pociągi Towarzystwa Północno - Zachodniego. 
Brat  mój  długi  czas  patrzył  w  osłupiałym  zadziwieniu  przez  okno,  jak  policjant  dobija  się  do  bram  i 
wykrzykuje swe niezrozumiałe posłanie. Potem drzwi jego pokoju otwarły się i stanął w nich sąsiad. Miał na 
sobie  tylko  koszulę,  spodnie i  nocne pantofle,  szelki zwisały  luźno  po  bokach, był  rozczochrany;  wprost  z 
łóŜka. 
- Co się dzieje, u diabła? - pytał. - Pali się? Co za piekielne hałasy? 
Obaj wyglądali oknem usiłując dosłyszeć, co wykrzykują policjanci. Z bocznych uliczek wybiegali ludzie i 
gromadząc się na naroŜnikach rozprawiali o czymś gorączkowo. 
-  Co  to  wszystko  ma  znaczyć,  do  diabła?  -zawołał  sąsiad  do  brata.  Brat  odkrzyknął  coś  niezrozumiale  i 
począł ubierać się z gorączkowym pośpiechem biegając z kaŜdą częścią odzieŜy do okna, aby nie stracić nic 
z  rosnącego  podniecenia  ulicy.  Nagle  pojawili  się  rozkrzyczani  sprzedawcy  niezwykle  dziś  wcześnie 
wydanych gazet: 
- Londynowi grozi wytrucie! Opór pod Richmondem i Kingstonem złamany! Straszliwa masakra w dolinie 
Tamizy! 
A  wszędzie  dokoła,  w  mieszkaniu  pod  nim,  w  domach  po  obu  stronach  ulicy  i  w  Park  Terrace,  i  na  stu 
innych  ulicach  dzielnicy  Marylebone,  i  na  północ  w  w  Kilburn,  w  St.  John’s  Wood,  w  Hampstead,  i  na 
wschód w Shoreditch, i w Highbury, i w Haggeston, i w Hoxton, i dosłownie w całym ogromnym Londynie 
od Ealing po East Ham - ludzie przecierali oczy, otwierali okna, wyglądali na ulicę, zadawali bezsensowne 
pytania  i  odziewali  się  w  pośpiechu  przy  pierwszym  odgłosie  nadciągającej  nawałnicy  przeraŜenia.  Był  to 

background image

 

30 

ś

wit wielkiej paniki. Londyn zasypiając beztrosko w niedzielę wieczorem ocknął się wczesnym rankiem w 

poniedziałek przepełniony Ŝywym poczuciem niebezpieczeństwa. 
Gdy  brat,  nie  mogąc  dowiedzieć  się  przez  okno,  co  się  właściwie  stało,  zbiegł na  dół  i  wyszedł  na  ulicę  - 
pierwsze promienie słońca malowały właśnie róŜem prześwitujące między dachami niebo. Tłum uciekający 
końmi  i  na  piechotę  gęstniał  z  kaŜdą  chwilą.  -  Czarny  dym!  -  krzyczeli  ludzie  i  znowu:  -  Czarny  dym!  - 
Strach  szerzył  się jak  płomień.  Brat,  niezdecydowany,  stał  w bramie.  Przebiegający  gazeciarz  sprzedał  mu 
ś

wieŜy numer dziennika i popędził dalej zdzierając po szylingu za sztukę groteskowa mieszanina chciwości i 

przeraŜenia. W gazecie brat wyczytał następujący tragiczny komunikat Naczelnego Dowództwa: 
„Marsjanie wyrzucają rakiety napełnione ogromnymi chmurami czarnego, trującego oparu. Zniszczyli nasze 
baterie, zburzyli Richmond, Kingston i Wimbledon i zbliŜają się powoli do Londynu niszcząc wszystko po 
drodze.  Powstrzymać  ich  niepodobna,  jedynym  środkiem  ocalenia  przed  Czarnym  Dymem  jest 
natychmiastowa ucieczka”. 
Było to wszystko, lecz starczyło i tego. Cała ludność wielkiego; sześciomilionowego miasta kotłowała się i 
wrzała, teraz zaś miała wylać się en masse na północ. 
- Czarny Dym! - rozlegało się. - Gore! 
Dzwony  pobliskiego  kościoła  jęczały  przeraźliwie,  jakiś  nieostroŜnie  powoŜony  wóz  rozbił  się  wśród 
krzaków  i  przekleństw  o  hydrant  uliczny.  W  domach  na  przemian  zapalały  się  i  gasły  blade,  Ŝółtawe 
ś

wiatełka,  niektóre  doroŜki  paradowały  z  zapalonymi  latarniami.  Tylko  niebo  było  coraz  jaśniejsze,  coraz 

czystsze, coraz cichsze i spokojniejsze. 
W sąsiednich pokojach i na schodach brat słyszał bieganinę i krzyki. Do bramy podeszła gospodyni odziana 
w szlafrok, z zarzuconym na ramiona szalem. Za nią śpieszył, pokrzykując coś, mąŜ. 
Gdy  groza  wydarzeń  dotarła  wreszcie  do  świadomości  brata,  popędził  do  pokoju,  zabrał  całą  posiadaną 
gotówkę - było tego około dziesięciu funtów - i wybiegł ponownie na ulicę. 
 

Co stało się w Surrey 

 
W  tym  samym  czasie,  kiedy  wikary  gadał  od  rzeczy  siedząc  ze  mną  pod  Ŝywopłotem  na  łączce  niedaleko 
Hallifordu, a brat mój przyglądał się płynącemu mostem Westminsterskim potokowi uchodźców - Marsjanie 
rozpoczęli  kolejne  natarcie.  Jeśli  moŜna  wierzyć  późniejszym  sprzecznym  częstokroć  sprawozdaniom, 
większość  z  nich  zajmowała  się  aŜ  do  dziesiątej  wieczór  pośpiesznymi  przygotowaniami  w  jamie  pod 
Horsell, skąd wydobywały się ogromne ilości zielonej pary. 
Pewne  teŜ  było,  iŜ  trzej  Marsjanie  wyruszyli  juŜ  około  ósmej.  Posuwając  się  ostroŜnie  i  powoli,  minęli 
Byfleet i  Pyrford,  po czym  zdąŜając  ku  Ripley  i Weybridge  pojawili się  na tle  zachodzącego  słońca  przed 
przyczajonymi tam bateriami. Marsjanie nie szli zwartym szykiem, lecz tyralierą, o jakieś półtorej mili jeden 
od  drugiego.  W  marszu  porozumiewali  się  wyciem  o  zmiennej  tonacji,  podobnym  do  głosu  syren 
fabrycznych. 
Te  właśnie  wycia,  zmieszane  z  armatnimi  strzałami  pod  Ripley  i  St.  George’s  Hill,  usłyszeliśmy  wraz  z 
wikarym  w  Górnym  Hallifordzie,  Kanonierzy  broniący  dostępu  do  Ripley,  niedoświadczeni  ochotnicy, 
jakimi  nigdy  w  Ŝyciu  nie  naleŜało  obsadzać  tak  trudnego  i  odpowiedzialnego  stanowiska,  oddali  na  oślep 
jedną  jedyną,  przedwczesną  i  zupełnie  bezskuteczną  salwę,  po  czym  rzucili  się  konno  i  pieszo  przez 
opuszczoną wieś do ucieczki, Marsjanie zaś po prostu przestąpili przez porzucone działa nie uŜywając nawet 
Snopa  Gorąca.  Krocząc  ostroŜnie  dalej  stanęli  znienacka  przed  armatami  ukrytymi  w  parku  Painshill  i 
natychmiast, zniszczyli je. 
Załoga  wzgórza  St.  George  miała  jednak  lepszych  dowódców,  a  moŜe  była  dzielniejsza,  w  kaŜdym  razie 
wydaje  się,  Ŝe  ukrycie  jej  w  sosnowym  lasku  stanowiło  dla  najbliŜszego  Marsjanina  prawdziwą 
niespodziankę. Z dział wymierzono dokładnie jak na poligonie i wypalono z odległości tysiąca jardów. 
Pociski  wybuchły  tuŜ  koło  olbrzyma.  Ten  zrobił  jeszcze  kilka  kroków,  zatoczył  się  i  upadł.  śołnierze 
wrzasnęli  z  radości  i  z  gorączkowym  pośpiechem  znów  załadowali  armaty.  Obalony  Marsjanin  zawył 
przeciągle.  W  odpowiedzi  natychmiast  pojawił  się  nad  lasem  drugi  połyskujący  olbrzym.  Wydaje  się,  Ŝe 
wybuch  pocisku  uszkodził  jedną  z  nóg  trójnoga.  Następna  salwa  nie  trafiła  leŜącego  Marsjanina,  obaj  zaś 
jego sąsiedzi natychmiast uŜyli przeciwko baterii Snopów Gorąca. Amunicja poszła w powietrze, sosnowy 
lasek wokół dział stanął w płomieniach, a z obsługi ocaleli tylko ci nieliczni, którzy wcześniej juŜ uciekli i 
zdąŜyli skryć się za szczytem pagórka.. 
Po tym, co zaszło, cała trójka przystanęła, by się naradzić; obserwujący ją bacznie zwiadowcy donieśli, Ŝe 
pozostawała ona bez ruchu dobre pół godziny. Obalony Marsjanin z trudem wypełzł z kaptura i wziął się do 
naprawy  trójnoga.  Mała  jego  brązowa  postać  podobna  była  z  oddali  do  plamki  rdzy  na  lśniącym  metalu 

background image

 

31 

machiny. Zakończył pracę około dziewiątej, gdyŜ o tej właśnie porze zwiadowcy zameldowali o ponownym 
pojawieniu się nad lasem trzeciego kaptura. 
Parę minut po dziewiątej do trójki wartowników dołączyli się czterej następni Marsjanie. Uzbrojeni byli w 
grube  czarne  rury.  Takie  same  rury  wręczyli  trzem  pozostałym  i  cała  siódemka  ustawiła  się  półkolem,  w 
równych odstępach, między wzgórzem St. George, miasteczkiem Weybridge a leŜącą na południowy zachód 
od Ripley wioską Send. 
Zaledwie  ruszyli  z  miejsca,  juŜ  z  pasma  ciągnących  się  przed  nimi  wzgórz  wystrzelił  w  niebo tuzin  rakiet 
ostrzegając przyczajone pod Ditton i Esher baterie. Cztery uzbrojone w czarne rury machiny bojowe przeszły 
jednocześnie w bród rzekę, zaś ciemne sylwetki dwóch innych ukazały się na tle zachodniego nieba naszym 
oczom, gdy zmęczony wlokłem się wraz z wikarym drogą wiodącą z Halliford na północ. Wydawało się, Ŝe 
suną ponad chmurami, gdyŜ pola spowite były mleczną, zatapiającą olbrzymy powyŜej kolan, mgłą. 
Wikary krzyknął na ten widok głucho, ochryple i rzucił się do ucieczki. Co do mnie - wiedziałem dobrze, Ŝe 
nie ma sensu uciekać przed Marsjanami, Ŝe nie zda się to na nic, skręciłem więc gwałtownie w bok i pełznąc 
wśród wilgotnych od rosy pokrzyw i ostów ukryłem się w głębokim rowie przydroŜnym. Wikary obejrzał się 
i widząc, co robię, zawrócił w moją stronę. 
Obaj Marsjanie przystanęli. BliŜszy zwrócony był ku Sunbury, odleglejszy zaś, podobny do szarej plamy na 
tle wieczornej gwiazdy, w drugą stronę, ku Staines. 
Ryki,  jakie  wydawali  od  czasu  do  czasu,  ustały.  Stanowiska  rozrzucone  ogromnym  półksięŜycem  wokół 
walców zajęte zostały w głębokim milczeniu. PółksięŜyc ten mierzył od krańca do krańca ze dwanaście mil. 
Nigdy  chyba  jeszcze,  od  dnia  kiedy  wynaleziono  proch,  Ŝadna  bitwa  nie  zaczynała  się  tak  cicho.  I  nam,  i 
obserwatorom  od  Ripley  mogło  wydawać  się,  Ŝe  jedynymi  władcami  nocnych  ciemności,  rozświetlanych 
wąziutkim sierpem księŜyca, gwiazdami, zamierającą poświatą dnia i czerwoną łuną płonących w dali lasów 
byli groźni przybysze z Marsa. 
Zwrócone  zaś  ku  półksięŜycowi,  pod  Staines  i  pod  Hounslow,  pod  Ditton  i  Esher,  i  Ockham,  na  lesistych 
pagórkach południowego brzegu rzeki i pośród rozległych nizinnych łąk na północ od niej, wszędzie gdzie 
tylko kępka drzew czy wiejska chałupa zapewniała jakie takie ukrycie, czyhały na nich armaty. Gdy sypiąc 
deszczem iskier i ginąc w nocnych ciemnościach wzbijały się sygnałowe race - napięcie wyczekiwania przy 
bateriach  wzrosło  jeszcze  bardziej.  Dość  było  jednego  kroku  Marsjan  w  polu  ognia,  by  znieruchomiałe 
czarne  sylwetki  ludzkie  i  połyskujące  w  wieczornym  mroku  paszcze  dział  rozszalały  się  burzliwą 
wściekłością walki. 
Bez wątpienia tysiące czuwających umysłów nurtowała na równi z moim jedna uporczywa myśl - jak dalece 
oni  nas  pojmują?  Czy  zrozumieli,  Ŝe  jesteśmy  w  swej  mnogości  zorganizowani,  zdyscyplinowani,  Ŝe 
potrafimy  współdziałać  ze  sobą?  Czy  teŜ  patrzyli  na  nasze  nawały  ogniowe,  na  kąśliwe  wybuchy  naszych 
pocisków, na nieustanne oblęŜenie ich obozowiska, jak my patrzymy na gniewną jedność pszczelich ataków 
obronie niszczonego ula? Czy łudzili się, Ŝe potrafią nas wytępić? (Nikt przecieŜ nie wiedział jeszcze wtedy, 
czym Ŝywią się Marsjanie.) Kiedy patrzyłem na olbrzymią postać wartownika, umysł mój kipiał setką takich 
wątpliwości.  Wyczuwałem  podświadomie,  Ŝe  na  drodze  między  nami  a  Londynem  czekają  w  ukryciu 
wielkie,  potęŜne  siły.  Czy  przygotowano  zasadzki?  Czy  pracuje  wytwórnia  prochu  w  Hounslow?  Czy  nie 
zabraknie  męstwa  londyńczykom,  by  z  potęŜnego  morza  swych  domostw  uczynić  drugą,  większą  jeszcze 
Moskwę? 
Wreszcie po nieskończenie, jak się zdawało, długim czasie doszedł nas, skulonych, wypatrujących, dźwięk 
podobny  de  odległego  huku  działa.  Potem  następny  bliŜej  i  znów  następny.  W  końcu  stojący  koło  nas 
Marsjanin  podniósł  wysoko  rurę  i  wypalił  z  niej  jak  ze  strzelby  z  grzmotem,  od  którego  zadrŜała  ziemia. 
Zawtórował  mu  kompan  stojący  pod  Staines.  Nie  było  przy  tym  Ŝadnego  błysku  ani  dymu,  tylko  głuchy 
wybuch. Tak podnieciły mnie te głośne, szybko następujące po sobie wystrzały, Ŝe zapomniałem zupełnie o 
bezpieczeństwie, o poparzonych dłoniach i przedarłem się przez krzewy, by widzieć, co stanie się z Sanbury. 
W  tej  samej  chwili  rozległ  się  następny  grzmot  i  ogromny  pocisk  przemknął  nad  naszymi  głowami  ku 
Hounslow.  Spodziewałem  się  dostrzec  ogień,  a  przynajmniej  dym  wybuchu  czy  jakiś  inny  ślad  jego 
działania,  tymczasem  nie  ujrzałem  nic  prócz  granatowego  nieba,  jednej  jedynej  gwiazdki  i  ławicy  białej 
mgły ścielącej się szeroką i cienką smugą. Nie słyszałem Ŝadnego y wybuchu. Zapanowała przedłuŜająca się 
z minuty na minutę cisza. 
- Co to było? - zapytał wikary stojąc koło mnie. - Bóg jeden wie! - odrzekłem. 
Obok przemknął nietoperz i znikł w ciemnościach. W dali rozległ się zgiełk, krzyki, potem wszystko nagle 
ucichło. Spojrzałem na Marsjanina i dostrzegłem, jak ruszył posuwiście brzegiem rzeki na wschód. 
Czekałem na ogień ukrytych tam baterii, nic jednak nie zakłóciło wieczornej ciszy. Postać Marsjanina malała 
w  oddaleniu, aŜ  roztopiła się  i  wreszcie  we  mgle  i  gęstniejącej  nocy.  Pchnięci tą  samą  siłą  wspięliśmy  się 
wyŜej. Nad Sunbury pojawiło się coś ciemnego, jakby wyrósł tam nagle stoŜek górski przesłaniający widok 

background image

 

32 

na  dalszą  okolicę.  Dalej,  za  rzeką,  koło  Walton,  dostrzegliśmy  drugą  taką  górę.  Obie  opadały  rozszerzając 
się w oczach. 
Tknięty nagłą myślą spojrzałem na północ. Tam takŜe wznosił się taki sam mglisty pagórek. 
Było  zupełnie  cicho.  Tylko  bardzo  daleko  na  południowych  wschodzie,  jakby  dla  podkreślenia  tej  ciszy, 
rozległo się pohukiwanie Marsjan, później zaś znów wstrząsnęły powietrzem odległe grzmoty ich strzałów. 
Lecz ziemska artyleria nie odpowiadała. 
Nie  pojmowaliśmy  jeszcze  wówczas  tego,  co  się  stało;  później  dopiero  zrozumiałem  znaczenie 
złowróŜbnych  czarnych  wzgórz  pojawiających  się  w  mroku.  KaŜdy  z  Marsjan  ustawionych,  jak  juŜ 
mówiłem,  w  półksięŜyc  wyrzucił  z  rury  na  dany  znak  wielki  zbiornik  mierząc w  znajdujące  się  przed  nim 
wzgórza,  kępy  drzew,  zabudowania,  w  kaŜde  jednym  słowem  ukryte  działo.  Niektórzy  oddali  tylko  jeden 
strzał, inni dwa, jak ten, którego myśmy obserwowali; stojący pod Ripley, jak mówiono, wystrzelił aŜ pięć 
pocisków.  Zbiorniki  te  nie  wybuchały,  lecz  rozbijały  się  przy  zderzeniu  z  ziemią  i  wyrzucały  gwałtownie 
ogromne ilości kłębiącego się, gęstego, atramentowego oparu wzbijającego się potęŜną chmurą w górę. Po 
chwili chmura opadała rozpościerając się na całą okolicę. Zetknięcie się z oparem, wciągnięcie do płuc tej 
mgły gryzącej przyprawiało o śmierć wszystko, co oddycha. 
Oparł  był  cięŜki,  cięŜszy  od  najgęstszego  dymu,  tak  Ŝe  po  gwałtownym  wydostaniu  się  ze  zbiornika  i 
rozpręŜeniu w atmosferze opadał powoli i rozpływał się po ziemi, podobniejszy w tym do cieczy raczej niŜ 
do gazu. Spływał z pagórków, wypełniając doliny, rowy i łoŜyska potoków, podobnie jak czyni to uchodzący 
ze  szczelin  wulkanicznych  kwas  węglowy.  W  miejscu  jego  zetknięcia  się  z  wodą  następowała  reakcja 
chemiczna i powierzchnia wody pokrywała się pienistą warstwą, opadającą wolno na dno, by ustąpić miejsca 
następnej.  Piana  ta  była  całkowicie  nierozpuszczalna,  co  najdziwniejsze  zaś,  jeśli  weźmie  się  pod  uwagę 
zabójczą szybkość działania gazu, przefiltrowana woda była zupełnie nieszkodliwa. Opar nie rozpraszał się, 
jak zwykły to czynić gazy, lecz utrzymywał się zwartymi ławicami spływając powoli po stokach wzgórz lub 
ustępując niechętnie przed podmuchami wiatru. Wiązał się teŜ powoli z wilgocią atmosferyczną i opadał na 
ziemię w postaci pyłu. Prócz tego, Ŝe w skład jego wchodził nieznany pierwiastek, dający w niebieskim polu 
widma cztery linie - do dziś dnia nie wiemy nic o innych jego właściwościach. 
W  miarę  opadania  kłębiących  się  wzniesień  czarny  dym  tak  ściśle  przywierał  do  ziemi,  Ŝe  zanim  jeszcze 
osiadł zupełnie, moŜna było schronić się przed zatruciem na wysokości pięćdziesięciu stóp, na dachach, na 
górnych  piętrach  domów,  na  wierzchołkach  wysokich  drzew.  Stwierdzono  to  zresztą  tej  właśnie  nocy  w 
Cobham i Ditton. 
Jeden z ocalałych opowiadał dziwy, jak przyglądał się z wieŜy kościelnej zjawom domków wynurzających 
się z atramentowej nicości. Przesiedział na niej półtora dnia, osłabły, wygłodniały, praŜony słońcem, widząc 
najpierw  tylko  błękit  nieba  i  aksamitną  czerń  rozpościerającą  się  aŜ  po  odległe  wzgórza.  Tu  i  ówdzie 
przezierały  z  niej  czerwone  dachy  i  zielone  czubki  drzew,  później  dopiero  poczęły  z  wolna  wyłaniać  się 
okryte jakby czarnym szronem krzaki, zabudowania, mury i bramy. 
Było to w Cobham, gdzie opar unosił się swobodnie w powietrzu, dopóki nie opadł samorzutnie na ziemię. Z 
reguły  jednak  Marsjanie  oczyszczali  powietrze  z  gazu,  gdy  spełnił  juŜ  swe  zadanie,  kierując  nań  strumień 
przegrzanej pary. Tak właśnie postąpili z chmurami oparu w pobliŜu nas. Przyglądaliśmy się temu w świetle 
gwiazd  z  okna  pustego  domu,  po  powrocie  do  górnego  Hallifordu.  Widzieliśmy  stamtąd  reflektory  z 
Richmondu i Kingstonu, migające tu i tam, koło jedenastej zabrzęczały szyby i rozległ się grzmot cięŜkich 
fortecznych  dział.  Biły  one  nieprzerwanie  przez  kwadrans  wysyłając  pocisk  za  pociskiem  na  oślep,  w 
niewidocznych  Marsjan  pod  Hampton  i  Ditton,  potem  zaś  blade  strumyczki  światła  elektrycznego  zgasły 
ustępując miejsca jasnoczerwonej łunie. 
A potem spadł czwarty walec, zielono lśniący meteor, jak się później dowiedziałem, w parku Bushey. Zanim 
jeszcze  zagrały  działa  na  wzgórzach  Richmondu  i  Kingstonu,  gdzieś  daleko,  na  południowym  zachodzie, 
słychać  było  gęstą  kanonadę.  Prowadzili  ją;  jak  sądzę,  strzelający  na  chybił  trafił  artylerzyści,  zanim  nie 
rozprawił się z nimi czarny opar. 
Tak  oto,  posługując  się  nim  metodycznie  jak  ludzie  podkurzający  gniazdo  os,  Marsjanie  pokryli  tym 
dziwnym duszącym oparem cały  kraj aŜ po Londyn. Rogi półksięŜyca rozchodziły się z wolna, aŜ zmienił 
się on wreszcie w linię prostą od Hanwell do Coombe i Malden. Jak noc długa niszczące rury posuwały się 
naprzód.  Ani  razu  juŜ,  od  obalenia  Marsjanina  pod  St.  George’s  Hill,  nie  pozostawili  oni  naszej  artylerii 
cienia nawet moŜliwości. Wszędzie, gdzie tylko było prawdopodobieństwo ukrycia wymierzonego przeciw 
nim działa - spadł nowy zbiornik czarnego oparu, tam zaś gdzie stanowiska armat były odkryte, rozprawiał 
się z nimi Snop Gorąca. 
Przed  północą  płonące  drzewa  na  stokach  Richmondu  i  łuna  Kingstonu  oświetlały  sieć  stoŜków  Czarnego 
Dymu, pokrywającą jak okiem sięgnąć całą dolinę Tamizy. Brodzili w niej wolno dwaj Marsjanie, kierując 
to tu, to tam syczące strumienie pary. 

background image

 

33 

Nocy tej oszczędzali oni widocznie Snopa Gorąca; być moŜe mieli ograniczony tylko zapas surowca do jego 
wytwarzania, a moŜe nie chcieli niszczyć kraju, poprzestając na zastraszeniu tylko i zgnieceniu oporu. Cel 
ten  zresztą  osiągnęli  w  zupełności.  W  niedzielną  noc  ustało  wszelkie  zorganizowane  przeciwdziałanie 
ruchom Marsjan. Przekonano się, Ŝe Ŝadna broń ziemska nie mogła im dotrzymać pola, Ŝe jakakolwiek próba 
walki z nimi była beznadziejna. Nawet załogi wysłanych w górę Tamizy,  ze względu na szybkostrzelność, 
torpedowców i niszczycieli odmówiły lądowania, zbuntowały się i odpłynęły z powrotem. Jedyne działania 
bojowe,  na  jakie  ludzie  odwaŜyli  się  jeszcze  po  tej  nieszczęsnej  nocy,  polegały  na  minowaniu  dostępu  do 
Londynu i kopaniu wilczych dołów, ale nawet i one były dorywcze tylko i zupełnie Ŝywiołowe. 
MoŜna bez trudu wyobrazić sobie los baterii przyczajonych w mroku pod Esher. Nikt tam nie ocalał. MoŜna 
wyobrazić sobie, jak w ciszy wieczoru stoją w ordynku gotowe do strzału obsługi z czujnymi oficerami na 
czele,  jak  leŜą  przygotowane  pod  ręką  stosy  amunicji,  jak  jezdni  trzymają  konię,  a  gromadki  ciekawych 
cywilów przysuwają się moŜliwie jak najbliŜej. Gdy rozległy się huki pierwszych oddanych przez Marsjan 
wystrzałów  i  wirujące  w  locie  ponad  drzewami  i  dachami  niezdarne  pociski  zaczęły  rozbijać  się  na 
sąsiednich polach - ambulansy i namioty szpitalne pełne były poparzonych i pokaleczonych uciekinierów z 
Weybridge. 
Nietrudno  wyobrazić  sobie,  jak  uwaga  wszystkich  skupia  się  nagle  na  kłębiącym  się  czarnymi  kręgami  i 
wybrzuszeniami, podpełzającym coraz bliŜej, piętrzącym się pod niebo, zmieniającym półmrok w dotykalną 
niemal ciemność, dziwnym i straszliwym oparze. MoŜna sobie wyobrazić, jak rzuca się on na swe ofiary, na 
ledwie  widoczne  w  mroku  sylwetki  ludzi  i  koni.  MoŜna  sobie  wyobrazić  bieganinę,  jęki,  okrzyki 
przeraŜenia, porzucone armaty, walące się na ziemię ciała ludzi duszących się w konwulsjach. A potem juŜ 
tylko noc i cisza, i bezgłośny całun nieprzeniknionego oparu okrywający martwych. O świcie Czarny Opar 
przelewał  się  ulicami  Richmondu,  zaś  rozkładający  się  organizm  państwowy  czynił  ostatnie  wysiłki,  by 
powiadomić mieszkańców Londynu o konieczności ucieczki. 
 

Ucieczka z Londynu 

 
Łatwo pojąć burzliwą falę przeraŜenia przewalającą się poniedziałkowym rankiem przez największe miasto 
ś

wiata. Strumień ucieczki przeradzał się w powódź, zalewał spienionym wirem dworce kolejowe, piętrzył się 

straszliwą kipielą wokół przystani na Tamizie, by ruszyć w końcu wszelkimi moŜliwymi kanałami na północ 
i na wschód. O dziesiątej policja, v południe zaś koleje straciły swą dotychczasową spoistość i sprawność, 
uległy i rozpłynęły się bez śladu w topniejącym porządku społecznym. 
Wszystkie  linie  kolejowe  na  północnym  brzegu  Tamizy  oraz  ludność  dzielnic  leŜących  na  południowy 
wschód od Cannon Street zostały ostrzeŜone juŜ w niedzielę o północy, toteŜ od drugiej nad ranem pociągi 
odchodziły przepełnione, a ludzie walczyli dziko o kaŜde miejsce w wagonie. O trzeciej ludzie tłoczyli się i 
tratowali  nawet  na  ulicach  Bishopsgate.  O  kilkaset  jardów  od  liverpoolskiego  dworca  strzelano  z 
rewolwerów, kłuto się noŜami, a rozwścieczeni policjanci rozbijali pałkami głowy tych, do których ochrany 
byli przecieŜ powołani. 
W  ciągu  dnia  w  miarę  jak  maszyniści  i  palacze  odnawiali  powrotu  do  Londynu,  pęd  ucieczki  odciągał  od 
dworców  rosnące  nieustannie  rzesze,  kierując  je  w  biegnące  na  północ  gościńce.  W  południe  w  Barnes 
ukazał  się  Marsjanin  i  opadająca  powali  chmura  czarnego  oparu  poczęła  suną  wzdłuŜ  Tamizy,  przez  pola 
Lambeth, odcinając ślimaczym ruchem wszelkie drogi ucieczki przez mosty. 
Druga taka chmura rozlała się po Ealing, okalając wzgórza Castle jak wysepkę z ocalałymi wprawdzie, lecz 
odciętymi od świata ludźmi. 
Po bezowocnej walce o miejsce w pociągu linii Północno - Wschodniego Towarzystwa na stacji Chalk Farm, 
gdzie  parowóz,  ciągnąc  nabite  ludźmi  wagony,  przeorywał  się  dosłownie  przez  rozwrzeszczany  tłum,  zaś 
tuzin tęgich chłopów ochraniał z wysiłkiem maszynistę przed zmiaŜdŜeniem o własny jego kocioł, brat mój 
wydostał  się  na  drogę,  przedarł  się  przez  rój  pędzących  pojazdów  i  trafił  szczęśliwie,  jako  jeden  z 
pierwszych, na dopiero co rozbity sklep z bicyklami. Przebił co prawda przednią oponę, wyciągając pojazd 
przez  okno  wystawowe,  wsiadł  nań  jednak  i  odjechał  nie  odnosząc  Ŝadnych,  prócz  lekkiego  skaleczenia 
napięstka, obraŜeń. Stroma droŜyna wiodąca wzgórzem Haverstock była nie do przebycia, gdyŜ przegradzały 
ją cielska padłych koni, toteŜ brat udał się gościńcem do Belsize. 
Uszedł  w  ten  sposób  wściekłej  panice  i  skręcając  drogą  do  Edgware,  dotarł  około  siódmej  do  tego 
miasteczka, głodny i zmęczony, jednak wyprzedzając znacznie cały tłum. Na przydroŜnych ścieŜkach pełno 
było  miejscowych  gapiów.  Brata  prześcignęło  tylko  kilku  cyklistów,  paru  jeźdźców  i  dwa  samochody.  O 
milę przed Edgware rozleciało się jedno z kół i bicykl trzeba było porzucić. Brat zostawił go przy drodze i 
pobrnął przez miasteczko na piechotę. Drzwi sklepów przy głównej ulicy były pouchylane, a ludzie tłoczyli 

background image

 

34 

się na jezdni, w drzwiach i oknach domów, przyglądając się ze zdziwieniem rozpoczynającemu się właśnie 
niezwykłemu pochodowi uciekinierów. W oberŜy udało się bratu dosiać trochę Ŝywności. 
Nie  wiedząc,  co  dalej  począć  ze  sobą,  pozostawał  czas  jakiś  w  Edgware.  Liczba  uciekających  wzrastała 
nieustannie. Widać było, iŜ wielu z nich ma chętkę, jak mój brat, pozostać w miasteczku. O najeźdźcach z 
Marsa nie było Ŝadnych nowin. 
Szosą szło juŜ wówczas wiele łudzi, tłoku jednak na niej jeszcze nie było. Większość uciekinierów jechała 
dotąd na bicyklach, kiedy jednak pojawiły się samochody, powozy i bryczki, nad gościńcem do St. Albans 
zawisły gęste chmury kurzu. 
Brat  mój  wspomniał  widocznie  przyjaciół  mieszkających  w  Chelmslord,  gdyŜ  skierował  kroki  w  cichy 
zaułek wiodący na wschód. Po drodze przebył kładkę i dalej kroczył ścieŜką wśród pól na północny wschód, 
Mijał liczne rozsiane chaty i wioseczki o nieznanych mu nazwach. Nie napotkał tu zbyt wielu uciekinierów, 
aŜ dopiero na polnej drodze wiodącej do górnego Barnet natknął się na dwie panie, które stały się odtąd jego 
towarzyszkami  podróŜy.  Natknął  się  zaś  w  sam  czas,  aby  je  wyratować  z  opresji.  Usłyszał  jakieś  krzyki  i 
wybiegając  zza  węgła  ujrzał  dwóch  męŜczyzn  usiłujących  ściągnąć  je  przemocą  z  zaprzęŜonej  w  kucyka 
bryczuszki,  podczas  gdy  trzeci  z  trudem  przytrzymywał  łeb  wystraszonego  zwierzęcia.  Jedna  z  kobiet, 
niŜsza,  odziana  w  białą  suknię,  krzyczała  tylko,  druga  natomiast,  smagła,  wysmukła,  chłostała  batem 
ciągnącego ją za ramię napastnika. 
Brat mój od razu pojął, co się święci, i popędził z krzykiem ku miejscu walki, a wówczas jeden z męŜczyzn 
porzucił wózek i zwrócił się ku niemu. Brat poznał po minie przeciwnika, Ŝe bójka jest nieunikniona, będąc 
zaś  doświadczonym  bokserem  dopadł  go  i  zwalił  jednym  ciosem  pod  koła  wózka.  Nie  było  czasu  na 
pięściarską  rycerskość,  toteŜ  dodał  mu  kopniaka,  po  czym  chwycił  za  kołnierz  łotra  wyciągającego  z 
bryczuszki  smukłą  dziewczynę.  Równocześnie  usłyszał  stuk  podków,  bicz  chlasnął  go  po  twarzy,  trzeci 
przeciwnik  wyrŜnął  go  pięścią  między  oczy,  zaś  trzymany  za  kołnierz  obwieś  wyrwał  się  i  popędzie  w 
stronę, z której nadszedł właśnie brat. 
Na  poły  ogłuszony  brat  mój  znalazł  się  twarz  w  twarz  z  męŜczyzną  przytrzymującym  dotychczas  kucyka, 
dojrzał teŜ, jak oddalał się podskakując po wybojach powozik z oglądającymi się co chwila wystraszonymi 
kobietami. Stojący przed nimi krzepki drab rzucił się na brata, ten jednak powstrzymał go potęŜnym ciosem 
w szczękę. Natychmiast teŜ, zdając sobie sprawę, Ŝe jest osamotniony, odwrócił się i pognał za oddalającym 
się powozikiem. TuŜ za nim pędził drab, nieco dalej zaś sunął trzeci napastnik, który zdąŜył juŜ tymczasem 
powrócić. 
Wtem brat potknął się i rozciągnął jak długi; przez niego przewrócił się jego prześladowca. Gdy brat zerwał 
się  -  stało  przed  nim  juŜ  znów  dwóch  złoczyńców.  Niewielkie  miałby  przeciw  nim  szanse,  gdyby  dzielna 
smagła  dziewczyna  nie  wróciła,  by  przyjść  mu  z  pomocą.  Okazała  się,  Ŝe  przez  cały  ten  czas  miała 
rewolwer, jednak  w  chwili  napaści  był on  ukryty  pad  siedzeniem  bryczki.  Teraz  wypaliła  zeń  z  odległości 
sześciu moŜe jardów, o mały co prawda włos nie trafiając w brata. Tchórzliwszy z napastników znów rzucił 
się do ucieczki, kamrat zaś jego, przeklinając tchórza, pobiegł za nim. Obaj przystanęli, widoczni z dała, nad 
leŜącym wciąŜ jeszcze nieprzytomnie trzecim łotrem. 
- Niech pan weźmie - rzekła dziewczyna podając bratu rewolwer. 
- Proszę wracać da bryczki - odparł brat ocierając krew z rozciętej wargi. 
Odwróciła  się  bez  słowa,  zdyszani  byli  oboje,  po  czym  razem  juŜ  poszli  ku  pani  w  bieli  usiłującej 
powstrzymać rwącego kucyka. Rabusie mieli juŜ widocznie dosyć, kiedy bowiem brat spojrzał ponownie w 
ich stronę dostrzegł, jak się oddalali. 
-  Ja  takŜe  wsiądę  -  rzekł  brat  -  jeśli  panie  pozwolą  -  i  wskoczył  na  wolne  miejsce  na  koźle.  Dziewczyna 
spojrzała nań z ukosa. 
-  Proszę  dać  mi  lejce  -  powiedziała  i  zacięła  biczem  kucyka.  Jeszcze  chwila  i  trzej  bandyci  znikli  za 
zakrętem. 
Tak oto, zupełnie nieoczekiwanie, brat mój, zasapany, z rozplataną wargą, skaleczoną szczęką i poobijanymi 
da  krwi  pięściami,  znalazł  się  wraz  z  dwiema  kobietami  w  bryczuszce  podąŜającej  nieznaną  drogą. 
Dowiedział  się,  iŜ  jedna  z  nich  jest  Ŝoną,  a  druga,  młodsza,  siostrą  lekarza  ze  Stanmore,  wezwanego 
wczesnym  rankiem  do  cięŜko  chorego  w  Pinner.  Na  jednej  ze  stacji  kolejowych  doktor  dowiedział  się  o 
natarciu Marsjan, wrócił czym prędzej do domu, obudził obie panie (słuŜąca odeszła akurat dwa dni temu), 
zapakował nieco Ŝywności, schował pod siedzenie pistolet - bardzo szczęśliwie dla brata - i kazał im jechać 
do  Edgware  myśląc,  Ŝe  uda  im  się  tam  dostać  do  pociągu.  Sam  pozostał,  by  obudzić  sąsiadów;  obiecując 
dopędzić je najdalej a wpół do piątej rano, mimo jednak, iŜ dochodziła juŜ dziewiąta, nie zjawił się jeszcze. 
W  Edgware  nie  mogły  czekać  nań  przy  głównej  ulicy,  gdyŜ  ruch  wzrastał  nieustannie,  toteŜ  skręciły  w  tę 
właśnie boczną uliczkę. 

