background image

MELINDA METZ

DZIKI

(The wild one)

Roswell w Kręgu Tajemnic

przełożyła Zuzanna Maj

background image

1

- Teraz U!

- Uuuuu! - zawył Michael Guerin. A teraz F!

Effff - wychrypiał Alex Manes gardłowym głosem Marilyn Monroe. Teraz O!

Ooohhhh! - zawołali wszyscy razem. A teraz dajcie mi spokój - mruknął Max Evans. 

Patrzył   na   przyjaciół,   którzy   stali   na   otaczających   boisko   ławkach.   Świetnie   naśladowali 

cheerleaderki,   dziewczyny   zachęcające   do   aplauzu   tłumy   na   stadionach.   Uśmiechnął   się. 

Pięknie i zmysłowo.

Przestań się na niego gapić, nakazała sobie Liz Ortecho, z trudem odwracając wzrok 

od Maxa. Niektórzy faceci byliby szczęśliwi, gdyby okazywała im takie zainteresowanie - na 

przykład   co   najmniej   połowa   chłopaków   z   liceum.   Przynajmniej   luk   twierdziła   najlepsza 

przyjaciółka   Liz,   Maria   DeLuca.   Ale   Max   do   nich   nie   należał.   On   chciał,   żeby   zostali 

przyjaciółmi.   Tylko   przyjaciółmi.   Czy   istnieje   coś   gorszego,   bardziej   bolesnego,   bardziej 

rozdzierającego serce niż określenie „tylko przyjaciółmi”.

Popatrz na Michaela, popatrz na Alexa, pomyślała Liz. Na nich też warto było zwrócić 

uwagę. Dobrze zbudowany Michael miał kruczoczarne włosy i zabójczy uśmiech. Alex był 

smukły, miał ciemnorude włosy i promienne zielone oczy.

Ale nie tak oślepiające jak oczy Maxa, pomyślała Liz. Znowu skierowała na niego 

wzrok. Nic z tego. Alex miał rzeczywiście bardzo ładne oczy, ale oczy Maxa zapierały dech 

w piersiach. Najbardziej niebieskie z niebieskich, z poblaskiem srebra.

Liz zastanawiała się czasem, jak to było możliwe, że szeryf Valenti, patrząc na niego, 

nie domyślił się od razu, że jest kosmitą. Jego oczy zdradzały tę tajemnicę. Były nieziemskie. 

Niesamowite i bardzo piękne.

Na   szczęście   dla   nich   wszystkich,   Valenti   nigdy   nie   wpatrywał   się   w   oczy   tego 

chłopaka tak intensywnie jak Liz. Szeryf, członek organizacji pod nazwą Plan Wyczyszczenia 

Bazy Danych, miał za zadanie wytropienie wszystkich kosmitów mieszkających na Ziemi - co 

w gruncie rzeczy ograniczało się do poszukiwania Maxa, jego siostry Isabel i Michaela. Tylko 

oni ocaleli ze słynnej katastrofy statku kosmicznego, który przed laty rozbił się w Roswell.

To   właśnie   szeryf   Valenti   przyczynił   się   do   tego,   że   Max   chciał   być   „tylko 

przyjacielem” Liz. Dopóki Valenti poszukiwał kosmitów, Maxowi - i jego bliskim - groziło 

niebezpieczeństwo.

Liz byłoby o wiele łatwiej - no tak, byłoby nadal ciężko, ale chociaż troszeczkę łatwiej 

-   gdyby   Max   nie   żywił   dla   niej   ciepłych   uczuć.   Wtedy   mogłaby   chyba   pogodzić   się   z 

background image

sytuacją. Ale chłopak był w niej zakochany. Wiedziała o tym. Widziała to w jego oczach. 

Dlatego też nie chciał, by się do siebie zbytnio zbliżyli, to bowiem mogłoby ściągnąć na nią 

niebezpieczeństwo.

Jak gdyby zależało jej na tym, żeby czuć się bezpiecznie. Jak gdyby zależało jej na 

czymkolwiek poza tym, żeby być z Maxem.

Rzuciła na niego ostatnie spojrzenie, na piękno, które zapierało jej dech w piersiach, i 

odwróciła wzrok. Próbowała się skupić na toczącej się obok rozmowie.

- Robię listę najlepszych  wyrobów w  Roswell,  zawierających  ser. Numer jeden  to 

Crater   Taters...   mam   na   myśli   te   długie   chipsy,   pokryte   jasnopomarańczowym   serem. 

Superowe. Cosmic Crunch też są rewelacyjne - powiedział Alex, kładąc na języku serowego 

chipsa, i zamknął oczy, rozkoszując się jego smakiem.

Maria posłała Liz porozumiewawcze spojrzenie. Zawsze się z niego podśmiewały, 

kiedy   z   takim   przejęciem   układał   te   listy,   by   wprowadzić   je   później   na   swoją   stronę 

internetową. Co prawda, same uważały to za niezłą zabawę.

- To   mi   się   u   ciebie   podoba,   Alex   -   powiedziała   Liz.   -   Nie   boisz   się   zadawania 

poważnych pytań filozoficznych. Dlaczego na świecie istnieje zło? Czy nauka obaliła wiarę w 

istnienie duszy? I tego najbardziej istotnego: które chipsy z serem są najlepsze?

- Hej, a ja? - odezwał się Michael. - Ja też jestem filozofem. - Włożył do ust pełną 

garść Crater Taters i popił je płynem do płukania ust.

To połączenie wydało  się Liz wyjątkowo obrzydliwe. Ale ja nie jestem kosmitką, 

tłumaczyła sobie. Michael niewątpliwie miał inne kubki smakowe niż zwykłe ziemskie istoty. 

Gdyby tak nie było, już haftowałby po ławkach.

- Twoje   szczęście,   że   masz   urok   osobisty,   bo   zostałbyś   zwycięzcą   w   konkursie 

obrzydliwości! - zawołała Maria, patrząc, jak chłopak pakuje do ust następną porcję chipsów.

- Naprawdę uważasz, że jestem uroczy? - spytał Michael, trzepocząc uwodzicielsko 

rzęsami. Po chwili szeroko otworzył usta, pokazując Marii język pokryty pomarańczowym 

nalotem.

- Musisz koniecznie spróbować - odezwał się Alex, wyciągając do niej rękę z torebką 

chipsów.

- Nie jadam neonowopomarańczowej żywności. - Maria zmarszczyła z niechęcią nos. - 

To nie jest odpowiednie jedzenie.

Michael uśmiechnął się szeroko do kolegi, a ten z kolei do Marii, po czym się na nią 

rzucili. Michael chwycił ją za jedną rękę, a Alex za drugą. Obaj starali się wepchnąć jej do ust 

te „jadalne śmiecie”. Dziewczyna zaczęła piszczeć, zaciskając jednocześnie zęby, co zrobiło 

background image

duże wrażenie na Liz.

- Pomóż nam! - krzyknął Alex do Maxa. Ten wyciągnął rękę i połaskotał Marię w 

odsłonięty brzuch, bo jej sweter podjechał do góry. Zaczęła się śmiać, z czego skorzystali 

Alex i Michael, napychając jej usta chipsami.

- Musimy teraz uważać - powiedziała Liz ostrym tonem, o wiele ostrzejszym, niżby 

sobie tego życzyła. - Mecz zaraz się zacznie.

Co prawda do początku meczu zostało jeszcze kilka minut, chciała jednak, żeby Max 

zdjął rękę z brzucha Marii - i to zaraz. Wiedziała, że nie ma powodu do zazdrości. Max i 

Maria byli tylko kumplami. Ale to ją zabolało. Mógł dotykać jej najlepszej przyjaciółki, a 

nigdy nie dotykał Liz.

Pocałowali   się   zaledwie   trzy   razy,   zanim   ogłosił   swój   regulamin   pod   nazwą 

„będziemy tylko przyjaciółmi”, ale dokładnie pamiętała dotyk jego warg. Nie mogła pogodzić 

się z myślą, że ma przejść przez życie pozbawiona pocałunków Maxa, dotyku jego palców 

przeczesujących jej włosy, bliskości jego ciała...

Przestań się zadręczać, pomyślała i skupiła uwagę na boisku.

Dziewczyny,   które   spełniały   rolę   cheerleaderek,   ustawiły   się   przed   ławkami   dla 

kibiców. Isabel, siostra Maxa, chwyciła mikrofon. Pierwsza weszła na boisko drużyna ich 

szkoły, Liceum Ulyssesa F. Olsena.

- Brawo kosmici z UFO! Rick Montes, Doug Highsinger, Tim Wanabe...

Chłopcy po kolei wbiegali na boisko, kiedy Isabel wykrzykiwała ich nazwiska.

- John Andrews, Richard Jamison, Nikolas Branson...

- Czy ten nowy chłopak, Nikolas, chodzi z tobą na jakieś zajęcia? - zwróciła się Liz do 

Marii.

- Na hiszpański. Jest raczej cichy.

- Dość atrakcyjny - powiedziała głośno Liz. Chciała, żeby Max to usłyszał. Może jeśli 

pomyśli, że ona interesuje się innym facetem, to...

Zachowuję się żałośnie, uznała. Jeszcze trochę, a zacznę czytać w „UFO Observer” 

porady pani Susie Scotto w „Miłości nie z tego świata”.

- Tylko   dość   atrakcyjny?   -   powtórzyła   Maria.   -   On   powinien   nosić   plakietkę 

ostrzegawczą!

Liz spojrzała znowu na Nikolasa. Miał długie, opadające na ramiona, ciemne włosy i 

jasnobrązowe   oczy.   Wysokie   kości   policzkowe   i   nos,   który   musiał   już   być   kilkakrotnie 

złamany, nadawały jego twarzy surowy wyraz. Tak się przynajmniej wydawało, dopóki nie 

dostrzegło się jego pełnych, zmysłowych warg.

background image

Tak, był  atrakcyjny,  ale Liz  patrzyła  na niego z naukowego punktu widzenia,  jak 

antropolog klasyfikując typ urody, jakby to robiła w laboratorium biologicznym.

Gdyby   Maria   wiedziała,   co   mi   chodzi   po   głowie,   pomyślała   Liz.   Maria   zawsze 

mówiła, że naukowy pogląd na świat odziera go z magicznego uroku. Ale jej przyjaciółka 

miała naukowy umysł.

Maskotka tamtej drużyny powinna mieć się na baczności. Izzy za chwilę się wścieknie 

- zauważył Michael.

Liz   rzuciła   okiem   na   boisko.   Rocky   Rocket,   w   kostiumie   maskotki   drużyny 

przeciwników, liceum Guffmana, obejmował Isabel w pasie. Ta nadal zagrzewała kibiców do 

aplauzu, ale Michael miał rację. Widać było, że jest wściekła.

Nagle Rocky wyrwał jej mikrofon z ręki i odtańczył taniec zwycięstwa, wyskakując w 

powietrze.

- Uuu,   to   się   nie   spodobało   Isabel   -   Maria   roześmiała   się.   -   Żeby   jakiś   frajer   w 

ogromnym kudłatym kostiumie pozwalał sobie na takie żarty!

- Zaraz się za niego weźmie - rzekł z przekonaniem Michael. - Frajerzy nie powinni 

zaczynać z Iz... Patrzcie.

Faktycznie, Isabel przestała zagrzewać kibiców i z groźnym wyrazem twarzy obróciła 

się   w   stronę   Rocky'ego   -   maskotki   z   groźnym   wyrazem   twarzy.   Wyciągnęła   rękę   po 

mikrofon.

Rocky potrząsnął wielką, spiczastą głową. Isabel posunęła się w jego stronę jeszcze o 

krok - i zatrzymała się. Chłopak nagle wyskoczył w górę.

Kibice zachłysnęli się z wrażenia, kiedy Rocky uniósł się w powietrze, przeleciał trzy 

metry do tyłu i wpadł, głową w dół, do wysokiego pojemnika z lodem.

- Ja cię kręcę, widzieliście to?! - wykrzyknęła dziewczyna, która siedziała za Liz. - 

Wyskoczył kilka metrów w górę!

Rocky wydobył się z trudem z pojemnika i zrejterował na drugą stronę boiska. Liz 

zauważyła uśmiech triumfu na twarzy Isabel.

- Przy tym stosunku wagi do objętości to nie powinno być możliwe - powiedziała z 

namysłem.

Maria, Michael i Alex spojrzeli na nią pustym wzrokiem. Ich oczy miały zawsze taki 

wyraz, kiedy wygłaszała swoje teorie naukowe.

- Możesz powiedzieć to po angielsku? - zażartowała Maria.

- Liz   mówi,   że,   zgodnie   z   prawami   fizyki,   facet   w   dużym   i   ciężkim   kostiumie 

maskotki nigdy nie byłby w stanie skoczyć tak wysoko - tłumaczył jej Max.

background image

- To znaczy bez pomocy? - spytał Michael, unosząc brwi.

- Otóż to - odpowiedział Max.

Isabel zdjęła gumkę ze swoich blond włosów i rozpuściła je na ramiona. Taka fryzura 

najbardziej jej się podobała. Chłopakom zresztą też. W gruncie rzeczy im wszystko się w 

Isabel podobało. Wargi dziewczyny wygięły się w uśmieszku zadowolenia. 

- To   nie   do   uwierzenia,   że   maskotka   Guffmana   mogła   tak   wysoko   unieść   się   w 

powietrze - powiedziała Stacey Scheinin.

Podskoczyła,  lądując na kosmetyczce,  którą Isabel  położyła  przed swoją szafką w 

szatni. Isabel rzuciła jej mordercze spojrzenie, ale Stacey niczego nie zauważyła. Jak zwykle, 

nie przestawała szczebiotać. Uwielbiała słuchać własnego głosu.

- To   było   niesamowite!   -   zawołała   Stacey.   -   Uważam,   że   wszystkie   powinnyśmy 

zacząć chodzić na gimnastykę, żeby nauczyć się czegoś takiego. Co wy na to, dziewczyny?

Fanki Stacey przyjęły tę propozycję z entuzjazmem. Isabel wzniosła oczy da sufitu. 

Zespół cheerleaderek dzielił się na dwie grupy - dziewczyn nieznoszących Stacey i tych, które 

starały się ją naśladować.

Isabel,   bez   wątpienia,   należała   do   pierwszej   grupy.   Dlaczego   miałaby   chcieć 

upodobnić   się   do   Stacey?   Ta   dziewucha   zawsze   się   uśmiechała   albo   chichotała,   albo 

piszczała,   albo   robiła   to   wszystko   naraz.   Ale   pod   tym   słodziutkim,   rozczulającym, 

zachęcającym do chodzenia do dentysty uśmiechem krył się morderczy instynkt kobry.

- A   szczególnie   ty,   Isabel   -   dodała   Stacey.   -   Gdybyś   zajęła   się   gimnastyką,   nie 

miałabyś tylu problemów podczas prób do „Inwazji kosmitów. „

Isabel zignorowała ją. Stacey traktowała swoje stanowisko głównej cheerleaderki o 

wiele za poważnie. Nic lepszego już jej nie spotka w tym żałosnym, nieciekawym życiu. Poza 

tym skoki Isabel były doskonałe.

- „W inwazji kosmitów” Isabel  na pewno spodobała się Nikolasowi Bransonowi  - 

odezwała się Tish Okabe. - Ani na chwilę nie spuszczał z niej wzroku.

Okay,   okay,   Tish,   pomyślała   Isabel.   Stacey   dała   już   wszystkim   wyraźnie   do 

zrozumienia, że chciałaby mieć dla siebie tego nowego chłopaka, Nikolasa.

Stacey rzuciła Tish jadowite spojrzenie. Ta uśmiechnęła się tylko w odpowiedzi.

Isabel   roześmiała   się   cicho.   Jej   najlepsza   przyjaciółka   była   osobą,   która   potrafiła 

polubić prawie każdego. Z wyjątkiem Stacey.

- Nie   miałabym   nic   przeciwko   temu,   żeby   brać   lekcje   gimnastyki   u   Nikolasa!   - 

zawołała Lucinda Baker.

Isabel uważała, że Lucinda jest w porządku. Tylko trochę za bardzo starała się być na 

background image

topie. Czarne ciuchy, zielona szminka itd. Isabel słyszała, że Lucinda zgodziła się wstąpić do 

zespołu cheerleaderek tylko dlatego, że matka zapłaciła jej za to tysiąc dolarów.

- Zapomnij o tym. Nikolas nie jest aż tak zdesperowany, żeby miał zadawać się z tobą, 

nieszczęsna Lucindo - odezwała się jedna z fanek Stacey.

Isabel wciągnęła dżinsy; chciała jak najszybciej wyjść. Poziom estrogenów w szatni 

był   o   wiele   za   wysoki.   Drażniło   ją   zbyt   długie   przebywanie   w   towarzystwie   samych 

dziewczyn.

- Załóżmy się, którą z nas się zainteresuje! - rozległ się jakiś głos z drugiego rzędu 

schowków na ubranie.

Isabel nie była pewna, która z dziewczyn wpadła na ten pomysł. Ale była to jedna z 

entuzjastek Stacey. Wszystkie starały się naśladować jej wysoki, afektowany głos. Trudno je 

było rozróżnić.

- Nie   musimy   robić   zakładów.   Nikolas   zainteresuje   się   najbardziej   pociągającą 

dziewczyną w szkole, a będę nią ja - oświadczyła Stacey.

Tish rzuciła Isabel spojrzenie,  które mówiło: „dlaczego jej  na to pozwalasz?!  Ale 

Isabel nie miała ochoty wdawać się w sprzeczkę.

- Jeśli jesteś tak bardzo atrakcyjna, to dlaczego każdy chłopak z naszej szkoły chce się 

umawiać z Isabel? - Tish zwróciła się do Stacey.

- No tak, skoro wszyscy lecą na Izzy, dlaczego na balu inauguracyjnym tańczyła z 

Alexem Manesem? - odgryzła się Stacey.

To   prawda,   że   w   szkole   Alex   nie   należał   do   najbardziej   wziętych   chłopaków.   A 

najatrakcyjniejsze dziewczyny - do których niewątpliwie należała Isabel - zadawały się tylko 

z tymi popularnymi.

- On jest tylko jednym z tych zadurzonych niewolników. Czasami muszę poświęcić im 

trochę   uwagi,   bo   popadają   w   depresję,   zapominają   o   jedzeniu   i   doprowadzają   się   do 

okropnego stanu - powiedziała Isabel beznamiętnym tonem.

Był tylko jeden powód, dla którego wystąpiła wtedy w towarzystwie Alexa - należał 

on do spisku, mającego uchronić Isabel, Maxa i Michaela przed szeryfem Valentim, który był 

już bliski odkrycia prawdy. Isabel nie mogła odmówić tańca chłopakowi, który starał się 

ocalić jej życie.

Ale jeśli miała być całkowicie szczera, to nie był jedyny powód, dla którego zgodziła 

się tańczyć z Alexem. Ten chłopak w jakiś dziwny sposób ją fascynował. Miał wariackie 

poczucie   humoru,   był   inteligentny,   a   kiedy   jej   dotykał...   naprawdę   wiedział,   co   robić   z 

rękami.

background image

Isabel   sprawdziła   makijaż   w   lusterku   umieszczonym   na   wewnętrznych   drzwiach 

szafki i pociągnęła usta drugą warstwą czerwonej szminki. Wzięła torebkę i ruszyła do drzwi, 

które prowadziły do sali gimnastycznej.

- Powiem Nikolasowi, że jesteś w nim z lekka zadurzona! - zawołała w stronę Stacey. 

- Może uda mi się go przekonać, żeby zwrócił na ciebie uwagę.

Szybko zamknęła za sobą drzwi, nie dając Stacey szansy na odpowiedź. Mogła sobie 

tylko wyobrazić, jak jej słodka twarzyczka czerwienieje ze złości.

- Isabel! - usłyszała nagle głos Maxa. Obróciła się. Brat wyraźnie na nią czekał. Nie 

miał wesołej miny. Tak samo jak Liz, Maria i Michael. Nawet Alex, który na jej widok 

zawsze uśmiechał się jak wariat, miał ponury wyraz twarzy.

Na pewno coś się stało. Coś ważnego. Coś złego. Czy Valenti już odkrył prawdę? Czy 

wie, kim są? Isabel szybko  podeszła  do grapy przyjaciół.  Jej  kroki odbijały się głośnym 

echem w pustej sali gimnastycznej.

- Co się stało? - spytała z niepokojem.

- Co się stało? - powtórzył Max ironicznym tonem. - Dokładnie wiesz, co się stało.

Nie wydawał się jednak przerażony ani zaniepokojony. A więc to nic groźnego. Był 

tylko zirytowany. Na nią. O co mu chodziło? Przecież nic takiego nie zrobiła. No dobra, 

zostawiła mu wczoraj wieczorem całe zmywanie. Wielka rzecz.

- To nie było mądre posunięcie, Iz - powiedział Michael. Jego głos był tak samo pełen 

dezaprobaty jak głos Maxa.

O co tu chodziło? A może zapomnieli jej powiedzieć, że to jest dzień walki z Isabel?

- Wiesz, że Valenti wciąż szuka w Roswell kosmitów - włączyła się Liz. - Wiesz, że to 

bardzo niebezpieczny facet.

- Ostatnim razem ledwie nam się udało go pozbyć - wtrąciła Maria.

Valenti... Chwileczkę. Czy to ma jakiś związek z szeryfem?

- Okay, niech mi ktoś zaraz wszystko wytłumaczy - powiedziała Isabel. - Nie możecie 

rzucać tylko hasłem Valenti i nie...

- Przestań - przerwał jej Michael. - Nie udawaj niewiniątka.

Użyłaś mocy, by wrzucić maskotkę Guffmana do pojemnika z lodem. Myślałaś, że 

tego nie zauważymy?

Isabel nagle zesztywniała. No tak, dziękuję wam za to, że macie do mnie tyle zaufania.

- Chyba powinnam wam teraz powiedzieć, że użyłam swojej mocy również po to, by 

położyć   niewidzialne   osłony   na   wszystkich   deskach   toaletowych,   i   spowodowałam,   że 

bokserki pana Tollifsona zamieniły się w jedwabne majteczki - odparowała Isabel. - Kim 

background image

jestem, dziewięcioletnią dziewczynką?

Max rzucił jej typowe spojrzenie starszego brata, jakby chciał powiedzieć: „nie staraj 

się wykręcać”.

- Słuchaj,   Iz,  czułem,   że   ktoś   używa   mocy,   czułem   odpływ   energii,   tak   samo   jak 

Michael. A żaden z nas nie zabawiał się tą głupią maskotką.

- A ja niczego nie czułam. Powariowaliście. To czyste wariactwo. Czy cokolwiek do 

was dociera?

Isabel usiłowała przecisnąć się pomiędzy Marią a Michaelem. Nie miała zamiaru tam 

stać i pozwolić im wrzeszczeć na siebie bez powodu.

- Nie wolno ci tego bagatelizować. - Michael złapał ją za łokieć.

Wyrwała rękę i spojrzała na Alexa. Jak do tej pory nie powiedział ani słowa w jej 

obronie. Jeśli nie można liczyć nawet na faceta, który ma bzika na twoim punkcie... Rzuciła 

mu wściekłe spojrzenie.

- Nie masz nic do powiedzenia? - spytała zaczepnym tonem.

- Nie potrafię wydobyć głosu. Jestem jeszcze w szoku, w który wprawił mnie obraz 

pana Tollifsona w jedwabnych majtkach - rzekł chłopak. - Ale jeśli mówisz, że ty tego nie 

zrobiłaś, to mi wystarczy.

- Mnie też - dodała szybko Maria.

- Nie wiecie, co ona już wyprawiała - odezwał się Max. - Pamiętacie, jak w zeszłym 

roku samochód pani Shaffer znalazł się na dachu sali gimnastycznej?

- Tak! - wykrzyknął Alex. - To było rewelacyjne!

- To zrobiła Isabel. - Max zmarszczył czoło. - Rzucanie maskotką to dokładnie w jej 

stylu.

Pamiętał   każdą   najmniejszą   głupotę,   jaką   Isabel   kiedykolwiek   popełniła.   Czasami 

miała   wrażenie,   że   wprowadził   do   komputera   wszystkie   wiadomości   na   jej   temat.   Zaraz 

zacznie opowiadać o tym, jak w czwartej klasie ugryzła Laurę Burns.

- Czy uważacie mnie za idiotkę?! - wrzasnęła. - Czy myślicie, że nie pamiętam, jak 

mało brakowało, by Valenti wpadł na nasz ślad? Myślicie, że ryzykowałabym, żeby... żeby... 

Myślicie, że chcę, żeby Valenti...

Z trudem łapała oddech. Łzy napływały jej do oczu, ale je powstrzymała. Nie mogła 

sobie na nie pozwolić. Nie mogła sobie pozwolić na to, by na samą myśl o Valentim dygotać 

z przerażenia.

- Hej, Iz... - odezwał się Michael, lekko gładząc ją po ręce. - Czułem, że jest używana 

moc, ale może tak mi się tylko wydawało. Może po prostu zdrętwiała mi noga i poczułem, że 

background image

przechodzą mnie ciarki. Nie powinienem był cię od razu oskarżać.

Lekko skłoniła głowę. Jak na Michaela to były wielkie przeprosiny.

- Posłuchaj,   Isabel   -   wtrąciła   Liz.   -   Nie   chcieliśmy   sprawić   ci   przykrości.   Nie 

powinniśmy byli wyciągać pochopnych wniosków. Prawda, Max?

- Przepraszam cię, Izzy - powiedział Max. - Ja na pewno czułem powiew mocy. Ale to 

nie było słuszne, że od razu rzuciliśmy się na ciebie, nawet o nic cię nie pytając.

Isabel musiała przyznać mu jedno - kiedy nie miał racji, potrafił się do tego przyznać.

- Okay, odczuwam potrzebę grupowego uścisku - rzekł Michael.

- Kocham was wszystkich - powiedział Alex, udając, że ociera łzy.

- Ja bym was o wiele więcej kochała, gdybyście przestali uważać, że tylko ja zawsze 

robię głupstwa - mruknęła Isabel.

Niby byli jej przyjaciółmi, a nie mieli do niej za grosz zaufania.

Czy nie widzieli, jak teraz rozważnie postępuje? Rozwaga - to mogłoby być jej drugie 

imię. Rozwaga - to mogłaby być nazwa jej ulubionych perfum. Rozwaga - to mógłby być 

tytuł jej ulubionej piosenki. Jak mogli o tym nie wiedzieć?

To prawda, że dawniej nie starała się kontrolować swoich czynów. Używała mocy, 

kiedy tylko  miała na to ochotę, dla zabawy. Ale to było, zanim dowiedzieli się o Planie 

Wyczyszczenia Bazy Danych, zanim odkryli, że Valenti poluje na kosmitów.

Musiałaby chyba postradać zmysły, żeby teraz korzystać ze swojej mocy. To byłoby 

jednoznaczne z wysłaniem Valentiemu zaproszenia, aby ją schwytał. Isabel przyszło nagle do 

głowy, że powinna była wziąć cieplejszy płaszcz. Kiedy zaczynała myśleć o Valentim, zaraz 

robiło się jej zimno.

Max, możesz znaleźć inne wytłumaczenie na to, co poczułeś? - spytała Liz. - Przepływ 

prądu elektrycznego albo jakaś nagła zmiana pogody?

Byłoby miło, gdyby Liz zaczęła zadawać te pytania, zanim wszyscy rzucili się na mnie 

z oskarżeniami, pomyślała Isabel.

Max potrząsnął głową.

Powiew mocy daje bardzo charakterystyczne odczucia. Nie mógłbym tego pomylić z 

niczym innym.

A może w Roswell jest jeszcze jakiś kosmita? - zasugerowała Maria.

Isabel z trudem pohamowała histeryczny wybuch śmiechu.

- Bardzo bym chciała - mruknęła. Kiedy była dzieckiem, zawsze marzyła o tym, że 

spotka   innych   kosmitów.   Może   to   będzie   dziewczynka,   która   stanie   się   jej   najlepszą 

przyjaciółką.

background image

Ale nigdy nie natrafiła na najmniejszy ślad świadczący o tym, że mogłoby tak być.

Kiedy wreszcie dowiedzieli się, że trafili na Ziemię, ponieważ statek ich rodziców 

uległ katastrofie, znali już całą prawdę. Isabel, Max i Michael byli tu sami. Zdani wyłącznie 

na siebie.

Do czasu, kiedy Alex, Liz i Maria odkryli prawdę.

- Gdyby na Ziemi byli jeszcze inni, to odczuliby naszą moc. Skontaktowaliby się z 

nami - powiedział Max.

- Tego nie da się utrzymać w tajemnicy przed innym kosmitą - poparł go Michael. - 

Przecież odbieramy wzajemnie swoje wrażenia i odczucia. Tak już jest. Nie mamy nad tym 

żadnej kontroli.

- I nigdy nie natrafiliśmy na ślad czyjejś obecności, poza nami trojgiem - mruknęła 

Isabel.

- Tylko przez sekundę czułem powiew mocy. Musiałem się omylić. To na pewno było 

coś innego - powiedział Max.

Isabel zauważyła jednak zmarszczkę, która pojawiała się między jego brwiami zawsze 

wtedy, kiedy był zatroskany.

background image

2

UFO H2O. Czytaj: butelkowana woda z kosmitą na etykiecie. Turyści kupią wszystko, 

pomyślał Michael. Miał w ręku przyrząd do mechanicznego naklejania cen. Każda butelka 

musiała być oznaczona ceną. Jego szefowa, Kristen Pettit, mówiła, że filokosmici zapłacą 6 

dolarów i 99 centów za każdą butelkę wody. I miała rację.

„Towary kosmiczne” nieprawdopodobnie napędzały kasę. Z tyłu lokalu mieścił się 

zwyczajny sklep, gdzie mieszkańcy Roswell kupowali mleko, napoje gazowane i tego typu 

rzeczy. część przy wejściu zapchana była lichymi gadżetami, za to w bardzo wygórowanych 

cenach. Cały ten chłam był szaloną atrakcją dla turystów. Były tam szczoteczki do zębów z 

głowami kosmitów, biżuteria kosmiczna, która świeciła w ciemnościach, figurki kosmitów na 

bokserskim   ringu   i   kubki   do   kawy   z   napisami   -   „Sześć   metod   rozpoznawania,   czy   twój 

współpracownik jest kosmitą”.

Michael doszedł do wniosku, że mógłby zostać milionerem w ciągu jednego tygodnia 

- gdyby każdemu klientowi zdradził prawdę o sobie. Dostałby pewnie tysiąc dolarów za jeden 

włos ze swojej głowy. Mógłby nawet sprzedawać kawałki paznokci.

Naturalnie ten projekt natychmiastowego wzbogacenia się miał swoje wady. Gdyby 

powiedział komuś, że jest kosmitą, prawdopodobnie skończyłoby się to jego śmiercią. Albo 

zostałby zamknięty w jakiejś klatce, jako obiekt badań naukowych. „Przyjdźcie zobaczyć 

naszego królika doświadczalnego, kosmitę milionera”. Dobra.

Zadźwięczały zawieszone przy wejściu do sklepu dzwoneczki - oczywiście ozdobione 

twarzami   kosmitów.   Michael   nawet   się   nie   odwrócił.   Klient   sam   go   znajdzie.   Był   przy-

gotowany na to, że każdy turysta będzie chciał mu zadać co najmniej cztery miliony pytań na 

temat Tajemnicy Roswell.

Powinien   sobie   nagrać   małe   przemówienie:   „Witamy   w   Magazynie   Towarów 

Kosmicznych.   Chciałbym   państwa   zapoznać   z   historią   Tajemnicy   Roswell.   My   wszyscy 

jesteśmy z niej bardzo dumni. W latach czterdziestych tuż koło naszego miasta rozbił się 

statek kosmiczny. Co prawda katastrofa miała miejsce prawie sto kilometrów stąd, ale tego 

nie mówimy, bo wtedy nie moglibyśmy wyciągać pieniędzy od turystów. Jeszcze żyje kilku 

mieszkańców, którzy twierdzą, że widzieli ten statek i zwłoki kosmitów. Dlaczego nie ma ani 

statku, ani tych malutkich ciałek kosmitów w naszym muzeum UFO? Zaraz wam powiem. 

Rząd wszystko zakamuflował. Wmawiali ludziom, że to, co widzieli, było tylko balonem 

meteorologicznym. I...

- Mam pytanie - za plecami Michaela rozległ się jakiś głos.

background image

To mi niespodzianka, pomyślał. Obrócił się i zobaczył pana Cuddihy'ego. Chłopak 

stłumił westchnienie. Dlaczego opieka społeczna nie przydzieliła mu jednego z tych mniej 

zaangażowanych pracowników? Kogoś, kto nawet by nie zauważył, że Michael nie stawił się 

na rozmowę.

- Chce pan wiedzieć, co myślę o taśmie z sekcji zwłok kosmitów? Czy uważam ją za 

oszustwo? - spytał Michael.

Pan Cuddihy potrząsnął tylko głową.

- Podczas wyznaczonego spotkania, które zlekceważyłeś, chciałem się dowiedzieć, jak 

stoją sprawy z Hughesami.

- Chyba   okay.  -   Michael   wzruszył   ramionami.   Jego   przybrany   ojciec   był   niezłym 

palantem, który zawsze chciał postawić na swoim, ale chłopak potrafił sobie z nim radzić. 

Przez te wszystkie lata nie udało mu się trafić do idealnej rodziny zastępczej, a zmieniał je 

często.

- Podczas  naszej  ostatniej  rozmowy  pan  Hughes  wspominał   o jakiejś  furgonetce   - 

zauważył pan Cuddihy.

Michael nie odezwał się. Co miałby powiedzieć? Dobrze wiedział, o jakiej furgonetce 

mówił kurator. O tym starym gracie, którego pan Hughes postawił na klockach na podwórzu, 

na tyłach domu. Stał tam bardzo długo, dopóki Michael nie postanowił zrobić z niego użytku.

Michael i Max wysłali furgonetkę na dno Lakę Lee. Szeryf  Valenti był już bliski 

zdemaskowania   Maxa.   Michael   ułożył   więc   plan,   który   miał   przekonać   Valentiego,   że 

kosmita, na którego polował, stracił życie - utopił się w głębokim jeziorze. Tak się pechowo 

złożyło dla pana Hughesa, że do wykonania tego planu potrzebna była jego furgonetka.

- Pan   Hughes   powiedział   mi,   że   przed   kilkoma   tygodniami   samochód   zniknął   w 

tajemniczych okolicznościach.

- Powinien   o   tym   porozmawiać   z   żoną   -   rzekł   Michael.   -   Ona   nienawidziła   tego 

rzęcha. Nazywała go najohydniejszą na świecie ozdobą podwórza. Stale się odgrażała, że 

oklei go gipsowymi elfami i innymi różnościami, dla dodania mu urody.

To   była   prawda.   Usunięcie   pick   -   upu   oznaczało   wyświadczenie   przysługi   pani 

Hughes, a ona była o wiele bardziej w porządku niż jej mąż.

- Więc nic nie wiesz o tej furgonetce? - Pan Cuddihy roześmiał się.

Michael znowu wzruszył ramionami.

- Nie rozumiem, jak w ogóle można było wyciągnąć ją z podwórza. Nie sposób było 

zapalić silnika.

Naturalnie ktoś obdarzony mocą, tak jak on i Max, łatwo mógł sobie z tym poradzić, 

background image

korzystając wyłącznie z siły koncentracji. Nie podzielił się jednak tą wiadomością z pracow-

nikiem opieki społecznej.

- Okay, obiecałem panu Hughes, że poruszę ten temat, i zrobiłem to - powiedział pan 

Cuddihy. - Ale przyszedłem tu w zupełnie innej sprawie. Chciałem się zorientować, jak ci się 

układa w domu. Nie jestem pewien, czy dom państwa Hughes jest dla ciebie odpowiednim 

miejscem. Myślałem o tym, żeby ci znaleźć coś innego.

Czytaj: Państwo Hughes nie chcą, żeby Michael dłużej z nimi mieszkał.

Michael nagle zesztywniał; czuł, jak napinają mu się mięśnie. Ale o co ci właściwie 

chodzi? - pomyślał. Przecież to tylko miejsce, gdzie można się przespać.

- Kiedy mam się spakować? - spytał.

- Chwileczkę, nie wyprzedzaj mnie - zaprotestował pan Cuddihy. - Jeśli uważasz, że 

stosunki z Hughesami nieźle ci się układają, to mógłbym zorganizować kilka spotkań grupo-

wego doradztwa i...

- Nie.   Pan   ma   rację.   Nie   pasujemy   do   siebie.   -   Michael   odgarnął   pasma 

kruczoczarnych   włosów,   które   opadły   mu   na   oczy.   -   Czy   to   już   wszystko?   Bo   szefowa 

zostawiła mi tu całą masę pracy.

- To wszystko - oświadczył pan Cuddihy. - Za kilka dni podam ci więcej szczegółów. 

Wtedy wyznaczymy sobie następne spotkanie. Mam nadzieję, że przyjdziesz.

- Tak, przyjdę. Bez wątpienia.

