1
Herbert George Wells
Wojna światów
2
KSIĘGA PIERWSZA
PRZYBYCIE MARSJAN
W przededniu wojny
Nikt pod koniec dziewiętnastego wieku nie uwierzyłby chyba, iŜ Ŝycie ludzi bacznie i wszechstronnie
obserwują istoty mądrzejsze od człowieka, a przecieŜ jak i on śmiertelne; Ŝe krzątających się wokół swych
spraw codziennych ludzi badają i analizują one równie być moŜe skrupulatnie, jak skrupulatnie bada
człowiek pad mikroskopem rające się i mnoŜące w kropli wody drobnoustroje. Snując się, niezmiernie radzi
z siebie, po naszym globie, szczerze jesteśmy przekonani o swej władzy nad materią. MoŜliwe, Ŝe Ŝyjątka
pod mikroskopem czują tak samo. Ale nikomu z nas nie przyszła do głowy myśl, Ŝe są inne, starze od
naszego światy, które mogą być źródłem niebezpieczeństwa dla ludzkości. KaŜdą myśl o Ŝyciu na nich
odpędzaliśmy od siebie, uwaŜając je za nieprawdopodobne, a przynajmniej mocno wątpliwe.
Dzisiejszego czytelnika zainteresuje niezawodnie nasz sposób myślenia z tamtych odległych dni.
Przypuszczano podówczas, Ŝe na Marsie mogą Ŝyć co najwyŜej inni jacyś ludzie, na niŜszym od naszego
stopniu rozwoju, którzy z radością powitaliby ziemskie wyprawy misjonarskie. A tymczasem poprzez
otchłań międzyplanetarnej przestrzeni spoglądały na naszą. Ziemię zazdrosnym okiem istoty obdarzane
umysłami o tyleŜ wyŜszymi od naszych, o ile ludzkie wyŜsze są od umysłów zagładą zagroŜonych zwierząt;
o intelekcie szerokim, lecz chłodnym i niechętnym. I powali, lecz nieuchronnie opracowywały swe plany
przeciwka nam. W pierwszych latach wieku dwudziestego przyszło WIELKIE ZASKOCZENIE.
Nie muszę chyba przypominać czytelnikowi, iŜ Mars krąŜy dookoła Słońca w odległości 140 000 000 mil, a
ś
wiatła i ciepła otrzymuje zaledwie dwa razy mniej od naszej Ziemi. Mars, jeśli teorie mgławicowo kryją w
sobie choć ziarno prawdy, musi być znacznie od Ziemi starszy i Ŝycie na nim musiało pojawić się na długo
przed ukształtowaniem się ziemskiej skorupy. To, Ŝe masa Marsa wynosi zaledwie jedną siódmą masy
Ziemi, przyspieszyło jego ostyganie do temperatury, w której pojawia się Ŝycie. Co więcej, posiada on
powietrze i wodę, a więc to wszystko, co niezbędne jest do podtrzymywania Ŝywego istnienia.
Człowiek jednak jest tak próŜny i tak w swej próŜności zaślepiony, iŜ do samego schyłku XIX stulecia nie
znalazł się Ŝaden pisarz, który wyraziłby pogląd, Ŝe mogła się tam rozwinąć Ŝycie istot rozumnych, na
poziomie wyŜszym od ziemskiego. Nie pojmowano teŜ na ogół, Ŝe na Marsie, który o wiele jest od Ziemi
starszy, powierzchnię ma czterokrotnie mniejszą i znacznie dalej leŜy od Słońca - Ŝycie musi być nie tylko
odleglejsze od swych początków, ale bliŜsze końca.
Nieustanne stygnięcie, któremu podległa jest przecieŜ i nasza planeta, posunęło się u naszego sąsiada
znacznie dalej. Warunki fizyczne tam panujące są dla nas, co prawda, wciąŜ jeszcze tajemnicą - wiemy
jednak, Ŝe nawet na równiku temperatura południa osiąga zaledwie temperaturę naszych najostrzejszych zim.
Atmosfera Marsa jest o wiele bardziej rozrzedzona od naszej, oceany zaś skurczyły się tak dalece, iŜ
pokrywają juŜ tylko jedną trzecią powierzchni tej planety. PotęŜne lodowce zalegają oba jej bieguny, a
wskutek powolnych zmian pór roku spełzają coraz groźniej na obszary strefy umiarkowanej. Ten najwyŜszy
stopień wyczerpania, tak niewiarygodnie jeszcze dla naszej Ziemi odległy, stał się palącym problemem dla
mieszkańców Marsa. Pod bezpośrednim naciskiem konieczności rozkwitła ich nauka, urosła ich wiedza -
lecz stwardniały serca. Spoglądając przez przyrządy, o jakich nam się nawet nie śniło, w przestrzeń, w
kierunku Słońca, ujrzeli oni odległą od siebie o zaledwie 35 000 000 mil jutrzenkę nadziei, naszą cieplejszą
planetę, pokrytą zielenią roślinności, szarą od wód, z atmosferą pełną chmur - wymownym świadectwem
płodności, z przelotnym pośród tych chmur widokiem gęsto zaludnionych lądów i upstrzonych statkami
mórz.
My zaś, ludzie, stworzenia zamieszkujące tę Ziemię, byliśmy dla nich czymś tak samo obcym i niŜszym, jak
obce i niŜsze są dla nas małpy i lemury. Umysł człowieka pojął juŜ prawdę, iŜ Ŝycie jest nieustanną walką o
byt. Wydaje się, Ŝe prawdę, tę wyznawali równieŜ Marsjanie. Ich świat stygł coraz bardziej, nasz zaś pełen
był Ŝycia, Ŝycia obcego im, niŜszego, pierwotnego. Jedyną ucieczką od groźby nieuniknionego końca,
groźby wzrastającej z pokolenia na pokolenie, było dla nich przedsięwzięcie wyprawy wojennej bliŜej
Słońca.
Zanim osądzimy ich zbyt surowo, przypomnijmy sobie, jak bezlitośnie tępił własny nasz gatunek nie tylko
zwierzęta, bizony czy ptaki dodo, ale i inne rasy ludzkie, na niŜszym stające szczeblu rozwoju. Choćby
Tasmańczycy wytępieni doszczętnie w ciągu pięćdziesięciu lat przez przybyszów z Europy. CzyŜ tacy z nas
apostołowie litości, byśmy mieli prawo Ŝalić się na Marsjan postępujących tak samo z nami?
Obmyślili oni swoje lądowanie na Ziemi z zadziwiającą wprost precyzją - ich wiedza matematyczna stoi
niewątpliwie znacznie wyŜej od naszej - i poprowadzili przygotowania prawie zupełnie jednomyślnie.
3
Gdyby nasze przyrządy pozwalały na to, wzbierające niebezpieczeństwo moŜna by dostrzec znacznie juŜ
wcześniej w XIX wieku. Tacy ludzie jak Schiaparelli obserwowali wprawdzie czerwoną planetę - nawiasem
mówiąc ciekawe, Ŝe Mars z dawien dawna uchodził za symbol wojny - lecz nie potrafili pojąć zmian
zachodzących w wyglądzie pewnych wycinków jej powierzchni, choć tak dokładnie umieli zmiany te
nanosić na mapy. A przez cały ten czas Marsjanie przygotowywali się.
W 1894 roku, w czasie wielkiej apozycji Marsa, dostrzeŜono jasny błysk na oświetlonej części jego tarczy.
Pierwsze ujrzało go obserwatorium Licka, nieco później Perrotin w Nicei, potem zaś inne obserwatoria.
Angielska publiczność dowiedziała się o tym po raz pierwszy 2 sierpnia z artykułów w Przyrodzie. Ja
osobiście skłonny jestem przypuszczać, iŜ zjawiska to było błyskiem wystrzału oddanego z głębokiego
szybu wyrytego w skorupie Marsa, niby z potęŜnego działa wyrzucającego skierowane na Ziemię pociski.
Pojawienie się szczególnych punkcików dostrzeŜonych w pobliŜu miejsca błysku podczas dwu następnych
opozycji nie zastała dotychczas wyjaśnione.
Burza zwaliła się na nas przed sześciu laty. Gdy Mars osiągnął największe przybliŜenie, Lavelle z Jawy
zelektryzował cały świat astronomiczny zadziwiającą wiadomością a potęŜnym na tej planecie wybuchu
rozŜarzonych do białości gazów. Stała się to dwunastego przed północą, przy czym uŜyty przezeń
natychmiast spektroskop wykazał wielką masę płonących gazów, głównie wodoru, mknącą z błyskawiczną
szybkością w kierunku Ziemi. Ten strumień ognia przestał być widoczny mniej więcej po piętnastu
minutach. Astronom porównywał go do olbrzymiego kłębu płomieni wytrysłych gwałtownie z planety,
„zupełnie jak płomień z wylotu lufy”.
Później dopiero okazało się, jak trafne była ta porównanie. Następnego jednak dnia nie znalazłbyś, z
wyjątkiem drobnej wzmianki w Daily Telegraph ani słowa o tym zjawisku w Ŝadnej gazecie i świat Ŝył dalej
nic nie wiedząc o największym niebezpieczeństwie, jakie kiedykolwiek zagraŜało rodzajowi ludzkiemu. Nie
dowiedziałbym się i ja o tym wybuchu, gdybym przypadkiem nie spotkał w Ottershaw słynnego astronoma
Ogilvy’ego. Wiadomość o niezwykłym zjawisku bardzo go poruszyła i temu właśnie zawdzięczałem
zaproszenie, by tegoŜ wieczoru obserwować z nim razem czerwoną planetę.
Mimo wszystko, co potem zaszło - wieczór ów pamiętam bardzo dokładnie. Ciemne i milczące
obserwatorium, nikłą plamę światła przyćmionej latarni w kącie, monotonne tykanie mechanizmu
zegarowego przy teleskopie, wreszcie szczelinę w kopule dachu - podłuŜną głębię przeciętą smugą
gwiezdnego pyłu. Słychać było, jak niewidoczny Ogilvy poruszał się gdzieś w pobliŜu. W teleskopie widniał
krąg głębokiego granatu z unoszącą się w samym niemal jego środku planetą. Wydała mi się okruchem
ś
wiatła - taka była jasna, maleńka i nieruchoma. Przecinały ją ledwie dostrzegalne poprzeczne kreski, a na
biegunach była leciutko spłaszczona. Taka drobna, taka srebrzyście ciepła kropelka światła! Wydawało się,
Ŝ
e drŜy, naprawdę jednak drŜał tylko utrzymywany nieustannym działaniem mechanizmu zegarowego na
wprost gwiazdy teleskop.
Gdy tak patrzyłem, gwiazda rosła, to malała, zbliŜała się nieco, to znów oddalała. Było to złudzenie
wywołane po prostu wysiłkiem wzroku. Dzieliła ją ode mnie 40 000 000 mil - ponad czterdzieści milionów
mil próŜni. Niewielu tylko spośród nas potrafi wyobrazić sobie bezmiar kosmicznej pustki usianej
gwiezdnym ziarnem światów.
W pobliŜu Marsa, pamiętam, tkwiły trzy świetlne kropki, trzy nieskończenie odległe, widoczne tylko przez
teleskop gwiazdy, wokół zaś roztaczała się nieprzenikniona ciemność próŜni. Wiecie, jak wygląda ciemność
nieba w gwiaździstą mroźną noc. W teleskopie wydaje się ona daleko głębsza. A niewidzialne dla mnie, bo
tak odległe i małe, mknęło bez wytchnienia poprzez niezmierzoną przestrzeń, zbliŜało się o tysiące mit z
kaŜdą chwilą; nadchodziło wysłane przez tamtych COŚ - co miało przynieść nam walkę i nieszczęścia i
ś
mierć. Patrząc na nieruchomą gwiazdę nie śniłem nawet o tym. Nikt na całej kuli ziemskiej nie śnił o
bezbłędnie wymierzonych w nas pociskach.
Tej nocy takŜe nastąpił wybuch gazów na odległej planecie. Dojrzałem go. Czerwony błysk na krawędzi
tarczy, ledwie dostrzegalny zarys wytrysku światła - akurat, gdy chronometr wydzwaniał północ.
Przywołałem Ogilvy'ego, by zastąpił mnie przy teleskopie. Noc była upalna i chciało mi się pić. Stąpając
niezdarnie i potykając się poszedłem po omacku do stolika z syfonem, podczas gdy Ogilvy wykrzykiwał coś
o pędzących w naszą stronę kłębach gazów.
Tej nocy wyruszył z Marsa na Ziemię jeszcze jeden niewidzialny pocisk, prawdopodobnie juŜ drugi w ciągu
dwudziestu czterech godzin. Pamiętam, jak siedziałem na stole tam, w ciemności, a przed oczami migotały
mi zielone i szkarłatne plamy. Pamiętam, jak bardzo chciało mi się zapalić światło. Nie podejrzewałem, co
oznaczał ów przelotny błysk ani co miał mi on przynieść. Ogilvy obserwował do pierwszej, potem takŜe dał
spokój. Z jasno juŜ płonącą latarnią wracaliśmy do domu. Gdzieś niŜej, w ciemnościach, leŜały ciche
miasteczka Otershaw i Chertsey z setkami śpiących spokojnie mieszkańców.
4
Ogilvy zastanawiał się tej nocy nad warunkami, jakie panują na Marsie, i wydrwiwał prostackie pomysły, Ŝe
jego mieszkańcy dają nam jakieś znaki. Twierdził, Ŝe to gęsty deszcz meteorytów spada na tę planetę lub teŜ,
Ŝ
e rozwija się tam potęŜny wybuch wulkanu. Udowadniał mi, jakim niepodobieństwem jest identyczny
rozwój Ŝycia organicznego na dwu sąsiadujących ze sobą planetach.
- Jest moŜe jedna szansa na milion - mówił - aby na Marsie Ŝyło coś podobnego do człowieka.
W setkach obserwatoriów widziano tej nocy błysk i następnej, i znów następnej, i tak dziesięć razy z rzędu,
noc w noc, około dwunastej - błysk. Gdy wybuchy, po dziesiątym, ustały - nikt na Ziemi nie usiłował sobie
tego wytłumaczyć. Być moŜe, gazy tworzące się przy wystrzałach sprawiły w jakiś sposób kłopot
Marsjanom. W kaŜdym razie, dostrzeŜone przez najsilniejsze ziemskie teleskopy, gęste chmury dymu i
kurzu długo jeszcze unosiły się w postaci szarych plamek o zmiennych kształtach w przejrzystej atmosferze
planety przesłaniając przelotnie tak dobrze znane astronomom szczegóły jej powierzchni.
Ocknęła się wreszcie codzienna prasa. Poczęły się ukazywać popularnie podawane wiadomości o wulkanach
na Marsie. Pamiętam, Ŝe satyryczny tygodnik Punch wykorzystał, nawet dosyć dowcipnie, temat ten do
satyry politycznej. A tymczasem; nie oczekiwane przez nikogo, szybowały ku nam wystrzelone przez
Marsjan pociski. Mknęły z chyŜością wielu mil na sekundę przez pustą otchłań przestrzeni, godzina za
godziną, dzień za dniem, wciąŜ bliŜej. i bliŜej. Dzisiaj wydaje się czymś niemal niewiarygodnym, Ŝe mimo
wiszącej wówczas nad nami groźby zajmowaliśmy się powszednimi swoimi kłopotami. Pamiętam, jak
cieszył się Markham, gdy udało mu się uzyskać dla swojego tygodnika najnowszą fotografię Marsa. Jeśli o
mnie idzie - dzieliłem czas między dwa zajęcia naukę jazdy na bicyklu i pracę nad szeregiem artykułów na
temat prawdopodobnych dróg rozwoju moralności w miarę postępu cywilizacji.
Pewnego wieczoru - pierwszy z pocisków był juŜ wtedy o niespełna dziesięć milionów mil od Ziemi -
wyszedłem z Ŝoną na przechadzkę. Niebo było wygwieŜdŜone i pokazywałem jej znaki zodiaku, a potem
Marsa, jasny punkcik wspinający się powali coraz wyŜej, ku zenitowi, punkcik, na który patrzyło w tej
chwili tyle potęŜnych teleskopów. Noc była ciepła. Wracając minęliśmy grupę spacerowiczów z Chertsey
czy moŜe z Isleworth. Szli, grali i podśpiewywali. W oddaleniu jaśniały okna domów. Ludzie kładli się spać.
Ze stacji kolejowej dochodziły, zmienione odległością w jakąś niemal melodię, dźwięki dzwonków,
dudnienie, szczęk przetaczanych wagonów. Jaskrawa siatka czerwonych, zielonych i Ŝółtych świateł
sygnałowych była - wedle słów Ŝony - jakby wpięta w ciemną ramę nieba. Wszystko tu wydawało się takie
spokojne, takie bezpieczne.
Spadająca gwiazda
Nadeszła wreszcie noc, gdy spadł pierwszy pocisk. Późnym wieczorem ujrzano wysoko w górze krechę
ognia. Przemknęła nad Winchesterem kierując się na wschód i zgasła. Patrzyły na nią setki ludzi, biorąc je
niezawodnie za ślad zwykłego meteoru. Według opisu reportera Albina ciągnął on za sobą zielonkawy,
jarzący się przez kilka sekund ogon. Profesor Denning, największy nasz autorytet w dziedzinie meteorytów,
stwierdził, iŜ dostrzeŜono go na wysokości około dziewięćdziesięciu, a moŜe stu mil. Zdawało mu się, Ŝe
bolid spadł o jakieś sto mil na wschód.
Nocy tej byłem w domu, pracowałem w gabinecie, a chociaŜ okno wychodzi na Ottershaw i zasłona była
podniesiona (lubiłem w tamtych czasach spoglądać w nocne niebo) - nie dostrzegłem nic. A przecieŜ
najdziwniejszy ten przedmiot, jaki kiedykolwiek nadleciał z przestworzy na Ziemię, spadł wtedy właśnie i
ujrzałbym go niewątpliwie, gdybym patrzył w okno. Niektórzy świadkowie jego lotu twierdzą, iŜ mknął ze
ś
wistem. Nic takiego nie słyszałem. Musiało go widzieć wiele osób w Berkshire, Surmy i Middlesex, ale
wydawało im się pewnie, Ŝe to spada jakiś zwyczajny meteoryt. Nikt chyba nie pomyślał, by go odszukać tej
jeszcze nocy.
Tymczasem biedak Ogilvy, który widział spadającą gwiazdę, przekonany, iŜ leŜy ona gdzieś na polach
między Horsell, Ottershaw i Woking, zerwał się skoro świt i ruszył na poszukiwania. Odnalazł ją
rzeczywiście, krótko po wschodzie słońca, w pobliŜu Ŝwirowiska. Pocisk uderzając z wielką siłą o ziemię
wyrył ogromną jamę i rozrzucił we wszystkie strony Ŝwir i piasek zasypując wrzosowisko. Powstałe w ten
sposób zwały widać było o półtorej mili. Wschodnia część wrzosowiska płonęła i na tle wschodzącego
właśnie słońca snuty się przezroczyste niebieskawe dymki.
Bolid niemal całkowicie zagrzebany był w piachu. Dokoła walały się pogruchotane resztki połamanych przy
upadku sosen. Widoczna jego część przypominała ogromnych rozmiarów walec pokryty grubą okładziną z
płyt lub raczej z prostokątnych ciemnobrązowych łusek. Średnica walca mogła wynosić ze trzydzieści
jardów. Ogilvy zdumiony wielkością, a jeszcze bardziej kształtem - meteory są zazwyczaj mniej lub bardziej
kuliste - chciał podejść do bryły, była ona jednak wciąŜ jeszcze tak rozgrzana tarciem wskutek przelotu przez
atmosferę ziemską, Ŝe zamiar ten spełznął na niczym. Zgrzyty dochodzące z wnętrza walca wziął za odgłosy
5
wywołane nierównomiernym ostyganiem powierzchni, gdyŜ nie przyszła mu jeszcze wtedy do głowy myśl,
Ŝ
e walec moŜe być wydrąŜony.
Gdy stał tak na skraju wyrytej przez bolid jamy podziwiając niezwykły jego wygląd, przede wszystkim zaś
barwę i kształt, poczęło mu świtać mgliście, iŜ jest moŜe jakaś celowość w przybyciu walca na Ziemię.
Poranek byt cudownie cichy, słońce nieźle juŜ przypiekało sponad rozsypanych kępami w stronę Weybridge
sosen. Nie było słychać świergotu ptaków, nie zaszemrał najlŜejszy wietrzyk, tylko z okopconego walca
dochodziły słabe jakieś dźwięki. Ogilvy był samiuteńki na całej tej wielkiej równinie.
Wtem spostrzegł ze zdziwieniem, iŜ wzdłuŜ kolistej krawędzi walca skruszyło się i odpadło trochę brązowej,
zwęglonej, pokrywającej bolid skorupy. Zaczęła ona odrywać się i spadać na piasek płatami. Nagle odpadł
duŜy kawał z takim łoskotem, Ŝe w Ogilvym serce zamarło.
Chcąc zdać sobie w pełni sprawę z tego, co to oznacza, zsunął się mimo bijącego z jamy Ŝaru na dno, aby
obejrzeć walec z bliska. Nawet wtedy jeszcze sądził, Ŝe przyczyną odpadania okładziny jest stygnięcie
walca, chociaŜ nurtować go juŜ zaczęło zdziwienie, dlaczego odrywa się ona tylko wzdłuŜ krawędzi. I wtedy
spostrzegł, Ŝe koliste dno walca obraca się powolutku dokoła swej podłuŜnej osi. Ruch ten był tak powolny,
Ŝ
e niemal niedostrzegalny. ZauwaŜył go dopiero wówczas, gdy zorientował się, Ŝe czarna plama na skraju
dna będąca pięć minut temu tuŜ przed nim zawędrowała teraz na przeciwległą stronę. Olśniła go myśl.
Walec był sztuczny! WydrąŜony! Z odkręcanym dnem? Ktoś je od wewnątrz odkręcał!
- Wielkie nieba! - krzyknął Ogilvy. - Tam w środku jest człowiek... ludzie! Na wpół zwęgleni! Usiłują się
wydostać!
Nagle, w ogromnym skrócie myślowym; skojarzył walec z błyskiem na Marsie.
Myśl o uwięzionej istocie była tak straszliwa, iŜ niepomny na gorąco y przypadł do dna, by dopomóc w
odkręcaniu. Na szczęście silne promieniowanie uchroniło go przed spaleniem rąk groŜącym przy zetknięciu
ą
z wciąŜ jeszcze rozŜarzonym metalem. Stał chwilę niezdecydowany, potem odwrócił się, wyskoczył z
jamy i popędził jak szalony do Woking. Dochodziła akurat szósta rano. Po drodze spotkał jakiegoś woźnicę i
próbował mu tłumaczyć, ale zarówno wygląd jego - kapelusz zgubił w jamie jak i to, co mówił, było tak
niesamowite, Ŝe chłopina zaciął konia i odjechał bez słowa. Nie lepiej powiodło mu się teŜ z pomywaczem
otwierającym właśnie oberŜę przy moście w Horsell. Człowiek ten wziął go za wariata i nawet usiłował,
bezskutecznie na szczęście, zamknąć w komórce. To go nieco otrzeźwiło, kiedy więc ujrzał w ogródku
londyńskiego dziennikarza Hendersona krzyknął do niego przez płot i począł opowiadać bardziej juŜ
zrozumiale.
- Henderson! - zawołał. - Widział pan ten wczorajszy meteor?
- A bo co? - zapytał Henderson.
- LeŜy na polu, za Horsell!
- Mój BoŜe! - zawołał Henderson. - Meteor! To ciekawe!
- To nie jest zwykły meteor! Człowieku, to walec! Sztuczny walec! I coś jest w środku!
Henderson podniósł się trzymając w ręku łopatę.
- Co takiego? – zapytał. Henderson był przygłuchy na jedno ucho. Ogilvy opowiedział mu wszystko, co
widział. Henderson zastanawiał się chwilę, potom rzucił łopatę, wdział marynarkę i wybiegł na ulicę.
Popędzili we dwójkę z powrotem na pole i stwierdzili, Ŝe walec nie zmienił połoŜenia. Nie było teŜ słychać
zgrzytów, za to pomiędzy ścianą a dnem ukazał się wąziutki paseczek lśniącego metalu. Przez tę szczelinę
wchodziło do walca lub, być moŜe, uchodziło z niego z lekkim sykiem powietrze. Chwilę nasłuchiwali,
postukali kijem w okładzinę i nie otrzymawszy Ŝadnej odpowiedzi doszli zgodnie do wniosku, Ŝe człowiek
czy ludzie w walcu muszą być nieprzytomni lub zgoła martwi.
Sami oczywiście nie mogli im w niczym dopomóc, wykrzykiwali więc, tylko przez chwilę słowa otuchy i
obietnic, po czym udali się z powrotem po pomoc. MoŜna ich sobie wyobrazić, jak ubrudzeni piaskiem,
podnieceni, z odzieŜą w nieładzie gnali pogodnym rankiem przez miasteczko pełne trzasku odsłanianych
Ŝ
aluzji wystawowych i okiennic sypialni. Henderson popędził prosto na pocztę, aby nadać depeszę do
Londynu. Artykuły w prasie przygotowywały juŜ, bądź co bądź, umysły ludzkie do uznania takiej
wiadomości za wiarygodną.
JuŜ o ósmej wielu wyrostków i dorosłych poszło na pola, by obejrzeć „nieboszczyków z Marsa”. Tak się ta
historia rozpoczęła. Ja dowiedziałem się o wszystkim od gazeciarza, gdy mniej więcej za. kwadrans
dziewiąta wyszedłem jak zwykle po Daily Chronicle. Wiadomości te poruszyły mnie oczywiście bardzo,
toteŜ nie tracąc ani chwili poszedłem na przełaj przez Ottershaw ku Ŝwirowisku.
6
świrowisko pod Horsell
Zastałem tam tłumek złoŜony z dwudziestu moŜe ludzi otaczających wielką jamę, w której Spoczywał
walec. Wcześniej juŜ opisałem wygląd tej olbrzymiej, wbitej głęboko w ziemię bryły. świr i trawa dokoła
wyglądały jak osmalone nagłym wybuchem. Był to niewątpliwie skutek zderzenia z rozŜarzonym bolidem.
Nie zastałem przy jamie ani Hendersona, ani Ogilvy’ego. Widocznie przekonawszy się, Ŝe nie ma na razie
nic do zrobienia; udali się na śniadanie do domu Hendersona.
Kilku wyrostków siedziało na skraju jamy i wymachując nogami zabawiało się, dopóki im tego nie
zabroniłem, rzucaniem w walec kamieniami. Odpędzeni - zaczęli bawić się w berka uwijając się między
grupami gapiów.
Byli tu dwaj cykliści, ogrodnik, którego niekiedy zatrudniałem w naszym ogródku, dziewczynka z
niemowlęciem na ręku, rzeźnik Gregg z synkiem i kilku łazików obijających się zazwyczaj koło dworca i
wynajmujących się jako pomoc do noszenia kijów golfowych. Nie było słychać Ŝadnych prawie rozmów. W
tamtych czasach astronomia była dla prostych ludzi w Anglii czymś zupełnie nieznanym. Większość
zebranych gapiła się bez słowa na podobne do stołu dno walca. Pozostawało ono zresztą od czasu odejścia
Ogilvy’ego i Hendersona w niezmienionym połoŜeniu. WyobraŜam sobie, jak rozczarowali się wszyscy ci
ludzie zastając tu zamiast spodziewanego stosu zwęglonych trupów - nieruchomą bryłę metalu. Niektórzy
odchodzili, na ich miejsce przybywali inni. Zszedłem do jamy i wydało mi się, Ŝe z dołu, spad mych nóg,
słychać słabe jakieś dźwięki. Pewien natomiast byłem jednego - Ŝe dno przestało się obracać.
Niezwykłość walca stała się dla mnie oczywista wtedy dopiero, gdy ujrzałem go z bezpośredniej bliskości.
Na pierwszy rzut oka nie robił większego wraŜenia niŜ przewrócony wagon czy zwalone w poprzek drogi
drzewo. A moŜe nawet mniejsze. Najbardziej przypominał zagrzebany w piachu, zardzewiały ze starości
zbiornik z gazowni.
Trzeba było posiadać pewien zasób wiedzy, aby zauwaŜyć, Ŝe rdzawa jego okładzina to nie zwyczajna rdza,
a Ŝółtawobiały metal połyskujący między ścianą i dnem teŜ nie wygląda zwyczajnie. Pojęcie „nieziemski”
dla większości tu zebranych nie zawierało Ŝadnej treści.
JuŜ wtedy byłem przekonany, Ŝe przedmiot ten przybył do nas z Marsa. Nie sądziłem jednak, aby mogła w
nim być jakaś Ŝyjąca istota. Przypuszczałem, iŜ dno odkręca się automatycznie. Pomimo wywodów
Ogilvy'ego wciąŜ jeszcze wierzyłem, Ŝe na Marsie Ŝyją ludzie. WyobraŜałem sobie, Ŝe znajdziemy w walcu
jakieś wzorce i monety, jakieś rękopisy, myślałem o trudnościach połączonych z ich rozszyfrowaniem.
Walec był jednak zbyt duŜy, by zawierać taki tylko ładunek. Z wielką tedy niecierpliwością czekałem na
całkowite wykręcenie się dna. Kiedy koło jedenastej spostrzegłem, Ŝe nadal nic się nie dzieje, ruszyłem z
głową nabitą myślami do Maybury, do domu. Ale i tu nie dały mi one spokojnie pracować nad moimi
abstrakcyjnymi badaniami.
Po południu wygląd pola zmienił się nie do poznania. Wczesne wydania wieczornych gazet poruszyły
Londyn ogromnymi tytułami w rodzaju: ,,POSŁANIE Z MARSA” lub „GODNE UWAGI WYDARZENIE
W WOKING” itd. W dodatku depesza Ogilvy’ego do Instytutu Astronomicznego postawiła na nogi
wszystkie obserwatoria w Zjednoczonym Królestwie.
Na polu opodal jamy stało ze sześć przynajmniej doroŜek z Woking, bryczka z Cobham, a nawet jakaś
wielkopańska kareta. Nie mówiąc juŜ o mnóstwie bicykli. Prócz tego, choć dzień był upalny, wielu ludzi z
Woking i Chertsey musiało ściągnąć tu na piechotę, tak, iŜ tłum zebrał się niemały. Było w nim nawet kilka
jaskrawo odzianych kobiet.
Upał był, jak się juŜ rzekło, piekielny. Niebo bez chmurki i ani tchnienia wietrzyku, tylko rozsiane tu i
ówdzie pojedynczo sosny rzucały nieco skąpego cienia. Płonące wrzosowisko juŜ ugaszono, cała jednak
równina, jak okiem sięgnąć w stronę Ottershaw, wypalona była i sczerniała, a gdzieniegdzie sączyły się z
niej pionowe smuŜki dymu. Przedsiębiorczy piwiarz z Cobham przysłał syna z wózkiem pełnym butelek
piwa i jabłek.
ZbliŜając się do jamy spostrzegłem nad samym jej brzegiem grupkę złoŜoną z sześciu ludzi. Byli między
nimi Ogilvy, Henderson i wysoki jasnowłosy męŜczyzna, jak się później dowiedziałem - astronom Stent z
Królewskiego Obserwatorium, a takŜe paru robotników z łopatami i kilofami. Stent ostrym podniesionym
głosem wydawał im jakieś rozkazy. Stał przy tym na walcu, który oczywiście ostygł juŜ znacznie. Stent był
purpurowy, po twarzy spływał mu strumieniami pot, widać było wyraźnie, Ŝe coś go bardzo zirytowało.
DuŜa część walca została juŜ odkopana, dolny jednak koniec wciąŜ jeszcze tkwił w ziemi. Ogilvy
dostrzegłszy mnie w tłumie gapiów natychmiast przywołał mnie do jamy i poprosił, bym udał się do lorda
Hiltona, właściciela tej posiadłości. Rosnący nieustannie tłum, a zwłaszcza wyrostki - mówił - bardzo
utrudniają odkopywanie. Trzeba na gwałt ogrodzić, prowizorycznie chociaŜby, jamę, by oddzielić ją od
gapiów. Powiedział takŜe, iŜ od czasu do czasu słychać jeszcze w walcu słabe zgrzyty, ale odkręcić dna nie
7
udało się, gdyŜ nic ma ono Ŝadnych uchwytów. Ściany są niewątpliwie bardzo grubo, być więc moŜe, iŜ
dochodzące do nas słabe dźwięki są w rzeczywistości głośnym zgiełkiem.
Prośba Ogilvy’ego ucieszyła mnie bardzo, gdyŜ spełnienie jej czyniło mnie widzem uprzywilejowanym,
dopuszczonym niechybnie poza projektowane ogrodzenie. Co prawda lorda Hiltona nie zastałem,
powiedziano mi jednak, Ŝe spodziewają się jego przyjazdu z Londynu pociągiem przybywającym o szóstej
po południu. PoniewaŜ było dopiero piętnaście po piątej, wróciłem do domu na podwieczorek, potem zaś
pośpieszyłem na dworzec, aby tam na niego czatować.
4 Walec otwiera się
Na Ŝwirowisko powróciłem, gdy słońce skłaniało się juŜ ku zachodowi. Od strony Woking wciąŜ napływały
w pośpiechu grupy ludzi, podczas gdy nieliczni tylko wracali do domu. Tłum zarysowany ciemnym
konturem na tle cytrynowoŜółtego nieba urósł tymczasem do kilkuset chyba osób. Dochodziły z niego jakieś
krzyki, a bliŜej jamy słychać było odgłosy szamotania się. Przez głowę przelatywały mi najdziwniejsze
myśli. Podchodząc bliŜej usłyszałem głos Stenta:
- Cofnąć się Cofnąć się!
W moją stronę pędził jakiś chłopczyk.
- Rusza się! - wołał przebiegając obok. - Kręci się i kręci! Ja się boję! Wracam do domu!
ZbliŜyłem się pospiesznie do tłumu. Stało tam moŜe dwieście, moŜe trzysta rozpychających się łokciami,
tłoczących się ze wszystkich sił osób. Parę znajdujących się tam pań wykazywało nie mniejszą aktywność.
- Wpadł do jamy! - wrzasnął ktoś. - Cofnąć się! - krzyczały inne głosy.
Tłum falował, ja zaś przepychałem się siłą ku przodowi. Wszyscy byli niezwykle podnieceni. Z jamy
rozlegało się jakieś szczególne brzęczenie
- Słuchaj! - zawołał Ogilvy. - PomóŜ odpędzić tych idiotów PrzecieŜ nie wiadomo, co jest w tym przeklętym
walcu!
Ujrzałem młodego człowieka, zdaje się sprzedawcę z Woking, stojącego na walcu i usiłującego wydostać się
z jamy, do której zepchnął go falujący tłum.
Dno walca odkręcało się od wewnątrz. Widać juŜ było ze dwie stopy lśniącego gwintu. Ktoś popchnął mnie
tak silnie, Ŝe omal nie spadłem na obracające się dno. Odwróciłem się i w tej właśnie chwili śruba musiała
wykręcić się do końca, gdyŜ dno upadło z brzękiem na piach. Odepchnąłem łokciem napierającego na mnie
męŜczyznę i znowu zwróciłem wzrok ku jamie. Kolisty otwór walca był przez chwilę całkowicie czarny.
Zachodzące słońce raziło prosto w oczy.
Myślę, Ŝe wszyscy spodziewali się ujrzeć wydobywającego się z walca człowieka, być moŜe niezupełnie
podobnego do ziemskich ludzi, ale przecieŜ człowieka. Przynajmniej ja się tego spodziewałem. Tymczasem
w głębi tej czerni ujrzałem jakieś ruchy, jakieś wciąŜ bliŜsze i bliŜsze, nakładające się szare falowania,
następnie dwie połyskujące tarcze, jakby ogromne oczy. Potem z wnętrza wysunęło się coś na kształt
szarego węŜa grubości zwykłej laski i poczęło wić się w powietrzu wprost ku nam. Po chwili za pierwszym
węŜem ukazał się następny.
Wstrząsnął mną nagły dreszcz. Jakaś kobieta za mną krzyknęła głośno. Na wpół odwrócony, ze wzrokiem
wciąŜ utkwionym w walcu, skąd wytryskały następne macki, począłem przepychać się dalej od skraju jamy.
Widziałem wyraźniej, jak zdumienie malujące się na twarzach otaczających mnie ludzi zmieniało się w
przeraŜenie. Zewsząd słychać było niezrozumiałe okrzyki. Tłum zaczął się cofać. Patrzyłem, jak sprzedawca
wspina się z pośpiechem po zboczu jamy, nagle spostrzegłem, Ŝe jestem sam, a po przeciwnej stronie jamy
tłum, ze Stentem na czele, uchodzi co sił w pole. Znów spojrzałem na walec i porwał mnie nieokiełznany
strach. Stałem skamieniały i patrzyłem.
Z walca powoli, z trudem, wydobywało się duŜe, wielkości niedźwiedzia, szare kuliste cielsko. Wychynęło z
otworu i zalśniło w promieniach słońca jak wilgotna skóra. Fara wielkich ciemnych oczu wpatrywała się we
mnie przenikliwie. Cielsko było owalne i, moŜna by rzec, miało twarz. PoniŜej oczu widniał otwór gębowy,
wąska szrama bez warg, drgająca bez ustanku, sapiąca, ociekająca śliną. Całe ciało dyszało i pulsowało
konwulsyjnie. Cienkim, mackowatym ramieniem trzymało się krawędzi walca, podczas gdy druga macka
bujała w powietrzu.
Ktoś, kto nigdy nie widział Ŝywych Marsjan, z trudem tylko moŜe wyobrazić sobie niezwykłe obrzydzenie,
jakie budził ich wygląd. Zwłaszcza drgające nieustannie usta wygięte w kształt litery V, z obwisłą ku
przodowi górną wargą, brak łuków brwiowych, brak podbródka pod klinowatą wargą dolną, węŜowe macki,
głośne i pośpieszne sapanie wywołane obcą im atmosferą ziemską, wyraźna trudność w poruszaniu się
spowodowana silniejszym niŜ na Marsie przyciąganiem, a przede wszystkim niesamowita wprost
przenikliwość ogromnych oczu - widok ten przyprawiał nieomal o mdłości. W ich oleistej brunatnej skórze
było coś gąbczastego, w niezręcznej celowości powolnych ruchów - coś niewypowiedzianie potwornego. JuŜ
pierwsze z nimi zetknięcie, pierwszy rzut oka napełnił mnie wstrętem i przeraŜeniem.
8
Wtem potwór znikł. Przewinął się przez krawędź walca i, z głuchym hukiem upuszczonego na ziemię
cięŜkiego zwoju skór, spadł na dno jamy. Usłyszałem, jak wydał z siebie przy tym szczególny ochrypły
okrzyk, po czym z głębi ciemnego otworu wypełzło następne straszydło.
Na ten widok nie udało mi się juŜ dłuŜej opanować przestrachu. Odwróciłem się i pędząc jak szalony
dopadłem oddalonej o sto moŜe jardów kępy drzew. Biegłem w skos i potykałem się co krok, gdyŜ nie
mogłem, na chwilę nawet, oderwać od tych istot wzroku.
Zatrzymałem się wreszcie, dysząc cięŜko, wśród karłowatych sosenek przerośniętych krzewami jałowca i
czekałem, co będzie dalej. Calutkie wrzosowisko usiane była ludźmi przykutymi jak i ja do ziemi
przeraŜającym jakimś urokiem, wpatrującymi się w te wstrętne istoty, a właściwie w skrywające je zwały
Ŝ
wiru. Nagłe ujrzałem, z nową falą przeraŜeni, wysuwający się spoza nasypu jakiś czarny okrągły przedmiot.
Była to ostro zarysowana na tle płonącego zachodem nieba głowa sprzedawcy. Dostrzegłem, jak przełoŜył
rękę i kolano przez krawędź zwału, po chwili jednak znów pozostała widoczna tylko głowa. Wyglądało to,
jakby ześliznął się z powrotem. Nagle znikła i głowa i wydawało mi się, Ŝe w jamie rozległ się słaby krzyk.
Poderwałem się, by przyjść nieszczęsnemu z pomocą, lecz po krótkiej rozterce strach przewaŜył. Potem nie
było juŜ widać nic więcej. Wszystka skrywało hałdy piasku i Ŝwiru, utworzone po upadku cylindra. Ktoś
nadchodzący gościńcem od Cobham lub Woking zadziwiłby się niewątpliwie widokiem topniejącego tłumu
około setki ludzi rozsypanych półkolem po polu, kryjących się w zagłębieniach, za krzewami, za pniami
drzew, porozumiewających się między sobą krótkimi gorączkowymi wykrzyknikami i wpatrującymi się w
kilka wielkich kup piasku. Jak niesamowity wrak wózek czerniał na tle płomiennego nieba porzucony wózek
piwiarza, a nieco opodal - rząd opuszczonych pojazdów. Konie chrupały owies z nadzianych na łby
mieszków lub skubały trawę.
Snop Gorąca
Przelotny widok Marsjan wydobywających się z walca, w którym przybyli ze swej planety na Ziemię,
zafascynował mnie paraliŜując me ruchy. Stałem po kalana we wrzosach, z oczami utkwionymi w
skrywający ich nasyp, i czułem, Ŝe ścierają się we mnie strach i ciekawość.
Nie miałem odwagi powrócić do jamy, równocześnie jednak pragnąłem namiętnie zajrzeć do niej znowu.
Ruszyłem wreszcie wolniutko, wielkim łukiem, szukając jakiegoś punktu obserwacyjnego. Nadal nie
odrywałem wzroku od nasypu, za którym schowali się przybysze. Raz nad jamą zabłysło na chwilę w słońcu
i znowu skryło się kłębowisko czarnych cienkich węŜy podobnych do macek ośmiornicy. Potem, bardzo
powoli, wynurzyła się długa tyczka zakończona okrągłą tarczą wirującą nieustannym, szybkim, drgającym
ruchem. Co się tam mogło dziać?
Większość gapiów skupiła się w dwóch miejscach - jedna gromada bliŜej Woking, druga od strony Cobham.
Widocznie wszyscy przeŜywali rozterkę podobną do mojej. W pobliŜu stało paru męŜczyzn. Podszedłem do
jednego z nich. Był to mój sąsiad, nie znany mi zresztą z nazwiska. Choć nie była to najwłaściwsza do
rozmowy chwila, zagadnąłem go.
- CóŜ to za wstrętne bydlaki - odrzekł. - O, mój BoŜe! Co to za wstrętne bydlaki! - powtarzał w kółko.
- Widział pan tego człowieka w jamie? - zapytałem; nic na to nie odpowiedział. Milczeliśmy obaj,
zapatrzeni, czując się we dwóch nieco raźniej. Po chwili przesunąłem się trochę w bok, by wspiąć się na
niewielki, lecz zapewniający lepszą widoczność pagórek, kiedy zaś obejrzałem się za sąsiadem, zobaczyłem,
jak oddalał się w stronę Woking.
Dopiero roztapiający się w mroku zachód przyniósł nowe wydarzenia. Na lewo, w stronę Woking, tłum
gęstniał. Donosił się stamtąd gwar rozmów. Znikła natomiast grupka pod Cobham. W jamie panowała
zupełna cisza.
Natchnęło to widocznie ludzi odwagą. Sądzę, Ŝe odegrali teŜ pewną rolę nawa przybyli z Woking. W
kaŜdym razie równocześnie z zapadającym mrokiem rozpoczął się przerywany ruch w kierunku jamy, tym
Ŝ
ywszy, im cichszy i spokojniejszy wydawał się gęstniejący wokół walca wieczór. Czarne pionowe figurki
posuwały się parami, trójkami ku przodowi, przystawały niepewnie, wpatrywały się w ciemność i znów
ruszały przed siebie opasując Ŝwirowisko szerokim nieregularnym półksięŜycem. Ja takŜe począłem zbliŜać
się do jamy.
Na Ŝwirowisko wkroczyło śmiało kilku woźniców, po czym rozległ się tupot kopyt i skrzypienie kół.
Zobaczyłem teŜ chłopaka popychającego wózek z jabłkami. Nagle, o trzydzieści maŜe jardów od jamy,
ujrzałem nadchodzącą od Horsell małą gromadkę. Wiódł ją jakiś człowiek wymachujący białą chorągwią.
Było to poselstwo. Widząc, Ŝe Marsjanie mimo odpychającej powierzchowności są istotami niewątpliwie
myślącymi, postanowiono po gorączkowych naradach przekonać ich za pomocą znaków, Ŝe my równieŜ
obdarzeni jesteśmy inteligencją.
9
Chorągiew powiewała w lewo i w prawo. Odległość dzieląca mnie od poselstwa zbyt była wielka, bym mógł
rozpoznać, kto brał w nim udział. Później dopiero dowiedziałem się, Ŝe w próbie porozumienia
uczestniczyli, prócz innych, takŜe Ogilvy, Stent i Henderson. W bezpiecznym za parlamentariuszami
oddaleniu posuwało się dość duŜo ciemnych postaci. Wyglądało to, jakby ktoś przebił w jednym miejscu
otaczający jamę, dosyć juŜ teraz szczelnie, krąg.
Nagle zabłysło jaskrawe światło i z jamy buchnęły unoszące się pionowo w górę, jeden za drugim, trzy
potęŜne kłęby zielono jarzącego się dymu. Dym ten, trafniej maŜe byłoby nazwać go płomieniem, świecił
tak jaskrawo, Ŝe w jego blasku i ciemnobłękitne niebo nad głowami, i zamglone brązowe zarośla ciągnące
się aŜ pod Chertsey, i czarne rozrzucone tu i ówdzie sosny pociemniały jeszcze bardziej i pozostały czarne,
kiedy dym się rozwiał. Równocześnie rozległo się ciche syczenie.
ZbliŜająca się klinem ku jamie, z chorągwią na czele, grupka parlamentariuszy, małych czarnych figurek na
czarnej rozległej płaszczyźnie, zatrzymała się na ten widok jak wryta. Gdy zielony dym wzbił się w górę,
twarze rozświetliły się bladą zielenią i zgasły. Syczenie przeszło z wolna w brzęczenie, potem w długi
donośny warkot. Równocześnie z jamy wysunął się powoli sklepiony, podobny do garbu kształt wysyłający
w przestrzeń ledwie dostrzegalny, wąski, cieniutki promyk światła.
Po chwili w rozproszonej grupie zaczęły przeskakiwać z człowieka na człowieka jasne iskry, oślepiające
błyski płomienia. Wydawało się, jakby niewidzialny strumień światła uderzał ich i zapalał po kolei, jakby
jeden po drugim stawali nagle w płomieniach.
Widziałem w zabójczym, niszczącym ich ogniu, jak zataczali się i padali, gdy towarzyszący im dotychczas
tłum rzucił się do ucieczki.
Stojąc tak i przyglądając się nie zdawałem sobie sprawy, Ŝe to śmierć grasuje wśród tej małej odległej
gromadki. Czułem tylko, Ŝe dzieje się tam coś dziwnego. Oślepiający, bezgłośny błysk światła i człowiek
wali się na ziemię. Kiedy zaś niewidoczny snop gorąca sięgał dalej wydając głuchy odgłos - stawały w
płomieniach sosny, buchały ogniem wysuszone kępy janowca. Nawet hen, daleko, gdzieś aŜ pod Knaphill
dostrzegłem płonące drzewa, Ŝywopłoty i drewniane zabudowania.
Niewidzialny gorący grot, ognista śmierć, szybko i nieuchronnie raził wszystko dokoła. Pałające krzewy
znaczyły jego drogę ku mnie, tak jednak byłem osłupiały, tak oszołomiony, Ŝe nie mogłem ruszyć się z
miejsca. Słychać było wyraźnie ogień potrzaskujący na wrzosowisku. Jakiś koń zarŜał i urwał nagle. Jakby
ktoś przeciągnął po oddzielających mnie od Marsjan wrzosach niewidzialnym rozŜarzonym palcem i
natychmiast szerokim śladem zadymiła i potrzaskała ziemia. Na lewo, u wylotu gościńca z Woking na
Ŝ
wirowisko, coś runęło z hukiem. Wtem syczenie i warkot umilkły, a kopulasty garb skrył się za okalającym
jamę nasypem.
Wszystko odbyło się tak szybko, tak mnie oślepiły i zaskoczyły te błyski, Ŝe nie zdąŜyłem nawet poruszyć
się. Gdyby śmierć zatoczyła pełny krąg wokół jamy - byłbym zgubiony. Przeszła jednak bokiem, oszczędziła
mnie i pozostawiła po sobie nagle ciemną, niezwykłą noc.
Pod granatowym sklepieniem wieczornego nieba leŜały ciche, ciemne aŜ do czerni, pagórkowate
wrzosowiska przecięte popielatą wstęgą gościńca. Ciemność zdała się całkiem bezludna. W górze migotały
juŜ pierwsze gwiazdy, niebo na zachodzie jaśniało jeszcze bladym, seledynowym błękitem. Na jego tle
rysowały się czarno wierzchołki sosen i dachy domów w Horsell. Z wyjątkiem tyczki z wirującym
nieustannie zwierciadłem na czubku nie była widać ani Marsjan, ani Ŝadnych ich narzędzi. Gdzieniegdzie
dopalały się dymiące drzewa i kępy krzaków, zaś z domów w Woking biły w ciche, pogodne niebo języki
płomieni.
Prócz tych poŜarów i przeraŜonego zdumienia wszystko było jak przedtem. Wydawało się, Ŝe zniknięcie z
powierzchni Ziemi kilku czarnych figurek z białą chorągiewką w niczym nie zakłóciło ciszy wieczoru.
Nagle poczułem się na całym tym ciemnym, bezkresnym polu sam, bezbronny i bezsilny. Ogarnęło mnie
przeraŜenie.
Odwróciłem się i z wysiłkiem pobiegłem, potykając się, przez wrzosowisko.
Nie tylko Marsjanie napawali mnie grozą, groźna była ciemność, groźna cisza. PrzeraŜenie załamało cały
mój męski hart ducha. Biegnąc płakałem bezgłośnie, jak płaczą małe dzieci. Raz odwróciwszy się - nie
ś
miałem juŜ spoglądać za siebie.
Pamiętam, jak ogarnęła mnie dziwna pewność, Ŝe ktoś ze mną igra, Ŝe właśnie teraz, kiedy od ocalenia dzieli
mnie tylko krok, dopędzi mnie i schwyta przyczajona w jamie koło walca, szybka jak błyskawica,
tajemnicza śmierć.
10
Snop Gorąca na gościńcu do Cobham
Bezgłośna szybkość, z jaką Marsjanie potrafili zabijać, zdumiewa nas wciąŜ jeszcze. Mniema się ogólnie, Ŝe,
umieli oni w sobie tylko wiadomy sposób wytwarzać zasoby intensywnego ciepła w komorach o
minimalnym przewodnictwie. Potem, uŜywając wykonanego z nieznanego stopu parabolicznego
zwierciadła, rzucali snop tego gorąca, podobnie jak zwierciadło latarni morskiej rzuca snop światła, na
dowolny przedmiot. Nikt oczywiście nie potwierdził naukowo tych szczegółów. W kaŜdym jednak razie
pewne jest, iŜ podstawą tej broni był snop gorąca. Gorąca i niewidzialnego, zamiast widzialnego, światła.
Pod jego dotknięciem wszystko, co palne, stawało w płomieniach, ołów płynął jak woda, miękło Ŝelazo,
pękało i topiło się szkło, woda zmieniała się gwałtownie w parę.
Czterdziestu bez mała zwęglonych, zmienionych do niepoznania ludzi legło owego pogodnego wieczora
dokoła jamy, zaś rozświetlone poŜarami pola między Horsell i Maybury pozostawały przez całą noc pusto i
jaskrawo płonące.
Wiadomość o masakrze dotarła równocześnie niemal do Cobham, do Woking i do Ottershaw. Gdy na
Ŝ
wirowisku rozgrywała się tragedia, w Woking zamykano właśnie sklepy - toteŜ niemało pociągniętych
zasłyszanymi wieściami ludzi udało się przez most pod Horsell i dalej drogą pomiędzy Ŝywopłotami
prowadzącą ku Ŝwirowisku.
