background image

 

Laura MacDonald 

 

Potęga miłości 

background image

Rozdział 1 

 
– 

Boże, nie pozwól, żeby coś mu się stało! 

Alison Kennedy stała na górnym pokładzie promu, spoglądając na majaczący w 

oddali znajomy zarys wyspy Wighta, – 

Powinnaś  pojechać  tam  od  razu  – 

przekonywała ją doktor Diana Richards, która była starszym partnerem Alison. 

Właśnie pod jej opieką Alison ukończyła niedawno kurs na lekarza domowego. 

Alison  nie  wierzyła,  żeby  jej  ojcu  mogło  przytrafić  się  coś  złego.  Był  takim 

silnym,  zdrowym  mężczyzną.  Odkąd  pamięta,  nigdy  na  nic  nie  chorował.  Przez 

całe  życie  nie  opuścił  ani  jednego  dnia  pracy,  a  jego  pacjenci  po  prostu  go 
uwielbiali. 

– 

Zawał  serca  –  powiedział  jej  przez  telefon  Grant  Ashton,  wspólnik  ojca.  – 

Sądzę, że powinnaś natychmiast przyjechać. 

Kiedy pomyślała o Grancie, jej dłonie bezwiednie zacisnęły się na metalowej 

poręczy. Przez długi czas odwiedzała ojca tylko wtedy, kiedy wiedziała, że Grant 

jeździ na nartach w Austrii lub pływa pod żaglami we Francji. Tym razem jednak 

nie mogła uniknąć spotkania z nim. 

Kilka chw

il później, kiedy prom zawinął do portu w Yarmouth, dostrzegła na 

nabrzeżu jego wysoką sylwetkę, opartą nonszalancko o samochód. Mimo tak dużej 

odległości zauważyła, że na jej widok nawet się nie uśmiechnął, nie mówiąc już o 

uniesieniu ręki w powitalnym geście. 

Kiedy opuszczała budynek portu, czekał na nią przed wejściem. Ciemne włosy 

jak  zwykle  opadały  mu  na  czoło,  a  zielone  oczy  były  lekko  przymrużone,  jakby 

chciał się osłonić przed ostrym słońcem. Był ubrany w szarą marynarkę i podobne 
w odcieniu spodnie

, z czego wywnioskowała, że ma tego dnia dyżur. 

Przez moment spoglądali na siebie bez słowa. Grant nadal był bardzo poważny, 

lecz tym razem Alison dostrzegła w jego spojrzeniu odrobinę ciepła. 

– 

Jak on się czuje? – spytała w końcu. 

– Walczy. 
– 

Gdzie leży? 

– 

W szpitalu. Zabiorę cię tam. 

Bez słowa pozwoliła, żeby wziął jej bagaże i podążyła za nim do samochodu. 

Grant  odemknął  bagażnik  swojego  BMW,  schował  w  nim  walizki  Alison  i 

otworzył jej drzwi obok kierowcy. 

Przez całą drogę prawie się do siebie nie odzywali. Jednak kiedy zajechali na 

background image

szpitalny  parking,  poczuła  na  ramieniu  rękę  Granta.  Zastygła  na  moment,  nie 

znajdując w sobie siły, żeby się poruszyć ani nawet żeby na niego spojrzeć. 

– 

Alison, przygotuj się na najgorsze. 

Przez  kilka  chwil  siedziała  nieruchomo,  a  potem  nagle  otworzyła  drzwi 

samochodu i nie oglądając się za siebie, pobiegła przez park otaczający szpital. 

Ojciec leżał na oddziale intensywnej opieki kardiologicznej. Ten nieprzytomny, 

podłączony  do  monitora  mężczyzna  w  niczym  nie  przypominał  ukochanego 

człowieka, którego do tej pory znała. 

Całe popołudnie i większość nocy przesiedziała przy nim, trzymając go za rękę 

i  mając  nadzieję,  że  Miles  Kennedy  zdaje  sobie  sprawę  z  obecności  córki.  Z 

rozpaczą wpatrywała się w jego pozbawioną wyrazu twarz. 

Um

arł  kilka  minut  po  drugiej.  Oszołomiona  Alison  pozwoliła  pielęgniarce 

zaprowadzić się do pokoju, w którym czekał Grant. 

Bez słowa przytulił ją mocno. Alison, na przekór rozpaczy, która ją ogarnęła, 

odnalazła w tym uścisku jakieś pocieszenie. 

Grant  odwiózł  ją  do  domu  w  Woodbridge,  które  leżało  niedaleko  Yarmouth. 

Fairacre – 

dom, gdzie się wychowała. Obecnie na jego drzwiach wisiała mosiężna 

tabliczka, z której wynikało, że Miles Kennedy i Grant Ashton są wspólnikami. 

Pomimo późnej pory czekała na nich Hilda Lloyd. Hilda prowadziła dom dla 

obu lekarzy. Mieszkała z rodziną Kennedych od wielu lat i Alison kochała ją jak 

matkę.  Teraz  wystarczyło  jej  tylko  jedno  spojrzenie  na  tych  dwoje,  żeby 

zrozumieć, co się stało. 

–  Och, Alison... – 

zdołała  z  siebie  wydusić  i  przytuliła  ją  do  piersi  jak  małą 

dziewczynkę, którą trzeba pocieszyć. 

 
Dni, które nadeszły, Alison przeżyła jak w transie. Robiła wszystko, czego od 

niej  wymagano,  jednak  jej  uczucia  i  zmysły  były  przytępione.  Hilda  prowadziła 

dom,  Grant  zaś  zajmował  się  pacjentami.  Przy  pomocy  kolegi  z  sąsiedztwa 

przyjmował zarówno tych, których leczył do tej pory sam, jak i pacjentów doktora 
Milesa Kennedy'ego. 

Alison  spała  w  swoim  dawnym  pokoju,  który  znajdował  się  w  tylnej  części 

domu.  Z  jego  okien  miała  piękny  widok  na  rozciągające  się  za  miastem  pola. 

Kochała  to  miejsce  i  cieszyła  się,  że  jest  teraz  właśnie  tutaj,  jednak  nawet  ta 

pociecha nie była wystarczająca, by ulżyć jej cierpieniu. Po śmierci ojca czuła w 

piersiach wprost fizyczny ból, który choć częściowo mogły ukoić jedynie łzy. Nie 

potrafiła jednak płakać. 

background image

W  przeddzień  pogrzebu  wyszła  z  domu  na  długi,  samotny  spacer.  Do  ujścia 

rzeki dotarła drogą, którą tylekroć w dzieciństwie chodziła z ojcem. 

Po  powrocie  weszła  do  dornu  tylnymi  drzwiami.  Cicho  przeszła  do  zalanego 

słońcem  salonu.  Drzwi  do  kuchni  były  otwarte.  Hilda,  która  właśnie  kroiła 

warzywa na wieczorny posiłek, podniosła głowę. 

– 

Witaj, kochanie. Zastanawiałam się właśnie, dokąd się wybrałaś. 

– 

Chciałam się po prostu przejść – powiedziała Alison z westchnieniem. Wzięła 

z półki biało-niebieski kubek i nalała sobie kawy z ekspresu.  – Widziałaś gdzieś 
doktora Ashtona? 

Usiadła na stołku i ujęła kubek w obie ręce, rozkoszując się promieniującym z 

niego ciepłem. 

Hilda przerwała krojenie i podniosła głowę. 
– Nie wi

działam go od czasu lunchu. Dlaczego pytasz? 

Alison wzruszyła ramionami. 
– 

Myślałam,  że  może  pojechał  do  szpitala.  Zastanawiam  się,  czy  zna  wyniki 

sekcji zwłok. 

Hilda spuściła wzrok. 
– 

To wszystko stało się tak nagle. Ciągle nie mogę w to uwierzyć. Jeszcze rano 

przyjmował w gabinecie pacjentów, podczas gdy wieczorem... Cóż, wieźli go już 
do szpitala. 

– Wiem, Hildo... Wiem. 
Hilda otarła oczy wierzchem dłoni. 
– 

Doktor  Ashton  był  wspaniały.  Naprawdę  nie  wiem,  jak  dał  sobie  z  tym 

wszystkim  radę.  –  Pociągnęła  nosem.  –  Będzie  musiał  rozejrzeć  się  za  jakąś 

pomocą. Dłużej tak nie może być. 

– 

Pewnie po pogrzebie rozejrzy się również za jakimś mieszkaniem. 

– 

Hilda przez moment milczała, a potem podniosła wzrok na Alison. 

– 

A co z tobą, kochanie? – spytała w końcu. 

– Z

e mną? 

– 

Jak sobie dajesz radę? Ostatnimi czasy niezbyt często się widywałyśmy. 

Alison wzruszyła lekko ramionami i zajrzała do pustego kubka. 
– 

Miałam dużo pracy. 

– 

Byłaś zadowolona ze swojej praktyki? 

– O, tak, nawet bardzo. Praca w szpitalu jest bardzo z

ajmująca, ale i tak zawsze 

chciałam pracować jako lekarz domowy. 

Hilda przytaknęła, a potem odezwała się z wahaniem. 

background image

– 

Co masz zamiar zrobić po zakończeniu stażu? Chcesz wyjechać z Suffolk? 

– 

Chyba nie od razu. Być może zostanę tam nawet na dłużej. Jeden z lekarzy 

odchodzi  na  emeryturę  i  powiedziano  mi,  że  chętnie  widzieliby  mnie  na  jego 
miejscu. 

– 

Na pewno byś tego chciała? Wzruszyła ramionami i odstawiła kubek. 

– 

Dlaczego nie? Całkiem mi tam dobrze. 

Widząc uważne spojrzenie Hildy, podniosła się od stołu. 
– 

Zobaczę, czy wrócił już doktor Ashton. 

Nagle poczuła, że musi znaleźć się sama. Nie miała jeszcze ochoty rozmawiać z 

kimkolwiek  o  tym,  co  stanie  się  teraz  z  ich  domem  i  całą  resztą.  Wiedziała,  że 

wkrótce będzie  musiała podjąć  jakieś  wiążące  decyzje,  ale  teraz  nie  chciała tego 

robić.  W  tej  chwili  najważniejszy  był  pogrzeb,  który  miał  się  odbyć  nazajutrz. 

Jednak przede wszystkim musiała się dowiedzieć, na co umarł jej ojciec. 

Przeszła  do  głównego  holu,  w  którym  już  zaczęli  zbierać  się  pacjenci. 

Sekretarka p

isała  coś  na  maszynie  w  swoim  pokoju,  a  Sue,  ich  rejestratorka, 

segregowała karty pacjentów. 

– 

Sue, czy doktor Ashton już wrócił? 

– 

Właśnie przed chwilą przyjechał. 

– 

Jest u niego jakiś pacjent? 

– 

Nie, jeszcze nie zaczął pracy. 

– 

W takim razie pójdę zamienić z nim słowo. 

– 

W poczekalni czeka na niego cała masa ludzi – powiedziała Sue z wyrzutem. 

– 

Nie zajmę mu dużo czasu. 

Przeszła  do  tej  części  domu,  którą  dobudowano,  kiedy  Grant  Ashton  został 

wspólnikiem  ojca.  Poczekalnia  rzeczywiście  była  pełna  pacjentów.  Kiedy 

minąwszy  ich,  zapukała  do  drzwi  Grania,  spojrzeli  na  nią  z  zainteresowaniem. 

Alison  zastanawiała  się,  czy  powinna  zaoferować  Grantowi  pomoc.  Nie  była 

pewna, jak zostałaby przyjęta taka propozycja. Przypuszczała, że doktor Ashton nie 

byłby zadowolony z faktu, że mogłaby zajmować się jego pacjentami. Usłyszawszy 

zdecydowane „proszę", nacisnęła klamkę. 

Kiedy  Grant  zobaczył,  kto  wchodzi  do  pokoju,  uniósł  brwi  ze  zdziwieniem. 

Przez chwilę dostrzegła w jego spojrzeniu coś, co przypomniało jej minione lata i 

co spowodowało, że serce zabiło jej żywiej. 

– 

Przepraszam, że przeszkadzam – zaczęła niezbyt pewnie – ale wydawało mi 

się, że byłeś w szpitalu. 

Skinął głową i podniósł się zza biurka. Podszedł do niej i zamknął drzwi, które 

background image

oddzieliły ich od ciekawskich spojrzeń czekających w korytarzu ludzi. 

– 

Przyszłam, żeby spytać, czego się dowiedziałeś. 

– Nie rozumiem – 

odparł, wskazując ręką, by usiadła. 

Nie przyjęła zaproszenia, tylko stojąc wpatrywała się w jego oczy. Niewiele się 

zmienił od dnia, w którym wtargnął w jej życie tylko po to, żeby je zniszczyć. Ale 

nie powinna teraz o tym myśleć. 

– 

Chodzi mi o sekcję zwłok. Czy nie dlatego pojechałeś do szpitala? 

Popatrzył na nią uważniej, a potem usiadł za biurkiem. 
– 

Pojechałem do szpitala, żeby zobaczyć pacjenta, którego wczoraj operowano. 

– 

Nie  powiesz  mi,  że  będąc  tam  nie  spytałeś  o  jego  sekcję.  Obiecałeś  mi 

przecież, że zajmiesz się wszystkimi formalnościami, Grant. 

– 

Rzeczywiście,  obiecałem  –  odparł,  bawiąc  się  leżącym  na  biurku 

stetoskopem. 

– 

Nie  uważasz,  że  ta  sprawa  wymaga  wyjaśnienia?  W  końcu  to  była  nagła 

śmierć. 

– Nie, Alison – 

powiedział cicho. 

– 

Co to znaczy „nie"? Chcesz powiedzieć, że nie zamierzasz się tym zajmować? 

– 

Chcę powiedzieć, że ta śmierć nie była lak całkiem nagła, jak sądzisz. 

Patrzyła na niego w osłupieniu i nagle poczuła gwałtowną potrzebę wyjścia na 

świeże powietrze. Usiadła. 

– 

Co masz na myśli? – spytała szeptem. 

– 

Twój ojciec chorował na chorobę niedokrwienną serca. 

– Co? – 

Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. 

– 

W przeszłości miewał już napady bólowe... 

– 

Ależ to zupełnie absurdalne. Wiedziałabym, gdyby na coś chorował. 

Popatrzył na nią chłodno. 
– 

Nie było cię tutaj, Alison. 

Zaczerwieniła się pod wpływem tego spojrzenia. 
– 

To fakt, ale i tak wiedziałabym, gdyby coś mu było... 

Powiedziałby  mi...  Zresztą...  –  Przyszła  jej  do  głowy  nagła  myśl.  –  Gdyby 

chorował, musiałby przyjmować jakieś leki. 

– 

I przyjmował je... 

– 

Z tego co wiem, nie był niczyim pacjentem. Nigdy nie chorował i... 

Nagle dotarło do niej to, co przed chwilą powiedział Grant. 
– 

Jak to przyjmował leki? 

– 

Najzwyczajniej w świecie. Zażywał tabletki już od kilku lat. 

background image

– 

Ale kto je zapisywał? – Patrzyła na niego z najwyższym zdumieniem. 

Zanim zdążył odpowiedzieć, rozległo się pukanie i do gabinetu zajrzała Sue. 
– O co chodzi? 
– Przy

niosłam karty pacjentów. 

– 

Dziękuję. 

– 

Czy mogę już prosić pierwszego? 

– 

Jeszcze chwilę. Zaraz będę gotów. 

Kiedy zamknęły się drzwi, podniósł wzrok na Alison. 
– 

Twój ojciec był moim pacjentem – oświadczył wprost. 

–  Twoim?!  – 

wykrzyknęła, jakby to była ostatnia rzecz, jaką spodziewała się 

usłyszeć. 

– 

Dlaczego tak cię to dziwi? 

– 

Sama nie wiem... Pomyślałabym raczej o Robercie Framptonie. Tyle lat się 

przyjaźnili... 

– 

Dużo prościej było mu leczyć się u mnie. W końcu zawsze byłem w zasięgu 

ręki. 

Alison zdawała się nie słuchać jego słów. 
– 

Skoro  byłeś  jego  lekarzem,  to  wiedziałeś  wszystko  o  jego  chorobie,  mam 

rację? 

– 

Oczywiście. 

– 

Więc dlaczego mi nie powiedziałeś? – spytała z bólem, którego nie potrafiła i 

nie chciała ukryć. 

– 

On tak postanowił. To była jego decyzja. 

Alison poczuła nagle, jak coś w niej pękło. Podniosła się i spojrzała gniewnie 

na Granta. 

– 

Jak mogłeś mi nie powiedzieć?! 

– 

Alison, oboje dobrze znamy reguły gry – odparł cicho. 

– 

Mogłeś mi powiedzieć! – krzyknęła, nie zważając na jego słowa. – Musiałeś 

zdawać sobie sprawę, że chciałabym o tym wiedzieć, że chciałabym móc zdążyć 

się z nim pożegnać. Pozbawiłeś mnie tego! 

– 

Twój ojciec nie życzył sobie, żeby ta świadomość zatruwała ci życie. Chciał, 

żebyś pracowała w spokoju. 

– 

Ach, więc wszystko już w moim życiu ustawiliście, tak? Co jeszcze, waszym 

zdaniem, miało być dla mnie dobre? 

Grant pokręcił głową, ale Alison nie dała mu dojść do słowa. 
– 

Nie  przyszło  ci  do  głowy,  że  może  chciałabym  zobaczyć  się  z  nim  po  raz 

background image

ostatni? Niech cię wszyscy diabli, Grant. Jak mogłeś mi to zrobić? 

Milczał przez chwilę, dając jej czas na uspokojenie się. 
– 

Był  moim  pacjentem,  Alison,  i  musiałem  uszanować  jego  wolę.  Był  także 

moim przyjacielem. 

– 

A ja? Ja byłam jego córką! Czy moje uczucia się nie liczą? 

Ze  łzami  w  oczach  wybiegła  z  pokoju,  nie  bacząc  na  osłupiałą  Sue  i 

zgromadzonych ludzi. W tej chwili myśl o tym, żeby mu pomóc była ostatnią, jaka 

pojawiłaby się w jej skołatanej głowie. 

 
Późno  w  nocy,  kiedy  leżała  już  w  łóżku,  zdołała  się  trochę  uspokoić.  Jako 

lekarz mus

iała zgodzić się ze słusznością decyzji Granta, jednak nadal bolał ją fakt, 

że  wykluczono  ją  z  tego,  co  działo  się  w  domu.  Zarówno  Grant,  jak  i  Hilda 

podkreślali, że powinna częściej tu przyjeżdżać i w głębi duszy musiała przyznać 

im rację. 

Starała  się  zasnąć,  ale  przeżycia  minionego  dnia  zupełnie  jej  na  to  nie 

pozwalały.  Wstała  z  łóżka  i  zbliżyła  się  do  okna.  Otworzyła  je  na  oścież, 

wdychając chłodny zapach nocy. 

Bardzo  dobrze  wiedziała,  dlaczego  tak  rzadko  zjawiała  się  w  Fairacre.  Nie 

chciała spotykać się z Grantem. Każdy pobyt w domu wywoływał falę wspomnień. 

Nawet teraz, kiedy zamknęła oczy, widziała tamten dzień, w którym go poznała. 

Był  początek  wakacji  i  właśnie  przyjechała  z  Londynu,  gdzie  studiowała. 

Leżała  w  ogrodzie,  rozkoszując  się  ciepłem  słonecznych promieni i zapachem 

rosnących  wokół  kwiatów.  Jego  kroki  stłumiła  wysoka  trawa.  O  jego  obecności 

przekonała się dopiero, kiedy otworzyła oczy. 

Zaskoczona, opuściła na czoło kapelusz i usiadła. 
– 

Przepraszam, że panią wystraszyłem – odezwał się ciepłym głosem, a w jego 

zielonych oczach dostrzegła rozbawienie. 

– 

Nic się nie stało. Chyba pan trochę zabłądził... Wejście dla pacjentów jest z 

tamtej strony. – 

Wskazała drzwi. 

– 

Ale ja nie jestem pacjentem. Będę tu pracował. 

– 

Pracował...? 

Uniosła ze zdziwieniem brwi, a po chwili uprzytomniła sobie, o czym on mówi. 
– A zatem jest pan zapewne nowym wspólnikiem taty! 
– 

Na to wygląda. 

Pochylił się i wyciągnął rękę w powitalnym geście. 

Była zgubiona od chwili, w której poczuła na skórze dotyk jego palców. Gdyby 

background image

mog

ła wtedy przewidzieć, do czego ją to wszystko doprowadzi! 

Na  wspomnienie  spacerów  przy  świetle  księżyca,  kąpieli  w  morzu,  chwil 

spędzonych  na  żaglówce,  smakujących  solą  pocałunków  i  gorących,  pełnych 

miłości nocy ścisnęło jej się serce. 

– 

Nie  chcę  wracać –  płakała  mu  w  koszulę, kiedy  spotkali  się  ostatniej  nocy 

przed jej wyjazdem. 

– Musisz – 

powiedział z przekonaniem, lecz w jego głosie usłyszała rozpacz. – 

Dobrze o tym wiesz. Zawsze chciałaś być lekarzem. 

To była prawda, ale w tej chwili marzyła tylko o tym, żeby spędzać z nim każdą 

chwilę dnia i nocy. 

– 

Będę przyjeżdżać tak często, jak się da... W każdy weekend... Zobaczysz, nic 

się nie zmieni... 

I tak było. Mijały miesiące, a ona dzieliła czas między naukę, pisanie listów i 

podróże do domu. Gdyby on czuł to samo... Wielkie nieba, wtedy dałaby sobie rękę 

uciąć,  że  ją  kocha.  Jakże  była  naiwna...  Jakże  młoda  i  niedoświadczona...  Tego 

dnia, w którym oznajmił jej, że nie miał zamiaru angażować się w ich związek tak 

bardzo, nie uwierzyła mu. 

Był przepiękny letni wieczór i właśnie wracali do Fairacre z długiego spaceru. 

Już  od  chwili  przyjazdu  do  domu  czuła,  że  coś  jest  nie  tak.  Grant  był  zimny, 

niedostępny, obcy. Jej niepewność rosła z każdą chwilą. Jednak to, co usłyszała, 

omal nie zwaliło jej z nóg. 

– Jak to ni

e miałeś zamiaru angażować się w ten związek? 

– Zwyczajnie – 

odparł niepewnie i odwrócił wzrok, jakby nie mógł znieść bólu, 

który dostrzegł w jej oczach. 

– 

Dla  mnie  to  jest  najważniejsze  na  świecie,  Grant.  Sądziłam,  że  ty  myślisz 

podobnie. 

– Alison, musimy 

zachować się rozsądnie... Przykro mi. 

– 

Czy masz kogoś innego? 

– 

Nie.  Po  prostu  nie  jestem  jeszcze  gotowy  na  tak  poważny  związek.  Myślę 

zresztą, że ty też. 

– 

Jak śmiesz mówić mi, na co jestem, a na co nie jestem gotowa! 

– 

Przykro mi. Mam nadzieję, że będziemy mogli zostać przyjaciółmi. 

– 

Przyjaciółmi! 

Nie potrafiła ukryć rozczarowania. Odwróciła się i pobiegła przez pola. 

Zanim  wróciła  do  Londynu,  rozmawiali  jeszcze,  ale  nic  nie  było  w  stanie 

zmusić Granta do zmiany podjętej decyzji. 

background image

Po powrocie zajęła się nauką, starając się ze wszystkich sił ułożyć sobie jakoś 

życie.  Miała  wielu  przyjaciół,  kilka  przelotnych  miłostek,  ale  żadna  z  nich  nie 

zdołała zatrzeć bolesnych wspomnień. 

Nagle ogarnęła ją złość. Z trzaskiem zamknęła okno i wróciła do łóżka. 
Po pogrzeb

ie wyjedzie z Fairacre, ucieknie od wszystkiego, co tu przeżyła, a co 

do tej pory raniło jej serce. 

 
Nastał kolejny pogodny dzień. Kwietniowe słońce, jakby na przekór śmierci i 

ciemnościom,  świeciło  nad  głowami  wszystkich  tych,  którzy  przyszli  pożegnać 
dok

tora Kennedyego. Miejscowy kościół był wypełniony po brzegi. 

Alison  z  pewnym  wzruszeniem  odnotowała  fakt,  że  jej  ojciec  był  w 

Woodbridge tak bardzo szanowany. Ona sama patrzyła na wszystko jakby z oddali, 

nie  wierząc,  że  to  dzieje  się  naprawdę.  Z  Yorkshire  przyjechał  kuzyn  ojca  z 

dziećmi,  które  Alison  ledwo  pamiętała.  Przez  cały  dzień  główny  ciężar 

uroczystości spoczywał na barkach Granta, który wszystkim się zajmował. 

Hilda przygotowała dla znajomych i rodziny poczęstunek, ale Alison, pomimo 

znajomego otoc

zenia, nie czuła się swobodnie wśród zaproszonych gości. Marzyła 

tylko o tym, żeby wszyscy sobie poszli i zostawili ją samą. Bolała ją głowa, była 

senna. Musiała  jednak  wytrwać  do końca,  przyjąć  kondolencje  i pożegnać  się  ze 

wszystkimi  gośćmi.  Kiedy  większość  osób  opuściła  dom,  z  westchnieniem  ulgi 

opadła na najbliższe krzesło. 

– 

To był smutny dzień, Alison. 

