background image
background image

Kaja Platowska

Po prostu mnie przytul

background image

Redakcja: Katarzyna Juszyńska
Korekta: Paulina Klas
Okładka: Jagoda Karłowska
Skład: Monika Burakiewicz
Niniejsza  książka  oparta  jest  na  faktach.  Niektóre  imiona  i  nazwiska  zostały  zmienione  dla  ochrony
dóbr osobistych występujących w niej postaci.

© Kaja Platowska i Novae Res s.c. 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki
w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-7722-684-1

NOVAE RES – WYDAWNICTWO INNOWACYJNE
al. Zwycięstwa 96 / 98, 81-451 Gdynia
tel.: 58 698 21 61, e-mail: 

sekretariat@novaeres.pl

, 

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej 

zaczytani.pl

.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

Konwersja do formatu EPUB:
Legimi Sp. z o.o. | 

Legimi.com

background image

Iwonce i Bożence

background image

Część I

Przytul mnie

background image

1

Otworzyłam  oczy.  Z  łoskotem  spadło  na  mnie  przerażenie  i  cały  ciężar
czekającego  mnie  dnia.  Poczułam,  jak  jakaś  siła  wciska  mnie  w  łóżko  i  nie
pozwala  z  niego  wstać.  Byłam  zmęczona  apatią  i  zrezygnowaniem.  Przez
chwilę próbowałam się podnieść, by chociaż zmienić pozycję. Wydawałoby
się, że taki ruch to banalne zadanie...

Dziś  są  moje  szesnaste  urodziny.  Co  jest  moim  marzeniem?  Śmierć.

Śmierć, która zakończyłaby moją bolesną wędrówkę przez życie. Nie cierpię
go. Wcale nie jestem ciekawa przyszłości, nie chcę być świadkiem dalszych
wydarzeń,  bo  wydają  się  czarną  kartką.  Nie  czekam  na  zmianę,  bo  ona  po
prostu  nie  nastąpi.  Wszystko  dookoła  mówi  mi,  że  już  nigdy  nie  będzie
lepiej. Ja też to wiem.

I  właśnie  z  takim  nastawieniem  zaczynam  zwlekać  się  z  łóżka.

Przypomina  to  desperacką  próbę  wydostania  się  na  powierzchnię  spod
gruzów  wieżowca.  Z  koszmaru  sennego  przechodzę  w  taki  sam  na  jawie.
Moje ruchy są powolne i niezgrabne. Wstydzę się siebie.

*

Dotarcie  do  szkoły  trwało  dwie  pierwsze  lekcje  i  już  kompletnie  nie  byłam
w  stanie  skoncentrować  się  na  czymkolwiek.  Nie  mogłam  zmusić  się  do
jakiejkolwiek  reakcji,  byłam  po  prostu  pusta.  Pusta  w  bardzo  negatywny
i  męczący  sposób.  Wieczorem  zadzwoniła  moja  wychowawczyni.  Mówi  do
mnie,  że  powinnam  szukać  pomocy,  że  tak  nie  może  być,  ale  ja  nie  jestem
nawet  w  stanie  zakodować  słów,  które  do  mnie  kieruje.  Chciałabym,  żeby
miała  moc  wyrwania  mnie  z  tego  koszmarnego  stanu.  To  pierwsza  osoba,
której  w  jakikolwiek  sposób  zaufałam.  Jako  pierwsza  wyciągnęła  do  mnie
rękę.  Musiałam  wyglądać  potwornie  w  dniu,  w  którym  wszyscy  tak  bardzo
się  cieszyli  z  czekającej  nas  przerwy  świątecznej,  a  ja  z  trudem
powstrzymywałam  łzy.  Usiadła  koło  mnie,  gdy  odpływałam  wpatrzona
w zimowy krajobraz za oknem, i zadała tylko jedno pytanie:

– Aneta, powiedz mi, co się z tobą dzieje?
Podniosłam  na  chwilę  swoją  ciężką  głowę,  by  spojrzeć  jej  w  oczy,

background image

rozpacz miałam wypisaną na twarzy.

Byłam  przepełniona  negatywnymi  emocjami,  zmęczona  wiecznym

udawaniem  i  chyba  potrzebowałam  drugiego  człowieka.  Była  to  wręcz
desperacka potrzeba, by w jakikolwiek sposób nawiązać kontakt z otaczającą
mnie  rzeczywistością.  Zawsze  sama,  zawsze  z  boku,  codziennie  modliłam
się, aby ktoś się do mnie życzliwie odezwał.

Po raz kolejny napisałam w pamiętniku dużymi literami: „NIENAWIDZĘ

SIEBIE”.

*

Resztkami  sił  po  raz  kolejny  układam  książki  na  półce,  choć  przecież  cały
czas stoją w idealnym porządku. Porządek w moim małym świecie, w moim
pokoju,  daje  mi  poczucie,  że  taki  sam  porządek  panuje  w  mojej  głowie.
Świadomość  panowania  nad  rzeczami  w  najbliższym  otoczeniu  daje
przeświadczenie  o  posiadaniu  kontroli  nad  własnym  życiem.  Oczywiście
wszystko  na  pozór,  ale  pozory  to  jedyne,  co  mi  pozostało.  Ogarniam
wzrokiem  cały  pokój,  sprawdzając,  czy  wszystko  leży  na  swoim  miejscu.
Tak, teraz przez krótką chwilę poczuję, że posprzątałam jakąś część siebie.

background image

2

Chcę pisać. Bardzo chcę pisać i nie mogę. Siedzę nad pustą kartką i pragnę
przelać  na  nią  wszystkie  moje  myśli,  które  w  zastraszającym  tempie
przemierzają  zgubne  szlaki  mojego  umysłu.  Czysta  kartka  daje  tak  wiele
możliwości,  ale  jednocześnie  nie  jestem  w  stanie  wychwycić  niczego
konkretnego.  Z  tego  bałaganu  nie  umiem  wyodrębnić  nawet  jednej
informacji. Patrzę na nią z zazdrością. Jest taka jasna i lekka, a ja pragnę ją
zniszczyć, zapełnić moimi chorymi myślami, zwalić na nią cały ciężar mojej
osoby.  I  nie  umiem.  Składam  się  z  chaosu.  Ale  jakimś  dziwnym  sposobem
ten sam chaos powoduje, że we mnie nic nie ma, że jestem pusta w środku.

Przez uchylone drzwi do mojego pokoju zagląda matka, by zobaczyć, co

robię.  Niczym  kontroler  biletów  w  autobusie:  życie  do  kontroli,  proszę.
Istnieje  niepisana  reguła,  że  zawsze  trzeba  zajmować  się  czymś
pożytecznym. Słowo „pożyteczne” matka definiuje na własne potrzeby.

– Co robisz? – pyta.
–  Uczę  się  –  odpowiadam,  choć  za  podręcznikiem  do  biologii  kryje  się

pusta kartka, którą bez powodzenia próbuję zapisać własnymi myślami. Nie
mogę się na niczym skoncentrować.

Matka  po  cichu  wycofuje  się  do  kuchni.  Hasło  zadziałało.  Jakakolwiek

inna  odpowiedź  poskutkowałaby  kolejnymi  dręczącymi  pytaniami,
pretensjami  bądź  krytyką.  Pozbawiłaby  mnie  możliwości  siedzenia  samej
w zamkniętym pokoju, co jest jedynym sposobem na przetrwanie tutaj. Dziś
nie mam siły uciekać.

*

Ktoś kiedyś powiedział mi: „Ty żyjesz w świecie marzeń”.

No  i  co  z  tego?  Czy  to  jest  jakieś  przestępstwo?  Chcę  żyć  w  krainie

marzeń,  jeżeli  to  oznacza  choć  chwilową  radość.  Wolę  zamknąć  się  przed
złem  i  brudem  współczesnego  świata,  jeżeli  da  mi  to  nadzieję.  Wcale  nie
muszę  żyć  w  świadomości,  że  wszystko,  co  mnie  otacza,  wbija  nieustannie
nóż  w  różne  części  mojego  ciała.  Nawet  pomimo  faktu,  że  to  czuję.  Jeżeli
czegoś  bardzo  pragnę,  a  nie  dzieje  się  to  w  świecie  rzeczywistym,  lubię  to

background image

sobie wyobrażać, przeżywać krok po kroku we własnej wyobraźni i cieszyć
się każdą sekundą tego obrazu. Wiara w ideały już mnie zgubiła. Wierzyłam,
że  istnieje  sprawiedliwość,  że  jest  jeszcze  życzliwość  i  ludzka
bezinteresowność. Ale nie ma. A ja nie chcę żyć w takim świecie.

Kolejna  nieprzespana  noc  i  kolejne  długie  minuty  do  przetrwania.

Wpatrywanie  się  w  sufit,  wsłuchiwanie  w  tykający  zegar,  wyglądanie  przez
okno w przerażającą ciemność nocy.

Na  początku  mam  jeszcze  siłę  uciekać  w  fantazje.  Leżę  i  wyobrażam

sobie, że tak naprawdę nie jestem sama, że mam z kim porozmawiać, że jest
ktoś,  kto  przytuli  mnie  jak  małe  dziecko,  weźmie  za  rękę,  pogłaszcze  po
włosach  i  powie,  że  wszystko  będzie  dobrze.  Zamykam  oczy  i  próbuję
zobaczyć ten obraz w jak najbardziej realistyczny sposób. Próbuję poczuć na
sobie  dotyk  drugiej  osoby,  ten  kojący,  upragniony,  wspierający  dotyk,
mówiący:  jestem  twoim  przyjacielem,  przy  mnie  nie  stanie  ci  się  żadna
krzywda. Zaczynam miarowo kołysać się na łóżku, bo to działa uspokajająco
i może pomóc mi zasnąć. Rękami próbuję się objąć, bo skoro nikt nie może
mnie  teraz  przytulić,  muszę  radzić  sobie  sama.  Dotykam  swoich  pleców
i wyobrażam sobie, że to ręce kogoś innego. Nie działa, w ogóle nie działa.
Zostają mi tylko łzy.

Są marzenia, które człowieka uskrzydlają. Sprawiają, że ma się mnóstwo

pozytywnej energii i chce się skakać z radości na samą myśl o ich spełnieniu.
Ale są też pragnienia powodujące trudny do opisania, wielki głód, który tylko
boli.  Tęsknotę  tak  silną,  że  ma  się  ochotę  jedynie  wgryźć  w  poduszkę
i zacisnąć pięści. I ma się świadomość, że to, czego się pragnie, być może jest
tak  blisko,  zaraz  obok.  I  nie  można  tego  mieć.  W  takim  wypadku  snucie
marzeń tylko potęguje samotność.

Całe  moje  życie  to  jest  beznadziejna  i  desperacka  walka  o  miłość,

przyjaźń i akceptację innych. Nieudana.

background image

3

Jestem zmęczona. Jestem naprawdę zmęczona. Czuję, że trwam sama pośród
ludzi.  Czuję  się  zagubiona  i  trochę  przerażona  tym,  co  się  ze  mną  dzieje.
Chciałabym,  żeby  ktoś  to  nazwał,  żeby  mi  ktoś  powiedział,  że  wszystko
będzie dobrze. Wiem, że potrzebuję pomocy. Boję się wszystkiego. Doszłam
już  nawet  do  tego,  że  boję  się  samego  strachu.  Zamotałam  się  i  zaplątałam
w sieć istnienia, która jest powleczona swego rodzaju smołą, tak czarną i tak
gorącą,  że  wyraźnie  ją  widzę  i  czuję.  Mam  wrażenie,  jakbym  siedziała
w  tytułowym  szklanym  kloszu  Sylvii  Plath  i  obserwowała  życie  zza  niego,
bez możliwości wyjścia.

*

Czytam  kolejny  list  od  Mileny.  Chodzimy  razem  do  klasy,  ale  nasza
komunikacja  odbywa  się  tylko  na  papierze.  Nasza  przyjaźń  zaczęła  się  od
małej kartki napisanej podczas jednej z nudnych lekcji chemii:

Wiem,  że  nigdy  nie  kolegowałyśmy  się  blisko,  ale  myślę,  że
zrozumiesz,  co  chcę  ci  przekazać.  Pomyślisz,  że  możemy
porozmawiać,  ale  pisać  łatwiej  i  przynajmniej  nie  przerwę
w połowie, tylko doprowadzę wszystko do końca.

Tak  napisała  Milena  i  od  tego  wszystko  się  zaczęło.  Piszemy  do  siebie

prawie  codziennie,  mijając  się  bez  słowa  na  szkolnym  korytarzu,  ale  ja  nie
jestem w stanie wyrzucić z organizmu tych potwornych emocji, które się tam
pojawiają. Nie chcę zrzucać na nią mojego piekła. Przez to jestem cały czas
wyalienowana  i  w  tej  inności  całkowicie  samotna.  Nie  spotkałam  jeszcze
nikogo podobnego do mnie, do mnie jako dziwacznego produktu ubocznego
tego  świata,  a  to  potęguje  to  uczucie.  Wydaję  się  całkowicie  odstawać  od
ludzi,  od  wszelkiej  normalności.  Ale  czym  tak  naprawdę  jest  normalność?
Normalność to kanon ustanowiony przez człowieka. Bardzo surowy.

Boję się ludzi, ale jednocześnie bardzo ich potrzebuję.

background image

4

Znowu  miałam  w  szkole  atak.  Cały  koszmar  powrócił  ze  zdwojoną  mocą.
Rok  temu  mdlałam  z  powodu  natężenia  strachu  kilka  razy  w  tygodniu.
Oczywiście w szkole przede wszystkim. Nikt nie wiedział, co ze mną zrobić,
ja  nie  wiedziałam,  co  się  dzieje.  Pierwszy  raz  zdarzyło  się  to  w  szatni,  po
wuefie.  Tak  bardzo  uderzyłam  się  wtedy  w  głowę.  Zebrało  się  mnóstwo
osób, które utworzyły nade mną przytłaczający krąg. Wychowawczyni zadała
mi tylko jedno pytanie:

–  Czy  brałaś  coś?  Powiedz  mi,  Aneta,  prawdę,  wzięłaś  coś?  –  Dotknęła

mojej ręki.

Pokręciłam głową.
Omdlenia  zdarzały  się  bardzo  często  i  w  różnych  okolicznościach.

Najpierw  to  uczucie  słabości  i  miękkości  w  nogach,  kiedy  świat  zaczyna
wirować,  a  odgłosy  dochodzą  do  człowieka  jakby  zza  grubej  ściany.  Potem
orientuję  się,  że  leżę  na  podłodze,  i  czuję,  jak  bardzo  wali  moje  serce  i  jak
gorąca robi się twarz i cała głowa. I to drętwienie palców u rąk i całego ciała,
nad którym kompletnie nie mogę zapanować. Nie chciałam, żeby ktokolwiek
patrzył  na  mnie  w  tym  momencie.  Z  trudnością  łapałam  powietrze,  czułam
obrzydliwą  suchość  w  ustach  –  przypominałam  rybę,  która  właśnie  została
rzucona  na  suchy  piasek,  zdrętwiałe  ręce  zamierały  w  nienaturalnej  pozie.
Wszystko  to  z  pewnością  sprawiało  obrzydliwe  wrażenie,  wszyscy  tak
dziwnie mi się przyglądali, a ja chciałam zapaść się pod ziemię.

Nauczyciele  reagowali  na  to  w  jeden  sposób:  robię  przedstawienie

i ostentacyjnie próbuję zwrócić na siebie uwagę. Nawet jeżeli zdarzyło się, że
któryś z profesorów powiedział coś bardziej życzliwego, opinia na mój temat
była  jedna:  wariatka,  mogłaby  wreszcie  przestać,  bo  nic  w  ten  sposób  nie
osiągnie.

Za  każdym  razem  trafiałam  do  szkolnej  pielęgniarki,  która  przez  cały

czas  denerwowała  się  na  mnie  za  te  akcje.  A  ja  odwracałam  się  twarzą  do
ściany  i  płakałam.  Ze  strachu,  z  bezradności,  z  braku  sił.  Jak  miałam  im
wszystkim powiedzieć, że nad tym nie panuję?

To wtedy znalazłam sposób na częściowe rozładowanie napięcia i lęku –

background image

zaczęłam się ciąć. Żyletką powoli rozcinałam skórę na nadgarstkach, a potem
ryłam  w  tej  ranie  igłą.  Poszerzałam  czerwone  kreski  i  cięłam  nowe.  Ból
psychiczny był tak silny, że tego fizycznego właściwie nie czułam. Patrzyłam
na krew wypływającą wąskimi strużkami z utworzonych ran i pragnęłam, by
z tą krwią uszło ze mnie choć trochę smutku. Na próżno.

Odbyłam  serię  wizyt  u  różnych  lekarzy.  Robili  mi  mnóstwo  badań,

z  których  kompletnie  nic  nie  wynikło.  Ostateczna  diagnoza  neurologa
sugerowała  utraty  przytomności  na  tle  nerwowym.  Tak  naprawdę  nikt  nie
wiedział,  co  mi  jest.  Dlaczego  mam  zawroty  głowy,  wahania  ciśnienia,
przyspieszony puls, kiepskie wyniki krwi.

Zostałam  skierowana  na  wizytę  do  psychiatry,  na  którą  oczywiście

musiałam  pójść  z  matką.  Nie  poczułam  się  przez  to  bezpieczniej,  nie
chciałam  takiego  układu,  więc  powiedziałam  rodzicielce  oficjalnie,  że  nie
będę  tych  wizyt  kontynuować.  W  rzeczywistości  chodziłam  do  Magdy  dwa
razy  w  tygodniu  jeszcze  przez  dwa  miesiące.  Myślałam,  że  to  jest  moja
nadzieja na powrót do życia. Próbowałam opisywać swoje emocje i myśli, ale
nic  się  nie  zmieniało.  Byłam  całkowicie  pogrążona  w  depresji,  uwięziona
w  niej  jak  w  małym,  ciemnym  pudełku,  z  którego  nie  ma  wyjścia.
Początkowo  podejmowałam  jeszcze  próby  przekrzyczenia,  odpychałam  ją
gwałtownymi ruchami rąk i nóg. Robiłam zaciętą minę i powtarzałam sobie,
że będę żyć śmiechem. Ale to była bezsensowna walka.

Magda  przyjmowała  mnie  w  poradni  zdrowia  psychicznego,  gdzie  co

chwilę miała innych pacjentów, setki telefonów i nieraz wychodziła z pokoju
nawet  na  pół  godziny.  Zawsze  znalazły  się  sprawy  ważniejsze  niż  ja.
Zaczynałam  mówić  o  tematach  dla  mnie  trudnych,  po  czym  w  pół  zdania
musiałam  przerwać  z  powodu  innego  pacjenta,  który  akurat  przyszedł  po
receptę. Zostawałam sama w gabinecie i nie wiedziałam, czy mam sobie iść,
czy  czekać.  Zapominałam,  co  w  ogóle  chciałam  powiedzieć  i  czy
rzeczywiście  było  to  coś  ważnego.  Wierzyłam,  że  nie  warto  poświęcać  mi
czasu, że jestem nikim, że tylko przeszkadzam.

Podczas  pierwszego  spotkania  wyjęła  z  szuflady  i  wręczyła  mi  jakieś

proszki, które potem brałam przez miesiąc. Nic nie wyjaśniła, a ja na ulotce
przeczytałam,  że  wskazania  do  stosowania  to  zaburzenia  depresyjne.
W  tamtym  czasie  niewiele  mi  to  mówiło.  Po  upływie  miesiąca  mój  nastrój
poprawił  się  na  klika  dni.  Nie  spodziewałam  się,  że  chwilowe  polepszenie
może być powodem kolejnego piekła.

– Myślę, że nie musisz już do mnie przychodzić – powiedziała pewnego

background image

dnia Magda, gdy pojawiłam się u niej z uśmiechem na twarzy, co zdarzyło mi
się  wyjątkowo.  –  Widzę,  że  czujesz  się  już  dużo  lepiej  i  teraz  na  pewno
poradzisz sobie sama.

I  tym  sposobem  znowu  zostałam  oddana  na  pożarcie  chorobie

psychicznej.

Nie  miałam  odwagi  ani  siły  sprzeciwić  się,  protestować,  prosić.  Pewnie

była mną zmęczona. Nic dziwnego.

*

W  październiku  trafiłam  do  szpitala,  bo  mdlejąc,  uderzyłam  policzkiem
w biurko i moje oko było przez jakiś czas zagrożone.

Stwierdzono Contusio capitis, Subcommotio cerebri. Cokolwiek to jest.
To był długi tydzień, a ja byłam w fatalnym stanie – zarówno fizycznym,

jak  i  psychicznym.  Leżałam  sama  i  do  moich  głównych  zajęć  należało
podziwianie  niezwykle  fascynującego  szpitalnego  sufitu  z  potwornie  rażącą
w oczy lampą. Na dodatek jednym okiem, gdyż pół twarzy miałam przykryte
opatrunkiem nasączonym czymś na opuchliznę. Było mi ciężko.

Mannitol, Furosemid, Ketonal, Relanium. I tak od nowa.
Patrzyłam na kapiące kroplówki i płakałam. Łzy były moją bezsilnością,

moim cichym buntem, formą protestu przeciw tej ogromnej czarnej rozpaczy,
która mnie ogarniała i bezustannie atakowała. Nie byłam w stanie przed nią
się  bronić.  Nie  wstawałam,  nie  jadłam  i  nie  wierzyłam.  Nikt  do  mnie  nie
przychodził oprócz matki, której i tak nie chciałam widzieć. Jeśli ktokolwiek
zainteresował się moją nieobecnością w szkole, co i tak jest bardzo wątpliwe,
to pewnie usłyszał od niej, że wyjechałam do rodziny. Problem, o którym się
nie mówi, przestaje być problemem? U mnie w domu chyba w to wierzą.

Patologiczny  dom  to  nie  tylko  taki,  w  którym  jest  alkohol  i  brutalna

przemoc.  Patologiczny  dom  to  również  taki,  w  którym  nic  nie  jest  tak,  jak
być  powinno.  Czasem  chciałabym,  żeby  w  naszym  domu  działo  się  coś
takiego,  co  byłoby  bez  problemu  widoczne  dla  innych,  co  można  byłoby
zaklasyfikować do odpowiedniej rubryki – „to nie jest dobre”. A tymczasem
mamy  trzy  wrogie  obozy  –  niczym  przeciwnicy  na  wojnie.  Każdy  ma  swój
własny  obóz  i  wszyscy  jesteśmy  przeciwko  sobie.  Ciągła  walka  i  próba  sił.
A najczęściej przegraną i tak jestem ja. Bo jestem najsłabsza.

background image

5

Najpierw  uderza  zapach  i  to  właśnie  on  powoduje,  że  nie  ma  się  ochoty
zapuszczać  w  głąb  mieszkania.  Ale  ja  niestety  muszę.  Nie  umiem  tego
smrodu  opisać.  To  połączenie  starczego  ciała,  lekarstw  i  dziwnych  mikstur,
które  ciągle  przyrządza.  Przenika  przez  gruby  płaszcz,  przez  włosy,  przez
ciało  i  cały  organizm.  Ten  proces  trwa  bardzo  szybko,  zostaje  zakończony,
zanim  zdążę  zdjąć  buty.  Wchodzę  do  zupełnie  innego  świata,  świata
koszmaru i ciągłego strachu.

To właśnie on.
Idę  przedpokojem  w  kierunku  swojego  lokum  i  wiem,  że  przez  moment

będzie  mnie  widział  w  ogromnej  lustrzanej  szafie,  która  tam  stoi.  Mogę
częściowo odetchnąć, gdy znajdę się na swoim terytorium i zamknę za sobą
drzwi. Te drzwi są chyba jedynym elementem, który jest w stanie sprawić, że
poczuję się tutaj lepiej, może nawet bezpieczniej.

Zbieram siły, by ponownie uderzyć. Wyjście do łazienki przybiera formę

tajnej akcji, której brakuje jedynie odpowiedniego kryptonimu. Każdy dzień,
każda  godzina  i  każda  minuta  wyglądają  tak  samo.  Całe  moje
funkcjonowanie  polega  na  ciągłym  pilnowaniu  się,  na  bezustannej  kontroli
swoich zachowań i ruchów.

Włączam  radio  i  częściowo  przechodzę  do  innego  świata.  Tylko

częściowo,  bo  od  tego  nie  da  się  uciec.  Muzyka  ma  na  mnie  niesamowity
wpływ, gdyż wraz z kolejnymi piosenkami wędruję po drodze nastrojów, raz
wspinam się pod górę, innym razem biegnę swobodnie w dół. Coś, co zostało
stworzone  przez  człowieka,  przejmuje  nad  nim  kontrolę.  Bawi  się  jego
emocjami,  uczuciami  i  wrażeniami,  jednocześnie  sprawiając,  że  jednostka
staje  się  od  niej  w  pewien  sposób  uzależniona,  bez  względu  na  to,  czy  ma
wpływ  pozytywny,  czy  też  nie.  Tak  więc  ja  należę  do  tej  grupy  ludzi
i  powierzam  siebie  różnorodnym  dźwiękom  wydobywającym  się
z głośników.

Uchylam  lekko  drzwi,  by  sprawdzić,  czy  droga  wolna.  W  małym

łazienkowym oknie dostrzegam mdły kolor palącego się światła. To oznacza
tylko  jedno:  on  tam  jest,  więc  będę  musiała  jeszcze  trochę  poczekać.

background image

Niekoniecznie  do  momentu,  kiedy  stamtąd  wyjdzie.  Odczekać  dobre  pół
godziny,  aż  wyniesie  się  ta  cała  aura,  poczucie  obecności,  zapach,  dotyk.
Choć  doskonale  wiem,  że  to  przecież  nie  jest  możliwe.  Przebieram  się
i  zapalam  światło  zsuniętymi  maksymalnie  na  ręce,  długimi  rękawami
starego,  powyciąganego  swetra.  W  ten  sam  sposób  chwytam  za  klamkę
i wykonuję wszelkie czynności poza moim pokojem, który jest moim azylem
w tej krainie obcości. Staram się zachowywać naturalnie, ale to jest po prostu
niewykonalne.

Niemożliwe.
Siedzę  u  siebie  przy  biurku  całe  popołudnie,  odrabiając  lekcje.  Zwykle

nigdzie  nie  wychodzę,  albo  nie  mam  czasu,  by  się  z  kimś  spotkać,  albo  nie
mam  odwagi.  Do  mnie  też  nikt  nie  przychodzi,  ponieważ  nikogo  do  siebie
nie zapraszam. Wstydzę się.

Taka  sytuacja  zmusza  mnie  do  prawie  całkowitej  izolacji  od  reszty

świata.  Nie  powiem,  że  ma  to  pozytywny  wpływ  na  moją  psychikę,  ale  nie
umiem wydostać się na zewnątrz.

background image

6

Z  każdym  dniem  nabawiam  się  nowych  kompleksów,  które  regularnie
dołączają  do  równie  obszernej  listy  moich  wad.  Całą  złość,  nienawiść
i  obrzydzenie  kieruję  prościutko  na  siebie.  Zaczyna  się  od  drobiazgów.
Bardzo szybko powstaje wielka zlepiona kula śmieci, którą w siebie rzucam.
Gdyby  ktoś  zapytał  mnie,  czego  w  sobie  nie  lubię,  nie  wiem,  kiedy
skończyłabym mówić. Mogłabym mówić godzinami!

Pewnego dnia postanowiłam przestać jeść. Jednak nie na długo, bo już po

dwóch  tygodniach  dostałam  napadu  wilczego  głodu.  Weszłam  do  kuchni
i  zjadłam  prawie  wszystko,  co  tam  znalazłam.  Czułam  w  sobie  potężny
niepokój  i  wydawało  mi  się,  że  można  go  utopić  w  jedzeniu.  Nie  pomogło,
a dodatkowo sprawiło, że nabrałam do siebie większego obrzydzenia. Byłam
wściekła na siebie, że nie potrafię zapanować nad sobą, nad jedzeniem.

Kiedy byłam dzieckiem, nie pozwalano mi jeść słodyczy, chyba że była

to  jakaś  specjalna  okazja.  Na  słodkości  musiałam  po  prostu  zasłużyć.
Rodzina  przywoziła  słodycze,  które  od  razu  lądowały  gdzieś  poza  moim
zasięgiem.  Z  czasem  sama  nauczyłam  się,  że  przysmaki  to  nagroda,  którą
trzeba  sobie  wydzielać,  i  czekoladki  potrafiły  tygodniami  leżeć  w  szafce,
wydzielane po kosteczce, gdy uznałam, że zasłużyłam.

Cykl  głodówki  i  obżerania  powtarzał  się  u  mnie  jeszcze  przez  kilka  lat.

Głodziłam się, nie jadłam przez kilka dni, a potem wrzucałam w siebie całą
zawartość  lodówki,  która  w  końcu  i  tak  lądowała  w  sedesie.  Garściami
połykałam  tabletki  przeczyszczające.  Wystarczyło,  że  zobaczyłam  na
opakowaniu  czegokolwiek:  „działa  przeczyszczająco”  czy  „poprawia
przemianę  materii”  i  musiałam  to  mieć.  To  był  koszmar.  Nie  udało  mi  się
schudnąć nawet jednego kilograma, ale ten sposób jedzenia stał się po jakimś
czasie  mechaniczny.  Rozpoczęły  się  bóle  brzucha  i  głowy,  co  jakiś  czas
łapała  mnie  kolka  w  sercu,  ciągle  byłam  zmęczona.  Z  dziąseł  wciąż  leciała
krew, a w ustach miałam metaliczny posmak rzygowin, którego nie mogłam
się pozbyć. Żeby go usunąć, jadłam coraz więcej. Depresja nasiliła się, byłam
całkowicie  sama,  bezradna  i  przerażona  tymi  wszystkim  objawami.  Myśli
o  śmierci  nachodziły  mnie  już  od  dawna  i  w  miarę  upływającego  czasu

background image

stawały się coraz bardziej konkretne.

*

Szukam aktywności, które mogłyby przynieść choć chwilową ulgę. Spośród
wszystkich  zainteresowań  największą  moją  pasją  są  książki.  To  one  były
wiernymi  towarzyszkami  mojego  życia,  odkąd  tylko  nauczyłam  się  czytać.
Moimi  najlepszymi  przyjaciółkami.  Pochłaniałam  książkę  za  książką,  bo
pociągało mnie to, że w nich wszystko jest możliwe – zdarzają się przyjaźnie
na dobre i na złe, dzieci są szczęśliwe i mają normalne rodziny, każda myśl
może zostać zwerbalizowana i nazwana. Wszystko, co nie zdarzało się na co
dzień  w  moim  życiu,  mogło  zdarzyć  się  w  książkach.  Z  zapałem  czytałam
historie innych ludzi.

*

Początkowo  izolowałam  skórę  materiałem  swetra  tylko  przy  styczności
z  niektórymi  przedmiotami  w  domu.  Te  szafki,  które  z  pewnością  otwierał,
starałam się omijać, a w ostateczności zsuwałam rękaw, by to zrobić. Jednak
stopniowo  przerażenie  narastało  i  pojawiły  się  natarczywe  myśli,  że
właściwie każdy mebel, każda klamka, każdy uchwyt może być „skażony”.

Pozostaje jeszcze lodówka, kran, wanna i milion innych miejsc, z którymi

ma  się  styczność  na  co  dzień  bez  względu  na  okoliczności.  Czasem  muszę
zacisnąć zęby, kiedy indziej ratuję się rękawiczkami i szmatkami. Wyglądam
jak  bandyta,  który  nie  chce  zostawić  żadnych  odcisków  palców  na  miejscu
zbrodni.  Nie  mogę  się  z  tym  zdradzić,  bo  nikomu  nie  umiałabym
wytłumaczyć  dlaczego,  a  to  jest  pierwsze  pytanie,  jakie  można  mi  w  ogóle
w tej sprawie zadać.

Na  osiedlu  wszyscy  się  ze  mnie  śmieją,  że  on  jest  taki  stary.  Starsi

chłopcy  rzucali  we  mnie  kamieniami,  śmieciami,  ogryzkami,  gdy  tylko
pojawiałam się w zasięgu wzroku. Bawiłam się na podwórku i jednocześnie
zerkałam  na  wszystkie  strony,  czy  właśnie  się  nie  zbliża.  Bo  wtedy
następowały  żarty,  wyśmiewanie  i  docinki.  Chroniczny  lęk  i  napięcie
każdego dnia.

– Patrz, idzie twój dziadek! – Śmiech.
A ja wypalam w ziemi dziurę swoim wzrokiem. Jest mi tak bardzo wstyd.

Przerażająco, nie do opisania wstyd.

Zawsze chcę krzyczeć, że go nie znam, że nie mam z nim nic wspólnego,

background image

że  to  całkiem  obcy  człowiek,  że  coś  się  im  pomyliło.  Ale  wszyscy  i  tak
wiedzieli.

background image

7

Spadłam  ze  schodów.  Właściwie  nie  jestem  pewna,  czy  był  to  po  prostu
nieszczęśliwy wypadek, czy też naumyślnie chciałam zrobić sobie krzywdę.
Nie pamiętam dokładnie, jak to się wszystko stało. Chyba na chwilę straciłam
przytomność.  Potem  zarejestrowałam  pełne  zadrapań  plecy,  trochę  krwi  we
włosach,  przeraźliwy  łomot  w  głowie  i  jeszcze  kłujący  ból  prawego  biodra.
Nie  byłam  do  końca  świadoma  tego,  co  się  ze  mną  dzieje,  ale  wynikało  to
chyba  z  ciężkiego  szoku  i  apatycznego  transu,  w  którym  tkwiłam.  Nikomu
nic nie powiedziałam.

Wychowawczyni zaczepiła mnie następnego dnia na szkolnym korytarzu:
–  Dzwoniłam  do  poradni  zdrowia  psychicznego  i  umówiłam  cię  na

wizytę. We wtorek o osiemnastej. Tym razem do innego psychiatry.

– Uhm...
– Chcesz, żebym poszła z tobą?
– Tak.
Bardzo  boję  się  być  sama.  Chcę,  żeby  ktoś  tam  ze  mną  był.  Ja  pewnie

nawet  nie  będę  miała  siły,  żeby  wykonać  jakiś  określony  ruch.  Boję  się.
Najzwyczajniej w świecie bardzo się boję...

–  Opowiesz  tam  o  tym  wszystkim,  co  się  z  tobą  dzieje,  a  oni  po  prostu

nadadzą temu nazwę. Dowiemy się, jak można ci pomóc.

Oprócz  silnych  bólów  i  zawrotów  głowy  nic  poważniejszego  się  nie

działo.  Rano  jak  zwykle  wymiotowałam  w  szkolnej  toalecie.  W  domu  za
bardzo słychać.

Nie  za  bardzo  widziałam  sens  w  mojej  wyprawie  do  poradni.  Już  chyba

nie ma dla mnie ratunku. Uczucie zrezygnowania przeplatało się z namiastką
wiary. Myślałam o tym, żeby się zabić. Czułam, że to byłoby coś z korzyścią
dla siebie i dla innych. To była chyba jedna z najrozsądniejszych myśli, jakie
kiedykolwiek przyszły mi do głowy. Nie nadaję się do życia.

–  Przyjdź  po  mnie  do  szkoły,  gdzieś  tak  po  siedemnastej,  dobrze?

Pójdziemy razem.

– Jasne. Nie ma problemu.
Nie bój się. Wszystko będzie dobrze.

background image

*

– Idź, zanieś mu zupę.
– Dobrze, zaraz – mówię, by zyskać na czasie, ale narasta we mnie panika

i wiem, że nie mogę tego zrobić.

– No ile razy mam cię prosić!
–  Teraz  nie  mogę,  muszę  się  uczyć.  –  Stosuję  ten  fortel  z  nadzieją,  że

zadziała. Nie chcę nawet myśleć, że miałabym wejść do tamtego pokoju i na
niego spojrzeć.

– Jak ty się odzywasz! Ja cały dzień ciężko pracuję dla was i proszę cię

tylko o to, żebyś zaniosła ojcu posiłek. Ja na twoim miejscu powiedziałabym:
dobrze,  kochana  mamusiu,  już  idę.  Czemu  ty  nigdy  nie  możesz  powiedzieć
tego,  co  ja  chciałabym  usłyszeć!  Twoje  koleżanki  na  pewno  tak  się  nie
zachowują  i  inaczej  odzywają  się  do  swoich  rodziców.  Jakie  ja  błędy
popełniłam, że taka jesteś!

– Daj mi spokój! – To jedyne, co mi przychodzi do głowy i co może mnie

obronić.

Matka  zaczyna  płakać.  Czuję  się  potwornie,  ale  nie  umiem  inaczej

zareagować.  W  środku  narasta  napięcie,  skrucha  miesza  się  ze  złością
i  bezsilnością.  Zupełnie  nie  wiem,  co  robić  z  tym  natłokiem  emocji.
Zamykam drzwi do pokoju. Słyszę, jak matka płacze w kuchni, a on drze się
z pokoju, że wciąż czeka. Telewizor gra na cały regulator. Czemu po prostu
nie może wstać i wziąć sobie sam? Co to jest? Jakiś pieprzony hotel?

*

O tej porze jest już całkiem ciemno. To dodatkowo sprzyja czarnym myślom.
I jeszcze ten mróz.

To  nie  był  duży  budynek.  W  mocno  oświetlonej  poczekalni  siedziało

sporo  ludzi.  Przeważnie  rodzice  ze  swoimi  „zbuntowanymi”  latoroślami.
Przez  chwilę  utkwili  we  mnie  swoje  złowrogie  spojrzenie,  które  podążało
w moją stronę niczym piorun. Poczułam lekki wstrząs, ale była to tylko moja
wychowawczyni,  która  pchnęła  mnie  do  środka  pomieszczenia.  Usiadłyśmy
na ostatnich dwóch wolnych krzesełkach. Nerwowymi ruchami bawiłam się
zamkiem kurtki.

–  Musisz  im  wszystko  powiedzieć,  o  tej  depresji,  o  atakach,  o  sytuacji

w domu i w szkole. Oni ci pomogą – powiedziała. – Może wreszcie ruszymy

background image

do przodu.

Siedziałam  sztywno  i  z  lękiem  obserwowałam  ludzi,  którzy  wypełniali

cały  korytarz.  Nagle  jedne  drzwi  otworzyły  się  z  łoskotem  i  wyszła  z  nich
niska,  gruba  kobieta  w  wypłowiałym  fioletowym  swetrze  i  z  teczką  pod
pachą.  Na  moment  wzrok  wszystkich  czekających  utkwił  w  tych  fałdach
tłuszczu, które czekały na pożarcie ofiary. Takie sprawiała wrażenie.

Padło  na  nas.  Grubym  głosem  poprosiła  moją  wychowawczynię,  by

poszła z nią do pokoju obok, na razie beze mnie. To była świetna okazja do
tego,  żeby  stąd  uciec.  Ale  byłam  sparaliżowana.  Nie  miałam  siły,  aby  to
przezwyciężyć i choć trochę poruszyć nogą. Było coraz mniej ludzi. Ich brak
był  tak  samo  przerażający,  jak  ich  nadmiar.  Wszyscy  patrzyli  się  na  siebie
świdrującym wzrokiem i analizowali swoje twarze.

Po chwili drzwi się uchyliły i zobaczyłam w tej szparze, jak pulchna ręka

wskazuje na mnie. Nie jestem w stanie wytłumaczyć, jak udało mi się nagle
wstać.  Kolejna  zapamiętana  przeze  mnie  scena  to  już  gabinet  lekarki.
Zagracone  pomieszczenie  pełne  mebli  i  książek.  Siedziała  za  biurkiem,
oświetlona mdłym żółtym światłem padającym z małej lampki stojącej obok.
Zmierzyła mnie wzrokiem i wypadł, dosłownie wypadł, z niej jakiś złośliwy
komentarz na temat mojego wyglądu.

– Wiesz, dlaczego  tu przyszłaś? –  zapytała mnie, gdy  tylko usiadłam na

krzesełku obok wychowawczyni. Przytaknęłam nieśmiało.

– No więc?
Nie  zdążyłam  nawet  nabrać  powietrza  do  ust,  by  rozpocząć  opowieść

o  moich  problemach  i  koszmarnej  egzystencji  albo  chociaż  spróbować,  gdy
usłyszałam  krzyk.  Tak,  jestem  pewna,  że  był  to  pełen  zniecierpliwienia
krzyk:

– Tylko mi się tu nie rozklejaj! – zagrzmiała. – A jeżeli masz taki zamiar,

to możesz wyjść już teraz! Miałam już takich delikwentów, którzy próbowali
wymusić na mnie współczucie. Zapowiadam na samym początku, że ci się to
nie uda.

Nie powiem, żeby te słowa mi pomogły...
–  Nie  będę  płakać  –  powiedziałam  sucho.  Obok  mnie  siedziała

wychowawczyni  i  zebrałam  się  w  sobie  tylko  dla  niej.  Wiem,  że  była
nastawiona  do  tej  wizyty  jak  do  Sądu  Ostatecznego  i  wiązała  z  nią  duże
nadzieje. Chciała wreszcie zrzucić na kogoś odpowiedzialność za mnie.

– Mam niezbyt ciekawą sytuację w domu... – zaczęłam niepewnie.
–  A  kto  takiej  nie  ma?!  Rodziców  trzeba  sobie  wychować,  a  jeżeli  tego

background image

nie potrafisz, to już twój problem. Takie mamy czasy. To jeszcze nie powód
do skrajnej rozpaczy.

Nie  za  bardzo  mogłam  się  odnaleźć  w  tym  wszystkim.  Nauczycielka

wspomniała  o  moich  omdleniach  i  nieustannym  przygnębieniu.  Ja  już  nie
miałam odwagi nic mówić. Pani doktor miała na to dosyć jasny pogląd:

–  Pewnie  wagaruje,  pali,  chodzi  na  nocne  imprezy  i  śpi  ze  swoim

chłopakiem!  I  wszyscy  od  razu  idą  z  tym  do  psychiatry!  Boże,  to  jest
śmieszne,  że  cię  tu  w  ogóle  widzę.  Na  pierwszy  rzut  oka  typowe
rozpuszczone dziewczę. – Wyraźnie świetnie się bawiła. – A pani – zwróciła
się  do  mojej  wychowawczyni  –  to  jest  chyba  niepoważna,  żeby  panikować
i trząść się nad nastolatką.

Przez moment na mojej przerażonej twarzy pojawił się znak zapytania.
– Chyba już skończyłyśmy – dodała.
Wracając do domu, płakałam. Myślałam tylko o tym, żeby jak najszybciej

się  zabić.  Wszystko  straciło  sens,  choć  tak  naprawdę  nigdy  go  nie  miało.
Człowiek  myśli,  że  już  gorzej  być  nie  może,  a  okazuje  się,  że  spadanie  nie
ma  końca.  Siedziałam  dosyć  długo  na  pustym  przystanku  autobusowym
i męczyłam wzrokiem pokryty śniegiem chodnik. Wyzuta ze wszystkiego.

Dużo  czasu  minęło,  zanim  dotarłam  do  domu.  Od  razu  wzięłam  do  ręki

żyletkę  i  zaczęłam  tworzyć  na  skórze  swojego  nadgarstka  czerwone  ślady.
Nic  nie  czułam,  popadłam  w  zupełny  trans  i  dalej  babrałam  sobie  rany
wyciągniętymi  z  szafki  nożyczkami.  Było  mi  niedobrze,  czułam  się  coraz
gorzej. Coraz silniej odczuwałam skutki upadku ze schodów.

background image

8

Po  kolejnym  omdleniu  w  szkole  przyznałam  się  pielęgniarce  do  upadku  ze
schodów. Wychowawczyni zawiozła mnie do szpitala i wezwała moją matkę.
Minęło  już  dziesięć  dni  od  wypadku.  Ja  przez  cały  ten  czas  robiłam
wszystko,  by  mój  stan  się  pogorszył.  Dużo  skakałam,  waliłam  głową
o ścianę, aby spowodować jakiegoś krwiaka, od którego mogłabym umrzeć.
Bolało, ale znaczniej mniej niż życie.

–  W  mózgu  utworzyło  się  ognisko  zapalne  –  oznajmił  lekarz  na  izbie

przyjęć  –  musiałaby  zostać  na  obserwacji,  żebyśmy  mogli  podać  jej
kroplówki.

– Czy to jest konieczne? – spytała moja matka.
– To jest wskazane.
– Ale nie konieczne? W takim razie zabieram ją do domu.
– Robi to pani na własną odpowiedzialność.
– Tak. Sami sobie poradzimy. Przepisze pan jakieś leki?
Może nawet chciałam iść do tego szpitala. Może tam by mi pomogli?

*

Dwa  dni  potężnej  depresji.  Zostałam  zamknięta  w  ciemnym  worku
samotności i beznadziei. Z tego już na pewno nie uda mi się wydostać. Nie
mam najmniejszych szans. Leżałam w łóżku twarzą do ściany i próbowałam
kołysać  się  dla  uspokojenia.  Czułam  się  okropnie.  Częste  ataki  płaczu,
zawroty  głowy,  ból  brzucha.  Mój  mózg,  narażony  na  wyjątkowo
skomplikowaną  kombinację  emocji,  odmawiał  wszelkiego  analizowania.
Całkowicie opuściła mnie siła, a właściwie ta mikroskopijna garstka, ostatnia,
pozostawiając  głuchą  i  przerażającą  pustkę.  Zanikła  wszelka  zmienność
życiowych obrazów. Mój byt ograniczył się do krążenia wokół jednego i tego
samego ciemnego punktu.

Dwa dni leżenia w domu to znowu same trudności. On, jeżeli już gdzieś

wychodzi, to informuje mnie o tym, jakby mnie to interesowało. Poznaję ten
moment, bo stał się pewnym rytuałem. Najpierw trzask i szmer odsuwanych
oraz zasuwanych szafek. Potem chrząka, jakby chciał wznieść toast, i dociera

background image

do  drzwi  mojego  pokoju.  Puka,  uchyla  i  mówi:  „Aneta,  ja  wychodzę.  Do
widzenia”. Zawsze to samo, słowo w słowo, twardym i stanowczym głosem,
akcentując  nienaturalnie  pierwsze  sylaby  wypowiadanych  wyrazów.  Nie
ruszam głowy i w ogóle na to nie reaguję, choć czuję, że stoi tam dalej, jakby
czekał,  że  może  się  zainteresuję  gdzie.  Jeszcze  bardziej  wbijam  wzrok
w  książkę,  udaję,  że  czytam,  i  o  mały  włos  nie  przebijam  się  nim  do  samej
podłogi.

Parę razy nie otwierał drzwi, tylko podał swój komunikat zza nich. Słyszę

jeszcze,  jak  z  siłą  zatrzaskuje  za  sobą  drzwi  wejściowe,  by  mocniej
podkreślić całą sytuację.

background image

9

Zanim  trafiłam  do  szpitala  na  chirurgię  urazową,  wydarzyło  się  mnóstwo
nieprzyjemnych  sytuacji,  w  których  to  oczywiście  ja  zrobiłam  z  siebie
idiotkę.  Wszystko  to  pogrążyło  mnie  w  mrocznej  otchłani  mojego  umysłu.
Nie  chcę,  by  ktokolwiek  patrzył  na  mnie  podczas  tego  niszczycielskiego
procesu.

Badanie  EEG  –  zapis  nieprawidłowy,  zmiany  w  postaci  grup  fal
theta w okolicach czołowych i skroniowych oraz zmiany napadowe
prowokowane  głównie  hiperwentylacją.  Tomografia  komputerowa
w normie.

Znów  leżałam  w  szpitalu  na  tym  samym  oddziale,  a  niesamowicie

dłużące  się  chwile  były  dla  mnie  nieludzką  torturą.  Nieraz  nachodziła  mnie
ochota, by gryźć ściany, które sprawiały wrażenie, jakby ciągle zwężały się,
by  zgnieść  moje  ciało.  Zostałaby  wtedy  krwawa  miazga  polana  czarną
trucizną depresji. Wszystko było takie czarne. Gdy człowiek leży w szpitalu,
drugiego  człowieka  i  zainteresowania  potrzebuje  bardziej  niż  tabletki
przeciwbólowej.  Bez  względu  na  natężenie  tego  bólu.  Jedyne  urozmaicenie
mojego  szpitalnego  leżenia  polegało  na  liczeniu  kropel  skrupulatnie
dozowanych  przez  kroplówkę.  Łzy  płyną  ciurkiem,  a  spazmatyczne  ataki
płaczu  pozbawiają  wszelkich  sił.  Płacz  z  bezsilności,  bo  przecież  we  mnie
w  środku  dzieje  się  tyle  przerażających  procesów,  a  nikt  tego  nie  widzi,
nikogo to nie interesuje, nikt nie chce o tym posłuchać. A ja w natłoku myśli
nie umiem pozbierać tego horroru w konkretne słowa i zdania. I znowu płacz,
coraz  bardziej  intensywny  i  przerażający.  A  przy  łóżku  siedzi  matka,
biadoląc, szlochając i chcąc jak najszybciej zabrać mnie do domu. Byle tylko
nikt się nie dowiedział, że coś może być nie tak. Pilnuje mnie, bym nikomu
nie  powiedziała,  jak  bardzo  jest  źle.  „Bo  my  wszystko  załatwiamy  sami”  –
a  polega  to  na  udawaniu,  że  problemu  nie  ma.  Zapraszamy  państwa  na
przedstawienie teatralne Szczęśliwa rodzinka.

Wewnętrzna szamotanina emocji zagłusza wszelkie reakcje.

background image

*

Do  sali  weszła  jakaś  kobieta  i  poprosiła  pozostałe  pacjentki,  by  poszły  do
świetlicy. Przysunęła sobie krzesełko do krawędzi mojego łóżka i usiadła.

–  Dzień  dobry,  nazywam  się  Krystyna  Bielska  i  jestem  szpitalnym

psychologiem.  Chciałabym  z  tobą  porozmawiać.  Mogę?  –  zwróciła  się  do
mnie.

Kiwnęłam głową.
– Powiedz mi, jak się czujesz?
Długo  wpatruję  się  w  nią  i  kalkuluję  w  myślach,  czy  podjąć  wysiłek

powiedzenia  jej  prawdy.  Przez  chwilę  czuję,  że  budzi  się  we  mnie  nadzieja
wynikająca ze zmęczenia depresją. Może ta kobieta mnie zrozumie?

