background image

ALEKSANDER

KRAWCZUK

RÓD KONSTANTYNA

List pod purpurowym płaszczem

Wiadomość o nagłej, ciężkiej chorobie ojca przyszła zbyt późno. Toteż, gdy 

Konstancjusz, wezwany wprawdzie aż z Syrii, lecz podróżujący z 

gorączkowym pośpiechem, wreszcie stanął nad Bosforem z początkiem 

czerwca, cesarz już nie żył od kilkunastu dni. Zabalsamowane zwłoki, 

zdobne błyszczącym diademem, okryte purpurowym płaszczem, spoczywały 

w najwspanialszej sali pałacu na wysokim, złocistym katafalku, otoczone 

drgającą poświatą tysiąca lamp i świec, strzeżone przez oficerów w pełnym 

uzbrojeniu. Najwyżsi dostojnicy wojskowi i cywilni rzymskiego Imperium 

adorowali je ceremonialnie, z zachowaniem wszelkich wymogów dworskiej 

etykiety, zupełnie tak samo, jak czynili to za życia władcy. Również cała 

ludność Konstantynopola — tak zwało się obecnie dawne Bizancjum — 

składała należny hołd temu, który rozbudował miasto, podniósł je do 

godności cesarskiej rezydencji, dał mu swe imię. Wciąż zaś, wtedy i jeszcze 

później, przez prawie trzy miesiące, podtrzymywano fikcję, iż wola 

Konstantyna rządzi Imperium; aż do dnia 9 września roku 337 kancelaria 

państwowa podpisywała ustawy i bieżące akty prawne jego imieniem.

background image

Konstancjusz zbliżył się do katafalku kornie i w ża- łobnym skupieniu. 

Powodowany synowską miłością, ostrożnie uchylił purpurowego płaszcza, 

aby po raz ostatni spojrzeć na ciało ojca, odziane w białą szatę — tę samą, w

której cesarz brał chrzest na kilka dni przed śmiercią. Ale w tejże chwili 

spostrzegł ze zdumieniem, że ręka zmarłego kurczowo ściska zwój 

papirusowy. Wyjął go delikatnie i rozwinął. Szybko przebiegł wzrokiem 

słowa, które Konstantyn nakreślił drżącą dłonią, gdy już przeczuwał, że zgon

jest bliski i nieuchronny; tą drogą przekazywał swoją ostatnią wolę i najtaj-

niejsze pouczenia:

„Umieram otruty przez swych braci. Dlatego tylko was, moi synowie, 

ustanawiam spadkobiercami. A zarazem błagam i nakazuję, abyście godnie 

pomścili śmierć zadaną mi tak zdradziecko!"

Konstancjusz odczytał pismo w milczeniu, a twarz jego pozostała 

nieprzenikniona. Był młody, liczył zaledwie dwadzieścia lat, lecz doskonale 

panował nad sobą. Spokojnie, jak gdyby nic się nie stało, brał udział we 

wspaniałych uroczystościach pogrzebowych, które trwały jeszcze przez wiele 

dni.

Tak brzmiała jedna wersja opowieści o piśmie zza grobu. Według immej 

natomiast wręczył list Konstan- cjuszowi biskup Euzebiusz — ten, który 

udzielił chrztu choremu cesarzowi. Przyznawano wszelako, że biskup z 

obawy przed trucicielami, braćmi cesarza, przez pewien czas ukrywał pismo,

włożywszy je do ręki zmarłego pod purpurowy płaszcz.

Te i tym podobne pogłoski zaczęły niespodziewanie krążyć po 

Konstantynopolu latem roku 337, podawane z ust do ust, ale zawsze w 

background image

największej tajemnicy. Wielu odrzucało je z oburzeniem, jako jaskrawię 

niewiarygodne i bezczelnie zmyślone przez wrogów cesarskiej rodziny, 

pragnących podjudzić synów zmarłego przeciw jego braciom przyrodnim. 

Mówiono:

background image

— Pismo zza grobu? To pomysł znakomity, wręcz wstrząsający, ale tylko 

w starożytnych, naiwnych opowiastkach historycznych. Któż dziś uwierzy w 

takie baśnie, w naszych czasach zimnych, cynicznych, nieufnych?

Inni wprawdzie nie przeczyli, że list znajdował się na katafalku, podzielali

wszakże pogląd, iż chodzi o podłą, zbrodniczą intrygę: iktoś sfałszował pismo

i wsunął je pod purpurowy płaszcz zmarłego. A jeszcze inni zachowywali 

przezorne milczenie, zastanawiając się w skrytości ducha, czy ci, którzy 

rozpowszechniają dziwną opowieść, okażą się prawdziwie odważni i przepro-

wadzą swe zamysły do końca.

Wielu jednak przysięgało, że list rzeczywiście pochodzi od Konstantyna. 

Ci dający wiarę — czy też łatwowierni — byli w istocie najgroźniejsi. 

Osobliwym bowiem zbiegiem okoliczności najwięcej ich spotykano wśród 

oficerów sprawujących straż w pałacu i przy samej osobie panującego. 

Wybrani z wybranych, wchodzący w skład owych oddziałów, nosili różne 

miana, zależnie od uzbrojenia i funkcji swej formacji. Ale wszystkim im 

jednakowo droga była pamięć cesarza, któremu zawdzięczali ogrom łask, 

przywilejów, darów. Uważali więc po żołniersku, że tylko jego synom winna 

są posłuszeństwo, a jemu samemu — pomstę K

Trzynasty apostoł

Zwłoki cesarza spoczęły w kościele Świętych Apostołów. Porfirowy 

sarkofag, sprowadzony z Egiptu, stanął pośrodku dwunastu innych, 

rozmieszczonych półkolem — sześć po jednej stronie i sześć po drugiej; były 

to oczywiście sarkofagi puste, symboliczne groby dwunastu apostołów

2

background image

Konstantyn obrał sobie to miejsce jeszcze za życia. Myśl, która mu 

przyświecała, wy

background image

daje się jasna. Uważał się za równego tamtym budowniczym Kościoła, toteż 

pragnął odbierać cześć wraz z nimi, a nawet przed nimi.

Mianując się „trzynastym apostołem", władca dał wyraz swej pysze, 

szaleńczej zarazem i naiwnej. Trudno też oprzeć się wrażeniu, że włączając 

samego siebie do chrześcijańskiego panteonu, zamierzał kontynuować w 

nowej szacie starą tradycję Rzymu pogańskiego; tę mianowicie, która 

przyznawała cesarzom za ich życia cześć boską, zmarłych zaś konsekrowała,

czyli oficjalnie wprowadzała w poczet niebian. Mówiąc inaczej: wyznawcy 

nowej religii mieli wielbić Konstantyna jako równego apostołom, poganie zaś 

jako boga.

Należy przyznać, że cesarz zasłużył na to, by zająć szczególne miejsce 

wśród twórców wielkości Kościoła. Był pierwszym władcą Rzymu, który dał 

nowej religii całkowitą swobodę działania. Poszedł nawet dalej, w różny 

sposób ograniczając kulty pogańskie, choć zupełnie nigdy ich nie zakazał. 

Nie szczędził środków na wznoszenie wielkich i wspaniałych domów modlitw 

w Rzymie i w Jerozolimie, w Konstantynopolu i w Antiochii. Odnosił się do 

chrześcijańskich kapłanów z ostentacyjnym szacunkiem, a z rad ich 

korzystał nie tylko w kwestiach religijnych. Z jego to inicjatywy zebrał się 

pierwszy w dziejach Kościoła sobór powszechny w małoazjatyckiej Nicei w 

roku 325; cesarz otwierał go, częściowo przewodził obradom, wpływał na 

postanowienia. Oświadczył publicznie, że uważa się za biskupa tych 

wszystkich, którzy pozostają jeszcze poza Kościołem; sam bowiem, jak to 

było wówczas częstym zwyczajem, odkładał chrzest aż do momentu, gdy 

śmierć stała już blisko.

background image

Konstantyn był człowiekiem szczerze wierzącym, to nie ulega wątpliwości;

co prawda proces przyjmowania przezeń nowej wiary trwał długo, 

rozciągając się na wiele lat; dopiero później zrodziła się legenda o cu

background image

downym widzeniu, którego dostąpił i które uczyniło zeń wyznawcę 

Chrystusa. Jednakowoż owa wiara w zbawfczą naukę i misję Kościoła tak 

ściśle splatała się w sercu cesarza z grą polityczną i z waMcą o umacnianie 

swej władzy, że nie sposób oddzielić tych dwóch nurtów jego myśli, słów i 

czynów. Działał w głębokim przekonaniu, że wszystko, co robi, ma za cel 

ostateczny tylko dobro Kościoła; w istocie zaś wszystko, czego dokonał, 

utwierdzało równocześnie jego pozycję i wpływy.

Idea Konstantyna była prosta. Można ją ująć w krótkiej formule: „jedno 

Imperium, jedna wiara, jeden cesarz". Aby hasło to zrealizować, kolejno 

rozprawił się zbrojnie z rywalami. W toku prawie nieprzerwanych 

siedemnastoletnich wojen coraz śmielej i jawniej popierał chrześcijaństwo, 

ale z drugiej strony coraz wydatniej korzystał z jego pomocy. Nowa religia 

miała ideowo spajać gmach Imperium. W zamian wszakże żądała ona, by 

cesarskie ramię zwalczało mnogość niesfornych kultów pogańskich i 

przeciwstawiało się wszelkim próbom naruszania jedności Kościoła.

Oba te postulaty Konstantyn spełniał gorliwie. Odpowiadały one zresztą 

jego osobistym dążeniom. Cesarz, jak większość ludzi władzy w starożytności

i w czasach znacznie późniejszych, żywił bałwochwalczą cześć dla struktur 

ogromnych i monolitycznych; pragnął więc integrować, łączyć, spajać, 

ujednolicać — w nadziei, że wreszcie będzie mógł dyrygować całością życia 

społecznego niemal tylko tchnieniem swej woli. Chyba nie potrafiłby 

zrozumieć — nawet gdyby ktoś usiłował mu to wyjaśnić — iż piękno i sens 

życia polega właśnie na bogactwie, różnorodności i pozornej sprzeczności 

wszelkich form i treści; rozwijają się one całkowicie swobodnie i 

background image

samorzutnie, jakby chaotycznie i wielokierunkowo, a przecież ich to 

rezultatem jest nie tylko zmienność, lecz i rozwój ogólny.

I oto, ku zdumieniu i przerażeniu cesarza, jego zboż

background image

ne wysiłki zmierzające do zintegrowania państwa i Kościoła zaczęły dawać 

nieprzewidziane rezultatyl W łonie nowej religii coraz częściej dochodziło do 

głębokich rozłamów dofajrynalnych i organizacyjnych, czyli do herezji i 

schizm. Tak więc jeszcze za życia Konstantyna objawiła się klęska drugiego 

członu jego formuły: „jedna wiara". Klęskę zaś członowi trzeciemu, 

głoszącemu: „jeden cesarz", zgotował sam monarcha, i to z całą 

świadomością; wyznaczył bowiem wielu spadkobierców.

Spadkobiercy

Konstantyn Wielki pozostawił trzech synów i dwie córki. Żyło wszakże 

jeszcze dwóch jego braci przyrodnich oraz kilkoro ich potomstwa. Nie brakło 

więc pretendentów do władzy.

W ostatnich latach swego życia cesarz pragnął wspaniałomyślnie 

obdarować najbliższe osoby z tak licznej rodziny i z góry usunąć zarzewie 

sporów o dziedzictwo. Jego plan, znany już w roku 335, czyli na dwa lata 

przed śmiercią, przewidywał w pewnym sensie podział Imperium, chociaż 

formalnie miało ono oczywiście nadal pozostać jednością. Jeśli chodzi o 

synów, projekt przedstawiał się następująco:

Najstarszy, Konstantyn II, otrzymywał Brytanię, Galię, Hiszpanię. On też 

miał być głową państwa i symbolem jego integralności. Zaszczyt ten 

przypadał mu Z racji wieku, urodzony bowiem w roku 316 Konstantyn II był 

o kilkanaście miesięcy starszy od swego brata średniego, Konstancjusza. Ten

przejmował we władanie cały Wschód, a więc Egipt z Cyrenajką, Syrię, Azję 

Mniejszą, czyli dzisiejszą Turcję, w Europie zaś nowe miasto rezydencyjne, 

background image

Konstantynopol, oraz zapewne diecezję Tracji, odpowiadającą mniej więcej 

dzisiejszej

background image

Bułgarii. Najmłodszy z braci, siedemnastoletni Kon- stans, miał rządzić 

Afryką Północmą, czyli obecną Algierią i Tunezją, dalej Italią wraz z krajami 

alpejskimi, aż po górny Dunaj, wreszcie częścią prowincji bałkańskich. Tak 

więc Konstans władałby całą środkową częścią Imperium.

Ale również dla dwóch spośród swych bratanków cesarz przewidywał 

spore działy. Dalmacjuszowi pragnął oddać niektóre prowincje nad 

środkowym i dolnym Dunajem, to znaczy część dzisiejszych. Węgier i Jugo-

sławii. Harmibalianowi zaś przyznał krainy na wschodzie Azji Mniejszej, 

graniczące z Armenią; obdarzył go nawet tytułem „króla królów", co było 

wskazówką, że wkrótce zgłosi on pretensje do całej Armenii, a może i do 

Persji — oczywiście opierając się na potędze Imperium rzymskiego i działając

w jego interesie. Tenże Hannibalian poślubił starszą córkę cesarza, Konstan-

cję, zwaną niekiedy Konstantyną.

Tych pięciu przyszłych władców nosiło już tytuły Cezarów.

Dalmacjusz i Hannibalian byli synami Dalmacjusza Starszego, 

przyrodniego brata cesarza. Jego drugi brat przyrodni, Juliusz 

Konstancjusz, został zaszczycony w tymże roku 335 godnością konsula i 

tytułem „Najszlachetniejszego Patrycjusza". Nie bez' racji uchodził za 

człowieka ogromnie wpływowego. Dzięki swemu pierwszemu małżeństwu 

posiadał dobre koneksje z możnymi, senatorskimi rodami w Italii, dzięki zaś 

drugiemu — z takimiż domami na greckim Wschodzie.

Spośród trzech synów cesarza, głównych spadkobierców, najstarszy, 

Konstantyn II, już od czterech lat rezydował nad Renem i Mozelą. Nie 

porzucił swej Galii nawet dla wzdęcia udziału w pogrzebie ojca. Najmłodszy, 

background image

Konstans, przebywał prawdopodobnie w Italii; i on nie uczestniczył w 

żałobnych uroczystościach. Tylko syn średni, Konstancjusz, stawił się nad 

Bosforem z po

background image

czątkiem czerwca roku 337. To on odprowadził zwłoki ojca do kościoła 

Świętych Apostołów, gdzie spoczęły na wieki w porfirowym sarkofagu. To on 

odnalazł pismo w dłoni ojca, gdy uchylił purpurowego płaszcza; tak 

przynajmniej utrzymywały uporczywe pogłoski. A więc on przede wszystkim 

ponosił odpowiedzialność za to, co wydarzyło się później nad Bosforem; jaki 

wszakże był stopień jego winy, tego nie potrafił sprawiedliwie określić nikt 

spośród współczesnych.

Testament wypełniony

Tylko dwóch chłopców uratowało się z rzezi w pałacach nad Bosforem. 

Starszy, Gallus, liczył najwyżej dwanaście lat; ocaliła go ciężka choroba, 

którą właśnie przechodził; żołnierze — a raczej ich rozkazodawcy — uznali, 

że i tak wnet umrze. Młodszy, Juliusz, nie miał jeszcze lat siedmiu. Gdy się 

zastanawiano, co z nim zrobić, ktoś zapewne orzekł:

— Nieprędko będzie groźny.

Zginął natomiast, i to chyba jako pierwsza ofiara masakry, ojciec ich obu,

Juliusz Konstancjusz. Zginął też ich starszy brat, nieznanego imienia. Zaraz 

potem zgładzono obu Dalmacjuszów, ojca i syna, później zaś Hannibaliana i 

kilku młodych ludzi blisko spokrewnionych z rodziną cesarską. Następnie 

przyszła kolej na wysokich dostojników, którzy za rządów poprzednich 

posiadali wielkie wpływy; zbyt wielkie, zdaniem osób pragnących obecnie 

zająć ich miejsca.

Dokonano tych mordów politycznych w imię ostatniej woli zmarłego, 

rzekomo odnalezionej pod purpurowym płaszczem na katafalku. Rzeź 

przebiegała planowo, choć pozornie była dziełem wzburzonych oddziałów, 

background image

mszczących zbrodnię popełnioną na ich umiłowanym wodzu. Żołnierze, 

którzy z obnażonymi mieczami

background image

wdzierali się do pałaców, mieli poparcie wielu tysięcy swych towarzyszy 

broni. Po całym bowiem Imperium, jak było ono długie i szerokie, we 

wszystkich obozach i garnizonach odbywały się wiece żołnierskie; ich 

uczestnicy zgodnie i stanowczo żądali, aby dziedzictwo po Konstantynie 

Wielkim przejęli tylko jego synowie 

s

.

Lecz ta rzekomo oddolna i spontaniczna reakcja wojska nie przekonała 

współczesnej opinii publicznej. Najczęściej twierdzono, że właściwym 

sprawcą krwawych wydarzeń był tylko jeden człowiek: Konstancjusz. Co 

gorsza, on sam nie czynił niczego, by oddalić od siebie podejrzenia. 

Przeciwnie, niemal jawnie aprobował to, co się stało, natychmiast 

konfiskując majątki wymordowanych.

Może jednak Konstancjusz tylko uprzedził rywali do władzy, czyli 

krewnych swego ojca i poniektórych wielmożów? Na przykład co myśleć o 

postępowaniu Ablabiusza? Był on prefektem pretorium Wschodu, czyli 

szefem administracji cywilnej tej części Imperium, od roku 329; cieszył się 

takim znaczeniem i takimi wpływami, że j&szcze za życia Konstantyna 

Wielkiego zaręczył swoją córkę Olimpiadę z jego synem najmłodszym, 

Konstansem; miał też zostać opiekunem i doradcą Konstancjusza. Do owych

urzędów, godności i do ogromnej fortuny Ablabiusz doszedł dzięki energii, 

wrodzonym talentom, umiejętnemu wyzyskiwaniu każdej okazji pięcia się w 

górę; pochodził bowiem z rodziny bardzo ubogiej. W skrytości ducha 

człowiek ten, pożerany wręcz nienasyconą ambicją, z pewnością marzył o 

tym, aby uczynić jeszcze jeden krok wyżej, krok ostateczny. Chciał 

background image

przywdziać purpurę cesarską. Było zgodną opinią współczesnych, że i to mu 

się uda.

I oto niespodziewanie Konstancjusz położył kres wspaniałej karierze! 

Natychmiast po objęciu władzy zdjął prefekta pretorium z urzędu i przybrał 

sobie nowych współpracowników. Ablabiusz osiadł wówczas

background image

w swych dobrach w Bitynii, a więc już na wybrzeżach małoazjatyckich, lecz 

stosunkowo niedaleko od Konstantynopola. Żył tam we własnym pałacu, 

otoczony przepychem prawdziwie królewskim, bez żadnych trosk i 

obowiązków, zgoła jednak nie rezygnując z udziału w życiu politycznym; był 

pewien, że odpowiedni moment jeszcze nadejdzie.

Nie czekał długo. Któregoś dnia w lecie roku 337 u bram jego pałacu 

wiejskiego stanął liczny oddział cesarskiej straży przybocznej, przybywający 

wprost ze stolicy. Oficerowie, wprowadzeni przed oblicze Abla- biusza, kornie

uklękli i ceremonialnie dopełnili aktu adoracji, jak przed panującym. Potem 

podali mu list od Konstancjusza. Przyjął pismo z butnym wyrazem twarzy, 

przekonany już, że znajdzie w nim wezwanie, by wracał jak najszybciej i 

ponownie objął swój dawny urząd. W miarę jak czytał, radość i duma 

rozpromieniały mu oblicze. Pysznym wzrokiem potoczył po zebranych w sali i

władczym głosem zapytał oficerów:

— Gdzież ta purpura?

A więc list istotnie zawierał zaproszenie do udżiału we współrządach i 

zapowiedź, że razem z nim zostanie też doręczony purpurowy płaszcz 

cesarski! Oficerowie wszakże odrzekli z należnym szacunkiem, że im rozka-

zano oddać list tylko; natomiast ci, którzy mają reszty dopełnić, czekają 

przed bramą.

— Wprowadzić! — zawołał Ablabiusz niecierpliwie.

Zbrojny oddział wmaszerował z obnażonymi mieczami. Starożytny autor 

powiada: „Przynieśli mu śmierć purpurową. Rozpłatali go na kawałki jak 

zwierzę ofiarne" i

background image

W tym więc wypadku Konstancjusz posłużył się podstępem, aby 

zdemaskować tajne zamysły jednego z naj- wpływowszych dostojników. Czy 

podobnie postępował z innymi osobami? Czy im również można było zarzu-

cić nadmierne ambicje i niebezpieczne plany?

background image

A może Konstancjusza wprowadzili w błąd zbrodniczy intryganci, 

pragnący rozprawić się ze swymi wrogami właśnie w krytycznym momencie 

zmiany rządów? Może działał pod wpływem nalegań ze strony obu po-

zostałych braci? On sam kazał po latach rozpowszechniać właśnie takie 

wersje wypadków. Zasłaniał się również tym, że musiał ustąpić przed 

postawą rozjuszonego wojska, żądnego krwi rzekomych trucicieli. Rzecznicy 

oficjalnego stanowiska powiadali zręcznie:

— Aby uchronić całe państwo przed katastrofą w lawinie nieobliczalnych 

wydarzeń, cesarz z konieczności przystał na to, czego i tak nie sposób było 

uniknąć.

Podobny pogląd wypowiedział później pewien wysoki urzędnik Imperium, 

a zarazem historyk, Eutro- piusz. Tamte dni pamiętał, jakkolwiek w roku 

337 był jeszcze bardzo młodym człowiekiem. Napisał krótki przegląd dziejów 

Rzymu od założenia miasta aż po lata sobie współczesne. Otóż w dziełku tym

rolę i winę Konstancjusza w owych tragicznych zajściach określa krótko, lecz

w słowach dających do myślenia: „raczej zezwolił niż rozkazał" 

5

.

Znaleźli się wreszcie i tacy, którzy twierdzili, że to właśnie Konstancjusz 

ocalił Gallusa i Juliana, gdy rozwścieczeni żołnierze wdarli się do pałacu ich 

ojca.

Matka Juliana

Obaj chłopcy uratowani z rzezi byli wprawdzie synami jednego ojca, 

Juliusza Konstancjusza, lecz nie braćmi rodzonymi. Matka starszego, Galla, 

pochodziła ze znakomitego rodu Italii; tam też poślubił ją Juliusz 

Konstancjusz. Syn ich przyszedł na świat w roku 325, w wiejskim majątku 

background image

gdzieś na terenie Etrurii; nazwano go Gallusem od imienia matki, która 

zmarła w tym lub w następnym roku. Wdowiec przeniósł się do Grecji.

background image

Przez jakiś czas mieszkał w Koryncie, następnie zaś osiedlił się na stałe w 

mieście, które rozbudowywał wtedy z takim rozmachem jego brat przyrodni, 

Konstantyn Wielki, i któremu nadał on swe imię. Tutaj ożenił się powtórnie. 

Nowa małżonka zwała się Bazylina, a więc Królewna. Jej rodzina posiadała 

duże włości w prowincjach małoazjatyckich i bałkańskich. Ojciec Bazy liny, 

Julian, piastował najwyższe godności państwowe; po nim to odziedziczył 

imię chłopiec urodzony pod koniec roku 331 lub wiosną roku 332.

Bazylina, tak samo jak poprzednio Galla, zmarła wkrótce po porodzie, 

zapewne wskutek gorączki połogowej, pochłaniającej wówczas i aż do wieku 

XIX he- katomby o£iar wśród młodych kobiet. Tak więc Julian, podobnie jak

i jego brat przyrodni, nie pamiętał swej matki. Zawsze jednak wspominał o 

niej z czułością. W wiele lat później pisał:

„Urodziła mnie jako swego syna pierwszego i jedynego. W kilka miesięcy 

później zmarła. W ten sposób Dziewica bez matki [Atena] ocaliła ją, kobietę 

piękną i młodą, od licznych nieszczęść"

Aż do końca dni swoich troskliwie przechowywał klejnoty, niegdyś 

stanowiące jej osobistą własność. Ale najcenniejszym spadkiem, jaki 

Bazylina pozostawiła synowi, był jej domowy nauczyciel, Mardoniusz. Ten 

niewolnik, eunuch — rzezańcy wchodzili wówczas w skład służby w niemal 

każdej zamożnej rodzinie — nosił perskie imię, zwany był Scytą, ponieważ 

pochodził z północnych wybrzeży Morza Czarnego, w istocie jednak okazał 

się lepszym Hellenem od wielu urodzonych w samych Atenach; kochał 

prawdziwie starą literaturę grecką i umiał miłość ku niej wzbudzać w in-

nych.

background image

Arystokratyczny dom matki Juliana doceniał wartość starych, 

pogańskich tradycji kulturalnych. To właśnie ojciec Bazyliny zwrócił uwagę 

na młodego niewolnika,

background image

rzekomego Scytę; odkrył jego uzdolnienia i rozkazał go kształcić, aby potem 

służył jako pedagog córki. Fakt - to znamienny, rodzina bowiem wyznawała 

już nową religię, chrześcijaństwo; co więcej, łączyły ją więzy pokrewieństwa z

jednym z najwybitniejszych biskupów owego czasu, mianowicie z 

Euzebiuszem, pasterzem gminy w Nikomedii.

Euzebiusz należał do gorliwych sympatyków Ariusza i jego doktryny; 

głosiła ona, że Chrystus nie jest Synem, lecz tylko szczególnym dziełem 

Boga, a więc nie jest mu współistotny. Pogląd ten potępiono na pierwszym 

soborze powszechnym, zwołanym w Nicei w roku 325 z woli Konstantyna 

Wielkiego. Biskup Nikomedii podporządkował się uchwałom soborowym z 

wyraźną niechęcią, wskutek czego przez pewien okres na rozkaz cesarza 

przebywał na wygnaniu. Wkrótce wszakże powrócił, a nawet cieszył się coraz

większymi wpływami na dworze. Z jego to rąk — była o tym już mowa — 

przyjął chrzest sam Konstantyn na kilka dni przed swoją śmiercią, w maju 

roku 337.

W roku tym Julian nie miał jeszcze nawet siedmiu lat. Czy w jego pamięci

pozostały jakieś sceny z owych tragicznych dni? Z pewnością tak. Dziecko w 

tym wieku już rozumie sens wielu spraw, obrazy zaś nie ulegają zatarciu. 

Jest rzeczą oczywistą i niewątpliwą, że wraz z całą rodziną Julian musiał 

adorować zwłoki Konstantyna, spoczywające na wysokim, złocistym 

katafalku, wśród bezliku płonących świec i lamp, okryte purpurą, strzeżone 

przez oficerów w błyszczących zbrojach. A potem? Którejś nocy była 

niespodziewana chwila przerażenia i popłochu: czyjeś dobijanie się do bram i

drzwi, szczęk broni, krzyki, wołania o pomoc, kre^ i jęki.

background image

Od tej chwili obaj chłopcy, bracia przyrodni, stali się całkowitymi 

sierotami. Zapewne pozwolono im wziąć udział w pogrzebie ojca, lecz do 

swego domu nie mogli

background image

już powrócić; został on skonfiskowany wraz z całym ogromnym majątkiem 

Juliusza Konstancjusza. ■ Dziećmi, zwłaszcza Julianem, zajęła się rodzina 

Bazy liny oraz biskup Euzebiusz. Braci rozdzielono: Gal-, lusa wysłano do 

Efezu, Juliana zaś do Nikomedii.

Spotkanie nad Dunajem

Roczniki historii nie zachowały dokładnych dat rzezi w pałacach 

Konstantynopola. Pewne jest, że dokonano ich nie naraz, nie w jednym dniu 

i nie jednej nocy, lecz stopniowo, w ciągu co najmniej kilku tygodni, zapewne

latem roku 337. To przeciąganie krwawej rozprawy na okres stosunkowo 

długi jeszcze potęgowało grozę wydarzeń. Nikt z możnych ludzi w mieście nie

był pewny swego losu. Wszyscy dostojnicy, a zwłaszcza ci, których wiązało 

choćby dalekie pokrewieństwo z rodziną cesarską, żyli w bezustannym 

trwożnym oczekiwaniu. Każdej chwili żołnierze mogli załomotać także do 

bramy ich domu.

Od chwili zgonu Konstantyna Wielkiego jego synowie prowadzili z sobą 

rokowania. Wysłannicy wciąż krążyli pomiędzy ich rezydencjami. Tym 

jednak sposobem nie wszystko dało się wyjaśnić i uzgodnić. Bracia, aby 

ustalić wytyczne polityki i ostatecznie rozgraniczyć swe władztwa, musieli 

spotkać się osobiście. Zjazd odbył się stosunkowo szybko, prawdopodobnie z

początkiem września roku 337. W każdym razie już w dniu 9 tegoż miesiąca 

ci trzej, dotychczas noszący tytuł Cezarów, nadany im jeszcze przez ojca, 

obwołali się Augustami. Zgodnie z tradycją senat rzymski natychmiast akt 

ten potwierdził.

background image

Do spotkania doszło na terenie prowincji panońskich, a więc gdzieś nad 

środkowym biegiem Dunaju, na ziemiach dzisiejszej Jugosławii lub Austrii, 

nie wiadomo wszakże, w jakiej miejscowości; może w Sirmium nad

background image

Sawą, nieco na zachód od obecnego Belgradu, a może w Karnuntum, nieco 

na wschód od Wiednia. Przebieg rozmów nie jest znany, lecz na podstawie 

dyskretnych* wzmianek wolno się domyślać, że nie prowadzono ich? w 

duchu braterskiej miłości. Przedmiotem sporu były" niewątpliwie zasady 

podziału terytorialnego. Zawarto porozumienie ponoć głównie dzięki 

pojednawczej postawie Konstancjusza.

Formalnie pierwszym z trójcy nowych Augustów był najstarszy z nich, 

Konstantyn II. On więc uchodził za widomy symbol jedności Imperium. 

Pewien napis z lat 337—340, odnaleziony na Cyprze, nazywa go „Maximus 

Triumphator Augustus", czyli „Największy Triumfator August", podczas gdy 

bracia zadowalają się na tymże napisie skromniejszym tytułem „Zawsze 

Zwycięskich Augustów" — „Victores Semper Augusti".

Jak była o tym mowa, Konstantyn II władał całym Zachodem 

zaalpejskim, od Brytanii po Hiszpanię włącznie. W istocie wszakże rychło 

zaczął rościć sobie prawa również do środkowej części Imperium, a więc do 

dziedzictwa Konstansa, mieniąc się opiekunem chłopca i głosząc, że zbyt on 

młody, by rządzić samodzielnie. Sprawa owych pretensji miała wkrótce 

okazać się bardzo groźna.

Konstancjusz utrzymał się przy swoim Wschodzie; w Europie władał, 

zgodnie z planem ojca, tylko Konstantynopolem oraz tak zwaną diecezją 

Tracji.

Nowy podział zupełnie nie uwzględniał reszty rodziny, to jest przyrodnich 

braci Konstantyna Wielkiego i ich synów. Zlekceważono więc całkowicie wolę

background image

zmarłego cesarza. Dlaczego? Fakt ten można wyjaśniać dwojako: albo 

wszystkich innych spadkobierców wymordowano już przed zjazdem, albo też

na zjazd ich nie zaproszono, a prawa ich w ostatecznych postanowieniach 

jawnie podeptano. Przyjmując tę ostatnią wersję można by przypuszczać, że 

wzgardzeni i pominięci członkowie dynastii zaczęli zgłaszać swe pretensje — 

i właśnie

background image

dlatego rozprawiono się z nimi przy pomocy żołnierskich mieczy.

#

 Tak więc zjazd panoński w niczym nie pomaga przy ustalaniu daty 

krwawych wydarzeń nad Bosforem. Mogły one poprzedzić spotkanie braci, 

mogły być jego bezpośrednim skutkiem, a mogły nawet rozgrywać się w 

trakcie obrad. Pierwsza z tych ewentualności wydaje się jednak szczególnie 

prawdopodobna, ona to bowiem najlepiej wyjaśnia i samą konieczność 

rychłego odbycia narady, i powstałe na niej różnice zdań. Chodziło zapewne 

o to, komu mają przypaść ziemie Dalmacjusza nad Dunajem i Hannibaliana 

we wschodniej Azji Mniejszej.

Było to pierwsze od lat spotkanie synów Konstantyna Wielkiego. Miało też

być ostatnim. Ci trzej za życia nigdy już nie stanęli obok siebie.

Natomiast bezpośrednio po zjeździe, a jeszcze nad Dunajem, po raz 

pierwszy pokłonił się Konstanc juszo- wi człowiek, który odtąd miał stale 

przypominać mu o swym istnieniu. Był nim Atanazjusz, biskup egipskiej 

Aleksandrii. Nie przyjechał on jednak tutaj znad Nilu; przybywał z dalekiej 

północnej krainy, w której znalazł się wbrew swej woli.

Sprawa Atanazjusza

Od końca roku 335 Atanazjusz, fanatyczny przeciwnik Ariusza i jego 

doktryny, przebywał na wygnaniu, i to w stronach bardzo odległych od swej 

ojczyzny, bo aż w Galii. Konstantyn Wielki wyznaczył mu na miejsce 

przymusowego pobytu Trewir nad Mozelą, ówczesną stolicę prowincji 

zaalpejskich. Jaka była przyczyna cesarskiej niełaski? Sam Atanazjusz 

uporczywie głosił, że intrygują przeciw niómu wrodzy biskupi orientacji 

background image

proariańskiej; wśród nich na czołowym miejscu wymieniał Euzebiusza z 

Nikomedii. Wszelako decyzja ce

background image

sarza miała swoje uzasadnienie i od strony kościelnej; opierała się 

mianowicie na uchwałach synodu w Tyrze, obwiniających Atanazjusza o 

wywołanie gorszących zajść w łonie chrześcijańskich gmin w Egipcie.

Pasterz Aleksandrii zawsze i stanowczo utrzymywał, że podstawą 

konfliktu pomiędzy nim a wielu biskupami Wschodu, zwłaszcza Syrii, są 

kwestie dogmatyczne. To on broni czystości wiary, nieustraszenie i jak 

źrenicy oka! To on stoi na straży właściwego rozumienia uchwał soboru 

nicejskiego! Tymczasem jego nieprzyjaciele hołdują błędnym poglądom 

Ariusza, są więc heretykami i bluźniercami. Cóż więc dziwnego — wołał — że

ci potępieńcy zwalczają niezłomnego obrońcę ortodoksji najbardziej 

niegodnymi sposobami?

Natomiast strona przeciwna widziała w Atanazjuszu przede wszystkim 

dumnego hierarchę. Zarzucała mu, że pragnie podporządkować sobie 

egipską społeczność chrześcijańską, prawdziwe zaś lub rzekome różnice w 

sprawach teologicznych wyzyskuje do oczerniania i niszczenia jednostek 

niezależnych, zarówno w Egipcie, jak i poza jego granicami, nie cofając się 

nawet przed użyciem brutalnej przemocy. Oskarżała go, że za nic ma 

postanowienia synodów i wynosi się ponad wszystkich biskupów, władając 

nad Nilem niby faraon sprzed wieków.

Gdy tylko Atanazjusz znalazł się w Trewirze, znaczna część jego 

aleksandryjskiej gminy zaczęła molestować cesarza, by raczył go odwołać. 

Wstawiał się za wygnań- cem nawet pustelnik Antoni, żyjący wśród skał 

Egiptu Górnego, już wówczas bardzo czczony jako mąż wielkiej 

świątobliwości. To poparcie, jakim cieszył się Atanazjusz w Egipcie, miało 

background image

swoje głębsze uzasadnienie. Dla ludności tamtejszej stanowił on widomy 

symbol odrębności kraju oraz oporu przeciw rzymskiej władzy; właśnie 

temu, a nie subtelnościom dogmatycznym zawdzięczał gorące przywiązanie 

szerokich mas.

background image

Pomimo licznych próśb Konstantyn Wielki pozostał niewzruszony. Nie 

odwołał Atanazjusza. Jego niechęć do wygnańca podsycali biskupi mniej lub

więcej jawnie sympatyzujący z Ariuszem, szczególnie zaś Euzebiusz z 

Nikomedii. Jedynym więc rezultatem wszelkich starań ze strony przyjaciół 

Atanazjusza było to, że cesarz nie wyznaczył następcy na opróżnioną przezeń

stolicę.

Konstantyn Wielki zmarł w dniu 22 maja roku 337. Wiadomość o tym 

mogła dotrzeć do Trewiru najwcześniej z początkiem czerwca. I oto już w 

dniu 17 czerwca rezydujący tam najstarszy syn nieżyjącego cesarza, 

Konstantyn II, wystosował do chrześcijan w Aleksandrii pismo następującej 

treści:

„Atanazjusza wysłano swego czasu do Galii tylko z tego powodu, że 

wrogowie zagrażali jego życiu; należało więc chronić świętą głowę przed 

niebezpieczeństwem. Gdy przebywał w naszym mieście, nie brakowało mu 

niczego. Mimo to ojciec mój, mając na uwadze Waszą pełną oddania 

pobożność, zamierzał przywrócić biskupa jego dawnej siedzibie; zmarł 

wszakże, zanim zdołał urzeczywistnić to, co już postanowił. Uważam więc za 

właściwe wypełnić wolę władcy świętej pamięci" 

7

.

Oba twierdzenia zawarte w owym piśmie są z całą oczywistością 

nieprawdziwe: i rzekomy powód zesłania Atanazjusza do Trewiru, i niby to 

już powzięta przez Konstantyna Wielkiego decyzja o odwołaniu wygnańca. 

Jakież to więc przyczyny sprawiły, że młody władca" wysłał tak dziwne 

pismo — w dodatku z takim pośpiechem?

background image

Nie ulega wątpliwości, że Atanazjusz pozyskał sobie przychylność pana 

Zachodu. Na pewno dużą rolę odegrał przy tym biskup Trewiru Maksymin. 

W przeciwieństwie bowiem do Wschodu, gdzie wśród kapłanów przeważali 

ludzie orientacji ariańskiej, biskupi za

background image

chodni niemal bez wyjątku opowiadali się za jak najściślejszym rozumieniem

nicejskiego wyznania wiary. Wynikało to w znacznej mierze z tej 

okoliczności, że tutaj, z braku odpowiedniego przygotowania filozoficznego, 

nie miano rozeznania w subtelnościach dociekań i sformułowań 

teologicznych; ba, nawet słownictwo łacińskie było zbyt ubogie i nie potrafiło

wyrazić wszystkich odcieni greckiej terminologii. Poprzestawano więc na 

wiernym powtarzaniu prawd przyjętych, unikając roztrząsania kwestii 

drażliwych.

Tak więc można śmiało założyć, że w płaszczyźnie religijnej Konstantyn II,

w przeciwieństwie do swego ojca, sprzyjał Atanazjuszowi. Były wszakże 

jeszcze inne motywy jego decyzji, natury politycznej. Zwraca mianowicie 

uwagę, że w tym samym czasie Konstantyn II uwolnił także kilku innych 

biskupów wschodnich, wygnanych do różnych prowincji. Znalazł się wśród 

nich Paweł, biskup Konstantynopola, wysiedlony do krainy Pont w Azji 

Mniejszej. Cel tej łaskawości nowego władcy wydaje się przejrzysty: chodziło 

o przysporzenie kłopotów Konstancjuszówi. Łatwo • przecież było 

przewidzieć, ile zamieszania wywoła na Wschodzie powrót dostojników 

kościelnych — zwłaszcza że w niektórych wypadkach ich stolice były już 

zajęte przez rywali. Owe zaś zatargi i spory w tamtych stronach mogły służyć

dalszym zamierzeniom młodego Konstantyna, bardzo śmiałym i ambitnym, 

choć jeszcze przezornie skrywanym.

Powrót Atanazjusza

Atanazjusz wyruszył z Trewiru w powrotną drogę na wschód latem roku 

337, prawdopodobnie w orszaku młodego Konstantyna, spieszącego na 

background image

spotkanie z braćmi do Panonii. Po zakończeniu zjazdu biskup musiał 

pożegnać się ze swym dotychczasowym opiekunem;

background image

otrzymawszy odeń odpowiednie rekomendacje, przeszedł do otoczenia 

Konstancjusza, któremu odtąd miał podlegać. Ponieważ pan Wschodu 

pragnął jak najrychlej znaleźć się w swych prowincjach, obaj mogli po-

dróżować wspólnie.

Zaraz na początku drogi Atanazjusz uzyskał audiencję u cesarza. Stało 

się to w mieście Wiminacjum, położonym jeszcze nad Dunajem, lecz już w 

granicach innej prowincji, a mianowicie Mezji Górnej; dziś miejscowość ta 

zwie się Kostolac, leży na ziemiach Jugosławii, niedaleko od Belgradu. Tam 

właśnie spotkali się wtedy twarzą w twarz — chyba po raz pierwszy w swym 

życiu — dwaj możni ludzie: władca części Imperium i wysoki dostojnik 

Kościoła. Mieli już wkrótce rozpocząć nieustępliwą walkę pomiędzy sobą i 

toczyć ją aż do śmierci jednego z nich, a w pewnym sensie nawet dłużej. W 

Wiminacjum obaj przyjęli, jak łatwo odgadnąć, postawy wyczekujące. Byli 

dobrymi politykami, nie uważali więc za właściwe objawiać w sposób zbyt 

gwałtowny swej niechęci i podejrzliwości. Pewne jest wszakże,' iż 

Konstancjusz bez entuzjazmu witał biskupa, który sporo trosk przysporzył 

zmarłemu cesarzowi i o którym wiele złego słyszał od swych doradców. 

Atanazjusz zaś ze swej strony nie mógł prawdziwie szczerze chylić głowy 

przed człowiekiem pozostającym pod przemożnym wpływem Euzebiusza z 

Nikomedii, poplecznika arian.

Od Wiminacjum Atanazjusz wiernie towarzyszył dworowi Konstancjusza, 

szybko zmierzającemu ku wschodnim granicom. Czynił to być może 

dobrowolnie, jako że w cesarskim orszaku podróżowało się łatwiej i 

bezpieczniej. Ale nie jest też wykluczone, że sam Konstancjusz wyraził 

background image

życzenie, aby biskup na razie pozostał u jego boku. Kto wie, czy cesarz nie 

pragnął zyskać na czasie, aby rozważyć, jak postąpić z niedawnym 

wygnańcem. Pozwolić mu na powrót do Alek

background image

sandrii? To może doprowadzić do rozpętania się tam walk pomiędzy jego 

zwolennikami i wrogami. Zatrzymać przy sobie? Przenieść gdzie indziej? To 

groziłoby konfliktem z Konstantynem II.

W każdym razie zastanawia fakt, że Atanazjusz nie udał się do Egiptu 

drogą najkrótszą, to jest morską, lecz wraz z dworem zawędrował aż do 

Kapadocji, czyli na wschodnie ziemie Azji Mniejszej. A może Atanazjusz obrał

tak okrężny szlak powrotny umyślnie w tym celu, aby pomóc biskupom-

współwygnańcom w objęciu ich dawnych stolic? Istnieją przypuszczenia, że 

wspierał Pawła, powracającego do Konstantynopola, oraz Marcellusa z 

Ancyry.

W głównym mieście Kapadocji, w Cezarei, Atanazjusz po raz drugi 

dostąpił zaszczytu audiencji u cesarza. Był to już początek listopada roku 

337. Dopiero po tym posłuchaniu biskup wyjechał do Egiptu przez ziemie 

Syrii i Palestyny. W czasie rozmowy władca niewątpliwie przestrzegał 

hierarchę, znanego z uporu i samodzielności, aby po swym powrocie nie 

występował przeciw niechętnym mu osobom, to bowiem mogłoby wywołać 

groźne zamieszki o nieobliczalnych następstwach.

Do Aleksandrii Atanazjusz wjechał już pod koniec listopada. Tłumy 

zwolenników witały go jak zwycięzcę, nie bez pewnej racji uznając jego 

przybycie za triumf Egipcjan. Natomiast przeciwnicy Atanazjusza, a było ich 

sporo, jakby przycichli; pilnie jednak zważali, czy nie uczyni on jakiegoś 

fałszywego gestu lub nie wypowie zbyt śmiałego słowa.

Sprawy Wschodu

background image

Spiesząc natychmiast po rozmowach z braćmi ku wschodnim granicom 

państwa, Konstancjusz czynił jak

background image

człowiek, który pragnie ugasić pożar już liżący ścianę jego domu. Sytuacja 

nad Eufratem przedstawiała się rzeczywiście źle. Najwyraziściej odmalowują 

ją słowa pewnej mowy pochwalnej ku czci Konstancjusza. Pane- giryk ten 

powstał wprawdzie niemal dwadzieścia lat później, bo w roku 356, lecz tamte

dni grozy pamiętano wciąż i żywo. Należy też od razu zaznaczyć, że autorem 

mowy był Julian; ten sam, który jako kilkuletni chłopiec uratował się z rzezi 

wraz ze swym starszym bratem przyrodnim, Gallusem. Oto jego słowa:

„Ustanowiono Cię panem trzeciej części Imperium, wydawało się wszakże,

iż siły Twoje w żaden sposób nie sprostają potrzebom wojny. Brakowało 

broni i żołnierzy. Odczuwało się dotkliwy niedostatek wszelkiego 

zaopatrzenia; a przecież właśnie w obliczu takiego niebezpieczeństwa winno 

ono napływać nieprzerwanie! Zresztą nawet Twoi bracia nie ułatwiali Ci 

prowadzenia działań. Trudno określić, z jakiej przyczyny przyjęli postawę 

bierną, skoro przecież nawet bardzo bezczelny i zawistny oszczerca musiałby

przyznać, że zawarcie porozumienia w Panonii było w głównej mierze Twoją 

zasługą.

Wojna więc zapowiadała się niezwykle groźnie. A tymczasem w armii 

trwały i szerzyły się zamieszki, wywołane zmianą rządów. Żołnierze wielkim 

głosem dawali wyraz swemu przywiązaniu do zmarłego władcy, wołając 

zarazem, że panować powinniście tylko Wy, jego synowie.

Zewsząd wyłaniało się mnóstwo spraw niezwykłych i trudnych, jeszcze 

bardziej zaciemniając i tak ponury horyzont. Wśród Armeńczyków, naszych 

dawnych sprzymierzeńców, doszło do otwartego rozłamu; część z nich, i to 

niemała, opowiedziała się za Persami. Sąsiadujący z Syrią Arabowie 

background image

niepokoili pogranicza łupieżczymi napadami. Jedyny ratunek w ówczesnej 

sytuacji mogło stanowić tylko osobiste Twoje kierownictwo; ale

background image

właśnie to do pewnego momentu nie było wykonalne z powodu rozmów z 

braćmi w Panonii.

Zaledwie nakłoniłeś tamtych do układa, zawartego ostatecznie w 

najlepszej zgodzie, a już sposobna chwila nakazała Ci zająć się 

niebezpieczeństwem u granic. Nie sposób słowem wyrazić, jak chyżo 

spieszyłeś z Panonii do Syrii. Tylko świadkowie mogli to ocenić. A któż 

zdołałby opisać w pełni, w jaki sposób Twoje przybycie natychmiast 

odmieniło i polepszyło całą sytuację? Nie tylko uwolniliśmy się" od ciążącej 

nad nami grozy, lecz zaświtała nadzieja dobrej przyszłości. Wystarczała 

wiadomość, że się zbliżasz, aby w obozach wojskowych ustawały rozruchy i 

powracała dyscyplina. Ci z Armeńczyków, którzy przystąpili do wroga, wnet 

dokonali zwrotu ku nam" 

8

.

W istocie jednak — mimo tych pięknych twierdzeń — powrót 

Konstancjusza nie uwolnił granic od perskiego niebezpieczeństwa. Wojna 

właściwie dopiero się zaczęła. Miała się toczyć, z krótkimi przerwami i ze 

zmiennym szczęściem, jeszcze przez lat trzynaście, to jest aż do roku 350. I 

przez całych tych trzynaście lat Konstancjusz trwał na spalonych słońcem 

półpu- stynnych równinach i pogórzach Mezopotamii; tylko zimy spędzał w 

syryjskiej Antiochii.

Konstancjusz jako wódz

A więc pan Wschodu stał na najtrudniejszym posterunku; w tym okresie 

Imperium nigdzie nie musiało tak ciężko zmagać się z wrogiem 

zewnętrznym. Należy zaś przypomnieć raz jeszcze, że był to człowiek bardzo 

młody; w chwili śmierci ojca liczył zaledwie dwadzieścia lat. Co prawda już 

background image

jako chłopiec zetknął się bezpośrednio ze sprawami wojska i polityki. Miał co

najwyżej trzynaście lat, gdy ojciec wysłał go do Trewiru, dq

background image

Galii. Stamtąd czuwał nad zagrożoną przez Germanów granicą Renu. 

Oczywiście przydano mu wtedy do pomocy wypróbowanych urzędników i 

oficerów, formalnie wszakże on był odpowiedzialny za wszystko. Prze-

wodniczył obradom, brał udział w ćwiczeniach, manewrach i ekspedycjach, 

reprezentował majestat Imperium. Stanowiło to znakomitą szkołę władania i 

dawało wiele doświadczeń.

Ale już w roku 333 musiał z woli ojca porzucić Galię. Otrzymał rozkaz 

przeniesienia się na Wschód. Stanął na straży granicy syryjskiej. Widocznie 

jego umiejętności wojskowe zyskały wysoką ocenę, skoro właśnie jemu, a nie

bratu starszemu, powierzono zadanie wówczas najbardziej odpowiedzialne.

I rzeczywiście, Konstancjusz był dobrym żołnierzem. Także fizycznie. 

Wzrostu raczej niskiego, silny jednak i wytrzymały, prawie nigdy nie 

chorował. Prowadził niemal spartański tryb życia, zachowując daleko po-

suniętą wstrzemięźliwość w jedzeniu i piciu, a bardzo umiarkowanie 

korzystając nawet z uciech łoża. Schludny, zawsze gładko wygolony, 

okazywał wszakże dużą dbałość o swe ciemne, miękkie włosy, starannie je 

fryzując. Z zamiłowaniem wprawiał się we władaniu bronią; osiągał 

znakomite wyniki w strzelaniu z łuku, doskonale też jeździł konno. Niektórzy

co prawda dodawali złośliwie, że przy celebrowaniu bardzo mu pomagają 

lekko wytrzeszczone oczy, przy jeździe zaś budowa ciała, a zwłaszcza nóg — 

krótkich i nieco krzywych.

Jednakże Konstancjusz otrzymał też, podobnie jak pozostali bracia, 

staranne wykształcenie w naukach tak zwanych wyzwolonych, czyli 

humanistycznych; o dobór nauczycieli dbał osobiście sam ojciec. Za królową

background image

umiejętności uchodziła wtedy retoryka, czyli sztuka kraso- mówstwa. 

Doprowadzono ją do swoistej wirtuozerii; z jednej strony opracowano ścisłe 

kanony i schematy

background image

oracji różnego typu, z drugiej zaś silono się na błyskotliwość stylu, 

wyszukane słownictwo, aluzje do klasycznej literatury. Zapewne, dziś trudno

nam pojąć, że całe pokolenia i wieki darzyły twory tak sztuczne tak 

ogromnym, szczerym podziwem. Rzesze najzdolniejszych, młodych ludzi 

poświęcały właśnie studiom retoryki wiele lat życia, odbywając prawdziwe 

pielgrzymki do szkół sławnych mistrzów. Ale każda epoka ma swoją 

umiłowaną, snobistyczną dyscyplinę. Kto wie, jak nasi potomni oceniać będą

płody krytyków literackich i eseistów, tak modne obecnie i wychwalane. Kto 

wie, czy nie powiedzą, że traktaty te są równie nienaturalne, zimne, 

powierzchowne i wręcz nieczytelne, jak mowy antycznych retorów. A jak się 

będą zapatrywali na uczone wywody niektórych socjologów? Tych, co to 

odkrywają prawdy najoczywistsze i referują je z napuszoną miną, żargonem 

zabawnie udziwnionym?

Wracajmy jednak do Konstancjusza. Mistrzowie i adepci ówczesnego 

krasomówstwa z wyższością patrzyli na wszystkich, którzy nie opanowali ich

kunsztu, a więc nie potrafili samodzielnie układać popisowych deklamacji. 

Właśnie dlatego i z tych kół padały pod adresem Konstancjusza zarzuty, że 

jest niedokształco- ny. Ale z drugiej strony nawet niechętni mu przyznawali, 

że ma dość szerokie zainteresowania i wykazuje zrozumienie dla spraw 

nauki; wiadomo z całą pewnością, że retorów popierał. Podobno układał 

nawet wiersze; jak wolno się domyślać, niezbyt udane. A z żołnierzami umiał

się porozumieć — chyba dlatego, że nie przemawiał po szkolarsku.

Młody cesarz odznaczał się dużymi talentami organizacyjnymi. Okazał je 

w pełni w momencie najkrytycz- niejszym dla państwa; wtedy, gdy po 

background image

śmierci ojca i po ugodzie z braćmi powrócił pod koniec roku 337 na granicę 

wschodnią, atakowaną i najeżdżaną z zewnątrz, osłabioną zaś od wewnątrz 

rewoltą wojsk oraz inercją

background image

administracji. Natychmiast przystąpił do zbrojeń. Energicznie przezwyciężał 

opieszałość służb zaopatrzenia. Rekrutował i formował nowe zastępy wojsk. 

Osobiście nadzorował ich szkolenie bojowe. Wystawił oddziały jazdy, 

uzbrojeniem i sposobem walki wzorowane na perskich, a więc szczególnie 

przydatne w tej wojnie. Jeźdźcy ci — po łacinie zwano ich „catafracti" i „cli- 

banarii", czyli pancerni — mieli hełmy, tarcze, pancerze i nagolenniki, ale 

prócz tego byli odziani od stóp do głów w przylegającą do ciała zbroję z łusek

stalowych, elastyczną i umożliwiającą swobodę ruchu, a dobrze chroniącą 

przed zranieniem; dosiadali koni pokrytych kapami naszywanymi stalą. 

Formacje owej jazdy występowały w armii rzymskiej już znacznie wcześniej, 

ale dopiero od czasów Konstancjusza, jak się zdaje, zaczęto posługiwać się 

nimi śmielej i bardziej masowo; to one torowały drogę średniowiecznym bro-

niom i taktykom wojennym, choć wówczas oczywiście nikt nie zdawał sobie z

tego sprawy.

Tę gorączkową działalność Konstancjusz rozwijał nie w warunkach pokoju, 

lecz równocześnie i nieustannie zmagając się z Persami. Przybył w samą 

porę, aby uwolnić od oblężenia miasto Nizibis w Mezopotamii; usiłował je 

zdobyć osobiście król Sapor II. Persowie, zagrożeni przez Rzymian, wycofali 

się za Tygrys, có z kolei pozwoliło uregulować sprawy Armenii. Lecz przerwa 

w działaniach wojennych była krótka, zaledwie kilkumiesięczna. Potem walki

toczyły się stale. To Persowie wpadali do rzymskich prowincji, to znowu 

Rzymianie przekraczali granicę i pustoszyli krainy podległe królowi królów.

We wszystkich tych kampaniach Konstancjusz unikał większych bitew w 

otwartym polu. Pochlebcy twierdzili, że jest to przejaw chwalebnej 

background image

przezorności, ale chyba rację mieli ci, którzy w owym zwłóczeniu i 

kunktatorstwie upatrywali główną wadę wodza. Nie

background image

brakowało mu natomiast osobistej odwagi. W razie potrzeby walczył, cierpiał

głód i niewygody jak każdy prosty żołnierz. Jeszcze w wiele lat później w 

rzymskich obozach na wschodzie starzy oficerowie wspominali o takim 

wydarzeniu:

Po pewnej niezbyt szczęsnej utarczce wojska rzymskie rozproszyły się po 

pustkowiach ziem przygranicznych. Sam Konstancjusz, opuszczony prawie 

przez wszystkich, schronił się wraz z kilku towarzyszami w nie umocnionej 

wiosce. Nie mieli nic do jedzenia i żadnej żywności nie mogli tam znaleźć; 

wreszcie jakaś babina dała im z litości skibkę chleba, a cesarz i jego ludzie 

dzielili się nią prawdziwie po bratersku.

Konstancjusz jako władca

I Rzecz znamienna: jakkolwiek Konstancjusz od lat najmłodszych związany 

był z armią i z konieczności wciąż prowadził wojny, utrzymywał swe wojska 

w surowej dyscyplinie. Nie obsypywał ich nadmiarem przywilejów, jak to 

zdarzało się za wielu poprzednich cesarzy, zwłaszcza za Konstantyna 

Wielkiego. Nie pozwalał również, by oficerowie jakiegokolwiek szczebla 

mieszali się do spraw administracji cywilnej. Ammian Marcelli- nus, który 

rozpoczął służbę wojskową właśnie za Konstancjusza, powiada w swej 

Historii:

„Nie podsycał on rogatej pychy żołnierskiej. Za jego panowania żaden 

wysoki dowódca, dux, nie otrzymał tytułu «mąż najświetniejszy» («vir 

clarissimus»). Jak sam pamiętam, przysługiwał im wówczas tylko tytuł 

«mężów najdoskonalszych» («viri perfectissimi»). Gdy nowy naczelńik jazdy 

przybywał do którejś z prowincji, jej namiestnik nie musiał wyjeżdżać mu 

background image

naprzeciw, oficerowi zaś nie było wolno wglądać w sprawy cywilne. Wszyscy 

dowódcy wojskowi i urzędnicy cywilni pa-

background image

trzyli z szacunkiem, jak nakazywał dawny obyczaj, ku prefektom pretorium, 

oni to byli koroną wszelkich godności". •Następnie zaś dodaje: „Rzadkie to 

były wypadki, że ktoś przechodził z wojskowości do administracji cywilnej. I 

odwrotnie, stanowiska dowódców w armii powierzano tylko ludziom za-

hartowanym w trudach wojennych".

Cesarz oceniał zasługi swych podwładnych aż z nadmierną 

skrupulatnością, toteż godności dworskie nadawał tylko po przeprowadzeniu

bardzo gruntownej oce- - ny kandydata. Nie zdarzało się nigdy, aby ktoś 

niespodziewany lub człowiek z zewnątrz osiągał wysoki urząd;.. dochodząc 

po dziesięcioletniej służbie do wyższych! stanowisk administracyjnych lub 

skarbowych, było się już kimś w pełni znanym.

Poważnie traktując swe obowiązki oraz majestat władcy, Konstancjusz aż 

przesadnie dbał o to, by prezentować się jak najgodniej w czasie audiencji 

lub uroczystych wjazdów do miast. Siedział nieporuszony, patrząc wprost 

przed siebie i nie obracając głowy ni w prawo, ni w lewo — jak martwy 

posąg. Nigdy nie pozwalał sobie w obliczu ludzi na potarcie nosa, a nawet na

ruch ręką, nie mówiąc już o splunięciu. Nigdy też nie wyrażał zgody, by 

ktokolwiek z dostojników lub z członków rodziny zajął przy nim miejsce w 

powozie.

Właśnie z owym osobistym kultem cesarskiego majestatu wiązały się 

najgorsze wady Konstancjusza jako władcy: uraźliwość, podejrzliwość i 

mściwość we wszystkich wypadkach i sprawach, które, w jego mniemaniu, 

zagrażały bezpieczeństwu lub powadze majestatu. Wobec osób podejrzanych 

background image

o udział w spiskach lub choćby tylko o brak szacunku srożył się bez miary. 

Kazał torturować i wydawać wyroki jak najsurowsze — nawet jeśli wina była 

dość wątpliwa. Nie brakło zaś

background image

w jego otoczeniu ludzi podsycających te skłonności; ci tanimi pochlebstwami

łatwo zyskiwali sobie posłuch, przychylność, nagrody; szczególnie złą sławą 

cieszyli się liczni w pałacu eunuchowie.

I jeszcze pewna sprawa charakterystyczna. Konstancjusz w zasadzie 

prawie niczego nie zmienił w systemie administracji państwowej 

odziedziczonym po ojcu — z jednym wszakże wyjątkiem. Oto bardzo 

wydatnie rozbudował stanowiska i rozszerzył kompetencje funkcjonariuszy 

nadzoru i kontroli. Zwali się oni „agentes in rebus", czyli dosłownie 

„działający w sprawach"; stanowili rodzaj policji politycznej. Od czasów Kon-

stancjusza spotyka się ich we wszystkich wyższych urzędach; im też w 

praktyce podlegała poczta państwowa, najważniejszy wtedy środek 

łączności.

To wszystko mając na uwadze, niechętny Konstan- cjuszowi Ammian 

Marcellinus porównuje go do najgorszych władców przeszłości, posuwając 

się nawet do twierdzenia: „W swej nieluazkości przewyższył Kali- gulę i 

Domicjana" 

9

.

Dzieło i świat Ammiana

W rozdziale poprzednim po raz pierwszy powołaliśmy na świadka 

historyka, którego imię i zdanie jeszcze nieraz pojawi się na kartach tej 

książki, zwłaszcza w dalszych jej częściach. Twórca to niezwykły, a jako 

artysta, - oddający nastrój tamtej epoki, może nawet genialny. Tak sądzi 

wielu znawców literatury. Oto na przykład opinia Ericha Auerbacha, jednego

z czołowych przedstawicieli nowoczesnej teorii i krytyki dzieła pisarskiego:

background image

„Ammian dysponuje niezwykłą i bardzo zmysłową siłą wyrazu; gdyby jego

łacina nie była tak trudna do zrozumienia i tak nieprzekładalna, okazałby 

się, być

background image

może, jednym z najwybitniejszych pisarzy w literaturze antycznej".

