background image

Laura Iding 

 

Radość życia 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Jej  siedemnastoletnia  siostra  znowu  nie  wraca  do  domu  o  umówionej  porze. 

Odemknąwszy  jedno  oko,  Jenna  Reed  zerknęła  na  świecące  w  ciemnościach  wskazówki 

budzika.  Prawie  dwunasta.  Rae  miała  być  w  domu  pół  godziny  temu.  Gdzie  ona  się 

podziewa? 

Przewróciła się na plecy, obciągając pod kołdrą bawełnianą koszulkę. Z ulicy dochodziły 

głośne  rozmowy,  a  z  otwartego  okna  któregoś  z  sąsiednich  domów  płynęła  nastawiona  na 

cały regulator muzyka rap. Nic nadzwyczajnego. W dzielnicy Barclay Park miasta Milwaukee 

na  ulicach  rzadko  panowała  cisza,  a  jej  dom  miał  ściany  cienkie  jak  papier.  Niemniej,  po 

przyłożeniu głowy do poduszki, Jenna zapadała zwykle w kamienny sen.   

Chyba  że  jej  siostrzyczka  wypuściła  się  na  miasto  ze  swoim  chłopakiem,  tym  durnym 

Nelsonem.  W  takie  wieczory  o  śnie  nie  było  mowy.  Rae  nic  nie  obchodziło,  że  Jenna  musi 

wstać o szóstej, żeby zdążyć na siódmą do stacji ratownictwa lotniczego Lifeline.   

Przeraźliwy pisk opon, a zaraz potem głośny łomot, poderwały Jennę na nogi.   

– Ratunku! Pomocy! 

Jenna wyskoczyła z łóżka, wsunęła pospiesznie stopy w sandały i wybiegła na ulicę. Na 

pustym placu po drugiej stronie jezdni stal rozbity samochód, który wbił się nosem w uliczną 

lampę. Powodowana instynktem ratownika, przedarła się przez tłumek gapiów.   

– Ile osób jest w środku? Dwie? 

– Trzy – odparła stojąca obok Jenny znajomo wyglądająca nastolatka. – Dwie z przodu i 

dziecko z tyłu.   

Jenna bezskutecznie spróbowała otworzyć wgniecione drzwi od strony kierowcy. Zalana 

krwią  twarz  mężczyzny  spoczywała  bezwładnie  na  kierownicy.  Samochód  nie  był 

wyposażony w poduszki powietrzne.   

–  Zadzwoń  pod  numer  911  i  powiedz,  że  są  trzy  ofiary  zderzenia,  jedna  w  poważnym 

stanie – zarządziła.   

Nastolatka  z  ufarbowanymi  na  fioletowo  włosami,  mniej  więcej  w  wieku  jej  siostry, 

posłusznie  wyciągnęła  komórkę,  a  Jenna  przeszła  na  prawą  stronę  samochodu,  gdzie 

zauważyła opuszczone tylne okno.   

– Zaraz przyleci helikopter! – zawołała podniecona nastolatka.   

–  Helikopter?  –  zdziwiła  się  Jenna.  Do  śródmieścia  na  ogół  nie  wysyłano  helikoptera, 

chyba że akurat znajdował się w pobliżu.   

– Jak ich wydostaniemy? – zaciekawiła się nastolatka, która miała na imię chyba LuAnn.   

– Bardzo ostrożnie. – Jenna wsunęła rękę w szparę okna i z pewnym trudem odblokowała 

drzwi.  Będzie  mogła  przynajmniej  wyciągnąć  dziecko,  które  na  szczęście  siedziało  w 

foteliku, przypięte pasami. Wyglądało, jakby nie doznało obrażeń. Miało dobrą cerę i równy 

oddech. – Potrzymaj małego i pilnuj go – rzekła Jenna, podając dziecko LuAnn. Dziewczyna 

stała w grupie nastolatków, których Jenna znała z miejskiego ośrodka młodzieżowego.   

Wsiadła do samochodu i między siedzeniami przeczołgała się do przodu. Stwierdziwszy, 

background image

iż  kobieta  na  siedzeniu pasażera  daje  znaki  życia,  zajęła  się  kierowcą.  Przyłożyła  dwa  palce 

do jego szyi i po chwili odetchnęła z ulgą, gdy wyczuła słaby puls. Poczuła też wyraźny odór 

alkoholu.   

– Czy pan mnie słyszy? – zapytała, przykładając  kierowcy usta do ucha. Mężczyzna nie 

odpowiedział,  ani  się  nie  poruszył,  a  jego  oddech  był  bardzo  słaby.  Potrzebował 

natychmiastowej pomocy. Zwracając się do pasażerki, spytała: – Czy pani mnie słyszy? 

– Tak – odpowiedział jej niewyraźny szept. Kobieta była w niewiele lepszym stanie.   

– Gdzie panią boli? 

– Wszędzie. Najbardziej w piersiach.   

– Proszę się nie ruszać. Zaraz przyjedzie pogotowie.   

Usłyszawszy  warkot  nadlatującego  helikoptera,  Jenna  wyczołgała  się  z  auta,  otwierając 

przy  okazji  prawe  przednie  drzwi.  Z  helikoptera,  który  wylądował  tymczasem  na  wolnej 

parceli, wyskoczyły dwie osoby z noszami na kółkach. Jenna rozpoznała jedną z nich i serce 

jej zamarło. Dlaczego lekarzem, który przyleciał do wypadku, musi być akurat Zach Taylor? 

– Jenna, to ty? – wykrzyknął Zach, równie zaskoczony. Więc jednak pamięta, jak mam na 

imię,  pomyślała,  a  jednocześnie  zawstydziła  się  swego  skąpego  stroju.  –  Mieszkasz  w  tej 

dzielnicy? – dodał z niedowierzaniem.   

Poczuła, że się rumieni.   

– Mamy młodą kobietę z poważnie uszkodzoną klatką piersiową – powiedziała rzeczowo, 

ignorując jego pytanie. – Kierowca też ma uszkodzoną klatkę piersiową, a do tego obrażenia 

głowy. Nie reaguje na pytania, słabo oddycha, jego puls jest ledwo wyczuwalny.   

– Dzięki, zaraz się nimi zajmiemy – odparł Zach z godnym pozazdroszczeniem spokojem 

i pewnością siebie.   

Zdając  sobie  sprawę,  jak  musi  wyglądać  w  powyciąganej,  a  do  tego  przykrótkiej 

koszulce, Jenna oddałaby w tej chwili połowę swoich odkładanych na studia młodszej siostry 

oszczędności, żeby móc jakimś cudem wycofać się między gapiów i uciec do domu.   

Pielęgniarka Kate uklękła przy samochodzie, aby zbadać poszkodowaną pasażerkę.   

– Chodź, pomożesz mi zająć się kierowcą – powiedział Zach, podchodząc do samochodu.   

Rozwiała się nadzieja na ucieczkę. Ostrożnie przesunęli wspólnym wysiłkiem rannego na 

tylne siedzenie, aby tam przygotować go do transportu.   

– Trzeba mu przede wszystkim założyć kołnierz – zarządził Zach.   

Jenna  niezwłocznie  otworzyła  apteczkę  pierwszej  pomocy,  podając  mu  niezbędny 

ekwipunek. Przeszkadzały jej w tym rozpuszczone włosy. Kiedy na koniec pacjent znalazł się 

na noszach, Zach kazał podać mu kroplówkę.   

Jenna dopiero od siedmiu miesięcy pracowała w pogotowiu lotniczym i mogła na palcach 

jednej  ręki  policzyć  swoje  wyjazdy  z  Zachem,  a  i  to  głównie  w  okresie  szkolenia,  kiedy  na 

wszelki wypadek towarzyszyła im trzecia osoba. Albo się mijali, albo mieli wolne dni, kiedy 

drugie  pracowało,  dość,  że  nigdy  nie  wysyłano  ich  na  akcje  razem.  Widać  los  tak  chciał, 

zresztą ku najwyższej uldze Jenny. A dziś musiał się zdarzyć taki pech! 

Kiedy  Zach umieścił kateter w żyle chorego, Jenna podłączyła kroplówkę i uregulowała 

przepływ płynu.   

background image

– Gotowe! – zameldowała.   

– Dzięki, Jenna! – powiedział Zach, obdarzając ją swoim olśniewającym uśmiechem, a jej 

zabiło serce. Musiała sobie przypomnieć, że Zach rozdaje uśmiechy na prawo i na lewo, więc 

nie można sobie po tym niczego obiecywać. Jenna dobrze wiedziała, że Zach Taylor jest dla 

niej  całkowicie  nieosiągalny.  Żył  w  sferach  oddalonych  o  mile  świetlne  od  jej  ubogiego, 

przyziemnego świata.   

Zrobiła  gwałtowny krok  do tyłu i  aż syknęła,  czując ostry ból  w stopie. Spojrzawszy na 

ziemię, zobaczyła sączącą się z boku stopy krew. Musiała nastąpić na odłamek szkła.   

– Skaleczyłaś się w nogę? – zapytał wyraźnie zatroskany Zach, który szykował się już do 

odejścia z noszami. – Powiedz Kate, żeby cię opatrzyła.   

– Zapomniałeś, że jestem ratownikiem? – uśmiechnęła się Jenna. – Sama dam sobie radę.   

– Ale nie lekceważ tego. – To powiedziawszy, ruszył z noszami w kierunku helikoptera. 

Kate  umieściła  tymczasem  drugą  ofiarę  na  noszach  i,  poleciwszy  ratownikom  zająć  się 

dzieckiem,  oddaliła  się  w  tym  samym  kierunku.  Po  paru  minutach  śmigłowiec  uniósł  się  w 

powietrze.   

– Jenna, co się tutaj dzieje? 

Obejrzała się za siebie i ujrzała swoją nieletnią siostrę, ubraną w minispódniczkę i równie 

skąpą  bluzkę,  odsłaniającą  brzuch.  Miała  nadzieję,  że  Rae  i  jej  przygłupi  chłopak  nie 

uprawiają seksu ani nie biorą narkotyków.   

– Gdzie byłaś do tej pory? 

–  Spoko.  Straciliśmy  poczucie  czasu.  Nie  czepiaj  się,  i  tak  będę  musiała  niedługo 

zakuwać do egzaminów – odparła Rae.   

Jenna  objęła  siostrę,  między  innymi  po  to,  aby  zorientować  się,  czy  nie  piła.  Nie 

wyczuwszy alkoholu, trochę odetchnęła. Oby tylko Rae dotrwała bezpiecznie do końca roku 

szkolnego  i  do  czasu  wyjazdu  na  studia.  Wprawdzie  jej  cel  nie  zostanie  osiągnięty,  dopóki 

siostra  nie  zdobędzie  wykształcenia,  lecz  ukończenie  szkoły  średniej  stanowi  na  tej  drodze 

pierwszy, najtrudniejszy etap.   

Rae wyrwała się z objęć siostry z grymasem znudzenia i pomaszerowała przez jezdnię do 

domu. Jenna, westchnąwszy, poszła za nią znacznie wolniej, utykając na skaleczoną nogę. Jej 

własne  wspomnienia  ze  szkoły  były  bardzo  mgliste.  Nie  miała  wtedy  czasu  na  beztroskie 

zabawy  i  niekiedy  miała  żal  do  siostry  za  lekceważenie  zasad,  jakie  usiłowała  jej  narzucić. 

Dobrze  przynajmniej,  że  za  nikogo  więcej  nie  jest  już  odpowiedzialna.  Przy  odrobinie 

szczęścia wkrótce wyjdzie z długów.   

Obmywając  pod  kranem  zranioną  stopę, Jenna  starała  się  nie  myśleć  o  niedowierzającej 

reakcji Zacha na jej widok w najuboższej i najbardziej niebezpiecznej dzielnicy miasta. Miała 

nadzieję, że w pracy nadal będą się mijać, bo nie wiedziała, jak po tym wszystkim spojrzy mu 

w oczy.   

Było za dziesięć siódma, kiedy Jenna weszła do holu stacji Lifeline i nalała sobie kawy.   

– Dzień dobry. – Na głos Zacha aż podskoczyła, oblewając się kawą.   

–  Dzień  dobry  –  bąknęła.  Dlaczego  w  jego  obecności  zachowuje  się  jak  idiotka? 

Wytarłszy  serwetką  przód  lotniczego  uniformu,  opanowała  się  na  tyle,  by  zapytać:  –  Jak  ci 

background image

minęła reszta nocnego dyżuru? 

– Względnie spokojnie. A jak twoja stopa? Oczyściłaś ranę z odłamków szkła? 

–  Wszystko  w  porządku  odparła,  niezgodnie  z  prawdą.  Nie  zdołała  wyjąć  jednego 

odłamka, który przy każdym kroku boleśnie dawał o sobie znać. Ale za nic mu się do tego nie 

przyzna. Upiwszy łyk kawy, spojrzała znacząco w kierunku sali odpraw. – Trzeba iść.   

Zach ruszył za nią bez słowa. Pokonanie niewielkiej odległości jeszcze nigdy nie było dla 

niej  tak  trudne.  W  sali  czekał  na  nich  kierownik  zmiany,  Reese  Jarvis.  Nie  widząc  swojej 

partnerki, Jenna sięgnęła po dzienny grafik.   

–  Samantha  wzięła  wolny  dzień,  więc  ją  zastąpię  przez  pierwsze  cztery  godziny.  Potem 

zmieni mnie Kendall Simmons – wyjaśnił Zach.   

– Co z Sam? – zaniepokoiła się Jenna, spoglądając pytająco na Reese’a, który był mężem 

doktor Samanthy Jarvis.   

–  Nic  wielkiego,  ale  przez  całą  noc  okropnie  wymiotowała.  Możesz  mi  wyjaśnić, 

dlaczego tak zwane poranne mdłości zdarzają się o różnych porach dnia? – zażartował Reese.   

– Nie mam pojęcia. – W sprawach ciąży wiedza Jenny ograniczała się do tego, czego się 

dowiedziała w szkole ratownictwa medycznego.   

–  Miejmy  nadzieję,  że  poczuje  się  na  tyle  lepiej,  aby  móc  bezpiecznie  wyjść  z  domu  – 

odparł Reese. – Dziękuję, Zach, że zgodziłeś się ją zastąpić.   

– Nie ma o czym mówić.   

Na myśl, że ma spędzić z Zachem połowę dyżuru, Jennie przeszły ciarki po plechach. Ale 

w  końcu  cztery  godziny  to  nie  tak  długo.  Chyba  wytrzyma,  nie  tracąc  profesjonalnego 

podejścia do swego partnera. Popatrzyła na niego i spytała: 

– Wracając do wczorajszego wypadku, czy wiesz, co z kierowcą samochodu? 

–  Jego  stan  jest  stabilny.  Leży  w  Trinity  –  odparł  Zach.  –  Żona  jest  na  obserwacji 

kardiochirurgicznej, ale ma się stosunkowo nieźle. Dzięki za pomoc, bardzo się przydałaś.   

Jenna przypomniała sobie swój wczorajszy wygląd i szybko zmieniła temat.   

– Są jakieś planowe wezwania? – spytała.   

–  Tak.  Dzwonili  z  Green  Bay,  zapowiadając  transport  do  specjalistycznej  klmiki,  ale 

muszą wpierw uzyskać zgodę rodziny. Na razie czekamy.   

– A co z pogodą? – zwróciła się do Reese’a.   

– Prognozują dobre warunki lotu. Bezchmurne niebo i brak wiatru.   

Czyli nie wywinie się od wspólnego lotu do Green Bay. Co nie znaczy, że musi spędzić z 

Zachem  czas  oczekiwania.  Wstała  i  poszła  do  sali  ogólnej  po  drugą  kawę.  W  trakcie 

nalewania usłyszała za sobą czyjeś kroki i sądząc, że to Reese, spytała: 

– Tobie też nalać? Musisz być niewyspany.   

–  Bardzo  proszę  –  usłyszała  za  plecami  niski  głos  Zacha.  Dobrze  przynajmniej,  że  tym 

razem nie rozlała kawy.   

Opanowując  drżenie  rąk,  napełniła  drugi  kubek.  Kiedy  mu  go  podawała,  ich  dłonie 

zetknęły się na moment.   

–  Od  dawna  mieszkasz  na  rogu  Barclay  i  Dwudziestej  Drugiej?  –  zapytał.  –  To  niezbyt 

przyjemna dzielnica.   

background image

W  Jennie  wszystko  się  zagotowało.  Ale  snob!  Jemu  pewnie  nigdy  nie  doskwierał  brak 

pieniędzy.   

– Chcesz powiedzieć, że na Wzgórzu pijani kierowcy nigdy nie lądują na latarni? 

Wzgórzem nazywano w skrócie The Hills of Riverbend, atrakcyjną podmiejską dzielnicę 

Milwaukee, zamieszkałą wyłącznie przez ludzi dobrze sytuowanych.   

Niedostępną  dla  Jenny  dzielnicę,  w  której  mieszkał  Zach  Taylor,  który  wydawał  się 

zdziwiony jej reakcją.   

–  Tego  nie  powiedziałem.  Ale  na  Wzgórzu  jest  o  wiele  bezpieczniej  niż  tam,  gdzie 

mieszkasz. I mamy znacznie mniej pijanych kierowców.   

–  Nie  narzekam  na  swoją  dzielnicę  –  odparła,  z  trudem  hamując  złość.  Czy  jemu  się 

wydaje, że lubi tam mieszkać? Nikt przy zdrowych zmysłach nie osiedla się z upodobania w 

Barclay  Park,  jednej  z  najbiedniejszych  dzielnic  miasta.  Niestety,  ona  na  nic  lepszego  nie 

mogła sobie pozwolić, ale Zachowi nic do tego.   

Chciała go wyminąć i poszukać Reese’a, lecz skaleczona stopa dała o sobie znać i Jenna 

aż syknęła z bólu. Musi coś z tym zrobić, bo inaczej nie wytrzyma do końca dyżuru.   

– Siadaj! – polecił Zach, wyjmując jej z ręki niedopitą kawę i sadzając ją na kanapie. – I 

pokaż mi tę stopę.   

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Nie  zważając  na  protesty  Jenny,  zabrał  się  do  rozsznurowywania  jej  buta.  Stwierdził  z 

zadowoleniem,  że  dziewczyna  nosi  regulaminowe  obuwie  z  metalowymi  noskami,  chociaż 

nie widział jeszcze roboczych butów tak małego rozmiaru.   

–  Pewnie  nie  dałaś  się  nikomu  zbadać  –  powiedział  z  naganą  w  głosie.  Nie  rozumiał 

takiego postępowania. Czy to tak trudno poprosić kogoś o pomoc? 

Jenna  się  nie  odzywała.  Biorąc  jej  milczenie  za  zgodę,  zsunął  but  i  zdjął  skarpetkę.  Nie 

przypuszczał, jakie wrażenie zrobi na nim kontakt z jej stopą. Nigdy nie przypisywał stopom 

erogennego działania, ale Jenna najwidoczniej działała na niego na wiele różnych sposobów.   

Nic  sobie  nie  wyobrażaj,  zgromił  się  w  duchu.  Jest  twoją  koleżanką  z  pracy  i  nikim 

więcej. Delikatnie obmacał zaczerwienione miejsce, ale cofnął rękę, gdy Jenna syknęła.   

– Nie przejmuj się, wyjmij to cholerstwo, i basta! – rzuciła przez zaciśnięte zęby.   

Był zaskoczony jej tonem. Jenna Reed to twarda sztuka. Co prawda wczoraj wieczorem, 

w tej swojej cienkiej, a do tego przykrótkiej koszulce pozwalającej podziwiać jej długie nogi i 

tyłeczek,  wyglądała  niemal  bezbronnie.  W  dodatku  widział  ją  po  raz  pierwszy  z 

rozpuszczonymi włosami, które bardzo podkreślały jej kobiecość.   

Jednak jej ostatnia odzywka wskazywała, że Jenna nie jest bezbronną istotą. Lepiej mieć 

się  przed  nią  na  baczności.  Z  paru  odbytych  z  nią  szkoleniowych  lotów  pamiętał,  że  ma 

wielkie  poczucie  obowiązku  i  umiejętność  koncentrowania  się  na  tym,  co  w  danej  chwili 

najważniejsze. Z drugiej strony brakuje jej jednak zdrowego rozsądku. Kto słyszał, by biec na 

miejsce  wypadku  w  odkrytych  sandałach.  A  efekt  jest  taki,  że  trzeba  jej  wyciągać  szkło  ze 

stopy. Sięgnąwszy do podręcznej torby, wyjął pęsetę i skalpel.   

– Co robisz? – krzyknęła na widok skalpela.   

– Nie bój się, skalpela użyję tylko w ostateczności.   

– Każdy lekarz tak mówi, zanim człowieka nie dziabnie – mruknęła pod nosem.   

– Obiecuję, że będę delikatny.   

Widocznie nie jest tak twarda, za jaką  chciałaby uchodzić. Wziąwszy pęsetę, zagłębił ją 

ostrożnie  w  zaognionej  ranie,  ale  odłamek  szkła  tkwił  zbyt  głęboko.  Wobec  tego  sięgnął  po 

skalpel  i,  dziwnie  przejęty,  czując  spływające  po  plecach  krople  potu,  zrobił  małe  nacięcie, 

które pozwoliło wyjąć ostre szkiełko pęsetą.   

– No i po krzyku! – oznajmił z ulgą.   

– Nareszcie – mruknęła. – Ale dziękuję.   

–  Nie  ma  za  co.  –  Delikatnie  pogłaskał  jej  stopę,  ale  szybko  cofnął  rękę,  zdając  sobie 

sprawę, że jego gest może być potraktowany jak pieszczota. Wyjął z torby mały opatrunek i 

przyłożył go do rany. Czuł jednak, że między nim a Jenną rodzi się erotyczne napięcie. Nagle 

zadzwonił telefon. Zach wstał i podniósł słuchawkę.   

– Stacja lotniczego pogotowia Lifeline.   

– Czy mogę rozmawiać z Jenną Reed? Dzwonię z gimnazjum w Barclay Park.   

–  Do  ciebie  –  powiedział,  oddając  jej  słuchawkę.  Podszedł  do  umywalki,  aby  zwilżyć 

background image

ś

ciereczkę do obmycia skaleczonej stopy, bezwstydnie przysłuchując się jej rozmowie.   

–  Znowu  uciekła  z  lekcji?  –  zatroskanym  tonem  spytała  Jenna.  Po  wysłuchaniu  swej 

rozmówczyni, dodała: – Tak, wiem, matura za pasem. Dziękuję, że dała mi pani znać.   

Zacha opanowała niezdrowa ciekawość. Nie był specem od rozpoznawania wieku kobiet, 

ale Jenna na pewno jest za młoda na to, by mieć córkę w maturalnej klasie.   

– Jakieś problemy? – zapytał.   

– Nic nowego – westchnęła ciężko, wciągając skarpetkę i wkładając but.   

–  Z  tego,  co  przypadkiem  usłyszałem,  to  się  martwisz,  czy  twoja  siostra  zda  maturę  – 

powiedział podchwytliwie.   

– Skąd wiesz, że chodzi o siostrę? – spytała zaskoczona.   

– Domyśliłem się. – To śmieszne, ale kamień spadł mu z serca, kiedy się potwierdziło, że 

chodzi o siostrę, a nie córkę. – Nie martw się, to przecież dorosła osoba, która sama za siebie 

odpowiada.   

– Ładna mi dorosła osoba! – parsknęła Jenna. – Najwidoczniej nie masz zielonego pojęcia 

o nastolatkach.   

–  Sam  byłem  nastolatkiem,  tak  jak  ty  –  odparł,  niezrażony  jej  sarkazmem.  –  Moim 

zdaniem młodym ludziom należy pozwolić decydować o swoim losie.   

–  Rae  musi  zrobić  maturę  i  pójść  na  studia.  Koniec  rozmowy  –  rzuciła  kategorycznym 

tonem.   

Znowu zadzwonił telefon. Odebrał Zach, ponieważ Jenna kończyła sznurować but.   

– Szpital w Green Bay potwierdza zamówienie na transport – usłyszał głos dyspozytora. – 

Możecie ruszać.   

– Przyjąłem. – Odłożył słuchawkę. – Lecimy do Green Bay.   

– Znakomicie. Czy Reese był uprzedzony? Słyszałam, jak parę minut temu wyprowadzał 

helikopter z hangaru.   

W tym momencie do pokoju zajrzał Reese.   

– Jesteście gotowi? 

–  Tak  jest.  – Jenna  skierowała  się  do  drzwi,  wymijając  Zacha,  który  w  przelocie  poczuł 

zapach jej perfum. Schwyciwszy ratowniczą torbę, ruszył w ślad za Jenną do hangaru. Oboje 

włożyli kaski i wsiedli do śmigłowca.   

Siedząc obok niej, miał poczucie, że choć znajdują się tak blisko siebie, Jenna jest istotą 

całkowicie mu obcą. Wiele by dał, by poznać jej myśli. Zaniepokoiła go jej nadopiekuńczość 

wobec  młodszej  siostry  i  chęć  pokierowania  jej  życiem  według  własnego  widzimisię. 

Bezskuteczność takich wysiłków znał aż za dobrze z doświadczenia. Ale to w końcu nie jego 

sprawa. Nie wolno mu zapominać, że oprócz pracy nic go z Jenną nie łączy.   

 

Z  ulgą  odebrała  sygnał  do  startu,  lecz  świadomość,  że  przez  całą  drogę  będzie  siedziała 

tuż obok Zacha, nadal wprawiała ją w zdenerwowanie. Jak ma się zachować? Czym się zająć? 

Sięgnęła po grafik i włączyła mikrofon.   

– Wiesz coś o naszym pacjencie? – spytała, wypełniając puste kratki formularza.   

– Do mnie mówisz? – zapytał Zach, spoglądając na nią ze zdziwieniem.   

background image

– Oczywiście, a niby do kogo? Chyba mam prawo prosić o informacje na temat pacjenta, 

nie sądzisz? 

Zach stuknął palcem w mikrofon.   

– Nacisnęłaś główny guzik. Wszyscy nas słyszą.   

–  Co?  –  Rzuciła  okiem  na  mikrofon.  Zach  ma  rację,  nacisnęła  niewłaściwy  guzik. 

Wszyscy,  zarówno  w  bazie,  jak  i  w  helikopterze,  musieli  usłyszeć  jej  kąśliwą  uwagę.  –  Nie 

mam pojęcia, jak mogłam zrobić takie głupstwo.   

– Nic się nie stało – uspokoił ją Zach.   

–  Chyba  jednak  tak.  –  Co  się  z  nią  dzieje?  Musi  się  opanować.  Nie  myśleć  o  tym,  co 

czuła, kiedy opatrywał jej nogę, ani o tym, że siedzą tuż koło siebie.   

Zach tymczasem połączył się z bazą.   

– Reese, słyszysz mnie? Czy mógłbyś zadzwonić do Green Bay i zapytać o aktualny stan 

pacjenta, którego mamy transportować? Nazywa się Mark Bowan.   

– Już się robi – padła natychmiastowa odpowiedź.   

– Powiem ci, co wiem – rzekł Zach, zwracając się do Jenny. – Pacjent ma dziewiętnaście 

lat i ostre zapalenie płuc, pewnie wirusowe. Leży od dwóch dni na intensywnej terapii i jego 

stan jest stabilny, ale ze względu na poważne uszkodzenie płuc lekarze z Green Bay uznali, że 

należy go przenieść do Trinity.   

–  Wirusowe  zapalenie  płuc?  –  zastanowiła  się  Jenna.  –  Czyżby  przyjmował  środki 

immunosupresyjne, na przykład po przeszczepie? 

–  Dobre  pytanie  –  pochwalił  ją  Zach.  –  Był  w  wojsku,  gdzie  przeszedł  cały  szereg 

szczepień,  ale  wrócił  na  poród  żony  i  zachorował  już  w  drodze  do  domu.  Zdradza  objawy 

posocznicy.   

–  Ciężki  przypadek.  –  Chętnie  zadałaby  więcej  pytań,  ale  nie  mogła  żądać,  by  doktor 

Taylor udzielał jej bezpłatnych lekcji z dziedziny podstaw medycyny.   

– Na to wygląda – potwierdził Zach. – Jego stan pogarsza się w bardzo szybkim tempie.   

–  Rozumiem.  –  Jenna  wróciła  do  wypełniania  formularza.  –  Miejmy  nadzieję,  że  nie 

będzie jakichś niespodzianek w czasie transportu.   

– Święte słowa – zgodził się, tłumiąc ziewnięcie. Nic dziwnego, że jest senny, skoro ma 

za  sobą  dwunastogodzinny  nocny  dyżur.  Przyłożył  głowę  do  oparcia  fotela  i  zamknął  oczy. 

Jenna, widząc to, odczuła ulgę.   

 

– Za dwie minuty lądujemy – usłyszała  w słuchawkach  głos Reese’a i serce mocniej jej 

zabiło.  Uwielbiała  swoją  pracę  i  uwielbiała  latać.  Ekscytowało  ją,  że  może  nieść  ludziom 

ratunek z powietrza.   

Zach  natychmiast  się  wyprostował  i  otworzył  oczy.  Może  wcale  nie  spał,  tylko  udawał, 

ponieważ jest tak samo skrępowany jak ona, przemknęło Jennie przez głowę. Nie było jednak 

czasu, aby się nad tym dłużej zastanawiać, ponieważ śmigłowiec właśnie siadał na lądowisku.   

– Jesteśmy na miejscu – mruknął Zach, odpinając pas.   

Jenna  wyskoczyła  w  ślad  za  nim  i  poszła  na  tył  śmigłowca,  by  wyciągnąć  składane 

zawsze na kółkach. Następnie ruszyli razem do wejścia. Zach najwyraźniej czuł się w szpitalu 

background image

jak  w  domu,  bo  bez  wahania  skręcił  w  lewo,  w  kierunku  windy,  a  gdy  znaleźli  się  w  jej 

ś

rodku, nacisnął właściwy guzik.   

W  windzie  Jenna  zdjęła  kask  i  odgarnęła  włosy,  które  wymknęły  się  spod 

przytrzymującej je opaski.   

– Oiom jest na trzecim  piętrze – oznajmił Zach. Jenna zauważyła, że nie może oderwać 

oczu  od  jej  włosów.  Niestety  w  windzie  nie  było  lustra,  w  którym  mogłaby  sprawdzić,  czy 

jest bardzo rozczochrana.   

W  chwilę  później  dojechali  na  miejsce  i  Zach  ponownie  ruszył  bez  wahania  we 

właściwym  kierunku.  Jenna  w  swej  niedługiej  karierze  ratowniczej  bywała  już  w  wielu 

różnych  izbach  przyjęć,  natomiast  oddział  intensywnej  terapii  był  dla  niej  nowością,  toteż 

onieśmieliła ją obecność tylu monitorów i innej skomplikowanej aparatury.   

–  Przylecieliśmy  po  Marka  Bowana  –  powiedział  Zach,  zwracając  się  do  dyżurnej 

pielęgniarki.   

– Proszę za mną. Pomogę przygotować pacjenta do podróży. – Pielęgniarka patrzyła tylko 

na Zacha, jakby Jenna w ogóle nie istniała.   

– Słyszałem, że jego żona wczoraj rodziła – rzekł Zach.   

– Tak, urodziła ślicznego chłopczyka. Mama i dziecko czują się świetnie.   

– Kiedy Mark dostał ostatnią dawkę antybiotyków? – zainteresował się Zach.   

–  Przed  godziną.  –  Pielęgniarka  podała  mu  dokumenty  pacjenta.  –  Następną  dawkę 

powinien otrzymać najwcześniej za trzy godziny.   

Podczas  gdy  Zach  wypytywał  pielęgniarkę  o  szczegóły,  Jenna  odłączyła  pacjenta  od 

aparatury  i  podłączyła  go  do  przenośnego  monitora.  Zdumiał  ją  młody,  niemal  dziecinny 

wygląd bladego, wymizerowanego Marka Bowana, który nie dalej jak wczoraj został ojcem. 

Wyglądał na rówieśnika Nelsona, szesnastoletniego chłopaka jej siostry.   

–  Z  powodu  niewydolności  płuc  pacjent  oddycha  przy  pomocy  respiratora  –  dodała 

pielęgniarka.   

Zach  skinął  głową,  po  czym,  umieściwszy  papiery  pod  materacem  noszy,  przyjrzał  się 

wskazaniom respiratora.   

– Nasz przenośny respirator zapewni mu identyczny poziom tlenu – stwierdził. Zwracając 

się do Jenny, zapytał: – Gotowa do przełączenia? 

–  Tak.  –  Jenna  odłączyła  pacjenta  od  szpitalnego  respiratora  i  podłączyła  go  do 

przenośnej aparatury. – Wykonane.   

–  Dobrze.  Przenosimy  go  na  nosze.  –  Wspólnymi  siłami  przełożyli  chorego  na  nosze,  a 

Jenna przypięła go szybko pasami.   

Sprawdziwszy  jeszcze  raz,  czy  wszystko  jest  w  porządku,  Zach  dał  Jennie  znak  do 

opuszczenia oiomu. Nie uszło uwadze Jenny, że wychodząc z sali, Zach nie obejrzał się nawet 

na pielęgniarkę, która okazywała mu tyle zainteresowania. Przez cały  czas śledził wzrokiem 

wskazania na monitorze respiratora. Wsiadłszy do windy, oboje niemal równocześnie włożyli 

kaski,  a  Jenna,  która  również  obserwowała  monitor,  zauważyła,  że  wskaźnik  nasycenia 

tlenem spadł do 91 procent.   

Reese czekał na nich w helikopterze i już po paru chwilach nosze zostały umieszczone na 

background image

swoim  miejscu,  a  Jenna  wskoczyła  do  środka  tylnym  wejściem,  pozostawiając  Zachowi 

zamknięcie klapy.   

– Gotowi? – zapytał Reese.   

– Gotowa – odparła Jenna, sprawdziwszy, czy nacisnęła właściwy guzik.   

– Ja też – powiedział Zach.   

Moment  startu  umknął  uwadze  Jenny,  ponieważ  śledziła  z  niepokojem  monitor,  na 

którym wskaźnik tlenu spadł do 90 procent.   

– Coś się dzieje? – zapytał Zach.   

– Tak mi się zdaje. Spada tlen. Wykonam odsysanie płuc.   

– Dobrze.   

Skrępowana  spoczywającym  na  niej  uważnym  spojrzeniem,  z  trudem  opanowywała 

drżenie rąk.   

– Niemal zupełny brak wydzieliny – zauważyła, ukończywszy szczęśliwie trudne zadanie. 

–  Musi  być  inna  przyczyna.  –  Po  paru  chwilach  nasycenie  tlenem  spadło  poniżej 

dziewięćdziesięciu,  a  cyfry  na  monitorze  zaczęły  ostrzegawczo  mrugać.  Jenna  sprawdziła 

podłączenie do respiratora, ale wszystko na pozór wyglądało dobrze, dopóki nie przyjrzała się 

rurce intubacyjnej. – Zach? Mam wrażenie, że rurka dotchawiczna jest założona zbyt płytko.   

–  Chyba  masz  rację.  Trzeba  to  sprawdzić.  Jenna  posłusznie  odkleiła  taśmę,  którą 

umocowana  była  rurka  intubacyjna,  i  w  tym  samym  momencie  rurka  wyskoczyła  z  gardła 

pacjenta.   

– Podaj mi rurkę dotchawiczną numer siedem. Szybko! – zawołał  Zach.  – Trzeba  go na 

nowo podłączyć do respiratora.   

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Nie umieraj, szeptała w duchu Jenna. Błagam cię, nie umieraj! Musisz wytrzymać! Przed 

chwilą  podała  Zachowi  niezbędne  narzędzia,  a  sama  założyła  Markowi  podręczną  maskę 

tlenową, wspomagającą oddychanie.   

