background image

 

                                                  Bohumil Hrabal

                DOBRANOCKA DLA CASSIUSA

Poganie wiary nie znając prawdę odkryli...

Chrystus

Dziś jest niedziela, nastawiłem radio Wiedeń, zaczęły się wiadomości w języku francuskim, otwarłem 

drzwi i Cassius wtargnął do mnie jak czarny delfin, jak czarny pogrzebowy kucyk, co to ciągnie bęben... i 
naraz usłyszałem w wiadomościach:

— Alexandre Dubczek est decede a Prague...
umieram,   Cassiusie,   opuścił   ten   świat   mój   przyjaciel,   a   ty   będziesz   dziś   czarnym   przewodnikiem 

konduktu pogrzebowego moich jasnych wspomnień o Saszeńce Dubczeku, o którym napisałem kiedyś, że 
ciągiem dwustu ton zostanie za pomocą rakiety Atlas wyniesiony na orbitę i będzie tam królować aż po 
dzień dzisiejszy...

Napisałem, Cassiusie, i kiedy mnie pytano, co myślę  o wyborze Gorbaczowa, wówczas, w kwietniu, 

napisałem do włoskiego “Expressu”, że jego los nie będzie się różnił od losu Saszeńki Dubczeka... i że 
Gorbaczow ma takie same oczy, jakie miał Saszeńka Dubczek, jakie miał Chrystus, kiedy modlił się na 
Górze Oliwnej:

— Panie, jeśli możesz, odwróć ode mnie ten los...
No   i,   Cassiusie,   już   to   mamy...   Alexandre   Dubczek   est   decede...   Denatus.   Jak   wyrzeźbiono   na 

grobowcach biskupów i opatów w Regensburgu, w Ratyzbonie, gdzie przyjmowali chrzest pierwsi książęta 
czescy..

Jesteś pierwszy,  Cassiusie, kto usłyszał  tę wiadomość, i te informacje  o tym,  jaki program nadawać 

będzie wiedeńska telewizja, a właściwie radio... Druga symfonia Gustawa Mahlera, symfonia Auferstehung, 
którą mam tu na stole, na taśmie magnetofonowej, a symfonia ta nosi nazwę Tytan...

Wczoraj, Cassiusie, kiedy rozmawialiśmy o tym, jaki film chciałby każdy z nas zobaczyć, powiedziałem:

— Śmierć w Wenecji z Czwartą symfonią Mahlera na ścieżce dźwiękowej...

Tak jakbym, Cassiusie, przeczuwał już to, że w Pradze umiera Saszeńka, Saszeńka, który szukał mnie raz 

w “Tygrysie”, a mnie tam nie było.., może gdybym  z nim porozmawiał, to rozmowa ta stałaby się tym 
motylim skrzydłem, które zmieniłoby cały jego los i Saszeńka byłby jeszcze wśród nas...

jednakże, Cassiusie, nikt nigdy nie wie, o co prosi... teraz Saszeńka jest denatus, est decede, polityka była 

jego Losem i króluje teraz na orbicie chrześcijańskiego i komunistycznego nieba, piękny chłopak, człowiek, 
który —kiedy widziałem go na Zamku, gdy owej praskiej wiosny wręczał mi medal laureata za film, gdzie 
bohater wylatuje na końcu w powietrze w imię wyższego celu, za film Pociągi pod specjalnym nadzorem, 
nie mogę,  Cassiusie, zapomnieć,  że  kiedy wychodził  z wyłożonych  tapetą drzwi wraz  z prezydentem  i 
innymi przedstawicielami rządu i partii, oślepił mnie wprost, bo wokół całej postaci Saszeńki Dubczeka... bo 
cała jego postać tchnęła blaskiem, dokoleńka, dokoła, tak jak aureola otaczała Ignacego Loyolę...

to   pierwszy   szlachetny   komunista,   który   króluje   we   wspomnieniach,   a   faktycznie   także   w 

chrześcijańskim niebie...

będziesz tu, Cassiusie, ze mną jako gość żałobny, będziesz przewodnikiem moich myśli, przewodnikiem 

konduktu pogrzebowego, podczas gdy te tam na dworze, te cztery czarne kocurki, chłopaki, będą siedzieć na 
stole niczym grabarze, bo dzisiejsza niedziela jest dniem żałoby...

A więc, Cassiusie, aniele boży, stróżu mój, strzeż nie tylko mnie, ale i duszyczkę świętego Saszeńki, a 

zrządzeniem wyższych mocy, przypadkiem, który ma sens, nawet radio wiedeńskie będzie nadawać dziś 
symfonię Auferstehung, symfonię Tytan... jako pierwsze requiem za tego, który nas, Cassiusie, wyprzedził, 
który był natus na Słowacji, a denatus w Pradze... I do tego Na Homolce. Panie, jeżeli możesz, odsuń ode 
mnie ten kielich... ale Saszeńka był bohaterem i wypił ten kielich do dna...

Umarła nam, Cassiusie, Pipsi, nie mam nikogo, moje dzieci odeszły już w nasieniu, no i jestem tutaj... a 

ty przy piecu czyścisz sobie czarne futerko na pogrzebową niedzielę...

Rakietą   Atlas   wyniesiony   został   na   niebieską   orbitę.   Auferstehung   Symfonie...   już   za   życia   jest   z 

background image

Saszeńki... Tytan... A polityka, Cassiusie, to los.

Ps .
Kersko, 8 listopada 1992 roku, ciepło, pada drobny deszcz. Cassius po raz pierwszy leży ze mną w łóżku 

i mruczy. Filharmonia wiedeńska pod batutą Claudia Abbada skończyła o godzinie 12.45 Drugą symfonię 
Gustawa Mahlera, Auferstehung, a Pierwsza symfonia nosi tytuł Tytan.

MAGNA CHARTA 92

Ulotka reklamowa

Motto:

Ivan szczał wczoraj koło parlamentu.

Z dziennika intymnego Egona Bondy’ego (Pl 090, s. 47)

Ivo Vodsed’alek stworzył w swoim życiu, przez całe to swoje barwne życie, pięć książek, przeżycia i 

liryczne wzruszenia, gagi i sci-fi, które w jego życiu przeplatają się z sytuacjami granicznymi Karła Jaspersa, 
i w ten oto sposób, często bez alegorii i symbolu, autor uprzejrzyścił nam nasze istnienie. Jego wiersze 
przypominają   dwadzieścia   dwie   karty  tarota,   filozoficznej   gry  EL   GRAN   TAROT   ESOTERICO,   karty 
liczące sobie  wiele tysięcy lat, które stanowiły źródło natchnienia dla Raimundusa Lullusa w trzynastym 
wieku, a w wyniku tej inspiracji powstała jego ARS MAGNA, księga ta z kolei natchnęła Hieronima Boscha 
i stworzył plastyczne dzieło późnogotyckiej moralności... jego zaś styl i formy sięgają aż po paranoiczno-
krytyczną metodę Salvadora Dali...

A ja ten pentateuch Ivo Vodsed’alka nazywam Magna Charta Libertatis, tych pięć ksiąg to niegorliwa 

gorliwość poety, który mógł sobie pozwolić na ten luksus pisania jedynie dla siebie i swoich przyjaciół. W 
owych   pięćdziesiątych   latach   Ivo   zawarł   Sternenfreundschaft   ze   swoim   przyjacielem   Egonem   Bondym, 
który chyba tylko dla niego przełożył Galgenlieder Christiana Morgensterna, i tak obaj poeci jako point de 
depart znajdowali natchnienie w dada i absolutnym humorze Palmstroma  oraz von Korfa. Itak oto dwaj 
prascy poeci, obaj zapaleni marksiści, a przy tym dzieci z rodzin high snobiety, chodzili ulicami i placami, 
odwiedzali restauracje i bary;  kawiarnie i skwery centrum Pragi i jej przedmieść, aby swoimi totalnymi 
wierszami obalać z wolna, lecz nieuchronnie pomniki poetyzmu i przekształcić je w nowy styl życiowy 
marksistowskiej cyganerii.

Kochana Kwiecieńko, Ivo Vodsed’alek mógł sobie pozwolić na ten luksus wykształcenia sięgającego 

niemal polihistorii, a co więcej — namiętnie jeździł na nartach i na łyżwach, i pływał, i w ogóle namiętnie 
oddawał się podróżom i sportom, tak jak praski pisarz Franz Kafka... i nie miał żadnego powodu, by stać się 
sygnatariuszem   Karty   77...   napisał  pięć   książek,   które   tworzą   jego   Magna   Charta   92,   Nietzsche 
sparodiowałby ją zniekształcając zdania Kanta: Ding an sich selbst in allen Dingen... na: Charta an mich und 
fur mich in allen Dingen...

I tak oto Ivo Vodsed’alek, zawsze elegancko ubrany, z kolorowym krawatem i w luksusowych bucikach, 

odwiedzał praskie lokale i mieszkania i tam chętnym słuchaczom deklamował swoje wiersze i dzięki temu 
przesunął lata pięćdziesiąte aż ku tej swojej egzystencyjnej, egzystencjonalnej sytuacji, kiedy mógł sobie 
pozwolić na ten luksus i latać z nieznajomymi w swoich balonach, boć przecie nie tylko pisanie, ale i latanie 
jest takie łatwe...
A przy tym nadal podziwiał sowieckie plakaty i filmy, nadal kochał rosyjskich malarzy, którzy nie ulegli 
czarowi   nowoczesności...   a   przy  tym   długie   godziny  poświęcał   na   czytanie   Biblii   oraz   reklamowych   i 
politycznych   sloganów,   i   z   powycinanych   tak   tekstów   układał   literackie   kolaże,   myśląc   przy   tym   o 
Tertulianie... Credo, quia absurdum est... i rozważał podczas przechadzek po Pradze, zastanawiał się nad 
Mikołajem z Kuzy, ile racji jest w jego Docta ignorantia... 
Dlatego Ivo, mieszkając na piątym piętrze przy alei 28 Października, zamawiał taksówkę, by go zawiozła do 
gospody “Pod Trzema Białymi Barankami” znajdującej się tuż obok, po przeciwnej stronie ulicy..
Myślę, że wszystkie te pięć książek, które opublikowała “Praska Imaginacja”, zainteresuje nie tylko history-
ków literatury, lecz także dziejów rozwoju ducha ludzkiego epoki, filozofii i socjologii, zwłaszcza recesji, a 
jeszcze bardziej happeningu, tak jak Friedrich Nietzsche objął swoją filozofią wszystkie kategorie nauki i 
sztuki. Poprzednikiem Iva Vodsed’alka w recesji był prezes praskich recesjonistów, syn właściciela zakładu 
pogrzebowego Schonbach, gdzie w piwnicy stały trumny, a po węgiel chodziło się na parter, a ja mieszkałem 
na piętrze u detektywa policji obyczajowej, który w wolnych chwilach chętnie czytywał Biblię...
Stowarzyszenie   recesjonistów   w  latach  pierwszej   republiki   wynajęło   wóz   meblowy  w   firmie   “Holan”   i 
sześciu siłaczy pod przywództwem studenta Schonbacha wynosiło później i wnosiło do sieni i podwórek 
kamienic przy placu Świętego Wacława leciutkie bambusowe pręty, po trzech, przez całe przedpołudnie, po 
południu zaś z kolei spoceni wynosili te pręty z  podwórza i ładowali z powrotem do wozu meblowego z 

background image

firmy “Holan”, po czym, wyczerpani, siadali na schodkach i ocierali pot z czoła...

Oczywiście, Ivo Vodsed’alkowi wystarczała do recesji taksówka.
Kochana Kwiecieńko... mieszkałem na Libni, przy ulicy Na Krawędzi Wieczności, ta ulica i mój dom 

został rozebrany,  zburzony...  ale  pozostał  dom numer  pięć,  “U Husyty”...  i codziennie idąc  na autobus 
przechodzę obok tego domu, gdzie nad wejściem do jakiegoś sklepu znajduje się na fioletowym szkle żółta 
reklama:

GOVINDI‚ MIĘDZYNARODOWE TOWARZYSTWO ŚWIADOMOŚCI KRISZNY...
na wystawie prezentowane są książki i taśmy magnetofonowe z Upaniszadami i Sziwą, i Kriszną... i 

przychodzą tu młodzi ludzie, siadają przy stołach, piją herbatę i w milczeniu pochylają się nad otwartymi 
książkami,   tak  jak  kiedyś   dwaj   poeci   prascy,   którzy  zawarli   Sternenfreundschaft   i  poświęcali   się   także 
indyjskiemu buddyzmowi zen...

Dziś, kiedy przechodziłem obok “Govindi, międzynarodowe towarzystwo świadomości Kriszny”, miałem 

widzenie jak kiedyś Egon Bondy.. kiedy pisał wiersz o tym, jak nad Kremlem w samolocie leci Stalin w 
szlafroku w stokrocie...

Choć przed nim dali woalka

widzi Vodsed’alka

co czyta Vitezslava Halka. 
Łza kręci mu się w oku
i już gotów do skoku...

a ja widziałem Vodsed’alka czytającego w pałacu Kriszny, Govindi, przy mojej dawnej ulicy Na Krawędzi 
Wieczności, bo w tym  kraju,  gdzie przyszedł  na  świat  także  Zygmunt  Freud, dzięki  pięciu tomom Ivo 
Vodsed’alka   wszystko   jest   możliwe.   Dzięki   tekstom   Zygmunta   Freuda   oraz   Ivo  Vodsed’alka   możemy 
znaleźć   się   nawet   w   królestwie   tagtrojmów,   w   królestwie   interpretacji   snów   i   histerii,   dzięki   jego 
psychopatologiom dni powszednich...

Ps
Oczywiście, kochana Kwiecieńko, Marlon Brando and Vladimir Mećiar and Ivo Vodsed’alek nie muszą 

podrywać kociaków...

DOBRANOCKA NA BOŻE NARODZENIE

Motto:
J. Svoboda przewodniczący Czechosłowackiego Związku Młodzieży w swoim oświadczeniu:
Jestem głęboko przekonany, że data 25 listopada 1992 roku wejdzie do wspólnej historii Czechów i Sło-
waków   podobnie   jak   egzekucja   panów   czeskich   w   1621   roku,   utworzenie   wspólnego   państwa   28 
października 1918, układ monachijski 1938, aprobata układów jałtańskich i teherańskich 1948 i agresja 
wojsk Układu Warszawskiego 21 sierpnia 1968.

“Rude pravo” (ukazało się w nakładzie 338 240 egzemplarzy)

Słuchaj no, Cassjusie, ośle jeden, kiedy pracowałem jako dyżurny ruchu w Kostomłotach kolo Nymburka 

miałem wspaniały mundur, wspaniały płaszcz, na lato wspaniałą lustrynową bluzę... ale co tydzień gubiłem 
gwizdek,   na   ktoryrn   odgwizdywałem   gdy   pociąg   osobowy   miał   odjechać,   sygnał   WM   9,   konduktorzy 
pociągów na miejsca —i konduktorzy i kierownicy pociągu unosząc rękę dawali znak, że wszystko jest 
gotowe.., bon, ale ja co tydzień ten gwizdek gubiłem lub gdzieś zapodziewałem,  i  wobec tego WM  9, 
konduktorzy pociągów na miejsca, gwizdałem na palcach, tak się tego nauczyłem, że wkrótce ludzie z Łysej 
i Nymburka tylko dlatego jeździli przez moją stację...

— Spójrz no, Józeczku, zaraz będzie stacja, gdzie pan dyżurny ruchu gwiżdże na palcach...
no i, Cassiusie, nawet Chmelec, najwyższy pan wszystkich dyżurnych ruchu, przyjechał tam umyślnie w 

wagonie służbowym, aby na własne oczy tę hańbę zobaczyć, kupił mi gwizdek, i dał mi go, i powiedział, że 
sam dyrektor kolei Żelezny w Gródku Królowej jest zaniepokojony tym odgwizdywaniem sygnału WM 9 na 
palcach... Zawiadowcy kupiła dyrekcja Gródek cały tuzin gwizdków na zapas, ale ja co tydzień gubiłem 
nadal trzy gwizdki i podróżni wciąż jeździli przez moją stacyjkę, aby pokazywać dzieciom...

— Teraz będzie ta stacyjka...
I tak to było — nie zawsze, ale często gwizdałem na palcach... I słuchaj, Cassiusie, ośle jeden, teraz z 

kolei jeżdżą podróżni autobusem przez przystanek “Przy Ławeczce”, a kiedy wysiadam, wszyscy siedzą przy 
oknach   i   własnym   oczom   nie   wierzą,   że   w   tej   mojej   alejce   numer   dwadzieścia   cztery   czeka   na   mnie 
dwanaście kotów wychodzą mi naprzeciw, prowadzi je Pomarańcz i Czernidło, a ty, Cassiusie, trzymasz się 
z tyłu, zachowujesz należny dystans, ta banda czarnych kotów samczyków, i burych kotek i koteczek z 
żabocikiem i różowymi noskami wychodzi mi hurmą naprzeciw, i przewracają się na grzbiety, i uśmiechają 

background image

się do mnie z brzuszkami do góry, a ty, Cassiusie, przychodzisz ostatni, wyciągam do ciebie palec, a ty 
łaskawie szturchasz go nosem...

I tak jak kiedyś przed laty z powodu tego mojego gwizdania na palcach, jeżdżą teraz ludzie autobusem, 

aby zobaczyć  tę  moją   watahę  kotek  i kotów...  Rozsławiła  ta  moja   horda  przystanek  autobusowy “Przy 
Ławeczce” w Kersku, zupełnie tak samo jak kiedy ja w Kostomłotach gubiłem gwizdki i musiałem sygnał 
WM 9 odgwizdywać na palcach... i ludzie stali przy oknach, i patrzyli na mnie, jak obmacuję się i nie mogę 
gwizdka w żadnej kieszeni znaleźć... I, kochany Cassiusie, to twoje zachowywanie dystansu, to trzymanie się 
na uboczu od tej watahy, uczyniło z ciebie Zaratustrę, bo wiesz, co to jest... dystans, trzymanie wszystkich 
innych z dala od siebie...

Siedziałem w foteliku, Cassius na moich kolanach słuchał, mruczał, trzymałem go za łapkę, wysuwał i 

chował pazurki, pochyliłem się tak jak dawno temu,  kiedy się z Cassiusem kochaliśmy,  i liczyłem mu 
pazurki, a potem brałem jedna za drugą jego łapki, podnosiłem je i nie szczędziłem całusów... Pojednaliśmy 
się i ja opowiadałem mu wprost do uszka tę najmilszą historyjkę z lat chłopięcych, kiedy przyjaźniłem się z 
panem Wanieczkiem, który pracował przy torach, a kiedy na tym naszym Załabiu wracał z pracy, to jak była 
piękna pogoda, długo mył ręce, mydlił i rozmarzał się na podwórku i śpiewał nie skąpiąc głosu i uczucia:

Wiosła są długie, łódka niespora,
Pójdźże, kochanko, już wracać pora...

a potem:

Wokół noc cicha, ta noc majowa...

po czym z kolei:

Panna Stasia z panem Lolkiem
bardzo lubią tańczyć polkę...

I tak z namydlonymi rękoma słodko śpiewał, a ludzie na podwórkach i w ogródkach słuchali, Józiek miał 

piękny głos.., później jednak, ni stąd, ni zowąd pan Wanieczek, mój  druh i przyjaciel, a ja tylko na to 
czekałem, krzyczał nagle:

— Nie jedli, nie pili, tylko pierdolili!
A potem było słychać gniewne zamykanie okien i krzyk:
— Ta świnia Wanieczek! Już wrócił z pracy!
A pan Wanieczek kończył myć ręce, a jego ogromna, stara jak Sybilla ciotka waliła Józia w plecy i śmiała 

się, i pan Wanieczek śmiał się, aż łzy płynęły mu z oczu, a ja wstydziłem się za niego, ale byłem szczęśliwy, 
że taki z niego dadaista i recesjonista...

Kochany Cassiusie! Pewna mama skarżyła mi się na to śpiewanie i ten recytatyw pana Wanieczka...

— Proszę pana, proszę wybaczyć,  ale ja mam  córeczkę, ma  pięć lat, nim idzie spać, nauczyłam ją: 

“Aniele Boży, stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój...”, ale kiedy już już zasypia, ta moja judytka tak jak ten 
bydlak   pan   Wanieczek   szepcze:   “Nie   jedli,   nie   pili,   tylko   pierdolili”.   I   niech   mi   pan   powie,   jak   mam 
wychowywać  te swoje dzieci? Sąsiadki też w sklepiku narzekają, że ich dzieci, które chodzą do szkoły 
powszechnej, też ni stąd, ni zowąd, nawet w klasach, wykrzykują: “Nie jedli, nie pili, tylko pierdolili”, a mój 
mąż śmieje się, aż brzuch mu się trzęsie, i powiada: “Daj Bóg, aby i u nas tak było... Nie jedli, nie pili, tylko 
pierdolili”.

Aha! Mój Cassiusie, w telewizji przed dobranocką i po niej bywają reklamy... a ja ci powiem o reklamach 

w moich złotych trzydziestych latach w Nymburku, gdzie pisywałem już wtedy wierszyki do “Gazety Oby-
watelskiej” i byłem poetą... Co tydzień w tej “Gazecie Obywatelskiej” firma Hendrych, ulica Palackiego, 
Koszule i Towary Galanteryjne, miewała takie choćby reklamy...

Bohumil Hrabal, poeta nymburski, został przejechany przez pociąg na trasie między Kostomłotami a Ka-

miennym  Zbożem — ale nic mu się nie stało, bo miał na sobie koszulę z firmy Milan Hendrych, ulica 
Palackiego, Nymburk.

Kiedy indziej znów:

Poeta Bohumil Hrabal spadł z wieży kościoła dekanalnego pod wezwaniem Świętego Idziego, ale że miał 

na sobie koszulę z firmy Milan Hendrych, ulica Palackiego, Nymburk, nie odniósł żadnych obrażeń...

I jeszcze wiele innych pięknych reklam, a oto najpiękniejsza:

Na dziedzińcu hotelu “Zofiówka” na Załabiu załamała się pod Bohumilem Hrabalem podłoga wygódki i 

—mimo iż po szyję w ekskrementach — poeta został wyciągnięty z kloaki czysty, bo miał na sobie koszulę z 
firmy Miłan Hendrych, Nymburk, ulica Palackiego...

Ale, Cassiusie, stajesz się już nerwowy, wbijasz mi pazurki w spodnie, wobec tego opowiem ci tkliwą i 

poetycką dobranockę tylko dla ciebie. Otóż tak jak z reklamami  bywa dziś u nas także z wyborami. W 
telewizji w wiadomościach są co tydzień jakieś wybory i ten wyborczy uraz trwa już drugi rok... Jakież to, 
Cassiusie, było proste za komunistów, ale wtedy ciebie nie było jeszcze na świecie... Wszystko było jasne, 

background image

dziewięćdziesiąt dziewięć procent wybrano już z góry, ale przedstawienie musiało trwać! Ja po raz ostatni 
głosowałem u siebie, w Kersku. W sobotę przed południem przyszedł komisarz wyborczy i:
—   Do   licha,   Bogusiu,   gdzie   jesteś?   i   nastawił   urnę   wyborczą:   pudełko   po   butach   oblepione   taśmą 
ostemplowaną   pieczęcią   rady   narodowej...   tekturowe   wieczko   nacięte   nożem   stanowiło   tajny   otwór   do 
wrzucania kart wyborczych... wsunąłem więc swoją kartę, a on: — Tam do licha, musimy jeszcze pójść do 
Wery... dochodzi wpół do pierwszej, a my w Gródeczku zobowiązaliśmy się, że do pierwszej będzie po 
wyborach... no i ja, jako członek miejscowej rady narodowej, poszedłem z nim, z komisarzem wyborczym, 
który miał kiedyś drogerię, a że nie wiodło mu się w interesach, został komunistą... i dotarliśmy do parceli 
między lasami, w ogrodzie rosły drzewa owocowe i dojrzewały czereśnie, napoleonki, chrupki, i komisarz 
niczym mszał niósł pudełko wyborcze po butach, urnę wyborczą... a tam pośrodku ogrodu była drabina i w 
koronie napoleonki stała tłusta Wera w krótkich spodenkach i zrywała owoce, i drabina się kołysała... a my 
staliśmy na dole, pod koroną obsypaną  czereśniami,  a w górze promieniało wielkie piękne dupsko, nic 
więcej poza tym dupskiem, i zawieszony na haku u góry drabiny koszyk, i pulchne ręce zrywały z gałęzi i 
wkładały do koszyka dojrzałe czereśnie...

— Toż ty, dziewucho — zawołał komisarz wyborczy— jesteś ostatnia... — i wyciągał w górę pudełko — 

zejdź niżej i wrzuć tu swój głos...

A z korony przejrzałych czereśni napoleonek rozległ się donośny głos młodej kobiety:
— A idźcież wy do dupy na raki razem z tymi swoimi wyborami! I tak to wszystko gówno warte!

A komisarz zwinął dłonie w tubę i wołał w górę:
— Cóż to, dziewucho, mówisz? Czemu urągasz i bluźnisz? Demokratyczne wybory, a ty tak?! Zejdź na 

dół i weź udział w wyborach, bo nie dostaniesz na Gwiazdkę specjalnego dodatku!

I ja spoglądałem z upodobaniem na to ogromne piękne dupsko na wysokości pięciu metrów na chwiejącej 

się drabinie i czułem się tak, jakby mi ktoś smarował piersi sadłem, tak piękny był też płynący z góry głos 
młodej kobiety...

— Wsadźcie sobie w dupę ten wasz dodatek specjalny. Przecież niczego nie zmienicie, mielecie tylko na 

próżno Jęzorem...

A komisarz zwinął znów dłonie w tubę i wołał w górę:
— Co takiego? Nic się nie zmieni? Znów będzie Boże Ciało, w Nymburku, a i komuniści będą mogli 

wziąć  udział!  I  nie  tylko  Boże   Ciało,   ale   będzie  też   znowu  święto Wniebowzięcia  Najświętszej   Panny 
Marii...

A z góry dudnił i wołał głos młodej kobiety, zrywającej nadal czereśnie:

— Austriackie gadanie. Tak jak zawsze. Nic się nie zmieni...

A komisarz wyborczy znów wołał w górę:

—   Co?   Jeszcze   za   mało?   Nawet   ja   pójdę   i   w   Boże   Ciało   poniosę   baldachim,   i   przewodniczący 

miejscowej rady narodowej, a trzeci drążek ujmie w swoje ręce ten z bezpieki. No tak — mówił komisarz i 
wziął tę urnę wyborczą i zaczął piąć się w górę po drabinie. — Wrzuć tu tę kartę wyborczą...

A z góry dobiegał zgorszony głos kobiecy:
— Na Boga, dziadu jeden, ja tę kartę wyrzuciłam, ale jak się ta drabina połamie, to cię tam na dole tak 

opaskudzę razem z tym wyborczym pudełkiem po butach...

Ale, Cassiusie, uważaj, ośle jeden, komisarz się nie poddał, wspiął się o jeszcze jeden szczebel wyżej i 

uniósł to pudełko...

— Obeszczę was! Nie chcę brać udziału w wyborach!

— wołał ostrzegawczo z góry grzmiący głos kobiecy... I komisarz wyborczy powiedział smutno:

—   Co   to,   to   nie!   Nie   dopuściłabyś   do   wykonania   czynności   urzędowych,   a   to   by   było   jak 

zbeszczeszczenie hostu... — rzucił mi pudełko wprost w rozłożone ręce i zszedł z drabiny, a będąc już na 
dole, podniósł nabożnie wzrok w górę i powiedział: — Ależ to, doktorze, piękna dupa, nieprawdaż?! 

I tak oto, Cassiusie, skończyły się wybory w Kersku, na leśnej parceli, w ogrodzie. Była to, Cassiusie, 

dobranocka dla ciebie i dla mnie. Ja wiem, że mnie słuchałeś... i sprawiło ci to przyjemność, prawda? Ale 
teraz muszę ci opowiedzieć o myśliwym, panu Francu... Kochał on, dopóki żył na tym świecie, księżyc w 
pełni. I wybrał się z dubeltówką, minął Frankową Nogawiczkę, przeszedł zagajnik i stał tam i czekał, aż nad 
leśnym duktem wzejdzie księżyc, z dubeltówką u nogi... I doczekał się... Nad łąką nad Cezą, tam, na drugim 
brzegu Łaby, wzeszedł księżyc
— opowiadał mi pan Franc — a ja stałem jak porażony i patrzyłem, i zachwycałem się, jak ten księżyc w 
pełni wyskoczył nad stare dęby, tam gdzie wznoszą się ruiny zameczku, gdzie Eliszka Przemysłówna i jej 
dwórki   pluskały   się   i   płukały   sobie   pizdy   w   srebrnopiennej   Łabie,   o   czym   napisał   piękną   piosenkę 
kompozytor   wojskowy   Fućik...   —   opowiadał   pan   Franc,   rozmarzony   jak   artysta   narodowy   Franciszek 
Hrubfn. — I nagłe — ciągnął — leśną drogą gaju Cegielna nadjechało cicho auto, wyskoczyła  z niego 
kobieta — poznałem ją: to przewodnicząca rady narodowej z Podiebradów — podbiegła aż do mnie, jak tam 
stałem, niewidzialny w mroku, uniosła spódnicę, spuściła majteczki i... obeszczała mi nie tylko dubeltówkę, 
ale i rzemień. Po czym przysłoniła znów tę swoją piękną dupcię w pełni, opuściła spódniczkę i powiedziała: 

background image

“Mamy to z głowy”. I wskoczyła do samochodu, i pojechała z powrotem do gaju Cegielnia, a ja patrzyłem 
na księżyc w pełni nad letnią siedzibą czeskiej królowej —opowiadał mi rozmarzony pan Franc.

Ten zamek na drugim brzegu rzeki, Cassiusie, bywał weekendy siedzibą królowej... a jeszcze i dzisiaj, 

późnym popołudniem w lecie, niesie się przez rzekę śpiew słowików.. ale zamek jest dziś ruiną w cieniu po-
tężnych dębów, dębisk... nazywa się Mydłowary, miły Cassiusie, ten zamek, a tę myśliwską flintę pan Franc 
dostał od księcia Hoherilohe z Podiebradów..
A na koniec jeszcze kilka reklam z tych moich złotych lat trzydziestych...
Na Cygance, na Drahelskim przedmieściu, rozgorzała cygańska bójka, a byłem tam i ja, gość honorowy, i 
choć mnie pokłuto nożami,  nic mi  się nie stało, bo miałem na sobie koszulę z firmy Milan Hendrych, 
Nymburk, ulica Palackiego...
i żebyś wiedział, Cassiusie, wyświetlano wówczas w Nymburku film z Harrym Pielem w roli głównej, a ten 
superhit nosił tytuł Niewidzialny... no i zdarzyło się, Cassiusie, że przy pracy przy żniwach u pana doktora 
Sedlaczka na Załabiu podczas odbierania snopów wpadłem do młockami firmy Wichterle i Kowarzik, ale nic 
mi   się   nie  stało,   bo,   na   szczęście,   miałem   na   sobie   koszulę   z   firmy   Milan  Hendrych,   Nymburk,   ulica 
Palackiego, zupełnie tak samo jak wtedy, kiedy przy alei Bolesławskiej spłoszyły się konie i wlokły mnie, 
poetę Bohumila Hrabala, aż do Szafarzykowego Młyna, lecz po uwolnieniu mnie stwierdzono, że sprzyjało 
mi jak zwykle szczęście, bo miałem na sobie koszulę z firmy Milan Hendrych, Nymburk, ulica Palackiego...
Oto co ja nazywam reklamą... I to bez namaczania!
I tak oto dzięki wspomnieniom, Cassiusie, żyjemy klawo, żyjemy w dechę. W przededniu nacjonalizacji na 
placu wznosiła się już bożonarodzeniowa choinka republiki, a pod nią stał fortepian, który przynieśliśmy z 
hotelu   “Na   Książęcym”,   nieopodal   fontanny,   a   ja   grałem   na   nim,   a   nymburskie   “Bajo   trio”   śpiewało 
rozkosznie ostrawską piosenkę o tym, jak...