Cytat ten pochodzi z książki Mimesis, omawiającej zagadnienia realizmu 

w literaturze Zachodu — od czasów najdawniejszych, bo Homerowych, aż po 

twórczość nowożytną. Rozdział poświęcony Ammianowi jest stosunkowo 

krótki, lecz zawarte w nim uwagi należą do najwnikliwszych, a także 

najbardziej sugestywnych, jakie kiedykolwiek wypowiedziano o tym 

historyku. Nim jednak przytoczymy niektóre z nich, zapoznajmy się z 

podstawowymi informacjami o życiu i dziele Ammiana.

Urodził się około roku 330 w Antiochii syryjskiej;: był więc zapewne 

rówieśnikiem Juliaiia, w każdym zaś razie człowiekiem jego pokolenia. 

Pochodził z rodziny zamożnej i wpływowej. W domu rodzinnym mówiono po 

grecku; łaciny musiał dopiero się uczyć. Elementy języka Rzymian poznał 

chyba już dzięki nauczycielom w szkole; potem ugruntował jego znajomość i 

rozszerzył służąc w armii, a jeszcze później — mieszkając w samym Rzymie. 

Wstąpił do wojska, gdy liczył lat około dwudziestu; z racji swego wysokiego 

stanu otrzymał od razu stopień oficerski. Nad wielkim dziełem historycznym 

zaczął pracować chyba w Rzymie, a zatem już jako dojrzały, starszy 

mężczyzna. Pisał po łacinie; co więcej, pragnął stać się kontynuatorem 

najwybitniejszego historyka Rzymu cesarskiego, Tacyta. Ponieważ zaś 

kończy on na roku 96, rozpoczął relację właśnie od tego momentu 

dziejowego. Jednakże pierwszych trzynaście ksiąg Ammianowej Historii za-

ginęło, co oznacza, że dla nas zaczyna się ona dopiero od księgi XIV, 

przedstawiającej wypadki roku 353. W następnych księgach siedemnastu — 

background image

bo całość liczyła ich trzydzieści jeden — narracja doprowadzona została do 

roku 378.

Jak można by najogólniej scharakteryzować ton i ko

background image

loryt dzieła? Oto znowu słowa powołanego poprzednio historyka literatury:

„Świat Ammiana jest ponury: przepełnia go zabobon, żądza krwi, 

przemęczenie, śmiertelny strach, gesty okrutne i w jakiś magiczny sposób 

zastygłe w martwocie; jedyną przeciwwagę stwarza tu również ponura, 

patetyczna determinacja, z jaką wykonuje się coraz to trudniejsze i coraz 

bardziej beznadziejne zadanie: zadanie obrony Imperium, zagrożonego z 

Zewnątrz i rozpadającego się od środka".

I jeszcze gdzie indziej stwierdza tenże uczony:

„Świat Ammiana bardzo często wydaje się czymś na kształt krzywego 

zwierciadła normalnego otoczenia ludzkiego, w którym się poruszamy; 

bardzo często sprawia wrażenie jakiegoś złego snu. I to nie tylko dlatego, że 

rozgrywają się tu rzeczy straszne, takie jak zdrada, mord, tortury, podstępne

zasadzki i denuncjacje; tego rodzaju rzeczy dzieją się przecież nieledwie 

wszędzie i zawsze, a epoki, w których życie bywa bardziej znośne, nie 

zdarzają się nazbyt często. Tym/co szczególnie przygniata w świecie 

stworzonym przez Ammiana, jest raczej brak jakiejkolwiek przeciwwagi. 

Albowiem jeśli prawdą jest, że ludzie zdolni są do wszelkich okropności, to 

prawdą jest również, iż okropności te nieustannie wytwarzają 

przeciwdziałające im siły; i że w większości epok pełnych grozy ujawniały się 

także wielkie, żywotne moce ducha: miłość i poświęcenie, świadome 

bohaterstwo i natarczywe poszukiwanie możliwości szlachetniejszej 

egzystencji. Nic z tęgo nie pojawia się u Ammiana. Historiografia jego [...] nie 

wskazuje ha żadną szansę wyzwolenia, na nic, co mogłoby prowadzić w 

background image

lepszą przyszłość, nie prezentuje żadnej postaci ani akcji, którą orzeźwiałoby

jakieś swobodniejsze, bardziej ludzkie tchnienie" 

10

.

Skłonność Ammiana do stawiania mocnych, drastycznych akcentów 

uchwytna jest nawet w pozornie drobr

background image

nych i mało znaczących szczegółach; jak choćby ten dopiero co cytowany: 

jeśli porównuje nieludzkość Konstancjusza, to od razu podaje nazwiska 

najbardziej zniesławionych cesarzy — Kaliguli i Domicjana.

Konstancjusz jako chrześcijanin

Przytoczona wyżej opinia Ammiana Marcellina jest oczywiście mocno 

przejaskrawiona. Faktem wszakże było, że Konstancjusz często postępował 

bardzo bezwzględnie, małostkowo, okrutnie; czego sporo przykładów 

przewinie się na kartach tej książki.

A przecież — mógłby ktoś twierdzić — cesarz ten, już od dziecka 

wychowany w zasadach nowej religii, głoszącej miłość i wybaczenie, gorliwie 

tę wiarę wyznający i popierający (choć chrzest przyjął dopiero pod koniec 

życia, podobnie jak ojciec), winien by okazywać poddanym w

T

ięcej 

wyrozumiałości niż jego pogańscy poprzednicy.

Jednakże sąd taki byłby raczej naiwny. Realia polityki zawsze i wszędzie 

zmuszają władców do łamania lub obchodzenia najszczytniejszych zasad, 

nawet jeślj oni sami'prawdziwie w nie wierzą i nie są po prostu cynikami. O 

samousprawiedliwienie łatwo. Zdradza się własne ideały w konkretnym 

wypadku rzekomo tylko po to, aby ocalić, co w nich najistotniejsze; aby 

właśnie przez tę zdradę zapewnić im trwanie i ostateczne zwycięstwo. Tak na

przykład Konstancjusz, karzący z całą surowością prawdziwych, a jakże 

często tylko rzekomych wrogów swego majestatu, był ponad wszelką 

wątpliwość przeświadczony, iż postępuje słusznie, sprawiedliwie, w zgodzie 

ze swymi przekonaniami religijr nymi; musi przecież za wszelką cenę 

background image

utrzymać władzę nienaruszoną właśnie dlatego, że sprzyja ona nowej wierze 

i broni jej wzniosłych nauk przed reakcją pogańską.

background image

Kultowi dawnych bogów Konstancjusz był zdecydowanie nieprzyjazny, 

podobnie jak i jego bracia. Naj- jaskrawiej zadokumentował to w ustawie 

wydanej w roku 341:

„Niech zginie zabobon, niech ustanie szaleństwo ofiar! Kto bowiem 

ośmiela się składać ofiary, postępuje wbrew ustawom boskiego cesarza, 

naszego ojca, i wbrew niniejszemu rozkazowi Naszej Łagodności; winien więc

ponieść odpowiednią karę opartą na natychmiastowym wyroku".

Ustawa ta w praktyce nie była stosowana z całą surowością i 

konsekwencją, podobnie jak niemal martwą literą pozostały znacznie 

ostrzejsze postanowienia w tej materii braci Konstancjusza i jego samego z 

lat późniejszych. Wiele świątyń nadal otwierało swe podwoje, a na ołtarzach 

różnych bóstw jeszcze przez całe dziesięciolecia, gdzieniegdzie zaś nawet 

przez wieki, składano ofiary i dary. Wyznawcy bowiem starych kultów byli 

wciąż jeszcze bardzo liczni wśród wszystkich warstw społecznych i we 

wszystkich krainach Imperium.

W związku ze wzmianką o ustawodawstwie Konstancjusza należy 

przypomnieć, że w wielu jego edyktach i zarządzeniach spotyka się 

postanowienia wypływające, jak się powszechnie przyjmuje, przynajmniej 

pośrednio z ducha nowej moralności. Tak więc już w roku 338 cesarz polecił:

Osoby podejrzane o popełnienie przestępstw i przebywające w więzieniu 

muszą zostać przesłuchane w ciągu miesiąca; w przeciwnym wypadku do 

odpowiedzialności może być pociągnięty sam sędzia.

W dwa lata później zabronił przetrzymywania mężczyzn i kobiet w tych 

samych celach więziennych. A jeszcze w dwa lata p(5źniej zakazał, i to pod 

background image

karą śmierci, zawierania małżeństw lub życia w konkubinacie z bratanicami 

bądź siostrzenicami

11

.

Z tym wszystkim poglądy religijne Konstancjusza

background image

prezentowały się nieco dziwnie. Ammian Marcelli- nus — poganin 

wprawdzie, lecz nie wróg chrystianiz- mu — tak je charakteryzuje:

„Chrześcijańską religię, jasną i prostą, mieszał z przesądami godnymi 

starej baby" 

12

.

»

Wytyka mu dalej, że przez swoją krętą politykę w sprawach kościelnych 

doprowadził do licznych rozłamów w łonie nowego wyznania. Gromady 

kapłanów chrześcijańskich podróżowały we wszystkie strony zaprzęgami 

poczty państwowej, aby wziąć udział w synodach („w tak zwanych synodach"

— powiada Ammian); cesarz bowiem chciał kierować Kościołem według 

własnego uznania. A tymczasem, dodaje historyk złośliwie i obrazowo, tego 

tylko dokazał, że naderwał ścięgna poczty.

Lecz właściwym sternikiem polityki kościelnej Konstancjusza w 

pierwszych latach jego panowania był biskup Euzebiusz z Nikomedii, ów 

krewny matki Juliana; człowiek rzeczywiście wybitny.

Euzebiusz i Paweł

Dzięki poparciu ze strony Konstancjusza Euzebiusz mógł wkrótce opuścić

stolicę biskupią w Nikomedii i przenieść się na inną, zaszczytniejszą; został 

mianowicie pasterzem gminy chrześcijańskiej w Konstantynopolu. Stało się 

to może już pod koniec roku 338, najpóźniej zaś przed upływem roku 339.

Jeszcze przed kilkunastu laty byłaby to zamiana na gorsze. Nikomedia 

leżała u azjatyckich wybrzeży Pro- pontydy, zwanej dziś Morzem Marmara, w

głębi pięknej zatoki. Prawie osiemdziesiąt kilometrów od tego miasta na 

zachód, po europejskiej stronie cieśniny bos- forańskiej, znajdowało się 

background image

Bizancjum, bogate i znane, lecz nie wytrzymujące wtedy porównania z 

Nikomedią;

background image

ta bowiem, jako ulubiona rezydencja najpierw cesarza Dioklecjana, a potem 

Licyniusza, chlubiła się dziesiątkami okazałych budowli i liczyła znacznie 

więcej mieszkańców. Jednakże w roku 330 Bizancjum zmieniło nazwę na 

Konstantynopol; odtąd rozbudowywało się z imponującym rozmachem. 

Działo się to oczywiście dzięki ogromnym dotacjom z cesarskiego skarbca 

oraz licznym przywilejom, hojnie nadawanym nowej siedzibie. Bez żadnych 

skrupułów ściągano tu mnóstwo zabytkowych arcydzieł sztuki z miast Grecji

i Azji. Wprawdzie Rzym nad Tybrem wciąż jeszcze był formalnie jedyną 

stolicą Imperium, ale nie ulegało wątpliwości, iż Rzym nowy, ten nad 

Bosforem, rychło dorówna dawnemu. Nikome- dia natomiast szybko 

ustępowała w cień, znajdowała się bowiem zbyt blisko powstającej 

metropolii. Euzebiusz zrozumiał w lot, jaki los pisany jest jego miastu, i zna-

lazł się tam, gdzie kładziono fundamenty czegoś prawdziwie wielkiego.

Jednakże tronu biskupiego w Konstantynopolu nie uzyskał tak łatwo. 

Najpierw trzeba było usunąć zeń Pawła, dotychczasowego pasterza; powrócił 

on z wygnania — o czym już mówiliśmy — dopiero pod koniec roku 337. Ale 

natychmiast po zjawieniu się Pawła doszło w łonie jego gminy do ostrych 

sporów; ich przyczyny były natury nie tyle teologicznej, ile czysto personalnej

— sprawy trudne dziś do uchwycenia i obiektywnej oceny, jako że 

współczesne świadectwa są ułamkowe, niejasne, stronnicze. W celu 

załagodzenia konfliktu zebrał się na rozkaz Konstancjusza synod biskupów z

miast sąsiednich; uchwalono na nim, że Pawła należy złożyć z urzędu, a na 

opróżnioną przezeń stolicę powołano właśnie Euzebiusza. Paweł znowu po-

szedł na wygnanie. Stronnictwo Atanazjusza zaczęło natychmiast głosić, że 

background image

padł on ofiarą oszczerstw i prześladowań ze strony arian; tym sposobem 

Paweł zyskał później miano męczennika, a nawet świętego.

background image

Nowy pasterz Konstantynopola przebywał w tym mieście rzadko i krótko. 

Pochłaniały go całkowicie sprawy wielkiej polityki kościelnej, nad tymi zaś 

mógł czuwać tylko u boku władcy; najchętniej więc rezydował w Antiochii 

syryjskiej. Tam też często zjeżdżali inni biskupi wschodni; w ten sposób w 

mieście nad Orontesem zaczął się konstytuować niemal permanentny synod.

Literatura, teatr, igrzyska

Zajęty synodami i polityką, przebywający to w Konstantynopolu, to w 

Antiochii, Euzebiusz z pewnością nie miał czasu, by osobiście opiekować się 

małym chłopcem, swym dalekim krewnym, który już w pierwszych 

miesiącach życia stracił matkę, a ostatnio także ojca.

Wkrótce po tragicznych wypadkach, które pozbawiły go wszystkich 

najbliższych krewnych i zabrały mu ojcowski majątek, Julian wyjechał z 

rozkazu Konstancjusza do Nikomedii, gdzie jeszcze pasterzem był Euzebiusz.

Potem zapewne przeniesiono chłopca z powrotem do Konstantynopola, kiedy

jego opiekun objął tam urząd kościelny. W rzeczywistości wszakże sprawami 

wychowania od samego początku zajmował się w obu miastach Mardoniusz, 

przed laty nauczyciel Bazyliny, wielbiciel poezji Homera i Hezjoda. Prowadził 

Juliana do szkoły zawsze jedną i tą samą drogą, stale go pouczając:

— Iluż to chłopców, twoich rówieśników, pcha się do teatrów! Byle tylko 

nie rozbudzili w tobie zamiłowania do tego rodzaju widowisk! Interesują cię 

wyścigi rydwanów? Znajdziesz je u Homera, przedstawione w sposób 

znakomity. Weź księgi tego poety i przeczytaj je w całości! Przysłuchujesz się 

często rozmowom o tańcach pantomimów? Machnij na to ręką! Mali

background image

chłopcy u Feaków tańczyli w sposób godnie jszy mężczyzn. Kitarodą był tam 

Femios, a Demodok pieśniarzem. Homer mówi też o drzewach. I to jak mówi!

O ileż piękniejsze są jego opisy od widoku samych drzew. Na przykład lesista

wyspa nimfy Kalipso. A groty Kirki, a ogród Alkinoosa! Wierz mi chłopcze, 

rzeczywistość nigdy nie dorówna urokowi poetyckich opisów

 Niektórzy przypuszczają, że Mardoniusz mówiąc o wi

doku drzew miał na myśli nie naturę, lecz obrazy malarskie; od nich to 

wyżej stawiał rzecz poetycką. W każdym razie naprawdę istniało dlań jedynie

to, co dawni mistrzowie ujęli w doskonały kształt słowny. Bo właśnie słowo 

stanowiło dla tego fanatyka literatury rzeczywistość prawdziwą i ostateczną; 

zupełnie jak w świecie platońskim, gdzie wieczne i niezmienne ł są tylko 

idee, promieniujące pięknem najwyższym, a przedmioty stanowią tylko słabe

odbicie ich nieśmiertelnego blasku. Ta święta wiara filologa działała na 

umysł dziecka dzięki swej autentyczności. Ziarno 1 padło na grunt podatny, 

choć z początku chyba nie obyło się bez prób oporu ze strony chłopca; 

wynika | to z samej treści Mąrdoniuszowych napomnień. 

Miłość do starej 

literatury oczywiście nie oznaczała

jeszcze, że zrywa się z chrześcijaństwem. Dawno już minęły czasy, kiedy to 

bezkompromisowi i fanatyczni wyznawcy nowej religii z pogardą, a nawet z 

nienawiścią odnosili się do dzieł kultury klasycznej, wołając, że odwodzą one

myśli i serca Qd tego, co jedynie ważne: od oczekiwania na przyjście Pana.

Mardoniusz był zapewne także chrześcijaninem. W każdym razie chłopiec

czytywał nie tylko wielkich poetów sprzed wieków, lecz także święte pisma 

background image

nowej wiary; później dobrze się w nich orientował. Nad tą stroną jego 

wychowania czuwał, jak wolno się domyślać, któryś z kapłanów Euzebiusza.

background image

Od swego umiłowanego wychowawcy Julian przejął też odrazę do 

tłumnych widowisk publicznych. W wiele lat potem tak o tym pisał:

„Mój pedagog nauczył mnie

f

 bym szedł do szkoły patrząc tylko w ziemię. 

Przedstawienie w teatrze zobaczyłem po raz pierwszy, gdym miał dłuższą 

brodę niż włosy na głowie. Zresztą i wtedy nigdy nie chodziłem do teatru z 

własnej i nieprzymuszonej chęci, lecz tylko zadość czyniąc woli władcy — 

wszystkiego trzy lub cztery razy" 

14

.

Jak zaś trudno było oprzeć się powszechnej wówczas pasji do widowisk, 

znakomicie pokazuje opowiadanie świętego Augustyna o przygodzie, która 

spotkała jego przyjaciela Alipiusza. Rzecz rozegrała się około roku 380. 

Alipiusz przyjechał do Rzymu, aby studiować prawo i naprawdę oddawał się 

tylko nauce, ostentacyjnie zaś stronił od igrzysk i zaciekle na nie pomstował.

Lecz oto co się zdarzyło:

„Przypadkowo spotkali go na ulicy wracający z obiadu przyjaciele i 

koledzy. Zaczęli ciągnąć go siłą do amfiteatru, choć się sprzeciwiał i opierał, 

wołając:

— Możecie zaprowadzić tam i postawić moje ciało, ale nie przymusicie 

mojego ducha i oczu, by oglądały widowisko! Będę tam, owszem, ale 

nieobecny! Okażę swoją wyższość i nad wami, i nad igrzyskiem!

Wysłuchali go, lecz nie puścili. Może właśnie dlatego, że chcieli 

wypróbować, czy istotnie tak się stanie? Gdy przyszli i zajęli miejsca, 

wszystko już tam wrzało ową rozkoszą nieludzką, Alipiusz zamknął oczy i 

przykazał duchowi, by nie zwracał uwagi na bezmiar zła. Oby i uszy był 

zatkał! W pewnym bowiem momencie walki uderzył weń potężny krzyk 

background image

publiczności. Zdjęty ciekawością i jakby pragnąc wzgardzić i przezwyciężyć 

także wzrokiem to, co stało się przyczyną okrzyku, oczy otworzył. Lecz 

cięższą odniósł ranę na duchu niż ten, którego chciał zobaczyć, na ciele! 

Runął żałośniej niż

background image

ten, czyj upadek wywołał ów krzyk, który wszedł przez jego uszy i otworzył 

mu oczy! Gdy zobaczył krew, zachłysnął się okrucieństwem. Już się nie 

odwrócił, wzrok trzymał utkwiony. Nieświadomie wchłaniał obłęd. Zachwycał

się zbrodniczą walką i upajał się rozkoszą okrucieństwa. Nie był już takim, 

jakim tu przyszedł. Stał się jednym z tłumu, do którego dołączył i praw-

dziwym towarzyszem tych, którzy go przywiedli. Patrzył, krzyczał, płonął!" 

15

Ogród pod Nikomedią

Pod jednym wszakże względem Julian oparł się — na swoje szczęście! — 

naukom mistrza Mardoniusza: nigdy nie uwierzył, by nawet najdoskonalszy 

opis literacki mógł dorównać urokom natury, nie mówiąc już o ich 

przewyższeniu. Był zawsze wrażliwy na piękno krajobrazu. Dowodzi tego 

choćby list, pisany już w latach późniejszych, ale nawiązujący do wspomnień

z lat chłopięcych, spędzanych właśnie w Nikomedii i w jej okolicach. 

Adresatem listu jest retor Euagrios. Oto wyjątki:

„Daję Ci w podarunku niewielki zespół czterech pól w Bitynii, ofiarowany 

mi niegdyś przez babkę. Rozporządzaj nim swobodnie. Jest -on tak mały, że 

nikogo nazbyt nie wspomoże i nie uczyni bogatym. Nie brak mu wszakże 

pewnych miłych zalet, a o każdej z nich chciałbym coś Ci powiedzieć.

Mająteczek oddalony jest od morza mniej więcej o dwadzieścia stadiów 

[niecałe cztery kilometry]. Żaden więc przekupień lub żeglarz nie zakłóci 

spokoju swoją gadatliwością i natręctwem. Z drugiej strony miejsce to nie 

jest pozbawione darów Nereusa. O rybę tu łatwo, świeżą i jeszcze drgającą. A

gdy z domu wyjdziesz i staniesz na jednym ze wzgórz, obejmiesz wzro

background image

kiem Propontydę, wysepki, a nawet miasto nazwane od szlachetnego władcy.

Nie będziesz zaś stąpał po algach i porostach, nie będą Cię drażniły wstrętne

i nie dające się określić brudy, które zwykle wyrzuca morze na piaski 

wybrzeża. Droga wiedzie wśród powoju, wśród tymianku i ziół wonnych. Kto 

tam odpoczywa i czyta książkę, ma wokół głęboką ciszę; a kiedy oczom daje 

wytchnienie, jak miło patrzeć na okręty i morze! Gdy byłem jeszcze małym 

chłopcem, właśnie takie letnisko wydawało mi się najmilsze. Są tam również 

źródła nie najgorsze, są rozkoszne miejsca do kąpieli, są ogrody i drzewa. 

Kiedy dorosłem, tęskniłem za minionymi wczasami i powracałem do nich 

niejednokrotnie; spotkania zawsze przynosiły mi jakąś korzyść duchową".

Obraz pełen uroku, barw i ciepła, a zarazem niemal symboliczny. Chłopiec 

leży na wzgórzu nadmorskim, wśród odurzająco pachnących ziół i kwiecia. 

Czyta wiersze Homera lub dialogi Platona; od czasu jdo czasu podnosi oczy i 

patrzy na niebieskie wody zatoki, na rozsiane po niej wysepki skał i zieleni 

— czy któraś z nich nie mogłaby być wyspą nimfy Kalipso? — na cicho 

sunące okręty i łodzie rybackie; gdzieś bardzo daleko bieleją domy 

Konstantynopola, rodzinnego miasta, gdzie groby ojca i matki. A oto dalszy 

ciąg listu Julianowego: „Znajduje się tam także mała pamiątka mojej pracy 

na roli. Jest to niewielka winnica, dająca wino pachnące i słodkie, nie 

potrzebujące żadnych dodatków; grona bowiem pachną różami już na łozie i 

w tłoczni. Jeśli wierzyć Homerowi, moszcz w glinianych dzbanach jest 

esencją nektaru.

background image

Zapytasz, dlaczego nie ma tam więcej łóz winnych, dlaczego tak mały 

kawałek ziemi uprawjony? Widocznie nie byłem zbyt pracowitym rolnikiem. 

A może stało się tak dlatego, że pijąc wino zwykłem dolewać spo

background image

ro wody? Przygotowywałem zaś wino tylko dla siebie i dla swych przyjaciół, a

tych była garstka.

Obecnie, głowo umiłowana, przekazuję Ci ten dar — skromny, to prawda,

lecz przecież miły, bo przechodzi z rąk przyjacielskich do przyjaciela; czyli, 

jak powiada mądry poeta Pindar, z domu do domu.

List ten pisałem w pośpiechu, przy lampie. Jeśli popełniłem jakiś błąd, 

nie osądzaj go zbyt surowo!" 

18

.

Uprawą winorośli Julian zajmował się oczywiście już w późniejszych 

latach, nie za swym pierwszym pobytem w Nikomedii. Wtedy, będąc zbyt 

małym chłopcem, nie mógł nawet obserwować, jak źle się dzieje w innej 

winnicy. W winnicy Pańskiej.

Antiochia, Rzym, Aleksandria

Była już mowa o usunięciu biskupa Pawła z Konstantynopola. Wywołało 

to dużo zamieszania, w istocie jednak chodziło o wydarzenie niezbyt ważne w

porównaniu z tym, co wciąż się działo wokół osoby Atanazjusza. Właśnie 

sprawy Aleksandrii absorbowały w głównej mierze uwagę Euzebiusza i jego 

stronników, prawie stale przebywających w Antiochii.

Już z początkiem roku 338 wystosowali oni do wszystkich trzech 

władców Imperium pismo uskarżające się na postępowanie Atanazjusza po 

jego powrocie do Egiptu. W tymże piśmie przypomnieli również uchwały 

synodu w Tyrze, usuwające Atanazjusza z jego stolicy biskupiej; wysunęli 

nawet twierdzenie, że został on w ogóle wybrany w sposób nielegalny. 

Jednocześnie wyprawili z Antiochii do Rzymu trzech posłów, kapłanów: 

prezbitera i dwóch diakonów. Biskupem stolicy Imperium był od roku 337 

background image

Juliusz. Wysłannicy antiocheńscy zażądali od niego, by nie utrzymywał z 

Atanaz- juszem żadnych oficjalnych kontaktów, sprawami bo

background image

wiem gminy aleksandryjskiej zawiaduje, do chwili wybrania nowego jej 

pasterza, Pistos; był -on biskupem egipskiej Mareotis, znanym ze swych 

przekonań pro- ariańskich.

Zwracając się do zwierzchnika gminy rzymskiej Euzebiusz dowiódł, że 

jest politykiem zręcznym i dalekowzrocznym. Jak przecież powszechnie 

wiedziano, w czasie swego przymusowego pobytu na Zachodzie Atanazjusz 

nawiązał bliskie kontakty z wielu tamtejszymi biskupami; należało więc 

spodziewać się, że w swej obecnej sytuacji zechce prosić najwpływowszego z 

nich o poparcie — i właśnie tej szansy pragnął pozbawić go Euzebiusz.

Najgroźniej wszakże przedstawiała się dla Atanazjusza inna sprawa. Oto 

oskarżono go, że przywłaszczył sobie i sprzedał znaczne ilości zboża, które 

na mocy rozporządzenia zmarłego cesarza, Konstantyna Wielkiego, corocznie

dostarczano egipskim władzom kościelnym na cele dobroczynne. 

Konstancjusz potraktował oskarżenie poważnie i polecił rzecz rozpatrzyć.

Tymczasem Atanazjusz zwołał synod biskupów Egiptu. Zebrało się ich 

osiemdziesięciu. Oczywiście stanęli w obronie swego metropolity i 

zakwestionowali legalność uchwał synodu tyryjskiego. Rozesłali pisma do 

wszystkich stolic biskupich, a więc i do Rzymu. Tutaj wysłannicy egipscy 

spotkali się z antiocheńskimi. Doszło pomiędzy nimi do bardzo gwałtownych 

sporów, toteż Juliusz uznał, że najlepszym rozwiązaniem byłoby zor-

ganizowanie nowego synodu w sprawie Atanazjusza. W tym duchu napisał i 

do niego, i do Euzebiusza, nie proponując wszakże ani daty, ani też miejsca 

przyszłego zjazdu dostojników kościelnych. W każdym razie propozycja ta 

background image

oznaczała odrzucenie żądań Euzebiusza, by nie utrzymywać oficjalnych 

kontaktów z Atanazju- szem.

W swych energicznych staraniach o zajęcie silnej po

background image

zycji Atanazjusz nie ograniczył się tylko do zwołania synodu biskupów 

egipskich, do wysyłania pism i zabiegania o przychylność Zachodu. Zdobył 

się też na pomysł dobrze świadczący o jego umiejętności wyzyskiwania 

nastroju mas. Oto latem roku 338 zaprosił do Aleksandrii sławnego 

pustelnika Antoniego.

Kuszenie świętego Antoniego

Gdy na wezwanie Atanazjusza Antoni zjawił się w nadmorskiej metropolii,

był już starcem liczącym ponad osiemdziesiąt lat. Od przeszło pół wieku żył 

w odosobnieniu, w głębi Egiptu, wśród skał i pustkowi, ,lecz imię jego znano 

i wymawiano z czcią daleko poza granicami ojczyzny. Sławiono ascetyczne 

praktyki Antoniego, świątobliwość, cuda. Ale nade wszystko przydawały mu 

chwały przedziwne opowieści o tym, jafc; kusił go diabeł i jak napadały nań 

demony, przybierając postać bestii krwiożerczych, odrażających, plugawych; 

on jednak wychodził zwycięzcą z każdej zasadzki. W istocie były to prastare 

legendy i baśnie, które, odpowiednio przekształcone, miały obecnie służyć 

celom nowej religii.

Antoni przyszedł na świat w Egipcie Górnym, w zamożnej rodzinie 

chrześcijańskiej, niedługo po roku 250. Nosił imię rzymskie, Antonius, ale 

był rodowitym Egipcjaninem, nie umiejącym nawet- po grecku; toteż z 

Grekami, tak wówczas licznymi w tym kraju, porozumiewał się przez 

tłumaczy. Rodzice posyłali go do szkoły, lecz uczyć się nie chciał i do końca 

życia pozostał analfabetą. Od dziecka natomiast szukał samotności. Miał lat 

dwadzieścia, gdy ojciec i matka zmarli. Odtąc} sam prowadził gospodarkę i 

background image

opiekował się młodszą siostrą; to jednak wydawało mu się odejściem od 

prawdziwego celu życia.

background image

Toteż gdy po kilku miesiącach wchodząc do kościoła 1 usłyszał czytane tam 

słowa Ewangelii:

„Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj to, co po- - siadasz, i rozdaj 

ubogim, a będziesz miał skarb w nie- i biel"

— uznał je za wolę Boga. Swoją ziemię rozdzielił wśród sąsiadów, mienie 

zaś ruchome sprzedał i pienią- j dze rozdał żebrakom. Zabezpieczywszy byt 

siostrze ] osiadł na pustkowiu w pobliżu wioski. Umartwiał się, ś pobierał 

naukę religii u pewnego starca, rozpamiętywał ] wersety Pisma; umiał je na 

pamięć; wszelką inną wie-j dzą gardził.

Taki sposób życia nie był w ówczesnym Egipcie ; czymś wyjątkowym. Tu i

ówdzie już wcześniej pojawiał: ^ się anachoreci, żyjący tylko dla modlitwy i 

ascezy. J szanowani i wspierani przez współwyznawców. Niegdyś j czynili to 

ku czci bóstw, które obecnie otrzymały miano demonów złych i 

oszukańczych. Z drugiej zaś strony j wielki i chyba nawet decydujący był 

wpływ niektórych 1 kierunków filozofii greckiej, zwłaszcza pitagoreizmi; ; i 

cynizmu, wzywających do samoumartwiania się, ograniczania swych 

potrzeb, dobrowolnego ubóstwa, żyęisgj w czystości, porzucania spraw 

świata.

Ruch anachoretyzmu miał już wkrótce doprowadził do powstania 

pierwszych wspólnot mnisich oraz dc sformułowania zasad życia 

klasztornego. Wiadomo, jak ogromną rolę odegrały zgromadzenia zakonne w 

Europie średniowiecznej. Znaczenie zaś Antoniego dla zwy- J cięskiego 

pochodu owego ruchu polega na tym, że właś nie on rozwinął aż do 

krańcowości pewne cechy ascezy dzięki temu stał się już za życia postacią 

background image

legendarną opromienił pustelnictwo niezwykłym blaskiem, zdoby; uczniów i 

naśladowców.

Wnet bowiem po owym, by tak rzec, terminowanr pustelnictwa Antoni 

uczynił krok samodzielny. Za | mieszkał w starym grobowcu, z dala od 

siedzib ludz

background image

kich. Pewien przyjaciel przynosił mu tam chleb i wodą. Lecz i to 

odosobnienie wydało się niewystarczające. Po kilkunastu więc latach udał 

się w odległe strony na wschód od Nilu, gdzie człowiek nie zjawiał się prawie 

nigdy. Znalazł sobie kryjówkę wśród gór skalistej Pustyni Arabskiej. Tutaj 

żył przez lat dwadzieścia, nie rozmawiając z nikim, choć wielu pragnęło się 

doń zbli- . żyć. Bo już wtedy głoszono dziwy o sposobach, jakich ima się 

czart, by go omamić i pokonać. Opowieści te spisał potem Atanazjusz, a po 

wielu z kolei wiekach jego relację streścił u nas ksiądz Piotr Skarga w swych 

Żywotach świętych. Oto fragmenty tej parafrazy, której stary język 

znakomicie przystaje do dziwnej historii z pogranicza świata baśni i urojeń: ' 

Po pierwszych nieudanych próbach czart zaczął z innej strony kusić 

Antoniego, „wielkie nań a nieznośne cielesne żądze i zapalenia niecąc, tak we

śnie, jako i na jawie, iż pokoju nigdy nie miał". Pustelnik pościł, medytował o

mękach piekielnych, o śmierci i rozsypaniu w proch ciała swego. „Z 

zelżywością nieprzyjaciela od- "prawował i tym dalej na większą się pustynię 

udawał. Z której chcąc go na koniec mocą czart wygnać [...] widomie na jegp 

chałupkę uderzył i tak go srodze zbił na ciele, iż za martwego kilka dni leżał. 

I czynił

czart nań ostatni najazd, zebrawszy się z towarzystwem

i z wojskiem w osobie rozmaitych bestyj: lwów, niedźwiedziów, wilków, 

wieprzów, psów i byków, i innych " sjogich zwierząt. Na oną jego chałupkę 

uderzył, którą

rozproszywszy, straszyć go rykiem onycłi sprośnych ' bestyj i 

przymierzeniem rozmaitych śmierci począł. j\A on, acz przez oną boleść 

background image

cielesną zbity, ciężko stękał i podnieść się nie mógł, wszakże sercem wielkim

nieustraszony na ono wojsko wołał: — Znać, iż mocy i siły nie macie!"

background image

O demonach

Dwa były źródła, których wodami — narkotycznymi, \ rzec by trzeba — 

poił swoją wyobraźnię Antoni.

Pierwsze z nich biło w księgach Nowego Testamentu. ] Pustelnik 

rozpatrywał wciąż na nowo święte wskazania, obrazy i przypowieści, 

pojmując je jak ńajdosłow- niej. Toteż w uszach jego nieustannie brzmiały 

ostrzeżenia, że diabeł krąży wokół jak lew ryczący, patrząc, kogo by pożreć (I 

list Piotrowy, 5, 8). Wspominał też' tak częste w ewangeliach wzmianki o 

cudach Chrystusa, który uzdrawiał chorych, wypędzając mieszkające j w 

nich złe duchy, a mówił sam o sobie:

— Oto wyrzucam demony i dokonuję uzdrowień dziś' i jutro (Łukasz, 13, 

32)!

Szatan miał w swej mocy pewną kobietę przez lat' osiemnaście, tak że 

chodziła zgięta i nie mogła się wyprostować (Łukasz, 13, 11). W kraju 

Gergezeńczyków zabiegł Jezusowi drogę człowiek opętany przez demony; 

chodził nago i sypiał po grobowcach; próbowano go wiązać, lecz demony 

rozrywały sznury i wciąż pędziły nieszczęśnika na pustkowia. A było ich w 

nim legion; kiedy Jezus je wyrzucił, weszły w pasącą się obok trzodę świń; ta

natychmiast ruszyła po przepaścistym zboczu prosto w jezioro i utonęła w 

jego wodach (Łukasz,: 8, 26—33).

Opowieści te i tym podobne wskazywały, że demony, sługi szatana, są to 

istoty realnie działające w świecie fizycznym; walka z nimi stanowi 

obowiązek każdego chrześcijanina; kto potrafi je pokonać, dowodzi tym sa-

mym, że jest prawdziwym spadkobiercą Chrystusowych uczniów, którzy 

background image

otrzymali odeń władzę nad wszystkimi demonami i moc uzdrawiania 

(Łukasz, 9, 1).

Jakże jednak owe demony wyglądają? Jakie przybierają kształty? 

Odpowiedź na to Antoni miał przed oczyma; stanowiła ona zarazem drugie 

źródło demonicz

background image

nych rojeń. Oto po całym Egipcie, po wszystkich jego miastach i wioskach, 

rozsiane były zabytki pradawnych wierzeń tego kraju. Na ścianach 

grobowców i w świątyniach — a wiele z nich jeszcze było czynnych — wi-

działo się groźne wyobrażenia dziwacznych bóstw o potwornych pyskach 

zwierzęcych. Gdzież by szukać lepszych wizerunków sług szatana? I jakiegoż

by trze- ha jeszcze dowodu, że owe zle duchy rzeczywiście istnieją, działają, 

zwodzą ludzi?

Nic więc dziwnego, że demony uderzały na Antoniego przybierając postać 

bestii srogich i sprośnych!

Pustelnik w Aleksandrii

Kiedy wreszcie Antoni zstąpił ze swych gór, miał już przynajmniej 

pięćdziesiąt lat życia, w tym ponad trzydzieści lat pustelniczych umartwień. 

Nadal żył jako anachoreta, nauczał jednak i skupiał wokół siebie pobożnych 

naśladowców; tak zaczęła się kształtować pewna wspólnota, luźna co 

prawda, bo jeszcze nie rządzona żadną regułą. Gdy w roku 311 cesarz 

Maksymin Daja rozpętał prześladowania chrześcijan w prowincjach 

wschodnich, Antoni przywędrował wraz z gromadą swych uczniów aż do 

Aleksandrii, pragnąc nieść pomoc współwyznawcom; jednakże prefekt 

usunął go z miasta siłą.

Wówczas to właśnie Atanazjusz, jeszcze chłopiec, po raz pierwszy ujrzał 

sławnego ascetę. Później z pewnością utrzymywał z nim ścisłe kontakty, 

skoro w roku 338 Antoniusz zgodził się przyjechać na jego prośbę po raz 

drugi do Aleksandrii i wygłosić tam kazania ku pogromieniu arian. 

background image

Biskupowi chodziło oczywiście o to, by okazać wszystkim, że cieszy się 

całkowitym poparciem człowieka chodzącego już za życia w glorii świętości.

Antoni był rzeczywiście wrogiem arian. Kto wie na

background image

wet, czy Atanazjusz nie posłużył się podstępem, aby ściągnąć go do swej 

metropolii; może powiadomił starca z ubolewaniem, iż arianie głoszą, jakoby 

on, Antoni, z nimi sympatyzował? Oburzony tą potwarzą pustelnik 

pospieszył natychmiast do miasta, aby wszyscy się przekonali, jak czystą i 

niezłomną jest jego wiara.

Spór pomiędzy arianami a ortodoksami o naturę Chrystusa miał podłoże 

filozoficzne. Wolno wątpić, czy świątobliwy samotnik, żyjący w świecie swej 

osobliwej wyobraźni, rzeczywiście pojmował znaczenie i wszystkie implikacje 

tej kontrowersji. Jednakże to, co zgodnie o arianach twierdzono — że przeczą

bóstwu Chrystusa — wystarczało, by darzył ich serdeczną nienawiścią.

Parafrazując słowa Atanazjusza, Skarga tak o tym mówi:

„Heretyckim arian ów i manichęuszów towarzystwem tak się brzydził, iż 

ich do rozmowy nigdy nie przypuścił, ani im łaskawego słowa nigdy nie dał i 

twarzy ku nim wesołej nie ukazał — chyba żeby które słowo ku ich 

nawróceniu służyło. Powiadał, że rozmowa ich jest zgubą duszy. Arianów tak

nierad widział, ich z bliska ku nim przystąpić nie chciał. Trafiło się, iż jeden 

arianin do jego klasztoru przyszedł, tając sektę swoją; w której wypytany, 

gdy się otworzyć musiał, zaraz go wygnać kazał, powiadając: Mowa ich 

jadem węże przechodzi!

Gdy go spotwarzyli arianie, chlubiąc się nim, jakoby z nimi trzymał, 

słuszną żałością zdjęty, ich się takiej śmiałości dziwując, szedł do 

Aleksandrii do wszystkiego duchowieństwa i jawnie arianów swymi ustami 

potępił, powiadając, że są to przesłańcy antychrystowi. Syn Boży jest 

background image

jednoistotny Ojcu, Bóg prawy, urodzony z Ojca, nie stworzony. A arianie nic 

nie są od pogaństwa różni, ponieważ stworzeniu służą".

Tylko trzy dni przebywał Antoni w Aleksandrii. Po- .tem powrócił do 

swych spalonych słońcem pustkowi,

background image

z pewnością zmęczony wielkomiejskim gwarem, tłumem, hałasem; a chyba 

też przerażony mnogością pokus, bez porównania groźniejszych od czarciego 

wojska sprośnych zwierząt. Zmarł prawie dwadzieścia lat później, w sto 

piątym roku życia.

Jak się już rzekło, Atanazjusz upamiętnił jego postać i czyny w osobnym 

traktacie. Rzecz to wprawdzie typowo hagiograficzna i świadomie 

tendencyjna, stanowi wszakże niemal jedyne źródło informacji o niezwykłym 

pustelniku. Jest to zarazem znakomity dokument mentalności samego 

Atanazjusza. Poucza on, że szatan i jego demoniczni słudzy byli dla biskupa 

Aleksandrii istotami całkowicie realnymi, z którymi musi walczyć każdy 

człowiek zmierzający ku dobremu; i to walczyć dosłownie, przelewając swoją 

żywą krew i odnosząc rany na ciele.

Atanazjusz oczywiście wierzył, że wszyscy jego osobiści wrogowie, 

poczynając od Ariusza i Euzebiusza, są opętani przez szatana i tak samo 

służą diabelskim celom, jak owe wilki, wieprze, psy i byki, które uderzyły na 

chatę Antoniusza. Rozwój wypadków jeszcze go utwierdzał w tym głębokim 

przekonaniu.

Powtórne wygnanie Atanazjusza

Euzebiusz i jego stronnicy pod żadnym warunkiem nie mogli przystać na 

projekt Juliusza, by sprawę Atanazjusza przekazać nowemu synodowi; to 

bowiem równałoby się przyznaniu z góry, że sami uznają za nieważne 

uchwały synodu tyryjskiego. Wybrali więc inną drogę. Przy poparciu 

Konstancjusza zimą roku 338/339 zorganizowali synod w Antiochii. 

background image

Wybrany na nim został nowy biskup Aleksandrii, Grzegorz z Kapadocji. Był 

to człowiek bardzo wykształcony, znający Aleksandrię, bo swego czasu 

studiował tam filozofię. Nawet

background image

najzagorzalsi stronnicy Atanazjusza nie potrafili powiedzieć o nim nic 

ujemnego, choć nigdy nie przebierali w słowach, byle tylko przedstawić 

swych przeciwników w barwach jak najohydniejszych.

Osobnym edyktem Konstancjusz zawiadomił lud Aleksandrii o tym, że ma

już pasterza. Jednocześnie mianował też nowego prefekta Egiptu. Został nim

Filagriusz, znany z wrogości wobec Atanazjusza. Wymowa tej nominacji była 

oczywista: w razie jakiegokolwiek oporu ramię świeckie poprze zdecydowanie

nowego biskupa!

Pewnej nocy marcowej roku 339, nim jeszcze Grzegorz stanął w 

Aleksandrii, Atanazjusza wypędzono z jego domu. Biskup przeniósł się do 

jednego z kościołów, tam jeszcze przez kilka dni chrzcił i nauczał, ale osta-

tecznie postanowił opuścić miasto. Mimo to doszło do rozruchów, w czasie 

których spłonął jeden z budynków kościelnych. Dopiero wtedy Grzegorz 

przybył do Aleksandrii. Dzięki pomocy prefekta zdołał zapewnić sobie 

posłuch wśród większości gminy. Od razu też zawiadomił wielu biskupów, że

należy porozumiewąć się z nim, a nie z Atanazjuszem. Nacisk ze strony 

prefekta spowodował nawet, że chrześcijanie aleksandryjscy podziękowali 

Konstancjuszowi za troskę o ich sprawy.

Lecz działał także Atanazjusz. Pisał na wszystkie strony, odmalowując 

możliwie jaskrawo rzekome wykroczenia i nadużycia Grzegorza. Żądał, by 

inni biskupi nie utrzymywali z nowym metropolitą żadnych kontaktów. 

Jednakże jako właściwych sprawców zła atakował przede wszystkim 

Euzebiusza i jego stronników; wystrzegał się natomiast nawet wzmianki o 

background image

Konstan- cjuszu, choć przecież powszechnie wiedziano, że bez cesarskiego 

wsparcia tamci byliby bezsilni.

Po opuszczeniu Aleksandrii Atanazjusz przez pewien okres bezustannie 

zmieniał miejsca pobytu. Wrogowie tak charakteryzowali później jego 

ówczesną działalność:

background image

„Wędrując po różnych krajach świata, Atanazjusz zwodził niektóre osoby 

swymi oszukaństwami i zgubnymi pochlebstwami. Podchodził naiwnych 

biskupów, nie zorientowanych w jego zbrodniach, i Egipcjan, nie znających 

jego czynów. Wyłudzał od nich pisma, wywoływał zamieszania w spokojnych 

gminach, a nawet samowolnie nowe zakładał. Dopiero gdy pojął, że daremne

te wysiłki, pospieszył do Juliusza, do Rzymu" 

17

.

Marcellus z Ancyry

W stolicy nad Tybrem Atanazjusz zastał lub też powitał wkrótce po swoim

przybyciu jeszcze jednego wygnańca ze Wschodu. Był nim Marcellus, biskup

Ancyry, czyli dzisiejszej Ankary tureckiej. Losy obu tych ludzi już od dawna 

układały się podobnie:

Zostali złożeni ze swych urzędów kościelnych jeszcze przez Konstantyna 

Wielkiego jako siewcy zamieszania. Wygnani do prowincji zachodnich, mogli 

natychmiast po śmierci starego cesarza powrócić za zgodą Konstantyna II do

swych siedzib. Zasiedli wszakże na tronach biskupich tylko po to, by wnet 

znowu je opuścić. Jak się wydaje, po raz wtóry usunął Marcellusa synod w 

Konstantynopolu; ten sam, który wypowiedział się też przeciw Pawłowi, a 

powołał na pasterza tamtejszej gminy Euzebiusza z Nikamedid. Zarzuty 

stawiane Marcellusowi były bardzo poważne. W kilka lat później biskupi 

wschodni wystawili mu takie świadectwo:

„Po powrocie heretyka Marcellusa płonęły w Ancy- rze domy i dochodziło 

do przeróżnych starć zbrojnych. On sam wyciągał nie odzianych prezbiterów 

na forum, a także — z płaczem i żalem trzeba to powiedzieć — 

background image

konsekrowane ciało Pana przywiązywał do szyi kapłanów, dopuszczając się 

jawnej i publicznej profa

background image

nacji. Dziewice święte, oddane Chrystusowi, obnażał z szat na oczach 

wszystkich, na forum, na środku., miasta" 

Oczywiście jest to świadectwo wysoce stronnicze i z całą pewnością 

przejaskrawione; co najważniejsze, nie podaje przyczyn pozornie tak 

szaleńczych czynów. W istocie zaś rzecz musiała się inaczej przedstawiać:

Marcellus niewątpliwie traktował swych przeciwników w sposób brutalny 

i bezwzględny. Postępował tak dlatego, że uważał ich za heretyków i 

bluźnierców. Jego zdaniem nieważne były dokonane przez nich święcenia 

kapłańskie i konsekracje eucharystii. Pragnął okazać to wszem wobec, 

dopuszczając się postępków, które tamta strona musiała uznać za 

profanację. Ale bisfcup wołał:

i— Jakaż to profanacja, skoro ci oto ludzie nie są kapłanami, a ten 

opłatek nie jest eucharystią?

Przeciwnicy oczywiście nie pozostali mu dłużni. Zamieszki prowadziły do 

rękoczynów, bójek, podpaleń.

Kantrbiskup Marcellusa w Ancyrze, Bazyli, zaliczany był wprawdzie do 

arian, lecz do ich bardzo umiarkowanego odłamu. Natomiast z wszelką 

pewnością heretykiem był właśnie Marcellus. Naukę o Trójcy Świętej 

interpretował on w sposób tak swoisty, że spotykał się z potępieniami z 

wszystkich stron. Wywodził mianowicie, że Syn, czyli Słowo, wyłonił się z 

jedności Boga tylko po to, aby świat stworzyć i odkupić; jest on „energeia 

drastike", czyli energią czynną bożej istoty; natomiast Duch Święty pochodzi 

od Ojca i Syna; kiedy dzieło odkupienia dokona się w pełni, Bóg znowu 

stanie się całkowitą jednością.

background image

A mimo to Atanazjusz, w swoim mniemaniu najwierniejszy obrońca 

nicejskiego wyznania wiary, sprzymierzył się z Marcellusem! I trzeba 

przyznać, że z taktycznego punktu widzenia postąpił słusznie. W danym 

momencie liczyły się nie różnice i subtelności teologi

background image

czne, lecz potrzeby walki ze wspólnym wrogiemu to jest ze stronnictwem 

Euzebiusza.

Biskupi Zachodu patrzyli jeszcze inaczej na gwaltn • wne spory 

chrystologiczne, od lat targające chrześcijaństwem wschodnim; nie wszyscy 

w pełni je rozumień i doceniali. Dla nich, zwłaszcza dla biskupa Rzymu, 

istotniejszy był aspekt, by tak rzec, organizacyjny długotrwałego rozdarcia 

tamtych kościołów: oto skłóceni biskupi Wschodu zwracali się właśnie tutaj, 

do stolicy Piotr owej, w poszukiwaniu poparcia, w ten sposób umacniając jej 

autorytet. Juliusz, dobrze oceniając swoją pozycję, wezwał „euzebian" — tak 

właśnie nazywał ich stale, nieco pogardliwie — aby wysłali swych przed-

stawicieli do Rzymu, i to w określonym, niezbyt odległym terminie; tu mieli 

przedstawić własny pogląd na sprawę Marcellusa i Atanazjusza.

Dwaj rzymscy prezbiterzy udali się z listem tej treści do Antiochii wczesną

wiosną roku 340. Ale właśnie w tym czasie dokonywały się bardzo poważne 

zmiany polityczne wewnątrz Imperium.

Błoto rzeczki Alsy

Jak była o tym mowa, środkowa część Imperium przypadła 

najmłodszemu z braci, Konstansowi; stało się to zgodnie z wolą jego ojca, 

potwierdzoną układem z roku 337. On to więc władał Italią i Afryką, a także 

prowincjami alpejskimi i prawie wszystkimi bałkańskimi, jednakże ze 

względu na swój wiek formalnie pozostawał pod opieką Konstantyna II. 

Najczęściej przebywał nad środkowym Dunajem. Odpierał tu z powodzeniem

ataki barbarzyńców z północy, zza wielkiej rzeki granicznej. Ośmielony tymi 

background image

sukcesami, przyjął tytuł „Sarmaticus" — jako że pokonane plemiona zwano 

Sarmatami — i okazywał dużą samodzielność w polity

background image

ce wewnętrznej. Zaniepokoiło to brata, rezydującego stale za Alpami, w Galii.

Oświadczył on niespodziewa- nie, że pokrzywdzono go przy podziale 

prowincji, winien bowiem otrzymać jeszcze Italię i Afrykę.

Wiadomość o tych pretensjach przyszła do głównej kwatery Konstansa w 

marcu roku 340 równocześnie • z alarmującymi meldunkami: Konstantyn, 

nie zważając na wczesną porę roku i niebezpieczeństwa drogi, śmiało 

przekroczył Alpy i szybko posuwa się przez niziny Italii nadpadańskiej prosto

na wschód! Donoszono też, że najeźdźca usiłuje zmylić czujność; głosi 

mianowicie/ że prowadzi wojska na pomoc Konstancjuszowi, toczącemu 

ciężkie walki z Persami.

Konstans przebywał wówczas w mieście Naissos, czyli w dzisiejszym 

Niszu jugosłowiańskim. Aby zagrodzić bratu drogę, musiałby natychmiast 

przerzucić przez Alpy wschodnie znaczną część swej armii; ponieważ było to 

niewykonalne, wysłał na razie tylko silne oddziały straży przedniej. 

Tymczasem Konstantyn szedł naprzód. Nigdzie nie napotykał oporu i był 

przekonany, że nikt nie stanie mu naprzeciw. Plan miał prosty: zamierzał 

opanować dolinę Padu, aby w ten sposób odciąć brata od reszty Italii oraz od

Afryki; utrzymałby się on tylko przy tych krainach, które najeźdźca w swej 

łaskawości gotów byłby mu pozostawić jako resztki dawnego władztwa, to 

jest przy prowincjach bałkańskich.

Wojska Konstantyna były już pod Akwileją, czyli w okolicach dzisiejszego 

Triestu. Dopiero tutaj starły się z oddziałami wyprawionymi przodem przez 

Konstansa. Te pierzchły od razu. Żołnierze Konstantynowi puścili się za nimi

w pościg radośnie i bezładnie. Lecz oto uciekający nagle zatrzymali się, 

background image

zawrócili i znowu stanęli do walki! W tejże samej chwili z tyłu, za ścir 

gającymi, podniosły się gromkie okrzyki; ludzie Konstansa, dotychczas 

ukryci w zasadzce, ruszyli do ataku.

Niedawni zwycięzcy, otoczeni z dwu stron, przeraże

background image

ni niespodziewanym obrotem wydarzeń, prawie nie stawiali oporu. Poległ w 

bitwie sam Konstantyn. Jeden z koni jego rydwanu, ugodzony strzałą lub 

włócznią, rzucał się tak gwałtownie, że cesarz, zapewne również ranny, 

wypadł i stoczył się w wody mulistej rzeczki Alsa. Jego zwłoki odnaleziono 

później w przybrzeżnym błocie. Gdy ginął w bratobójczej wojnie, którą sam 

rozpętał, liczył zaledwie lat trzydzieści.

Nowy pan Zachodu

Konstans stanął na ziemi italskiej, w Akwilei, gdy było już po bitwie. 

Jeden z pierwszych jego edyktów, wydany właśnie w tym mieście, nazywa 

zmarłego brata „naszym nieprzyjacielem i wrogiem ludu". Nawet imię 

Konstantyna II uległo tak zwanej „damnatio memo- riae", czyli urzędowemu 

wymazaniu z pamięci; oficjalnie skreślono je z wszystkich napisów. Zwykły w

cesarstwie rzymskim los pokonanych! Zresztą Konstantyna II potępiano 

wówczas powszechnie i spontanicznie, uważając, że poniósł zasłużoną karę 

za rozpętani^ wojny.

Tak więc od wiosny roku 340 Imperium miało tylko dwóch panów, dwóch

Augustów. Jednakże władztwa ich były bardzo nierówne. Starszy, 

Konstancjusz, pozostał przy swoim Wschodzie; niczego nie zyskał, a wciąż 

musiał walczyć z Persami. Konstans natomiast, liczący co najwyżej 

dwadzieścia lat, miał w swym ręku dwie trzecie cesarstwa, a mianowicie 

wszystkie te krainy, w których mówiono po łacinie, oraz kilka rdzennie 

greckich prowincji na półwyspie bałkańskim.

background image

Starożytne źródła nie przekazały żadnej charakterystyki Konstantyna II, 

panował bowiem zbyt krótko. Natomiast postać Konstansa rysuje .się dość 

wyraźnie.

background image

Był to człowiek energiczny i rziutki. Wciąż przebiegał ogromne obszary swych

prowincji, twardą ręką utrzymywał dyscyplinę w armii. Gorliwy 

chrześcijanin, hojnie obdarowywał kościoły, a zdecydowanie ograniczał kulty

pogańskie. Jako jedyny z braci przyjął chrzest. W owych czasach dość często

dokonywano tego obrzędu dopiero w obliczu śmierci, wierzono bowiem, że 

zmywa on bez śladu wszystkie grzechy, nawet najcięższe, popełnione do 

momentu przyjęcia sakramentu; pogląd i praktyka bardzo dogodne, 

zwłaszcza dla polityków.' Konstans wszakże ochrzcił się stosunkowo 

wcześnie.

Ale właśnie religijne przekonania młodego cesarza, niewątpliwie szczere, 

pogłębiły w nim, jak wolno podejrzewać, bolesny konflikt psychiczny i 

moralny. Konstans mianowicie był pederastą. A tymczasem chrześcijaństwo 

potępiało bezwzględnie i ostro wszelkie przejawy homoseksualizmu,. 

świadomie odcinając się od tej pobłażliwości, z jaką poganie traktowali 

sprawy erotyki, nawet wynaturzonej. Działo się więc tak, że Konstans 

nieustannie grzmiał w swych ustawach przeciw homoseksualistom, lecz 

jednocześnie gromadził wokół siebie ładnych chłopców skąd tylko mógł; 

lubował się zwłaszcza w młodych, dorodnych Germanach, przysyłanych zza 

Renu w roli zakładników. Nigdy natomiast nie mógł zdecydować się na 

poślubienie Olimpiady. Była ona, o czym już wspominaliśmy, córką prefekta 

pretorium Ablabiusza, zabitego podstępnie z rozkazu Konstancjusza w roku 

337, wkrótce po śmierci starego cesarza. Konstans trzymał ją przez wiele lat 

na swym dworze jako narzeczoną. Początkowo zapewne zasłaniał się 

względami politycznymi lub też głosił, że dziewczyna jest zbyt młoda. Później 

background image

wszakże właściwa przyczyna ciągłego odkładania ceremonii zaślubin stała 

się oczywista chyba dla wszystkich. Tylko najprzyjaźniejsi Konstansowi 

kapłani wywodzili ku zbudowaniu wiernych, że tak bardzo umiłował on 

cnotę czystości

background image

i wstrzemięźliwości, iż stroni nawet od swej narzeczonej.

Jaskrawa sprzeczność pomiędzy religijnymi przekonaniami a 

codziennymi uciechami z całą pewnością nie ułatwiała Konstansowi 

zachowania równowagi i wewnętrznego spokoju. Cierpiał on zresztą również 

na chroniczne schorzenia fizyczne, w których ci i owi — a chyba i on sam — 

dopatrywali się kary niebios za występne życie; nawiedzały go mianowicie 

dotkliwe bóle artretyczne, potęgując się z biegiem lat i czyniąc zeń prawie 

kalekę.

Atanazjusz i śmierć Konstantyna II

Przed trzema laty, w roku 337, Konstantyn II zaraz po zgonie ojca, 

uwolnił Atanazjusza oraz kilku biskupów wschodnich, przetrzymywanych na

Zachodzie; zezwolił im wielce łaskawie na natychmiastowy powrót do 

dawnych siedzib. Mogłoby się więc wydawać, że obecnie, wiosną roku 340, 

spadł na Atanazjusza, znowu przebywającego na wygnaniu, cios niemal 

druzgocący. Jego cesarski poplecznik nie tylko zginął, lecz został uznany 

przez zwycięzcę za wroga publicznego!

Jednakże biskup Aleksandrii, wówczas mieszkający w Rzymie, nie odczuł 

tej straty zbyt boleśnie. Wnet bowiem się -okazało, że jego wpływy i 

znaczenie opierają się nie tylko na osobie Konstantyna II, ale również na 

zdecydowanym poparciu gmin chrześcijańskich niemal całego Zachodu. Co 

więcej, zespolenie polityczne znaczniejszej części Imperium w jednym ręku 

było dlań bardzo korzystne, a to z przyczyn prostych: władca Zachodu z 

natury rzeczy musiał pozostawać w pewnej, choćby podświadomej i 

background image

niezamierzonej opozycji wobec władcy Wschodu; ponieważ był potężniejszy, 

mógł wywierać istotny wpływ na wszystkie dziedziny

background image

życia całego cesarstwa; w sprawach zaś kościelnych szedł wiernie za radami 

swych biskupów, przychylnych Atanazjuszowi.

Wiosną roku 340 — może niemal współcześnie z wyprawą i klęską 

Konstantyna II — dwaj prezbiterzy rzymscy stawili się w Antiochii i doręczyli 

„euzebia- nom" list Juliusza. Nieprędko wszakże otrzymali odpowiedź; 

czekali na nią dobrych kilka miesięcy. Stronnictwo Euzebiusza postąpiło tak

z całym rozmysłem i nie bez pewnej racji. Biskup Rzymu pragnął, by sprawę 

Atanazjusza rozpatrzono ponownie; tymczasem dla Wschodu została ona 

definitywnie zamknięta już w roku 335, to jest na synodzie tyryjskim. 

Ostatnio załatwiono również kWestię następstwa po Atanazjuszu, osadzając 

w Aleksandrii Grzegorza z Kapadocji; umacniał on tam z każdym miesiącem 

swoją pozycję, choć Atanazjusz dokładał wysiłków, by utrudnić mu życie, 

wysyłając stale listy do swych stronników w Egipcie, a nawet wyznaczając 

biskupów na wakujące stolice.

Był jeszcze inny, ściśle polityczny powód zwlekania z odpowiedzią. 

„Euzebianie" pragnęli się zorientować, jakie stanowisko zajmie wobec 

Atanazjusza zwycięski Konstans. KieSdy wreszcie się przekonali, że nie 

odpowiada on ich nadziejom, przygotowali pismo dla Juliusza i wręczyli je 

jego prezbiterom.

Synody w Rzymie i w Antiochii

Pismo to, dzieło kilkunastu biskupów wschodnich, było stanowcze w 

tonie, a nie pozbawione również akcentów ironii. Autorzy powoływali się na 

od dawna już wysuwane przeciw Atanazjuszowi argumenty rzeczowe i 

background image

formalne. Ostro kwestionowali zasadność przywilejów, jakie, ich zdaniem, 

uzurpował sobie biskup Rzymu. Stwierdzali uroczyście, że postanowienia sy-

background image

nodów są ostateczne i nikt nie ma prawa odwoływania się od nich do żadnej 

wyższej instancji

A tymczasem, nim pismo to dotarło do stolicy nad Tybrem, odbył się tam 

synod około pięćdziesięciu biskupów z Italii, zwołany przez Juliusza, 

zniecierpliwionego zbyt długim oczekiwaniem na odpowiedź. Zebrani uwolnili

Atanazjusza i Marcellusa od stawianych im zarzutów. Pasterz Ancyry musiał

jednak złożyć formalne oświadczenie, w którym uzasadniał swoją prawowier-

ność. Przy szczegółowej analizie pewne punkty w tym oświadczeniu mogły 

wprawdzie budzić zastrzeżenia, Zachód wszakże nie był jeszcze biegły w 

subtelnościach teologicznych.