Idź   już   sobie,   pomyślał   Michael.   Kurator   był   całkiem   w   porządku,   ale   jego 

podopieczny byłby szczęśliwy, gdyby go już więcej nie musiał oglądać. Niech tylko skończy 

osiemnaście lat... Do widzenia, panie Cuddihy. Do widzenia, rodziny zastępcze.

Sam nie był pewien, kiedy powinien obchodzić osiemnaste urodziny. Kiedy wydostał 

się z inkubatora, była zima; to wiedział. Wyglądał wtedy jak siedmioletnia istota ludzka. Czy 

to oznaczało, że wyszedł z inkubatora w swoje siódme urodziny czy też w pierwsze, czy... ?

Teraz   to   już   nie   miało   znaczenia.   Ważna   była   data   urodzin,   którą   przypisali   mu 

pracownicy   opieki   społecznej.   Jeszcze   niecałe   sześć   miesięcy   do   dnia,   kiedy   odzyska 

wolność.

- Wkrótce do ciebie zatelefonuję - powiedział pan Cuddihy, wychodząc ze sklepu.

Tak,   zadzwoni   i   rozpocznie   się   nowy   cyrk   z   rodziną   zastępczą.   Te   wszystkie 

rozmówki pod hasłem:  żebyśmy  - się - lepiej  poznali. Te  całe zasrane „reguły  - które  - 

obowiązują - w - naszym - domu”. Michael westchnął i zabrał się znowu do nalepiania cen na 

butelkach. Przynajmniej nie będzie już widywał cynicznego, pełnego wyższości uśmieszku 

pana Hughesa. No i wreszcie zbliża się koniec tych sztucznych sytuacji rodzinnych. Właśnie 

background image

tego  najbardziej  nienawidził.  Gdyby   rodziny  zastępcze   były  czymś   w  rodzaju  motelu,  to 

byłoby w porządku. Ale we wszystkich panował pogląd, że powinno się okazywać  sobie 

nawzajem przywiązanie, które tak naprawdę nie istniało.

Zresztą może czasem istniało. W biurze opieki społecznej Michael widywał dzieci, 

które, jak mu się wydawało, miały dobre stosunki z przybranymi  rodzicami. Ale to były 

przeważnie bardzo małe dzieci. Słodkie maleństwa.

Kiedy Michael był małym dzieckiem, nie był słodki, był dziwny. „Miał siedem lat”, 

ale nie umiał mówić, nie umiał posługiwać się widelcem czy też korzystać z toalety. Uczył się 

szybko, lecz nie był chłopcem, na widok którego dorośli wydawaliby okrzyki zachwytu.

Rozległ się znowu dźwięk dzwoneczków. Wszedł Max. Michael spojrzał na zegarek. 

Koniec pracy.

- Wychodzę, okay?! - zawołał.

- Do jutra! - odkrzyknęła Kristen ze swojego biura.

- Chodźmy - powiedział Michael, biorąc kurtkę.

- Chwileczkę! - zawołał Max. - Chciałbym najpierw zrobić trochę zakupów. Macie 

mapy siedzib kosmitów?

- Jakaś kobieta raz mnie o to pytała. - Michael prychnął i ruszył w kierunku jeepa 

przyjaciela.

- Okay,   gdzie   dziś   jedziemy?   -   spytał   Max,   siadając   za   kierownicą.   Wyjechał   z 

parkingu, kierując się w stronę pustyni.

Michael wyjął z kieszeni mapę. Wpatrywał się w zakreskowane miejsca, już przez 

nich przeszukane w nadziei, że odnajdą statek kosmiczny, którym przylecieli ich rodzice. 

Uważał, że rząd, albo też agencja pod nazwą Plan Wyczyszczenia Bazy Danych ukryła statek 

gdzieś w pobliżu miejsca katastrofy. Nie sądził, by chcieli podjąć ryzyko przetransportowania 

go w zbyt odległe miejsce. Michael postanowił prowadzić poszukiwania aż do skutku.

Ale   co   zrobi,   kiedy   już   zakreskuje   cały   stan   na   swojej   mapie?   Czy   miałby 

zrezygnować z poszukiwań? Nie zrobi tego. Odnalezienie statku stanowiło jedyną możliwość 

powrotu na jego planetę, do prawdziwego domu. Jeśli zakreśli cały stan, zacznie od początku. 

Będzie ponownie przeszukiwał każdy centymetr pustyni - i od nowa, i od nowa, i od nowa.

- Słyszałem, że około dwudziestu kilometrów od miejsca katastrofy też są jaskinie - 

rzekł. - Chcę sprawdzić, czy uda się je odnaleźć. Może któraś z nich jest wystarczająco duża, 

by pomieścić statek. Podobno trudno na nie natrafić. Otwory wejściowe to tylko szczeliny w 

podłożu, tak jak w naszej jaskini.

Michael, Max i Isabel nie znali swojej przeszłości. Wiedzieli tylko, że ich rodzice byli 

background image

na pokładzie statku kosmicznego, który rozbił się na pustyni w 1947 roku. Oznakowania ich 

inkubatorów były identyczne z symbolami na odnalezionych szczątkach statku. Nie wiedzieli, 

w jaki sposób inkubatory znalazły się w jaskini. Może któremuś z rodziców udało się ich 

uratować, zanim sam umarł.

- Co robiłeś przez cały wieczór, kiedy ja pracowałem na życie? - spytał Michael.

- No   wiesz,   to   co   zwykle.   Obrabowałem   bank.   Poderwałem   listonoszkę.   Zjadłem 

kolację z rodzicami - powiedział Max. - Aha, zadzwonił  Ray Iburg, ten facet, który jest 

właścicielem muzeum UFO. Dostałem u niego pracę.

Kiedy wyjechali z miasta, dodał gazu. Mieli teraz całą drogę dla siebie.

- Nie   uważasz,   że   jest   w   tym   coś   dziwnego,   że   obaj   pracujemy   w   turystycznych 

zasadzkach na ludzi, którzy mają bzika na punkcie kosmitów? - spytał Michael.

- Przecież to Roswell. Połowa ludzi w tym mieście pracuje w biznesie kosmicznym.

- Masz rację. Mogłoby być gorzej. Całe miasto mogłoby sprzedawać produkty rybne 

czy coś w tym rodzaju - przyznał Michael.

Włączył radio, bo wiedział, że jeśli nie przestanie mówić, to w końcu wygada się o 

spotkaniu z panem Cuddihym.

Nie   chciał   mówić   przyjacielowi,   że   znowu   zmienia   rodzinę   zastępczą.   Maxowi 

sprawiłoby to przykrość. Nie okazałby tego, wiedział bowiem, że Michael nienawidzi litości. 

Pewnie zaproponowałby tylko, żeby na ostatni rok liceum przyjaciel przeprowadził się do 

Evansów.

Michael wiedział, że państwo Evansowie zgodziliby się go przyjąć. Parę lat temu, 

kiedy   miał   kolejny   raz   zmienić   rodzinę   zastępczą,   pani   Evans   chciała   pójść   do   pana 

Cuddihy'ego i zaproponować, że zostanie jego przybraną matką. Powiedziała, że on i tak 

prawie u nich mieszka i zawsze przychodzi na posiłki.

Ale Evansowie wychowywali Maxa i Isabel od czasu, kiedy ta dwójka była małymi 

dziećmi. Stanowili rodzinę. Prawdziwą rodzinę. I chociaż państwo Evansowie byli dla Mi-

chaela niesłychanie mili, wiedział, że wzięliby go tylko z litości.

Już tyle lat znosił pobyt w rodzinach zastępczych, że mógł wytrzymać jeszcze trochę. 

Nie był zresztą tak bardzo nieszczęśliwy. To zbyt mocne słowo.

Owszem, trudno powiedzieć, żeby był całkowicie szczęśliwy. Ale czy tylko on? Miał 

przecież oczy. Widział aury, te kolorowe otoczki wokół wszelkich żywych istot, tak unikalne 

jak   odciski   palców.   Te   aury   mówiły   mu,   że   mnóstwo   ludzi   nie   jest   ani   specjalnie 

szczęśliwych, ani też całkowicie nieszczęśliwych. I dają sobie z tym radę.

Kiedy pędzili przez pustynię, Michael wyglądał przez okno, całkowicie oderwany od 

background image

rzeczywistości. Nie miał ochoty nie tylko mówić, ale nawet myśleć. Chociaż jego ciało nadal 

znajdowało się w samochodzie, cała reszta jakby rozpływała się w powietrzu.

- Ten motocykl działa mi na nerwy - odezwał się Max, ściszając radio.

- Eh? - mruknął Michael. Wyprostował się i spojrzał na przyjaciela.

- Cały czas jedzie za nami jakiś motocykl - powiedział Max. Michael popatrzył w 

lusterko.

- Jedzie   za   nami?   Jesteś   pewien?   Przecież   w   tym   kierunku   jest   to   jedyna   droga 

wyjazdowa z Roswell.

- Masz rację. Ale wiesz, o co mi chodzi? O tę aferę z maskotką. To mnie zszokowało.

- Może   powinieneś   poddać   ten   gang   motocyklowy   małej   próbie?   -   zaproponował 

Michael.

Max skinął głową. Skręcił gwałtownie w lewo i wjechał na pustynię. Motocykl nadal 

jechał autostradą.

- Fałszywy alarm - skwitował Michael.

- Zrobiłem się zbyt nerwowy - przyznał jego przyjaciel.

- No tak, przecież tutaj nikt na nas nie poluje ani nie chce zabić - powiedział Michael 

ironicznym tonem.

- Stale zapominam, że jesteśmy tylko zwykłymi uczniami liceum.

Michael usłyszał nagle ryk silnika i obejrzał się. Przez pustynię, w ślad ich jeepa, gnał 

motocykl.

- Wiesz co? Chyba dzisiejsza noc niezbyt nadaje się na poszukiwania - powiedział.

Max zawrócił jeepa i ruszył w kierunku miasta.

- Wiesz co? Myślę, że masz rację.

Alex   pochylił   się,   wpatrując   się   w   dołek,   wysłany   zniszczoną,   ciemnoróżową 

wykładziną.

- Uważam,   że   do   tego   uderzenia   powinnaś   wziąć   metalowy   kij   numer   dziewięć   - 

zażartował.

Widział, że Isabel usiłuje powstrzymać uśmiech, ale niezupełnie jej się to udaje.

- Widzisz. Od razu mówiłem, że minigolf poprawi ci humor. Popatrz, ile przeszkód 

piętrzy się na tej małej planszy.

Położył piłeczkę dziewczyny na gumowej podkładce i wyprostował się.

- Wciąż   nie   mogę   uwierzyć,   że   wszyscy   od   razu   zaczęliście   mnie   oskarżać   - 

powiedziała Isabel. - Akcja pod hasłem: obwiniamy Isabel.

- Mamy jeszcze stracha po tej aferze z Valentim - tłumaczył jej Alex. - Każda taka 

background image

paranoidalna głupota może nas drogo kosztować. Dlatego też wszyscy rzucili się na ciebie.

- Niech lepiej zejdą ze mnie, bo nie będą musieli się już martwić Valentim, tylko mną. 

- Isabel podeszła do piłki. - Minigolf jest chyba najgłupszym sportem na świecie.

- Teraz uważaj - powiedział Alex. - To jest wyjątkowo zdradziecki dołek, szokująco 

różowy statek kosmiczny. - Mówił dziwnym głośnym szeptem, którego komentatorzy gry w 

golfa używają w telewizji. - Zobaczycie, że trap, który prowadzi do tego statku, wznosi się i 

obniża. Gracz musi wybrać odpowiedni moment, żeby piłka znalazła się na statku.

Isabel   nie   zwracała   na   niego   uwagi.   Odgarnęła   z   twarzy   długie   blond   włosy, 

popatrzyła na piłkę, potem na trap i znowu na piłkę.

- Teraz obmyśla strzał - szeptał Alex. - Bierze zamach kijem. Pięknie. Teraz...

- Teraz obraca się i uderza swojego towarzysza kijem golfowym po głowie - przerwała 

mu dziewczyna. - Krew tryska na sztuczny trawnik pola golfowego.

Alex  postanowił  zamilknąć.   Zaproponował  jej  minigolfa  tylko   po to,  żeby  pomóc 

otrząsnąć się dziewczynie ze złego nastroju, nie po to, żeby wprawić ją w jeszcze gorszy hu-

mor.

Jesteś wspaniałym facetem, pomyślał. Takim, co zrobi wszystko w imię przyjaźni. 

Fakt, że ten przyjaciel jest blondynką z niebieskimi oczami i interesującymi krągłościami - 

czyli z tym, co cenisz najbardziej - nie ma z tym nic wspólnego.

Isabel poczekała, aż trzeszczący trap statku kosmicznego się obniży, machnęła kijem i 

nie   trafiła   nawet   w   piłkę.   Gdy   próbowała   jeszcze   raz,   piłka   przeleciała   przez   spłowiała 

ciemnoróżową wykładzinę i uderzyła w podniesiony trap.

- Po co tu jeszcze siedzimy? - spytała.

- Bo to dobra zabawa - powiedział Alex. - Pomogę ci. Stanął za plecami dziewczyny i 

położył ręce na jej dłoniach, w których trzymała kij. Poczuł pomarańczowo - korzenny zapach 

jej włosów. Czy tylko mu się wydawało, czy też Isabel zrobiła maleńki krok do tyłu, wtulając 

się w niego?

- Czy to na tym polega dobra zabawa? - spytała aksamitnym głosem.

- Mogę stwierdzić z całą stanowczością, że ja świetnie się bawię - odpowiedział Alex.

- A wiesz, co byłoby dla mnie najlepszą zabawą?

- Co? - Zorientował się, że pocą mu się dłonie. Miał nadzieję, że Isabel tego nie czuje. 

To wcale nie byłoby zabawne.

- Gdybym   mogła   trafić   tą   cholerną   piłką   w   ten   cholerny   statek   kosmiczny   - 

powiedziała Isabel słodkim głosikiem.

Ach, tak, golf, pomyślał Alex.

background image

- Okay,   nie   czekaj,   aż   trap   całkowicie   się   obniży,   bo   zdąży   się   podnieść,   zanim 

dosięgnie go piłka. Uderzasz, kiedy trap zaczyna się obniżać.

Alex   zmusił   się   do   skoncentrowania   uwagi   na   trapie.   Pokierował   uderzeniem 

dziewczyny. Gdy piłka wpadła wprost do statku kosmicznego, Isabel zapiszczała z radości.

- Nagle sobie uświadomiłem, że jestem w towarzystwie cheerleaderki - powiedział 

Alex.

Isabel zaczerwieniła się.

- Piszczałam jak Stacey Scheinin.

- W porządku. Minigolf wyzwala emocje - pocieszał ją AIex. Skierował uderzenie na 

statek. Jego piłka znalazła się blisko piłki Isabel, tuż obok dołka. - Pomóc ci? - spytał.

- Chyba uda mi się samej. Czy to miało oznaczać, że nie chce, by ją obejmował?

A może myślała, że nie powinien jej pomagać? A może... ? Tyle myśli przebiegało mu 

przez głowę, w takim tempie, jakby był chomikiem, który biega w obrotowym kółku. Trudno 

było zrozumieć tę dziewczynę. Tak, flirtowała z nim, ale nie miał pojęcia, co naprawdę myśli. 

Czy to była tylko chwilowa zabawa? A może Isabel sądziła, że coś się między nimi na-

wiązuje?

Zbyt wiele czasu spędzam z Liz i Marią, stwierdził. To wspaniałe dziewczyny. Fajnie 

jest mieć takie kumpelki, ale nie można myśleć tymi samymi kategoriami co one. Jeśli nie 

będzie się pilnował, zaraz spyta Isabel, co sądzi o ich wzajemnych stosunkach, i zaprosi ją na 

kawę o miętowym smaku.

- Więc to koniec, prawda? Mieliśmy już dość zabawy? - odezwała się Isabel.

- Został nam jeszcze tamten dołek - powiedział Alex. - Jeśli twoja piłka wpadnie w 

usta kosmity, nie płacisz za następną grę.

Isabel patrzyła z uniesionymi brwiami na wielkiego zielonego kosmitę.

- Myślałam,   że   wszyscy   tutaj   wyobrażają   sobie   kosmitów   jako   maleńkie,   zielone 

ludziki.

- Gdyby   był   mały,   to   otwór   byłby   niżej   i   łatwiej   byłoby   wcelować   piłką.   Wtedy 

byłoby zbyt wiele bezpłatnych gier - tłumaczył Alex. - Nie mogę uwierzyć, że nigdy nie 

grałaś w minigolfa.

- Kto chodzi na minigolfa... To znaczy, że przyszła tu ze względu na minie, a nie na tę 

grę, pomyślał Alex.

Chomik   zaczął   znowu   biegać   w   swoim   kółku.   Czy   to   miało   oznaczać,   że   Isabel 

traktuje to jak randkę? No nie. Nikt żyjący w obecnym czasach nie umawia się na randki. 

Może ci z młodszych klas. Ale czy ona uważa, że to jest „to coś”? Coś na linii facet - 

background image

dziewczyna? Czy na linii facet - dziewczyna nie pojawi się coś w rodzaju pocałunków na 

zakończenie tego... no, jakkolwiek się to nazywa.

Od   czasu   szkolnego   balu,   kiedy   w   tym   długim   cudownym   tańcu   trzymał   ją   w 

objęciach, Alex marzył o tym, by ją pocałować.

To nie całkiem tak, przypomniał sobie. Zobaczył  Isabel na korytarzu tego samego 

dnia, kiedy przeniósł się do liceum Olsena - dziewiętnastego sierpnia zeszłego roku. I od 

tamtego czasu marzył, żeby ją pocałować.

Rzucił okiem na Isabel. Patrzyła na niego zdumiona.

- Czy   przeprowadzasz   jakieś   eksperymenty   wizualne,   czy   chcesz   stosować 

psychotechnikę, żeby zdobyć tę darmową grę? - spytała.

Na pewno uznała go za głupka, kiedy tak stał i wpatrywał się w przestrzeń.

- Hm, tak - mruknął. - To cechuje graczy w minigolfa. - Zamachnął się kijem, nawet 

nie celując. Nie trafił.

Isabel ostrożnie położyła swoją piłkę.

- Myślę, że już wiem, na czym to wszystko polega. Rodzice będą ze mnie dumni. - 

Uderzyła. Piłka poleciała w kierunku broni laserowej, którą kosmita trzymał w prawej ręce, 

potem skręciła w lewo i wpadła mu do ust.

Czerwone oczy kosmity zabłysły. „Zaprowadź mnie do swojego szefa - zaskrzeczał 

elektronicznym głosem. - Do swooojego szefa. Zaprooowaadź mnieee dooo... „. I umilkł.

Do Isabel podbiegł chłopak, który podawał graczom kije.

- Ma pani darmowe grę. To było niesamowite. Jeszcze nikomu się nie udało. Nigdy! - 

wołał z przejęciem, wciskając jej do ręki kupony na kolejną bezpłatną grę.

Kiedy odszedł, Alex przybił Isabel piątkę.

- Jestem pod wrażeniem - powiedział.

Nie odezwała się. Nie odrywała wzroku od ogromnego kosmity.

Pewnie jest zdumiona, że jej się udało, pomyślał. Gdyby była tu Liz, uznałaby, że jest 

to sprzeczne z prawami fizyki.

Tak samo powiedziała, kiedy chłopak w stroju maskotki wpadł do pojemnika. Alex 

już się nie uśmiechał.

- Czułam to - wyjąkała Isabel, nadal wpatrując się w kosmitę.

Kiedy obróciła się w stronę Alexa, zauważył, że zbladła.

- Czułam, że ktoś używa mocy.

- Jesteś tego pewna?

- Absolutnie tak. - Rzuciła ostatnie spojrzenie na kosmitę. - Chodźmy stąd.

background image

Zostawili swoje kije i wyszli na parking.

Alex nie mógł tego zrozumieć. Było oczywiste, że ani Max, ani Michael nie przyszli 

tam za Isabel, aby pomóc jej w otrzymaniu premii. Twierdzili również, że nie jest możliwe, 

by pojawił się jeszcze jakiś kosmita. Więc o co tu chodziło?

Cokolwiek   to   było,   ześrodkowywało   się   wokół   Isabel.   Chłopak   maskotka   został 

wyrzucony   w   powietrze   wtedy,   kiedy   zaczął   jej   dokuczać.   I   to   ona   wykonała   ten 

nieprawdopodobny strzał wprost w usta kosmity.

Zatrzymali się przy wysłużonym volkswagenie Alexa.

- Uh,   Isabel   -   zaczął   i   się   zawahał.   Nie   chciał   tego   powiedzieć.   Zrobił   przecież 

wszystko, co mógł, by poprawić jej nastrój, a teraz chciał zniszczyć efekty swoich starań.

- Strzelaj. - Spojrzała na niego zwężonymi oczami.

- Czy   całkowicie   panujesz   nad   swoją   mocą?   -   zdecydował   się   wreszcie   zadać   jej 

pytanie. - To znaczy, czy używałaś jej kiedyś nieświadomie?

- Myślisz,   że   chcąc   oddać   dobry   strzał   w   minigolfie,   mogłam   nieświadomie   użyć 

mocy? - spytała. - Dziękuję ci, Alex. Jesteś taki sam jak cała reszta. Uważasz, że wszystko 

jest moją winą.

- To nie byłaby twoja wina, gdybyś nieś... - zaczął, chcąc ratować sytuację.

- Nie ma takiej możliwości - przerwała mu Isabel i popchnęła go na samochód. Stała 

tak blisko, że czuł ciepło promieniujące z ciała dziewczyny. Jej korzenny zapach przyprawiał 

go o zawrót głowy.

Przysunęła się jeszcze bliżej.

- Nigdy nie robię rzeczy, których nie zaplanowałam - oświadczyła stanowczym tonem.

Objęła Alexa za szyję i pocałowała go. Był to długi namiętny pocałunek. Wszystkie 

pytania uleciały mu z głowy.

background image

3

Isabel włożyła kupon na bezpłatną grę w minigolfa za ramkę stojącego na komodzie 

lustra. Umieściła go między fotografiami ze szkolnego balu, swoją i Alexa, po czym rzuciła 

się na łóżko.

To naprawdę było fajne. Początkowo uznała minigolfa za grę dla debili. Jednak, dzięki 

Alexowi,   dobrze   się   bawiła.   Poza   końcówką,   tym   dziwnym   momentem,   kiedy   poczuła 

powiew mocy.

A może Alex miał rację? Czyżby mogła jej użyć, żeby pokierować piłką, nie zdając 

sobie z tego sprawy? Ta myśl przejęła ją dreszczem.

To niemożliwe, tłumaczyła sobie. Przecież chodziło tylko o minigolfa. Nie ma mowy, 

by przy tej głupiej grze mogły nią kierować jakieś nieuświadomione pragnienia. Tak, ten 

ostatni strzał to była niezła zabawa. Ale przecież tak naprawdę nie zależało jej na tym, żeby 

wygrać.

Co   innego,   gdyby   nagle   stanął   przed   nią   Brad   Pitt.   Albo   gdyby   Stacey   Scheinin 

napęczniała do dwustu kilogramów wagi. Wtedy mogłaby poważnie wziąć pod uwagę teorię 

nieuświadomionych pragnień, z którą wystąpił Alex.

Musiało być jakieś inne wytłumaczenie. Nie miała jednak pojęcia jakie. Myślenie o 

tym przyprawiało ją o ból głowy.

Isabel wyciągnęła się na łóżku i przymknęła  oczy.  Może zajrzy do czyichś  snów. 

Potrzebowała jakiejś rozrywki.

Dobrze,   że   mogła   nadal   przenikać   do   snów.   To   był   jedyny   bezpieczny   sposób 

korzystania  z mocy - ziemskie  istoty nie były  w stanie  tego odkryć.  Nawet Max, mistrz 

odpowiedzialności i rozwagi, przenikał czasem do cudzych snów.

Zaczęła się zastanawiać, czy nadejdzie taki moment, kiedy będzie mogła zapomnieć o 

wszystkich środkach ostrożności i używać swobodnie swojej mocy. Tęskniła za tym. Czuła 

się teraz tak, jakby wstrzyknięto jej nowokainę i całkowicie zatraciła czucie. Była na pół 

martwa.

Może Max i Michael nie odczuwali tak boleśnie tej utraty części siebie. Ale ona to 

czuła. Zycie bez możliwości używania mocy to tak, jakby miała parę pięknych, kolorowych 

skrzydeł, ale nie mogła latać.

Nie ma sensu o tym myśleć, tłumaczyła sobie. Spróbuj tylko użyć mocy w innym celu 

niż przenikanie do snów, a możesz rozstać się z życiem. Kropka.

Poprawiła poduszkę pod głową. Skupiła się na głębokim, równomiernym oddychaniu, 

background image

przygotowując się do wkroczenia w sfery snów. Po chwili zapadła w stan pośredni pomiędzy 

snem a jawą i przed jej oczami zaczęły wirować orbity snów.

Usiadła na łóżku, przesuwając wzrokiem po tych lśniących sferach. Przypominały jej 

zawsze ogromne bańki mydlane o tęczowych barwach. Każda orbita należała do kogoś, kto 

właśnie spał i śnił. Po latach praktyki Isabel nauczyła się rozpoznawać orbity snów ludzi, 

których znała. Wyodrębniała je częściowo na podstawie koloru, głównie jednak na podstawie 

dźwięku.   Każda   sfera   wydawała   jeden   czysty   dźwięk   -   charakterystyczną   tylko   dla   niej 

melodię.

Isabel zamknęła oczy, by skupić się na muzyce sfer, tak by nie rozpraszało jej ich 

migotliwe   piękno.   Aha,   pojawił   się   jakiś   nowy   dźwięk.   Tak   niski   i   głęboki,   że   ledwie 

słyszalny.

Zaczęła   cicho   nucić,   przywołując   do   siebie   orbitę   snu.   Jej   dźwięk   był   coraz 

wyraźniejszy.   Isabel   otworzyła   oczy   i   wyciągnęła   ramiona.   Zanuciła   trochę   głośniej, 

przywabiając orbitę do siebie. Uśmiechnęła się, kiedy znalazła się w jej dłoniach.

To prawdopodobnie jakiś facet w średnim wieku, który niedawno sprowadził się do 

miasta,   pomyślała   Isabel.   Pewnie   ma   jakiś   nieprzyzwoity   sen   o   sobie   i   supermodelce. 

Czasem, przy zaglądaniu w ludzkie sny, widziało się takie paskudztwa, że miało się ochotę 

pobiec do łazienki i umyć ręce.

Isabel   wzięła   głęboki   oddech   i   zajrzała   do  orbity,  zobaczyła   jednak   tylko   odbicie 

własnej   twarzy.   To   dziwne.   Powierzchnie   innych   sfer   były   przezroczyste,   umożliwiając 

obejrzenie znajdującego się wewnątrz snu. Ale ta wyglądała jak metal, jak brąz, chociaż była 

miękka i cieńsza od kartki papieru.

Isabel  postanowiła  pokonać tę  przeszkodę. Rozsunęła  dłonie,  nie  przestając nucić. 

Orbita   snu   powiększyła   się   tak   bardzo,   że   dziewczyna   nie   mogła   już   utrzymać   jej   w 

ramionach. Kiedy ją wypuściła, orbita rosła dalej. Isabel wniknęła do środka. Otoczyła ją 

sfera cudzego snu.

Nie był to sen jakiegoś obleśnego faceta. To było niezwykłe, po prostu niesamowite.

Isabel stała na opustoszałej plaży. Słońce już prawie zaszło, na pociemniałym niebie 

zostały tylko czerwono - pomarańczowe smugi. „W powietrzu unosił się zapach ozonu, jak 

zwykle po burzy. Ale nic nie świadczyło o tym, żeby niedawno padał deszcz.

To tylko czyjś sen, pomyślała Isabel. Nie należy w nim szukać logiki.

Ale to się różniło od zwykłego snu. Przede wszystkim było zbyt nieruchome. Kilka 

małych ptaszków śmigało w powietrzu, goniąc uciekające do morza fale i pierzchając, kiedy 

te powracały na brzeg, i na tym się kończyło. Gdyby to był zwykły sen, coś by się w nim 

background image

działo.

A   gdzie   był  śniący?  Co  prawda  w   niektórych   snach  ta   osoba   nie  była   za  bardzo 

podobna do siebie, ale zawsze przybierała jakąś postać. A może temu komuś śniło się, że jest 

jednym z tych małych ptaszków? To byłby ładny sen.

Isabel doszła do wniosku, że skoro już przekroczyła bramę tego snu, to mogła mieć z 

tego jakąś przyjemność. Nie była tylko odpowiednio ubrana. Ale już po chwili miała na sobie 

jaskrawopomarańczowe bikini i cieniutką spódniczkę; była bosa, a w ręku trzymała szklankę 

z napojem z owoców tropikalnych. Postanowiła obdarzyć się również piękną złotą opaleniz-

ną. Rzeczywistością snów łatwo manipulować. Uwielbiała to.

Szła  wzdłuż  brzegu  morza;  przy  każdym  kroku  jej  stopy  głęboko  zapadały się  w 

piasek, który był niezwykle miękki, jak talk. Nigdy jeszcze nie widziała takiego piasku.

Na   ciemnym   niebie   ukazał   się   księżyc.   Isabel   usiadła,   żeby   na   niego   popatrzeć. 

Dopiero   wtedy   zorientowała   się,   że   na   niebie   są   dwa   księżyce.   Oba   w   idealnej   pełni, 

roztaczające srebrzystą poświatę.

Nagle wiatr rozwiał jej włosy, tak że zasłoniły twarz. Już po chwili zostały jednak 

uniesione do góry i misternie splecione. Szkoda, że nie dysponowała takimi możliwościami 

na jawie! Nie miałaby już nigdy kłopotów z ułożeniem fryzury.

Po księżycach zaczęły przesuwać się chmury. Zielono - granatowe.

Isabel poczuła, że serce bije jej mocniej. Znała te chmury. Nie tylko ona, ale również 

Max i Michael po wydostaniu się z inkubatorów zachowali wspomnienie swojej rodzinnej 

planety. Max mówił, że jest to rodzaj pamięci zbiorowej, z którą rodzą się wszyscy na ich 

planecie.   Te   zielono   -   granatowe   chmury   już   kiedyś   widziała   w   przebłysku   zbiorowej 

pamięci.

Skąd   wzięły   się   w   tym   śnie?   Byłoby   zrozumiałe,   gdyby   to   był   sen   Maxa   albo 

Michaela. Ale tak nie było. Isabel doskonale wiedziała, jak wyglądają orbity ich snu.

To przypadek, pomyślała. Zielono - granatowe chmury mogą się pojawić w każdym 

śnie. Przecież ziemskie istoty też mogą sobie wyobrażać dziwnie ubarwione chmury.

Wstała i poszła dalej plażą. Zobaczyła drzewa. Były bardzo niskie, niższe od niej, z 

łuszczącą się cienką korą. Nigdy nie widziała takich drzew, ale nie była przecież tak dobra z 

biologii jak Max. Być może były to więc zwykłe, rosnące na Ziemi drzewa, tylko że ona ich 

po prostu nie znała.

Oddarła   pasmo  kory. Z  drzewa   zaczął  wypływać   czerwony  sok,   tak  jaskrawy jak 

lakier do paznokci. Poczuła ostrą, charakterystyczną woń. Znała ten zapach, ale tylko dlatego, 

że miała dostęp do pamięci zbiorowej.

background image

Czyj to sen? Dlaczego nie mogła zobaczyć osoby, która śniła? Czy ona się przed nią 

ukrywała? To się dotąd nigdy nie zdarzało. Ale również nigdy jeszcze Isabel nie widziała 

metalicznej orbity snu. Nigdy też nie przeniknęła do snu, w którym znalazłaby odpowiedniki 

swoich unikalnych wspomnień.

- Gdzie jesteś?! - zawołała. - Kim jesteś?! To stawało się trochę upiorne. Isabel chciała 

już wydostać się z orbity tego snu. Następnym razem wprowadzi tam Maxa i Michaela i 

zbadają ją razem.

Potknęła   się,   odsuwając   od   drzewa.   Dwie   silne   dłonie   uchwyciły   ją   w   pasie, 

pomagając   utrzymać   równowagę.   Po   chwili   ktoś   przytulił   ją   do   szerokiej   nagiej   piersi. 

Poczuła twarde mięśnie pod gładką skórą. Powinna się wyrwać, lecz to uczucie było bardzo 

przyjemne.

- Szukasz mnie, Isabel? - rozległ się niski męski głos. Przebiegł ją dreszcz, kiedy 

poczuła na twarzy ten ciepły oddech.

- Kim jesteś? - spytała.

Chciała się obrócić - i to był koniec snu. Leżała na własnym łóżku, w swoim ubraniu.

Zerwała się na nogi. Była oszołomiona i zdezorientowana. Zanurzyła palce w stojącej 

obok łóżka szklance wody i opryskała sobie twarz. To jej trochę pomogło, jednak nadal czuła 

się jak w półśnie.

No właśnie! Z piersi Isabel wydarło  się westchnienie ulgi. Musiała zasnąć, zanim 

doprowadziła się do stanu, w którym ukazywały się jej sfery snów. To tłumaczyło wszystko - 

tę dziwną metaliczną orbitę, zielono - granatowe chmury, fakt, że nie było śniącego.

To ona śniła. Tak, to tłumaczyło wszystko.

Prawie wszystko, bo te dwie niewyjaśnione eksplozje mocy nie były częścią jej snu.

Max odchylił głowę, wystawiając twarz do słońca. Za miesiąc będzie już za zimno, by 

jeść lunch na szkolnym  dziedzińcu. Dzisiaj była  idealna pogoda. Bardzo polubił zwyczaj 

wspólnego   spędzania   przerwy   na   lunch,   kiedy   gromadzili   się   wszyscy   -   on,   Liz,   Alex, 

Michael, Maria i Isabel. Oczywiście, był zadowolony ze wszystkiego, co dawałoby mu okazję 

przebywania w towarzystwie Liz, lecz to nie był jedyny powód. Znajdował się śród ludzi, 

którzy poznali jego tajemnicę, i mimo to był im nadal bliski. To było niezwykłe uczucie.

- Popatrzcie   tylko,   kto   idzie   złożyć   nam   wizytę   -   odezwał   się   Alex,   przesadnie 

naśladując południowy akcent.

Max spojrzał się przez ramię i zobaczył Elsevana DuPrisa, kroczącego dostojnie przez 

dziedziniec. Dziennikarz był, jak zwykle, w pomiętym białym ubraniu i białym kapeluszu.

- Czołem, dzieciaki! - zawołał, zbliżając się do nich. Jego południowy akcent wydawał 

background image

się równie sztuczny jak parodia Alexa. - Chciałbym wam zadać kilka pytań, jeśli nie macie 

nic przeciwko temu. Właśnie pracuję nad artykułem dla mojej gazetki.

Chodziło  o  „Drogę  do  Gwiazd”,   pismo,  będące  lokalną  odpowiedzią   społeczności 

Roswell   na   ogólnokrajowe   „Tajemnice   Niezidentyfikowanych   Obiektów   Latających”. 

Oczywiście wszystkie artykuły w gazecie dotyczyły kosmitów. Max nigdy jej nie czytał. Już 

nagłówki mówiły same za siebie, na przykład „Kosmiczne niemowlę jednym pocałunkiem 

wykończyło matkę”.

- Przykro   mi,   ale   rozmawiam   z   prasą   jedynie   w   obecności   prawnika.   Moje 

wypowiedzi są zawsze ohydnie przeinaczane - odezwał się Alex.

DuPris nie zwrócił na niego uwagi.

- Słyszałem,   że   coś   dziwnego   wydarzyło   się   podczas   meczu   piłki   nożnej.   Coś   w 

związku   z   maskotką,   która   dość   niezwykle   się   zachowywała,   powiedziałbym   nawet, 

niezgodnie z prawami fizyki. Czy któreś z was coś o tym wie?

Dlaczego on akurat pyta nas? - pomyślał Max. Na meczu było pełno uczniów. Nie 

popadaj w paranoję, tłumaczył sobie. DuPris to frajer. Nie ma się czym denerwować.

- To była maskotka drużyny Guffmana, a nie naszej - odezwała się Maria. - Powinien 

pan spytać ich.

- Zrobię tak, zrobię. Ale skoro już tu jestem, może przekażecie mi swoje wrażenia. - 

DuPris obrócił w dłoniach laskę.

- Niczego nie zauważyłam. Byłam zbytnio zaabsorbowana obserwowaniem naszego 

nowego gracza - powiedziała Liz Ortecho.

„Liz Ortecho  wymierza  decydujący cios  w brzuch  Maxa Evansa - odezwał  się w 

głowie Maxa głos komentatora sportowego. - On chwieje się na nogach, ale nie pada na 

deski”.

- To   była   fajna   przewrotka.   Wszystkie   cheerleaderki   postanowiły   brać   lekcje 

gimnastyki,   żeby   nie   pozostać   w   tyle   -   dodała   Isabel.   Uśmiechnęła   się   do   dziennikarza, 

patrząc na niego szeroko otwartymi niebieskimi oczami.

Cała   Iz,   pomyślał   Max.   Uważa,   że   wszystko   może   załatwić   ładnym   uśmiechem. 

Zresztą   przeważnie   tak   było.   Oczywiście,   nie   wtedy,   kiedy   chodziło   o   niego.   Bracia   są 

nieczuli na sztuczki, którymi posługują się siostry.