Oj, pyry są klawe, oj, pyry są w dechę...

I zerwał się wiatr, od wschodu, przez plac przed kościołem, a potem obok restauracji Fidrmuca wtargnął, 

wdarł się na nasz plac. “Bajo trio” śpiewało właśnie:

Oj, zdroju głęboki, oj, ty zdroju w lesie, powiedzże, ach, powiedz, co czas nam przyniesie.

a kiedy to wichrzysko zwaliło drzewko republiki, ludzie się rozpierzchli, a pień świerku z lampionami, 

które już świeciły gałęziom na drogę, rozpołowił fortepian, klawiatura rozprysła się aż gdzieś w podcienie, a 
mnie przywaliły świerkowe konary... i cóż ja ci będę Cassiusie, mówił, lecz kiedy mnie uwolnili spośród 
tych niemal śmiercionośnych gałęzi, okazało się, że nic mi się nie stało, bo miałem na sobie koszulę z firmy 
Milan Hendrych, Nymburk, ulica Palackiego... I tak żyję sobie klawo, żyję sobie w dechę...

PS
Nigdy, Cassiusie, nie czułem się tak dobrze.., siedzisz mi na kolanach, a ja ujmuję te twoje pluszowe 

łapki jedna za drugą, otwieram ci różowy pyszczek, wargi i nosek masz czarne, oczy złote z kropką brązowej 
kawy pośrodku, fałdeczki na karku masz fala za falą w aksamitnej czerni, jesteś wspaniałym zapaśnikiem, a 
mnie jest klawo. A ty masz czarne miękko aksamitne jajeczka, jak wydra, wyderka, wydra. Słuchaj no, 
Cassiusie, ty mój czarny ośle, coś ci powiem. Gdybyś  był odrobinę ładniejszy, wyglądałbyś jak premier 
Vladimir Mećiar. A to już coś znaczy..

Kersko, Świętego Mikołaja 1992 roku

Tekst mający dwa tygodnie montuję posłużywszy się przedtem nożyczkami NON PLUS ULTRA 18. H 
Eicken und Sóhne, Solingen‚ Germany. I nic mi się nie stało!

ŚWIĘTO NIEWINIĄTEK

Dziś, Cassiusie, nie będę ci nic opowiadał, dopiero pod wieczór, gdy nadejdzie pora dobranocek... Bo i ja 

mam już kłopoty z głową, dlatego jedynie tobie mogę opowiadać dobranocki — i tak nie bardzo wiesz, o co 
chodzi...   wsłuchujesz   się   raczej   w   melodię,   w   ton   mojego   głosu...   Bo   ja   jestem   już   w   sytuacji,   że 
bezskutecznie otwieram inny wieżowiec niż ten mój, że otrzymuję widokówkę, kładę ją na stole, a potem 
zamiast   okularów   biorę   tę   widokówkę   i  starannie   czyszczę   ją   chusteczką,   bardzo  starannie   czyszczę   tę 
widokówkę, najpierw z prawa, później z lewa, a potem chcę włożyć  okulary,  ale podnoszę do oczu tę 
widokówkę, starannie wyczyszczoną, po czym ogarnia mnie przerażenie.., okulary leżą obok czyściuteńkiej 
widokówki...
ale, Cassiusie, to tak między nami, mogę to powiedzieć jedynie tobie, bo nie rozumiejąc nic z tego, co 
mówię, rozumiesz wszystko...
ale, ale, w czwartek, kiedy kupowałem wam coś do jedzenia, pozwoliłem sobie na luksus, zamówiłem sobie 

background image

zupę w “Kotleciku” naprzeciwko Klubu Sportowego Neumanna... na ladzie stoi już talerz z nalaną kartoflan-
ką, płacę dziesięciokoronowym banknotem, biorę łyżkę, kosztuje ten ziemniaczany przysmak wraz z bułką 
sześć koron... ekspedientka wydaje mi dwie monety dwukoronowe reszty, a ja, głęboko zamyślony, wrzucam 
te dwie dwukoronówki do zupy,  niosę pełny talerz do wysokiego stołu, tu jada się tylko na stojąco, w 
głębokim zamyśleniu mieszam łyżką tę bardzo gorącą kartoflankę i kruszę do niej bułkę, bo to jest już także 
mój cygański obiad, i jem zupę, a na dnie pobrzękują te dwie monety... i przerażona sprzedawczyni nie 
wytrzymała i podeszła:

—My tu drżymy ze strachu, czy aby nie połknie pan tych dwóch dwukoronówek...

A ja na to:

—Ależ nie, robię to, aby tych drobnych nie pogubić!... i jem, jestem przerażony: co też ja wyrabiam, Cassiu-
sie, to zupełnie tak jak z tą widokówką i okularami, zaczynam, Cassiusie, mieć już na dobre kłopoty z głową, 
ale... już moja mamusia mówiła o mnie, kiedy miałem siedem lat, że bardzo często bywam zatopiony w 
marzeniach...
Oczywiście,   Cassiusie,   muszę   ci   przed   dobranocką   opowiedzieć   o   Franiu   Hrubinie,   poecie,   który  rano 
wpadał chętnie do Szuterów na flaki, tam gdzie wczoraj pił, i pił, i pił... no i pewnego razu zamówił sobie te 
flaki, a że wydały mu się zbyt  słabe, nie miały szyku, nie były w stylu, wyciągnął wobec tego zielony 
banknot stukoronowy, w zadumie podarł go na strzępy, wrzucił te postrzępione skrawki do talerza, pięknie to 
łyżką wymieszał, a potem zaczął zajadać z apetytem i zachwycał się: 

— No, teraz to ma odpowiednią moc...

ale, Cassiusie, siedział obok niego wówczas jeszcze biedny poeta Fikar, ze złożonymi rękoma wpatrywał 

się w ucztującego Frania Hrubina, poetę, który był dla niego wzorem... i nagle:

— Nie mógłbyś mi, Franciszku, pożyczyć sto koron?
A   Franio   wycierając   sobie   starannie   kąciki   ust   chusteczką,   wskazał   pusty   zatłuszczony   talerz   i 

powiedział:

— Ześ też, ośle jeden, nie powiedział wcześniej. Ostatnią setkę właśnie zjadłem!
Ale, Cassiusie, mnie już to moje pisarstwo drażni, może to tak trwać do mojej śmierci, ciągle tylko same 

dekoracje i protokoły... A ja bym chciał zacząć coś innego, coś, gdzie jest mój i twój los... A więc w niedzie-
lę, podgrzewałem dla was mleko i nakruszyłem do ogromnego sagana rogaliki, a kiedy podniosłem wzrok, 
tam,   przy  furtce,   stał   wielgachny  człowiek,   cały  na   biało,   miał   czarne   oczy  i   czarną   brodę,   i   ważył   z 
pewnością cetnar.

— O co chodzi? — pytam.
A on mi powiada, że przyjechał samochodem aż z Turnowa i że czeka tu tylko na mnie.
A ja mówię:
— To ładnie, ale ja mam dnę i nerwy w rozsypce... Wobec tego: w telegraficznym skrócie.
A on, że nie idzie o niego, ale o jego siostrę, która ma nerwy w strzępach, posyła go więc, nie żeby ze 

mną chciała, ale że musi ze mną porozmawiać...

A ja znów:

— W czym rzecz? Ale w telegraficznym skrócie!

I ten olbrzym szedł do mnie powoli i zionęło od niego uporem i gniewem, i skargą, a mnie ogarnął 

niepokój i mówię:

— Ale o co chodzi. I proszę w telegraficznym skrócie! A on znowu; że jego siostra potrzebuje adwokata i 

doradcy i że to mogę być tylko ja.

A   ja   powiadam,   że   niech   sobie   znajdzie   psychiatrę,   że   ja   już   dwa   razy   leżałem   na   oddziale 

neurologicznym na Bulovce, niech więc i on tam pójdzie...

Ale ten olbrzym, że za rogiem czeka jego samochód i że pojedziemy razem do Turnowa...

A ja mówię:
— Wie pan co? Niech pan idzie do wszystkich diabłów! Ja jestem w takiej samej sytuacji jak pańska 

siostra, jak pan twierdzi... I proszę się wynosić, jest pati na moim terenie! No, niech pan idzie.

I on wycofał się, i stał tam nadal na rogu, a ja, Cassiusie, bałem się, choć nie tak dawno mówiłem sobie, 

że jestem już Immanuelem, Dziecięciem Bożym, że już się nie lękam, że nic mi się już nie może stać.

No  i, Cassiusie, nie spałem, już znowu wiał z Austrii ten suchy wiatr, już znowu księżyc zmierzał do 

pełni, jeździłem koło południa do was, do Kerska, siedziałeś mi na kolanach, a kiedy po południu wróciłem 
do Pragi, poszedłem do “Tygrysa”,a potem do domu i wcześniej położyłem się do łóżka, wziąłem proszek 
nasenny... a tu ktoś zadzwonił do drzwi mojego mieszkanka, wstałem i rozmemłany, w gatkach, bo nawet 
piżamy nie włożyłem, patrzę na budzik, wpół do dziesiątej, idę i otwieram, a tam stała kobieta, wyglądała jak 
piłkarz pan Kwaśniakk albo jak sowiecka koszykarka, i patrzyła na mnie, i zionęły z niej upór i gniew..

A ja mówię:
— O co chodzi? Proszę popatrzeć, jak ja wyglądam, wstydzę się, ale niech pani wejdzie...
Weszła więc, ale w drzwiach do pokoju, gdzie ja już usiadłem, oparła się o futrynę i na moje zaproszenie, 

aby usiadła, powiedziała:

background image

— Pod domem na mnie i na pana czeka taksówka, pojedziemy do Tarnowa...
— Ależ ja — powiadam — nigdzie nie jadę, nie chcę i nie mogę, czy nie wie pani, co się stało z panem 

Jerzym Svobodą, kiedy otworzył drzwi?

Ale ta dama, od której zionęło zaciętością i gniewem, mówiła:
— Jak telegraficznie, to telegraficznie... Osiągnęłam szczyt pustki, wyrzucono mnie ze szkolnictwa, bo 

rzekomo cierpię na megalomanię.., ja tylko potrzebuję świadka... autorytetu w znajomości ludzkiej psychiki. 
I ja wiem, że powinnam się zwrócić do pana, choć się pan opiera i posłał pan do wszystkich diabłów mojego 
brata. To moja ostatnia próba... Inaczej to koniec. Odpowiedzialność spoczywa w pańskich rękach, mam 
nadzieję, że wie pan, co pan robi... Jedzie pan ze mną?

— Na Boga — powiadam — ja nigdzie nie jadę. Słyszy pani? Ja jestem już w tym swoim wyrze!
Odwróciła się, w drzwiach na korytarz obróciła jeszcze głowę i zawołała, i to wołanie było też w jej 

ogromnych oczach:

— Nie pojedzie pan ze mną taksówką?

A ja na to:
— Nigdy, nigdzie...
A ona zatrzasnęła za sobą drzwi i już zjeżdżała windą z piątego piętra na dół, gdzie czekała na nią ta jej 
taksówka...
A ja, Cassiusie, który nie chciałem pisać już swojego dziennika, swoich protokołów, swoich dekoracji, 
poczułem naraz, że jestem wciągany dokądś, gdzie nie chciałem być... gdzieś tam, gdzie wydarzenie liryczne 
nabiera charakteru fatalistycznej fantazji, gdzie zaczyna się punkt przecięcia wydarzeń, które wymykają mi 
się z ręki, to, za czym tęsknili tylko wizjonerzy... A w trzy dni później dostałem w Kersku list, gdzie to, co 
mi powiedziała ta dama, którą szkolnictwo oskarża o megalomanię, opowiedziała raz jeszcze drukowanymi 
literami.., to, co powiedziała mi na Sokolnikach, podczas gdy na dole czekała na nią tumowska taksówka...
Już mi, Cassiusie, zaczynało być wszystko jedno, już “Pod Złotym Tygrysem” dostałem pieczeń wieprzową 
z musztardą i chrzanem, zjadłem wszystko, wypiłem cztery piwa, i znów byłem zirytowany i wymyślałem 
swoim przyjaciołom, a potem z zielonym plecakiem marki Jansport wlokłem się ulicą Husa, potem koło 
Klementinum i ulicą Karpią, i wstąpiłem do baru... poprosiłem o zapakowanie czterech naleśników, czułem 
pod palcami, że są twarde, ale jadąc taksówką na Sokolniki, zjadłem je, i czułem się tak, jakbym jadł cztery 
zwinięte rulony papy... a potem wszystko mi się w żołądku pomieszało, ustawiło się na sztorc, te omlety z 
papy z konfiturami, po czym zacząłem się dławić, ale wszystko we mnie pozostało i drogi żółciowe musiały 
się zdobyć  na nadludzki wysiłek... A do tego księżyc był w pełni, położyłem się i nadal się krztusiłem, 
okręcałem się w prześcieradło, co minuta budziłem się i patrzyłem, która godzina... i tak tymi półgodzinkami 
dowlokłem się aż nad rano, to wszystko nieczyste w mojej głowie wyznaczyło sobie tej nocy spotkanie, i 
czułem do siebie pogardę, wyrzucałem sobie wszystko, czego się kiedykolwiek dopuściłem i czego inni 
dopuścili się wobec mnie...

Jutro musisz zacząć nowe życie — mówię sobie. — Pojedziesz na Diablice po pieniądze i pójdziesz się 

ostrzyc.

Wiesz, Cassiusie, taki mam zwyczaj: kiedy czuję się podłe, idę na postrzyżyny, ostrzyc się...
A teraz, Cassiusie, uważaj! Rano chciałem przede wszystkim pojechać do Kerska, do was, koteczki. Sie-

działem więc na ławce w poczekalni autobusów na Sokolnikach i czekałem na swoją “162”, ale z góry od 
Cieplic i Dresden nadjeżdżał samochód ciężarowy z przyczepą, firma Schón z Memmingen, który przewoził 
rzeźne cielęta i owce.., przywykłem już do tej tragedii, ale dziś w tych deskami zakratowanych poziomych 
oborach widać było  przez szpary setki patrzących  cielęcych  oczu... wszystkie  te  cielęce  oczy prosiły o 
współczucie... ale nikt nie mógł im pomóc, nawet ja... przecież i w rzeźni, dokąd jadą, terminatorzy przez 
dwa   miesiące   praktyki   nastawiają   im   palce,   aby   zastąpiły   im   wymiono,   ale   potem   już   i   ci   uczniowie 
rzeźnictwa uważają cielątka i owce za towar...

I przypomniałem sobie, że chcę się ostrzyc, i poszedłem do zakładu fryzjerskiego na pierwszym piętrze 

domu towarowego na Sokolnikach... Ale drzwi do razury były zamknięte i widziałem, jak tam w lustrach 
migają dziesiątki białych sukienek, białych kitli, białych chałatów, białych fartuchów... i dziesiątki ludzkich 
długowłosych głów...

No i co z tego? — pomyślałem i zapukałem...
J do oszklonych drzwi podeszła dama w białym chałacie, o złotych włosach, w okularach, i otworzyła 

mi...

— Chciałbym się ostrzyc — powiedziałem.
A ona:
— Proszę, proszę dalej, witamy pana, jest pan pierwszym klientem. Właśnie dwanaście uczennic zdaje 

egzamin z fryzjerstwa męskiego i damskiego... “

A ja w pełnym przestrachu zachwycie patrzyłem, jak poruszają się przede mną piękne dziewczęta w 

białych roboczych fartuchach, i poruszały się w dwójnasób, odbite w ogromnych lustrach, które tworzyły 
ścianę...   jak   dzieła   Andy   Warhola,   Roya   Lichtensteina...   osiem   metrów   na   dwa   metry   pięćdziesiąt, 

background image

widziałem. jeszcze raz tyle pięknych ciałek i modnie uczesanych włosów i tyle widziałem umalowanych 
oczu, boć przecież te uczennice będą zdawać egzamin i muszą być szykowne i apetyczne...

i

pani kierowniczka posadziła mnie .w fotelu...

— A więc, dziewczątka, męskie strzyżenie zaczynamy od tego, że wokół karku okręcamy szal z krepiny.. 

porządnie, porządnie... Przypatrujcie się. — I owinęła mi wokół karku suchą bibułkę niczym szal, przesunęła 
go w dół, aż na szyję i pod nią aż po grdykę...

A   potem   jedna   dziewczyna   po   drugiej   niczym   niebiańskie   uczennice   owijały   mi   kark   paskiem 

karbowanej bibułki. A ja patrzyłem w lustro i już nie otaczały mnie uczennice fryzjerstwa: to byli  moi 
paziowie, był to chór kościelnych śpiewaków w białych komżach, to higieniczne piętro na Sokolnikach pełne 
było niebiańskich dekoracji w bieli i w chromie, i różowych świetlówek  rozpromieniających tę niebieską 
akademię,   podczas   której   ja   siedziałem   na   fotelu,   otoczony   jak   cesarz   swoimi   paziami,   jak   biskup 
odprawiający mszę w asyście swoich diakonów w białych ornatach...

— Tak, dziewczątka — mówiła czułym głosikiem pani kierowniczka. — A teraz praca z nożyczkami i 

grzebieniem... Uwaga! W grzebieniu nie wolno wyłamać ani jednego ząbka, w przeciwnym razie wszystkie 
wypadają... I uwaga! Grzebień trzeba prowadzić przez włosy powoli... aby nożyczki mogły szczebiotać... 
szybko... o tak! — I unosiła grzebieniem osuwające mi się po ciemieniu moje rzadkie siwe włosy, i nożyczki 
rzeczywiście szczebiotały. A potem pani kierowniczka odłożyła nożyczki i powiedziała:

— A teraz, dziewczątka, spróbujcie to jedna po drugiej same...
I   dziewczęce   palce   strzygły   koło   moich   uszu,   a   ja   mogłem   podnieść   wzrok   i   patrzeć   w   lustro   na 

kosmetyczne księżniczki, a pani kierowniczka spytała mnie, nie spuszczając ani na chwilę oczu z palców 
swoich uczennic:

— A jaką fryzurę pan sobie życzy?

Ja zaś na to:
— Chcę mieć taką fryzurę, żeby wyglądało to tak, że mam gęste i kędzierzawe włosy!
A przez zespół uczennic, tych moich paziątek, przebiegła fala śmiechu i niebiańskich ruchów...

...O...O...O...

A ja słyszałem śpiew z Des Knaben Wunderhorn:

Wir geniessen die himmlischen Freuden...
Wir tanzen und springen, Wir hupfen und singen...

I powiedziałem do tańczących uczennic:
— Chciałbym mieć taką fryzurę jak Caius Iulius Caesar!
Instruktorka odrzekła ze śmiechem:
— Będzie, jak pan każe... Dziewczynki, uciszcie się, teraz będziemy się uczyć, jak po strzyżeniu należy 
pracować maszynką elektryczną... o tak wkładamy wtyczkę i maszynka pracuje... A teraz, proszę, patrzcie! I 
tak wokół uszków, delikatnie i, dziewuszki, do wygubienia. Do wygubienia, strzyżemy aż do likwidacji... A 
teraz, skoro pan życzy sobie mieć fryzurę jak Caesar, nie śmiejcie się, dziewuszki, ten fason istnieje nawet w 
Paryżu... fryzura a la Caesar!... 
A kiedy ten anielski chór strzygł mnie maszynką, ja myślałem o Jakubie Bóhmem... Der Mensch kann sich 
nicht   von   seine   Epoche   abscheren...   Nie   mogę   się   odciąć   nawet   od   samego   siebie...   i   spoglądałem 
dziewczętom w oczy w lustrze i one to widziały, i odwzajemniały “ się, oddawały mi swoje spojrzenia i 
oczy, niczym cielątka, które przed chwilą przewoziła firma Schón z Memmingen...

I w tej chwili (a ja obawiałem się i obawiam nożyczek) żyłem w niebie, w niebiosach... i słoiczki z 

wazeliną i per“ fumami, i naczyńka ze środkiem dezynfekcyjnym, a na każdym stole każda uczennica miała 
swoją walizeczkę,
swoją składaną kolorową torbę, a w niej swoje grzebienie i nożyczki, i swoje pojemniczki z pomadami i 
perfumami... i swoją brzytwę....

I pani instruktorka wzięła jedną z tych brzytew, i uniosła ją teatralnie, i:

— Dziewuszki,   wystarczy   ciach!   I   tak   oto   piękna   Żydówka   przyniosła   uciętą   głowę   pięknego 

Holofernesa... Dlatego uwaga! A teraz przystępujemy do ostatniej fazy... wygalania karku i koło uszków a 
czasami   także   i   brwi...   Najpierw   wkładamy   brzytwę   do   środka   dezynfekcyjnego,   a-potem   rytualnie 
przystępujemy do wykonania obrządki i.., patrzcie... o tak, o tak... a teraz będzie jedna po drugiej wygalać 
tego oto pana z fryzurą A la Caesar...

A ja podniosłem wzrok i widziałem w lustrze te dziewczyny, które spoważniały, w lustrze widziałem, że 

nigdy nie wiedziałem tego, co widzę i co -teraz wiem, że niebiosa pełne są chromu i blasków, i refleksów... i 
aniołów, które mogą was poderżnąć jak piękna Judyta... A uczennice jedna po drugiej brały drżącą brzytwę i 
dopełniały mojego uczesania, układu włosów, których resztki leżały na mojej białej rokietce pod moimi 
oczyma niczym pakuły...

A   kiedy   skończyły   swoje   —   pierwsze   chyba   —   fryzjerskie   zajęcie,   wszystkie   odetchnęły   głęboko, 

teatralnie... ja zaś powtarzałem w myślach ten wers z Des Knaben Wunderhorn:

background image

Wir fuhren... ein liebliches Lammlein zu Tod...

No i ja, który wszedłem do razury jako nędzarz, tu, na Sokolnikach, zrozumiałem, że ta chwila stała się 

dla mnie Wiecznością... Potem dziewczęce rączki rozwiązały mi szal z karbowanej bibułki, zdjęły białą 
pelerynkę i strzepnęły resztki moich siwych włosów... 
Wstałem z obrotowego fotela niczym król, moi paziowie i grono ministrantów w białych komżach spojrzało 
na mnie raz leszcze” do lustra, po czym dziewczęta przyjrzały się rezultatowi swojej pracy na mojej głowie, 
tej fryzurze A la Caesar... i gratulowały sobie, nie szczędząc pochwał, i kłaniały się teatralnie, a ja po raz 
ostatni widziałem tych dwanaście pięknych par oczu...
— Ile płacę? — spytałem.

A ta śmieszka-żartownisia, wielkooka uczennica, ukłoniła mi się i powiedziała:

— Był pan naszym pierwszym gościem, był pan pierwszym klientem, którego strzygłyśmy podczas egza-
minów... Nic pan nie płaci... Obsłużyłyśmy pana za darmo.
I ja zrozumiałem, że wszystko, co istotne na świecie i w świecie musi być za darmo, i znów spoglądałem 
teraz   w  oczy  które   mnie   otaczały  kręgiem,   tak,   w   niebie   musi   być   tyle   chromu,   refleksów   i   pięknych 
anielskich mb-dych kobiet jak na obrazie pana Paula Delvaux, pana Rene Magritte’a, w niebie musi być 
mnóstwo dziewczęcych oczu, powabnie owalnych linii tam, gdzie powabnie owalne linie pięknych ciał być 
muszą, niebo pełne dziewczęcych fortepianowych paluszków, fryzur A la carewicz. Bo, Cassiusie, wszystkie 
boginie u Homera są cudownie krowiookie, i dlatego są w niebiosach.

Ps

Dziś nad kerską nocą świecił księżyc w pełni, nad ranem zaczęło padać: najpierw deszcz, później mokry 

śnieg. Jako że się już od trzech godzin przewracałem z boku na bok, w końcu — a było już jasno — 
powstałem z umierania, z martwych. A kiedy wyszedłem pod mokre brzozy i sosny, wybiegło mi naprzeciw 
dwanaście kotów i przyniosły mi rozradowane oczy tańczyły i skakały, i fikały koziołki, cieszyły się, że 
jestem z nimi, że ich nie opuściłem. Obdarowywały mnie swoimi oczyma, a ja przyniosłem im i rozdawałem 
kawałki kurczęcia z rożna jako nagrodę, że udało mi się skończyć tę pochwałę niewiniątek...

I mówię:
— Za piękne świadectwo piękna książka z “Praskiej Imaginacji”...
I nalewałem im ciepłego mleczka.

I jedynie ty; Cassiusie, który jesteś Tytanem, który stoisz na uboczu, który zachowujesz odpowiedni dy-

stans, ty przyjdziesz do mnie potem, usiądziesz mi na kolanach, a ja będę ci opowiadać o tym, jak tu w 
Kersku powstanie organizacja związkowa grupująca wszystkie miejscowe koty, a jej hasłem będzie:

ZA MNIEJ MLEKA - WIĘCEJ MYSZY!
I   ty,   Cassiusie,   będziesz   przewodniczącym,   ty   nie   potrzebujesz   urządzeń   podsłuchowych...   bo   ty, 

Cassiusie, słyszysz nawet, jak trawa rośnie, zresztą tak jak i inne koteczki. Te cztery naleśniki z papy, choć z 
konfiturami,   wciąż   jeszcze   kruczą   mi   w   brzuchu,   tak   że   mi   się   ulewa   jak   niemowlakom,   pochrząkuję 
cichutko jak warchlaczek nażarty żołędziami wracający do ciepłego barłogu w towarzystwie swojej matki, 
dzikiej świni. Pan profesor Śtork wyjaśnił mi, że to glomus histericus... cierpieli na to także przedstawiciele 
starożytnych narodów.

— Ja raczej będę miał raka — powiedział mi pan profesor Stork z tym swoim donośnym śmiechem — 

ale dzięki swojej naturze dolegliwość tę przechodzę w dobrym zdrowiu.

Jest sobota, w przededniu Niedzieli Trzydziesiętnicy.

DOBRANOCKA NA NIEDZIELĘ PIĘĆDZIESIĄTNICY

Motto:

Moi, je sui un peau un histrion...

Charles Aznayour, Ormianin

A ja myślałem sobie niedorzecznie, że kiedy przyjeżdżam autobusem z Pragi do Kerska, wysiadam “Przy 

Ławeczce”,   że   wychodzą   mi   naprzeciw,   tylko   mnie,   moje   koty   pod   przywództwem   Czernidła   lub 
Pomarancza... Ale... już trzeci dzień jestem w Kersku — i co ja widzę? Przyjeżdża autobus z Pragi i koty 
biegną mi naprzeciw do ławeczki, kiedy jednak stwierdzą, że twarz, która wysiadła, nie należy do mnie, 
opuszcza je pełne zapału witanie i zawiedzione wracają pod stół pod moimi oknami.

background image

Dziś, kiedy przyjechał autobus i koty rzuciły się biegiem niczym wcale nie nieroztropne panny, otwarłem 

okno i krzyknąłem:

— Ależ, wy osły jedne, ja już od trzech dni jestem w domu!
Wracają więc, a ja muszę dać im mleczka, bo nie chcę pozbawić ich radości witania...
Kiedyś jednak może się zdarzyć, i tego się obawiam, że będę patrzeć z okna, koty pobiegną do autobusu, 

który się właśnie zatrzymał... i ja zobaczę, że to ja jestem tym, który przyjechał, że to ja jestem tym, który 
patrzy na siebie, jak idę do swojego domku, że to ja jestem tym, przed którym koty fikają koziołki, i że w 
końcu to ja jestem tym, który przed furtką nastawi palec Cassiusowi i on szturchnie mnie nosem, podczas 
gdy ja patrzę na to z okna...
Ale dlaczego by nie?

Goethe, kiedy jechał karetą do Italii, spotkał samego siebie powracającego karetą z Włoch... to chyba 

cudowna   histeria,   schizofrenia,   na   którą   mogą   sobie   pozwolić   tylko   ci,   którzy   mają   to.   szczęście,   że 
zaczynają się im plątać sznury do suszenia bielizny.. I opowiadałem raz tę historię i ktoś, kto zna anegdoty, 
powiedział:

— Jedzie w Związku Sowieckim pociąg pospieszny i dwóch podróżnych naprzeciw siebie.
— Nazywam się Iwan Kuzmycz. A pan? . .
A ten drugi, że i on nazywa się Iwan Kuzmycz:
— A dokąd pan jedzie, Iwanie Kuzmyczu?
— Ja, Iwanie Kuzmyczu, jadę z Moskwy do Łeningradu.Apan? .

— Ja, Iwanie Kuzmyćzu, jadę z Leningradu do Moskwy.
I obaj:

— No to napijmy się wódki!

Kakaja tiechnika! .
— Też dobrze! — mówię do Zdenka. — Sznury plączą się na całym świecie...
Ale, Cassiusie, teraz coś dla ciebie, bo zaczął się spór o flagę Czechosłowacji. Działo się to już dość 

dawno i dlatego ta story jest tak, ale to tak świeża i aktualna... Z panem Duchaćkiem, moim redaktorem, 
zrobiliśmy sobie trójkolorową chorągiew... A mianowicie: nalewaliśmy do sporych kanciastych szklanek, z 
jakich pijało się żytnią, jak mawiają na Wyżynie Czeskomorawskiej — siwuchę, a gdzie indziej — czystą. 
Ale my,  jako żeśmy patrioci, nalewaliśmy wobec tego warstwę wiśniówki, warstwę Curacao Bleu, a na 
wierzch   —   Prościejowską   Żytnią.   I   tak   piliśmy   tę   trójkolorową,   i   straciliśmy   kontrolę,   i   o   zmroku 
wyjechaliśmy na rowerze do “Gajówki”... no i tu także skłanialiśmy gości, aby i oni pili trójkolorową, jak 
przy-stoi   patriotom.   Ale!   Kiedy   wracaliśmy,   tam,   koło   mnie,   skręciłem   w   moją   aleję,   nim   do   niej 
dojechałem,   uderzyłem   twarzą   w   betonowy   słup   i  upadłem...   Duchaćek   chciał   mnie   podnieść,   ale   ja 
powiedziałem doń czule:

— Niech pan, ośle jeden, myśli o rowerze!

I mój przyjaciel zaprowadził rower na moją parcelę, i położył się na ławeczce... a ja z ręką przy ustach 

doraczkowałem do niego... i słyszałem, jak mój przyjaciel leżąc na wznak powtarzał w rozmarzeniu:

— To było piękne, doktorze! To jest wspaniałe!

a mnie zakręciło się w głowie, a że był maj, miłości czas, na czworakach dopełzłem pod sosny i brzozy i 

zwaliłem się w kwitnące konwalie... A kiedy obudziłem się, kiedy wymacałem językiem, że brak mi sześciu 
przednich zębów, zacząłem ich szukać, ale moje palce rozkołysały tylko kwitnące łodyżki konwalii, owionął 
mnie ich upajający zapach, ale zębów nie znalazłem, nawet kiedy się już pod nim... zjadły je chyba jeże albo 
co...
rozedniało... i nie było ich ani na betonowym słupie, ani Oto jak skończyło się, Cassiusie, z tą trójkolorową, 
a dziś czytam w gazecie na drugiej stronie... Zaczyna się spór o flagę Czechosłowacji? Widzisz więc, jak 
zaczynają się i kończą narodowe emocje... Zachciało mi się po-“ słać do Moskwy telegram do pana Jelcyna, 
który   wrócił   niewiele   wskórawszy   z   Chin,   aby   teraz,   kiedy   ma   troszkę   czasu,   aby   przedstawił   w 
superparlamencie ten nasz zasadniczy problem: jaką flagę ma mieć nie narodzona jeszcze Republika Czeska, 
a jaką flagę ma mieć Republika Słowacka?