Tymczasem  poziom  tlenu  we  krwi  spadał  w  zastraszającym  tempie:  z  88  do  85,  a  zaraz 

potem  do  80  procent.  Mark,  wytrzymaj!  Jesteś  to  winien  swojemu  synkowi.  Jesteś  mu 

potrzebny. Jemu i jego matce.   

– Gotowy – usłyszała głos Zacha i szybko zdjęła z twarzy pacjenta maskę tlenową.   

Zach  począł  wprowadzać  laryngoskop  do  krtani  pacjenta,  a  następnie  wsunął  rurkę. 

Dzięki  wstrzykniętemu  wcześniej  środkowi  uspokajającemu  Mark  nie  poruszył  się  ani  nie 

zakrztusił.   

– W porządku, myślę, że jest na miejscu.   

– Chyba tak. – Przyłożyła rękę do klatki piersiowej Marka, sprawdzając, czy podnosi się i 

opada w rytm oddechu.   

– Podaj rurkę łączącą z respiratorem.   

Jenna wykonała polecenie, a po podłączeniu pacjenta na nowo taśmą umocowała świeżo 

założoną  rurkę  dotchawiczną.  Teraz  pozostało  jedynie  obserwować  wskazania  monitora. 

Poziom stężenia tlenu zdążył spaść w międzyczasie do 71 procent. Jenna wstrzymała oddech. 

Wskaźnik  przestał  spadać,  po  czym  powoli  zaczął  się  podnosić,  aż  osiągnął  wymagany 

poziom 92 procent.   

– Miałaś rację, rurka była założona za płytko – stwierdził Zach z uznaniem. – Chyba nie 

poruszyliśmy jej w drodze do helikoptera? 

– Na pewno nie – odparła. Zawsze bardzo uważała, aby w trakcie transportu nie poruszyć 

podtrzymujących  życie  urządzeń.  –  Od  razu  miałam  wrażenie,  że  jest  źle  założona.  Może 

powinnam wcześniej zwrócić na to uwagę.   

– Spójrz, poziom tlenu skoczył do 95 procent! Brawo, Jenna, dobrze się spisałaś.   

Spisałabym  się  lepiej,  gdybym  zapobiegła  wyskoczeniu  rurki,  pomyślała.  Nie  mogła 

sobie tego darować. Gdyby była uważniejsza, uniknęliby momentu strachu o los pacjenta. Ale 

wszystko stało się tak szybko! 

–  Nie  rób  sobie  wyrzutów  –  odezwał  się  Zach,  który  najwidoczniej  odgadł  jej  myśli.  – 

Rurka  wyskoczyła,  bo  była  źle  założona.  A  ty  wykazałaś  ogromną  spostrzegawczość  i 

diagnostyczną  intuicję.  Masz  talent.  Powinnaś  zostać  lekarzem  albo  przynajmniej 

pielęgniarką. Nie myślałaś o studiowaniu medycyny? 

Powiedział to takim tonem, jakby pójście na studia było sprawą jej wolnego wyboru. Nie 

miał  pojęcia,  ile  trudu  kosztowało  ją  opłacenie  kursu  ratownictwa.  Na  to,  by  zarobić  na 

utrzymanie  swoje  i  siostry,  pracowała  i  tak  na  dwóch  posadach:  kelnerki  w  barze  szybkiej 

obsługi i asystentki w laboratorium pogotowia. Dla niego sprawa była prosta – powinna pójść 

na studia. Nie widział problemu.   

Może  Zach  jest  dobrym  lekarzem,  ale  z  jego  głową  nie  jest  najlepiej.  Może  mózg  nie 

background image

dostaje dosyć tlenu.   

–  Nie  sądzę,  żebym  marnowała  swoje  zdolności.  Uważam,  że  robię  coś  ważnego  – 

odparła z godnością.   

–  Oczywiście,  że  wykonujesz  ważną  pracę  –  pospiesznie  zgodził  się  Zach.  Chyba  lekko 

się  zaczerwienił.  –  Wcale  jej  nie  deprecjonuję.  Chciałem  tylko  powiedzieć,  że  jesteś 

nieprzeciętnie bystra. Możesz wiele w życiu osiągnąć.   

Figa  z  makiem,  pomyślała  ponuro.  Postanowiła  jednak  nie  rozwiewać  jego  iluzji.  W 

milczeniu  sięgnęła  po  formularz  i  odnotowała  zmianę  rurki  intubacyjnej.  Może  kiedyś  w 

przyszłości  uda  jej  się  pójść  na  studia,  ale  na  pewno  nie  wcześniej  jak  za  cztery  lata.  Teraz 

głównym  jej  celem  było  zapewnienie  siostrze  lepszej  przyszłości.  Była  gotowa  na  każde 

poświęcenie, byle otworzyć przed Rae perspektywy, których sama nigdy nie miała.   

 

Kamień  spadł  jej  z  serca  z  chwilą,  gdy  udało  się  dowieźć  Marka  w  stabilnym  stanie  do 

szpitala  Trinity.  W  drodze  powrotnej  do  rodzimego  hangaru  zorientowała  się,  iż 

czterogodzinny dodatkowy dyżur Zacha zbliża się do końca.   

Po  wylądowaniu  pierwsza  wyskoczyła  na  ziemię  i,  chwyciwszy  ratowniczą  torbę,  udała 

się  do  magazynu,  aby  uzupełnić  zużyte  leki  i  elementy  oprzyrządowania.  W  trakcie 

rutynowego  uzupełniania  zapasów  zastanawiała  się,  dlaczego  Rae  wybrała  się  na  wagary  w 

ostatnim  dniu  szkoły,  dokąd  poszła  i  co  teraz  robi.  Może  najzwyczajniej  w  świecie  wolała 

korzystać  z  pięknej  pogody  zamiast  siedzieć  w  klasie.  Oby  tylko  nie  dała  się  zaciągnąć  do 

Nelsona.  Jenna  wzdrygnęła  się  na  myśl  o  tym,  że  jej  siostra  mogłaby  spędzać  czas  sama  ze 

swym chłopakiem w pustym mieszkaniu.   

Odniósłszy  torbę  do  hangaru,  wyjęła  komórkę  i  zadzwoniła  do  Rae,  chociaż 

podejrzewała,  że  siostra  rozpozna  jej  numer  i  nie  odbierze  telefonu.  Nie  myliła  się.  Po  paru 

sygnałach usłyszała tylko uprzejmą zachętę do nagrania wiadomości.   

–  Wiem,  że  nie  poszłaś  do  szkoły,  więc  nie  udawaj,  że  masz  wyłączony  telefon.  Jeśli 

punktualnie  o  ósmej  wieczorem  nie  zobaczę  cię  w  MOSN,  będziesz  miała  ze  mną  do 

czynienia.   

– MOSN? Co to takiego? – usłyszała za plecami glos Zacha i gwałtownie się odwróciła.   

– Podsłuchiwałeś! 

–  Przepraszam,  nie  chciałem.  Po  prostu  czekałem,  aż  skończysz,  żeby  uzupełnić 

dokumentację lotu.   

Akurat! Minąwszy go bez słowa, weszła do poczekalni ratowników.   

– Nie odpowiedziałaś na moje pytanie – upomniał się idący za nią Zach. – Czy MOSN to 

ośrodek w rodzaju Centralnego Stadionu Bradleya? Nigdy nie słyszałem tej nazwy.   

–  Nic  dziwnego.  –  Porównanie  MOSN  do  Centralnego  Stadionu  Bradleya,  siedziby 

słynnej koszykarskiej drużyny Bucksów, było tak komiczne, że omal nie parsknęła śmiechem. 

Jej  tylko  raz  udało  się  zbliżyć  do  znanego  stadionu,  kiedy  zabiegała  o  posadę  kelnerki  w 

jednym ze stadionowych barów, podczas gdy Zach miał zapewne stały abonament na mecze 

Bucksów. Mieszkańcy  Wzgórza nie bywają w  MOSN, czyli Miejskim Ośrodku Społecznym 

dla Nastolatków.   

background image

–  Macie  dzisiaj  mecz?  –  zaciekawił  się  przechodzący  obok  Reese.  –  Jeżeli  Samantha 

poczuje się lepiej, chętnie wpadniemy popatrzeć.   

Jenna zaklęła w duchu. Reese swoim zwyczajem stara się być miły, co nie zmienia faktu, 

ż

e ona nie ma ochoty spowiadać się przed Zachem ze swego prywatnego życia.   

– Rozmawiałeś z Sam? Lepiej się czuje? – zapytała, zmieniając temat.   

– Trochę. W każdym razie wymioty ustały.   

– Jaki mecz? – Zach nie zamierzał ustąpić.   

– Koszykówki – odparła niechętnie. – Trenuję młodzieżową drużynę.   

– Aha. A twoja siostra jest koszykarką. Rozumiem. Jenna skrzywiła się. Rae nie wyjdzie 

dziś na boisko.   

Jenna  miała  żelazną  zasadę:  nieusprawiedliwiona  nieobecność  w  szkole  oznacza 

przesiedzenie meczu na ławce rezerwowych.   

–  Cześć!  –  Do  sali  wszedł  Kendall  Simmons.  –  Hej,  Zach,  nieźle  wyglądasz  po 

nieprzespanej nocy.   

Jenna  musiała  przyznać  mu  rację.  Zielonooki  i  ciemnowłosy  Zach  faktycznie  wyglądał 

wyjątkowo dobrze.   

–  Nie  było  tak  źle  –  odparł  Zach,  posyłając  pytającemu  jeden  ze  swoich  zabójczych 

uśmiechów.  –  Ale  teraz  chętnie  pójdę  się  przespać.  Dzięki,  że  zgodziłeś  się  przyjechać. 

Ż

egnam wszystkich. Na razie.   

–  Cześć!  –  wymamrotała  Jenna,  spoglądając  za  wychodzącym  z  sali  wysokim, 

barczystym mężczyzną, który przez cały ranek nie odstępował jej na krok, a teraz oddalił się 

niemal  bez  pożegnania.  No  cóż,  powinna  się  z  tego  raczej  cieszyć.  Przez  resztę  dyżuru  nie 

będzie się czuła skrępowana jego obecnością. Dobrze, że w najbliższej przyszłości nie grożą 

jej loty z doktorem Taylorem.   

Zach źle spał tej nocy. Budził się wiele razy, wyobrażając sobie, że dzwoni telefon. Jenna 

miałaby do niego zadzwonić? Mało prawdopodobne. Traktowała go na ogół jak powietrze.   

O  co  jej  chodzi?  Przecież  nic  jej  nie  zrobił.  Jest  przyzwoitym  człowiekiem,  który 

wszystkim  życzy  jak  najlepiej.  Kilka  lat  temu  omal  się  nie  ożenił,  ale  po  oficjalnych 

zaręczynach jego narzeczona stała się tak nieznośna, usiłując kontrolować każdy jego krok, iż 

poprzysiągł sobie, że nigdy więcej nie popełni podobnego błędu.   

Rozbudził się na dobre. Powinien zapomnieć o Jennie. Ma wprawdzie wiele zalet i bardzo 

mu  się  podoba,  ale  zanadto  chce  kierować  życiem  siostry.  Wyobraził  ją  sobie,  jak  z  groźną 

miną szuka jej po całym mieście, podczas gdy dziewczyna chce się po prostu trochę zabawić.   

Niektórzy ludzie mają niezrozumiałą potrzebę kontrolowania bliskich im osób. Pomyślał 

o  ojcu,  ale  szybko  odsunął  od  siebie  przykre  wspomnienie.  Niemniej  siostra  Jenny  stała  mu 

się  jakoś  bliska,  miał  ochotę  ją  poznać.  Może  potrafi  przekonać  Jennę,  żeby  zostawiła 

dziewczynie więcej swobody. Usiadł na łóżku i zadzwonił do swego kumpla, Ethana Webera.   

– Cześć, Web, co robisz? 

– Nic szczególnego. Kate za chwilę wychodzi do pracy. Czemu dzwonisz? 

– Czy mógłby wziąć za mnie dzisiejszy nocny dyżur? 

–  No  jasne,  zawsze  chętnie  latam  z  Kate,  ale  przecież  chciałeś  mieć  wolny  sobotni 

background image

wieczór z powodu jakiejś rodzinnej uroczystości.   

O cholera! Na śmierć zapomniał, że już wcześniej zamienił się z Ethanem dyżurami. Ale 

co  tam,  ciekawiej  będzie  wybrać  się  do  Centrum  dla  Nastolatków  i  poznać  występną 

siostrzyczkę  Jenny,  niż  iść  na  rodzinne  przyjęcie  z  okazji  drugiej  rocznicy  ślubu  ojca  z 

kolejną macochą. Zwłaszcza że ojciec na pewno zaprosił kilka panien do wzięcia i będzie go 

próbował swatać.   

–  Zmieniłem  plany.  –  Wstał  i  z  telefonem  w  ręku  poczłapał  do  kuchni.  –  Wolę  mieć 

dzisiaj wolne, a w sobotę pracować. Co ty na to? 

– Jak na lato – ucieszył się Ethan. – Zabiorę Kate w sobotę do restauracji.   

Zachowi  zrobiło  się  wstyd.  Nie  powinien  był  prosić  Ethana  o  zastępstwo  w  sobotę. 

Ethanowi i Kate, którzy niedawno się zaręczyli, zależało na wspólnych dyżurach.   

–  Dzięki,  stary,  odwdzięczę  się.  –  Odłożywszy  słuchawkę,  zatarł  ręce.  Ma  akurat  tyle 

czasu, by wziąć prysznic, szybko coś przegryźć i zdążyć na mecz.   

Ciekawe, co powie Jenna, kiedy go tam zobaczy.   

Zach  długo  błądził  po  nieznanej  sobie  dzielnicy,  zanim  udało  mu  się  zlokalizować 

Miejski  Ośrodek  Społeczny  dla  Nastolatków,  który  zresztą,  jak  się  okazało,  znajdował  się 

nieopodal miejsca, skąd minionej nocy zabrał ofiary wypadku. W dzień okolica robiła jeszcze 

gorsze  wrażenie  niż  w  nocy.  Na  dodatek  wszyscy  się  na  niego  gapili,  rozpoznając  w  nim 

outsidera.  Miał  wprawdzie  na  sobie  zwykłe  dżinsy  i  sportową  koszulkę,  ale  i  tak  wyglądał 

obco na tle młodzieńców w zwisających w kroku roboczych spodniach, kolorowych trykotach 

z  obciętymi  rękawami  i  z  masą  jaskrawo  złotej  albo  srebrnej  tandetnej  biżuterii.  W 

sąsiedztwie  ośrodka  nie było  gdzie  zaparkować,  i  w  rezultacie  musiał  zostawić  samochód  w 

odległości kilku przecznic.   

Dotarł  na  miejsce  dobrze  po  rozpoczęciu  meczu  i  natychmiast  wypatrzył  Jennę.  Była 

ubrana  w  króciutkie  szorty  i  opiętą  koszulkę  bez  rękawów.  Trzymała  w  rękach  blok  na 

sztywnej  podkładce,  do  którego  często  zaglądała,  niemniej  całą  jej  uwagę  pochłaniała  akcja 

na  boisku,  gdzie  walczyły  z  sobą  o  piłkę  dwa  dziewczęce  zespoły:  jeden  w 

niebiesko-czerwonych,  drugi  w  niebieskozielonych  kostiumach.  Mecz  sędziowało  dwóch 

surowo wyglądających mężczyzn.   

Jenna  była  niezwykle  aktywna,  okrzykami  i  zamaszystymi  gestami  rąk  dyktując 

dziewczynom,  co  mają  robić.  Zach  odniósł  wrażenie,  że  Jenna  trenuje  obie  drużyny  albo 

może zastępuje trenera jednego z zespołów.   

Gra  była  wyrównana,  a  niektóre  zawodniczki  dawały  dowody  niewątpliwego  talentu. 

Wysoka  dziewczyna  z  zespołu  biało-czerwonych  zdobyła  trzy  punkty,  trafiając  do  kosza  z 

odległej  pozycji.  Zach  miał  wielką  ochotę  przyłączyć  się  do  gry.  Sam  należał  kiedyś  do 

uniwersyteckiej drużyny, dopóki kontuzja kolana nie wyłączyła go z tej aktywności.   

Szukając wolnego miejsca, zauważył, że widownia składa się głównie z kilkunastoletnich 

chłopaków,  którzy  rzecz  jasna  kibicują  swoim  dziewczynom.  Zacha  zdumiały  ich  stroje,  w 

szczególności  opuszczone  nisko  na  biodra  workowate  spodnie,  znad  których  wystawały 

wzorzyste kalesony. Widać nie znał się na młodzieżowej modzie.   

Nie znalazłszy wolnego miejsca, stanął oparty plecami o ścianę. Kiedy sędzia odgwizdał 

background image

koniec  pierwszej  kwarty,  Jenna  dała  dziewczętom  znak,  by  do  niej  podeszły,  lecz  jedna  z 

zawodniczek  nadal  biegła,  chcąc  wykonać  zaplanowany  manewr,  i  wpadła  z  rozpędu  na 

dziewczynę z przeciwnego zespołu, przewracając ją na ziemię.   

Koleżanki  poszkodowanej  dziewczyny  natychmiast  otoczyły  ją  murem,  a  jedna  z  nich, 

wysoka  rudowłosa  pannica,  podskoczyła  do  mimowolnej  winowajczyni,  w  której  obronie 

stanęły  jej  towarzyszki.  Jenna  i  sędziowie  zaczęli  nawoływać  do  zachowania  spokoju,  ale 

Zach  dostrzegł  kątem  oka,  że  obecni  na  widowni  chłopcy  też  dzielą  się  na  dwa  obozy  i 

szykują do wejścia na boisko.   

Zapowiadała  się  ogólna  bójka.  Zastanawiając  się,  czy  nie  wezwać  policji,  Zach 

postanowił  przyjść  Jennie  i  sędziom  z  pomocą.  Na  moment  stracił  z  oczu  Jennę,  która 

usiłowała rozdzielić rozjuszone dziewczyny.   

– Spokój! Cofnąć się! – krzyknął na chłopców, a sam ruszył w tłum dziewcząt.   

Jedna z nich odepchnęła Jennę, która o mało nie upadła, a jednocześnie ucichły gwizdki 

sędziów, którzy też zapewne spotkali się z fizyczną agresją.   

– Dość tej awantury! – wrzasnął Zach. – Spokój! 

Rozstąpić się! – Dziewczyny zaczęły się powoli cofać, patrząc na niego jak na cudaczne 

widowisko.  Tylko  mimowolna  agresorka  i  jej  ofiara  nadal  skakały  sobie  do  oczu.  – 

Przestańcie! Chcecie, żebym wezwał policję? 

Nie był wcale pewien, czy pogróżka ta odniesie skutek. W tej dzielnicy policja ma pewnie 

dosyć roboty z prawdziwymi przestępcami.   

–  Zach,  uważaj!  –  usłyszał  za  sobą  krzyk  Jenny.  Odwrócił  się  błyskawicznie.  Jeden  z 

chłopaków wyciągał nóż.   

–  Natychmiast  to  schowaj!  –  krzyknął,  starając  się  poskromić  wzrokiem  młodego 

człowieka. – Chyba nie chcesz, żeby komuś stała się krzywda.   

– Jovo, schowaj to! – zawołała Jenna.   

– Taki z ciebie chojrak? Proszę bardzo! – zawołał inny chłopak, również wyciągając nóż i 

stając naprzeciw pierwszego.   

–  Chłopcy,  dość  tego,  mówię  ostatni  raz.  Znacie  zasady  –  perswadowała  Jenna,  usiłując 

zwrócić na siebie uwagę adwersarzy.   

Zach  najchętniej  odciągnąłby  ją  na  bok,  lecz  bał  się  spuścić  z  oczu  gotowych  do  bójki 

chłopców.  W  tym  momencie  na  ulicy  odezwały  się  policyjne  syreny  i  obaj  młodzi  ludzie 

chyba  oprzytomnieli,  bo  zaczęli  się  wycofywać.  Zach  odetchnął  z  ulgą  i  na  moment  stracił 

czujność, mimo że za plecami słyszał odgłosy trwającej między dziewczynami przepychanki. 

Odwrócił się, chcąc im powiedzieć, by się uspokoiły, zanim policja przyjdzie je aresztować, 

ale w tej samej chwili poczuł ostry ból w okolicy prawego oka i zachwiał się na nogach.   

W  pierwszym  odruchu  nastawił  pięści,  jakby  chciał  stanąć  do  walki,  lecz  natychmiast 

opuścił ręce. Dziewczyna, która zadała cios, patrzyła na niego przez chwilę z przerażeniem w 

oczach, po czym wycofała się za namową nie mniej od niej przerażonych koleżanek.   

Awantura dobiegła końca.   

Zach  obmacał  palcami  obolałe  oko,  a  gdy  spróbował  je  otworzyć,  zobaczył  tylko 

niebieską  mgłę.  Zamknął  je  i  otworzył  ponownie.  Znowu  tylko  mgła.  –  Miał  nadzieję,  że 

background image

przed najbliższym dyżurem odzyska wzrok.   

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Jenna  nie  mogła  się  otrząsnąć  po  tym,  co  się  wydarzyło.  Wszystko  stało  się  tak  nagle  i 

niespodziewanie.   

– Otrzymaliśmy telefon o bójce w ośrodku – oświadczył jeden z policjantów, obrzucając 

Jennę bezczelnie pożądliwym wzrokiem. Chętnie dałaby mu w mordę, ale wiedziała, że musi 

nad sobą panować.   

– Dziękuję za troskę, ale sami panowie widzicie, że nie dzieje się nic złego – odparła.   

Policjanci  przyglądali  się  podejrzliwie  chłopcom,  którzy  stopniowo  opuszczali  salę  z 

nisko pochylonymi głowami. Gdyby funkcjonariusze dostrzegli nóż albo inny niebezpieczny 

przedmiot,  nie  obyłoby  się  bez  zatrzymań  i  oskarżenia  o  napaść  z  bronią  w  ręku.  Jenna 

postanowiła zachowywać się, jakby rzeczywiście nic się nie stało.   

–  Rae,  czy  mogłabyś  poszukać  lodu  i  zrobić  Zachowi  okład  na  oko?  –  zwróciła  się  do 

siostry.   

–  Jasne.  –  Rae,  o  dziwo,  zamiast  odpyskować,  poszła  wykonać  polecenie.  Zach  trzymał 

się blisko Jenny, za co była mu szczerze wdzięczna.   

Podszedł do niej policjant kierujący grupą.   

–  Jenna,  to  już  drugie  wezwanie  w  tym  miesiącu  –  powiedział.  –  Kiedy  wreszcie 

zrozumiesz,  że  twojego  widzimisię  nie  da  się  dłużej  ciągnąć?  Gdybyśmy  nie  dojechali  na 

czas, komuś mogła się stać poważna krzywda.   

Pomysłu  na  stworzenie  dzieciom  alternatywy  do  włóczenia  się  po  ulicach  Jenna  nie 

nazwałaby swoim „widzimisię”, lecz była na tyle rozsądna, by się z nim nie spierać.   

–  Przepraszam  za  sprawienie  wam  kłopotu  –  odparła  najuprzejmiej,  jak  umiała.  –  Mogę 

wam zaproponować coca colę albo inny bezalkoholowy napój na orzeźwienie? 

– Dziękuję, ale nie mamy czasu. – Zabrzęczał policyjny radiotelefon. – Hej, Al, zwijamy 

się, mamy kolejne wezwanie! 

–  Cześć,  Jenna!  –  rzekł  policjant,  rzucając  ostatnie  spojrzenie  na  jej  nogi.  –  Do 

następnego razu.   

Szczęśliwa,  że  na  tym  się  skończyło,  Jenna  zwróciła  się  do  Zacha,  który  stał  obok  niej, 

trzymając  na  oku  okład  z  lodu.  Niemniej  drugim  okiem  przez  cały  czas  bacznie  śledził 

poczynania policjantów.   

– Już raz w tym miesiącu musieli interweniować? 

– W jego głosie brzmiał ton oskarżenia. – Często zdarzają się takie historie jak dziś? 

– Nie, tak tylko powiedział. – Co nie było prawdą. Poprzednim razem też doszło do bójki 

o  dziewczynę.  Winni  zostali  ukarani  miesięcznym  zakazem  wstępu  do  ośrodka.  Tak  samo 

będzie  musiała  ukarać  obu  chłopców,  którzy  dzisiaj  sięgnęli  po  noże.  Jak  tak  dalej  pójdzie, 

wkrótce nie będzie komu grać w koszykówkę.   

– Usiądź, Zach, obejrzę twoje oko – powiedziała.   

– Ale i tak musimy z tym pojechać do szpitala.   

– Nie trzeba, to tylko podbite oko – odparł.   

background image

– Widzisz jak przez mgłę? – spytała, zdejmując okład i obmacując okolice oka. Skrzywił 

się, gdy dotknęła kości policzkowej, ale kość oczodołowa chyba nie była uszkodzona.   

– Widzę jeszcze trochę niewyraźnie, ale się poprawia. – Wyjął jej z ręki okład i przyłożył 

go z powrotem do oka. – Nie mam zamiaru jechać do szpitala z powodu podbitego oka.   

Jenna  wolała  się  z  nim nie  kłócić.  Zachowywał  się  tak  samo  jak  ona  wczoraj,  kiedy  nie 

pokazała pielęgniarce skaleczonej stopy. Wiadomo, że nie ma gorszych pacjentów od lekarzy 

i w ogóle personelu medycznego.   

– Byłem zaskoczony, że policja zjawiła się tak szybko – zauważył Zach.   

– Ja też – przyznała Jenna. – Ciekawa jestem, kto ich wezwał.   

Siedząca nieopodal Rae poruszyła się niepewnie.   

– To ja zadzwoniłam – rzekła cicho.   

–  Naprawdę?  –  zdziwiła  się  Jenna.  –  Mądrze  zrobiłaś,  siostrzyczko.  Gdyby  nie  policja, 

nie skończyłoby się na jednym podbitym oku.   

Zach zdjął z oka okład i wstał z ławki.   

– Na mnie czas – powiedział.   

–  Poczekaj!  –  Jenna  położyła  mu  rękę  na  ramieniu.  –  Nie  możesz  w  takim  stanie 

prowadzić.   

–  E,  chyba  mogę.  Wystarczy,  że  założysz  mi  na  oko  opaskę.  Wprawdzie  widzę  coraz 

lepiej, ale mgła jeszcze do końca nie ustąpiła. Jeśli sieje zasłoni, będę drugim okiem widział 

na tyle dobrze, żeby dojechać do domu.   

Jenna  chętnie  by  na  to  przystała,  ponieważ  nie  chciała  zostawiać  siostry  samej,  lecz 

sumienie  nie  pozwalało  jej  puścić  Zacha  do  domu  z  chorym  okiem.  Co  prawda  nikt  go  nie 

zapraszał, ale w niebezpiecznej sytuacji bez wahania stanął w jej obronie.   

– Nie ma mowy, odwiozę cię. – Zwracając się do siostry, dodała: – Rae, wracam za pół 

godziny i mam nadzieję zastać cię w domu.   

–  Jasne.  –  Rae  obojętnie  wzruszyła  ramionami.  Dobrze  przynajmniej,  że  jej  Nelson 

wymknął się z ośrodka razem z resztą chłopców.   

– A czy Rae nie może pojechać za nami twoim samochodem? Bo inaczej jak wrócisz do 

domu? – spytał Zach.   

Jak mu powiedzieć, że nie ma samochodu? To znaczy ma, ale akurat jest nie na chodzie, a 

ona nie ma pieniędzy, by zapłacić za naprawę.   

–  Wykupiłaś  samochód  z  warsztatu?  Dlaczego  nic  o  tym  nie  wiem?  –  zdziwiła  się  nie 

grzesząca subtelnością Rae.   

–  Nie,  nie  wykupiłam  –  prychnęła  z  irytacją  Jenna.  –  Ale  to  drobiazg,  mogę  przecież 

wrócić autobusem.   

– Masz zepsuty samochód? – Tym razem zdziwienie wyraził Zach.   

–  Czy  musimy  w  kółko  powtarzać  to  samo?  Daj  kluczyki,  odwiozę  cię,  nie  pozwolę  ci 

prowadzić.   

–  A  ja  nie  pozwolę,  żebyś  wracała  autobusem.  Miała  ochotę  roześmiać  mu  się  w  nos. 

Zach  nie  ma  pojęcia,  jak  często  musi  korzystać  z  miejskich  środków  transportu.  Niewiele 

miała pożytku ze swego stale psującego się samochodu.   

background image

– Będziemy się o to spierać podczas jazdy, a teraz chodźmy! 

Zach niechętnie oddał jej kluczyki.   

– Proszę. Zaparkowałem niedaleko stąd. Możemy po drodze podrzucić Rae do domu.   

– Dziękuję. – Nie powinna się tak głupio denerwować, skoro Zach i tak wie, że mieszka 

w najgorszej dzielnicy miasta. Ale co sobie pomyśli, kiedy zobaczy jej dom z bliska? Dobrze 

przynajmniej, że rok temu naprawiła dach. Oczywiście na kredyt, który spłaca po dziś dzień.   

Na  widok  samochodu  Zacha  Jenna  otworzyła  szeroko  oczy.  Nie  przypuszczała,  że  jej 

kolega  jeździ  tak  wystrzałową  bryką.  Ręce  zwilgotniały  jej  z  wrażenia,  kiedy  sobie 

uświadomiła, że ma zasiąść za kierownicą lexusa.   

Zach usiadł obok niej, a Rae rozsiadła się z tyłu. Po przekręceniu klucza w stacyjce Jenna 

zaczęła się przyglądać tablicy rozdzielczej auta.   

– Nie przejmuj się. Samochód jest praktycznie niezniszczalny – uspokoił ją Zach.   

Łatwo  mu  mówić!  Samochód  musiał  kosztować  majątek.  To,  że  Zach  wyczuł  jej 

zdenerwowanie, nie dodało Jennie otuchy. Wzięła się jednak w karby i ruszyła. Przed jej dom 

zajechali w niecałe dwie minuty, po czym Rae wysiadła.   

– Nie wychodź, dobrze? – poprosiła ją Jenna.   

–  Jak sobie  życzysz  –  odparła  szesnastolatka,  z udaną  obojętnością  zatrzaskując  za  sobą 

drzwi.   

– Do zobaczenia, Rae, miło było cię poznać – zawołał za nią Zach.   

– Mnie też – odkrzyknęła dziewczyna, odwracając się i robiąc oko do starszej siostry.   

Jenna  ruszyła  dopiero,  gdy  siostra  znikła  we  wnętrzu  domu.  Wybrała  najkrótszą  drogę 

przez Barclay Park do obwodnicy. Przez cały czas patrzyła wprost przed siebie, tak bardzo się 

bała, że na twarzy Zacha dostrzeże wyraz politowania.   

– Od kiedy masz zepsuty samochód? – zapytał.   

–  Od  paru  dni  –  skłamała.  Ujrzawszy  przed  sobą  zjazd  na  obwodnicę,  nacisnęła  pedał 

gazu. – Co ci przyszło do głowy, żeby przyjechać do MOSN? 

–  Chciałem  cię  zobaczyć.  –  To  proste  wyznanie  bardziej  nią  wstrząsnęło  niż  awantura 

podczas meczu koszykówki. Ręce zadrżały jej na kierownicy i na moment straciła panowanie 

nad samochodem.   

–  Będziesz  mnie  musiał  pilotować,  bo  nie  wiem,  gdzie  mieszkasz  –  rzekła,  byle  coś 

powiedzieć.   

– Jasne. Jedź dalej obwodnicą aż do zjazdu na Riverbend.   

A więc mieszka na Wzgórzu, tak jak przypuszczała. Ona i Zach żyją w dwóch osobnych 

ś

wiatach,  oddalonych  od  siebie  o  lata  świetlne.  Kiedy  parę  godzin  temu  dostrzegła  jego 

barczystą  postać  w  sali  ośrodka,  myślała,  że  śni.  Jego  zadbany  wygląd  aż  raził  oczy  na  tle 

zgrzebnego otoczenia. Teraz na pewno żałuje swojej lekkomyślności.   

– Jak oko? – zapytała, kierując się w stronę Riverbend.   

– Wciąż nie najlepiej widzę – przyznał.   

– Jeśli nie poprawi się do jutra, musisz pójść do okulisty. – Wolała rozmawiać o jego oku, 

zamiast  zastanawiać  się  nad  przyczynami  rodzącego  się  między  nimi  dziwnego  napięcia. 

Przecież nie łączy ich nawet przyjaźń, nie mówiąc już o innego typu bliskości.   

background image

– I kto to mówi? – powiedział z lekkim uśmiechem. – Teraz trzymaj się prawej strony.   

Przez  następne  minuty  udzielał  jej  wskazówek,  jak  jechać,  po  czym  dał  znak,  by 

zaparkowała przed okazałym kondominium.   

–  Tu  mam  stanąć?  –  spytała.  Eleganckie  kompleksy  mieszkalne  nie  miały  na  ogół 

naziemnych parkingów. Gdzieś musi być zjazd do podziemi.   

– Chcę cię prosić, żebyś wróciła do domu moim samochodem – powiedział, odwracając 

się ku niej i kładąc jej rękę na ramieniu. – Zgódź się, bardzo proszę.   

Był tak miły, że trudno było powiedzieć nie.   

– A jak dojedziesz jutro do pracy? 

– Możesz przyjechać po mnie wieczorem. Pracujemy jutro razem na nocnej zmianie.   

– Jak to, miałam dyżurować z Ethanem. – Poczuła się okropnie nieswojo. Była pewna, że 

w najbliższym czasie nie grożą jej loty z Zachem.   

– Zamieniłem się z Ethanem – odparł. Kiedy wysiadał z samochodu, światło latarni padło 

na jego twarz, a Jenna zobaczyła, że wokół jego oka pojawiła się sina obwódka. – On zastąpi 

mnie  dzisiaj,  a  ja  wezmę  jego  jutrzejszy  nocny  dyżur,  żeby  mógł  w  sobotę  zabrać  Kate  do 

restauracji.   

Wiedziała, że Ethan i Kate są zaręczeni i należy im się czasem wolny wieczór, niemniej 

wiadomość o zamianie bynajmniej jej nie ucieszyła.   

–  Twoje  oko  wygląda  naprawdę  niedobrze.  Nie  wiem,  czy  możesz  w  tym  stanie 

pracować.   

Ku jej zaskoczeniu Zach odparł: 

– Jeśli nie będę lepiej widział, na pewno zwolnię się z pracy. Nie mogę narażać zdrowia 

pacjentów.   

–  Cieszę  się,  że  tak  uważasz.  –  Chwilę  się  zastanawiała.  Bała  się  zabierać  do  swojej 

dzielnicy  tak  drogi  samochód.  Jeśli  będzie  miała  pecha,  do  rana  zostanie  pod  jej  domem 

doszczętnie ograbiony. – Nie, Zach, nie wezmę twojego samochodu. – Wcisnęła mu kluczyki 

do ręki. – Skoro nie chcesz mi pokazać parkingu, niech zostanie tu, gdzie stoi.   

Szybko wyskoczyła z samochodu i ruszyła przed siebie. Zach podążył za nią.   

–  Jenna,  nie  wygłupiaj  się!  –  Chwycił  ją  za  ramiona  i  obrócił  twarzą  do  siebie.  Przez 

moment patrzył jej w oczy, potem pochylił się i pocałował ją w usta.   

Była zbyt zaskoczona, by w porę go odepchnąć, a potem zmieniła zdanie i już nie chciała 

się bronić. Zach jednak oderwał się szybko od jej warg.   