–  Szczerze  mówiąc,  nie  najlepiej  –  mówię  po  chwili  i  czekam  na  jej

reakcję.

–  Lekarz  mówił  mi,  że  masz  na  nadgarstkach  rany  po  cięciu,  mogę

zobaczyć? – Wyjęła moją rękę spod kołdry.

Na  co  dzień  nie  miałam  problemów  z  ukrywaniem  tych  śladów,  bo

przeważnie  ubierałam  bluzy  i  swetry  z  długim  rękawem.  Tu  nie  było  takiej
możliwości.

– Nie wygląda to dobrze. Co się dzieje?
Czuję, jak we mnie zrywa się tama trzymająca w środku wszystkie moje

emocje. Tak bardzo chcę, by ktoś wreszcie uwierzył mi i pomógł.

– Tak bardzo źle się czuję, cały czas jestem smutna, nie chcę już żyć. To

już trwa od jakiegoś czasu. Już dłużej tego nie wytrzymam. – Właściwie było
mi wszystko jedno, co powiem. Ona wydawała się nawet miła.

Nie  siedziała  długo.  Wyszła  przed  upływem  dziesięciu  minut,  nic  nie

mówiąc.  Parę  dni  później,  gdy  byłam  wieziona  na  tomografię  komputerową
mózgu,  udało  mi  się  przeczytać  w  mojej  karcie  choroby,  że  „u  pacjentki
podejrzewa  się  chorobę  afektywną  dwubiegunową  i  zaleca  się  długotrwałą
psychoterapię”. I to by było na tyle, co w związku z tym się działo.

W  tym  czasie  trwały  w  szpitalach  strajki  pielęgniarek.  Nie  ominęło  to

naszego.  Prawie  w  ogóle  nie  było  pracujących  sióstr,  więc  zarządzono,  by
wypuścić  do  domów  wszystkie  przypadki  bez  zagrożenia  życia.  Zaliczałam
się do nich. Chciałam jeszcze zostać w szpitalu, tu było dużo spokojniej niż
w domu. Niestety.

Na  rękach  pozostały  mi  widoczne  i  bolące  zrosty  żylne  po  nadmiarze

kroplówek. Czerwonosiwe sińce straszyły wyglądem.

background image

10

Wyszłam  ze  szpitala  tuż  przed  Bożym  Narodzeniem.  Nienawidzę  świąt
Bożego  Narodzenia.  Podobnie  zresztą  jak  wszystkich  innych.  Zbiera  mi  się
na  wymioty,  gdy  obserwuję  zakupy  robione  przez  całe  rodziny.  Pachnie
wtedy  grzybami  i  olejkami  do  ciast.  Wokół  słychać  tylko  radosny  śmiech
dzieci, ludzie mają mnóstwo planów. Wywołuje to u mnie dodatkową porcję
smutku i zagubienia.

– Jaką weźmiemy choinkę?
– Przepraszam, czy dostanę jeszcze suszone śliwki na kompot?
I tak w kółko.
Ludzie, zaaferowani zbliżającą się kolacją wigilijną, ciągną tłumnie przez

hipermarket, pchając przed sobą przeładowane wózki. Następnie w wijącym
się ogonku niecierpliwie czekają na swoją kolej, by jak najszybciej rozjechać
się  do  domów  i  rozpocząć  gruntowne  przygotowania  do  świąt.  Razem.
Wszystko razem.

Zahaczam o jedną z cukierkowo przybranych choinek. Co ja tu właściwie

robię?  Migają  mi  przed  oczami  roześmiane  twarze,  wszyscy  nawołują  się
przez  całe  długości  stoisk.  A  ja  w  tym  czasie  trwam  w  zupełnie  innym
świecie, którego nie jestem w stanie dokładnie określić.

Chaos.
Lęk.
Z  ogromnych  głośników  zainstalowanych  pod  sufitem  wylewają  się

kolędy, jedna po drugiej. Nie rozumiem ani słowa. Ta atmosfera dobija mnie.

Właściwie nie wychodzę ze swojego pokoju. Mogę powiedzieć, że jestem

szczęśliwa.  Szczęśliwa,  bo  nie  muszę  się  z  nikim  spotykać,  nie  muszę
odbierać  telefonów  z  opływającymi  w  papierową  sztuczność  życzeniami  od
rozkochanej  w  tradycji  rodziny  z  całego  kraju.  Nie  ścielę  łóżka,  kładę  się
w  tym,  w  czym  aktualnie  jestem,  nie  mam  siły  nawet  na  prysznic.  Uczucie
obrzydzenia do własnej osoby, do własnego ciała przez cały czas narasta. Nie
podnoszę żaluzji. Siedzę w lekkim półmroku, urozmaiconym przez palącą się
świeczkę.  Słucham  instrumentalnej  muzyki  irlandzkiej,  która  dodatkowo
mnie pogrąża. I trwam. Wiem, że w tym momencie nie może być gorzej, ale

background image

o przyszłości myślę jak o czymś o wiele bardziej mrocznym.

Łykam  garść  środków  przeciwbólowych,  jakbym  ciągle  wierzyła,  że

powstrzymają ten ból w środku.

Przed oczami widnieje napis: śmierć.

*

Wigilia. Moment chyba najbardziej znienawidzony w całym roku, bo nie ma
jak uciec. Matka od rana krząta się po domu i podśpiewuje kolędy, próbując
stworzyć  jakąś  namiastkę  normalności.  Gramy  zwyczajną  i  szczęśliwą
rodzinkę.  Wszystko  sztuczne  i  na  pokaz.  Tylko  dla  kogo  ma  być  to
przedstawienie?

Po  co  w  ogóle  ktoś  wymyślił  święta?  Nie  mógłby  to  być  po  prostu

zwykły  dzień  bez  żadnych  zobowiązań,  bez  przymusu  przebywania
z osobami, których się nie cierpi? No tak, zapomniałam, że niektórzy na tym
świecie są szczęśliwi i lubią ten cyrk.

Dużo mnie kosztuje, by wyjść z pokoju i usiąść z nimi przy jednym stole.

W gardle czuję ucisk, całe ciało mam napięte do granic możliwości. Nikt nic
nie  mówi,  ta  cisza  jest  dobijająca.  Na  wyciągniętej  maksymalnie  dłoni
trzymam  opłatek  i  patrząc  w  podłogę,  szepczę:  „Wszystkiego  dobrego”.
W tej przytłaczającej ciszy każdy konsumuje wigilijne potrawy, a ja odliczam
minuty  do  tego,  by  jak  najszybciej  zwiać.  Po  półgodzinie  matka  włącza
telewizor, a mi udaje się wymknąć do pokoju.

Za  ścianą  toczy  się  tymczasem  kłótnia  o  to,  że  on  nie  potrafi  się  nawet

przeżegnać,  a  matka  z  tą  swoją  religią  jest  śmieszna  i  jeszcze  mnie  w  to
wciąga.  I  po  co  on  ma  umieć  na  pamięć  Ojcze  nasz,  skoro  na  co  dzień  się
tego nie używa. A tak w ogóle to barszcz był za bardzo pikantny. Ona płacze,
że  tak  nie  można,  on  ją  wyzywa  od  idiotek.  On  siedzi  przed  telewizorem,
który  jest  nastawiony  na  cały  regulator.  Matka  płacze  w  kuchni  po  ciemku
i myśli, że ja o tym nie wiem. Magia świąt.

*

Problemy  z  koncentracją.  Zaburzenia  równowagi.  Bóle  żołądka.  Zaburzenia
wzroku.  Nierówne  bicie  serca.  Zaschnięcie  błony  śluzowej  gardła.  Kłopoty
z  pamięcią.  W  razie  przedawkowania  natychmiast  zgłosić  się  do  szpitala.
Może  być  groźne  dla  życia.  To  tylko  niektóre  ze  skutków  ubocznych
proszków,  które  zostały  mi  zapisane  po  wstrząśnieniu  mózgu.  Postanawiam

background image

już więcej ich nie brać i chowam cały zapas do szafki.

background image

11

W ciągu jednego dnia spalił się kolejny pomost. Jeszcze do tej pory nie mogę
uwierzyć,  że  moja  wychowawczyni  mogła  mi  coś  takiego  zrobić!  A  ja  jej
zaufałam.  Stopniowo  się  przełamywałam  i  mówiłam  coraz  więcej,
pielęgnując  w  sobie  odradzającą  się  iskierkę  wiary  w  ludzi.  I  w  jednym
momencie cały świat zbladł, znikły gdzieś wszystkie kolory, a przed oczami
pojawiła  się  ciemna  zawiesina  śmierdzącego  miejskiego  powietrza,  którym
nie byłam w stanie oddychać.

Wezwała  do  szkoły  moją  matkę,  w  ogóle  mi  o  tym  drobnym  fakcie  nie

mówiąc!  Na  przerwie  zaprowadziła  mnie  do  gabinetu  szkolnego  pedagoga.
Ona już tam była. Powiedziały jej, jaka jest sytuacja, i zasugerowały pomoc
specjalisty. Moja matka oświadczyła, że wszystko jest pod kontrolą i nigdzie
nie muszę iść.

Wybiegłam  z  płaczem  i  nasilającym  się  pulsującym  bólem  czaszki.  Nie

chcę o tym myśleć, nie chcę o tym pisać, a już tym bardziej mówić. Zdradziła
mnie.  Zrobiła  to  w  najohydniejszy  możliwy  sposób.  Wykreśliła  się  tym
świetnym pomysłem na zawsze z mojego, i tak nędznego, życia. Pewnie dla
niej nie miało to żadnego znaczenia. A dla mnie był to cały świat.

Szukała mnie potem na przerwie.
– Ja chciałam dobrze, nigdy bym cię nie skrzywdziła! – zapewniała. – Po

prostu  nie  mam  więcej  ochoty  oglądać  twoich  pociętych  rąk!  Nie  mam
ochoty  patrzeć,  jak  znowu  niosą  cię  do  pielęgniarki  i  jak  wycierasz  sobą
ściany!  Mam  tego  wszystkiego  dość!  Jestem  tobą  zmęczona,  słyszysz?!
Zmęczona!

Zawirowała  cała  czasoprzestrzeń  i  poczułam,  jak  oddalam  się  od

namacalnej  rzeczywistości.  Chyba  coś  jeszcze  mówiła,  ale  do  mnie  nic  już
nie dotarło. Byłam oszołomiona i przerażona faktem, że nie mam co ze sobą
zrobić.

Zapytałam koleżankę z klasy, czy mogę u niej przenocować. Miałam do

wyboru jeszcze dworzec. Uciekłam z domu...

Byłam  w  coraz  gorszym  stanie  i  zdolność  do  podjęcia  jakiejkolwiek

decyzji  zniknęła.  Całkowicie  poddałam  się  działaniu  drugiego  człowieka

background image

i  następne  dwa  dni  spędziłam  u  Kasi.  Potem  namierzyła  mnie
wychowawczyni i zostałam zmuszona do powrotu do domu.

*

– Dlaczego ona leży na ziemi?
To były pierwsze słowa, jakie usłyszałam. Próbowałam wstać, ale wbrew

pozorom wcale nie było to łatwe zadanie. Już to przerabiałam.

W mojej głowie panował tak wielki chaos, że nie bardzo wiedziałam, co

się  w  ogóle  ze  mną  dzieje.  Przez  moje  ciało  przebiegały  stada  mrówek,
docierając  nawet  do  koniuszków  palców.  Poczułam,  jak  ktoś  mnie  podnosi
i gdzieś wloką moje zdrętwiałe ciało.

– Znowu zemdlała? – zabrzmiało gdzieś, jakby za ścianą.
– Tak. Zaniesiemy ją do pielęgniarki.
Wszystko  we  mnie  szumiało,  prawdopodobnie  przez  mój  organizm

przechodziło  właśnie  coś  na  podobieństwo  tornada.  Co  najmniej.  W  ustach
miałam  jeszcze  posmak  wczorajszych  rzygowin.  Władowałam  w  siebie  całe
pudełko  proszków  przeciwbólowych,  ale  nie  zostały  przez  mój  żołądek
zaakceptowane.

Nie  chciałam  całkowicie  oprzytomnieć,  by  ponownie  słuchać  tych

wszystkich pretensji i kazań.

background image

12

Każdy  ruch  sprawia  mi  trudność.  Próbuję  się  z  tego  wyprowadzić,  ale
zostałam  całkowicie  odarta  z  jakiejkolwiek  siły,  nie  mówiąc  już  nawet
o  energii.  Mam  bóle  mięśni,  czaszki,  chyba  wszystkiego,  w  mojej  głowie
trwają dziwne procesy. Mózgowa anarchia.

Po  raz  pierwszy  jestem  w  stanie  skupić  się  na  nauce,  na  tym  jednym

temacie. Uwielbiam poezję Tetmajera, więc lekcje polskiego nie są do końca
męczące dla mojego umysłu. To rodzaj liryki bólu istnienia. Każde słowo ma
w  sobie  tyle  ze  śmierci,  zawiera  obrazy  destrukcji,  które  doskonale  widzę.
Lekcje polskiego sprawiają, że chociaż tę jedną godzinę w szkole przebywam
w  znajomej  mi  atmosferze.  Jednak  dziwi  mnie  to,  że  można  o  tym  mówić
w sposób tak suchy i czysto analityczny. Całkowicie odnajduję się w świecie
młodopolskiej  filozofii.  Przemawiają  do  mnie  głęboko  pesymistyczne
refleksje  Artura  Schopenhauera.  Twierdził  on,  że  życie  ludzkie  jest  męką,
ciągłym  cierpieniem,  nieubłaganie  zmierza  ku  katastrofie,  a  egzystencja  jest
jedynie  męczarnią  –  przecież  to  brzmi  jak  definicja  depresji.  Definicja
mojego życia.

*

Matka  jest  wyraźnie  zła  na  samą  myśl,  że  mogłabym  rozmawiać  z  moją
wychowawczynią o czymkolwiek więcej niż tematy typowo szkolne.

–  Nie  możesz  jej  wciągać  w  nasze  problemy.  Niepotrzebnie  tylko

zawracasz jej głowę.

–  Wcale  z  nią  nie  rozmawiam.  To  wszystko  to  była  jej  inicjatywa  –

szybko zaprzeczam, bo przecież ta rozmowa i tak nie ma sensu.

– Jak coś nie jest w porządku, to powiedz to mnie.
– A ty myślisz, że u nas w domu wszystko jest w porządku, tak? – Patrzę

w  podłogę  i  marzę  o  ucieczce.  Chciałabym,  żeby  wreszcie  stanęła  po  mojej
stronie.

Matka piorunuje mnie wzrokiem. Już widzę, że nie ma szans na prawdę.
–  Czego  ty  chcesz?  –  Namacalnie  wyczuwam  pretensję.  –  Inne  dzieci

mają dużo gorzej! Mają rodziców alkoholików, są bite i zaniedbywane! A ty

background image

masz  co  jeść,  masz  gdzie  mieszkać,  masz  wszystko!  U  nas  nigdy  nie  było
alkoholu!

Zaczynam zastanawiać się, czy moje poczucie krzywdy jest rzeczywiście

właściwe. W myślach powtarzam mantrę: „Masz co jeść, jesteś szczęśliwa”.

–  No  tak,  bo  ja  jestem  matką  do  niczego.  –  Zaczyna  płakać,  a  we  mnie

toczy się walka. Dopiero co byłam bezbronnym dzieckiem, a w jednej chwili
muszę  się  stać  opiekunem  i  obrońcą.  –  Przecież  ja  chcę  dobrze.  Nic  nie
poradzę na to, że jestem taka beznadziejna.

Poczucie winy zwala się na mnie całym swoim ciężarem. Mama płacze za

ścianą  w  kuchni.  Jest  mi  jej  żal.  Albowiem  moja  matka  też  nie  ma  łatwego
życia. I jestem na nią zła. Chciałabym, żeby to ona była silna. Miotają mną
sprzeczności,  których  nie  ogarniam.  Wycofuję  się  do  pokoju  i  ze  łzami
w oczach przytulam z całych sił poduszkę. Depresja tylko czeka, by, niczym
byk  przed  corridą,  zostać  uwolnioną  i  poczynić  spustoszenia  w  moim
organizmie.

*

Nikt  się  do  mnie  nie  odzywa,  nikt  nie  zwraca  na  mnie  uwagi.  Do  jedynej
osoby,  z  którą  mogłam  czasem  porozmawiać,  mam  wielki  żal.  Jednak
samotność  jest  tak  bardzo  przytłaczająca,  że  nie  jestem  w  stanie  tego
wytrzymać.  Po  lekcjach  zostaję  w  klasie  i  podchodzę  do  wychowawczyni.
Uśmiecha się do mnie i mówi:

– Przepraszam, jeśli cię zawiodłam. Ale przecież wiesz, że chciałam dla

ciebie dobrze. Nie chcę, żebyś miała do mnie z tego powodu żal. – Czuję, że
w  oczach  mam  łzy.  –  Chciałabym,  żeby  było  jak  dawniej.  Nie  jesteś  mi
obojętna,  mimo  że  możesz  to  tak  odbierać.  Chcę,  żebyś  mi  mówiła,  co  się
u ciebie dzieje. Chcę, żebyśmy znowu rozmawiały.

Przytuliła mnie do siebie. Potrzebowałam jej tak bardzo.

*

Kilka  dni  później  informuje  mnie,  że  załatwiła  spotkanie  z  kolejnym
psychologiem w poradni psychologiczno--pedagogicznej. Ryszard Kulewicz
napełnił moją duszę w postaci już całkowitego vacuum odrobiną nadziei, że
wszystko się jakoś ułoży. Kolejna nadzieja na zmianę.

–  Myślę,  że  powinnaś  do  mnie  przychodzić  regularnie  i  być  pod  moją

kontrolą  –  powiedział,  gdy  zakończyłam,  trochę  chyba  za  chaotyczne,

background image

zwierzenia.

Cały  czas  patrzył  na  mnie,  wyglądało  to  na  dokładną  analizę  każdego

centymetra kwadratowego mojego ciała.

–  Masz  bardzo  ciekawą  osobowość  i  chciałbym  cię  bliżej  poznać.

Zrozumieć. Chcę, żebyś się przede mną otworzyła – dodał.

Zabrzmiało  to  jakoś  sztucznie.  Stał  tak  blisko  mnie,  że  czułam  lekki

podmuch powietrza na czole przy każdym jego wydechu.

Potem każe mi zdjąć bluzkę. Mówi, że musi zbadać, czy prawidłowo się

rozwijam.  Stoję  sparaliżowana,  podczas  gdy  jego  zimne  wielkie  ręce
przesuwają się po moim ciele od ramion w dół, zataczając koła wokół piersi
i  potem  dalej,  dalej,  w  dół  brzucha.  Patrzę  tępym  wzrokiem  w  podłogę
i staram się nie myśleć.

*

Jadę ze szkoły  do domu zapakowanym  po brzegi autobusem,  w którym  jest
duszno jak w saunie. Dodatkowo pasażerowie krzyczą do siebie nad głowami
innych,  wyrzucając  z  ust  nieprzyjemną  woń  kawy,  papierosów,  alkoholu
i  fasolki  po  bretońsku,  a  ta  łączy  się  ze  śmierdzącym  powietrzem
samochodowych  spalin.  Jestem  po  ciężkim  dniu,  po  męczących  ośmiu
lekcjach  w  beznadziejnym  i  zimnym  budynku  mojego  liceum,  na  plecach
dźwigam  całe  książkowe  uzupełnienie  tej  atmosfery.  Mam  wrażenie,  że
stoimy  w  miejscu  i  nigdy  nie  wydostanę  się  na  zewnątrz,  by  usiąść
i  odpocząć.  Ale  chyba  jedziemy,  bo  ludzie  kładą  się  na  sobie  zwalistymi
cielskami na każdym ostrym zakręcie.

Wydobywam  się  z  autobusu  i  liczę  kroki,  które  dzielą  mnie  od  domu.

Chcę  usiąść,  nawet  położyć  się,  zamknąć  na  chwilę  oczy  i  przywrócić
równowagę  organizmowi.  Stoję  na  czerwonym  świetle  w  oczekiwaniu  na
pozwolenie przejścia przez ulicę, gdy dostrzegam wyłaniającą się zza węgła
bloku  sylwetkę.  Zmierza  dokładnie  do  tego  samego  przejścia,  więc  muszę
szybko  zareagować.  Odpycham  na  bok  całe  moje  zmęczenie,  bo  teraz
przestaje  być  ważne.  Momentalnie  odwracam  się  i  zaczynam  iść
w  przeciwnym  kierunku.  Wieje  silny  wiatr,  co  jeszcze  bardziej  utrudnia
chodzenie.  Kątem  oka  badam  sytuację  i  widzę,  że  on  ciągle  za  mną  idzie.
Przyspieszam kroku i skręcam w jakąś ulicę z nadzieją, że już za moment to
wszystko  się  skończy.  Coraz  bardziej  oddalam  się  od  domu  i  wiem,  że
powrót zabierze mi mnóstwo czasu. Uczucie ciężkości, ból zmęczonych nóg,

background image

ogólne  przytłoczenie  dniem  –  wszystko  to  sprawia,  że  po  policzku  wolno
płynie łza.

background image

13

Nie  jestem  w  stanie  ogarnąć  swoich  emocji,  a  tym  bardziej  ich  nazwać,  nie
mówiąc  już  o  wyjaśnieniu.  Do  wielu  rzeczy  boję  się  przyznać  sama  przed
sobą. Jestem żałosna.

Codziennie na nowo  postanawiam, że dzisiaj  nic nie zjem.  Udaje mi się

wytrzymać  do  wieczora,  po  czym  jem  bez  opamiętania.  Nie  mogę  już  na
siebie  patrzeć.  Nie  chcę  słuchać  złośliwych  komentarzy,  nie  chcę
idiotycznych  scen,  które  powodują,  że  mam  jeszcze  większą  ochotę,  by  się
zabić. Waga nieubłaganie wskazuje sześćdziesiąt kilogramów.

W  głodzeniu  się  najgorsze  są  pierwsze  dni.  Dzisiaj  zjadłam  zaledwie

śladowe  ilości  sałatki  warzywnej.  Potem  kilka  tabletek  przeczyszczających.
Czuję, że tym razem się uda.

*

–  W  szkole  ledwie  wytrzymuję.  Opuszczam  lekcje.  Ja  już  nie  mam  siły

siedzieć nad książkami, nie mam siły powtarzać do ściany głupich łacińskich
sentencji. Cały czas muszę nadrabiać zaległości, a do tego dochodzi jeszcze
bieżący materiał. Nie zależy mi już na szkole. Na niczym mi nie zależy. To
zdecydowanie mnie przerasta. Chcę zrezygnować.

Siedziałam  w  trochę  już  przestarzałym  i  wysiedzianym  fotelu  w  jego

gabinecie.  Na  ścianie  kalendarz  sprzed  kilku  lat,  tablica  korkowa
z mnóstwem obrazków, tekstów – coś na podobieństwo ściennego śmietnika.

–  Czuję  ciągle  ten  przygniatający,  koszmarny  smutek,  na  nic  nie  mam

siły,  dzień  polega  na  dotrwaniu  do  wieczora,  noc  polega  na  dotrwaniu  do
rana  –  mówiłam  powoli,  jakby  z  pewną  trudnością,  patrząc  przez  okno  na
szare  grudki  śniegu  zgromadzone  przy  krawężniku.  Samochody  pełzły
melancholijnie, wydając z siebie dźwięki niczym przedśmiertne rzężenie.

– Jesteś bardzo dojrzała emocjonalnie – stwierdził nagle. – Rozmawia się

z tobą jak z co najmniej dwudziestodwuletnią kobietą. Ha, bracie! – krzyknął
głośno.  Zdążył  mnie  już  poinformować,  że  zwraca  się  tak  do  wszystkich.  –
Nie jest źle! A teraz przejdźmy do tematu: uprawiałaś już seks?

Ściszonym  głosem  mówię,  że  naprawdę  nie  chcę  o  tym  rozmawiać.  Bo

background image

nie  ma  o  czym.  Rzeczywiście,  zachowuje  się  dosyć  specyficznie,  ale  nie
zastanawiam się nad tym. To w końcu jest specjalista i chyba tak ma być.

*

W domu biegnę jak zwykle szybko do swojego pokoju. Czuję, że mój oddech
robi się coraz bardziej płytki, ale jeszcze ostatkiem woli próbuję przywrócić
go do normy. Cierpię na silną alergię na kurz i pyłki i czasem zdarzają mi się
problemy  z  oddychaniem  i  ataki  duszności.  Jestem  do  tego  w  miarę
przyzwyczajona  i  zestaw  leków  przeciwalergicznych  razem  z  inhalatorem
leży  zawsze  w  pobliżu.  Łapczywie  połykam  powietrze,  ale  wszystko
w  środku  jest  coraz  bardziej  spuchnięte.  Kładę  się  na  łóżku  i  czekam,  aż
przejdzie.

Dwie  godziny  później  wiem  już,  że  tym  razem  nie  będzie  tak  łatwo.

Bolesny ucisk w klatce piersiowej uniemożliwia oddychanie do tego stopnia,
że zaczyna robić mi się słabo z braku powietrza. Duszę się.

W  budynku  pogotowia  ratunkowego  panuje  taka  cisza,  że  roznosi  się

echo  mojego  dyszenia  i  słychać  je  chyba  w  całym  mieście.  Jest  późny
wieczór,  co  dodatkowo  potęguje  wrażenie.  Ból  i  ucisk  w  klatce  piersiowej
ustępuje  dopiero  po  podaniu  zastrzyku  rozkurczającego  oskrzela.  Leżę  na
kozetce i próbuję wrócić do rytmicznego oddychania, które na co dzień jest
automatyczne, a teraz przysparza tyle trudności. To miejsce mnie przygnębia.

background image

14

Wiedziałam,  że  nie  pociągnę  długo  z  moimi  jedzeniowymi  wyrzeczeniami.
Od wczoraj objadam się, dosłownie wciągam, co tylko znajdzie się w zasięgu
moich  rąk.  Działam  na  zasadzie  odkurzacza,  jakbym  chciała  przejeść
wszystko to, co mnie teraz dręczy. Czuję do siebie obrzydzenie, nienawidzę
się za to, że uległam, że nie mogę się powstrzymać.

Potem długie konwulsyjne wymioty, drgawki wstrząsające moim ciałem,

gdy  pozbywam  się  całego  nadmiaru.  Żołądek  dosyć  brutalnie  próbuje  mi
przekazać, że moje poczynania nie bardzo mu odpowiadają.

Długo  płaczę,  obejmując  poduszkę  i  wyobrażając  sobie,  że  to  drugi

człowiek, życzliwy i przyjazny. Znów jestem ze wszystkim sama.

*

Nigdy  nie  byłam  dla  niej  wystarczająco  idealna.  Wciąż  robiłam  więcej
i  więcej,  żeby  w  końcu  ją  zadowolić.  Kiedy  moje  piątki  i  szóstki  w  szkole
stały się normalne i niezauważalne, musiałam postarać się o inne osiągnięcia.
Gdy zdobyłam wszystko, co było do zdobycia w jednej dziedzinie, brałam się
za  drugą.  Nigdy  nie  mogłam  po  prostu  być  sobą.  Cokolwiek  bym  zrobiła,
zawsze  było  źle.  Nie  wiem,  czy  w  szkole  podstawowej  były  jakieś  zajęcia
dodatkowe,  na  które  nie  uczęszczałam.  Tańczyłam,  śpiewałam,  malowałam,
brałam  udział  w  olimpiadach  językowych,  biologicznych,  historycznych,
ortograficznych  i  innych.  Grałam  w  tenisa,  pływałam,  jeździłam  na  nartach
i  na  łyżwach.  Bałam  się  czegokolwiek  nie  umieć.  Ciągle  tylko  więcej
i więcej, a każdy następny osiągnięty stopień i tak stawał się normą. Zawsze
za mało.

Ania  jest  grzeczniejsza  i  nie  płacze,  jak  dostaje  zastrzyk.  Ola  bardziej

pokazuje, że kocha mamę. Magda jest taka uprzejma i tak ładnie mówi „dzień
dobry”.  Agnieszka  dostała  szóstkę,  więc  ty  też  mogłaś.  A  ja  jestem  do
niczego.

Jestem  już  tak  bardzo  zmęczona  robieniem  ciągle  czegoś  więcej  dla  jej

satysfakcji. Wszystko we mnie krzyczy „stop”!

background image

*

Wczoraj  zaczęły  się  ferie  zimowe.  Cały  czas  mam  depresję.  Zaczynam  się
wypalać od środka, staję się pusta i przerażająco obojętna. A ja tak bardzo nie
cierpię  takiego  stanu.  W  ogóle  nie  cierpię  większości  moich  stanów,  bo  są
one  przeważnie  okropne.  Ja  nad  tym  kompletnie  nie  panuję  i  tak  bardzo  się
boję...  Z  jednej  strony  gniew  na  siebie,  a  z  drugiej  kompletna  bezradność.
Tak  bardzo  potrzebuję  ciepła,  przytulenia  lub  choćby  potrzymania  za  rękę.
To jest jak powietrze do życia, jak woda dla ryby. Brak bliskości powoduje
okropny ból, którego nie da się niczym ukoić. Czy gdybym była małą słodką
dziewczynką łatwiej byłoby mnie przytulić i pogłaskać po głowie?

Czuję, że zaczynam się dusić.

*

Przez ścianę słyszę, że znowu o coś poszło. Krzyki się nasilają, a atmosfera
jest napięta do granic możliwości. Można to wyczuć bez wielkiego wysiłku.
Podkręcam  gałkę  głośności  w  radiu  i  zatykam  uszy,  ale  to  nic  nie  daje.
Powtórka z rozrywki.

– Do jasnej cholery, jak można być tak głupim!
Pomiędzy jego krzykami słychać płacz matki. Chciałabym stąd uciec bez

konieczności  wychodzenia  z  pokoju.  Chciałabym  to  zrobić  tak,  żeby  nikt
mnie nie zauważył.

Jest późny wieczór, leżę już w łóżku, lecz nie ma mowy, żebym dała radę

zasnąć.  Słysząc  jego  podniesiony  głos,  coś  się  we  mnie  buntuje.  Mam
świadomość,  że  jestem  jedyną  osobą,  która  może  coś  w  tej  sytuacji  zrobić.
Nabieram gwałtownie powietrza do płuc i stanowczym krokiem wchodzę do
kuchni. Matka siedzi przy stole, głowę ma wspartą na rękach, a plecy drgają
w spazmie płaczu. On stoi nad nią i z lodowatym wzrokiem stwierdza:

– Nie wiedziałem, że ożeniłem się z debilką!
– Nie krzycz na nią. – Podchodzę do matki i obejmuję ją ramieniem.
Ambiwalentne  uczucia  odbijają  się  w  moim  wnętrzu  od  każdego  chyba

organu.  Sama  zaczynam  płakać  pod  wpływem  tej  sytuacji.  Nienawidzę  jej
i nienawidzę jego.

Żal  mi  matki,  bo  nie  ma  z  nim  łatwego  życia,  i  serce  mi  się  kroi,  jak

patrzę  na  nią  płaczącą.  Ale  z  drugiej  strony  jestem  na  nią  zła,  że  na  to
pozwala, że jest taka słaba, że daje sobą pomiatać. Miałabym ochotę krzyczeć

background image

na nich oboje, ale to nie ma sensu.

– Idiotka! Po prostu durna idiotka!
– Nie mów tak do niej, słyszysz! Nie masz prawa tak do niej mówić!
Mama płacze na moim ramieniu i nic nie mówi. Obie nie mamy siły się

przeciwstawiać,  ale  tylko  ja  muszę  się  mobilizować.  Po  prostu  wiem,  że
muszę.

– Kurwa, to jakiś dom wariatów. Głupia debilka!
– Sam jesteś głupi! – krzyczę ostatkiem sił. Nie wiem, czy jestem bardziej

wściekła, czy zrezygnowana.

– Nie mów tak do ojca – mówi matka oschłym tonem i ociera łzy.
I to by było na tyle naszego wspólnego frontu.
On  krzyczy  jeszcze  jakiś  czas,  po  czym  wraca  do  pokoju  i  nastawia

telewizor.  Ja  roztrzęsiona  wracam  do  siebie  i  w  głowie  mam  tylko  jedną
myśl: by jak najszybciej się pociąć. Matka zostaje w kuchni. Trzy obozy.

background image

15

W związku z językowym profilem naszej klasy organizowany jest wyjazd do
Irlandii.  Zawsze  marzyłam,  by  tam  pojechać.  Jaskrawoniebieska  woda
w  morzu,  zielone  doliny,  strome  skaliste  wybrzeża  i  góry,  rozległe  łąki.
Ziemska  arkadia,  cel  człowieka  stęsknionego  za  pięknem.  Pewnego  rodzaju
wyprawa w świat marzeń.

Lęk,  że  przez  cały  czas  będę  w  grupie  ludzi,  z  którymi  nie  mam  nic

wspólnego. Radość, że mogę wyjechać z domu do tak pięknego miejsca.

*

W gabinecie unosi się jakiś dziwny bliżej nieokreślony zapach. Wprowadza
mnie to w swego rodzaju trans i właściwie nie jestem pewna, co mówię.

–  Czułam,  jakby  ktoś  z  całej  siły  próbował  wbić  mi  gwóźdź  w  czaszkę,

zrobiło mi się gorąco i niedobrze. Trwało to dosyć długo, wydawało mi się,
że całą wieczność – próbowałam jakoś opisać to coś. – Myślałam, że tego nie
wytrzymam, to było coś jak powolna śmierć...

–  Przecież  ty  marzysz  o  śmierci,  więc  nie  mów  teraz,  że  ten  stan  cię

przestraszył!

– Ale nie o tak powolnej i bolesnej. To zupełnie coś innego. Chciałabym

po  prostu  przestać  odczuwać  wewnętrzny  ból,  przestać  myśleć,  przestać
cierpieć. Wcale nie chcę tego bólu więcej!

–  Jacy  chłopcy  podobają  ci  się  najbardziej?  A  może  wolisz  starszych

mężczyzn,  takich  jak  ja?  –  pyta,  jakby  w  ogóle  nie  słuchał,  co  ja  do  niego
mówię.

Znów powtarzam, że nie chcę o tym gadać. Czuję przed nim jakieś opory.

Może dlatego, że jest mężczyzną. Nie lubię mężczyzn.

– No, powiedz mi. – Uśmiecha się jak na widok smakowitej kanapki.
Milczę i czekam, co będzie dalej.
–  Wiesz,  że  ja  nie  jestem  człowiekiem?  –  mówi  nagle.  –  Jestem

przybyszem  z  kosmosu,  który  został  zesłany  na  Ziemię  w  celach
badawczych.

Co?!  On  twierdzi,  że  jest  kosmitą,  czy  ja  mam  już  omamy  słuchowe?!

background image

Jakaś  paranoja.  Chyba  mu  się  przypadkiem  role  pomyliły...  Patrzyłam  na
niego, a on na mnie. Z uśmiechem i zadowoleniem małego chłopca, któremu
właśnie udało się skleić model samolotu.

– Nie wierzysz mi? – zapytał. – Umiem odczytywać ludzkie myśli, jestem

wszechwiedzący i przygotowuję waszą planetę na przybycie moich kolegów.

– Dlaczego pan mi to mówi? – Nie wiem, czy mnie to interesowało, ale

nie wiedziałam, jak mam się zachować. Starałam się, by to pytanie wypadło
możliwie najdelikatniej.

– Bo moja misja dobiega końca. Teraz to już nie ma żadnego znaczenia,

bo i tak nam się uda!

Głupek.
– W takim razie powodzenia – dodałam i wyszłam.
Wybiegł za mną, krzycząc, bym na niego poczekała.
– Chcę zobaczyć, jak chodzisz... No, odwróć się. Lubię patrzeć na twoje

pośladki. – Ujmuje je w ręce i ugniata przez chwilę.

Idę korytarzem i czuję na sobie jego wzrok.
Wykończona siadam na przystanku autobusowym. Pragnęłam mu jeszcze

powiedzieć,  że  noc  była  torturą.  Wbijanie  ostro  zakończonych
i zakrzywionych – aby wywołać większy ból – sztyletów we wszystkie części
mojego  ciała.  Chciałam  komuś  powiedzieć,  że  na  przywitanie  nowego  dnia
zwymiotowałam,  że  czułam  się  tak  słabo.  Chciałam  powiedzieć,  że  jeszcze
jeden dzień spędzony w domu i zacznę biec przed siebie, aż mi sił zabraknie.
Że nie wiem, co dalej robić...

Nie wiem, czy wizyty u niego mają jakiś sens. Ale nie mam nic innego.

Nie mam też siły na podejmowanie decyzji.

*

Chciałabym już umrzeć. Żebym nie musiała już nigdy więcej udawać przed
ludźmi,  żebym  nie  musiała  obsesyjnie  myśleć,  że  robię  z  siebie  idiotkę.
Zostałabym  uwolniona  od  depresji,  od  ataków,  od  bólów  całego  ciała,  od
mdłości, od stanów lękowych i poczucia winy. Po takim bilansie śmierć staje
się marzeniem i wybawieniem.

background image

16

Weszłam do domu i zaczęłam ściągać buty. Łazienka znajduje się dokładnie
po przeciwnej stronie korytarza, więc bez problemu widać, co się tam akurat
dzieje, gdy drzwi są otwarte. On pewnie znowu nie słyszał mojego powrotu
i nie ma pojęcia, że go widzę. Właściwie to staram się w ogóle nie patrzeć,
ale  oko  jest  w  stanie  zarejestrować  nawet  najmniejszą  scenę  i  następnie
dowolnie  przekształcać  w  wyobraźni,  poddawać  seriom  tajemniczych
procesów,  które  jeszcze  bardziej  drażnią  swoją  podświadomą  nachalnością.
Przechodzę koło niego, bo tylko w ten sposób mogę dostać się do siebie. Już
teraz  wie,  że  wróciłam  do  domu,  ale  to  nie  zmienia  niczego,  bo  drzwi
zostawia otwarte.

W tej sytuacji wszystko słychać i nawet muzyka nie może tego zagłuszyć.

Charczenie,  spluwanie  do  umywalki,  bulgotanie.  Te  odgłosy  sprawiają,  że
chce mi się rzygać. Nie mogę o tym nie myśleć, nie mogę tego nie widzieć,
to obsesja. Potrząsam głową z nadzieją, że obrazy znikną, ale nic takiego się
nie dzieje. Czuję się jak wariatka.

Ta  wariatka  niestety  nie  może  potem  wejść  do  łazienki,  nie  czując

pewnego wstrętu. Ale jak go nie czuć, skoro woda jest niespuszczona – nigdy
jej  nie  spuszcza  –  a  w  mętnej  mieszance  wody  klozetowej  i  moczu  pływają
resztki  wacików,  skórki  od  szynki  czy  fusy  po  herbacie.  W  gardle
gwałtownie  rośnie  gula,  która  ma  znajomy  posmak  wymiocin.  Wstrzymuję
powietrze i staram się nie oddychać, jakby to miało coś zmienić. Nie zmienia,
ale ułatwia przymusowy pobyt. Nawet w łazience czuję się brudna...

*

Bardzo  łatwo  spadam  na  tamto  dno.  Wystarczy  muzyka,  kawałek  piosenki,
którą usłyszałam wtedy,  gdy było gorzej,  i momentalnie się  motam. To tak,
jakby  muzyka  mną  manipulowała.  Mój  nastrój,  moje  nastawienie  do  świata
zmieniają  się  z  minuty  na  minutę,  cały  czas  pozostając  przy  palecie
z szarościami i czerniami, dokończyłam sobie w duchu. On i tak pewnie nie
wie, o czym mówię. Mur między nami sam się budował.

Na ścianie wisi, wcześniej przeze mnie niezauważone, zdjęcie dalajlamy.

background image

– To mój wujek – powiedział z tym samym uśmiechem.
Właściwie to on mówi więcej niż ja. Chciałabym mu tak dużo przekazać,

ale  zbudowanie  jednego  zdania,  które  choć  trochę  obrazowałoby  stan  mojej
duszy, wymaga czasu i wysiłku.

Dzisiaj  robimy  test  Rorschacha.  Kilka  kartek  z  plamami,  bezkształtne

kolorowe masy i stwory.

– Co tu widzisz?
Przyjrzałam się pierwszemu obrazkowi. Na pierwszy rzut oka nic. Pustka.

Brak koncentracji. Nie przychodzi mi do głowy żaden kształt. Po prostu nie
mogłam się skoncentrować.

– Pytam się, co tu widzisz? – powtarza zniecierpliwiony.
Próbuję  zebrać  myśli,  skupić  się  i  po  chwili  udaje  mi  się  ponazywać  te

obrazy.  Spotkania  były  bardzo  rzadkie.  Nie  czułam,  że  ktoś  stoi  koło  mnie.
Ale  wmawiałam  sobie  natarczywie,  że  to  wszystko  dla  mojego  dobra,  że
powinnam  być  wdzięczna,  że  ktokolwiek  poświęca  mi  swój  czas.  I  tego
starałam się trzymać.

*

Nie  umiem  pisać  do  Mileny  o  tym,  co  się  ze  mną  dzieje.  Boję  się,  że  mnie
wyśmieje,  że  się  ode  mnie  odwróci,  kiedy  pozna  prawdę.  Tak  bardzo
potrzebuję  drugiego  człowieka,  muszę  wylać  z  siebie  te  ścieki  płynące
kilometrami  zardzewiałych  rur  w  moim  organizmie,  a  potrafię  tylko  się
izolować.  „Co  z  tobą?”  –  pisze  do  mnie  liścik  na  matmie,  gdy  siedzę
wpatrzona  w  okno,  gdzieś  w  inny  świat.  „Nic,  po  prostu  jestem  zmęczona
szkołą. Jak wszyscy” – odpisuję. A w domu wbijałam sobie w rękę nożyczki.
Chciałam  jednocześnie,  żeby  wyciągnęła  to  ze  mnie  siłą,  żeby  zalała  mnie
lawiną pytań.

background image

17

Znowu  się  najadłam  i  nie  mogę  zwymiotować.  Próbowałam  już  chyba
wszystkiego: wkładałam sobie palce do gardła, ściskałam żołądek, połykałam
szpulki nici, wisiałam głową w dół. Dzisiaj po prostu nie mogę, a to jeszcze
bardziej pogarsza moje samopoczucie. Nie umiem sobie z tym poradzić.

We  mnie  żyje  ktoś  inny,  coś  innego,  i  to  coś  ma  nade  mną  władzę.  Ile

razy  chcę  poczuć  się  lepiej,  ile  razy  chcę  się  uśmiechnąć,  to  coś  skutecznie
sprowadza  mnie  na  twardy  betonowy  chodnik.  Zakaz  odczuwania  radości.
Definitywnie.

Zbliża  się  wyjazd  do  Irlandii,  a  ja  coraz  bardziej  się  go  boję.  Boję  się

własnego  zachowania,  własnych  reakcji  i  tego,  że  będę  sama  w  takich
momentach.  Jestem  na  takim  etapie,  że  wszystko  mnie  przeraża.  Każda
głupia sytuacja jest w stanie wytrącić mnie z równowagi i z impetem spadam
w dół, w nieznaną, mroczną otchłań, z której już się nie wychodzi... I jestem
wtedy tak naprawdę kompletnie sama, a wszyscy na mnie patrzą, wszyscy się
śmieją, choć i tak nie mają pojęcia, co przeżywam. A doświadczam potężnej
trąby  powietrznej  przerażających  obrazów.  Obrazów,  których  nie  jestem
w stanie opisać. Nawet nie dlatego, że są tak chaotyczne. Po prostu to widzę
i nie mogę znaleźć odpowiednich słów.

*

Kulewicz powiedział, że nie jestem chora.

– Doszedłem do tego na podstawie testu. Jesteś zwyczajnym człowiekiem

z  bujną  wyobraźnią,  masz  bogatą  osobowość.  Ale  nie  zapominaj,  że
przechodzisz teraz okres dojrzewania i na wszystko trzeba patrzeć w innym
wymiarze. Nic ci nie jest, przesadzasz.

Ulga  czy  bunt?  A  nawet  jeśli  on  ma  rację,  to  i  tak  nie  chcę  przechodzić

przez to cholerne dojrzewanie!

–  Jesteś  jedynaczką,  matka  cię  rozpieszcza,  wychodzi  z  tego  całkiem

proste równanie – kontynuował.

– Aha. – Może i zdobyłabym się na trochę głębszy komentarz, ale w tym

momencie depresja zaczęła walić swoimi brudnymi i potężnymi łapskami do

background image

moich drzwi. Odejdź! Zostaw mnie w spokoju!

Cisza.
Efemeryczny ból.
I znowu cisza.
Co  wymyśli  tym  razem?  Będziemy  skakać  przez  okno?  Bawić  się

w jakieś durnowate zgadywanki?

–  Pogram  ci  na  bębenku,  dobra,  bracie?  Chyba  że  zmieniłaś  zdanie

i wreszcie pogadamy trochę o twojej masturbacji.

Wyciągnął z zawalonej rupieciami szafki mały dziecięcy bębenek i zaczął

uderzać w niego pałeczką. Nie wiem, czy to miało być śmieszne, w każdym
razie nie było. Siedziałam, tak jak zawsze, w fotelu i nie miałam pojęcia, jak
mam się zachować. Trochę głupia sytuacja.

Wygląda zza drzwi za mną i patrzy, jak idę. Zawsze patrzy.

*

Myślałam  sobie,  że  wyjazd  do  Irlandii  będzie  ostatnią  rzeczą,  jaką  zrobię
przed  śmiercią.  Brałam  pod  uwagę  zabicie  się  tam,  gdzieś  na  zielonej  łące.
Albo może wskoczę do niebiańsko błękitnego morza.

Czuję się bardzo źle, łzy napływają mi do oczu. Mam wrażenie, że życie

się zamyka, a ściany mojego pokoju zaraz się zjadą i mnie zgniotą. Zamienią
mnie w krwawą i galaretowatą miazgę, a strużki zgnilizny będą spływały po
gruzie.  Tak  bardzo  cierpię,  wszystko  we  mnie  woła,  by  to  cierpienie
zakończyć.  By  wziąć  żyletkę  albo  nożyczki.  Nie  umiem  się  przed  tym
obronić, więc w rezultacie rzeźbię w skórze. Na razie nie ma bólu. Pojawi się
dopiero następnego dnia.

Chcę umrzeć, ale jednocześnie tak bardzo boję się śmierci.
–  Wiem,  że  się  tniesz,  ale  nie  mam  najmniejszej  ochoty  oglądać  twoich

rąk.

Wcale mu nie każę, ale boli mnie taki ton...
– Powiedz, dlaczego ty to robisz? – zapytał mnie.
– Nie rozumiem.
– Udajesz i histeryzujesz.
Łzy napłynęły mi do oczu.
– To nieprawda. Wcale nie udaję... – Już chcę mu tłumaczyć, błagać, ale

dochodzę  do  wniosku,  że  to  nie  ma  sensu.  On  już  nie  jest  po  mojej  stronie,
jeśli w ogóle kiedykolwiek był.

background image

*

Mam tylko białą kartkę, na niej pojawiają się czarne litery. To tak mało. Piszę
słowo  „cierpię”,  ale  ono  nie  ma  na  tyle  mocnego  znaczenia,  by  można  by
było  całkowicie  zrozumieć.  Cierpienie  to  nie  tylko  dziesięć  liter.  Trzeba  się
zagłębić  w  każdą  po  kolei,  poczuć  każdą  z  osobna  tak  naprawdę.
Doświadczyć tego bólu choć na moment, by zrozumieć.

*

Nie  wiem,  dlaczego  profesorka  od  PO  tak  często  wybierała  mnie  do  roli
symulanta.  Tym  razem  miałam  posłużyć  za  obiekt  do  dowolnego
bandażowania.

–  Wyobraźcie  sobie,  że  Aneta  ma  podcięte  żyły.  –  Wyjęła  z  torebki

szminkę i mocno przyciskając ją do mojego nadgarstka, narysowała mi grubą
czerwoną krechę. Ja próbowałam maksymalnie naciągnąć bluzę na ten drugi
i ukryć te prawdziwe rany. – Proszę odpowiednio opatrzyć jej rękę.

Wskazała na kogoś z mojej klasy, a ja siedziałam zdrętwiała z przerażenia

na krześle na środku sali i wszyscy na mnie patrzyli. Nie byłam w stanie tego
wytrzymać, tak samo jak nie miałam siły wstać i wyjść, choć wydawałoby się
to  najlepszym  rozwiązaniem.  Najpierw  przyspieszył  oddech.  Uporczywie
gapiłam  się  w  jeden  punkt  na  podłodze  składającej  się  z  wyniszczonych
desek. Nie bardzo pamiętam, co się potem działo, ale znalazłam się na ławce
przed klasą i widziałam tylko czerwoną plamę na mojej ręce.

Krew czy jeszcze szminka? Nie wiem.
Poczułam  mrowienie  na  całym  ciele,  dusiłam  się  powietrzem,  które  tak

bardzo  chciało  dostać  się  do  moich  płuc.  Oczy  całkowicie  zaszły  mgłą,
zawirowało  w  głowie  i  po  chwili  pojawiło  się  znajome  walenie  młotkiem
w  czaszkę.  Zdrętwiałe,  wręcz  sparaliżowane  dłonie  układały  się  w  dziwne
pozycje. Milena siedziała koło mnie i masowała, „ugniatała” każdy palec po
kolei, żebym nie zrobiła sobie krzywdy nieświadomymi ruchami.