Podniosła wzrok i spojrzała na stojącego przed nią Godfreya Warnera, dobrego 

przyjaciela i współpracownika ojca. 

– 

Tak, Godfrey. Masz rację. 

Znała  go  od  dziecka  i  dobrze  wiedziała,  co  ma  na  myśli.  Zawahał  się,  jakby 

chciał coś dodać, a potem odezwał się cicho, spoglądając przez ramię. 

– 

Zadzwonisz  jutro  do  adwokata?  Powinniśmy  zapoznać  się  z  testamentem 

ojca. 

– 

Dobrze, zrobię to. 

– 

Prosiłem też Granta Ashtona, żeby przyszedł. 

Oboje  machinalnie  spojrzeli  w  kierunku  Granta,  pochłoniętego  rozmową  z 

lekarzem miejscowego szpitala. Jakby czując na sobie ich wzrok, podniósł oczy i 

spojrzał na Alison. W tym spojrzeniu było coś, co przyprawiło ją o drżenie. 

Chrząknięcie  Godfreya  przywołało  ją  do  rzeczywistości.  Kiedy  po  chwili 

spojrzała w miejsce, gdzie przed chwilą stał Grant, jego już tam nie było. 

background image

Po  wyjściu  wszystkich  gości  Alison  z  ulgą  zdjęła  kapelusz  i  wyjęła  spinki  z 

włosów. Rozrzuciła długie kosmyki na ramiona, spoglądając przelotnie w wiszące 

na  ścianie  lustro.  To,  co  w  nim  zobaczyła,  przeraziło  ją.  Była  blada,  miała 

podkrążone, czerwone z niewyspania oczy i błędny wzrok. 

Podeszła do okna i zaczęła się wpatrywać w pogrążony w  mroku ogród. Tak 

bardzo kochała to miejsce. Tu się wychowała, tu zawierała pierwsze przyjaźnie, tu 

marzyła i tu przeżyła pierwszą miłość... 

Ze  złością  odwróciła  wzrok.  To  wszystko  to  już  przeszłość.  Nie  ma  nawet 

ukochanego ojca, który tyle dla niej znaczył. Nic już nie trzyma jej w Fairacre. 

Nagle  usłyszała  jakiś  szmer.  Odwróciła  głowę.  W  drzwiach  stał  Grant  i 

opierając się o framugę, bacznie się jej przyglądał. Nie miała pojęcia, jak długo tak 

na nią patrzy. Czy widział, jak zdjęła kapelusz i rozpuściła włosy? Czy domyślił 

się, co przemykało jej przez głowę, gdy wyglądała przez okno? Ta myśl zirytowała 

ją. 

– 

Chciałeś czegoś, Grant? 

– 

Po  prostu  zastanawiałem  się,  czy  dobrze  się  czujesz.  Dzisiejszy  dzień  nie 

należał do najłatwiejszych. 

Wzruszyła lekko ramionami. 
– 

To prawda... Ale jakoś daję sobie radę. 

– 

Masz ochotę się przejść? 

Zawahała się. Wiedziała, że nie powinna się na to zgodzić. 

Grant inaczej zrozumiał jej wahanie. 
– 

Mam jeszcze trochę czasu do rozpoczęcia pracy. 

– 

Dobrze. Ale pozwól, że się przebiorę. W tej czerni nie czuję się najlepiej. 

– 

Ja też nie. 

Uśmiechnął  się,  a  Alison  ścisnęło  się  serce.  Po  raz  pierwszy  od  przyjazdu 

ujrzała jego twarz rozluźnioną. 

 

background image

Rozdział 2 

 
Wiosenny  wieczór  był  raczej  chłodny.  Alison  założyła  gruby  sweter.  W 

milczeniu  przecięli  trawnik,  który  tłumił  ich  kroki.  Wokół  panowała  kompletna 
cisza. 

– Jestem ci winna przeprosiny – 

odezwała się w końcu Alison. 

– Za co? 
– 

Za  wczorajszy  dzień.  Oskarżyłam  cię,  że  ukrywałeś  przede  mną  stan  ojca. 

Przepraszam. 

– 

Rozumiem, co czułaś. Ja na twoim miejscu zachowałbym się prawdopodobnie 

tak samo. 

– 

Mimo to nie powinnam tego mówić. 

Po chwili milczenia Grant spojrzał na nią i powiedział z wahaniem. 
– 

Zastanawiam się, jakie masz plany. 

– 

Plany? Co masz na myśli? 

Wsunął ręce do kieszeni spodni i wyprostował ramiona. 
– Co chce

sz zrobić teraz, kiedy to wszystko jest już za tobą? 

– 

Wrócę do Suffolk. Mam nadzieję, że uda mi się kontynuować moją pracę. 

– W roli wspólnika? 
– 

Może nie od razu, ale za jakiś czas chyba tak. 

Znów zapadła cisza, którą Grant przerwał dopiero po dłuższej chwili. 
– 

Więc jesteś tam szczęśliwa? 

Spojrzała na niego z ukosa, ale on patrzył przed siebie, żując zerwaną trawę. 
– 

Jakoś ułożyłam sobie życie. Lubię to miasto i mam tam przyjaciół... Bardzo 

wielu przyjaciół... 

– Ach, tak – 

mruknął. 

Zatrzymali  się  w  miejscu,  w  którym  ścieżka  schodziła  do  koryta  rzeki.  W 

przeszłości, kiedy spacerowali w tych okolicach, kończyli randkę w kabinie łódki 
doktora Kennedyego. 

Grant spojrzał na Alison bez słowa. Nie musiała nic mówić. On też pamiętał. 

Potrząsnęła głową i zawróciła w stronę domu. To było zbyt niebezpieczne. Ich 

spotkania zawsze odbywały się w takie wieczory jak ten. Wprawdzie najczęściej 

zdarzało  się  to  latem,  ale  noce  były  równie  romantyczne  jak  ta  dzisiejsza,  a 

mężczyzna u jej boku ten sam. 

W drodze powrotnej star

ała się nie myśleć o tym, co mogłoby się stać, gdyby 

background image

doszli do łodzi. Grant cały czas patrzył przed siebie. 

W poczekalni było już kilku pacjentów. 

Hilda wyszła do holu i wręczyła Grantowi kartkę papieru. 
– Dzwonili do pana w pilnej sprawie – 

przywitała go. 

– 

To  na  obrzeżach  Freshwater  –  odezwał  się  po  przeczytaniu  wiadomości.  – 

Może mi to zająć sporo czasu. Gili jeszcze nie przyjechała. Hildo, czy mogłabyś 

powiedzieć pacjentom, że będę przyjmował później? 

– 

Oczywiście, panie doktorze. 

Grant  spojrzał  na  Alison. Po raz pierwszy od swojego przyjazdu dziewczyna 

zauważyła, jak bardzo jest zmęczony. Odwrócił się i skierował do gabinetu. 

– Poczekaj, Grant! – 

zawołała. 

– O co chodzi? 
– 

Może chciałbyś, żebym przyjęła twoich pacjentów? 

– Ty? – 

Spojrzał na nią tak, że aż się zaczerwieniła. 

– 

A dlaczego nie? Jestem przecież lekarzem. 

– Wiem o tym... 
– 

I to w pełni wykwalifikowanym. 

– 

Nie wątpię w to... 

– A zatem, o co chodzi? – 

Zmarszczyła brwi. 

– 

Myśleliśmy z Hildą, że nigdy tego nie zaproponujesz. 

Uśmiechnął  się  i  odszedł,  zanim  zdążyła  coś  powiedzieć.  Również  Hilda  z 

widocznym zadowoleniem na twarzy wycofała się do kuchni. 

Po kilku chwilach Alison usłyszała warkot silnika odjeżdżającego samochodu 

Granta. Wolno ruszyła w stronę jego gabinetu. 

Kiedy  przechodziła  obok  pokoju  ojca,  przystanęła  na  chwilę  i,  wiedziona 

nagłym impulsem, otworzyła drzwi. Jak dobrze znała to wnętrze. Wielkie dębowe 

biurko,  skórzana  kanapa  w  rogu,  biblioteczka  pełna  książek  i  różne  medyczne 

akcesoria  leżące  dokładnie  tam,  gdzie  ojciec  zostawił  je  ostatniego dnia pracy. 

Weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi. 

W powietrzu unosił się zapach, który tak bardzo przypominał jej ojca. Składał 

się na niego aromat cygar, mydła z olejkiem z drzewa sandałowego i ten subtelny 

zapach morza, który tak kochała. 

Spojrzała  na  leżący  na  biurku  notes.  Był  otwarty.  Widok  drobnego,  równego 

pisma  ojca  sprawił,  że  poczuła  niepokojące  dławienie  w  gardle.  Cofnęła  się 

gwałtownie.  Jej  wzrok  spoczął  teraz  na  wiszącej  na  drzwiach  granatowej  kurtce, 

którą ojciec zwykł zakładać, kiedy żeglowali. 

background image

Podeszła bliżej i ze zduszonym jękiem wtuliła w nią twarz. Pozwoliła, żeby tak 

długo tłumione łzy popłynęły swobodnie, wsiąkając w materiał kurtki. 

Nie  miała  pojęcia,  jak  długo  tak  stała.  Dopiero  dochodzący  zza  drzwi  gwar 

uzmysłowił  jej,  że  czeka  na  nią  praca.  Szybko  podeszła  do  umywalki,  ochlapała 

twarz zimną wodą, zastanawiając się, czy zdąży jeszcze poprawić makijaż. W tym 

momencie uchyliły się drzwi i do gabinetu zajrzała Gili. 

– 

Och, to ty, Alison. Usłyszałam hałas i zastanawiałam się, kto to może być. 

– To tylko ja. – 

Uśmiechnęła się z wysiłkiem. 

Domyśliła się, że sekretarka musiała zauważyć jej czerwone od płaczu oczy. 
– 

Zacznę przyjmować pacjentów doktora Ashtona. Jego wezwano do chorego. 

– 

To miło z pani strony. Zaraz przyniosę karty. 

Gili zatrzymała się z ręką na klamce. 
– 

Chce pani powiedzieć, że będzie pani przyjmować tutaj? 

– 

Nie, Gili. Przejdę do gabinetu doktora Ashtona. 

Dziewczyna  przyjęła  tę  wiadomość  z  wyraźną  ulgą,  jakby  obawiała  się,  że 

będzie  musiała  wyjaśniać  pacjentom, dlaczego za biurkiem doktora Milesa 
Kennedy'ego siedzi doktor Alison Kennedy. 

Alison wzięła z rejestracji karty i przeszła do pokoju Ashtona. 

Było  to  przestronne,  jasne  pomieszczenie,  rozświetlone  promieniami 

kwietniowego słońca. Na ścianach wisiały reprodukcje francuskich impresjonistów, 

a  na  korkowej  tablicy  znajdowało  się  sporo  dziecięcych  rysunków.  Część  biurka 

zajmował komputer, a pod nim stał pojemnik z kolorowymi zabawkami. 

Zdziwiona  rozejrzała  się  dookoła.  Nie  spodziewała  się  po  Grancie  takiego 

wy

stroju  gabinetu.  Uzmysłowiła  sobie,  jak  bardzo  mało  wiedziała  o  nim  jako  o 

lekarzu i o jego pracy. 

Usiadła  i  zaczęła  przeglądać  karty  pacjentów.  Po  chwili  Gili  spytała  ją  przez 

interkom, czy jest gotowa przyjąć pierwszego chorego. 

– 

Tak, Gili. Widzę tu nazwisko Setha Attrilla. Poproś go pierwszego. 

Po chwili otworzyły się drzwi i do gabinetu wszedł starszy, ogorzały od wiatru 

mężczyzna. 

– 

Niech mnie diabli, jeśli to nie panna Alison! – przywitał ją jowialnie. – Chyba 

mnie wzrok nie myli? 

Alison uśmiechnęła się lekko. Seth Attrill przez wiele lat pracował w Fairacre 

jako ogrodnik, a teraz mieszkał z żoną w jednym z nowo wybudowanych bloków 
obok przystani. 

– Witaj Seth – 

odezwała się i zaprosiła go gestem, by usiadł. 

background image

–  Paskudna sprawa z tym pani ojcem. To napr

awdę  okropne.  Nikt  z  nas  nie 

może w to uwierzyć. Nie dalej jak w zeszłą środę wiozłem go do mojej siostrzenicy 

i wtedy wydawał się całkiem zdrów... 

– 

Tak,  Seth.  Wszystkich  nas  to  zaskoczyło  –  odpowiedziała,  zdając  sobie 

sprawę, że to popołudnie nie będzie należało do najłatwiejszych w jej życiu. 

– 

Wydawałoby  się,  że  lekarz powinien  wiedzieć,  jeśli  coś  jest  z  nim  nie  tak. 

Jeszcze  dziś  mówiłem  staremu  Jimowi  Stevensowi,  że  doktor  Kennedy  był  tak 

zajęty dbaniem o innych, że nie miał czasu dla samego siebie. 

Al

ison, słuchając Setha, przebiegła wzrokiem jego kartę i kiedy zapadła cisza, 

podniosła wzrok. 

– Seth, powiedz mi teraz, co ci dolega. 
– Co? – 

Popatrzył na nią z zakłopotaniem i podrapał się po głowie. – Ach, tak. 

Nie wydawał się zbyt chętny do zdradzenia powodu swojej wizyty. 
– 

Więc przejęła pani praktykę po ojcu, tak? 

– 

Tylko  na  dzisiejszy  dzień,  Seth.  Pomagam  doktorowi  Ashtonowi,  to 

wszystko. 

– 

Miły z niego facet. Nie dalej jak wczoraj rozmawiałem... 

– 

Seth! Moglibyśmy przejść do sedna sprawy? Mam jeszcze dużo pacjentów. 

– 

Co? A, tak, tak. Ma pani rację. Chyba przyjdę, jak będzie doktor Ashton – 

wyjąkał z zakłopotaniem. 

– 

Seth, uspokój się i powiedz mi wreszcie, co cię sprowadza. 

– 

Jakoś nie mogę. Jest pani taka młoda... Znam panią od dziecka i teraz... 

–  Seth  – 

przerwała  mu  cicho.  –  Wiem,  że  pamiętasz  mnie  jako  małą 

dziewczynkę, ale nie zapominaj, że jestem wykwalifikowanym lekarzem i nic nie 

jest w stanie mnie zdziwić. Założę się, że znów zaczęła ci dokuczać przepuklina, 

mam rację? 

Wpatrywał się w nią ze zdumieniem. 
– 

Skąd pani to wie? 

– 

Dobrze odrobiłam swoją pracę domową, to wszystko. 

Wskazała ręką notatki, które dała jej Gili. 
– 

Tu jest wszystko napisane. A teraz niech pan zdejmie spodnie i położy się na 

kozetce. 

Seth schował się za parawan, a Alison z trudem powstrzymała się od uśmiechu. 

Przyjmowała  pacjentów  bez  żadnej  przerwy,  ale  i  tak  szło  to  bardzo  wolno. 

Wszyscy  starzy  mieszkańcy  Woodbridge  znali  ją  od  dziecka  i  chcieli  złożyć  jej 

kondolencje. Właśnie zaczęła się zastanawiać, kiedy wreszcie wróci Grant, kiedy 

background image

drzwi otworzyły się i do gabinetu wsunęła się młoda, wysoka kobieta. 

Serce Alison zamarto. Spojrzała na jej kartel dostrzegła, że nazwisko Masterton 

zostało przekreślone. 

– 

Nie wiedziałam, że to ty, Cheryl. Zmieniłaś nazwisko. 

– 

Po  mężu  nazywam  się  Rossi.  –  Usiadła  po  przeciwnej  stronie  biurka  i 

założyła nogę na nogę. 

– 

Co cię sprowadza? 

Alison  znała  Cheryl  jeszcze  ze  szkoły  i  nawet  w  tam  –  tych czasach nie 

przepadała za nią. 

– 

Skończyły mi się pigułki. 

– 

Rozumiem. Widzę, że byłaś pacjentką mojego ojca, tak? 

– 

Rzeczywiście, ale to przecież nie ma żadnego znaczenia. 

– 

Żadnego.  Pytam  dlatego,  bo  wiem,  że  ojciec  prowadził  klinikę  chorób 

kobiecych,  a  nie  widzę  w  twojej  karcie  wpisu  potwierdzającego  odbycie 

kontrolnych  badań,  –  Nie  wszyscy  mogą  przychodzić  po  południu  do  kliniki. 

Niektóre z nas w tych godzinach pracują. Przyszłam tylko po receptę. 

– Gdzie pracujesz? 
– U Kena Bridgesa na przystani. 
– 

Rozumiem. Pozwól, że zmierzę ci ciśnienie krwi,  – Ale po co? – spytała z 

bezbrzeżnym zdumieniem. – Chcę tylko, żebyś zapisała mi te pigułki. 

– 

A ja chcę tylko zmierzyć ci ciśnienie krwi. Nie jesteś  moją pacjentką i nie 

mam zamiaru wypisywać niczego bez badania. 

– 

Ale ja przyjmuję te pigułki od niepamiętnych czasów. Skończyły mi się, to 

wszystko. 

Alison nie 

odezwała się, tylko zaczęła stukać długopisem w blat biurka. 

– 

Więc dobrze. 

Cheryl podwinęła rękaw jedwabnej bluzki. 

Alison  bez  słowa  zmierzyła  ciśnienie.  Stwierdziła,  że  jest  prawidłowe  i 

podeszła do biurka, ignorując pełne triumfu spojrzenie kobiety. Wypisała receptę i 

podała ją Cheryl. 

– 

Co teraz będzie? – spytała Cheryl, chowając receptę. 

– Nie rozumiem. 
– 

Masz zamiar przejąć praktykę doktora Kennedy'ego? 

Wyraz  jej  twarzy  jasno  sugerował,  że  nie  byłby  to  według  niej  najlepszy 

pomysł. Alison poczuła nagłą złość. 

– 

Jeszcze niczego nie zdecydowałam. 

background image

– 

Przecież masz gdzieś swoją praktykę. Nie musisz wracać? 

Alison wstała i nacisnęła guzik, by Gili wpuściła następnego pacjenta. 
– 

Nie, nie mam własnej praktyki. 

– 

A ja słyszałam, że pracujesz w Suffolk. 

– Dopie

ro zakończyłam tam staż. 

Dlaczego, do diabła, odpowiada na te pytania. I skąd Cheryl tyle o niej wie? 
– 

Jeśli pozwolisz, chciałabym przyjąć następnego pacjenta. 

Cheryl wyszła z pokoju, wzruszając ramionami. Alison zdała sobie sprawę, że 

była to jedyna osoba, która nie wyraziła jej swojego ubolewania z powodu śmierci 
ojca. 

Zanim wrócił Grant, przyjęła jeszcze trzech pacjentów. 
– 

Przepraszam, że trwało to tak długo – powiedział, stając w drzwiach. – Miałaś 

jakieś problemy? 

– 

Żadnych. Dlaczego miałabym mieć? 

– 

Rzeczywiście. W końcu jesteś lekarzem. 

– 

Skoro  już  wróciłeś,  to  pozwolisz,  że  skończę.  Większość  chorych,  których 

przyjęłam, to pacjenci ojca. Twoi jeszcze czekają, ale mam nadzieję, że na coś się 

przydałam. 

– 

Jak ludzie reagowali na twoją obecność? – spytał z ciekawością. 

– 

Niektórzy nie mogli uwierzyć, że dziewczyna, którą znali jako dziecko, jest 

teraz lekarzem. – 

Uśmiechnęła  się  lekko.  –  Inni  uważali,  że po prostu  przejęłam 

praktykę po ojcu. 

– 

I co im na to odpowiadałaś? 

– 

Szybko  wyprowadzałam  ich  z  błędu  –  odparła  twardo,  ignorując  jego 

zagadkowe spojrzenie. – 

Mówiłam  im,  że  wrócę  do  Suffolk,  jak  tylko  zostaną 

załatwione wszystkie sprawy. 

 

background image

Rozdział 3 

 
Następnego dnia aura była zmienna. Promienie słońca pojawiały się na krótko. 

Dzień  był  deszczowy.  Alison  i  Grant  poszli  na  piechotę  do  domu  państwa 

Warnerów, gdzie mieściło się lokalne biuro notarialne. 

– Moja droga Alison! – 

Godfrey podniósł się na powitanie starej znajomej. 

Alison  ścisnęło  się  serce.  Godfrey  przypomniał  jej  ojca.  Obaj  mężczyźni 

przyjaźnili się przez wiele lat, często razem grali w golfa i żeglowali po morzu. 

Podszedł  bliżej,  pocałował  ją  w  policzek  i  uścisnął  rękę  Granta.  Zaprosił  ich 

gestem, żeby usiedli przy biurku. 

Wymienili kilka zdawkowych uprzejmości i Godfrey przystąpił do rzeczy. 
– 

Miles upoważnił mnie do przekazania wam jego ostatniej woli, którą spisał 

mój partner, Sam Rolf. 

Zaczął  czytać  testament.  Niewielka  suma  przypadła  w  udziale  Hildzie. 

Większość oszczędności, akcji i udziałów w spółkach zapisał ukochanej córce. 

Oczy Aliso

n wypełniły się łzami. Godfrey spojrzał na nią ze zrozumieniem. 

– Teraz przejdziemy do jego praktyki i domu – 

kontynuował cichym głosem. – 

Chciałbym, abyście wysłuchali tego szczególnie uważnie, tak by nie było żadnych 

nieporozumień. 

Alison tknęło jakieś złe przeczucie, jednak to, co usłyszała, przeszło wszystkie 

jej oczekiwania. 

– 

„Jednym  z  największych  powodów  do  radości  w  moim  życiu  –  czytał 

Godfrey  – 

był  fakt,  że  moja  córka  zdecydowała  się  zostać  lekarzem,  przez  co 

podtrzymała rodzinną tradycję". 

Godfre

y uśmiechnął się lekko i spojrzał na Alison. 

– 

„Przed  czterema  laty  podzieliłem  swoją  praktykę  pomiędzy  siebie  i 

wspólnika.  Do  tej  pory  dawałem  sobie  radę  sam  i  nie  widziałem  powodu,  dla 

którego miałbym to zmieniać. Jednak liczba ludności w Woodbridge gwałtownie 

wzrosła  i  byłem  zmuszony  poszukać  kogoś,  kto  podzieliłby  ze  mną  trud  pracy. 

Kolega  zarekomendował  mi  Granta  Ashtona  i  tak  zaczęła  się  nasza  współpraca. 

Mój dom, Fairacre, został podzielony pomiędzy nas dwóch i Grant stał się moim 

pełnoprawnym  wspólnikiem.  Moim  życzeniem  jest,  aby  moja  część  praktyki 

została przekazana Alison Kennedy". 

Godfrey  spojrzał  na  Alison.  Skinęła  głową.  Tego  właśnie  się  spodziewała. 

Poprawiła  się  na  krześle,  sądząc,  że  Godfrey  skończył,  ale  ten  ku  jej  zdumieniu 

background image

czytał dalej: 

– 

„Początki współpracy nie były łatwe. Jednak po jakimś czasie zaczęliśmy się 

doskonale uzupełniać. Mam nadzieję, że najwięcej korzyści z naszej pracy odnieśli 

mieszkańcy Woodbridge. 

Chciałbym mieć pewność, że ta ciągłość zostanie zachowana również po mojej 

śmierci.  Dlatego  moim  największym  pragnieniem  jest,  by  moja  córka  Alison  i 

Grant zostali wspólnikami. Chciałbym, aby mój dom nadal służył obojgu lekarzom 

i aby zapewnili oni prawidłową opiekę medyczną mieszkańcom Woodbridge". 

Kiedy  Godfrey  Warner  skończył,  Alison  spojrzała  na  niego  z  bezbrzeżnym 

zdziwieniem. 

– 

Dobrze się czujesz, Alison? – spytał cicho. 

Mówiąc szczerze, bywały w życiu chwile, kiedy czuła się lepiej. Musiała chyba 

nastąpić  jakaś  pomyłka.  Ojciec  nigdy  nie  wymagałby  od  niej,  żeby  została 
wspó

lnikiem Granta. Wiedział, że się wzajemnie unikają. Sądziła, że ojciec zostawi 

jej cały dom, a ona zrzeknie się swojej części praktyki na rzecz Granta. Mógłby 

wtedy  znaleźć  sobie  jakiegoś  innego  wspólnika.  Planowała  przecież  wrócić  do 
Suffolk... 

Spojrzała  gwałtownie  na  Granta  i  dostrzegła,  że  on  sam  jest  nie  mniej 

zdziwiony od niej. 

– 

Wiedziałeś o tym? – spytała nieprzyjaznym głosem. 

– Nie. – 

Potrząsnął głową. 

– 

Nie wierzę ci. 

– 

Alison, proszę... – przerwał im Godfrey, ale nie pozwoliła mu skończyć. 

–  Wiedz

iał  o  chorobie  ojca  i  nie  wspomniał  mi  o  niej  ani  słowem.  Równie 

dobrze mógł wiedzieć i o tym. 

– 

Alison, dobrze wiesz, że to nieprawda. Nie miałem o niczym najmniejszego 

pojęcia. Gdyby tak było, miałbym coś na ten temat do powiedzenia. 

– 

Czy naprawdę tak bardzo was to przeraża? – wtrącił się Godfrey, przenosząc 

wzrok z jednego na drugie. 

Alison przewróciła oczami, a Grant wzruszył lekko ramionami. 
– 

Czy można to w jakiś sposób ominąć? – spytał nagle Grant. 

