background image

Bruno Groening - niezwykły człowiek - 
prześladowany uzdrowiciel

Bruno   Groening   (Gronkowski)   - (1906   -   1959)   - niezwykły   człowiek   i   prześladowany 
Uzdrowiciel Duchowy...

W   1949   roku   nazwisko  Bruno   Groening (niem. 
Gr

öening) 

dostało się w Niemczech na szersze łamy 

opinii publicznej. Bardzo dużo pisała o nim prasa, 
mówiło radio i pisało czasopismo "Wochenschau". 
Młodą   republikę   miesiącami   trzymały   w   napięciu 
wydarzenia   wokół   "Cudownego   doktora",   jak   go 
zaczęto   nazywać.   Został   nakręcony   poważny   film 
kinowy,   powoływano   naukowe   komisje   badawcze, 
przypadkiem   Bruno   Groeninga   zajęła   się   władza 
polityczna i to aż do najwyższych instancji.
Sympatyzujacy   z   nazistami   minister   do   spraw 
socjalnych Północnej Nadrenii i Westfalii bestialsko 
prześladował Bruno Groeninga z powodu rzekomego 
wykroczenia przeciwko prawu dla naturopatów. W 
przeciwieństwie   do   niego   premier   Bawarii 
tłumaczył,   że   takiego   "wyjątkowego   zjawiska"   jak 
Bruno Groening, nie można potępiać ani likwidować 
opierając się na paragrafach kryminalnych. Minister 
spraw   wewnętrznych   niemieckiej   Bawarii   określał 
jego działalność jako "wolną działalność miłości". 
Historia  Bruno Groeninga  pokazuje jak traktowani 
są na tym świecie ludzie o wybitnych uzdolnieniach i 

możliwościach   przekraczających   przeciętność   w   jakikolwiek   sposób.   Takich   ludzi   jak   Bruno 
Groening było bowiem w historii więcej, a przecież uzdrowiciele, bioterapeuci i szamani byli przez 
wieki nie tylko prześladowani czarnymi siłami chrześcijańskiego kościoła, ale i torturowani oraz 
bestialsko   paleni   na   stosach   w   ramach   katolickiego   i   protestanckiego   barbarzyństwa   zwanego 
inkwizycją.   To,   co   przytrafiło   się   Bruno   Groeningowi   wcześniej   spotkało   tysiące   innych 
uzdrowicieli. Taki los spotykał ludzi duchowych ze strony inkwizycji, której morderczy faszyzm i 
nazizm Hitlera, Mussoliniego czy Franco jest końcowym stadium. 
We   wszystkich   warstwach   społecznych   dyskutowano   o   przypadku   Bruno   Groeninga   zacięcie   i 
kontrowersyjnie.   Rozpalały   się   bardzo   fale   emocji,   często   złowieszczych,   inkwizycyjnych. 
Duchowni chrześcijańscy, lekarze, dziennikarze, prawnicy, politycy i psycholodzy: wszyscy mówili 
o Bruno Groeningu i jego zdolnościach. Jego cudowne uzdrowienia dla jednych były prezentami 
łaski wyższej mocy, dla innych szarlatanerią. Jednak fakty uzdrowień zostały potwierdzone przez 
badania medyczne. Katoliccy i protestanccy duchowni, wcześniej zgodnie popierający nazizm jako 
szczyt inkwizycji, teraz zaczęli potępiać Bruno Groeninga jako heretyka i sekciarza, co jest znaną 
historycznie metodą inkwizycyjnej zbrodni! 
Bruno Groening, który urodził się w 1906 roku w Gdańsku Oliwie i po I wojnie światowej jako 
przesiedleniec wyemigrował do Niemiec Zachodnich, był prostym robotnikiem. Utrzymywał się 
dzięki   wykonywaniu   różnych   zawodów,   był   cieślą,   robotnikiem   fabrycznym   i   portowym, 
roznosicielem   telegramów   i   monterem   urządzeń   niskoprądowych.   Nagle   stał   się   centralnym 
punktem publicznego zainteresowania jako Duchowy Uzdrowiciel.

background image

Wiadomości o jego cudownych uzdrowieniach rozprzestrzeniały się po całym świecie, poczynając 
od Niemiec, Francji i reszty Europy. Z czasem ze wszystkich krajów zaczęli przychodzić chorzy 
ludzie,   przychodziły   listy   z   prośbami   o   pomoc   i   propozycje   prowadzenia   wykładów   oraz 
uzdrawiania. Dziesiątki tysięcy ludzi pielgrzymowały do miejsc, w których działał Bruno Groering. 
Zaczęła się kształtować mała rewolucja w medycynie, rewolucja która torowała drogę do swobody 
duchowego uzdrawiania pomimo sprzeciwów kościelenych faszystów, inkwizytorów.
Od   wieków   istniały   w   Niemczech   i   całej   Europie   siły   przeciwne   Duchowemu   Uzdrawianiu, 
bioterapii. Wpływowi ateistyczni i kościelni lekarze, funkcjonariusze kościelni, prawnicy i byli 
współpracownicy nazizmu o złych skłonnościach poruszyli wszystko, aby przerwać działalność 
Bruno Groeninga. Prześladowały go zakazy uzdrawiania wydawane przez skorumpowane władze 
polityczne,   zresztą   podobnie   jak   to   się   dzisiaj   dzieje   w   Polsce.   Wytaczano   mu   oszukańcze, 
sfabrykowane procesy o podłożu ideologiczno-religijnym czyli kościelno-faszystowskim.
Wszelkie wysiłki, aby ukierunkować jego działanie na uporządkowane tory, nie powiodły się z 
jednej   strony  z   powodu   oporu   sił   autorytatywnych   środowisk,   z   drugiej   zaś   strony  z   powodu 
niemocy i chęci zysku jego niektórych chrześcijańskich współpracowników. Kiedy Bruno Groening 
zmarł w Paryżu w styczniu 1959 roku, toczył się w pełni ostatni spreparowany przez ciemne siły 
chrystianizmu   proces   przeciwko   niemu.   Postępowanie   sądowe   zostało   ostatecznie   zamknięte   i 
nigdy   nie   ogłoszono   ostatecznego   wyroku   inkwizycyjnego.   Jednak   pozostało   wiele   otwartych 
pytań, niedomówień i smrodliwy niesmak. 
 

Okres przygotowawczy (1906-1948) 

Kiedy w maju 1949 roku gazety doniosły o"cudownym doktorze z Herford", Bruno Groening miał 
za   sobą   drogę   życiową   pobłogosławioną   owocami   doświadczenia   i   wybrukowaną   ciężkimi 
kamieniami  biedy.  Uczył  się wiele, z wielu  źródeł.  Interesował się  teozofią, parapsychologią i 
antropozofią,   znał   dobrze   nauki  Alice  A.  Bailey  o   uzdrawianiu   ezoterycznym,   był   poruszony 
wezwaniem Swami Vivekananda o jedności religii i Jednym Bogu, które Mistrz wygłosił w 1893 w 
USA na Kongresie Religii.
Nic  w tym  dziwnego,  wspomniane  źródła  były  bardzo  popularne  w owym  czasie,  szczególnie 
teozofia. Fascynował się także zakazanymi objawieniami w Fatimie i zdolnościami przyszłego ojca 
Pio  (1887-1968), ówcześnie potępianego i izolowanego przez inkwizycyjno-faszystowski kościół 
rzymski.   Ojciec   Pio   był   szczególnie   represjonwany  i   potępiany  w   latach   1924-1933,   w   czasie 
rozkwitu chrześcijańskiego faszyzmu, inkwizycji i przygotowania do II wojny światowej. Padre Pio 
podobnie jak Bruno Groening straszliwie cierpiał i rozchorował się z powodu represjonowania. 
 

Dzieciństwo i młodość

Bruno Groening urodził się 31 maja 1906 w Gdańsku-Oliwie jako czwarte z siedmiorga dzieci 
małżeństwa Augusta i Margarethe Groening (Gronkowskich). Jego rodzice wcześnie już zauważyli 
niezwykłość   swojego   syna.   Wiele   razy,   kiedy   ojciec   przychodził   do   domu   z   awanturą   i 
wyzwiskami,   z   pokoju   niemowlęcia   dochodziły   głosy.   Gdy   przestraszeni   rodzice   zaglądali   do 
pokoju, wszystko było normalnie a mały leżał spokojnie w swojej kołysce. Ojciec zaprzestawał 
jednak awantur i cicho poruszał się po domu. Takie i podobne zdarzenia oddalały jednak od niego 
rodziców i rodzeństwo. Ojciec mógł nawet czuć się niesamowicie.
Im Bruno Groening był starszy, tym bardziej obcy stawał się swojemu otoczeniu. Odpychany przez 
twarde   serca   ze   swojego   otoczenia,   mały   Bruno   Groening   uciekał   do   lasu   spontanicznie 
medytować. Czuł się bliżej związany ze zwierzętami, drzewami, krzewami niż z ludźmi, podobnie 

background image

jak Święty Franciszek z Asyżu.
"Tu przeżywałem Boga w każdym krzaku, w każdym drzewie, w każdym zwierzęciu a nawet w 
kamieniach. Wszędzie mogłem stać godzinami – pojęcie czasu nie istniało – stać i zamyślać się i 
ciągle czułem się tak, jakby całe moje wewnętrzne życie sięgało w nieskończoność." - mówi o sobie 
Bruno. Nigdy nie brał udziału w dzikich bijatykach swoich rówieśników. I tak stał się obiektem 
brzydkich   żartów,   a   za   swoją   inność   był   bity   i   karany   przez   barbarzyńsko-chrześcijańskie 
środowisko.
Z czasem dał się zauważyć ten aspekt natury Bruno Groeninga, który później zyskał mu miano 
"cudownego   doktora".  W  jego   obecności   zwierzęta   i   ludzie   spontanicznie   wracali   do   zdrowia. 
Szczególnie w czasie pierwszej wojny światowej często wybierał lazarety, gdzie był mile widziany. 
Ranni czuli się dobrze w jego obecności i wielu naturalnie wracało do zdrowia. Chorzy prosili 
także, by matka przyszła do nich z małym Brunem. W rodzinie i w kręgu znajomych chętnie 
widziano zdolności uzdrowicielskie małego Bruno Groeninga. 
Bruno Groening pisze w swoim życiorysie: "Już wtedy, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, w mojej 
obecności ludzie chorzy byli uwalniani od dolegliwości, dzieci i dorośli, podnieceni w czasie kłótni, 
po   kilku   moich   słowach   stawali   się   całkowicie   spokojni.   Jako   dziecko   mogłem   stwierdzić,   że 
zwierzęta,   które   uchodziły   za   szczególnie   płochliwe   albo   złe,   wobec   mnie   zachowywały   się 
łagodnie i potulnie. Z tego powodu moje stosunki z domem rodzinnym były szczególne i napięte. 
Wkrótce dążyłem do pełnej samodzielności, chcąc wyjść z sytuacji "bycia nie rozumianym" w 
rodzinie."  
 