Odpowiedzią na synod rzymski stał się synod w Antiochii, zwołany na 

sam początek roku 341. Biskupi wschodni zebrali się tam dla poświęcenia w

dniu 6 stycznia głównego kościoła. Zaczęto go wznosić na wyspie rzeki 

Orontes, w pobliżu cesarskiego pałacu, jeszcze za Konstantyna Wielkiego. 

Był to ogromny budynek oś- mioboczny, nakryty wysoką, pozłacaną kopułą; 

dlatego też powszechnie zwano go Złotym Domem, choć oficjalnie nosił 

miano Homonoi, czyli Zgody. Jak wiadomo, inicjator budowy, zmarły cesarz, 

chętnie nadawał przybytkom chrześcijańskim wezwania ogólne, o treści ra-

czej filozoficznej niż religijnej; wystarczy przypomnieć bazylikę Sofii, czyli 

Mądrości, oraz Eirene, czyli Pokoju, obie w Konstantynopolu.

Przybyło na synod — otrzymał on nazwę Enkaenii, czyli Dedykacji — 

prawie stu biskupów ze wszystkich ważniejszych miast Wschodu. Obradom 

przewodził sam cesarz Konstancjusz, zwykle spędzający miesiące zimowe 

właśnie w Antiochii, dla odpoczynku po trudach wojennych. Dzięki 

background image

obecności władcy synod upodobnił się do nicejskiego sprzed lat szesnastu, 

którego obrady otwierał Konstantyn Wielki. Nie zachowały się ani protokoły 

sesji, ani pełny tekst uchwał. Wiadomo wszakże,

background image

iż zebrani potępili postępowanie Atanazjusza oraz heretyckie nauki 

Marcellusa, odcinając się zarazem od krańcowych arian. Wynika to z 

przyjętych w Antiochii czterech wyznań wiary. Są one utrzymane w duchu 

„credo" nicejskiego, nie zawierają jednak określenia, że Chrystus jest 

„hormouzjos", czyli współistotny Bogu. Zamiast ts^o stwierdza się, że jest on

„podobizną istoty" Boga. Już sarn fakt uchwalenia aż czterech sym. boli 

wskazuje dowodnie, jak żywe toczono spory teolo- giczne i jak- usilnie 

starano się o znalezienie formuły, która by zadowoliła wszystkich.

Śmierć Euzebiusza i rozruchy

w Konstantynopolu

W wielkiej, a chyba nawet w głównej mierze, synod był dziełem 

Euzebiusza. Od lat odgrywał on czołową rolę wśród biskupów Wschodu; 

zawdzięczał to swym talentom politycznym, wykształceniu, osobistym kon-

taktom z dworem cesarskim. W spornych kwestiach teologicznych zajmował 

stanowisko pośrednie pomiędzy ciasną interpretacją nicejskiego wyznania 

wiary a doktryną ariańską, choć ku tej ostatniej żywił nieukrywaną sympatię

— choćby tylko z racji różnorakich powiązań z jej orędownikami. Stale i 

konsekwentnie brona powagi synodów biskupich, wciąż powtarzając, że nikt 

nie ma prawa uchylania ich uchwał. Mimo ogromnych wpływów nigdy nie 

żądał dla siebie i swej biskupiej stolicy żadnych szczególnych przywilejów, 

jak czynili to pasterze gminy rzymskiej, a częściowo też aleksandryjskiej.

W życiu wewnętrznokościelnym ustawicznie podkreślał zasadę równości i 

wagę współpracy wszystkich biskupów, twardo przeciwstawiając się 

czyjejkolwiek supremacji. Podobnie też dążył do współdziałania z wła

background image

dzą świecką, ani nie podporządkowując się jej biernie, ani też nie usiłując 

tworzyć państwa w państwie. Właśnie dlatego postawa Atanazjusza, który 

poczynał sobie w Egipcie niby spadkobierca faraonów i twardą ręką 

sprawował rządy nad całym tamtejszym duchowieństwem, była 

Euzebiuszowi z gruntu obca. Natomiast patriarcha aleksandryjski spotykał 

się z pełnym zrozumieniem i poparciem biskupów Rzymu, wyznających w 

gruncie rzeczy identyczne ideały.

Z tych wszystkich powodów śmierć Euzebiusza, prawdziwego księcia 

Kościoła, była bolesną i niepowetowaną stratą dla całego, by tak rzec, 

liberalnego obozu ówczesnego chrześcijaństwa — liberalnego oczywiście w 

sensie organizacyjnym; niepomiernie natomiast ułatwiła dalsze działania 

zarówno Atanazjuszowi, jak też jego zachodnim poplecznikom. A jeszcze 

przedtem stała się przyczyną gwałtownych zaburzeń w Konstantynopolu.

Euzebiusz zmarł w kilka miesięcy po synodzie antiocheńskim, pod koniec

roku 341 — i natychmiast rozpoczęły się walki o osierocony przezeń tron w 

mieście nad Bosforem. Powrócił tam dawny pasterz, Paweł, a stawił się 

również, jemu ku pomocy, biskup Asklepas z Gazy. Tymczasem inni biskupi,

przybyli z miast sąsiednich, uchwalili, że następcą Euzebiusza zostanie 

prezbiter Macedoniusz. Od razu więc powstały dwa stronnictwa, walczące 

pomiędzy sobą nie tylko ńa ulicach, lecz. nawet w kościołach i przy samych 

ołtarzach. Było wielu zabitych.

Konstancjusz spędzał zimę Jak zwykle w Antiochii. Na wieść o groźnych 

rozruchach nad Bosforem rozkazał naczelnikowi jazdy Hermogenesowi, 

który właśnie spieszył ku naddunajskiej granicy, aby po drodze przywrócił 

background image

porządek w Konstantynopolu i usunął stamtąd Pawła. Żołnierze wyciągnęli 

biskupa z kościoła. Wówczas tłum rzucił się na nich i odbił swego pasterza, 

po-

background image

tern zaś podpali! dom, w którym mieszkał Hermogenes. Wódz usiłował 

ratować się ucieczką, lecz wpadł w ręce motłochu i zginął, bestialsko 

rozszarpany na strzępy. Poważnie raniono również innego wysokiego 

urzędnika, prokonsula; ten jednak zdołał ujść z miasta.

Była jeszcze zima, pora nie sprzyjająca podróżom. Mimo to Konstancjusz 

natychmiast wyruszył z Antiochii. Nie powstrzymały go błotniste drogi, 

chłody i deszcze. W stosunkowo krótkim czasie stanął nad Bosforem i 

niespodziewanie wkroczył do miasta. Witał go płacz mieszkańców, pokornie 

błagających o litość. Dopiero teraz, gdy kara zawisła nad ich głowami, zdali 

sobie sprawę, jakiej dopuścili się zbrodni: podnieśli rękę na jednego z 

najwyższych dostojników państwowych, działającego z rozkazu władcy!

Można by mniemać, że Konstancjusz dał się przebłagać, potraktował 

bowiem ludność wstrząsanej zamieszkami metropolii bardzo wyrozumiale. 

Najsroższą karą, jaka spadła na ogół mieszkańców, było zmniejszenie o 

połowę przydziału egipskiego zboża, rozdawanego wśród obywateli miasta na

mocy zarządzeń Konstantyna Wielkiego. Oczywiście Paweł musiał znowu 

opuścić swój tron biskupi i poszedł na wygnanie do Emesy w Syrii. Z drugiej

wszakże strony cesarz nie zatwierdził wyboru Macedoniusza; gmina 

chrześcijańska pozostała bez pasterza przez lat dziesięć. Wszelako ta 

łagodność wynikała głównie z przyczyn politycznych; dyktowała ją słuszna 

ocena sytuacji. Należało okazywać powściągliwość i nie srożyć się, to bowiem

mogłoby doprowadzić do groźnego buntu o nieobliczalnych konsekwencjach 

dla samego Konstancjusza. Jego brat, Konstans, czuwał!

background image

Macellum

Właśnie ze względu na tegoż brata Konstancjusz uznał za wskazane 

zabezpieczyć się przed możliwością jakiejś niespodzianki rodzinnej. Chodziło 

o dwóch chłopców, jedynych obecnie męskich przedstawicieli dynastii poza 

obu Augustami; szesnastoletni już Gallus przebywał w Efezie, dziesięcioletni 

zaś Julian w Konstantynopolu lub w Nikomedii. Byli tam niewygodni, a 

mogli stać się niebezpieczni. Na dworze bowiem Konstancjusza zaczęto snuć,

pod wrażeniem ostatnich rozruchów, takie rozważania:

Może zdarzyć się w niedalekiej przyszłości, że młodzi książęta zbiegną do 

Konstansa. Może złożyć się i tak, że on sam upomni się o nich, aby w 

stosownym czasie wysunąć właśnie ich przeciw Konstancjuszowi, gdyby 

próbował on prowadzić zbyt samodzielną politykę — na przykład w 

sprawach kościelnych. Nie wolno wykluczyć i takiej ewentualności, że w 

razie rozpętania się nowych zamieszek w Konstantynopolu Gallus i Julian 

staną na czele wielkiego ruchu opozycyjnego, dobrowolnie lub przymuszeni 

przez masy. Co uczyni wtedy wojsko, jak zachowa się Konstans?

Doradcy cesarza doskonale się orientowali, że chłopcy nie zapomnieli o 

zamordowaniu ich ojca, stryja, kuzynów. Zapytywali więc:

Któż zaręczy, czy odpowiedzialnością za te nieszczęsne wypadki nie 

obarczają oni właśnie Konstancjusza? A jeśli nawet sami tego nie czynią, 

jakże zapobiec w wielkim mieście, by nie podsuwali im takich myśli po- 

twarcy i oszczercy?

background image

Nie było już wśród żywych biskupa Euzebiusza. Chyba tylko on, człowiek 

wpływowy i poważany, zdołałby ochronić chłopców przed ciosem, jaki im 

zagrażał. Z pewnością wstawiałby się goręcej za Julianem, jako

background image

że był on i młodszy, i z nim spokrewniony. Ale w danej sytuacji sierot nikt 

nie bronił. Tak więc zapadła decyzja:

Należy odsunąć Gallusa i Juliana możliwie daleko od wielkich ośrodków 

miejskich, mających łatwe i żywe kontakty z Zachodem. Zostaną osadzeni w 

krainie odległej, ustronnej, odludnej.

Rozkaz wypełniono szybko i surowo w ciągu roku 342. Julian musiał 

nagle rozstać się ze wszystkim, do czego przywykł od pierwszych miesięcy 

swego życia. Żegnał morze, Konstantynopol i Nikomedię, swój dom i ciche 

sioło. Musiał pozostawić nawet wiernego pedagoga, Mardoniusza. Jeszcze w 

wiele lat później szczerze, przyznawał, że rozstanie z nim było szczególnie 

bolesne.

Obu braci wywieziono daleko na wschód, na rubieże Azji Mniejszej, do 

krainy zwanej Kapadocją. Znajdował się tam majątek cesarski Macellum. 

Położony był w bardzo malowniczej okolicy, wśród pagórków i lasów, u stóp 

wysokiej góry Argajos, zaledwie o kilka godzin drogi od Cezarei kapadockiej, 

miasta wówczas kwitnącego. Pałac otaczały ogrody, przez które płynęły 

strumienie, nie wysychające nawet w czasie letnich upałów. Chłopcy mieli 

do swej dyspozycji służbę i wychowawców, mogli się uczyć, ćwiczyć w 

gimnazjonie, jeździć konno, polować; z tych ostatnich rozrywek korzystał 

przede wszystkim Gallus, który za to niezbyt chętnie oddawał się pracy 

intelektualnej.

Pobyt w Macellum trwał lat sześć, a więc długo. Jak patrzył później na 

ten okres sam Julian?

Julian o swym pobycie w Macellum

background image

„Rzecz to powszechnie wiadoma, że w linii męskiej ten sam ród mój i 

Konstancjusza; nasi bowiem ojcowie byli braćmi, mieli jednego ojca. A oto 

jak potraktował

background image

mnie, tak blisko spokrewnionego, ów cesarz rzekomo niezmiernie ludzki: 

zabił sześciu kuzynów, moich i jego; mojego ojca, który był zarazem jego 

stryjem; ponadto jeszcze drugiego, wspólnego nam stryja; i wreszcie mojego 

bra/ta najstarszego. Zamierzał również zgładzić mnie i drugiego brata, w 

końcu jednak zadowolił się wygnaniem.

Czyż więc mam obecnie, niby w jakimś utworze tragicznym, wyliczać jego 

zbrodnie, rzeczywiście nie do opisania? Niektórzy co prawda powiadają tak:

— Cesarz żałuje tego, co się stało. Cierpi bardzo na skutek bolesnych 

wyrzutów sumienia. Jak sądzi, właśnie dlatego dotknęło go nieszczęście 

bezdzietności. Przypuszcza również, że właśnie tamta sprawa jest przyczyną 

jego ciągłych niepowodzeń w wojnie z Persami.

Tak pra\vili mnie i bratu dworzanie cesarza. Usiłowali nas przekonać, że 

Konstancjusz dopuścił się tamtego czynu częściowo oszukany, częściowo zaś

ustępując przed gwałtownością wojsk rozwydrzonych i nie-

zdyscyplinowanych. Takimi to piosenkami próbowano nas uśpić, gdyśmy 

zostali zamknięci w pewnym majątku ziemskim w Kapadocji. Nie pozwolono 

nikomu zbliżać się do nas. Ani do mego brata, którego siłą oderwano od jego 

studiów, ani do mnie, którego jeszcze chłopaczkiem ze szkół zabrano.

Jakimi słowy mam opisać tamto sześciolecie? Spędziliśmy je w cudzym 

majątku na wzór owych więźniów, pilnie strzeżonych w perskich twierdzach. 

Nikt obcy nie mógł porozumiewać się z nami. Nie pozwolono by

wać u nas 

dawnym znajomym. Żyliśmy odcięci od wszelkiej poważnej nauki i od 

jakichkolwiek kulturalnych kontaktów. Wychowywano nas pośród wspania-

background image

łego zastępu służby, a ćwiczenia w gimnazjonie musieliśmy uprawiać z 

własnymi niewolnikami, jakby to

background image

byli równi nam towarzysze. Z naszych bowiem rówieśników nie dopuszczano 

tam nikogo.

Jeśli w charakterze mego brata przejawiały się już dawniej jakieś cechy 

ostre i dzikie, to wskutek owego wychowania w górach jeszcze się rozwinęły. 

Stwierdzam, iż odpowiedzialność za to całkowicie spada na człowieka, który 

narzucił nam właśnie taki tryb życia" 

19

.

Oczyma świadka stronniczego

W tychże samych latach, gdy Julian przebywał w Macellum, do szkół w 

Cezarei kapadockiej zaczął uczęszczać jego niemal rówieśnik, chłopiec 

imieniem Grzegorz (Gregorios), urodzony około roku 330 w sąsiednim 

miasteczku Nazjanzos. Pochodził z bardzo pobożnej rodziny chrześcijańskiej.

Jego ojciec, tównież Grzegorz, piastował godność biskupa tamtejszej gminy, 

matka zaś, Nonna, została później uznana za świętą.

Tak więc przez jakiś czas młody Grzegorz był bliskim sąsiadem Juliana i 

Gallusa, przetrzymywanych w cesarskim majątku, oddalonym, jak się 

rzekło, tylko o kilka godzin drogi od Cezarei. Jest rzeczą zrozumiałą, że wraz 

z całą okolicą interesował się losem i życiem młodych ludzi należących do 

panującej rodziny, a rzuconych z rozkazu cesarza w strony tak odległe. 

Informacji z pewnością nie brakowało, boć przecież Macellum mimo 

wszystko nie było więzieniem; książęta mieli przy sobie liczną służbę, od 

czasu do czasu pokazywali się publicznie, a wybrani mogli nawet z nimi 

rozmawiać.

Po latach studiów i wędrówek Grzegorz z Nazjanzu stał się jednym z 

najsławniejszych teologów, pisarzy

background image

I działaczy chrześcijańskich — oraz śmiertelnym wrogiem Juliana. O tych 

dwóch bowiem — rówieśnikach,

background image

sąsiadach, a potem przez pewien czas nawet współko- legach w szkołach 

ateńskich — jak najsłuszniej rzec by można słowami poety:

Różny im dany los i różna sława.

Relacja Grzegorza o pobycie książąt w Macellum ma charakter 

szczególny. Pochodzi wprawdzie od świadka bliskiego i niemal naocznego, 

ale zarazem jest programowo i jawnie stronnicza, a więc zniekształcona. 

Jakże dziwna jest w niej ocena krwawych wydarzeń roku 337, jak wykrętnie 

tłumaczy się powody, dla których bracia znaleźli się w Kapadocji! Oto słowa 

samego Grzegorza:

„Ocalił Juliana wielki Konstancjusz, gdy tylko przejął władzę po ojcu. 

Wojsko bowiem zbrojnie wystąpiło wtedy przeciw rządowi; z obawy przed 

przewrotem samo dokonało przewrotu. Otóż Konstancjusz uratował go wraz 

z bratem w sposób niezwykły i wbrew wszelkiemu spodziewaniu. On wszakże

ani Bogu nie odwdzięczył się za to, ani władcy. Przeciwnie, wobec obu okazał

swoją niegodziwość; jednemu przez odstępstwo, drugiemu zaś przez rebelię.

Przede wszystkim jednak muszę powiedzieć, że ów niezmiernie ludzki 

cesarz uznał ich obu za godnych królewskiego życia i wychowania w pewnym

majątku cesarskim. Strzeżono ich tam jako ostatnich z rodu — i dla 

cesarskiego rodu. Władca pragnął zarazem oddalić w ten sposób od siebie 

podejrzenia związane z przewrotem, jaki dokonał się w początku jego 

panowania; albowiem nie z jego woli to się stało i zbyt śmiało. Zarazem 

pragnął też okazać swą wielkoduszność, dzieląc się z nimi władzą. Po trzecie,

chciał też umocnić rządy" 

2

®.

background image

Ostatnie zdania odnoszą się oczywiście do wypadków późniejszych, to jest

do obdarzenia najpierw Gallusa, a potem Juliana godnością Cezarów. W 

jakich okolicznościach, miało dojść do tego, okaże się \y swoim miejs

cu. Wszelako wzmiankę o tym, co należało dopiero do przyszłości, 

Grzegorz bardzo zręcznie i -przemyślnie wplata w relację o pobycie w 

Macellum; na skutek czego nie uprzedzony czytelnik musi dojść do wniosku,

że okres przymusowego wygnania w kapadockich górach był dla obu książąt 

szczęsnym i z góry zaplanowanym przygotowaniem do objęcia najwyższych 

gqd- ności. A jak delikatnie określa Grzegorz wymordowanie cesarskiej 

rodziny! Jest to po prostu „przewrót, jaki dokonał się w początku 

panowania".

W ogóle stwierdzić trzeba, że uczony teolog mówi o Konstancjuszu nader 

ciepło. O tym samym Konstan- cjuszu, który gorliwie popierał arian i 

uporczywie prześladował Atanazjusza, podczas gdy Grzegorz zwalczał arian, 

uwielbiał zaś i wychwalał biskupa Aleksandrii. Wynika stąd, że nienawiść do

Juliana była w Grzegorzu namiętnością najsilniejszą. Wobec niej bladły i 

traciły na znaczeniu wszelkie inne uczucia, wszelkie przekonania i animozje.

Pobożny kleryk Julian

A oto dalszy ciąg relacji Grzegorza:

„Tak więc na razie żyli spokojnie z dala od wszystkiego. Albowiem władza 

dopiero miała się im dostać, dopiero o niej myślano; byli zaś nazbyt młodzi, 

aby powierzać im godności o mniejszym znaczeniu. Tutaj mieli na swe usługi

nauczycieli różnych umiejętności* nade wszystko zaś czuwał nad ich 

ogólnym wykształceniem sam cesarz".

background image

W tym miejscu należy zauważyć, że ów „niezmiernie ludzki cesarz" raz tylko 

— będzie o tym mowa! — zjawił się w Macellum, i to na krótko. W jaki więc 

sposób zajmował się on „ogólnym wykształceniem" swych

background image

młodych -krewnych, trudno pojąć. Chyba, że w tym wypadku Grzegorz ma 

na myśli jego osobistą pieczę nad doborem nauczycieli, dozorców i 

donosicieli.

Najciekawsze jednak są następne słowa: • „Zaprawiali się usilnie także w 

naszej filozofii. I to nie tylko w jej doktrynie, lecz również w nabożnych 

praktykach. Obcowali z najpoważniejszymi mężami; ćwiczyli się w 

postępkach szlachetnych i rokujących wielką cnotę. Zapisali się nawet w 

poczet kleru, aby móc odczytywać ludowi boskie księgi. Uważali to za coś, 

czym szczycić się należy jak najbardziej. Właśnie pobożnością chlubili się 

jako ozdobą najpiękniejszą".

W świetle tego świadectwa wydaje się oczywiste i niewątpliwe, że obaj 

bracia sprawowali w okolicznych gminach i kościołach pewne niższe funkcje 

kapłańskie, chyba lektorów. Jeśli tak, to musieli przyjąć chrzest, i to 

stosunkowo wcześnie — przynajmniej jak na tamtą epokę. Krok to zresztą w 

pełni zrozumiały. Obaj przecież wychowywali się od kolebki w duchu nowej 

religii i chyba zbędne były w tym wypadku naciski z zewnątrz; z całą 

szczerością i samorzutnie weszli do wspólnoty wiernych, pragnąc służyć jej 

jak najgor- liwiej według swych umiejętności. Wynika to zresztą także z 

dalszych wywodów Grzegorza:

„Poświadczyli swe umiłowanie nauki i Chrystusa, budując przewspaniałe 

pomniki dla męczenników i ofiarowując niezmiernie hojne dary. Podejmowali

także wszelkie inne dzieła, które charakteryzują się bojaźnią bożą. Otóż 

jeden z nich, chociaż z natury nieco ognisty, w sprawach wiary był uczciwy; 

background image

drugi natomiast skorzystał ze sposobności i ukrywał występną naturę pod 

maską zacności".

Owym porywczym, lecz w istocie pobożnym, jest oczywiście Gallus, 

hipokrytą zaś Julian. Te oraz inne jeszcze pochwały pod adresem Gallusa 

rzucają osobliwe światło na mentalność i chwyty polemiczne samego

background image

Grzegorza; wnet bowiem przekonamy się dowodnie, w jaki to sposób 

objawiała się tak delikatnie tu określana „nieco ognista natura" starszego z 

braci.

I wreszcie jeszcze jedno wydarzenie z pobytu książąt w Macellum, 

poświadczone przez chrześcijańskiego apologetę:

„Obaj jak najgorliwiej służyli pamięci męczenników, szlachetnie w tym 

rywalizując. Budowali świątynię, nie szczędząc trudu i bogatych ofiar. 

Jednakże praca ich z różnych wypływała pobudek, toteż różne były jej 

owoce. Pierwszy bowiem, to znaczy brat starszy7 wykonał swe dzieło z 

pełnym powodzeniem, tak jak to zamierzał. Drugiego natomiast daru Bóg 

męczenników nie przyjął; wzgardził nim, jakby to była ofiara Kaina! I chociaż

budował on w ciężkim mozole, ziemia zrzuciła z siebie to, co zostało 

wzniesione z takim wysiłkiem. Julian więc jeszcze bardziej obstawał przy 

swoim planie, lecz ziemia nie chciał przyjąć fundamentów kładzionych przez 

kogoś, kto tylko udawał pobożność" 

21

.

Jak wynika z innych źródeł współczesnych, chodziło o dużą budowlę, 

wznoszoną przez obu braci — a mówiąc ściśle, na ich koszt — ku pamięci 

sławnego wówczas w tamtych stronach męczennika imieniem Mama. 

Widocznie świątynia zawaliła się lub ucierpiała na skutek trzęsienia ziemi, 

co zdarza się w tych krainach często. W każdym razie wypadek ten szczerze 

uradował Grzegorza, pozwolił bowiem na piękne zilustrowanie napastliwych 

wywodów.

Jerzy z Kapadocji

background image

Był jednak jeszcze ktoś, kogo Grzegorz nienawidził co najmniej równie 

serdecznie jak i Juliana. Człowiek ten zwał się Georgios; imię to, mocno 

przekształcone,

background image

żyje w naszym języku w formie Jerzy. 1 on pochodził z Kapadocji; piastował 

jakąś godność kościelną w jednym z miast tamtejszych właśnie wtedy, gdy 

Julian przebywał w Macellum. Później przeniósł się do Aleksandrii. Słowa, w

jakich Grzegorz odmalowuje portret swego krajana, wystawiają niezbyt 

pochlebne świadectwo przede wszystkim samemu ich autorowi:

„Ten potwór kapadocki urodził się na samych kresach naszego kraju. 

Podłego był rodu, a jeszcze podlejszego charakteru, stanu zaś nie całkiem 

wolnego; mieszaniec to, niby muł jakiś. Rozpoczął od służb przy cudzym 

stole. Gotów był się sprzedać za kawałek placka; wszystko by zrobił i 

wszystko by powiedział, byle tylko brzuch napełnić. Dostał się wreszcie na 

urząd państwowy. Zlecono mu zajęcie najpodlejsze, mianowicie odbiór 

wieprzowiny przeznaczonej dla wojska. Ale i tam popełnił nadużycie, dbał 

bowiem wyłącznie o korzyść swego brzucha. A skoro pozostało mu tylko 

własne ciało, musiał uciekać. Wędrował z jednego kraju i miasta do 

drugiego, jak to zwykle czynią zbiegowie; wreszcie, na nieszczęście całego 

Kościoła, zjawił się w Aleksandrii, niby plaga jakaś egipska. Tutaj zatrzymał 

się na stałe; zaprzestał wędrówek, jął się łajdactw. Był to zresztą człowiek 

pozbawiony wszelkich walorów. Nigdy nie zetknął się z naukami 

wyzwolonymi, nie umiał prowadzić rozmowy, nie udawał nawet pobożności i 

układności. Potrafił natomiast znakomicie czynić źle i intrygować" 

22

.

Dwa były powody, dla których Grzegorz tak nienawidził Jerzego. Po 

pierwsze, ten ostatni sprzyjał arianom; po drugie, występował przeciw 

Atanazjuszowi, a nawet w pewnym okresie zajął jego miejsce na stolicy 

biskupiej w Aleksandrii. Ale właśnie poglądy religijne Jerzego oraz jego 

background image

umiejętność zabiegania o łaski dworu sprawiły, że Konstancjusz zezwolił mu 

na kontaktowanie się z młodymi ludźmi w Macellum.

background image

Człowiek ten nie Wywarł sympatycznego wrażenia na Julianie, który w 

latach późniejszych wspominał o nim z wyraźną niechęcią. Mimo to młody 

książę odniósł wielką korzyść z tej znajomości w smutnym okresie wygnania.

Okazało się mianowicie, że Jerzy posiada wspaniałą bibliotekę; a więc nie był

on zupełnie obcy naukom, jak utrzymuje jego wróg Grzegorz.

Po wielu latach Julian pisał:

„Biblioteka Jerzego była duża i poważna. Znajdowały się w niej dzieła 

wszelakich filozofów oraz komentatorów; niemało też było w niej przeróżnych

ksiąg Galilejczyków" 

23

.

Galilejczykami nazywał Julian chrześcijan. Po śmierci Jerzego bardzo 

pragnął odszukać ten księgozbiór i mieć go na własność:

„Jedni kochają konie, inni ptaki, jeszcze inni zwierzęta różne. Ja 

natomiast od dziecka namiętnie pragnąłem posiadać książki. Byłoby więc 

rzeczą dziwną, gdybym przypatrywał się obojętnie, jak przywłaszczają je 

sobie ludzie, którym złoto nie wystarcza do zaspokojenia żądzy bogactw; 

myślą, że i książki zagarną bez trudu! Okaż mi więc tę szczególną łaskę i 

odnaleź dla mnie wszystkie książki Jerzego. Miał on wiele dzieł 

filozoficznych, wiele retorycznych, wiele też o nauce bezbożnych 

Galilejczyków. Chciałbym co prawda, aby te ostatnie zniknęły całkowicie, ale

ponieważ wraz z nimi mogłyby przepaść i tamte, pożyteczne, należy 

wyszukać wszystkie, i to jak najstaranniej. Znam dobrze książki Jerzego; 

jeśli nie każdą z nich, to bądź co bądź wiele. Kiedy bowiem przebywałem w 

Kapadocji, dał mi niektóre do przepisania, lecz później je odebrał" 9

background image

Atanazjusz i sprawa nowego synodu

Książęta internowani w Macellum, wśród gór i lasów dalekiej prowincji 

wschodniej, rzadko kontaktujący się z postronnymi osobami, zapewne 

bardzo późno dowiadywali się o ważnych wydarzeniach w życiu Imperium. A 

przecież całe-to sześciolecie obfitowało w doniosłe wypadki, zwłaszcza w 

sprawach kościelnych.

Właśnie w tymże roku 342, w którym Gallus i Julian zmuszeni byli udać 

się na wschód, czterej biskupi, stronnicy zmarłego niedawno Euzebiusza, 

wyjechali w kierunku przeciwnym, na zachód. Stawili się w ówczesnej 

siedzibie cesarza Konstansa, w Trewirze nad Mozelą. Trudno określić 

właściwy cel ich misji. Prawdopodobnie w obliczu grożącego rozłamu 

Kościoła usiłowali przedstawić władcy Zachodu do akceptacji jedno ze 

sformułowań wiary przyjęte ostatnio w Antiochii, a także swój punkt 

widzenia na sprawę atanazjusza. Ten ostatni twierdził co prawda później, że 

czterej biskupi prosili Konstansa o zwołanie nowego synodu, nie sposób 

jednak w to uwierzyć. Jakież korzyści dałby ów synod Wschodowi, który 

zawsze i niezachwianie stał na stanowisku, iż sprawy Atanazjusza nie wolno 

ponownie rozpatrywać, ponieważ już przed laty została ona załatwiona 

definitywnie? Zwraca też uwagę, że wpływowy biskup Trewiru Maksymin, od

wielu lat gorliwy sojusznik Atanazjusza, nie zgodził się na spotkanie z 

gośćmi ze Wschodu; widocznie więc nie popierał próśb i postulatów, z 

którymi oni przybyli.

Tylko i wyłącznie biskupi zachodni pragnęli zwołania wielkiego synodu. 

Konstans pozostawał zawsze pod ich wpływem; mając dwie trzecie Imperium

background image

w swym ręku, górował nad bratem politycznie, ostatnio zaś, z początkiem 

roku 342, zmusił wojowniczych Franków nad dolnym Renem do zawarcia 

korzystnego dla

background image

Rzymu pokoju; sukces ten odbił się głośnym echem w całym Imperium i 

jeszcze bardziej umocnił pozycję Konstansa. Tak więc Konstancjusz, słabszy 

i od lat uwikłany w beznadziejną wojnę z Persami, musiał się ugiąć i 

przystać na nowy synod, choć prestiżowo zgoda ta była dlań porażką.

W kilkanaście lat później Atanazjusz próbował oczyścić się z zarzutu, 

jakoby rozwijał jakąkolwiek działalność w sprawie zwołania synodu. 

Wywodził więc w piśmie do Konstancjusza, mającym formę apologii, czyli 

własnej obrony, że wtedy w ogóle o niczym nie wiedział, w niczym się nie 

orientował. Wszystko rozgrywało się poza jego plecami, on tylko otrzymywał 

informacje o już powziętych decyzjach. Oto słowa Atanazjusza:

„Skoro piszę swoją apologię, wypada, bym Waszej Pobożności jedynie 

prawdę mówił. Minęły trzy lata mojego wygnania w Rzymie i oto pisze do 

mnie Konstanc;, rozkazuje, abym stawił się przed nim; bawił wówczas w 

Mediolanie. Zacząłem się rozpytywać, jakaż to przyczyna tego wezwania; Pan

świadkiem, że jej nie znałem! Powiedziano mi, że byli u Konstansa jacyś 

biskupi i prosili, aby raczył on napisać do Twej Pobożności w sprawie 

zwołania synodu. Wierz mi, cesarzu, tak było, nie kłamię.

Przyjechałem więc do Mediolanu i spotkałem się z przyjęciem bardzo 

życzliwym. Konstans zechciał udzielić mi audiencji i powiedział, że już 

napisał do Ciebie list z życzeniem zwołania synodu. Pozostałem w tym 

mieście, on zaś wezwał mnie potem do Galii. Zjawił się tam również Ojciec 

Hozjusz. Stamtąd mieliśmy udać się do Serdiki" 

25

.

Mimo tych zapewnień i zaklęć Atanazjusza doprawdy trudno uwierzyć, by

w kwestii tak ważnej i bezpośrednio go dotyczącej pozostał całkowicie 

background image

obojętny i niezorientowany w przebiegu rokowań. Owszem, zgodzimy się 

chętnie, że po raz pierwszy spotkał się

background image

z Konstansem dopiero w roku 342 w Mediolanie. Wolno wszakże 

przypuszczać, iż wygnaniec stale porozumiewał się zarówno z Juliuszem, 

biskupem Rzymu, jak też z Maksyminem, biskupem Trewiru, dobrze się więc

wyznawał w rozwoju wydarzeń.

Synod zwołano na rok 343.

Rozłam w Serdice

Za wspólną zgodą na miejsce obrad wyznaczono Ser- dikę, czyli dzisiejszą

Sofię. Wybór był uzasadniony politycznie, miasto bowiem leżało na 

pograniczu obu części Imperium: jeszcze w obrębie władztwa Konstansa, 

lecz bardzo blisko Tracji, jedynej krainy na półwyspie bałkańskim podległej 

Konstancjuszowi. Tak więc biskupi Wschodu i Zachodu spotykali się w 

miejscowości, do której większość z nich musiała podróżować z daleka; w 

ten sposób wzajem czynili sobie ustępstwo i okazywali szacunek. Zachowany

też został prestiż obu cesarzy, którzy jednak osobiście do Serdiki nie 

przybyli. Z Zachodu stawiło się około dziewięćdziesięciu biskupów. Połowa z 

nich miała swe siedziby, w prowincjach bałkańskich, dziesięciu w Italii, 

sześciu aż w Hiszpanii. Juliusza reprezentowało dwóch jego prezbiterów i 

jeden diakon. Osiemdziesięciu biskupów wschodnich podróżowało wspólnie, 

pod eskortą dwóch wysokich urzędników Konstancjusza; mieli oni czuwać 

nad lojalnością dostojników kościelnych wobec polityki cesarza.

Jeszcze przed rozpoczęciem właściwych sesji biskupi wschodni zażądali, 

aby Atanazjusz, Marcellus i Askle- pas nie brali udziału w obradach. 

Hozjusz — starzec już, dawny doradca Konstantyna Wielkiego, jeden 2 

background image

przywódców soboru nicejskiego, cieszący się ogrom- aym szacunkiem — 

usiłował znaleźć wyjście kompro

background image

misowe. Daremnie. Biskupi wschodni, działający niewątpliwie w myśl 

instrukcji swego cesarza, nocą, potajemnie opuścili Serdikę. Przenieśli się do

miasta Filippopolis, czyli do dzisiejszego Plowdiwu w Bułgarii; leżało ono 

stosunkowo blisko Serdiki, ale już w granicach Tracji, a więc w dzielnicy 

Konstancjusza.

Mimo pośpiechu biskupi wschodni zdążyli jeszcze na wyjezdnym 

zredagować encyklikę, czyli pismo okólne. Omówili w nim szeroko heretyckie

poglądy Marcellusa oraz niegodne, ich zdaniem, czyny Atanazjusza i Askle- 

pasa; odrzucali próby rehabilitowania tych osób przez biskupów Zachodu, 

nie mających pełnego rozeznania w całości spraw; protestowali stanowczo 

przeciw dopuszczeniu tych trzech do udziału w obradach; zrzucali całą 

odpowiedzialność za rozłam w Kościele na biskupów Zachodu, którzy 

broniąc kilku nieszczęśników wyrządzają nieobliczalne szkody sprawie 

jedności; podtrzymywali wyroki poprzednich synodów wschodnich, 

składające Atanazjusza, Marcellusa i Asklepasa z ich urzędów; ponadto sami

składali obecnie z urzędów i wyłączali ze wspólnoty chrześcijańskiej kilku 

biskupów zachodnich, mianowicie: Juliusza z Rzymu, Hoz- jusza z Korduby,

Protogenesa z Serdiki, Gaudencjusza z Naissos, Maksymina z Trewiru. 

Oczywiście pismo zawierało też słowa najgorętszych życzeń i błagalnych 

modłów, aby Kościół zachował swoją niezachwianą jedność i czystość nauki.

Uchwały synodu w Serdice

Biskupi zachodni pominęli odejście swych wschodnich kolegów oraz ich 

encyklikę wzgardliwym milczeniem. Spokojnie kontynuowali obrady w 

background image

Serdice, jak gdyby w ogóle nic się nie stało. Rozpatrzyli sprawy Atanazjusza, 

Marcellusa i Asklepasa; uwolnili tych

background image

trzech od wszelkich zarzutów i przywrócili ich do dawnych urzędów. 

Natomiast zdjęli z urzędów i eksko- munikowali wielu wschodnich 

dostojników kościelnych, przede wszystkim zaś aktualnych biskupów 

Aleksandrii, Ancyry i Gazy, jako bezprawnie zajmujących stolice 

Atanazjusza, Marcellusa, Asklepasa. Potem przyszła kolej na wszystkie 

czołowe osobistości tamtej strony: Stefana z Antiochii, Akacjusza z Cezarei 

palestyńskiej, Walensa z Mursy (jest to dzisiejszy Osiek w Jugosławii), 

Ursacjusza z Singidunum, czyli obecnego Belgradu, oraz jeszcze kilku 

innych.

Usiłowano także ułożyć w Serdice nowe wyznanie wiary. Jednakże 

biskupom Zachodu, jak o tym była już mowa, brakowało przygotowania 

filozoficznego, a nawet znajomości greckiej terminologii teologicznej. Toteż 

sformułowania proponowanego „credo" były tak mylące i nieprecyzyjne, że 

zaprotestował przeciw nim sam Atanazjusz. Uczynił to oczywiście tylko 

pośrednio, stwierdzając, że wyznanie nicejskie, uchwalone przed osiemnastu

laty, wystarcza w zupełności potrzebom Kościoła.

Następnie synod zajął się sprawami dyscypliny. Uchwalił w tej materii 

szereg kanonów.. Zakazano biskupom przenoszenia się z jednego miasta do 

drugiego. Zganiono częste podróże na dwór cesarski; w tym wypadku miano 

oczywiście na myśli dwór Konstancjusza. Zalecono, aby pasterze nie 

opuszczali swych diecezji dłużej niż na przeciąg trzech tygodni. 

Postanowiono, że biskup może być sądzony tylko przez synod danej 

prowincji, od którego decyzji wolno apelować tylko do biskupa Rzymu; ten 

background image

albo potwierdzi wyrok synodalny, albo też przekaże sprawę do ponownego 

rozpatrzenia biskupom sąsiedniej prowincji.

Pod koniec obrad wystosowano pismo do cesarza Konstancjusza z 

wezwaniem, aby położył kres waśniom w łonie gmin chrześcijańskich swej 

dzielnicy oraz by

background image

zakazał urzędnikom świeckim wtrącania się w wewnętrzne sprawy Kościoła. 

Osobnym listem powiadomiono Juliusza, biskupa Rzymu, o przebiegu i 

rezultatach obrad.

Owe zaś rezultaty, trzeba to wyraźnie stwierdzić, były niemal żadne. Co 

gorsza: synod, miast załagodzić istniejące sprzeczności, jeszcze je pogłębił i 

okazał całemu światu. A jeśli chodzi o przepisy dyscyplinarne, to tych w 

praktyce nie stosowano ani na Wschodzie — co było w pełni zrozumiałe i do 

przewidzenia — ani nawet na Zachodzie. Trzej zaś biskupi, uznani w Serdice

za całkowicie niewinnych i niesłusznie prześladowanych, nadal nie mogli 

powrócić do swych siedzib.

Nowy biskup Antiochii

Konstancjusz okazał bezzwłocznie i jawnie, co myśli o decyzjach synodu. 

Surowo przykazał strzec jak naj- pilniej bram Aleksandrii, Ancyry i Gazy, a 

nawet dróg wiodących do tych miast. Uprzedził też urzędników, zwłaszcza w 

Egipcie, że jeśli schwytają któregoś z wygnanych biskupów lub sprzyjających

im kapłanów, winni karać przykładnie. Srogie represje dotknęły tych kilku 

biskupów wschodnich, którzy ośmielili się pozostać w Serdice i wzięli udział 

w obradach synodu razem z przedstawicielami Zachodu.

W okresie Wielkanocy roku 344 do Antiochii przyjechali wysłannicy 

Konstansa. Oficerowi wysokiego stopnia Salienusowi towarzyszyli dwaj 

biskupi, Wincenty z Kapui i Eufrates z Kolonii. Przedstawili pismo, w którym

ich władca prosił swego brata, aby łaskawie umożliwił trzem biskupom, 

rehabilitowanym w Serdice, powrót do dawnych siedzib i objęcie urzędów. Tę

background image

kłopotliwą prośbę rozważano w cesarskim konsystorzu długo i troskliwie — 

a tymczasem gości z Zachodu spotkała niezwykła przygoda.

background image

Obaj biskupi zamieszkali w budynku dość odległym od śródmieścia. 

Pewnej nocy do pokoju już śpiącego pasterza gminy kolońskiej wśliznęła się 

prawie nafa dziewczyna, a w tejże chwili wtargnęli do domu jacy.i ludzie z 

ulicy. Nagle dziewczyna zaczęła przeraźliwie krzyczeć. Zbudzeni domownicy 

zdołali zamknąć bramy i w ten sposób uwięzili intruzów. Dziewczyna zeznała

od razu, dlaczego krzyknęła: zamówiono ją dla jakiegoś młodego człowieka, a

tymczasem w łóżku zobaczyła zgrzybiałego starca! Domyślano się też, że 

ludzie, którzy wdarli się do wnętrza, mieli później świadczyć, jak to spędza 

noce świątobliwy Eufrates.

Salienus, mieszkający w innej dzielnicy ogromnego miasta, przybył 

dopiero rankiem. Dowiedziawszy się o aferze, pospieszył do pałatcu i wniósł 

tam uroczystą skargę. Dochodzenia wykazały, że dziewczynę rzeczywiście 

wynajęto w pewnym lupanarze; jego właściciel zeznał, że spotykał się w tej 

sprawie z ludźmi, których zidentyfikowano jako związanych ze Stefanem, 

biskupem Antiochii. Konstancjusz, do żywego dotknięty intrygą, 

natychmiast zwołał biskupów miast sąsiednich; Stefana złożono z urzędu, a 

na jego miejsce wybrano Leontiosa.

Nie była to wszakże zmiana po myśli Zachodu.

S Leontios sprzyjał arianizmowi tak samo, jak i jego poprzednik, odznaczał 

się jednak większą odeń zręcznością i talentami organizacyjnymi. Rychło 

zdołał doprowadzić do znacznego uspokojenia w skłóconej gminie 

antiocheńskiej. Jego wszakże wrogowie, a na ich czele Atanazjusz, 

rozgłaszali uporczywie, że nie powinien on w ogóle piastować żadnej 

godności kościelnej, jako że sam siebie pozbawił męskości — i to dlatego, 

background image

aby móc mieszkać razem z pewną dziewczyną imieniem Eusto- lion. Inne 

jednak wzmianki współczesne dowodzą, że Leontios był człowiekiem 

niezwykle przykładnych obyczajów. Samokastracja, którą zdaje się 

rzeczywiście

background image

popełnił, nie należała wówczas do czynów wyjątkowych wśród fanatyków 

wiary; w tym wypadku wynikła zapewne z pragnienia współżycia z ukochaną

kobietą w absolutnej czystości; Leontios chciał zarazem odsunąć od siebie 

wszelkie podejrzenia i obmowy.

Afera z dziewczyną podstawioną biskupowi Kolonii zmusiła 

Konstancjusza do pewnych ustępstw wobec brata. Cesarz odwołał więc z 

wygnania kilku kapłanów aleksandryjskich, skazanych za sprzyjanie 

Atanazju- szowi, polecił także wstrzymać represje przeciw jego zwolennikom 

w Egipcie. Nie było jednak mowy o powrocie samego biskupa. Tak więc 

poselstwo zachodnie wyjechało z Antiochii, nie osiągnąwszy celu najważniej-

szego.

Triumf Atanazjusza

Sytuacja uległa zmianie dopiero w dziesięć miesięcy później, w czerwcu roku 

345, kiedy to zmarł po długiej chorobie urzędujący biskup Aleksandrii, 

Grzegorz. Dopóki był on przy życiu, Konstancjusz nie mógł uczynić niczego 

w sprawie powrotu Atanazjusza, nie narażając na szwank swego autorytetu. 

Zgon Grzegorza pozwolił wreszcie na honorowy kompromis: władca Wschodu

nie wyraził zgody na wybór nowego metropolity, zwrócił się natomiast do 

Atanazjusza z prośbą, aby objął swoją dawną godność w stolicy Egiptu; w 

ten sposób piastowałby on urząd kościelny z woli cesarza, który ze swej 

strony czyniłby zadość życzeniom brata. Jednakże biskup, wówczas 

przebywający w Akwilei, nawet nie raczył odpowiedzieć na pismo cesarskie! 

Chciał, aby go proszono, i to usilnie, jawnie! Całe Imperium miało wiedzieć, 

background image

że to on okazuje łaskę cesarzowi, a nie cesarz jemu. W rozmowach z różnymi

osobami wysuwał pretekst, że nie wie, czy może bezpiecznie udać się do pro

background image

wincji podległych Konstancjuszowi; bo jeśli zaproszenie jest tylko pułapką?

Rokowania trwały długo. Konstancjusz wysłał do dumnego biskupa 

jeszcze dwa listy; potem wyprawił doń poważnych prezbiterów 

aleksandryjskich oraz prosił o wstawiennictwo brata; korzystał też z usług 

najwyższych dostojników państwowych. Atanazjusz niby to się wahał, wciąż 

zmieniał miejsca pobytu, zasięgał rady różnych osobistości. Z Akwilei 

wyjechał aż za Alpy, do Galii, gdzie spotkał się z Konstansem. Następnie 

przeniósł się do Rzymu; tu otrzymał od biskupa Juliusza listy do gminy 

aleksandryjskiej. Wreszcie, już jesienią roku 346, zjawił się w Antiochii. 

Uzyskał audiencję u Konstancjusza. Ten, bardzo łaskawy, wręczył mu trzy 

listy polecające: jeden dc biskupów i kapłanów w Egipcie, drugi do wiernych 

w Aleksandrii, trzeci do tamtejszego prefekta. Jednocześnie kancelaria 

cesarska rozkazała, aby archiwum prefekta zwróciło wszystkie pisma z lat 

poprzednich dotyczące sprąwy Atanazjusza. Polecenie to równało się 

nieoficjalnemu anulowaniu całego sporu i wymazaniu go, by tak rzec, z 

urzędowej pamięci. Wszelako sama kancelaria przezornie nie zniszczyła 

dokumentacji wieloletniego zatargu.

,W trakcie posłuchania u cesarza biskup domagał się, aby stawiono przed

nim oszczerców i zezwolono na wykazanie bezpodstawności ich zarzutów. Na

to Konstancjusz się nie zgodził, podobno jednak — jeśli wierzyć 

Atanazjuszowi — zapewnił:

— Nie. będzie się już przyjmowało żadnych kłamliwych oskarżeń. Obecna 

moja decyzja jest stanowczai nieodwołalna. Wszystkie pisma oczerniające 

zostaną natychmiast zniszczone.

background image

Atanazjusz, uspokojony tym oświadczeniem, wyjechał z Antiochii. W 

Palestynie uroczyście powitała go większość biskupów tej krainy. U granic 

Egiptu stanął w październiku roku 346, w samej zaś Aleksandrii

background image

w dniu 21 tegoż miesiąca. Grzegorz z Nazjanzu daje w jednej ze swych mów 

dość obszerną relację o triumfalnym powrocie biskupa; wprawdzie sam 

Grzegorz przebywał wówczas jeszcze w swej ojczyźnie, w Kapa- docji, 

spotykał jednak wielu naocznych świadków wydarzenia, które na długie lata 

zapisało się w pamięci współczesnych.

Ludność wyszła naprzeciw swemu pasterzowi podzielona według płci, 

wieku, zawodpw», Taki był prastary obyczaj tamtejszy obowiązujący przy 

powitaniu osób dostojnych. Rzeka mieszkańców płynęła od murów miasta aż

do majątku niejakiego Głiereaszą, czyli przeszło dzień drogi. Atanazjusz 

powracał jadąc skromnie na osiołku. Fakt ten dal uczonemu teologowi 

sposobność do niemal bałwochwalczych porównań wjazdu aleksandryjskiego

z tym, którego świadkiem była przed wiekami Jerozolima, gdy witano 

Chrystusa. Tłumy wymachiwały zielonymi gałązkami. Na drodze rozpo-

ścierano szaty barwne, pięknie haftowane, nie zważając na ich kosztowność; 

po nich to stąpał osiołek. Poprzedzały Atanazjusza gromady śpiewające, 

tańczące, wzajem usiłujące się przekrzyczeć i prześcignąć w swym radosnym

uniesieniu.' Zewsząd rozlegały się oklaski i wołania, bez przerwy skrapiano 

drogę kosztownymi pachnidłami. A gdy zapadła noc, całe miasto rzęsiście 

oświetlono, po ulicach chodziły weselne procesje, w wielu zaś domach 

wydawano wspaniałe uczty

26

.

Istotnie, był to triumf. I to nie tylko Atanazjusza, ale w równej mierze 

miasta i kraju. Ludność witała człowieka wyrażającego jej poczucie 

odrębności. Podobnie bowiem jak działo się to gdzie indziej, wtedy i jeszcze 

całe wieki później, separatyzm etniczny i kulturowy, nie w pełni 

background image

uświadamiany, przejawiał się w fanatycznym przywiązaniu do spraw i 

zjawisk ze sfery życia religijnego.

Tak więc położono kres, przynajmniej czasowo, kon

background image

fliktowi kościelnemu wokół osoby Atanazjusza. Wiązało się z tym złagodzenie

napięcia politycznego pomiędzy obu cesarzami. Co prawda napięcie to jawnie

nie przybierało form zbyt ostrych i gwałtownych; Konstans, choć osobiście 

przychylny Atanazjuszowi, nie ośmielał się występować przeciw swemu 

bratu i współ- władcy. Mimo to w pewnych kołach i tak twierdzono wówczas,

że Konstans był gotów nawet do interwencji zbrojnej w obronie wygnanego 

metropolity. Choć w istocie sprawy tak źle się nie przedstawiały, po obu 

stronach nagromadziło się sporo podejrzeń i niechęci.

Jak była o tym mowa, w roku 342 obawy polityczne, wywołane także 

sytuacją kościelną, spowodowały, że Konstancjusz wysłał Gallusa i Juliana 

do odległego Macellum. Obecne rozpogodzenie się horyzontu miało przynieść

nową odmianę w życiu książąt.

Pożegnanie z Macellum

Złożyło się tak, że wiosną roku 347, a więc w kilka miesięcy po 

triumfalnym wjeździe Atanazjusza do Aleksandrii, cesarz Konstancjusz 

podróżował przez Kapa- docję. Przejeżdżał obok Macellum, przyszła mu więc 

ochota zabawić się łowami w tej okolicy sławnej z bogactwa dzikiej 

zwierzyny. A może łowy były tylko pretekstem. Może cesarz pragnął osobiście

sprawdzić, jak wyglądają obecnie i jak są wychowywani młodzi książęta, 

przetrzymywani tam już od lat kilku?

Wtedy to po raz pierwszy w życiu Julian ujrzał swego starszego brata 

stryjecznego z bliska, twarzą w twarz; zapewne też zamienił z nim w czasie 

posłuchania kilka słów, odpowiadając na łaskawie zadawane pytania. 

background image

Pamiętał o tym jeszcze po latach. Konstancjusz chyba nie wywarł na chłopcu

zbyt sympatyczne

background image

go wrażenia; łatwo odgadnąć, że cesarz zachowywał się jak zwykle, a więc 

sztywno i ceremonialnie, a wyraz jego jakby wytrzeszczonych oczu czynił 

wrażenie niesamowite. Natomiast zaimponowała Julianowi sprawność, z 

jaką dostojny gość władał bronią; mógł to podziwiać, biorąc udział w łowach.

Wspominał o tym w wiele lat później, pisząc panegiryk ku czci Konstan-

cjusza:

„Widziałem, ukochany władco, jak zabijałeś niedźwiedzie, lwy i pantery, 

rażąc je pociskami. Łukiem zabawiasz się dla rozrywki i kiedy polujesz; do 

bitwy zaś stajesz uzbrojony, dzierżąc tarczę, hełm i pancerz" 

27

.

Można się domyślać, że w czasie polowań Gallus, od dziecka lubujący się 

w koniach, psach i myślistwie, gardzący zaś książkami, zaprezentował 

większe od Juliana umiejętności jako jeździec i strzelec. Toteż on bardziej 

przypadł do serca cesarzowi. Jeśli zaś chodzi o stosunek do nowej religii, tak

drogiej Konstancjuszo- wi, obaj książęta wydali się chyba równie pobożni; 

mogli przecież pochwalić się wzniesieniem przybytku ku czci męczennika.

Cesarskie odwiedziny stanowił/ wielkie przeżycie dla wygnańców. 

Przerwały monotonię ich odosobnienia, nade wszystko zaś pozwoliły żywić 

nadzieję, że nie zostali zapomniani, wkrótce więc nadejdzie radosna zmiana, 

powrót do miast i szerokiego świata. Ale tymczasem wraz z wyjazdem 

Konstancjusza zakończyły się dni ruchu, zgiełku, łowów, audiencji. Wiejska 

siedziba opustoszała i pogrążyła się w swej cichej wegetacji. Co gorsza, 

mijały dni i miesiące, a do Macellum nie przychodził żaden rozkaz z dworu, 

żadna pomyślna wiadomość! Wydawało się, że bracia zostali ostatecznie 

skazani na pogrzebanie żywcem w kapadockim odludziu.

background image

Niespodziewanie z początkiem roku 348 wezwano

background image

Gallusa wprost przed oblicze cesarza, do Antiochii. Miał odtąd stale 

przebywać w bezpośrednim otoczeniu władcy. Co prawda rychło się okazało, 

że nie oznacza to jeszcze Wyjęcia go spod systemu ścisłej inwigilacji, jakiemu

dotychczas był poddany. Wprost przeciwnie, nadzór wzmocniono. W 

Macellum, miejscowości odległej i ustronnej, nie trzeba było specjalnie 

czuwać nad każdym krokiem i słowem osoby podejrzanej; tutaj natomiast, w

samym ośrodku władzy, żaden gest i żadna rozmowa nie były obojętne; toteż

szpiedzy donosili o wszystkim. Jednakże po sześciu latach zesłania każda 

zmiana wydawała się pożądana i rokująca lepszą przyszłość.

Również Julianowi pozwolono wyjechać z Macellum. Stało się to 

wprawdzie po pewnej zwłoce, lecz chyba jeszcze w tymże samym roku 348. 

Jakby w nagrodę za dłuższe oczekiwanie na łaskę, otrzymał on prawie pełną 

swobodę ruchów. Mógł więc udać się tam, gdzie ciągnęło go serce — do 

Konstantynopola.

Dlaczego Konstancjusz po tylu latach wreszcie zdecydował się uwolnić 

braci? Być może, iż stało się to pod wpływem namów ze strony biskupa 

Antiochii, Leontiosa oraz wielce poważanego ascety Teofilosa. 

Prawdopodobnie zwrócili oni cesarzowi uwagę, że popełnia wielką pomyłkę, 

trzymając w odosobnieniu jedynych obecnie męskich spadkobierców rodu; 

należałoby raczej zapoznawać ich z życiem politycznym i sposobić do 

przyjęcia przynajmniej części odpowiedzialności za losy Imperium! Słowa te 

musiały czynić silne wrażenie na Konstancjuszu, wciąż bowiem nie miał on ' 

potomstwa; podobno upatrywał w tym karę niebios za to, że zezwolił na 

wymordowanie swej najbliższej rodziny. Przywrócenie więc do łask tych 

background image

dwóch młodych ludzi, którzy uratowali się od rzezi roku 337, mogło stanowić

jakby próbę odkupienia tamtej zbrodni.

background image

Libaniusz

Istnieje tylko jedno świadectwo mówiące o trybie życia i o studiach 

Juliana w tym okresie; jest nim relacja Libaniusza, prywatnego profesora 

retoryki w Ni- komedii i w Konstantynopolu. Postać to niezmiernie ważna dla

kultury wieku czwartego, a zarazem ściśle związana z Julianem, zwłaszcza w

latach późniejszych; wypada więc już obecnie wprowadzić ją i przedstawić.

Libaniusz przyszedł na świat w Antiochii syryjskiej w roku 314. Jego 

rodzina, zasiedziała tam od pokoleń, zaliczała się do najzamożniejszych i 

najświetniejszych. Jednakże za panowania cesarza Dioklecjana spadły na 

nią ciężkie ciosy; dwaj jej członkowie, w tym dziad Libaniusza, zostali 

skazani na śmierć w związku z rozruchami w mieście, a majątek uległ 

konfiskacie. Gdy Libaniusz miał lat jedenaście, zmarł jego ojciec; matka 

poświęciła wszystkie swe siły zapewnieniu dzieciom jak najlepszego 

wykształcenia. Wielki pisarz sam przyznaje, że jako chłopiec niezbyt się 

interesował nauką; wolał uganiać z rówieśnikami po ulicach i polach, matka

zaś patrzyła na owe zabawy pobłażliwie.

Gwałtowna zmiana przyszła sama.przez się, gdy chłopiec liczył lat 

piętnaście. Zaczął z własnej woli garnąć się do książek. Zapomniał o 

kolegach, sprzedał nawet swoje gołębie. Nie entuzjazmował się już wyścigami

rydwanów, nie zaglądał do teatrów, nie krzyczał z zachwytu w czasie walk 

gladiatorów; znajomi nie pojmowali, że można tak obojętnie traktować 

właśnie te igrzyska. Odtąd pociągały Libaniusza tylko i wyłącznie arcydzieła 

literatury klasycznej. Dniami i no- * cami ślęczał nad księgami greckich 

mówców i historyków.

background image

Aż do dwudziestego roku życia studiował retorykę w Antiochii. Dopiero 

wtedy zdołał spełnić swe marzenia, pokonując obawy i sprzeciwy matki: 

wyjechał na

background image

dalsze studia do Aten. Były one wciąż jeszcze przybytkiem nauk i siedzibą 

sławnych szkół filozoficznych oraz katedr retoryki.

Retoryka zaś — o czym już wspomniano — rozkwitała wówczas 

wspaniale. Uchodziła za królową wszech- nauk. Dobry mówca winien znać 

cały kulturalny spadek przeszłości, a więc utwory poetów, traktaty filozofów 

i historyków, z tych to bowiem źródeł czerpie najwznioślejsze myśli i 

najwłaściwsze przykłady, wiodąc umysł słuchacza ku umiłowaniu ideałów 

piękna, dobra i prawdy. Dlatego też retorzy tak chętnie zwali się sofistami, 

czyli nauczycielami mądrości. Libaniusz bardzo poważnie traktował swe 

powołanie; zawsze odcinał się od tych krasomówców, którzy dbali tylko o 

zręczne posługiwanie się schematami kompozycyjnymi oraz o dźwięczność 

stylu, samą zaś treść deklamacji traktowali lekceważąco, jako prawie 

nieistotną.

Będzie jeszcze sposobność, by w innym związku powrócić do spraw życia 

uniwersyteckiego w ówczesnych Atenach. Warto jednak zauważyć już tutaj, 

że w tym cichym miasteczku, przybytku kultury i studiów, toczyły się ciągłe 

walki podjazdowe i bezkrwaiwe wojny pomiędzy profesorami, wspomaganymi

przez swych studentów. Powody zaś owych utarczek i bojów były nader 

przyziemne, zgoła nienaukowe i nie związane z ideologią lub religią. 

Każdemu z profesorów chodziło po prostu o przysporzenie sobie jak 

największej liczby słuchaczy. Od tego częściowo zależały dochody. Profesor z 

kolei płacił szczególnie zasłużonym naganiaczom — bo tak trzeba ich nazwać

— jakiś procent od nowo zdobytych elewów, choćby przyciągniętych siłą; i 

tak bowiem bywało. Mimo że konkurencja wśród członków ciała 

background image

pedagogicznego nie przebierała w środkach, Li- baniiusz wkrótce dał się 

poznać jako ktoś niezwykle utalentowany; toteż już po kilku latach studiów 

otrzymał zaszczytną propozycję objęcia katedry. Jednakże

background image

po pewnym namyśle odrzucił ofertę. Przewidywał, że jako człowiek obcy 

miałby w Atenach życie podwójnie ciężkie.

Zwiedziwszy prawie całą Grecję oraz kraje sąsiednie Libaniusz przeniósł 

się, prawdopodobnie w roku 341, do Konstantynopola. To szybko rozwijające

się miasto dawało wówczas najlepsze możliwości kariery w każdym zawodzie.

Młody antioeheńczyk otworzył prywatną szkołę retoryki. Odniósł duży 

sukces: liczył na co najwyżej czterdziestu uczniów, rychło jednak miał ich 

osiemdziesięciu! Normalną koleją rzeczy powodzenie to wzbudziło zawiść w 

gronie uczonych kolegów. W wyniku przeróżnych ptryg Libaniusz opuścił 

Konstantynopol. Przeniósł się na przeciwległe wybrzeża małoazjatyckie, 

najpierw do Nicei, później zaś do Nikomedii. Spędził tam jako nauczyciel 

kilka pięknych lat, o których do końca swych dni wspominał z tęsknotą. 