- Jest pani zbyt skromna - zagruchał DuPris. - Z tego, co słyszę, jest pani świetną 

sportsmenką. Wszyscy mówią o pani wspaniałych osiągnięciach w minigolfie.

- Po prostu miałam szczęście - powiedziała Isabel, sztywniejąc z lekka.

Akurat,   pomyślał   Max.   Było   absolutnie   oczywiste,   że   jego   siostra   kłamie   - 

background image

przynajmniej dla niego. Może nie dla DuPrisa. Kiedy dziennikarz odejdzie, Max zapyta ją, na 

czym polegały te jej wspaniałe osiągnięcia. Z całą pewnością było coś, o czym powinien 

wiedzieć.

- Nie wierzę w szczęście - powiedział DuPris. - Niektórzy wierzą, że każdemu został 

przydzielony osobisty anioł, który nad nim czuwa, ale ja mam inną teorię.

Max starał się przybrać obojętny wyraz twarzy. Może ten facet domyśli się, że nikt nie 

chce poznawać jego „teorii”, i odejdzie wreszcie.

- Moja teoria opiera się na przekonaniu, że szczęśliwe przypadki, jakie nas spotykają, 

to   skutek   interwencji   kosmitów.   Wierzę,   że   oni   są   wśród   nas   i   czasami   udzielają   nam 

niewielkiej pomocy - oświadczył dziennikarz.

- Przebyli miliardy kilometrów, aby pomóc nam przy minigolfie? - spytał Michael, 

unosząc brwi.

- Tak, między innymi. Gdy usłyszeli dźwięk dzwonka, Max zerwał się na nogi.

- Musimy iść na zajęcia.

- Dziękuję, że zechcieliście poświęcić mi czas - powiedział DuPris. Uchylił kapelusza 

i odszedł.

- Dlaczego   za  każdym  razem,  kiedy  widzę  tego  faceta,  mam  apetyt  na  potrawy z 

Południa? - spytał Alex. Szybko dokończył hamburgera i chwycił plecak. - Do zobaczenia - 

dodał, kierując się w stronę hali sportowej.

- Zaczekaj! - zawołał Michael i pobiegł za nim.

- Jesteś gotowa na dalsze zgłębianie „Juliusza Cezara? - zwróciła się Maria do Isabel.

- Nie, jednak chodźmy. Skierowały się do wschodniego skrzydła szkolnego budynku.

- Nareszcie sami - powiedział Max do Liz. Chciał, żeby to zabrzmiało żartobliwie. 

Niestety, nie udało się. Dziewczyna podniosła się z trawy, odprowadzając wzrokiem Marię i 

Isabel.

- Nie sądziłam, że kiedyś zobaczę je razem. Jeszcze kilka tygodni temu Maria była 

przekonana, że Isabel chce ją zabić, a Isabel... - Liz potrząsnęła głową.

Max   wiedział,   że   to   „nareszcie   sami”   wypadło   głupawo.   Nie   sądził   jednak,   by 

wymagało aż tak drastycznej zmiany tematu.

Coś ścisnęło go za gardło. Czuł, że nie wydusi już z siebie słowa - nawet gdyby był w 

stanie pomyśleć, jakie to mogłoby być słowo. Z trudem przełknął ślinę, idąc za Liz przez 

podwórze w kierunku głównego budynku.

Kiedy   w   milczeniu   wchodzili   po   schodach   prowadzących   do   laboratorium 

biologicznego, dławienie, które odczuwał w gardle, objęło teraz całą klatkę piersiową. Prawie 

background image

nie mógł oddychać.

Wszystko się popsuło między nimi. Jeszcze miesiąc temu, zanim Liz poznała prawdę 

o nim, byli przyjaciółmi. Może nie aż takimi przyjaciółmi, którzy razem jedzą lunch i często 

przebywają w swoim towarzystwie, ale zawsze chętnie ze sobą rozmawiali. Mówili prawie o 

wszystkim... no, z wyjątkiem tych głupot o kosmitach. Max mógł rozmawiać z Liz na takie 

tematy, przy których oczy Michaela i Isabel natychmiast nabierały niemego wyrazu. Mógł z 

nią dyskutować teorie stworzenia wszechświata albo wspólnie się zastanawiać, czy będzie 

możliwe,   aby   komputery   wyposażone   w   sztuczną   inteligencję   mogły   być   również 

wyposażone w prawdziwe ludzkie emocje.

Rzucił książki na stolik w laboratorium. Nie mógł przestać myśleć o tym, jak bardzo 

stosunki między nim a Liz zmieniły się w ciągu ostatniego miesiąca. Początkowo, kiedy 

została postrzelona, a on użył mocy, by ją uleczyć,  sądził,  że jedyną  konsekwencją  tego 

wydarzenia będzie konieczność wyznania, że jest kosmitą. Jednak w chwili, kiedy przyłożył 

dłonie do jej rany, uświadomił sobie, że ją kocha. I jego świat całkowicie się odmienił.

Nie sądził, żeby istniała jakakolwiek szansa, by Liz odwzajemniła jego miłość. Tylko 

w telewizji superpiękna, superinteligentna, w ogóle superdziewczyna mogłaby się zakochać w 

rewelacyjnym chłopaku kosmicie. Ale w prawdziwym życiu to się nie zdarza.

Poza tym, że się zdarzyło. Nie od razu. Początkowo Liz była przerażona faktem, że 

Max jest kosmitą. Potem uświadomiła sobie, że jest on tą samą osobą, którą zawsze był. I w 

jakiś sposób... w jakiś magiczny sposób zakochała się w tym chłopcu.

Rzucił   jej   ukradkowe   spojrzenie.   Przeglądała   właśnie   zeszyt,   ale   tak   szybko 

przewracała kartki, że chyba nie była w stanie przeczytać ani jednego słowa. Chciała mieć 

wymówkę, żeby nie musieć się do niego odzywać.

Do   laboratorium   weszła   pani   Hardy.   To   dobrze.   Teraz   możemy   już   zacząć   robić 

doświadczenia, pomyślał Max. To jeszcze potrafimy robić razem i nie czujemy się nieswojo.

- Dzisiejsze doświadczenie zajmie nam całe zajęcia, więc proszę słuchać uważnie - 

zaczęła   nauczycielka.   -   Każdy   zespół   ma   nieznaną   substancję.   Waszym   zadaniem   jest 

odkrycie, co to za substancja, na podstawie wiadomości, jakie przyswoiliście sobie w tym 

semestrze. Rozpoczynamy.

Liz rozerwała kopertę, w której znajdowało się nieznane. Był to mały pasek metalu. 

Obróciła go w palcach.

- Bardzo lekki - powiedziała. - Od czego chciałbyś zacząć?

- Może od skali twardości? - zaproponował Max. Wyciągnął z szuflady różne próbki 

metali. Podał dziewczynie skrawek żelaza, a ona poskrobała nim tajemniczy pasek metalu.

background image

- Są zadrapania. Jest więc bardziej miękki niż żelazo - powiedziała. Powtórzyła to 

doświadczenie, korzystając z innych próbek metali. Wszystkie pozostawiły ślady zadrapań na 

nieznanej substancji.

- Jak myślisz? Magnez? - spytał Max.

- Prawdopodobnie - przyznała Liz. - Spróbujmy go przypalić. Wtedy będziemy mieli 

więcej danych.

Chłopak   wyciągnął   palnik   Bunsena   i   przygotował   go   do   użycia.   Włożył   okulary 

ochronne, a drugą parę podał Liz. Zapaliła płomień, a Max wyregulował go na odpowiednią 

wysokość.

Podniosła pasek metalu szczypczykami i potrzymała go nad płomieniem. Kiedy go 

wyciągnęła, metal płonął jasnym białym światłem, o wiele jaśniejszym niż pomarańczowy 

płomień palnika.

Tak samo było, kiedy dotknąłem Liz tego dnia, gdy została postrzelona w kawiarni 

Latający Talerz, pomyślał Max. Dotknąłem jej i czułem, że spalam się w tym niezwykłym 

białym świetle. Wtedy uświadomiłem sobie, że ją kocham.

- Chyba mieliśmy rację - zwrócił się do dziewczyny. - Czy chcesz jeszcze sprawdzić 

to pod wodą? - Odkręcił kran zimnej wody, a Liz trzymała płonący kawałek metalu pod jej 

strumieniem. Rozległ się syk, ale płomień nie zgasł. Gdy Max zakręcił wodę, biały płomień 

był równie jasny jak przedtem.

Tak samo nic nie zgasi światła płonącego we mnie, pomyślał chłopak. Nie obudzę się i 

nie stwierdzę, że odkochałem się w Liz.

Może powinien jej powiedzieć, że mylił  się wtedy, kiedy mówił, że muszą zostać 

tylko przyjaciółmi. Czy tłumienie tego oślepiającego płomienia, którego nie można ugasić, 

nie było szaleństwem? Ile razy dozna w swoim życiu takiego uczucia?

Odpowiedź brzmiała: raz. Tylko raz. Ponieważ na tej planecie, ani na żadnej innej, nie 

było drugiej takiej dziewczyny jak Liz.

Właśnie dlatego musieli pozostać przyjaciółmi. Im Liz była bliżej niego, tym większe 

groziło   jej   niebezpieczeństwo.   Max   był   pewien,   że   szeryf   Valenti   chciał,   aby   wszyscy 

kosmici, którzy mieszkają na Ziemi, ponieśli śmierć. Czuł również, że Valenti nie miałby 

skrupułów, likwidując ludzi, którzy stali mu na drodze. Łącznie z Liz.

„Tylko przyjaciółmi”. Max zaczynał już nienawidzić tych dwóch słów.

background image

4

- Stawiam dziesięć dolarów na moją kandydatkę, Isabel! - zawołała Tish, obejmując 

Isabel. - Wiem, że możesz to zrobić - szepnęła.

- O czym  ty mówisz? - spytała Isabel. Siedziała na drewnianej ławce przed swoją 

szafką w szatni i wkładała saboty.

Prawie nigdy nie słuchała prowadzonych w szatni rozmów. Wyłączyła się całkowicie 

również   wtedy,   kiedy   Stacey   krytykowała   technikę   ich   skoków.   Stacey   miała   zwyczaj 

wygłaszania swoich małych wykładów w czasie, kiedy przebierały się po treningu.

Ale dzisiaj Isabel była całkowicie wyłączona. Stale myślała o ostatniej nocy, kiedy 

miała ten niezwykły sen. A także o dziwnej rozmowie z DuPrisem podczas przerwy na lunch.

- Rozmawiamy o konkursie, „kto poderwie Nikolasa” - wyjaśniła Tish. - Mówimy o 

tym już chyba od piętnastu minut.

Stacey wskoczyła na ławkę przy swojej szafce.

- Widać, że Isabel chce się z tego wymiksować! - zawołała. - To znaczy, że wygram 

ja!

- Isabel z niczego się nie wykręca - zaprotestowała Tish. - Tylko chce wiedzieć, o 

czym rozmawiamy. Co uznajemy za „poderwanie”, prawda, Isabel?

- Prawda.   -   Kiedy   Isabel   miała   wybrać   pomiędzy   przyznaniem   racji   Tish   a 

przyznaniem racji Stacey, zawsze zgadzała się z tą pierwszą, chociaż nadal nie wiedziała, z 

czego miałaby się nie wykręcać.

- Wspólny lunch na szkolnym dziedzińcu - zaproponowała Julie.

- Nie, namiętny pocałunek na szkolnym dziedzińcu - oznajmiła Lucinda.

- Trzymanie się za rękę na szkolnym dziedzińcu - powiedziała Tish.

Isabel potrząsnęła głową. Tish powinna zostać dyplomatą albo kimś w tym rodzaju. 

Zawsze potrafiła znaleźć kompromis, starając się każdego zadowolić.

- Czy wszyscy zgadzają się na trzymanie za rękę? - spytała Tish.

Większość   dziewczyn   skinęła   głowami   czy   też   coś   mruknęła   -   żadna   nie 

zaprotestowała.

- Okay,   więc   na   tym   stanęło.   Ja   trzymam   kasę.   Prawie   wszyscy   jemy   lunch   na 

dziedzińcu, więc zobaczymy, którą z nich Nikolas będzie trzymał za rękę, Isabel czy Stacey.

W porządku, pomyślała Isabel. Już wiem, o co chodzi. Aby upokorzyć Stacey, muszę 

się trzymać za rękę z Nikolasem Bransonem. Zero problemu. Chodziło tylko o Alexa, który 

prawie zawsze jadał lunch na dziedzińcu. To oznaczało, że zobaczy to trzymanie się za rękę.

background image

Isabel zatrzasnęła swoją szafkę. I co z tego? Tańczyła z nim na szkolnym balu. Poszli 

razem na minigolfa, a potem go pocałowała. I tyle. Spędzali też wspólnie trochę czasu, ale z 

całą grupą. Nie miała w stosunku do niego żadnych zobowiązań.

Aż trudno w to uwierzyć. Martwię się, że Alex zobaczy, jak trzymam się za rękę 

innego faceta. Żałosne, pomyślała.

Zawsze   tłumaczyła   Tish,   że   mały   zastrzyk   zazdrości   dobrze   robi   facetom,   bo 

podtrzymuje   ich   zainteresowanie.   Nie   miała   jeszcze   ochoty   na   to,   by   zostać   czyjąś 

dziewczyną, nawet Alexa. Chciała być wolna, żeby móc się bawić - z każdym, z kim miałaby 

ochotę. Manipulowanie Alexem wydawało jej się jednak nie całkiem w porządku. Czuła, że 

on by ją natychmiast przejrzał. Doskonale ją rozumiał. A poza tym działał na nią tak, jak 

żaden inny facet.

Może jednak ten konkurs na „poderwanie Nikolasa” nie był złym pomysłem. Alex 

zrozumie wtedy, że między nimi nie ma nic poważnego.

Isabel pociągnęła rzęsy granatowym tuszem, który podkreślił błękit jej oczu. Musnęła 

wargi szminką  i skropiła  się z lekka  perfumami  - tę kompozycję  zrobiła dla niej Maria. 

Bardzo lubiła ten cytrusowo - korzenny aromat. Słodkie, kwiatowe zapachy nie były dla takiej 

dziewczyny jak ona.

- Pójdziesz go poszukać teraz? - spytała ją szeptem Tish.

- Tak. Stacey nie ma żadnych szans - powiedziała Isabel na tyle głośno, by wszyscy 

mogli   ją   usłyszeć,   po   czym   wyszła   z   szatni   sprężystym   krokiem,   kierując   się   do   hali 

sportowej. Uznała, że tam najszybciej natknie się na Nikolasa.

Gdy ktoś otworzył drzwi męskiej szatni, zajrzała do środka. To tylko John Andrews i 

Richard Jamison. Uśmiechnęła się do nich, ot tak, tylko drobna próba przed zasadniczym 

atakiem. Zaraz ruszyli w jej kierunku. No to ekstra. Nie miała zamiaru zachęcać ich aż tak 

bardzo.

Szybko otworzyła kołonotatnik i wlepiła w niego wzrok. John i Richard zawahali się i 

po chwili wyszli na zewnątrz. Mili chłopcy, pomyślała. Mogła ich zatrzymać,  żeby mieć 

entourage, kiedy pojawi się Nikolas. Ale niektórym chłopakom to się nie podoba. Jakoś ich to 

peszy. Co prawda Nikolas nie wyglądał na faceta, który by się uląkł rywalizacji, ale lepiej być 

ostrożnym. Isabel miała pod ręką innych piłkarzy, z którymi mogłaby zacząć flirtować, gdyby 

okazał się typem, który lubi współzawodnictwo.

Otworzyły   się   drzwi   damskiej   szatni   i   do   hali   sportowej   wpadła   Stacey.   Isabel 

pomachała jej ręką. Stacey zacisnęła usta; nie była zadowolona, że rywalka pojawiła się tu 

pierwsza. Biedula.

background image

Isabel nie mogła powstrzymać uśmiechu, patrząc, jak Stacey szybko wybiega z hali. 

Po   chwili   z   męskiej   szatni   wyskoczyli   Craig   Cachopo   i   Doug   Highsinger   i   zaczęli   się 

wygłupiać, pozorując bójkę. Zastanawiała się, skąd chłopakom przychodzi do głowy, że takie 

rzeczy mogą robić na dziewczynach wrażenie. Naprawdę sądzili, że ona pomyśli: Jaki ten 

facet ma silny chwyt. Chciałabym mieć takiego chłopaka.

Obok niej przeszła szybkim krokiem fanka Stacey. Po chwili z szatni wyszła Tish. 

Pomachała do Isabel i poszła dalej. Potem przemknął z opuszczoną głową Tim Watanabe. 

Isabel nie rozumiała, jak ten chłopak może być aż tak nieśmiały, wszędzie poza boiskiem 

piłkarskim, gdzie zmieniał się w szatana. Może trener powinien prowadzić z nim rozmowy 

motywacje po meczu, zamiast przed.

Chodź już, Nikolas, nudzę się, pomyślała Isabel. Zaczęła się zabawiać obserwacją i 

krytykowaniem   strojów   wszystkich,   którzy   koło   niej   przechodzili.   Wreszcie   szatnie 

opustoszały i nikt się nie pojawiał. Gdzie on jest? Może już zdążył się przebrać i wyjść, zanim 

ona zajęła swoje miejsce w hali sportowej?

Isabel chwyciła plecak. Dość tego. Usidli Nikolasa następnym razem, kiedy go gdzieś 

spotka.   Nie   musiała   się   martwić   o   Stacey.   Nawet   gdyby   ona   pierwsza   zetknęła   się   z 

Nikolasem, Isabel z łatwością pokona tę drobną przeszkodę.

Wstała   i   ruszyła   w   dół   wzdłuż   rzędów   ławek,   potem   przecięła   na   ukos   gładką 

drewnianą   podłogę.   Zanim   doszła   do   drzwi,   ktoś   chwycił   ją   w   pasie   i   przyciągnął   do 

muskularnej piersi. Poczuła na twarzy ciepły oddech.

- Szukasz mnie, Isabel? - usłyszała niski męski głos. Gwałtownie złapała oddech. To 

był głos z jej snu. Ten sam głos, te same słowa. Oblała ją fala gorąca. Zaschło jej w gardle. 

Obróciła się z wolna i zobaczyła Nikolasa Bransona, który patrzył na nią uważnym wzrokiem. 

Myślałam, że ma brązowe oczy, przyszło jej do głowy. Ale to nieprawda. Były złote, jak oczy 

tygrysa.

- Kim jesteś? - szepnęła. Nie odpowiedział. Isabel odsunęła się od niego i omal nie 

upadła. Nogi jej drżały. Opanuj się wreszcie, pomyślała.

- Znalazłam się wczoraj w twoim śnie, prawda? - spytała. Kąciki ust wygięły mu się z 

lekka, ale nadal się nie odzywał.

Za kogo on się uważa?

- Jeśli nie będziesz odpowiadać na pytania, to sobie pójdę - rozzłościła się Isabel.

Ale odejście było ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę.

- Nigdy nie odpowiadam na pytania - powiedział Nikolas. - To mnie nudzi.

Przeszedł obok niej, kierując się do drzwi.

background image

- Idziesz?  - spytał,  nie odwracając  nawet głowy. Nie czekał na odpowiedź, bo po 

chwili dwuskrzydłowe drzwi zamknęły się za nim z trzaskiem.

Isabel wahała się tylko sekundę. Nie do wiary! Miała się uganiać za facetem! Ale 

musiała się dowiedzieć, kim on jest. Musiała się dowiedzieć, dlaczego w jego śnie znalazły 

się obrazy, które należały do pamięci zbiorowej istot z jej planety. Musiała również przyznać, 

że marzy, by znowu jej dotknął.

Dogoniła go przy bocznym wyjściu z budynku. Szli w milczeniu w stronę parkingu. 

Nikolas wsiadł na groźnie wyglądający motor. Isabel nie wahała się ani przez chwilę. Usiadła 

z nim, obejmując go w pasie.

Wystartował z rykiem silnika i popędził w kierunku pustyni.

Isabel odrzuciła głowę do tyłu i, uszczęśliwiona, głośno się roześmiała.

Maria   wpatrywała   się   uważnie   w   wielką   liczbę   fiolek   stojących   na   komodzie.   W 

każdej znajdował się inny olejek. Był to jej podstawowy zestaw do aromaterapii. Wybrała 

sześć fiolek - cedr, ilang - ilang, cynamon, migdał, eukaliptus i różę - i zaniosła je na łóżko.

Chciała   odtworzyć   kompozycję   zapachów,   aromat,   który   czuła,   kiedy   Max 

nawiązywał łączność pomiędzy ich szóstką. Uśmiechnęła się, gdy przypomniała sobie ten 

wieczór. Była wtedy przerażona; myślała, że Isabel i Michael użyją swojej kosmicznej mocy, 

aby ją zabić. Oni z kolei byli przerażeni, że Maria zdradzi Valentiemu prawdę o nich. Max 

zawiózł więc ich wszystkich do tajemnej jaskini kosmitów, miejsca, w którym wydostali się 

ze swoich inkubatorów.

Nawiązał między nimi łączność. Maria nie miała pojęcia, jak to się stało, ale udało jej 

się nagle zajrzeć do ich umysłów. Przez chwilę czuła to samo co Michael, Max i Isabel - do-

wiedziała się, że można odbierać cudze emocje. Nawiązana łączność pozwoliła każdemu z 

nich poznać prawdę o innych. I nie tylko poznać. Tego nie można było określić zwykłymi 

słowami.

Kiedy nawiązali łączność, Maria mogła oglądać ich aury - szmaragdowozieloną Maxa, 

nasycony fiolet Isabel, złotorudą Michaela, cynobrową Alexa, ciepły bursztyn Liz. Jej własna 

aura miała barwę kobaltowego błękitu. Była tam również muzyka. Każde z nich wydawało 

jakiś dźwięk, tworząc najwspanialszą symfonię, jaką w życiu słyszała.

Na   Marii   największe   wrażenie   zrobiły   jednak   zapachy.   Kiedy   nawiązali   łączność, 

jaskinia   wypełniła   się   mieszaniną   aromatów,   które   ją   całkowicie   wyciszyły.   Nawiązała 

łączność nie tylko z członkami grupy, ale z całym wszechświatem. Uświadomiła sobie wtedy, 

że każde z nich dostarczało jednej nuty zapachowej, tworząc razem ten niezwykły aromat, tak 

jak każde dodawało jeden ton do pełnego dźwięku symfonii.

background image

Od tamtej nocy Maria usiłowała odtworzyć tamten zapach, używając podstawowych 

olejków.

Potarła   nadgarstek   kroplą   olejku   eukaliptusowego   i   powąchała.   To   był   zapach 

Michaela. Bardzo wyrazisty. Kiedy wdychało się go zbyt głęboko, prawie palił gardło.

Maria odkorkowała fiolkę z olejkiem różanym i powąchała jej zawartość. Róża to jej 

zapach. Ta nuta była jej wkładem do zapachu, który wypełniał jaskinię. Łagodny i słodki. 

Może trochę zbyt przesłodzony?

Westchnęła.   Chciałaby   pachnieć   bardziej   egzotycznie,   jak   ilang   -   ilang   Liz.   Albo 

bardziej korzennie, jak cynamonowy zapach Isabel.

Potarła nadgarstek olejkiem różanym, łącząc go z eukaliptusem. To połączenie było... 

niewątpliwie oryginalne. Ale jej się podobało. Słodycz róży łagodziła ostrość eukaliptusa, a 

eukaliptus dodawał róży interesującej nuty.

Hmmm. Zaczęła się zastanawiać, co by pomyślał Michael, gdyby mu powiedziała, że 

ich zapachy się dopełniają. Chyba puściłby to mimo uszu. Faceci są tacy dosłowni. Pewnie 

nie zrozumiałby nawet, że ona wcale nie mówi o perfumach.

Nagle usłyszała za oknem jakiś szelest.

- Kevin, miałeś już leżeć w łóżku! - wrzasnęła.

Jej   młodszy   brat,   Kevin,   był   właśnie   w   szczególnie   męczącej   dla   otoczenia   fazie 

rozwoju. Lubił udawać, że jest detektywem albo kimś w tym rodzaju. Wszędzie się kręcił i 

szpiegował.   Maria   musiała   codziennie   wkładać   swój   pamiętnik   do   nowej   skrytki,   żeby 

zabezpieczyć go przed bratem. Gdyby wpadł w rączki Kevina, to było pewne, że chłopiec 

odczytywałby co bardziej interesujące fragmenty każdemu, kto tylko chciałby posłuchać. Co 

nie znaczy, że było tam tyle interesujących fragmentów, ile by sobie życzyła.

Okno było już uchylone.

- Co za Kevin? - spytał Michael, przechodząc przez parapet.

- Mój brat. Co ty tu robisz? - wyjąkała. N i e przypuszczała nawet, że Michael zna jej 

adres.

- Pomyślałem, że możesz być zdenerwowana. No wiesz, z powodu tej afery z mocą - 

powiedział, kładąc się na jej łóżku.

Michael leżący na narzucie w kwiaty - to była totalna dysharmonia. Jakby Rambo 

wdarł się do wymarzonego domku Barbie.

- I co, jesteś? - spytał.

- Jestem co? - powtórzyła, jakoś nie mogąc się skupić.

- Zdenerwowana - powiedział Michael. No tak, serce mi bije z szybkością dwustu mil 

background image

na godzinę, pomyślała Maria. Ale to nie miało związku z tą całą dziwną aferą dotyczącą 

mocy. To było związane z Michaelem.

Liz miałaby na pewno jakieś naukowe wytłumaczenie na łomotanie serca Marii oraz 

na to, dlaczego nagle zaczęły pocić jej się ręce. Coś związanego z hormonami, feromonami 

lub czymś takim. Ale Liz myliłaby się. Tego, co czuła Maria, kiedy Michael był w pobliżu, 

nie dało się wytłumaczyć medycznie ani naukowo.

- Zbudziłem cię? - spytał Michael. - Jesteś jakoś mało przytomna.

Och,   Boże.   Stoję   tu   i   gapię   się   na   niego   z   otwartymi   ustami,   uświadomiła   sobie 

dziewczyna.

- Hm,  nie,  ja  tylko...  -  wyjąkała.  Wzięła  głęboki   oddech  i  zaczęła  od początku:  - 

Zdenerwowana? Nie byłam zdenerwowana. Czy powinnam być zdenerwowana?

- Nie wtedy, kiedy ja jestem w pobliżu. - Michael uśmiechnął się.

Maria zachichotała.

- Co? - spytał chłopak. Roześmiała się jeszcze głośniej.

- Co?

- Nie wtedy, kiedy ja jestem w pobliżu - powtórzyła głębokim, szorstkim tonem. - 

Może teraz.... - Jej słowa przerwał kolejny atak śmiechu. - Może teraz... napniesz muskuły, 

nazwiesz mnie laleczką i skończysz z tym wreszcie.

- A może kociakiem albo słoneczkiem, albo... albo księżniczką. - Michael roześmiał 

się.

- Księżniczka   Maria.   To   mi   się   podoba.   Maria   wytarła   twarz   górą   podkoszulka. 

Swojego podkoszulka.

Nagle   serce   jej   zamarło.   Och,   nie.   Prowadzi   tę   rozmowę,   mając   na   sobie   stary 

podkoszulek ojca i majtki. I nic więcej. Czuła, że się rumieni. Chociaż dobrze, że to był długi 

podkoszulek. Tak długi jak niektóre sukienki - niektóre bardzo krótkie sukienki.

Otworzyła szufladę komody i wyciągnęła dresy. Czy powinna iść do łazienki i tam je 

włożyć czy zrobić to tutaj?

- Hm, zimno mi. Muszę...

Szybko   włożyła   dresy.  Była   potwornie   zażenowana.   Dlaczego  czuła   się   nieswojo, 

wkładając na siebie ubranie w obecności faceta?

Zerknęła na Michaela. Nawet na nią nie patrzył. Oglądał leżące na łóżku fiolki do 

aromaterapii. Maria zmarszczyła  czoło. Nie chodziło o to, że chciała, aby patrzył  na nią. 

Byłoby jednak miło, gdyby zauważył, że stała przed nim na wpół naga. Przecież nie była jego 

młodszą siostrą.

background image

- No, skoro nie denerwujesz się tą dziwną aferą z użyciem mocy, to chyba sobie pójdę 

- powiedział Michael.

- Nie!  -  zawołała Maria.  -  To  znaczy, ja,  hm...  ja  naprawdę  potrzebuję  obecności 

dużego, silnego mężczyzny. Mama poszła na randkę, jeśli jesteś zdolny w to uwierzyć. A ja 

wypożyczyłam stary film, który podobno jest dość przerażający. Jeśli go będę oglądać sama, 

wiem, że zacznę wariować, słyszeć głosy i takie różne.

- Ale nie wtedy, kiedy ja będę w pobliżu. - Michael uśmiechnął się złośliwie.

Maria z trudem powstrzymała kolejny napad śmiechu.

- Zostaniesz? - spytała.

- Czemu nie? Lubię przerażające filmy. - Zrzucił buty, podłożył sobie poduszki pod 

plecy i rozparł się wygodnie.

To było niesamowite. Zachowywał się tak, jakby stale ze sobą przebywali, a w gruncie 

rzeczy jeszcze nigdy dotąd nie byli sam na sam. Maria była zadowolona, że czuje się przy niej 

swobodnie.   Z   drugiej   strony   to   utwierdzało   ją   w   przekonaniu,   że   widzi   w   niej   siostrę, 

kumpelkę - nie było w tym ani cienia romantyzmu.

- Chcesz zadzwonić do rodziców? Mam telefon w pokoju - zaproponowała Maria.

- Nie - powiedział. - Ich nie obchodzi, o której wrócę do domu. Nauczyciele też nie 

zwracają uwagi na prace domowe w ostatnim tygodniu szkoły.

- Nie rozumiem. - Maria potrząsnęła głową.

- Ach, tak. Stale zapominam wszystkim o tym powiedzieć. - Michael zajął się nagle 

przestawianiem  fiolek  do aromaterapii  z łóżka  na nocny stolik. - Za  kilka  dni zmieniam 

rodzinę zastępczą.

- Och!

Marii trudno było wierzyć, że o czymś takim można zapomnieć. Miała ochotę o tym 

porozmawiać,   ale   jeśli   Michael   będzie   chciał,  to   sam   zacznie.   Wzięła   kasetę   z  filmem   i 

włożyła ją do magnetowidu. Pojawiły się pierwsze napisy czołówki. Trzeba czekać, aż znikną 

z ekranu te tysiące nazwisk i zacznie się film.

Usiadła na łóżku obok Michaela. Po chwili wzięła poduszkę i położyła się. Jeśli on 

uważał  rozkładanie się na jej łóżku za zwykłą  rzecz,  to ona też  nie będzie z tego robić 

wielkiej sprawy. W jego bliskości miała jednak uczucie, jakby w jej ciele znajdowała się 

jakaś mocno skręcona sprężyna.

- Jesteś już spakowany? - spytała.

- Będę. To już rutyna. Nic wielkiego. - Michael wpatrywał się w ekran telewizora, 

jakby ta niekończąca się lista nazwisk była najbardziej interesującą rzeczą na świecie.

background image

Nic wielkiego. Rzeczywiście. Już w to wierzę, pomyślała Maria. Nie mogła sobie 

wyobrazić, jak można przenosić się z domu do domu i na każdym zakręcie spotykać „nowych 

rodziców”. Ona mieszkała w tym samym domu od dzieciństwa. Jej matka i brat byli tu z nią, 

tak jak zawsze, nadal jednak nie mogła się pogodzić z tym, że już nie ma z nimi ojca. Po 

rozwodzie ojciec mieszkał w tym samym mieście, ale Maria czuła, że w jej życiu wszystko 

się zmieniło.

- Film jeszcze się nie zaczął, a ja już się denerwuję - powiedziała. - Jeśli mama nie 

wróci do domu, zanim się skończy, mógłbyś tu zostać? Mam śpiwór w szafie.

Maria doskonale wiedziała, że matka nie wróci do domu tak szybko, więc Michael nie 

będzie musiał spędzać nocy w miejscu, do którego nie miał ochoty wracać.

- Oczywiście. Nie musisz się niczym martwić, księżniczko - powiedział i pociągnął 

nosem. - Czujesz ten śmieszny zapach? Jak krople na kaszel i kwiaty?

- Tak - powiedziała. - To ładny zapach. Dziwna mieszanka, ale działa.

background image

5

Isabel mocniej objęła Nikolasa i przytuliła policzek do jego pleców. Nie wiedziała, 

dokąd ją wiezie, i mało ją to obchodziło. Zdawała sobie sprawę, że powinno ją to obchodzić, 

ale   co   z   tego.   Zamknęła   oczy,   oddając   się   w   pełni   nowym   doznaniom   -   był   to   zapach 

skórzanej kurtki Nikolasa, ciepło jego ciała, rozgrzane powietrze pustyni, które rozwiewało 

jej włosy.

Max   dostałby   szału,   gdyby   się   dowiedział,   że   siostra   jeździ   po   pustyni   z   jakimś 

facetem,  którego  prawie nie zna. Michael zresztą też. No i na pewno Alex, ale to już z 

zupełnie innego powodu.

Nie mogła jednak pozwolić, żeby Nikolas od niej odszedł. Od chwili, kiedy spojrzała 

w jego złote oczy, odczuła niezwykłą siłę ich przyciągania. Czuła się tak, jakby szukała go 

przez całe życie, nie uświadamiając sobie nawet, że czegoś poszukuje.

Była zdumiona. Co ją sprowokowało do takiego sentymentalnego bajdurzenia? Do 

tych lirycznych bzdur? Zupełnie jak Tish, która uważała, że reklamy płatków śniadaniowych 

są niezwykle romantyczne. Przecież Nikolas był po prostu facetem, a wszyscy faceci są do 

siebie podobni. Całkowicie przewidywalni. Łatwi do manipulowania.

Isabel nie do końca jednak potrafiła się przekonać. Chodziła z wieloma chłopakami, 

jeszcze więcej było takich, z którymi flirtowała, ale żaden z nich nie wywołał w niej takiej 

reakcji jak Nikolas. Kiedy tamci na nią spoglądali, nie uginały się pod nią kolana. Takiego 

faceta jak on jeszcze nie spotkała.

On, oczywiście, nie musi tego wiedzieć, napomniała się w duchu. Otworzyła oczy i 

wyprostowała się na siodełku. Nadal obejmowała go w pasie. No bo niby co miała robić, 

spaść z motocykla?

Starała się skupić na szybko przesuwającym  się przed jej oczami krajobrazie. Nie 

chciała stale myśleć o Nikolasie. Jaskinia! Uświadomiła sobie, w którym miejscu się znajduje. 

Jechali w kierunku jaskini.

Nagle coś sobie przypomniała. Max i Michael mówili, że kilka dni temu śledził ich 

jakiś motocyklista, kiedy wyruszyli na kolejne poszukiwanie. Czy to był Nikolas?

Dlaczego miałby ich śledzić? Kim on był?

Strasznie   głupio   zrobiłam,   pomyślała   Isabel.   A   jeśli   on   jest   agentem   Planu 

Wyczyszczenia Bazy Danych? Jeśli pracuje dla Valentiego? Jeśli już wszystko o mnie wie? 

Serce biło jej tak mocno, że czuła jego łomot w uszach.

Nikolas   zatrzymał   motocykl   przy   szczelinie   prowadzącej   do   jaskini.   Zeskoczył   z 

background image

siodełka i opuścił się w dół, nawet nie spojrzawszy na Isabel.

Przyszło jej do głowy, żeby wsiąść na motocykl, wrócić do miasta i zawiadomić o 

wszystkim grupę. Wystarczyło tylko uruchomić silnik i odjechać, zostawiając Nikolasa.

Ale to dałoby mu zbyt wiele do myślenia. Poza tym, gdyby pracował dla Valentiego, 

nie zostawiłby jej tu samej, dając możliwość ucieczki.

Zeskoczyła z motoru i wsunęła się do jaskini. Kiedy dotknęła stopami kamienia, który 

służył   jej   za   punkt   oparcia,   uwolniła   ręce,   złapała   równowagę   i   zeskoczyła   w   dół. 

Skrzyżowała ręce na piersiach, wpatrując się w Nikolasa.

- Spodziewam się... - zaczęła. Chłopak roześmiał się głośno.

- To ci się zwykle udaje? - spytał. - Czy ci ziemscy faceci od razu wyskakują ze 

swoich adidasów, kiedy zaczynasz stosować te sztuczki?

Isabel  nie wierzyła  własnym  uszom.  Czyżby  Nikolas  nie znał  reguł  gry? Czy nie 

wiedział, że to on powinien się starać, by zrobić na niej wrażenie? Że ona może mieć każdego 

faceta, jakiego tylko zechce, i że jego zadaniem jest przekonać ją, by zechciała właśnie jego.

Chwileczkę, pomyślała. Czy on powiedział „ziemscy faceci”?

Nikolas pochylił się i przeciągnął dłonią po metalicznej powierzchni inkubatora, który 

Isabel dzieliła z Maxem.

- Większy niż mój - mruknął.