Godfrey spojrzał na nich przeciągle, a potem oparł łokcie na stole i objął głowę 

dłońmi. 

– 

Teoretycznie  istnieje  taka  możliwość  –  powiedział  w  końcu.  –  Alison 

mogłaby  odsprzedać  swoją  część  domu  Grantowi,  a  on  mógłby  znaleźć  sobie 

innego  wspólnika.  Moglibyście  również  sprzedać  całą  posiadłość  albo,  w  końcu, 

background image

Alison mogłaby wykupić część Granta. 

Alison westchnęła z ulgą, ale Godfrey jeszcze nie skończył. 
– 

Nie rozumiem jednak, w czym tkwi problem. Dla mnie rozwiązanie Milesa 

wydaje się wprost idealne. 

–  Problem polega na tym – 

powiedziała  twardo  Alison  –  że  nie ma takiej 

możliwości, abyśmy zostali z doktorem Ashtonem wspólnikami. To po prostu nie 

wchodzi w grę. 

– 

Zgadzam się z tym – wtrącił Grant, nie dając Godfreyowi dojść do słowa. – 

Wydaje się jednak, panie Warner, że miał pan jeszcze inne wątpliwości dotyczące 

ewentualnej sprzedaży którejś z części. 

– 

Tak jak powiedziałem, z punktu widzenia prawa nie ma żadnych przeszkód, 

istnieją jednak obiekcje natury moralnej. 

– 

Co pan ma na myśli? – spytała Alison. 

– Rozmawiamy tu o ostatniej woli twojego ojca, Alison, 

a pańskiego wspólnika. 

Miles już od dłuższego czasu marzył o tym, by przekazać praktykę wam obojgu. 

Wiedział, że poprowadzicie ją zgodnie z duchem, w którym on sam prowadził ją 
przez tak wiele lat. 

Po jego słowach zapadła cisza. Słychać było tylko krople padającego za oknem 

deszczu. Alison i Grant milczeli. 

– 

Żadne z was tego nie wie – dodał cicho – ale jeszcze przed swoją chorobą 

Miles planował odejście na emeryturę. 

Alison podniosła głowę i zauważyła, że Grant jest równie zaskoczony jak ona. 
– 

I właśnie wam obojgu chciał przekazać praktykę. To miało dla niego ogromne 

znaczenie  i  chciałbym,  żebyście  dokładnie  to  przemyśleli,  zanim  podejmiecie 

ostateczne  decyzje.  Wydaje  mi  się,  iż  oboje  uważacie  w  tej  chwili,  że  to 

przedsięwzięcie jest bez szans. Chciałbym wam jednak coś zaproponować. 

Alison spojrzała na Granta. Wyraz jego twarzy był nieodgadniona Pewnie wola 

jej ojca przeraziła go jeszcze bardziej niż ją. 

– Co takiego, Godfrey? – 

spytał, zanim zdążyła się odezwać. 

Starszy pan przez moment się zawahał. 
– Co b

yście powiedzieli na okres próbny? Powiedzmy... 

pół roku. Po tym czasie na pewno będziecie wiedzieli, czy wasza współpraca 

ma jakiekolwiek szanse powodzenia. 

Kiedy żadne z nich nie zareagowało, dodał: 
– 

Idźcie teraz do domu i przemyślcie moją propozycję. 

P

otem  wrócicie  i  powiecie  mi,  co  zdecydowaliście.  Jeśli  dojdziecie  do 

background image

porozumienia, sporządzę stosowną umowę na okres sześciu miesięcy. 

Alison patrzyła przez chwilę na starego przyjaciela ojca, a potem wymamrotała 

jakieś słowa pożegnania i szybko opuściła biuro. 

Na dworze ciągle padało. Kiedy przystanęła, żeby rozłożyć parasolkę, dogonił 

ją Grant. 

Podczas powrotnej drogi oboje milczeli. Już blisko domu Alison zdecydowała 

się zacząć rozmowę. 

– 

To się nigdy nie uda. 

– 

Oczywiście, że nie – przytaknął. 

– Nie ma 

co do tego wątpliwości. 

– 

Żadnych. 

– 

Naprawdę  nie  wiem,  co  ojcu  przyszło  do  głowy.  Przecież  wiedział,  jak 

wyglądają sprawy między nami. Chyba postradał zmysły. 

– 

Więc co z tym zrobimy? 

– 

Wrócę do Suffolk, jak tylko będę mogła. 

– 

A co z Fairacre i z naszą praktyką? 

Stanęli  właśnie  przed  drzwiami  i  jednocześnie  podnieśli  oczy  na  fasadę 

budynku. 

Alison wzruszyła ramionami. 
– 

Coś  trzeba  będzie  postanowić.  Zawsze  możesz  mnie  spłacić.  To  chyba 

najrozsądniejsze wyjście z sytuacji. 

– 

Myślałem, że będziesz chciała tu zostać. 

– 

Skąd ci to przyszło do głowy? – spytała, unosząc brwi. 

Nie odpowiedział od razu i nagle przeraziła ją jego bliskość i bijące od niego 

ciepło. Odsunęła się. 

– 

Jest wiele powodów. Fairacre to twój dom... Zostawiłaś tu tyle wspomnień... 

–  Niektóre 

z  nich  wolałabym  raczej  na  zawsze  wymazać  z  pamięci  – 

odpowiedziała krótko. 

Odrzuciła głowę do tyłu i weszła do domu, zostawiając Granta samego z jego 

myślami. 

 
Jeszcze raz tego popołudnia wyszła na spacer, gdy tylko przestało padać. Grant 

odbywał właśnie wizyty domowe. Pomimo że podjęła już decyzję o powrocie do 

Suffolk,  w  myślach nieustannie  powracała  do  woli ojca,  zawartej  w  testamencie. 

Musiała sama  przed sobą przyznać się do  tego,  że  jakaś  jej  mała  cząstka  gorąco 

pragnęła pozostać w Fairacre i przejąć praktykę ojca, którą przez tyle lat z takim 

background image

trudem  budował.  To  było  bardzo  rozsądne  rozwiązanie  i  wspaniała  możliwość 

pracy w zawodzie, który sama sobie wybrała. 

Być  może  powinna  przemyśleć  to  jeszcze  raz,  zastanawiała  się,  idąc  po 

wilgotnej od deszczu tr

awie. Westchnęła ciężko i wsunęła ręce głęboko do kieszeni 

płaszcza. Nawet gdyby zaakceptowała zaistniałą sytuację, rozważała, Grant nigdy 

by się na to nie zgodził. Dał jej to jasno do zrozumienia. Najwyraźniej nie chciał, 

żeby tu została. Choć właściwie to ona miała większe prawo pozostać w Fairacre. 

Jednak  pomysł,  żeby  go  spłacić  i  zatrudnić  innego  wspólnika  był  zupełnie 
bezsensowny. I tak pacjenci stracili lekarza, którego znali i któremu ufali. Gdyby 
jeszcze zabrała im drugiego, byliby zupełnie zagubieni. 

Nie, jedynym rozsądnym rozwiązaniem było to, które już obmyśliła. Pojedzie 

do Suffolk i zacznie tam pracę w nadziei, że za jakiś czas będzie mogła rozwinąć 

własną praktykę. Musi przestać widywać Granta, chociaż nie będzie to łatwe. To 
nie planowane spot

kanie wywarło na niej znacznie większe wrażenie, niż chciała 

się do tego przyznać. 

Postanowiła zakończyć spacer. Zbliżając się do domu, dostrzegła Granta. Stał 

przy  tylnych  drzwiach  i  patrzył  w  jej  kierunku.  Kiedy  nabrał  pewności,  że  go 

zauważyła, wyszedł jej na spotkanie. 

Wyglądał bardzo poważnie. Alison pomyślała, że stało się coś złego. 
– 

Grant? Czy coś się stało? 

– 

Nie, nic. Po prostu myślałem. 

– 

Ja także – przyznała. 

– 

Zastanawiam  się,  czy  nie  podjęliśmy  zbyt  pochopnej  decyzji.  Może  jednak 

powinniśmy to jeszcze raz przemyśleć? 

– 

Tak sądzisz? 

– 

Tak. Uważam, że Godfrey miał rację. Nie powinniśmy tak łatwo lekceważyć 

woli twojego ojca. 

– 

Też o tym myślałam. 

– Moim zdaniem – 

kontynuował – pomysł Warnera nie jest taki zły. 

– 

Czy to znaczy, że...? 

–  To znaczy

,  że  moim  zdaniem  powinniśmy  chociaż  spróbować.  Pół  roku  to 

propozycja całkiem rozsądna. 

Nie odpowiedziała, starając się uporządkować myśli. Grant zdawał się w nich 

czytać. 

– I co, Alison? Spróbujemy? 
Wahała  się,  rozdarta  między  rozpaczliwą  chęcią  pozostania w Woodbridge a 

background image

obawą  przed  ponownym  znalezieniem  się  na  przegranej  pozycji.  Wzięła  głęboki 
oddech. 

– 

Zgoda, Grant. Sześć miesięcy. Ale pod jednym warunkiem. 

– Jakim? 
– 

Nasze kontakty będą czysto zawodowe. Nic ponadto – oświadczyła twardo. 

Uniósł brwi. 
– 

Ależ oczywiście – powiedział miękko. – Jakie inne mogłyby być? 

 

background image

Rozdział 4 

 
Dwa tygodnie później Grant ponownie przyjechał do Yarmouth, żeby odebrać 

ją z lotniska. 

– 

Chyba  będę  musiała  załatwić  sobie  jakiś  samochód  –  powiedziała,  kiedy 

chował walizki do bagażnika swojego BMW. 

– 

Rover twojego ojca ciągle jeszcze stoi w garażu. Mogłabyś go używać. 

Początkowo  jechali  w  milczeniu.  Dopiero  kiedy  znaleźli  się  na  drodze 

prowadzącej do Woodbridge, Grant spojrzał na nią z ukosa. 

– 

Miałaś jakieś problemy z pracodawcami? 

– 

Żadnych.  Nawet  sprawiali  wrażenie  zadowolonych,  że  dostałam  taką  dobrą 

pracę.  Powiedzieli,  że  gdybym  chciała  do  nich  wrócić,  zawsze  coś  się  dla  mnie 
znajdzie. 

– I co ty na to? 
– 

Na to pytanie odpowiem ci za pół roku – odparła krótko. 

Nie dodała, że ciągle ma wiele obiekcji co do ich współpracy. Jakby czytając w 

jej myślach, odezwał się nagle. 

– 

Wiem, że czeka nas wiele trudnych chwil i problemów, dlatego uważam, że 

zanim zaczniemy, powinniśmy ustalić pewne zasady. 

– 

Jakie na przykład? – spytała ze zdziwieniem. 

– 

Uważam, że powinnaś przejąć pacjentów ojca. Wizyty domowe moglibyśmy 

dzielić tak samo, jak dzieliłem je z nim. 

– 

To brzmi rozsądnie. 

– 

Nie wiem natomiast, jak załatwić sprawę naszego gospodarstwa. 

– 

Jak to? Przecież Hilda nie ma zamiaru od nas odchodzić. 

– 

To  prawda,  ale  nie  o  nią  mi  chodzi.  Powiedziałaś  przecież,  że  chcesz,  aby 

nasze kontakty były czysto zawodowe. 

– Nadal nie rozumiem, w czym tkwi problem. 
– 

Jak  zapewne  wiesz,  Hilda  gotowała  nam  obu  i  zwykle  jadaliśmy  posiłki 

razem.  Gdybyśmy  my  teraz  chcieli  jadać  oddzielnie,  biedna  Hilda  zupełnie  by 

ogłupiała. Byłoby to dla niej znaczne utrudnienie. 

– 

Oczywiście... Mówiąc szczerze, uważam, że byłaby to przesada. 

Poczuła, że jej policzki robią się czerwone. 
– 

Naprawdę? Mnie się wydawało, że o to ci właśnie chodzi – oznajmił chłodno. 

– 

Ale  nie  martw  się.  Jeśli  chcesz  ograniczyć  nasze  kontakty  do  spraw  ściśle 

background image

zawodowych, zastosuję się do twoich życzeń. 

– Doskonale. 
Jego  zachowanie  wyprowadziło  ją  z  równowagi.  Zamilkła  i  odezwała  się 

dopiero, kied

y zajechali do Fairacre, gdzie czekała na nich Hilda. 

– 

Alison, kochanie. Jak dobrze, że wróciłaś. 

– Witaj, Hildo. 
Miała powiedzieć, że jest jej tak samo miło, nie chciała jednak tego robić przy 

Grancie.  Lecz kiedy  wchodziła  na górę,  zdała  sobie sprawę,  że  powrót do domu 

naprawdę sprawił jej ogromną radość. 

Po chwili do jej pokoju wszedł Grant, postawił na środku walizki, skinął lekko 

głową, po czym szybko zniknął. 

Hilda zamknęła okno, zaciągnęła zasłony i uśmiechnęła się do Alison. 
– 

Naprawdę się cieszę, że przyjechałaś. Dopiero teraz ten dom odżył... 

– Och, Hildo! – 

westchnęła i objęła ją. – Tak się cieszę, że jestem w domu. 

Po  chwili  zaczęła  rozpakowywać  jedną  z  walizek.  Hilda  wyjęła  z  kieszeni 

chusteczkę, przetarła oczy i podeszła do drzwi. 

– 

Obiad podać jak zwykle po wieczornej zmianie? 

W jej głosie pobrzmiewała nutka niepokoju, jakby gospodyni obawiała się, że 

Alison zechce zmieniać panujące w domu zwyczaje. 

– 

Bardzo proszę, Hildo. 

– 

Przygotowałam to, co najbardziej lubisz. Stek i krem z nerek. – Uśmiechnęła 

się uszczęśliwiona. 

Alison  nie  miała  serca  uświadamiać  jej,  że  ostatnio  prawie  wcale  nie  jada 

mięsa. 

– 

To musi być dla doktora Ashtona prawdziwa ulga. Naprawdę nie wiem, jak 

ten biedak dawał sobie ze wszystkim radę. Ale teraz będzie już łatwiej. 

– To 

się dopiero okaże. 

– 

Naprawdę nie rozumiem, dlaczego wy dwoje nie możecie dojść ze sobą do 

porozumienia – 

powiedziała, marszcząc czoło. – Były czasy, kiedy sądziłam, że... 

– 

To było bardzo dawno temu, Hildo. Dawno i nieprawda. 

– 

To taki miły człowiek. Pacjenci po prostu go uwielbiają... 

– 

I bardzo dobrze. A teraz idę wziąć prysznic i zaraz przychodzę na ten twój 

krem! 

– 

Jak rozumiem, będziesz przyjmować w gabinecie ojca, tak?  – spytał Grant, 

spoglądając na nią przez stół. 

– 

Oczywiście. Początkowo miałam pewne obiekcje, ale to jedyny pokój, który 

background image

się do tego celu nadaje. 

– 

Kiedy chcesz zacząć? 

– 

Może jutro? 

– 

Nie sądziłem, że będziesz gotowa tak szybko. 

– Dlaczego nie? 
Wzruszył ramionami i nalał sobie wody. 
– 

Nie wiem. Po prostu myślałem, że będziesz miała przedtem jakieś sprawy do 

załatwienia. 

Odsunęła od siebie talerz. 
– Grant, doskonale wiesz, dlaczego tu jestem. Tylko z jednego powodu. 
Nagle  zadzwonił  telefon.  Grant  podniósł  głowę,  lecz  w  tym  momencie 

alarmujący sygnał umilkł. Prawdopodobnie Hilda podniosła słuchawkę. 

– 

Nie  mam  co  do  tego  wątpliwości.  Jednak  niezależnie  od  tego,  będę 

uszczęśliwiony, mając kogoś, z kim mogę podzielić się pracą. I pacjenci nie będą 

musieli tak długo czekać na lekarza... 

Przerwał, gdyż do jadalni weszła Hilda. 
– 

Co się stało? 

– 

Nagły wypadek. Bert Keenor znów ma atak duszności. Dzwoni jego żona. 

– 

Zaraz z nią pomówię. 

Odsunął krzesło i wstał od stołu. 
– 

Niektóre problemy nigdy się nie zmieniają – dodał z uśmiechem i wyszedł z 

pokoju. 

Miał rację, pomyślała, kiedy zamknęły się za nim drzwi. Odkąd pamięta, Bert 

chorował na przewlekłe zapalenie oskrzeli. Tu rzeczywiście nic się nie zmieniło. 

Jednak nie wszystko w życiu było takie stałe. 

Kiedy wieczorem leżała już w łóżku, wsłuchując się w dźwięki dochodzące z 

domu, dobiegł do niej odgłos zamykanych drzwi do pokoju Granta. Dopiero w tym 

momencie zrozumiała, jak wiele zmieniło się w jej życiu. 

Przypomniała sobie, jak niegdyś wyglądały ich wspólne noce, ale zaraz wróciła 

do rzeczywistości. Nie mogła sobie pozwolić, by odżyły wspomnienia, od których 

tak długo usiłowała się uwolnić. W przeciwnym razie nigdy już nie udałoby jej się 

spokojnie zasnąć. 

Bezsenne noce to ostatnia rzecz, której teraz potrzebowała. Zakładała, że przez 

jakiś czas jej gabinet może stać się miejscem licznych odwiedzin. Wszyscy będą 

chcieli zobaczyć córkę doktora Kennedy'ego. Ponadto nie życzyła sobie, by doktor 

Ashton  doszedł  do  wniosku,  że  jej  bezsenność  ma  jakikolwiek  związek  z  jego 

background image

osobą. 

Długo  jednak  dręczył  ją  jakiś  dziwny  niepokój.  Kiedy  zadzwonił  budzik, 

odnio

sła  wrażenie,  że  spała  zaledwie  kilka  minut.  Przez  chwilę  nasłuchiwała 

głosów  dochodzących  z  sąsiedniej  farmy,  a  potem  z  ciężkim  westchnieniem 

odrzuciła kołdrę. 

Do śniadania usiadła dziwnie zmęczona i z ulgą przyjęła fakt, że Granta już nie 

ma w domu. 

–  Po

jechał  do  pacjentki,  której  grozi  poronienie  –  wyjaśniła  Hilda,  stawiając 

przed nią tosty i filiżankę kawy. – To ta biedna pani Cotton na farmie Dubbersów. 

Jej mąż jest przerażony. To byłoby jej trzecie poronienie. 

– Trzecie? – 

spytała, sięgając po tosta. 

– 

Tak.  Ostatnim  razem  była  załamana.  Nie  wiem,  jak  zdołałaby  przeżyć  to 

jeszcze raz. 

– Czy to pacjentka mojego ojca? 
– 

Nie, leczył ją doktor Ashton. Będziesz dziś przyjmować? 

– 

Tak. Czy Gili już przyjechała? 

– 

Chyba już ją słyszałam. Pewnie porządkuje pocztę. 

– 

Dobrze. Pójdę teraz do niej. 

Ignorując  niezadowolony  wyraz  twarzy  Hildy,  wzięła  swoją  kawę  i  tosty  i 

poszła do sekretariatu. 

–  Alison!  – 

Gili  przywitała  ją  radośnie  znad  sterty  papierów.  –  Miło  cię 

widzieć. Jeszcze kilka dni, a doktor Ashton padłby ze zmęczenia na nos. 

– Nie jestem taka pewna. Doktor Ashton to twarda sztuka. 
– 

Wiem, ale ostatnio bardzo dużo pracował. Gdzie jest teraz? 

– 

Pojechał do pani Cotton. 

– 

Do Pauli Cotton? Mam nadzieję, że tym razem nie ma to nic wspólnego z jej 

ciążą? 

–  Obawia

m  się,  że  coś  nie  jest  w  porządku.  Od  jak  dawna  ci  Cottonowie 

mieszkają na farmie Dubbersów? 

– 

Jakieś  trzy  łata.  Prowadzą  ekologiczne  gospodarstwo.  Paula  sprzedaje  ich 

produkty... 

W tym momencie zadzwonił telefon. Gili podniosła słuchawkę. 
–  Nie, doktor As

hton  dziś  rano  nie  przyjmuje.  Może  pani  przyjść  do  doktor 

Kennedy. Nie, doktor Alison Kennedy. Tak, tak. Jest lekarzem. Dobrze. Dziewiąta 

trzydzieści,  pasuje?  Pani  nazwisko?  Adres?  Dziękuję.  Doktor  Kennedy  czeka  na 

panią o wpół do dziesiątej. 

background image

Uśmiechnęła się do Alison i odłożyła słuchawkę.  Niemal  natychmiast  rozległ 

się następny dzwonek. Przewróciła oczami i odebrała kolejny telefon. 

– 

Wieść już się rozniosła. Teraz nie będziemy mieli chwili spokoju. 

– 

W takim razie pójdę się przygotować. Będę przyjmować w gabinecie ojca. 

– Dobrze – 

odparła Gili. – Życzę powodzenia – dodała cicho i uśmiechnęła się 

pokrzepiająco. 

W odpowiedzi Alison zdołała jedynie skinąć głową. Odwróciła się i wyszła z 

pokoju. 

Na  szczęście  okazało  się,  że  jakaś  dobra  dusza  zabrała  wiszącą  na  drzwiach 

żeglarską  kurtkę  ojca,  posprzątała  jego  biurko  i  przyniosła  czysty  fartuch.  Tylko 

taca z narzędziami była ta sama, ale to akurat zupełnie Alison nie przeszkadzało. 

Po  dziesięciu  minutach,  ledwo  zdążyła  usiąść  za  biurkiem,  usłyszała  warkot 

silnika 

samochodu. Podniosła głowę, mając cichą nadzieję, że Grant zajrzy do jej 

pokoju.  On  jednak  szybko  zamknął  za  sobą  drzwi  gabinetu  i  po  chwili  nacisnął 

guzik interkomu, oznajmiając Gili, że jest gotów na przyjęcie pierwszego pacjenta. 

W końcu dlaczego miałby jej życzyć powodzenia? Wzruszyła ramionami. Nie było 

powodów,  dla  których  powinien  okazywać  jej  jakiekolwiek  wyrazy  sympatii.  W 

końcu to ona chciała, żeby ich znajomość miała czysto zawodowy charakter. 

Z pasją nacisnęła guzik interkomu. 
– 

Gili? Mogłabyś poprosić pierwszego pacjenta? 

– Naturalnie, doktor Kennedy. 
Po chwili rozległo się pukanie i do gabinetu wszedł Seth Attrill. 
– 

Słyszałem, że pani wróciła, panno Kennedy. 

A może teraz powinienem zwracać się do pani doktor Kennedy? – zapytał i nie 

czekając na odpowiedź, ciągnął dalej: 

 – 

Początkowo  trudno  mi  było  myśleć  o  pani  jako  o  lekarzu,  ale  teraz  już 

przywykłem  do  tej  myśli.  Moja  żona  wybiera  się  do  pani.  Mówi,  że  nareszcie 

przyjmuje jakaś kobieta, do której można zwrócić się z tymi babskimi problemami. 

– Tak, Seth. Wiem o tym. 
– 

Przyjdzie do pani dziś po południu. A tak między nami, bardzo się cieszę, że 

wróciła pani do Fairacre. 

– 

Wiesz co, Seth? Ja także jestem z tego powodu szczęśliwa. 

 

background image

Rozdział 5 

 
Alison  przyjmowała  pacjentów  przez  cały  ranek.  Prawie  wszyscy  witali  ją  z 

radością i zadowoleniem, a niektórzy sądzili nawet, że na stałe przejęła posadę po 

ojcu. Pod koniec przestała już nawet tłumaczyć każdemu z osobna, że na razie jest 

tylko na okresie próbnym. Kiedy wreszcie Sue oznajmiła, że w poczekalni nie ma 

już nikogo, z westchnieniem ulgi wyciągnęła się na krześle. 

Jednak  nie  dane  było  jej  wypocząć.  Po  kilku  sekundach  usłyszała  energiczne 

pukanie do drzwi i do pokoju wszedł Grant. Jego mina nie wróżyła nic dobrego. 

Alison odruchowo wyprostowała się i spojrzała na niego pytająco. 

– 

Uważam,  że  powinniśmy  spotykać  się  codziennie  na  kilka  minut,  żeby 

omówić pewne sprawy i podjąć konieczne decyzje – zaczął bez żadnych wstępów. 

– 

Oczywiście – przytaknęła bez zastanowienia. 

– 

Nie  powiedziałem  ci  jeszcze  o jednym –  kontynuował,  nie  zostawiając  jej 

czasu na zadanie pytania. – 

Nie mamy obecnie żadnej pielęgniarki. Jenny jest na 

urlopie wychowawczym i nie będzie jej przez kilka miesięcy. Poradzisz sobie jakoś 
do tego czasu? 

Skinęła głową. 
– 

Rozumiem,  że  w  razie  potrzeby  dostalibyśmy  jakąś  pomoc  ze  strony 

personelu szpitalnego? 

– 

Tak.  A  poza  tym  mamy  jeszcze  dwie  położne.  Czy  chciałabyś 

przedyskutować ze mną coś jeszcze? 

– Chyba nie. 
– 

Podniosła wzrok i spostrzegła, że brwi Granta są ściągnięte w jedną kreskę. 

– Ach, tak. Jest jeszcze jedna sprawa... – 

dodała. 

– 

Słucham. 

– 

Zauważyłam w twoim gabinecie komputer. Używasz go tylko prywatnie czy 

też masz zamiar skomputeryzować oba gabinety? 