Potem wszakże specjalny rozkaz cesarski zmusił go do ponownego otwarcia 

szkoły w Konstantynopolu; jak bowiem już się rzekło, Konstancjusz 

prawdziwie dbał o rozwój nauk i popierał retorów. Lecz poprzedni sukces już

się nie powtórzył. Libaniusz, zrażony do obcych miast i krajów, powrócił w 

roku 354 do rodzinnej Antiochii. Tam zamieszkał na stałe, ciesząc się wciąż 

rosnącym uznaniem.

Libaniusz o Julianie

Sławny retor, entuzjasta klasycznej literatury, był poganinem i pozostał 

nim do końca dni swoich. Właśnie dlatego nie mógł osobiście nauczać 

Juliana, chrześcijanina i członka rodziny cesarskiej, tak zdecydowanie po-

pierającej nową religię. Uwaga ta tłumaczy pewne sformułowania w tym, co 

Libaniusz mówi o młodości

background image

księcia. Od razu również uderza, że świadectwo to PS przytaczamy je poniżej

— pomija zupełnym milczeniem pobyt Juliana w Macellum; jego część 

pierwsza odnosi się chyba do lat chłopięcych księcia, sprzed ka- padookiego 

zesłania, druga zaś przedstawia okres późniejszych studiów retorycznych w 

Konstantynopolu i w Nikomedii. Zatarcie sprawy Macellum, jak i pewne 

niejasności chronologiczne w tej relacji, można poniekąd usprawiedliwić. 

Libaniusz był nie historykiem, lecz retorem. Chodziło mu nie o kronikarskie 

odtworzenie faktów, lecz o nakreślenie wyidealizowanego portretu. Pisze 

więc:

„Bóstwo opiekuńcze wzbudziło w Julianie miłość do nauk. Pobierał je w 

mieście największym po Rzymie, uczęszczając tam do szkoły. On, wnuk 

cesarza, bratanek cesarza, stryjeczny brat cesarza! Nie pysznił się. Nikomu 

nie sprawiał kłopotu. Nie. chciał wywoływać podziwu mnogością towarzyszy i

zgiełkiem, który oni powodują. Był przy nim tylko eunuch, najlepszy stróż 

wstrzemięźliwości, oraz drugi wychowawca, człowiek dość wykształcony. 

Ubrany zwyczajnie, nie wynosił się nad innych. Pierwszy pozdrawiał, nie 

gardził ubogimi. Kiedy go wzywano, podchodził natychmiast; a nim go 

wezwano, stał i czekał tam, gdzie stać wypadało innym chłopcom. Słuchał 

tego samego co reszta uczniów. Wychodził razem z innymi i w niczym nie 

starał się wyróżniać. Gdyby zjawił się ktoś z zewnątrz i spojrzał na tłum 

młodzieży nie wiedząc, kim są ci chłopcy i czyi to synowie, po żadnych 

oznaxach nie byłby w stanie odgadnąć, że Julian przewyższa pozostałych 

świetnością losu.

background image

Jednakże nie pod każdym względem można go było równać z resztą 

uczniów. Wysuwał się daleko przed innych inteligencją, umiejętnością 

przyswajania sobie i zapamiętywania wykładu, wytrwałością w pracy. 

Obserwując te zdolności bolałem, że to nie ja sieję

background image

ziarno w duszy tak świetnej. Pewien marny sofista w nagrodę za 

poniewieranie bogami otrzymał tego młodzieńca i wychowywał go w takichże 

poglądach. Julian więc musiał cierpieć rządy swego nauczyciela tylko z tej 

racji, że ów preceptor walczył z ołtarzami bogów!"

Wiadomo skądinąd, że wspominany przez Libaniusza marny retor zwał 

się Hekebolios. Był oczywiście chrześcijaninem, i to głęboko wierzącym — 

przynajmniej pozornie. Właśnie dlatego cieszył się pełnym zaufaniem dworu.

Nade wszystko jednak cechował go oportunizm, tak typowy dla 

intelektualistów żyjących w okresach gwałtownych przemian ideologicznych i

politycznych. Toteż kiedy po kilkunastu latach nadeszła chwila reakcji 

pogańskiej, Hekebolios zaczął ostentacyjnie służyć dawnym bogom; chciał w 

ten sposób przypodobać się nowej władzy. Ale triumf pogaństwa był 

krótkotrwały. Hekebolios więc znowu zmienił przekonania i przykładnie 

pokutował za grzech odstępstwa: leżał w prochu ulicznym przed drzwiami 

kościoła.

W relacji Libaniusza czytamy dalej:

„Tymczasem Julian stawał się już młodzieńcem, a królewskość jego 

natury przejawiała się często i olśniewająco. Właśnie to spędzało sen z 

powiek Konstancjusza. Cesarz obawiał się mianowicie, że miasto ogromne, 

dorównujące Rzymowi pod każdym względem, wiele znaczące, mogłoby 

upodobać sobie młodego człowieka, pełnego tylu zalet; a taki obrót spraw 

przyczyniłby jemu, Konstaoicjuszowi, sporo kłopotów. Z tej to przyczyny 

wysłał Juliana do Nikomedii, jako że ta zdawała się nie budzić takich obaw. 

Udzielił mu również zezwolenia na studia.

background image

Przebywając w tym mieście Julian co prawda nie przychodził do mojej 

szkoły, choć już ją prowadziłem — obrałem bowiem to ciche miasto na 

siedzibę zamiast tamtego, w którym czyhały niebezpieczeń

background image

stwa — ale wciąż mnie poznawał, zakupywał bowiem teksty moich mów.

A oto przyczyna, dla której, choć tak mu się podobały moje mowy, unikał 

mnie samego, ich twórcę! Godny podziwu sofista, Hekebolios, zobowiązał go 

przysięgami licznymi i mocnymi, że nie będzie moim uczniem; że nie będzie 

się nim nazywał; że się nie zapisze w poczet moich słuchaczy. On zaś 

oburzał się na człowieka, który skrępował go taką przysięgą, ale słowa nie 

złamał. Pragnąc wszakże pozostawać w łączności ze mną, wymyślił pewien 

sposób, by poznawać moje mowy nie popełniając krzywoprzysięstwa: za 

pomocą wielkich darów pozyskał kogoś, kto przekazywał mu wykłady, jakie 

wygłaszałem co dzień. Przy tej sposobności Julian objawił potęgę swych 

przyrodzonych zdolności. Choć nie uczestniczył w moich wykładach, potrafił 

naśladować moje wysłowienie lepiej od tych, którzy stale brali w nich 

udział".

Rozdział ten kończy Libaniusz dumnym stwierdzeniem:

„Chyba z tego powodu także w jego późniejszych mowach było coś 

pokrewnego z moimi. Sprawiało to wrażenie, że należał do moich uczniów" 

28

.

O potrzebie prześladowania pogan

Jak poucza historia, okresy gwałtownych przemian ideologicznych 

sprzyjają przede wszystkim masowemu pojawianiu się oportunistów typu 

Hekeboliosa. Ale i z tej pospolitej trawy, pokornie poddającej się każdemu 

tchnieniu spływającemu z wyżyn władzy, tu i ówdzie Wyrastają też jaskrawe,

okazałe kwiaty fanatycznej nadgorliwości.

Właśnie w tych latach, gdy Julian studiował na Wschodzie grecką 

retorykę pod kierunkiem pedagoga

background image

zakłamanego i z zasady lojalnego wobec każdej władzy, na Zachodzie 

ukazało się dziełko przepojone uczuciami bezinteresownej nienawiści i 

zaciekłej nietolerancji. Jego autor, Firmikus Maternus, pochodził z Sy- 

rakuz. W latach 334—337 wydał duży traktat, poświęcony wykładowi zasad 

astrologii i jej obronie; co świadczy, że wówczas był poganinem. Do nowej 

religii przystąpił nieco później; służył jej za to ze szczególną gorliwością. 

Dowodzi tego pamflet De errore profanarum religionum, czyli „O błędzie 

religii pogańskich". Napisany po łacinie, chyba nie dotarł do rąk Juliana, bo 

zajmował się on wtedy tylko klasyczną literaturą grecką, po łacinie zaś 

prawie w ogóle-nie mówił i nie czytał; dobrze poznał ten język dopiero w 

kilka lat później. Trudno jednak nie wspomnieć o tej książce, tak znamiennej

dla atmosfery i prądów epoki, a zwłaszcza dla postawy pewnych kół w 

triumfującym Kościele.

Poprzednio, w okresie prześladowań, chrześcijanie domagali się tylko 

tolerancji — dla siebie i dla innych. Powiadali wówczas:

„Niech sobie jeden czci Boga, a drugi Jowisza, ten niech do nieba ręce z 

prośbą wyciąga, a ten do ołtarza Fides; jeden niech liczy chmury przy 

modlitwie, drugi stropy na powale, ten niech ślubuje Bogu duszę swoją, a 

ten duszę kozłu. Przypatrzcie się bowiem, czy to nie prowadzi do zarzutu 

bezbożności, jeśli zabiera się swobodę religii i zabrania się wyboru bóstwa, 

tak że nie wolno mi czcić, kogo bym chciał, lecz zmusza się mnie czcić tego, 

kogo nie chcę. Przecież nikt nie będzie chciał doznawać czci od kogoś, kto 

czyni to niechętnie, nawet człowiek"

background image

Tak było dawniej. Zmieniła się wszakże sytuacja Kościoła, a z nią poglądy

jego wyznawców. Czego najlepszą ilustracją są wywody Firmikusa.

Zadedykował on swe dziełko obu współwładającym

background image

cesarzom, Konstancjusz owi i Konstansowi. Kilkakrotnie zwraca się wprost 

do nich, pouczając, z jakich to przyczyn i w jaki sposób należy rozprawić się 

z pogaństwem bezwzględnie. Książeczka więc pomyślana jest jako swoisty 

podręcznik nienawiści, z którego władza winna czerpać natchnienie.

Posłiigując się mnogością tendencyjnie dobranych przykładów, Firmikus 

usiłuje dowieść, że pogańskie wierzenia i kulty są dziwaczne, zdrożne, 

szkodliwe, a bogowie to istoty nie tylko grzeszne i występne, lecz nawet 

groźne. Zgoła bowiem nie przeczy realnemu bytowaniu owych bogów! 

Twierdzi tylko, że są to złe demony, które mogą zawładnąć ludzkim ciałem, 

ustępują zaś dopiero pod wpływem chrześcijańskich egzor- cyzmów. 

Nawołuje więc:

„Przenajświętsi Cesarze! Należy wykarczować do gruntu i całkowicie 

wytrzebić pogańskie praktyki. Należy karcić je najsurowszymi 

postanowieniami Waszych edyktów. A to w tym celu, aby ponury błąd 

przesądu nie kaził dłużej rzymskiego świata; aby nie krzepiła swych sił 

niegodziwość zaraźliwej nauki; aby nie panowało już więcej nad nami to, oo 

usiłuje zniszczyć bożego człowieka. Poniektórzy, namiętnie spragnieni 

własnej zguby, nie chcą ratunku i opór stawiają. Mimo to przyjdźcie z 

pomocą nieszczęsnym, ocalcie ginących! Bóg Najwyższy powierzył Wam 

władzę właśnie po to, abyście uzdrowili tę krwawiącą ranę".

Stwierdza dalej, że lepiej wyzwolić pogan od błędu, choćby oni sami tego 

nie chcieli, niż pozwalać im, by dobrowolnie zmierzali ku zgubie.

Zdaniem Firmikusa leczenie pod przymusem jest w pełni 

usprawiedliwione. Wiadomo przecież, że „chorzy lubują się w tym, co 

background image

zdrowiu przeciwne. Gdy ciałem zawładnie choroba, cierpiący domagają się 

wbrew swemu oczywistemu dobru właśnie tego, co szkodliwe. Umysł 

opętany i skażony słabością pożąda jeszcze gor-

background image

szego nieszczęścia. Gardzi lekami podsuwanymi przez znających się na 

rzeczy. Odtrąca środki medyczne. Z całą namiętnością spieszy ku własnej 

zatracie. A potem, gdy wzmoże się zło choroby, trzeba sięgać po sku-

teczniejsze środki i dla ratowania zagrożonego zdrowia stosuje się mocne 

leki. Podaje się pacjentom, choć opór stawiają, przykre potrawy i gorzkie 

napoje. Przykłada się ogień. Kraje się ciało żelazem. Chory zaś po. wróciwszy

do zdrowia przyznaje, że cokolwiek wycierpiał wbrew swej woli, to dla dobra".

Myśli te miały przyszłość przed sobą. Odegrały ogromną rolę jako 

podbudowa wszelkich prześladowań i przymusowego narzucania wierzeń. 

Były powtarzane we wciąż nowych ujęciach i w różnych językach, roz-

szerzane i uzasadniane przez następujące po sobie generacje fanatyków — 

choć niewielu z nich wiedziało, kto pierwszy sformułował owe szczytne 

hasła.

Jeśli chodzi o konkretne posunięcia przeciw poganom, Firmikus domagał 

s|ę przede wszystkim ograbienia świątyń:

„Zabierzcie z całym spokojem ich ozdoby. Posągi bogów niech przetopi 

ogień mennic lub płomień zakładów metalurgicznych. Wszelkie dary 

wotywne obróćcie na własny pożytek".

Powołuje się w tym miejscu na Pismo, nakazujące bezlitośnie karać 

zbrodnię bałwochwalstwa. Stwierdza: „Bóg więc rozkazuje, by nie oszczędzać

ani syna, ani brata; by mieczem mścicielskim rozcinać umiłowane członki 

współmałżonka. Również przyjaciela należy prześladować z taką samą 

surowością. Cały lud chwyta za broń, aby rozszarpać ciała bluźnierców. 

Miastom grozi zagłada, o ile zbrodnię tę popełniły!" 

10

background image

Kończy piękną wizją: jeśli cesarze pójdą za tymi wskazaniami, 

miłosierdzie boże hojnie ich wynagrodzi

background image

Upadek i śmierć Konstansa

Lecz miłosierdzie opatrzności sprawiło, że jeden z adresatów owego 

podręcznika nietolerancji odszedł ze świata żywych wkrótce po jego 

otrzymaniu. Był nim Konstans.

Katastrofa na pozór przyszła nieoczekiwanie. Wydawało się, że jego rządy,

trwające już dziesięć lat od pokonania i śmierci brata, Konstantyna II, 

przebiegają pomyślnie. Na Zachodzie nie toczono wówczas nigdzie wojen tak 

przewlekłych, jakie Konstancjusz niemal bez przerwy prowadził na 

Wschodzie z Persami. Nie spadła też na podległe Konstansowi prowincje 

żadna klęska elementarna. Przeciwnie, urodzaje były znakomite; o tamtych 

zbiorach wspominano jeszcze dziesiątki lat później. Wreszcie, co też miało 

swoje znaczenie, Zachodem nie wstrząsały spory kościelne — poza schizmą 

donatyzmu w Afryce. Ale mimo tych blasków i powodzeń, które zapewne 

uśpiły czujność Konstansa, nie wszystko szło najlepiej w jego władztwie.

Przede wszystkim niezadowolona była armia. Cesarz trzymał ją w surowej

dyscyplinie i traktował żołnierzy wręcz wzgardliwie; mógł sobie na to 

pozwolić, skoro na granicach panował prawie niezmącony pokój. Bardzo źle,,

choć z całkiem odmiennych przyczyn, działo się w administracji cywilnej. 

Konstans, chciwy każdego grosza, po prostu sprzedawał wiele urzędów; na-

bywcy godności usiłowali odbić sobie wyłożony pieniądz z naddatkiem, co 

prowadziło do zdzierstw, nadużyć, korupcji. Kontrola administracji niemal 

nie istniała; po zwycięstwie nad bratem cesarz był pewny siebie i swej 

szczęśliwej gwiazdy. Ani na moment nie przypuszczał, by ktokowiek mógł 

myśleć o buncie przeciw jego świętemu majestatowi. A tymczasem wokół 

background image

siebie miał samych wrogów. Mimo młodego wieku schorowany i niemal 

kaleka, niewolny od komplelc-

background image

Bsów i schorzeń psychicznych, przykry w życiu codziennym, otoczony złą 

sławą rozpustnika i uwodziciela chłopców, odpychał od siebie wszystkich.

Okoliczności zamachu stanu znane są dość dobrze. Spisek powstał 

właśnie w najbliższym otoczeniu cesarza. Jednym z przywódców był 

Marcellinus, „comes rei privatae", a więc jakby minister finansów. Na dzień 

18 stycznia roku 350 zaprosił on wielu najwyższych dostojników cywilnych i 

wojskowych do swego domu w Augustodunum, czyli w Autun, aby uczcić 

urodziny syna. Zabawiano się przy stołach do późnych godzin nocnych.

W pewnym momencie jeden z zaproszonych, Mag- nencjusz, oficer 

wysokiego stopnia, wstał i opuścił salę. Sąsiadom powiedział: — Muszę ulżyć

żołądkowi.

Po chwili jednak wkroczył na salę przyodziany w purpurowy płaszcz cesarski

i otoczony zbrojną strażą. Chwila konsternacji trwała bardzo krótko. 

Natychmiast tu i ówdzie podniosły się okrzyki pozdrawiające nowego 

Augusta. Było ich coraz więcej, stawały się coraz głośniejsze. Najpierw wołali

tylko spiskowcy. Później, z lęku przed obnażonymi mieczami żołnierzy, za-

częli przyłączać się do nich biesiadnicy dotychczas nie wtajemniczeni, 

przybyli tu tylko po to, by święcić urodziny. W ten sposób wszyscy obecni w 

domu Marcel lin a, nawet goście przypadkowi, stali się uczestnikami 

zamachu stanu. Wszyscy więc musieli odtąd iść konsekwentnie drogą 

rebelia.

Dnia następnego władcę radośnie powitała ludność miasta i okolicy. Był 

to entuzjazm niekłamany. Nie tylko dlatego, że i tutaj, podobnie jak w całej 

Galii, nienawidzono Konstansa i zgrai jego sprzedajnych urzędników. 

background image

Mieszkańcy Augustodunum mieli szczególny powód, aby sprzyjać aktowi 

uzurpacji. Spodziewali się mianowicie, że cesarz, który przywdział po raz

background image

pierwszy purpurę właśnie na ich ziemi, okaże temu miastu względy 

nadzwyczajne i obdarzy je takimi przywilejami, jakimi w Galii cieszył się 

dotychczas jedynie Trewir, ulubiona rezydencja całego rodu Konstantyna. 

Obywatele Augustodunum nigdy nie ukrywali, jak bardzo zazdroszczą 

tamtemu miastu nad Mo- zelą jego znaczenia, świetności i bogactw.

Najważniejsza wszakże dla sprawy Magnencjusza była postawa nie 

mieszczan, lecz armii. Tutaj rzecz przygotowano z pewnością umiejętnie i już

wcześniej, zamach zaś trafił na grunt podatny, skoro wszystkie jednostki i 

formacje wojskowe opowiedziały się niemal natychmiast po stronie 

uzurpatora.

A tymczasem Konstans polował! I to właśnie w okolicach Augustodunum.

Myśliwym był zapalonym. Co prawda ci i owi powiadali, że zaszywa się w 

gąszczu leśnym tylko po to, aby swobodnie dawać upust swej wstydliwej 

namiętności do pięknych chłopców, których wszędzie wodził ze sobą. Zgubę 

cesarza przypieczętowało właśnie to, że przez kilka dni był całkowicie odcięty

od świata, rebelia więc miała czas, by rozprzestrzeniać się swobodnie. Kiedy 

zaś Konstans wreszcie wyszedł z bezludnych ostępów i dowiedział się o bun-

cie, musiał stwierdzić z przerażeniem, że jest już za późno. Pozostawało tylko

jedno: ratować się ucieczką. Toteż nie zwlekając ruszył wraz z najbliższym 

otoczeniem na południe, ku Hiszpanii.

Pościg dopadł go w miasteczku Helena, czyli w dzisiejszym Elne, u 

podnóża wschodnich Pirenejów. W ostatnim momencie Konstans schronił 

się w tamtejszym kościółku i złożył insygnia władzy; żołnierze jednak, 

dowodzeni przez germańskiego oficera, siłą odciągnęli go od ołtarza i zabili.

background image

Nazwa miasteczka dała podstawę takiej opowieści:

Zaraz po przyjściu na świat Konstansa ojciec rozkazał astrologom ułożyć 

horoskop chłopca. Ci orzekli.

background image

że zginie on w objęciach swej babki, a więc Heleny; ta jednak zmarła, gdy był

jeszcze dzieckiem. Odtąd Konstans nie pomijał żadnej okazji, by kpić sobie z 

astrologów. Powtarzał z triumfem:

— Miałem zginąć w objęciach Heleny, która nie żyje już od lat!

Magnencjusz

Fakt, że ludność i armia Galii opuściły prawowitego cesarza tak szybko i 

z taką gotowością, musi zdumiewać; zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, 

że ród Konstansa władał tą krainą od przeszło pół wieku! Najpierw panował 

tu Konstancjusz Chlorus; następnie, w latach swej młodości, jego syn 

Konstantyn Wielki; potem syn tegoż Konstantyn II, a wreszcie, już od 

dziesięciu lat, sam Konstans. Wiadomo dzięki świadectwom źródeł, że dwaj 

pierwsi zapisali się jak najlepiej w pamięci swych poddanych. Widocznie 

więc rządy Konstansa stały się powszechnie znienawidzone, skoro nigdzie w 

Galii nie doszły do głosu uczucia lojalności i przywiązania do dynastii; 

nigdzie, z wyjątkiem może Trewiru.

Do upadku Konstansa przyczyniły się również, rzecz to oczywista, silne 

tendencje separatystyczne, już od dawna dające znać o sobie w tym kraju, 

zwłaszcza w wieku trzecim: odżyły one na skutek złej polityki Konstansa, a 

oplotły się wokół osoby Magnencjusza.

Kariera jego wydaje się wszakże dziwna, nie był bowiem poza armią 

postacią zbyt znaną i poważaną. Pochodził mianowicie ż rodziny, jak to 

wówczas określano, barbarzyńskiej, z samych nizin społecznych. Przyszedł 

wprawdzie na świat w Galii, w dzisiejszym Amiens, jednakże oboje jego 

rodzice byli tam przybyszami. Ojciec, jak się zdaje, przywędrował lub został

background image

przymusowo przesiedlony z Brytanii; wiadomo, że Konstancjusz Chlorus 

przerzucał z wyspy na kontynent tysiące ludzi, zwłaszcza rzemieślników; 

zamierzał tym sposobem ożywić miasta Galii, spustoszone najazdami 

barbarzyńców. Natomiast matka uzurpatora wywodziła się z germańskiego 

ludu Franków, z którym Rzymianie toczyli już od pokoleń krwawe walki nad 

dolnym Renem; prawdopodobnie była branką. Towarzyszyła synowi do 

ostatnich chwil jego życia, on zaś okazywał jej serdeczne przywiązanie, także

jako cesarz.

Choć wrogowie wypominali nowemu władcy jego obce pochodzenie, on 

sam czuł się Rzymianinem. Był zresztą człowiekiem poniekąd 

wykształconym, jakkolwiek w sposób dyletancki; chciwie pochłaniał książki, 

znakomicie przemawiał. Cechowała go ponoć pycha i tchórzliwość, lecz tę 

ostatnią rzekomo maskował wyzywającym ryzykanctwem. Dzięki 

zdolnościom oraz atletycznej budowie ciała zrobił szybką karierę w armii, aż 

do stopnia dowódcy dwóch wyborowych legionów, wchodzących w skład 

przybocznej armii cesarza. Gdy dokonywał zamachu stanu, zbliżał się już do

pięćdziesiątki.

Jakie były propagandowe hasła jego rządów? Pewne światło rzucają na to

napisy. Magnencjusz zbiera w nich pochwały jako „wyzwoliciel świata 

rzymskiego, odnowiciel wolności i państwa, opiekun żołnierzy i ludności 

prowincjonalnej"

. Zapewne dla łatwiejszego realizowania tych szczytnych 

idei nowy władca zaraz na początku swych rządów usunął wielu dawnych 

dygnitarzy Konstansa, a wśród nich nawet niektórych spiskowców. Ale z 

drugiej strony właśnie to bezwzględne rozprawienie się z najbardziej 

background image

znienawidzonymi reprezentantami poprzedniego reżimu zyskało mu 

przychylność szerokich rzesz ubogiej ludności. I to nie tylko w Galii. 

Podobnie zresztą umacniała jego wpływy zrę

background image

czna polityka religijna. Sam Magnencjusz był niewątpliwie poganinem; 

dowodzi tego choćby ten fakt, że zezwoli! na odbywanie nocnych nabożeństw

ku czci dawnych bogów. Ale jednocześnie na swych monetach rozkazał 

umieszczać symbole chrześcijańskie, mianowicie krzyż pomiędzy greckimi 

literami Alfą i Omegą; usiłował nawet wejść w kontakt z Atanazjuszem w 

Aleksandrii, wyprawiając doń swych emisariuszy.

Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności oraz zręcznej propagandzie. 

Magnencjusz bardzo szybko uzyskał uznanie swego władztwa nie tylko w 

Galii, lecz także w Hiszpanii i Brytanii. Dużo mu w tym pomógł dawny 

prefekt pretorium Konstansa, Fabiusz Titianus. W dniu 27 lutego objął on 

urząd prefekta Rzymu. Italia, kraje alpejskie, Afryka poddały się nowemu 

Augustowi.

Tylko w prowincjach bałkańskich, które przecież poprzednio również 

należały do Konstansa, sytuacja przedstawiała się inaczej.

Wetranion

Potężną armią Dunaju dowodził starszy wiekiem oficer nazwiskiem 

Wetranion. Urodził się w tamtych stronach, na ziemiach dzisiejszej 

Jugosławii, w domu bardzo ubogim. Choć nigdy nie posiadł nawet elemen-

tów wykształcenia — pisać uczył się dopiero pod koniec życia — zdołał dojść 

do najwyższych godności wojskowych. Cieszył się wielkim mirem wśród 

żołnierzy; znał swoje rzemiosło, był przystępny, umiał znaleźć wspólny język 

z towarzyszami broni.

background image

Wiadomość o rewolcie w Galii i szybkich jej postępach została przyjęta 

przychylnie przez wojska naddu- najskie, Konstans bowiem był tu równie 

nielubiany, a może i znienawidzony, jak w pozostałych krainach

background image

swego władztwa. Groziło więc, że lada moment jednostki te opowiedzą się po 

stronie Magnencjusza, podobnie jak to już się stało we wszystkich 

prowincjach zachodnich. Wetranion wszakże zwlekał. Powodowało nim 

niewątpliwie silne u starego żołnierza poczucie lojalności i przywiązania do 

dynastii; zaczął przecież służbę za Konstantyna Wielkiego jako prosty 

żołnierz, dzięki niemu i jego synom osiągnął wszystko. Te chwile 

niezdecydowania ze strony starego wodza wyzyskała w sposób przynoszący 

zaszczyt jej zdolnościom politycznym Konstancja.

Córka Konstantyna Wielkiego, rodzona siostra Konstancjusza, przed 

kilkunastu laty żona Hannibaliana, przebywała wówczas w którejś z krain 

bałkańskich, w pobliżu głównej kwatery Wetraniona. Zrozumiała 

natychmiast, że jeśli uzna on uzurpatora, sprawa prawowitej dynastii będzie

stracona ostatecznie: Konstancjusz, władający przecież tylko mniejszą 

częścią Imperium, nie zdoła przeciwstawić się zjednoczonym siłom prowincji 

zachodnich i środkowych; należy więc za wszelką cenę nie dopuścić do 

poddania się Wetraniona" Magnencjuszowi. Pomysł Konstancji był genialnie 

prosty: zdołała przekonać wodza, • że powinien zezwolić, by okrzyknięto go 

cesarzem; w czymże bowiem ustępuje Magnencjuszowi?

Dzięki popularności Wetraniona rzecz przeprowadzono szybko i bez 

najmniejszego oporu z czyjejkolwiek strony w dwóch największych obozach 

wojskowych, to jest w Sirmium nad Sawą i w Mursie, czyli w Osieku. Stało 

się to w dniu 1 marca roku 350. Konstancjusz, dobrze rozumiejący sytuację,

a niewątpliwie informowany też potajemnie przez siostrę, natychmiast 

background image

zaakceptował fakt dokonany. Co więcej, przesłał We- tranionowi diadem 

cesarski, a więc symbolicznie uznał go za władcę pełnoprawnego i legalnego.

Nastąpił obecnie okres delikatnej gry politycznej

background image

trzech panujących. Konstancjusz nie mógł opuścić Wschodu, rozpoczynała 

się bowiem wielka ofensywa perska, dowodzona osobiście przez króla 

Sapora; jej celem było miasto Nizibis w północnej Mezopotamii. Tak więc 

Konstancjusz musiał popierać i zjednywać sobie Wetraniona, ale tylko 

pośrednio i skrycie. Gdyby bowiem Magnencjusz dowiedział się o tym, 

niechybnie od razu uderzyłby na kraje bałkańskie. Wetranion prosił 

Konstancjusza o pieniądze i posiłki wojskowe, zapewniając, że uważa się 

tylko za czasowego opiekuna i stróża powierzonych sobie prowincji. 

Jednakże ze względu na wojnę z Persami cesarz nie mógł zadośćuczynić tym 

naleganiom w odpowiedniej mierze. Nie widząc innego wyjścia, Wetranion 

zawarł układ pokojowy z Magnencjuszem, a więc uznał go za legalnego pana 

Zachodu, co znowu nie było po myśli Konstancjusza; odrzucił on bowiem z 

miejsca wszystkie idące w tym kierunku propozycje Magnencjuszowe.

Nepocjan

Być może zresztą, że Magnencjusz mimo wszystko ruszyłby natychimast 

przeciw Wetranionowi, gdyby nie rewolta w Italii. Już w maju w roku 350 

pojawił się tam nowy pretendent, do cesarskiej purpury. Był nim niejaki 

Nepocjan, siostrzeniec Konstantyna Wielkiego, a więc z racji związków 

rodzinnych posiadający większe prawo do tronu niż obaj uzurpatorzy. 

Zgromadził wokół siebie zastęp gladiatorów, rozbójników, wszelkiego rodzaju

straceńców. Podszedł pod mury Rzymu i rozgromił uzbrojonych naprędce 

mieszczan. W dniu 3 czerwca wkroczył do stolicy i został okrzyknięty Augus-

tem. Odtąd przez dwadzieścia osiem dni w mieście szalał terror. Ludzie 

background image

Nepocjana zabijali dla samej rozkoszy zabijania. Trupy leżały na ulicach i na

forum. Ułat

background image

wiło to zadanie wojskom wysłanym pospiesznie przez Magnencjusza. Na ich 

czele stanął ów Marcellinus, w którego domu przed kilku miesiącami odbyła 

się uczta urodzinowa, a uzurpator pojawił się w purpurze.

W dniu 30 czerwca wojska Magnencjusza opanowały Rzym przy pomocy 

jednego z senatorów. Nepocjan zginął; jego głowę, odciętą i zatkniętą na 

włócznię, triumfalnie obnoszono po mieście — jak przed kilkudziesięciu laty 

głowę Makscencjusza, pokonanego przez Konstantyna Wielkiego. Wraz z 

Nepocjanem zabito też jego matkę. W ten sposób ród Konstantyna, tak 

uszczuplony po rzezi roku 337, znowu stracił dwoje swych przedstawicieli.

Natychmiast po zwycięstwie rozlała się w Rzymie nowa fala terroru. Tym 

razem uderzono we wszystkie osoby podejrzane o sprzyjanie Nepocjanowi. 

Wybierano zwłaszcza ludzi znamienitych i bogatych, konfiskując ich majątki 

na rzecz skarbu Magnencjusza. Nowy bowiem władca Zachodu stanął od 

samego początku swych rządów" w obliczu poważnych trudności finan-

sowych. Wynikały one głównie z jego łaskawości i hojności dla armii — tej, 

która go wyniosła i której musiał się za to odwdzięczyć. Aby zdobyć środki, 

zaczął wprowadzać niezmiernie surowy reżim podatkowy. Stopniowo doszło 

do tego, że daniny sięgały połowy dochodów z ziemi, opieszałym zaś groziła 

kara śmierci. Zachęcano niewolników, aby składali zeznania przeciw swym 

panom, jeśliby ci usiłowali ukryć swój dobytek lub wprowadzić w błąd 

władze podatkowe. Sprzedawano też niektóre domeny cesarskie, zmuszając 

do ich nabywania ludzi, którzy zgoła się do tego nie kwapili.

background image

Oblężenie Nizibis

Tymczasem Konstancjusz musiał odpierać na wschodzie jeden z 

najpotężniejszych najazdów perskich, jakie kiedykolwiek groziły granicom 

Imperium. Wiosną roku 350 król Sapor zgromadził nieprzejrzane zastępy 

wojsk, ściągając je nawet z Indii. Zmusił do towarzyszenia im także masy 

chłopów, i to wraz z kobietami i dziećmi; zamierzał bowiem natychmiast 

zasiedlić nowo zdobyte ziemie. Początkowo plany króla królów rozwijały się 

pomyślnie. Jego armia wkroczyła na tereny północnej Mezopotamii, zajęła 

wiele twierdz i miasteczek, potem zaś przystąpiła do oblegania — już po raz 

trzeci w ciągu lat kilkunastu —| miasta Nizibis, leżącego w ważnym 

strategicznie punkcie.

Wydawało się początkowo, że tym razem Sapor cel swój osiągnie. Co prawda 

pierwsze szturmy zupełnie się nie powiodły, a to z tej przyczyny, że 

rozlewiska rzeki Mygdonios bardzo utrudniały podejście pod mury. Wnet 

jednak czy to sam król, czy też któryś z jego doradców wpadł na pomysł, aby

przy dobywaniu Nizibis wyzyskać właśnie tę rzekę. Zasypano jej koryto 

poniżej miasta potężnymi groblami, wskutek czego rozlała się wokół murów 

na kształt ogromnego jeziora. Na wodach tych rychło pojawiły się perskie 

okręty i barki; podpływały tuż pod umocnienia, a ustawione na ich 

pokładach przeróżne machiny wojenne raziły obrońców pociskami. Ale 

Rzymianie odpierali skutecznie i te ataki; podpalali statki przy pomocy 

ognistych strzał oraz druzgotali je, wyrzucając z katapult ciężkie głazy.

Wreszcie podmyte naporem wód mury runęły na dość szerokim odcinku. 

Król natychmiast rzucił tam swoją wspaniałą jazdę; miała ona sforsować 

background image

rozlewiska i wtargnąć do twierdzy. Jednakże Rzymianie zdążyli tymczasem 

ustawić w wyłomie zwarte szeregi ciężkozbrojnej piechoty, na sąsiednich zaś,

jeszcze nie nad

background image

wątlonych koronach murów stanęła cała zdolna do walki ludność cywilna 

wespół z resztą żołnierzy. Konie Persów poruszały się z wielkim trudem po 

gruncie zalanym i mulistym, choć jeźdźcy bezlitośnie siekli je pejczami. W 

pewnym miejscu, gdzie dawniej była fosa, obecnie niewidoczna, bo pokryta 

wodą, konie zaczęły się przewracać; wciągały w topiel swych jeźdźców, 

dźwigających ciężkie pancerze, hełmy i tarcze. Wtedy z murów posypał się 

grad kamieni i ze świstem poszybowały roje strzał. Żołnierze rzymscy z 

impetem wypadli ku przodowi, dokąd było można, siekąc i dźga- jąc Persów, 

bezsilnie miotających się w bagnisku.

Nie powiódł się także szturm przeprowadzony w tym samym miejscu przy

pomocy słoni. Później Persowie usiłowali nie dopuścić do odbudowy murów, 

rażąc każdego, kto się w wyłomie pokazał, strzałami swych znakomitych 

łuczników. Rzymianie osłaniali rzemieślników tarczami piechoty; pracując 

bez przerwy dzień i noc, zdołano wyprowadzić mur do dawnej wysokości.

Walki trwały cztery miesiące. Gdyby Sapor kontynuował oblężenie, 

miasto zapewne musiałoby się poddać. Król jednak otrzymał wiadomość, że 

koczownicze plemiona znad Morza Kaspijskiego wtargnęły do północnych 

okręgów. Musiał więc odejść spod Nizibis, pozostawiając dwadzieścia tysięcy 

ciał swych poległych żołnierzy.

Odtąd przez osiem lat na wschodniej granicy Imperium panował względny

spokój. Konstancjusz wreszcie mógł poświęcić całą uwagę i wszystkie siły 

sprawom Zachodu. A właśnie stamtąd donoszono o bardzo niepokojącym 

rozwoju wydarzeń.

background image

Rokowania i głos z nieba

Wczesną jesienią roku 350 cesarz przeprawił się przez Bosfor i stanął na 

wybrzeżach Europy. Tutaj, w Heraklei trackiej, pewnego dnia zabiegło mu 

drogę wspólne poselstwo Wetraniona i Magnencjusza. Fakt ten potwierdzał 

poprzednie doniesienia i domysły, że obaj uzurpatorzy już się porozumieli i 

zamierzają prowadzić zgodną politykę. Było to nie tylko niepokojące, ale 

wręcz groźne, zjednoczonym bowiem siłom tamtych prawowity władca nie 

potrafiłby się przeciwstawić.

Posłowie — senatorzy i inni dostojnicy — przedłożyli propozycje 

umiarkowane, a poniekąd nawet korzystne. Mianowicie: natychmiastowe 

przerwanie działań wojennych; wzajemne uznanie się wszystkich trzech 

władców; honorowy prymat dla Konstancjusza, który jako Maximus 

Augustus stałby się symboliczną głową Imperium. Ponadto, dla utwierdzenia

przyszłego sojuszu, Magnencjusz prosił o rękę Konstancji, siostry cesarza, 

sam zaś ofiarowywał mu rękę swej córki.

Jeden z posłów, senator Nunechiusz, wystąpił z mową ostrą i pełną 

pogróżek. Uprzytomnił Konstancju- szowi, że jego wojska i zasoby są 

nadszarpnięte długoletnimi zmaganiami z Persją. Wołał więc:

— Jakże nierozważnie postąpiłbyś obecnie, gdybyś sprowokował wojnę z 

dwoma władcami, znakomitymi wodzami, mającymi potężne armie i 

działającymi jednolicie!

Propozycje, jak się rzekło, były korzystne, w razie bowiem ich przyjęcia 

Konstancjusz niczego nie tracił, zyskiwał natomiast zaszczytne miejsce 

pierwsze. Słowa Nunechiusza wypadało uznać za twarde, lecz prawdziwe. 

background image

Cesarz rozumiał to doskonale. Wiedział też, że jeśli odrzuci ofertę pokojową i 

rozpocznie wojnę, narazi całe Imperium na straszliwe niebezpieczeństwo i 

upust krwi, siebie zaś na ryzyko utraty wszystkiego.

background image

Trudno się dziwić, że władca, zalterowany i posępny, odłożył udzielenie 

odpowiedzi do dnia następnego.

Gdy nazajutrz zebrał się konsystorz, Konstancjusz, całkowicie już 

spokojny, oznajmił swym dostojnikom:

—- Miałem w nocy sen. Widziałem ojca, który jakby zstępował z nieba. 

Trzymał za rękę Konstansa. Wskazał na niego i powiedział: Oto mój syn, a 

twój brat, potomek cesarzy, zbrodniczo zamordowany. Nie lekceważ tego 

ciosu, zadanego państwu, i zamachu na władzę! Nie lękaj się żadnych 

pogróżek. Wyjdziesz zwycięzcą z wszystkich niebezpieczeństw. Czeka cię 

wielka sława. Nade wszystko jednak nie pozwól, aby brat twój pozostał 

niepomszczony!

Ten rzekomy głos z nieba przeciął wszelkie wahania. Nikt z członków 

konsystorza nie śmiał już zabrać głosu, choć zapewne wielu z nich uważało 

propozycje uzurpatorów za powściągliwe i godne rozpatrzenia. Teraz wszakże

straciły one znaczenie. Konstancjusz, powołując się na objawioną mu wolę 

ojca, przesunął rzecz z płaszczyzny politycznej na inną, niemal religijną. 

Wojna stała się świętym obowiązkiem, nakazanym przez zmarłego władcę — 

podobnie przed laty jego rzekomy list, wyjęty spod purpurowego płaszcza na 

katafalku, wezwał do rozprawienia się ze skrytobójcami, s^

W tej nowej sytuacji nie mogło być mowy o poszanowaniu praw 

poselskich. Wysłannicy Magnencjusza i Wetraniona zostali uwięzieni. 

Pozwolono wyjechać tylko jednemu z nich. Był nim Wulkacjusz Rufinus, se-

nator i wysoki dostojnik, spowinowacony z domem cesarskim jako brat 

background image

Galii, matki Gallusa. Miał powiadomić tamtą stronę o losie swych 

towarzyszy. Taka była odpowiedź Konstancjusza.

Decyzja kontynuowania wojny, powzięta w Hera- klei trackiej jesienią 

roku 350, należała do najdonioślejszych w skutki postanowień, jakie zapadły

w tym wieku.

background image

Purpura Wetraniona

Ostrzeżony przez Rufina Wetranion obsadził mocny- mi załogami górskie 

przełęcze graniczne, przez które wiodła droga z Filippopolis—Plowdiw do 

Serdiki— Sofii. Miał siły znacznie większe od Konstancjuszowych, jednakże 

w obliczu jego determinacji szybko zmienił postawę. Poniechał wszelkiej 

myśli o oporze i zdecydował sprzymierzyć się właśnie z nim przeciw Magnen-

cjuszowi! Czego przyczyny były chyba w znacznej mierze moralne; stary 

oficer Konstantyna Wielkiego nie mógł się przemóc w sobie, by podnieść rękę

na jego syna. Wyruszył ku granicy, ale tylko po to, aby przyjaźnie omówić 

warunki współpracy.

Osobiście dwaj władcy spotkali się w Serdice. Stamtąd razem podróżowali

dalej na zachód, ku głównym obozom wojskowym. Nie wiadomo, jaki był 

przebieg rozmów. Jedno wydaje się pewne: Wetranion od razu znalazł się w 

gorszej pozycji wobec swego partnera, polityka doświadczonego i 

przebiegłego. Jedno ze źródeł nie bez racji charakteryzuje starego wodza 

słowami: „był tak prostoduszny, że niemal głupi" 

82

. A tymczasem 

wypróbowani oficerowie i agenci cesarza rozwijali żywą działalność wśród 

wojsk Wetraniona. Szafowali złotem i obietnicami.

Dopiero po takich przygotowaniach odbyła się niezwykła ceremonia w 

obozie wojskowym w Naissos — Niszu, w dniu 25 grudnia kończącego się 

roku 350. Żołnierze i oficerowie stanęli w pełnym uzbrojeniu przed trybuną, 

na którą wstąpili obaj cesarze, odziani w purpurowe płaszcze,. z diademami 

na głowach. Pierwszy przemówił Konstancjusz, jako dostojniejszy rodem i la-

tami rządów. Przypomniał żołnierzom dobrodziejstwa, jakimi obsypywał ich 

background image

ojciec, Konstantyn Wielki, i on sam. Powtórzył słowa przysięgi, w której 

zaklinali się na wszelkie świętości, że będą wiernie służyli cesar

background image

skiemu rodowi i nigdy nie dopuszczą się zdrady. Wzywał ich, aby nie 

pozwolili bezkarnie ujść zabójcy tego Konstansa, pod którego rozkazami 

zwycięsko walczyli przez tyle tafc—

Zaledwie skończył, podniósł się potężny okrzyk po- zdrawiający 

Konstancjusza Augusta; tylko jego. FO= minięcie Wetraniona było dlań 

wyrokiem. Starzec natychmiast upadł cesarzowi do nóg, zrzucając purpuro-

wy płaszcz i diadem. Konstancjusz podał mu rękę, pomógł wstać, serdecznie

uścisnął, nazwał swym ojcem. Potem zaprosił go do stołu. Taki był kres 

dwumiesięcznego cesarzowania.

Niektórzy pisarze antyczni wysławiają to, co się stało w Naissoś, jako 

wydarzenie niezwykłe i nie spotykane w dziejach. Oto prawowity cesarz 

zdołał samą mocą swej wymowy uspokoić zrewoltowaną armię, wzbudzić w 

niej ducha żołnierskiej wierności, orężem słów pokonać samozwańca! Byłby 

to rzeczywiście fakt raczej wyjątkowy, i to nie tylko w historii rzymskiej, 

godny więc szczególnego podziwu, gdyby nie wspomniane wyżej okoliczności:

ludzie Konstancjusza od samego początku pracowali nad wytworzeniem 

wśród wojsk Wetraniona odpowiednich nastrojów. Jest też wysoce praw-

dopodobne, że sam Wetranion zgodził się wziąć udział w ceremonii, 

dokładnie wiedząc, jaki będzie jej przebieg i jaką ma odegrać rolę.

W każdym razie został potraktowany wspaniałomyślnie. Osiadł w mieście 

Prusa w Bitynii i żył tam jeszcze przez sześć lat jako człowiek prywatny, 

spokojnie i o- pływając we wszelkie dostatki.

Cezar Gallus i Cezar Decencjusz

background image

Po przejęciu pod swe rozkazy znakomitych wojsk naddunajskich 

Konstancjusz był już tak silny, że mógłby wystąpić zaczepnie i uderzyć na 

Italię, gdzie znaj-

background image

dował się wówczas uzurpator. Jednakże zimą alpejskie przełęcze były nie do 

przebycia; wypadło czekać wiosny.

W związku z zamierzoną ofensywą i przesunięciem operacji na zachód 

należało rozważyć, w jaki sposób zabezpieczyć granicę wschodnią. Mogłaby 

bowiem powstać groźna sytuacja, gdyby król Persów stłumił powstanie 

koczowniczych plemion i znowu poprowadził swe zastępy na rzymskie 

prowincje. Konstancjusz więc uznał za konieczne oprzeć się na tradycyjnej w

Imperium zasadzie: powołał współwładcę, młodszego godnością, który 

otrzymał tytuł Cezara i przejął odpowiedzialność za sprawy Wschodu. 

Ponieważ w rachubę wchodziły osoby tylko z rodziny cesarskiej, wybór — po 

wydarzeniach, które tak ją przetrzebiły poczynając od roku 337 — nie był 

trudny.

W dniu 15 marca roku 351 w obozie w Sirmium nad Sawą odbyła się 

uroczysta ceremonia. Konstancjusz zaprezentował armii swego stryjecznegp 

brata Gallusa. Mianował go Cezarem, zatrzymując dla siebie zaszczytnie jszy

tytuł Augusta. Jednocześnie przyjął go do nazwiska; odtąd więc młody 

człowiek zwał się oficjalnie Flavius Claudius Constantius Gallus. Dla 

umocnienia związków rodzinnych poślubił Konstancję, rodzoną siostrę 

Konstancjusza; tę samą, która przed czternastu laty była żoną 

Hannibaliana, ostatnio zaś tak się zasłużyła, nakłaniając Wetraniona, aby 

ogłosił się cesarzem i nie dopuścił do poddania się naddunajskich wojsk 

Magnencjuszowi. Należało oczekiwać, że będzie umiejętnie współdziałać ze 

swym mężem i odpowiednio nim pokieruje. Gallus liczył wprawdzie już 

dwadzieścia pięć lat, ale jego doświadczenie w sprawach politycznych i 

background image

rozeznanie w dworskich intrygach było żadne; odosobnienie w kapadockiej 

głuszy i polowania na dzikie zwierzęta nie mogły go nauczyć, jak się 

postępuje z ludźmi.

background image

Mniej więcej w tymże czasie także Magnencjusz powołał współwładcę. 

Cezarem został jego brat Decen- cjusz. Powierzono mu zarząd Galii i nhrgpo 

Renu. Istniała-bowiem ohawa; ze germańskie plemiona wyzyskają wojnę 

domową w Imperium i wtargną w głąb prowincji galijskich. Tu i ówdzie 

twierdzono nawet, że tajni wysłannicy Konstancjusza krążą wśród 

barbarzyńców i zachęcają ich do wyruszenia w pole.

Natychmiast po ceremonii w Sirmium Gallus wyjechał na wschód, aby 

ustanowić swoją rezydencję w Antiochii syryjskiej. W drodze wszakże 

zatrzymał się na krótko w Nikomedii. Tutaj spotkał się z młodszym bratem 

przyrodnim, Julianem. Cezar, odziany w purpurowe szaty, otoczony 

strażami we wspaniałych zbrojach, rojem urzędników i służby, był obecnie 

panem życia i śmierci milionów ludzi. Julian po prostu studiował i niczego 

więcej nie pragnął.

Bitwy i rokowania

Gdy tylko pozwoliła na to cieplejsza pora roku, obie armie, Magnencjusza 

i Konstancjusza, ruszyły przeciw sobie. Chodziło przede wszystkim o to, kto 

zdoła wpierw przebyć uciążliwe i niebezpieczne drogi alpejskie, łatwe do 

zamknięcia przez niewielkie nawet siły. Powiodło się Magnencjuszowi. Gdzieś

w wąwozach górskich na północ od dzisiejszej Lubiany część oddziałów 

Konstancjusza dostała się w zasadzkę i poniosła znaczne straty. Na wieść o 

tym ostrożny cesarz nie tylko wstrzymał dalszy marsz, lecz nawet cofnął się z

biegiem rzeki Sawy do miasta Siskia, czyli do obecnego Sisaku. Uczynił 

słusznie. Skoro bowiem nie potrafił dostatecznie szybko sforsować przejść 

background image

alpejskich i przeciwnik go uprzedził, należało zastąpić mu drogę na terenach

równinnych, sprzyjających rozwinięciu

background image

I Świetnej jazdy, której on, Konstancjusz, miał pod do- HF statkiem.

Tymczftaetn Magnencjusz posuwał się z biegiem rzeki Drawy. Zajął 

Poetovio, czyli dzisiejszy Ptuj, ważny ośrodek wojskowy i miejski. Sprawa 

Konstancjusza nie wyglądała najlepiej. Nic dziwnego, że w tej sytuacji z kolei

on uznał za stosowne rozpocząć rokowania; gotów nawet był iść na pewne 

ustępstwa, choć niewątpliwie dużo go to kosztowało. Wysłał do 

Magnencjusza jednego ze swych najwyższych dostojników, Filipa, prefekta 

pretorium; polecił mu też wybadać, jakie są siły i zamiary nieprzyjaciela.

Magnencjusz zwołał wiec żołnierzy. Był pewny siebie i przekonany, że poseł 

najlepiej okaże słabość swego pana, gdy publicznie przedstawi jego ofertę 

pokojową. Wyprowadził więc Filipa na trybunę i rozkazał mu przemawiać. 

Ten jednak zaczął od przypomnienia wielkości prawowitego domu 

cesarskiego; potem rozwodził się nad zasługami Konstantyna, pod którego 

rozkazami służyło wielu z obecnych tu żołnierzy, a przeciw którego synowi 

obecnie broń podnoszą. Najsilniejsze jednak wrażenie zrobiła propozycja 

pokojowa, przedłożona przez posła:

Konstancjusz gotów jest przerwać działania zbrojne; gotów jest nawet 

uznać Magnencjusza za legalnego władcę, pod tym wszakże warunkiem, że 

ustąpi on z Italii i Afryki; mógłby natomiast spokojnie władać prowincjami 

zaalpejskimi, a więc Brytanią, Galią, Hiszpanią.

Większość żołnierzy Magnencjusza pochodziła właśnie z tamtych krain, 

toteż przyjęła ofertę z entuzjazmem, jako słuszną i sprawiedliwą. Zewsząd 

podniosły się radosne okrzyki aprobaty, wszczęło się zamieszanie. 

Magnencjusz z trudem zdołał dojść do słowa. Powiedział krótko, że on także 

background image

jest za pokojem — i natych- ' miast wiec rozwiązał. Zapewnił tylko, że dnia 

następ

background image

n

ego znowu odbędzie się wiec, na któfym~prEedsstaS(J^ swoje stanowisko 

dokładniej.

Wieczorem Magnencjusz wydał ucztę dla swych wyższych oficerów; w 

istocie jednak pod pozorem pijatyki odbyła się poważna narada. Jej 

uczestnicy otrzymali dokładne wskazówki i jeszcze w ciągu tejże nocy 

przeprowadzili wśród żołnierzy agitację, nie szczędząc pieniędzy. Toteż wiec 

drugi miał przebieg odmienny od pierwszego. Magnencjusz gwałtownie 

zaatakował zmarłego Konstansa. Przypomniał jego rzekomo niepoczytalne 

postępowanie, zwłaszcza w stosunku do żołnierzy. Wołał:

— Nie mogąc już znieść jego zbrodni wobec państwa, chwyciliście za broń

w obronie społeczności. Uwolniliście nasze miasta od tego dzikiego zwierza, a

mnie zmusiliście do objęcia władzy, choć całkiem tego nie pragnąłem.

Żołnierze odpowiedzieli natychmiast gromkim okrzykiem:

— Prowadź nad Sawę!

Wkrótce potem armia ruszyła na Siskię. Aby wszakże zdobyć miasto, 

trzeba było przekroczyć rzekę. A tymczasem tamtejszy garnizon, wierny 

Konstancju- szowi, stawiał dzielny opór. Wielu ludzi Magnencjusza poległo 

lub utonęło, forsując most albo też wpław przebywając rzekę; wreszcie 

jednak miasto zostało zdobyte i zniszczone.

Konstancjusz, który wycofał się stamtąd już znacznie wcześniej, rozbił 

swój obóz pod miastem Cibalae, zwanym dziś Vinkovci, gdzie Drawa i Sawa 

zbliżają się ku Dunajowi, płynąc przez szerokie równiny. Przed 

kilkudziesięciu laty w tejże samej okolicy Konstantyn Wielki odniósł 

background image

zwycięstwo nad swym rywalem Licy- niuszem; jego syn, zawsze przesądny, 

wierzył zapewne, że i jemu sprzyjać tu będzie rodowe szczęście. Na wszelki 

jednak wypadek rozkazał wykonać ogromne

background image

proce fortyfikacyjne. Poprowadzono wał i fosę od miasta aż ku Sawie, a więc 

na przestrzeni około dwudziestu kilometrów; na rzece zbudowano most 

pontonowy.

W obozie cesarskim stawił się poseł Magnencjusza, senator Titianus. 

Przemawiał w sposób pyszny i obraź- liwy, wypominając wszystkie 

prawdziwe i rzekome zbrodnie zarówno Konstantyna Wielkiego, jak też jego 

synów; w szczególności zaś przypisywał niedołęstwu ich rządów obecny 

upadek miast. Zakończył wezwaniem, aby Konstancjusz dobrowolnie ustąpił

i złożył władzę na rzecz Magnencjusza. Dodał:

— I tak będziesz mógł uważać się za szczęśliwego, jeśli dadzą ci żyć 

bezpiecznie!

Cesarz, choć tak bezczelnie obrażony, pozwolił posłowi powrócić do obozu 

wroga, gdzie wciąż przetrzymywano jego wysłannika, Filipa.

Pierwsze starcia pod Mursą

Posuwając się powoli w dół Sawy, Magnencjusz zdobywał i rabował 

wszystkie osiedla wokół. W ten sposób doszedł aż pod Sirmium, zostawiając 

Cibalae i obóz Konstancjusza po lewej ręce. Sądził, że i tym miastem 

zawładnie łatwo, niemal bez walki. Zawiódł się srodze. Sirmium było wielkim

centrum administracyjnym i wojskowym; jego mieszkańcy i załoga dzielnie 

odparli ataki. Magnencjusz zawrócił więc ku północnemu zachodowi. Mając 

Cibalae tym razem po prawej ręce, przeszedł z doliny Sawy ku brzegom 

Drawy. Zamierzał zdobyć Mursę, dzisiejszy Osiek. I tu spotkał się z twardym 

oporem. Nie mając machin oblężniczych, stał bezradnie pod potężnymi 

murami grodu — a tymczasem Konstancjusz już spieszył Mursie z odsieczą.

background image

Magnencjusz przygotował zasadzkę. Wprowadził cztery kohorty galijskie na 

stadion położony w lesistej

background image

dolinie opodal miasta; ukryci tam żołnierze mieli niespodziewanie uderzyć w 

czasie bitwy na wojska Konstancjusza od tyłu. Jednakże mieszkańcy Mursy 

spostrzegli manewr nieprzyjaciela z wysokich wież swego miasta. Zdołali w 

porę powiadomić cesarza. Ten natychmiast wyprawił przeciw siedzącym w 

zasadzce swych doborowych łuczników i oddział ciężkozbrojnych. Żołnierze 

Magnencjuszowi widocznie czuli się całkowicie bezpieczni, skoro nie 

wystawili nawet straży. Zaskoczono ich, beztrosko zabawiających się na 

arenie stadionu. Piechota Konstancjusza błyskawicznie obsadziła i zamknęła

wszystkie bramy, łucznicy zaś zwinnie wspięli się na koronę i górne stopnie 

stadionu; stamtąd zaczęli razić celnymi strzałami rozłożone w dole kohorty. 

Ich żołnierze podnieśli tarcze w górę 1 rozpaczliwym uderzeniem usiłowali 

wyłamać bramy. Zostali odparci, zdziesiątkowani strzałami, a potem 

wyrżnięci w pień mieczami ciężkozbrojnych.

W tymże czasie spotkała Magnencjusza jeszcze inna porażka: oto część 

jego żołnierzy przeszła pod wodzą trybuna Sylwanusa na stronę przeciwnika.

Strata to była tym dotkliwsza, że armia najeźdźcy była w ogóle mniej liczna 

od Konstancjuszowej: miała zaledwie 36 000 ludzi, podczas gdy po stronie 

prawowitego cesarza walczyło ich prawie 80 000, a wśród nich wyborowe 

oddziały wschodnich łuczników i opancerzonej jazdy. Można by się dziwić, 

dlaczego Magnencjusz ryzykował ofensywę, od początku dobrze wiedząc, że 

przeciwnik posiada przewagę liczebną; widocznie jednak pokładał wielką 

ufność w bitności swych żołnierzy, wśród których znajdowało się wielu 

Germanów zza Renu.

background image

Bitwa pod Mursą

Był dzień 28 września roku 351. Dwie armie rzymskie stanęły naprzeciw 

siebie na rozległej równinie pod murami Mursy. Trwały długo na swych 

pozycjach, żadna bowiem ze stron nie miała odwagi uderzyć pierwsza. 

Zwłóczyli z wydaniem rozkazu przede wszystkim sami wodzowie. 

Konstancjusz ponoć lękał się, że oto nadchodzi dzień pomsty bożej za to, iż 

przed laty, gdy żołnierze w Konstantynopolu wymordowywali rodzinę 

jego'ojca, on nie przeszkodził zbrodni, a potem nie ukarał jej sprawców. Cały

dzień modlił się u grobu miejscowego męczennika, a biskup Mursy Walens, 

gorliwy arianin, pocieszał go i wołał, że zwycięstwo jest pewne.

Lękał się i wahał także Magnencjusz. Podobno matka napominała go już 

przed wielu miesiącami, by nie przekraczał Alp. Obecnie, gdy nadchodził 

decydujący moment kampanii, skwapliwie poszedł za radą pewnej wróżki 

germańskiej. Rozkazał zabić młodą dziewczynę, a krew jej zmieszał z winem i

podawał w kielichu swym żołnierzom, podczas gdy wróżka odmawiała za-

klęcia i śpiewnie wzywała pomocy bogów. Ta krwawa komunia miała uczynić

jej uczestników niezwyciężonymi.

Słońce już się chyliło ku zachodowi, gdy wrogie szeregi zwarły się w 

walce. Zastępy ciężkozbrojnej jazdy Konstancjusza, ustawione na 

skrzydłach, już pierwszym swym uderzeniem wyparły jazdę przeciwnika i 

zaczęły okrążać główny trzon wojsk Magnencjuszo- wych, spychając go ku 

Drawie. Żołnierze Zachodu, choć słabsi liczebnie, walczyli dzielnie i 

nieustępliwie. Nawet mrok nie przerwał zmagań. Trwały one do późnej nocy. 

background image

Ludzie Magnencjusza, okryci ranami, albo padali na polu bitwy, albo tonęli 

w rzece. Tylko nielicznym udało się ujść cało z żelaznych kleszczy wojsk

background image

Konstancjusza. Zginął lub utonął Marcellinus; ten sam

w którego domu 

przed półtora rokiem Magnencjusz przywdział cesarską purpurę. Sam 

uzurpator zdołał uciec; zdjął oznaki władzy, płaszcz i diadem, zarzucił je na 

konia i pognał go precz, aby zmylić pogoń.

Przez cały ten czas Konstancjusz żarliwie modlił się w kościele. On sam i 

jego najbliżsi drżeli z trwogi. W pewnej chwili biskup Mursy wszedł wołając 

triumfalnie, że wróg już ucieka. Cesarz zażądał, by wprowadził przed jego 

oblicze zwiastuna dobrej nowiny. Na • co biskup odrzekł z całym spokojem:

— Anioł mi to powiedział!

Od tej chwili pasterz Mursy oraz biskup niezbyt odległego Singidunum, 

czyli Belgradu, także arianin, należeli do najbliższych i' najzaufańszych' 

doradców cesarza.

Rankiem dnia następnego Konstancjusz wszedł na wzgórze i spojrzał na 

szeroką równinę, zasłaną ciałami poległych. Łzy przesłoniły mu oczy. Płakał 

jako Rzymianin i jako władca Imperium, które samo sobie zadało ranę — kto

wie, czy nie śmiertelną.,, Zginęło bowiem pod Mursą ponad pięćdziesiąt 

tysięcy ludzi: trzydzieści tysięcy Konstancjuszowych, a niemal dwadzieścia 

cztery po stronie Magnencjusza. W bratobójczej walce wymordował się 

wzajem kwiat armii Renu, Dunaju, Eufratu. Były to straty nie do 

powetowania. Prawdziwym zwycięzcą w bitwie okazały się ludy 

barbarzyńskie, czyhające u granic państwa. Już współcześni zdawali sobie z 

tego sprawę. Historyk i mąż stanu Eutropiusz, być może świadek i uczestnik

zmagań, pisał później:

background image

„Bitwa pochłonęła ogrom sił Imperium rzymskiego. Sprostałyby one 

każdej wojnie z wrogiem zewnętrznym, mogłyby dap nam wiele triumfów i 

przyczynić bezpieczeństwa" 

3S

.