Był  to  pierwszy  atak,  kiedy  nikt  nie  zawołał  pielęgniarki  i  mogłam

w spokoju dojść do siebie.

background image

18

Dlaczego  tak  się  dzieje?  Dlaczego  Kulewicz  uważa,  że  jestem  zupełnie
normalną  i  radosną  nastolatką,  skoro  nie  mogę  sobie  z  tym  wszystkim
poradzić? Chciałabym wyrwać sobie umysł, duszę i serce. Nie chcę już czuć.
Brakuje  mi  ludzkiego  ciepła.  Czuję  się  jak  umierający  człowiek
pozostawiony  na  środku  pustyni.  Na  pewną  śmierć  w  męczarniach.  Jestem
pewna, że gdyby nie wyjazd do Irlandii, zrobiłabym sobie coś już teraz. Ale
zrobię  to  po  powrocie.  Zasnę  na  wieki  z  tymi  prześlicznymi  krajobrazami
w  głowie.  Czy  mój  mroczny  umysł  będzie  w  stanie  wpuścić  do  środka  coś
tak  delikatnego  i  pięknego?  Mam  wrażenie,  że  gdzieś  tam,  wewnątrz  mnie,
stoją strażnicy, którzy kontrolują to, co tam wpada, po czym przyjmują tylko
zło  i  wszystko,  co  się  z  nim  kojarzy.  Po  co  mam  żyć,  kiedy  codziennie  się
męczę?  Moim  umysłem  władają  tak  przeraźliwe  myśli.  Nienawidzę  ich.
Nienawidzę własnych uczuć, na które jestem skazana. Chciałabym pomyśleć
o  życiu  jak  o  czymś  pozytywnym,  a  nie  jak  o  karze  dla  człowieka.  Ja  się
muszę zabić, bo dłużej tego nie wytrzymam!

– Tylko pamiętaj, żebyś mi przysłała kartkę, bracie, dobra?
– Tak, przyślę.
Myślę,  że  depresja  jest  najstraszniejszą  torturą  i  nic  gorszego  nie  może

człowieka spotkać.

background image

19

Przez  ten  tydzień  w  Irlandii  żyłam  w  zupełnie  innej  rzeczywistości.  Na
każdym kroku widziałam siebie martwą. Nie mogłam pozbyć się tego obrazu.
Miałam dosyć silne ataki łupania w głowę. Snułam się w grupie i udawałam,
jak bardzo interesuje mnie zwiedzane właśnie muzeum. Miałam wrażenie, że
wszyscy patrzą na mnie z niechęcią i wrogością.

Podczas  pobytu  w  ratuszu  w  Belfaście  moje  samopoczucie  gwałtownie

się pogorszyło. Wymknęłam się do łazienki, gdzie zawisłam nad umywalką,
próbując dojść do siebie.

–  Zawsze  musisz  robić  takie  przedstawienia?  –  Usłyszałam  za  plecami

głos naszej opiekunki.

Widziałam przez mgłę, skóra na twarzy niemiłosiernie mnie paliła, mdliło

mnie. Próbowałam wszystkie te objawy ogarnąć.

– Co się dzieje?
–  Proszę?  –  Nie  mogłam  nawiązać  kontaktu  z  otoczeniem.  Słyszałam

słowa,  ale  docierały  do  mnie,  jakby  ktoś  mówił  do  mnie,  stojąc  dwa  piętra
niżej.

–  Jak  do  ciebie  mówię,  to  patrz  mi  przynajmniej  w  oczy!  Proszę  mi

natychmiast powiedzieć, co się stało!

Chciałam, żeby jak najszybciej sobie poszła. Zostawcie mnie wszyscy!
– Źle się czuję, słabo mi...
–  Aha,  czyli  nic  nowego.  Mogłabyś  chociaż  nie  pokazywać  tego  tak

ostentacyjnie trzymaniem się za głowę, grymasami na twarzy. – Irytacja w jej
oczach, zniecierpliwienie w głosie.

Przecież  nie  robiłam  tego  specjalnie.  Nie  byłam  po  prostu  w  stanie  tego

ukryć.  Zresztą  chyba  trudno  ukryć,  że  się  umiera,  niezależnie  od  starań.  To
coś  rosło  we  mnie,  naokoło  też.  Nie  pomagało  żadne  ukrywanie.  Wszędzie
by  mnie  znalazło.  Miotałam  się  jak  opętana,  próbując  wypluć  z  siebie  tę
lepką,  szarawą  substancję,  która  zdawała  się  wypełniać  jamę  ustną
i  z  pośpiechem  dążyła  przed  siebie,  by  jak  najszybciej  opanować  cały  mój
organizm.

Wysyłałam nieśmiałe sygnały.

background image

20

Po moim powrocie.

– Jak było, opowiadaj!
Znowu  siedzę  w  tym  cuchnącym  gabinecie  i  próbuję  przekazać

Kulewiczowi, jak bardzo jest ze mną źle. Mam wielkimi literami wypisane na
twarzy: potrzebuję pomocy. Czy on to widzi?

–  Wycieczka  nawet  udana,  ale  nie  czułam  się  najlepiej.  Przez  cały  czas

było  mi  słabo  i  niedobrze.  Chodziłam  bardzo  przygnębiona  i  całkowicie
zagubiona.  –  Wyrazem  twarzy  wołałam,  wołał  mój  umysł,  wołało  ciało:
pomóż mi!

– Pokaż zdjęcia. Opowiedz lepiej, co zwiedzaliście, gdzie byliście.
Uruchomiłam 

strumień 

suchych 

faktów, 

starając 

się 

wpleść

gdzieniegdzie, pomiędzy poszczególne zdania, moje negatywne emocje. Nad
każdym  zdjęciem  zatrzymywał  się  na  kilka  minut.  Badał  je  niczym
naukowiec,  który  spędza  pół  życia  na  obserwowaniu  pod  mikroskopem
maleńkich istot.

Irlandzka  restauracja,  ja  siedzę  przy  stoliku,  przede  mną  piętrzą  się

przeróżne dziwne potrawy. Zatrzymał się nad tą fotografią dłuższą chwilę.

–  Jest  rewelacyjne!  Biorę  sobie  to  zdjęcie.  –  Wstaje  i  przepina  swoje

szpargały  na  tablicy  korkowej,  część  pinesek  spada  na  podłogę.  Umieszcza
moje zdjęcie na samym środku.

Tego dnia po zakończeniu spotkania zaproponował, że odwiezie mnie do

domu. Siedząc, wciskałam się w fotel i czułam w żołądku każde zachwianie,
każdy gwałtowny skręt czy hamowanie.

– ...drzewo. – Dotarło do mnie.
– Proszę?
–  Co  byś  powiedziała,  gdybym  teraz  wjechał  w  drzewo?  Mam  ogromną

ochotę to zrobić. – Zaśmiał się sarkastycznie.

Nie musiałam się nad tym długo zastanawiać.
–  Nie  ma  problemu.  Dobrze  pan  wie,  że  ja  bardzo  chętnie...  –  Ostatnie

słowo trochę zafalowało, bo wykonał właśnie gwałtowny skręt w jakąś polną
drogę  i  z  piskiem  hamulców  zatrzymał  się  parę  centymetrów  przed

background image

najbliższym potężnym dębem.

– I jak ci się to podobało, bracie?
Nienawidzę  jego  śmiechu.  Ile  razy  go  słyszę,  zbiera  mi  się  na  wymioty.

Cała jego osoba jest obleśna, ale nie jestem na tyle silna, by zakończyć nasze
spotkania. Chyba przez cały czas mam nadzieję.

–  Dalej  nie  ma  pan  odwagi?  –  zapytałam  całkowicie  poważnie,  choć

z odcieniem lęku w głosie.

Poczułam smród zwęglonej gumy. Trujące spaliny wdzierały się sprintem

do mojego gardła. Zakrztusiłam się.

– Dalej będzie następnym razem.
– Tchórz! – rzuciłam w powietrze. Chyba tego nie usłyszał.
Zapragnęłam  jak  najszybciej  wysiąść  z  jego  samochodu  i  pobiec  na

autobus.  Przytrzymał  drzwi  i  oświadczył,  że  mnie  odwiezie,  bo  tak  sobie
dzisiaj postanowił. Nie ma dyskusji.

*

Nie chcę, by ktokolwiek go widział. Wstydzę się. Latem można go zobaczyć
w podartej bieliźnianej koszulce, która wisi na jego ciele jak na wieszaku. Do
tego  jakieś  wypłowiałe  kalesony  bądź  krótkie  spodenki  odsłaniające  starcze
nogi.  Mogłoby  się  wydawać,  że  zimą  jest  łatwiej.  Ale  tak  nie  jest.  Wtedy
kombinacja  wygląda  skrajnie  kiczowato.  Ma  na  sobie  serię  powycieranych
i śmierdzących ususzonymi skórkami pomarańczy – wypycha nimi wszystkie
szafy  –  swetrów  i  szarych,  przetartych  materiałowych  spodni.  Okręca  się
naokoło grubym kocem i przewiązuje to paskiem.

Zdarza  się  przecież,  że  się  mijamy.  Wciągam  wtedy  powietrze,

zatrzymuję 

je 

płucach 

wypuszczam 

dopiero 

wtedy, 

gdy

niebezpieczeństwo minie. Jakbym się bała radioaktywnych substancji.

Po  szkole  jeżdżę  po  całym  mieście  autobusami,  by  jak  najbardziej

opóźnić  mój  powrót  do  domu.  Pustym  wzrokiem  wpatruję  się  w  mijane
budynki i szarość ulic. Na pętli przechodzę na drugą stronę i nawet nie patrzę
na numer autobusu, do którego wsiadam.

*

– Chciałbym porozmawiać z tobą o seksie. Nie podoba mi się, że unikasz

tego tematu. To bardzo ważny temat. Masz chłopaka?

Nie cierpię tego uśmiechu. Kulewicz za to bardzo dobrze się bawi.

background image

–  Nie  mam  i  nie  chcę  na  ten  temat  rozmawiać!  –  Nie  chcę  niczego

rozgrzebywać, a już tym bardziej dzielić się moimi przemyśleniami z nim!

Scena  z  Londynu  ukazuje  się  przed  moimi  oczami  i  uderza  swoim

realizmem.  Paliła  się  drobnym  światełkiem  od  chwili  powrotu  do  Polski,
a teraz gdy on przywołał ten temat, rozbłysła milionami silnych reflektorów,
wywołując w moim organizmie serię niemiłych dreszczy.

To zdarzyło się w jednym z tych licznych sklepików z pamiątkami, które

stanowią  większą  część  Londynu.  Chodziłam  po  mieście  sama,  sama
w tłumie ludzi, a wchodząc do co drugiego barwnego kramiku, próbowałam
sobie udowodnić, że jestem tym wszystkim zainteresowana. Zatrzymał mnie,
gdy wychodziłam z kabiny, gdzie przymierzałam bluzkę... Chwycił mnie za
rękę i zaczął ciągnąć w stronę zaplecza.

–  Dlaczego?  Przecież  może  być  fajnie.  Pogadajmy  o  seksie,  proszę.

Masturbowałaś  się  kiedyś?  –  Wracam  na  sekundę  do  gabinetu.  On  znowu
o tym.

– Nie! Czy naprawdę musimy o tym rozmawiać?
Mój smutek powoli przekształcał się w gniew. To uczucie jest mi raczej

obce, więc nigdy tego nie pokazuję. Trafił mnie. W tym momencie zaczęłam
się bać przebywać z nim w jednym pokoju. Powróciły wspomnienia...

–  Nienawidzę  wszystkich  facetów  i  będzie  bezpieczniej,  jak  zaczniemy

rozmawiać o czymś innym.

Jeszcze  mocniej  wcisnęłam  się  w  fotel  i  modliłam,  by  jak  najszybciej

wydostać się na świeże powietrze. Nie dałam rady wstać i wyjść.

To  nie  był  Anglik.  Raczej  Azjata.  Wykorzystał  chwilę,  kiedy  nikogo

w sklepie nie było. Po pięciu minutach nie było także i mnie. Zdołałam mu
się wyrwać. Potem biegłam przez pół miasta do miejsca zbiórki naszej klasy,
potrącając  po  drodze  całą  masę  ludzi.  Tak  bardzo  chciałam,  by  ktoś  mnie
przytulił i powiedział, że już jestem bezpieczna. Nic z tego.

Miałam  wrażenie,  że  uderzam  właśnie  w  słup  –  to  Kulewicz  klasnął  mi

przed oczami.

– Ja zawsze chciałem być kobietą – stwierdził. – Właściwie to czuję się

kobietą  i  planuję  przejść  operację  zmiany  płci.  Możesz  krytykować
mężczyzn, ile chcesz, ale mnie to nie urazi.

Dlaczego  ja  nie  mogę  się  ruszyć?!  Chcę  stąd  uciec,  zapach  zaczął  mi

przeszkadzać. To chyba od niego.

*

background image

Nareszcie.  Rześkie  mroźne  powietrze,  samochody,  ludzie.  Uwolniłam  się
z tej piwnicy. Odruchowo spojrzałam za siebie. Nie ma go.

Tego samego wieczoru chwyciłam żyletkę i wykreśliłam na sinej skórze

kolejne  rany.  Rozdrapałam  je  cyrklem  i  w  transie  powtarzałam,  że  jestem
nikim.  Zajrzałam  do  kuchni  w  poszukiwaniu  ostrego  noża,  ale  matka
siedziała po ciemku przy stole i płakała. Musieli się znów pokłócić.

Patrzę na garść tabletek i nie mam odwagi tego zrobić.

background image

21

Zaczęło  się  nagle.  Jestem  wypompowana  na  wszelkie  możliwe  sposoby.
Powoli zatapiam się w czymś, co mnie przeraża, zwalam się do bezkształtu,
gdzie wszystko jest mi obojętne i na niczym nie mogę się skupić. Wypalam
się  od  środka.  Myśli  ciągną  mnie  w  dół  i  przybijają  gwoździami  do  ziemi.
Jest  tak  ciężko,  że  każda  kolejna  minuta  staje  się  coraz  bardziej
beznadziejnym  trwaniem  w  mrocznej  agonii.  Lęk  jest  nie  do  wytrzymania,
niepokój  przekracza  wszelkie  możliwe  granice.  Częściowa  obojętność
zmierzająca  ku  dołowi,  zmęczenie,  zrezygnowanie  i  przerażenie.  Czuję,  że
życie  zamyka  się  i  boleśnie  oplata  wokół  mojej  szyi.  Chciałabym  wyrwać
sobie  umysł,  duszę  i  serce.  Nie  chcę  czuć,  nie  chcę  myśleć.  Gorzka  flegma
wstrząsa  moim  ciałem,  próbując  się  wydostać,  lecz  gdy  dochodzi  do  jamy
ustnej,  zawraca  i  płynie  w  dół  przełyku,  zostawiając  posmak  rzygowin.
Spadam coraz niżej, obijając się o ostre skały, uderzając głową w granitowe
półki, raniąc się właściwie na każdym kroku. Ogarnia mnie zniechęcenie. To
jest  takie  dziwne  uczucie  bezradności.  Moim  umysłem  władają  przeraźliwe
myśli.  Nienawidzę  ich.  Nienawidzę  ich  wszystkich,  bo  żywcem  wyrywają
moje  organy,  żywią  się  moją  tkanką.  Pozostają  z  niej  tylko  pojedyncze
zakrwawione  strzępy.  Jestem  tak  oszołomiona,  że  ciężko  jest  mi  normalnie
funkcjonować.  Próbuję  walczyć  z  niepokojem,  który  mnie  całkowicie
przerasta.  Jestem  skazana  na  tułaczkę  w  czarnym  labiryncie  własnego
umysłu.  To  błędne  koło.  Każda  próba  wydostania  się  z  koszmarnej  pułapki
kończy się jeszcze większym pogrążeniem w depresji. Czarne myśli stają się
obsesyjne – już nad nimi nie panuję. Już się pogubiłam, zamotałam w siebie.
Czuję się jak ktoś pobity od środka na śmierć, nie jak ktoś żywy, ale jak nie-
trup.  Świadomość  osamotnienia  i  niezrozumienia  bije  mnie  po  twarzy.  Jest
tyle  czasu,  przez  który  trzeba  przebrnąć.  Niekończący  się,  niekończący  się,
niekończący  się  czas.  Apatia  przeplata  się  z  niepokojem.  Nie  cierpię  takich
chwil, one trwają wiecznie. Wypełniona rozmyślaniami, samotnością, pustką
i cierpieniem. Depresja jest jak cegła umieszczona na czubku głowy. Ciężar
przytłacza myśli i zamienia je w sztabki ołowiu. Chcę umrzeć...

background image

*

Gdzieś  tam  daleko  w  mojej  głowie  pojawił  się  mdły  sygnał  karetki
pogotowia. Krzyki. Ukłucie w ręce. Tak pewnie ma być. Nie pamiętam tego,
co się działo, to musiał być sen. Nie żyję. Nareszcie.

– Co mamy?
–  Siedemnaście  lat,  próba  samobójcza,  połknęła  jakieś  proszki,

prawdopodobnie Timonil.

– Szybko na izbę przyjęć i płukanie!
Nie bardzo byłam świadoma tego, co się działo, choć powieki zaczęły mi

się  słabiutko  rozchylać.  Czułam,  że  wokół  mnie  panuje  spore  zamieszanie,
a ja wirowałam gdzieś daleko w nieznanej przestrzeni. Głowa opadała w górę
i w dół, potem nogi były wyżej niż głowa. Jakby nie było grawitacji.

Gumowa rurka, czuję ją w żołądku. Smak węgla. Niedobrze mi...
– Glukoza i NaCl!
Zrywają  ze  mnie  ubranie,  czuję  metalicznie  zimny  dotyk,  ktoś  klepie

mnie po twarzy, wsadzają mi coś do nosa. Dajcie mi święty spokój!

– Aneta, nie zamykaj oczu! Słyszysz?! Musisz otworzyć oczy!
Grupa ludzi nade mną, każdy coś mówi, a ja nie mogę nic zrozumieć. Tak

bardzo chce mi się spać... Dlaczego nie pozwalacie mi spać?

Ktoś  mnie  szarpie.  Nie,  to  drgawki.  Rzucam  się  chaotycznie  po  całym

łóżku. W ustach pozostaje smak gumy. Będę wymiotować!

–  Na  wewnętrzny!  Na  „erce”  jest  wolne  łóżko.  Niech  ktoś  przyniesie  tu

miskę!

Wyrzucam  z  siebie  płynną  substancję,  mam  wrażenie,  że  rzygam

własnymi organami. Wszystko mnie boli, ale ciągle mnie klepią i powtarzają.

– Otwórz oczy! Nie możesz teraz zasnąć! Otwórz oczy, słyszysz?!
– Krew, mocznik, kreatynina. Coś jeszcze?
–  Trzeba  ją  zawieźć  na  USG.  Wracam  na  izbę.  Czy  ktoś  może  wezwać

psychiatrę?!

*

Zrobiło  się  spokojniej.  Powoli  otwieram  oczy,  choć  wymaga  to  ode  mnie
sporego wysiłku. Biała plama nade mną. Pewnie sufit. Do nozdrzy dochodzi
znajomy antyseptyczny zapach. A więc to szpital...

Ja chcę umrzeć, nie chcę, żebyście mnie ratowali! Pozwólcie mi umrzeć!

background image

Czy  za  dużo  wymagam?  Chciałam  im  to  powiedzieć,  przekazać  w  jakiś
sposób, ale nie miałam siły.

Kroplówki,  elektrody  na  klatce  piersiowej.  Leżę  w  łóżku  z  dużymi

barierkami,  mam  przywiązane  nogi.  W  jednej  chwili  narasta  we  mnie  bunt
i  szybkim  ruchem  ręki  zrywam  wszystko,  co  więzi  mnie  i  ma  być  moim
ratunkiem. Ja ich wcale nie prosiłam, żeby...

– Samobójczyni z „erki”! Lekarza!
Tym razem przywiązują też ręce.

*

Już nie ma białej plamy. Mgła. Ale to chyba twarze. Ledwie odróżniam nos
od  oczu.  Wyglądają  tak,  jakby  byli  zrobieni  z  galaretowatej  substancji
topniejącej w silnym słońcu. Czuję kilometry rurek oplatających moje ciało.
Coś mówią, ale ja nadal tak bardzo chcę spać...

–  Nie  odpowiada  na  pytania,  senna,  stwierdzam  oczopląs  poziomy.  Bez

objawów oponowych.

– Dziękujemy, doktorze, jeszcze poprosimy pana na konsultacje.
– Nie przestawać podawać NaCl.
Uderzenie w policzek.
– Nie śpimy!
Popatrzyłam na bezosobowy biały fartuch, lekko podnosząc powieki.
– Co to za idiotyczny pomysł?! Chłopak cię rzucił?!
Wpatrują się we mnie. Czuję to.
– Nie? To może Brad Pitt nie odpowiedział na twój list?
Śmiech. Słychać go jeszcze, kiedy wychodzą z sali.
Błagam, zostawcie mnie...

*

Zaczynam  nawiązywać  kontakt  z  otoczeniem.  Pielęgniarka  poinformowała
mnie,  że  właściwie  spałam  przez  pięć  dni.  Zdrętwiały  mi  wszystkie
kończyny,  żyły  boleśnie  pulsowały.  Ogólnie  całkowite  rozbicie  i  znajome
spowolnienie  wszelkich  odruchów.  Z  wysiłkiem  unoszę  głowę  i  rozglądam
się  po  sali.  Parawan  pomiędzy  dwoma  łóżkami  jest  odsłonięty,  więc  widzę,
że na drugim łóżku leży mężczyzna. Twarz ma wykrzywioną z bólu i przez
cały czas krzyczy. Jest, podobnie jak ja, opleciony siecią rurek niczym jeniec
wojenny sznurami.

background image

–  Proszę  dać  mi  coś  przeciwbólowego!  Siostro!  Ja  już  nie  mogę

wytrzymać!  –  woła.  Brak  jakiejkolwiek  reakcji.  Nikt  nie  przychodzi.  –  Czy
ktoś może zawiadomić mojego syna, że tu jestem?!

–  To  jest  szpital.  Niech  pan  tak  nie  krzyczy!  –  strofuje  jedna

z dyżurujących sióstr.

Słyszałam rzężenie, słyszałam jęki.
W nocy umiera. Ja nie śpię i widzę, jak kilku pielęgniarzy wkłada martwe

ciało  do  metalowej  kapsuły  podobnej  do  trumny.  Ale  jestem  jeszcze  chyba
nie  za  bardzo  przytomna,  by  w  pełni  dotarło  do  mojej  świadomości,  co  tak
naprawdę się stało...

Gdy  po  kolejnej  drzemce  otworzyłam  oczy,  przy  moim  łóżku  siedziała

wychowawczyni.  Trzymała  mnie  za  rękę.  Nie  musiała  nic  mówić,
wystarczyła  sama  jej  obecność.  Matka  przychodzi  do  mnie  w  odwiedziny,
jakbym leżała ze złamaną nogą. Nie ma tematu. Nawet mi to odpowiada.

– Dzisiaj przeniesiemy cię na normalną salę. – Usłyszałam od ordynatora

na  porannym  obchodzie  następnego  dnia.  –  Poproszę  siostrę,  żeby  ci
pomogła  z  rzeczami.  Możesz  już  przyjmować  płynne  pokarmy.  Zaczniemy
od kaszki manny i rosołku.

Nie chcę jeść. Boli mnie brzuch. Nie chcę, żeby mój stan się poprawiał.

Patrzę pustym wzrokiem gdzieś przed siebie, ale nie widzę nic konkretnego.
Czuję, jak narasta we mnie bezradność i smutny gniew, że się nie udało.

Jednak  przyniesiony  posiłek  okazał  się  świetną  okazją,  by  zdobyć  coś

ostrego.  Nieważne,  że  do  jedzenia  przynieśli  samą  zupkę.  Panuje  tak
ogromny wir, że nie zwrócono uwagi na komplet sztućców, który dostałam.
Z nożem. Szybko się pocięłam.

Po  południu  przychodzi  pielęgniarka  i  zaczyna  wyjmować  z  szafki  przy

moim łóżku różne rzeczy. Nawet nie wiedziałam, co się w niej znajduje.

– Chodź za mną. Pokażę ci salę, w której będziesz leżeć.
Obniżyła  barierki  przy  moim  łóżku  i  wyszła.  Pomalutku  odkrywam

kołdrę  i  zsuwam  się  w  dół  materaca.  Moje  nogi  bezwładnie  zwisają  nad
podłogą,  która  wydaje  się  być  kilka  metrów  niżej.  Nie  chodziłam  już  od
ponad  tygodnia.  Czułam  się  jeszcze  słaba  i  długo  szukałam  odwagi,  by
postawić stopę na zimnej posadzce. Zachwiałam się i dźwięcznie wyrżnęłam
o ziemię.

– 

Chyba 

trzeba 

będzie 

ci 

pomóc 

– 

powiedziane 

bardziej

z niecierpliwością niż życzliwością.

I  tak  upadłam  jeszcze  kilka  razy  i  zostałam  do  nowej  sali  raczej

background image

dowleczona niż odprowadzona...

*

Zabrali  mnie  na  kolejne  badanie  USG.  Leżę  na  stole  i  nawet  nie  myślę.
Zimna maź rozlewa się po moim brzuchu.

– Musiało cię chyba ostro popieprzyć – odzywa się lekarz.
– Widocznie tak.
–  Nawet  nie  umiesz  porządnie  podciąć  sobie  żył.  Użyłaś  zbyt  tępego

noża. – Śmieje się.

Wracam  do  szpitalnej  sali  i  znów  czuję,  że  wszyscy  na  mnie  patrzą.

Zaciskam  rękę  na  zabandażowanym  nadgarstku  i  kieruję  wzrok  w  pustą
przestrzeń daleko przed siebie. Co oni mogą wiedzieć...

background image

22

Cała  się  trzęsę,  nie  mogę  zapanować  nad  drgawkami.  Skóra  na  całym  ciele
się pali.

Zaciągnęli mnie na strych. Było ich dwóch, młodzi, nigdy wcześniej ich

nie widziałam. Nie pozwolili mi na parterze wyjść z windy.

–  Zabawimy  się,  mała!  Będziemy  cię  gwałcić  w  najohydniejszy  sposób,

jaki jest możliwy. – Zaśmiał się jeden z nich. – Nie cieszysz się? – Widocznie
mieli świetną zabawę.

Trzymali  mnie  mocno  i  byli  pewni  siebie.  Strach  zionął  z  moich  oczu,

cała składałam się ze strachu. Jazda windą trwała wieczność. Bardzo bolały
mnie ręce, miałam je wykręcone do tyłu, a uścisk co jakiś czas się zwiększał.

–  Już  się  nie  możemy  doczekać,  prawda,  stary?!  –  krzyknął  do  kolegi,

który mlaskając, polizał mój policzek. Jego ręce coraz mocniej zaciskały się
na moich. Jęknęłam z bólu.

–  Zrobimy  ci  to  w  najbardziej  bolesny  sposób,  jaki  znam.  Zedrzemy

z ciebie spodnie i bieliznę. Będzie bolało.

Makabryczny śmiech.
– Dajcie mi spokój... Proszę... Zostawcie mnie w spokoju – wyszeptałam

i łzy napłynęły mi do oczu.

Lepiej zabijcie mnie od razu. Nie każcie mi tego przeżywać...
– A co, nie pociągam cię? Suka!
Uderzenie w twarz. Policzek pali czerwonością, a z rozciętej wargi płynie

strużka  ciepłej  krwi.  Wypchnęli  mnie  z  windy  i  wciągnęli  po  schodach  na
strych.  Próbowałam  stawiać  opór,  ale  przy  nich  nie  miałam  szans.  Mój
organizm był całkowicie pozbawiony energii.

–  Puśćcie  mnie...  –  To  był  już  płacz,  nie  wiem,  czy  w  ogóle  mnie

usłyszeli.

Dobrali  się  do  moich  spodni  i  szarpaniem  próbowali  rozpiąć  rozporek.

Odczuwałam ból w rękach, ale świadomość tego, co się dzieje, była o wiele
gorszym cierpieniem.

– Dawno cię nikt nie pieprzył, co?
I w tym momencie poczułam nagły przypływ siły. Nie mam pojęcia, jak

background image

ja to zrobiłam. Jednego, tego wyższego, który właściwie przez cały czas się
śmiał,  kopnęłam  w  krocze,  więc  złapał  mnie  ten  drugi.  Podrapałam  go  po
policzku.

– Łap tą kurwę! Ja pierdolę, ale mi przyłożyła!
–  Myślisz,  suko,  że  uda  ci  się  uciec?  –  rozniosło  się  echem  po  klatce

schodowej. – I tak cię kiedyś dorwiemy!

Najpierw  jeden  schodek,  potem  już  nic  nie  widzę.  Drzwi  do  mojego

domu.  Nie,  nie  chcę  tam  iść.  Biegnę  przed  siebie,  nie  patrzę  na  ulicę.
Klaksony.  Żeby  jak  najszybciej  dobiec,  ale  gdzie?  Nie  mam  gdzie  się
podziać. Rośnie we mnie niepokój, cały czas płaczę i myślę tylko o śmierci.
Po  co  oni  mnie  uratowali?  Żeby  było  jeszcze  gorzej?!  Godzinami  krążę  po
ulicach i marzę o tym, że gdzieś tam może jest miejsce dla mnie i ktoś, kto
czeka, by ukoić ten niepokój.

*

Pogrążam  się  w  czymś  przerażającym  i  niesamowicie  zwolnionym.
Doczołgałam się do telefonu. Kulewicz.

Po co ten cały trud?
– Słyszałem o wszystkim.
Tak? Ciekawe skąd...
–  Chciałbym,  żebyśmy  się  spotkali.  Zadzwonię  jeszcze  do  ciebie,  to  się

dokładnie umówimy.

Moje  myśli  na  temat  ostatniego  wydarzenia  zalegają  w  moim  sercu  jak

przeterminowana sałatka z krabów w majonezie zalega na żołądku. Dostałam
w  windzie  histerycznego  ataku  płaczu.  Przykleiłam  policzek  do  zimnej
i  śmierdzącej  drewnianej  dykty.  Nie  chcę,  żeby  ktokolwiek  mnie  dotykał.
Czuję się brudna, jakbym dopiero skończyła pływanie w wiejskiej gnojówce.
Funkcjonuję na pograniczu dwóch światów.

Zadzwonił i powiedział, że mam do niego jutro przyjechać.
– Tylko sobie nie myśl, że po twoich wybrykach ze szpitalem zrobi mi się

ciebie  żal  czy  coś  w  tym  stylu.  Wiem,  że  próbowałaś  wzbudzić  we  mnie
litość. Ale nic z tego.

*

Biurko  w  moim  pokoju  jest  usytuowane  dokładnie  naprzeciwko  drzwi,  a  te
niestety  muszą  być  przez  cały  czas  uchylone  ze  względu  na  koty,  które

background image

mamy.

– Taka jest kocia natura – tłumaczy matka. – Muszą wędrować po całym

domu, zaglądać w różne zakamarki i mieć wolną drogę.

Ale czy kogokolwiek obchodzi, jaka jest moja natura? Bardzo chcę, by te

drzwi  były  zamknięte,  i  przyczyniam  się  do  tego,  jak  często  mogę.  Gdy
pozostaje ta szparka, wali się mój system bezpieczeństwa, nie mogę pozwolić
sobie na żadną naturalność ani swobodę ruchów. Uczę się, pozornie skupiam
na  treści  podręcznika,  ale  tak  naprawdę  ani  na  moment  nie  przestaję  być
czujna.  Idzie  przedpokojem.  Słyszę.  Do  łazienki  albo  do  kuchni,  obydwa
pomieszczenia znajdują się tuż przy moim pokoju. Na moment będzie musiał
się  zatrzymać,  by  zapalić  światło  i  otworzyć  drzwi,  a  wtedy  znajdzie  się
dokładnie  w  tej  szparce  i  będzie  patrzył.  Zawsze  tak  robi.  Ja  nie  odwracam
głowy, ale to czuję.

Pewnego  dnia  zadzwonił  telefon  i  usłyszałam,  że  mam  go  poprosić.

Skamieniałam.  Jak  wybrnąć  z  tej  sytuacji?  Miałam  parę  sekund,  by
cokolwiek wymyślić, ale moje ciało i mózg odmawiały posłuszeństwa. Jakby
coś zawładnęło nimi w tym momencie. Są w domu dwa telefony. Jeden stary,
wieloletni,  przez  który  zawsze  rozmawia,  i  nowy,  przenośny,  z  którego
korzystam  głównie  ja.  Miałam  dwie  możliwości:  albo  wejść  do  tamtego
pokoju  i  podać  mu  słuchawkę,  albo  poprosić,  by  wstał  i  podszedł  do  tego
drugiego.  Dwie  koszmarne  możliwości.  Wstałam  od  biurka  i  powolnym
krokiem  ruszyłam  w  głąb  mieszkania,  podążając  w  jego  kierunku.  Gdy
znalazłam się w pokoju, energicznym krokiem podeszłam do fotela, podałam
słuchawkę, pilnując przy tym bacznie, by nie dotknąć za dużo, i tym samym
energicznym  krokiem  stamtąd  wyszłam.  Będę  się  martwić  później,
pomyślałam.  Odganiałam  męczące  myśli,  które  zaczęły  atakować  moją
głowę.

*

Mogę  szczerze  przyznać,  że  tym  razem  rozmawiało  mi  się  z  Kulewiczem
całkiem  normalnie.  Przez  chwilę  poczułam,  że  ktoś  mnie  tak  naprawdę
rozumie.  Nasze  spotkanie  miało  iście  filozoficzny  charakter.  Przynajmniej
rozmawialiśmy.

–  Nigdy  bym  nie  pomyślał,  że  możesz  targnąć  się  na  swoje  życie  –

oświadczył. – Zrobiłaś mi niezłą niespodziankę.

–  Proszę  bardzo...  –  Powinnam  jeszcze  pewnie  dodać,  że  cała

background image

przyjemność po mojej stronie.

Ten dzień wyglądał zupełnie inaczej. Napełnił mnie nadzieją, choć... Nie,

to  może  za  mocne  sformułowanie.  W  każdym  razie  poczułam  coś  ponad
wiecznym czarnym dnem. Z potwornym zgrzytem uchyliły się ciężkie wrota,
wpuszczając do środka lekki i nieśmiały promyczek słońca. Tylko na chwilę.

–  Chciałbym,  żebyś  chodziła  ze  mną  na  tenisa.  Muszę  cię  troszkę

rozruszać.

background image

23

Jednak z moim umysłem nigdy nic nie wiadomo. Psychiczna idylla nie trwała
długo,  bo  już  następnego  dnia,  w  autokarze,  modliłam  się,  żeby  autobus
rozbił  się  o  drzewo  albo  spadł  ze  stromej  skarpy.  W  głowie  pustka.  Nic  nie
czuję,  nic  nie  myślę.  Mój  mózg  zdaje  się  nie  przetwarzać  żadnych
wiadomości. Jest coraz trudniej. Bezsens wszelkiej egzystencji.

Boże, zabierz mnie do siebie. U ciebie musi być tak pięknie.
Wszystko wydaje się lepsze od mojego obecnego stanu. Cokolwiek, tylko

nie ja w tej chwili.

*

– Jutro się nie spotkamy, bo nie mam czasu – powiedział Kulewicz przez

telefon.

Powiedzieć mu, że jest źle?
– Nie jest ze mną najlepiej. Właściwie jest bardzo źle.
–  A  to  nawet  dobrze  –  powiedział.  –  Każdy  musi  się  kiedyś  pomartwić.

Takie  jest  życie,  moja  droga!  Nie  narzekaj  tyle.  –  Złośliwy  ton.  –  Nie
wszyscy muszą być wiecznie szczęśliwi!

– Jestem przerażona tym, co się dzieje. – Próbowałam mu przekazać, że

prawie  całkowicie  zatraciłam  kontrolę  nad  własnymi  emocjami.  Zostałam
podbita przez te negatywne, najbardziej szkodliwe i ciemne.

Czuję się, jakbym była upchnięta gdzieś na samym dnie świata, a szanse

przedostania się na powierzchnię są marne. Właściwie zerowe.

Kiedy  wali  się  jakiś  budynek,  najczęściej  z  powodu  trzęsienia  ziemi,

ekipy ratownicze łączą swoje siły, dwoją się i troją, by odkopać uwięzionych
pod  gruzami  ludzi.  Prace  trwają  długo,  jest  ciężko,  nie  zawsze  skutecznie,
wyciąga  się  trupy  bądź  żywych.  Ogromna  akcja,  liczy  się  każdy  człowiek,
każda  jednostka.  Ludzie  wiedzą,  że  ktoś  im  pomoże,  mają  świadomość,  że
coś się dzieje, że jest nadzieja.

A mnie nikt nawet nie próbuje ratować...

background image

24

Kulewiczowi minął już chyba cały zapał do ratowania mnie, jeśli choć przez
moment  taki  zamiar  przejawiał.  Po  raz  setny  słucham  jego  wywodów
o  kosmitach  i  transwestytach  i  zastanawiam  się,  czy  rzeczywiście  tak  to
wszystko powinno wyglądać. Nie mam odwagi powiedzieć mu, co dzieje się
w  mojej  głowie,  nie  chcę,  żeby  znowu  się  ze  mnie  śmiał  albo  był
zdenerwowany.  Zresztą  jego  i  tak  to  w  ogóle  nie  interesuje.  Nie  dziwię  mu
się.

Tak bardzo żałuję, że mnie odratowali. Czy ktoś mnie zapytał o zdanie?

Na świecie jest tylu umierających ludzi, którzy pragną żyć. Dlaczego wybrali
sobie mnie?

Zalegające  we  mnie  śmieci  robią  się  coraz  cięższe.  Uniemożliwiają  mi

chodzenie.  Snuję  się  chodnikami,  z  trudem  robię  następny  krok.  Mam
wrażenie,  że  zaraz  się  przewrócę  i  będę  zmuszona  do  czołgania  się  po
wyboistej  drodze.  Ktoś  mnie  pcha.  Już  nawet  nie  mam  siły  omijać  ludzi.
Chciałabym położyć się na ziemi. Ze zmęczenia.

*

Nie  jestem  w  stanie  opisać,  jak  wiele  siły  potrzebowałam  na  to,  by  wyjść
z  domu  i  pojechać  na  korty.  Depresja  zaatakowała  mnie  z  wyjątkową  siłą
i nie byłam w stanie zrobić czegokolwiek. Użyłam całego mojego drobnego
zapasu  energii,  by  pójść  na  ten  trening.  Wszystko  dla  jednego  kroku,  który
miał  być  moim  ratunkiem.  Chciałam  być  wśród  ludzi.  Myślałam,  że
Kulewicz będzie ze mnie dumny, ale...

Nie  mogę  powiedzieć,  żebym  była  jakąś  rewelacyjną  zawodniczką,  ale

największą trudnością było to, że nie miałam siły, nie miałam żadnych chęci
i ani odrobiny zapału.

– Ruszasz się dzisiaj, jakbyś miała w dupie cegłę! – Nie było w tym ani

trochę poczucia humoru.

Po  kolejnym  takim  komentarzu  upuściłam  rakietę.  Łzy  napłynęły  mi  do

oczu. Jakaś siła przeraźliwie ściskała mnie od wewnątrz.

– Jak masz swoje babskie humory, mogłaś nie przychodzić!

background image

–  Czuję  się  dzisiaj  beznadziejnie,  jestem  przygnębiona  i  każdy  ruch  jest

dla mnie potwornym wysiłkiem. Przepraszam...

– Zachowujesz się jak całkowita cipa, jak niedojrzała idiotka. Co mnie to

obchodzi, jak się czujesz! Albo grasz, albo do widzenia.

– Przestań, błagam cię, przestań...
Jego  słowa  parzyły  mnie.  Poczułam,  jak  podchodzi  do  mnie  i  wbija  mi

w szyję tysiące szpilek.

– Zepsułaś mi całe popołudnie.
Okładały mnie pięściami po twarzy.
– Jak kurwa, po prostu jak kurwa! – mówi już bardziej do samego siebie.
Z  trudem  poruszałam  się,  mając  wbitych  w  ciało  kilkanaście  znajomych

ostro zakrzywionych sztyletów. Moje myśli krwawiły, krwawił przygryziony
z przerażenia język. Byłam tak ciężka, że cała się trzęsłam.

*

Następnego dnia spotkałam go, wracając ze szkoły. Pomachał mi. Widziałam
go  sztywnym,  pustym  wzrokiem.  Moje  ciało  zadrżało  pod  wpływem
dreszczy,  jakby  uderzył  mnie  z  tego  miejsca,  w  którym  stał.  W  głowie
miałam  cały  czas  jego  krzyk,  a  on  zachowywał  się,  jakby  się  nic  nie  stało.
Śniło mi się? Nie. Za dobrze to czuję.

– Cześć, bracie! Co słychać?
Jakbyśmy nie widzieli się od roku.
–  Nic  ciekawego.  –  Miałam  zamiar  odejść,  ale  okazało  się  to

trudniejszym  zadaniem  niż  podniesienie  stu  kilogramów.  Co  teraz  powie?
Zacznie przeklinać, wyzywać mnie? Widocznie na to zasłużyłam. Jego słowa
bardzo mnie bolą, ale on przecież musi mieć jakieś podstawy. Nic nie bierze
się z powietrza.

Nienawidzę siebie.
Mówił do mnie, a ja czułam, jak moje podeszwy powoli wbudowują się

w rozgrzany asfalt. Jedno szarpnięcie i znów jestem sama. Ulga.

„Przed obawą śmierci najlepiej uciec w śmierć”. To jest sposób?

*

Moja  wychowawczyni  powiedziała,  że  mam  dać  jej  znać,  gdyby  chodzenie
do Kulewicza nie było dla mnie wystarczające.

Jestem uwięziona w pętli, koszmar powraca co chwilę. Próbuję nie jeść,

background image

ale  wszystko  i  tak  kończy  się  nadmiernym  obżeraniem.  Chciałabym  to
z  siebie  wylać,  wykrzyczeć  w  jakikolwiek  sposób.  Zabierzcie  ze  mnie  to
coś!!! Przestanę jeść. Skoro nie udało mi się od razu zabić, będę się zabijać
po kawałku. Ta decyzja wypływa ściekami z mojego ciała.

Z dużego pokoju znów słychać:
–  Zamawiałem  herbatę  za  piętnaście  minut,  a  nie  teraz.  Odnieś.  Na

kolację będę jadł jogurt, więc wyjmij go z lodówki, żeby się zagrzał.

A moja matka posłusznie drepcze do kuchni ze szklanką w ręku.
Pieprzony hotel.

*

Całą  swoją  energię  wykorzystuję,  by  dopracować  plan  wyrzucania
wszelkiego  pokarmu.  Otwarty  śmietnik  nie  jest  najodpowiedniejszym
miejscem, bo zapach smażonych kotletów schabowych roznosi się po całym
domu.  Położyłam  na  dnie  szafy  kilka  woreczków.  Właśnie  tam  wszystko
wkładałam,  chowałam  do  plecaka,  by  wyrzucić  do  śmietnika  w  drodze  do
szkoły.

Nie mogę wytrzymać na lekcjach. Jestem kompletnie załamana, przeraża

mnie  każde  zadanie  i  ogrom  zajęć,  jakie  mnie  czekają.  To  jest  takie
przytłaczające. Jestem beznadziejna.

Najgorsze są wieczory. Nienawidzę ciemności i bardzo się jej boję. Bo ta

zewnętrzna  ciemność  otacza  moją  własną  i  zaczynam  dusić  się  w  środku.
Największa  rozpacz  i  zrezygnowanie  ogarniają  mnie  właśnie  przed  snem.
Zawsze tak panicznie bałam się ciemności, bałam się zasypiać bez zapalonej
przy  łóżku  lampki.  Bałam  się  po  ciemku  pójść  nawet  do  toalety.  Cały  czas
miałam  wrażenie,  że  ktoś  za  mną  stoi,  że  ktoś  przyjdzie  w  nocy  i  zrobi  mi
krzywdę. Czasem ze strachu nie mogłam zasnąć. Jako dziecko byłam święcie
przekonana, że tylko nielicznym udaje się dożyć kilkudziesięciu lat, i wciąż
bałam  się,  że  każdego  dnia  może  mi  się  coś  złego  przydarzyć.  Często  śniło
mi się, że ktoś podrzyna mi gardło albo wbija nóż w brzuch, panicznie bałam
się  tego  bólu.  Patrzyłam  z  podziwem  na  dorosłych  ludzi,  że  udało  im  się
przeżyć. Nienawidzę ciemności.

Wieczorami, w nocy siedzę przy biurku, wsłuchuję się w psychodeliczne

dźwięki utworów The Prodigy i pozwalam, by apatia zrobiła ze mną, co tylko
chce. Wykonuję drobny ruch polegający na rytmicznym naciskaniu klawisza
myszki komputerowej. Znowu pasjans. A to takie puste. Jak ja.

background image

25

W szkole otaczają mnie ludzie z ambicjami, z planami na przyszłość, którzy
chcą działać, chcą się kształcić, by dostać się na dobrą uczelnię. A ja? Nawet
nie jestem pewna, czy dożyję wieczora i czy chcę się jutro obudzić. Wtulam
twarz  w  ciepłe,  miękkie  ciałko  mojego  kota.  Nawet  nie  mogę  już  płakać,
moje oczy są suche. Czuję się otępiała.

Psychiczne dno. Czy jest coś, co mogłoby to zmienić?

*

Jadę  na  rekolekcje.  Każda  okazja  jest  dobra,  żeby  wyrwać  się  z  domu.
A może to w religii powinnam szukać rozwiązania i ratunku? Chyba wierzę
w  Boga,  ale  myślę,  że  on  mnie  nie  akceptuje  i  musi  być  mną  bardzo
zawiedziony.  Musiałabym  się  modlić,  ale  modlitwa  wymaga  ogromnej
koncentracji.  Nie  jestem  teraz  w  stanie  tyle  zrobić.  Może  nie  mam  odwagi,
może  nie  umiem.  Czuję,  że  potrzebuję  czegoś  bardziej  namacalnego  niż
mówienie  do  kogoś,  kogo  nie  widzę  i  kto  mi  nie  odpowiada.  I  nawet  nie
wiem, czy tam jest.

Na  pewno  nikt  nie  będzie  zwracał  na  mnie  uwagi.  Będę  się  snuła  po

kątach, przecież nikogo tam nie znam, a nawet gdybym znała, nic by to nie
zmieniło.  Tak,  rekolekcje  oznaczają  myślenie,  a  przez  myślenie  coraz
bardziej  oddalam  się  od  świata  rzeczywistego.  Czy  można  dojść  aż  tak
daleko, żeby nie było możliwości powrotu?

*

W  łazience  jest  taka  srebrna  rura,  od  junkersa  wchodzi  w  ścianę.  Często  mi
się  śni,  że  zostałam  w  niej  zamknięta.  Jest  tam  ciemno,  zimno  i  bardzo
ciasno.  Krzyczę,  walę  pięściami,  ale  to  nic  nie  daje.  Tak  bardzo  mnie  to
męczy  i  chyba  rewelacyjnie  opisuje,  jak  się  czuję.  Mogłabym  tak
przyrównywać  do  różnych  pokrytych  rdzą  żelaznych  przedmiotów,  do
wysypiska śmieci, z którego bije odór zgnilizny i rozkładu. Jestem pewna, że
takie  same  emocje  odczuwa  człowiek,  którego  żywego  zamknięto  przez

background image

pomyłkę w trumnie. I nikt już go nie wypuści.

*

Gdy  na  dworze  panuje  upał,  sytuacja  staje  się  wyjątkowo  uciążliwa,  a  to
dlatego, że nie mam swobodnego dostępu do kuchni. Często tam siedzi, a ja
nie  mam  możliwości  napić  się  czegokolwiek.  Wpadam  do  domu  zgrzana,
zmęczona i spragniona i wtedy okazuje się, że on siedzi w kuchni. Nie mogę
tam  wejść,  a  on  po  prostu  czyta  książkę.  Nieraz  zdarzało  się,  że  na  parę
łyków zbawczego zimnego soku musiałam czekać trzy godziny.

Bywa  tak,  że  chodzę  głodna  przez  pół  dnia,  bo  nie  mogę  przygotować

sobie  śniadania  z  wiadomego  powodu.  Za  każdym  razem  muszę  bacznie
nasłuchiwać, czy nie wyjdzie na chwilę, bo wtedy mogłabym szybko coś dla
siebie  zrobić.  Chwytam  w  pośpiechu  to,  co  leży  najbliżej,  by  zdążyć  wyjść
z pomieszczenia, zanim on wróci.

Gdy  nie  jestem  pewna,  gdzie  on  się  w  danej  chwili  znajduje,  muszę

dodatkowo  badać  teren.  Delikatnie  i  możliwie  jak  najdyskretniej  wychylam
się zza ściany, patrząc w kierunku dużego pokoju, aż do momentu, gdy ujrzę
jego  stopy  wsparte  na  pufie.  Jeżeli  je  tam  zlokalizuję,  mam  pewność,  że
droga  wolna,  i  trochę  śmielej  wchodzę  do  kuchni  bądź  łazienki,  naciskając
klamkę przez rękaw bluzki. Jednak gdy tych nóg nie ma, muszę zastosować
inne  środki.  Zamieram  w  ciszy,  nasłuchując  posapywania,  głośniejszego
oddechu, jakiegoś najdrobniejszego hałasu lub poruszenia, by dowiedzieć się,
gdzie jest. I tak za każdym razem.

background image

26

Jestem  od  kilku  dni  na  tych  rekolekcjach.  Czuję  się  fatalnie  i  na  wszystkie
możliwe sposoby szukam izolacji. Po prostu dno. Pojawia się w mojej głowie
ta  potworna  plątanina  ciemnych  kadrów,  która  z  całą  siłą  ciągnie  mnie  ku
temu najbardziej drastycznemu sposobowi zakończenia ostatecznego.

Nie ma ciszy, nie ma tego spokoju, którego się spodziewałam. Grupowe

rozmowy,  publiczne  wyznania,  radość,  śmiech  i  dla  kontrastu  ja.
Przemieszczam się po ośrodku niczym cień, w kaplicy trzymam się z dala od
wszystkich i za wszelką cenę próbuję odnaleźć się w tej rzeczywistości.

Na  ścianie  wisi  duży  plakat  z  hasłem:  „Bóg  Cię  umiłował,  a  Ty?”.  A  ja

nie wiem i szczerze mówiąc, nie mam siły się nad tym zastanawiać. Trochę
się  boję.  Ale  chciałabym,  żeby  wziął  mnie  za  rękę,  pogłaskał  po  głowie
i  zapewnił,  że  akceptuje  mnie  taką,  jaka  jestem.  Fizycznie  niemożliwe,
a duchowo nie umiem tego poczuć.

*

Wczoraj  późnym  wieczorem  na  zakończenie  było  wspólne  ognisko.
Ogniskowy nastrój jest rewelacyjny do celebrowania smutku i przygnębienia,
do  filozoficznych  rozmyślań,  które  u  mnie  niezmiennie  krążą  wokół  tematu
śmierci i poczucia osamotnienia. Cokolwiek by się działo.