A dla mnie, Cassiusie, ten epizod z trójkolorową skończył się wspaniale, zrobiono mi nowe zęby, w 

różowej masie pan Deditze i jego zespół zmyślnie umieścili białe porcelanowe ząbki i ja ogromnie lubiłem 
chwalić się tą sztuczną szczęką, wyjmowałem ją nawet w restauracji popijając pilzneńskie, tak aby i inni 
mogli podziwiać, jak bardzo te sztuczne zęby przypominają konwalie, porcelanowe izolatory na słupach 
telegraficznych... a nawet, Cassiusie, trzy razy to sztuczne dzieło sztuki, ten artefakt gubiłem...
Po raz pierwszy znalazłem je w domu... położyłem tę szczękę na perskim dywanie, niewiele brakowało, bym 
ją   rozdeptał,   tak   ta   różowość   z   białymi   ząbkami   spływała   się   kolorystycznie   z   kwiatami   wtkanymi   w 
orientalny kobierzec... Po raz drugi, Cassiusie, było już gorzej, wyrzygałem je pewnie, kiedy wracałem z 
“Gajówki”... a odbywało się tam przyjęcie i podawano kanapki, kanapki z łososiem z sałatką ziemniaczaną... 
a   ja,   Cassiusie,   co   za   wstyd!,   szukałem   ich   nazajutrz   w   rzygowinach   wzdłuż   alei,   rozgarniałem   je 
kijaszkiem... a wczasowicze, którzy to widzieli, mówili do mnie:

background image

— Wyrzygał pan zęby, co? Mnie się to też zdarzyło w zeszłym roku...
ja jednak tych swoich sztucznych konwalii osadzonych w masie o kolorze łososiowym nie znalazłem, ani 

przy tej alei, ani przy innych... A kiedy wróciłem do domu i czytałem podręcznik O ostatecznych sprawach 
człowieka ... patrzę, a tu z węgierskiej skrzyni obok mojego łóżka jaśnieją i śmieją się do mnie te moje 
sztuczne konwalie... i natychmiast je włożyłem, i czułem się jak król, który powrócił z wygnania i armia 
zwróciła mu królestwo, i to wraz z koroną... I kazałem sobie zrobić jeszcze jedne zęby na zapas, na wypadek, 
gdybym te swoje konwalie utracił...

Ale, Cassiusie, to moje samochwalstwo! Pokazywałem je na parceli u sąsiadki, był tam nawet talerzyk 

pod garnuszkiem z kawą, położyłem tę swoją szczękę, na prośbę sąsiadki, na tej podstawce... ale nadbiegł jej 
jamnik, a że jamniki mają poczucie humoru... biegał po działce i nosił te moje zęby, a ja za nim, już-już 
pochylałem się nad jego mordką, z której wystawały te moje konwalie, co to je zrobił sam pan Deditze, 
lekarz   stomatolog,   który  odbywał   praktykę   dentystyczną   w  samym   Londynie...  ale   jamnik   znów  ruszył 
biegiem, kluczył  i śmiał się, jamniki, Cassiusie, to śmiejące się bestie... a potem prześliznął się między 
sztachetami i zanim zdążyłem dojść do furtki, zobaczyłem, jak jamnik rozgryza resztki konwalii... zęby z 
porcelany leżały porozrzucane pod brzózkami w mchu, pośród konwalii, które już przekwitły...

A właścicielka jamnika pocieszała mnie:
— Przecież ma pan jeszcze jedną szczękę, na zapas!

A ja na to smutkiem:

— Ale tylko te mi pasowały..

No i widzisz, Cassiusie, a zaczęło się to wszystko od tego, że z redaktorem panem Duchaćkiem piliśmy 

trójkolorową, napój złożony z Curacao Bleu, wiśniówki i Prościejowskiej Zytniej...

Ps
Nagrodę Premio Mondello, resegna Internationale di Cultura. Contemporanea di Palermo, wręczono mi w 

dawnej świątyni, w której jest teraz teatr... gdzie każdego wejścia strzegły podwójne warty karabinierów.. 
przemawiałem   na   podium   w   zielonym   swetrze   i   czarnym   kapeluszu   jak   syn   rabina   z   Bełżca... 
podziękowałem i uniosłem ten zielony rękaw i powiedziałem, że taka zieleń, ta.zieleń w katolickim rytuale 
jest   kolorem   nadziei...   Na   konferencji   prasowej   odpowiadałem   na   przemian   dziennikarzom...   w   końcu 
przedstawiciel “Il Messaggiero” spytał: co sobie myślę o tym, jak będzie u nas, kiedy wrócę do domu? A ja 
na to:  Aby był status quo... aby każdy naród mógł sam określić modus vivendi... a w ogóle to życzyłbym 
sobie, aby urzeczywistniło się to, o czym pisał i marzył Mikołaj Kuzański, biskup z Cues, późny gotyk, a już 
renesansowy myśliciel... Coincidentia oppositorum...
To, Cassiusie, powiedziałem w hotelu na konferencji prasowej, aby nikt nie pomyślał, żeśmy głąby z Pragi, i 
dodałem, że James Joyce zauważył... aby mogło nastąpić pojednanie, musi naprzód istnieć niezgoda... Naza-
jutrz, kiedy odlecieliśmy,  odbyło się w Palermo spotkanie mafii, jak doniosły gazety A pan Kosztyrz  z 
Kerska, który dopiero w tym roku skończył czytać Ojca chrzestnego, powiedział:

— I już w Stanach Zjednoczonych pleni się znów ta magia...

I w akcie protestu jednym kopnięciem nogi rozwalił telewizor, rozdeptał radio i dobrowolnie zwariował.

Jest sobota, wigilia Niedzieli Pięćdziesiątnicy,  te małe  koteczki pokasłują jak Damy Kameliowe, jak 

Violetty..  A mimo  to Pomarańcz i Czernidło wychodzą mi  naprzeciw do każdego autobusu... Bo a nuż 
przyjadę? Jedynie ty, Cassiusie, masz prawo nie wychodzić mi naprzeciw, bo przeżyłeś kilka miesięcy na 
emigracji, tam, na śmietniku, koło stawu w lesie Na Krawędzi, pośród szczurów i odpadków.

Kochany Cassiusie! W Rzymie mieszkałem w hotelu “Caius Iulius Caesar”. W Palermo w luksusowej 

willi na brzegu morza, arystokrata zbudował na wyspie Targa Florio również wyścigowy tor samochodowy. 
I produkował sławny słodki likier, marsallę. Żyłem tu sobie wśród przepychu, zresztą mieszkali tu sławni 
artyści i politycy Miałem w pokoju oprócz widoku na morze i architektoniczne ogrody także swoją lodówkę. 
Piłem wobec tego fińską wódeńkę, a do tego jeszcze cieszyłem się, że już niebawem będę znów w Kersku z 
tobą i koteczkami.

CZESKA RAPSODIA
Bohemian Rbapsody
Motto:
Każdy obywatel może robić to, czego prawo nie zabrania, i nikt nie może być zmuszony do robienia czegoś, 
do czego prawo nie zobowiązuje.

Konstytucja Republiki Czeskiej, rozdział pierwszy postanowienia ogólne, artykuł 1

Kiedy uczęszczałem do siódmej klasy nymburskiego gimnazjum,  chodziłem z browaru przez Załabie 

koło zajazdu “Zofiówka”, gdzie trzymano panienki. W Nymburku były wówczas trzydzieści dwie gospody i 
zajazdy,   i   kawiarnie,   a   w   dwudziestu   ośmiu   gospodach   bywały   panienki.   Kiedy   wracałem   ze   szkoły, 
panienki w “Zofiówce” dopiero wstawały.. i kiedy pogoda dopisywała, szły nad Łabę, ja zaś kłaniałem się 

background image

im ze słowami:

— Jakże się paniom spało, panienki?
A że panienek bywało tu trzy, czasami zdarzało mi się pozdrawiać każdą z osobna:

— Jakże się pani spało, panienko?

A   że   panienki   mnie   lubiły,   zapraszałem   je   w   niedzielę   przed   południem   na   łódkę,   bo   całe   to 

przedpołudnie —aż do obiadu — miały wolne...

Zapomniałem już, Cassiusie, jak się ten pan nazywał, ale na placu Kościelnym miał on tam sklep z 

maszynami do szycia, a za nim rozległy ogród ciągnący się aż do murów miejskich... i to on właśnie raz na 
jakiś czas oprócz tych maszyn do szycia dostarczał panienki do nymburskich gospód i zajazdów; niekiedy 
prowadził ich z dworca nawet dziesięć, byleby tylko gospody z damską obsługą miały świeży towar. No i 
wówczas goście chodzili z panienkami do pokoju... i lubiły się kąpać, i — jak powiedziałem — chętnie 
pływały ze mną łódeczką po pięknej, czystej i pachnącej Łabie, w której odbijały się wieże kościoła i mury 
obronne, i zabudowania Starej Restauracji Rybnej  tuż na brzegu rzeki... i ja już wówczas zanotowałem 
sobie... że jest to rzeka, w której miasto chodzi na rękach...

Czasami te panienki, kiedy kupiec sprzedający maszyny do szycia je przywoził albo też same do niego 

przyjeżdżały.. on był ich menedżerem, handlarzem żywym towarem — kobiecym ciałem — panienkami, to 
te panienki mieszkały czasem w jego ogrodzie: miały tam namiot, maszynkę do gotowania kawy, i czekały 
tam, aż wezmą je do siebie właściciele gospód i zajazdów. No i ja, ilekroć je rano w drodze do gimnazjum 
albo z gimnazjum, ilekroć na Załabiu spotykałem te panienki z “Zofiówki”, choćby nawet tylko jedną z nich, 
jak   jeszcze   rozczochrana   i   ze   szminką   rozmazaną   na   twarzy   szła   na   przystań,   aby   się   umyć,   zawsze 
kłaniałem się ze słowami: 

Jakże się pani spało, panienko? 
Niemałą wagę przywiązywałem do tego: panienko... bo jako uczeń gimnazjum chętnie chodziłem na 

Cygankę, do “Tunelu”, gdzie były panienki... za panienkami chodziłem też czasami aż na Ostrów. Niekiedy 
miałem   zczęście,   że   nasz   szynkarz   jeździł   gdzieś   aż   na   Podkarkonosie...   a   tam   był   cały   hotel   pełen 
panienek...   i   tam   też   pewnego   razu   spędzałem   z   naszym   szynkarzem   noc....   i   rano,   zanim   stamtąd 
wyjechaliśmy, kiedy zobaczyłem panienkę, z którą spałem, jeszcze rozczochraną i ze szminką rozmazaną na 
twarzy, to — jak to miałem w zwyczaju na Załabiu — spytałem:

— Jakże się pani spało, panienko?

A ten hotel z piętrami pełnymi panienek nazywał się “Haszkow”.

No a jedynym mężczyzną, mój miły Cassiusie, jedynym mężczyzną, który mógł ot tak sobie, ni stąd, ni 

zowąd,   odwiedzać   panienki   z   “Zofiówki”,   był   stryjaszek   Pepi...   Kiedy   skończył   opalać   beczki   w 
browarnianym zakładzie bednarskim, kiedy wykąpał się (a nie wycierał się nigdy, bo po prostu nie miał 
ręcznika), wyruszał po pracy do swoich panienek w nymburskich gospodach z damską obsługą. Opuszczał 
browar, w przygodnych ogródkach zrywał po drodze kwiaty i bez zwłoki wkraczał do “Zofiówki” i mógł 
podając bukieciki zwrócić się do trzech panienek: 
—No i jakże się paniom spało, panienki?
I panienka Józia, tylko ona jedna miała prawo wziąć stryjaszka Pepi do pokoju, gdzie uprawiali wszystkie 
dziecięce gry i zabawy,  jakie znali od lat dziecinnych... i z pokoju rozlegały się radosne pokrzykiwania 
panienki
Józi... A już najchętniej bawiło się tych dwoje w “baran, baran, baran tryk!”...

A potem stryjaszek Pepi odwiedzał kolejno jedna po drugiej gospody z damską obsługą, aby ofiarować 

panienkom kwiaty, które po drodze zrywał w mieszczańskich ogródkach. A zresztą sami obywatele dawali 
mu kwiaty, aby stryjaszek Pepi w drodze powrotnej mógł “U Hawyrdów” wręczyć bukiet i zapytać:

— No i jakże się pani spało, panienko?
Miała na imię Własta, była piękna i umiała grać na fortepianie.
A ja, uczeń siódmej klasy gimnazjum, wstydziłem się wtedy, ja z panienkami z “Zofiówki” mogłem 

pływać   tylko   wówczas,   kiedy   pogoda   dopisywała,   w   piękne   niedzielne   przedpołudnie,   mogłem   z   nimi 
pływać łódką, panienki milczały z zanurzonymi w wodzie paluszkami, a ja wiosłowałem i wstydziłem się, bo 
wtedy, Cassiusie, młodzi chłopcy się jeszcze wstydzili...

A lata, Cassiusie, płynęły, po roku czterdziestym ósmym, mieszkałem już wówczas na Libni, a tam do-

brzmiewały jeszcze stare złote czasy z panienkami...

...widywałem je w “Strassburku” i przy ulicy Słonecznej, widywałem je uwieszone u ramion żołnierzy, 

jak to prowadzą je — już nie otwarcie, jawnie, ale potajemnie —do hotelu, tam, na Szwabkach, do hotelu 
“Nitra”... ale trwało to już tylko rok, dwa, nie więcej, a potem i ta “Nitra” została skasowana, a więc bez 
panienek i ich wielbicieli.

W latach pięćdziesiątych chodziłem na piwo do “U Waniszów”, i do “U Horkich”, i do “Na Starej Po-

czcie”... a później.., włóczyłem się po gospodach na Wysoczanach i Holeszowicach i tak dalej... A kiedy 
szedłem   sobie   raz   ulicą   Ronkową,   spostrzegłem   tam   gospodę,   w   której   jeszcze   nie   byłem...   “U 
Klouczków”... A że pracowałem w Kladnie na popołudniowych zmianach, przed południem i rano pisałem... 

background image

No i wszedłem tam,  nigdzie ni żywego ducha, pokryte  pluszem kanapki ustawione naprzeciwko siebie, 
wyglądało to u tych “Klouczków” jak w wagonie drugiej albo i pierwszej klasy... zamówiłem sobie kawkę i 
piwo... i siedziałem na pluszowej długiej niby to ławeczce i dziwiłem się, że jest tu aż tak pięknie, niemal jak 
“U Zeniszków”... i rozłożyłem tam na stole te swoje kartki do skreślania, i to kreślenie, te operacje na tekście 
nazywałem cięciem Preislera... nikogo tu nie było, gospodarz kręcił się w kuchni...

No i siedzę tak i kreślę, aż tu nagle czuję, że ktoś spod mojego fotela unosi się znad podłogi... i z łokciami 

rozłożonymi na stoliku czuję, jak ktoś mi rozpina rozporek... i jak mi z portek wyciąga tego mojego pisia, i 
wkłada go sobie to ust... odchyliłem się do tyłu, patrzę, a tam kobieca głowa z rudą czuprynką... i ja ją tam u 
dołu spytałem, tak jak to miałem w zwyczaju z “Zofiówki”:

— A jakże się pani spało, panienko?
A ona odpowiedziała przez nos:

— Zaraz ci, kochasiu, obciągnę...

Siedziałem   bez   ruchu,   po   raz   ostatni   zdarzyło   mi   się   to   w   Młodym   Bolesławiu,   w   gospodzie   “U 

Czapów”, wówczas mi  też panienka obciągała, a ja krzyczałem — nie z przerażenia, ale z nieopisanej 
radości, że panienka ciągnie mi druta... tak jak przed południem “U Klouczków”
na Libni, przy ulicy Ronkowej.... I ta panienka, kiedy mi już obciągnęła — odchyliłem się znad swoich 
kartek na stoliku i zobaczyłem, że ta panienka chyba tam pod kanapką sypia... wsunęła się z powrotem jak 
foka...
Rozejrzałem się, nikogo tu jeszcze nie było i tylko z kuchni dobiegał dźwięk ostrzonego na osełce noża... 
w lokalu panowała cisza, słońce świeciło z drugiej strony ulicy i aksamit na fotelach i kanapkach lśnił jak 
plusz  w  wagonie  pierwszej  klasy..  A  idąc  do toalety  musiałem uważać,  aby nie  nadepnąć  panience  na 
rozpostarte na
podłodze   palce...   nic   więcej   ponad   te   rozpostarte   palce   z   polakierowanymi,   żółtymi   od   nikotyny 
paznokietkami... A teraz ci, Cassiusie, opowiem, co zdarzyło mi się w tym roku. Otóż, Cassiusie, siedziałem 
niemal sam — to chyba istny cud! — “Pod Złotym Tygrysem”; w kąciku pod Małymi Rogami przycupnęła 
młoda kobieta, śliniła ołówek i spisywała to wszystko, co powinno być za dziesięć dni na urządzanym tutaj, 
“Pod Tygrysem”, przyjęciu z okazji ślubu.

Siedziałem pod Wielkimi Rogami, a że ze stołu spoglądała na mnie szklana solniczka z solą, a także 

naczyńko z pieprzem, przypomniałem to sobie: jako żołnierze w Sobiesławiu chodziliśmy na piwo i zawsze 
śliniliśmy sobie palce i maczaliśmy w soli, potem w pieprzu, i nazywaliśmy to wojskową zakąską... no i 
zlizywaliśmy   to  dopóty,   dopóki   nie   zniknęła   sól,   a   po   niej   też   pieprz...   bo   restaurator,   jak   tylko   nas 
spostrzegł, wynosił te swoje szklane solniczki i pieprzniczki...

Oto co sobie, Cassiusie, przypomniałem... tu, “Pod Tygrysem”, i oblizywałem sobie palec zanurzony w 

soli i w pieprzu, młoda dama sporządzała spis dań na swoje wesele, goście wlekli się niespiesznie do toalety, 
kelner   ubrany   na   zielono   jak   dudziarz   ze   Strakonic   roznosił   kotlety   albo   befsztyki   w   placku 
ziemniaczanym...

Aż tu nagle, Cassiusie, bęc go! Wpadła tu rozwścieczona stukilogramowa Luśka w okularach niczym 

dwa jogurty i zaczęła wrzeszczeć... a ja, żeby ją uspokoić, spytałem:

— Jakże się pani spało, panno Lusiu?

I pospiesznie odpowiedziałem za nią:
— Jak widzę, panienko, wstała pani chyba lewą nogą!
Panna Lusia wcisnęła sobie palcem okulary w nasadę nosa...
—Co za bezczelność, Mistrzu! Co za wstyd! A to dopiero piękną republikę stworzyła nam ta aksamitna 

rewolucja! Co prawda, to prawda! Kierowniczka chwyciła mnie za ramię i wyrzuciła od “U Jelinków” tylko 
dlatego, że zaproponowałam wszystkim gościom w lokalu, że im za darmo poliżę strąka! Za darmo! To 
poważne naruszenie Konstytucji... I pan, Mistrzu... razem napiszemy skargę do Trybunału Konstytucyjnego. 
A   pan   ją   tam   osobiście   zaniesie!   Ale   to   jeszcze   nie   wszystko!   Za   tę   moją   charytatywną   propozycję 
kierowniczka odmówiła mi kufla piwa! Czyż może być większy akt humanizmu niż zrobienie laski temu, kto 
ma na to ochotę? Gazety są tego pełne! W pismach “Dzisiaj” i “Młody Front” zaleca się młodym ludziom 
przed ślubem nie tylko fellatio i cunnilinctus oraz różne inne sztuczki, byle tylko uchronić się przed ciążą, i 
żeby narzeczeni bawili się swoją płcią... I teraz mnie, dla której pan Marysko napisał śliczny wiersz:

Santa Luczija, Santa Luczija,
noc w noc przy chuju mi się uwija...

...mnie wyrzucają z lokalu! I odmawiają mi kufla piwa! Gdzie my żyjemy? — wydzierała się Luśka i 

biegała tam i z powrotem aż do kontuaru,  okulary jej  spadły,  ona jednak nadal  opowiadała gościom z 
krzykiem, co się jej przydarzyło “U Jelinków”.

—Ja w nich chlebem, oni we mnie kamieniem! — I runęła obok młodej kobiety, która sporządzała spis 

dań na swoje wesele.

background image

A ja powiadam do niej:
— Panno Lusiu, to, że pociągnie im pani druta czy zrobi laskę albo poliże strąka, to, panno Lusiu, nie 

stanowi   naruszenia   Konstytucji,   co   innego   natomiast   jest   ograniczaniem   wolności,   tej   wolności 
ograniczeniem... boć to kierowniczka broniła pani fizycznie wstępu do lokalu publicznego...

Panna Lusia znowu wcisnęła sobie palcem okulary między gęste brwi i:

— Niech pan tylko spojrzy! Kiedy mnie ta kierowniczka wyrzucała z lokalu “U Jelinków”, naderwała 

mi ramiączko. Niech pan popatrzy! .

—   Panno   Lusiu   —   ja   na   to   —   natychmiast   napiszemy   skargę   dotyczącą   ograniczania   wolności 

osobistej...

Pannę Lusię tak bardzo to ucieszyło,  że zaciśniętą pięścią zaczęła wymierzać  ciosy w otwartą dłoń 

drugiej ręki... i ciągnęła dalej:

— Już   ja   pokażę   tej   kierowniczce   od   “U   Jelinków”!   Będzie   się   miała   z   pyszna!   A   to   naderwane 

ramiączko od razu tu zostawię jako corpus delicti... A to by dopiero było, gdyby za moje wspaniałomyślne 
propozycje wypraszano mnie z lokalu niczym jakąś kurwę...

A ja, Cassiusie, zatykałem pannie Lusi usta i:

— Wszystko, tylko nie to, panno Lusiu, pani wcale nie jest jakąś tam kurwą, pani jest piękną panną 

Lusieńką...

A ona pochyliła się do mnie i mówiła niemal szeptem, że — skłonności do sztuk plastycznych, tak jak 

Freddie   Mercury,   i   ona   ma   także,   ten   Freddie,   który  wraz   ze   śpiewaczką   operową   Montserrat   Caballe 
stworzył Bohemian Rhapsody, piece de resistance...

— I mnie, mnie, która jestem artystką plastykiem, mnie będzie jakaś kierowniczka szykanować... Co to, 

to nie! Niedoczekanie jej! A to, co potrafią striptizerki Freddiego Mercury’ego, palić papierosy na wieczorku 
w Orleanie, palić papierosy włożone do pizdy, to, Mistrzu, i ja potrafię... I tu, na tym stole, jak goście sobie 
tego życzyli, zrobiłam im Anatomię doktora Tulpa... Podwinęłam spódnicę aż po pas, leżałam z cyckami, o 
tak, na wierzchu... A goście sypali na mnie tabakę do zażywania, angielski tobbacco nr 9 i Głetscher prise z 
olejkiem eukaliptusowym... i potem to, na moim ciele, wąchali i zażywali... i, Mistrzu, jak powiada modelka 
Freddiego   Mercury’ego...   że   czuła   się   podczas   tych   gołych   wieczorków   wprost   cudownie...   że   miała 
wrażenie, jakby była jakimś przedmiotem artystycznym, dziełem sztuki... i podczas tego seansu z wąchaniem 
tabaki na moim nagim ciele ja też miałam takie wrażenie... tu ma pan mój dowód tożsamości i na dwóch 
czystych jadłospisach napiszemy skargę dotyczącą ograniczania wolności osobistej... nie tylko mojej, ale i 
tych innych do mnie podobnych... To będzie moja Bohemian Rhapsody, piece de resistance... —powiedziała 
panna Lusia i bardzo, ale to bardzo spoważniała. A jej okulary lśniły jak Gwiazda Zaranna, jak Gwiazda 
Wieczorna...

PS
Za kilka dni, Cassiusie, będzie sylwester, trzyma tęgi mróz, te moje kotki leżą warstwami w sianie w 

plastikowych skrzyniach od jarzyn... a ja boję się, że jeśli mróz nie ustąpi, to znajdę te kotki już sztywne jak 
zwierzątka z drewnianych i porcelanowych  szopek bożonarodzeniowych... zamarzną, niczym  żołnierze i 
konie wmarzną w mokradła i jeziora, jak pisze o bitwach Malaparte w tym roku czterdziestych drugim. 
Premier Jelcyn, Cassiusie, pospiesznie wrócił z Chin, aby u siebie w domu, w Moskwie, zrobić porządek, bo 
podczas   jego   nieobecności   zebrała   się   armia   i   generał   Szapocznikow   powiedział,   iż   rzeczą   armii   jest 
odnowić   ekonomię   i   armię.   Opowiedzenie   ci,   Cassiusie,   kolejnej   dobranocki   odkładam  na   ten  Wesoły, 
Szczęśliwy Nowy Rok 1993.

DZIEŃ DOBRY, REPUBLIKO CZESKA
Motto: Pokonana Grecja pokonała swojego zwycięzcę...

Miły   Cassiusie,   Pałac   Władysławowski,   uroczyste   posiedzenie   rządu   i   parlamentu;   pan   Uhde 

kończy pięknie swoje przemówienie:
— Dzień dobry, Republiko Czeska!
A potem pan Wacław Klaus, też pięknie, z kolei zaczął... Zająknął się... a to — według Zygmunta Freuda —
dobry znak.
Po czym: cóż to ja widzę? Pośrodku, obok siebie na fotelach, któż to siedzi, Schulter am Schulter? Moja 
piękna pani Bureszowa, po prawicy ma prezydenta Wacława, po lewicy — pana Dienstbiera... tak jak to 
napisałem w Idach czerwcowych... pan Kńaźko ma rację, będą potrzebne zabiegi kosmetyczne, niewielkie 
wprawdzie,   i   Mećiar   może   się   śmiać   jak   proboszcz   od   świętego   Dominika,   istny   Bing   Crosby   i 
pokuśtykałem   na   cześć   mojego   konia,   który   przegrał,   Dienstbiera,   mojej   ślicznotki,   pani   Bureszowej, 
pokuśtykałem nad piękny staw i pojąłem, że dzięki temu, iż Jurek Dienstbier przegrał wybory przegrali je 
wraz z prezydentem, właściwie je wygrali... i Sen o Europie i świecie trwać będzie nadal... i stałem nad 

background image

leśnym bagnistym stawem, w którym utopiła się piękna pani hrabina wraz ze swoim jeszcze piękniejszym 
wierzchowcem...

Między nami, Cassiusie, głosowałem na to Forum Obywatelskie tylko dlatego, że piękna pani Bureszowa 

i pan minister Miller stanowiliby piękną prezydencką parę małżeńską... A teraz widzę ich przynajmniej w te-
lewizji podczas uroczystej proklamacji... Dzień dobry, Republiko Czeska! I nie mogłem powstrzymać pła-
czu...

Słuchaj no, Cassiusie, ja ci już plotę piąte przez dziewiąte tyle dni! Ty, kiedy czekasz na mnie przy 

schodach,   to   zawsze   jest   z   tobą   ten   czarny   Szwarcwald,   jeden   z   tych   czterech   pluszowo   czarnych 
murzynków... a ty siedzisz obok niego, patrzycie na mnie i ja czytam to w twoich oczach:

— Niechże pan kiedyś, Mistrzu, zaprosi do siebie tego Szwarcwalda!
Przypomniała mi się żydowska anegdota, jak w Galicji, po szabasie, panował taki zwyczaj, że bogaty Żyd 

zapraszał biednego Zyda do domu, na obiad. A więc Chone Reis po mszy wziął ze sobą biednego Zyda i na-
gle przy obiedzie spostrzega, że z tym Żydem jest jeszcze jeden Żyd i zajada, jakby i jego zaproszono. Cho-
ne pyta: Co to za jeden, ten Żyd obok ciebie? A biedny Żyd odparł: Chone Reisie, to mój zięć, jest dopiero 
od roku żonaty, a więc jest u mnie “na garnuszku”, auf die Kost..

- A więc, Cassusie – powiadam-niechże ten Szwarcwald przyjdzie z tobą do mnie.
No i weszliście, czarny kotek zatrzymał się przy piecyku i patrzył, ale że był już u mnie “na garnuszku”, 

auf die Kost, dostał mleczko w głębokim talerzu, a na zwyczajnym miśnieńskim spodku pokrojone mięso... 
A potem Szwarcwald siedział tylko koło drzwi, a ty najpierw usadowiłeś się na stołeczku przy kaflowym 
piecyku elektrycznym,  potem rozwaliłeś się na trzcinowym  fotelu obok pieca, na pluszowym kocyku w 
kratę, a po godzince podniosłeś się i podszedłeś cichutko do łóżka, wskoczyłeś tak, by opaść łebkiem na 
poduszkę, i słodko wyciągnąłeś łapki aż do rozłożonej już pierzyny.. A Szwarcwald, niczym mały niewolnik, 
siedział przy drzwiach i patrzył na to twoje Schauspielertum, by później, kiedy będzie leżeć z pozostałymi 
kotami na sianie, aby im to wszystko, co widział, opowiedzieć... 

Przywiozła mi, Cassiusie, poczta na Sokolniki ciężką paczkę. Ale nie było mnie w domu. Zostawili mi 

wobec tego zawiadomienie, że na Diablicach mam do odebrania przesyłkę. A ja myślałem, że to książki, że 
to   może   poczekać,   udałem   się   więc   po   tę   paczkę   dopiero   po   dwunastu   dniach...   Ale   to   były   artykuły 
spożywcze, a na paczce znajdowało się ostrzeżenie, że znajduje się tam także szkło. Chciałem wziąć tę 
paczkę   do  “Tygrysa”,   ale   w  końcu  napatoczyła   się   taksówka   i  wobec   tego  zabrałem  paczkę   do  domu. 
Śmierdziała jałowcówką, całe dno było przesiąknięte jałowcówką, a kiedy paczkę rozpakowałem, znalazłem 
tam wśród kiełbas i skwarek okruchy szkła z półlitrowej butelki z napisem: Jałowcówka... ale jałowcówki 
niet! A kiełbasa zaczynała się już psuć i nasączona była jałowcówką... A było tych wędlin chyba z dwa 
kilogramy... ale ta pleśń na nich mnie wprost przerażała... Za oknami tego mojego wieżowca krążą kruki, 
rosyjskie bażanty, jak je nazywają w Gródeczku, a więc pokroiłem im te psujące się kiełbaski i balerony na 
talarki, wsypałem do wiaderka i wyniosłem to rosyjskim bażantom jako przysmak przed sylwestrem... i 
rosyjskie bażanty od razu zabrały się do dzieła... Ale to się jeszcze na Sokolnikach nie zdarzyło! Urżnięte 
bażanty rosyjskie utykały na oba skrzydła, chwiały się i wykonywały niewłaściwe ruchy...

Wiesz, Cassiusie, co by to było, gdybym te kiełbaski nasiąknięte jałowcówką przywiózł do Kerska i dał 

wam? Wiesz, co by to było, gdyby czternaście kotów potykało się i wykonywało niewłaściwe ruchy jak te 
rosyjskie bażanty w Sokolnikach?! Aha! Skwarki wziąłem ze sobą do “Tygrysa” — smakowały jak nigdy!