Nietrudno wyobrazić sobie wyświeŜoną po całodziennej pracy młodzieŜ, jak korzystając z okazji stworzonej
przez nowinę wybierała się na wieczorną przechadzkę wypełnioną zwykłymi zalotami. Nietrudno wyobrazić
sobie płynący nad gościńcem gwar młodych głosów...
Choć nieszczęsny Henderson pchnął gońca na bicyklu, aby nadać z poczty w Woking depeszę do
wieczornych gazet londyńskich, to jednak mało kto, nawet w Woking, wiedział, Ŝe walec juŜ się otworzył.
Ciekawi, nadchodzący dwójkami, trójkami, widzieli jedynie gorączkowo rozprawiające gromadki ludzi
wpatrzonych w wirujące nieustannie na czubku tyczki nad jamą zwierciadła. Trudno wątpić, by panujące tu
podniecenie nie udzieliło się takŜe i nowo przybyłym.
Około wpół da dziewiątej, to znaczy w chwili, kiedy ginęli parlamentariusze, na gościńcu zebrało się juŜ, nie
licząc śmiałków, którzy udali się w pole, by obejrzeć Marsjan z bliska, około trzystu osób. Było teŜ trzech
policjantów, w tym jeden konny, usiłujących za wszelką cenę wykonać polecenie Stenta, to jest utrzymać
gapiów z daleka od walca. Nie obeszło się przy tym bez wrzawy ze strony tych bezmyślnych i ulegających
podnieceniu ludzi, dla których zbiegowiska jest okazją do hałasowania i głupich dowcipów.
Stent i Ogilvy natychmiast po ukazaniu się Marsjan, przewidując moŜliwość jakichś starć, depeszowali z
Horsell do najbliŜszych koszar z prośbą o przysłanie kompanii piechurów, aby uchronić te dziwne
stworzenia przed gwałtem. Dokonawszy tego powrócili czym prędzej do jamy, aby stanąć na czele owego
nieszczęsnego poselstwa. Opis jego zagłady dokonany przeze mnie nie róŜni się niczym od opisu wydarzeń
widzianych przez tłum ciekawych. Trzy kłęby zielonego dymu, odgłos głuchego warkotu w jamie, błyski
płomienia.
Cały ten tłum był jednak znacznie bliŜszy śmierci ode mnie. Ocaliły go zarosłe wrzosami piaszczyste
pagórki, które przegrodziły drogę dolnemu pasmu Snopa Gorąca. Gdyby paraboliczne zwierciadło uniosło
się o kilka jardów wyŜej, nie zostałby przy Ŝyciu ani jeden świadek. Najpierw ujrzano błyski, padających
ludzi i zapalane, jakby niewidoczną w mroku ręką, coraz bliŜej i bliŜej, krzaki. Patem, z sykiem
zagłuszającym dochodzący z jamy warkot, łysnął nad głowami Snop Gorąca i natychmiast stanęły w ogniu
czubki obrzeŜających gościniec buków. Poczęły kruszyć się cegły, trzaskać w oknach szyby, zapłonęły
drewniane framugi, a z naroŜnego domu posypały się na ziemię szczątki dachu.
Wśród nagłego syku, trzasku i huku, oślepiany blaskiem płonących drzew, zdjęty paniką tłum zamarł na
chwilę.
Na gościniec poczęły się sypać iskry, a za nimi płonące liście i gałęzie. Zajmowała, się od nich odzieŜ i
kapelusze. Na wrzosowisku rozległy się krzyki. W cały ten rozgardiasz wtargnął wrzeszcząc coś i osłaniając
głowę rękami konny policjant. Jakaś kobieta krzyknęła rozdzierającym głosem: - Idą! - i wszyscy rzucili się
do niepowstrzymanej ucieczki. Gnali na oślep jak stado owiec. Tam, gdzie gościniec zwęŜa się, przebiegając
w wykopie, zrobił się zator, ścisk i wybuchła rozpaczliwa bójka. Nie wszyscy uszli z niej cało - zduszone i
stratowane pozostały, konając w okrutnych ciemnościach, dwie kobiety i dziecko.
Jak dotarłem do domu
Jeśli o mnie idzie - z ucieczki pozostało mi w pamięci tylko ślepe błąkanie się pośród drzew i pełen potknięć
bieg przez wrzosowisko. Dokoła była groza i pewność, Ŝe gorące ostrze krąŜy i unosi się nieustannie nad
11
głową, aby spaść i zgładzić mnie bezlitośnie, Na gościniec wyszedłem pomiędzy Horsell a skrzyŜowaniem,
ku któremu pognałem co sił.
W pewnej chwili poczułem, Ŝe dalej juŜ biec nie mogę. Wyczerpany gwałtownością wraŜeń i wysiłkiem
ucieczki zatoczyłem się i padłem na skraju drogi. Było to tuŜ przy moście nad kanałem, w pobliŜu gazowni.
Upadłem i leŜałem bez ruchu.
LeŜałem tak, zdaje się, dość długo.
Wtem, jakby czymś zaniepokojony, usiadłem. Przez chwilę nie mogłem pojąć; skąd się tu wziąłem.
PrzeraŜenie opadło ze mnie jak płaszcz. W ucieczce zgubiłem kapelusz, a kołnierzyk zsunął się z ułamanej
spinki. Jeszcze przed chwilą oczywiste były dla mnie trzy tylko rzeczy: bezmiar nocy, przestrzeni i przyrody
- własna moja trwoga i niemoc - i bliskość śmierci. Teraz, jakby coś się we mnie odmieniło, zacząłem
widzieć wszystko inaczej. Nie było to świadome przejście z jednego stanu w drugi. Po prostu poczułem się
znowu zwykłym sobą, powaŜnym i statecznym obywatelem. A te ciche pola, ta instynktowna ucieczka, te
buchające płomienie - wydały mi się snem. Zadawałem sobie pytanie, czy wszystko to działo się naprawdę.
Nie mogłem uwierzyć.
Powstałem niepewnie i wstąpiłem na stromo sklepiony most. Przepełniało mnie zdumienie. Nerwy i mięśnie
osłabły, jakby z nich uszły wszelkie siły. Rzec moŜna: potykałem się niczym pijany. Spoza sklepienia mostu
ukazała się wpierw głowa, patem reszta czyjejś postaci. Był to robotnik. Szedł obarczony koszykiem, a obok
biegł mały chłopczyk. Mijając Ŝyczyli mi dobrej nocy. Chciałem odpowiedzieć i nie mogłem. Mruknąłem
tylko coś niezrozumiale i powlokłem się dalej. Pod mostem Maybury zadudnił pociąg. Długa gąsienica
oświetlonych okien, biała falująca smuga dymu oświetlonego ogniem, stukot kół - i znikł mknąc na
południe: Przy furtkach willowych ogródków (wchodziłem od strony pięknego przedmieścia zwanego
Wschodnim Tarasem) gwarzyły spokojnie ciemne gromadki mieszkańców. Wszystko było tu takie
zwyczajne, takie rzeczywiste. A tam - poza mną! Jak nierealny gorączkowy sen! Nie, wmawiałem w siebie,
tego być nie mogło!
Jestem, być moŜe, obdarzony wyjątkowym usposobieniem. Nie wiem, czy duŜo jest ludzi podobnych w tym
do mnie. OtóŜ odczuwam czasami dziwne jakieś oderwanie się od samego siebie, od otaczającego mnie
ś
wiata; wydaje mi się wówczas, Ŝe patrzę na wszystko jakby z zewnątrz, spoza czasu, spoza przestrzeni, z
niezmiernego oddalenia, spoza napięcia rozgrywającej się nieustannie tragedii bytu. Uczucie to było we
mnie tej nocy niezwykle silne. Jakbym dopłynął do drugiego brzegu snu.
Największej troski przyczyniła mi niepojęta sprzeczność między otaczającą mnie ciszą a śmiercią grasującą
o niecałe dwie mile stąd. W gazowni słychać było odgłosy normalnej pracy, elektryczne lampy płonęły jak
co wieczór.
Przystanąłem przy najbliŜszej grupce gwarzących.
- Co słychać na Ŝwirowisku? - zapytałem.
Przy furtce stało dwóch męŜczyzn i kobieta.
- Co? - jeden z nich zwrócił się ku mnie.
- Co słychać na Ŝwirowisku? - powtórzyłem pytanie.
- A pan nie stamtąd wraca? - odparł.
- Powariowali z tym Ŝwirowiskiem! - zawołała kobieta. - Co tam się dzieje?
- Nic pani nie słyszała o ludziach z Marsa? - zagadnąłem. - O stworzeniach z Marsa?
- AŜ za wiele - odpowiedziała na to. - Bardzo dziękuję! - Wszyscy troje roześmieli się.
Poczułem się ośmieszony, i to mnie rozgniewało. Próbowałem opowiadać im, co widziałem, lecz nie
udawało mi się. Urywane słowa bawiły ich tylko.
- Jeszcze o nich usłyszycie! - wykrzyknąłem i ruszyłem do domu. JuŜ w progu przeraziłem Ŝonę
niesamowitym wyglądem. W jadalni usiadłem przy stole, wypiłem nieco wina i gdy trochę przyszedłem do
siebie, zacząłem opowiadać o wszystkich swych przejściach. Gotowa od dawna zimna kolacja stała nie
tknięta na stole przez cały czas opowiadania.
- Jedno jest pewne – kończyłem, chcąc choć trochę złagodzić wywołane wraŜenie. - Nigdy jeszcze nie
widziałem stworzeń poruszających się równie niezdarnie. Mogą, rzecz prosta, siedzieć sobie w tej swojej
jamie i zabijać kaŜdego, kto tylko zbliŜy się do nich, ale na pewno nie potraf ą z niej wyjść... Wyglądają
jednak okropnie.
- Przestań, kochanie! - zawołała Ŝona ściągając brwi i kładąc rękę na mojej.
- Biedny Ogilvy! - ciągnąłem. - Pomyśl, moŜe leŜy tam martwy!
ś
ona w kaŜdym razie nie wątpiła w prawdziwość moich przygód. Widząc jej śmiertelną bladość natychmiast
umilkłem.
- Oni tu przyjdą! - powtarzała bez ustanku.
Nakłoniłem ją do przełknięcia paru kropel wina i próbowałem uspokoić.
12
- PrzecieŜ ledwie łaŜą - tłumaczyłem.
Chcąc pocieszyć i ją, i siebie powtarzałem to, co wczoraj mówił Ogilvy: Ŝe niepodobieństwem jest, by
Marsjanie mogli zadomowić się na Ziemi. Szczególny nacisk kładłem na trudności grawitacyjne. Siła
cięŜkości jest trzykrotnie większa na Ziemi niŜ na Marsie. Wskutek tego Marsjanin waŜy na Ziemi trzy razy
tyle, choć siła jego mięśni pozostaje ta sama. Ciało jego będzie jak z ołowiu! Takie zresztą było powszechne
mniemanie. Przytoczę tu dla przykładu, iŜ następnego poranka i Times, i Daily Telegraph twierdziły słowo
w sławo to samo, zapominając jak i ja o działaniu dwu zupełnie oczywistych czynników.
Atmosfera ziemska zawiera, jak wiadomo, więcej tlenu, a mniej argonu od atmosfery Marsa. Ta nadwyŜka
tlenu oddziaływała na Marsjan dostatecznie pobudzająco, aby w znacznym stopniu zrównowaŜyć
zwiększony cięŜar ich ciała, Po drugie, przeoczano na ogół fakt, Ŝe wysoki poziom myśli technicznej
pozwalał Marsjanom obchodzić się doskonale bez pracy mięśni.
Nie zastanawiałem się jednak wówczas nad tym, toteŜ całe moje rozumowanie pozbawiało najeźdźców
najmniejszej nawet szansy w walce z ludźmi. Konieczność uspokojenia Ŝony i ufność, jaką natchnął mnie
,suto zastawiony stół, smaczne jedzenie i dobre wino sprawiły, iŜ z minuty na minutę stawałem się
odwaŜniejszy i pewniejszy siebie.
- Popełnili głupstwo - twierdziłem dolewając sobie wina. - Oszaleli ze strachu i to uczyniło ich
niebezpiecznymi. MoŜe nie spodziewali, się zastać tu, na Ziemi, istot Ŝyjących i obdarzonych do tego
inteligencją. W ostateczności dość będzie jednego pocisku, aby wytłuc ich wszystkich w tej jamie.
Niezwykłe podniecenie wywołane wypadkami tamtego dnia musiało wprawić mą spostrzegawczość w stan
wysokiego uczulenia. Wieczór ów pamiętam dzisiaj jeszcze niezwykle Ŝywo. Zwrócona ku mnie, słodka w
róŜowym cieniu abaŜuru, zaniepokojona twarz Ŝony; biały obrus, srebrna i kryształowa zastawa - w tamtych
czasach nawet filozoficzni pisarze mogli sobie pozwolić na pewien przepych - purpurowe wina w kielichu
wryły się w mą pamięć z fotograficzną dokładnością. Siedziałem przy stole, koiłem nerwy papierosem,
współczułem nierozwaŜnemu Ogilvy’emu i krytykowałem tchórzliwą krótkowzroczność Marsjan.
Zupełnie tak samo, myśląc o dostrzeŜonych za dnia myśliwych, poruszył się w swym gniazdku jakiś
szacowny ptak dodo. „Zadziobiemy ich jutro na śmierć” - ćwierkał zapewne do swej małŜonki.
SkądŜe mogłem wówczas wiedzieć, Ŝe była to ostatnia wykwintna kolacja, jaką miałem zjeść w ciągu wielu
dziwnych i straszliwych dni.
Piątkowa noc
Ze wszystkich niezwykłych zjawisk oglądanych przeze mnie w ów piątek za najniezwyklejsze uwaŜam
trwałość zwyczajów panującego podówczas porządku społecznego w momencie, gdy rozpoczynały się
zdarzenia, które miały ten porządek obalić.
Gdyby w piątek wieczorem zatoczyć koło w promieniu pięciu mil ze środkiem w Ŝwirowisku pod Woking -
nie sądzę, by choć jeden człowiek (poza, być moŜe, krewnymi nielicznych cyklistów, Stenta i kilku leŜących
wokół jamy martwych londyńczyków) przebywający poza tym okręgiem zmienił z uwagi na zaziemskich
przybyszów, choć w nieznaczny sposób, codzienne swe nawyki.
O walcu słyszało oczywiście wiele osób. Na pewno rozmawiano nawet o nim w wolnych chwilach, jednak
niemieckie ultimatum, na przykład, zrobiłoby, z wszelką pewnością, większe wraŜenie.
Telegram Hendersona o odkręcaniu się walca uznano tego wieczoru w Londynie za zwykłą kaczkę.
Redakcja zadepeszowała doń Ŝądając potwierdzenia wiadomości, a nie otrzymawszy odpowiedzi - biedak
nie Ŝył juŜ przecie - postanowiła nie wydawać dodatku nadzwyczajnego.
Nawet jednak wewnątrz tego pięciomilowego kręgu większość ludzi pozostawała bezczynna. Wspomniałem
juŜ o zachowaniu się zagadniętych przeze mnie męŜczyzn i kobiety. W całej okolicy ludzie spoŜywali
obojętnie posiłek, grzebali po pracy w ogródkach, dzieci kładziono spać, młode pary spacerowały po
zagajnikach, uczniowie ślęczeli nad ksiąŜkami.
Być moŜe, uliczna plotka w wioskach, nowy interesujący temat w piwiarni, słowa któregoś naocznego
ś
wiadka ostatnich wydarzeń wywołały gdzieniegdzie trochę zamętu, krzyków i bieganiny, w ogromnej
jednak większości ludzie pracowali, jedli, pili, szli spać, zupełnie tak samo jak co dzień, jak co rok, od
najdawniejszych czasów, jakby na niebie nie było Ŝadnego Marsa. Nawet na stacji w Woking, w Horsell i w
Cobham było tak sama.
Na dworcu w Woking najzwyczajniej w świecie, do późnej nocy, przyjeŜdŜały i odchodziły pociągi, niektóre
przetaczano na boczne tory, pasaŜerowie wysiadali i czekali na połączenia. Wszystko szło normalnym
trybem. Jakiś chłopak z miasta usiłował przełamać monopol Smitha sprzedając na stacji popołudniowe
gazety. Jego okrzyki: - Ludzie z Marsa! - mieszały się z ostrymi gwizdami parowozów i stukotem kół. Gdy
około dziewiątej pojawili się na dworcu wstrząśnięci niewiarygodnymi wprost przeŜyciami ludzie - nie
13
zrobili tam większego wraŜenia od zwykłych pijaków. Jadący do Londynu spoglądali z okien wagonów w
ciemność, a widząc gdzieś pod Horsell z rzadka tylko ukazujące się iskry, słaby czerwony odblask i nikłe
smuŜki dymu wijące się po wygwieŜdŜonym niebie sądzili, iŜ patrzą na zwykły o tej porze roku poŜar
wrzosowisk. Sprawa wyglądała powaŜniej dopiero w obrębie wrzosowiska. Na skraju Woking płonęło sześć
domków. We wszystkich trzech wioskach okna od strony pól były oświetlone, a ludzie nie spali aŜ do świtu
Tłum ciekawskich zebrany na mostach w Cobham i w Horsell nie topniał ani przez chwilę. Gdy jedni
odchodzili, przybywali nowi i zbiegowisko nie zmniejszała się. Później dopiero stwierdzono, iŜ kilku
ś
miałków podsunęło się w ciemnościach bardzo blisko do Marsjan - nie powrócili oni juŜ jednak nigdy,
promień światła bowiem, jak reflektor okrętowy, omiatał od czasu do czasu pole, a Snop Gorąca był zawsze
w pogotowiu. Poza tym rozległe pola puste były i ciche, tylko zwęglone ciała leŜały nietknięte przez całą noc
i dzień następny. Wiele osób słyszało dochodzące z jamy odgłosy kucia.
W piątek wieczorem sytuacja wyglądała następująco: w środku, jak zatrute Ŝądło w naskórku naszej starej
Ziemi, tkwił wale. Trucizna jednak nie działała jeszcze z pełną macą. Dalej rozciągał się pas cichych,
miejscami okopconych pól z rozrzuconymi tu i ówdzie ciemnymi, poskręcanymi dziwacznie figurkami.
Gdzieniegdzie paliło się drzewo i krzak. Poza nimi przebiegała obwódka podniecenia, lecz zapalenie nie
sięgało jeszcze dalej w głąb. Przez resztę świata płynął, jak od niepamiętnych czasów, codzienny potok
Ŝ
ycia. Gorączka wojenną, która miała wkrótce zasklepić Ŝyły i arterie, zabić nerwy i zniszczyć mózg,
dopiero miała się rozwijać,
Marsjanie, jak noc długa, bez zmruŜenia oka i bez chwili wytchnienia kuli i hałasowali przygotowując swe
machiny. Co chwila buchały w wygwieŜdŜone niebo kłęby białozielonego dymu. Po godzinie jedenastej
przemaszerowała przez Horsell i, tworząc kordon, zaciągnęła posterunki dokoła Ŝwirowiska kompania
piechoty. Przez Cobham przeszła druga, zamykając Ŝwirowisko od północy. Opowiadano, Ŝe tego dnia było
tam juŜ kilku oficerów i Ŝe jeden z nich, major Eden z pułku Inkermana, zaginął. Na moście w Cobham
zatrzymał się dowódca pułku i niezwłocznie, choć dochodziła juŜ północ, zabrał się do przesłuchiwania
zebranych tam gapiów. Trzeba przyznać, Ŝe władze w wojskowe nie zlekcewaŜyły sytuacji. Jak doniosły
nazajutrz poranne dzienniki, juŜ przed jedenastą wyruszyły z Aldershot w pole oddziały w sile jednego
szwadronu huzarów, dwóch karabinów maszynowych typu Maxim i czterystu piechurów z pułku Cardigana.
W parę dosłownie sekund po północy tłum zebrany na gościńcu wiodącym z Woking do Chertsey ujrzał, jak
w pobliskim sosnowym lesie spadł meteor. Lot jego do złudzenia przypominał letnią błyskawicę, lecz
ś
wiatło było zielone. Na Ziemię spadł drugi walec.
Walka rozpoczyna się
Sobota, pamiętam, była dniem zawieszenia. TakŜe i dniem znuŜenia, gdyŜ upał i duchota były straszliwe.
Barometr bez przerwy niemal skakał to w dół, to w górę. W przeciwieństwie do Ŝony spałem bardzo krótko i
z łóŜka zerwałem się juŜ wczesnym rankiem. Przed śniadaniem wyszedłem do ogrodu. Nasłuchiwałem długo
i uwaŜnie, lecz nad polami unosił się tylko śpiew skowronka.
Mleczarz zjawił się jak co dzień. Turkot wózka wywołał mnie do furtki, gdyŜ chciałem posłuchać
najnowszych plotek. Dowiedziałem się, Ŝe w nocy Marsjan otoczyło wojsko i teraz czekają tam juŜ tylko na
armaty. Rozmowę przerwało nam tak dobrze znane, tak pokrzepiające dudnienie pociągu pod Woking,
- Nie powinni ich zabijać bez koniecznej potrzeby - mówił mleczarz
Przez płot zobaczyłem sąsiada dłubiącego w grządkach. Gawędziliśmy chwilkę, po czym poszedłem na
ś
niadanie. Ranek był najzupełniej powszedni. Sąsiad mój twierdził, Ŝe Marsjanie zostaną dziś jeszcze
uwięzieni lub zgładzeni przez wojsko.
- Szkoda, Ŝe tacy są nieprzystępni - mówił. - Ciekawe byłoby dowiedzieć się czegoś o Ŝyciu na ich planecie.
Niejednego mogliby nas pewno nauczyć.
Podszedł do płotu częstując mnie garścią truskawek, gdyŜ ogrodnik był z niego równie szczodry, co
zapalony. Opowiadał teŜ o płonącym lesie sosnowym pod Byfleet.
- Opowiadają - rzekł - Ŝe spadło tam drugie takie paskudztwo. Jakby jednego było mało. No,
ubezpieczeniowcy zapłacą za to wszystko parę ładnych groszy. - Ubawiło go to widocznie, bo chichotał.
przez chwilę. Pokazywał mgliste dymy wyjaśniając, Ŝe to właśnie pali się las i, śmiejąc się, mówił:
- Długo im będzie gorąco, bo igły i mchy tlą się powoli. - Później jednak wspomniał „tego biedaka
Ogilvy’ego” i znów spowaŜniał.
Po śniadaniu, zamiast zasiąść jak co dzień do pisania - postanowiłem przejść się na Ŝwirowisko. Pod mostem
kolejowym natknąłem się na oddziałek Ŝołnierzy, saperów zdaje się, w okrągłych czapkach, w rozpiętych
brudnych czerwonych bluzach, spod których wyzierały niebieskie koszule, w ciemnych spodniach i krótkich,
do pół łydki, butach. Oświadczyli mi, Ŝe nikomu nie wolno przechodzić na tamten brzeg kanału. Na
14
gościńcu za mostem teŜ stał wartownik. Gawędziłem z Ŝołnierzami dość długo, Opowiadałem im o
Marsjanach i o tym, co wydarzyło się tutaj wczorajszego wieczora. śaden z nich nie widział jeszcze
Marsjan, toteŜ wyobraŜali ich sobie bardzo mgliście. Zasypali mnie oczywiście pytania mi. Nie wiedzieli, na
czyj rozkaz wystąpiło wojsko, słyszeli tylko o jakichś sporach z gwardią konną. Przeciętny saper stoi
znacznie wyŜej od zwykłego piechura, toteŜ spierali się o róŜne sposoby moŜliwej walki z dość duŜą
bystrością, Gdy opisałem snop gorąca, spór rozgorzał na nowo.
- Podczołgać się w ukryciu i skoczyć na nich - dowodził jeden
- Akurat! - odrzekł inny - Co ci pomoŜe ukrycie przed takim gorącem? Od razu cię usmaŜą. Trzeba podejść
jak najbliŜej, a potem robić podkop.
- Do cholery z podkopem! Wiecznie te twoje podkopy! Ty, Snippy, powinieneś był urodzić się kretem!
- To znaczy jak? Szyi zupełnie nie mają? - dopytywał się trzeci, smagły, zamyślony człeczyna z fajką w
zębach.
Opisałem raz jeszcze ich wygląd.
- Nazwałbym ich ośmiornicami. Co tu gadać o ludojadach - tym razem będą z nas rybojady!
- Myślę, Ŝe zabić takie bydlę to nie Ŝadna zbrodnia - powiedział pierwszy.
- Dlaczego nie wybić po prostu tego draństwa szrapnelami? - mówił smagły z fajką. - Nigdy nie wiadomo,
co wymyślą!
- A gdzieŜ te twoje szrapnele? - odparł pierwszy.- Zresztą na co czekać? Skoczyć, powiadam, na nich i juŜ!
Czasu nie ma?
Tak się spierali. Po chwili zostawiłem ich, by pójść na dworzec po poranne gazety; których kupiłem całą
stertę.
Nie będę więcej nuŜył czytelnika opisem długiego tego poranka i dłuŜszego jeszcze popołudnia. Nie udało
mi się rzucić okiem na Ŝwirowisko, gdyŜ władze wojskowe obsadziły nawet wieŜe kościelne w Horsell i w
Cobham. Zapytywani Ŝołnierze nic nie wiedzieli, oficerowie zaś byli tyleŜ tajemniczy, co zajęci.
Stwierdziłem tylko, Ŝe obecność wojska całkowicie uspokoiła ludność miasteczka. Od Marshalla, właściciela
trafiki, dowiedziałem się, Ŝe wśród wczorajszych ofiar był takŜe i jego syn. śołnierze nakazali tymczasem
mieszkańcom przedmieścia w Horsell pozamykać i opuścić domy.
Na obiad wróciłem dopiero po drugiej, bardzo zmęczony, gdyŜ, powtarzam, dzień był niezwykle upalny i
parny. Po południu, chcąc nieco się odświeŜyć, wziąłem zimną kąpiel. Około wpół do piątej znów udałem
się na dworzec po wieczorne dzienniki, gdyŜ w porannych był tylko, bardzo zresztą niedokładny, opis
ś
mierci Stenta, Hendersona, Ogilvy'ego i innych, Znałem zresztą wszystko to szczegółowo. Marsjanie nie
pokazywali się juŜ więcej ani razu. Pracowali widocznie w swej jamie, bo unosiły się nad nią bez przerwy
kłęby dymu, nie milkły teŜ ani na chwilę odgłosy kucia. Gotowali się zapewne do walki. „Poczyniono nowe
próby porozumienia, jednak bezskutecznie” - zdanie to powtarzało się we wszystkich gazetach. Jakiś saper
opowiedział mi, Ŝe próbowano machać z ukrycia chorągiewką na długim kiju, ale Marsjanie tyle akurat
zwracali na to uwagi, co my na ryki krów.
Muszę wyznać, Ŝe widok wszystkich tych zbrojnych przygotowań podziałał na mnie niezwykle
podniecająco, Wyobraźnia malowała niesłychanie wojownicze obrazy coraz to innej zguby najeźdźców.
OŜyły we mnie chłopięce sny o bohaterskich bojach. Wałka wydawała mi się jednak aŜ nazbyt nierówna.
Wróg był w swej jamie taki bezbronny.
O trzeciej usłyszeliśmy, od Chertsey czy teŜ Addlestone powtarzający się w równomiernych odstępach huk
działa. Okazało się, Ŝe to bombardowano leŜący w sosnowym lesie drugi walec chcąc zniszczyć go, zanim
się jeszcze otworzy, Armata przeznaczona do walki z pierwszym oddziałem Marsjan przybyła do Cobham
dopiero o piątej.
Nieco po szóstej siedziałem z Ŝoną w altance przy podwieczorku rozmawiając z oŜywieniem o zbliŜającej się
bitwie, gdy wtem na Ŝwirowisku rozległa się głucha detonacja, a w ślad za nią gęsta strzelanina. Nie
przebrzmiały jeszcze strzały, gdy tuŜ koło nas wstrząsnął ziemią gwałtowny głuchy huk. Wyskoczyłem z
altany i oczom mym przedstawił się zdumiewający widok. Czubki drzew okalających Kolegium Wschodnie
stały w płomieniach, wieŜa pobliskiego kościółka rozsypywała się właśnie w gruzy, igły minaretu juŜ nie
było, a dach Kolegium wyglądał jak ostrzelany z cięŜkiego działa. Pękł jeden z kominów na naszym domku,
a czerwone jego szczątki sypały się na klomb pod oknem mojego gabinetu, postukując po dachówkach.
Staliśmy oboje jak wryci. Pojąłem w jednej chwili, Ŝe po zniszczeniu dachu Kolegium grzbiet wzgórza
Maybury musi znaleźć się w zasięgu Snopa Gorąca: Chwyciłem Ŝonę z ramię i wyciągnąłem bez ceremonii
na gościniec. To samo zrobiłem ze słuŜącą, choć dopominała się płaczliwie o pozostawiony na strychu
kuferek. Obiecałem przynieść go za chwilę.
- Nie będziemy w Ŝadnym wypadku mogli pozostać tu dłuŜej - powiedziałem; równocześnie na Ŝwirowisku
znów zagrzmiały strzały.
15
- A gdzieŜ się podziejemy? - pytała wystraszona Ŝona.
Zastanowiłem się, zmieszany. Wtem przypomniałem sobie krewnych w Leatherhead.
- Leatherhead! - usiłowałem przekrzyczeć panujący dokoła zgiełk. Zona patrzyła poza mną, w dolinę.
PrzeraŜeni sąsiedzi wybiegali z domów.
- JakŜe my się tam dostaniemy? - zapytała.
Dolinką, pod mostem kolejowym, pędził oddziałek huzarów. Trzech wpadło galopem na dziedziniec
Kolegium, dwaj inni zeskoczyli z koni i poczęli biegać od domu do domu. Poprzez dymy płonących drzew
przeglądało czerwone jak krew słońce, rzucając na świat niezwykłe, wyblakłe jakby promienie.
- Czekaj tu - zawołałem - tutaj jest bezpiecznie - i popędziłem co tchu do zajazdu Pod Łaciatym Psem,
którego właściciel posiadał konia i bryczkę. Spieszyłem się, rzecz jasna, bardzo, gdyŜ nietrudno było
odgadnąć, Ŝe za chwilę ruszą się wszyscy zamieszkujący tamtą stronę wzgórza. OberŜysto stał spokojnie za
ladą nie mając najmniejszego pojęcia o tym, co się dzieje dokoła. Targował się z jakimś odwróconym do
mnie plecami jegomościem.
- Muszę dostać funta - mówił - i nie mam woźnicy.
- Dam panu dwa - krzyknąłem obcemu przez ramię.
- Za co?
- I zwrócę przed północą!
- Na miłość boską? - zawołał oberŜysta. - Co to jest? Sprzedaję wieprzka, a pan chce dać za niego dwa funty
i zwrócić przed północą? Nic nie rozumiem.
Wyjaśniłem pośpiesznie, Ŝe muszę natychmiast wyjechać, do czego potrzebny mi jest za wszelką cenę jego
zaprzęg: Nawet nie pomyślałem, Ŝe oberŜysta takŜe zechce moŜe uciekać. Wziąłem bryczkę od razu;
podjechałem pod dom i zostawiając ją pod opieką Ŝony i słuŜącej wpadłem do mieszkania, by zabrać
nieliczne nasze kosztowności: śywopłoty i przydroŜne drzewa płonęły coraz gwałtowniej. Pakując rzeczy
dostrzegłem, jak jeden ze spieszonych huzarów biegł w naszym kierunku. Pędząc od domu od domu wzywał
mieszkańców do ucieczki. Kiedy dźwigając zawinięte w obrus nasze skarby stanąłem w drzwiach - akurat
przebiegał koło nas. Krzyknąłem za nim: - Co się dzieje?
Odwrócił się, spojrzał, wybełkotał coś w rodzaju: „czołgają się przykryci rondlami”, i wpadł do bramy
stojącego na szczycie domku, Przepływający nad gościńcem kłąb czarnego dymu przesłonił go na chwilę.
Podbiegłem do drzwi sąsiadów i zapukałem chcąc upewnić się, czy wyjeŜdŜając dziś do Londynu zamknęli
mieszkanie, po czym wróciłem raz jeszcze do domu po kuferek słuŜącej, przyniosłem go i wpakowałem do
bryczki, uchwyciłem lejce i wskoczyłem na kozioł obok Ŝony. Jeszcze chwila - i zjeŜdŜaliśmy stokiem
pagórka do Starego Woking pozostawiając za sobą zgiełk i dym.
Przed nami leŜał cichy słoneczny krajobraz, na polach przeciętych tasiemką gościńca kołysała się pszenica,
powiewał na wietrze szyld oberŜy w Maybury. W przodzie dostrzegłem bryczuszkę doktora. U stóp wzgórza
obejrzałem się, by rzucić okiem na stok, z którego zjeŜdŜałem. W nieruchomym powietrzu, kładąc się
szarym cieniem na zielone czubki drzew, płynęły cięŜkie kłęby czarnego dymu przetykane czerwonymi
pręgami płomieni. Dym rozpościerał się od lasu pod Byfleet na wschodzie aŜ po Woking na zachodzie.
Gościniec za nami usiany był uchodzącymi w panice ludźmi, zaś poprzez nieruchome, nagrzane powietrze
roznosił się słabo, lecz bardzo wyraźnie terkot karabinu maszynowego, który po chwili ustał, i przerywany
grzechot strzałów. Widocznie Marsjanie palili wszystko, czego tylko dosięgnął Snop Gorąca.
Nie jestem doświadczonym woźnicą, toteŜ całą uwagę musiałem skupić na koniu. Gdy obejrzałem się znowu
- czarny dym skrył się juŜ za następnym pagórkiem. Zaciąłem konia i nie zwalniałem, dopóki nie zostawiłem
za sobą Woking i Send. Doktora prześcignęliśmy jeszcze przed Send.
Nawałnica
Leatherhead leŜy o dwadzieścia bez mała mil od wzgórza Maybury. Za Pyrford powietrze była przesycone
wonią świeŜego siana, która mieszała się ze słodkim zapachem oplatających, przydroŜne Ŝywopłoty polnych
róŜ. Gwałtowna strzelanina, która wybuchła przy naszym zjeździe z pagórka Maybury, ucichła równie nagle,
jak się przedtem zaczęła, pozostawiając po sobie niczym nie zamąconą ciszę i spokój wieczoru. Do
Leatherhead dotarliśmy, beŜ Ŝadnych przygód, około dziewiątej. Podczas krótkiego odpoczynku, którego tak
potrzebował nasz konik, zjedliśmy kolację, po czym poprosiłem krewnych o opiekę nad Ŝoną.
Przez całą drogę Ŝona dziwnie była milcząca, jakby przeczuwała przyszłe nieszczęście. Kiedy próbowałem
dodawać jej otuchy dowodząc, Ŝe Marsjanie przykuci są do jamy swoim cięŜarem, Ŝe mogą się po niej co
najwyŜej czołgać, odpowiadała półsłówkami albo milczała. Gdyby nie obietnica dana oberŜyście, iŜ
odprowadzę konia - bez wątpienia nalegałaby, abym pozostał tej nocy w Leatherhead. CzemuŜ nie
pozostałem! Pamiętam jej bladość przy rozstaniu.
16
Co do mnie - przez cały ten dzień byłem jak w gorączce. Opanowało mnie coś w rodzaju gorączki wojennej,
która czasami udzielała się cywilizowanemu społeczeństwu, i w głębi duszy cieszyłem się, Ŝe muszę wracać
tej nocy do Maybury. Obawiałem się nawet, iŜ ostatnia kanonada mogła oznaczać zagładę najeźdźców z
Marsa. Najlepiej zresztą określę swój stan, jeśli powiem, iŜ pragnąłem być przy ich zniszczeniu.
W drogę powrotną wyruszyłem tuŜ przed jedenastą. Noc była nadspodziewanie ciemna; kiedy wyszliśmy z
oświetlonego przedpokoju - wydała mi się czarna. Upał i duchota panujące przez cały dzień nie zmniejszyły
się ani odrobinę. ChociaŜ nie -było nawet tchnienia wiatru, po niebie mknęły chmury. Ktoś ze słuŜby zapalił
boczne światła u bryczki. Drogę na szczęście znałem doskonale. Dopóki nie wskoczyłem na kozioł, Ŝona
stała w rozwartych oświetlonych drzwiach. Wtem odwróciła się i odeszła, pozostawiając na ganku
Ŝ
yczących mi szczęśliwej drogi krewnych.
Z początku obawy zony udzieliły mi się, wkrótce jednak powróciłem myślami do Marsjan. Nie miałem
wówczas pojęcia o przebiegu wieczornej potyczki. Nie wiedziałem nawet, co przyśpieszyło starcie. Gdy
przejeŜdŜałem przez Ockham (wracałem nie przez Send i Stare Woking, lecz inną drogą), dostrzegłem, iŜ
cały zachodni widnokrąg rozświetla krwawa łuna, zajmująca w miarę zbliŜania się do niej coraz więcej
nieba. Chmury zwiastujące burzę mieszały się z kłębami czarno-czerwonego dymu.
W Ripley ulica była pusta i z wyjątkiem kilku oświetlonych okien nie było tam widać ani śladu Ŝycia. Na
zakręcie do Pyrford omal nie wpadłem na gromadkę ludzi. Stali w milczeniu, gdy ich mijałem. Nie mam
pojęcia, czy wiedzieli, co się działo poza pagórkiem; nie mam teŜ pojęcia, czy domki, obok których
przejeŜdŜałem, spały spokojnie, czy stały próŜne i opuszczone, czy moŜe Wpatrywały się z niepokojem w
okropną ciemność tej nocy.
Gościniec z Ripley do Pyrford przebiega doliną rzeki Wey, toteŜ łuny nie było widać. WjeŜdŜając na
pagórek przy kościółku w Pyrford ujrzałem ją znowu, równocześnie zaś zaszeleściły drzewa pod pierwszym
tchnieniem ścigającej mnie burzy. Usłyszałem wydzwaniający północ zegar na wieŜy kościelnej i w tejŜe
chwili wyłoniło się przede mną, obrzeŜone wyraźnie rysującymi się na tle łuny czubkami drzew i
wierzchołkami dachów, wzgórze Maybury.
Gdy oglądałem ten widok, gościniec rozświetliła nagle bladozielona poświata ukazując dalekie lasy w
kierunku Aldershot. Uczułem gwałtowne szarpnięcie lejców. Nagle błysk zielonego płomienia przebił grubą
warstwę chmur, ukazał na moment splątane ich kłębowisko i znikł gdzieś w polu, na lewo od drogi. Była to
trzecia z kolei spadająca gwiazda.
Na niebie roztańczyły się oślepiająco fioletowe, przez kontrast z zielenią, błyskawice i zahuczał pierwszy
grom. Koń zagryzł wędzidło i poniósł.
Gnaliśmy zbiegającym po lekkiej pochyłości gościńcem ku podnóŜu pagórka Maybury. Nigdy dotąd nie
widziałem tak szybko następujących po sobie błyskawic. Pioruny zdawały się deptać sobie z trzaskiem po
piętach, bardziej przypominając pracę jakiejś potęŜnej machiny elektrycznej niŜ zwykłe wyładowania
atmosferyczne. Migotliwe światło oślepiało i myliło, począł siec drobny grad.
Z początku patrzyłem tylko na biegnący przede mną gościniec, nagle jednak uwagę mą zwróciło coś
sunącego z duŜą szybkością w dół po przeciwległym stoku wzgórza. Wziąłem to w pierwszej chwili za
mokry dach domu, jednak w nieustannym niemal świetle błyskawic widać było wyraźnie jego szybki,
posuwisty ruch. Zjawisko było ledwo dostrzegalne: moment obezwładniającej ciemności, potem znów stało
się jasno jak w dzień, ujrzałem pod samym szczytem pagórka czerwone mury sierocińca, zielone wierzchotki
sosen i ten zagadkowy, ostro i wyraźnie rysujący się przedmiot.
I to jakie zjawisko! Jak je opisać? Ogromny, wyŜszy od domów trójnóg łamiący i depczący w pędzie sosny,
potęŜna machina z połyskującego metalu krocząca przez wrzosowisko, wymachująca giętkimi stalowymi
mackami! Hałaśliwy grzechot jej ruchu mieszał się z rykiem burzy. Błysk i widać wyraźnie, jak dwie nogi
unoszą się nad ziemią, błysk gaśnie zapala się następny i trójnóg wydaje się juŜ o sto jardów bliŜej. Czy
moŜesz, czytelniku, wyobrazić sobie trójnogi stołek skaczący i pędzący na szczudłach? Tak to w blasku
błyskawic wyglądało. Tylko Ŝe zamiast małego stołka sunęła przede mną olbrzymia machina na trójnogim
statywie.
Wtem, w coraz bliŜszym lesie, drzewa poczęły rozchylać się jak zeschłe zielsko, przez które przedziera się
człowiek. Sosny łamały się na boki i do przodu, zdawało się, wprost na mnie. A koń galopował co sił na jego
spotkanie! Na widok drugiego potwora nerwy me nie wytrzymały. Nie patrząc na niego szarpnąłem konia w
prawo, bryczka przechyliła się, dyszel pękł z trzaskiem, ja zaś wyleciałem jak ź procy w bok i zwaliłem się
cięŜko w niegłębokie bajoro.
Natychmiast zerwałem się i po kolana w wodzie przykucnąłem za kępą krzaków. Koń leŜał bez ruchu -
biedne zwierzę złamało sobie kark. W blasku błyskawic widziałem czarny zarys obalonej bryczki i ciągle
jeszcze obracające się wolniutko koła. Chwila - i ogromny mechanizm przestąpił przeze mnie i począł
wspinać się na wzgórze, ku Pyrford.
17
Z bliska wyglądał niewiarygodnie dziwacznie, wcale nie jak zwykła bezduszna maszyna sunąca z góry
wytyczoną prostą drogą. Krok jego dźwięczał metalicznie, wokół kadłuba zaś wiły się z chrzęstem długie,
giętkie i lśniące macki. Jedna z nich, jakby mimochodem, wyrwała z korzeniami sosnę. Sunąc przez las
potwór wybierał sobie drogę, a obracający się we wszystkie strony wysoko w górze mosięŜny kaptur do
złudzenia przypominał głowę rozglądającego się człowieka. Z tyłu, za plecami kadłuba, umocowane było
metalowe pudło podobne do ogromnego rybackiego kosza, ze stawów zaś potwora, gdy mnie mijał, tryskały
strugi zielonego dymu. Po chwili znikł mi z oczu.
Wszystko to widziałem niezbyt wyraźnie, gdyŜ migotliwe i oślepiające światło błyskawic przerywała co
chwila gęsta czarna ciemność. W biegu potwór wydawał z siebie ogłuszający triumfalny ryk – „aluu! aluu!”,
głośniejszy od huku gromów. Po chwili dopędził towarzysza i obaj przystanęli, nachylając się nad czymś
leŜącym w polu o dobre pół mili ode mnie. Nie ulegało dla mnie Ŝadnej wątpliwości, iŜ zatrzymali się przy
trzecim przybyłym z Marsa walcu.
LeŜałem pewien czas na deszczu, przyglądając się w przerywanej błyskawicami ciemności uwijającym się
ponad Ŝywopłotami potwornym metalowym istotom. Chwilami zacinał drobny grad to przesłaniając cieniem,
to znów odsłaniając ostre ich zarysy. W przerwach między błyskawicami noc pochłaniała je całkowicie.
Woda z bajora i gęsto sypiący grad przemoczyły mnie do suchej nitki. Długo trwało, nim otrząsnąłem się ze
zdziwienia na tyle, aby wyczołgać się z bajora i pomyśleć o groŜącym mi niebezpieczeństwie.
Nie opodal, na kartoflisku, stała samotna chałupa jakiegoś osiedleńca. Podniosłem się w końcu i skulony
pobiegłem szukać tam schronienia. Wołałem w drzwi, nikt jednak się nie odezwał - być moŜe nie słyszeli lub
w chacie nie było nikogo. Po chwili zrezygnowany podąŜyłem kryjąc się w przydroŜnych rowach do
ciągnącego się aŜ pod Maybury lasu.
Lasem, przemoczony i drŜący z zimna, skierowałem się do domu. Błąkałem się wśród drzew szukając
ś
cieŜki. Było bardzo ciemno, gdyŜ błyskawice stawały się coraz rzadsze, a rzęsisty deszcz z gradem
wypełniał kaŜdą szczelinę między drzewami.
Gdybym zdał sobie wówczas w pełni sprawę, co oznaczają widziane przeze mnie wydarzenia, zawróciłbym
od razu do Byfleet i Cobham, aby dostać się czym prędzej do Leatherhead, do Ŝony. Niesamowitość jednak
otaczającej mnie nocy i zmęczenie nie pozwoliły mi na to; byłem mokry, podrapany, ogłuszany i oślepiony
nawałnicą.
Kołatało we mnie podświadome pragnienie powrotu do domu i sądzę, Ŝe ono właśnie kierowało moimi
krokami. Obijałem się o pnie, wpadałem do wądołów, kaleczyłem kolana o sterczące zdradziecko sęki, aŜ
wbrodziłem wreszcie na łąkę na stoku poniŜej College Arms. Mówię: wbrodziłem, gdyŜ łąką rwały potoki
brudnej deszczowej wody. Tutaj w ciemnościach wpadł na mnie jakiś męŜczyzna, i to z taką siłą, Ŝe ledwie
utrzymałem się na nogach.
Wydał okrzyk przeraŜenia, odskoczył w bok i zanim zdąŜyłem się opanować i przemówić doń - uciekł.
Wicher dął tak gwałtownie, iŜ wlokłem się pod górę z największym trudem. Chcąc posuwać się jako tako
naprzód, musiałem podejść do pobliskiego parkanu i pomagać sobie czepiając się sztachet.
TuŜ przed szczytem stanąłem na czymś miękkim. Przy świetle błyskawicy ujrzałem pod nogami czarny
płaszcz i trzewiki. Nim mogłem rozpoznać, Ŝe to leŜy człowiek - światło zgasło. Przystanąłem czekając na
następny błysk. Przy jego świetle udało mi się rozpoznać tęgiego męŜczyznę odzianego skromnie, lecz nie
ubogo; głowa była przygięta tak mocno ku przodowi, Ŝe skryła się zupełnie pod ciałem. LeŜał skulony tuŜ
koło parkanu, jakby gwałtownie odrzucony.
Pokonując zrozumiały u tego, kto nigdy nie dotykał trupa, wstręt nachyliłem się i odwróciłem leŜącego,
sprawdzić, czy bije w nim jeszcze serce. Był martwy. Widocznie skręcił kark. Błysnęło po raz trzeci i
poznałem go. Wyprostowałem się wstrząśnięty. Był to oberŜysta, właściciel poŜyczonej bryczki.
Przestąpiłem ostroŜnie przez trupa i dalej piąłem się pod górę. Minąłem posterunek policji, College Arms i
doszedłem wreszcie do domu. Po tamtej stronie wzgórza nie było widać poŜarów, na Ŝwirowisku tylko wciąŜ
jeszcze połyskiwał czerwony odblask rozświetlający pędzone wichrem, podcinane gradem kłębowiska
rudego dymu. Domy dokoła, o ile mogłem zauwaŜyć w błyskach burzy, stały nienaruszone. Jakiś czarny
kształt leŜał na gościńcu koło College Arms.
Nieco dalej w kierunku Maybury słychać było na drodze głosy i kroki, brakło mi jednak sił, by krzyknąć czy
podejść tam. Otworzyłem drzwi z klucza, wszedłem do domu, zamknąłem je za sobą na zasuwę, dowlokłem
się do wiodących na piętro schodów i usiadłem na stopniu. Wyobraźnię mą przepełniały sunące polami
metalowe potwory i zmiaŜdŜone o płoty trupy.
Siedziałem na schodku wsparty o ścianę i dygotałem jak w febrze.
18
U okna
Wspomniałem juŜ, zdaje się, iŜ najburzliwsze nawet uczucia wygasają we mnie nad podziw szybko. ToteŜ
wkrótce poczułem dotkliwy chłód. Ociekałem wodą do tego stopnia, Ŝe dokoła mnie na schodach i na
chodniku stały kałuŜe. Podniosłem się mechanicznie, poszedłem do jadalni i pociągnąłem łyk whisky, po
czym odczułem potrzebę przyodziania się w coś suchego.
Nieco później wspiąłem się na górę do gabinetu. Po co tam poszedłem nie mam pojęcia. Okna mego
gabinetu wychodzą na tory i pola Horsell. W pośpiechu ucieczki zapomniałem je zamknąć przed odjazdem.
Korytarz i wnętrze pokoju; w przeciwieństwie do widoku oprawionego w ramę okna, wydawały się pełne
nieprzeniknionej ciemności. Stałem w progu jak wryty.
Nawałnica juŜ przeszła. WieŜyczki Kolegium i otaczające go drzewa znikły bez śladu i widać teraz było
doskonale ciągnące się w dali pola i Ŝwirowisko rozświetlone jaskrawym czerwonym blaskiem. W blasku
tym krzątały się ciemne, dziwaczne, groteskowo ogromne postacie.
Wydawało się, Ŝe cała okolica płonie, tak gęsto usiana była malutkimi, migocącymi w podmuchach
zamierającej burzy i rzucającymi krwawy blask na gęste chmury płomykami. Przed oknem przepływały co
chwila, przesłaniając sylwetki Marsjan, kłęby dymu. Nie mogłem dojrzeć, co robili, gdyŜ zarysy ich były
bardzo niewyraźne. Nie mogłem takŜe ustalić przeznaczenia czarnych urządzeń, przy których trudzili się z
taką gorliwością. Niewidoczny teŜ był najbliŜszy poŜar, choć odblask jego tańczył po ścianach i suficie.
Powietrze przepełniał ostry odór palonej gumy.
Zamknąłem bezszelestnie drzwi i podkradłem się do okna. Widziałem teraz przestrzeń leŜącą między
otaczającymi dworzec w Woking domami a osmalonym, sczerniałym lasem pod Byfleet. Na torze, koło
mostu, coś się świeciło, a z kilku domostw stojących przy gościńcu do Maybury i w pobliŜu stacji zostały
jedynie tlące się ruiny. Światło na torze zadziwiło mnie; widać tam było czarny, płonący jasnym płomieniem
stos, a nieco w bok, na prawo, ciągnął się łańcuch Ŝółtych prostokącików. Zrozumiałem po chwili, Ŝe to leŜy
rozbity pociąg ze zdruzgotanym parowozem. Kilka pierwszych wagonów płonęło, podczas gdy reszta stała
spokojnie na szynach.
Pośród tych trzech głównych ognisk, to znaczy między grupą domów, pociągiem i poŜarem pod Cobham,
ciągnęły się nieregularne, ciemne plamy pól przerywane gdzieniegdzie pasmami tlących się i dymiących
zgliszcz i wrzosowisk. Przedziwny był ten widok czarnej przestrzeni przetykanej ogniem. Najbardziej
przypominał mi ogromną hutę nocą. Ludzi z początku nie widziałem nigdzie. Później dopiero ujrzałem w
blasku płonącego dworca w Woking kilka czarnych figurek przebiegających pojedynczo przez tory.
CzyŜby ten dziki chaos miał być tym samym światkiem, gdzie tak bezpiecznie Ŝyło się od tylu juŜ lat? Nie
wiedziałem jeszcze, co zaszło w ciągu ubiegłych siedmiu godzin, nie wiedziałem teŜ, choć zaczynałem juŜ
po trosze odgadywać, jaki był związek między mechanicznymi kolosami a niezdarnie pełzającymi istotami,
które z takim trudem wyłaziły przymnie z walca. Z dziwnym uczuciem bezosobowego zainteresowania
przywlokłem do okna fotel, usiadłem i przyglądałem się sczerniałym łąkom, a zwłaszcza trzem
gigantycznym postaciom krzątającym się po Ŝwirowisku.
Wydawały mi się zadziwiająco czynne. Zastanawiałem się, czym one są. Czy myślącymi mechanizmami?