–  Tutaj  nie  ma  autobusów.  Musiałabyś  iść  kilometrami  –  oświadczył,  wciskając  jej 

kluczyki do ręki. – Dobranoc, do jutra. – Odwrócił się i oddalił szybkim krokiem.   

Jenna nie od razu otrząsnęła się z wrażenia, jaki zrobił na niej nieoczekiwany pocałunek. 

Dopiero po dłuższej chwili wróciła do samochodu, usiadła za kierownicą i z gotowym planem 

w głowie ruszyła przed siebie. Zach nie będzie jej wydawał rozkazów, niech sobie mówi, co 

chce, a ona i tak nie zabierze jego lexusa na noc do Barclay Park.   

Pojechała  do  stacji  ratownictwa,  zostawiła  samochód  na  parkingu,  a  sama  poszła  na 

przystanek.  Druga  część  planu  była  trudniejsza  do  wykonania  –  nie  wiedziała,  jak  uniknąć 

jutrzejszego nocnego dyżuru w towarzystwie Zacha.   

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Zach wpatrywał się w swoje odbicie w lustrze nad umywalką. Twarz nie była opuchnięta, 

miał tylko siną obwódkę wokół oka, lecz widzenie wyraźnie się poprawiło. Odetchnął z ulgą 

na myśl, że będzie mógł pracować. Czułby się okropnie, gdyby musiał wystawić kolegów do 

wiatru. Ale jego samopoczucie i tak nie było najlepsze, a to wyłącznie z powodu Jenny.   

Zwiesił głowę, aby pomasować sobie kark. Po tym, jak pocałował Jennę, zamiana dyżuru 

z  Ethanem  nabrała  nowego  znaczenia.  Jedno  pragnienie  przez  całą  noc  spędzało  mu  sen  z 

powiek – marzył o tym, by mieć obok siebie Jennę, móc ją pieścić i całować. Dosyć tego! 

Bezsensowny  spór  o  to,  czy  Jenna  ma  jechać  jego  samochodem,  czy  nie,  był  wyraźną 

wskazówką, że nie powinien szukać z nią zbliżenia. Była równie apodyktyczna jak jego ojciec 

i była narzeczona. Zarazem jednak martwiło go, że Jenna najwidoczniej nie ma pieniędzy na 

wykupienie samochodu z naprawy. Wprawdzie wczoraj mógł się tylko pobieżnie przyjrzeć jej 

domowi, niemniej zauważył, że wejściowe schodki zapadają się w ziemię, a ściany nie były 

malowane od lat. I chociaż nie wiedział tego na pewno, to domyślał się, że siostra jest na jej 

wyłącznym utrzymaniu.   

Ale to nie jego sprawa.  Odkręcił kurek i ochlapał twarz zimną wodą. Jenna jest dzielną, 

godną podziwu kobietą, ale on nie zamierza się z nikim wiązać. Wystarczy, że raz się sparzył. 

No  tak,  ale  przecież  nie  muszą  się  z  sobą  wiązać,  mogą  zostać  przyjaciółmi.  Wytarł  twarz 

ręcznikiem. Każdy potrzebuje przyjaznej duszy.   

Idąc  do  kuchni,  zadał  sobie  pytanie,  czy  w  tym  przypadku  może  myśleć  o  czysto 

przyjacielskich stosunkach i doszedł do wniosku, że przyjaźń z Jenną byłaby możliwa, gdyby 

potrafił  zapomnieć  o  wczorajszym  pocałunku  i  innych  pokusach,  jakie  w  nim  budziła.  W 

przyjaźni  nie  ma  miejsca  na  pocałunki.  A  jak  się  ich  ustrzec,  mając  do  czynienia  z  kobietą, 

której jeden pocałunek wciąż na nowo rozpala mu zmysły? 

Z  markotną  miną  zajrzał  do  lodówki.  Czy  Jenna  i  Rae  mają  dosyć  jedzenia?  Czy 

zawartość ich lodówki wygląda równie ubogo, jak ich dom? Troska o ich byt nie dawała mu 

spokoju. Może powinien je zaprosić na śniadanie? 

Zadzwonił telefon, odrywając go od lodówki.   

–  Zach?  Tu  Jared.  Chciałem  cię  tylko  zawiadomić,  że  na  parkingu  Lifeline  stoi  twój 

samochód.   

–  Naprawdę?  –  Czy  Jenna  przyjechała  rano  do  pracy,  czy  też  odstawiła  samochód  na 

parking wczoraj wieczorem? – Pożyczyłem go Jennie. Czy ona jest w stacji? 

– Nie, ma przyjechać dopiero na nocny dyżur. – Jared był wyraźnie zbity z tropu. – Dziś 

jej  nie  widziałem.  Kiedy  przyjechałem  rano,  twój  samochód  już  tu  był.  Może  się  zepsuł? 

Może trzeba cię podwieźć? 

–  Dzięki,  to  zbyteczne.  –  Odłożył  słuchawkę,  mocno  zirytowany  postępkiem  Jenny.  Co 

ona  wyprawia?  Dlaczego  jest  tak  uparta,  że  nie  chce  skorzystać  z  życzliwej  pomocy?  Jenna 

nie musi nawet przyjeżdżać po niego wieczorem, bo miał drugi samochód, czerwoną corvettę, 

którą  sprawił  sobie  w  chwili  słabości  dla  uczczenia  momentu  ostatecznego  zerwania  swego 

background image

nieudanego narzeczeństwa.   

Poczuł lekki wstyd. Nie tylko nie powiedział Jennie, że ma drugie auto, ale zasugerował, 

ż

e  dziś  wieczorem  będzie  musiała  wstąpić  po  niego  w  drodze  do  pracy.  A  ona  tymczasem 

zostawiła samochód na parkingu i pojechała do domu autobusem.   

Do diabła z nią! Zabrał się ze złością do smażenia jajecznicy. Niech sobie Jenna robi, co 

chce, skoro tak bardzo się upiera przy  samodzielności! On ma ważniejsze rzeczy na  głowie, 

niż  martwić  się  o  los  jej  i  jej  siostry.  Musi  się  całkowicie  skoncentrować  na  pracy,  bo  do 

końca  rezydentury  został  mu  niecały  rok.  W  jego  życiu  nie  ma  miejsca  dla  kolejnej 

przemądrzałej kobiety.   

 

Usłyszawszy  głośny  warkot  zniżającego  się  śmigłowca,  Zach  zadarł  głowę.  Dzienna 

zmiana wraca z ostatniego wezwania.   

Przyjechał  do  bazy  corvettą  kwadrans  przed  czasem.  Teraz  stał  na  ulicy,  czekając  ma 

Jennę.  Chciał,  żeby  mu  wyjaśniła,  dlaczego  nie  raczyła  skorzystać  z  jego  uprzejmości. 

Zobaczył, że idzie od strony przystanku. Granatowy kombinezon z białymi pasami po bokach 

podkreślał jej smukłość. W miarę, jak się zbliżała, serce biło mu coraz mocniej. Co się ze mną 

dzieje?  –  pomyślał.  Była  narzeczona,  Lynette,  nawet  w  najwcześniejszej  fazie  ich  romansu 

nie robiła na nim tak silnego wrażenia.   

Ponadto  Lynette  nigdy  nie  budziła  w  nim  opiekuńczych  odruchów,  gdy  tymczasem 

Jenna... która w dodatku nie życzyła sobie tego typu względów... Więc dlaczego tak silnie na 

niego działa? 

Na  widok  Zacha  Jenna  natychmiast  zrobiła  zaczepną  minę.  Jakby  widziała  w  nim 

przeciwnika, a nie sprzymierzeńca.   

– Cześć. Jak ci się jechało autobusem? 

– Świetnie.   

– Możesz mi wyjaśnić, dlaczego nie pojechałaś do domu moim samochodem? 

– Co za różnica? – Weszli do bazy. – Nie ma o czym mówić.   

– Dlaczego? – Nie mógł tego tak zostawić. – Jenna, posłuchaj. Mam drugie auto i proszę, 

ż

ebyś korzystała z mojego lexusa, dopóki nie naprawisz swojego samochodu.   

– A kto powiedział, że kiedykolwiek zostanie naprawiony? 

– To nieładnie odpowiadać pytaniem na pytanie.   

– Nic na to nie poradzę – odparła wyzywająco.   

– Jenna, porozmawiajmy po ludzku. Proszę tylko o jedną minutę.   

–  No  dobrze,  masz  minutę.  –  Popatrzyła  ostentacyjnie  na  zegarek,  jakby  zamierzała 

odmierzać czas rozmowy.   

–  Dlaczego  nie  pojechałaś  do  domu  moim  samochodem?  –  zapytał,  z  trudem  hamując 

irytację.   

Jenna splotła ręce na piersi.   

–  Jak  na  lekarza,  nie  jesteś  zbyt  bystry  –  oświadczyła.  –  W  tym  swoim  lexusie  masz 

odtwarzacz  CD,  telewizor,  szpanerskie  kołpaki  i  tak  dalej.  Gdybym  takie  cacko  postawiła 

sobie na noc przed domem, to byłoby tak, jakbym ogłosiła na całą dzielnicę: chodźcie tutaj i 

background image

bierzcie, co wam się podoba. I musiałabym potem za wszystko odpowiadać. Dziękuję bardzo.   

Racja. Ta możliwość nie przyszła mu do głowy.   

– Za nic byś nie odpowiadała. Samochód jest ubezpieczony – zapewnił ją.   

– Jeśli nawet, to jeszcze nie powód, żeby niepotrzebnie kusić los.   

– Przepraszam, że o tym nie pomyślałem. Chciałem po prostu, żebyś bezpiecznie dotarła 

do domu.   

Twarz Jenny złagodniała.   

– Nic mi się nie stało, jak widzisz, a w dodatku po powrocie spotkała mnie wielka radość, 

bo zastałam Rae w domu.   

Jej wyjaśnienie wcale Zacha nie uspokoiło.   

–  Chcesz  powiedzieć,  że  twoje  samopoczucie  zależy  wyłącznie  od  tego,  co  zrobi  albo 

czego nie zrobi twoja siostra? – oburzył się. – To nie najlepsze podejście do życia.   

Jenna obrzuciła go zimnym spojrzeniem.   

– Czyli uważasz, że powinnam myśleć wyłącznie o sobie, tak? Bardzo przepraszam, ale 

nie  odpowiada  mi  taka  filozofia.  –  Spojrzała  na  zegarek.  –  Minuta  minęła.  Musimy  iść  na 

odprawę.   

Zach,  chcąc  nie  chcąc,  udał  się  do  sali  odpraw.  Słuchając  dyspozytora,  myślał  sobie,  że 

dla  Jenny  byłoby  lepiej,  gdyby  stała  się  trochę  bardziej  egocentryczna  i  zajęła  się  czasami 

własnym losem. W końcu kto ma to zrobić, jeśli nie ona? 

W trakcie składania raportu ratowników z poprzednich zmian Jenna starała się nie myśleć 

o sprzeczce z Zachem.   

– Przewieźliśmy do szpitala ofiarę zderzenia dwóch samochodów w Glen Valley, a potem 

mieliśmy  dwa  planowane  przeloty  ze  szpitala  do  szpitala  –  poinformowała  ich  Samantha 

Jarvis.   

–  Reese  przed  chwilą  uzupełnił  zapas  paliwa.  Bawcie  się  dobrze  w  sobotni  wieczór  – 

dodał ratownik imieniem Ivan.   

–  Zależy,  jak  kto  rozumie  dobrą  zabawę  –  uśmiechnął  się  Zach.  –  No  dobrze,  a  co  z 

pogodą? 

–  Bez  niespodzianek.  Zapowiadają  wprawdzie  burze,  ale  nie  wcześniej  jak  jutro  nad 

ranem.   

–  Uff,  odetchnęłam  –  rzekła  Jenna.  Uwielbiała  latać  helikopterem,  ale  miała  złe 

wspomnienia z lotu podczas burzy, kiedy to mało nie zwymiotowała. – Zapowiadają się jakieś 

trudne planowane przeloty? 

– Nie. – Ivan wstał i przeciągnął się. – Muszę już iść, może zdążę ucałować córeczkę na 

dobranoc. Powodzenia! 

– Cześć, nie zapomnij ucałować Bethany ode mnie. – Jenna obdarzyła Ivana serdecznym 

uśmiechem. Była zaprzyjaźniona z Ivanem, który pomógł jej dostać pracę ratownika. Gdyby 

nie jego rekomendacja, nie wiadomo, czy zostałaby przyjęta.   

– Nie zapomnę. Do zobaczenia.   

Samantha  i  Reese  też  zbierali  się  do  wyjścia.  Jenna  zdała  sobie  sprawę,  że  za  chwilę 

zostanie  sama  z  Zachem.  Nie  spodziewała  się,  by  obecność  pilota,  małomównego  Nate’a, 

background image

mogła się przyczynić do rozładowania narastającego między nią a Zachem napięcia.   

Szykując  się  do  lotu,  wyjęła  komórkę,  aby  sprawdzić,  czy  Rae  nie  wysłała  jej 

wiadomości.  Siostra  niestety  nie  dała  znaku  życia.  Rae  nie  lubiła  przesiadywać  w  sobotę  w 

domu.  Źa  ostatnie  wagary  powinna  dostać  szlaban,  ale  zakaz  wychodzenia  nic  by  nie  dał  w 

sytuacji,  gdy  Jenna  spędzała  noc  w  pracy.  A  zresztą,  nawet  gdyby  Rae  została  w  domu,  kto 

wie, czy nie zaprosiłaby wówczas swego chłopaka. Słowem, same kłopoty.   

Czekając na zgłoszenia, Jenna włączyła telewizor, głównie po to, by uniknąć rozmowy z 

Zachem. Zaraz jednak ściszyła go, ponieważ zadzwonił telefon.   

–  Tu  Lifeline  –  powiedział  Zach,  po  czym  zamilkł.  Jego  twarz  poważniała  z  minuty  na 

minutę. – Zrozumiałem, zaraz wylatujemy – rzekł na koniec, odkładając słuchawkę.   

– Co się dzieje? 

–  W  centrum  handlowym  w  Riverbend  jakiś  szaleniec  postrzelił  kilkanaście  osób.  Nie 

wiadomo jeszcze, czy są poważnie ranni ani czy  ktoś został zabity. Policjanci, którzy są już 

na miejscu, zażądali helikoptera.   

– Idziemy. – Jenna szybko wyłączyła telewizor. – Nate? Mamy wezwanie.   

Wszyscy  troje  w  pośpiechu  zajęli  miejsca  w  śmigłowcu,  a  Jenna  zabrała  się  do 

wypełniania formularza lotu. Ręce drżały jej z przejęcia. Lot do Riverbend zabierze najwyżej 

kwadrans.  Kto  by  się  spodziewał,  że  do  centrum  handlowego  w  tej  zamożnej  dzielnicy 

wejdzie  szaleniec  i  zacznie  strzelać!  Strzelaniny  zdarzały  się  na  ogół  w  jej  części  miasta, 

najczęściej w Barclay Park.   

W napięciu słuchała podawanych Nate’owi instrukcji, gdzie ma wylądować. Wynikało z 

nich,  że  karetki  pogotowia  są  kierowane  w  pobliże  wschodniego  wejścia  do  centrum.  Kiedy 

usiedli na ziemi, Zach położył jej dłoń na kolanie.   

– Trzymasz się? – zapytał z troską w głosie.   

–  W  porządku  –  odparła  z  udanym  spokojem.  Czy  on  sądzi,  że  jest  zdenerwowana, 

ponieważ boi się, iż Rae mogła się znajdować na miejscu tragedii? To akurat nie wchodzi w 

grę. Po pierwsze Rae nie ma pieniędzy na zakupy, a jeśli nawet wybrała się do sklepów, to na 

pewno nie w Riverbend, gdzie bywają ludzie bogaci i dokąd nie jeżdżą autobusy.   

Zewsząd  dochodziło  przeraźliwe  wycie  jadących  na  sygnale  ambulansów  i  policyjnych 

wozów. Kiedy Jenna i Zach wysiedli ze śmigłowca, podszedł do nich jeden z policjantów.   

–  Dobrze,  że  już  jesteście  –  powiedział.  –  Od  funkcjonariuszy,  którzy  weszli  do  środka, 

dostaliśmy wiadomość, że napastnik postrzelił osiem osób, a potem odebrał sobie życie.   

– Czy można już wejść? – zapytał Zach.   

–  Tak.  W  tej  chwili  policja  wyprowadza  ludzi  z  budynku.  Ofiary  są  nadal  w  środku. 

Funkcjonariusze zaprowadzą was na miejsce.   

– Więc na co jeszcze czekamy? – zniecierpliwiła się Jenna.   

Zach  skarcił  ją  wzrokiem,  ale  milczał.  Pchając  nosze,  pobiegli  do  wejścia.  Od  progu 

uderzyło ich w twarz chłodne, klimatyzowane powietrze.   

Pierwsze,  co  rzuciło  się  Jennie  w  oczy,  to  krwawe  plamy.  Dopiero  potem  zauważyła 

leżące na posadzce w dziwnych pozach ciała. Odniosła wrażenie, że niektóre ofiary chyba już 

nie żyją. Przerażenie ścisnęło jej gardło. Od kogo zacząć? 

background image

– Do mnie, chodźcie tutaj! – zawołał policjant klęczący przy jednej z ofiar. – Dziewczyna 

jest ciężko ranna, ale daje jeszcze znaki życia.   

Jenna  musiała  przyznać  mu  rację:  młodziutką,  może  siedemnastoletnią  dziewczynę  kula 

trafiła  w  klatkę  piersiową.  Jennie  na  moment  stanęło  serce,  lecz  natychmiast  się  opanowała. 

Policjant przez cały czas uciskał arterię.   

–  Puls  słaby,  oddech  bardzo  płytki  –  zawiadomiła  Zacha,  przyłączając  w  pośpiechu 

urządzenie monitorujące pracę serca.   

– Przygotuj pacjentkę do podania kroplówki i transfuzji. A pan niech nie zwalnia ucisku – 

rzucił Zach w kierunku policjanta.   

–  Oczywiście  –  odparł  funkcjonariusz.  –  Dziewczyna  nazywa  się  Sherry  Bates,  a  facet, 

który  strzelał,  był  jej  chłopakiem.  Nie  rozumiem,  po  co  musiał  postrzelić  tyle  osób,  zanim 

sam palnął sobie w łeb.   

Ona  też  nie  mogła  tego  pojąć,  ale  w  tej  chwili  musiała  się  skoncentrować  na  ratowaniu 

ofiary. Szybkimi ruchami wkłuła się w żyłę, a następnie podłączyła kroplówkę.   

Zach  w  tym  czasie  zdążył  wprowadzić  dotchawiczną  rurkę  i  rozpoczął  miarowe 

wtłaczanie tlenu do płuc.   

–  Przygotuj  krew  grupy  zero  i  rozpocznij  transfuzję.  –  Jenna  wyjmowała  już  porcję 

właściwej krwi z ratowniczej torby i po chwili krew zaczęła płynąć. Jednocześnie kątem oka 

obserwowała  wskazania  monitora.  Serce  pracowało  o  wiele  za  szybko.  Zobaczyła,  że  Zach 

bada stetoskopem klatkę piersiową. – Trzeba ją jak najszybciej przetransportować do Trinity 

–  oznajmił.  –  Musi  być  natychmiast  operowana.  Jestem  niemal  pewien,  że  krwotok 

unieruchomił lewe płuco.   

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

– Sonda płucna nic nie da, prawda? – zapytała Jenna. Wiedziała, że przy  pomocy sondy 

można  uaktywnić  nieczynne  płuco,  ale  domyśliła  się,  że  pewnie  nie  przy  wewnętrznym 

krwawieniu do płuc.   

– Tak. Zbierajmy się. Trzeba ją jak najszybciej operować. W helikopterze rozpoczniemy 

odsysanie krwi.   

Jenna zrozumiała, że życie Sherry Bates wisi na włosku. Wspólnym wysiłkiem przełożyli 

dziewczynę na nosze i ruszyli do wyjścia.   

Przezorny  Nate  czekał  z  włączonym  silnikiem.  Po  umieszczeniu  noszy  we  wnętrzu 

ś

migłowca  Zach  wsiadł  bocznymi  drzwiami,  zajmując  miejsce  przy  głowie  ofiary,  a  Jenna 

wdrapała  się  tylnym  włazem  i  natychmiast  zabrała  się  do  odsysania  krwi.  Przeraziła  ją  jej 

ilość. Po paru chwilach kanister niemal się wypełnił.   

Zach  wyjął  Jennie  aparaturę  z  rąk  i  rzucił  jej  kask  na  kolana.  Kompletnie  o  nim 

zapomniała. Szybko go włożyła i połączyła się z interkomem.   

– Będziemy odsysać krew na zmianę, a ty pilnuj transfuzji – usłyszała głos Zacha.   

– Ile krwi mam jej podać? – spytała.   

– A ile mamy jeszcze pojemników grupy zero? 

– Jeszcze trzy – odparła, zajrzawszy do chłodziarki.   

– Podaj wszystko, co masz. – Zach połączył się z Nate’em. – Zawiadom szpital, że mamy 

pacjentkę w krytycznym stanie. Niech ekipa kardiochirurgiczna czeka na lądowisku i zabiera 

ją wprost na salę operacyjną.   

– Zrozumiałem. – Nate natychmiast połączył się z dyspozytornią.   

Jenna na zmianę odsysała krew albo podłączała kolejny pojemnik krwi.   

– Krwawienie wewnętrzne nie ustaje. Stan nie poprawia się – powiedziała sfrustrowanym 

tonem.   

– Ale i się nie pogarsza – odparł Zach. – Ciśnienie krwi nadal oscyluje wokół 85 na 40.   

Może  powinna  wziąć  z  niego  przykład  i  powiedzieć  sobie,  że  szklanka  jest  do  połowy 

pełna, a nie odwrotnie? 

– Czy mam zastosować środek powodujący skurcz naczyń? 

– Tak, dodaj do kroplówki trochę dopaminy, ale nie za dużo, żeby nie przeciążać serca.   

Pomimo kroplówki, niemal nieprzerwanego odsysania i podawania krwi, puls podskoczył 

do 178 uderzeń na minutę, a poziom tlenu we krwi spadł do blisko osiemdziesięciu procent.   

Tracimy ją, przemknęło Jennie przez myśl. Glos Nate’a dodał jej nieco otuchy.   

– Lądowanie za dwie minuty. Zespół kardiochirurgiczny w pogotowiu.   

Trzymaj się, Sherry, jeszcze tylko parę minut! 

Zach  przerwał  odsysanie  w  momencie,  gdy  śmigłowiec  dotknął  lądowiska,  natychmiast 

wyskoczył na ziemię i pobiegł do tylnego włazu. Jenna wypchnęła nosze i wyskoczyła w ślad 

za nimi. Natychmiast otoczył ich liczący kilkanaście osób szpitalny personel. Jenna wiedziała, 

ż

e nie jest dłużej potrzebna, ale nie mogła się powstrzymać i towarzyszyła noszom do windy, 

background image

a  następnie  na  oddział  traumatologii.  Odstąpiła  od  noszy  dopiero,  gdy  dotarli  na  blok 

operacyjny.   

– Stan krytyczny. Konieczna natychmiastowa resuscytacja krążeniowo-oddechowa.   

Jenna rozpoznała głos Zacha i zrobiła krok naprzód, chcąc mu pomóc, lecz zobaczyła, że 

i on odsuwa się na bok, oddając inicjatywę w ręce szpitalnych lekarzy.   

–  Znieczulenie  ogólne!  –  krzyknął  chirurg.  –  Muszę  natychmiast  otworzyć  klatkę 

piersiową, albo ją stracimy.   

Nie  mogła  oderwać  oczu  od  anestezjologa,  który  podłączał  Sherry  do  aparatury.  Gdy 

tylko  skończył,  chirurg  niezwłocznie  otworzył  klatkę  piersiową,  z  której  buchnęła  krew,  a 

pielęgniarki przystąpiły do jej odsysania.   

Pierwszy raz w życiu była świadkiem tak poważnej operacji. Szeroko otwartymi oczami 

wpatrywała się w ranę. Była do głębi przejęta tym, co widziała.   

– Ciśnienie krwi bliskie zera! – zawołał anestezjolog. – Środki skurczowe nie pomagają. 

Pospieszcie się, albo trzeba będzie zaczynać resuscytację od nowa.   

– Jasna cholera! – Dwaj chirurdzy zwijali się jak w ukropie, kiedy jednak krew buchająca 

z  klatki  piersiowej  zaczęła  ściekać  na  podłogę,  a  przyspieszony  puls  dramatycznie  spadł, 

Jenna zlękła się nie na żarty.   

– Brak pulsu – oznajmił anestezjolog. – Zeszła. Chirurdzy podnieśli oczy na monitor. W 

sali operacyjnej zamarła wszelka aktywność.   

– Nie! – Mimowolny krzyk Jenny ściągnął na nią spojrzenia lekarzy. Szybko zakryła ręką 

usta, by nie wybuchnąć płaczem.   

– Zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy – powiedział do niej Zach.   

–  Dlaczego  nie  wznowili  reanimacji?  Dlaczego  przestali  ją  ratować?  –  zapytała  z 

pretensją w głosie.   

– Bo nie można jednocześnie operować i prowadzić reanimacji. A tylko operacja mogła ją 

uratować – wyjaśnił łagodnie.   

Jenna  poczuła  zbliżające  się  mdłości  i  wzięła  głęboki  oddech.  Zach  pewnie  ma  rację, 

pewnie  nic  więcej  nie  można  było  zrobić.  Przez  bezsensowną  przemoc  młodziutka  Sherry 

straciła życie.   

A tą młodziutką dziewczyną mogła być Rae.   

–  Chodźmy  stąd,  musisz  gdzieś  usiąść.  –  Zach  wyprowadził  ją  z  zalanej  krwią  sali  i 

posadził w poczekalni na ławce.   

– Nic mi nie jest – mruknęła.   

– Nie opowiadaj głupstw – odparł z lekkim zniecierpliwieniem. – Myślisz, że nie wiem, 

co ci chodzi po głowie? To oczywiste, że na miejscu Sherry wyobrażasz sobie siostrę. I wcale 

ci się nie dziwię.   

–  Nie  mogę  uwierzyć,  że  ona  nie  żyje  –  szepnęła  i  ukryła  twarz  w  dłoniach.  –  Może 

gdybyśmy przyjechali wcześniej...   

– Cicho. – Zach objął ją ramieniem. Nie próbowała się wyrywać, była mu wdzięczna za 

ten czuły, opiekuńczy gest. – Uspokój się, wszystko będzie dobrze.   

Jenna  przymknęła  oczy,  czerpiąc  siłę  i  pociechę  z  jego  bliskości.  Było  jej  dobrze  w 

background image

ramionach Zacha, chociaż wiedziała, że powinna przerwać zbyt intymny kontakt. Ona i Zach 

są  tylko  kolegami  z  pracy.  Wyprostowała  się  i  delikatnie  wyzwoliła  z  jego  ramion.  Jako 

ratownik już nieraz bywała świadkiem czyjejś śmierci, więc dlaczego dziś się rozkleiła? 

– Przepraszam, zachowałam się nieprofesjonalnie. – Bała się spojrzeć mu w oczy.   

– Nie rób sobie wyrzutów. – Zach delikatnie otarł łzy z jej policzka. – Rozumiem cię.   

Jego  gest  ją  wzruszył.  Poczuła  się  wyróżniona,  wyjątkowa.  Było  to  uczucie  równie  jej 

obce, jak prowadzenie drogiego samochodu. Wzruszenie szybko ustąpiło miejsca urazie. Zach 

nic nie rozumie, nie ma pojęcia o jej życiu.   

– Może tak ci się wydaje, ale tam, gdzie mieszkam, podobne okropności są na porządku 

dziennym.  Dlatego  haruję  jak  wół,  żeby  moja  siostra  mogła  skończyć  studia,  bo  tylko 

wykształcenie da jej szansę uniknięcia losu Sherry.   

–  Rozumiem.  –  Z  namysłem  skinął  głową.  –  To  znaczy,  chyba  zaczynam  rozumieć.  – 

Uśmiechnął się nieśmiało. – Jesteś niezwykle dzielną kobietą, Jenna. Jedną z niewielu kobiet 

w twojej sytuacji, które podejmują walkę, zamiast siedzieć z założonymi rękami i narzekać na 

zły los.   

Pochwała ta ogromnie ją zaskoczyła.   

– Co ty... to miłe... – wybąkała.   

– Czy do pomocy w ośrodku dla nastolatków przydałby ci się wolontariusz? 

Nie mogła uwierzyć własnym uszom. Ech, pewnie tak tylko mówi, bo chce być uprzejmy.   

–  Prawdę  mówiąc,  każdy  wolontariusz  jest  dla  nas  na  wagę  złota,  ale  przecież  jesteś 

lekarzem. I bez tego musisz ciężko pracować.   

–  A  ty  nie?  Ile  godzin  w  tygodniu  pracujesz?  –  zniecierpliwił  się  Zach.  –  Lubię 

koszykówkę, w swoim czasie grałem nawet w uniwersyteckiej drużynie. Mógłbym ich wiele 

nauczyć. Zastanów się, czy możesz odrzucić taką propozycję.   

Hm. Zach na pewno potrafi dać jej podopiecznym więcej niż ona. Byłaby egoistką, gdyby 

z  powodów  osobistych  pozbawiła  takiej  szansy  dzieciaki,  które  i  bez  tego  zostały 

wystarczająco pokrzywdzone przez los.   

– Masz rację, nie mogę – przyznała.   

Wymuszone  ustępstwo  wprawiło  Jennę  w  miłe  podniecenie.  A  więc  będą  się  często 

widywać.  Co  jej  chodzi  po  głowie?  Co  sobie  wyobraża?  Jego  propozycja  może  jedynie 

oznaczać  przyjaźń.  Tak,  Zach  jest  dobrym  człowiekiem,  z  którym  miło  się  będzie 

zaprzyjaźnić.   

– No to sprawa załatwiona. Ale jeszcze się zastanów i daj mi znać, jak będziesz zupełnie 

pewna.   

Najchętniej by ją pocałował, i to nie kiedyś w dogodnej chwili, ale już teraz, w szpitalnej 

poczekalni. Z trudem opanował niestosowną pokusę, która kłóciła się z powziętym wcześniej 

postanowieniem, że jego i Jennę będzie łączyć jedynie przyjaźń.   

–  Wracajmy  do  helikoptera  –  powiedziała  Jenna,  wstając  z  ławki.  –  Nate  pewnie  się 

zastanawia, gdzie się podziewamy.   

– Posiedź jeszcze chwilę – poprosił, lecz Jenna stanowczo pokręciła głową.   

–  Nie,  musimy  wracać.  Jeśli  nie  będzie  innego  wezwania,  trzeba  chyba  polecieć  z 

background image

powrotem do centrum handlowego i sprawdzić, czy inne ofiary nie potrzebują pomocy.   

– Masz rację.   

Oczyścili nosze z krwi i przykryli je świeżym prześcieradłem, po czym wsiedli do windy 

i wyjechali na lądowisko na dachu. Nate faktycznie zaczynał się niecierpliwić.   

– Wracamy do centrum – zakomenderował Zach, kiedy zajęli miejsca w śmigłowcu.   

Nate poderwał helikopter, zatoczył szeroki łuk i skierował się w ku dzielnicy Riverbend. 

Jednocześnie połączył się z centralą, aby się upewnić, czy nie ma innych wezwań.   

Przed centrum stało nadal kilka ambulansów. Jenna i Zach, wszedłszy do środka, zaczęli 

każde  na  własną  rękę  rozglądać  się  za  ofiarami  strzelaniny  wymagającymi  natychmiastowej 

pomocy. Większość poszkodowanych doznała tylko powierzchownych obrażeń, niemniej po 

paru chwilach Jenna przywołała Zacha.   

–  Tam  leży  mężczyzna,  który  doznał  poważnego  urazu  głowy  –  powiedziała.  –  Uderzył 

się, upadając na podłogę. Poza guzem na głowie nie ma widocznych obrażeń, więc miano go 

odtransportować ambulansem, ale pojawiły się niepokojące zaburzenia neurologiczne.   

Zach  pochylił  się  nad  pacjentem.  Mężczyzna  o  imieniu  Jim  nie  otwierał  oczu  ani  nie 

reagował na światło.   

– Zgadzam się z tobą – powiedział. – Czy wiadomo coś o jego stanie zdrowia? Bo jeżeli 

przyjmuje  środki  obniżające  krzepliwość,  to  w  wyniku  uderzenia  mogło  dojść  do 

wewnętrznego krwawienia.   

–  Nic  nie  wiadomo  –  odparł  klęczący  przy  chorym  medyk.  –  Ani  przynim,  ani  w  jego 

portfelu nie znaleźliśmy żadnych tego typu wskazówek.   

Osoby  przyjmujące  środki  rozrzedzające  krew  otrzymują  specjalne  bransoletki  albo 

mieszczące się w portfelu karty, informujące personel medyczny o ich stanie zdrowia. Wobec 

braku  jakichkolwiek  informacji  Zach  musiał  założyć,  iż  pacjent  nie  przyjmuje  żadnych 

lekarstw.   

– Jenna, nosze – powiedział. – Przed przewiezieniem do szpitala trzeba go dotlenić.   

Nie  musiał  jej  tego  dwa  razy  powtarzać.  Jenna  pobiegła  po  ekwipunek  i  w  parę  minut 

była  z  powrotem.  Zach  w  tym  czasie  zauważył  z  ulgą,  że  policzki  ofiary  lekko  różowieją. 

Obecni na miejscu wypadku ratownicy podłączyli tymczasem pacjenta do kroplówki, a Zach 

zaaplikował mu płyn zmniejszający ciśnienie osmotyczne.   

Wspólnie podnieśli chorego na nosze i ruszyli w kierunku helikoptera. Przed wejściem do 

centrum  roiło  się  od  ekip  telewizyjnych,  których  kamery  momentalnie  zwróciły  się  na  parę 

biegnących z noszami ratowników.   

– Gotów do odlotu – zameldował Nate.   

– Postaraj się nie staranować którejś z kamer – żartobliwie poradził mu Zach, wciskając 

kask na głowę.   

Mimo  że  chory  był  nieprzytomny,  Jenna  na  wszelki  wypadek  założyła  mu  słuchawki. 

Kolejny raz uwagę Zacha zwróciła jej drobiazgowa troska o wygodę pacjenta.   

– Prawdę mówiąc, chętnie bym im przyłożył – odparł Nate, patrząc na fotoreporterów.   

–  Prawdę  mówiąc,  ja  też  –  zgodził  się  Zach.  –  Jenna,  możesz  podać  mi  małą  latarkę? 

Chciałbym jeszcze raz obejrzeć jego źrenice.   

background image

–  Już  się  robi.  –  Podała  mu  latareczkę,  a  kiedy  skończył,  sama  pochyliła  się  nad 

nieprzytomnym. – Mam wrażenie, że prawa jest bardziej rozszerzona niż lewa.   

–  Uhm  –  pochwalił  ją  Zach.  –  A  to  świadczy  o  poważnym  uszkodzeniu  mózgu.  Prawa 

ź

renica słabo reaguje. Zdaniem ratowników, których zastaliśmy na miejscu, bezpośrednio po 

wypadku obie źrenice były podobnie rozszerzone.   

– Ma szansę? – zapytała Jenna.   

– Miejmy nadzieję. – Myśl, że mogliby stracić drugiego pacjenta w ciągu jednego dyżuru, 

odebrała mu humor. – Nate, lecimy do Trinity. Najszybciej, jak się da.   

– Tak jest.   