– 

Miałem takie plany. Mówiąc szczerze, nawet podjąłem już w tym kierunku 

pew

ne działania... 

– 

Czy mój ojciec popierał twoje plany? 

Grant uśmiechnął się lekko. 
– 

W  zasadzie  tak.  Nie  był  wielkim  fanem  komputerów,  ale  rozumiał 

konieczność ich zastosowania w pracy. 

– 

Co jeszcze chciałbyś tu zmienić? 

background image

– 

Myślę, że nie ma teraz sensu dłużej się nad tym rozwodzić. Najpierw musimy 

zdecydować, jak będzie wyglądała nasza dalsza współpraca. A teraz, jeśli nie masz 

już więcej pytań, chciałbym pojechać na wizyty domowe. 

Podszedł  do  drzwi,  lecz  zatrzymał  się  na  chwilę  i  raz  jeszcze  spojrzał  w  jej 

stronę. 

– 

Gili rozpisała nam plan dyżurów. Ja zaczynam dzisiaj i biorę ze sobą pager. 

Skinął lekko głową i zniknął za drzwiami. 

Alison  popatrzyła  za  nim  w  zamyśleniu,  zastanawiając  się,  dlaczego  był  taki 

szorstki. Po chwili do drzwi zapukała Sue. 

– Jak pos

zło? – spytała z uśmiechem. 

– 

Nie  tak  źle.  Mówiąc  szczerze,  miałam  bardzo  dobre  przedpołudnie.  Jednak 

jak się zdążyłam przekonać, nie wszyscy mogą to powiedzieć o sobie. 

– Nie rozumiem. – 

Sue zmarszczyła brwi. 

– 

Cóż, doktor Ashton nie sprawiał dziś wrażenia uszczęśliwionego. 

– 

Och,  niech  pani  nie  zwraca  na  niego  uwagi.  Po  takich  przejściach  jak  dziś 

rano, zawsze jest taki szorstki i nieprzyjemny. 

– 

Po jakich przejściach? 

– 

Nie  słyszała  pani,  że  po  powrocie  od  Cottonów  zamknął  się  w  swoim 

gabinecie? 

– Tak, ale... 
– 

Był  przygnębiony.  Paula  miała  kolejne  poronienie.  Zawsze  jest  wtedy  taki. 

Podobnie  zachowuje  się,  kiedy  umrze  jakiś  pacjent.  My  już  się  do  tego 

przyzwyczailiśmy... 

Spojrzała z zaciekawieniem na Alison. 
– 

Myślała pani, że to do pani ma jakieś pretensje? 

– 

Przyznam, że to właśnie przyszło mi do głowy. 

– 

Och,  proszę  tak  nie  myśleć.  Doktor  Ashton  naprawdę  zyskuje  wiele  przy 

bliższym poznaniu. 

Sue zebrała karty pacjentów i wyszła z gabinetu. 

Alison  popatrzyła  za  dziewczyną.  Sue  od  niedawna  mieszkała  w  Fairacre i 

najwidoczniej  nic  nie  wiedziała  o  jej  romansie  z  Grantem.  Wprawdzie  ich 

poprzednia znajomość miała zupełnie inny charakter niż obecnie, a nie na darmo 

mówi się, że dopiero pracując z człowiekiem, można dobrze poznać jego charakter. 

Wstała i z westchnieniem zaczęła sprzątać biurko. Pomimo zapewnień Sue, nie 

mogła  oprzeć  się  wrażeniu,  że  Grant  był  taki  nieprzystępny  nie  tylko  z  powodu 
poronienia pani Cotton. 

background image

Podobne uczucie miała przez cały tydzień, choć ich życie dość szybko poddało 

się codziennej rutynie. 

Grant  spędzał  w  Fairacre  bardzo  niewiele  czasu.  Kiedy  miał  wolne,  znikał 

gdzieś na całe godziny, a Alison nie miała śmiałości pytać, dokąd chodzi. Gdy byli 

w domu razem, atmosfera zawsze robiła się napięta. W zasadzie spotykali się tylko 

przy posiłkach i podczas kilkuminutowych spotkań, na których omawiali bieżące 
sprawy zawodowe. 

Któregoś  dnia  Alison  spostrzegła,  że  na  karcie  ostatniej  pacjentki  widnieje 

nazwisko doktora Ashtona. Zaciekawiona poprosiła Gili, by ją wpuściła. 

– 

Proszę wejść, pani Dawson. 

Podniosła wzrok na bladą, zmęczoną twarz kobiety, która stanęła w drzwiach i 

uśmiechnęła się niepewnie. 

– 

Dzień dobry, doktor Kennedy. Mam nadzieję, że nie ma pani nic przeciwko 

ternu, że przyszłam do pani? 

– 

Nie, absolutnie. To, że jest pani pacjentką doktora Ashtona, nie ma większego 

znaczenia. W szczególnych wypadkach przyjmujemy nie tylko swoich pacjentów. 

Pani Dawson wyglądała na bardzo onieśmieloną. Przygryzła dolną wargę. 
– To chyba nie jest szczególny wypadek, pani doktor. Po prostu mam problem, 

o którym wolałabym nie rozmawiać z mężczyzną. 

– 

Więc proszę mi o nim opowiedzieć. 

– 

Cóż, odkąd zaczęłam przekwitać, mam ze sobą mnóstwo problemów. 

– 

Kiedy miała pani ostatnią miesiączkę, pani Dawson? 

– 

Niecały  rok  temu,  ale  moje  problemy  zaczęły  się  dopiero przed kilkoma 

miesiącami. 

– 

Proszę mi o nich opowiedzieć. 

– 

Cóż,  przede  wszystkim  bardzo  się  męczę.  Czasami  zupełnie  brak  mi  sił. 

Budzę się w nocy nawet po kilka razy. 

– 

Czy wie pani, co panią budzi? 

– 

Tak. Mam okropne uderzenia gorąca i bardzo się pocę. Czasami muszę nawet 

wstać, żeby wziąć prysznic i zmienić koszulę. Wracam do łóżka tylko po to, żeby 
za – 

kilka godzin wstać znowu. Mówię pani, jestem tym zupełnie wykończona. 

– 

Czy w ciągu dnia miewa pani podobne objawy? 

– 

Tak, i to bardzo często. Jestem pewna, że klienci czasami to zauważają. 

– Klienci? 
– 

Pracuję w kiosku z gazetami. 

– Rozumiem – 

powiedziała miękko Alison, gdyż pani Dawson zdawała się być 

background image

coraz bardziej zakłopotana. – Czy ma pani jeszcze jakieś inne dolegliwości? 

Kobieta zawahała się. 
– 

Trudno  mi  to  wyjaśnić,  ale  czasami  czuję  się  taka  przygnębiona...  Kiedy 

budzę  się  w  środku  nocy,  mogłabym  płakać  i  płakać  bez  żadnej  konkretnej 

przyczyny. Kiedy indziej znów wydaje mi się, że jestem nic niewarta... 

– 

Czy rozmawiała pani o tym z doktorem Ashtonem? 

Kobieta spuściła wzrok. 
– 

W zasadzie nie... Raz zaczęłam... Chciałam mu powiedzieć, że moje stosunki 

z mężem nie układały się ostatnio najlepiej... Rozumie pani, co mam na myśli? 

Kiedy Alison skinęła głową, ciągnęła dalej: 
– 

Ale w końcu nic nie powiedziałam. Byłam taka zakłopotana... Wydaje mi się, 

że  mężczyźni  nie  potrafią  zrozumieć  takich  spraw.  Weźmy  na  przykład  mojego 

męża.  Jednej  nocy...  –  zawahała  się,  ale  Alison  zachęciła  ją  spojrzeniem.  –  W 

telewizji był program o menopauzie i przyjmowaniu honnonów, ale on powiedział, 

że to wszystko są bzdury. Twierdzi, że skoro kiedyś kobiety dawały sobie z tym 

radę, to nie widzi powodu, dla którego nasze pokolenie miałoby być inne. 

– 

Ale to nie oznacza, że doktor Ashton ma na ten temat podobne zdanie. 

Pani 

Dawson wzruszyła ramionami. 

– 

Jestem pewna, że pomógłby pani, gdyby tylko zdecydowała się pani z nim 

porozmawiać. Doktor Ashton jest mężczyzną, ale jest także lekarzem i te problemy 

nie są mu obce. 

Pani Dawson z powątpiewaniem pokręciła głową. 
–  Mimo to n

ie  wydaje  mi  się,  żebym  mogła  z  nim  o  tym  porozmawiać. 

Czułabym się jakoś nieswojo. 

Zawahała się, a potem z nadzieją podniosła wzrok na Alison. 
– Doktor Kennedy, czy przepisze mi pani te hormony? 
– 

Cóż...  Jestem  gorącą  zwolenniczką  substytucji  hormonalnej  u kobiet w 

okresie przekwitania... Czy pani wie, jakie jest działanie tych leków? 

– 

Tylko z grubsza. Nie wszystko zrozumiałam z tego, co mówili. 

– 

Kuracja polega na podaniu hormonów, głównie estrogenów, które organizm 

kobiecy w pewnym wieku przestaje produ

kować.  Ich  przyjmowanie  znacznie 

zmniejsza  uderzenia  gorąca,  potliwość,  wahania  nastroju  i  tendencje  do  depresji. 

Co ważniejsze, zapobiega to także chorobie, która nazywa się osteoporoza, a której 

istotą jest zmniejszenie się masy kości i zwiększona podatność na złamania. Mówi 

się także o ochronnym wpływie estrogenów na naczynia wieńcowe. Opóźniają one 

rozwój miażdżycy. 

background image

– 

A  więc  uważa  pani,  że  to  dobre  leczenie?  Że  nie  trzeba  znosić  tego 

wszystkiego z zaciśniętymi zębami? 

– 

Uważam, że w tej dziedzinie nauka poczyniła wiele postępów, dzięki czemu 

kobiety nie muszą się tak męczyć, jak dawniej. Ale, jak już powiedziałam, pani nie 

jest moją pacjentką i nie wiem, czy doktor Ashton byłby zadowolony, gdybym bez 

jego wiedzy przepisała pani kurację hormonalną. 

Pani D

awson w jednej chwili posmutniała. 

– 

W takim razie już sobie pójdę. Przepraszam, że zajęłam pani tyle czasu. 

– 

Niech pani usiądzie, pani Dawson. Wcale nie uważam tego czasu za stracony. 

Chciałam tylko zasugerować, aby porozumiała się pani w tej sprawie z doktorem 
Ashtonem. 

– 

To nie  ma  sensu. Nie  potrafiłabym  mu  tego  wytłumaczyć.  Dlatego  właśnie 

przyszłam do pani. 

– 

Jeśli pani  chce  –  ciągnęła nie  zrażona Alison  –  mogłabym  z  nim  przedtem 

porozmawiać. 

– 

Naprawdę?  –  W  panią  Dawson  znów  wstąpiła  nadzieja.  Podniosła  wzrok  i 

uśmiechnęła się szeroko. – To byłoby cudowne. Zawsze kiedy go widzę, odejmuje 

mi  mowę.  To  bardzo  miły  człowiek  i  doskonały  lekarz,  ale...  Jest  chyba  zbyt 

przystojny. To zupełnie zbija mnie z tropu. 

– 

Zobaczę, co się w tej sprawie da zrobić – uśmiechnęła się Alison. 

Pani Dawson wstała i podeszła do drzwi. Zanim wyszła, jeszcze raz spojrzała w 

stronę Alison. 

– 

Czy  gdyby  doktor  Ashton  się  nie  zgodził,  mogę  zmienić  lekarza 

prowadzącego? 

– 

Naturalnie. Jednak gabinet doktora Framptona jest dość daleko stąd. 

– 

Och, nie myślałam o nim. Chciałabym leczyć się wtedy u pani. 

– 

Pani Dawson, ja tu jestem tylko na jakiś czas. Potem wracam do swojej stałej 

pracy. 

– Wielka szkoda. 
Kiedy  pani  Dawson  wyszła,  Alison  zastanowiła  się,  co  powiedziałby  Grant, 

słysząc,  że  jedna  z  jego  pacjentek  chce  przenieść  się  do  niej.  Przeciągnęła  się  z 

westchnieniem, sięgnęła po kluczyki do samochodu i przenośny telefon, a potem 

poszła do pokoju, w którym urzędowała Gili. 

– 

Są dla mnie jakieś wizyty domowe? 

– Tylko jedna. Aha, dzwonili do pani z przystani. 
– Z przystani? 

background image

– 

Tak. Pewnie chodzi o opłatę za cumowanie jachtu doktora Kennedy'ego. 

Alison spojrzała na nią z zadumą. 
– 

Wiesz, że zupełnie zapomniałam o tej łodzi? 

– 

Teraz należy do pani – powiedziała cicho Gili. 

– 

Na  to  wygląda.  Cóż,  w  takim  razie  załatwię  tę  wizytę,  a  potem  pojadę  na 

przystań. Nie wiesz, gdzie mój ojciec trzymał klucze od jachtu? 

– 

Wiszą tu. – Gili sięgnęła za siebie i podała jej pęk różnych kluczy. 

Alison odwiedziła młodą kobietę, która kilka dni wcześniej urodziła dziecko i 

właśnie  wróciła  ze  szpitala  do  domu.  Stan  matki  i  noworodka  był  zadowalający. 

Obiecała wpaść do nich następnego dnia. 

Wsiadła do samochodu i pojechała na przystań. Dzień był wyjątkowo piękny. 

Majowe  słońce  przedzierało  się  przez  splątane  konary  rosnących  wzdłuż  drogi 

drzew. Były to głównie kasztanowce, które o tej porze roku pyszniły się białymi 

pióropuszami  kwitnących  kwiatów.  Kiedy  zbliżyła  się  do  przystani,  ogarnęły  ją 

wspomnienia.  Ileż  razy  przyjeżdżała  tu  z  ojcem,  kiedy  zabierał  ją  na  długie 

wyprawy  żaglówką.  Całe  jej  dzieciństwo  było  związane  z  wodą,  a  kiedy  umarła 

matka, spędzali tu z ojcem każdą wolną chwilę. 

Wysiadła z samochodu i weszła na pomost, przy którym był zacumowany jacht 

ojca, ,. Kittihawk". Gdy go ujrzała, uświadomiła sobie, że już nigdy nie wypłynie w 

morze razem z ojcem i ta myśl na nowo otworzyła w jej sercu piekącą ranę. 

Wolno weszła na pokład i przesunęła ręką po relingu. 

Wszystko  na  lodzi  było  utrzymane  w  największym  porządku  i  aż  lśniło 

czystością. Podeszła do drzwi prowadzących do kabiny. Właśnie zastanawiała się, 

czy  będzie  musiała sprzedać  „Kittihawk",  kiedy  z  wnętrza  dobieg!  jakiś hałas.  Z 

osłupieniem spojrzała w tamtym kierunku, sądząc, że się przesłyszała. Przecież to 

niemożliwe, żeby w środku ktoś był. 

Ku jej zdz

iwieniu hałas powtórzył się, i tym razem nie miała już wątpliwości. 

W kabinie byli jacyś ludzie. 

W pierwszej chwili chciała uciekać. Jeśli to złodzieje, to kiedy odkryją, że jest 

na  pokładzie,  mogą  jej  zrobić  jakąś  krzywdę.  Powinna  wycofać  się  cicho  i 
zaal

armować obsługę przystani. 

Kiedy gorączkowo zastanawiała się, jak wybrnąć z tej sytuacji, ktoś przekręcił 

gałkę. W desperacji chwyciła za wiszącą najbliżej gaśnicę i wymierzyła ją w stronę 

otwierających się drzwi. Stanął w nich jakiś mężczyzna. 

– Stop! Ani kroku dalej! – 

ostrzegła nieznajomego. 

– 

Alison! Co, do diabła...? 

background image

Na  pokład  wyszedł  Grant  Ashton  we  własnej  osobie.  Patrzył  na  nią  ze 

zdumieniem, które przewyższało chyba jej własne. Był ubrany tylko w spodnie i 

wyglądał, jakby przed chwilą się przebudził. 

– 

Myślałam, że na łodzi jest ktoś obcy – wyjąkała, opuszczając gaśnicę. 

– 

A ja pomyślałem to samo o tobie. Obudziłem się i usłyszałem, że ktoś chodzi 

po  pokładzie.  Ostatnio  zdarzyło  się  tu  kilka  włamań  i  sądziłem,  że  mam  jakichś 

nieproszonych gości. 

Spo

jrzał na gaśnicę, którą cały czas trzymała w rękach. 

– 

Mogłabyś odstawić gdzieś ten przyrząd? Nie chciałbym znaleźć się nagle w 

obłoku białej piany. 

–  Ale co ty tu robisz? – 

spytała,  starając  się  ukryć  zakłopotanie.  –  Nie 

rozumiem, dlaczego śpisz na łodzi. 

– 

Uciąłem  sobie  krótką  drzemkę,  Dziś  w  nocy  miałem  trzy  wizyty  domowe. 

Często tu przychodzę, szczególnie, kiedy mam dyżur. 

Spojrzała na niego z uwagą. Czy jej obecność w Fairacre była dla niego aż tak 

uciążliwa, że musiał spać poza domem? Nie zdążyła o to spytać, gdyż Grant sam 

zaczął się tłumaczyć. 

– 

Mam też inne powody. 

– Doprawdy? 
Jej wzrok powędrował do wnętrza kabiny, gdzie ujrzała fragment koi, na której 

leżała  skłębiona  poście!.  Ten  widok  przypomniał  jej  czasy,  w  których  razem 

spędzali na „Kittihawk" upojne noce. 

– 

Pracowałem  na  łodzi.  Jeszcze  kiedy  żył  Miles,  zacząłem  robić  tu  małe 

naprawy. 

Nagle przerwał. Alison wiedziała, że myśli o tym samym, co ona. Przeraziła się 

jego bliskości i ciepła, które biło od rozgrzanego snem ciała. 

– Alison...? 
– Tak...? 
Oczy mężczyzny pociemniały. Serce Alison zabito mocniej i w tej samej chwili 

poczuła na wargach gorące usta Granta. 

Zesztywniała, instynktownie odsuwając się od niego, a jej ręce zacisnęły się w 

pięści. 

To nie może być prawda. Nie pozwoli, żeby to wszystko zaczęło się od nowa. 

Już  raz  omal  jej  to  nie  zniszczyło.  Nie  dopuści  do  tego,  żeby  zranił  ją  po  raz 
kolejny. 

Zacisnęła  powieki,  żeby  nie  widzieć  wyrazu  błyszczących,  zielonych  oczu, 

background image

które patrzyły na nią z takim żarem. 

Jednak Grant nie zamierzał wypuścić jej z ramion. Pogłębił pocałunek, budząc 

w  niej  pragnienia,  o  których  sądziła,  że  dawno  już  wygasły.  Przyciągnął  ją  do 

siebie tak, że poczuła zapach, który niegdyś był jej tak dobrze znany. Jedną rękę 

zanurzył  we  włosach  Alison,  drugą  przytrzymywał  ją  bardzo blisko, przy swej 
nagiej piersi. 

To  szaleństwo,  czyste  szaleństwo.  Alison  zebrała  w  sobie  resztki  sił  i 

energicznie  go  odepchnęła.  Przez  moment  spoglądali  na  siebie  w  milczeniu, 

pozwalając, by ich oddechy się wyrównały, a mięśnie rozluźniły. 

–  To ch

yba  nie  do  końca  odpowiadało  twojemu  postanowieniu  zachowania 

między  nami  stosunków  czysto  zawodowych,  prawda?  –  spytał  z  drwiącym 

uśmiechem. Po chwili spoważniał i machnął ręką. – Przepraszam, Alison. 

Nie powinienem tego robić. Wybacz mi. 

Przejechał ręką po włosach, odgarniając je z czoła. 
– 

Po  co  tu  przyszłaś?  –  spytał,  jakby  dopiero  do  niego  dotarło,  że  stoją  na 

pokładzie jachtu. 

– 

Ja...  To  jest  Gili...  Gili  powiedziała,  że  dzwonili  do  mnie  z  przystani. 

Pomyślałam, że wpadnę, by zapłacić za łódź i przy okazji zobaczę, w jakim jest 
stanie. 

Mówiąc to, rozglądała się rozpaczliwie dookoła, mając nadzieję, że Grant nie 

dostrzeże jej zmieszania. 

– 

Jak już powiedziałem, dbam o nią i robię wszystkie naprawy. 

– 

Musisz mi wystawić za to rachunek. 

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. 
– Nie ma takiej potrzeby, Alison – 

powiedział wreszcie. – A skoro już mowa o 

„Kittihawk"...  – 

zawahał się. – Zastanawiałem się, czy nie zgodziłabyś się mi jej 

sprzedać... 

– Tobie...? – 

Spojrzała na niego z niedowierzaniem. 

– Dlac

zego tak cię to dziwi? 

– 

Myślałam, że masz jacht. 

– 

Właśnie  ostatnio  go  sprzedałem.  Szukam  czegoś  nowego  i  myślę,  że 

„Kittihawk" byłaby w sam raz. To świetna łódź. 

– 

Sprzedać mu „Kittihawk"? 

– 

Pomyśl o tym. Wiem, że musisz się zastanowić... 

Rozmowę  przerwał  odgłos  czyichś  kroków.  Podnieśli  wzrok  i  ich  oczom 

ukazały się długie, opalone nogi Cheryl Rossi. Uśmiechała się radośnie i machała 

background image

ręką na powitanie. 

– Och, Grant – 

odezwała się kokieteryjnie, zupełnie ignorując obecność Alison. 

– 

Ciągle tu jesteś. Obawiałam się, że mogę cię już nie zastać. 

–  Witaj, Cheryl – 

odparł,  spoglądając  w stronę  Alison.  –  Alison przyszła,  by 

zapłacić za „Kittihawk". 

Cheryl przeniosła wzrok na Alison. 
– 

Będziesz musiała zobaczyć się z Kenem Bridgesem. 

Jeśli się pospieszysz, jeszcze go złapiesz. Właśnie wybierał się do domu. 

Wskoczyła zgrabnie na pokład i uśmiechnęła się do Granta. 
– 

A my trochę porozmawiamy, prawda, Grant? 

Alison  zawahała  się,  lecz  po  chwili  gwałtownie  się  odwróciła  i  zeszła  na 

pomost. Za plecami usłyszała perlisty śmiech Cheryl. 

Jedynym jej marzeniem było zniknąć z ich pola widzenia tak szybko, jak tylko 

to możliwe. 

Kena  Bridgesa  odnalazła  w  biurze.  Był  to  wysoki,  brodaty  mężczyzna, 

dobiegający  czterdziestki.  Ken  przez  całe  życie  zajmował  się  łódkami.  Na  jej 
widok 

jego opaloną twarz rozjaśnił promienny uśmiech. 

– 

Alison, jak dobrze cię znów widzieć! 

– 

Cześć,  Ken.  Cheryl  powiedziała,  że  cię  tu  znajdę.  Wstał,  ale  skulił  się 

gwałtownie,  jakby  przeszył  go  jakiś  ostry  ból.  Wyprostował  się  jednak  szybko  i 

podszedł do niej. 

– 

Masz jakieś problemy? – spytała z troską w głosie. 

~ To tylko mój kręgosłup. Od czasu kiedy wypadł mi dysk, co jakiś czas mam z 

nim  problemy.  Będę  musiał  pokazać  się  w  Fairacre.  Jak  rozumiem,  przejęłaś 

praktykę ojca, mam rację? 

– 

Zgadza  się.  Zadzwoń  do  Sue  i  umów  się  na  wizytę.  Postaramy  się  coś 

zaradzić na te dolegliwości. 

– 

Dzięki,  Alison.  Ale  chyba  nie  przyjechałaś  tu,  żeby  rozmawiać  o  moim 

zdrowiu? 

– 

Rzeczywiście.  Przyjechałam,  żeby  zapłacić  za  „Kittihawk"  –  wyjaśniła, 

sięgając po książeczkę czekową. 

– 

Tak myślałem. Co zamierzasz z nią zrobić, Alison? 

– 

Jeszcze  nie  podjęłam  decyzji  w  tej  sprawie.  Zawahał  się.  i  podniósł  wzrok 

znad książki rachunkowej. 

– 

Mam wrażenie, że doktor Ashton chciałby ją kupić, 

 – 

Wiem, Ken, Ja też mam takie wrażenie. Ale, jak powiedziałam, jeszcze nie 

background image

wiem,  co  zrobię  z  „Kittihawk".  Nie  chcę  się  spieszyć.  Może  zostawię  ją  sobie  i 

sama będę żeglować? 

– 

Tak byłoby najlepiej – zaśmiał się Ken i przyjął czek, – Właśnie takiej decyzji 

spodziewałem się po córce Milesa Kennedy'ego, –  

background image

Rozdział 6 

 
– 

Mówisz Dawson? Masz na myśli Brendę Dawson? 

 – 

spytał Grant, pochylając się nad biurkiem Alison. 

Właśnie  odbywało  się  jedno  z  ich  codziennych  spotkań  i  Alison,  zgodnie  z 

obietnicą, poruszyła sprawę pani Dawson. 

– 

Tak. Przyszła do mnie i... 

– 

Poczekaj chwilę, chcesz powiedzieć, że Brenda przyszła do ciebie na wizytę? 

– 

Dokładnie tak. 

– 

Ale przecież to moja pacjentka. 

– Wiem, Grant, ale... 
– 

Czy to było coś bardzo pilnego? 