Cesarz rozkazał przystojnie pogrzebać wszystkich

background image

poległych, zarówno swoich, jak i wrogów. Rannym zapewnił opiekę 

lekarską. .Nikt jednak nie był już w stanie zaradzić skutkom upływu krwi 

Imperium.

Synod w Sirmium

Nadeszła jesień, niosąc chłody, deszcze i śniegi. Drogi, zwłaszcza górskie, 

stały się nie do przebycia. Ponieważ * Magnencjusz zdołał schronić się w 

Italii, łuk Alp wschodnich dzielił wrogie sobie strony, które na razie musiały 

przerwać wszelkie działania wojenne.

Konstancjusz ustanowił swoją główną kwaterę w Sirmium nad Sawą. 

Obecnie, gdy minął najkry- tyczniejszy okres zmagań, a sama przyroda 

położyła kres trudom marszów i zgiełkowi bitew, cesarz ochoczo zajął się 

sprawami, którym już od lat przywykł poświęcać wiele uwagi. Chodziło 

oczywiście o doktrynalne i personalne spory w łonie Kościoła. Władca uznał, 

że najlepszym sposobem zaradzenia złu będzie zwołanie nowego synodu. 

Wkrótce przybyła do Sirmium spora grupa biskupów wschodnich, z 

pewnością korzystając z usług poczty państwowej; Zachód reprezentowali 

przede wszystkim pasterze gmin z Mursy i z Sin- gidunum.

Synod rozpatrzył sprawę biskupa właśnie tej miejscowości, w której 

obradował. Był nim Fotejnos. Już od lat podejrzewano, a nawet głośno 

wołano, że jest heretykiem. Synod, zwołany do tegoż Sirmium jeszcze w roku

347, uchwalił, że należy złożyć go z urzędu; wszelako postanowienia tego z 

różnych przyczyn nie wykonano, trzeba więc było rzecz rozpatrywać po-

nownie.

background image

Fotejnos pochodził z Azji Mniejszej. Swego czasu należał do uczniów i 

prezbiterów Marcellusa z Ancyry. Zapewne pod jego to wpływem 

ukształtował swoją

background image

naukę o naturze Chrystusa i Logosu. Pisał wiele, zarówno po grecku, jak i po

łacinie, obu bowiem tymi językami władał swobodnie; niestety, żaden z jego 

traktatów nie zachował się do naszych czasów, trudno więc odtworzyć w 

pełni, czego uczył i jak argumentował. Opierać się musimy tylko na tym, co 

podają polemizujący z nim pisarze, z natury rzeczy bardzo stronniczy. W 

każdym razie istota poglądów Fotejnosa sprowadzała się do tezy 

następującej:

Jezus był człowiekiem, który dzięki swej doskonałości moralnej, 

przewidzianej zresztą od prawieków, został usynowiony przez Boga; wtedy to 

dopiero zamieszkał w nim Logos, dotychczas bytujący w Bogu.

Synod potępił tę doktrynę jak najostrzej i złożył Fotejnosa z urzędu. 

Uchwalił również wyznanie wiary. Było to po prostu jedno z wyznań 

ułożonych przed dziesięciu laty w Antiochii. Gromiło ono radykalny 

arianizmr lecz unikało terminu „współistotny". Obecnie dołączono do tekstu 

wyznania dwadzieścia siedem anatem, czyli klątw, godzących oczywiście w 

poglądy Fotejnosa.

Lecz dotychczasowy biskup Sirmium nie poddał się bez walki. Gdy 

zażądano, aby podpisał wyznanie wiary i litanię klątw, odpowiedział prośbą, 

złożoną u cesarskiego tronu; domagał się w niej publicznej dysputy, w której

mógłby zmierzyć się z przeciwnikami. Konstancjusz wyraził zgodę.

W trybunale zasiadło kilku senatorów. Jako obrońca ortodoksji wystąpił 

biskup Ancyry, Bazyli, znany ze swych sympatii proariańskich. Przebieg 

dyskusji protokołowało dwóch stenografów.

background image

Nawet wrogowie Fotejnosa przyznawali, że jest on znakomitym mówcą i 

błyskotliwym dyskutantem. Wszelako wysoki sąd oddał palmę zwycięstwa 

Bazy- lemu. Co było z góry do przewidzenia i chyba sam Fotejnos nie 

spodziewał się niczego innego. Dlaczego

\

background image

więc żądał publicznej dysputy? Zapewne traktował ów. pojedynek 

teologiczny jako nie tyle ostatnią szansę ratunku, co znakomitą sposobność 

nadania rozgłosu swej nauce i sprawie.

Biskup, potępiony przez synod, przez cesarza zaś skazany na wygnanie, 

pozostał wierny swoim poglą- dom. Głosił je i propagował jeszcze przez wiele 

lat, a garstka jego wyznawców przetrwała zapewne przez dwa pokolenia.

Magnencjusz w Akwilei

Tymczasem zaś Magnencjusz czuł się zupełnie bezpieczny za potężnym 

wałem Alp wschodnich, zwłaszcza w tej porze roku; na wszelki wypadek 

umocnił go jeszcze, obsadzając przełęcze i małe forty resztkami swej armii. 

Rezydował w pobliżu granicy, w Akwilei Miasto, wówczas bardzo bogate, 

często pełniło rolę rezydencji cesarskiej już w poprzednich dziesięcioleciach, 

a ze względu na swoje położenie wśród bagien i lagun łatwe byłoby do 

obrony. W ciągu miesięcy jesieni H[ £

i zimy uzurpator niemal bez 

przerwy oddawał się tu

ucztom, zabawom, igrzyskom. Czynił to z całym rozmysłem i wręcz 

ostentacyjnie. Chciał pokazać swoim i obcym, że nie lęka się niczego i jest 

jak^ najlepszej myśli. W rzeczywistości wszakże nie zaniedbywał przy-

gotowań wojennych, ściągając wojska ze wszystkich stron. W tej sytuacji 

dotkliwym dlań ciosem była wiadomość, że Cezar Decencjusz nie przyśle 

żadnych posiłków z Galii, Germanie bowiem', podburzeni rzekomo przez 

agentów Konstancjusza, już najeżdżają ziemie pograniczne.

background image

Zwycięzca, choć tak bardzo pochłonięty obradami synodu w Sirmium, 

także nie marnował przymusowej zwłoki. Przede wszystkim proklamował 

całkowitą

background image

amnestię dla osób związanych z samozwańcem; spod jej działania wyłączeni 

zostali jedynie zabójcy Konstansa. Edykt mówił też wyraźnie, że wszyscy, 

którym darowuje się winy, zatrzymują swe posiadłości i majątki. 

Postanowienia te odciągnęły od Magnencjusza wielu jego stronników. 

Jednocześnie zaś sporo zamożnych mieszkańców Italii uciekało przed 

terrorem sro- żącym się w krajach uzurpatora, przypływając na okrętach lub

nawet w łodziach na wschodnie, dalma- tyńskie wybrzeża Adriatyku.

Magnencjusz próbował rokowań. Wysłał do Sirmium jednego z 

senatorów. Cesarz uznał go za szpiega i rozkazał z miejsca przepędzić. 

Następnym więc razem przyjechali z Akwilei biskupi; za ich pośrednictwem 

Magnencjusz prosił tylko o łaskę, przyrzekając, że w razie jej uzyskania 

gotów będzie służyć w armii jako prosty żołnierz. Lecz nawet ci dostojni 

posłowie powrócili bez słowa odpowiedzi.

Tak zeszła nie tylko zima, lecz i wiosna roku 352. Konstancjusz 

przypuścił atak na pozycje nieprzyjaciela w Alpach Julijskich dopiero latem. 

Na skutek zdrady lub zaskoczenia opanował bez żadnych strat w ludziach 

jedno z ważnych przejść górskich. Wówczas, z lęku przed okrążeniem, 

poddały się kolejno wszystkie sąsiednie posterunki i twierdze. Linia obronna 

przestała istnieć, droga do Akwilei stanęła otworem.

Wiadomość o klęsce dotarła tam w godzinach południowych. 

Magnencjusz właśnie przyglądał się wyścigom rydwanów w cyrku, Rzucił się 

do ucieczki jeszcze tegoż dnia. Drogami przez dolinę Padu zmierzał szybko 

ku Alpom zachodnim. Miał jednak przy sobie znaczne siły, zdolne do walki; 

przekonały się o tym przednie straże wojsk Konstancjusza, które, posuwając

background image

się w pościgu zbyt śmiało, doznały porażki nad rzeką Ticinus. Mimo to 

Magnencjusz nie mógł myśleć o stawianiu

background image

poważnego oporu w Italii północnej, na otwartych równinach. Zaczęły 

zresztą przychodzić wiadomości, że flota Konstancjusza już wysadza wojska 

na wschodnich wybrzeżach Italii i na Sycylii. Donoszono nawet, że eskadry 

jej płyną ku Afryce i Hiszpanii.

Tak więc jako ostatnia twierdza i nadzieja pozostała Magnencjuszowi 

tylko rodzinna Galia. Przekroczył Alpy, aby za ich szczytami znowu 

przeczekać jesień i zimę.

Upadek Magnencjusza

„Gdy tylko przybył do Galii, zaczął srożyć się tak, że przewyższył samego 

siebie. Jeśli dotychczas nie znał i jeszcze nie stosował jakichś tortur 

szczególnie okrutnych, właśnie obecnie je wynajdywał. Najrozkoszniej- szą 

dlań uciechą było przyglądanie się cierpieniom nieszczęsnych ofiar. Tak więc

na przykład rozkazywał przywiązywać ludzi do rydwanu i krzyczał na powo-

żących, aby dobrze popędzali konie, sam zaś stał i z satysfakcją 

przypatrywał się przebiegowi egzekucji. Takimi właśnie rozrywkami zabawiał

się bez przerwy" 

u

.

Są to słowa Juliana. Wzięte zostały z panegiryku, napisanego przezeń ku 

czci Konstancjusza w kilka lat później. Nie ma powodu wątpić w ich 

prawdziwość. Uzurpator zagrożony odstępstwem wszystkich, widział jedyny 

ratunek w sadystycznym terrorze; metody te pomagały również przy 

wyciskaniu pieniędzy.

W tym samym czasie Magnencjusz wysłał do dalekiej Antiochii syryjskiej 

swego agenta. Zlecił mu tajną misję: zamordowanie Gallusa. Pomysł był 

dobry. W razie niespodziewanej śmierci Cezara Wschodu z całą pewnością 

background image

doszłoby tam do zamieszek i rozruchów; Konstancjusz musiałby osobiście 

zająć się sytuacją w owych prowincjach i zabezpieczyć granicę Eufratu

background image

przed ewentualnym najazdem Persów, odwlekając działania przeciw 

Magnencjuszowi.

Po przybyciu do Antiochii agent zamieszkał u pewnej staruszki, w 

nędznym szałasie nad brzegami rzeki Orontes. Jako człowiek obrotny szybko

wszedł w porozumienie z żołnierzami straży pałacowej. Kilku z nich zaprosił 

na pijatykę do siebie. Podochoceni winem wszyscy mówili zupełnie 

swobodnie o tym, jak najskuteczniej zabrać się do dzieła. Na babinę nikt nie 

zwracał najmniejszej uwagi; wydawała się zbyt starą i głupia; czyniła zresztą 

wrażenie, że w ogóle nie słucha gadaniny pijaków. Lecz gdy tylko żołnierze 

odeszli, a gość, spojony winem, mocno zasnął, staruszka wymknęła się 

cichaczem i pospieszyła do pałacu. Wysłani stamtąd zbrojni ujęli niedoszłego

zabójcę; na torturach wskazał on resztę uczestników spisku. Konstancja, 

żona Gallusa, hojnie wynagrodziła donosicielkę. Aby zaś zasługi jej stały się 

wiadome wszystkim, rozkazała obwozić kobiecinę po ulicach miasta we 

wspaniałej karocy.

Tymczasem zaś Konstancjusz ustanowił swoją rezydencję w Mediolanie. 

Tutaj przybyło doń poselstwo senatu i ludu rzymskiego, dziękując za 

wybawienie spod opresji tyrana. Delegacji przewodził prefekt miasta 

Orficjusz, jedna z najwybitniejszych postaci ówczesnego Rzymu — formalnie 

wciąż jeszcze stolicy Imperium. Tutaj też, w Mediolanie, Konstancjusz wydał 

w dniu 3 listopada ważny edykt:

„Anulujemy wszystko, cokolwiek postanowił tyran lub jego sędziowie 

przeciw prawu. Dawnym właścicielom przywraca się majętności 

background image

skonfiskowane. Natomiast nie tracą ważności akty emancypacji i wyzwoleń 

oraz umowy i transakcje dokonane za jego panowania" 

M

.

Tutaj wreszcie, jesienią roku 352 lub z początkiem 353, Konstancjusz 

poślubił swoją drugą żonę. Była nią

background image

piękna Euzebia, córka konsula roku 347, dowódcy wysokiego stopnia. 

Sprowadzono ją na ceremonię zaślubin we wspaniałym orszaku aż z 

Tesaloniki, czyli dzisiejszych Salonik. Później miała odegrać ważną i dobro-

czynną rolę w życiu Juliana.

Działania wojenne Konstancjusz podjął dopiero w lecie roku 353. 

Przekroczył Alpy nie napotykając żadnego oporu. Magnencjusz próbował 

stawić mu czoła w dolinie Izery, poniósł jednak klęskę i wycofał się do 

Lugdunum, czyli do dzisiejszego Lyonu. Stamtąd słał rozpaczliwe wezwania 

o pomoc do Decencjusza, swego brata i współwładcy. Wprawdzie ludy 

germańskie, zwłaszcza Alamanowie i Frankowie, już pustoszyły pograniczne 

ziemie, Decencjusz jednak nie miał wyboru. Zebrał wszystkie wojska, jakimi 

jeszcze dysponował, i ruszył pospiesznie na południe.

W Lugdunum zaś Magnencjusz zorientował się, że jest już więźniem, i to 

własnej straży przybocznej. Żołnierze traktowali go jak swoją zdobycz 

wojenną; wierzyli, że w zamian za niego uzyskają od cesarza przebaczenie i 

nagrodę; pilnie więc strzegli, aby ani on, ani też nikt z jego rodziny nie 

wymknął się chyłkiem. Niedawny pan Zachodu widział jeden tylko ratunek 

dla siebie: samobójstwo. Wykradzionym skądś mieczem wymordował 

najpierw swą rodzinę, poczynając od matki, a potem sam się nań rzucił; wbił

sobie ostrze głęboko w brzuch; krew buchnęła mu nawet nosem i ustami. 

Zginął z własnej ręki w dniu 10 sierpnia roku 353, licząc lat zapewne 

pięćdziesiąt, po trzech latach i siedmiu miesiącach panowania. Jego głowę 

odcięto i wystawiano na widok publiczny w wielu prowincjach, aby okazać 

wszystkim naocznie, jaki los spotyka uzurpatorów.

background image

O tragedii swych najbliższych Decencjusz dowiedział >się w dniu 18 

sierpnia, gdy przybył do Agendi- cum, czyli do dzisiejszego Sens, pomiędzy 

Loarą a Sekwaną. I on popełnił samobójstwo — przez powieszenie.

Z całej rodziny ocalał tylko Dezyderiusz, najmłodszy z braci. Odniósł on 

wprawdzie ciężkie rany z ręki Magnencjusza w Lugdunum i utracił tyle krwi,

że przez kilka godzin uchodził za martwego; powrócił jednak do zdrowia, a 

zwycięzca wspaniałomyślnie darował mu życie.

Germanie w Galii

Uzurpacja Magnencjusza, choć stosunkowo krótkotrwała, stanowiła 

jedno z najważniejszych wydarzeń w dziejach późnego ^esarstwa — kto wie 

nawet, czy nie wydarzenie przełomowe. Zważmy bowiem:

Od przeszło pół wieku armia rzymska dobrze strzegła granicy Renu. 

Miasta i wsie Galii, które tyle ucierpiały poprzednio, to jest w latach 

wielkiego kryzysu politycznego w wieku III, obecnie rozkwitały na nowo, 

stawały się ludne i zamożne. Jednakże po roku 350 w ciągu zaledwie 

kilkunastu miesięcy runęła zapora z takim trudem wznoszona i 

podtrzymywana przez dwa" pokolenia cesarzy. Sam Julian tak mówił o tym 

w kilkanaście lat później:

„Wycofano załogi z wszystkich miast i z wszystkich twierdz nad Renem. 

Wydano bezbronne miejscowości na łup barbarzyńskim hordom. A 

tymczasem wspaniała armia Magnencjusza sposobiła się, by uderzyć na 

nas" 

86

.

Większość Magnencjuszowych żołnierzy, ściągniętych znad Renu, zginęła,

jak się już rzekło, w morderczej bitwie pod Mursą. Ostatnie oddziały 

rzymskie odeszły znad ogromnej rzeki razem z Decencjuszem, gdy w lecie 

background image

roku 353 spieszył on z pomocą swemu bratu. Zagony germańskie miały 

odtąd wolną drogę daleko w głąb kraju. Najśmielej poczynali sobie 

Alamanowie; poda-

background image

wali się za sprzymierzeńców Konstancjusza i zapewne istotnie działali wśród 

nich jego tajni wysłannicy. Ludność zagrożonych prowincji chroniła się 

masowo w murach miast; one to stanowiły obecnie jedyne rzymskie punkty 

oporu w pogranicznych krainach. Gdzieniegdzie na czele samoobrony 

stawali przywódcy wyrośli z ludu i dobrze sobie radzili; wiadomo, że tak 

właśnie było w Trewirze.

Współcześni utrzymywali, że główną winę za katastrofę ponosi nie 

uzurpator, lecz Konstancjusz. Szczególnie mocno i chyba z przesadą mówi o 

tym retor Libaniusz. Jego słowa odmalowują położenie Galii w barwach 

bardzo ponurych, należy wszakże pamiętać, że darzył on Konstancjusza 

nienawiścią nieprzejednaną i z tej przyczyny gotów był nawet wybielać samo-

zwańca:

„Konstancjusz wojując z Magnenojuszem — który wprawdzie zagarnął 

cudzą władzę, lecz panował przestrzegając praw — uważał, że winien imać 

się wszystkiego, byle tylko go schwytać. Otworzył więc przed barbarzyńcami 

rzymskie granice, zezwalając im pisemnie na zajęcie tyle ziemi, ile tylko 

zdołają. Skoro bar-: barzyńcom zapewniono bezkarność — bo, listy cesarskie

przekreślały poprzednie układy — wtargnęli natychmiast. Oporu nie 

napotkali, jako że Magnencjusz miał swe wojska w Italii. Zrabowali bogate 

miasta, spustoszyli wsie, zburzyli mury, zabrali mienie, kobiety i dzieci 

mieszkańców. Nieszczęśni, gnani do niewoli, szli za Ren dźwigając na 

barkach wszystko, co im pozostało. Kto nie nadawał się na niewolnika albo 

nie mógł ścierpieć, gdy gwałcono mu żonę i córkę, ginął płacząc. Zwycięzcy 

background image

zabrali nam wszystkie majętności, potem zaś uprawiali naszą ziemię sami, a 

rolę w swoim kraju rękami jeńców.

Te miasta, które się ostały dzięki silnym murom, nią miały żadnej ziemi 

oprócz małych skrawków. Miesz

background image

kańcy ich umierali śmiercią głodową, choć rzucali się na wszystko, co 

wydawało się jadalne. W końcu miasta opustoszały tak bardzo, że same 

zamieniły się w uprawne pola — tam gdzie przestrzeń w obrębie murów była 

nie zabudowana; wystarczało to, by wyżywić pozostałą ludność. Zaprzęgano 

woły do jarzma, orano i siano; gdy zboże dojrzewało, przychodzili żeńcy i 

mło- carze. 'A wszystko to odbywało się wewnątrz bram miejskich! Niełatwo 

przyszłoby orzec, czyj żywot nędzniejszy: tych w niewoli czy też pozostałych 

w ojczyźnie" 

37

.

W Lugdunum i w Rzymie

Gdyby Konstancjusz natychmiast po samobójczej śmierci uzurpatora 

ruszył dalej na północ, z pewnością jeszcze wiele ziem i miast można by 

uratować przed zniszczeniem, wielu ludzi ocalić. Germanie niewątpliwie 

cofnęliby się przed zwycięskim cesarzem. Wystarczyłaby sama wieść o jego 

pochodzie, samo imię imperatora. On wszakże nie okazywał pośpiechu. 

Obojętnie wysłuchiwał rozpaczliwych wołań o pomoc. Wynikało to głównie z 

właściwego mu niezdecydowania i kunktatorstwa, lecz właśnie ta opieszałość

bardzo się przyczyniła do utwierdzenia pogłosek — o których wspomina 

Libaniusz — że nie tylko podburzał Germanów przeciw Magnencjuszowi, ale 

nawet pisemnie zezwolił im na zajęcie krain pogranicznych.

W Lugdunum Konstancjusz przebywał stosunkowo długo, przynajmniej 

do 6 września; pewien bowiem ważny edykt datowany jest w tym dniu i 

mieście. Cesarz wzywa w nim — prawdę mówiąc nazbyt ogólnikowo — do 

zupełnego wykarczowania wszystkiego, co było najbardziej ponure w czasach

„tyrana"; zapewnia też, że każdy obywatel może cieszyć się obecnie całko

background image

witym poczuciem bezpieczeństwa, jako że do odpowie- dzialności pociągnięte

zostaną wyłącznie te osoby, które popełniły zbrodnie zagrożone karą śmierci.

W tymże edykcie uczynił również piękny gest w stosunku do senatu; 

przypomniał mianowicie prefektowi Rzymu, że członków tego stanu nie 

wolno obarczać żadnymi powinnościami, chyba że on sam wyraźnie to 

zaleci

88

.

Prefektem stolicy był wówczas Neratius Cerealis. Objął on to zaszczytne i 

wpływowe stanowisko we wrześniu roku 352, a więc wnet po zajęciu Italii 

przez wojska Konstancjusza, i piastował je aż do grudnia roku 353. 

Osobistość to bardzo wybitna, należącą do jednego z najświetniejszych 

rodów Italii, a nawet spowinowacona z panującą rodziną. Siostrą bowiem 

Cere- alisa była Galla, młodo zmarła żona Juliusza Konstancjusza, matka 

Gallusa, obecnego władcy Wschodu. Właśnie tym tłumaczy się piękna i 

szybka kariera samego Cerealisa. Już w roku 328, a więc za panowania 

Konstantyna Wielkiego, piastował on odpowiedzialne stanowiska prefekta 

zaopatrzenia Rzymu; wystarał się wówczas o sto trzydzieści tysięcy miar 

zboża z rejonu Kampanii na potrzeby stolicy.

Obecnie, jako prefekt Rzymu, Cerealis odwdzięczył się Konstancjuszowi 

wystawiając mu pomnik na Forum Romanum. Na jego cokole wyryty był 

napis, brzmiący w tłumaczeniu następująco:

„Temu, który ocalił miasto Rzym i świat; pogromcy zgubnej tyranii; panu 

naszemu Flawiuszowi Juliuszowi Konstancjuszowi, zwycięzcy i 

triumfatorowi, zawsze Augustowi" 

89

.

background image

Tenże Cerealis jest adresatem edyktu z dnia 23 listopada roku 353; 

Konstancjusz zabraniał w nim dokonywania nocnych ofiar pogańskich, na 

co swego czasu Magnencjusz zezwolił.

background image

Uroczystości w Arelate

Wyżej wzmiankowany edykt wyszedł z kancelarii cesarskiej już nie w 

Lugdunum. Konstancjusz bowiem opuścił to miasto pod koniec września i 

podróżował z biegiem Rodanu na południe, ku wybrzeżom morza. Z 

początkiem października dotarł do Arelate, czyli do dzisiejszego Arles, 

niedaleko Marsylii. Tutaj zatrzymał się na dłużej. Zapewne doszedł do 

wniosku, że pora roku jest już zbyt spóźniona, by rozpoczynać ciężkię i 

niebezpieczne operacje wojenne w rejonach północnych. Ale był jeszcze inny 

powód, dla którego wybrał te okolice piękne, bogate, ludne. Oto w dniu 23 

października upływało trzydziestolecie jego rządów; liczone oczywiście nie od 

śmierci ojca, lecz od tego dnia, w którym otrzymał odeń tytuł Cezara; to zaś 

stało się w październiku roku 323.

Arelate uchodziło wówczas za najświetniejsze miasto Galii południowej i 

stanowiło wprost wymarzoną scenerię uroczystych obchodów. Cesarz więc, 

dbały o to, by lud radował się należycie, wydał wspaniałe igrzyska oraz 

urządził wyścigi rydwanów na stadionie cyrku. Wszelkiego rodzaju zabawy, 

przeplatające się z oficjalnymi ceremoniami, trwały cały miesiąc.

Przybyli do Arelate także biskupi z różnych krain Imperium, głównie 

jednak z Galii, Italii, Hiszpanii. Pragnęli złożyć hołd władcy, wyrazić mu swą 

radość ż powodu ostatnio odniesionego zwycięstwa oraz trzydziestolecia 

ojcowskich rządów, przy sposobności zaś wziąć udział w formalnych sesjach 

nowego synodu oraz w mniej formalnych, a za to bardzo ożywionych sporach

i intrygach.

background image

Zgodnie z wieloletnią już tradycją, głównym przedmiotem obrad synodu i 

zaciekłych kłótni poza miejscem posiedzeń była sprawa Atanazjusza.

background image

„Ten diabeł Magnencjusz"

Nie stanowiło żadnej tajemnicy, że swego czasu, zapewne już w roku 350,

posłowie Magnencjusza weszli w kontakt z biskupem Aleksandrii, usiłując 

przeciągnąć go na stronę swego mocodawcy. Nie było natomiast zgody co do 

tego, jak zareagował Atanazjusz, gdy stawili się przed nim wysłannicy 

uzurpatora; a znajdowało się wśród nich przynajmniej dwóch biskupów z 

Zachodu. Niektórzy utrzymywali, że nie tylko ich przyjął, lecz nawet za ich 

pośrednictwem wysłał list do samozwańca; to oczywiście już samo przez się 

stanowiłoby akt nieprzyjazny wobec prawowitego władcy, nawet gdyby treść 

pisma okazała się jedynie grzecznościowa. Owym pogłoskom dawano wiarę 

dość powszechnie, dobrze wiedząc o niechęci, jaką Atanazjusz darzył 

Konstancjusza. Z drugiej wszakże strony podejrzewano też i rozgłaszano, że 

cała afera została od początku do końca zmyślona przez wrogów biskupa, a 

przede wszystkim przez arian. On sam tak o tym mówił w kilka lat później, 

zwracając się do Konstancjusza:

„A teraz sprawa, czy pisałem do tyrana, którego imienia wolę nawet nie 

wymieniać. Błagam Cię: badaj rzecz jak chcesz i przy czyjej tylko chcesz 

pomocy; przeprowadź dochodzenia, wydaj wyrok! Ogrom oszczerstwa 

przeraża mnie i obezwładnia. Wierz mi, Cesarzu umiłowany przez Boga, że 

często sam o tym rozmyślając, po prostu nie mogłem pojąć, by ktoś oszalał 

do tego stopnia i kłamał tak bezczelnie. Jednakże gdy zaczęło się już o czymś

takim mówić, i to nawet poza kręgami arian, wysuwając przy tym 

twierdzenie, że istnieje odpis mego listu do Magnencjusza, niezmiernie się 

przeraziłem. Noce spędzałem bezsenne, walcząc z mymi oskarżycielami, 

background image

jakby byli obecni. Niespodziewanie wydawałem głośne okrzyki, a potem od 

razu modliłem się jęcząc i płacząc, abyś raczył wysłuchać

background image

mnie łaskawie. A skoro to już się stało dzięki łasce Pana, znowu się biedzę, 

jak zacząć swoją obronę. Albowiem kiedy tylko próbuję mówić, powstrzymuje

mnie okropność całej tej sprawy.

Pan jest mi świadkiem i świadkiem jest Chrystus, że tego diabła 

Magnencjusza ani nie znam, ani nawet nie wiedziałem, kto on zacz. Jakaż 

więc mogła być zażyłość dwóch osób wzajem sobie obcych? Jakiż miałby być

początek mego listu do niego? Może taki: «Pięknie postąpiłeś zabijając 

człowieka, który mnie szanował i którego dobrodziejstw nigdy nie zapomnę. 

Gratuluję Ci również, żeś wymordował znanych mi- chrześcijan i ludzi 

najzaufańszych. Darzę Cię wreszcie podziwem z tego powodu, żeś wyrżnął w 

Rzymie tych, którzy kiedyś godnie mnie tam przyjmowali?».

Czyż nie jest dowodem obłędu mego oskarżyciela, jeśli podejrzewa mnie o 

coś takiego?" 

40

W tym duchu utrzymane są dalsze wywody Atanazjusza, pełne retoryki, 

zaklęć, biadań, wykrętnych argumentów — i właśnie dlatego niezbyt 

przekonywające.

Dopóki Magnencjusz był potęgą, Konstancjusz jako polityk roztropny 

udawał, że nie wierzy żadnym pogłoskom, i wysłał do Atanazjusza list 

uspokajający i życzliwy w tonie:

„Zapewne nie uszło Twej uwadze, że modlę się bez przerwy, aby wszelka 

szczęśliwość stała się udziałem mego zmarłego brata. Łatwo też może pojąć 

Twoje rozeznanie, jaka ogarnęła mnie żałość, gdym się dowiedział, że zabili 

go ludzie najniegodziwsi. Są jednak tacy, którzy, wyzyskując obecną 

sytuację, usiłują zaniepokoić Cię tym wydarzeniem, godnym opłakiwania. 

background image

Właśnie dlatego postanowiłem wysłać do Ciebie niniejsze pismo. Zwracam 

się z prośbą, abyś nawoływał lud, jak przystoi biskupowi, do brania 

gromadnego udziału w nabożeństwach oraz byś wespół z nim oddawał się 

modłom. Zgodnie bowiem z Naszym postanowieniem

background image

i wolą będziesz biskupem w swoim kraju na zawsze" n

Dzięki zajęciu takiego stanowiska cesarz zapewnił sobie przynajmniej 

neutralność Atanazjusza w czasie wojny z uzurpatorem. Jednakże po 

zwycięstwie natychmiast przemówił inaczej. Niewątpliwie przyczynili się do 

tego ówcześni jego doradcy, biskupi ariańscy; wolno jednak podejrzewać, że 

w istocie Konstancjusz nie ufał Atanazjuszowi od początku. Wiosną roku 

353, gdy rezydował w Mediolanie, Magnencjusz zaś jeszcze władał za Alpami,

biskup Aleksandrii dowiedział się za pośrednictwem swych italskich 

przyjaciół, że cesarz zamierza wszcząć jakieś postępowanie przeciw niemu. 

Zaniepokojony tym wysłał do Mediolanu kilku swych dostojników 

kościelnych. Ci jednak minęli się po drodze z urzędnikiem dworu 

Montanusem, który stanął w Aleksandrii w dniu 23 maja i wezwał 

Atanazjusza, by stawił się przed cesarzem. Biskup odmówił. Wysunął 

pretekst, że zaproszenie nie jest formalne.

Sytuacja Atanazjusza pogorszyła się również dlatego, że wiosną roku 352 

zmarł jego najwpływowszy poplecznik na Zachodzie, biskup Rzymu Juliusz. 

Jego miejsce zajął Liberiusz, nie posiadający takiego doświadczenia i 

autorytetu. Wprawdzie oddalił on oskarżenie wniesione przeciw 

Atanazjuszowi przez niektórych biskupów wschodnich, ale sam domagał się 

zwołania synodu dla rozpatrzenia całokształtu sprawy. Szło to po myśli 

cesarza, który wiedział, że w danej sytuacji łatwo mu przyjdzie rozprawić się 

z biskupem Aleksandrii przed każdym forum. Po pierwsze dlatego, że 

obecnie on, Konstancjusz, jest zwycięzcą i jedynym panem całego Imperium;

background image

po drugie zaś i z tej przyczyny, że nikt nie ośmieli się wystąpić w obronie 

człowieka podejrzanego o utrzymywanie kontaktów z pokonanym „tyranem".

Takie było tło synodu, który, jak się już rzekło, ze

background image

brał się w Arelate jesienią roku 353, a więc właśnie w tym czasie, gdy 

odbywały się tam uroczystości trzydziestolecia rządów Konstancjusza i 

święcono ostateczne zwycięstwo nad uzurpatorem.

Synod w Arelate

Obradom przewodniczył Saturnin, biskup Arelate; Liberiusza zaś, 

biskupa Rzymu, reprezentowali dwaj jego legaci. Przygniatającą większość 

zebranych stanowili pasterze gmin chrześcijańskich z Galii. Ludzie ci niezbyt

dobrze się orientowali w sporach teologicznych i w rozgrywkach 

personalnych, wyrośli natomiast w poczuciu tradycyjnego przywiązania do 

dynastii; pragnęli zadokumentować je w sposób szczególny właśnie obecnie, 

po rozgromieniu uzurpatora, który wyszedł z ich kraju i miał szerokie 

poparcie wśród jego mieszkańców.

W tej sytuacji i wobec.takich nastrojów popierany przez cesarza wniosek, 

by uznać Atanazjusza za winnego zarzucanych mu przestępstw, został 

przyjęty przez wszystkich. Podpisy swoje złożyli pod odpowiednim 

dokumentem nawet legaci Liberiusza. Jedyny oponent, biskup Paulinus z 

Trewiru, następca Maksymina, poszedł na wygnanie do Azji Mniejszej. 

Konstancjusz zagroził też, że jego los podzielą wszyscy* którzy nie akceptują 

wyroku na Atanazjusza.

Natomiast — wbrew usilnym żądaniom wielu zebranych — synod nie zajął 

się w ogóle kwestiami dogmatycznymi! Nie potwierdził nawet wyznania 

wiary, ułożonego przed dwudziestu ośmiu laty na soborze w Nicei. Wszelkie 

próby wprowadzenia tej sprawy do porządku obrad udaremnili dwaj biskupi 

background image

cieszący sie wówczas największymi wpływami u cesarza: Walens z Mursy i 

Ursacjusz z Singidunum. Obaj, jak o tym była mowa, sprzyjali arianom.

background image

Jednakże pominięcie tak ważnego problemu sprawiło, że zarówno 

Liberiusz, jak i inni biskupi wystąpili wkrótce z żądaniem zwołania nowego 

synodu! Domagali się, by wzięło w nim udział więcej uczestników i by 

program obrad został rozszerzony. Konstancjusz musiał ustąpić. Ale wobec 

tego trzeba też było zawiesić wykonanie wyroku zapadłego w Arelate; 

Atanazjusz mógł nadal włodarzyć w Aleksandrii.

Nim wszakże zadecydowano, gdzie i kiedy ma się zebrać ów synod — ileż 

racji miał Ammian Marcelli- nus, mówiąc obrazowo o ścięgnach poczty 

państwowej, naderwanych przez ciągłe rozjazdy chrześcijańskich kapłanów! 

— doszło do ważnych i dramatycznych wydarzeń na Wschodzie.

Persowie, Beduini, Żydzi

Poczynając od wiosny roku 351 Cezar Gallus odpowiedzialny był za losy 

prowincji wschodnich. Swoją główną kwaterę ustanowił, podobnie jak 

poprzednio Konstancjusz, w syryjskiej Antiochii. W przeciwieństwie wszakże 

do niego nie musiał opuszczać zbyt często tego miasta; podległe mu bowiem 

kraje cieszyły się względnym spokojem. Persowie wciąż wojowali z ludami 

stepowymi u północnych rubieży swego państwa, gdzieś nad Jeziorem 

Aralskim. Wprawdzie wodzowie króla królów co pewien czas dokonywali 

wypadów na rzymskie terytoria, jednakże te niezbyt*głębokie zagony i 

drobne utarczki nie miały większego znaczenia; celem ich bowiem była albo 

zwykła grabież bydła na pastwiskach, albo też wybadanie, czy Rzymianie nie

osłabili swych załóg pogranicznych w związku z wydarzeniami na Zachodzie.

W roku 352 lub 353 wódz perski Nohodares powziął śmiały plan 

zawładnięcia miastem Batne; leżało ono

background image

dość głęboko w rzymskiej Mezopotamii, niedaleko Eufratu. Aby dotrzeć tam 

niepostrzeżenie, Nohodares posłużył się podstępem. Z początkiem września 

każdego roku odbywały się w Batne uroczystości ku czci miejscowego 

bóstwa. Dla ich święcenia gromadziły się tłumy pobożnych pielgrzymów i 

przyjeżdżało wielu kupców; ci tradycyjnie nabywali tu towary sprowadzane z 

krain nawet bardzo odległych, bo z Chin i z Indii. Nohodares wpśdł na 

pomysł, że właśnie w okresie świątecznym, gdy wzmożony ruch na szlakach 

karawanowych nie budzi niczyich podejrzeń, dostanie się do Batne 

niepostrzeżenie nawet z wojskiem. Część żołnierzy miała wędrować wraz z 

kupcami i pielgrzymami przez drogi pustynne, część zaś wzdłuż brzegów 

rzeki Abora, gęsto porosłych sitowiem. Na szczęście zbiegowie w . porę 

zdradzili te przygotowania rzymskim posterunkom; wzmocniono nadzór 

wszystkich przejść i szlaków, udaremniając w ten sposób plan bardzo 

groźny.

Miasto Nizibis nadal pozostawało punktem kluczowym' w rzymskim 

systemie obrony Mezopotamii. Komendę naczelną sprawował tam jeden z 

najlepszych generałów Konstancjusza, dowódca jazdy Ursycynus. Właśnie w 

tych latach służbę wojskową u jego boku rozpoczął młody oficer Ammian 

Marcellinus. Była już o nim mowa. Pochodził z Antiochii, z rodziny greckiej, 

ale czuł się Rzymianinem, obywatelem i żołnierzem potężnego Imperium, 

spadkobiercą chwały pokoleń, obrońcą prawdziwej kultury przed barbarią. 

Zapewne bardzo wcześnie zaczęła dojrzewać w nim myśl, aby przedstawić w 

wielkim dziele historycznym doniosłe wypadki, których był świadkiem — i to

w języku Rzymian, po łacinie.

background image

Prócz Persów stale zagrażali też granicom Beduini, zwani wówczas 

Saracenami. Ammian mówi o nich swym obrazowym stylem:

background image

„Oby nigdy nie byli ani naszymi przyjaciółmi, ani też wrogami! Wędrując 

szybko tu i tam, w jednej chwili pustoszą wszystko, co tylko napotkają — 

niby jastrzębie łupieżcze; te bowiem, gdy tylko łup dostrzegą, łapią go 

błyskawicznie w locie i ani na moment się nie zatrzymują, jeśli schwytać 

zdołają" 

42

.

Natomiast wybrzeża południowej Azji Mniejszej i Syrii niepokoili 

Izauryjczycy. Ci mieszkańcy gór niedostępnych, nigdy dotychczas i przez 

nikogo nie ujarzmieni, atakowali zarówno miasta na równinach*, jak i nawet

okręty stojące na kotwicy w pobliżu lądu.

Niespodziewanie doszło do powstania Żydów w Galilei. Jeszcze w roku 

352 wymordowali oni w nocy rzymską załogę miasta Dioscezarea i 

okrzyknęli swym królem niejakiego Patrycjusza. Jednakże ruch ten stłumio-

no szybko i bezwzględnie. Wojska Gallusa spaliły kilka osiedli i wyrżnęły w 

pień tysiące ich mieszkańców, nie oszczędzając nawet dzieci.

Lecz wszystkie owe utarczki, rozruchy i małe wojny w krainach Wschodu 

schodziły na daleki plan wobec grozy tego, co się działo w samej Antiochii, za

wiedzą i z woli Gallusa.

Zbrodnie Gallusa

Przez cały rok 353 Ammian Marcellinus obserwował rządy Gallusa, 

przebywając w głównej kwaterze swego wodza w Nizibis. Otrzymywano tam 

na bieżąco urzędową wersję ważniejszych wydarzeń, ale z,pewnością 

docierało też sporo plotek i nie sprawdzonych pogłosek. Dzięki swojej pozycji

i rodzinnym kontaktom z Antiochią młody oficer znajdował się, jeśli chodzi o 

dostęp do informacji, w szczególnie korzystnym położeniu. W roku zaś 

background image

następnym, gdy wraz z Ursycynem przeniesiono go do samej Antiochii — o 

czym będzie

background image

mowa — stanął w głównym nurcie życia politycznego. Należy więc wysłuchać

jego relacji z baczną uwagą, jako że pochodzi od świadka dobrze 

zorientowanego i bliskiego wypadkom.

Oto treść sądu Ammiana o Gallusie i o metodach jego rządów:

Wyniesiono Gallusa z dna ostatecznej nędzy na szczyty cesarskiego 

majestatu, gdy wchodził już w wiek dojrzały. Zmiana ta dokonała się w 

sposób nagły ponad wszelkie spodziewanie, toteż spowodowała wstrząs w 

jego osobowości. Przekraczając daleko granice powierzonej sobie władzy 

rządził tak surowo, że wzbudził powszechne wzburzenie. Wzmagało zaś jego 

pychę zarówno pokrewieństwo z panującą rodziną, jak też przyjęcie do 

rodowego nazwiska Konstancjusza. Można się było spodziewać, że w 

sposobnej chwili ośmieli się wystąpić nawet przeciw temu, kto go wyniósł.

Zóna, Konstancja, jeszcze podniecała jego wrodzone skłonności do 

okrucieństwa. Chlubiła się, że jest rodzoną siostrą cesarza. Ojciec, 

Konstantyn Wielki, wydał ją poprzednio za króla Hannibaliana, swego 

bratanka. Była to prawdziwa megera w niewieścim ciele, niezmordowana 

podżegaczka Gallusowej srogości, nigdy, jak i on sam, niesyta krwi ludzkiej.

Z biegiem czasu małżeństwo nabrało wprawy w czynieniu zła; głównie 

dzięki pomocy sprytnych, potajemnych donosicieli. Ci zazwyczaj dodawali 

sporo do rzeczy pewnych, zbierali zaś informacje tylko takie, które 

odpowiadały ich celom. Na tej podstawie oskarżali naj- niewinniejszych ludzi

o antypaństwowe knowania lub o uprawianie praktyk magicznych.

background image

Wśród spraw tych rozgłosu nabrała nagła i straszliwa śmierć 

znamienitego obywatela Aleksandrii Kle- matiusa. Stało się to już wówczas, 

gdy działalność obojga przekroczyła granice miernych zbrodni. Otóż, jak

background image

opowiadano, teściowa Klematiusa zakochała się w nim do szaleństwa. 

Odtrącona, zdołała trafić do pałacu tajnymi drogami. Ofiarowała władczyni 

kosztowny naszyjnik. A nagroda? Do Honoratusa, komesa Wschodu, 

wysłano formalny rozkaz natychmiastowego wykonania wyroku śmierci na 

Klematiusie. I człowiek ten zginął, nie mając nawet możności otwarcia ust w 

swojej obronie.

/

Zbrodnia ta poraziła strachem mnóstwo osób, władca zaś szeroko otwarł 

bramę wszelkiemu okrucieństwu. Skazywano ludzi tylko na podstawie 

mglistych podejrzeń. Jedni płacili głową, inni majątkiem. Ci ostatni, wygnani

ze swych domów, żyli z jałmużny — bo tylko łzy i skargi im pozostały. Tak 

więc rządy uczciwe i szanujące prawo wyrodziły się w krwawą samowolę, a 

rody niegdyś możne i sławne umierały.

Wśród bezmiaru zła nikt już nawet nie oczekiwał głosu oskarżyciela, 

choćby podstawionego. A przecież w przeszłości nawet najokrutniejsi władcy 

przestrzegali tego wybiegu, umożliwiał on bowiem popełnianie zbrodni pod 

pokrywką ustaw. Obecnie wykonywano wszystko, co tylko postanowił 

nieubłagany Gallus, z gorliwym zapałem; uznawano to z góry za rzecz 

zbożną i legalną.

We wszystkich dzielnicach Antiochii pojawili się ludzie nikomu 

dotychczas nie znani i tak nikczemnego stanu, że nawet się ich nie 

wystrzegano. Przechadzając się tu i tam, niby to przypadkowo przystawali 

obok grup osób znamienitych. W żebraczym przebraniu nachodzili też domy 

bogatych. Potem, wpuszczani do pałacu tylnym wejściem, informowali o 

wszystkim, czego się dowiedzieli. W zgodnym zaś między sobą porozumieniu 

background image

pilnie przestrzegali tej zasady, by niektóre dane zmyślać, inne zaś, 

prawdziwe, wyolbrzymiać w złym sensie. Pochwały natomiast Gallusa 

przemilczali całkowicie. Bo i tych nie brakowało; wielu wymuszało je

background image

na sobie z lęku przed nieszczęściem. Zdarzało się i tak, że to, co mąż szeptał 

swej żonie w sypialni, następnego dnia było już znane władcy — choć służba

nie podsłuchiwała. Obawiano się więc ścian nawet, zwłaszcza rozmawiając o 

sprawach poufnych.

A tymczasem podżegania ze strony Konstancji wciąż wzmagały wrodzoną 

skłonność Gallusa, by śledzić i podejrzewać wszystkich. Nad zgubną 

działalnością władczyni bolano szczególnie; spodziewano się bowiem, że jako

kobieta powinna ona raczej prowadzić łagodnie swego męża ku prawdzie i 

ludzkości.

Wreszcie ważył się Gallus na skandaliczny występek, który ponoć niegdyś

popełnił w Rzymie cesarz Gallie- nus, ku straszliwej swej hańbie. A 

mianowicie włóczył się wieczorami po tawernach i ulicach w towarzystwie 

tylko kilku ludzi, skrycie uzbrojonych; wypytywał przypadkowo spotkanych 

po grecku — język ten zna? świetnie — co myśli się i mówi o nim. A czynił to

z wielką pewnością siebie w mieście, w którym blask latarń płonących przez 

noc całą niemal dorównuje jasności dnia! Kiedy wszakże rozpoznano go raz i 

drugi, doszedł do wniosku, że jeśli znów się pokaże, ściągnie na siebie 

powszechną uwagę. Odtąd widywano go tylko za dnia, gdy jawnie opuszczał 

pałac dla załatwienia spraw poważnych.

Prefektem jego pretorium był wówczas Talasjusz, człowiek o charakterze 

równie butnym. Widział on wprawdzie dobrze, że Gallus z coraz większym 

rozmachem gotuje zgubę wielu osobom, nie poskramiał go jednak 

spokojnymi radami; a przecież dawniej często bywało, że wysocy urzędnicy 

łagodzili gniew władców. Przeciwnie: doprowadzał go niemal do wściekłości, 

background image

oponując i ostro wypowiadając swe zdanie w momentach nieodpowiednich. 

Informując zaś cesarza Konstancjusza o czynach i zachowaniu się Gallusa, 

jeszcze roz- dymał jego występki. Starał się nawet, by szeroko

background image

wiedziano, że właśnie tak pisze! Trudno zaiste dociec, jaki krył się w tym 

zamysł. W każdym razie w ten sposób wręcz rozjuszył Gallusa, zmierzającego

odtąd z nieodwołalnym impetem, niby rzeka gwałtowna, do burzenia 

wszystkiego, co było mu przeciwne. Cezar nie zważał już w ogóle ani na 

dobro cudze, ani też swoje 

43

.

Męczennik Babylas i rozkosze Dafne

A przecież, jak poświadczają źródła, Gallus i Konstancja byli gorliwymi 

chrześcijanami, dokumentując swoją wiarę wielu nabożnymi uczynkami. Do 

najsławniejszych z nich należało szczególne — a rzec by można nawet 

wiekopomne — uczczenie relikwii męczennika Babylasa. Równo przed 

wiekiem jako biskup Antiochii poniósł on śmierć w czasie prześladowań za 

panowania cesarza Decjusza, w roku 250; jego zwłoki spoczęły na 

miejscowym cmentarzu. Gąllus uznał za wskazane złożyć hołd pamięci 

świętego w taki sposób, by jednocześnie zasłużyć się wobec nowej religii i 

zadać mocny cios pogańskim kultom, wciąż jeszcze żywym zarówno w Syrii, 

jak i w samej stolicy.

W najbliższym sąsiedztwie Antiochii leżała wypoczynkowa miejscowość 

Dafne, stanowiąca jakby przedmieście ogromnej metropolii. Libaniusz, 

urodzony w Antiochii, a od roku 354 znowu przebywający tam 

nieprzerwanie, poświęcił Dafne słowa pełne szczerego zachwytu. Oto 

fragmenty jego relacji:

Gdy tylko przekroczysz bramy Antiochii, natychmiast masz po lewej ręce 

różnobarwne ogrody, przyjemne gospody, obfite fontanny, domy ukryte 

wśród drzew i budynki wyższe od drzew, a także łaźnie wspaniale 

background image

wyposażone. Idąc dalej ujrzysz po obu stronach drogi bujne winnice, 

luksusowe wille, łany zbóż, drze

background image

wa wszelakie, bystre strumienie. Raz to cię zachwyci, to znowu tamto. I tak 

wśród miłych wrażeń dojdziesz do Dafne przepięknej.

Na widok tej miejscowości trudno nie krzyczeć, nie ^podskoczyć, nie 

klaskać, nie błogosławić tego, na co się patrzy, nie ulatywać z radości! Każdy

przedmiot pociąga ku sobie. Jeden oczarowuje, drugi wprawia w zdumienie, 

inny przykuwa, jeszcze inny przyzywa. Blask piękna olśniewa zewsząd oczy 

widza. Oto przybytek Apollona, świątynia Zeusa, stadion olimpijski. Tam 

znowu teatr doskonały pod każdym względem. Tam las cyprysów potężnych i

wysokich, a wśród nich ścieżki cieniste. Śpiewają chóry ptaków, wiatr lekko 

powiewa,' płyną zapachy słodsze od pachnideł. We wspaniałych gospodach 

pędy szlachetnych winorośli zaglądają do sal biesiadnych. Prawdziwe to 

ogrody Alki- noosa, sycylijskie uczty, róg Amaltei, Sybaris cudowna!

Jakąkolwiek wybierzesz tu kąpiel, zawsze ominie cię inna, jeszcze 

rozkoszniejsza. Dafne tak sprzyja zdrowiu, że nawet po najkrótszym pobycie 

odejdziesz z lepszą cerą. A gdyby ktoś cię zapytał, co podobało ci się tutaj 

najbardziej, nie znajdziesz odpowiedzi; wszystko bowiem współzawodniczy 

ze. sobą pod względem uroku.

Nie ma cierpienia — żeby nie wiedzieć jak było ono silne, trudne do 

przezwyciężenia, trwałe — którego nie usunie Dafne. Gdy tylko w niej 

staniesz, znika wszelki smutek. Jeśli bogowie naprawdę zstępują z niebios 

na ziemię, to chyba właśnie w tym miejscu zbierają się i radzą; cudniejszego 

bowiem nigdzie nie znajdą.

Uwieńczeniem uroków Dafne — myślę zaś, że i całego kręgu ziemskiego 

— są jej źródła. Gdzież bowiem tryskają wody tak piękne ku wejrzeniu i tak 

background image

użyteczne zarazem? To one są pałacem nimf; stąd też ich nieporównana 

czystość i krystaliczność. Ktokolwiek stanie przy pierwszym źródle i spojrzy 

na wody płynące

background image

wzdłuż obu murów świątyni, musi radować się ich obfitością, zdumiewać 

pięknem, czcić jak coś boskiego; pragnie ich dotknąć, myśli o kąpieli, 

najchętniej zaś skosztowałby pijąc. Tak świeża ta woda, tak przeźroczysta, 

przyjemna w smaku i łagodna. Nie pozostaje ona na zawsze u swej matki; 

zrodziła ją Dafne, lecz daru nie zatrzymuje dla siebie. Korzysta z niej całe 

miasto, jako że obywatele zbudowali dla strumienia krytą drogę przez zbocza

góry 

44

.

Tak widział i sławił tę miejscowość Libaniusz, retor i poganin. Lecz 

właśnie do Dafne przeniósł Gallus relikwie chrześcijańskiego męczennika. 

Zbudował dla nich przybytek, który stanął tuż obok świątyni Apollo- na i 

owego źródła, tak opiewanego przez Libaniusza; zwano je Kastalią. W 

świątyni znajdowała się wyrocznia; głos jej zamilkł — tak twierdzono — gdy 

w pobliżu spoczęły szczątki nieprzyjaciela bogów.

Wszystko to zasługuje na pamięć jako pierwszy poświadczony w historii 

wypadek uroczystego przeniesienia relikwii osoby otoczonej nimbem 

świętości; później, jak powszechnie wiadomo, praktykowano ten zwyczaj w 

świecie chrześcijańskim ze szczególną gorliwością.

Gallus i nauki Aecjusza

Cezar Wschodu nie ograniczał się tylko do nabożnych uczynków; miał 

również pewne zainteresowania teologiczne. Jak cała jego rodzina i jak 

większość chrześcijan wschodnich, zawsze sympatyzował z aria- nizmem; 

jednakże dopiero w Antiochii zetknął się z jego najbardziej radykalnym 

odłamem — i wielce sobie w nim upodobał.

background image

Sam Ariusz, zmarły w roku 337, a więc działający za życia poprzedniego 

pokolenia, nauczał, że Chrystus

background image

nie jest współwieczny Ojcu; jest tylko jego dziełem, jakkolwiek powstałym 

przed wszelkim innym bytem, a nawet przed czasem; Chrystus więc jako 

stworzony nie może być tej samej istoty co Bóg Stwórca.

Odpowiedzią na tę doktrynę było wyznanie wiary ułożone w Nicei w roku 

325 na pierwszym soborze powszechnym i do dziś powtarzane w świecie 

chrześcijańskim. Głosiło ono:

„Wierzymy w jednego Boga wszechmogącego, Stworzyciela wszystkich 

rzeczy widzialnych i niewidzialnych.'! w jednego Pana, Jezusa Chrystusa, 

Syna Bożego, narodzonego z Ojca, jednorodzonego, to jest z natury Ojca; 

Boga z Boga, Światło ze Światłości, Boga prawdziwego z Boga prawdziwego 

narodzonego, a nie stworzonego, współistotnego Ojcu, przez którego 

wszystko się stało, co jest w niebie i na ziemi".

Użyty w tym wyznaniu termin „współistotny", po grecku „homouzjos", z 

kolei sam stał się, jak już o tym była mowa, zarzewiem i przedmiotem wielu 

sporów. Znaczna część biskupów Wschodu przyjęła symbol niceański z 

jawną niechęcią i tylko pod naciskiem cesarza. Toteż gdy w latach 

następnych prawie wszyscy biskupi Zachodu uporczywie obstawali przy tym 

„credo" — nie zawsze w pełni rozumiejąc jego implikacje teologiczne i 

filozoficzne —• na Wschodzie nie ustawały próby znalezienia innych 

sformułowań, szerszych i kompromisowych. Proponowano więc takie 

określenia: Chrystus jest podobizną istoty Ojca; Chrystus jest podobny Ojcu

we wszystkim i pod każdym względem. Z drugiej wszakże strony niektórzy 

arianie konsekwentnie i logicznie rozwijali założenia swego kierunku. 

background image

Dochodzili w ten sposób do twierdzeń, które dla wielu ówczesnych 

chrześcijan musiały brzmieć szokująco.

Szczególnie precyzyjnie i ostro określił swoje stanowisko Aecjusz. Był to 

człowiek rzeczywiście nie-

background image

pospolity. Pochodził z Syrii, imał się w swym życiu różnych zawodów; 

pracował jako rzemieślnik, praktykował jako lekarz, studiował w 

Aleksandrii logikę Arystotelesa; tę ostatnią umiejętność opanował znako-

micie i uchodził za jednego z najbłyskotliwszyęh dyskutantów swego 

czasu. Od roku 350 sprawował urząd diakona w Antiochii. Główne tezy 

Aecjusza można by tak sformułować:

Syn jest niepodobny (po grecku: „anomojos") Ojcu; jest odmiennej istoty 

(„heteras usias"), został bowiem stworzony przezeń z niczego („eks uk 

onton").

Nauki owe, rozbudowane i spopularyzowane później przez jego ucznia 

Eunomiusza, dały podstawę nowemu kierunkowi w łonie arianizmu. 

Zwolennicy tego kierunku zwali się różnie: aecjanie lub eunomianie od imion

twórców; anomoiści od określenia natury Chrystusa w pierwszej tezie; 

heteruzjaści od tezy drugiej, a nawet eksukencjanie od tezy trzeciej.

Oczywiście ani nazwy nowej doktryny, ani nawet sam fakt jej pojawienia 

się nie miałyby większego znaczenia, gdyby nie reakcje, jakie ona wywołała. 

Do ekstremistycznych twierdzeń Aecjusza musieli się ustosunkować arianie 

umiarkowani, precyzując swoje poglądy. Wtedy to właśnie, w okresie 

dyskusji i sporów z Aecjuszem, wysunęli oni sformułowanie, że Syn jest 

podobny Ojcu co do swej istoty; po grecku: „homoi- uzjos". Wyraz ten różni 

się od terminu „homouzjos", współistotny, tylko jedną samogłoską i literą: 

„i". Właśnie ta jedna litera, tak bardzo zmieniająca sens pojęcia, miała stać 

się później przyczyną ważnych wydarzeń w świecie chrześcijańskim.

background image

Gdyby nie opieka ze strony Gallusa, działalność Aecjusza zostałaby 

prawdopodobnie stłumiona przez jego wrogów w zarodku. Poparcie dworu 

dla nowej myśli teologicznej byłoby może i wydatniejsze, gdyby

background image

nie coraz to inne i coraz to groźniejsze wypadki w Antiochii, odwodzące 

uwagę władcy od problemów chrystologicznych.

Głód i rozruchy

Żniwa przypadają w Syrii na miesiące maj i czerwiec. Jednakże już 

wiosną roku 354 zdawano sobie sprawę w Antiochii, że wypadną one źle, 

zimowe bowiem deszcze były bardzo skąpe. A tymczasem wojsko 

przygotowywało się do działań przeciw Persom z nadejściem cieplejszej pory 

roku i zgłaszało większe niż zwykle zapotrzebowanie na zboże. W tej sytuacji 

zapobiegliwi kupcy i właściciele ziemscy już obecnie podwyższali ceny ziarna,

spekulanci zaś czynili zapasy. Fala drożyzny narastała gwałtownie.

Gallus, zaniepokojony i oburzony tymi machinacjami, postanowił ukrócić

je zawczasu, i to radykalnie. Ustalił i ogłosił maksymalne ceny na zboże. 

Zarządze- jnie, poniekąd usprawiedliwione, oczywiście nie rokowało żadnych

efektów. Wiadomo przecież było już w starożytności, że prostoduszne 

ingerencje administracyjne w życie gospodarcze są z reguły nie tylko 

bezskuteczne, lecz nawet szkodliwe — choćby wynikały z najlepszych 

intencji. Zamożni obywatele Antiochii, a zwłaszcza członkowie rady 

miejskiej, zagrożeni boleśnie w swych interesach, stawili jawny opór zarzą-

dzeniu. Rozjuszony Gallus natychmiast uwięził kilkunastu przywódców 

rady. Zagroził też, że ukarze ich śmiercią. I z pewnością doszłoby do tego, 

gdyby nie stanowczy sprzeciw Honoratusa; był on komesem Wschodu, a 

więc jednym z najwyższych dostojników państwowych. Cesarz ostatecznie 

zgodził się na uwolnienie osób uwięzionych, lecz nie zapomniał wielkim 

panom tego upokorzenia i porażki.

background image

Ulubioną rozrywką Gallusa były walki pięściarzy w cyrku. Na arenie 

występowało po sześć lub siedem par zapaśników, okładając się rękawicami 

aż do krwi, co sprawiało władcy niezmierną radość. Emocjonował się również

wyścigami rydwanów. Wyruszając więc późną wiosną roku 354 ku perskiej 

granicy, by wziąć udział w operacjach wojskowych, urządził dla siebie i dla 

ludu igrzyska pożegnalne. Ale panowała już tak dokuczliwa drożyzna, że 

tłumy zgromadzone na stadionie wielkim głosem zaczęły się domagać 

pomocy. Na okrzyki te Gallus odpowiedział spokojnie:

— Nikomu nie zabraknie chleba, jeśli tylko zadba o to namiestnik!

Powtórzył oświadczenie kilkakrotnie, jednocześnie wskazując ręką stojącego 

obok namiestnika Syrii Teofila. Lud zrozumiał słowa i gest tak, jak musiał 

zrozumieć: wszystkiemu winien jest właśnie ten urzędnik.

W jakiś czas potem, niew4tpliwie już po wyjeździe - Gallusa, doszło w 

Antiochii do krwawych rozruchów. Kilku kowali z tamtejszych zakładów 

płatnerskich dopadło Teofila w cyrku, gdy przyglądał się wyścigom 

rydwanów. Zbili go i skopali, a tłum włóczył potem ciało po ulicach i 

rozerwał je na strzępy. Tegoż dnia spalono też dom jednego z bogaczy, 

Eubulosa; on sam i jego synowie, zaatakowani przez tłum kamieniami, 

zdołali w ostatniej chwili cudem uciec w góry.

Minęło wiele dni, nim Konstancjusz przysłał wysokiego urzędnika dla 

przeprowadzenia dochodzeń. Jednakże urzędnik ów otrzymał z góry wyraźne

zalecenie, by postępował z umiarem. Zgodnie z tym ukarał tylko 

bezpośrednich sprawców zabójstwa, ludzi ubogich i nic nie znaczących. 

background image

Pospólstwo wszakże w mieście szeptało, że prawdziwi winowajcy to ludzie 

bogaci i wpływowi; tym nic się nie stało, zdołali bowiem przekupić władze.

background image

Domicjan i Moncjusz

Gdyby żył prefekt Talasjusz, zapewne nie doszłoby do tak ostrego 

konfliktu pomiędzy Gallusem a radą miejską w Antiochii, a więc nie 

wybuchłyby też rozruchy i nie zamordowano by namiestnika prowincji. 

Talasjusz wszakże zmarł z początkiem roku 354. Wraz z nim ubył z grona 

najwyższych dostojników Wschodu człowiek poważny, energiczny, 

wpływowy. Cesarz Konstancjusz ufał mu całkowicie. Właśnie od niego 

otrzymywał informacje o czynach i postępowaniu Gallusa; te sprawozdania, 

kładące nacisk na samowolę, chciwość i okrucieństwo Gallusa oraz jego 

żony, ogromnie go zaniepokoiły. Jako doświadczony polityk Konstancjusz 

oczywiście nie dał po sobie poznać, że jest bardzo poruszony całą sprawą. 