- Niż twój? - powtórzyła. Próbował jej wmówić, że on też jest kosmitą. Ale to nie 

mogło być możliwe. Nie było innych kosmitów poza ich trójką. Usiłowała zachować spokój. 

Musiała to przemyśleć, zorientować się, o co tu w ogóle chodzi.

Czy to pułapka? Może jednak Nikolas współpracował z Planem Wyczyszczenia Bazy 

Danych? Może udawał, że jest kosmitą, by wyciągnąć od niej informacje?

Isabel, gotowa do ucieczki, zrobiła parę kroków w kierunku otworu jaskini. Ale jeśli 

Nikolas był rzeczywiście agentem, który chciał sprawdzić, czy ona jest kosmitką, ucieczka 

wzbudziłaby   podejrzenia.   Zachowuj   się   tak,   jakbyś   nie   rozumiała,   o   czym   on   mówi, 

pomyślała.

Chłopak tymczasem wyprostował się i obrzucił ją chłodnym spojrzeniem.

- Czuję bijący od ciebie strach - powiedział. - Rozczarowałaś mnie, Isabel. Myślałem, 

że jesteś kimś, kto będzie wart mojej uwagi. A nie wystraszoną małą myszką.

Czy czuł jej strach, ponieważ był kosmitą, czy tylko zgadywał?

- Nie,   to   ja   jestem   rozczarowana   -   odgryzła   się   Isabel.   -  Czy  mam   to  uważać   za 

świetną zabawę? Jeśli chcesz się ze mną zadawać, to musisz lepiej się starać. - Stała, patrząc 

mu prosto w oczy. Bez względu na to, co się może stać, nie da mu poznać, że zna jaskinię i 

background image

inkubatory, że cokolwiek wie.

- To było dość przekonujące - powiedział Nikolas, unosząc brwi. - Poza tym że, jak 

powiedziałem, czuję twój strach. Powinnaś nauczyć się blokować emocje. Mogę się założyć, 

że nie czujesz niczego, co płynęłoby ode mnie.

„Isabel  jest znudzona. Isabel odchodzi”. Odwróciła  się od niego. Musiała się stąd 

wydostać,   pojechać  do  domu   i  omówić   to  wszystko  z   Maxem,  Michaelem,   Liz,   Marią  i 

Alexem. Oni pomogą jej rozszyfrować grę prowadzoną przez Nikolasa. Obmyślą jakiś plan 

postępowania.

- A twoje pytania? - odezwał się Nikolas. - Chciałaś mnie chyba spytać o mój sen? 

Wiesz, ten, do którego weszłaś bez zaproszenia.

Sen... To był sen kosmity. Isabel zawahała się.

- Od   chwili,   kiedy   wróciłem,   wyczuwałem   cię   -   szeptał   Nikolas  za   jej   plecami.   - 

Gdybyś nie przeniknęła do mojego snu, ja bym wszedł do twojego. - Podszedł do kamienia, 

przy którym stała Isabel. Usiadł i posadził ją obok siebie.

- Skąd wróciłeś? - spytała. Serce nadal jej mocno biło, ale teraz nie była już pewna, 

czy ze strachu, czy z emocji, że jest tak blisko niego.

Nikolas nie odpowiedział na jej pytanie.

- Posłuchaj. Mówiłeś, że nie lubisz pytań - powiedziała. - Ale jeśli chcesz, żebym 

została, musisz zacząć mówić. To twoja decyzja.

- Okay, okay. Ja pierwszy wydostałem się z inkubatora.

Czekałem przez jakiś czas, ale zrobiło się zimno i byłem głodny. Opuściłem jaskinię. 

Zabrałem   inkubator   ze   sobą.   Adoptowano   mnie.   Po   kilku   miesiącach   moja   rodzina 

przeprowadziła się do Kalifornii - recytował śpiewnym głosem. - Przed kilkoma miesiącami 

zacząłem mieć dziwne sny i wizje. Wiedziałem, że muszę tu wrócić. Więc załatwiłem to 

sobie. I jestem tu. Zadowolona?

Isabel   wpatrywała   się   w   niego   bez   słowa.   Była   zaszokowana.   Agent   Planu 

Wyczyszczenia Bazy Danych teoretycznie mógłby opowiedzieć taką historyjkę. Ale jeśliby 

tak   było,   to   znaczy,   że   oni   wiedzą   o   kosmitach   o   wiele   więcej,   niż   Isabel   mogła   sobie 

wyobrazić.

Nikolas uważnie wpatrywał się w nią zwężonymi złotymi oczami.

- Nie wierzysz mi? - szepnął. Wiedziała już, jak go sprawdzić. Wyciągnęła rękę i 

dotknęła twarzy chłopca. Odetchnęła głęboko, starając się nawiązać łączność. Jeśli jej się to 

uda, będzie mogła poznać jego wspomnienia. Pozna prawdę. Nikolas odtrącił jej rękę i zerwał 

się na nogi.

background image

- Co   ty,   u   diabła,   wyprawiasz?!   Myślisz,   że   pozwolę,   byś   przeniknęła   do   mojego 

umysłu i trochę się tam rozejrzała?

A   więc   wiedział,   że   starała   się   nawiązać   łączność.   Wiedział   też   o   inkubatorach. 

Wiedział o przenikaniu do snów.

- Mówisz prawdę, tak? - szepnęła. - Jesteś naprawdę jednym z nas.

- Aha. Isabel potrząsnęła głową, W jej myślach zapanował zamęt.

Jeszcze jeden kosmita. Jeden z nich. To, o czym zawsze marzyła.

- Przykro mi, że starałam się nawiązać łączność bez pytania. Tylko... tylko myślałam, 

że możesz być agentem Planu Wyczyszczenia Bazy Danych - pospieszyła z wytłumaczeniem.

- Nigdy o czymś takim nie słyszałem - powiedział Nikolas, siadając z powrotem na 

kamieniu.

- To jest agencja rządowa, która została powołana do wyśledzenia kosmitów, którzy 

mieszkają na Ziemi - odparła Isabel. Nagle rozjaśniło jej się w głowie. Zapragnęła wszystko 

mu powiedzieć. Był jednym z nich! Właściwie rodziną. Czuła, że musi mu opowiedzieć o 

swoim życiu z Maxem i Michaelem. On, wzrastając samotnie, nie znał tego. - Valenti, szeryf 

Roswell, jest jednym z nich - dodała. - Tropi nas. - Spojrzała na Nikolasa, ciekawa jego 

reakcji. Ją informacja o Valentim wprawiła w potworne przerażenie.

- To dlatego byłaś taka wystraszona. Myślałaś, że jestem łowcą kosmitów czy kimś w 

tym rodzaju?

- Tak - przyznała Isabel. - Powinieneś być ostrożny, Nikolas. Bardzo, bardzo ostrożny. 

Musisz   przestać   korzystać   z   mocy.   Nawet   przy   takich   drobnych   rzeczach   jak   ta   afera   z 

maskotką czy moją piłką golfową. Ty to zrobiłeś, prawda?

Skinął głową. Wcale nie wyglądał na zmartwionego. Isabel zaczęła się zastanawiać, 

czy chłopak nie jest w szoku.

- Jakoś to do mnie nie dociera - powiedział.

- Rozumiem. Kiedy dowiedziałam się, że oni na nas polują, wpadłam w panikę. Ale 

jeśli jest się ostrożnym...

- Nie. Nie o tym mówiłem - przerwał jej chłopiec, a jego złotobrązowe oczy nagle 

zalśniły. - Nie rozumiem, dlaczego boisz się Valentiego - czy też kogokolwiek. Przecież oni 

są tylko ludźmi. Jak ci może nawet przejść przez myśl, że któryś z nich może ci zrobić 

krzywdę? To ty jesteś obdarzona mocą.

Isabel   była   zdumiona.   Jestem   obdarzona   mocą,   powtarzała   w   myślach.   Ja   jestem 

obdarzona mocą.

Nikolas miał rację. Dlaczego bała się Valentiego, skoro to ona była obdarzona mocą?

background image

Czuła, jak jej się rozluźniają mięśnie. Nie uświadamiała sobie, że były stale napięte. 

Przyzwyczaiłam się do życia w strachu, pomyślała. Wydawało mi się to naturalne.

- To   niesamowite   -   szepnęła,   biorąc   Nikolasa   za   rękę.   -   Nie   wiedzieliśmy... 

Myśleliśmy, że jesteśmy jedyni. Nigdy nam nie przyszło do głowy, że może być ktoś jeszcze. 

Musisz poznać Maxa i Michaela.

- Już zaczęło mi się wydawać, że mylę się co do ciebie, Maxa i Michaela - powiedział 

Nikolas. - Obserwuję was od dłuższego czasu. Nigdy nie używacie mocy. Teraz już wiem 

dlaczego. Nadal nie mogę uwierzyć, że boicie się jakiegoś zwykłego człowieka. A jest was 

troje. Ja sam z łatwością załatwiłbym Valentiego. Ty również.

Przez umysł Isabel przesunął się obraz szeryfa, który leży u jej stóp i błaga o litość. 

Uśmiechnęła się.

- Max uważa, że należy być ostrożnym - powiedziała.

- Ostrożnym... Tak to nazywacie. Jaka to strata energii! Nikolas zaczął okręcać na 

palcu pasmo jej jasnych włosów.

- Masz szczęście, że tu jestem, Isabel - szepnął. - Ktoś musi cię nauczyć, do czego 

służy moc.

Alex rozejrzał się po dziedzińcu. Isabel i ten nowy chłopak, Nikolas, dalej stali pod 

hikorą i rozmawiali. I stali bardzo blisko.

- Dasz mi chipsa z bekonem? - spytał Max.

- Tak, jasne. Masz. - Alex podał mu torebkę, nie odrywając wzroku od Isabel. Max, 

Liz, Michael i Maria pewnie myśleli, że jego zachowanie jest żałosne. Mieli rację. Wiedział, 

że nie powinien tak uporczywie  wpatrywać  się w Isabel, ale nie mógł przestać. To było 

fizycznie niemożliwe.

To z powodu włosów. Był tego pewien. Rude włosy mogą fantastycznie wyglądać u 

dziewczyn. Ale rudowłosi faceci wyglądają jak idioci. Gdyby Alex nie miał rudych włosów, 

Isabel nie stałaby pod tym drzewem z Nikolasem. Siedziałaby przy nim. Dobra, wmawiaj to 

sobie dalej, pomyślał Alex.

Rzucił jeszcze okiem w ich stronę. Szli do nich. No to super.

Teraz, kiedy usiłuje zjeść lunch, będzie torturowany z bliskiej odległości.

- Cześć! - zawołała Isabel. Wcisnęła się do ich kręgu pomiędzy Michaela a Marię. 

Wzięła Nikolasa za rękę i posadziła obok siebie. Niezbyt szybko wypuściła jego rękę, jak 

zauważył Alex.

Isabel dokonała prezentacji. Kiedy doszło do Alexa, nie patrzyła na niego. Gorzej, niż 

myślałem, uświadomił sobie. Nie chce mi nawet spojrzeć w oczy.

background image

Nie można było powiedzieć, że ze sobą chodzili, Alex odniósł jednak wrażenie, że 

Isabel czuła, że między nimi „coś” jest. On zdecydowanie odczuwał to „coś”, kiedy byli 

razem.

Zauważył, że Liz i Maria wymieniają znaczące spojrzenia. Widać było, że uważają, iż 

Isabel zachowała się nie w porządku, przychodząc z innym facetem, kiedy jest tu Alex. Ale 

one przyjaźniły się z nim na długo przedtem, zanim Michael, Max i Isabel dołączyli do ich 

grupy. To naturalne, że będą stały po jego stronie.

- Chcemy wam coś powiedzieć - obwieściła Isabel. Była dziwnie podekscytowana. 

Straciła typowy dla niej chłodny dystans.

Czuję się jak gość jakiegoś głupiego talk - show, pomyślał Alex. Wiem, że to, co 

usłyszę, na pewno nie będzie mi się podobać.

- Nikolas jest jednym z nas - zakomunikowała, przesuwając wzrokiem od Maxa do 

Michaela - Jego rodzice też byli na statku. Wyszedł z inkubatora wcześniej niż my i został za-

adoptowany. Jego rodzina wyprowadziła się stąd, zanim zaczęliśmy chodzić do szkoły, więc 

nic o nim nie wiedzieliśmy.

Alex poczuł się tak, jakby dostał cios prosto w żołądek. Och, chłopie! Nikolas nie 

tylko miał kasztanowate włosy. Był również kosmitą. Alex nie miał szans.

Zapanowała cisza. Wszyscy wpatrywali się w Nikolasa.

- Musiałeś  się   czuć  bardzo   samotny   -  przerwała   milczenie   Maria.  -  Max,  Isabel   i 

Michael byli przynajmniej razem.

- Nie kupuję tego - odezwał się Michael, zanim Nikolas zdążył odpowiedzieć. - Nie 

mogę uwierzyć - zwrócił się do Isabel - że przyprowadziłaś tu tego faceta, nie rozmawiając 

najpierw   z   nami.   Sprowadzasz   nam   na   głowę   człowieka,   który,   na   przykład,   mógłby 

pracować dla Valentiego. Czyś ty postradała rozum, Isabel?

Pierwszym odruchem Alexa było stanąć w jej obronie. Nie był jednak pewien, czyby 

sobie teraz tego życzyła.

- Ja też nie od razu mu uwierzyłam - powiedziała Isabel. - Ale przeniknęłam do jego 

snu. Ma takie same wspomnienia jak my, z naszej rodzinnej planety. I wiedział, gdzie jest 

jaskinia.

- To   nie   ma   znaczenia.   -   Max   potrząsnął   głową.   -   Nie   wyczuwam   go,   tak   jak 

wyczuwam ciebie i Michaela. Uważam, że on kłamie.

- Jesteście żałośni  - prychnął  Nikolas. - Tak bardzo się staracie, żeby nie używać 

mocy, że nie wiecie nawet, że ją macie! Czy nie umiecie blokować swoich emocji? Nie wy-

czuwasz mnie, bo ja nie chcę, żebyś mnie wyczuwał.

background image

- To dobra wymówka - mruknął Michael.

- Jeśli mi nie wierzysz, to mogę użyć swojej mocy i podpalić to drzewo. - Nikolas 

zwrócił się do Michaela.

- Czy Isabel nie ostrzegała cię, żebyś nie używał mocy? - spytał z naciskiem Max.

- Widać, że  kłamie.  Nie  umiemy  wzniecać  pożarów, używając  mocy - powiedział 

Michael.

Nikolas popatrzył na niego pogardliwym wzrokiem.

- On rozwinął swoją moc o wiele bardziej niż my - odezwała się Isabel. - Będzie 

dawać mi lekcje.

No popatrz, zaraz staje w jego obronie, pomyślał Alex.

- Nie chcę, żebyś brała u niego jakieś lekcje - powiedział Max. - Nie chcę również, by 

ktokolwiek z was korzystał z mocy.

- Wiesz co? Zupełnie mnie nie obchodzi, czego ty chcesz - oświadczył Nikolas.

- Macie zamiar stoczyć bitwę na śmierć i życie? - spytał Alex. - Jeśli tak, to ja zejdę 

wam z drogi. Mam na sobie nową koszulę, a moja mama chybaby zemdlała, gdybym wrócił 

do domu w koszuli poplamionej krwią, z przylepionymi kawałkami mózgu.

Nikolas i Max nie zwrócili na niego uwagi. I dobrze, Alex nie chciał bowiem się w to 

mieszać. Dobrze sobie radził w bójkach, miał przecież trzech starszych braci, ale żaden z nich 

nie dysponował kosmiczną mocą.

- Jeśli będziesz używał mocy, to sprowadzisz niebezpieczeństwo na nas wszystkich - 

powiedział Michael.

Alex   zauważył   jego   napięte   mięśnie.   Michael   najwyraźniej   nie   był   zachwycony 

nowym znajomym - i to sprawiło mu pewną satysfakcję.

- Czy Isabel nie mówiła ci o szeryfie Valentim? - spytał Max. - Jego życiową misją 

jest polowanie na kosmitów.

- Pracuje dla organizacji, która nazywa się Plan Wyczyszczenia Bazy Danych - dodał 

Michael. - Nie wydaje się, żeby szukał nas tylko po to, żeby powiedzieć nam „cześć”.

Nikolas przesuwał wzrokiem od Michaela do Maxa.

- Zaraz, zaraz. Czy ja dobrze rozumiem? Wiem, że Isabel się boi. Ale wy dwaj też 

macie stracha przed człowiekiem? To tak, jakbyście bali się muchy. Jeśli ten facet, Valenti 

zanadto się do nas przybliży, zmiażdżę go.

- Nikolas   ma   rację   -   przekonywała   Isabel.   -   Dlaczego   tak   bardzo   boimy   się 

Valentiego? My mamy moc, a on nie.

- Nie mogę uwierzyć w to, co mówicie. - Liz odezwała się po raz pierwszy, a jej 

background image

ciemne   oczy   błyszczały   gniewem.   Valenti   nie   jest   muchą.   Jest   niebezpieczny   dla   nas 

wszystkich Nie znasz go - zwróciła się do Nikolasa - w przeciwieństwu do nas. Posłuchaj, co 

on mi zrobił. On...

- Nie słucham tego, co mówią insekty.

Liz szarpnęła głową, jakby dostała w twarz. Maria zbladła.

Nikolas wstał i odszedł.

Totalny palant, pomyślał Alex. Dobrze, że Isabel tak szybko dowiedziała się, co to za 

jeden.

Ale ona zerwała się na nogi i poszła za Nikolasem, nawet na nich nie spojrzawszy.

- Jak mogła to zrobić! - wybuchnął Michael. - Po prostu nie wierzę. Usiadła tu przy 

nas i powiedziała: „Hej, to jest Nikolas. On też jest kosmitą”.

- Powinna była najpierw porozmawiać z nami. Sama - przyznał Max. - Jak gdyby nie 

przyszło jej do głowy, że to dotyczy całej naszej szóstki. Ten facet może sprowadzić na nas 

niebezpieczeństwo. O czym ona myśli?

To jasne, odpowiedział sobie Alex. Myśli, że chce mieć chłopaka z kasztanowatymi 

włosami. I jak mi się wydaje, on nie ma nic przeciwko temu.

- Hej, Nikolas, zaczekaj! - zawołała Isabel. Stacey wyszła spod natrysku w samą porę, 

żeby zobaczyć, jak Isabel idzie w ślady Nikolasa. Jej wargi wykrzywił ironiczny uśmieszek.

Nie sądź, że wygrałaś zakład - odezwała się słodkim głosem. - Widziałam was na 

dziedzińcu. Wyglądało na to, że to ty trzymałaś go za rękę, a nie odwrotnie. To się nie liczy - 

Utulała.

Zamknij się, Stacey! - burknęła Isabel. Zwolniła kroku. To było takie upokarzające - 

zobaczono ją, kiedy dosłownie ścigała faceta. To zupełnie nie było w jej stylu.

Nikolas zatrzymał  się przy swojej szafce w szatni. Isabel podeszła do zbiornika z 

wodą, nalała sobie kilka łyków i zmusiła się do wypicia. Kiedy uznała, że nie będzie już 

wyglądać na aż tak żałośnie zainteresowaną, podeszła do szafki Nikolasa i oparła się o nią.

- Max   martwi   się   o   mnie.   Już   taki   jest.   To   chyba   kompleks   starszego   brata   - 

powiedziała. - Michael też jest nadopiekuńczy.

- Gdybyśmy mieli przejmować się byle szeryfem, to byłoby tak, jakby generała, który 

ma głowice nuklearne, niepokoił jakiś dzieciak z plastikowym karabinem.

Kiedy Isabel była małą dziewczynką, prześladowały ją koszmarne sny - szeryf Valenti 

był wilkiem, który ją ścigał. Był tak blisko, wyraźnie widziała jego przerażające zęby. Nawet 

kiedy   podrosła,   nie   mogła   się   pozbyć   uczucia,   że   ją   kiedyś   złapie,   zamknie   i   będzie 

przeprowadzał na niej jakieś okropne eksperymenty, po których znajdzie się w prosektorium.

background image

- Naucz mnie, jak mam rozbudować moc - poprosiła. - Chciałabym umieć zrobić to, o 

czym mówiłeś: zmiażdżyć Valentiego, gdyby była taka konieczność.

Niech Max mówi sobie, co chce. Nikolas miał rację. Ona ma moc, więc może być 

silniejszą   stroną.   Byłoby   cudownie,   gdyby   mogła   spowodować,   że   Valenti   będzie   miał 

koszmarne sny - o niej. Byłoby cudownie, gdyby nie musiała stale mieć się na baczności.

Albo gdyby mogła spędzić trochę czasu w towarzystwie Nikolasa. Może nawet nie 

trochę.

Nikolas zatrzasnął drzwi szafki.

- Myślę, że potrafię cię odpowiednio wytrenować - powiedział. Jego wzrok wędrował 

od czubków butów Isabel aż do twarzy i zatrzymał się na jej wargach.

- To   super   -   szepnęła.   Starała   się   nie   patrzeć   na   jego   usta,   chociaż   były   takie 

pociągające. Kiedy ją pocałuje?  Jeśli tego wkrótce nie zrobi, ona będzie musiała  przejąć 

inicjatywę. - Dziś wieczór idziemy wszyscy do kina. Powinieneś z nami pójść.

Nie miała zwyczaju  proponowania facetom, by gdzieś z nią poszli. Jeśli chodzi o 

ścisłość, to nigdy tego nie robiła. Musieli sami o to zabiegać.

Ale   Nikolas   był   nowy.   Nikogo   tu   nie   znał.   Poza   tym   czuła,   że   jest   od   niego 

uzależniona. Nie mogła znieść myśli, że nie będzie go widzieć przez cały długi weekend.

- Czy „my” oznacza również twoich ziemskich przyjaciół? - spytał Nikolas.

- Tak.   Wiem,   że   to   może   wydawać   się   dziwne,   że   ziemskie   istoty   znają   naszą 

tajemnicę. Początkowo byłam tym kompletnie zszokowana - pospieszyła z wyjaśnieniem. - 

Ale wszyscy troje świetnie się sprawdzili. Pomogli nam zmylić pościg, kiedy Valenti chciał 

się do nas dobrać.

- Oni   nie   należą   nawet   do   tego   samego   gatunku   co   my.   I   mają   dziwny  zapach   - 

powiedział Nikolas. - Siedzenie z nimi w kinie nie wydaje mi się zabawne.

- Daj spokój. Nie miałeś nigdy żadnego ziemskiego przyjaciela? - spytała Isabel.

- Nie, ale raz miałem psa. Przebywanie z ludźmi stępiło waszą moc. Spędzacie z nimi 

tyle czasu, że zaczynacie myśleć tak jak oni, a potem zaczynacie wierzyć, że jesteście tacy 

sami jak oni.

Isabel miała ochotę wytłumaczyć mu, że zupełnie nie ma racji, ale dała sobie z tym 

spokój. Dopiero zaczynało się coś między nimi nawiązywać. Nie chciała tego niszczyć jakąś 

głupią kłótnią.

Kiedy Nikolas bliżej pozna Alexa, Marię i Liz, zmieni o nich zdanie. Na pewno.

background image

6

Max wiedział, że Liz idzie za nim korytarzem. Trudno mu było dokładnie określić, w 

jaki sposób to się dzieje, ale wiedział. Może składały się na to różne drobnostki, jak odgłos jej 

kroków czy też zapach szamponu, a on podświadomie przetwarzał te informacje.

Obejrzał się przez ramię. Tak, Liz szła korytarzem, stanowczym krokiem, jakby miała 

jakieś bardzo ważne spotkanie. Zawsze tak chodziła.

- Odwieźć się do domu?! - zawołał.

Jak widać, jeszcze mu brakowało tych trudnych, krępujących chwil, kiedy był sam na 

sam z Liz.

- Idę do Latającego Talerza - powiedziała, kiedy się z nim zrównała. - Ojciec nie 

nauczył się jeszcze wpisywać do komputera planu dyżurów. Muszę mu to znowu pokazać.

Spędzała mnóstwo czasu w tej kosmicznej kawiarni, która należała do jej rodziny. 

Dawniej,   kiedy   Max   był   nią   całkowicie   zafascynowany,   a   ona   traktowała   go   tylko   jako 

partnera   w   laboratorium,   często   bywał   w   kawiarni   Latający   Talerz.   Wysiadywał   tam, 

przyglądając się jej i udając, że patrzy w inną stronę. Gdyby nadal tak robił, byłoby to dziwne 

i krępujące dla nich obojga.

- No... Nikolas - zaczęła Liz.

- Tak.   Nikolas.   Przepraszam   cię   za   tego   palanta.   To,   co   mówił   o   ludziach,   było 

skandaliczne. A Isabel nie otworzyła nawet ust, żeby go uspokoić. To niesłychane.

- Max, nie musisz za niego przepraszać - stwierdziła Liz. - To, że on jest kosmitą, nie 

oznacza, że jesteś za niego odpowiedzialny.

Chłopak potrząsnął tylko głową.

- Myślę,   że   my   wszyscy   będziemy   musieli   stać   się   odpowiedzialni   za   niego   - 

powiedział. - Jeśli będzie nadużywał mocy, szeryf Valenti zacznie go ścigać... a to stanowi 

niebezpieczeństwo dla nas wszystkich. Masz jakiś pomysł?

- Już  wiem!  - zawołała  Liz.   - Zaproszę  go  na  imprezę Witaj  w   Roswell.  Tak  się 

wzruszy, że przestanie uważać mnie za insekta.

- To lepsze niż mój plan - przyznał Max.

- Jaki?

- Nie mam żadnego. Muszę mieć jakiś pomysł, pomyślał. Nie można pozwolić, by 

Nikolas zrobił coś głupiego. Wsiedli do jeepa i Max wyjechał z parkingu.

- Musimy znaleźć jakiś sposób, żeby przekonać go, jak niebezpiecznym facetem jest 

szeryf Valenti - odezwała się Liz. - Nikolas myśli, że może użyć mocy i go zabić. Zapomina, 

background image

że   Valenti   jest   członkiem   dużej   organizacji.   Jestem   pewna,   że   jeśli   agenta   Planu 

Wyczyszczenia   Bazy   Danych   spotka   śmierć,   to   zaraz   pokażą   się   tutaj   inni   agenci,   żeby 

rozpocząć dochodzenie.

- Ty o tym wiesz i ja o tym wiem, ale nie wydaje mi się, żeby Nikolas był facetem, do 

którego przemawiają rozsądne argumenty.

- Może   moglibyśmy   porozmawiać   z   Isabel,   a   ona   porozmawiałaby   z   Nikolasem   - 

zasugerowała Liz.

- Rzeczywiście, Przecież wszyscy wiemy, jak rozsądna jest moja siostra - powiedział 

Max.

Isabel dostawała  szału, kiedy ktoś udzielał jej rad. Szczerze wierzyła,  że wszelkie 

normy postępowania zupełnie jej nie dotyczą. Trzeba przyznać, że ostatnio nie nadużywała 

mocy, ale tylko dlatego, że jeszcze nie ochłonęła po aferze z Valentim. Teraz, kiedy Nikolas 

przekonał ją, że nie powinna obawiać się szeryfa, Max nie wiedział, co siostrze może przyjść 

do głowy. W każdym razie Isabel i Nikolas byli niebezpieczną parą.

- Nikolas   jakoś   dotychczas   dawał   sobie   radę.   Najwyraźniej   nikt   nie   odkrył   jego 

tajemnicy. Nie może więc być całkowicie nieobliczalny - wykoncypowała Liz.

- Chyba że likwidował każdego, kto był bliski prawdy - odpowiedział Max.

- Uważam, że wiadomość o kosmicie seryjnym  zabójcy narobiłaby dużo hałasu w 

mediach - przekonywała go Liz.

Max uświadomił sobie nagle, że prowadzą prawdziwą rozmowę. On coś powiedział, 

ona odpowiedziała, on coś jeszcze dopowiedział. Nie zapadało żenujące milczenie.

Zaparkował  jeepa przed  kawiarnią.  Gdy  poczuł  na ramieniu  dłoń  Liz,  całym  jego 

ciałem wstrząsnął dreszcz.

- Max, ja ciebie znam. Uważasz, że musisz znaleźć wyjście z tej sytuacji, żeby nic 

złego się nie stało. Że to ty za to odpowiadasz. Ale nie możesz wszystkiego kontrolować. 

Oszalejesz, jeśli będziesz próbował to robić.

- Chodzi mi tylko o to, że jeśli oni zaczną wariować i będą nadużywać mocy, możemy 

wszyscy znowu znaleźć się w niebezpieczeństwie - tłumaczył jej Max.

- Jeśli do tego dojdzie, to wtedy wszyscy pomyślimy, co zrobić. Razem.

Max skinął tylko głową. Nagle nie potrafił nic powiedzieć. Liz wzięła torebkę i plecak 

i zawahała się na chwilę.

- Będziesz mógł pójść dzisiaj z nami do kina? - spytała, nie patrząc na niego.

Nie był pewien, czy potrafiłby temu sprostać. A gdyby miał siedzieć obok Liz? Nie 

wytrzymałby dwóch godzin w ciemności, żeby jej nie dotknąć.

background image

Postanowił tego wieczoru nie eksperymentować.

- Nie mogę. Rozpoczynam nową pracę.

- Trudno. Mam nadzieję, że wszystko dobrze pójdzie - powiedziała Liz, wyskakując z 

jeepa. - Dziękuję, żeś mnie podwiózł.

Muzeum UFO, gdzie miał pracować, znajdowało się dwie przecznice dalej. Może po 

pewnym   czasie  będzie  mógł  im  zasugerować,  żeby zawarli   umowę z  kawiarnią   Latający 

Talerz. Na przykład, jak pokażesz bilet do muzeum, to masz darmowy deser czy coś w tym 

rodzaju.

Wjeżdżając na muzealny parking, Max potrząsnął ze smutkiem głową. Znowu to robił. 

Zupełnie bezwiednie kojarzył wszystko z Liz - wszystko, co zobaczył, przeczytał lub usłyszał. 

Jechał do muzeum, więc od razu powiązał muzeum z Latającym Talerzem, ponieważ obie 

firmy zarabiały na kosmitach. Potem bardzo już było łatwo połączyć Latający Talerz z Liz, 

ponieważ kawiarnia była własnością jej rodziców i ona w niej pracowała. W ten sposób wpadł 

na pomysł nawiązania współpracy muzeum z kawiarnią.

Żałosne, pomyślał.

Spojrzał na zegarek. Już czas. Szybko wysiadł z jeepa. Jego nowy szef, Ray Iburg, 

wydał mu się podczas rozmowy kwalifikacyjnej całkiem fajny. Poza tym praca w muzeum 

będzie zabawniejsza niż ostatnie zajęcie Maxa - zbieranie materiałów dla ojca. Mogło to być 

interesujące,   gdyby   ojciec   prowadził   sprawy   kryminalne,   ale   zajmował   się   sprawami 

związanymi z zanieczyszczeniem środowiska i Maxowi robiło się już niedobrze, gdy czytał 

kolejny raz o wyciekach oleju.

Kiedy był już w drzwiach muzeum, w jego stronę poleciało coś białego. Był to jasny 

kombinezon, naszywany przezroczystymi kryształami górskimi.

- Twój uniform! - zawołał Ray Iburg.

- Dziękuję, panie Iburg - powiedział Max. - Cieszę się, że będę tu pracował.

- Ray, musisz mówić do mnie Ray. Bo będę myślał, że mam już sto lat.

Max nie mógł się zorientować, w jakim wieku jest nowy szef. Włosy na czubku głowy 

miał już przerzedzone, zaczynał też siwieć. Ale jego skóra wygląda jak z reklamy kremu na 

pryszcze, z tej części „po”. Była jasna i gładka. Max nie zauważył ani jednej zmarszczki na 

jego twarzy.

- Doszedłem do wniosku, że nadszedł czas, aby muzeum przeprowadziło dokładne 

badania na temat powiązań Elvisa z kosmitami - oznajmił Ray. - Właśnie dlatego zamówiłem 

nowe   uniformy.   Pomyślałem,   że   moglibyśmy   narysować   sobie   baczki.   Mogę   je   również 

zrobić z resztek dywanu.

background image

Max   skinął   głową,   jakby   doskonale   się   orientował,   o   czym   szef   mówi.   To   był 

pierwszy dzień pracy. Chciał zrobić dobre wrażenie.

- Zacząłem robić wielką wystawę wokół powiększonej fotografii Marsa - mówił dalej 

Ray.

- Mars - powtórzył chłopiec. Czy ten facet był normalny? Czyżby Max dostał pracę u 

faceta, który jest psychiczny?

- Nie masz pojęcia, o czym mówię, prawda? - spytał Ray.

- Hm... nie - przyznał Max. - Chyba będę musiał trochę poczytać.

- Mamy niezwykłe  fotografie powierzchni  Marsa. Ogromne formacje skalne, które 

przypominają twarz Elvisa. Przynajmniej niektórzy tak uważają - tłumaczył Ray. - Carl Sagan 

pięknie   o   tym   napisał.   „Wśród   miliardów   skał   na   Marsie   tylko   ta   jedna   wydaje   się 

przypominać Króla. Rad nierad, muszę przyznać, że może to być oznaka istnienia nie tyle 

istot o wysokiej inteligencji, co kosmitów o niskich standardach rozrywki”.

Max powstrzymywał się z trudem, by nie wybuchnąć śmiechem. Nie chciał obrazić 

szefa.

- Trzeba się z tego śmiać - powiedział Ray, klepiąc go po ramieniu. - Ja cały czas się 

śmieję. Staraj się jednak zachować powagę, kiedy będziesz rozmawiać ze zwiedzającymi. 

Ludzie traktują to bardzo poważnie.

- Oczywiście. - Max pomyślał, że łatwo mu będzie polubić tę pracę. Szef był całkiem 

w porządku.

- Zmierz kombinezon. Chcę sprawdzić, czy rozmiar jest dobry. Tam jest łazienka.

Chłopiec wziął lśniący kombinezon pod pachę i ruszył w stronę łazienki. Żadnemu z 

jego przyjaciół nie będzie wolno odwiedzać go w pracy, postanowił. Umarliby ze śmiechu, 

gdyby zobaczyli go przebranego za Elvisa.

Elvis. Jak można połączyć Liz z Elvisem? Ona nie miała psa myśliwskiego. Chyba 

miała jakieś niebieskie buty, ale nie z zamszu.

To już totalna obsesja, pomyślał. Staję się nudny.

Na jaki film idziemy? - spytała Maria.

- Może na ten nowy, z Freddym i Jasonem - zaproponował Michael.

Siedział wciśnięty pomiędzy Marię i Liz na tylnym siedzeniu volkswagena Alexa. Ale 

nie narzekał.

- Trochę przerażający - powiedziała Maria.

I właśnie dlatego Michael  go zaproponował. To było  zabawne, kiedy oglądali ten 

horror u Marii. Okropnie się przejmowała, piszczała i wbijała mu paznokcie w ramię.

background image

- Nie musisz się denerwować, kiedy ja jestem w pobliżu - zażartował.

- Liz nie cierpi horrorów - powiedziała Maria. - Ma zbyt naukowe podejście. Coś w 

rodzaju: „Gdyby kogoś tak dokładnie porąbano toporem, już by nie żył”.

- Więc na co miałabyś ochotę, Liz? - spytał Michael. Nie odpowiedziała. Z czołem 

przyciśniętym do szyby wyglądała przez okno.

Maria obróciła się do Michaela i wypowiedziała bezgłośnie: „Max”. Chłopak skinął 

głową. Dobrze znał ten tęskny wyraz. Stale widywał go na twarzy przyjaciela.

- A wy? - zwrócił się do Isabel i Alexa.

- Dowolny - powiedziała Isabel. Była zajęta malowaniem paznokci na jasnozielony 

kolor.

Michael nie bardzo rozumiał dlaczego. Zielone paznokcie?

- Wszystko   mi   jedno   -   powiedział   Alex.   Michael   i   Maria   wymienili   spojrzenia. 

Zarówno Alex, jak i Isabel zawsze wiedzieli, co chcą zobaczyć, i wyrażali swoje życzenia w 

bardzo  zdecydowany   sposób.  Alex   miał  nawet  całą  listę  filmów,  których   nigdy  nie  miał 

zamiaru oglądać. Nazywał ją listą G. Stanowczo odmawiał pójścia na filmy, nazwane przez 

krytyków sentymentalnymi, na te z napisami i na te, w których grała Meryl Streep. Były tam 

jeszcze inne filmy, ale Michael już tego nie pamiętał.

- Okay - powiedział. - Freddy i Jason. Dobrze wiedział, dlaczego Alex i Isabel są tak 

dziwnie spokojni. Założyłby się, że oboje myśleli o Nikolasie - z zupełnie różnych powodów.

Michael był ciekaw, czy Nikolas znajdzie się w ich grupie, czy będzie razem z nimi 

chodził do kina i tak dalej. Ale nie bardzo to sobie wyobrażał. W czasie lunchu Nikolas 

zachował   się   koszmarnie   w   stosunku   do   Liz.   Zanim   mógłby   zacząć   z   nimi   przebywać, 

musiałby nieźle się napracować nad przeprosinami i nad przystosowaniem do towarzystwa 

ludzi.