Czułem, Ŝe to niepodobieństwo, Być moŜe w kaŜdym z nich krył się Marsjanin kierując, rządząc,
rozkazując, jak ludzki mózg kieruje, rządzi i rozkazuje ciału? Porównywałem je do naszych maszyn; po raz
pierwszy w Ŝyciu zapytałem siebie, czym mogą być ludzkie krąŜowniki i parowce dla zwierząt o niŜszej
inteligencji.
Niebo po burzy było jasne. Kiedy migocący ponad dymami, malutki jak łepek szpilki Mars skłaniał się juŜ
ku zachodowi - do ogródka wszedł Ŝołnierz. Najpierw zatrzeszczał cicho płot. Rozejrzałem się jak człowiek
obudzony z letargu i spostrzegłem go. Przełaził przez ogrodzenie. Na widok istoty ludzkiej minęło
dotychczasowe osłupienie. Wychyliłem się gorączkowo z okna.
- Pst! - szepnąłem.
Zatrzymał się niezdecydowany, siedząc okrakiem na parkanie. Potem zeskoczył i pobiegł trawnikiem do
najbliŜszego naroŜnika domu. Pochylony posuwał się wolno wzdłuŜ ściany.
- Kto tam? - zapytał, takŜe szeptem, przystając pod oknem i zadzierając głowę.
- Dokąd pan idzie? - spytałem.
- Bóg wie.
- Chce się pan ukryć?
- Tak.
- Niech pan wejdzie do domu - powiedziałem.
Zszedłem na dół, uchyliłem drzwi, by go wpuścić, i natychmiast zamknąłem je znowu. Twarzy Ŝołnierza nie
mogłem dojrzeć. Był bez czapki, mundur miał rozchełstany.
19
- O BoŜe! - powtarzał, gdy wciągałem go do pokoju.
- Co się stało? - pytałem.
- Niech pan lepiej zapyta, co się nie stało! - W ciemności ujrzałem, jak załamał w rozpaczy ręce. - Zmietli
nas! Po prostu nas zmietli! - powtarzał w kółko.
Jak automat wszedł za mną do jadalni.
- Niech no pan się napije - powiedziałem napełniając szklankę whisky.
Wypił. Potem padł na krzesło, podparł głowę rękami i rozszlochał się jak dziecko. Ja zaś, zapomniawszy o
niedawnej własnej rozpaczy, stałem nad nim zaskoczony.
Wiele upłynęło czasu, zanim opanował się na tyle, by móc odpowiedzieć na me pytania. Mówił bezładnie,
zacinał się co chwila. Był jezdnym w artylerii, do akcji weszli dopiero około siódmej. Opowiadano, Ŝe
pierwszy oddział Marsjan - posuwał się powoli pod osłoną metalowej tarczy w kierunku drugiego walca.
Tarcza ta, ustawiona później na trójnogu, stała się pierwszą machiną bojową, którą zresztą i ja potem
widziałem. Działo, przy którym był jezdnym, odprzodkowano niedaleko Horsell, aby panować nad
Ŝ
wirowiskiem. Przybycie artylerii przyśpieszyło działania. Gdy jezdni odprowadzali przodek, jego koń
potknął się i upadł zrzucając go w jakąś rozpadlinę. Równocześnie działo pękło, amunicja wybuchła,
wszystko, dokoła stanęło w płomieniach, a on znalazł się pod stosem martwych, zwęglonych ludzi i koni.
- LeŜałem bez ruchu - mówił - nieprzytomny ze strachu, przyciśnięty zadem końskim. Zmietli nas! A ten
smród - dobry BoŜe! Jak przypalone mięso! Plecy bolały mnie po upadku, leŜałem więc czekając, aŜ ból
przejdzie. Przed chwilą wszystko było jak na paradzie i raptem koniec! Zmietli nas! - wykrzyknął.
Długo leŜał pod martwym koniem, od czasu do czasu tylko wyglądając w pole. Piechurzy próbowali
atakować jamę tyralierą, po to tylko, by zginąć. Potem potwór zaczął przechadzać się po Ŝwirowisku, między
uciekającymi, kręcąc podobnym do głowy kapturem, zupełnie jak rozglądający się człowiek. W czymś, co
przypominało rękę, trzymał siejącą zielonymi iskrami, metalową, skomplikowanej budowy skrzynkę
opatrzoną tubą, z której raził Snop Gorąca.
Starczyło kilka chwili by na polu nie pozostało nic Ŝywego, przynajmniej w zasięgu wzroku Ŝołnierza, a
reszta nie zmienionych jeszcze dotąd w czarne, osmalone szkielety drzew i krzewów stanęła w płomieniach.
Huzarów ukrytych za wyniosłością terenu nie widział. Przez krótką chwilę słyszał grzechot maxima, potem i
to ucichło. Olbrzym do ostatka oszczędzał dworzec w Woking i przyległe doń, domy, potem jednak
skierował Snop na miasteczko. Pozostały zeń tylko ruiny. Wtedy potwór wyłączył Snop, zwrócił się do
artylerzysty tyłem i naszył w stronę dymiących lasów, gdzie leŜał drugi walec. Równocześnie z jamy wyłonił
się następny tytan.
Gdy i ten podąŜył w ślad za pierwszym, artylerzysta począł czołgać się ostroŜnie polem, przez gorące
jeszcze popieliska wrzosów, do Horsell. Udało mu się dotrzeć do przydroŜnego rowu i ujść nim do Woking.
Dalsza jego opowieść pełna była wykrzykników. O przejściu przed miasteczko nie było mowy. Zachowała
się tam, być moŜe, garstka Ŝyjących, ale byli to bez wątpienia ludzie bądź obłąkani ze strachu, bądź teŜ
straszliwie poparzeni. Widząc, iŜ jeden z Marsjan - powraca Ŝołnierz ukrył się za dymiącymi ruinami
jakiegoś muru. Stamtąd widział, jak gigant dopędziwszy człowieka schwycił go w jedną ze swych stalowych
macek i zmiaŜdŜył o pień sosny. Po zapadnięciu mroku artylerzysta skoczył ku nasypowi kolejowemu i
przebiegł na drugą stronę.
Przemykał się następnie do Maybury w nadziei, iŜ idąc w kierunku Londynu uniknie niebezpieczeństwa
Ludzie kryli się po piwnicach i rowach, a większość tych, co uszli z Ŝyciem, wędrowała do Send i Woking.
Męczyło go pragnienie, dopóki nie natrafił na rozbitą pompę kolejową tryskającą strumieniem wody aŜ na
gościniec.
Taką to wydobyłem z niego, słowo po słowie, historię. Opowiadanie o wszystkim, co widział, uspokoiło go
nieco. Od ubiegłego popołudnia, jak mówił, nie miał nic w ustach, poszedłem więc do spiŜarni, skąd
przyniosłem trochę baraniny i chleba. Bojąc się zwabić Marsjan nie paliliśmy lampy, toteŜ ręce nasze często
stykały się nad talerzem. W miarę jak mówił, wyłaniały się z ciemności otaczające nas przedmioty, a
podeptane krzewy i połamane krzaki róŜ za oknem stawały się coraz widoczniejsze. Wyglądało to, jakby
przez ogród przewaliła się czereda ludzi czy zwierząt. Coraz wyraźniej teŜ widziałem poczerniałą, posępną,
niewiele zapewne róŜniącą się od mojej, twarz Ŝołnierza.
Zakończywszy posiłek wspięliśmy się wolniutko na piętro, do gabinetu, by dalej patrzeć przez okno. Dolina
nasza w ciągu jednej nocy zmieniła się w popielisko. PoŜary dogasały. Tam gdzie niedawno szalały
płomienie, teraz wzbijały się smugi dymu; bezlitosne światło poranka obnaŜało osłonięte dotąd mrokiem
nocy straszliwe, odpychające w swej grozie, nieprzeliczone ruiny zburzonych domów i szkielety
zwęglonych, sczerniałych drzew. Gdzieniegdzie widniały, jakby cudem ocalałe, jakiś semafor na torach,
jakaś altanka w ogrodzie - jasne i Ŝywe pośród zagłady. Nigdy dotąd w dziejach wojen zniszczenie nie było
20
tak zupełne, tak powszechne. A koło jamy, pobłyskując w promieniach wschodzącego słońca, stali trzej
metalowi olbrzymi i kręcąc kapturami przyglądali się dokonanym spustoszeniom.
Wydawało mi się, Ŝe jama została powiększona. W niebo biły z niej co chwila, unosiły się wirując i
rozpływały w przestworzach kłęby jaskrawozielonej pary.
Widniejące w oddali, w Cobham, słupy płomieni zmieniły się za pierwszym dotknięciem dnia w słupy
krwawego dymu.
Co widziałem z zagłady Weybridge i Sheppertonu
Ś
wiat zdawał się zbyt jasny, toteŜ zaprzestaliśmy podglądania Marsjan, opuściliśmy okno i zeszliśmy
cichutko na dół.
Artylerzysta przyznał mi rację, iŜ dom nie jest bezpiecznym schronieniem. Chciał iść dalej, jak mówił, na
Londyn, do swojej baterii Dwunastej konnej. Mój plan, powstały pod przemoŜnym wraŜeniem potęgi
Marsjan, polegał na niezwłocznym powrocie do Leatherhead po Ŝonę, zabraniu jej do Newhaven i
opuszczeniu kraju. Pojąłem juŜ bowiem zupełnie jasno, iŜ okolice Londynu muszą stać się, zanim straszliwe
te istoty nie zostaną zgładzone, polem okrutnych walk.
Pomiędzy mną wszakŜe a Leatherhead leŜał pilnowany przez olbrzymów trzeci walec. Myślę, iŜ będąc sam
próbowałbym szczęścia i poszedł na przełaj. Artylerzysta jednak powstrzymał mnie od tego. Dla kochającej
Ŝ
ony, tłumaczył mi, to Ŝadna przyjemność zostać wdową. Ostatecznie ustąpiłem i postanowiliśmy iść razem,
pod osłoną lasu, na północ, do Street Cobham. Stamtąd dopiero miałem udać się zataczając wielki krąg przez
Epsom do Leatherhead.
Byłbym wyruszył bez zwłoki, towarzysz mój jednak, zawodowy wojskowy, znał się na tym lepiej ode mnie.
Musiałem przetrząsnąć cały dom, aby znaleźć manierkę i napełnić ją whisky. Kieszenie wypchaliśmy
sucharami i pokrojonym w plasterki mięsem. Wtedy dopiero wymknęliśmy się z domu i popędziliśmy co sił
tą samą kiepską drogą, którą przyszedłem wczorajszej nocy. Domy wydawały się opuszczone. No gościńcu
natknęliśmy się na trzy zbite w ciasną gromadkę zwęglone ciała, niewątpliwie ofiary Gorącego Snopa.
Gdzieniegdzie poniewierały się pogubione przez uciekających drobiazgi, jakiś zegarek, jakiś pojedynczy
pantofel, jakaś srebrna łyŜka i tym podobne kosztowności. Na zakręcie do poczty stał okulawiony na trzech
kołach, zapchany gratami wózek. Pośród rozrzuconych dokoła szczątków leŜała rozbita w pośpiechu
skarbonka.
Z wyjątkiem wciąŜ jeszcze płonącego sierocińca Ŝaden z pobliskich domów nie ucierpiał wiele. Snop zgolił
tylko kominy i przemknął dalej. Mimo to wydawało się, Ŝe w owym Maybury nie ma prócz nas Ŝywego
ducha. Większość mieszkańców uszła, jak sądziłem, drogą na Stare Woking, tą samą, którą jechaliśmy
wczoraj do Leatherhead. A moŜe ukrywała się gdzieś w pobliŜu.
Schodząc łąką po stoku minęliśmy ciało męŜczyzny w czarnym przemokłym od nocnej ulewy ubraniu i u
podnóŜa wzgórka weszliśmy w las. Lasem, nie napotykając nikogo, podąŜaliśmy ku linii kolejowej. Po
drugiej stronie toru ciągnęły się czarne zgliszcza. Większość drzew leŜała pokotem, gdzieniegdzie tylko
sterczały szare pnie z kikutami konarów pokrytych zwęglonym ciemnobrązowym listowiem.
Po naszej stronie poŜarowi nie udało się rozszerzyć, osmalony był sam tylko skraj lasu. W pobliŜu niedawno,
widocznie w sobotę jeszcze, pracowali drwale. Na polanie obok kupy trocin i wielkiej mechanicznej piły
leŜały świeŜo zrąbane i pocięte klocki. TuŜ przy nich stał nieduŜy pusty barak. Ranek był dziwnie cichy, bez
tchnienia wiatru. Nawet ptaki przycichły, my zaś, krocząc Ŝ pośpiechem, takŜe rozmawialiśmy tylko
szeptem. Oglądaliśmy się co chwila, parę razy przystawaliśmy nasłuchując.
Po pewnym czasie, gdy zbliŜaliśmy się juŜ do gościńca, doszedł nas stamtąd tupot kopyt końskich. Poprzez
rozchylone gałęzie ujrzeliśmy jadącą powoli w kierunku Woking trójkę kawalerzystów.
Zawołaliśmy na nich, a kiedy przystanęli, pośpieszyliśmy na drogę. Byli to porucznik i dwaj huzarzy z
ósmego pułku. Wieźli z sobą podobny do teodolitu przyrząd na statywie. Artylerzysta wyjaśnił mi, Ŝe to
heliograf.
- Pierwsi spotkani na tej drodze od rana ludzie! - wykrzyknął porucznik
- Co się tu dzieje?
Minę i głos bardzo miał przejęte. Stojący za nim Ŝołnierze przyglądali się nam ciekawie. Artylerzysta
przeskoczył przez równa drogę i zasalutował.
- Melduję posłusznie, panie poruczniku, w nocy rozbito nam działo. Ukrywałem się. Próbuję odnaleźć
baterię. Jadąc dalej tą drogą natknie się pan o pół mili stąd na Marsjan.
- A cóŜ to znów za diabły?
- Melduję posłusznie, opancerzone olbrzymy. Wysokość sto stóp. Trzy nogi. Ciało aluminiowe. Ogromne
głowy w kapturach.
21
- Nie wygłupiajcie się! - zawołał porucznik. - Co za przeklęte bzdury!
- Przekona się pan porucznik. Mają teŜ skrzynki, z których strzelają ogniem.
- Chyba armaty?
- Nie, panie poruczniku - tu artylerzysta począł Ŝywo opisywać Snop Gorąca.
Nie dając mu dokończyć porucznik zwrócił się do mnie. Dotychczas stałem na skraju drogi bez słowa.
- Pan teŜ ich widział? - zapytał.
- Opis jak najzupełniej dokładny - odparłem.
- Tak - zakonkludował porucznik. - Myślę, Ŝe i ja powinienem to zobaczyć. A wy - tu spojrzał na
artylerzystę - idźcie najlepiej zameldować się u dowódcy brygady, generała Marvina, i powtórzcie mu to
wszystko. My mamy rozkaz usuwać ludzi z domów. Generał jest w Weybridge. Znacie drogę?
- Ja znam - odezwałem się, po czym oficer zawrócił konia na południe.
- Pół mili, mówicie? - rzucił.
- Co najwyŜej - odparłem wskazując wierzchołki drzew na południe.
Podziękował i ruszyli drogą. Więcej ich nie widzieliśmy.
Nieco dalej natknęliśmy się na trzy kobiety z dwojgiem dzieci zajęte wynoszeniem rzeczy z chałupy. Ręczny
wózek pełen był ubogich sprzętów i brudnych węzełków. Kobiety tak były zajęte, Ŝe nie miały nawet czasu,
by z nami rozmawiać.
Z lasu wyszliśmy niedaleko dworca w Byfleet. Cała ta okolica, skąpana w promieniach porannego słońca,
cicha była i spokojna. Snop Gorąca nie sięgał aŜ tutaj, toteŜ gdyby nie milcząca pustka wielu domów, gdyby
nie wybuchający gdzieniegdzie zgiełk i gwar pakowania się, gdyby nie oddział Ŝołnierzy rozstawionych na
moście kolejowym i spoglądających na Woking, byłaby to najzwyczajniejsza letnia niedziela.
Do Addlestone ciągnął gościńcem szereg skrzypiących wozów i bryczek. Ujrzeliśmy na drugim krańcu łąki
sześć armat, dwunastofuntówek, ustawionych w jednakowych odstępach i wymierzonych w Woking. Przy
armatach stała obsługa, czekały w pogotowiu bojowym jaszcze. Ludzie wyglądali jak na paradzie.
- To rozumiem! - zawołałem. - Ci na pewno oddadzą choć jeden celny strzał.
Artylerzysta zawahał się. - Idą dalej - mruknął.
BliŜej Weybridge, tuŜ przy moście, gromada Ŝołnierzy w białych roboczych drelichach sypała długi szaniec,
za którym widniały liczne działa.
- Łuki i strzały przeciwko piorunom - powiedział artylerzysta. - Nie widzieli jeszcze ognistego promienia!
Wolni od pracy przy szańcu oficerowie wypatrywali czegoś ponad drzewami, a sypiący go Ŝołnierze
przerywali co chwila robotę, aby teŜ rzucić okiem w południową stronę.
Zamieszanie w Byfleet panowało niewiarygodne: Ludzie pakowali się; a huzarzy, jedni wierzchem, inni
pieszo, popędzali ich beŜ wytchnienia. Na wiejskiej uliczce ładowano w pośpiechu, prócz innych pojazdów,
trzy czy cztery ambulanse oznaczone krzyŜami na białych polach i stary omnibus. Wszędzie uwijały się
grupki odświętnie odzianych ludzi. śołnierzom z największym trudem udawało się wyjaśnić im powagę
sytuacji.
Jakiś staruszek chciał zabrać ogromną skrzynię pełną doniczek z orchideami i wykłócał się ząb za ząb z
usiłującym mu to wyperswadować kapralem.
- Wie pan, co stamtąd nadchodzi? - krzyknąłem wskazując przesłaniające Marsjan drzewa.
- Hę? - odparł zwracając się ku mnie. - Toć tłumaczę, Ŝe to drogie rzeczy. .
- Śmierć! - wrzasnąłem. - Śmierć nadchodzi! Śmierć! - i pozostawiwszy go głowiącego się nad tymi słowami
pośpieszyłem za artylerzystą. Na zakręcie obejrzałem się. śołnierz odszedł, a staruszek stał przy swej
skrzynce i gapił się na dalekie drzewa.
Nikt w całym Weybridge nie potrafił nas objaśnić, gdzie mieści się kwaterą główna: takiego bałaganu nie
widziałem jeszcze, jak Ŝyję, w Ŝadnym miasteczku. Wszędzie pełno było bryk, wozów, przedziwnej jakiejś
mieszaniny pojazdów i koni. Pięknie odziane damy i szacowni obywatele miasta w golfowych wioślarskich
strojach pakowali się na gwałt przy energicznej pomocy rozmaitych próŜniaków. Dzieciaki były podniecone
i raczej zachwycone tą niezwykłą odmianą w coniedzielnej nudzie.
A pośród całego tego zgiełku i tumultu dzielny jakiś pastor odprawiał wczesne naboŜeństwo zwołując na nie
wiernych przeraźliwą sygnaturką.
Przysiedliśmy z moim artylerzystą na stopniach studni, by posilić się nieco zapasami. Patrole wojskowe, tym
razem nie huzarzy, lecz biało odziani grenadierzy, ostrzegały ludność, aby w razie strzelaniny kryć się
natychmiast po piwnicach albo niezwłocznie opuszczać mieścinę. Mijając most kolejowy ujrzeliśmy na
dworcu tłum ludzi i perony zawalone walizami i tobołami. Normalny ruch prawdopodobnie wstrzymano, aby
przepuścić transporty wojska do Chertsey. Dopiero później dowiedziałem się o dzikich walkach o miejsca w
pociągu specjalnym, podstawionym po długim oczekiwaniu.
22
W Weybrigde pozostaliśmy do południa, a wkrótce potem znaleźliśmy się koło przystani Shepperton, w
miejscu gdzie Wey wpada do Tamizy. Zatrzymaliśmy się tam nieco dłuŜej pomagając dwu starowinom
załadować rzeczy na wózek. Ujście Wey składa się z trzech koryt, przez rzekę kursuje prom, jest tam teŜ
przystań i wynajem łódek. Na brzegu od strony Sheppertonu stała wówczas oberŜa okolona rozległym
trawnikiem, nieco głębiej zaś - kościół z wieŜą (odbudowano ją potem bardziej strzelistą) wznoszącą się
wysoko ponad drzewa.
Zastaliśmy tam podniecony i hałaśliwy tłum uciekinierów. Wprawdzie ucieczka nie była jeszcze paniczna,
tyle jednak zebrało się tutaj ludzi, Ŝe nie zdołałyby ich przewieźć wszystkie łodzie z całej rzeki razem
wzięte. A wciąŜ jeszcze napływały nowe, zadyszane, obładowane tobołami gromady. Jakieś małŜeństwo
niosło dobytek ułoŜony na zdjętych z zawiasów drzwiach domku. Ktoś udowadniał, Ŝe łatwiej będzie
wyjechać z Sheppertonu pociągiem.
Hałasu było tu co niemiara, a jakiś facet próbował nawet kpić i dworować. Najwidoczniej cały ten tłum
wyobraŜał sobie Marsjan jako ludzi groźnych wprawdzie, którzy mogą napaść i zrabować miasteczka i
wioski, ale którzy wcześniej czy później nie unikną zagłady. Wzrok wszystkich zwracał się co chwila ku
łąkom za Wey, ciągnącym się aŜ po Chertsey, lecz panował tam zupełny spokój.
W przeciwieństwie do wybrzeŜa po stronie Surrey, na przeciwległym brzegu Tamizy, z wyjątkiem miejsca
gdzie przybijają łodzie, cicho było i spokojnie. Lądujący rozchodzili się w pośpiechu polnymi droŜynami.
Akurat wielki prom dobijał do brzegu. Kilku stojących na trawniku koło oberŜy Ŝołnierzy pokpiwało sobie z
uciekinierów nie udzielając im pomocy. OberŜa, jak zwykle w niedzielę, była zamknięta.
- Co to? - krzyknął przewoźnik.
- Stul pysk, przeklęty!- zawołał ktoś do ujadającego niedaleko nas psa. Od Chertsey rozległ się głuchy huk,
odgłos strzału armatniego.
Walka rozpoczęła się. Niemal natychmiast zaczęły przyłączać się do chóru, strzelając co sił, jedna po
drugiej, niewidoczne, ukryte bardziej na prawo, za porastającymi przeciwległy brzeg drzewami, baterie.
Któraś kobieta krzyknęła. Tłum stał nieporuszony, wsłuchany w nagły zgiełk tak bliskiej, a przecieŜ
niewidocznej bitwy. Dostrzec moŜna było tylko płaskie łąki, krowy skubiące trawę i srebrzyste, nieruchome
w upalnym słońcu płaczące wierzby.
- Chyba ich wojsko zatrzyma - odezwała się z powątpiewaniem stojąca koło mnie paniusia. Nad drzewami
unosiła się leciutka mgiełka.
Nagle daleko w górze rzeki ujrzeliśmy chmurę dymu, która kłębiła się i szła wciąŜ wyŜej i wyŜej, aŜ zawisła
wysoko w nieruchomym powietrzu. Potem ziemia zadrŜała pod nogami i powietrzem targnął głośny wybuch
wybijając szyby w oknach i ogłuszając nas na długą chwilę.
- JuŜ tu są! - wrzasnął jakiś człek w błękitnej koszuli. - Tam! Widzicie ich? Tam!
W oddali spoza drzew ukazał się nagle jeden, drugi, trzeci, czwarty Marsjanin. Gnali ciągnącymi się od
Chertsey polami ku rzece. Z dala wyglądali jak niewielkie zakapturzone figurki mknące posuwistym,
szybkim jak lot ptaków ruchem. Potem pojawił się piąty. Pędził na przełaj, wprost na nas. Szli-na działa.
Lśniły w słońcu metalowe cielska rosnących z kaŜdym krokiem potworów. Najodleglejszy, ostatni w lewo,
wymachiwał wzniesioną wysoko skrzynką i nagle upiorny, straszliwy Snop Gorąca, tak dobrze znany mi od
piątku, pomknął ku Chertsey i uderzył w nieszczęsne miasteczko.
Wydawało się, Ŝe widok tych przedziwnych, okropnych istot poraził na chwilę zebrany nad rzeką tłum.
Zapanowała zupełna cisza, nikt nie krzyknął, nikt nie jęknął. Potem rozległ się ochrypły pomruk, tupot setek
nóg i plusk wody. Jakiś męŜczyzna, zbyt wystraszony, by rzucić trzymaną na ramieniu walizę, odwrócił się i
wyrŜnął mnie nią tak mocno, aŜ się zatoczyłem. Biegnąca ku rzece kobieta popchnęła mnie z
niespodziewaną siłą. Ja teŜ rzuciłem się wraz z tłumem do ucieczki, mimo przeraŜenia jednak nie
przestawałem myśleć. Ani na chwilę nie zapominałem o Snopie Gorąca! Ukryć się pod wodą! Oto jedyny
ratunek!
- Kryć się pod wodą! - ryknąłem. . Rozejrzałem się i popędziłem na spotkanie nadchodzącego Marsjanina,
prosto ku piaszczystej zatoce i do wody. Inni uczynili to samo. Gdy biegłem, obok z zawracającej do brzegu
łodzi, wyskakiwali ludzie. Kamienie na dnie oślizłe były i zamulone, woda zaś tak płytka, Ŝe chcąc zagłębić
się do pasa, musiałem odbiec ze dwadzieścia kroków od brzegu. Kiedy olbrzymia postać Marsjanina była o
paręset juŜ tylko jardów ode mnie dałem nurka. Plusk, z jakim ludzie wyskakiwali z łodzi, grzmiał mi w
uszach z siłą piorunów. Ludzie z pośpiechu lądowali po obu stronach rzeki.
Marsjanin nie zwracał chwilowo uwagi na uwijających się w popłochu ludzi, jak człowiek nie zwraca uwagi
na mrówki krzątające się wokół kopniętego przypadkiem mrowiska. Gdy wytknąłem nareszcie, na pół
uduszony, głowę z wody, kaptur Marsjanina patrzył ku strzelającym jeszcze zza rzeki bateriom. Potem
olbrzym ruszył dalej wymachując w takt kroków zbiornikiem gorąca.
23
Po chwili był juŜ nad rzeką i począł brnąć przez wodę. Wychodząc na przeciwległy brzeg przyklęknął na
chwilę, natychmiast jednak powstał i ruszył ku Sheppertonowi. Równocześnie wypaliło sześć ukrytych
wśród podmiejskich domków armat. Niespodziane, bliskie, następujące szybko po sobie wybuchy przeraziły
mnie. Potwór unosił właśnie skrzynię ze Snopem, gdy o kilka stóp od kaptura rozerwał się granat.
Wydałem okrzyk zdumienia: Nie parzyłem juŜ na tamtych czterech, nie myślałem o nich, całą uwagę
skupiłem na najbliŜszym. Dwa następne pociski wybuchły tuŜ koło metalowego cielska, a czwarty rąbnął w
usiłujący uniknąć go obrotem kaptur. Kaptur pękł, błysnął i rozleciał się w kawałki sypiąc wkoło odłamkami
metalu i krwawymi strzępami mięsa.
- Trafili! - krzyknąłem z zachwytem.
Odpowiedziały mi okrzyki radości. W podnieceniu omal nie wyskoczyłem na brzeg.
Pozbawiony głowy kolos zataczał się jak pijany; nie przewrócił się jednak. Cudem niemal zachował
równowagę, ale nie panując nad ruchami pomykał ze wzniesionym w górę zbiornikiem gorąca ku
Sheppertonowi. śywa inteligencja, zamknięty w kapturze Marsjanin, została zgładzona, rozprysła się na
cztery wiatry i potwór był juŜ tylko metalowym mechanizmem sunącym ku nieuchronnej zagładzie. Nie
kierowany przez nikogo pędził wprost przed siebie. Uderzył jak taran w wieŜę kościelną, zdruzgotał ją jak
szklaną zabawkę, skręcił w bok, potknął się i ginąc z oczu runął w rzekę z potęŜnym łoskotem.
Gwałtowny wybuch wstrząsnął powietrzem. W niebo strzelił słup wody, pary, błota i odłamków metalu. To
komora ze Snopem dotknęła wody zmieniając ją niepowstrzymanie w parę. Rzeką runęła jak wrzący
błotnisty przypływ potęŜna fala. Widziałem ludzi uciekających na brzegi, zewsząd rozlegały się jęki i krzyki
zagłuszane sykiem i zgiełkiem upadku Marsjanina.
Nie zwracając uwagi na gorąco, stłumiwszy instynkt samozachowawczy przepychałem się wśród
uciekających, pędziłem z pluskiem przez nadbiegające fale w górę rzeki, do zakrętu, chcąc ujrzeć, co się tam
dzieje. Kilka porzuconych łódek obijało się bez celu po wzburzonych falach. Wreszcie zobaczyłem
Marsjanina. LeŜał w poprzek koryta, zupełnie niemal zatopiony.
Nad szczątkami unosiły się gęste obłoki pary. Widać przez nie było, jak olbrzymie członki młócą w
nieustannych drgawkach wodę, jak rozpryskują w powietrzu błotnistą pianę. Macki niby Ŝywe ramiona to
splatały się konwulsyjnie, to rozplatały i gdyby nie bezradna jałowość tych ruchów wydawałoby się, Ŝe to
ś
miertelnie zraniona istota walczy z falami o Ŝycie. Z machiny tryskały z głośnym sykiem olbrzymie strugi
rdzawobrązowej cieczy.
Od widoku tego odwróciły mą uwagę wściekłe ryki przypominające dźwięki rozpowszechnionych w
przemysłowych miastach syren fabrycznych. Jakiś jegomość stojący tuŜ przy brzegu, po kolana w wodzie,
krzyczał coś do mnie pokazując palcem w tył, poza mnie. Odwróciłem się i ujrzałem sadzących ogromnymi
susami brzegiem, od Chertsey, Marsjan. Z Sheppertonu znów odezwały się działa, tym jednak razem bez
skutku.
Na ten widok dałem nurka i płynąłem pod wodą wstrzymując oddech dopóty, dopóki kaŜdy ruch nie stał się
męką. Woda dokoła burzyła się coraz gwałtowniej, temperatura rosła błyskawicznie.
Gdy wynurzyłem się na chwilę, by zaczerpnąć tchu, i przetarłem oczy białe kłęby pary przesłoniły Marsjan
niemal całkowicie. Hałas panował ogłuszający. Wreszcie ujrzałem niewyraźnie ogromne, bo powiększone
jeszcze przez mgłę, szare postacie. Minęły mnie, po czym dwie nachyliły się nad parującymi szczątkami
towarzysza.
Dwie pozostałe stanęły koło nich, w wodzie, jedna o dwieście mniej więcej jardów od mnie, druga bliŜej ku
Laleham. Wzniesione wysoko zbiorniki ze Snopem Gorąca siały z sykiem śmiercionośne promienie.
Powietrze pełne było wrzawy, ogłuszającej mieszaniny skłóconych ze sobą hałasów; podobnych do głosu
trąb, ryków Marsjan, łoskotu walących się domów, trzasku płonących drzew, płotów i zabudowań. Gęsty,
czarny dym łączył się z bijącą z rzeki parą, w Weybridge zaś miejsca dotknięte Snopem łyskały oślepiającą
białością i w jednej chwili zmieniały się w dymiące, roztańczone płomienie. Pobliskie domy wciąŜ jeszcze
stały nietknięte, wyczekując swego losu. Przesłaniały je drŜące, blade obłoczki pary, oświetlały buzujące
poŜary.
Dysząc cięŜko, stałem chwilę po pierś we wrzącej niemal wodzie, oszołomiony beznadziejnością połoŜenia,
pewny nieuchronnej zguby. Poprzez opary widziałem ludzi uchodzących na brzeg i przezierających się przez
gęstwę trzcin, na podobieństwo Ŝab przeraŜonych zbliŜaniem się człowieka.
Nagle biała smuga Snopa poczęła pomykać w mą stronę. Pod jej dotknięciem z domów tryskały płomienie,
drzewa stawały w ogniu. Przejechała po brzegu w jedną stronę, potem w drugą, zlizując uciekających, i
dotknęła rzeki niespełna pięćdziesiąt kroków ode mnie. Musnęła wodę przesuwając się od brzegu do brzegu,
a śladem jej pobiegło białe pasmo wrzącej, buchającej parą piany. Skoczyłem ku brzegowi.
Uszedłem parę zaledwie kroków, gdy runęła na mnie potęŜna, wrząca niemal fala. Wrzasnąłem
nieprzytomnie i poparzony, na pół oślepiony, czując, Ŝe ginę, zataczając się wśród syczącej, rwącej wody
24
przedzierałem się resztkami sił ku brzegowi. Gdybym potknął się-byłby to koniec. Nie potknąłem się jednak.
Upadłem wyczerpany na szerokiej, piaszczystej łasze, przy samym ujściu Wey do Tamizy, tuŜ pod nosem
nadchodzących Marsjan. Byłem pewien, Ŝe czeka mnie śmierć.
Jak przez mgłę pamiętam ogromną stopę Marsjanina. Wparła się w ziemię o kilkanaście zaledwie jardów od
mej głowy, rozrzucając na wszystkie strony piach, po czym znów uniosła się w górę. Pamiętam długą, pełną
niepewności chwilę wyczekiwania, a potem widok, to wyraźny, to przesłonięty welonem dymu, czterech
kolosów dźwigających szczątki zgładzonego towarzysza. Uchodziły one nieskończenie wolno, jak mi się
zdawało, przez rzekę i dalej, nadbrzeŜnymi łęgami. Dopiero wtedy zacząłem pojmować coraz jaśniej, Ŝe
chyba cudem jakimś - ocalałem.
Jak spotkałem się z wikarym
Po tej niespodzianej lekcji naszej potęgi, udzielonej przez ziemską broń, Marsjanie wycofali się na pola pod
Horsell; do swych wyjściowych pozycji; Ŝe zaś odchodzili w pośpiechu i do tego obciąŜeni szczątkami
powalonego kompana - przeoczyli niewątpliwie wielu takich rozsianych w pojedynkę rozbitków jak ja.
Gdyby nie zajmowali się wówczas swym towarzyszem, lecz atakowali dalej, to nieliczne baterie broniące
dostępu do Londynu nie byłyby w stanie ich powstrzymać i stanęliby w stolicy wcześniej niŜ wieść o ich
pochodzie. Byłoby to natarcie tak nagłe, straszliwe i niszczące, jak trzęsienie ziemi, które przed stu laty
zburzyło Lizbonę.
Nie śpieszyli się jednak. Poprzez międzyplanetarne przestrzenie mknął przecieŜ walec za walcem. KaŜda
doba przynosiła posiłki. A tymczasem nasze sztaby, lądowy i morski, znając juŜ w pełni niesłychaną moc
wroga pracowały z wściekłą energią. Dosłownie co minutę stawało na stanowisku nowe działo, tak Ŝe o
zmierzchu z kaŜdego zagłębienia, zza kaŜdego krzaka i domku, ze stoków wzgórz Kingstonu i Richmondu
wyzierały czujne, choć zamaskowane czarne paszcze armatnie. A przez zwęglone, martwe pola, wszystkiego
ze-dwadzieścia moŜe mil kwadratowych, otaczające obozowiska Marsjan w Horsell, przez spalone,
zrujnowane wioski, między sczerniałymi, zeschłymi kikutami wczoraj jeszcze szumiących drzew przemykali
się ofiarni zwiadowcy z heliografami, które miały ostrzegać artylerzystów o kaŜdym ruchu Marsjan. Ci
jednak pojęli juŜ znakomicie działanie naszej artylerii, pojęli niebezpieczeństwo ludzkiej bliskości, toteŜ
podejść bliŜej niŜ o milę do któregoś z walców moŜna było tylko za cenę Ŝycia.
Wydaje się, Ŝe wczesnym popołudniem olbrzymy przeniosły zawartość drugiego i trzeciego walca z
Adlestone i Pyrfordu do pierwszej swej jamy na polach Horsell. Na wzniesieniu, ponad wypalonymi
wrzosowiskami i zrujnowanymi budynkami, stanął na warcie jeden, podczas gdy inni opuścili swe machiny
wojenne i zeszli do jamy. Pracowali tam zawzięcie do późnej nocy. Świadczył o tym piętrzący się nad jamą
słup zielonego dymu widoczny wyraźnie z pagórków pod Merrow, a nawet, jak mówiono, z Banstead,
Epsom i Downs.
Podczas gdy za mymi plecami Marsjanie gotowali się do następnego wypadu, a przede mną ludzkość
zbierała siły do walki, ja w niewypowiedzianej męce, bólu i trudzie przedzierałem się przez ogień i dym
płonącego Weybridge ku Londynowi.
Dostrzegłszy jakieś porzucone czółno płynące w dół rzeki, zrzuciłem przemoczone zwierzchnie odzienie,
dotarłem do łódki i w ten sposób opuściłem teren zagłady. Wioseł w czółnie nie było, toteŜ grzebiąc w
wodzie poparzonymi rękami posuwałem się z wielkim tylko trudem do Hallifordu i Waltonu. Oglądałem się
przy tym nieustannie, co zresztą łatwo chyba przyjdzie czytelnikowi zrozumieć. Wybrałem rzekę, bo
wiedziałem teraz, Ŝe najwięcej szans ocalenia, gdyby potwory pojawiły się znowu, zapewnia woda.
Fala wywołana upadkiem Marsjanina tak była gorąca, Ŝe przez większą część pierwszej mili para całkowicie
przesłaniała mi widok brzegów rzeki. Raz tylko, przez krótką chwilę, widziałem czarny sznur sylwetek
uciekających polami od Weybridge. Halliford, jak mi się zdawało, był całkowicie opuszczony, a szereg
nadbrzeŜnych domków płonęło. Dziwny to był widok - zupełny spokój, zupełna pustka pod upalnym,
błękitnym niebem i tylko dym i płomienie tańczące w popołudniowym skwarze. Nigdy jeszcze nie zdarzyło
mi się widzieć płonących domów bez zgiełkliwego tłumu gapiów: Nieco dalej tliły się i dymiły suche
przybrzeŜne szuwary, zaś nie skoszonymi jeszcze łąkami posuwała się niepowstrzymanie w głąb lądu krecha
ognia.
Tak byłem obolały i zmordowany gwałtownością przeŜyć, tak straszny panował skwar na rzece, iŜ długi czas
dawałem bezwolnie nieść się prądowi. W końcu jednak strach przemógł i znów zacząłem wiosłować. Na
dobitek słońce spiekło mi obnaŜone plecy, toteŜ gdy wyłonił się wreszcie zza zakrętu most w Waltonie - upał
i wyczerpanie przemogły przeraŜenie. Przybiłem do brzegu i śmiertelnie znuŜony wyciągnąłem się wśród
wysokiej trawy. Była moŜe czwarta, moŜe piąta po południu. Po chwili podniosłem się, uszedłem z pół mili
nie spotykając po drodze Ŝywej duszy i znów ległem, tym razem w cieniu Ŝywopłotu. Pamiętam: idąc
25
mówiłem coś półprzytomnie sam do siebie. Okropnie chciało mi się pić i gorzko Ŝałowałem, Ŝe wypiłem tak
mało wody. Ciekawe, Ŝe zły byłem na Ŝonę; nie potrafię tego objaśnić, lecz winiłem ją za jałowość mych
prób powrotu do Leatherhead.
Duchowny zjawił się prawdopodobnie w czasie mej drzemki, gdyŜ nadejścia jego zupełnie sobie nie
przypominam. Ujrzałem go siedzącego przy mnie, w wybrudzonej sadzami bluzie, z wygoloną twarzą
wzniesioną w górę, zapatrzonego w migocące na niebie błyski. Niebo pokryte było barankami, kłębkami
puchowych chmurek zabarwionych leciutkim róŜem letniego zachodu.
Usiadłem, a ksiądz na odgłos tego ruchu spojrzał pośpiesznie na mnie.
- Nie ma pan wody? - spytałem krótko.
Zaprzeczył ruchem głowy.
- Dopomina się pan o wodę juŜ od godziny - odrzekł.
Milczeliśmy przyglądając się sobie badawczo. Śmiem twierdzić, Ŝe wyglądałem dość dziwacznie, nagi do
pasa, w mokrych spodniach i skarpetkach, poparzony, umorusany. Jego zaś twarz była wcieleniem słabości.
Cofnięta broda, kędzierzawe, lniane niemal loki opadające na niskie czoło, dość duŜe bladoniebieskie bez
wyrazu oczy. Mówił urywanie, patrząc gdzieś w bok, w próŜnię.
- Co to ma znaczyć? - rzekł. - Co to wszystko ma znaczyć?
Patrzyłem nań bez słowa.
Wyciągnął białą, wątłą dłoń i zaczął pełnym skargi głosem:
- Dlaczego pozwala się na to? Za jakie grzechy? Wyszedłem po rannym naboŜeństwie w pole, by odświeŜyć
nieco umysł, i nagle ogień, trzęsienie ziemi, śmierć! Jak Sodoma i Gomora! Cała nasza praca zniszczona,
cała praca... Kim są ci Marsjanie?
- Kim my jesteśmy? - odparłem ochryple.
Opasał kolana ramionami i znów zwrócił się ku mnie. Długą chwilę patrzał na mnie w milczeniu.
- Wyszedłem na spacer, by odświeŜyć się nieco - powtórzył - i nagle ogień, trzęsienie ziemi, śmierć!
Zamilkł, skłaniając głowę tak nisko, iŜ brodą sięgał niemal kolan. Wtem począł wymachiwać ręką. - Cała
praca, wszystkie szkoły... CóŜeśmy zawinili? Co zawiniło Weybridge? Wszystko zniszczone! Nic nie
zostało! Kościół! Odbudowany trzy lata temu! Nie ma! Zmieciony! Za co?
Chwila milczenia i znów wybuch - jak u szaleńca.
- Dymy poŜarów unosić się będą na wieki wieków! - krzyczał.
Oczy płonęły mu, cienkim palcem wskazywał Weybrigde. Zacząłem pojmować. Straszliwa tragedia, jaką
przeŜył - uszedł najwidoczniej z Weybridge - doprowadziła go niemal do obłędu.
- Daleko stąd do Sunbury? - zapytałem rzeczowo.
- I cóŜ mamy czynić? - pytał. - Czy te istoty są wszędzie? Czy całą Ziemię otrzymały we władanie?
- Daleko stąd do Sunbury?
- PrzecieŜ dziś rano odprawiałem jeszcze mszę...
- Od rana zmieniło się wiele rzeczy - odparłem spokojnie. - Proszę się opanować. Nie naleŜy tracić nadziei.
- Nadziei!
- Tak. Gorącej nadziei, mimo wszystkich tych zniszczeń!
Zacząłem wyjaśniać swój pogląd na sytuację. Z początku słuchał, w miarę jednak jak mówiłem,
zainteresowanie w jego oczach zmieniało się w poprzednią bezmyślność. Odwrócił wzrok.
- To początek końca - wykrzyknął nie dając mi dokończyć. - Koniec! „Wielki, straszliwy dzień Pana! I ludy
wzywać będą pagórki i skały, by spadły na nie i ukryły je... ukryły przed obliczem Tego, który zasiada na
tronie!”.
Zacząłem rozumieć sytuację. Zaprzestałem wypracowanego rozumowania, powstałem i pochylając się nad
nim oparłem mu dłoń na ramieniu.
- Trzeba, być męŜczyzną - wyrzekłem. - Pan jest nieprzytomny ze strachu. CóŜ za poŜytek z religii, jeśli
kruszy się ona w obliczu nieszczęścia? Proszę pomyśleć, ile zła wyrządziły ludzkości trzęsienia ziemi,
powodzie, wojny, wybuchy wulkanów! Czy panu zdaje się, Ŝe Bóg ubezpieczył Weybrigde od wypadku?
Człowieku, Bóg to nie agent ubezpieczeniowy.
Siedział czas jakiś w bezmyślnym milczeniu.
- I jakŜe moŜemy ocaleć? - spytał nagle. - Oni są niedosięŜni, oni są bezlitośni...
- Ani jedno, ani prawdopodobnie drugie- odparłem. - Poza tym im są potęŜniejsi, tym mądrzejsi i ostroŜniejsi
powinniśmy być my. Jeden z nich zginął, o, tam, niespełna trzy godziny temu.
- Zginął! - wykrzyknął rozglądając się dokoła. - JakŜe mógł zginąć wysłannik Pana?
- Widziałem na własne oczy - odparłem. - Przypadkowo wpadliśmy w sam gąszcz wydarzeń... i to wszystko
- zakończyłem.
- Co to za iskry na niebie? - zapytał urywanie.
26
Wyjaśniłem, Ŝe są to sygnały przesyłane heliografami, znaki na niebie wysiłków i pomocy ludzkiej na ziemi.
- Jesteśmy w samym środku - mówiłem. - Choć teraz panuje tu spokój, błyski te zwiastują nadchodzącą
burzę. Tam, zdaje się, są Marsjanie, a pod Londynem, tam gdzie widać pagórki, koło Richmondu i
Kingstonu, usypano szańce i ustawiono działa. Niedługo Marsjanie znów nadejdą
Nie skończyłem jeszcze mówić, gdy przerwał mi gestem. - Słyszy pan? - zawołał.
Spoza płaskich pagórków na tamtym brzegu rzeki doszedł nas głuchy huk dalekich dział i odległy
tajemniczy krzyk. Potem wszystko ucichło. Nad krzakami przemknął hucząc głośno czarny trzmiel. Na
zachodzie wysoko nad dymami Weybrigde i Sheppertonu, nad płomienną świetnością gasnącego słońca
zawisł na niebie biały, wąski sierp księŜyca.
- Chodźmy lepiej w tamtą stronę - rzekłem - na północ.
W Londynie
Kiedy Marsjanie lądowali w Woking, młodszy mój brat przebywał w Londynie. Studiował tam medycynę i,
przygotowując się do bliskich juŜ egzaminów, aŜ do soboty rano nie słyszał nic o ich przybyciu. Sobotnie
dzienniki poranne, prócz przydługich artykułów na temat Marsa, Ŝycia na innych planetach i tak dalej,
przyniosły krótką i mgliście sformułowaną, a więc tym bardziej zaskakującą depeszę.
„Marsjanie wystraszeni zbliŜaniem się tłumu uŜyli szybkostrzelnego działa i zabili trochę ludzi”. Tyle
mówiła depesza. Kończyła się zaś słowami: „Jakkolwiek Marsjanie wydają się groźni, to jednak nie ruszają
się ze swej jamy, co więcej, nie są chyba do tego zdolni. Przyczyną tego jest prawdopodobnie względna
wielkość siły ziemskiego ciąŜenia”. Nad tą to właśnie tezą komentatorzy rozwodzili się w artykułach
redakcyjnych najbardziej optymistycznie.
Rzecz jasna, zaciekawiło to niesłychanie wszystkich studentów katedry biologii, gdzie tego właśnie dnia brat
miał zajęcia, na ulicach jednak nie moŜna było dostrzec ani śladu jakiegoś podniecenia. Wieczorna prasa
rozdmuchiwała strzępy wiadomości opatrując je ogromnymi tytułami. Nie mogła jednak podać nic ponad to,
Ŝ
e na Ŝwirowisko skierowano oddziały wojskowe i Ŝe pomiędzy Woking a Weybrigde wybuchł poŜar lasu.
Tak było aŜ do ósmej wieczór. Później St. James’ Gazette doniosła w dodatku nadzwyczajnym, ber Ŝadnych
zresztą komentarzy, o przerwaniu linii telegraficznej. Przypuszczano, iŜ walące się drzewa uszkodziły
przewody. Nocy tej, nocy mojej wyprawy do Leatherhead i powrotu do domu, nie nadeszły juŜ Ŝadne dalsze
wiadomości o walce.
Brat nie martwił się o nas wiedząc z prasy, iŜ walec spadł o dobre dwie mile od naszego domku. Postanowił
jednak skoczyć do nas wieczorem, aby - jak potem mówił - zobaczyć te stwory, zanim zostaną zabite. Około
czwartej nadał depeszę, która nigdy do mnie nie dotarła, wieczór zaś spędził na koncercie.
W noc sobotnią nad Londynem takŜe przeszła nawałnica, toteŜ mój brat na dworzec Waterloo udał się
doroŜką. Na peronie, z którego zazwyczaj odchodzą nocne pociągi, po dość długim wyczekiwaniu
dowiedział się, Ŝe jakiś wypadek na trasie nie pozwala dostać się tej nocy do Woking. Nie zdołał upewnić
się, o jaki to wypadek chodziło; prawdę powiedziawszy, władze kolejowe same jeszcze wówczas dobrze nie
wiedziały, co się tam stało. Na dworcu nie było widać podniecenia, gdyŜ kolejarze, przypuszczając, Ŝe
chodzi po prostu o zwykłe uszkodzenie toru między Byfleet a Woking, puszczali pociągi idące normalnie
przez Woking okólną trasą, przez Virginia Water lub przez Guildford. Czyniono takŜe niezbędne
przygotowania do zmiany tras wycieczek niedzielnych do Southampton i Portsmouth. Pewien nocny reporter
jednej z gazet, biorąc mego brata za zawiadowcę stacji, jako Ŝe istotnie był do niego trochę podobny,
usiłował po długim czatowaniu przeprowadzić z nim wywiad. Mało kto prócz kolejarzy kojarzył sobie
przerwę w ruchu z Marsjanami.
W jednym z późniejszych opisów ówczesnych wydarzeń czytałem, iŜ w niedzielę rano „cały Londyn
zelektryzowany został wiadomościami z Woking”. W rzeczywistości jednak nie działo się tam nic, co
mogłoby usprawiedliwić to przesadne twierdzenie. Mnóstwo ludzi w Londynie w ogóle nie słyszało o
Marsjanach aŜ do poniedziałkowej paniki. Ci zaś, którzy słyszeli - potrzebowali dość duŜo czasu, by pojąć,
co kryło się naprawdę za pośpiesznymi, krótkimi słowami depesz w niedzielnych dziennikach. Wszak
większość mieszkańców Londynu w ogóle nie czyta niedzielnej prasy.
Co więcej, nawyk osobistego bezpieczeństwa tak głęboko tkwi w świadomości przeciętnego londyńczyka,
zaś zadziwiające informacje w gazetach są rzeczą tak zwykłą, iŜ czytał on bez Ŝadnego niepokoju: „Wczoraj,
około siódmej wieczór, Marsjanie wydostali się z walca i poruszając się pod osłoną metalowych tarcz
zniszczyli całkowicie dworzec w Woking wraz z pobliskimi domami oraz rozgromili cały batalion pułku
Cardigana. BliŜsze szczegóły nie są dotychczas znane. Karabiny maszynowe są zupełnie bezskuteczne
wobec pancerzy uŜywanych przez Marsjan, działa zaś polowe zostały przez nich obezwładnione. Szwadron
huzarów przecwałował w ucieczce przez Chertsey. Wydaje się, Ŝe Marsjanie posuwają się wolno w kierunku
27
Chertsey lub Windsoru. W zachodniej części Surrey panuje powaŜne zaniepokojenie. Prowadzi się roboty
ziemne, aby powstrzymać marsz Marsjan na Londyn”. Tak pisał Sunday Sun, zaś Referee w krótkim,
zręcznie zredagowanym artykuliku porównywał Marsjan do „dzikich zwierząt, które wyrwały się nagle z
menaŜerii i rozbiegły po wiosce”.
Nikt w Londynie nie wiedział nic dokładnego o uzbrojeniu Marsjan i wciąŜ jeszcze panowało tu
przekonanie, Ŝe potwory te są „nieruchawe”, Ŝe „czołgają się” lub „pełzają z trudem” - jak to z początku
określały wszystkie niemal doniesienia. śadna depesza nie pochodziła przecieŜ od naocznego świadka ich
marszu. W niedzielę redakcje drukowały dodatki nadzwyczajne w miarę napływu nowych wiadomości,
niektóre zaś nawet i bez tego. AŜ do późnego jednak popołudnia, kiedy to władze przekazały agencjom
prasowym pierwsze oficjalne komunikaty, gazety nie miały właściwie dla swych czytelników Ŝadnych
nowości. Ograniczały się więc do drukowania wiadomości o tłumach mieszkańców Walton, Weybridge i
okolicy ciągnących wszystkimi drogami do Londynu.