Przeciwnie. Wysyłał do Antiochii listy ciepłe i serdeczne, ale jednocześnie 

stopniowo ograniczał militarne możliwości pana Wschodu. Wyjął spod jego 

rozkazów wiele formacji wojskowych; posłużył się pretekstem, że w tamtych 

stronach obecnie panuje spokój, rozleniwieni więc żołnierze mogliby 

wszczynać tumulty. Ostatecznie pozostały Gallusowi tylko oddziały straży 

przybocznej i pałacowej.

Wczesnym latem roku 354, a więc już po wiosennych rozruchach 

głodowych i po powrocie Gallusa z krótkiej wyprawy przeciw Persom, przybył

do Antiochii nowy prefekt pretorium, przysłany z Zachodu przez 

Konstancjusza. Był nim Dcwnicjain, poprzednio sprawujący wysoki urząd 

Skarbowy. Otrzymał poufną instrukcję: miał grzecznie i taktownie nakłonić 

Gallusa, aby jak najspieszniej wyjechał do Italii, dokąd cesarz zapraszał go w

listach już wielokrotnie.

background image

Domicjan podróżował bardzo szybko. Stanąwszy w Antiochii, pozwolił 

sobie na jawną demonstrację: pogardliwie przejechał obok bram pałacu 

Gallusa, choć

background image

przecież godziło się od razu prosić o audiencję. Za- ^miast tego prefekt wraz 

z całym swym orszakiem podążył prosto do budynku pretorium, swej 

urzędowej siedziby. Przez wiele dni tam tylko przebywał, nie odwiedzając 

pałacu i nie pokazując się publicznie. Polecił rozpowiadać, że jest chory. 

Tymczasem zaś knuł intrygi przeciw Gallusowi i wysyłał bardzo obfite spra-

wozdania do Konstancjusza. Wreszcie zdołano go uprosić, aby wziął udział w

zebraniu konsystorza, najwyż- rzej rady. Aliści, gdy tylko wszedł na salę i 

stanął przed obliczem młodego Cezara — któremu formalnie podlegał! — 

oświadczył bez żadnych słów wstępnych:

Domagam się, abyś wyjechał natychmiast. W razie jakiejkolwiek 

zwłoki rozkażę w najbliższych dniach wstrzymać dochody zarówno twoje, jak

i wszystkich osób na dworze!

Powiedział to butnie i z wielką pewnością siebie, po czym wyszedł nie 

ukrywając irytacji. Mimo to Gallus prosił go jeszcze kilkakrotnie, by stawił 

się w pałacu; za każdym razem prefekt stanowczo odmawiał. Urażony tym 

Cezar rozkazał swym oficerom, by otoczyli siedzibę Domicjana: chodziło 

oczywiście o rzucenie nań postrachu.

O rozkazie dowiedział się kwestor Moncjusz, jeden z najwyższych 

urzędników dworu

45

. Zwołał oficerów i oświadczył, że to, co mają zrobić, 

będzie czynem haniebnym i głupim. Pozwolił sobie nawet na prowokującą 

uwagę:

Ale jeśli już tak tego chcecie, to najpierw obalcie posągi 

Konstancjusza, a dopiero potem myślcie, jak zabić prefekta!

background image

Każda rewolta w rzymskim Imperium przeciw panującemu rozpoczynała 

się nieodmiennie od obalania jego posągów. Sens więc słów Moncjusza był 

jasny: podnosząc rękę na prefekta, którego przysłał Konstan-

background image

cjusz, wypowiadacie posłuszeństwo samemu Konstan- cjuszowi — zupełnie 

tak samo, jakbyście obalili jego posągi.

Oczywiście Gallusowi doniesiono natychmiast o tej Wypowiedzi. 

Przemówił do swych ludzi krótko, nie ukrywając wściekłości:

— Nie macie już wyboru. Musicie stać przy mnie niewzruszenie, bo 

ryzyko wspólne. Moncjusz bezczelnie oskarża nas, żeśmy buntownicy i że 

występujemy przeciw majestatowi cesarza. A wszystko to tylko dlatego, że 

straże otoczyły butnego prefekta, który udaje, iż nie wie, co się komu należy!

Moncjusz mieszkał w pobliżu. Był to już starzec, słaby i chorowity. 

Żołnierze skrępowali mu nogi ostrym powrozem i wlekli go po ziemi aż do 

domu prefekta. Wdarli się do wnętrza budynku, zrzucili Do- micjana ze 

schodów i związali go tymże powrozem. Potem pędzili obu dostojników po 

ulicach całego miasta, aż popękały im stawy i ciało zaczęło odpadać. Wtedy 

skopali ich i stratowali, a kiedy pozostała już tylko miazga mięsa i kości, 

wrzucili zwłoki do rzeki.

Procesy i śledztwa na Wschodzie

W ostatnich chwilach swego życia Moncjusz, bestialsko katowany i już 

prawie nieprzytomny, obrzucał wyzwiskami jakichś ludzi, wciąż wymieniając

dwa imiona: Euzebiusza i Epigona. Ponieważ nikt nie mógł się zorientować, 

o kogo chodzi, powstało podejrzenie, że to uczestnicy spisku, wspólnicy 

Moncjusza. Rozpoczęto więc natychmiast gorliwe poszukiwania za wy-

bitniejszymi osobistościami noszącymi te imiona. Aż z Cylicji, czyli z 

południowej Azji Mniejszej, ściągnięto filozofa Epigona, z syryjskiego zaś 

miasta Emesa profesora retoryki Euzebiusza. Okazało się dużo później, że 

background image

umierający kwestor miał na myśli nie tych intelek- I

tualistów — bo w 

ogóle nie wiedział o ich istnieniu —■

lecz osoby znacznie skromniejsze; chodziło mu mianowicie o dwóch 

nadzorców zakładów płafcnerskich w Antiochii, którzy przyrzekli dostarczyć 

broń, gdyby trzeba było wystąpić przeciw Gallusowi.

Tymczasem zięć Domicjana, Apollinaris, do niedawna marszałek dworu 

Gallusa, przebywał w Mezopotamii. Z polecenia teścia przeprowadzał w 

tamtejszych

[garnizonach dochodzenia; szczególnie poszukiwał listów i pism wysyłanych 

z kancelarii Gallusa, aby stwierdzić, J

czy nie zawierają dowodów, że 

podburza on wojska

i przygotowuje się do buntu przeciw Konstancjuszowi. Gdy tylko Apollinaris 

dowiedział się o wypadkach w Antiochii i o losie swego teścia, natychmiast 

uciekł. Przez pogranicze armeńskie i przez krainy Azji Mniejszej dotarł do 

Konstantynopola. Tutaj jednak odnaleźli go wysłani w pościg oficerowie 

Gallusa i przywieźli do Antiochii. Odtąd Apollinaris pozostawał pod najściś-

lejszym nadzorem, a zguba jego wydawała się pewna.

Na domiar nieszczęść wykryto w tymże czasie jeszcze inną aferę. Oto w 

Tyrze fenickim tkana była w najściślejszej tajemnicy ceremonialna szata 

cesarska; to stwierdzono niezbicie, w żaden jednak sposób nie zdołano dojść,

kto złożył zamówienie i komu miał służyć ten strój monarszy. Oczywiście od 

razu zrodziło się podejrzenie, że istnieje spisek mający na celu wyniesienie 

na tron uzurpatora. Namiestnik prowincji, ojciec Apollinarisa, noszący 

zresztą to samo imię, został uwięziony jako współwinny; los jego podzieliło 

sporo innych osób.

background image

Gallus, zawsze niespokojny, podejrzliwy, skłonny do okrucieństw, 

obecnie szalał. Działający w myśl jego instrukcji sędziowie nawet nie 

usiłowali dochodzić, czy oskarżenia są prawdziwe. Obrońcy z reguły milczeli.

Po wszystkich prowincjach wschodnich działo się

background image

wówczas podobnie: egzekucja była niejako etapem pośrednim pomiędzy 

wyrokiem sądowym, a rabunkiem majątku ruchomego ofiary i konfiskatą jej 

posiadłości.

Sędzia Ursycyn

Procesom przeciw osobom najbardziej podejrzanym Gallus pragnął 

koniecznie nadać znamię powagi i legalności. Z tego to powodu 

przewodniczącym trybunału mianował powszechnie szanowanego Ursycyna, 

naczelnika jazdy, dotychczas mającego swoją główną kwaterę w 

nadgranicznym mieście Nizibis. Stary żołnierz nie posiadał żadnej wiedzy 

prawniczej ani też doświadczenia w trybie postępowania sądowego. Nic więc 

dziwnego, że nominację przyjął z najwyższą niechęcią, a nawet ze wstrętem. 

Posłuszny jednak rozkazowi, wnet stanął w Antiochii. Ammiam Marcellinus 

wiernie towarzyszył swemu dowódc^.

Ursycyn znalazł się w sytuacji nie tylko nieprzyjemnej, lecz nawet 

niebezpiecznej — z czego dobrze zdawał sobie sprawę. Mord dokonany z 

rozkazu Gallusa na prefekcie Domicjanie i na Moncjuszu był czymś 

niesłychanym; w gruncie rzeczy równał się rzuceniu wyzwania samemu 

cesarzowi, Konstancjuszowi. Gallus, aby się ratować i przynajmniej 

częściowo usprawiedliwić zbrodnię, musiał za wszelką cenę wykazać, że ist-

niał wielki spisek' przeciw jego osobie i że wplątani byli weń obaj zgładzeni 

dostojnicy. Właśnie to zadanie miał spełnić przewód sądowy. Ursycyn 

przewodnicząc mu stawał się współuczestnikiem oburzających poczynań 

Gallusa i ściągał ma siebie słuszny gniew najwyższego władcy. Gdyby zaś 

background image

okazał się opieszały lub łagodny w stosunku do rzekomo winnych, naraziłby 

się natychmiast Gallusowi i mógłby podzielić los jego ofiar.

background image

W tym stanie rzeczy wódz usiłował grać na dwie strony. W sądzie 

postępował tak, jak życzył sobie tego Gallus; zresztą wszyscy członkowie 

trybunału składali się wyłącznie z kreatur Cezara Wschodu. Ale jedno-

cześnie w poufnych raportach donosił Konstancjuszowi o wszystkim, co się 

dzieje w Antiochii — zarówno o sprawach jawnych, jak też o trzymanych w 

najściślejszej tajemnicy. W ten sposób pragnął okazać, że tylko 

Konstancjusza uznaje za swego prawdziwego pana i dochowuje mu 

całkowitej lojalności. Posunął się nawet tak daleko, że w jednym z pism 

prosił o pomoc przeciw działalności swego bezpośredniego zwierzchnika — a 

więc człowieka, w którego imieniu sam wydawał najsurowsze wyroki!

W dniu oficjalnej rozprawy naczelnik jazdy zasiadł na pierwszym miejscu 

wśród sędziów, z góry już poinstruowanych, jak mają postępować. 

Trybunałowi asystowała rzesza notariuszy, bezzwłocznie powiadamiających 

Gallusa, jakie padły pytania i jak na nie odpowiadano. Konstancja 

znajdowała się na sali, lecz ukryta za kotarą; często jednak wychylała zza 

niej głowę, aby przypomnieć sędziom, że pilnie czuwa i zważa na każde 

słowo.

Stawiono najpierw filozofa Epigona. Od razu się okazało, że zdobił go 

tylko strój miłośnika mądrości. Najpierw płaczliwie błagał o litość, oczywiście

daremnie; kiedy zaś przystąpiono do tortur, rozrywając mu boki kleszczami, 

mędrzec, udręczony bólem i przerażony widmem śmierci, zeznał prawie 

natychmiast, że uczestniczył w spisku — który w rzeczywistości nigdy nie 

istniał. Jako człowiek zresztą całkowicie obcy sprawom polityki, Epigon z 

background image

pewnością nie usłyszałby nawet o takim sprzysiężeniu, o którym wiedzieliby 

wszyscy w jego mieście rodzinnym.

Natomiast retor Euzebiusz śmiało i uporczywie przeczył wszystkiemu. 

Krzyczał na cały głos, że to nie sąd,

background image

lecz ja winy rozbój. Ponieważ znał ustawy, żądał stanowczo, aby stawił się

oskarżyciel i aby rozprawę prowadzano w sposób formalny. Powiadomiony o 

tym Gallus uznał ze szczerym oburzeniem, że obwiniony grzeszy oszczerczą 

bezczelnością, rozkazał więc zastosować sroższe tortury. Dręczono 

Euzebiusza tak straszliwie, że wreszcie niemal zabrakło kawałka ciała, gdzie 

by jeszcze można przyłożyć narzędzia. On jednak nie załamał się ani na 

moment. Nie oskarżał nikogo, nie wymienił żadnego nazwiska. A gdy go 

wleczono na ścięcie wraz z upodlonym Epigonem, przeklinał czasy, w 

których żyć mu wypadło.

Następnie badano sprawę szaty cesarskiej, tkanej w Tyrze. Wzięto na 

męki pracowników warsztatu. Zeznali oni, że istotnie wykonano u nich 

krótką tunikę tego rodzaju, bez rękawów. Znaleziono też list pisany po 

grecku do kierownika tkalni, niejakiego Marasa, sprawującego zarazem 

godność diakona w tamtejszej gminie chrześcijańskiej. List zawierał prośbę, 

by pracę przyspieszono, nie wspominał jednak, o jakie chodzi zamówienie. 

Torturowany Maras niczego nie- wyjawił. Tak więc w tej aferze liczne kwestie

pozostały niejasne, w innych zaś wypadkach dochodzenia wykryły prze-

stępstwa zupełnie błahe. Mimo to śmierć poniosło wiele osób.

Obu Apollinarisów, ojca i syna, skazano tylko na wygnanie; mogli się 

radować z łagodności wyroku. Eskorta doprowadziła ich do miejscowości 

Kratery, położonej o dwadzieścia mil od Antiochii; posiadali tam willę 

wiejską. Ale właśnie w Kraterach żołnierze eskorty zgodnie z rozkazem 

przystąpili do okrutnej egzekucji, łamiąc im obu nogi przed ścięciem.

background image

Procesy i śledztwa na Zachodzie

Konstancjusz, przebywający w Arelate od jesieni roku 353 do wiosny 

roku następnego, z dużym niepokojem wysłuchiwał doniesień o tyrańskich 

rządach Gallusa na Wschodzie, sam jednak postępował podobnie. 

Pokonawszy Magnencjusza ogłosił, jak się już rzekło, wspaniałomyślną 

ustawę amnestyjną we wrześniu roku 353, w Lugdunum; potem święcił w 

Arelate od dnia 10 października trzydziestolecie swych rządów. Ale już 

wtedy, nie zważając na własne ustawy i na blask świetnych uroczystości, 

rozpoczął prześladowania nie tylko stronników Magnencjusza, lecz także 

wszystkich którzy sprzyjali mu z musu — lub byli o sprzyjanie podejrzani. 

Cesarz, małostkowy i uraźliwy, chętnie dawał posłuch wszelkim 

oskarżeniom, nawet jawnie fałszywym, nie sprawdzonym, pochopnym. 

Wystarczyła plotka, by najwyżsi urzędnicy cywilni i oficerowie szli do 

więzienia, zakuci w kajdany; częste były wyroki śmierci, konfiskaty majątku,

wygnania na wyspy prawie bezludne.

Pogarszały sytuację bezczelne pochlebstwa oraz intrygi dworaków. 

Wyolbrzymiali oni każdą pogłoskę, udając, jak niesłychanie przejmują się 

tym, że życie cesarza narażone jest na niebezpieczeństwo; a przecież — tak 

wołali — właśnie od tego życia zawisły losy całego świata, niby od cienkiej 

nitki.

Wśród pochlebców i donosicieli wyróżniał się niejaki Paweł, rodem z 

Hiszpanii* piastujący urząd notariusza, czyli członka ścisłego sekretariatu 

cesarskiego. Ammian Marcellinus, który później stykał się z nim osobiście, 

wyraża się o właśnie tym człowieku z najwyższą pogardą i nienawiścią:

background image

„Był to wąż jadowity o nieprzeniknionym obliczu, przebiegle wywąchujący

ukryte ścieżki niebezpieczeństw".

background image

Został wysłany do Brytanii, aby ściągnąć stamtąd grupę wojskowych, 

którzy ośmielili się stanąć po stronie Magnencjusza; nikogo inie obchodziło, 

że ludzie ci wówczas nie mogli postąpić inaczej. Otóż Paweł przekroczył 

udzielone mu instrukcje. Marcellinus pisze swym obrazowym stylem:

„Jak wezbrana rzeka wtargnął gwałtownie w losy wielu, tocząc się przez 

stosy trupów i siejąc spustoszenie. Więził wolno urodzonych, niektórych zaś 

dodatkowo poniżał, zakładając im na ręce kajdany. Oskarżał ich o 

popełnienie licznych przestępstw, lecz wszystkie zarzuty dalekie były od 

prawdy"

48

.

Szczególnego rozgłosu nabrał konflikt Pawła z Marti- nusem, 

sprawującym namiestnictwo Brytanii w charakterze wiceprefekta. Oburzony 

postępowaniem notariusza, zdjęty litością nad tragedią wielu osób całkowicie

niewinnych, Martinus usiłował wstawiać się za nieszczęsnymi. Ponieważ 

każdorazowo spotykał się z kategoryczną odmową, zaczął publicznie grozić, 

że złoży swój urząd; miał nadzieję, iż w obawie przed tą formą protestu, 

którą musiałby się zainteresować sam cesarz, złośliwy sędzia śledczy 

zaprzestanie znęcania się nad ludźmi. Paweł wszakże uznał postawę 

Martinusa za szkodliwą dla swej misji. A że był mistrzem w przygotowywaniu

zasadzek, zaczął zarzucać sieci na wiceprefekta; miał om podzielić los tych, 

których w swej nieświadomości usiłował jeszcze bronić. Wreszcie pewnego 

dnia Paweł stwierdził otwarcie, że musi doprowadzić go na dwór cesarski — i

to w kajdanach, wraz z wielu innymi oficerami. Wstrząśnięty tym Martinus 

obnażył miecz i rzucił się na notariusza; mając jednak prawą rękę słabszą, 

nie zdołał ranić go śmiertelnie. Nie pozostało nic innego, jak wbić miecz 

background image

samemu sobie. Tak niechlubną śmiercią zszedł ze świata dostojnik 

powszechnie szanowany dla swej sprawiedliwości.

background image

Po dokonaniu tylu zbrodni Paweł triumfalnie powrócił na dwór cesarski. 

Wiódł wielu nieszczęśników w kajdanach, zepchniętych w poniżenie i nędzę; 

a na ich przyjęcie kat już szykował narzędzia tortur.

Przełom

Aż nazbyt długo mówiliśmy tylko o wojnach domowych i polityce 

kościelnej, o sporach chrystologicznych i rządach tyrańskich. Julian znikł 

nam z oczu zupełnie. Tak samo zresztą, jak i swoim współczesnym. W 

każdym razie Konstancjusz i jego doradcy nie darzyli go baczniejszą uwagą. 

Wystarczały im informacje napływające regularnie ze źródeł wiadomych, to 

jest od „agentes in rebus". Brzmiały zawsze podobnie: Julian uczy się pilnie; 

skupuje i czyta stare książki; nie bywa nawet w teatrach i cyrkach, słucha 

tylko wykładów retoryki. Zapewne kwitowano te doniesienia ironicznym 

uśmiechem i lekceważącym stwierdzeniem: Jeszcze jeden uczony niedorajda!

W istocie wszakże dwór był bardzo zadowolony z takiego stanu rzeczy. 

Toteż wcale nie oponował, gdy książę, dotychczas przebywający w Nikomedii,

wyraził chęć pogłębienia swych studiów krasomówczych i filozoficznych 

przez odwiedzenie innych małoazjatyokich ośrodków naukowych, a 

zwłaszcza Pergamonu. Jak się wydaje, w otoczeniu cesarza nikt się nawet 

nie zainteresował, kim są tamtejsi wykładowcy. A jeśli nawet ktoś w 

odpowiednim biurze pałacowym zwrócił uwagę, że Ajdezjusz, głowa 

pergamońskiej szkoły, i jego uczniowie to poganie; że badają oni i szerzą 

poglądy Platona, przede wszystkim zaś Plotyna, Jamblichosa i jego 

następców — potraktowano tę sprawę jako błahą i nieistotną. 

background image

Zadecydowano: Julian jest przykładnie praktykującym chrześcijaninem, a 

poglądy religijne kil

background image

ku profesorków w małej mieścinie nie mogą mieć żadnego znaczenia 

politycznego.

Lecz właśnie w Pergamonie miał się dokonać zasadniczy przełom w 

umysłowości i przekonaniach Juliana; ów wielki zwrot w ocenianiu przezeń 

dwu zwalczających się ówcześnie systemów wierzeń. Prośba zaś o zezwolenie

na studia w Pergamonie wynikała z pragnienia, może nawet nie w pełni 

uświadomionego, by umocnić swe poglądy, już się rozwijające w określonym 

kierunku.

Niestety, wiemy bardzo niewiele o przyczynach i okolicznościach tej 

decydującej zmiany, która wtedy wstrząsnęła wewnętrznym światem 

młodego księcia, później zaś miała odbić się na życiu całego Imperium. On 

sam, pisarz skądinąd wielomówny, zachowuje w tej materii dyskretne 

milczenie. Równie powściągliwy jest jego mistrz i przyjaciel, retor Libaniusz. 

Ten, charakteryzując ów przełom, ogranicza się tylko do pewnych ogólników.

Pisze:

„Julian zetknął się wreszcie z ludźmi pełnymi nauk Platona. Od nich to 

usłyszał o bogach i demonach, a więc o prawdziwych stwórcach tego świata i

jego zbawicielach; a także o tym, czym jest dusza, ©o ją czeka, jakie są 

przyczyny jej upadku i wzlotu, co ją pogrąża, co zaś wznosi ku górze, oo jest 

dla niej więzieniem, a co wolnością, w jaki sposób może uniknąć tego 

pierwszego, a zdobyć to drugie. Słodka woda owych słów przepłukała mu 

uszy zapchane gorzkością. Odrzucił więc od siebie wszelkie głupstwa, w 

które wierzył poprzednio. W ich miejsce wprowadził do duszy piękno prawdy;

zupełnie jakby do wielkiej świątyni wnosił posągi bogów — posągi przedtem 

background image

obrzucane błotem. Stał się pod tym względem innym człowiekiem. Udawał 

jednak, że wszystko jest po dawnemu, bo zrzucenie maski mogłoby mieć 

groźne następstwa. Ezop uczyniłby tę sprawę przedmiotem bajki; oczywiście 

nie tej

background image

o ośle w lwiej skórze, lecz o lwie ukrytym pod postacią osła. Julian wiedział 

już, co lepsze, udawał wszakże to, co bezpieczniejsze" 

47

.

Istnieje wszelako pewne źródło, które dość szeroko przedstawia 

pergamońskie studia Juliana, a zwłaszcza sylwetki jego nauczycieli. Jest 

nim dziełko Żywoty sofistów; wyszło ono spod pióra Eunapiusza, greckiego 

retora, poganina, urodzonego w roku 346. W jednym z rozdziałów czytamy 

tam opowieść o pergamońskich mistrzach Juliana.

Julian w Pergamonie

Cesarscy eunuchowie i nadzorcy pilnie strzegli, aby Julian wyrastał na 

dobrego chrześcijanina. On jednak i w tym wypadku okazał wielkość swej 

natury. Oto nauczył się ich ksiąg na pamięć! Stało się więc tak, że 

wychowawcy boleli sami nad miernością swego wykształcenia, jako że już 

niczego nie potrafili chłopcu przekazać. A skoro oni nie mogli już go uczyć, 

Julian prosił swego krewnego, cesarza, aby zezwolił mu studiować retorykę i 

filozofię. Konstancjusz ze swej strony pragnął, aby młody człowiek zajmował 

się tylko książkami i raczej próżnował, niż myślał o świetności swego rodu i 

o prawach do tronu, jakie mu przysługują: chętnie więc przystał na prośbę.

Mając do swej dyspozycji ogromne dochody, otoczony cesarską strażą i 

podejrzliwością, Julian podróżował gdzie chciał. Zawitał też do Pergamonu; 

pociągała go tam sława wielkości Ajdezjusza. Ten był już bardzo posunięty w

latach i słabł fizycznie. Spośród jego uczniów wyróżniali się Maksymus, 

Chryzancjusz, Priskus, Euzebiusz. Dopuszczony do studiów pod kierunkiem

samego Ajdezjusza, Julian — a miał on rozum godny starca w ciele 

chłopięcym — pozostawał pod niezwy-

background image

kłym wrażeniem boskiej jego osobowości. Toteż nie od- . stępował 

mistrza; gotów był czerpać naukę, by tak rzec, wciąż i otwartymi ustami. 

Składał mu również dary prawdziwie cesarskie, lecz Ajdezjusz ich nie 

przyjmował. Wreszcie przywołał do siebie młodzieniaszka i rzekł:

— Chyba już znasz moją duszę, skoro wysłuchałeś tylu wykładów. Ale 

widzisz także, jak przedstawia się jej narzędzie, jak pęka i rozpada się na 

części spójnia ciała. Jeśli więc, drogie dziecię mądrości — bo po pewn nych 

oznakach mogę stwierdzić, że duszy twej przysługuje to określenie — 

pragniesz coś osiągnąć, zwróć się do moich prawdziwych synów. Otrzymasz 

od nich pełnię wszelkich umiejętności i nauk. A jeśli dostąpisz 

wtajemniczenia w misteria, sam się zawstydzisz, "żeś się urodził i nazwany 

został człowiekiem! Bardzo bym chciał, aby był tu obecny Maksymus, alem 

go wysłał do Efezu. Także Priskus popłynął do Hellady. Pozostali z moich 

uczniów tylko Euzebiusz t Chryzancjusz. Słuchając ich wykładów nie 

będziesz już musiał kłopotać mego starczego wieku.

Julian i tak go nie porzucił, istotnie jednak sporo czasu poświęcał odtąd 

tym dwom nauczycielom. Chryzancjusz podzielał poglądy Maksymusa i miał 

jego usposobienie. Natomiast Euzebiusz -^Ipochodził z miasta Myndus — w 

obecności Maksymusa nie popisywał się ani swą precyzją prowadzenia 

dowodu, ani też znajomością praw i subtelności dialektyki. Za to gdy Ma-

ksymusa nie było, błyszczał w tych umiejętnościach jak gwiazda słoneczna. 

Chryzancjusz go chwalił, Julian zaś z czcią nań patrzył. Każdy jednak swój 

wykład Euzebiusz zwykł był kończyć słowami:

background image

— Prawdziwie istnieje tylko to, co jest przedmiotem dialektyki. Natomiast 

sztuczki magiczne, zwodzące zmysły, są dziełem kuglarzy i szaleńców, którzy

oszukują wyzyskując siły materii.

background image

To wciąż powtarzane napomnienie skłoniło Juliana, by wziąć Chryzancjusza 

na stronę i zapytać:

Co właściwie znaczą te epilogi wykładów Euzebiusza?

Na co Chryzancjusz odpowiedział roztropnie:

Mądrze zrobisz, jeśli zapytasz o to nie mnie, lecz jego samego.

Tak też Julian uczynił. Gdy odbył się wykład następny i nauczyciel 

zamknął go zwykłą formułą, zapytał śmiało, do czego się ona odnosi. 

Euzebiusz zaś, widocznie na to tylko czekający, rozpostarł żagle swego 

kraso- mówstwa:

—* Jest pewien Maksymus, należący do starszych uczniów, człowiek 

wielce wykształcony. Ale właśnie z powodu swych ogromnych uzdolnień i 

niezwykłego daru wymowy gardzi wywodami logicznymi! Rzucił się z całym 

impetem w odmęty jakiegoś szaleństwa. Nie tak dawno tern 14 zaprosił nas 

wszystkich do świątyni bogini Hekate w Efezie. Kiedyśmy się tam stawili i 

hołd oddali pani przybytku, oznajmił:

— Usiądźcie teraz, przyjaciele najdrożsi, patrzcie, co się stanie, i zważcie, 

czy różnię się czymś od zwykłych ludzi!

A gdyśmy usiedli, zapalił szczyptę kadzidła, wyrecytował półgłosem jakiś 

hymn — i oto posąg najpierw zaczął się lekko uśmiechać, a potem był to 

śmiech pełny. Osłupieliśmy. A on spokojnie:

— Proszę, żeby nikt się tym nie niepokoił! Zaraz zapalą się też pochodnie, 

które bogini trzyma w ręku!

Jeszcze mówić nie skończył, a już płomień buchnął I pochodni. 

Rozeszliśmy się, zachwyceni w danym momencie teatralnymi popisami tego 

background image

cudotwórcy. Ty jednak musisz baczyć, byś prawdziwie nie podziwiał takich 

sztuczek, jak i ja ich nie podziwiam. Albowiem za

background image

coś rzeczywiście wielkiego należy uważać tylko to oczyszczenie, które daje 

nauka!

Lecz Julian, ku zdumieniu nauczyciela, rozpromienił się i zawołał:

— Bądź zdrów i zajmuj się swoimi książkami! Pokazałeś mi właśnie to, 

czego szukałem!

Po czym ucałował Chryzancjusza w głowę i natychmiast wyjechał do 

Efezu 

48

Julian i Maksymus

Wypowiedź zdumiewająca! Zwłaszcza w ustach człowieka, który całym 

sercem umiłował książki. Czymże więc wyjaśnić, że właśnie on, od dziecka 

karmiony klasyczną poezją i myślą grecką, odrzucił trzeźwe ostrzeżenia 

rozumnego wykładowcy? Jakże wytłumaczyć, że książę, olśniony opowieścią 

o naiwnym, niemal kuglar- skim popisie w efeskiej świątyni, pospieszył 

prosto w objęcia rzekomego cudotwórcy? Kiedy zaś poznał go osobiście, 

jeszcze się utwierdził w swym podziwie. Oto co mówi Eunapiusz:

„W Efezie przywarł do Maksymusa i kurczowo trzymał się jego nauk. Ten 

zaś podsunął mu myśl, by zaprosić także Chryzancjusza. Lecz i tak obaj 

razem zaledwie mogli podołać chłonności Juliana w zdobywaniu wiedzy" fc

W imię sprawiedliwości wypada w tym miejscu zauważyć, że Maksymus 

był postacią rzeczywiście niezwykłą. Eunapiusz, który znał go jako człowieka

bardzo posuniętego w latach, pisze z nie ukrywanym zachwytem:

„Będąc jeszcze młodzieńcem zetknąłem się z nim, już starcem, i głos jego 

słyszałem. A był to głos, jakim mógłby przemawiać Homerowy Apollon lub 

Atena. Nawet źrenice jego oczu zdawały się, by tak>fzec, uskrzy-

background image

dlone. Brodę miał długą, siwą, wzrok zaś odbijał wszelkie drgania duszy. Czy

to patrząc nań, czy to go słuchając, odnosiło się to jednakowo silne wrażenie

szczególnej harmonii. Kto z nim rozmawiał, zdumiewał się żywości 

spojrzenia i potoczystości Wysłowienia. Nikt zaś, nawet człowiek bardzo 

doświadczony i elokwentny, nie ośmieliłby się przeciwstawić mu w dyskusji. 

Wszyscy w milczeniu skłaniali głowy i szli za jego zdaniem, jakby to 

wyrocznia przemawiała. Taki czar spoczywał na jego wargach" 

50

.

Nietrudno więc zrozumieć, że ów jakby magnetyczny wpływ mędrca i 

maga przyciągnął Juliana. Wpływ ten okazał się niezwykle silny i trwały. 

Uczeń darzył mistrza czcią i szczerym uwielbieniem do końca dni swoich. 

Trzeba zaś przypomnieć, że Maksymus zajmował się nie tylko aranżowaniem

przedstawień w rodzaju owego z ożywieniem posągu bogini Hekate. Miał za-

interesowania bardzo szerokie, również w zakresie filozofii tradycyjnej. 

Wiadomo na przykład, że napisał komentarz do Kategorii Arystotelesa. 

Starał się oddziaływać na całą osobowość swych wychowanków. Wynika to 

choćby ze słów samego Juliana:

„Mardoniusz przywiódł mnie do samego przedsionka filozofii. 

Wtajemniczenia jednak w jej misteria dostąpiłem dzięki komuś, kogo 

uważam za człowieka najwybitniejszego spośród wszystkich obecnie 

żyjących. On to nauczył mnie przede wszystkim ćwiczyć się w cnocie i 

uważać bogów za istoty przewodzące wszelakiemu" pięknu. On tylko wie, czy

dokonałem czegoś pożytecznego — a przed nim wiedzą o tym tylko władczy 

bogowie. Sprawił, że wyzbyłem się swego szaleństwa i dzikości; usiłował zaś 

background image

doprowadzić do tego, bym całkowicie panował nad sobą. Ze względu na 

pewne zewnętrzne dobra wyrastały mi, żeby tak to określić, skrzydła. 

Jednakże poddałem się mistrzowi i jego przyjaciołom, a także moim 

rówieśnikom i kolegom. Słuchałem tych

background image

wykładów, które on chwalił; czytałem też książki, które on zalecał"-

51

.

Mimo tych słów pięknych i chyba odpowiadających szczeremu odczuciu 

autora, fakt podstawowy pozostaje faktem: wybierając Maksymusa Julian 

świadomie, dobrowolnie i z całym zapałem przystał do nader dziwnej — by 

nie powiedzieć dziwacznej —' szkoły nie tyle filozoficznej, ile mistycznej. 

Zwała się teurgią. W naszym języku termin ten najsłuszaiiej byłoby oddać 

wyrazem „bogotwórstwo". Istotę pojęcia można tak określić:

Teurgia jest wyższym etapem oraz praktycznym zastosowaniem teologii. 

Podczas bowiem gdy teologia rozprawia i naucza o bogach, teurgia działa: 

dzięki bogom, wespół z bogami, a nawet na bogów. Teolog operuje tylko 

słowami i abstrakcyjnymi wywodami, teurg natomiast potrafi i to, i jeszcze 

coś więcej: czyni cuda i niezwykłe znaki — jak choćby ten, którym popisał 

się Maksymus w świątyni bogini Hekate. Należy wszakże zaznaczyć, że 

teurgia odcina się jak najostrzej od wszelkiej magii i czarnoksięstwa. Kto 

bowiem może zostać teurgiem? Tylko ten adept, który otrzymał staranne 

przygotowanie filozoficzne, uwolnił się od jakichkolwiek niskich pożądań, a 

ożywiony jest bezinteresowną miłością ku bogom i ludziom.

Łatwość i gotowość, z jaką Julian dał się porwać teurgii, sprawia sporo 

kłopotów nowszym badaczom. Staje się nawet przyczyną różnorakich 

nieporozumień. Apologeci chrześcijaństwa, gardzący Julianem jako od- 

stępcą, widzą w tym jaskrawy dowód jego łatwowierności i płytkiego 

rozumienia zarówno filozofii, jak i religii. Uczeni natomiast z jakichkolwiek 

powodów przychylni Julianowi radzi by, jak się wydaje, raczej bagatelizować 

całe to wydarzenie i ten aspekt jego przekonań; twierdzą, że to młodzieńcza 

background image

pomyłka, wynikła z braku rozeznania i z nazbyt szczerego entuzjazmu dla 

dawnej filozofii i wiary w odchodzących bogów.

background image

Oba stanowiska wydają się w jakimś stopniu krzywdzące, jednostronne, 

anachroniczne. Ażeby bowiem właściwie zrozumieć i ocenić zachwyt Juliana 

dla teur- gii, należy wczuć się w mentalność i możliwości poznawcze 

człowieka tamtych czasów. Przede wszystkim zaś wypada odtworzyć myśli, 

które — zapewne nie zawsze w pełni i jasno uświadamiane — musiały nur-

tować w sercu Mardoniuszowego ucznia.

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że myśl pogańska we wszystkich 

swych aspektach i w każdej dziedzinie góruje nad chrześcijańską. Dzieła 

filozofów są bez porównania głębsze, piękniejsze, bogatsze od tego, co da się 

wyczytać, przy najlepszej woli, w świętych księgach nowej religii. Nauki 

moralne, wskazówki etycznego postępowania i użytecznego dla społeczności 

życia są także godne wszelkich pochwał i w swej istocie nie odbiegają od 

chrześcijańskich przykazań. Nawet na pozór gorszące mity i opowieści o 

bogach da się wyjaśnić jako alegorie, przenośnie, baśnie poetyckie. Istnieje 

wszakże dziedzina, w której chrześcijanie triumfują! Oto powołują się na 

cudy, potwierdzające prawdziwość ich wiary od wieków i w każdym niemal 

pokoleniu — poczynając od znaków i przepowiedni w Starym Testamencie, 

poprzez cuda Mesjasza i jego uczniów, a kończąc na świadectwach 

męczenników. Temu po stronie pogańskiej właściwie niczego nie można 

przeciwstawić. Bogowie nie ukazują się i nie działają od stuleci. Wyrocznie 

zamilkły. A więc może rzeczywiście bogowie to tylko demony, obecnie 

przegnane przez prawdziwą wiarę? Dlaczego bowiem nie przemówią, 

dlaczego nie dadzą znaku, jeśli prawdziwie istnieją, jeśli oni byli 

natchnieniem owych wszystkich wspaniałych dzieł myśli i sztuki?

background image

Stąd wniosek: cud jest konieczną przesłanką wiary w bogów. Dzięki 

niemu słowo filozofii stanie się ciałem. Słysząc więc, iż żyje i działa mędrzec, 

który czyni

background image

znaki niezwykłe, jakże nie spieszyć ku niemu jakby na skrzydłach, 

rzucając nawet ukochane książki? On bowiem spełnia to, czego szukało się 

od lat.

Rozruchy w Cabillonum

Dopiero wiosną roku 354 Konstancjusz wyruszył z Arelate na północ, 

przeciw dwom królom Alama- nów, Gundomadowi i Wadomarowi; ich zagony

wdzierały się głęboko w ziemie prowincji nadreńśkich, niszcząc je i 

pustosząc. Cesarz posunął się jednak niezbyt daleko, bo tylko do Walencji 

nad Rodanem, a więc do dzisiejszej Valence, leżącej w połowie drogi 

pomiędzy Arelate a Lugdunum. Tu zatrzymał się na dłużej, oczekując 

transportów z zaopatrzeniem dla armii; szły one z żyznej Akwitanii, z basenu

rzeki Garonny. Jednakże ulewne deszcze wiosenne spowodowały wezbranie 

strumieni i przerwanie dróg; dostawy żywności poważnie się opóźniały. 

Tymczasem wojska rzymskie zbierały się dalej na północy, w Cabillonum, 

czyli w dzisiejszym Chalon sur Saon. Żołnierze odczuwali dotkliwe braki w 

zaopatrzeniu, niecierpliwili się więc i burzyli. Obawiając się buntu armii, 

cesarz wysłał tam prefekta pretorium Rufina; miał on wyjaśnić, jakie są 

przyczyny opóźnień.

Rufin należał nie tylko do najwyższych dostojników państwowych, ale 

nawet do osób spowinowaconych z domem cesarskim; był bowiem rodzonym

bratem mat- Ri Gallusa, obecnego Cezara Wschodu. Ale właśnie ze względu 

na to powinowactwo rozeszły się pogłoski, że cesarz dlatego wyprawił Rufina 

z niebezpieczną misją, aby go skompromitować lub nawet się go pozbyć. 

Było przecież do przewidzenia, że wygłodzeni żołnierze, zawsze zresztą 

background image

niechętni wysokim urzędnikom cywilnym, nie przyjmą spokojnie nawet 

najbardziej rzeczowych

background image

i słusznych wyjaśnień; gdyby w obozie doszło do rozruchów, które by 

pociągnęły za sobą śmierć Rufina, Gallus straciłby w otoczeniu cesarza 

człowieka potężnego i wpływowego. Ludzie szerzący takie wieści i przy-

puszczenia powoływali się na fakt znamienny:

W Walencji stawił się przed władcą pewien oficer straży przybocznej; zwał

się Herkulanus; był synem owego naczelnika jazdy Hermogenesa, którego 

przed kilkunastu laty rozszarpał motłoch na ulicach Konstantynopola, w 

czasie walk pomiędzy stronnikami dwóch biskupów, Pawła i Macedonia. 

Otóż Herkulanus, przybywający wprost ze Wschodu, przekazał cesarzowi do-

kładną relację o ostatnich wydarzeniach w Antiochii; ostrzegł go również, że 

Gallus żywi bardzo śmiałe plany na przyszłość. Konstancjusz jak zwykle 

starał się ukryć niepokój, dworzanie jednak dostrzegli, że po tej rozmowie był

wyraźnie zdenerwowany.

Stanąwszy w Cabillonum, Rufin istotnie znalazł się w niebezpieczeństwie.

Pogłoska wszakże, iż cesarz chciał go usunąć w sposób tak podstępny, były z

całą pewnością zmyślone; zamordowanie prefekta przez zrewoltowanych 

żołnierzy stałoby się przecież wydarzeniem, którego skutków nikt nie 

potrafiłby przewidzieć. Zresztą cesarz dowiódł, że zależy mu na ocaleniu Ru-

fina. W ślad bowiem za nim wysłał jednego ze swych najzaufańszych 

dworzan, Euzebiusza. Nosił on tytuł „praepositus sacri cubiculi", to jest 

„przełożony świę- tej sypialni"; był eunuchem i szefem osobistej służby 

cesarza. Do Cabillonum przywiózł wory złota, które potajemnie rozdano 

pomiędzy przywódców tumultu. W ten sposób bardzo szybko przywrócono 

spokój. Rufin, choć przeżył wśród rozwydrzonego żołnierstwa chwile 

background image

śmiertelnej trwogi, powrócił zdrów i cały. Wkrótce też nadeszły transporty 

żywności. Armia wy- maszerowała w oznaczonym terminie ku teatrowi przy-

szłych działań.

background image

Nad górnym Renem

Z Cabillonum droga wojsk wiodła na wschód, doliną rzeki Dubis, u 

podnóży gór Jury. Posuwano się powoli i z trudnością, jako że śnieg wciąż 

jeszcze zalegał tamtejsze szlaki. Wreszcie, pokonawszy wiele przeszkód, 

Rzymianie stanęli nad górnym Renem. Były to okolice miasta zwanego 

wówczas Augusta Rauracorum, obecnie zaś Augst, w pobliżu Bazylei. 

Zastępy Alamanów zgromadziły się po przeciwnej stronie rzeki.

Konstancjusz zamierzał przejść na drugi brzeg. po moście pontonowym i 

następnie spustoszyć szeroko ziemie wrogów; byłby to odwet za ich grabieże 

w rzym- sikich krainach. Jednakże wnet się pokazało, że mostu nie da się tu

zbudować. Rzeka była głęboka, bystra, wąska; Germanie razili prawdziwym 

gradem celnych pocisków każdego, kto tylko ośmielił się podejść bliżej. 

Rzymianie stali bezradnie. Zgłosił się wreszcie pewien mieszkaniec tych 

okolic; nocą, za dobrym wynagrodzeniem, wskazał bród na Renie. W tym 

miejscu można by przekroczyć rzekę łatwo i zupełnie bezpiecznie, jako że 

nieprzyjaciel skupił wszystkie swe siły naprzeciw obozu rzymskiego. 

Jednakże plan, choć trzymany w najściślejszej tajemnicy, stał się znany 

Alamanom prawie natychmiast; część ich wojowników pospieszyła nad bród 

i sposobiła się tam do walki.

Kto dopuścił się zdrady? W armii krążyły pogłoski, że winni są wysocy 

oficerowie pochodzenia alamań- skiego. Najuporczywiej oskarżano trzech 

ludzi. Byli to: komes straży przybocznej Latinus; trybun stajni cesarskich 

Agilon; dowódca tarczowników Skudilon. A wszyscy ci trzej — z żalem i 

background image

oburzeniem stwierdza Ammian Marcellinus — cieszyli się wówczas takim 

zaufaniem cesarza, jakby stanowili główną podporę państwa.

Lecz oto nastąpił niespodziewany zwrot w tej trud

background image

nej dla Rzymian sytuacji. Alamanowie, choć pełni zapału wojennego i pewni 

siebie po ostatnim sukcesie, zdecydowali się pójść na ustępstwa. Być może, 

iż niepomyślnie wypadły wróżby, których zawsze się radzili przed 

rozpoczęciem i w trakcie wojny, głosowi ich pokornie posłuszni. Możliwe też, 

że kończyły się im zapasy żywności lub że wśród wodzów doszło do zatargów.

W każdym razie stało się tak, że pewnego dnia przed cesarzem przyklękło 

kilku alamańskich książąt, proponując zawarcie pokoju. Konstancjusz 

zatrzymał ich w obozie i przez kilka dni prowadził tajne narady z członkami 

swego konsystorza. Ostatecznie zadecydowano, że należy przyjąć ofertę. 

Przemawiając na wiecu żołnierskim cesarz usprawiedliwiał swoją 

ustępliwość tym, że pragnie oszczędzić wojsku niebezpieczeństw | ryzyka, 

jakie z konieczności niesie z sobą każda rozprawa zbrojna.

Z zachowaniem wszelkich ceremonii zawarto z Ala- manami pokój i 

przymierze. Obie strony doskonale zdawały sobie sprawę, że w istocie chodzi

tylko o zawieszenie broni, wolały jednak odsunąć na czas jakiś ostateczne 

starcie, którego stawką byłoby panowanie nad wszystkimi ziemiami na 

zachód od Renu, a więc nad całą Galią.

Odwołanie Ursycyna

Zakończywszy kampanię alamańską, Konstancjusz ustanowił od lata 

roku 354 swoją rezydencję w Mediolanie. Uwagę skupił obecnie głównie na 

sprawach Wschodu.

Po ostatnich wypadkach w Antiochii, a zwłaszcza po zamordowaniu tam 

Domicjana i Moncjusza oraz po wielkich procesach pokazowych, na dworze 

przeważał pogląd, że Gallus chętnie usamodzielniłby się całko

background image

wicie. Kto wie nawet, czy nie ośmieliłby się zbrojnie wystąpić przeciw władcy 

prawowitemu? W obliczu groźby tak poważnej należało odwołać go stamtąd 

jak najszybciej i pozbawić wszelkich uprawnień. W jakiż jednak sposób 

dokonać tego, nie wzbudzając podejrzeń Gallusa? Było do przewidzenia, że w

obliczu ostatecznego niebezpieczeństwa zdecyduje się on na czyny roz-

paczliwe.

Tajne narady Konstancjusza z najbardziej zaufanymi dostojnikami, 

dotyczące tej właśnie sprawy, przeciągały się nieraz do późnej nocy.

Początkowo myślano zwabić Gallusa przy pomocy przyjaznych listów, 

zapraszając go na obrady w kwestiach rzekomo najwyższej wagi państwowej.

Temu wszakże projektowi sprzeciwiło się dwóch wpływowych ministrów: 

Euzebiusz, przełożony świętej sypialni, oraz Flawiusz Arbition, naczelnik 

jazdy, jeden z najgorliwszych pochlebców i najzręczniejszych intrygantów. 

Nie bez racji zwrócili oni uwagę na inny aspekt sytuacji:

Byłoby rzeczą wielce nieroztropną odwoływać ze Wschodu Gallusa, a 

pozostawiać Ursycyna, cieszącego się ogromnym autorytetem wśród wojsk 

tamtejszych. Wydarzenia mogłyby wówczas tak się potoczyć, że to Ursycyn 

sięgnąłby po najwyższą władzę! Podobnie jak niedawno Magnencjusz. To 

prawda, że Ursycyn jest człowiekiem już posuniętym w latach. Należy jednak

pamiętać, że ma dorosłych synów. Biorą oni udział w codziennym życiu 

żołnierskim w różnych obozach, toteż są dobrze znani armii. Mogliby stać się

współ- władcami ojca i dziedzicami jego purpury.

Konstancjusz, z natury podejrzliwy, a nauczony przykrymi doświadczeniami 

z niedalekiej przeszłości, przychylił się do tych uwag i ostrzeżeń. Wysłał do 

background image

Ursycyna pismo, w którym bardzo uprzejmie rozkazywał mu stawić się na 

swym dworze możliwie rychło.

background image

Jako powód podał konieczność odbycia narad w związku z groźbą nowej 

ofensywy perskiej. Jednocześnie z tym listem wyprawiono do Antiochii 

komesa Prospera; miał on przejąć dowództwo armii Wschodu na czas 

nieobecności naczelnika jazdy.

Ammian Marcellinus, wciąż znajdujący się u boku swego wodza w 

Antiochii, wyjechał razem z nim. O czym informuje krótko:

„Po otrzymaniu pisma oraz zezwolenia na posłużenie się pocztą 

państwową pospieszyliśmy jak najszybciej do Mediolanu" 

52

.

Obyczaje Rzymian

Choć Ursycyna i jego oficerów wezwano przed oblicze cesarza w sprawie 

naglącej i rzekomo tylko na krótko — właśnie dlatego tak się spieszyli — 

pobyt ich dziwnie się przedłużał. Naradę pod różnymi pozorami wciąż 

odkładano, dworzanie zaś przyjmowali wobec przybyłych postawę 

powściągliwie chłodną lub nawet jawnie nieżyczliwą. Goście ze Wschodu 

zaczęli podejrzewać, że za tym wszystkim kryje się coś groźnego.

Jest całkiem możliwe, że owe tygodnie, a chyba nawet miesiące zwłoki i 

trwożnej niepewności Ammian Marcellinus wykorzystał, by odwiedzić Rzym. 

Urodzony bowiem i wychowany w syryjskiej Antiochii, z pewnością nie miał 

dotychczas okazji złożenia hołdu stolicy tego Imperium, któremu służył 

wiernie i z głębi przekonania. W każdym razie oficer-historyk poświęcił 

Rzymowi i obyczajom jego mieszkańców długi rozdział właśnie w tej księdze, 

w której omawia wydarzenia roku 354. £a punkt wyjścia posłużyła mu 

wzmianka o poważnych rozruchach, do jakich doszło w nadtyb- rzańskiej 

metropolii z przyczyny błahej: Wystąpiły zakłócenia w dostawach wina.

background image

Oto treść refleksji Ammiana:

Przypuszczam, że jeśli moja książka jakimś trafem znajdzie się w ręku 

cudzoziemca, nie oprze się on zdziwieniu przy lekturze. Ilekroć bowiem 

wspominam w niej o Rzymie, tylekroć mowa tylko o zamieszkach, o burdach 

w tawernach i o tym podobnych głupstwach. Jakież są przyczyny takiego 

stanu rzeczy?

Rzym istniał będzie tak długo, jak i ludzkość. Jednakże w ciągu wieków 

swego trwania przeszedł on, niby człowiek, różne etapy rozwoju. Był 

dzieckiem, młodzieńcem, dojrzałym mężczyzną — obecnie zaś chyli się ku 

starości. Swego czasu czcigodne miasto ugięło karki wielu dzikich ludów; 

dało im prawa, a więc fundament i podporę wszelkiej prawdziwej wolności. 

Później wszakże przekazało władztwo nad całym swym dziedzictwem 

cesarzom; postąpiło podobnie jak mądra, gospodarna, zamożna matka, 

która oddaje synom pieczę nad majątkiem. I choć nie działa już dawny 

ustrój republikański, choć nie ma wyborów i głosowań, a żyje się spokojnie 

jak za czasów króla Pompiliusza, Roma jest nadal panią i królową po 

wszystkich ziemiach, a szacowna siwizna senatorów oraz samo imię ludu 

rzymskiego wszędzie spotykają się z należnym pokłonem.

Jednakże temu blaskowi ogółu społeczności przynosi ujmę lekkomyślna 

swawola małej grupy ludzi niepomnych, w jak wspaniałym urodzili się 

mieście. Błądzą oni i oddają się zbytkom, jak gdyby właśnie tutaj wszelkie 

przywary miały cieszyć się zupełną swobodą.

Jedni wierzą święcie, że przejdą do wieczności dzięki swym posągom. 

Toteż zabiegają gorliwie, by wznosić je sobie. A przecież martwe statuy z 

background image

brązu — nawet jeśli się im da cienką powłoczkę ze złoconej blachy — z 

pewnością nie przyniosą tyle korzyści, ile świadomość, iż żyło się dobrze i 

uczciwie. Inni znowu największą swoją chwałę upatrują w bardzo okazałych

background image

powozach. A także we wspaniałych szatach. Pocą się pod ich ciężarem, 

zakładają je przez głowę,. zawiązują pod samym gardłem — szaty przejrzyste

dzidki delikatności tkaniny. Często czynią gesty ręką lewą, zdobną 

pierścieniami, specjalnie po to, aby przy ruchach przeświecały spod spodu 

długie frędzle i tunika, na której różnobarwnymi nićmi haftowane są 

zwierzęta. Jeszcze inni przybierają nader poważny wyraz twarzy i bez końca 

rozwodzą się nad ogromem swych majętności, choć nikt o to nie pyta; 

wyliczają, ile to rocznie dają im przychodu uprawne ziemie, których — tak 

się przechwalają — posiadają bardzo wiele, od najdalszych krańców 

wschodnich aż po kresy zachodnie.

Jeśli ty, zacny cudzoziemcze, odwiedzisz po raz pierwszy kogoś bogatego i

z tej racji nadętego, przyjmie cię z otwartymi ramionami. Będzie wypytywał 

cię o wszystko, do kłamstwa nawet zmusi. Sam będziesz się dziwił, dlaczego 

to ciebie właśnie, dotychczas zupełnie tu nie znanego, z taką rewerencją 

podejmuje ktoś tak znakomity. Ba, wypomnisz sam sobie, żeś nie przyjechał 

do Rzymu już przed dziesięciu laty. Ale jeśli zaufasz tej przystępnośti. i 

przyjdziesz do tegoż domu nazajutrz, utkwisz w kącie nie poznany, jak 

natręt. Gospodarz, który jeszcze wczoraj zachęcał cię do częstych wizyt, 

będzie długo się zastanawiał, ktoś ty i skąd przychodzisz. Załóżmy jednak, że

ponownie uznał cię za przyjaciela: otóż gdybyś przez trzy lata nieprzerwanie 

składał tam codzienne wizyty, potem zaś przestał bywać przez takiż sam 

okres, nikt się nawet nie zainteresuje, jeśli zjawisz się ponownie, oo to działo

się z tobą w tym czasie.

background image

Niekiedy ktoś przygotowuje przyjęcia, długie i szkodliwe dla zdrowia, albo 

też rozdawnictwo paczek z podarunkami. Najpierw rozważa troskliwie, czy 

wypada zaprosić kogoś obcego — oczywiście prócz tych osób, którym należy 

się wzajemność. Jeśli po gruntownym

background image

przemyśleniu uzna to za wskazane, kogóż wybierze? Kibica, sypiającego 

przed domami woźniców cyrkowych; szulera, który posiadł arkana gry w 

kostki; kuglarza, udającego, że zna tajniki magii. Natomiast ludzi 

wykształconych i rozumnych unika się jako bezużytecznych i przynoszących

nieszczęście.

Nie będę się rozwodził nad zachłanną rozpustą przy stołach i nad 

ponętami przeróżnych rozkoszy. Oto niektórzy lubują się w konnej jeździe po

brukowanych ulicach rozległego miasta. Pędzą przed siebie nie zważając na 

nic i jeszcze bodą rumaki ognistymi, jak to się mówi, stopami, niby jeźdźcy 

poczty państwowej. Za sobą zaś ciągną całe zastępy służby, jakby rozbójni-

cze bandy, nie pozostawiając w domu nikogo. Naśladują ich niektóre panie. 

Te każą się obnosić po wszystkich dzielnicach miasta. Siedzą z zakrytymi 

twarzami w zasłoniętych lektykach, a przełożeni nad ich służbą, łatwi do 

rozpoznania dzięki rózgom, które dzierżą w prawicach, komenderują długimi

orszakami. Najpierw kroczy cały warsztat przędzalniczy. Za nim 

kucharczyki. Potem reszta służby, przemieszana z próżniaczym pospólstwem

z sąsiedztwa. Wreszcie rzesza eunuchów — poczynając od starców, a 

kończąc na chłopcach; a są to istoty blade i niekształtne wskutek 

zdeformowania postawy. Patrząc na te zastępy kalek, musi się przeklinać 

imię starożytnej królowej Semiramidy; ona to bowiem wprowadziła 

kastrowanie młodych ludzi.

Domy niegdyś sławne z kultywowania poważnych zainteresowań obecnie 

nurzają się w igraszkach otępiającego lenistwa, rozbrzmiewając tylko 

śpiewem i pobrzękiwaniem gitar. Miejsce filozofa zajął piosenkarz, retora zaś 

background image

zastępuje nauczyciel zabawnych sztuczek. Biblioteki zamyka się na wieki, 

niby grobowce. Sporządza się za to organy wodne, liry wielkości wozów, flety,

wszelki sprzęt aktorski.

Doszło wreszcie do niebywałego skandalu. Postano-

background image

wrono usunąć z miasta ludność napływową, zaczęły się bowiem kłopoty z 

zaopatrzeniem w żywność. Wypędzono więc, i to z miejsca, przedstawicieli 

nauk wyzwolonych, choć było ich niewielu, garstka zaledwie. Pozwolono 

natomiast pozostać osobom towarzyszącym aktorom scenicznym — i to 

zarówno naprawdę należącym do obsługi, jak i tym, które tylko za takie się 

podawały. Tak więc pozostały tancerki w liczbie trzech tysięcy — nikt ich 

nawet nie zaczepił — wraz ze swymi chórami i nauczycielami. Toteż gdzie 

tylko oczy zwrócisz, ujrzysz kobiety w wysokich fryzurach z lokami, aż do 

obrzydzenia wycierające posadzkę stopami, gdy szybko zataczają koła; 

usiłują bowiem ruchami wyrazić niezliczone sceny, zmyślone w sztukach 

scenicznych; a ileż z owych niewiast mogłoby, gdyby za mąż wyszły, mieć już

po troje dzieci!

Każdy urodzony za granicami tego miasta spotyka się z pogardą ze strony

jego stałych mieszkańców. Chyba że jest bezdzietny lub nieżonaty. Kzecz to 

bowiem wprost niewiarygodna, jak zabiega się w Rzymie o względy osób bez 

potomstwa!

Tutaj, w stolicy świata, groźne choroby srożą się bardziej niż gdzie indziej,

a wszelka wiedza medyczna często okazuje swoją bezradność. Wymyślono 

wszakże wspaniały środek ochronny: po prostu nie odwiedza się chorych, 

nawet jeśli to bliscy przyjaciele! Co ostroż- niejsi stosują jeszcze inny sposób,

dość skuteczny: wysyłają niewolników, aby wybadali, jak się ma słabujący; 

ale nie wpuszczają owych zwiadowców z powrotem do domu, póki się dobrze 

nie obmyją. Taki jest lęk przed chorobą, nawet jeśli widziały ją tylko cudze 

oczy!

background image

Strach więc każe przestrzegać nawet takich zasad. Ale z drugiej strony 

nawet na pół sparaliżowany Rzymianin żwawo podąży choćby wiele mil za 

miasto, gdy tylko zaproszą go na wesele, jako że w trakcie ceremonii sypie 

się gościom złoto w nadstawione dłonie.

background image

I wreszcie kilka słów o ubogich ludziach z pospólstwa. Niektórzy z nich 

nocują po tawernach. Inni kryją się w cieniu zasłon rozciąganych nad 

widownią teatrów. Z wielkim zapałem zabawiają się grą w kości, wydając 

przy tym wstrętne odgłosy; wciągają bowiesm gwałtownie oddech przez 

nozdrza. Przedmiotem jednak najgorętszego ich zainteresowania jest co 

innego; od świtu po zmierzch stoją w słońcu lub w deszczu, szczegółowo 

roztrząsając zalety oraz wady woźniców i koni. I właśnie to jest prawdziwie 

pasjonujące: obserwować nieprzejrzane masy ludzi ogarnięte tą namięt-

nością i oczekujące w napięciu, jaki będzie wynik wyścigów! 

53

Agnieszka i Konstancja

Ammian Marcellinus, przetrzymywany w Italii wraz ze swym dowódcą 

Ursycynem, uczestniczył latem lub wczesną jesienią roku 354 w żałobnej 

ceremonii: cały dwór, wszyscy dostojnicy cywilni i wojskowi, składali ostatni 

hołd Konstancji, siostrze cesarza i żonie Gallusa.

Konstancja zmarła nie w pałacu swego męża w Antiochii, lecz na małej 

stacyjce pocztowej w Bitymi, podróżując do Italii. Jechała tam przynaglana 

częstymi, a bardzo uprzejmymi listami brata, w których zaznaczał on z 

naciskiem, że po

c

 tak długiej rozłące pragnąłby znowu się z nią spotkać; 

przecież z całego rodzeństwa tylko troje pozostało przy życiu! Konstancja nie 

od razu przystała na te prośby. Obawiała się podejrzliwości i okrucieństw 

swego brata; przeczuwała też, że trzeba będzie zdać rachunek z wszystkiego, 

czego wraz z mężem dopuściła się na Wschodzie. Ostatecznie jednak 

zwyciężyła nadzieja, że nic złego nie spotka ją od brata, a w trakcie rozmów 

będzie można wiele

background image

spraw wyjaśnić, odeprzeć zarzuty, gniew ułagodzić. Wybrała się w drogę 

lądem, przez krainy Azji Mniejszej. U granic prowincji Bitynii, na stacji 

pocztowej zwanej Cenos Gallikanos, powalił ją nagły atak gwałtownej 

gorączki. Umierając liczyła zapewne lat trzydzieści kilka. Po jej zgonie z 

dzieci Konstantyna Wielkiego pozostali już tylko Konstancjusz i Helena; on, 

ostatni z rodu, był wciąż bezpotomny.

Zwłoki zmarłej przewieziono do Italii i złożono na wieczny spoczynek na 

przedmieściach Rzymu, w mauzoleum przy drodze Via Nomentana, wiodącej 

ku północy. W pobliżu znajdował się cmentarz katakumbowy, jeden z 

najstarszych, sławny zaś dzięki grobowi świętej Agnieszki; jej kult zataczał 

coraz szersze kręgi po wielu krainach Imperium, zwłaszcza na Zachodzie.