Jednak   było   to   możliwe.   On,   Michael,   stanowił   tego   przykład.   Zanim   Max 

zorganizował   spotkanie   całej   szóstki   i   nawiązał   między   nimi   łączność,   Michael   nie   był 

zainteresowany przebywaniem w towarzystwie ziemskich istot.

Nie uważał ich za insekty czy coś w tym rodzaju jak Nikolas.

Grał z nimi w koszykówkę, czasem nawet trochę flirtował z jakąś ładną dziewczyną, 

ale przed nawiązaniem łączności nigdy nie miał „ziemskiego” przyjaciela. Teraz nawet słowo 

„przyjaźń” nie wydawało mu się dostatecznie silne, gdyby chciał opisać uczucia, jakie żywił 

w stosunku do Marii, Liz i Alexa. Byli dla niego kimś więcej niż rodziną. Nie wyobrażał 

sobie nigdy, że mógłby żywić takie uczucia wobec kogoś poza Maxem i Isabel.

Tylko dzięki tej rodzinie przyjaciół mógł się przenosić z jednej rodziny zastępczej do 

background image

drugiej,  nie dając się  stłamsić  psychicznie.  Już nie potrzebował  tych  rodzin,  nie musiały 

dawać mu oparcia i obdarzać uczuciem. To wszystko otrzymywał od Maxa. No i, naturalnie, 

od Isabel. Fakt, że Maria, Liz i Alex tak szybko stali się mu bliscy, omal nie zwalił go z nóg.

Prędzej by się spodziewał, że potrafi nawiązać taką natychmiastową więź z innym 

kosmitą.   Mieli   przecież   tę   samą   pamięć   zbiorową,   ten   sam   kod   genetyczny.   Nikolas 

tymczasem nie miał nawet ochoty porozmawiać z nim czy z Maxem. Jak gdyby to wszystko, 

co ich łączyło, nie miało dla niego żadnego znaczenia. Interesowała go tylko Isabel.

Michael rzucił na nią okiem. Nie pasowała do takiego faceta jak Nikolas. Była dla 

niego o wiele za dobra, bez względu na to, z jakiej pochodził planety.

Alex wjechał na parking centrum handlowego i zatrzymał samochód. Maria i Michael 

wysiedli, ale reszta nie ruszała się z miejsca. Michael popatrzył na Marię i potrząsnął głową. 

Powinni byli iść do kina z trzema zombi. To pewnie byłoby bardziej zabawne.

- Prosimy   o   zabranie   bagażu   podręcznego.   Dziękujemy,   że   skorzystali   państwo   z 

naszych usług - powiedziała Maria, otwierając drzwi samochodu od strony Alexa.

- Do dowidzenia - rzucił Michael, otwierając drzwi dla Liz.

Uśmiechnęła się z lekka i wysiadła z samochodu.

Michael i Maria poszli pierwsi. Kusiło go, żeby spoglądać do tyłu i sprawdzać, czy 

Alex, Isabel i Liz idą za nimi. Wydawało mu się, że prowadzi wycieczkę przedszkolaków.

Nagle usłyszeli ryk silnika. Motocykl.

- Oho   -   mruknęła   Maria.   Michael   obrócił   się  i   zobaczył   pędzącego   przez   parking 

Nikolasa. Jechał w ich stronę.

Gdy   Michael   rzucił   okiem   na   Isabel,   usiłowała   zachować   obojętny  wyraz   twarzy. 

Widział jednak, że pojawienie się Nikolasa wprawiło ją w stan całkowitego odurzenia.

Muszę z nią porozmawiać na temat tego palanta, pomyślał.

Nikolas zatrzymał się przy nich, lecz nie odezwał się ani słowem. Wyciągnął tylko 

rękę   do   Isabel.   Zanim   Michael   zdążył   cokolwiek   zrobić,   zanim   nawet   zdążył   pomyśleć, 

dziewczyna wskoczyła na motor i odjechali z rykiem silnika.

- Ja cię kręcę - powiedziała Maria.

- Nie podoba mi się to - wymamrotał Alex. Wielka mi nowina, pomyślał Michael. Ale 

jemu to też się nie podobało, zwłaszcza myśl, że Isabel jest sama z Nikolasem. Owszem, 

Nikolas był kosmitą, jednym z nich, ale to wcale nie oznaczało, że powinna mu ufać. Michael 

zupełnie mu nie ufał.

background image

7

- Czy mogę coś z tego powycinać? - spytała Maria, biorąc żurnal z komódki Liz.

Po   powrocie   z   kina   dokładnie   przedyskutowały   problem   Isabel   -   Nikolas   -   Alex. 

Potem przeanalizowały film. Teraz Liz pracowała nad ułożeniem podania do college'u, a jej 

przyjaciółka nad swoimi paznokciami. To cudowne, pomyślała Maria, że mogę siedzieć w 

jednym pokoju z Liz, kiedy każda z nas jest zajęta czym innym, i możemy rozmawiać albo 

nie. Trzeba być bardzo zaprzyjaźnionym, żeby czuć się swobodnie w takiej sytuacji.

- Oczywiście. Czy mogę wiedzieć po co? - spytała Liz. Liz naklejała właśnie znaczki 

na   kopertę   z   dokumentami,   które   miała   wysłać   na   Uniwersytet   Stanu   Kalifornia   w   Los 

Angeles.

- W centrum handlowym widziałam dziewczynę, która miała na każdym paznokciu 

przyklejone jakieś słowo. Też chcę tak zrobić, ale nie wiem, jakie słowa wybrać - powiedziała 

Maria.

- Możesz   zmontować   żądanie   okupu   -   zaproponowała   Liz.   -   Porywacze   zawsze 

używają liter wydartych z gazet, żeby policja nie zidentyfikowała ich po charakterze pisma.

- Bardzo   zabawne   -   skwitowała   Maria   i   rzuciła   w   przyjaciółkę   poduszką.   -   Ja 

myślałam raczej o jakimś przekazie do podświadomości.

- Aha. Na przykład: „Jestem chętna. Twój telefon?” - zażartowała Liz.

- Ha. Ha. Ha. Daj mi znać, w który weekend będziesz grał w Vegas.

Liz wzięła inne pismo i rzuciła się na łóżko obok przyjaciółki.

- Może   ja   też   wyślę   jakiś   przekaz   do   podświadomości.   Żeby   Max   zrezygnował 

wreszcie z tego „przyjacielskiego” układu.

- Dziwi mnie, że jeszcze się nie załamał - powiedziała Maria. - Gdybyś wiedziała, jak 

on na ciebie patrzy...

- Znowu to samo. - Liz potrząsnęła głową. - Znowu rozmawiamy o Maksie. A miałam 

dać ci chwilę wytchnienia.

- Mów o nim, ile tylko chcesz. Przyślę ci rachunek. - Maria wzięła nożyczki i wycięła 

z   żurnala   wyraz   „miłość”.   -   Musimy   ci   znaleźć   faceta,   żebyś   też   mogła   sobie   na   niego 

ponarzekać - powiedziała Liz. - Myślę, że Kyle Valenti jest wolny.

- Kyle „ośmiornica” Valenti - Maria zmarszczyła nos. - Ale to nie najgorszy pomysł. 

Mogłabym zacząć z nim chodzić i używając swojego kobiecego czaru, wyciągnąć od niego 

wszystkie tajne informacje o szeryfie.

Liz natychmiast spoważniała.

background image

- Musisz mi obiecać, że nigdy czegoś takiego nie zrobisz. To zbyt niebezpieczna gra.

- Przyrzekam. Przysięga najlepszej przyjaciółki - powiedziała Maria.

„Przysięga   najlepszej   przyjaciółki”   to   były   słowa   obietnicy,   którą   dziewczęta 

wymyśliły w piątej klasie. Maria zachowała listę okropności, na które można by się narazić, 

łamiąc „Superuroczystą absolutnie niezrywalną przysięgę najlepszej przyjaciółki”.

- Dobrze - powiedziała Liz, kartkując pismo.

- Kiedy patrzę  na ciebie, na Maxa i Alexa, to niekoniecznie  miałabym  ochotę  się 

zakochać. Nie muszę szukać dodatkowych problemów. Wiesz, że moja mama chodzi teraz na 

randki w moich ciuchach?

- Alex robił wrażenie całkowicie załamanego, kiedy Isabel odjechała z Nikolasem - 

powiedziała Liz.

- Dziwne, że to zauważyłaś.  Sama byłaś nieźle zdołowana. „Gdzie, ach, gdzie jest 

teraz moje słoneczko Max?”

- Tak. Zauważyłam. Biedny chłopak - stwierdziła Liz, rzucając okiem na przyjaciółkę. 

- Myślałam kiedyś, że może ty i Alex....

- Tak. Kiedy w zeszłym roku sprowadził się do Roswell, pomyślałam: a może. Ale 

jednak nie. On jest przeuroczy i bardzo zabawny, nie pobudza mnie jednak do tego... no 

wiesz. On nie... - Maria wzruszyła ramionami.

- Nie pobudza twojego serca do szybszego bicia - powiedziała jej Liz.

- Otóż to. Usłyszały dochodzącą z głębi domu melancholijną piosenkę.

The Doors, pomyślała Liz.

- Moi rodzice wrócili - powiedziała Liz.

- Czy twój tata dobrze się czuje? - spytała Maria, unosząc brwi.

Poznały się w drugiej klasie. Maria wiedziała już wszystko o rodzinie Liz. Kiedy jej 

ojciec był w dobrym humorze, słuchał Grateful Dead. Ten zespół był na niekwestionowanym 

topie skali dobrego nastroju pana Ortecho. The Doors to było całkowite dno. Teraz właśnie 

pan Ortecho słuchał The Doors.

- Jutro są urodziny Rosy - wyjaśniła Liz.

- Och - wymamrotała Maria. - Tak. Bardzo mi przykro. Powinnam była pamiętać. 

Dobrze się czujesz?

Liz   skinęła   głową.   Dzień   urodzin   zmarłej   siostry   nie   dotykał   jej   tak   boleśnie   jak 

rodziców. Nie dlatego, że nie kochała Rosy. Kiedy Liz była małą dziewczynką, uwielbiała 

Rosę i zawsze starała się zwrócić na siebie jej uwagę. Klasyczny przykład syndromu młodszej 

siostry.

background image

Nie myślała o Rosie bardziej intensywnie, kiedy zbliżał się dzień jej urodzin. Myślała 

o niej tyle co zawsze, czyli bardzo dużo. Codziennie.

Wciąż słyszała cichy wewnętrzny głos: „Żebyś nie skończyła tak jak Rosa”. Czasem 

był to głos jej matki, czasem ciotki Eleny, babuni, a czasem głos jakiegoś wujka czy też 

kuzyna. Ale przeważnie był to głos ojca.

Liz   robiła   wszystko,   by   ani   tata,   ani   nikt   inny   nie   musiał   się   obawiać,   że   Liz 

przedawkuje, jak to zrobiła Rosa, kiedy była w liceum. Liz była wzorową uczennicą i można 

się   było   spodziewać,   że   to   właśnie   ona   dostąpi   zaszczytu   wygłoszenia   w   szkole   mowy 

pożegnalnej. Starała się przepracować w kawiarni jak największą liczbę godzin i odkładała 

większość   zarobionych   tam   pieniędzy.   Zawsze   pamiętała   o   urodzinach   niezliczonych 

krewnych. Za każdym razem dzwoniła do rodziców, kiedy miała później wrócić do domu. 

Uśmiechała się, nawet kiedy była bardzo zmęczona.

Spojrzała na ekran komputera. Popatrzyła na listę uczelni, do których złożyła podanie 

o   przyjęcie   na   studia.   Były   okresy,   że   nie   mogła   się   doczekać,   kiedy   skończy   szkołę   i 

wyjedzie z miasta. Kiedy będzie mogła zamieszkać tam, gdzie nikt nie znał Rosy i nie będzie 

się martwił, że siostra może pójść w jej ślady.

- Hej, Liz, jesteś taka milcząca. Przepraszam cię - odezwała się Maria. - Nie miałam 

zamiaru przypominać ci tych smutnych spraw.

- Nic się nie stało. - Liz związała włosy na czubku głowy. - A Michael? - spytała.

Musiała zmienić temat rozmowy i to natychmiast.

- Michael? - Maria gwałtownie uniosła głowę.

- Tak.   Zakończyłyśmy   już   rozmowę   na   temat   twojego   życia   uczuciowego   - 

powiedziała Liz.

- Chcesz powiedzieć na temat jego braku - przerwała jej Maria.

- Mówiłyśmy już też o mnie, Maksie, Isabel i Aleksie - kontynuowała Liz. - Został 

nam jeszcze tylko Michael. Myślisz, że zwrócił uwagę na jakąś dziewczynę z naszej szkoły?

Maria wycięła z żurnala wyraz „ból” i teraz bardzo starannie go przycinała.

- Nic mi o tym nie wiadomo - powiedziała. - Sądzisz, że on mógłby... to znaczy, czy 

chciałby... no wiesz, zadawać się z ziemską istotą?

- Zawsze trzymał się z daleka od ludzi - przypomniała jej przyjaciółka. - Ale wtedy nie 

znał jeszcze „trojga wspaniałych”.

- Ciekawa   jestem,   czy   „troje   wspaniałych”   zdoła   przekonać   Nikolasa,   że   istoty 

ziemskie też są ludźmi - zauważyła Maria.

- Nie jestem tego pewna. Nie wyobrażam sobie, żeby Michael mógł nawet pomyśleć, 

background image

że jesteśmy insektami - powiedziała Liz. Potrząsnęła głową i długie ciemne włosy opadły jej 

na ramiona. - Nie podoba mi się ta sprawa z Nikolasem - dodała. - Wiem, że Max też się tym 

martwi.

- Jak myślisz, co Nikolas i Isabel mogą teraz robić? - spytała Maria.

- Cokolwiek robią, mam nadzieję, że nie będą używać mocy.  Nie mam ochoty na 

kolejne spotkanie z Valentim.

- Może powinnyśmy powiedzieć Maxowi, że Isabel odjechała z Nikolasem? - spytała 

Maria.

Liz myślała już o tym. Miałaby pretekst, by do niego zadzwonić i usłyszeć jego głos. 

Ale on nic nie mógł zrobić. Żadne z nich nie było w stanie nic zrobić, jeśli Nikolas i Isabel 

zechcą zabawiać się mocą.

- Nie - powiedziała. - Przecież nie mają zamiaru popełnić przestępstwa.

Czy „włamywanie się” i „wchodzenie” znaczy dla ciebie to samo? - spytała Nikolasa 

Isabel.

- To są przepisy tylko dla ludzi. Co? - spytał, spoglądając na nią przez ramię. - Nigdy 

nie używałaś mocy, by otworzyć zamek?

- Prowadziłam raczej spokojny tryb życia.

- Znajdę na to radę. - Nikolas uśmiechnął się. Isabel przebiegł dreszcz podniecenia. 

Tak, on niewątpliwie miał to „coś”.

- Skup się na molekułach zasuwy i ściskaj je - tłumaczył Nikolas. - To nic trudnego. - 

Otworzył drzwi i wciągnął dziewczynę do środka.

To miejsce miało zapach... kręgielni. Isabel nie cierpiała kręgielni. Była tam tylko raz, 

jako dziewczynka, z okazji urodzinowego przyjęcia jakiegoś dziecka. Zapamiętała jednak, że 

to wszystko razem było dość obrzydliwe. Musiało się wkładać buty, które były już przedtem 

używane przez wiele śmierdzących stóp. Nawet otwory w kulach były brudne. Tkwiły w nich 

jakieś okruchy, brudy czy coś równie paskudnego.

Była tu jedynie dlatego, że Nikolas chciał zagrać w kręgle, a jej zależało na tym, by 

być tam gdzie on. To było najważniejsze. Inni faceci zawsze szli tam, gdzie ona chciała, ale 

Nikolas nie był zwykłym facetem.

- Gra tymi  dużymi  kulami jest  za łatwa.  Wezmę  tamte  - powiedział.  Podszedł  do 

jednego ze stołów i wziął dwie kule. Gdy rzucił jedną do Isabel, zdziwiła się, że jest tak 

ciężka.

Chłopak podciągnął podkoszulek i zaczął wkładać do niego kule. Isabel starała się nie 

patrzeć zbyt ostentacyjnie na jego brzuch, płaski i umięśniony. Nikolas był zbudowany bez 

background image

zarzutu - ani zbyt napakowany, ani zbyt szczupły. Po prostu super.

- Chodź - powiedział. Zapalił łokciem rząd światełek i poprowadził ją do najbliższego 

toru.

Przynajmniej te kule nie mają ohydnych małych otworków na palce, pomyślała Isabel.

Nikolas rzucił kule na wypolerowaną drewnianą podłogę i położył się obok. Potoczył 

kulę wzdłuż toru. Kręgle przewracały się z trzaskiem.

Zapomniałam o tym hałasie, pomyślała Isabel. Następna przyjemność.

- Huuu! - wykrzyknął Nikolas. - Zwaliłem wszystkie. Dziewczyna uśmiechnęła się. 

Może w pewnych sytuacjach on był jednak zwykłym facetem. To nawet było miłe.

- Oszukiwałeś - powiedziała. - Czułam, że używasz mocy, by popchnąć kulę.

Usiadł i potrząsnął głową ze zdumieniem.

- Ktoś   cię   nieźle   zaprogramował   -   rzekł.   -   Dlaczego   używanie   mocy   ma   być 

oszustwem?   Urodziliśmy   się   z   nią.   Czy  ty  też   oszukujesz   dlatego,  że   ładnie   wyglądasz? 

Urodziłaś się z tymi włosami, tymi oczami i... wszystkim innym.

A więc uznał ją za ładną. Niech uważa, żeby nie skończyć jak ci faceci, którzy łażą za 

nią z obłędem w oku. To by jej się spodobało - nawet bardzo.

- Max twierdzi, że używanie mocy nie jest bezpieczne - powiedziała.

Brat   wbijał   jej   do   głowy,   że   może   użyć   mocy   tylko   w   wyjątkowej   sytuacji. 

Oczywiście Isabel sięgała po nią o wiele częściej, ale zawsze czuła się wtedy winna.

- Max - prychnął  pogardliwie Nikolas. - On  musi wreszcie  zrozumieć,  że nie jest 

człowiekiem. I że nigdy nim nie będzie. I że to jest dobre.

Położył się z powrotem na podłodze. Isabel odczuła powiew mocy i nagle chłopak 

pomknął   wzdłuż   toru,   unosząc   się   jakieś   trzy   centymetry   nad   podłogą,   po   czym   zwalił 

wszystkie kręgle głową i natychmiast stanął na nogi.

- I co? Czy człowiek potrafiłby to zrobić? Isabel potrząsnęła głową.

- Czy człowiek miałby ochotę to zrobić? - spytała.

- Musisz spróbować. Fajnie jest unosić się w powietrzu. Unosić się w powietrzu. Samo 

przebywanie z Nikolasem przypominało unoszenie się w powietrzu. Przy nim Isabel czuła się 

całkowicie wolna. Wolna, lekka i rozświetlona. Zupełnie inaczej niż w towarzystwie Maxa i 

całej reszty. No cóż, byli jej bliscy; wiedziała, że ona jest im również bliska, ale czasami 

czuła, jak ciągną ją w dół tą swoją powściągliwością i ostrożnością.

- Próbujesz czy nie? - spytał Nikolas.

- Nie ma mowy. To niewiele się różni od rozwalania głową puszek od piwa, co jest 

całkiem idiotyczną zabawą ludzi - oświadczyła.

background image

Tak, zgodziła się wejść do kręgielni, ale istniały jednak pewne granice. Poza tym nie 

mogła pozwolić, by Nikolas zawsze stawiał na swoim.

- Nie   powinnaś   stale   mówić   „nie   ma   mowy”.   Trzeba   wszystkiego   spróbować, 

przynajmniej raz - powiedział Nikolas.

Po chwili Isabel sunęła trzy centymetry nad podłogą, wprost na kręgle.

- Nikolas, nie! - wrzasnęła.

Kiedy miała już uderzyć w nie głową, popłynęła do góry. Nikolas przeszedł wzdłuż 

toru i spojrzał na nią.

- Chyba mi nie powiesz, że to nie było zabawne - rzekł. Poczuła, że łagodnie opada i 

staje na nogi.

- Tak. To było zabawne - przyznała. Nigdy jeszcze czegoś podobnego nie zaznała. 

Czuła się jak w kolejce górskiej, w najwspanialszym wesołym miasteczku na świecie.

- Jestem głodny. Jest tu jakiś snack bar? - spytał Nikolas, idąc na tyły kręgielni. - 

Trafiony - powiedział, przeskakując przez drewnianą ladę. - Mają tu automat z lodami.

Isabel przeszła pod kontuarem. Chciała zapalić światło, ale chłopak ją powstrzymał.

- Po ciemku jest zabawniej - szepnął. Wzruszyła ramionami. I tak lepiej widziała w 

ciemnościach.

- Strzelałaś kiedyś lodami? - spytał Nikolas. Wziął ją za rękę i pociągnął w stronę 

automatu.

- Nie - zaprotestowała dziewczyna. - Mam na sobie nową koszulę.

- Zdejmij ją.

Ściągnął   podkoszulek   i   rzucił   go   na   ziemię.   Isabel   postanowiła   zetrzeć   mu   ten 

sarkastyczny   uśmieszek   z   twarzy.   Stanik   osłaniał   tyle   ile   góra   od   bikini.   Zaczęła   wolno 

odpinać guziki swojej koszuli, drocząc się z Nikolasem. Zasłużył na to.

Odczuła pewne zadowolenie, kiedy zauważyła napięcie na jego twarzy. Złapałam cię, 

prawda?   To   wyrównywało   rachunki.   Patrząc   na  rozebranego   do  połowy  Nikolasa,   Isabel 

doświadczała całkiem interesujących emocji.

- Okay, usiądź na podłodze i odchyl głowę - powiedział. Zauważyła, że jego głos jest z 

lekka zdławiony. Równie trudno mu było oderwać wzrok od jej piersi, jak jej od jego nagiego 

torsu. Wziął z lady plastikową butelkę z musztardą.

- Możemy jej użyć do przepłukania gardła po lodach - powiedział.

Isabel skuliła się pod automatem i otworzyła usta. Nikolas nacisnął przycisk, rozległ 

się szum i po chwili spadła na nią duża kulka lodów. Część trafiła do ust, a część została na 

nosie. Dziewczyna zaczęła się krztusić.

background image

Chłopak wyłączył automat i chwycił kilka serwetek. Wziął Isabel pod brodę i zaczął 

wycierać jej twarz. Często bywał gwałtowny i nieobliczalny, ale kiedy jej dotykał, był niesły-

chanie delikatny.

- Zabawne, co?

- Tak. Teraz ty spróbuj. - Wepchnęła Nikolasa pod automat i nacisnęła przycisk.

Odchylił głowę, łapiąc lody ustami. Potem wcisnął do ust trochę musztardy - Czy to 

dobre połączenie? - spytała Isabel. - Ja zwykłe używam sosu tabasco.

- Chcesz spróbować? - Przyciągnął Isabel do siebie i pocałował.

Odczuła ten pocałunek nawet w koniuszkach palców stóp. Przesuwała dłońmi po jego 

nagich plecach, po twardych mięśniach pod gładką ciepłą skórą. Mmm.

Nikolas zlizał grudkę lodów z nosa Isabel i schylił się do następnego pocałunku.

- Zaczekaj - szepnęła.

- Nie lubię czekać. Wpatrywała się w jego brązowozłote oczy do utraty tchu.

- Nikolas... - szepnęła, kiedy znowu poczuła na ustach jego wargi.

- Hej! - zabrzmiał nagle ostry głos. - Kto tam jest?

Isabel   odskoczyła   od   chłopca   i   wychyliła   głowę   znad   kontuaru.   Zobaczyła 

ochroniarza, który stał, rozglądając się w ciemnościach.

- Zostań tu - szepnął Nikolas. Przesunął się wzdłuż lady i zaczął okrążać ochroniarza, 

podchodząc do niego od tyłu. Isabel nie mogła na to patrzeć. Za chwilę Nikolas zostanie 

złapany.

Max ją zabije. Michael też. Szybko włożyła koszulę. Wolała być całkowicie ubrana na 

wypadek, gdyby ją aresztowano.

Gdy ochroniarz zbliżył się do lady, Nikolas też zrobił ruch. Dotknął z tyłu jego głowy 

i strażnik natychmiast osunął się na podłogę.

- Chodź! - zawołał Nikolas. Isabel przeszła pod kontuarem, omal nie nadeptując na 

dłoń leżącego ochroniarza. Odskoczyła, patrząc na niego z przerażeniem. Nikolas złapał ją za 

ramię i pociągnął w stronę drzwi.

- Chodź   -   powtórzył.   Podbiegł   do   motocykla   i   pociągnął   ją   na   siodełko.   Szybko 

wyjechali z parkingu.

Isabel z trudem łapała powietrze. Nikolas zabił tego faceta, myślała. W jednej minucie 

mnie całował, a w następnej zabił człowieka.

Wpiła palce w siodełko. Wolałaby spaść, niż dotknąć teraz tego chłopca.

Dobrze, że chociaż wiózł ją do domu. Skręcił we właściwym miejscu i zatrzymał się 

przed jej domem. Isabel omal nie spadła z motocykla. Ruszyła w kierunku drzwi.

background image

Nikolas złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie.

- Bez pocałunku na dobranoc? - spytał.

- Zabiłeś kogoś - warknęła Isabel, bezskutecznie usiłując wyrwać mu rękę.

- Człowieka - uściślił Nikolas. - No to co? Nigdy nie zabiłaś muchy ani nie nadepnęłaś 

na karalucha?

- Dość tego głupiego gadania o insektach! - krzyknęła Isabel.

Wiedziała,   że   Nikolas   trzyma   ludzi   na   dystans,   nie   wyobrażała   sobie   jednak,   że 

rzeczywiście mógłby zabić człowieka.

- Żartuję   -   powiedział,   ściskając   jej   rękę.   -   Ja   żartowałem.   Nie   zabiłem   tego 

ochroniarza.   Pozbawiłem   go   tylko   przytomności.   -   Zszedł   z   motoru,   położył   ręce   na 

ramionach Isabel i delikatnie ją pocałował. - Nic mu nie będzie.

- Naprawdę? - spytała.

- Naprawdę - powiedział, całując ją znowu. - A teraz dość ludzkich rozmów.

Objął ją i całował, dopóki nie zabrakło jej tchu i nie mogła już o niczym mówić.

background image

8

Liz wybiegła z kawiarni. Chciała mieć jak najwięcej czasu, żeby przygotować się do 

dyskusji, którą miały przeprowadzić przed całą klasą z Arlene Bluth. Arlene wypożyczyła ze 

szkolnej biblioteki wszystkie  książki,  które miały związek z tematem  ich debaty.  Liz nie 

sądziła, że Arlene potrzebowała tych wszystkich książek, by przygotować się do dyskusji - po 

prostu nie chciała, żeby Liz miała do nich dostęp. To byłoby wspieranie nieprzyjaciela, a 

Arlene nigdy tego nie robiła.

Liz szła więc do biblioteki publicznej, mając nadzieję, że jej przeciwniczka jeszcze 

tam nie dotarła. Kiedy przechodziła przez Alameda, pojawił się przy niej szeryf Valenti.

Liz nie przyspieszyła kroku, ale i nie zwolniła. Starała się utrzymać obojętny wyraz 

twarzy i nie mieć przyspieszonego oddechu. Przeżywała chwilowy napad paniki, ale Valenti 

nie musiał o tym wiedzieć.

Szli obok siebie w milczeniu.  Jeśli chce mnie o coś spytać,  to niech  się odezwie 

pierwszy, pomyślała Liz. Dlaczego miałabym mu ułatwiać zadanie?

- Dobrze pani wygląda, panno Ortecho - odezwał się wreszcie Valenti. - Myślałem, że 

będzie pani opłakiwać swojego zmarłego przyjaciela.

Liz zatrzymała się gwałtownie. Nie było sensu uciekać. Trzeba było od razu z tym 

skończyć, chociaż obecność szeryfa przejmowała ją dreszczem.

- Nie wiem, o czym  pan mówi - powiedziała. Valenti poprawił swoje odblaskowe 

okulary.   Liz   nienawidziła   tych   okularów.   Kiedy   próbowała   spojrzeć   szeryfowi   w   oczy, 

jedyne, co widziała, to dwa małe odbicia własnej twarzy.

- Możliwe, że popełniłem omyłkę  - rzekł. - Zakładałem, że kosmita, który zjechał 

furgonetką ze skarpy do Lakę Lee, to ten, którego tak usilnie starała się pani osłaniać podczas 

naszego ostatniego spotkania.

Przerwał, zapanowała cisza. Liz zaschło w gardle. Z trudem przełknęła ślinę, mając 

nadzieję, że Valenti tego nie zauważy. Nie powinien wiedzieć, że ona tak nerwowo na niego 

reaguje.

- Mam   jednak   nowe   dowody,   które   wskazują   na   to,   że   w   Roswell   jest   jeszcze 

przynajmniej jeden kosmita - mówił dalej Valenti. - Może dlatego tak dobrze pani wygląda. 

Może pani kosmita  nie  gnije na dnie bezdennego jeziora,  tylko  jest bezpieczny i ma się 

dobrze.

Miał to porządnie opracowane. Jej kosmici, Max i Michael, byli  w furgonetce, za 

którą Valenti ruszył w pościg. Ale wyskoczyli z niej, zanim stoczyła się do jeziora. Żaden 

background image

kosmita nie gnił w jeziorze, rdzewiał tam tylko stary pick - up.

Naturalnie   Liz   nie   miała   zamiaru   informować   o   tym   Valentiego.   Nie   zamierzała 

również zadawać mu żadnych pytań ani też protestować. Rozmowa z nim była niebezpieczna. 

Miał sposoby, by tak człowiekiem manipulować, że ten mówił mu coraz więcej.

- Tak,   wiem.   Pani   nie   wierzy  w   kosmitów   -   powiedział   Valenti,   wyręczając   ją   w 

odpowiedzi. - Ale jedna z tych nieistniejących istot włamała się wczoraj wieczorem do krę-

gielni.

- Wszyscy   wiedzą,   że   kosmici   uwielbiają   grać   w   kręgle.   -   Liz   nie   mogła   się 

powstrzymać od odpowiedzi. - Nie jest możliwe, żeby to zrobili ludzie, którzy chcieli się 

zabawić.

- Mógłbym  przyjąć pani teorię, gdyby nie sprawa z ochroniarzem - rzekł szeryf. - 

Znaleziono go nieprzytomnego. Nie ma żadnych dowodów na to, że został uderzony w głowę. 

Nie   ma   też   dowodów   na   nadużycie   alkoholu   lub   narkotyków.   To   nie   była   przypadłość 

medyczna. - Zdjął okulary i patrzył na nią zimnymi szarymi oczami.

Liz nie wiedziała, co w końcu jest gorsze - niemożność zobaczenia jego oczu czy też 

ich zobaczenie.

- Widzę tu tylko jedno wytłumaczenie - ciągnął. - Ochroniarz został obezwładniony 

mocą kosmity.

Nikolas, pomyślała Liz. A jeśli Isabel nawet mu w tym nie pomagała, to na pewno 

przy tym była.

Valenti wpatrywał się w nią jeszcze przez długą chwilę, po czym włożył z powrotem 

okulary.

- Podejrzewam, że, jak zwykle, wie pani więcej, niż chce mi powiedzieć. Proszę tylko 

pamiętać: następnym razem kogoś może spotkać śmierć, a pani nie ruszyła palcem, by temu 

zapobiec.

Valenti obrócił się i odszedł. Liz patrzyła za nim, dopóki nie zniknął jej z oczu.

Co my teraz zrobimy? - pomyślała. Co możemy zrobić, aby i tym razem Valenti nie 

odkrył prawdy?

Czy wiesz, że facet, który zrobił Elvisowi jego pierwsze zdjęcie, filmował również 

sekcję czterech kosmitów znalezionych po katastrofie w Roswell? - spytał Ray.

Max   potrząsnął   głową.   To   był   dopiero   jego   drugi   dzień   w   pracy   i   jeszcze   nie 

przyzwyczaił się do niesłychanych odzywek szefa.

- Spróbuj znaleźć w Internecie coś na jego temat. Chyba nazywa się Barrett albo jakoś 

podobnie - powiedział Ray. - Możesz korzystać z komputera w informacji. Jeśli ktoś zada ci 

background image

pytanie,   na   które   nie   potrafisz   odpowiedzieć,   zawołaj   mnie.   Niektórzy   zadają   całkiem 

odjechane pytania.

- Jasne, szefie - rzekł Max i usiadł przy komputerze. To powinno być zabawne. Lubił 

czytać wymyślane przez ludzi teorie na temat Tajemnicy Roswell. Najbardziej podobała mu 

się ta, która dowodziła, że kosmici są aniołami. Zabawne było myśleć, że Michael może być 

aniołem. Albo Isabel. Jego siostra nie miała anielskiego usposobienia.

Napisał „kosmici” i „Elvis” w wyszukiwarce i nacisnął enter. Siedział na twardym 

metalowym krześle i wszystkie kryształki przyszyte do kombinezonu Elvisa wpijały mu się w 

ciało. Miał tylko nadzieję, że Rayowi nie przyjdzie na myśl urządzenie wystawy pod tytułem 

„Kosmici i Marilyn Monroe”. On, Max, nie przebierze się za Marilyn, żeby nie wiem jak 

zależało mu na tej pracy.

Na ekranie ukazała się lista ponad tysiąca możliwych powiązań kosmitów z Elvisem. 

Chłopiec   przebiegł   wzrokiem   pierwszą   dwudziestkę,   starając   się   zorientować,   w   którym 

miejscu może znaleźć potrzebną mu informację.

Nagle usłyszał jakieś kroki. Ktoś szedł, a właściwie biegł w kierunku informacji. Max 

podniósł wzrok i zobaczył Liz. Zerwał się z krzesła i wybiegł jej na spotkanie.

- Co się stało? Musiało wydarzyć się coś poważnego. Aura Liz gwałtownie falowała 

wokół jej głowy, czerwone pasma przebijały przez piękną bursztynową barwę.

- Max, zrób sobie chwilę przerwy! - zawołał Ray.

- Chodź. - Chłopiec poprowadził Liz do małej kawiarenki na tyłach muzeum. Była 

prawie pusta. Podał jej krzesło i usiadł naprzeciwko. - Teraz powiedz mi, o co chodzi.

- Valenti dorwał mnie, jak tylko wyszłam z pracy - wyjaśniła pospiesznie Liz trochę 

drżącym głosem. - Powiedział, że wie, że w Roswell jest jeszcze jeden kosmita.

- Starał się tylko coś z ciebie wydobyć czy też... - zaczął Max.

- Powiedział,   że   wczoraj   wieczorem   ktoś   włamał   się   do   kręgielni.   Strażnik   leżał 

nieprzytomny, chociaż nie został uderzony w głowę, nie był naćpany ani nic w tym rodzaju. 

Valenti uważa, że to kosmita użył mocy.

- Nikolas   -   domyślił   się   Max.   Dlaczego   jeszcze   nie   znalazł   sposobu,   aby   go 

poskromić?

- Tak - przyznała Liz, wpatrując się w swoje zaciśnięte dłonie. - I wiesz co? Myślę, że 

była z nim Isabel. Wczoraj wieczorem, kiedy wszyscy szliśmy do kina, bez ciebie, twoja 

siostra odjechała z Nikolasem.

Max odchylił się na krześle i westchnął głęboko.

- Chciałam do ciebie zadzwonić - mówiła dalej Liz. - Nie zrobiłam tego, ponieważ 

background image

uważałam, że i tak nic byś na to nie poradził. Ani ty, ani żadne z nas.

Max oparł głowę na rękach. Nikt nie musiał do niego dzwonić. Wczoraj wieczorem 

czuł powiew mocy. Dlaczego nie trzymał Isabel z dala od Nikolasa? Mógł przywiązać ją do 

krzesła, gdyby nie było innej rady.

No tak, jakby to było możliwe. Ale musiało być coś, co mógłby zrobić, jakiś sposób...

- Wyglądasz  tak samo jak mój tata, kiedy zaczyna  myśleć  o mojej siostrze. - Liz 

wzięła go za rękę. - Patrzy w przestrzeń, a ja prawie słyszę, jak myśli: „Co by było, gdyby... 

co by było, gdyby... co by było, gdyby... „. Przestań się oskarżać, Max. To strata czasu.

Miała   rację.   To   była   strata   czasu.   Powinien   się   zastanowić,   co   zrobić.   Przesunął 

palcami po policzku. Okay. Po pierwsze, musi ostrzec Isabel przed Valentim.

- Zaraz wrócę - rzucił i tak gwałtownie zerwał się z miejsca, że przewrócił krzesło. Nie 

podniósł go. Zaczął szukać Raya. Znalazł go odkurzającego jakieś skamieliny na wystawie, 

która miała uwiarygodnić twierdzenie, że człowiek nie pochodzi od naczelnych,  tylko od 

kosmitów.

- Hm, Ray, mam nagłą sprawę rodzinną. Wiem, że miałem teraz chwilę przerwy, ale 

muszę wyjść. Wrócę, mogę pracować do późna. Nie musisz mi płacić ani...