Lata przygotowań Groeninga

W piątej klasie szkoły podstawowej Bruno Groening rozpoczął naukę zawodu handlowca. Jednak 
po dwóch latach, zmuszony przez ojca, musiał ją przerwać. Majster budowlany chciał, aby syn 
także nauczył się rzemiosła budowlanego. Polecił mu nauczyć się zawodu cieśli, ale tutaj też nie 
udało się dokończyć nauki. Zawirowania gospodarki powojennej (1914-1918) nie pozwoliły na to. 
Na trzy miesiące przed zakończeniem nauki zawodu firma , w której się uczył, została zamknięta z 
powodu braku zamówień. W wyniku tego utrzymywał się z rozmaitych zajęć dorywczych. Prawie 
przez dwa lata prowadził budowlany i meblowy zakład stolarski, był zatrudniony jako robotnik w 
fabryce i jako robotnik sezonowy, był doręczycielem telegramów i elektromonterem. Już w tym 
czasie   młody   Bruno   interesował   się   teozofią,   parapsychologią,   radiestezją,   ezoteryką   i 
uzdrawianiem, co było także przedmiotem ówczesnej mody. 
Egon Arthur Schmidt tak pisze o tym czasie:
"Wielu kolegów informowało mnie o czymś szczególnym, a mianowicie, że każda praca, której się 
podejmował wychodziła mu dobrze, czy to naprawa zegarka, aparatu radiowego czy też kiedy 
zajmował   się   ślusarstwem.   Szczególnie   odpowiadały  mu   urządzenia   techniczne.   Nigdy  też   nie 
wzbraniał   się   przed   podejmowaniem   najcięższych   prac   fizycznych.   Jako  robotnik   portowy,   tak 
samo   ciągnął   linę,   jak   jego   koledzy.   Nie   ukrywał,   że   na   swojej   drodze   najpierw   musi   zostać 
zepchnięty na dół, aby potem móc wspiąć się do góry. Stare chińskie przysłowie mówi:"Kto nigdy 
nie przejdzie przez bagno, nie zostanie świętym". Istnieje dostatecznie dużo świadectw towarzyszy 
drogi, z których jedno dotarło do mnie w ostatnim czasie, a które bez zastrzeżeń, krótko i prosto 
mówi,   że   Bruno   Groening   z   okresu   jednorocznej,   wspólnej   pracy,   osobie   piszącej   pozostał   w 
pamięci jako najlepszy i najprzyzwoitszy kolega, jakiego spotkał kiedykolwiek."
W  wieku   dwudziestu   jeden   lat,   czyli   w   roku   1927   Bruno   Groening   ożenił   się.   Jego   żona   od 
początku   nie   rozumiała   go   zupełnie.   Chciała   go   wepchnąć   w   ciasnotę   mieszczańskiego   życia 
rodzinnego, a uzdrowienia uważała za dziwaczenie. Obydwaj synowie Harald i Günter urodzeni w 
latach 1931 i 1939 umarli w wieku około dziewięciu lat. Chociaż niezliczona liczba osób została 

background image

uzdrowiona przez Bruno Groeninga, to Gertrud Groening zupełnie nie wierzyła w uzdrawiającą siłę 
swojego męża. Powierzyła swoje dzieci nie jemu, tylko lekarzom. Jednak medycyna szkolna nie 
mogła pomóc dzieciom. Obydwaj chłopcy zmarli w szpitalu, Harald w 1939 roku w Gdańsku a 
Günter w 1949 w Dillenburgu. Dla Bruno Groeninga były to ciężkie ciosy losu. Jeszcze wiele lat 
później łzy napływały mu do oczu, kiedy mówił o swoich zmarłych synach. 
Czas międzywojenny był dla niego przygotowaniem do późniejszej działalności. Musiał zdobyć 
wiele   gorzkich   doświadczeń,   aby   zrozumieć   ludzi   w   każdym   położeniu   i   móc   odczuwać   ich 
potrzeby.   Ciężkie   doświadczenia   pokazują   prawdziwość   Wschodniej   nauce   o   Karmie,   gdzie 
wyraźnie poucza się adeptów, że owoc związku z osobą nieakceptującej Mocy Bożej może szybko 
zostać utracony, czyli zabrany z tego świata. Osoby rzeczywiście duchowe, albo idą przez życie w 
samotnosci, albo powinny tworzyć związki z kimś, kto przynajmniej akceptuje duchowe życie i 
potrzeby duszy. 
W czasie drugiej wojny światowej Bruno Groening został powołany do Wehrmachtu. Tam doszło 
do starcia, gdyż z powodu odmowy strzelania do ludzi, zagrożono mu sądem wojennym. W końcu 
jednak wysłano go na front, gdzie został ranny, dostał się do niewoli rosyjskiej, a w roku 1945, jako 
wypędzony, przyjechał do Niemiec Zachodnich. Postawa Bruno Groeninga w czasie wojny była 
naznaczona jego wolą niesienia pomocy ludziom. Nawet na froncie wykorzystywał każdą sytuację, 
aby pomagać kolegom – żołnierzom i ludności cywilnej. 
W   pewnej   rosyjskiej   wiosce   pomógł   ludziom   zagrożonym   śmiercią   głodową   w   dotarciu   do 
wojskowych  magazynów  żywności.  Jako  więzień  starał  się o  lepsze  ubranie,  lepsze  jedzenie  i 
lepsze   warunki   bytu   dla   swoich   kolegów.   Niezliczonym   chorym,   którzy   cierpieli   na   puchlinę 
głodową, pomógł w wyzdrowieniu. W strasznych warunkach wojny, z tego co wiadomo, nie zabił 
żadnego człowieka lecz pomógł wielu ludziom.
W grudniu 1945 roku został zwolniony z więzienia, stworzył sobie w heskim Dillenburgu nową 
egzystencję i sprowadził rodzinę do siebie. Jednak, kiedy po śmierci drugiego syna żona próbowała 
mu zabronić jakiejkolwiek działalności i udzielania pomocy, rozstał się z nią, co było z jego strony 
spóźnionym   działaniem.   Czuł   się   zobowiązany   do   tego,   aby   siły   uzdrowicielskie,   którymi 
dysponował przekazać wszystkim ludziom. Powiedział: "Ja nie należę do pojedynczej osoby, ja 
należę do ludzkości".
Na   początku   1949   roku   kręte   drogi   życiowe   doprowadziły   go   do   Zagłębia   Ruhry.   Dzięki 
informacjom udzielanym przez niektórych uzdrowionych, coraz więcej ludzi zaczęło zwracać na 
niego uwagę. Przenosił się od domu do domu, zawsze tam, gdzie był potrzebny, gdzie chorzy 
prosili go o pomoc duchową. Tak działał w małym kręgu, aż do marca 1949 roku, kiedy to przyjął 
zaproszenie pewnego inżyniera z Herford, aby odwiedził jego syna. 
 

Rok 1949 - w centrum zainteresowania publicznego

"Cudowny doktor z Herford"

Dziewięcioletni Dieter Hülsmann już wtedy był od pewnego czasu tak chory, że tylko leżał w 
łóżku.   Cierpiał   na   postępujący  zanik   mięśni   i   żaden   z   lekarzy  ani   profesorów,   do   których   się 
zwrócono,  nie  potrafili   mu   pomóc.   Gdy Bruno  Groening  zajął   się  chłopcem,   ten  mógł   znowu 
biegać. Inżynier Hülsmann poruszony nagłym uzdrowieniem syna poprosił gościa, by pozostał w 
ich domu. Chciał zaprosić jeszcze innych chorych, którym ten cudowny człowiek mógłby pomóc.
Bruno Groening przyjął propozycję i codziennie przychodziło tu coraz więcej ludzi poszukujących 
pomocy. Coraz szerzej rozchodziła się wieść o cudownych zdarzeniach, jakie następowały wokół 
Bruno Groeninga. Nie upłynęło dużo czasu, gdy jego imię było na ustach wszystkich. Gazety 

background image

donosiły o "cudownym doktorze" i w okupacyjnej strefie brytyjskiej stał się on tematem dnia. 
Tysiące ludzi napływały na Plac Wilhelma, masy oblegały dom.
Manfred Lütgenhorst z monachijskiej gazety "Münchner Merkur" napisał 24 czerwca 1949 roku 
między innymi:
"Gdy   przybyłem   do   Herford   o   godz.   10.30   rano,   przed   małym   piętrowym   domem   na   Placu 
Wilhelma zgromadziło się około tysiąca ludzi. Był to nieopisany obraz ludzkiego nieszczęścia. 
Niezliczeni   sparaliżowani   na   wózkach   inwalidzkich,   na   noszach   dźwiganych   przez   swych 
krewnych.   Niewidomi,   głuchoniemi,   matki   ze   sparaliżowanymi   i   upośledzonymi   psychicznie 
dziećmi, stare babcie i młodzi mężczyźni tłoczyli się jęcząc. Prawie sto samochodów osobowych, 
ciężarowych i omnibusów parkowało na placu - i wszystkie przybyły z daleka. 
'Czy wierzycie, że będziecie uzdrowieni?’ pytałem chorych. Kiwali potakująco głowami. ‘Powinien 
Pan tu przyjść wczoraj’, odpowiedział mi jeden z nich. ‘Pan Groening był w tym czasie w Viersen 
w Nadrenii, a tutaj na placu podniosło się pięciu sparaliżowanych ludzi i poszło normalnie do 
domu. Uzdrowienie na odległość - to miejsce ich uzdrowiło!’ Inni chorzy potwierdzili to.
Szedłem dalej przez tłum i zapisywałem ich niezwykłe opowieści. Już tylko one wystarczyłyby, aby 
zapełnić   książkę.   Gdy   zapaliłem   papierosa,   młody   człowiek   koło   mnie   poprosił:   "Proszę   mi 
sprzedać jednego!" Był ubrany w marynarkę od munduru i wyglądał jak żołnierz, który wrócił z 
Rosji. Dałem mu papierosa. Zapalił i powiedział podekscytowany: ‘Widzi pan, teraz znowu mogę 
wszystko zrobić sam’. Tu poruszył prawą ręką i palcami oraz prawą nogą. ‘Czy Pan także został 
uzdrowiony przez Groeninga?’ zapytałem. ‘Tak, w Rosji dostałem paraliżu prawej strony ciała. Pan 
Groening popatrzył na mnie i teraz jestem całkowicie zdrowy, ciągle jeszcze nie mogę tego pojąć.’ 
Szczęśliwy poruszał członkami ciała.
Skierowałem się do grupy otaczającej białowłosą, około czterdziestoletnią kobietę. ‘Naturalnie’, 
słyszałem głos kobiety, ‘także zostałam uzdrowiona przez pana Groeninga. Miałam wielkie wrzody 
żołądka, stawałam się coraz chudsza i nie mogłam spać z bólu. Byliśmy u Groeninga w dwanaście 
osób. [...] Popatrzył na mnie i ja poczułam się tak, jak gdyby wrzody spadły niczym kamień na 
ziemię. Od tego czasu nie mam już żadnych bólów, przybieram na wadze i zdjęcia rentgenowskie 
wykazały całkowite zniknięcie wrzodów. Zgłosiłam się do komisji lekarskiej. Powiem wam, byli 
zdumieni!’ Kobieta kontynuowała: ‘Ale to jeszcze nic. W poprzednim tygodniu stał tu na placu 
niewidomy mężczyzna. Czekał tak przez kilka dni i nocy. Ponieważ często tu przychodzę, zwrócił 
moją uwagę. Współczułam mu i zaproponowałam mu, żebyśmy poszli coś zjeść, zaprosiłam go. 
‘Nie’, odmówił. ‘Nie chcę przeoczyć momentu, kiedy wyjdzie pan Groening. Wtedy przyniosłam 
mu bułkę i powiedziałam, że zadbam o to, by został zaprowadzony na dworzec. ‘Nie potrzebuję 
nikogo, gdyż będę mógł sam pójść na dworzec’. I potem widziałam to na własne oczy. Przyszedł 
pan Groening i młody człowiek wykrzyknął: ‘Ja widzę!’ Istotnie, zasłona z jego oczu ustąpiła. 
Opisał,   jaką   torebkę   trzymam   w   ręku.   Powiedział:   ‘Tam   jedzie   samochód,   a   tam   jest   numer 
rejestracyjny’. I sam znalazł drogę na dworzec. Wszyscy, którzy stali wokół, z radości płakali." 
 