Podczas  gdy  Zach  czuwał  nad  pacjentem,  Jenna  uzupełniała  dokumentację  lotu  i 

sprawdzała,  czy  aparatura  jest  właściwie  podłączona.  Miała  w  pewnym  sensie  trudniejszą 

pracę  niż  on.  Zach  mógł  całą  uwagę  poświęcić  pacjentowi,  ona  natomiast  musiała 

wykonywać jednocześnie wiele różnych czynności. Podziwiał sprawność, z jaką sobie z nimi 

radziła.   

Był bardzo zadowolony, że ma Jennę za partnerkę. Przede wszystkim ze względu na jej 

fachowość, ale nie tylko. Bo prawda wyglądała tak, że wciąż chciał ją pocałować. Kiedy po 

odwiezieniu poprzedniej ofiary usiedli na chwilę w szpitalnej poczekalni, uprzytomnił sobie, 

ż

e  od  blisko  roku  nie  spotykał  się  z  żadną  kobietą.  Od  czasu  zerwania  zaręczyn  żadna  nie 

zainteresowała go na tyle, by chciał się z nią umówić.   

Jenną też nie powinien się interesować. Byłoby dla niego lepiej, gdyby przestał tak silnie 

reagować na jej bliskość.   

– Czy nie należałoby założyć mu cewnika? – zapytała.   

Zach  wzdrygnął  się  lekko.  Dobrze,  że  Jim  jest  nieprzytomny  i  nie  słyszy  jej  pytania. 

Niemniej skinął głową.   

– Lądujemy za pięć minut – zameldował Nate. Szybko założywszy cewnik, Jenna wróciła 

do papierkowej roboty, ale po minucie podniosła oczy.   

–  Objawy  czynności  życiowych  w  miarę  stabilne,  oddawanie  moczu  obfite.  Oby  tylko 

ciśnienie utrzymało się w normie – zauważyła.   

Zach zmusił się do skupienia uwagi na pacjencie.   

–  Byłoby  niedobrze,  gdyby  zaczęło  się  podnosić  –  powiedział.  –  W  szpitalu  na  pewno 

natychmiast podłączą go do monitora mierzącego ciśnienie śródczaszkowe.   

– Słyszałam, że jest taka aparatura, ale nigdy jej nie widziałam.   

W jej tonie nie było cienia żalu czy pretensji do losu, niemniej Zach pomyślał nie po raz 

pierwszy,  że  Jenna,  która  ma  wszelkie  dane  po  temu,  by  studiować  medycynę,  zajmuje  się 

wyłącznie  tym,  by  wyższe  wykształcenie  zapewnić  swej  młodszej  siostrze.  A  szkoda,  bo 

mogłaby zostać świetną pielęgniarką, a nawet lekarzem.   

Przez całą noc napływały  kolejne wezwania.  Zach był z tego zadowolony. Przynajmniej 

czas szybko mijał. Dopiero koło piątej rano mogli usiąść i trochę się odprężyć.   

–  Jeszcze  tylko  dwie  godziny  –  mruknęła  Jenna,  siadając  z  westchnieniem  na  kanapie. 

Wyciągnęła  przed  siebie  nogi,  odrzuciła  głowę  na  oparcie  i  przymknęła  oczy.  –  Jestem 

wykończona.   

background image

Był ciekaw, czy paznokcie jej stóp są nadal pomalowane na różowo.   

– Nie wyspałaś się wczoraj? 

– Nie bardzo – odparła z lekkim ziewnięciem.   

– Mogę ci zadać jedno pytanie? Natychmiast się wyprostowała i otworzyła oczy.   

– Jeśli koniecznie musisz.   

– Czy wykupisz samochód z naprawy, jeżeli pożyczę ci pieniądze? 

– Nie – odparła krótko i stanowczo.   

– Mogę wiedzieć, dlaczego? 

– Bo z zasady nie wydaję pieniędzy, których nie mam. – Chwilę mu się przyglądała. – A 

poza  tym  nie  ma  sensu  zaciągać  długu  na  naprawę  samochodu.  Od  dzieciństwa  jeżdżę 

autobusami.   

Od  dzieciństwa?  Nie  umiał  sobie  tego  wyobrazić.  Wszystkie  dzieci,  jakie  znał,  były 

odwożone i odbierane ze szkoły przez któregoś z rodziców albo sąsiadów.   

– Musiałaś wcześnie zacząć sobie radzić – zauważył.   

–  Uhm.  –  Najwyraźniej  nie  miała  ochoty  na  ten  temat  rozmawiać.  Zach  czuł,  że  nie 

powinien o nic więcej pytać, lecz ciekawość okazała się silniejsza.   

– Wcześnie straciłaś rodziców? 

– Mama zmarła parę łat temu, ale ojciec dawno znikł z pola widzenia. – Mina Jenny nie 

zachęcała do dalszych pytań.   

Historia jej życia była zapewne bardziej złożona, lecz Zach nie miał pojęcia, jak skłonić 

Jennę  do  zwierzeń.  Prawdę  mówiąc,  nie  był  nawet  pewien,  dlaczego  jej  losy  tak  bardzo  go 

interesują.  Niemniej  dziewczyna  niewątpliwie  zasługuje  na  to,  by  okazać  jej  pomóc,  a  on 

chętnie by takiej pomocy udzielił, choć podejrzewał, iż ta chęć płynie nie tylko z przyjaźni.   

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Jenna pluła sobie w brodę, że przystała na propozycję  Zacha i zgodziła się, by  trenował 

jej podopiecznych.   

Od  tamtej  pory  minął  tydzień.  Rae  zdążyła  w  tym  czasie  zdać  maturę.  Obie  przebrnęły 

przez  ten  okres  prawie  bezboleśnie.  Wraz  z  początkiem  wakacji  treningi  koszykarskie  stały 

się  szczególnie  ważne,  jako  jedyne  zajęcie  utrzymujące  dzieciaki  z  dala  od  ulicy.  Jenna 

obawiała  się  wprawdzie,  iż  Zach  w  ostatniej  chwili  wszystko  odwoła,  lecz  on  dotrzymał 

słowa. Zjawił się na pierwszy trening punktualnie o dziewiątej rano.   

Teraz  obserwowała  z  boku,  jak  zwołuje  uczniów  i  tłumaczy  im  kolejne  zadania.  Przez 

pierwszy  kwadrans  chłopcy  demonstrowali  Zachowi  swoje  lekceważenie,  które  jednak 

momentalnie prysło, kiedy dał pokaz własnej gry.   

Jenna nie była ekspertem od koszykówki – trenerem została po przeczytaniu kilku książek 

wypożyczonych z miejscowej biblioteki. Jednak nawet ona szybko się zorientowała, że Zach 

musiał  być  na  studiach  świetnym  graczem.  Na  pewno  mógł  zostać  zawodowcem.  A  jednak 

wybrał zawód lekarza. Widocznie ma nie po kolei w głowie.   

W  miarę  jak  się  rozgrzewał,  biegając  po  boisku  i  wykonując  próbne  rzuty,  chłopcy 

zaczęli się trącać łokciami i z rosnącym uznaniem kręcić głową. Teraz mijała druga godzina 

treningu, a oni po prostu chłonęli każde jego słowo.   

–  Czy  wszyscy  wiedzą,  co  mają  robić?  –  zapytał.  Jenna  stworzyła  dwie  drużyny:  jedną 

złożoną  z  chłopców,  drugą  z  dziewcząt.  Zach  ofiarował  się  szkolić  oba  zespoły.  –  Dobra. 

Ustawcie się po dwu stronach kosza i rzucajcie na zmianę.   

Chłopcy o dziwo bez szemrania spełnili polecenie, po każdym rzucie oddając sobie piłkę, 

jakby od dawna przywykli do dyscypliny. Jenna każdy udany strzał nagradzała oklaskami.   

– Super! Tylko tak dalej! – wykrzykiwała. W duchu przyznała, że jest sto razy  lepszym 

kibicem niż trenerem. Zach podszedł do niej.   

– Masz ochotę się przyłączyć? – zapytał.   

– Ja? Ależ skąd, gram jak noga – odparła ze śmiechem.   

– Naprawdę? – zdziwił się. – To skąd ci przyszło do głowy, żeby ich uczyć gry w kosza? 

–  To  proste.  Dzieciaki  chciały  w  coś  grać,  koszykówką  wszyscy  się  pasjonują,  więc 

nauczyłam się reguł gry, które okazały się wcale nie takie trudne. Może jestem niezdarna, ale 

nie jestem głupia.   

– Na pewno nie – przyznał, podszedł bliżej i ujął jej dłoń w obie ręce. – Ani niezdarna. 

Wręcz odwrotnie. Jesteś bardzo bystra, a do tego czarująca.   

Dłonie  Zacha  były  silne  i  gorące,  a  jednocześnie  delikatne.  Jenna  z  trudem  opanowała 

chęć rzucenia mu się w ramiona. Zwariowała czy co? 

–  Dziękuję  za  miłe  słowa  –  wybąkała.  Szybko  cofnęła  rękę,  mówiąc  sobie,  że  nie 

powinna nawet myśleć o jakimkolwiek zbliżeniu. Tak emocjonalnym, jak i fizycznym. Zach 

jest dobry i mądry, niemniej on i ona należą do  dwu odrębnych, obcych  sobie światów.  Nie 

mają  z  sobą  nic  wspólnego.  –  Zdaje  się,  że  chłopcy  skończyli  drugą  kolejkę  rzutów  – 

background image

zauważyła.   

– Aha. – Z wyraźnym żalem wrócił na boisko. – W porządku, chłopcy! A teraz podzielcie 

się na dwie drużyny. Chcę zobaczyć, jak sobie radzicie na pozycjach.   

Zajął  się  na  nowo  swymi  młodymi  podopiecznymi,  jednak  serce  Jenny  wciąż  biło  w 

przyspieszonym tempie. Wzięła na uspokojenie kilka głębokich oddechów, lecz jej oczy i tak 

ś

ledziły postać Zacha, a nie to, co działo się na boisku.   

– Weźcie się w garść, chłopcy, więcej skuteczności! – zawołał Zach. – Najważniejsze to 

dobiec z piłką pod kosz i wykonać rzut, zanim dogoni cię obrona! A własna obrona musi to 

umożliwić za wszelką cenę. Ruszać się! Z życiem! 

Jenna  oderwała  oczy  od  Zacha  i  rozejrzała  się  po  boisku.  Zdumiało  ją,  jak  pobudzająco 

podziałał na chłopców okrzyk nowego trenera. Ich wysiłki momentalnie się wzmogły. Biegali 

jak  w  ukropie,  atakując,  broniąc  się,  wykonując  strzały,  natychmiast  zawracając,  gdy  udało 

się  odebrać  przeciwnikowi  piłkę.  Po  paru  minutach  poczuła  się  zmęczona  od  samego 

patrzenia.   

Jeden z zawodników musiał się chyba potknąć w biegu, gdyż runął z rozpędu na ziemię. 

Kolega z drużyny pochylił się nad nim.   

– Panie doktorze! – zawołał. – Damien coś sobie zrobił.   

Zach podbiegł do leżącego. Jenna za nim.   

– Cofnijcie się, chłopcy! – zawołał Zach. – Pozwólcie mi go obejrzeć.   

Jenna i Zach uklękli obok poszkodowanego. Chłopak stracił przytomność. Czyżby aż tak 

mocno  uderzył  głową  o  podłogę?  Jenna  zaczęła  mierzyć  mu  puls,  gdy  tymczasem  Zach 

odciągnął powiekę chłopca, by obejrzeć źrenicę.   

– Puls nieregularny, przyspieszony – szepnęła.   

– Czy kiedykolwiek miał kłopoty z sercem? – zapytał Zach.   

– Nic mi o tym nie wiadomo – odparła urażonym tonem. – W ośrodku każdy zawodnik 

przechodzi  raz  na  dwa  lata  kompletne  badania.  Mam  w  biurze  kartę  zdrowia  Damiena,  ale 

dobrze  wiem,  kto  z  moich  podopiecznych  ma  problemy  ze  zdrowiem  i  na  pewno  nie  ma 

wśród nich Damiena.   

–  Źrenice  reagują  i  nie  są  rozszerzone  –  mruknął  Zach.  –  To  by  wskazywało,  że 

przyczyną utraty przytomności nie był uraz głowy.   

–  Damien,  słyszysz  mnie?  –  Lekko  potrząsnęła  chłopca  za  ramię.  –  Damien,  spróbuj 

otworzyć oczy.   

Powieki chłopca drgnęły, po czym się uniosły.   

– Co się stało? 

– Właśnie usiłujemy to ustalić – odparł Zach. – Co czujesz? 

–  Chce  mi  się  rzygać  –  z  brutalną  szczerością  oświadczył  chłopak,  chwytając  się  za 

brzuch.   

–  Nie  ruszaj  się.  –  Zach  podniósł  wzrok  na  Jennę.  –  Trzeba  go  odtransportować  do 

szpitala dziecięcego.   

–  Jasne.  –  Jenna  wyciągnęła  komórkę  i  wybrała  numer  911,  prosząc  o  pilne  przysłanie 

karetki.   

background image

Popatrzyła  z  niepokojem  na  Damiena.  Wśród  jej  podopiecznych  zdarzały  się  już 

przypadki  dolegliwości  sercowych  wskutek  eksperymentów  z  kokainą.  Czy  Damien  zrobił 

coś tak głupiego? Miała nadzieję, że nie, lecz musiała się upewnić.   

–  Powiedz  mi  szczerze,  czy  nie  miałeś  ostatnio  do  czynienia  z  narkotykami?  Crackiem 

albo kokainą? 

–  Słowo  daję,  że  nie.  Dałem  sobie  z  tym  spokój.  Czyli  dawniej  brał.  Czy  wcześnie 

zażywane narkotyki mogły uszkodzić mu serce? Niewykluczone.   

– Narkotyki? – zdziwił się Zach. – Ja bym raczej podejrzewał syndrom Quicka.   

–  Co  to?  – Jenna  pierwszy  raz  słyszała  o  takiej  chorobie.  –  To  jakiś  rodzaj  dziedzicznej 

niewydolności serca? 

–  Zazwyczaj  tak.  –  Zach  ujął  nadgarstek  chłopca,  aby  jeszcze  raz  zmierzyć  mu  puls.  – 

Jedną  z  najczęstszych  przyczyną  nagłych  omdleń  u  młodych  ludzi  w  trakcie  intensywnych 

zajęć sportowych jest przerwa w pracy serca. Standardowe objawy to mdłości i zawrót głowy, 

prowadzące do utraty przytomności. – Twarz mu spoważniała. – Czasami nawet do śmierci. 

Na szczęście jego serce zatrzymało się tylko na krótki moment.   

Z tym Jenna mogła się zgodzić, choć nadal skłonna była złożyć zapaść Damiena na karb 

narkotyków. Zresztą wcale nie jest powiedziane, że nadal ich nie bierze, tylko nie chce się do 

tego przyznać, bo za narkotyki grozi wydalenie z ośrodka.   

Przeraźliwy  dźwięk  syreny  oznajmił  zbliżanie  się  karetki.  Zach  wstał  i  podszedł  do 

chłopców.   

– Przykro mi, ale musimy zakończyć dzisiejszy trening. Ale nie martwcie się, umówimy 

się na inny raz.   

Widząc  zawiedzione  miny  swoich  podopiecznych,  Jenna  chciała  w  pierwszej  chwili 

zaprotestować, lecz po namyśle przyznała Zachowi rację. Powinna pojechać z Damienem do 

szpitala,  a  Zach  nie  może  zostać  sam,  ponieważ  zgodnie  z  obowiązującymi  w  ośrodku 

przepisami podczas zajęć muszą być zawsze obecne dwie dorosłe osoby.   

Karetka  zajechała  pod  wejście  do  budynku  i  po  krótkiej  chwili  do  sali  wbiegło  dwóch 

mężczyzn z noszami. Jenna rozpoznała w nich Miguela i Kurta, z którymi pracowała czasami 

w pogotowiu i którzy udzielali się również w ośrodku.   

– Cześć, Jenna! – powitał ją Kurt. – Co słychać? 

–  No  właśnie  –  dodał  Miguel.  –  Od  dawna  się  nie  pokazujesz.  Zaczęliśmy  się  o  ciebie 

niepokoić.   

–  U  mnie  wszystko  dobrze.  Ale  teraz  zajmijcie  się  Damienem.  Ma  bardzo  nieregularny 

puls. Podczas gry w koszykówkę upadł nagle i stracił przytomność.   

Mężczyźni  pochylili  się  nad  chłopcem.  Podłączyli  go  do  przenośnego  monitora  i 

przeprowadzili ogólne oględziny.   

– Faktycznie, puls bardzo przyspieszony – stwierdził Miguel.   

–  Moim  zdaniem  należy  zastosować  betabloker  i  jak  najszybciej  przetransportować 

chłopaka do Trinity na oddział ratowniczy – wtrącił się Zach.   

Kurt i Miguel rzucili mu zaciekawione spojrzenia.   

–  Zach  jest  lekarzem,  pracujemy  razem  w  Lifeline  –  pospiesznie  wyjaśniła  Jenna.  –  A 

background image

teraz przełóżmy chłopca na nosze.   

Po paru minutach wszystko było gotowe. Młodzi koszykarze popatrywali niespokojnie na 

wywożonego  na  noszach  kolegę.  W  obliczu  grożącego  mu  niebezpieczeństwa  ich  twarze 

przybrały  dziwnie  bezradny,  niemal  dziecinny  wyraz.  W  niczym  nie  przypominali 

uzbrojonych  w  noże  chojraków,  którzy  tydzień  temu  przerwali  mecz  dziewczęcych  drużyn. 

Jenna odciągnęła Zacha na bok.   

–  Ja  muszę  chwilę  zostać,  żeby  zawiadomić  matkę  Damiena  i  zamknąć  ośrodek  – 

szepnęła. – Czy mógłbyś pojechać z nim do szpitala? Będę tam za pół godziny.   

– Jasne. – Zach sięgnął do kieszeni i podał jej kluczyki. – Bądź tak dobra i przyprowadź 

mój samochód.   

Jenna, chcąc nie chcąc, musiała się zgodzić.   

– Co jeszcze wymyślisz, żeby mnie zmusić do korzystania z twojego samochodu? 

– To się dopiero okaże. – Rzucił jej szelmowski uśmiech. – Do zobaczenia.   

Stanął z boku, czekając, aż Kurt i Miguel umieszczą nosze w karetce, po czym wsiadł za 

nimi tylnymi drzwiami.   

Odprowadziwszy  wzrokiem  odjeżdżający  ambulans,  Jenna  zwróciła  się  do  chłopców  z 

pytaniem: 

– Pomożecie mi zebrać z boiska sprzęt? 

Odpowiedział jej chóralny pomruk zgody. Podniesiona tym na duchu udała się do biura, 

by zawiadomić matkę Damiena o wypadku. Niestety matki nie było w domu, nie odebrała też 

telefonu  komórkowego,  wobec  czego  Jenna  była  zmuszona  nagrać  wiadomość.  Tymczasem 

przygaszeni wypadkiem chłopcy zdążyli załadować piłki na wózek i zawieźć je do magazynu. 

Paru  nadal  kręciło  się  po  sali,  jakby  chcieli  o  czymś  porozmawiać.  Pierwszy  odezwał  się 

Lucas: 

– Czy Damien wyzdrowieje? 

–  Czy  to  był  atak  serca?  –  dorzucił  Joey.  –  Mój  brat  miał  coś  podobnego,  kiedy  miał 

dwadzieścia cztery lata, a lekarz powiedział, że to od kokainy.   

– To możliwe – przyznała Jenna. Jej twarz spoważniała. – Kokaina robi w sercu straszne 

spustoszenia. A jeśli chodzi o Damiena, to jeszcze nie wiadomo. Może mieć wadę serca, ale 

wszystko się okaże po przeprowadzeniu badań.   

– Zawał przed osiemnastką, to by dopiero była obsuwa! – z ponurą miną zauważył Lucas.   

Chłopak  wydawał  się  szczególnie  poruszony  ostatnim  wydarzeniem.  Jenna  miała 

nadzieję,  że  przypadek  Damiena  zniechęci  chłopców  do  eksperymentowania  z  narkotykami. 

Klepnęła Lucasa w ramię.   

– Zawał to obsuwa niezależnie od tego, kiedy człowieka dopadnie – powiedziała.   

– Ale u starych to chyba normalne, nie? – zdziwił się.   

–  Koniec,  chłopcy!  –  przerwała  dyskusję  Jenna.  –  Muszę  jeszcze  przed  zamknięciem 

ośrodka umyć podłogę, a wy będziecie mi w tym tylko przeszkadzać.   

– Da nam pani znać, co z Damienem? – poprosił na odchodnym Lucas.   

– Jeśli tylko wyrazi na to zgodę – przyrzekła. – A teraz już was nie ma, bo inaczej nigdy 

nie dotrę do szpitala.   

background image

Po  wykonaniu  wszystkich  niezbędnych  czynności  zamknęła  drzwi  na  klucz  i  wyszła  na 

ulicę.  Znalazła  bez  trudu  samochód  Zacha  i  wsunęła  się  na  miękkie,  obite  beżową  skórą 

siedzenie. Zach musiał go kupić całkiem niedawno, gdyż wnętrze nadał pachniało nowością.   

Przez  moment  zatęskniła  za  poczuciem  swobody,  jakie  daje  posiadanie  własnego 

samochodu, którym można w każdej chwili dotrzeć w dowolnie wybrane miejsce. Jeśli w tym 

miesiącu nie wpłaci składki na uniwersyteckie konto Rae, będzie mogła odebrać swoje auto. 

Co  prawda  jej  rozklekotany  rzęch  nie  może  się  mierzyć  z  komfortowym  lexusem.  A  co 

gorsza,  gdyby  postąpiła  w  ten  sposób,  a  stare  auto  znowu  się  popsuło,  w  dalszym  ciągu  nie 

miałaby  czym  jeździć,  a  na  koncie  Rae  znajdowałoby  się  mniej  pieniędzy.  Czyli  skórka 

niewarta  wyprawki.  Bijąc  się  nadal  z  takimi  myślami,  wjechała  na  parking  szpitala 

dziecięcego.   

Zacha znalazła w poczekalni.   

– Gdzie on jest? – spytała przestraszona tym, że Zach siedzi sam. – Nie pozwolili ci być 

przy nim? 

–  Nie  denerwuj  się  –  odparł  uspokajającym  tonem.  –  Byłem  z  nim  przez  cały  czas,  ale 

teraz robią mu echokardiogram.   

Poczuła  skruchę.  Zach  jest  dobrym  i  przyzwoitym  człowiekiem,  nie  powinna  go  bez 

powodu atakować.   

–  Przepraszam,  ale  zrobiło  mi  się  przykro  na  myśl,  że  Damien  może  jest  sam  i  nie  ma 

przy nim przyjaznej duszy.   

–  Świetnie  cię  rozumiem.  –  Zach  posadził  Jennę  obok  siebie.  –  Jest  jedna  dobra 

wiadomość. Zrobiono mu badanie na obecność narkotyków we krwi i wynik był negatywny. 

Ponadto  po  wstępnym  EKG  lekarz  nie  wykluczył  syndromu  Quicka.  W  sumie  dzisiejszego 

omdlenia nie można przypisać zażywaniu narkotyków.   

– No dobrze.   

– No dobrze? To wszystko, co masz do powiedzenia? – obruszył się Zach. – Po tym, jak 

oskarżyłaś chłopaka o to, że jest ćpunem? 

Teraz ona poczuła się niesprawiedliwie zaatakowana.   

– Nie mów do mnie w ten sposób. Cieszę się, że badanie dało wynik negatywny. Ale ty 

zachowujesz się, jakbyś nigdy nie słyszał o pladze narkomanii wśród nastolatków. Nie masz 

pojęcia, ilu młodych ludzi z mojej dzielnicy eksperymentuje z narkotykami.   

– Nie wiem, czy nie przesadzasz. Najwyraźniej nie miał pojęcia o skali zjawiska.   

– Może czasem przesadzam i mam skłonność do czarnowidztwa, ale dzięki temu unikam 

wielu  złudzeń  i  zawodów.  Zresztą  sam  słyszałeś  Damiena,  który  przyznał  się  pośrednio  do 

jakichś kontaktów z narkotykami. A to mogło negatywnie oddziałać na stan jego serca.   

–  Wszystko  to  prawda,  niemniej  wolałbym,  żebyś  z  góry  tych  dzieci  nie  potępiała  – 

ciągnął swoje Zach. – Wolisz im przypisać wszystko, co najgorsze, żeby nie doznać zawodu. 

A potem mówisz, że to ja jestem egoistą.   

Zabolała ją ta uwaga.   

–  Nic  o  mnie  nie  wiesz  –  oburzyła  się.  –  Nie  wiesz,  jak  bardzo  mi  na  nich  zależy.  Nie 

masz  pojęcia,  ile  muszę  się  namordować,  namawiając  dorosłych,  żeby  zechcieli  poświęcić 

background image

trochę  czasu  na  bezinteresowną  pracę  w  ośrodku.  Gdybym  nie  przymusiła  Kurta  i  Miguela, 

zostałabym  praktycznie  sama.  A  gdyby  nie  moje  petycje  do  burmistrza,  ośrodek  dawno 

zostałby  zamknięty.  Więc  wypraszam  sobie  wygłaszanie  krytycznych  sądów  na  mój  temat, 

panie doktorze.   

– A tobie wolno stale mnie krytykować? – zrewanżował się, lecz znacznie łagodniejszym 

tonem.  Pojednawczym  gestem  wziął  ją  za  rękę.  –  A  w  ogóle,  to  bardzo  cię  lubię  i  szanuję. 

Jesteś najwspanialszą kobietą, jaką w życiu spotkałem. Uważam jednak, że czasami w swoich 

ocenach posuwasz się za daleko. Nie jest tak, że w Barclay Park mieszkają sami źli ludzie, a 

na Wzgórzu same anioły. Kto jak kto, ale ty powinnaś o tym wiedzieć.   

– To nie tak – odparła niepewnym tonem.   

W  słowach  Zacha  było  sporo  racji.  Bojąc  się  grożących  siostrze  niebezpieczeństw, 

skłonna  była  widzieć  wokół  siebie  jedynie  zło,  zapominając,  że  i  w  Barclay  Park  dzieją  się 

rzeczy godne uznania. Może tego dobra nie było dużo, na pewno mniej niżby sobie życzyła, 

lecz Zach ma rację, mówiąc, iż dzielnica ta nie jest siedliskiem samych okropności.   

–  Nie  powiedziałaś  tego  wprost,  ale  swoim  zachowaniem  dajesz  to  do  zrozumienia  – 

odparował Zach. – Trudno odmówić słuszności przysłowiu o tym, że czyny mówią więcej niż 

słowa.   

Nim  Jenna  zdążyła  zareagować,  do  poczekalni  wpadła  kobieta,  na  której  twarzy 

malowały się strach i rozpacz.   

–  Gdzie  mój  syn?  Nazywa  się  Damien  Goodman.  Jestem  jego  matką  i  muszę  go 

zobaczyć. Nie wiem, co mu się stało.   

Jenna wstała i podeszła do niej.   

– Dzień dobry, nazywam się Jenna Reed. To ja zostawiłam pani wiadomość, że Damien 

został  zabrany  do  szpitala.  Syn  czuje  się  już  lepiej,  ale  w  tej  chwili  robią  mu  jeszcze  dalsze 

badania. – Rzuciła Zachowi spojrzenie, w którym była prośba o pomoc. – Doktor Zach potrafi 

pani więcej powiedzieć niż ja.   

–  Ale  czy  mogę  zobaczyć  syna?  Bardzo  proszę  –  błagalnym  tonem  zwróciła  się  pani 

Goodman do dyżurnej pielęgniarki.   

–  Zaraz  się  dowiem,  kiedy  będzie  pani  mogła  do  niego  wejść  –  odparła  pielęgniarka, 

podnosząc słuchawkę.   

Tymczasem Jenna przedstawiła Zacha matce Damiena.   

– Byłem przy Damienie, kiedy badali go lekarze. Zbadano mu krew i podano lekarstwa na 

uspokojenie pracy serca. Ciśnienie krwi było w normie i już po paru minutach syn poczuł się 

znacznie lepiej.   

– Ale dlaczego? Co mu się stało? – Pani Goodman najwyraźniej nie rozumiała, z jakiego 

powodu Damien znalazł się w szpitalu.   

Jenna  milczała,  pozwalając,  by  Zach  opowiedział  zbolałej  matce  kolejne  wydarzenia, 

zaczynając  od  zemdlenia  podczas  treningu,  wezwania  karetki  i  przyjazdu  do  szpitala,  aż  po 

odbywające się w tej chwili badanie serca.   

– Pani Goodman, syn jest już w szpitalnej sali. Zaprowadzę panią do niego – odezwała się 

pielęgniarka.   

background image

–  Bardzo  panu  dziękuję.  –  Uścisnąwszy  Zachowi  dłoń,  pani  Goodman  pospieszyła  za 

pielęgniarką.   

–  Ja  też  nie  wiem,  jak  ci  dziękować  –  rzekła  Jenna,  obdarzając  Zacha  pełnym 

wdzięczności spojrzeniem. – Biedna kobieta strasznie się zdenerwowała.   

– Ty też byś się denerwowała, gdyby chodziło o Rae. – Ponownie ujął jej dłoń. Jenna nie 

miała siły jej cofnąć. – Chodźmy stąd, jestem piekielnie głodny. Zjemy coś, a potem odwiozę 

cię do domu.   

Już miała powiedzieć, że wróci do domu autobusem, lecz w ostatniej chwili ugryzła się w 

język. Zach ma chyba sporo racji, a ona czepia się go, bo ma mu za złe, że nie musiał dorastać 

w Barclay Park. Czyżby była „inną” snobką? 

To naturalne, że przyjaciele idą razem na lunch albo odwożą się do domu. Nie trzeba tego 

traktować  jak  randkę.  Mimo  tak  uspokajającego  wniosku  Jenna  przygładziła  włosy  i 

pożałowała swego zgrzebnego stroju.   

– Niezły pomysł – odparła niby obojętnym tonem. Zach nie powinien sobie pomyśleć, że 

jej zależy na jego towarzystwie. – Ja też zgłodniałam – dodała z nieśmiałym uśmiechem.   

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Uzyskawszy  zgodę  Jenny,  Zach  zaczął  się  gorączkowo  zastanawiać,  dokąd  zabrać  ją  na 

lunch.  Z  miejsca  wykluczył  eleganckie  restauracje,  a  to  głównie  ze  względu  na  to,  że  oboje 

byli ubrani w stroje sportowe. Pojechać do baru szybkiej obsługi? Zach nie był wybredny, nie 

chciał jednak, by Jenna pomyślała, iż jego zdaniem nie zasługuje na nic lepszego.   

Po  długim  namyśle  zdecydował  się  na  kompromis.  Zadzwonił  do  swojej  ulubionej 

włoskiej restauracji i zamówił jedzenie na wynos.   

Zerknął  z  ukosa  na  swą  towarzyszkę.  Wciąż  nie  mógł  do  końca  uwierzyć,  że  ma  Jennę 

obok  siebie.  Jeszcze  w  trakcie  prowadzenia  treningu  do  jego  świadomości  dotarła  pewna 

oczywista prawda. Ta mianowicie, że nie jest w stanie ignorować wrażenia, jakie robi na nim 

fizyczna atrakcyjność Jenny i nie wystarczy mu bycie jej przyjacielem.   

Musi  jednak  postępować  bardzo  ostrożnie,  żeby  jej  nie  wystraszyć.  Pierwszym  jego 

celem  powinno  być  zburzenie  tego  muru  samodzielności,  którym  się  obudowała.  Dlatego 

będzie na razie trzymał swoje pragnienia na wodzy.   

Siedzieli teraz w samochodzie na parkingu restauracji Giovani’s, czekając na zamówione 

jedzenie, a Zach zastanawiał się nad wyborem neutralnego tematu rozmowy.   

– Jak radzi sobie Rae? – zapytał.   

– Nie najgorzej – przyznała. – Przysiadła fałdów na tyle, żeby zdać końcowe egzaminy, a 

nawet poszła na uroczyste rozdanie matur. No i została przyjęta na studia. Mam nadzieję, że 

wyjdzie w końcu na ludzi.   

Zach uważał, że Jenna zanadto się upiera przy tym, by jej siostra skończyła studia, ale nie 

powiedział tego. Jej obsesja na tym punkcie i potrzeba sprawowania nad wszystkim kontroli 

ma pewnie swe źródło w ciężkich doświadczeniach dzieciństwa albo wczesnej młodości.   

– O ile Rae jest młodsza od ciebie? – zapytał.   

–  O  sześć  lat.  Miałyśmy  różnych  ojców,  choć  żaden  z  nich  nie  został  w  domu  na  tyle 

długo, żeby odegrać w naszym życiu istotną rolę.   

Poruszony jej brutalną szczerością, w pierwszej chwili nie wiedział, jak zareagować. Na 

szczęście  pracownik  restauracji  zapukał  w  szybę  samochodu.  Zach  otworzył  okno,  odebrał 

jedzenie  i  podał  kelnerowi  pieniądze  wraz  z  sutym  napiwkiem,  po  czym  spojrzał  na  Jennę, 

która z zadowoleniem pociągnęła nosem.   

– Uhm – mruknęła. – Pachnie wspaniale.   

– Zjedzmy lunch w parku – zaproponował, wyjeżdżając na ulicę. – Usiądziemy sobie na 

ś

wieżym powietrzu i będziemy się raczyć spaghetti z czosnkowym chlebem.   

– Pysznie. – Jenna otworzyła torbę i zajrzała do środka. – Ale pospiesz się, bo inaczej nic 

dla ciebie nie zostanie. Jestem głodna jak wilk.   

Do  parku  na  szczęście  nie  było  daleko.  Wysiadłszy  z  samochodu,  znaleźli  sobie  ładny, 

zaciszny  zakątek  i  w  pełnej  zadowolenia  ciszy  zabrali  się  do  pałaszowania  smakowitego 

dania. Widząc, w jakim tempie znika jedzenie, Zach był już gotowy wrócić do Giovani’s po 

dokładkę.   

background image

–  O  nie,  dziękuję,  już  się  najadłam  –  zaprotestowała,  rumieniąc  się  po  same  uszy.  – 

Wiem,  to  bardzo  nieładnie  tak  szybko  pochłaniać  jedzenie,  ale  musisz  mi  wybaczyć  złe 

przyzwyczajenia,  za  które  winę  ponosi  praca  w  pogotowiu.  Najpilniejsze  wezwania  zawsze 

przychodzą w trakcie przerwy na lunch.   

– Znam to. Na ratownictwie było to samo – odparł z uśmiechem. – Niemniej umieliśmy 

zadbać o nasze żołądki.   

Jenna roześmiała się. W jednej chwili twarz jej się rozjaśniła, a Zachowi  mocniej zabiło 

serce. Powinien sprawić, by częściej się śmiała.   

–  My  też  nie  dajemy  się  zagłodzić.  Jedyne,  co  potrafi  mnie  odstraszyć  od  jedzenia,  to 

robactwo.   

Mógł  sobie  tylko  teoretycznie  wyobrazić,  z  czym  się  stykała,  pracując  w  pogotowiu  w 

dzielnicy Barclay Park. Najwyższy czas zmienić temat.   

– Spodziewałem się spotkać dziś rano Rae w ośrodku. Dlaczego jej nie było? – zapytał.   

– Nie mogła przyjść, bo dostała na lato posadę w barze szybkiej obsługi.   

–  Poszła  do  pracy?  –  zdziwił  się  Zach.  Był  przekonany,  że  siostry  żyją  wyłącznie  z 

zarobków Jenny.   