Brat mój, dalej nic nie wiedząc o wydarzeniach ubiegłej nocy, był z rana w kaplicy szpitalnej Foundling.
Tam usłyszał pogłoski o najeździe i uczestniczył w specjalnych modłach o pokój. Wychodząc kupił numer
Referee. Wiadomości, jakie w nim znalazł, przeraziły go, udał się więc ponownie na dworzec Waterloo, by
dowiedzieć się, czy jest juŜ połączenie z Woking. Omnibusy, pojazdy, cykliści, nieprzeliczone tłumy
odświętnie odzianych przechodniów, wszystko to nie wydawało się wcale poruszone dziwnymi
wiadomościami, wykrzykiwanymi przez gazeciarzy. Owszem, udzie byli zaciekawieni; jeśli zaś niepokoili
się, to przede wszystkim o los mieszkańców zagroŜonych okolic. Na dworcu brat usłyszał po raz pierwszy o
przerwaniu linii do Windsoru i Chertsey. Tragarze mówili, Ŝe z rana nadeszła z Byfleet i Chertsey wiele
waŜnych depesz; lecz napływ ich został nagle przerwany. Brat mój uzyskał od nich jednak bardzo niewiele
szczegółów. Wiadomości ich ograniczmy się do tego, Ŝe „koło Weybrigde biją się”.
Ruch pociągów był mocno zdezorganizowany. Pod dworcem stało mnóstwo łudzi oczekujących przyjazdu
znajomych z licznych miejscowości objętych siecią Południowo - Zachodniego Towarzystwa Linii
Kolejowych. Jakiś starszy, szpakowaty jegomość podszedł do brata i Ŝalił się gorzko na dyrekcję linii. -Będą
się jeszcze z tego tłumaczyć! - powtarzał.
Z Richmondu, Putney i Kingstonu nadeszło parę pociągów wypełnionych ludźmi, którzy pojechali na łódki i
zastali przystanie pozamykane i ogólną atmosferę paniki. Jakiś pan w biało-niebieskiej marynarce zasypał
brata niezwykłymi nowinami.
- Do Kingstonu zjechały całe gromady ludzi wozami, bryczkami, Bóg wie czym jeszcze, z pakami, ze
wszystkim - opowiadał. - Jechali z Molesey, z Weybridge, z Waltonu i mówili, Ŝe w Chertsey słychać
armaty, gęstą kanonadę, a jacyś kawalerzyści kazali im się czym prędzej wynosić, bo nadchodzą Marsjanie.
My teŜ na stacji w Hampton Court słyszeliśmy huk dział, ale myśleliśmy, Ŝe to burza. Co to wszystko ma, do
licha, znaczyć? PrzecieŜ Marsjanie nie potrafią wyleźć z jamy, prawda?
Brat nie umiał mu na to nic odpowiedzieć.
Nieco później przekonał się, Ŝe nieokreślone uczucie niepokoju, szerzyło się równieŜ wśród pasaŜerów kolei
podziemnej i Ŝe niedzielni wycieczkowicze zaczęli powracać tłumnie z poludniowo - zachodnich „płuc”
Londynu: z Barnes, z Wimbledonu, z parku w Richmond, z Kew i tak dalej, o niezwykle wczesnej porze;
nikt jednak nie mógł nic powiedzieć oprócz niepewnych plotek. Wszyscy przybywający wydawali się za to
bardzo poirytowani.
Około piątej tłum zebranych pod dworcem obiegła niezwykle podniecająca wiadomość. Oto uruchomiono
połączenie, zawsze prawie zamknięte, pomiędzy stacją Południowo - Wschodnią a Południowo - zachodnią i
skierowano tam transportery wojskowe załadowane ogromnymi działami i wojskiem. Były to armaty
wysłane z Woolwich i Chatham dla ochrony Kingstonu. Publiczność wymieniała z Ŝołnierzami dowcipy w
rodzaju: „uwaŜajcie, bo was poŜrą”, „zrobili z nas pogromców dzikich zwierząt” i wiele innych. Wkrótce
przybył na dworzec oddział policji i przystąpił do usuwania tłumu z peronów. Wówczas brat mój wyszedł z
innymi na ulicę.
Dzwony kościelne biły na wieczorne naboŜeństwo, zaś ulicą Waterloo przemaszerowała śpiewając grupka
dziewcząt z Armii Zbawienia. Na moście gromada gapiów przyglądała się płatom dziwnej, brązowej piany
niesionej prądem w dół rzeki. Słońce zachodziło i na tle złocistego, przeciętego długimi ukośnymi pasmami
purpurowych chmur nieba rysowały się dachy Parlamentu i wieŜa Clock Tower. Mówiono coś o topielcach.
Jakiś człowiek, rezerwista, jak wynikało z jego słów, opowiadał bratu o widocznych na zachodzie błyskach
heliografów.
Na ulicy Wellingtona brat natknął się na kilku obdartusów wybiegających z Fleet Street z wilgotnymi
jeszcze, prosto z drukarni, gazetami i afiszami. - Straszliwa klęska - wrzeszczeli jeden przez drugiego,
pędząc jezdnią. - Bitwa pod Weybridge! Dokładny opis! Marsjanie odparci! Londyn w niebezpieczeństwie! -
Za gazetę brat musiał zapłacić trzy pensy.
28
Wtedy, i dopiero wtedy, zaczął zdawać sobie po trosze sprawę ze straszliwej potęgi tych istot. Dowiedział
się, Ŝe nie są one tylko garstką niezdarnych potworów, Ŝe potrafią kierować potęŜnymi mechanizmami, Ŝe
poruszają się z błyskawiczną szybkością, Ŝe zadają niespodziewane ciosy, którym nie mogą sprostać
najcięŜsze nawet działa.
Opisywano ich jako „wielkie, podobne do pająków machiny około stu stóp wysokości, rozwijające szybkość
pociągu pośpiesznego i wyrzucające snop intensywnego gorąca”. Tereny wokół Horsell, a zwłaszcza
pomiędzy Woking i Londynem naszpikowane zostały zamaskowanymi bateriami, przede wszystkim artylerią
polową. DostrzeŜono pięć machin podąŜających ku Tamizie, jedna z nich dzięki szczęśliwemu trafieniu
została zniszczona. Inne działa spudłowały i wszystkie je natychmiast unicestwił Snop Gorąca. Wspomniano
o cięŜkich stratach wśród Ŝołnierzy, ogólny jednak ton komunikatu był raczej optymistyczny.
Marsjanie zostali odparci; nie byli niezniszczalni. Wycofali się do wyznaczonego walcami koła ze środkiem
w Woking. Ze wszystkich stron tropili ich zwiadowcy z heliografami. PrzewoŜono pośpiesznie działa z
Windsoru, Portsmouth, Aldershot, Woolwich, nawet z Północy; były nawet długie, potęŜne
dziewięćdziesiątki piątki z Woolwich. Ogółem ustawiono z pośpiechem na stanowiskach sto szesnaście
armat, głównie jako osłonę Londynu. Jak Anglia Anglią, nigdy dotąd nie było tak wielkiego i tak szybkiego
skoncentrowania narzędzi wojny.
WyraŜano nadzieję, iŜ kaŜdy następny lądujący walec będzie moŜna natychmiast niszczyć pośpiesznie
wytwarzanymi i dosyłanymi na plac boju materiałami wybuchowymi. Niewątpliwie, głosiło dalej
sprawozdanie, sytuację naleŜy określić jako mocno niepewną i jako najpowaŜniejszą, lecz wzywa się
ludność, by nie ulegała panice. Wprawdzie Marsjanie wydają się nam bezgranicznie obcy i straszliwi, jednak
jest ich najwyŜej dwudziestu przeciw milionom ludzi.
Władze przypuszczały na podstawie rozmiarów walców, iŜ w kaŜdym z nich pomieścić się mogło co
najmniej pięciu Marsjan, czyli razem piętnastu. Co najmniej zaś jeden, a być; moŜe więcej, został zgładzony.
W wypadku niebezpieczeństwa ludność zostanie ostrzeŜona na czas, ponadto przedsięwzięto szczegółowo
przemyślane środki zabezpieczenia mieszkańców zagroŜonych południowo - zachodnich przedmieść.
Komunikat kończył się ponownymi zapewnieniami o bezpieczeństwie Londynu i wezwaniem, by ludność
ufała władzom, iŜ potrafią one opanować trudności.
Wszystko to wydrukowane było ogromnymi czcionkami i najwidoczniej przed chwilą dopiero, gdyŜ papier
nie zdąŜył nawet jeszcze wyschnąć. Nie starczyło teŜ widocznie czasu na jakiekolwiek komentarze.
Zadziwiło brata, jak mi później opowiadał, Ŝe usunięto bez litości z numeru wszelkie inne wiadomości, aby
zostawić jak najwięcej miejsca dla komunikatu.
WzdłuŜ całej ulicy Wellingtona widać było przechodniów czytających i wymachujących róŜowymi
płachtami gazet. Strand zaś zapełnił się nagle hałaśliwymi nawoływaniami całej czeredy gazeciarzy pędzącej
w ślad za grupką swych obdartych przywódców. Ludzie wyskakiwali z omnibusów, aby tylko zaopatrzyć się
w gazetę. Komunikat ten niewątpliwie zaniepokoił ludzi powaŜnie, niezaleŜnie od uprzedniej apatii. śaluzje
jednego ze sklepów z mapami przy Strandzie zostały podniesione, opowiadał brat, a jakiś jegomość w
niedzielnym ubraniu, nie zdjąwszy nawet rękawiczek cytrynowej barwy, pojawił się za szybą przyklejając do
niej z pośpiechem mapę hrabstwa Surrey.
Idąc tak z gazetą w ręku Strandem do Trafalgar Square, brat ujrzał pierwszych uchodźców z zachodniego
Surrey. Był to jakiś męŜczyzna z Ŝoną i dwoma chłopcami, jadący na wyładowanym gratami zieleniarskim
wózku. Jechali od strony mostu Westminsterskiego, a tuŜ za nimi ciągnął drabiniasty wóz, na którym
znajdowało się pięć czy sześć zamoŜnych z pozoru osób oraz kilka pak i kufrów. Twarze ich były posępne, a
cały wygląd raził zdecydowanie na tle odświętnych strojów przechodniów. Z doroŜek przyglądali się im
wyelegantowani spacerowicze. Uciekinierzy przystanęli na placu, jakby niezdecydowani, w którą udać się
stronę, i ostatecznie skręcili na wschód, Strandem. W pewnym za nimi oddaleniu ukazał się jadący na
staromodnym trzykołowym rowerze męŜczyzna w roboczym odzieniu. Był brudny i bardzo blady.
Brat mój skręcił do dworca Victoria, gdzie natknął się takŜe na wielu uchodźców Nurtowała go myśl, Ŝe być
moŜe spotka wśród nich i mnie. Spostrzegł teŜ, Ŝe ruch uliczny reguluje niezwykle duŜo policjantów.
Niektórzy uciekinierzy opowiadali coś pasaŜerom omnibusów. Ktoś zapewniał, iŜ widział Marsjan na własne
oczy. - Kotły na szczudłach, mówię wam, a chodzą jak ludzie. - Większość podniecona była i wzburzona
niezwykłymi przygodami.
Za Victoria Station bary prowadziły z przybyszami oŜywiony handel. Na wszystkich naroŜnikach ulic
gromadki ludzi czytały gazety lub rozprawiały z oŜywieniem, gapiąc się na tych niezwykłych niedzielnych
gości. W miarę jak noc gęstniała, napływało ich wciąŜ więcej i więcej, aŜ w końcu, jak mówił brat, ulice
były tak przepełnione, jak główna ulica Epsom w dniu Derby. Zagadywał on kilkakrotnie niektórych
uchodźców, od większości jednak otrzymywał nic nie mówiące odpowiedzi.
29
O Woking nikt nie umiał nic powiedzieć, tylko jakiś pan zapewniał go, iŜ miasteczko zostało ubiegłej nocy
zrównane z ziemią.
- Idę z Byfleet - odpowiadał. - Wczesnym rankiem przyjechał tam jakiś cyklista i chodząc od domu do domu
ostrzegał nas i radził uciekać. Potem nadeszli Ŝołnierze. Chodziliśmy patrzeć; na południu widać byto
chmury dymu - nic, tylko dym i dym, i ani Ŝywego ducha. Od Chertsey słyszeliśmy armaty, a z Weybridge
zaczęli nadchodzić ludzie. Zamknąłem wtedy dom i teŜ poszedłem.
Na ulicach panowało ogólne przekonanie, Ŝe wszystkiemu winien był rząd, bo nie potrafił zawczasu
obezwładnić najeźdźców i dopuścił do wszystkich tych kłopotów.
Około ósmej wieczorem w całym południowym Londynie słychać było wyraźnie huk dział. Wprawdzie duŜy
ruch na głównych ulicach nie pozwalał bratu go słyszeć, wystarczyło jednak skręcić w spokojniejsze zaułki,
bliŜej rzeki, aby natychmiast nieomylnie odróŜnić strzelaninę.
Z Westminsteru powrócił brat do swego pokoju przy Regent’s Park koła godziny drugiej. Martwił się o mnie
bardzo i niepokoiła go oczywista juŜ teraz powaga sytuacji; Umysł jego zaprzątały, podobnie jak mój w
sobotę, działania wojenne. Myślał o wszystkich tych wyczekujących w ukryciu działach, o mieszkańcach
wielkiej połaci kraju zmienionych niespodziewanie w tułaczy i usiłował wyobrazić sobie „kotły na
szczudłach” stustopowej wysokości.
Przez Oxford Street i Marylebone Road przejechało parę wozów z uchodźcami, lecz wiadomości
rozchodziły się tak wolno, iŜ Regent’s Street i Portland Road wciąŜ jeszcze pełne były przechadzających się
grupkami i gawędzących spokojnie zwykłych niedzielnych spacerowi ozów. Alejkami Regent’s Park
spacerowały przy świetle gazowych latarni milczące pary. Noc była spokojna i trochę parna, grzmot dział
rozlegał się nieprzerwanie, po dwunastej zaś niebo na południu poczęły przecinać błyskawice.
Brat odczytywał wielokrotnie gazetę obawiając się dla mnie najgorszego. Nie mógł usiedzieć na miejscu i po
kolacji wyszedł, by powałęsać się bez celu po mieście. Po powrocie na próŜno usiłował skupić się nad
skryptem. Spać poszedł nieco po północy, a o świcie obudziło go z koszmarnych snów walenie w bramę
dochodzące z ulicy, tupot nóg, odległe bicie w bębny i dźwięk dzwonów. Po suficie tańczyły czerwone
błyski. LeŜał długą chwilę oszołomiony nie wiedząc, czy to dzień juŜ nasiał, czy teŜ świat nagle oszalał.
Wyskoczył wreszcie z łóŜka i pobiegł do okna.
Pokój był na poddaszu. Brat, chcąc wyjrzeć, otworzył z hukiem okno. Odpowiedział mu echem tuzin innych
okien, a w kaŜdym pojawiła się głowa odziana w czepek lub szlafmycę. Na zewnątrz rozlegały się pytająca.
okrzyki. Jakiś policjant bił pięścią w bramę i wykrzykując: - Nadchodzą! Marsjanie nadchodzą - pędził do
następnej bramy.
W koszarach przy Albany Street grzmiały bębny i trąby, wszystkie zaś okoliczne kościoły robiły, co mogły,
by gorączkowym, przeraźliwym dźwiękiem dzwonów spędzić z miasta resztki snu. Wszędzie słychać było
hałas otwieranych w pośpiechu drzwi, a w domach naprzeciwko wszędzie dotychczas ciemne okna
rozświetlały się, jedno po drugim, Ŝółtym światłem.
Zza rogu ukazała się mknąca galopem karoca. Turkot kół, słaby z początku, potęŜniał pod oknami
przechodząc w grzmot, potem zamierał wolno w oddali. TuŜ za nią goniło kilka doroŜek, zwiastunów długiej
procesji uciekających pojazdów. Wszystko to podąŜało przewaŜnie w kierunku dworca Chalk Farm, skąd -
zamiast jak zazwyczaj z Euston odchodziły specjalne pociągi Towarzystwa Północno - Zachodniego.
Brat mój długi czas patrzył w osłupiałym zadziwieniu przez okno, jak policjant dobija się do bram i
wykrzykuje swe niezrozumiałe posłanie. Potem drzwi jego pokoju otwarły się i stanął w nich sąsiad. Miał na
sobie tylko koszulę, spodnie i nocne pantofle, szelki zwisały luźno po bokach, był rozczochrany; wprost z
łóŜka.
- Co się dzieje, u diabła? - pytał. - Pali się? Co za piekielne hałasy?
Obaj wyglądali oknem usiłując dosłyszeć, co wykrzykują policjanci. Z bocznych uliczek wybiegali ludzie i
gromadząc się na naroŜnikach rozprawiali o czymś gorączkowo.
- Co to wszystko ma znaczyć, do diabła? -zawołał sąsiad do brata. Brat odkrzyknął coś niezrozumiale i
począł ubierać się z gorączkowym pośpiechem biegając z kaŜdą częścią odzieŜy do okna, aby nie stracić nic
z rosnącego podniecenia ulicy. Nagle pojawili się rozkrzyczani sprzedawcy niezwykle dziś wcześnie
wydanych gazet:
- Londynowi grozi wytrucie! Opór pod Richmondem i Kingstonem złamany! Straszliwa masakra w dolinie
Tamizy!
A wszędzie dokoła, w mieszkaniu pod nim, w domach po obu stronach ulicy i w Park Terrace, i na stu
innych ulicach dzielnicy Marylebone, i na północ w w Kilburn, w St. John’s Wood, w Hampstead, i na
wschód w Shoreditch, i w Highbury, i w Haggeston, i w Hoxton, i dosłownie w całym ogromnym Londynie
od Ealing po East Ham - ludzie przecierali oczy, otwierali okna, wyglądali na ulicę, zadawali bezsensowne
pytania i odziewali się w pośpiechu przy pierwszym odgłosie nadciągającej nawałnicy przeraŜenia. Był to
30
ś
wit wielkiej paniki. Londyn zasypiając beztrosko w niedzielę wieczorem ocknął się wczesnym rankiem w
poniedziałek przepełniony Ŝywym poczuciem niebezpieczeństwa.
Gdy brat, nie mogąc dowiedzieć się przez okno, co się właściwie stało, zbiegł na dół i wyszedł na ulicę -
pierwsze promienie słońca malowały właśnie róŜem prześwitujące między dachami niebo. Tłum uciekający
końmi i na piechotę gęstniał z kaŜdą chwilą. - Czarny dym! - krzyczeli ludzie i znowu: - Czarny dym! -
Strach szerzył się jak płomień. Brat, niezdecydowany, stał w bramie. Przebiegający gazeciarz sprzedał mu
ś
wieŜy numer dziennika i popędził dalej zdzierając po szylingu za sztukę groteskowa mieszanina chciwości i
przeraŜenia. W gazecie brat wyczytał następujący tragiczny komunikat Naczelnego Dowództwa:
„Marsjanie wyrzucają rakiety napełnione ogromnymi chmurami czarnego, trującego oparu. Zniszczyli nasze
baterie, zburzyli Richmond, Kingston i Wimbledon i zbliŜają się powoli do Londynu niszcząc wszystko po
drodze. Powstrzymać ich niepodobna, jedynym środkiem ocalenia przed Czarnym Dymem jest
natychmiastowa ucieczka”.
Było to wszystko, lecz starczyło i tego. Cała ludność wielkiego; sześciomilionowego miasta kotłowała się i
wrzała, teraz zaś miała wylać się en masse na północ.
- Czarny Dym! - rozlegało się. - Gore!
Dzwony pobliskiego kościoła jęczały przeraźliwie, jakiś nieostroŜnie powoŜony wóz rozbił się wśród
krzaków i przekleństw o hydrant uliczny. W domach na przemian zapalały się i gasły blade, Ŝółtawe
ś
wiatełka, niektóre doroŜki paradowały z zapalonymi latarniami. Tylko niebo było coraz jaśniejsze, coraz
czystsze, coraz cichsze i spokojniejsze.
W sąsiednich pokojach i na schodach brat słyszał bieganinę i krzyki. Do bramy podeszła gospodyni odziana
w szlafrok, z zarzuconym na ramiona szalem. Za nią śpieszył, pokrzykując coś, mąŜ.
Gdy groza wydarzeń dotarła wreszcie do świadomości brata, popędził do pokoju, zabrał całą posiadaną
gotówkę - było tego około dziesięciu funtów - i wybiegł ponownie na ulicę.
Co stało się w Surrey
W tym samym czasie, kiedy wikary gadał od rzeczy siedząc ze mną pod Ŝywopłotem na łączce niedaleko
Hallifordu, a brat mój przyglądał się płynącemu mostem Westminsterskim potokowi uchodźców - Marsjanie
rozpoczęli kolejne natarcie. Jeśli moŜna wierzyć późniejszym sprzecznym częstokroć sprawozdaniom,
większość z nich zajmowała się aŜ do dziesiątej wieczór pośpiesznymi przygotowaniami w jamie pod
Horsell, skąd wydobywały się ogromne ilości zielonej pary.
Pewne teŜ było, iŜ trzej Marsjanie wyruszyli juŜ około ósmej. Posuwając się ostroŜnie i powoli, minęli
Byfleet i Pyrford, po czym zdąŜając ku Ripley i Weybridge pojawili się na tle zachodzącego słońca przed
przyczajonymi tam bateriami. Marsjanie nie szli zwartym szykiem, lecz tyralierą, o jakieś półtorej mili jeden
od drugiego. W marszu porozumiewali się wyciem o zmiennej tonacji, podobnym do głosu syren
fabrycznych.
Te właśnie wycia, zmieszane z armatnimi strzałami pod Ripley i St. George’s Hill, usłyszeliśmy wraz z
wikarym w Górnym Hallifordzie, Kanonierzy broniący dostępu do Ripley, niedoświadczeni ochotnicy,
jakimi nigdy w Ŝyciu nie naleŜało obsadzać tak trudnego i odpowiedzialnego stanowiska, oddali na oślep
jedną jedyną, przedwczesną i zupełnie bezskuteczną salwę, po czym rzucili się konno i pieszo przez
opuszczoną wieś do ucieczki, Marsjanie zaś po prostu przestąpili przez porzucone działa nie uŜywając nawet
Snopa Gorąca. Krocząc ostroŜnie dalej stanęli znienacka przed armatami ukrytymi w parku Painshill i
natychmiast, zniszczyli je.
Załoga wzgórza St. George miała jednak lepszych dowódców, a moŜe była dzielniejsza, w kaŜdym razie
wydaje się, Ŝe ukrycie jej w sosnowym lasku stanowiło dla najbliŜszego Marsjanina prawdziwą
niespodziankę. Z dział wymierzono dokładnie jak na poligonie i wypalono z odległości tysiąca jardów.
Pociski wybuchły tuŜ koło olbrzyma. Ten zrobił jeszcze kilka kroków, zatoczył się i upadł. śołnierze
wrzasnęli z radości i z gorączkowym pośpiechem znów załadowali armaty. Obalony Marsjanin zawył
przeciągle. W odpowiedzi natychmiast pojawił się nad lasem drugi połyskujący olbrzym. Wydaje się, Ŝe
wybuch pocisku uszkodził jedną z nóg trójnoga. Następna salwa nie trafiła leŜącego Marsjanina, obaj zaś
jego sąsiedzi natychmiast uŜyli przeciwko baterii Snopów Gorąca. Amunicja poszła w powietrze, sosnowy
lasek wokół dział stanął w płomieniach, a z obsługi ocaleli tylko ci nieliczni, którzy wcześniej juŜ uciekli i
zdąŜyli skryć się za szczytem pagórka..
Po tym, co zaszło, cała trójka przystanęła, by się naradzić; obserwujący ją bacznie zwiadowcy donieśli, Ŝe
pozostawała ona bez ruchu dobre pół godziny. Obalony Marsjanin z trudem wypełzł z kaptura i wziął się do
naprawy trójnoga. Mała jego brązowa postać podobna była z oddali do plamki rdzy na lśniącym metalu
31
machiny. Zakończył pracę około dziewiątej, gdyŜ o tej właśnie porze zwiadowcy zameldowali o ponownym
pojawieniu się nad lasem trzeciego kaptura.
Parę minut po dziewiątej do trójki wartowników dołączyli się czterej następni Marsjanie. Uzbrojeni byli w
grube czarne rury. Takie same rury wręczyli trzem pozostałym i cała siódemka ustawiła się półkolem, w
równych odstępach, między wzgórzem St. George, miasteczkiem Weybridge a leŜącą na południowy zachód
od Ripley wioską Send.
Zaledwie ruszyli z miejsca, juŜ z pasma ciągnących się przed nimi wzgórz wystrzelił w niebo tuzin rakiet
ostrzegając przyczajone pod Ditton i Esher baterie. Cztery uzbrojone w czarne rury machiny bojowe przeszły
jednocześnie w bród rzekę, zaś ciemne sylwetki dwóch innych ukazały się na tle zachodniego nieba naszym
oczom, gdy zmęczony wlokłem się wraz z wikarym drogą wiodącą z Halliford na północ. Wydawało się, Ŝe
suną ponad chmurami, gdyŜ pola spowite były mleczną, zatapiającą olbrzymy powyŜej kolan, mgłą.
Wikary krzyknął na ten widok głucho, ochryple i rzucił się do ucieczki. Co do mnie - wiedziałem dobrze, Ŝe
nie ma sensu uciekać przed Marsjanami, Ŝe nie zda się to na nic, skręciłem więc gwałtownie w bok i pełznąc
wśród wilgotnych od rosy pokrzyw i ostów ukryłem się w głębokim rowie przydroŜnym. Wikary obejrzał się
i widząc, co robię, zawrócił w moją stronę.
Obaj Marsjanie przystanęli. BliŜszy zwrócony był ku Sunbury, odleglejszy zaś, podobny do szarej plamy na
tle wieczornej gwiazdy, w drugą stronę, ku Staines.
Ryki, jakie wydawali od czasu do czasu, ustały. Stanowiska rozrzucone ogromnym półksięŜycem wokół
walców zajęte zostały w głębokim milczeniu. PółksięŜyc ten mierzył od krańca do krańca ze dwanaście mil.
Nigdy chyba jeszcze, od dnia kiedy wynaleziono proch, Ŝadna bitwa nie zaczynała się tak cicho. I nam, i
obserwatorom od Ripley mogło wydawać się, Ŝe jedynymi władcami nocnych ciemności, rozświetlanych
wąziutkim sierpem księŜyca, gwiazdami, zamierającą poświatą dnia i czerwoną łuną płonących w dali lasów
byli groźni przybysze z Marsa.
Zwrócone zaś ku półksięŜycowi, pod Staines i pod Hounslow, pod Ditton i Esher, i Ockham, na lesistych
pagórkach południowego brzegu rzeki i pośród rozległych nizinnych łąk na północ od niej, wszędzie gdzie
tylko kępka drzew czy wiejska chałupa zapewniała jakie takie ukrycie, czyhały na nich armaty. Gdy sypiąc
deszczem iskier i ginąc w nocnych ciemnościach wzbijały się sygnałowe race - napięcie wyczekiwania przy
bateriach wzrosło jeszcze bardziej. Dość było jednego kroku Marsjan w polu ognia, by znieruchomiałe
czarne sylwetki ludzkie i połyskujące w wieczornym mroku paszcze dział rozszalały się burzliwą
wściekłością walki.
Bez wątpienia tysiące czuwających umysłów nurtowała na równi z moim jedna uporczywa myśl - jak dalece
oni nas pojmują? Czy zrozumieli, Ŝe jesteśmy w swej mnogości zorganizowani, zdyscyplinowani, Ŝe
potrafimy współdziałać ze sobą? Czy teŜ patrzyli na nasze nawały ogniowe, na kąśliwe wybuchy naszych
pocisków, na nieustanne oblęŜenie ich obozowiska, jak my patrzymy na gniewną jedność pszczelich ataków
obronie niszczonego ula? Czy łudzili się, Ŝe potrafią nas wytępić? (Nikt przecieŜ nie wiedział jeszcze wtedy,
czym Ŝywią się Marsjanie.) Kiedy patrzyłem na olbrzymią postać wartownika, umysł mój kipiał setką takich
wątpliwości. Wyczuwałem podświadomie, Ŝe na drodze między nami a Londynem czekają w ukryciu
wielkie, potęŜne siły. Czy przygotowano zasadzki? Czy pracuje wytwórnia prochu w Hounslow? Czy nie
zabraknie męstwa londyńczykom, by z potęŜnego morza swych domostw uczynić drugą, większą jeszcze
Moskwę?
Wreszcie po nieskończenie, jak się zdawało, długim czasie doszedł nas, skulonych, wypatrujących, dźwięk
podobny de odległego huku działa. Potem następny bliŜej i znów następny. W końcu stojący koło nas
Marsjanin podniósł wysoko rurę i wypalił z niej jak ze strzelby z grzmotem, od którego zadrŜała ziemia.
Zawtórował mu kompan stojący pod Staines. Nie było przy tym Ŝadnego błysku ani dymu, tylko głuchy
wybuch. Tak podnieciły mnie te głośne, szybko następujące po sobie wystrzały, Ŝe zapomniałem zupełnie o
bezpieczeństwie, o poparzonych dłoniach i przedarłem się przez krzewy, by widzieć, co stanie się z Sanbury.
W tej samej chwili rozległ się następny grzmot i ogromny pocisk przemknął nad naszymi głowami ku
Hounslow. Spodziewałem się dostrzec ogień, a przynajmniej dym wybuchu czy jakiś inny ślad jego
działania, tymczasem nie ujrzałem nic prócz granatowego nieba, jednej jedynej gwiazdki i ławicy białej
mgły ścielącej się szeroką i cienką smugą. Nie słyszałem Ŝadnego y wybuchu. Zapanowała przedłuŜająca się
z minuty na minutę cisza.
- Co to było? - zapytał wikary stojąc koło mnie. - Bóg jeden wie! - odrzekłem.
Obok przemknął nietoperz i znikł w ciemnościach. W dali rozległ się zgiełk, krzyki, potem wszystko nagle
ucichło. Spojrzałem na Marsjanina i dostrzegłem, jak ruszył posuwiście brzegiem rzeki na wschód.
Czekałem na ogień ukrytych tam baterii, nic jednak nie zakłóciło wieczornej ciszy. Postać Marsjanina malała
w oddaleniu, aŜ roztopiła się i wreszcie we mgle i gęstniejącej nocy. Pchnięci tą samą siłą wspięliśmy się
wyŜej. Nad Sunbury pojawiło się coś ciemnego, jakby wyrósł tam nagle stoŜek górski przesłaniający widok
32
na dalszą okolicę. Dalej, za rzeką, koło Walton, dostrzegliśmy drugą taką górę. Obie opadały rozszerzając
się w oczach.
Tknięty nagłą myślą spojrzałem na północ. Tam takŜe wznosił się taki sam mglisty pagórek.
Było zupełnie cicho. Tylko bardzo daleko na południowych wschodzie, jakby dla podkreślenia tej ciszy,
rozległo się pohukiwanie Marsjan, później zaś znów wstrząsnęły powietrzem odległe grzmoty ich strzałów.
Lecz ziemska artyleria nie odpowiadała.
Nie pojmowaliśmy jeszcze wówczas tego, co się stało; później dopiero zrozumiałem znaczenie
złowróŜbnych czarnych wzgórz pojawiających się w mroku. KaŜdy z Marsjan ustawionych, jak juŜ
mówiłem, w półksięŜyc wyrzucił z rury na dany znak wielki zbiornik mierząc w znajdujące się przed nim
wzgórza, kępy drzew, zabudowania, w kaŜde jednym słowem ukryte działo. Niektórzy oddali tylko jeden
strzał, inni dwa, jak ten, którego myśmy obserwowali; stojący pod Ripley, jak mówiono, wystrzelił aŜ pięć
pocisków. Zbiorniki te nie wybuchały, lecz rozbijały się przy zderzeniu z ziemią i wyrzucały gwałtownie
ogromne ilości kłębiącego się, gęstego, atramentowego oparu wzbijającego się potęŜną chmurą w górę. Po
chwili chmura opadała rozpościerając się na całą okolicę. Zetknięcie się z oparem, wciągnięcie do płuc tej
mgły gryzącej przyprawiało o śmierć wszystko, co oddycha.
Oparł był cięŜki, cięŜszy od najgęstszego dymu, tak Ŝe po gwałtownym wydostaniu się ze zbiornika i
rozpręŜeniu w atmosferze opadał powoli i rozpływał się po ziemi, podobniejszy w tym do cieczy raczej niŜ
do gazu. Spływał z pagórków, wypełniając doliny, rowy i łoŜyska potoków, podobnie jak czyni to uchodzący
ze szczelin wulkanicznych kwas węglowy. W miejscu jego zetknięcia się z wodą następowała reakcja
chemiczna i powierzchnia wody pokrywała się pienistą warstwą, opadającą wolno na dno, by ustąpić miejsca
następnej. Piana ta była całkowicie nierozpuszczalna, co najdziwniejsze zaś, jeśli weźmie się pod uwagę
zabójczą szybkość działania gazu, przefiltrowana woda była zupełnie nieszkodliwa. Opar nie rozpraszał się,
jak zwykły to czynić gazy, lecz utrzymywał się zwartymi ławicami spływając powoli po stokach wzgórz lub
ustępując niechętnie przed podmuchami wiatru. Wiązał się teŜ powoli z wilgocią atmosferyczną i opadał na
ziemię w postaci pyłu. Prócz tego, Ŝe w skład jego wchodził nieznany pierwiastek, dający w niebieskim polu
widma cztery linie - do dziś dnia nie wiemy nic o innych jego właściwościach.
W miarę opadania kłębiących się wzniesień czarny dym tak ściśle przywierał do ziemi, Ŝe zanim jeszcze
osiadł zupełnie, moŜna było schronić się przed zatruciem na wysokości pięćdziesięciu stóp, na dachach, na
górnych piętrach domów, na wierzchołkach wysokich drzew. Stwierdzono to zresztą tej właśnie nocy w
Cobham i Ditton.
Jeden z ocalałych opowiadał dziwy, jak przyglądał się z wieŜy kościelnej zjawom domków wynurzających
się z atramentowej nicości. Przesiedział na niej półtora dnia, osłabły, wygłodniały, praŜony słońcem, widząc
najpierw tylko błękit nieba i aksamitną czerń rozpościerającą się aŜ po odległe wzgórza. Tu i ówdzie
przezierały z niej czerwone dachy i zielone czubki drzew, później dopiero poczęły z wolna wyłaniać się
okryte jakby czarnym szronem krzaki, zabudowania, mury i bramy.
Było to w Cobham, gdzie opar unosił się swobodnie w powietrzu, dopóki nie opadł samorzutnie na ziemię. Z
reguły jednak Marsjanie oczyszczali powietrze z gazu, gdy spełnił juŜ swe zadanie, kierując nań strumień
przegrzanej pary. Tak właśnie postąpili z chmurami oparu w pobliŜu nas. Przyglądaliśmy się temu w świetle
gwiazd z okna pustego domu, po powrocie do górnego Hallifordu. Widzieliśmy stamtąd reflektory z
Richmondu i Kingstonu, migające tu i tam, koło jedenastej zabrzęczały szyby i rozległ się grzmot cięŜkich
fortecznych dział. Biły one nieprzerwanie przez kwadrans wysyłając pocisk za pociskiem na oślep, w
niewidocznych Marsjan pod Hampton i Ditton, potem zaś blade strumyczki światła elektrycznego zgasły
ustępując miejsca jasnoczerwonej łunie.
A potem spadł czwarty walec, zielono lśniący meteor, jak się później dowiedziałem, w parku Bushey. Zanim
jeszcze zagrały działa na wzgórzach Richmondu i Kingstonu, gdzieś daleko, na południowym zachodzie,
słychać było gęstą kanonadę. Prowadzili ją; jak sądzę, strzelający na chybił trafił artylerzyści, zanim nie
rozprawił się z nimi czarny opar.
Tak oto, posługując się nim metodycznie jak ludzie podkurzający gniazdo os, Marsjanie pokryli tym
dziwnym duszącym oparem cały kraj aŜ po Londyn. Rogi półksięŜyca rozchodziły się z wolna, aŜ zmienił
się on wreszcie w linię prostą od Hanwell do Coombe i Malden. Jak noc długa niszczące rury posuwały się
naprzód. Ani razu juŜ, od obalenia Marsjanina pod St. George’s Hill, nie pozostawili oni naszej artylerii
cienia nawet moŜliwości. Wszędzie, gdzie tylko było prawdopodobieństwo ukrycia wymierzonego przeciw
nim działa - spadł nowy zbiornik czarnego oparu, tam zaś gdzie stanowiska armat były odkryte, rozprawiał
się z nimi Snop Gorąca.
Przed północą płonące drzewa na stokach Richmondu i łuna Kingstonu oświetlały sieć stoŜków Czarnego
Dymu, pokrywającą jak okiem sięgnąć całą dolinę Tamizy. Brodzili w niej wolno dwaj Marsjanie, kierując
to tu, to tam syczące strumienie pary.
33
Nocy tej oszczędzali oni widocznie Snopa Gorąca; być moŜe mieli ograniczony tylko zapas surowca do jego
wytwarzania, a moŜe nie chcieli niszczyć kraju, poprzestając na zastraszeniu tylko i zgnieceniu oporu. Cel
ten zresztą osiągnęli w zupełności. W niedzielną noc ustało wszelkie zorganizowane przeciwdziałanie
ruchom Marsjan. Przekonano się, Ŝe Ŝadna broń ziemska nie mogła im dotrzymać pola, Ŝe jakakolwiek próba
walki z nimi była beznadziejna. Nawet załogi wysłanych w górę Tamizy, ze względu na szybkostrzelność,
torpedowców i niszczycieli odmówiły lądowania, zbuntowały się i odpłynęły z powrotem. Jedyne działania
bojowe, na jakie ludzie odwaŜyli się jeszcze po tej nieszczęsnej nocy, polegały na minowaniu dostępu do
Londynu i kopaniu wilczych dołów, ale nawet i one były dorywcze tylko i zupełnie Ŝywiołowe.
MoŜna bez trudu wyobrazić sobie los baterii przyczajonych w mroku pod Esher. Nikt tam nie ocalał. MoŜna
wyobrazić sobie, jak w ciszy wieczoru stoją w ordynku gotowe do strzału obsługi z czujnymi oficerami na
czele, jak leŜą przygotowane pod ręką stosy amunicji, jak jezdni trzymają konię, a gromadki ciekawych
cywilów przysuwają się moŜliwie jak najbliŜej. Gdy rozległy się huki pierwszych oddanych przez Marsjan
wystrzałów i wirujące w locie ponad drzewami i dachami niezdarne pociski zaczęły rozbijać się na
sąsiednich polach - ambulansy i namioty szpitalne pełne były poparzonych i pokaleczonych uciekinierów z
Weybridge.
Nietrudno wyobrazić sobie, jak uwaga wszystkich skupia się nagle na kłębiącym się czarnymi kręgami i
wybrzuszeniami, podpełzającym coraz bliŜej, piętrzącym się pod niebo, zmieniającym półmrok w dotykalną
niemal ciemność, dziwnym i straszliwym oparze. MoŜna sobie wyobrazić, jak rzuca się on na swe ofiary, na
ledwie widoczne w mroku sylwetki ludzi i koni. MoŜna sobie wyobrazić bieganinę, jęki, okrzyki
przeraŜenia, porzucone armaty, walące się na ziemię ciała ludzi duszących się w konwulsjach. A potem juŜ
tylko noc i cisza, i bezgłośny całun nieprzeniknionego oparu okrywający martwych. O świcie Czarny Opar
przelewał się ulicami Richmondu, zaś rozkładający się organizm państwowy czynił ostatnie wysiłki, by
powiadomić mieszkańców Londynu o konieczności ucieczki.
Ucieczka z Londynu
Łatwo pojąć burzliwą falę przeraŜenia przewalającą się poniedziałkowym rankiem przez największe miasto
ś
wiata. Strumień ucieczki przeradzał się w powódź, zalewał spienionym wirem dworce kolejowe, piętrzył się
straszliwą kipielą wokół przystani na Tamizie, by ruszyć w końcu wszelkimi moŜliwymi kanałami na północ
i na wschód. O dziesiątej policja, v południe zaś koleje straciły swą dotychczasową spoistość i sprawność,
uległy i rozpłynęły się bez śladu w topniejącym porządku społecznym.
Wszystkie linie kolejowe na północnym brzegu Tamizy oraz ludność dzielnic leŜących na południowy
wschód od Cannon Street zostały ostrzeŜone juŜ w niedzielę o północy, toteŜ od drugiej nad ranem pociągi
odchodziły przepełnione, a ludzie walczyli dziko o kaŜde miejsce w wagonie. O trzeciej ludzie tłoczyli się i
tratowali nawet na ulicach Bishopsgate. O kilkaset jardów od liverpoolskiego dworca strzelano z
rewolwerów, kłuto się noŜami, a rozwścieczeni policjanci rozbijali pałkami głowy tych, do których ochrany
byli przecieŜ powołani.
W ciągu dnia w miarę jak maszyniści i palacze odnawiali powrotu do Londynu, pęd ucieczki odciągał od
dworców rosnące nieustannie rzesze, kierując je w biegnące na północ gościńce. W południe w Barnes
ukazał się Marsjanin i opadająca powali chmura czarnego oparu poczęła suną wzdłuŜ Tamizy, przez pola
Lambeth, odcinając ślimaczym ruchem wszelkie drogi ucieczki przez mosty.
Druga taka chmura rozlała się po Ealing, okalając wzgórza Castle jak wysepkę z ocalałymi wprawdzie, lecz
odciętymi od świata ludźmi.
Po bezowocnej walce o miejsce w pociągu linii Północno - Wschodniego Towarzystwa na stacji Chalk Farm,
gdzie parowóz, ciągnąc nabite ludźmi wagony, przeorywał się dosłownie przez rozwrzeszczany tłum, zaś
tuzin tęgich chłopów ochraniał z wysiłkiem maszynistę przed zmiaŜdŜeniem o własny jego kocioł, brat mój
wydostał się na drogę, przedarł się przez rój pędzących pojazdów i trafił szczęśliwie, jako jeden z
pierwszych, na dopiero co rozbity sklep z bicyklami. Przebił co prawda przednią oponę, wyciągając pojazd
przez okno wystawowe, wsiadł nań jednak i odjechał nie odnosząc Ŝadnych, prócz lekkiego skaleczenia
napięstka, obraŜeń. Stroma droŜyna wiodąca wzgórzem Haverstock była nie do przebycia, gdyŜ przegradzały
ją cielska padłych koni, toteŜ brat udał się gościńcem do Belsize.
Uszedł w ten sposób wściekłej panice i skręcając drogą do Edgware, dotarł około siódmej do tego
miasteczka, głodny i zmęczony, jednak wyprzedzając znacznie cały tłum. Na przydroŜnych ścieŜkach pełno
było miejscowych gapiów. Brata prześcignęło tylko kilku cyklistów, paru jeźdźców i dwa samochody. O
milę przed Edgware rozleciało się jedno z kół i bicykl trzeba było porzucić. Brat zostawił go przy drodze i
pobrnął przez miasteczko na piechotę. Drzwi sklepów przy głównej ulicy były pouchylane, a ludzie tłoczyli
34
się na jezdni, w drzwiach i oknach domów, przyglądając się ze zdziwieniem rozpoczynającemu się właśnie
niezwykłemu pochodowi uciekinierów. W oberŜy udało się bratu dosiać trochę Ŝywności.
Nie wiedząc, co dalej począć ze sobą, pozostawał czas jakiś w Edgware. Liczba uciekających wzrastała
nieustannie. Widać było, iŜ wielu z nich ma chętkę, jak mój brat, pozostać w miasteczku. O najeźdźcach z
Marsa nie było Ŝadnych nowin.
Szosą szło juŜ wówczas wiele łudzi, tłoku jednak na niej jeszcze nie było. Większość uciekinierów jechała
dotąd na bicyklach, kiedy jednak pojawiły się samochody, powozy i bryczki, nad gościńcem do St. Albans
zawisły gęste chmury kurzu.
Brat mój wspomniał widocznie przyjaciół mieszkających w Chelmslord, gdyŜ skierował kroki w cichy
zaułek wiodący na wschód. Po drodze przebył kładkę i dalej kroczył ścieŜką wśród pól na północny wschód,
Mijał liczne rozsiane chaty i wioseczki o nieznanych mu nazwach. Nie napotkał tu zbyt wielu uciekinierów,
aŜ dopiero na polnej drodze wiodącej do górnego Barnet natknął się na dwie panie, które stały się odtąd jego
towarzyszkami podróŜy. Natknął się zaś w sam czas, aby je wyratować z opresji. Usłyszał jakieś krzyki i
wybiegając zza węgła ujrzał dwóch męŜczyzn usiłujących ściągnąć je przemocą z zaprzęŜonej w kucyka
bryczuszki, podczas gdy trzeci z trudem przytrzymywał łeb wystraszonego zwierzęcia. Jedna z kobiet,
niŜsza, odziana w białą suknię, krzyczała tylko, druga natomiast, smagła, wysmukła, chłostała batem
ciągnącego ją za ramię napastnika.
Brat mój od razu pojął, co się święci, i popędził z krzykiem ku miejscu walki, a wówczas jeden z męŜczyzn
porzucił wózek i zwrócił się ku niemu. Brat poznał po minie przeciwnika, Ŝe bójka jest nieunikniona, będąc
zaś doświadczonym bokserem dopadł go i zwalił jednym ciosem pod koła wózka. Nie było czasu na
pięściarską rycerskość, toteŜ dodał mu kopniaka, po czym chwycił za kołnierz łotra wyciągającego z
bryczuszki smukłą dziewczynę. Równocześnie usłyszał stuk podków, bicz chlasnął go po twarzy, trzeci
przeciwnik wyrŜnął go pięścią między oczy, zaś trzymany za kołnierz obwieś wyrwał się i popędzie w
stronę, z której nadszedł właśnie brat.
Na poły ogłuszony brat mój znalazł się twarz w twarz z męŜczyzną przytrzymującym dotychczas kucyka,
dojrzał teŜ, jak oddalał się podskakując po wybojach powozik z oglądającymi się co chwila wystraszonymi
kobietami. Stojący przed nimi krzepki drab rzucił się na brata, ten jednak powstrzymał go potęŜnym ciosem
w szczękę. Natychmiast teŜ, zdając sobie sprawę, Ŝe jest osamotniony, odwrócił się i pognał za oddalającym
się powozikiem. TuŜ za nim pędził drab, nieco dalej zaś sunął trzeci napastnik, który zdąŜył juŜ tymczasem
powrócić.
Wtem brat potknął się i rozciągnął jak długi; przez niego przewrócił się jego prześladowca. Gdy brat zerwał
się - stało przed nim juŜ znów dwóch złoczyńców. Niewielkie miałby przeciw nim szanse, gdyby dzielna
smagła dziewczyna nie wróciła, by przyjść mu z pomocą. Okazała się, Ŝe przez cały ten czas miała
rewolwer, jednak w chwili napaści był on ukryty pad siedzeniem bryczki. Teraz wypaliła zeń z odległości
sześciu moŜe jardów, o mały co prawda włos nie trafiając w brata. Tchórzliwszy z napastników znów rzucił
się do ucieczki, kamrat zaś jego, przeklinając tchórza, pobiegł za nim. Obaj przystanęli, widoczni z dała, nad
leŜącym wciąŜ jeszcze nieprzytomnie trzecim łotrem.
- Niech pan weźmie - rzekła dziewczyna podając bratu rewolwer.
- Proszę wracać da bryczki - odparł brat ocierając krew z rozciętej wargi.
Odwróciła się bez słowa, zdyszani byli oboje, po czym razem juŜ poszli ku pani w bieli usiłującej
powstrzymać rwącego kucyka. Rabusie mieli juŜ widocznie dosyć, kiedy bowiem brat spojrzał ponownie w
ich stronę dostrzegł, jak się oddalali.
- Ja takŜe wsiądę - rzekł brat - jeśli panie pozwolą - i wskoczył na wolne miejsce na koźle. Dziewczyna
spojrzała nań z ukosa.
- Proszę dać mi lejce - powiedziała i zacięła biczem kucyka. Jeszcze chwila i trzej bandyci znikli za
zakrętem.
Tak oto, zupełnie nieoczekiwanie, brat mój, zasapany, z rozplataną wargą, skaleczoną szczęką i poobijanymi
da krwi pięściami, znalazł się wraz z dwiema kobietami w bryczuszce podąŜającej nieznaną drogą.
Dowiedział się, iŜ jedna z nich jest Ŝoną, a druga, młodsza, siostrą lekarza ze Stanmore, wezwanego
wczesnym rankiem do cięŜko chorego w Pinner. Na jednej ze stacji kolejowych doktor dowiedział się o
natarciu Marsjan, wrócił czym prędzej do domu, obudził obie panie (słuŜąca odeszła akurat dwa dni temu),
zapakował nieco Ŝywności, schował pod siedzenie pistolet - bardzo szczęśliwie dla brata - i kazał im jechać
do Edgware myśląc, Ŝe uda im się tam dostać do pociągu. Sam pozostał, by obudzić sąsiadów; obiecując
dopędzić je najdalej a wpół do piątej rano, mimo jednak, iŜ dochodziła juŜ dziewiąta, nie zjawił się jeszcze.
W Edgware nie mogły czekać nań przy głównej ulicy, gdyŜ ruch wzrastał nieustannie, toteŜ skręciły w tę
właśnie boczną uliczkę.
35
Całą tę historię opowiedziały bratu memu urywkami, po drodze do Nowego Bagnet, gdzie znów przystanęli
na chwilę. Aby dodać paniom otuchy, brat obiecał pozostać z nimi przynajmniej do chwili, aŜ postanowią,
co robić dalej, lub aŜ pojawi się nieobecny doktor. Przechwalał się teŜ, Ŝe włada świetnie pistoletem, choć
broń ta była mu zupełnie obca. Rozbili przy szosie coś w rodzaju biwaku, przede wszystkim ku wielkiej
uciesze kucyka. Tu z kolei brat opowiedział towarzyszkom o ucieczce z Londynu, jak równieŜ a wszystkim,
czego dowiedział się o Marsjanach i ich zachowaniu. Słońce wzbijało się coraz wyŜej. Rozmowa wygasła,
pozostał niemiły nastrój wyczekiwania. Brat starał się uzyskać od nielicznych mijających ich podróŜnych jak
najwięcej wiadomości. KaŜda jednak pośpieszna odpowiedź pogłębiała tylko wraŜenie wielkiego
nieszczęścia, jakie spadła na ludzkość, pogłębiała pewność, Ŝe dalsza, i to niezwłoczna, ucieczka jest
koniecznością. Brat starał się przekonać o tym obie panie.
- Mamy pieniądze - oświadczyła smukła panna i zawahała się. Oczy jej napotkały spojrzenie brata i wahanie
znikło.
- I ja mam - odparł brat.
Wtedy wyjaśniła, Ŝe prócz pięciofuntowego banknotu mają trzydzieści funtów w złocie. Zaproponowała teŜ,
aby spróbować dostać się z tym do pociągu w St. Albans lub w Nowym Barnet. Zdaniem brata było to
jednak beznadziejne. Widział on juŜ przecieŜ szał, jaki ogarnął londyńczyków na dworcach i w pociągach,
toteŜ upierał się, aby pojechać przez Essex do Harwich, a stamtąd morzem ujść w ogóle z kraju.
Pani Elphinstone, takie bowiem nazwisko nosiła biało odziana dama, nie chciała o niczym słyszeć i
powtarzała tylko bez ustanku: - Jureczku, Jureczku! - szwagierka jej natomiast zachowywała się nad wyraz
spokojnie i rozwaŜnie, zgodziła się teŜ wreszcie na pomysł mego brata. PodąŜyli więc ku Barnet zamierzając
przeciąć tam wielki trakt północny. Brat prowadził kucyka, a sam szedł obok piechotą, gdyŜ zwierzę
naleŜało jak najbardziej oszczędzać.