PS
Cassiusie, mój ty abisyńczyku, murzynku, słyszałem właśnie w telewizji Glenna Millera... A Moonlight 

Serenade. A Glenn Miller i Saint-Exupery — obaj jako żołnierze wpadli gdzieś do morza, wprost w jądro 
Sonaty Księżycowej Beethovena. Przypomniały mi się wersy z Źdźbeł trawy, powiem ci, Cassiusie, tylko 
początek:

I Walt, I Whitman, I Cosmos, I Manhattan son...

tak jakoś to brzmi... Wolę ci zadeklamować coś z mojego Sierioży:

Wieczory miesięczne, zmierzchy lazurowe,

wysoko nosiłem swoją młodą głowę...

A tu już chłód w sercu, już przekwitły oczy,
nie wróci czar zmierzchów i miesięcznych nocy
I nieuchronnie tak, i niepostrzeżenie
i ja zmieniłem się, a i świat się zmienił.

Rassijo, moja ty kraino azjatycka!

Okrutny mróz i nad kerskim lasem błyszczy księżyc jak okruch żółtej butelki po jałowcówce. 

background image

Cassiusie, autorzy Małego księcia i Serenady Księżycowej spadli wraz ze swoimi samolotami  do morza 
Wieczności, Sierioża Jesienin na wiele lat przed nimi w Piotrogrodzie w hotelu “Angleterre” powiesił się na 
żyrandolu i pospiesznie zastrzelił... Są teraz wraz z innymi poetami lirycznymi i tragicznymi na “wikcie i 
opierunku” u archaniołów w niebiosach...
W   telewizji   właśnie   Filharmonia   czeska   zaczęła   grać   Moją   ojczyznę.   Kiedy   skończyłem   jej   słuchać, 
usłyszałem   ją   właściwie   po   raz   pierwszy,   po   raz   pierwszy   pojąłem   to,   czym   Smetana   Moją   ojczyznę 
wypełnił, co w nią włożył...
Dobranoc, Cassiusie, dobranoc. I dzień dobry, Republiko Czeska, dzień, dobry. He he he!
Na dworze straszliwy mróz, a ja modlę się, aby sen Jakuba Demla o Wielkim Białym Niedźwiedziu pozostał 
jedynie białym snem.
Happy End!

LOVE STORY

Motto:
 Im leichtesten Spiel findet man die ernsteste Wahrheit... Spatbarockphilosoph Leibniz

Cassiusie, moja ty krówko czarna i wydojona, dzięki tobie zjawiła mi się drabina Jakubowa z Biblii, 

dzięki tobie stanęło przede mną wydarzenie z chasydzkich legend, bez mała Dziewięciu bram... jedna z tych 
legend mówi  o gminie  chasydzkiej, gdzie wierzący Żydzi  opowiadali sobie o cudach, że ich rabin jest 
Wunderrabbi, i że co wieczór idzie do lasu, a tam zwisa z nieba drabina i po tej Jakubowej drabinie rabbi 
wspina się do nieba. I siedział z chasydami pewien myślący Żyd, litwak, jak ich w Galicji nazywano, i on do 
tego stopnia wątpił w prawdziwość tej legendy, że pod wieczór wybrał się, aby dokonać oculata revisio, aby 
przekonać się na własne oczy.. I tam pod lasem, już po zmroku, zobaczył, że rabin wszedł do tej chałupki, w 
chałupce pojawiło się światło, litwak potem przez okienko zobaczył, że leży tam opuszczona chora kobieta, 
że rabin rozpalił pod kuchnią, potem nastawił wodę na zupę, potem umył chorą od stóp do głów, całe ciało, 
potem nakarmił ją, po czym pocieszał ją i długo z nią rozmawiał... I oto co się stało:  Kiedy niewierny 
Tomasz, Żyd, z tych, których nazywa się litwakami, wrócił do chasydzkiej osady, zapytano go, co widział... 
A litwak odpowiedział, że ten ich cudowny rabin rzeczywiście jest Wunderrabbi, że wspiął się po Jakubowej 
drabinie jeszcze wyżej niż do nieba, do samego jądra czynnej miłości bliźniego...

Cassiusie, moja ty krówko czarna i wydojona, drabina Jakubowa sięga aż do nieba, jest to linia pionowa, 

wertykalna, zmierzająca aż tam, gdzie mieszka żydowski Jahwe, a moja drabina leży na asfaltowej szosie, 
która prowadzi z Libni aż do Ławeczki w Kersku, jest to drabina pozioma, horyzontalna, którą niemal 
codziennie jeżdżę do was, koteczki, tyle już lat jeżdżę autobusem, aby was tam pocieszyć, nakarmić, aby z 
wami, wy moi bliźni, aby z wami porozmawiać, pogłaskać was oczyma... Kiedy wysiadam z drzwi autobusu, 
te drzwi są bramą moich leśnych niebiosów, widzę te dziś miotające się w wichurze pnie brzóz i sosen, 
słyszę ten symfoniczny wiatr, jak dmie, i widzę, jak wychodzi mi naprzeciw ten niebieski chór kotów, jak 
ten wicher je niemal unosi, jak kładą się na grzbiety i patrzą na mnie w górę oczyma — naliczyłem ich, 
Cassiusie, czternaście par, ty jesteś piętnasty, idziesz ostatni, bo przez cały kwartał byłeś na wygnaniu, na 
emigracji, tam, na pustkowiu w lesie, na śmietniku, gdzie jest dom i bagno, które nazywa się Na Krawędzi 
Wieczności.
Kiedy, Cassiusie, wysiadam z drzwi autobusu, wszystko, co widzę, proch i błoto, kamienie i porozrzucane 
papiery i szmaty, wszystko ma dla mnie wartość złota, moja zielono-biała furtka jest dla mnie bramą do 
nieba, tu i tam biegają kotki i koty, te psotne i figlarne zwierzątka, jak uczył mnie srebrnousty mistyk i poeta 
metafizyczny Thomas Traherne, są dla mnie poruszającymi się tu i tam klejnotami, i rozpiera je taka radość, 
że nie biegają, ale unoszą się nad parcelą i wśród listowia, i to odbiegają, to znów wracają... A ja, jak mi to 
powiedział   Thomas   Traherne,   nawet   nie   chcę   wiedzieć,   że   urodziły   się,   że   kiedyś   umrą...   Dla   mnie, 
Cassiusie, te moje koteczki unoszące się tu i tam w powiewach wiatru są oddalającymi się i przybiegającymi 
z powrotem paziami w jasnych pończochach, to kelnerzy w bluzach z białej francuskiej piki roznoszący 
uroczyste toasty.. a wreszcie jest tu ten, który mnie najbardziej kocha, Pomarańcz, ten, który jednak nigdy 
nie pozwolił mi się pogłaskać.

I ja, Cassiusie, jestem porażony, stoję i patrzę, po grecku stan ten określa się miyein... mam zamknięte 

oczy,  które jednak otwarte są na drugą stronę, tam, gdzie zaczyna  się mistyczny stan bódhi... I ta moja 
zielono-biała   furtka   jest   końcem   mojego   świata,   i   widzę,   jak   z   niebiosów   unosi   się   w   wietrze   drabina 
Jakubowa,  po  której   można   wspiąć   się  aż   tam,   gdzie  mieszka  żydowski  Bóg...   tam,   dokąd co wieczór 
wspinał się chasydzki Wunderrabbi, tak że ujrzał to nawet roztropny i niewierny litwak.., teraz, właśnie w tej 
chwili znajduję się w Edenie, mieście, które wybudowane jest w raju, gdzieś tam, gdzie łączy się Eufrat i 
Tygrys, gdzie biegają i bawią się chłopcy i dziewczęta jak ruchliwe klejnoty.. a ich oczy lśnią i błyszczą ni-
czym   szlifowane   szafiry  i  szmaragdy,   i   bursztyny..   do  których   jeżdżę   codziennie   autobusem  po  swojej 

background image

poziomej drabinie, która asfaltową szosą łączy Libeń i Kersko. Nie mogę jednak zapomnieć wysiąść “Przy 
Ławeczce”! A wsiadać tylko na żądanie...

PREMIERA

Motto: Czczczy ttto wwwwina Szszszweda, żżżże jest Ddddduńczykiem?

Libor Fara, plastyk Teatru Za Balustradą

Teraz ci, Cassiusie, coś opowiem. Na premierę Głośnej samotności oprócz premierowych widzów Teatru 

Za Balustradą zaproszeni zostali, albo, Cassiusie, sami się zaprosili towarzysze z wydziału czwartego KC 
KPCz. Ten czwarty wydział siedział w trzecim rzędzie, a przewodził mu sam Muller, który przyszedł w 
towarzystwie   swojej   małżonki   i   sześciu   sekretarzy,   a   dwaj   spośród   nich   nosili   takie   samo   nazwisko: 
Baranek...

No i ta Głośna samotność zaczęła się zgodnie ze scenariuszem, który napisał i reżyserował Evald Schorm, 

a już same tylko krążące wieści i plotki sprawiły, że dostał depresji i nawet nie odbierał telefonów. Obecny 
był i wprowadzał gości sam dyrektor Vodiczka w ciemnoczerwonej marynarce z aksamitu obszytej czarną 
lamówką,   a   towarzyszył   mu   jego   zastępca,   aktor,   pan   Preućil   w   smokingu   harmonizującym   z   jego 
nienagannymi manierami...
No więc, Cassiusie, na scenie rozwija się Głośna samotność zgodnie ze scenariuszem...  Wyróżniał się pan 
Mrkvićka, który oświadczył, że utożsamił się z rolą Hańty, że już od prób przestał być Mrkvićką i stał się 
Hańtą, Cyganie i Cyganki wcielili się w swoje role znakomicie, tak samo zresztą jak pan Bedrna jako Szef 
okazał się numerem jeden, nie mówiąc już o panach Hermanku i Zednićku! A co dopiero sam tekst, który 
reżyser pan Evald Schorm mistrzowsko zmontował, rytmizując pełne tkliwości i czułości zdania z frazami i 
sytuacjami   iście   szarlatańskimi!   A   ja   wolałem   trzymać   się   aksamitnej   kotary   w   drzwiach,   na   wszelki 
wypadek...

A   potem,   Cassiusie,   nastąpił   antrakt,   który   spędziłem   na   przyjacielskiej   rozmowie   z   samym 

kierownikiem wydziału czwartego panem Mullerem, po czym przedstawienie trwało nadal i widzowie byli 
zachwyceni,   przywykli   już   do   tych   szarlatańskich   i   tkliwych   mimicznych   zagrań   aktorów   Teatru   Za 
Balustradą... no i powiadam ci, Cassiusie, zbliżał się koniec, kiedy to Hańta pozwała się zgnieść tej prasie, 
nad którą pracował i którą sam reżyser Evald Schorm wywyższył, awansował, gigantyczną prasę otwartą ku 
widowni niczym skylab, skąd wychodzili wszyscy aktorzy i gdzie zbliżał się też ten nieodwracalny koniec 
protagonisty — Hańty..

A ja wolałem trzymać się nadal aksamitnej kotary w drzwiach, a tam w trzecim rzędzie siedział ten 

wydział   czwarty   z   kierownikiem   Mullerem   i   jego   małżonką...   i   zbliżało   się   zakończenie,   którego   się 
obawiałem... Na scenie zjawił się pan Herzmanek, aktor numer dwa, jako Olbrzym, co ja mówię: wszedł, 
wtargnął, tak że aż się wystraszyłem i szarpnąłem tę aksamitną kotarę, i Hermanek jako Olbrzym zaczął 
ekspresyjnie krzyczeć wprost do tego trzeciego rzędu:

—Przyjaciele, chciałbym wam zadeklamować wiersz, który napisał mój druh!
I stanął na drabinie albo wspiął się na szczudła, wyciągnął nóż i w miarę jak recytował, nożem tym 

uderzał rytmicznie w portal...

—Ten wiersz napisał mój druh na zebraniu partyjnym w Wonoklasach... a zaczął te swoje strofy pisać 

pijąc piwo “U Hofmanów”, a potem pijąc piwo na Wlachowce!
— krzyczał pan Hermanek, i przy każdym słowie uderzał nożem w portal, tak że drzazgi i wióry dolatywały 
aż do trzeciego rzędu na wydział czwarty a ja trzymałem się kurczowo aksamitnej kotary i słuchałem pełnej 
ekspresji recytacji pana Herzmanka, który ciągnął dalej:

—A potem mój druh zjawił się i pisał nadal wiersze Na Rożku, potem wrócił aż do Kofrów, teraz to 

nazywa się Na Cegielni, i pisał tani te wiersze na podstawce pod piwo, aby przezwyciężyć w sobie ból, że 
zabrania   się   młodym   poetom   pisać...   później   zaś   zjawił   się   u   Mullerów   na   Korabiu   i   tam   pisał   na 
podstawkach   kolejne   wiersze,   u   Mullerów,   którym   synka   przywieźli   z   Garmisch-Partenkirchen   w   tym 
czterdziestym i piątym roku jako nieboszczyka,  

umarł bowiem jak poeta podczas gry zwanej hokejem... I, 

mili druhowie!

 Pochowano go na cmentarzu Na Korabiu ima na pomniku złamany kij hokejowy, tam gdzie 

poeta Hlavaćek, który leży kawałek dalej, bo nastroił swoją lutnię najniżej jak można, i jak Owidiusz dążył 
do osiągnięcia tego, co zakazane... I, przyjaciele — krzyczał pan Herzmanek, przypuszczając naiwnie, że ta 
jego rola będzie prostą drogą jeśli nie do Teatru Narodowego, to przynajmniej do Teatru na Winogradach... I 
nożem nadal dźgał portal, tak że drzazgi i wióry leciały aż do trzeciego rzędu na czwarty wydział... — I tak 
oto mój przyjaciel, już przeklęty poeta, zjawił się “U Hausmanów”, aby wbrew bezprawiom epoki napisać na 
podstawce kolejny wiersz i wypić następne piwo... A w końcu zjawił się w “Browarze”, gdzie piwo nalewa 
pan Daniel, po czym znów ślinił ołówek “Pod Królem Wacławem” i na papierowej podstawce pisał nową 
poetycką frazę, w końcu zaś, kiedy druh mój uświadomił sobie, że i tak jego wiersze nie będą mogły być 
publikowane, załamał się we łzach szczęścia i tragedii...

background image

I cóż ci, Cassiusie, mam powiedzieć, kolejne uderzenia i kolejne drzazgi dolatywały aż do trzeciego rzędu 

i spadały na wydział czwarty i pan Herzmanek — dzięki ekspresji swojej recytacji — miał już widzów w 
garści, przerażało ich to, że wydziera się z nożem w ręku...

— A mój przyjaciel nie poprzestał na tym, szedł dalej, zatrzymał się też “U Horkych” i tam dokończył 

poemat   swojego  życia  i  wyrecytował  go  piwowarom  z  “Hangaru”,  ci  jednak straszliwie  go  sprali...  — 
wykrzyknął pan Herzmanek w roli Olbrzyma, który — zgodnie ze scenariuszem
—ma teraz zeskoczyć, połamać stół i stołową nogą niczym batutą dyrygować i śpiewać czule:

Gdzieżeś ty była, siwa gołąbko?
Siwa gołąbko, gdzieś ty była?

A potem aktor Herzmanek, ogromny jak czarny koszykarz Magic Johnson, ryknął straszliwie wprost do 

trzeciego rzędu, adresując swoje orędzie jakby do samego kierownika wydziału kulturalnego:

— Panowie, jestem oprawcą, pomocnikiem kata! Nikt nie chce słuchać moich wierszy, proszę mi więc 

wybaczyć, że gwałtem wymogłem uwagę, bo któż w przeciwnym razie może w tym kraju mówić to, co 
chce? A właściwie te wierszyki na podstawkach pod piwo, te frazy, te wersy ja sam napisałem... A oto mój 
wiersz w całości:

Po opoce, po krawędzi 
dama karo żwawo pędzi
niczym boski Amor

z lirą rozśpiewaną...

Pan   Herzmanek   ryczał   z   ogromną   ekspresją   i   na   potwierdzenie   tego,   co   mówił,   kłuł   nadal   nożem 

obudowę sceny i drzazgi dolatywały aż do trzeciego rzędu na czwarty wydział, który teraz jakby się ocknął, i 
przepychał  się,  wymykał  się z  trzeciego rzędu,  byłe  dalej,  i pędził  do aksamitnej  kotary tak że ledwie 
zdążyłem   ukłonić   się   i   teatralnie   rozsunąć   tę   kurtynkę,   bo,   Cassiusie,   zur   Kunst   gehórt   ja   auch 
Schmierenkomódiantentum...

A tymczasem wydział czwarty siedział już przy stole w barze Teatru Za Balustradą... i towarzysz Muller 

pił   już   szklanka   za   szklanką   to   swoje   żernoseckie   wino,   a   jego   małżonka   dotrzymywała   mu   kroku..; 
Usiadłem obok damy.. a z widowni rozległy się oklaski i długotrwała wrzawa i owacje dla kłaniających się 
aktorów... A potem w foyer zjawił się też blady dyrektor Wodićka i jeszcze bledszy jego zastępca aktor pan 
Przeucil, pierwszy sekretarz wydziału czwartego zaproponował im krzesła obok siebie... A mnie natychmiast 
zaatakowała   pani   Mullerowa:   —   Jak   mogliście   wystąpić.   z   takim   paszkwilem!   I   to   w   czasie,   kiedy 
obchodzimy Dzień Matki! 

— Co ma pani przeciwko temu, proszę pani? — pytam.

—Mało panu jeszcze, że na scenie mówi się o tym, że Hańcie umarła mamusia, a on sam zszedł do podziemi 
krematorium,   żeby   popatrzeć,   jak   jego   kolega   miele   tam   w   ręcznym   młynku   kości   jego   mamy   — 
powiedziała pani Miillerowa.
— No cóż — ja na to — od tego są nożyczki... Może pan to — zwróciłem się do pana Przeućila — wykreślić 
ze scenariusza... I co jeszcze?
—A potem ta okropność... boję się domyśleć to do końca.., jak otwierają nożem urnę, a że mamusia lubiła 
kalarepę, wobec tego posypują w ogródku grządkę kalarepy mamusinym popiołem... A pan to wystawia w 
Dniu Matki? Pan, laureat Nagrody Klementa Gottwalda?
—Co prawda, to prawda — mówię. — Mnie to miejsce także irytuje... — I znów zwróciłem się do pana 
Przeućila:

Możemy to skreślić w imieniu wszystkich mam i mamuś. A co ty, Mirku — to do Mullera — masz 

przeciwko tekstowi?

A Miroslav Muller mowi:

— Brak mi tam, Bogusiu, troszkę znajomości rzeczy... Szef się tam użala: “Hańto, przecież ty mi jeszcze za 
życia   mielesz   tego   mojego   żałosnego   pisia”!   Tego   już   dla   mnie   za   wiele.   Przecież   gdyby   nie   było 
wyrośniętego pięknego pisia, nie byłoby ani papieży, ani pierwszych sekretarzy...

A ja, Cassiusie, powiadam:

— I to, Mirku, możemy wykreślić, tak samo jak całą tę finałową scenę z Olbrzymem poetą można usunąć, 
niech się to kończy tym, że Hańta ginie w prasie... Będzie to dramatyczny finał, tak jak Antygona, jak Katia 
Kabanova...

No cóż, w moich tekstach można skreślać ad libitum... mówił mi to już Milan Kundera w Paryżu... “Słu-

chaj no, ty możesz być w Pradze, w tych twoich rękopisach można kreślić i zawsze tam zostanie coś, co 
zmierza do istoty rzeczy. Ale ja? U mnie wystarczy skreślić dwa koncepty i już tekst mi się rozpada...”

I Mirek Muller się ucieszył.

background image

— O  to,  Bogusiu,  chodzi,  myśmy   tu przyszli   tylko   po  to,  aby  teatrowi  dopomóc...  my  przecież  nie 

stawiamy stopy na gardle poety, na jego kruchym gardziołku, i nie nasłuchujemy, czy szczerze rzęzi... Co to, 
to nie! Wydział czwarty jest po to, by — jak chce Baudelaire — strzec istoty i kształtu poezji...

A ja powiadam:
—Słuchaj no, Mirku, masz rację, nie tak dawno jako gimnazjalista pisałeś wiersze do szkolnego pisma... 

a teraz, z ręką na sercu, piszesz już drugą powieść, a ja nie waham się stwierdzić, że kontynuujesz poetykę 
Flauberta i Balzaca, i “Playboya”.

I wyobraź sobie, Cassiusie, pierwszy sekretarz wydziału czwartego uśmiechnął się życzliwie i powiada:
—Słuchajcie, towarzysze, partia posłała nas tu nie po to, abyśmy zdjęli z afisza Głośną samotność, partia 

nigdy   niczego   nie   zakazuje...   tylko   wam,   pracownikom   teatru,   delikatnie   sugeruje,   abyście   się   sami 
zastanowili nad tym,
I jak ma wyglądać socjalistyczna forma i treść dzieła sztuki... Ale, Bogusiu, kto ci radzi, kto cię namawia, 
abyś postępował tak nieprzyzwoicie, jak tu postępujesz?
A ja, Cassiusie, na to:
— Mirku, przyjaciele, moją nauczycielką jest historia... Fabius Cunctator, który cofając się przez słoniami 
Hannibala w końcu pod Kannami zwyciężył w długiej wojnie z Kartaginą...
I Mirkowi Mullerowi podobała się moja postawa.
— Słuchaj, ty draniu, a więc my jesteśmy tymi słoniami? W porządku, niech przyniosą jeszcze kilka flaszek 
żernoseckiego, a wy, towarzyszu dyrektorze — to do Wodiczki — zaproście i poznajcie mnie z aktorami, 
zaproście też obsługę techniczną, wzniesiemy toast za pomyślność dzisiejszej premiery..

I do foyer teatru wszedł prostoduszny aktor pan Bedrna i zawołał to, co powiedział już na scenie:

— No a teraz zrobimy sobie wszyscy wspólne zdjęcie!

PS

W Kersku, 22 stycznia 1993 roku, dmie wiatr z południa.

Nieopodal   Sumatry  płonie   dwieście   tysięcy   ton   ropy.   A   Jelcyn   powiedział   gdzieś   w   świecie; 

“Trzeba trzymać palec nie tylko na cynglu broni atomowej, lecz także na pulsie drugiej ręki”.

KOCIA MASKARADA CZYLI SPOWIEDŹ BEZ ROZGRZESZENIA
Motto: Najdłuższa droga okrężna jest najkrótszą drogą do domu...

James Joyce: Ulisses

O czymże to ja właściwie chciałem pisać? Już sobie przypominam... 0 Kozaku, któremu podczas wojny 

domowej zabito rodziców, siekierą zarąbali ich w domu, kiedy to Kozak zobaczył, podpalił swoją rodzinną 
chatę,   objechał   na   koniu   ten   płonący   domek,   wyrwał   sobie   garść   włosów   i   wrzucił   je   na   strzechę   w 
płomieniach, a potem już tylko... być stąd daleko, dalej, jeszcze dalej!

Ja, Cassiusie, też mam taką naturę, gdybym przyjechał do Kerska i zobaczył, że ktoś mi te wszystkie 

moje koty wymordował, to i ja także nie miałbym już po co żyć... i pewnie bym również tę naszą szopę, 
gdzie jest siano z tej naszej łączki, tam, niżej, nad Weleńską Strugą, to bym to siano wraz z szopą podpalił, 
wyrwałbym sobie z głowy resztki włosów i wrzucił je do ognia, tak jak to czytałem w Armii konnej Babla o 
nieszczęsnym dumnym Kozaku... 

Ale ja, Cassiusie, jestem barbarzyńcą na inny sposób... Mam pudełko po butach pełne lekarstw i — 

zamiast się oszczędzać, by miał kto dać wam jeść i pić — niszczę się, zażywam lekarstwa, które widzę, 
najchętniej  przyjmuję  lekarstwa  w postaci  proszków,  tabletki  zielone  i żółte,  niebieskie  i  białe,  według 
koloru, nie dbam o to, co radzą mi lekarze, wprost przeciwnie: zażywam te proszki pod wrażeniem chwili jak 
cukierki, ataralgin popijam piwem, aspirynę również, Nitri-Mack-Retard także i corinfar oraz cerucal tak 
samo. A potem  się dziwię, że mam odchylenia, kiedy idę przez to swoje mieszkanie na Sokolnikach, że 
zapaskudzam sobie łokcie w wygódce w Kersku, że jąkam się i tracę pamięć, i myślę sobie, że robię coś Bóg 
jeden wie jak genialnego i jeszcze się tym chwalę, tak jak teraz, przy pisaniu. A że jestem niespokojny? A że 
jestem   zdezorientowany?   Jakżeby  inaczej?   Przecież   niemało   kosztowało   mnie   pracy,   nim   udało   mi   się 
zgodnie z Arthurem Rimbaudem i Antoninem Artaudem wprowadzić zmysły w stan czuwania... a że maja-
czę? Ileż musiałem się nachlać, zanim zrozumiałem poetykę Edgara Allana Poego? A teraz, Cassiusie, dodaj 
do tego tę kombinatorykę  pigułek zalewanych piwem. No to cześć! I jakże się tu potem nie dziwić, że 
czasem wypluwam z ust monetę dla przewoźnika Charona, jakże się potem nie dziwić, że się dziwię? Ale! Ja 
zawsze byłem tak trochę bardziej zdrożny, i to jest problem mojego stylu... Bo — do kółeczka, do kolusia... I 
kręci mi się w głowie... 
Ale największe utrapienie ma  ze mną pan profesor Alouśzek Śztork, lubimy spacerować sobie kerskimi 
alejami... I na przykład! Zatrzymujemy się przy stawie w lesie, stawie, nad którym wznosi się willa jakby 
stworzona do popełnienia morderstwa, willa, na której ogromne betonowe litery układają się w napis:

background image

NA KRAWĘDZI WIECZNOŚCI.

Idziemy w milczeniu, a ja jak zwykle coś znalazłem, była to fiolka drażetek w kolorze żółtym, i ja natych-

miast, Cassiusie, jako że jestem ostrożny, łyknąłem jedną, a potem jeszcze jedną...

A pan profesor spytał mnie czule:
—A cóż to pan żre?
A ja mówię:

— To nic, to pigułki, proszę, niech się pan poczęstuje
—i   zaproponowałem   mu,   a   on   najpierw   chwycił   się   za   głowę,   po   czym   wyciągnął   palce   aż   ponad 
wierzchołki brzóz i ryknął:

— On opycha się guaralem jak cukierkami! — Po czyni teatralnie ugiął nogi w kolanach i idąc tak, 

grzebał   paznokciami   w   liściach   zaścielających   aleję   i   w   tej   chwili   wyglądał   jak   piękny   człowiek 
kromanioński...

I dwaj ludzie, wczasowicze, mijając nas usłyszeli znowu:
— On opycha się guaralem jak cukierkami! — I pan profesor stuknął się w czoło, a potem mi oznajmił:
— Ci dwaj... to moi pacjenci ze szpitala na placu Karola...

Kiedy indziej znów, Cassiusie, przyjeżdża do Kerska pani Olinka Jung, kiedyś mieli cyrk i była kochanką 

Vitezslava Nezvala, a w końcu Jareczka Kladivy... Kiedy w Pradze szliśmy mostem Czecha, nagle nam 
zniknęła... Jareczek patrzy w dół, tam nie skoczyła, i nagle słyszymy glos z góry podnosimy wzrok, a tam, na 
kolumnie mostu, stoi tam Olinka, robi gwiazdę i posyła nam całusy jak w cyrku...

— Tu jestem, ty moja papużko!
I ta oto dama, Cassiusie, przyjechała na moją parcelę akurat wtedy, gdy był tu pan profesor Alouśek 

Śtork... a ona prosto z mostu:

— Bardzo się cieszę, że jest pan profesorem, jaką kurację, jakie pigułki by mi pan polecił. Mam nie tylko 

dolary ale i marki. Jaką kurację by mi pan przepisał, co mam robić, żeby schudnąć?

A profesor Alouśek Śtork zaśmiał się straszliwie i ryknął:

— Nie trzeba tyle żreć!

A nasza alejka nosi numer dwadzieścia cztery, i daleko, aż w alei numer cztery, niemal tuż obok gospody 

“Gąjówka”, tam pan inżynier Hubka, który również cierpiał na otyłość, i właśnie kończył zajadać niemal 
całą struclę, tak się przestraszył tego głosu, który nadleciał i poprzez brzozy i sosny:

— Nie trzeba tyle żreć!
że, choć był koło swojego domku sam, odtrącił talerz z nie dojedzoną struclą i przerażony wpatrywał się 

poprzez korony drzew w błękit nieba...

I tak samo, Cassiusie, jest ze mną i z tymi lekami, nieustannie, dokoła, dokolusia... ja naprawdę lubię ssać 

te  pigułki  jak cukierki...   I  na  niedzielę,  Cassusie,   prosiłem zawsze  o  przepisanie  mi   guaralu,   aby panu 
profesorowi 
Alouszkowi Śtorkowi, kiedy przyjedzie tu sobie odpocząć, sprawić przyjemność. Guarał, guaral, guaral! 
Oczywiście, Cassiusie, całkiem szczerze: w ten sposób pewnie tej Nagrody Nobla w dziedzinie literatury nie 
dostaniemy!
Cassiusie! W czwartek przyjechałem autobusem, w śniegu i mrozie, przygnębiony, zamierałem ze strachu na 
myśl, że znajdę was zamarznięte na kość, tak jak te chińskie gliniane konie i żołnierzy w kolumnadzie...
I, Cassiusie, do autobusu wyszedł mi naprzeciw nie tylko Pomarańcz, nie tylko Szwarcwald, ale i wszystkie 
te pozostałe skarpeteczki i murzyneczki, przez śnieg, i ten suchy zmarznięty śnieg wprawiał je we wspaniały 
nastrój,   i   Pomarańcz   tańczył,   chodził   na  tylnych   łapkach   przez   śnieg,   i   te   murzyneczki   i   skarpeteczki, 
wszystko  zbliżało się do mnie  tańcząc poprzez suchy iskrzący się śnieg.... Dokoła, dokolusia. Jutro się 
będzie tańczyć wszędzie! A ja byłem przerażony swoim brakiem wiary.. Kotki postanowiły chyba dodać mi 
sił, żebym nie odchodził z tego świata, w którym żyją o głodzie wśród śniegu tańczące kotki. Gołąbki moje! 
Dzieciątka moje, dziękuję wam... a tobie, Pomarańczu, który przeszedłeś już tyle razy zapalenie płuc, tobie 
posyłam w powietrzu całusa... 
Wiesz, Cassiusie, jak tak jeżdżę cale dziesięciolecia do was, do Kerska, stwierdzam, że ciągłe znajduję się w 
tym samym miejscu... Ciągle wstaję i poruszam się chwiejnie w tej swojej sypialence, kiedy wyciągam w 
bok ramiona, paznokcie obu rąk mam całe w farbie ze ścian, wlokę się ciągle w tym samym miejscu do 
wychodka, ciągle golę się w ten sam sposób i. boję się spojrzeć na siebie w lustrze, a jeśli już, to zza węgla w 
lustro w łazience, i ciągle piję tę samą kawę, i ciągle palę tego samego papierosa, i ciągle wkładam te same 
gacie, i ciągle wciągani dżinsy i koszulę, i ciągle, dziesięć lat i dłużej, stwierdzam, że wkładam tę samą 
koszulę, tylko w innym kolorze, i kurteczkę, i w ten sam sposób zakładam okulary i ciągle w ten sam sposób 
szczam do umywalki, i ciągle w ten sam sposób obiecuję komuś przez telefon, że przyjdę do “Tygrysa”, i 
ciągle w ten sam sposób wracam, aby przekonać się, czy nie kapie woda, czy zakręciłem kurek gazu, i 
wracam raz jeszcze, by to wszystko ponownie skontrolować, a potem zamykam za sobą i jadę na dół windą, 
niewolny od obaw, czy rzeczywiście pozakręcałem Wszystkie kurki i krany?

background image

I wlokę się na autobus, i wciąż przez tych  dziesięć lat jestem w tym  samym  miejscu,  i dworzec 

autobusowy jest ten sam, tylko dawniej Na Florencu, a teraz wsiadam na dworcu autobusowym tam, gdzie 
przez dwadzieścia lat wchodziłem do mojego domku, Na Krawędzi Wieczności, a więc do tej względnej 
wieczności, i znam ulicę Ronkową, i ulicę Vacinową, a tam, gdzie jest. drogeria, tam była gospoda “U 
Klouczków”, a dalej jest ta sama gospoda “U Doudów”, a potem jadę koło tej samej Czeskomorawskiej 
Kolben Daniek, i codziennie przejeżdżam koło Harfy, gdzie jest teraz winiarnia “Pod Platanem”, i wciąż tą 
samą   drogą   obok   restauracji   “Na   Podjebradzkiej”,   dawniej   “Bratysława”,   gdzie   wciąż   jest   ten   sam 
przystanek i niemal ci sami podróżni... a potem te same poruszające się reklamy, aby było je widać z jadą-
cego auta.., znam je już na pamięć... i te same firmy i ten sam koniec Hloubietina z gospodą “Na Starej”..., a 
dalej to samo na Czarnym Moście... po czym ten sam wjazd pod górę do Poczernic, a teraz te same firmy, Je-
rzy Prokop, cukiernia, ale już jest skasowana, i ten sam sklep rzeźniczy — Diviśzkova...