- Idź - powiedział Ray. - I daj mi znać, gdybym mógł w czymś pomóc.

- Dziękuję. Max wrócił szybko do kawiarni.

- Musimy znaleźć Isabel - powiedział do Liz. - Najpierw sprawdzimy, czy nie ma jej 

w domu - rzekł, kiedy wsiedli do jeepa. - Jeśli jej tam nie będzie, to Michael, Maria i Alex 

pomogą nam jej szukać.

- Na   pewno  tak   zrobią   -  stwierdziła   Liz.   Wyjechali   z   parkingu.   Max  miał   ochotę 

przycisnąć   gaz   do   dechy,   ale   nie   przekraczał   limitu   szybkości.   Jeszcze   tylko   tego   mu 

potrzeba, żeby zatrzymał go Valenti.

Nie mieszkał zbyt daleko, ale wydawało im się, że upłynęły całe godziny, zanim Max 

skręcił w swoją uliczkę.

- Isabel   jest   w   domu   -   powiedziała   Liz.   -   Na   waszym   podjeździe   stoi   motocykl 

Nikolasa.

Max rozejrzał się za samochodem rodziców. Nie było go. To dobrze. Podjechał pod 

dom,   wyskoczył   z   jeepa   i   ruszył   szybkim   krokiem   przez   trawnik,   a   Liz   za   nim.   Był 

zadowolony, że jest przy nim. Wiedział, że nie powinien sobie pozwalać na takie uczucia, 

mimo to był zadowolony.

- Isabel! - krzyknął, kiedy tylko wszedł do domu.

- Tu jestem - odpowiedziała z salonu. - Jest jakiś problem? Przemknął przez hol i 

background image

zobaczył siostrę i Nikolasa na kanapie.

Siedziała mu prawie na kolanach; jej wargi były  mocno opuchnięte. Najwyraźniej 

przeszkodził im w czułej scenie. Nie mógł nawet myśleć  o tym,  że Nikolas dotyka  jego 

siostry.

- Gratuluję   ci,   Nikolas   -   wycedził   przez   zaciśnięte   zęby.   -   Jesteś   w   tym   mieście 

dopiero od kilku tygodni, a Valenti już jest na twoim tropie.

- Co?! - wrzasnęła Isabel.

- Zadawał mi wiele pytań - odezwała się Liz. - Wie, że mam jakieś powiązania z 

kosmitami, na których poluje. Nie może mi tylko tego udowodnić.

- Nic ci nie jest? - spytała Isabel.

- Nie masz nic do powiedzenia? - Max nie spuszczał wzroku z Nikolasa.

- Mówiłem ci już, że nie przejmuję się Valentim.

- Nie   przejąłeś   się   też   ochroniarzem   w   kręgielni.   Tym,   którego   pozbawiłeś 

przytomności - powiedział Max. - Jak mogłaś - zwrócił się do Isabel - mu pozwolić, by w ten 

sposób wykorzystał moc? Wiesz, że nigdy nie używamy mocy, żeby robić krzywdę.

- Hej, ona nie ma mi co pozwalać czy nie pozwalać - odezwał się Nikolas gniewnym 

tonem. - Wy możecie mieć swoje reguły dotyczące używania mocy, ale ja ich nie mam.

- Max, on nie zrobił temu facetowi krzywdy - powiedziała Isabel.

- Nie broń mnie - warknął Nikolas, po czym wstał z kanapy i włożył kurtkę.

- Skąd wiesz, że nie zrobił mu krzywdy? - spytał Max. - Skąd wiesz, że nie uszkodził 

bezpowrotnie jego mózgu lub czegoś innego?

- Och, nie. Nie mogę już słuchać tych twoich żałosnych jęków - powiedział Nikolas. - 

Chcesz   zobaczyć,   co   zrobiłem   ochroniarzowi?   Lepiej   się   wtedy   poczujesz?   -   Zrobił   trzy 

długie kroki i stanął obok Liz.

- Nikolas, nie! - krzyknęła Isabel. Gdy dotknął czoła Liz, ta upadła na podłogę.

- Co zrobiłeś?! - wrzasnął Max.

- To tylko mała demonstracja - powiedział Nikolas, wychodząc z pokoju.

Max miał ochotę wybiec za nim i poprzetrącać mu kości, ale nie mógł zostawić Liz. 

Ukląkł przy niej; leżała nieruchomo, była bardzo blada.

- Nic jej nie jest?! - krzyknęła Isabel. Max nie zwrócił na nią uwagi. Nawiąż łączność, 

nakazał sobie. Zapomnij o Nikolasie. Zapomnij o Isabel. Zapomnij o wszystkim z wyjątkiem 

Liz. Delikatnie położył dłoń na jej czole. Natychmiast nawiązał łączność. Mógłby to pewnie 

zrobić, nawet jej nie dotykając, tak była mu bliska.

Co Nikolas jej zrobił? Nie, co nam zrobił? Nic teraz nie dzieliło Maxa i Liz. Czuł, jak 

background image

w jego piersi bije jej serce. W jego żyłach płynęła jej krew.

Max skupił teraz całą uwagę na mózgu dziewczyny. Nie było pęknięć na czaszce. Nie 

zauważył   żadnych   uszkodzeń   na   powierzchni   mózgu.   Poszedł   głębiej.   Przeszukiwał 

najgłębsze, najstarsze jądra mózgowe. Sprawdził naczynia krwionośne, szukając pęknięć.

Znalazł. Uszkodzenie w jednej z arterii stworzyło skrzep. Tkanka mózgowa w tym 

miejscu obrzękła, uciskając pień mózgu.

Wszystko będzie dobrze. On to naprawi. Musi się tylko skoncentrować.

Zaczął napierać na cząsteczki krwi siłą swojego umysłu, delikatnie usuwając skrzep. 

Następnie połączył komórki uszkodzonej ścianki arterii, zamykając ją.

Liz zatrzepotała powiekami, a po chwili otworzyła oczy.

- Nic jej nie jest? - powtórzyła Isabel łamiącym się głosem. Max nie odezwał się. 

Wpatrywał się w Liz, której twarz przybierała z wolna naturalny kolor.

- Co się stało? - wybełkotała dziewczyna. Chciała się podnieść, ale zaczęła jej lecieć 

krew z nosa.

Max popchnął ją delikatnie na podłogę i wytarł krew rękawem. Wziął poduszkę z 

kanapy i podłożył jej pod głowę.

- Nie ruszaj się jeszcze - powiedział.

- Max, co się stało? - powtórzyła.

- Liz. Tak mi przykro. Jest mi bardzo, bardzo przykro - odezwała się cicho Isabel.

- Co pamiętasz? - spytał Max. Chciał zyskać na czasie. Nie mógł się zdobyć na to, by 

powiedzieć jej, co zrobił Nikolas. To nigdy nie powinno było się wydarzyć. Powinien był to 

przewidzieć. Przeszkodzić temu.

- Pamiętam,   jak   opowiadałam   ci   o   Valentim.   Pamiętam,   że   tu   przyjechałam. 

Pamiętam, jak Nikolas mówił, że nikt mu nie będzie dyktował... dyktował, jak ma używać 

mocy.

- Po czym użył tej mocy na tobie. Pozbawił cię przytomności, by zademonstrować, co 

zrobił ochroniarzowi - dokończył Max, rzucając wściekłe spojrzenie na Isabel. - Tylko że to, 

co   zrobił   tobie,   było   o   wiele   gorsze.   Zrobił   ci   skrzep,   który   wymagałby   interwencji 

neurochirurga.

- Gdyby ciebie tu nie było - powiedziała Liz. - Znowu uratowałeś mi życie. Jesteś 

moim bohaterem.

Uśmiechnęła   się,   a   Maxowi   zabrakło   tchu.   Patrzyła   na   niego   tak...   że   zaczęła   go 

ogarniać dziwna słabość.

- Uratowanie   ci   życia   nie   jest   bohaterstwem,   przecież   sam   naraziłem   cię   na 

background image

niebezpieczeństwo. Powinienem był temu przeszkodzić. Powinienem...

Liz wyciągnęła rękę i dotknęła jego warg.

- Nie - powiedziała tylko. Mas pocałował jej pałce. Wiedział, że nie powinien jej 

dotykać. Ale nie mógł się powstrzymać.

- Może przynieść wody albo... - zaczęła Isabel. Jej brat zerwał się na równe nogi.

- Dosyć   już   narozrabiałaś!   -   wrzasnął.   -   To   by   się   nigdy   nie   wydarzyło,   gdybyś 

trzymała się z daleka od Nikolasa.

- Oskarżasz mnie?! - zawołała Isabel. - Ja niczego nie zrobiłam.

- Poszłaś z nim, chociaż mówiliśmy ci, że on jest niebezpieczny! - krzyczał Max. - 

Wiedzieliśmy, że sprowadzi nam na kark Valentiego. Ale ty i tak się za nim uganiałaś.

- Nikolas mówi, że nie musimy się martwić Valentim - zaprotestowała Isabel. - I ma 

rację. Dysponując mocą, możemy się go pozbyć.

- Chcesz powiedzieć, zabić go? - spytał Max. - Morderstwo nie jest teraz dla ciebie 

żadnym problemem?

- Nie, jeśli miałoby ocalić nam życie!  - wykrzyknęła  Isabel,  a jej  niebieskie oczy 

pojaśniały z wściekłości.

- Nasze życie nie było w niebezpieczeństwie, pamiętasz? - spytał Max. - Znaleźliśmy 

sposób, by uwolnić się od Valentiego, nie robiąc nikomu krzywdy. Przynajmniej do czasu, 

dopóki ty i Nikolas nie zaczęliście wariować i używać mocy. Mam nadzieję, że dobrze się 

bawiłaś, Isabel.

Liz podniosła się na nogi.

- Przestańcie - powiedziała. - Zastanówmy się lepiej, co teraz robić.

Max objął ją wpół. Jeszcze niezbyt pewnie trzymała się na nogach.

- Isabel   niewątpliwie   potrzebuje   rady,   żeby   wiedziała,   co   ma   robić,   więc   jej   to 

powiem. - Zwrócił się do siostry, wymawiając wolno i z naciskiem każde słowo: - Isabel nie 

będzie już się spotykać z Nikolasem. Nie będzie używać mocy. Isabel...

- Isabel wychodzi! - wrzasnęła i wybiegła z pokoju. Max usłyszał po chwili trzask 

frontowych drzwi. Brawo, pomyślał. Świetnie to załatwiłem.

- Uspokoi się - powiedziała Liz. - To, co zrobił mi Nikolas, da jej do myślenia. Jestem 

pewna. Wyciągnie z tego właściwe wnioski.

Max zorientował się nagle, że został sam z Liz i że trzyma ją w ramionach. Tak łatwo 

byłoby przyciągnąć ją do siebie i zanurzyć twarz w jej włosach. Tak bardzo tego pragnął.

Ale nie mógł tego zrobić. Zbyt bliskie stosunki między nimi były zagrożeniem dla Liz. 

Wszystko, co jej się dzisiaj przydarzyło, było najlepszym tego dowodem.

background image

Odsunął się od niej powoli.

- Odwiozę cię do domu.

background image

9

Przyniosłam   kilka   kartonów.   Pomyślałam,   że   mogą   ci   się   przydać   -   powiedziała 

Maria.

- Nie mam tak wielu rzeczy do pakowania - rzekł Michael.

To prawda, pomyślała Maria, rozglądając się po pokoju. Na łóżku leżały porządnie 

złożone ubrania. W rogu stała para tenisówek i para butów turystycznych. Pudełko z płytami 

kompaktowymi i walkman leżały na komodzie obok książek na temat Tajemnicy Roswell, 

map, kompasu i grubego skoroszytu.

I to było wszystko. Maria miała więcej rzeczy na jednej półce w szafie niż Michael w 

całym pokoju.

Przypomniała sobie nagle wielki karton w kwiatki, w którym złożone były wszystkie 

pamiątki z jej dzieciństwa. Małe buciki, kredki i stare świadectwa szkolne. Nawet karteczki z 

informacjami, które zostawiała matce i ojcu na lodówce. Rodzice zachowali to wszystko, 

wiedząc, że kiedyś Maria będzie chciała to mieć, może wtedy, kiedy będzie miała własne 

dzieci.

O to właśnie wybuchła największa awantura, kiedy ojciec Marii wyprowadzał się z 

domu. Chciał zabrać ze sobą pudła Marii i Kevina. Matka nie chciała się na to zgodzić. W 

końcu oddali dzieciom ich kartony, chociaż mieli to zrobić dopiero wtedy, kiedy te będą 

wyprowadzać się z domu. Czasami dokładali jeszcze tam różne drobiazgi. Przynajmniej P. R. 

Przed Rozwodem.

Maria wzięła jeden z kartonów i zaczęła pakować do niego książki. Ciekawa była, czy 

Michael chciałby mieć jakąś pamiątkę z podstawówki. Choćby jedno wypracowanie. Albo 

jakąś   ulubioną   zabawkę.   Uśmiechnęła   się,   wyobrażając   go   sobie   bawiącego   się 

transformerami - każdy chłopiec miał przynajmniej jednego takiego robota.

- O co chodzi? - spytał Michael.

- Hm?

- Czy wiesz, że śmiejesz się sama do siebie?

W  żadnym  wypadku   nie  mogła  mu  powiedzieć,  że  zauważyła  brak  jakichkolwiek 

pamiątek z okresu jego dzieciństwa. Uznałby to za zbyt sentymentalne, a co gorsza, mógłby 

pomyśleć, że Maria mu współczuje. On nienawidził współczucia.

- Okay, przyznaję, że się rozmarzyłam. Byłam bohaterką jednego z tych romansów - 

powiedziała Maria. Doszła do wniosku, że jedyną przysługą, jaka mogła teraz oddać Michae-

lowi, było  utrzymywanie  beztroskiego nastroju. To musiało być  straszne: pakować swoje 

background image

rzeczy - tak mało swoich rzeczy - i to po raz setny, aby zostać przerzuconym do nowego 

domu, pełnego obcych ludzi.

- To   znaczy  jedną  z   tych  dziewczyn  w   długich   sukniach  -  prychnął  Michael.  -  Z 

cycami na wierzchu.

Maria dołożyła do kartonu pudełko z CD i walkmana.

- Tak,  jedną   z nich   - powiedziała.  -  Muszę  cię  jednak   poinformować,  że  żaden  z 

romantycznych bohaterów tych książek nie użyłby określenia „cyce”.

- Więc jak je nazywają? - spytał Michael, wkładając ubrania do sportowej torby.

- Nazywają je krągłościami - powiedziała Maria.

- Och,   przestań.   Nie   wyobrażasz   sobie   nawet,   jak   to   na   mnie   działa,   kiedy 

wypowiadasz to słowo „krągłości” - zażartował Michael.

Maria rozejrzała się po pokoju, chcąc jeszcze coś dołożyć do kartonu. Na oknie stały 

dwa ceramiczne trzmiele - pojemniki na sól i pieprz. Wzięła je do ręki.

- Mam to spakować? - spytała. Michael zabrał jej trzmiele.

- To   z   mojego   pierwszego   domu.   Myślałem,   że   zostanę   tam   na   zawsze,   chociaż 

opiekun społeczny uprzedzał mnie, że to tylko tymczasowy pobyt. Cały czas myślałem, że 

Salingerowie   zmienią   decyzję   i   zatrzymają...   -   Zaczerwienił   się   gwałtownie   i   wyrzucił 

trzmiele do kosza na śmieci. - Nie wiem, czemu stale je za sobą ciągałem - mruknął.

- Naprawdę chcesz je wyrzucić? Są całkiem fajne. - Maria zbliżyła się do kosza.

- Zostaw to - nakazał jej Michael. Wzięła taśmę i zajęła się oklejaniem kartonu. Czuła, 

że łzy napływają jej do oczu, a nie chciała, żeby Michael cokolwiek zauważył. Czuł się już 

wystarczająco   upokorzony   wyznaniem,   że   był   kiedyś   dzieckiem,   które   chciało   mieć 

prawdziwy dom. Dając mu poznać, że uważa to za okropnie smutne, tylko by pogorszyła 

sprawę.

- A   chcesz   wiedzieć,   jak   w   tych   książkach   nazywają,   hm...   ekwiwalent   cyców   u 

facetów? - spytała.

- Musisz się jeszcze wiele nauczyć, jeśli myślisz, że jest jakiś ekwiwalent - powiedział 

Michael.

- Wiesz, o czym mówię. - Maria roześmiała się.

- Chciałbym usłyszeć, jak wymawiasz to słowo. Nie wierzę, żeby ci się udało. To nie 

dla twoich niewinnych usteczek.

- Mówiłam ci, żebyś nie nazywał mnie niewiniątkiem. - Maria żachnęła się.

No i dobrze. Udało się. Zmieniła temat rozmowy. Miała jednak nadzieję, że Michael 

wie, że gdyby kiedykolwiek chciał rozmawiać o tamtej bolesnej sprawie, to może do niej 

background image

przyjść. Zawsze mógł do niej przyjść.

Max wpatrywał się w ekran komputera. Brak powiązań. Jak to możliwe, żeby nie było 

powiązań między Elvisem i kosmitami. Przed dwoma godzinami było ich tysiące.

Zajrzał do wyszukiwarki. W obu wyrazach zrobił błędy. Odchylił  się na krześle i 

zamknął oczy. Przynajmniej dobrze napisałem „i”, pomyślał. To było pocieszające.

Stale miał przed oczami obraz Liz, padającej na podłogę. Nie mógł przestać myśleć o 

tym, jak Nikolas spokojnie opuszczał ich dom, jak gdyby to, co jej zrobił, nie było niczym 

nadzwyczajnym. Nie mógł też przestać myśleć o tym, gdzie odziewa się Isabel.

- Masz kłopoty? - spytał Ray. Chłopiec poderwał głowę i otworzył oczy. No to ekstra, 

pomyślał. Nie słyszał nawet kroków szefa. A to był dopiero jego drugi wieczór w pracy. Ray 

pomyśli, że zatrudnił jakiegoś kretyna.

- Nie, nie mam kłopotów - odpowiedział szybko. - Już niedługo będę coś miał na 

temat tego fotografa.

Ponownie wpisał hasło do wyszukiwarki. Jęknął z cicha, kiedy zobaczył, że znów 

zrobił błąd.

- Wszystko w porządku? - spytał Ray. - Nie musiałeś tu wracać, jeśli w domu coś się 

wydarzyło.

- Chciałem wrócić. - Max westchnął. - Tam nie jestem w stanie w niczym pomóc.

Ray skinął głową. Nie zadawał więcej pytań, ale nie odchodził. Sytuacja była jasna - 

jeśli Max będzie chciał mówić, to Ray chętnie go wysłucha. A jeśli nie, to też wszystko 

będzie w porządku.

- Moja siostra zaczęła zadawać się z jednym facetem... - zaczął Max.

Nie mógł przecież powiedzieć szefowi całej prawdy.

- A ty nie pochwalasz tej znajomości - domyślił się Ray.

- On skłania ją do robienia rzeczy... takich, których sama nigdy by nie zrobiła - dodał 

Max.

- Uważasz, że grozi jej jakieś niebezpieczeństwo? - Ray uważnie wpatrywał się w 

chłopca.

- Tak. Tak uważam. Ray przysunął krzesło i usiadł obok Maxa.

- Ta propozycja może ci się nie spodobać, ale czy nie myślałeś, żeby porozmawiać o 

tym z rodzicami? - spytał.

Chłopiec   żałował,   że   nie   może   z   nimi   poruszyć   tego   tematu.   W   sytuacjach 

kryzysowych zawsze zachowywali się wspaniale. Żadnych żali i wyrzutów. Zastanawiali się, 

co   należy   zrobić,   i   robili   to.   Oczywiście,   potem   mogli   trochę   pokrzyczeć.   Ale   najpierw 

background image

załatwiali sprawę.

Jednak teraz Max nie mógł prosić rodziców o pomoc. Przecież nie wiedzieli, że on i 

Isabel są kosmitami. Od razu zorientowali się, że było w tym wszystkim coś dziwnego, kiedy 

spotkali dwójkę nagich dzieci, które szły wzdłuż autostrady. Gdy adoptowali Maxa i Isabel, 

starali się czegoś o nich dowiedzieć. Bez skutku.

Początkowo Max nie mógł nawet wyjawić prawdy o sobie i Isabel nowym rodzicom, 

ponieważ sam jej nie znał. O tym, że jest kosmitą, dowiedział się dopiero po latach, kiedy 

zobaczył  fotografie  szczątków  pozostałych  po  katastrofie statku   kosmicznego  i  rozpoznał 

niektóre symbole,   takie jak  na  ich  inkubatorach.   Oglądał  również  zdjęcia  z  sekcji  zwłok 

kosmitów. Czytał także o tym, do jakich gróźb posuwały się agencje rządowe i jak silne 

naciski   wywierały  na  świadków   katastrofy.  Zrozumiał   wtedy,   że  sam   fakt  bycia  kosmitą 

stawia jego i Isabel - oraz wszystkich ich bliskich - w niebezpiecznej sytuacji. Przysięgli 

sobie, że nigdy się z tym nie zdradzą.

Teraz   Max   też   nie   będzie   łamał   tej   przysięgi.   Gdyby   rodzice   poznali   prawdę, 

groziłoby   im   niebezpieczeństwo   ze   strony   szeryfa   Valentiego.   Max   nie   mógł   do   tego 

dopuścić. Wystarczy, że wpędził Liz w sytuację, która mogła zagrażać jej życiu. Nie będzie 

narażał również życia rodziców.

- Z twojego milczenia wnioskuję, że zawiadomienie rodziców nie wchodzi w rachubę 

- odezwał się Ray.

- No, nie - przyznał Max. - Chyba będę musiał sam sobie z tym poradzić.

- Gdybyś  miał ochotę jeszcze ze mną porozmawiać, to wiesz, gdzie mnie szukać - 

rzekł szef. Wstał z krzesła i podszedł do regału z folderami stojącego przy wejściu.

Będę musiał dobrze pilnować Isabel, pomyślał Max, chociaż ona tego nienawidzi. 

Muszę wiedzieć o każdym jej ruchu. Cała grupa będzie mi pomagać.

Ale najpierw trzeba ją jednak było znaleźć. Dokąd poszła, kiedy tak nagle wybiegła z 

domu? Max miał nadzieję, że do Michaela. Albo do jaskini.

Czuł jednak, że poszła wprost do Nikolasa.

Isabel wpadła znienacka do pokoju Michaela.

- Musisz wyłączyć Maxa ze sprawy pod kryptonimem Isabel! - zawołała.

Dopiero po chwili zorientowała się, że w pokoju jest również Maria. Nie przyszło jej 

nawet do głowy, że Michael może nie być sam. Zawsze był sam - chyba że szedł gdzieś z nią 

albo z Maxem.

Dawniej zawsze tak było. Isabel nie przypominała  sobie, żeby Michael przebywał 

kiedyś w towarzystwie innej dziewczyny niż ona. To było trochę dziwne - zobaczyć Marię, 

background image

już jakby zadomowioną w jego pokoju.

Isabel szybko pozbyła się tych myśli. Nie chodziło przecież o to, że Maria mogłaby 

zająć jej miejsce w życiu Michaela czy coś w tym rodzaju. Poza tym Maria była teraz jedną z 

jej najlepszych  przyjaciółek. Te wszystkie ziemskie istoty - Alex, Liz i Maria - stały się 

częścią „rodziny” Isabel, od chwili kiedy Max nawiązał pomiędzy nimi łączność.

Isabel usiłowała wytłumaczyć to Nikolasowi, ale on nie chciał jej słuchać. Nie życzył 

sobie   nawet   najmniejszej   wzmianki   o   ziemskich   istotach.   Ale   to   nie   znaczy,   że   ich 

nienawidził. Po prostu szkoda mu było czasu na takie rozmowy.

- Co ci znowu zrobił Max? - spytał Michael. - Chciał, żebyś zmyła naczynia, kiedy 

przyszła twoja kolej?

Isabel wiedziała, że chłopak tylko zażartował i że zdaje sobie sprawę, iż sprawa jest 

poważna. Chciała mu wszystko powiedzieć, ale krępowała ją obecność Marii. Pierwszy raz od 

nawiązania łączności miała kłopot, który chciała dzielić tylko ze swoimi. Myślała, że Maria 

domyśli się tego i wyjdzie, ale ta nie zdradzała takiego zamiaru. Isabel nie mogła czekać, tak 

ją roznosiło.

- Kazał mi się trzymać z daleka od Nikolasa! - wybuchnęła. - Zawsze mi mówi, co 

mam robić. Nie używaj mocy. Bądź ostrożna. Idź tam. Zrób to. Bla, bla, bla. Niedobrze mi się 

robi. Dlaczego on ma nami wszystkimi komenderować? Michael, ty jesteś w tym samym 

wieku   co   on.   Jeśli   już   ktoś   musi   rządzić,   to   dlaczego   nie   ty?   Dlaczego   on   przejął   całą 

kontrolę?

Michael wstał, wziął Isabel za ramiona i posadził na łóżku obok Marii. Sam oparł się o 

komodę i skrzyżował ręce na piersi. Taka postawa oznaczała: nie kręć, tylko mów wprost, o 

co chodzi.

- Od początku - zarządził. - I niczego nie opuszczaj.

- Wczoraj wieczorem Nikolas i ja byliśmy w kręgielni - zaczęła Isabel. - Było to już 

po zamknięciu.

- Czytaj: włamaliście się tam - uściślił Michael. - Co dalej?

- Chcieliśmy   trochę   poszaleć.   Jedliśmy.   Graliśmy   w   kręgle   -   mówiła   Isabel. 

Wiedziała, że będzie musiała powiedzieć mu o ochroniarzu, ale to nie było łatwe.

- Co dalej? - powtórzył Michael.

- Wtedy   omal   nie   nakrył   nas   ochroniarz,   więc   Nikolas   użył   mocy,   żeby   go 

unieszkodliwić - wyrzuciła z siebie Isabel. - Ale nic mu się nie stało. Nikolas nie zrobił mu 

krzywdy. Liz powiedziała, że szeryf Valenti mówi...

- Wróć. Jak ma się do tego wszystkiego Valenti? - spytał Michael.

background image

- Valenti zadawał Liz różne pytania na temat tego wydarzenia. On uważa... - Isabel 

starała się unikać wzroku Michaela i Marii.

- On uważa, że to kosmita znokautował ochroniarza - dokończył za nią Michael.

- Tak - przyznała. Rzuciła okiem na Marię. Co ona myśli? Od chwili przyjścia Isabel 

nie odezwała się ani słowem.

- Uważam, że powinniśmy się wszyscy spotkać - zaproponowała Maria. - Musimy 

ułożyć nowy plan, w jaki sposób odwrócić uwagę Valentiego.

Dziękuję ci, Mario, pomyślała Isabel. Znalazła się przynajmniej jedna osoba, która nie 

będzie na nią wrzeszczeć. Maria przypominała jej Tish. Obie zawsze wierzyły, że wszyscy 

mają dobre intencje.

- Zanim zajmiemy się nowym planem, Isabel dostarczy nam jeszcze trochę informacji. 

Prawda, Iz? - spytał Michael.

Niech to szlag! - pomyślała. On miał zawsze bezbłędne wyczucie. Nie tylko wiedział, 

kiedy Isabel kłamała. Wiedział też, kiedy naginała prawdę do swoich celów albo nie chciała 

powiedzieć   wszystkiego.   Znał   ją   lepiej   niż   ktokolwiek   na   świecie.   Zaglądał   jej   tymi 

przenikliwymi szarymi oczami wprost do duszy.

- Byłam w domu z Nikolasem, kiedy przyszedł Max z Liz i zaczął się wymądrzać. Jak 

to on. Mówił Nikolasowi, co ma robić. A Nikolas wcale nie miał ochoty mu się podporząd-

kowywać. Dlaczego miałby to robić? - Isabel wzięła głęboki oddech. Czuła dziwny ucisk w 

piersiach. - Więc Nikolas chciał pokazać Maxowi, chociaż wcale tego nie musiał robić, że on 

naprawdę   nie   zrobił   krzywdy   temu   ochroniarzowi.   On...   on   dotknął   Liz,   a   ona   straciła 

przytomność. Myślę, że tylko przez przypadek zrobił to silniej, niż zamierzał. Był zły. Chciał 

tylko udowodnić...

- Co? - wybuchnął Michael.

- Użył mocy na Liz?! - krzyknęła Maria. - Nic jej się nie stało?!

- Z Liz jest wszystko w porządku. Max ją uzdrowił - wyjaśniła Isabel. - Nikolas głupio 

postąpił. Okropnie głupio. Porozmawiam z nim na ten temat. - Postanowiła tak zrobić. Jeśli 

potrafi wytłumaczyć Nikolasowi, jak się czuła, patrząc na leżącą na podłodze Liz, z kroplami 

krwi na twarzy, to on już nigdy tak daleko się nie posunie. Isabel była tego pewna.

Właściwie to nie zrobił Liz żadnej krzywdy. Tylko ją przewrócił. Nic jej się nie stało.

- Nie,   nie   porozmawiasz   z   nim   -   oświadczył   Michael,   a   jego   głos   miał   lodowate 

brzmienie. - Nie zbliżysz się do tego faceta nawet na kilometr.

Isabel zwróciła się do Marii o ratunek. Ona ją zrozumie.

- Nikolas nie miał zamiaru...

background image

- Nie chcę nawet o tym słyszeć - ucięła Maria. - Nie mogę uwierzyć, że chcesz nadal 

zadawać się z facetem, który skrzywdził Liz.

- A ja nie mogę uwierzyć, że możecie być tacy nieustępliwi - powiedziała Isabel. - Nie 

dajecie Nikolasowi najmniejszej szansy.

Zerwała się z łóżka i wybiegła z pokoju. Nie chciała już słyszeć ani słowa więcej. 

Zatrzasnęła   frontowe   drzwi   i   ruszyła   przed   siebie.   Szła,   szybko   wymachując   rękami.   Po 

chwili   zaczęła   biec,  coraz  szybciej  i   szybciej.   Skoncentrowała   się  na  uderzeniach   stóp  o 

chodnik, na biciu serca i wysiłku płuc.

Starała się skupić jedynie na doznaniach fizycznych, nie mogła jednak zapomnieć Liz, 

leżącej  bez  ruchu  na  podłodze,  Maxa,  który  na nią  wrzeszczał  i  zabronił  widywać  się  z 

Nikolasem, ani chłodnego głosu Michaela, kiedy mówił, że ma się trzymać od Nikolasa z 

daleka.

Traktowali   ją   jak   dziecko.   Nie   chcieli   nawet   słuchać,   kiedy   tłumaczyła,   że 

porozmawia z nim o tym, co zrobił. Postanowiła opowiedzieć mu całą historię - o tym, jak 

Liz, Maria i Alex ryzykowali życie, by pomóc im w zmaganiach z Valentim. Zmusi Nikolasa, 

by jej wysłuchał, by zrozumiał. Wiedziała, że jej się to uda.

Oni jednak nie wierzyli, że sama sobie poradzi. Myśleli, że mają się zaraz wtrącić i 

wydawać jej rozkazy. Uważali ją za lekkomyślną i głupią. Zawsze byli tego zdania.

Isabel   nie   miała   zamiaru   dłużej   tego   znosić.   Nie   ufali   jej   nawet   wtedy,   kiedy 

zachowywała się dokładnie tak, jak chcieli. Dlaczego miała więc się starać ich zadowolić?

Skręciła w swoją ulicę i zwolniła biegu. Usłyszała ryk silnika.

Nikolas. On chciał, żeby robiła tylko to, na co miała ochotę. Nie powstrzymywał jej, 

nie mówił, że ma być ostrożna, nie wydawał rozkazów.

Obróciła się, podbiegła do niego i rzuciła mu się w ramiona.

Zawsze   śmiała   się   z   dziewczyn,   które   kurczowo   trzymały   się   swoich   chłopaków. 

Uważała to za żałosne.

Teraz   je   rozumiała.   Potrzebowała   Nikolasa   jak   powietrza   do   oddychania.   Nie 

zrezygnuje z niego. Nie zrobi tego dla nikogo.

background image

10

- A  teraz już cię wyrzucę, okay? Zapomniałem, że mam jeszcze coś do zrobienia - 

powiedział   Michael,   prawie   wypychając   Marię   za   drzwi.   -   Dziękuję   ci   za   pomoc   w 

pakowaniu i w ogóle.

- Okay, cześć. Zamknął za nią drzwi i zaraz podszedł do telefonu. Zadzwoni do Maxa 

i   razem   poszukają   Nikolasa.   Natychmiast.   Nie   daruje   temu   typowi   tego,   co   zrobił   Liz. 

Nieważne, że nic się jej nie stało. Atak na członka rodziny Michaela nie mógł nikomu ujść na 

sucho.

Wystukał numer telefonu przyjaciela. Początkowo nikt nie odbierał, potem włączyła 

się automatyczna sekretarka. Michael trzasnął słuchawką. Nie mógł czekać, aż Max wróci do 

domu. Po chwili wahania zadzwonił do Alexa.

Ten odezwał się już po drugim dzwonku. Michael szybko zapoznał go z sytuacją.

- Zaraz po ciebie przyjadę - powiedział Alex i rozłączył się, zanim jego rozmówca 

zdążył jeszcze coś powiedzieć.

Michael   złapał   kurtkę   i   stanął   przy   dużym   oknie   z   widokiem   na   ulicę.   Państwa 

Hughesów nie było w domu, nie musiał więc tłumaczyć się, dokąd idzie.

Jego przybrani rodzice spędzali dużo czasu poza domem - przynajmniej od momentu, 

kiedy   pan   Cuddihy   poinformował   Michaela,   że   musi   się   przenieść   do   innej   rodziny 

zastępczej.  Jednego  wieczoru  szli  do  kina,  następnego  na  kolację  do przyjaciół.  Chłopak 

wiedział jednak, że tylko szukają pretekstu, żeby od niego uciec. Widział wyraźnie, że pani 

Hughes   źle   się   teraz   czuje   w   jego   obecności.   Robiła   wrażenie   zażenowanej,   kiedy 

przypadkiem   spotkała   go   w   holu.   Pan   Hughes   ignorował   go.   Ta   sytuacja   odpowiadała 

Michaelowi; to było o wiele lepsze od bezustannej walki z tym facetem.

Zobaczył, jak volkswagen Alexa wyjeżdża zza zakrętu, i wybiegł przed dom. Kiedy 

tylko znalazł się na zewnątrz, poczuł charakterystyczny zapach. Silny zapach ozonu - oznaka, 

że ktoś używał mocy. Po chwili poczuł ciarki na całym ciele; zauważył, że ma gęsią skórkę.

Niedobrze, pomyślał, podchodząc do samochodu Alexa. Bardzo niedobrze. Wsiadł do 

volkswagena i zamknął drzwi. Alex ruszył, nie czekając nawet, aż Michael zapnie pasy.

- Chyba wiesz, co to są te znaki, na których są takie małe cyferki? One mówią ci, jak 

szybko możesz jechać - odezwał się Michael.

To był marny dowcip. Powiedział to chyba tylko dlatego, że widział, iż Alex ma taką 

minę, jakby za chwilę miał eksplodować.

Ten nawet się nie uśmiechnął.

background image

- Od czego zaczynamy? - spytał.

- Dobre   pytanie   -   powiedział   Michael.   -   Nawet   nie   wiem,   gdzie   on   mieszka. 

Sprawdźmy najpierw wszystkie znane miejsca.

Roswell nie było dużym miastem; nie było tu wielu miejsc, gdzie można by pójść w 

sobotni wieczór.

- Nawet Nikolas i Isabel nie byliby aż tak głupi, żeby wracać do kręgielni - powiedział 

Alex. - Zajrzyjmy do dyskoteki UFO.

- Dobry pomysł. Isabel uwielbia tańczyć - zgodził się Michael.

Alex zacisnął dłonie na kierownicy. Dobra robota, pomyślał Michael. Dosypałem mu 

tylko soli do rany.

- Nie myślę jednak, żeby byli razem - dodał. Alex rzucił mu takie spojrzenie, jakby 

chciał powiedzieć:

„Daj sobie spokój”.

Michael doszedł do wniosku, że najlepiej będzie w ogóle się nie odzywać. Wyglądał 

przez okno. Patrzył na eleganckie domy południowej dzielnicy miasta.

Alex   skręcił   w   Ulicę   Główną.   Michael   zaczął   wypatrywać   motoru   Nikolasa   na 

parkingach. Kątem oka zauważył jakieś migające światła.

- Skręć tu - rzucił. Alex z piskiem opon pokonał ostry zakręt i wjechali na Mescalero.

- Chcę zobaczyć, co się dzieje koło 7 - Eleven - mruknął Michael.

Przed stacją benzynową stał policyjny wóz szeryfa Valentiego i karetka pogotowia. 

Alex zaparkował po przeciwnej stronie ulicy.

- Wiesz, co się tu dzieje? - spytał małego chłopaka na deskorolce.

- Ktoś zrobił niezłą demolkę w sklepie przy stacji - wyjaśnił dzieciak. - Chyba byli 

naćpani i strasznie głodni. Porozrywali wszystkie torebki z jedzeniem. Szkoda, że mnie nie 

zaprosili.