– No pewnie. – Jenna popatrzyła na niego z politowaniem. – Nie wiem, co cię tak dziwi. 

Wyobrażałeś sobie, że będę płacić za jej telefon komórkowy i osobiste wydatki? Człowieku, 

oprzytomniej! 

Nie mógł się nie roześmiać.   

– Masz rację, musi się uczyć samodzielności. W końcu wkrótce skończy osiemnaście lat.   

– No właśnie. – Jenna zaczęła zbierać puste pojemniki i wkładać je do torby. – Dziękuję, 

to był wspaniały lunch. Jestem ci wdzięczna, że poświęciłeś nam tyle czasu. Niestety, muszę 

już jechać, Rae powinna wkrótce wrócić.   

Nie  chciał  jeszcze  odwozić  jej  do  domu,  lecz  zdecydowany  błysk  w  oczach  Jenny 

zamknął mu usta. Dokończywszy porządków, wstał i pomógł jej podnieść się z trawy.   

– No dobrze, chociaż miałem nadzieję, że zdążymy jeszcze porozmawiać i ustalić terminy 

następnych treningów.   

Spacerowym  krokiem  wrócili  do  samochodu,  wyrzucając  po  drodze  torbę  po  lunchu  do 

kosza.  Zach  otworzył  jej  drzwi  po  prawej  stronie,  a  gdy  wsiadła,  obszedł  samochód  i  zajął 

miejsce za kierownicą.   

– Musiałabym najpierw  sprawdzić plan innych zajęć w ośrodku – odezwała się Jenna. – 

Wynotuję wolne dni i godziny, a ty mi powiesz, które ci odpowiadają.   

–  Brzmi  to  rozsądnie.  W  razie  kolizji  mogę  się  dostosować,  zmieniając  pory  swoich 

dyżurów. – Jechali przez miasto, zmierzając w stronę jej domu.   

Zach nie chciał się z Jenną rozstawać, lecz od tak dawna nie spotykał się z kobietami, iż 

nie  wiedział,  co  zrobić,  żeby  z  nim  została.  Mógłby  zaproponować  wypad  do  kina,  ale  nie 

miał pojęcia, co gdzie grają. Nie wiedział również, czy w Miller Park odbywa się dziś mecz 

koszykówki ani czy Jenna lubi sportowe imprezy. W ogóle nie miał pojęcia, jak spędza wolne 

chwile.   

–  Nie  pogniewasz  się,  jeżeli  zadzwonię  do  szpitala  zapytać  o  Damiena?  –  spytała, 

background image

wyjmując telefon.   

–  Oczywiście,  że  nie.  –  Usłyszał,  że  rozmawia  z  dyżurną  pielęgniarką,  po  czym  prosi  o 

połączenie z pokojem chłopca. Po paru minutach zamknęła telefon.   

– Rozmawiałaś z nim? 

–  Nie,  w  jego  pokoju  nikt  nie  odpowiada,  a  pielęgniarka  niewiele  mogła  mi  powiedzieć 

poza tym, że Damien zostanie do jutra w szpitalu.   

– Na pewno robią mu kolejne badania i dlatego nie odebrał telefonu – uspokoił ją Zach. – 

Nie martw się, później do niego zadzwonisz.   

–  Oczywiście.  –  Uśmiechnęła  się.  –  W  każdym  razie  nie  został  przeniesiony  na 

intensywną terapię. To dobry znak.   

Zach zwolnił i po paru chwilach zaparkował przed domem Jenny.   

– Mam propozycję – powiedział. – Czy nie poszłabyś ze mną wieczorem do kina? Oboje 

nie mamy dziś nocnego dyżuru.   

Jenna,  która  trzymała  już  rękę  na  klamce,  odwróciła  się  w  jego  stronę.  Na  jej  twarzy 

malował się autentyczny żal.   

– Przykro mi, ale pracuję dziś w nocy w pogotowiu.   

– Nadal pracujesz w pogotowiu? 

–  No  cóż,  dorabiam,  gdzie  mogę.  Dziękuję  za  lunch  i  poprowadzenie  treningu.  Chłopcy 

wiele się nauczyli.   

– Jenna, jeszcze chwilę. – Nie wiedział, jak ją zatrzymać albo przynajmniej skłonić, aby 

zaprosiła go do domu. Ona tymczasem otworzyła drzwi i wysiadła.   

– Do zobaczenia! – Pomachawszy mu ręką jak pierwszemu lepszemu znajomemu, weszła 

do domu, zamykając za sobą drzwi.   

Patrzył w ślad za nią, poruszony do głębi jej ostatnim wyznaniem. Mimo pracy na dwóch 

posadach  Jenna  nie  może  sobie  pozwolić  na  naprawę  auta.  Wolał  nie  myśleć  o  rym,  na  co 

jeszcze brakuje jej pieniędzy.   

 

Parę dni później Jenna wstała wczesnym rankiem, myśląc z przyjemnością o czekającym 

ją  dziennym  dyżurze  w  Lifeline.  Wprawdzie  praca  w  zwykłym  pogotowiu  była  stosunkowo 

lekka, ale gdyby miała  wybór, wolałaby zostać  w służbie powietrznej. Nie tylko ze względu 

na wyższe zarobki, ale i ponieważ od lekarzy Lifeline więcej mogła się nauczyć.   

Zawód  ratownika  zadowalał  jej  ambicje,  dopóki  Zach  nie  podsunął  jej  myśli  o  podjęciu 

studiów.  Nie  rób  sobie  złudzeń,  mruknęła  po  nosem,  wchodząc  do  łazienki  i  rozpoczynając 

poranną toaletę od mycia zębów. Jej spojrzenie padło na kosz do śmieci. Zaintrygowana jego 

zawartością, pochyliła się i nagle nogi się pod nią ugięły.   

Na leżącym w koszu opakowaniu widniał napis: „Test ciążowy”.  Zamknęła oczy, mając 

nadzieję, że to przywidzenie i kiedy otworzy oczy, napis zniknie.   

Nie zniknął. Rae jest w ciąży albo przynajmniej to jej grozi. Wszystkie marzenia Jenny o 

zapewnieniu  siostrze  wykształcenia  mogą  rozpaść  się  w  proch.  Musi  się  upewnić.  Musi 

poznać prawdę. Natychmiast. Wyciągnąwszy opakowanie, zaczęła grzebać w koszu, szukając 

testowego paska. Czy wynik będzie nadal czytelny? Chyba tak.   

background image

Nic  nie  znalazła.  Wysypała  zawartość  kosza  na  podłogę.  Nadal  nic.  Gdzie  się  podział 

wynik? Co Rae z nim zrobiła? Pewnie zabrała do pokoju.   

Rae  nie  było  w  domu,  ponieważ  nocowała  u  swojej  przyjaciółki  Claire.  Czując  się  jak 

włamywacz  albo  szpieg,  Jenna  przeszukała  pokój  siostry,  ale  i  tu  nie  znalazła  tego,  czego 

szukała.  Spojrzała  na  zegarek.  Musi  się  pospieszyć,  jeśli  nie  chce  spóźnić  się  do  pracy. 

Pobiegła z powrotem do łazienki, by wziąć prysznic.   

Kiedy już była ubrana, weszła do kuchni, ale ze zdenerwowania nie była w stanie niczego 

przełknąć. Co będzie, jeśli siostra jest w ciąży? Jak sobie poradzą z dzieckiem? Skąd wezmą 

pieniądze na opłacenie żłobka albo opiekunki? Takie i inne rozpaczliwe myśli kotłowały się 

Jennie  w  głowie.  Chwyciwszy  baton  śniadaniowy,  popędziła  na  przystanek.  Wsiadła  do 

autobusu  w  ostatniej  chwili  i,  nie  patrząc  na  pozostałych  pasażerów,  opadła  na  pierwsze 

lepsze wolne siedzenie.   

Patrząc w okno, kolejny raz rozpamiętywała różne ewentualności. Może wynik testu był 

negatywny, a ona niepotrzebnie się zamartwia. Ale równie dobrze mógł wypaść pozytywnie i 

nie wiadomo, co je obie czeka.   

Zacisnęła powieki, wstrzymując cisnące się do oczu łzy. Same studia będą wymagać od 

Rae wysiłku, a gdyby miała do tego zajmować się dzieckiem, nie ma mowy, żeby dała sobie 

radę. Zwłaszcza że ani ona, ani Jenna nie mogą sobie pozwolić na porzucenie pracy.   

Co więcej, Jenna nie miała najmniejszej ochoty opiekować się dzieckiem siostry. Może to 

egoistyczne  z  jej  strony,  ale  tak  jest.  Zbyt  długo  marzyła  o  zapewnieniu  siostrze  solidnego 

wykształcenia,  a  w  przyszłości  dobrej  posady.  Nie  mówiąc  już  o  zrodzonym  niedawno 

pragnieniu, by samej pójść na studia.   

Pod  koniec  jazdy  Jenna  zdołała  jednak  opanować  miotające  nią  emocje  i  idąc  od 

przystanku do stacji Lifeline, starała się nie myśleć o osobistych kłopotach.   

– Cześć, Jenna – powitał ją Zach.   

– Cześć. Jak minęła noc? Mieliście wiele wezwań? 

– Nie było mnie na nocnej zmianie. Zamiast mnie dyżur wzięli Ethan i Kate. Jestem teraz 

na dyżurze razem z tobą.   

– Ach tak – odparła bez entuzjazmu.   

Nalała sobie kawy i udała się do pokoju odpraw.   

– Cześć Jenna, cześć Zach – przywitał ich Ethan, szeroko się uśmiechając. – Jeśli można 

coś wróżyć na podstawie minionej nocy, czeka was ciężki dzień.   

– Było gorąco? – spytał Zach.   

–  To  mało  powiedziane.  Najpierw  dwa  transporty  chorych  z  ostrego  dyżuru  na 

intensywną terapię, a poza tym istne szaleństwo wezwań do nagłych przypadków.   

–  Więc  może  wyczerpaliście  pulę  nagłych  przypadków  na  dzisiaj,  a  nam  nic  się  już  nie 

trafi – zażartowała Jenna. – Mogliście coś dla nas zostawić, żebyśmy nie posnęli.   

–  Daruj,  Jenna,  ale  to  nie  wina  Ethana,  że  przyciąga  ciężkie  przypadki  jak  magnes  – 

roześmiała się Kate. – Nasze dyżury zawsze tak wyglądają.   

– Były zejścia śmiertelne? – zapytał Zach. Ethan zrobił przeczący ruch głową.   

– Nie, przynajmniej na razie.   

background image

Jenna  dolała  sobie  kawy  i  wyłączyła  się  z  ogólnej  rozmowy.  Czy  jeśli  teraz  zadzwoni, 

Rae odbierze telefon? A jeśli nawet, czy odpowie na pytanie o test? 

– Jenna? – Dopiero poczuwszy na ramieniu rękę  Zacha, zadała sobie sprawę, że do niej 

mówi.   

– O co chodzi? 

– Czy coś ci jest? Źle wyglądasz.   

Jenna o mało się nie rozkleiła. Przez krótki moment miała ochotę przytulić się do niego i 

poprosić,  aby  ją  pocieszył  i  dodał  otuchy.  Była  jednak  tak  przyzwyczajona  radzić  sobie  w 

ż

yciu bez pomocy, że nie potrafiła zwierzyć się z kłopotów.   

– To nic, jestem tylko trochę zmęczona – odparła.   

– Jaka będzie pogoda? – zapytała, zwracając się do Nate’a.   

– Niezła. Tylko na południe zapowiadają przelotne opady, ale bez burz.   

Zadzwonił telefon. Jenna znajdowała się najbliżej, więc podniosła słuchawkę.   

–  Tu  centrala.  Dzwonili  przed  chwilą  ze  Szpitala  Summerset.  Proszą  o 

przetransportowanie  pacjenta  z  intensywnej  terapii  do  Trinity.  Czekamy  jeszcze  na 

wiadomość z Trinity, czy są gotowi na przyjęcie.   

–  Proszę  o  nazwisko  pacjenta  i  diagnozę.  –  Przyciskając  słuchawkę  brodą  do  ramienia, 

sięgnęła po pióro i zaczęła notować. – Dajcie znać, jak tylko dostaniecie odpowiedź z Trinity.   

– No to mamy pierwsze wezwanie – zauważył Zach.   

– A nie mówiłem? – Ethan uśmiechnął się pod nosem. – Powodzenia. Czeka was gorący 

dyżur.   

– Tak, zanotowałam – mówiła Jenna do słuchawki.   

–  Margaret  Ponches,  wiek  dwadzieścia  cztery  lata,  wczoraj  rodziła.  W  trakcie  porodu 

płyn owodniowy spowodował zator. – Zerknęła  na Zacha. – Czy to brzmi prawdopodobnie? 

Czy płyn owodniowy mógł przedostać się do krwi? 

–  Owszem,  i  to  jest  bardzo  groźne  –  przytaknął.  –  Nate,  warto  z  góry  przygotować 

helikopter.   

– Już jest wyprowadzony z hangaru. Czułem, że będzie robota – mruknął Nate.   

Wyglądało  na  to,  że  nocna  gorączka  będzie  trwała.  Jenna  byłaby  z  tego  nawet 

zadowolona,  bo  wolała  pracować  niż  siedzieć  i  się  zamartwiać,  gdyby  nie  to,  że  przypadek 

młodej  kobiety  z  poważnymi  komplikacjami  po  porodzie  będzie  jej  przypominał  o  sytuacji 

młodszej siostry.   

–  Jakiś  kłopot  z  Rae?  –  spytał  Zach,  kiedy  szli  na  lądowisko.  –  Nie  wyglądasz  na 

zmęczoną, tylko zmartwioną. Tak samo wyglądałaś po wypadku Damiena.   

– A właśnie, z Damienem wszystko w porządku – odparła, chcąc za wszelką cenę zmienić 

temat. – Wrócił wczoraj do domu.   

Ich pagery odezwały się w tej samej chwili. Centrala informowała, że Trinity jest gotowe 

na przyjęcie pacjentki. A także, że pacjentka jest podłączona do respiratora i są jej podawane 

ś

rodki powodujące skurcz naczyń.   

– Lecimy – oświadczyła Jenna, chwytając torbę i wsiadając do śmigłowca.   

Kiedy usadowili się w środku, Zach podjął nową próbę.   

background image

–  Widzę, że  masz  jakieś  zmartwienie.  Powiedz mi,  co  się  stało.  To  ci  przyniesie  ulgę,  a 

poza tym pozwoli lepiej się skoncentrować na pracy.   

– Nie chcę o tym mówić. – Sprawa była dla niej zbyt bolesna. Samo myślenie o możliwej 

ciąży  Rae  przyprawiało  Jennę  o  bolesny  skurcz  serca.  Zresztą  mogła  się  domyśleć,  jak  by 

Zach  zareagował.  Powiedziałby  pewnie,  że  Rae  jest  na  tyle  dorosła,  by  ponosić 

odpowiedzialność za swoje postępowanie. Jeśli chce mieć dziecko, to jej sprawa, a nie Jenny. 

I jeszcze by jej poradził, żeby pozwoliła siostrze samodzielnie układać sobie życie.   

Wszystkie  obawy  Jenny  wróciły  ze  zdwojoną  siłą.  Z  trudem  przełknęła  ślinę.  Wcisnęła 

guzik mikrofonu, by połączyć się z pilotem.   

– Nate, jak długo potrwa lot do Summerset? 

– Najwyżej dwadzieścia minut.   

– Dzięki. – Była zdziwiona, że do szpitala oddalonego o pięćdziesiąt mil można dolecieć 

w tak krótkim czasie. Zabrała się do wypełniania formularza lotu.   

– Nie mógłbyś zadzwonić i zapytać o aktualny stan pacjentki? Z tego, co słyszałam, jest 

bardzo ciężki – odezwała się po chwili.   

Zach w pierwszej chwili zmarszczył niechętnie brwi, ale po krótkim namyśle połączył się 

ze szpitalem.   

– Za pięć minut lądujemy – oznajmił Nate.   

Jenna  złożyła  papiery  i  jeszcze  raz  sprawdziła  zawartość  ratowniczej  torby.  Po  paru 

minutach helikopter usiadł na ziemi.   

Znalazłszy  się  w  szpitalu,  Jenna  i  Zach  bez  trudu  odnaleźli  oddział  intensywnej  terapii. 

Leżało tam tylko paru pacjentów, ale wokół jednego łóżka krzątało się kilkoro zatroskanych 

lekarzy i pielęgniarek.   

– Dziękujemy za szybkie przybycie. – Starszy pan, doktor Morris, jak informował napis 

na  przypiętej  do  jego  fartucha  tabliczce,  uścisnął  Zachowi  dłoń.  –  Staraliśmy  się 

ustabilizować  stan  pacjentki,  ale  nie  mając  w  tej  dziedzinie  większego  doświadczenia, 

uznaliśmy za wskazane odesłać ją pod opiekę specjalistów z Trinity.   

– Świetnie pana rozumiem. Poproszę o dokładniejszy opis stanu pacjentki.   

Podczas gdy Zach słuchał wyjaśnień doktora Morrisa, Jenna podłączała młodą kobietę do 

przenośnej  aparatury.  Margaret  nie  wyglądała  na  swoje  dwadzieścia  cztery  lata,  a  jej 

młodzieńczy wygląd nasuwał Jennie myśli o własnej siostrze.   

Dokończywszy  przygotowań  do  transportu,  Jenna  i  Zach  ruszyli  z  noszami  do 

helikoptera.  Cała  operacja  trwała  nie  więcej  jak  dwadzieścia  minut.  Po  ulokowaniu  się  we 

wnętrzu śmigłowca Zach wziął sprawy w swoje ręce.   

–  Trzeba  dać  chorej  środek  na  uspokojenie.  W  szpitalu  bali  się  to  zrobić  ze  względu  na 

niskie ciśnienie krwi.   

– Co mam przygotować? – spytała, sięgając do torby.   

– Daj na początek pięć miligramów versedu.   

Po  paru  sekundach  Jenna  podała  Zachowi  strzykawkę.  W  tym  momencie  helikopter 

wpadł w powietrzną dziurę i nastąpiła lekka turbulencja.   

–  Jenna,  co  to  ma  znaczyć?  –  ostrym  tonem  odezwał  się  Zach.  –  Prosiłem  o  versed,  a 

background image

dałaś mi verapamil.   

– Podałeś go do kroplówki? – przestraszyła się Jenna.   

Zaprzeczył ruchem głowy, a ona odebrała z jego rąk strzykawkę i serce jej zamarło, gdy 

odczytała napis na etykiecie.   

– O Boże! Strasznie przepraszam.   

– Nie przepraszaj, tylko podaj to, o co prosiłem.   

Drżącymi  palcami  schowała  do  torby  feralną  strzykawkę  i  wyjęła  właściwą.  Dwa  leki 

miały wręcz odwrotne działanie: ten, którego domagał się Zach, działał uspokajająco, podczas 

gdy  verapamil  regulował  zaburzenia  rytmu  serca.  Nie  wiadomo,  czym  by  się  skończyło, 

gdyby wprowadził lek do kroplówki, nie sprawdzając etykiety.   

Jenna  nie  wiedziała,  gdzie  podziać  oczy.  Gdyby  przed  wylotem  z  bazy  powiedziała 

Zachowi,  co  ją  trapi,  może  poczułaby  przynajmniej  częściową  ulgę  i  nie  byłaby  aż  tak 

podminowana.  A  teraz  musi  sama  opanować  nerwy  i  skupić  się  całkowicie  na  tym,  co  robi, 

zanim doprowadzi do nieszczęścia.   

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

– Ona krwawi z ust i nosa – szepnęła Jenna, spoglądając z przestrachem na Zacha. – Mam 

nadzieję, że nie jest to skutek tego, cośmy jej podali? 

–  Nie.  To  skutek  wewnątrznaczyniowej  koagulacji,  która  może  powodować  krwawienie 

albo tworzenie się zakrzepów.   

– Jesteś pewien, że nie ja jestem temu winna? 

–  Nie,  na  pewno  nie.  Jest  to  pośredni  skutek  przedostania  się  płynu  owodniowego  do 

krwi.  –  Jego  stanowczy  ton  trochę  ją  uspokoił.  –  W  szpitalu  dali  nam  świeżą  cytoplazmę. 

Podaj jej obie dawki.   

–  Już  się  robi.  –  Wykonała  polecenie  bez  słowa,  nie  wspominając,  że  pierwszy  raz  w 

ż

yciu  podaje  pacjentowi  świeżą  cytoplazmę.  Ale  ponieważ  był  to  produkt  krwiopodobny, 

więc  zastosowała  identyczną  procedurę,  przekonana,  że  Zach  bacznie  ją  obserwuje.  Boi  się 

pewnie,  by  nie  popełniła  kolejnego  błędu.  Gdy  jednak  podniosła  oczy,  zobaczyła,  że  jest 

zajęty przeglądaniem jej notatek.   

–  Jedyne,  co  możemy  zrobić,  to  dowieźć  ją  jak  najszybciej  na  miejsce.  –  Zach  był 

zafrasowany. – Środek uspokajający nie przyniósł poprawy, puls jest za wolny, a krwawienie 

powoduje dalszy spadek ciśnienia.   

–  Może  zwiększyć  intensywność  kroplówki?  –  zapytała.  –  Ciśnienie  spadło  poniżej 

sześćdziesięciu.   

– Ach, rzeczywiście, nie zauważyłem – przyznał Zach, spoglądając na monitor. – Dobrze, 

zacznij miareczkowanie dopaminy. Daj mi znać, jak dojdziesz do maksymalnej dawki.   

Skup  się,  nie  wolno  ci  popełnić  najmniejszego  błędu,  mówiła  sobie  w  duchu  Jenna, 

wykonując zalecone czynności.   

– Doszłam do ośmiu mikrogramów na kilogram na godzinę – oznajmiła. – Ale może dla 

pewności sprawdź.   

– Nie muszę. Mam do ciebie pełne zaufanie. Nie bój się, na pewno dobrze obliczyłaś.   

Na  wszelki  wypadek  ponownie  przeliczyła  dawkę  na  kalkulatorze.  Widząc,  że  ciśnienie 

krwi nadal spada, znowu zwiększyła dawkę.   

– Dopamina na maksymalnym poziomie – zameldowała.   

–  Do  lądowania  zostało  pięć  minut  –  usłyszeli  w  słuchawkach  głos  Nate’a.  –  U  was 

wszystko w porządku? 

– Jako tako. W Trinity potrafią zrobić więcej niż my – odparł Zach. A zwracając się do 

Jenny, dodał: 

– Zacznij podawać neosynefrynę.   

– Czy mam uprzedzić szpital, że wieziemy pacjenta w krytycznym stanie? – spytał Nate.   

– Nie trzeba. Trafi bezpośrednio na intensywną terapię, gdzie czeka zespół specjalistów.   

Jenna  wyjęła  pojemnik  neosynefryny,  ale  zawahała  się,  nie  mogąc  sobie  przypomnieć 

początkowej dawki. Zach musiał dostrzec jej wahanie.   

–  Podawaj  najpierw  0,  4  mikrograma  na  kilogram  na  godzinę,  a  potem  możesz  zacząć 

background image

miareczkowanie – podpowiedział.   

Nim usiedli na ziemi, zdążyła zawiesić pojemnik i nastawić kroplówkę. Kiedy skończyła, 

Zach  wyskoczył  z  helikoptera.  Pospiesznie,  ale  z  należytą  uwagą,  wyprowadzili  nosze  ze 

ś

migłowca i ruszyli na oddział, gdzie faktycznie czekał już na nich zespół specjalistów. Jenna 

pomogła  rosłemu  pielęgniarzowi  podłączyć  chorą  do  szpitalnej  kroplówki  i  aparatury 

monitorującej.   

– Cześć, nazywam się Paul Anderson. Jestem tu pielęgniarzem. Miło mi cię poznać.   

– Mnie też. Jestem Jenna Reed, ratownik z Lifeline – odparła uprzejmie, chociaż nie była 

w nastroju do zawierania znajomości.   

Paul,  wyraźnie  zainteresowany  Jenną,  miał  ochotę  wdać  się  z  nią  w  rozmowę,  lecz 

przeszkodzili mu w tym  Zach i szpitalny specjalista.  Zach złożył specjaliście raport o stanie 

pacjentki  i  lekach  zastosowanych  podczas  transportu,  a  gdy  skończył,  tamten  z  aprobatą 

skinął głową, po czym zwrócił się do pielęgniarza.   

–  Paul?  Przygotuj  kartę  chorej.  –  Wspólnymi  siłami  przenieśli  Margaret  z  noszy  na 

szpitalne łóżko.   

Jenna odsunęła nosze i sama stanęła z boku, słuchając, jak  Zach i miejscowy specjalista 

omawiają przypadek Margaret. Po paru minutach zebrali swój sprzęt i opuścili szpital. Nate w 

rekordowym czasie dowiózł ich do Lifeline. Jenna chyba jeszcze nigdy nie odczuła takiej ulgi 

po powrocie do bazy.   

Podczas gdy  Zach kończył dokumentować lot, ona poszła do magazynu uzupełnić zapas 

leków i sprzętu. Ku jej zaskoczeniu Zach po paru minutach znalazł się u jej boku i, wziąwszy 

uzupełnioną o leki torbę, poprowadził Jennę do poczekalni. Szybkie spojrzenie upewniło go, 

ż

e są sami.   

–  Siadaj!  –  Zdziwiona  jego  poważnym  tonem,  posłusznie  usiadła.  Zach  zajął  miejsce 

obok  i  ująwszy  jej  dłonie,  powiedział:  –  Porozmawiaj  ze  mną,  bardzo  cię  proszę.  Pierwszy 

raz,  odkąd  cię  znam,  popełniłaś  błąd.  Nie  mam  o  to  pretensji,  nikt  nie  jest  nieomylny.  – 

Speszona Jenna spuściła oczy. – Ale widzę, że od rana czymś się gryziesz.   

W pierwszej chwili chciała zaprzeczyć, ale czuła, że wykręty nie mają sensu.   

–  To  prawda,  mam  poważne  zmartwienie  –  powiedziała.  –  Chodzi  o  Rae,  dlatego 

popełniłam ten idiotyczny błąd.   

Zach przyciągnął ją do siebie i otoczył ramieniem.   

– Powiedz, co się stało – poprosił.   

Nie powinna pozwolić na takie czułe gesty, w dodatku w miejscu pracy, ale nie miała siły 

go  odepchnąć.  Bliskość  Zacha  dodawała  jej  otuchy,  a  poza  tym  sprawiała  czysto  fizyczną 

przyjemność.   

– Dziś rano znalazłam w łazience wyrzucone do kosza opakowanie po próbie ciążowej. – 

Z trudem przełknęła ślinę. – Tylko Rae mogła jej potrzebować.   

–  O  rany!  Nic  dziwnego,  że  jesteś  podminowana.  Jej  ciąża  byłaby  niewątpliwie 

problemem. Ale niezależnie od wyniku testu, zamartwianie się na zapas nic nie zmieni.   

–  Wiem.  –  Od  razu  zrobiło  jej  się  lżej  na  sercu.  Fakt  podzielenia  się  zmartwieniem  z 

drugą  osobą  przyniósł  przynajmniej  chwilową  ulgę.  Zbyt  długo  musiała  samodzielnie 

background image

dźwigać  na  swoich  barkach  ciężar  odpowiedzialności  za  młodszą  siostrę.  A  gdyby  do  tego 

pojawiło się dziecko, chyba by się załamała.   

Takie myślenie to egoizm, zgromiła się w duchu.   

Może  Rae  pragnie  tego  dziecka.  Może  jej  chłopak  też.  Na  samą  myśl  o  tym,  że  Nelson 

mógłby się do nich sprowadzić, Jennę przeszedł zimny dreszcz.   

– Co mogę dla ciebie zrobić? – spytał Zach.   

– Dziękuję, Zach, ale już mi bardzo pomogłeś. Przez to, że mnie wysłuchałeś.   

–  Pamiętaj,  że  nie  jesteś  sama  –  szepnął.  Delikatnie  odgarnął  jej  pasmo  włosów  z 

policzka. – Wiem, co to znaczy martwić się o los kochanej osoby.   

–  Założę  się,  że  nigdy  nie  miałeś  tego  rodzaju  kłopotów  –  odparła,  usiłując  się 

uśmiechnąć.   

–  Wyobraź  sobie,  że  miałem  –  odrzekł.  –  Moi  rodzice  rozwiedli  się,  kiedy  byłem  w 

ostatniej  klasie  szkoły  średniej.  Po  odejściu  matki  ojciec  stał  się  jeszcze  surowszy  niż 

przedtem. Zwłaszcza wobec Eve, mojej młodszej siostry. – Zamilkł na moment. – Im bardziej 

się buntowała, tym bardziej ojciec wzmagał nad nią kontrolę. Skutek był taki, że pewnej nocy 

uciekła z domu. Z początku mieliśmy nadzieję, że wróci za dzień albo dwa, a gdy nie wracała, 

zaczęliśmy jej szukać: przez policję, prywatnych detektywów i wszelkimi innymi sposobami. 

Ale nasze poszukiwania długo nie przynosiły rezultatu, to znaczy przez cztery miesiące.   

–  Och,  Zach,  to  okropne!  –  zawołała  Jenna,  przejęta  losem  szesnastoletniej  dziewczyny 

błąkającej się samotnie po mieście.   

–  Tak,  to  było  okropne  –  przyznał  ze  smętnym  uśmiechem.  –  Kiedy  się  wreszcie 

odnalazła, była inną osobą. Jakby w ciągu czterech miesięcy postarzała się o wiele lat. Nigdy 

nie  chciała  mi  powiedzieć,  co  się  z  nią  przez  ten  czas  działo,  ale  miałem  najgorsze 

podejrzenia.  –  Jenna  nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  Łatwo  mogła  sobie  to  najgorsze 

wyobrazić. –  Zmierzam  do tego –  ciągnął  Zach  – że mimo najlepszych chęci nie byliśmy  w 

stanie odwrócić tego, co się stało. Jedyne, co mogłem zrobić, to pomóc Eve zacząć życie od 

nowa.   

–  Czyli  chcesz  powiedzieć,  że  mam  pozwolić,  aby  moja  niemądra  siostra  poniosła 

konsekwencje swojej lekkomyślności – rzekła Jenna, próbując opanować przypływ rozpaczy. 

–  Przyszłość  stała  przed  nią  otworem.  Jak  mogła  zrobić  coś  tak  głupiego?  Widocznie  nie 

umiałam jej wychować.   

– Zrobiłaś dla niej wszystko, co mogłaś – zaprotestował. – Ale myślę, że najwyższy czas, 

aby Rae zaczęła sama ponosić odpowiedzialność za swoje czyny. Przestań za każdym razem 

ratować ją z kłopotów. Kiedy znów złamie przyjęte reguły, powiedz jej, że nie będziesz dłużej 

płacić za jej naukę.   

–  To  nie  takie  proste.  Jeżeli  Rae  jest  w  ciąży,  odkładanie  pieniędzy  na  naukę  przestanie 

mieć  sens,  bo  nie  będzie  mogła  podjąć  studiów.  Po  co  miałaby  iść  na  uniwersytet  na  jeden 

semestr?  Bo  skąd  wziąć  pieniądze  na  opiekę  nad  dzieckiem  w  trakcie  zajęć  i  wykładów?  Ja 

nas obie utrzymuję, ale na nic więcej mnie nie stać.   

– Nie zadręczaj się na zapas, skoro nie wiesz nawet, jaki był wynik tego testu. – Ujął ją 

pod  brodę,  obracając  jej  twarz  ku  sobie.  –  Wiem,  że  lubisz  być  przygotowana  na  najgorsze, 

background image

ale czasem nie warto martwić się na zapas.   

Czuła,  że  Zach  ma  rację.  Musi  opanować  nerwy,  bo  w  końcu  zrobi  coś  naprawdę 

głupiego i straci pracę.   

Zach pochylił się nad nią. Zaraz mnie pocałuje, pomyślała. Nie cofnęła się. Rozpaczliwie 

pragnęła poczuć jego usta. W pierwszej chwili delikatny i niepewny, jego pocałunek stał się 

gorący i namiętny. Jenna zarzuciła mu ręce na szyję i przywarła do niego.   

Jak on cudownie całuje! Niespiesznie i metodycznie, jakby na całym świecie nie było nic 

ważniejszego. Jakby nie byli w poczekalni ratowników, do której w każdej chwili mógł ktoś 

wejść. Jakby czas przestał się liczyć.   

Na szczęście nikt im nie przeszkodził. Zach oderwał się od jej ust i szepnął do ucha: 

– Nie zamierzam przepraszać. Pragnę cię, Jenna. Zadrżała z podniecenia. Gdyby jeszcze 

wiedziała, jak zareagować. Odetchnęła głęboko i zwilżyła wargi.   

– Nie oczekuję przeprosin – rzekła.   

–  Cieszę  się.  –  Zatopił  w  niej  spojrzenie  swoich  zielonych  oczu.  –  Czy  zgodzisz  się 

przyjechać do mnie wieczorem po dyżurze? Zrobię kolację.   

Kusiło ją nie tyle jedzenie, co perspektywa jego  towarzystwa.  Ale choć bardzo pragnęła 

przyjąć jego propozycję, wiedziała, że musi odmówić i czuła gniew na siostrę, która zmusza 

ją  do  zrezygnowania  z  tego,  co  sprawiłoby  jej  przyjemność  na  rzecz  czegoś,  co  było  więcej 

niż nieprzyjemne.   

– Pojechałabym do ciebie z chęcią, ale naprawdę nie mogę. Muszę wrócić do domu, żeby 

porozmawiać z Rae i wspólnie zastanowić się nad przyszłością.   

Przyjął jej odmowę zaskakująco dobrze.   

– Oczywiście, rozumiem. Więc może innym razem.   

– O tak, bardzo chętnie – odparła z wdzięcznością. – Chciałabym cię bliżej poznać.   

– A ja ciebie. – Przypieczętował swoje słowa kolejnym pocałunkiem.   

Odskoczyli  od  siebie,  słysząc  w  korytarzu  czyjeś  kroki.  Jenna  pospiesznie  wygładziła 

uniform,  a  Zach  uśmiechem  dodał  jej  otuchy.  Nate,  jak  się  zdaje,  niczego  nie  zauważył, 

niemniej  Jenna  była  tak  wytrącona  z  równowagi,  że  z  jego  informacji  na  temat  następnego 

lotu  usłyszała  tylko  piąte  przez  dziesiąte.  Wiedziała  już,  że  nie  uda  się  jej  plan  trzymania 

Zacha  na  dystans.  Zmierzają  prostą  drogą  do  romansu.  Wbrew  swoim  wcześniejszym 

reakcjom Jenna tym razem nie odczuwała strachu czy niepokoju. Zach jest miły i delikatny, a 

do tego ma poczucie humoru. Nie mogła wprost uwierzyć własnemu szczęściu. Czym na nie 

zasłużyła? 

Po skończonym dyżurze Zach uparł się odwieźć Jennę do domu.   

– Czy w ciągu dnia udało ci się nawiązać kontakt z Rae? – zapytał w czasie jazdy.   

–  Nie  –  odparła  z  cichym  westchnieniem,  nie  bez  przyjemności  wodząc  ręką  po 

skórzanym  obiciu  siedzenia.  –  Miałam  nadzieję,  że  sama  zadzwoni,  ale  ponieważ  milczała, 

postanowiłam poczekać do spotkania w domu.   

–  Doskonale  cię  rozumiem.  – Wziął  ją za  rękę.  –  Daj  mi znać,  jeśli  po  rozmowie z  Rae 

będziesz miała ochotę pogadać. Przyjadę w każdej chwili.   