Czułam, jak gwałtownie oddalam się od zgromadzonych tam ludzi. Pełna

integracja,  śmiech,  optymistyczny  gwar  rozmów  sprawiały,  że  czułam  się
coraz  gorzej.  Znowu  ta  panika,  znowu  to  przerażenie  i  męczący  chaos
w  głowie.  Jeszcze  chwila,  a  wskoczyłabym  prosto  w  płomienie,  a  gdybym
tylko mogła się ruszyć, już dawno biegłabym przed siebie po polach i lasach,
które  nas  otaczały.  Gdyby  tylko  umożliwiło  mi  to  ucieczkę  od  siebie.  Nie
umiem, tak jak oni, bawić się i żartować. Czuję się inna. Mam wrażenie, że
już urodziłam się z zepsutą funkcją, a ta usterka nie pozwala mi cieszyć się
z czegokolwiek.

Marta była naszą opiekunką. Patrzyłam na tę niezwykle ciepłą i serdeczną

osobę i zastanawiałam się, jak by to było fantastycznie mieć taką siostrę. Na
ognisku siedziała niedaleko i rozmawiała z dziewczynami z mojej grupy. Nie

background image

mam  pojęcia,  skąd  wzięłam  tyle  odwagi,  aby  wyrzucić  z  siebie  prośbę
ostatnich  kilku  dni.  Czasem  ogarnia  mnie  tak  silny  lęk,  że  jest  mi  już
wszystko jedno, że zrobię cokolwiek, by tylko poczuć ulgę. Pomyślałam, że
jeśli mnie wyśmieje, to następnego dnia i tak rozjedziemy się do domów i już
nigdy więcej jej nie zobaczę. Desperackie słowa musiały paść z moich ust.

– Marta, mogę się do ciebie przytulić?
– Oczywiście, że możesz! – Uśmiechnęła się do mnie serdecznie.
Teraz  już  tylko  ciepło  i  poczucie  bezpieczeństwa.  Bicie  serca  drugiej

osoby,  które  działa  tak  kojąco.  Tak  bardzo  potrzebowałam  drugiego
człowieka, że żadne słowa nie są w stanie tego opisać. Na moment odchodzi
to  pragnienie,  by  położyć  się  na  ziemi  i  czekać  na  śmierć.  Staram  się
zapamiętać każdą sekundę tej chwili, by móc potem odtwarzać ją w głowie,
wracać do niej w myślach. Nie wiem, czy kiedyś się powtórzy. Czy powtórzy
się kiedykolwiek.

– Chcesz porozmawiać?
– Uhm...
Siedziałyśmy  razem  w  nocy  przez  kilka  godzin  w  pustym  refektarzu.

Marta  do  mnie  mówiła,  a  ja  wtulona  w  nią  nie  mogłam  powstrzymać
płynących łez. Powoli się uspokajałam, minęły drgawki i dojmujące uczucie
lęku. Choć nie mam pewności, czy to wszystko stało się naprawdę, czy może
to  był  tylko  sen  i  zaraz  obudzę  się  znów  w  brutalnej  rzeczywistości.  Nie
pamiętam  już,  kiedy  ostatni  raz  czułam  się  tak  dobrze  i  bezpiecznie,  więc
nawet  nie  potrafię  opisać  własnych  uczuć.  Brakuje  mi  słów  na  określenie
czegoś tak pozytywnego.

Ludzie  nie  zdają  sobie  sprawy,  jak  wiele  mogą  dać  osobom  w  depresji

jednym  drobnym  gestem,  jak  przytulenie,  jak  uśmiech  czy  potrzymanie  za
rękę,  jak  przyjazna  obecność.  Choćby  miało  to  trwać  sekundę.  To  zawsze
sekunda cierpienia mniej.

Jestem pewna, że gdyby nie Marta, wstałabym i pobiegła przed siebie, by

jak  najszybciej  coś  mi  się  stało,  by  jak  najszybciej  zabić  to  coś,  co  już  tak
długo rządzi sobie w moim organizmie. Przytulenie Marty i nasza rozmowa
chociaż na chwilę unieszkodliwiły depresyjnego wirusa. Starałam się cieszyć
się tym jak najdłużej, ale choroba okazała się silniejsza i już po powrocie do
domu rozpoczęła swoje despotyczne rządy.

background image

27

Ogarnął  mnie  jakiś  dziwaczny  trans,  całkowicie  zgubiłam  poczucie
rzeczywistości,  zawiesiłam  się  w  bezkształtnej  przestrzeni,  która  do  bólu
przypomina piekło. Mój umysł odbywa sobie podróże po oceanie koszmaru,
czuję,  jakbym  miała  tonę  cegieł  na  klatce  piersiowej.  Tak  bardzo  się  tego
boję...

Znalazłam  siły  na  kolejny  wyjazd  tylko  po  to,  by  być  bliżej  Marty  i  jak

najwięcej  skorzystać  z  tej  wspierającej  bliskości.  Nie  miałam  siły  na
dyskusje,  nie  potrafiłam  opowiedzieć  o  wszystkich  swoich  lękach  ani
sformułować konkretnego argumentu. Tak więc znowu wylądowałam wśród
ogromnej  grupy  osób,  gdzie  nikogo  nie  znałam  i  gubiłam  się,  próbując
sprawiać  wrażenie  beztroskiej  i  normalnej.  Marta  myślała,  że  przebywanie
wśród ludzi sprawi, że poczuję się lepiej. Ja byłam przerażona.

Łatwo  było  nie  jeść  i  o  to  mi  właśnie  chodziło.  Głód  wysysał  ze  mnie

resztki  sił  i  niesamowicie  palił  wnętrze.  Czułam  pozorną  radość  z  faktu,  że
jestem  to  w  stanie  wytrzymać.  Unikanie  posiłków,  które  pozostawały  we
własnym  zakresie,  nie  było  zbyt  trudne,  nawet  dla  mojego  przemęczonego
organizmu.  Nikt  nie  zwracał  na  mnie  uwagi,  ale  kłamstwa  i  tak  czekały
w pogotowiu.

*

Zemdlałam.  Właściwie  nie  jestem  zupełnie  pewna,  czy  zasłabłam  z  głodu,
czy  był  to  kolejny  z  tych  niszczących  mnie  ataków.  Nie  mogłam  złapać
oddechu,  ręce  zaczęły  mi  drętwieć,  a  świat  zachwiał  się  przed  oczami.
Zostałam  umieszczona  na  miękkiej  kanapie  w  punkcie  medycznym  tuż  za
polem  namiotowym.  Wszystko  wokół  wirowało  sobie  w  dowolnych
kierunkach.  Udało  mi  się  na  chwilę  zebrać  te  wszystkie  rozmyte  cząsteczki
w  jedno  miejsce  i  zarejestrować  twarz.  To  była  Marta.  Siedziała  przy  mnie
i  trzymała  mnie  za  rękę.  Przynajmniej  w  tym  momencie  poczułam  się  jak
namiastka  człowieka.  Cały  czas  nie  byłam  pewna,  czy  to  się  rzeczywiście
dzieje.  Raczej  nie  jestem  przyzwyczajona,  by  ktokolwiek  okazywał  mi  tyle
życzliwości. Choć może to była litość?

background image

–  Musisz  teraz  bardzo  uważać  na  siostrę  –  podkreśliła  pielęgniarka,

zwracając  się  do  Marty.  A  ona  nie  prostując  tej  pomyłki,  uśmiecha  się  do
mnie i mówi, że będzie się mną opiekować.

Po rekolekcjach Marta zabiera mnie ze sobą na Podkarpacie. Tak bardzo

boję się wracać do domu, że pojadę wszędzie, byle nie tam.

–  Boję  się  puszczać  cię  samą  po  tym  zasłabnięciu.  Muszę  cię  najpierw

dokarmić – oświadczyła ostatniego dnia.

Nie  buntowałam  się,  bo  chciałam  tego.  Chciałam,  żeby  wszystko  trwało

dłużej. Nie rozumiałam tego, ale chciałam, żeby trwało.

Marta  wiedziała,  co  się  ze  mną  dzieje.  Przynajmniej  w  jakimś  stopniu.

A  ja  nie  miałam  siły  na  udawanie.  Bardzo  bałam  się,  że  moim
przygnębieniem  wszystko  zepsuję,  co  sprawiało,  iż  radziłam  sobie  jeszcze
gorzej.  Myśli  poruszały  się  po  skręconych  drutach  zwojów  mózgowych,
powodując  kłujący  ból  w  okolicach  skroni.  Brakowało  mi  ostrej  żyletki,  bo
moja  zapodziała  się  gdzieś  podczas  obozu.  Nie  mogłam  kupić  nowej,  bo
Marta  nie  odstępowała  mnie  na  krok.  Spędziłam  na  Podkarpaciu  dwa
tygodnie,  całkowicie  poddając  się  woli  Marty.  Nikt  nie  miał  do  mnie
pretensji,  nikt  nie  krzyczał,  nikt  mnie  nie  krytykował.  Mogłam  tkwić
w swoim smutnym świecie, okazjonalnie odczuwając ulgę podczas kontaktu
z  drugim  człowiekiem.  Myślę,  że  gdzieś  tam  głęboko  na  dnie  miałam
nadzieję, że Marta będzie umiała mi pomóc, że będzie osobą, która zapanuje
nad  tym  całym  koszmarem  i  wyciągnie  mnie  z  niego.  Nie  miałam
sprecyzowanej wizji, na czym niby miałoby to polegać, ale wierzyłam, że ona
na pewno będzie wiedziała.

background image

28

Wchłaniam  niesamowite  ilości  jedzenia,  ale  nie  zawsze  udaje  mi  się
zwymiotować.  Nie  pamiętam,  ile  nocy  już  nie  spałam.  Wpadam  do  jakiejś
przepaści,  leżę  ranna  na  samym  dnie,  jest  mroczno  i  okropnie.  Nawet  jeśli
uda  mi  się  wyczołgać,  spadam  ponownie,  a  ponieważ  rany  nie  goją  się  tak
szybko, spadam już ranna i upadek jest bardziej bolesny. Z każdym upadkiem
wygląda  to  coraz  gorzej,  jestem  coraz  słabsza.  Najgorsza  jest  ta  bezradność
i  świadomość,  że  jestem  z  tym  całkowicie  sama.  Samotność  to  takie
przerażające  uczucie,  stan  wyobcowania,  brak  bliskich  ludzi  i  możliwości
porozumienia się z drugim człowiekiem. Paraliżuje całe funkcjonowanie.

*

Jest  druga  w  nocy  i  raczej  nie  zaliczam  się  do  osób,  którym  chce  się  spać.
W  tle  rozbrzmiewa  instrumentalna  wersja  Nothing  else  matters,  a  ja  czuję,
jak  boli  mnie  każdy  dźwięk.  Mój  umysł  pozwala  sobie  na  kolejne
niezrozumiałe wybryki. Chyba do siebie nie pasujemy.

– Dzwoniła ciocia z Elbląga i powiedziałam, że przyjedziesz we wtorek –

oświadczyła  moja  matka,  gdy  w  południe  zwlekłam  się  z  łóżka,
z prześcieradła stworzonego z gwoździ, z mojego miejsca do spania, a raczej
do  męczącego  leżenia  całymi  nocami.  –  Trzeba  by  kupić  jakieś  prezenty.
Powiedz ojcu, że wychodzimy do miasta.

Czuję  u  siebie  w  pokoju  odrażający  zapach  uryny  i  niemytego  ciała.

Dodatkowo przeplata się między nimi dym z palonych przeze mnie świeczek.

– Po co? Przecież zobaczy, że nas nie ma.
Codziennie  przechodzę  przez  to  samo.  Nigdy  nie  ma  zrozumiałej

wymówki.

– Dlaczego nie możesz iść i mu powiedzieć? Co takiego się stanie?! Nie

możesz się tak zachowywać.

Wycofuję się do pokoju, nie mając siły na przyjęcie ciosu.
–  No  i  co  ci  się  znowu  stało?  Ja  już  nie  wiem,  co  mam  mówić.  Nic,  co

mówię, ci się nie podoba. Wychodzimy do miasta, wrócimy za dwie godziny!
–  Ostatnie  zdanie  wykrzykuje  na  całe  gardło,  bo  przecież  on  prawie  nie

background image

słyszy. Pewnie właśnie cały blok dowiedział się, jakie mamy plany na resztę
dnia.

–  Proszę?  Mówisz  coś  do  mnie?  –  On  jak  zwykle  siedzi  przed

telewizorem,  obstawiony  dookoła  jedzeniem  i  napojami,  które  matka  ciągle
donosi. Nogi wsparte na pufie i owinięte starym kocem.

–  Mówię,  że  wychodzę  do  miasta  i  wrócę  za  dwie  godziny!  –  krzyczy

jeszcze głośniej matka.

– A ona też idzie? – To o mnie.
– Tak, idziemy razem.
– Słucham?
– Mówię, że idziemy razem!
Nie patrzę w okno. Nie chcę widzieć słońca, niebieskiego nieba, nie chcę

słyszeć  wrzasku  bawiących  się  na  podwórku  dzieci.  To  mnie  męczy.
Wszystko tak bardzo mnie męczy.

*

Od  kilku  dni  jestem  w  Elblągu  i  mieszkam  u  cioci.  Jest  dziwnie.  Czuję  się
dziwnie.  Wiem,  że  denerwuję  tych  ludzi  i  pragnę  stać  się  niewidzialna.
Myślą,  że  jestem  szczęśliwą,  grzeczną,  dobrze  ułożoną  dziewczynką
z  idealnego  domu.  I  jeszcze  śmiem  czegoś  chcieć.  Ogarniają  mnie  uczucia
znienawidzonej  samotności  i  wyobcowania.  Siedzimy  przy  stole  w  pokoju,
gra telewizor, jest głośno, oni o czymś rozmawiają, ale do mnie nie dociera
żadne zdanie.

Czy oni mają pojęcie, co się teraz we mnie dzieje?!
Czy  oni  zdają  sobie  sprawę,  jak  przytłaczające  procesy  mogą  kierować

ludzkim organizmem?

Przerażająca  jest  świadomość,  że  inni  ludzie  są  tak  blisko  i  nie  mają

pojęcia,  że  co  chwilę  umiera  jakaś  cząstka  mnie,  że  w  środku  wszystko
krwawi.  Żyją  swoimi  sprawami,  a  ja  w  tym  czasie  jestem  brutalnie
mordowana  przez  jakieś  nieczyste  siły.  Odczuwam  każdy  pojedynczy  cios,
strzał, zadawanie ran do krwi.

Dłużej  tego  nie  zniosę,  jeżeli  mam  to  wszystko  nadal  trzymać  w  sobie.

Jestem  tym  przepełniona,  to  się  ze  mnie  wysypuje.  Kolce  bezustannie
wbijające się w serce. Dosłownie.

A oni myślą, że jestem zwykłą pustą, rozpieszczoną nastolatką, która nie

potrafi nic zrobić koło siebie i stroi fochy.

background image

– Jak się czuje ojciec?
No tak, jakbym naiwnie myślała, że tutaj na chwilę ucieknę.
– Nie wiem, chyba dobrze.
–  Jak  to  nie  wiesz?  Nie  grzesz,  dziecko.  Powinnaś  dziękować  Bogu,  że

w  tym  wieku  jest  jeszcze  w  takiej  dobrej  formie!  Twoja  mama  mówiła,  że
rano jeszcze się gimnastykuje.

–  Tak,  rzeczywiście  dobrze  się  trzyma,  całe  szczęście  –  mówię,  co  chcą

usłyszeć, bo nic innego nie ma sensu. Nie zrozumieją. Nie uwierzą.

Przywołany  temat  powoduje  gwałtowny  wzrost  poziomu  lęku.

Powiedziałam,  że  wychodzę  odetchnąć  trochę  świeżym  powietrzem
i  pochodzić  po  okolicy.  Za  oknem  upał  i  piękne  słońce,  jak  przystało  na
środek sierpnia. Nie powinni się dziwić.

Było mi bardzo smutno, więc po prostu musiałam od nich uciec. Od tych

oczu  pełnych  wyrzutów,  niezrozumienia  i  wrogości.  Gdy  znalazłam  się  na
dworze, z okna wyjrzała Justyna, moja kuzynka, i zapytała, czy może iść ze
mną. Ucieszyłam się i przez chwilę miałam nadzieję, że nastąpi jakiś przełom
w  naszych  relacjach.  Bardzo  chciałam  z  kimś  porozmawiać,  ale  gdy
próbowałam, usłyszałam od niej:

–  Zaraz,  zaraz.  Jak  ty  możesz  myśleć  tak  egoistycznie?  No  tak,  jesteś

jedynaczką. – Justyna śmieje się, a ja się zastanawiam, czy bycie jedynakiem
to jakaś choroba. – Myślisz tylko o sobie, w ogóle nie liczysz się z innymi.
To  nie  jest  wcale  jakaś  tam  depresja.  Musisz  się  tego  oduczyć,  bo  nie  dasz
sobie rady w życiu.

Już sobie nie daję rady, ale może niekoniecznie dlatego. Idziemy wolnym

krokiem  wzdłuż  parkowej  alejki,  a  ja  coraz  bardziej  pragnę  stąd  wyjechać.
Tylko tak naprawdę nie mam gdzie się podziać. Justyna kontynuuje:

–  Wiesz,  jak  twoja  matka  miała  ciężko  w  życiu?  Czego  ty  w  ogóle

chcesz?

Żałuję, że w ogóle podjęłam ten temat. Znów walczą we mnie sprzeczne

uczucia i nie wiem już, co jest właściwe. Zaczynam wątpić, czy mam w ogóle
prawo źle się czuć. W tym momencie czuję się odpowiedzialna za całe zło na
świecie. Czuję, że jestem przyczyną wszelkich problemów.

Nie odzywam się już ani słowem i jest mi wstyd. Przyspieszam kroku, by

jak  najszybciej  schronić  się  przed  tym  atakiem,  a  moje  myśli  biegną
w  zawrotnym  tempie.  Czy  przesrane  życie  się  dziedziczy?  Czy  jeśli  matka
jest nieszczęśliwa, to automatycznie dziecko nie ma szans na szczęście? Czy
rzeczywiście  powinnam  wszystkie  siły  przeznaczyć  na  zabicie  w  sobie

background image

wszelkich  pragnień  i  potrzeb  i  cieszyć  się  tym,  że  mam  co  jeść  i  gdzie
mieszkać i że nie dostaję codziennie garnkiem w łeb? Czy pragnienie czegoś
innego czyni mnie złym człowiekiem?

Oskarżenia pod moim adresem padają przy okazji różnych rozmów. Nie

zawsze  tak  jest,  ale  ja  wyłapuję  te  szczególne  momenty  spośród
wymuszonych uprzejmych zwrotów.

Próbowałam  rozmawiać.  Byłam  w  takim  stanie,  że  opowiedziałabym

o  moim  lęku  sprzedawczyni  ze  stojącego  koło  domu  kiosku,  gdyby  tylko
zechciała mnie wysłuchać. Jednocześnie pojawia się opór i ten przerażający
lęk przed ludźmi i przed wyśmianiem. To już najwyższy stopień desperacji.

Jest  środek  lata,  prześliczna  pogoda,  więc  pojechaliśmy  wszyscy  razem

nad jezioro. Wkładam na siebie strój kąpielowy i wiem, że oni na mnie patrzą
i  analizują  każdy  centymetr  mojego  ciała.  Czuję,  jak  robię  się  czerwona  na
twarzy,  a  po  plecach  przebiega  dreszcz.  Tak  bardzo  chciałabym  być  chuda,
tak chuda, że byłoby mi widać wszystkie kości i nikt nie mógłby powiedzieć,
że źle wyglądam.

– Pakujesz może na siłowni? – Pada pytanie.
–  Nie.  –  Jeszcze  bardziej  czerwienieję  na  twarzy  i  spoglądam  na  piasek

pod stopami.

–  Tak  przynajmniej  wyglądasz.  –  Śmiech.  –  Chyba  trochę  przytyłaś  od

zeszłego roku.

Obrzydzenie do samej siebie rosło, choć już od dawna wydawało mi się,

że bardziej nie może. Przecież nie powiem im o wszystkim, a oni nawet nie
wiedzą, jak bardzo mnie to rani.

Nie  mogę  wymiotować  u  nich  w  domu.  Jeżdżę  do  toalety  na  dworzec

kolejowy. Kobieta z szaletu patrzy na mnie podejrzliwie.

*

Wybrałam  się  do  kina  na  jakąś  zagraniczną  komedię.  Na  ten  pomysł
wpadłam  podczas  chwilowego  przypływu  życiowej  siły.  Chodziło  głównie
o  to,  by  wyjść  z  domu,  gdzie  przebywam  z  grupą  obcych  mi  ludzi,  którym
wyraźnie  przeszkadzałam.  Nie  umiałam  nawiązać  z  nimi  kontaktu,  choć  tak
bardzo tego chciałam.

Usadowiłam się z tyłu, gdzie było najciemniej, bo właśnie tam czułam się

najbardziej  bezpieczna.  Widziałam  całą  salę  i  miałam  za  sobą  ścianę,  która
była  niezbędna,  abym  mogła  przebywać  dłużej  na  jednym  miejscu.  Apatia

background image

przewijała  się  wraz  ze  stanem  niepokoju,  podczas  którego  człowiek  nie  ma
pojęcia, co ma ze sobą zrobić.

Jakieś  dwadzieścia  minut  po  rozpoczęciu  seansu  siada  koło  mnie  facet.

Czuję smród alkoholu i słyszę ciężkie, wręcz obleśne sapanie. Na sali nie ma
wielu ludzi i właśnie w tym momencie zaczyna mnie to przerażać.

Jego ręka ląduje na moim udzie i okrężnymi ruchami przesuwa się coraz

wyżej.  Nie  jestem  w  stanie  wykonać  żadnego  ruchu.  Jestem  całkowicie
sparaliżowana.  Nawet  nie  patrzyłam  w  jego  stronę,  nie  chciałam  zobaczyć
jego oczu ani twarzy.

Będę wymiotować.
Gdy  ręka  dociera  do  górnej  części  uda,  zaciska  się  tak  mocno,  że  czuję

tylko  ból.  Facet  w  tym  momencie  uderza  mnie  z  całej  siły  w  twarz,  wstaje
i odchodzi.

Siedzę na miejscu jeszcze przez kilkanaście minut po zakończeniu filmu.

Nie  mam  pojęcia,  o  czym  był.  Tak  bardzo  mi  gorąco,  przez  cały  czas  mam
wrażenie, że moja noga jeszcze nie jest uwolniona od tych obrzydliwych rąk,
policzek piecze. To już chyba u bram piekła.

Ludzie w autobusie patrzą na mnie dziwnie. Cała się trzęsę i kompletnie

nie umiem ukryć swojego strachu. Wbiegam do domu, do pokoju kuzynki –
całe szczęście jest w pracy. Siadam na łóżku, podciągam kolana i ściskam je
najmocniej,  jak  umiem.  Wbijam  paznokcie  w  rękę,  by  poczuć  jakiś  inny,
bardziej namacalny, ból. Obojętnie gapię się na ścianę. W głowie – lepiej nie
mówić, chyba wiadomo. Żyletkę zostawiłam wczoraj wieczorem w łazience,
w  kosmetyczce,  teraz  po  nią  nie  pójdę.  Nie  chcę,  by  ktokolwiek  mnie
widział.

Uchylają się drzwi.
–  Chodź  do  nas  do  pokoju.  Chyba  nie  masz  zamiaru  sama  tu  siedzieć  –

mówi Ala.

–  Zaraz  przyjdę  –  wypowiadam  w  miarę  normalnie,  starając  się

zatuszować strach.

Serce wali mi jeszcze dosyć mocno, jakbym właśnie wróciła z maratonu.

Tylko  to  przerażenie.  Kumulacja  negatywnych  sił.  Nawet  nie  wiem,  ile
minęło czasu, gdy Ala przychodzi znowu.

– Czemu nie przychodzisz? Coś się stało? – pyta mnie całkiem spokojnie.
– Nie, nie, wszystko w porządku. – Przecież jej nie powiem, odruchowo

zaprzeczam jakimkolwiek problemom.

Siada koło mnie, a ja uciekam wzrokiem w bok.

background image

– To dlaczego cała się trzęsiesz?
Milczę.  Muszę  pamiętać:  nikomu  nic  nie  mówić,  żeby  nie  słyszeć

pretensji  i  śmiechu.  Nie  mam  odwagi  na  nią  spojrzeć.  Ala  obejmuje  mnie
ramieniem  i  przytula  mocno.  Próbując  pohamować  łzy,  słyszę  jeszcze,  jak
szepcze, że wszystko jest już dobrze, że już jestem bezpieczna.

background image

29

Marzę  o  tym,  by  jak  najszybciej  stąd  wyjechać.  Robię  wszystko,  by  jak
najczęściej  być  sama.  Zamykam  się  w  pokoju,  biorę  żyletkę  –  teraz  nigdzie
się  bez  niej  nie  ruszam  –  i  tnę  sobie  nadgarstki.  Nie  czuję  bólu,  to  jest  coś
w rodzaju transu.

–  Widzę,  że  się  u  nas  nudzisz.  Mogłabyś  się  z  dziećmi  trochę  pobawić.

Chodzisz taka obrażona na cały świat – mówiła do mnie ciocia.

To  prawda,  męczę  się  tu,  ale  nie  w  taki  sposób,  jak  oni  to  sobie

interpretują.  Dla  nich  to  takie  proste.  A  we  mnie  przerażająco  zwolniona
burza.  Każda  czynność  sprawia  mi  trudność.  Ciocia  ma  pretensje,  że  cały
czas chodzę z głową w chmurach, że nie robię nic konkretnego. Nawet jeżeli
nie mówi tego wprost, wszystko widać w oczach i słychać w tonie głosu. Ja
to  wyczytuję.  Wyjątkowo  nie  mam  siły  udawać,  że  wszystko  jest
w  porządku.  Co  oni  sobie  o  mnie  myślą?  Nie  chcę,  żeby  mieli  o  mnie  złe
zdanie. Gdybym tak mogła z kimś porozmawiać.

–  Prawie  nic  nie  jesz  u  nas  w  domu.  Jak  ci  nie  smakuje,  to  powiedz  od

razu, a nie chodzisz na obiady gdzieś na mieście!

–  Ale  ja  wcale  nie  jem  na  mieście,  to  nieprawda,  że  mi  nie  smakuje...  –

zaprzeczam,  ale  i  tak  nikt  mnie  już  nie  słucha.  Po  co  ja  się  w  ogóle
odzywam?

Mam  wrażenie,  że  wszyscy  są  tutaj  przeciwko  mnie.  Mówię  średnio

jedno zdanie na kilka godzin, jak nie rzadziej. Snuję się po kątach, nie mogę
sobie znaleźć miejsca.

*

Oglądam  film.  Przynajmniej  w  jakiś  sposób  odcinam  się  od  rzeczywistości,
nie muszę odpowiadać na pytania, nie muszę wymieniać jakichś idiotycznych
uprzejmości.  Mogę  gapić  się  w  telewizor  i  przynajmniej  przez  ten  czas  nikt
nie będzie się mnie czepiał, że mam zachowywać się inaczej.

W  filmie  młoda  dziewczyna  próbuje  się  zabić.  Scena:  już  po  płukaniu

żołądka, ona leży w łóżku, do pokoju wchodzi grupa jej przyjaciół i mówią:
„Tak bardzo się cieszymy, że z nami jesteś”.

background image

Mrugam  szybko  powiekami,  by  powstrzymać  cisnące  się  do  oczu  łzy.

Nikt  nigdy  nie  powiedział  mi,  że  cieszy  się,  że  żyję.  Widocznie  nikt  się  nie
cieszy.  To  odkrycie  nie  bardzo  mnie  dziwi.  Pewnie  nikt  nawet  nie
zauważyłby, gdyby mnie nagle zabrakło. Marta powtarzała: „Nie mów o tym,
nie mów tak”, gdy tylko próbowałam wyrzucić z siebie cokolwiek o śmierci.
Milena tak samo. Nie mam do nich, ani do nikogo innego, pretensji. Nie mam
prawa.

Ale czy kogokolwiek obchodzę?

*

JA JUŻ NIE MOGĘ! JA CHCĘ UMRZEĆ! CHCĘ SKOŃCZYĆ TĘ MOJĄ
PARSZYWĄ EGZYSTENCJĘ!

*

Jem  dużo,  a  to  sprawia,  że  czuję  się  coraz  gorzej.  Nie  schudłam.  Wręcz
przeciwnie.  Waga  uparcie  wskazuje  sześćdziesiąt  kilogramów.  Te  okropne
cyfry  patrzą  na  mnie,  ziejąc  swoją  złośliwością.  A  oni  mają  rewelacyjny
temat do żartów.

– Zjedz jeszcze jedną porcję. Anoreksja i tak ci nie grozi!
Śmiech.
Rzeczywiście, bardzo to było zabawne.
To wszystko przeze mnie, bo nie potrafię kontrolować tego, co się ze mną

dzieje.  Nie  chcę  słuchać  już  więcej  idiotycznych  aluzji  do  mojej  wagi,  nie
chcę upokorzeń. Nie chcę krzywych i jednoznacznych spojrzeń.

– Gruba dupa!
Gdzieś to już słyszałam...
Wiem, że jestem beznadziejna! Nie muszą mi tego ciągle powtarzać!

*

–  Pójdziesz  z  nami  na  plac  zabaw?!  –  Krzyki,  piski...  –  A  pobawisz  się

z nami? Pojeździsz z nami na rolkach?

Ja  już  nie  mam  siły,  patrzę  na  wszystko  przez  łzy.  Ktoś  położył  mi  na

głowie pudełko z ciężkimi narzędziami.

Rok  temu  leżałam  tu  w  szpitalu  z  powodu  ataku  rwy  kulszowej.

Przedźwignęłam  się  przy  zabawianiu  tych  fantastycznych  maluchów.

background image

Leżałam  przez  tydzień  na  drewnianej  desce,  z  bezwładną  prawą  nogą
i silnym bólem pleców. Nie byłam w stanie obronić się przed depresją.

Odwiedzali  mnie  prawie  codziennie,  ale  ja  doskonale  wiem,  że  cała

sprawa  sprawiała  im  kłopot  i  najchętniej  wysłaliby  mnie  najbliższym
transportem  do  domu.  Wcale  mnie  nie  dziwiła  ta  postawa,  ale  bolało  to,  że
tak łatwo dali mi to odczuć. Gdybym mogła się ruszać lub chociaż doczołgać
do okna, wszystko by się zakończyło.

Płakałam  –  wszystko  naraz,  wszelkie  rodzaje  bólu.  Przyszła  do  mnie

Agata,  a  ja  wyrzucam  z  siebie,  jak  bardzo  jest  mi  ciężko  i  że  bardzo
chciałabym z kimś porozmawiać.

– Aneta, nie denerwuj mnie! Masz szesnaście lat i mogłabyś się wreszcie

sama  sobą  zająć.  Najłatwiej  ci  płakać.  Weź  się  w  garść,  sama  musisz  sobie
radzić.

Tak  bardzo  potrzebowałam,  by  potrzymała  mnie  za  rękę,  pocieszyła,

a  tymczasem  utwierdziła  mnie  jedynie  w  przekonaniu,  jak  słaby
i beznadziejny ze mnie człowiek. Nie umiem żyć.

–  Proszę,  naskakuj  na  mnie  jeszcze...  –  mówię.  Może  i  zabrzmiało  to

złośliwie,  ale  wcale  tak  nie  jest.  Mówię  to  z  powodu  całkowitego
zrezygnowania do wszelkich spraw tego świata.

– A ty zrobisz zaraz smutną minkę i wszyscy będą myśleli, jaka to jesteś

biedna dziewczynka!

Nie  wiem  już,  jak  mam  mówić,  nie  wiem,  co  mam  robić.  Nerwowo

gryzłam rękaw od swetra. Najważniejsze było jak najszybciej znaleźć igłę, by
rozdrapać rany na ręce. Jakby smutek miał wypłynąć razem z krwią.

Znowu wracam do przedpokoju. Dzieciaki ciągną mnie w stronę drzwi.
– Przynajmniej nie będziesz się nudzić, idź – stwierdziła ciotka.
Prowadzą mnie gdzieś, już jesteśmy na podwórku, każą mi kogoś huśtać.

Za chwilę chcą lody, o coś się kłócą.

Niech mnie ktoś jak najszybciej zabije...

*

Jest późny wieczór, ciemno. Idę przez miasto razem z Justyną. Potykam się
co  kilka  kroków,  jakbym  dopiero  uczyła  się  chodzić.  Taka  atmosfera  jest
najlepsza  na  rozmowę.  Ale  z  Justyną  już  więcej  nie  próbuję.  Patrzę  w  dół
i z tępym zaciekawieniem obserwuję płyty chodnikowe.

– Aneta! Dlaczego ty nigdy nie reagujesz, jak cię wołam?!

background image

–  Przepraszam,  zamyśliłam  się  –  mówię  niewyraźnie.  Nawet  to  sprawia

mi trudność.

– To przestań tyle myśleć. Mówię do ciebie!
Nieśmiało  zaczynam  mówić  o  moim  przygnębieniu.  Ogólnikowe  frazy,

nawiązania  –  sama  się  w  tym  gubię.  Ale  nie  robię  tego  specjalnie.  Gdy
znajduję się na całkowitym dnie, nie do końca panuję nad tym, co mówię i co
robię,  a  robię  raczej  mało.  Po  prostu  cały  mój  umysł  jest  zaprzątnięty
depresją  i  ja  nie  jestem  w  stanie  skupić  się  na  innym  temacie,  nie  jestem
zdolna  do  prowadzenia  w  miarę  normalnej  rozmowy.  Wtedy  chciałabym
wyrzucić z siebie cały ten ból.

–  Powinnaś  wreszcie  wziąć  się  w  garść.  –  Usłyszałam  budującą  radę,

wszyscy ciągle to powtarzają. – Jest na świecie tylu ludzi z problemami, a ty
swoje tylko wymyślasz. A poza tym, wszystkim jest ciężko i jakoś żyją. Nie
robią z tego afery na skalę światową, jak ty.

„Weź  się  w  garść”.  Nie  cierpię  tych  słów.  Gdy  to  słyszę,  zwalają  się  na

mnie  kolejne  tony  poczucia  winy.  To  przeze  mnie  na  świecie  jest  zło.  To
przeze  mnie  ludzie  cierpią,  to  ja  wszystkich  denerwuję.  Przeze  mnie.
Wszystko przeze mnie.

–  Ja  swoje  też  przeżyłam,  kiedy  byłam  w  twoim  wieku.  Też  miałam

problemy, nikt mnie nie rozumiał. Każdy przez to przechodzi.

Jakim beznadziejnym przedmiotem muszę być, skoro wszyscy tak bardzo

mnie nienawidzą?

Przyjazd  Karoliny  nic  nie  zmienia.  Nie  umiem  z  nią  rozmawiać.

Wydawało  mi  się,  że  skoro  jest  jedną  z  niewielu  osób,  przy  których  mogę
sobie  pozwolić  na  pewną  naturalność,  będzie  inaczej.  Ale  ja  umiem  do  niej
tylko  pisać.  Czuję,  że  jest  bardziej  życzliwa,  ale  ja  nie  potrafię  powiedzieć
jej, o co chodzi. Znów ten lęk.

background image

30

Oczy  mam  pełne  łez,  wraca  ból  głowy,  nie  mogę  oddychać.  Budzę  się
w  nocy  (jeżeli  w  ogóle  śpię)  i  się  duszę.  Każda  próba  złapania  powietrza
związana jest z potwornym bólem w klatce piersiowej.

Moja głowa jest taka ciężka...

*

Bilans  dzienny:  dwa  małe  jogurty.  Kolacja  w  postaci  bułki  z  szynką
wylądowała  w  śmietniku.  Miałam  opory,  ale  trzeba  było  się  zmusić.  W  tej
chwili wydaje się to jedynym rozwiązaniem.

Pączuszek, tak? Już nie mogę tego słuchać.

*

Schwytana w sidła własnych niespokojnych myśli, upadająca, zupełnie sama,
bezbronna,  raniona,  nieufna,  chora,  cierpiąca,  pragnąca  śmierci,  uwięziona
w błędnym kole depresji, torturowana przez własny umysł. Oto ja.

Potworna  chęć  uwolnienia  się  od  tego,  zrobienia  czegokolwiek,  by  już

nigdy więcej nie czuć tego przerażającego mroku we własnym wnętrzu. Czy
ja  prosiłam  tych  lekarzy,  żeby  mnie  ratowali?  Po  co  to  zrobili?  Żeby  było
jeszcze gorzej?

Zapaliłam  świeczkę  i  patrzę  na  migający  płomień.  Jest  chyba  noc,  nie

wiem, nie widzę zegarka. Ostatni raz spałam jakiś tydzień temu.

Słychać  melancholijne  dźwięki  dobiegające  z  radia.  Powoli  zbliżam  do

świeczki  dłoń,  porytą  skórę  na  nadgarstku.  Parzy.  Nie  wytrzymałam  długo,
a chciałam się ukarać. Za to, że nie potrafię nic zrobić ze swoim stanem, za
to, że denerwuję ludzi, za to, że jestem taka okropna.

background image

31

No i zaczął się kolejny koszmar.

– Cześć! Gdzie byłaś na wakacjach?
– Jak się dawno nie widzieliśmy!
– Co słychać?
Spotkania, rozmowy, sztuczne uśmiechy, żarty. Rozpoczynamy nowy rok

szkolny.  Dla  mnie  zmiana  polega  na  tym,  że  rano  trzeba  będzie  się  zwlec
z  łóżka  i  pójść  do  szkoły,  a  związane  to  na  pewno  będzie  z  ogromnym
wysiłkiem. Tak ogromnym, że zastanawiam się, czy w ogóle dam radę.

Gubię się w rzeczywistości radosnych i towarzyskich znajomych z klasy.

Coraz  mocniej  odczuwam,  jak  bardzo  do  nich  nie  pasuję.  Ogarnia  mnie
przerażenie na myśl o kolejnych miesiącach, na nic nie mam ochoty ani siły.
Z  jednej  strony  szkoła  staje  się  mi  obojętna,  ale  niepokój  nigdy  mnie  nie
opuszcza.

Pojawił się w mojej głowie pomysł telefonu do Kulewicza, z którym nie

miałam kontaktu przez całe wakacje.

Desperacja czy rozsądek?
–  Możemy  się  spotkać  za  dwa  tygodnie.  Wcześniej  nie  mam  czasu  –

stwierdził sucho.

Nie  umiem  mu  powiedzieć,  jak  bardzo  jest  mi  potrzebne  spotkanie

właśnie  teraz.  Nie  mam  odwagi  powiedzieć,  że  jest  ze  mną  coraz  gorzej
i  potrzebuję  pomocy.  Zresztą  nie  wydaje  mi  się,  że  gdybym  nawet  zdobyła
się na odwagę, cokolwiek by to zmieniło.

Cały czas się tnę, łzy lecą mi ciurkiem pod wpływem drobiazgów lub bez

powodu, trzęsę się, jest mi niedobrze i słabo, ciągle coś mnie boli, nie mogę
spać,  nie  mam  na  nic  ochoty.  Od  kilku  tygodni  chodzę  w  tym  samym
ubraniu,  siedzę  w  jednym  miejscu  w  pokoju  i  myślę  o  tym,  jak  można  się
zabić szybko i bezboleśnie. To już trwa tak długo, a z każdą minutą wydaje
mi się, że jest to już ta ostatnia, którą będę w stanie wytrzymać.

*

Zmuszam się do wyjścia z domu, bo tutaj wszystko jest jeszcze trudniejsze.

background image

Nigdy  nie  wiem,  na  co  być  przygotowaną,  więc  na  wszelki  wypadek
mechanizmy  obronne  są  ustawione  w  pełnej  gotowości  dwadzieścia  cztery
godziny na dobę.

Idę na chwilę do szpitala, właściwie nie wiem po co. Tak po prostu. Jest

już  późno,  ostatni  odwiedzający  właśnie  wychodzą.  Przyciąga  mnie  ten
zapach.  Zapach  tak  charakterystyczny  dla  wszystkich  szpitali.  Wchłonęłam
go możliwie jak najwięcej.

Potem długo chodzę bez celu po osiedlu. Leje deszcz, na ulicach jest już

prawie pusto. Idę wolno, powłócząc nogami w ciężkich glanach. Momentami
czuję,  że  nie  będę  w  stanie  wykonać  następnego  kroku.  Boję  się  odejść  za
daleko  od  domu,  bo  co,  jeśli  nie  będę  miała  siły  wrócić.  Idę  i  mam  ochotę
położyć  się  z  wyczerpania  na  chodniku  i  nie  ruszać  się,  nie  musieć  się  już
nigdy ruszać. Już nigdy nic nie musieć.

Stałam się jeszcze bardziej ciężka przez deszcz, który bez żadnego trudu

wsiąkał  w  moje  zmierzwione  włosy  i  grubą  bluzę.  Przynajmniej  nie  widać
moich łez.

*

Jestem  całkowicie  wypompowana  na  wszelkie  możliwe  sposoby.  Szkoła
mnie  męczy,  ludzie  mnie  męczą,  odliczam  lekcje,  unikam  wszelkich
kontaktów.  Funkcjonuję  w  jakiejś  odrębnej  rzeczywistości.  Poznałam  jądro
koszmaru,  cały  czas  w  nim  jestem  i  nic  nie  wskazuje  na  to,  bym
kiedykolwiek  z  tego  wybrnęła.  To  kłębowisko  diabła,  coś  na  podobieństwo
siedziby szatana. Właściwie nie jestem nawet w stanie opisać całej tej grozy,
która  od  dłuższego  czasu  mnie  otacza.  Mogę  przysiąc,  że  jest  tak  od
urodzenia. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek było inaczej.

Jestem  nikim.  Prawie  nic  nie  jem,  a  nie  ubył  mi  nawet  kilogram.  To

dobija  mnie  jeszcze  bardziej.  Spożywam,  a  przynajmniej  się  staram,  około
dwustu pięćdziesięciu kalorii dziennie. Zawroty głowy mnie nie opuszczają,
jest mi słabo.

*

Gdy  byłam  w  pierwszej  klasie  podstawówki,  zwymiotowałam  na  lekcji.
Dokładnie  pamiętam  całe  to  wydarzenie,  pamiętam,  jak  wyrzucałam  to
wszystko  z  siebie,  próbując  zatkać  buzię,  schować  się.  Zaczęłam  biec  do
łazienki,  wymiociny  spływały  po  mnie  i  lądowały  niewielkimi  kałużami  na

background image

podłodze.

Za mną biegła szkolna sprzątaczka.
– No i co ty robisz? – krzyczała. – Na głowę upadłaś!
Dopadłam kabiny i dokończyłam swoje wyrzygane dzieło.
– Patrz, ile przez ciebie mam kłopotu! – wołała za mną. – Zabrudziłaś pół

szkoły.

Bałam się wyjść. W głowie utkwiła mi głównie scena, gdy ta sprzątaczka

na mnie wrzeszczała. I co jej miałam powiedzieć? Że znowu się kłócili i nie
mogłam zasnąć?

*

Nie odbieram telefonów. Leżę na łóżku i liczę sygnały. Nawet nie mam siły
wstać, nie chcę rozmawiać. Zresztą to i tak pewnie nie do mnie.

Za  chwilę  jestem  niespokojna,  miotam  się  bezsensownie,  rytmicznie

uderzam  głową  w  ścianę,  chcąc  przekształcić  niepokój  w  jakąś  aktywność.
Z  nerwów  zjadłam  cztery  kanapki.  Wiem,  że  nie  uda  mi  się  tego
zwymiotować, i wiem, że jutro nadal będę się nienawidzić.

Jak  w  desperacji  łapię  telefon.  Muszę  jak  najszybciej  usłyszeć  ludzki

głos,  bo  inaczej  szlag  mnie  trafi.  Jeżeli  już  tak  się  nie  stało.  Nerwowo
chwytam  za  słuchawkę,  jakby  za  kilka  sekund  miała  wybuchnąć  w  moim
bloku  bomba.  Wybuchnie,  ale  nie  w  bloku,  tylko  we  mnie.  Właśnie  coś
takiego robi z człowiekiem napięcie. Ale moja wychowawczyni nie odbiera.
Nikogo więcej nie mam...

Chyba  zaraz  wyskoczę  przez  okno.  Szóste  piętro.  Odsuwam  firankę,

drżącymi dłońmi otwieram okno i tępo patrzę w dół. Tyle dzieci jeszcze się
bawi, krzyczą do siebie. Spoglądam w okna przeciwległego budynku i widzę
w kuchni rodzinę przy kolacji, ktoś słucha muzyki na cały regulator. Gdzieś
tam, a przecież tak niedaleko, toczy się życie.

Z walącym sercem wycofuję się i biegnę po ostro zakończone nożyczki.

Czuję,  jak  z  minuty  na  minutę  staję  się  coraz  bardziej  szalona.  Organizm
całkowicie  wypompował  się  od  płaczu.  Na  policzkach  utrzymuje  się
zaschnięta skorupa łez.

background image

32

W szkole podeszłam do wychowawczyni. W desperacji musiałam to zrobić.

– Pani profesor, ja już nie mam siły... – W kilku chaotycznych zdaniach

próbowałam przekazać całą beznadzieję mojego stanu.

Kazała  mi  usiąść  i  trochę  się  uspokoić.  Mówiła  wolno,  tak,  by  każde

słowo  mogło  do  mnie  dotrzeć.  A  ja  chciałam,  żeby  objęła  mnie  w  obronie
przed całym światem i powiedziała, że od tej chwili już nic mi nie grozi.

– A Kulewicz? Chodzisz jeszcze do niego?
– Dzwoniłam do niego na początku miesiąca, powiedział, że na razie nie

ma czasu, że mam zadzwonić za jakieś dwa tygodnie.

–  Powiedziałaś  mu  to,  co  teraz  mówisz  mnie?  –  Położyła  mi  rękę  na

ramieniu.

– Nie, on chyba nie chce mnie słuchać...
– To ja do niego zadzwonię – oświadczyła. – Biorę sprawy w swoje ręce.

Powiem temu szanownemu panu, co o nim myślę, i zapytam, czy ma zamiar
cokolwiek zrobić. Zajmę się tym, Aneta.

Lekki  podmuch  ciepła  i  już  po  chwili  powrót  do  krainy  beznadziei.

Ściany  skaczą  mi  przed  oczami,  z  trudem  pokonuję  schody,  które  stały  się
teraz  dziwnie  strome.  Znajomy  ucisk  w  czaszce,  a  potem  już  dokładnie  nie
pamiętam...

*

Wieczorem  przygnębienie  jest  tak  silne,  że  z  trudem  oddycham.  Dzwoni
telefon.

– On twierdzi, że skoro cały czas żyjesz i chodzisz do szkoły, to znaczy,

że  wszystko  jest  z  tobą  w  porządku,  i  on  nie  widzi  tu  żadnego  problemu  –
mówił  głos  po  drugiej  stronie  słuchawki  telefonicznej.  Zdenerwowany  ton
głosu mojej wychowawczyni napełnił mnie czymś pozytywnym. – Dla mnie
to jest jakaś paranoja i nie zamierzam tego tak zostawić!

Siedziałam  jeszcze  chwilę  przy  biurku  i  podziwiałam  blat.  Moje  reakcje

pobiły  ostatni  rekord  spowolnienia.  Dziękuję.  Wolę  być  lepsza  w  czymś
innym.

background image

Trudno  określić,  ile  czasu  minęło  i  który  raz  dzwonił  ten  głupi  telefon.

Z trudem wykonuję ruch ręką.

– Sie masz, bracie!
Cisza. Milczę.
– Halo! Bracie, słyszysz mnie? Halo?
– Słyszę. Dzień dobry – wydobywam z siebie szeptem.
Seria  żałośnie  wypowiedzianych  dowcipów,  potem  długi  i  piskliwy

śmiech. Nie teraz!

– Może się spotkamy? Opowiesz o wakacjach. O! I koniecznie przynieś

jakieś zdjęcia, to się pośmiejemy. Może być środa?

Jak jacyś znajomi, którzy nie widzieli się od jakiegoś czasu.
– Tak...
– No to fajnie. Do zobaczenia.
Tak. Do zobaczenia. Jeżeli do tego czasu się nie zabiję. A to jest bardzo

prawdopodobne.

*

Idę do niego, ale właściwie wiem, jak to będzie i jak to się skończy. Boję się
uśmiechnąć,  żeby  znowu  nie  stwierdził,  że  wszystko  jest  w  porządku  i  o  co
w ogóle mi chodzi. Ostre szpony zaciskają się na moim żołądku. Wchodzę do
poradni  z  przerażeniem.  I  z  tym  samym  przerażeniem  stamtąd  wychodzę.
Siadam  na  przystanku  autobusowym,  ale  gdy  przyjeżdża  autobus,  nie
wchodzę.  Po  prostu  nie  mam  siły  się  ruszyć,  nie  wiem,  co  mam  ze  sobą
zrobić.  Całym  ciałem  wołam,  by  ktoś  pomógł  mi  się  podnieść.  Zamykam
oczy.

Ktoś  mnie  bije,  ktoś  rzuca  we  mnie  kamieniami,  wbija  nóż  w  szyję.

Czuję,  jak  ciepła  krew  spływa  mi  z  rany.  Początkowo  powoli,  potem  coraz
szybciej, tak, że zaczynam się nią dławić!

Nie.  To  znowu  te  moje  widzenia.  Pojawiają  się,  kiedy  chcą,  i  męczą

swoją  okrutnością.  A  jeżeli  będę  widzieć  tylko  krew?  Przez  cały  czas  tylko
i wyłącznie ciemnoczerwoną krew?

background image

33

To  stało  się  po  drugiej  lekcji.  Już  w  trakcie  wykładu  przepełniał  mnie  ten
dziwny  niepokój,  który  uwielbia  pojawiać  się  bez  najmniejszego  nawet
powodu. 

Choć 

gdybym 

miała 

głębiej 

wniknąć 

przyczyny,

najprawdopodobniej coś by się znalazło. Ale dzisiaj to nie było możliwe, bo
desperacko próbowałam uciec od moich myśli.