background image

 

35 

Całą tę historię opowiedziały bratu memu urywkami, po drodze do Nowego Bagnet, gdzie znów przystanęli 
na chwilę. Aby dodać paniom otuchy, brat obiecał pozostać z nimi przynajmniej do chwili, aŜ postanowią, 
co robić dalej, lub aŜ pojawi się nieobecny doktor. Przechwalał się teŜ, Ŝe włada świetnie pistoletem, choć 
broń  ta  była  mu  zupełnie  obca.  Rozbili  przy  szosie  coś  w  rodzaju  biwaku,  przede  wszystkim  ku  wielkiej 
uciesze kucyka. Tu z kolei brat opowiedział towarzyszkom o ucieczce z Londynu, jak równieŜ a wszystkim, 
czego dowiedział się o Marsjanach i ich zachowaniu. Słońce wzbijało się coraz wyŜej. Rozmowa wygasła, 
pozostał niemiły nastrój wyczekiwania. Brat starał się uzyskać od nielicznych mijających ich podróŜnych jak 
najwięcej  wiadomości.  KaŜda  jednak  pośpieszna  odpowiedź  pogłębiała  tylko  wraŜenie  wielkiego 
nieszczęścia,  jakie  spadła  na  ludzkość,  pogłębiała  pewność,  Ŝe  dalsza,  i  to  niezwłoczna,  ucieczka  jest 
koniecznością. Brat starał się przekonać o tym obie panie. 
- Mamy pieniądze - oświadczyła smukła panna i zawahała się. Oczy jej napotkały spojrzenie brata i wahanie 
znikło. 
- I ja mam - odparł brat. 
Wtedy wyjaśniła, Ŝe prócz pięciofuntowego banknotu mają trzydzieści funtów w złocie. Zaproponowała teŜ, 
aby  spróbować  dostać  się  z  tym  do  pociągu  w  St.  Albans  lub  w  Nowym  Barnet.  Zdaniem  brata  było  to 
jednak beznadziejne. Widział on juŜ przecieŜ szał, jaki ogarnął londyńczyków na dworcach i w pociągach, 
toteŜ upierał się, aby pojechać przez Essex do Harwich, a stamtąd morzem ujść w ogóle z kraju. 
Pani  Elphinstone,  takie  bowiem  nazwisko  nosiła  biało  odziana  dama,  nie  chciała  o  niczym  słyszeć  i 
powtarzała tylko bez ustanku: - Jureczku, Jureczku! - szwagierka jej natomiast zachowywała się nad wyraz 
spokojnie i rozwaŜnie, zgodziła się teŜ wreszcie na pomysł mego brata. PodąŜyli więc ku Barnet zamierzając 
przeciąć  tam  wielki  trakt  północny.  Brat  prowadził  kucyka,  a  sam  szedł  obok  piechotą,  gdyŜ  zwierzę 
naleŜało jak najbardziej oszczędzać. 
Im  wyŜej  wznosiło  się  słońce,  tym  dzień  stawał  się  upalniejszy.  Gruby  biały  piach  pad  stopami  palił  i 
oślepiał. Posuwali się niezmiernie wolno. śywopłoty szare były od kurzu. Im bliŜej Barnet - tym głośniejszy 
stawał się burzliwy pomruk tłumu. 
Ludzi  napotykali  coraz  więcej.  Zmordowani,  posępni,  brudni  szli  wpatrzeni  przed  siebie  i  mruczeli  coś 
niezrozumiale.  Jakiś  jegomość  odziany  w  strój  wieczorowy  szedł  pieszo  z  oczami  utkwionymi  w  ziemię. 
Głos jego  Słychać  była  z daleka, jedną rękę  wplątał we  włosy,  drugą  wymachiwał, jakby  bijąc  przed  sobą 
kogoś niewidzialnego. Potem atak wściekłości minął, on zaś szedł dalej nie oglądając się na nikogo. 
ZbliŜywszy się do skrzyŜowania, na południe od Barnet, brat ujrzał nadchodzącą polami kobietę z dwojgiem 
dzieci. Na ręku dźwigała trzecie. Potem minął ich brudny, czarno odziany męŜczyzna z grubą laską w jednej, 
z niewielką walizką w drugiej ręce. Dalej, u wylotu zaułka, pomiędzy obrzeŜającymi go willami, ukazał się 
kary  spocony  koń  ciągnący  nieduŜy  wózek.  Powoził  blady,  szary  od  kurzu  młodzieniec  w  meloniku.  Na 
wózku siedziały stłoczone trzy dziewczyny wyglądające na robotnice z East-Endu i kilkoro małych dzieci. 
- Objadziem tom drogom Edgware?- pytał dzikooki, wyblakły woźnica; gdy brat wyjaśnił, Ŝe naleŜy w tym 
celu skręcić w lewo - zaciął konia i odjechał bez słowa podzięki. 
Brat mój dostrzegł bladoszary dym czy mgłę unoszącą się między domami i przesłaniającą jakby welonem 
białe ściany will ze szosą. Pani Elphinstone krzyknęła nagle na widok dymu i języków płomienia tańczących 
na  tle  gorącego  błękitnego  nieba  po  dachach  pobliskich  domów.  Zgiełk  gościńca  zmienił  się  teraz  w 
nieskładną  mieszaninę  ludzkich  głosów,  turkotu  kół,  skrzypienia  wozów  i  stukotu  kopyt.  O  jakieś 
pięćdziesiąt jardów od skrzyŜowania zaułek skręcał ostro ku szosie. 
- BoŜe drogi, dokąd pan nas wiezie? - krzyknęła pani Elphinstone. Brat zatrzymał kucyka. 
Szosa wyglądała jak wrzący ludzki potok, jakby burzliwa rzeka pędząca niepowstrzymanie na północ. Kurz 
zalegający gęstą, białą, połyskującą w słońcu ławicą rozmazywał i czynił wszystko szarym i niewyraźnym 
co  najmniej  do  wysokości  dwudziestu  stóp.  Ławicę  tę  zasilały  coraz  to  nowe  tumany  wzbijane  nogami 
ś

pieszących gęstym tłumem ludzi i koni i kołami pojazdów wszelkich moŜliwych gatunków i typów. 

- Z drogi! - rozległy się okrzyki. - Z drogi! 
Wylot zaułka na szosę wyglądał jak wjazd do dymiącego pieca. Tłum huczał jak ogień, gorący zaś kurz gryzł 
jak  dym.  Nieco  dalej  w  górę  szosy  rzeczywiście  płonęła  willa  i  buchający  kłębami  na  drogę  czarny  dym 
jeszcze bardziej wzmagał zamieszanie. 
Przeszło dwóch męŜczyzn, za nimi zakurzona kobieta dźwigająca z łkaniem cięŜki tobół. Jakiś zbłąkany pies 
z wywieszonym językiem krąŜył niepewnie wokół wózka, wystraszony, dopóki brat nie odpędził go precz. 
W prawo od willi, w stronę Londynu, droga zmieniła się, jak okiem sięgnąć, w jeden wielki, zamknięty po 
brzegi dwoma rzędami domów strumień brudnych, śpieszących się ludzi; coraz wyraźniej widoczne w miarę 
zbliŜania  się  do  zakrętu  czarne  głowy  i  stłoczone  ciała  roztapiały  się  w  pośpiesznie  oddalającej  się  masie, 
ginęły tonąc w chmurach kurzu. 
- Dalej! Dalej! - krzyczał tłum. - Z drogi! Z drogi! 

background image

 

36 

Idący z tyłu wpierali ręce w plecy poprzedników. Brat stał i patrzył trzymając kucyka przy pysku. Po chwili, 
wsysany bezpowrotnie potokiem ludzi począł posuwać się z wolna, krok za krokiem, ku szosie. 
W  Edgware  panowało  zamieszanie,  w  Chalk  Farm  zgiełkliwy  tumult,  tu  natomiast  wydawało  się,  Ŝe 
gościńcem  wali  cała  ludność  kraju.  Trudno  sobie  po  prostu  wyobrazić  te  zastępy.  Nie  miały  one  jakiegoś 
wyraźnego oblicza. Postaci ludzkie wysypywały się zza  zakrętu i ginęły za następnym  zakrętem  zwrócone 
plecami  ku  grupie  stojącej  w  zaułku.  Piesi  potykając  się  i  potrącając  szli  skrajem  drogi.  Wisiała  nad  nimi 
nieustanna groźba przejechania. Wozy i bryki zbijały się w gromady niechętnie ustępując z drogi szybszym 
lub bardziej niecierpliwym pojazdom, te zaś przy kaŜdej sposobności usiłowały wyrwać się do przodu. Piesi 
rozbiegali się wówczas na strony, kuląc się pod płotami i w bramach. 
- Prędzej - krzyczano. - Prędzej! JuŜ nadchodzą! 
Na  jednym  z  wozów  stał  ślepiec  w  mundurze  Armii  Zbawienia  i  wymachując  rękami  wrzeszczał:  - 
Wieczność! Wieczność! - Ochrypły głos tak był donośny, Ŝe brat mój słyszał go jeszcze po zniknięciu wozu 
w obłokach kurzu. Niektórzy stłoczeni w pojazdach ludzie okładali bezmyślnie batem konie i wykłócali się z 
innymi  woźnicami;  niektórzy  siedzieli  bez  ruchu  wpatrzeni  zgaszonym  wzrokiem  w  próŜnię;  niektórzy 
gryźli  palce  z  pragnienia  lub  leŜeli  bezwładnie  w  swych  wozach.  Konie  ociekały  pianą,  oczy  miały 
przekrwione. 
Drogą sunęły nieprzeliczone doroŜki, bryczki, wozy, platformy, przejechał wóz pocztowy, za nim karawan z 
napisem: „Dom modlitwy św. Pankracego”, za nim ogromna platforma opałowa pełna jakichś oberwańców. 
Potem przetoczyła się dwukółka piwiarza z planami świeŜej krwi na kołach. 
- Z drogi! - ryczały liczne głosy. - Z drogi! 
-  Wie-e-czność!  Wie-e-eczność!  -  brzmiało  jak  echo  nad  drogą.  Obok  przeszły  smętne,  posępne,  choć 
zamoŜnie ubrane kobiety prowadzące za rękę płaczące potykające się dzieci. Wytworne ich suknie pokryte 
były kurzem, po zmęczonych twarzach płynął pot i łzy. Obok szli męŜczyźni, jedni usiłowali im pomagać, 
inni  patrzyli  ponuro  i  dziko.  Za  nimi  pchał  się  tłum  jakichś  włóczęgów  odzianych  w  spłowiałe  czarne 
szmaty, rozwrzeszczanych, klnących. Przeszli krzepcy robotnicy przepychając się nieustępliwie przez tłum; 
przeszli zmęczeni, nie ogoleni męŜczyźni podobni z odzienia do urzędników lub sprzedawców sklepowych; 
potykając  się  i  rozpychając  przeszedł  raniony  Ŝołnierz;  grupa  tragarzy  kolejowych  parła  za  nim,  a  dalej 
wlokło się jakieś nieszczęsne stworzenie w nocnej koszuli z narzuconym na ramiona płaszczem. 
ChociaŜ  tak  róŜny  w  składających  się  nań jednostkach  -  cały  ten  tłum  jedną  miał  przecieŜ  cechę  wspólną. 
Było nią przeraŜenie i ból malujący się na twarzach, był nią gnający ich przemoŜny strach. KaŜdy hałas na 
drodze, kaŜda kłótnia o miejsce na wazie przyśpieszała kroki tłumu. Ci nawet, którym zmęczenie podcinało 
nogi, zrywali się za chwilę z nową siłą. Upał i kurz dały się juŜ uciekającym dobrze we znaki. Twarze ich 
były  spalone,  wargi  czarne  i  spękane.  Wszyscy  byli  spragnieni,  znuŜeni,  wyczerpani.  Pośród  rozlicznych 
okrzyków  słyszało  się  swary,  narzekania,  jęki  słabości  i  zmęczenia;  głosy  brzmiały  ochryple  i  słabo.  A 
poprzez całą tę wrzawę przebijało jedno powtarzające się zdanie: - Z drogi! Z drogi! Marsjanie nadchodzą! 
Nieliczni tylko próbowali wydostać się z tej lawiny. Zaułek wychodził na drogę skośnym wąskim wylotem i 
pozornie  prowadził  w  stronę  Londynu.  Mimo  to  wir  ludzki  rzucał  tam  osłabłych  tylko  po  to,  by  po 
chwilowym  odpoczynku  mogli  zanurzyć  się  w  nim  ponownie.  Nieco  głębiej  w  zaułku  leŜał  z  obnaŜoną, 
owiniętą  skrwawionymi  szmatami  nogą  jakiś  człowiek,  a  nad  nim  pochylali  się  dwaj  jego  przyjaciele. 
Szczęśliwiec! Miał jeszcze przyjaciół. 
Staruszek  z  siwym  wojskowym  wąsem,  w  brudnym  czarnym  surducie,  pokuśtykał  na  bok,  usiadł  przy 
wózku, zdjął but ukazując okrwawioną skarpetkę, wytrząsnął kamyki, wdział z powrotem but i powlókł się 
dalej;  nadeszła  malutka,  ośmioletnia  moŜe  dziewczynka,  zupełnie  sama,  i  padła  płacząc  u  Ŝywopłotu,  tuŜ 
koło mego brata. 
- Nie mogę juŜ dalej! Nie mogę juŜ dalej! 
Brat ocknął się z osłupienia, chwycił ją na ręce i przemawiając łagodnie zaniósł do pani Elphinstone. Mała 
pod jego dotknięciem ucichła natychmiast, jakby czymś przestraszona. 
- Helenko! Helenko! - wołała kobieta w tłumie pełnym łez głosem. Helenko! - Dziecko wyrwało się bratu i 
biegnąc ku drodze krzyczało: - Mamo! 
-  Nadchodzą!  -  wołał  mijając  zaułek  jadący  wierzchem  męŜczyzna.  -  Z  drogi  tam!  -  wrzeszczał  woźnica 
stając na koźle. Brat ujrzał skręcającą w zaułek karetę. 
Ludzie uchodzili z drogi popychając się gwałtownie w obawie, by nie wpaść pod koła. Brat cofnął kucyka i 
bryczuszkę  pod  sam  Ŝywopłot,  kareta  zaś  przejechała  obok  i  stanęła.  Była  dwukonna,  jednak  w  zaprzęgu 
szedł tylko jeden koń. 
Poprzez  tumany  kurzu  brat  dostrzegł  niewyraźnie;  jak  dwaj  ludzie  wynoszą  z  niej  i  składają  ostroŜnie  na 
trawie pod krzewami Ŝywopłotu rozpostarte na białych noszach ciało. 
Jeden z nich podbiegł do brata. 

background image

 

37 

- Gdzie tu jest woda? - zawołał. - To lord Garrick. Umiera i chce pić! 
- Lord Garrick! - wykrzyknął brat. - Prezes Sądu NajwyŜszego? 
- Gdzie tu woda? - powtórzył tamten. 
- MoŜe w którymś z tych domków. My nie mamy wody. Bałbym się zresztą odejść od moich pań. 
Woźnica  począł  przepychać  się  przez  tłum  do  bramy  naroŜnego  domu.  -  Uciekaj!  -  wołano  za  nim.  - 
Marsjanie  nadchodzą!  Uciekaj!  Nagle  uwagę  brata  zwrócił  orlą  swą  twarzą  męŜczyzna  ciągnący  za  sobą 
niewielką walizkę. W tej właśnie chwili otwarła mu się. Sypnęły z niej potokiem rulony złotych suwerenów 
rozpryskując  się  w  zderzeniu  z  ziemią  w  grad  złotych  krąŜków,  pojedynczych  monet.  Toczyły  się  we 
wszystkie  strony  pośród  depczących  nieustannie  drogę  ludzkich  i  końskich  nóg.  Człowiek  o  orlej  twarzy 
stanął  patrząc  tępo  na  stos  rozsypanego  złota.  Nagle  potrącił  go  w  ramię  i  odrzucił  na  bok  dyszel  wozu. 
Tamten krzyknął i skoczył w bok omal nie wpadając pod koła. 
- Z drogi! - zaczęto krzyczeć z tłumu. - Na bok! Z drogi! 
Gdy  wóz  oddalił  się  nieco,  męŜczyzna  padł  z  rozpostartymi  ramionami  na  stos monet  i  pełnymi  garściami 
począł  napychać  nimi  kieszenie.  TuŜ  nad  nim  ukazał  się  łeb  koński  i  usiłujący  właśnie  powstać  człowiek 
znów legł na ziemi tratowany kopytami. 
- Stój! - krzyknął brat i odepchnąwszy idącą ścieŜką kobietę próbował pochwycić konia za wędzidło. 
Zanim  mu  się  to  jednak  udało,  usłyszał  jęk  i  poprzez  tuman  pyłu  ujrzał,  jak  po  plecach  nieszczęśnika 
przetoczyły  się  koła  wozu.  Woźnica  zamierzył  się  biczem  na  przebiegającego  na  drugą  stronę,  za  wozem, 
brata.  Dokoła  podniosły  się  krzyki.  LeŜący  wił  się  w  kurzu,  pośród  rozsypanych  monet,  z  przetrąconym 
kręgosłupem, usiłując powstać na bezsilne, zmartwiałe nogi. Brat stanął nad nim krzycząc na napierającego 
następnego woźnicę; z pomocą przyszedł mu jakiś jeździec dosiadający rumaka. 
- Zabierzcie go z drogi! - wykrzyknął; brat schwycił wolną ręką leŜącego za kołnierz i powlókł go na ścieŜkę 
obok  szosy.  Ten  jednak  walił  brata  po  ręku  pięścią  pełną  złota,  przeszywając  go  przy  tym  wściekłym 
spojrzeniem. 
-  Naprzód!  Naprzód!  -  krzyczały  za  nimi  gniewne  głosy.  -  Z  drogi!  Rozległ  się  trzask.  To  dyszel  powozu 
wbił się w zatrzymany przez jeźdźca wóz. Brat rzucił okiem w tamtą stronę, równocześnie zaś człowiek ze 
złotem przekrzywił głowę i ugryzł trzymającą go za kołnierz rękę. Wóz ruszył; kary koń uskoczył w bok, a 
zaprzęg  przeszedł  tak  blisko  brata,  Ŝe  kopyta  omal  nie  zmiaŜdŜyły  mu  stóp.  Brat  cofnął  się  pośpiesznie 
puszczając  leŜącego.  Dostrzegł  jeszcze  złość  zmieniającą  się  na  twarzy  nieszczęsnego  w  przeraŜenie,  po 
czym  znikł  on  pod  kołami,  brat  zaś  pociągnięty  potokiem  ludzkim  i  uniesiony  poza  wylot  zaułka  cięŜko 
musiał walczyć, by dotrzeć doń z powrotem. 
Powróciwszy do bryczuszki zobaczył, Ŝe pani Elphinstone przysłania oczy rękami, obok niej zaś stoi jakieś 
dziecko  i  przygląda  się  ze zwykłym  u  dzieci  brakiem  współczucia,  szeroko rozwartymi  oczami,  leŜącej  na 
szosie czarnej, zakurzonej, nieruchomej, tratowanej kopytami i miaŜdŜonej kołami postaci. 
- Zawracajmy! - krzyknął brat i zaczął wyprowadzać kucyka z zaułka. - Nie przejedziemy przez to piekło! 
Wrócili ze sto jardów przebytą niedawno drogą. Oszalały tłum znikł im wreszcie z oczu. Mijając zakręt, brat 
ujrzał  śmiertelnie  bladą,  ściągniętą  i  lśniącą  od  potu  twarz  umierającego  w  rowie  pod  ligustrem  lorda 
Garricka. Obie panie siedziały w bryczce bez słowa, skulone i drŜące. 
Za  zakrętem  brat  znów  zatrzymał  wózek.  Panna  Elphinstone  była  blada,  szwagierka  zaś  jej  zalewała  się 
łzami,  zbyt  wystraszona  nawet,  by  wzywać  swego  „Jureczka”.  Brat  mój  teŜ  był  zmieszany  i  wstrząśnięty. 
Gdy  tylko  zawrócili,  pojął,  jak  pilnie  i  nieodzownie  naleŜało  przebić  się  na  przeciwległy  skraj  gościńca. 
Nagle zwrócił się pełen zdecydowania do panny Elphinstone. 
- Musimy przejechać! - zawołał i znów zawrócił kucyka ku szosie. Po raz wtóry juŜ tego dnia dziewczyna 
dała  dowód  wielkiej  siły  ducha.  Chcąc  wedrzeć  się  w  potok  ludzki  na  szosie  brat  skoczył  w  sam  gąszcz 
pojazdów  i  zatrzymał  najbliŜszy  zaprzęg,  a  tymczasem  panna  wprowadziła  przedeń  bryczuszkę. 
Zahamowany na chwilę wóz ruszył gwałtownie odłupując od bryczuszki lewy błotnik wraz ze stopniem. W 
następnej  chwili  prąd  porwał  ich  i  poniósł  z  innymi.  Brat  z  czerwonymi  pręgami  od  smagnięć  biczem  po 
twarzy i rękach wdrapał się na kozioł i odebrał dziewczynie lejce. 
-  Proszę  grozić  temu  za  nami  pistoletem  -  rzekł,  wręczając jej  broń  -  jeŜeli  zanadto  będzie się  pchał.  Nie! 
Lepiej niech pani mierzy w konia. 
Następnie podjął  wysiłki, by  przedrzeć  się  na drugą stronę  drogi.  Dać  nura jednak  w  ten  odmęt  oznaczało 
utracić  wolną  wolę,  zlać  się  w  jedno  Ŝ  całym  tym  zakurzonym,  oszalałym  motłochem.  Niesieni  potokiem 
płynęli  przez  Chipping  Barnet  i  dopiero  o  jakąś  milę  za  śródmieściem  udało  im  się  przedostać  na 
przeciwległy brzeg nurtu. Hałas i zamieszanie panowały tu nie do opisania, w samym jednak miasteczku i 
poza nim szosa rozwidla się parokrotnie, rozluźniło więc to w pewnym stopniu ścisk na drodze. 
PodróŜni nasi skręcili na wschód, przez Hadley. Po drodze widzieli tłumy ludzi gaszących pragnienie wodą 
ze  strumienia,  gdy  niektórzy  walczyli  o  dostęp  do  niego.  Nieco  dalej,  z  pagórka  w  pobliŜu  Wschodniego 

background image

 

38 

Barnet,  dostrzegli  dwa  sunące  bardzo  wolno,  bez  Ŝadnych  sygnałów,  jeden  za  drugim,  pociągi  zapchane 
ludźmi siedzącymi nawet w tendrach, na węglu. ZdąŜały one na północ trasą Wielkiej Kolei Północnej. Brat 
mój  przypuszczał,  iŜ  musiały  wyruszyć  spoza  Londynu,  gdyŜ  w  tym  czasie  obłąkane  przeraŜenie  ludności 
uniemoŜliwiało juŜ odjazd z londyńskich dworców. 
Niedaleko  pagórka  zatrzymali  się  na  południowy  wypoczynek,  gdyŜ  gwałtowność  całodziennych  przeŜyć 
wyczerpała  w  najwyŜszym  stopniu  całą  trójkę.  Zaczął  im  równieŜ  doskwierać  głód,  a  Ŝe  wieczór  był 
chłodny,  Ŝadne  nie  mogło  usnąć.  Późnym  wieczorem  drogą  obok  biwaku  przeszło  w  pośpiechu  mnóstwo 
ludzi uciekających przed nieznanym niebezpieczeństwem, a ludzie ci uchodzili w tę stronę - z której przybył 
mój brat. 
 

Dziecię Gromu 

 
Gdyby jedynym celem Marsjan było zniszczenie, mogliby oni w poniedziałek zgładzić całą rozpraszającą się 
w  ucieczce  po  najbliŜszej  okolicy  ludność  Londynu.  Nie  tylko  bowiem  gościńcem  do  Barnet,  lecz  i  przez 
Edgware, i Waltham Abbey, i drogami biegnącymi na wschód, do Southend i Shoeburyness, i na południe od 
Tamizy,  w  stronę  Deal  i  Broadstairs,  płynął  rozgorączkowany  motłoch.  Gdyby  ktoś  owego  czerwcowego 
poranka  wzbił  się  balonem  w  rozpalone  błękity  pod  Londynem,  ujrzałby,  Ŝe  wszystkie  wybiegające  z 
nieskończonej plątaniny ulic na wschód i na północ drogi usiane są czarnymi, zlewającymi się w strumienie 
punkcikami.  KaŜdy  zaś  punkcik  był  ludzką  agonią  i  przeraŜeniem,  i  rozpaczą.  Aby  czytelnik  zdał  sobie 
sprawę,  jak  wyglądał  ten  potok  czarnych  punkcików  widziany  z  bliska  oczami  jednego  z  nich  -  opisałem 
szeroko  w  poprzednim  rozdziale  to  wszystko,  co  widział  mój  brat  na  gościńcu  wiodącym  przez  Chipping 
Barnet.  Nigdy  jeszcze  w  dziejach  świata  tak  wielka  liczba  połączonych  cierpieniem  istot  ludzkich  nie 
porzucała  swych  siedzib.  Legendarne  zastępy  Gotów  i  Hunów,  najpotęŜniejsze,  jakie  kto  kiedykolwiek 
widział,  armie  wschodu  -  byłyby  kroplą  tylko  w  tej  rzece.  A  nie  był  to  przecieŜ  bynajmniej  Ŝaden 
zdyscyplinowany  marsz.  Był  to  bieg  straszliwy,  gigantyczny  bieg,  bez  porządku  i  bez  celu,  bieg  sześciu 
milionów  wystraszonych,  bezbronnych  i  pozbawionych  Ŝywności  ludzi,  gnanych  lękiem,  gdzie  oczy 
poniosą. Wydawać się mogło, Ŝe to początek zagłady cywilizacji, początek zniszczenia rodzaju ludzkiego. 
Na  wprost  pod  sobą  pasaŜer  balonu  widziałby  rozpostartą  daleko  i  szeroko  sieć  pustych  juŜ  ulic,  mostów, 
domostw, świątyń, ogrodów i parków - ogromną mapę upstrzoną na południu czarnymi plamami. Zdawało 
się, Ŝe koło Ealing, Richmondu i Wimbledonu potworne jakieś pióro bryznęło na nią atramentem. KaŜda z 
tych  bryzg  rosła  i  rozszerzała  się  nieustannie,  wystrzelając  to  tu,  to  tam  poza  swój  kształt  pierwotny,  raz 
zbierając  się  w  ławice  przed  wzniesieniami  terenu,  to  znów  wylewając  się  szybko  w  doliny,  gdy 
przekroczyła grzbiet wzgórza, zupełnie jak kropla atramentu rozpływająca się po bibule. 
W  oddali  zaś,  ponad  wznoszącymi  się  na  południe  od  rzeki  niebieskimi  wzgórzami,  uwijali  się  lśniący  w 
słońcu  Marsjanie  spokojnie  i  metodycznie  pokrywając  to  tę,  to  tamtą  część  kraju  obłokami,  spędzając  je 
strumieniami pary, gdy spełniły juŜ swe dzieło, i obejmując w posiadanie podbitą krainę. Wydawało się, Ŝe 
celem  ich  było  nie  tyle  zniszczenie,  co  całkowite  zdemoralizowanie  i  stłumienie  oporu.  Wysadzali  w 
powietrze kaŜdą napotkaną prochownię, przecinali kaŜdą linię telegraficzną, gdzieniegdzie zaś zrywali tory 
kolejowe.  Postanowili  okaleczyć  ludzkość.  Nie  zaleŜało  im, jak  się  zdaje,  na  pośpiechu, toteŜ  nie  posunęli 
się  tego  dnia  poza  śródmieścia  Londynu.  Dlatego,  być  moŜe,  w  poniedziałek  rano  mnóstwo  mieszkańców 
pozostało w swych domach. Pewne jest bowiem, iŜ tysiące ich zginęły tam wytrute Czarnym Dymem. 
AŜ  do  południa  port  londyński  przedstawiał  zadziwiający  widok.  Czekały  tu  najprzeróŜniejszego  rodzaju 
parowce i okręty skuszone ogromnymi sumami płaconymi przez uciekających; mówiono, Ŝe wielu spośród 
wdzierających się na nie ludzi utonęło spychanych przez  majtków bosakami. Około pierwszej po południu 
pomiędzy  filarami  mostu  Blackfriars  pojawiły  się  rozrzedzone  forpoczty  Czarnego  Dymu.  Wówczas  w 
całym porcie zapanowało obłąkane wprost zamieszanie, bójki i zderzenia. Statki i łodzie tłoczyły się przez 
długi czas pod północnym łukiem mostu Tower, zaś majtkowie i tragarze portowi musieli walczyć uparcie z 
napierającymi ze wszystkich stron tłumami: Doszło do tego, Ŝe ludzie spuszczali się z mostu po filarach... 
Gdy w godzinę później jeden z Marsjan wyłonił się spoza Clock Tower i przeszedł w bród rzekę, po wodzie 
koło Limehouse pływały juŜ tylko jakieś szczątki. 
O  tym,  jak  spadł  piąty  walec,  opowiem  nieco  później.  Szósty  natomiast  upadł  w  Wimbledonie.  Brat  mój 
czuwając w bryczuszce nad snem kobiet widział jego zielony błysk w oddali za wzgórzami. We wtorek cała 
trójka,  wciąŜ  jeszcze  zdecydowana  uciekać  za  morze,  przebijała  się  przez  kipiące  uciekinierami  okolice 
Colchester. Potwierdziła się wiadomość, Ŝe Marsjanie opanowali juŜ cały Londyn. Widziano ich w Highate, 
a nawet, jak twierdzili niektórzy, w Neasdon. Brat mój jednak ujrzał ich dopiero następnego ranka. 
Tymczasem  rozproszone  tłumy  poczęły  zdawać  sobie  sprawę  z  coraz  groźniejszego  braku  poŜywienia.  W 
miarę  jak  wzrastał  głód  -  malało  poszanowanie  praw  własności.  Wieśniacy  stawali  z  bronią  w  ręku  w 

background image

 