– 

Chodziło o jej problemy z przekwitaniem. 

– 

Nie nazwałbym tego naglącą sytuacją. 

– 

Ty być może nie, ale Brenda Dawson naprawdę jest u kresu wytrzymałości. 

Przyszła  do  mnie,  ponieważ  uważała,  że  na  takie  tematy  lepiej  rozmawiać  z 

kobietą. Nie sądziła, żeby mężczyzna mógł te sprawy zrozumieć. 

– 

Tak ci powiedziała? – Uniósł jedną brew, co nie wróżyło niczego dobrego. 

– 

Nie musiała. To wynikało jasno z jej wypowiedzi. Wydaje mi się, że powinna 

mieć prowadzoną substytucję hormonalną. 

– Doprawdy? 
Patrzył  na  nią  chłodno.  Alison  pomyślała,  że  ich  wczorajsze  zbliżenie  było 

tylko wytw

orem jej wyobraźni. 

– 

Przepisałaś jej leki? 

– 

Nie chciałam tego robić bez porozumienia z tobą. 

– 

Obiecałaś, że porozmawiasz o tym ze mną, tak? Przygryzła wargę i spuściła 

oczy. 

Grant odchylił się do tyłu i zaczął bawić się nożem do papieru, który leżał na 

jego biurku. 

– Czy to koniec dzisiejszej lekcji, doktor Kennedy? 
 – 

spytał z sarkazmem w głosie. 

Zaczerwieniła się i bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści. 
– 

Nie miałam zamiaru... 

– 

Czy aby na pewno, Alison? Wydawało mi się, że właśnie to chciałaś zrobić. 

jeśli chodzi o Brendę, to nigdy nie wspomniała mi o swoich problemach. Gdyby 

background image

tak  było,  z  pewnością  przepisałbym  jej  jakieś  leki.  Niestety,  nie  jestem 

jasnowidzem i nie potrafię czytać w myślach. Powiedz jej to przy okazji najbliższej 
wizyty. Przypuszczam, 

że nastąpi ona bardzo szybko. 

– 

Nie pomyślałeś o tym, że dla niektórych pacjentek opowiadanie w gabinecie o 

ich intymnych problemach może być nieco krępujące? – spytała z nie skrywanym 
zniecierpliwieniem. 

– 

Chcesz  zapewne  powiedzieć,  że  powinienem  prowadzić  klinikę  chorób 

kobiecych, czy tak? 

– 

Dokładnie.  Uważam,  że  to  ośmieliłoby  wiele  kobiet,  które  teraz  czują  się 

skrępowane.  Mam  zamiar  przejąć  klinikę  ojca  tak  szybko,  jak  tylko  to  będzie 

możliwe. Sądzę, że powinieneś zrobić dokładnie to samo! 

– 

Skończyłaś? Nie uważam, żeby to był twój interes, ale ponieważ o to spytałaś, 

to  ci  powiem.  Mam  na  ten  temat  odmienne  zdanie,  i  to  zupełnie  niezależnie  od 

tego,  że  wiele  kobiet  nie  może  korzystać  z  dziennych  klinik,  ponieważ  w  tym 
czasie pracuje. 

– Co chcesz przez 

to powiedzieć? 

– 

Z  mojego  doświadczenia,  które  jest  mimo  wszystko  nieco  większe  od 

twojego,  wiem,  że  przyjmując  w  gabinecie,  dowiaduję  się  znacznie  więcej  o 

problemach kobiet, niż gdybym prowadził jakąkolwiek klinikę. 

– 

W takim razie wielka szkoda, że nie dowiedziałeś się wcześniej o problemach 

Brendy Dawson! – 

odparła  i  nie  czekając  na  jego  odpowiedź,  odwróciła  się  na 

pięcie i wyszła z pokoju. Jak bardzo go w tej chwili nienawidziła! 

Z  płonącymi  od  gniewu  policzkami  weszła  do  holu  i  z  impetem  wpadła  na 

sto

jącą  na  drabinie  Hildę,  która  właśnie  zdejmowała  z  okna  zasłony.  Drabina 

niebezpiecznie  się  zachwiała.  Alison  w  ostatniej  chwili  ją  schwyciła,  chroniąc 

staruszkę przed upadkiem. 

– 

Och, Hildo, przepraszam cię! Nie wiedziałam, że tu stoisz. 

– 

Na  szczęście  nic  mi  się  nie  stało.  –  Hilda  zeszła  na  podłogę  i  spojrzała  na 

swoją wychowanicę. – Coś nie w porządku, skarbie? 

– 

To przez niego. Jest naprawdę niemożliwy! 

– 

W takim razie zaparzę herbaty. To nam wszystkim dobrze zrobi. Chodź do 

kuchni. Tylko wsadzę te zasłony do pralki i zaraz przyjdę. 

Kuchnia  zawsze  była  miejscem,  które  najbardziej  kojarzyło  się  Alison  z 

domem.  Słoiczki  z  przetworami,  starannie  poustawiane  przez  Hildę  na  półkach, 

suszące się liście herbaty i Marmaduke, ich puchaty kot, wiecznie wygrzewający 

się na oblanym promieniami słońca parapecie. 

background image

Walcząc  ze  łzami,  które  nie  wiadomo  skąd  napłynęły  jej  do  oczu,  zrzuciła 

pantofle i usiadła w bujanym fotelu. 

– 

Chcesz mi o tym opowiedzieć? – spytała Hilda, sypiąc proszek do pralki. – 

Czy to ściśle tajne? 

Al

ison uśmiechnęła się słabo. Sięgnęła po Marmaduka i położyła go sobie na 

kolanach. 

– 

Nie,  Hildo.  Tylko  zastanawiam  się,  czy  to  ma  jakiekolwiek  szanse 

powodzenia. 

– 

Wydawało mi się, że wszystko zaczęło się jakoś układać. Musisz przyznać, że 

ostatni tydzień był dość spokojny. 

– 

Tylko dlatego, że niezbyt często się widywaliśmy. Czy wiedziałaś o tym, że 

on sypia na łodzi? 

– Na lodzi?! – 

wykrzyknęła zgorszona Hilda. 

– 

Tak.  Wczoraj  zastałam  go  na  „Kittihawk",  jak  ucinał  sobie  poobiednią 

drzemkę. 

– Ale dlaczego to 

robi? Alison wzruszyła ramionami. 

– 

Zapewne chce uniknąć spotkania ze mną. 

Hilda podniosła wzrok znad czajniczka i spojrzała z uwagą na Alison. 
– 

Może  mu  to  przypomina  jakąś  znajomość  z  przeszłości?  –  powiedziała 

domyślnie. 

– 

To już jego problem! – odparła Alison, a dostrzegając ganiący wzrok Hildy, 

zmitygowała się. – Przepraszam, Hildo, ale tak właśnie jest. Wiem, że kiedyś nasze 

stosunki wyglądały inaczej, ale teraz to już przeszłość, do której nie ma powrotu. 

– 

Jesteś tego pewna, kochanie? – Gospodyni wręczyła jej filiżankę z herbatą. 

– Absolutnie. 
– 

I sądzisz, że doktor Ashton myśli podobnie? 

– 

Oczywiście, że tak. Nie mogę zapomnieć, że mnie tak wykorzystał. Nigdy nie 

mogłabym mu ponownie zaufać. 

Hilda spojrzała na nią w zamyśleniu. 
– 

A co byś zrobiła, gdyby się okazało, że on jednak cię nie wykorzystał? Że to, 

co się stało, nie było jego winą? 

– 

O czym ty mówisz? Wykorzystał mnie i tyle. Dla mnie to jest oczywiste. 

Wypiła do końca herbatę i podniosła się z fotela. 
– 

Dziękuję. Teraz muszę jechać do pacjentów. Zobaczymy się później. 

Wzięła od Gili karty, ubrała się i wyszła do samochodu. 

Zanim włączyła silnik, zastanowiła się przez chwilę nad tym, co powiedziała jej 

background image

Hilda. Wiedziała, że ta kobieta jest do niej bardzo przywiązana i że życzy jej jak 
najlepie

j. Jednak to, co rzuciło się Alison w oczy od czasu, kiedy przyjechała do 

Fairacre to fakt, że najwyraźniej jej drugim ulubieńcem był Grant Ashton. 

Prawdopodobnie Hildzie wydawało się, że związek Alison z Grantem jest tak 

samo trwały, jak przed czterema laty. Miała nadzieję, że ta rozmowa wyjaśniła jej, 

jak stoją sprawy. Że zrozumiała, iż czasu nie da się zatrzymać, tak jak nie da się 

przywrócić tego, co już minęło. 

– 

Masz zamiar siedzieć tak cały dzień? 

Wyrwana  z  zamyślenia,  podniosła  gwałtownie  głowę.  Grant  stał  przy  swoim 

samochodzie, Prawdopodobnie czekał, aż ona odjedzie i odblokuje mu drogę. 

Zaczerwieniła się z obawy, że mógłby odgadnąć jej myśli. 

Wymamrotała  jakieś  przeprosiny,  wrzuciła  bieg  i  przekręciła  kluczyk  w 

stacyjce. Silnik zakrztusił się i zgasł. Zmieszana, ponownie włączyła stacyjkę i nie 

oglądając się na Granta, wyjechała na główną drogę. 

Wieczorem następnego dnia zadzwonił Bob Cotton z farmy Dubbersów. 
– 

Przepraszam, że niepokoję panią o tej porze, ale czy doktor Ashton ma dziś 

dyżur? 

– Oba

wiam się, że ma wolne. Czy mogłabym w czymś pomóc? 

– 

Cóż... – zawahał się. – Chodzi o moją żonę, Paulę. Niedawno poroniła i przed 

kilkoma dniami wypisano ją ze szpitala. Jednak ona nie czuje się dobrze, doktor 
Kennedy. 

– Co jej konkretnie dolega? 
– Trudno 

mi to wyrazić. Po prostu nie jest taka, jak dawniej. Jest pogrążona w 

rozpaczy... 

– 

To zrozumiałe. 

– 

Wiem,  ale  to  coś  więcej  niż  tylko  żal  za  utraconą  ciążą.  Bardzo  się  o  nią 

niepokoję. 

– 

W porządku, panie Cotton. Zaraz do państwa przyjadę. 

W zamyśleniu odłożyła słuchawkę i poszła do rejestracji po kartę Pauli Cotton. 

Pół  godziny  później  zatrzymała  samochód  przed  farmą  Dubbersów,  gdzie 

przywitało  ją  rozbiegane  stado  kur  i  wściekłe  ujadanie  dwóch  ogromnych 
owczarków. 

Boba Cottona polubiła od pierwszego wejrzenia. Miał otwartą, szczerą twarz i 

pewny  uścisk  dłoni.  Jednak  w  jego  oczach  dostrzegła  wyraźne  przygnębienie. 

Zaprowadził  ją  do  sypialni,  gdzie  leżała  jego  żona  –  drobna brunetka, której 

zapuchnięte, czerwone oczy podkreślały bladość policzków. 

background image

– 

Dzień dobry, pani Cotton. – Alison przysiadła na brzegu łóżka. – Przykro mi 

z powodu tego poronienia powiedziała wprost, uznając, że tak będzie lepiej. 

Oczy Pauli wypełniły się łzami. Potrząsnęła głową, nie mogąc wydobyć z siebie 

żadnego słowa. 

– 

Widzę z pani karty, że to było już trzecie poronienie. 

Pierwsze  miało  miejsce  jeszcze  wówczas,  kiedy  mieszkali  państwo  w 

Northamptonshire, mam rację? 

Paula skinęła głową i otarła oczy chusteczką. 
– 

Czy podano pani jakąś przyczynę tych poronień? 

W tym momencie odezwał się Bob. 
– 

Powiedziano  nam  tylko,  że  chore  płody  często  są  usuwane  przez  organizm 

matki.  Zaakceptowaliśmy  to  wyjaśnienie.  Oczywiście  byliśmy  bardzo 

przygnębieni, ale rozumieliśmy, że czasem tak bywa. Jednak kiedy zdarzyło się to 
drugi raz... a teraz trzeci... 

– Rozumiem – 

powiedziała cicho Alison. – Jak widzę, drugie poronienie miało 

miejsce niedługo po przyjeździe tutaj. 

– 

Tak. Kupiliśmy tę farmę i od razu zarejestrowaliśmy się u doktora Ashtona. 

Był dla nas bardzo dobry. Przebadał Paulę bardzo dokładnie. Nie chciałbym, żeby 

pani pomyślała, że nie mamy do niego zaufania... 

– 

Oczywiście,  rozumiem  was  doskonale.  Zdaję  sobie  sprawę,  że  nie 

wiedzieliście o tym, iż doktor Ashton nie ma dziś dyżuru. 

– 

Chodzi  o  to,  że  Paula  tak  okropnie  się  czuje,  odkąd  wyszła  ze  szpitala. 

Prawda, kochanie? – 

Spojrzał na żonę. 

– 

Widzę, że w szpitalu dokonano łyżeczkowania macicy, zgadza się? – spytała 

Alison, spoglądając na kartę wypisową. 

–  Tak  – 

po  raz  pierwszy  odezwała  się  Paula.  –  Poronienie  było  niepełne  i 

musieli usunąć pozostałe resztki. 

– 

Czy wyznaczono pani następną wizytę? 

– 

Tak.  Obiecali,  że  przestudiują  dokładnie  mój  przypadek  i  powiedzą,  co 

ustalili. 

– 

Miejmy  nadzieję,  że  zlecą  pani  dalsze  badania,  które  pomogą  ustalić, 

dlaczego nie może pani donosić ciąży. 

– 

Trzeba coś z tym zrobić – wtrącił Bob. – Dłużej tak nie możemy żyć. Czy 

może pani jakoś pomóc Pauli, doktor Kennedy? 

– 

Czy w szpitalu przepisano pani jakieś leki? 

– 

Tylko tabletki przeciwbólowe i środki nasenne. 

background image

– 

W takim razie muszę panią zbadać. 

Osłuchała  Paulę  dokładnie,  zmierzyła  jej  temperaturę,  ciśnienie,  zbadała 

brzuch. Spytała, czy między ciążami miewała jakieś dolegliwości. 

– 

Raczej  nie.  Zawsze  czułam  się  okropnie  na  początku  ciąży  i  naturalnie  po 

poronieniach. Ale w międzyczasie nie miałam żadnych problemów ze zdrowiem. 

~ Co to znaczy, że czuła się pani okropnie? 
– 

Byłam bardzo zmęczona. Tak zmęczona, że nie miałam siły chodzić. Bolały 

mnie też stawy i miałam bóle w klatce piersiowej. 

– 

Myślę, Paulo, że twoje złe samopoczucie z czasem  minie. Trzeba wykonać 

więcej testów, a teraz zapiszę ci lek przeciwdepresyjny. Będziesz go brała, dopóki 

nie ustąpią najgorsze dolegliwości. Po wizycie u ginekologa powinnaś koniecznie 

zgłosić się. do doktora Ashtona. 

W  drodze  do  domu  Alison  nie  czuła  się  najlepiej.  Myślała  o  kłopotach Pauli 

Cotton. Była pewna, że Grant zrobił wszystko, co możliwe, by wyjaśnić przyczynę 

tych  poronień.  Zastanawiała się  jednak,  czy  choroba  Pauli nie  jest poważniejsza, 

niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. 

Grant nie wrócił jeszcze do domu. Nie było jego samochodu, a w oknach nie 

paliło  się  żadne  światło.  Przystanęła  przed  gankiem,  rozkoszując  się  ciszą  i 

spokojem majowego wieczoru. Zdała sobie nagle sprawę, że mimo tych wszystkich 

kłopotów cieszy się, że jest w Fairacre. 

Drzwi  wejściowe  były  zamknięte.  Hilda  z  pewnością  oglądała  swój  ulubiony 

serial, a Gili dawno już poszła do domu. Przekręciła klucz i pchnęła drzwi. Może 

przed kolejnym telefonem zdąży jeszcze wziąć szybki prysznic... 

– Alison... Czy to ty? 
Głos,  który  usłyszała,  był  słaby.  Przystanęła  na  chwilę  i  zaczęła  się  uważnie 

rozglądać.  Jej  wzrok  zatrzymał  się  na  przewróconym  krześle,  a  zaraz  potem 

spoczął na leżącej na ziemi postaci. 

– Hilda! – 

Z krzykiem rzuciła się w stronę gospodyni. 

– 

Och, Alison. Bogu dzięki, że wreszcie przyjechałaś. 

Hilda leżała na ziemi, owinięta świeżo upranymi zasłonami, a obok niej rozbite 

okulary. 

– 

Nie mogę się ruszyć. Chyba zrobiłam sobie coś w nogę. 

– 

W porządku, Hildo. Leż nieruchomo. 

Delikatnie  zdjęła  z  niej  zasłonę  i  od  razu  zauważyła,  że  prawa  stopa  jest 

w

ykręcona pod nienaturalnym kątem. Zbadała jej puls i obmacała pozostałe kości. 

– 

Tak mi głupio. Zawieszałam tylko te zasłony. Zupełnie nie wiem, jak to się 

background image

stało. 

– 

Dlaczego nie wzięłaś drabiny? 

– 

Nie lubię jej. Na krześle czuję się znacznie pewniej. 

– Och

, Hildo. Jesteś jak dziecko. Wiesz, gdzie jest doktor Ashton? 

– 

Chyba mówił, że idzie na łódź... 

– 

Rozumiem. Muszę teraz zadzwonić do szpitala. 

– 

Ależ nie ma takiej potrzeby. Nic mi nie będzie. Daj mi po prostu herbaty i 

zaraz wstanę. 

Uniosła się na łokciu i syknęła z bólu. 
– 

Przykro mi, Hildo, ale wydaje mi się, że tego schorzenia nie da się wyleczyć 

filiżanką herbaty. Nawet nie mogę dać ci nic do picia. 

Hilda  westchnęła  i  oparła  się  na  poduszce,  którą  Alison  podłożyła  jej  pod 

głowę. 

– 

Obawiam się, że złamałaś sobie nogę. Być może trzeba będzie cię znieczulić i 

dlatego nie wolno ci nic jeść ani pić. Idę teraz zadzwonić do szpitala. Nie ruszaj 

się, aż wrócę. 

Ze  swojego  gabinetu  wykręciła  numer  do  szpitala  i  poprosiła  o  połączenie  z 

lekarzem dyżurnym. 

–  Rajiv 

Patel,  słucham  –  usłyszała  po  chwili  męski  głos.  –  W  czym  mogę 

pomóc? 

– 

Doktorze  Patel,  mówi  Alison  Kennedy.  Mam  tu  kobietę,  u  której 

podejrzewam złamanie kości udowej. Chciałabym przewieźć ją na izbę przyjęć. 

– 

Oczywiście. Zaraz zorganizuję karetkę. Jak nazwisko chorej? 

– Hilda Lloyd. 
– To pani pacjentka? 
– To nasza gosposia. Mieszka z nami w Fairacre... – 

Nagle zdała sobie sprawę, 

że Hilda była zarejestrowana u jej ojca. – Tak, to jest też moja pacjentka. 

– 

Dobrze, będę czekał. Czy pani przyjedzie razem z nią? 

– 

Chciałabym, ale mam dziś dyżur w Woodbridge i nie wiem, czy uda mi się 

skontaktować z doktorem Ashtonem, żeby mnie zastąpił. 

Odłożyła  słuchawkę  i  natychmiast  wykręciła  numer  przenośnego  telefonu 

Granta. Modliła się, żeby nie był wyłączony. 

Zaczęła  liczyć  sygnały  –  siedem,  osiem,  dziewięć.  Właśnie  miała  odłożyć 

słuchawkę, kiedy po drugiej stronie odezwał się Grant. Był zdyszany, jakby skądś 

biegł. 

– Grant? 

background image

– 

Co się stało, Alison? 

– 

Hilda  spadła  z  krzesła.  Chyba  złamała  kość  udową.  Czekam  właśnie  na 

karetkę. 

– 

Zaraz będę. 

Zanim jeszcze odłożył słuchawkę, Alison usłyszała przez moment kobiecy głos. 

Czyżby to Cheryl? W końcu nie byłby to pierwszy raz. Odsunęła od siebie tę myśl, 

tłumacząc sobie, że to nie jej sprawa, jak Grant spędza wolny czas. Zresztą i tak 

nigdy  się  nie  dowie,  czy  ten  głos  należał  do  Cheryl.  Poza  tym  wcale  nie  miała 

pewności, że Grant jest na łodzi. To tylko przypuszczenie Hildy. 

Przygryzła  wargę  i  pospieszyła  do  holu,  gdzie  leżała  gospodyni.  Zaczęła  ją 

uspokajać  i  tłumaczyć,  jakie  badania  czekają  ją  w  szpitalu.  Miała  nadzieję,  że 
karetka wkrótce nadjedzie. 

Pierwszy przyjechał Grant. Podszedł do nich i uklęknął przy Hildzie. 
– 

No i widzisz, w co się wpakowałaś? – powiedział miękko. 

– 

Tak mi przykro, że macie przeze mnie tyle kłopotu... 

Grant  delikatnie  przejechał  palcami  po  nodze  Hildy,  skinieniem  głowy 

potwierdzając diagnozę Alison. 

– 

Niczego się nie obawiaj. Zaraz zawieziemy cię do szpitala. 

Jeszcze nie skończył mówić, kiedy usłyszeli odgłos hamującego na podjeździe 

samochodu. 

– Przyj

echała karetka. – Alison poderwała się na nogi. 

 – 

Pójdę przygotować ci nocną koszulę i szczoteczkę do zębów. 

Pobiegła  do  pokoju  Hildy  i  szybko  spakowała  jej  niewielką  torbę.  Kiedy 

wróciła, Hilda leżała już w karetce. 

– Grant...? 
Spojrzała na niego z błaganiem w oczach. Tak bardzo chciała pojechać z Hildą, 

jednak musiałby ją zastąpić na dyżurze. Nie śmiała mu tego zaproponować. 

– 

Pojedź  z  Hildą  –  odezwał  się,  jakby  czytając  w  jej  myślach.  –  Ja  przejmę 

wizyty. 

– 

Dziękuję, Grant. 

Ich  spojrzenia  spotkały  się  na  chwilę.  W  jego  oczach  Alison  dostrzegła 

zrozumienie. 

– 

Dziękuję – szepnęła ponownie i wdrapała się do karetki. 

 

background image

Rozdział 7 

 
Prześwietlenie  wykazało,  że  Hilda  ma  złamaną  kość  udową.  Przyjęto  ją  na 

oddział ortopedyczny i niedługo potem przewieziono na blok operacyjny. 

– 

Wszystko będzie dobrze – pocieszała ją Alison, kiedy wieziono Hildę na blok. 

– 

Potrzymają cię tu przez kilka dni, a ja jutro cię odwiedzę. 

– 

Nie martw się o mnie, Alison. Wracaj do doktora Ashtona. Trzeba mu będzie 

zrobić kolację. I nie walczcie ze sobą, kiedy mnie nie będzie, dobrze? 

– 

Mówisz tak, jakbyśmy niczym innym się nie zajmowali! 

Dopiero jadąc do domu, poczuła, że jest zmęczona. Marzyła tylko o tym, żeby 

położyć się do łóżka. Jednak kiedy zajechała do Fairacre, w drzwiach przywitał ją 
Grant. 

– 

Jak się czuje? 

– 

Zabrali  ją  na  operacyjną.  Tak  jak  myśleliśmy,  ma  paskudnie  złamaną  kość 

udową. 

– 

Biedna Hilda. Przez jakiś czas będzie musiała zwolnić trochę tempo. 

– 

Bardzo ją bolało, ale i tak najbardziej się martwiła o to, kto poda ci kolację – 

oznajmiła sucho. 

– 

Hildzie wydaje się, że jestem absolutnie niezaradnym facetem, który zginąłby 

bez jej opieki. 

– A nie jest tak? 
– 

Osądź sama. 

– 

Otworzył przed nią drzwi do kuchni i skłonił się przesadnie nisko. 

Alison ze zdumieniem stanęła w progu. Stół był nakryty dla dwóch osób. Na 

jego środku znajdowała się ogromna micha sałaty. 

– 

Mam nadzieję, że lubisz hiszpański omlet? 

– 

Mówiąc  szczerze,  uwielbiam  –  powiedziała  słabym  głosem  i  opadła  na 

najbliższe krzesło. 

– To dobrze. 
Wyciągnął z kredensu mikser i włączył go do kontaktu. 
– 

Napijesz się wina? 

– 

Chętnie. 

Westchnęła  z  zadowoleniem,  pozwalając  mu  krzątać  się  po  kuchni.  Patrzyła, 

jak  nalewa  wino  do  kieliszków.  Choć  zastępował  ją  na  dyżurze,  był  ubrany  w 

zwykłe spodnie i koszulkę. Jego włosy jeszcze nie wyschły po kąpieli. 

background image

– 

Nie dziwię się, że złamała sobie tę nogę – powiedział, rozgrzewając tłuszcz 

na  patelni  i  wyłączając  mikser.  –  Kiedyś  twój  ojciec  mówił,  że  Hilda  ma 

osteoporozę. 

– 

Szkoda, że gdy była młodsza, nie stosowano terapii hormonalnej. 

Gra

nt odwrócił się od kuchenki i uniósł brew. 

– Czy to kolejna aluzja do sytuacji Brendy Dawson? 
– 

Ależ skąd. Nawet o niej nie pomyślałam. 