I oto jestem na tej samej drodze już od piątego roku życia, Praga — Nymburk przez Nehvizdy, jest tu 

nowy zajazd i sklep masarski, “U Wydrów”, tak się to nazywało. Tu z panem Vodvarką pięćdziesiąt lat temu 
budziliśmy starego Wydrę o drugiej godzinie w nocy, aby postawił na nogi kapelę, i wszyscy, kto tylko chce, 
niech przyjdą do Wydrów, że pan Vodvarka płaci za wszystko... a potem grało się tu do rana, pan Vodvarka 
wykupił cały kramik wódki i częstował wszystkich, a potem jechało się dalej, do Kolonii i kapela grała 
Kolonio, Kolonio... I jechało się do Nymburka, ojca ta wyprawa niemal zabiła, ale Vodvarka, jako że wygrał 
w ferbla, śmiał się... ale było to, choć żywe, tylko we wspomnieniu na tej drodze... a potem znów kilka 
budynków, jak zawsze, a potem szosa, a potem do Mochowa, a dalej zakręt... i ciągle to samo, Cassiusie, 
ciągłe to samo, dokoła, dokolusia, wciąż Cesarska Kuchnia, a dalej Przerow i ciągle te same przystanki i 
zakręty, a ja siedzę i jest mi zimno... i te same skrzyżowania, i ten sam przystanek Sernice, i te same szklar-
nie... i kierowca autobusu tym samym głosem pyta:

— A będą na pana kotki czekać? Wczoraj naliczyłem ich czternaście...
A ja w ten sam sposób wlokę się kulejąc do drzwi autobusu, i w ten sam sposób wysiadam i za każdym 

razem niewiele brakuje, bym upadł... i autobus w ten sam sposób czeka, dopóki nie przejdę na drugą stronę 
alei, a ja już przez druciany płotek widzę, jak wychodzi mi naprzeciw Pomarańcz ze Szwarcwaldem...

A wczoraj po raz pierwszy w tym roku padał śnieg, okrutny mróz, ale wszystkie koty wybiegają mi z 

furtki naprzeciw i tańczą, podskakują, fikają koziołki, walczą stojąc na tylnych łapkach i popisują się, bo już 
mnie dziś nie oczekiwały.. a ja im dziękuję, kłaniam się im: — Dziękuję wam, dziękuję wam, dziękuję wam!

I   tak   oto,   Cassiusie,   odłożyłem   samobójstwo   na   kiedy   indziej,   a   może   na   zawsze,   dzięki 

Pomarańczowi, który, choć chory zatańczył mi najlepiej, jak umiał, był niedołężny, ale widziałem, że chce 
mi zrobić przyjemność, że mnie prosi, abym nie zamierzał wyprawiać się na drugi brzeg rzeki Lete bez 
Charona...  bo stale poruszam się tylko i wyłącznie po okręgu, dokoła, dokolusia... i kotki wyczuły to i o 
głodzie w mrozie fikały na śniegu koziołki, zmagały się ze sobą, i tylko ty, Cassiusie, ty stałeś na samym 
końcu, ten czarny w tyle, a kiedy przeszedłem obok tańczących kotów, podniosłeś się, a ja jak zwykle nasta-
wiłem ci palec i ty jak zwykle trąciłeś go tym swoim wilgotnym czarnym noskiem, zamknąłeś jak zawsze 
oczy i opadłeś ciężko na przednie łapki, a potem wraz z resztą kotów ruszyliście za mną przez śnieg do stołu 
i ławki, wszystko zasypane było śniegiem, który chrzęścił pod moimi lekkimi dżinsowymi pantoflami, a ja 
otwarłem drzwi i szybko jak zawsze roznieciłem pod kuchnią ogień, abyście, kotki, dzieciątka moje, miały 
ciepłe mleczko, najpierw jednak podzielę i rzucę wam dwa pieczone kurczaki... Zasłużyłyście na nie, bo 
gdyby was nie było, nie byłoby także mnie, bo nie mam innego powodu żyć...

PS
Jest sobota 6 lutego 1993 roku, jutro będzie pełnia piękna jak musująca aspiryna, jest, Cassiusie, miesiąc 

luty i na Połabie zaczną przylatywać skowronki. Właściwie będą powracały, także dokoła, dokolusia. A ja 
wychodzę   im   naprzeciw.   Kroczę   obok   kościelnego   pola,   mijam   rzadki   zagajnik,   który   nazywa   się   W 
Bejkowcu.,. A potem już i tylko zagony i Farna Droga, która kończy się kropką iskrzącego się kościółka w 
Wełence. Nad Farną Drogą i nad łanami znów będą unosić się skowronki zawieszone na niciach, na uwięzi, 
w samym  niebie, i tak oto nadejdzie do Kerska wiosna, ja, jakby przepowiadając ją, zeszłym  tygodniu 
nazrywałem bazi z leszczyn i kotków z iw.

Płonąc płonąc płonąc

O Panie, Tyś wydarł mnie,

o Panie, Tyś wydarł mnie
płonąc.

Starczy ci to, Cassiusie? Napisał to święty Augustyn... a jego mamusią była święta Monika, zresztą też 

Murzynka. Starczy ci to? Starczy? — pytam.

background image

INAUGURACJA I MONOLOG WEWNĘTRZNY

PROGRAM INAUGURACJI I CEREMONIAŁ
PRZYSIĘG! PIERWSZEGO PREZYDENTA
REPUBLIKI CZESKIEJ
we wtorek 2 lutego 1993 r.

Motto:

Hamlet, il se promene,

lisant au livre de lui-meme.

Stephane Mallarme

Pan prezydent
Wacław Havel
Zamek
w Pradze
Panie prezydencie Republiki Czeskiej! Dziedzicu tradycji  przemysławowskich! 
Powiedziałem Panu na Zamku: “Lengster Weg rum ist der kurzeste Weg nach Hause”. Najdłuższa droga 
okrężna jest najkrótszą drogą do domu. Tak to ujął Leopold Bloom w Ulisesie Jamesa Joyce”a. To pan jest 
tym Ulissesem, który z długotrwałej wojny powrócił do ojczystej Itaki. Jest Pan w domu i Pańskie pomyłki 
nie   były   błędami,   ale!...   Dzięki   temu   wszystkiemu   otwarły   się   przed   Panem   bramy   nowego   poznania. 
Wszystkie koteczki, a jest ich czternaście, cieszyły się, nie wyłączając Cassiusa, który tak jak Pan spędził 
trzy miesiące na emigracji. Teraz i on jest już w domu.

Pański
Bohumil Hrabal

Kersko, 3 lutego 1993 roku
Zamarza mi ołówek. A więc raz jeszcze: Pański Bohumil
Hrabal.

12:43

Prezes Rady Ministrów przyjeżdża na Zamek

(Matyaszowa Brama)

12:30

Przewodniczący parlamentu przyjeżdża na
Zamek

(Matyaszowa Brama)

.. .a więc klucze, które mieli minister kultury i pierwszy sekretarz wydziału czwartego i inni strażnicy skarbu 
Skowronków, tych kluczy do Skowronków strzegli nadaremno, tak jak koncesjonowana firma Branald i 
Pilarz, Adolf i Franek, te Skowronki, moją pierwocinę, odesłali mi nadaremnie...

Kochasiu, dzisiaj pisze się inaczej, nadeszły inne czasy... — mówił mi wówczas gniewnie Franek, 
autor Stryja Bonifacego... 

A ja, Cassiusie, z ręką na sercu, w cztery oczy, jestem z tego zadowolony..

I jeszcze, Cassiusie, o czymś zapomniałem. Boć przecie te Skowronki na uwięzi w końcu się ukazały...

— Choćbyście robili, co chcecie — powiedziałem do pierwszego sekretarza — szydło, Mirku, wyjdzie z 
worka...

Kiedy w owym roku pięćdziesiątym szóstym przyszedł nowy dyrektor, Skowronki na uwięzi były już w 

zapowiedziach, lada chwila miały się ukazać, już-już... A jednak nowy dyrektor pisarz, z obrzydzeniem 
przyniósł do redakcji w palcach róg stronicy i ze wstrętem pokazywał te zapowiedzi... i tak jak ty Mirku, 
zwrócił się z niechęcią do redaktorów:

— I wy to świństwo zamierzacie wydać?...

I upuścił te zapowiedzi na Ziemię, i skład poszedł do przetopu, a wydrukowane arkusze na przemiał, do 

Składnicy Surowców Wtórnych, papier, na Bubnach... i mówię ci, Mirku, w końcu, kiedy już chciało mi się 
na te Skowronki rzygać, w owym roku sześćdziesiątym drugim, ukazały się uroczyście i sławnie, te same 
Skowronki, które Adolf i Franek, Branald i Pilarz, od razu odrzucili, i za te same stronice dostałem później 
także nagrodę wydawnictwa  “Pisarz Czechosłowacki”, i byłem numerem jeden, i byłem czempionem,  i 
ozdobnym klejnotem... A że, Mirku, chciało mi się rzygać?...

background image

13:00—13:13

Na Zamek przyjeżdżają prezydenci sąsiednich państw

(Matyaszowa Brama)

Prezydenci przyjeżdżają w trzyminutowych interwałach.
Premier wita gości w Sali Wejściowej.
Osoby towarzyszące głowom państw uczestniczą w powitaniu w Sali Tronowej.
Siedziałem na brzegu łowiąc ryby Poza mną jałowa równina. Te urywki niech wesprą mój pałac w ruinie. 
Stanie się tak jak pragniesz. 
Hieronim szalony

Datta. Dayadhvam. Damyata.
śanti, śanti, śanti

Halo, jak się masz, Jarku, co porabiasz, a jak tam żona, a dzieci czy zdrowe? Zapomnij o wszystkim, co 

było, jesteś numerem jeden, który przyozdabia obywateli, wy-głosiłeś przemówienie nad Palachem, i co 
porabia żona, jak się mają dzieci?

Tę   pamiątkową   księgę   In   memoriam   Jarosława   Kladivy   przygotowywaliśmy   na   dzień   dwudziestego 

siódmego kwietnia, świąteczny dzień Jarosława 1987, ja tę swoją mowę  pogrzebową, Józef Jira miał tę 
swoją grafikę, a Oldrich Hamera swoją graficzną epopeję ku pamięci Barranda i boję się to napisać... ale 
wypiłem już tyle fińskiej wódeńki, że nie czuję żadnych oporów... na końcu tego In memoriam znajdował się 
tekst Jarosława Kladivy jego Mowa nad trumną Jana Palacha, pan rektor Star3ż prowadził wówczas ten 
kondukt, a Jarek wygłosił to przemówienie pożegnalne, którym chcieliśmy zakończyć to In memoriam, i to 
przemówienie pożegnalne już się tam znajdowało, ale potem któryś z nas powiedział, że to postawi pod 
znakiem zapytania jego możliwości publikowania, wystawiania, i że mogłoby go uratować wykreślenie tego 
przemówienia Jarosława Kladivy; że w przeciwnym wypadku musiałby zrezygnować z udziału w tym In me-
monam...  i wobec tego my — bynajmniej  nie odważni —wykreśliliśmy je, jedynym,  który je zostawił, 
okazał się odważny Oldrzich Hamera... nie jest to usprawiedliwienie, nie jest to wyjaśnienie, to fakt, że i ja 
postąpiłem jak tchórz, i ja zgodziłem się na to, i ja jestem tym, który był tym, który wyjaśniał pierwszemu 
sekretarzowi wydziału czwartego, dlaczego tracę zmysły z powodu nie istniejącej groźby.. tak jak Jareczek 
Kladiva, który wygłosił przemówienie nad spalonym kontynuatorem Mistrza Jana Husa, ten mój Kladiva 
tracił zmysły przez cały ten czas, kiedy pisaliśmy wspólnie mój życiorys i strukturę oraz literacki portret, 
moją sylwetkę twórczą...

13:50

Prezydent elekt wraz z małżonką przyjeżdżają na Zamek

(Matyaszowa Brama)
Na schodach stoi straż honorowa.

W   Sali   Tronowej   na   prezydenta   i   jego   małżonkę   czekają   prezes   Rady   Ministrów   i 
przewodniczący parlamentu.

14:00

Prezydent elekt z orszakiem wchodzi do Sali
Władysławowskiej
Fanfary z 4 frazy Ósmej symfonii A. Dvorzaka.

87

I cóż ci, Cassiusie, mam powiedzieć... Kiedy przyszedłem do Ottów, na zamówionym stole — zamiast 

półmisków   —   leżały   porozrzucane   moje   teksty   Zaczarowanego   fletu,   teksty   pana   Havla   na   temat 
szekspirowskiego   Hamleta...   Słowa,   słowa,   słowa...   jeśli   się   już,   Cassiusie   nie   mylę...   a   wreszcie   to 
najważniejsze.., cały stół, z górą czterdzieści graficznych przesłań przyjaciela i kolegi Jurka Anderlego... 
antywojenne  przesłania,  które wystawiał  już  za komunistów,  z antywojennymi  obrazami  olejnymi  cykli 
żołnierzy, austriackich żołnierzy, którzy zginęli podczas pierwszej wojny światowej, cykli, o których Jurek 
Anderle  powiedział reporterowi  “Kwiatów”,  że  namalował  je  po  to,  aby wyrazić   swój  sprzeciw wobec 
agresywnych kręgów imperialistycznych, którym przewodzi rząd w Waszyngtonie...

Ale, Bogusiu, to, co tu ukrywać, prawda, ale czy pan wie, jakie miałem z tymi “Kwiatami” kłopoty? Nie 

chcieli   mnie   wpuścić   do   Stanów   Zjednoczonych   właśnie   za   to,   co   powiedziałem   w   wywiadzie   dla 
“Kwiatów”...

background image

14:25

Salę Władyslawowskq opuszcza korpus dyplomatyczny, posłowie i wszyscy goście

Jako pierwszy po orszaku prezydenta na Trzeci Dziedziniec wychodzi korpus dyplomatyczny,  aby 
wziąć udział w defiladzie wojskowej.

Jako drudzy  wychodzą   posłowie  parlamentu  i  pozost8li  goście,  zdążając  korytarzami  do Sali  Hi-
szpańskiej.

I   tak   w   kawiarni   “Arco”,   w   Galicji,   a   może   i   w   Pradze,   w   dawnej   Austrii,   siedziało   żydowskie 

towarzystwo... Pan Diamant zgłasza durch, ale pada na podłogę. Przerażenie. Gracz obok pana Diamanta 
chwyta się za serce.

— Czego pan się tak przestraszył, panie Chane Dwoszak?
A Chane powiada:
— A wie pan, jak łatwo ten szlag mógł trafić mnie?
I ten kłopotliwy moment, Chane pochyla się nad martwym, zagląda w karty w palcach nieboszczyka...
— Co pan robi, panie Chane Dwoszak?
— Chcę tylko popatrzeć, jak nieboszczyk pan Diamant chciał tego durcha zagrać...
Też dobrze, i tak się może zdarzyć. Ale później nasuwa się pytanie: kto pójdzie zawiadomić małżonkę? 

Wszyscy   wzdragają   się,   jedynie   Chane   Dwoszak   zgadza   się,   idzie   i   puka   do   drzwi.   Otwiera   pani 
Diamantowa i pan Chane Dwoszak pyta:

— Przepraszam, czy tu mieszka wdowa po panu Diamancie ?
Pani jest oburzona.
— Co też pan mówi? Pani Diamantowa — owszem, ale wdowa?
A pan Chane Dwoszak:
— Założy się pani?
Też pięknie, ale jest też inna wersja...
Chane Dwoszak puka, pani Diamantowa otwiera, a Chane:

Łaskawa pani, pani małżonek siedzi w kawiarni “Arco” i wróci później do domu...

Pani Diamantowa gniewnie:
— A to łotr! A to łajdak! I na pewno gra w karty!

Chane Dwoszak przytakuje:
— Gra! Gra!

A pani Diamantowa:
— Jeśli gra, to na pewno przegrał, i to sporo przegrał, prawda?
A Chane Dwoszak:
— Przegrał, łaskawa pani, i to sporo...
A pani Diamantowa:
— Ażeby go szlag trafił!
A pan Chane Dwoszak:
— Od pani ust, łaskawa pani, do bożego ucha krótka droga! Właśnie się to stało, leży na podłodze w 

kawiarni “Arco”... zdążył tylko przedtem zgłosić durcha...

13:20

Rozmowa premiera z prezydentami 
(Sala Brożka)

Obecni: premier, prezydenci, przewodniczący parlamentu, minister spraw zagranicznych Republiki Czeskiej, 
tłumacze.
Po opuszczeniu przez głowy państw Sali Tronowej towarzyszące im osoby przechodzą korytarzem do Sali 
Władysławowskiej.
Kiedyś,   w   listopadzie   pięćdziesiątego   pierwszego   roku,   zaczęły   do   mojej   celi   przez   szpary   nie   prze-
puszczającego światła okna przylatywać muchy. Policzyłem te muchy, było ich dwadzieścia siedem. 
Musiałem się bardzo starać, aby mi nie pouciekały. Dawniej, kiedy wyprowadzali mnie na przesłuchanie, 
szedłem roztrzęsiony i powoli zawiązywałem sobie oczy ręcznikiem. Teraz starałem się wyjść z celi jak 
najszybciej, aby drzwi na korytarz pozostawały otwarte jak najkrócej.
Tak samo postępowałem podczas powrotu z przesłuchania, aby drzwi zamknęły się natychmiast. I pierwsze 
moje zadanie: policzyć muchy, by przekonać się, czy któraś mi nie uciekła. Byłem bardzo szczęśliwy, gdy 
naliczyłem ich znów dwadzieścia siedem. 
Dzieliłem się z przyjaciółkami jedzeniem... kilka kropli to kawy, to znów zupy garść okruszków chleba. 
Musiałem leżeć i spać z rękoma na kocu i muchy siadały mi na rękach i na twarzy i gryzły mnie, i piły 
krew...

background image

Nie   wiem   dokładnie,   jak   długo   żyłem   z   muchami.   Odkryłem   wówczas   jeszcze   inne   zwierzęta,   pająki. 
Miałem problem: A jeśli pająk schwyta którąś z much?
Coraz bardziej byłem sam, much było coraz to mniej i mniej, co sprawiało, że byłem bardzo nieszczęśliwy 
W końcu zniknęły wszystkie i zostały mi tylko pająki... Jakże opiszę nieludzkość ludzi i ludzkość much?

do 13:30

Posłowie do parlamentu, ministrowie, korpus dyplomatyczny i goście przychodzą na 
Zamek

Przybywający idą pieszo przez pierwszy dziedziniec do Matyaszowej Bramy.  Idą przez sale Plecznika i 
Rothmayera,   gdzie   przy   pomniku   T.G.M.   pełnią   straż   dwaj   żołnierze.   Dalej   idzie   się   przez   korytarze 
Klinowy   i   Szeroki,   gdzie   stoi   szpaler   Straży   Zamkowej,   korytarzami   w   Skrzydle   Południowym   obok 
Kancelarii Wojskowej do Sali Władysławowskiej.

— Słuchaj no, Bogusiu, coś ty nabroił z tym Menzlem... z tym Skowronkiem na uwięzi? Przecież to prze-

pis,   jak   likwidować   komunistów.   Pokazaliśmy   to   sekretarzom   powiatowym   w   Chociebożu...   I   wiesz, 
Bogusiu, co powiedzieli?

— No, co, Mirku, co?
— Ja ci to powiem... krzyczeli.., dawać ich tu, już my to załatwimy z nimi po komunistycznemu... Kiedy 

się zejdziemy wszyscy...  ten Skowronek na uwięzi jest w sejfie... trzy klucze, ja mam jeden, drugi ma 
minister   kultury,   a   trzeci   pierwszy   sekretarz...  to   tak,   Bogusiu,   jakbyś   chciał   komuś   pokazać   koronę 
królewską,   skarby  narodowe...   trzy   klucze   muszą   być   do   kupy...   w   przeciwnym   razie   skarbiec   się   nie 
otworzy...

— To Skowronki na uwięzi, Mirku, są takie sławne?

13:45

Kończy się rozmowa prezesa Rady Ministrów z prezydentami
Głowy państw w towarzystwie ministra spraw zagranicznych i kierownika protokołu MSZ opuszczają Salę 
Władysławowską. 
Prezes Rady Ministrów i przewodniczący parlamentu powracają do Sali Tronowej. Przychodzi  kanclerz 
Zgromadzenia Narodowego.

Ze mnie, Cassiusie, byłby chyba kiepski krytyk. Na pytanie redaktora, gdzie nauczył się swojej subtelnej iro-
nii, Adolf Branald odpowiedział: Od tatusia. Kiedy nie chciał, abym chodził z pewną dziewczyną, tatuś mi 
powiedział: Zauważyłeś, że jej mamusia ma czerwony noseczek? Oto jak mnie tatuś nauczył subtelnej ironii. 
Ale teraz, Cassiusie, ja się zabawię w krytyka... To, czy synalka interesowało, że mamusia ma spiczasty 
czerwony nosek... to na pewno nie. Młodego mężczyznę interesowało, czy córka ma pizdę do rzeczy, a tę 
pannę interesowało — wedle Schopenhauera — czy młody mężczyzna ma chuja nie od parady.

15:15

Składanie życzeń przez prezydium Zgromadzenia Narodowego
Składanie życzeń przez członków rządu

(Sala Spotkań Towarzyskich)

Wokół grających w karty stoją kibice. Niekiedy, wnioskując z tego, jak trzymają papierosa, jaką mają 

minę, jak gestykulują, ich faworyci wychodzą tą albo ową kartą. Pan Diamant, dopóki jeszcze żył, chciał 
wyjść kierową damą, ale jego kibic po drugiej stronie stolika klepie się lekko w dziurkę od guzika po lewej 
stronie swojej marynarki. I pan Diamant przytakuje i uszczęśliwiony wychodzi w ten kier. I przegrywa. A 
później, przy kawie, pan Diamant złości się...

— A toś mi pan świetnie poradził z tą kierową damą... Po co stukał się pan w serce?
Ale jego kibic broni się:
— Meine Name aber ist Caro...
Kiedy indziej pan Diamant zamierza wyjść  w karową kartę, jednakże jego kibic pan Caro wskazuje 

palcem na siebie... I pan Diamant uszczęśliwiony wychodzi w karowego waleta..., i przegrywa. Przy kawie 
złości się...

— Znów mi pan, panie Caro, głupio kibicował...
A pan Caro spokojnie:
— Dobrze panu pokazywałem, powinien pan wyjść w piki. Was macht ein Herz? Pik! Pik!

Oczywiście,   zacząłem   opowiadać   o   karciarzach   i   kibicach,   ale   chciałem   się   tylko   przygotować,   ta 

background image

anegdota   to   tylko   tajm   aut...   czas   na   odpoczynek   w   kawiarni   “Zur   Finke”   albo   “Arco”,   słowem   —  w 
galicyjskiej kawiarni, być może we Lwowie, w Lemberg.

Posiedzenie parlamentu

Przysięga prezydenta republiki

“Przysięgam wierność Republice Czeskiej. Przysięgam, że będę przestrzegać jej Konstytucji i 
prawa. Przysięgam na swój honor, że urząd swój będę sprawował w interesie całego narodu i 
zgodnie ze swoim sumieniem i wiedzą”.

Ale, Cassiusie, to jeszcze nie koniec tego wszystkiego.. 
Owa szlachetna pani Pflausch, właścicielka galerii w Westfalii, przyjechała wraz ze swoim drukarzem i 
absztyfikantem,   w   “Zielonym   laboratorium”   zachwycała   się   aksamitną   rewolucją,   ściskała   mnie   i 
gratulowała, jakież to szczęście mnie teraz spotkało, że zgadza się z tym także prezydent republiki, a przede 
wszystkim grafik Anderle zgodził się dać do dyspozycji swoje grafiki, to szczęście, że w jednym tomie 
ukaże

 

się

 

mój

 

Zaczarowany

 

flet,

 

Słowa,

 

słowa,

słowa... Havla i czterdzieści grafik Jerzego Anderlego...

14:20

Prezydent opuszcza Salę Władysławowską

Fanfary z Libuszy Smetany
Organizacja orszaku podczas opuszczania sali:
1) po lewej prezydent, po prawej — jego małżonka
2) po lewej stronie przewodniczący parlamentu, po prawej — jego małżonka
3) po lewej stronie premier, po prawej — jego małżonka
4) kierownik Kancelarii Prezydenta Republiki
5) głowy państw (kolejność wyznacza okres sprawowania urzędu)
6) naczelnik Kancelarii Wojskowej Prezydenta Republiki
7) prezydium Zgromadzenia
8)rząd

Pan Rachlik przechodząc obok handlu zbożem pana Pollaka powiedział:

— Może mnie pan pocałować w dupę, panie Pollak. ..
I został oskarżony o obrazę honoru... W przeddzień procesu sędzia siedział przy piwie u Fidrmuców i 

dumał, dumał... i nagle się rozpromienił... Nazajutrz z upodobaniem wysłuchał oskarżyciela pana Pollaka i 
wydał wyrok: uwolnienie od winy.., bo wprawdzie uczyniono nieprzyzwoitą propozycję, ale bez obowiązku 
jej spełnienia...

15:00

Składanie życzeń przez prezydentów

(Sala Muzyczna)

15:35

Składanie życzeń przez korpus dyplomatyczny

(Sala Zwierciadlana)

16:15

Składanie życzeń przez gości

(Galeria Rudolfa)

16:35

Prezydent przyjmuje defiladę oddziałów honorowych

(Trumna przedwcześnie zniknęła w mroku, rozsuwane drzwi ze złotymi płytami zamknęły się, zdążyłem 

tylko krzyknąć: — Zegnaj, Jarku!)

-No i słuchaj, pewna dama, która nosi nazwisko Pflausch i która ma galerię gdzieś tam w Westfalii, 

tam,   gdzie   w   pobliżu   znajdują   się   Luneburskie   Wrzosowiska,   gdzie   przebywali   więźniowie   obozów 
koncentracyjnych i śpiewali:

background image

Wir leben in Mohren. .. wir sind die Soldaten..

die Arbeit ist unendlich..

ta pani Pflausch wpadła na pomysł, że można by urządzić wystawę w jej galerii gdzieś tam koło Bremy i że 
tam mogłaby się jeszcze za komunistów odbyć wystawa pana Jerzego Kolarza i pana Józefa Jiry i że ja 
miałbym  ją zainaugurować... a ja, obawiając się śmierci, zgodziłem się na to... ale po pisemnej zgodzie 
uwolnił mnie od tego Józef Jira, który przyjechał do mnie do Kerska i przerażony, ale z odwagą w oczach 
pokazał mi list...

.. .Meine liebe Frau Pflausch...
i pisał jej tam, że nie może wystawiać razem z emigrantem Jerzym Kolarzem, bo w przyszłym roku 

ma mieć wystawę prezentującą cały jego dorobek, wystawę, na jaką czekał całe życie... w “Manesie”

17:20-17:30

Od Bramy Matyaszowej otwarto korytarz do
katedry Świętego Wita

Członkowie rządu, prezydium Zgromadzenia Narodowego, korpus dyplomatyczny i inni goście mogą zająć 
wyznaczone miejsca w Katedrze. Późniejsze przejście nie jest już możliwe. Wszystkie dziedzińce Zamku 
Praskiego — z wyjątkiem pierwszego — dostępne są dla publiczności.

17:50

Prezydent Republiki wygłasza swoje pierwsze
przemówienie do społeczeństwa

(balkon na Dziedzińcu Trzecim)

Dziesiątego kwietnia, w wigilię Dnia Więźniów Politycznych,  zmarł  Jarosław Kladiva, ten, co przez 

cztery   lata   opierał   się   Śmierci   i   dzięki   temu   przeżył   nazistowski   obóz   koncentracyjny   Dziś,   w   Wielki 
Czwartek, w wigilię Wielkiego Piątku, na dwa dni przed Zmartwychwstaniem, wszystko to, co w profesorze 
uniwersytetu doktorze filozofii Jarosławie Kladivie śmiertelne, ofiarowane Zostanie za chwilę płomieniom. 
Po srogiej zimie — pierwszy wiosenny grom. I ogniste Wniebowzięcie.

Do Kartaginy przybyłem wówczas

Płonąc płonąc płonąc płonąc

o Panie Tyś wydarł mnie

o Panie Tyś wydarł

płonąc

Po Jarosławie Kladivie zostanie ostatecznie to, co wskrzesza to istotne i sięga gwiazd.
Dlatego poprosił swoją żonę, aby w porę przedłużyła ważność jego karty wędkarskiej, dlatego polecił, 

aby kupiła mu rękawice bokserskie. 

Wtedy odezwał się grom

DA.

Damyata: łódź odpowiadała

Radośnie dłoni bieglej w żaglach i we wiosłach...

Kladiva,   kiedy   wyczuł,   że   zaczyna   się   wyrąb   w   jego   lesie,   wyruszył   w   długą   podróż   ku   Morzu 

Północnemu tylko dlatego, aby pływając  wzmocnić  mięśnie  przed tą ostatnią walką, o jakiej wie tylko 
kapłan   i   święty.   I   tak   oto   chłopięcym   gestem   Jarosław   Kladiva   przechytrzył   Wieczność   i   —   mimo 
umierającego ciała — znajdował się poza niebezpieczeństwem.

Wtedy odezwał się grom.

DA.

Dayadhvam: słyszałem, jak klucz

Obrócił się w zamku raz jeden jedyny..