39 

obronie  swych  chlewów,  spichlerzy  i  dojrzewających  zbiorów.  Niemało  ludzi,  podobnie  jak  i  rój  brat, 
podąŜało teraz na wschód, moŜna jednak było znaleźć i takich straceńców, którzy w poszukiwaniu Ŝywności 
zawracali  do  Londynu.  Byli  to  przewaŜnie  mieszkańcy  północnych  jego  dzielnic,  znający  Czarny  Opar  z 
opowiadań  tylko.  Mówiono,  Ŝe  połowa  bez  mała  członków  rządu  schroniła  się  w  Birminghamie  i  Ŝe 
przygotowuje się olbrzymie ilości środków wybuchowych, by uŜyć ich do zaminowania dolin Midlandu. 
Mówiono teŜ,  Ŝe  Towarzystwo  Kolei  Midlandzkieh, po  uzupełnieniu  luk  powstałych  wśród  maszynistów  i 
palaczy w pierwszym dniu paniki, podjęło obecnie normalny ruch i wypuszcza ze stacji w St. Albans pociągi 
odchodzące na  północ, chcąc  rozładować  w ten  sposób  przeludnione,  najbliŜej  Londynu  połoŜone  okolice. 
W Chipping Ongar wywieszono nawet plakaty głoszące, Ŝe na północy kraju zgromadzono wielkie zapasy 
mąki  i  Ŝe  w  ciągu  dwudziestu  czterech  godzin  pomiędzy  głodującą  ludność  okoliczną  rozdzielony  będzie 
chleb.  Wiadomości  te  nie  powstrzymały  jednak  ani  brata,  ani  jego  towarzyszek  od  zamierzonej  ucieczki  i 
cała  trójka  jechała  jak  dzień  długi,  na  wschód,  widząc  rozdzielanego  chleba  tyle  tylko,  ile  go  było  na 
plakatach. Jeśli juŜ o tym mowa, to trzeba powiedzieć, Ŝe nikt zresztą nie widział go na oczy. Nocy tej spadła 
siódma juŜ z kolei gwiazda, niedaleko pagórka Primrose Hill. Spadła podczas warty panny Elphinstone, gdyŜ 
czuwała ona na zmianę z bratem. Ona teŜ właśnie ją dostrzegła. 
We  środę  trójka  uciekinierów,  po  nocy  spędzonej  w  polu  wśród  niedojrzałej  pszenicy,  dotarła  do 
Chelmsford,  gdzie  grupa  mieszkańców  mianująca  się  jakimś  Komitetem  Publicznego  Zaopatrzenia 
skonfiskowała  im  kucyka  na  mięso,  w  zamian  obiecując  poszkodowanym  udział  w  jego  zjedzeniu. 
Opowiadano  tu,  Ŝe  Marsjanie  są  juŜ  w  Epping  oraz  Ŝe  podczas  nieudanej  próby  wysadzenia  w  powietrze 
jednego z nich uległa zniszczeniu prochownia w Waltham Abbey. 
Ludność wypatrywała tu Marsjan z wieŜ kościelnych. Brat mój na swoje, jak się później okazało, szczęście 
wolał  nie  czekać  na  jedzenie,  chociaŜ  wszyscy  troje  bardzo  byli  głodni,  lecz  niezwłocznie  podąŜył  wraz  z 
paniami ku wybrzeŜu. W południe minęli Tillingham, gdzie było nad podziw pusto i spokojnie, tylko jakieś 
łaziki plądrowały domy w poszukiwaniu Ŝywności. Niedaleko za Tillingham widać juŜ było morze, a na nim 
najdziwaczniejszą, jaką sobie tylko moŜna wyobrazić, zbieraninę statków. 
PoniewaŜ  nie  dało  się  juŜ  wpływać  do  ujścia  Tamizy,  przybijały  one  do  wybrzeŜa  hrabstwa  Essex,  by 
zabierać ludzi z Harwich, z Walton i Clacton, potem zaś z Foulness i Shoebury. Rozciągnęły się ogromnym 
łukiem,  którego  koniec  ginął  we  mgle  aŜ  za  przylądkiem  Naze.  TuŜ  przy  brzegu  zaś  uwijało  się  mnóstwo 
angielskich, szkockich, francuskich, holenderskich i szwedzkich kutrów, parowczyków  z Tamizy, jachtów, 
motorówek  -  głębiej  w  morzu  widać  było  statki  o  większej  wyporności,  przeróŜne  węglowce,  statki  do 
przewozu bydła, tankowce, schludne statki handlowe, parowce pasaŜerskie, frachtowce oceaniczne, był tam 
nawet jakiś stary Ŝaglowiec; jeszcze zaś głębiej stały białe i popielate statki regularnych linii okrętowych z 
Southamptonu  i  Hamburga.  WzdłuŜ  całego  błękitnego  wybrzeŜa  aŜ  do  Blackwater  moŜna  było  mgliście 
dojrzeć gęsty rój szalup i ich właścicieli targujących się z ludźmi na lądzie, rój ciągnący się poza Blackwater 
prawie aŜ do Maldon. 
Jeszcze  dalej,  o  parę  mil  od  brzegu,  leŜał  zanurzony  tak  głęboko,  Ŝe  według  słów  brata  wyglądał  jakby 
nasiąkły wodą, okręt wojenny. Był to kontrtorpedowiec Dziecię Gromu. Jedyna zresztą widoczna tu z lądu 
jednostka  floty  wojennej.  Ale  hen  daleko,  w  prawo,  nad  gładzią  morską,  gdyŜ  w  dniu  tym  panowała 
prawdziwa martwa cisza, wiły się czarne węŜyki dymków znaczących stanowiska pancerników floty kanału. 
Z kotłami pod parą, w pełnej gotowości bojowej przegradzała ona stalowym łańcuchem wylot Tamizy przez 
cały czas zwycięskiego natarcia Marsjan, czujna, choć niezdolna go powstrzymać. 
Na widok morza pani Elphinstone, mimo pełnych otuchy słów swej szwagierki, uległa panice. Nigdy jeszcze 
nie  wyjeŜdŜała  poza  granice  Anglii  i  woli  raczej  umrzeć,  niŜ  znaleźć  się  sama,  bez  przyjaciół,  w  obcym 
kraju. Jak wynikało z jej słów, biedaczka wyobraŜała sobie widocznie Francuzów nie lepszymi od Marsjan. 
Podczas  ostatnich  dwu  dni  podróŜy  była  coraz  bardziej  wystraszona,  przygnębiona  i  rozhisteryzowana. 
Jedynym  i  nieustannym  jej  marzeniem  był  powrót  do  Stanmore.  W  Stanmore  przecieŜ  zawsze  było  tak 
dobrze, tak bezpiecznie, w Stanmore na pewno odnajdą Jureczka... 
Z największym tylko trudem udało się sprowadzić ją na plaŜę, gdzie brat mój zdołał właśnie zwrócić uwagę 
marynarzy z jakiegoś przedpotopowego, o łopatkowym napędzie, parowca rzecznego z Tamizy. Podpłynęli 
oni szalupą i zgodzili się przewieźć całą trójkę za trzydzieści sześć funtów do Ostendy, dokąd, jak mówili, 
płynąć miał ich stateczek. 
Dochodziła  druga,  gdy  zapłaciwszy  przy  wejściu  umówioną  sumę  brat  mój  znalazł  się  wraz  z  paniami 
bezpieczny  na  pokładzie  statku.  MoŜna  tam  było  dostać  poŜywienie,  po  niezwykle  co  prawda  wysokich 
cenach, toteŜ naszej trójce udało się wreszcie spoŜyć jaki taki posiłek. Na pokładzie było juŜ kilkudziesięciu 
pasaŜerów. Wielu z nich wydało ostatnie grosze, aby tylko zapewnić sobie przejazd, kapitan jednakŜe tkwił 
pod  Blackwater  aŜ  do  piątej,  przyjmując  wciąŜ  nowych  i  nowych  podróŜnych,  aŜ  wreszcie  na  pokładzie 
zapanował niebezpieczny tłok. Tkwiłby tam pewnie i dłuŜej, gdyby nie huk armat, jaki o tej właśnie porze 

background image

 

40 

rozległ  się  gdzieś  na  południu.  Jakby  w  odpowiedzi  na  to,  kontrtorpedowiec  wypalił  w  stronę  morza  z 
małego działa i wciągnął na masz banderę. Z kominów jego buchnęły kłęby dymu. 
Niektórzy pasaŜerowie twierdzili, Ŝe to strzelają pod Shoeburyness, potem jednak okazało się, Ŝe huki stają 
się  coraz  głośniejsze.  Równocześnie  daleko  na  południowym  wschodzie  wynurzyły  się  kolejno  z  morza 
maszyny  i  wieŜyczki  trzech  jeszcze  pancerników  spowitych  chmurami  czarnego  dymu.  Lecz  uwagę  brata 
skupiła  na  sobie  nieustanna  strzelanina.  Wydawało  mu  się,  Ŝe  dostrzega  na  południu  wznoszący  się  w 
mglistej szarej dali słup dymu. 
Parowczyk  pluskał  łopatkami  przebijając  się  na  wschód,  poza  rozsypane  wachlarzem  statki,  i  płaskie 
wybrzeŜa Essexu roztapiały się juŜ w błękitnej mgiełce, gdy ukazał się zmniejszony odległością, posuwający 
się błotnistym wybrzeŜem od strony Foulness, pierwszy Marsjanin. Na ten widok przeraŜony i rozgniewany 
kapitan  począł  przeklinać  własne  guzdralstwo,  a  łopatki  stateczku,  jakby  udzielił  się  im  jego  lęk, 
zapulsowały  gwałtownie.  Kto  Ŝyw  na  parowcu  pchał  się  ku  burtom  i  wspinał  się  na  ławki,  by  oglądać  tę 
odległą  postać  przewyŜszającą  drzewa  i  wieŜe  kościelne,  posuwającą  się  ruchami  wyglądającymi  na 
przedrzeźnianie ruchów człowieka. 
Był  to  pierwszy  widziany  przez  brata  Marsjanin,  toteŜ  przyglądał  mu  się  bardziej  zdziwiony  niŜ 
przestraszony.  Tymczasem  gigant  zbliŜał  się  ostroŜnie  do  okrętu,  zanurzając  się  coraz  głębiej  w  morze. 
Potem  daleko  za  Crouch  ukazał  się  drugi,  przedzierający  się  pośród  karłowatych  drzewek,  a  jeszcze  dalej 
trzeci, brodzący w głębokich, połyskujących w słońcu bagnach nadbrzeŜnych, jakby zawieszony w pół drogi 
między  morzem a niebem. Wszyscy trzej szli w morze, chcąc widocznie przeszkodzić w ucieczce statkom 
zebranym  pomiędzy  Foulness  a  Naze.  Mimo  pośpiesznego  rytmu  maszyn,  mimo  spienionej  kipieli,  jaką 
pozostawiały za sobą łopatki, ucieczka parowczyka, na którym płynął brat, była przeraŜająco powolna. 
Spozierając na północny zachód brat dostrzegł, jak rwie się i wije w przeraŜeniu ogromny wachlarz statków, 
jak ścigają się one ze sobą, jak zwracają rufy miast burt ku brzegom, jak gwiŜdŜą buchając parą parowce, jak 
wciągają  Ŝagle  Ŝaglowce,  jak  pomykają  tu  i  tam  warcząc  motorami  motorówki.  Widok  ten,  zarówno  jak  i 
niebezpieczeństwo  nadciągające  od  brzegu  tak  go  urzekły,  Ŝe  nie  patrzył  wcale  na  morze.  Wtem 
błyskawiczny  zwrot  stateczku  dokonany  dla  uniknięcia  zderzenia  strącił  brata  z  zajmowanego  przezeń 
krzesła. Dokoła wszyscy krzyczeli, potem rozległ się tupot nóg i wiwaty, na które, jak mu się zdawało, ktoś 
odpowiadał z oddali. Nagle stateczek zakołysał się gwałtownie znowu zbijając go z nóg. 
Gdy brat mój zerwał się i popatrzył za prawą burtę, o niecałe sto jardów od kołyszącego się, przechylonego 
parowca  ujrzał  prujący  morze  wielki  stalowy  kadłub.  Ciął  dziobem  wodę,  jak  lemiesz  pługa  tnie  rolę. 
Odgarniane  na  boki  potęŜne  spienione  fale  kołysały  i  podrzucały  stateczkiem,  ten  zaś  to  zanurzał  się  po 
pokład niemal w morzu, to znów unoszony wysoko wymachiwał bezsilnie łopatkami w powietrzu. 
Pienisty prysznic oślepił brata na chwilę. Gdy przetarł oczy, stalowy potwór minął ich mknąc w stronę lądu. 
Nad  płaskim  kadłubem  wznosiły  się  potęŜne  nadbudówki,  zaś  dwa  bliźniacze  kominy  pluły  dymem  gęsto 
przetykanym iskrami. Był to kontrtorpedowiec Dziecię Gromu gnający zagroŜonym statkom z odsieczą. 
Wpierając  stopy  w  rozkołysany  pokład,  trzymając  się  kurczowo  poręczy  brat  popatrzył  wpierw  na 
szarŜującego lewiatana, potem zaś na zbitych w gromadkę Marsjan. Stali tuŜ przy sobie; i to tak daleko od 
brzegu,  Ŝe  trójnogi  ich  prawie  zupełnie  skryły  się  w morzu:  Zanurzeni  głęboko  i  pomniejszeni  odległością 
wydawali  się  o  wiele  mniej  groźni  od  potęŜnego  stalowego  cielska,  w  którego  nurcie  huśtał  się  bezwolnie 
stateczek  niosący  na  swym  pokładzie  brata.  Mogło  wydawać  się,  Ŝe  przyglądają  się  zaskoczeni  temu 
nowemu wrogowi. Być moŜe wzięli go za istotę podobną do siebie. Okręt nie strzelał, lecz pędził tylko ku 
nim z największą szybkością i to właśnie, Ŝe gnał bez strzału, pozwoliło mu prawdopodobnie podsunąć się 
tak blisko do nieprzyjaciół. Ci zaś nie wiedzieli widocznie, co z nim zrobić. Dość było jednego wystrzału, 
aby Snop Gorąca posłał go nieuchronnie na dno. 
Kontrtorpedowiec,  czarny,  gwałtownie  malejący  kadłub  na  tle  oddalającej  się  płaszczyzny  essekskiego 
wybrzeŜa, mknął tak szybko, iŜ po chwili wydawał się juŜ w pół drogi między stateczkiem a Marsjanami. 
Wtem  najbliŜszy  z  Marsjan  nachylił  rurę  i  wypalił  z  niej  w  napastnika  zbiornikiem  Czarnego  Dymu. 
Zbiornik  uderzył  o  lewą  burtę  tryskając  atramentowym  strumieniem  rozlewającym  się  szeroko  po  morzu 
potokami  Czarnego  Dymu,  kontrtorpedowiec  jednak  był  juŜ  daleko.  Patrzącym  pod  słońce  z  zanurzonego 
głęboko parowczyka widzom zdawało się, Ŝe wpadł on juŜ między Marsjan. 
Widać  było  posępne  ich  postacie  wynurzające  się  z  wody  i  oddalające  od  siebie  w  ucieczce  ku  brzegowi. 
Jeden podniósł aparat ze Snopem Gorąca, skierował go skośnie w dół i natychmiast trysnęły z wody obłoki 
pary.  Snop  musiał  przebić  stalowy  pancerz  statku  równie  łatwo,  jak  rozpalone  do  białości  Ŝelazo  przebija 
kartkę papieru. 
Obłoki pary rozdarł błysk płomienia, a Marsjanin zatoczył się i potknął. Jeszcze chwila i upadł. PotęŜny słup 
wody  i  pary  strzelił  wysoko  w  górę.  Teraz  dopiero  zagrzmiały  działa  Dziecięcia  Gronu  głusząc  syk  pary. 
Jeden z pocisków uderzył w pobliŜu parowczyka brata, odbił się rykoszetem w stronę innych uciekających 

background image

 

41 

na  północ  okrętów  i  zgruchotał  pobliski  kuter.  Nikt  się  tym  jednak  zbytnio  nie  przejął.  Na  widok  upadku 
Marsjanina  kapitan  na  mostku  ryknął  coś  niezrozumiale,  a  tłoczący  się  na  pokładzie  pasaŜerowie  wydali 
głośny  okrzyk.  Po  chwili  zaś  znów  zaczęli  wrzeszczeć  radośnie.  Oto  z  białej  zawieruchy  wypadło  coś 
długiego, czarnego, buchającego z kominów, wentylatorów i śródokręcia płomieniami... 
Kontrtorpedowiec Ŝył jeszcze; ster był widocznie nie uszkodzony i maszyny pracowały dalej. Pędził prosto 
na  drugiego  Marsjanina  i  był  juŜ  od  niego  o  niecałe  sto  jardów,  gdy  znów  uderzył  weń  Snop  Gorąca. 
Wówczas  kominy  i  pokład  wyleciały  z  głośnym  hukiem  w  powietrze.  Gwałtowność  wybuchu  zachwiała 
Marsjaninem, a po chwili płonący wrak pchany siłą rozpędu wpadł na niego i zgniótł jak tekturową zabawkę. 
Brat mój mimo woli krzyknął. Znów kłęby wrzącej pary przesłoniły wszystko. 
- Dwa! - ryknął kapitan. 
Wszyscy  dokoła  darli  się  wniebogłosy.  Cały  stateczek  od  dzioba  do  rufy  rozbrzmiewał  gorączkowymi 
wiwatami. Przerzucały się one z okrętu na okręt, aŜ objęły wszystkie stłoczone w gęstą gromadę, mknące w 
morze statki. 
Długo jeszcze wisiał nad wodą obłok pary, przesłaniając i trzeciego Marsjanina, i wybrzeŜe. Przez cały ten 
czas  stateczek  szedł  morze,  oddalając  się  bez  ustanku  od  pobojowiska;  gdy  wreszcie  para  rozwiała  się, 
pojawił się sunący powoli wał Czarnego Oparu i znów nie moŜna było dostrzec ani Dziecięcia Gromu, ani 
trzeciego Marsjanina. Za to między parowczykiem a wybrzeŜem stały teraz inne kontrtorpedowce. 
Stateczek płynął wciąŜ dalej i dalej, zostawiając z wolna kontrtorpedowce za sobą, zaś wybrzeŜe skrywała 
nieprzenikniona ławica oparu, po części pary, po części Czarnego Dymu, zmieszanych ze sobą i splątanych 
w  najdziwaczniejsze  formy.  Armada  uciekinierów  rozpraszała  się  na  północo-wschód.  Między 
kontrtorpedowcami a parowcami płynęło wiele kutrów. Po pewnym czasie okręty wojenne, nie dopłynąwszy 
jeszcze do osiadającej coraz niŜej ławicy Czarnego Dymu, zawróciły na północ, obeszły ją i skręciwszy na 
południe  roztopiły  się  w  mgle  wieczornej.  WybrzeŜe  rysowało  się  coraz  niewyraźniej  pod  niskimi, 
gromadzącymi się wokół zachodzącego słońca zwałami chmur. 
Nagle w złocistej mgle zachodu znów rozległ się huk dział i dojrzeć tam moŜna było ruch jakichś czarnych 
cieni. Zebrani na stateczku ludzie raz jeszcze zaczęli przepychać się ku burtom, by lepiej widzieć, co dzieje 
się w oślepiającym kotle zachodu. Nie udało się jednak nic tam wypatrzeć. 
Chmury  dymu  wzbijając  się  skośnymi  pasmami  przesłaniały  słońce.  Pulsujący  napięciem  stateczek  płynął 
jakby zawieszony w bezkresach. 
Słońce  skryło  się  za  szarymi  chmurami,  niebo  rozbłysło  na  chwilę  i  ściemniało,  zamigotała  wieczorna 
gwiazda.  Panował  juŜ  głęboki  mrok,  gdy  kapitan  krzyknął  wskazując  w  górę.  Brat  mój  wytęŜył  wzrok.  Z 
szarości  wieczoru  wystrzeliło  niezmiernie  szybko  skośnie  w  górę,  ponad  chmury,  w  lśniącą  jasność 
zachodniego  nieba  coś  płaskiego  i  szerokiego,  i  ogromnego  i  płynąc  w  krąg  po  szerokiej  spirali,  malało 
opadając  z  wolna,  aŜ  znikło  zupełnie  w  pełnych  tajemnic  cieniach  nocy.  Lecąc  zaś  prószyło  na  ziemię 
ciemnością. 
 
 

KSIĘGA DRUGA 

ZIEMIA WE WŁADZY MARSJAN 

 
 

Zdeptani 

 
Podczas  gdy  brat  mój  doświadczał  tak  szeroko  opisanych  w  ostatnich  dwóch  rozdziałach  pierwszej  księgi 
przygód,  wikary  i  ja  czailiśmy  się  w  pustym  domu  w  Hallifordzie,  dokąd  uszliśmy,  by  schronić  się  przed 
Czarnym Dymem. Od tego teŜ miejsca podejmuję swą opowieść. 
W ukryciu tym przebyliśmy noc niedzielną i cały następny dzień, dzień paniki, jak rozbitki odcięci Czarnym 
Dymem  od  reszty  świata  na  wysepce  jasności  dziennej.  Skazani  przez  te  dwa  męczące  dni  na  Ŝałosną 
bezczynność, mogliśmy tylko czekać. 
Myśli me opanował niepokój o Ŝonę. WyobraŜałem sobie, jak jest przeraŜona, jakie niebezpieczeństwa groŜą 
jej  w  Leatherhead,  jak  opłakuje  mój  domniemany  zgon.  Przechadzałem  się  po  pokojach  łkając  głośno  na 
myśl  o  naszej  rozłące,  o  tym,  co  moŜe  ją  spotkać  podczas  mej  nieobecności.  ChociaŜ  wiedziałem,  jak 
dzielnie  kuzyn  mój  potrafi  stawić  czoło  przeciwnościom,  to  jednak  nie  naleŜał  on  do  ludzi  szybko 
rozpoznających  niebezpieczeństwo  ani  teŜ  szybko  działających.  A  teraz  właśnie  potrzebna  była  nie  tyle 
odwaga, ile zdolność przewidywania i szybkość decyzji. Jedyną pociechą było przypuszczenie, iŜ posuwając 
się  w  stronę  Londynu  Marsjanie  oddalają  się  od  Leatherhead.  Tego  typu  nieokreślone  niepokoje  trzymają 
umysł  w  bolesnym  napięciu.  Z  trudnością  mi  przychodziło  panowanie  nad  sobą.  Nieustanne  jęki 

background image

 

42 

duchownego, widok jego samolubnej rozpaczy męczył mnie i draŜnił coraz bardziej. Kiedy zaś uwagi, jakie 
mu czyniłem, nie odnosiły skutku, począłem unikać go przesiadując w pokoju przeznaczonym, jak sądzę, na 
izbę szkolną dla dzieci, gdyŜ pełno tam było ławek, globusów, zeszytów i podręczników. Gdy i tam dotarł za 
mną, uciekłem na strych i zamknąłem się, aby pozostać sam na sam ze swą boleścią. 
Przez cały ten dzień, jak równieŜ przez następny ranek Czarny Opar osaczał nas nieubłaganie. W niedzielę 
wieczorem  dostrzegliśmy  w  sąsiednim  domku  ślady  ludzkiej  obecności:  twarz  w  oknie,  przesuwające  się 
ś

wiatło, potem trzaśnięcie drzwiami. Nie wiem jednak, co to byli za ludzie i co się z nimi stało. Nazajutrz juŜ 

ich  nie  widzieliśmy.  Przez  cały  poniedziałkowy  ranek  Czarny  Opar  spływał  z  wolna  ku  rzece  podpełzając 
wciąŜ bliŜej i bliŜej, aŜ zalał w końcu gościniec, przy którym stał dom stanowiący obecnie nasze schronienie. 
W południe nadszedł polami Marsjanin i rozproszył Opar strugą przegrzanej pary bijąc nią z sykiem o ściany 
domów,  wybijając  szyby  i  parząc  w  rękę  księdza  usiłującego  uciec  z  frontowego  pokoju.  Gdy 
przeczołgaliśmy  się  wreszcie  przez  zamokłe  izby  i  wyjrzeliśmy  na  świat,  cała  okolica  na  północ  od  nas 
wyglądała jak  po  czarnej  zamieci.  Patrząc  w  stronę rzeki  spostrzegliśmy  ze  zdziwieniem  niepojętą  dla  nas 
czerwień plamiącą gdzieniegdzie czerń wypalonych łąk. 
Długi  czas  nie  uświadamialiśmy  sobie,  Ŝe  zmiana  naszego  połoŜenia  polega  nie  tylko  na  uwolnieniu  od 
groźby  uduszenia  przez  Czarny  Opar.  Dopiero  później  pojąłem,  Ŝe  nie  jesteśmy  juŜ  osaczeni,  Ŝe  droga  do 
wolności stoi otworem. Natychmiast teŜ zacząłem  znowu  myśleć o działaniu. CóŜ,  kiedy wikary popadł w 
bezmyślną jakąś apatię. 
-  Tutaj  jesteśmy  bezpieczni  -  powtarzał  -  tutaj  nic  nam  nie  grozi.  Wtedy  postanowiłem  porzucić  go.  O, 
czemuŜ tak się nie stało! Mądrzejszy o wiedzę nabytą od artylerzysty, przygotowania do drogi rozpocząłem 
od zaopatrzenia się w prowiant. Na oparzenia me znalazłem oliwę i czyste szmaty, zabrałem teŜ znalezione 
w  sypialni  kapelusz  i  flanelową  koszulę.  Kiedy  stało  się  jasne,  Ŝe  wybieram  się  sam,  Ŝe  jestem  na  to 
zdecydowany, wikary zaczął się raptem takŜe szykować. 
Popołudnie  minęło  spokojnie,  toteŜ  koło  piątej  wyruszyliśmy  sczerniałą  drogą  do  Sunbury.  Zarówno  w 
samym Sunbury, jak i po drodze leŜało mnóstwo poskręcanych w męce ciał ludzkich i koni, porozrzucanych 
tobołów, przewróconych wozów, a wszystko pokryte grubą warstwą czarnego pyłu. Nalot ten, podobny do 
popiołu, przypominał mi opis zagłady Pompei. Do Hampton Court dotarliśmy bez Ŝadnych przygód. Przez 
całą  drogę  nie  mogliśmy  nadziwić  się  niezwykłej  obcości  pokrytego  czerwienią  i  czernią  krajobrazu. 
Dopiero  w  Hampton  Court  oczom  naszym  ukazała  się  pierwsza  ocalała  od  duszących  oparów  Czarnego 
Dymu zieleń. Minęliśmy Bushey Park z jego przemykającymi się pośród kasztanów jeleniami i nieco dalej 
ujrzeliśmy kobiety i męŜczyzn śpieszących polami do Hampton. Byli to pierwsi dostrzeŜeni przez nas w tej 
okolicy ludzie. My skierowaliśmy kroki do Twickenham. 
Las po drugiej stronic gościńca, za Ham i Petersham, wciąŜ jeszcze płonął. Twickenham nie ucierpiało ani 
od  Snopa  Gorąca,  ani  od  Czarnego  Oparu,  toteŜ  ludzi  było  tu  więcej,  nikt  jednak  nie  mógł  udzielić  nam 
Ŝ

adnych nowych wiadomości. Byli to przewaŜnie ludzie korzystający, jak i my, z chwili ciszy, by uciec dalej 

od  terenów  okupowanych  przez  Marsjan.  Odniosłem  wraŜenie,  iŜ  w  wielu  jeszcze  domach  pozostawali 
mieszkańcy,  zbyt  wystraszeni,  by  uchodzić.  I  tu  takŜe  duŜo  było  na  szosie  śladów  pośpiesznej  ucieczki. 
Szczególnie  Ŝywo  utkwił  mi  w  pamięci  stos  złoŜony  z  trzech  wgniecionych  w  gościniec  kołami 
pogruchotanych  bicykli.  Około  wpół  do  dziewiątej  minęliśmy  most  w  Richmond.  Gdyśmy  przezeń 
przebiegali  w  pośpiechu,  dostrzegłem  płynące  rzeką  liczne  kilkustopowej  długości  czerwone  bryły.  Nie 
wiedziałem,  co  to  było,  na  badanie  zaś  nie  starczyło  czasu.  Wydały  mi  się  wtedy  czymś  straszliwym. 
RównieŜ i tu, na brzegu Surrey, leŜał czarny osad i trupy, cały ich stos koło dworca, nie pokazywali się tylko 
Marsjanie. Ujrzeliśmy ich dopiero w pobliŜu Barnes. 
W  czerniejącej  dali  dostrzegliśmy  troje  ludzi  biegnących  pustą  na  pozór  ulicą w  stronę  rzeki.  Na  wzgórzu 
płonęło miasto Richmond, dokoła nie było ani śladu Czarnego Dymu. 
Wtem, podchodząc do Kew, zobaczyliśmy całą gromadę uciekających, za nimi zaś, nie dalej jak o sto jardów 
od  nas,  ukazał  się  kaptur  Marsjanina.  Stanęliśmy  poraŜeni  niespodzianym  niebezpieczeństwem  i  gdyby 
potwór spojrzał w dół - bylibyśmy zgubieni. PrzeraŜenie nasze było tak wielkie, Ŝe nie śmieliśmy iść dalej. 
Skoczyliśmy w bok i skryliśmy się w szopie stojącej w pobliskim ogrodzie. Tam wikary przypadł do ziemi i 
łkając cicho oświadczył, Ŝe nie ruszy się z miejsca. 
Mnie  jednak  nie  opuszczała  uparta  myśl  o  Leatherhead,  toteŜ  o  zmroku  wyruszyłem  dalej.  Przedarłem  się 
przez gęste krzewy i posuwając się ostroŜnie uliczką biegnącą obok wysokiego domu wyszedłem na drogę 
do Kew. Wikary pozostał w szopie, po chwili jednak dopędził mnie z pośpiechem. 
Mój ówczesny postępek uwaŜam za największe, jakie kiedykolwiek w Ŝyciu popełniłem, szaleństwo, jasne 
bowiem było, iŜ dokoła kręcą się Marsjanie. Ledwie wikary przyłączył się do mnie, juŜ ujrzeliśmy daleko, 
na polach w stronie Kew Lodge, jeszcze jedną Bojową Machinę. Cztery czy pięć czarnych figurek uciekało 
przed nią po szarozielonej łące, Marsjanin zaś, widać to było od razu, ścigał je zawzięcie. W trzech susach 

background image

 

43 

był juŜ przy nich. Ludzie usiłowali ujść rozbiegając się w róŜne strony. Prześladowca nie uŜył Snopa Gorąca, 
lecz  wyłowił  ich  skrzętnie,  po  jednemu,  i  wrzucił  do  wielkiego,  przytroczonego  do  pleców,  metalowego 
pudła.  Przypominało  ona  kształtem  koszyki,  jakie  zwykli  nosić  do  pracy  nasi  robotnicy.  Po  raz  pierwszy 
zdałem  sobie  wówczas  sprawę,  iŜ  celem  Marsjan  moŜe  być  nie  tylko  zniszczenie  pokonanej  ludzkości. 
Staliśmy przez chwilę jak skamieniali, po czym zawróciliśmy, wpadliśmy w rozwartą bramę i skryliśmy się 
w  przypadkowo  dostrzeŜonym  rowie,  w  jakimś  okolonym  wysokim  murem  ogrodzie.  Długo,  aŜ  do 
pojawienia się gwiazd, leŜeliśmy tam bojąc się rozmawiać nawet szeptem. 
Dochodziła, jak sądzę, jedenasta w nocy, gdy zebrawszy się na odwagę ruszyliśmy dalej. Nie wyszliśmy juŜ 
jednak  na  drogę,  lecz  prześlizgiwaliśmy  się  pod  Ŝywopłotami  i  przez  ogrody,  wypatrując  pilnie  w 
ciemnościach,  wikary  na  lewo,  a  ja  na  prawo,  krąŜących,  jak  się  nam  wydawało,  w  pobliŜu  Marsjan.  W 
pewnej chwili natknęliśmy się na ostygły juŜ i pokryty popiołem, wypalony, sczerniały szmat ziemi. LeŜało 
tam  mnóstwo  trupów.  Głowy  ich  i  ciała  były  straszliwie  spalone,  nogi  jednak  wraz  z  obuwiem  zupełnie 
nietknięte. O jakieś pięćdziesiąt stóp za stojącymi szeregiem czterema rozwalonymi działami leŜały martwe 
konie i zdruzgotane przodki. 
Miasteczko  Sheen  uniknęło  zniszczenia,  było  jednak  ciche  i  opuszczone.  Nie  widzieliśmy  teŜ  w  nim 
martwych,  choć  trzeba  stwierdzić,  Ŝe  w  tak  ciemną  noc  jak  tamta  niewiele  moŜna  było  dojrzeć.  W  Sheen 
właśnie  towarzysz  mój  zaczął  nagle  uskarŜać  się  na  słabość  i  pragnienie,  postanowiliśmy  więc  zajrzeć  do 
któregoś z domków. 
Pierwszym, do którego z pewnymi zresztą trudnościami włamaliśmy się przez okno, była niewielka, stojąca 
nieco  na  uboczu  willa.  Prócz  spleśniałego  sera  nie  było  w  niej  nic  do  jedzenia.  Znalazła  się  za  to  woda. 
Zabrałem teŜ leŜącą w kuchni siekierkę, która mogła nam oddać wiele usług przy następnych włamaniach. 
Na  drugą  stronę  szosy  przeszliśmy  w  miejscu,  gdzie  skręca  ona  ku  Mortlake.  Stał  tam  biały  domek  w 
ogrodzie.  W  spiŜarni  znaleźliśmy  zapas  Ŝywności  składający  się  z  dwu  bochenków  chleba  w  blaszanym 
pudełku,  surowej  polędwicy  i  połowy  szynki.  Wymieniam  to  wszystko  dokładnie,  gdyŜ,  jak  się  okazało, 
musiało nam tego starczyć na dwa bez mała tygodnie. Pod półką stało kilka flaszek piwa, obok nich zaś dwa 
worki  fasoli  i  parę  zwiędłych  główek  sałaty.  SpiŜarnia  łączyła  się  z  kuchnią,  w  której  znaleźliśmy  trochę 
drewek  i  kredens,  a  w  nim  tuzin  butelek  burgunda,  zupę  i  łososia  w  konserwach  oraz  dwie  paczki 
sucharków. 
Siedzieliśmy w tej kuchni po ciemku, obawiając się palić światło, i jedliśmy chleb z szynką zapijając piwem 
prosto z flaszek. Wikary, wciąŜ jeszcze roztrzęsiony i przeraŜony, upierał się, by iść nie zwlekając dalej, ja 
zaś nalegałem, aby pokrzepić się przed drogą posiłkiem, gdy wydarzyło się coś, co miało nas uwięzić w tym 
domku  na  długo.  -  Nie  ma  chyba  jeszcze  dwunastej  -  odezwałem  się  i  w  tejŜe  chwili  oślepił  nas 
jaskrawozielony błysk. Na moment ukazało się czarnozielone wnętrze kuchni i znikło w ciemności. Rozległ 
się  grzmot,  jakiego  nie  słyszałem  nigdy  ani  przedtem,  ani  potem.  TuŜ  po  nim,  wydawało  się,  Ŝe  niemal 
równocześnie, usłyszałem za sobą huk, szczęk szkła i łoskot walących się ścian. O nasze głowy rozbił się w 
kawałki wielki plaster tynku oderwany od sufitu. Runąłem jak długi na podłogę uderzając przy tym skronią o 
gałkę  kuchenek  drzwiczek  i  straciłem  przytomność.  Długo,  jak  mi  potem  opowiadał  wikary,  leŜałem 
ogłuszony,  gdy  zaś  powróciłem  do  zmysłów,  w  kuchni  panowały  egipskie  ciemności,  wikary  zaś  z  twarzą 
mokrą, jak się okazało - od krwi płynącej z rozciętego czoła, skrapiał mnie wodą. 
Początkowo nie pamiętam, co się stało. Powoli jednak pamięć wydarzeń powróciła. Potwierdzeniem zaś ich 
była rana na skroni. 
- Lepiej panu? - pytał szeptem wikary. Wreszcie odezwałem się i usiadłem. 
- Proszę nie ruszać się - rzekł. - Na podłodze pełno rozbitej porcelany z kredensu. Nie da się uczynić kroku, 
by nie narobić hałasu, a zdaje się, Ŝe oni są koło domu. 
Obaj  siedzieliśmy  tak  cicho,  Ŝe  ledwo  było  słychać  własne  nasze  oddechy.  Dokoła  w  domku  panowała 
martwa  cisza,  raz  tylko  obsunął  się  z  hałasem,  gdzieś  w  pobliŜu,  kawał  tynku  czy  spękanego  muru.  Z 
zewnątrz zaś, z bezpośredniej bliskości, dochodził przerywany metaliczny grzechot. 
- O! - powiedział wikary, gdy rozległ się on znowu. - Tak - odparłem. - Ale co to jest? 
- Marsjanin - odrzekł. Nasłuchiwałem dalej. 
-  To  nie  był  Snop  Gorąca  -  rzekłem.  Przez  chwilę  skłonny  byłem  przypuszczać;  Ŝe  jedna  z  Machin 
Bojowych  zderzyła  się  z  naszym  domem,  podobnie  jak  tamta,  widziana  przeze  mnie  pod  Shepperton,  z 
wieŜą kościelną. 
PołoŜenie  nasze  tak  było  dziwaczne  i  niepojęte,  Ŝe  do  świtu,  to  znaczy  ze  trzy  czy  cztery  godziny,  nie 
poruszaliśmy się prawie wcale. Wreszcie do kuchni poczęło przesączać się blade światło poranka. Docierało 
ono  tu  jednak  nie  przez  czarne  wciąŜ  okno,  przez  trójkątną  szczelinę  w  ścianie  za  nami,  między  belką 
stropową a zwaliskiem cegieł. Po raz pierwszy ujrzeliśmy w szarym półmroku wnętrze naszej kuchni. 

background image

 

44 

Okno wtłoczone zostało do środka masą ziemi z ogrodu, pełno jej było na stole, koło którego siedzieliśmy. 
Pokrywała teŜ grubą warstwą podłogę. Od zewnątrz ziemia obsypała wysokim zwałem cały dom. Pod górną 
framugą  okna  moŜna  było  dostrzec  wyrwaną  rynnę.  Na  podłodze  leŜały  rozrzucone  w  nieładzie  rondle; 
ś

ciana między kuchnią a resztą mieszkania zawaliła się i w coraz jaśniejszym świetle dziennym moŜna było 

bez trudu rozpoznać, iŜ większa część domu leŜy w gruzach. JakŜe jaskrawym przeciwieństwem tej ruiny był 
wytworny,  pomalowany  na  modny  seledynowy  kolor,  pełen  mosięŜnych  i  cynowych  naczyń  kredens, 
imitująca białe i niebieskie kafelki tapeta oraz para barwnych, powiewających nad płytą kuchenną zasłonek. 
Gdy  dzień  rozjaśnił  wyrwę  zupełnie,  ujrzeliśmy  przez  nią  postać  Marsjanina  stojącego  na  czatach  przy 
rozŜarzonym  jeszcze,  jak  sądziłem,  walcu.  Na  ten  widok  przeczołgaliśmy  się  moŜliwie  jak  najszybciej  z 
półmroku kuchni w ciemność spiŜarni. 
Nagle  zaświtało  mi  w  głowie  właściwe  wyjaśnienie  tego,  co  się  stało.  -  Piąty  walec  -  szepnąłem.  -  Piąty 
pocisk z Marsa. Trafił w dom i zagrzebał nas pod ruinami. 
Wikary milczał dość długo, po czym wyszeptał: - Niech Bóg zlituje się nad nami. 
Usłyszałem ciche szlochanie. 
Ten  tylko  dźwięk  przerywał  otaczającą  nas  w  spiŜarni  ciszę.  Jeśli  o  mnie  idzie,  ledwie  ośmieliłem  się 
oddychać  i siedziałem  bez  ruchu,  z  oczami  utkwionymi  w  słabo  oświetlony  otwór  drzwi  kuchennych. TuŜ 
obok jaśniała niewyraźnie owalna plama twarzy duchownego, jego biały kołnierzyk i mankiety. Na zewnątrz 
rozpoczęło się tymczasem metaliczne jakieś kucie, potem gwałtowny gwizd, po krótkiej zaś przerwie głośny 
syk  podobny  do  syku  maszyny  parowej.  Hałasy  te,  najzupełniej  dla  nas  zagadkowe,  słychać  było  z 
przerwami, a w miarę upływu czasu rozlegały się coraz częściej. Wreszcie dały się słyszeć rytmiczne, głuche 
uderzenia i odczuliśmy nie przerwane juŜ przez długi czas drgania, od których trzęsło się wszystko dokoła, a 
w spiŜarni z brzękiem podskakiwały naczynia. W pewnej chwili coś przesłoniło światło i ledwie widoczne 
dotąd drzwi ściemniały zupełnie. Długie godziny spędziliśmy w tej nieszczęsnej kryjówce skuleni, milczący, 
drŜący z trwogi - aŜ zmęczenie przemogło czujność... 
Obudziłem się niesłychanie wygłodniały. Sądzę, Ŝe przeleŜeliśmy tak większą część dnia. Głód był tak silny, 
Ŝ

e zmusił mnie do działania. Powiedziałem, Ŝe idę poszukać czegoś do jedzenia, i popełzłem po omacku do 

kredensu.  Nie  otrzymałem  odpowiedzi,  kiedy  tylko  jednak  począłem  jeść,  odgłos  ten  musiał  widocznie 
poruszyć wikarego, gdyŜ usłyszałem, jak czołga się za mną. 
 