Im wyŜej wznosiło się słońce, tym dzień stawał się upalniejszy. Gruby biały piach pad stopami palił i
oślepiał. Posuwali się niezmiernie wolno. śywopłoty szare były od kurzu. Im bliŜej Barnet - tym głośniejszy
stawał się burzliwy pomruk tłumu.
Ludzi napotykali coraz więcej. Zmordowani, posępni, brudni szli wpatrzeni przed siebie i mruczeli coś
niezrozumiale. Jakiś jegomość odziany w strój wieczorowy szedł pieszo z oczami utkwionymi w ziemię.
Głos jego Słychać była z daleka, jedną rękę wplątał we włosy, drugą wymachiwał, jakby bijąc przed sobą
kogoś niewidzialnego. Potem atak wściekłości minął, on zaś szedł dalej nie oglądając się na nikogo.
ZbliŜywszy się do skrzyŜowania, na południe od Barnet, brat ujrzał nadchodzącą polami kobietę z dwojgiem
dzieci. Na ręku dźwigała trzecie. Potem minął ich brudny, czarno odziany męŜczyzna z grubą laską w jednej,
z niewielką walizką w drugiej ręce. Dalej, u wylotu zaułka, pomiędzy obrzeŜającymi go willami, ukazał się
kary spocony koń ciągnący nieduŜy wózek. Powoził blady, szary od kurzu młodzieniec w meloniku. Na
wózku siedziały stłoczone trzy dziewczyny wyglądające na robotnice z East-Endu i kilkoro małych dzieci.
- Objadziem tom drogom Edgware?- pytał dzikooki, wyblakły woźnica; gdy brat wyjaśnił, Ŝe naleŜy w tym
celu skręcić w lewo - zaciął konia i odjechał bez słowa podzięki.
Brat mój dostrzegł bladoszary dym czy mgłę unoszącą się między domami i przesłaniającą jakby welonem
białe ściany will ze szosą. Pani Elphinstone krzyknęła nagle na widok dymu i języków płomienia tańczących
na tle gorącego błękitnego nieba po dachach pobliskich domów. Zgiełk gościńca zmienił się teraz w
nieskładną mieszaninę ludzkich głosów, turkotu kół, skrzypienia wozów i stukotu kopyt. O jakieś
pięćdziesiąt jardów od skrzyŜowania zaułek skręcał ostro ku szosie.
- BoŜe drogi, dokąd pan nas wiezie? - krzyknęła pani Elphinstone. Brat zatrzymał kucyka.
Szosa wyglądała jak wrzący ludzki potok, jakby burzliwa rzeka pędząca niepowstrzymanie na północ. Kurz
zalegający gęstą, białą, połyskującą w słońcu ławicą rozmazywał i czynił wszystko szarym i niewyraźnym
co najmniej do wysokości dwudziestu stóp. Ławicę tę zasilały coraz to nowe tumany wzbijane nogami
ś
pieszących gęstym tłumem ludzi i koni i kołami pojazdów wszelkich moŜliwych gatunków i typów.
- Z drogi! - rozległy się okrzyki. - Z drogi!
Wylot zaułka na szosę wyglądał jak wjazd do dymiącego pieca. Tłum huczał jak ogień, gorący zaś kurz gryzł
jak dym. Nieco dalej w górę szosy rzeczywiście płonęła willa i buchający kłębami na drogę czarny dym
jeszcze bardziej wzmagał zamieszanie.
Przeszło dwóch męŜczyzn, za nimi zakurzona kobieta dźwigająca z łkaniem cięŜki tobół. Jakiś zbłąkany pies
z wywieszonym językiem krąŜył niepewnie wokół wózka, wystraszony, dopóki brat nie odpędził go precz.
W prawo od willi, w stronę Londynu, droga zmieniła się, jak okiem sięgnąć, w jeden wielki, zamknięty po
brzegi dwoma rzędami domów strumień brudnych, śpieszących się ludzi; coraz wyraźniej widoczne w miarę
zbliŜania się do zakrętu czarne głowy i stłoczone ciała roztapiały się w pośpiesznie oddalającej się masie,
ginęły tonąc w chmurach kurzu.
- Dalej! Dalej! - krzyczał tłum. - Z drogi! Z drogi!
36
Idący z tyłu wpierali ręce w plecy poprzedników. Brat stał i patrzył trzymając kucyka przy pysku. Po chwili,
wsysany bezpowrotnie potokiem ludzi począł posuwać się z wolna, krok za krokiem, ku szosie.
W Edgware panowało zamieszanie, w Chalk Farm zgiełkliwy tumult, tu natomiast wydawało się, Ŝe
gościńcem wali cała ludność kraju. Trudno sobie po prostu wyobrazić te zastępy. Nie miały one jakiegoś
wyraźnego oblicza. Postaci ludzkie wysypywały się zza zakrętu i ginęły za następnym zakrętem zwrócone
plecami ku grupie stojącej w zaułku. Piesi potykając się i potrącając szli skrajem drogi. Wisiała nad nimi
nieustanna groźba przejechania. Wozy i bryki zbijały się w gromady niechętnie ustępując z drogi szybszym
lub bardziej niecierpliwym pojazdom, te zaś przy kaŜdej sposobności usiłowały wyrwać się do przodu. Piesi
rozbiegali się wówczas na strony, kuląc się pod płotami i w bramach.
- Prędzej - krzyczano. - Prędzej! JuŜ nadchodzą!
Na jednym z wozów stał ślepiec w mundurze Armii Zbawienia i wymachując rękami wrzeszczał: -
Wieczność! Wieczność! - Ochrypły głos tak był donośny, Ŝe brat mój słyszał go jeszcze po zniknięciu wozu
w obłokach kurzu. Niektórzy stłoczeni w pojazdach ludzie okładali bezmyślnie batem konie i wykłócali się z
innymi woźnicami; niektórzy siedzieli bez ruchu wpatrzeni zgaszonym wzrokiem w próŜnię; niektórzy
gryźli palce z pragnienia lub leŜeli bezwładnie w swych wozach. Konie ociekały pianą, oczy miały
przekrwione.
Drogą sunęły nieprzeliczone doroŜki, bryczki, wozy, platformy, przejechał wóz pocztowy, za nim karawan z
napisem: „Dom modlitwy św. Pankracego”, za nim ogromna platforma opałowa pełna jakichś oberwańców.
Potem przetoczyła się dwukółka piwiarza z planami świeŜej krwi na kołach.
- Z drogi! - ryczały liczne głosy. - Z drogi!
- Wie-e-czność! Wie-e-eczność! - brzmiało jak echo nad drogą. Obok przeszły smętne, posępne, choć
zamoŜnie ubrane kobiety prowadzące za rękę płaczące potykające się dzieci. Wytworne ich suknie pokryte
były kurzem, po zmęczonych twarzach płynął pot i łzy. Obok szli męŜczyźni, jedni usiłowali im pomagać,
inni patrzyli ponuro i dziko. Za nimi pchał się tłum jakichś włóczęgów odzianych w spłowiałe czarne
szmaty, rozwrzeszczanych, klnących. Przeszli krzepcy robotnicy przepychając się nieustępliwie przez tłum;
przeszli zmęczeni, nie ogoleni męŜczyźni podobni z odzienia do urzędników lub sprzedawców sklepowych;
potykając się i rozpychając przeszedł raniony Ŝołnierz; grupa tragarzy kolejowych parła za nim, a dalej
wlokło się jakieś nieszczęsne stworzenie w nocnej koszuli z narzuconym na ramiona płaszczem.
ChociaŜ tak róŜny w składających się nań jednostkach - cały ten tłum jedną miał przecieŜ cechę wspólną.
Było nią przeraŜenie i ból malujący się na twarzach, był nią gnający ich przemoŜny strach. KaŜdy hałas na
drodze, kaŜda kłótnia o miejsce na wazie przyśpieszała kroki tłumu. Ci nawet, którym zmęczenie podcinało
nogi, zrywali się za chwilę z nową siłą. Upał i kurz dały się juŜ uciekającym dobrze we znaki. Twarze ich
były spalone, wargi czarne i spękane. Wszyscy byli spragnieni, znuŜeni, wyczerpani. Pośród rozlicznych
okrzyków słyszało się swary, narzekania, jęki słabości i zmęczenia; głosy brzmiały ochryple i słabo. A
poprzez całą tę wrzawę przebijało jedno powtarzające się zdanie: - Z drogi! Z drogi! Marsjanie nadchodzą!
Nieliczni tylko próbowali wydostać się z tej lawiny. Zaułek wychodził na drogę skośnym wąskim wylotem i
pozornie prowadził w stronę Londynu. Mimo to wir ludzki rzucał tam osłabłych tylko po to, by po
chwilowym odpoczynku mogli zanurzyć się w nim ponownie. Nieco głębiej w zaułku leŜał z obnaŜoną,
owiniętą skrwawionymi szmatami nogą jakiś człowiek, a nad nim pochylali się dwaj jego przyjaciele.
Szczęśliwiec! Miał jeszcze przyjaciół.
Staruszek z siwym wojskowym wąsem, w brudnym czarnym surducie, pokuśtykał na bok, usiadł przy
wózku, zdjął but ukazując okrwawioną skarpetkę, wytrząsnął kamyki, wdział z powrotem but i powlókł się
dalej; nadeszła malutka, ośmioletnia moŜe dziewczynka, zupełnie sama, i padła płacząc u Ŝywopłotu, tuŜ
koło mego brata.
- Nie mogę juŜ dalej! Nie mogę juŜ dalej!
Brat ocknął się z osłupienia, chwycił ją na ręce i przemawiając łagodnie zaniósł do pani Elphinstone. Mała
pod jego dotknięciem ucichła natychmiast, jakby czymś przestraszona.
- Helenko! Helenko! - wołała kobieta w tłumie pełnym łez głosem. Helenko! - Dziecko wyrwało się bratu i
biegnąc ku drodze krzyczało: - Mamo!
- Nadchodzą! - wołał mijając zaułek jadący wierzchem męŜczyzna. - Z drogi tam! - wrzeszczał woźnica
stając na koźle. Brat ujrzał skręcającą w zaułek karetę.
Ludzie uchodzili z drogi popychając się gwałtownie w obawie, by nie wpaść pod koła. Brat cofnął kucyka i
bryczuszkę pod sam Ŝywopłot, kareta zaś przejechała obok i stanęła. Była dwukonna, jednak w zaprzęgu
szedł tylko jeden koń.
Poprzez tumany kurzu brat dostrzegł niewyraźnie; jak dwaj ludzie wynoszą z niej i składają ostroŜnie na
trawie pod krzewami Ŝywopłotu rozpostarte na białych noszach ciało.
Jeden z nich podbiegł do brata.
37
- Gdzie tu jest woda? - zawołał. - To lord Garrick. Umiera i chce pić!
- Lord Garrick! - wykrzyknął brat. - Prezes Sądu NajwyŜszego?
- Gdzie tu woda? - powtórzył tamten.
- MoŜe w którymś z tych domków. My nie mamy wody. Bałbym się zresztą odejść od moich pań.
Woźnica począł przepychać się przez tłum do bramy naroŜnego domu. - Uciekaj! - wołano za nim. -
Marsjanie nadchodzą! Uciekaj! Nagle uwagę brata zwrócił orlą swą twarzą męŜczyzna ciągnący za sobą
niewielką walizkę. W tej właśnie chwili otwarła mu się. Sypnęły z niej potokiem rulony złotych suwerenów
rozpryskując się w zderzeniu z ziemią w grad złotych krąŜków, pojedynczych monet. Toczyły się we
wszystkie strony pośród depczących nieustannie drogę ludzkich i końskich nóg. Człowiek o orlej twarzy
stanął patrząc tępo na stos rozsypanego złota. Nagle potrącił go w ramię i odrzucił na bok dyszel wozu.
Tamten krzyknął i skoczył w bok omal nie wpadając pod koła.
- Z drogi! - zaczęto krzyczeć z tłumu. - Na bok! Z drogi!
Gdy wóz oddalił się nieco, męŜczyzna padł z rozpostartymi ramionami na stos monet i pełnymi garściami
począł napychać nimi kieszenie. TuŜ nad nim ukazał się łeb koński i usiłujący właśnie powstać człowiek
znów legł na ziemi tratowany kopytami.
- Stój! - krzyknął brat i odepchnąwszy idącą ścieŜką kobietę próbował pochwycić konia za wędzidło.
Zanim mu się to jednak udało, usłyszał jęk i poprzez tuman pyłu ujrzał, jak po plecach nieszczęśnika
przetoczyły się koła wozu. Woźnica zamierzył się biczem na przebiegającego na drugą stronę, za wozem,
brata. Dokoła podniosły się krzyki. LeŜący wił się w kurzu, pośród rozsypanych monet, z przetrąconym
kręgosłupem, usiłując powstać na bezsilne, zmartwiałe nogi. Brat stanął nad nim krzycząc na napierającego
następnego woźnicę; z pomocą przyszedł mu jakiś jeździec dosiadający rumaka.
- Zabierzcie go z drogi! - wykrzyknął; brat schwycił wolną ręką leŜącego za kołnierz i powlókł go na ścieŜkę
obok szosy. Ten jednak walił brata po ręku pięścią pełną złota, przeszywając go przy tym wściekłym
spojrzeniem.
- Naprzód! Naprzód! - krzyczały za nimi gniewne głosy. - Z drogi! Rozległ się trzask. To dyszel powozu
wbił się w zatrzymany przez jeźdźca wóz. Brat rzucił okiem w tamtą stronę, równocześnie zaś człowiek ze
złotem przekrzywił głowę i ugryzł trzymającą go za kołnierz rękę. Wóz ruszył; kary koń uskoczył w bok, a
zaprzęg przeszedł tak blisko brata, Ŝe kopyta omal nie zmiaŜdŜyły mu stóp. Brat cofnął się pośpiesznie
puszczając leŜącego. Dostrzegł jeszcze złość zmieniającą się na twarzy nieszczęsnego w przeraŜenie, po
czym znikł on pod kołami, brat zaś pociągnięty potokiem ludzkim i uniesiony poza wylot zaułka cięŜko
musiał walczyć, by dotrzeć doń z powrotem.
Powróciwszy do bryczuszki zobaczył, Ŝe pani Elphinstone przysłania oczy rękami, obok niej zaś stoi jakieś
dziecko i przygląda się ze zwykłym u dzieci brakiem współczucia, szeroko rozwartymi oczami, leŜącej na
szosie czarnej, zakurzonej, nieruchomej, tratowanej kopytami i miaŜdŜonej kołami postaci.
- Zawracajmy! - krzyknął brat i zaczął wyprowadzać kucyka z zaułka. - Nie przejedziemy przez to piekło!
Wrócili ze sto jardów przebytą niedawno drogą. Oszalały tłum znikł im wreszcie z oczu. Mijając zakręt, brat
ujrzał śmiertelnie bladą, ściągniętą i lśniącą od potu twarz umierającego w rowie pod ligustrem lorda
Garricka. Obie panie siedziały w bryczce bez słowa, skulone i drŜące.
Za zakrętem brat znów zatrzymał wózek. Panna Elphinstone była blada, szwagierka zaś jej zalewała się
łzami, zbyt wystraszona nawet, by wzywać swego „Jureczka”. Brat mój teŜ był zmieszany i wstrząśnięty.
Gdy tylko zawrócili, pojął, jak pilnie i nieodzownie naleŜało przebić się na przeciwległy skraj gościńca.
Nagle zwrócił się pełen zdecydowania do panny Elphinstone.
- Musimy przejechać! - zawołał i znów zawrócił kucyka ku szosie. Po raz wtóry juŜ tego dnia dziewczyna
dała dowód wielkiej siły ducha. Chcąc wedrzeć się w potok ludzki na szosie brat skoczył w sam gąszcz
pojazdów i zatrzymał najbliŜszy zaprzęg, a tymczasem panna wprowadziła przedeń bryczuszkę.
Zahamowany na chwilę wóz ruszył gwałtownie odłupując od bryczuszki lewy błotnik wraz ze stopniem. W
następnej chwili prąd porwał ich i poniósł z innymi. Brat z czerwonymi pręgami od smagnięć biczem po
twarzy i rękach wdrapał się na kozioł i odebrał dziewczynie lejce.
- Proszę grozić temu za nami pistoletem - rzekł, wręczając jej broń - jeŜeli zanadto będzie się pchał. Nie!
Lepiej niech pani mierzy w konia.
Następnie podjął wysiłki, by przedrzeć się na drugą stronę drogi. Dać nura jednak w ten odmęt oznaczało
utracić wolną wolę, zlać się w jedno Ŝ całym tym zakurzonym, oszalałym motłochem. Niesieni potokiem
płynęli przez Chipping Barnet i dopiero o jakąś milę za śródmieściem udało im się przedostać na
przeciwległy brzeg nurtu. Hałas i zamieszanie panowały tu nie do opisania, w samym jednak miasteczku i
poza nim szosa rozwidla się parokrotnie, rozluźniło więc to w pewnym stopniu ścisk na drodze.
PodróŜni nasi skręcili na wschód, przez Hadley. Po drodze widzieli tłumy ludzi gaszących pragnienie wodą
ze strumienia, gdy niektórzy walczyli o dostęp do niego. Nieco dalej, z pagórka w pobliŜu Wschodniego
38
Barnet, dostrzegli dwa sunące bardzo wolno, bez Ŝadnych sygnałów, jeden za drugim, pociągi zapchane
ludźmi siedzącymi nawet w tendrach, na węglu. ZdąŜały one na północ trasą Wielkiej Kolei Północnej. Brat
mój przypuszczał, iŜ musiały wyruszyć spoza Londynu, gdyŜ w tym czasie obłąkane przeraŜenie ludności
uniemoŜliwiało juŜ odjazd z londyńskich dworców.
Niedaleko pagórka zatrzymali się na południowy wypoczynek, gdyŜ gwałtowność całodziennych przeŜyć
wyczerpała w najwyŜszym stopniu całą trójkę. Zaczął im równieŜ doskwierać głód, a Ŝe wieczór był
chłodny, Ŝadne nie mogło usnąć. Późnym wieczorem drogą obok biwaku przeszło w pośpiechu mnóstwo
ludzi uciekających przed nieznanym niebezpieczeństwem, a ludzie ci uchodzili w tę stronę - z której przybył
mój brat.
Dziecię Gromu
Gdyby jedynym celem Marsjan było zniszczenie, mogliby oni w poniedziałek zgładzić całą rozpraszającą się
w ucieczce po najbliŜszej okolicy ludność Londynu. Nie tylko bowiem gościńcem do Barnet, lecz i przez
Edgware, i Waltham Abbey, i drogami biegnącymi na wschód, do Southend i Shoeburyness, i na południe od
Tamizy, w stronę Deal i Broadstairs, płynął rozgorączkowany motłoch. Gdyby ktoś owego czerwcowego
poranka wzbił się balonem w rozpalone błękity pod Londynem, ujrzałby, Ŝe wszystkie wybiegające z
nieskończonej plątaniny ulic na wschód i na północ drogi usiane są czarnymi, zlewającymi się w strumienie
punkcikami. KaŜdy zaś punkcik był ludzką agonią i przeraŜeniem, i rozpaczą. Aby czytelnik zdał sobie
sprawę, jak wyglądał ten potok czarnych punkcików widziany z bliska oczami jednego z nich - opisałem
szeroko w poprzednim rozdziale to wszystko, co widział mój brat na gościńcu wiodącym przez Chipping
Barnet. Nigdy jeszcze w dziejach świata tak wielka liczba połączonych cierpieniem istot ludzkich nie
porzucała swych siedzib. Legendarne zastępy Gotów i Hunów, najpotęŜniejsze, jakie kto kiedykolwiek
widział, armie wschodu - byłyby kroplą tylko w tej rzece. A nie był to przecieŜ bynajmniej Ŝaden
zdyscyplinowany marsz. Był to bieg straszliwy, gigantyczny bieg, bez porządku i bez celu, bieg sześciu
milionów wystraszonych, bezbronnych i pozbawionych Ŝywności ludzi, gnanych lękiem, gdzie oczy
poniosą. Wydawać się mogło, Ŝe to początek zagłady cywilizacji, początek zniszczenia rodzaju ludzkiego.
Na wprost pod sobą pasaŜer balonu widziałby rozpostartą daleko i szeroko sieć pustych juŜ ulic, mostów,
domostw, świątyń, ogrodów i parków - ogromną mapę upstrzoną na południu czarnymi plamami. Zdawało
się, Ŝe koło Ealing, Richmondu i Wimbledonu potworne jakieś pióro bryznęło na nią atramentem. KaŜda z
tych bryzg rosła i rozszerzała się nieustannie, wystrzelając to tu, to tam poza swój kształt pierwotny, raz
zbierając się w ławice przed wzniesieniami terenu, to znów wylewając się szybko w doliny, gdy
przekroczyła grzbiet wzgórza, zupełnie jak kropla atramentu rozpływająca się po bibule.
W oddali zaś, ponad wznoszącymi się na południe od rzeki niebieskimi wzgórzami, uwijali się lśniący w
słońcu Marsjanie spokojnie i metodycznie pokrywając to tę, to tamtą część kraju obłokami, spędzając je
strumieniami pary, gdy spełniły juŜ swe dzieło, i obejmując w posiadanie podbitą krainę. Wydawało się, Ŝe
celem ich było nie tyle zniszczenie, co całkowite zdemoralizowanie i stłumienie oporu. Wysadzali w
powietrze kaŜdą napotkaną prochownię, przecinali kaŜdą linię telegraficzną, gdzieniegdzie zaś zrywali tory
kolejowe. Postanowili okaleczyć ludzkość. Nie zaleŜało im, jak się zdaje, na pośpiechu, toteŜ nie posunęli
się tego dnia poza śródmieścia Londynu. Dlatego, być moŜe, w poniedziałek rano mnóstwo mieszkańców
pozostało w swych domach. Pewne jest bowiem, iŜ tysiące ich zginęły tam wytrute Czarnym Dymem.
AŜ do południa port londyński przedstawiał zadziwiający widok. Czekały tu najprzeróŜniejszego rodzaju
parowce i okręty skuszone ogromnymi sumami płaconymi przez uciekających; mówiono, Ŝe wielu spośród
wdzierających się na nie ludzi utonęło spychanych przez majtków bosakami. Około pierwszej po południu
pomiędzy filarami mostu Blackfriars pojawiły się rozrzedzone forpoczty Czarnego Dymu. Wówczas w
całym porcie zapanowało obłąkane wprost zamieszanie, bójki i zderzenia. Statki i łodzie tłoczyły się przez
długi czas pod północnym łukiem mostu Tower, zaś majtkowie i tragarze portowi musieli walczyć uparcie z
napierającymi ze wszystkich stron tłumami: Doszło do tego, Ŝe ludzie spuszczali się z mostu po filarach...
Gdy w godzinę później jeden z Marsjan wyłonił się spoza Clock Tower i przeszedł w bród rzekę, po wodzie
koło Limehouse pływały juŜ tylko jakieś szczątki.
O tym, jak spadł piąty walec, opowiem nieco później. Szósty natomiast upadł w Wimbledonie. Brat mój
czuwając w bryczuszce nad snem kobiet widział jego zielony błysk w oddali za wzgórzami. We wtorek cała
trójka, wciąŜ jeszcze zdecydowana uciekać za morze, przebijała się przez kipiące uciekinierami okolice
Colchester. Potwierdziła się wiadomość, Ŝe Marsjanie opanowali juŜ cały Londyn. Widziano ich w Highate,
a nawet, jak twierdzili niektórzy, w Neasdon. Brat mój jednak ujrzał ich dopiero następnego ranka.
Tymczasem rozproszone tłumy poczęły zdawać sobie sprawę z coraz groźniejszego braku poŜywienia. W
miarę jak wzrastał głód - malało poszanowanie praw własności. Wieśniacy stawali z bronią w ręku w
39
obronie swych chlewów, spichlerzy i dojrzewających zbiorów. Niemało ludzi, podobnie jak i rój brat,
podąŜało teraz na wschód, moŜna jednak było znaleźć i takich straceńców, którzy w poszukiwaniu Ŝywności
zawracali do Londynu. Byli to przewaŜnie mieszkańcy północnych jego dzielnic, znający Czarny Opar z
opowiadań tylko. Mówiono, Ŝe połowa bez mała członków rządu schroniła się w Birminghamie i Ŝe
przygotowuje się olbrzymie ilości środków wybuchowych, by uŜyć ich do zaminowania dolin Midlandu.
Mówiono teŜ, Ŝe Towarzystwo Kolei Midlandzkieh, po uzupełnieniu luk powstałych wśród maszynistów i
palaczy w pierwszym dniu paniki, podjęło obecnie normalny ruch i wypuszcza ze stacji w St. Albans pociągi
odchodzące na północ, chcąc rozładować w ten sposób przeludnione, najbliŜej Londynu połoŜone okolice.
W Chipping Ongar wywieszono nawet plakaty głoszące, Ŝe na północy kraju zgromadzono wielkie zapasy
mąki i Ŝe w ciągu dwudziestu czterech godzin pomiędzy głodującą ludność okoliczną rozdzielony będzie
chleb. Wiadomości te nie powstrzymały jednak ani brata, ani jego towarzyszek od zamierzonej ucieczki i
cała trójka jechała jak dzień długi, na wschód, widząc rozdzielanego chleba tyle tylko, ile go było na
plakatach. Jeśli juŜ o tym mowa, to trzeba powiedzieć, Ŝe nikt zresztą nie widział go na oczy. Nocy tej spadła
siódma juŜ z kolei gwiazda, niedaleko pagórka Primrose Hill. Spadła podczas warty panny Elphinstone, gdyŜ
czuwała ona na zmianę z bratem. Ona teŜ właśnie ją dostrzegła.
We środę trójka uciekinierów, po nocy spędzonej w polu wśród niedojrzałej pszenicy, dotarła do
Chelmsford, gdzie grupa mieszkańców mianująca się jakimś Komitetem Publicznego Zaopatrzenia
skonfiskowała im kucyka na mięso, w zamian obiecując poszkodowanym udział w jego zjedzeniu.
Opowiadano tu, Ŝe Marsjanie są juŜ w Epping oraz Ŝe podczas nieudanej próby wysadzenia w powietrze
jednego z nich uległa zniszczeniu prochownia w Waltham Abbey.
Ludność wypatrywała tu Marsjan z wieŜ kościelnych. Brat mój na swoje, jak się później okazało, szczęście
wolał nie czekać na jedzenie, chociaŜ wszyscy troje bardzo byli głodni, lecz niezwłocznie podąŜył wraz z
paniami ku wybrzeŜu. W południe minęli Tillingham, gdzie było nad podziw pusto i spokojnie, tylko jakieś
łaziki plądrowały domy w poszukiwaniu Ŝywności. Niedaleko za Tillingham widać juŜ było morze, a na nim
najdziwaczniejszą, jaką sobie tylko moŜna wyobrazić, zbieraninę statków.
PoniewaŜ nie dało się juŜ wpływać do ujścia Tamizy, przybijały one do wybrzeŜa hrabstwa Essex, by
zabierać ludzi z Harwich, z Walton i Clacton, potem zaś z Foulness i Shoebury. Rozciągnęły się ogromnym
łukiem, którego koniec ginął we mgle aŜ za przylądkiem Naze. TuŜ przy brzegu zaś uwijało się mnóstwo
angielskich, szkockich, francuskich, holenderskich i szwedzkich kutrów, parowczyków z Tamizy, jachtów,
motorówek - głębiej w morzu widać było statki o większej wyporności, przeróŜne węglowce, statki do
przewozu bydła, tankowce, schludne statki handlowe, parowce pasaŜerskie, frachtowce oceaniczne, był tam
nawet jakiś stary Ŝaglowiec; jeszcze zaś głębiej stały białe i popielate statki regularnych linii okrętowych z
Southamptonu i Hamburga. WzdłuŜ całego błękitnego wybrzeŜa aŜ do Blackwater moŜna było mgliście
dojrzeć gęsty rój szalup i ich właścicieli targujących się z ludźmi na lądzie, rój ciągnący się poza Blackwater
prawie aŜ do Maldon.
Jeszcze dalej, o parę mil od brzegu, leŜał zanurzony tak głęboko, Ŝe według słów brata wyglądał jakby
nasiąkły wodą, okręt wojenny. Był to kontrtorpedowiec Dziecię Gromu. Jedyna zresztą widoczna tu z lądu
jednostka floty wojennej. Ale hen daleko, w prawo, nad gładzią morską, gdyŜ w dniu tym panowała
prawdziwa martwa cisza, wiły się czarne węŜyki dymków znaczących stanowiska pancerników floty kanału.
Z kotłami pod parą, w pełnej gotowości bojowej przegradzała ona stalowym łańcuchem wylot Tamizy przez
cały czas zwycięskiego natarcia Marsjan, czujna, choć niezdolna go powstrzymać.
Na widok morza pani Elphinstone, mimo pełnych otuchy słów swej szwagierki, uległa panice. Nigdy jeszcze
nie wyjeŜdŜała poza granice Anglii i woli raczej umrzeć, niŜ znaleźć się sama, bez przyjaciół, w obcym
kraju. Jak wynikało z jej słów, biedaczka wyobraŜała sobie widocznie Francuzów nie lepszymi od Marsjan.
Podczas ostatnich dwu dni podróŜy była coraz bardziej wystraszona, przygnębiona i rozhisteryzowana.
Jedynym i nieustannym jej marzeniem był powrót do Stanmore. W Stanmore przecieŜ zawsze było tak
dobrze, tak bezpiecznie, w Stanmore na pewno odnajdą Jureczka...
Z największym tylko trudem udało się sprowadzić ją na plaŜę, gdzie brat mój zdołał właśnie zwrócić uwagę
marynarzy z jakiegoś przedpotopowego, o łopatkowym napędzie, parowca rzecznego z Tamizy. Podpłynęli
oni szalupą i zgodzili się przewieźć całą trójkę za trzydzieści sześć funtów do Ostendy, dokąd, jak mówili,
płynąć miał ich stateczek.
Dochodziła druga, gdy zapłaciwszy przy wejściu umówioną sumę brat mój znalazł się wraz z paniami
bezpieczny na pokładzie statku. MoŜna tam było dostać poŜywienie, po niezwykle co prawda wysokich
cenach, toteŜ naszej trójce udało się wreszcie spoŜyć jaki taki posiłek. Na pokładzie było juŜ kilkudziesięciu
pasaŜerów. Wielu z nich wydało ostatnie grosze, aby tylko zapewnić sobie przejazd, kapitan jednakŜe tkwił
pod Blackwater aŜ do piątej, przyjmując wciąŜ nowych i nowych podróŜnych, aŜ wreszcie na pokładzie
zapanował niebezpieczny tłok. Tkwiłby tam pewnie i dłuŜej, gdyby nie huk armat, jaki o tej właśnie porze
40
rozległ się gdzieś na południu. Jakby w odpowiedzi na to, kontrtorpedowiec wypalił w stronę morza z
małego działa i wciągnął na masz banderę. Z kominów jego buchnęły kłęby dymu.
Niektórzy pasaŜerowie twierdzili, Ŝe to strzelają pod Shoeburyness, potem jednak okazało się, Ŝe huki stają
się coraz głośniejsze. Równocześnie daleko na południowym wschodzie wynurzyły się kolejno z morza
maszyny i wieŜyczki trzech jeszcze pancerników spowitych chmurami czarnego dymu. Lecz uwagę brata
skupiła na sobie nieustanna strzelanina. Wydawało mu się, Ŝe dostrzega na południu wznoszący się w
mglistej szarej dali słup dymu.
Parowczyk pluskał łopatkami przebijając się na wschód, poza rozsypane wachlarzem statki, i płaskie
wybrzeŜa Essexu roztapiały się juŜ w błękitnej mgiełce, gdy ukazał się zmniejszony odległością, posuwający
się błotnistym wybrzeŜem od strony Foulness, pierwszy Marsjanin. Na ten widok przeraŜony i rozgniewany
kapitan począł przeklinać własne guzdralstwo, a łopatki stateczku, jakby udzielił się im jego lęk,
zapulsowały gwałtownie. Kto Ŝyw na parowcu pchał się ku burtom i wspinał się na ławki, by oglądać tę
odległą postać przewyŜszającą drzewa i wieŜe kościelne, posuwającą się ruchami wyglądającymi na
przedrzeźnianie ruchów człowieka.
Był to pierwszy widziany przez brata Marsjanin, toteŜ przyglądał mu się bardziej zdziwiony niŜ
przestraszony. Tymczasem gigant zbliŜał się ostroŜnie do okrętu, zanurzając się coraz głębiej w morze.
Potem daleko za Crouch ukazał się drugi, przedzierający się pośród karłowatych drzewek, a jeszcze dalej
trzeci, brodzący w głębokich, połyskujących w słońcu bagnach nadbrzeŜnych, jakby zawieszony w pół drogi
między morzem a niebem. Wszyscy trzej szli w morze, chcąc widocznie przeszkodzić w ucieczce statkom
zebranym pomiędzy Foulness a Naze. Mimo pośpiesznego rytmu maszyn, mimo spienionej kipieli, jaką
pozostawiały za sobą łopatki, ucieczka parowczyka, na którym płynął brat, była przeraŜająco powolna.
Spozierając na północny zachód brat dostrzegł, jak rwie się i wije w przeraŜeniu ogromny wachlarz statków,
jak ścigają się one ze sobą, jak zwracają rufy miast burt ku brzegom, jak gwiŜdŜą buchając parą parowce, jak
wciągają Ŝagle Ŝaglowce, jak pomykają tu i tam warcząc motorami motorówki. Widok ten, zarówno jak i
niebezpieczeństwo nadciągające od brzegu tak go urzekły, Ŝe nie patrzył wcale na morze. Wtem
błyskawiczny zwrot stateczku dokonany dla uniknięcia zderzenia strącił brata z zajmowanego przezeń
krzesła. Dokoła wszyscy krzyczeli, potem rozległ się tupot nóg i wiwaty, na które, jak mu się zdawało, ktoś
odpowiadał z oddali. Nagle stateczek zakołysał się gwałtownie znowu zbijając go z nóg.
Gdy brat mój zerwał się i popatrzył za prawą burtę, o niecałe sto jardów od kołyszącego się, przechylonego
parowca ujrzał prujący morze wielki stalowy kadłub. Ciął dziobem wodę, jak lemiesz pługa tnie rolę.
Odgarniane na boki potęŜne spienione fale kołysały i podrzucały stateczkiem, ten zaś to zanurzał się po
pokład niemal w morzu, to znów unoszony wysoko wymachiwał bezsilnie łopatkami w powietrzu.
Pienisty prysznic oślepił brata na chwilę. Gdy przetarł oczy, stalowy potwór minął ich mknąc w stronę lądu.
Nad płaskim kadłubem wznosiły się potęŜne nadbudówki, zaś dwa bliźniacze kominy pluły dymem gęsto
przetykanym iskrami. Był to kontrtorpedowiec Dziecię Gromu gnający zagroŜonym statkom z odsieczą.
Wpierając stopy w rozkołysany pokład, trzymając się kurczowo poręczy brat popatrzył wpierw na
szarŜującego lewiatana, potem zaś na zbitych w gromadkę Marsjan. Stali tuŜ przy sobie; i to tak daleko od
brzegu, Ŝe trójnogi ich prawie zupełnie skryły się w morzu: Zanurzeni głęboko i pomniejszeni odległością
wydawali się o wiele mniej groźni od potęŜnego stalowego cielska, w którego nurcie huśtał się bezwolnie
stateczek niosący na swym pokładzie brata. Mogło wydawać się, Ŝe przyglądają się zaskoczeni temu
nowemu wrogowi. Być moŜe wzięli go za istotę podobną do siebie. Okręt nie strzelał, lecz pędził tylko ku
nim z największą szybkością i to właśnie, Ŝe gnał bez strzału, pozwoliło mu prawdopodobnie podsunąć się
tak blisko do nieprzyjaciół. Ci zaś nie wiedzieli widocznie, co z nim zrobić. Dość było jednego wystrzału,
aby Snop Gorąca posłał go nieuchronnie na dno.
Kontrtorpedowiec, czarny, gwałtownie malejący kadłub na tle oddalającej się płaszczyzny essekskiego
wybrzeŜa, mknął tak szybko, iŜ po chwili wydawał się juŜ w pół drogi między stateczkiem a Marsjanami.
Wtem najbliŜszy z Marsjan nachylił rurę i wypalił z niej w napastnika zbiornikiem Czarnego Dymu.
Zbiornik uderzył o lewą burtę tryskając atramentowym strumieniem rozlewającym się szeroko po morzu
potokami Czarnego Dymu, kontrtorpedowiec jednak był juŜ daleko. Patrzącym pod słońce z zanurzonego
głęboko parowczyka widzom zdawało się, Ŝe wpadł on juŜ między Marsjan.
Widać było posępne ich postacie wynurzające się z wody i oddalające od siebie w ucieczce ku brzegowi.
Jeden podniósł aparat ze Snopem Gorąca, skierował go skośnie w dół i natychmiast trysnęły z wody obłoki
pary. Snop musiał przebić stalowy pancerz statku równie łatwo, jak rozpalone do białości Ŝelazo przebija
kartkę papieru.
Obłoki pary rozdarł błysk płomienia, a Marsjanin zatoczył się i potknął. Jeszcze chwila i upadł. PotęŜny słup
wody i pary strzelił wysoko w górę. Teraz dopiero zagrzmiały działa Dziecięcia Gronu głusząc syk pary.
Jeden z pocisków uderzył w pobliŜu parowczyka brata, odbił się rykoszetem w stronę innych uciekających
41
na północ okrętów i zgruchotał pobliski kuter. Nikt się tym jednak zbytnio nie przejął. Na widok upadku
Marsjanina kapitan na mostku ryknął coś niezrozumiale, a tłoczący się na pokładzie pasaŜerowie wydali
głośny okrzyk. Po chwili zaś znów zaczęli wrzeszczeć radośnie. Oto z białej zawieruchy wypadło coś
długiego, czarnego, buchającego z kominów, wentylatorów i śródokręcia płomieniami...
Kontrtorpedowiec Ŝył jeszcze; ster był widocznie nie uszkodzony i maszyny pracowały dalej. Pędził prosto
na drugiego Marsjanina i był juŜ od niego o niecałe sto jardów, gdy znów uderzył weń Snop Gorąca.
Wówczas kominy i pokład wyleciały z głośnym hukiem w powietrze. Gwałtowność wybuchu zachwiała
Marsjaninem, a po chwili płonący wrak pchany siłą rozpędu wpadł na niego i zgniótł jak tekturową zabawkę.
Brat mój mimo woli krzyknął. Znów kłęby wrzącej pary przesłoniły wszystko.
- Dwa! - ryknął kapitan.
Wszyscy dokoła darli się wniebogłosy. Cały stateczek od dzioba do rufy rozbrzmiewał gorączkowymi
wiwatami. Przerzucały się one z okrętu na okręt, aŜ objęły wszystkie stłoczone w gęstą gromadę, mknące w
morze statki.
Długo jeszcze wisiał nad wodą obłok pary, przesłaniając i trzeciego Marsjanina, i wybrzeŜe. Przez cały ten
czas stateczek szedł morze, oddalając się bez ustanku od pobojowiska; gdy wreszcie para rozwiała się,
pojawił się sunący powoli wał Czarnego Oparu i znów nie moŜna było dostrzec ani Dziecięcia Gromu, ani
trzeciego Marsjanina. Za to między parowczykiem a wybrzeŜem stały teraz inne kontrtorpedowce.
Stateczek płynął wciąŜ dalej i dalej, zostawiając z wolna kontrtorpedowce za sobą, zaś wybrzeŜe skrywała
nieprzenikniona ławica oparu, po części pary, po części Czarnego Dymu, zmieszanych ze sobą i splątanych
w najdziwaczniejsze formy. Armada uciekinierów rozpraszała się na północo-wschód. Między
kontrtorpedowcami a parowcami płynęło wiele kutrów. Po pewnym czasie okręty wojenne, nie dopłynąwszy
jeszcze do osiadającej coraz niŜej ławicy Czarnego Dymu, zawróciły na północ, obeszły ją i skręciwszy na
południe roztopiły się w mgle wieczornej. WybrzeŜe rysowało się coraz niewyraźniej pod niskimi,
gromadzącymi się wokół zachodzącego słońca zwałami chmur.
Nagle w złocistej mgle zachodu znów rozległ się huk dział i dojrzeć tam moŜna było ruch jakichś czarnych
cieni. Zebrani na stateczku ludzie raz jeszcze zaczęli przepychać się ku burtom, by lepiej widzieć, co dzieje
się w oślepiającym kotle zachodu. Nie udało się jednak nic tam wypatrzeć.
Chmury dymu wzbijając się skośnymi pasmami przesłaniały słońce. Pulsujący napięciem stateczek płynął
jakby zawieszony w bezkresach.
Słońce skryło się za szarymi chmurami, niebo rozbłysło na chwilę i ściemniało, zamigotała wieczorna
gwiazda. Panował juŜ głęboki mrok, gdy kapitan krzyknął wskazując w górę. Brat mój wytęŜył wzrok. Z
szarości wieczoru wystrzeliło niezmiernie szybko skośnie w górę, ponad chmury, w lśniącą jasność
zachodniego nieba coś płaskiego i szerokiego, i ogromnego i płynąc w krąg po szerokiej spirali, malało
opadając z wolna, aŜ znikło zupełnie w pełnych tajemnic cieniach nocy. Lecąc zaś prószyło na ziemię
ciemnością.
KSIĘGA DRUGA
ZIEMIA WE WŁADZY MARSJAN
Zdeptani
Podczas gdy brat mój doświadczał tak szeroko opisanych w ostatnich dwóch rozdziałach pierwszej księgi
przygód, wikary i ja czailiśmy się w pustym domu w Hallifordzie, dokąd uszliśmy, by schronić się przed
Czarnym Dymem. Od tego teŜ miejsca podejmuję swą opowieść.
W ukryciu tym przebyliśmy noc niedzielną i cały następny dzień, dzień paniki, jak rozbitki odcięci Czarnym
Dymem od reszty świata na wysepce jasności dziennej. Skazani przez te dwa męczące dni na Ŝałosną
bezczynność, mogliśmy tylko czekać.
Myśli me opanował niepokój o Ŝonę. WyobraŜałem sobie, jak jest przeraŜona, jakie niebezpieczeństwa groŜą
jej w Leatherhead, jak opłakuje mój domniemany zgon. Przechadzałem się po pokojach łkając głośno na
myśl o naszej rozłące, o tym, co moŜe ją spotkać podczas mej nieobecności. ChociaŜ wiedziałem, jak
dzielnie kuzyn mój potrafi stawić czoło przeciwnościom, to jednak nie naleŜał on do ludzi szybko
rozpoznających niebezpieczeństwo ani teŜ szybko działających. A teraz właśnie potrzebna była nie tyle
odwaga, ile zdolność przewidywania i szybkość decyzji. Jedyną pociechą było przypuszczenie, iŜ posuwając
się w stronę Londynu Marsjanie oddalają się od Leatherhead. Tego typu nieokreślone niepokoje trzymają
umysł w bolesnym napięciu. Z trudnością mi przychodziło panowanie nad sobą. Nieustanne jęki
42
duchownego, widok jego samolubnej rozpaczy męczył mnie i draŜnił coraz bardziej. Kiedy zaś uwagi, jakie
mu czyniłem, nie odnosiły skutku, począłem unikać go przesiadując w pokoju przeznaczonym, jak sądzę, na
izbę szkolną dla dzieci, gdyŜ pełno tam było ławek, globusów, zeszytów i podręczników. Gdy i tam dotarł za
mną, uciekłem na strych i zamknąłem się, aby pozostać sam na sam ze swą boleścią.
Przez cały ten dzień, jak równieŜ przez następny ranek Czarny Opar osaczał nas nieubłaganie. W niedzielę
wieczorem dostrzegliśmy w sąsiednim domku ślady ludzkiej obecności: twarz w oknie, przesuwające się
ś
wiatło, potem trzaśnięcie drzwiami. Nie wiem jednak, co to byli za ludzie i co się z nimi stało. Nazajutrz juŜ
ich nie widzieliśmy. Przez cały poniedziałkowy ranek Czarny Opar spływał z wolna ku rzece podpełzając
wciąŜ bliŜej i bliŜej, aŜ zalał w końcu gościniec, przy którym stał dom stanowiący obecnie nasze schronienie.
W południe nadszedł polami Marsjanin i rozproszył Opar strugą przegrzanej pary bijąc nią z sykiem o ściany
domów, wybijając szyby i parząc w rękę księdza usiłującego uciec z frontowego pokoju. Gdy
przeczołgaliśmy się wreszcie przez zamokłe izby i wyjrzeliśmy na świat, cała okolica na północ od nas
wyglądała jak po czarnej zamieci. Patrząc w stronę rzeki spostrzegliśmy ze zdziwieniem niepojętą dla nas
czerwień plamiącą gdzieniegdzie czerń wypalonych łąk.
Długi czas nie uświadamialiśmy sobie, Ŝe zmiana naszego połoŜenia polega nie tylko na uwolnieniu od
groźby uduszenia przez Czarny Opar. Dopiero później pojąłem, Ŝe nie jesteśmy juŜ osaczeni, Ŝe droga do
wolności stoi otworem. Natychmiast teŜ zacząłem znowu myśleć o działaniu. CóŜ, kiedy wikary popadł w
bezmyślną jakąś apatię.
- Tutaj jesteśmy bezpieczni - powtarzał - tutaj nic nam nie grozi. Wtedy postanowiłem porzucić go. O,
czemuŜ tak się nie stało! Mądrzejszy o wiedzę nabytą od artylerzysty, przygotowania do drogi rozpocząłem
od zaopatrzenia się w prowiant. Na oparzenia me znalazłem oliwę i czyste szmaty, zabrałem teŜ znalezione
w sypialni kapelusz i flanelową koszulę. Kiedy stało się jasne, Ŝe wybieram się sam, Ŝe jestem na to
zdecydowany, wikary zaczął się raptem takŜe szykować.
Popołudnie minęło spokojnie, toteŜ koło piątej wyruszyliśmy sczerniałą drogą do Sunbury. Zarówno w
samym Sunbury, jak i po drodze leŜało mnóstwo poskręcanych w męce ciał ludzkich i koni, porozrzucanych
tobołów, przewróconych wozów, a wszystko pokryte grubą warstwą czarnego pyłu. Nalot ten, podobny do
popiołu, przypominał mi opis zagłady Pompei. Do Hampton Court dotarliśmy bez Ŝadnych przygód. Przez
całą drogę nie mogliśmy nadziwić się niezwykłej obcości pokrytego czerwienią i czernią krajobrazu.
Dopiero w Hampton Court oczom naszym ukazała się pierwsza ocalała od duszących oparów Czarnego
Dymu zieleń. Minęliśmy Bushey Park z jego przemykającymi się pośród kasztanów jeleniami i nieco dalej
ujrzeliśmy kobiety i męŜczyzn śpieszących polami do Hampton. Byli to pierwsi dostrzeŜeni przez nas w tej
okolicy ludzie. My skierowaliśmy kroki do Twickenham.
Las po drugiej stronic gościńca, za Ham i Petersham, wciąŜ jeszcze płonął. Twickenham nie ucierpiało ani
od Snopa Gorąca, ani od Czarnego Oparu, toteŜ ludzi było tu więcej, nikt jednak nie mógł udzielić nam
Ŝ
adnych nowych wiadomości. Byli to przewaŜnie ludzie korzystający, jak i my, z chwili ciszy, by uciec dalej
od terenów okupowanych przez Marsjan. Odniosłem wraŜenie, iŜ w wielu jeszcze domach pozostawali
mieszkańcy, zbyt wystraszeni, by uchodzić. I tu takŜe duŜo było na szosie śladów pośpiesznej ucieczki.
Szczególnie Ŝywo utkwił mi w pamięci stos złoŜony z trzech wgniecionych w gościniec kołami
pogruchotanych bicykli. Około wpół do dziewiątej minęliśmy most w Richmond. Gdyśmy przezeń
przebiegali w pośpiechu, dostrzegłem płynące rzeką liczne kilkustopowej długości czerwone bryły. Nie
wiedziałem, co to było, na badanie zaś nie starczyło czasu. Wydały mi się wtedy czymś straszliwym.
RównieŜ i tu, na brzegu Surrey, leŜał czarny osad i trupy, cały ich stos koło dworca, nie pokazywali się tylko
Marsjanie. Ujrzeliśmy ich dopiero w pobliŜu Barnes.
W czerniejącej dali dostrzegliśmy troje ludzi biegnących pustą na pozór ulicą w stronę rzeki. Na wzgórzu
płonęło miasto Richmond, dokoła nie było ani śladu Czarnego Dymu.
Wtem, podchodząc do Kew, zobaczyliśmy całą gromadę uciekających, za nimi zaś, nie dalej jak o sto jardów
od nas, ukazał się kaptur Marsjanina. Stanęliśmy poraŜeni niespodzianym niebezpieczeństwem i gdyby
potwór spojrzał w dół - bylibyśmy zgubieni. PrzeraŜenie nasze było tak wielkie, Ŝe nie śmieliśmy iść dalej.
Skoczyliśmy w bok i skryliśmy się w szopie stojącej w pobliskim ogrodzie. Tam wikary przypadł do ziemi i
łkając cicho oświadczył, Ŝe nie ruszy się z miejsca.
Mnie jednak nie opuszczała uparta myśl o Leatherhead, toteŜ o zmroku wyruszyłem dalej. Przedarłem się
przez gęste krzewy i posuwając się ostroŜnie uliczką biegnącą obok wysokiego domu wyszedłem na drogę
do Kew. Wikary pozostał w szopie, po chwili jednak dopędził mnie z pośpiechem.
Mój ówczesny postępek uwaŜam za największe, jakie kiedykolwiek w Ŝyciu popełniłem, szaleństwo, jasne
bowiem było, iŜ dokoła kręcą się Marsjanie. Ledwie wikary przyłączył się do mnie, juŜ ujrzeliśmy daleko,
na polach w stronie Kew Lodge, jeszcze jedną Bojową Machinę. Cztery czy pięć czarnych figurek uciekało
przed nią po szarozielonej łące, Marsjanin zaś, widać to było od razu, ścigał je zawzięcie. W trzech susach
43
był juŜ przy nich. Ludzie usiłowali ujść rozbiegając się w róŜne strony. Prześladowca nie uŜył Snopa Gorąca,
lecz wyłowił ich skrzętnie, po jednemu, i wrzucił do wielkiego, przytroczonego do pleców, metalowego
pudła. Przypominało ona kształtem koszyki, jakie zwykli nosić do pracy nasi robotnicy. Po raz pierwszy
zdałem sobie wówczas sprawę, iŜ celem Marsjan moŜe być nie tylko zniszczenie pokonanej ludzkości.
Staliśmy przez chwilę jak skamieniali, po czym zawróciliśmy, wpadliśmy w rozwartą bramę i skryliśmy się
w przypadkowo dostrzeŜonym rowie, w jakimś okolonym wysokim murem ogrodzie. Długo, aŜ do
pojawienia się gwiazd, leŜeliśmy tam bojąc się rozmawiać nawet szeptem.
Dochodziła, jak sądzę, jedenasta w nocy, gdy zebrawszy się na odwagę ruszyliśmy dalej. Nie wyszliśmy juŜ
jednak na drogę, lecz prześlizgiwaliśmy się pod Ŝywopłotami i przez ogrody, wypatrując pilnie w
ciemnościach, wikary na lewo, a ja na prawo, krąŜących, jak się nam wydawało, w pobliŜu Marsjan. W
pewnej chwili natknęliśmy się na ostygły juŜ i pokryty popiołem, wypalony, sczerniały szmat ziemi. LeŜało
tam mnóstwo trupów. Głowy ich i ciała były straszliwie spalone, nogi jednak wraz z obuwiem zupełnie
nietknięte. O jakieś pięćdziesiąt stóp za stojącymi szeregiem czterema rozwalonymi działami leŜały martwe
konie i zdruzgotane przodki.