– 

To dobrze. Nie chciałbym teraz zaczynać nowej kłótni. 

– 

To druga rzecz, o którą martwiła się Hilda. 

– Mianowicie? 
– Ob

awiała się, że kiedy zostaniemy sami, będziemy ze sobą walczyć. 

– 

Nie  wiem,  skąd  taka  myśl  przyszła  jej  do  głowy  –  wyznał z  uśmiechem,  – 

Alison  westchnęła  i  oparła  głowę  na  fotelu.  Patrzyła,  jak  Grant  kończy  smażyć 
omlety. 

– 

Były  jakieś  wezwania?  –  spytała  nagle,  przypominając  sobie,  że  przecież 

miała dziś dyżur. 

Potrząsnął głową i ułożył omlety na talerzach. 
– 

Jak dotąd spokój. Spróbujmy na moment zapomnieć, że jesteśmy w pracy i 

zjedzmy kolację. 

Postawił przed nią talerz i usiadł po przeciwnej stronie stołu. 

Omlety  były  wspaniałe.  Dopiero  kiedy  zaczęła  jeść,  zdała  sobie  sprawę,  jak 

bardzo była głodna. 

– 

Przynajmniej będę mogła zapewnić Hildę, że z gotowaniem dajesz sobie radę 

– 

rzuciła znad talerza. 

– 

Problem nie polega na tym, jak gotować, tylko kiedy znaleźć na to czas. 

– 

Sądzisz, że powinniśmy zatrudnić kogoś do czasu powrotu Hildy? 

– 

Zobaczymy, jak sobie będziemy dawać radę sami. Ten problem i tak wkrótce 

by  się  pojawił.  Hilda  jest  coraz  starsza  i  długo  nie  mogłaby  wykonywać  tych 
wszystkich prac, które 

do tej pory miała na głowie. Już wcześniej proponowałem 

jej, żeby znalazła kogoś do pomocy, ale nawet nie chciała o tym słyszeć. 

Jego słowa przerwał dzwonek telefonu. 
– 

No tak. To byłoby zbyt piękne, żeby mogło trwać dłużej. Poczekaj, ja odbiorę 

– 

zwrócił się do Alison, gdy spostrzegł, że odsunęła fotel od stołu. 

– 

Ale dziś przecież ja mam dyżur – zaprotestowała słabo. 

– 

Ja się tym zajmę. Weźmiesz za mnie inny dzień. 

Kiedy  wyszedł,  rozejrzała  się  po  kuchni.  Niespełna  miesiąc  temu  prowadziła 

background image

swoją  praktykę  przy  Crandelbury  Street,  ojciec  żył,  Hilda  opiekowała  się  swymi 

lekarzami,  a  teraz  wszystko  tak  bardzo  się  zmieniło.  Musiała  odłożyć  na  bok 

marzenia o pracy w Suffolk, a biedna Hilda leżała w szpitalu z paskudnie złamaną 

nogą. 

Do jej oczu napłynęły łzy. Czym prędzej otarła je brzegiem rękawa i właśnie w 

tym momencie do kuchni wszedł Grant. 

– 

Nic  wielkiego.  Dzwoniono  tylko  po  poradę...  –  przerwał,  kiedy  dostrzegł 

wyraz jej twarzy. – 

Co się stało? – spytał dziwnie miękkim głosem. 

– Och, nic takiego. 
Zamrugała gwałtownie, nie chcąc, by zauważył, że płacze. 
– 

Ali, ty nigdy nie płakałaś bez powodu – zauważył i stanął za jej plecami. – 

Zapomniałaś chyba, że dobrze cię znam. 

– 

Wcale nie płakałam – odparła niezgodnie z prawdą. 

– 

Dlaczego więc masz oczy pełne łez? – spytał, kładąc dłonie na jej ramionach. 

– 

Nie  wiem.  Chyba  dlatego,  że  to  wszystko  tak  nagle...  Najpierw  tata,  teraz 

Hilda... Chyba puściły mi nerwy. 

– 

Nieszczęścia zawsze chodzą parami. Ale znam sposób, żeby temu zaradzić. 

Jego palce zaczęły delikatnie masować kark Alison. 
– 

Rozluźnij się, Ali. Musisz się trochę zrelaksować, bo inaczej nie dasz sobie ze 

wszystkim rady. 

Dotyk jego dłoni sprawił, że nagle zesztywniała. W żaden sposób nie mogła się 

teraz rozluźnić. 

– 

Pamiętaj,  że  nie  wolno  nam  ze  sobą  walczyć.  Zmartwiłoby  to  Hildę,  a 

przecież tego byśmy nie chcieli. 

Jego kciuki rozmasowywały teraz napięte mięśnie między jej łopatkami. 

Wbrew  własnej  woli,  poddała  się  ich  ruchom,  czując,  jak  z  wolna  ogarnia  ją 

błogi spokój. Nagromadzone w ciągu ostatnich tygodni stresy zdawały się uchodzić 

z niej, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. 

Z głębokim westchnieniem rozluźniła mięśnie i oparła głowę o udo Granta. 

Jak dobrze pamiętała te masaże z przeszłości. Kiedy któregoś razu przyjechała 

do domu, zdenerwowana z po

wodu  czekającego  ją  egzaminu,  w  ten  sam  sposób 

pomógł jej rozładować napięcie... 

– 

No i jak, czujesz się lepiej? – spytał cicho po dłuższej chwili. 

– Uhm. Wprost wspaniale. 
Uniosła ręce ponad głowę i przeciągnęła się. 
– 

Wolę to niż nieustanne kłótnie. 

background image

– Sam nie wiem – 

powiedział, pochylając się nad jej twarzą. – Po każdej wojnie 

najmilsza  jest  chwila  zawarcia  pokoju...  Swoją  drogą,  naprawdę  nie  wiem, 

dlaczego Hilda obawiała się, że kiedy zostaniemy sami, skoczymy sobie do oczu. 

W końcu to nie pierwszy raz jesteśmy sami w tym domu, prawda? 

Objął dłońmi jej twarz i pochylił się jeszcze niżej. 
– 

Chyba nie zapomniałaś, Ali, naszego ostatniego razu? 

Jak mogłaby zapomnieć? Patrzyła w jego zielone oczy, wiedząc, że przed ich 

spojrzeniem nie potrafi niczego ukryć. 

– 

Jeśli  dobrze  pamiętam  –  ciągnął  dalej  –  było  to  w  dniu,  kiedy  twój  ojciec 

pojechał na konferencję do Birmingham. Hilda była u chorej siostry. Popraw mnie, 

jeśli  się  mylę.  Nie  przypominam  sobie,  żebyśmy  wtedy  jakoś  specjalnie  ze  sobą 

walczyli. Mieliśmy Fairacre tylko dla siebie. Pierwsza noc była bardzo ciepła i koło 

północy  poszliśmy  do  zagajnika  na  mały  spacer.  Mieliśmy  w  nim  takie  nasze 

ulubione  miejsce.  Może  nie  było  zbyt  wygodne,  ale  w  tamtych  czasach  nie 

dbaliśmy zbytnio o wygody, prawda, Ali? 

Lekko p

ocałował ją w nos. 

– 

Nie speszyło nas nawet to, że następnej nocy w twoim łóżku złamała się noga. 

– 

Zaśmiał się cicho. – Udało mi sieją naprawić tak dobrze, że ojciec niczego nie 

zauważył.  Kto  by  pomyślał,  że  po tak długim  czasie  znajdziemy  się  w  podobnej 

sytuacji. Może nadeszła pora, żeby przypomnieć sobie pewne rzeczy i zobaczyć, 

czy rzeczywiście było to coś tak wspaniałego, jak nam się wtedy wydawało? 

To  byłoby  takie  łatwe.  Cichy  głos  Granta  bez  trudu  wywołał  w  jej  pamięci 

wspomnienie minionych nocy. Jak 

dobrze pamiętała tamte uczucia, zapach letniego 

wieczoru i miękkość trawy. Przez jeden krótki moment znów zapragnęła poczuć na 

sobie dotyk jego dłoni, smak gorących pocałunków i nieporównywalną z niczym 

innym błogość spełnienia... 

– Alison – 

szepnął jej do ucha. 

W ostatnim momencie oderwała się od niego i podniosła z fotela. 
– 

Nie, Grant! To się skończyło już dawno temu. Doskonale o tym wiesz. Nie 

ma sensu zaczynać wszystkiego od nowa. 

– 

Przez chwilę sądziłem, że tego właśnie pragniesz... 

– Ale dlaczego? D

laczego mielibyśmy to robić? 

– 

Jesteśmy teraz innymi ludźmi. Przede wszystkim, ty jesteś starsza... 

– 

Chcesz powiedzieć, że wtedy nie byłam wystarczająco dorosła? 

– 

Tego nie powiedziałem... 

– 

O  ile  pamiętam,  na  pewne  rzeczy  nie  byłam  wówczas  za  młoda!  To  ty 

background image

powiedziałeś, że nie chcesz się angażować – w ten związek. To ty go zerwałeś... 

Wykorzystałeś mnie, Grant! 

– 

Nie,  Ali.  To  nie  tak.  Nigdy  tego  nie  zrozumiałaś...  Nie  dałaś  mi  szansy, 

żebym ci wyjaśnił... 

– 

Nie ma tu nic do wyjaśniania. 

– 

To ty tak uważasz. 

– 

Za późno, Grant – oświadczyła twardo. – Nic nie da się już uratować. I jeśli 

nadal  będziesz  zachowywać  się  w  ten  sposób,  rzeczywiście  skończy  się  na 

rękoczynach. A teraz, jeśli chcesz za mnie dyżurować, to idę spać. 

Nie  odpowiedział.  Kiedy  doszła  do  drzwi,  odwróciła  się.  Stał  tam,  gdzie  go 

zostawiła, oparty o kuchenny blat. 

– Grant? 
– Tak? 
– 

Naprawdę chcesz wziąć za mnie ten dyżur? 

– 

Chyba już ci powiedziałem – odparł sucho. 

W  jego  głosie  nie  było  już  ani  śladu  tej  miękkości,  z  jaką  przemawiał  przed 

chw

ilą. 

– 

Dziękuję. 

Poszła  do  sypialni,  zamknęła  za  sobą  drzwi  i  oparła  się  o  nie,  zaciskając 

powieki. 

Wyraźnie dał jej do zrozumienia, że chce odnowić dawną znajomość. Ale jakże 

ona mogłaby to zrobić? Miałaby znów narazić się na zranienie? Tym razem by tego 

nie przeżyła. 

Chciał jej wyjaśniać, tłumaczyć się. Ale jakie słowa mogłyby wyjaśnić to, co 

zrobił? Wykorzystał ją, a potem porzucił. To jasne jak słońce. 

Oderwała się od drzwi i zaczęła rozbierać. Wiedziała, że za wszelką cenę musi 

mu się oprzeć. Niezależnie od tego, jak bardzo jej ciało pragnie jego bliskości. 

Jednak  kiedy  leżąc  już  w  łóżku,  usłyszała,  jak  wchodzi  na  górę  i  zamyka  za 

sobą drzwi sypialni, musiała użyć całej swej woli, aby do niego nie pobiec... Aby 

nie wsunąć się do jego łóżka, nie przytulić do szerokiej piersi i nie pozwolić, by 

kochał ją tak, jak nikt poza nim nie potrafił tego robić. 

Kiedy  wreszcie  w  domu  zapadła  głęboka  cisza,  westchnęła  i  odwróciła  się 

twarzą do ściany. 

 
Ranek nie przyniósł ukojenia. Ich stosunki ponownie znacznie się ochłodziły. 

Rozmawiali ze sobą tylko o sprawach zawodowych. Zanim Alison zeszła na dół, 

background image

Grant zdążył już wypić kawę i właśnie wybierał się do gabinetu. 

– 

Jak minęła noc? – spytała, przechodząc obok kuchennych drzwi. 

– 

Doskonale. Spałem jak dziecko. A ty? 

– 

Nie to miałam na myśli – odparła, zastanawiając się, co Grant powiedziałby, 

gdyby wiedział, że z jego powodu prawie wcale nie zmrużyła oka. – Pytam, czy 

były jakieś wezwania. 

– 

W  nocy  było  spokojnie.  Dopiero  o  siódmej  pojechałem  do  jednej  z  twoich 

pacjente

k. Seth Attrill wezwał mnie do swojej żony. 

– 

Co się stało? 

– 

Miała  ostry  atak  duszności.  Opiszę  wszystko  w  karcie  i  dam  ci.  Nie  chcę, 

żebyś pomyślała, że przepisuję jakieś lekarstwa bez twojej wiedzy. 

Nie czekając na odpowiedź, wyszedł z kuchni i skierował się do gabinetu. 

Alison z irytacją chwyciła za dzbanek od ekspresu i nalała sobie kawy. Co on 

sobie myśli! Przecież nie ma pretensji o to, że odwiedził jej pacjentkę. To raczej on 

zwykł mieć pretensje o takie rzeczy. Zupełnie jak w przypadku Pauli Cotton. 

Paula! W tym całym zamieszaniu zupełnie o niej zapomniała. Jej karta ciągle 

jeszcze  leżała  w  jej  teczce.  Odstawiła  gwałtownie  kubek  z  kawą  i  poszła  do 

gabinetu.  O  tej  porze  dnia  pokój  był  zalany  słońcem.  Przystanęła  na  chwilę, 

przypominając  sobie,  ile  razy  wchodziła  tu  jako  dziecko.  Już  wtedy  chciała  być 

lekarzem.  Fascynowały  ją  stetoskopy,  aparaty  do  mierzenia  ciśnienia  i  wszystko 

inne, co znajdowało się w przegródkach lekarskiej torby ojca. 

Otworzyła teczkę i wyjęła kartę Pauli Cotton. Minęła poczekalnię i zapukała do 

drzwi gabinetu Granta. 

Siedział przy biurku i czytał ostatni numer „Lekarza Domowego". Kiedy Alison 

weszła do pokoju, podniósł wzrok. 

– 

Zapomniałam ci powiedzieć, że widziałam wczoraj Paulę Cotton. 

Od  razu  przeszła  do  sedna.  Uznała,  że  szczerość  jest  najlepszą  metodą 

postępowania  z  Grantem.  Jednak  kiedy  ich spojrzenia się  spotkały,  przestała być 

tego  taka  pewna.  Pod  wpływem  jego  wzroku  serce  zabiło  jej  żywiej,  a  myśli 

rozpierzchły się, pozostawiając w głowie nieznośną pustkę. 

– 

Paulę Cotton? – odezwał się Grant po chwili. Dobrze widział, co działo się z 

Alison. – 

Coś się stało? 

Przełknęła ślinę, starając się zebrać myśli, ale dziwnie przeszkadzał jej w tym 

widok silnych, męskich dłoni, które trzymały gazetę. Nie dalej jak wczoraj te ręce 
maso

wały jej kark, a przed laty trzymały ją... pieściły... 

– 

Ona... Wypisano ją ze szpitala... Po tym poronieniu... 

background image

– 

To już wiem. Widziałem ją tego wieczora, kiedy wróciła do domu. I co się 

stało? 

– 

Wpadła w depresję. Tak mi się przynajmniej wydaje. 

– 

Można się było tego spodziewać. Z tego powodu cię wzywali? 

– 

Nie  tylko.  Pana  Cottona  zaniepokoiło  to  głębokie  przygnębienie  żony,  ale 

mnie się wydaje, że ona cierpi na jakąś inną chorobę. 

– Doprawdy? 
– 

Musisz  przyznać,  że  to  dziwne.  Jedno  poronienie,  w  porządku.  Można  to 

zrozumieć. Dwa też czasami się zdarzają, ale trzy? Ma jeszcze inne objawy. Ciągłe 

zmęczenie, bóle w stawach... 

– 

I drętwienie lewego ramienia – dokończył za nią. 

– 

Drętwienie? 

– 

Nie wspomniała o tym? 

– 

Więc wiesz o tym wszystkim? 

– Naturalnie. Prz

ecież to moja pacjentka – odparł chłodnym tonem. 

– 

Oczywiście. – Zaczerwieniła się. – I co w tej sprawie zrobiłeś? 

Wyglądał na poirytowanego całą tą rozmową, ale Alison nie dbała o to. Paula 

Cotton naprawdę była u kresu wytrzymałości i należało jej jakoś pomóc. 

– 

Jest pod opieką doktora Batemana. 

– To ginekolog? 
Skinął głową. 
– 

Z tego, co wiem, chce zrobić jej jeszcze jakieś badania. Zobaczymy, co z nich 

wyniknie,  a  potem,  jeśli  będzie  trzeba,  będziemy  szukać  dalej.  Czy  to  cię 
satysfakcjonuje? 

Przytaknęła,  czując  się  nagle  bardzo  głupio.  Powinna  przecież  wiedzieć,  że 

Grant zrobi wszystko, co możliwe, żeby pomóc Pauli. 

Spojrzał  na  kopertę,  którą  położyła  przed  nim  na  biurku,  i  wyciągnął  z  niej 

kartę. Przeczytał wpis Alison. 

– 

Widzę, że zaleciłaś jej antydepresant. 

– Tak. 
Wzięła głęboki oddech, gotowa bronić swej racji. 
– 

Prawdopodobnie powiesz mi, że to był mój błąd i że ty byś tego nie zrobił, ale 

ona naprawdę czegoś potrzebowała i pomyślałam, że... 

– 

Na twoim miejscu zrobiłbym to samo – powiedział cicho. 

Spo

jrzała na niego ze zdziwieniem. 

– 

Naprawdę? 

background image

– 

Dopóki nie dostaniemy wyników badań, nie mamy większego wyboru. 

W tym momencie ktoś zapukał do drzwi. Do gabinetu zajrzała Gili i spojrzała 

na siedzącą przy biurku Alison. 

– 

Dzień dobry. Zastanawiałam się, co się stało. Nie widziałam dziś Hildy. 

– Hilda jest w szpitalu, Gili – 

oznajmił Grant. 

– W szpitalu? – 

spytała ze zdumieniem. – A co ona tam robi? 

– 

Spadła  wczoraj  z  krzesła  i  złamała  sobie  kość  udową  –  pospieszyła  z 

wyjaśnieniem Alison. 

– 

Wielki Boże! – wykrzyknęła Gili. – Co jeszcze będziemy musieli tu przeżyć? 

 

background image

Rozdział 8 

 
Następnego dnia Alison odwiedziła Hildę w szpitalu. Staruszka ciągle jeszcze 

była  pod  wpływem  środków  usypiających,  ale  na  widok  Alison  uśmiechnęła  się 

słabo. 

– 

Witaj,  kochanie.  Dziękuję  za  piękne  kwiaty  –  wyszeptała,  spoglądając  na 

bukiet frezji, które Alison postawiła na stoliku obok łóżka. 

– 

Jak się czujesz? – spytała Alison, ujmując rękę Hildy. 

– 

Co najmniej dziwnie. Wszyscy traktują mnie, jakbym była chora. 

– 

Należy ci się odrobina atencji. Większość życia spędzasz na troszczeniu się o 

innych – 

wyjaśniła Alison. 

– 

Właśnie. Powinnam zajmować się teraz doktorem Ashtonem... 

– 

O niego się nie martw. Jest już duży i z pewnością da sobie radę sam. 

– 

Ale  w  domu  jest  niewiele  jedzenia.  Właśnie  miałam  jechać  po  większe 

zakupy. 

– 

Hildo, naprawdę powinnaś przestać się o nas martwić. Ale jeśli może ci to 

poprawić samopoczucie, to obiecuję, że po wyjściu stąd pójdę do supermarketu i 

kupię wszystko, czego potrzebujemy. 

Hilda  uśmiechnęła  się  z  satysfakcją  i  opadła  na  poduszki.  Przymknęła  oczy, 

jakby zapadła w sen. 

Alison popatrzyła na nią i pomyślała, że w tym wielkim łóżku wygląda bardzo 

drobno i delikatnie. Nigdy dotąd nie zastanawiała się nad jej wyglądem. Dopiero 

teraz dostrzegła na jej twarzy zmęczenie i ślady wszystkich zmartwień, których los 

jej nie szczędził. 

Kiedy Hilda zaczęła głęboko oddychać, Alison wymknęła się cicho z pokoju i 

poszła do dyżurki pielęgniarek. 

– 

Dzień dobry – przywitała ją z uśmiechem jedna z sióstr. – To pani jest Alison 

Kennedy, prawda? 

– Tak. – 

Alison odwzajemniła uśmiech. – Jak ona się spisuje? 

– 

Doskonale, ale to złamanie nie wygląda najlepiej. Będzie musiała u nas trochę 

poleżeć, a po wyjściu jeszcze dość długo nie będzie mogła chodzić. Proszę, niech 
pani spojrzy na je

j historię choroby. 

Alison wzięła z rąk pielęgniarki niebieską teczkę opatrzoną nazwiskiem Hildy i 

zaczęła przeglądać jej zawartość. 

– 

Byłoby lepiej, gdyby pani Lloyd przestała się tak zamartwiać. 

background image

– 

To chyba niemożliwe – odparła Alison znad teczki. – Znam Hildę od wielu lat 

i  wiem,  że  zamartwianie  się  to  jej  specjalność.  Chyba  już  za  późno,  żeby  to 

zmienić. 

– Pani Lloyd pracuje u pani? 
– 

Tak. Zaczęła pracować dla mojego ojca, potem prowadziła dom jemu i jego 

wspólnikowi... 

– 

A teraz pani zajęła miejsce ojca. Przynajmniej tak twierdzi pani Lloyd. Mówi, 

że opiekuje się panią i doktorem Ashtonem. 

Alison westchnęła. 
– 

Jeszcze niczego do końca nie ustaliliśmy. Nie wiem, co z tego wyniknie... – 

przerwała,  widząc  znaczący  uśmiech  kobiety.  –  Czyżby  znała  pani  doktora 
Ashtona? 

– 

Och, tak. Dobrze go tu znamy. Zawsze kiedy tu przyjeżdża, moje pielęgniarki 

zupełnie tracą głowy... Po jego wizycie długo nie mogę się z nimi porozumieć... 

– 

Rozmowę  przerwał  ostry  dźwięk  dzwonka.  Kobieta  podniosła  wzrok  na 

wiszącą na ścianie tablicę świetlną. 

– 

Zechce mi pani wybaczyć. Akurat dziś jestem na zmianie sama. 

– Naturalnie. – 

Alison odłożyła na biurko historię choroby swojej gospodyni. – 

I  tak  muszę  już  iść.  Zajrzę  tylko  na  chwilę  do  Hildy,  żeby  sprawdzić,  czy  się 

przebudziła. 

Właśnie piła herbatę. Uśmiechnęła się na widok Alison i odstawiła filiżankę. 
– 

Myślałam, skarbie, że sobie już poszłaś. 

– 

Nie  mogłabym  wyjść  bez  pożegnania.  Chciałam  tylko  porozmawiać  przez 

chwilę z siostrą. 

– 

Ach,  już  mi  dobrze  –  westchnęła  z  zadowoleniem  Hilda.  –  Nie ma nic 

lepszego  niż  filiżanka  herbaty.  Wiesz,  że  to  pierwsza,  którą  wypiłam  od  czasu 

operacji? Dziś rano zupełnie nie miałam apetytu. 

– 

To zupełnie do ciebie niepodobne. 

– 

Wiem,  ale  po  tym  znieczuleniu  nie  czułam  się  najlepiej.  Tamta  pani  – 

wskazała na leżącą pod przeciwległą ścianą kobietę – miała zupełnie to samo. 

Alison spojrzała we wskazanym kierunku i przeczytała na karcie gorączkowej 

nazwisko pacjentki: Ethel Blackett. 

– 

Właśnie wszczepiono jej protezę stawu biodrowego – szepnęła Hilda. – Jest 

zarejestrowana u doktora Framptona, ale powiedziała, że się przepisze do nas. 

– 

Naprawdę? 

Alison uśmiechnęła się. Takie zmienianie lekarzy było wśród pacjentów dość 

background image

popularne. 

– 

Tak. Powiedziała, że woli leczyć się u kobiety i że wiele jej koleżanek myśli 

tak samo. 

– 

W takim razie może ktoś powinien ją ostrzec, że być może wyjadę stąd. 

– 

Jestem pewna, kochanie, że do tego nie dojdzie – powiedziała Hilda i oparła 

się o poduszkę. 

– 

Jeszcze nic nie zostało ustalone, Hildo. 

westchnieniem  rozejrzała  się  po  oddziale.  Pacjentka  z  sąsiedniego  łóżka 

patrzyła  na  nią  przyjaźnie.  Uśmiechnęła  się  do  niej  i  odwróciła  wzrok.  Życie  w 

Fairacre wciągało ją coraz bardziej, a ona nadal nie była pewna, czy tego właśnie 
chce. 

– 

Mam  nadzieję,  że  ze  sobą  nie  walczycie  –  odezwała  się  nagle  Hilda, 

przerywając jej rozmyślania. 

Alison spojrzała na nią spod oka i uśmiechnęła się lekko. 
– 

Nie, Hildo, nie walczymy. Przynajmniej nie tak, żeby ktoś z zewnątrz mógł to 

dostrzec. 

– 

Tak bym chciała, żeby wszystko było jak dawniej – westchnęła i podniosła 

głowę. 

–  Wiem o tym – 

odparła  Alison  i  wstała.  –  Mówiłaś  już  to  kiedyś.  Ale  to 

naprawdę bardzo stare dzieje. 