Co widzieliśmy z ukrycia w ruinach 

 
Skończywszy  z jedzeniem  powróciliśmy do spiŜarni. Musiałem znów  zadrzemać, gdyŜ po pewnym czasie, 
kiedy poruszyłem się - spostrzegłem, Ŝe jestem sam. Huki i wywołane nimi drgania trwały nadal z męczącą 
jednostajnością.  Nawoływałem  kilkakrotnie  cichutko,  aŜ  w  końcu  podąŜyłem  po  omacku  do  drzwi 
kuchennych.  Jeszcze  był  dzień,  toteŜ  dostrzegłem  duchownego  po  drugiej  stronie  izby,  leŜącego  przy 
trójkątnym,  wychodzącym  wprost  na  Marsjan  otworze.  Tak  był  przy  tym  zgarbiony,  Ŝe  wyglądał  jak  bez 
głowy. 
Na  zewnątrz  hałasy  przypominały  rozgwar  wielkiej  hali  maszyn,  dokoła  zaś  wszystko  trzęsło  się  w  takt 
grzmiących uderzeń. Przez otwór w ścianie mogłem dojrzeć skąpany w złocie wierzchołek drzewa i ciepły 
lazur  cichego  wieczornego  nieba.  Przyglądałem  się  przez  chwilę  wikaremu,  po  czym  skulony  stąpając  z 
największą ostroŜnością pośród zaściełających podłogę skorup posunąłem się ku niemu. 
Gdy dotknąłem jego kolana, drgnął gwałtownie i potrącił przy tym odłam muru, który potoczył się z wielkim 
hukiem w dół, na zewnątrz. W obawie, by nie krzyknął, chwyciłem go za ramię, po czym długo leŜeliśmy 
bez ruchu. Podniosłem się wreszcie, aby sprawdzić, co ocalało z naszej osłony. W resztce muru pozostała po 
odpadłym  kawale  ściany  pionowa  szczelina,  przez  którą  widać  było,  gdy  wychyliłem  się  ostroŜnie  ponad 
belką,  cichą  jeszcze  wczoraj,  podmiejską  uliczkę.  Wielkie  tu  doprawdy  zaszły  zmiany.  Piąty  walec  trafił 
widocznie w sam środek willi, w której najpierw byliśmy. Domek zdruzgotany całkowicie, rozbity w proch, 
skruszony  ciosem  przestał  istnieć.  Znacznie  poniŜej  dawnych  fundamentów,  w  głębokim  dole,  o  wiele 
zresztą szerszym od jamy widzianej przeze mnie pod Woking, leŜał teraz walec. PotęŜne uderzenie chlusnęło 
dokoła  ziemią  („chlusnęło”  będzie  tu  najlepszym  chyba  wyraŜeniem),  piętrząc  ją  w  zwały  skrywające 
szczątki  pobliskich  domów.  Ziemia  zachowała  się  tu  zupełnie  jak  uderzone  z  całej  siły  cięŜkim  młotem 
błoto.  Nasz  dom  zwalił  się  do  tyłu,  elewacja  aŜ  do  parteru  włącznie  została  zniszczona  kompletnie. 
Szczęśliwym  trafem  ocalała  kuchnia  i  spiŜarnia.  Stały  one  nienaruszone,  przysypane  ziemią  i  szczątkami 
muru,  zamknięte  z  trzech  stron  ławami  ziemi,  z  jednym  jedynym  wyjściem  ku  walowi.  Z  taką  to 
perspektywą zawieszeni byliśmy na samym skraju wielkiej kolistej jamy pogłębianej obecnie przez Marsjan. 
TuŜ  za  nami  słychać  było  odgłosy  cięŜkich  uderzeń,  przed  naszą  zaś  szczeliną  przepływały  co  chwila 
podobne do welonu chmurki jasnozielonej pasy. 

background image

 

45 

W  samym  środku  jamy  leŜał  otwarty  juŜ  walec,  po  przeciwnej  zaś  od  nas  stronie,  wśród  połamanych  i 
zasypanych w połowie krzewów, stała, opuszczona w tej chwili przez uŜytkownika, sztywna i ogromna na 
tle  wieczornego  nieba,  jedna  z  wielkich  Machin  Bojowych.  W  pierwszym  momencie  nie  zauwaŜyłem  ani 
jamy, ani walca, tak zajął mnie widok groźnej maszyny, właściwy jednak opis naleŜałoby rozpocząć od nich 
właśnie,  juŜ  choćby  ze  względu  na  niezwykły  lśniący  mechanizm  pracujący  w  wykopie  czy  teŜ  na 
dziwaczne, pełzające niezdarnie po pobliskich zwałach ziemi istoty. 
Uwagę  mą  przykuł  przede  wszystkim  mechanizm.  Była  to  jedna  z  tych  niesłychanie  skomplikowanych 
maszyn,  nazwanych  później  Machinami  Roboczymi,  których  poznanie  tak  bardzo  przyczyniło  się  do 
rozwoju ziemskiej wynalazczości. Najpierw uderzyło mnie jej podobieństwo do metalowego pająka o pięciu 
zwinnych, kolankowatych odnóŜach; opatrzonego wokół kadłuba niezliczoną liczbą dźwigni, drąŜków oraz 
rozciągliwych,  chwytnych  macek.  Większa  ich  część  obecnie  nie  pracowała,  trzy  tylko  długie  macki 
wyławiały z wnętrza walca liczne pręty, płyty i wsporniki stanowiące bez wątpienia wewnętrzne umocnienia 
jego ścian. W miarę wydobywania unosiły je w górę i układały z boku na ziemi w stosy. 
Ruchy  macek  były  tak  szybkie,  płynne  i  dokładne,  Ŝe  mimo  metalicznego  połysku  nie  chciało  mi  się  z 
początku  wierzyć,  iŜ  patrzę  na  pracę  mechanizmu.  Machiny  Bojowe  były  w  bardzo  wysokim  stopniu 
podobne do Ŝyjących, posłusznych woli pana istot, nie moŜna ich jednak nawet porównywać z Machinami 
Roboczymi. Kto nie widział tych konstrukcji na własne oczy, lecz zna je tylko z pozbawionych wyobraźni 
szkiców  malarskich  czy  technicznych  lub  z  niedoskonałych  opisów  naocznych  świadków,  takich  jak  ja  na 
przykład, ten z trudem moŜe wyobrazić sobie, jak bardzo przypominały one Ŝywe stworzenia. 
Myślę  tu  przede  wszystkim  o  ilustracjach  do  jednej  z  pierwszych  broszur  usiłujących  przedstawić  cały 
przebieg tej wojny. Malarz obejrzał, dość pobieŜnie zapewne, jedną z Machin Bojowych i na tym zakończyła 
się  jego  o  nich  wiedza.  Uczynił  z  nich  sztywne  mechaniczne  trójnogi,  pozbawione  zupełnie  giętkości  i 
posuwistości,  wywołując  w  ten  sposób  fałszywe,  jednostronne  wyobraŜenie.  PoniewaŜ  broszura  opatrzona 
tymi  rycinami  miała  ogromne  powodzenie,  wspominam  o  tym,  by  przestrzec  czytelników  przed  błędnymi 
wraŜeniami,  jakie  mogłyby  na  jej  podstawie  powstać.  Rysunki  przypominały  Marsjan,  których  widziałem 
przecieŜ  w  ruchu  niezliczoną  ilość  razy,  tak  samo  jak  kukły  woskowe  przypominają  Ŝywe  istoty  ludzkie. 
Moim zdaniem broszura byłaby bez nich o wiele lepsza. 
Z początku, powtarzam, Machina Robocza nie przypominała w niczym maszyn, lecz raczej kraba o lśniącej 
powłoce. Zamiast mózgu, za pomocą wraŜliwych czułek, kierował jej ruchami Marsjanin. Prawdziwą naturę 
tego  sprawnego  robotnika  wyjaśniłem  sobie  wówczas  dopiero,  gdy  spostrzegłem  podobieństwo  jego 
szarobrązowej  połyskującej  „skóry”  do  pozostałych  pełzających  dokoła  cielsk.  Równocześnie  ze 
zrozumieniem zainteresowanie me przeniosło się na te inne istoty, na prawdziwych Marsjan. Widziałem ich 
przelotnie  dawniej  i  ówczesna  odraza  nie  przeszkadzała  mi  juŜ  teraz  w  obserwacji.  Ponadto  mogłem 
przyglądać się im z ukrycia, nie poruszając się niemal, w skupieniu. 
Teraz dopiero stwierdziłem, Ŝe są to najbardziej nieziemskie stworzenia, jakie tylko moŜna sobie wyobrazić. 
Były  to  wielkie  obłe  cielska  lub  raczej  głowy,  około  czterech  stóp  średnicy.  KaŜde  miało  z  przodu  twarz. 
Twarz ta nie miała nozdrzy, gdyŜ Marsjanie nie byli obdarzeni, jak się zdaje, zmysłem powonienia, miała za 
to parę ogromnych ciemnych oczu, tuŜ pod nimi zaś coś w rodzaju mięsistego dzioba. W tylnej części głowy 
czy  teŜ  ciała  -  sam  juŜ  nie  wiem,  jak  to  nazywać  -  mieściła  się  jedna  tylko,  sztywno  napięta  błona 
bębenkowa,  anatomicznie  odpowiadająca,  jak  później  stwierdzono,  uchu,  jakkolwiek  w  ziemskim  gęstym 
powietrzu było ono zupełnie niemal bezuŜyteczne. Dokoła dzioba, to znaczy ust, znajdowały się zebrane w 
dwa  pęki,  po  osiem  w  kaŜdym,  smukłe,  podobne  do  biczy  macki.  Pęki  te  nazwane  zostały  potem,  dość 
udanie  zresztą,  przez  słynnego  profesora  anatomii  Howesa  -  rękami.  JuŜ  po  raz  pierwszy  widząc  Marsjan 
zauwaŜyłem,  jak  usiłowali  oni  dźwigać  się  za  pomocą  tych  rąk,  co  zwaŜywszy  zwiększony  w  ziemskich 
warunkach  cięŜar  tych  istot  było,  rzecz  jasna,  niemoŜliwe.  Są  jednak  podstawy,  aby  przypuszczać,  iŜ  na 
Marsie takie poruszanie się nie nastręcza Ŝadnej trudności. 
Wewnętrzna ich budowa, mogę to stwierdzić, gdyŜ dokonane sekcje nie pozostawiają Ŝadnych wątpliwości, 
była tak samo prosta. Większą część wnętrza zajmował mózg, z  którego grube nerwy prowadziły do oczu, 
ucha  i  czułek.  Ponadto  mieli  złoŜone  płuca  łączące  się  z  ustami  i  serce  wraz  z  układem  naczyń 
krwionośnych.  PrzeciąŜenie  płuc  wywołane  gęściejszą  atmosferą  ziemską  i  zwiększoną  siłą  ciąŜenia 
przejawiało się zupełnie wyraźnie konwulsyjnym drganiem naskórka. 
ś

adnych  innych  wewnętrznych  organów  nie  mieli.  Choć  moŜe  się  nam  to  wydać  dziwne,  u  Marsjan  nie 

istniał  cały  skomplikowany  system  trawienia  zajmujący  tyle  miejsca  w  ciałach  ludzi.  Byli  głowami,  po 
prostu  tylko  głowami.  Nie  mieli  Ŝadnych  wnętrzności.  Nie  jedli,  tym  bardziej  zaś  nie  trawili.  W  zamian 
pobierali  świeŜą  krew  Ŝywych  istot,  wstrzykując  ją  do  własnych  Ŝył.  Widziałem,  jak  się  to  odbywa, 
wspomnę zresztą o tym we właściwym czasie. Lecz choćbym miał się wydać przewraŜliwiony, nic potrafię 
zmusić  się  do  opisania  tego,  czemu  nie  mogłem  nawet  przyglądać  się  bez  odrazy.  Niech  wystarczy,  jeśli 

background image

 

46 

powiem, Ŝe krew pochodząca z Ŝywego jeszcze stworzenia, najczęściej z istoty ludzkiej, wprowadzana była 
za pomocą ssawki bezpośrednio do przewodu przyjmującego. 
Dla nas sama juŜ myśl o tym jest niewątpliwie odraŜająca, sądzę jednak, iŜ naleŜy równocześnie pamiętać, 
jak odraŜającymi musiałyby wydać się inteligentnemu na przykład królikowi nasze mięsoŜercze zwyczaje. 
Jeśli  się  zaś  pomyśli  o  niesłychanej  wprost  stracie  czasu  ludzkiego  i  energii  poświęconych  na  jedzenie  i 
proces  trawienia, fizjologiczne  korzyści  takiego  sposobu  odŜywiania się  są niezaprzeczalne.  Ciała  nasze  w 
połowie  niemal  składają  się  z  gruczołów,  przewodów  i  organów  zajętych  przekształcaniem  róŜnorodnych 
pokarmów na krew. Procesy trawienia i ich wpływ na układ nerwowy podkopują nasze siły i odbijają się na 
umysłowości.  Ludzie  bywają  szczęśliwi  lub  nieszczęśliwi  w  zaleŜności  od  tego,  czy  mają  zdrową,  czy  teŜ 
chorą wątrobę, czy ich gruczoły trawienne pracują naleŜycie, czy teŜ nie. Marsjanie zaś byli wyŜsi ponad te 
organiczne zmiany nastrojów i uczuć. 
To, Ŝe uznali oni ludzi za najlepsze źródło poŜywienia, moŜną po części wytłumaczyć sobie podobieństwem 
szczątków ich ofiar stanowiących zapasy Ŝywności przywiezione z Marsa. Stworzenia te, sądząc z zeschłych 
szczątków,  które  dostały  się  w  ręce  ludzi,  były  dwunogie,  miały  słabe  krzemowe  szkielety  podobne  do 
krzemowych  szkieletów  gąbek  i  równie  słabe  umięśnienie.  Wzrost  ich  sięgał  sześciu  stóp  w  postawie 
wyprostowanej, głowy były kuliste i miały dwa stwardniałe oczodoły. W kaŜdym walcu wieziono po dwie, 
trzy takie istoty, wszystkie one jednak zostały zgładzone jeszcze przed przybyciem na Ziemię. Nie sprawiało 
to jednak Ŝadnej właściwie róŜnicy, gdyŜ kaŜda próba wyprostowania się na naszej planecie doprowadziłaby 
natychmiast do zmiaŜdŜenia wszystkich ich kości. 
JeŜeli  juŜ  jestem  przy  opisie  Marsjan,  pragnę  tu  dorzucić  pewne  dalsze  szczegóły,  które  (jakkolwiek 
wówczas  jeszcze  nam  nie  znane)  pozwolą  czytelnikowi  zaznajomionemu  z  nimi  stworzyć  sobie 
dokładniejszy obraz groźnych tych istot. 
Fizjologia ich róŜniła się znacznie od naszej w trzech innych jeszcze dziedzinach. Organizmy te w ogóle nie 
znały snu, a przynajmniej nie spały dłuŜej, niŜ śpi ludzkie serce. Bez wymagającego ustawicznej regeneracji 
rozwiniętego  mechanizmu  mięśniowego  nie  znali  oni  okresowego  ugasania  -  snu.  Wydaje  się,  Ŝe  nie 
odczuwali zupełnie (lub w bardzo nieznacznym tylko stopniu) zmęczenia. Na Ziemi zawsze poruszali się z 
wysiłkiem, do samego jednak końca byli w ustawicznym ruchu. Pracowali przez dwadzieścia cztery godziny 
na dobę, podobnie jak się to dzieje u ziemskich mrówek. 
Dalej,  choć  moŜe  to  w  świecie  płciowym  wydać  się  dziwne,  Marsjanie  nie  posiadali  Ŝadnej  płci,  a  więc 
pozbawieni byli wszystkich tych burzliwych uczuć, jakie miotają podzieloną na rodzaje ludzkością. Nie ma 
wątpliwości, iŜ w czasie wojny przyszedł na świat tu, na Ziemi, młody Marsjanin. Znaleziono go złączonego 
z ciałem rodziciela, wypączkowanego zeń, jak się to dzieje z młodymi cebulkami lilii lub ze słodkowodnymi 
polipami. 
U człowieka i u wyŜej zorganizowanych zwierząt ten sposób rozmnaŜania się zanikł juŜ całkowicie, był on 
jednak  niewątpliwie  równieŜ  u  nas,  na  Ziemi,  pierwotnym  sposobem  mnoŜenia  się.  U  zwierząt  niŜej 
zorganizowanych, takich choćby, jak odległe krewniaczki kręgowców osłonice, oba te sposoby istnieją obok 
siebie do dzisiaj. Ostatecznie jednak sposób płciowy wyparł całkowicie wegetatywnego rywala. Na Marsie 
widocznie stało się odwrotnie. 
Warto  tu  zwrócić  uwagę,  iŜ  pewien  pseudonaukowy  pisarz  na  długo  jeszcze  przed  najazdem  Marsjan 
przewidywał  przyszłą  budowę  ciała  ludzkiego  bardzo  podobnie  do  obecnej  budowy  ciała  mieszkańców 
Marsa. Przepowiednia jego, pamiętam, ukazała się w listopadzie czy teŜ w grudniu 1893 roku, w od dawna 
juŜ  nie  istniejącym  czasopiśmie  Pall-Mall.  Przypominam  sobie  równieŜ,  iŜ  została  ona  wyśmiana  w 
przedmarsjańskim tygodniku satyrycznym noszącym miano Punch. 
Pisarz ten dowodził z wielką swadą, Ŝe wskutek rozwoju urządzeń mechanicznych ulegną zanikowi nogi, a 
wskutek rozwoju chemii - narządy trawienia; Ŝe takie organy, jak włosy, nozdrza, zęby, uszy, przestaną być 
zasadniczymi częściami ludzkiego ciała i Ŝe dobór naturalny pójdzie na przestrzeni nadchodzących stuleci w 
kierunku stałego ich zaniku. NajwaŜniejszą koniecznością pozostanie tylko mózg. Jedna jedyna część ciała, 
której dalszy rozwój wydaje się pewny, to ręce - nauczyciel i pośrednik mózgu. Gdy reszta ciała zmarnieje, 
ręce rozrosną się. 
Wiele  juŜ  prawd  wypowiedziano  fantazjując,  tu  zaś  na  Marsjanach  mieliśmy  nie  podlegające  dyskusji 
potwierdzenie  podporządkowania  umysłowi  zwierzęcej  strony  organizmu.  Mnie  osobiście  wydaje  się 
zupełnie moŜliwe, iŜ Marsjanie mogą pochodzić od istot podobnych do nas. Zmieniając się stopniowo dzięki 
rozwojowi mózgu kosztem reszty ciała ręce Marsjan przekształciły się w dwa pęki wraŜliwych macek. Mózg 
zaś  bez  ciała,  pozbawiony  podkładu  uczuciowego,  musiał,  rzecz  jasna,  stawać  się  umysłowością  coraz 
bardziej samolubną. 
Ostatnim rzucającym się w oczy szczegółem, w którym stworzenia te róŜniły się od nas, było coś, co moŜna 
by uznać za drobiazg. Na Marsie albo w ogóle nie było drobnoustrojów powodujących tyle chorób i bólu tu, 

background image

 

47 

na  Ziemi,  albo  teŜ  marsjańska  wiedza  sanitarna  rozprawiła  się  z  nimi  juŜ  przed  wiekami.  śycie  Marsjan 
wolne  więc  było  od  setek  chorób,  od  wszelkich  gorączek  i  zakaŜeń,  od  gruźlicy,  raka,  wrzodów  i  innych 
bied. Mówiąc zaś o róŜnicach między Ŝyciem na Marsie a Ŝyciem ziemskim chcę przytoczyć ciekawe uwagi 
o Czerwonym Zielsku. 
Głównym barwnikiem w świecie roślinnym Marsa jest najwidoczniej nie kolor zielony, lecz jaskrawy odcień 
krwawej  czerwieni.  W  kaŜdym  razie  wszystkie  gatunki  roślin,  jakie  wzeszły  z  nasion  przywiezionych 
przypadkowo czy teŜ rozmyślnie przez Marsjan, były zabarwione na czerwono. Spośród nich jednej tylko, 
znanej  ogólnie  pod  nazwą  Czerwonego  Zielska,  udało  się  znieść  zwycięsko  konkurencję  ziemskich 
gatunków. Czerwone Pnącze było rośliną tak krótkotrwałą, Ŝe niewiele ludzi w ogóle je widziało. Czerwone 
Zielsko  jednak  krzewiło  się  przez  pewien  czas  nad  podziw  bujnie  i  szybko.  Na  trzeci  czy  czwarty  dzień 
uwięzienia  wspięło  się  ono  po  ścianach  jamy  i  kaktusowatymi  łodygami  obrzeŜyło  karminową  obwódką 
krawędzie naszego trójkątnego okna. Później zaś widziałem, jak pleniło się po całej okolicy, zwłaszcza zaś 
wszędzie tam, gdzie była woda. 
Marsjanie  mieli,  jak  wiadomo,  organ  słuchu,  pojedynczą  kolistą  membranę  z  tyłu  głowy,  oraz  oczy  o 
zakresie  widzenia  nie  róŜniącym  się  wiele  od  naszego,  z  wyjątkiem,  jak  twierdził  Philips,  iŜ  niebieską  i 
fiołkową  barwę  widzieli  jako  czarną.  Przypuszcza  się  ogólnie,  iŜ  porozumiewali  się  oni  za  pomocą 
dźwięków  i  gestów.  Twierdzi  się  tak,  na  przykład,  w  umiejętnie,  lecz  zbyt  powierzchownie  opracowanej 
broszurze, o której wspomniałem juŜ poprzednio. Była ona, jak dotąd, głównym źródłem informacji o nich, 
mimo iŜ pisał ją ktoś, kto nie widział zachowania się Marsjan na własne oczy. Nikt jednak z istot ludzkich, 
które  przeŜyły  najazd,  nie  widział  tyle  z  Ŝycia  Marsjan,  co  ja.  Nie  przechwalam  się  tym  bynajmniej, 
stwierdzam po prostu fakt. Stwierdzam teŜ, Ŝe obserwowałem ich z bliska przez dłuŜszy czas, Ŝe widziałem, 
jak  wspólnie,  we  czwórkę,  w  piątkę,  a  raz  nawet  w  szóstkę  wykonywali  najbardziej  skomplikowane 
czynności  bez  Ŝadnego  dźwięku  ni  gestu.  Szczególne  pohukiwania  zawsze  poprzedzały  przyjmowanie 
pokarmu;  tonacja  tych  dźwięków  była  niezmienna,  nie  moŜna  więc,  moim  zdaniem,  uznać  ich  za  jakieś 
sygnały, lecz za zwykłe wydechy przed przystąpieniem do czynności ssania. Mam pretensje do podstawowej 
co  najmniej  znajomości  psychologii  i  jestem  pewien,  jeśli  w  ogóle  moŜna  być  czegokolwiek  pewnym,  Ŝe 
Marsjanie wymieniali myśli bez udziału czynników fizycznych. Pewien zaś tego jestem wbrew powaŜnym w 
tej  dziedzinie  uprzedzeniom.  Przed  najazdem  Marsjan,  jak  moŜe  przypominają  sobie  niektórzy  czytelnicy, 
wypowiadałem się dość namiętnie przeciw teorii telepatii. 
Marsjanie  nie  nosili  Ŝadnej  odzieŜy.  Ich  pojęcie  ozdób  czy  strojów  było  z  konieczności  odmienne  od 
naszego; nie tylko zaś byli w sposób zupełnie wyraźny mniej od nas wraŜliwi na wahania temperatury, lecz i 
zmiany  ciśnienia  zdawały  się  wcale  nie  wpływać  na  stan  ich  zdrowia.  Jeśli  jednak  nie  nosili  odzieŜy,  to 
przecieŜ  mieli  nad  ludźmi  olbrzymią  wyŜszość  w  stosowaniu  sztucznych  uzupełnień  ciała.  My,  ludzie,  ze 
swymi  bicyklami,  wrotkami,  samochodami  i  Lilienthalowskimi  machinami  latającymi,  pistoletami, 
karabinami,  armatami  czy  kijami  rozpoczynamy  dopiero  tę  ewolucję,  którą  Marsjanie  bez  wątpienia  juŜ 
przeszli.  Stali  się  oni  w  rzeczywistości  samymi  tylko  mózgami  odzianymi  w  niezbędne  dla  określonych 
potrzeb urządzenia, tak jak ludzie odziewają się w szaty w zaleŜności od wymagań pór roku, jak posługują 
się  rowerem  w  pośpiechu  lub  podczas  deszczu  parasolem.  We  wszystkich  zaś  ich  urządzeniach 
najgodniejszy  podziwu  moŜe  wydać  się  człowiekowi  brak  podstawy  kaŜdego  niemal  mechanizmu 
ziemskiego  -  zupełny  brak  koła.  Pośród  wszystkiego,  co  przywieźli  ze  sobą  na  Ziemię,  nie  było  nic,  co 
wskazywałoby  na  uŜywanie  przez  nich  kół.  MoŜna  by  było  oczekiwać  tego  przynajmniej  w  przyrządach 
słuŜących  do  poruszania  się.  NaleŜy  tu  podkreślić,  Ŝe  i  u  nas,  na  Ziemi,  przyroda  nigdy  nie  uŜywa 
samorzutnie  koła,  przedkłada,  być  moŜe,  ponad  nie  inne  rozwiązania.  Marsjanie  nie  tylko  nie  znali,  co 
zresztą nie wydaje się prawdopodobne, czy nie chcieli stosować koła, lecz co więcej w aparatach swych w 
małym  tylko  niezmiernie  stopniu  uŜywali  dźwigni  o  stałym  lub  półstałym  punkcie  zaczepienia,  a  więc 
poruszających  się  ruchem  obrotowym  w  jednej  płaszczyźnie.  Wszystkie  złącza  w  mechanizmach  były 
złoŜonym systemem suwaków poruszających się w niewielkich, lecz wspaniale ukształtowanych łoŜyskach 
ciernych. Jeśli juŜ wdałem się w te szczegóły, to pragnę podkreślić, Ŝe dźwignie ich maszyn napędzane były 
w  większości  wypadków  przez  coś  w  rodzaju  licznych  tarcz,  mieszczących  się  w  elastycznych  osłonach; 
tarcze te zmieniały się pod działaniem przepuszczanego przez nie prądu elektrycznego w potęŜne magnesy. 
Uzyskiwali  oni  w  ten  sposób  niezwykle  interesujące  podobieństwo  do  ruchów  zwierząt,  ruchów,  których 
naśladowanie w mechanice tyle sprawiało trudności ziemskim badaczom. 
Mnóstwo tych niby-mięśni znajdowało się właśnie w podobnej do kraba Machinie Roboczej rozładowującej 
piąty walec, w chwili gdy ujrzałem ją wyglądając po raz pierwszy przez szczelinę w murze. Wydała mi się 
ona  o  wiele  bardziej  Ŝywa  od  prawdziwych  Marsjan  wylegujących  się  koło  niej  w  promieniach 
zachodzącego  słońca,  dyszących  z  wysiłkiem,  poruszających  bezcelowo  mackami  i  przeciągających  się 
leniwie po męczącej, długotrwałej podróŜy międzyplanetarnej. 

background image

 

48 

Podczas gdy przyglądałem się niezdarnym ich ruchom w blasku słońca, notując w pamięci kaŜdy szczegół 
dziwacznych  tych  postaci,  wikary  przypomniał  o  swej  obecności  szarpiąc  mnie  gwałtownie  za  ramię. 
Zwróciłem  się  ku  nachmurzonej  twarzy  i  milczącym  wymownie  ustom.  Teraz  on  chciał  patrzeć,  bo  tylko 
jeden  z  nas  mógł  wyglądać  przez  szczelinę;  tak  więc,  gdy  on  cieszył  się  tym  przywilejem,  ja  z  kolei 
musiałem przerwać na pewien czas obserwację. 
Gdy wyjrzałem ponownie, Machina Robocza złoŜyła juŜ z licznych wydobytych z walca części mechanizm 
o  zupełnie do  niej  podobnym  kształcie.  NiŜej  zaś i  bardziej  na  lewo  ukazała się  niewielka  koparka  ziejąca 
strumieniami  zielonej  pary,  przekopująca  się  wokół  jamy,  odkładając  ziemię  na  zwał  i  metodycznie  i 
nieprzerwanie  ubijająca ją.  To  właśnie  ubijanie  było przyczyną  głośnych  rytmicznych  uderzeń  i  regularnie 
powtarzających się wstrząsów, wprawiających w drŜenie ruiny naszego schroniska. Pracy tej towarzyszyły 
najprzeróŜniejsze piski i gwizdy. O ile mogłem dojrzeć, nie kierował nią Ŝaden Marsjanin. 
 