Po prostu w jednym momencie poczułam, jak spada na mnie kilkutonowa

betonowa  płyta.  Miażdży  mi  czaszkę,  wywołuje  konwulsyjny  ucisk
w skroniach. Czuję, jak ciepła krew wraz z kawałkami mózgu spływa mi po
karku,  aż  za  sweter.  Jestem  pewna,  że  czuję  tę  miazgę,  jej  zapach.
Początkowo pojedynczy dreszcz, po chwili już drgawki.

Muszę uciekać, a moje ciało nie chce wykonać żadnego ruchu. Poczekam

na  przerwę.  Razem  z  dzwonkiem  rzucam  się  przed  siebie,  wpadając  na
bezkształtne ludzkie masy.

– Uważaj, jak łazisz!
Przysiadam na trawie, gdyż kłujący ból w klatce piersiowej uniemożliwia

jakikolwiek ruch. Chyba się duszę.

Nie mam dokąd iść. Tak bardzo chciałabym mieć do kogo pójść...
Doczołguję się do przystanku i ostatki sił wykorzystuję na to, by wejść do

autobusu. Nawet nie płaczę. Jakby coś zamroziło mi oczy na szaro.

Czuję  się  tak  okropnie.  Ten  świdrujący  ból,  właściwie  nie  wiem,  czy

psychiczny, czy bardziej fizyczny. Kumulacja nieczystych sił.

Patrzę  w  zamgloną  szybę,  możliwie  najbardziej  wtulona  w  siedzenie  na

samym  końcu  autobusu.  Nic  się  nie  zmienia,  mam  wrażenie,  że  to  jest  już
stan  przedśmiertny.  Cierpienie  rośnie  z  tak  ogromną  siłą.  Niech  to  się  już
wreszcie skończy.

Potem stoję nad torami i czekam, aż przejedzie jakiś pociąg. Jest zimno,

kropi deszcz i przez to sytuacja staje się nie do wytrzymania.

Podniesienie nogi sprawia mi taką trudność jak niemowlęciu podniesienie

ciężkiej sztangi. Chcę nawet poprosić kogoś, by pomógł mi się ruszyć i dojść
na  jakąś  ławkę,  ale  paraliż  ogarnia  też  mój  głos.  Przecież  moje  ciało  tak
głośno  krzyczy  –  krzykiem  nabijanego  na  pal  człowieka.  Czy  nikt  tego  nie

background image

słyszy?!

Tak  bardzo  chciałabym,  by  ktoś  po  mnie  przyszedł,  wziął  mnie  za  rękę

i powiedział, że będzie dobrze. Nawet jeżeli i tak wiem, że nie będzie.

To już jest ostatnie stadium desperacji. Kupuję w kiosku żyletkę i blada

skóra moich rąk na nowo pokrywa się krwią. Na chodnik spadają pojedyncze
krople,  rozmywając  się  w  mętnej  deszczowej  wodzie.  Od  rana  dźwigam  na
plecach ten beton. W tej chwili boli mnie już chyba wszystko. Gdybym miała
więcej  siły,  gdyby  wykonanie  drobnego  ruchu  nie  kosztowało  mnie  aż  tyle
wysiłku, skoczyłabym.

Przejechał pociąg.

*

Cały  dzień  przy  nim  kombinował.  Kupili  nowy  odkurzacz,  a  on  koniecznie
musiał  go  wypróbować.  Włączał,  wyłączał,  zmieniał  rurki.  Widziałam
w  lustrze,  których  części  dotykał,  które  tylko  oglądał,  by  w  przyszłości
uważać. Jednak nie mogłam śledzić każdego ruchu, bo przecież chciałam go
unikać. Nie mogę patrzeć.

Nie odkurzałam w swoim pokoju przez kilka tygodni, żeby tylko nie mieć

kontaktu  z  tak  wykorzystanym  dotykowo  przez  niego  sprzęcie.  Biłam  się
sama  ze  sobą,  widząc,  w  jakim  stanie  znajduje  się  moja  podłoga.  Ale  nie
będę  ryzykowała  tylko  dla  porządku.  Stosowałam  różne  wymówki,  gdy
matka  prosiła  mnie  o  odkurzenie  domu.  Nie  mogłam  się  przełamać.
Obrzydzenie pozostawało silniejsze.

*

–  Porąbało  cię  całkowicie?!  Ocipiałaś  czy  co?!  Co  ty  w  ogóle

wyprawiasz?  –  Zimny  i  drażniący  ton  Kulewicza.  –  Kurwa,  denerwujesz
mnie!

– Przepraszam...
Co ja zrobiłam? Nawet nie umiem mu tego wytłumaczyć, bo tego nie da

się zamknąć w logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy.

Trzęsę się i słucham wyroku kata. Jestem niczym. Nie żebym to dopiero

odkryła,  ale  gdy  go  słyszę,  świadomość  własnego  debilizmu  bije  mnie
pięściami po twarzy.

–  Oczywiście  znowu  musiałaś  zepsuć  mi  cały  dzień!  Mam  cię  już

naprawdę dość!

background image

Niech mnie więc zabije.
– Dowiaduję się, że wychodzisz sobie z tej pieprzonej szkoły, nikomu nic

nie mówisz i pewnie marzysz, żeby wszyscy się nad tobą trzęśli!

– Ale ja już nie mogłam tego wytrzymać...
– Nawet nie próbuj nic wtrącać! Jesteś idiotką!
Wiem.
Przeczuwam,  że  nieuchronnie  nadchodzi  katastrofa,  ale  taka  moja

osobista, nieistotna dla reszty świata.

Kogo w ogóle obchodzi, jak czuje się drugi człowiek?
Zaczyna  mnie  boleć  serce.  Bóle  pojawiają  się  w  różnych  częściach

mojego  ciała,  kiedy  tylko  chcą.  Znoszę  łomotanie  w  głowie,  konwulsyjne
bóle  żołądka,  kłucie  w  nogach,  rękach  i  plecach.  Czasami  nie  mogę  się
ruszyć.  To  tak,  jakby  przygnębienie  objawiało  się  dodatkowo  w  fizycznych
dolegliwościach, powodując podwójne cierpienie.

–  Możemy  porozmawiać  jeszcze  o  masturbacji?  Jak  często  to  robisz?  –

zapytał po chwili, jakby wcześniejszego wątku w ogóle nie było.

Czy dla niego istnieje w ogóle jakiś inny temat?!
Czując się tak obrzydliwie, nie wrócę do szkoły. Jestem tego pewna. Nie

umiem  zatrzymać  tych  wszystkich  poskręcanych  myśli,  które  dają  mi  jasno
do  zrozumienia,  że  nie  ma  żadnego  ratunku.  Łzy  napływają  mi  do  oczu,  na
szyi zaciska się pętla z grubego i szorstkiego sznura.

– Błagam, niech pan coś zrobi, bo ja już dłużej nie dam rady, nie jestem

w stanie wytrzymać takiego samopoczucia! – Zaczęłam płakać i rzuciłam się
na  kolana.  To  już  było  ponad  moje  siły.  Robiłam  z  siebie  pośmiewisko,  ale
przerastał mnie ten stan.

Albo  on  coś  zrobi,  albo  wyskoczę  przez  okno  i  rzucę  się  pod  koła

autobusu lub samochodu ciężarowego. Najlepszy byłby kombajn. Albo walec
drogowy. Jest bardziej skuteczny.

– Przesadzasz. Ile razy mam ci jeszcze powtarzać, że jesteś po prostu na

etapie dojrzewania. Wszyscy to mają.

Nie jestem w stanie na to zareagować. Dławię się własnym łzami. Zaraz

położę się na tej podłodze z braku jakichkolwiek sił.

– Proszę, bardzo proszę, cokolwiek...
–  Dobra,  mnie  to  już  denerwuje.  Daję  ci  numer  telefonu  do  psychiatry.

Rób, co chcesz. Jest mi to obojętne.

background image

Część II

Reanimacja

background image

1

– Depresja, prawda?
– Uhm...
– Jak długo trwa już taki stan?
– Ponad dwa lata.
– Bardzo długo. To musiał być dla ciebie koszmar!
W gabinecie panuje taka przyjemna atmosfera. Czuję się bezpiecznie, ale

nie tylko z powodu miejsca. Przy biurku siedzi pani doktor, uśmiecha się do
mnie życzliwie. Szukam podstępu.

Byłam  pewna,  że  jeżeli  tym  razem  się  nie  uda,  jutro  popełnię

samobójstwo.  Poszłam  na  to  spotkanie  z  takim  przekonaniem.  Intensywnie
myślałam w ten sposób, gdy stałam przed drzwiami z tabliczką informującą,
że  prawdopodobnie  zaraz  spotkam  się  z  psychiatrą  –  doktor  Mają
Kulczyńską.  Ostatnia  szansa,  którą  sobie  dałam,  była  chyba  najlepszą
decyzją, jaką do tej pory podjęłam. Z bezsilności.

–  Najważniejsze,  żebyś  przebywała  wśród  ludzi,  żebyś  nie  zostawała

sama ze swoimi myślami.

Przekraczałam 

próg 

gabinetu 

ze 

strachem, 

niepewnością

i  z  kompletnym  zrezygnowaniem,  ale  już  po  chwili  znalazłam  się  w  kręgu
ciepła,  które  wręcz  emanowało  z  mojego  koła  ratunkowego  w  postaci  pani
doktor.  Wystarczyło  jedno  spojrzenie  i  już  wiedziałam,  że  to  jest  człowiek,
któremu mogę i chcę zaufać.

Czy  kiedykolwiek  próbowałaś  się  zabić?  Czy  możesz  normalnie  spać?

Czy masz bóle głowy? Czy często odczuwasz niepokój? Czy są rzeczy, które
sprawiają ci przyjemność? Czy przygnębienie utrzymuje się cały czas?

Odpowiadam na wszystkie pytania, staram się nie ukrywać niczego, choć

tak  wielu  rzeczy  nie  potrafię  jeszcze  nazwać.  Zastanawiam  się,  w  którym
momencie  przestanie  być  tak  miło  i  zaczniemy  przerabiać  znany  mi
scenariusz. Ale nic takiego się nie dzieje.

– Chcę ci pomóc. Musisz wiedzieć, że nie musisz się tak czuć. Depresja

jest  chorobą  uleczalną.  –  Do  moich  uszu  dochodzi  ciepły  i  spokojny  głos.
W ciągu paru chwil znajduję się w zupełnie innej rzeczywistości.

background image

Każde wypowiedziane przez nią zdanie jest jak chłodna dłoń dotykająca

rozpalonego czoła w gorączce. To takie niesamowite słyszeć, że to, co się ze
mną  dzieje,  można  nazwać,  że  dostanę  leki,  że  rozpocznę  terapię,  że  minie
lęk, że zacznę spać, że będę miała więcej energii. Wydaje się takie nierealne.
Nie  za  bardzo  w  to  wierzę,  ale  delektuję  się  każdym  wypowiedzianym  do
mnie,  jak  do  człowieka,  słowem.  Przynajmniej  w  tym  momencie  czuję  się
lepiej.

– Prawdopodobnie będziesz musiała brać leki przez długi czas, by twoje

dobre samopoczucie się utrwaliło. Ale na razie skupmy się na tym, co jest tu
i teraz.

Gabinet  jest  duży  i  jasny.  Nie  bije  z  niego  ten  medyczny  chłód,

charakterystyczny  dla  większości  pokojów  szpitalnych,  w  których  wszystko
jest mdłe i białe. Ściany mają kojący kolor mlecznej czekolady, spotęgowany
przez  żółte  światło  padające  z  lampy  sufitowej.  Za  oknem  jest  już  ciemno.
W  rogu  stoi  mały  okrągły  stół  i  dwa  fotele.  Na  podłodze  dywan.  Ciszę
między  wypowiadanymi  przez  nas  zdaniami  mąci  odgłos  filtra
napowietrzającego wodę w akwarium z rybkami.

Nie  umiem  opisać  ulgi  ani  żadnego  pozytywnego  uczucia.  Nigdy  takich

nie było, ale przecież to moje własne emocje. Dziwne.

Pani  doktor  ogląda  rany  na  moich  nadgarstkach  i  zakłada  opatrunek,

zadaje  jeszcze  całe  mnóstwo  pytań  –  wszystkie  dotyczą  mojego
samopoczucia,  zarówno  psychicznego,  jak  i  fizycznego.  Mówi,  żebym  na
razie  odpuściła  szkołę,  jeśli  nie  mam  siły  tam  chodzić.  Dostaję  Bioxetin
i  Chlorprothixen  do  leczenia  podstawowego,  Xanax  do  stosowania  w  razie
potrzeby. Czyli na razie chyba codziennie.

Na moment sielanka została zaburzona.
– Jest tylko taka sprawa. Spodziewam się dziecka, więc za jakiś czas będę

musiała  wyłączyć  się  z  prowadzenia  terapii.  Ale  tylko  na  kilka  miesięcy.  –
Czy  za  dwa,  może  trzy  miesiące  znów  będę  sama?  –  Na  pewno  wtedy  nie
zostawię  cię  samej,  nie  martw  się.  –  Jakby  czytała  w  moich  myślach.  –
Chciałabym,  żebyś  zaczęła  regularną  pracę  na  terapii.  Poprowadzi  ją  moja
koleżanka,  psycholog  i  psychoterapeuta.  Jest  osobą  bardzo  sympatyczną,
pełną ciepła i na pewno ją polubisz. Potrafi wyczuć osobę z depresją. – Nie
chcę rozmawiać już z nikim innym, nie chcę wprowadzać w moje problemy
nikogo więcej. Tu jest dobrze, tu jest bezpiecznie, niczego innego nie chcę. –
A my spotkamy się ponownie za dwa tygodnie. Gdyby cokolwiek się działo,
to dzwoń, nie bądź z tym sama. Już wystarczająco dużo się nacierpiałaś.

background image

W  tym  pokoju,  w  tej  atmosferze  przepełnionej  życzliwością  już  tak

bardzo  się  nie  boję.  Wyjście  z  tego  koszmaru  staje  się  realne.  Zostałam
napełniona po brzegi nadzieją.

– Dziękuję – wypowiadam słabym głosem i podnoszę się z krzesełka.
– Damy sobie radę. Trzymaj się ciepło.
Wraz  z  opuszczeniem  gabinetu  doktor  Kulczyńskiej  wchodzę  w  inny

świat  –  ten  suchy,  sztuczny  i  lodowaty,  gdzie  panuje  tylko  jeden  rodzaj
emocji, te mroczne i negatywne. Ale już teraz wiem, gdzie można przed nimi
uciec.

Całą  noc  siedziałam  nad  krótką  broszurką  o  depresji,  którą  mi  dała.

Czytałam  w  kółko  te  same  informacje  i  dziwiłam  się,  że  ten  makabryczny
stan  można  nazwać  jednym  słowem  i  leczyć.  Miałam  wrażenie,  że  w  tej
malutkiej książeczce zawarta jest jakaś magiczna siła, która poprowadzi mnie
do normalności. Traktowałam ją wręcz jak amulet szczęścia.

*

Trochę  dziwnie  reaguję  na  te  leki,  ale  z  całą  przyjemnością  mogę  się  tak
czuć,  jeżeli  to  ma  w  jakiś  sposób  pomóc  mi  wyjść  z  umysłowego  labiryntu
przerażenia. Po raz pierwszy nie mam ochoty jeść. Zupełnie nie mam apetytu.
Jest  mi  tak  niedobrze,  że  nie  byłabym  w  stanie  nic  zjeść,  nawet  gdybym
bardzo  chciała.  Leżę  w  łóżku  i  nie  mam  siły  wstać.  Tabletki  są  przede  mną
schowane, matka wydziela mi wszystkie dawki. Tak na wszelki wypadek.

Już nie pamiętam, kiedy ostatni raz się myłam. Nie jestem w stanie wziąć

prysznica, nie mam siły na umycie włosów. Ogarnia mnie taka niemoc, która
obejmuje nawet te podstawowe czynności.

Zostałam  wyciągnięta  na  zakupy  do  hipermarketu.  Jeszcze  raz  dobiła

mnie  trudność  w  podjęciu  jakiejkolwiek  decyzji.  Tak  jakbym  poczuła  to  po
raz pierwszy.

– Już?
Nie  mam  pojęcia,  jak  długo  stałam  przed  półką  z  pastami  do  zębów

i  zastanawiałam  się,  którą  mam  wybrać.  Zastanawiałam  się  w  sposób
niezwykle męczący i nie miałam siły na wyciągnięcie ręki w stronę towaru.

– Zdecyduj się na coś – poganiała mnie matka.
Po kilkunastu minutach zorientowałam się, że akurat wszystkie pasty do

zębów na półce, którą tak skrupulatnie analizowałam, są identyczne...

background image

*

Przerażające jest to, że nawet w miarę pozytywne wydarzenia nie są w stanie
poprawić  mojego  nastroju.  Żyję  faktem,  że  istnieje  człowiek,  który  mi
pomoże,  ale  depresja  nie  mija.  Świadomość  doświadczonej  życzliwości
istnieje we mnie, ale nie zmienia mojego nastawienia. Już po chwili wyraźnie
widzę, jak zapala się w mojej głowie czerwone światełko.

Pomimo 

wszystko 

odczuwam 

ogromnie 

silną 

presję 

mojego

dotychczasowego życia i to mnie na tyle mocno przygnębia, że wciąż marzę
o śmierci...

background image

2

Nie  mogę  powiedzieć,  że  czuję  się  trochę  pewniej  –  chyba  jeszcze  za
wcześnie na takie stwierdzenie. W każdym razie wydaje mi się, że zaczynam
błądzić  wokół  takich  emocji.  Wszystko  dzięki  mojej  nowej  terapeutce,  Basi
Machłowicz, z którą spotkałam się dzisiaj po raz pierwszy. Nie chcę przez to
powiedzieć,  że  z  dnia  na  dzień  uwierzyłam  w  ludzi,  a  z  mojej  twarzy  nie
znika  uśmiech.  Nie.  Po  prostu  kontakt  z  życzliwą  mi  i  tak  ciepłą  osobą
wpłynął na mnie niezwykle kojąco.

Odpowiadam na listę pytań i drżę ze strachu, że ona każe mi zaraz wyjść.
Na chwilę pojawia się nadzieja, że tym razem może się uda.
–  Będziemy  razem  pracować,  pewnie  długo,  bo  jest  dużo  rzeczy,

o  których  musisz  mi  powiedzieć.  Postaram  się  zapewnić  ci  poczucie
bezpieczeństwa  –  powiedziała.  –  Opowiesz  mi  o  sobie  i  o  tym,  jak  się
czujesz.  Możesz  mi  mówić  o  wszystkim,  co  jest  dla  ciebie  ważne,
o wszystkim, o czym będziesz chciała.

Pokój nieduży, trochę mroczny, ale mi to nie przeszkadza. Między nami

szklany okrągły stolik. I mnóstwo krzesełek naokoło.

Wiem, że wyglądałam okropnie. Moje dżinsy już pewnie zapomniały, jak

to jest przebywać poza moimi nogami.

– Najważniejsze jest mieć kogoś, komu można najzwyczajniej w świecie

powiedzieć, bez wyrzutów sumienia, że jest źle.

A czy ja mam?
Może właśnie teraz dostałam szansę.

*

Cały  dzień  spędzam  w  łóżku.  Nie  podnoszę  żaluzji,  słucham  dobijającej
muzyki  irlandzkiej  i  nie  utrzymuję  kontaktu  ze  światem  zewnętrznym.  Nie
jest to specjalnie trudne, bo i tak prawie nikt do mnie nie dzwoni. Cierpienie
jest  nie  do  zniesienia  dla  tak  wyczerpanego  organizmu,  jak  mój.  Najgorsze
jest  to  poczucie  bezradności  i  osamotnienia.  Ja  nie  panuję  nad  tym,  co  staje
się  tematem  moich  rozmyślań.  Już  dawno  przestałam  brać  udział
w  podejmowaniu  takich  decyzji,  choć  mogłoby  się  wydawać,  że  w  takich

background image

kwestiach właściciel umysłu powinien mieć decydujące zdanie...

*

Gabinet  Basi.  Jeszcze  czuję  się  trochę  niepewnie,  drżą  mi  ręce  i  głos  mam
słaby, ale to chyba bardziej z powodu depresji.

–  Chcę  się  zabić,  chcę  to  zakończyć,  bo  już  nie  jestem  w  stanie  dłużej

trwać w ten sposób. – Mówienie sprawia mi pewną trudność. Po prostu mam
problemy  z  oddychaniem  podczas  ataków  lęku.  –  Będzie  lżej  i  mnie,
i wszystkim dookoła.

– Wszystkim dookoła?
– Tak.
– Mnie nie będzie.
Patrzyłam się przez cały czas w jeden fragment ściany, w jeden punkcik,

który  mógł  być  malutką,  zaschniętą  grudką  farby,  powstałą  na  skutek
niedokładności malarza. Teraz zdziwiona zerknęłam na nią.

Staram się przekazać jej cały tragizm mojego samopoczucia, co wcale nie

jest  takie  proste,  jeżeli  człowiek  chce  posługiwać  się  tylko  i  wyłącznie
słowami  używanymi  w  życiu  codziennym.  Jest  tak  mało  słów  opisujących
smutek  i  cierpienie.  A  ja  się  czuję  jak  gąbka,  która  wchłania  w  siebie  ostre
przedmioty w postaci przeróżnych czarnych myśli niczym tę kredową maź ze
szkolnej tablicy.

*

A wieczorem znów siedzę przy biurku i w świetle dogasającej świecy bawię
się  cyrklem.  Rycie  w  nadgarstku  jest  bolesne,  ale  taki  ból  to  nic
w porównaniu z tym wewnętrznym. Ten drugi bardziej mnie niszczy.

Bez sensu...
Nikomu nie życzę, by czuł się tak jak ja w tej chwili. To jest jeden wielki

koszmar,  którego  chyba  nikt  nie  jest  w  stanie  przetrwać.  Nie  mogę  uwolnić
się  od  obsesyjnych  myśli  o  śmierci.  Coraz  bardziej  pogłębiam  się  w  tej
ciemnej  przestrzeni,  zawieszona  w  nieokreślonym  punkcie  w  czerni.  Ciągle
tylko czerń i czerń. Siadam w jednym miejscu i pozwalam, by moim ciałem
zawładnął niepokój.

– Leki nie zmienią twojego nastroju od razu – mówi doktor Kulczyńska.

– Najpierw pobudzą cię ruchowo, to znaczy będziesz miała coraz więcej siły
w  sensie  fizycznym.  Na  lepsze  samopoczucie  trzeba  będzie  jeszcze  trochę

background image

poczekać.

Opowiedziałam  o  tym,  że  nie  mogę  czytać  –  litery  skaczą  mi  przed

oczami,  po  jednym  zdaniu  nie  jestem  w  stanie  sobie  przypomnieć,  o  czym
ono  właściwie  było.  Na  niczym  nie  mogę  się  skoncentrować.  Nawet
oglądanie telewizji nie jest takie łatwe.

–  Cała  składam  się  ze  śmieci,  których  do  tej  pory  nie  miałam  odwagi

z siebie wyrzucić. Czuję się przez to taka ciężka.

– Najwyższy czas, żeby krok po kroku te śmieci wyrzucać.
Dziwię  się,  że  nie  czuje  obrzydzenia,  patrząc  na  mnie.  Muszę  wyglądać

okropnie,  a  zamiast  obrzydzenia  widzę  w  jej  oczach  życzliwość
i zrozumienie.

Zastanawiam się, na czym właściwie polega leczenie depresji. Czuję, że

nadszedł ratunek, ale nie bardzo wiem, co się będzie w związku z tym działo.
Do  tej  pory  nastawiona  byłam  po  prostu  na  bliżej  nieokreślone  „coś”,  co
sprawi,  że  nie  będę  się  już  tak  źle  czuć.  Czy  to  „coś”  to  są  tabletki,  które
dostałam?  Czy  one  sprawią,  że  nagle  zachce  mi  się  żyć,  że  będę  mogła  się
śmiać, że zacznę pasować do tego świata? Maja i Basia mówią o jakiejś pracy
nad  sobą,  ale  ja  przecież  nie  jestem  w  stanie  podjąć  już  żadnego  wysiłku.
Chciałabym  po  prostu  usiąść  i  poczekać,  aż  przyjdzie  to  obiecane  „lepiej”.
Bez mojego udziału.

*

Gdy  wracam  do  domu  i  zbliżam  się  do  mojej  klatki  schodowej,  pewne
czynności  wykonuję  całkowicie  odruchowo.  Odruchowo  wyjmuję  klucz
z  torby,  odruchowo  otwieram  drzwi,  wchodzę  po  schodach,  sprawdzam
skrzynkę  pocztową,  odruchowo  naciskam  guzik  przywołujący  windę,
odruchowo  do  niej  wsiadam  i  wybijam  na  tablicy  numerków  szóstkę.  Gdy
jestem  już  na  swoim  piętrze,  kończy  się  ciąg  odruchowych  posunięć.  Do
drzwi  mieszkania  zbliżam  się  w  zupełnej  ciszy,  czasami  wstrzymuję  nawet
oddech,  jakby  to  miało  złagodzić  upadek  z  dachu  wieżowca.  Przystaję  na
moment,  a  mój  umysł  wypełnia  charakterystyczna  grupa  myśli:  jest
w  środku?  Drżącą  ręką  wkładam  klucz  do  dolnego  zamka.  Przekręcam  dwa
razy  i  z  napięciem  naciskam  na  klamkę,  która  powinna  teraz  poddać  się
działaniom  moich  rąk.  Ale  tak  nie  jest.  Wtedy  wypuszczam  z  płuc  całe
nagromadzone  powietrze,  wyrażając  ogromną  ulgę.  Już  ze  spokojem
otwieram  środkowy  zamek  i  wchodzę  do  mieszkania.  Jeżeli  drzwi  są

background image

zamknięte w ten sposób, to oznacza, że w środku nikogo nie ma. Mogę więc
przez  ten  czas  zachowywać  się  trochę  naturalniej,  nie  zapominając  jednak
o  pewnych  zasadach.  Muszę  się  przecież  kontrolować,  by  nie  usiąść  na
krzesłach, na których on siedział, by nie otrzeć się o żadną z jego rzeczy, no
i  oczywiście  pamiętać  o  naciąganiu  rękawów  przy  dotykaniu  czegokolwiek
poza moim pokojem. Wiem jedynie, że nie muszę uważać na jego osobę, bo
w żadnej części domu go nie spotkam. To już coś.

Tylko że nie zawsze jest tak optymistycznie. Zdarza się również tak, i to

znacznie częściej, że klamka ustępuje już po pierwszym naciśnięciu i wtedy
trzeba  już  działać  zgodnie  z  zakodowanym  planem.  Jeżeli  siedzi  w  dużym
pokoju, ogląda telewizję i nic nie wskazuje na to, by lada chwila miało się to
zmienić,  mogę  w  miarę  spokojnie  zdjąć  buty,  a  w  przypadku  zimniejszych
pór roku także płaszcz i szalik, bo mnie nie widzi. Jeżeli jest w kuchni albo
w łazience, mogę  się rozebrać, ale  idąc do pokoju,  muszę włączyć czujniki,
w  razie  gdyby  właśnie  stamtąd  wychodził,  by  nie  spotkać  się  z  nim  po
drodze. Każda z opcji jest męcząca psychicznie i wykańcza mnie do granic,
ale  najgorsze  chwile  obejmują  jeszcze  jeden  nieopisany  przypadek.
Mianowicie,  kiedy  to  wchodzę  do  domu  i  natykam  się  na  niego  od  razu.
Wtedy  nie  zwracam  uwagi  na  nic,  tylko  biegnę  jak  najszybciej  do  swojego
pokoju,  by  znaleźć  się  sama,  bez  względu  na  to,  czy  mam  na  nogach  buty,
a  na  sobie  gruby  płaszcz,  bez  względu  na  to,  czy  na  dworze  jest  mokro
i  roznoszę  błoto.  W  takich  sytuacjach  nic  się  nie  liczy,  ale  kiedy  już  jestem
u siebie, ogarnia mnie przygnębienie, nasila się to, które nosiłam do tej pory,
i mam ochotę umrzeć.

Tym  razem  jest  w  łazience,  a  drzwi  są  oczywiście  otwarte.  Pewnie  nie

słyszy, jak weszłam, i poddaje się jakimś zabiegom higienicznym. Zbiera mi
się  na  wymioty,  gdy  mijam  łazienkę  w  drodze  do  pokoju  i  kątem  oka
rejestruję starcze nagie ciało i genitalia.

Nienawidzę  siebie  za  to,  co  czuję,  co  robię  i  jak  się  zachowuję,

a  jednocześnie  nie  chcę  o  tym  myśleć,  więc  nie  mam  możliwości
analizowania  czy  zastanawiania  się,  dlaczego  tak  jest.  Kieruje  mną  jakiś
wewnętrzny,  niezrozumiały  wstręt,  którego  nic  i  nikt  nie  jest  w  stanie
pokonać. Wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że obrzydzenie stale się nasila.

*

Mimo  proszków  nasennych  nie  mogę  spać.  Właściwie  na  razie  nic  się  nie

background image

zmienia.  Na  terapię  przychodzę  cała  roztrzęsiona,  więc  najpierw  robimy
ćwiczenie oddechowe. Mam to także powtarzać w domu, ale nigdy nie mogę
usiedzieć w takim spokoju nawet minuty.

Kładę rękę na brzuchu i liczę cykle oddechowe.
–  Ja  też  miałam  depresję  –  powiedziała  Barbara,  gdy  znowu  zaczęłam

mówić  o  samobójstwie.  –  To  daje  mi  możliwość  spojrzenia  na  tę  chorobę
z dwóch punktów widzenia. Doskonale wiem, jak się czujesz. I wiem, że nie
jest ci łatwo.

Patrzę na nią zszokowana. Dodaje mi to odwagi, choć nie jestem pewna,

czy  jej  wierzę.  Czy  mówi  tak  tylko  dlatego,  bym  ja  poczuła  się  lepiej?  Czy
rzeczywiście ktoś taki jak ona może również doświadczyć takiego koszmaru?

– Do tej pory nikt nie traktował mnie poważnie.
– Nie rozumiem, jak można nie wziąć cię na poważnie?! – Barbara mówi

podniesionym  głosem,  jakby  miała  na  mnie  wyładować  złość  za  tych
wszystkich  ludzi,  którzy  mnie  skrzywdzili,  i  tych,  którzy  pozostawali
obojętni na moje cierpienie.

Wiem  tylko,  że  bardzo  pomaga  mi  rozmowa  z  nią.  Wychodzę  i  czuję

ulgę, czuję się lżejsza o parę wątpliwości. Mam wrażenie, że zaczynam czuć
euforię,  ale  to  nie  takie  proste.  Ogarniające  mnie  pozytywne  uczucie  tak
dalece  odbiega  od  stanu  depresyjnego,  że  wydaje  się  być  górną  granicą
szczęścia!

*

Udało  mi  się  przebrać  bluzkę.  Kosztowało  mnie  to  wiele  wysiłku,  ale  się
udało.  Posunęłam  się  do  przodu  o  milimetr.  Ale  o  jakże  istotny  w  tej
chorobie.  Nie  powiem,  że  jestem  z  siebie  dumna.  To  wydarzenie  nie  jest
w stanie zmienić mojej samooceny, która kształtuje się gdzieś daleko poniżej
dolnej kreski. Zresztą co innego można myśleć o kimś takim jak ja.

Jest środek nocy, a ja siedzę przy otwartym oknie i robię wszystko, by nie

myśleć  o  zabiciu  się.  Choć  to  i  tak  stało  się  już  mechaniczne.  Jest  bardzo
zimno, ale to nie robi mi żadnej różnicy.

Skoczyć? Nie mam siły. Boję się.
Od  razu  widzę  napis  w  moim  mózgu:  NIE  CHCĘ  ŻYĆ,  NIE  CHCĘ

CZUĆ, NIE CHCĘ MYŚLEĆ!

Tragizm mojej sytuacji już dawno mnie przerósł.
Nie  mam  odwagi  do  nikogo  zadzwonić,  choć  mam  świadomość,  że

background image

w  tych  najgorszych  chwilach  najlepszym  balsamem  jest  kontakt  z  drugim
człowiekiem.  Ale  ja  nie  potrafię.  Nie  chcę  nikomu  sprawiać  kłopotu.
Jednocześnie  tak  bardzo  pragnę,  by  ktoś  mnie  przytulił.  Tak  po  prostu,  jak
przytula się drugiego człowieka, który właśnie powiedział, że mu smutno.

Czy  terapia  sprawi,  że  będę  szczęśliwa?  Mogę  wiele  rzeczy  w  sobie

zmienić,  mogę  swoimi  osiągnięciami  wybudować  najwyższy  budynek  na
świecie. Ale on szybko runie, bo nie będzie miał fundamentów, bo nie będzie
poczucia bezpieczeństwa i dającej wsparcie bliskości.

Ból jest dla mnie karą za to, że jestem taka beznadziejna.
W  tym  napięciu  całą  sobą  czekam  na  spotkanie  z  Basią  lub  Mają,  które

mają  na  mnie  bardzo  pozytywny  wpływ.  Uczę  się  rozmawiać,  nazywać
emocje, mówić o rzeczach trudnych. Uczę się przebywać z kimś w szczerości
i naturalności, bez lęku i poczucia winy. Do tej pory życie nie dało mi takiej
możliwości.

background image

3

Idę  na  spotkanie  z  Basią  naturalna,  ale  i  tak  staram  się  pilnować  każdego
słowa. Boję się, że zrobię coś źle, powiem coś nieodpowiedniego. Panicznie
boję się, że pewnego dnia dowiem się, że już nie chce mi pomagać.

Tym  razem  jest  między  nami  nienamacalna  bariera.  Nie  mogę  jej  do

siebie  dopuścić.  Wymioty,  dziwny  posmak  w  ustach,  nieustające  bóle  ciała
i kompletna panika. Przerażająca panika w wolnym tempie.

Pierwszy  raz  wyszłam  od  niej  jeszcze  bardziej  przybita,  niż  kiedy

weszłam.  Ja  tę  kobietę  muszę  potwornie  męczyć.  Mam  wrażenie,  że  mnie
wręcz nie cierpi.

Cóż, wcale mnie to nie dziwi.
Już nigdy nie wrócę do codzienności. Zostałam niewolnikiem koszmaru.

Wiem, że depresja to wyrok. To kara dożywotniego więzienia. Nie śmierci –
to za proste.

*

Depresja. Totalne przygnębienie. Znowu jest mi bardzo ciężko, znowu mam
ochotę  się  zabić.  Nie  pociąć,  a  zabić.  Jestem  sama  i  nie  mam  odwagi  do
nikogo zadzwonić, a usłyszenie ludzkiego głosu byłoby dla mnie zbawienne.
To  jakiś  niewyraźny  chaos.  Nie  wytrzymuję  już  tego  wewnętrznego  mroku
i powolnego tempa wszelkich ruchów. Ja naprawdę nie chcę nikogo straszyć,
ale  czuję,  że  dłużej  nie  dam  rady.  Wczoraj  czułam  się  jeszcze  całkiem
przyzwoicie, ale po nieprzespanej nocy stanęłam twarzą w twarz z tragizmem
mojej  sytuacji.  Moja  bezradność  mnie  przeraża.  Mózg  zamurowali  mi
w małej skrzynce.

Zaczynam  powoli  kombinować,  jak  zdobyć  większą  liczbę  tabletek.

Jakichkolwiek.  Chce  mi  się  płakać.  Jestem  zmęczona  myśleniem,  zmęczona
istnieniem.  Nie  chcę  przez  tę  falę  przechodzić  kolejny  raz.  Śmierć,  śmierć
i  jeszcze  raz  śmierć.  Trzęsę  się  ze  strachu.  Odczuwam  silną  potrzebę
skończenia z tym piekłem.

Matka  znów  ma  do  mnie  pretensje,  że  się  do  niego  nie  odzywam,

i wpycha mnie na siłę do jego pokoju.

background image

Minął miesiąc terapii, a ja chyba nie czuję żadnej różnicy. Nie mam siły

na więcej. Doktor Kulczyńska mówiła coś o tym, że trzeba będzie zaczekać,
ale ja już nie mam na to siły.

W wyniku poszukiwań zebrało się kilkanaście tabletek przeciwbólowych.

Miałam jeszcze trochę Xanaxu i Bioxetinu.

*

Oczywiście  musieli  mnie  odratować.  Jakby  nie  mogli  zająć  się  bardziej
potrzebującymi 

pacjentami. 

Gdy 

przyjechała 

karetka, 

trochę 

już

kontaktowałam,  sennie  pamiętam  drogę  na  izbę  przyjęć  i  płukanie  żołądka.
Bezwładnie  i  z  rezygnacją  poddawałam  się  po  raz  kolejny  temu  samemu
zabiegowi.

Przeleżałam  kilka  godzin  pod  monitorem  kontrolującym  akcję  serca,

podali mi kroplówki.

– Nie śpimy! Hej, nie śpij!
Czuję  mocne  klepnięcie  w  policzek.  To  pielęgniarka.  Zabroniła  mi

zamykać oczy.

A mnie tak bardzo chce się spać...
Plaśnięcie w twarz. Chyba nic z tego.
Tym  razem  nie  trzymali  mnie  długo.  Upewnili  się  tylko,  czy  mam

prawidłowe krążenie i czy serce bije równomiernie. Ze smakiem w ustach nic
się na razie nie da zrobić – już przez to przechodziłam.

Słyszałam, jak lekarz mówił do mojej matki, że wypisze skierowanie do

szpitala  psychiatrycznego,  i  jak  ona  kategorycznie  się  nie  zgadza.  W  karcie
napisali  ntoxicatio  medicamentosa  i  coś  tam  o  konsultacji  psychiatrycznej.
Wiadomo.

*

Jasny gabinet doktor Kulczyńskiej. Czuję się tu bardzo bezpiecznie.

– Jak się czujesz po sobotnich akcjach?
– Skąd pani wie o tym, co się działo?! – Zalewa mnie fala zdumienia.
– Jak to skąd? Przecież do mnie zadzwoniłaś i mi powiedziałaś.
– Ja do pani dzwoniłam?!
Całą  drogę  szłam  i  zastanawiałam  się,  jak  ja  mam  jej  powiedzieć,  że

znowu próbowałam się zabić. Męczyło mnie to od dwóch dni. Myślałam, że
nie będzie chciała mnie widzieć, że będzie na mnie wściekła. A ona całkiem

background image

spokojnie  mówi  mi,  że  ja  do  niej  dzwoniłam  i  o  wszystkim  jej
opowiedziałam!

– Naprawdę tego nie pamiętasz?
– Nie – przyznaję zaskoczona. W głowie kołaczą mi się urywki rozmowy,

ale dni zlewają się w jeden i nie wiem już, kiedy co się wydarzyło.

Co ja mogłam jej powiedzieć? Pewnie same chaotyczne idiotyzmy.
Ze spokojem chłonę jej ciepłe słowa.
– Dlaczego do mnie nie zadzwoniłaś, jeśli czułaś się tak źle?
–  Telefon  leżał  w  drugim  pokoju.  Nie  miałam  siły  się  ruszyć.  Nie

mogłam tam wejść...

Wieczorem dostaję ataku paniki. Pamiętam to jak przez mgłę. Wiem, że

bardzo długo płakałam i to całkowicie mnie to wycieńczyło. Zapisały mi się
w  pamięci  jeszcze  fragmenty  dosyć  długo  trwającej  rozmowy  telefonicznej
z doktor Kulczyńską.

– Zrobię wszystko, by ci pomóc, słyszysz? Zrobię wszystko, byś poczuła

się lepiej.

Resztę stanowiły pogmatwane urywki labiryntu przygnębienia.

background image

4

Przyjęcie  do  szpitala  nie  przeraziło  mnie  specjalnie,  jednak  nie  należało  do
radosnych wydarzeń. Szok po poprzednim dniu nie minął i właściwie było mi
wszystko jedno. Podróż na średnio wygodnych noszach, w małej karetce nie
zmieniła  mojego  nastawienia  do  życia.  Nie  zastanawiałam  się,  jak  tam
będzie, nie miałam żadnych oczekiwań dotyczących tego miejsca, które było
po prostu szpitalem psychiatrycznym.

–  Nazywam  się  Danuta  Palis  i  będę  twoim  lekarzem  prowadzącym  –

poinformowała  mnie  wysoka  i  chuda  kobieta  z  króciutko  przyciętymi,
ciemnymi włosami. Było w niej coś odrażającego.

Trudno  mówić  o  pierwszym  wrażeniu.  Parę  pytań  średnio  na  temat

i zostałam odtransportowana na oddział młodzieżowy.

– Nie możesz wychodzić na dwór, nie możesz dzwonić do nikogo oprócz

matki, a także nikt oprócz niej nie może dzwonić do ciebie, no i nie możesz
się z nikim widywać.

Ponieważ  nie  za  bardzo  interesowały  mnie  kontakty  z  matką,

zakodowałam  sobie,  że  zostałam  zupełnie  odcięta  od  świata  zewnętrznego.
Pielęgniarka przetrząsnęła cały mój bagaż, ale nie znalazła żyletki w bocznej
kieszonce kosmetyczki.

Mam wrażenie, że wszyscy tutaj tryskają energią i radością, a te uczucia

są mi obce. Jestem sama. Przywitało się ze mną kilka osób, ale nie skupiłam
się na ich imionach. Oni stanowili odrębną masę, całość. Ja stałam po drugiej
stronie.

Szpitalny  pokój  sprawiał  wrażenie  żywcem  wyjętego  z  obozu  nad

morzem – cztery łóżka z szafkami, stolik z krzesełkami i szafa na ubrania. Na
ścianach jakieś obrazki. Taki tylko drobny szczegół w postaci krat w oknach.

–  Co  ci  jest?  –  spytała  mnie  drobna  dziewczyna  z  przeraźliwie

czerwonymi, spuchniętymi oczami. Leżała na łóżku obok.

– Depresja. A ty?
–  Nie  wiem.  Oni  też  jeszcze  nie  wiedzą.  Dadzą  ci  jedynie  serię

mózgojebów i myślą, że pomagają. To miejsce jest popierdolone.

Potem parę informacji o każdej z nas i powróciłam do patrzenia w sufit.

background image

Tu  nawet  nie  ma  imion.  Tu  jesteś  depresją,  anoreksją,  bulimią  lub  innym
schorzeniem.  Z  każdą  minutą  było  coraz  gorzej  i  moje  myśli  zaczęły
przybijać  mnie  do  ziemi.  To  przerażenie  sytuacją  zmusiło  mnie  do  wyjęcia
żyletki  z  kieszeni  spodni.  Usiadłam  na  podłodze  w  końcu  korytarza
i  rozdrapałam  stare  rany.  Krew  pojawiła  się  dość  szybko,  ale  cierpienie  nie
ustawało.  Najchętniej  uderzyłabym  głową  o  szybę,  a  kawałki  szkła  wbiła
sobie w brzuch. Bałam się nocy.

Mój  pokój  graniczył  z  izolatką.  Zamknęli  w  niej  dziewczynę,  którą

przywiązali do drucianego łóżka. Tak kończy każdy, kto ma odmienne zdanie
niż  pani  ordynator.  Słyszałam,  jak  dziewczyna  krzyczy  i  uderza  głową
o metalowe pręty. I to ma być pomoc? Czy ja też tak skończę?

*

Nie  uderza  mnie  wymiar  nazwy  tego  miejsca.  Wieje  tu  chłodem
i  nieżyczliwością.  Na  zajęciach  grupowych  wszyscy  z  zapałem  opowiadają
o  swoim  samopoczuciu.  Wszyscy  się  tu  znają  i  zachowują  jak  na  jakimś
obozie. Czuję się jak piąte koło u wozu, wszyscy patrzą na mnie z wyrzutem.

– Na ile określasz swoje samopoczucie w skali od jeden do dziesięciu? –

pyta lekarz na grupowym porannym apelu.

– Zero – odpowiadam.
– Nie możesz się czuć na zero, bo już byś nie żyła.
– No to na jeden – mówię.
– Nie możesz czuć się na jeden, bo wtedy wcale nie wstałabyś z łóżka.
Wzdycham zrezygnowana i już się więcej nie odzywam. Skoro oni lepiej

wiedzą,  jak  się  czuję,  to  po  co  w  ogóle  pytają.  Żadna  opcja  nie  jest  dobra.
Nic, co robię, nie jest dobre. Nigdzie.

Trafiłam do szpitala, bo doktor Kulczyńska bała się, że coś sobie zrobię,

tutaj  mieli  sprawować  nade  mną  kontrolę,  ale  czegoś  takiego  właściwie  nie
ma.  Dowodem  jest  moja  wczorajsza  akcja  z  żyletką.  Całą  sobą  dążę  do
autodestrukcji.

– Gdybyś była naprawdę inteligentna, to już dawno zabiłabyś się tak, by

nikt  cię  nie  znalazł  i  nie  mógł  uratować  –  oświadczyła  doktor  Palis  na
naszym pierwszym spotkaniu.

Nawet chciałam się dogadać, ale ona całkowicie to uniemożliwiła.
– A zresztą, jeżeli chcesz popełnić samobójstwo, to trudno, twój wybór,

twoje życie. Co ja mogę zrobić? Nie będę się tu silić na żadne uprzejmości,

background image

nie będę się litować. Każdy tu ma problemy.

Plątałam się w siebie coraz bardziej...

*

Po  południu  miałam  atak.  Od  wczoraj  nie  dostałam  żadnych  psychotropów,
całą  noc  nie  spałam  i  dziwnie  się  czułam.  Gdy  trafiłam  do  dyżurki,
pielęgniarka  zaczęła  się  na  mnie  drzeć,  żebym  normalnie  oddychała
i przestała się trząść, bo ona nie może zmierzyć mi ciśnienia. Chyba zaczęłam
płakać.

Udało  mi  się  wyprosić  zgodę  na  rozmowę  z  doktor  Kulczyńską,  pod

warunkiem  że  to  ona  do  mnie  zadzwoni.  Byłam  przekonana,  że  nie  będzie
chciała  ze  mną  rozmawiać,  ale  nie  miałam  nic  do  stracenia.  W  ciągu
dziesięciu  minut  rozmowy  Maja  wtłoczyła  do  mojej  mrocznej  duszy  całą
masę  świetlnych  promyczków.  Czasem  tak  niewiele  trzeba,  by  ukoić  ból.
Dlaczego  ludzie  tego  nie  wiedzą?  Mówiłam,  starając  się  nie  zwracać  uwagi
na raportującą rozmowę pielęgniarkę. Najważniejsze, że mogłam się wreszcie
do kogoś odezwać. Nie chciałam tu zostać.

*

Rano  nie  miałam  siły  wstać  z  łóżka.  Zostałam  z  niego  brutalnie  zrzucona
i wśród wrzasków pielęgniarek oraz pacjentów siłą zaciągnięta na stołówkę.
Byłam  bezwładna  jak  kukła,  gdy  siostry  wlokły  mnie  po  podłodze.  Nie
umiałam znaleźć sposobu na wyrażenie ogarniającej mnie bezradności.

Coaxil, Estazolam i Dormicum. Wrzucają ci to do buzi jednym sprawnym

ruchem  i  potem  patrzą,  czy  połknęłaś,  gmerając  w  ustach  brudnymi
paluchami.  Czujesz  się  kompletnie  odczłowieczona  i  zniewolona.  Nikt  nie
ma  do  ciebie  szacunku  i  nikt  nie  próbuje  nawet  dostrzec  w  tobie  czującej
istoty ludzkiej.

Zaraz  potem  szpitalna  psycholożka  poprosiła  mnie  na  rozmowę.  Byłam

słaba, cicha i wystraszona. Ale rozmowa nie trwała dłużej niż trzy minuty, bo
od  razu  zostałam  zaatakowana  i  skrytykowana.  A  wydawałoby  się,  że
w takim miejscu oczekuje się zrozumienia.

Co  ja  tym  ludziom  zrobiłam?  Gdybym  była  wulgarna,  agresywna,

gdybym  pyskowała,  buntowała  się,  to  wtedy  byłabym  w  stanie  zrozumieć
zachowanie  personelu.  A  ja  nie  robię  nic  oprócz  tego,  że  mam  depresję
i sobie z nią nie radzę.

background image

Potrzebuję  rozmowy,  potrzebuję  obecności  drugiego  człowieka,

potrzebuję  poczucia  bezpieczeństwa.  To  miejsce  nie  daje  niczego  dobrego.
Daje tylko jeszcze więcej bólu.

*

Konwersacja z doktor Palis wcale nie była lepsza. Nie chciała słuchać, jak ja
się czuję i co myślę. Miałam ochotę wstać, podejść do okna i skoczyć. Ale to
i  tak  by  nic  nie  dało:  gabinet  znajdował  się  na  parterze,  a  w  oknach  były
kraty.  Chciałam  się  stąd  jak  najszybciej  wydostać  i  wrócić  do  tego  świata,
gdzie zostały najważniejsze dla mnie osoby.

Nawet  pani  ordynator  oddziału  nie  siliła  się  na  uprzejmość.  Nie  miała

pojęcia,  o  czym  mówię.  Siedząc  naprzeciwko  niej,  miałam  ochotę  zlizać  ze
ścian przytłaczającą, mdławą zieloną farbę i wgryźć się w nie jak najgłębiej.
Ostatecznie stanęło na tym, że sama mam zdecydować, czy chcę zostać, czy
też nie.

Pytanie.
Nie  było  się  nad  czym  zastanawiać.  Tak  jak  podejmowanie  wszelkich

decyzji jest w depresji utrudnione, tak tę podjęłam szybko.

*

Wieczorem miałam mały kryzys. Właściwie to nie był on taki mały. Moment
– przerażenie, lęk, samotność, przytłoczenie. Wszystko to pojawiło się naraz.
Zamknięta  w  łazience,  cięłam  się  przemyconą  na  oddział  żyletką.  Nakryła
mnie jedna z pielęgniarek i odprowadziła do pokoju. Tym razem bez krzyku.

Następnego dnia byłam znowu w domu.

background image

5

Po  dwóch  miesiącach  wracam  do  szkoły  razem  z  papierami,  w  których
Barbara  i  Maja  proszą  nauczycieli  o  okres  ochronny  dla  mnie.  Mimo  to
ogarnia mnie paraliżujący strach, a uczucie przytłoczenia nie opuszcza mnie
ani  na  chwilę.  Boję  się,  że  nauczyciele  będą  mnie  dozgonnie  gnębić  za
opuszczone lekcje, a w ich oczach zobaczę tylko pogardę i brak zrozumienia.
Już nawet litość byłaby lepsza. Miałam wyrobioną opinię.