Medyczno-polityczno-religijna Inkwizycja

Nie trwało długo, kiedy także władze - przede wszystkim resortu zdrowia - zajęły się tą sprawą. 
Utworzono komisję badawczą i Bruno Groening otrzymał zakaz uzdrawiania. Kilku wpływowych 
lekarzy było jego zagorzałymi wrogami. Zrobili wszystko, by zablokować jego działanie i żądali, 
żeby poddał naukowemu badaniu swoje umiejętności uzdrawiania. Jakie przekonania kryły się za 
tym zakazem, pokazują następujące wypowiedzi biorących w tym udział lekarzy: "Groening może 
udowodnić,   co   chce,   jednak   nie   da   mu   się   zezwolenia   na   uzdrawianie".   "Zadawanie   się   z 
Groeningiem uchybia godności zawodowej lekarzy". W końcu czerwca musiał ostatecznie opuścić 
Herford.   Wszystkie   wysiłki,   by   uzyskać   zezwolenie   na   uzdrawianie,   skończyły   się 

background image

niepowodzeniem. 
 

"Fenomen Groeninga" a naukowe manowce

Mniej więcej w tym samym czasie specjaliści d/s medycyny współpracujący z pismem "Revue" 
rozpoczęli badanie sukcesów Groeninga w uzdrawianiu. Do Herford pojechał psycholog i lekarz z 
Marburga,   prof.   dr   H.   G.   Fischer   wraz   ze   sztabem   korespondentów   specjalnych.   Po 
przeprowadzeniu rozmów z uzdrowionymi musiał zaskoczony stwierdzić, że "metoda" Groeninga 
rzeczywiście   dawała   wspaniałe   rezultaty.   W   wyniku   tego   pismo   "Revue"   zdecydowało   się 
przyczynić   do   naukowego   wyjaśnienia   "fenomenu   Groeninga".   W   klinice   uniwersyteckiej   w 
Heidelbergu miała zostać przebadana "metoda uzdrawiania cudownego doktora". Bruno Groening 
przystał   na   propozycje   Fischera,   ponieważ   ten   obiecał   mu   pozytywne   orzeczenie   w   razie 
korzystnego   przebiegu   badań.   Groening   miał   nadzieję,   że   znalazł   drogę   do   swobodnego 
kontynuowania działalności. 
 

Oryginalna relacja prasowa z 1949

Badania rozpoczęły się 27 lipca 1949. Osoby, w odniesieniu do których miał udowodnić swoje 
umiejętności, wybrano z kręgu tych chorych, którzy zwrócili się do niego w ponad 80.000 listach z 
prośbami o uzdrowienie. Doszło do tego kilku pacjentów z Kliniki Ludolfa Krehla w Heidelbergu. 
Ludzie ci zostali na wstępie starannie przebadani i postawiono im dokładne diagnozy. Następnie 
kierowano ich do Bruno Groeninga, który stosował wobec nich "swoją metodę" oddziaływania. 
Zawsze byli przy tym obecni lekarze. Byli oni świadkami, jak choroby po części spontanicznie 
znikały.   Przeprowadzane   potem   w   klinice   badania   medyczne   potwierdzały   uzdrowienia. 
Uzdrowione   zostały   nawet   cierpienia   uznawane   za   nieuleczalne   jak   choroba   Bechterewa   - 
zesztywniające zapalenie stawów kręgowych. 
W  przedrukowanej   w   "Revue"   wstępnej   opinii   prof.   dr  Fisher   oświadczył   wyraźnie,   że   Bruno 
Groening   nie   jest   żadnym   szarlatanem,   lecz   obdarzonym   niezwykłymi   zdolnościami   Lekarzem 
Duszy. W ten sposób próbował wyjaśnić "fenomen Groeninga" według swojego sposobu widzenia, 
nie oceniając go jednak odpowiednio.
Ostateczne orzeczenie miało być wydane po analizie i ocenie wszystkich wyników. Zapewniano 
Bruno Groeninga o tym, że droga do jego dalszego działania zostanie definitywnie otwarta. W 
międzyczasie panowie profesorzy Fischer i von Weizsäcker (pod których patronatem było całe to 
przedsięwzięcie)   przedłożyli   Bruno   Groeningowi   następującą   propozycję:   chcieli   stworzyć 
lecznice,   w   których   miałby   on   działać   u   boku   lekarzy.   Zastrzegli   sobie   jednak   kierowanie 
wszystkim i wybór pacjentów. 
Komentarz Bruno Groeninga:
"Warunki   finansowe   i   inne,   jakie   postawił   mi   w   związku   z   tym   pan   profesor   F.,   były   tak 
zobowiązujące, że dla mnie nie do przyjęcia. Naturalnie, prowadzone były na ten temat liczne 
rozmowy, także z panami, którzy chcieli finansować to dzieło. Nie mogłem wyrazić zgody na 
propozycje   pana   profesora   F.   i   odrzuciłem   je,   ponieważ   nie   dysponowałem   ani   fenigiem,   nie 
mogłem więc podejmować w stosunku do niego żadnych zobowiązań finansowych, których nie 
mógłbym  spełnić.  Nigdy nie   myślałem,  żeby  z  całego  tego   zamierzenia  robić   interes   (biznes). 
Dlatego to wszystko było dla mnie niemożliwym żądaniem. Ponadto chciałem czynić tylko to, co 
jest mi dane poprzez moje powołanie: pomagać ludziom szukającym pomocy i dlatego oddać się do 
dyspozycji lekarzy, jak też psychoterapeutów, ale nigdy nie robić interesu z tej całej sprawy". 
Odmowne   stanowisko   Bruno   Groeninga   spowodowało,   że   panowie   profesorowie   stracili 

background image

zainteresowanie jego osobą. Obiecane orzeczenie nigdy nie zostało wydane. Zamiast umożliwić mu 
swobodne działanie, podkładano mu na drodze tylko nowe kamienie. W trakcie badań jego "metodę 
uzdrawiania" wiązano z takimi pojęciami, jak "leczenie" oraz "pacjent", i oceniano w kategoriach 
działalności   medycznej.   W   ten   sposób   został   z   góry   zaprogramowany   konflikt   z   ustawą   o 
naturoterapeutach nie będących lekarzami i posiadających uprawnienia do praktykowania leczenia 
metodami niekonwencjonalnymi.
 

Traberhof

Po zakończeniu badań w Heidelbergu Bruno Groening udał się w sierpniu 1949 roku na południe 
Niemiec. Chciał uciec od wrzawy wokół swojej osoby i wycofał się na prywatną posiadłość pod 
Rosenheim w pobliżu Monachium. Początkowo udało się utrzymać jego pobyt w tajemnicy. Jednak 
po pierwszych informacjach w gazetach o jego przybyciu do Bawarii, rozpoczął się prawdziwy 
masowy  szturm.   Codziennie   do  Traberhof   napływało   do   30.000   ludzi.   Prasa,   radio   i   magazyn 
tygodniowy   przedstawiały   obszerne   doniesienia.   Nakręcono   nawet   film   kinowy   pod   tytułem 
"Groening", który dokumentował zdarzenia z nim związane.
Gazeta   "Zeitungsblitz"   relacjonowała   w   wydaniu   specjalnym   w   drugim   tygodniu   września   co 
następuje:
 

Oryginalna relacja prasowa

"Zgromadziło   się   tymczasem   ponad   dziesięć   tysięcy   ludzi,   którzy   od   kilku   godzin   czekali   w 
palącym skwarze na ten wielki moment, kiedy Groening wyjdzie na balkon, będzie przemawiał do 
tłumu i emanował swoją uzdrawiającą siłą. Ludzie stali gęsto ściśnięci, aby w pełni skorzystać z 
jego "uzdrawiającego promieniowania". Już zaczęły się reakcje u najciężej chorych na wózkach 
inwalidzkich i fotelach, jak również u stojących samotnie z boku. 
Ludzie prawie że niewidomi znowu zaczynali widzieć; ci, którzy mieli trudności z chodzeniem, 
znowu podnosili się; sparaliżowani znów zaczynali poruszać swoimi zesztywniałymi członkami 
ciała. Setki osób mówiło o nasileniu się bólów w miejscach  dotkniętych chorobą, ciągnięciu, kłuciu 
i swędzeniu, o uczuciu nieopisanej lekkości czy też o nagłym zniknięciu bólów głowy". 
Do biblijnych scen dochodziło nie tylko na Traberhof. Wszędzie, gdzie pojawiał się Groening, w 
mgnieniu   oka   był   otaczany   przez   niezliczonych   chorych.   Anita   Höhne   w   swojej   książce 
"Uzdrowiciele duchowi dzisiaj" opisuje, co działo się wokół Bruno Groeninga: "Gdy Groening 
tylko   zapowiedział   swoje   przybycie,   już   zaczynały   się   pielgrzymki.   Oto   typowe   sceny,   jakie 
zaobserwował dziennikarz Rudolf Spitz w czasie jednej z wizyt Groeninga we wrześniu w 1949 r. 
w Monachium:
‘O 19.00 na ulicy Słonecznej (Sonnenstrasse) stały tysiące ludzi. O 22.30 stali oni nadal. Wiele 
przeżyłem w ciągu pięciu lat wojny, nigdy jednak nie byłem tak wstrząśnięty, jak w czasie tych 
czterech   godzin,   kiedy   siedziałem   naprzeciw   Bruno   Groeninga   i   byłem   świadkiem   straszliwej 
parady nieszczęścia i cierpienia. Epileptycy, niewidomi i sparaliżowani o kulach dążyli do niego. 
Matki   trzymały swoje  sparaliżowane   dzieci   przedstawiając   je  Groeningowi.   Byli  nieprzytomni, 
rozbrzmiewały okrzyki, błagające wołania o pomoc, prośby, życzenia, były zdania wyrzucane z 
westchnieniem.‘
Również na Traberhof, gdzie Bruno Groening wówczas żył, inny monachijski dziennikarz, dr Kurt 
Trampler,   obserwował   chorych   na   noszach,   sparaliżowanych,   ten   wielki   tłum   ludzi.   Trampler 
pojawił się jako reporter ‚Münchner Allgemeinen‘ (Monachijskie Wiadomości Ogólne) - zimny 
dziennikarz, który rejestrował tylko to, co sam zobaczył i usłyszał:

background image

"Teraz   z   balkonu   słyszymy   głos,   który   nie   jest   głosem   Groeninga,   i   podążamy   do   okna.   Do 
zebranych   przemawia   monachijski   prezydent   policji,   Pitzer.   Relacjonuje,   że   cierpienie 
spowodowane rwą kulszową, która mu od lat dokuczała, w obecności Groeninga zelżało. Pitzer z 
pewnością   nie   jest  człowiekiem,   który  ma   skłonności   do  nadwrażliwych   wyobrażeń,   ale   może 
zaświadczyć   o   tym,   co   zaobserwował   u   siebie   samego.   Teraz   przyznaje   się   publicznie   do 
Groeninga. Podobne oświadczenie składa po nim również deputowany CSU, Hagen.‘"
Także   władze   bawarskie   były  przychylne   Bruno   Groeningowi.   Monachijska   gazeta   "Münchner 
Merkur" w artykule pod tytułem "Życzliwe nastawienie do Bruno Groeninga" doniosła 7 września 
1949 roku: "Premier dr Erhard oświadczył w poniedziałek na konferencji prasowej, że nie powinno 
się   dopuścić,   by   działanie   tego   'niezwykłego   zjawiska',   jakim   jest   Bruno   Groening,   zostało 
zniweczone z powodu paragrafów." Jego zdaniem, dopuszczeniu Groeninga do działania w Bawarii 
nie stoją na przeszkodzie żadne duże trudności. 
Bawarskie   Ministerstwo   Spraw  Wewnętrznych   podaje   do   wiadomości   w   momencie   zamykania 
numeru: wstępne badanie działalności uzdrowicielskiej Bruno Groeninga wykazało, że można ją 
uważać za działalność opierającą się na miłości, i w takich ramach nie wymaga ona pozwolenia na 
jej wykonywanie zgodnie z ustawą o nie będących lekarzami naturoterapeutach zajmujących się 
uzdrawianiem metodami niekonwencjonalnymi".
W Traberhof   zrobiono   wielki   szum  wokół   Bruno  Groeninga.   Zjawiło   się   wielu   ludzi   interesu, 
którzy   na   jego   zdolnościach   chcieli   zbić   kapitał.   Szkodzili   oni   jego   imieniu   oraz   opinii   i 
spowodowali zdystansowanie się władz. Gdy sytuacja zrobiła się nie do wytrzymania, Groening 
schronił   się   w   bawarskich   górach.   Chciał   sprawdzić   kilka   propozycji   założenia   ośrodków 
uzdrawiania. Jego celem było utworzenie miejsc, w których ludzie szukający pomocy mogliby 
uzyskać uzdrowienie w uporządkowanych warunkach. Lekarze powinni przeprowadzać badania 
początkowe i końcowe na wzór badań z Heidelbergu i dokumentować następujące uzdrowienia. 
Rok 1949 zapisał się mocno w pamięci Bruno Groeninga, także dlatego, że w grudniu 1949 zmarła 
w USA jego duchowa mentorka i nauczycielka sztuki duchowego uzdrawiania, Alicja Ann Bailey 
(1880-1949). Nie przypadkiem Bruno Groening wzmaga uzdrawiające aktywności w 1949 roku, 
kiedy   kończy   się   życie   wybitnej   uzdrowicielki   i   okultystki,   uczennicy   Heleny   Bławatskiej,   a 
mentorki i mistrzyni duchowej dla Bruna! Lata studiów pozwoliły na rozwinięcie i udoskonalenie 
naturalnych zdolności do uzdrawiania i bioterapii. Alice Bailey była natchnieniem dla setek tysięcy 
osób w pierwszej połowie XX wieku zainteresowanych wiedzą duchową, ezoteryką, okultyzmem, a 
szczególnie duchowym, cudownym, nadprzyrodzonym uzdrawianiem. 
 

Nowe drogi i siły przeciwne

Obrotni spekulanci wokół Bruno Groeninga

Jedną   z   takich   propozycji   przedstawił   mu   Otto   Meckelburg,   handlowiec   z   Wangerooge.   Z 
wdzięczności za uzdrowienie żony, chciał pomóc Groeningowi i przedstawił mu konkretne plany 
tworzenia   uzdrowisk.   Bruno   Groening   przyjął   tę   propozycję   i   Meckelburg   został   jego 
"menadżerem".   Pod   koniec   grudnia   obaj   udali   się   na  wyspę  Wangerooge.  Tu   Bruno  Groening 
przemawiał na spotkaniach organizowanych przez Meckelburga, sprawiając przy tym niezliczone 
uzdrowienia.   Obdarzył   całkowitym   zaufaniem   tego   byłego   komendanta   jednego   z   obozów 
koncentracyjnych.   Swoją   przyszłą   działalność   całkowicie   złożył   w   ręce   Meckelburga,   co 
udokumentowane zostało również na Wangerooge 8 stycznia 1950 r. w oficjalnym oświadczeniu: 
"Pan Groening wyraża zgodę na plany pana Meckelburga i w celu ich realizacji zobowiązuje się 
oddać   swoją   osobę   do   całkowitej   dyspozycji   oraz   udzielić   wszelkiego   poparcia   zarówno   panu 
Meckelburgowi w planowanym założeniu stowarzyszenia, jak i samemu stowarzyszeniu, i w ogóle 
czynić wszystko, co jest w jego mocy, aby służyć wcześniej wymienionym celom.

background image

Zobowiązanie to pan Groening przyjmuje osobiście zarówno wobec pana Meckelburga, jak i wobec 
stowarzyszenia, które ma zostać utworzone w wyżej wymienionych celach.  Ponadto pan Groening 
zobowiązuje się nie udzielać swojej pomocy za pośrednictwem żadnej innej osoby, czy też grupy 
osób. Swoją działalność ma on przeprowadzać jedynie w ramach stowarzyszenia i wyłącznie w 
porozumieniu z panem Meckelburgiem."
Jeszcze w styczniu Meckelburg zakłada "Towarzystwo do badania metod uzdrawiania Groeninga." 
On sam zostaje zarządcą całego przedsięwzięcia z miesięczną gażą 1000,- DM. Bruno Groening nie 
otrzymuje   żadnego   wynagrodzenia.   Okazało   się   jednak,   że   Meckelburg   nie   dotrzymał   swego 
przyrzeczenia. W Groeningu widział on jedynie źródło dochodu i określał go z drwiną jako swego 
najlepszego "konia wyścigowego." Chorzy byli mu obojętni. Poprzez zawarcie umowy związał 
Groeninga ze swoją osobą i w ten sposób ten "cudowny uzdrowiciel“ musiał robić to, czego on od 
niego żądał. 
Dopiero   w   czerwcu   1950   roku   udało   się   Groeningowi   rozstać   z   Meckelburgiem,   który   w 
odpowiedzi   na   to   przysiągł   mu   zemstę:   "Ja   jeszcze   wykończę   tego   Groeninga   -   połamię   mu 
wszystkie kości". 
Później Groening pracował kilka miesięcy razem z Eugeniuszem Enderlinem. Ten naturoterapeuta z 
Monachium uzyskał uzdrowienie w Traberhof i zaproponował Bruno Groeningowi, aby przemawiał 
w pomieszczeniach jego gabinetu. Jednak również i Enderlin okazał się człowiekiem interesu. Nie 
chodziło mu o to, aby udzielić pomocy, lecz żeby z "fenomenu Groeninga" wyciągnąć własne 
korzyści. Groening rozstał się z nim pod koniec roku, i ponowna współpraca w latach 1952/53 
zakończyła się niepowodzeniem z tej samej przyczyny.
Bruno Groening przemawiał jeszcze w schronisku Weikersheim w Gräfelfing. Dziennikarz, dr Kurt 
Trampler, przyjął go u siebie i organizował spotkania. Poznał Groeninga jeszcze jesienią 1949. 
Pojechał wówczas na Traberhof jako sprawozdawca pewnej gazety z Monachium i nieoczekiwanie 
dla samego siebie uzyskał uzdrowienie z choroby nóg. Z wdzięczności napisał książkę "Die grosse 
Umkehr" ("Wielkie nawrócenie“) oraz wstawił się za Groeningiem u władz.
Wykłady w Gräfelfing, podobnie jak u Enderlina, spotkały się z dużym zainteresowaniem. Również 
tam miały miejsce niewiarygodne uzdrowienia. Jednak i ta współpraca także została przerwana, 
kiedy Trampler, sądząc że wystarczająco nauczył się już od Groeninga, rozstał się z nim i zaczął 
pracować jako uzdrowiciel na własny rachunek. 
 

Tolerowanie oszustów

Do   Bruno   Groeninga   nieustannie   przychodzili   ludzie   pozornie   okazujący   chęć   udzielenia   mu 
pomocy.   Wielu   z   nich   zainteresowanych   było   jednak   wyłącznie   zrobieniem   interesu   poprzez 
wykorzystanie jego umiejętności. Bruno Groening zdawał się nieodparcie przyciągać takich ludzi. 
Kiedy jednak nie osiągali swych celów, lub też kiedy on się z nimi rozstawał, usiłowali wyciągnąć 
od niego pieniądze niejednokrotnie poprzez uporczywe procesowanie się. Wielu podejrzewa także, 
że   niektóre   z   tych   osób   to   kościelni   biznesmeni   mający   poufne   polecenia,   aby   zniszczyć   i 
zrujnować   doszczętnie   Bruno   Groeninga.   Światopogląd   chrześcijański   jest   często   poważną 
przeszkodą w szczerym i poważnym zajmowaniu się duchowym uzdrawianiem. 
Tak było np. z panią Hülsmann. Kiedy przekonała się, że na Groeningu nie można nic zarobić, 
wystąpiła z oskarżeniem do sądu pracy. Swój czas, który wcześniej bez wynagrodzenia oddała do 
dyspozycji Bruno Groeningowi, potraktowała później jako czas pracy i zażądała zapłaty. Do końca 
swojego życia Bruno Groening musiał spłacać jej należności w miesięcznych ratach. Nie był to 
przypadek wyjątkowy. Wielu z jego ówczesnych współpracowników ukazało swoją prawdziwą, 
chrześcijańską twarz w taki, lub też podobny sposób.
Dlaczego   jednak   Bruno   Groening   dopuszczał   tych   fałszywych   pomocników   tak   blisko   siebie? 

background image

Czemu po prostu nie trzymał się od takich "dorobkiewiczów" i "jezusowców" z daleka? W jednym 
ze swoich wykładów, 31 sierpnia 1950 r. w Monachium, wyraził się w tej sprawie tak:
"Jak   dotąd   czego   też   już   ludzie   nie   próbowali,   aby   na   tym   małym   człowieku,   jego   wiedzy   i 
umiejętnościach,  zrobić  pieniądze. Sądzili,  że odkryli  tu kopalnię złota. Mieli nawet  po części 
możliwość zarobienia pieniędzy, jednak - dzięki Bogu - nie przyniosło im to żadnego pożytku. Tacy 
ludzie też musieli się pojawić, i to po to, aby pokazać, kim jest człowiek, że człowiek idzie nawet 
po trupach i nie obchodzi go to, czy chory uzyska pomoc, czy też nie. Są tacy ludzie, którzy idą po 
trupach i mogą całkiem spokojnie przejść obok leżącego chorego. On ich nigdy nie interesował i za 
wszelką cenę starali się jak najbardziej zbliżyć do mnie. Wiem, że nierzadko pada tu pytanie: No 
tak, jeśli on tyle wie, to dlaczego nie wiedział też i o tym? To może on jednak nic nie wie? Czy ja 
wiem i co ja wiem, tego dowiecie się Państwo z czasem. Tak musiało się stać. Właśnie takiego 
materiału brakowało jeszcze do budowy, aby Wam wszystkim otworzyć wolną drogę."
W swojej   książce   "Tu  jest  prawda  o  Bruno  Groeningu   i  wokół  niego“,  Grete  Häusler   opisuje 
następujące wydarzenie: 
"Kiedyś, żegnając się z panem Groeningiem, życzyłam mu wszystkiego dobrego i powiedziałam: 
‘Panie Groening, życzę Panu, żeby mógł pan teraz działać w spokoju i bez żadnych fałszywych 
współpracowników.’ Ku mojemu wielkiemu zdumieniu odpowiedział mi: 'To wielka pomyłka, tak 
musi być!' Wówczas jeszcze tego nie rozumiałam, jednak on wytłumaczył mi, dlaczego musiał to 
wszystko robić i przez to przejść. Powierzył mi wielką tajemnicę: 
"Ja wiem, co człowiek w sobie nosi. Jeśli jednak powiem ludziom: To jest kłamca, to jest oszust, to 
złodziej, to nikt mi nie uwierzy. Co mam więc zrobić? Ja muszę takich ludzi przyciągnąć do siebie, 
uczyć ich dobra i skłonić ich do nawrócenia się, a potem dać im możliwość kłamać, oszukiwać i 
kraść. Jeśli mimo wszystko znowu to zrobią, wtedy będzie jasne, jacy są. Dlatego dopuszczam ich 
do siebie całkiem blisko, i nie wycofuję się, tylko staję do walki."
 