Dni więzienne 

 
Przybycie  drugiej  Machiny  Bojowej  odegnało  nas  od  szczeliny  i  zapędziło  do  spiŜarni,  gdyŜ  obawialiśmy 
się,  by  Marsjanie  mimo  naszego  ukrycia  nie  dojrzeli  nas  z  góry.  Później  przestaliśmy  się  lękać,  gdyŜ  z 
zewnątrz,  dla  olśnionego  słonecznym  światłem  oka,  schronienie  nasze  musiało  wydawać  się  jakby 
zaciągnięte czarną błoną, początkowo jednak przy najlŜejszym nawet podejrzeniu odkrycia rzucaliśmy się z 
bijącym sercem do ucieczki, by ukryć się w spiŜarni. Mimo straszliwego niebezpieczeństwa, jakim groziło 
wyglądanie,  nie  mogliśmy  oprzeć  się  pokusie.  Z  uczuciem  zdumienia  powracam  myślą  do  tamtych  chwil, 
kiedy  niepomni  nieustannej  groźby  zagłodzenia  lub  gorszej  jeszcze  śmierci  z  rąk  Marsjan  -  walczyliśmy 
zawzięcie o straszliwy przywilej patrzenia. Ścigaliśmy się w groteskowym biegu przez kuchnię, starając się 
wyprzedzić wzajemnie i bojąc się przy tym zdradzieckiego hałasu, potem zaś baliśmy się, kopali i popychali, 
o kilka cali, o krok od wykrycia. 
Faktem  jest,  Ŝe  usposobienia  nasze,  nasz  sposób  myślenia  i  postępowania  były  nie  do  pogodzenia,  zaś 
niebezpieczeństwo  i  osamotnienie  podkreślały  tę  rozbieŜność  jeszcze  mocniej.  JuŜ  w  Hallifordzie 
znienawidziłem  te  bezsilne  jęki,  ten  tępy  umysł.  Nigdy  nie  kończący  się,  wymrukiwany  bez  przerwy  jego 
monolog psuł  mi  kaŜdą próbę obmyślenia jakiegoś sposobu działania, czasami zaś doprowadzał niemal do 
szału. Brakowało mu opanowania jak kapryśnej kobiecie... Mógł płakać całymi godzinami i pewien jestem, 
Ŝ

e do samego końca to rozpieszczone przez Ŝycie dziecko uwaŜało łzy swej słabości za oręŜ w jakiś sposób 

skuteczny. Ja zaś siedziałem w ciemności nie mogąc oderwać od niego myśli. Jadł więcej ode mnie i próŜną 
było rzeczą tłumaczyć mu, Ŝe jedyną moŜliwość przeŜycia daje nam ukrywanie się w tym domu do czasu, aŜ 
Marsjanie skończą roboty w jamie, Ŝe przy tym długim wyczekiwaniu moŜe nadejść chwila, gdy zabraknie 
nam Ŝywności. Jadł i pił nieumiarkowanie, kiedy tylko przyszła mu na to ochota. Spał niewiele. 
W  miarę  jak  upływały  dni,  nierozwaŜna  ta  beztroska  pogarszała  stale  sytuację  i  powiększała 
niebezpieczeństwo, tak iŜ (choć bardzo niechętnie) musiałem uciec się najpierw do gróźb, w  końcu zaś do 
razów. Przywróciło mu to rozsądek, lecz na krótki tylko czas. Było to stworzenie słabe, lecz pełne chytrości. 
Brakło  mu  odwagi,  by  stawić  czoło  nie  tylko  Bogu  czy  ludziom,  lecz  własnej  nawet  słabości.  Była  to 
wyzbyta godności, tchórzliwa, anemiczna, zawistna duszyczka. 
Przykro mi wspominać i opisywać te sprawy, postanowiłem jednak nie pomijać w tej historii niczego. Tym, 
którzy uniknęli w Ŝyciu wszystkiego, co ciemne i straszne, nietrudno będzie potępić mnie za brutalność, za 
wybuch wściekłości, jakim zakończyła się nasza tragedia; czym jest zło, wiedzą oni nie gorzej od innych, nie 
wiedzą  natomiast,  do  czego  zdolni  są  ludzie  torturowani.  Ci  przecieŜ,  którzy  poznali  mroki  Ŝycia,  którzy 
zgłębili jego pierwotność, więcej bez wątpienia okaŜą wyrozumiałości. 
Gdy  my  toczyliśmy  wewnątrz,  w  mglistej  ciemności,  walkę  szeptów,  zaciśniętych  pięści  i  bezlitosnych 
razów, na zewnątrz, w palącym słońcu straszliwego owego czerwca Marsjanie prowadzili zwykłe dla nich, a 
tak obce i dziwne dla nas roboty. Lecz powróćmy do tych nowych dla  mnie doświadczeń. Gdy po długim 
czasie znów odwaŜyłem się wyjrzeć przez szczelinę, dostrzegłem, iŜ nowo przybyłych wzmocniły załogi co 
najmniej  trzech  Machin  Bojowych.  Dostarczyły  one  jakichś  nowych  urządzeń  ustawionych  rzędem  koła 
walca.  Druga  Machina  Robocza  była  juŜ  gotowa  i  obsługiwała  jedno  z  nich.  Kształtem  przypominało  ono 
bańkę do mleka, nad którą kołysał się gruszkowaty zbiornik. Płynął z niego do okrągłego, połoŜonego niŜej 
basenu  strumień  białego  proszku.  Machina  Robocza  nadawała  za  pomocą  macki  zbiornikowi  ruch 
wahadłowy. Dwiema łopatkowymi rękami kopała ona i wrzucała do gruszkowatego zbiornika glinę, innym 
zaś  ramieniem  otwierała  co  pewien  czas  drzwiczki  w  środkowej  części  aparatu  i  usuwała  stamtąd 
rdzawoczarny  ŜuŜel.  Jeszcze  jedna  stalowa  macka  kierowała  proszek  z  basenu  Ŝeberkowym  kanałem  do 
zbiornika ukrytego przed mym wzrokiem za hałdą niebieskawego pyłu. Stamtąd unosił się w nieruchomym 
powietrzu  pionowo  w  górę  cienki  słup  zielonego  dymu.  Gdy  patrzyłem,  Machina  Robocza  rozsunęła 

background image

 

49 

teleskopowym sposobem ze słabym melodyjnym podźwiękiem jedną z macek, będącą przed chwilą jeszcze 
krótkim  tępo  zakończonym  trzpieniem,  tak  daleko,  Ŝe  koniec  jej  skrył  się  za  zwałem  gliny.  Za  chwilę 
ukazała  się  ona  ponownie,  przy  czym  niosła  sztabę  nieskazitelnie  białego,  połyskującego  oślepiająco 
aluminium  i  złoŜyła  ją  na rosnącym  nieustannie  na  skraju jamy  stosie  tych  sztab.  Od  zniknięcia  słońca  do 
ukazania się pierwszych gwiazd wydajna ta maszyna zrobiła z surowej zupełnie gliny przeszło setkę takich 
sztab, zaś hałda niebieskiego kurzu urosła ponad brzeg jamy. 
Kontrast  między  szybkimi  i  złoŜonymi  poruszeniami  tych  mechanizmów  a  ocięŜałą,  zadyszaną 
niezdarnością  ich  władców  był  tak  wielki,  iŜ  musiałem  wielokrotnie  przekonywać  sam  siebie,  Ŝe  nie 
mechanizmy, lecz oni to właśnie są istotami Ŝyjącymi. 
Gdy do jamy przynieśli pierwszych ludzi, przy szczelinie był wikary. Ja siedziałem niŜej, skulony, wytęŜając 
słuch.  Widząc,  Ŝe  odskakuje  gwałtownie  od  otworu,  skuliłem  się  przeraŜony  jeszcze  bardziej,  pewny,  Ŝe 
Marsjanie dostrzegli go. Ześliznąwszy się w dół po rumowisku przykucnął w ciemności przy mnie i bełkotał 
coś  niezrozumiale,  wymachując  rękami,  aŜ  zaraził  mnie  na  chwilę  swym  przestrachem.  Poznałem  po 
gestach, Ŝe zrezygnował ze szczeliny, gdy więc zaciekawienie przemogło wreszcie obawę, podniosłem się i 
wspiąłem  do  wyrwy.  Zrazu  nie  mogłem  pojąć  przyczyny  jego  przeraŜenia.  Panował juŜ  półmrok,  gwiazdy 
były  jeszcze  blade,  jamę  jednak  rozświetlał  jasny,  zielony,  migotliwy  blask  towarzyszący  produkcji 
aluminium.  Całość  obrazu  wyglądała  jak  migocący  zielonymi  błyskami  ekran,  na  który  padały  ruchliwe 
rdzawoczarne,  niezwykle  męczące  wzrok  cienie.  Nad  jamą  uwijały  się  obojętne  na  wszystko  nietoperze. 
Pełzających Marsjan nie było nigdzie widać. Przesłaniała ich rosnąca bez przerwy hałda niebieskozielonego 
pyłu.  W  naroŜniku  jamy  stała,  jakby  skrócona,  na  skurczonych  nogach  Machina  Bojowa.  Wtem  pośrodku 
klekotu maszyn usłyszałem dźwięk przypominający głos ludzki. Początkowo starałem się uparcie odpędzić 
od siebie nawet wszelką myśl o tym. 
Skulony  przyglądałem  się  uwaŜnie  Machinie  Bojowej  upewniając  się  wreszcie,  Ŝe  w  jej  kapturze 
rzeczywiście  znajduje  się  Marsjanin.  Gdy  zielone  płomienie  wzbijały  się  wyŜej,  moŜna  było  wyraźnie 
dojrzeć oleisty połysk naskórka i blask wielkich oczu. Nagle doszedł mnie krzyk i spostrzegłem długą mackę 
sięgającą poprzez ramię maszyny do niezbyt wielkiej klatki przewieszonej przez jej plecy. Po chwili macka 
uniosła  się  wysoko  trzymając  coś  wijącego  się  rozpaczliwie,  coś,  co  rysowało  się  na  tle  gwiazd  czarnym, 
mglistym znakiem zapytania. Ten znak zapytania w miarę zniŜania się przybierał w zielonym świetle postać 
człowieka.  Przez  chwilę  widziałem  go  zupełnie  wyraźnie.  Był  to  tęgi,  zaŜywny,  dostatnio  odziany 
męŜczyzna  w  średnim  wieku;  parę  jeszcze  dni  temu  kroczył  zapewne  dumny  po  świecie  jako  człowiek 
otoczony  ogólnym  szacunkiem.  Widziałem  doskonale  wytrzeszczone  oczy  i  odblask  światła  na  spinkach  i 
dewizce.  Znikł  za  hałdą  i  przez  chwilę  nic  nie  było  słychać.  Potem  rozległ  się  rozdzierający  krzyk  i 
przeciągłe, jakby drwiące pohukiwanie Marsjan... 
Ześliznąłem  się  po  rumowisku,  porwałem  się  na  nogi,  zatkałem  uszy  i  wpadłem  do  spiŜarni.  Duchowny, 
skulony dotąd w milczeniu z głową ukrytą w ramionach, spojrzał, gdy go mijałem, krzyknął głośno, bym nie 
zostawiał go samego, i popędził za mną. 
Nocy  tej,  przyczajony  w  spiŜarni,  wahając  się  między  przeraŜeniem  a  straszliwym  urokiem  wyglądania, 
pojąłem,  Ŝe  trzeba  koniecznie  działać,  i to  zaraz.  Na próŜno jednak  siliłem  się na  ułoŜenie  planu ucieczki; 
później dopiero, następnego dnia, udało mi się rozwaŜyć nasze połoŜenie bardziej szczegółowo. Wikary, jak 
stwierdziłem,  był  zupełnie  niezdolny  nawet  do  dyskusji;  groza  uczyniła  zeń  stworzenie  poddające  się 
przelotnym,  Ŝywiołowym  bodźcom, odebrała rozsądek i przezorność. Prawdę powiedziawszy, spadł on juŜ 
właściwie  do  poziomu  zwierzęcia. Ja  zaś, jak  się  to mówi,  wziąłem  się  w  garść.  Przemyślawszy  wszystko 
pojąłem  jasno,  Ŝe  połoŜenie  nasze,  jakkolwiek  okropne,  nie  dawało  jeszcze  powodów  do  ostatecznej 
rozpaczy. 
Największą  naszą  szansą  byłoby,  rzecz  jasna,  gdyby  Marsjanie  potraktowali  jamę  jako  tylko  przejściowe 
obozowisko.  Nawet  jednak  gdyby  mieli  pozostawać  w  niej  na  stałe,  nie  musieli  przecieŜ  pilnować  jej 
nieustannie,  to  zaś  mogło  nam  umoŜliwić  ucieczkę.  RozwaŜałem  teŜ  bardzo  szczegółowo  moŜliwość 
przekopania przejścia podziemnego poza jamę, prawdopodobieństwo jednak wydostania się na powierzchnię 
w  zasięgu  wzroku  wartujących  Marsjan  wydawało  mi  się  od  razu  zbyt  wielkie.  Poza  tym  trzeba  by 
przekopywać się samemu, gdyŜ wikary niewątpliwie nie pomógłby mi w niczym. 
Trzeciego dnia, jeśli mnie pamięć nie myśli, ujrzałem śmierć tego chłopaka. Był to zresztą jedyny wypadek, 
gdy  widziałem  Marsjan  przyjmujących  pokarm.  Po  tym,  co  ujrzałem  -  przez  większą  część  dnia  unikałem 
wyrwy jak ognia. Udałem się do spiŜarni i po zdjęciu z zawiasów drzwi spędziłem kilka godzin na kopaniu 
posługując się, jak tylko moŜna najciszej, siekierką; gdy jednak okazało się, Ŝe wygrzebana na długość kilku 
stóp dziura zawaliła się z hałasem, nie ośmieliłem się kopać dalej. Straciłem wówczas całe męstwo i długi 
czas leŜałem zniechęcony, bez ruchu, na wykopanej ziemi. Po tym wypadku zaniechałem myśli o ucieczce 
przekopem. 

background image

 

50 

Wiele moŜna powiedzieć o wraŜeniu, jakie zrobili na mnie Marsjanie. Początkowo, widząc, jak potrafią oni 
niweczyć wszelkie ludzkie wysiłki, nie miałem w ogóle nadziei na ocalenie. Czwartej czy piątej jednak nocy 
doszedł mnie odgłos podobny do odległych strzałów z cięŜkich dział. 
Noc  była  późna  i  świecił  jasno  księŜyc.  Marsjanie  zabrali  gdzieś  koparkę,  toteŜ  prócz  Machiny  Bojowej 
stojącej  na  przeciwległym  brzegu  jamy  oraz  Machiny  Roboczej  zajętej  czymś  tuŜ  pod  naszą  szczeliną  -  w 
jamie nie było nikogo. Gdyby nie blady odblask padający z dołu, gdzie pracowała Machina Robocza, i białe 
plamy i smugi księŜycowej poświaty, ciemność byłaby zupełna. Ciszę przerywało tylko brzęczenie maszyny. 
Noc była piękna i bezchmurna. Wydawało się, Ŝe księŜyc objął w posiadanie calutkie niebo. Gdzieś z oddali 
dochodziło szczekanie psa. Ono właśnie skłoniło mnie do wytęŜenia słuchu i wówczas usłyszałem zupełnie 
wyraźnie huk, bardzo podobny do głosu cięŜkiego działa. Naliczyłem sześć takich wybuchów, a po długiej 
przerwie sześć następnych. I to było wszystko. 
 

Śmierć wikarego 

 
Szóstego  dnia  naszego  uwięzienia,  gdy  wyglądałem  po  raz  ostatni,  spostrzegłem  nagle,  Ŝe  jestem  przy 
wyrwie  sam.  Wikary,  zamiast  trzymać  się,  jak  to  zazwyczaj  bywało,  w  pobliŜu  i  odpychać  mnie  od 
szczeliny, powrócił widocznie do spiŜarni. Uderzony nagłą myślą udałem się z pośpiechem i w milczeniu za 
nim. Usłyszałem w ciemności, jak coś pił. Sięgnąłem w mrok i palce me pochwyciły butelkę wina. 
Szarpanina trwała kilka chwil. Zaprzestałem walki wtedy dopiero, kiedy butelka upadła na ziemię i rozbiła 
się.  Staliśmy  zdyszani  groŜąc  sobie  nawzajem.  Stanąłem  ostatecznie  między  nim  a  zapasem  Ŝywności  i 
oświadczyłem,  Ŝe  odtąd  będę  racjonować  posiłki.  Cały  nasz  zapas  podzieliłem  na  porcje  wystarczające  do 
przetrwania  dziesięciu  dni.  Tego  dnia  nie  dałem  mu  nic  juŜ  więcej  do  jedzenia.  Po  południu  próbował 
wyrwać  mi  Ŝywność  siłą,  był  jednak  na  to  zbyt  słaby.  Drzemałem  właśnie,  obudziłem  się  jednak 
natychmiast. Cały dzień i całą następną noc siedzieliśmy twarzą w twarz, ja zmęczony, lecz zdecydowany, 
on skomlący coś o trapiącym go głodzie. Wiedziałem, Ŝe trwało to dzień i noc, wówczas jednak wydawało 
mi się, a i dziś jeszcze wydaje się, Ŝe czas ten ciągnął się nieskończenie długo. 
W ten sposób coraz bardziej pogłębiająca się rozbieŜność zakończyła się otwartym konfliktem. Dwa długie 
dni zeszły nam na przyciszonych sporach i milczących zmaganiach. Były chwile, gdy biłem go i kopałem, 
jak szaleniec, były i takie, gdy schlebiałem mu i prosiłem. Raz próbowałem nawet przekupstwa, odstępując 
mu ostatnią butelkę wina, gdyŜ w kuchni była pompa dająca nieco wody. Ani siła jednak, ani dobroć nie i 
skutkowały,  naprawdę  stracił  cały  rozsądek.  Nie  zaprzestawał  zamachów  na  Ŝywność,  nie  zaprzestawał 
głośnego  bełkotu,  nie  chciał  przestrzegać  najbardziej  podstawowych  zasad  ostroŜności,  od  zachowania 
których zaleŜało przecieŜ nasze bezpieczeństwo i Ŝycie. Zaczynałem pojmować coraz jaśniej, Ŝe inteligencja 
jego gasła, Ŝe jedyny mój towarzysz w gęstej, dławiącej ciemności ukrycia jest człowiekiem obłąkanym. 
Sądząc  z  niektórych  mglistych  wspomnień  umysł  mój  takŜe  był  chwilami  przyćmiony.  KaŜdy  sen 
wypełniały dziwaczne, potworne koszmary. 
Brzmi to niezbyt moŜe zrozumiale, sądzę jednak, Ŝe właśnie obłęd wikarego stał się dla mnie ostrzeŜeniem, 
dodał sił i uchronił przed szaleństwem. 
Ósmego dnia zaprzestał szeptu i począł mówić na głos, ja zaś nie mogłem uciszyć go w Ŝaden sposób. 
- Tak być powinno, o BoŜe! - powtarzał w kółko. - Tak być powinno. Brzemię kary niech spadnie na mnie i 
na  dzieci  moje.  Grzeszyliśmy,  nadto  byliśmy  dufni  w  swoje  siły.  Nędza  panowała  dokoła  i  ból,  ubogich 
deptano w prochu, ja zaś milczałem. CóŜ za głupstwa kazałem, BoŜe mój, cóŜ za głupstwa! Zamiast powstać 
i  Ŝycie  oddać  w  ofierze,  i  wołać  głosem  wielkim:  Pokutujcie,  pokutujcie!...  CiemięŜyciele  maluczkich  i 
łaknących... JakŜe groźna jest dłoń Pana! 
Potem  niespodziewanie  przeskakiwał  na  jedzenie,  którego  mu  odmawiałem,  prosząc,  błagając,  płacząc;  w 
końcu  groŜąc.  Zaczął  podnosić  głos,  prosiłem  go,  by  zamilkł.  Wówczas  widząc,  Ŝe  ma  mnie  w  ręku, 
zagroził, iŜ krzykiem ściągnie na nas Marsjan. W pierwszej chwili przeraziłem się, kaŜde jednak ustępstwo 
zmniejszałoby tylko moŜliwość przetrwania. Rzuciłem mu więc wyzwanie, chociaŜ wcale nie byłem pewien, 
czy go nie podejmie. Tym razem jeszcze nie podjął. Przez resztę ósmego i cały dziewiąty dzień mówił coraz 
głośniej.  Groźby  i  błagania  płynące  spienionym  potokiem  półprzytomnych  słów  skruchy  i  Ŝalu  za 
oszukańczą  pustkę  jego  słuŜby  boŜej  budziły  we  mnie  litość.  Zasnął  wreszcie  na  chwilę,  po  przebudzeniu 
jednak  zaczął  wykrzykiwać  z  nową  siłą,  i  to  tak  głośno,  Ŝe  za  wszelką  cenę  trzeba  go  było  nakłonić  do 
milczenia. 
- Bądź cicho - prosiłem. 
Siedział w ciemności - teraz nagle ukląkł. 

background image

 

51 

- Zbyt długo juŜ byłem cicho - odkrzyknął głosem, który bez wątpienia dotarł do jamy. - Czas juŜ, bym dał 
ś

wiadectwo  prawdzie.  Biada  miastu,  które  wiarę  utraciło.  Biada!  Biada!  Po  trzykroć  biada  ludziom  ziemi, 

gdy zabrzmią trąby archanielskie... 
- Stul pysk! - ryknąłem zrywając się pełen przeraŜenia, by nie usłyszeli go Marsjanie. - Na miłość boską! - 
dodałem. 
- Nie! - krzyknął na cały głos, zrywając się takŜe i rozkrzyŜowując ramiona. - Nie zamilknę! Głos Pana jest 
ze mną! 
Dopadł w kilku susach kuchennych drzwi. 
- Muszę dać świadectwo prawdzie! Pójdę! Nazbyt juŜ długo zwlekałem! 
Wyciągnąłem rękę i namacałem wiszący na ścianie tasak. Skoczyłem za nim jak błyskawica. Oszalałem ze 
strachu. Dopadłem go na środku kuchni. Resztka uczuć ludzkich odwróciła tasak w  mym ręku tak, Ŝe cios 
padł nie ostrzem, lecz płazem. Wikary runął na twarz i leŜał bez ruchu. Potknąłem się o rozciągnięte ciało i 
stanąłem cięŜko dysząc. 
Wtem  dobiegł  mnie  z  zewnątrz  jakiś  szelest,  a  potem  szmer  obsuwającego  się  tynku.  Coś  przesłoniło 
trójkątną  wyrwę  w  murze.  Spojrzałem  i  oczom  mym  ukazał  się  kadłub,  a  raczej  górna  część  Machiny 
Roboczej  przepychającej  się  z  wolna  przez  wyrwę.  Jedna  z  chwytnych  macek  wiła  się  po  rumowisku;  po 
chwili pojawiła się druga szukając drogi ponad zwalonymi belkami. Ja zaś - skamieniały - patrzyłem. Przez 
przezroczystą, jakby  szklaną  ścianę  kadłuba  dostrzegłem  twarz  Marsjanina  i jego  wielkie, ciemne,  bacznie 
wpatrzone w mrok kuchni oczy. Stalowy wąŜ macki począł tymczasem sunąć wolno przez wyrwę. 
Z  największym  tylko  wysiłkiem  odwróciłem  się  od  wyrwy,  potknąłem  się  o  ciało  i  sparaliŜowany 
przeraŜeniem stanąłem w drzwiach spiŜarni. Macka posunęła się juŜ o jakieś dwa jardy w głąb kuchni, wijąc 
się i zwracając to w jedną, to w drugą stronę szybkimi, urywanymi ruchami. Stałem chwilę, jak urzeczony 
tym  powolnym,  niesamowitym  zbliŜaniem.  Potem  z  cichym  ochrypłym  okrzykiem  schroniłem  się  w 
spiŜarni. Dygotałem, z trudem utrzymując się na nogach. Otworzyłem drzwi do piwnicy i stojąc w ciemności 
wpatrywałem się w jaśniejsze nieco wejście do kuchni. Czy Marsjanin dojrzał mnie? Co teraz robił? 
W  kuchni  coś  poruszało  się  bardzo  powoli  to  tu,  to  tam,  obijało  się  o  ściany  i  znów  sunęło  dalej  z 
metalicznym,  podobnym  do  pobrzękiwania  kluczy  na  kółku,  dźwiękiem.  Potem  usłyszałem,  jak  macka 
wlokła  coś  cięŜkiego  -  aŜ  nadto  dobrze  wiedziałem,  co  to  było  -  przez  kuchnię  do  wyrwy.  Pociągany 
nieodpartą  siłą  przemknąłem  się  do  drzwi  i  zajrzałem  do  kuchni.  W  trójkącie  słonecznego  światła 
zobaczyłem,  jak  siedzący  w  swej  sturękiej  maszynie  Marsjanin  oglądał  głowę  wikarego.  Pojąłem,  Ŝe  ślad 
uderzenia zdradzi mu niechybnie mą obecność. 
Poczołgałem  się  z  powrotem  do  piwnicy,  zamknąłem  drzwi  i  począłem  przykrywać  się  w  ciemności, 
najciszej  jak  tylko  mogłem,  węglem  i  drzewem.  Przerywałem  co  chwila,  nasłuchując,  czy  Marsjanin  nie 
wysłał znów macki przez wyrwę. 
Wtem  ciche  metaliczne  brzęczenie  powróciło.  Śledziłem,  jak  sunęło  z  wolna  przez  kuchnię.  Wkrótce  było 
juŜ  blisko,  jak  sądziłem  -  w  spiŜarni.  Miałem  nadzieję,  Ŝe  macka  okaŜe  się  zbyt  krótka,  by  sięgnąć  aŜ  do 
mnie.  Modliłem  się  o  to  gorąco.  Usłyszałem,  jak  sunie  ocierając  się  o  drzwi  piwnicy.  Nadeszła  chwila 
oczekiwania  trwająca  wieki  całe;  potem  macka  poczęła  mocować  się  z  klamką.  Znalazła  drzwi.  Marsjanie 
znali  drzwi!  Macka  trudziła  się  przez  czas  pewien  przy  klamce,  po  czym  drzwi  rozwarły  się.  Ledwie  była 
widoczna  w  mroku,  podobna  do  trąby  słonia,  wijąca  się  w  mą  stronę,  badająca  dotykiem  ściany,  węgiel, 
drwa i sufit. Wyglądała jak czarny kołyszący we wszystkie strony ślepą głową wąŜ. 
Raz  nawet  dotknęła  mego  obcasa.  O  mało  nie  krzyknąłem;  zagryzłem  palce  do  krwi.  Zatrzymała  się  na 
chwilę. Mogło wydawać się, Ŝe odpełzła. Nagle z urwanym trzaskiem pochwyciła coś - myślałem, Ŝe mnie - 
i znów, zdało mi się, znikła z piwnicy. Nie byłem jednak pewien. Widocznie zabrała tylko bryłę węgla do 
zbadania. 
Skorzystałem  z  okazji,  aby  odmienić  niewygodną  nieco  pozycję,  i  nasłuchiwałem  dalej.  Po  chwili  znów 
doszedł  mnie  powolny,  jednostajny,  coraz  bliŜszy  szelest.  Wolno,  wolno  macka  nadciągała  ocierając  się  o 
ś

ciany i roztrącając meble. 

Gdy uderzyła o hałasem o drzwi piwnicy i zatrzasnęła je, wydało mi się, Ŝe to niemoŜliwe. Wiła się potem 
jeszcze  po  spiŜarni,  grzechotała  blaszankami,  zbiła  butelkę,  wyrŜnęła  wreszcie  czymś  twardym  o  drzwi 
piwnicy i uciekła. CzyŜby się oddaliła? 
Długo  czekałem,  nim  zdecydowałem,  Ŝe  tak.  Nie  pojawiła  się juŜ  więcej  w  spiŜarni;  leŜałem  jednak  przez 
cały  dziesiąty  dzień  w  zupełnej  ciemności,  zagrzebany  w  węglu  i  drzewie,  bojąc  się  nawet  wypełznąć  po 
wodę, choć ginąłem z pragnienia. Dopiero jedenastego dnia odwaŜyłem się opuścić bezpieczne ukrycie. 
 
 
 

background image

 

52 

Cisza 

 
Pierwszą  mą  po  wejściu  do  spiŜarni  czynnością  było  zamknięcie  drzwi  do  kuchni.  SpiŜarnia  jednak  była 
pusta  -  cały  Ŝywność  znikła.  Zabrał  ją  widocznie  poprzedniego  dnia  Marsjanin.  Po  tym  odkryciu  po  raz 
pierwszy zwątpiłem w ocalenie. Jedenastego i dwunastego dnia nie miałem w ustach ani okruszyny chleba, 
ani kropli wody. 
Wargi  me  i  gardło  były  spieczone, a  siły  opuszczały  mnie  coraz  szybciej.  Siedziałem  w  mrocznej  spiŜarni 
pogrąŜony  w  rozpaczy.  Umysł  mój  zaprzątały  natrętne  myśli  o  jedzeniu.  Zdawało  mi  się  przy  tym,  Ŝe 
utraciłem  słuch,  gdyŜ  nie  dochodził  mnie  z  jamy  Ŝaden  dźwięk.  Nie  podchodziłem  wcale  do  wyrwy,  zbyt 
słaby, by móc tam dotrzeć bez hałasu. 
Dwunastego  dnia  gardło  tak  miałem  obolałe;  Ŝe,  ryzykując  wykrycie  przez  Marsjan,  uŜyłem  skrzypiącej 
pompy  i  wypiłem  parę  szklanek  brudnej,  czerwonej  od  rdzy  wody.  OdświeŜyło  mnie  to  znacznie, 
równocześnie zaś natchnęło otuchą, gdyŜ odgłos pompowania nie ściągnął do kuchni Ŝadnej ciekawej macki. 
W  ciągu  tych  kilku  dni  wiele  myślałem  o  wikarym,  o  tym,  jak  zginął,  myśli  me  jednak  rozpierzchały  się 
ustawicznie i rwały. 
Trzynastego dnia znów piłem wodę, myślałem o jedzeniu, dumałem bezładnie o jakichś nierealnych planach 
ucieczki. Drzemki me wypełnione były straszliwymi zjawami, śmiercią wikarego lub wspaniałymi ucztami; 
we śnie jednak czy na jawie nie opuszczał mnie ostry ból, który mogłem ukoić tylko piciem wody. Światło 
przedostające  się  do  spiŜarni  utraciło  odcień  szarości  i  stało  się  czerwonawe.  Dla  roztrzęsionej  mej 
wyobraźni wyglądało to jak krew. 
Czternastego dnia wyszedłem do kuchni, gdzie zaskoczył mnie widok czerwonego listowia, które wdzierając 
się przez wyrwę w ścianie, zmieniało szary półmrok w purpurową ciemność. 
Wczesnym rankiem piętnastego dnia usłyszałem dziwnie znajome odgłosy. Przysłuchując się rozpoznałem, 
Ŝ

e to pies węszy i drze pazurami ziemię. Wchodząc do kuchni dostrzegłem wyglądający spośród czerwonych 

liści pysk psa. Zdziwiło mnie to oczywiście niezmiernie. Pies zwęszywszy mnie szczeknął krótko. 
Pomyślałem sobie, iŜ dobrze byłoby zwabić go po cichu do kuchni. Być moŜe udałoby się zabić go i zjeść. 
W kaŜdym razie powinien zginąć, by nie ściągnąć na kuchnię uwagi Marsjan. 
ZbliŜałem  się  więc  doń  powoli,  powtarzając łagodnie:  -  Dobry  piesek,  dobry  -  gdy  wtem  łeb  znikł, a  uszu 
mych  doszedł  odgłos  ucieczki.  Nasłuchiwałem  -  okazało  się,  Ŝe  jednak  nie  ogłuchłem  -  lecz  w  jamie 
panowała zupełna cisza. Słychać było tylko łopot ptasich skrzydeł i ochrypłe krakanie. To było wszystko. 
Długą  chwilę  leŜałem  koło  wyrwy,  obawiając  się  rozgarnąć  przesłaniające  ją  czerwone  rośliny.  Parę  razy 
słyszałem słabo, jak pies biegał gdzieś głęboko w dole, po piasku, rozlegały się takŜe głosy ptaków, więcej 
jednak nic nie było słychać. Ośmielony wreszcie tą ciszą, wyjrzałem. 
W jamie, oprócz zgromadzonych w jednym kącie szkieletów wyssanych przez Marsjan ludzi, pośród których 
uwijały się, dziobiąc, zapamiętale, chmary wron, nie było Ŝywego ducha. 
Rozglądałem się nie wierząc własnym oczom. Maszyny znikły Nie licząc ogromnej hałdy szaroniebieskiego 
pyłu, kilku zapomnianych sztab aluminium, czarnych ptaków i kupy szkieletów, u mych stóp leŜał zwykły, 
pusty, okrągły dół, wykopana w piachu gigantyczna jama. Przedarłem się ostroŜnie przez Czerwone Zielsko 
i wstąpiłem na rumowisko. Przede mną rozciągał się rozległy widok, nigdzie jednak nie moŜna było dostrzec 
ani Marsjan, ani Ŝadnych oznak ich bliskości. TuŜ u mych stóp ściana jamy opadała stromo w dół, nieco w 
bok  jednak  rumowisko  tworzyło  pochyłość  wiodącą  aŜ  na  szczyt  ruin.  Nadeszła  chwila  wyzwolenia. 
Ogarnęło mnie drŜenie. 
Po  króciutkim  wahaniu,  w  porywie  desperackiej  odwagi,  z  sercem  bijącym  gwałtownie,  wspiąłem  się  na 
rumowisko, pod którym kryłem się tak długo. Znów rozejrzałem się dokoła. Marsjan nie było nigdzie. 
Gdy patrzyłem ostatni raz na tę cichą, skąpaną w słońcu dzielnicę Sheen, była to ustronna, boczna uliczka 
zabudowana ślicznymi białymi domkami o czerwonych dachach, ocieniona bujnym starodrzewem. Teraz zaś 
stałem  na  zwalisku  skruszonych  cegieł,  gliny  i  Ŝwiru,  po  kolana  w  oplatającym  je  gąszczu  czerwonego, 
kaktusowatego zielska, które zdawało się zupełnie zagłuszać tu ziemską roślinność. Pobliskie drzewa stały 
martwe, brązowe, w dali jednak po Ŝywych jeszcze pniach i konarach pięły się czerwone Ŝyłki zielska. 
Wszystkie sąsiednie domy były uszkodzone, nie spłonął jednak ani jeden. Gdzieniegdzie ściany, bez drzwi i 
okien  co  prawda,  zachowały  się  do  wysokości  pierwszego  piętra:  Otwarte  ku  niebu  pokoje  wypełniało 
pleniące się niepowstrzymanie Czerwone Zielsko. 
W dole rozwierała się ogromna jama, gdzie wrony walczyły ze sobą o szczątki. Parę innych ptaków skakało 
po ruinach. W oddali przemykał się pod ścianą zbiedzony kot, śladów człowieka natomiast nie dostrzegłem 
nigdzie. 

background image

 

53 

Dzień,  w  przeciwieństwie  do  mroku  panującego  nieustannie  w  naszym  schowku,  wydawał  się  oślepiająco 
jasny,  niebo  pałało  błękitem.  Letni  wietrzyk  łagodnie  kołysał  porastającym  kaŜdy  wolny  skrawek  ziemi 
Czerwonym Zielskiem. O, jakŜe upajające było powietrze! 
 

Trud dni piętnastu 

 
Niepomny  moŜliwych  niebezpieczeństw  stałem  na  chwiejnych  nogach.  Rozglądając  się  ze  szczytu 
rumowiska.  W  niezdrowej  wilgotnej  norze,  z  której  dopiero  co  się  wydostałem,  myśl  moja  obracała  się  w 
wąskim  kręgu  Ŝarliwej  troski  o  przetrwanie  osobiste.  Nie  zdawałem  sobie  sprawy,  co  działo  się  z  resztą 
ś

wiata,  nie  przeczuwałem  tej  przeraŜającej  wizji  rzeczy  nieznanych,  jaka  roztoczyła  się  teraz  przede  mną. 