– 

Myślę,  że  doktor  Ashton  chciałby  tego  samego  –  Hilda  nie  dawała  za 

wygraną. 

Alison roześmiała się i pocałowała staruszkę w policzek. 
– 

I  tu  się  chyba  mylisz.  Zresztą,  miał  swoją  szansę.  Nie  moja  wina,  że  nie 

potrafił jej wykorzystać. Nie chciałabym przechodzić przez to po raz drugi... 

– 

Nawet jeśli to nie była jego wina? 

– 

Hildo, już drugi raz mówisz o tym. Może wreszcie wyjaśnisz mi, o co chodzi? 

– 

To nie ja powinnam ci o tym powiedzieć. 

– 

W takim razie chyba już pójdę... 

– Powiem ci tylko jedno – 

zatrzymała ją Hilda. 

– Co takiego? 
– 

Tym, któremu nie podobał się twój związek z doktorem Ashtonem, był twój 

ojciec. 

–  Mój ojciec? Co ty mówisz, Hildo! Co mój ojciec ma z tym wszystkim 

wspólnego? 

Hilda zawahała się przez chwilę, a potem wyrzuciła z siebie jednym tchem: 

background image

– 

Nie był zadowolony, kiedy zaczęliście się do siebie zalecać. 

Alison  z  trudem  powstrzymała  śmiech.  Staroświeckie  wyrażenie  Hildy 

rozbroiło ją. 

– 

Jestem pewna, że się mylisz, Hildo – odparła po chwili. – Ojciec nigdy nie 

miał nic przeciwko naszej przyjaźni. 

– 

Być może tobie nic na ten temat nie mówił. Ale niejednokrotnie słyszałam, 

jak kłócił się o to z doktorem Ashtonem. 

Alison ze zdumienia otworzyła szeroko oczy. 
– 

Chyba lepiej będzie, jak powiesz mi, co słyszałaś. 

– 

Myślę, że i tak powiedziałam już zbyt dużo. O resztę spytaj Granta. 

– 

Daj spokój, Hildo. Skoro już zaczęłaś, musisz wyjaśnić wszystko do końca. 

Nie możesz pozostawić mnie w niepewności. 

Jednak Hilda z uporem potrząsnęła głową i nie odezwała się ani słowem. 
– 

W  takim  razie,  skoro  nie  zamierzasz  mi  nic  więcej  powiedzieć,  pójdę  już 

sobie. 

Ucałowała staruszkę na pożegnanie i wyszła z oddziału. Wsiadła do samochodu 

i  pojechała  prosto  do  supermarketu.  Popychając  wózek  między  pełnymi 

wszelakiego dobra półkami, rozmyślała nad tym, co powiedziała jej Hilda. Już po 

raz drugi usłyszała od niej, że to nie z winy Granta ich znajomość skończyła się tak 
niespodziewanie. 

Kiedy  w  drodze  powrotnej  mijała  przystań,  pomyślała  nagle,  że  może  warto 

odwiedzić Mabel Attrill. Razem z Sethem mieszkali niedaleko stąd. 

Zapukała  do  drzwi  ich  mieszkania.  Usłyszała  głos  Setha  zapraszający  do 

środka. Gospodarz palił właśnie fajkę, a kiedy weszła, ze zdziwienia aż wyjął ją z 
ust. 

– 

Niech  mnie  diabli,  jeśli  to  nie  doktor  Kennedy.  Przyjechała  pani  mnie 

odwiedzić? 

– 

Nie, Seth. Przyjechałam zobaczyć się z twoją żoną. Jak ona się dziś czuje? 

– 

Cały czas jeszcze kaszle. 

Zap

rosił ją do dużego pokoju, a potem krzyknął w kierunku kuchni: 

– 

Mabel, chodź do nas! Przyjechała doktor Kennedy i chce się z tobą zobaczyć. 

Mabel, która znała Alison od dziecka, zajrzała do pokoju. 
– 

Ach, Alison. Jak się masz, kochanie? 

– 

Ja  czuję  się  doskonale.  Przyjechałam,  żeby  sprawdzić,  czy  tobie  nic  nie 

dolega. 

– 

Cały czas mam ten męczący kaszel – odparła z westchnieniem kobieta. – Ale 

background image

nie powinnam się skarżyć. Są bardziej chorzy ode mnie. 

– 

Słyszałam, że był u ciebie doktor Ashton. 

Alison usiadła i otworzyła torbę. 
– 

Tak. On jest bardzo miły, ale mimo to bardzo się cieszę, że do nas wróciłaś. 

Wolę leczyć się u kobiety. 

– 

W takim razie chyba cię zbadam – odparła szybko, nie chcąc się wdawać w 

kolejną dyskusję na temat tego, jak długo zostanie w Woodbridge. 

– 

Dobrze. Seth, bądź tak miły i zrób nam herbaty – zwróciła się do męża. 

Kiedy mężczyzna zniknął w kuchni, Alison wyjęła stetoskop. 
– 

Pewnie ta jego fajka nie najlepiej ci służy, prawda? 

 – 

spytała cicho. 

– 

To fakt. Zawsze mi przeszkadzała. Ale nie mogę od niego wymagać, żeby po 

tylu  latach  zarzucił  zwyczaj,  który  ma  już  we  krwi.  Nawet  dla  mnie  nie  mógłby 

tego zrobić. 

Alison  dokładnie  osłuchała  Mabel,  a  potem  opisała  wynik  badania  w  swoim 

notatniku. 

– 

Doktor  Ashton  zapisał  mi  antybiotyk  –  powiedziała  nagle Mabel, jakby 

dopiero sobie o tym przypomniała. – I dał mi nowy inhalator. 

–  Wiem o tym – 

odparła  Alison,  nie  podnosząc  wzroku.  –  Chcę,  żebyś 

dokończyła brać ten antybiotyk. Jak ci się podoba inhalator? 

– 

Muszę przyznać, że jak dotąd jestem z niego bardzo zadowolona. Jest lepszy 

od tego, który miałam przez ostatnie lata... Och, oczywiście z całym szacunkiem 
dla twojego ojca. 

– 

Naturalnie,  Mabel.  Możliwe,  że  przyzwyczaiłaś  się  do  poprzedniego  leku, 

który  przestał  na  ciebie  już  działać.  Ten  inhalator  pojawił  się  na  rynku  bardzo 

niedawno i jak na razie sprawdza się bardzo dobrze. 

– 

Bardzo bym chciała coś z tym zrobić, Alison, ale naprawdę nie odważę się 

poprosić Setha, żeby rzucił palenie. 

Alison schowała do torby notes i podeszła do okna. Przez chwilę patrzyła na 

rozciągający się za nim widok, a potem odwróciła się do Mabel. 

– 

Nie chodzi mi o to, żebyś poprosiła Setha, aby całkiem przestał palić. Jednak 

musi zdobyć się na jakiś kompromis. Inaczej twoja astma będzie ci coraz bardziej 

dokuczać. 

– Co proponujesz? 
– 

Cóż,  wydaje  mi  się,  że  powinnyśmy  mu  zaproponować,  żeby  nie  palił  w 

pokoju, w którym ty jesteś. 

background image

– 

Więc dokąd ma pójść? Kiedy mieszkaliśmy przy – South Street, było inaczej. 

Miał  swój  pokój  i  mógł  tam  sobie  palić  do  woli.  Tutaj  warunki  są  gorsze.  Jak 

wiesz, mamy tylko jedną sypialnię i kuchnię. 

– Wiem, Mabel, ale... – 

Zawahała się. – Co powiesz o balkonie? 

Wskazała  ręką  szklane  drzwi,  za  którymi  przez  całą  długość  mieszkania 

rozciągał się szeroki balkon. Stało na nim mnóstwo pelargonii, geranium i lobelii. 

– 

Może  powinnaś  mu  przetłumaczyć,  że  lepiej  by  było,  gdyby  palił  na 

zewnątrz? 

–  Sama nie wiem – 

powiedziała  z  powątpiewaniem  Mabel.  –  Może  ty  byś 

spróbowała, Alison. W końcu jesteś lekarzem. 

–  Herbata, drogie panie – 

oznajmił  Seth,  wnosząc do  pokoju tacę  z herbatą i 

trzema porcjami kremu. – 

O czym rozmawiałyście? 

– 

Podziwiałam właśnie twój balkon. Masz tu całkiem niebrzydki ogródek. 

– Jestem z niego bardzo dumny – 

odparł zadowolony z pochwały Seth. 

– 

Niewielu mężczyzn ma takie zaciszne miejsce, w którym można sobie usiąść i 

zapalić fajkę. 

– Jak to? – 

spytał zdziwiony. 

– 

Myślałam, że tu właśnie palisz swoją fajkę. Wiem, że nigdy nie zapaliłbyś w 

pokoju, w którym jest Mabel. Nie chciałbyś przecież pogarszać jej kaszlu. 

–  Co?  – 

Patrzył  na  nią  z  konsternacją,  a  kiedy  zrozumiał,  co  ma  na  myśli, 

zaprzeczył żarliwie: – Naturalnie, że nigdy bym sobie na to nie pozwolił. 

Żeby pokryć zakłopotanie, zaczął nalewać herbatę. Alison spojrzała dyskretnie 

na Mabel, a ta puściła do niej oko. 

Kiedy  Alison dotarła  wreszcie  do  Fairacre,  Grant  zaczął  właśnie przyjmować 

pacjentów. Rozpakowała zakupy i zajęła się przygotowywaniem kolacji. 

Obierając ziemniaki, pomyślała, że w zasadzie żyją z Grantem jak stare, dobre 

małżeństwo. On jest w pracy, a ona na niego czeka, krzątając się po kuchni. Tutaj 

jednak podobieństwo się kończy, zauważyła z gorzkim uśmiechem. Ich rozmowy 

nie były rozmowami dwojga kochających się ludzi. Nieustanne kłótnie i spory w 

niczym nie przypominały rodzinnej sielanki... 

Kiedy  Grant  wszedł  do  kuchni,  jej  oczy  miały  jeszcze  wyraz  rozmarzenia,  a 

usta układały się w łagodnym uśmiechu. 

– 

Co ci tak wesoło? – spytał, rozglądając się po kuchni. 

– Och, nic takiego – 

potrząsnęła głową, czując nagłe zakłopotanie. 

– 

Skończyłem już przyjmować. Pójdę na jakąś godzinkę na przystań. 

Musiał chyba dostrzec wyraz rozczarowania na jej twarzy, bo szybko dodał: 

background image

– 

Nie martw się, wezmę ze sobą telefon. 

– Nie o to chodzi... 
–  A o co? – 

spytał,  zatrzymując  się  przy  drzwiach  i  spoglądając  na  nią  ze 

zdziwieniem. 

– 

Przygotowałam kolację. 

– 

Przygotowałaś kolację? – spytał i zawrócił do stołu. 

– 

Tak, ale jeśli już jadłeś... 

– 

Nie, nie jadłem. Po prostu jestem zdziwiony. 

– 

Dlaczego? Przecież ty gotowałeś dla mnie wczoraj. 

– 

Wczorajszy wieczór był wyjątkiem. Nie oczekuję od ciebie, że będziesz mi 

gotować tylko dlatego, że nie ma Hildy. 

Wzruszyła ramionami. 
– 

Wcale nie uważam, żeby to był taki zły pomysł. 

W końcu ja też muszę jeść. Nie wspomnę już o tym, że Hilda zamartwiałaby się 

o ciebie, gdybym powiedziała jej, że jadasz poza domem. 

Usiadł przy stole i patrzył, jak krząta się przy kuchni, nakrywa do stołu i nalewa 

wino do kieliszków. 

– 

Jak się czuje Hilda? 

– 

Tak, jak się tego można spodziewać po takim wypadku. Zaskoczyło mnie, jak 

delikatnie wygląda w tym wielkim łóżku. 

– 

Jutro ją odwiedzę. 

– 

Będzie zachwycona. Zdaje się, że twoja obecność znaczy dla niej więcej niż 

blask słońca. 

– 

Trudno  mi  ją  sobie  wyobrazić  w  szpitalnych  warunkach  –  powiedział, 

ignorując jej uwagę. 

– 

Wbrew  pozorom,  całkiem  nieźle  daje  sobie  radę.  Na  sąsiednim  łóżku  leży 

jaka

ś jej znajoma, pani Blackett. 

Grant zmarszczył czoło. 
– 

Powinienem znać to nazwisko? 

» 
– 

Chyba nie, ale Hilda twierdzi, że już niedługo będziemy mieli przyjemność 

spotykać tę panią częściej. 

Grant uniósł brwi, więc wyjaśniła mu, o co chodzi. 
– Pani Blacket

t jest pacjentką doktora Framptona. Hilda powiedziała mi jednak, 

że chce się przenieść do nas. 

Pociągnął łyk wina. 

background image

– Dlaczego? 
– 

Ponieważ woli leczyć się u kobiety. 

Mówiąc  to,  spojrzała  na  niego  przeciągle,  ciekawa  reakcji,  jaką  wywołają  jej 

słowa. Ponieważ Grant nie zareagował, ciągnęła dalej: 

–  Zgodnie z tym, co mówi Hilda, pani Blackett nie jest w tym pragnieniu 

odosobniona. Wiele z jej przyjaciółek myśli podobnie. 

Spodziewała  się  jakiejś  cierpkiej  uwagi,  ale  Grant  zaczął  w  tym  momencie 

dokładnie studiować zawartość kieliszka. Jego słowa zupełnie ją zaskoczyły. 

– 

To potwierdzałoby moje przypuszczenia. 

– To znaczy? 
– 

W każdej praktyce potrzebne są kobiety. Przyciągają klientów. 

– 

Czy  zaangażowałeś  mnie  tylko  dlatego?  Odrzucił  głowę  i  roześmiał  się 

głośno. Tym razem również zaskoczył ją swą odpowiedzią. 

– 

Daj spokój, Alison. Przecież znasz mnie nie od dziś. Wzruszyła ramionami i 

wyciągnęła z piekarnika żaroodporne naczynie, w którym dusiły się warzywa. 

Przyglądał się jej z uśmiechem, czekając na kolację. 
– A 

więc co Hilda ma zamiar powiedzieć swej nowej przyjaciółce? 

– 

Nie  mam  pojęcia.  W  każdym  razie  uświadomiłam  jej,  że  jeszcze  nic  nie 

zostało postanowione. 

Grant usiadł przy stole, splótł ramiona na piersiach i przechylił się do tyłu na 

krześle. 

– 

Oczywiście  –  odezwał  się,  patrząc,  jak  Alison  stawia  na  stole  talerze.  – 

Jednak  nie  możemy  mówić  tego  pacjentom.  Inaczej,  zamiast  przyciągać  ludzi, 

zaczniemy ich od siebie odstraszać. 

– 

Chcesz  powiedzieć,  że  powinniśmy  dawać  wszystkim  do  zrozumienia,  że 

zostaję tu na zawsze? 

Patrzyła, jak Grant nakłada sobie warzywa i czekała na odpowiedź. 
– 

To chyba nie taki najgorszy pomysł. Nie mogę pozwolić, żeby sprawy zbytnio 

wymknęły się spod mojej kontroli. Tu chodzi także o moją przyszłość, a jak ci już 

powiedziałem, mam naprawdę bardzo szerokie plany. 

Sięgnęła po widelec i nóż. 
– 

Widzę, że nie masz zamiaru tracić czasu. Mój ojciec dopiero odszedł, a ty... 

– Alison! – 

przerwał jej, gwałtownie odkładając sztućce. – Twój ojciec wiedział 

o  moich  planach,  a  co  więcej,  gorąco  je  popierał.  No,  może  nie  wszystkie 

przyjmował  z  takim  samym  entuzjazmem,  ale  doskonale  rozumiał  konieczność 

wprowadzenia  pewnych  zmian.  Wiedział,  że  w  przyszłości  nie  będzie  można 

background image

obejść się bez komputerów. Mówił, że jest to „coś dla przyszłych pokoleń". 

–  Wi

ęc  kiedy  zamierzasz  wprowadzić  te  plany  w  życie?  –  spytała  chłodnym 

tonem. 

– 

To zależy od ciebie. 

– Ode mnie? 
– 

Tak. Od tego, czy zamierzasz tu zostać, czy nie. Nie mogę nic postanowić, 

dopóki  nie  będę  znał  twoich  planów.  Sam  nie  zdołałbym  przeprowadzić  takiej 
inwestycji. 

– 

Mówiliśmy o sześciu miesiącach... – zaczęła niepewnie. 

– 

Wiem  i  mam  zamiar  dotrzymać  naszej  umowy.  Sądzę  jednak,  że powinnaś 

zdać sobie sprawę z sytuacji, w jakiej mnie stawiasz. 

Nie odpowiadała, dziobiąc widelcem leżącą na talerzu rybę. W końcu podniosła 

na niego wzrok i odezwała się. 

– 

Twierdzisz, że niektórzy pacjenci mogliby wyrejestrować się od nas, gdyby 

wiedzieli, jaka jest sytuacja? 

– 

Tak myślę. 

– 

Ale  mieszkańcy  Woodbridge  od  lat  leczyli  się  u  mojego  ojca...  –  zaczęła, 

uważając, że Grant niepotrzebnie się przejmuje. 

–  Alison...  – 

Ponownie  odłożył  na  bok  sztućce  i  spojrzał  na  nią  z  irytacją.  – 

Wiesz  równie  dobrze  jak  ja,  że  ludzie  nie  lubią  w  swoim  życiu  gwałtownych 
zmian. 

– 

No właśnie... 

– Byli lojalni w stosunku do twojego ojca – 

kontynuował, nie pozwalając sobie 

przerwać – i wierzę, że większość z nich byłaby lojalna w stosunku do ciebie. Ale 

jest też coś, czego ludzie nie lubią jeszcze bardziej niż wprowadzania zmian. Tym 

czymś  jest  niepewność.  Chcę  tylko  powiedzieć,  że  nie  powinniśmy  zbyt  długo 

zwlekać  z podjęciem  decyzji.  Musimy  działać  razem.  Tak  się  niestety  składa,  że 

prowadzenie praktyki lekarskiej to interes, a każdy interes splajtuje, jeśli nie będzie 
konkurencyjny, to wszystko. 

– 

Więc  co,  twoim  zdaniem,  należałoby  zrobić?  Czego  dokładnie  dotyczą  te 

twoje plany? 

– 

Powinniśmy  rozszerzyć  praktykę  – powiedział  z  naciskiem.  –  Powinno nas 

być troje lekarzy, dwie pielęgniarki do prowadzenia dodatkowych klinik, musimy 

mieć  system  komputerowy  i  personel  administracyjny:  sekretarkę,  głównego 
dyrektora i przynajmniej trzy rejestratorki. 

Patrzyła na niego z niedowierzaniem. 

background image

– 

Chyba nie mówisz tego poważnie. 

– 

Nigdy w życiu nie byłem poważniejszy niż w tej chwili. 

– 

A jak, twoim zdaniem, udałoby nam się pomieścić to wszystko w Fairacre? 

– 

Albo  dostaniemy  pozwolenie  i  rozbudujemy  jedno  skrzydło  domu,  albo 

znajdziemy  jakiś  plac  i  wybudujemy  nowe  centrum.  Osobiście  wolałbym  to 

pierwsze rozwiązanie. 

– 

Skąd  weźmiemy  na  to  wszystko  środki?  –  W  jej  głosie  dał  się  słyszeć 

zjadliwy ton. 

– 

Wystąpimy do rządu o pomoc – odrzekł zdecydowanie. 

Przez długą chwilę patrzyła na niego w milczeniu. 
– 

Ciekawe,  co  na  to  wszystko  powiedziałby  mój  ojciec  –  zastanawiała  się 

głośno. 

– 

Część tych pomysłów powstało z jego inicjatywy odparł. Widząc w jej oczach 

zasko

czenie, wyjaśnił dokładnie, o co chodzi. – Twój ojciec planował rozbudowę 

Fairacre. 

Ali son odsunęła krzesło i wstała. 
– 

Jak widzę, wszystko już dokładnie obmyśliłeś. 

– W zasadzie tak. 
– 

Przykro mi, Grant, ale ustaliliśmy, że popracujemy razem sześć miesięcy i nie 

pozwolę, żebyś mnie zmuszał do tego, abym wcześniej podjęła jakąś decyzję. 

Wzruszył ramionami. 
– Wcale nie o to mi chodzi. 
Przerwał  mu  dzwonek  stojącego  za  plecami  telefonu.  Przechylił  się,  żeby  go 

odebrać. 

Podczas  gdy  rozmawiał  przez  telefon,  Alison  zastanawiała  się  nad  tym,  co 

usłyszała.  Pomimo  wątpliwości,  które  cały  czas  jej  nie  opuszczały,  wizja 

przyszłości, jaką roztoczył przed nią Grant, bardzo przemówiła jej do wyobraźni. 

Miał  podjąć  wyzwanie,  i  to  nie  byle  jakie,  a  ona  nagle  zapragnęła  wziąć  w  tym 

przedsięwzięciu udział. Wiedziała, że nigdy by sobie nie wybaczyła, gdyby z jej 

winy  praktyka  w  Fairacre  podupadła.  Nie  mogła  zawieść  nadziei,  jakie  zawsze 

pokładał  w  niej  ojciec.  Zgodziła  się  pozostać  tu  przez  sześć  miesięcy  tylko  ze 

względu  na  miłość  do  niego,  choć  od  początku  była  pełna  obaw,  czy  postępuje 

słusznie.  Cały  czas  między  nią  a  Grantem  istniała  jakaś  przepaść,  brak 

porozumienia, które z pewnością wynikały z faktu, że oboje doskonale pamiętali, 

jak dobrze było im ze sobą w przeszłości. 

Nagle przyszła jej do głowy pewna myśl. 

background image

– Grant – 

zaczęła, kiedy odłożył słuchawkę. 

– Tak? 
Spojrzała na telefon. 
– 

Musisz wyjść? 

Skinął głową. 
– 

Tak.  Dzwoniła  położna.  Ma  problem  z  odebraniem  porodu.  Muszę  tam 

pojechać. 

– Ach tak. 
Zatrzymał się przy drzwiach i spojrzał na Alison. 
– 

Chciałaś mi coś jeszcze powiedzieć? 

Zawahała  się.  Nie,  to  chyba  nie  był  najlepszy  moment,  żeby  spytać  go,  o  co 

chodziło Hildzie, która ostatnio zrobiła się tak bardzo tajemnicza. 

– 

Nic, nic. Jedź, a ja tymczasem posprzątam po kolacji. 

– 

Dobrze. Aha, byłbym zapomniał. – Zatrzymał się jeszcze na chwilę. 

Wyraz jego oczu sprawił, że serce Alison zaczęło bić żywiej. 
– 

Dzięki za kolację – powiedział miękko i wyszedł z kuchni. 

 

background image

Rozdział 9 

 
Przez  następny  tydzień  ich  dni  wypełnione  były  pracą  i  obowiązkami 

domowymi. Na zmianę przyjmowali pacjentów, odwiedzali Hildę, robili zakupy i 

przygotowywali posiłki. Grant nie wspominał więcej o swoich planach rozbudowy 

Fairacre, a Alison postanowiła, że nie będzie podejmować przedwczesnych decyzji. 

Pewnego  poranka  do  gabinetu  Alison  przyszedł  Ken  Bridges,  właściciel 

przystani. 

– 

Jak widzę, Ken, twoje bóle wcale nie ustąpiły? – powitała go współczująco, 

kiedy wszedł i opadł na krzesło. 

– 

Obawiam się, że nie. Naprawdę się nie przemęczam, biorę tabletki, które mi 

zapisałaś, ale wcale nie czuję się lepiej. 

– 

Będziemy musieli dokładnie cię zbadać. Dasz radę się położyć? 

Uśmiechnął się z wysiłkiem. 
– 

Aż tak źle chyba ze mną nie jest. 

Przeszedł wolno przez pokój i ostrożnie położył się na kozetce. 
Alison zb

adała  ruchomość  wszystkich  stawów,  a  potem  delikatnie  obmacała 

cały kręgosłup. 

– 

Wydaje mi się – powiedziała w końcu – że najlepsza rzecz, jaką mogę zrobić, 

to umówić cię z dobrym fizykoterapeutą. 

– 

No cóż. Skoro tak myślisz... – W głosie Kena słychać było powątpiewanie. 

– 

Alison spojrzała uważnie na swego pacjenta. 

– 

Nie  wydajesz  się  być  zachwycony  tą  propozycją.  Nie  podoba  ci  się  mój 

pomysł? 

. , – 

Podoba, tylko... Widzisz, zastanawiałem się, czy mógłbym... 

– 

Mów śmiało. 

– 

Czy mógłbym zobaczyć się z doktorem Ashtonem? 

– Doktorem Ashtonem? Dlaczego? 
~ Cóż, w przeszłości, kiedy miałem bóle, a lekarstwa już mi nie pomagały, twój 

ojciec  zawsze  prosił  doktora  Ashtona,  żeby  rozmasował  mi  plecy  i  mięśnie  nóg. 

Mówiąc  szczerze,  te  zabiegi  zawsze  stawiały  mnie  na  jakiś  czas  na  nogi.  On 

naprawdę jest w tym doskonały – dodał słabo, widząc, że Alison zamilkła. 

Nie  mam  co  do  tego  wątpliwości,  pomyślała,  podchodząc  do  biurka.  Sama 

doskonale pamiętała, jaką cudowną moc miały dłonie jej wspólnika. 