Pierwszy większy proces

W   latach   1951/52   Bruno   Groening   stanął   po   raz   pierwszy   przed   chrześcijańskim   sądem   w 
Monachium za rzekomo   niedozwolone uprawianie działalności leczniczej. Podczas gdy w roku 
1949   Ministerstwo   Spraw   Wewnętrznych   Bawarii   uznało   to,   co   czynił,   za   wolną   działalność 
dobroczynną, to obecnie oceniono to jako działalność leczniczą w pojęciu medycznym. Oskarżenie 
opierało się o ustawę dotyczącą naturoterapeutów z roku 1939, przez którą wówczas zastąpiono 
obowiązującą przedtem zasadę wolności leczenia, po to, aby medycynę przekazać w ręce lekarzy 
faszystowskich.   Bruno   Groening   został,   zarówno   w   pierwszej,   jak   i   w   drugiej   instancji, 
uniewinniony. Przewodniczący sądu regionalnego w Monachium w uzasadnieniu wyroku w marcu 
1952 roku wyjaśnił: 
"Skazanie   oskarżonego   na   podstawie   jednostronnych   orzeczeń   byłoby   według   sądu   nadmierną 
przesadą.   Kwestia,   czy   działalność   Groeninga   w   ogóle   podlega   ustawie   dotyczącej 
naturoterapeutów   jest   więcej   niż   wątpliwa,   bowiem   jego   działanie   wkracza   tu   na   obszar 
działalności, który jak dotąd zbyt mało został zbadany.“
Podczas rozprawy odwoławczej uniewinnienie zostało co prawda potwierdzone, jednak działalność 
Bruno   Groeninga   wyraźnie   określono   jako   działalność   leczniczą   w   pojęciu   ustawy   dotyczącej 
naturoterapeutów:
"Tak więc oskarżony, bez zezwolenia, ani nie mając uprawnień lekarza, podjął działalność celem 
diagnozowania, leczenia chorób, lub też uśmierzania dolegliwości, czy też uszkodzeń ciała u ludzi, 
która w pojęciu ustawy dotyczącej naturoterapeutów (HPG) uważana jest za działalność medyczną. 
[...]

background image

Oskarżony nie może jednak zostać osądzony, gdyż wziąwszy obiektywnie pod uwagę ustawowe 
znamię   istoty czynu   przestępczego,  jakim  jest  wykonywanie  działalności  leczniczej,  winę  jego 
wyłącza tu fakt, że był on nieświadomy bezprawności swego czynu, a zatem działał nieumyślnie."
Ponieważ ten wyłączający winę stan nieświadomości, w jakim Bruno Groening miał się znajdować, 
określony   został   w   orzeczeniu   sądowym,   w   praktyce   równało   się   to,   mimo   uniewinnienia, 
sądowemu zakazowi uzdrawiania.  Odtąd Bruno Groening musiał wiedzieć,  że jego działalność 
traktowana jest jako działalność medyczna w pojęciu ustawy dotyczącej naturoterapeutów i jako 
taka   jest   mu   zabroniona.   Prawdziwe   podstawy  jego   działania,   zgodnie   z   którymi   jego   sposób 
działania   nie   miał   nic   wspólnego   z   działalnością   leczniczą   w  pojęciu   medycznym,   nie   zostały 
rozpoznane.
 

Pigułki Bruno Groeninga 

Bruno Groening musiał więc znowu szukać drogi, która umożliwiłaby mu swobodną działalność w 
pofaszystowskich, ale ciągle inkwizycyjnych, chrześcijańskich Niemczech. Chciał działać legalnie, 
w uporządkowanych ramach, unikając konfliktu z ustawą dotyczącą naturoterapeutów. Gotów był 
nawet zdać egzamin dla naturoterapeutów, jednak jego wniosek został odrzucony na podstawie 
bardzo wątpliwych argumentów.
Jedną z możliwości dotarcia do ludzi, mimo tych przeszkód, była propozycja Rudolfa Bachmanna 
dotycząca   utworzenia   "Laboratorium   biologiczno-dynamicznego."   Bachmann   miał   w   nim 
wytwarzać,   według   dawnych   domowych   przepisów   ziołowych,   dwie   biologiczne   substancje 
lecznicze:   "G   52"   i   "L   52",   które   Bruno   Groening   miał   "zamawiać,"   tj.   napełniać   je   swoją 
uzdrawiającą siłą.
Bruno Groening przystał na tę propozycję i rzeczywiście doszło do produkcji tych preparatów. O 
tym przedsięwzięciu opowiedział w dniu 9 czerwca 1953 roku:
"W   celu   produkcji   tych   leków   jest   do   mojej   dyspozycji   całe   laboratorium   ze   wszelkim 
nowoczesnym   sprzętem   oraz   cały   sztab   naukowców.   Wyprodukowano   już   według   moich 
wskazówek serię środków, które już osiągnęły niespotykane jak dotąd powodzenie. Leki te zostały 
wypróbowane i ocenione nie tylko przez wielu lekarzy, lecz także przez Klinikę Uniwersytecką w 
Monachium.  W   związku   z   tym   Ministerstwo   Spraw  Wewnętrznych   Bawarii   wydało   zgodę   na 
produkcję tych środków leczniczych. Przemysł farmaceutyczny okazuje wielkie zainteresowanie 
tymi preparatami – zagraniczne zakłady chcą przejąć produkcję, a znane firmy niemieckie zgłosiły 
gotowość zakupu poszczególnych receptur."
Jeszcze później pisał na temat tych preparatów: 
"Pan Rudolf Bachmann przedstawił mi w roku 1953 propozycję swojego czynnego poparcia dla 
mnie i mego przedsięwzięcia. On sam, pan Bachmann, już te [...] środki wytwarzał i chciał w ten 
sposób,   jak   twierdzi,   stworzyć   mi   pewną   finansową   podstawę,   abym   tutaj   uzyskał   możliwość 
sfinansowania mego przedsięwzięcia (tworzenie uzdrowisk dla chorych szukających pomocy). Aby 
dowiedzieć się, jak ocenione zostały te wyprodukowane przez pana Bachmanna środki przez stronę 
medyczną, skontaktowałem się z panem dr med. Höchtem z Monachium, który zapewnił mnie, że 
lek ten jest bez zarzutu. Na podstawie tego zapewnienia dałem swoje nazwisko laboratorium, które 
nazwane zostało ‘Laboratorium Bruno Groeninga'.'
Pan Bachmann chciał te preparaty rozpowszechniać prywatnie, z tej prostej przyczyny, że nie chciał 
popierać ani hurtu, ani pośredników handlowych (aptek). Z tą propozycją nigdy się nie zgodziłem i 
zażądałem,   aby   preparaty   te   zostały   udostępnione   wyłącznie   aptekom.   Mojego   żądania   pan 
Bachmann jednak nie uwzględnił – on był bardzo zapobiegliwy w interesach." 
Również i Bachmann okazał się być człowiekiem interesu, który działał wyłącznie z korzyścią dla 

background image

własnej kieszeni. Nie dysponował dobrze wyposażonym laboratorium, a cały ten projekt przyniósł 
Bruno   Groeningowi   niewiele   dobrego.   Wręcz   przeciwnie   –   Bachmann   wkrótce   zmarł, 
pozostawiając po sobie wiele długów, które Groening musiał zamiast niego spłacać. Na ten temat 
Bruno Groening wyraził się tak:
"Podsumowując, chcę tu krótko zaznaczyć, że:
Po pierwsze, nigdy nie było moim zamiarem zrobienie na tym interesu, z drugiej strony zaś wynik 
(sprzedaż   preparatów)   był   równy   zeru,   gdyż   pan   Bachmann   poprzez   swoje   złe   postępowanie 
doprowadził do tego, że musiałem już zapłacić tysiące marek i jeszcze mam wiele do zapłacenia. 
Pan Bachmann potrzebował na założenie laboratorium dużych sum pieniędzy. Zostały one zebrane 
przez   moich   przyjaciół   w   formie   pożyczki,   którą   teraz   muszę   spłacić.  W   ubiegłym   roku   pan 
Bachmann zmarł – więc nie może już wypełnić swoich zobowiązań. Ponieważ niczego po sobie nie 
pozostawił, ja jestem tym człowiekiem, który musi naprawdę znosić tę żałobę." 
 

Związek Groeninga 

Aby pomimo zakazu uzdrawiania móc dotrzeć do możliwie wielu ludzi, już na początku lat 50-tych 
XX wieku Bruno Groening zaczął organizować wspólnoty. Prowadził w nich wyłącznie wykłady, 
usiłując w ten sposób przekazać ludziom szukającym pomocy przede wszystkim zasady swojej 
nauki. 
Dnia 22.11.1953 r. w Murnau/Seehausen został powołany przez niego tzw. "Związek Groeninga, 
jako organizacja centralna.“ Związek ten miał zostać zarejestrowany i miał zapewnić działalności 
Bruno   Groeninga   ochronę   prawną.  W  ten   sposób   można   było   ostatecznie   uniknąć   konfliktu   z 
prawem (ustawą dotyczącą naturoterapeutów).
W skład zarządu Związku weszli m.in.: hrabia Zeppelin, hrabia Matuschka, Anny Freiin Ebner von 
Eschenbach, naczelnik Resortu Budowlanego Hermann Riedinger i dyrektor Konstantin Weisser, 
oraz początkowo jako jeden z założycieli, Rudolf Bachmann, z którym jednak Związek bardzo 
szybko się rozstał. Przewodniczącym został dożywotnio Bruno Groening.
Sekretarzem Związku został Egon Arthur Schmidt – dziennikarz i lektor z Heidelbergu. Jeszcze w 
Herford był bliskim pomocnikiem tego "doktora-cudotwórcy" i utworzył towarzystwo pod nazwą 
"Koło   Przyjaciół   Bruno   Groeninga."   Nie   działało   ono   jednak   po   myśli   Bruno   Groeninga   i   w 
krótkim czasie zostało rozwiązane. Groening rozstał się wówczas również ze Schmidtem, gdyż ten 
sprzeniewierzył pieniądze z dobrowolnych datków.
W 1952 roku Schmidt zwrócił się ponownie do Groeninga z oświadczeniem, że przyznaje się do 
popełnionych   błędów.   Prosił   też   o   zgodę   na   współudział   przy   organizowaniu   całego 
przedsięwzięcia   i   Bruno   Groening   przyjął   go   znowu   jako   pomocnika.   W  ten   sposób   Schmidt 
ponownie uzyskał możliwość pokazania, co leży mu naprawdę na sercu – dobro chorych, czy też 
własne finansowe korzyści. 
W 1955 roku Bruno Groening rozstał się jednak ostatecznie ze Schmidtem, gdyż ten nie zmienił 
swoich   przekonań.   Nadal   usiłował   wykorzystać   działalność   Groeninga   dla   własnych   potrzeb. 
Podobnie jak wcześniej pani Hülsmann, również i Schmidt po rozstaniu się z Groeningiem starał się 
z nim procesować. W ten sposób chciał wymusić pieniądze za swoją dobrowolnie wykonywaną 
pracę.
Zarządzanie   "Związkiem   Groeninga"   przejęli   wówczas   Konstantin   Weisser   und   Hermann 
Riedinger. Z jednej strony dawało to nadzieję, gdyż byli oni ludźmi obeznanymi w świecie, co 
mogło  być  również  korzystne  dla  dzieła  Groeninga.  Z  drugiej  strony  jednak kryło  to  w sobie 
niebezpieczeństwo   traktowania   przez   nich   z   wyższością   prostego   robotnika,   który  nie   posiadał 
równego im wykształcenia. 

background image

Z czasem wszystko rzeczywiście rozwinęło się w tym kierunku i tym obu panom coraz trudniej 
przychodziło podporządkować się zdaniu Bruno Groeninga. Zdawać by się mogło, że zapomnieli o 
tym, że Związek nie tylko nosił imię Groeninga, lecz także dla niego powstał. Dla nich "Związek 
Groeninga" stawał się coraz bardziej celem samym w sobie. Całkowicie stracili z oczu prawdziwy 
cel jego powołania – pomoc cierpiącym. Zdawać by się mogło, że nie dotarło do ich świadomości, 
że to Groening, a nie Związek przyczyniał się do tego, że następowały uzdrowienia.
I tak "Związek Groeninga" stawał się coraz bardziej przeciwieństwem tego, czym właściwie miał 
być. Dla człowieka, którego imieniem został nazwany, związek ten stał się więzieniem – zamiast 
umożliwić mu swobodę działania, coraz bardziej krępował jego działalność. 
 