Sądziłem, Ŝe ujrzę Sheen w ruinach, dokoła zaś widniał dziwny złowieszczy krajobraz z innej planety. 
W  owej  chwili  uczucia  me  przekraczały  zwykłe  granice  odczuwań  ludzkich.  Sięgały  one  niechybnie  w 
dziedzinę dobrze znaną nieszczęsnym, podległym naszej władzy stworzeniom. Czułem to samo, co odczułby 
królik,  kiedy  wracając  do  swej  norki  zastanie  niespodzianie  tuzin  kopaczy  zajętych  wykopem  pod 
fundamenty  domu  w  tym  właśnie  miejscu,  gdzie  do  niedawna  jeszcze  była  norka.  W  świadomości  mej 
pojawił  się  pierwszy  przebłysk  myśli,  coraz  ostrzej  rysującej  się  i  prześladującej  mnie  przez  wiele 
następnych  dni,  myśli  o  detronizacji  człowieka;  przeświadczenia,  Ŝe  nie  jesteśmy  juŜ  dłuŜej  panami 
stworzenia, lecz  zwierzętami  jak  inne,  podległymi  władzy  Marsjan.  Odtąd  i  my,  i  one  skazani jesteśmy  na 
nieustanne czuwanie i czajenie się, na ucieczkę i krycie się; panowanie człowieka, strach przed nim minęły 
bezpowrotnie. 
Gdy jednak pojąłem tę niezwykłą prawdę, przestałem nią zaprzątać sobie głowę. Myślą przewodnią stała się 
Ŝą

dza  zaspokojenia  bez  przerwy  i  od  dawna  trapiącego  mnie  głodu.  W  przeciwległej  do  jamy  stronie 

dojrzałem za murem z cegieł skrawek ocalałego ogrodu. Skłoniło mnie to do udania się w tamtym kierunku, 
choć musiałem po drodze przedzierać się przez sięgające kolan, a nieraz i szyi zarośla Czerwonego Zielska. 
Trudność  ta  zapewniała  mi  jednak  doskonałe,  w  razie  potrzeby,  ukrycie.  Okazało  się,  Ŝe  mur  miał  około 
sześciu stóp wysokości i kiedy spróbowałem wspiąć się nań, zabrakło mi po prostu sił. Powlokłem się, więc 
wzdłuŜ  muru  aŜ  do  kamiennego  naroŜnika  i  tam  dopiero  udało  mi  się  jakoś  wleźć  na  ogrodzenie,  skąd 
stoczyłem  się  do  upragnionego  ogrodu.  Znalazłem  w  nim  trochę  młodej  cebulki,  parę  bulw  mieczyków  i 
duŜo nie wyrośniętej jeszcze marchewki. Wszystko to zebrałem skrzętnie i przebrnąwszy przez ruiny domu 
poszedłem,  wśród  spowitych  w  purpurę  i  szkarłat  drzew,  drogą  wiodącą  do  Kew.  Szedłem  tą  aleją 
wysadzaną jak gdyby olbrzymimi kroplami krwi, popychany dwoma pragnieniami znaleźć więcej Ŝywności 
oraz odejść, na ile tylko pozwolą mi siły, jak najdalej od tej przeklętej, nieziemskiej jamy. 
Nieco  dalej  natrafiłem  na  ukrytą  w  trawie  kępkę  grzybów,  które  poŜarłem  natychmiast  łapczywie.  Ta 
odrobina pokarmu jeszcze bardziej jednak podnieciła głód. Wkrótce natknąłem się, w miejscu gdzie dawniej 
były  łąki,  na  płytką,  rozległą  taflę  brunatnej  wody.  Zdziwiła  mnie  początkowo  ta  powódź,  gdyŜ  lato  było 
gorące  i  suche,  później  dopiero  odkryłem,  iŜ  przyczyną  jej  była  tropikalna  wprost  bujność  Czerwonego 
Zielska.  Gdy  tylko  niezwykła  ta  roślina  napotykała  wodę,  natychmiast  rozwijała  się  do  gigantycznych 
rozmiarów, przy czym płodność jej była niesłychana. Zasypała wprost nasionami wody Tamizy i rzeki Wey, 
zaś  niezwykle  szybko  rozrastające  się  i  ogromne  jej  liście  po  prostu  zakorkowały  obydwie  te  rzeki 
powodując wylew. 
W Putney, jak się wkrótce przekonałem, most skrył się niemal w gęstwinie Zielska, zaś w Richmond wody 
Tamizy równieŜ rozlały się szeroką i płytką gładzią zatapiając łąki pod Hampton i Twickenham. Za nimi zaś 
z kolei podąŜyło Czerwone Zielsko skrywając na długo zrujnowane w dolinie Tamizy wille i przesłaniając 
czerwonym pokrowcem większość zniszczeń dokonanych przez Marsjan. 
Ostatecznie jednak Czerwone Zielsko zmarniało, i to równie szybko, jak przedtem się rozpleniło. Rzuciła się 
nań  (wywołana,  jak  się  ogólnie  przypuszcza,  działaniem  pewnej  bakterii)  niszcząca  jakaś  choroba.  Nasza 
ziemska roślinność, pod wpływem prawa doboru naturalnego, uodporniła się na zabójcze bakterie. Nigdy teŜ 
nie poddawała się im bez zaciętej walki. Czerwone Zielsko zaś gniło juŜ za Ŝycia, z góry skazane na zagładę. 
Liście  jego  blakły,  kurczyły  się  i  schły.  Przy  najlŜejszym  dotknięciu  opadały,  a  wody,  które  przedtem  tak 
bardzo przyczyniły się do bujnego ich wzrostu, niosły teraz zeschłe resztki ku morzu... 
Dotarłszy  do  zalewu  przede  wszystkim  zaspokoiłem  pragnienie.  Potem  zaś  odruchowo  spróbowałem  Ŝuć 
liście Czerwonego Zielska, były jednak wodniste i miały nieprzyjemny metaliczny posmak. Przekonałem się, 
Ŝ

e woda była dostatecznie płytka, bym mógł brodzić w niej bezpiecznie, choć Czerwone Zielsko utrudniało 

kroki;  zalew  jednak  stawał  się,  w  miarę  przybliŜania  się  do  rzeki,  coraz  głębszy,  toteŜ  zawróciłem  ku 
Mortlake.  Drogę  wskazywały  mi  rozrzucone  tu  i  ówdzie  ruiny  domków,  szczątki  płotów  i  latarń,  wkrótce 
więc przebrnąłem przez zalew i, wspiąwszy się na pagórek pod Rochampton, znalazłem się w Putney. 

background image

 

54 

Widok  zmienił  się  teraz  z  obcego  i  nieznanego  w  ruiny  znanego;  były  tu  miejsca  wyglądające  jak  po 
przejściu  huraganu,  kilkadziesiąt  zaś  jardów  dalej  natykałem  się  na  białe  nienaruszone  domy  z  oknami 
przysłoniętymi  skrupulatnie  okiennicami,  z  pozamykanymi  na  głucho  drzwiami,  jakby  mieszkańcy  ich 
wyjechali na parę dni czy teŜ spali twardym snem w swych łóŜkach. Czerwone Zielsko nie krzewiło się tutaj 
tak  bujnie,  nie  pięło  się  teŜ  po  wysokich  drzewach  zarastających  uliczki.  Rozpocząłem  poszukiwania 
Ŝ

ywności w ogrodach, nie znajdując w nich jednak niczego wtargnąłem do kilku cichych domków. Okazało 

się, Ŝe włamano się juŜ tam przede mną i splądrowano je doszczętnie. Resztę dnia odpoczywałem leŜąc w 
krzakach, gdyŜ zbyt byłem słaby, zbyt umęczony, aby iść dalej. 
Przez cały ten czas nie dostrzegłem Ŝadnej istoty ludzkiej, nie widziałem teŜ nigdzie Marsjan. Napotkałem 
tylko kilka wygłodniałych psów, ominęły mnie jednak wielkim łukiem pomimo prób zwabienia. W pobliŜu 
Rochampton  widziałem  dwa  szkielety  ludzkie,  nie  ciała,  lecz  obrane  do  czysta  szkielety,  w  lasku  zaś 
znalazłem rozrzucone i pogruchotane kości kilku kotów i zajęcy oraz czaszkę owcy. Choć gryzłem i Ŝułem je 
długo, nie nasyciło mnie to ani trochę. 
Po zachodzie słońca powlokłem się drogą do Starego Putney, gdzie, jak sądzę, uŜyto z nieznanych powodów 
Snopa Gorąca. W jednym z ogrodów, juŜ za Rochampton, znalazłem trochę młodych ziemniaków, było ich 
tyle,  Ŝe  zdołałem  wreszcie  zaspokoić  głód.  Z  ogrodu  widać  było  rzekę  i  pola  aŜ  do  Putney.  Widok  ten  w 
przedwieczornym  mroku  był  szczególnie  posępny;  sczerniałe  drzewa,  okopcone  ponure  ruiny,  u  stóp 
pagórka tafla wody splamiona czerwienią Zielska, nad wszystkim zaś głucha cisza. Myśl o tym, jak szybko 
nastąpiły te okropne zmiany, napełniała mnie nieopisanym przeraŜeniem. 
Byłem  w  tej  chwili  pewien,  Ŝe  ludzkość  zmieciono  z  powierzchni  Ziemi,  Ŝe  zostałem  sam  jeden,  ostatni 
Ŝ

yjący człowiek. TuŜ za szczytem wzgórza Putney natknąłem się na jeszcze jeden szkielet ludzki; tym razem 

bez rąk. LeŜały one o parę kroków od reszty ciała: Idąc dalej utwierdzałem się coraz bardziej w mniemaniu, 
iŜ nie licząc takich przypadkowo ocalałych szczęśliwców jak ja, w tej przynajmniej okolicy zagłada ludności 
była zupełna. Marsjanie, myślałem, zniszczyli kraj i udali się szukać Ŝywności gdzieś dalej. Być moŜe w tej 
właśnie chwili niszczą Berlin lub ParyŜ, a moŜe poszli na północ... 
Człowiek ze wzgórza pod Putney 
Noc  spędziłem  w  oberŜy  połoŜonej  u  stóp  pagórka  pod  Putney.  Po  raz  pierwszy  od  dnia  ucieczki  do 
Leatherhead  spałem  w  łóŜku.  Nie  będę  tu  opisywać  niepotrzebnych,  jak  się  okazało,  trudności  przy 
włamywaniu się przez okno do domu - później dopiero przekonałem się, Ŝe drzwi wcale nie były zamknięte. 
Nie będę teŜ opisywał, jak przetrząsnąłem pokój za pokojem w poszukiwaniu jadła, zanim bliski rozpaczy 
nie  znalazłem  w  sypialni  słuŜby  dwu  puszek  konserw  z  ananasa  i  obgryzionych  przez  szczury,  jak  sądzę, 
skórek chleba. 
Miejsce to było widocznie juŜ przeszukiwane, i to gruntownie. Znacznie później znalazłem w barze trochę 
przegapionych zapewne sucharków i kanapek. Te ostatnie nie nadawały się juŜ co prawda do jedzenia, za to 
sucharkami nie tylko nasyciłem głód, lecz napełniłem równieŜ kieszenie. W obawie, by nie zwabić Marsjan, 
być moŜe przetrząsających takŜe tę część Londynu w pogoni za poŜywieniem, nie zapalałem lampy. Zanim 
poszedłem do łóŜka, opanował mnie niepokój. KrąŜyłem od okna do okna wypatrując śladu tych potworów. 
Potem  połoŜyłem  się.  Spałem  niewiele.  LeŜąc  stwierdziłem,  Ŝe  myślę  w  sposób  skoordynowany  i 
uporządkowany, coś, czego nie pamiętałem od ostatniego mego sporu z wikarym. Przez cały czas dzielący 
mnie  od  tamtej  chwili  proces  myślenia  ograniczał  się  do  pośpiesznych,  zmieniających  się  ustawicznie 
doznań emocjonalnych lub do pewnego rodzaju bezmyślnego chłonięcia wraŜeń. Tej nocy jednak mózg mój, 
pokrzepiony widocznie jedzeniem, rozjaśnił się i mogłem juŜ myśleć normalnie. 
Trzy tematy ścierały się ze sobą w mym umyśle. Zabójstwo księdza, działalność Marsjan i losy mej Ŝony. 
Pierwszy z nich nie wywoływał we mnie ani uczucia grozy, ani teŜ wyrzutów sumienia. Patrzyłem na to, co 
się  stało,  po  prostu  jako  na  czyn  juŜ  dokonany,  wspomnienie  nieskończenie  przykre  wprawdzie,  lecz  nie 
budzące  Ŝalu.  Widziałem  juŜ  wtedy,  jak  widzę  to  i  dzisiaj,  Ŝe  do  ciosu  tego  doprowadziła  mnie,  krok  za 
krokiem,  nieubłagana  konieczność,  łańcuch  wydarzeń  wiodących  doń  w  sposób  nieuchronny.  Nie  czułem 
Ŝ

adnej  winy,  dręczyły  mnie  jednak  nieustanne  wspomnienia.  W  ciszy  nocnej,  czując  w  wypełnionej 

spokojem ciemności bliskość Boga, którą w takich okolicznościach czasem się odczuwa, sprawowałem sąd 
nad  sobą,  jedyny  sąd,  jaki  mnie  spotkał  za  tę  chwilę  strachu  i  gniewu.  Raz  jeszcze  kroczyłem  poprzez 
wszystkie nasze rozmowy, od chwili, gdy pojawił się przy mnie skulony, nieczuły na me błagania o wodę, 
zapatrzony w płomienie i dymy bijące z ruin Weybridge. Nie byliśmy zdolni do współistnienia, ponury los 
nie  dbał  jednak  o  to.  Gdybym  mógł  przewidzieć,  co  się  stanie,  porzuciłbym  go  juŜ  w  Hallifordzie. 
Przewidzieć jednak nie mogłem, zbrodnią zaś byłoby przewidywać, a mimo to uczynić. Tak to wyglądało w 
rzeczywistości i tak dzisiaj o tym piszę. Mógłbym ukryć wszystko, gdyŜ świadków nie miałem, nie ukrywam 
przecieŜ nic z tego, co było, a czytelnik niech osądzi mnie wedle swej woli. 

background image

 

55 

Gdy  rozprawiłem  się  wreszcie  po  wielu  wysiłkach  z  prześladującym  mnie  obrazem  rozciągniętego 
nieruchomo ciała, stanęło przede mną zagadnienie Marsjan i losu mej Ŝony. Co do pierwszego nie miałem 
Ŝ

adnych  danych,  mogłem  tylko  wyobrazić  sobie  tysiące  najgorszych  rzeczy.  Tak  samo  niestety  było  i  z 

ostatnim. Noc stała się nagle okropna. Ocknąłem się siedząc na łóŜku, wpatrzony w ciemność. Modliłem się, 
by Snop Gorąca zgładził ją szybko i bezboleśnie. Od nocy mego powrotu z Leatherheaed nie modliłem się 
ani razu. Kiedy przycisnęła mnie ostateczna potrzeba, szeptałem bezmyślnie bałwochwalcze jakieś pacierze 
niby  poganin  zaklęcia,  teraz  jednak  modliłem  się  rzeczywiście,  błagałem  świadomie  i  Ŝarliwie,  twarzą  w 
twarz  z  wypełnioną  Bogiem  ciemnością.  Przedziwna  noc!  Najdziwniejsze  zaś,  Ŝe  natychmiast  po  nastaniu 
ś

witu ja, który rozmawiałem z Bogiem, wypełzłem z oberŜy jak szczur z nory, istota niewiele odeń większa, 

zwierzę  pośledniego  gatunku,  na  które  nowi  władcy  moi  mogli  wedle  przelotnego  kaprysu  polować,  które 
mogli zgładzić. Być moŜe oni takŜe modlili się niemniej Ŝarliwie tej nocy. Doprawdy, wojna ta powinna była 
nauczyć nas przynajmniej jednego: litości dla wszystkich tych bezrozumnych stworzeń, które znosić muszą 
nad sobą panowanie. 
Ranek  piękny  wstał  i jasny,  na  wschodzie  płonęło  róŜowe,  haftowane  złocistymi  chmurkami  niebo.  Droga 
zbiegająca  ze  szczytu  wzgórka  Putney  ku  Wimbledonowi  usiana  była  nędznymi  szczątkami  przeraŜonego 
potoku,  jaki  przewalił  się  nią  w  noc  niedzielnej  paniki.  Stał  tu  dwukołowy  wózek  z  tabliczką  właściciela, 
jakiegoś Tomasza Lobba, zieleniarza z New Maldon; koło miał zgruchotane, obok niego zaś leŜał porzucony 
kufer.  Nieco  dalej  walał  się  wdeptany  w  stwardniałą  glinę  słomkowy  kapelusz,  na  szczycie  zaś  West  Hill 
ziemię  pokrywały  skrwawione  odłamki  szkła  rozsypane  gęsto  wokół  przewróconego  koryta.  Szedłem 
leniwie,  nie  miałem  określonych  planów.  Chciałem  pójść  do  Leatherhead,  choć  czułem,  Ŝe 
prawdopodobieństwo odnalezienia tam Ŝony bardzo jest niewielkie. Jasne było; iŜ jeśli śmierć nie zaskoczyła 
ich  znienacka,  krewni  uszli  wraz  z  nią  juŜ  dawno.  Wydawało  mi  się  jednak,  Ŝe  będę  mógł  przynajmniej 
zasięgnąć języka, dokąd uciekli mieszkańcy Surrey. Wiedziałem tylko, Ŝe boli mnie serce o Ŝonę; Ŝe pragnę 
ją  odnaleźć,  nie  wiedziałem  jednak,  jak  tego  dokonać.  Byłem  równieŜ  przeświadczony  o  całkowitej  swej 
samotności.  Przynajmniej  na  rozległej  przestrzeni,  poczynając  od  zakątka,  z  którego  wyszedłem,  by 
przedzierać się przez gąszcz drzew i krzewów, aŜ po skraj pola Wimbledon.  
Ciemną  płaszczyznę  rozjaśniały  Ŝółte  plamy  janowca i  ostów;  nie  było tu  widać  Czerwonego  Zielska,  gdy 
zaś  przystanąłem  pełen  wahania  na  brzegu  otwartego  pola,  ukazało  się  zalewające  wszystko  Ŝyciodajnym 
ś

wiatłem słońce. Między drzewami natrafiłem na bajorko kipiące od malutkich Ŝabek. Stałem długą chwilę 

przyglądając  się  i  ucząc  od  nich  niezwycięŜonej  woli  Ŝycia.  Nagle  odwróciłem  się,  czując  na  sobie  czyjeś 
spojrzenie, i w pobliskiej kępie krzewów dostrzegłem skulony jakiś kształt. Stałem i patrzyłem. Uczyniłem 
krok  w  tamtą  stronę.  Kształt  wyprostował  się  i  zmienił  w  zbrojnego  w  nóŜ  człowieka.  Podchodziłem  doń 
powoli. Stał milczący, nieporuszony, przyglądał mi się bacznie. 
Podchodząc  dostrzegłem,  Ŝe  odzieŜ  jego  nie  mniej  jest  zakurzona  od  mojej.  Wyglądał  jak  wyciągnięty  z 
rynsztoka: Z bliska znać na niej było ślady zielonkawego szlamu z błotnistych rowów zmieszane z zaschłym 
błotem  i  czarnymi,  tłustymi  plamami  po  węglu.  Ciemne  włosy  opadały  mu  na  oczy,  twarz  miał  splamioną 
słońcem i brudną, policzki zaś tak zapadłe, Ŝe z początku nie poznałem go. Od ucha do brody biegła szeroka 
czerwona blizna. 
-  Stój  -  zawołał,  gdy  zbliŜyłem  się  na  dziesięć  jardów.  Stanąłem.  Głos  miał  ochrypły.  -  Skąd  idziesz?  - 
zapytał. Przyglądałem mu się z namysłem. - Z Mortlake - odparłem. - Ukrywałem się tam, niedaleko jamy 
Marsjan, gdzie spadł walec. Potem wydostałem się z ruin i uciekłem. 
- Tu nie ma nic do jedzenia- mówił - To jest mój teren. Cała ta górka, aŜ po rzekę i od Clapham do skraju 
wsi. Jedzenia starczy tu tylko na jednego. Dokąd idziesz? 
Nie śpieszyłem z odpowiedzią. 
- Nie wiem  - odrzekłem.  - Siedziałem w ruinach ze dwa tygodnie. Nie mam pojęcia, co się przez ten czas 
stało. 
Przyglądał mi się niepewnie, potem drgnął i coś zmieniło się w jego wzroku. 
- Nie mam zamiaru tu pozostawać - ciągnąłem. - Pójdę chyba do Leatherhead, do Ŝony. 
Wyciągnął ku mnie rękę. 
- To pan! - zawołał. - Człowiek z Woking! Więc nie zginął pan w Weybridge? 
Ja takŜe go poznałem. 
- To pan! Artylerzysta, który zjawił się w moim ogrodzie! 
-  Co  za  szczęście!  -  mówił.  -  Co  za  szczęściarze  z  nas!  Pomyśleć,  Ŝe  to  pan!  -  Podał  mi  rękę,  ja  zaś 
uścisnąłem  ją  gorąco.  -  Ukrywałem  się  w  rowie  -  ciągnął.  -  Ale  oni  nie  zabijali  wszystkich.  Kiedy  zaś 
oddalili  się,  uciekłem  polami  do  Walton.  Ale  przecieŜ  minęło  zaledwie  szesnaście  dni,  a  pan  osiwiał!  - 
Obejrzał się gwałtownie. - To tylko gawron - rzucił. Teraz dopiero dowiedziałem się, Ŝe i ptaki mają cień. 
Trochę tu za przestronnie, chodźmy lepiej pogadać w krzaki. 

background image

 

56 

- Widział pan tu gdzie Marsjan w pobliŜu? - zapytałem. - Od kiedy wydostałem się... 
-  Poszli  do  Londynu  -  wyjaśnił.  -  Myślę,  Ŝe  załoŜyli  tam  jakieś  większe  obozowisko.  Co  nocy  w  stronie 
Hampstead świeci się całe niebo. Jak nad wielkim miastem. Widać ich, jak łaŜą w tej łunie. A w dzień - nic. 
Ale bliŜej nie widziałem ich nigdzie od - policzył na palcach - pięciu dni. Potem widziałem dwóch, w stronie 
Hammersmith,  jak  taszczyli  coś  cięŜkiego.  A  przedwczoraj  w  nocy  -  przerwał,  po  czym  powiedział 
naciskiem:  -  ciemno  juŜ  było,  co  prawda,  ale  widziałem,  jak  coś  uniosło  się  w  powietrze.  Myślę,  Ŝe 
zbudowali latającą machinę i próbują teraz latać. 
Przystanąłem na czworakach, gdyŜ wdzieraliśmy się właśnie w głąb zarośli. - Latać?! - zawołałem. 
- Tak - odparł. - Latać! 
Posunąłem się nieco głębiej, gdzie krzewy nie były tak gęste, i usiadłem. 
- To koniec ludzkości! - zawołałem. - JeŜeli potrafią latać, po prostu oblecą świat dokoła i... 
Przytaknął mi głową. 
- Na pewną oblecą. Ale przynajmniej tutaj zrobi się nieco spokojniej. A poza tym  - spojrzał na mnie - tak 
panu szkoda, Ŝe z ludzkością koniec? Bo mnie nie bardzo. Wykończyli nas. Z kretesem. 
Popatrzyłem na niego. Choć moŜe to wydać się dziwne, sam jednak nie potrafiłem dojść do tego wniosku. 
Jasne stało się dla  mnie  wszystko  dopiero  teraz,  kiedy  padły  te  słowa. Tkwiła we  mnie  jeszcze  dotąd jaka 
mglista nadzieja, nie nadzieja raczej, lecz z dawien dawna nabyte przyzwyczajenie. On zaś powtórzył: 
- Z kretesem! - Brzmiała w tym niezachwiana pewność. - To koniec dodał. - Oni stracili jednego jedynego. 
Usadowili się mocno, a nam dali po kulach. Przetrącili krzyŜe największej potędze świata. Przespacerowali 
się  po  nas.  Śmierć  tego  pod  Weybridge  to  czysty  przypadek.  A  to  tylko  zwiadowcy.  Nowi  przylatują  bez 
przerwy.  Te  zielone  gwiazdy  (co  prawda  przez  pięć  ostatnich  dni  nie  widziałem  ich)  na  pewno  spadają 
gdzieś co nocy. Nic się nie da zrobić. Wykończyli nas na amen! 
Nie odpowiadałem. Siedziałem patrząc przed siebie i na próŜno siliłem się wydusić z mózgu jakąś rozsądną 
myśl. 
-  Co  to  za  wojna?  -  ciągnął  dalej  artylerzysta.  -  Od  samego  początku  było  tak,  jakby  ludzie  wojowali  z 
mrówkami. 
Przypomniałem sobie nagle noc w obserwatorium. - Po dziesiątym pocisku przestali strzelać, przynajmniej 
do wylądowania pierwszego walca. 
- Skąd pan wie? - zapytał. Kiedy mu wyjaśniłem, zamyślił się. 
- MoŜe im się działo popsuło - rzekł.  - No i co  z tego? Na pewno juŜ naprawili. A jeŜeli nawet trochę się 
odwlecze, to koniec, wszystko jedno, będzie ten sam. Akurat: mrówki i ludzie. Mrówki budują miasta, Ŝyją 
swoim Ŝyciem, prowadzą wojny, robią rewolucje, aŜ przychodzi człowiek i chce je usunąć. I usuwa. Tylko, 
Ŝ

e w tym wypadku mrówkami jesteśmy my. Do tego... 

- Co? - rzuciłem. 
- ...jadalnymi mrówkami. -Spojrzeliśmy po sobie. 
- I co z nami będzie? - zapytałem. 
-  O  tym  właśnie  myślałem  -  zawołał.  -  O  tym  właśnie  myślałem.  Po  Weybridge  szedłem  na  południe  i 
myślałem.  Widziałem,  co  się  tam  działo.  Ludzie  piszczeli  ze  strachu.  A  ja  nie  lubię  piszczeć.  Nie  raz,  nie 
dwa  zaglądałem  śmierci  w  oczy.  Ja  nie  malowany  Ŝołnierzyk,  dla  mnie  śmierć  to  śmierć  i  nic  więcej. Ten 
wyŜyje, kto myśli. Widziałem, jak wszystko wiało na południe. Pomyślałem sobie: na długo im tam Ŝarcia 
nie  starczy,  i  od  razu  zawróciłem.  Poszedłem  między  Marsjan,  jak  jaskółka  leci  między  ludzi.  A  dokoła  - 
zatoczył ręką szerokie koło - zdychają z głodu, obdzierają ze skóry... 
Dostrzegł wyraz mej twarzy i przerwał niezręcznie. 
-  Ci,  co  mieli  funty,  popłynęli  oczywiście  do  Francji  -  dodał.  Zawahał  się,  czy  mówić  dalej,  napotkał  me 
spojrzenie i ciągnął: - Jedzenia jest tu duŜo. Puszki konserw po sklepach, wino, wódka, wody mineralne. A 
rury  wodociągowe  i  kanały  są  puste.  Powiem  panu,  co  sobie  pomyślałem.  Oni  są  mądrzy  i,  zdaje  się, 
potrzebują  nas  do  jedzenia.  Poniszczą  więc  przede  wszystkim  nasze  statki,  maszyny,  armaty,  miasta,  cały 
nasz ład, całą naszą organizację. Nic z tego nie zostanie. Gdybyśmy byli tej wielkości, co mrówki - moŜe by 
się  nam  upiekło.  Ale  jesteśmy  więksi.  Za  gruby  byłby  kawał,  gdyby  to  wszystko  miało  się  rozejść  po 
kościach. Nie da rady. Prawda? 
Potwierdziłem.  
-  No,  tak.  Ta  sobie  właśnie  myślałem.  Dobrze,  na  razie  łapią  nas,  kiedy  i  jak  chcą.  Dosyć  takiemu 
Marsjaninowi  przejść  parę  mil,  a  juŜ  ma  całe  tłumy  zmykających.  Widziałem,  jak  któregoś  dnia  w 
Wandsworth jeden burzył domy i rył w ruinach. Ale kiedyś wreszcie chyba przestaną. Jak tylko skończą z 
naszymi działami, jak poniszczą koleje i zrobią wszystko, co sobie zamierzyli, wtedy zaczną systematycznie 
wyłapywać najgrubszych i zamykać w klatkach. Niedługo na pewno zaczną to robić: O, mój BoŜe! PrzecieŜ 
oni jeszcze się do nas naprawdę nie wzięli! 

background image

 

57 

- Nie wzięli się! - wykrzyknąłem. 
-  Pewno,  Ŝe  nie.  -  Wszystko,  co  się  dotąd  stało,  to  tylko  nasza  wina.  Nie  mieliśmy  dosyć  rozsądku,  aby 
siedzieć  cicho,  zaczęliśmy  naprzykrzać  się  im  głupimi  armatami.  Straciliśmy  głowę,  goniliśmy  całymi 
tłumami to tu, to lam. ChociaŜ tam- wcale nie jest bezpieczniej niŜ tu. A oni w ogóle nie mieli zamiaru nas 
ruszać. Pracują, robią to wszystko, czego nie mogli przywieźć ze sobą z Marsa, szykują miejsce dla reszty. 
Kto wie, czy nie dlatego właśnie przestali strzelać tymi walcami. śeby nie trafić któregoś ze swoich tu, na 
Ziemi. A my, zamiast rozbiegać się w ślepym popłochu albo próbować zgładzić ich dynamitem, powinniśmy 
spróbować  przystosować  się  do  nowej  sytuacji.  Tak  przynajmniej  ja  to  sobie  wyobraŜam.  MoŜe  człowiek 
wolałby,  dla  siebie i  dla  swoich,  Ŝeby  było  inaczej, ale  fakty  są  uparte.  I  na tej  zasadzie  zacząłem  działać. 
Miasta, państwa, cywilizacja, postęp - z tym juŜ koniec! Tę grę przegraliśmy! Z kretesem! 
- Więc po co w takim razić Ŝyć? 
Artylerzysta przyglądał mi się przez chwilę. 
-  śadnych  koncertów  galowych  przez  jakiś  milion  najbliŜszych  lat  nie  będzie  na  pewno;  ani  wystaw 
obrazów; ani smakowitych wyŜerek w wytwornych knajpach. JeŜeli panu potrzebne są rozrywki, to myślę, 
Ŝ

e  nie  ma  pan  tu  czego  szukać.  JeŜeli  pan  ma  salonowe  maniery  i  nie  lubi  jeść  ryby  noŜem  czy  słuchać 

mowy cockneyów, to proszę lepiej o tym zapomnieć. Nie będzie to panu potrzebne. 
- Pan myśli... 
- Ja myślę, Ŝe tacy jak ja muszą Ŝyć. Dla zachowania gatunku. Mówię panu, ja cholernie chcę Ŝyć. I jeŜeli się 
nie mylę, to pan niedługo powie teŜ to samo. Takich jak my nie wytępią. Na pewno nie damy się schwytać 
ani oswoić; ani tuczyć jak głupie barany. Brr! Pomyśleć tylko, takie brązowe gady... 
- Nie myśli pan chyba... 
-  Właśnie  Ŝe  myślę.  Będę  Ŝył.  Pod  ich  panowaniem.  Uplanowałem  juŜ  sobie  wszystko.  Obmyśliłem.  My, 
ludzie, zostaliśmy pokonani. Za mało umiemy. Musimy wiele nauczyć się, zanim spróbujemy szczęścia. A 
ucząc się, musimy Ŝyć. I to na wolności. Rozumie pan? Oto, co trzeba zrobić. 
Patrzyłem zdumiony i poruszony głęboko zdecydowaniem tego człowieka. 
- Na Boga! - zawołałem. - Prawdziwy z pana męŜczyzna! - i uścisnąłem z zapałem jego dłoń. 
- Co? - odparł, a oczy mu rozbłysły. - Nieźle to wszystko obmyśliłem, prawda? 
- Niech pan mówi dalej - nalegałem. 
-  Dobra.  Ci, co  chcą  uniknąć  schwytania,  muszą  się przygotować. Ja  się  przygotowuję.  Niech  pan  pojmie, 
nie wszyscy nadają się na dzikie zwierzęta, a tym właśnie będziemy  musieli stać się. Dlatego tak uwaŜnie 
przyglądałem  się  panu.  Miałem  wątpliwości.  Pan  wygląda  na  chudego  i  słabego.  Nie  poznałem  pana.  Nie 
wiedziałem, Ŝe tyle czasu siedział pan w kryjówce. Bo, widzi pan, tamci wszyscy, co Ŝyli w tym domkach, te 
przeklęte kupczyki nawykłe do łatwego Ŝycia, byliby do niczego. To ludzie bez ducha, bez dumnych snów, 
bez  wzniosłych  porywów.  A  człowiek  bez  tego  to  zwykły  tchórz,  to  szmata.  Umieli  tylko  spieszyć  się 
codziennie  do  pracy.  Widziałem  ich  setkami,  jak  z  drugim  śniadaniem  w  garści  gonili  jak  wściekli  do 
pociągu, aby tylko nie spóźnić się, tylko jak najwcześniej otworzyć te swoje marne sklepiki i ciułać te swoje 
głupie groszaki. Widziałem, jak potem gonili do domu, Ŝeby się tylko nie spóźnić na obiad i, broń BoŜe, nie 
jeść chłodnej zupy; jak siedzieli wieczorami w domu ze strachu przed bandytami; jak szli do łóŜek ze swoimi 
Ŝ

onami,  nie  dlatego,  Ŝe  je  kochali,  ale  dlatego,  Ŝe  było  to  wygodne  i  nie  komplikowało  ich  nędznej 

wegetacji.  W  powszednie  dni  ubezpieczali  się  ze  strachu  przed  jakimś  wypadkiem  na  tym  świecie,  a  w 
niedziele - ze strachu przed Ŝyciem pozagrobowym. Tak jakby piekło było dla królików! Dla nich Marsjanie 
jak z nieba spadli. Wygodne klatki, zdrowy pokarm, troskliwa opieka, Ŝadnych zmartwień. Jak pobiegają z 
tydzień,  dwa  po  polach  z  pustymi  brzuchami,  sami  przyjdą,  Ŝeby  dać  się  złapać.  I  będą  uszczęśliwieni. 
Dziwić  się  będą,  jak  ludzie  mogli  Ŝyć,  zanim  Marsjanie  nie  zaczęli  się  o  nich  troszczyć.  A  te  róŜne 
darmozjady, franty i oczajdusze, juŜ ich widzę. JuŜ widzę - mówił z posępnym zadowoleniem - jacy się robią 
czuli,  jacy  naboŜni.  Choć  przejrzałem  dopiero  w  ostatnich  dniach,  duŜo  juŜ  zdąŜyłem  zobaczyć.  Wielu 
tłustych  a  głupich  nie  będzie  się  martwić  o  nic.  Inni  poczują,  Ŝe  nie  wszystko  jest  w  porządku,  Ŝe  trzeba 
zacząć działać. A kiedy sprawy tak się układają, Ŝe ludzie zaczynają odczuwać konieczność działania, zaraz 
znajdują się słabi albo tacy, co słabną na samą myśl o potrzebie ruszenia mózgiem, i zawsze wykombinują 
taką  religię,  co  zabrania  wszystkiego,  górnolotną  i  głoszącą  ufność  i  pokorę  wobec  prześladowców  i 
poddanie się woli Stwórcy! Pan zresztą takŜe widział na pewno to samo - zupełnie jakby strach zmiótł całą 
energię. Klatki będą się trząść od psalmów i hymnów, i histerii. A inni, nie tacy prostacy  moŜe, jak to się 
mówi, zaczną się gzić... 
Przerwał.  -  Bardzo  moŜliwe,  Ŝe  Marsjanie  będą  mieli  swoich  ulubieńców;  wyuczą  ich  sztuczek,  kto  wie? 
Będą  rozczulać  się  nad  kochanym  chłoptysiem,  Ŝe  juŜ  utył  i  Ŝe  trzeba  go  zarŜnąć.  A  niektórych  nauczą 
polować na nas. 
- Nie! - krzyknąłem. - To niemoŜliwe! śaden człowiek... 