Miasteczko Sheen uniknęło zniszczenia, było jednak ciche i opuszczone. Nie widzieliśmy teŜ w nim
martwych, choć trzeba stwierdzić, Ŝe w tak ciemną noc jak tamta niewiele moŜna było dojrzeć. W Sheen
właśnie towarzysz mój zaczął nagle uskarŜać się na słabość i pragnienie, postanowiliśmy więc zajrzeć do
któregoś z domków.
Pierwszym, do którego z pewnymi zresztą trudnościami włamaliśmy się przez okno, była niewielka, stojąca
nieco na uboczu willa. Prócz spleśniałego sera nie było w niej nic do jedzenia. Znalazła się za to woda.
Zabrałem teŜ leŜącą w kuchni siekierkę, która mogła nam oddać wiele usług przy następnych włamaniach.
Na drugą stronę szosy przeszliśmy w miejscu, gdzie skręca ona ku Mortlake. Stał tam biały domek w
ogrodzie. W spiŜarni znaleźliśmy zapas Ŝywności składający się z dwu bochenków chleba w blaszanym
pudełku, surowej polędwicy i połowy szynki. Wymieniam to wszystko dokładnie, gdyŜ, jak się okazało,
musiało nam tego starczyć na dwa bez mała tygodnie. Pod półką stało kilka flaszek piwa, obok nich zaś dwa
worki fasoli i parę zwiędłych główek sałaty. SpiŜarnia łączyła się z kuchnią, w której znaleźliśmy trochę
drewek i kredens, a w nim tuzin butelek burgunda, zupę i łososia w konserwach oraz dwie paczki
sucharków.
Siedzieliśmy w tej kuchni po ciemku, obawiając się palić światło, i jedliśmy chleb z szynką zapijając piwem
prosto z flaszek. Wikary, wciąŜ jeszcze roztrzęsiony i przeraŜony, upierał się, by iść nie zwlekając dalej, ja
zaś nalegałem, aby pokrzepić się przed drogą posiłkiem, gdy wydarzyło się coś, co miało nas uwięzić w tym
domku na długo. - Nie ma chyba jeszcze dwunastej - odezwałem się i w tejŜe chwili oślepił nas
jaskrawozielony błysk. Na moment ukazało się czarnozielone wnętrze kuchni i znikło w ciemności. Rozległ
się grzmot, jakiego nie słyszałem nigdy ani przedtem, ani potem. TuŜ po nim, wydawało się, Ŝe niemal
równocześnie, usłyszałem za sobą huk, szczęk szkła i łoskot walących się ścian. O nasze głowy rozbił się w
kawałki wielki plaster tynku oderwany od sufitu. Runąłem jak długi na podłogę uderzając przy tym skronią o
gałkę kuchenek drzwiczek i straciłem przytomność. Długo, jak mi potem opowiadał wikary, leŜałem
ogłuszony, gdy zaś powróciłem do zmysłów, w kuchni panowały egipskie ciemności, wikary zaś z twarzą
mokrą, jak się okazało - od krwi płynącej z rozciętego czoła, skrapiał mnie wodą.
Początkowo nie pamiętam, co się stało. Powoli jednak pamięć wydarzeń powróciła. Potwierdzeniem zaś ich
była rana na skroni.
- Lepiej panu? - pytał szeptem wikary. Wreszcie odezwałem się i usiadłem.
- Proszę nie ruszać się - rzekł. - Na podłodze pełno rozbitej porcelany z kredensu. Nie da się uczynić kroku,
by nie narobić hałasu, a zdaje się, Ŝe oni są koło domu.
Obaj siedzieliśmy tak cicho, Ŝe ledwo było słychać własne nasze oddechy. Dokoła w domku panowała
martwa cisza, raz tylko obsunął się z hałasem, gdzieś w pobliŜu, kawał tynku czy spękanego muru. Z
zewnątrz zaś, z bezpośredniej bliskości, dochodził przerywany metaliczny grzechot.
- O! - powiedział wikary, gdy rozległ się on znowu. - Tak - odparłem. - Ale co to jest?
- Marsjanin - odrzekł. Nasłuchiwałem dalej.
- To nie był Snop Gorąca - rzekłem. Przez chwilę skłonny byłem przypuszczać; Ŝe jedna z Machin
Bojowych zderzyła się z naszym domem, podobnie jak tamta, widziana przeze mnie pod Shepperton, z
wieŜą kościelną.
PołoŜenie nasze tak było dziwaczne i niepojęte, Ŝe do świtu, to znaczy ze trzy czy cztery godziny, nie
poruszaliśmy się prawie wcale. Wreszcie do kuchni poczęło przesączać się blade światło poranka. Docierało
ono tu jednak nie przez czarne wciąŜ okno, przez trójkątną szczelinę w ścianie za nami, między belką
stropową a zwaliskiem cegieł. Po raz pierwszy ujrzeliśmy w szarym półmroku wnętrze naszej kuchni.
44
Okno wtłoczone zostało do środka masą ziemi z ogrodu, pełno jej było na stole, koło którego siedzieliśmy.
Pokrywała teŜ grubą warstwą podłogę. Od zewnątrz ziemia obsypała wysokim zwałem cały dom. Pod górną
framugą okna moŜna było dostrzec wyrwaną rynnę. Na podłodze leŜały rozrzucone w nieładzie rondle;
ś
ciana między kuchnią a resztą mieszkania zawaliła się i w coraz jaśniejszym świetle dziennym moŜna było
bez trudu rozpoznać, iŜ większa część domu leŜy w gruzach. JakŜe jaskrawym przeciwieństwem tej ruiny był
wytworny, pomalowany na modny seledynowy kolor, pełen mosięŜnych i cynowych naczyń kredens,
imitująca białe i niebieskie kafelki tapeta oraz para barwnych, powiewających nad płytą kuchenną zasłonek.
Gdy dzień rozjaśnił wyrwę zupełnie, ujrzeliśmy przez nią postać Marsjanina stojącego na czatach przy
rozŜarzonym jeszcze, jak sądziłem, walcu. Na ten widok przeczołgaliśmy się moŜliwie jak najszybciej z
półmroku kuchni w ciemność spiŜarni.
Nagle zaświtało mi w głowie właściwe wyjaśnienie tego, co się stało. - Piąty walec - szepnąłem. - Piąty
pocisk z Marsa. Trafił w dom i zagrzebał nas pod ruinami.
Wikary milczał dość długo, po czym wyszeptał: - Niech Bóg zlituje się nad nami.
Usłyszałem ciche szlochanie.
Ten tylko dźwięk przerywał otaczającą nas w spiŜarni ciszę. Jeśli o mnie idzie, ledwie ośmieliłem się
oddychać i siedziałem bez ruchu, z oczami utkwionymi w słabo oświetlony otwór drzwi kuchennych. TuŜ
obok jaśniała niewyraźnie owalna plama twarzy duchownego, jego biały kołnierzyk i mankiety. Na zewnątrz
rozpoczęło się tymczasem metaliczne jakieś kucie, potem gwałtowny gwizd, po krótkiej zaś przerwie głośny
syk podobny do syku maszyny parowej. Hałasy te, najzupełniej dla nas zagadkowe, słychać było z
przerwami, a w miarę upływu czasu rozlegały się coraz częściej. Wreszcie dały się słyszeć rytmiczne, głuche
uderzenia i odczuliśmy nie przerwane juŜ przez długi czas drgania, od których trzęsło się wszystko dokoła, a
w spiŜarni z brzękiem podskakiwały naczynia. W pewnej chwili coś przesłoniło światło i ledwie widoczne
dotąd drzwi ściemniały zupełnie. Długie godziny spędziliśmy w tej nieszczęsnej kryjówce skuleni, milczący,
drŜący z trwogi - aŜ zmęczenie przemogło czujność...
Obudziłem się niesłychanie wygłodniały. Sądzę, Ŝe przeleŜeliśmy tak większą część dnia. Głód był tak silny,
Ŝ
e zmusił mnie do działania. Powiedziałem, Ŝe idę poszukać czegoś do jedzenia, i popełzłem po omacku do
kredensu. Nie otrzymałem odpowiedzi, kiedy tylko jednak począłem jeść, odgłos ten musiał widocznie
poruszyć wikarego, gdyŜ usłyszałem, jak czołga się za mną.
Co widzieliśmy z ukrycia w ruinach
Skończywszy z jedzeniem powróciliśmy do spiŜarni. Musiałem znów zadrzemać, gdyŜ po pewnym czasie,
kiedy poruszyłem się - spostrzegłem, Ŝe jestem sam. Huki i wywołane nimi drgania trwały nadal z męczącą
jednostajnością. Nawoływałem kilkakrotnie cichutko, aŜ w końcu podąŜyłem po omacku do drzwi
kuchennych. Jeszcze był dzień, toteŜ dostrzegłem duchownego po drugiej stronie izby, leŜącego przy
trójkątnym, wychodzącym wprost na Marsjan otworze. Tak był przy tym zgarbiony, Ŝe wyglądał jak bez
głowy.
Na zewnątrz hałasy przypominały rozgwar wielkiej hali maszyn, dokoła zaś wszystko trzęsło się w takt
grzmiących uderzeń. Przez otwór w ścianie mogłem dojrzeć skąpany w złocie wierzchołek drzewa i ciepły
lazur cichego wieczornego nieba. Przyglądałem się przez chwilę wikaremu, po czym skulony stąpając z
największą ostroŜnością pośród zaściełających podłogę skorup posunąłem się ku niemu.
Gdy dotknąłem jego kolana, drgnął gwałtownie i potrącił przy tym odłam muru, który potoczył się z wielkim
hukiem w dół, na zewnątrz. W obawie, by nie krzyknął, chwyciłem go za ramię, po czym długo leŜeliśmy
bez ruchu. Podniosłem się wreszcie, aby sprawdzić, co ocalało z naszej osłony. W resztce muru pozostała po
odpadłym kawale ściany pionowa szczelina, przez którą widać było, gdy wychyliłem się ostroŜnie ponad
belką, cichą jeszcze wczoraj, podmiejską uliczkę. Wielkie tu doprawdy zaszły zmiany. Piąty walec trafił
widocznie w sam środek willi, w której najpierw byliśmy. Domek zdruzgotany całkowicie, rozbity w proch,
skruszony ciosem przestał istnieć. Znacznie poniŜej dawnych fundamentów, w głębokim dole, o wiele
zresztą szerszym od jamy widzianej przeze mnie pod Woking, leŜał teraz walec. PotęŜne uderzenie chlusnęło
dokoła ziemią („chlusnęło” będzie tu najlepszym chyba wyraŜeniem), piętrząc ją w zwały skrywające
szczątki pobliskich domów. Ziemia zachowała się tu zupełnie jak uderzone z całej siły cięŜkim młotem
błoto. Nasz dom zwalił się do tyłu, elewacja aŜ do parteru włącznie została zniszczona kompletnie.
Szczęśliwym trafem ocalała kuchnia i spiŜarnia. Stały one nienaruszone, przysypane ziemią i szczątkami
muru, zamknięte z trzech stron ławami ziemi, z jednym jedynym wyjściem ku walowi. Z taką to
perspektywą zawieszeni byliśmy na samym skraju wielkiej kolistej jamy pogłębianej obecnie przez Marsjan.
TuŜ za nami słychać było odgłosy cięŜkich uderzeń, przed naszą zaś szczeliną przepływały co chwila
podobne do welonu chmurki jasnozielonej pasy.
45
W samym środku jamy leŜał otwarty juŜ walec, po przeciwnej zaś od nas stronie, wśród połamanych i
zasypanych w połowie krzewów, stała, opuszczona w tej chwili przez uŜytkownika, sztywna i ogromna na
tle wieczornego nieba, jedna z wielkich Machin Bojowych. W pierwszym momencie nie zauwaŜyłem ani
jamy, ani walca, tak zajął mnie widok groźnej maszyny, właściwy jednak opis naleŜałoby rozpocząć od nich
właśnie, juŜ choćby ze względu na niezwykły lśniący mechanizm pracujący w wykopie czy teŜ na
dziwaczne, pełzające niezdarnie po pobliskich zwałach ziemi istoty.
Uwagę mą przykuł przede wszystkim mechanizm. Była to jedna z tych niesłychanie skomplikowanych
maszyn, nazwanych później Machinami Roboczymi, których poznanie tak bardzo przyczyniło się do
rozwoju ziemskiej wynalazczości. Najpierw uderzyło mnie jej podobieństwo do metalowego pająka o pięciu
zwinnych, kolankowatych odnóŜach; opatrzonego wokół kadłuba niezliczoną liczbą dźwigni, drąŜków oraz
rozciągliwych, chwytnych macek. Większa ich część obecnie nie pracowała, trzy tylko długie macki
wyławiały z wnętrza walca liczne pręty, płyty i wsporniki stanowiące bez wątpienia wewnętrzne umocnienia
jego ścian. W miarę wydobywania unosiły je w górę i układały z boku na ziemi w stosy.
Ruchy macek były tak szybkie, płynne i dokładne, Ŝe mimo metalicznego połysku nie chciało mi się z
początku wierzyć, iŜ patrzę na pracę mechanizmu. Machiny Bojowe były w bardzo wysokim stopniu
podobne do Ŝyjących, posłusznych woli pana istot, nie moŜna ich jednak nawet porównywać z Machinami
Roboczymi. Kto nie widział tych konstrukcji na własne oczy, lecz zna je tylko z pozbawionych wyobraźni
szkiców malarskich czy technicznych lub z niedoskonałych opisów naocznych świadków, takich jak ja na
przykład, ten z trudem moŜe wyobrazić sobie, jak bardzo przypominały one Ŝywe stworzenia.
Myślę tu przede wszystkim o ilustracjach do jednej z pierwszych broszur usiłujących przedstawić cały
przebieg tej wojny. Malarz obejrzał, dość pobieŜnie zapewne, jedną z Machin Bojowych i na tym zakończyła
się jego o nich wiedza. Uczynił z nich sztywne mechaniczne trójnogi, pozbawione zupełnie giętkości i
posuwistości, wywołując w ten sposób fałszywe, jednostronne wyobraŜenie. PoniewaŜ broszura opatrzona
tymi rycinami miała ogromne powodzenie, wspominam o tym, by przestrzec czytelników przed błędnymi
wraŜeniami, jakie mogłyby na jej podstawie powstać. Rysunki przypominały Marsjan, których widziałem
przecieŜ w ruchu niezliczoną ilość razy, tak samo jak kukły woskowe przypominają Ŝywe istoty ludzkie.
Moim zdaniem broszura byłaby bez nich o wiele lepsza.
Z początku, powtarzam, Machina Robocza nie przypominała w niczym maszyn, lecz raczej kraba o lśniącej
powłoce. Zamiast mózgu, za pomocą wraŜliwych czułek, kierował jej ruchami Marsjanin. Prawdziwą naturę
tego sprawnego robotnika wyjaśniłem sobie wówczas dopiero, gdy spostrzegłem podobieństwo jego
szarobrązowej połyskującej „skóry” do pozostałych pełzających dokoła cielsk. Równocześnie ze
zrozumieniem zainteresowanie me przeniosło się na te inne istoty, na prawdziwych Marsjan. Widziałem ich
przelotnie dawniej i ówczesna odraza nie przeszkadzała mi juŜ teraz w obserwacji. Ponadto mogłem
przyglądać się im z ukrycia, nie poruszając się niemal, w skupieniu.
Teraz dopiero stwierdziłem, Ŝe są to najbardziej nieziemskie stworzenia, jakie tylko moŜna sobie wyobrazić.
Były to wielkie obłe cielska lub raczej głowy, około czterech stóp średnicy. KaŜde miało z przodu twarz.
Twarz ta nie miała nozdrzy, gdyŜ Marsjanie nie byli obdarzeni, jak się zdaje, zmysłem powonienia, miała za
to parę ogromnych ciemnych oczu, tuŜ pod nimi zaś coś w rodzaju mięsistego dzioba. W tylnej części głowy
czy teŜ ciała - sam juŜ nie wiem, jak to nazywać - mieściła się jedna tylko, sztywno napięta błona
bębenkowa, anatomicznie odpowiadająca, jak później stwierdzono, uchu, jakkolwiek w ziemskim gęstym
powietrzu było ono zupełnie niemal bezuŜyteczne. Dokoła dzioba, to znaczy ust, znajdowały się zebrane w
dwa pęki, po osiem w kaŜdym, smukłe, podobne do biczy macki. Pęki te nazwane zostały potem, dość
udanie zresztą, przez słynnego profesora anatomii Howesa - rękami. JuŜ po raz pierwszy widząc Marsjan
zauwaŜyłem, jak usiłowali oni dźwigać się za pomocą tych rąk, co zwaŜywszy zwiększony w ziemskich
warunkach cięŜar tych istot było, rzecz jasna, niemoŜliwe. Są jednak podstawy, aby przypuszczać, iŜ na
Marsie takie poruszanie się nie nastręcza Ŝadnej trudności.
Wewnętrzna ich budowa, mogę to stwierdzić, gdyŜ dokonane sekcje nie pozostawiają Ŝadnych wątpliwości,
była tak samo prosta. Większą część wnętrza zajmował mózg, z którego grube nerwy prowadziły do oczu,
ucha i czułek. Ponadto mieli złoŜone płuca łączące się z ustami i serce wraz z układem naczyń
krwionośnych. PrzeciąŜenie płuc wywołane gęściejszą atmosferą ziemską i zwiększoną siłą ciąŜenia
przejawiało się zupełnie wyraźnie konwulsyjnym drganiem naskórka.
ś
adnych innych wewnętrznych organów nie mieli. Choć moŜe się nam to wydać dziwne, u Marsjan nie
istniał cały skomplikowany system trawienia zajmujący tyle miejsca w ciałach ludzi. Byli głowami, po
prostu tylko głowami. Nie mieli Ŝadnych wnętrzności. Nie jedli, tym bardziej zaś nie trawili. W zamian
pobierali świeŜą krew Ŝywych istot, wstrzykując ją do własnych Ŝył. Widziałem, jak się to odbywa,
wspomnę zresztą o tym we właściwym czasie. Lecz choćbym miał się wydać przewraŜliwiony, nic potrafię
zmusić się do opisania tego, czemu nie mogłem nawet przyglądać się bez odrazy. Niech wystarczy, jeśli
46
powiem, Ŝe krew pochodząca z Ŝywego jeszcze stworzenia, najczęściej z istoty ludzkiej, wprowadzana była
za pomocą ssawki bezpośrednio do przewodu przyjmującego.
Dla nas sama juŜ myśl o tym jest niewątpliwie odraŜająca, sądzę jednak, iŜ naleŜy równocześnie pamiętać,
jak odraŜającymi musiałyby wydać się inteligentnemu na przykład królikowi nasze mięsoŜercze zwyczaje.
Jeśli się zaś pomyśli o niesłychanej wprost stracie czasu ludzkiego i energii poświęconych na jedzenie i
proces trawienia, fizjologiczne korzyści takiego sposobu odŜywiania się są niezaprzeczalne. Ciała nasze w
połowie niemal składają się z gruczołów, przewodów i organów zajętych przekształcaniem róŜnorodnych
pokarmów na krew. Procesy trawienia i ich wpływ na układ nerwowy podkopują nasze siły i odbijają się na
umysłowości. Ludzie bywają szczęśliwi lub nieszczęśliwi w zaleŜności od tego, czy mają zdrową, czy teŜ
chorą wątrobę, czy ich gruczoły trawienne pracują naleŜycie, czy teŜ nie. Marsjanie zaś byli wyŜsi ponad te
organiczne zmiany nastrojów i uczuć.
To, Ŝe uznali oni ludzi za najlepsze źródło poŜywienia, moŜną po części wytłumaczyć sobie podobieństwem
szczątków ich ofiar stanowiących zapasy Ŝywności przywiezione z Marsa. Stworzenia te, sądząc z zeschłych
szczątków, które dostały się w ręce ludzi, były dwunogie, miały słabe krzemowe szkielety podobne do
krzemowych szkieletów gąbek i równie słabe umięśnienie. Wzrost ich sięgał sześciu stóp w postawie
wyprostowanej, głowy były kuliste i miały dwa stwardniałe oczodoły. W kaŜdym walcu wieziono po dwie,
trzy takie istoty, wszystkie one jednak zostały zgładzone jeszcze przed przybyciem na Ziemię. Nie sprawiało
to jednak Ŝadnej właściwie róŜnicy, gdyŜ kaŜda próba wyprostowania się na naszej planecie doprowadziłaby
natychmiast do zmiaŜdŜenia wszystkich ich kości.
JeŜeli juŜ jestem przy opisie Marsjan, pragnę tu dorzucić pewne dalsze szczegóły, które (jakkolwiek
wówczas jeszcze nam nie znane) pozwolą czytelnikowi zaznajomionemu z nimi stworzyć sobie
dokładniejszy obraz groźnych tych istot.
Fizjologia ich róŜniła się znacznie od naszej w trzech innych jeszcze dziedzinach. Organizmy te w ogóle nie
znały snu, a przynajmniej nie spały dłuŜej, niŜ śpi ludzkie serce. Bez wymagającego ustawicznej regeneracji
rozwiniętego mechanizmu mięśniowego nie znali oni okresowego ugasania - snu. Wydaje się, Ŝe nie
odczuwali zupełnie (lub w bardzo nieznacznym tylko stopniu) zmęczenia. Na Ziemi zawsze poruszali się z
wysiłkiem, do samego jednak końca byli w ustawicznym ruchu. Pracowali przez dwadzieścia cztery godziny
na dobę, podobnie jak się to dzieje u ziemskich mrówek.
Dalej, choć moŜe to w świecie płciowym wydać się dziwne, Marsjanie nie posiadali Ŝadnej płci, a więc
pozbawieni byli wszystkich tych burzliwych uczuć, jakie miotają podzieloną na rodzaje ludzkością. Nie ma
wątpliwości, iŜ w czasie wojny przyszedł na świat tu, na Ziemi, młody Marsjanin. Znaleziono go złączonego
z ciałem rodziciela, wypączkowanego zeń, jak się to dzieje z młodymi cebulkami lilii lub ze słodkowodnymi
polipami.
U człowieka i u wyŜej zorganizowanych zwierząt ten sposób rozmnaŜania się zanikł juŜ całkowicie, był on
jednak niewątpliwie równieŜ u nas, na Ziemi, pierwotnym sposobem mnoŜenia się. U zwierząt niŜej
zorganizowanych, takich choćby, jak odległe krewniaczki kręgowców osłonice, oba te sposoby istnieją obok
siebie do dzisiaj. Ostatecznie jednak sposób płciowy wyparł całkowicie wegetatywnego rywala. Na Marsie
widocznie stało się odwrotnie.
Warto tu zwrócić uwagę, iŜ pewien pseudonaukowy pisarz na długo jeszcze przed najazdem Marsjan
przewidywał przyszłą budowę ciała ludzkiego bardzo podobnie do obecnej budowy ciała mieszkańców
Marsa. Przepowiednia jego, pamiętam, ukazała się w listopadzie czy teŜ w grudniu 1893 roku, w od dawna
juŜ nie istniejącym czasopiśmie Pall-Mall. Przypominam sobie równieŜ, iŜ została ona wyśmiana w
przedmarsjańskim tygodniku satyrycznym noszącym miano Punch.
Pisarz ten dowodził z wielką swadą, Ŝe wskutek rozwoju urządzeń mechanicznych ulegną zanikowi nogi, a
wskutek rozwoju chemii - narządy trawienia; Ŝe takie organy, jak włosy, nozdrza, zęby, uszy, przestaną być
zasadniczymi częściami ludzkiego ciała i Ŝe dobór naturalny pójdzie na przestrzeni nadchodzących stuleci w
kierunku stałego ich zaniku. NajwaŜniejszą koniecznością pozostanie tylko mózg. Jedna jedyna część ciała,
której dalszy rozwój wydaje się pewny, to ręce - nauczyciel i pośrednik mózgu. Gdy reszta ciała zmarnieje,
ręce rozrosną się.
Wiele juŜ prawd wypowiedziano fantazjując, tu zaś na Marsjanach mieliśmy nie podlegające dyskusji
potwierdzenie podporządkowania umysłowi zwierzęcej strony organizmu. Mnie osobiście wydaje się
zupełnie moŜliwe, iŜ Marsjanie mogą pochodzić od istot podobnych do nas. Zmieniając się stopniowo dzięki
rozwojowi mózgu kosztem reszty ciała ręce Marsjan przekształciły się w dwa pęki wraŜliwych macek. Mózg
zaś bez ciała, pozbawiony podkładu uczuciowego, musiał, rzecz jasna, stawać się umysłowością coraz
bardziej samolubną.
Ostatnim rzucającym się w oczy szczegółem, w którym stworzenia te róŜniły się od nas, było coś, co moŜna
by uznać za drobiazg. Na Marsie albo w ogóle nie było drobnoustrojów powodujących tyle chorób i bólu tu,
47
na Ziemi, albo teŜ marsjańska wiedza sanitarna rozprawiła się z nimi juŜ przed wiekami. śycie Marsjan
wolne więc było od setek chorób, od wszelkich gorączek i zakaŜeń, od gruźlicy, raka, wrzodów i innych
bied. Mówiąc zaś o róŜnicach między Ŝyciem na Marsie a Ŝyciem ziemskim chcę przytoczyć ciekawe uwagi
o Czerwonym Zielsku.
Głównym barwnikiem w świecie roślinnym Marsa jest najwidoczniej nie kolor zielony, lecz jaskrawy odcień
krwawej czerwieni. W kaŜdym razie wszystkie gatunki roślin, jakie wzeszły z nasion przywiezionych
przypadkowo czy teŜ rozmyślnie przez Marsjan, były zabarwione na czerwono. Spośród nich jednej tylko,
znanej ogólnie pod nazwą Czerwonego Zielska, udało się znieść zwycięsko konkurencję ziemskich
gatunków. Czerwone Pnącze było rośliną tak krótkotrwałą, Ŝe niewiele ludzi w ogóle je widziało. Czerwone
Zielsko jednak krzewiło się przez pewien czas nad podziw bujnie i szybko. Na trzeci czy czwarty dzień
uwięzienia wspięło się ono po ścianach jamy i kaktusowatymi łodygami obrzeŜyło karminową obwódką
krawędzie naszego trójkątnego okna. Później zaś widziałem, jak pleniło się po całej okolicy, zwłaszcza zaś
wszędzie tam, gdzie była woda.
Marsjanie mieli, jak wiadomo, organ słuchu, pojedynczą kolistą membranę z tyłu głowy, oraz oczy o
zakresie widzenia nie róŜniącym się wiele od naszego, z wyjątkiem, jak twierdził Philips, iŜ niebieską i
fiołkową barwę widzieli jako czarną. Przypuszcza się ogólnie, iŜ porozumiewali się oni za pomocą
dźwięków i gestów. Twierdzi się tak, na przykład, w umiejętnie, lecz zbyt powierzchownie opracowanej
broszurze, o której wspomniałem juŜ poprzednio. Była ona, jak dotąd, głównym źródłem informacji o nich,
mimo iŜ pisał ją ktoś, kto nie widział zachowania się Marsjan na własne oczy. Nikt jednak z istot ludzkich,
które przeŜyły najazd, nie widział tyle z Ŝycia Marsjan, co ja. Nie przechwalam się tym bynajmniej,
stwierdzam po prostu fakt. Stwierdzam teŜ, Ŝe obserwowałem ich z bliska przez dłuŜszy czas, Ŝe widziałem,
jak wspólnie, we czwórkę, w piątkę, a raz nawet w szóstkę wykonywali najbardziej skomplikowane
czynności bez Ŝadnego dźwięku ni gestu. Szczególne pohukiwania zawsze poprzedzały przyjmowanie
pokarmu; tonacja tych dźwięków była niezmienna, nie moŜna więc, moim zdaniem, uznać ich za jakieś
sygnały, lecz za zwykłe wydechy przed przystąpieniem do czynności ssania. Mam pretensje do podstawowej
co najmniej znajomości psychologii i jestem pewien, jeśli w ogóle moŜna być czegokolwiek pewnym, Ŝe
Marsjanie wymieniali myśli bez udziału czynników fizycznych. Pewien zaś tego jestem wbrew powaŜnym w
tej dziedzinie uprzedzeniom. Przed najazdem Marsjan, jak moŜe przypominają sobie niektórzy czytelnicy,
wypowiadałem się dość namiętnie przeciw teorii telepatii.
Marsjanie nie nosili Ŝadnej odzieŜy. Ich pojęcie ozdób czy strojów było z konieczności odmienne od
naszego; nie tylko zaś byli w sposób zupełnie wyraźny mniej od nas wraŜliwi na wahania temperatury, lecz i
zmiany ciśnienia zdawały się wcale nie wpływać na stan ich zdrowia. Jeśli jednak nie nosili odzieŜy, to
przecieŜ mieli nad ludźmi olbrzymią wyŜszość w stosowaniu sztucznych uzupełnień ciała. My, ludzie, ze
swymi bicyklami, wrotkami, samochodami i Lilienthalowskimi machinami latającymi, pistoletami,
karabinami, armatami czy kijami rozpoczynamy dopiero tę ewolucję, którą Marsjanie bez wątpienia juŜ
przeszli. Stali się oni w rzeczywistości samymi tylko mózgami odzianymi w niezbędne dla określonych
potrzeb urządzenia, tak jak ludzie odziewają się w szaty w zaleŜności od wymagań pór roku, jak posługują
się rowerem w pośpiechu lub podczas deszczu parasolem. We wszystkich zaś ich urządzeniach
najgodniejszy podziwu moŜe wydać się człowiekowi brak podstawy kaŜdego niemal mechanizmu
ziemskiego - zupełny brak koła. Pośród wszystkiego, co przywieźli ze sobą na Ziemię, nie było nic, co
wskazywałoby na uŜywanie przez nich kół. MoŜna by było oczekiwać tego przynajmniej w przyrządach
słuŜących do poruszania się. NaleŜy tu podkreślić, Ŝe i u nas, na Ziemi, przyroda nigdy nie uŜywa
samorzutnie koła, przedkłada, być moŜe, ponad nie inne rozwiązania. Marsjanie nie tylko nie znali, co
zresztą nie wydaje się prawdopodobne, czy nie chcieli stosować koła, lecz co więcej w aparatach swych w
małym tylko niezmiernie stopniu uŜywali dźwigni o stałym lub półstałym punkcie zaczepienia, a więc
poruszających się ruchem obrotowym w jednej płaszczyźnie. Wszystkie złącza w mechanizmach były
złoŜonym systemem suwaków poruszających się w niewielkich, lecz wspaniale ukształtowanych łoŜyskach
ciernych. Jeśli juŜ wdałem się w te szczegóły, to pragnę podkreślić, Ŝe dźwignie ich maszyn napędzane były
w większości wypadków przez coś w rodzaju licznych tarcz, mieszczących się w elastycznych osłonach;
tarcze te zmieniały się pod działaniem przepuszczanego przez nie prądu elektrycznego w potęŜne magnesy.
Uzyskiwali oni w ten sposób niezwykle interesujące podobieństwo do ruchów zwierząt, ruchów, których
naśladowanie w mechanice tyle sprawiało trudności ziemskim badaczom.
Mnóstwo tych niby-mięśni znajdowało się właśnie w podobnej do kraba Machinie Roboczej rozładowującej
piąty walec, w chwili gdy ujrzałem ją wyglądając po raz pierwszy przez szczelinę w murze. Wydała mi się
ona o wiele bardziej Ŝywa od prawdziwych Marsjan wylegujących się koło niej w promieniach
zachodzącego słońca, dyszących z wysiłkiem, poruszających bezcelowo mackami i przeciągających się
leniwie po męczącej, długotrwałej podróŜy międzyplanetarnej.
48
Podczas gdy przyglądałem się niezdarnym ich ruchom w blasku słońca, notując w pamięci kaŜdy szczegół
dziwacznych tych postaci, wikary przypomniał o swej obecności szarpiąc mnie gwałtownie za ramię.
Zwróciłem się ku nachmurzonej twarzy i milczącym wymownie ustom. Teraz on chciał patrzeć, bo tylko
jeden z nas mógł wyglądać przez szczelinę; tak więc, gdy on cieszył się tym przywilejem, ja z kolei
musiałem przerwać na pewien czas obserwację.
Gdy wyjrzałem ponownie, Machina Robocza złoŜyła juŜ z licznych wydobytych z walca części mechanizm
o zupełnie do niej podobnym kształcie. NiŜej zaś i bardziej na lewo ukazała się niewielka koparka ziejąca
strumieniami zielonej pary, przekopująca się wokół jamy, odkładając ziemię na zwał i metodycznie i
nieprzerwanie ubijająca ją. To właśnie ubijanie było przyczyną głośnych rytmicznych uderzeń i regularnie
powtarzających się wstrząsów, wprawiających w drŜenie ruiny naszego schroniska. Pracy tej towarzyszyły
najprzeróŜniejsze piski i gwizdy. O ile mogłem dojrzeć, nie kierował nią Ŝaden Marsjanin.
Dni więzienne
Przybycie drugiej Machiny Bojowej odegnało nas od szczeliny i zapędziło do spiŜarni, gdyŜ obawialiśmy
się, by Marsjanie mimo naszego ukrycia nie dojrzeli nas z góry. Później przestaliśmy się lękać, gdyŜ z
zewnątrz, dla olśnionego słonecznym światłem oka, schronienie nasze musiało wydawać się jakby
zaciągnięte czarną błoną, początkowo jednak przy najlŜejszym nawet podejrzeniu odkrycia rzucaliśmy się z
bijącym sercem do ucieczki, by ukryć się w spiŜarni. Mimo straszliwego niebezpieczeństwa, jakim groziło
wyglądanie, nie mogliśmy oprzeć się pokusie. Z uczuciem zdumienia powracam myślą do tamtych chwil,
kiedy niepomni nieustannej groźby zagłodzenia lub gorszej jeszcze śmierci z rąk Marsjan - walczyliśmy
zawzięcie o straszliwy przywilej patrzenia. Ścigaliśmy się w groteskowym biegu przez kuchnię, starając się
wyprzedzić wzajemnie i bojąc się przy tym zdradzieckiego hałasu, potem zaś baliśmy się, kopali i popychali,
o kilka cali, o krok od wykrycia.
Faktem jest, Ŝe usposobienia nasze, nasz sposób myślenia i postępowania były nie do pogodzenia, zaś
niebezpieczeństwo i osamotnienie podkreślały tę rozbieŜność jeszcze mocniej. JuŜ w Hallifordzie
znienawidziłem te bezsilne jęki, ten tępy umysł. Nigdy nie kończący się, wymrukiwany bez przerwy jego
monolog psuł mi kaŜdą próbę obmyślenia jakiegoś sposobu działania, czasami zaś doprowadzał niemal do
szału. Brakowało mu opanowania jak kapryśnej kobiecie... Mógł płakać całymi godzinami i pewien jestem,
Ŝ
e do samego końca to rozpieszczone przez Ŝycie dziecko uwaŜało łzy swej słabości za oręŜ w jakiś sposób
skuteczny. Ja zaś siedziałem w ciemności nie mogąc oderwać od niego myśli. Jadł więcej ode mnie i próŜną
było rzeczą tłumaczyć mu, Ŝe jedyną moŜliwość przeŜycia daje nam ukrywanie się w tym domu do czasu, aŜ
Marsjanie skończą roboty w jamie, Ŝe przy tym długim wyczekiwaniu moŜe nadejść chwila, gdy zabraknie
nam Ŝywności. Jadł i pił nieumiarkowanie, kiedy tylko przyszła mu na to ochota. Spał niewiele.
W miarę jak upływały dni, nierozwaŜna ta beztroska pogarszała stale sytuację i powiększała
niebezpieczeństwo, tak iŜ (choć bardzo niechętnie) musiałem uciec się najpierw do gróźb, w końcu zaś do
razów. Przywróciło mu to rozsądek, lecz na krótki tylko czas. Było to stworzenie słabe, lecz pełne chytrości.
Brakło mu odwagi, by stawić czoło nie tylko Bogu czy ludziom, lecz własnej nawet słabości. Była to
wyzbyta godności, tchórzliwa, anemiczna, zawistna duszyczka.
Przykro mi wspominać i opisywać te sprawy, postanowiłem jednak nie pomijać w tej historii niczego. Tym,
którzy uniknęli w Ŝyciu wszystkiego, co ciemne i straszne, nietrudno będzie potępić mnie za brutalność, za
wybuch wściekłości, jakim zakończyła się nasza tragedia; czym jest zło, wiedzą oni nie gorzej od innych, nie
wiedzą natomiast, do czego zdolni są ludzie torturowani. Ci przecieŜ, którzy poznali mroki Ŝycia, którzy
zgłębili jego pierwotność, więcej bez wątpienia okaŜą wyrozumiałości.
Gdy my toczyliśmy wewnątrz, w mglistej ciemności, walkę szeptów, zaciśniętych pięści i bezlitosnych
razów, na zewnątrz, w palącym słońcu straszliwego owego czerwca Marsjanie prowadzili zwykłe dla nich, a
tak obce i dziwne dla nas roboty. Lecz powróćmy do tych nowych dla mnie doświadczeń. Gdy po długim
czasie znów odwaŜyłem się wyjrzeć przez szczelinę, dostrzegłem, iŜ nowo przybyłych wzmocniły załogi co
najmniej trzech Machin Bojowych. Dostarczyły one jakichś nowych urządzeń ustawionych rzędem koła
walca. Druga Machina Robocza była juŜ gotowa i obsługiwała jedno z nich. Kształtem przypominało ono
bańkę do mleka, nad którą kołysał się gruszkowaty zbiornik. Płynął z niego do okrągłego, połoŜonego niŜej
basenu strumień białego proszku. Machina Robocza nadawała za pomocą macki zbiornikowi ruch
wahadłowy. Dwiema łopatkowymi rękami kopała ona i wrzucała do gruszkowatego zbiornika glinę, innym
zaś ramieniem otwierała co pewien czas drzwiczki w środkowej części aparatu i usuwała stamtąd
rdzawoczarny ŜuŜel. Jeszcze jedna stalowa macka kierowała proszek z basenu Ŝeberkowym kanałem do
zbiornika ukrytego przed mym wzrokiem za hałdą niebieskawego pyłu. Stamtąd unosił się w nieruchomym
powietrzu pionowo w górę cienki słup zielonego dymu. Gdy patrzyłem, Machina Robocza rozsunęła
49
teleskopowym sposobem ze słabym melodyjnym podźwiękiem jedną z macek, będącą przed chwilą jeszcze
krótkim tępo zakończonym trzpieniem, tak daleko, Ŝe koniec jej skrył się za zwałem gliny. Za chwilę
ukazała się ona ponownie, przy czym niosła sztabę nieskazitelnie białego, połyskującego oślepiająco
aluminium i złoŜyła ją na rosnącym nieustannie na skraju jamy stosie tych sztab. Od zniknięcia słońca do
ukazania się pierwszych gwiazd wydajna ta maszyna zrobiła z surowej zupełnie gliny przeszło setkę takich
sztab, zaś hałda niebieskiego kurzu urosła ponad brzeg jamy.
Kontrast między szybkimi i złoŜonymi poruszeniami tych mechanizmów a ocięŜałą, zadyszaną
niezdarnością ich władców był tak wielki, iŜ musiałem wielokrotnie przekonywać sam siebie, Ŝe nie
mechanizmy, lecz oni to właśnie są istotami Ŝyjącymi.
Gdy do jamy przynieśli pierwszych ludzi, przy szczelinie był wikary. Ja siedziałem niŜej, skulony, wytęŜając
słuch. Widząc, Ŝe odskakuje gwałtownie od otworu, skuliłem się przeraŜony jeszcze bardziej, pewny, Ŝe
Marsjanie dostrzegli go. Ześliznąwszy się w dół po rumowisku przykucnął w ciemności przy mnie i bełkotał
coś niezrozumiale, wymachując rękami, aŜ zaraził mnie na chwilę swym przestrachem. Poznałem po
gestach, Ŝe zrezygnował ze szczeliny, gdy więc zaciekawienie przemogło wreszcie obawę, podniosłem się i
wspiąłem do wyrwy. Zrazu nie mogłem pojąć przyczyny jego przeraŜenia. Panował juŜ półmrok, gwiazdy
były jeszcze blade, jamę jednak rozświetlał jasny, zielony, migotliwy blask towarzyszący produkcji
aluminium. Całość obrazu wyglądała jak migocący zielonymi błyskami ekran, na który padały ruchliwe
rdzawoczarne, niezwykle męczące wzrok cienie. Nad jamą uwijały się obojętne na wszystko nietoperze.
Pełzających Marsjan nie było nigdzie widać. Przesłaniała ich rosnąca bez przerwy hałda niebieskozielonego
pyłu. W naroŜniku jamy stała, jakby skrócona, na skurczonych nogach Machina Bojowa. Wtem pośrodku
klekotu maszyn usłyszałem dźwięk przypominający głos ludzki. Początkowo starałem się uparcie odpędzić
od siebie nawet wszelką myśl o tym.
Skulony przyglądałem się uwaŜnie Machinie Bojowej upewniając się wreszcie, Ŝe w jej kapturze
rzeczywiście znajduje się Marsjanin. Gdy zielone płomienie wzbijały się wyŜej, moŜna było wyraźnie
dojrzeć oleisty połysk naskórka i blask wielkich oczu. Nagle doszedł mnie krzyk i spostrzegłem długą mackę
sięgającą poprzez ramię maszyny do niezbyt wielkiej klatki przewieszonej przez jej plecy. Po chwili macka
uniosła się wysoko trzymając coś wijącego się rozpaczliwie, coś, co rysowało się na tle gwiazd czarnym,
mglistym znakiem zapytania. Ten znak zapytania w miarę zniŜania się przybierał w zielonym świetle postać
człowieka. Przez chwilę widziałem go zupełnie wyraźnie. Był to tęgi, zaŜywny, dostatnio odziany
męŜczyzna w średnim wieku; parę jeszcze dni temu kroczył zapewne dumny po świecie jako człowiek
otoczony ogólnym szacunkiem. Widziałem doskonale wytrzeszczone oczy i odblask światła na spinkach i
dewizce. Znikł za hałdą i przez chwilę nic nie było słychać. Potem rozległ się rozdzierający krzyk i
przeciągłe, jakby drwiące pohukiwanie Marsjan...
Ześliznąłem się po rumowisku, porwałem się na nogi, zatkałem uszy i wpadłem do spiŜarni. Duchowny,
skulony dotąd w milczeniu z głową ukrytą w ramionach, spojrzał, gdy go mijałem, krzyknął głośno, bym nie
zostawiał go samego, i popędził za mną.
Nocy tej, przyczajony w spiŜarni, wahając się między przeraŜeniem a straszliwym urokiem wyglądania,
pojąłem, Ŝe trzeba koniecznie działać, i to zaraz. Na próŜno jednak siliłem się na ułoŜenie planu ucieczki;
później dopiero, następnego dnia, udało mi się rozwaŜyć nasze połoŜenie bardziej szczegółowo. Wikary, jak
stwierdziłem, był zupełnie niezdolny nawet do dyskusji; groza uczyniła zeń stworzenie poddające się
przelotnym, Ŝywiołowym bodźcom, odebrała rozsądek i przezorność. Prawdę powiedziawszy, spadł on juŜ
właściwie do poziomu zwierzęcia. Ja zaś, jak się to mówi, wziąłem się w garść. Przemyślawszy wszystko
pojąłem jasno, Ŝe połoŜenie nasze, jakkolwiek okropne, nie dawało jeszcze powodów do ostatecznej
rozpaczy.
Największą naszą szansą byłoby, rzecz jasna, gdyby Marsjanie potraktowali jamę jako tylko przejściowe
obozowisko. Nawet jednak gdyby mieli pozostawać w niej na stałe, nie musieli przecieŜ pilnować jej
nieustannie, to zaś mogło nam umoŜliwić ucieczkę. RozwaŜałem teŜ bardzo szczegółowo moŜliwość
przekopania przejścia podziemnego poza jamę, prawdopodobieństwo jednak wydostania się na powierzchnię
w zasięgu wzroku wartujących Marsjan wydawało mi się od razu zbyt wielkie. Poza tym trzeba by
przekopywać się samemu, gdyŜ wikary niewątpliwie nie pomógłby mi w niczym.
Trzeciego dnia, jeśli mnie pamięć nie myśli, ujrzałem śmierć tego chłopaka. Był to zresztą jedyny wypadek,
gdy widziałem Marsjan przyjmujących pokarm. Po tym, co ujrzałem - przez większą część dnia unikałem
wyrwy jak ognia. Udałem się do spiŜarni i po zdjęciu z zawiasów drzwi spędziłem kilka godzin na kopaniu
posługując się, jak tylko moŜna najciszej, siekierką; gdy jednak okazało się, Ŝe wygrzebana na długość kilku
stóp dziura zawaliła się z hałasem, nie ośmieliłem się kopać dalej. Straciłem wówczas całe męstwo i długi
czas leŜałem zniechęcony, bez ruchu, na wykopanej ziemi. Po tym wypadku zaniechałem myśli o ucieczce
przekopem.
50
Wiele moŜna powiedzieć o wraŜeniu, jakie zrobili na mnie Marsjanie. Początkowo, widząc, jak potrafią oni
niweczyć wszelkie ludzkie wysiłki, nie miałem w ogóle nadziei na ocalenie. Czwartej czy piątej jednak nocy
doszedł mnie odgłos podobny do odległych strzałów z cięŜkich dział.
Noc była późna i świecił jasno księŜyc. Marsjanie zabrali gdzieś koparkę, toteŜ prócz Machiny Bojowej
stojącej na przeciwległym brzegu jamy oraz Machiny Roboczej zajętej czymś tuŜ pod naszą szczeliną - w
jamie nie było nikogo. Gdyby nie blady odblask padający z dołu, gdzie pracowała Machina Robocza, i białe
plamy i smugi księŜycowej poświaty, ciemność byłaby zupełna. Ciszę przerywało tylko brzęczenie maszyny.
Noc była piękna i bezchmurna. Wydawało się, Ŝe księŜyc objął w posiadanie calutkie niebo. Gdzieś z oddali
dochodziło szczekanie psa. Ono właśnie skłoniło mnie do wytęŜenia słuchu i wówczas usłyszałem zupełnie
wyraźnie huk, bardzo podobny do głosu cięŜkiego działa. Naliczyłem sześć takich wybuchów, a po długiej
przerwie sześć następnych. I to było wszystko.
Śmierć wikarego
Szóstego dnia naszego uwięzienia, gdy wyglądałem po raz ostatni, spostrzegłem nagle, Ŝe jestem przy
wyrwie sam. Wikary, zamiast trzymać się, jak to zazwyczaj bywało, w pobliŜu i odpychać mnie od
szczeliny, powrócił widocznie do spiŜarni. Uderzony nagłą myślą udałem się z pośpiechem i w milczeniu za
nim. Usłyszałem w ciemności, jak coś pił. Sięgnąłem w mrok i palce me pochwyciły butelkę wina.
Szarpanina trwała kilka chwil. Zaprzestałem walki wtedy dopiero, kiedy butelka upadła na ziemię i rozbiła
się. Staliśmy zdyszani groŜąc sobie nawzajem. Stanąłem ostatecznie między nim a zapasem Ŝywności i
oświadczyłem, Ŝe odtąd będę racjonować posiłki. Cały nasz zapas podzieliłem na porcje wystarczające do
przetrwania dziesięciu dni. Tego dnia nie dałem mu nic juŜ więcej do jedzenia. Po południu próbował
wyrwać mi Ŝywność siłą, był jednak na to zbyt słaby. Drzemałem właśnie, obudziłem się jednak
natychmiast. Cały dzień i całą następną noc siedzieliśmy twarzą w twarz, ja zmęczony, lecz zdecydowany,
on skomlący coś o trapiącym go głodzie. Wiedziałem, Ŝe trwało to dzień i noc, wówczas jednak wydawało
mi się, a i dziś jeszcze wydaje się, Ŝe czas ten ciągnął się nieskończenie długo.
W ten sposób coraz bardziej pogłębiająca się rozbieŜność zakończyła się otwartym konfliktem. Dwa długie
dni zeszły nam na przyciszonych sporach i milczących zmaganiach. Były chwile, gdy biłem go i kopałem,
jak szaleniec, były i takie, gdy schlebiałem mu i prosiłem. Raz próbowałem nawet przekupstwa, odstępując
mu ostatnią butelkę wina, gdyŜ w kuchni była pompa dająca nieco wody. Ani siła jednak, ani dobroć nie i
skutkowały, naprawdę stracił cały rozsądek. Nie zaprzestawał zamachów na Ŝywność, nie zaprzestawał
głośnego bełkotu, nie chciał przestrzegać najbardziej podstawowych zasad ostroŜności, od zachowania
których zaleŜało przecieŜ nasze bezpieczeństwo i Ŝycie. Zaczynałem pojmować coraz jaśniej, Ŝe inteligencja
jego gasła, Ŝe jedyny mój towarzysz w gęstej, dławiącej ciemności ukrycia jest człowiekiem obłąkanym.
Sądząc z niektórych mglistych wspomnień umysł mój takŜe był chwilami przyćmiony. KaŜdy sen
wypełniały dziwaczne, potworne koszmary.
Brzmi to niezbyt moŜe zrozumiale, sądzę jednak, Ŝe właśnie obłęd wikarego stał się dla mnie ostrzeŜeniem,
dodał sił i uchronił przed szaleństwem.
Ósmego dnia zaprzestał szeptu i począł mówić na głos, ja zaś nie mogłem uciszyć go w Ŝaden sposób.
- Tak być powinno, o BoŜe! - powtarzał w kółko. - Tak być powinno. Brzemię kary niech spadnie na mnie i
na dzieci moje. Grzeszyliśmy, nadto byliśmy dufni w swoje siły. Nędza panowała dokoła i ból, ubogich
deptano w prochu, ja zaś milczałem. CóŜ za głupstwa kazałem, BoŜe mój, cóŜ za głupstwa! Zamiast powstać
i Ŝycie oddać w ofierze, i wołać głosem wielkim: Pokutujcie, pokutujcie!... CiemięŜyciele maluczkich i
łaknących... JakŜe groźna jest dłoń Pana!
Potem niespodziewanie przeskakiwał na jedzenie, którego mu odmawiałem, prosząc, błagając, płacząc; w
końcu groŜąc. Zaczął podnosić głos, prosiłem go, by zamilkł. Wówczas widząc, Ŝe ma mnie w ręku,
zagroził, iŜ krzykiem ściągnie na nas Marsjan. W pierwszej chwili przeraziłem się, kaŜde jednak ustępstwo
zmniejszałoby tylko moŜliwość przetrwania. Rzuciłem mu więc wyzwanie, chociaŜ wcale nie byłem pewien,
czy go nie podejmie. Tym razem jeszcze nie podjął. Przez resztę ósmego i cały dziewiąty dzień mówił coraz
głośniej. Groźby i błagania płynące spienionym potokiem półprzytomnych słów skruchy i Ŝalu za
oszukańczą pustkę jego słuŜby boŜej budziły we mnie litość. Zasnął wreszcie na chwilę, po przebudzeniu
jednak zaczął wykrzykiwać z nową siłą, i to tak głośno, Ŝe za wszelką cenę trzeba go było nakłonić do
milczenia.
- Bądź cicho - prosiłem.
Siedział w ciemności - teraz nagle ukląkł.
51
- Zbyt długo juŜ byłem cicho - odkrzyknął głosem, który bez wątpienia dotarł do jamy. - Czas juŜ, bym dał
ś
wiadectwo prawdzie. Biada miastu, które wiarę utraciło. Biada! Biada! Po trzykroć biada ludziom ziemi,
gdy zabrzmią trąby archanielskie...
- Stul pysk! - ryknąłem zrywając się pełen przeraŜenia, by nie usłyszeli go Marsjanie. - Na miłość boską! -
dodałem.
- Nie! - krzyknął na cały głos, zrywając się takŜe i rozkrzyŜowując ramiona. - Nie zamilknę! Głos Pana jest
ze mną!
Dopadł w kilku susach kuchennych drzwi.
- Muszę dać świadectwo prawdzie! Pójdę! Nazbyt juŜ długo zwlekałem!