Okazuje  jej  życzliwość  i  zrozumienie,  co  jest  tym  cenniejsze,  że  Zach  nie  do  końca 

background image

pochwala jej sposób postępowania z młodszą siostrą.   

– Daj spokój, mieszkasz na drugim końcu miasta. Zresztą to nie twój problem, tylko mój.   

– Tak czy inaczej, zadzwoń.   

Nie zamierzała skorzystać z propozycji, niemniej była za nią wdzięczna.   

– Czy umowa na sobotni trening dziewczęcej drużyny nadal stoi? – spytała, aby zmienić 

temat.   

– Jasne. Przecież obiecałem.   

Zajechali pod jej dom. Jenna usiłowała oswobodzić lewą rękę, lecz Zach nie zamierzał jej 

puścić.   

–  Wkrótce  się  zobaczymy.  –  Przyciągnął  Jennę  do  siebie  i  pocałował.  Nie  spieszył  się. 

Jennie również nie było pilno przerwać pożegnalny pocałunek. W końcu jednak wyrwała się z 

jego ramion. – Na razie – szepnął.   

–  Na  razie.  –  Kiedy  zatrzasnąwszy  za  sobą  drzwi,  ruszyła  w  kierunku  domu,  ku  swemu 

zaskoczeniu  zobaczyła  stojącą  na  schodach  Rae,  na  której  twarzy  malowało  się  wyraźne 

zaciekawienie.  Wywołane  pocałunkiem  Zacha  rozkoszne  podniecenie  rozwiało  się  jak 

poranna mgła. – Chodźmy do środka, musimy poważnie porozmawiać.   

–  To  był  ten  lekarz  z  Lifeline?  Nie  miałam  pojęcia,  że  coś  się  między  wami  dzieje  – 

zauważyła Rae, odprowadzając wzrokiem samochód Zacha.   

– Nic się nie dzieje. Jeden pocałunek o niczym nie świadczy. – Nie był to najlepszy wstęp 

do  rozmowy  o  ewentualnej  ciąży  Rae.  Dlaczego  siostra  akurat  w  tym  momencie  wyjrzała  z 

domu? Czyżby nie mogła się doczekać jej powrotu? Jennę ponownie ogarnęły złe przeczucia.   

Po  wejściu  do  domu  skierowały  się  do  kuchni  i  usiadły  przy  stole  naprzeciw  siebie.  Od 

czego zacząć? Najlepiej od razu przystąpić do rzeczy.   

–  W  koszu  w  łazience  znalazłam  opakowanie  po  próbie  ciążowej.  Powiedz  prawdę,  czy 

jesteś w ciąży? 

Rae zaczerwieniła się po białka oczu.   

– Mówisz poważnie? Naprawdę podejrzewasz, że jestem w ciąży? 

Jenna odetchnęła. Może próba dała negatywny wynik.   

–  Nie  ja  przyniosłam  test  ciążowy  do  domu,  więc  wniosek  sam  się  nasuwa.  Powiedz, 

jesteś  w  ciąży  czy  nie?  Bo  jeśli  tak,  to  trzeba  jak  najszybciej  zadzwonić  na  uniwersytet  i 

wycofać podanie o przyjęcie na pierwszy semestr, dopóki można jeszcze odebrać pieniądze.   

–  Masz  kompletnego  kręćka  na  punkcie  pieniędzy  –  oburzyła  się  Rae,  zrywając  się  z 

krzesła i podchodząc do lodówki. – Musisz mi stale wypominać, jak się dla mnie poświęcasz? 

Jenna westchnęła w duchu. Czy siostra celowo zmienia temat, unikając odpowiedzi na jej 

pytanie? 

– Nie mam kręćka ani niczego ci nie wypominam. Po prostu chcę znać prawdę, bo jeżeli 

jesteś w ciąży, pieniądze z czesnego będą potrzebne dla dziecka.   

–  Nie,  nie  jestem.  –  Rae  wyjęła  puszkę  coli  i  zatrzasnęła  lodówkę.  –  Jeśli  już  musisz 

wiedzieć, to próba nie była dla mnie, tylko dla Claire.   

Jenna  poczuła  niesamowitą  ulgę.  Rae  nie  zaszła  w  ciążę.  Dopiero  po  chwili  dotarło  do 

niej, że niebezpieczeństwo grozi najbliższej przyjaciółce Rae.   

background image

– A jak ona... co z Claire? 

–  Też  nie  jest  w  ciąży.  Na  szczęście.  –  Rae  zabrała  się  z  naburmuszoną  miną  do 

otwierania puszki. – Nie rozumiem, jak mogłaś mnie o coś takiego podejrzewać.   

Zdziwiona  reakcją  siostry,  nie  bardzo  wiedziała,  co  powiedzieć.  Czy  ma  ją  przepraszać, 

czy co? 

–  Postaw  się  w  mojej  sytuacji,  kochanie  –  zaczęła.  –  Co  byś  pomyślała,  gdybyś  to  ty 

znalazła  próbę  ciążową  w  naszej  łazience?  Nie  przyszłoby  ci  do  głowy,  że  kupiłam  ją  dla 

siebie? Więc postaraj się mnie zrozumieć.   

Rae pokręciła głową.   

– No może. Zwłaszcza po tym, jak całowałaś się w samochodzie z tym przystojniakiem. 

Bo gdybym wcześniej znalazła próbę ciążową w naszej łazience, nie miałabym pojęcia, co o 

tym myśleć. Przecież ty nie masz osobistego życia! 

– Jak to nie mam? – obruszyła się Jenna. – Ty jesteś moim życiem. Moja praca jest moim 

ż

yciem. Praca w ośrodku z twoimi rówieśnikami to też część mojego życia.   

– To nie jest życie! – Rae prychnęła. – Całe twoje życie obraca się wokół mnie. Bardzo 

cię kocham, Jen, ale musisz mi dać trochę swobody. No i powinnaś wiedzieć, że mam dosyć 

rozumu  na  to,  żeby  ustrzec  się  przedwczesnej  ciąży.  Myślisz,  że  w  moim  wieku  chcę  mieć 

dziecko? Zajmij się lepiej sobą, zamiast obsesyjnie troszczyć się o mnie.   

Jenna nie dała poznać, jak bardzo zabolały ją słowa siostry.   

– Moja troska o ciebie nie jest żadną obsesją – odparła z pozornym spokojem. Można by 

pomyśleć, że Rae jest w zmowie z Zachem, bo niemal dosłownie powtarza jego zarzuty.   

– To dlaczego zawsze przychodzą ci do głowy najgorsze podejrzenia na mój temat? 

– Wiem, jaka jesteś bystra i dlatego chcę ci umożliwić pójście na studia – odparła Jenna, 

uciekając  się  do  utartych  argumentów.  –  Nie  rozumiesz  tego?  Masz  wielką  życiową  szansę 

zbudowania sobie przyszłości według własnych pragnień.   

– Której ty nie miałaś. Wiem, Jenna. – Przynajmniej raz siostra okazała jej zrozumienie. 

Rae lekko uścisnęła siostrę. – Wiem, czego chcę od życia, i jak to osiągnąć – rzekła. – A tobie 

radzę, żebyś wreszcie zajęła się swoim własnym losem. Nie pogłębiaj mojego poczucia winy.   

– Nie chcę, żebyś się czuła winna. Przecież wiesz.   

– Wiem. Ale wiem również, jak bardzo sama pragnęłaś pójść na studia. – Rae cofnęła się 

od stołu, szerokim gestem wskazując ich staroświecką, choć nieskazitelnie czystą kuchnię. – 

Myślisz, że nie zdaję sobie sprawy, jak wiele dla mnie poświęcasz? Że za pieniądze na moje 

studia mogłabyś z powodzeniem odnowić dom i kupić lepszy samochód? 

–  Dom  jest  wystarczająco  dobry,  a  samochodu  nie  potrzebujemy.  Jeśli  o  mnie  chodzi, 

brakuje mi tylko czegoś do zjedzenia. Jestem głodna jak wilk.   

– Trzeba było pojechać dokądś z tym doktorkiem. Na pewno chciał cię zabrać na kolację. 

No, przyznaj się! 

Jenna  wetknęła  głowę  do  lodówki,  nie  tylko  po  to,  by  ukryć  rumieniec.  Była  naprawdę 

głodna.   

– Nie martw się, jesteśmy umówieni na sobotę – mruknęła.   

–  Dobre  i  to.  –  W  głosie  Rae  brzmiało  zadowolenie.  –  Mam  ochotę  poznać  bliżej  tego 

background image

doktorka. Musi być naprawdę niczego, jeżeli moja siostra się przez niego czerwieni.   

–  Koniec  gadania  –  oświadczyła  Jenna,  wyjmując  z  lodówki  pojemnik  z  jajkami.  –  Nie 

jesteś głodna? Mogę zrobić omlet dla nas dwóch.   

–  Niezła  myśl.  Pomogę  ci.  –  Rae  podeszła  do  szafki  i  wyjęła  patelnię.  Przez  chwilę 

pracowały  w  milczeniu.  Jennie  łzy  napłynęły  do  oczu.  Pierwszy  raz  od  lat  poczuła  się 

naprawdę starszą siostrą Rae. A nie jej matką.   

– Uważasz, że Zach jest przystojny? – zapytała. Rae entuzjastycznie pokiwała głową.   

– Bardzo. I bardzo mu się podobasz. Widziałam, jak na ciebie patrzy. – Rae zmarszczyła 

brwi. – Tylko nie schrzań tego, na litość boską! 

Zajęta  odwracaniem  omletu  na  patelni  Jenna  znieruchomiała  na  krótki  moment.  Ta 

smarkula ma rację. Sprawy z Zachem nie wolno schrzanić.   

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

– Wypadek samochodowy w WellsVernon. Małolaty urządziły sobie dziki wyścig i jeden 

z  samochodów  przekoziołkował  po  dachowaniu.  –  Zach  spojrzał  na  zegar.  Piąta,  do  końca 

dyżuru zostało ponad dwie godziny.   

– No to w drogę – mruknęła Jenna, ruszając do śmigłowca.   

Od  samego  rana  byli  tak  zajęci,  iż  Zach  nie  znalazł  czasu,  żeby  zaproponować  Jennie 

wspólną kolację.   

Kiedy sadowili się w helikopterze, a Jenna z miłym uśmiechem podała mu kask, Zachowi 

mocno zabiło serce. Chyba mu nie odmówi. Podczas ostatniego treningu dziewczęcej drużyny 

koszykarskiej  Jenna  parokrotnie,  drobnymi  gestami,  okazywała  mu  swą  przychylność  –  od 

czasu  do  czasu  przelotnie  musnęła  go  w  ramię,  a  gdy  stali  poza  boiskiem,  obserwując  grę 

podopiecznych,  niemal  się  do  niego  przytuliła.  No  i  nie  zaprotestowała,  gdy  na  oczach 

dziewcząt  pocałował  ją  na  pożegnanie.  Mimo  że  w  grupie  rozweselonych  dziewczyn  była 

również jej siostra, która rzuciła mu porozumiewawcze spojrzenie.   

Słuchając  komunikatów  pilotującego  śmigłowiec  Reese’a,  Zach  nie  spuszczał  z  Jenny 

oczu. W pewnej chwili ich spojrzenia się spotkały. Uśmiechnął się do niej, a ona do niego. Jej 

usta aż prosiły się o pocałunek.   

– Spodziewany czas lotu: piętnaście minut – zakomunikował Reese.   

Jenna  zajęła  się  wypełnianiem  formularza.  Zach  z  trudem  oderwał  od  niej  oczy  i  zaczął 

rozglądać  się  po  niebie.  Kiedy  helikopter  zniżył  lot,  szykując  się  do  lądowania,  jego  oczom 

ukazał  się  widok  szerokiej  polnej  drogi  i  leżącego  na  jej  poboczu  przewróconego  na  dach 

samochodu, wokół którego uwijała się grupa ratowników.   

Reese  posadził  helikopter  na  środku  drogi,  a  Jenna  natychmiast  wyskoczyła  na  ziemię, 

pobiegła  do  tylnych  drzwi  i  z  pomocą  Zacha  wyciągnęła  nosze.  Po  chwili  biegli  już  na 

miejsce  wypadku,  zdejmując  po  drodze  kaski.  W  odległości  niespełna  dziesięciu  metrów  od 

wywróconego  samochodu  leżała  na  ziemi  nieruchoma  postać,  nad  którą  stało  dwóch 

ratowników.  Druga  grupa  krzątała  się  przy  wraku,  usiłując  wydobyć  uwiezionego  w  środku 

kierowcę.  Z  boku  stał  inny,  chyba  nieuszkodzony  samochód,  w  którym  siedziało  dwóch 

całych i zdrowych, ale mocno wystraszonych nastolatków.   

Zach zbliżył się do wyrzuconej na drogę ofiary i natychmiast zdał sobie sprawę, iż jest nią 

dziewczyna w wieku Rae. Z pewnym niepokojem zerknął na Jennę.   

– Nic tu po was – oświadczył jeden z ratowników. – Zginęła na miejscu.   

Z gardła Jenny wydobył się nieokreślony okrzyk protestu.   

– Nie próbowaliście jej reanimować? – zdziwił się Zach. Wiedział z doświadczenia, że u 

młodych ludzi resuscytacja często daje pozytywny rezultat, nawet jeśli przez dłuższy czas nie 

dawali znaku życia.   

Ratownicy popatrzyli po sobie.   

–  Nie  –  odparł  jeden  z  nich.  –  Leżała  twarzą  do  ziemi,  z  mocno  wykręconą  głową.  Na 

pewno ma złamany kręgosłup. Według naszych obliczeń mózg był pozbawiony dopływu krwi 

background image

przez  kwadrans  albo  dłużej.  Nie  zorientowaliśmy  się  od  razu,  że  w  samochodzie  były  dwie 

osoby. Dziewczynę znaleźliśmy dopiero po paru minutach...   

Zach ze zrozumieniem skinął głową. Ratownicy nie popełnili błędu. Nie można ich winić 

o to, że nie od razu znaleźli drugą ofiarę wypadku. Jenna chciała coś powiedzieć, lecz w tej 

samej chwili od strony przewróconego samochodu rozległo się wołanie: 

– Doktorze, proszę szybko tutaj! 

Pobiegli  z  noszami  na  miejsce  wypadku.  Ratownicy  już  wcześniej  wybili  tylną  szybę  i 

jeden z nich wczołgał się do środka.   

– Sam nie dam rady  podłączyć  go do  aparatury,  za mało miejsca. – Mężczyzna spojrzał 

na Jennę przepraszającym wzrokiem. – Pani jest najmniejsza, proszę mi pomóc.   

–  Jasne,  już  się  robi.  –  Jenna  bez  chwili  wahania  wczołgała  się  do  samochodu  przez 

rozbite okno.   

Czekanie z boku, aż Jenna udzieli ofierze pierwszej pomocy, było dla Zacha trudniejsze, 

niż  mógł  przypuszczać.  Wolałby  sam  być  przy  pacjencie.  Minuty  ciągnęły  się  w 

nieskończoność. Na koniec ratownik zaczął wyczołgiwać się przez okno, trzymając w rękach 

jeden koniec długiej płyty, a po chwili wyłoniła się Jenna, podtrzymująca ją z drugiego końca.   

–  Trzeba  go  podłączyć  do  respiratora  –  powiedziała,  z  trudem  łapiąc  oddech,  kiedy 

przenosili  chłopca  na  nosze.  W  czasie  gdy  wykonywała  dalsze  czynności  i  podłączała 

kroplówkę,  Zach  dał  znak  pilotowi,  by  przyszykował  się  do  odlotu.  –  Twardy  brzuch, 

zapewne wskutek wewnętrznego krwotoku. Ciśnienie krwi niskie, ale na razie nie spada.   

– Trzeba się spieszyć – rzucił Zach. Chirurg musi jak najszybciej otworzyć brzuch. – Czy 

był przypięty pasem? 

– Tak – wtrącił ratownik. – Musiałem go odciąć.   

Jenna rzuciła znaczące spojrzenie w kierunku leżącej za poboczu nastolatki, jakby chciała 

powiedzieć, że też miałaby szanse przeżycia, gdyby zapięła pas.   

–  Krwawienie  jest  pewnie  spowodowane  uszkodzeniem  wątroby  albo  śledziony  –  dodał 

Zach. – Dlatego powinien znaleźć się jak najszybciej w szpitalu.   

–  Czy  mam  mu  podać  krew?  –  spytała  Jenna,  prowadząc  nosze  po  wyboistej  drodze  w 

kierunku śmigłowca.   

– Tak jest. Jak tylko wystartujemy.   

Kiedy  wsunęli  nosze  tylnymi  drzwiami  do  helikoptera,  Zach  pochylił  się  nad  chłopcem, 

chcąc sprawdzić, czy nie doznał śródczaszkowych obrażeń. Okazało się, iż oczy anonimowej 

ofiary  –  anonimowej,  bo  nie  znaleziono  przy  chłopcu  żadnego  dokumentu  –  reagują  na 

ś

wiatło, a ponadto chłopiec nie stracił władzy w kończynach. Zach odetchnął z ulgą.   

Podczas  lotu  stan  pacjenta  nie  uległ  zasadniczej  zmianie.  W  każdym  razie  dzięki 

podawaniu płynu i krwi udało się zapobiec dalszemu spadkowi ciśnienia.   

–  Lądujemy  za  pięć  minut  –  oznajmił  pilot.  Reese  doleciał  do  Trinity  w  rekordowym 

tempie.   

Zach  już  wcześniej  porozumiał  się  z  bazą,  toteż  zespół  lekarski  wiedział,  czego  się 

spodziewać.   

–  Zawieźmy  go  bezpośrednio  na  blok  operacyjny.  Analizy  można  zrobić  na  miejscu  – 

background image

zaproponował chirurg.   

Zach zgodził się z nim. Gdy tylko dotarli na blok, Jenna szybko przygotowała próbki do 

analizy  i  wypełniła  odpowiednie  papiery,  aby  laboranci  mogli  niezwłocznie  przystąpić  do 

pracy.  Teoretycznie  ich  obowiązki  na  tym  się  kończyły,  lecz  Zachowi  trudno  było  odejść. 

Konieczność  porzucenia  chorego  i  przekazania  go  w  cudze  ręce  była  dla  niego  najcięższym 

momentem pracy.   

Jenna podeszła i przez chwilę stała w milczeniu obok niego.   

– Musimy wracać – szepnęła w końcu. – Jest już wprawdzie po szóstej, ale jeśli przyjdzie 

następne wezwanie, będziemy musieli znowu lecieć.   

– To prawda – odparł, wracając do rzeczywistości. Jenna pewnie nie może zapomnieć o 

dziewczynie, która tam  zginęła. Miał ochotę otoczyć ją ramieniem, ale  musiał nieść torbę, a 

jednocześnie pchać nosze.   

–  Ze  złamanym  kręgiem  szyjnym  dziewczyna  i  tak  nie  miałaby  życia  –  wyjaśnił  Zach, 

gdy  znaleźli  się  na  powrót  w  śmigłowcu.  –  Nagła  śmierć,  zwłaszcza  kogoś  tak  młodego,  to 

rzecz okropna, ale na przyszłość oszczędzi jej rodzicom wielu cierpień.   

–  Pewnie  tak  –  westchnęła.  –  Nie  mogę  spokojnie  myśleć  o  tych  wszystkich  młodych 

ludziach, którzy niszczą sobie życie przez własną głupotę. Czuję się taka bezradna. Jedyne, co 

mogę zrobić, to prawić kazania.   

Zach  nie  był  pewien,  kogo  Jenna  ma  na  myśli  –  młodych  ludzi  w  ogóle,  czy  przede 

wszystkim własną siostrę? Pewnie to drugie.   

– Co byś powiedziała, gdybym po dyżurze zaprosił cię do siebie na kolację? – zapytał.   

Zaskoczona jego propozycją, podniosła oczy i przez chwilę wpatrywała się w niego, nic 

nie mówiąc. Potem na jej twarzy pojawił się uśmiech.   

– Chętnie dam się zaprosić – odparła.   

Ogarnęła  go  radość.  Przyjrzał  się  uważnie  jej  twarzy,  szukając  śladu  niepewności  albo 

wahania,  lecz  nic  takiego  nie  dostrzegł.  Zgoda  na  wspólną  kolację  to  dobry  znak.  Nie  mógł 

się doczekać, kiedy chwyci ją w ramiona i wycałuje.   

Opanuj  się,  Taylor,  ostrzegł  się  w  duchu.  Nie  bądź  w  gorącej  wodzie  kąpany.  Jenna  na 

pewno  nie  należy  do  kobiet  lekko  traktujących  stosunki  z  mężczyznami.  Jednocześnie  zdał 

sobie sprawę, jak mało w gruncie rzeczy o niej wie, i ogarnął go nagły niepokój. A jeśli Jenna 

okaże  się  podobna  do  jego  byłej  narzeczonej  i  niespodziewanie  pokaże  zupełnie  nowe 

oblicze? 

Podczas  lotu  wpatrywał  się  w  zwróconą  do  niego  profilem  twarz  Jenny.  Nie,  to 

niemożliwe, by okazała się kimś innym, niż była do tej pory. Tak naprawdę to Lynette jeszcze 

przed zaręczynami zdradzała upodobanie do pieniędzy i skłonność do narzucania swojej woli, 

tylko on wolał tego nie dostrzegać.   

Jenna w niczym jej nie przypomina. W każdym razie na pewno nie jest łasa na pieniądze. 

Nie  ma  wymagań,  jest  oszczędna.  Woli  jeździć  autobusem,  niż  zaciągnąć  dług  na  naprawę 

samochodu.   

Pracuje ponad siły, a pieniądze odkłada dla siostry, na jej studia. Lynette na pewno nigdy 

by się nie zdobyła na podobne poświęcenie. Jenna jest wobec Rae zbyt apodyktyczna, ale robi 

background image

to  jedynie  z  troski  o  jej  bezpieczeństwo.  Poza  tym  jest  wręcz  nadzwyczajna.  Żadna  ze 

znanych  mu  kobiet  nie  może  się  z  nią  równać.  Aż  podskoczył  na  siedzeniu,  zdając  sobie  ze 

zdumieniem  sprawę,  że  nigdy,  nawet  w  ich  najlepszych  czasach,  nie  żywił  wobec  Lynette 

uczuć tak gorących, jakie już teraz budzi w nim Jenna.   

 

Jenna  miała  wprawdzie  świeżo  w  pamięci  radę  siostry,  by  mniej  zajmowała  się  nią,  a 

więcej własnym życiem, niemniej jadąc do domu Zacha, czuła się nieswojo.   

Nie  mogła  zapomnieć  nieszczęsnej  dziewczyny,  która  padła  ofiarą  bezsensownego 

wyścigu  i  lekkomyślności.  Gdyby  znaleziono  ją  wcześniej  i  zdołano  odratować,  byłaby 

sparaliżowana  od  szyi  w  dół,  a  niedotlenienie  mogło  trwale  uszkodzić  jej  mózg.  Byłoby  to 

straszne dla niej i dla jej bliskich. Wspomnienie tragicznego wypadku przypomniało Jennie o 

kruchości  życia.  Jest  tak  ulotne,  trzeba  z  niego  korzystać,  póki  czas.  Teraz,  kiedy  Rae 

ukończyła  szkołę  i  wybiera  się  na  studia,  ona  też  może  sobie  pozwolić  na  drobne 

przyjemności.   

Polubiła  Zacha.  I  to  bardzo.  Kto  wie,  czy  nie  za  bardzo.  Zerknęła  na  niego  kątem  oka. 

Jego  duże  ręce  spoczywały  spokojnie  na  kierownicy.  Jest  znakomitym  lekarzem,  nigdy  nie 

zdoła mu dorównać ani wiedzą, ani doświadczeniem. A jednak ten wykształcony pan doktor z 

jakichś niezrozumiałych powodów znajduje przyjemność w jej towarzystwie. Czyżby czuł się 

samotny? 

Dojeżdżając  do  domu,  Zach  skręcił  w  boczną  uliczkę  i  kupił  pizzę.  Kiedy  w  chwilę 

później zaparkował przed swym okazałym kondominium i poprowadził Jennę do środka, ta z 

bijącym sercem spoglądała na nie mniej eleganckie wnętrze budynku.   

– Bądź łaskawa usiąść! – powiedział, kładąc pudło z pizzą na stole i odsuwając krzesło. – 

Na pewno jesteś głodna. Nie mieliśmy czasu dokończyć lunchu.   

Faktycznie,  w  połowie  lunchu  otrzymali  wezwanie  i  zgodnie  parsknęli  śmiechem  na 

wspomnienie niedawnej rozmowy w parku o tym, że ratownik rzadko może zjeść w spokoju 

lunch.   

Jenna  wyraźnie  się  odprężyła.  Pizza  okazała  się  wyjątkowo  smaczna.  Po  kolacji  Zach 

zaprosił ją do salonu.   

– Masz ochotę obejrzeć film? – zapytał.   

– O tak.   

Wsunął  kastę  do  odtwarzacza  DVD,  po  czym  usadowili  się  na  kanapie,  przytuleni  do 

siebie.   

Jenna rzadko chodziła do kina, toteż ekscytujący film akcji bardzo ją wciągnął. Ale tylko 

do  mementu,  kiedy  Zach  objął  ją  ramieniem  i  przyciągnął  do  siebie.  Film  w  jednej  chwili 

przestał ją interesować.   

Fakt,  iż  w  pokoju  panował  półmrok,  tylko  częściowo  rozproszony  światłem  płynącym  z 

ekranu, pomógł Jennie przezwyciężyć nieśmiałość. Wtuliła twarz w zagłębienie między szyją 

a  ramieniem  Zacha,  chłonąc  z  rozkoszą  jego  zapach  i  marząc,  by  ta  chwila  nigdy  się  nie 

skończyła.   

On tymczasem bawił się jej włosami, a po paru sekundach Jenna zdała sobie sprawę, że 

background image

uwalnia je z przytrzymującej opaski i zagłębia w nich palce.   

Przycisnęła  usta  do  jego  szyi.  Ciało  Zacha  stężało.  Powolnym  ruchem  ujął  jej  twarz  w 

obie dłonie.   

– Och, Zach! – zdążyła wyszeptać, zanim dotknął ustami jej warg.   

Pocałunek położył kres resztkom racjonalnego myślenia, Jenna znalazła się w wyłącznym 

władaniu  zmysłów.  Poddając  się  nieodpartemu  pożądaniu,  zaczęła  szarpać  zamek  u  jego 

spodni. Pragnęła go dotknąć już, natychmiast.   

Czuła, jak ręce Zacha przesuwają się coraz niżej po jej plecach, a gdy objęły jej pośladki, 

z  ust  Jenny  wydobył  się  głęboki  jęk.  Nigdy  jeszcze  nie  zaznała  podobnego  uczucia.  W 

dziedzinie  seksu  brakowało  jej  doświadczenia.  Nie  miała  na  to  czasu.  Całe  życie  jenny 

toczyło się wyłącznie wokół Rae i jej przyszłości.   

Czując,  co  się  z  nią  dzieje,  zrozumiała  nagle,  dlaczego  ludzie,  oddając  się  rozkoszom 

ciała,  często  zapominają  o  ich  potencjalnych  skutkach.  Zrozumiała,  że  pragnienie 

zaspokojenia fizycznego pożądania może być silniejsze od rozsądku. Pragnęła jak najszybciej 

pozbyć się ubrania i poczuć ręce Zacha na swoim ciele.   

Kiedy  jednak  zaczęła  ponownie,  szarpać  się  z  suwakiem  jego  spodni,  Zach  przytrzymał 

jej rękę.   

– Jeszcze nie. Poczekaj – szepnął.   

Poczekaj? Na co? Ma dwadzieścia cztery lata, zdecydowała się wreszcie pójść na całość, 

a on każe jej czekać? Spojrzawszy mu w oczy, wyczytała w nich namiętne pożądanie. Więc 

dlaczego? 

– Czy coś jest nie tak? – zapytała.   

–  Ależ  nie.  Jest  cudownie.  –  Ujął  jej  twarz  w  dłonie  i  czule  pocałował.  –  Cieszę  się,  że 

jesteś  ze  mną.  Ale  nie  chcę  cię  do  niczego  przymuszać,  jeśli  nie  jesteś  jeszcze  gotowa.  – 

Czyżby domyślił się, że to jej pierwszy raz? Zawstydzona spuściła oczy i pochyliła głowę. – 

No,  nie  rób  takiej  miny  –  poprosił,  osuwając  się  na  kanapę  i  pociągając  ją  za  sobą,  tak  że 

leżeli teraz twarzami do siebie. – Przecież musisz wiedzieć, jak bardzo cię pragnę.   

Może  jednak  nie  odkrył  jej  sekretu.  Zaczerpnęła  powietrza  w  płuca,  chcąc  uspokoić 

przyspieszony oddech, ale gdy jej piersi otarły się przy tym o jego tors, z wrażenia o mało nie 

zapomniała, co miała mu powiedzieć.   

– Nie musisz się powstrzymywać – szepnęła, z trudem odzyskując głos.   

–  Wiem,  że  nie  muszę,  aleja  też  mam  w  tej  sprawie  coś  do  powiedzenia  –  odparł  i 

obdarzył  ją  tak  czarującym  uśmiechem,  że  zadrżała  na  całym  ciele.  –  To,  że  jesteś  w  moim 

mieszkaniu, daje mi przewagę, której nie chcę wykorzystywać.   

–  W  takim  razie  pojedźmy  do  mnie.  –  Powiedziawszy  to,  zdała  sobie  sprawę,  że  siostra 

ma o jedenastej wrócić z pracy. Czy do tej pory zdążą zaspokoić swe pragnienia? Może tak.   

Zach parsknął głośnym śmiechem.   

– Nie wystawiaj mnie na zbyt ciężką próbę, bo ulegnę – odparł.   

– Jeszcze nigdy nie odczuwałam niczego podobnego – wyznała. Jak ma go przekonać, że 

jest gotowa na wszystko? – Ja też bardzo cię pragnę.   

– Na razie wystarczy, że jesteśmy razem tak jak teraz. – Pocałował ją kolejny raz, chyba 

background image

również po to, by zamknąć jej usta, bo gdy spróbowała pogłębić pocałunek, przewrócił ją na 

kanapie plecami do siebie. – Nie spieszmy się, Jenna, mamy mnóstwo czasu – szepnął jej do 

ucha. – Cieszmy się każdą chwilą. Na przykład obejrzyjmy do końca film.   

Chciała  dalej  protestować,  ale  Zach  trzymał  ją  mocno,  głaszcząc  od  czasu  do  czasu  i 

składając  delikatny  pocałunek  na  jej  szyi.  Jenna  powoli  zaczęła  się  uspokajać.  Film  jednak 

przestał ją interesować, gdyż straciła wątek. Po paru minutach zaczęły jej ciążyć powieki.   

Kiedy  otworzyła  oczy,  był  już  wczesny  ranek.  W  pierwszym  momencie  nie  wiedziała, 

gdzie jest. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że oboje usnęli w trakcie oglądania filmu, a 

ona właśnie stoczyła się z kanapy na podłogę.   

Jeszcze  niezupełnie  przytomna,  podniosła  się  na  nogi.  Zach  nadal  spał  w  najlepsze.  Z 

cichym westchnieniem ulgi wymknęła się na palcach z salonu.   

W kuchni zamknęła za sobą drzwi, wyjęła z kieszeni komórkę i zadzwoniła do domu. Co 

pomyśli Rae, kiedy się zorientuje, że siostra nie wróciła na noc? 

Telefon  dzwonił  i  dzwonił,  dopóki  nie  włączyła  się  automatyczna  sekretarka.  Jennie 

drżały ręce, kiedy wyłączała komórkę. Może Rae śpi tak mocno, że nie obudził jej dzwonek 

telefonu?  Jest  jeszcze  bardzo  wcześnie,  ledwo  minęła  szósta.  Zadzwoniła  ponownie  w 

nadziei, że siostra w końcu się obudzi i podejdzie do telefonu.   

Znowu  nic.  Jenna,  coraz  bardziej  zaniepokojona,  zadzwoniła  na  komórkę  Rae.  Dopiero 

po trzech sygnałach usłyszała lekko sepleniący głos siostry: 

– Cześć, to ty? 

– Rae, gdzie jesteś? – Słysząc w tle obce glosy, Jenna ze zdenerwowania zacisnęła z całej 

siły pałce na komórce. Siostra nie była sama. – Piłaś? 

–  Spoko,  siostrzyczko.  Nie  jestem  pijana,  tylko  niewyspana.  Bawiliśmy  się  do  białego 

rana. – Rae zachichotała. – Właśnie zamierzaliśmy się trochę przespać.   

–  Gdzie  jesteś?  I  co  robiliście  przez  całą  noc?  –  podniesionym  głosem  pytała  Jenna, 

krążąc  niespokojnie  po  kuchni.  Chciałaby  przenieść  się  jakimś  cudownym  sposobem  w 

miejsce, gdzie jest Rae, i sprawdzić, co się z nią dzieje. Siostra bez pozwolenia spędziła noc 

poza domem. W dodatku wcale nie była przekonana, że Rae i jej koledzy rzeczywiście nie pili 

alkoholu.   

–  Jestem  u  Claire.  Urządziliśmy  przyjęcie.  Zostawiłam  ci  wiadomość.  –  W  tle  ktoś  coś 

powiedział, a Rae znowu się roześmiała. – Cześć, Jen, do zobaczenia.   

Jenna  opadła  bezsilnie  na  krzesło.  Rae  miała  dziwnie  zmieniony  głos.  To  nie  może  być 

niewyspanie. Albo pili, albo próbowali narkotyków.   

Rae schodzi na złą drogę. Może sobie napytać biedy.   

A Jenna będzie temu winna.   

– Jenna, co ci jest? Czy coś się stało? – Rozczochrany Zach stał w drzwiach, spoglądając 

na nią z niepokojem.   

– Bardzo mi przykro, ale muszę uciekać. – Z trudem powstrzymywała łzy. To jej wina, że 

w  pogoni  za  własnym  szczęściem  nie  dopilnowała  siostry,  narażając  ją  na  niebezpieczne 

pokusy.  Dobrze  przynajmniej,  że  nie  przespała  się  z  Zachem.  Gdyby  tak  się  stało,  rozstanie 

byłoby jeszcze trudniejsze.   

background image

– Chodzi o Rae? Ma kłopoty? – domyślił się Zach. Podszedł do Jenny i położył jej obie 

ręce na ramionach.   

– Spędziła noc poza domem. Podejrzewam, że pila. – Wyrywając mu się z rąk, zahaczyła 

boleśnie biodrem o kant stołu. – Muszę jechać do domu.   

– Odwiozę cię.   

Tym  razem  nie  zaprotestowała.  Wiedziała  już,  że  autobusy  nie  dojeżdżają  do  jego 

dzielnicy.   

– Ona skończyła już osiemnaście lat – zwrócił jej uwagę, gdy wsiedli do samochodu.   

– Zgodnie z prawem alkohol jest dozwolony dopiero po ukończeniu dwudziestu jeden lat 

– ucięła ostro.   

– Tak, wiem, ale to naturalne, że młodzi lekceważą niekiedy ograniczające ich przepisy. 

Myślisz, że na studiach będzie inaczej? 

–  Nie  pozwolę,  żeby  Rae  zmarnowała  sobie  życie,  zapamiętaj  to  sobie  –  oświadczyła 

twardo.   

Resztę  drogi  pokonali  w  niemal  wrogim  milczeniu.  Kiedy  zajechali  przed  dom,  Jenna, 

która podejrzewała, że Zach będzie chciał wejść razem z nią, oświadczyła: 

– Przepraszam cię, ale nie możemy być razem. Nigdy więcej się z tobą nie spotkam.   