17:58

Prezydent wraz z małżonką chylą czoło przed klejnotami koronacyjnymi w kaplicy św. Wacła-
wa, a po nich zaproszone głowy państw, przewodniczący parlamentu i prezes Rady Ministrów z 
małżonkami.

background image

A ja, Cassiusie, podczas przerwy Głośnej samotności, w cztery oczy mówię:
— Słuchaj no, Mirku, coś ci powiem... A więc te Skowronki na uwięzi znajdują się pod strażą sześciu 

zamków, do których mają klucze jedynie zasłużeni członkowie partii. Znakomicie! Jak pewnie wiesz, moja 
żona   pracuje   w   Surowcach   Wtórnych...   Ja   piszę   książki,   a   ona,   jako   księgowa,   posyła   je   z   kolei   za 
pokwitowaniem do fabryk papieru... A tam jako robotnica pracuje piękna Cyganeczka, Zuzia, Zuzuleńka... 
kiedy jest zmęczona, to uśmiecha się tylko i żali: Nóżynki bolą... i to właśnie ona mówiła mojej żonie, że 
odwiedziła rodzinę w Bardziejowie, a kiedy po południu robiła sobie trwałą ondulację u fryzjerki, to śmiała 
się do łez, bo jedna z klientek opowiadała po słowacku treść filmu Skowronki na  uwięzi... Jeszcze mnie 
brzucho boli — mówiła Zuzia — tak się, proszę pani, śmialiśmy... a fryzjerki tak się śmiały; że aż kwiczały i 
obrzygały sobie śniadaniem dłonie... I masz to tu jak w bajce, Mirku, sześć kluczy i pod sześciu zamkami 
strzeżesz Skowronki na uwięzi... A ja widziałem je w leśnej “Gajówce”, przyjechali tam z Pragi miłośnicy 
piwa, a było tych gadułów piętnastu... I... pani kierowniczko, możemy sobie puścić film na wideo? I tak oto 
nie tylko ja, ale i goście oraz pani karczmarka zobaczyliśmy te twoje Skowronki pod specjalnym nadzorem...

A ponadto, Cassiusie, w tym subtelnym ironizowaniu pana Branalda kryje się jeszcze i to, że się w końcu 

rozeszliśmy. Ale, Cassiusie, jak mogliśmy się z panem Branaldem rozejść, skoro wcale się nie schodziliśmy? 
A jeśli, to on hejta tą swoją subtelną ironią, a ja wiśta tą moją grubiańską szarlatańską ironią, tak jak nauczył 
mnie  nie mój  tatuś, ale dosadni ludzie wszędzie tam,  gdzie przebywałem...  A więc, Cassiusie, tylko w 
niewielkim stopniu pokazałem ci, dlaczego cierpiałem na kompleks niższości... i tak ściągnąłem te swoje 
Skowronki na uwięzi, aby wydać je później pod tytułem Perełki na dnie... i żeby te Skowronki na uwięzi nie 
leżały odłogiem, napisaliśmy z panem Menzlern scenariusz, on zaś nakręcił film, który spotkał zaszczyt, że 
po panach Branaldzie i Pilarzu, ten obraz z kolei zamknięto na sześć spustów i kluczy niczym klejnoty 
koronacyjne, które najpierw uwolnili chłopcy z Barrandova, kiedy w akcie antypartyjnym i antypaństwowym 
wynieśli je i sprzedawali od Szumawy aż po Tatry, a które w końcu oswobodziła z krucyfiksem po pogrzebie 
lub musztardą po obiedzie aksamitna rewolucja.

18:00

Uroczyste Te Deum

(katedra Świętego Wita)

Już ty to wiesz, Cassiusie, mrozy są takie, że kiedy przyjechałem, wczoraj, i w szopce — bo nie wyszły 

mi naprzeciw te cztery dorastające koteczki, moje dziewczynki — znalazłem je sztywne, zamarznięte w 
szopce z sianem, leżały tam wyciągnięte jak zabalsamowane koty egipskich faraonów, jak leżące gliniane 
konie z chińskimi żołnierzami... Te mrozy, to one szopkę z sianem przemieniły w trupiarnię, kostnicę...

Poczekam,   a   gdy   ziemia   rozmarznie,   pochowam   te   swoje   ślicznotki   pod   czeremchą   i   krzakami 

zdziczałych malin, aby po jakimś czasie korzonki i naczynia włoskowate malin i czeremchy łapczywie je 
pożarły, i aby —a musi znów upłynąć trochę czasu — te moje dziewuszki przemieniły się w kwiaty i zapach 
czeremchy i malin ku czci Sierioży Jesienina...

Kersko, wtorek, luty, dziewiątego, 1993 roku

Z Pragi 10:05; Kersko, Ławeczka 10:55; nakarmić koty, a ten oto kolaż skończyłem o godzinie 12:50.
Mój tekst — TO CO POZOSTAŁO po Spowiedzi bez rozgrzeszenia.

14:11 wyjeżdżam z Kerska z przystanku na żądanie “Przy Ławeczce”.

15:30 oddaję tekst w restauracji “U Hynków” przy Sztupartskiej.

Płonąc płonąc płonąc płonąc
O Panie, Tyś wydarł mnie.

KRAJOBRAZ W SZACIE ZIMOWEJ

Motto:

Przedstawienie zaczyna się w chwili,

kiedy widzowie opuszczają teatr

Jan Grossman, dyrektor Teatru Za Balustradą

Havle, Havle, vincere scis, sed victoriae uti nescis.

Klausie, Klausie, redde mihi legiones meas.

Quo usque, Mećiarze, abutere patientia nostra, nihil te timor populi, nihil te audacia omnium bonorum! 

background image

Quo usque tandem abutere patientia nostra!

Cięcie!
Kochany Cassiusie, jako że mięknie mi mózg, to zamiast kołysanki:

Spij, syneczku, śpij,

czarne oczka zmruż....

deklamuję ci antyczne cytaty, tak jak zachowały się jeszcze w moim rozmiękczonym mózgu.

Cassiusie! Istny koszmar! O Austria! Omnes bellum gerunt, sed tu, Austria, nube! Wszyscy wokół ciebie 

prowadzą wojny, a ty, Austria felix, ty się żenisz! Zmieniły się nawet, Cassiusie, transcendentalne niebiosa! 
Ten błąd kosmetyczny, ta tradeunion między Czecho-Słowacją ma dalekosiężne skutki, tak jakbym kazał cię 
wykastrować! Radio Wiedeń, skąd bierze się w nim ta bezczelność? Tak pytał premier w programie: “Co 
przyniósł tydzień?” na pytanie lewackiego posła... A kiedy będzie referendum? Bez referendum nie możemy 
przecież żyć demokratycznie? Wobec tego pan Klaus zapytał tego lewaka: Kto dał panu mandat, by zadawać 
takie pytanie? Skąd w panu taka bezczelność?

Tak, Cassiusie, skąd w wiedeńskim radio i w Austrii w ogóle bierze się ta bezczelność, ta judische 

chucpe... jetzt folgen Nachrichten aus der Tschechien? Tschechei, Tschechien.... Skąd się bierze ta chucpa? I 
to ma być nazwa państwa? To pamflet, to pejoracja... judische chucpe! Jakie to było, Cassiusie, piękne, 
Protektorat   Bóhmen   und   Mahren...   jak   piękne   jest   staroaustriackie   Kónigreich   Bohmen...   Bóhme!   Już 
Celtowie przed nami mówili o tej kotlinie, że zamieszkuje je plemię Bohojemów, i Bóhme... Bohemian, 
Bohemowie, praska bohema! To brzmi: Piękna porcelana aus Bóhmen... ale aus Tschechien? Czy, Cassiusie, 
jesteśmy jakimś  klubem  sportowym  na przedmieściu Cieplic? Na peryferiach Czeskich Budziejowic? Ja 
wam, dranie, pokażę! Die Nachrichten aus Tschechien, aus Prag. Kto wam we Wiedniu dał do tego mandat, 
skąd bierze się w was ta bezczelność?

Ciągle jeszcze nie śpisz, Cassiusie, wobec tego zamiast kołysanki zaśpiewam ci:

Die Fahne hoch, 
die Reihen dicht geschlossen,
SA marschiert...

i to na cześć Bohmen und Mahren, und Schlesien... ale Tschechien? Nigdy Czechia Karlin, to tak, 

Czechia  na  Libni,  gospoda,  gdzie  prowadziliśmy  dyskurs   z  panem  Jodasem  i jego  przyjaciółmi,  którzy 
bronili wkroczenia i agresji wojsk Układu Warszawskiego na Tschechien in Bohmen, na Czechosłowacką 
Republikę   Socjalistyczną,   co   to   chce   mieć   znów   referendum.   Cassiusie,   z   musztardą   po   obiedzie,   z 
krucyfiksem po  kremacji? Po operacji kosmetycznej, której nie dokonuje ani pani ordynator Peśkova, ani 
specjalista od operacji kosmetycznej po poparzeniach, pan ordynator Fara? Nigdy!

I, kochany Cassiusie, pan Mećiar, ten, który z panem Kńaźkiem byli  niczym  koncesjonowana firma 

Wichterle i Kovarzik, jak Laurin i Klement, jak Marks i Engels — tak teraz po kosmetycznym zabiegu znów 
ci koncesjonowani chcą jeszcze uchwalić mały i paradny pokój westfalski, już znowu Initio in partes, panie 
Mećiarze, niech pan będzie tani na  Słowacji rozsądny, zrobiłem panu przecież reklamę, bo pana lubię... 
Napisałem dla pana slogan wyborczy: 

Marlon Brando and Vladimir Mećiar nie muszą podrywać kociaków!
Niechże pan będzie roztropny, kiedy byłem gimnazjalistą, znalazłem się w Turzowce nad Kysucą, przed 

kościołem po południu zebrali się i żebrali wszyscy gamonie z okolicy, nie będziecie przecież półgłówkami z 
Turzowki, do licha, bądźcie choć odrobinę z siebie dumni, panowie Milanie Kńaźko i panie Vladimirze 
Mećiarze... nie sprawicie przecież Pradze takiej przyjemności i nie będziecie dokonywać Initio in partes... w 
partii, która otrzymała siedemdziesiąt procent głosów wyborczych! Do licha, dwaj gamonie z Turzowki nad 
rzeką Kysucą, która koło Żyliny wpada do Wagu, a Wag do Dunaju, Dunaj zaś do Morza Czarnego, gdzie 
żył ongiś na wygnaniu w delcie Dunaju Publius Ovidius Naso i pisał pełne rozpaczy listy do Rzymu, aby 
pozwolono wrócić mu z wygnania do domu... dlaczego? Że napisał: Dążymy do osiągnięcia zakazanego...

Koncesjonowana firmo Mećiar i Kńaźko, wiecie panowie, co by było najlepsze? Gdybyście złożyli na 

mnie skargę... Przed sądem to, co powiedziałem panom tak pochlebczo, dzięki dziennikarzom, którzy panów 
bezgranicznie kochają, nabrałoby rozgłosu, a teraz już, Cassiusie, śpij, lulaj... abyś znów nie dostał drgawek, 
starczy, gdy w rodzinie ja jeden cierpię na rzucawkę...

Cięcie!
Ale   jest   popołudnie,   Cassiusie,   będziemy   odprawiać   nieszpory.   Siedziałem   w   “Tygrysie”   i   Freddy 

przyprowadził  uczennicę Akademii  Przemysłu  Artystycznego,  malutką  Cyganeczkę, która była  w o tyle 
gorszej sytuacji, że była Słowaczką z Chocieborza. I paliła ci ona, jedną ręką zwijała papierosa i kopciła, a 
jak   nie   piła   piwa,   to   opierała   główkę   o   krawędź   kufla   i   podrzemywała...   Panowie   mieli   problemy, 
opowiadali, jak podczas miłosnych igraszek wsadzili do pizdy — jak mówi się ordynarnie: do cisi — telefon 
ze słuchawką i z całą tą resztą, z tym teraz plastikowym samozwijającym się przewodem, ciągnęli, ciągnęli, 
ciągnęli, ale telefonu nie wyciągnęli... a Cyganeczka, która była w o tyle gorszej sytuacji, że była Słowaczką, 

background image

do   tego   z   Chocieborza,   wpatrywała   się   we   mnie   rozkochanymi   oczyma   i   jedną   rączką   skręcała   sobie 
papierosa za papierosem, a kiedy wypiła pilzneńskie, to drzemała na krawędzi kufla i słodko wzdychała, tak 
jej było dobrze...

Tylko że!... Panowie musieli wezwać lekarza, bo co z tym telefonem, który zniknął w piździe, czyli — 

jak to się brzydko mówi — w narządach rodnych. A więc przyjechała karetka pogotowia, kolega doktor, i 
uznał przewód telefoniczny za pępowinę, i określił wydobycie telefonu z pizdy, z — jak się to ordynarnie 
mówi:  z cipy — jako abrazję, łyżeczkowanie, i chłopaki musieli zapłacić za ten zabieg lekarski jak za 
przerwanie ciąży, aby już nigdy więcej nie mieli ochoty wzywać dla zabawy pogotowia ratunkowego, bo 
lekarz to też tylko człowiek, zwłaszcza gdy właśnie siedzi w gospodzie...

A Cyganeczka, która, Cassiusie, była Słowaczką, nadal zwijała sobie jedną ręką w bibułkę pursiczan, ty-

toń, i szybko dopiła piwo, i oparła głowę na pustym kuflu, i nadal wzdychała, i patrzyła na mnie skośnie 
rozkochanymi oczyma, a potem powtórzyła kilkakrotnie:

— Wstydzę się to panu, mistrzu, powiedzieć...
W końcu jednak wyjawiła:

— Przyprowadziłam panu konia...

A ja na to:
— Masz, ci, babo, placek! A to mi dopiero!
I pytam, Cassiusie, Freddy’ego:

— Co to ma znaczyć?
A Freddy,  urodzony w austriackim Linzu, gdzie znajduje się najdłuższy płac w Europie Środkowej, 

półtora kilometra i w dół aż do Dunaju, więc Freddy skinął głową i zaczął też jedną ręką zwijać pursiczan...

— Tak to już jest — powiada — to nasza uczennica.., na pierwszym roku. A ten koń jest biały...
Przestraszyłem się...

— Biały, biały... ale gdzie jest?
— Stoi na dworze przed “Tygrysem”...
A   ta   Słowaczka,   która   wyglądała   jak   Cyganeczka,   choć   była   z   Chocieborza   i   na   pierwszym   roku 

Akademii Przemysłu Artystycznego, przytaknęła radośnie...

— Należy do pana...
A ja przeląklem się. .
— Ale gdzie go umieścimy?
A ta Słowaczka w pierwszej wiośnie Akademii Przemysłu Artystycznego klasnęła w dłonie.
— Nie ma sprawy. Przejdzie przez szynk i może być tu z nami, a potem postawimy go w korytarzu...
A ja bladłem, a panowie sprzeczali się o uiszczenie rachunku za to łyżeczkowanie, nie chcieli zapłacić za 

to, że pan doktor fachowo musiał wyciągnąć telefon... z bakelitu z pizdy, z — jak to się ordynarnie mówi — 
z cipy...

Sam widzisz, Cassiusie, co się na świecie dzieje, ciesz się, że jesteś tu na zdrowym powietrzu pełnym 

marznącej szreni, która pociągnęła wszystkie gałązki i wszystkie konary i wszystkie pnie, obrysowała je raz 
jeszcze... białymi konturami... i wystarczyło, że usiadł na nich w słońcu ptak, by zaczął się sypać delikatny i 
subtelny śnieżny pył i w blasku słońca w tym sypiącym się zmrożonym śnieżnym pudrze tworzyły się kręgi 
tęcz, brylantowe refleksy i blask gwiazdy Syriusza, na którym spalają się z trzaskiem wszystkie minerały i 
metale, a ta dolna gwiazda pod Orionem nazywa się, Cassiusie, Syriusz, i to jest
108
moja   gwiazda...   a   ja   cię   dokształcam   dlatego,   że   niemal   przez   rok   byłem   kierownikiem   wydziału 
kulturalnego   komunistycznej   partii   w   Nymburku...   Dlatego   tak   chętnie   i   tak   często   daję   ci   lekcje,   aby 
zmniejszył się analfabetyzm wśród kotów.

Cięcie!
Szkoda, Cassiusie, że nie ma  z nami  Sonji Henie, tej Norweżki, która tak to umiała na łyżwach, że 

nakręcono z nią jako z mistrzynią świata film Zaśnieźona romanca... 
Ta romanca, którą mamy tu w Kersku już piąty dzien... i to za darmo.... Tego białego konia, którego mi 
podarowała   ta   Słowaczka,   Cyganka   z   Chocieborza,   ta   adeptka   pierwszej   wiosny   Akademii   Przemysłu 
Artystycznego,   a  więc  tego siwka  chciała  mi  przywieźć   aż   tu,  do  Kerska,  i   to  za   darmo,   ale   ja   jej  to 
wyperswadowałem, raz dlatego, że boli mnie noga, a przede wszystkim — że kotki mogłyby go zagryźć, bo 
są zazdrosne. 

Ale! Ty, Cassiusie, ty nawet nie wiesz, w jakiej zaśnieżonej romancy żyjecie w tym nudnym Kersku.... Od 

Nehvizd, od gospody i restauracji “U Wydrów”, zaczyna się ta baśń, i wszystkie drzewa, i w ogóle cała 
roślinność   wraz   ze   ścieżkami,   wszystko   zasypane   jest   marznącą   mżawką,   szronem,   szrenią,   sadzią,   co 
wszystko żywe i martwe obrysowują białymi kreskami, Uniami falistymi i konturami... A wygląda to tu w 
polach i na drzewach wzdłuż drogi i gdziekolwiek, jakby tutaj, koło drzew i krzewów, odbywał się konkurs 
cukierników, którzy w mistrzostwach świata cukierni mają  tylko jedno zadanie, ubitym  śniegiem,  ubitą 

background image

śmietaną   udekorować   ten   krzak   i   to   drzewo,   jakie   sobie   uczestniczący   w   tej   konkurencji   cukiernik 
wybierze... a cukierników na konkurs  przyszło tylu, ile jest w kerskim rewirze leśnym drzew i krzaków, 
współzawodniczący ze  sobą  dostali  nawet  rozstawiane  drabiny,   a  do  tego jeszcze  takie  przesuwane,  na 
kółkach, aby swoimi bakelitowymi rożkami sięgnęli aż do koron... i tam artystycznymi paluszkami i zgodnie 
ze swoim gustem pociągnęli bitym śniegiem i delikatną śmietaną wszystko tak, jak o tym marzył nieżyjący 
już   sekretarz   partii   komunistycznej   Związku   Sowieckiego   i   premier   rządu   Nikita   Chruszczow,   który 
powiedział... Cassiusie, obudź się,  nie śpij niczym młodziutka maciora, obudź się, koteczki moje, bądźcie 
czujne... Najmilszy obraz Chruszczowa macie teraz w lutowym Kersku. Krajobraz w szacie zimowej..

Cięcie!
I wiesz, Cassiusie, jakież to było piękne! Drogi zlodowaciałe, Glatteis, jak mówią Niemcy z Sudetów, 

Eisglatte, jak powiadają ci z Tyrolu, gołoledź, i oto przez tę lodową taflę, przez ten malutki stadion, tą drogą, 
tak gładką od mrozu, jakby ją pociągnięto wazeliną, wyobraź sobie, gdyby z Sernic aż do nas, przed naszą 
furtkę, nadjechała na łyżwach para taneczna, Sonja Henie i Nikita Chruszczow, i przed naszą zielono-białą 
furtką jedynie dla nas wykonaliby podwójnego axel-paulsena i potrójnego wyrzucanego rittbergera! ... Masz 
wyobraźnię? Masz...

A z tego, że moglibyśmy stanąć przed sądem za obrazę honoru koncesjonowanej firmy Mećiar i Kńaźko, 

nic sobie nie rób, jako okoliczność łagodzącą wskazałbym, żeś to ty, Cassiusie, mnie do tych oszczerstw 
namówił... Aha! Jesteśmy przy Zaśnieżonej romancy, przy śnie szalonego cukiernika! Jesteśmy tam, gdzie 
znaleźliśmy   się   dzięki   usunięciu   kosmetycznego   błędu   w   socjalizmie   z   ludzką   twarzą,   tam,   gdzie   nie 
chcieliśmy być, wróciliśmy po tysiącletnich rządach tam, gdzie także nigdy nie byliśmy A przecież delikatna 
zamieć śnieżną mżawką przewiewa  na wskroś ludzkie twarze i postaci niczym mgła... jak Harry Piel w 
filmie Niewidzialny.., ta marznąca mżawka podąża tam, dokąd chce... i pozostawia za sobą kruchy ślad 
zwyczajnych muśnięć szronu, sadzi, żałosnych opatrunków i waty i tak oto Zaśnieżona romanca mija granice 
narodów budki strażnicze, urzędy celne... i to za darmo.  Ponieważ to, na co teraz narzekamy,  to nasza 
ozdoba, tylko po to muszą mieć ludzie oczy, tak jak masz je ty..

Cięcie!

A do mnie przez furtkę wspomnień, które, Cassiusie, jak uczy Novalis, są drugą teraźniejszością, wchodzi 

z dziennika “Młody Front Dzisiaj” na pierwszej stronie pan Mećiar, odziany w kombinezon na niepogodę, 
taki sam, jaki nosi chętnie także Wacław Havel, uśmiecha się jak Otello z czasów, kiedy był zakochany w 
Desdemonie, a więc był młody, za nim tak, jak chodzą cygańskie kobiety, w przyzwoitej odległości, idzie za 
nim jego sekretarka, powietrze, które tę parę łączy, jest z filmów Wylera Rzymskie wakacje albo Jak ukraść 
Wenus... to moje zdjęcie stulecia.. A ty, Cassiusie, dziwisz się, że ułożyłem slogan:
Marlon Brando i Vladimir  Mećiar  nie  muszą  podrywać  kociaków!? Ja  wiem,  bo ja pana, proszę  pana, 
dokładnie, ale to dokładnie rozumiem, zwłaszcza zaś teraz, kiedy ma pan impuls, który drażni pana tak jak 
szlachetnego szwajcarskiego byka trzy dni ciemności i postu przed korridą...

Jeśli Bóg istnieje, to dajmy na to ta dama, która kroczy za panem w przyzwoitej odległości, jak cygańska 

żoneczka za swoim mężem, niech pełni przy panu rolę anioła stróża i ma miotełkę i szufelkę i niech zamiata 
za panem piórka z pańskich wynędzniałych i żałosnych skrzydeł, piórka, pierze... stosiny i lotki ze skrzydeł... 
chcieliśmy wzbić się do lotu... a ja nie życzę sobie, aby stał się pan aniołem strąconym ze swoich niebiosów, 
ze   swoich  subiektywnych   niebiosów,   bo   —   jak   mnie   uczył   mój   Immanuel   Kant,   który   ze   swojego 
rodzinnego   Królewca   nie   oddalił   się   bardziej   niż   na   trzydzieści   kilometrów,   mimo   to   jednak   swoją 
moralnością wzleciał do nieba... Co podziwiam, to niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie... 
Ohne Subjekt kein Objekt. To sobie, Cassiusie, ośle jeden, zapamiętaj! Panie Vladimirze Mećiarze, gdzie 
pan powiedział, że chce być pochowany?

A jednak! Cassiusie, co to ja brałem pod uwagę? Już to mam! I to jest istota praskiej imaginacji, ironia. 

Jak nazywamy to z panem Karafiatem, to pierdolenie w bramie. Jesteśmy kaligraficznymi chłopakami. Tak, 
Cassiusie,   mówiliśmy   w   mojej   szkole   powszechnej   w   Nymburku:   kaligraficzni   uczniowie.   To   byli   ci 
uczniowie, którzy chodzili z nami do trzeciej Masy, ale już szkołę powszechną opuszczali, golili się już, a w 
piątej klasie siedzieli z tyłu, grali tam w karty i czekali na przeżycie czegoś niezwykłego, zanim wejdą w 
prawdziwie dorosłe życie obywatelskie. Nie umieli nawet porządnie pisać ani czytać, było
im to niepotrzebne... Dzisiejsi chuligani. Jedynki! Przyszli pisarze w Ameryce, tu — przyszli posłowie z 
ramienia   partii.   Wówczas   w   moich   oczach   byli   to   naprawdę   kaligraficzni   uczniowie.   Na   ich   cześć   i 
solidaryzując   się   z   nimi   w   piątej   klasie   pozbawiłem   gałęzi   świąteczną   choinkę   dla   sierocińca,   a   pani 
profesorka Albertsowa na cześć kaligraficznych uczniów poszła do zakładu dla lekko obłąkanych. Z własnej 
woli i na wszelki wypadek. Panie Mećiarze, z panem nie było lepiej, ja byłem enfant terrible, zupełnie tak 
samo jak pan na wsi. Ty, Cassiusie, z tymi swoimi przedwiosennymi gruczołami nie jesteś teraz w ani trochę 
lepszej sytuacji. Mnie to przeraża. Mamy luty a kotki, nie znające kalendarza, mają w pizdach, w cisiach... 
jak się mówi ordynarnie, harmonogram, że jeśli chcą mieć w maju majowe kociątka, muszą właśnie teraz, a 
nie kiedy indziej, zacząć to, co ludzie brzydko nazywają... love story.

Cięcie!

background image

Kaligraficzne chłopaki... Hobl, Czudli od Czerwinków odrąbał na pieńku ostatnie paliczki palców... a ja 

ryczałem ze śmiechu. Czudla Czerwinków! Hihihi!

Cięcie!
Cięcie. Przyłapałem cię na wiśniach. Nasz tapicer teatru Klubu Sportowego Neumanna, zadzwoniła do 

mnie   przerażona   jego   małżonka...   Zanosi   się   na   samobójstwo!   A   więc   pojechałem   tam   telegraficznie 
taksówką i pytam:

— Co się dzieje?
A tapicer zwierzył mi się żałośnie, że nie ma po co żyć na świecie, że nie pociąga go już pizda... czyli 

wagina, jak brzydko mawiają intelektualiści...

A ja na to:

—  Posłuchaj   no  pan,   to  niedobrze!   Ma   pan  na   świecie   Kościół   katolicki,   aksamitną   rewolucję,   ona 

przyniesie panu pociechę...

Ale on nadal zdejmował żyrandol, że powiesi się tam na krawacie... nie powiesił się jednak, zapisał się do 

partii komunistycznej, a to najlepsze lekarstwo na samobójstwo, ja sam też na to cierpię...

Cięcie!
I ty Cassiusie, wpadłeś w to na mordę, ale na odwrót, bo tobie, i nie tylko tobie, pizda zaczęła pachnieć, 

bo Maca, ta pręgowana kotka, postanowiła, że love story zaczyna się teraz, kiedy krajobraz jest w szacie 
zimowej, sypie się teraz śnieżek i sadź i Maca zdecydowała, że musi mieć w maju majowe kocięta, a tam, w 
willi, jakże ci tego zazdroszczę, chodziłeś za nią po parceli, nawijany na jej zapach ciągnący się za pizdą, i 
chodziłeś tak, głuptasie, jakże ci tego zazdroszczę, po parceli.., pierdoliliście się, nie jedliście i nie pili, trzy 
dni chodziłeś i popisywałeś się przez kotami, jaki to z ciebie zakochany amant, ona chodziła tu i tam, z 
parceli na parcelę,. ciągnęła cię za nią ta niewidzialna woń jej pizdy,  co ja bym za to dał, głuptasie, aby i 
mnie porwała tak jak ciebie ta love story i tak popisywaliście się przez trzy dni, ona przed tobą, ty zaś na 
odległość za nią, tak jak kiedy jeden samochód ciągnie drugi, trzy dni w tym sypaniu się złotego deszczu 
marznącej sadzi... pierdolili, nie jedli, nie pili.., to jest także najwyższy szczyt ludzkiego życia, jedynie dzięki 
temu mogą być piękne kocięta i piękni ludzie... Dlatego i sam Goethe wolał pierdolić niż pisać te swoje 
wierszyki, a jeśli już — to tylko pochwalne ody ku czci hrabin i mieszczańskich córek, jako podziękowanie 
za to, że tak pięknie, tak po ludzku sobie popierdolił...

Cięcie!
Oczywiście, Cassiusie, i ty to wiesz, taki tu ziąb, że i ja upadam na duchu, i gdybym nie miał przed sobą 

wizji Złotego Upojenia, to bym popełnił samobójstwo... Ale wy to tam zniesiecie, ja także, jest tu taki mały 
archipelag Gułag, śpię w ubraniu, a nad ranem, o godzinie wpół do trzeciej, wstaję, dokładam drew do 
ognia... stawy mi się zacinają, jakbym był samochodem, który sąsiedzi muszą ciągnąć innym samochodem, 
co jeszcze jedzie. Upadam na duchu, a jednak! Jeśli wyto wytrzymujecie na dworze, to dlaczego miałbym 
tego nie wytrzymać ja, skoro widzę w telewizji, że wytrzymują to też obywatele w Galicji i w Bośni, i gdzie 
indziej. Przynajmniej jestem z nimi, Cassiusie, solidarny. I nic a nic nie pomoże, że wypiłem już flaszeczkę 
fińskiej wódeńki, nic a nic nie pomoże to, że jesteś zakochany w koteczce, która, kurewka, jako że jej natura 
powiedziała, by miała kocięta w maju, musi się pierdolić najpóźniej na początku lutego. Śpię ubrany, kiedy 
idę się odlać, to szczam za wcześnie, tak więc, kiedy się porozpinam, już się znów zapinam, bo już się 
obeszczałem... Zresztą, Cassiusie, z ręką na sercu, rycerze kiedy w tych swoich zbrojach ruszali na wyprawę, 
to nawet w te swoje zbroje przez te trzy dni srali, a byli to rycerze, którzy podążali, by uwolnić miejsca, 
gdzie urodził się Chrystus, od bezbożników, zupełnie tak samo jak ja na tych kerskich wywczasach, z soboty 
na  niedzielę,  muszę  się  niekiedy  nawet  posikać  z solidarności  z  wami,   które  jesteście  tam,  na  dworze, 
skazane na zimny wychów. Aha! Cassiusie, kiedy byłem młodszy, to było fajnie... Bez tytoniu i bez piczy 
nic już w domu się nie liczy... a teraz jestem tu sam i  skąd by się tu miała wziąć gorąca picza! A nawet 
gdyby była, lepiej obudzić się z zimna i pisać. Pisanie człowieka rozgrzewa, tak jak teraz mnie. Pan doktor 
Sedlaćzek, ten, który uczył mnie pracować na roli, teraz się na tym znam, miał on dwa gorącokrwiste pieski, 
szorstkowłose foksteriery, i miał pan doktor śpiwór i te psy z nim spały, ciepłota ciała psa sięga trzydziestu 
ośmiu stopni, a więc pan doktor leżał niczym między dworna żeberkami centralnego ogrzewania... a jego 
małżonka... no cóż, miała ona zimną pizdę, bo była katoliczką, wobec czego rozgrzewała się modlitwą... Ale, 
Cassiusie, z ręką na sercu, gdzie się podziały te gorącokrwiste pieski i gdzie się podziała modlitwa...

Teraz jest niedziela, kwadrans na czwartą, a ja piszę, aby się zagrzać, piję fińską wódeńkę, wątrobę mam 

w ruinie, ale kiedy jest zimno, to i ta biedna wątroba cieszy się, Maska w dłonie i prosi: jeszcze, jeszcze, 
jeszcze, byleby tylko nie było mi zimno... i stawy odmawiają posłuszeństwa, zatrzymują się, ale maszyna do 
pisania zdoła je rozruszać, pociągnąć, tak jak jeden samochód, który nie może ruszyć z miejsca, wprowadza 
w ruch drugi samochód, co to jeszcze jeździ... I ja tu siedzę, a wy tam na dworze boicie się zakasłać, jak ja 
podczas Te Deum w katedrze Świętego Wita, gdy odbywała się koronacja Wacława Havla, gdybym zakasłał 
w tej katedralnej głodomorni, to padłbym, zamarznięty, już tam, a nie tu, w Kersku, skoro podczas tego Te 
Deum dostałem ischiasu, przeziębiłem się, tak jak to przepowiedziałem Jurkowi Kolarzowi:  ja na to Te 
Deum pójdę o godzinie 18, ale i to Te Deum w tej trupiarni będzie zapowiedzią mojej śmierci, będzie to 

background image

weksel płatny, kiedy będę umierać na rwę, na reumatyzm niczym zupełnie zwyczajne przeziębnięte ciało i 
kości...