Wyciągnąłem rękę i namacałem wiszący na ścianie tasak. Skoczyłem za nim jak błyskawica. Oszalałem ze
strachu. Dopadłem go na środku kuchni. Resztka uczuć ludzkich odwróciła tasak w mym ręku tak, Ŝe cios
padł nie ostrzem, lecz płazem. Wikary runął na twarz i leŜał bez ruchu. Potknąłem się o rozciągnięte ciało i
stanąłem cięŜko dysząc.
Wtem dobiegł mnie z zewnątrz jakiś szelest, a potem szmer obsuwającego się tynku. Coś przesłoniło
trójkątną wyrwę w murze. Spojrzałem i oczom mym ukazał się kadłub, a raczej górna część Machiny
Roboczej przepychającej się z wolna przez wyrwę. Jedna z chwytnych macek wiła się po rumowisku; po
chwili pojawiła się druga szukając drogi ponad zwalonymi belkami. Ja zaś - skamieniały - patrzyłem. Przez
przezroczystą, jakby szklaną ścianę kadłuba dostrzegłem twarz Marsjanina i jego wielkie, ciemne, bacznie
wpatrzone w mrok kuchni oczy. Stalowy wąŜ macki począł tymczasem sunąć wolno przez wyrwę.
Z największym tylko wysiłkiem odwróciłem się od wyrwy, potknąłem się o ciało i sparaliŜowany
przeraŜeniem stanąłem w drzwiach spiŜarni. Macka posunęła się juŜ o jakieś dwa jardy w głąb kuchni, wijąc
się i zwracając to w jedną, to w drugą stronę szybkimi, urywanymi ruchami. Stałem chwilę, jak urzeczony
tym powolnym, niesamowitym zbliŜaniem. Potem z cichym ochrypłym okrzykiem schroniłem się w
spiŜarni. Dygotałem, z trudem utrzymując się na nogach. Otworzyłem drzwi do piwnicy i stojąc w ciemności
wpatrywałem się w jaśniejsze nieco wejście do kuchni. Czy Marsjanin dojrzał mnie? Co teraz robił?
W kuchni coś poruszało się bardzo powoli to tu, to tam, obijało się o ściany i znów sunęło dalej z
metalicznym, podobnym do pobrzękiwania kluczy na kółku, dźwiękiem. Potem usłyszałem, jak macka
wlokła coś cięŜkiego - aŜ nadto dobrze wiedziałem, co to było - przez kuchnię do wyrwy. Pociągany
nieodpartą siłą przemknąłem się do drzwi i zajrzałem do kuchni. W trójkącie słonecznego światła
zobaczyłem, jak siedzący w swej sturękiej maszynie Marsjanin oglądał głowę wikarego. Pojąłem, Ŝe ślad
uderzenia zdradzi mu niechybnie mą obecność.
Poczołgałem się z powrotem do piwnicy, zamknąłem drzwi i począłem przykrywać się w ciemności,
najciszej jak tylko mogłem, węglem i drzewem. Przerywałem co chwila, nasłuchując, czy Marsjanin nie
wysłał znów macki przez wyrwę.
Wtem ciche metaliczne brzęczenie powróciło. Śledziłem, jak sunęło z wolna przez kuchnię. Wkrótce było
juŜ blisko, jak sądziłem - w spiŜarni. Miałem nadzieję, Ŝe macka okaŜe się zbyt krótka, by sięgnąć aŜ do
mnie. Modliłem się o to gorąco. Usłyszałem, jak sunie ocierając się o drzwi piwnicy. Nadeszła chwila
oczekiwania trwająca wieki całe; potem macka poczęła mocować się z klamką. Znalazła drzwi. Marsjanie
znali drzwi! Macka trudziła się przez czas pewien przy klamce, po czym drzwi rozwarły się. Ledwie była
widoczna w mroku, podobna do trąby słonia, wijąca się w mą stronę, badająca dotykiem ściany, węgiel,
drwa i sufit. Wyglądała jak czarny kołyszący we wszystkie strony ślepą głową wąŜ.
Raz nawet dotknęła mego obcasa. O mało nie krzyknąłem; zagryzłem palce do krwi. Zatrzymała się na
chwilę. Mogło wydawać się, Ŝe odpełzła. Nagle z urwanym trzaskiem pochwyciła coś - myślałem, Ŝe mnie -
i znów, zdało mi się, znikła z piwnicy. Nie byłem jednak pewien. Widocznie zabrała tylko bryłę węgla do
zbadania.
Skorzystałem z okazji, aby odmienić niewygodną nieco pozycję, i nasłuchiwałem dalej. Po chwili znów
doszedł mnie powolny, jednostajny, coraz bliŜszy szelest. Wolno, wolno macka nadciągała ocierając się o
ś
ciany i roztrącając meble.
Gdy uderzyła o hałasem o drzwi piwnicy i zatrzasnęła je, wydało mi się, Ŝe to niemoŜliwe. Wiła się potem
jeszcze po spiŜarni, grzechotała blaszankami, zbiła butelkę, wyrŜnęła wreszcie czymś twardym o drzwi
piwnicy i uciekła. CzyŜby się oddaliła?
Długo czekałem, nim zdecydowałem, Ŝe tak. Nie pojawiła się juŜ więcej w spiŜarni; leŜałem jednak przez
cały dziesiąty dzień w zupełnej ciemności, zagrzebany w węglu i drzewie, bojąc się nawet wypełznąć po
wodę, choć ginąłem z pragnienia. Dopiero jedenastego dnia odwaŜyłem się opuścić bezpieczne ukrycie.
52
Cisza
Pierwszą mą po wejściu do spiŜarni czynnością było zamknięcie drzwi do kuchni. SpiŜarnia jednak była
pusta - cały Ŝywność znikła. Zabrał ją widocznie poprzedniego dnia Marsjanin. Po tym odkryciu po raz
pierwszy zwątpiłem w ocalenie. Jedenastego i dwunastego dnia nie miałem w ustach ani okruszyny chleba,
ani kropli wody.
Wargi me i gardło były spieczone, a siły opuszczały mnie coraz szybciej. Siedziałem w mrocznej spiŜarni
pogrąŜony w rozpaczy. Umysł mój zaprzątały natrętne myśli o jedzeniu. Zdawało mi się przy tym, Ŝe
utraciłem słuch, gdyŜ nie dochodził mnie z jamy Ŝaden dźwięk. Nie podchodziłem wcale do wyrwy, zbyt
słaby, by móc tam dotrzeć bez hałasu.
Dwunastego dnia gardło tak miałem obolałe; Ŝe, ryzykując wykrycie przez Marsjan, uŜyłem skrzypiącej
pompy i wypiłem parę szklanek brudnej, czerwonej od rdzy wody. OdświeŜyło mnie to znacznie,
równocześnie zaś natchnęło otuchą, gdyŜ odgłos pompowania nie ściągnął do kuchni Ŝadnej ciekawej macki.
W ciągu tych kilku dni wiele myślałem o wikarym, o tym, jak zginął, myśli me jednak rozpierzchały się
ustawicznie i rwały.
Trzynastego dnia znów piłem wodę, myślałem o jedzeniu, dumałem bezładnie o jakichś nierealnych planach
ucieczki. Drzemki me wypełnione były straszliwymi zjawami, śmiercią wikarego lub wspaniałymi ucztami;
we śnie jednak czy na jawie nie opuszczał mnie ostry ból, który mogłem ukoić tylko piciem wody. Światło
przedostające się do spiŜarni utraciło odcień szarości i stało się czerwonawe. Dla roztrzęsionej mej
wyobraźni wyglądało to jak krew.
Czternastego dnia wyszedłem do kuchni, gdzie zaskoczył mnie widok czerwonego listowia, które wdzierając
się przez wyrwę w ścianie, zmieniało szary półmrok w purpurową ciemność.
Wczesnym rankiem piętnastego dnia usłyszałem dziwnie znajome odgłosy. Przysłuchując się rozpoznałem,
Ŝ
e to pies węszy i drze pazurami ziemię. Wchodząc do kuchni dostrzegłem wyglądający spośród czerwonych
liści pysk psa. Zdziwiło mnie to oczywiście niezmiernie. Pies zwęszywszy mnie szczeknął krótko.
Pomyślałem sobie, iŜ dobrze byłoby zwabić go po cichu do kuchni. Być moŜe udałoby się zabić go i zjeść.
W kaŜdym razie powinien zginąć, by nie ściągnąć na kuchnię uwagi Marsjan.
ZbliŜałem się więc doń powoli, powtarzając łagodnie: - Dobry piesek, dobry - gdy wtem łeb znikł, a uszu
mych doszedł odgłos ucieczki. Nasłuchiwałem - okazało się, Ŝe jednak nie ogłuchłem - lecz w jamie
panowała zupełna cisza. Słychać było tylko łopot ptasich skrzydeł i ochrypłe krakanie. To było wszystko.
Długą chwilę leŜałem koło wyrwy, obawiając się rozgarnąć przesłaniające ją czerwone rośliny. Parę razy
słyszałem słabo, jak pies biegał gdzieś głęboko w dole, po piasku, rozlegały się takŜe głosy ptaków, więcej
jednak nic nie było słychać. Ośmielony wreszcie tą ciszą, wyjrzałem.
W jamie, oprócz zgromadzonych w jednym kącie szkieletów wyssanych przez Marsjan ludzi, pośród których
uwijały się, dziobiąc, zapamiętale, chmary wron, nie było Ŝywego ducha.
Rozglądałem się nie wierząc własnym oczom. Maszyny znikły Nie licząc ogromnej hałdy szaroniebieskiego
pyłu, kilku zapomnianych sztab aluminium, czarnych ptaków i kupy szkieletów, u mych stóp leŜał zwykły,
pusty, okrągły dół, wykopana w piachu gigantyczna jama. Przedarłem się ostroŜnie przez Czerwone Zielsko
i wstąpiłem na rumowisko. Przede mną rozciągał się rozległy widok, nigdzie jednak nie moŜna było dostrzec
ani Marsjan, ani Ŝadnych oznak ich bliskości. TuŜ u mych stóp ściana jamy opadała stromo w dół, nieco w
bok jednak rumowisko tworzyło pochyłość wiodącą aŜ na szczyt ruin. Nadeszła chwila wyzwolenia.
Ogarnęło mnie drŜenie.
Po króciutkim wahaniu, w porywie desperackiej odwagi, z sercem bijącym gwałtownie, wspiąłem się na
rumowisko, pod którym kryłem się tak długo. Znów rozejrzałem się dokoła. Marsjan nie było nigdzie.
Gdy patrzyłem ostatni raz na tę cichą, skąpaną w słońcu dzielnicę Sheen, była to ustronna, boczna uliczka
zabudowana ślicznymi białymi domkami o czerwonych dachach, ocieniona bujnym starodrzewem. Teraz zaś
stałem na zwalisku skruszonych cegieł, gliny i Ŝwiru, po kolana w oplatającym je gąszczu czerwonego,
kaktusowatego zielska, które zdawało się zupełnie zagłuszać tu ziemską roślinność. Pobliskie drzewa stały
martwe, brązowe, w dali jednak po Ŝywych jeszcze pniach i konarach pięły się czerwone Ŝyłki zielska.
Wszystkie sąsiednie domy były uszkodzone, nie spłonął jednak ani jeden. Gdzieniegdzie ściany, bez drzwi i
okien co prawda, zachowały się do wysokości pierwszego piętra: Otwarte ku niebu pokoje wypełniało
pleniące się niepowstrzymanie Czerwone Zielsko.
W dole rozwierała się ogromna jama, gdzie wrony walczyły ze sobą o szczątki. Parę innych ptaków skakało
po ruinach. W oddali przemykał się pod ścianą zbiedzony kot, śladów człowieka natomiast nie dostrzegłem
nigdzie.
53
Dzień, w przeciwieństwie do mroku panującego nieustannie w naszym schowku, wydawał się oślepiająco
jasny, niebo pałało błękitem. Letni wietrzyk łagodnie kołysał porastającym kaŜdy wolny skrawek ziemi
Czerwonym Zielskiem. O, jakŜe upajające było powietrze!
Trud dni piętnastu
Niepomny moŜliwych niebezpieczeństw stałem na chwiejnych nogach. Rozglądając się ze szczytu
rumowiska. W niezdrowej wilgotnej norze, z której dopiero co się wydostałem, myśl moja obracała się w
wąskim kręgu Ŝarliwej troski o przetrwanie osobiste. Nie zdawałem sobie sprawy, co działo się z resztą
ś
wiata, nie przeczuwałem tej przeraŜającej wizji rzeczy nieznanych, jaka roztoczyła się teraz przede mną.
Sądziłem, Ŝe ujrzę Sheen w ruinach, dokoła zaś widniał dziwny złowieszczy krajobraz z innej planety.
W owej chwili uczucia me przekraczały zwykłe granice odczuwań ludzkich. Sięgały one niechybnie w
dziedzinę dobrze znaną nieszczęsnym, podległym naszej władzy stworzeniom. Czułem to samo, co odczułby
królik, kiedy wracając do swej norki zastanie niespodzianie tuzin kopaczy zajętych wykopem pod
fundamenty domu w tym właśnie miejscu, gdzie do niedawna jeszcze była norka. W świadomości mej
pojawił się pierwszy przebłysk myśli, coraz ostrzej rysującej się i prześladującej mnie przez wiele
następnych dni, myśli o detronizacji człowieka; przeświadczenia, Ŝe nie jesteśmy juŜ dłuŜej panami
stworzenia, lecz zwierzętami jak inne, podległymi władzy Marsjan. Odtąd i my, i one skazani jesteśmy na
nieustanne czuwanie i czajenie się, na ucieczkę i krycie się; panowanie człowieka, strach przed nim minęły
bezpowrotnie.
Gdy jednak pojąłem tę niezwykłą prawdę, przestałem nią zaprzątać sobie głowę. Myślą przewodnią stała się
Ŝą
dza zaspokojenia bez przerwy i od dawna trapiącego mnie głodu. W przeciwległej do jamy stronie
dojrzałem za murem z cegieł skrawek ocalałego ogrodu. Skłoniło mnie to do udania się w tamtym kierunku,
choć musiałem po drodze przedzierać się przez sięgające kolan, a nieraz i szyi zarośla Czerwonego Zielska.
Trudność ta zapewniała mi jednak doskonałe, w razie potrzeby, ukrycie. Okazało się, Ŝe mur miał około
sześciu stóp wysokości i kiedy spróbowałem wspiąć się nań, zabrakło mi po prostu sił. Powlokłem się, więc
wzdłuŜ muru aŜ do kamiennego naroŜnika i tam dopiero udało mi się jakoś wleźć na ogrodzenie, skąd
stoczyłem się do upragnionego ogrodu. Znalazłem w nim trochę młodej cebulki, parę bulw mieczyków i
duŜo nie wyrośniętej jeszcze marchewki. Wszystko to zebrałem skrzętnie i przebrnąwszy przez ruiny domu
poszedłem, wśród spowitych w purpurę i szkarłat drzew, drogą wiodącą do Kew. Szedłem tą aleją
wysadzaną jak gdyby olbrzymimi kroplami krwi, popychany dwoma pragnieniami znaleźć więcej Ŝywności
oraz odejść, na ile tylko pozwolą mi siły, jak najdalej od tej przeklętej, nieziemskiej jamy.
Nieco dalej natrafiłem na ukrytą w trawie kępkę grzybów, które poŜarłem natychmiast łapczywie. Ta
odrobina pokarmu jeszcze bardziej jednak podnieciła głód. Wkrótce natknąłem się, w miejscu gdzie dawniej
były łąki, na płytką, rozległą taflę brunatnej wody. Zdziwiła mnie początkowo ta powódź, gdyŜ lato było
gorące i suche, później dopiero odkryłem, iŜ przyczyną jej była tropikalna wprost bujność Czerwonego
Zielska. Gdy tylko niezwykła ta roślina napotykała wodę, natychmiast rozwijała się do gigantycznych
rozmiarów, przy czym płodność jej była niesłychana. Zasypała wprost nasionami wody Tamizy i rzeki Wey,
zaś niezwykle szybko rozrastające się i ogromne jej liście po prostu zakorkowały obydwie te rzeki
powodując wylew.
W Putney, jak się wkrótce przekonałem, most skrył się niemal w gęstwinie Zielska, zaś w Richmond wody
Tamizy równieŜ rozlały się szeroką i płytką gładzią zatapiając łąki pod Hampton i Twickenham. Za nimi zaś
z kolei podąŜyło Czerwone Zielsko skrywając na długo zrujnowane w dolinie Tamizy wille i przesłaniając
czerwonym pokrowcem większość zniszczeń dokonanych przez Marsjan.
Ostatecznie jednak Czerwone Zielsko zmarniało, i to równie szybko, jak przedtem się rozpleniło. Rzuciła się
nań (wywołana, jak się ogólnie przypuszcza, działaniem pewnej bakterii) niszcząca jakaś choroba. Nasza
ziemska roślinność, pod wpływem prawa doboru naturalnego, uodporniła się na zabójcze bakterie. Nigdy teŜ
nie poddawała się im bez zaciętej walki. Czerwone Zielsko zaś gniło juŜ za Ŝycia, z góry skazane na zagładę.
Liście jego blakły, kurczyły się i schły. Przy najlŜejszym dotknięciu opadały, a wody, które przedtem tak
bardzo przyczyniły się do bujnego ich wzrostu, niosły teraz zeschłe resztki ku morzu...
Dotarłszy do zalewu przede wszystkim zaspokoiłem pragnienie. Potem zaś odruchowo spróbowałem Ŝuć
liście Czerwonego Zielska, były jednak wodniste i miały nieprzyjemny metaliczny posmak. Przekonałem się,
Ŝ
e woda była dostatecznie płytka, bym mógł brodzić w niej bezpiecznie, choć Czerwone Zielsko utrudniało
kroki; zalew jednak stawał się, w miarę przybliŜania się do rzeki, coraz głębszy, toteŜ zawróciłem ku
Mortlake. Drogę wskazywały mi rozrzucone tu i ówdzie ruiny domków, szczątki płotów i latarń, wkrótce
więc przebrnąłem przez zalew i, wspiąwszy się na pagórek pod Rochampton, znalazłem się w Putney.
54
Widok zmienił się teraz z obcego i nieznanego w ruiny znanego; były tu miejsca wyglądające jak po
przejściu huraganu, kilkadziesiąt zaś jardów dalej natykałem się na białe nienaruszone domy z oknami
przysłoniętymi skrupulatnie okiennicami, z pozamykanymi na głucho drzwiami, jakby mieszkańcy ich
wyjechali na parę dni czy teŜ spali twardym snem w swych łóŜkach. Czerwone Zielsko nie krzewiło się tutaj
tak bujnie, nie pięło się teŜ po wysokich drzewach zarastających uliczki. Rozpocząłem poszukiwania
Ŝ
ywności w ogrodach, nie znajdując w nich jednak niczego wtargnąłem do kilku cichych domków. Okazało
się, Ŝe włamano się juŜ tam przede mną i splądrowano je doszczętnie. Resztę dnia odpoczywałem leŜąc w
krzakach, gdyŜ zbyt byłem słaby, zbyt umęczony, aby iść dalej.
Przez cały ten czas nie dostrzegłem Ŝadnej istoty ludzkiej, nie widziałem teŜ nigdzie Marsjan. Napotkałem
tylko kilka wygłodniałych psów, ominęły mnie jednak wielkim łukiem pomimo prób zwabienia. W pobliŜu
Rochampton widziałem dwa szkielety ludzkie, nie ciała, lecz obrane do czysta szkielety, w lasku zaś
znalazłem rozrzucone i pogruchotane kości kilku kotów i zajęcy oraz czaszkę owcy. Choć gryzłem i Ŝułem je
długo, nie nasyciło mnie to ani trochę.
Po zachodzie słońca powlokłem się drogą do Starego Putney, gdzie, jak sądzę, uŜyto z nieznanych powodów
Snopa Gorąca. W jednym z ogrodów, juŜ za Rochampton, znalazłem trochę młodych ziemniaków, było ich
tyle, Ŝe zdołałem wreszcie zaspokoić głód. Z ogrodu widać było rzekę i pola aŜ do Putney. Widok ten w
przedwieczornym mroku był szczególnie posępny; sczerniałe drzewa, okopcone ponure ruiny, u stóp
pagórka tafla wody splamiona czerwienią Zielska, nad wszystkim zaś głucha cisza. Myśl o tym, jak szybko
nastąpiły te okropne zmiany, napełniała mnie nieopisanym przeraŜeniem.
Byłem w tej chwili pewien, Ŝe ludzkość zmieciono z powierzchni Ziemi, Ŝe zostałem sam jeden, ostatni
Ŝ
yjący człowiek. TuŜ za szczytem wzgórza Putney natknąłem się na jeszcze jeden szkielet ludzki; tym razem
bez rąk. LeŜały one o parę kroków od reszty ciała: Idąc dalej utwierdzałem się coraz bardziej w mniemaniu,
iŜ nie licząc takich przypadkowo ocalałych szczęśliwców jak ja, w tej przynajmniej okolicy zagłada ludności
była zupełna. Marsjanie, myślałem, zniszczyli kraj i udali się szukać Ŝywności gdzieś dalej. Być moŜe w tej
właśnie chwili niszczą Berlin lub ParyŜ, a moŜe poszli na północ...
Człowiek ze wzgórza pod Putney
Noc spędziłem w oberŜy połoŜonej u stóp pagórka pod Putney. Po raz pierwszy od dnia ucieczki do
Leatherhead spałem w łóŜku. Nie będę tu opisywać niepotrzebnych, jak się okazało, trudności przy
włamywaniu się przez okno do domu - później dopiero przekonałem się, Ŝe drzwi wcale nie były zamknięte.
Nie będę teŜ opisywał, jak przetrząsnąłem pokój za pokojem w poszukiwaniu jadła, zanim bliski rozpaczy
nie znalazłem w sypialni słuŜby dwu puszek konserw z ananasa i obgryzionych przez szczury, jak sądzę,
skórek chleba.
Miejsce to było widocznie juŜ przeszukiwane, i to gruntownie. Znacznie później znalazłem w barze trochę
przegapionych zapewne sucharków i kanapek. Te ostatnie nie nadawały się juŜ co prawda do jedzenia, za to
sucharkami nie tylko nasyciłem głód, lecz napełniłem równieŜ kieszenie. W obawie, by nie zwabić Marsjan,
być moŜe przetrząsających takŜe tę część Londynu w pogoni za poŜywieniem, nie zapalałem lampy. Zanim
poszedłem do łóŜka, opanował mnie niepokój. KrąŜyłem od okna do okna wypatrując śladu tych potworów.
Potem połoŜyłem się. Spałem niewiele. LeŜąc stwierdziłem, Ŝe myślę w sposób skoordynowany i
uporządkowany, coś, czego nie pamiętałem od ostatniego mego sporu z wikarym. Przez cały czas dzielący
mnie od tamtej chwili proces myślenia ograniczał się do pośpiesznych, zmieniających się ustawicznie
doznań emocjonalnych lub do pewnego rodzaju bezmyślnego chłonięcia wraŜeń. Tej nocy jednak mózg mój,
pokrzepiony widocznie jedzeniem, rozjaśnił się i mogłem juŜ myśleć normalnie.
Trzy tematy ścierały się ze sobą w mym umyśle. Zabójstwo księdza, działalność Marsjan i losy mej Ŝony.
Pierwszy z nich nie wywoływał we mnie ani uczucia grozy, ani teŜ wyrzutów sumienia. Patrzyłem na to, co
się stało, po prostu jako na czyn juŜ dokonany, wspomnienie nieskończenie przykre wprawdzie, lecz nie
budzące Ŝalu. Widziałem juŜ wtedy, jak widzę to i dzisiaj, Ŝe do ciosu tego doprowadziła mnie, krok za
krokiem, nieubłagana konieczność, łańcuch wydarzeń wiodących doń w sposób nieuchronny. Nie czułem
Ŝ
adnej winy, dręczyły mnie jednak nieustanne wspomnienia. W ciszy nocnej, czując w wypełnionej
spokojem ciemności bliskość Boga, którą w takich okolicznościach czasem się odczuwa, sprawowałem sąd
nad sobą, jedyny sąd, jaki mnie spotkał za tę chwilę strachu i gniewu. Raz jeszcze kroczyłem poprzez
wszystkie nasze rozmowy, od chwili, gdy pojawił się przy mnie skulony, nieczuły na me błagania o wodę,
zapatrzony w płomienie i dymy bijące z ruin Weybridge. Nie byliśmy zdolni do współistnienia, ponury los
nie dbał jednak o to. Gdybym mógł przewidzieć, co się stanie, porzuciłbym go juŜ w Hallifordzie.
Przewidzieć jednak nie mogłem, zbrodnią zaś byłoby przewidywać, a mimo to uczynić. Tak to wyglądało w
rzeczywistości i tak dzisiaj o tym piszę. Mógłbym ukryć wszystko, gdyŜ świadków nie miałem, nie ukrywam
przecieŜ nic z tego, co było, a czytelnik niech osądzi mnie wedle swej woli.
55
Gdy rozprawiłem się wreszcie po wielu wysiłkach z prześladującym mnie obrazem rozciągniętego
nieruchomo ciała, stanęło przede mną zagadnienie Marsjan i losu mej Ŝony. Co do pierwszego nie miałem
Ŝ
adnych danych, mogłem tylko wyobrazić sobie tysiące najgorszych rzeczy. Tak samo niestety było i z
ostatnim. Noc stała się nagle okropna. Ocknąłem się siedząc na łóŜku, wpatrzony w ciemność. Modliłem się,
by Snop Gorąca zgładził ją szybko i bezboleśnie. Od nocy mego powrotu z Leatherheaed nie modliłem się
ani razu. Kiedy przycisnęła mnie ostateczna potrzeba, szeptałem bezmyślnie bałwochwalcze jakieś pacierze
niby poganin zaklęcia, teraz jednak modliłem się rzeczywiście, błagałem świadomie i Ŝarliwie, twarzą w
twarz z wypełnioną Bogiem ciemnością. Przedziwna noc! Najdziwniejsze zaś, Ŝe natychmiast po nastaniu
ś
witu ja, który rozmawiałem z Bogiem, wypełzłem z oberŜy jak szczur z nory, istota niewiele odeń większa,
zwierzę pośledniego gatunku, na które nowi władcy moi mogli wedle przelotnego kaprysu polować, które
mogli zgładzić. Być moŜe oni takŜe modlili się niemniej Ŝarliwie tej nocy. Doprawdy, wojna ta powinna była
nauczyć nas przynajmniej jednego: litości dla wszystkich tych bezrozumnych stworzeń, które znosić muszą
nad sobą panowanie.
Ranek piękny wstał i jasny, na wschodzie płonęło róŜowe, haftowane złocistymi chmurkami niebo. Droga
zbiegająca ze szczytu wzgórka Putney ku Wimbledonowi usiana była nędznymi szczątkami przeraŜonego
potoku, jaki przewalił się nią w noc niedzielnej paniki. Stał tu dwukołowy wózek z tabliczką właściciela,
jakiegoś Tomasza Lobba, zieleniarza z New Maldon; koło miał zgruchotane, obok niego zaś leŜał porzucony
kufer. Nieco dalej walał się wdeptany w stwardniałą glinę słomkowy kapelusz, na szczycie zaś West Hill
ziemię pokrywały skrwawione odłamki szkła rozsypane gęsto wokół przewróconego koryta. Szedłem
leniwie, nie miałem określonych planów. Chciałem pójść do Leatherhead, choć czułem, Ŝe
prawdopodobieństwo odnalezienia tam Ŝony bardzo jest niewielkie. Jasne było; iŜ jeśli śmierć nie zaskoczyła
ich znienacka, krewni uszli wraz z nią juŜ dawno. Wydawało mi się jednak, Ŝe będę mógł przynajmniej
zasięgnąć języka, dokąd uciekli mieszkańcy Surrey. Wiedziałem tylko, Ŝe boli mnie serce o Ŝonę; Ŝe pragnę
ją odnaleźć, nie wiedziałem jednak, jak tego dokonać. Byłem równieŜ przeświadczony o całkowitej swej
samotności. Przynajmniej na rozległej przestrzeni, poczynając od zakątka, z którego wyszedłem, by
przedzierać się przez gąszcz drzew i krzewów, aŜ po skraj pola Wimbledon.
Ciemną płaszczyznę rozjaśniały Ŝółte plamy janowca i ostów; nie było tu widać Czerwonego Zielska, gdy
zaś przystanąłem pełen wahania na brzegu otwartego pola, ukazało się zalewające wszystko Ŝyciodajnym
ś
wiatłem słońce. Między drzewami natrafiłem na bajorko kipiące od malutkich Ŝabek. Stałem długą chwilę
przyglądając się i ucząc od nich niezwycięŜonej woli Ŝycia. Nagle odwróciłem się, czując na sobie czyjeś
spojrzenie, i w pobliskiej kępie krzewów dostrzegłem skulony jakiś kształt. Stałem i patrzyłem. Uczyniłem
krok w tamtą stronę. Kształt wyprostował się i zmienił w zbrojnego w nóŜ człowieka. Podchodziłem doń
powoli. Stał milczący, nieporuszony, przyglądał mi się bacznie.
Podchodząc dostrzegłem, Ŝe odzieŜ jego nie mniej jest zakurzona od mojej. Wyglądał jak wyciągnięty z
rynsztoka: Z bliska znać na niej było ślady zielonkawego szlamu z błotnistych rowów zmieszane z zaschłym
błotem i czarnymi, tłustymi plamami po węglu. Ciemne włosy opadały mu na oczy, twarz miał splamioną
słońcem i brudną, policzki zaś tak zapadłe, Ŝe z początku nie poznałem go. Od ucha do brody biegła szeroka
czerwona blizna.
- Stój - zawołał, gdy zbliŜyłem się na dziesięć jardów. Stanąłem. Głos miał ochrypły. - Skąd idziesz? -
zapytał. Przyglądałem mu się z namysłem. - Z Mortlake - odparłem. - Ukrywałem się tam, niedaleko jamy
Marsjan, gdzie spadł walec. Potem wydostałem się z ruin i uciekłem.
- Tu nie ma nic do jedzenia- mówił - To jest mój teren. Cała ta górka, aŜ po rzekę i od Clapham do skraju
wsi. Jedzenia starczy tu tylko na jednego. Dokąd idziesz?
Nie śpieszyłem z odpowiedzią.
- Nie wiem - odrzekłem. - Siedziałem w ruinach ze dwa tygodnie. Nie mam pojęcia, co się przez ten czas
stało.
Przyglądał mi się niepewnie, potem drgnął i coś zmieniło się w jego wzroku.
- Nie mam zamiaru tu pozostawać - ciągnąłem. - Pójdę chyba do Leatherhead, do Ŝony.
Wyciągnął ku mnie rękę.
- To pan! - zawołał. - Człowiek z Woking! Więc nie zginął pan w Weybridge?
Ja takŜe go poznałem.
- To pan! Artylerzysta, który zjawił się w moim ogrodzie!
- Co za szczęście! - mówił. - Co za szczęściarze z nas! Pomyśleć, Ŝe to pan! - Podał mi rękę, ja zaś
uścisnąłem ją gorąco. - Ukrywałem się w rowie - ciągnął. - Ale oni nie zabijali wszystkich. Kiedy zaś
oddalili się, uciekłem polami do Walton. Ale przecieŜ minęło zaledwie szesnaście dni, a pan osiwiał! -
Obejrzał się gwałtownie. - To tylko gawron - rzucił. Teraz dopiero dowiedziałem się, Ŝe i ptaki mają cień.
Trochę tu za przestronnie, chodźmy lepiej pogadać w krzaki.
56
- Widział pan tu gdzie Marsjan w pobliŜu? - zapytałem. - Od kiedy wydostałem się...
- Poszli do Londynu - wyjaśnił. - Myślę, Ŝe załoŜyli tam jakieś większe obozowisko. Co nocy w stronie
Hampstead świeci się całe niebo. Jak nad wielkim miastem. Widać ich, jak łaŜą w tej łunie. A w dzień - nic.
Ale bliŜej nie widziałem ich nigdzie od - policzył na palcach - pięciu dni. Potem widziałem dwóch, w stronie
Hammersmith, jak taszczyli coś cięŜkiego. A przedwczoraj w nocy - przerwał, po czym powiedział
naciskiem: - ciemno juŜ było, co prawda, ale widziałem, jak coś uniosło się w powietrze. Myślę, Ŝe
zbudowali latającą machinę i próbują teraz latać.
Przystanąłem na czworakach, gdyŜ wdzieraliśmy się właśnie w głąb zarośli. - Latać?! - zawołałem.
- Tak - odparł. - Latać!
Posunąłem się nieco głębiej, gdzie krzewy nie były tak gęste, i usiadłem.
- To koniec ludzkości! - zawołałem. - JeŜeli potrafią latać, po prostu oblecą świat dokoła i...
Przytaknął mi głową.
- Na pewną oblecą. Ale przynajmniej tutaj zrobi się nieco spokojniej. A poza tym - spojrzał na mnie - tak
panu szkoda, Ŝe z ludzkością koniec? Bo mnie nie bardzo. Wykończyli nas. Z kretesem.
Popatrzyłem na niego. Choć moŜe to wydać się dziwne, sam jednak nie potrafiłem dojść do tego wniosku.
Jasne stało się dla mnie wszystko dopiero teraz, kiedy padły te słowa. Tkwiła we mnie jeszcze dotąd jaka
mglista nadzieja, nie nadzieja raczej, lecz z dawien dawna nabyte przyzwyczajenie. On zaś powtórzył:
- Z kretesem! - Brzmiała w tym niezachwiana pewność. - To koniec dodał. - Oni stracili jednego jedynego.
Usadowili się mocno, a nam dali po kulach. Przetrącili krzyŜe największej potędze świata. Przespacerowali
się po nas. Śmierć tego pod Weybridge to czysty przypadek. A to tylko zwiadowcy. Nowi przylatują bez
przerwy. Te zielone gwiazdy (co prawda przez pięć ostatnich dni nie widziałem ich) na pewno spadają
gdzieś co nocy. Nic się nie da zrobić. Wykończyli nas na amen!
Nie odpowiadałem. Siedziałem patrząc przed siebie i na próŜno siliłem się wydusić z mózgu jakąś rozsądną
myśl.
- Co to za wojna? - ciągnął dalej artylerzysta. - Od samego początku było tak, jakby ludzie wojowali z
mrówkami.
Przypomniałem sobie nagle noc w obserwatorium. - Po dziesiątym pocisku przestali strzelać, przynajmniej
do wylądowania pierwszego walca.
- Skąd pan wie? - zapytał. Kiedy mu wyjaśniłem, zamyślił się.
- MoŜe im się działo popsuło - rzekł. - No i co z tego? Na pewno juŜ naprawili. A jeŜeli nawet trochę się
odwlecze, to koniec, wszystko jedno, będzie ten sam. Akurat: mrówki i ludzie. Mrówki budują miasta, Ŝyją
swoim Ŝyciem, prowadzą wojny, robią rewolucje, aŜ przychodzi człowiek i chce je usunąć. I usuwa. Tylko,
Ŝ
e w tym wypadku mrówkami jesteśmy my. Do tego...
- Co? - rzuciłem.
- ...jadalnymi mrówkami. -Spojrzeliśmy po sobie.
- I co z nami będzie? - zapytałem.
- O tym właśnie myślałem - zawołał. - O tym właśnie myślałem. Po Weybridge szedłem na południe i
myślałem. Widziałem, co się tam działo. Ludzie piszczeli ze strachu. A ja nie lubię piszczeć. Nie raz, nie
dwa zaglądałem śmierci w oczy. Ja nie malowany Ŝołnierzyk, dla mnie śmierć to śmierć i nic więcej. Ten
wyŜyje, kto myśli. Widziałem, jak wszystko wiało na południe. Pomyślałem sobie: na długo im tam Ŝarcia
nie starczy, i od razu zawróciłem. Poszedłem między Marsjan, jak jaskółka leci między ludzi. A dokoła -
zatoczył ręką szerokie koło - zdychają z głodu, obdzierają ze skóry...
Dostrzegł wyraz mej twarzy i przerwał niezręcznie.
- Ci, co mieli funty, popłynęli oczywiście do Francji - dodał. Zawahał się, czy mówić dalej, napotkał me
spojrzenie i ciągnął: - Jedzenia jest tu duŜo. Puszki konserw po sklepach, wino, wódka, wody mineralne. A
rury wodociągowe i kanały są puste. Powiem panu, co sobie pomyślałem. Oni są mądrzy i, zdaje się,
potrzebują nas do jedzenia. Poniszczą więc przede wszystkim nasze statki, maszyny, armaty, miasta, cały
nasz ład, całą naszą organizację. Nic z tego nie zostanie. Gdybyśmy byli tej wielkości, co mrówki - moŜe by
się nam upiekło. Ale jesteśmy więksi. Za gruby byłby kawał, gdyby to wszystko miało się rozejść po
kościach. Nie da rady. Prawda?
Potwierdziłem.
- No, tak. Ta sobie właśnie myślałem. Dobrze, na razie łapią nas, kiedy i jak chcą. Dosyć takiemu
Marsjaninowi przejść parę mil, a juŜ ma całe tłumy zmykających. Widziałem, jak któregoś dnia w
Wandsworth jeden burzył domy i rył w ruinach. Ale kiedyś wreszcie chyba przestaną. Jak tylko skończą z
naszymi działami, jak poniszczą koleje i zrobią wszystko, co sobie zamierzyli, wtedy zaczną systematycznie
wyłapywać najgrubszych i zamykać w klatkach. Niedługo na pewno zaczną to robić: O, mój BoŜe! PrzecieŜ
oni jeszcze się do nas naprawdę nie wzięli!
57
- Nie wzięli się! - wykrzyknąłem.
- Pewno, Ŝe nie. - Wszystko, co się dotąd stało, to tylko nasza wina. Nie mieliśmy dosyć rozsądku, aby
siedzieć cicho, zaczęliśmy naprzykrzać się im głupimi armatami. Straciliśmy głowę, goniliśmy całymi
tłumami to tu, to lam. ChociaŜ tam- wcale nie jest bezpieczniej niŜ tu. A oni w ogóle nie mieli zamiaru nas
ruszać. Pracują, robią to wszystko, czego nie mogli przywieźć ze sobą z Marsa, szykują miejsce dla reszty.
Kto wie, czy nie dlatego właśnie przestali strzelać tymi walcami. śeby nie trafić któregoś ze swoich tu, na
Ziemi. A my, zamiast rozbiegać się w ślepym popłochu albo próbować zgładzić ich dynamitem, powinniśmy
spróbować przystosować się do nowej sytuacji. Tak przynajmniej ja to sobie wyobraŜam. MoŜe człowiek
wolałby, dla siebie i dla swoich, Ŝeby było inaczej, ale fakty są uparte. I na tej zasadzie zacząłem działać.
Miasta, państwa, cywilizacja, postęp - z tym juŜ koniec! Tę grę przegraliśmy! Z kretesem!
- Więc po co w takim razić Ŝyć?
Artylerzysta przyglądał mi się przez chwilę.
- śadnych koncertów galowych przez jakiś milion najbliŜszych lat nie będzie na pewno; ani wystaw
obrazów; ani smakowitych wyŜerek w wytwornych knajpach. JeŜeli panu potrzebne są rozrywki, to myślę,
Ŝ
e nie ma pan tu czego szukać. JeŜeli pan ma salonowe maniery i nie lubi jeść ryby noŜem czy słuchać
mowy cockneyów, to proszę lepiej o tym zapomnieć. Nie będzie to panu potrzebne.
- Pan myśli...
- Ja myślę, Ŝe tacy jak ja muszą Ŝyć. Dla zachowania gatunku. Mówię panu, ja cholernie chcę Ŝyć. I jeŜeli się
nie mylę, to pan niedługo powie teŜ to samo. Takich jak my nie wytępią. Na pewno nie damy się schwytać
ani oswoić; ani tuczyć jak głupie barany. Brr! Pomyśleć tylko, takie brązowe gady...
- Nie myśli pan chyba...
- Właśnie Ŝe myślę. Będę Ŝył. Pod ich panowaniem. Uplanowałem juŜ sobie wszystko. Obmyśliłem. My,
ludzie, zostaliśmy pokonani. Za mało umiemy. Musimy wiele nauczyć się, zanim spróbujemy szczęścia. A
ucząc się, musimy Ŝyć. I to na wolności. Rozumie pan? Oto, co trzeba zrobić.
Patrzyłem zdumiony i poruszony głęboko zdecydowaniem tego człowieka.
- Na Boga! - zawołałem. - Prawdziwy z pana męŜczyzna! - i uścisnąłem z zapałem jego dłoń.
- Co? - odparł, a oczy mu rozbłysły. - Nieźle to wszystko obmyśliłem, prawda?
- Niech pan mówi dalej - nalegałem.
- Dobra. Ci, co chcą uniknąć schwytania, muszą się przygotować. Ja się przygotowuję. Niech pan pojmie,
nie wszyscy nadają się na dzikie zwierzęta, a tym właśnie będziemy musieli stać się. Dlatego tak uwaŜnie
przyglądałem się panu. Miałem wątpliwości. Pan wygląda na chudego i słabego. Nie poznałem pana. Nie
wiedziałem, Ŝe tyle czasu siedział pan w kryjówce. Bo, widzi pan, tamci wszyscy, co Ŝyli w tym domkach, te
przeklęte kupczyki nawykłe do łatwego Ŝycia, byliby do niczego. To ludzie bez ducha, bez dumnych snów,
bez wzniosłych porywów. A człowiek bez tego to zwykły tchórz, to szmata. Umieli tylko spieszyć się
codziennie do pracy. Widziałem ich setkami, jak z drugim śniadaniem w garści gonili jak wściekli do
pociągu, aby tylko nie spóźnić się, tylko jak najwcześniej otworzyć te swoje marne sklepiki i ciułać te swoje
głupie groszaki. Widziałem, jak potem gonili do domu, Ŝeby się tylko nie spóźnić na obiad i, broń BoŜe, nie
jeść chłodnej zupy; jak siedzieli wieczorami w domu ze strachu przed bandytami; jak szli do łóŜek ze swoimi
Ŝ
onami, nie dlatego, Ŝe je kochali, ale dlatego, Ŝe było to wygodne i nie komplikowało ich nędznej
wegetacji. W powszednie dni ubezpieczali się ze strachu przed jakimś wypadkiem na tym świecie, a w
niedziele - ze strachu przed Ŝyciem pozagrobowym. Tak jakby piekło było dla królików! Dla nich Marsjanie
jak z nieba spadli. Wygodne klatki, zdrowy pokarm, troskliwa opieka, Ŝadnych zmartwień. Jak pobiegają z
tydzień, dwa po polach z pustymi brzuchami, sami przyjdą, Ŝeby dać się złapać. I będą uszczęśliwieni.
Dziwić się będą, jak ludzie mogli Ŝyć, zanim Marsjanie nie zaczęli się o nich troszczyć. A te róŜne
darmozjady, franty i oczajdusze, juŜ ich widzę. JuŜ widzę - mówił z posępnym zadowoleniem - jacy się robią
czuli, jacy naboŜni. Choć przejrzałem dopiero w ostatnich dniach, duŜo juŜ zdąŜyłem zobaczyć. Wielu
tłustych a głupich nie będzie się martwić o nic. Inni poczują, Ŝe nie wszystko jest w porządku, Ŝe trzeba
zacząć działać. A kiedy sprawy tak się układają, Ŝe ludzie zaczynają odczuwać konieczność działania, zaraz
znajdują się słabi albo tacy, co słabną na samą myśl o potrzebie ruszenia mózgiem, i zawsze wykombinują
taką religię, co zabrania wszystkiego, górnolotną i głoszącą ufność i pokorę wobec prześladowców i
poddanie się woli Stwórcy! Pan zresztą takŜe widział na pewno to samo - zupełnie jakby strach zmiótł całą
energię. Klatki będą się trząść od psalmów i hymnów, i histerii. A inni, nie tacy prostacy moŜe, jak to się
mówi, zaczną się gzić...
Przerwał. - Bardzo moŜliwe, Ŝe Marsjanie będą mieli swoich ulubieńców; wyuczą ich sztuczek, kto wie?
Będą rozczulać się nad kochanym chłoptysiem, Ŝe juŜ utył i Ŝe trzeba go zarŜnąć. A niektórych nauczą
polować na nas.
- Nie! - krzyknąłem. - To niemoŜliwe! śaden człowiek...
58
- Po co te kłamstwa? - przerwał. - Znajdą się i tacy. I będą to robić. Nawet bardzo chętnie. Byłoby głupotą
udawać, Ŝe się w to nie wierzy.
Pewność jego przekonała mnie.
- Ale niech tylko spróbują przyjść po mnie. BoŜe! Niech tylko spróbują - powiedział i popadł w ponurą
zadumę.
Siedziałem bez słowa, rozwaŜając to wszystko. Nie mogłem znaleźć niczego, co- moŜna by przeciwstawić
rozumowaniu tego człowieka. W dniach sprzed najazdu nikt nie wątpiłby w mą wyŜszość umysłową nad
nim. Ja, znany i ceniony pisarz i filozof- i on, prosty Ŝołnierz. A przecieŜ to on, a nie ja, oceniłem naleŜycie
nasze połoŜenie, gdy ja nie zacząłem nawet jeszcze dobrze zdawać sobie sprawy z tego, co się stało.
- Co pan ma zamiar zrobić? - zapytałem. - Jakie ma pan plany?
Zawahał się.
- No, dobra; powiem panu. Więc jest tak - odrzekł. - Co mamy robić? Musimy wynaleźć taki sposób Ŝycia,
Ŝ
eby człowiek mógł mnoŜyć się i bezpiecznie chować dzieci. Tak... Niech pan zaczeka, zaraz wyjaśnię
dokładniej, co moim zdaniem naleŜy zrobić. Oswojeni będą jak wszystkie oswojone bydlęta. Po paru
pokoleniach staną się tłuści, pełnokrwiści, głupi - śmiecie. Chodzi o to, Ŝebyśmy my, wolni, nie zdziczeli,
nie zmienili się w duŜe dzikie szczury... Bo, widzi pan, będziemy chyba musieli Ŝyć pod ziemią. Myślałem o
londyńskiej kanalizacji. Ci, co jej nie znają, wyobraŜają sobie oczywiście straszne rzeczy, ale pod Londynem
są całe mile, setki mil kanałów. Niech kilka dni popadają deszcze, przy pustym Londynie kanały zrobią się
czyściutkie, schludniutkie. Główne magistrale będą dość duŜe i przestronne dla kaŜdego. A są przecieŜ
jeszcze piwnice, podziemia, składy; moŜna w nich będzie porobić przejścia do kanałów. A tunele kolejowe,
a kolej podziemna? Co? Zaczyna pan rozumieć? Trzeba stworzyć grupę silnych, mądrych ludzi. Nie
przyjmiemy Ŝadnego śmiecia. Słabych nam nie potrzeba...
- Takich jak ja, co?
- PrzecieŜ juŜ wyjaśniłem, Ŝe to była pomyłka. Prawda?
- Nie będziemy się spierać. I co dalej?
- Ci, co zostaną, muszą być karni. Silne, mądre kobiety będą takŜe potrzebne. Matki i wychowawczynie - nie
Ŝ
adne lalkowate ślicznotki ze słodkimi ślepkami. Słabych ani głupich nie chcemy. Znów będzie się Ŝyło
naprawdę, a bezuŜyteczni, uciąŜliwi i szkodliwi muszą wymrzeć. Powinni wymrzeć. Powinni sami chcieć
wymrzeć. Bo ostatecznie Ŝyć po to, by psuć rodzaj ludzki, to nielojalność. Nie byliby zresztą szczęśliwi. A
ś
mierć wcale nie jest taka znów straszna; tylko tchórze lak ją sobie wyobraŜają. Tak więc, kanały. Tam
będziemy się zbierać. Naszym ośrodkiem będzie Londyn. Kto wie, moŜe nawet będziemy wartować i kiedy
Marsjanie gdzieś się oddalą, wychodzić na powierzchnię. MoŜe nawet będziemy mogli grać w cricketa!
Zachowamy w ten sposób gatunek. Co? PrzecieŜ to chyba będzie moŜliwe? Ale samo zachowanie gatunku to
jeszcze mało. Tyle to i szczury potrafią. WaŜniejsze będzie zachowanie i rozwijanie wiedzy ludzkiej. I tutaj
właśnie pojawia się na widowni pan. Są ksiąŜki, są wzory. Trzeba wyszukać głębokie, pewne schowki i
ukryć tam jak najwięcej ksiąŜek; nie Ŝadnych romansideł, nie poetyckich bzdurstw, ale ksiąŜek o wiedzy, o
myśli ludzkiej. Tu zaczyna się, powiadam pańska rola: Musimy dobrać się do British Museum i przejrzeć
wszystko, co tam jest. Przede wszystkim zachować naszą wiedzę i rozwijać ją. Musimy podpatrywać
Marsjan. Niektórzy będą musieli stać się szpiegami. Kto wie... kiedy juŜ wszystko będzie zorganizowane,
moŜe i ja się nim stanę`? Pozwolę się złapać. A najwaŜniejsze, nie wolno nam zaczepiać Marsjan. Nie wolno
nawet nic im ukraść. Przy spotkaniu uciekać. Trzeba pokazać, Ŝe nie walczymy z nimi. Oni są mądrzy i nie
będą nas tępić, jeŜeli tylko będą mieć wszystko, co im potrzeba, i jeŜeli uznają nas za nieszkodliwe
robactwo.
Artylerzysta zamilkł i oparł brązową rękę na mym ramieniu.
- MoŜe nawet nie będzie trzeba tak duŜo nauczyć się, zanim... Proszę sobie tylko wyobrazić, nagle rusza
pięć, sześć Machin Bojowych, Gorącym Snopem w lewo, w prawo, a w nich nie Marsjanie, lecz ludzie!
Ludzie, którzy wiedzą, jak się z nimi obchodzić! A to moŜe nawet być jeszcze za naszego Ŝycia. Niech pan
sobie tylko wyobrazi - złapać takie jedno kochaniątko i pomachać Snopem! Panować nad nimi! I cóŜ, jeśli
nawet w końcu rozkurzą cię na cztery wiatry - po takim balu? JuŜ widzę Marsjan, jak wytrzeszczają te swoje
ś
liczne oczęta! Człowieku, moŜe pan sobie to wyobrazić? MoŜe pan wyobrazić sobie, jak się śpieszą i sapią,
i dyszą, i pokrzykują, i kręcą się przy tych swoich cudownych maszynach, a tu Ŝadna nie działa! A wtedy my
trzask, prask, łup, cup - akurat kiedy się tak przy nich grzebią, trzask Snopem i proszę, człowiek znów
zajmuje naleŜne mu miejsce.
Na długą chwilę śmiała wizja wyczarowana przez artylerzystę, pewność i odwaga brzmiące w jego głosie
podbiły mą wyobraźnię całkowicie. Uwierzyłem bez wahania zarówno w przewidywane przezeń losy
ludzkości, jak i w moŜliwość wcielania jego planów w Ŝycie - czytelnik zaś, który mógłby uznać mnie za
głuptaka ulegającego zbyt łatwo cudzym wpływom, musi pojąć róŜnicę między nim, z jego od dawna juŜ
59
przemyślanym planem, a mną, leŜącym w ukryciu pod krzakiem i słuchającym w pomieszaniu tych myśli.