background image

 

58 

- Po co te kłamstwa? - przerwał. - Znajdą się i tacy. I będą to robić. Nawet bardzo chętnie. Byłoby głupotą 
udawać, Ŝe się w to nie wierzy. 
Pewność jego przekonała mnie. 
-  Ale  niech  tylko  spróbują  przyjść  po  mnie.  BoŜe!  Niech  tylko  spróbują  -  powiedział  i  popadł  w  ponurą 
zadumę. 
Siedziałem bez słowa, rozwaŜając to wszystko. Nie mogłem znaleźć niczego, co-  moŜna by przeciwstawić 
rozumowaniu  tego  człowieka.  W  dniach  sprzed  najazdu  nikt  nie  wątpiłby  w  mą  wyŜszość  umysłową  nad 
nim. Ja, znany i ceniony pisarz i filozof- i on, prosty Ŝołnierz. A przecieŜ to on, a nie ja, oceniłem naleŜycie 
nasze połoŜenie, gdy ja nie zacząłem nawet jeszcze dobrze zdawać sobie sprawy z tego, co się stało. 
- Co pan ma zamiar zrobić? - zapytałem. - Jakie ma pan plany? 
Zawahał się. 
- No, dobra; powiem panu. Więc jest tak - odrzekł. - Co mamy robić? Musimy wynaleźć taki sposób Ŝycia, 
Ŝ

eby  człowiek  mógł  mnoŜyć  się  i  bezpiecznie  chować  dzieci.  Tak...  Niech  pan  zaczeka,  zaraz  wyjaśnię 

dokładniej,  co  moim  zdaniem  naleŜy  zrobić.  Oswojeni  będą  jak  wszystkie  oswojone  bydlęta.  Po  paru 
pokoleniach staną się  tłuści,  pełnokrwiści,  głupi  -  śmiecie.  Chodzi o  to,  Ŝebyśmy  my,  wolni, nie  zdziczeli, 
nie zmienili się w duŜe dzikie szczury... Bo, widzi pan, będziemy chyba musieli Ŝyć pod ziemią. Myślałem o 
londyńskiej kanalizacji. Ci, co jej nie znają, wyobraŜają sobie oczywiście straszne rzeczy, ale pod Londynem 
są całe mile, setki mil kanałów. Niech kilka dni popadają deszcze, przy pustym Londynie kanały zrobią się 
czyściutkie,  schludniutkie.  Główne  magistrale  będą  dość  duŜe  i  przestronne  dla  kaŜdego.  A  są  przecieŜ 
jeszcze piwnice, podziemia, składy; moŜna w nich będzie porobić przejścia do kanałów. A tunele kolejowe, 
a  kolej  podziemna?  Co?  Zaczyna  pan  rozumieć?  Trzeba  stworzyć  grupę  silnych,  mądrych  ludzi.  Nie 
przyjmiemy Ŝadnego śmiecia. Słabych nam nie potrzeba... 
- Takich jak ja, co? 
- PrzecieŜ juŜ wyjaśniłem, Ŝe to była pomyłka. Prawda? 
- Nie będziemy się spierać. I co dalej? 
- Ci, co zostaną, muszą być karni. Silne, mądre kobiety będą takŜe potrzebne. Matki i wychowawczynie - nie 
Ŝ

adne  lalkowate  ślicznotki  ze  słodkimi  ślepkami.  Słabych  ani  głupich  nie  chcemy.  Znów  będzie  się  Ŝyło 

naprawdę,  a  bezuŜyteczni,  uciąŜliwi  i  szkodliwi  muszą  wymrzeć.  Powinni  wymrzeć.  Powinni  sami  chcieć 
wymrzeć. Bo ostatecznie Ŝyć po to, by psuć rodzaj ludzki, to nielojalność. Nie byliby zresztą szczęśliwi. A 
ś

mierć  wcale  nie  jest  taka  znów  straszna;  tylko  tchórze  lak  ją  sobie  wyobraŜają.  Tak  więc,  kanały.  Tam 

będziemy się zbierać. Naszym ośrodkiem będzie Londyn. Kto wie, moŜe nawet będziemy wartować i kiedy 
Marsjanie  gdzieś  się  oddalą,  wychodzić  na  powierzchnię.  MoŜe  nawet  będziemy  mogli  grać  w  cricketa! 
Zachowamy w ten sposób gatunek. Co? PrzecieŜ to chyba będzie moŜliwe? Ale samo zachowanie gatunku to 
jeszcze mało. Tyle to i szczury potrafią. WaŜniejsze będzie zachowanie i rozwijanie wiedzy ludzkiej. I tutaj 
właśnie  pojawia  się  na  widowni  pan.  Są  ksiąŜki,  są  wzory.  Trzeba  wyszukać  głębokie,  pewne  schowki  i 
ukryć tam jak najwięcej ksiąŜek; nie Ŝadnych romansideł, nie poetyckich bzdurstw, ale ksiąŜek o wiedzy, o 
myśli  ludzkiej.  Tu  zaczyna  się,  powiadam  pańska  rola:  Musimy  dobrać  się  do  British  Museum  i  przejrzeć 
wszystko,  co  tam  jest.  Przede  wszystkim  zachować  naszą  wiedzę  i  rozwijać  ją.  Musimy  podpatrywać 
Marsjan.  Niektórzy  będą  musieli  stać  się  szpiegami.  Kto  wie...  kiedy  juŜ  wszystko  będzie  zorganizowane, 
moŜe i ja się nim stanę`? Pozwolę się złapać. A najwaŜniejsze, nie wolno nam zaczepiać Marsjan. Nie wolno 
nawet nic im ukraść. Przy spotkaniu uciekać. Trzeba pokazać, Ŝe nie walczymy z nimi. Oni są mądrzy i nie 
będą  nas  tępić,  jeŜeli  tylko  będą  mieć  wszystko,  co  im  potrzeba,  i  jeŜeli  uznają  nas  za  nieszkodliwe 
robactwo. 
Artylerzysta zamilkł i oparł brązową rękę na mym ramieniu. 
-  MoŜe  nawet  nie  będzie  trzeba  tak  duŜo  nauczyć  się,  zanim...  Proszę  sobie  tylko  wyobrazić,  nagle  rusza 
pięć,  sześć  Machin  Bojowych,  Gorącym  Snopem  w  lewo,  w  prawo,  a  w  nich  nie  Marsjanie,  lecz  ludzie! 
Ludzie, którzy wiedzą, jak się z nimi obchodzić! A to moŜe nawet być jeszcze za naszego Ŝycia. Niech pan 
sobie tylko wyobrazi - złapać takie jedno kochaniątko i pomachać Snopem! Panować nad nimi! I cóŜ, jeśli 
nawet w końcu rozkurzą cię na cztery wiatry - po takim balu? JuŜ widzę Marsjan, jak wytrzeszczają te swoje 
ś

liczne oczęta! Człowieku, moŜe pan sobie to wyobrazić? MoŜe pan wyobrazić sobie, jak się śpieszą i sapią, 

i dyszą, i pokrzykują, i kręcą się przy tych swoich cudownych maszynach, a tu Ŝadna nie działa! A wtedy my 
trzask,  prask,  łup,  cup  -  akurat  kiedy  się  tak  przy  nich  grzebią,  trzask  Snopem  i  proszę,  człowiek  znów 
zajmuje naleŜne mu miejsce.  
Na  długą  chwilę  śmiała  wizja  wyczarowana  przez  artylerzystę,  pewność  i  odwaga  brzmiące  w  jego  głosie 
podbiły  mą  wyobraźnię  całkowicie.  Uwierzyłem  bez  wahania  zarówno  w  przewidywane  przezeń  losy 
ludzkości, jak  i  w  moŜliwość  wcielania jego  planów  w  Ŝycie  -  czytelnik  zaś,  który  mógłby  uznać  mnie  za 
głuptaka  ulegającego  zbyt  łatwo  cudzym  wpływom,  musi  pojąć  róŜnicę  między  nim,  z  jego  od  dawna  juŜ 

background image

 

59 

przemyślanym planem, a mną, leŜącym w ukryciu pod krzakiem i słuchającym w pomieszaniu tych myśli. 
Przegadaliśmy  w  ten  sposób  cały  ranek,  po  czym  wypełzliśmy  z  zarośli  i  zbadawszy  szczegółowo 
widnokrąg,  czy  nie  widać  gdzie  w  pobliŜu  Marsjan,  pośpieszyliśmy  na  wzgórze  Putney,  do  domku,  w 
którym  było  jego  legowisko.  Kiedy  zeszliśmy  do  piwnicy  i  ujrzałem  wykop  o  długości  dziesięciu  co 
najwyŜej jardów, na który stracił juŜ przeszło tydzień - miał to być przekop do przechodzącego przez Putney 
burzowca - po raz pierwszy dostrzegłem przepaść dzielącą marzenia tego człowieka od jego sił. Taką dziurę 
moŜna było wygrzebać w ciągu jednego dnia. Wierzyłem jeszcze w niego tak mocno, Ŝe pracowałem wraz z 
nim  przy  wykopie  aŜ  do  południa.  Mieliśmy  taczkę  i  wykopaną  ziemię  wywoziliśmy  na  podwórze.  W 
południe pokrzepiliśmy się nieco puszką zupy i winem z sąsiedniej spiŜarni. Jednostajna praca przynosiła mi 
dziwną ulgę. Zapominałem przy niej o całym tym boleśnie nowymi i obcym świecie. Pracując myślałem o 
projektach artylerzysty i z wolna poczęły budzić się we mnie zastrzeŜenia i wątpliwości. Pracowałem jednak 
bez ustanku, szczęśliwy, Ŝe znów mam jakiś cel przed sobą. Przepracowawszy godzinę, zacząłem obliczać 
odległość  dzielącą  nas  od  kanału.  Zwątpiłem,  czy  w  ogóle  doń  trafimy.  Nie  mogłem  pojąć,  po  co  mamy 
kopać taki długi tunel, kiedy moŜna było dostać się do kanału po prostu włazem. Wydawało mi się takŜe, iŜ 
dom nie był najlepiej wybrany i dlatego potrzeba było tak długiego przekopu. Właśnie kiedy uświadomiłem 
sobie to wszystko, artylerzysta przerwał kopanie i spojrzał na mnie. 
-  Narobiliśmy  się  nielicho  -  powiedział  i  odłoŜył  łopatę.  -  Trzeba  trochę  odsapnąć.  -  Potem  zaś  dodał:  - 
Myślę, Ŝe czas pójść na dach i rozejrzeć się po świecie. 
Ja jednak  chciałem  pracować  dalej,  po  krótkim  więc  wahaniu  wziął  się  znowu za  szpadel;  wtedy  uderzyła 
mnie pewna myśl. Zatrzymałem się, on zaś natychmiast zrobił to samo. 
- Dlaczego pan chodził po polach - zapytałem - zamiast być tutaj? 
- Wyszedłem przewietrzyć się trochę - odparł - i akurat wracałem. W nocy zawsze bezpieczniej. 
- A robota? 
- PrzecieŜ nie moŜna ciągle pracować - odrzekł, ja zaś jak w olśnieniu przejrzałem tego człowieka. Wahałem 
się, trzymając w ręku łopatę. 
-  Powinniśmy  teraz  rozejrzeć  się  -  powtórzył.  -  JeŜeli  ktoś  podejdzie,  moŜe  posłyszeć  nasze  kopanie. 
Zaskoczą nas nie przygotowanych. 
Nie  miałem  chęci  sprzeciwiać  się  dłuŜej.  Poszliśmy  na  strych  i  stojąc  na  drabinie  wyjrzeliśmy  spod  klapy 
włazu. Marsjan nie było widać nigdzie, toteŜ śmiało wstąpiliśmy na dach i ukryliśmy się za parapetem. 
Co  prawda  większą  część  Putney  przesłaniały  nam  drzewa,  widać  jednak  było  dolinę  rzeki  zarosłą 
fantastyczną  gęstwą  Czerwonego  Zielska  i  Dolne  Lambeth,  zalane  i  równieŜ  tonące  w  czerwieni.  Spośród 
pęków  Czerwonego  Pnącza  sterczały  cherlawe,  martwe  gałęzie  drzew  w  pałacowym  parku.  Dziwne,  jak 
bardzo  obie  te  rośliny  uzaleŜnione  były  w  swym  rozwoju  od  obfitości  wody.  W  pobliŜu  naszego  domku 
Ŝ

adnej z nich nie udało się przyjąć. Pełno za to było tu szczodrzewca, kwiatów głogu, buldeneŜów i drzew 

tui  strzelających  wysoko  ponad  zielone  krzewy  wawrzynów  i  mieniących  się  tęczą  barw  w  promieniach 
słońca  hortensji.  Daleko,  za  Kensingtonem,  unosił  się  gęsty  dym  przesłaniając  pospołu  z  błękitną  mgiełką 
łańcuch ciągnących się na północy wzgórz. Artylerzysta opowiadał tymczasem o ludziach, którzy pozostali 
jeszcze w Londynie. 
-  Którejś  nocy  zeszłego  tygodnia  -  mówił  -  jacyś  głupcy  naprawili  przewody  elektryczne  i  po  rzęsiście 
oświetlonych  Regent’s  Street  i  Piccadilly  Circus  wrzeszczała  i  tańcowała  aŜ  do  rana  gromada  obdartych, 
brudnych  pijaków,  męŜczyzn  i  kobiet.  Opowiadał  mi  jeden,  co to  widział. Kiedy  zrobił się dzień,  połapali 
się, Ŝe niedaleko, pod Langham, stoi i gapi się na nich Machina Bojowa. Bóg wie, jak długo juŜ tak stała. 
Potem zbliŜyła się i wyłapała ze setkę takich, co z pijaństwa albo ze strachu nie mieli sił uciekać. 
Sądzę, Ŝe Ŝadna historia nie opisze wszystkich groteskowych wydarzeń tamtych czasów. 
Później, w odpowiedzi na me pytania, powrócił do wspaniałych planów. Począł zapalać się. Tak wymownie 
opisywał  zdobycie  przez  człowieka  Machiny  Bojowej,  Ŝe  znów  na  poły  weń  uwierzyłem.  Teraz  jednak, 
znając prawdziwą jego wartość, pojmowałem, dlaczego tak kładł nacisk, by nie robić nic zbyt pośpiesznie. 
ZauwaŜyłem teŜ, iŜ nie ma juŜ teraz mowy o jego osobistym udziale w opanowaniu i poprowadzeniu do boju 
potęŜnej tej maszyny. 
Po  pewnym  czasie  powróciliśmy  do  piwnicy.  śaden  z  nas  jednak  nie  miał,  zdaje  się,  ochoty  zabierać  się 
znowu do kopania. Kiedy zaś zaproponował posiłek, nie protestowałem. Stał się nagle niezwykle szczodry i 
gdy  nasyciliśmy  się,  wyszedł,  by  przynieść  kilka  doskonałych  cygar.  Zapaliliśmy,  a  on  równieŜ  zapłonął 
optymizmem. Potraktował me przybycie jako wielkie święto. 
- Mam w piwnicy trochę szampana - powiedział. 
- Po wodzie lepiej się kopie - odrzekłem. 
- Nie - zawołał. - Dzisiaj ja wydaję przyjęcie! Szampan! Mocny BoŜe! Toć przed nami cięŜka praca. Trzeba 
trochę odpocząć i, póki jeszcze moŜna, nabrać sił. Niech pan spojrzy na te pęcherze! 

background image

 

60 

Upierał  się;  by  resztę  dnia  świętować,  i  nalegał,  byśmy  po  obiedzie  zagrali  w  karty.  Nauczył  mnie  gry  w 
belotkę,  po  czym  podzieliliśmy  Londyn  na  dwie  części,  dla  mnie  północną,  dla  niego  południową,  i 
poczęliśmy  grać  o  parafie.  Trzeźwo  myślącemu  czytelnikowi  moŜe  to  wydać  się  głupie  i  groteskowe, 
wszystko jednak działo się tak, jak tu opisuję. Co najciekawsze zaś - i belotka, i inne gry, w które graliśmy 
później, wydawały mi się bezgranicznie interesujące. 
Dziwny  jest  umysł  ludzki!  Rodzaj  nasz  stał  przed  groźbą  zagłady,  a  przynajmniej  straszliwego  poniŜenia; 
nas samych nie czekało nic prócz straszliwej śmierci, my zaś zabawialiśmy się malowanymi tekturkami i z 
oŜywieniem, ba! z podnieceniem graliśmy w oczko! Potem nauczył mnie pokera; ja zaś ograłem go trzy razy 
z  rzędu  w  szachy.  Gdy  ściemniało,  tak  byliśmy  przejęci  grą,  Ŝe  nie  zwaŜając  na  niebezpieczeństwo 
zapaliliśmy lampę. 
Po nieskończonej ilości partii zjedliśmy kolację, przy której artylerzysta wykończył szampana. Potem, paląc 
cygara,  graliśmy  dalej.  Nie  był  on  juŜ  teraz  tym  energicznym  odnowicielem  gatunku,  którego  spotkałem 
rankiem. Optymizm jego stał się mniej bojowy, spokojniejszy. Pamiętam; jak pił moje zdrowie wygłaszając 
zawiłe, pełne jąkania się i powtórzeń przemówienie. Po tej właśnie tyradzie zapaliłem cygaro i wspiąłem się 
na dach, chcąc obejrzeć zieloną łunę jaśniejącą, wedle jego słów, na pagórkach Highgate. 
Początkowo gapiłem się bezmyślnie w kotlinę londyńską. Wzgórza na północy tonęły w ciemności. Opodal 
Kensingtonu widniały czerwone ognie. Wystrzelały co jakiś czas pomarańczowymi płomieniami, by zniknąć 
po  chwili  w  granatowej  nocy.  Reszta  Londynu  była  czarna.  Nieco  bliŜej  dostrzegłem  dziwne  światło, 
bladofioletową  migotliwą  poświatę  drŜącą  w  wieczornym  wietrze.  Długo  nie  mogłem  sobie  wyjaśnić  tego 
zjawiska, aŜ w końcu pojąłem, Ŝe to słabe promieniowanie pochodzi od Czerwonego Zielska. Obudziło mnie 
to ze stanu sennego podziwu i przywróciło do rzeczywistości. Przeniosłem wzrok na Marsa, jasną, czerwoną 
gwiazdkę  błyszczącą  wysoko  na  zachodzie,  potem  zaś,  długo  i  Ŝarliwie  wpatrywałem  się  w  ciemność 
Hampstead i Highgate. 
Długi czas stałem na dachu, zastanawiając się nad dziwacznymi wydarzeniami tego niezwykłego dnia. Raz 
jeszcze przebiegłem myślą wszystkie przemiany, jakie we mnie zaszły; począwszy od nocnych modlitw, na 
bezsensownym  kartograjstwie  skończywszy.  Odczułem  gwałtowny  wstręt.  Pamiętam,  jak  odrzuciłem,  z 
pewnym co prawda Ŝalem, nie dopalone jeszcze cygaro. Uznałem ten gest za symbol! Z płomienną przesadą 
zarzucałem sobie głupotę, czułem się zdrajcą wobec własnej Ŝony i całego rodzaju ludzkiego, trapiły mnie 
wyrzuty  sumienia.  Postanowiłem  opuścić  tego  marzyciela  z  fantastycznymi  planami,  pijaństwem  i 
obŜarstwem oraz udać się do Londynu. Tam, jak sądziłem, najpewniej dowiem się, co robią Marsjanie, a co 
moi towarzysze, ludzie. KsięŜyc juŜ wzszedł, a ja wciąŜ jeszcze stałem na dachu. 
 

Londyn wymarły 

 
Po opuszczeniu artylerzysty poszedłem do Highstreet i dalej mostem przez Tamizę do Lambeth. Most ginął 
całkowicie niemal w gęstwinie Czerwonego Zielska. Łodygi i liście tej rośliny zdradzały juŜ jednak pierwsze 
oznaki zagłady - gęsto rozsiane białawe plamy. 
Na  rogu  uliczki  wiodącej  ku  przystani  w  Putney  leŜał  człowiek.  Okryty  czarnym  pyłem  wyglądał  jak 
kominiarz.  Nie  był  martwy,  lecz  pijany  do  nieprzytomności.  Nie  udało  mi  się  wydostać  z  niego  nic  prócz 
przekleństw i wściekłych razów. Zostałbym moŜe przy nim, gdyby nie nazbyt juŜ zbydlęcona jego twarz. 
Za mostem pokrywał wszystko czarny pył. Warstwa jego, w miarę jak zbliŜałem się do Fulham, była coraz 
grubsza.  PrzeraŜała  mnie  pustka  ulic.  W  pobliskiej  piekarni  znalazłem  trochę  poŜywienia,  spleśniałego, 
czerstwego, jednak nadającego się jeszcze do jedzenia chleba. Nieco dalej, w pobliŜu Walham Green, pyłu 
nie  było,  natomiast  cała  jedna  strona  ulicy  stała  w  płomieniach;  huk  poŜaru  przynosił  w  martwej  ciszy 
prawdziwą ulgę. Ulice wiodące do Brompton takŜe były puste, jakby wymarłe. 
Tutaj znów pełno było czarnego kurzu i trupów. Na samej Falham Road naliczyłem ich dwanaście. Musiały 
leŜeć  tam  od  wielu  juŜ  dni,  toteŜ  uciekłem  od  nich  czym  prędzej.  Okrywał  je  grubą  warstwą  czarny  pył, 
niektóre zaś były napoczęte przez psy. 
Tam gdzie miasto wolne było od czarnego kurzu - wyglądało dziwnie odświętnie. Sklepy pozamykane, okna 
zasłonięte,  wszędzie  cisza  i  pustka.  Gdzieniegdzie,  przewaŜnie  w  sklepach  spoŜywczych  i  winiarniach, 
widniały  ślady  rabunku.  Ujrzałem  teŜ  rozbitą  wystawę  złotnika,  rabuś  jednak  został  widocznie  spłoszony, 
gdyŜ  na  chodniku  leŜały  porzucone  w  nieładzie  złote  łańcuszki  i  zegarki.  Nawet  nie  schyliłem  się  po  nie. 
Nieco  dalej  na  progu  domu  siedziała  skulona  kobieta  w  łachmanach.  Krew  ze  spoczywającej  na  kolanach 
skaleczonej  ręki  rozlała  się  rdzawą  plamą  po  sukni,  obok  zaś,  na  chodniku,  wokół  rozbitej  flaszki  po 
szampanie, widniała cała kałuŜa. Kobieta wydawała się pogrąŜona w głębokim śnie, była jednak martwa. 
Im dalej zagłębiałem się w Londyn, tym głębsza panowała cisza. Nie była to jednak cisza śmierci. Było to 
milczenie pełne niespokojnego wyczekiwania. Lada chwila przecieŜ wszystkie te domy mogły zmienić się w 

background image

 

61 

dymiące  zgliszcza,  jak  zmieniły  się  w  nie  północno-zachodnie  dzielnice,  mogły  zginąć,  jak  zginęły  domy 
Ealing i Kulburn. Było to miasto skazane... 
Na ulicach południowego Kensingtonu nie znalazłem ani zwłok, ani czarnego kurzu. Tam teŜ usłyszałem po 
raz  pierwszy  dziwny  odgłos  rozpaczy.  Dotarł  on  do  mej  świadomości  niemal  niepostrzeŜenie.  Brzmiał  jak 
nieustanne  łkanie  złoŜone  z  dwu  tonów:  „ul-la,  ul-la,  ul-la”.  Gdy  szedłem  na  północ,  natęŜenie  jego 
narastało,  choć  głuszyły  je  domy.  Z  pełną  mocą  rozbrzmiewał  natomiast,  kiedy  wyszedłem  na  Exhibition 
Road.  Zatrzymałem  się  zdziwiony  tym  płynącym  z  oddali  jękiem  patrząc  ku  kensingtońskim  ogrodom. 
Mogło wydawać się, Ŝe to łka głosem lęku i pustki niezmierzone skupisko domów. „Ul-la, ul-la, ul-la, ul-la” 
brzmiał  nieludzki  jęk,  a  potęŜne  fale  dźwięków  przelewały  się  szeroką,  słoneczną,  zamkniętą  dwoma 
rzędami  wysokich  kamienic  ulicą.  Zwróciłem  się  pełen  niepokoju  ku  Ŝelaznym  bramom  Hyde  Parku. 
Zastanawiałem  się,  czy  nie  wedrzeć  się  do  Muzeum  Przyrodniczego,  by  się  wspiąć  na  szczyt  wieŜy  i 
rozejrzeć  po  okolicy.  Postanowiłem  jednak  pozostać  na  ziemi,  gdzie  łatwiej  moŜna  było  w  razie  potrzeby 
znaleźć  kryjówkę,  i  podąŜyłem  dalej  wzdłuŜ  Exhibition  Road.  Kamienice  były  puste  i  milczące  i  tylko 
głośne  echo  mych  kroków  rozbrzmiewało  dokoła.  W  pobliŜu  bramy  parkowej  czekał  mnie  dziwny  widok. 
LeŜał tam obalony omnibus i obrany doszczętnie z mięsa szkielet konia. Stałem przy nim długą chwilę, po 
czym ruszyłem ku mostowi. Jęk stawał się coraz potęŜniejszy, choć nie było widać nic prócz chmury dymu 
kłębiącej się ponad konarami drzew. 
„Ul-la,  ul-la,  ul-la,  ul-la”  -  nawoływał  głos  dochodzący,  jak  mi  się  zdawało,  gdzieś  z  Regent’s  Park. 
Rozpaczliwy  ten  krzyk  działał  przygnębiająco.  Począłem  tracić  siły,  ogarniało  mnie  coraz  większe 
zmęczenie.  Poczułem  się  słaby,  obolały,  głodny  i  spragniony.  Minęło  juŜ  południe.  Po  co  błąkałem  się 
samotnie  po  tym  wymarłym  mieście?  Po  co  znalazłem  się  w  Londynie,  spowitym  w  czarny  całun, 
spoczywającym  na  katafalku  trupie  miasta?  Poczułem  się  śmiertelnie  samotny.  Wybiegałem  pamięcią  ku 
zapomnianym  od  lat  przyjaciołom.  Myślałem  o  truciznach  ukrytych  w  opuszczonych  aptekach,  o  pełnych 
wódki piwnicach. Wspomniałem tych parę nieszczęsnych, dzielących ze mną miasto istot... 
Do Oxford Street dotarłem przez Marble Arch. Tutaj znów pełno było czarnego pyłu i wiele martwych ciał. 
Z piwnicznych okien biła złowieszcza, okropna woń. Panował upał, a Ŝe szedłem juŜ długo, zachciało mi się 
jeść i pić. Z wielkimi trudnościami włamałem-się do jakiegoś baru. Udało mi się tam nasycić zarówno głód, 
jak  i  pragnienie,  osłabiło  mnie  to  jednak  tak  bardzo,  Ŝe  wyciągnąłem  się  na  stojącej  pod  ścianą  kanapce  i 
zasnąłem  kamiennym  snem.  Ocknąłem  się  z  ponurym  jękiem  „ul-la,  ul-la,  ul-la,  ul-la”  w  uszach.  Panował 
juŜ  mrok.  Posiliłem  się  znalezionym  w  barze  serem  i  sucharkami  (spiŜarka  na  mięso  pełna  była  tylko 
robactwa),  po czym  powlokłem  się  ku  Baker  Street i  dalej  do  Regent’s  Park.  Przechodziłem  obok  szeregu 
wymarłych  skwerów  -  w  tej  chwili  przypominam  sobie  nazwę  tylko  jednego  z  nich  -  Portman  Square. 
Wychodząc  z  Baker  Street  dostrzegłem  w  oddali,  ponad  drzewami,  w  świetle  zachodu  kaptur  olbrzyma  z 
Marsa.  Jęk  dobiegał  stamtąd  właśnie.  Nie  przeraziłem  się.  Widok  ów  wydał  mi  się-  czymś  zupełnie 
naturalnym.  Przyglądałem  się  długo.  Gigant  stał  bez  ruchu i jęczał.  Nie  mogłem  pojąć,  dlaczego  tak  stoi i 
krzyczy. 
Usiłowałem ułoŜyć jakiś plan działania, nieprzerwane to szlochanie przeszkadzało mi jednak. MoŜe zaś zbyt 
byłem zmęczony, aby lękać się czegokolwiek. Z pewnością bardziej byłem ciekaw przyczyn tego płaczu, niŜ 
przeraŜony widokiem Machiny Bojowej. Skręciłem w Park Road, chcąc obejść park dokoła, i posuwając się 
pod  osłoną  domów  wyszedłem  od  strony  St.  John’s  Wood,  by  przyjrzeć  się  stamtąd  jęczącemu 
Marsjaninowi. O paręset jardów od Baker Street usłyszałem głośne szczekanie i ujrzałem pędzącego w mym 
kierunku  psa  z  ochłapem  czerwonego  mięsa  w  pysku.  Gnała  za  nim  sfora  wynędzniałych  kundli.  Ominął 
mnie wielkim łukiem, obawiając się widocznie, bym nie odebrał mu smakowitej zdobyczy. Gdy szczekanie 
ucichłe w oddali, mocniej rozbrzmiało płaczliwe „ul-la, ul-la, ul-la, ul-la, ul-la”.  
W  pobliŜu  dworca  St.  John’s  Wood  natknąłem  się  na  zniszczoną  Machinę  Roboczą.  Wydawało  mi  się  z 
początku, Ŝe ulicę przegrodził zwalony dom. Dopiero kiedy wspiąłem się na ruiny, ujrzałem ze zdziwieniem, 
iŜ  przykrywają  one  zgruchotany  mechanizm  z  pogiętymi  i  splątanymi  mackami.  Część  przednia  była 
zmiaŜdŜona. Wyglądało na to, Ŝe pędząca na oślep maszyna wpadła na dom i zginęła pod jego szczątkami. 
Sądziłem wówczas, Ŝe katastrofa nastąpiła wskutek puszczenia maszyny samopas. Zbyt było juŜ ciemno, by 
chodzić pośród ruin, toteŜ nie dostrzegłem zbryzganej krwią kabiny ani rozszarpanych przez psy szczątków 
Marsjanina. 
Wstrząśnięty tym widokiem  zdąŜałem dalej, ku Primrose Hill. W oddaleniu między drzewami, w kierunku 
Ogrodu  Zoologicznego,  stał  drugi,  nieruchomy,  milczący  Marsjanin.  W  pobliŜu  rozwalonego  domu 
natknąłem  się  na  Czerwone  Zielsko,  zaś  Kanał  Regenta  stanowił  jedną  wielką,  gąbczastą  masę 
ciemnoczerwonej roślinności. 
Nagle,  kiedy  wchodziłem  na  most,  dźwięk  „ul-la,  ul-la,  ul-la,  ul-la,  ul-la”  umilkł  jak  ucięty  noŜem.  Cisza 
uderzyła we mnie niby grom. 

background image

 