Nie było mnie tak długo, że chyba nawet nie mam po co wracać. Nie chcę

odpowiadać  na  mnóstwo  pytań,  nie  mam  ochoty  niczego  wyjaśniać.  Sam
powrót  między  ludzi  jest  dla  mnie  potężnym  szokiem.  Chciałabym  być
niewidzialna.

*

Najgorszy jest ten pierwszy moment, kiedy rano otwieram oczy. Nie umiem
opisać, jak źle się wtedy czuję i jak wpływa na mnie świadomość, że przede
mną  kolejny  długi  i  beznadziejny  dzień.  Myślę  wtedy  ogromnymi
ogólnikami, które są dla mnie niekiedy gorsze niż dokładna analiza.

Pamiętam tylko, że weszłam do poczekalni i usiadłam naprzeciwko drzwi

do  gabinetu  doktor  Kulczyńskiej.  Potem  zobaczyłam  nad  sobą  obce  twarze,
słyszałam chaotycznie rzucane pytania.

– Co się stało? Czy bierzesz jakieś leki?
– Do jakiego lekarza przyszłaś?
Poczułam  bolesne  drętwienie  w  rękach  i  nogach,  drgawki  się  nasilały,

powodując  gwałtowne  dreszcze.  Leżałam  na  podłodze  i  już  wiedziałam,  że
znów  miałam  atak.  Łapałam  powietrze  jak  ryba  wyrzucona  na  piasek  i  nie
byłam  w  stanie  wypowiedzieć  ani  jednego  słowa.  Kłujący  ból  w  klatce
piersiowej.

W  pewnym  momencie  moje  załzawione  oczy  zdołały  zarejestrować

znajome rysy. Doktor Kulczyńska. Zadała mi tylko jedno pytanie:

– Powiedz mi tylko, czy był niepokój?
Pokiwałam  głową.  Ciśnienie  dwieście  dwadzieścia  na  sto  osiemdziesiąt.

Puls sto sześćdziesiąt.

background image

Już  po  chwili  zostałam  przeniesiona  na  leżankę  i  w  miarę  świadoma

czekałam  na  krzyki  i  pretensje.  Kwestia  przyzwyczajenia  po  omdleniach
w szkole i wizytach u pielęgniarki.

Ale nic takiego się nie pojawia.
Maja  trzyma  mnie  za  rękę  i  głaszcze  po  głowie,  słyszę  mnóstwo

pokrzepiających,  spokojnych  słów,  pielęgniarka  się  do  mnie  uśmiecha.
Oddycham  miarowo  do  papierowej  torebki  i  czuję,  jak  ktoś  przykłada  do
mojej rozpalonej głowy chłodny okład. Mrowienie w kończynach, nudności,
ciemne  plamy  przed  oczami  –  wszystko  to  znajome  objawy.  Jest  mi
potwornie wstyd.

–  Przepraszam,  że  ja...  –  szepczę,  ale  nie  mogę  jeszcze  swobodnie

oddychać. – Nie chcę sprawiać kłopotu...

– To przecież nie twoja wina. – Słyszę ciepły głos Mai. – Leż spokojnie,

powolutku, zaraz będzie lepiej.

W  takich  warunkach  niesamowicie  szybko  doszłam  do  siebie.  Jeszcze

nigdy  nie  zdarzyło  się,  żebym  w  tak  krótkim  czasie  stanęła  na  nogach
o własnych siłach.

Maja nie puściła mnie do domu, dopóki nie miała pewności, że czuję się

już dobrze. Od jutra mam brać dodatkowo Zomiren.

Po powrocie do domu zaatakowały mnie męczące myśli: Maja na pewno

jest  na  mnie  wściekła,  że  coś  takiego  się  przydarzyło,  zajęłam  kozetkę
w gabinecie, a byli jeszcze pacjenci, sprawiłam tyle kłopotu. Podążając tym
tropem,  ponownie  znalazłam  się  w  punkcie  wyjścia,  a  nienawiść  do  siebie
samej gwałtownie wzrosła. Błędne koło.

*

Dwa razy wszedł do łazienki, kiedy byłam w środku.

Brałam  prysznic  po  ciężkim  dniu.  Drzwi  otworzyły  się  gwałtownie,  gdy

wychodziłam  już  z  wanny  i  kończyłam  wycieranie  prawej  stopy.  Nie
zamurowało  mnie,  wcale  nie  osłupiałam.  Wręcz  przeciwnie.  Zareagowałam
wyjątkowo szybko, dopadając drzwi, pociągając za klamkę i zatrzaskując je
z  hukiem.  Trzymałam  je  przez  moment  dla  pewności  i  dopiero  wtedy
pojawiły  się  fizyczne  oznaki  szoku.  Przyspieszył  oddech,  gwałtownie
podskoczyło ciśnienie, zakręciło mi się w głowie, serce zaczęło walić. Bałam
się wyjść z łazienki, choć byłam już zupełnie ubrana.

Ten  drugi  przypadek  otacza  jeszcze  większa  aura  wstrętu.  Próbował

background image

wejść  w  momencie,  gdy  siedziałam  na  kiblu.  Moja  reakcja  była  równie
szybka co za pierwszym razem. Ale znów to się stało.

Ponad  dwa  tygodnie  zbierałam  siły,  by  poprosić  matkę  o  wmontowanie

zamka do drzwi łazienkowych. Nie było mi łatwo coś takiego zaproponować,
bo czułam się głupio w stosunku do niego. Nie mam pojęcia dlaczego.

Znów awantura.

*

Marta przyjechała. Przez ostatnie kilka miesięcy nie miałam z nią kontaktu,
bo  była  za  granicą.  Będąc  w  depresji,  nie  jestem  w  stanie  pokazać  jej,  jak
ogromną ulgę przynosi mi jej obecność. Mam nadzieję, że ona o tym wie.

Wyciągnęła  mnie  z  domu,  nie  siliła  się  na  żadne  sztuczne  zapewnienia.

Po  prostu  była  i  właśnie  dzięki  temu  chociaż  te  dwa  dni  przeżyłam  na
wyższym poziomie. Ani przez chwilę nie pokazała, jak bardzo ją denerwuję,
a  jestem  pewna,  że  tak  właśnie  było.  W  depresji  nawet  taka  minuta  ma
ogromne  znaczenie.  W  domu  też  łatwiej  przeżyć,  kiedy  jest  ktoś  jeszcze.
Tylko  co  zrobić  z  tym  wszechogarniającym  wstydem,  że  musi  go  poznać
i  z  nim  rozmawiać?  A  on  co  drugiego  zdania  i  tak  nie  słyszy,  więc  trzeba
krzyczeć.

Wieczorem  siedzimy  na  kanapie  przytulone,  w  słabym  świetle  lampki

nocnej,  a  ja  próbuję  pozwolić  sobie  na  łzy.  Chłonąc  ciepło  i  poczucie
bezpieczeństwa,  zastanawiam  się,  jak  można  takie  chwile  utrwalić
w myślach.

Gdy  Marta  pojechała,  zatopiłam  się  w  dobrze  już  znaną  atmosferę

niewyrażonej  beznadziejności.  Opuściła  mnie  drobniutka  wiara,  że
kiedykolwiek  z  tego  wyjdę.  Jestem  chyba  przypadkiem  nie  do  odratowania
i  skazanym  na  zakończenie  tego  bezsensownego  błądzenia  w  trochę  inny
sposób niż wyzdrowienie.

background image

6

Na  terapii  wydobywały  się  ze  mnie  same  głupoty,  co  jeszcze  bardziej
utwierdziło mnie w przekonaniu, że Basia mnie nie cierpi. Pewnie nie może
już na mnie patrzeć.

Gdy wypowiem na głos to, co wytworzyło się w moim umyśle, zaczynam

wątpić i widzę śmieszność tych słów.

–  Dojście  do  szkoły  zabiera  mi  dwie  pierwsze  lekcje,  a  po  jednej

przetrwanej  jestem  już  tak  wykończona,  że  wracam  do  domu.  Nie  mam
ochoty  nawet  o  tym  myśleć,  bo  powoduje  to  u  mnie  jeszcze  silniejsze
przygnębienie.

– Nauczyciele dają ci na razie spokój?
Nie  jestem  tego  pewna.  Świat  mojego  umysłu  miesza  się

z  rzeczywistością.  Mam  problemy  z  odróżnianiem,  co  dzieje  się  naprawdę,
a co jest tylko moim chorym wymysłem.

–  Niby  tak,  ale  czasem  zdarzą  się  jakieś  złośliwe  komentarze.

Wychowawczyni  ciągle  mnie  przed  nimi  usprawiedliwia.  Bardzo  męczy
mnie  samo  przebywanie  wśród  rówieśników,  których  głównymi  tematami
rozmów  są  matura  oraz  studia.  Nie  wytrzymuję,  siedząc  przez  godzinę
w ławce, a dojście na wyższe piętro zabiera mi całą przerwę.

Kompletnie  nie  umiem  pozytywnie  myśleć.  We  wszystkim  dostrzegam

tylko  tragizm  i  bezsens.  Spokojnie  mogę  nawet  stwierdzić,  że  jestem
uzależniona  od  smutku.  A  ten  nałóg  zaszedł  już  tak  daleko,  że  nie  potrafię
tego procesu zahamować. Alkohol można zamknąć w szafce. Depresji raczej
nie.

Boję się każdej wizyty u Basi i czekam tylko, aż powie mi, jak bardzo ma

mnie dość i że nie chce, bym przychodziła. Myślę, że każdym moim słowem
sprawiam, iż jej zdanie o mnie, i tak już złe, wciąż się pogarsza.

Znów  myślę  o  tym,  że  za  chwilę  będę  zmuszona  wrócić  do  domu  i  cała

praca  z  Barbarą  nad  moim  nastrojem  pójdzie  na  marne.  Najgorzej  jest
odpychać  myśli  i  wyobrażenia,  w  których  wchodzi  do  mojego  pokoju.
Napawa  mnie  to  odrazą  ostateczną.  Mając  przed  oczami  jego  stopę,  która
lada  chwila  stanie  na  mojej  wykładzinie,  wstrząsają  mną  dreszcze  i  wręcz

background image

dostaję drgawek.

A jeśli on wchodzi do tego pokoju, gdy nie ma mnie w domu? Panicznie

boję  się  takiej  ewentualności,  ale  moje  nerwy  nie  pozwalają  na  wzmożoną
ostrożność  w  moich  własnych  czterech  kątach.  To  moja  oaza  spokoju,
odskocznia, jedyne miejsce, w którym mogę sobie pozwolić na choćby cień
naturalności. Bez takiej swobody nie można funkcjonować normalnie. Nie da
się  tak  żyć!  Dlatego  wypieram  podobne  koszmary  z  mojej  głowy,  choć  nie
zawsze skutecznie i nie zawsze jest to proste. Gdy głową zawładną natrętne
myśli, pozbycie się ich wymaga sporego zapasu energii, którego ja nie mam
i często się tym męczę.

Zastanawiam się nad tym, do czego to prowadzi – żeby się dłużej dobrze

czuć,  będę  musiała  spędzać  tu  więcej  czasu.  Przecież  to  niemożliwe.
Zrezygnowana, dzielę się tą myślą z Basią.

– Przecież ta nasza praca nic nie da. Przecież pani mi domu nie zmieni.

Nie zmieni pani mojego życia. Jaki to ma sens?

–  Aneta,  oczywiście,  że  ja  nic  nie  zmienię.  Nie  zmienię  twojego  domu.

Ale mogę pomóc ci zmienić twoje podejście. Mogę ci pomóc zmienić siebie.

– Jakoś ciężko mi sobie wyobrazić, że nagle przestanie mnie to ruszać...
– Wiele rzeczy jest ci na razie ciężko sobie wyobrazić.
Najbardziej  brutalne  wkroczenie  na  mój  teren  miało  miejsce  przy  okazji

sprawdzania instalacji elektrycznej w naszym domu. O wyznaczonej godzinie
fachowcy  zjawili  się  i  rozpoczęli  pracę  od  łazienki.  Stał  nad  nimi
i kontrolował wszelkie poczynania, jakby był ich szefem.

Siedziałam u siebie, jak zwykle zresztą, i czytałam książkę. Idąc tropem

odgłosów, słyszałam, jak robotnicy przemieszczają się kolejno do kuchni i do
drugiego 

pokoju. 

Potem 

zamarłam, 

bo 

dudnienie 

kroków 

na

przedpokojowych  dywanikach  oznaczało  tylko  jedno:  mieli  zamiar  wejść
także do mnie. Gwałtownie odsunęły się drzwi.

– Dzień dobry – rzucił któryś z nich.
Ulokowałam  się  z  podkurczonym  nogami  na  tapczanie  i  obserwowałam

wszystko,  co  się  dzieje.  Do  tej  pory  stał  na  progu,  ale  w  momencie,  kiedy
jeden  ze  specjalistów  zanurkował  pod  biurko  w  poszukiwaniu  gniazdek,
wbiegł  nagle  do  pokoju  i  usiadł  na  moim  krzesełku(!).  Wziął  do  ręki  jeden
z  moich  zeszytów  i  po  chwili  namysłu  położył  gdzie  indziej.  Przesunął
właściwie  wszystko,  co  tam  stało,  choć  nie  miało  to  żadnego  znaczenia  dla
sprawy. Patrzyłam na tę makabryczną scenę ze swojego małego ukrycia pod
kocem,  ale  nie  wytrzymałam  długo.  Siedział  w  samym  środku  mojego

background image

królestwa.

Całkowita profanacja.
Nie mam pojęcia, jak długo trwało, zanim sobie poszli, bo przez ten czas

siedziałam na zimnej posadzce balkonu i płakałam. Wiedziałam już, ile pracy
czeka  mnie,  zanim  odzyskam  choć  namiastkę  spokoju  i  poczucia
bezpieczeństwa.  Powolnymi  krokami  wróciłam  na  to  ohydne  pobojowisko,
omiotłam  wzrokiem  każde  miejsce,  w  którym  stanął,  no  i  usiadł.  Łzy
ponownie  napłynęły  mi  do  oczu.  Wyciągnęłam  z  szafy  odkurzacz
i dokładnie, kawałek po kawałku, wciągałam brud. Tak mocno naciskałam na
tę  czyszczącą  rurkę,  że  po  chwili  ręka  całkowicie  mi  zdrętwiała,
a wykładzina stała się nadmiernie wytarta. Jednak nie dało mi to satysfakcji,
nie dało żadnego ukojenia.

Następnie  zabrałam  się  za  odkurzanie  mebli,  bez  znaczenia,  gdzie  się

znajdowały.  Nic  nie  wolno  mi  było  pominąć.  Jakiekolwiek  zaniedbanie
mogłoby skończyć się dla mnie psychiczną torturą.

Mokrą  szmatką,  zanurzoną  dodatkowo  w  jakimś  znalezionym  płynie,

wycierałam  każdy  przedmiot,  który  znajdował  się  na  moim  biurku.  Proces
ten  musiały  przetrwać:  zeszyty,  piórnik,  radiomagnetofon,  głośniczki  od
komputera, zegarek, a przy okazji wszystko, co znalazło się w zasięgu trzech
metrów od miejsca zdarzenia. W najpoważniejszym stanie był mój obrotowy
fotel  przy  biurku.  Siedział  tam  i  nic  nie  mogło  tego  zmienić.  To  może
zmienić  fotel?  Tak  byłoby  najprościej,  ale  to  niewykonalne.  Nie  mogę  za
każdym  razem  kupować  nowych  rzeczy.  Jak  miałabym  coś  takiego
wytłumaczyć matce? Czyściłam go dosyć długo na tysiąc różnych sposobów,
ale  w  oczach  wciąż  miałam  łzy,  a  poczerwieniałe  policzki  wskazywały  na
silny stopień zdenerwowania.

*

I  co  z  tego,  że  mam  dzisiaj  urodziny.  Dzień  nie  różni  się  niczym  od
pozostałych,  jeżeli  chodzi  o  moje  samopoczucie.  Coś  wpycha  mnie  do
czarnego  worka,  z  którego  nie  ma  możliwości  wydostania  się.  Mam
wrażenie, że ktoś wkłada mi do ust brudną, tłustą i śmierdzącą szmatę. Życie
mnie dusi.

Obrzydliwe.
Jestem  rozbita,  twarz  mam  rozpaloną,  a  ręce  sine  z  zimna.  Ból  czaszki

zadomowił się już chyba na dobre.

background image

– Zdaję sobie doskonale sprawę, jaka jestem żałosna, ale jednocześnie nie

potrafię skumulować w sobie sił, by wykonać jakąkolwiek czynność.

– Masz prawo. Powolutku, krok za krokiem, będziesz szła do przodu. Nie

wymagaj od siebie aż tyle na samym początku – mówiła Basia.

– Czy ja kiedykolwiek przestanę być pesymistką?
–  Nie  jesteś  pesymistką.  Pesymista  to  człowiek,  który  ma  klapki  na

oczach. Ty zauważasz wokół siebie wiele piękna, ale jeszcze nie potrafisz się
nim cieszyć. To duża różnica.

Traktuje  mnie  jak  człowieka,  jest  miła  i  podtrzymuje  mnie  na  duchu.

Dlaczego?

Może właśnie na tym polega jej praca.
Mówię  o  problemach  z  koncentracją  i  tym  okropnym  lęku,  który  nie

pozwala  ani  na  chwilę  zaznać  spokoju.  Basia  proponuje  układanie  puzzli,
krok  po  kroku,  kawałek  po  kawałku.  Zaraz  po  spotkaniu  wysyła  mnie  do
sklepu  i  do  domu  wracam  z  widokiem  na  dwa  tysiące  elementów.  Kolejne
dni  upływają  mi  na  układaniu  i  choć  na  chwilę  moje  myśli  skupiają  się  na
czymś innym.

*

– Jak samopoczucie? – pyta Maja.
– Nie będę oryginalna. Czuję się tragicznie.
Jest  dla  mnie  taka  dobra.  Rozmawiałyśmy  chwilę  o  samoocenie.

Polubienie siebie raczej mi nie grozi.

– Mam dla ciebie zadanie domowe.
–  Zadanie  domowe?  –  pytam,  by  zyskać  na  czasie  i  przetrawić  tę

informację  na  swój  sposób.  Na  pewno  będę  musiała  zrobić  coś,  co  będzie
wymagało ode mnie wysiłku.

–  Tak.  Gdy  wstaniesz  rano  i  spojrzysz  w  lustro,  spróbuj  się  do  siebie

uśmiechnąć, zamiast wyrzucać sobie, jak bardzo się nienawidzisz.

To mi się raczej nigdy nie uda. Zresztą po co kłamać? Nie jestem zdolna

do zrobienia czegokolwiek. Na tym polega beznadzieja mojej osobowości.

– Spróbuj. Tylko spróbuj. Opowiesz mi potem, jak poszło.
Najbardziej  znane  mi  od  dzieciństwa  uczucia  to:  poczucie  winy,  wstyd

i samotność. Z nimi udało mi się zaprzyjaźnić najbardziej i ta przyjaźń trwa
do  dzisiaj.  Czułam  się  zawsze  gorsza  i  przez  lęk  starałam  się  być  zawsze
kilka kroków za innymi. Czułam się pewniej, gdy inni podejmowali za mnie

background image

decyzje i mówili, co mam robić, bo wtedy nie musiałam obwiniać siebie. Nie
chciałam podjąć najmniejszej decyzji, na przykład jaki smak chrupek kupimy
z  koleżanką,  bo  potwornie  się  bałam,  że  kiedy  ja  wybiorę,  to  ona  będzie
niezadowolona.  Zostawiałam  wszelkie  decyzje  innym,  bo  wtedy  miałam
pewność,  że  ktoś  zrobi  tak,  jak  chce.  A  ja  mogłam  się  zawsze  dostosować.
Potrafiłam  dostosować  się  do  wszystkiego.  Matka  zawsze  powtarzała,  że
trzeba się do innych dostosowywać.

*

Nie  mam  zamiaru  się  do  siebie  uśmiechać  ani  mówić  sobie  żadnych
komplementów, bo to mi się wcale nie należy.

I mam beznadziejny uśmiech.

*

Znowu zaczęłam jeść. Konsumuję coraz większe ilości pokarmów i nie mogę
tego  zwymiotować.  To  sprawia,  że  zaczynam  gwałtownie  spadać  w  dół.
Czuję się taka ciężka i to uniemożliwia mi swobodne wykonywanie ruchów.
Jestem  jakby  wygaszona,  całkowicie  spowolniała,  a  jednocześnie
wewnętrznie  roztrzęsiona.  Moim  organizmem  rządzi  mnóstwo  paradoksów,
pozostających mimo wszystko w cieniu.

Na  fizyce  ukryłam  się  w  ostatniej  ławce,  za  zasłoną  z  rozpuszczonych

włosów, i wyjęłam z teczki cyrkiel. Niezbyt dokładnie pamiętam, co robiłam,
ale  pod  koniec  lekcji  całą  powierzchnię  kciuka  miałam  zrytą  aż  do  mięsa,
a  krew  pojedynczymi  kropelkami  lądowała  na  niebieskim  materiale  moich
spodni. Wyglądało to makabrycznie.

Zbliżają  się  Zaduszki,  a  ja  mam  wizję  siebie  wiszącej  na  bramie

cmentarza.

*

Moja  dynamika  życiowa  poprawia  się  jedynie  na  czas  wizyty  u  Basi  i  Mai,
a to już coś. Rozmawiamy o rzeczach, o których nigdy nikomu nie mówiłam.
Uczę się nazywać swoje myśli i uczucia, a gdy mówię o nich na głos, nikt się
z tego nie śmieje. Zaczynają normalnieć i bardziej pasować do tego świata.

Wciąż  biernie  czekam,  aż  nastąpi  to  „lepiej”.  Mam  wrażenie,  że  nic  nie

robię, a Barbara wciąż mówi o jakimś ogromie pracy z mojej strony. Ja nic

background image

nie widzę.

background image

7

Miło  jest  mieć  sojusznika  w  szkole.  To  właśnie  tutaj  najczęściej  znajduje
mnie  depresja  i  jest  w  stanie  mnie  zniszczyć,  zanim  opowiem  o  tym  na
terapii.  A  moja  wychowawczyni  w  pewien  sposób  dodaje  mi  wiary  i  siły,
które  są  mi  tak  bardzo  potrzebne.  Czuję,  że  choć  nie  rozumie  mojego
samopoczucia, to bardzo się stara, żeby mi umożliwić powrót do zdrowia.

Depresja  potrafi  na  mnie  spaść  w  środku  lekcji.  Nagle  widzę,  jak

wszystko  wali  się  prosto  na  mnie,  przestraszonym  wzrokiem  rozglądam  się
dookoła.  Niesamowity  ucisk  w  gardle.  Czekam  w  napięciu,  aż  zadzwoni
dzwonek. Wtedy mam więcej możliwości ucieczki. Myślę tak, choć wiem, że
nie da się uciec.

*

Ile  razy  uda  mi  się  zgromadzić  jakiś  malutki  zapasik  energii  życiowej,
natychmiast  dzieje  się  coś,  co  cały  ten  zapas  ze  mnie  wydziera.  Zapaliłam
sobie na biurku znicz – to tak, jakby mój pokój był grobem. Nieodsłaniane od
ponad dwóch miesięcy żaluzje dopełniają klimatu. Gwałtownie odrywam się
od  rzeczywistości  i  czuję,  jak  ściany  zaczynają  się  do  mnie  zbliżać,  by
zamknąć mnie na powierzchni nie większej niż ekran telewizora. Tak łatwo
jest  tam  wpaść.  Ogromna  maszyna  przyciąga  mnie  głębiej  do  dna,  jak
odkurzacz.  Lęk  przekracza  wszelkie  dopuszczalne  granice.  Boję  się  czegoś,
czego nie umiem zdefiniować.

Wczoraj  wieczorem  wzięłam  o  kilka  tabletek  nasennych  więcej

z nadzieją, że  prześpię chociaż parę  godzin dłużej. Ale  depresja budzi  mnie
wcześnie rano i męczy do wieczora.

Znalazłam  w  domu  całe  opakowanie  Timonilu  –  leku,  który

przedawkowałam w kwietniu. To takie kuszące...

background image

8

Marta  nie  dawała  znaku  życia  już  od  dłuższego  czasu.  Chyba  czułam,  że  to
się tak skończy. To było zbyt piękne, a ja zbyt beznadziejna.

–  Najgorsze  jest  to,  że  ja  się  tak  bardzo  boję,  że  zrobię  coś  źle  –

wyznałam Basi. – Przy czym dotyczy to każdej możliwej czynności, każdego
ruchu  i  każdego  zdania.  Sparaliżowane  jest  całe  moje  funkcjonowanie.  Ten
strach jest ze mną zawsze i wszędzie. Boję się nawet, że źle siedzę...

Mówię  to  i  jednocześnie  nerwowo  obserwuję  jej  twarz.  Jakby  mi  miała

zaraz pokazać, że właśnie w tej chwili też coś psuję.

Myślenie  to  paraliżuje  mnie  od  dzieciństwa.  Przywołuję  w  pamięci  te

wszystkie chwile, kiedy matka głośno zwracała mi uwagę, że powiedziałam
coś  nie  tak  lub  głupio  się  zachowałam.  Dokładna  analiza  wszystkich  moich
wypowiedzi  i  zachowań,  wypominanie,  co  zrobiłam  źle,  i  mówienie,  jak
powinnam  się  zachować.  Albo  za  krótko  się  uśmiechnęłam  do  kogoś,  albo
niewystarczająco  odpowiedziałam  na  pytanie,  albo  użyłam  złego  tonu,  albo
siedziałam w nieodpowiednim miejscu. Zawsze było coś nie tak. Najczęściej
powtarzanymi  zdaniami  były:  „Co  ludzie  powiedzą?”,  „Co  ludzie  sobie
o tobie pomyślą?”, oczywiście skierowane do mnie.

Z czasem zaczęłam bać się spotkań z ludźmi, bo prześladował mnie lęk,

że ona będzie ze mnie niezadowolona, że znów zrobię coś nie tak. Starałam
się  bardzo  pilnować  i  kontrolować.  Sama  zaczęłam  analizować  swoje
zachowanie,  zastanawiałam  się,  czy  było  właściwe,  jak  odebrali  mnie  inni,
czy  nie  powiedziałam  czegoś  głupiego.  Zabijałam  w  sobie  wszelką
naturalność i bycie sobą, bo to było krytykowane. Szukałam takiej roli, która
wreszcie zostałaby zaakceptowana. Utwierdziłam się w przekonaniu, że taka,
jaka jestem, nie jestem dobra, i wciąż starałam się siebie ulepszać. Ale nigdy
nie stałam się dość dobra. Cały czas paraliżuje mnie lęk, że tym razem znów
zrobiłam coś nie tak. Zawsze mówię nie takim tonem, jak trzeba, za szybko,
za  wolno,  za  cicho  albo  za  głośno.  Albo  używam  nieodpowiednich  słów
i zawsze słyszę: „Ja to bym inaczej powiedziała...”, „Na twoim miejscu ja to
bym...”.

Gdy  dziś  próbuję  być  sobą,  jestem  właściwie  pewna,  że  to  się  źle

background image

skończy.  Wolę  pilnować  się,  kontrolować  wszelkie  sytuacje  społeczne,
w  których  biorę  udział,  przewidywać  zachowanie  innych  i  swoje,  być
przygotowaną  na  wszelkie  ewentualności.  Wciąż  dźwięczy  mi  w  głowie
pytanie zadawane przez matkę, które teraz już sama odruchowo sobie zadaję
– co ludzie o mnie pomyślą?

*

Do szkoły chodzę tylko na pojedyncze lekcje. Jeszcze nie umiem skupić się
na  czymkolwiek,  więc  nie  mogę  się  uczyć.  Niby  jest  mi  to  obojętne,  czy
wylecę  ze  szkoły,  ale  gdyby  tak  się  stało,  jestem  pewna,  że  mój  stan  by  się
pogorszył,  prawdopodobnie  całkowicie  bym  się  załamała.  Choć  trudno  jest
sobie wyobrazić, by można było czuć się gorzej niż ja obecnie...

background image

9

Momentami  mam  wrażenie,  że  jestem  nieprzytomna  ze  strachu.  Czuję
w  ustach  smak  trucizny  chorobowej,  język  jest  wysuszony  na  wiór.  Ręce
trzęsą  mi  się  tak  bardzo,  że  mam  problemy  z  utrzymaniem  długopisu,  nie
wspominając  już  o  pisaniu.  Ataki  łupania  czaszkowego  sprawiają,  że  nieraz
muszę  zatrzymać  się  na  chwilę  na  ulicy,  bo  ból  uniemożliwia  jakiekolwiek
poruszanie się. Wtedy nie widzę nic, słyszę miarowe uderzenia i pojawia się
wrażenie, jakby mi w głowie bulgotała gorąca lawa.

Jest  o  tyle  łatwiej,  że  mam  komu  o  tym  wszystkim  powiedzieć  i  nie

jestem skazana na samodzielne dźwiganie tego ogromnego worka kamieni.

– Trzymaj się bardzo mocno i dbaj o siebie – mówi doktor Kulczyńska na

zakończenie spotkania. Zawsze.

Przysłali mi kartę wypisu ze szpitala psychiatrycznego:

Siedemnastoletnia  pacjentka  po  raz  pierwszy  przyjęta  do  szpitala
psychiatrycznego z powodu tendencji samobójczych. W wywiadzie
od  trzech  lat  stany  przygnębienia,  upośledzenie  snu,  spadek
łaknienia,  towarzyszące  objawy  dysocjacyjne  (omdlenia,  stany
hiperwentylacji),  kilkakrotne  próby  suicydalne.  Podczas  przyjęcia
nieco  spowolniała  psychoruchowo,  w  nastroju  jednostajnie
obojętnym, chwilami drażliwa, afekt słabiej moduluje. W kontakcie
słownym  formalnym  potwierdza  dane  z  wywiadu.  Nie
zaadaptowała  się  do  warunków  oddziału,  w  toku  pobytu  coraz
bardziej 

negatywistyczna 

wobec 

hospitalizacji, 

odmawiała

uczestnictwa  w  proponowanych  zajęciach  psychoterapeutycznych
i  rozmów  z  psychologiem.  Podczas  rozmów  z  lekarzem
werbalizowała 

opór 

przed 

poruszaniem 

tematyki 

swoich

dolegliwości,  tłumacząc  go  zaufaniem,  jakie  ma  do  terapeutów
w  miejscu  zamieszkania.  Silnie  skoncentrowana  na  przeżywanych
emocjach, 

podaje 

myśli 

rezygnacyjne, 

samookaleczenia

dokonywane  pod  wpływem  impulsów.  Obraz  prezentowanych
zaburzeń  i  ich  zmienność  w  przebiegu  sugeruje  charakter

background image

reaktywny.  Wypisana  przed  ukończeniem  okresu  obserwacyjnego
na własne żądanie. Wbrew zaleceniom lekarskim.

Tak jest najprościej napisać.

*

Czuję  już  zapach  śniegu.  Nie  potrafię  go  dokładnie  określić,  ale  on  mnie
dobija.  Powietrze  zimą  ma  taki  nieprzyjazny  zapach.  Za  każdym  razem,
kiedy wyglądam przez otwarte okno, patrzę najpierw do góry – to ma w sobie
coś z szaleństwa, a potem w dół – wtedy pierwszą myślą staje się skok.

Parę razy dzwoniłam do Mai, gdy było już krytycznie. Czułam, że tylko

usłyszenie  jej  głosu  jest  w  stanie  zatrzymać  mnie  przy  życiu.  Wykonanie
telefonu  w  trudnych  chwilach  zajmuje  mi  bardzo  dużo  czasu,  bo  wciąż
towarzyszy  mi  paniczny  lęk,  że  niepotrzebnie  zawracam  głowę.  Dwie
ogromne  siły  walczą  we  mnie  –  ta  nie  do  opisania,  silna  potrzeba  kontaktu
z drugim człowiekiem i równie silny lęk, że na ten kontakt nie zasługuję.

–  Bardzo,  bardzo  przepraszam,  że  przeszkadzam.  –  Od  tego  zwykle

zaczynam. – Wiem, że ten telefon to głupi pomysł. – Zawsze mam nadzieję,
że jak wypowiem te słowa, to moja wina będzie mniejsza, że będzie można
mnie  usprawiedliwić,  że  nie  zostanę  uznana  za  kogoś,  kto  za  dużo  chce  dla
siebie.

–  Dobrze  zrobiłaś,  że  dzwonisz.  –  Słyszałam  zapewnienia  po  drugiej

stronie. – Co się dzieje?

Zawsze  wysłuchała  mnie  do  końca,  nie  pokazywała,  jak  bardzo  ją

denerwuję. Choć i tak za każdym razem byłam na siebie wściekła i kończyło
się  cięciem.  Nie  umiem  pozbyć  się  wyrzutów  sumienia.  Maja  wciąż
podtrzymuje  mnie  na  duchu,  przypomina  o  mojej  walce  i  tych  aspektach
mojego funkcjonowania, których ja jakoś nie mogę zauważyć. Albo nie chcę.

*

Jest  4.35,  a  to  oznacza  tylko  jedno.  Znowu  nie  spałam  całą  noc  i  choć
wieczorem  miałam  całkiem  pozytywny  nastrój,  teraz  gwałtownie  się
pogorszył.  To  wszystko  przez  ciemność.  A  do  tego  dochodzi  jeszcze
całkowite fizyczne wyeksploatowanie. Chęć porozmawiania z kimś przeplata
się  z  pragnieniem  odizolowania  od  ludzi.  Dlaczego  ja  zawsze  muszę  być
pełna sprzeczności?

background image

Wchodzę  do  kuchni  w  poszukiwaniu  kilku  łyków  ożywczej  wody.  Na

kaloryferze stoi rządek słoików z dziwnymi miksturami, które on przyrządza.
Codziennie  ta  sama  kłótnia,  czemu  ja  nie  chcę  tego  pić.  Na  stole  wiecznie
stoi  stos  encyklopedii  medycznych  i  powycinanych  artykułów  z  magazynu
„Twoje  Zdrowie”.  Co  tydzień  nowa  dieta  i  nowe  mikstury.  I  potem  resztki
pływające w sedesie.

Wariatka?  Wiem,  że  jestem  inna,  czuję  się  inna,  ale  normalność  jest

przecież  pojęciem  względnym.  To  przerażające,  że  nie  zawsze  jestem
w  stanie  kontrolować  poczynania  własnego  umysłu.  Mam  wrażenie,  że  już
nigdy nie wydostanę się z tego koszmarnego błędnego koła. Już zawsze będę
skazana na tułaczkę po najciemniejszych zakamarkach mojego wnętrza. Nie
potrafię skupić się na pozytywnych momentach, bo już właściwie zakodował
mi  się  mechanizm  –  jak  dobrze  by  nie  było,  zawsze,  prędzej  czy  później,
spadnę  na  samo  dno.  Moje  życie  jest  męką,  zresztą  nie  tylko  dla  mnie.  To
pusta,  bezsensowna  egzystencja.  To  właściwie  bezustanne  cierpienie.
Nienawidzę się za to, że nie potrafię tego przerwać, że nie umiem cieszyć się
prostymi  rzeczami.  Oczywiście  Maja  i  Basia  są  jasnymi  promykami  w  tym
czarnym  tunelu,  ale  w  tej  chwili  nie  umiem  skoncentrować  się  na  tym
świetle. Dostrzegam tylko ciemność.

Jest ze mną beznadziejnie. Może miałam ostatnio momenty uniesień, ale

były  one  wymuszone.  Zapadam  się  w  mroczną  krainę.  Z  nerwowego
niepokoju  przechodzę  w  apatię.  Ja  się  chyba  nie  nadaję  do  funkcjonowania
wśród  ludzi.  W  ogóle  nie  odnajduję  się  w  tematach,  które  poruszają  moi
rówieśnicy.  Przepaść  między  nami  jest  chyba  nie  do  przebycia.  Marzę
o wakacjach od własnego umysłu.

Ktoś intensywnie wali mnie w czaszkę młotkiem od wewnątrz i ten huk

odbija się w całym moim ciele. Jest mi tak niedobrze, jakbym co najmniej od
tygodnia nie schodziła z karuzeli, ręce trzęsą mi się okropnie – wygląda to na
zaczątki choroby Parkinsona. Jest mi cholernie słabo. A gdy do tego pakietu
promocyjnego dołączyć moje samopoczucie psychiczne, to...

Po burzliwej naradzie samej ze sobą postanowiłam się pociąć.

*

–  Udawanie  mnie  wykańcza.  To  jest  coś,  co  pozbawia  mnie  energii

i sprowadza na sam dół.

– A kiedy musisz udawać?

background image

–  Właściwie  na  każdym  kroku,  chociaż  ostatnio  już  się  tak  bardzo  nie

pilnuję. Wykrzesanie na swojej twarzy uśmiechu kosztuje mnie zbyt dużo.

– To nie rób tego.
– Jakoś odruchowo staram się nie pokazywać po sobie, że coś jest nie tak.

Chciałabym  zachowywać  się  w  miarę  normalnie,  tak,  jak  powinno  się
zachowywać. Nikt nie zaakceptuje mnie taką, jaką jestem naprawdę.

Siedzę  na  krzesełku  i  maltretuję  rękaw  mojego  swetra.  Apatia  przeplata

się  z  niepokojem.  W  głowie  kompletny  chaos,  boli  mnie  każda  myśl
i  wszystko  staje  się  takie  pogmatwane.  Zżera  mnie  od  środka.  Mam  ochotę
walić głową w ścianę. A właściwie to już nawet nie wiem, na co mam ochotę.
Jest  mi  niedobrze,  wszystko  mnie  przeraża  i  dołuje.  Nie  mam  siły.
Psychicznie  wbijam  sobie  śrubokręt  w  mózg  i  kawałki  różowej  masy
rozbryzgują się dookoła.

–  Nie  musisz  udawać  kogoś  innego,  by  być  wartościowa.  Jesteś

wartościowa taka, jaka jesteś.

Chciałabym móc opisać Basi moje emocje. Ale gdy zamykam to w słowa,

tworzy się bezsens i płytkość. Inny wymiar.

Nie  jestem  w  stanie  przebywać  w  ciemności,  więc  całą  noc  pali  się

u mnie światło. Tylko tak mogę przetrwać.

*

Poczucie zrozumienia dla siebie miesza się z ogromnym poczuciem winy, że
ja  nie  mam  prawa  tak  się  czuć.  Nie  wiem,  czy  wolno  mi  tak  myśleć,  czy
wolno  mi  mówić,  że  jestem  nieszczęśliwa.  Mam  w  sobie  tyle  sprzecznych
emocji,  nienawiści  i  złości  połączonych  z  litością  i  czymś  jeszcze  chyba
pozytywnym, czego nie umiem nazwać. Muszę być złym człowiekiem, skoro
mam  takie  emocje  i  takie  myśli.  Nie  chcę  być  złym  człowiekiem,  więc
z całych sił wszystko wypieram i pozostaję w sprzeczności ze sobą.

Kilka  razy  próbowałam  powiedzieć  matce,  że  coś  jest  nie  tak,  ale  zaraz

zaczynała  płakać,  jaką  to  ona  jest  beznadziejną  i  złą  matką  i  że  tak  się
przecież stara, a mnie od razu robiło się głupio i czułam się winna. Było we
mnie  tyle  bezsilnej  złości,  że  chciałam  krzyczeć  na  nią,  chciałam  ją
sprowokować do wybuchu, do jakiejkolwiek innej reakcji niż tylko bierność
i  płacz.  Chciałam,  żeby  krzyczała,  przeklinała  i  rzucała  przedmiotami,  żeby
wreszcie  zrobiła  coś,  co  mogłoby  usprawiedliwić  również  mój  gniew.  Ale
ona  tylko  cicho  płakała  i  nic  nie  mówiła,  a  ja  w  tej  sytuacji  nienawidziłam

background image

siebie jeszcze bardziej.

background image

10

Czołgałam się do szkoły, bo przygnębienie zastało mnie rano. Tak trudno jest
wtedy  wykonać  jeden  krok.  Moja  niewiara  i  zwątpienie  utworzyły  odrębny
świat,  do  którego  jestem  często  brutalnie  zaciągana.  Trwając  w  koszmarze,
docieram  do  szpitala  na  zabiegowy.  Wokół  pełno  ludzi,  wszyscy  krzyczą
i narzekają, a to nie czyni atmosfery bardziej optymistyczną.

– Następny proszę!
W pewien sposób lubię szpital. Widok tylu lekarzy działa na mnie kojąco.

Siedzę  na  krzesełku  i  czekam,  aż  pielęgniarka  w  pożółkłym  fartuchu  wbije
się  ogromną  igłą  w  moją  małą  żyłkę,  męczoną  wielokrotnie  tym  samym
procesem  przeze  mnie.  Mam  wrażenie,  że  trwam  w  tej  pozycji  godzinę.
W  rzeczywistości  na  pewno  dużo  krócej.  Dwa  ukłucia  nietrafione.  Wołają
kogoś innego. Widzę, że stoją koło mnie probówki z pobraną krwią.

– To wszystko moja? – pytam, jakby mnie to ciekawiło.
Pielęgniarka patrzy na mnie chłodno.
– Musimy zrobić parę testów.
– Aha.

*

Dzisiaj  otrzymałam  najpiękniejszy  prezent  spośród  wszystkich,  jakie
kiedykolwiek  w  życiu  dostałam.  Doktor  Kulczyńska  mnie  przytuliła.  Po
prostu w środku naszej rozmowy wstała, podeszła do mnie i mocno przytuliła
do siebie. Taki gest staje się wyjątkowy. Ludzie mający nadmiar przyjaznego
dotyku na co dzień nie potrafią docenić jego wartości.

Ta  niesamowita  chwila  dostarczyła  mi  bardzo  dużo  energii  do  życia.

Dostałam paczkę z potężną dawką delikatności, życzliwości i ciepła. A całość
przewiązana śliczną kokardą zrozumienia. Czuję, że jest mi to potrzebne do
życia bardziej niż powietrze.

*

Wychodzę  z  domu  i  momentalnie  porywa  mnie  przeraźliwie  mroźny  wiatr,

background image

a mieszanka deszczowo-śniegowa z wyjątkową brutalnością osiada na mojej
twarzy. Posuwam się do przodu z minimalną prędkością i mam wrażenie, że
jestem spychana cały czas do tyłu.

Tego  wieczoru  jestem  jedyną  żywą  istotą  przebywającą  na  dworze,  nie

mijam nikogo, nie słyszę żadnych odgłosów. Nie patrzę w okna, bo wiem, co
zobaczę.  Dzisiaj  nie  chcę  podziwiać  choinkowego  blasku.  Jest  Wigilia.
Dzień,  w  którym  chcę  znaleźć  się  jak  najdalej  od  domu.  Tym  razem  nie
jestem  w  stanie  zmusić  się  do  brania  udziału  w  tym  dorocznym
przedstawieniu w naszej rodzinie.

Otwarcie drzwi prowadzących do szpitala sprawia mi ogromną trudność.

Jest  tak  zimno,  że  nie  czuję  ręki,  która  powinna  właśnie  zaciskać  się  na
klamce.  Jeszcze  chwila  i  całą  sobą  chłonę  miłe  ciepło  i  spokój.  Badam,  czy
schowany  w  kieszeni  opłatek  ciągle  się  tam  znajduje  i  ruszam  w  stronę
windy, by znaleźć się na najwyżej położonym oddziale.

W  pierwszej  sali  jest  ciemno,  ale  dostrzegam  kobietę  z  nogą  okutą

w biały gips i spoczywającą sztywno na wyciągu.

– Dobry wieczór, czy mogę się z panią podzielić opłatkiem?
Odwraca głowę w moją stronę. Na jej twarzy pojawia się zdziwienie.
– Ze mną?
Uśmiecham się do niej.
– Tak, oczywiście, możesz.
Składamy sobie życzenia.
– Czy ktoś z twojej rodziny leży na tym oddziale? – pyta.
– Nie.
– To co robisz w szpitalu w Wigilię?
– Przyszłam, żeby podzielić się opłatkiem z pacjentami i personelem.
– I nie masz tu w szpitalu nikogo znajomego?
– Nie mam.
Prosi mnie, żebym jeszcze przez chwilę przy niej posiedziała. Opowiada

o  tym,  jak  złamała  nogę.  Widzę,  jak  cieszy  ją  moja  obecność,  w  ogóle
obecność kogokolwiek.

Zaliczam  w  ten  sposób  wszystkie  oddziały,  idę  także  do  dyżurujących

pielęgniarek.  Jestem  szczęśliwa,  że  udało  mi  się  zrealizować  mój  pomysł.
Wpadłam na to dzień wcześniej. Po prostu uświadomiłam sobie, że są jeszcze
ludzie,  którzy  w  Wigilię  będą  się  czuli  tak  samo  obrzydliwie  jak  ja.  Wizyta
w szpitalu stała się jedyną możliwością, aby w jakikolwiek sposób pomóc.

Chociaż przez chwilę poczułam się potrzebna. Choć troszkę.

background image

*

Cały wolny w tym tygodniu czas przespałam, co było dla mnie niesamowitą
ulgą.  Przynajmniej  nie  byłam  skazana  na  tajemnicze  wędrówki  po
zwodniczych  szlakach  mojego  umysłu.  Wstawałam  rano,  brałam  leki
i  zasypiałam  ponownie,  by  obudzić  się  późnym  popołudniem  na  kolejne
dawki.

–  Trzy  dni  temu  zaczęło  się  na  nowo.  Po  przeczytaniu  jednej  strony

w  książce  jestem  śmiertelnie  wykończona.  Uciekam  w  jedzenie,  by
odstraszyć ten męczący niepokój. Na próżno.

– A słuchanie muzyki, oglądanie telewizji?
– Nie mogę. Wszystko mnie denerwuje i bardzo szybko się zniechęcam.
–  Ten  świąteczny  okres  na  pewno  był  dla  ciebie  przygnębiający.  Jestem

pewna, że teraz nadejdą lepsze dni.

Barbara  prosi,  bym  pokazała  jej  ręce.  Czerwone  szramy  po  cięciach  są

wyraźne na tle bladej skóry, ale ładnie się goją.

–  Boję  się  cokolwiek  zrobić  ze  względu  na  ludzkie  reakcje.  Szczątkowe

ilości siły staram się wykorzystywać, by to zmieniać. Uczę się nie wstydzić
sposobu, w jaki chodzę, w jaki wsiadam do autobusu lub w jaki coś mówię.

–  Najlepiej  jest  zacząć  od  ludzi,  których  już  więcej  nie  spotkasz  lub

z  którymi  masz  sporadyczny  kontakt  –  powiedziała.  –  W  sklepie,  na
przystanku autobusowym.

Zastanawiam się nad tym, czy mi się to uda.
–  Ale  to  nie  jest  takie  łatwe.  Mam  wrażenie,  że  wszyscy  patrzą  się  na

mnie, jakbym się urwała co najmniej z muzeum osobliwości!

– To tobie się tak wydaje. To tylko twoje nastawienie cię paraliżuje.
Przychodzę do Basi regularnie dwa, trzy razy w tygodniu. Pojawiam się

tam,  by  pogadać  lub  choćby  posiedzieć  z  drugim  człowiekiem.  Nawet
w milczeniu.

Czasami chciałbym, żeby przycisnęła mnie kolanem do podłogi i kazała

mówić. Może wtedy udałoby mi się opowiedzieć o tych uczuciach, które nie
chcą  ze  mnie  wyjść,  o  sprawach,  o  których  tak  bardzo  wstyd  mówić.  Nie
chcę, żeby pozwalała mi na zamykanie się w swoim świecie, gdzie jest tylko
smutek  i  cierpienie.  Marzę  o  tym,  by  miała  moc  uwolnienia  mnie  od
wszystkiego,  co  zalega  w  środku.  A  tymczasem  sama  muszę  zmierzyć  się
z własnymi słabościami i znaleźć choć trochę odwagi. Żadnych ułatwień.

background image

11

„Jeżeli  widzisz  światło  na  końcu  tunelu,  to  pewnie  jest  to  światło
nadjeżdżającego pociągu”.

A  ten  pociąg  zaraz  najspokojniej  w  świecie  mnie  przejedzie,  miażdżąc

wszystkie moje kończyny, kości i narządy wewnętrzne i uwalniając litry krwi
we mnie zamkniętej.

– To nie tylko depresja, to coś więcej – powiedziała doktor Kulczyńska. –

Ty się przecież tniesz. Skąd u ciebie tak nasilona autoagresja?

Nie  cierpię  jej  za  te  słowa.  Nie  wiedziałam,  co  mam  mówić,  jak  się

zachowywać.  Odniosłam  wrażenie,  że  ma  do  mnie  pretensje  o  moje  gorsze
samopoczucie.  Podczas  tej  jednej  wizyty  zbudowałam  pomiędzy  nami
wysoki i gruby mur, w którym znalazło się miejsce tylko na jedno malutkie
okno. Uczucie chwili. Impuls.

Odrzucamy  Zomiren  i  zastępujemy  go  Amitriptylinum.  Dostaję  też

tabletki nasenne do doraźnego stosowania w razie potrzeby.

*

Zżera  mnie  lęk,  a  depresja  mnie  przygniata.  Tak  bardzo  chciałabym  się  do
kogoś przytulić. Tak bardzo chciałabym zaznać trochę ludzkiego ciepła. Tak
bardzo chciałabym poczuć się wreszcie lepiej.

Słyszę,  jak  matka  pędzi  z  pokoju  do  kuchni  po  tym,  jak  zwrócił  jej

uwagę,  że  herbata  jest  za  chłodna.  Mogłaby  kiedyś  wreszcie  rzucić  tym
kubkiem  i  przestać  być  służącą.  A  tymczasem  czajnik  gwiżdże  i  po  chwili
słychać szybkie kroki z kuchni do pokoju.

Kodeks postępowania:
Jeśli ktoś ma do ciebie pretensje, to znaczy, że coś źle zrobiłaś.
Nie wolno nigdy od nikogo niczego chcieć, a jak dają, trzeba powiedzieć,

że się nie potrzebuje.