Ostatnie wydarzenia i wielki proces

W   dniu   4   marca   1955   roku   zchrystianizowana   prokuratura   niemiecka   wznowiła   oskarżenie 
przeciwko   Bruno   Groeningowi.   Ponownie   zarzucono   mu   wykroczenie   przeciwko   prawu 
zezwalającemu   na   działalność   naturoterapeutyczną.   Drugim   punktem   oskarżenia   było 
spowodowanie śmierci przez zaniedbanie. Gdy doręczono mu akt oskarżenia, zwrócił się on do 
swoich przyjaciół:
"Moi drodzy przyjaciele! W ciągu ostatnich dni cała prasa i stacje radiowe doniosły, w mniej lub 
bardziej tendencyjny sposób, iż prokuratura monachijska przygotowała przeciwko mnie oskarżenie 
o   spowodowanie   śmierci   na   skutek   zaniedbania.   Ponoć   pod   koniec   1949   roku   obiecałem 
uzdrowienie   pewnej   siedemnastoletniej,   chorej   na   gruźlicę   dziewczynie,   ponadto   miałem   jej 
przeszkadzać w konsultacji z lekarzem i kontakcie z sanatorium. Obwiniono mnie o śmierć tej 
młodej osoby.
Jeśli ktoś zdrowo myślący czytał te doniesienia lub o nich słyszał, to zapewne zorientował się, 
jakiemu celowi miały służyć: miały wprowadzić zamieszanie wśród moich przyjaciół, a wszystkich 
poszukujących   /pomocy/   odwieść   od   bliższego   zajmowania   się   naszymi   dążeniami   i   głoszoną 
przeze   mnie   nauką.   Wszelkimi   środkami   próbowano   przeszkodzić   nam,   tj.   mnie,   Związkowi 
Groeninga oraz Wam, w działalności.
Oczywiście, w rzeczywistości wygląda to zupełnie inaczej aniżeli zostało to przedstawione! Na ten 
temat nie muszę się rozwodzić przed moimi przyjaciółmi, oni wiedzą, że ja nigdy nie obiecuję 
wyzdrowienia i nie odradzam leczenia konwencjonalnego. W 1952 roku zostałem uniewinniony. 
Nie dziwi to, że "przypadek Kuhfuss", do którego doszło na przełomie roku 1949/1950, nie został 
poruszony w wytoczonym przeciwko mnie procesie w roku 1951/1952, mimo, że już wtedy takie 
akta istniały! 
Czy nie jest zastanawiające to, iż wznowienie przygotowań do procesu przeciwko mnie rozpoczęło 
się dokładnie wtedy, gdy zostało opublikowane, że 22.11.1953 roku powstał w Murnau 'Związek 
Groeninga'!? Mianowicie, od stycznia 1954 roku wskutek policyjnego zarządzenia przesłuchano i 
dozorowano wielu kierowników wspólnot, przyjaciół jak i członków związku." Tak chrześcijanie 
przez   wieki   inkwizycyjnej   ciemnoty   prześladowali   wszelkich   uzdrowicieli,   szamanów   i 
cudotwórców! 
Przygotowania do procesu ciągnęły się ponad dwa lata. Obrona Bruno Groeninga była powszechnie 
utrudniana. Prawie wszyscy świadkowie obrony zostali odrzuceni, jednak świadkowie oskarżenia 
byli   dopuszczeni.   Wśród   nich   znajdowali   się   dwaj   dawni   współpracownicy   Groeninga:   Eugen 
Enderlin i Otto Meckelburg. Szczególnie Meckelburg - podczas pierwszego procesu jeszcze jako 
współoskarżony – odnosił się do Groeninga w zauważalnie ostry sposób. Robił wszystko, aby tylko 
Groeningowi zaszkodzić, jak to podstawiony, fałszywy świadek ze strony kościelnej.
W   punkcie   oskarżenia   o   rzekome   spowodowanie   śmierci   wskutek   zaniedbania   Meckelburg 

background image

odgrywał decydującą rolę. Chodziło tutaj o przypadek, który zaistniał wtedy, kiedy pełnił on u 
Groeninga   funkcję   menadżera.  W   listopadzie   1949   roku   na   wykład   Bruno   Groeninga   przybył 
urzędnik kasy oszczędnościowej Emil Kuhfuss wraz ze swoją siedemnastoletnią córką chorą na 
obustronną gruźlicę płuc. 
Bruno Groening natychmiast się zorientował, że tej dziewczynie nie można już było pomóc, co też 
powiedział ojcu, biorącemu udział w wykładzie. Meckelburg jednak ostro napierał i domagał się, 
aby Groening zajął się tym przypadkiem. Po wykładzie doszło więc do spotkania pomiędzy Bruno 
Groeningiem i Ruth Kuhfuss. Groening podtrzymywał ją na duchu i domagał się, aby ojciec podjął 
starania, żeby po upływie dziewięciu dni przeprowadzono fachowe lekarskie badania. W ten sposób 
chciał osiągnąć to, aby dziewczyna, która już w ogóle nie chciała słyszeć o lekarzach, była otoczona 
fachową opieką. Ojciec zapewnił, że się o to postara.
Korespondencja, która później miała miejsce, była prowadzona przez Meckelburga i nie docierała 
do Bruno Groeninga. Dopiero w maju 1950 roku usłyszał on znowu o Ruth Kuhfuss. W tym czasie 
ojciec wysyłał do Groeninga błagalne listy z prośbą o spotkanie. Meckelburg nie przekazywał tych 
listów, lecz bez wiedzy Groeninga, samowolnie umówił spotkanie z panem Kuhfuss. Krótko przed 
nadchodzącym terminem Meckelburg poinformował Groeninga o spotkaniu i wymusił, aby wziął w 
nim udział.
Później Meckelburg twierdził, że Bruno Groening obiecał dziewczynie uzdrowienie, choć to on sam 
zapewniał ojca dziewczyny, że nakłoni Bruno Groeninga do uzdrowienia córki. Meckelburg widział 
w tym urzędniku kasy oszczędnościowej źródło pieniędzy, z którego chciał czerpać, jednak do tego 
celu potrzebował Groeninga. Krótko po tym zajściu Groening rozstał się z Meckelburgiem.
Ciężkim zarzutem przeciwko Bruno Groeningowi było stwierdzenie, że zabronił Ruth Kuhfuss 
kontaktować   się   z   lekarzem.  Temu   zarzutowi   przeczył   fakt,   potwierdzony  przez   świadków,   że 
wysyłał on dziewczynę do lekarza już podczas pierwszego spotkania. Również w przemówieniu 
radiowym   jesienią   1949   roku   wzywał   ludzi,   aby:   "do   końca   poddawali   się   dodatkowym 
/kontrolnym/ badaniom lekarskim". Szukającym pomocy doradzał, aby ufali swoim lekarzom. 
Ruth Kuhfuss miała za sobą kilka bolesnych i bezskutecznych prób leczenia i odmawiała dalszych. 
Na skutek choroby zmarła 30 grudnia 1950 roku. Przypadek Ruth Kuhfuss z medycznego punktu 
widzenia został wyjaśniony przez dr med. Otto Friehofera w następującej opinii:
"Patrząc trzeźwo, każdy laik musi dojść do przekonania, że to, co zostało powiedziane przez urząd 
zdrowia w Säckingen, iż wyleczenie nie było w ludzkiej mocy 'wobec poważnego stanu zdrowia', 
który zdaniem lekarzy 'zagrażał życiu' i stwarzał 'bliskie zagrożenie', było prawdą. Również każdy 
szczerze i bezstronnie myślący lekarz, który nie wierzy zbyt zuchwale, że będąc w posiadaniu 
najnowszych medykamentów mógłby zrezygnować z sił natury, będzie musiał potwierdzić opinię 
pana   profesora  Lydtin  z   Monachium,  według   której   'nie   można   orzec,  czy  przed  5.11.49  roku 
stopień prawdopodobieństwa wyleczenia był wysoki'.
Moim zdaniem jest bardziej niż zadziwiające, że pacjentka żyła aż do 30 grudnia 1950 roku, czyli 
pewne   przedłużenie   życia   mogło   być   spowodowane   oddziaływaniem   Groeninga.   Na   koniec 
chciałbym  wypowiedzieć  się  jeszcze   na  ten  temat,   że  stwierdzenia,   jakoby:   'Istniała  szansa  na 
wyleczenie'. 'I to, że czas życia pacjentki Kuhfuss mógłby zostać wydłużony, gdyby pan Groening 
się do niej nie zbliżał', nie były z pewnością do przewidzenia i z tego względu nie są uprawnione."
Paradoks oskarżenia Bruno Groeninga pod zarzutem zabójstwa wskutek zaniedbania przedstawił 
Josef Hofmann, ówczesny dyrektor szkoły średniej, w piśmie z roku 1956: "Prawda wyłania się 
najwyraźniej zza kulis, gdy sytuacja zostaje odwrócona. Sprawdźmy tę sentencję w przypadku 
Kuhfuss.   Powiedzmy,   że   chora   na   gruźlicę   dziewczyna   udałaby   się   w   początkowym   stadium 
choroby do Bruno Groeninga, a on kurowałby ją prze półtora roku bez żadnego sukcesu. Nazwijmy 
to punktem A. Następnie śmiertelnie chora pacjentka udaje się do profesorów i lekarzy i w trakcie 
leczenia umiera. To jest punkt B.

background image

Rozpoczyna się proces. Lekarze występują jako biegli sądowi i mają orzec, kto jest niewinny. 
Założę się o wszystko, że wszyscy lekarze i profesorowie, wszystkie medyczne fakultety, nawet 
wszyscy medycy tego świata wstawią się za punktem B z takim oto uzasadnieniem: tu spoczywa na 
tronie niewinność otoczona aureolą, dlaczego mamy odpowiadać za błędy kogoś, kto przez półtora 
roku 'spartaczył' leczenie? To byłoby śmieszne i absurdalne! I dokładnie tam, w punkcie B znajduje 
się oskarżony Groening. W tej chwili ma on za sobą cały świat medyczny, może nawet milion 
naukowców, którzy wspólnie głoszą jego niewinność."
Pod   koniec   czerwca   1957   roku   w   sądzie   przysięgłych   w   Monachium   doszło   do   absurdalnej 
rozprawy. Z zarzutu spowodowania śmierci przez zaniedbanie Bruno Groening został oczyszczony. 
Jednak z powodu uchybienia prawu zezwalającemu na działalność w zakresie stosowania terapii 
naturalnych   otrzymał   grzywnę   w   wysokości   2000   DM.   Grzywna   miała   ewidentnie   osłabić 
działalność Bruno Groeninga i jego związku duchowego uzdrawiania. 
Chociaż wyrok ten na pierwszy rzut oka wygląda pozytywnie, to dla niego był nie do przyjęcia. 
Jednoznacznie   zabraniał   mu   działalności.   Z   powodu   błędu   adwokata,   który   ten   wyrok   ocenił 
bardziej pozytywnie niż Bruno Groening, nie on złożył odwołanie, lecz sama prokuratura. Drugi 
proces odbył się w połowie stycznia 1958 roku, znowu w Monachium. 
 