Ani prawdziwe imię tej świętej, ani też rok i okoliczności śmierci nie są 

znane. Pierwsze wzmianki i opowieści o niej pochodzą dopiero z końca wieku

IV i mają już częściowo charakter legendarny. Imię „Agnes" wywodzi się 

najprawdopodobniej od greckiego przymiotnika „hagne", czyli „czysta", co 

nasuwa podejrzenie, że zostało urobione sztucznie dla podkreślenia, iż 

dziewczyna poniosła śmierć nieskalana; późniejsza etymologia ludowa 

łączyła to imię z łacińskim „agnus" — „baranek". Legenda utrzymywała, że 

Agnieszka pochodziła z zamożnej rodziny rzymskiej i już od dziecka 

wychowywana była w duchu nowej religii. Gdy miała lat trzynaście, zakochał

się w niej pewien dostojnik i usilnie prosił o rękę, ona jednak odmówiła 

stanowczo. Wzgardzony wielbiciel oskarżył Agnieszkę o wyznawanie 

chrześcijaństwa. Był to najprawdopodobniej rok 304; w całym Imperium 

trwały krwawe prześladowania, wszczęte z rozkazu cesarza Dioklecjana. 

background image

Postawiono dziewczynę przed sądem. Nie wyparła się swych przekonań i 

dumnie odrzuciła wszelkie możliwości ratunku, życzliwie podsuwane przez 

sędziów. Poniosła

background image

śmierć; według jednej wersji legendy przez ścięcie, według zaś innej przez 

spalenie na stosie; a w czasie egzekucji, gdy kat zrywał ze skazanej odzienie, 

całą ją okryły rozpuszczone włosy. Tradycja utrzymywała, że męczeństwo 

dokonało się w cyrku Domicjana; dziś rozciąga się tam plac zaliczany do 

najpiękniejszych w Rzymie — Piazza Navona, wznosi się wspaniały, ba-

rokowy kościół Świętej Agnieszki, zbudowany w wieku XVII.

Agnieszka, sławiona i wielbiona przez Kościół jako przykład i wzór czystej 

dziewicy, oblubienicy Chrystusa, wiernej i odważnej wy znawczyni, odbierała

cześć coraz powszechniejszą. Nad grobem jej przy Via No- mentana stanęła 

wkrótce bazylika, jednai z pierwszych w Rzymie; fundatorką budowli była 

właśnie Konstancja. Do naszych czasów niewiele dotrwało z tej świątyni 

pierwotnej, w późniejszych bowiem wiekach — w VII, XV i XIX — gruntownie

ją zmieniano, restaurowano i rozszerzano.

Pozostało natomiast wznoszące się obok bazyliki mauzoleum założycielki, 

Konstancji. Należy ono do najlepiej zachowanych, najznakomitszych i 

najciekawszych zabytków architektury rzymskiej wieku IV.

Jest to ceglana rotunda — albowiem cesarze rzymscy zazwyczaj wznosili 

swoje grobowce właśnie w tym kształcie — nakryta kopułą; ta wszakże 

wspiera się nie na murach zewnętrznych budowli, lecz na dwudziestu 

czterech kolumnach, stojących kołem w jej wnętrzu, po dwie tuż obok siebie,

a więc w dwunastu parach. Taki sposób podtrzymywania kopuły 

zastosowano tu, o ile wiadomo, po raz pierwszy w budownictwie rzymskim. 

Na wprost wejścia widnieje w przerwie pomiędzy kolumnami ogromny, ciężki

sarkofag porfirowy; pokrywają go płaskorzeźby, przedstawiające pędy wino-

background image

rośli oraz chłopów przy zbiorze winogron i wytłaczaniu moszczu; symbolika 

to dość częsta na starych grobow

background image

cach chrześcijańskich, wywodząca się jeszcze z pradawnych mitów i 

obrzędów Dionizosa, boga radości życia i tajemnicy zmartwychwstania. 

Sarkofag oryginalny znajduje się obecnie w Muzeum Watykańskim.

Mauzoleum Konstancji ma trwałe miejsce w dziejach europejskiej sztuki 

nie tylko dzięki swej architekturze. Co najmniej w równej mierze na uwagę 

zasługują barwne mozaiki, dobrze zachowane na sklepieniu pomiędzy 

murem zewnętrznym a kręgiem kolumn oraz w niszach murów; natomiast z 

mozaik kopuły pozostały tylko nikłe ślady. Nawet niewprawne oko dostrzeże,

że tematyka owej mozaikowej dekoracji Eg amorki, rośliny, owoce, ptaki, 

igrające delfiny — nie licuje z powagą grobowca chrześcijańskiej władczyni i 

lepiej by odpowiadała pałacowi lub pogańskiej świątyni. Nic też dziwnego, że 

jeszcze w wieku XVIII mauzoleum to uważano za dawną świątynię Bachusa! 

Należy wszakże pamiętać, że każde z wyobrażeń mozaiki dopuszcza też 

interpretację symboliczną w duchu chrześcijańskim, wszystkie zaś razem 

mają stanowić wizję rozkoszy raju, do którego wstąpiła dusza zmarłej.

Legenda rychło połączyła młodziutką męczennicę i cesarzową, których 

groby znajdowały się w sąsiadujących ze sobą przybytkach. Poczynając 

przynajmniej od wieku XIII Konstancja — zwana też Konstanty- ną — 

odbierała cześć jako święta dziewica.

Obawy i nadzieje Cezara Gallusa

Niespodziewana wiadomość o śmierci żony była dla Gallusa prawdziwym 

ciosem. Dotychczas ufał, że wszelkie nieporozumienia pomiędzy nim a 

Konstancjuszem uda się usunąć dzięki pośrednictwu jej, rodzonej siostry 

background image

władcy. Tym bardziej że i ona miała swój udział w antiocheńskich 

zbrodniach pałacowych i później w

background image

pokazowych procesach! Obecnie wszakże ogarnął go lęk; co się stanie, jeśli 

cesarz nie przyjmie żadnych wyjaśnień i nie wybaczy popełnionych błędów? 

Podejrzewał, i nie bez pewnej racji, że Konstancjusz nastawiony jest 

szczególnie podejrzliwie wobec osób spokrewnionych. W trwożnych myślach 

Gallusa znowu odżyły wydarzenia sprzed lat kilkunastu, kiedy to wy- 

morodwano nad Bosforem prawie całą jego rodzinę, w tym ojca i starszego 

brata, podobno nie bez wiedzy i zgody właśnie Konstancjusza.

Jakież więc wyjście, jaki sposób ratunku widział Gallus w tej sytuacji? 

Zasadę miał prostą: czuwać i strzec się przed zasadzką na każdym kroku. 

Medytował również — tak twierdzili niektórzy — czy nie obwołać się 

Augustem. Jeśli tego nie uczynił, to tylko z tej przyczyny, że nie potrafił 

przewidzieć, jak zareaguje najbliższe otoczenie. Bo i swoim nie ufał. Zdawał 

sobie sprawę, że uchodzi za okrutnika i człowieka niezrównoważonego, na 

którym trudno polegać. Z drugiej zaś strony panowało powszechne 

przekonanie — w skrytości serca podzielał je chyba sam Gallus — że 

Konstancjusz, nie odnoszący nigdy większych sukcesów w zmaganiach z 

wrogiem zewnętrznym, cieszy się za to szczególną łaską losu, jeśli idzie o 

wszelkie konflikty wewnątrz Imperium i wychodzi z nich zawsze zwycięzcą.

A tymczasem z Mediolanu wciąż napływały listy cesarza, usilnie 

zapraszające do przybycia na Zachód. Zawierały one również pewne niejasne

sformułowania i aluzje, wyraźnie pocieszające, w każdym zaś razie dające do

myślenia. Konstancjusz pisał:

background image

„Nie można i nie należy dzielić państwa, każdy bowiem winien wspierać je

według swych sił. Pomyślmy na przykład o spustoszonych prowincjach 

Galii!"

Gdzie indziej znowu powoływał się w podobnym związku na pewne fakty z

niedawnej przeszłości:

background image

„Za czasów Dioklecjana Cezarowie byli mu posłuszni niby woźni. Nie mieli

nawet stałych swych siedzib, lecz przerzucali się z miejsca na miejsce, gdzie 

iść im kazano" p

Czyżby więc — zastanawiał się Gallus — cesarz zamierzał przenieść go na

inne ziemie, na przykład do Galii? Rzecz wydawała się wysoce 

prawdopodobna: Konstancjusz zapewne pragnie powrócić do Antiochii, aby 

znowu prowadzić walki z Persami, jak w latach poprzednich, swego zaś 

Cezara postawi na nowym posterunku, nad granicą Renu, i każe mu 

odpierać Germanów. Nie byłoby to wyjście najgorsze.

Właśnie w tym czasie stawił się na dworze antiocheńskim nowy 

wysłannik cesarza. Był nim Skudilon, wyższy oficer formacji zwanej 

„scutarii", czyli „tar- czownicy"; pochodził z ludu Alamanów. W trakcie 

ostatniej kampanii nad Renem niektórzy podejrzewali go nawet o 

dopuszczenie się zdrady na rzecz swych współplemieńców, co wszakże w 

niczym nie umiejszy- ło zaufania, jakim darzył go Konstancjusz. Pod pozo-

rami bardzo otwartego, rubasznego, a nawet prostackiego sposobu bycia 

Skudilon krył wiele bezwzględności i sprytu. Toteż dopiero jemu udało się 

namówić Gallusa, by dał posłuch prośbom cesarza. Dokonał tego 

zapewniając po wielekroć, że władca najwyższy pragnie gorąco go ujrzeć; że 

wybaczy wszystko, co wynikło z nierozwagi, boć człowiek to doświadczony w 

sprawach polityki i wie, że każdemu, kto rządzi, przysługuje prawo 

popełniania pewnych błędów. W największym zaś zaufaniu i niby to 

zdradzając najskrytsze tajemnice państwowe szeptał, że Konstancjusz we-

spół ze swym konsystorzem powziął już decyzję: mianuje Gallusa 

background image

współtowarzyszem cesarskiego majestatu, a więc podniesie go do rangi 

Augusta, i powierzy mu odpowiedzialne zadania w zagrożonych prowincjach 

północnych.

background image

— Chłodniej tam wprawdzie niż tutaj — dodawał ze śmiechem — ale żyć 

można!

Późnym latem roku 354 Gallus opuścił Antiochię. Był dobrej myśli.

Podróż Gallusa

Był tak dobrej myśli, że po przybyciu do Konstantynopola pozwolił sobie 

jeszcze na dłuższy odpoczynek i miłą rozrywkę. Urządził wyścigi rydwanów i 

własnoręcznie uwieńczył zwycięzcę.

Wiadomość o tych igrzyskach wprawiła Konstancju- sza w prawdziwą 

furię. Przypuszczał, że stawi się przed nim grzesznik skruszony i drżący o 

swój los, a tymczasem donoszono o beztroskich zabawach władcy pewnego 

swej sprawy i pozycji! W umyśle nieufnego cesarza natychmiast zrodziło się 

podejrzenie, że Gallus chyba ma jakieś podstawy, by poczynać sobie tak 

swobodnie. Na wszelki wypadek rozkazał bezzwłocznie usunąć oddziały 

wojsk z miast i obozów tych prowincji, przez które Cezar miał przejeżdżać w 

swej drodze do Italii; obawiał się, by nie przeszły one na jego stronę. 

Jednocześnie wysłał do Konstantynopola kilku wyższych urzędników. Stawili

się oni przed Gallusem rzekomo w celu służenia mu radą i pomocą, w 

rzeczywistości zaś mieli pilnie czuwać nad każdym jego krokiem. Był wśród 

nich Leoncjusz, późniejszy prefekt Rzymu, ówczesny kwestor; był 

Lucylianusz, dowódca straży przybocznej; był wreszcie trybun formacji tar- 

czownikóW Bojnobaudes, Germanin z pochodzenia. Ale w tymże samym 

czasie inny wysoki dostojnik, udający się z rozkazu cesarza do Armenii i 

przejeżdżający przez Konstantynopol, nawet nie raczył prosić o audiencję na 

dworze Cezara; wiedział dobrze, że wyrok nań już zapadł.

background image

Pożegnawszy metropolię nad Bosforem Gallus zatrzymał się na dwanaście

dni w Hadrianopolu, położonym u zbiegu granic dzisiejszej Turcji, Grecji, 

Bułgarii. W pobliskich miasteczkach rozmieszczone były na kwaterach 

zimowych legiony tebańskie; zwały sie tak dlatego, że ich okręg rekrutacyjny 

znajdował się w Górnym Egipcie, w okolicy sławnych, prastarych Teb. 

Żołnierze owych legionów wysłali do Gallusa delegację; miała ona prosić go, 

by ufając ich słowu zatrzymał się tutaj i dalej nie jechał. Wszelako Cezar był 

tak pilnie strzeżony, że nie zdołał osobiście rozmówić się z żołnierzami; mógł 

się zresztą obawiać,, że jest to pułapka, przygotowana przez agentów 

cesarza.

Konstancjusz słał list za listem, żądając przyspieszenia podróży. Jego 

ludzie nalegali na Gallusa, by posłużył się wozami poczty państwowej. 

Przystał na to, ale musiał pozostawić prawie cały swój dwór prócz kilku-

nastu ludzi z posługi osobistej. Agenci domagali się tak usilnie, by nie 

zwlekał ni chwili, że wreszcie przejrzał, ku czemu zmierza to wszystko. 

Zaczął płaczliwie przeklinać swoją lekkomyślność, wyrzekając głośno:

— Teraz każdy mną gardzi, byle kto może mi rozkazywać!

Nawet sny miewał koszmarne; skarżył się, że widzi zjawy tych, których na

śmierć skazał.

Droga wiodła przez Filippopolis, czyli dzisiejszy Plowdiw w Bułgarii; przez 

Serdikę — Sofię; przez Naissos, czyli Nisz w Jugosławii — a potem wzdłuż 

Dunaju i Drawy. Posuwano się szybko, zmieniając zaprzęgi na stacjach 

pocztowych. Konwój dotarł wreszcie do miasta Poetovio, zwanego dziś Ptuj.

Ostatnie dni Gallusa

background image

W Poetovio niespodziewanie pojawili się dwaj nowi wysłannicy cesarza, i 

to wysokiej rangi: komes Bar-

background image

bation, poprzedni dowódca przybocznej straży Gallusa, oraz Apodemiusz, 

„agens in rebus", a więc funkcjonariusz policji politycznej do spraw 

szczególnej wagi. Wiedli oni ze sobą starannie dobranych żołnierzy, których 

obsypywano wszelakimi dobrodziejstwami; toteż władze mogły być pewne, że

ci ludzie w żadnej sytuacji nie ulegną ani pieniądzom, ani też uczuciom 

litości. Otoczyli oni zwartym kordonem pałac, w którym przebywał Gallus, 

zwłaszcza na odcinkach otwartych, budynek bowiem znajdował się 

częściowo poza murami miasta. Barbation wszedł na pokoje dopiero o 

zmierzchu. Poprosił Gallusa, by zdjął szatę cesarską i przywdział zwykłą 

tunikę. Ale wciąż jeszcze, wierny otrzymanej instrukcji, zaklinał się, że nie 

spotka go nic złego. Zakończył jednak twardym rozkazem:

-— Wstawaj natychmiast!

Niedawnego władcę ogromnych krain Wschodu wsadzono na wóz, który 

ruszył w drogę, choć zapadała już ciemna noc. Tymczasem Apodemiusz 

porwał cesarskie, purpurowe buty Gallusa, dosiadł konia i pognał galopem. 

Zmieniając często konie na stacjach pocztowych — niektóre z nich padły w 

drodze, tak je bódł i popędzał — stanął w Mediolanie jako pierwszy zwiastun 

dobrej nowiny: Gallus zdetronizowany! Chór dworzan i pochlebców zaczął od

razu sławić szczęście Konstancjusza. Oto życzliwa opatrzność pozwoliła mu 

w ciągu krótkiego czasu pozbyć się bez rozlewu krwi, choć różnymi 

sposobami, dwóch pretendentów do tronu: najpierw starca Wetranioną, 

obecnie zaś młokosa Gallusa. Cesarz uwierzył tym słowom o jszekomej łasce

losu nad nim czuwającej. Uznał, że stoi już ponad wszelkim 

niebezpieczeństwem i nie zagrozi mu żadna zmiana. Toteż od tej pory, 

background image

ilekroć dyktował pisma, często wtrącał, mówiąc o sobie samym, „Aeternitas 

mea", czyli „Wieczność moja", a podpisując się własnoręcznie, używał 

określenia: „Pan świata całego".

background image

Gallusa przewieziono na małą wysepką w pobliżu miasta Pola — jest to 

dzisiejsza Pula — niedaleko cypla półwyspu Istrii. Tam osadzono go w 

więzieniu pod najściślejszą strażą. Już samo to miejsce musiało budzić jak 

najgorsze myśli i przeczucia. Przecież to właśnie tutaj przed prawie 

trzydziestu laty zginął Kryspus, pierworodny syn Konstantyna Wielkiego — i 

to z rozkazu swego ojca!

Wkrótce przybyli trzej pełnomocnicy cesarza: prepozyt świętej sypialni 

Euzebiusz, notariusz Pentadiusz, trybun straży Mallobaudes. Mieli wydobyć 

z Gallusa, jakimi to kierował się motywami, wydając wyroki na swe ofiary. 

On zaś, blady ze strachu, zdołał tylko tyle powiedzieć na swoją obronę, że 

skazywał na śmierć ulegając Konstancji.

Gdy doniesiono cesarzowi o tym tchórzliwym wybiegu, nie posiadał się z 

gniewu; odczuł bowiem owe słowa jako obrazę niedawno zmarłej siostry. 

Trybun Serenian, notariusz Pentadiusz i agent Apodemiusz otrzymali rozkaz

dokonania egzekucji. Związano Gallusowi ręce i odcięto mu głowę jak 

zwykłemu łotrzykowi. Krążyła co prawda pogłoska, że cesarz opamiętał się 

bardzo rychło po pierwszym ataku wściekłości i odwołał rozkaz; jednakże 

wszechwładny Euzebiusz polecił wysłańcowi, by nie pędził do Poli zbyt 

szybko.

Umierając pod koniec roku 354, Gallus nie miał jeszcze lat trzydziestu.

Ursycyn w niebezpieczeństwie

Wiadomość o śmierci Gallusa stała się sygnałem do rozpętania 

prześladowań wszystkich jego stronników i podwładnych. Wtedy też dopiero 

background image

wystąpiono z jawnymi oskarżeniami przeciw Ursycynowi. Jak mówiliśmy 

wcześniej, już od wielu miesięcy przetrzymywano

background image

go pod różnymi pozorami na dworze w Mediolanie. Dopiero obecnie 

zarzucono mu formalnie zbrodnię obrą- zy majestatu, a więc jedno z 

najcięższych przestępstw politycznych. Równocześnie zaś dworacy 

nieustannie przekonywali KonsJ;ancjusza, że.Ursycyn jest prawdziwie 

groźny. Powiadali:

• Cieszy się ogromną popularnością w prowincjach wschodnich. Tylko o 

nim mówi się w tamtych krajach. Wszyscy pragną jego powrotu i sławią go 

jako wielkiego wodza, który zdoła rozgromić Persów. Czyny natomiast 

samego cesarza już poszły w zapomnienie!

Sprawa Ursycyna przedstawiała się.źle także z tej racji, że przecież to on 

przewodniczył w Antiochii trybunałowi wydającemu wyroki śmierci na 

rzekomych współuczestników spisku Domicjana i Moncjusza; skoro zaś, jak 

teraz się okazało, ci dwaj zginęli całkowicie niewinnie, nie mogło być mowy o

żadnym spisku, proces więc był fikcyjny, a wyroki bezpodstawne.

Mimo tak ciężkiej sytuacji stary wódz zachowywał zupełny spokój. Tak 

przynajmniej twierdzi jego oficer Ammian Marcellinus, towarzyszący mu 

wiernie w tych ponurych chwilach. Najbardziej bolało Ursycyna to, że nawet 

dotychczasowi przyjaciele odsunęli się i zerwali wszelkie kontakty. Pozostał 

jeden tylko, pozornie szczerze oddany: Arbition, naczelnik jazdy Zachodu. 

Ten ostentacyjnie okazywał oskarżonemu wielką życzliwość, jawnie 

nazywając go swym kolegą i prawdziwym mężczyzną. Później wszakże 

rozeszły się pogłoski, że Arbition prowadzi grę podwójną, i to niemal bez-

interesownie, bo tylko z czystej zawiści. Podobno on to właśnie doradzał 

cesarzowi na tajnych konsysto- rzach, aby rozprawił się z Ursycynem szybko

background image

i bez rozgłosu: należy porwać go którejś nocy i zgładzić, nie czekając na 

normalny przewód sądowy. Konstancjusz rzekomo już przychylał się do tej 

myśli i nawet wyznaczył termin, jednakże w ostatnim momencie zmie

background image

nił zdanie i postanowił rzecz odwlec, przynajmniej na pewien czas.

Oskarżenia o sny

Tymczasem zaś do Akwilei — a nie wprost do > Mediolanu — prowadzono

z prowincji wschodnich długie zastępy byłych żołnierzy i dworzan Gallusa. 

Skuci ciężkimi kajdanami, ledwie żywi, wyczekiwali śmierci prawdziwie jak 

wybawienia. Oskarżano ich o współudział w zamordowaniu Domicjana i 

Moncju- sza. Dwaj wysocy dostojnicy, Arbition i Euzebiusz, wyjechali do 

Akwilei, aby osobiście wymierzać sprawiedliwość. Wszelako nie bawili się w 

skrupulatne dochodzenia i nie zaprzątali sobie głowy badaniem, kto winien, 

a kto nie winien. Wszyscy stawieni przed ich trybunałem otrzymywali jakąś 

karę. Jedni, po biczowaniu i torturach, szli na wygnanie. Inni, zdegradowani

do stopnia prostego żołnierza, rozpoczynali służbę w różnych obozach 

wojskowych. Jeszcze inni płacili głową za sWe prawdziwe czy też rzekome 

zbrodnie. To zróżnicowanie wyroków miało świadczyć, że sędziowie poważnie

traktowali swe obowiązki; w rzeczywistości zaś rozdzielano kary raczej 

przypadkowo.

Podobnie jak po upadku Magnencjusza, tak i obecnie pojawiła się nowa 

fala donosicieli. Ludzie ci umacniali swe wpływy i dochodzili do majątków, 

rzucając się niby dzikie bestie na każdą ofiarę; najchętniej oczywiście na 

osobistości wybitne, to bowiem rokowało zysk większy, ale nie gardzili też 

ubogim pospólstwem. Spośród rzeszy denuncjatorów wszelkiego typu wyróż-

nił się gorliwością notariusz Paweł oraz były urzędnik rachunkowości 

Merkuriusz. Pierwszy z nich dał się już poznać w Brytanii i zyskał sobie 

przydomek „Ca-

background image

tena", czyli „Łańcuch" — tak misternie i nierozerwalnie knuł intrygi, 

oszczerstwa i donosy wokół osób upatrzonych. Merkuriusza zaś zwano 

komesem snów. Specjalizował się mianowicie w podsłuchiwaniu rozmów o 

zwidach sennych — a któż wtedy w sny nie wierzył, kto o nich nie 

opowiadał, prosząc o wyjaśnienie znaczeń i symboliki. Następnie fragmenty 

wypowiedzi zręcznie przeinaczał i przedstawiał cesarzowi wraz z własną ich 

interpretacją. Niejeden drogo zapłacił za swoje senne zmory, nadzieje i 

marzenia! Toteż żartowano na dworze: <

— Niedługo nikt się nie będzie chciał przyznać, że w ogóle sypia!

Tak przedstawiały się sprawy w Mediolanie. Jaka zaś była ówczesna 

sytuacja Juliana? Jak odczuł on tragiczny los brata? Czy potępiał Gallusa, 

czy też usprawiedliwiał? I czego Się obawiał?

Na pierwsze z tych pytań może odpowiedzieć on sam.

Julian o swym bracie

Mój brat istotnie okazywał w swym charakterze jakieś przyrodzone cechy 

dzikości i nieokrzesania; jednakże cechy te jeszcze się zaostrzyły wskutek 

naszego pobytu w Macellum, w górach. Moim zdaniem odpowiedzialność za 

to ponosi właśnie ten człowiek, który siłą nas zniewolił, byśmy wyrastali w 

takich warunkach. Bogowie posłużyli się filozofią i dzięki niej uchronili mnie 

od złych wpływów tego otoczenia. Jednakże mojemu bratu nikt nie pomógł. 

A kiedy wreszcie mógł on opuścić wieś i zamieszkał w pałacu, Konstancjusz 

wnet przyodział go płaszczem purpurowym — ale też natychmiast zaczął 

patrzeć nań zawistnie i podejrzliwie; konsekwentnie postępował tak dopóty, 

póki go

background image

nie zgładził. Nie wystarczyło samo odebranie purpury! A przecież, jeśli nawet

cesarz doszedł do wniosku, żę brat mój niegodny jest sprawowania władzy, 

to przynajmniej winien był uznać, że zasługuje na to, by żyć dalej! Załóżmy 

wszakże — ktoś może wystąpić z takim twierdzeniem — że i życia trzeba było

go pozbawić. Zgodzę się ostatecznie i na to, pod jednym tylko warunkiem; 

należało dać memu bratij to prawo obrony, które przyznaje się każdemu, 

nawet pospolitemu przestępcy. Ustawy zabraniają zabijać schwytanych 

bandytów bez sądu. Czy wolno więc postępować tak z ludźmi, których 

pozbawiono władzy i uczyniono osobami prywatnymi?

Zważmy tąż, że broniąc się brat mój mógłby wskazać właściwych sprawców 

swych błędów! Faktem jest, że swego czasu w Antiochii, przekazano mu 

pisma pewnych osób; zawierały one bardzo gwałtowne oskarżenia przeciw 

niemu. Po zapoznaniu się z ich treścią rzeczywiście stracił panowanie nad 

sobą i zbyt łatwo dał upust gniewowi. Nie ulega wątpliwości, że władcy nie 

przystało tak postępować. Nie uczynił wszakże niczego, co by go pozbawiało 

prawa do życia. Istnieje przecież zasada, wspólna wszystkim ludom, zarówno

Grekom, jak i barbarzyńcom, przyznająca każdej ofierze napaści prawo do 

samoobrony. Mój brat bronił się być może zbyt gwałtownie. Usprawiedliwia 

go wszakże. to, że działał pod wpływem rozdrażnienia. A dlaczego cesarz 

pozwolił go zgładzić? Z tej prostej przyczyny, że pragnął zadośćuczynić 

swemu eunuchowi, prepozytowi świętej sypialni, a także nadzorcy kuchni. 

Dlatego zabił Gallusa; męża swej siostry; ojca swej siostrzenicy; brata swej 

pierwszej żony!

55

Julian i biskup Troi

background image

Rozkaz stawienia się przed cesarzem zastał Juliana zapewne w Nikomedii; 

była już późna jesień roku 354,

background image

a wir terroru, wywołany śmiercią Gallusa, wciągał coraz liczniejsze ofiary. W 

tej sytuacji zdrowy rozsądek zalecał stawić się w Mediolanie jak najrychlej. 

Wszelako młody człowiek, znowu oderwany od swych umiłowanych studiów i

książek, starał się raczej przedłużyć podróż. Widocznie albo nie zdawał sobie

sprawy z powagi chwili, albo też świadomie wolał nie myśleć o grozie 

wydarzeń politycznych.

Płynął najpierw przez Propontydę i cieśninę Helles- pontu. Potem statek 

zawinął do małego portu Aleksandria Troas, u wybrzeży Morza Egejskiego, 

naprzeciw wysepki Tenedos; stąd miano pożeglować ku Grecji. Jednakże z 

Aleksandrii blisko było do sławnej Troi, położonej nieco w głębi lądu. Julian 

postanowił wyzyskać okazję i na własne oczy ujrzeć miejsce uwiecznione 

przez boskiego poetę: gród Priama, bohatersko broniony przez Hektora, 

dobywany zaś przez najdzielniejszych Greków: Achillesa, obu Ajasów, 

Odyseusza.

Z portu wyjechał wczesnym rankiem, a w Troi był w południe. Tam zajął 

się nim biskup miasta, Pega- zjos. Był on, jak na chrześcijańskiego kapłana,

postacią tak osobliwą, że zwiedzanie zabytków właśnie z tej racji utkwiło w 

pamięci Juliana w sposób szczególny. W kilkanaście lat później pisał o tym 

w liście do jednego z przyjaciół:

„Jest tam miejsce, gdzie Hektor odbiera cześć jako heros; w małej kapliczce 

stoi jego posąg spiżowy, a naprzeciw pod odkrytym niebem wystawiono 

ogromną podobiznę Achillesa. Jeśliś miejsce to widział, wiesz chyba, o czym 

mówię. Opowieść o tym, dlaczego przeciwstawiony Hektorowi Achilles 

zajmuje całe podnie- bie, możesz usłyszeć od przewodników. Ponieważ za-

background image

stałem ołtarze jeszcze gorące i niemal rozpalone, podobiznę zaś Hektora 

obficie namaszczoną oliwą, spojrzałem na Pegazjosa i z lekka badając jego 

przekonania zapytałem:

background image

— Cóż to ma znaczyć? Czyżby Iliończycy ofiary jeszcze składali?

Ten zaś na to:

— AvCÓż w tym dziwnego, że oddają .cześć dzielnemu mężowi i ich 

rodakowi, podobnie jak my czcimy męczenników?

Podobizna ta nie jest dobrego smaku, lecz zamiar rzeźbiarza, oceniany na

tle owych czasów, nie jest pozbawiony dowcipu.

Cóż więc nastąpiło potem, zapytasz.

— Chodźmy do świętego obwodu Ateny Iliońskiej! — powiedziałem. Oń 

zaś z wielką ochotą pokazał mi dokładnie, że wszystkie posągi są 

nienaruszone. A przy tym nie uczynił nic z tego, co zwykle czynią ci ludzie z 

czci bogów wyzuci, tj. nie nakreślił na swym czole, jak oni, znaku krzyża o 

owym bezbożniku i nie zagwizdał sobie, jak oni; dwie bowiem rzeczy 

stanowią u nich szczyt wiedzy o bóstwie — gwizdać wobec demonów i kreślić

na czole znak krzyża.

Ten sam Pegazjos towarzyszył mi także do miejsca czci Achillesa i 

pokazywał mi grób jego, również zachowany w. całości. Ja zaś byłem 

przekonany, że został on przezeń rozrzucony; zbliżał się doń z ogromnym 

szacunkiem" 

56

.

Miesiące trwogi

Młody książę stanął wreszcie na ziemi Italii. Czekało nań tutaj groźne 

niebezpieczeństwo: oskarżenie, wysuwane na razie nieoficjalnie, lecz bardzo 

poważne w swej treści. Twierdzono mianowicie, że przed kilku laty opuścił 

Macellum samowolnie, bez formalnej zgody ze strony cesarza; powiadano 

background image

również, że w celach wywrotowych spotkał się ze swym bratem, gdy ten 

przejazdem bawił w Konstantynopolu. Julian odrzucał

background image

owe oszczerstwa wówczas i później z całą stanowczością. Jeszcze po latach 

pisał z pasją:

„Przez całych siedem miesięcy Konstancjusz ciągał mnie po różnych 

miejscowościach, i to pod silną strażą [...] A przecież, klnę się na Heraklesa, 

nawet w snach nie widywałem brata! Nie mieszkałem z nim, nie od-

wiedzałem go, rzadko doń pisywałem i to wyłącznie w sprawach błahych!"

57

Mistrz zaś i przyjaciel Juliana, retor Libaniusz, przedstawia ten epizod 

jego życia następująco:

„Wkrótce przywiedziono też Juliana. Otaczali go uzbrojeni strażnicy, 

spoglądający dziko i przemawiający ostro. W porównaniu, z tym, co oni 

wycżyniali, nawet więzienie mogło wydać się czymś lekkim. Ponadto nie 

pozwalali mu zatrzymać się na dłużej w jednym miejscu, lecz przewozili go z 

jednej miejscowości do drugiej, co samo przez się przysparzało udręki. 

Musiał cierpieć to wszystko, chociaż nie przedstawiono mu żadnego 

oskarżenia, jakiejkolwiek treści. I jakże miano go oskarżać? Przecież dzieliło 

go od brata więcej niż trzysta stacji pocztowych! Owszem, wysyłał doń listy, 

ale rzadko, i to tylko z pozdrowieniami. Dlatego też nie było przeciw niemu 

nawet donosu. Mimo to ci, którzy mogli, dręczyli go — jedynie z tej racji, że 

obaj mieli tego samego ojca!

Lecz właśnie to nieszczęsne położenie pozwala nam znowu podziwiać 

Juliana. Nie poniżał się bowiem przed mordercą i nie wygłosił mowy przeciw 

jego ofierze, ale | drugiej strony nie chciał też drażnić swego dręczyciela i nie

występował z obroną brata. Zmarłemu oddał hołd niemą żałobą, cesarz zaś; 

background image

choć wielce pragnął także jego zgładzić, nie mógł znaleźć żadnego pretekstu" 

§|

Najkłopotliwsze było to, że Julian w żaden sposób nie potrafił uzyskać 

audiencji u cesarza. O czym tak mówi:

background image

„Wrogi bogom eunuch, prepozyt sypialni, stał się wbrew swej woli moim 

dobroczyńcą, kilkakrotnie bowiem przeszkodził mi w uzyskaniu 

posłuchania. Zapewne i sam Konstancjusz nie pragnął spotykać się ze mną; 

w każdym jednak razie właśnie eunuch był głównym winowajcą. Obawiał się

on mianowicie, by nie zrodziła się między mną a cesarzem jakaś zażyłość, 

która mogłaby rozwinąć się w przyjaźń; a gdyby się okazało, żem godny 

zaufania, otrzymałbym nawet jakieś poważne stanowisko" 

S9

.

Synod w Mediolanie

Odmawiając Julianowi audiencji, cesarz zapewne usprawiedliwiał się 

przed samym sobą nawałem spraw wielkiej wagi państwowej; absorbowały 

go one całkowicie od samego początku roku 355. Chodziło zarówno o wciąż 

trwające procesy sądowe związane z upadkiem Gallusa, jak i o bardzo 

kłopotliwe zagadnienia kościelne. Ustępując bowiem naleganiom ze strony 

Liberiusza, biskupa Rzymu, Konstancjusz wyraził zgodę na zwołanie nowego

synodu, który by zajął się nie tylko sporami personalnymi — do czego 

ograniczył swoją działalność synod poprzedni, w Arelate — lecz także 

potwierdzeniem wyznania wiary.

Biskupi zebrali się w Mediolanie w pierwszych miesiącach roku 355. Było

ich sporo, bo ponad trzystu, ale w przygniatającej większości reprezentowali 

kraje Zachodu; z prowincji wschodnich stawiła się jedynie garstka. Liberiusz

przysłał swoich legatów.

Do poważnego zatargu doszło już w dziesięć dni po otwarciu obrad. 

Euzebiusz, biskup Vercelle U przyjechał on zresztą z pewnym opóźnieniem i 

background image

dopiero po licznych prośbach z różnych stron, z góry bowiem przewidywał 

rozwój wypadków — zażądał, aby wszys

background image

cy obecni zaczęli od złożenia swych podpisów pod tekstem nicejskiego 

wyznania wiary. Poparł go Dionizjusz, biskup Mediolanu. Już sięgał po 

pióro, gdy Walens, biskup Mursy, zagorzały arianin, rzucił się nań, wydarł 

mu kartę i pióro, krzycząc na cały głos, że nie godzi się tak postępować. 

Tłum mieszkańców Mediolanu, zebrany w głównej nawie kościoła — biskupi 

obradowali w prezbiterium — oczywiście ujął się za swym pasterzem. Groził 

wybuch zamieszek. Obrady przeniesiono więc do pałacu cesarskiego. Odtąd 

Konstancjusz brał w nich udział bezpośrednio, przysłuchując się 

przebiegowi dyskusji zza kotary. Jego żądania były jasne i stanowcze: 

biskupi winni przede wszystkim potępić Atanazjusza oraz zgodzić się na 

przyjęcie tak zwanych arian do wspólnoty kościelnej. Kilku biskupów — 

Euzebiusz, Dionizjusz, Paulin z Trewiru, Lucyfer z Kalaris na Sardynii — 

sprzeciwiło się temu. Cesarz odpowiedział im bez ogródek:

— Moja wola jest prawem kościelnym. Biskupi Syrii zgadzają się z tym, co

mówię. Albo okażecie posłuszeństwo, albo pójdziecie na wygnanie!

Z wyjątkiem czterech wymienionych i dwóch legatów Liberiusza wszyscy 

zebrani podpisali potępienie Atanazjusza. Opornych natychmiast usunięto z 

ich siedzib i zesłano do odległych prowincji wschodnich. Zażądano podpisów

także od tych biskupów, którzy z jakichkolwiek względów na synod nie 

przybyli. Wysłannicy cesarza w towarzystwie ludzi Ursacjuszi i Wa- lensa 

objeżdżali wszystkie stolice biskupie, przedkładając do aprobaty 

odpowiednie dokumenty. Ze swej strony na pasterzy gmin wywierali też 

nacisk namiestnicy prowincji, a nawet wpływowe osoby prywatne, do 

których kancelaria cesarska kierowała pisma ad- monicyjne.

background image

Liberiusz usiłował protestować. Jawnie solidaryzował się z 

prześladowanymi. Cesarz wyprawił więc do Rzymu soEm

pożyta świętej sypialni. Wiózł on nie tylko listy i osobiste napomnienia od 

władcy, lecz także bogate dary; które złożył u grobu świętego Piotra. 

Liberiusz wszakże nie godził się na żadne ustępstwa. Kategorycznie odmówił 

podpisania uchwały skazującej Atanazjusza. Co więcej: złożenie darów uznał

za profanację kościoła! Rozkazał natychmiast je usunąć, a strażnika grobu, 

który wpuścił Euzebiusza, przykładnie ukarał.

Prepozyt świętej sypialni powracał do Mediolanu pełen mściwego gniewu.

Euzebia piękna i dobra

A tymczasem późną wiosną roku 355 w losach Juliana zaszła zmiana na 

lepsze. On sam tak o tym mówi: „Przez całych siedem miesięcy Konstancjusz

ciągał mnie po różnych miejscowościach, i to pod silną strażą. Rozkaz 

uwolnienia wydał bardzo niechętnie. Nie wyszedłbym z rąk jego, gdyby nie 

łaska któregoś z bogów; ona to zjednała mi życzliwość pięknej i dobrej 

cesarzowej Euzebii" 

fl

®.

Nie wiadomo, z jakich powodów żona Konstancjusza okazała 

przychylność młodemu człowiekowi. Oczywiście z góry należy wykluczyć 

wszelkie motywy romantyczne, cesarzowa bowiem, żyjąca w odosobnieniu 

gine- ceum, zapewne nawet nie wiedziała, jak Julian wygląda; znać go mogła

tylko z opowiadań swej służby. Być może natomiast, że jakąś rolę odegrały 

powiązania Juliana z Aetiosem; jego z kolei bliski przyjaciel, świątobliwy 

biskup Teofil, odwiedził dwór medi^fański i podobno nawet uzdrowił 

Euzebię. Najprawdopodobniej wszakże cesarzowa ujęła się za młodym 

człowiekiem po prostu z tej przyczyny, że intrygował przeciw niemu

background image

prepozyt świętej sypialni Euzebiusz; skoro ten pragnął zguby Juliana, 

władczyni, aby zaznaczyć swe wpływy, musiała otoczyć opieką człowieka, 

którego tak nienawidził. Julian winien tylko dziękować bogom, że w tej 

nieubłaganej i podstępnej rozgrywce pałacowej Jego popleczniczka okazała 

się możniejsza.

Euzebia istotnie wywierała duży i zbawienny wpływ na męża. 

Współczesne źródła zgodnie podkreślają, że była bardzo piękna, 

sympatyczna, życzliwa ludziom; uczyniła wiele dobrego od czasu, gdy przed 

prawie dwoma laty, jesienią roku 353, przybyła wraz z matką z Tesaloniki do

Mediolanu, prowadzona we wspaniałym orszaku ślubnym.

Julian wreszcie uzyskał audiencję u cesarza. Odniósł wrażenie, że w toku

rozmowy zdołał oczyścić się ze wszystkich stawianych zarzutów. Oczywiście 

przekonywał władcę już przekonanego — dzięki perswazjom żony. Co więcej, 

książę uzyskał zezwolenie powrotu do posiadłości odziedziczonych po matce,

a więc do swych dóbr w okolicach Nikomedii. O czym tak mówi:

„Uciekając stamtąd, z Mediolanu, z radością podróżowałem ku domostwu

swej matki. Z dziedzictwa bowiem ojca niczego mi nie pozostawiono. Z 

ogromnego majątku, który był w jego posiadaniu, nie miałem ani grudki 

ziemi, ani jednego niewolnika, ani domu nawet. To wspaniały Konstancjusz 

przejął zamiast mnie cały należny mi spadek. Zresztą i mojemu bratu 

użyczył z dóbr ojcowych bardzo niewiele, pozbawiając go w zamian całego 

spadku po jego matce" 

61

.

Te konfiskaty majątkowe przeprowadzono jeszcze w roku 337, kiedy to 

zrewoltowani żołnierze gwardii pałacowej zamordowali, wśród innych swych 

background image

ofiar, także Juliusza Konstancjusza, ojca obu braci. Mimo że minęło już lat 

osiemnaście od tamtych wydarzeń, echa ich i skutki wciąż były żywe. I wciąż

nie wyjaśniona pozostawała rola, jaką odegrał wtedy Konstancjusz.

background image

Ileż to razy zapytywano się wzajem w poufnych rozmowach :

Jeśli nawet to nie on rozkazał dokonać zabójstw, dlaczego zagarnął 

majątki wymordowanych?

Wbrew przytoczonym wyżej słowom Juliana: „Uciekając stamtąd, z 

Mediolanu [...]", wyjechał on nie wprost do Nikomedi, lecz jeszcze przez czas 

pewien zatrzymał się w Italii północnej. Zapewne czekał na ostateczne 

załatwienie jakichś spraw formalnych. Przebywał właśnie nad pięknym 

jeziorem Como, gdy zaskoczyła go wiadomość niezwykła, a dlań 

najradośniejsza. Oto cesarz, rzekomo znowu ulegając prośbom swej żony, 

zmienił pierwotną decyzję i rozkazał mu udać się nie do Azji, lecz do Grecji, 

do Aten, aby tam pogłębił dotychczasowe studia!

„Euzebia wiedziała, jak cieszy mnie nauka, a rozumiała też, że tamta 

kraina sprzyja poważnym zainteresowaniom. Modliłem się wtedy do bóstwa, 

aby jej, przede wszystkim zaś, jak się godzi, cesarzowi dało pełnię 

pomyślności — w nagrodę za to, że umożliwi mi ujrzenie prawdziwej 

ojczyzny, do której zawsze miłośnie tęskniłem. My bowiem, mieszkańcy 

Tracji i Jonii, wywodzimy się z Grecji. Toteż ci z nas, którzy nie są całkowicie

bezmyślni, pragną pozdrowić swych przodków i ucałować ich ziemię. 

Pożądałem tego od dawna, i to bardziej niż gór złota i srebra" 

fl2

.

Jednakże tę zmianę decyzji co do dalszych losów Juliana spowodowała 

nie tylko ustępliwość cesarza wobec nalegań żony, lecz także poważne 

względy polityczne. Konstancjusz wolał, aby jego młody krewny — jedyny 

poza nim samym męski przedstawiciel dynastii! — rezydował nie w wielkiej 

metropolii, lecz raczej gdzieś z dala od głównych ośrodków życia poli-

background image

tycznego. Takim wymarzonym ustroniem było właśnie małe, ciche 

miasteczko uniwersyteckie — Ateny.

I trzeba przyznać, że wydarzenia późnej wiosny i lata

background image

roku 355 w pełni uzasadniały troski i obawy cesarza. Znowu bowiem 

donoszono o groźnych spiskach, a nawet o próbach uzurpacji.

Pijatyka w Sirmium

Afrykan, namiestnik prowincji Panonii Drugiej, rezydujący w Sirmium 

nad Sawą, wydał przyjęcie dla wyższych urzędników i oficerów. Wina nie 

brakowało. Wszyscy zebrani byli kolegami i towarzyszami broni, znali się od 

dawna; toteż obecnie, podochoceni, a zarazem pewni, że są wśród samych 

swoich, pozwalali sobie na bardzo swobodną, ostrą i celną krytykę rządów 

Konstancjusza. Tę niebezpieczną rozmowę rozpoczął trybun Marinus, 

poprzednio mistrz placu musztry, ostatnio bez przydziału służbowego. W 

miarę jak rozwiązywały się języki, zaczęły padać słowa wręcz 

nieodpowiedzialne. Jedni utrzymywali, że tak oczekiwana zmiana na lepsze 

nadejdzie lada dzień, bo tego dowodzą liczne oznaki; inni zaś dodawali ze 

zwykłej głupoty, że stare praktyki wróżebne, odziedziczone po przodkach, 

zapowiadają im właśnie wielką władzę!

Jednakże wśród ucztujących znajdował się Gauden- cjusz, „agens in 

rebus", człowiek groźny, bo tępy i nie znający się na żartach, działający zaś 

sprawnie. Nie zaniedbał on ani na moment swych obowiązków służbowych. 

Natychmiast doniósł, gdzie należało, o pijackiej rozmowie, jakby chodziło o 

rzecz naprawdę poważną. Sprawą zajął się osobiście Rufin, ówczesny szef 

biura prefekta pretorium. Ten, zawsze nadgorliwy, wyzuty zaś ze wszelkich 

skrupułów, niemal na skrzydłach pospieszył do Mediolanu, aby tylko 

popisać się przed władcą. Konstancjusz nie pozwolił przekonywać się zbyt 

background image

długo. Rozkazał jak najrychlej stawić przed sobą Afry- kana oraz wszystkich 

uczestników nieszczęsnej uczty.

background image

Dwaj trytóunowie gwardii, protectores domestici, których wysłano do 

Sirmium, wywiązali się z zadania szybko i sprawnie. Zakuli obwinionych w 

kajdany i prowadzili ich do Italii. Jednakże w Akwilei zdarzył się wypadek, 

który omal nie złamał pięknej kariery obu oficerów. Przygotowując 

zaopatrzenie na dalszą drogę, pozostawili w gospodzie jednego z najbardziej 

winnych, Marinusa; ponieważ był skuty kajdanami i zbiec nie mógł, 

żołnierze nie zwracali nań uwagi. On tymczasem wykorzystał okazję. Dopadł 

noża, przypadkowo pozostawionego na stole, i wbił go sobie w brzuch tak 

głęboko i mocno, że wnętrzności wyszły na zewnątrz, powodując zgon prawie

natychmiastowy. Po przybyciu konwoju do Mediolanu uznano na dworze, że 

Marinus popełnił samobójstwo za cichym przyzwoleniem nadzorujących 

oficerów. Groziło im wygnanie; uzyskali wybaczenie winy tylko dzięki 

wstawiennictwu Arbitiona, naczelnika jazdy. Więźniów poddano torturom. 

Przyznali się, że po pijanemu wygadywali rzeczy bezczelne. Skazano ich na 

więzienie, dając wszakże nikłą nadzieję darowania w przyszłości owej 

zbrodni tak ciężkiej.

Walki nad Jeziorem Bodeńskim

Przyszło lato roku 355. Zakończono najważniejsze procesy osób 

związanych z Gallusem. Pomyślnie rozwijała się akcja zbierania podpisów 

pod uchwałą potępiającą Atanazjusza od tych biskupów, którzy nie 

uczestniczyli w synodzie mediolańskim. Rozpatrzono sprawę nieopatrznych 

wypowiedzi w czasie pijatyki w Sirmium. Tak więc wszystkie bieżące. kwestie

polityczne i kościelne należało uznać za załatwione po myśli dworu. Obecnie,

background image

z nastaniem ciepłej pory roku, sprzyjającej działaniom wojennym, wypadało 

zająć się przede wszystkim groźną sytuacją nad górnym Renem

background image

i Dunajem. Układy zawarte w roku poprzednim nie dały — jak zresztą ludzie

trzeźwi przewidywali z góry — żadnego rezultatu; watahy Alamanów wciąż 

przekraczały te wielkie rzeki graniczne, wdzierając się głęboko w rzymskie 

prowincje.

Najgorzej przedstawiały się sprawy na terenach Re- cji, obejmującej część

dzisiejszej Szwajcarii i Niemiec południowych. Konstancjusz uznał, że winien

wyprawić się tam osobiście. Ruszył na czele dużych sił wojskowych. Będąc 

jednak jeszcze w dolinach alpejskich, postanowił po długich naradach 

rozdzielić swą armię. Na-' czelnik jazdy Arbition ruszył przodem wraz z 

doborowymi oddziałami; miał prowadzić operacje u wybrzeży wielkiego 

jeziora, które wtedy nosiło nazwę Wenetyj- skiego lub Bryganckiego — od 

miasta Brygancja — dziś zaś znane jest; jako Bodeńskie. Reszta wojsk pozo-

stała na tyłach jako ubezpieczenie.

Arbition dotarł w wyznaczone okolice — i natychmiast został wciągnięty w

zasadzkę. W lesistych górach wróg zaskoczył rzymską kolumnę i zasypał 

gradem pocisków z różnych stron. Wielu żołnierzy opuściło szeregi i szukało 

ratunku w ucieczce. Ci przez całą noc błądzili po niedostępnych zboczach i 

wierchach; dopiero z.brzaskiem dnia niektórzy z nich trafili do obozu. Wśród

poległych i zaginionych liczono dziesięciu wyższych oficerów.

Dzień później, wczesnym rankiem, gdy jeszcze zalegała gęsta mgła, pewni

siebie Alamanowie podeszli pód sam obóz. Wymachując obnażonymi 

mieczami, wyjąc i grożąc, pojawiali się coraz to w innej stronie. Nie-

spodziewanie runął na nich zza rzymskich umocnień oddział tarczowników. 

Został wprawdzie odrzucony po pierwszym starciu przez przeważające siły 

background image

Alamanów, jednakże nie cofnął się z powrotem za obwarowania. Dzielni 

żołnierze stali w miejscu, wielkim głosem przyzywając swoich na pomoc. 

Rzymianie wszakże, pamięt

background image

ni porażki, nie kwapili się wyjść w pole. Wahał się także i zwłóczył sam 

Arbition, nie bardzo wierząc w pomyślny wynik nowego starcia. Znalazło się 

wreszcie trzech odważnych oficerów. Byli to: Arynteusz, zastępca dowódcy 

ciężkozbrojnych; Seniauchus, dowódca szwadronu jazdy gwardyjskiej; 

Bappon, dowódca żołnierzy promowanych. Na czele swych oddziałów śmia-

łym uderzeniem wyrwali się z obozu i po krótkiej walce zmusili Alamanów do

haniebnej ucieczki. Kiedy bowiem germańscy wojownicy zaczęli rzucać 

tarcze i uzbrojenie, stali się, półnadzy i przerażeni, łatwym łupem 

nacierających; rażeni mieczami i włóczniami, zalegli pole bitwy stosami 

trupów. Dopiero wtedy wylała się zza wałów obozowych rzesza żołnierska, 

dotychczas obserwująca zmagania towarzyszy z bezpiecznego oddalenia; 

teraz odważnie szli naprzód po zwałach zabitych i wkrótce broczyli krwią 

cudzą.

Na wieść o tym pomyślnym starciu Konstancjusz uznał kampanię za 

zakończoną. Zadowolony i triumfujący powrócił do Mediolanu już w ciągu 

lipca.

Spisek przeciw Sylwanusowi

Jeszcze przed swą wyprawą do Recji cesarz wysłał do Galii Sylwanusa. 

Był to „magister peditum", czyli naczelnik wojsk pieszych, Frank z 

pochodzenia, cieszący się wszakże ogromnym zaufaniem władcy; on to bo-

wiem przed czterema laty opuścił Magnencjusza pod Mursą, co w znacznym 

stopniu zadecydowało o wyniku bitwy. Sylwanus znał doskonale stosunki w 

Galii, swym kraju rodzinnym, i miał opinię energicznego oficera, toteż wybór 

właśnie jego osoby wydawał się usprawiedliwiony. Najprawdopodobniej 

background image

jednak powierzenie trudnej misji zawdzięczał staraniom swego wroga, 

Arbitiona; ten wpływowy naczelnik jazdy prag

background image

nął za wszelką cenę pozbyć się z cesarskiego otoczenia groźnego rywala; kto 

wie nawet, czy już na początku nie knuł dalekosiężnych intryg.

Sytuacja w Galii przedstawiała się wręcz katastrofalnie. Germanie 

podchodzili już do serca tamtejszych prowincji, do krain pomiędzy Loarą a 

Sekwaną. Przybywszy do Augustodunum, dzisiejszego Autun, Syl- wanus 

natychmiast zorganizował oddział zbrojny z okolicznej ludności, a zwłaszcza 

z osiadłych tam weteranów; na jego czele leśnymi drogami przedarł się ku 

obecnemu Auxerres. Odtąd szybko przerzucał się z miejsca na miejsce, 

wypierając barbarzyńców ku granicom, ściągając zewsząd rozproszone siły, 

krzepiąc opór ludności. Wkrótce ustanowił swoją główną kwaterę w 

Confluentes, czyli w dzisiejszej Koblencji, gdzie Mozela wpada do Renu.

Podczas gdy Sylwanus bohatersko walczył z hordami najeźdźców u 

północnych rubieży Imperium, pająki dworskie w Mediolanie już tkały 

misterną sieć knowań; ich ofiarą miał się stać nie tylko zwycięski wódz, lecz 

także wielu jego przyjaciół.

Jeszcze przed wyjazdem „magistra peditum" do Galii zwrócił się doń 

niejaki Dynamiusz, nadzorca jucznych zwierząt dworu. Prosił o listy 

polecające — w jakiejś tam sprawie — do różnych przyjaznych Sylwanusowi 

osób. Ten zgodził się chętnie i przygotował odpowiednie pisma. Dynamiusz 

wszakże nie przekazał ich adresatom. Podobno wszedł w porozumienie z 

trzema dostojnikami, mianowicie z prefektem pretorium Lampa- diuszem, z 

byłym komesem finansów Euzebiuszem, z ekskierownikiem jednego z 

sekretariatów Edezjuszem. Za ich to sprawą — czy też tylko współwiedzą — 

zmył przy pofhocy gąbki pierwotny tekst listów, pozostawiając jedynie 

background image

własnoręczny podpis Sylwanusa; skomponowano natomiast nowy tekst, 

zupełnie odmiennej treści. Naczelnik wojsk pieszych rzekomo zwracał się do

background image

różnych swych przyjaciół, zarówno związanych z dworem, jak i ludzi 

prywatnych, w słowach dwuznacznych. Dawał do zrozumienia, że nosi się ze

śmiałymi planami i lada dzień sięgnie po najwyższą władzę. Cały pakiet 

takich listów, dostarczony przez Dynamiusza, prefekt pretorium wręczył 

cesarzowi w czasie poufnego spotkania.

Listy odczytano następnie przed konsystorzem. Osoby, których nazwiska 

Sylwanus wymienił, uwięziono natychmiast. Wywołało to gwałtowne protesty

ze strony pewnej grupy wyższych oficerów. Trybun Malarik, z pochodzenia 

Frank, dowódca jednej z formacji oddziałów przybocznych, zwołał swych 

towarzyszy broni i gwałtownie zaatakował decyzje rady cesarskiej. Wołał, że 

jest rzeczą absolutnie niedopuszczalną, aby ludzie oddani państwu padali 

ofiarą podstępnych intryg. Żądał, aby pozwolono mu wyjechać do Galii i 

sprowadzić stamtąd Sylwanusa, który z całą pewnością jest zupełnie 

niewinny. Zobowiązywał się pozostawić w charakterze zakładników 

najbliższe sobie osoby. Twierdził, że w razie potrzeby Mallobaudes, trybun 

oddziałów ciężkozbrojnych, zaręczy za jego powrót.

— Albo też — proponował — niech Mallobaudes jedzie do Galii, a w takim

wypadku ją będę ręczycielemf Bo jeśli pośle się tam kogoś obcego, Sylwanus 

może istotnie wywołać jakąś ruchawkę! .

Kto wie jednak, czy właśnie te prośby i nawoływania Malarika nie 

przyniosły rezultatów wręcz przeciwnych jego zamierzeniom. Wzbudziły 

podejrzenia. Przecież wszyscy ci trzej — Sylwanus, Malarik, Mallobaudes — 

byli Germanami! Może więc wspólnie coś knują i wzajem się osłaniają?

background image

Na wniosek Arbitiona wysłano do Galii Apodemiusza. Był to ten sam 

„agens in rebus", który tak niedawno wielce się zasłużył dworowi, 

nieubłaganie dopilnowując egzekucji Gallusa.

background image

Nowa afera fałszerstw

Osławiony „agens in rebus" wiózł listy cesarskie wzywające Sylwanusa, 

by możliwie rychło stawił się na dworze. Jednakże Apodemiusz postąpił 

wbrew otrzymanej instrukcji. W ogóle nie szukał Sylwanusa i nawet przez 

pośredników nie przekazał mu pism z poleceniem powrotu. Natychmiast gdy

tylko przybył da Galii, oddał się z całym zapałem swej ulubionej pracy: 

więził, prześladował i dręczył ludzi ze służby Sylwanusa i osoby w 

jakikolwiek sposób z nim związane. Poczynał sobie tak, jakby ich pan został 

już prawomocnie skazany. Walną pomocą ; służył mu jeden z wyższych 

urzędników skarbowości w tamtejszych prowinojach.

Tymczasem w Mediolanie nie orientowano się w działalności 

Apodemiusza. Oczekiwano spokojnie, że wezwany przezeń naczelnik wojsk 

pieszych zjawi się lada dzień. W związku z tym również jego wrogowie uznali 

za wskazane przysposobić się na spotkanie. Uknuli nową intrygę, 

wymierzoną także przeciw sojusznikom w otoczeniu cesarza, a więc głównie 

przeciw oficerom frankijskiego pochodzenia. Dynamiusz znowu zabrał się do 

fałszowania listów. Tym razem wysłał je do trybuna nadzorującego wielkie 

zakłady płatnerskie w Kre- monie; rzekomo pisane były przez Sylwanusa i 

Malari- ka. Zawierały niejasne napomnienia, aby trybun, jako 

współuczestnik tajnych planów, szybko przygotował wszystko, co należy. 

Odbiorca zdumiał się i długo zastanawiał, w żaden bowiem sposób nie mógł 

sobie przypomnieć, by kiedykolwiek rozmawiał w jakiejś poufnej sprawie z 

tymi dostojnikami. Wreszcie odesłał list temu z nich, który był osiągalny, to 

jest Malarikowi; w dołączonym zaś liście własnym prosił jak najgoręcej, aby 

background image

powiedział mu, czego chce, w sposób otwarty, a nie tak zawiły: „bom 

człowiek prosty i niezbyt kształcony, więc nie zrozumiałem, co tam napisano 

tak trudno".

background image

Malarik, wciąż podekscytowany sprawą Sylwanusa, natychmiast po 

otrzymaniu listu z Kremony zwołał zebranie swych rodaków służących przy 

dworze; a było ich sporo. Przemówił bardzo śmiało. Z oburzeniem piętnował 

intrygi, obnażone obecnie dzięki pismu z Kremony, które trzymał w ręce. 

Wołał, że zdemaskowano oszustwo godzące we wszystkich zebranych.

Jednakże inicjatorom afery chodziło właśnie o to, by Malarik oraz inni 

oficerowie frankijscy poczuli się zagrożeni i wszczęli jakąś nieprzemyślaną 

akcję. Cesarz został oczywiście natychmiast powiadomiony o zajściu. 

Rozkazał, by konsystorz wespół z wyższymi oficerami dokładnie sprawę 

rozpatrzył.

Wśród członków owego trybunału, czy też komisji śledczej, znalazł się 

również Floyencjusz. Był zastępcą jednego z najmożniejszych urzędników 

pałacowych, noszącego tytuł „magister, officiorum"; z tej racji podlegały mu 

różne sekretariaty, a nawet „agentes in rebus" i formacje straży przybocznej. 

Piastując takie stano- wiskó, Florencjusz mógł nie obawiać się intryg i po-

gróżek ze strony innych osobistości; skrupulatnie oglądnął przedłożone 

dokumenty, a więc rzekome listy Sylwanusa, i zauważył na nich ślady 

dawniejszego tekstu. Stwierdził otwarcie, że jego zdaniem ktoś usunął tekst 

oryginalny, obecny zaś jest bezczelnym fałszerstwem.

Poinformowany o tym cesarz polecił wszcząć dochodzenia przeciw osobom

podejrzanym o współudział w aferze. Prefekta Lampadiusza zdjęto z urzędu. 

Były komes majątku prywatnego Euzebiusz przyznał, że wiedział o 

background image

wszystkim. Natomiast Edezjusz kategorycznie przeczył, by miał cokolwiek 

wspólnego z całą sprawą.

Po jakimś wszakże czasie podejrzanych uwolniono. Co więcej, 

Dynamiusza, główego fałszerza, promowano na wyższy urząd! Został 

korektorem, czyli namiestnikiem, prowincji Etrurii. Tę niezwykłą łaskawość 

ce

background image

sarza tłumaczono oczywiście pozycją obwinionych oraz wstawiennictwem 

wpływowych ludzi, z nimi związanych. Było jednak jeszcze inne wyjaśnienie. 

Oto właśnie w trakcie dochodzeń okazało się, że wszyscy oni — niezależnie 

od tego, czy list sfałszowali, i z jakich pobudek tego dokonali — mieli rację 

uważając Sylwanusa za człowieka zdolnego do rebelii przeciw prawowitemu 

władcy. Wynikało to z tajnej wiadomości, którą goniec przyniósł do 

mediolańskiego pałacu pewnego dnia w drugiej połowie sierpnia; słońce już 

zachodziło.