Nie wolno nikogo o nic prosić.
Nie wolno się innym narzucać.
Należy innym usługiwać w każdej sytuacji.
Podsumowując:  jak  cię  ktoś  kopnie,  to  jeszcze  podziękuj  i  zapytaj,  czy

background image

przypadkiem  nie  boli  tego  kogoś  noga  i  zaproponuj  masaż.  Ewentualnie
poproś, żeby kopnęli raz jeszcze.

Odwiecznie powtarzana mantra.

*

Dupa,  dupa  i  jeszcze  raz  dupa.  Wiem,  że  jest  to  średnio  wyszukane
stwierdzenie,  ale  chyba  najprościej  określa  to,  co  się  teraz  dzieje.  Jeszcze
przed chwilą radość, nadzieja i siła, w tym momencie zrezygnowanie i brak
wiary  w  jakikolwiek  plus.  Bezsensowne  wahania,  brak  stabilności
emocjonalnej,  zmiany,  nawet  kilkuminutowe.  To  mnie  wyczerpuje
i podstępnie wysysa energię. Kradzież!

–  Życie  jest  parszywe.  Jak  się  wam  nie  podoba,  to  możecie  sobie  z  nim

skończyć!

Tak  właśnie  brzmi  rada  pedagoga  i  wychowawcy  klasy  w  mojej

fascynującej szkole. Świetnie. Właśnie takiego optymistycznego zakończenia
lekcji  potrzebowałam  w  kolejnym  dniu  narastającego  przygnębienia
i napięcia. Wszystkie okoliczności sprzyjają, aby wizyta depresji miała dojść
do  skutku.  Zaczynam  o  tym  rozmyślać,  chwilę  spadam  w  dosyć  szybkim
tempie  i  w  ten  sam  sposób  wracam  na  powierzchnię.  Bez  powodu.  Tak  po
prostu.  Nie  umiem  sobie  tego  wytłumaczyć  i  wątpię,  czy  ktokolwiek  byłby
w stanie.

Złapało mnie w hipermarkecie. Nagle. Kwestia sekund i już mam kłopot

z  wykonaniem  kroku,  nie  mogę  wziąć  niczego  z  półek,  decyzja  o  wybraniu
ketchupu  przerasta  moje  umysłowe  możliwości.  Narasta  wewnętrzne
przerażenie.  Ja  sama,  dookoła  tyle  ludzi.  A  przede  mną  zadanie  dotarcia  do
kas. Za dużo naraz. Dzień już do końca pozostaje mglisty, moje ciało pali się
żywym  ogniem.  Nie  mam  siły  podnieść  powiek  na  tyle,  by  normalnie
widzieć.  Zawieszam  się.  Wzrok  sam  kieruje  się  w  jakieś  bezsensowne
punkty,  trwa  w  tym  położeniu  dłuższą  chwilę.  Jakbym  straciła  panowanie
nad własnymi odruchami. Agonia bytu.

Ale  jest  różnica,  która  polega  na  świadomości,  że  jutro  będę  mogła

opowiedzieć  o  tym  wszystkim  na  terapii.  Jest  jeszcze  nadzieja.  A  to  już
potężna zmiana.

*

– Męka nie do opisania za pomocą żadnych słów, nie do narysowania, nie

background image

do określenia za pomocą żadnych dźwięków.

Siedziałam u Mai w gabinecie. Spojrzała odruchowo na moją lewą rękę.

Spod  swetra  wystawał  kawałek  opatrunku,  który  przed  chwilą  założyła.
Przyszłam 

na 

wizytę 

pociętym 

nadgarstkiem 

widocznymi

ciemnoczerwonymi  strupami,  które  okalały  moją  dłoń  śladem  ścieżek
wyznaczonych wcześniej przez krew.

– Mówiłaś mi, że często najgorzej jest wieczorem. Dzwoń do mnie, jeśli

jest ciężko.

–  Kiedy  ja  nie  mam  odwagi,  nie  chcę  przeszkadzać,  nie  chcę  pani

irytować swoimi głupimi wywodami. Miałabym zbyt duże wyrzuty sumienia.
– Pragnę tego kontaktu i jednocześnie tak panicznie się go boję.

–  Anetko,  nie  musisz  mieć  wyrzutów  sumienia.  Jestem  od  tego,  żeby  ci

pomóc,  szczególnie  w  tych  najtrudniejszych  chwilach.  Nic  z  tego,  co
mówisz,  nie  jest  głupie.  Jest  po  prostu  smutne.  Nikt  nie  powinien  być
w takich chwilach zdany tylko na siebie.

Czuję, że nie zasługuję na te słowa, na tę dobroć. Zastanawiam się, gdzie

jest haczyk.

*

Gdy  inni  stali  w  kolejce  po  inteligencję,  urodę  albo  wzrost,  ja  tkwiłam
w  ogonku  po  debilizm.  Gratis  rozdawali  w  paczkach  klęski,  porażki
i życiowego pecha. Załapałam się na tę promocję i wzięłam prawie wszystkie
egzemplarze.

*

Milena  napisała:  „Chciałam  ci  powiedzieć,  że  coraz  bardziej  cię  rozumiem,
coraz  więcej  staje  się  dla  mnie  jasne  i  wiem,  że  nie  wszystko  zależy  od
ciebie”. Miłe ciepło w okolicach serca. Poczułam się przez chwilę jak część
świata,  w  którym  przyszło  mi  funkcjonować.  Nie  wierzę  w  to,  że  ktoś,  kto
wie o mnie coraz więcej, może się do mnie bardziej przywiązać.

*

W  depresji  ubieram  się  byle  jak,  nie  zależy  mi  na  tym,  co  mam  akurat
wciągnięte  na  siebie,  nie  mam  siły  zasznurować  butów  ani  się  uczesać.
Wstaję  z  łóżka  i  od  razu  wychodzę,  nic  na  sobie  nie  zmieniając.  Gdy

background image

następuje  zmiana  nastroju,  na  przykład  na  środku  ulicy,  zaczyna  mi
przeszkadzać wyświechtana katana, brakuje mi błyszczyka na ustach i czuję
się zażenowana własnym nieładem.

– Co słychać w twoim świecie? – pyta mnie Barbara.
– Korki na granicach. Ciężko.
– Jest jakieś światełko?
–  Nie  ma.  Nie  płaciłam  rachunku  w  umyśle  i  odcięli  mi  dopływ

pozytywnej energii – odpowiadam. – Boję się wyjść do ludzi. Nie wiem, czy
potrafię.  Depresja  zabrała  mi  ten  czas,  w  którym  powinnam  nauczyć  się
spotykać z ludźmi.

– No, no, no, ktoś tu chyba zaczyna żartować. – Barbara uśmiecha się i ja

mimowolnie też.

background image

12

Dzień przełomu.

Budzę  się  i  wraz  z  odsłonięciem  żaluzji  wstępuje  we  mnie  niesamowita

siła. Nagle czuję, że dotrwanie do wieczora może wcale nie być takie trudne.
I może nawet przynieść trochę przyjemności.

–  Uwielbiam  tę  lekkość.  Po  prostu  uwielbiam.  Ale  jest  to  dla  mnie

zupełnie  nowe  uczucie  i  aż  boję  się  nią  bardziej  zachwycać,  żeby  nic  nie
zepsuć.

– Nie myśl o tym, tylko się tym ciesz – mówi doktor Kulczyńska. Widzę,

że raduje ją mój uśmiech. – Czy wydarzyło się coś, co mogło mieć wpływ na
poprawę twojego nastroju?

Właściwie nic się nie wydarzyło.
– Cieszy mnie sama obecność tej radości, nie chcę w nią wnikać, boję się

rozmyślać.  A  to  trwa.  To  naprawdę  się  dzieje!  –  powiedziałam  trochę
mocniejszym  głosem.  Uśmiech  sam  przyszedł.  –  Ja  naprawdę  jestem
przepełniona optymizmem i gotowa jestem zarażać tym innych.

A więc to tak wygląda życie bez depresji.
– I może to być twoje życie. – Maja uśmiecha się do mnie serdecznie i na

koniec spotkania ściska mocno.

*

Wieczorem  stałam  na  balkonie,  tak  jak  to  często  robiłam  podczas  depresji,
lecz  dzisiaj  czułam  się  zupełnie  inaczej.  Patrzyłam  na  świat  jako  jego
integralna  część.  Nie  jak  opuszczona  jednostka  skazana  na  złomowisko.
Chciałabym  zaprzyjaźnić  się  z  takimi  emocjami.  Wiał  lekki  wiaterek
i  poczułam,  jak  delikatnie  otula  mnie  swoimi  podmuchami.  Tak
niematerialnie. Maja przytula mnie do siebie samymi słowami i trzyma mnie
za rękę swoją obecnością. W podobny sposób.

Przed spotkaniem: ociężała, zniechęcona, smutna, bez wiary.
Po  spotkaniu:  lekka  i  radosna,  czuję,  że  żyję,  czuję  ulgę.  Mam

świadomość,  że  mam  świetną  opiekę,  że  jestem  w  dobrych  rękach,  że  nic
złego nie może mi się stać.

background image

*

Stoję  na  krawędzi  szczęścia,  ale  tylko  dlatego,  że  sama  muszę  się
podtrzymywać,  sama  wymuszam  tę  pozytywną  energię.  Intensywnie
przywołuję do siebie to rewelacyjne poczucie lekkości, bo nie chcę, by gdzieś
uciekło.  Na  tym  etapie  potrzebuję  zapewnień,  słów  podtrzymujących  na
duchu. Sama jestem jeszcze za słaba, by wtopić się w tę radość.

–  Nie  bardzo  umiem  się  w  niej  odnaleźć,  choć  bardzo  bym  chciała  –

powiedziałam Basi. Wydaje mi się, że już tak bardzo jej nie denerwuję, gdy
nie mówię o wiecznym przygnębieniu i pragnieniu śmierci. – Boję się tylko
jednego.  Że  ludzie  będą  ode  mnie  bardzo  dużo  wymagać,  gdy  będę
w  lepszym  nastroju.  Boję  się,  że  nie  dam  sobie  rady,  że  jestem  zbyt  mało
warta, by sprostać wymaganiom innych.

–  Cały  czas  mówisz,  jakbyś  chciała  zaspokoić  potrzeby  innych  ludzi,

jakbyś chciała wszystkich zadowolić. A gdzie w tym wszystkim jesteś ty?

– Ja się nie liczę. To jest już we mnie wpisane. – Jakoś trudno mi sobie

wyobrazić,  że  miałabym  teraz  zacząć  myśleć  o  tym,  co  zadowala  mnie.  –
Kogo w ogóle obchodzi, czego ja chcę – mówię na głos.

–  Mnie  obchodzi.  I  ciebie  też  powinno.  Dobrze  się  czujesz,  robiąc  cały

czas wszystko dla innych? – zapytała.

Nie. Nie wiem. Nigdy nie analizowałam tego mechanizmu.
– Jestem tak bardzo zmęczona – rzuciłam w przestrzeń.
– Należy ci się odpoczynek. Odpoczynek przez duże „o” – podkreśliła. –

Tak dużo udało ci się zrobić, choć wymagało to ogromnego wysiłku z twojej
strony.  –  Gdy  to  mówi,  czuję  się  lżej,  tak  jakbym  pozbywała  się  wyrzutów
sumienia. – Cały czas bardzo ciężko nad sobą pracujesz. Pamiętaj o tym.

–  Nie.  To,  że  czuję  się  już  chwilami  dużo  lepiej,  to  zasługa  tylko

i wyłącznie pani i doktor Mai.

– To jest tylko twój wysiłek, z naszym wsparciem. Wkrótce zobaczysz. Ja

jestem z ciebie bardzo dumna.

Chętnie  wyłączyłabym  tę  funkcję  w  moim  mózgu,  która  jest

odpowiedzialna za przejmowanie się. Tyle rzeczy byłoby wtedy łatwiejszych.

Gdzieś  tam  głęboko  na  dole  nieśmiało  i  cichutko  odzywa  się  malutki

szacunek do siebie. Może nie jestem kompletnym zerem?

W każdym razie pokochanie siebie mi nie grozi.

*

background image

Nie  poznaję  siebie.  Sama  organizuję  spotkania  z  ludźmi,  uzupełniam
korespondencję  i  nadrabiam  zaległości  w  szkole.  Mam  dużo  siły,  ochotę  na
rozmowy,  wszędzie  mnie  pełno  i  dziwi  mnie  fakt,  że  nie  jest  to  stan
wymuszony.  Układam  jakieś  pozytywne  teorie,  opowiadam  o  nadziei
i  radości.  No  i  sama  zaczynam  w  to  wierzyć.  Mój  dobry  nastrój  trwa  już
dziewiętnaście  dni.  Czuję  się  jak  alkoholik,  który  jest  na  odwyku  i  nie  pije
już któryś dzień z kolei!

Lecz lęk o mnie nie zapomniał. Boję się każdego gorszego momentu, bo

może on oznaczać początek kolejnej fazy mrocznego cierpienia.

Barbara  uczy  mnie  tego,  bym  potrafiła  oceniać  siebie  w  trochę  innych

kategoriach.  Ze  względu  na  to,  że  każdy  mój  sukces  wymaga  nieopisanego
wysiłku  i  nie  mogę  porównywać  się  ciągle  do  innych.  Staram  się  myśleć
w ten sposób. Wmawiam sobie, że wszystko, co mi się uda, stanowi dodatek
do  mojej  egzystencji.  Jeżeli  wezmę  pod  uwagę,  że  moje  życie  jest  tą  dolną
kreską, to każde powodzenie będzie potężnym skokiem w górę.

*

Poprosiłam Milenę, by poszła ze mną na terapię. Ten jeden jedyny raz. Sama
Barbara wspomniała kiedyś, że jest to dosyć dobry pomysł, by mogła poznać
kogoś z mojego zewnętrznego życia. Ja też bardzo chciałam tej konfrontacji.
Bałam  się  tylko,  że  mogę  być  potem  na  siebie  wściekła  za  wprowadzenie
kogoś tak głęboko do mojego świata.

–  Czy  ona  zawsze  taka  jest?  –  Basia  zwróciła  się  do  Mileny,  gdy

zaczęłam się krytykować.

– Niestety tak! – Wybuchnęły śmiechem.
Rozmowa  w  trójkę  nie  szła  łatwo,  ale  czułam,  że  obecność  Mileny  jest

w pewnym stopniu jakimś krokiem ku zdrowiu.

background image

13

Na wuefie podczas gry w siatkę coś dziwnego stało się z moim kciukiem.

–  Skręcony  staw.  Dwutygodniowe  usztywnienie,  maść  i  okłady  –

bezosobowo  i  sucho  oświadczył  lekarz  pogotowia  ratunkowego,  na  które
poszłam sama dopiero po dwóch lekcjach. Powiało chłodem.

W szkole siedziałam ze łzami w oczach, z przerażeniem patrzyłam na mój

siny  i  spuchnięty  palec,  który  odmawiał  wykonania  jakiegokolwiek  ruchu,
nie  powodując  przy  tym  silnego  bólu.  Nikomu  nic  nie  powiedziałam.  Nie
chciałam zostać nazwana histeryczką. Kciuk wyglądał obrzydliwie.

W  depresję  wpadłam  dosyć  szybko.  Właściwie  już  w  poczekalni

pogotowia. Bo nikogo ze mną nie było. Ta sytuacja mnie dobijała. Wiem, że
to  bez  sensu,  bo  każdy  upada,  a  upadłam  już  tak  wiele  razy,  że  w  sumie
powinnam  się  przyzwyczaić.  Ale  za  każdym  razem  jestem  chyba  słabsza,
a nie silniejsza.

Patrzyłam  na  innych  pacjentów,  którzy  dzielili  się  swoim  cierpieniem

z najbliższymi. Zapragnęłam świadomie sprawić sobie jeszcze większy ból –
to stało się dla mnie jedynym sposobem na wyrażanie smutku i bezsilności.
Powolutku  zaczęłam  przekręcać  palec  w  prawą  stronę,  mocno  przy  tym
ściskając. Ale nie dałam rady. Momentalnie zrobiło mi się słabo i na minutę
cały  świat  zawirował.  Żołądek  zaczął  boleśnie  wrzeszczeć,  że  istnieje,
jakbym o tym do tej pory nie wiedziała.

Chciałam tylko komuś powiedzieć, że boli.

*

Milena  sporządziła  dla  mnie  dekalog,  który  cały  czas  wisi  nad  moim
biurkiem. Gdy na niego patrzę, zawsze się uśmiecham, powraca świadomość,
że  nie  jestem  na  tym  świecie  sama.  Milena  wie,  że  gdy  przychodzą  te
najgorsze momenty, nie mam odwagi z nikim się kontaktować, a to właśnie
rozmowa z drugim człowiekiem stanowi dla mnie najlepsze, i chyba jedyne,
lekarstwo.  Dlatego  sporządziła  dokument  w  taki  sposób,  żeby  dodawał  mi
odwagi.

background image

1.  Jak jest źle, to znaczy, że za chwilę będzie dobrze.
2.  A jak za chwilę nie jest dobrze, to łapię za telefon i dzwonię do kogoś!
3.  Powtarzam: DZWONIĘ!
4.  (Już po dzwonieniu) Jest lepiej, więc się uśmiecham.
5.  Ciągle się szczerzę i myślę, że naprawdę jest lepiej!
6.  A skoro jest lepiej, to może być jeszcze lepiej!
7.  Wierzę  w  punkt  szósty  do  tego  stopnia,  że  dochodzę  do  wniosku,  że

może by tak jeszcze lepiej?!

8.  Wracam  do  punktu  trzeciego  i  dzielę  się  wiadomością,  że  jest  lepiej,

a po rozmowie z tymi wszystkimi wspaniałymi ludźmi myślę sobie, że
jeszcze trochę lepiej nie zaszkodzi!

9.  Więc jest już „super lepiej”, czyli prawie pełnia szczęścia; i myślę sobie,

że naprawdę jestem WYJĄTKOWYM CZŁOWIEKIEM!

10.  Nigdy o tym nie zapominam!

Nie  mogę  stwierdzić,  że  to  przesłanie  z  dnia  na  dzień  zmieniło  moje

życie.  Stało  się  jednak  cząstką  czegoś  wielkiego,  co  od  pewnego  czasu
starałam  się  budować.  Nie  mam  w  sobie  żadnej  siły  ani  mocy,  nie  czuję,
żebym cokolwiek robiła, ale wszelkie przyjazne gesty chłonę całą sobą. Nie
pomijam  żadnego,  najdrobniejszego  nawet,  szczegółu,  czerpię  ciepło
i życzliwość – choć zdarzają się tak rzadko.

Wierzę,  że  w  życiu  najważniejsi  są  ludzie.  Wszystko  inne  można  sobie

kupić.

*

Nie poszłam z klasą do kina. Przerażała mnie myśl, że znajdę się w ciemnej
sali,  która  będzie  wypełniona  po  brzegi  ludźmi,  a  ja  nie  będę  miała
możliwości  wydostania  się,  będzie  duszno,  będzie  ciasno.  Nie,  ja  rezygnuję
od razu.

Pomimo  ogólnego  dobrego  samopoczucia  zaczęłam  gromadzić  wszelkie

tabletki,  które  wpadną  mi  w  rękę.  Przeważnie  są  to  proszki
przeciwalergiczne,  których  biorę  tony,  odkładam  też  trochę  Stilnoxu.  Nie
zapomniałam, jak okropnie czułam się w tych najgorszych chwilach, kiedy to
wydawało się, że przygnębienie nie ma dna, i wolę zrobić zapasy na wszelki
wypadek.  Świadomość  dodatkowego  wyjścia  sprawia,  że  czuję  się
bezpieczniej.

background image

Moje  myślenie  już  chyba  do  końca  życia  będzie  w  pewien  sposób

zainfekowane.  Nienawidzę  tej  choroby,  ale  są  momenty,  kiedy  w  nią
uciekam, bo nie znam innego stanu. Nie chcę z nią żyć, ale jednocześnie nie
wyobrażam  sobie,  jak  to  będzie  bez  niej.  To,  co  znane,  staje  się  bardziej
bezpieczne i przewidywalne. Boję się, że kiedy będę miała lepszy nastrój, nie
będę  wiedziała,  jak  się  zachowywać.  Boję  się  każdej  ewentualności.  A  to
jeszcze bardziej potwierdza moją nienormalność.

*

Wchodzę do poczekalni, gdzie znajduje się już kilka osób. Naciskam klamkę
do gabinetu Barbary. Zamknięte, jeszcze nie przyjechała. Ale oni już wiedzą,
gdzie  idę.  Śledzili  moje  ruchy  od  samego  początku.  Siedzę  na  krzesełku,
a oczy wszystkich obecnych skierowane są prosto na mnie. Modlę się, żebym
mogła jak najszybciej znaleźć się za ścianą, już w gabinecie.

Ulga,  gdy  słyszę  znajome  rytmiczne  stukanie  obcasów  o  kamienną

podłogę.

–  Cześć,  Anetko!  –  Zawsze  mówi  do  mnie  po  imieniu  w  obecności

wszystkich  innych  pacjentów,  którzy  są  wzywani  do  innych  gabinetów
wykrzyczanym  sucho  nazwiskiem  bądź  bezosobowym  „następny  proszę”.
Czuję się przez to tak wyjątkowo.

Wchodzimy razem do pokoju – dla Basi miejsce pracy, dla mnie zupełnie

inny  świat.  Siadam  na  jednym  z  krzesełek,  czuje  się  tu  już  całkiem
swobodnie.

– Z Martą nie mam właściwie kontaktu od świąt. Nie wiem, co się dzieje.

Przestała się do mnie odzywać, nie pisze, nie dzwoni.

– W ogóle z nią nie rozmawiałaś?
–  Rozmawiałam,  może  dwa  razy,  ale  było  tak  sztucznie,  tak  obco.

Wszystko prysło.

Ktoś zapukał do drzwi i po chwili je uchylił.
– Proszę poczekać – rzuciła Barbara do zaglądającej osoby.
Drzwi  zamknęły  się  gwałtownie,  wydając  z  siebie  dziwny  odgłos

skrzypnięcia.

–  Jestem  pewna,  że  ona  ma  mnie  już  dość,  nie  chce  słuchać  tego,  że

u mnie źle, nie chce, bym ją zamęczała swoją osobą.

– Cała ty! – powiedziała. – Tak powinna brzmieć twoja wizytówka: „Oto

ja, wszyscy mają mnie dość!”. – I wybuchnęłyśmy śmiechem.

background image

– Protestuję! Ja tu nie mam warunków do martwienia się!
Wracam  do  domu  w  zupełnie  innym  stanie.  Jak  po  pokoju  przemian.

Barbara odwozi mnie pod samą klatkę i z energią wbiegam po schodach do
domu.  Tam  czar  pryska,  a  ja  za  wszelką  cenę  i  wszystkimi  siłami  staram
utrzymać się w ochronnym kokonie tworzonym na terapii.

*

Dzisiaj mam ostatnie spotkanie z doktor Kulczyńską przed jej odejściem na
urlop  macierzyński.  Jeszcze  to  chyba  całkowicie  do  mnie  nie  dotarło  i  boję
się  momentu,  kiedy  ta  świadomość  we  mnie  uderzy.  Wiem,  że  w  razie
pilnych  spraw  mam  się  kontaktować  z  jej  mężem,  który  również  jest
lekarzem  psychiatrą,  i  że  cały  czas  będzie  Basia,  jednak  sam  fakt  tego  typu
zmiany w moim życiu jest trudny. Nie mam siły na takie zmiany.

Godzina rozmowy mija bardzo szybko, a ja nie bardzo słyszę, co Maja do

mnie mówi, bo myślami jestem już gdzie indziej. Gdy spotkanie się kończy
i gdy tylko zamykam drzwi do jej gabinetu, pojawiają się pierwsze łzy.

background image

14

W trakcie wizyty u Barbary uderza we mnie fala depresji. Powoli następował
proces odcinania się, izolacji i spadania. Nie umiałam powiedzieć, co czuję,
a ona nie mogła tego mechanizmu zatrzymać. Znowu ta idiotyczna bariera. Ja
zagłębiam  się  w  mrok,  a  ona  siedzi  naprzeciwko  mnie  i  na  to  wszystko
patrzy.  Chcę,  żeby  mówiła,  mówiła  cokolwiek,  by  zapełnić  tę  pulsującą
czarną  dziurę  w  głowie.  Chcę,  żeby  mnie  pytała,  żeby  zmuszała  do
mówienia. Ból przepaści i odrywających się od mózgu wrzodów, które dzielą
pomiędzy siebie moje życie. Mam w ustach smak wymiocin. Moje oczy tracą
zdolność ostrego widzenia, pojawiają się przede mną zamazane plamy, jakieś
rozlane  kształty,  które  wydają  się  mnie  atakować.  Chcę  uciec.  Chcę,  żeby
Barbara  podała  mi  rękę  i  wyszarpała  z  tego  piekła.  Tu,  właśnie  w  tym
momencie. Jeżeli mnie teraz nie zawoła do siebie, odejdę na zawsze. Panuje
cisza i to ona sprawia, że jest coraz gorzej. Gdy jest cicho, dokładnie słyszę
każdą  toksyczną  myśl  powstającą  w  fabryce  mojej  głowy.  Wtedy  wszystko
boli jeszcze bardziej.

*

Z  samego  rana  obudziła  mnie  dozorczyni  bloku.  Spałam  jeszcze,  więc
zwlokłam  się  z  łóżka,  by  otworzyć  jej  drzwi.  Rozdawała  wszystkim
mieszkańcom  nowe  klucze  do  drzwi  wejściowych,  które  zostały  parę  dni
temu zepsute. Podpisałam świstek jako przedstawicielka domu.

Matka była w tym czasie w pracy. Wyszłam tak jak zwykle, nie mówiąc

ani słowa, zachowując dla siebie informacje o zmianie zamka. Powiedziałam
jedynie matce, bo się z nią akurat spotkałam po szkole. Dopiero po południu
zrobiła się afera.

–  Zmienili  nam  zamek  w  drzwiach  wejściowych  –  oświadczyła  mu  po

powrocie. – Trzeba dorobić klucz.

Słyszałam  całą  rozmowę  ze  swojego  pokoju.  Zresztą  zawsze  słyszę,

o czym rozmawiają, bo matka każde zdanie wykrzykuje po kilka razy.

– Wiem, bo nie mogłem wejść. Nie powiedziała mi.
– I co zrobiłeś?

background image

–  Zadzwoniłem  do  Reginy  i  pożyczyła  mi  swój  klucz.  Już  dla  siebie

dorobiłem.

Regina  to  nasza  sąsiadka.  Podstarzała  stara  panna  w  szarych  dresowych

spodniach  z  wypchanymi  kolanami  i  kolorowym  fartuszku  sprzątaczki.
Mieszka na tym samym piętrze, drzwi koło nas. On spędza z nią sporo czasu.
Jest zdziwaczała. Nie przepadam za nią.

Potem awantura, że mu nie powiedziałam o tych drzwiach.

*

Gdy  myślę  o  swoim  życiu,  wraca  depresja.  Po  co  właściwie  jest  ta  cała
walka? Po co ja się staram? Przecież to nie ma sensu. Chyba nic nie jest już
dla mnie ważne. Mam tylko jedno pytanie: po co?

–  Tak  dużo  już  zrobiłaś,  tyle  osiągnęłaś.  Teraz  jesteś  silniejsza  i  łatwiej

będzie  ci  przetrwać  taki  epizod.  Zmieniasz  się,  rozwijasz  się,  robisz
niesamowite postępy – mówi Basia.

I co z tego?
Depresja pojawia się i odchodzi, powodując w moim organizmie jeszcze

większy  chaos,  nie  tylko  psychiczny,  ale  i  fizyczny.  Powracają  stałe
problemy z czytaniem i uczeniem się. Męczę się wśród ludzi, a jednocześnie
boję się zostać sama.

Wytrącają  mnie  z  równowagi  różne  głupstwa.  W  ułamku  sekundy

wyrasta  wewnątrz  coś  dużego  i  zachowuje  się,  jakby  nie  miało  miejsca.
Maksymalnie naciągnięta skóra sprawia nieprzyjemne wrażenie. W napięciu
czekam,  aż  wzorem  reklam  tabletek  na  zgagę  roślina  podobna  do  kaktusa
urośnie  do  niebotycznych  rozmiarów  i  z  łoskotem  wyleje  mi  się  przez  usta.
Chcę  wrzeszczeć  i  mordować!  Boję  się  siebie.  Fakt,  że  nie  jest  to  typowa
agresja.  Na  razie  staram  się  nie  krzyczeć  i  jeszcze  nikogo  nie  pobiłam,  ale
czuję, że już niewiele mi brakuje.

*

Jestem  z  siebie  dumna,  z  każdej  lekcji,  z  każdej  godziny  przesiedzianej
w  szkole.  To  dla  mnie  naprawdę  spory  wysiłek.  Ale  gdy  słyszę  od  Basi,  że
dobrze  mi  idzie,  że  ona  jest  ze  mnie  dumna,  czuję,  że  warto  jest  się  starać.
Wtedy nie myślę o sobie jak o kompletnym zerze.

Kładę  się  do  łóżka  dosyć  wcześnie  i  leżąc,  słucham  radia.  Po  prostu

odpoczywam  i  dzięki  temu  staję  się  spokojniejsza.  Ale  jest  to  pozytywny

background image

spokój,  a  nie  depresyjna  apatia.  Nie  sądziłam,  że  uda  mi  się  tego  nauczyć.
Wciąż prześladuje mnie świadomość, że powinnam przez cały czas robić coś
pożytecznego. Takie myśli są wręcz natrętne i nie pozwalają się zrelaksować.

Matka  zagląda  do  mojego  pokoju  i  widząc  mnie  leżącą  na  łóżku  bez

żadnego konkretnego zajęcia, denerwuje się.

–  Nie  leż  tak  bezczynnie,  zajmij  się  czymś  pożytecznym.  W  tym  czasie

już  dawno  zdążyłabyś  coś  przeczytać  lub  czegoś  się  nauczyć.  Inteligentny
człowiek nigdy się nie nudzi, zawsze znajdzie sobie coś do roboty.

– Ale ja się nie nudzę. Po prostu odpoczywam i słucham radia.
Barbara  już  od  dłuższego  czasu  powtarzała,  że  powinnam  co  najmniej

godzinę dziennie przeznaczyć na relaks, żebym nauczyła się odpoczywać.

–  To  żadne  zajęcie,  odpoczynek  powinien  być  zawsze  aktywny.  –

Wchodzi  do  pokoju,  bierze  pilota  do  ręki  i  włącza  telewizor.  –  Teraz  są
wiadomości.  Powinnaś  oglądać  wiadomości  i  orientować  się,  co  się  dzieje
w świecie. Inteligentny człowiek powinien mieć wiedzę z różnych dziedzin.
Zobacz na program, na pewno jest dzisiaj coś ciekawego. A jak nie, to weź
książkę  i  poczytaj.  Ja  teraz  czytam  Dzienniki  Marii  Dąbrowskiej,  mogę  ci
pożyczyć.  Przynajmniej  przeczytałabyś  coś  wartościowego,  a  nie  ciągle  te
twoje powieści, które nie wnoszą niczego. Jak ci się skończyły krzyżówki, to
mogę ci kupić, trzeba było powiedzieć.

No i to by było na tyle mojego wyciszania się i odpoczynku.

background image

15

Powinnam umówić się na wizytę z mężem doktor Kulczyńskiej, ale nie mam
odwagi.  Podniesienie  słuchawki  telefonicznej  jest  dla  mnie  koszmarem.
Nienawidzę  dzwonić,  mam  niewyjaśnione  opory  przed  telefonicznym
kontaktem  z  ludźmi.  Umówienie  się  na  wizytę  łączy  się  z  długotrwałym
procesem przełamywania się. Nigdy nie wiem, czy to jest właściwy moment
na telefon, boję się, że komuś w czymś przeszkodzę, że nie będę wiedziała,
co powiedzieć. Tak długo przygotowuję się do wykręcenia numeru, że mam
już zaplanowany każdy ruch i każde słowo.

Po  rozmowie  jeszcze  jakiś  czas  jest  mi  gorąco  ze  zdenerwowania.  Mija

dłuższa  chwila,  zanim  zacznę  znowu  myśleć,  i  wracam  do  zadręczania  się:
czy  powiedziałam  coś  głupiego,  czy  na  pewno  dobrze  zrobiłam,  że
zadzwoniłam,  czy  nie  przeszkodziłam.  Po  jakimś  czasie  nie  wiem  już,  o  co
mam do siebie pretensje, po prostu wiem, że się nienawidzę.

*

Na mieście spotykam moją wychowawczynię. Zatrzymujemy się na moment.

–  Masz  bardzo  ładne  oceny,  a  to  świadczy  o  twoich  wielkich

możliwościach. Nie mam się do czego przyczepić, nawet do frekwencji.

Już wiem, że za moment wpadnę do Basi przepełniona radością.
– Warto było dać ci szansę – dodaje.
–  Dziękuję.  –  Uśmiecham  się.  –  Staram  się,  jak  mogę,  przez  cały  czas

walczę.

–  Mam  nadzieję,  że  będzie  ci  tak  dobrze  szło  do  końca.  Chciałabym,

żebyś  przyszła  do  mnie  kiedyś,  może  za  kilka  lat,  i  powiedziała,  że
studiujesz,  że  czujesz  się  świetnie,  że  chcesz  wyjść  za  mąż.  Wręcz  o  tym
marzę.

Nie rozmawiamy ze sobą tak jak dawniej. Szczerze mówiąc, w ogóle ze

sobą nie rozmawiamy. Ona jest chyba szczęśliwa, że ma mnie z głowy, a ja
jednak trochę tęsknię do tych dawnych, bardziej przyjaznych relacji.

Oczywiście się do tego nie przyznaję.

background image

*

Punktualnie  o  godzinie  dwunastej  staję  przed  drzwiami  gabinetu  doktor
Kulczyńskiej, ale tym razem w środku nie będzie Mai. Będzie jej mąż. Niech
sobie  będzie  nie  wiem  jak  sympatyczny,  ale  nic  nie  zmieni  faktu,  że  jest  to
facet.  Cała  się  trzęsę  ze  zdenerwowania,  w  głowie  mam  mnóstwo
przeróżnych wizji – wszystkie w szarych i czarnych odcieniach. Nie mam na
tyle  siły,  by  nacisnąć  na  klamkę.  Nagle  drzwi  się  otwierają  i  staję  twarzą
w twarz z uśmiechniętym mężczyzną.

– Aneta? – pyta.
– Eee... t...tak – wyduszam z siebie i mam już stuprocentową pewność, że

właśnie robię z siebie idiotkę.

Nie  pozwoliłam  sobie  na  całkowitą  naturalność,  a  właściwie  to  coś  we

mnie nie pozwoliło, kontrolując każde moje zdanie. Coś ponad moją wolą, bo
świadomie  nie  byłam  już  tak  bardzo  wystraszona.  Chaotycznie  wyrzucałam
z  siebie  wydarzenia  ostatniego  miesiąca.  Dla  mnie  bezsensowny  bełkot,
strumień emocji, idiotyczne określenia. A słyszę:

–  Masz  niezwykłą  umiejętność  oceniania  sytuacji  z  boku  –  stwierdził.  –

Świetnie opisujesz własne zachowania i emocje. Maja mówiła mi już o tym.

– A to dobrze dla mnie?
–  Raczej  tak.  Rzadko  zdarza  się,  by  do  psychiatry  przychodziła  tak

pozytywna i poukładana osoba. Bardzo miło mi się z tobą rozmawia.

–  Ze  mną?  –  Zatkało  mnie.  –  Wydaje  mi  się,  że  bardziej  przypomina  to

męczarnię dla tej drugiej strony – automatycznie wyrecytowałam odwieczne
przekonanie.

–  A,  to  już  jest  twoja  wersja.  Wątpię,  czy  ktokolwiek  ją  podziela.  Maja

oczywiście serdecznie pozdrawia.

Był  dla  mnie  taki  dobry.  To  pozwoliło  mi  na  częściowe  osiągnięcie

spokoju.  Bo  w  środku  cała  dygotałam.  Jak  zawsze.  Wszystko  przez  ten
strach, że zrobię coś źle, że powiem coś niestosownego.

Gdybym ja miała ze sobą rozmawiać, zrezygnowałabym od razu.

background image

16

Jestem bardzo chora. Tym razem nie mam na myśli depresji. Już od kilku dni
męczyłam  się  z  atakami  ostrej  duszności,  bolesnym  kaszlem  i  gorączką,  ale
dopiero  dzisiaj  znalazłam  czas,  by  skonsultować  to  z  lekarzem.  To  znaczy
dopiero dzisiaj zebrałam się, aby podjąć decyzję o wizycie u lekarza.

–  Masz  alergiczne  zapalenie  oskrzeli,  które  prawdopodobnie

w najbliższym czasie przekształci się w astmę – lekarka oświadczyła prosto
z mostu.

Zapytała,  czy  biorę  na  stałe  jakieś  leki,  więc  musiałam  wspomnieć

o psychotropach. Przejrzała załączone do moich leków ulotki, choć nie mam
pewności, czy cokolwiek przeczytała.

– Będziesz musiała zdecydować, czy chcesz leczyć depresję, czy alergię.

Leki  przeciwalergiczne,  które  powinnaś  zażywać,  nie  mogą  być  podawane
jednocześnie  z  lekami  przeciwdepresyjnymi  –  stwierdziła,  jakby  kazała  mi
się zdecydować, czy wolę się napić kawy, czy może herbaty.

Popatrzyłam  na  nią  z  przerażeniem  i  ogromnym  znakiem  zapytania

w oczach. Czy ja aby na pewno dobrze zrozumiałam?

Bez  większego  przejęcia  i  bez  żadnych  dodatkowych  uwag  położyła

przede mną całe mnóstwo recept. Bez słowa opuściłam jej gabinet i wolnym
krokiem skierowałam się do apteki.

W  histerię  wpadłam  dopiero  w  domu,  gdy  ponownie  przeanalizowałam

to,  co  usłyszałam.  Wewnętrzna  pustka  zaczęła  gwałtownie  przekształcać  się
w  pogmatwane  części  szaroczarnej  łamigłówki.  Czułam,  jak  odpływa  ze
mnie wiara i z powrotem staję się malutkim, bezbronnym stworzeniem, które
nie  ma  żadnego  pancerza  ochronnego  przed  złośliwą  natarczywością
okrutnego świata. Fachowo nazywa się to chyba podcięciem skrzydeł.

Musiało  minąć  parę  koszmarnych  dni,  zanim  przezwyciężyłam  barierę

strachu  przed  telefonem  do  doktora  Kulczyńskiego,  który  wyjaśnił  całą
sprawę i uspokoił moje rozdygotane serce.

– Ta lekarka niepotrzebnie zrobiła aferę. Trzeba było do mnie zadzwonić

od razu, jak tylko stamtąd wyszłaś.

Ogarnia  mnie  takie  miłe  uczucie,  pewność,  że  jestem  w  dobrych  rękach

background image

i powinnam przez cały czas czuć się bezpiecznie. Pewność, że nic złego nie
może mi się stać, dopóki jestem pod tak dobrą opieką. Odłączając od prądu
moje  dodatkowe  refleksje  i  zbędne  przemyślenia,  muszę  przyznać,  że  jest
nawet dobrze.

background image

17

Telefon  wydaje  z  siebie  znajome  dźwięki,  ale  ja  nie  mogę  się  zdecydować,
czy powinnam jakoś na te sygnały zareagować. Nie chcę z nikim rozmawiać.
Przynajmniej  nie  teraz.  Jestem  już  bardzo  zmęczona  szkołą,  w  chwilach
rezygnacji mam ochotę rzucać zeszytami o ścianę. Momenty koncentracji są
już  zdecydowanie  dłuższe,  ale  kosztują  mnie  sporo  energii.  Boję  się,  że  nie
dam  sobie  rady,  że  nie  wytrzymam  do  końca  i  wszystko  pójdzie  na  marne.
Jednocześnie mam świadomość, że takie przejmowanie się nie ma sensu. Czy
szkoła  w  moim  przypadku  jest  ważna?  Czy  coś  się  stanie,  gdy  nie  zdam  do
następnej  klasy?  Właściwie  to  nic.  Ale  moje  psychiczne  rusztowania  są
wrażliwe  na  wszystko,  każdy  powód  będzie  dobry,  by  runąć  na  ziemię
i zostać przygniecionym przez własne poczucie winy. Z powodu tego, że nic
mi nie wychodzi. Z powodu tego, że jestem taka beznadziejna.

Podczas pobytu w szkole ulegam zbiorowej histerii maturalnej i dopiero

na terapii, pod wpływem rozmowy, dochodzę do stanu używalności.

– Opieram się na pani bardzo mocno – mówię do Basi. – Boję się, że to

dla pani za dużo, że nie da pani sobie rady.

– Anetko, o mnie to ty się nie martw. Ja sobie dam radę. – Uśmiecha się

do mnie. – Tutaj najważniejsza jesteś ty.

Nawet nie jestem pewna, czy staram się tylko dla siebie. Nie ma dla mnie

sensu robienie czegokolwiek tylko dla siebie. Może bardziej chodzi mi o to,
by  stanąć  przed  Basią,  przed  Mają  i  powiedzieć,  co  udało  mi  się  zrobić,  co
udało  mi  się  osiągnąć.  Wszystko,  co  robię,  robię  po  to,  by  były  ze  mnie
zadowolone.

Jednocześnie uważam, że jestem do niczego. Idiotyczne, prawda?
Przeżyłam  już  naprawdę  dużo,  doświadczałam  potwornych  męczarni

psychicznych, a teraz ma mnie zdołować nieudany sprawdzian? Chyba nigdy
nie zrozumiem siebie...

*

Idę  z  nadzieją,  że  będę  mogła  wyrzucić  z  siebie  te  wszystkie  małe  brudki,
które  w  błyskawicznym  tempie  przekształcają  się  w  jedną  zbitą  masę  błota

background image

wewnątrz  mnie.  Siedzę  w  poczekalni  i  nerwowo  zerkam  na  zegarek.  Coś
pomyliłam? Może nie byłyśmy dzisiaj umówione? Oczywiście matka uważa,
że telefon komórkowy to zbędna rzecz, więc go nie mam.

Mija pół godziny i ogarnia mnie rozpacz. Szczypiąca brudna masa rośnie

i  mam  wrażenie,  że  zaraz  mnie  rozsadzi.  Konam  na  krzesełku  pod  jej
gabinetem. Nie mam siły ruszyć się z miejsca, choć wiem, że Barbara już nie
przyjdzie.

– Przepraszam, pani też do okulisty?
– Nie, ja nie.
Poczekalnia jest pełna ludzi, wszyscy na mnie patrzą. To właśnie dlatego

przez cały czas tam siedzę i nie mam odwagi się ruszyć. Co ludzie pomyślą
o kimś, kto przyszedł, chwilę posiedział i zaraz wychodzi?

Teraz  zaczyna  się  kotłowanina  domysłów,  wątpliwości,  przypuszczeń.

Może powiedziałam coś nie tak i ona nie chce już mnie znać, może zrobiłam
coś,  co  mogło  ją  urazić.  Takie  myśli  przychodzą  najpierw.  Po  tej  dawce
dowalania sobie wpada mi do głowy, że jej nieobecność wcale nie musi być
związana ze mną. Staram się wmówić sobie, że coś jej wypadło, że po prostu
nie  mogła  pojawić  się  na  umówionym  spotkaniu.  Kolejność  przemyśleń
świadczy  o  zwichnięciu  mojej  psychiki.  Wychodzę  dopiero  po  upływie
godziny.

Barbara zadzwoniła do mnie wieczorem, powiedziała, że coś jej wypadło,

i bardzo przepraszała za nieobecność. Dobrze, że już się wyjaśniło, bo bardzo
się bałam. Męczył mnie ten rodzaj niepokoju, który ogarnia człowieka, kiedy
ma  świadomość  niedopowiedzenia  i  niewyjaśnienia  jakiejś  sytuacji.  Kiedy
miota się bezładnie w poszukiwaniu czynności, która mogłaby go uwolnić od
natrętnych myśli, i czeka na rozwiązanie, które nie wiadomo, czy nastąpi.

A  potem  śmieje  się  z  siebie  i  z  głupich  myśli,  które  przyszły  mu  do

głowy,  bo  przecież  o  początku  głęboko  w  sobie  czuł,  jak  to  wszystko  się
skończy.

*

Na  angielskim  puścili  nam  The  Wall.  Wgnieciona  w  twarde  szkolne
krzesełko patrzyłam w ekran i robiłam wszystko, by nie zwymiotować. Obraz
wojny  w  umyśle  psychicznie  chorego  człowieka,  można  by  powiedzieć:
w moim umyśle.

– Na co dzień obcuję z własnymi myślowymi potworami, które należą do

background image

najbardziej  makabrycznych  wizji.  Wiele  razy  zawieszam  się  w  pustej
przestrzeni  i  jestem  atakowana  przez  międzymózgowe  obiekty  siejące
spustoszenie w całym moim organizmie – mówiłam potem Basi.

– I nie powinnaś się była przestraszyć?
– Właśnie.
–  To  nie  jest  takie  proste.  Depresja,  która  w  tobie  siedzi,  męczy  cię

i  niszczy,  przez  nią  cierpisz.  Jesteś  wrażliwa  na  każdy  malutki  spadek,  na
każdy  bodziec  mogący  sprawić,  że  znów  poczujesz  się  gorzej.  Nie
przyzwyczaisz się do niej, bo jej nienawidzisz i nie chcesz zaakceptować jako
części istnienia. Reagujesz na wszystko, co może spowodować, że zamkniesz
się w swoim małym piekle.

Odwróciłam  głowę  i  bezmyślnie  wpatrywałam  się  w  ogromną  reklamę

bielizny, która zdobiła całą boczną ścianę budynku za oknem. Czy to będzie
tak, że już zawsze będę musiała uważać? Czy zawsze będę bardziej podatna
na smutek? Czy rzeczy, które dla normalnych ludzi będą obojętne, dla mnie
będą stanowiły ryzyko?

– Aneta, wiem, że bardzo się starasz i naprawdę wyjście z depresji masz

już na wyciągnięcie ręki. Z każdym dniem będziesz czuła się lepiej, a okresy
dobrego nastroju będą coraz dłuższe. Wiesz o tym przecież, prawda? – Basia
patrzy na mnie pytającym wzrokiem, a ja kiwam głową. Teraz w to wierzę. –
Ale  depresja  to  jest  taka  choroba,  która  niestety  powraca.  Może  być  tak,  że
już zawsze będziesz zdrowa, ale może się okazać, że za jakiś czas przyjdzie
nawrót.  Pod  wpływem  pewnych  wydarzeń  lub  całkowicie  bez  wyraźnego
powodu.  Ważne  jest,  byśmy  usunęły  jak  najwięcej  przyczyn  twojego  złego
samopoczucia.  Jednym  z  celów  naszych  spotkań  jest  wyposażenie  ciebie
w  odpowiednie  środki  do  radzenia  sobie  w  takiej  sytuacji.  Przeszłaś  bardzo
trudną drogę, kiedy nie miałaś żadnej pomocy, i mam nadzieję, że teraz już
wiesz, iż nie tak to powinno wyglądać. Chciałabym, żebyś następnym razem,
jeśli się takowy zdarzy, wiedziała już, co robić i gdzie szukać pomocy. Żebyś
zawsze była jeden krok przed depresją.

Chwilę  milczymy,  a  ja  analizuję  w  głowie  te  wszystkie  słowa.  Czuję

w  sobie  siłę,  której  wcześniej  nie  miałam.  Ale  jest  to  siła  zależna,  bo  tutaj,
teraz, razem z Basią mogę więcej. Sama nie mam takiej mocy.

–  Ale  przecież  nie  da  się  usunąć  wszystkich  przyczyn  mojego  złego

samopoczucia  –  mówię,  mając  świadomość  stałości  pewnych  elementów
mojego życia.

–  Wiem,  że  teraz  jest  ci  szczególnie  ciężko,  ale  ta  sytuacja  nie  będzie

background image

trwała wiecznie. Za rok zdasz maturę i wyjedziesz na studia. Wyprowadzisz
się i psychicznie uniezależnisz.

Patrzę na Basię zdziwiona, bo jakoś nigdy wcześniej nie przyszło mi do

głowy, że mogę przestać mieszkać w tym mieście. Mało myślałam o dalszej
przyszłości,  skupiając  się  każdego  dnia  na  dotrwaniu  do  wieczora  lub
ewentualnie  do  następnego  spotkania  z  nią  lub  Mają.  A  teraz  nagle  po  raz
pierwszy,  dzięki  temu,  co  powiedziała,  widzę  nowe  możliwości  i  nowe
perspektywy.  Widzę  siebie  w  innym  miejscu  i  innym  świecie  niż  ten,
w którym żyję teraz.

–  Tylko  czy  mi  się  uda?  Jakoś  nie  chce  mi  się  wierzyć,  że  jestem  to

w stanie osiągnąć. Pewnie utknę tu na zawsze. – Przez chwilę ogarnia mnie
znajome zwątpienie. Zawsze bezpieczniej jest założyć pesymistyczną wersję,
wtedy człowiek nie jest przynajmniej rozczarowany, że jego oczekiwania się
nie spełniły, bo nie ma żadnych.

– A dlaczego miałoby się nie udać? Zdążyłam cię już poznać na tyle, by

być  pewną,  że  bez  problemu  skończysz  szkołę,  celująco  zdasz  maturę
i będziesz mogła wybrać się na studia, na jakie tylko będziesz chciała. Jesteś
mądra, masz wiele umiejętności i ogromny potencjał, który ja zobaczyłam od
razu, a ty niedługo zobaczysz sama, kiedy pozbędziesz się już tych pokładów
lęku  i  smutku.  Po  prostu  jest  jeszcze  parę  rzeczy,  które  musisz  w  sobie
zmienić. I nad tym cały czas pracujemy.

– Boże, cały czas muszę coś w sobie zmieniać. Jestem już taka zmęczona

tym, że ciągle coś komuś we mnie nie pasuje.

– Aneta, to nie tak. – Barbara wchodzi mi w słowo. – Ja nie chcę, żebyś

się cała zmieniała. Jest w tobie mnóstwo piękna i dobrych cech. Mówię tylko
o zmianie tych mechanizmów, które powodują trudności, które sprawiają, że
jesteś nieszczęśliwa, że masz depresję. Wszystko, czego chcę, to żebyś czuła
się dobrze.