– Rozumiem twoje zdenerwowanie, ale nie odpychaj mnie, proszę. Wierz mi, ja naprawdę 

cię rozumiem.   

–  Nic  nie  rozumiesz.  –  Roześmiała  się  cierpko.  –  Nie  jestem  po  prostu  zdenerwowana, 

jestem przerażona. I mam po temu szczególne powody, bo nasza matka była alkoholiczką, a 

do tego narkomanką. Zmarła z przedawkowania, nie wiadomo, czy przypadkiem, czy celowo. 

– Widać było, że te słowa zrobiły na Zachu silne wrażenie. Może wreszcie zda sobie sprawę, 

jak  wiele  ich  dzieli.  –  Znalazłam  ją  martwą  w  kuchni  na  podłodze.  I  niech  mnie  piekło 

pochłonie, jeżeli pozwolę, żeby moja siostra poszła w jej ślady. Sprowadzę ją do domu i od 

tej pory nigdy więcej nie spuszczę z oka. Zegnaj, Zach.   

Na podkreślenie ostateczności swoich słów, z całej siły zatrzasnęła drzwi samochodu.   

– Zadzwonię w ciągu dnia – zawołał za nią, ale nie doczekał się odpowiedzi.   

Weszła do domu, ocierając łzy. Jeśli nawet zadzwoni, nie będzie to miało najmniejszego 

znaczenia.  Nigdy  więcej  nie  spotka  się  z  nim  poza  pracą.  Wystawiłaby  sobie  bardzo  marne 

ś

wiadectwo, gdyby dla paru godzin szczęścia poświęciła przyszłość własnej siostry.   

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

Zach  przyjechał  do  stacji  dobry  kwadrans  przed  czasem  w  nadziei  skłonienia  Jenny  do 

poważnej  rozmowy.  Od  kilku  dni  nie  odbierała  jego  telefonów.  Kiedy  dzwonił,  słuchawkę 

podnosiła Rae, mówiąc, że Jenny nie ma w domu.   

Po  tym,  czego  się  dowiedział  o  ich  matce,  lepiej  rozumiał  ostrą  reakcję  Jenny.  Ciarki 

przechodziły  mu  po  plecach,  ilekroć  wyobraził  sobie  kilkunastoletnią  dziewczynę,  która 

znajduje w kuchni martwe ciało własnej matki. Rodzice powinni ochraniać dzieci, zamiast je 

narażać  na  straszne  przeżycia.  Największy  podziw  budził  w  nim  fakt,  iż  po  takich 

doświadczeniach Jenna wyrosła na odpowiedzialną i zrównoważoną kobietę.   

Być może konieczność zajęcia się młodszą siostrą pomogła jej otrząsnąć się z koszmaru. 

Zach rozumiał ją teraz znacznie lepiej niż dotąd, a zarazem był zdecydowany przekonać ją, że 

musi zacząć myśleć o swoim osobistym szczęściu.   

W  sali  odpraw  zastał  Ivana,  Katel  Samanthę.  Ciekawe,  że  wszyscy  przyjechali  przed 

czasem. To znaczy wszyscy z wyjątkiem Jenny. Ale co tu robi Ivan, który nie był zapisany na 

dzisiejszy dyżur? 

– Cześć, Zach – powitała go Kate. – Coś jest nie w porządku? 

–  Miałem  nadzieję  zastać  Jennę.  –  Sięgnął  po  leżący  na  stole  grafik,  który  potwierdził 

jego podejrzenie. Nazwisko Jenny było wykreślone, a na jej miejsce wpisano Ivana.   

– Musiała wziąć wolny dzień, więc zamieniliśmy się dyżurami – wyjaśnił Ivan. – Czy to 

ź

le? 

Jeszcze jak! Źle jak cholera! Musi jej przecież w jakiś sposób wytłumaczyć, że spędzając 

noc  na  jego  kanapie,  nie  upodobniła  się  do  swojej  nieodpowiedzialnej  matki.  Że  jedno  z 

drugim nie ma nic wspólnego. Że jej również coś się w życiu należy. Nie może się całkowicie 

poświęcić  wychowywaniu  Rae  i  trosce  o  jej  los.  Mogliby  wspólnie  czuwać  nad  jej  siostrą. 

Niech da mu szansę i pozwoli sobie pomóc.   

– Nie, to nic ważnego – odparł.   

Ivan  jednak  nie  wydawał  się  przekonany.  No  trudno,  niech  sobie  myśli,  co  chce.  Na 

szczęście jutro sobota, Jenna będzie w ośrodku i już mu się nie wymknie. Może zdąży do tego 

czasu dojść do siebie i spojrzy na niego łaskawszym okiem.   

 

W  ośrodku  uwijała  się  gromada  młodych  koszykarzy,  których  pamiętał  z  ostatniego 

treningu.  Chłopcy  ćwiczyli  zagrania,  których  ich  nauczył.  Jego  zadowolenie  z  tego  powodu 

zmąciło  jednak  odkrycie,  że  dzisiejszy  trening  został  w  oczywisty  sposób  wyznaczony  bez 

jego wiedzy.   

Natychmiast  zauważono  jego  obecność.  Pierwszy  pomachał  mu  ręką  Damien,  który 

krzyknął na kolegów i już po chwili rzucili się hurmem, by go powitać.   

Widząc  poruszenie,  Jenna  odwróciła  się  i  na  widok  Zacha  zrobiła  niezadowoloną  minę. 

Nie mogła urządzić mu sceny na oczach dzieci, niemniej zachowanie spokoju kosztowało ją 

sporo wysiłku.   

background image

– Cześć, Jenna – powiedział jak gdyby nigdy nic. – Mam wolny dzień, więc może się na 

coś przydam.   

–  Proszę  bardzo  –  odparła  uprzejmie,  jednak  jej  oczy  mówiły  co  innego.  Jest 

niezadowolona z jego przyjścia, a co gorsza, nie ma ochoty na rozmowę.   

Wahał  się,  jak  postąpić.  Zostając,  zrobi  Jennie  przykrość,  ale  odchodząc,  sprawi 

chłopcom  zawód.  W  końcu  postanowił  zostać.  Nie  ma  powodu,  żeby  dzieciaki  ponosiły 

konsekwencje jego osobistych problemów.   

– Ćwiczenia nieźle wam idą, chłopcy, ale teraz pokażcie, czy umiecie to wykorzystać w 

grze – zaproponował.   

–  Robi  się!  –  Ruszyli  biegiem  na  boisko,  gdzie  przy  stanowisku  sędziego  stała  Jenna  z 

Miguelem i drugim, nieznanym Zachowi mężczyzną.   

– Czy Damien może już ćwiczyć? – upewnił się.   

– Oczywiście. Bierze przepisane leki, a ja mam go na oku. – Powiedziała to uprzejmym, 

lecz chłodnym tonem, jakby nie mieli za sobą wspólnych przeżyć. Takim tonem rozmawia się 

zwykle z nieznajomymi.   

Znowu  poczuł  się  dotknięty,  lecz  z  poczucia  obowiązku  wobec  chłopców  nie  przestał 

obserwować gry, zachęcając ich do zwiększenia wysiłku albo korygując błędy.   

Po  skończonym  treningu  nadal  kręcił  się  po  boisku,  nie  zważając  na  rzucane  w  jego 

kierunku niechętne spojrzenia Jenny. Dawała mu wyraźnie do zrozumienia, że nie jest tu mile 

widziany.  On  jednak  nie  da  się  wypędzić.  Będzie  tkwił,  dopóki  nie  nadarzy  się  okazja  na 

odbycie z nią rozmowy w cztery oczy.   

Chłopcy zbierali swoje rzeczy i opuszczali ośrodek, wykrzykując w jego stronę przyjazne 

pozdrowienia.   

– Co ty tu jeszcze robisz? – zapytała go Jenna, zbierając piłki i wrzucając je na wózek.   

– Musimy porozmawiać. Dlaczego nie odbierasz moich telefonów? 

–  Widocznie  nie  mam  ochoty  rozmawiać  –  odparła  ostrym  tonem.  Nie  zamierzała 

ułatwiać mu sytuacji.   

On jednak nie rezygnował.   

– Co z Rae? – zapytał, wrzucając na wózek piłkę.   

– Boczy się na mnie. Teraz wpadła na pomysł, że sama zapłaci za naprawę samochodu. 

Wyobraża sobie, że pozwolę jej prowadzić po tym, jak nie wróciła na noc do domu.   

Z nachmurzoną miną ruszyła z wózkiem do magazynu. Zach szedł za nią.   

–  Właściwie  dlaczego  nie?  Gdybyś  okazała  jej  więcej  zaufania,  mogłoby  się  okazać,  że 

potrafi podejmować rozsądne decyzje.   

–  Czego  ty  ode  mnie  chcesz?  –  zawołała,  odwracając  się  gwałtownie  i  spoglądając  mu 

prosto  w  oczy.  –  Tamtej  nocy,  kiedy  zasnęliśmy  u  ciebie  na  kanapie,  byłam  gotowa  na  coś 

więcej  niż  znajomość,  ale  ty  powiedziałeś  „nie”.  Wiesz,  co  myślę?  Boisz  się  bliższego 

związku, bo to zanadto zobowiązuje.   

–  Nieprawda  –  zaprotestował.  –  Chcę  być  z  tobą,  niczego  bardziej  nie  pragnę.  To  ty 

rezygnujesz z osobistego życia na rzecz Rae.   

Jenna z całej siły zatrzasnęła drzwi magazynu.   

background image

– Jest moją siostrą, Zach. Kocham ją i nie zamierzam się z tego tłumaczyć.   

–  Rozumiem,  że  jej  dobro  leży  ci  na  sercu,  ale  to  jeszcze  nie  powód,  żeby  wpadać  w 

rozpacz za każdym razem, kiedy coś nie idzie po twojej myśli – próbował jej perswadować.   

–  Lepiej  zajmij  się  własnymi  problemami  –  oświadczyła,  odwracając  się  i  ruszając  w 

kierunku  biura.  W  tym  momencie  w  budynku  pogasły  światła,  uniemożliwiając  dalsze 

prowadzenie beznadziejnego sporu. – Myślisz, że wysiadły korki? 

– Nie sądzę. Posłuchaj. – Gdy przestali na siebie krzyczeć, do wnętrza budynku zaczęły 

dochodzić odgłosy odległych  grzmotów. – Burza musiała uszkodzić linię elektryczną. Gdzie 

jesteś? – zapytał, szukając jej po omacku w pozbawionym okien korytarzu.   

– Tutaj. – Zrobiła w ciemnościach kilka kroków, po czym wzięła go za rękę. – Chodź – 

powiedziała, wymacując drzwi. – Muszę wracać do domu.   

Weszli do głównej sali i ujrzeli przez okno, jak kolejne błyskawice przecinają niebo. Po 

każdej z nich rozlegał się głuchy grzmot.   

– Odwiozę cię do domu. Nie możesz iść w taką ulewę.   

Jenna  tym  razem  nie  oponowała.  Zamknąwszy  na  klucz  drzwi  ośrodka,  popędzili  w 

strugach deszczu do samochodu.   

– Gdzie jest Rae? – spytał potem Zach.   

– Została w domu. – Jenna zagryzła wargi. – Zadzwonię do niej. – Przyłożyła komórkę do 

ucha, ale po chwili ją zamknęła. – Nie mogę się połączyć, słychać tylko trzaski.   

– Nie pracuje dzisiaj? 

– Dopiero po południu. Kiedy wychodziłam, siedziała w swoim pokoju, obrażona, że nie 

pozwalam jej zapłacić za naprawę samochodu. – Skręcili już w jej uliczkę. – O mój Boże! 

– Co takiego? 

– Och, Zach, drzewo spadło na nasz dom! 

Rzeczywiście.  Zach  zobaczył  wielkie  drzewo  rozłupane  na  dwie  części.  Jedna  z  nich, 

znacznie większa, leżała wbita w dach domu. W drzewo musiał uderzyć piorun.   

– Zach, szybko! Rae jest w środku! 

Na twarzy Jenny malował się paniczny strach. Zach dobrze znał to uczucie. Pamiętał, co 

czuł  tamtego  dnia,  gdy  zdał  sobie  sprawę,  że  jego  siostra  biegnie  ulicą  do  kolegi.  Szybko 

odepchnął od siebie złe wspomnienie.   

–  Rae,  Rae!  –  zaczęła  wołać  Jenna,  wyskakując  z  samochodu,  zanim  Zach  zdążył  na 

dobre zaparkować.   

– Jenna, poczekaj! – Zatrzymał auto i pobiegł za nią. – Uważaj, dach może się zawalić. – 

Złapał ją przed drzwiami.   

–  Puść  mnie,  muszę  ją  znaleźć.  Drzewo  zwaliło  się  na  dach  nad  jej  pokojem,  może  być 

ranna.   

–  Trzeba  zadzwonić  po  straż.  –  Obejmując  Jennę  w  pasie,  drugą  ręką  wyjął  z  kieszeni 

komórkę i zadzwonił pod numer 911. Na szczęście tym razem nie było zakłóceń i po chwili 

usłyszał w słuchawce głos dyspozytora.   

– Jaki wypadek pan zgłasza? 

Kiedy  był  zajęty  tłumaczeniem,  co  się  stało,  Jenna  wyrwała  się  i  wbiegła  do  domu. 

background image

Zakląwszy  w  duchu,  szybko  zakończył  rozmowę  i  pobiegł  za  nią.  Poraził  go  rozmiar 

zniszczeń. Schody na piętro były w dużej części zawalone.   

– Straż już jedzie.   

– Rae jest na górze. Musimy ją stamtąd wydostać – jęknęła Jeana przez łzy. – Musi być 

jakiś sposób, żeby do niej dotrzeć.   

– Nie, kochanie, zamiast jej pomóc, możemy jeszcze bardziej pogorszyć sytuację. Trzeba 

poczekać  na  strażaków.  –  Włożył  jej  do  ręki  komórkę.  –  Moja  działa,  spróbuj  do  niej 

zadzwonić.   

Jenna złapała telefon i wybrała numer. Po dłuższej chwili przecząco pokręciła głową.   

– Nic z tego, nie odbiera.   

– Nie słyszałem, żeby na górze dzwonił telefon. Może nie ma jej w domu. Mogła wyjść 

do pracy.   

– Muszę się upewnić, gdzie ona jest. – Głos Jenny był pełen rozpaczy.   

– Wiem, kochanie, pomoc zaraz nadjedzie.   

– Nie mogę tak czekać. Spróbuję się do niej dostać.   

– Spróbuj najpierw zadzwonić do jej przyjaciółek – poradził, byle zyskać na czasie i zająć 

czymś Jennę do przyjazdu strażaków.   

Rozumiał  przerażenie  Jenny  i  sam  modlił  się  w  duchu,  żeby  Rae  nie  było  w  pokoju  na 

górze. Nagle Jenna chwyciła go za rękę.   

– Słyszałeś? 

– Co? Nic nie słyszę.   

–  O,  znowu!  –  Jenna  podbiegła  do  częściowo  zrujnowanych  schodów.  Po  pokonaniu 

pierwszych stopni zatrzymała się, próbując usunąć z drogi kawał zawalonego sufitu.   

– Uważaj! – wrzasnął Zach.   

Rzucił się na ratunek i zdążył ściągnąć Jennę ze schodów sekundę przed tym, jak spadł na 

nie  kolejny  fragment  sufitu.  Przez  chwilę  stał  jak  oniemiały,  trzymając  ją  w  ramionach. 

Dopiero potem uświadomił sobie, co mogło się zdarzyć. Jenna też stała nieruchomo z głową 

wtuloną w jego tors. Pogłaskał ją po włosach.   

– Już dobrze. Nic się nie stało. Zaraz przyjedzie pomoc.   

Jenna wyprostowała się.   

– Słyszysz? 

Zach poważnie się zaniepokoił. Zaczynał podejrzewać, że Jenna dostaje histerii. Musi ją 

stąd  jak  najszybciej  wyprowadzić.  Przebywanie  w  zrujnowanych  domu  źle  na  nią  działa. 

Nagle zdał sobie sprawę, że z góry dochodzi czyjeś ciche wołanie. Twarz Jenny pojaśniała.   

– Słyszysz? Rae mnie woła. Jest na górze. Zach, ona żyje! 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 

– Rae, jestem tu! Na dole! – zawołała Jenna. Jej serce przepełniła radość. Rae żyje i jest 

przytomna! Patrzyła ze złością na blokujące schody odłamki sufitu. Oddałaby wszystko, żeby 

znaleźć się przy siostrze.   

Z ulicy dobiegł zrazu odległy, potem coraz silniejszy, przeraźliwy dźwięk syreny i przed 

domem  zatrzymał  się  strażacki  wóz.  Burza  tymczasem  odpłynęła,  a  deszcz  prawie  przestał 

padać.   

Zach pośpiesznie wyjrzał przed dom. Jenna też stanęła w drzwiach.   

– Czy to pani zgłaszała uwięzienie ofiary w uszkodzonym domu? – zapytał jeden z nich.   

–  Tak,  moja  siostra  została  uwięziona  w  pokoju  na  piętrze  –  odparła  Jenna.  –  Drzewo 

uszkodziło dach i schody.   

–  Rozumiem.  –  Szef  ekipy  skinął  na  swoich  ludzi.  –  A  państwa  proszę  o  opuszczenie 

domu.   

Jenna  z  ociąganiem  spełniła  polecenie.  Ku  jej  zaskoczeniu  strażacy  podjęli  akcję  na 

zewnątrz  budynku.  Zamiast  forsować  wewnętrzne  schody,  podnieśli  zamontowaną  na  wozie 

strażacką drabinę, aby dostać się do pokoju na piętrze przez dziurę w zdemolowanym dachu.   

Popatrzyła na Zacha z wdzięcznością. Wytrwał przy niej i robił, co mógł, by jej pomóc. 

Zach  przytulił  ją  do  siebie,  jakby  czytał  w  jej  sercu.  Nie  pierwszy  raz  daje  dowód,  że  umie 

odgadywać jej nastroje, pomyślała. Ale czy ona potrafi mu się odwzajemnić tym samym? Nie 

była sprawiedliwa, mówiąc mu, że myśli tylko o sobie.   

– Jestem w środku! – zawołał strażak, który pierwszy wspiął się na drabinę. – Znalazłem 

ją! 

Czy Rae jest przytomna? Może jest ciężko ranna i zdążyła się wykrwawić? Ałbo doznała 

poważnych złamań? A może...   

Z  dziury  w  dachu  wyłonił  się  strażak.  Obejmując  Rae  ramieniem,  pomógł  jej  wejść  na 

małą platformę na szczycie drabiny, po czym sam na nią wskoczył.   

– Jest cała! – Jenna nie posiadała się z radości, patrząc, jak strażacy opuszczają drabinę, a 

następnie zdejmują Rae z platformy i stawiają na ziemi.   

– Nie ma żadnych obrażeń – zapewnił Jennę pierwszy strażak. – Nic się jej nie stało, jest 

tylko w szoku.   

–  Nic  dziwnego,  ja  też  o  mało  nie  umarłam  ze  strachu  –  szepnęła  Jenna,  ściskając  ręce 

siostry.  Nie  mogła  powstrzymać  łez  wzruszenia.  Jej  mała  siostrzyczka,  która  sprawia  tyle 

kłopotów, jest zarazem jej największym skarbem.   

Po  uratowaniu  Rae  Zach  nie  zostawił  sióstr  samych.  Zbadawszy  dziewczynę,  doszedł 

wraz ze strażakami do wniosku, że nie ma potrzeby odwozić jej do szpitala. Jednakże główny 

strażak miał dla Jenny inną nowinę, tym razem już niedobrą.   

– Nie możecie panie tutaj zostać, bo dom grozi zawaleniem. Musicie sobie znaleźć inne 

mieszkanie – oświadczył.   

Ostrzeżenie to nie było dla Jenny całkowitym zaskoczeniem, niemniej dopiero teraz zdała 

background image

sobie w pełni sprawę ze Swego rozpaczliwego położenia. Remont domu może potrwać wiele 

miesięcy, a nie wiadomo, czy firma ubezpieczeniowa zechce pokryć straty. Może będzie się 

prawować  z  ubezpieczycielem  sąsiada,  gdyż  zwalone  drzewo  rosło  na  jego  posesji.  W 

dodatku nie miała pewności, czy Schroederowie są ubezpieczeni.   

– Jenna, gdzie my się podziejemy? – zawołała Rae. – I co będzie z naszymi rzeczami? 

– Najważniejsze, że jesteśmy całe i zdrowe, reszta to głupstwo – odparła Jenna, siląc się 

na spokój. – Na razie zamieszkamy w motelu. – Ale skąd wziąć pieniądze na wielomiesięczny 

pobyt w hotelu? Pieniądze na jej bieżącym koncie stopnieją po tygodniu, najdalej dwóch. Jak 

przetrwają do końca remontu domu, nie uszczuplając oszczędności przeznaczonych na studia 

siostry? 

– Możecie zamieszkać u mnie.   

–  Dziękuję,  Zach,  to  bardzo  miłe  z  twojej  strony,  ale  przeniesiemy  się  na  jakiś  czas  do 

hotelu. – Jego propozycja była kusząca, lecz wspólne mieszkanie byłoby dla wszystkich zbyt 

krępujące, a ponadto Zach nie zdawał sobie sprawy, co to znaczy mieć dwie kobiety na stałe 

w domu.   

– Na jak długo? – zapytał. – Domu nie da się wyremontować w tydzień czy dwa, a hotel, 

nawet  najtańszy,  kosztuje.  Moje  mieszkanie  ma  trzy  sypialnie,  więc  nie  będziemy  sobie 

przeszkadzać. Proszę cię, Jenna, schowaj dumę do kieszeni i zgódź się.   

– Masz trzy sypialnie? – Nie umiała powstrzymać okrzyku zdziwienia. Po co samotnemu 

mężczyźnie aż trzy sypialnie? 

– Jedna służy mi za pokój do pracy, ale jest w nim rozkładana kanapa do spania. A poza 

tym,  godząc  się  na  moją  propozycję,  ułatwisz  mi  życie,  bo  w  przeciwnym  razie  musiałbym, 

przynajmniej częściowo, przenieść się do tego samego hotelu, żeby móc się wami opiekować.   

–  Nie  wygłupiaj  się  –  mruknęła,  niemniej  zaczynała  się  wahać.  A  może  przyjąć  jego 

propozycję?  Niedawne  postanowienie,  aby  zerwać  z  Zachem  bliższe  stosunki,  dużo  ją 

kosztowało. – No nie wiem – rzekła po chwili.   

– Bez żadnych zobowiązań – zapewnił ją  Zach. – Chyba że sama zdecydujesz inaczej – 

dodał z figlarnym błyskiem w oczach.   

Tego właśnie bała się najbardziej – że nie potrafi mu się oprzeć. Już teraz, na samą myśl o 

zamieszkaniu razem z Zachem, serce zaczęło jej szybciej bić.   

– No to jak, Jenna, decydujesz się? – ponagliła ją Rae.   

–  No  dobrze,  niech  wam  będzie.  –  Nie  ma  sensu  dłużej  się  opierać,  kiedy  sama  tego 

pragnie. Zwłaszcza że nie wiadomo, jak długo potrwają pertraktacje z ubezpieczycielem, a w 

konsekwencji kiedy rozpocznie się remont domu. – Nie wiem, Zach, jak ci dziękować.   

– Nie ma za co – odparł uradowany. – Rae, wsiądź tymczasem do mojego samochodu, po 

co masz niepotrzebnie moknąć.   

– Czy nie mogłybyśmy wejść na chwilę do domu po najniezbędniejsze rzeczy? – zapytała 

Jenna, spoglądając z nadzieją na głównego strażaka.   

–  Niestety,  to  niemożliwe  –  odparł.  –  Nie  wiemy,  w  jakim  stanie  jest  strop.  Jeśli  został 

poważnie naruszony, może się zawalić w każdej chwili. Z wejściem do domu trzeba poczekać 

na orzeczenia inspektora budowlanego.   

background image

– A jak to długo może potrwać? 

–  Trudno  powiedzieć.  Burza  spowodowała  wiele  zniszczeń,  więc  na  pewno  są  już  w 

pogotowiu.   

– Szefie, jedziemy, mamy nowe wezwanie! – zawołał jeden ze strażaków.   

–  Już  idę.  Proszę  pod  żadnym  pozorem  nie  wchodzić  do  domu  –  jeszcze  raz  ostrzegł 

Jennę  szef  strażackiej  ekipy.  –  Ktoś  z  urzędu  miasta  wkrótce  się  z  panią  skontaktuje.  –  To 

powiedziawszy, wskoczył do szoferki i odjechał.   

Zach i Jenna podeszli wolno do samochodu. Rae siedziała już na tylnym siedzeniu, oparta 

wygodnie o miękkie poduszki.   

– Możemy jechać? – spytał Zach, zapalając silnik.   

–  Tak  jest  –  odparła  Jenna,  zmuszając  się  do  uśmiechu.  –  Mam  jedną  prośbę.  Czy 

możemy  zajechać  po  drodze  do  najtańszego  domu  towarowego?  Chciałabym  kupić  parę 

rzeczy.   

– Oczywiście, chociaż podejrzewam, że wiele sklepów zamknięto z powodu awarii prądu.   

Jenna popatrzyła na swoje przemoknięte ubranie.   

–  Spróbuj  jednak.  A  nuż  będzie  otwarty  –  poprosiła.  Jednakże  jej  nadzieja  okazała  się 

płonna. Parking domu towarowego ział pustką, a w środku nie paliło się ani jedno światło. – 

Nie masz komórki? – spytała Jenna, spoglądając przez ramię na Rae. – Dzwoniłam do ciebie 

zaraz po wejściu do domu, ale nie było połączenia.   

–  Zostawiłam  komórkę  w  sypialni.  Kiedy  zawalił  się  dach,  byłam  akurat  w  łazience. 

Bałam się wrócić do pokoju, więc ubrałam się w twoje ciuchy – wyjaśniła.   

– Miałaś szczęście – zauważył Zach, zerkając w tylne lusterko.   

Kiedy  zajechali  pod  jego  okazałe  kondominium,  Jenna  zawstydziła  się  swego  wyglądu. 

Pozazdrościła  Zachowi,  który  kompletnie  się  nie  przejmował  tym,  że  jego  wybrudzone 

ubranie  ocieka  wodą,  a  także  siostrze,  która  bez  najmniejszego  skrępowania  podziwiała 

wspaniałe wnętrza.   

Jenna najchętniej przypomniałaby siostrze, że ich pobyt w luksusowym domu nie będzie 

trwał  wiecznie  i  po  skończonym  remoncie  będą  musiały  wrócić  do  swego  ubogiego, 

rozpadającego się siedliska.   

Ona i Rae są tutaj obce, świat wygody i luksusu pozostaje poza ich zasięgiem.   

–  Czujcie  się  jak  u  siebie  w  domu  –  oświadczył  Zach  nazajutrz  w  południe,  witając  w 

drzwiach powracające z zakupów Jennę i Rae.   

Wprawdzie  poprzedniego  dnia  wieczorem  zaopatrzył  siostry  w  bawełniane  koszulki  i 

spodnie od dresów, dzięki czemu mogły uprać ciuchy, które miały na sobie, lecz one musiały 

się zaopatrzyć w ubrania na zmianę.   

– Nie zwracaj na nas uwagi.  Zachowuj się, jakby nas nie było. – Wystarczy, że wczoraj 

zrobił  dla  nich  kolację,  a  rano  przygotował  śniadanie.  Oczywiście  Jenna  pozmywała  potem 

naczynia, lecz i tak miała poczucie, że są intruzami.   

– Ale ja bardzo się cieszę, że tu jesteś – odparł Zach. W starych, wypłowiałych dżinsach 

wyglądał  równie  dobrze,  jak  w  uniformie  ratownika.  Spoglądał  na  nią  z  nieskrywanym 

upodobaniem.   

background image

Ciarki przeszły jej po skórze. Dobrze, że nie ma Rae, która zamknęła się w swoim pokoju 

i przymierza świeżo kupione ciuchy, bo na pewno by się domyśliła, co się z jej siostrą dzieje. 

Chcąc ukryć swoje zmieszanie, rozejrzała się po pokoju. Na stojaku w kącie zobaczyła gitarę.   

– Lubisz grać? – spytała, podchodząc do instrumentu.   

–  Bardzo.  Muzyka  daje  mi  radość  i  pozwala  się  odprężyć.  –  Zatrzymał  się  tuż  za  jej 

plecami. Był tak blisko niej, że czuła zapach jego wody po goleniu. – A co ty lubisz robić w 

wolnych chwilach? – zapytał.   

–  Nie  wiem...  nic  szczególnego  –  bąknęła,  zbita  z  tropu.  –  Kiedy  mam  trochę  czasu, 

naprawiam  coś  w  domu  albo  odmalowuję  ściany.  Bezmyślna  fizyczna  praca  też  jest  bardzo 

relaksująca.   

– Ale trudno to nazwać rozrywką.   

– To prawda. – W jej życiu nie było miejsca na rozrywki. Nawet pracą w ośrodku zajęła 

się nie dla własnej satysfakcji, ale ze względu na siostrę. – Zagrasz coś? – spytała, podnosząc 

instrument ze stojaka.   

– Z przyjemnością. – Wyjąwszy z jej rąk gitarę, usiadł na kanapie i zaczął dla rozgrzewki 

potrącać struny. Jenna usiadła obok niego. – Dawno nie grałem, muszę ją wpierw nastroić. – 

Patrzyła  z  przyjemnością  na  jego  długie,  zręczne  palce.  Po  paru  minutach  zaczął  grać 

melodię,  w  której  Jenna  rozpoznała  swoją  ulubioną  piosenkę.  Zaczęła  ją  nucić.  –  Ja  gram 

nieźle, ale śpiewam okropnie – zauważył Zach.   

Jenna stopniowo nabierała pewności siebie i śpiewała coraz śmielej.   

– Masz bardzo ładny głos – pochwalił, kiedy piosenka dobiegła końca.   

Jenna zarumieniła się z radości.   

–  Zagraj  coś  jeszcze  –  poprosiła.  Siedząc  obok  niego  na  kanapie,  słuchając  jak  gra  i 

ś

piewając razem z nim, miała wrażenie, że znalazła się w raju.   

– A co byś chciała? Znam wiele melodii. Mam niezłe ucho, potrafię zagrać wszystko, co 

usłyszę.   

–  Naprawdę?  To  nadzwyczajne.  Zaraz,  niech  pomyślę.  Pamiętasz  tę  znaną  piosenkę  z 

„Wyspy Gilliana”? 

Zach  bez  wahania  uderzył  w  struny.  Jenna  roześmiała  się  i  zaczęła  śpiewać  do  wtóru. 

Jednakże słowa zabawnej piosenki tak ich oboje rozśmieszyły, że po paru minutach dalsza gra 

i śpiew stały się niemożliwe. Zach odłożył gitarę.   

– Bardzo za tobą tęskniłem – powiedział.   

– Ja też – przyznała.   

Objął  ją  bez  słowa  i  zaczął  całować.  Jeśli  kiedykolwiek  zwątpiła  w  jego  uczucia, 

namiętny pocałunek upewnił ją, że Zach pragnie jej równie gorąco, jak ona jego.   

– Jenna, jesteś tu? 

Na widok stojącej w drzwiach siostry Jenna gwałtownie odskoczyła.   

– O co chodzi? 

– Przepraszam, że przeszkadzam, ale muszę jakoś dojechać do pracy.   

– Weź mój samochód – zaproponował Zach, wyjmując z kieszeni kluczyki.   

– Nie ma mowy. Nie zabierzesz samochodu Zacha do baru Carlsona. Ja cię zawiozę.   

background image

– Jak chcesz – zgodziła się Rae.   

Zapewne  sama  rozumiała,  że  byłoby  nierozsądnie  zostawiać  drogiego  lexusa  przed 

barem.   

– No widzisz? Gdybyś pozwoliła siostrze zapłacić za naprawę samochodu, nie musiałabyś 

jej teraz odwozić – mruknął pod nosem Zach.   

– To dla mnie żaden kłopot – odparła Jenna niepotrzebnie ostrym tonem.   

– Rób, jak chcesz.   

Czuł  się  zawiedziony  i  niezadowolony.  Jenna  ostrzegała  go,  iż  wspólne  mieszkanie  nie 

będzie łatwe, nie przypuszczał jednak, że już pierwszego dnia dojdzie do spięcia. Wzajemne 

przystosowanie się będzie wymagało pewnego wysiłku.   

Wychodząc z mieszkania, Jenna usłyszała, że  Zach potrąca struny,  ale zamiast miłej dla 

uszu muzyki dobiegł ją ostry, nieprzyjemny akord.   

Stanowczym  ruchem  zamknęła  za  sobą  drzwi.  Być  może  koniec  końców  będą  musiały 

przenieść się do motelu.   

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

 

Zach  wyszedł  na  patio.  Był  zły  na  Rae  za  to,  że  weszła  do  pokoju  w  nieodpowiednim 

momencie,  a  zarazem  wściekły  na  siebie  za  swoje  dziecinne  zachowanie.  Zacisnąwszy  ręce 

na balustradzie, wpatrywał się w ociekające deszczem drzewa.   

Nie miał nic przeciwko przywiązaniu, jakim Jenna darzyła siostrę, wręcz podziwiał ją za 

to. Wszelako dziewczyna ma już osiemnaście lat, zdała maturę i jest pełnoletnia, może nawet 

głosować. Chyba nadszedł czas, by stała się bardziej samodzielna.   

Jenna  tymczasem  traktuje  Rae  jak  małą  dziewczynkę,  która  nie  jest  w  stanie  o  niczym 

decydować.  Choćby  w  sprawie  zepsutego  samochodu.  Był  przekonany,  że  Rae  dobrze  by 

zrobiło,  gdyby  przynajmniej  częściowo  pokryła  koszty  naprawy  z  własnych  pieniędzy.  Ale 

cóż robić, skoro Jenna uparła się i na pewno nie zmieni zdania.   

–  Wróciłam!  –  zawołała  Jenna  od  drzwi.  Obejrzał  się  przez  ramię.  Prawdę  mówiąc,  nie 

bardzo wiedział, jak się zachować.   

Jenna tymczasem wyszła na balkon i stanęła obok z założonymi na piersiach rękoma.   

– Widzę, że powinnam poszukać taniego hotelu – oświadczyła.   

–  Jenna,  nie!  –  zaprotestował  gwałtownie.  Był  nie  na  żarty  przestraszony.  Za  nic  nie 

chciał jej stracić.   

–  Powiedziałem,  że  nie  stawiam  żadnych  warunków  i  nic  się  pod  tym  względem  nie 

zmieniło.   

–  Faktycznie  tak  powiedziałeś,  ale  chyba  nie  byłeś  do  końca  świadomy,  w  co  się 

pakujesz. Czuję, że zaczynasz się wycofywać. Już raz to zrobiłeś.   

Wycofuje  się?  Co  ona  wygaduje?  Wtedy  wieczorem  prawie  nad  sobą  nie  panował. 

Przemógł jednak pożądanie, bo bał sieją przestraszyć. W gruncie rzeczy to Jenna się wycofała 

na pierwszy znak, że jej siostra może jej potrzebować.   

–  To  ty  mnie  zostawiłaś,  żeby  odwieźć  Rae  do  pracy  –  odparł  urażonym  tonem.  –  Ja  z 

niczego się nie wycofuję.   

– Może sam jeszcze tego nie wiesz, aleja to czuję. Przeszkadza ci moja siostra.   

–  To  nieprawda.  –  Lubił  Rae,  miał  tylko  do  niej  pretensje  o  niefortunne  wejście,  a 

ponadto uważał, że Jenna zanadto się nad nią trzęsie. A w ogóle to bardzo szanował je obie za 

to, jak dobrze sobie radziły, zważywszy okoliczności, w których przyszło im żyć.   