- A kasjer? - spytał Michael.

- Wyliczony. Na deskach - oznajmił chłopak. - Nie wiem, czym go walnęli, ale to 

musiało być coś ciężkiego.

Alex szybko ruszył z miejsca.

- Nie możemy tu zostać - rzekł. - Za chwilę Valenti zacznie wszystkich wypytywać, co 

widzieli.

- Jeśli to nie Nikolas i Isabel... - zaczął Michael.

- Jeśli? - spytał Alex.

- Masz   rację.   Nie   sądzę,   żeby   zostali   w   mieście   po   takiej   gigantycznej   rozróbie. 

background image

Sprawdźmy jaskinię.

Alex skinął głową i szybko  wyjechał  z miasta.  Na autostradzie przycisnął  gaz do 

dechy i pędził przez pustynię. W ogóle się nie odzywał, a Michael czuł się coraz bardziej 

nieswojo. Zwykle Alexowi nie zamykały się usta. Michaelowi wydawało się, że siedzi w 

samochodzie z jego sklonowanym mutantem. Włączył radio, żeby przerwać tę upiorną ciszę.

- Jaskinia jest już niedaleko. Trzeba skręcić w lewo. Myślisz, że twój samochód da 

radę? - spytał.

Alex nie zwolnił, nawet kiedy skręcał na pustynię.

- Grunt jest twardy. Będzie okay. Nie chcę tracić czasu - powiedział.

Michael usłyszał  chrzęst, kiedy opony rozgniatały krzak algarroby.  Alex nie odbił 

nawet kierownicą, aby na niego nie najechać. Miał do wykonania zadanie bojowe. Pochodził 

z rodziny o długiej wojskowej tradycji. Michaelowi zawsze było trudno w to uwierzyć. Teraz 

już wierzył.

- Widzę motocykl Nikolasa - rzekł. - Zaparkuj tu. Chcę ich zaskoczyć.

Alex zatrzymał  się. Cicho wysiedli z samochodu. Kiedy doszli do szczeliny, która 

prowadziła do jaskini, Michael wślizgnął się do niej pierwszy, a Alex zaraz po nim.

Isabel wyczołgała się z leżącego w rogu śpiwora. Zaczęła szybko zapinać górne guziki 

bluzki. Nikolas wstawał o wiele wolniej. Jakby chciał się upewnić, że Alex nie będzie miał 

wątpliwości, w czym im przeszkodził, pomyślał Michael.

Michael i Alex, ramię w ramię, podeszli do Nikolasa i stanęli przed nim. Patrzył na 

nich z prowokacyjnym uśmiechem na ustach.

- Nie możemy zaakceptować tego, co zrobiłeś Liz - oświadczył Michael.

- Mówiłam wam... - zaczęła Isabel.

- Nie z tobą rozmawiam - przerwał jej Michael, podchodząc bliżej do Nikolasa.

- Masz się trzymać od nas z daleka - powiedział. - Od nas wszystkich. Jeśli się do tego 

nie zastosujesz, wyciągniemy odpowiednie konsekwencje.

- Chcę, żebyście stąd wyszli. Obydwaj! - zawołała Isabel. Złapała Michaela z tyłu za 

kurtkę, starając się go odciągnąć od Nikolasa, ale uwolnił się szybko.

- To znaczy, że powinienem się was bać? - spytał Nikolas.

- Tak - odparł Alex. - Chętnie ci to udowodnię. Michael spojrzał na niego. W aurze 

Alexa pojawiły się stalowe pasma, poprzetykane intensywną czerwienią. Zero strachu. Był 

gotów rzucić się na Nikolasa.

- Jeśli chcesz zrobić na mnie wrażenie, Alex, to nic z tego - poinformowała go Isabel.

- Rewelacyjna wiadomość. Nie zawsze chodzi o ciebie, Isabel - odrzekł chłopak. - 

background image

Chodzi o Liz. Nie pozwolę nikomu krzywdzić moich przyjaciół.

- Jesteś tak bardzo zajęty ochroną swoich przyjaciół, a kto będzie chronił ciebie? - 

spytał Nikolas cichym głosem, po czym szybkim ruchem dotknął jego czoła.

Oczy Alexa uciekły w tył głowy. Runął na ziemię.

Isabel gwałtownie złapała oddech, podbiegła i uklękła przy nim.

- I na tym koniec - powiedział Michael i rzucił Nikolasa na ścianę jaskini. - Ostatni 

raz...

Znalazł   się   nagle   w   powietrzu,   przeleciał   przez   jaskinię   i   z   całą   siłą   uderzył   o 

przeciwległą ścianę. Przygryzł sobie język, poczuł smak krwi w ustach.

Co to było, pomyślał. Co on mi zrobił?

Nikolas podszedł do niego z uśmiechem zadowolenia na twarzy.

- Jesteś niewiele silniejszy od ziemskich istot, bo jesteś ostrożny i nie wykorzystujesz 

mocy.

Michael chciał się na niego rzucić, ale nie potrafił oderwać się od ściany jaskini. Nie 

był w stanie się ruszyć.

- Pewnie czujesz się jak mucha złapana na lep. - Nikolas roześmiał się. Zbliżył się do 

Michaela i lekko dotknął jego czoła.

Ten czuł, że robi mu się słabo.

- Nie będę się spieszył - oświadczył Nikolas. - To mnie bawi.

Gdzie jest Isabel? Czy ma zamiar bezczynnie się temu przyglądać? Michael zerknął w 

jej stronę. Uzdrawiała Alexa, pogrążona w nawiązanej z nim łączności.

Michael napiął mięśnie, starając się oderwać od ściany.

Uświadomił sobie nagle, że źle się do tego zabiera. Myślał zbyt wolno, jakby mózg 

odmawiał mu posłuszeństwa. Nikolas używa mocy, aby zatrzymać mnie w miejscu, więc ja 

muszę użyć swojej, by się uwolnić.

Zaniknął oczy. Powinien się skupiać na wewnętrznej mocy, a nie na tym, co się działo 

na zewnątrz. Smak krwi w ustach, ból głowy, wściekłość na Nikolasa - to wszystko nie było 

teraz ważne. Musiał to wyciszyć.

Tak. Teraz mógł skoncentrować się na polu sił. Czuł je wyraźnie. Było śliskie i bardzo 

cienkie.

Ukierunkował swoją moc i wybił dziurę w polu sił. Uwolnił jedną rękę.

Michael otworzył oczy i dotknął palcami klatki piersiowej Nikolasa. Nawiąż łączność, 

nakazał sobie. I już. Łączność została momentalnie nawiązana. Może dlatego, że Nikolas był 

również kosmitą.

background image

Michael   skoncentrował   się   na   lewym   płacie   płucnym   przeciwnika.   Zgniatał 

poszczególne komórki.

Nikolas z trudem łapał oddech. Michael nadal niszczył komórki. Jeśli będzie musiał, 

uszkodzi całe płuco.

Nikolas nadal trzymał palce na czole Michaela. W głowie zaczęło mu łomotać, przed 

oczami latały czerwone płatki.

Michael z trudem koncentrował się na tkance płucnej przeciwnika. Zgniataj komórki, 

myślał. Musisz je zgnieść. Zaćmiło mu się w oczach. Ręka zaczęła się ześlizgiwać z koszuli 

Nikolasa. Wbił w nią palce, żeby zachować łączność. Uśmiechnął się, słysząc świszczący 

oddech przeciwnika, któremu uszkodzony płat płucny odmawiał posłuszeństwa.

Zebrał całą energię i wybił drugą dziurę w polu sił. Uwolnił głowę. Potrząsał nią na 

wszystkie strony, by strącić palce Nikolasa z czoła. Nadaremnie.

Michaelowi zrobiło się ciemno przed oczami. Za chwilę straci przytomność. Nikolas 

zwycięży.

- Przestańcie! - wrzasnęła Isabel. Jej głos dochodził Michaela z bardzo daleka. Spoza 

łączności. Nagle zobaczył przed sobą jej twarz. Odepchnęła Nikolasa do tyłu, poza zasięg 

palców Michaela. Ręka Nikolasa ześlizgnęła się z jego czoła.

Łączność została przerwana.

Zniknęło   pole   sił   i   Michael   upadł   na   ziemię.   Nie   usiłował   wstać.   Całą   moc 

uzdrawiania skierował na siebie. Rozpuszczał dwa skrzepy krwi, które Nikolas zrobił mu w 

mózgu. Naprawiał poszarpane naczynia krwionośne.

- Okay,   to   jest   remis   -  powiedziała   Isabel   ostrym   tonem.   -  Mam   nadzieję,   że   już 

wiecie, że jeden nie może zabić drugiego, samemu też nie padając trupem.

Michael chwycił Alexa za ramię i pomógł mu wstać.

- Chodź, Isabel - powiedział. Nie ruszyła się z miejsca.

- Powiedziałem, chodź - rzucił.

- Nie możesz mi mówić, co mam robić - szepnęła Isabel.

- Co, u diabła, się z tobą dzieje?! - wybuchnął Michael. - Ten palant chciał mnie zabić! 

Zrobił krzywdę Alexowi! Nie zostawię cię z nim samej. Chodź, jedziemy do domu.

- Nie - oświadczyła Isabel, a jej oczy rzucały błyskawice. Michael odwrócił się bez 

słowa i zostawił ją w jaskini.

W niedzielę rano Isabel przeglądała się w lustrze. Tak długo się w nie wpatrywała, że 

nie widziała już wyraźnie swojej twarzy, tylko mozaikę kształtów i kolorów.

- Jedziemy na kilka godzin do biura, kochanie. Wrócimy koło pierwszej! - zawołała 

background image

pani Evans przez zamknięte drzwi sypialni córki.

- Okay - odpowiedziała Isabel. - Do widzenia. Czar prysnął. Jej twarz przybrała znowu 

zwykły wygląd.

Dziewczyna odeszła od lustra. Zaczęła się zastanawiać, czy Nikolas po nią przyjedzie. 

Nigdy niczego nie planował. Przyjeżdżał motocyklem, a ona wskakiwała na siodełko.

Kiedy się tylko pokaże, będzie musiała z nim poważnie porozmawiać. Zwykle kiedy 

zaczynała mówić o czymś, czego on nie chciał słuchać, całował ją. Gdy wracała z powrotem 

na ziemię, nie pamiętała już, co chciała mu powiedzieć.

Ale teraz już na to nie pozwoli. Jeśli mają być razem, to on musi obiecać, że już nigdy 

nie użyje mocy przeciwko Alexowi, Maxowi, Michaelowi, Liz czy też Marii. Jeśli tego nie 

zrobi, Isabel odejdzie od niego. Bez względu na to, co czuje. Bez względu na to, jak dobrze 

jest być w jego ramionach.

Było też kilka rzeczy, które chciałaby powiedzieć innym. Oni też nie byli doskonali. 

Isabel ściągnęła włosy do tyłu i znowu przejrzała się w lustrze.

Dlaczego tak musiało być? Dlaczego tamci nie mogli zrozumieć, że pojawienie się 

Nikolasa jest wspaniałym wydarzeniem? Zawsze myśleli, że są sami. Tylko we troje. A teraz 

pojawił się ktoś inny, ktoś taki sam jak oni.

Michael i Max powinni się z tego cieszyć i zaakceptować go, włączyć do grupy. A 

Liz, Maria i Alex - nawet Alex - powinni być szczęśliwi, że Isabel znalazła kogoś bliskiego.

Kogoś, kto ją rozumie. Kogoś, kto nauczył ją, jak pozbyć się strachu...

Te rozmyślania przerwał dzwonek do drzwi. Nikolas! Wybiegła z pokoju i szybko 

zbiegła po schodach. Na progu stał Alex.

Oczywiście, że to nie mógł być Nikolas. On nie był facetem, który używał dzwonka 

do drzwi.

Spojrzała na Alexa i przypomniało jej się to wszystko, co zobaczyła poprzedniego 

wieczoru, kiedy nawiązała z nim łączność, by go uleczyć. Umysł tego chłopaka był świątynią 

Isabel. Pamiętał o niej nawet te rzeczy, o których sama dawno już zapomniała.

Przekonała się wtedy, że Alex jest jej sprzymierzeńcem. Nie był szczęśliwy z powodu 

tej sytuacji z Nikolasem, ale zawsze stanąłby po jej stronie.

Nawet wtedy, kiedy pozwoliła, by jej chłopak go znokautował.

Szybko pozbyła się tej myśli. No dobrze, Nikolas był trochę dziki. Ale był dobry dla 

niej. I tylko to się liczy.

A l e x przestępował z nogi na nogę. Czy ona wreszcie się odezwie?

- Przyszedłeś zobaczyć się ze mną czy z Maxem? - spytała cicho Isabel. - Wiem, że 

background image

nie zawsze o mnie chodzi.

Czy to miały być przeprosiny? - pomyślał.

- Przyszedłem zobaczyć się z tobą - powiedział. Isabel cofnęła się i szerzej otworzyła 

drzwi.

- Chcesz tosta albo coś innego?

- Masz zamiar dla mnie gotować? To wzruszające - przyznał. Chyba jest jej przykro, 

pomyślał.

- Chodź. - Isabel poprowadziła go do kuchni. - Moi rodzice i Max już jedli, ale myślę, 

że zostawili kilka drożdżówek. - Wzięła talerz pełen okruchów. - A może i nie.

- Nie jestem głodny - rzekł Alex. Wszystko się w nim skręcało. Nie miał ochoty na tę 

rozmowę. Ale uważał, że powinien ją przeprowadzić.

- Dobrze się czujesz? Jak twoja głowa? - spytała Isabel.

- W porządku. Dobrze wykonałaś swoje zadanie. - Usiadł na kuchennym krześle.

Isabel zajęła miejsce naprzeciwko niego. Nie obok, tylko naprzeciwko. Nie podniecaj 

się tymi niby - przeprosinami, pomyślał. Ona wcale nie ma zamiaru głaskać cię po tej rudej 

głowie.

- Hm... przyszedłem tu.... - nabrał powietrza w płuca - ponieważ martwię się o ciebie.

- Nie musisz... - zaprotestowała Isabel.

- Zaczekaj.   Daj   mi   skończyć.   Wiem,   że   nie   cierpisz,   kiedy   ktoś   cię   poucza.   Ale 

czasami, gdy ludzie mówią, co trzeba zrobić, to powinno się to zrobić, wiesz?

Dziewczyna wstała i zaczęła zbierać ze stołu brudne naczynia. Włożyła je do zlewu.

- Przyszedłeś, aby mi powiedzieć, żebym się trzymała z daleka od Nikolasa.

- Tak.   Po   to   przyszedłem.   Ponieważ   nie   myślisz   logicznie   -   powiedział   Alex.   - 

Uważasz, że Valenti nie stanowi dla ciebie ani dla Nikolasa żadnego zagrożenia, bo macie 

moc, ale...

- Nie. Nie będziemy o tym rozmawiać. Tu przecież wcale nie o to chodzi. - Zebrała ze 

stołu sztućce.

- A więc o co chodzi?

- O   to,   że   jesteś   zazdrosny.   O   to,   że   widzisz,   że   coś   się   dzieje   pomiędzy   mną   i 

Nikolasem, i to doprowadza cię do szaleństwa. - Odkręciła kran z gorącą wodą, która zaczęła 

rozpryskiwać się po naczyniach w zlewie.

- Masz rację - przyznał. Nie było sensu zaprzeczać. To było zbyt oczywiste. - Ale 

pomyśl o swoim bracie. O Michaelu. O Liz i Marii. Oni nie mają powodu do zazdrości, a 

wszyscy uważają, że Nikolas stawia cię w niebezpiecznej sytuacji. I nie tylko ciebie, nas też.

background image

Isabel chwyciła jakiś talerz i zaczęła go gwałtownie szorować.

- Chcę, żebyś sobie poszedł - powiedziała, nie odwracając się do niego.

- Dobrze. Ale musisz wiedzieć, że to koniec. Jeśli teraz pójdę, już mnie nie będzie. Nie 

przybiegnę z powrotem, kiedy zmienisz zdanie.

- Przeżyję to.

background image

11

- Lepiej się czujesz? - spytała Maria.

Liz spojrzała na Alexa. Wiedziała, że Maria chciała go trochę rozweselić i dlatego 

zaciągnęła na lody. Ale Liz nie zauważyła, żeby był w najmniejszym stopniu rozweselony.

- Niezupełnie - przyznał chłopiec.

- Jak myślisz? - zwróciła się Maria do przyjaciółki. - Dodać jeszcze polewy?

- Hm... chyba nie. Nie w tym rzecz. Trzeba dać Alexowi lody w kolorze tęczy, zamiast 

czekoladowych. Tęcza oznacza szczęście, prawda?

- Racja.   Zaraz   się   tym   zajmę.   Maria   zerwała   się   od   stolika,   wzięła   lody   Alexa   i 

podbiegła do lady.

Liz wolno jadła mrożony jogurt. Chciała zyskać na czasie. Miała nadzieję, że wpadnie 

na jakiś wspaniały pomysł, co powiedzieć przyjacielowi na temat tej historii z Isabel. Ale nic 

nie przychodziło jej do głowy. Jej też nikt nie potrafił niczego powiedzieć, żeby się lepiej 

poczuła, kiedy Max oświadczył, że muszą pozostać „tylko przyjaciółmi”.

- Ta tęczowa polewa w ogóle nie ma smaku - wymamrotał Alex.

- Tak. A wygląda wspaniale, jakby miała tyle smaków co kolorów - przyznała Liz. - 

Może założyłbyś nową listę na temat jedzenia, które zupełnie inaczej smakuje, niż można by 

się tego spodziewać po jego wyglądzie.

- Może - mruknął, metodycznie wygładzając papierową serwetkę.

- No dobra. Przepraszam cię - powiedziała Liz. Poklepała Alexa po ramieniu, jakby 

był małym pieskiem, i zorientowała się, że naśladuje swoją abuelita. Jej babunia zawsze tak 

robiła, kiedy ktoś był przygnębiony.

- Wiem,   że   czasem   człowiek   czuje   się   jeszcze   gorzej,   kiedy   ktoś   stara   się   go 

rozweselić - dodała.

Miała   okresy,   kiedy   marzyła   o   tym,   by   skulić   się   pod   kołdrą,   słuchać   smutnych 

piosenek o niespełnionej miłości i myśleć o Maksie. Kiedy była w takim nastroju, nie zależało 

jej na tym, by ktoś ją rozweselał.

- Wiem, że lody ci nie pomogą - szepnęła, nachylając się do Alexa - ale Maria czuje 

się lepiej, kiedy może dla ciebie coś zrobić.

Kiedy Max powiedział Liz, że chce, by pozostali „tylko przyjaciółmi”, Maria wmusiła 

w Liz cały zestaw pokrzepiającej żywności. Liz musiała przełknąć kilka gatunków czekolady, 

makaron z serem, frytki i różne inne tłuste oraz słodkie potrawy - co tylko wpadło Marii na 

mysi.

background image

To dowodziło, jaką wspaniałą przyjaciółką jest Maria. Sama była fanatyczką zdrowej 

żywności.  Nie  jadła  niczego, co  zawierało  konserwanty  lub  sztuczne  barwniki.  Nie  jadła 

mięsa,   jajek   ani   żadnych   produktów   mleczarskich.   Ale   kiedy   ktoś   z   jej   przyjaciół   był 

przygnębiony, Maria robiła wszystko, by znaleźć jedzenie, które, jak sądziła, polepszy mu 

nastrój. Chociaż najchętniej nakarmiłaby go wodorostami, kiełkami pszenicy i tofu.

Wróciła do stolika z nową, ulepszoną, melbą dla Alexa. Wpatrywała się w niego, 

kiedy podnosił łyżeczkę do ust.

- To   nic   nie   daje.   Nie  jest   ani   trochę   w   lepszym   humorze   -  oświadczyła.   -  Mam 

prywatną teorię na ten temat. Alex trzy razy dziennie opycha się wszelkimi paskudztwami, a 

niezdrowe jedzenie wcale nie podnosi go na duchu, jak to się dzieje z innymi ludźmi.

- Może - powiedziała Liz. A może kiedy masz złamane serce, nic nie jest w stanie 

podnieść cię na duchu, pomyślała.

Codziennie rano robiła małe doświadczenie. Wyjmowała fotografię Maxa i usiłowała 

ustalić stopień  natężenia bólu w skali od jednego do dziesięciu.  Stale miała  nadzieję, że 

któregoś dnia uda jej się zejść do 9,9 punktu. Ale to się jeszcze nie zdarzyło.

- Alex, powiedz nam jeszcze raz, jak to było, kiedy graliście w minigolfa? - spytała 

Maria. - Co dokładnie powiedziała Isabel, zanim cię pocałowała?

- Muszę ci przypomnieć, że jestem facetem - odpowiedział Alex. - Wiem, że dużo ze 

sobą przebywamy i mogło ci się trochę to wszystko pomieszać. Jestem facetem, który beka, 

drapie się i nosi ochraniacz na jaja, kiedy gra w piłkę. Jestem stuprocentowym facetem. A 

faceci nie bawią się w „ona powiedziała, a ja wtedy powiedziałem” i w analizowanie wszyst-

kich drobnych szczegółów.

- Nie ma się czym chwalić - skwitowała Maria. - Trzeba rozmawiać o takich rzeczach. 

To jest zdrowe.

Liz nie była tego pewna. Przeanalizowała razem z Marią wszystkie szczegóły tego 

krótkiego okresu, kiedy Liz i Max byli przyjaciółmi, ale zanim stali się „tylko przyjaciółmi”. 

Nic jej to nie pomogło. Nie poczuła się ani trochę lepiej. Nie wpadły nawet na pomysł, jak 

mogłaby odzyskać Maxa.

- To powiedz mi chociaż, jaki to był pocałunek - prosiła Maria Alexa. - No wiesz, jak 

długo trwał. To naprawdę może pomóc.

Chłopak oparł głowę na rękach i jęknął. Jest bardzo nieszczęśliwy, pomyślała Liz. Czy 

Isabel choćby w najmniejszym stopniu zdaje sobie z tego sprawę?

Liz wiedziała, że Max czuje się równie okropnie jak ona, i ta myśl  jej pomagała. 

Wiedziała, że to nie powinno jej pomagać, ale tak było.

background image

Michael uchylił okno w pokoju Marii i wszedł do środka. Rzucił kasetę wideo z „Nocą 

żywych trupów” na jej łóżko. Otworzył drzwi i zaczął nadsłuchiwać. W całym domu pano-

wała cisza. Niedobrze. Miał wielką ochotę posłuchać jej pisków przy oglądaniu kolejnego 

horroru.

Może powinien był zadzwonić i sprawdzić, czy Maria jest w domu. Ale wcale nie 

planował tych odwiedzin. To był jego ostatni wieczór u Hughesów. Pani Hughes prosiła go, 

żeby koniecznie był na kolacji. I był. Upiekła ciasto i w ogóle. Widać było, że czuje się co 

najmniej niezręcznie w sytuacji, kiedy wyrzucają go ze swojego domu.

Kolacja przebiegła w atmosferze fałszu i obłudy. Aury państwa Hughesów wyraźnie 

wskazywały na to, że nie czują się najlepiej. To samo dotyczyło Michaela. Siedzieli jednak 

przy stole, udając, że wszystko jest w porządku. To było żałosne. Kiedy chłopak przełknął 

ostatni kawałek ciasta, marzył tylko o tym, by się stamtąd wyrwać. Podał mało przekonujące 

usprawiedliwienie, że chciałby pożegnać się z sąsiadami, i wyszedł.

Pochodził trochę po mieście, a gdy zobaczył sklep wideo, wpadł na pomysł, by wziąć 

kasetę i iść do Marii. Uwielbiał „Noc żywych trupów”. Była tam wspaniała scena, kiedy ręka 

faceta popadła w obłęd i zaczął rozbijać sobie naczynia na głowie. Gdyby bracia Marx mieli 

nakręcić horror, to na pewno umieściliby w nim taką scenę.

Michael chciał początkowo przynieść kasetę do Alexa. Ale od czasu, kiedy wehikuł 

miłości Alexa uległ katastrofie, jego towarzystwo przestało być zabawne. Gdyby obaj, będąc 

w fatalnym nastroju, mieli spędzić ten wieczór razem, nic dobrego by z tego nie wynikło.

Michael nie miał najmniejszego zamiaru wstępować do Maxa. Po pierwsze, gdyby 

zobaczył Isabel, zaraz zacząłby na nią wrzeszczeć. Poza tym niedzielny wieczór był u nich 

wieczorem rodzinnym. Państwo Evansowie byli zawsze zadowoleni, kiedy Michael do nich 

przychodził. Żartowali, że jest ich ulubionym dzieckiem. Ale Michael nie miał ochoty na to, 

by być honorowym członkiem Evansów. Przynajmniej nie tego wieczoru.

Usiadł na łóżku Marii. Może trochę zaczeka. Po chwili wyciągnął się na całą długość i 

poczuł, że coś go gniecie w plecy. Włożył rękę pod narzutę i wyciągnął parę fioletowo - 

pomarańczowych   maskujących   spodni.   Roześmiał   się   cicho.   Ubranie   takie   powinno 

umożliwić   użytkownikowi   wtopienie   się   w   otoczenie.   Nie   ma   wiele   fioletowo   - 

pomarańczowych drzew, budynków... ani niczego innego.

Nogawki  spodni były  ogromne. W każdej z nich mogłyby  się zmieścić  dwie całe 

Marie. Był to wyjątkowo słaby kamuflaż, a gdyby trzeba było biec, to do widzenia. Jednak te 

spodnie dobrze wyglądały na Marii, kiedy nosiła je razem z króciutkim sweterkiem.

Michael zmienił pozycję.  Jeszcze coś tam było. Wyciągnął spod narzuty bokserki. 

background image

Chwila, moment. Co robiły bokserki na łóżku Marii?

Podniósł je i uśmiechnął się szeroko. Te bokserki nie mogły być własnością żadnego 

faceta.  Było  na  nich  mnóstwo  małych  kaczuszek.   I były  małe,   akurat  na  Marię.  Położył 

bokserki na spodniach.

Wziął poduszkę i podłożył ją sobie pod głowę. Miała dziwny zapach - pastylek na 

kaszel i kwiatów. Głęboko wciągnął powietrze. Może Maria miała rację. To był rzeczywiście 

miły zapach. I świetnie przeczyścił mu drogi oddechowe.

Usłyszał odgłos kroków w holu. Po chwili otworzyły się drzwi i Maria weszła do 

pokoju. Wydała okrzyk zdziwienia na jego widok.

- Przyniosłem film - oświadczył Michael.

- Ale ja muszę upiec tort na imieniny mamy - powiedziała dziewczyna.

Michael wstał z łóżka. Nie powinien był przychodzić bez zaproszenia.

- Chyba jest już dość późno. Spadam - mruknął, ruszając w stronę okna.

- Zaczekaj! - zawołała Maria. - Przyda mi się pomoc. Chłopiec obrócił się. Czuł, że na 

jego twarzy pojawia się szeroki głupkowaty uśmiech. Chciał coś z tym zrobić, ale mięśnie ust 

nie były mu posłuszne.

- Okay - powiedział. - Ale nie włożę fartucha.

Isabel wyjęła z szafy czarne espadryle i wrzuciła je do kosza na śmieci. Nigdy ich nie 

miała na nogach. Wiązało się je takimi idiotycznymi tasiemkami, aż do kolana. Kto chciałby 

wyglądać jak aktor amatorskiego teatru, który właśnie wystawia „Juliusza Cezara?”.

Potem   wzięła   do   ręki   jasnofioletowe   pantofle   na   płaskim   obcasie,   które   miała   na 

ślubie kuzynki, gdzie była młodszą druhną. Też wyrzuciła je do śmieci. Jej kuzynka właśnie 

się rozwodziła, więc Isabel nie miała powodu przywiązywać się do tych pantofli. Może to 

małżeństwo potrwałoby dłużej, gdyby ona miała lepszy gust, pomyślała Isabel. Na czubkach 

pantofli przymocowane były kwiatki. To mówiło wszystko.

Ktoś zastukał do drzwi. Zanim dziewczyna zdążyła powiedzieć, żeby ten ktoś poszedł 

sobie w diabły, do pokoju zajrzał Max.

- Zaraz zaczniemy oglądać film - powiedział.

- Robię porządek w szafie - odpowiedziała siostra.

- Chodź.   Wiesz,   że   rodzice   lubią,   żebyśmy   niedzielny   wieczór   spędzali   razem   - 

przekonywał ją Max. - Wypożyczyłem taki film, który na pewno ci się spodoba.

- Ciebie nie obchodzi, co ja lubię - warknęła Isabel. - Chcesz, żebym zeszła na dół, 

żebyś mógł mnie pilnować. - Wzięła klapki i rzuciła je na stos innych butów.

Max i reszta grupy byliby zadowoleni, gdy mogli zrobić z niej marionetkę. Ale to im 

background image

się nie uda. Nikt nie będzie jej kontrolował.

- Jeszcze tu jesteś? - spytała. Max wycofał się bez słowa. Cokolwiek by powiedział, 

siostra wpadała w złość.

Isabel przejrzała dokładnie szafę. Nie zostało w niej ani jednej pary butów. Obróciła 

się   i   spojrzała   na   stos   butów   na   podłodze.   Jak   je   ustawić?   Według   kolorów?   Stylu? 

Wysokości obcasa?

Gdy zadzwonił telefon, szybko podniosła słuchawkę.

- Co?

- Cześć, tu Maria. No to super, pomyślała Isabel. Teraz ona mi powie, żebym trzymała 

się z daleka od Nikolasa.

- Jest   u   mnie   Michael.   Chcielibyśmy,   żebyś   do   nas   przyszła.   Zrobiliśmy   tort   i 

potrzebujemy pomocy przy jego dekorowaniu - powiedziała Maria.

- Brzmi wspaniale. Ale właśnie kupiłam nowy dozownik papieru toaletowego, który 

wydziela świeży zapach przy każdym użyciu, i mam zamiar go dziś wieczór zainstalować - 

odpowiedziała Isabel i rzuciła słuchawkę.

Udekorować tort. Rzeczywiście, pomyślała. Udekorować go napisem „Isabel, jesteś w 

niebezpieczeństwie”. I to dużymi literami.

Nie była głupia. Wiedziała, co robić. Dlaczego wszyscy traktowali ją jak niemowlę? 

Pewnie ustalili już plan dyżurów. Max będzie opiekował się dzidzią Isabel od dziewiątej do 

jedenastej, Michael od jedenastej do drugiej... Telefon zadzwonił znowu.

- Halo.   Tu   Isabel   Evans.   Jeśli   chcesz   zostawić   wiadomość,   żebym   trzymała   się   z 

daleka od Nikolasa, naciśnij jedynkę. Jeśli chcesz zostawić wiadomość z informacją, że grozi 

mi niebezpieczeństwo, naciśnij dwójkę. Jeśli chcesz zostawić wiadomość z informacją, jaka 

jestem okropna, bo przeze mnie Liz miała wypadek, naciśnij trójkę. Jeśli...

- Isabel, tu Alex. Nie chcę ci niczego takiego mówić. Chciałem tylko powiedzieć, że 

skłamałem dziś rano. Gdybyś zmieniła zdanie, wróciłbym do ciebie. Biegiem.

Poczuła,   że   łzy   napływają   jej   do   oczu.   Zatrzepotała   powiekami.   Alex   chciał   tego 

samego co wszyscy inni. Był tylko kolejnym bay - sitter. Musiała o tym pamiętać.

- Biip - powiedziała cichym  głosem i odłożyła  słuchawkę. Włączyła  automatyczną 

sekretarkę. Nie była już w stanie odbierać telefonów.

Pantofle. Teraz powinna skupić się na nich. Może podzielić je wedle pór roku? Ale 

czy to miało sens w Roswell? Pory roku tak bardzo się tu nie różniły.

Rozległ się znowu dzwonek telefonu. To na pewno Liz, pomyślała Isabel. Jej ostatnia 

opiekunka.

background image

- Cześć, Isabel, tu Liz. Isabel potrząsnęła głową, zdegustowana.

- Mam do ciebie pytanie... chodzi o zadanie matematyczne. Wiem, że jesteś w tym 

dobra. Mogłabyś do mnie zadzwonić? - mówiła Liz.

Liz miała ukończyć szkołę z najlepszymi stopniami, a nie potrafiła wymyśleć lepszej 

historyjki? Powinna zacząć  chodzić na zajęcia wyrównawcze z kłamstwa. Tak, Isabel była 

dobra z matematyki. Ale ona była w gimnazjum, a Liz w liceum. Poza tym genialny chłopiec 

Max mieszkał w tym samym domu. Gdyby Liz naprawdę potrzebowała pomocy, zadzwoniła-

by do niego.

Jeśli jeszcze raz zadzwoni telefon, wyrzucę go przez okno, postanowiła Isabel.

Max zerknął na ojca, który miał już zupełnie szklany wzrok. Jeśli w filmie nie było 

częstych głośnych wybuchów, tata zaraz zasypiał. Potem chłopiec spojrzał na mamę; patrzyła 

na   ekran   z   dużym   zainteresowaniem.   Wiedział,   że   ten   film   spodobałby   się   Isabel. 

Wypożyczył go, bo siostra uwielbiała filmy tego rodzaju.

Teraz musiał siedzieć i patrzeć, jak jakaś dziewczyna zakochuje się w facecie, który 

tak naprawdę jest aniołem. To było idiotyczne. Kiedy Nicolas Cage powiedział Meg Ryan, że 

jest wysłannikiem Boga, ona skwitowała to mruknięciem „Okay, w porządku”.

Nikt normalny by tak nie zareagował. Kiedy Max powiedział Liz, że jest kosmitą, 

wprawiło ją to w przerażenie. Początkowo myślała, że on żartuje. A potem była przerażona.

Max był ciekaw, czy ten film spodobałby się Liz. Chętnie by go oglądał, mając ją przy 

sobie. Uspokój się, pomyślał. Wszystko oglądałbyś z przyjemnością, gdyby Liz mogła być 

blisko.

Wziął garść popcornu. Postanowił sprawdzić, jak długo może wytrzymać, żeby nie 

myśleć  o Liz. Gdyby codziennie dodawał kilka  sekund, może  kiedyś  odzyskałby zdrowe 

zmysły. Spojrzał na zegarek. Okay, zaczynamy.

Skierował uwagę na film. Jakiś facet tłumaczył Nicolasowi Cage'owi, że mógłby być z 

Meg Ryan, gdyby zrezygnował ze swojej anielskiej mocy.

Czy zrobiłbym to samo dla Liz? - pomyślał Max. Czy zrezygnowałbym z mocy, to 

znaczy, czy mógłbym sobie odmówić nadziei zobaczenia kiedykolwiek mojej rodzinnej pla-

nety? Czy mógłbym...

Spojrzał na zegarek. Trzy sekundy. Tylko przez trzy sekundy nie myślał o Liz.

Westchnął. Może następnym razem wytrzymam cztery, pomyślał.

Usłyszał ryk silnika; pod dom podjeżdżał motocykl. Zerwał się i podbiegł do okna.

Tylko po to, żeby zobaczyć, jak Isabel biegnie przez trawnik i wskakuje na siodełko za 

Nikolasem.

background image

12

Isabel włożyła na rękę plecioną bransoletkę.

- Jak ci się podoba? - spytała Nikolasa.

- W porządku. Skończyłaś już?

Było   oczywiste,   że   robienie   zakupów   nie   sprawia   mu   najmniejszej   przyjemności, 

chociaż mieli całe centrum handlowe dla siebie. Isabel uwielbiała to. Bez względu na to, jak 

się czuła, zakupy zawsze poprawiały jej nastrój. A teraz, kiedy mogła chodzić od sklepu do 

sklepu i brać wszystko, na co miała ochotę, czuła, że cały świat należy do niej.

Właściwie   to   niczego   sobie   nie   brała.   Raczej   pożyczała.   Miała   zamiar   zostawić 

wszystko, kiedy się tym nacieszy. Zaczęła uważnie oglądać bransoletkę.

- Trochę nijaka - powiedziała. - Wygląda jak prezent urodzinowy od bogatej cioci z 

przedmieścia.

Zdjęła bransoletkę i rzuciła ją na ladę. Ciekawa była, gdzie trzymają te naprawdę 

wartościowe rzeczy. Ach, tak. Pod kasą był sejf.

- Nikolas, otwórz, proszę. Chłopak wydał pomruk niezadowolenia, ale użył mocy, by 

otworzyć sejf.

- Mogłabyś sama to zrobić, gdyby ci się chciało trochę popracować - powiedział.

Isabel włożyła rękę do sejfu i wyciągnęła trzy aksamitne woreczki. Otworzyła jeden z 

nich.

- To   jest   bardziej   odpowiednie   -   rzekła.   Włożyła   na   szyję   naszyjnik   z   pereł, 

zakończony rubinem w kształcie serca. Rubin sięgał jej prawie do piersi. To wyglądałoby 

wspaniale   przy  głęboko   wyciętej   sukni,   takiej,   jakie   noszą   aktorki   podczas   gali   z   okazji 

rozdania Oscarów. Będzie musiała się postarać o taką suknię.

- Jeszcze minuta i wychodzę - ostrzegł ją Nikolas. Zerknęła na niego. Nie, nie mówił 

poważnie. Nigdzie nie pójdzie.