– To co mam zrobić? – Konkretne zadanie byłoby prostsze.
–  Dbać  o  siebie,  myśleć  o  swoich  potrzebach,  unikać  ludzi,  którzy  cię

krzywdzą,  a  pogłębiać  relacje  z  tymi,  którzy  mają  na  ciebie  pozytywny
wpływ.  Nie  zamykać  się  na  świat,  nie  bać  się  wszystkich  i  wszystkiego.
I robić wszystko, by skończyć szkołę i wyjechać na studia do innego miasta.

To wydaje się takie proste i do osiągnięcia, jak ona teraz o tym mówi. Ale

jakby zagłębić się w każde zalecenie osobno, to okazuje się, że te zadania są
dla mnie niewykonalne.

–  I  oczywiście  nie  wszystko  z  dnia  na  dzień  –  dodaje,  a  ja,  wracając  do

background image

domu,  długo  zastanawiam  się  nad  tym,  co  powiedziała,  i  próbuję  to  jakoś
odnieść do siebie.

Po raz pierwszy życie wydaje się pełne możliwości, a ja czuję, że mogę

coś osiągnąć.

*

Zakodowałam  u  siebie  zupełnie  nową  emocję  i  nie  mam  pojęcia,  co  z  nią
zrobić.  Wydaje  mi  się,  że  jest  to  złość  na  innych,  na  świat.  Ale  skąd  to  się
u  mnie  wzięło?  Zwykle  czułam  złość  tylko  na  siebie.  Próbuję  spojrzeć  na
swoją  osobę  z  dystansu,  przeanalizować  to  zjawisko.  Mam  ochotę  bić,
przeklinać i walić w cokolwiek. Szlag mnie trafia, oczy rzucają ogniste iskry.
Tylko że nie umiem tego z siebie wydobyć i cały ten sztorm trwa we mnie.
Niszczy tak samo jak proces autoagresji. Cholera!

Siedzę  przy  biurku  i  zbieram  siły,  by  rozpocząć  demolowanie.  Istnieje

jakiś  inny  sposób,  by  pozbyć  się  tego  szmatławego  gniewu?  Idę  do  kuchni,
zdejmuję  z  suszarki  talerz  i  z  całej  siły  ciskam  nim  o  podłogę.  Oddycham
coraz  szybciej,  a  panujący  wszędzie  spokój  nakręca  mnie  jeszcze  bardziej.
Leci kolejny talerz, szklanka.

Nie wiem, czy pomogło. Na razie nic nie czuję. Jestem tylko zmęczona.

Czeka mnie jeszcze pewnie awantura z powodu talerzy.

background image

18

Rzadko  mogę  się  zdobyć  na  to,  by  pogadać  z  moimi  rówieśnikami,
znajomymi  ze  szkoły.  Na  jakikolwiek  temat,  nie  chodzi  tylko  o  moje
problemy.  O  nich  to  już  tym  bardziej  z  nikim  nie  zamierzam  rozmawiać.
Mam  wrażenie,  że  funkcjonują  w  jakiejś  innej  rzeczywistości,  która  nie
wychodzi  poza  szkołę,  ciuchy,  pierwsze  miłości  i  sobotnie  imprezy.  Ale
momentami  rozpiera  mnie  coś  tak  potwornego,  że  kontakt  z  drugim
człowiekiem  staje  się  wybawieniem,  właściwie  jedynym  wyjściem  z  tego
przeklętego złomowiska myśli.

Chciałabym na chwilę stać się częścią ich świata.
–  Nie  możesz  wiecznie  usprawiedliwiać  się  złym  dniem!  –  powiedziała

do mnie Ewa. – Powinnaś więcej działać! Możesz przecież się uczyć, możesz
czytać lub oglądać telewizję. Sama się w tym zamykasz.

Zabolało.  Czy  ktoś  jest  w  stanie  zrozumieć,  że  przygnębienie  może  się

pojawić  niezależnie  od  naszej  woli?  Przecież  ja  nie  robię  tego  specjalnie.
Depresja  jest  jak  pasożyt,  a  ja  jestem  dla  niej  rewelacyjnym  żywicielem.
Choroba nie pyta człowieka, czy może go zaatakować! Ja wiem, że nie mogę
od  nikogo  wymagać  zrozumienia.  Ale  to  jest  tak,  że  uwagi  ludzi,  zarówno
tych nierozumiejących, jak i tych, którzy rozumieją, ranią tak samo. Trudno
robić w tym przypadku rozróżnienie.

*

Teraz na moją walkę o wyjście z depresji nakłada się jeszcze zdenerwowanie
związane  z  nauką.  Zbliża  się  matura,  a  mi  nagle  zaczęło  zależeć,  żeby  ją
zdać.  Wiem,  że  to  banalne,  ale  ja  mechanicznie  przejmuję  się  chyba
wszystkim.

–  Jestem  z  ciebie  dumna,  z  tego,  co  już  osiągnęłaś  –  wielokrotnie

powtarza  mi  Basia.  –  Podziwiam  cię  za  twój  upór,  za  to,  że  w  ogóle
utrzymałaś  się  w  szkole.  Byłaś  chora  i  nie  zawaliłaś  niczego.  Chrzanić
nauczycieli! Jesteś bardzo mądra i zdolna. A jak oni tego nie widzą, to już ich
problem  –  powiedziała.  –  Zaliczyłaś  rok  pomimo  tylu  przeciwności,  tylu
nieobecności.  Wykonałaś  ogromny  krok  do  przodu.  Zakoduj  to  sobie

background image

w głowie! Napisz na kartce, powieś nad biurkiem i czytaj codziennie.

Ja i upór? Jakoś trudno mi znaleźć w tym związku część wspólną.
Ja i zdolna? Podobnie. Mam siebie za nic. Za kompletne zero.
Czy  ona  naprawdę  uważa,  że  tak  nie  jest?  Przez  moment  jestem  nawet

skłonna w to uwierzyć. Ale szybko mi przechodzi.

– Masz pozdrowienia od Mai. Rozmawiałam z nią i jest z ciebie tak samo

dumna jak ja, nie tylko za szkołę.

Przede mną wakacyjny odpoczynek, który chyba mi się należy.

background image

19

Wiem,  że  jestem  dziwna,  ale  niektóre  moje  zachowania  przekraczają

wszelkie  granice  bycia  innym.  Chociaż  wolałabym  mieć  talent  w  zupełnie
innych dziedzinach, które pozwalałyby mi w miarę normalnie funkcjonować
w realnym świecie. Bycie mną nie jest proste. Pozostaje mi porozwieszać po
mieście ogłoszenia, których treść brzmiałyby: ZAMIENIĘ OSOBOWOŚĆ.

Czasami nie mam odwagi mówić na sesjach u Basi. Zdaję sprawozdanie

z paru ostatnich dni, niektórych wydarzeń, a wszystkie uczucia pozostają we
mnie.  Zachowuję  się,  jakbym  prowadziła  wieczorne  Wiadomości.  W  moim
głosie nie ma żadnego przekazu emocjonalnego, nie wypowiadam dokładnie
tego, co chciałabym. Mówię, że się jej boję.

– Ale Aneta, dlaczego? – pyta życzliwie.
Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Po prostu. A może wcale to nie

jej się boję, tylko po prostu jestem zdenerwowana samą wizytą. I bardziej się
boję,  że  ją  stracę?  Że  pewnego  dnia  zostanę  nagle  sama  i  wszystko  wróci.
Mam  świadomość,  że  przyjdzie  taki  czas,  kiedy  będę  musiała  się
usamodzielnić  i  nie  będę  miała  komfortu  cotygodniowych  spotkań
i  możliwości  wyrzucenia  z  siebie  wszystkiego,  co  we  mnie  siedzi.  Ale
chciałabym poczuć, że jestem na to gotowa.

Są  momenty,  kiedy  czuję  się  u  Barbary  dziwnie.  Może  to  z  powodu

sytuacji.  Jesteśmy  gonione  limitem  czasowym,  uwięzione  w  ścianach
formalnego gabinetu lekarskiego. Czasem to sprawia, że czuję się sztucznie,
że  słowa  nie  przychodzą  do  głowy  i  tworzy  się  blokada,  której  nie  umiem
pokonać.

*

–  Jak  wyglądają  twoje  ręce?  –  zapytał  mnie  doktor  Kulczyński  na

początku spotkania.

Pokazałam  mu  to,  co  zostało  z  moich  brutalnych  ataków  na  własne

bezbronne żyły: parę ledwie widocznych różowych kresek. Nieruszane już od
sześciu miesięcy. Zasługa moja czy może bardziej terapeutów?

– Chciałabyś spotkać się z Mają jeszcze w wakacje?

background image

– Pytanie! Pewnie, że bym chciała! A mogę? – Gwałtownie wstąpiła we

mnie  potężna  dawka  radości.  Wiem,  że  to  mój  lekarz,  ale  przywiązałam  się
do niej jak do przyjaciela.

–  Wystarczy,  że  zadzwonisz  i  się  umówisz  –  powiedział.  –  Na  pewno

znajdzie dla ciebie czas, tak po znajomości. – Mrugnął okiem i odwrócił się
w stronę komputera, by zrobić notatki z dzisiejszego spotkania.

*

Objęłam się całkowitą izolacją od świata i ludzi. Żadnych spotkań, żadnych
telefonów,  żadnych  listów.  Tak  mi  na  razie  dobrze.  Opuszczanie  domu,
a właściwie mojego pokoju, ogranicza się do wyjścia do szkoły i na terapię.

Właśnie  wracałam  od  Barbary.  Stałam  na  przejściu  dla  pieszych

i  czekałam,  aż  zapali  się  zielone  światło.  Koło  mnie  kręcił  się  jakiś  obdarty
i śmierdzący pijak. I może ta sytuacja nie byłaby szczególna, gdyby on nagle
nie wypchnął mnie na ulicę, wprost pod jadące samochody. Nieprzygotowana
do  tego,  zupełnie  poddałam  się  uderzeniu,  zaplątałam  o  własne  nogi,  ale
udało  mi  się,  przynajmniej  częściowo,  zachować  równowagę.  Usłyszałam
tylko  dosyć  krótki  pisk  hamujących  opon  i  krzyki.  Pobiegłam  przed  siebie.
Wszystko  działo  się  tak  szybko,  że  teraz  zastanawiam  się,  kiedy  ja  to
zdążyłam zrobić.

Znowu fale gorąca, zawroty głowy, mdłości i desperacka chęć rozmowy

z Basią. Cokolwiek by się wydarzyło, zwykle jest to pierwsza moja myśl.

Spotkałam  się  z  doktor  Kulczyńską,  choć  minęło  kilka  dni,  zanim

znalazłam w sobie odwagę na wykonanie telefonu, by się umówić. Zapisała
mi dodatkowe tabletki uspokajające – Propranolol. Taka okazja może się nie
powtórzyć.  Oddałam  matce  stałą  receptę,  a  sama  postanowiłam  zrealizować
tę  drugą.  Nikt  się  nie  zorientuje,  a  myśl  o  samobójstwie  zaczęła  nagle
powracać.  Właściwie  trudno  jest  w  moim  przypadku  powiedzieć,  żeby
kiedykolwiek minęła, bo świadomość dodatkowego wyjścia – gdyby coś się
nie  udało  –  sprawia,  że  czuję  się  spokojniejsza.  Maja  podkreślała,  że  skoki
nastrojów  są  całkowicie  normalne  w  procesie  leczenia,  ale  gdy  przychodzi
smutek,  trudno  sobie  wyobrazić,  że  może  być  lepiej  i  nagle  wszystko  traci
sens.

*

Po  kilku  dniach  znów  czuję  się  coraz  silniejsza  i  lżejsza.  Odwiedzam

background image

księgarnie  i  biblioteki  w  poszukiwaniu  czegokolwiek  o  depresji,  bo
uwierzyłam, że mogę z tego wyjść, że jest szansa, której jeszcze rok temu nie
byłam  w  stanie  zauważyć.  A  teraz  ten  cel  stał  się  nawet  osiągalny.  Maja
i  Barbara  pomagają  mi  odnaleźć  w  sobie  naturalną  siłę.  Zaczynam  myśleć
o  własnej  przyszłości,  zastanawiać  się,  jakim  będę  człowiekiem,  kiedy  już
wyzdrowieję. Kiedyś takie myśli nie przyszłyby mi do głowy!

Problemy  z  koncentracją  powoli  ustępują,  choć  do  tej  pory  były  dosyć

poważne  i  na  co  dzień  bardzo  utrudniały  mi  życie.  Robiłam  błędy
ortograficzne,  a  z  tym  nigdy  nie  miałam  nawet  najmniejszego  problemu,
zjadałam  literki  w  wyrazach,  nie  mogłam  czytać.  Miałam  nawet  problem
z  odszyfrowaniem  godziny  na  zegarku  bez  dłuższego  wpatrywania  się
w ułożenie wskazówek.

Przez internet nawiązałam kontakt z innymi chorymi, którzy zaczęli pisać

do  mnie  w  poszukiwaniu  otuchy,  zrozumienia  i  odrobiny  nadziei.  Mam  już
na tyle siły. Odpisuję każdemu, by pomóc choć trochę. Zastanawiam się, co
ja bym chciała w takiej sytuacji przeczytać i zdania układają się same. Nawet
gdybym miała spędzać przy komputerze całe dnie, nie pominęłabym nikogo,
kto  by  się  do  mnie  odezwał.  Na  własnym  przykładzie  wiem,  że  liczy  się
każde słowo. Jedna minuta cierpienia mniej wydaje się całym wiekiem. Jedna
minuta męki jest wiekiem. A wiek to naprawdę sporo czasu.

*

Barbara dała mi do zrozumienia, że wie o zbieranych przeze mnie tabletkach.
Oczywiście  to  nie  ja  jej  powiedziałam.  Nikt  jej  nie  powiedział,  bo  przecież
nie  mógł  nawet  wiedzieć.  Po  prostu  podczas  któregoś  spotkania  poprosiła
mnie,  bym  je  przyniosła.  Byłam  zaskoczona,  że  tak  dobrze  mnie  poznała,
a jednocześnie ta świadomość rozlała się po mnie ciepłem i zrozumieniem.

–  Ja  wcale  nie  miałam  żadnych  konkretnych  planów  użycia  ich.  To  tak

tylko na wszelki wypadek – tłumaczyłam się.

– Wiem. Po prostu je przynieś, dobrze?
– Uhm. Tylko proszę się na mnie nie gniewać.
– Nie gniewam się.
Poczucie,  że  ona  tak  bardzo  mnie  rozumie  i  że  ze  mną  wytrzymuje,  jest

takie kojące.

Wszystkie  tabletki  przyniosłam  już  na  następne  spotkanie.  Powiedziała,

że jest to najpiękniejszy prezent, jaki kiedykolwiek dostała.

background image

*

Dzisiaj  nastąpił  jeden  z  tych  gorszych  dni,  kiedy  wszystko  co  złe  wraca
i  każdy  ruch  sprawia  dodatkową  trudność.  W  domu  wyjątkowo  ciężko
wytrzymać, mój pancerz ochronny ma chyba jakieś luki, bo ta chora sytuacja
wyjątkowo przeszkadza. Drobiazgi męczą i nie pozwalają się niczym cieszyć.
Wszystkie  te  drobne  przeszkody  zbierają  się  razem,  by  zaatakować  mnie
wspólnie zdobytą siłą i za pierwszym ciosem powalić na ziemię. Zwykle nie
jestem w stanie stawić oporu.

–  Jesteś  typem  człowieka,  który  płacze,  bo  kiedyś  umrze  –  stwierdziła

Barbara, kiedy próbowałam powiedzieć jej, jak się czuję.

Zabrzmiało to dla mnie jak wyrok – że kompletnie nie nadaję się do życia

i nigdy nie będzie mi dane się do niego przystosować, a ta cała przytaczana
przez  nią  wcześniej  wizja  szczęścia  i  normalności  to  był  tylko  jeden  wielki
blef.

Czuję  znów  przerażającą  samotność.  Uczucie,  które  mnie  ogarnia,

przygniata mnie do zimnego gruntu i sprawia, że zaczynam obdzierać siebie
z  człowieczeństwa.  Nad  tym  akurat  nie  panuję,  mogę  sobie  wmawiać  różne
rzeczy,  ale  to  zostaje  i  muszę  dalej  funkcjonować,  odczuwając  ten
dyskomfort. A on całe funkcjonowanie zaburza.

Od moich myśli uciekam w aktywność, bo wiem, że jeśli się im poddam,

to  przegram.  Nie  pozwalam  sobie  nawet  na  minutę  bezczynności,  by  nie
analizować wciąż od nowa dzisiejszych słów Barbary.

Wieczorem  zadzwoniła,  by  dowiedzieć  się,  jak  się  czuję,  i  przeprosiła.

Wrócił spokój.

background image

20

Teraz,  mimo  że  depresja  ustąpiła,  dosyć  często  pojawiają  się  momenty
całkowitego załamania. Każdy człowiek ma swoje gorsze i lepsze chwile, tak
jak ja od pewnego czasu. Ale etapy smutku przebiegają u mnie w wyjątkowo
krytyczny sposób. Depresja jest cały czas gotowa. Czeka tylko na właściwy
moment ataku. Tylko że z małą różnicą – powoli zbieram siły na obronę.

Znowu dużo jem. Jem z powodu nerwów, rosnącego niepokoju, jem, by

zabić okrutnie dłużący się czas. Jem, by w tym jedzeniu wszystko pogrzebać.
Pochłaniam  ogromne  ilości  pożywienia,  więc  zwiększyłam  dawkę  tabletek
przeczyszczających. Jeżeli nie mogę zwymiotować, to chociaż w ten sposób
uspokoję  własne  sumienie.  Nie  znoszę  siebie  w  takich  chwilach.  Bolesne
wspomnienia same przychodzą i pociągają za sobą cały sznur moich chorych
myśli.  Czuję,  że  jestem  całkowicie  sama,  odepchnięta,  niezrozumiana.  Cały
świat przeciw mnie jednej. Jestem do niczego.

*

Zaczęły  przychodzić  wiadomości  i  odpowiedzi  od  innych  chorych  na
depresję:

Dziękuję za twoje słowa...

Tak bardzo się cieszę, że do mnie napisałaś...

Twoja  odpowiedź  bardzo  podniosła  mnie  na  duchu,  bardzo  ci
dziękuję. Jeśli nie sprawi ci to problemu, napisz, jak wygląda taka
wizyta u terapeuty.

Tak dobrze, że piszesz; cieszę się, że mam z tobą kontakt.

Musi się nam udać wygrać z depresją. Gdy nachodzą cię złe myśli,
staraj się myśleć, że nie walczysz sama.

background image

Serdeczne  dzięki  za  list,  za  pocieszenie.  Dziwne,  że  udało  ci  się
odczytać moje chaotyczne zdania.

Mam wrażenie, jakby w moim życiu nagle zrobiło się tłoczno.

*

Na  czym  to  ja  skończyłam  moje  rozważania?  Że  jestem  do  niczego.  No,  to
się  akurat  zgadza,  więc  cofnijmy  się  o  zdanie  wcześniej.  Jestem
osamotniona?  Właśnie  wracam  od  doktor  Kulczyńskiej  i  czuję,  że  nie  mam
nawet prawa pomyśleć, że jestem osamotniona.

– Cieszę się, że tak bardzo zżyłaś się z Basią – powiedziała. – Bałam się

trochę o ciebie, kiedy cię zostawiałam te kilka miesięcy temu.

–  Mimo  mojego  tradycyjnego  lęku  przed  ludźmi  polubiłam  ją  już  na

samym początku.

– Trudno jej nie polubić, prawda? Ma w sobie dużo ciepła.
–  Oj,  tak!  Staram  się  mówić  jej  o  wszystkim,  to  tak  bardzo  pomaga.

Kiedy  mam  świetny  nastrój,  żartujemy.  Kiedy  jest  źle,  rozmawiamy  o  tym.
A  kiedy  nie  mam  siły  nic  mówić,  po  prostu  razem  milczymy.  Do  niczego
mnie nie zmusza.

Gdy tak sobie siedzę w gabinecie, czuję się bardzo bezpiecznie, umacnia

się świadomość, że jestem w dobrych rękach i mam świetną opiekę. Staram
się  to  zakodować,  bym  mogła  pomyśleć  w  ten  sposób,  gdy  mój  stan  się
pogorszy.

– Prowadzę cię już prawie półtora roku i widzę, jak z każdym spotkaniem

idziemy  do  przodu.  Pamiętam,  jak  przyszłaś  do  mnie  pierwszy  raz.  Byłaś
wtedy  taka  wycofana,  bardzo  zalękniona,  bałaś  się  mnie.  A  dzisiaj  możemy
normalnie rozmawiać, nie jesteś już taka zamknięta w sobie. Mam nadzieję,
że widzisz różnicę?

– Widzę, bo czuję się inaczej, jakby lżejsza o kilkadziesiąt kilogramów.
– I z każdym dniem będzie jeszcze lepiej.
Chyba już w to wierzę.

background image

21

Przechodzę  obok  mojej  szkoły  podstawowej  z  dumą  i  wyższością.  By  im
wszystkim  pokazać  (choć  pewnie  bardziej,  by  to  sama  poczuć),  że  już  nie
jestem tą cierpiącą szarą myszką, która co dzień modliła się, żeby ktoś z nią
porozmawiał  lub  chociaż  się  do  niej  uśmiechnął.  Przechodzę  i  mam  ochotę
krzyczeć, że mam ich wszystkich gdzieś.

Ale tak naprawdę to nie jestem pewna, czy tak jest w rzeczywistości.
Pojawiam  się  u  Basi  z  trochę  przygaszoną  miną.  Wzrok  kieruję  na

znajome okno i próbuję wydobyć z siebie jakieś sensowne stwierdzenie. Zbyt
długo było dobrze i intensywnie zastanawiałam się, czy aby na pewno nic nie
przeoczyłam.

– Czuję się okropnie, mając świadomość, jak bardzo denerwuję i męczę

ludzi  –  zaczynam  powoli.  –  Ciągle  mam  w  głowie  wszystkie  wydarzenia,
kiedy  swoim  zachowaniem  spowodowałam  jakieś  spięcia.  A  tego  jest  tak
dużo.

– Powiem ci tak. Owszem, męczysz ludzi, i to bardzo – patrzę na Basię

zaskoczona,  bo  chyba  jednak  mimo  wszystko  spodziewałam  się  innej
odpowiedzi  –  pozbawiając  ich  własnego  towarzystwa  –  kończy  i  śmiejemy
się.  –  Przecież  są  osoby,  które  bardzo  cię  lubią,  którym  na  tobie  zależy.
I  będzie  ich  coraz  więcej,  jeśli  tylko  innym  pozwolisz  się  do  siebie  zbliżyć.
Uwierz w prawdę.

Przez chwilę zastanawiam się, czy ona rzeczywiście tak myśli, czy stara

się za wszelką cenę mnie pocieszyć. Nie wiem. Może to metoda.

–  Spróbuj,  chociaż  raz,  stanąć  naprzeciwko  drugiego  człowieka

i  zapomnieć  o  analizowaniu  każdego  wypowiadanego  słowa  lub  ruchu,
zarówno  twojego,  jak  i  tej  drugiej  osoby.  Zobaczysz,  o  ile  będzie  ci  wtedy
łatwiej, ile mniej napięcia będziesz w sobie miała.

–  Nie  jestem  pewna,  czy  to  jest  możliwe.  Taka  analiza  stała  się  już

odruchem bezwarunkowym, nie potrafię tego całkowicie odrzucić. Ciągle jest
we  mnie  silny  strach,  że  zrobię  coś  nie  tak,  jak  trzeba.  Nawet  chyba  nie
wiem, jaka naprawdę jestem! – Uświadamiam sobie nagle. Nauczyłam się po
prostu przystosowywać do różnych sytuacji.

background image

–  To  chociaż  spróbuj  tę  analizę  ograniczyć,  stopniowo,  nie  wszystko

naraz.  Krok  po  kroku.  Na  pewno  ci  się  uda  –  zapewniła  mnie.  –  Wierzę
w ciebie. Bardzo mocno.

Zrobiła  się  dosyć  przygnębiająca  atmosfera.  W  ciszy  wpatrywałam  się

w  jeden  i  ten  sam  punkt  i  usiłowałam  się  skoncentrować.  Mechanicznie
manipulowałam  przy  materiale  bluzki,  wykonując  drobne  chaotyczne  ruchy
palcami u rąk. Myślałam o wszystkim i o niczym. Tak jak w autobusie, kiedy
się bezmyślnie patrzy na mijane budynki i ludzi. Człowiek ma świadomość,
że  coś  się  tworzy  w  jego  głowie,  ale  tak  naprawdę  nie  dochodzi  się  do
żadnego  konkretnego  wniosku.  I  nawet  jeżeli  ktoś  zadałby  nam  pytanie,  co
się  dzieje  w  tej  chwili  w  naszym  umyśle,  nie  bylibyśmy  w  stanie  mu
odpowiedzieć.

– Nie wiem, czy jestem w stanie to przeskoczyć.
– To?
– Wszystko. Ostatnio nie mam w ogóle siły i zastanawiam się, czy warto

się tak męczyć. – Ogarnia mnie zniechęcenie.

–  Nie  dziwię  ci  się,  że  jesteś  zmęczona.  Przeszłaś  już  bardzo  dużo,

przetrwałaś i wytrzymałaś najgorsze. Już jesteś wielka.

Spojrzałam na nią. Pokiwała głową i uśmiechnęła się. Słuchałam tego, co

mówiła,  i  nie  potrafiłam  ubrać  moich  uczuć  w  konkretne  otoczki.  Nie
wydobyłam  z  siebie  zdania,  słowa  obwodnicą  omijały  moją  głowę,
utrudniając  mi  tym  samym  wszelką  komunikację.  Poczułam  się  taka  pusta
i banalna.

background image

22

– Byłaś na rozpoczęciu roku?
– Nie.
– Dlaczego?
Pytanie  „dlaczego?”  może  mieć  wydźwięk  wyrzutów  i  pretensji.  Może

też  zawierać  dawkę  zrozumienia  i  szczerej  troski.  W  wydaniu  Basi  zawsze
wchodzi w grę ta druga opcja.

–  Nie  miałam  siły,  przerażał  mnie  tak  brutalny  powrót  do  szkolnej

rzeczywistości.  Znowu  przebywanie  wśród  ludzi,  przymus  rozmowy
i  słuchania  opowieści  o  szalonych  wakacyjnych  przeżyciach.  Nie  jestem
jeszcze na to przygotowana.

– Izolacja?
– Ale nie ta depresyjna. Potrzebuję po prostu spokoju i unikania sytuacji

dla  mnie  stresujących.  Naprawdę  czuję  się  dobrze,  a  to  widać  szczególnie,
jeśli porównać zeszłoroczny początek szkoły i dzisiejszy dzień.

Na  chwilę  w  myślach  wrócił  tamten  koszmar.  Przez  ostatnie  dziesięć

miesięcy depresja ani razu nie była tak potworna, jak potrafiła być wcześniej.
Owszem,  zdarzały  się  załamania,  krótsze  i  dłuższe,  ale  ich  przebieg  był
w pewien sposób inny.

Zobaczyłam to właśnie teraz, siedząc tu, w gabinecie Barbary. Ukazał mi

się cały przekrój tego czasu i uderzył mnie fakt, że tak dużo się zmieniło. Że
ja się zmieniłam. I choć nie da się tak naprawdę dostrzec jakiegoś wielkiego
przełomu  w  mojej  osobowości  i  powalającego  blasku  nowych  pozytywnych
cech  charakteru,  nie  stałam  się  tryskającą  szczęściem  jednostką,  to  jest
inaczej. Trudno jest mi to dokładniej zdefiniować. Po prostu to czuję.

–  Teraz  będę  musiała  wtopić  się  w  tematykę  czysto  szkolną.  Wszyscy

będą mówili o maturze i o studiach, nauczyciele rozdzielą rozdawane co roku
tradycyjnie  dawki  straszenia  i  gnębienia.  I  ja  w  tym  wszystkim  –
stwierdziłam.  –  Ale  już  mam  na  to  metodę.  Pani  nauczyła  mnie  dystansu,
a ten uwolni mnie od przejmowania się drobnostkami.

– Czyli działamy na spokojnie?
– Jak najbardziej.  Nie pozwolę, by  szkoła zniszczyła we  mnie te garstki

background image

nadziei, siły i energii, które tak starannie gromadziłam od dłuższego czasu.

Sama  nie  mogę  uwierzyć,  że  mam  takie  podejście,  więc  uważnie  się

zastanawiam, czy nie mówię tego pod presją lub nieszczerze. Ale nie!

Myśli  o  studiach  mają  pozostać  luźnymi  marzeniami,  bo  i  tak  pewnie

nigdzie  się  nie  dostanę.  Ruszam  w  ten  rok  z  bagażem  pozytywnego
nastawienia! Ciekawe, jak długo uda mi się w ten sposób przeżyć.

background image

23

Na  terapię  idę  zawsze  z  ogromną  chęcią.  Mam  stuprocentową  pewność,  że
podczas tej godziny nic mi się złego nie stanie, nikt mnie nie skrzywdzi, a ja
będę mogła szczerze z kimś porozmawiać i choć przez tę chwilę poczuć, że
wszystko jest takie proste.

Ostatnio bardzo pogorszył się mój stan fizyczny. Wiem, że już od dawna

prześladowały  mnie  pewne  dolegliwości  związane  z  samopoczuciem
psychicznym,  ale  teraz  nie  jestem  już  więziona  w  ciemnej  szafie  depresji,
a czuję, jak mój organizm się sypie.

–  Przez  cały  czas  jest  mi  duszno.  –  Odruchowo  westchnęłam,  jakby  na

potwierdzenie  własnych  słów.  –  Wchodząc  po  schodach,  dostaję  zawrotów
głowy,  momentalnie  robi  mi  się  ciemno  przed  oczami,  cała  czaszka  mi
pulsuje, a nogi drętwieją.

–  Jesz  coś  w  ogóle?  –  Basia  wygląda  na  zmartwioną.  –  Chyba  czasem

trzeba ci jednak przypominać o dbaniu o siebie.

– Coś tam jem, zależy od dnia...
–  A  nie  sądzisz,  że  w  tym  może  tkwić  przyczyna  tych  wszystkich

objawów, o których mówisz? Zresztą to chyba nie są dla ciebie nowości?

Mój  organizm  już  tyle  przeszedł  w  związku  z  moimi  żywieniowymi

eksperymentami  i  jakoś  nie  chce  mi  się  wierzyć,  że  mógłby  tak  nagle  sobie
na to zareagować.

– Właściwie to nie, ale teraz wszystko spadło na mnie naraz. Jeszcze ten

ucisk  w  klatce  piersiowej,  bóle  serca.  Rano  budzę  się  i  widzę  zaschniętą  na
zębach  krew.  Pewnie  dziąsła  albo  zaschnięte  na  skorupę  usta.  Poza  tym
zrobiła mi się wewnątrz jamy ustnej duża rana, a ona uniemożliwia nie tylko
jedzenie, ale i mówienie.

–  Aneta,  powinnaś  iść  do  lekarza,  to  brzmi  raczej  poważnie.  Zadzwoń

najpierw  do  Mai  i  z  nią  porozmawiaj  –  zasugerowała  Basia.  –  Będzie  ci
łatwiej. A trzeba coś zrobić.

Pewnie, że będzie mi łatwiej, i już właściwie o tym myślałam, ale u mnie

jest  ciągle  ten  lęk,  nie  mam  odwagi,  by  po  prostu  zatelefonować,  bo  ciągle
prześladuje mnie pewność, że będę jej niepotrzebnie zawracać głowę. Może

background image

te objawy nie są na tyle poważne, by zaraz lecieć z nimi do lekarza? Przerasta
mnie tak banalna czynność. Z zewnątrz wygląda to naprawdę dziecinnie, ale
dla  mnie  jest  przepaścią  z  cienką  kładką,  na  którą  za  nic  nie  wejdę.  Ze
strachu.  Z  odwiecznego  przekonania,  że  jednym  krokiem  mogę  wszystko
zepsuć.

*

– Czy kontakt z innymi chorymi nie wpływa na ciebie przygnębiająco? –

pyta Barbara.

–  Wręcz  przeciwnie!  Poczucie  jedności  z  cierpiącymi  tak  samo  jak  ja,

daje  mi  bardzo  dużo,  bardzo  dużo  dobrego.  I  mogę  dzielić  się  z  nimi  tym,
czego  już  się  nauczyłam.  Mogę  mówić  im,  że  będzie  lepiej,  bo  sama  już  to
wiem.

Nawiązałam  przez  internet  trwalsze  znajomości.  Nie  ma  żadnego

udawania,  nie  ma  wymuszonej  uprzejmości  i  pustych  zapewnień.  Czasami
wiadomość  to  jedno  słowo  lub  z  trudem  sklejone  zdanie,  ale  wynika  to
z  niemożności  określenia  własnych  uczuć,  ze  zbyt  silnego  bólu  istnienia,
który nie pozwala na stworzenie sensownej wypowiedzi. Ale się rozumiemy.

– Mam jeszcze większą świadomość, że są na świecie ludzie, którzy znają

depresję  od  wewnątrz,  którzy  doświadczyli  bądź  doświadczają  tak  ciężkich
do wytrzymania objawów tej choroby. A jeśli ktoś jest w gorszej sytuacji lub
dopiero na początku drogi do wyzdrowienia, czuję, jak wiele ja już zrobiłam.
Łączymy się w walce.

–  Czy  udzielanie  wsparcia  tym  ludziom  sprawia  ci  przyjemność?

Wierzysz w to, co robisz?

–  Myślę,  że  tak.  Jakiś  czas  temu  sama  byłam  w  takiej  sytuacji  i  nie

sądziłam,  że  może  istnieć  jakieś  wyjście.  Chcę  wykrzyczeć  światu,  że  to
możliwe.

Coraz częściej czuję w sobie siłę, której do tej pory nie znałam.

*

Przez cały czas siedzę przy biurku w zamkniętym pokoju i nikogo do siebie
nie dopuszczam. Nie jest to specjalnie trudne, bo nikt się do mnie nie dobija.
Cały  czas  chodzę  do  szkoły  i  staram  się  funkcjonować  w  miarę  normalnie.
Mój  stan  nie  należy  do  najgorszych,  czuję  się  coraz  bardziej  żywa,  a  co  za
tym idzie – bardziej zjednoczona z rzeczywistością. Oczywiście są momenty,

background image

kiedy czuję, że od najpoważniejszego ataku depresji, dwa lata temu, niewiele
się nie zmieniło, jakbym nie przechodziła żadnej terapii, nie brała leków. Ale
wtedy nie jestem sama i z pomocą Basi lub Mai szybko ładuję akumulatory.

Pilnuję dystansu do szkolnych spraw, ale muszę uważać, by nie zamienił

się  on  w  obojętność.  To  nie  jest  daleka  droga,  a  tak  trudno  potem  wrócić.
Staram  się  przez  cały  czas  pamiętać,  że  nie  liczy  się  samo  osiągnięcie  celu.
Ważny jest każdy krok po kolei. Choćby najmniejszy.

background image

24

W  szkole  odliczam  minuty  do  dzwonka,  skreślam  w  myślach  kolejne
przetrwane lekcje, kolejne przeżyte nad depresyjną kreską dni. I kolejne kroki
do przodu.

Tym  sposobem  o  8.15  w  piękny,  jesienny  wrześniowy  poranek

skończyłam  osiemnaście  lat.  Urodziny  to  taki  specjalny  dzień,  wyłącznie
mój.  Co  roku  mam  naiwną  nadzieję,  że  tym  razem  będzie  inny,  weselszy,
mniej samotny.

Basia podarowała mi z okazji urodzin drewnianą figurkę kotka. Wiem, że

będzie  dla  mnie  już  zawsze  wyjątkowym  przedmiotem.  Moim  amuletem
szczęścia.

– A teraz przygnębienie? – pyta Basia następnego dnia.
–  Nastąpiło  jakieś  załamanie,  smutek  pojawił  się  dosyć  szybko.  Cały

dzień siedziałam sama w domu. Sama.

Pozwoliłam, by moim ciałem zawładnął niepokój. Proces ten, co zawsze.
Wczoraj  wracałam  do  domu  i  modliłam  się,  by  zastać  w  przedpokoju

jakieś  obce  buty,  które  oznaczałyby,  że  ktoś  przyszedł  mnie  odwiedzić.  Nic
z tego. Wieczorem zadzwoniłam do doktor Kulczyńskiej, by umówić się na
wizytę.  Miałam  nadzieję,  że  uda  mi  się  zamienić  z  nią  parę  zdań.  Minąłby
lęk. Ale odwaga mnie opuściła.

Potem się pocięłam.
Po dziesięciu miesiącach abstynencji. Jestem beznadziejna.
Przez dwa tygodnie mój stan znów się pogorszył. Reagowałam na świat

w  dużym  spowolnieniu,  a  smutek  był  moją  podstawową  emocją.  Nie  był  to
jednak  ten  okropny,  przytłaczający  depresyjny  smutek,  który  nie  pozwala
normalnie  żyć.  Nie  paraliżował  mnie,  lecz  po  prostu  towarzyszył
codzienności.

Czułam się okropnie, pokazując Barbarze ślady po urodzinowym cięciu.

A  ona  całą  swoją  osobą  pokazała  mi,  że  mimo  to  cały  czas  stoi  po  mojej
stronie. Bardzo tego potrzebowałam.

Jednocześnie  byłam  całkowicie  świadoma  faktu,  że  kaleczenie  się

przestało  pełnić  pożądaną  rolę.  Tym  razem  nic  mi  nie  dało.  Chwyciłam  za

background image

żyletkę  z  przyzwyczajenia,  postąpiłam  po  prostu  tak  jak  do  tej  pory.  Ale
czułam, że robię coś złego, a ból był silniejszy niż dotychczas. Niewart tego,
co  zrobiłam.  Choć  rany  będą  jeszcze  długo  widoczne,  to  wiem,  że  więcej
tego nie zrobię.

Barbara powiedziała, że zdrowieję.

background image

25

Wracałam  z  zakupów,  gdy  to  się  stało.  Po  prostu  szłam  i  cieszyłam  się
podejmowanymi  przeze  mnie  nowymi  aktywnościami.  Ale  wszystko  się
zmieniło, kiedy zobaczyłam, jak ludzie pośpiesznie zaczynają gromadzić się
w  jednym  punkcie,  obok  przystanku  autobusowego.  Podeszłam  bliżej
i zobaczyłam, że na ulicy leży człowiek.

–  Autobus  przejechał  mu  po  nogach!  –  Usłyszałam,  jak  krzyknął  ktoś

z tłumu.

Momentalnie rzuciłam wszystko, co miałam wtedy w rękach, i uklękłam

na chodniku.

To  był  już  starszy  mężczyzna,  niewysoki,  ubrany  w  krótką  brązową

kurtkę i szare spodnie z grubego materiału. W kałuży obok leżał zmięty beret.

– Niech ktoś wezwie karetkę! – rzuciłam w przestrzeń.
– Czy ktoś ma komórkę?
– Masz telefon?
Szmer wśród gapiów, którzy coraz ciaśniejszym kręgiem skupiali się nad

nami.

Spojrzałam  w  stronę  nóg  leżącego  mężczyzny.  Wykrzywione

w  nienaturalny  sposób,  widoczne  kości  świadczące  o  licznych  złamaniach
otwartych,  krew.  Po  prostu  miazga.  Koszmar.  Gwałtownie  wciągnęłam
powietrze, by powstrzymać odruch wymiotny.

Zdjęłam z siebie płaszcz i nakryłam nim tego człowieka, rozluźniłam mu

szalik  pod  szyją,  przekręciłam  głowę  na  bok.  Jego  oczy  nieruchomo
wpatrywały się we mnie.

– Pośliznął się i upadł. To nie była wina kierowcy.
Zbierało  się  coraz  więcej  ludzi,  wszyscy  zdolni  tylko  do  patrzenia  na

tragedię, ale nikt nie jest w stanie wykonać żadnego sensownego ruchu. Stoją
i komentują. Nic więcej.

Wzięłam go za rękę i zaczęłam głaskać po głowie, powtarzając:
–  Wszystko  będzie  dobrze,  zaraz  przyjedzie  karetka  i  się  panem  zajmą.

Proszę się nie bać, jestem tu cały czas.

Dyszał, z ogromnym trudem próbował oddychać, tak mi się przynajmniej

background image

wydawało.  Starałam  się  pytać  go,  co  dokładnie  go  boli,  ale  nie  było  z  nim
żadnego  kontaktu.  A  jego  oczy?  Nie  można  zapomnieć  takiego  spojrzenia.
Oczy,  puste  oczy  wpatrzone  gdzieś  daleko,  w  jakąś  bliżej  nieokreśloną
przestrzeń.

Cały  czas  modliłam  się,  żeby  Bóg  pozwolił  mu  żyć.  Ale  on  umierał  na

moich rękach. Umierał... i umarł.

Karetka  przyjechała  po  dłuższej  chwili,  ale  nie  udało  się  już  nic  zrobić.

Po  prostu  umarł.  Umarł,  gdy  do  niego  mówiłam,  gdy  się  modliłam  i  gdy
trzymałam go za rękę.

Jednocześnie  tak  bardzo  szkoda  mi  było  kierowcy  autobusu.  Młody

chłopak, pewnie dopiero zaczął jeździć. Siedział na chodniku z głową między
kolanami.  Załamany.  Teraz  pewnie  prokuratura,  dochodzenie,  a  w  pamięci
już  do  końca  życia.  A  przecież  to  nie  była  jego  wina.  Niczyja.  Po  prostu
wypadek.

Stałam  tam  i  patrzyłam  na  ciało  przykryte  czarną  folią.  Ciało,  które

jeszcze  przed  chwilą  żyło.  Śmierć  nagle  wydała  mi  się  czymś  potwornym,
a  przecież  jeszcze  niedawno  sama  o  niej  marzyłam.  Teraz  za  wszelką  cenę
chciałam dalej żyć, oddychać i jutro rano otworzyć oczy po przebudzeniu.

Wpadłam  w  moją  wewnętrzną  histerię.  Nie  krzyczałam,  nie  płakałam

głośno,  nie  biegałam  i  nie  wyrywałam  sobie  włosów  z  głowy.  Po  prostu
w jednej chwili coś we mnie stłukło się i przyrosłam do chodnika, nie mogąc
zrobić kroku do przodu. Zrobiło mi się niedobrze, gorąco i wpadłam w swego
rodzaju trans wynikający chyba z szoku.

Na  początku  wyrzuty  sumienia.  Czy  mogłam  zrobić  coś  więcej?  Czy

mogłam  mu  pomóc?  Roztrzęsiona  i  przerażona  funkcjonowałam  jeszcze
przez  kilka  dni.  Nikomu  nic  nie  powiedziałam,  a  z  Mają  spotkałam  się  po
pięciu dniach.

– Jesteś takim małym aniołkiem – powiedziała. – Zrobiłaś coś pięknego,

byłaś  przy  tym  człowieku,  kiedy  umierał.  Tak  trudno  jest  towarzyszyć
umierającemu,  a  ty  to  zrobiłaś.  Wiem,  że  było  to  dla  ciebie  trudne,  ale
zobacz, byłaś jedyną osobą, która ruszyła się z miejsca. Jesteś wielka.

Nie  jestem  w  stanie  opisać  tej  ulgi.  Idę  na  spotkanie  przepełniona

negatywnymi  emocjami,  z  ciężką  klatką  piersiową,  bolesnym  oddechem,
dreszczami  i  ogromnym  zmęczeniem.  A  potem  siadam  w  fotelu,  patrzę  na
spokojną  twarz  doktor  Kulczyńskiej,  której  ufam  i  przy  której  jestem
całkowicie  bezpieczna,  i  wylewa  się  ze  mnie  cała  ta  ohydna  substancja,
i  w  ciągu  tej  planowej  godziny  staję  się  wolna.  Nie  od  moich  myśli.  Od

background image

przytłaczającej masy tamtego wydarzenia.

– Jesteś bardzo dzielna, wiesz? – szepnęła do mnie tuż przed wyjściem.
Mam przed oczami jeszcze ten obraz. Widzę te oczy, widzę zmiażdżone

nogi i moment, kiedy koła autobusu najeżdżają na te nogi, mimo że tego nie
widziałam. Tak jakby zaciął się film, jakbym cały czas oglądała jeden kadr.

Parę  dni  później  przeczytałam  w  gazecie,  że  bezpośrednią  przyczyną

śmierci był zawał serca w wyniku szoku powypadkowego.

*

Koszmar  wypadku  powraca  do  mnie  co  jakiś  czas.  Doktor  Kulczyńska
zapisała mi leki uspokajające, żebym przez te kilka dni mogła dojść do siebie.

– Nie połkniesz całego opakowania? – pyta, ale wyczuwam w jej głosie,

że nie jest do końca poważna i raczej mnie prowokuje.

– Oczywiście, że nie. Obiecuję – obruszam się, bo przecież już od dawna

nie mam takich myśli.

I  czuję,  że  jest  dobrze.  Jedno  słowo:  „obiecuję”,  i  zrozumiałam,  jak

ogromny postęp uczyniłam od czasu, gdy siedziałam w tym samym miejscu
po raz pierwszy. Niepozorne osiem liter poniosło za sobą ogromną siłę, stało
się owocem całej mojej dotychczasowej pracy.

Mimo  pojawiających  się  co  jakiś  czas  napadów  smutku  zauważam

ostatnio  znaczące  zmiany  w  moim  samopoczuciu.  Zmiany  na  lepsze.  Coraz
częściej  mam  siłę,  by  coś  robić,  a  przede  wszystkim  chęć  do  tego.  Walczę
z umysłem, który wciąż pracuje zgodnie z mechanizmem: pamiętać tylko to,
co  złe.  Być  może  nie  mam  zdolności  (a  może  ochoty),  by  zauważyć
jakiekolwiek  postępy  w  wychodzeniu  z  choroby,  ale  moje  terapeutki  wciąż
mi o tym przypominają. Powoli zaczynam zauważać to, czego udało nam się
dokonać.

*

Rok  upływa  mi  na  przygotowywaniu  się  do  matury  i  egzaminów  na  studia.
Rzeczywistość moich rówieśników staje się po części moją rzeczywistością.
Po części, bo już zawsze będę krok do przodu przez to, co przeszłam. Nauka,
książki, studniówka, spotkania towarzyskie, pasje. Mogę się śmiać, żartować,
robić  plany  i  snuć  marzenia.  Za  kilka  miesięcy  zacznę  wszystko  od  nowa.
A  w  chwilach,  gdy  przychodzi  zwątpienie,  mam  już  z  kim  porozmawiać.
Życie z depresją staje się przeszłością. I to się dzieje naprawdę.

background image

26

Już  teraz  wiem,  że  można  wyjść  z  tego  depresyjnego  piekła.  Naprawdę.
I choć wydaje się nam, że nic nie robimy, nie walczymy i czujemy się coraz
gorzej,  to  w  rzeczywistości  jest  zupełnie  inaczej.  Szereg  codziennych,
niezauważanych drobiazgów zabiera nam mnóstwo energii, każda błahostka,
jak  choćby  zmiana  pozycji  siedzenia  lub  leżenia,  w  trakcie  ciężkiej  depresji
staje się wysiłkiem przekraczającym nasze możliwości. Trzeba zwracać na te
drobne iskierki człowieczeństwa uwagę. To jest bowiem nasza walka o życie,
o  upragniony  wewnętrzny  spokój  i  równowagę  emocjonalną.  Bardzo  długo
wydawało mi się, że nie robię nic, że nie posuwam się w ogóle do przodu, ale
teraz  umiem  już  zauważyć  te,  niewidoczne  wcześniej,  przełomy.  Może
dostrzegłam je dopiero, wypowiadając to magiczne słowo „obiecuję”?

Samo  wstanie  z  łóżka  staje  się  dla  nas  zwycięstwem.  Zwycięzcą  nie

zawsze jest ten najlepszy, który zdobywa główną nagrodę. Zwycięzcą może
być człowiek, który próbuje coś zmienić w sobie, swoim życiu i podejściu do
otaczającego  świata,  pomimo  wszelkich  trudności.  Człowiek,  który  robi
pojedyncze,  powolne  kroki,  przekraczając  własne  lęki  i  ograniczenia,
podczas  gdy  inni  bez  trudu  biegną.  Nam  może  wydawać  się,  że
przegrywamy, że z góry jesteśmy skazani na poniesienie druzgocącej klęski,
ale każdy, choćby najmniejszy, ruch jest potężnym krokiem w stronę słońca,
które świeci dla wszystkich.

Dla nas też.
Tak  jak  dziecko  uczy  się  chodzić,  tak  ja  przez  ponad  dwa  lata  terapii

uczyłam  się  żyć.  Musiałam  zacząć  od  początku.  Zmienił  się  mój  sposób
myślenia.  Zaczęłam  patrzeć  na  świat  w  dużo  jaśniejszych  barwach.
Nauczyłam  się  przeżywać  szczerą  radość  i  satysfakcję,  gdy  coś  mi  się  uda
osiągnąć.  Otworzyłam  się  na  ludzi  i  przestałam  się  ich  bać.  Nie  widzę  już
przyszłości  w  czarnych  barwach,  jak  to  robiłam  do  tej  pory.  Dostrzegłam
w  sobie  człowieka,  który  ma  prawo  do  życia,  jak  wszyscy  ludzie.
Dostrzegłam  w  sobie  piękno  i  wartość,  których  tak  bardzo  się  wypierałam.
Przestałam  patrzeć  na  świat  w  kategoriach  czarne  –  białe  i  odrzuciłam
myślenie  „wszystko  albo  nic”.  Nie  odnoszę  już  wszystkiego,  co  ktoś  zrobi

background image

lub  powie,  do  siebie.  A  przede  wszystkim  zrozumiałam,  że  depresja  jest
chorobą, a nie moją winą.

Dostałam  ogromny  zastrzyk  siły,  którą  wykorzystuję  przy  każdym

potknięciu, bo jest ich jeszcze bardzo dużo. Ale umiem już walczyć i bronić
się.  Przebyłam  bardzo  długą,  trudną  i  wyboistą  drogę,  z  której  wyszłam
zwycięsko.


Document Outline