Rozstanie ze "Związkiem Groeninga"

W międzyczasie, w październiku 1957 roku między Bruno Groeningiem i zarządem związku doszło 
do sporu. Na skutek biurokratycznych ograniczeń związek bardzo zaszkodził Bruno Groeningowi. 
Jest   to   nauka,   aby   w   działalności   duchowej   i   uzdrowicielskiej   nie   otaczać   się   aktywistami 
kościelnymi. 
Powodem sporu był wyrok w procesie, który zmuszał Bruno Groeninga do zapłacenia w krótkim 
czasie grzywny w wysokości 2000 DM. Ponieważ za swoją działalność nie pobierał on żadnych 
pieniędzy i nie miał wystarczających środków finansowych, zarząd związku zdecydował się już na 
początku   procesu   na   pokrycie   jego   kosztów.  W  zarządzie   spierano   się   o   to,   czy  dotyczyło   to 
również owej grzywny. Chciano na długiej, biurokratycznej drodze sprawdzić, czy związek jest w 
ogóle zobowiązany do zapłacenia 2000 DM. Dopiero potem chciano postarać się o zdobycie tej 
kwoty. Wiadomo było, że środki finansowe dotarłyby do Bruno Groeninga o wiele za późno, jeśli w 
ogóle. Związek patrzyłby więc bezczynnie, jak Bruno Groening, nie mogąc zapłacić grzywny, idzie 
do więzienia. Z tego powodu doszło do otwartego konfliktu i w końcu do zerwania. 
Bruno Groening na 62 stronach "Bilansu działalności związku" opisał wszystkie punkty, w których 
Związek mu zaszkodził. Podsumowując wszystko, powiedział:
"Kiedy   teraz   porównuję   moje   wcześniejsze   otoczenie   (ludzie   interesu:   Meckelburg,   Enderlin, 
Schmidt i Hülsmann) i moje dzisiejsze otoczenie (członkowie zarządu związku), to dochodzę do 
tego   samego   końcowego   wniosku:   dzisiaj   zdarzyło   się   to   samo,   co   wówczas.   Dzisiaj   za 
pośrednictwem   tych,   którzy   chcą   być   moimi   największymi,   najbliższymi   i   najlepszymi 
przyjaciółmi, nie doszło do niczego innego, niż wtedy.  Wtedy oszukali mnie brudni działacze. 
Dzisiaj zawiedli przyjaciele, przyglądając się spokojnie temu, że ja przez procesy, skazanie, przez 
to, że nie otrzymałem żadnej pomocy, przez to, że nie mogłem bez samochodu odwiedzać wspólnot, 
przez to, że nie podjęto niczego przeciwko nagonce prasowej, przez tworzenie bałaganu, przez to, 
że po prostu nikogo nie było przy mnie, kiedy potrzebni mi byli ludzie, którzy, mając wiedzę i 
pozycję w świecie, mogli i powinni mnie wspierać, abym mógł robić to, po co przyszedłem na tę 
Ziemię. 
Żaden z tych przyjaciół nie wstawił się za mną w celu wywalczenia dla mnie wolności, żaden nie 
miał   na   to   odwagi,   aby   wystąpić   w   mojej   obronie.   Nie   działo   się   nic.   Jedną   po   drugiej 
podejmowano marne, biurokratyczne decyzje. Tak naprawdę nikt nie wstawił się za mną, nikt nie 

background image

zabrał   się   do   tego   z   całą   konsekwencją   i   nie   przejął   na   siebie   tych   wszystkich   walk   podczas 
procesów, walk przeciw prasie, nikt nie udzielił mi wsparcia, nikt nie zajął się zepsutym autem, nikt 
nie oczyścił mnie z tego brudu i oszczerstw itd., itd., nikt mnie nie osłonił, abym mógł czynić to, w 
jakim celu jestem tu, na tej Ziemi: "Aby przekazywać ludziom siłę życia i prowadzić ludzi do 
wiary."
Nikt nie pomyślał o tym, że w tym celu potrzebuję spokoju i nie można mi ciągle przeszkadzać, 
mieszając mnie w przyziemne zewnętrzne sprawy, potrzebuję wału obronnego, aby bez przeszkód 
czynić to, co jest mi dane. Nikt z tych, którzy uważają się za moich przyjaciół nie pomyślał o tym. 
To jest takie zawstydzające i stanowi dla mnie rozczarowanie.
Ludzie interesu, którzy chcieli wyciągnąć dla siebie korzyści zostali rozpoznani, jako ludzie źli. 
Przyjaciele ze "Związku Bruno Groeninga" są zbyt obojętni, za wygodni, aby nie powiedzieć: 
złośliwi. Rezultat jest taki sam:  Ja nie uwolniłem się. Wielu przyjaciół z zarządu związku nie 
dotrzymało słowa. Przez takie zarządzanie tylko mnie zakneblowano."
Weisser się wycofał, a "Związek Bruno Groeninga", którego nigdy nie udało się wpisać do rejestru 
związków,   po   krótkim   czasie   został   rozwiązany.   W   jego   miejsce   utworzono   "Towarzystwo 
popierania psychiczno-duchowych i naturalnych podstaw życia:" Towarzystwo to powstało w 1958 
roku a kierowali nim Erich Pelz w Niemczech i Alexander Loy w Austrii. Ale także to ostatnie 
stowarzyszenie, utworzone za życia Bruno Groeninga, nie spełniło jego oczekiwań. W statucie 
stowarzyszenia nawet nie znalazło się jego nazwisko.
 

Jego słowo zażegnuje chorobę - oryginalna relacja prasowa

W czasie tych wszystkich walk i sporów działalność Bruno Groeninga trwała nadal. Dr Horst Mann 
w 1957 roku napisał artykuł do czasopisma "Das Neue Blatt" zatytułowany: "Jego słowo zażegnuje 
chorobę."
"Następnego   dnia   udałem   się   z   Hanau   do   Springe,   małego   miasteczka   położonego   nad   rzeką 
Deister.  Tu   również   powstała   wspólnota   Groeninga.   Powodem   jej   powstania   było   uzdrowienie 
wielu ludzi. Tu przeżyłem to, czego doświadczyłem już wcześniej, w innych miejscowościach: 
Schleswig-Holstein, w Augsburgu, w Hameln, w Wiedniu i w Plochingen, i w innych miastach. 
Ludzie   podnosili   się   ze   swoich   miejsc   i   opowiadali   o   swoich   chorobach.   Podawali   nazwiska 
leczących ich lekarzy . Opowiadali o uzdrowieniach, które zawdzięczali Bruno Groeningowi. Byli 
zawsze gotowi podnieść rękę, by wzmocnić swą wypowiedź przysięgą
'Mnie już jako niemowlęciu wypadły nogi ze stawów biodrowych' opowiadała pięćdziesięcioletnia 
Julie Prohnert z Hannoweru. 'Później mogłam chodzić tylko o kulach. Lekarz był w stanie tylko 
złagodzić moje cierpienie. Kiedy słuchałam wystąpienia Bruno Groeninga odczułam silną reakcję. 
Moje   krzywe   plecy   wyprostowały   się.   Znowu   mogłam   chodzić.   Nigdy   nie   miałam   nawrotów 
choroby...'
'Ja miałem reumatyzm stawów i ciągle cierpiałem z powodu wysypek i ropnych wyprysków. Pan 
Groening uwolnił mnie od tego' powiedział Wilhelm Gabbert z Hameln. 
'Moje schorzenie dróg żółciowych można było wytrzymać tylko po zażyciu morfiny', opowiadał 
Kurt Severit z Evestorf. 'Dziękuję Bruno Groeningowi za uwolnienie mnie od tego.'
'Ja miałem wysoki poziom cukru' twierdził Robert Thies ze Springe. 'Jeszcze bardziej niebezpieczne 
było   osłabienie   mięśnia   sercowego.   Obydwie   dolegliwości   już   mnie   dzisiaj   nie   dręczą.   Za   to 
dziękuję Bruno Groeningowi.' 
Ta   lista   mogłaby   być   o   wiele   dłuższa.   Ludzie   zdający   mi   te   relacje   byli   w   różnym   wieku. 
Mężczyźni,   kobiety,   dzieci.   Wymieniano   wiele   chorób,   poczynając   od   bólów   głowy,   poprzez 
zapalenie nerwów, rwę kulszową, choroby nerek, schorzenia dróg żółciowych aż po schorzenia 

background image

serca i paraliż. 
Było tam jednak jeszcze coś innego, co wzruszyło mnie do głębi serca. Wszyscy tutaj, w obecności 
słuchaczy,   dobrowolnie   opowiadali,   iż   dzięki   Bruno   Groeningowi   doświadczyli   wewnętrznej 
przemiany. Gonitwa za sukcesem i egoistyczne nastawienie ustąpiły spokojowi serca, duchowej 
równowadze i myślom o innych.
Podczas wszystkich rozmów z tymi ludźmi, którzy czuli się uzdrowieni przez Bruno Groeninga, 
jedno pytanie we mnie stawało się coraz głośniejsze: czy sukces był możliwy u każdego człowieka, 
czy też – pytając nieco śmielej – możliwy w przypadku każdej choroby? Gdzie znajdują się granice 
mocy wypływającej z Bruno Groeninga? Czy nie istniało tu jakieś niebezpieczeństwo? (...)
W czasie moich ostatnich odwiedzin zadałem mu to pytanie. 'Ja nie mogę i nie chcę zmuszać ludzi', 
odpowiedział. 'Jeśli ktoś zamknie się w sobie i nie ma w sobie gotowości rozwinąć sił w celu 
ustanowienia porządku, wtedy i mnie brak gotowości do działania. Takiego człowieka wzywam do 
otwarcia rygla zła, który przeszkadza w uzdrowieniu.'
Miałem jeszcze jedno pytanie: 'Każda choroba jest inaczej niebezpieczna' - rzekłem. 'Przypuśćmy, 
że chory, któremu większość lekarzy nie daje nadziei na wyleczenie, udaje się do lekarza, który 
jeszcze walczy o swego pacjenta. Będzie pan w stanie mu pomóc?'
'Tak' – powiedział bez wahania Groening. 'Jeśli chory w to wierzy i lekarz ufa swej drodze, wtedy 
dojdzie do sukcesu. Wspólna ufność rozwinie w chorym niespodziewane siły. Często dochodziło do 
sukcesu najszybciej tam właśnie, gdzie chory chwytał się ostatniej deski ratunku'"
 

Dalszy przebieg inkwizycyjnego procesu

Podczas rozprawy odwoławczej w styczniu 1958 roku na niekorzyść Bruno Groeninga wpłynął 
fakt, że to nie on złożył odwołanie, a prokuratura. Jednak zaszkodziło mu nie tylko niedbalstwo 
ówczesnego   adwokata,   ale   także   opóźnienie   w   wydawaniu   akt   nowemu   radcy   prawnemu 
Groeninga, co utrudniło przygotowania do rozprawy. Następnym punktem niekorzystnym był fakt, 
że   świadkowie   oskarżenia   występowali   z   dużo   większą   pewnością   siebie,   w   porównaniu   do 
pierwszej   rozprawy.   Wydawało   się,   że   się   porozumieli   co   do   punktu:   "zakaz   działalności 
lekarskiej". Tym razem wyrok brzmiał następująco: 
Osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu z powodu spowodowania śmierci wskutek zaniedbania 
oraz 5000,-DM grzywny z powodu złamania ustawy dotyczącej  naturoterapeutów. Anny Freiin 
Ebner von Eschenbach, która uczestniczyła w dwóch rozprawach, uznała ten wyrok za hańbę dla 
Niemiec. O zbójeckiej, zakulisowej roli kościoła chrześcijańskiego nie wspomniała ani słowem. 
Bruno Groening oświadczył, że zostaje ukarany za to, że czyni dobro. Skarżył się, że podczas 
całego   procesu,   nikt   nie   zainteresował   się   tym,   w   jaki   sposób   dochodzi   do   uzdrowienia.   Nie 
interesowali się tym nawet jego adwokaci. Gdyby podążono za tym pytaniem, okazałoby się, że 
jego działanie nie ma nic wspólnego z działalnością medyczną. Proces powinien być wstrzymany. 
Ale odpowiedź na to pytanie nie interesowała w sądzie nikogo. Miano już o Groeningu wyrobione 
zdanie i nie było gotowości, aby je zmienić.
Nie był to jednak koniec procesu. Tym razem Bruno Groening wniósł wniosek o rewizję. Termin 
rozprawy ustalono na 22 stycznia 1959 roku w sądzie wyższej instancji w Monachium. Jednak w 
międzyczasie w życiu Bruno Groeninga doszło do tragicznego wydarzenia. 
 