Przegadaliśmy w ten sposób cały ranek, po czym wypełzliśmy z zarośli i zbadawszy szczegółowo
widnokrąg, czy nie widać gdzie w pobliŜu Marsjan, pośpieszyliśmy na wzgórze Putney, do domku, w
którym było jego legowisko. Kiedy zeszliśmy do piwnicy i ujrzałem wykop o długości dziesięciu co
najwyŜej jardów, na który stracił juŜ przeszło tydzień - miał to być przekop do przechodzącego przez Putney
burzowca - po raz pierwszy dostrzegłem przepaść dzielącą marzenia tego człowieka od jego sił. Taką dziurę
moŜna było wygrzebać w ciągu jednego dnia. Wierzyłem jeszcze w niego tak mocno, Ŝe pracowałem wraz z
nim przy wykopie aŜ do południa. Mieliśmy taczkę i wykopaną ziemię wywoziliśmy na podwórze. W
południe pokrzepiliśmy się nieco puszką zupy i winem z sąsiedniej spiŜarni. Jednostajna praca przynosiła mi
dziwną ulgę. Zapominałem przy niej o całym tym boleśnie nowymi i obcym świecie. Pracując myślałem o
projektach artylerzysty i z wolna poczęły budzić się we mnie zastrzeŜenia i wątpliwości. Pracowałem jednak
bez ustanku, szczęśliwy, Ŝe znów mam jakiś cel przed sobą. Przepracowawszy godzinę, zacząłem obliczać
odległość dzielącą nas od kanału. Zwątpiłem, czy w ogóle doń trafimy. Nie mogłem pojąć, po co mamy
kopać taki długi tunel, kiedy moŜna było dostać się do kanału po prostu włazem. Wydawało mi się takŜe, iŜ
dom nie był najlepiej wybrany i dlatego potrzeba było tak długiego przekopu. Właśnie kiedy uświadomiłem
sobie to wszystko, artylerzysta przerwał kopanie i spojrzał na mnie.
- Narobiliśmy się nielicho - powiedział i odłoŜył łopatę. - Trzeba trochę odsapnąć. - Potem zaś dodał: -
Myślę, Ŝe czas pójść na dach i rozejrzeć się po świecie.
Ja jednak chciałem pracować dalej, po krótkim więc wahaniu wziął się znowu za szpadel; wtedy uderzyła
mnie pewna myśl. Zatrzymałem się, on zaś natychmiast zrobił to samo.
- Dlaczego pan chodził po polach - zapytałem - zamiast być tutaj?
- Wyszedłem przewietrzyć się trochę - odparł - i akurat wracałem. W nocy zawsze bezpieczniej.
- A robota?
- PrzecieŜ nie moŜna ciągle pracować - odrzekł, ja zaś jak w olśnieniu przejrzałem tego człowieka. Wahałem
się, trzymając w ręku łopatę.
- Powinniśmy teraz rozejrzeć się - powtórzył. - JeŜeli ktoś podejdzie, moŜe posłyszeć nasze kopanie.
Zaskoczą nas nie przygotowanych.
Nie miałem chęci sprzeciwiać się dłuŜej. Poszliśmy na strych i stojąc na drabinie wyjrzeliśmy spod klapy
włazu. Marsjan nie było widać nigdzie, toteŜ śmiało wstąpiliśmy na dach i ukryliśmy się za parapetem.
Co prawda większą część Putney przesłaniały nam drzewa, widać jednak było dolinę rzeki zarosłą
fantastyczną gęstwą Czerwonego Zielska i Dolne Lambeth, zalane i równieŜ tonące w czerwieni. Spośród
pęków Czerwonego Pnącza sterczały cherlawe, martwe gałęzie drzew w pałacowym parku. Dziwne, jak
bardzo obie te rośliny uzaleŜnione były w swym rozwoju od obfitości wody. W pobliŜu naszego domku
Ŝ
adnej z nich nie udało się przyjąć. Pełno za to było tu szczodrzewca, kwiatów głogu, buldeneŜów i drzew
tui strzelających wysoko ponad zielone krzewy wawrzynów i mieniących się tęczą barw w promieniach
słońca hortensji. Daleko, za Kensingtonem, unosił się gęsty dym przesłaniając pospołu z błękitną mgiełką
łańcuch ciągnących się na północy wzgórz. Artylerzysta opowiadał tymczasem o ludziach, którzy pozostali
jeszcze w Londynie.
- Którejś nocy zeszłego tygodnia - mówił - jacyś głupcy naprawili przewody elektryczne i po rzęsiście
oświetlonych Regent’s Street i Piccadilly Circus wrzeszczała i tańcowała aŜ do rana gromada obdartych,
brudnych pijaków, męŜczyzn i kobiet. Opowiadał mi jeden, co to widział. Kiedy zrobił się dzień, połapali
się, Ŝe niedaleko, pod Langham, stoi i gapi się na nich Machina Bojowa. Bóg wie, jak długo juŜ tak stała.
Potem zbliŜyła się i wyłapała ze setkę takich, co z pijaństwa albo ze strachu nie mieli sił uciekać.
Sądzę, Ŝe Ŝadna historia nie opisze wszystkich groteskowych wydarzeń tamtych czasów.
Później, w odpowiedzi na me pytania, powrócił do wspaniałych planów. Począł zapalać się. Tak wymownie
opisywał zdobycie przez człowieka Machiny Bojowej, Ŝe znów na poły weń uwierzyłem. Teraz jednak,
znając prawdziwą jego wartość, pojmowałem, dlaczego tak kładł nacisk, by nie robić nic zbyt pośpiesznie.
ZauwaŜyłem teŜ, iŜ nie ma juŜ teraz mowy o jego osobistym udziale w opanowaniu i poprowadzeniu do boju
potęŜnej tej maszyny.
Po pewnym czasie powróciliśmy do piwnicy. śaden z nas jednak nie miał, zdaje się, ochoty zabierać się
znowu do kopania. Kiedy zaś zaproponował posiłek, nie protestowałem. Stał się nagle niezwykle szczodry i
gdy nasyciliśmy się, wyszedł, by przynieść kilka doskonałych cygar. Zapaliliśmy, a on równieŜ zapłonął
optymizmem. Potraktował me przybycie jako wielkie święto.
- Mam w piwnicy trochę szampana - powiedział.
- Po wodzie lepiej się kopie - odrzekłem.
- Nie - zawołał. - Dzisiaj ja wydaję przyjęcie! Szampan! Mocny BoŜe! Toć przed nami cięŜka praca. Trzeba
trochę odpocząć i, póki jeszcze moŜna, nabrać sił. Niech pan spojrzy na te pęcherze!
60
Upierał się; by resztę dnia świętować, i nalegał, byśmy po obiedzie zagrali w karty. Nauczył mnie gry w
belotkę, po czym podzieliliśmy Londyn na dwie części, dla mnie północną, dla niego południową, i
poczęliśmy grać o parafie. Trzeźwo myślącemu czytelnikowi moŜe to wydać się głupie i groteskowe,
wszystko jednak działo się tak, jak tu opisuję. Co najciekawsze zaś - i belotka, i inne gry, w które graliśmy
później, wydawały mi się bezgranicznie interesujące.
Dziwny jest umysł ludzki! Rodzaj nasz stał przed groźbą zagłady, a przynajmniej straszliwego poniŜenia;
nas samych nie czekało nic prócz straszliwej śmierci, my zaś zabawialiśmy się malowanymi tekturkami i z
oŜywieniem, ba! z podnieceniem graliśmy w oczko! Potem nauczył mnie pokera; ja zaś ograłem go trzy razy
z rzędu w szachy. Gdy ściemniało, tak byliśmy przejęci grą, Ŝe nie zwaŜając na niebezpieczeństwo
zapaliliśmy lampę.
Po nieskończonej ilości partii zjedliśmy kolację, przy której artylerzysta wykończył szampana. Potem, paląc
cygara, graliśmy dalej. Nie był on juŜ teraz tym energicznym odnowicielem gatunku, którego spotkałem
rankiem. Optymizm jego stał się mniej bojowy, spokojniejszy. Pamiętam; jak pił moje zdrowie wygłaszając
zawiłe, pełne jąkania się i powtórzeń przemówienie. Po tej właśnie tyradzie zapaliłem cygaro i wspiąłem się
na dach, chcąc obejrzeć zieloną łunę jaśniejącą, wedle jego słów, na pagórkach Highgate.
Początkowo gapiłem się bezmyślnie w kotlinę londyńską. Wzgórza na północy tonęły w ciemności. Opodal
Kensingtonu widniały czerwone ognie. Wystrzelały co jakiś czas pomarańczowymi płomieniami, by zniknąć
po chwili w granatowej nocy. Reszta Londynu była czarna. Nieco bliŜej dostrzegłem dziwne światło,
bladofioletową migotliwą poświatę drŜącą w wieczornym wietrze. Długo nie mogłem sobie wyjaśnić tego
zjawiska, aŜ w końcu pojąłem, Ŝe to słabe promieniowanie pochodzi od Czerwonego Zielska. Obudziło mnie
to ze stanu sennego podziwu i przywróciło do rzeczywistości. Przeniosłem wzrok na Marsa, jasną, czerwoną
gwiazdkę błyszczącą wysoko na zachodzie, potem zaś, długo i Ŝarliwie wpatrywałem się w ciemność
Hampstead i Highgate.
Długi czas stałem na dachu, zastanawiając się nad dziwacznymi wydarzeniami tego niezwykłego dnia. Raz
jeszcze przebiegłem myślą wszystkie przemiany, jakie we mnie zaszły; począwszy od nocnych modlitw, na
bezsensownym kartograjstwie skończywszy. Odczułem gwałtowny wstręt. Pamiętam, jak odrzuciłem, z
pewnym co prawda Ŝalem, nie dopalone jeszcze cygaro. Uznałem ten gest za symbol! Z płomienną przesadą
zarzucałem sobie głupotę, czułem się zdrajcą wobec własnej Ŝony i całego rodzaju ludzkiego, trapiły mnie
wyrzuty sumienia. Postanowiłem opuścić tego marzyciela z fantastycznymi planami, pijaństwem i
obŜarstwem oraz udać się do Londynu. Tam, jak sądziłem, najpewniej dowiem się, co robią Marsjanie, a co
moi towarzysze, ludzie. KsięŜyc juŜ wzszedł, a ja wciąŜ jeszcze stałem na dachu.
Londyn wymarły
Po opuszczeniu artylerzysty poszedłem do Highstreet i dalej mostem przez Tamizę do Lambeth. Most ginął
całkowicie niemal w gęstwinie Czerwonego Zielska. Łodygi i liście tej rośliny zdradzały juŜ jednak pierwsze
oznaki zagłady - gęsto rozsiane białawe plamy.
Na rogu uliczki wiodącej ku przystani w Putney leŜał człowiek. Okryty czarnym pyłem wyglądał jak
kominiarz. Nie był martwy, lecz pijany do nieprzytomności. Nie udało mi się wydostać z niego nic prócz
przekleństw i wściekłych razów. Zostałbym moŜe przy nim, gdyby nie nazbyt juŜ zbydlęcona jego twarz.
Za mostem pokrywał wszystko czarny pył. Warstwa jego, w miarę jak zbliŜałem się do Fulham, była coraz
grubsza. PrzeraŜała mnie pustka ulic. W pobliskiej piekarni znalazłem trochę poŜywienia, spleśniałego,
czerstwego, jednak nadającego się jeszcze do jedzenia chleba. Nieco dalej, w pobliŜu Walham Green, pyłu
nie było, natomiast cała jedna strona ulicy stała w płomieniach; huk poŜaru przynosił w martwej ciszy
prawdziwą ulgę. Ulice wiodące do Brompton takŜe były puste, jakby wymarłe.
Tutaj znów pełno było czarnego kurzu i trupów. Na samej Falham Road naliczyłem ich dwanaście. Musiały
leŜeć tam od wielu juŜ dni, toteŜ uciekłem od nich czym prędzej. Okrywał je grubą warstwą czarny pył,
niektóre zaś były napoczęte przez psy.
Tam gdzie miasto wolne było od czarnego kurzu - wyglądało dziwnie odświętnie. Sklepy pozamykane, okna
zasłonięte, wszędzie cisza i pustka. Gdzieniegdzie, przewaŜnie w sklepach spoŜywczych i winiarniach,
widniały ślady rabunku. Ujrzałem teŜ rozbitą wystawę złotnika, rabuś jednak został widocznie spłoszony,
gdyŜ na chodniku leŜały porzucone w nieładzie złote łańcuszki i zegarki. Nawet nie schyliłem się po nie.
Nieco dalej na progu domu siedziała skulona kobieta w łachmanach. Krew ze spoczywającej na kolanach
skaleczonej ręki rozlała się rdzawą plamą po sukni, obok zaś, na chodniku, wokół rozbitej flaszki po
szampanie, widniała cała kałuŜa. Kobieta wydawała się pogrąŜona w głębokim śnie, była jednak martwa.
Im dalej zagłębiałem się w Londyn, tym głębsza panowała cisza. Nie była to jednak cisza śmierci. Było to
milczenie pełne niespokojnego wyczekiwania. Lada chwila przecieŜ wszystkie te domy mogły zmienić się w
61
dymiące zgliszcza, jak zmieniły się w nie północno-zachodnie dzielnice, mogły zginąć, jak zginęły domy
Ealing i Kulburn. Było to miasto skazane...
Na ulicach południowego Kensingtonu nie znalazłem ani zwłok, ani czarnego kurzu. Tam teŜ usłyszałem po
raz pierwszy dziwny odgłos rozpaczy. Dotarł on do mej świadomości niemal niepostrzeŜenie. Brzmiał jak
nieustanne łkanie złoŜone z dwu tonów: „ul-la, ul-la, ul-la”. Gdy szedłem na północ, natęŜenie jego
narastało, choć głuszyły je domy. Z pełną mocą rozbrzmiewał natomiast, kiedy wyszedłem na Exhibition
Road. Zatrzymałem się zdziwiony tym płynącym z oddali jękiem patrząc ku kensingtońskim ogrodom.
Mogło wydawać się, Ŝe to łka głosem lęku i pustki niezmierzone skupisko domów. „Ul-la, ul-la, ul-la, ul-la”
brzmiał nieludzki jęk, a potęŜne fale dźwięków przelewały się szeroką, słoneczną, zamkniętą dwoma
rzędami wysokich kamienic ulicą. Zwróciłem się pełen niepokoju ku Ŝelaznym bramom Hyde Parku.
Zastanawiałem się, czy nie wedrzeć się do Muzeum Przyrodniczego, by się wspiąć na szczyt wieŜy i
rozejrzeć po okolicy. Postanowiłem jednak pozostać na ziemi, gdzie łatwiej moŜna było w razie potrzeby
znaleźć kryjówkę, i podąŜyłem dalej wzdłuŜ Exhibition Road. Kamienice były puste i milczące i tylko
głośne echo mych kroków rozbrzmiewało dokoła. W pobliŜu bramy parkowej czekał mnie dziwny widok.
LeŜał tam obalony omnibus i obrany doszczętnie z mięsa szkielet konia. Stałem przy nim długą chwilę, po
czym ruszyłem ku mostowi. Jęk stawał się coraz potęŜniejszy, choć nie było widać nic prócz chmury dymu
kłębiącej się ponad konarami drzew.
„Ul-la, ul-la, ul-la, ul-la” - nawoływał głos dochodzący, jak mi się zdawało, gdzieś z Regent’s Park.
Rozpaczliwy ten krzyk działał przygnębiająco. Począłem tracić siły, ogarniało mnie coraz większe
zmęczenie. Poczułem się słaby, obolały, głodny i spragniony. Minęło juŜ południe. Po co błąkałem się
samotnie po tym wymarłym mieście? Po co znalazłem się w Londynie, spowitym w czarny całun,
spoczywającym na katafalku trupie miasta? Poczułem się śmiertelnie samotny. Wybiegałem pamięcią ku
zapomnianym od lat przyjaciołom. Myślałem o truciznach ukrytych w opuszczonych aptekach, o pełnych
wódki piwnicach. Wspomniałem tych parę nieszczęsnych, dzielących ze mną miasto istot...
Do Oxford Street dotarłem przez Marble Arch. Tutaj znów pełno było czarnego pyłu i wiele martwych ciał.
Z piwnicznych okien biła złowieszcza, okropna woń. Panował upał, a Ŝe szedłem juŜ długo, zachciało mi się
jeść i pić. Z wielkimi trudnościami włamałem-się do jakiegoś baru. Udało mi się tam nasycić zarówno głód,
jak i pragnienie, osłabiło mnie to jednak tak bardzo, Ŝe wyciągnąłem się na stojącej pod ścianą kanapce i
zasnąłem kamiennym snem. Ocknąłem się z ponurym jękiem „ul-la, ul-la, ul-la, ul-la” w uszach. Panował
juŜ mrok. Posiliłem się znalezionym w barze serem i sucharkami (spiŜarka na mięso pełna była tylko
robactwa), po czym powlokłem się ku Baker Street i dalej do Regent’s Park. Przechodziłem obok szeregu
wymarłych skwerów - w tej chwili przypominam sobie nazwę tylko jednego z nich - Portman Square.
Wychodząc z Baker Street dostrzegłem w oddali, ponad drzewami, w świetle zachodu kaptur olbrzyma z
Marsa. Jęk dobiegał stamtąd właśnie. Nie przeraziłem się. Widok ów wydał mi się- czymś zupełnie
naturalnym. Przyglądałem się długo. Gigant stał bez ruchu i jęczał. Nie mogłem pojąć, dlaczego tak stoi i
krzyczy.
Usiłowałem ułoŜyć jakiś plan działania, nieprzerwane to szlochanie przeszkadzało mi jednak. MoŜe zaś zbyt
byłem zmęczony, aby lękać się czegokolwiek. Z pewnością bardziej byłem ciekaw przyczyn tego płaczu, niŜ
przeraŜony widokiem Machiny Bojowej. Skręciłem w Park Road, chcąc obejść park dokoła, i posuwając się
pod osłoną domów wyszedłem od strony St. John’s Wood, by przyjrzeć się stamtąd jęczącemu
Marsjaninowi. O paręset jardów od Baker Street usłyszałem głośne szczekanie i ujrzałem pędzącego w mym
kierunku psa z ochłapem czerwonego mięsa w pysku. Gnała za nim sfora wynędzniałych kundli. Ominął
mnie wielkim łukiem, obawiając się widocznie, bym nie odebrał mu smakowitej zdobyczy. Gdy szczekanie
ucichłe w oddali, mocniej rozbrzmiało płaczliwe „ul-la, ul-la, ul-la, ul-la, ul-la”.
W pobliŜu dworca St. John’s Wood natknąłem się na zniszczoną Machinę Roboczą. Wydawało mi się z
początku, Ŝe ulicę przegrodził zwalony dom. Dopiero kiedy wspiąłem się na ruiny, ujrzałem ze zdziwieniem,
iŜ przykrywają one zgruchotany mechanizm z pogiętymi i splątanymi mackami. Część przednia była
zmiaŜdŜona. Wyglądało na to, Ŝe pędząca na oślep maszyna wpadła na dom i zginęła pod jego szczątkami.
Sądziłem wówczas, Ŝe katastrofa nastąpiła wskutek puszczenia maszyny samopas. Zbyt było juŜ ciemno, by
chodzić pośród ruin, toteŜ nie dostrzegłem zbryzganej krwią kabiny ani rozszarpanych przez psy szczątków
Marsjanina.
Wstrząśnięty tym widokiem zdąŜałem dalej, ku Primrose Hill. W oddaleniu między drzewami, w kierunku
Ogrodu Zoologicznego, stał drugi, nieruchomy, milczący Marsjanin. W pobliŜu rozwalonego domu
natknąłem się na Czerwone Zielsko, zaś Kanał Regenta stanowił jedną wielką, gąbczastą masę
ciemnoczerwonej roślinności.
Nagle, kiedy wchodziłem na most, dźwięk „ul-la, ul-la, ul-la, ul-la, ul-la” umilkł jak ucięty noŜem. Cisza
uderzyła we mnie niby grom.
62
Wysokie, mroczne domy stały przymglone jakieś, rozmazujące się w ciemności. Drzewa w parku wydawały
się czarne. Wszędzie dokoła pięło się po ruinach niesamowite Czerwone Zielsko, ginąc gdzieś w górze, w
mroku. Tajemnicza noc schwytała mnie za gardło, dławić poczęły strach i groza. Gdy rozbrzmiewał ten głos,
moŜna jeszcze było znieść jakoś samotność i opuszczenie, dziki niemu Londyn wydawał się nie taki martwy.
Ten pozór Ŝycia podtrzymywał mnie na duchu. Gdy zamilkł, coś się nagle zmieniło, odeszło, sam nie
wiedziałem co, i cisza stała się niemal dotykalna. Upiorna cisza.
Londyn wpatrywał się we mnie oczodołami pustych, czarnych okien. Wyobraźnia ukazywała tysiące
bezgłośnych, czyhających w mroku wrogów. Opanował mnie obłędny strach, przeraziłem się własnego
zuchwalstwa. Przede mną ulica była czarna, jakby zalana smołą, na chodniku dojrzałem jakiś skulony,
czarny kształt. Nie mogłem uczynić ani kroku. Zawróciłem wreszcie i uciekłem co sił od tej ciszy, prosto
przed siebie, ku Kilburn. Do świtu niemal kryłem się przed tą nocą w domku jakiegoś dryndziarza przy
Harrow Road. Przed wschodem słońca jednak odwaga znów powróciła i jeszcze gwiazdy widniały na niebie,
gdy zwróciłem kroki ku Regent’s Park. Błąkałem się w labiryncie uliczek, aŜ w końcu dostrzegłem w
bladym świetle poranka pagórek Primrose. Na jego szczycie stał spiętrzony pod niebo, wyprostowany i
nieruchomy jak tamci - trzeci Marsjanin.
Powziąłem szalone postanowienie. Zginę raz wreszcie i skończy się to wszystko. Mogę nawet oszczędzić
sobie trudu samobójstwa. Podszedłem niedbale wprost ku olbrzymowi, podchodząc zaś ujrzałem w coraz
jaśniejszym blasku rodzącego się dnia stada krąŜących wokół kaptura i siedzących na nim czarnych ptaków.
Na ten widok serce we mnie zabiło Ŝywiej i rzuciłem się naprzód.
Przedarłem się przez Czerwone Zielsko spowijające St. Edmund’s Terrace, przebrnąłem zalewający mnie do
pół piersi rwący ku Albert Road potok wody z uszkodzonej stacji pomp i wraz z pierwszymi promieniami
słońca stanąłem u podnóŜa zarosłego trawą zbocza. PotęŜne wały ziemne okalały wierzchołek wzgórza
czyniąc zeń niedostępną twierdzę, największe i zarazem ostatnie obozowisko Marsjan na Ziemi. Spoza
szańców wzbijała się w niebo wąziutka struga dymu.
Po wale przemknęła rysująca się ostro na tle nieba sylwetka psa. Świtająca zaledwie w mózgu mym myśl
poczęła nabierać cech coraz większej pewności. Biegnąc pod górę, ku nieruchomemu potworowi, nie
odczuwałem lęku, lecz dzikie, pełne drŜenia uniesienie. Z kaptura zwisało bezsilne brunatne cielsko, a
chmary ptactwa dziobały je i rwały w strzępy.
W mgnieniu oka wdarłem się na wał i stanąłem na jego koronie. Przede mną leŜała twierdza. Zajmowała
ogromną przestrzeń. Tu i ówdzie stały wielkie machiny, leŜały stosy przeróŜnych materiałów, gdzieniegdzie
widać było dziwne jakieś, podobne do ziemianek, schronienia. Dokoła zaś, rozrzuceni po całej twierdzy,
jedni w obalonych Machinach Bojowych, inni w kabinach bezczynnych juŜ Machin Roboczych, jeszcze inni
leŜąc rzędem, sztywno i nieruchomo - spoczywali Marsjanie, martwi, zabici przez chorobotwórcze i gnilne
bakterie, z którymi nie umiały walczyć ich organizmy. Zginęli, jak zginęło po nich Czerwone Zielsko.
Zginęli, gdy zawiodła cała potęga człowieka, zgładzeni przez malutkie, niewidoczne stworzonka, które
mądrość BoŜa ustanowiła na ziemi.
Stało się to, co i ja, i wielu z nas mogłoby przewidzieć, gdyby umysłów naszych nie zaślepiło przeraŜenie i
groza. Ludzkość olbrzymią spłaciła daninę od pierwszego dnia swego istnienia tym drobniutkim istotkom.
Dzięki jednak doborowi naturalnemu rodzaj ludzki nabył wielkiej odporności. Nigdy nie ulegaliśmy bez
walki, toteŜ wiele spośród nich, przede wszystkim zaś te, które wywołują gnicie ciał martwych, nie mogą
dziś juŜ nam szkodzić. Na Marsie jednak nie ma bakterii, zaledwie więc najeźdźcy stanęli na Ziemi,
zaledwie odetchnęli ziemskim powietrzem i przyjęli ziemski pokarm, natychmiast nasi mikroskopijni
sojusznicy poczęli gotować im nieuchronną zgubę. Gdy po raz pierwszy patrzyłem na nich, juŜ wówczas byli
nieodwołalnie skazani, umierali i rozkładali się nawet będąc w stałym ruchu. Los ich był przesądzony.
Miliardami śmierci opłacił człowiek swe prawo do Ziemi i nikomu go nie odstąpi; utrzymałby je wówczas
nawet, gdyby Marsjanie dziesięćkroć byli potęŜniejsi. Bo człowiek Ŝyje i umiera nie na próŜno.
LeŜeli, rozrzuceni tu i tam, pięćdziesięciu chyba, w wyrytej przez siebie samych ogromnej mogile, dotknięci
ś
miercią najbardziej chyba dla nich ze wszystkich rodzajów śmierci niepojętą. Ja zaś widziałem jedno tylko
oto leŜały przede mną martwe istoty, tak straszliwe za Ŝycia dla ludzkości. Uwierzyłem na chwilę, Ŝe to Bóg
uŜalił się nad nami i zesłał tej nocy na Ziemię anioła śmierci.
Stałem wpatrując się w jamę z sercem bijącym radością, zaś promienie wschodzącego słońca zapalały
dokoła światła poranka. W jamie panował jeszcze półmrok; potęŜne mechanizmy, tak wielkie i niezwykłe w
swej a mocy i złoŜoności, tak nieziemskie w dziwacznych swych kształtach, wyłaniały się powoli z cienia -
złowróŜbne, niesamowite, obce. Słychać było, jak sfora psów walczy o rozpostarte w mrocznej głębi u mych
stóp martwe cielska.
Na przeciwległym krańcu jamy leŜała wielka, płaska, szeroka Machina Latająca, której nie zdąŜyli juŜ
wypróbować w gęstej ziemskiej atmosferze. Śmierć nadeszła w sam czas. Krakanie przyciągnęło mój wzrok
63
ku ogromnej Machinie Bojowej, która juŜ nigdy nie miała wziąć udziału w Ŝadnym boju, ku szarpanym
dziobami i ptactwa krwawym ochłapom zaściełającym wnętrze kaptura na szczycie wzgórza Primrose.
Odwróciłem się i spojrzałem w dół, gdzie wiry ptasie okalały tamtych dwu, na których śmierć patrzyłem
wczoraj. Jeden umierał przywołując swych towarzyszy; być moŜe głosił światu samotną swą mękę, konając
ostatni, dopóki maszyneria nie odmówiła mu posłuszeństwa. W blasku rodzącego się słońca połyskiwały
bezsilne juŜ trójnogie wieŜe z lśniącego metalu.
Dokoła jamy zaś, jakby cudem ocalałe od straszliwej zagłady, leŜało miasto. Ci, którzy znają Londyn
spowity w chmury posępnych dymów, z trudem tylko potrafią wyobrazić sobie nagą czystość i piękno
głuchej ciszy tego oceanu domów.
Na wschodzie, ponad czarnymi ruinami Albert Terrace i rozszczepioną wieŜycą kościoła, płonęło na
bezchmurnym niebie oślepiające słońce.
Gdzieniegdzie w gęstwinie dachów lśniły białymi iskrami odbijając jego promienie tafelki szyb. W blasku
tym pięknie i tajemniczo wyglądał nawet sklepiony skład win koło dworca Chalk Farm, wielkie zajezdnie
kolejowe, pocięte czarnymi zazwyczaj, a dziś, po dwutygodniowej przerwie, czerwonymi od rdzy pręgami
torów.
Na północy leŜały błękitne, zatłoczone domami Kilburn i Hampstead; zachodnia część miasta kryła się w
mgiełce, zaś na południu, w dali, poza Marsjanami, falowała w słońcu zieleń Regent’s Park, jaśniały hotel
Langham, kopuła Albert Hall, Instytut Imperialny i wysokie domostwa przy Brompton Road, dalej zaś
rysowały się mgliście poszarpane ruiny Westminsteru. W błękitnej dali wznosiły się pagórki Surrey, a
wieŜyce Kryształowego Pałacu połyskiwały jak dwa srebrzyste groty. Ciemną plamą wznosiła się w blasku
słońca kopuła katedry św. Pawła i teraz dopiero spostrzegłem, iŜ jest uszkodzona, Ŝe z jednej strony zieje w
niej głęboka wyrwa.
Spoglądając na tę niezmierzoną przestrzeń usianą domami, fabrykami i świątyniami, cichą teraz i
opustoszałą, dumałem o wszystkich nadziejach i wysiłkach, o niezliczonych zastępach istnień ludzkich, które
złoŜyły się na powstanie tego skupiska, dumałem o bezlitosnym zniszczeniu, jakie nad nim zawisło. Kiedy
pojąłem, Ŝe cień zagłady rozwiał się juŜ, Ŝe moje ukochane, olbrzymie, martwe w tej chwili miasto moŜe
znów oŜyć i odzyskać swą wielkość, wzruszyłem się do łez nieomal.
Nawałnica ucichła. Zdrowie od dzisiaj juŜ zaczynało powracać. Ci, którzy przeŜyli, choć rozproszeni po
całym kraju, choć pozbawieni przywódców, praw, Ŝywności, jak owce bez pasterza, te tysiące, które uszły za
morza - mogą juŜ powracać; znów wymarłe dziś ulice i opuszczone skwery zapulsują Ŝyciem. ChociaŜ
wielkiego dokonała zniszczenia - rękę niszczyciela powstrzymano. Wszystkie te upiorne ruiny, wszystkie
sczerniałe szkielety domów patrzące złowrogo na słoneczną zieleń pagórka mogą wkrótce juŜ wypełnić się
gwarem odbudowy, stukotem młotków i kielni. Na tę myśl wzniosłem dłonie ku niebu i zacząłem dziękować
Bogu. Za rok, myślałem, za rok...
I wtedy, dopiero wtedy przygniotła mnie myśl o sobie, o Ŝonie, o dawnym, pełnym nadziei i uroku Ŝyciu,
które odeszło na zawsze.
Ocaleni z rozbicia
Teraz nastąpi najdziwniejsza moŜe część mego opowiadania. Choć z drugiej strony nie jest ona aŜ tak bardzo
znów dziwaczna. Pamiętam jasno, Ŝywo i dokładnie wszystko, co nastąpiło tego dnia, do chwili, gdy
stanąłem na szczycie wzgórza Primrose płacząc i chwaląc Pana. Potem zaś nie pamiętam nic juŜ więcej.
O trzech następnych dniach nie wiem nic zgoła. Później dopiero dowiedziałem się, Ŝe nie ja pierwszy
odkryłem zgubę Marsjan; Ŝe juŜ w nocy dokonało tego kilku podobnych do mnie wędrowców. Pierwszy z
nich, gdy ja kryłem się w domku doroŜkarza, popędził do St: Martin’s - le - Grand i zadepeszował do ParyŜa.
Stamtąd radosna wieść pomknęła w świat i tysiące miast i miasteczek zmartwiałych w koszmarnym
wyczekiwaniu oŜyło gorączką radości; gdy ja stałem nad jamą, o zagładzie Marsjan wiedziano juŜ w
Dublinie, Edynburgu, Manchesterze i Birminghamie. Ludzie płacząc i krzycząc z radości rzucali pracę,
padali sobie w objęcia, by po chwili pędzić z krzykiem na dworzec i pchać się do szczelnie wypełnionych,
zdąŜających z całego kraju ku Londynowi pociągów.
Dzwony kościelne, zamilkłe dwa tygodnie temu, oŜyły teraz i przesyłając radosne posłanie rozdzwoniły całą
Anglię. Wychudli, brudni, zmęczeni ludzie podąŜali wszystkimi drogami, pieszo, na bicyklach; wozami,
rozgłaszając radosnym zgiełkiem wieść o niespodzianym ocaleniu. A Ŝywność! Przez kanał La Manche,
przez Morze Irlandzkie, przez Atlantyk płynął strumień ziarna, chleba i mięsa. Zdawało się, Ŝe wszystkie
okręty świata skierowano do Londynu. Ja jednak nic z tego nie pamiętam. Błąkałem się bez celu jak
oszalały. Znalazłem się wreszcie wśród dobrych jakichś ludzi, którzy napotkali mnie na trzeci dzień,
płaczącego i nieprzytomnego, krąŜącego uliczkami w pobliŜu St. John’s Wood. Opowiadali mi później, Ŝe
64
wyśpiewywałem coś bez sensu o „ostatnim Ŝyjącym człowieku”. Mając niemało własnych kłopotów, ludzie
ci, których nazwiska nawet nie mogę tu przytoczyć, choć usilnie pragnę wyrazić im swą wdzięczność, zajęli
się mną troskliwie, przygarnęli i uchronili przed samym sobą. Najwidoczniej teŜ dowiedzieli się coś niecoś o
tym, co przeszedłem, z mych półprzytomnych słów.
Gdy wróciłem juŜ całkowicie do zmysłów, opowiedzieli mi bardzo ostroŜnie to, czego udało im się
tymczasem dowiedzieć o losie Leatherhead. Dwa dni po mym uwięzieniu zostało ono zniszczone przez
Marsjan, przy czym nikt nie ocalał. Zmietli je po prostu z powierzchni Ziemi, ot tak sobie, bez Ŝadnej
przyczyny, jak chłopcy, którzy z nadmiaru sił Ŝywotnych rozwalają czasem mrowisko.
Zostałem więc samotny, oni zaś byli dla mnie dobrzy. Byłem sam i bardzo smutny, oni zaś opiekowali się
mną. Po powrocie do zdrowia pozostałem u nich jeszcze przez cztery dni. Ciągle jednak czułem, Ŝe pcha
mnie jakaś siła, by choć raz jeszcze spojrzeć na szczątki Ŝycia, które tak przecieŜ niedawno wydawało mi się
jasne i szczęśliwe. Usiłowali powstrzymać mnie. Było to, ich zdaniem, niepotrzebne rozdrapywanie nie
zaschłych jeszcze ran. Robili, co było w ich mocy, aby odwrócić me chorobliwe myśli od tej wyprawy w
przeszłość. W końcu nie mogłem jednak oprzeć się ślepemu nakazowi wewnętrznemu i obiecując
niezawodnie powrócić, opuściłem ze łzami w oczach mych czterodniowych przyjaciół, by znów wyjść na
puste tak jeszcze niedawno, obce i nieme ulice.
Teraz przepełniał je tłum powracających. Miejscami sklepy były otwarte, widziałem nawet wodę zdatną do
picia, bijącą z ulicznych wodotrysków.
Pamiętam, jak szyderczo jaśniało słońce, gdy rozpoczynałem smutną tną pielgrzymkę do domku w Woking,
jakie oŜywione, ruchliwe było miasto dokoła. Uwijało się tu takie mnóstwo zajętych czymś, ludzi, Ŝe
niewiarygodną wprost wydawała się niedawna śmierć tylu ich tysięcy. Twarze były poŜółkłe, włosy w
nieładzie, oczy szeroko rozwarte i jakby wyblakłe, większość zaś odziana była w łachmany. Lecz na
wszystkich tych twarzach, we wszystkich oczach dwa wyczytałbyś tylko uczucia: podniecenia i zawziętej
energii - lub posępnej determinacji. Gdyby nie to, Londyn byłby w tych dniach miastem włóczęgów. Na
ulicach rozdzielano hojnie chleb nadesłany z Francji. Nielicznym koniom znać było wszystkie Ŝebra. Na
rogach ulic stali juŜ policjanci. Zniszczenia poczynione przez Marsjan ujrzałem dopiero na ulicy
Wellingtona, tam teŜ spostrzegłem Czerwone Zielsko pnące się po filarach mostu Waterloo.
U wejścia na most zauwaŜyłem, jakŜe charakterystyczny dla tych groteskowych dni, dziwaczny obrazek. Do
gęstwy Czerwonego Zielska przypięty był patykiem arkusz papieru, świeŜo wydany numer Daily Mail,
pierwszy, jaki ukazał się po wielu dniach przerwy. Znalazłem w kieszeni sczerniałego szylinga i kupiłem
gazetę. Wydawca nie zapełnił całego numeru, większa część szpalt pozostała nie zadrukowana, ostatnią zaś
stronę wypełniały dawne jeszcze reklamy i ogłoszenia. W gazecie znalazłem jedynie oddane drukiem
wraŜenia piszącego, agencje prasowe widocznie nie podjęły jeszcze pracy. Nie dowiedziałem się niczego
nowego ponad to, Ŝe juŜ po tygodniu badań prowadzonych nad maszynami Marsjan osiągnięto zadziwiające
wyniki. Artykuły zapewniały między innymi, w co zresztą nie uwierzyłem, Ŝe poznano juŜ tajemnicę lotu. Z
dworca Waterloo odchodziły pociągi przewoŜące bezpłatnie ludność do domów. Pierwsza fala
powracających spłynęła juŜ parę dni temu. W pociągu niewielu było pasaŜerów, ja zaś nie miałem nastroju
do rozmów, toteŜ usiadłem w pustym przedziale i patrzyłem, skrzyŜowawszy ręce na piersiach, na mknącą
za oknem, skąpaną w słońcu panoramę zniszczeń. TuŜ za stacją pociąg biegł powoli po prowizorycznie
ułoŜonych torach, po obu zaś stronach ciągnęły się sczerniałe ruiny domów. AŜ do Clapham, mimo
dwudniowego deszczu i burzy, Londyn pokryty był osadem Czarnego Dymu: W Clapham tory były
uszkodzone. Setki bezrobotnych sklepikarzy i urzędników ramię w ramię z kolejarzami trudziło się przy ich
naprawie, my zaś podskakiwaliśmy na złączach pośpiesznie ułoŜonych szyn.
Cała okolica wzdłuŜ toru wyglądała niezwykle i smętnie. Wimbledon ucierpiał szczególnie. Najmniej,
zdawało się, ucierpiał Walton, przynajmniej las otaczający go nie był spalony. Rzeczki Wandle i Mole, a
takŜe kaŜdy, najmniejszy nawet strumyczek, ginęły w zwartej masie Czerwonego Zielska, to podobnego do
stosu mięsiwa w jatce, to znów do poszatkowanej fioletowej kapusty. Sosnowe lasy Surrey wydawały się
uschłe, tak rozpleniło się tam Czerwone Pnącze. Za Wimbledonem, w pobliŜu toru, widać było zwały ziemi
wokół szóstego walca. Stało tam mnóstwo ludzi przyglądających się pracy saperów. Nad nimi trzepotała
wesoło na porannym wietrzyku chorągiew narodowa. Całą okolicę pokrywała karmazynowa roślinność,
raŜąc boleśnie oko purpurowym odcieniem. Spojrzenie umęczone nieustanną szarzyzną zgliszcz i posępną
czerwienią roślin szukało ukojenia w łagodnych zarysach odległych, błękitnoszmaragdowych wzgórz.
Dojazd do Woking od strony Londynu nie został jeszcze naprawiony, toteŜ wysiadłem w Byfleet i
poszedłem gościńcem do Maybury. Minąłem po drodze miejsce, gdzie rozmawialiśmy wraz z artylerzystą z
patrolem huzarów, potem to, w którym ujrzałem wśród burzy pierwszego Marsjanina w Bojowej Machinie.
Pchnięty ciekawością zboczyłem nieco, by w plątaninie czerwonego listowia odnaleźć przewróconą bryczkę
i zbielałe, obgryzione, rozwleczone dokoła końskie kości. Długo przyglądałem się tym szczątkom...
65
Zagłębiłem się w las i brnąc miejscami po szyję w Czerwonym Zielsku zobaczyłem, iŜ oberŜysta został juŜ
pochowany; mijając College Arms zbliŜyłem się wreszcie do domu. Jakiś stojący w rozwartych drzwiach
swej willi męŜczyzna powitał mnie, gdy go mijałem, po nazwisku.
Rzuciłem na nasz domek pełne nadziei spojrzenie, zgasła ona jednak natychmiast. Drzwi były wywaŜone,
nie domknięte i podchodząc dostrzegłem, jak porusza nimi i trzaska przeciąg.
W otwartym oknie gabinetu, przez które wyglądałem wówczas, aŜ do świtu, wraz z artylerzystą, powiewały
franki. Nikt od tego czasu go nie zamknął. Połamane krzewy wyglądały tak samo jak wtedy, cztery bez mała
tygodnie temu, gdy odchodziłem. Wszedłem do przedpokoju po to tylko, by wszystkimi zmysłami odczuć
beznadziejną pustkę domu. Chodnik na schodach, tam gdzie przemoczony burzą siedziałem bezsilnie w ową
okropną noc, zgnieciony był i wyplamiony. Na stopniach zachowały się ślady naszych zabłoconych stóp.
Poszedłem na górę, do gabinetu. Na biurku znalazłem pod przyciskiem arkusz papieru, na którym kreśliłem
mą rozprawkę w tym właśnie dniu, gdy otworzył się pierwszy walec. Długo stałem odczytując po wielekroć
dawno juŜ zapomniane zdania. Pisałem wówczas o tym, jak będzie prawdopodobnie rozwijać się nasza
moralność w miarę rozwoju cywilizacji; ostatnie zaś słowa były początkiem przepowiedni: „Za jakieś
dwieście lat” napisałem „moŜemy oczekiwać...” w tym miejscu zdanie urywało się. Wspomniałem, jak nie
udawało mi się tamtego dnia skupić myśli i jak rzuciłem wszystko i zbiegłem na dół, by nabyć u gazeciarza
Daily Chronicle. Wspomniałem, jak pędziłem do furtki, gdy nadchodził, i jak słuchałem dziwacznej historii
o „ludziach z Marsa”. Zszedłem na dół i stanąłem w jadalni. Na stole leŜał chleb i baranina zupełnie juŜ
zepsuta, i przewrócona butelka od piwa, zupełnie tak samo, jak pozostawiliśmy je z artylerzystą wychodząc
z domu. Mieszkanie było puste. Pojąłem, jakim szaleństwem była tak długo piastowana nikła nadzieja.
Raptem zaszło coś dziwnego.
- To nie ma przecieŜ sensu - rozległ się czyjś głos - dom jest opuszczony. JuŜ od dawna nie ma w nim
nikogo. Zostawać tu byłoby tylko niepotrzebną męką. Nikt prócz ciebie nie ocalał.
ZadrŜałem. Czy to ja sam myślałem na głos? Zwróciłem się ku szerokiemu francuskiemu oknu,
wychodzącemu do ogrodu, zbliŜyłem się doń i wyjrzałem.
I oto nie mniej ode mnie zdziwieni i zalęknieni stali tam kuzyn mój i Ŝona - pobladła - powstrzymująca łzy.
Na mój widok krzyknęła słabo.
- Wróciłam - wyszeptała - ja wiedziałam... wiedziałam...
Palce jej dotknęły szyi, zachwiała się. Przypadłem do niej i pochwyciłem w ramiona.
Epilog
Mogę tylko Ŝałować; iŜ teraz, kończąc juŜ mą opowieść, tak niewiele wniosłem do dyskusji nad licznymi nie
rozwiązanymi, jak dotąd, zagadnieniami. Krytyk obawiam się z jednego tylko względu. Oto właściwą mą
dziedziną jest filozofia. Wiedzę o fizjologii porównawczej zaczerpnąłem z paru zaledwie ksiąŜek, lecz
twierdzenia Carvera o przyczynach nagłej zguby Marsjan wydają się tak prawdopodobne, iŜ mogą być
uznane za pewnik. Stwierdziłem to juŜ zresztą w toku opowiadania.
W kaŜdym razie w ciałach Marsjan badanych po wojnie nie wykryto Ŝadnych innych drobnoustrojów prócz
gatunków znanych dotychczas na Ziemi. To, Ŝe przybysze nie grzebali swych zmarłych, jak i to, Ŝe niedbale
obchodzili się ze zwłokami mordowanych przez siebie ofiar, równieŜ wskazuje na całkowitą nieznajomość
procesów gnilnych. Trzeba jednak stwierdzić, iŜ przy całym swym prawdopodobieństwie wnioski te nie
zostały, jak dotąd, naukowo potwierdzone.
Nie jest równieŜ znany skład chemiczny Czarnego Dymu uŜywanego z tak straszliwym skutkiem przez
Marsjan. Zagadką pozostało takŜe i źródło Snopa Gorąca. Okropne wypadki, jakie wydarzyły się w
laboratoriach w Ealing i South Kensington, powstrzymały fizyków od dalszych z nimi doświadczeń. Analiza
spektralna czarnego pyłu wykazała nieomylnie obecność nieznanego pierwiastka, dającego trzy lśniące linie
w zielonym polu widma, przy czym moŜliwe jest, iŜ łączy się on z argonem wytwarzając związek
oddziałujący zabójczo na któryś ze składników krwi. Te jednak nie udokumentowane niczym rozwaŜania nie
zainteresują zapewne zwykłego czytelnika, dla którego przeznaczyłem tę opowieść. Nie zbadano równieŜ
brązowej piany spływającej do morza Tamizą po zniszczeniu Machiny Bojowej pod Shepperton, teraz zaś
jest juŜ oczywiście za późno.
Wyniki badań anatomicznych resztek Marsjan pozostawionych przez wygłodniałe psy przedstawiłem juŜ
wcześniej. KaŜdy jednak moŜe zapoznać się ze wspaniale zachowanym w spirytusie, nie uszkodzonym
okazem w Muzeum Przyrodniczym jak równieŜ z niezliczonymi rysunkami i fotografiami tego okazu; dla
fizjologii zaś dane te są najzupełniej wystarczające.
Znacznie waŜniejsze i ogólniejsze natomiast jest pytanie, czy naleŜy liczyć się z moŜliwością ponownego
najazdu Marsjan. Nie wydaje mi się, by sprawie tej poświęcono, jak dotąd, naleŜytą uwagę. W tej chwili
66
odległość od Marsa jest ogromna, przy kaŜdej jednak opozycji ja przynajmniej oczekuję nowych z ich strony
prób. W kaŜdym zaś razie winniśmy być do tego przygotowani. Sądzę, Ŝe da się z wielką dokładnością
ustalić połoŜenie działa, które oddało wówczas tych kilka strzałów, i bacznie obserwować tę część-planety,
by zawczasu przygotować się na przyjęcie następnego napadu.
MoŜna by wówczas zniszczyć środkami wybuchowymi i za pomocą artylerii walce, jeszcze zanim ostygną
na tyle, by Marsjanie mogli się z nich wydostać, lub teŜ wybić ich za pomocą granatów natychmiast po
odkręceniu się śruby. Wydaje mi się, Ŝe stracili oni jednak, i to bezpowrotnie, tę wielką nad nami przewagę,
jaką dało im przy pierwszym na nas najeździe zaskoczenie. Być moŜe, iŜ pogląd ich jest podobny do mego.
Lessing ma dostateczne podstawy, by twierdzić, iŜ Marsjanom udało się dokonać lądowania na Wenus.
Przed siedmiu miesiącami Mars był w opozycji z tą planetą i wówczas to właśnie astronomowie dostrzegli
na nieoświetlonej jej części, zwróconej ku Marsowi, szczególne sinusoidalnego kształtu znaki świetlne i
równocześnie niemal takie same znaki dostrzeŜono na fotografiach Marsa. Wystarczy porównać zdjęcia obu
tych tarcz, aby zadziwiające podobieństwo znaków stało się zupełnie oczywiste.
W kaŜdym bądź razie, czy moŜemy spodziewać się ponownego najazdu, czy teŜ nie - nasz pogląd na
przyszłe losy ludzkości musi pod wpływem niedawnych wypadków ulec gruntownej zmianie. Nauczyły nas
one, Ŝe nie wolno uwaŜać naszego globu za całkowicie bezpieczne schronienie; nigdy przecieŜ nie da się
przewidzieć, jakie nieznane, dobre czy złe, istoty mogą spaść do nas z międzyplanetarnych przestrzeni.
MoŜna jednak stwierdzić, iŜ w ostatecznym rozrachunku najazd Marsjan przyniósł ludzkości wiele korzyści.
Odebrał nam bowiem to nieuzasadnione zadufanie, które zazwyczaj staje się przyczyną upadku. Przyniósł
równieŜ w darze naszej wiedzy rzeczy nowe i niezwykłe i przyczynił się do powaŜnego wzrostu poczucia
wspólnoty na Ziemi. Być moŜe, iŜ poprzez gwiezdne przestrzenie Marsjanie widzieli los swych
wysłanników i dobrze pojęli tę lekcję, być moŜe takŜe, iŜ na Wenus znaleźli bardziej sprzyjające warunki
bytowania. Niech sobie zresztą będzie, co chce, lecz przez wiele jeszcze lat nie zniknie napięcie, z jakim
obserwować będą tu, na Ziemi, tarczę Marsa i spadające gwiazdy, które w tamtych okrutnych dniach
przyniosły ludzkości tyle nieszczęść.
Trudno równieŜ przecenić wpływ najazdu na rozszerzenie się naszych horyzontów myślowych. Zanim
pierwszy walec spadł na Ziemię, panowało ogólne przeświadczenie, iŜ w całym nieobjętym wszechświecie
tylko na malutkiej naszej Ziemi kwitnie Ŝycie. Dziś wiemy juŜ znacznie więcej. Jeśli Marsjanie potrafili
dotrzeć do Wenus, nie ma podstaw, by sądzić, Ŝe nie potrafi dokonać tego takŜe i człowiek, gdy zaś powolne
stygnięcie Słońca sprawi, iŜ na Ziemi nie będzie juŜ moŜna Ŝyć dłuŜej, co przecieŜ nieuchronnie musi kiedyś
nastąpić, być moŜe trzeba będzie przenieść potok ziemskiego Ŝycia na siostrzaną planetę. Czy dokonamy
tego?
Mglista i wspaniała jest wizja, jaką stworzył mój umysł, wizja Ŝycia przenoszonego stopniowo z malutkiego
zarodka, jakim jest nasz Układ Słoneczny, aŜ w najodleglejsze krańce wszechświata. Odległe to jeszcze
marzenie. Z drugiej jednak strony niewykluczone, iŜ zagłada pierwszych Marsjan odroczyła tylko naszą
zgubę. Do nich, być moŜe, nie do nas naleŜy przyszłość.
Muszę wyznać, iŜ groza i burzliwość tamtych czasów pozostawiły w mym umyśle zwątpienie i niepewność.
Bywa, iŜ siedząc przy świetle lampy nad pracą w cichym gabinecie, dostrzegam gdzieś w dole, przed sobą,
rozległą równinę pokrytą wijącymi się płomieniami, za plecami zaś czuję pustkę i samotność domu.
Wychodzę na gościniec do Byfleet, mijają mnie pojazdy, wóz rzeźnika, bryczka pełna gości, robotnik na
rowerze, dzieciaki idące do szkoły i nagle wszystko to roztapia się we mgle, staje się nierzeczywiste i wydaje
mi się, Ŝe idę z artylerzystą przez upalną, pustą ciszę. Nocami widuję czarny kurz pokrywający ulice i
poskręcane dziwacznie, spowite kirem pyłu trupy. Schodzą się całymi gromadami, straszne, poszarpane
przez psy, mamroczą coś obłąkańczo, blade, okropne, ja zaś budzę się zmęczony, zlany potem, wpatrzony
niewidzącymi oczami w ciemność nocy.
Jadę do Londynu i ruchliwe, pełne Ŝycia Fleet Street i Strand znów widzę jako ciche, wymarłe zaułki. Snują
się wokół upiory przeszłości, martwe cienie, szydzące z oŜywionego dziś miasta. Jak dziwnie jest stanąć na
szczycie wzgórza Primrose, a uczyniłem to właśnie wczoraj, przed napisaniem tego rozdziału, i patrzeć na
morze domków spowite niebieską mgiełką dymów, zlewające się z chmurnym, nawisłem nisko niebem,
patrzeć na spacerujących beztrosko pośród kwietników ludzi, na gapiów podziwiających do dziś stojące tam
machiny Marsjan, przysłuchiwać się hałaśliwym igraszkom dzieci i wspominać chwile, gdy patrzyłem na
Londyn, taki jasny, tak wyraźnie widoczny, taki pusty i cichy w tamtym, rodzącym się, wielkim dniu.
Najdziwniejsze zaś - to móc znowu trzymać dłoń mej Ŝony i wspominać chwile, gdy oboje myśleliśmy o
sobie jako o ludziach martwych.