Mam, Cassiusie, cholerne kłopoty z oddychaniem i z kręgosłupem, nawet dzisiaj nad ranem, w 

niedzielę... A jednak! Skoro wytrzymujecie to wy, dzieciątka, tam, to dlaczego miałbym nie wytrzymać ja, 
kiedy przyłożyłem drew do ognia tu, w pokoju, jeśli nawet chce mi się przewrócić jak siedzącej drewnianej 
figurce Jezusa Chrystusa, którego imię często wymawiam nadaremno. Gdyby was, dzieciątka, nie było, to 
dlaczego miałbym nie popełnić samobójstwa? Byłoby mi lepiej. A Archipelag Gułag i Wierny Rusłan to 
lektura, która pozwala mi na ten luksus, abym przezwyciężył tę noc, kiedy to stygnę dzięki wyobrażeniu 
sobie pięknego obrazu, symbolu tego, jak się  powinno malować, pan Nikita rozstrzygnął to za mnie i dodał 
mi sił, abym żył nadal... Krajobraz w szacie zimowej. Ja wiem, kiedy panu, panie sekretarzu, napalili i miał 
pan służącą tak jak wszyscy arystokraci minionego stulecia, którzy pili w cieple wódeczkę i marzyli o tym, 
jak pięknie będzie za sto lat, a przy tym mieli w ciepełku cholerynę wskutek chlania i marzyli o tym, co 
wieścił mój Nikita Chruszczow... o widoku z sani, w kożuchu... o Krajobrazie w szacie zimowej... Ten 
Nikita, ten Nikita porządnie mnie wkurwia! ... a co dopiero ten osioł, autor Damy kameliowej, który pisał, że 
teraz,   w   tym   minionym   stuleciu,   w   roku   pięćdziesiątym   piątym,  użalał   się,   jakież   teraz   to   życie   jest 
obrzydliwe, ach, gdybym tak mógł żyć za sto lat... Ty ośle! My teraz także jesteśmy w gównie po szyję i 
mówimy z kolei: ach, gdybyśmy tak mogli żyć przed stu łaty... Jak to powiedział doktor Kurfirst... inte-
lektualistów czuć gównem na sto metrów, niech pan, mistrzu, trzyma się od nich z daleka.

Cięcie! Cuter! Nożyczki!
No, jutro będzie już lepiej, wysączymy flaszeczkę do dna, podnoszę się, jakoś mi to nie wychodzi, ale 

wlokę się, aby dołożyć do pieca, na zakręcie przewróciłem butelkę, teraz ją tu mam... Koskenkorva Vodka... 
Helsinki Finland... ale jeśli koty wytrzymają tyle na dworze, to dlaczego ja miałbym nie wytrzymać sam na 
sam z wódeczką, mimo iż pan ordynator Żaćzek ostrzegał: Każda pinta alkoholu to tak samo dla wątroby, 
jakby ktoś w nią pana kopnął!

Cięcie!
Ale, Cassiusie, lepiej umierać po pijanemu niż na trzeźwo i myśleć o ostatnich sprawach człowieka... Ty, 

Cassiusie, będziesz jutro chodzić z kotką, tą flądrą, po parceli, ty jak kto niemądry już dziś nic nie jesz, bo 
przestrzegasz hasła natury: Nie jedli, nie pili, tylko pierdolili... nie... Pierdolili, nie jedli, nie pili.., ja zaś będę 
widział przez okno, jak sypie się sadź z gałązek zmarzniętych drzew ale ty, moja krowo jordańska, pójdziesz 
się popisywać tu i tam w podmuchu kociej pizdeczki jak prowokator, ponieważ dobrze wiesz, że ja już 
żadnej   piczy   w   domu   nie   mam,   i   dlatego   moje   zużycie   prezerwatyw   jest   zerowe,   a   zużycie   papieru 
toaletowego ogromne... bo choć nie w portki, to mentalnie nie raz, nie dwa razy zafajdałem się z tego 
wszystkiego aż po uszy... A jednak!

Cięcie! Cuter! Nożyczki!
Niepodobna się odciąć od epoki. Zesrać się można!

Ps
Ale, Cassiusie, i ty to wiesz i widzisz. W sionce jest stelaż i siaduje tam Militka, ta koteczka z białym 

żabocikiem, białymi skarpeteczkami, różowym noskiem, niczym wydobyte gdzieś z głęboka wspomnienie, 
które stało się ciałem, ta moja skarpeteczka mojej młodości, z którą sypiałem w browarze. I nieustannie myje 
się, bo a nuż ją spostrzegę? I ja też kiedy idę, a ona spojrzy na mnie zakochanymi oczyma, pochylam się i 
ona,   Cassiusie,   całuje   mnie   w   czoło!   Ma   koło   różowego   noska   trzy  plamki,   kropki,   impresjonistyczne 
muśnięcia pędzla w kolorze brązowym.... a ze czas płynął, to przez te dwa tygodnie, kiedy tak tu siadywała 
na stelażu w sionce, zdążyliśmy się w sobie zakochać... Gdybyś, Cassiusie, zaginął, to zastąpiłaby ciebie, a 
to już coś znaczy. Ty wciąż jeszcze chodziłeś na cienkiej lince za tą twoją pizdeczką, a ja już nazwałem 
kotkę na stelażyku — Militka, a ona już reaguje na to, pochylam się tylko, daję jej całusa, a ona mnie... i 
jestem dla niej kędzierzawym i pięknym młodym mężczyzną, i tak oto odmłodniałem, jak się tego uczyłem, 
że Jungwerden Goethego, to pragnienie starego poety, by stać się młodym, urzeczywistniło się tu, ja, blisko 
już osiemdziesięcioletni głupiec, zakochałem się w koteczce, w Ulryce von Lewetzow... i ona tę miłość 
odwzajemnia! Cassiusie, nie żyłem na darmo! Jestem zbawiony, pośród krajobrazu w szacie zimowej, jestem 
w stanie satori, bódhi, jestem w stanie sanskar, w stanie miyein, mistycznym widzeniu i wizjach, jakie miał 
ten młodziutki mistyk Tomasz Traherne, ten poprzednik Williama Szekspira, który jak widzę na dworze, na 
nocnym niebie, ma swój inicjał... W William...

Nie żyłem na darmo. Cassiusie, zresztą i twoje imię to imię z szekspirowskiego dramatu Otello, Cassius, 

wenecki arystokrata, który przez pomyłkę dał Desdemonie chusteczkę i pośrednio przyczynił się do tego, że 
Otello przez pomyłkę udusił swoją ukochaną Desdemonę...

Ten nasz krajobraz w szacie zimowej dał się nam we znaki... Weksel na swoją śmierć z powodu ischiasu i 

podagry przepowiedziałem sobie na Te Deum w katedrze Świętego Wita i nie pomogła nawet podwójna 
wódeczka   “Pod   Czeskim   Lwem”   we   wtorek   drugiego   lutego   ani   teraz   dwunastego   lutego   ta   fińska 
Koskenkorva Vodka, po której przewracam się nad ranem jak drewniana figurka frasobliwego Chrystusa, za 

background image

dwie minuty minie czwarta godzina nad ranem i na nic mi się zdadzą hasła: Bez tytoniu i bez piczy nic już w 
domu się nie liczy czy też: Nie jedli, nie pili, tylko pierdolili.

Cięcie! Cuter! Nożyczki...
Ty, Cassiusie, jesteś w niebie... Jutro już nie będziesz jadł i pił... a ja pójdę na obiad, bo ja już nie mam 

dokąd pójść... A jednak! Gdy zostawię otwarte drzwi do sionki, będzie tam na wysokości moich oczu czekać 
na mnie czyściuteńka Militka, moja koteczka, w której się zakochałem...

SZEWSKI PONIEDZIAŁEK

Motto:

Bohumil   Hrabal   w   ankiecie   “Kmenu”   napisał...   aby   wszystkie   teksty  miały   więcej   odwagi 

wstępowania na cienki lód, aby autorzy bali się swojego pisania... I jeśli w pisaniu Hrabala widać, 
że pisze z właściwym sobie lękiem, to byłoby cudownie, gdyby tu się to udało już (czy dopiero) w 
roku 88. Niestety, nic o tym nie świadczy...

Doc. dr Milan Hubl, CSc. w książce

Drogi do władzy 17.1.1988

I   dlatego   kocham   ten   kraj,   tę   linię   koło   Mochowa   dzielącą   Sławnikowców   od   Przemyślidów,   rodu 

znanego z umiłowania pokoju, którzy, kiedy wymordowali Sławnikowców pośród mgły podstępem i zdradą, 
w końcu wyrżnęli także Wierszowców, prócz jednego, który tak długo zwlekał z narodzinami, aż wreszcie w 
Ołomuńcu pozbawił życia króla czeskiego, może Wacława... Ale doczekał się!

Teraz, kiedy polityka jest znowu w kursie, muszę Złotej Pradze napisać, że w 1158 roku, jak sądzę, 

przedstawiciele   morawskich   stanów   przyjechali   do   Sadskiej,   gdzie   spotkali   się   z   pokój   miłującymi 
Przemyślidami, aby zawrzeć na wieczne czasy Statuta ducis Ottonis... ale, jak mi  z gromkim śmiechem 
opowiadał pan doktor Zumr, Przemyślidzi te Statuty  o wiecznej przyjaźni podpisali sami, a Morawianie 
zachlali się gdzieś po drodze, zanim do Sadskiej dotarli... Bo wszystko to zawinili szlachetni Przemyślidzi, a 
temu, kto by o tym wątpił, czescy patrioci wcisną zęby do gardła! Gdzie się pcha Machiayelli z tym swoim Il 
Principe!?  Powinien uczyć  się  od Przemyślidów!  Aha! Są  tutaj  w okolicy Libice  z ruinami  zamku,  ot, 
zaledwie tylko kilka cegieł i kamieni. I jest tu wioska Radzim, Radzim był bratem świętego Wojciecha, który 
wyjechał głosić słowiańskim Prusom słowo Boże, tam, nad Przerowem, pośród pól jest krynica, gdzie się po 
raz ostatni w sławnikowskich włościach Wojciech ugasił pragnienie, teraz jest tam kapliczka i ta świeża 
wodeńka także, a potem Wojciech jechał tak długo, aż wreszcie dojechał do tych słowiańskich pogańskich 
Prusów   i   tak   długo   naprzykrzał   im   się   z   Pismem   świętym,   że   go   w   końcu   zamordowali,   posiekali, 
porozrzucali... membra disjecta... i tak oto Wojciech zgodnie z prawem został świętym....

Zbieranie do kupy wszystkich części tego posiekanego ciała była to czynność artystyczna, twórcza, kolaż, 

asamblaż, jak to się dziś określa. I tak do głowy kawałek po kawałku, nogę za nogą, rączkę za rączką, 
kręgosłup był w kilku kawałkach jak cytra, a więc dopiero po pewnym czasie udało się złożyć  w całości 
zwłoki i przewieziono je do gwiaździstego Gniezna, jeden z historyków mówi nawet, że zgłosili się znalazcy 
kilku cząstek Wojciecha, ale Kościół kupował zawsze tylko jedną, dzięki której mogła powstać całość...

Ten sposób tworzenia wziąłem sobie jako motto, membra disjecta, kolaż, ale tekstów, o których myślę, że 

stworzą   całość,   zamierzam   napisać   Złotej   Pradze   o   tym,   jak   to   umiemy   obchodzić   uroczyście   szewski 
poniedziałek w “Złotym Tygrysie”, gdzie królował jako wyszynkowy i kierownik pan Prochazka z cygarem, 
który   decydował,   kto   dostanie   piwo,   a   kto   nie.   Pan   Prochazka,   już   dawno   na   emeryturze,   tak   kochał 
pilzneńskie   piwo,   że   kiedy   odszedł   z   “Tygrysa”,   to   jeszcze   nalewał   piwo   w   hotelu   “Continental”,   w 
“Contim”. Tam w piwnicy przez tak zwany krótki przewód nalewał piwo do kufli, do szklenic, nalane piwo 
stawiał do windy, naciskał guzik i winda dowoziła do lokalu ten płynny chleb, te pajdy smarowane masłem, 
jak “Pod Tygrysem”  nazywa  się pilzneńskie piwo. I tu pewnego razu, kiedy nacisnął guzik w  piwnicy 
wyszynku w “Contim”, to pod niebo wznosiły się kufle już po raz ostatni, bo pan Prochazka został już w 
piwnicy sam, zjeżdżały już na dół tylko puste kufle i szklenice, bo pan Prochazka nie żył. Tego wszakże nie 
będzie, aby czeski wyszynkowy od beczki uciekał! Powalony przez zawał sam w hotelu “Conti”. W piwnicy. 

Nadworny fotograf Złotej Pragi, ten, który robi niemal  wszystkie zdjęcia do Kalendarza, on właśnie 

otrzymał od hotelu “Conti” zamówienie... Kiedy wkroczy milionowy gość, wtedy, Flocziczku, pokaż, co 
potrafisz! Sfotografował milionowego gościa hotelu, wręczono mu zaliczkę, a on zamiast do “Tygrysa” 
poszedł do “Jelinków”, i tam mu słusznie ukradziono kurtkę nie tylko z dwoma tysiącami, lecz także z taśmą 
filmową, gdzie znajdował się ten milionowy gość hotelu “Continental”... .siedemnaście lat czekał na tego 
gościa, a kiedy wlazł już w paszczę lwa, nie tylko przeszła mu koło nosa okazja wyjazdu za granicę, lecz 
także szansa czekania kolejnych siedemnaście lat na dwumilionowego gościa... Teraz leczy się fonoterapią, 

background image

nieustannie sobie nastawia:

Pragi nie oddamy,
zburzymy ją sami...

I codziennie ma teraz szewski poniedziałek, który my nazywamy niebieskim...

Dziś   niebieski   poniedziałek   wyróżnia   się   tym,   że   goście   w   kąciku   cichych   współpracowników 

Kalendarza są nachlani jak mleczarskie psy, cały jadłospis jest już zakreskowany jak obraz Vincenta van 
Gogha   Stoppelfelder.   Pole,   ściernisko,   kreska   obok   kreski,   pociągnięcie   pędzlem   ukośnie   pochylonym, 
bieżący   metr   piw   za   bieżącym   metrem,   bo   szewski   poniedziałek   Złotej   Pragi   to   serial   młodych   ludzi, 
mężczyzn i kobiet, którzy przeszli już nie tylko AIDS, lecz także marskość wątroby i śledziony... A ja ich 
kocham, bo ta Złota Praga tworzy jabłuszka oranijskich renet, spośród których w każdej niemal gnieździ się 
robak melancholii... Tam, po drugiej stronie lokalu, tam siadywał wynędzniały dawny ober kawiarni “Arco” 
Willi   Svoboda,   nie   mógł   już   chodzić,   powłóczył   nogami,   ale   zawsze   wypomadowany,   z   przedziałkiem 
pośrodku, lekko pochylony do przodu, jakby niósł tę kawkę, którą w latach trzydziestych roznosił praskim 
Żydom...   a   to  marzenie   każdego  członka   Złotej   Pragi!   Willi   umarł   na   chodniku,   wracając   ze   “Złotego 
Tygrysa” i nie doniósł już śmierci do domu. Ta nasza Złota Praga. I ten szewski poniedziałek na dodatek!

Wczoraj zjawił się taki jeden, który w imieniu Pragi pracuje gdzieś w Azji... I albo mucha tse-tse, albo 

trąd, albo cholera, po prostu z jakąś chorobą, o jakiej marzą członkowie Złotej Pragi... zamówił kotlet w 
placku ziemniaczanym... Kelner, pan Tolek, przyniósł i wirowym ruchem podsunął talerz temu Milonkowi 
pod brodę, życzył smacznego... no i masz go! Milonek wśród gromkiego śmiechu usnął, zrzucił talerz ze 
sparzoną kapustą i dekoracją jarzyn pod stół, na obrusie pozostał tylko ten kotlet w placku ziemniaczanym... 
Wobec tego postawili pod stołem koszyczek z chlebem, a kiedy Milonek się wyspał, unieśli stół za nogi... i 
krzyk, i wrzawa, że pan ober Olek powiedział: “W życiu kelnera są takie chwile, że i bydlę może od tego 
zwariować...”. I uniósł lekko obrus, a tam leżał szczęsny Milonek, który tylko po to przyjechał z Afryki, aby 
usnąć, a teraz żwawo i czujnie strzegł swojej porcji pod stołem, wycierał z podłogi sos i kapustkę, aby na 
koniec   wytrzeć   chlebem   talerz...  no   i   znów!...   piętnastu   bywalców   uniosło   aż   pod  sufit   stół   i   Milonek 
wysunął się i niczym w lustrze, jak w grotesce Chaplina, przyczesał dłonią swoje piękne czarne włosy i 
zabrał się do kotleta w placku ziemniaczanym na obrusie, i pałaszował szybko, bo a nuż nagle znów uśnie... 
Być członkiem Złotej Pragi to ryzykowne powołanie.

A ja w tenże szewski poniedziałek otrzymałem skargę cyrku Berouska, że powołałem do życia Nadację 

Bohumila Hrabala w obronie praw zwierząt, że, podczas gdy on jęczał w kryminale za politykę, jego dwa 
niedźwiedzie żyły w raju u jego mamusi, wprawdzie w wielkiej klatce dla królików ale że ta moja nadacja, 
Nadacja Bohumila, odwiozła niedźwiedzie do ogrodu w zamku, gdzie niedźwiedziom śpiewała nawet ta 
piosenkarka, która śpiewała o aksamitnej rewolucji Przejdę przez rzekę Jordan... i że jeden z niedźwiedzi od 
tego zdechł, że wprawdzie to pięknie, że chciałem wypożyczyć w Teatrze Narodowym kostium niedźwiedzia 
ze Sprzedanej narzeczonej i zamierzałem, pisze w skardze pan Berousek, zaprzyjaźnić się w zamkowym 
zwierzyńcu z tą sierotką, nawet spać z nim chciałem... ale pan Berousek występuje teraz z pozwem, żebym 
mu wynagrodził szkodę, oskarża mnie, że powołałem do życia tę nadację, która jest przyczyną śmierci jego 
niedźwiedzia, z którym wybierał się na tournee do Rosji i na Ukrainę... I pan Berousek posłał mi tę skargę do 
“Złotego Tygrysa”, właśnie w szewski poniedziałek... I metr bieżący piw tu, metr bieżący piw na drugi 
koniec stołu! A wszystkiemu winna jest poetka Śtroblova, która—

mimo  iż jej na to nie pozwoliłem 

— założyła Nadację Bohumila Hrabala w obronie zwierząt...

A że to był szewski poniedziałek, rozmawiałem z dwiema damami, które obchodziły tu imieniny jednej z 

nich. I zacząłem uprzejmie, żeby im sprawić przyjemność, powiedziałem, że obie mają piękne krowie oczy, 
ale tak piękne, że nawet szwajcarskie byki w całą pewnością by oszalały! ... A damy stawały w pąsach i 
połykały kotlety w placku ziemniaczanym z podwójną porcją sparzonej kapusty, tak że wystraszyłem się, że 
tyle jedzą, bo trzeba by wezwać weterynarza, który bądź by zalecił wprowadzenie im do brzucha trokaru, to 
jest żerdzi czy drąga, jakiego używają nasi rolnicy, kiedy krowa dostanie wzdęcia
od nadmiaru koniczyny,  albo też, jak doradzają weterynarze, wytrzeć gębę słomą, a jeśli to nie pomoże, 
zabić...
A moje damy piły jedno piwo za drugim, czkały i uśmiechały się...

Ale z pana pochlebca!

A więc pocieszałem je mówiąc, że u Homera wszystkie boginie były wolookie... że one obie mają 

oczy jak dwa piękne woły... A jakże!

Ty psie pogański! Ty giaurze! Ty moje serdeńko ukochane! Ty mój skarbie! Ty kozaku! Ty Moskalu! 

Kocham cię i nie mogę bez ciebie spać... — pisze caryca Katarzyna Wielka do Griszeńki Potiomkina...

A   że   był   szewski   poniedziałek,   członkowie   Złotej   Pragi   krzyczeli,   bo  były  już   w  drodze   próbne 

wydruki z wielkiego Kalendarza... Koniec opery żebraczej...

Jakaż wrzawa zapanowała znów w kąciku cichych wspólników przyjaciół Złotej Pragi! A bo ci cisi 

background image

wspólnicy, ci wrzeszczeli zawsze, byle tylko znaleźć powód. A zresztą, żaden Kalendarz nie obszedł się bez 
szewskich poniedziałków... Dziś wrzeszczeli dlatego, że sama tylko wypowiedź: opera żebracza się kończy, 
to za mało... mówi właściwie tyle, że artyści nie potrzebują już żadnego żebraczego wsparcia...

No i znowu:

— Olku, metr piw!

A potem:

— Toleczku, metr piw na mój rachunek!

A Wacław przy kurku u beczki, po wczorajszym poszumawskim wieczorku tak zmordowany, że aż 

dostał zeza, powiedział żałośnie:

— Od tego, co tu się dzieje, nawet bydlę gotowe zwariować! Jak powiada Haśzek.
Ja zaś, lewicowy intelektualista, ten, który podczas robienia zdjęć do Kalendarza siedziałem na Starych 

Zamkowych Schodach w krześle w tej mojej służbowej czapce z czasów, gdy byłem dyżurnym ruchu, ja, 
który tam dmuchałem w helikon i wraz z innymi żebrakami skomliłem o parę groszy, ja, który rozciągałem 
harmonię jak żeberka centralnego ogrzewania z taką siłą, że aż pękła... ja powiadam:

— Słuchajcie no, chłopcy, a gdybyśmy tak, kiedy za chwilę przyniosą ten plakat, ten nasz Kalendarz i 

tam... koniec opery żebraczej... gdybyśmy tam, skoczywszy po farby, postawili za kropką wielki kolorowy 
znak zapytania, jako że nic nie jest jeszcze w porządku... Srać na groby,  żadnych  wieńców... ten znak 
zapytania byłby tam domalowany tak, jakby to zrobił sam Andy Warhol... wprost z tuby... i raz czerwony lub 
niebieski, raz zielony i żółty... zgodnie z gustem tego, kto by ten Kalendarz kupował?

I znów krzyki, wrzawa i łoskot krzeseł, i uniesione ręce, a damy,  które przed chwilą zwymiotowały 

parzoną kapustę razem z kotletem w placku ziemniaczanym,  usiadły w kąciku niczym dwie mistyczki i 
miały łzy w oczach, i czkały.. a jedna z nich powiedziała rozmarzona:

— Pewnie mnie ktoś wspomina...

I raz jeszcze:

— Oleczku, metr piw na mój rachunek!

A potem:

— Metr piw tu pod okno, Tolu!

I Wacław, wymordowany po poszumawskim wieczorku, żalił się przy kurku:

— Żebyż  to już wreszcie była północ. Naprawdę zdarzają się w życiu sytuacje, że i bydlę dostaje 

kręćka!

A ja, jako lewicowy intelektualista, ratowałem to wszystko:

— Każda   choroba,   przyjaciele,.   to   zaniedbane   pijaństwo...   i   metr   piw   tutaj,   żeby   było   świeże. 

Przyjaciele, na zdrowie! Bo zdrowie to punkt przecięcia się wszystkich złośliwych, chorób!

Ale mi się świetnie pisze! Dziś jest szewski poniedziałek, a w końcu ja mam prawo pozdrawiania istot, 

których już zapomniałem albo też widzę je zupełnie inaczej. Bo to, co i jak tu piszę, to nie jest nawet beletry-
styka,   to   nie   jeśt   literatura   piękna,   ponieważ   ta   moja   maszyna   do   pisania   to   to  samo   co   Bateau   ivre 
Rimbauda. Moja maszyna do pisania sunie już bokiem, podczas gdy ja, nawet trzeźwy, zdradzam objawy 
pijaństwa...

Szewski poniedziałek... Pan Hulata, kierownik i wyszynkarz, nie miał dziś na szczęście dyżuru, jego 

fartuch wisiał na gwóździu przy telefonie wyszynku,  zawinąłem wobec tego głowę w ten przesiąknięty 
piwem fartuch, w mrok, i w ten sposób leczyłem się, jak mnie tego nauczył Jakub Deml, który kiedy dopadł 
go stres, opatulał swoją głowę mamusinym fartuchem... To także szewski
poniedziałek.

.

A  ja,   zakutany w  fartuch pana  Hulaty,   mokry  jeszcze   od piwa,   ujrzałem sceny z   Austrii   niczym 

mistyczną wizję. 
—Nie  hałasujcie,  chłopaki  — powiadam.  — Posłuchajcie,  byliśmy   na  pierwszej  wycieczce  w Austrii... 
dwudziestu pisarzy.. i pan Kolarz i pan Hrabal, i pan Topol, i pan Aszkenazy... jechaliśmy dokoła Austrii, a 
kiedy przyjechaliśmy do Heiligenblut, do autobusu podeszła płacząca dziewczynka z bukiecikiem szarotek w 
palcach i powiada: to kosztuje dwadzieścia szylingów.., no i poeci pod wpływem tych gór i skał, gdzie — i 
tylko tam — rosną szarotki, strach pomyśleć, poeci kupili ten bukiecik, te kwiatki zrywane zapewne w 
miejscach niebezpiecznych dla życia...
  A ja, wychowanek Kartezjusza... .Dubito, ergo sum... poszedłem za tą dziewczynką za mur cmentarny.. a 
tam tyrolscy chłopcy rozliczyli tę dziewczynkę i podali jej następny bukiecik tych alpejskich szarotek z 
niebotycznych stromych urwisk... zaś inni dwaj kosili te alpejskie szarotki posiane na martwych grobach, a 
trzeci zręcznie i sprawnie układał je w następny bukiecik, bo nadjeżdżał właśnie kolejny autobus...

I zwracam się do stołu Złotej Pragi:
— Ja, chłopaki, tak jak ci sprzedawcy bukiecików alpejskich szarotek, tak pracuję i ja... po co mam 

wspinać się na wyżyny, ja sobie historyjki kupuję tutaj... Toleczku! Daj no tu metr piw! Sursum corda!

Jest szewski poniedziałek. To moje pisanie, chłopaki, to okradanie grobów, tego “lania” nauczył Jacksona 

Pollocka Max Ernst, a ja z kolei od Jacksona mam to jego action painting... zamiast farbami z tuby ja to leję 

background image

wprost z głowy do tej mojej inkrustowanej złotem szrajbmaszyny.. Jeśli nie będziecie osłami, to ja nauczę 
pisać każdego. .. to wiejska sztuka obracać ziemię pługiem, głęboko, pralemieszem, to, co leży na dnie tych 
naszych głów, przelewać wprost na biały papier za pośrednictwem taśmy barwiącej i klawiatury... Thalatta 
Regression... Sacre du printemps...

W Kersku spadł śnieg i Cassius po raz pierwszy jadł razem ze wszystkimi. Oczywiście, jest szewski 

poniedziałek. Niebieski, jak nazywają go u nas. No to niebieściejmy dalej! Po raz ostatni metr piw! A kiedy 
tu, jak ja to mówię, już gotowe, wszedł jeszcze pan fotograf Kapłan, ten, z którym w czerwcu wybieraliśmy 
się w podróż do Dublina, by przejść szlakiem  pana Leopolda Blooma. Pan Kapłan przyniósł zdjęcia ze 
świeżo spadłym śniegiem, rozdał je przyjaciołom, most Karola i Zamek, Złota Praga w zimowej szacie, 
przepraszał, że ma chrypkę, ale jutro musi jechać do Polski pod gwiazdy na mazurskie jeziora do swojej 
żony Krystyny, że przeprasza, ze nie może przyjść, ale ona pochodzi z ziemiańskiej rodziny i przywykła do 
orszaku: jeśli nie idzie z nią dziesięciu, czuje się opuszczona...

A ja kończę pisanie asamblażu, kolażu, tak jak Kościół składał do kupy posiekane członki, membra 

disjecta, świętego Sławnikowca, który był i jest ozdobą naszych stron, Libicy i Radzimia, i Sadskiej, gdzie 
jednak urodził się też i żył  komendant służby bezpieczeństwa Vlasta Ulrich, którego uczyłem pisać, tak 
jakby składał raport Ministerstwu Spraw Wewnętrznych w Pradze, tak żeby to też była literatura.., on jednak 
zastrzelił się w piwnicy w Sadskiej, w budynku swojej komendy, bo nie potrafił sobie poradzić z tym, co 
nazywa się love story... Człowiek cierpi, bo membra disjecta są niewłaściwie złożone... Tak jak Antonin 
Artaud. Ten, który zastrzelił się w “Grandhotelu” w Nantes ku czci Vincenta van Gogha, by obaj wsiedli do 
pociągu zmierzającego ku gwiazdom i w ten sposób osiągnęli w końcu nieskończoność...

PS
Kochana Kwiecieńko, kochany Cassiusie! Czy to koniec opery żebraczej? Tak, to koniec opery żebraczej. 

Niech wzbija się do lotu i niech żyje kerski rewir leśny! Zimno mi, pierzyna jest chłodna, śpię ubrany, ale 
niech wzbijają się do lotu nasze włości Ango! Śpię dziś ubrany, ale kto  zagrzeje moje kotki, kto zagrzeje 
nieszczęśników tam, gdzie nie ma nawet pieca, tam gdzie nie ma nawet słów? Śpię ubrany, włożyłem idąc 
do   lóżka   dżinsowe   pantofle.   Ale   jak   w   tym   mrozie   jest   gdzie   indziej   na   świecie?   Opera   żebracza   nie 
skończyła się i nie skończy Kwiecieńko i Cassiusie, módlcie się tak jak. ja za tych innych, tam, gdzie indziej.

Kersko, jest czwarta godzina i kilka minut nad ranem. Jest wtorek, dzień po szewskim poniedziałku, i jest 

mi smutno. Boję się, boję...

Kindertoten Lieder von Gustav Mahler. Herbert von Karajan.

KRUK ZAKRAKAŁ: “NiGDY JUŻ”

Obracany rydlem  zagon, traktor ciągnie za sobą  pług, który obraca  czarnoziem,  czarną urodzajną 

Ziemię, Złoty Łan, orana gleba, lśniąca niczym skrzydło kruka, jedna czarna fala za drugą, traktor zostawia 
za sobą czarne morze lśniącej ziemi, raz na prawo, raz na lewo, przypływ i odpływ czarnoziemu... Krucze 
skrzydła... Traktor wdziera się w zaśnieżone jeszcze pole i zostawia za sobą wskrzeszoną pługiem lśniącą 
urodzajną ziemię. Obracane karty życia i śmierci, wypytywanie się o los człowieka z pracy pługa, z ziemi do 
ziemi. Nieśmiertelne przygotowania pod nieśmiertelny zasiew. 
Tak to już dawno, ale jakby zdarzyło się dziś. Wybrałem się do lasku zwanego Ścierwnikiem, tam gdzie 
grzebią padlinę, “ale gdzie też czarni Cyganie moich młodych lat wykopywali łaciate prosięta, które zabiła 
czerwonka...   Szedłem   więc   po   zmarzniętej   na   kość   trawie   zawianej   lutowym   śniegiem...   i   stały   tu   na 
baczność przemarznięte drzewa, przysypane szronem, otulone watą i bandażami szreni, w koronach wiązów 
siedziały nieruchomo stada kruków, na tle nieba korony obłożone brykietami... Już drugi miesiąc trzymał 
wówczas dwudziestostopniowy mróz, a nawet większy. Często dochodził do trzydziestu stopni Celsjusza... 
Tupnąłem podeszwą w zmarznięty pień... i z nieba spadały jeden za drugim kruki, które już dawno zamarzły 
na śmierć... grudki śląskiego węgla... w białym śniegu sypiącym się z gałązek i gałęzi, wszędzie dokoła... 
bryły antracytu, śląskiego węgla, trumienki brykietów... Kruki.