background image

Jego droga kończy się w Paryżu

Późną jesienią 1958 roku pojechał on ze swoją żoną Josette, z którą ożenił się w maju 1955 roku, do 
Paryża i dał się zbadać zaprzyjaźnionemu onkologowi, dr Grobonowi. Porównanie kilku zdjęć 
rentgenowskich   wykazywało   rak   żołądka   w   stadium   zaawansowanym.   Dr   Grobon   chciał 
natychmiast operować, jednak Bruno Groening sprzeciwił się. 
Wrócił do Niemiec i przygotował Boże Narodzenie dla wspólnot. A 4 grudnia nagrał taśmę, która 
miała być odtworzona na uroczystościach świątecznych we wszystkich wspólnotach. Po czym udał 
się   wraz   z   żoną   ponownie   do   Paryża.  W   międzyczasie   dr   Grobon   poinformował   o   diagnozie 
szanowanego   chirurga-onkologa,   dr   Bellangera.   W   jego   klinice,   przy   rue   Henner,   nieopodal 
Montmartre, 8 grudnia wykonano operację. Rezultat był przerażający dla lekarzy: było jeszcze 
gorzej   niż   można   się   było   spodziewać   na   podstawie   zdjęć   rentgenowskich   –   nie   można   było 
operować. Ranę natychmiast zaszyto.
Josette Groening napisała:
"Nie mogli pojąć tego, że wygląd zewnętrzny Bruna nie wskazywał na tak okropne wewnętrzne 
cierpienie, że on mógł normalnie oddychać, że jego przemiana materii przebiegała w ostatnich 
tygodniach bez zarzutu, że skład morfologiczny krwi był normalny. W takim stanie nawet mały 
posiłek powoduje wymioty, a ciężko doświadczony przez los pacjent musi umrzeć z głodu. U Bruna 
nic takiego nie wystąpiło."
Ku zdziwieniu swoich lekarzy przyszedł szybko do siebie i pojechał do Niemiec, gdzie przeżył 
święta Bożego Narodzenia. W połowie stycznia 1959 roku przeprowadził trzydniowe spotkanie z 
kierującymi nowym towarzystwem i określił, w jaki sposób jego dzieło powinno być zbudowane. 
Tych dwoje nie miało pojęcia, że to było ich ostatnie spotkanie z Bruno Groeningiem.
Dnia 21 stycznia poleciał znowu do Paryża. Z powodu niedrożności okrężnicy konieczna była 
operacja.   22  stycznia   1959  roku  o  godz.  9.00  rano  –  o  tej  samej   porze,  kiedy w  Monachium 
rozpoczęła się rozprawa rewizyjna – Bruno Groening był ponownie operowany. Musiał dopuścić do 
tego, czego oszczędził tak wielu ludziom, nie mógł i nie miał prawa sobie pomóc. Tego ranka, 
kiedy leżał pod narkozą, nagle nad Paryżem przeszła silna burza. Jego żona relacjonowała:
"Dziwne było także następujące zjawisko przyrody. 22 stycznia, kiedy mój mąż był pod narkozą, 
pogodny i jasny dzień nad Paryżem zaciemniła nagła ogromna burza z błyskawicami i piorunami. 
Stało   się   tak   ciemno,   że   w   jasny   dzień   trzeba   było   włączyć   światło.   Pielęgniarka   wyraziła 
zdziwienie   z   powodu   tak   silnej   burzy.   W   następnych   dniach   po   operacji   temperatura   Bruna, 
ciśnienie krwi i puls były zupełnie normalne. Nawet dwa razy wstał z łóżka i usiadł w fotelu."
W dniu 25 stycznia popadł w śpiączkę i następnego dnia, 26 stycznia 1959 roku, o godz. 13.46 w 
klinice   Henner,   Bruno   Groening   zmarł   na   raka,   jak   napisał   lekarz   w  akcie   zgonu. Czy  był   to 
naprawdę rak? Dr Bellanger powiedział po drugiej operacji:
"Zniszczenie   ciała   Bruna  jest  okropne,   jest   to   całkowite   wewnętrzne   wypalenie.   Jest   dla   mnie 
zagadką, jak on był w stanie tak długo żyć i cierpliwie znosić taki ból."
Bruno  Groening   już  przed   laty  wyraził  się   następująco: "Jeżeli   zabroni   mi  się   tej   działalności, 
wówczas wypalę się wewnętrznie."
Jak Bruno znosił ten gorzki krzyż swojego losu, świadczy list napisany 26 lutego 1959 roku przez 
dr Grobbona do wdowy.
"Owe   [poświęcone   Bruno   Groeningowi   starania   lekarskie]   były   aż   nazbyt   naturalne   i   mogę 
powiedzieć,   iż  znalazły  ogromne  oparcie   w odwadze,   sile  woli   i  znaczącej   osobowości   Bruno 
Groeninga [...] On był na drodze Chrystusa."
Dr Bellanger wyraził swój podziw dla Bruno Groeninga w grudniu 1974 roku, w innym liście:
"Bruno   Groening   był   człowiekiem   z   sercem,   pełnym   człowiekiem,   który   trzymał   się   swojego 

background image

zdania, a jego godność w obliczu cierpienia i śmierci jeszcze do dziś wywołuje podziw."
 

Pogrzeb Bruno Groeninga - Ofiary Inkwizycji

Ciało Bruno Groeninga spalono w krematorium w Paryżu, a urna z prochami została umieszczona 
na cmentarzu Waldfriedhof w Dillenburgu. Z powodu zgonu skarżonego proces został zamknięty i 
nie doszło do ostatecznego wyroku.
"Cudowny doktor z Herfordu", który tysiącom i dziesiątkom tysięcy ludzi przynosił uzdrowienie, 
zmarł w samotności i opuszczeniu przy pewnej małej uliczce w Paryżu. Dlaczego musiało się tak 
stać? Dlaczego sam sobie nie mógł pomóc? Podobnie zmarł Padre Pio, a wcześniej Alicja Bailey. 
Grete Häusler nawiązując do tego zagadnienia napisała książkę "Doświadczyć uzdrowienia, to jest 
prawda":
"Podczas   swojego   krótkiego   pobytu   na   Ziemi   Bruno   Groening   uczynił   wiele   dobrego.   Dar 
pomagania i uzdrawiania otrzymał już w kołysce. Wszędzie, dokąd tylko się udał, działy się rzeczy 
cudowne,   których   nie   da   się   pojąć   rozumem.   Publicznie   wystąpił   w   roku   1949.   Po   wielkich 
uzdrowieniach, do których doszło w Herfordzie i po tym, gdy w kraju i za granicą wszyscy o nim 
mówili, po trzech miesiącach wydano mu zakaz uzdrawiania. Prześladowano go i ścigano, założono 
mu wielki proces, chciano osądzić i ukarać. Dlaczego? Komu uczynił coś złego? Nikomu, ale za to 
tysiącom ludzi tak wiele dobrego, czego nie mogliby otrzymać od kogoś innego. Chciano ukarać 
niewinnego! Niewinnemu zakazano czynić to, co miał czynić z nakazu Boga – pomagać ludziom!
Gorzko musiał znosić ową złośliwość w Paryżu, w klinice onkologicznej przy Rue Henner! W 
gorzkim   bólu   został   wypalony   wewnętrznie   przez   prąd   uzdrawiający,   którego   nie   mógł 
przekazywać   innym.   Ludzki   kodeks   zakazywał   mu   tego   w   Niemczech.  W  obliczu   kłamstwa   i 
oszczerstwa stał oskarżony, jak przestępca! W ciszy i samotności, o czym nie wiedział żaden z 
przyjaciół, znosił cierpienia ludzkości. Ale to cierpienie nie było daremne! Tak musiało się stać, nie 
było innej możliwości, aby pomóc ludziom."
W książce "Ja żyję po to, by ludzkość mogła żyć nadal" napisała: 
"Ze słowem "ofiara" powinniśmy się obchodzić ostrożnie. W śmierci Bruno Groeninga w Paryżu 
słowo to jest prawdą w swoim ścisłym znaczeniu. Tylko w ten sposób było możliwe wypełnienie 
jego słowa, tak, jak jest to dzisiaj poświadczone przez niezliczone relacje o uzdrowieniach: 
"Kiedy mnie już nie będzie na tej ziemi jako człowieka, to znaczy, gdy pozbędę się mego ciała, 
wówczas ludzkość będzie już tak daleko, że każdy będzie w stanie sam z siebie przeżyć pomoc i 
uzdrowienie." 
 

Ataki kościelnej inkwizycji

Kościelna   inkwizycja   złośliwie   atakująca   naturopatów,   uzdrowicieli   duchowych,   medyków 
ajurwedyjskich czy bioterapeutów i zielarzy jest ciągle jeszcze aktywna i w niektórych krajach, 
takich jak Polska początku XXI wieku ciągle podnosi swoj czarci łeb. Dzisiejsi czciciele Ojca Pio 
zbyt   łatwo   zapominają,   że   ten   sam   Kościół,   który   Ojca   Pio   gnębił   i   prześladował   w   końcu 
postanowił na nim zarobić i ustanowił jego kult dla zbijania kasy. Sympatycy uzdrawiania zrzeszeni 
w Kołach Bruno Groeninga powinni pamiętać, że tak oskarżyciele jak i sędziowie wydający wyroki 
przeciwko Bruno Groeningowi byli wyznawcami chrześcijaństwa, aktywistami katolickimi oraz 
protestanckimi, którzy pospołu, z powodu swojej chorej i obłędnej ideologii wyznaniowej przez 
wieki prześladują, represjonują wszystko to, co jest duchowe. Faszyzm, nazizm to nic innego jak 
kulminacja inkwizycji i ideologicznych prześladowań. 

background image

Do inkwizycyjnych zbrodni w Polsce należy chociażby wypisywanie przez kościelnych aktywistów 
chrześcijańskich na polskiej wikipedii bredni jakoby działalność Alicji Bailey była szerzeniem kultu 
lucyferycznego.   Tak   pracuje   katolicka   i   chrześcijańska   ciemnota   pełna   złych   i   szkodliwych 
skłonności, złośliwości i morderczych pomysłów. Często jest to ideologiczna propaganda chorych 
umysłowo pomyleńców na politycznych stanowiskach oraz wyznaniowych stołkach fałszywej z 
gruntu chrześcijańskiej tzw. "wiary". W Polsce na urzędowej liście celów do represjonowania jest 
m.in.   homeopatia,   wbrew   naukowym   argumentom   coraz   wścieklej   zwalczana   w   powodów 
ideologicznych przez katolickich i chrześcijańskich aktywistów z tak zwanej Izby Lekarskiej. Za 
tymi inkwizycyjnymi represjami wobec homeopatów stoją jak zwykle siły inkwizycji i faszyzmu, 
skrajnej chadecji, ubrane w kapłańskie szatki religijnej konserwy... 
O prześladowaniu w Polsce czy w hitlerowskich Niemczech uzdrowicieli stosujących oryginalne 
metody leczenia ezoterycznego nauczanych wedle Alicji Bailey, można napisać osobną książkę... 
***********
W   artykule   wykorzystane   zostały   materiały   informacyjne   Kół   Bruno   Groeninga   w   Wielkiej 
Brytanii, Niemczech i Polsce. 


Document Outline