62 

Wysokie, mroczne domy stały przymglone jakieś, rozmazujące się w ciemności. Drzewa w parku wydawały 
się czarne. Wszędzie dokoła pięło się po ruinach niesamowite Czerwone Zielsko, ginąc gdzieś w  górze, w 
mroku. Tajemnicza noc schwytała mnie za gardło, dławić poczęły strach i groza. Gdy rozbrzmiewał ten głos, 
moŜna jeszcze było znieść jakoś samotność i opuszczenie, dziki niemu Londyn wydawał się nie taki martwy. 
Ten  pozór  Ŝycia  podtrzymywał  mnie  na  duchu.  Gdy  zamilkł,  coś  się  nagle  zmieniło,  odeszło,  sam  nie 
wiedziałem co, i cisza stała się niemal dotykalna. Upiorna cisza. 
Londyn  wpatrywał  się  we  mnie  oczodołami  pustych,  czarnych  okien.  Wyobraźnia  ukazywała  tysiące 
bezgłośnych,  czyhających  w  mroku  wrogów.  Opanował  mnie  obłędny  strach,  przeraziłem  się  własnego 
zuchwalstwa.  Przede  mną  ulica  była  czarna,  jakby  zalana  smołą,  na  chodniku  dojrzałem  jakiś  skulony, 
czarny  kształt.  Nie  mogłem  uczynić  ani  kroku.  Zawróciłem  wreszcie  i  uciekłem  co  sił  od  tej  ciszy,  prosto 
przed  siebie,  ku  Kilburn.  Do  świtu  niemal  kryłem  się  przed  tą  nocą  w  domku  jakiegoś  dryndziarza  przy 
Harrow Road. Przed wschodem słońca jednak odwaga znów powróciła i jeszcze gwiazdy widniały na niebie, 
gdy  zwróciłem  kroki  ku  Regent’s  Park.  Błąkałem  się  w  labiryncie  uliczek,  aŜ  w  końcu  dostrzegłem  w 
bladym  świetle  poranka  pagórek  Primrose.  Na  jego  szczycie  stał  spiętrzony  pod  niebo,  wyprostowany  i 
nieruchomy jak tamci - trzeci Marsjanin. 
Powziąłem  szalone  postanowienie.  Zginę  raz  wreszcie  i  skończy  się  to  wszystko.  Mogę  nawet  oszczędzić 
sobie  trudu  samobójstwa.  Podszedłem  niedbale  wprost  ku  olbrzymowi,  podchodząc  zaś  ujrzałem  w  coraz 
jaśniejszym blasku rodzącego się dnia stada krąŜących wokół kaptura i siedzących na nim czarnych ptaków. 
Na ten widok serce we mnie zabiło Ŝywiej i rzuciłem się naprzód. 
Przedarłem się przez Czerwone Zielsko spowijające St. Edmund’s Terrace, przebrnąłem zalewający mnie do 
pół piersi rwący ku Albert Road potok wody z uszkodzonej stacji pomp i wraz z pierwszymi promieniami 
słońca  stanąłem  u  podnóŜa  zarosłego  trawą  zbocza.  PotęŜne  wały  ziemne  okalały  wierzchołek  wzgórza 
czyniąc  zeń  niedostępną  twierdzę,  największe  i  zarazem  ostatnie  obozowisko  Marsjan  na  Ziemi.  Spoza 
szańców wzbijała się w niebo wąziutka struga dymu. 
Po  wale  przemknęła  rysująca  się  ostro  na  tle  nieba  sylwetka  psa.  Świtająca  zaledwie  w  mózgu  mym  myśl 
poczęła  nabierać  cech  coraz  większej  pewności.  Biegnąc  pod  górę,  ku  nieruchomemu  potworowi,  nie 
odczuwałem  lęku,  lecz  dzikie,  pełne  drŜenia  uniesienie.  Z  kaptura  zwisało  bezsilne  brunatne  cielsko,  a 
chmary ptactwa dziobały je i rwały w strzępy. 
W  mgnieniu  oka  wdarłem  się  na  wał  i  stanąłem  na  jego  koronie.  Przede  mną  leŜała  twierdza.  Zajmowała 
ogromną przestrzeń. Tu i ówdzie stały wielkie machiny, leŜały stosy przeróŜnych materiałów, gdzieniegdzie 
widać  było  dziwne  jakieś,  podobne  do  ziemianek,  schronienia.  Dokoła  zaś,  rozrzuceni  po  całej  twierdzy, 
jedni w obalonych Machinach Bojowych, inni w kabinach bezczynnych juŜ Machin Roboczych, jeszcze inni 
leŜąc rzędem, sztywno i nieruchomo - spoczywali Marsjanie, martwi, zabici przez chorobotwórcze i gnilne 
bakterie,  z  którymi  nie  umiały  walczyć  ich  organizmy.  Zginęli,  jak  zginęło  po  nich  Czerwone  Zielsko. 
Zginęli,  gdy  zawiodła  cała  potęga  człowieka,  zgładzeni  przez  malutkie,  niewidoczne  stworzonka,  które 
mądrość BoŜa ustanowiła na ziemi. 
Stało się to, co i ja, i wielu z nas mogłoby przewidzieć, gdyby umysłów naszych nie zaślepiło przeraŜenie i 
groza.  Ludzkość  olbrzymią  spłaciła  daninę  od  pierwszego  dnia  swego  istnienia tym  drobniutkim  istotkom. 
Dzięki  jednak  doborowi  naturalnemu  rodzaj  ludzki  nabył  wielkiej  odporności.  Nigdy  nie  ulegaliśmy  bez 
walki,  toteŜ  wiele  spośród  nich,  przede  wszystkim  zaś  te,  które  wywołują  gnicie  ciał  martwych,  nie  mogą 
dziś  juŜ  nam  szkodzić.  Na  Marsie  jednak  nie  ma  bakterii,  zaledwie  więc  najeźdźcy  stanęli  na  Ziemi, 
zaledwie  odetchnęli  ziemskim  powietrzem  i  przyjęli  ziemski  pokarm,  natychmiast  nasi  mikroskopijni 
sojusznicy poczęli gotować im nieuchronną zgubę. Gdy po raz pierwszy patrzyłem na nich, juŜ wówczas byli 
nieodwołalnie  skazani,  umierali  i  rozkładali  się  nawet  będąc  w  stałym  ruchu.  Los  ich  był  przesądzony. 
Miliardami śmierci opłacił człowiek swe prawo do Ziemi i nikomu go nie odstąpi; utrzymałby je wówczas 
nawet, gdyby Marsjanie dziesięćkroć byli potęŜniejsi. Bo człowiek Ŝyje i umiera nie na próŜno. 
LeŜeli, rozrzuceni tu i tam, pięćdziesięciu chyba, w wyrytej przez siebie samych ogromnej mogile, dotknięci 
ś

miercią najbardziej chyba dla nich ze wszystkich rodzajów śmierci niepojętą. Ja zaś widziałem jedno tylko 

oto leŜały przede mną martwe istoty, tak straszliwe za Ŝycia dla ludzkości. Uwierzyłem na chwilę, Ŝe to Bóg 
uŜalił się nad nami i zesłał tej nocy na Ziemię anioła śmierci. 
Stałem  wpatrując  się  w  jamę  z  sercem  bijącym  radością,  zaś  promienie  wschodzącego  słońca  zapalały 
dokoła światła poranka. W jamie panował jeszcze półmrok; potęŜne mechanizmy, tak wielkie i niezwykłe w 
swej a mocy i złoŜoności, tak nieziemskie w dziwacznych swych kształtach, wyłaniały się powoli z cienia - 
złowróŜbne, niesamowite, obce. Słychać było, jak sfora psów walczy o rozpostarte w mrocznej głębi u mych 
stóp martwe cielska. 
Na  przeciwległym  krańcu  jamy  leŜała  wielka,  płaska,  szeroka  Machina  Latająca,  której  nie  zdąŜyli  juŜ 
wypróbować w gęstej ziemskiej atmosferze. Śmierć nadeszła w sam czas. Krakanie przyciągnęło mój wzrok 

background image

 

63 

ku  ogromnej  Machinie  Bojowej,  która  juŜ  nigdy  nie  miała  wziąć  udziału  w  Ŝadnym  boju,  ku  szarpanym 
dziobami i ptactwa krwawym ochłapom zaściełającym wnętrze kaptura na szczycie wzgórza Primrose. 
Odwróciłem  się  i  spojrzałem  w  dół,  gdzie  wiry  ptasie  okalały  tamtych  dwu,  na  których  śmierć  patrzyłem 
wczoraj. Jeden umierał przywołując swych towarzyszy; być moŜe głosił światu samotną swą mękę, konając 
ostatni,  dopóki  maszyneria  nie  odmówiła  mu  posłuszeństwa.  W  blasku  rodzącego  się  słońca  połyskiwały 
bezsilne juŜ trójnogie wieŜe z lśniącego metalu. 
Dokoła  jamy  zaś,  jakby  cudem  ocalałe  od  straszliwej  zagłady,  leŜało  miasto.  Ci,  którzy  znają  Londyn 
spowity  w  chmury  posępnych  dymów,  z  trudem  tylko  potrafią  wyobrazić  sobie  nagą  czystość  i  piękno 
głuchej ciszy tego oceanu domów. 
Na  wschodzie,  ponad  czarnymi  ruinami  Albert  Terrace  i  rozszczepioną  wieŜycą  kościoła,  płonęło  na 
bezchmurnym niebie oślepiające słońce. 
Gdzieniegdzie w gęstwinie dachów lśniły białymi iskrami odbijając jego promienie tafelki szyb. W blasku 
tym  pięknie  i  tajemniczo  wyglądał  nawet  sklepiony  skład  win  koło  dworca  Chalk  Farm,  wielkie  zajezdnie 
kolejowe, pocięte czarnymi zazwyczaj, a dziś, po dwutygodniowej przerwie, czerwonymi od rdzy pręgami 
torów. 
Na  północy  leŜały  błękitne,  zatłoczone  domami  Kilburn  i  Hampstead;  zachodnia  część  miasta  kryła  się  w 
mgiełce, zaś na południu, w dali, poza Marsjanami, falowała w słońcu zieleń Regent’s Park, jaśniały hotel 
Langham,  kopuła  Albert  Hall,  Instytut  Imperialny  i  wysokie  domostwa  przy  Brompton  Road,  dalej  zaś 
rysowały  się  mgliście  poszarpane  ruiny  Westminsteru.  W  błękitnej  dali  wznosiły  się  pagórki  Surrey,  a 
wieŜyce Kryształowego Pałacu połyskiwały jak dwa srebrzyste groty. Ciemną plamą wznosiła się w blasku 
słońca kopuła katedry św. Pawła i teraz dopiero spostrzegłem, iŜ jest uszkodzona, Ŝe z jednej strony zieje w 
niej głęboka wyrwa. 
Spoglądając  na  tę  niezmierzoną  przestrzeń  usianą  domami,  fabrykami  i  świątyniami,  cichą  teraz  i 
opustoszałą, dumałem o wszystkich nadziejach i wysiłkach, o niezliczonych zastępach istnień ludzkich, które 
złoŜyły się na powstanie tego skupiska, dumałem o bezlitosnym zniszczeniu, jakie nad nim zawisło. Kiedy 
pojąłem,  Ŝe  cień  zagłady  rozwiał  się  juŜ,  Ŝe  moje  ukochane,  olbrzymie,  martwe  w  tej  chwili  miasto  moŜe 
znów oŜyć i odzyskać swą wielkość, wzruszyłem się do łez nieomal. 
Nawałnica  ucichła.  Zdrowie  od  dzisiaj  juŜ  zaczynało  powracać.  Ci,  którzy  przeŜyli,  choć  rozproszeni  po 
całym kraju, choć pozbawieni przywódców, praw, Ŝywności, jak owce bez pasterza, te tysiące, które uszły za 
morza  -  mogą  juŜ  powracać;  znów  wymarłe  dziś  ulice  i  opuszczone  skwery  zapulsują  Ŝyciem.  ChociaŜ 
wielkiego  dokonała  zniszczenia  -  rękę  niszczyciela  powstrzymano.  Wszystkie  te  upiorne  ruiny,  wszystkie 
sczerniałe szkielety domów patrzące złowrogo na słoneczną zieleń pagórka mogą wkrótce juŜ wypełnić się 
gwarem odbudowy, stukotem młotków i kielni. Na tę myśl wzniosłem dłonie ku niebu i zacząłem dziękować 
Bogu. Za rok, myślałem, za rok... 
I  wtedy,  dopiero  wtedy  przygniotła  mnie  myśl  o  sobie,  o  Ŝonie,  o  dawnym,  pełnym  nadziei  i uroku  Ŝyciu, 
które odeszło na zawsze. 
 

Ocaleni z rozbicia 

 
Teraz nastąpi najdziwniejsza moŜe część mego opowiadania. Choć z drugiej strony nie jest ona aŜ tak bardzo 
znów  dziwaczna.  Pamiętam  jasno,  Ŝywo  i  dokładnie  wszystko,  co  nastąpiło  tego  dnia,  do  chwili,  gdy 
stanąłem na szczycie wzgórza Primrose płacząc i chwaląc Pana. Potem zaś nie pamiętam nic juŜ więcej. 
O  trzech  następnych  dniach  nie  wiem  nic  zgoła.  Później  dopiero  dowiedziałem  się,  Ŝe  nie  ja  pierwszy 
odkryłem  zgubę Marsjan; Ŝe juŜ w nocy dokonało tego kilku podobnych do mnie wędrowców. Pierwszy z 
nich, gdy ja kryłem się w domku doroŜkarza, popędził do St: Martin’s - le - Grand i zadepeszował do ParyŜa. 
Stamtąd  radosna  wieść  pomknęła  w  świat  i  tysiące  miast  i  miasteczek  zmartwiałych  w  koszmarnym 
wyczekiwaniu  oŜyło  gorączką  radości;  gdy  ja  stałem  nad  jamą,  o  zagładzie  Marsjan  wiedziano  juŜ  w 
Dublinie,  Edynburgu,  Manchesterze  i  Birminghamie.  Ludzie  płacząc  i  krzycząc  z  radości  rzucali  pracę, 
padali sobie w objęcia, by po chwili pędzić z krzykiem na dworzec i pchać się do szczelnie wypełnionych, 
zdąŜających z całego kraju ku Londynowi pociągów. 
Dzwony kościelne, zamilkłe dwa tygodnie temu, oŜyły teraz i przesyłając radosne posłanie rozdzwoniły całą 
Anglię.  Wychudli,  brudni,  zmęczeni  ludzie  podąŜali  wszystkimi  drogami,  pieszo,  na  bicyklach;  wozami, 
rozgłaszając  radosnym  zgiełkiem  wieść  o  niespodzianym  ocaleniu.  A  Ŝywność!  Przez  kanał  La  Manche, 
przez  Morze  Irlandzkie,  przez  Atlantyk  płynął  strumień  ziarna,  chleba  i  mięsa.  Zdawało  się,  Ŝe  wszystkie 
okręty  świata  skierowano  do  Londynu.  Ja  jednak  nic  z  tego  nie  pamiętam.  Błąkałem  się  bez  celu  jak 
oszalały.  Znalazłem  się  wreszcie  wśród  dobrych  jakichś  ludzi,  którzy  napotkali  mnie  na  trzeci  dzień, 
płaczącego i nieprzytomnego,  krąŜącego uliczkami w pobliŜu St. John’s Wood. Opowiadali mi później, Ŝe 

background image

 

64 

wyśpiewywałem coś bez sensu o „ostatnim Ŝyjącym człowieku”. Mając niemało własnych kłopotów, ludzie 
ci, których nazwiska nawet nie mogę tu przytoczyć, choć usilnie pragnę wyrazić im swą wdzięczność, zajęli 
się mną troskliwie, przygarnęli i uchronili przed samym sobą. Najwidoczniej teŜ dowiedzieli się coś niecoś o 
tym, co przeszedłem, z mych półprzytomnych słów. 
Gdy  wróciłem  juŜ  całkowicie  do  zmysłów,  opowiedzieli  mi  bardzo  ostroŜnie  to,  czego  udało  im  się 
tymczasem  dowiedzieć  o  losie  Leatherhead.  Dwa  dni  po  mym  uwięzieniu  zostało  ono  zniszczone  przez 
Marsjan,  przy  czym  nikt  nie  ocalał.  Zmietli  je  po  prostu  z  powierzchni  Ziemi,  ot  tak  sobie,  bez  Ŝadnej 
przyczyny, jak chłopcy, którzy z nadmiaru sił Ŝywotnych rozwalają czasem mrowisko. 
Zostałem więc samotny, oni zaś byli dla mnie dobrzy. Byłem sam i bardzo smutny, oni zaś opiekowali się 
mną.  Po  powrocie  do  zdrowia  pozostałem  u  nich  jeszcze  przez  cztery  dni.  Ciągle  jednak  czułem,  Ŝe  pcha 
mnie jakaś siła, by choć raz jeszcze spojrzeć na szczątki Ŝycia, które tak przecieŜ niedawno wydawało mi się 
jasne  i  szczęśliwe.  Usiłowali  powstrzymać  mnie.  Było  to,  ich  zdaniem,  niepotrzebne  rozdrapywanie  nie 
zaschłych jeszcze  ran.  Robili,  co  było  w  ich  mocy,  aby  odwrócić  me  chorobliwe  myśli  od  tej  wyprawy  w 
przeszłość.  W  końcu  nie  mogłem  jednak  oprzeć  się  ślepemu  nakazowi  wewnętrznemu  i  obiecując 
niezawodnie  powrócić,  opuściłem  ze  łzami  w  oczach  mych  czterodniowych  przyjaciół,  by  znów  wyjść  na 
puste tak jeszcze niedawno, obce i nieme ulice. 
Teraz przepełniał je tłum powracających. Miejscami sklepy były otwarte, widziałem nawet wodę zdatną do 
picia, bijącą z ulicznych wodotrysków. 
Pamiętam, jak szyderczo jaśniało słońce, gdy rozpoczynałem smutną tną pielgrzymkę do domku w Woking, 
jakie  oŜywione,  ruchliwe  było  miasto  dokoła.  Uwijało  się  tu  takie  mnóstwo  zajętych  czymś,  ludzi,  Ŝe 
niewiarygodną  wprost  wydawała  się  niedawna  śmierć  tylu  ich  tysięcy.  Twarze  były  poŜółkłe,  włosy  w 
nieładzie,  oczy  szeroko  rozwarte  i  jakby  wyblakłe,  większość  zaś  odziana  była  w  łachmany.  Lecz  na 
wszystkich  tych  twarzach,  we  wszystkich  oczach  dwa  wyczytałbyś  tylko  uczucia:  podniecenia  i  zawziętej 
energii  -  lub  posępnej  determinacji.  Gdyby  nie  to,  Londyn  byłby  w  tych  dniach  miastem  włóczęgów.  Na 
ulicach  rozdzielano  hojnie  chleb  nadesłany  z  Francji.  Nielicznym  koniom  znać  było  wszystkie  Ŝebra.  Na 
rogach  ulic  stali  juŜ  policjanci.  Zniszczenia  poczynione  przez  Marsjan  ujrzałem  dopiero  na  ulicy 
Wellingtona, tam teŜ spostrzegłem Czerwone Zielsko pnące się po filarach mostu Waterloo. 
U wejścia na most zauwaŜyłem, jakŜe charakterystyczny dla tych groteskowych dni, dziwaczny obrazek. Do 
gęstwy  Czerwonego  Zielska  przypięty  był  patykiem  arkusz  papieru,  świeŜo  wydany  numer  Daily  Mail, 
pierwszy,  jaki  ukazał  się  po  wielu  dniach  przerwy.  Znalazłem  w  kieszeni  sczerniałego  szylinga  i  kupiłem 
gazetę. Wydawca nie zapełnił całego numeru, większa część szpalt pozostała nie zadrukowana, ostatnią zaś 
stronę  wypełniały  dawne  jeszcze  reklamy  i  ogłoszenia.  W  gazecie  znalazłem  jedynie  oddane  drukiem 
wraŜenia  piszącego,  agencje  prasowe  widocznie  nie  podjęły  jeszcze  pracy.  Nie  dowiedziałem  się  niczego 
nowego ponad to, Ŝe juŜ po tygodniu badań prowadzonych nad maszynami Marsjan osiągnięto zadziwiające 
wyniki. Artykuły zapewniały między innymi, w co zresztą nie uwierzyłem, Ŝe poznano juŜ tajemnicę lotu. Z 
dworca  Waterloo  odchodziły  pociągi  przewoŜące  bezpłatnie  ludność  do  domów.  Pierwsza  fala 
powracających spłynęła juŜ parę dni temu. W pociągu niewielu było pasaŜerów, ja zaś nie miałem nastroju 
do rozmów, toteŜ usiadłem w pustym przedziale i patrzyłem, skrzyŜowawszy ręce na piersiach, na mknącą 
za  oknem,  skąpaną  w  słońcu  panoramę  zniszczeń.  TuŜ  za  stacją  pociąg  biegł  powoli  po  prowizorycznie 
ułoŜonych  torach,  po  obu  zaś  stronach  ciągnęły  się  sczerniałe  ruiny  domów.  AŜ  do  Clapham,  mimo 
dwudniowego  deszczu  i  burzy,  Londyn  pokryty  był  osadem  Czarnego  Dymu:  W  Clapham  tory  były 
uszkodzone. Setki bezrobotnych sklepikarzy i urzędników ramię w ramię z kolejarzami trudziło się przy ich 
naprawie, my zaś podskakiwaliśmy na złączach pośpiesznie ułoŜonych szyn. 
Cała  okolica  wzdłuŜ  toru  wyglądała  niezwykle  i  smętnie.  Wimbledon  ucierpiał  szczególnie.  Najmniej, 
zdawało  się,  ucierpiał  Walton,  przynajmniej  las  otaczający  go  nie  był  spalony.  Rzeczki  Wandle  i  Mole,  a 
takŜe kaŜdy, najmniejszy nawet strumyczek, ginęły w zwartej masie Czerwonego Zielska, to podobnego do 
stosu  mięsiwa  w  jatce,  to  znów  do  poszatkowanej  fioletowej  kapusty.  Sosnowe  lasy  Surrey  wydawały  się 
uschłe, tak rozpleniło się tam Czerwone Pnącze. Za Wimbledonem, w pobliŜu toru, widać było zwały ziemi 
wokół  szóstego  walca.  Stało  tam  mnóstwo  ludzi  przyglądających  się  pracy  saperów.  Nad  nimi  trzepotała 
wesoło  na  porannym  wietrzyku  chorągiew  narodowa.  Całą  okolicę  pokrywała  karmazynowa  roślinność, 
raŜąc  boleśnie  oko  purpurowym  odcieniem.  Spojrzenie  umęczone  nieustanną  szarzyzną  zgliszcz  i  posępną 
czerwienią roślin szukało ukojenia w łagodnych zarysach odległych, błękitnoszmaragdowych wzgórz. 
Dojazd  do  Woking  od  strony  Londynu  nie  został  jeszcze  naprawiony,  toteŜ  wysiadłem  w  Byfleet  i 
poszedłem gościńcem do Maybury. Minąłem po drodze miejsce, gdzie rozmawialiśmy wraz z artylerzystą z 
patrolem huzarów, potem to, w którym ujrzałem wśród burzy pierwszego Marsjanina w Bojowej Machinie. 
Pchnięty ciekawością zboczyłem nieco, by w plątaninie czerwonego listowia odnaleźć przewróconą bryczkę 
i zbielałe, obgryzione, rozwleczone dokoła końskie kości. Długo przyglądałem się tym szczątkom... 

background image

 

65 

Zagłębiłem się w las i brnąc miejscami po szyję w Czerwonym Zielsku zobaczyłem, iŜ oberŜysta został juŜ 
pochowany;  mijając  College  Arms  zbliŜyłem  się  wreszcie  do  domu.  Jakiś  stojący  w  rozwartych  drzwiach 
swej willi męŜczyzna powitał mnie, gdy go mijałem, po nazwisku. 
Rzuciłem  na  nasz  domek  pełne  nadziei  spojrzenie,  zgasła  ona  jednak  natychmiast.  Drzwi  były  wywaŜone, 
nie domknięte i podchodząc dostrzegłem, jak porusza nimi i trzaska przeciąg. 
W otwartym oknie gabinetu, przez które wyglądałem wówczas, aŜ do świtu, wraz z artylerzystą, powiewały 
franki. Nikt od tego czasu go nie zamknął. Połamane krzewy wyglądały tak samo jak wtedy, cztery bez mała 
tygodnie  temu,  gdy  odchodziłem.  Wszedłem  do  przedpokoju  po  to  tylko,  by  wszystkimi  zmysłami  odczuć 
beznadziejną pustkę domu. Chodnik na schodach, tam gdzie przemoczony burzą siedziałem bezsilnie w ową 
okropną noc, zgnieciony był i wyplamiony. Na stopniach zachowały się ślady naszych zabłoconych stóp. 
Poszedłem na górę, do gabinetu. Na biurku znalazłem pod przyciskiem arkusz papieru, na którym kreśliłem 
mą rozprawkę w tym właśnie dniu, gdy otworzył się pierwszy walec. Długo stałem odczytując po wielekroć 
dawno  juŜ  zapomniane  zdania.  Pisałem  wówczas  o  tym,  jak  będzie  prawdopodobnie  rozwijać  się  nasza 
moralność  w  miarę  rozwoju  cywilizacji;  ostatnie  zaś  słowa  były  początkiem  przepowiedni:  „Za  jakieś 
dwieście lat” napisałem „moŜemy oczekiwać...” w tym  miejscu zdanie urywało się. Wspomniałem, jak nie 
udawało mi się tamtego dnia skupić myśli i jak rzuciłem wszystko i zbiegłem na dół, by nabyć u gazeciarza 
Daily Chronicle. Wspomniałem, jak pędziłem do furtki, gdy nadchodził, i jak słuchałem dziwacznej historii 
o  „ludziach  z  Marsa”.  Zszedłem  na  dół  i  stanąłem  w  jadalni.  Na  stole  leŜał  chleb  i  baranina  zupełnie  juŜ 
zepsuta, i przewrócona butelka od piwa, zupełnie tak samo, jak pozostawiliśmy je z artylerzystą wychodząc 
z  domu.  Mieszkanie  było  puste.  Pojąłem,  jakim  szaleństwem  była  tak  długo  piastowana  nikła  nadzieja. 
Raptem zaszło coś dziwnego. 
-  To  nie  ma  przecieŜ  sensu  -  rozległ  się  czyjś  głos  -  dom  jest  opuszczony.  JuŜ  od  dawna  nie  ma  w  nim 
nikogo. Zostawać tu byłoby tylko niepotrzebną męką. Nikt prócz ciebie nie ocalał. 
ZadrŜałem.  Czy  to  ja  sam  myślałem  na  głos?  Zwróciłem  się  ku  szerokiemu  francuskiemu  oknu, 
wychodzącemu do ogrodu, zbliŜyłem się doń i wyjrzałem. 
I oto nie mniej ode mnie zdziwieni i zalęknieni stali tam kuzyn mój i Ŝona - pobladła - powstrzymująca łzy. 
Na mój widok krzyknęła słabo. 
- Wróciłam - wyszeptała - ja wiedziałam... wiedziałam... 
Palce jej dotknęły szyi, zachwiała się. Przypadłem do niej i pochwyciłem w ramiona. 
 

Epilog 

 
Mogę tylko Ŝałować; iŜ teraz, kończąc juŜ mą opowieść, tak niewiele wniosłem do dyskusji nad licznymi nie 
rozwiązanymi,  jak  dotąd,  zagadnieniami.  Krytyk  obawiam  się  z  jednego  tylko  względu.  Oto  właściwą  mą 
dziedziną  jest  filozofia.  Wiedzę  o  fizjologii  porównawczej  zaczerpnąłem  z  paru  zaledwie  ksiąŜek,  lecz 
twierdzenia  Carvera  o  przyczynach  nagłej  zguby  Marsjan  wydają  się  tak  prawdopodobne,  iŜ  mogą  być 
uznane za pewnik. Stwierdziłem to juŜ zresztą w toku opowiadania. 
W kaŜdym razie w ciałach Marsjan badanych po wojnie nie wykryto Ŝadnych innych drobnoustrojów prócz 
gatunków znanych dotychczas na Ziemi. To, Ŝe przybysze nie grzebali swych zmarłych, jak i to, Ŝe niedbale 
obchodzili się ze zwłokami mordowanych przez siebie ofiar, równieŜ wskazuje na całkowitą nieznajomość 
procesów  gnilnych.  Trzeba  jednak  stwierdzić,  iŜ  przy  całym  swym  prawdopodobieństwie  wnioski  te  nie 
zostały, jak dotąd, naukowo potwierdzone. 
Nie  jest  równieŜ  znany  skład  chemiczny  Czarnego  Dymu  uŜywanego  z  tak  straszliwym  skutkiem  przez 
Marsjan.  Zagadką  pozostało  takŜe  i  źródło  Snopa  Gorąca.  Okropne  wypadki,  jakie  wydarzyły  się  w 
laboratoriach w Ealing i South Kensington, powstrzymały fizyków od dalszych z nimi doświadczeń. Analiza 
spektralna czarnego pyłu wykazała nieomylnie obecność nieznanego pierwiastka, dającego trzy lśniące linie 
w  zielonym  polu  widma,  przy  czym  moŜliwe  jest,  iŜ  łączy  się  on  z  argonem  wytwarzając  związek 
oddziałujący zabójczo na któryś ze składników krwi. Te jednak nie udokumentowane niczym rozwaŜania nie 
zainteresują  zapewne  zwykłego  czytelnika,  dla  którego  przeznaczyłem  tę  opowieść.  Nie  zbadano  równieŜ 
brązowej  piany  spływającej  do  morza  Tamizą  po  zniszczeniu  Machiny  Bojowej pod  Shepperton,  teraz  zaś 
jest juŜ oczywiście za późno. 
Wyniki  badań  anatomicznych  resztek  Marsjan  pozostawionych  przez  wygłodniałe  psy  przedstawiłem  juŜ 
wcześniej.  KaŜdy  jednak  moŜe  zapoznać  się  ze  wspaniale  zachowanym  w  spirytusie,  nie  uszkodzonym 
okazem  w  Muzeum  Przyrodniczym  jak  równieŜ  z  niezliczonymi  rysunkami  i  fotografiami  tego  okazu;  dla 
fizjologii zaś dane te są najzupełniej wystarczające. 
Znacznie  waŜniejsze  i  ogólniejsze  natomiast  jest  pytanie,  czy  naleŜy  liczyć  się  z  moŜliwością  ponownego 
najazdu  Marsjan.  Nie  wydaje  mi  się,  by  sprawie  tej  poświęcono,  jak  dotąd,  naleŜytą  uwagę.  W  tej  chwili 

background image

 

66 

odległość od Marsa jest ogromna, przy kaŜdej jednak opozycji ja przynajmniej oczekuję nowych z ich strony 
prób.  W  kaŜdym  zaś  razie  winniśmy  być  do  tego  przygotowani.  Sądzę,  Ŝe  da  się  z  wielką  dokładnością 
ustalić połoŜenie działa, które oddało wówczas tych kilka strzałów, i bacznie obserwować tę część-planety, 
by zawczasu przygotować się na przyjęcie następnego napadu. 
MoŜna by wówczas zniszczyć środkami wybuchowymi i za pomocą artylerii walce, jeszcze zanim ostygną 
na  tyle,  by  Marsjanie  mogli  się  z  nich  wydostać,  lub  teŜ  wybić  ich  za  pomocą  granatów  natychmiast  po 
odkręceniu się śruby. Wydaje mi się, Ŝe stracili oni jednak, i to bezpowrotnie, tę wielką nad nami przewagę, 
jaką dało im przy pierwszym na nas najeździe zaskoczenie. Być moŜe, iŜ pogląd ich jest podobny do mego. 
Lessing  ma  dostateczne  podstawy,  by  twierdzić,  iŜ  Marsjanom  udało  się  dokonać  lądowania  na  Wenus. 
Przed siedmiu miesiącami Mars był w opozycji z tą planetą i wówczas to właśnie astronomowie dostrzegli 
na  nieoświetlonej  jej  części,  zwróconej  ku  Marsowi,  szczególne  sinusoidalnego  kształtu  znaki  świetlne  i 
równocześnie niemal takie same znaki dostrzeŜono na fotografiach Marsa. Wystarczy porównać zdjęcia obu 
tych tarcz, aby zadziwiające podobieństwo znaków stało się zupełnie oczywiste. 
W  kaŜdym  bądź  razie,  czy  moŜemy  spodziewać  się  ponownego  najazdu,  czy  teŜ  nie  -  nasz  pogląd  na 
przyszłe losy ludzkości musi pod wpływem niedawnych wypadków ulec gruntownej zmianie. Nauczyły nas 
one,  Ŝe  nie  wolno  uwaŜać  naszego  globu  za  całkowicie  bezpieczne  schronienie;  nigdy  przecieŜ  nie  da  się 
przewidzieć,  jakie  nieznane,  dobre  czy  złe,  istoty  mogą  spaść  do  nas  z  międzyplanetarnych  przestrzeni. 
MoŜna jednak stwierdzić, iŜ w ostatecznym rozrachunku najazd Marsjan przyniósł ludzkości wiele korzyści. 
Odebrał  nam  bowiem  to  nieuzasadnione  zadufanie,  które  zazwyczaj  staje  się  przyczyną  upadku.  Przyniósł 
równieŜ  w  darze  naszej  wiedzy  rzeczy  nowe  i  niezwykłe  i  przyczynił  się  do  powaŜnego  wzrostu  poczucia 
wspólnoty  na  Ziemi.  Być  moŜe,  iŜ  poprzez  gwiezdne  przestrzenie  Marsjanie  widzieli  los  swych 
wysłanników  i  dobrze  pojęli  tę  lekcję,  być  moŜe  takŜe,  iŜ  na  Wenus  znaleźli  bardziej  sprzyjające  warunki 
bytowania.  Niech  sobie  zresztą  będzie,  co  chce,  lecz  przez  wiele  jeszcze  lat  nie  zniknie  napięcie,  z  jakim 
obserwować  będą  tu,  na  Ziemi,  tarczę  Marsa  i  spadające  gwiazdy,  które  w  tamtych  okrutnych  dniach 
przyniosły ludzkości tyle nieszczęść. 
Trudno  równieŜ  przecenić  wpływ  najazdu  na  rozszerzenie  się  naszych  horyzontów  myślowych.  Zanim 
pierwszy walec spadł na Ziemię, panowało ogólne przeświadczenie, iŜ w całym nieobjętym wszechświecie 
tylko  na  malutkiej  naszej  Ziemi  kwitnie  Ŝycie.  Dziś  wiemy  juŜ  znacznie  więcej.  Jeśli  Marsjanie  potrafili 
dotrzeć do Wenus, nie ma podstaw, by sądzić, Ŝe nie potrafi dokonać tego takŜe i człowiek, gdy zaś powolne 
stygnięcie Słońca sprawi, iŜ na Ziemi nie będzie juŜ moŜna Ŝyć dłuŜej, co przecieŜ nieuchronnie musi kiedyś 
nastąpić,  być  moŜe  trzeba  będzie  przenieść  potok  ziemskiego  Ŝycia  na  siostrzaną  planetę.  Czy  dokonamy 
tego? 
Mglista i wspaniała jest wizja, jaką stworzył mój umysł, wizja Ŝycia przenoszonego stopniowo z malutkiego 
zarodka,  jakim  jest  nasz  Układ  Słoneczny,  aŜ  w  najodleglejsze  krańce  wszechświata.  Odległe  to  jeszcze 
marzenie.  Z  drugiej  jednak  strony  niewykluczone,  iŜ  zagłada  pierwszych  Marsjan  odroczyła  tylko  naszą 
zgubę. Do nich, być moŜe, nie do nas naleŜy przyszłość. 
Muszę wyznać, iŜ groza i burzliwość tamtych czasów pozostawiły w mym umyśle zwątpienie i niepewność. 
Bywa, iŜ siedząc przy świetle lampy nad pracą w cichym gabinecie, dostrzegam gdzieś w dole, przed sobą, 
rozległą  równinę  pokrytą  wijącymi  się  płomieniami,  za  plecami  zaś  czuję  pustkę  i  samotność  domu. 
Wychodzę  na  gościniec  do  Byfleet,  mijają  mnie  pojazdy,  wóz  rzeźnika,  bryczka  pełna  gości,  robotnik  na 
rowerze, dzieciaki idące do szkoły i nagle wszystko to roztapia się we mgle, staje się nierzeczywiste i wydaje 
mi  się,  Ŝe  idę  z  artylerzystą  przez  upalną,  pustą  ciszę.  Nocami  widuję  czarny  kurz  pokrywający  ulice  i 
poskręcane  dziwacznie,  spowite  kirem  pyłu  trupy.  Schodzą  się  całymi  gromadami,  straszne,  poszarpane 
przez  psy,  mamroczą  coś obłąkańczo,  blade,  okropne, ja  zaś budzę  się  zmęczony,  zlany  potem,  wpatrzony 
niewidzącymi oczami w ciemność nocy. 
Jadę do Londynu i ruchliwe, pełne Ŝycia Fleet Street i Strand znów widzę jako ciche, wymarłe zaułki. Snują 
się wokół upiory przeszłości, martwe cienie, szydzące z oŜywionego dziś miasta. Jak dziwnie jest stanąć na 
szczycie wzgórza Primrose, a uczyniłem to właśnie wczoraj, przed napisaniem tego rozdziału, i patrzeć na 
morze  domków  spowite  niebieską  mgiełką  dymów,  zlewające  się  z  chmurnym,  nawisłem  nisko  niebem, 
patrzeć na spacerujących beztrosko pośród kwietników ludzi, na gapiów podziwiających do dziś stojące tam 
machiny  Marsjan,  przysłuchiwać  się  hałaśliwym  igraszkom  dzieci  i  wspominać  chwile,  gdy  patrzyłem  na 
Londyn, taki jasny, tak wyraźnie widoczny, taki pusty i cichy w tamtym, rodzącym się, wielkim dniu. 
Najdziwniejsze  zaś  -  to  móc  znowu  trzymać  dłoń  mej  Ŝony  i  wspominać  chwile,  gdy  oboje  myśleliśmy  o 
sobie jako o ludziach martwych.