Cesarz Sylwanus

Tocząc zwycięskie walki z Germanami, Sylwanus zdołał tymczasem 

przenieść swoją główną kwaterę z Confluentes dalej na północ, do Kolonii, 

zwanej wówczas Colonia Agrippiną. Informowano go tam nieustannie i ze 

wszystkich stron, jak postępuje Apode- miusz z jego ludźmi. Naczelnik wojsk

pieszych zbyt dobrze znał sprawy dworu i złowrogą postać agenta, by nie 

rozumieć, że w istocie chodzi nie o tamtych, lecz o niego samego. Wiedział, 

jak podejrzliwy jest cesarz, jak zmienne są jego nastroje i oceny. Dotychczas 

cieszył się łaskami władcy i szybko szedł w górę, to wszakże mogło ulec 

zasadniczej rewizji, jeśli do głosu doszli wrogowie i zawistni. Aipodemiusz — 

tak musiał wnioskować Sylwanus — czuje się bardzo pewny i poczyna sobie 

tak, jakby posiadał tajnie pełnomocnictwa; któregoś dnia, gdy uzna, że 

„magister peditum" jest już dobrze osaczony, uwięzi go, a może i zgładzi — 

bez sądu i bez formalnego wyroku! Przypominał się los Gallusa; cesarz, który

tak niedawno skazał na śmierć swego szwagra i współwładcę, na pewno nie 

będzie miał żadnych skrupułów w stosunku do oficera obcego pochodzenia.

background image

W obliczu tego niebezpieczeństwa głównodowodzący wojsk rzymskich nad

Renem widział tylko jedno wyjście: uciec do barbarzyńców, do Franków, z 

których wywodził się jego ojciec Bonicjusz. Jednakże już Bo- nicujsz był 

Rzymianinem z wyboru; służył w armii pod rozkazami Konstantyna 

Wielkiego i dzielnie stawał w wojnach, które cesarz ten prowadził przeciw 

Licy- niuszowi. Sylwanus, urodzony już w Galii, chrześcijanin, nieźle 

wykształcony, uchodził za człowieka raczej łagodnego i spokojnych 

obyczajów; co trudno byłoby powiedzieć o niejednym rodowitym 

Rzymianinie, zwłaszcza ze stanu oficerów zawodowych. Tak więc myśl, by 

porzucić cywilizowany świat, w którym wyrósł od dziecka, i rozpocząć nowe 

życie wśród barbarzyńców, była wręcz straceńcza. Naczelnik wojsk pieszych 

nie zdawał sobie sprawy, kim są naprawdę owi Frankowie, z którymi 

nieustannie walczył. Powiedział mu to wprost trybim Laniogajsus, także 

Frank z pochodzenia; przed kilku laty należał do przybocznej straży cesarza 

Konstansa i jako jedyny dochował mu wierności do końca w czasie tragicznej

ucieczki ku Pirenejom. Otóż pytany poufnie o radę w tej sprawie, oświadczył 

bez ogródek:

— Frankowie albo od razu cię zabiją, albo też wydadzą cesarzowi za 

pieniądze!

Skoro zguba groziła i od Rzymian, i od Germanów, pozostawał tylko jeden

sposób ratunku: samemu ogłosić się władcą! W takim wypadku można 

byłoby przynajmniej drogo sprzedać swe życie. Niedawna uzairpa- cja 

Magnencjusza dowiodła, jak silne są w GaMi tendencje separatystyczne. 

Mimo klęski uzurpatora nie wygasły one do szczętu. Zarówno bowiem 

background image

okrucieństwo, z jakim prześladowano byłych stronników Magnencjusza, jak 

też nieudolność i obojętność rządu wobec łupieżczych najazdów 

germańskich, podsycały nastroje niezadowolenia i poczucie odrębności. W 

tym

background image

kraju wielu powitałoby z radością władcę tu urodzonego i już znanego z 

wodzowskich umiejętności. Należało też oczekiwać, że Germanie, tak liczni w

armii, chętnie pójdą za jednym ze swoich.

Sylwanus przystąpił do ostrożnego badania wyższych oficerów. Dawał do 

zrozumienia, że jeśli go poprą, mogą liczyć na wielkie nagrody. Spotkał się z 

życzliwym przyjęciem.

Wszystko to rozegrało się w ciągu zaledwie paru dni. Jeszcze w dniu 7 

sierpnia uroczyście obchodzono w Kolonii rocznicę urodzin cesarza 

Konstancjusza, trzydziestą ósmą. Z tej okazji Sylwanus obdarował żołnierzy 

pieniędzmi i wygłosił przemówienie, kończąc je słowami:

|— Cesarz oczekuje od was wierności i odwagi! . I oto już w dniu 11 tegoż

miesiąca Sylwanus wystąpił w ceremonialnym stroju cesarskim. Ponieważ 

nie było w Kolonii odpowiedniej purpury, uszyto płaszcz naprędce z 

kawałków czerwonego sukna, zdjętego z chorągwi i godeł bojowych. By 

ośmieszyć nowego cesarza, wrogowie jego twierdzili później, że zdarto czer-

woną suknię z jakiejś kobiety.

Nocna narada w mediolańskim pałacu

Goniec z wiadomością o rebelii Sylwanusa przybył do Mediolanu, jak się 

już rzekło, o zachodzie słońca. Jego relacja całkowicie zaskoczyła 

wszystkich. 

4

 Takiego obrotu spraw Galii nikt się tutaj nie spodziewał, zwła-

szcza po wykryciu w toku ostatnich dochodzeń, iż rzekome listy Sylwanusa 

były fałszerstwem. Cesarz natychmiast zwołał konsystorz. Gdy wysocy 

dostojnicy spieszyli do pałacu, straże nocne zmieniały się po raz drugi.

Zebranie rozpoczęło się w ponurym nastroju. Nikt

background image

z obecnych nie potrafił służyć konkretną radą, co by należało czynić, nikt 

więc nie kwapił się do zabierania głosu. Wreszcie padła z czyichś ust 

ostrożna wzmianka o Ursycynie. Ktoś ją podchwycił i dodał od razu, że to 

znakomity dowódca. Jeszcze ktoś inny zauważył, że przetrzymuje się go na 

dworze już od roku, marnotrawiąc cenne umiejętności. Odezwały się głosy, 

coraz śmielsze i liczniejsze, że w gruncie rzeczy doznał ciężkiej krzywdy 

zupełnie bez przyczyny. Po kilku takich wypowiedziach padł rozkaz z ust 

najdostojniejszych, by natychmiast stawił się w pałacu.

Na salę obrad wprowadził Ursycyna osobiście mistrz ceremonii, co 

uchodziło za szczególne wyróżnienie. Wódz przyklęknął przed władcą, a ten 

podsunął mu do ucałowania skraj swej purpurowej szaty gestem znacznie 

łaskawszym niż przy poprzednich audiencjach. Przedtem stale nazywano go 

na dworze największą groźbą Wschodu i rozsiewano pogłoski, że zamierza 

sięgnąć po cesarski diadem wraz ze swymi synami. Obecnie wszystko to 

uległo zmianie. Zewsząd padały pod adresem Ursycyna słowa jak najpó- 

chlebniejsze. Nazywano go dowódcą wielkiej roztropności, znakomitym 

towarzyszem broni, jedynym człowiekiem, który potrafi zgnieść rebelię 

Sylwanusa; że coś takiego się stało, dowiedział się dopiero w tym momencie. 

Przede wszystkim jednak żądano, by wyruszył jak najszybciej.

Ursycyn wszakże uznał, że w pierwszym rzędzie on sam winien oczyścić 

się z zarzutów, dotychczas przeciw niemu wysuwanych. Zaledwie jednak o 

tym napomknął, przerwał mu cesarz. Rzekł bardzo łagodnie:

background image

— Nie czas obecnie na podejmowanie obrony w spornej sprawie. Groźna 

burza winna raczej nakłonić stro- ny, by powróciły do dawnej zgody — 

zanim rozpęta się to, co należy zdusić w zarodku!

Tak więc obrady konsystorza skupiły się wokół jed-

background image

nej kwestii: jak zmylić Sylwanusa. Najważniejsze było to, by się nie domyślił,

że cesarz już wie o jego uzur- pacji. Tylko w takim wypadku można było 

żywić nadzieję, że nie dojdzie do nowej wojny domowej. Postanowiono rzecz 

tak urządzić:

Ursycyn zawiezie Sylwanusowi pismo cesarza, pełne uprzejmości i 

zaszczytnych zwrotów, wzywające naczelnika wojsk pieszych do przekazania 

spraw Galii następcy, właśnie Ursycynowi, i do powrotu na dwór; pismo 

stwierdzałoby wyraźnie, że zatrzymuje on nadal swój dotychczasowy stopień 

wojskowy.

Decyzja zapadła. Rozkazano Ursycynowi wyjechać natychmiast i 

podróżować jak najspieszniej. Przydano mu do pomocy dziesięciu, oficerów z

formacji protektorów i domestyków; tylko tylu zażądał.

Ammian Marcellinus: wyprawa przeciw Sylwanusowi

Wśród dziesięciu oficerów towairzyszących Ursycynowi znalazłem się 

także ja wraz z kolegą Werynia- nem; pozostałych wybrał sam cesarz. 

Opuściliśmy miasto. Jadąc przy wodzu w podróży tak długiej, każdy z nas 

myślał przede wszystkim o sobie. Rzucono nas przecież niby skazańców 

dzikim zwierzętom na pożarcie! Ale rozważaliśmy też, że smutne wypadki 

mają jednak pewną dobrą stronę: oto naturalną koleją rzeczy musi poitem 

nastąpić obrót sprawy ku lepszemu. Podziwialiśmy zdanie Cycerona, 

trafiające w samo sedno prawdy:

„Wprawdzie należałoby życzyć sobie jak najgoręcej, aby kwitnące 

szczęście utrzymywało się stale, jednakże życie bez wstrząsów nie ma w 

background image

sobie tyle treści, ile to, które z nieszczęść i katastrof znowu powraca ku po-

myślności".

background image

Spieszyliśmy więc pokonując co dzień wielki szmat drogi, pragnęliśmy 

bowiem stanąć w stronach objętych rebelią nim jakakolwiek pogłoska o 

uzurpacji rozejdzie się szerzej. Lecz choć pędziliśmy chyżo, uprzedziła nas 

wieść powietrzem chyba lecąca. Toteż wjeżdżając do Kolonii stwierdziliśmy 

od razu, że nasze możliwości nie sprostają tamtejszej sytuacji. Do miasta 

zewsząd zbiegły się masy ludzi, z gorączkowym pośpiechem umacniając 

rozpoczęte dzieło; stały tu także liczne za- . stępy wojsk. Cóż było nam czynić

w takim stanie rzeczy? Wydało się najwłaściwsze, by nasz wódz dostosował 

się do woli i zamiarów nowego władcy; winien stworzyć pozorne. wrażenie, że

doń przystępuje i wzmacnia jego siły. Bo tylko tak, niby to zgadzając się z 

Sylwanusem, można było sprawić, że nie obawiając się z naszej strony 

niczego złego zaniecha czujności — i zostanie zwiedziony. Zamierzenie 

niezmiernie trudne! Należało pilnie baczyć, aby nasze usiłowania 

odpowiadały zmiennym okolicznościom, ani ich nie wyprzedzając, ani też nie

dając ujść żadnej okazji. Gdyby bowiem nasze plany poznano przedwcześnie,

wszyscy ponieślibyśmy karę tę samą — śmierć.

Przyjęto wodza łaskawie. Zmuszono go wprawdzie, aby w sposób 

ceremonialny adorował pysznego nosiciela purpury, ale i tak Warunki 

nakłaniały do schylenia karku. Traktowano zresztą Ursycyna z szacunkiem, 

jako człowieka wybitnego i zaprzyjaźnionego. Miał łatwy dostęp do władcy, 

goszczono go przy stole. Tak więc obaj mogli poufnie rozmawiać ze sobą o 

sprawach najważniejszych. Sylwanus oburzał się:

— Godność konsulów i najwyższe urzędy rozdaje się łajdakom. Myśmy 

dobrze się napocili, żeby państwo ratować, i to nieraz, a co za to mamy? 

background image

Tylko pogardą nam odpłacano i obmową! Mnie nęka się haniebnymi 

dochodzeniami przeciw osobom najbliższym i fabrykuje się oskarżenie, żem 

popełnił zbrodnię obrazy majestatu.

background image

Ciebie porwano ze Wschodu i rzucono na pastwę podłej zawiści.

Takie i tym podobne słowa często powtarzał. A nas tymczasem przerażało

co innego. Oto ze wszystkich stron dochodziły groźne pomruki 

Sylwanusowych żołnierzy, skarżących się na braki w zaopatrzeniu i żą-

dających od swego wodza, aby natychmiast wiódł ich przez alpejskie 

przełęcze na Italię!

Żyliśmy więc w ustawicznym napięciu. W czasie tajnych narad 

gorączkowo szukaliśmy planu, który by miał szanse powodzenia. Ileż to razy 

strach zmuszał nas do zmieniania już powziętych decyzji! Ostatecznie 

stanęło na tym, że trzeba z wielką pilnością wyszukać ostrożnych 

wykonawców dzieła i związać ich przed wtajemniczeniem najświętszą 

przysięgą. Wybór nasz padł na oddziały Brakchiatów i Kornutów. Wydawało 

się bowiem, że właśnie one są chwiejne w swej postawie wobec Sylwanusa i 

gotowe byłyby przejść na inną stronę za dobrą zapłatą. Sprawę tę załatwiło 

się przy pomocy pośredników spośród żołnierzy szeregowych; nadawali się 

oni doskonale do wykonania takiego zadania z tej przyczyny, że nikt nie 

zwracał na nich szczególnej uwagi jako na zbyt nisko stojących.

Oddział żołnierzy znęconych nadzieją wielkiej nagrody przystąpił do .akcji

o różanym świcie. Zachowywali się bardzo śmiało; właśnie tak zwykło się 

dziać wtedy, gdy sytuacja nie jest jeszcze wyklarowana. Zabili straże i wdarli 

się do pałacu. Wyciągnęli Sylwanusa z małej kapliczki, gdzie schronił się, 

przerażony, najściem zbrojnych; akurat zaś w tej chwili szedł na zebranie 

wyznawców religii chrześcijańskiej. Zginął od wielu pchnięć mieczów

63

.

background image

Julian w Atenach

Sylwanus panował od chwili uzurpacji dokładnie dwadzieścia osiem dni, 

a więc śmierć jego przypada na początek września roku 355. Julian 

przebywał wówczas już w Atenach. Jak bowiem była o tym mowa, dzięki 

wstawiennictwu cesarzowej Euzebii uzyskał on późną wiosną tego roku 

zgodę na powrót do majątków swej matki w okolicach Nikomedii, na jakiś 

wszakże czas zatrzymać się musiał w Italii, nad jeziorem Como; tutaj 

dowiedział się, że cesarz zmienia decyzję i poleca mu udać się na studia do 

Aten. I tym razem pewne zasługi położyła Euzebia, dobrze rozumiejąca, czym

będzie pobyt w owym mieście dla młodego księcia, rozkochanego w starej 

literaturze Hellenów.

Łaskawie zezwalając Julianowi na zamieszkanie w stolicy Attyki, 

Konstancjusz kierował się intencjami nie tak szczytnymi, jak Euzebia; po 

prostu pragnął odsunąć młodego człowieka od wszelkich ośrodków życia 

politycznego. I było to w tym okresie zrozumiałe; wciąż przecież przychodziły 

alarmujące wieści bądź o rzekomym spisku w Sirmium, bądź o zbyt 

śmiałych planach Sylwanusa — Dynamiusz właśnie okazywał jego listy, a 

jeszcze nikt nie podejrzewał, że zostały one sfałszowane. Cesarz obawiał się, 

by w-pewnym momencie ktoś nie posłużył się osobą Juliana i nie wysunął 

go jako pretendenta do tronu. Przed kilkunastu laty z podobnych przyczyn 

osadził Gallusa i Juliana w Macellum; 'obecnie trudno byłoby to powtórzyć, 

Ateny wszakże wydawały się miejscem dostatecznie ustronnym. Tak więc w 

danym okresie szczęśliwym zbiegiem okoliczności biegły jednym torem i 

background image

współdziałały zarówno polityczne troski i podejrzenia cesarza, jak też 

życzliwość jego żony i najgorętsze marzenia samego Juliana.

background image

Ateny, do których Julian przyjechał W lecie roku 355, były miastem 

stosunkowo niewielkim i raczej ubogim, kilkakrotnie grabionym, nadal 

jednak pełnym wspaniałych zabytków architektury, rzeźby, malarstwa. Ale 

nade wszystko były miastem uniwersyteckim. Z całego Imperium, zwłaszcza 

z tych krain, w których posługiwano się językiem greckim, podążały tu 

rzesze młodych ludzi, aby studiować nauki wyzwolone, wykładane zarówno 

w szkołach państwowych, jak i prywatnych. Najstarszą i wciąż jeszcze 

najsławniejszą z uczelni filozoficznych była Akademia, założona przed 

siedmiu wiekami przez Platona. Jednakże, podobnie jak to się działo gdzie 

indziej, najwięcej słuchaczy skupiali wokół siebie mistrzowie nie filozofii, lecz

wymowy, zwani również sofistami", retorykę bowiem i tutaj uważano 

wówczas za koronę wszelkiego wykształcenia.

Po przybyciu do Aten Julian zamieszkał w domu Celsusa. Pochodził on ze

znakomitej rodziny antiocheńskiej i był uczniem Libaniusza; serdeczna 

przyjaźń między Julianem a Celsusem, zawiązana w Atenach, miała 

przetrwać długo. Z racji swej wysokiej pozycji książę, choć skromny i 

przystępny, nie mógł brać pełnego i normalnego udziału w życiu 

studenckim. Słuchał oczywiście wykładów różnych sław ówczesnych, 

zwiedzał zabytki Aten i okolicy, prowadził rozmowy z wielu osobami. Nikt 

wszakże nie ośmieliłby się ciągnąć go siłą lub podstępem do tej czy innej 

szkoły — a tak właśnie postępowano wtedy z młodymi ludźmi w tym mieście 

uniwersyteckim, dochody bowiem profesora częściowo zależały od liczby 

słuchaczy, składających określoną opłatę. Nikt też nie zmusiłby Juliana do 

background image

odbycia ceremonii otrzęsin, której' poddawano niemal wszystkich nowo 

przybyłych na studia.

background image

Życie studenckie w Atenach

Natomiast te obyczaje studenckie opisuje na podstawie własnych 

obserwacji i doświadczeń nieprzejednany później wróg Juliana Grzegorz z 

Nazjanzu. Wraz ze swym przyjacielem Bazy hm przebywał on na studiach w 

Atenach w latach 352—358, a więc witał i oglądał w tym mieście również 

młodego księcia. Grzegorz z Nazjanzu i Bazyli byli chrześcijanami. Nie 

jednymi zresztą wśród tamtejszej młodzieży; trafiali się nawet chrześcijańscy

profesorzy, jak na przykład dwaj najpopularniejsi wówczas wykładowcy 

retoryki: Proajrez- jos i Himerios. Oczywiście wyznawcy nowej religii spieszyli

do Aten, kolebki i siedziby pogańskiej mądrości, nie wolni od pewnych obaw 

i oporów. Grzegorz pisze o tym jasno:

„Ludzie pobożni utrzymują nie bez racji, że pobyt w tym mieście może 

przynieść szkodę życiu duchowemu. Ateny bowiem są bogatsze od 

pozostałych krain Hellady, ale złe to ich bogactwo, jako że stanowi je 

mnogość posągów bóstw różnych. A nie tak łatwo oprzeć się wymowie ludzi, 

którzy je wychwalają i stają w ich obronie! Nam wszakże nie stało się nic 

złego, bośmy dobrze osłoniła i zahartowali nasze umysły. Przeciwnie. 

Właśnie pobyt ateński utwierdził nas w wierze. Poznawszy bowiem kłamstwo

i obłudę tamtejszych demonów, gardziliśmy odtąd nimi wszędzie, gdzie tylko 

cześć one odbierają. Podobno jakaś rzeka słodkowodna płynie przez słone 

morze; podobno też istnieją zwierzątka swobodnie skaczące w ogniu 

wszystko pożerającym. Właśnie tak my bytowaliśmy wśród naszych kole-

gów

1

M

.

background image

O niektórych zaś zwyczajach braci studenckiej mówi\ w innym rozdziale 

tymi słowy:

„Większość studentów szaleje z uwielbienia dla sofistyki. Nie są to 

oczywiście ludzie najmądrzejsi, po-

background image

chodzą wszak nie tylko z rodzin ubogich i nikomu nie znanych, lecz także

ze znakomitych i sławnych. Ateńskie bowiem środowisko studenckie jest 

bardzo różnorodne, młodzieńcze, nieobliczalne w swych porywach. Aby to 

zobrazować, posłużę się pewnym przykładem:

Wiadomo, jak zachowują się w czasie wyścigów konnych ich fanatycy. 

Skaczą na swych miejscach, krzyczą, wzbijają kurzawę, niby to sami 

powożą. Stojąc na widowni, kierują, wozami. Rękami sieką powietrze jakby 

batem, a gestykulując gołymi palcami udają, że zaprzęgają konie i zmieniają 

rydwany. W rozmowach wzajem przekazują sobie z całą gotowością konie, 

stajnie, nadzorców. A przecież są to zazwyczaj biedni ludzie, nie posiadający 

środków do życia, często głodem przymierający!

Otóż studenci postępują w stosunku do swych profesorów i ich rywali z 

równie szaleńczym zapałem, jak owi kibice stronnictw cyrkowych. Chodzi o 

to, aby zdobyć dla mistrzów jak najwięcej słuchaczy i przez to podnieść ich 

zarobki. Każda ze szkół usiłuje wywalczyć jako swoją domenę rekrutacyjną 

pewną część Hellady; oznacza to, że młodzi ludzie stamtąd się wywodzący 

winni studiować właśnie u tego, a nie u innego profesora.

Przyjeżdża więc ktoś nowy do Aten. Wpada od razu, z własnej woli lub 

z /musu, w ręce łapaczy. Otrzymuje kwaterę u kogoś z tych, którzy go 

schwytali. Bywa to krewny, przyjaciel lub ziomek, ale bywa też zawodowy 

łapacz; a ci są bardzo cenieni przez swych profesorów, przysparzają im 

dochodów. Zgodnie z miejscową tradycją nowicjusza poddaje się pewnemu 

obrzędowi:

background image

Kto tylko chce, może stroić sobie zeń żarty. A są one różnego rodzaju, 

niektóre gruboskórne, inne sub- telniejsze. Pozornie wygląda to groźnie i 

brutalnie, w rzeczywistości wszakże chodzi tylko o zabawę. Na

background image

koniec prowadzi się nowicjusza przez ryne"k do łaźni. Odprowadzający idą 

parami za nim w pewnej odległości, ale w pobliżu budynku zaczynają 

straszliwie krzyczeć, skakać, dobijać się do drzwi — że niby to tamci 

wewnątrz nie chcą ich wpuścić. Nowicjusz ledwie żyje, wystraszony 

nieprawdopodobnym hałasem i zamieszaniem; wówczas dopiero brama 

otwiera się niespodziewanie. Kiedy jednak wyjdzie z łaźni, jest już wolnym i 

pełnoprawnym członkiem braci studenckiej".

Grzegorz, widocznie niezbyt gustujący w takich rozrywkach, dodaje:

„Najprzyjemniejsze jest to, że dręczyciele natychmiast się rozchodzą" 

65

.

Dwa portrety Juliana

Mistrz i przyjaciel młodego księcia, retor Libaniusz, w kilkanaście lat 

później tak przedstawiał jego studia ateńskie:

„Żona Konstancjusza ulitowała się nad Julianem. Ubłagała i wielu 

prośbami przekonała męża, by wysłał go do umiłowanych Aten, źrenicy 

Hellady.

Ten jeden fakt wystarczająco dowodzi, że dusza jego boskiego była 

pochodzenia: oto choć miał do wyboru różne miejscowości, nie zwabiły go 

ani ogrody, ani pałace, ani nadmorskie majątki, ani też te rozkosze, z 

których tak łatwo korzystać bogatemu, lecz właśnie to, co ludzie 

powszechnie cenią, uznał za nic nie warte w porównaniu z miastem Pallady, 

macierzą Platona i Demostenesa, ostoją wszelakich umiejętności. Podążył 

tam jak najspieszniej. Żywił nadzieję, że znajdzie nauczycieli, którzy 

uzupełnią jego wiedzę. Jednocześnie gdy ich poznał — a zarazem sam dał się

background image

poznać — większy wzbudził podziw dla siebie, niż odczuł go w stosunku do 

tamtych. Tylko on spośród wszystkich stu

background image

dentów przybywających do Aten odjechał stamtąd, więcej nauczywszy 

innych, niż sam się nauczył! Widziało się go stale w otoczeniu licznego grona

ludzi młodych i starych, filozofów i retorów. Sami bogowie spojrzeli nań 

łaskawie, wiedzieli bowiem, że to on właśnie przywróci im cześć dawną. 

Podziw budziła zarówno jego wymowa, jak i skromność; nie potrafił słowa 

powiedzieć, by się nie zarumienić! Choć wszyscy mogli cieszyć się z jego 

łaskawości, tylko najszlachetniejszych darzył zaufaniem.. Wśród tych na 

pierwsze miejsce wysuwał się pewien człowiek pochodzący z naszego kraju, z

Antiochii.

Julian postanowił zamieszkać, w Atenach na stałe, aż do końca dni 

swoich; tu bowiem czuł się najszczęśliwszy. Lecz tymczasem [...] " 

66

Zanim jednak dowiemy się, co przekreśliło plany księcia, skromne i 

pozornie realne, należy oddać głos innemu portreciście ateńskiego pobytu 

Juliana. Jest nim Grzegorz z Nazjanzu. Jego relacja zasługuje na szczególną 

uwagę, studiował bowiem w Atenach w tymże samym czasie, spotykał więc 

często młodego człowieka z cesarskiego rodu, o którym mówiło całe miasto. 

Z drugiej wszakże strony świadectwo to jawnie stronnicze, dyszące 

nienawiścią; Grzegorz bowiem nigdy nie ukrywał, że jest wirogiem Juliana.

Oto treść jego słów:

„Inni poznali występki Juliana dopiero wtedy, gdy znaleźli się pod jego 

władzą, która rychło wy rodziła się w tyranię, ja natomiast w pewnym 

stopniu przejrzałem je znacznie wcześniej, stykając się z nim w Atenach. 

Przyjechał tam wkrótce po wydarzeniach związanych ze śmiercią jego brata; 

wybłagał to u cesarza. Dwa były powody podróży: pierwszy, raczej 

background image

chwalebny, to chęć poznania Hellady i szkół ateńskich; drugi, raczej tajny i 

niewielu znany, to pragnienie zasięgnięcia rady u tamtejszych wróżów i 

zwodzicieli.

background image

I

Widocznie jego bezbożność jeszcze nie mogła objawić się z całkowitą 

swobodą! Właśnie wtedy chyba trafnie osądziłem tego człowieka, chociaż nie 

param się takimi sprawami. Jeśli jednak wróżem najlepszym jest ktoś, kto 

potrafi wyciągać właściwe wnioski, to do wróżenia skłoniła mnie 

dziwacznośd jego zachowania się i wygląd niezwykły. Uważałem, że niczego 

dobrego nie zapowiada ów kark słabowity, barki chwiejne niby szale u wagi, 

oczy podniecone - i rozbiegane, wzrok obłąkanego, chód nerwowy i nie-

pewny, nos prychający arogancją i pychą, zawsze ten sam wyraz twarzy o 

błazeńskich rysach, śmiech wybuchający niespodziewanie i bełkotliwie, 

ruchy głowy niespokojne, mowa wciąż przerywana przez brak tchu, pytania 

bezładne i przypadkowe, podobne odpowiedzi — chaotyczne, 

nieprzemyślane, wyzbyte owej dyscypli- ; ny, jaka jest owocem studiów.

Jeśli byłby tu obecny ktoś, kto miał wtedy możność słyszeć moje słowa, z 

pewnością potwierdziłby, żem powiedział patrząc na Juliana:

— Cóż to za zarazę przygotowuje sobie rzymskie państwo!"

Po upadku Sylwanusa

Julian spędzał w Atenach latem i wczesną jesienią roku 355 dni 

beztroskie i najpiękniejsze w swym życiu. A tymczasem w odległej Galii 

zaczęły dziać się po śmierci Sylwanusa sprawy ponure; znając cesarza łatwo 

było przewidzieć, że właśnie tak potoczą się tam wypadki.

Wieść o zgładzeniu uzurpatora Konstancjusz przyjął oczywiście z 

ogromną radością — co jednak nie oznaczało, że docenia zasługi położone 

przez Ursycyna. Cesarz po prostu uznał szybkie stłumienie groźnej rebelii

background image

za nowy dowód niezwykłego szczęścia, zawsze mu sprzyjającego z łaski 

niebios. Nie było nawet mowy o jakiejś pochwale lub nagrodzie dla starego 

wodza. Przeciwnie: zażądano odeń wyjaśnień w sprawie rzekomego 

zagarnięcia skarbca Galii. Rozpoczęto nawet dochodzenia, przesłuchując 

Remigiusza, ówczesnego rach- nustrza zaopatrzenia w sztabie 

głównodowodzącego. Oskarżenia były oczywiście bezpodstawne; skarbca nikt

nawet nie dotknął.

Mówiąc słowami Ammiana Marcelinusa: zwycięskie- inu Konstancjuszowi

wydawało się, że głową niebios już dotyka i że on to kształtuje losy ludzkie 

według swej woli. W mniemaniu tym utwierdzały go hymny wznoszone przez 

zastępy pochlebców; dbał zaś pilnie o powiększenie rzeszy płaszczących się, 

wzgardliwie traktując i wręcz odpychając wszystkich, którzy nie potrafili lub 

nie chcieli dostosować się do tamtych.

Natychmiast też — jak najpierw po upadku Magnencjusza, potem zaś 

Gallusa — rozpoczęto wyławiać i przesłuchiwać stronników uzurpatora. 

Podejrzanych więziontf i zakuwano w kajdany. Paweł — dano mu wtedy 

przydomek donosiciela z piekła rodem — znowu radował się szerokim polem 

działania. Ale prócz niego prowadzili dochodzenia również wysocy dostojnicy 

cywilni i wojskowi. Wzięto na tortury Prokulusa, należącego do osób bliskich

Sylwanusowi. Był to człowiek wątły i chorowity, spodziewano się więc po-

wszechnie, że nie wytrzyma cierpień i zacznie sypać nazwiskami ludzi 

rzekomo winnych zbrodni najgorszych. Stało się wszakże inaczej. Prokulus 

nie wydał nikogo. Choć dręczony okrutnie, choć stojący już niemal w 

przedsionku śmierci, nie wymienił żadnego nazwiska. Więcej nawet: ośmielił 

background image

się bronić czynu Sylwanusa! Twierdził, że stary wódz przywdział purpurę nie

z żądzy władzy, lecz ustępując twardej konieczności. Przypomniał, że na pięć

dni przed aktem

background image

uzurpacji Sylwanus rozdawał w związku z rocznicą urodzin cesarza 

dodatkowy żołd wśród żołnierzy. Zapytywał:

— Jeśli Sylwanus rzeczywiście już wtedy myślał o zamachu stanu, czemu

nie rozdzielił tych pieniędzy we własnym imieniu? Albo czemu nie zatrzymał 

ich po prostu dla siebie?

Znacznie później Prokulus wyznał swym przyjaciołom, z jakiego to 

powodu trzymał się dzielnie nawet wśród najsroższych męczarni; oto sen 

wieszczy przyrzekł mu ocalenie, jeśli nie splami się zdradą. Co się 

sprawdzało; wyszedł z życiem.

Wielki najazd germański

Jednakże śledztwa, tortury i wyroki śmierci groziły głównie osobom 

związanym z uzurpatorem, a więc stosunkowo nielicznej grupie oficerów i 

wyższych urzędników. Natomiast inny skutek upadku Sylwanusa odczuła 

jak najboleśniej niemal cała Galia:

Już wczesną jesienią tegoż roku 355 wtargnęła na jej ziemie żza Renu 

nowa, potężna fala germańskich szczepów. Dopiero co, w ciągu wiosny i 

laita, Sylwanus i najwyższym wysiłkiem wyparł wrogów; obecnie, na wieść o 

nieudanej rebelii, zastępy niedawno pokonanych zawróciły i szeroką ławą 

przekroczyły rzekę graniczną w wielu okolicach. Germanie szli naprzód, 

prawie nie napotykając oporu. Rzymianie nie mieli ani dostatecznej ilości 

wojsk, ani energicznego dowództwa. Co prawda wyprawiając Ursycyna 

Konstaihcjusz oświadczył, że to on zajmie miejsce Sylwanusa — ale 

natychmiast po spełnieniu misji zawiesił go w czynnościach; obawiał się, jak

background image

łatwo odgadnąć, by nie poszedł w ślady swego poprzednika. Do ponownej 

niełaski doświadczonego oficera przyczyniła się również nieszczęsna,

background image

wspomniana już, sprawa rzekomego zagarnięcia przezeń skarbca Galii. Na 

czele wojsk cesarz postawił zastępcę naczelnika jazdy Marcellusa; jednakże 

nie posiadał on ani odpowiedniego autorytetu, ani nawet odwagi. Nie potrafił

przeciwstawić się nawale.

Najgroźniejsi byli Alamanowie. Ruszyło dwadzieścia ich szczepów. Dalej 

od północy posuwali się Frankowie i Saksonowie. Padły rzymskie 

umocnienia i forty. Padło ponad czterdzieści miast nad Renem i w głębi 

kraju. Były wśród nich ośrodki tak znaczne i bogate, jak Argentoratum, 

dzisiejszy Strasburg; Mogontiacum — Mainz; Augusta Nemetum — Spira. 

Oblegano Kolonię. Barbarzyńcy palili osiedla wiejskie, ludność uprowadzali 

za Ren, bydło zaś i zboże gromadzili w miejscach bezpiecznych, aby mieć 

zapasy na czas przyszłych wypraw. Tu i ówdzie zaczęli osiedlać się na stałe, 

wznosząc nawet domy na wzór rzymskich. Jedynie miast umikali, w ich 

bowiem murach czuli się jak w więzieniu. Niektóre oddziały zapuszczały się 

znowu w dolinę Sekwany i Loary. Słowem, powtórzyło się wszystko to, czego 

ziemie te już doświadczyły po upadku Magnencjusza — tylko na większą 

skalę.

Wśród germańskich przywódców znajdowało się sporo ludzi poprzednio 

stykających się często z Rzymianami, a nawet przebywających przez czas 

dłuższy na ziemiach Imperium. Tak na przykład jeden z alamań- skich 

królów, Mederik, był przez kilka lat zakładnikiem w ręku Rzymian; stał się 

nawet wyznawcą bogini Izydy i dał swemu synowi egipskie imię Serapion. 

Obecnie chłopiec ten, nad wiek rozwinięty, walczył dzielnie u boku swego 

stryja Chonodomara — Mederik już nie żył — który rozkazywał ponad 

background image

trzydziestu tysiącom wojowników. Wojska germańskie stawały się groźne i z 

tej przyczyny, że umiały stosować pewne zasady rzymskiej organizacji i 

taktyki.

background image

Pożegnanie Aten

Co najwyżej trzy miesiące radował się Julian pobytem w ateńskiej 

siedzibie muz. Do cichego przybytku nauki i wymowy nie docierały niemal 

żadne echa ani z dalekich krain nad Renem, ani też z rezydencji władcy w 

Mediolanie. Tym bardziej więc zaskoczyło Juliana wezwanie, które dotarło 

doń z początkiem października roku 355: ma jak najspieszniej stawić się na 

cesarskim dworze!

Jakie były przyczyny naglącego rozkazu? Co spowodowało nową decyzję 

w sprawie losów Juliana? Należało oczekiwać wszystkiego. Nawet najgorsze 

przeczucia wydawały się usprawiedliwione. Może zwycięstwo na dworze 

odniosła nienawidząca Juliana klika Euzebiusza, prepozyta świętej sypialni, 

gotując mu los Gallusa? A może nie jest aż tak źle — bo i o jakież poważne 

przestępstwa polityczne dałoby się oskarżyć studenta retoryki — i cesarz po 

prostu pragnie mieć u swego boku jedynego obecnie męskiego 

przedstawiciela dynastii, aby otoczyć go bacziniejszą opieką?

Niepewność co do zamiarów władcy drażniła i przygnębiała. A przecież 

dostatecznie bolesnym ciosem był sam fakt, że trzeba rozstać się z miastem, 

w którym żyło się tak błogo! Julian nie pragnął żadnych splendorów. Gardził

zaszczytami i władzą. Nie myślał o bogactwach. Chciał tylko jednego: móc 

żyć i studiować w Atenach.

„Jakie potoki łez wylewałem, jak boleśnie jęczałem, ręce wyciągając ku 

Akropolowi, gdy przyszło wezwanie! Modliłem się do Ateny, aby ocaliła i nie 

opuszczała swego błagalnika. Wielu z was widziało to i poświadczy, a sama 

bogini przed innymi, że tymi słowy ją prosiłem:

background image

— Wolę umrzeć w Atenach, niż tam jechać!

Nie zdradziła bogini swego czciciela i nie wydała go

background image

obcym. Pokazała to dowodnie. Przewodziła mi wszędzie i strażą otoczyła, a 

wieści o mnie otrzymywała dzięki Słońcu i Księżycowi!" 

68

Wypada tu zauważyć, że także inne pożegnania studenckie z Atenami, 

nawet jeśli rozgrywały się w mniej dramatycznych okolicznościach i były 

skutkiem swobodnej decyzji, zazwyczaj nie obywały się bez łez i smutku. 

Poświadcza to nawet Grzegorz z Nazjanzu, poniekąd współtowarzysz 

ateńskich studiów Juliana. A przecież nie był on, jak pamiętamy, 

entuzjastycznym wielbicielem grodu Ateny; uważał go za siedlisko demonów 

i obawiał się, że pobyt w nim może przynieść szkodę duchowemu życiu 

chrześcijanina. Jednakże gdy najpierw jego przyjaciel Bazyli, a potem on 

sam postanowił opuścić przybytek dawnej filozofii i „demonicznych" kultów, 

wszystko potoczyło się zwyczajnie:

„Przyszedł wreszcie dzień wyjazdu, a wraz z nim to wszystko, co zwykło 

się dziać, gdy ludzie się rozstają. Były więc przemówienia pożegnalne, były 

odprowadzania, były obejmowania się wzajem wśród łez i westchnień. 

Trudno bowiem wyobrazić sobie, jak smutne jest dla tamtejszej braci 

studenckiej rozstanie i z Atenami, i z towarzyszami. Żal było patrzeć na to i 

warto tę scenę opowiedzieć:

Koledzy i rówieśnicy otaczali nas niby chór na scenie: stawili się także 

niektórzy profesorzy. Wołali, że absolutnie nie puszczą nas od siebie; nie 

szczędzili zaklęć, siłą przytrzymywali, perswadowali. Ich słowa i czyny tylko 

ból mógł usprawiedliwić" 

69

.

O przyszłość Juliana

background image

Rozkaz, który przyszedł do Aten, był wynikiem długotrwałych sporów i 

narad, toczących się na dworze me

background image

diolańskim niemal od chwili wyjazdu Juliana z Italii. , Gońcy z Galii 

przybywali tam bez przerwy. Relacje ich brzmiały jednakowo katastrofalnie:

Wszystkie prowincje przygraniczne już stracone. Nikt nie stawia oporu. 

Barbarzyńcy wdzierają się coraz głębiej!

Cesarz, zamiast działać energicznie i bezzwłocznie, zastanawiał się, 

wahał, medytował. Przedmiotem jego trosk, rozmyślań i narad był głównie 

ten problem: W jaki sposób skutecznie przeciwstawić się najeźdźcom, nie 

opuszczając Italii? Uważał bowiem, że wyprawa w tak odległe krainy 

zaalpejśkie mogłaby okazać się niebezpieczna z różnych względów. W 

pewnym momencie on sam lub ktoś z jego najbliższych wpadł na pomysł, 

aby zadanie to powierzyć właśnie Julianowi, czyniąc zeń współtowarzysza 

władzy. Pomysł dziwaczny, nieoczekiwany, niemal absurdalny — jeśli 

zważyć, że Julian nie miał najmniejszego doświadczenia w sprawach polityki

i wojny; uchodził za niezdarę, marzyciela, wiecznego studenta, 

zorientowanego tylko wywiecie bezużytecznych książek. W każdym razie 

któregoś dnia Konstancjusz dał do zrozumienia swemu otoczeniu, że nosi się

z taką myślą, dorzucając zarazem — a w jego ustach słowa te brzmiały 

zaskakująco:

— Ja sam już upadam pod naporem tylu i tak częstych przeciwności!

Dworacy, nawykli do płaszczenia się przy każdej sposobności, 

natychmiast zaczęli ogłupiać go dymem kadzidlanym zwykłych pochlebstw. 

Podniosły się głosy:

background image

— Nie istnieje nic tak trudnego, czego nie zdołałaby pokonać twoja 

dzielność i los pomyślny, gwiazdom równy!

Inni zaś, dobrze świadomi swych win i zbrodni, dodawali, że należy 

wystrzegać się obdarzania kogokolwiek tytułem Ceżara; przypominali dzieje 

Gallusa.

background image

Powiadano, że tym wszystkim glosom przeciwstawiała się uporczywie 

tylko cesarzowa Euzebia. Z jakich przyczyn? Jedni twierdzili, że po prostu 

obawia się podróży w strony tak dalekie, musiałaby bowiem towarzyszyć 

mężowi, gdyby wyruszał tam osobiście. Inni utrzymywali, że sprzyja 

Julianowi z rozsądku. Podobno stale przypominała, że osobę spokrewnioną 

należy przedkładać nad wszystkie postronne, i popierała kandydaturę 

Juliana takimi argumentami:

— To człowiek bardzo młody, prostoduszny, oddany dotychczas tylko 

nauce, obcy wielkiej polityce. Dla nas jednak dogodniejszy on od każdego 

innego kandydata. Jeśli dobrze mu pójdzie w walce z Germanami, wszyscy 

zgodnie powiedzą, że w pierwszym rzędzie twoja to zasługa, bo ty dokonałeś 

właściwego wyboru i ty kierowałeś z daleka całą "kampanią. Jeśli zaś 

poniesie klęskę i zginie, ty w każdym razie pozostaniesz jako ostoja i ratunek

naszego Imperium. I nie będzie już nikogo, kto mógłby pretendować do 

tronu. Co także nie jest bez an»zenia!

Kto wie, czy właśnie to ostatnie napomknienie, lekko tylko rzucone, nie 

okazało się najbardziej przekonywające.

Dziej się wola bogów

„Przyjechawszy do Mediolanu, zamieszkałem na przedmieściu. Euzebia 

często tam do mnie posyłała, zapewniając o swej życzliwości i przykazując 

śmiało pisać o wszystkim, czego tylko bym potrzebował. Przygotowałem więc 

list, a raczej pismo błagalne, w którym zawarłem takie życzenie:

background image

«Obyś miała dzieci i przekazała im swoje dziedzictwo! Oby Bóg dał Ci 

wszelką pomyślność! Spraw tylko, aby odesłano mnie do domu, i to jak 

najrychlej!»

background image

Potem wszakże przyszło mi na myśl, że niezbyt to bezpiecznie wysyłać 

taki list do pałacu, do żony cesarza. Modliłem się więc do bogów, aby we śnie

objawili mi, jak mam postąpić. Oni zaś zagrozili, że jeśli to uczynię, zginę 

śmiercią haniebną. Ich samych przywołuję na świadków, że prawdę mówię! 

Tak więc list nigdy nie dotarł do rąk Euzebii.

Od owej wszakże nocy zacząłem snuć refleksje może godne poznania. 

Mówiłem sobie:

Bywa niekiedy, że przeciwstawiam się woli bogów, ufając, że lepiej się 

troszczę o swe sprawy od nich,, wszystko wiedzących. A przecież rozum 

ludzki ogarnia tylko chwilę bieżącą i z trudnością może się ustrzec od 

pobłądzenia w najbliższej przyszłości! Dlatego też nikt nie zastanawia się 

nad tym, co ma czynić za lat trzydzieści, ani też nad tym, jakby zmienić to, 

co się już stało; to pierwsze bowiem zbyteczne, drugie zaś niemożliwe. 

Rozpatruje się wyłącznie sprawy znajdujące się niejako w zasięgu ręki; te, 

których początki i jakby zarodki da się obserwować. Mądrość natomiast 

hcfca patrzy daleko wprzód, a raczej ogląda wszystko bez granic; radzi więc 

dobrze i wybiera to, co korzystniejsze. Bogowie ustanowili to, co jest, a także 

to, co będzie; najlepiej więc rozumieją potrzeby chwili bieżącej.

Takie rozważania utwierdziły mnie w przekonaniu, że słusznie 

postąpiłem, nie wysyłając listu. A potem, patrząc na wszystko z punktu 

widzenia najwyższej sprawiedliwości, rzekłem sobie:

— Martwisz się, jeśli coś z twej własności pozbawia cię swych służb lub 

ucieka przyzwane; czy to jest koń, czy owca, czy też krowa. A ty sam, który 

pragniesz być człowiekiem, i to nie jednym ze stada i takim sobie zwykłym, 

background image

lecz właśnie rozsądnym i uczciwym, chciałbyś pozbawić bogów swej osoby! 

Nie pozwalasz,

background image

by posługiwali się tobą dla swych celów. Okazujesz w ten sposób nie tylko 

brak rozwagi, lecz nawet pogardę w stosunku do bogów!

A twoja odwaga, gdzież to ona i jakże się przedstawia? Po prostu 

śmiesznie. Z lęku przed śmiercią gotów jesteś poniżać się i schlebiać! A 

przecież mógłbyś wszystko to zlekceważyć i pozwolić bogom, aby kierowali 

twymi sprawami, jak sami chcą; wystarczy dzielić z nimi troskę o twoją 

osobę. Tego właśnie żądał Sokrates nauczając: należy czynić wszystko, co w 

mocy człowieka, opiekę jednak nad całością spraw bogom powierzyć; nie 

posiadając niczego i nie przywłaszczając sobie niczego, trzeba spokojnie 

przyjmować to, co oni dają! " 

70

Pożegnanie z brodą

„Ustąpiłem. Zmieniłem odzież, otoczenie, zajęcia, mieszkanie, sposób 

życia. W miejsce niedawnej prostoty i ubóstwa miałem wokół siebie tylko 

przepych i dostojeństwo. Ta obcość wszystkiego wywołała duży wstrząs w 

mojej psychice. Nie dlatego, by porażał mnie ogrom obecnego szczęścia, lecz 

właśnie przeciwnie: nie mając zrozumienia dla tych spraw nie widziałem w 

nich nic szczególnie imponującego. Wydawało mi się, że chodzi tylko o samą 

władzę, bardzo użyteczną dla posługujących się nią umiejętnie, szkodliwą 

zaś dla nieudolnych; w takim bowiem wypadku przynosi bezmiar nieszczęść 

zarówno pojedynczym domom, jak i całym miastom 

71

.

Stanowczo odmawiałem wszelkiej poufałości z ludźmi w pałacu. Oni 

jednak zebrali się razem, jakby to był lokal balwierza. Zgolili mi brodę, 

przyodziali w płaszcz żołnierski. Uczynili ze mnie, jak wtedy mniemali, coś 

na kształt bardzo śmiesznego wojaka. Nie odpowiadało

background image

mi w ogóle strojnisiostwo tych plugawych ludzi. Nie potrafiłem chodzić tak 

jak oni, pysznym wzrokiem rozglądając się wokół; zawsze patrzyłem 

skromnie w ziemię, jak mnie nauczył niegdyś mój pedagog. Wtedy więc 

byłem dla nich przedmiotem pośmiewiska, wkrótce potem podejrzeń, aż 

wreszcie rozgorzała zawiść. Nie mogę jednak nie przyznać w tym miejscu, że 

poszedłem na bardzo dalekie ustępstwa: przecież przystałem na to, by żyć 

pod jednym dachem z ludźmi, o których wiedziałem, że byli "przekleństwem 

dla całej mojej rodziny, a których podejrzewałem o to, że wkrótce zaczną i 

przeciw mnie występować 

72

.

Gdy cesarz umocnił się w swojej dobrej opinii o mojej osobie, Euzebia 

ogromnie się uradowała. Prosiła za pośrednictwem eunuchów ze swego 

otoczenia, abym był dobrej myśli i nie odmawiał, z obawy przed ciężarem 

zadania, przyjęcia tego, co zostanie mi ofiarowane przez władcę; a także bym

nie odrzucał wzgardliwie, pozwalając sobie na słowa szorstkie i zbyt szczere, 

usilnych nalegań człowieka, który czyni dla mnie dużo dobrego. Okazałem 

posłuszeństwo jej wskazówkom. Zresztą trudno było się opierać; dobrze 

zdawałem sobie sprawę z tego. Jeśli bowiem ktoś może siłą narzucić swoją 

wolę, wystarczy tylko jego prośba, by nakłonić i przekonać " 

Śmierć purpurowa

Ceremonia odbyła się w dniu 6 listopada roku 355. Żołnierze wszystkich 

formacji stacjonujących w Mediolanie stanęli w pełnym uzbrojeniu na placu 

przed wysoką trybuną, wokół której ustawili się chorążowie, dzierżąc orły i 

sztandary. Na trybunę wszedł Konstancjusz i Julian. Cesarz ujął młodego 

człowieka za prawą rękę i przemówił do żołnierzy:

background image

— Stanęliśmy tu przed wami, najdzielniejsi obrońcy naszego państwa, dla

dobra wspólnej sprawy, o którą wszyscy winniśmy walczyć jednym sercem. 

Wyłożę rzecz krótko, bo przychylnymi będziecie sędziami.

Śmierć dosięgła buntowniczych tyranów. Wściekłość i szał pchnęły ich ku

temu, na co się ważyli. Lecz oto barbarzyńcy, jakby pragnąc złożyć ofiary z 

krwi rzymskiej bezbożnym ich cieniom, przerwali granicę pokoju i grasują po

całej Galii! Śmiałości dodaje im przekonanie, że twarda konieczność 

zatrzymuje nas w krainach bardzo odległych. Jeśli temu nieszczęściu, 

rozlewającemu się coraz szerzej, przeciwstawi się póki czas mocna decyzja 

nasza i wasza, zdołamy złamać kark pysznych ludów i zachować 

nienaruszone granice Imperium. Trzeba jednak, abyście przychylnie 

potwierdzili tę nadzieję lepszej przyszłości, którą noszę w sercu! Oto Julian, 

mój brat stryjeczny. Dobrze jest znany ze swej skromności; mnie czyni go 

ona tak samo drogim, jak i pokrewieństwo nas łączące. Młody ten człowiek 

już wyróżnił się swymi uzdolnieniami. Jego to pragnę obdarzyć władzą 

Cezara. Wasze zaś przyzwolenie potwierdzi ten zamiar, jeśli wydaje się on 

użyteczny!

Pragnął powiedzieć coś więcej, przerwały mu jednak przyjazne, z góry już 

przygotowane okrzyki zgromadzonych:

— Boża to myśl, nie człowiecza!

Przez chwilę cesarz stał na trybunie bez ruchu, czekając póki wołania nie 

umilkną. Potem ozwał się głosem znacznie pewniejszym:

— Ponieważ przyjazne okrzyki dowodzą, żeście przychylni zamiarowi, 

niechże dostąpi zaszczytu ten młody człowiek, pełen siły spokojnej. Jego 

background image

obyczaje raczej naśladować by trzeba niż chwalić. Jego świetne zdolności, 

wykształcone w dobrych umiejętnościach, przez to samo w pełni okazałem, 

żem go wybrał. A więc

background image

za przyzwoleniem niebiańskiego Boga odzieję go szatą cesarską!

Mówiąc te słowa, zarzucił na ramiona Juliana płaszcz purpurowy. 

Oznajmił, że czyni go Cezarem, wojsko zaś powitało to okrzykiem radości. 

Potem zwrócił się do swego współwładcy, stojącego obok z twarzą poważną, 

niemal smutną:

— Bracie mój najukochańszy! Oto w tak młodym wieku otrzymałeś 

wspaniałe insygnia, należne ci z urodzenia. Wyznaję, że dzięki temu i moja 

chwała się zwiększa. Wzniosłość bowiem moja chyba słuszniej przez to się 

objawia, że daję niemal równą władzę świetności ze mną spokrewnionej, niż 

przez samą władzę. Bądźże więc odtąd uczestnikiem moich prac i nie-

bezpieczeństw! Weź w swoją opiekę kraje Galii. Wspomagaj wszelkim 

rodzajem dobrodziejstw ziemie zniszczone. Jeśli trzeba będzie zetrzeć się z 

wrogiem, stań mocną stopą pomiędzy swymi chorążymi. W chwili stosownej 

zachęcaj do śmiałego czynu. Walczących za- grzewajT rozumnie idąc przed 

nimi, a cofających się wspieraj posiłkami. Opieszałym udzielaj nagan po-

wściągliwie. Bądź świadkiem najbardziej wiarogodnym, bo zawsze obecnym, 

zarówno czynów odważnych, jak i tchórzliwych. Idź tam, dokąd przyzywa 

groźna sytuacja, jako dzielny mężczyzna, wiodący równie dzielnych 

mężczyzn. Będziemy wzajem sobie bliscy niewzruszoną stałością obopólnego 

przywiązania. Razem będziemy walczyli. Razem będziemy władać nad 

światem pokoju — byle tylko Bóg chciał tego, o co prosimy! — z jednakowym

umiarem i oddaniem. Będziesz zawsze obecny u mego boku, a ja również 

nigdy cię nie opuszczę, jakiekolwiek byłyby koleje losu. Idź więc, pospieszaj! 

background image

Towarzyszą ci przyjazne życzenia wszystkich. Będziesz bronił swego 

posterunku z niegasnącą czujnością, jakby powierzyło ci go samo państwo!

Podniosły się okrzyki tłumów, lecz wnet zagłuszyło

background image

je potężne, metaliczne dudnienie; to żołnierze rytmicznie bili kolanami o 

tarcze, dając w ten sposób wyraz swej radości i aprobacie; uderzanie 

natomiast w tarcze dzidami oznaczałoby ból i gniew.

Ammian Marcellinus, świadek ceremonii, powiada:

Oczy wszystkich zwrócone były na drobną postać młodego mężczyzny, 

przyodzianego w cesarską purpurę. Jego oczy zdawały się pełne wdzięku, ale

zarazem było w nich coś, co lęk budziło. Miła twarz na skutek podniecenia 

stała się jeszcze sympatyczniejsza. Każdy z patrzących radby wglądnąć w 

jego duszę i odpowiedzieć sobie na pytanie: — Jakimże będziesz władcą?

Zstąpiono z trybuny. Nowy zaszczyt spotkał Juliana: cesarz raczył 

zaprosić go do swego powozu. Orszak skierował się w stronę pałacu. 

Przekraczając jego progi młody Cezar rzekł półgłosem, recytując wiersz z Ho-

merowej Iliady, opiewający śmierć jednego z bohaterów:

„Zabrała go śmierć purpurowa i los potężny" 

74

.

Książki

„Tak więc narzucono mi z pośpiechem imię i płaszcz Cezara. Rozpoczął 

się okres niewoli. Każdego dnia wisiał nad głową strach o życie, strach 

ogromny i dławiący. Zamknięte bramy. Czujne straże. Przeszukuje się ręce 

moich ludzi, aby przypadkiem nie dostarczali liścików od przyjaciół. Służba 

obca. Z dużym trudem zdołałem wprowadzić do pałacu czterech swoich słu-

żących, aby mieć kogoś, do kogo przywykłem. Dwaj z nich byli to jeszcze 

mali chłopcy, dwaj zaś nieco więksi. Jeden z nich wiedział, że jestem 

wyznawcą bogów i pokryjomu pomagał mi jak umiał najlepiej. Pewnemu 

lekarzowi powierzyłem swoje książki; był to je

background image

dyny człowiek z mnóstwa moich towarzyszy i Wiernych przyjaciół, jakiego 

obecnie miałem przy sobie; pozwolono mu pozostać nie orientując się, że jest

mi szczerze oddany. Stałem się tak przeczulony i strachliwy, że ilekroć 

któryś z przyjaciół pragnął złożyć mi wizytę, nie zgadzałem się na spotkanie, 

choć czyniłem to wbrew sobie; obawiałem się wszakże, że rozmowa 

mogłaby .stać się przyczyną nieszczęść i dla mnie, i dla gościa" 

1S

.

„Miałem przy sobie niewiele książek, wyjeżdżając bowiem z Aten sądziłem, że

uda mi się powrócić rychło. Otóż Euzebia ofiarowała mi bardzo dużo dzieł 

różnej treści. Były to pisma filozofów, a także utwory rozmaitych pisarzy, 

retorów, poetów. W ten sposób" cesarzowa w pełni zaspokoiła moje 

pragnienia, choć jestem wręcz nienasycony, jeśli chodzi o ten rodzaj 

obcowania intelektualnego. Dzięki jej książkom Galia stała się dla mnie 

przybytkiem muz helleńskich. Ilekroć trafiała się chwila wytchnienia, 

siadywałem nad owymi skarbami, zawsze wspominając wdzięcznie tę, która 

darowała mi je tak łaskawie. Zresztą nawet w czasie wypraw wojennych 

towarzyszy mi jako zaopatrzenie niezbędne na drogę jedno z dzieł, ułożone 

niegdyś przez naocznego świadka dawnych wydarzeń"

76

.

Lecz wszystko to sprawy uboczne. A oto rzecz najważniejsza:

„W środku zimy Konstancjusz wysłał mnie na czele trzystu żołnierzy do 

kraju Gallów, wówczas wstrząsanego groźnymi wydarzeniami. Miałem 

wszakże nie tyle dowodzić tamtejszymi wojskami, ile być posłuszny ich 

oficerom. Cesarz uprzednio napisał do owych dowódców i wyraźnie im 

background image

nakazał, aby czuwali nie tylko nad działalnością wrogów, lecz także i nad 

moją — czy nie stanę się rebeliantem "

77

.

background image

Ten odnowi świątynie bogów!

W kilka dni po uroczystej ceremonii obwołania nowego Cezara nastąpiła 

inna, o charakterze rodzinnym, lecz ważna również politycznie. Julian 

poślubił księżniczkę Helenę, rodzoną siostrę Konstancjusza. Postać to 

prawie zupełnie nie znana; sam Julian zachowuje całkowite milczenie o 

narzuconej mu żonie, swej towarzyszce życia przez kilka lat.

W. dniu 1 grudnia cesarz i Julian opuścili Mediolan, kierując się drogą 

wiodącą przez nadpadańskie równiny na zachód. Konstancjusz odprowadzał 

swego współwład- cę i szwagra, spieszącego do Galii. Nie pofatygował się 

jednak zbyt daleko; pożegnał Juliana przy stacji pocztowej „Dwie Kolumny", 

tuż za rzeką Ticinus. Pozostawił młodego człowieka, zupełnie 

niedoświadczonego w sprawach wojny, niemal siłą oderwanego od studiów i 

książek, z niewielkim oddziałem ponad trzystu żołnierzy,. nie najlepiej 

zresztą uzbrojonych. Oczywiście cesarz zapewniał, że to tylko eskorta na 

drogę, w Galii bowiem czekają na rozkazy nowego Cezara wszystkie wojska 

tamtejsze. Zapomniał wszakże dodać, że są to wojska zdemoralizowane, od 

lat ponoszące klęski, nie nadające się do działań ofensywnych, tchórzliwie 

przesiadujące w murach grodów.

Od stacji „Dwie Kolumny" Julian podążył prosto i szybko ku miastu 

Augusta Taurinorum; jest to dzisiejszy Turyn, leżący u podnóża Alp. Dopiero

tutaj powiadomiono go o doniosłym wydarzeniu; na dworze znano je już od 

kilku dni, lecz umyślnie przetrzymywano w całkowitej tajemnicy, by nie 

przerażać Juliana i garstki jego ludzi. Padła Kolonia! Zastępy barbarzyńców 

zdobyły to wielkie miasto nad Renem po dwumiesięcznym oblężeniu. Wieść 

background image

była nie tylko zła; przyszła tuż na początku drogi, w szczególnym momencie, 

mogła więc uchodzić za nieszczęsny prognostyk

background image

klęsk i niepowodzeń wyprawy. Julian, i bez tego przygnębiony, był bliski 

załamania. Ludzie z jego otoczenie słyszeli, jak skarżył się, mrucząc 

płaczliwie pod nosem — miał bowiem zwyczaj mówienia do siebie, właściwy 

wielu neurastenikom: — Dużom zyskał! Tyle że zginę zapracowany! Ale 

znowu inną okoliczność można było traktować jako oznakę przychylności 

bogów. W górach obawiano się mrozów i śniegów, a mimo to przez cały czas 

marszu alpejskimi przełęczami panowała pogoda piękna i słoneczna, niemal 

wiosenna. Potem, już w Galii, zdarzył się w pewnym miasteczku wypadek 

drobny, lecz radośnie powitany przez świadków:

By godnie przyjąć władcę, mieszkańcy mieściny zawiesili w poprzek 

głównej ulicy wieńce i gałęzie na sznurach. Jeden z wieńców spadł 

przypadkowo — i to wprost na głowę Cezara! Natychmiast podniosły się 

entuzjastyczne okrzyki, pozdrawiające przyszłego zwycięzcę.

Pierwszym wielkim miastem w Galii, do którego Julian wkraczał, była 

Vienna nad Rodanem. Ludność witała go prawdziwie serdecznie. Stawili się 

dygnitarze i urzędnicy, wszyscy obywatele grodu, a także mieszkańcy z całej 

okolicy. Zaledwie ujrzano orszak z daleka, podniosły się gromkie okrzyki. Nie

była to radość udana. Nie wiedziano prawie nic o Julianie, wszyscy jednak 

spodziewali się, że skoro cesarz wysyła swego tak bliskiego krewnego, 

przyjdzie wraz z nim ratunek dla umęczonych krain.

Jakaś niewidoma staruszka dopytywała się, słysząc wołania, kto to 

wjeżdża do miasta. Gdy ją objaśniono, że to Cezar Julian, odpowiedziała 

natychmiast, jakby 2 natchnienia: — Ten odnowi świątynie bogów!

background image

Document Outline