–  Opowiedz  mi  o  swojej  siostrze.  Czy  po  jej  powrocie  do,  domu  ją  też  zostawiłeś 

własnemu losowi? 

– zaatakowała go Jenna.   

–  Dlaczego  pytasz  raptem  o  moją  siostrę?  –  oburzył  się.  –  Moje  uczucia  do  ciebie  nie 

mają z nią nic wspólnego.   

–  Nie  odpowiedziałeś  na  moje  pytanie.  Czy  po  powrocie  Eve  próbowałeś  się  z  nią 

dogadać? Nawiązać z nią prawdziwy kontakt? 

Zach odwrócił głowę. O siostrze wolał nie myśleć, a cóż dopiero rozmawiać.   

– Oczywiście, że starałem się do niej dotrzeć. Robiłem, co mogłem, żeby  się otworzyła, 

background image

ale nic z tego nie wyszło.   

– Może nie miała poczucia, że naprawdę ci na niej zależy.   

– Jak to mi nie zależało! Przez trzy miesiące nie robiłem nic innego, tylko jej szukałem – 

powiedział szybko, lecz w głębi jego serca zrodziło się ziarno niepewności.   

Czy  rzeczywiście  zrobił  wówczas  wszystko,  by  się  z  nią  porozumieć?  A  może  chętnie 

pogodził się z jej milczeniem, bo w gruncie rzeczy nie chciał wiedzieć nic o okropnościach, 

jakie przeżyła podczas tej ucieczki? 

–  Może  łatwiej  było  siostry  szukać,  niż  stawić  czoło  emocjonalnym  skutkom  złych 

doświadczeń.   

Tego już za wiele.   

– Mądrzysz się, chociaż nic o niej nie wiesz. Nie ma żadnego podobieństwa między moją 

relacją  z  Eve  a  tym,  w  jaki  sposób  usiłujesz  kierować  swoją  siostrą.  Jak  Rae  ma  sobie 

poradzić na studiach, jeżeli nie pozwalasz jej o niczym decydować? 

– To nieprawda! – Zaperzyła się. – Rae sama decydowała o tym, z czego będzie zdawać 

egzaminy i sama wybrała kierunek studiów.   

–  Oczywiście  za  twoją  aprobatą.  Kiedy  coś  ci  się  nie  podobało,  na  pewno  stawałaś  na 

głowie,  żeby  jej  to  wyperswadować.  –  Zach  wiedział,  że  takie  słowne  przepychanki  do 

niczego nie prowadzą, lecz nie umiał przerwać bezsensownej kłótni.   

–  Nie  masz  pojęcia,  co  to  znaczy  być  odpowiedzialnym  za  młodą,  niedojrzałą  osobę. 

Gdyby ci na mnie naprawdę zależało, starałbyś się zrozumieć moje problemy.   

– Kiedy mnie naprawdę zależy. – Westchnął ciężko. Cała ta kłótnia nie ma sensu. – Nie 

tak wyobrażałem sobie pierwszy dzień we wspólnym mieszkaniu.   

– Ja też – przyznała po chwili milczenia.   

– No to co z nami będzie? – zapytał. Wziął gitarę z kanapy i odłożył ją na stojak.   

– Nie wiem. Ogłośmy zawieszenie broni.   

Niezła myśl, pomyślał,  chociaż podejrzewał, że zawieszenie broni skończy  się z chwilą, 

gdy Rae będzie znowu czegoś potrzebowała.   

– Co byś powiedziała na Letnią Tęczę w Riverwalk? – zaproponował. – Różne orkiestry 

występują tam na świeżym powietrzu – dodał dla wyjaśnienia.   

–  Może  być  fajnie.  –  Twarz  Jenny  trochę  się  wypogodziła.  Spróbowała  się  nawet 

uśmiechnąć.  Odrobina  rozrywki  pozwoli  jej  się  odprężyć.  –  Rae  pracuje  do  ósmej,  mamy 

mnóstwo czasu.   

– Jakie w tym jej barze dają jedzenie? – zapytał, chcąc pokazać Jennie, że los Rae nie jest 

mu obojętny. – Bo moglibyśmy pojechać do niej na hamburgera. Będzie miała niespodziankę.   

Jennie zabłysły oczy.   

– Och, świetnie! 

–  No  to  jedziemy.  –  Może  wychodząc  naprzeciw  jej  pragnieniom,  zdoła  Jennę 

udobruchać i odzyskać jej zaufanie.   

W  poniedziałek  Jenna  z  samego  rana  zadzwoniła  do  swego  agenta  w  firmie 

ubezpieczeniowej i umówiła się z nim na wstępne oględziny uszkodzonego domu.   

– Pojadę z tobą – zaproponował Zach.   

background image

–  Dobrze,  pojedziemy  razem.  –  Popatrzyła  na  zegarek.  Było  już  prawie  wpół  do 

dziesiątej. – Zostanie nam jeszcze mnóstwo czasu przed dyżurem.   

O  pierwszej  mieli  się  zgłosić  w  Lifeline,  by  przejąć  od  Ethana  i  Kate  drugą  część 

dwunastogodzinnego dyżuru.   

– A co z Rae? Nie trzeba jej odwieźć do pracy? 

–  Tak,  ale  umówiłam  się,  że  podrzucimy  ją  wcześniej  do  domu  Claire  –  wyjaśniła.  –  A 

propos, nie wiesz, gdzie ona się podziewa? 

– Siedzi w salonie i słucha moich płyt. Przez słuchawki – dodał z lekkim uśmiechem.   

–  Całe  szczęście.  –  Wiedziała,  że  słuchawki  dał  jej  Zach,  bo  kiedy  wczoraj  wrócili 

wieczorem  do  domu,  nastawioną  przez  Rae  muzykę  słychać  było  aż  na  ulicy.  Zach 

mimochodem wyraził nadzieję, że sąsiedzi nie wezwą policji za zakłócanie spokoju.   

Obustronne  przystosowywanie  się  do  siebie  nie  było  łatwe,  w  sumie  jednak,  nie  licząc 

wczorajszej kłótni, powoli zaczynali się zachowywać jak przykładna rodzina. Kiedy w drodze 

do  samochodu  Zach  zareagował  śmiechem  na  jakieś  powiedzenie  Rae,  Jenna  uświadomiła 

sobie  nagle,  jak  bardzo  go  kocha,  i  aż  potknęła  się  z  wrażenia.  Dlatego  tak  się  wczoraj 

zirytowała.  Nie  mogła  się  oprzeć  wrażeniu,  że  Zach  nie  zdaje  sobie  sprawy  z  istoty 

prawdziwej miłości. Nie wie, co to znaczy kochać inną osobę bardziej niż siebie.   

Zajęta własnymi myślami, nie zauważyła, że dojeżdżają do jej domu. Zach zerknął na nią 

kątem oka.   

– Jenna, obudź się! 

– Przepraszam, zamyśliłam się.   

– Denerwujesz się tym ubezpieczeniem? 

– Trochę. – Nie chcąc, by dalej ją indagował, otworzyła drzwi i wysiadła.   

Łysy jegomość w okularach czekał już przed domem.   

– Dzień dobry, pewnie pani Jenna Reed. Nazywam się Richard Packard.   

– Dzień dobry, miło mi pana poznać. – Uścisnęli sobie ręce i zbliżyli się do domu.   

– Ojej! Dach jest kompletnie zrujnowany! – mruknął Packard.   

– No właśnie. – Jenna czuła za plecami obecność Zacha, który postanowił trzymać się na 

razie z boku. – Na szczęście nikomu nic się nie stało.   

– To drzewo, jeśli się nie mylę, stało poza pani posesją – ciągnął Packard.   

– Tak, drzewo rośnie u sąsiada.   

– Hm. – Jego uwagi nie wróżyły nic dobrego. – Wielki brak przezorności ze strony pani 

sąsiada. Widzi pani te martwe gałęzie i spróchniały pień? Drzewo mogło się w każdej chwili 

przewrócić  na  pani  dom.  Obawiam  się,  że  odszkodowanie  będzie  musiał  zapłacić 

ubezpieczyciel sąsiada.   

– Jak to? – oburzyła się Jenna. – Przecież to mój dom został uszkodzony i ja płacę za jego 

ubezpieczenie.   

– Rozumiem, ale wypadek zdarzył się z winy sąsiada i od niego musi się pani domagać 

odszkodowania.   

W tym momencie Zach postanowił wtrącić się do rozmowy.   

– Moim zdaniem to pańska firma powinna wypłacić odszkodowanie, a potem możecie się 

background image

domagać zwrotu kosztów od firmy sąsiada.   

–  No  nie  wiem.  Będę  musiał  poinformować  mojego  szefa  o  okolicznościach  wypadku. 

Zawiadomimy panią o ostatecznej decyzji.   

Jenna  przeraziła  się  nie  na  żarty.  Przepychanki  mogą  potrwać  Bóg  wie  jak  długo,  a  co 

będzie, jeżeli sąsiad nie jest ubezpieczony? 

Jednakże Zach nie zamierzał dać za wygraną.   

–  Czy  może  mi  pan  podać  nazwisko  swego  szefa?  –  zwrócił  się  do  Packarda.  –  Albo 

lepiej  niech  on  do  mnie  zadzwoni.  –  Wręczył  agentowi  wizytówkę.  –  Nazywam  się  Taylor, 

doktor Zach Taylor – powtórzył dobitnie. – Po rozmowie ze mną pański szef na pewno okaże 

więcej zrozumienia.   

– Ach, skoro tak... przekażę mu – wybąkał Packard. Jego ton diametralnie się zmienił. – 

Zegnam, na pewno dojdziemy do porozumienia. – Wsiadł do samochodu i odjechał.   

– Nie martw się, Jenna, wszystko będzie dobrze – uspokoił ją Zach.   

– Tak, ale tylko dzięki twojej interwencji – odparła z gorzkim uśmiechem. – Wizytówka z 

tytułem doktora czyni cuda.   

– Jesteś na mnie zła? – spytał zaniepokojony.   

– Ależ skąd. Jestem po prostu rozdrażniona. – W końcu to nie jego wina, że Packard jest 

snobem.  –  Jestem  ci  niezmiernie  wdzięczna  za  pomoc.  Ale  wiesz,  zmieniłam  zdanie  i 

postanowiłam odebrać samochód.   

– Serio? 

– Tak. – Uwagi Zacha o tym, że Rae dorasta i potrzebuje więcej samodzielności, zapadły 

Jennie w pamięć. Poza tym dowożenie siostry do pracy stałoby się na dłuższą metę uciążliwe. 

– Czy możemy zajechać po drodze do warsztatu? Mam nadzieję, że jeszcze go nie sprzedali.   

W  parę  minut  później  byli  w  warsztacie,  gdzie  Jenna  od  razu  wypatrzyła  swój 

sfatygowany wehikuł.   

– Cześć, Hank, przyjechałam w sprawie mojego autka – zwróciła się do właściciela.   

– Jest już naprawione – odparł Hank. – Pomyślałem, że jeśli nie wykupisz tej bryki, to ją 

sprzedam.   

– Ile? – Trochę się bała, czy Hank nie podniesie ceny.   

– Tyle, co mówiłem.   

– Dzięki, Hank. – Sięgnęła do torebki.   

– Pozwól, że ja to ureguluję – wtrącił Zach.   

–  Nie  ma  mowy.  –  Jakim  prawem  przypisuje  sobie  rolę  jej  opiekuna?  –  Jesteś  bardzo 

uprzejmy, ale nie. Zresztą zgodnie z twoją radą połowę sumy zamierzam wyegzekwować od 

Rae.   

Zapłaciła Hankowi, a ten wręczył jej kluczyki.   

– Szerokiej drogi, dzielna z ciebie dziewczyna – powiedział na pożegnanie.   

– Dzięki, Hank. – Szkoda, że Zach ma mniej wiary w jej samodzielność.   

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

 

Zach  czekał  w  sali  odpraw  na  Jennę,  która  przebierała  się  na  miejscu  w  zapasowy 

uniform.  Jej  dotychczasowy  mundurek  został  w  domu  razem  z  wszystkimi  rzeczami,  do 

których nie miała dostępu.   

– Jak ona się czuje? – spytała Kristen. Koledzy wiedzieli już o katastrofie.   

–  Nie  najgorzej.  Jej  siostra  została  odcięta  na  piętrze  i  Jenna,  chcąc  koniecznie  do  niej 

dotrzeć, o mało nie zwaliła sobie reszty sufitu na głowę, ale na szczęście nic się nie stało. – 

Zach chciał jeszcze coś dodać, ale do sali weszła Jenna, więc przezornie zamilkł.   

Kiedy  poprzednia  zmiana  składała  sprawozdanie,  zadzwoniły  pagery.  Jenna  aż  się 

wzdrygnęła,  czytając  wiadomość:  „Wypadek  na  farmie  w  Clover  Hill.  Farmerowi  ręka 

uwięzia w maszynie do zbioru siana”.   

– Co roku otrzymujemy parę tego rodzaju wezwań. Wypadki rolnicze są z reguły bardzo 

poważne – skomentował Zach. – Zbierajmy się.   

Po  usadowieniu  się  w  helikopterze  Jenna  rzuciła  Zachowi  nieśmiały  uśmiech,  a  on 

odpowiedział  jej  tym  samym,  podnosząc  kciuk  na  znak  uznania.  Doceniał  jej  szczerą  chęć 

okazania  młodszej  siostrze  zaufania.  Był  kompletnie  zaskoczony,  kiedy  zmieniła  zdanie  w 

sprawie samochodu i sposobu sfinansowania jego naprawy.   

Lot  do  Clover  Hill  trwał  niecałe  dwadzieścia  minut.  Kiedy  po  wykonaniu  rutynowych 

czynności  dodarli  na  miejsce  wypadku,  okazało  się,  że  lokalne  pogotowie  zaczęło  już 

udzielać  farmerowi  pierwszej  pomocy.  Ofiarą  był  mężczyzna  w  wieku  pięćdziesięciu  kilku 

lat,  którego  pogruchotana  prawa  dłoń  przypominała  jedną  krwawą  masę.  Obok  niego  stała 

zrozpaczona kobieta mniej więcej w tym samym wieku.   

– Nazwisko chorego? – zapytał Zach, sięgając, do torby po opatrunki.   

–  Gerald  Schmidt.  Pogotowie  wezwała  jego  żona  Louise.  Mieliśmy  sporo  kłopotu  z 

wydobyciem ręki z trybów maszyny.   

–  Jenna,  podnieś  ramię  i  trzymaj  je  w  górze  –  zarządził  Zach,  po  czym  zabrał  się  do 

opatrywania ręki.   

Jenna z uwagą śledziła każdy jego ruch, zastanawiając się, czy kiedykolwiek zdoła pójść 

na studia i zostać lekarzem.   

–  To  wszystko,  co  w  tej  chwili  można  zrobić  –  oznajmił  po  zakończeniu  bandażowania 

ramienia od barku aż po nadgarstek. Otarłszy pot z czoła, dodał: – W trakcie lotu musisz mieć 

pod ręką środki przeciwbólowe. A teraz podaj mu antybiotyk.   

– Jaki? – spytała.   

Zach zwrócił się najpierw do żony farmera z pytaniem, czy mąż nie jest na coś uczulony, 

a gdy ta odparła, że nic o tym nie wie, oświadczył: 

– Na razie penicylinę, a potem cefaclor.   

Kiedy zawieszała pojemnik z penicyliną, powieki mężczyzny zadrgały. Jenna, widząc to, 

ujęła go za rękę.   

–  Mam  na  imię Jenna.  Doktor  Tylor  przed  chwilą  opatrzył  panu  ramię.  Zabieramy  pana 

background image

helikopterem do szpitala.   

Farmer wpatrywał się w nią przez krótką chwilę, po czym znowu zamknął oczy, lecz jego 

palce zacisnęły się na dłoni Jenny.   

– Ile podaliście mu morfiny? – zapytała, zwracając się do pracownika pogotowia.   

–  W  sumie  osiem  miligramów  w  ciągu  godziny.  –  Widząc  zdziwienie  na  jej  twarzy, 

dodał: – Strasznie cierpiał.   

– Ile mam podać? – zwróciła się do Zacha.   

– Poczekaj, aż będziemy w śmigłowcu.   

Ostrożnie przełożyli chorego na własne nosze i powieźli go do helikoptera. Gdy już byli 

w środku, Jenna nałożyła mu słuchawki na uszy. Chciała mieć z nim kontakt.   

– Najdalej za kwadrans dotrzemy do szpitala, gdzie chirurg plastyczny zajmie się pańską 

ręką – powiedziała. Na znak Zacha podała choremu kolejne dwa miligramy morfiny. – Jestem 

przy panu.   

Zach  zauważył,  że  chory  przez  cały  czas  trzyma  Jennę  za  rękę.  Normalnie  to  ona 

wypełniała  formularz  wezwania,  ale  tym  razem  postanowił  nie  odrywać  jej  od  chorego  i 

zabrał  się  sam  do  opisywania  przypadku.  Uznał,  iż  w  tej  chwili  najważniejsze  jest 

samopoczucie pacjenta.   

Kontakt  z  jej  ręką  zapewne  dodaje  przerażonemu  farmerowi  otuchy,  myślał  Zach. 

Opiekuńcze zachowanie Jenny uświadomiło mu, że nieszczęsny człowiek odczuwa nie tylko 

ból, ale i strach. Jednocześnie zdał sobie sprawę, co Jenna miała na myśli, zarzucając mu brak 

emocjonalnego  zaangażowania.  Przypomniał  sobie,  iż  po  odnalezieniu  Eve  nie  miał  odwagi 

jej  dotknąć.  Bał  się  jej  reakcji,  bał  się,  że  siostra  nie  życzy  sobie  fizycznego  kontaktu.  Ale 

dlaczego jej o to nie spytał? Może rzeczywiście odgrodził się od niej uczuciowo, bo tak było 

mu wygodniej.   

– Chyba zasnął – szepnęła Jenna.   

– Kiedy się obudzi, powiedz mu, że żona będzie na niego czekała w szpitalu. To powinno 

poprawić mu samopoczucie.   

Zach od początku lotu odczuwał wzruszenie. Uświadomił sobie, jak bardzo Jenna jest mu 

droga.  Nieporównanie  droższa  niż  Lynette.  Uczucie,  jakie  –  żywił  do  Jenny,  było  potężne, 

wszechogarniające. Kochał ją nawet za nadopiekuńczy stosunek do młodszej siostry. Słowem, 

nie mógłby dłużej bez niej żyć.   

Zatopiony w emocjonalnych rozważaniach, kompletnie przegapił moment lądowania. Do 

przytomności  przywołało  go  zdziwione  spojrzenie  Jenny.  Lekko  zawstydzony,  zabrał  się 

pospiesznie do rutynowych czynności.   

W szpitalu Geralda zabrano bezpośrednio na salę operacyjną. Patrząc za oddalającymi się 

noszami, Zach poczuł przykre ukłucie w sercu, towarzyszące każdemu rozstaniu z pacjentem.   

– Coś ci jest? – spytała Jenna, patrząc na niego podejrzliwym wzrokiem.   

– Nic. Wracajmy do helikoptera – odparł. Dalsza część czterogodzinnego dyżuru upłynęła 

wyjątkowo spokojnie.   

– W drodze do domu chciałbym wpaść do supermarketu i zrobić zakupy na kolację, wiec 

nie zdziw się, jeśli się trochę spóźnię – uprzedził ją przed wyjściem ze stacji.   

background image

–  Jasne.  Ja  też  zajadę  po  drodze  do  sklepu  –  odparła.  Poruszali  się  teraz  dwoma 

samochodami.   

– No to do zobaczenia w domu. – Słowa „w domu” wymówił z wyraźną przyjemnością. 

Wyobraził  sobie  radość  Rae,  kiedy  na  parkingu  zobaczy  naprawione  auto.  Pamiętał,  ile 

uciechy sprawił mu kiedyś pierwszy w życiu własny samochód, który też nie był cadillakiem.   

W drodze do jubilera zadzwonił do swej siostry.   

–  To  ty,  Eve?  Mówi  Zach.  –  Zamilkł,  nie  bardzo  wiedząc,  co  powiedzieć.  –  Dzwonię, 

ż

eby cię przeprosić.   

– Przeprosić? Za co? – zapytała go zdumiona.   

– Za to, że nie okazałem ci serca po twoim powrocie do domu.   

– Nie powiedziałabym. Na swój sposób byłeś ze mną.   

– Wiem, jaki byłem – odparł ze wstydem. – Bóg mi świadkiem, że chciałem jak najlepiej, 

ale nie umiałem. Wybacz mi. Naprawdę nie chciałem być taki nieczuły.   

– I teraz mi o tym mówisz? – zdziwiła się Eve, lecz w jej głosie nie było pretensji. W tle 

słychać było rozmowy. Pewnie jest w pracy. Po powrocie do domu ze swej fatalnej eskapady 

siostra  skończyła  szkołę,  a  na  studiach  wyspecjalizowała  się  w  języku  migowym,  by  móc 

pracować w szkole dla niesłyszących. – Czy wydarzyło się coś specjalnego? 

– Owszem. Zakochałem się. – Powiedział to bez strachu czy zażenowania. – Ma na imię 

Jenna. Spodoba ci się.   

– Zach, bardzo się cieszę! – Wydawała się szczerze uradowana. – Mam tylko nadzieję, że 

nie przypomina Lynette.   

Parsknął śmiechem.   

– Ani trochę.   

– To dobrze. Słuchaj, muszę wracać do dzieci. Jeśli chcesz, pogadamy innym razem.   

– Kiedy tylko będziesz miała ochotę. – Nie zawsze umiał okazać siostrze serce, ale teraz 

to się zmieni. – Kocham cię, siostrzyczko! 

– Coś podobnego! – roześmiała się Eve. – Ja też cię kocham, braciszku! 

 

Jenna  pierwsza  wróciła  do  domu.  Parkując  swój  rozklekotany  samochód  między 

eleganckimi  limuzynami,  miała  kolejny  raz  przykre  uczucie,  że  jest  tu  intruzem.  Nie  pasuje 

do tego świata. A przecież bardzo pragnęła dzielić życie z Zachem.   

Pomyślała  o  dzisiejszym  locie,  podczas  którego  Zach  tak  pięknie  się  zachował, 

wykonując za nią papierkową robotę. Zrobił to celowo, żeby mogła okazać pacjentowi czysto 

ludzką  troskę  i życzliwość.  Czyżby  się  myliła,  oskarżając  go  o  brak  uczuć?  Może  odległość 

między światem jej i jego nie jest aż tak wielka, jak jej się wydaje? 

Szła do mieszkania zatopiona w myślach. Za niecałą godzinę ma odebrać Rae z pracy. Na 

szczęście drugi samochód uwolni ją od codziennych jazd do Barclay Park i z powrotem.   

Zach zjawił się kwadrans po niej.   

– Cześć, wróciłem! – zawołał od progu.   

– A, cześć.   

– Możemy chwilkę pogadać? – zapytał.   

background image

–  Oczywiście  –  odparła.  Dziwnie  poważny  ton  Zacha  trochę  ją  speszył.  –  Siądziemy  w 

salonie? 

– Świetnie.   

Niepewna,  co  ją  czeka,  weszła  do  pokoju  i  zajęła  miejsce  na  kanapie.  Zach  tymczasem 

otworzył  drzwi  na  patio,  po  czym  zbliżył  się  wolno  do  kanapy  i  ukląkł  przed  nią.  W  ręku 

trzymał małe puzderko, w którym połyskiwał pierścionek z brylantem.   

–  Kocham  cię,  Jenna.  Czy  zostaniesz  moją  żoną?  Jenna  z  wrażenia  nie  była  w  stanie 

wymówić słowa.   

Jak  to,  więc  on  ją  kocha?  Chce  się  z  nią  ożenić?  W  tym  momencie  zadzwoniła  jej 

komórka. Po specjalnie zaprogramowanym sygnale dźwiękowym poznała, że dzwoni siostra.   

– To Rae – szepnęła, podnosząc komórkę do ucha. Przez; twarz Zacha przebiegł grymas 

zniecierpliwienia. – Przepraszam, ale czy mogę oddzwonić za kilka minut? – powiedziała do 

telefonu.   

–  Proszę  cię,  Jenna,  musisz  mi  pomóc.  Jestem  pod  domem  Zacha  i  jest  ze  mną  Nelson. 

Powiedziałam, że z nim zrywam, ale on nie chce się odczepić.   

–  Rae  ma  kłopoty.  –  Jenna  poderwała  się  z  kanapy.  –  Jej  były  chłopak  nie  chce  jej 

zostawić w spokoju.   

Zach  zaklął  pod  nosem,  ale  zaraz  pomyślał,  że  sprawa  może  być  poważna.  Jakby  na 

potwierdzenie,  na  ulicy  rozległ  się  przeraźliwy  krzyk.  Nie  zastanawiając  się  dłużej,  wybiegł 

na dwór. Jenna pobiegła za nim.   

Na trawniku przed domem trwała szarpanina.   

W  Zachu  na  ten  widok  zawrzała  krew.  Podskoczył  do  nich  i,  chwyciwszy  chłopaka  za 

kołnierz, oderwał go od Rae.   

– Trzymaj się od niej z daleka, łobuzie! – Nelson, o dziwo, nie stawiał oporu.   

– Nic ci nie zrobił? – zapytała Jenna, podbiegając do siostry.   

–  Chyba  nie.  –  Rae  była  jednak  wyraźnie  wstrząśnięta.  –  Nie  chciał  odjechać,  chociaż 

powiedziałam, że nie chcę się z mm dłużej widywać.   

– Posłuchaj, ancymonie. Kiedy kobieta mówi nie, to masz to uszanować. Zrozumiano? – 

Potrząsnąwszy Nelsonem, Zach popchnął go w kierunku ulicy. – A teraz znikaj, i żebym cię 

tutaj więcej nie widział na oczy.   

Nelson ze zwieszoną głową wsiadł do samochodu i odjechał.   

– Jak do tego doszło? Myślałam, że jesteś jeszcze w pracy – odezwała się Jenna.   

–  Zaproponował,  że  odwiezie  mnie  do  domu,  a  ja  zgodziłam  się,  bo  chciałam  z  nim 

pogadać – odparła Rae. – Nie przypuszczałam, że dostanie szału, kiedy mu powiem, że z nim 

zrywam.   

– Na szczęście masz to już za sobą – rzekła Jenna, przytulając ją do siebie. – Od dzisiaj 

nie  musisz  nikogo  prosić  o  podwiezienie.  Wyobraź  sobie,  że  odebrałam  samochód  z 

warsztatu.   

– Naprawdę? Jesteś wielka! 

Zach  dopiero  teraz  zdał  sobie  sprawę,  że  słysząc  krzyk  Rae,  zareagował  tak,  jakby 

chodziło  o  kogoś  bardzo  bliskiego.  Siostra  Jenny  już  dziś  stała  się  częścią  jego  życia. 

background image

Małżeństwo z Jenną będzie tylko oficjalnym tego potwierdzeniem.   

Po  powrocie  do  domu  Rae  poszła  do  swego  pokoju,  a  Zach  postanowił  mimo  wszystko 

wrócić do oświadczyn.   

– Wiem, że moment nie jest najodpowiedniejszy, ale powiedz, czy zostaniesz moją żoną? 

– zapytał, sięgając do kieszeni po pudełeczko z pierścionkiem.   

–  Nie,  Zach,  przykro  mi,  ale  to  niemożliwe.  Ostry  ból  przeszył  mu  serce.  W  gruncie 

rzeczy  pierwszy  raz  prosił  kobietę  o  rękę  i  nie  bardzo  wiedział,  jak  się  to  robi.  Z  Lynette 

zaręczył się z jej inicjatywy.   

– Dlaczego? – zapytał. – Jeśli nie podoba ci się pierścionek, poszukam innego.   

–  Ależ  nie,  nie  chodzi  o  pierścionek.  Przykro  mi,  ale  nie  mogę  za  ciebie  wyjść.  Nie 

pasujemy do siebie. Jutro poszukam innego mieszkania.   

–  Nie,  Jenna,  nie  odchodź,  proszę  cię  –  mówił  z  rozpaczą  w  głosie.  –  Porozmawiajmy, 

proszę.   

– Przepraszam, ale to niemożliwe.   

Zamilkł. Nie wiedział, co jeszcze może powiedzieć, żeby ją przekonać.   

 

Nazajutrz rano Jenna i Rae spotkały się w kuchni.   

– Cześć, jak się masz – powitała siostrę Rae.   

–  Dobrze  –  machinalnie  odparła  Jenna,  chociaż  czuła  się  fatalnie.  Przez  całą  noc 

prześladowało ją poczucie winy wobec Zacha.   

Nie mogła zapomnieć bólu, jaki odmalował się w jego oczach, kiedy powiedziała „nie”. 

Bo  przecież  go  kocha  i  jeszcze  wczoraj  pragnęła  zostać  jego  żoną.  Jednakże  nieoczekiwany 

telefon  Rae  i  to,  co  z  niego  wynikło,  upewniło  Jennę,  że  nie  może  myśleć  o  własnym 

szczęściu. Wprawdzie wczoraj  Zach zachował się wspaniale, ale podobne sytuacje mogą się 

powtarzać, doprowadzając z czasem do poważnych nieporozumień.   

– Czy Nelson odzywał się do ciebie? 

– Owszem, wiele razy. Ale nie martw się, nie odbieram jego telefonów.   

–  Kochanie,  powiedz  mi  z  ręką  na  sercu,  czy  naprawdę  coś  do  niego  czułaś?  – zapytała 

Jenna, siadając przy stole naprzeciw siostry. – Czy nie było tak, że spotykałaś się z nim tylko 

po to, żeby wyrwać się spod mojej kurateli? 

–  I  jedno,  i  drugie  –  przyznała  Rae,  spuszczając  głowę.  –  Wydawało  mi  się,  że  coś  do 

niego  czuję,  choć  nie  wszystko  mi  się  w  nim  podobało,  ale  ty  ciągle  mi  mówiłaś,  co  mam 

robić, a czego nie robić, i czasem miałam po prostu ochotę uciec od twojego gderania.   

– Rozumiem. Miałaś mnie dosyć.   

– Nie, to nie tak, Jenna, przecież wiesz, jak bardzo cię kocham – zapewniła ją Rae.   

–  Wiem,  kochanie.  –  Jennie  zadrżał  głos  ze  wzruszenia.  –  Na  przyszłość  się  poprawię. 

Dam ci więcej swobody. W końcu jesteś już studentką.   

–  A  no  właśnie  –  ucieszyła  się  Rae.  –  Wpadłam  wczoraj  do  naszego  domu  po  pocztę  i 

popatrz,  co  znalazłam.  –  Pokazała  Jennie  otwartą  kopertę.  –  Zaproszenie  z  uniwersytetu  na 

spotkanie  informacyjne  dla  przyszłych  studentów  i  ich  rodziców.  Ma  się  odbyć  za  dwa 

tygodnie.   

background image

–  Co  ty  powiesz?  –  ucieszyła  się  Jenna,  biorąc  od  niej  list.  –  Zwolnię  się  z  pracy,  żeby 

tego nie przegapić.   

– Czy ja też mógłbym pojechać? – zapytał Zach, stając w drzwiach.   

Jenna gwałtownie odwróciła głowę.   

– No, czemu nie... jeśli masz ochotę – wybąkała.   

– Dziękuję, to bardzo uprzejmie z twojej strony. – Rae, zdziwiona jego oficjalnym tonem, 

zmarszczyła brwi.   

– Muszę lecieć, mam sprawy do załatwienia. No to cześć – powiedziała i szybko znikła za 

drzwiami.   

Po jej wyjściu w kuchni zapadło niezręczne milczenie.   

–  Dzwoniłem  wczoraj  do  Eve  –  odezwał  się  w  końcu  Zach,  nalewając  sobie  kawy.  – 

Porozmawialiśmy  i  darowała  mi  to,  jak  się  wobec  niej  zachowywałem  po  jej  ucieczce  z 

domu.   

–  Naprawdę? Jak  to  dobrze.  –  Fakt,  iż  Zach  zrozumiał  swoją  winę  i  potrafił  się  do  tego 

przyznać, zrobił na Jennie wielkie wrażenie.   

– Może więc ty też darujesz mi moje winy? 

– Co właściwie miałabym ci darować? 

–  To,  że  nie  umiałem  się  uczuciowo  zaangażować  w  twoje  sprawy  oraz  że  miałem 

pretensję  o  twoje  przywiązanie  do  Rae.  –  Podniósł  głowę  i  popatrzył  jej  w  oczy.  –  Kocham 

cię,  Jenna,  a  do  tego  zdałem  sobie  wczoraj  sprawę,  że  byłem  gotów  rozszarpać  tego  faceta 

gołymi rękami, gdyby zrobił twojej siostrze najmniejszą krzywdę. Zaczynam rozumieć, co to 

znaczy być rodzicem, i jestem gotów nauczyć się nim być.   

–  Och,  mój  drogi!  –  Podeszła  do  niego.  –  Ale  najpierw  to  ja  muszę  cię  prosić  o 

wybaczenie.  Miałeś  rację,  byłam  dla  niej  zbyt  surowa.  Wiesz,  co  mi  przed  chwilą 

powiedziała?  Że  zadała  się  z  Nelsonem,  bo  nie  mogła  wytrzymać  ze  mną.  Ja  też  muszę  się 

wiele nauczyć.   

– Moglibyśmy to robić razem – powiedział, biorąc ją w ramiona.   

Podniosła  głowę,  prosząc  o  pocałunek.  Serce  przepełniało  jej  gorące  uczucie,  a 

wszystkimi jej zmysłami wstrząsało pragnienie połączenia się z ukochanym.   

– Och, Zach – westchnęła, zatapiając palce w jego włosach. – Tak bardzo cię pragnę.   

– Wyjdź za mnie – wyszeptał, obsypując pocałunkami jej twarz i szyję. – Pragnę z całej 

duszy  zanieść  cię  do  sypialni  i  kochać  się  z  tobą  przez  cały  dzień,  ale  fizyczna  miłość  to 

jeszcze nie wszystko. Pragnę mieć ciebie całą i na zawsze.   

– Tak. Zgadzam się. Wyjdę za ciebie. – Jej marzenia były bliskie spełnienia. Była gotowa 

oddać  mu  serce,  a  on  ofiarowywał  jej  wieczną  miłość.  –  Musisz  jednak  pamiętać,  że  nie 

bierzesz  mnie  samej.  Rae  nadal  pozostaje  pod  moją  opieką,  przynajmniej  do  czasu 

ukończenia studiów.   

– Wiem i chcę, żeby na zawsze stanowiła część twojego życia, nawet po studiach, tak jak 

Eve będzie zawsze częścią mojego. Moja siostra bardzo chce cię poznać.   

– A ja ją – odparła ze wzruszeniem.   

–  Pragnę  dzielić  z  tobą  każdą  chwilę  życia,  zarówno  przyjemności,  jak  i  rzeczy  mniej 

background image

radosne – powiedział niemal uroczystym tonem, biorąc ją na ręce.   

Jenna objęła go szyję..   

– Rozumiem, że teraz będzie ta najprzyjemniejsza część, czy tak? – szepnęła z figlarnym 

uśmiechem.   

–  Zgadłaś.  –  Zaniósł  ją  przez  salon  do  sypialni  i  zatrzasnął  za  sobą  drzwi.  Dotarłszy  do 

łóżka, postawił ją na nogi i ujął jej twarz w obie dłonie. – Od dziś jesteśmy razem. Na zawsze.   

Jej wątpliwości rozwiały się. Czuła, że Zach nigdy jej nie zawiedzie.