Tylko raz w życiu widziałem przejechanego kruka. Przed maską samochodów i autobusów, do ostatniej 

chwili.., już, już, ale kruk za krukiem wzbija się, rozkłada swoje skrzydła... i te starcze oczy. Kruki zawsze 
mają oczy starców... Nie widziałem naprawdę przejechanego kruka na drodze, na autostradzie.., dożywają aż 
stu trzydziestu lat... dwuletnie kruki są stutrzydziestoletnie... Kocham je, bo podczas gdy łabędzie, i podczas 
gdy przepiórki, i podczas gdy kwiczoły i podczas gdy dzikie gęsi lecą i wędrują w formacjach, w kluczach, 
kruki nie opuszczają się, ale włóczą się po niebie, rozkoszują się tą swoją podróżą dokądś.., po swojemu, 
zgodnie z własnym gustem, a kiedy poczują głód, przysiadają na ściernisku i to, co pozostało po żniwach, to 

background image

dla nich przysmak... a ich chód to powrót małpy do domu, gdzie jednak nikt na nią nie czeka, kołyszą się jak 
kaczki, kiedy tak idą po polu, gdzie zeszłego roku rosło zboże...

Kruki   kochają   cmentarze   i   w   koronach   drzew   wiją   sobie   gniazda   kolczaste   jak   korona   cierniowa 

Chrystusa,   gęste   pałacowe   zwierzyńce   to   gigantyczne   krucze   żłobki,   u   barona   Chotka   koło   Pragi   — 
widziałem to — gnieździ się sto tysięcy kruków,., symfonia ich macierzyńskich krakań to tak jak skrzypienie 
pomp, pojękiwanie osi u kół wiejskich wozów...

Kiedy rano krucze bejbi spadały z gniazd w koronach drzew pałacu w Weltrusach lub też myśliwi pana 

barona   zestrzeliwali   je   na   Ziemię,   baron   Chotek   urządzał   w   swoim  pałacu   “kruczą   ucztę”,   befsztyki   z 
wyłamywanych piersiątek kruczych bejbi... zaprosił nawet, a zaproszenie przyjęto, i przyjechał sam cesarz 
pan, Franciszek Józef, aż z Wiednia, przyjechał też na żółtą polewkę, i pil wino i szampana z porzeczkowych 
pól barona Chotka... ale przede wszystkim — krucze befsztyki... Na Połabiu też, kiedy znikają z pól bażanty 
myśliwi nazywają kruki rosyjskimi bażantami...

A ja w owym roku dwudziestym dziewiątym na Ścierwisku o mroźnym zmierzchu uderzyłem podeszwą 

w pień wiązu i tak jak w pałacowym ogrodzie w lecie spadały krucze bejbi, tak przed tymi sześćdziesięcioma 
laty strąciłem podeszwą z gałązek i gałęzi tuziny zamarzniętych kruków, spadały kręgiem wokół wiązu w 
śnieg   i   szron   ciężko,   jakby   spadały   ciężkie   młoty   jak   brykiety   jak   grudy   śląskiego   węgla,   jak   czarne 
półkilowe  ciężarki   starych   wag   dziesiętnych...   niewiele   brakowało,   aby   spotkał   mnie   los   Ajschylosa, 
któremu wywróżono w Delfach, ze... zostanie zabity przedmiotem spadającym z góry... ledwie nadążałem z 
odskakiwaniem...

Zapadł już wieczór, zbliżała się zmarznięta na kość noc.., ta wczorajsza okazała się dla kruków Kristall-

nacht... Jakby z wiązu spadały zamarznięte czarne koty jakby, Cassiusie, spadali twoi zamarznięci bracia, 
Czernidła, Szwarcwaldy.. którzy wyszli mi dzisiaj naprzeciwko aż do autobusu, bo już, Cassiusie, stracili 
nadzieję, że w takie mrozy wrócę do was do Kerska...

Odkąd jeżdżę autobusem, nie widziałem, Cassiusie, przejechanego kruka... za to tam, na zakręcie, w 

przeddzień Wigilii, widziałem na śniegu czarną plamę, bałem się, że kruk uniósł słoik z konfiturami, słoik z 
mięsem,   wzbił   się   z   nim   aż   nad   betonową   aleję   między   wiezowcami   i   wypuścił...   by  później   spośród 
odłamków szkła wydziobać sobie, co nadaje się do zjedzenia... Kruk potrafi unieść nad betonową uliczkę, co 
ukradł z balkonu... i znów  urządził sobie ucztę, zajadając ze smakiem,  co zostało wśród okruchów,.. a 
dlaczego by nie?.

Rzeczny orzeł uniósł żółwia morskiego, a on wyśliznął mu się i zabił leżącego nad morzem Ajschylosa; 

który uwierzył wróżbie, że zabije go przedmiot spadający z góry a więc jako Ateńczyk, wierzący obywatel, 
szukał bezpiecznego miejsca nad morzem... ale Los i morski orzeł, i żółw który wyśliznął się ze szponów... 
Los, Cassiusie... obawiam się, że i u nas, na Sokolnikach, włóczą się nie tylko żebrzące kruki, lecz także i 
takie, które mogłyby rozstrzygać o moim życiu... gdyby jeden z nich uniósł pod niebo słoik z ogórkami i 
zrzucił z góry na moją głowę, kiedy właśnie wychodzę, aby kupić dla was w Kersku dwa kurczątka z rożna... 
bęc go! I znajdą mnie między dwoma pojemnikami na śmieci z głową roztrzaskaną słoikiem ogórków... i to, 
Cassiusie,   jest   całkiem   możliwe.   I   jest   to  możliwe,   bo   opowiadam   ci   dzisiaj   weselszą   dobranockę...   O 
krukach, które tak bardzo przypominają rozdartą czarną rękawicę hokejową, splądrowany żalem żałobny 
wdowi kapelusik...

Istnieje u nas ogółem szesnaście przekładów Kruka Edgara Allana Poego... Za czasów mojej młodości 

chwaliliśmy straszliwie pilzneńskie piwo w “Furmance” i deklamowaliśmy przy tym wiersze... a przede 
wszystkim   tego   Kruka.   Poeta   i   tłumacz   Kwiatów   zła   Svatopluk   Kadlec   właśnie   wtedy   próbował 
przetłumaczyć Kruka po raz siedemnasty, i wypiliśmy wszyscy po dwadzieścia piw, by uczcić tę sławną 
powtarzającą się końcową frazę Kruka i pan Kadlec wymyślił ten oto wers: I kruk zakrakał: nigdy już... i 
dopiero potem wybrał się na wino do Posztów, bo autor nowej wersji Kruka był ostatnim pisarzem, który 
sypiał ze swoją żoną, a ona nie cierpiała odoru piwa. Tak więc Svatopluk po tych dwudziestu piwach zawsze 
pil jeszcze wino i żona chwaliła go w łóżku: “No widzisz, że można i tak... Bo wino jednak pachnie...”.

I tak oto, Cassiusie, Kruk znalazł siedemnastego tłumacza... I kruk zakrakał: nigdy już...
Dlaczego ci to mówię? Bo ty jesteś mój  kruk, kruczek, nigdy się. nie uśmiechasz, jesteś zadumany, 

siedzisz jak mumią, czarna mumijka, a oczy masz zdarte, stare, jak te kruki, które przysiadają na dawno już 
zżętych polach, które czyhają na zakrętach dróg, czy spółdzielcze traktory nie rozsypią na zakolu choćby 
garstki ziarna... I tak to już jest! Zupełnie tak samo na osiedlach: kruki przysiadają, huśtają się na gałęziach 
drzew i krzaków koło pojemników na śmieci, by porwać, co wypadnie... Ach, te kruki, ja, Cassiusie, kocham 
je tak jak ciebie. Przesiadują chętnie na kołyszących się gałązkach  na Sokolnikach, lubię na nie patrzeć z 
okna na piątym piętrze, jak lecą przecinając na ukos ogromną płaszczyznę szyby, one nie lecą, tylko ot tak 
sobie, włóczą się po niebie, nie wiadomo dokąd, może już zmierzają do pałacu w Weltrusach, by przypatrzeć 
się   potężnym   dębom  i   topolom,   może   zmierzają   ciężkim  lotem   gdzieś   na   żer   na   pola   za   Pragą,   może 
zataczając łuk wracają na cmentarz żydowski, tam, gdzie na stojąco pochowani są w ziemi rabini... a przede 
wszystkim Rabbi Łów... gdzie praskie kruki mają swoje zloty, swoje zjazdy, swoje posiedzenia i narady.. i 
gdzie   też   gniazdują...   w   horyzontalnych   męczennicach,   przypominających   cierniową   koronę   Jezusa 

background image

Chrystusa...

Kochany Cassiusie, Vincent  van Gogh,  na  dwa  dni  przed tym,  nim strzelił sobie w brzuch kulką  z 

rewolweru i niespiesznie umarł, namalował swój ostatni obraz: Nie zżęte pole z krukami... to smutny obraz... 
nad przejrzałym polem zboża ciężko i powoli unoszą się kruki, setki kruków... i w taki oto sposób Vincent 
namalował swoje pożegnanie z krajobrazem, który tak ukochał, że zastrzelił się z tej miłości. A ponieważ 
codziennie przejeżdżam obok stad kruków czekających na zakrętach drogi na to, co spadnie z traktorów, 
ponieważ,   Cassiusie,   dzień   w   dzień   witam   się   z   krukami   koło   pojemników   na   śmieci,   które   umyślnie 
otwieram, aby pożywiły się resztkami, i kruki wiedzą o tym, krakają mi to swoje: I kruk zakrakał: nigdy 
już... i tak ten obraz Niezżęte pole z krukami towarzyszy mi już od lat mojej młodości, kiedy kupowałem 
sobie nie samych impresjonistów, lecz także kolorowe albumy z reprodukcjami nie tylko Cezanne’a, ale i 
Vincenta van Gogha... te kruki latają ciężko nad ziemią i drepcą kołysząc się po ziemi, latają więc i we mnie, 
bo kto raz zobaczył ten obraz, to obraz ten, tak jak cały van Gogh, go użądlił. Dlatego przed trzema laty 
pojechałem aż do Arles, aż do Reims, do krainy, która tak jest podobna do obrazów, gdzie już krajobrazy 
rozwieszone są w ramach, tak by przechodzień mógł porównać to, co jest na obrazach Vincenta, z tym, co 
jest w rzeczywistości... A to, że cię, Cassiusie, ty moje czernidło, kocham, to chyba tylko dlatego, że od 
dzieciństwa kochałem kruki i lubię je też dzisiaj i na zawsze, bo... I kruk zakrakał: nigdy już... A ja mam już 
niemal osiemdziesiąt lat i wszystko, co robię, robię już po raz ostatni, a potem już Nigdy już, nigdy już, 
nigdy już!

Dlatego też kazałem ten nasz rodzinny grobowiec w Gródeczku zbudować a la Moody... Das Leben nach 

dem Tode... na wzór tuneli, którymi przelatują ci, którzy pozornie umarli... ale, Cassiusie, mam album z 
ilustracjami Hieronima Boscha, i jest w nim reprodukcja obrazu, który wisi w Wenecji i nosi tytuł: Wizja z 
zaświatów... olśniewający zielony tunel, którym przelatują ludzie, którzy kiedyś żyli.., jedni, ci uczciwi, w 
orszaku aniołów a drudzy, ci źli... i jedni stoją już na progu zielonego tunelu w ruchu obrotowym, a potem 
już tylko ten, co stoi na samej krawędzi gwałtownego światła... I tak oto Bosch i Moody nawiązują do siebie, 
jakby wiedzieli, że Edgar Allan Poe napisał Kruka, poemat, który  kończy się: I kruk zakrakał: nigdy już, 
nigdy już, nigdy już!, bo w końcu wszyscy zostaniemy poprzez zielony tunel wessani w gwałtowny blask 
słońca...

A symbolem,  jednym  z symboli  Hieronima  Boscha, jest  też Kruk,  symbol  z księgi  Ars Magna 

Raimundusa Lullusa... symbol Kruka, który w mistyce oznaczał nieufność, dla czarownic le magicien nourri 
par le Diable de fausses doctrines. A dla alchemii, Cassiusie, la nigredo, oznaczał Kruk początkowe wrzenie 
i ferment, w jakich rodzi się androgyniczny człowiek, głowa kruka, w połączeniu siarki i rtęci...

Tyle, Cassiusie, znaleźć można w indeksie symboli Hieronima Boscha, a ponieważ z tego wszystkiego 

zwariowałem, jedynie ty możesz to wszystko zrozumieć... jesteś bowiem czarnym kotem, który tak chętnie 
siaduje na ramieniu kabalarek i wróżek ludzkich losów.. I kruk zakrakał: nigdy już, nigdy już, nigdy już...

Kersko, 7 marca 1993 roku

widzę przez okno, jak po przekątnej nieba ciężko lecą kruki 

SACRE DU PRINTEMPS
Szkic przemówienia we Frankrucie
am Palmsonntag um 11 Uhr

Motto:

Przymusowe wysiedlenie to czyn moralnie niegodny.

W. Havel

Spotkaliśmy się tu, w Schirn Kunsthalle aus Anlass des Erscheinens meines neuen Romans Hochzeiten 

im Hause... I ja muszę teraz coś na ten temat powiedzieć. Ta moja trylogia zawdzięcza swój styl i treść pani 
Tołstojowej i pani Dostojewskiej, które właśnie wydały biografie swoich małżonków i w książkach tych tak 
chwalą swoich mężów, że powiedziałem sobie, iż swoją biografię napiszę przez pryzmat spojrzenia swojej 
żony, dla której byłem właściwie Maksem i Morycem, i enfant terrible, a więc powiedziałem sobie, że sam 
napiszę   o   sobie   wprawdzie   nie   paszkwil,   ale   tak   trochę   coś   w   tym   rodzaju,   tak   jak   to   było,   to   nasze 
małżeństwo, ja jako klejnot i ozdoba naszego współżycia.

I tak oto uczyniłem ze swojej małżonki przyjaciółkę zarówno pani Tołstojowej, jak i pani Dostojewskiej, 

dzięki mistyfikacji, w jakiej wyróżniał się także Goethe, który u schyłku życia cierpiał na rwę, tak samo jak 
cierpię  i  ja,   a  istotą   prostaty  i  podagry  szamstrgichtu  jest   zgorzkniałość   i  porywczość,  bo  nawet   Karol 

background image

Czwarty cierpiał na tę chorobę, która zaczyna się, kiedy wschodzi pierwsza gwiazda, a kończy się wraz z 
porannym pianiem kogutów...

A ponieważ jest dziś Palmowa Niedziela, rocznica owego wydarzenia, kiedy Jezus na osiołku wjechał do 

Jerozolimy i zebrany lud ścielił mu drogę świeżymi  gałązkami... wobec tego przedstawię Państwu kilka 
moich   metod,   jakie   stosuję   pisząc   te   swoje   teksty...   a   jest   to   ironia,   a   jest   to   też   owa   goetheańska 
mistyfikacja, i jest to moje upodobanie, wrodzone, w Schauspielertum, i to jest ta moja judische chucpe, a 
przede wszystkie jest to moja potrzeba spowiedzi, katholische Beichte... A ponieważ po Wielkim Czwartku 
nastąpi Wielki Piątek i ukrzyżowanie Chrystusa zatrzyma czas... Die Zeit wird gerafft, jak powiada święty 
Augustyn... nie mogę też nie pójść w odpowiednim czasie do spowiedzi, wszystkie dzwony odlecą w Wielką 
Sobotę  do  Rzymu,   aby  u schyłku  dnia  dzwony te  powróciły  na  wieże  świątyń   i  katedr,  na   dzwonnice 
wiejskich   kościołów   i   kaplic...   Wynalazłam   dlatego   u   świętego   Augustyna   to   miejsce,   gdzie   i   kiedy 
zatrzymał się czas; przez to umilknięcie dzwonów nawet czas został jedynie przesunięty w przestrzeń...

A więc jest tu pierwszy rozkaz Boży: Niech stanie się światło... i drugi rozkaz: Czyńcie pokutę! A ja 

przyjechałem aż z Pragi, aby w Niedzielę Palmową powiedzieć tu coś, co — być może — jest istotniejsze 
niż moje Wesela w domu... A jest to przesłanie z brifingu przed kilku dniami, pan prezydent i poeta Havel: 
Przymusowe wysiedlenie to czyn moralnie niegodny... tak jest zatytułowane to jego kazanie, które wygłosił i 
w którym też powiedział prawdę nam wszystkim, samemu sobie i potomnym. Przymusowe wysiedlenie to 
czyn   moralnie   niegodny...   i   uświadomienie   sobie   tego   jest   istotną   częścią   higieny   poczucia   godności 
społeczeństwa czeskiego... I ja dodaję tu do tego, że i ja sam czynię pokutę... Machet Ihr Busse... czyńmy 
pokutę za tych wszystkich, którzy będąc niewinni zostali zlikwidowani, setki tysięcy niewinnych dzieci 
kobiet, i starców i staruszek... a ja dodam jeszcze: setki tysięcy psów i kotów. I ja czynię tu pokutę za 
wszystkie te stworzenia, tak jak publicznie na brifingu powiedział to pisarz Wacław Havel, i w ten sposób 
oczyścił   i   poprawił   książkę   egzystencjalnego   filozofa   Karla   Jaspersa...   Die   Schuldfrage,   dzieło,   które 
obwinia   wszystkich   Niemców   za   to,   czego   dokonała   Heereswaffe   i   Eseswaffe   tam,   dokąd   dotarła   i 
wtargnęła...

I   ja   raz   jeszcze   powtarzam,   że   nadejdzie   czas,   kiedy   dzwony   odlecą   do   Rzymu,   kiedy   nastanie 

interregnum, czas, kiedy Chrystus umarł, aby powstać z martwych... Dlatego czyńcie pokutę, bo die Zeit 
wird gerafft, obie wskazówki światowego rozwoju, duża i mała,  spętane mocnym  sznurem,  tak że czas 
będzie musiał stanąć, i wszystkie dzwony na świecie stracą głos, i śmierć raz jeszcze umrze, aby mógł 
nadejść dzień pojednania, Zmartwychwstania, dzień otwartych drzwi do nieba, dokąd powstały z martwych 
Chrystus wzniesie się do swojego Ojca i będzie tam z Nim królować aż do Sądu Ostatecznego..

Jestem tu w Schirn Kunsthalle... kiedy przechodziłem obok Sankt Bartholomeus-Dom, nie mogłem nie 

spostrzec, że ktoś przesunął nazwę świątyni na drzwiach do zakrystii tak, że można tam było odczytać... 
BAR Tholomeus...

Też   dobrze   —   powiedziałem   sobie,   ale   przed   głównym   wejściem   do   katedry   gromadzili   się   młodzi 

odświętnie odziani ludzie, na tyczkach nad głowami błyszczała im aureola z gałązek zielonego mirtu jako 
symbol Niedziel Palmowych, kiedy Jezus na osiołku zbliżał się do miasta, które zgotuje mu Kalwarię. ..

I w tej chwili owionął mnie duch malutkiego filozofa Immanuela Kanta z Królewca, oświeconego autora 

książeczki Zum ewigen Frieden, przesłania do całej ludzkości. Zum ewigen Frieden to także sposób, w jaki 
można przekreślić Die Schuldfrage Karla Jaspersa i przyznać rację pisarzowi Wacławowi Havlowi z Pragi, 
który oświadczył publicznie i co zostało napisane, że przymusowe wysiedlenie to czyn moralnie niegodny, 
że aprobowanie przymusowego wysiedlenia oznacza pośrednią aprobatę przymusowego wysiedlania Żydów, 
Tatarów, Litwinów i innych narodów z ich stron ojczystych...

Proszę uznać to moje przemówienie jako alegoryczne Wesele w domu, w którym moja spowiedź jest 

zarazem początkiem dążeń wszystkich ludzi o dobrym sercu do Rozgrzeszenia. Do Zum ewigen Frieden.

PS
Immanuel Kant i jego... Dwie rzeczy podziwiam... Gwiaździste niebo nade mną i prawo moralne we 

mnie.
A ja dodam do tego, że w prastarych uczonych księgach Immanuel oznacza... Dziecię Boże... I tak, kiedy 
próbuję rozważyć do końca to, co Państwu powiedziałem, a co zapewne sami Państwo wiedzą, wszyscy 
jesteśmy więc dziećmi Bożymi, wszyscy jesteśmy Immanuelami, dobrzy, a także ci źli. A jeśli nie, to niech 
obowiązuje to, co powiedział Christian Morgenstern... Alles hat sein Ende, auch die Sonnenwende.

Dziękuję,   że   zechcieli   mnie   państwo   wysłuchać   i   życzę   wszystkim   recht   guten   Appetit.   Gdy  wejdą 

państwo do swoich domów i restauracji, gospod i gospódek... Einen recht guten Appetit.

HAPPY END

background image

Jest tak jak mówię... i na tym koniec. Nie pozostało mi już na świecie nic innego, jak jeździć codziennie 

do Kerska, by karmić  tę moją  kocią watahę. A reklamy wielkości tych  autorstwa Roya  Lichtensteina i 
Andy’ego   Warhola   stanowią   dla   mnie   sztafaż,   a   ponadto   i   tramwaje   mijają   mnie   reklamami   wielkości 
tramwaju, a także telewizja, którą oglądam, bo nie mogę chodzić — wszystko to stwarza mi całkiem nowe 
milieu, a do tego, jak mówię, mam tę swoją chandrę, taedium vitae, a poza tym cierpię na bóle mózgu i 
bioder, i kolan, tak że nie mogę się uskarżać. Mam to, czego chciałem. Jeżdżę autobusem, przedzieram się 
przez przedmieścia, a potem aż za Mochowem, kiedy autobus skręci na szosę do Cesarskiej Kuchni, tam 
jestem już niemal na łonie naturM wśród pól i potoczków z rosnącymi  na  brzegach olchami i tarniną, i 
czereśniami, i jabłoniami, i gruszami, i śliwami... a wszystko to kwitnie niemal o miesiąc wcześniej i czuje 
się tu jedwabny ciepły wiatr z południa, i ja, kiedy już przeczytam “Rude pravo”, spoglądam na zielone 
zasiewy i rozwijające się już różki zielonej kartoflanej naci, a dopiero w tym  roku spostrzegłem, że na 
słupach telegraficznych siedzi tu i ówdzie kania myszołów, i teraz wiem,  że czyhają tu na przejechane 
zajączki i łasice, i pieski, i kotki, stamtąd niczym z punktu obserwacyjnego, który trwa w bezruchu, śledzą 
wzrokiem osłabłe polne zwierzęta....

A tam na dworze, za oknami autobusu, słyszę napór wichru, wietrzne skomlenie, nasłuchuję, jak cały 

autobus się trzęsie, jak pobrzękują nieustannie zniszczone ściany i drzwi, i szyby, jak przez okienka wdziera 
się przeciąg i pogłębia moją migrenę, a więc mówię sobie o tym, co przeczytałem, drugi rozdział Ulissesa 
pana Joyce’a gdzie Stefan Dedalus,, który wykłada historię w liceum Deasy’ego, marzy o tym, że właściwie 
dzieje to arystotelesowski ruch... i powtarzam za Stefanem Dedalusem... gdyby w Argos Pyrrus nie został 
zamordowany przez staruszkę, nie zmasakrowano by Juliusza Cezara, historia więc, mówię sobie, jest i musi 
być pewną rzeczywistością możliwości... jako możliwość... mówię sobie w autobusie, dzieje bowiem biegną 
tak,   jak   to   się   stało,   i   te   fatalne   sekundy   i   minuty,   i   mgnienia   Losu   są   rzeczywistością   możliwości 
możliwego... Mówię to sobie, ale autobus wjechał już pod Semicką Górkę do zagajników i dąbrów, już 
przygotowuję sobie swój plecaczek University Chicago i torebkę plastikową z jedzeniem dla kotów, kiedy 
szofer
zawołał:
—O rany, toż tu, jak mi Bóg miły, leży przejechany kot!

.

A potem wysiadłem na przystanku wprost w wichurę i stąd spojrzałem aż tam na mostek na 

weleńskiej strudze, i naprawdę pośrodku drogi leżało coś czarnego... I koty jak zwykle wyszły mi chwiejnym 
krokiem naprzeciw, prowadził je Pomarańcz, przy furtce policzyłem te, co mnie powitały,  ale Cassiusa, 
mojego ulubieńca, tu dziś nie było, tego, który oczekiwał mnie jako skromny, jako ostatni, dopiero przy 
furtce koło karłowatych świerczków...

A później pod targanymi  wiatrem huczącymi  brzozami  otwarłem plastikową torbę i rozdałem kociej 

watasze salceson z indyka,  po czym  postawiłem puszki “Tatry”,  niesłodzonego mleka,  i dopiero wtedy 
otwarłem drzwi do tego mojego domku, otworzyłem okno, przez które wnikał powiew ciepłego wiatru jak 
letnie przesłanie... ale dzisiaj, po tym okrzyku kierowcy: “O rany, toż tu, jak mi Bóg miły, leży przejechany 
kot”, usiadłem pokornie, a potem zapaliłem papieroska, a później przyrządziłem sobie kawę... i żałowałem, 
że nie patrzyłem przez przednie oszklone okna autobusu, aby na własne oczy, oculata revisio, przekonać się, 
czy aby nie leży tam, nie daj Boże, zmasakrowany Cassius. A przez okno i drzwi widziałem i słyszałem, jak 
tam na dworze dudni i grzmi wichura jak na reklamie w wirującej pralce Weisser Riese, ukośnie niczym 
śnieg unosiły się przekwitłe płatki okwiatu czeremchy, tej czeremchy, pośród której korzeni pochowałem w 
zeszłym roku kotkę zmarłą na zapalenie płuc. A kiedy się tak po godzince ocknąłem, powiedziałem sobie, że 
gdyby Pyrrus nie został w Argos zamordowany przez staruszkę, nie zmasakrowano by w Rzymie Juliusza 
Cezara... i gdyby Cassius miał minutę przewagi albo minutę straty, to by tam na mostku przez weleńską 
strugę nie leżał zabity kotek i ja nie musiałbym przeżywać straszliwej trwogi, że to, co się tam stało, stało się 
mojemu ulubieńcowi, że zdarzyła się tam pewna rzeczywistość możliwości jako możliwego, mówiłem sobie, 
absolutnie zgodnie z Arystotelesem...

A  potem  wziąłem  pustą   plastikową   torebkę   i  wyszedłem,   tam,   koło  przystanku,   wytężyłem   wzrok  i 

zobaczyłem tam w dali, że pośrodku drogi leży coś czarnego niczym ogromny pluszowy bambosz, pluszowy 
but   z   cholewką,   wobec   tego   pod   wiatr   i   w   gwałtownym   słońcu   na-szyłem   i   widziałem,   że   znad   tego 
pluszowego niby to bambosza tam na drodze unoszą się czarne ptaki i spadają znów tam, skąd wzbiły się do 
lotu... A kiedy już niemal doszedłem aż tam, do kładki nad weleńską strugą, zobaczyłem, że dwa kruki 
wznoszą   się   ciężko,   jeden  z   czarnymi   kocimi   łapkami   w   szponach,   drugi   zaś   kruk  ciągnie   za   sobą   po 
przekątnej resztę kociego bezkształtnego już ciała... No i doszedłem aż tam, gdzie na jezdni była  wielka 
plama krwi i odłamki kości, gdzie leżała przede mną rzeczywistość jako możliwość możliwego... ach, mówię 
sobie, te fatalne minuty i mgnienia możliwości możliwego...

No   i   już   od   kilku   dni   jeżdżę   znowu   do   Kerska,   koty  prowadzone   przez   Pomarańcza   wychodzą   mi 

naprzeciw niczym jedwabny wicher, te ciepłe powiewy nie ustępują, nie ustają, już od dwu tygodni nie 
słabną, słońce szaleje, a jego szaleństwo i mnie się udziela, już nawet nie jem, a jeśli już, to w barze zupkę, 

background image

po której zbiera mi się na wymioty.. a potem, kiedy rozdam to, co kupiłem dla kotów, zawsze kawałek mięsa 
kładę na miśnieńskim talerzyku i stawiam go na schody, w chłodzie.., bo a nuż przyjdzie Cassius?

A poza tym odwiedziła mnie sąsiadka aż od Sztulików, że na jej parceli w sidła na zające wpadł czarny 

kot i pętla go udusiła, czy to aby nie mój Cassius? Ale ja nie miałem dość odwagi, by popatrzeć na czarnego 
martwego kota w drucianej pętli.., wolałbym już, aby Cassiusa spotkał taki los, jak to widziałem w Dreźnie 
na obrazie Rembrandta... Morski orzeł porywa Ganimedesa... by Cassiusa porwała ogromna kania...

Ps
I tak oto przyjechałem wczoraj do Kerska autobusem, przez las i okolicę dął wciąż wściekłe jedwabny 

wietrzny  powiew,   znów   miałem   czerwony   plecaczek   z   uniwersytetu   w   Chicago   i   niebieską   plastikową 
torebkę z salcesonem i konserwami “Tatra” z niesłodzonym mlekiem, i rogaliki, i jak zawsze wyszły mi 
naprzeciw te moje koty prowadzone przez Pomarańcza, przyszły nawet koty z sąsiedztwa, które są u mnie na 
garnuszku...

Idę pochylony do przodu, a koty niemal unoszą się w tym jedwabnym ciepłym wichrze... I cóż to ja 

widzę? Tam na końcu, przy samej furtce w płocie z pomalowanych na zielono i biało sztachet, tam siedzi 
Cassius, ma przymknięte oczy i sierść mu się trzepoce i lśni wygładzona powiewami... podszedłem aż do 
niego i wysunąłem palec, a on szturchnął opuszek palca wskazującego, upał w Kersku panuje tak wielki, że 
czeremcha u sąsiadów już przekwita i sypią się na nas okwietne płatki...

— Gdzieżeś, ty draniu, był? — pytam i Męczę koło Cassiusa, i obu nas niczym confetti przysypuje 

przekwitająca czeremcha...

A potem wszedłem na parcelę i rozdałem kawałki salcesonu z indyka, a kiedy przyniosłem ze schodka 

talerzyk z miśnieńskiej porcelany z kawałkiem kurczęcia dla jaśnie pana Cassiusa, on po raz pierwszy zaczął 
jeść  z  garnczka  razem  z  pozostałymi   kotami,   i wzgardził  moimi  względami,  a  potem z  innymi   kotami 
chłeptał mleczko i całą tę kocią sforę przysypywała przekwitłymi płatkami okwiatu ogromna czeremcha... A 
potem Cassius pogodził się i wpadł do mojego domku, i tam rzucił się na rozesłane łóżko, pełne białych 
confetti futerko wcisnął w zieloną poduszkę i utkwił we mnie te swoje niemal ludzkie oczy...

Jest tak jak mówię i na tym koniec.

1 maja 1993 roku w Kersku


Document Outline