Otworzyła następny woreczek i westchnęła uszczęśliwiona. Zawsze marzyła o tym, by 

mieć coś takiego. Ostrożnie włożyła na głowę diadem ze srebrnych listków, wysadzanych 

brylancikami.

- Został już tylko jeden - uspokajała Nikolasa. Szybko otworzyła ostatni woreczek. 

Był tam pierścionek z największym brylantem, jaki w życiu widziała. Na kamieniu wyryte 

było duże „R”. - Zbyt krzykliwy - oceniła. - Wygląda jak ta tandeta z automatu z gumą do 

żucia.

- Możemy już iść? - spytał Nikolas.

background image

- Tak,   możemy.  -  Wrzuciła   pierścionek   do  aksamitnego  woreczka,   a  woreczek   do 

sejfu.

- Chodźmy do kafejek - powiedział Nikolas.

- Okay,   jedzenie   jest   na   górze.   -   Wzięła   chłopca   za   rękę   i   poszli   w   kierunku 

ruchomych   schodów.   Isabel   przeglądała   się   w   szybach   wystawowych.   Mmm.   Absolutnie 

powinna nosić biżuterię. Nie musiałaby się nawet długo do tego przyzwyczajać.

Stukot ich kroków na metalowych schodach przyprawiał ją o lekki dreszcz. Nie mogła 

się jeszcze oswoić z ciszą panującą w centrum handlowym. Zawsze kiedy tu była, przewalały 

się   tłumy   ludzi   -   robiących   zakupy,   oglądających   wystawy,   jedzących,   rozmawiających, 

flirtujących.

- Jesteś pewien, że ten ochroniarz nie obudzi się za szybko? - spytała.

- Czy słowo „unieszkodliwiony” cokolwiek ci mówi? Isabel znała ten ton jego głosu. 

Oznaczał, że za chwilę Nikolas będzie już porządnie wkurzony. Musiała jednak zadać mu 

jeszcze jedno pytanie.

- Ale jemu nic się nie stało, prawda? To znaczy obudzi się po pewnym czasie? Max 

mówił, że Liz potrzebowałaby operacji, gdyby go tam nie było. - Isabel nienawidziła tej za-

prawionej   wahaniem   nuty,   którą   słyszała   we   własnym   głosie.   Czasami,   kiedy   była   z 

Nikolasem, nie czuła się całkowicie sobą. Była zbyt przejęta tym, co on o niej pomyśli, czy ją 

lubi, czy będzie z nią chodził. A zawsze wyśmiewała  się z dziewczyn,  które mają takie 

bzdurne problemy.

- Mówię ci to już ostatni raz - oświadczył Nikolas ostrym tonem. - Ścisnąłem Liz 

trochę mocniej, niż zamierzałem, bo byłem wściekły na Maxa. A teraz skończ z tym, okay?

To nie było pytanie. Isabel wiedziała, że jeśli nie posłucha, Nikolas natychmiast ją tu 

zostawi.

- Możemy wejść do drugstore'u? - spytała. Nie myślała już o tym,  że Nikolas nie 

powiedział jej, czy ochroniarz wyjdzie z tego cało.

- Dobrze.   -   Nie   wydawał   się   z   tego   zadowolony,   ale   otworzył   zamek   wielkich 

szklanych drzwi i wprowadził ją do środka, po czym znowu użył swojej mocy, by zniszczyć 

obiektywy kamer monitorujących sklep. Isabel pociągnęła go na tyły drugstore'u. Stał tam 

stary automat fotograficzny. Isabel usiadła na stołeczku i przyciągnęła Nikolasa do siebie.

- Będziesz mi się musiała za to wszystko odwdzięczyć - powiedział.

- Masz dwudziestopięciocentówki? - spytała.

- Nie potrzebuję ich - prychnął. - Uśmiechnij się i miejmy to z głowy.

- Zaczekaj! - zawołała Isabel. - Zaraz wracam. Wybiegła z kabiny, kierując się do 

background image

działu papierniczego.

Złapała blok rysunkowy, kredki i szybko wróciła. Usiadła na kolanach Nikolasa i 

zasunęła zasłonę.

- Może to nie był zły pomysł - powiedział, przyciągając ją do siebie.

Isabel   otworzyła   blok   rysunkowy   i   wyjęła   czerwoną   kredkę   z   pudełka.   Napisała 

„Cześć, Stacey” wielkimi drukowanymi literami, dodając jeszcze kilka wykrzykników.

- Jestem gotowa - zwróciła się do Nikolasa. Chłopak uruchomił aparat fotograficzny, a 

ona pochyliła się nad nim i zaczęła przeciągać językiem po jego policzku, tak by Stacey miała 

o czym myśleć, kiedy zobaczy to zdjęcie. Poza tym sprawiało jej to przyjemność. •

Nikolas wziął od niej blok, wyrwał kartkę i napisał „Cześć, Alex”. Potem zaczął ją 

całować namiętnie. Aparat fotograficzny nieprzerwanie błyskał.

Chłopak   nie   przestał   jej   całować   nawet   wtedy,   kiedy   aparat   się   wyłączył. 

Przeczesywał  palcami jej włosy - bardzo delikatnie. Isabel wtulała się w niego, wreszcie 

usiadła mu okrakiem na udach i mocno objęła. Nigdy nie miała go dosyć, nigdy nie mogła 

znaleźć się zbyt blisko.

Jęknęła cicho, kiedy odsunął się od niej, przerywając pocałunek. Przyciągnęła go z 

powrotem do siebie.

- Ciii. Ktoś tam chodzi - szepnął, odsuwając lekko zasłonę. - Tak. Spójrz w lusterko w 

rogu kabiny.

Isabel przechyliła się do tyłu i spojrzała w lusterko. Ochroniarz w mundurze szedł 

wolnym krokiem wzdłuż stoisk z szamponami, w kierunku automatu fotograficznego.

- Załatwisz go? - szepnęła Isabel.

- Nie. Ty to zrobisz - odpowiedział.

- Nie mogę. - Potrząsnęła głową. - Nie wiem jak.

- Możesz.   Nikolas   nie   uśmiechał   się,   ale   na   pewno   żartował.   Albo   chciał   ją 

wypróbować. Kiedy ochroniarz podejdzie bliżej, chłopak znokautuje go. Będzie musiał to 

zrobić.

- Znajdź jakieś naczynie krwionośne w jego mózgu i ściśnij je - powiedział Nikolas.

Isabel   znowu   spojrzała   w   lusterko.   Ochroniarz   przechodził   teraz   wzdłuż   stoisk   z 

pończochami i skarpetami. Oddalał się od nich.

- Hej! - krzyknął Nikolas. - Tu jesteśmy!

- Po coś to zrobił? - rzuciła Isabel.

- Ty go załatwisz albo zostaniemy złapani - powiedział Nikolas.

Isabel   przyjrzała   mu   się.   Jego   brązowozłote   oczy   miały   chłodny   wyraz.   Mówił 

background image

poważnie.

Przed oczami dziewczyny stanął szeryf Valenti. Jeśli zostanie złapana, przekażą ją w 

jego ręce. Wiedziała, że on odkryje prawdę o niej. Przypomniała się jej sekcja zwłok kosmity.

Zasłona kabiny fotograficznej rozsunęła się nagle. Isabel nie myślała teraz o niczym. 

Rzuciła się na ochroniarza, przewracając go na ziemię. Kucnęła przy nim i przyłożyła mu 

palce do czoła.

Łączność. Nie mogła nawiązać łączności. Była zbyt wystraszona. Panikowała.

Poczuła   dotyk   palców   Nikolasa   na   karku   i   natychmiast   nawiązała   łączność. 

Skoncentrowała się na mózgu ochroniarza. Wybrała naczynie krwionośne, które wyglądało na 

niezbyt duże, i ścisnęła je siłą swojego umysłu.

Ból   i   przerażenie   mężczyzny   uderzyły   w   nią   z   całą   siłą.   Robię   mu   krzywdę, 

pomyślała. On to czuje. Wie, co się dzieje. To nią wstrząsnęło, ale nie przerwała łączności, 

dopóki ochroniarz nie zamknął oczu.

- Dobrze. Dobrze to zrobiłaś - pochwalił ją Nikolas.

Dotknął głowy mężczyzny, potem postawił Isabel na nogi. Nie mogła oderwać oczu 

od strażnika. Był bardzo blady, ale oddychał.

- Przepraszam, że cię w to wrobiłem - powiedział Nikolas. - Ale chciałem,  żebyś 

wiedziała, jak to jest.

Max byłby przerażony tym, co zrobiłam, pomyślała Isabel. Wyznawał zasadę, że nie 

wolno używać mocy do robienia komuś krzywdy. Nigdy. .

Przesunęła dłońmi po twarzy. Miała mokre palce. Czyżby płakała? Szybko wytarła 

twarz. Miała nadzieję, że Nikolas niczego nie zauważył.

To nieważne, co by pomyślał Max, tłumaczyła sobie Isabel. Ona sama podejmowała 

decyzje. Żyła własnym życiem. Nie była marionetką brata.

Ochroniarzowi   nic   się   nie   stało.   Drzemie   sobie   tylko,   pomyślała.   Całkiem   niezły 

sposób spędzania nocnego dyżuru. Poprawiła sobie diadem na włosach.

- Niezła zabawa, prawda? - spytał Nikolas. Gdyby zaprzeczyła, pomyślałby, że ona 

jest całkiem do niczego.

- Tak. - Isabel uśmiechnęła się.

Czy ktoś ma pomysł, od czego zaczynamy? - spytał Max, skręcając w ulicę Główną.

- Teraz już prawie wszystko jest zamknięte - odezwał się Alex. - Może powinniśmy 

pojechać do jaskini.

A jeśli oni tam są, to co ja będę mógł zrobić? - pomyślał. Żebym nie wiem co mówił, 

Isabel nie zwróci na to uwagi. To jest już oczywiste. A Nikolas... jestem pewien, że chętnie 

background image

mnie znowu zmiażdży czy jak to nazywa.

- Nie wydaje mi się, żeby zamknięcie stanowiło przeszkodę dla Nikolasa i Isabel - 

powiedział Michael.

- Tak - przyznała Liz. - Poza tym oni lubią poszalećPewnie nie pojechali wprost do 

jaskini.

Chyba że chcieli wrócić do swojego zacisznego kącika w śpiworze, pomyślał Alex.

- Pojedźmy najpierw do szkoły - zaproponowała Maria.

- Rzeczywiście.   Kiedy   słyszę   słowo   „poszaleć”,   zaraz   myślę   o   szkole   -   mruknął 

Michael.

- Nie uważasz, że to może być zabawne, włamać się do szkoły i zrobić z niej osobiste 

centrum rozrywki? - broniła się Maria.

- Nie zaszkodzi spróbować - powiedział Max. Skręcił w lewo i zaraz usłyszeli wycie 

syreny.

Alex   obejrzał   się   przez   ramię   i   zobaczył   migocące   niebieskie   światło   samochodu 

szeryfa Valentiego. A już myślał, że nie może być gorzej.

Max   zatrzymał   się   przy   krawężniku.   Usłyszeli   cichy   trzask   zamykanych   drzwi. 

Valenti już do nich podchodził. Stukot jego butów przyprawiał Alexa o ból zębów. Czy szeryf 

pamiętał, że nie kto inny, jak Alex poinformował go, że poszukiwany przez niego kosmita 

wyjechał z miasta zieloną furgonetką? Czy nie uzna za podejrzane tego, że Alex jest tu razem 

z Liz, którą Valenti posądza o to, że wie o kosmitach w Roswell więcej, niż chce powiedzieć?

Ale teraz już za późno się tym martwić, pomyślał. Starał się zachować obojętny wyraz 

twarzy, kiedy szeryf podszedł do Maxa i poprosił go o prawo jazdy i dowód rejestracyjny.

Max podał mu dokumenty. Valenti przyjrzał się im i zwrócił. Przypatrywał się kolejno 

wszystkim pasażerom jeepa. Alex nie był pewien, czy szeryf go rozpoznał. Miał wciąż ten 

sam niewzruszony wyraz twarzy, ale on nigdy nie ujawniał uczuć - mógł wszystko doskonale 

pamiętać.

- Panno Ortecho. - Valenti przesunął się trochę, żeby stanąć przy Liz - Już dawno... 

miałem ochotę poznać pani przyjaciół.

- Pracujemy razem nad projektem z astronomii, dla szkoły - powiedziała dziewczyna.

- Jedziemy właśnie na pustynię, by obserwować gwiazdy - dodał szybko Max. - W 

mieście jest za dużo świateł.

Max i Liz byli zawsze idealnie zgrani. To idiotyczne, że nie byli razem. Kompletne 

kretyństwo. Alex rozumiał Maxa, który chciał chronić Liz, ale przecież wszyscy razem daliby 

sobie jakoś radę z Valentim, gdyby zaszła taka potrzeba. Max powinien już dać sobie spokój z 

background image

przeświadczeniem, że sam musi myśleć o wszystkich.

- Jedziecie w złym kierunku - rzekł szeryf. Miał rację. W kierunku pustyni jechało się 

na północ albo na południe. A oni zmierzali na wschód.

- Jedziemy teraz do mojego domu - powiedział Alex. - Zapomniałem zabrać papier 

milimetrowy.

- Papier milimetrowy - powtórzył Valenti. Alex, czując, że Maria drży, objął ją.

- Na papierze milimetrowym łatwiej jest nanosić położenie gwiazd - powiedział.

- Kiedy tak sobie jeździcie po mieście, nie zauważyliście niczego nadzwyczajnego? - 

spytał szeryf.

- Nie. Wszędzie było bardzo spokojnie - odpowiedział Max. Nagle odezwał się pager i 

Valenti sprawdził numer.

- Możecie jechać - powiedział i odszedł do swojego samochodu.

- On   też   szuka  Nikolasa  i   Isabel  -  rzekła  Liz,  kiedy  szeryf  był już   wystarczająco 

daleko.

- Tak, ale przynajmniej nie wie, że szuka właśnie ich - odezwał się Michael. - I nie 

będzie wiedział, jeśli my znajdziemy ich pierwsi.

- Nie wiemy przecież, gdzie oni mogą być - zaprotestowała Maria.

Alex popatrzył na mijający ich pędem samochód policyjny.

- Czuję, że Valenti już wie. Jedźmy za nim. Max i Michael widzieli w nocy lepiej niż 

za dnia, więc łatwo im było śledzić samochód szeryfa z takiej odległości, by nie być przez 

niego zauważonym. Kiedy Valenti wjeżdżał na parking centrum handlowego, Max zajechał 

od tyłu i zaparkował na ulicy. Wysiedli z jeepa i pobiegli w stronę wejścia.

- Powinniśmy byli pomyśleć o centrum - powiedziała Maria. - Nie mogliby znaleźć 

lepszego miejsca do zabawy.

- Zamknięte - oświadczył Michael, mocując się z drzwiami awaryjnego wyjścia.

- Popchnęliśmy furgonetkę, używając mocy, więc chyba możemy wypchnąć drzwi - 

rzekł Max.

Michael wzruszył ramionami.

- Jeśli Nikolas to robi, to my też możemy. Musimy się tylko zastanowić jak. - Zaczął 

wpatrywać się w drzwi.

Max robił to samo. Wyglądali, jakby byli w transie. Zaskrzypiały zawiasy i po chwili 

drzwi runęły na ziemię. Mam nadzieję, że nie usłyszał tego Valenti, pomyślał Alex.

- Chyba   możemy   założyć,   że   Nikolas   już   się   zajął   ochroną   -   szepnęła   Liz,   kiedy 

wchodzili do środka.

background image

- Tak. Przez cały wieczór czułem powiew mocy. Rozdzielmy się, wtedy szybciej ich 

znajdziemy - zarządził Max. - Ja pójdę z jedną grupą, a Michael z drugą. Nie chcę nikogo 

zostawić bez możliwości skorzystania z mocy, gdyby zaszła taka potrzeba.

- Okay, ja pójdę na górę z Alexem i z Marią, a ty zostań na dole z Liz - zgodził się 

Michael.

Odszedł bez słowa, a Maria i Alex poszli za nim.

Weszli  na ruchome schody i ruszyli  wzdłuż pasażu. Alex ostrożnie  stawiał  stopy. 

Gdzieś tam był Valenti; mógł ich usłyszeć.

Michael wskazał gestem barki i kawiarnie. Było oczywiste, że Nikolas i Isabel już z 

nich korzystali. Połowa była oświetlona, a zapach jedzenia zbyt silny, by mógł przetrwać od 

godzin, kiedy centrum było jeszcze otwarte.

- Tam - szepnęła Maria.

Weszła do drugstore'u. Dodatkowe ochronne drzwi były podniesione do góry. Alex i 

Michael poszli za nią.

Rozdzielili się; każde poszło inną alejką pomiędzy stoiskami. Nie ma ich tu, pomyślał 

Alex. Jest zbyt cicho. Chyba że już wiedzą, że w centrum jest Valenti, i ukrywają się.

Zauważył   parę   butów   na   końcu   alejki.   Nie,   nie   butów.   Stóp.   Pobiegł   naprzód   i 

zobaczył ochroniarza, leżącego na podłodze.

Po   chwili   Michael   i   Maria   doszli   do   końca   swoich   alejek.   Michael   podbiegł   do 

nieprzytomnego mężczyzny i położył mu dłoń na czole.

- Och, nie, nie - szeptała Maria.

- Nic mu nie będzie - uspokoił ją Michael. - Zostawię go, żeby się sam obudził, bo 

teraz musielibyśmy go chyba związać.

Maria zachwiała się na nogach.

- Chodź. Usiądź na chwilę - poradził jej Alex. Poprowadził ją do kabiny fotograficznej 

i posadził na stołeczku. Jeszcze by tego brakowało, żeby Maria zemdlała.

Odsunął   się   trochę   i   wpadł   na   automat.   Zwieszał   się   z   niego   zwitek   zdjęć.   Ktoś 

zapomniał swoich fotografii. Alex wziął je do ręki i zobaczył Nikolasa i Isabel. Nikolasa i 

Isabel, którzy dosłownie pożerali się nawzajem.

Poczuł nagle, że on też powinien usiąść. Spojrzał znowu na fotografie i zauważył że 

na niektórych Nikolas trzyma jakiś papier w ręku.

Z napisem „Cześć, Alex”.

background image

13

Zacznijmy od Victoria Secret - szepnęła Liz. - To wymarzone miejsce dla Isabel. - 

Mogła sobie dokładnie ją wyobrazić, ogarniętą szaleństwem zakupów eleganckiej bielizny, w 

sklepie, który był otwarty tylko dla niej.

Max skinął głową. Podeszli do drzwi. Były otwarte, ale w środku nie było nikogo.

- Sprawdzę przymierzalnie - powiedziała Liz. - Może domyślili się, że Valenti ich 

ściga,   i   ukrywają   się.   -   Ruszyła   w   głąb   sklepu,   przeciskając   się   pomiędzy   rzędami 

jedwabnych koszul i szlafroków.

Nagle Max złapał ją za rękę i wciągnął za ladę, na której stały kasy.

- Słyszę jakiś hałas - szepnął. Po chwili Liz też usłyszała. Odgłos zbliżających się 

kroków.

Valenti. Była pewna, że to on. Nikolas na pewno unieszkodliwił ochroniarzy. Alex, 

Michael   i   Maria   byli   na   górze.   Nikolas   i   Isabel   nie   chodziliby   po   centrum   powolnym, 

zdecydowanym krokiem osoby, która wie, czego szuka.

Max wcisnął się pod ladę. Położył się na plecach i pociągnął Liz na siebie. Ukryła 

głowę na jego  piersi i  zamknęła  oczy. Słyszała  brzęk wieszaków  - Valenti  kręcił się po 

sklepie.

Tablica pierwiastków, pomyślała. Zawsze kiedy chciała się uspokoić, wymieniała w 

myśli wszystkie pierwiastki i ich ciężary atomowe, by przypomnieć sobie, że świat jest upo-

rządkowany. Teraz nie potrafiła niczego odszukać w pamięci, ani jednego pierwiastka.

Czuła bicie serca Maxa. Skoncentrowała się na jego rytmie i trochę rozluźniła. Bez 

względu na to, co się miało stać, Max był przy niej. To była o wiele większa pociecha niż 

tablica pierwiastków.

Valenti się zbliżał. Liz usłyszała cichy szmer, kiedy przesuwał palcami po ladzie. Był 

dokładnie nad nimi.

Max zacisnął wokół niej ramiona. Poczuła, że nawiązują łączność. Zalewały ją fale 

jego miłości. Jej miłość do niego też wylewała się strumieniem.

Mógł sobie mówić, że są „tylko przyjaciółmi”. Mógł nawet nie zgadzać się na to, by 

poszli razem do kina, potańczyć czy coś w tym rodzaju. Ale to nie miało żadnego znaczenia. 

Ludzie, którzy są „tylko przyjaciółmi”, nie żywią do siebie takich uczuć.

Liz usłyszała znowu brzęk wieszaków. Potem zapanowała cisza. Valenti wyszedł ze 

sklepu.

Podniosła głowę i spojrzała Maxowi w oczy.

background image

- Ja... - zaczęła.

Przycisnął   palce   do   jej   ust.   Miał   rację.   Nie   powinna   się   teraz   odzywać.   Trzeba 

zaczekać, aż szeryf się oddali.

Max   przesuwał   palcem   po   jej   wargach,   nie   odrywając   od   niej   wzroku,   potem 

przeciągnął go po brodzie, dokoła dołka w lewym policzku, obrysowywał nos i brwi. Jego 

dotyk był lekki jak piórko.

Wzrok Maxa podążał za ruchem jego rąk. Badał wszystkie najmniejsze detale twarzy 

Liz, jakby chciał je sobie wyryć w pamięci.

Nie   mogła  już  dłużej  tego   znieść.   Ona  też  chciała   go  dotknąć.   Pochyliła  głowę  i 

potarła   jego   policzek   swoim   policzkiem.   Przebiegł   ją   dreszcz,   kiedy   poczuła   nieogoloną 

skórę.

Dalej   przesuwała   twarzą   po   jego   twarzy.   Potarła   nos   o   nos   Maxa   i   pochyliła   się 

jeszcze   niżej,   by   dotknąć   rzęsami   jego   rzęs.   Pocałunek   motyla.   Tak   nazywały   z   Marią 

zetknięcie rzęs, kiedy były małe.

Potem Liz przesunęła wargami po ustach Maxa.

Z trudem złapał oddech i wsunął dłonie w jej włosy. Przyciągnął ją bliżej. Przesunął 

językiem po jej wargach, chcąc, aby je rozwarła.

To nie był delikatny pocałunek, tylko desperacko namiętny, jakby nie mógł już czekać 

ani chwili.

Nagle oderwał usta od jej warg.

- Valenti   już   odszedł   -   powiedział.   Oszołomiona   Liz   mrugała.   Czy   on   ma   zamiar 

udawać,   że   nic   się   nie   zdarzyło?   Czy   nadal   będzie   się   starał   twierdzić,   że   są   „tylko 

przyjaciółmi”? Spojrzała na Maxa, ale on unikał jej wzroku.

- Musimy znaleźć Isabel - rzekł. Liz zsunęła się z niego, stanęła na nogi i skrzyżowała 

ramiona na piersi. Poczuła, że brakuje jej ciepła ciała Maxa.

Isabel przesunęła dłońmi po bokach, wzdłuż talii i bioder. Tak, ta suknia rzeczywiście 

na nią pasuje. I miała taki piękny haft na dole. A głęboki dekolt nie zakrywał zwisającego z 

naszyjnika serca z rubinu.

Ale brakowało jej pantofli. Teraz będzie musiała iść do sklepu Macy'ego. Jak mogłaby 

dać Nikolasowi prawdziwy pokaz mody bez odpowiedniego obuwia?

Max   zawsze   z   niej   żartował,   że   ma   tyle   par   butów.   Nie   rozumiał,   że   są   one 

najważniejszą częścią ubrania.

Max. Dlaczego teraz przyszedł jej na myśl? Myśląc o nim, przypomniała sobie od razu 

ochroniarza. Ale on tylko ucina sobie drzemkę, wytłumaczyła sobie Isabel.

background image

Wstrząsnęła się na wspomnienie tego, co czuła, kiedy ściskała naczynie krwionośne w 

jego mózgu. Zrobiłam mu krzywdę, uświadomiła sobie nagle.

Okay, więc zrobiła mu krzywdę. Malutką. Co może teraz na to poradzić? Nic.

Ściągnęła  włosy do tyłu  i upięła  je w  kok. Do tak  eleganckiej  sukni trzeba  mieć 

odpowiednią fryzurę. Przejrzała się w lustrze; wyglądała bezbłędnie. Niedługo będzie mogła 

wejść na wybieg prywatnego pokazu mody dla Nikolasa. Popatrzyła na inne sukienki, które 

wybrała. Też były świetne, lecz nie miała ochoty na kolejne przymiarki.

Może powinna powiedzieć Nikolasowi, że chce już iść do domu. Ale czy on...

- Obróć się wolno, podnieś ręce do góry i oprzyj je o ścianę - usłyszała.

Znała ten głos. To był głos z jej koszmarów sennych.

Valenti był w sklepie z Nikolasem! Dół sukni Isabel drżał. Patrzyła, osłupiała. To ja 

się cała trzęsę, zrozumiała nagle.

Pamiętaj, co mówił Niklas, pomyślała. To ja mam moc. Nie muszę się bać Valentiego. 

Nie muszę bać się nikogo.

Wyszła   z   przymierzami   i   przeszła   na   palcach   wąskim   korytarzykiem.   Uniosła 

spódnicę, żeby jej nie przeszkadzała. Musiała mieć teraz swobodę ruchów.

Wyjrzała zza zasłony, która maskowała wejście do przymierzalni, i przyłożyła dłoń do 

ust, by nie krzyknąć. Szeryf Valenti trzymał w ręku rewolwer. Wycelowany w Nikolasa.

- Obróć się wolno, podnieś ręce do góry i oprzyj je o ścianę - powtórzył spokojnym, 

wyzbytym emocji głosem.

Zrób to, Nikolas, pomyślała Isabel. Kiedy chłopak się obróci, szeryf ruszy do niego. 

Będzie musiał przejść koło zasłony i wtedy Isabel ściśnie mu mózg i zwali go z nóg. Nie 

będzie się wahać ani chwili. Nikomu nie pozwoli skrzywdzić Nikolasa.

Chłopak   nie   poruszył   się.   Uśmiechał   się   tylko.   Widać   było,   że   chce   się   trochę   z 

szeryfem pobawić.

Rozległ się odgłos strzału i Nikolas upadł bezwładnie na podłogę.

Leżał bez ruchu. Jego złota aura błysnęła i znikła, jakby ktoś wyłączył światło.

To niemożliwe. Valenti  nie mógł zabić Nikolasa. Był tylko człowiekiem. Słabym, 

żałosnym człowiekiem. Nic się nie stało. Nic nie mogło się stać, myślała Isabel. Za chwilę 

Nikolas wstanie i zmiażdży szeryfa.

Ale chłopak nie poruszał się.

Valenti podszedł do ciała. Zasłona zafalowała, kiedy przechodził obok. Muszę się 

szybko przebrać, zanim mnie znajdzie, pomyślała Isabel.

Obróciła się i powlokła w stronę przebieralni. Straciła czucie w nogach. Wydawało jej 

background image

się,   że   nie   dotyka   stopami   podłogi.   Może   ja   płynę   w   powietrzu.   Może   jestem   duchem. 

Duchem kosmitki. Omal nie roześmiała się histerycznie. Ale nie wolno jej się śmiać. Wilki 

lubią roześmiane dziewczyny. Lubią je pożerać.

Weszła   do   przymierzami   i   ściągnęła   suknię.   Tę   piękną   suknię.   Zdjęła   diadem   i 

naszyjnik. To nie było odpowiednie ubranie. Ona powinna mieć na sobie czerwoną pelerynę z 

kapturkiem. Nie powinna chodzić po centrum handlowym, tylko iść do domku babci. A wilk 

nie powinien mieć rewolweru. Dlaczego wilk nie przestrzega reguł tej bajki?

Isabel   włożyła   dżinsy   i   swoją   koronkową   bluzkę.   Potem   skuliła   się   w   rogu 

przymierzalni i zamknęła oczy, czekając, aż znajdzie ją wilk.

Słyszała już jego kroki w korytarzyku. Stukot butów wilka. A przecież wszystko miało 

być zupełnie inaczej.

To był strzał - powiedział Max.

Nagle się zachwiał. Odczuł płynącą od Isabel potężną falę. przerażenia. Czy to do niej 

strzelano? Czy Valenti ją złapał?

- Chyba w sklepie Macy'ego! - zawołała Liz.

Szybko przebiegła obok fontanny w głównym holu centrum handlowego.

Max biegł tuż za nią. Wpadli do sklepu. Dziewczyna złapała go za ramię i nakazała 

gestem, aby zwolnił. Miała rację. Nie powinni naprowadzać szeryfa na swój ślad.

Max poruszał się szybko, ale cicho, przeglądając stoiska z kosmetykami i perfumami. 

Wszystko wyglądało normalnie.

Przynajmniej Isabel jeszcze żyje, pomyślał. Żałował, że nie może wysłać jej żadnego 

sygnału - że jest tu i że wszystko będzie okay. Nie potrafił jednak prowadzić takich cichych 

rozmów ani z Isabel, ani z Michaelem. Mógł tylko odczuwać ich emocje.

A przerażenie Isabel obezwładniało go.

Liz dotknęła jego ramienia i wskazała palcem nos. Początkowo Max nie rozumiał, co 

mu chce przez to zakomunikować. Dopiero po chwili poczuł ten zapach. Zapach prochu.

Ruszył w tamtym kierunku. Skręcił za róg, w stronę butiku z sukienkami, i zobaczył 

leżącego na podłodze Nikolasa, nad którym pochylał się Valenti.

Max i Liz schowali się za stojakiem z długimi sukniami. Chłopak wysunął ostrożnie 

głowę i wyjrzał. Aura Nikolasa zniknęła. Nie żył. Valenti go zamordował.

Gdzie była Isabel? Ta myśl kołatała Maxowi bez przerwy w głowie. Myślał, że za 

chwilę zwariuje. Dlaczego nie wybiegł na dwór i nie ściągnął jej z motocykla  Nikolasa? 

Dlaczego nie zmusił jej, by zeszła na dół oglądać ten głupi film?

Zaryzykował jeszcze jedno spojrzenie na Valentiego. Ten wyprostował się i ruszył w 

background image

kierunku przymierzalni. Wszedł za zasłonę. Max poczuł uderzenie w żołądek. Tam mogła być 

Isabel, w pułapce.

- Ja odwrócę uwagę szeryfa. Ty szukaj Isabel - szepnęła Liz.

Zanim Max zdążył odpowiedzieć, zaczęła przeraźliwie piszczeć. Zerwała się na nogi i 

biegła do wyjścia, głośno krzycząc. Valenti wybiegł zza zasłony. Kiedy zniknął mu z oczu, 

Max poderwał się i podbiegł do kabin przymierzalni.

- Isabel?!   -   zawołał   cichym   głosem.   Nie   było   odpowiedzi.   Max   miał   nadzieję,   że 

siostra już się zorientowała, że Liz wywabiła Valentiego ze sklepu. Obrócił się i odchylił 

jedną zasłonę. Zawahał się jednak, bo wydało mu się, że usłyszał jakiś dźwięk. Stał bez 

ruchu, dopóki nie usłyszał go znowu. Jakby ktoś cicho kwilił. Isabel.

Pojękiwanie dochodziło z jednej z kabin. Max odchylił zasłonę i zobaczył skuloną w 

kącie siostrę.

- Isabel, musimy stąd wyjść - powiedział, dotykając jej ramienia.

Drgnęła, ale nie podniosła na niego wzroku. Trzymała głowę między kolanami.

- To ja, Max - odezwał się cichym  głosem. - Wszystko jest okay, Izzy.  Ale teraz 

musisz ze mną iść.

Wziął  ją  za  ramiona   i  podniósł  na nogi.  Dziewczyna   odgarnęła  włosy  z  twarzy i 

otworzyła oczy.

- Co ty tu robisz? - szepnęła.

- Jestem twoim bratem. Więc gdzie miałbym być? Wziął ją za rękę i wyprowadził ze 

sklepu. Isabel wahała się przed uczynieniem każdego kroku, jakby zapomniała chodzić.

- Czerwony Kapturek nie ma brata - wybełkotała. Max wziął ją pod brodę i uniósł jej 

głowę.

- Będziesz szła szybciej, kiedy przestaniesz patrzyć na nogi - poradził.

Patrzyła posłusznie przed siebie, ale nadal szła bardzo wolno.

- Pamiętasz, jak zawsze mnie błagałaś, żebym cię brał na barana? - spytał Max. Wziął 

ją na ręce i niósł aż do wyjścia, które prowadziło na parking.

Kiedy postawił ją na nogi, oprzytomniała trochę.

- Gdzie jest Nikolas? - spytała.

- Nie wiem - odpowiedział Max. Nie mógł powiedzieć jej prawdy. Nie teraz.

Maria usłyszała przeraźliwy krzyk i zmartwiała ze strachu.

- To Liz! - zawołała. Szybko wybiegła z drugstore'u, a Michael i Alex za nią.

Kolejny wrzask rozległ się głośnym echem w całym centrum handlowym. Dochodził 

chyba z niższego poziomu. Maria podbiegła do balustrady i spojrzała w dół.

background image

- Tam! - szepnął Alex, wskazując sklep Macy'ego. Liz biegła głównym pasażem, a 

Valenti tuż za nią.

Co robić? Nie zdążą zbiec na dół, zanim szeryf złapie Liz.

- Chodźcie - powiedziała Maria. Wpadła na pomysł. Ale trzeba było działać szybko. 

Wbiegła z powrotem do drugstore'u. Musiała znaleźć coś, czym można by rzucić. Ale co? 

Gdzie?

Przy wejściu był stojak zastawiony pojemnikami z wodą sodową. Po sześć w jednym 

opakowaniu. Maria złapała trzy opakowania i podbiegła do balustrady. Wyjęła jedną puszkę i 

rzuciła nią w Valentiego. Chybiła.

- Jesteś genialna! - krzyknął Michael, biegnąc do balustrady z dwoma opakowaniami 

wody   sodowej.   Nie   wyjmował   pojedynczych   puszek.   Rzucił   wszystkie   naraz.   Trafił 

Valentiego w plecy. Szeryf potknął się i upadł.

- Ha! - krzyknął Alex.

- To moc - wyjaśnił mu Michael.

- Biegiem!   -   wrzasnęła   Maria   i   rzuciła   się   w   stronę   schodów.   Poczuła   coś   pod 

podeszwą i już leżała na ziemi.

Kiedy zaczęła się podnosić, wyczuła pod ręką jakiś twardy chłodny przedmiot. Złoty 

pierścień. Popatrzyła na niego - pierścień zaczął się mienić dziwnym blaskiem. Jarzył się.

Maria nie mogła oderwać wzroku od tego złotego światła.

Mario! Nic ci nie jest?! - krzyknął Michael.

Nic. Włożyła pierścień do kieszeni, poderwała się na nogi i pobiegła za Michaelem i 

Alexem. Nie przypuszczała, żeby Valenti długo tam leżał.

Max wpatrywał się w drzwi. Chodźcie już, pomyślał. Musimy stąd wyjść. Tu jest 

niebezpiecznie.

Może powinien wrócić i poszukać Liz. Ale centrum było bardzo duże i trudno byłoby 

ją znaleźć. A może ona już czeka na niego gdzieś na parkingu.

Poza   tym   nie   mógł   zostawić   Isabel   samej.   Popatrzył   na   nią   uważnie;   miała 

nieruchomy wzrok, nie wyglądała nawet na przerażoną. Była całkowicie wyobcowana.

Max przestępował z nogi na nogę. Chciał coś zrobić, ale nie było nic do zrobienia.

Czyżby Valenti wyłapał wszystkich? Co się z nimi wtedy stanie?

Wielkie szklane drzwi otworzyły się gwałtownie. Maria, Michael, Alex i Liz wypadli 

pędem na parking.

- On nas ściga! - krzyknęła Maria.

Drzwi otworzyły się znowu i wybiegł z nich Valenti. Wyciągnął rękę i złapał za ramię 

background image

Liz. Starała się wyrwać, ale trzymał ją mocno.

Max ruszył na niego. Nie mógł przecież stać i bezczynnie na to patrzeć.

Rozległ się silny odgłos grzmotu, a kuła białego oślepiającego światła eksplodowała 

nad centrum handlowym.

- Co się dzieje?! - wrzasnął Alex.

- Patrzcie   na   szeryfa!   -   krzyknęła   Maria.   Max   nie   mógł   oderwać   wzroku   od 

Valentiego, który stał w rozjarzonym kręgu - całkowicie nieruchomo.

- To powinno go powstrzymać na parę minut i niczego nie będzie pamiętał - rozległ 

się jakiś spokojny głos.

Max obrócił się szybko i zobaczył Raya Iburga. Swojego zwariowanego szefa. Ray 

podrapał się po głowie.

- Chyba zapomniałem wam powiedzieć. Ja też nie jestem stąd.


Document Outline