– 

Masz coś przeciwko temu? – spytał Ken, jeszcze leżąc na kozetce. 

background image

– 

Dlaczego sądzisz, że mogłabym mieć coś przeciwko temu? 

– 

Sam  nie  wiem.  Słyszałem,  że  wy,  lekarze,  nie  lubicie,  gdy  wasi  pacjenci 

odwiedzają innych doktorów. 

– 

Nie wiem, kto ci naopowiadał takich głupstw. 

– 

A więc poprosisz go? 

– 

Tak, i to od razu. Zobaczę, czy skończył już przyjmować. 

Zostawiła  Kena  na  leżance  i  poszła  do  rejestracji.  Znalazła  tam  Granta 

rozmawiającego z Gili. 

– 

Grant, mógłbyś zobaczyć jednego z moich pacjentów? 

– 

Chcesz, żebym go skonsultował? – spytał, nie ukrywając zdziwienia. 

– 

W zasadzie nie. To pacjent z wypadniętym dyskiem. Ma silne bóle w okolicy 

krzyża. Zastanawiam się, czy nie mógłbyś trochę go pomasować. 

– 

Oczywiście. Chodźmy. 

Alison zaprowadziła go do gabinetu i zamknęła drzwi. 
– Witaj, K

en. Nie wiedziałem, że to chodzi o ciebie! 

Ken przekręcił się na bok i uśmiechnął na widok wchodzącego Granta. 
– 

Cześć. Mam nadzieję, że to nie sprawia ci różnicy. 

– 

Ależ  skąd.  –  Uśmiechnął  się  do  Alison.  –  Jesteśmy  z  Kenem  starymi 

przyjaciółmi. 

– 

Zauważyłam. 

Oparła się o biurko i patrzyła, jak Grant zdejmuje marynarkę i podwija rękawy 

koszuli. 

– Od jak dawna masz te bóle? 
– 

Gdzieś od tygodnia. Próbowałem wspomagać się środkami przeciwbólowymi, 

ale mi nie pomagają. 

– A zatem popatrzmy na ciebie. 
Pochylił  się  nad  kozetką  i  zbadał  Kena  w  taki  sposób,  w  jaki  przed  chwilą 

uczyniła to Alison. 

Jego  silne,  zręczne  dłonie  zaczęły  sprawnie  przesuwać  się  po  plecach 

mężczyzny,  a  Alison  ponownie  przypomniała  sobie  chwile,  kiedy  te  dłonie 

masowały jej własne mięśnie, usuwając z nich zmęczenie i napięcie... Każdy ruch 

Granta wywoływał w niej falę innych, bardziej odległych wspomnień, od których 

tak bardzo starała się uwolnić. Jak dobrze pamiętała każdy dotyk tych wprawnych 

dłoni... 

Nie wolno jej teraz o tym myśleć. 
Z despe

racją  odwróciła  wzrok  od  Granta  i  wyjrzała  przez  okno.  Czy 

background image

kiedykolwiek  uda  jej  się  zapomnieć?  Jak  długo  będzie  mogła  pracować  z  tym 

mężczyzną i udawać, że nic się między nimi nie wydarzyło? 

Po kilkunastu minutach Grant wyprostował się i podszedł do umywalki. 
– 

Mam nadzieję, że to przyniesie ci trochę ulgi, Ken. Jeśli bóle nadal będą się 

utrzymywać, skontaktuj się z Alison i umówimy się na jeszcze jedną sesję. A teraz 

idź do domu, weź jakiś środek przeciwbólowy i odpocznij. 

– 

Oczywiście – odparł Ken i usiadł. – Wielkie dzięki, Grant. Już teraz czuję, że 

ból się zmniejszył. 

Grant skinął głową i podszedł do drzwi. 
– 

Dziękuję ci – powiedziała cicho Alison i spojrzała na Kena. 

– 

Masz w domu jakieś tabletki, czy ci przepisać? 

– 

Bardzo proszę. Wszystko mi się skończyło. 

Szybko zapisała Kenowi potrzebny lek i podała mu receptę. 

Podziękował uśmiechem i wstał, żeby się ubrać. 
– Zostaniesz w Fairacre, Alison? – 

spytał, zapinając guziki marynarki. 

– 

Jeszcze niczego nie postanowiłam – odparła, nie podnosząc wzroku. 

–  To 

byłoby  naprawdę  świetne  rozwiązanie.  Jesteś  jedną  z  nielicznych  osób, 

które się tu urodziły. Niestety, jest nas coraz mniej. 

– 

Wiem, Ken. Zauważyłam to. 

– 

Nie możemy sobie pozwolić na stratę kolejnej rdzennej mieszkanki naszego 

miasta.... 

Poprawił krawat i schował receptę do wewnętrznej kieszeni marynarki. 
– 

Grant mówił mi ostatnio, że chciałby zainstalować system komputerowy do 

obsługi  pacjentów.  Pokazywałem  mu  naszą  sieć,  którą  mamy  na  przystani.  Był 
bardzo zainteresowany. 

– 

Obawiam się, że komputery nie są moją najmocniejszą stroną – powiedziała z 

westchnieniem. 

– 

Już za kilka lat nie będziemy się mogli bez nich obejść. Ale nie martw się. Jak 

raz  nauczysz  się  nimi  posługiwać,  nie  będą  miały  przed  tobą  żadnych  tajemnic. 

Weźmy  na  przykład  Cheryl.  Początkowo  nawet  nie  chciała  słyszeć  o  pracy  na 

komputerze,  a  teraz  nie  potrafiłaby  się  bez  niego  obejść.  A  mówiąc  szczerze  – 

ściszył nieco głos – jeśli ona potrafiła się nauczyć ich obsługi, to każdy inny zrobi 

to bez większego trudu. 

– 

Dzięki, Ken – odparła sucho. 

– Och, przepraszam – 

zmitygował się, zdając sobie sprawę, jak zabrzmiała jego 

uwaga. – 

Nie miałem na myśli... 

background image

– Wiem – 

roześmiała się. – Wiem, że nie miałeś. 

– 

Naprawdę, Alison. Komputery bardzo ułatwiają życie. Nie musiałabyś pisać 

ręcznie tych wszystkich recept. Wiesz co? Może wpadłabyś do nas któregoś dnia. 

Cheryl pokazałaby ci, jak pracuje nasz system. 

– 

Dzięki, Ken. To bardzo miło z twojej strony. 

– 

Nie ma sprawy. Powiem Cheryl, że do nas zajdziesz. 

Nie  wątpię,  że  będzie  zachwycona,  pomyślała,  zamykając  za  Kenem  drzwi. 

Najwyraźniej zupełnie nie zdawał sobie sprawy, że akurat one dwie nie pałały do 

siebie nadmierną miłością. 

Wróciła do biurka i nacisnęła guzik interkomu. 
– 

Jest jeszcze ktoś do mnie, Gili? 

– Nie, nie ma nikogo. 
– 

A wizyty domowe? Dużo? 

– 

Tak, całe mnóstwo. 

– 

W  takim  razie  zrób  mi  małą  kawę  i  do  roboty.  Muszę  jeszcze  pójść  po 

zakupy. Dziś moja kolej gotowania. 

– 

Nie  wiem,  dlaczego  nie  zatrudnicie  kogoś  na  miejsce  –  Hildy do czasu jej 

powrotu.  Byłoby  wam  obojgu  znacznie  lżej.  Przecież  w  ten  sposób  nie  można 

pracować. 

Być  może  byłoby  znacznie  lżej,  pomyślała,  wyłączając  interkom,  ale  nie 

mieliby z tego tyle przyjemności. Te codzienne posiłki były dla nich prawdziwym 

wyzwaniem. Ich kulinarne umiejętności znacznie się rozwinęły, gdyż każde z nich 

chciało okazać się lepszym kucharzem od drugiego. 

Właśnie  miała  zamiar  opuścić  gabinet,  kiedy  ponownie  zabrzęczał  dzwonek 

interkomu. Gili poinformowała ją, że przyszła pani Dawson i koniecznie chce się z 

nią zobaczyć. 

– Pani Brenda Dawson? 
– Tak, Alison

. Wiem, że to pacjentka doktora Ashtona, ale upiera się, żebyś to 

ty ją przyjęła. 

– 

Czy ma zamówioną wizytę? 

– 

Nie.  Mówi,  że  nie  chodzi  jej  o  badanie.  Twierdzi,  że  przechodziła  obok  i 

wpadła, żeby zamienić z tobą dwa słowa. Tłumaczę jej, że gdyby każdy tak robił, 

nie starczyłoby ci czasu na nic innego, ale nie chce mnie słuchać. 

– 

W porządku, Gili. Powiedz jej, żeby weszła. 

Z  westchnieniem  usiadła  na  krześle,  zastanawiając  się,  jak  wytłumaczy  się  z 

tego Grantowi. 

background image

Do gabinetu weszła Brenda Dawson i niepewnie stanęła przy drzwiach. 
– 

Dzień dobry, doktor Kennedy. 

– 

Dzień dobry. Proszę, niech pani wejdzie – Alison zaprosiła ją gestem na fotel. 

Kobieta jednak potrząsnęła głową. 
– 

Nie, nie. Nie będę pani zabierać czasu. Chciałabym tylko podziękować. 

– 

Podziękować? Za co? 

– 

Za to, że zamieniła pani w mojej sprawie słowo z doktorem Ashtonem. 

– 

Zamówiła pani u niego wizytę? 

– 

Nie  musiałam.  Sam  do  mnie  zadzwonił.  Powiedział,  że  poinformowała  go 

pani o moich problemach. Omówiliśmy wszystko dokładnie i rzeczywiście był dla 

mnie bardzo miły. Zupełnie jakby rozumiał, przez co przechodzę. 

Przepisał  mi  kurację  hormonalną.  Mam  teraz  plasterki,  które  przyklejam  do 

skóry, a hormony przenikają z nich do krwi. Powiedział, że niedługo poczuję ich 

działanie. Mam regularnie mierzyć ciśnienie krwi, przeprowadzać badania piersi i 

robić cytologię. 

Przerwała na chwilę, by nabrać powietrza. 
– 

I  wie  pani  co?  Wyjaśnił  wszystko  mojemu  mężowi.  Teraz  nawet  Alan  jest 

zadowolony z tego, że przyjmuję te leki. Doktor Ashton powiedział mu, że dzięki 

nim mam mniejsze szanse zachorować na serce i że moje kości będą mocniejsze. 

Nie będę zabierać pani więcej czasu, doktor Kennedy. Chciałam tylko, żeby pani 

wiedziała... Mam nadzieję, że nie ma mi pani za złe tego wtargnięcia. 

– 

Ależ  skąd  –  odparła  Alison  z  uśmiechem.  –  Cieszę  się,  że  widzę  panią  w 

takiej formie i że doktor Ashton był w stanie pani pomóc. 

Kiedy  pani  Dawson  wyszła  z  gabinetu,  Alison  nie  mogła  powstrzymać 

uśmiechu. Oto po raz pierwszy ona i Grant działali jak prawdziwi partnerzy, a to 
sprawia

ło radość. 

Wizyty  domowe  tego  dnia  były  porozrzucane  po  całej  okolicy.  Musiała 

odwiedzić umierającego na nowotwór pacjenta, który wymagał zwiększenia dawki 

morfiny, dziecko chore na świnkę i niemowlę, u którego rozpoznała krztusiec. Na 

koniec pojechała do pacjenta z zaostrzeniem przewlekłego zapalenia oskrzeli, który 

wymagał przepisania antybiotyku. 

Kiedy  skończyła,  było  południe.  Postanowiła  udać  się  do  supermarketu  po 

zakupy i wrócić do domu. 

Tego  wieczoru  miała  przyrządzić  kurczaka  w  sosie  cytrynowym.  Wybrała 

potrzebne  składniki,  zapłaciła  w  kasie,  spakowała  wszystko  do  torby  i  właśnie 

zbierała się do wyjścia, kiedy wpadła na nią Paula Cotton. 

background image

– Paula! Witaj! 
– 

Dzień dobry, doktor Kennedy. 

– 

Jak się czujesz? – spytała, lustrując dokładnie twarz Pauli. 

Dos

trzegła na niej czerwone rumieńce i ogromne zmęczenie w oczach. 

– Nie najlepiej. 
– 

Och, Paula, tak mi przykro. Widziałaś się z doktorem Ashtonem? 

– 

Tak. Byłam u niego wczoraj. Zadzwonił do mnie, że przyszły wyniki badań 

ze szpitala. 

– I co? 
– Chyba niczego 

nowego nie wniosły. Powiedział, że umówi mnie na wizytę do 

kogoś innego. 

– 

Cóż, postaraj się tym tak nie martwić. Jestem pewna, że w końcu dojdą do 

jakichś konkretnych wniosków. 

Patrzyła  za  Paulą,  nie  mogąc  uwolnić  się  od  pewnej  myśli,  która  już  dawno 

cho

dziła jej po głowie. Myśli mającej związek ze stanem zdrowia Pauli. 

Wolno  wjechała  na  drogę  prowadzącą  do  Fairacre,  ciesząc  oczy  widokiem 

malowniczych krajobrazów, rozciągających się po obu stronach jezdni, i słuchając 

lokalnej stacji radiowej. Właśnie nadeszła pora odpływu. Linia morza połyskiwała 

daleko na horyzoncie, a szeroko rozlane ujście rzeki odsłoniło porośnięte morskimi 

roślinami piaszczyste dno. 

Spiker radiowy zapowiedział tytuł znanego utworu i cały samochód wypełniła 

piękna melodia. Alison przypomniała sobie koncert, na którym była podczas stażu. 

Wspomnienie Suffolk ponownie przywiodło jej na myśl Paulę i podejrzenie, które 

przyszło jej do głowy podczas spotkania w supermarkecie. 

Kiedy  dojechała  do  Fairacre,  od  razu  udała  się  do  gabinetu  i  zadzwoniła  na 

Crandelbury Street. 

Telefon odebrała rejestratorka, którą Alison doskonale znała. 
– 

Cześć, Helen. Mówi Alison Kennedy. 

– 

Och, doktor Kennedy! Jak miło panią słyszeć. Co u pani słychać? 

– 

Dziękuję,  wszystko  w  porządku.  Helen,  czy  jest  dziś  w  pracy  doktor 

Richards? 

– 

Tak, jest. Zaraz panią połączę. 

Po  kilku  sekundach  Alison  usłyszała  w  słuchawce  głos  swojej  starszej 

koleżanki. 

– Alison! 
– 

Cześć, Diano. 

background image

– 

Jak się masz? Dajesz sobie radę? 

– 

Ku memu zaskoczeniu nawet całkiem nieźle. 

– 

Mówiłam  ci,  że  tak  będzie.  Nie  dzwonisz  więc  chyba,  żeby  mnie  błagać, 

abym przyjęła cię z powrotem, prawda? 

– 

Rzeczywiście  nie.  Dzwonię,  Diano,  ponieważ  potrzebna  mi  jest  pewna 

informacja.  W  bibliotece  zostawiłam  swoje  notatki  z  okresu  praktyki.  Mogłabyś 

poszukać czerwonej teczki oznaczonej napisem SLE i przysłać ją do mnie pocztą? 

– 

Oczywiście. Zaraz to zrobię. Masz podobny przypadek? 

– 

Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że może tak być. Zanim zrobię z siebie 

głupka, chciałabym dokładnie przeczytać wszystko na ten temat. 

– 

Rozumiem. Zaraz się zajmę tą sprawą. 

– 

Dzięki, Diano. Pozdrów wszystkich ode mnie, dobrze? 

– 

Oczywiście. Rozmawialiśmy o tobie nie dalej jak wczoraj. Zastanawialiśmy 

się, jak ci idzie i czy za nami tęsknisz. 

Nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  Czy  rzeczywiście  tęskniła  za  nimi?  Za 

przyjaciółmi? Za pracą? Mówiąc szczerze, praca na Crandelbury Street wydawała 

jej się tak odległa, jakby należała do zamierzchłej przeszłości. 

Zapewniła Dianę, że znów zadzwoni i odłożyła słuchawkę. Przez chwilę trwała 

w  zamyśleniu,  lecz  szybko  się  otrząsnęła  i  poszła  do  kuchni  przygotowywać 

kolację. 

 
Cały  następny  dzień  była  tak  zajęta,  że  dopiero  wieczorem  znalazła  chwilę, 

żeby  usiąść  i  przeczytać  notatki,  które  nadeszły  przed  południem.  Grant 

przygotował posiłek, a potem musiał pojechać do pacjenta, u którego wystąpił atak 

duszności. 

W  domu  panowała  absolutna  cisza.  Alison  zabrała  notatki  do  łazienki  i 

przygotowała sobie gorącą, pachnącą wonnymi olejkami kąpiel. 

Związała  włosy  w  luźny  węzeł  na  czubku  głowy,  rozebrała  się  i  weszła  do 

wanny. Przez dłuższą chwilę leżała nieruchomo, rozkoszując się aromatem olejków 

i pozwalając, by jej ciało rozluźniło się, pozbywając się nagromadzonego w ciągu 

całego dnia napięcia. Potem sięgnęła po leżącą obok wanny teczkę i zaczęła czytać. 

Lektura wciągnęła ją tak bardzo, że zupełnie zapomniała o upływającym czasie. 

Do świadomości przywrócił ją dopiero odgłos otwieranych drzwi, który dobiegł z 

głębi domu. 

Woda  zdążyła  już  prawie  całkiem  wystygnąć.  Szybko  sięgnęła  po  ręcznik  i 

wyszła  z  wanny.  Wytarła  się  energicznie,  a  słysząc,  że  Grant  rozmawia  przez 

background image

telefon, owinęła się ręcznikiem i wyszła z łazienki. 

Spojrzała  przez  poręcz  w  dół.  Grant  siedział  na  schodach  i  rozmawiał  przez 

przenośny  telefon.  Był  bez  marynarki.  Miał  podwinięte  rękawy  koszuli  i 

rozluźniony krawat. Ciemne włosy, jak zwykle, opadały mu na czoło. 

Podniósł głowę i ujrzał stojącą na górze Alison. Nie spuszczając z niej wzroku, 

dokończył rozmowę i wyłączył telefon. 

– 

Coś się stało? – Wstał i oparł rękę o poręcz. 

– 

Nie, nic. Chciałam cię tylko złapać. 

– 

Naprawdę? 

– 

Myślałam,  że  może  znów  będziesz  gdzieś  wychodził.  Spojrzał  na  nią  z 

rozbawieniem. 

– 

Mówiąc  szczerze,  miałem  taki  zamiar.  Ale  jeśli  masz  mi  coś  innego  do 

zaoferowania... 

Jego wzrok prześliznął się po twarzy Alison i spoczął na jej szyi, którą oplatały 

kosmyki jeszcze wilgotnych włosów. 

Przez  chwilę  patrzyła  na  niego  z  góry,  a  potem,  kiedy  zrozumiała,  co  ma  na 

myśli, zarumieniła się jak nastolatka. 

– 

Ja... Ja tylko... Czytałam o pewnym przypadku i... 

Po prostu chciałam powiedzieć ci, czego się dowiedziałam... 

Grant wszedł na schody. Alison cofnęła się w popłochu. 
– 

Co w tym złego? – spytał miękko. – Przez jedną krótką chwilę pomyślałem, 

że  to  może  o  mnie  ci  chodzi.  Ostatnio  rozmawiasz  ze  mną  tylko  na  tematy 

zawodowe. Miałem nadzieję, że wreszcie zmiękło ci serce. 

Stanął  przy  niej.  Alison  dostrzegła  w  jego  spojrzeniu  coś,  co  tak  doskonale 

znała z przeszłości. 

– 

Nie zawsze tak było, prawda? Pamiętam czasy, w których praca była ostatnią 

rzeczą, jaka przychodziła nam do głowy. 

Przycisnął ją ciałem do barierki. 
– Grant... – 

zaczęła. – Przecież ustaliliśmy... Tylko sprawy zawodowe... 

– 

Ach  tak.  Rzeczywiście,  tak  ustaliliśmy.  Ale  wiesz,  co  ci  powiem,  Alison? 

Mam  już  tego  dosyć.  Dosyć  wspólnego  pracowania,  mieszkania  pod  jednym 
dachem, wspólnych ko

lacji i rozchodzenia się na noc do oddzielnych sypialni. 

Oparł dłonie o barierkę, zamykając ją w swym uścisku. Alison poczuła zapach, 

który rozpoznałaby na końcu świata. 

– 

To mogłoby się udać, gdybyśmy byli zwykłymi kolegami. Gdybym nie znał 

cię lepiej. Ale tak nie jest, prawda? 

background image

– 

Co chcesz przez to powiedzieć? 

– 

Co chcę powiedzieć? 

Spojrzał na brzeg ręcznika, który odsłaniał nieco piersi Alison, i uśmiechnął się. 
– 

Tylko to, że zbyt dobrze pamiętam, co to znaczy kochać się z tobą. I jeszcze 

to, że nie mam zamiaru dalej bawić się w te nasze głupie umowy. To wszystko. 

Splótł  ramiona  za  jej  plecami,  a  kiedy  otworzyła  usta,  żeby  zaprotestować, 

uciszył ją gorącym, namiętnym pocałunkiem. 

– 

Wyobrażasz sobie, co czułem – zaczął, kiedy wreszcie oderwali się od siebie 

– 

przebywając z tobą pod jednym dachem każdej nocy? Pragnąc cię, ale nie mogąc 

się do ciebie zbliżyć? Czy ty w ogóle masz pojęcie? 

– 

Ale przecież... ustaliliśmy... 

– 

Do  diabła  z  naszymi  ustaleniami!  Jak  sądzisz,  dlaczego  chodziłem  spać  na 

łódź? 

– 

Myślałam... 

– 

Żeby nie ulec pokusie, dlatego! Czasami nie mogłem znieść myśli, że leżysz 

w sąsiednim pokoju... Tak blisko, a jednocześnie tak daleko! Kilka razy groziło ci, 

że zostaniesz zgwałcona we własnym łóżku! Wiedziałem, że jeśli zostanę w tym 
samym domu, r

zucę się na ciebie jak dzikus. 

– Grant, ja... 
Znów  zamknął  jej  usta  pocałunkiem.  Zanurzył  dłonie  w  jej  włosach  i  mocno 

przyciągnął  do  siebie.  Pragnęła  go,  ale  mimo  to  nadal  opierała  się  namiętności, 

która paliła żywym ogniem. 

Poddała  się  dopiero,  kiedy  dłonie  Granta  zaczęły  pieścić  jej  ramiona,  szyję, 

plecy  i  kiedy  jej  ciało  przypomniało  sobie,  jak  rozkoszne  mogą  być  pieszczoty 

męskich rąk. 

Ożyły  wspomnienia  dawnych  dni,  pełnych  miłości  i  ciepła.  Ożyły  dawno 

zapomniane  namiętności  i  pragnienia.  Wspięła  się  na  palce,  objęła  go  za  szyję, 

zanurzyła dłonie we włosach. Niecierpliwie zrzucili okrycia i przywarli do siebie 

nagimi ciałami. Nie protestowała, kiedy wziął ją na ręce i nie odrywając ust od jej 

warg, zaniósł do sypialni i położył na łóżku. 

Połączyli się bez słowa i nagle zniknęły wszelkie granice, które tak długo ich 

dzieliły.  Znów  stali  się  jednością,  częścią  kosmosu,  jakiejś  nieskończonej 

doskonałości, której doświadcza się tylko w takich chwilach jak ta. 

–  Alison...!  – 

wykrzyknął w uniesieniu jej imię, a ona przytuliła go do siebie, 

ocierając wilgotne od łez policzki. 

Dużo  później,  kiedy  leżeli  w  zapadającym  zmroku,  Grant  otworzył  oczy  i 

background image

spojrzał na Alison. 

– 

Wiedziałem, że pewnego dnia do mnie wrócisz – powiedział miękko. 

 

background image

Rozdział 10 

 
– 

Powiedziałabym, że to niezwykle śmiałe stwierdzenie, doktorze Ashton. 

– 

Ja nazwałbym je po prostu nieuniknionym. 

– 

Cóż,  ośmielę  się  pozostać  przy  swoim  zdaniu.  Zwłaszcza  po  tym,  co  mi 

zrobiłeś – powiedziała z wyrzutem. 

Jej ciało ciągle przepełniała błogość, ale już zaczęła się zastanawiać nad tym, co 

się stało. 

– 

Po tym, co ja tobie zrobiłem! A nie pomyślałaś o tym, jak ty potraktowałaś 

mnie? 

– 

Co  masz na  myśli?  –  spytała, unosząc  się na  łokciu.  Popatrzyła  na  niego  z 

oburzeniem. 

– 

Jak to co? Przez cały czas mnie unikałaś. 

– 

Unikałam? 

Zmarszczyła brwi ze zdziwieniem, choć doskonale wiedziała, co ma na myśli. 

Chciała zyskać nieco na czasie. 

– 

Właśnie tak. Daj spokój, Ali. Kiedy tu przyjechałaś, nie byłaś przygotowana 

na spotkanie ze mną. Przez cały ten czas... 

– 

Jak możesz mnie za to winić? – Nie pozwoliła mu skończyć. – Po tym, co się 

stało? Wykorzystałeś mnie, Grant! 

–  Nie, Alison! – 

prawie  krzyknął,  a  potem  cicho  dodał:  –  Nie wolno ci tak 

mówić. 

– 

A co mam o tym myśleć? Chcę, żebyś mi wreszcie wszystko wyjaśnił, Grant. 

H

ilda nieustannie robi jakieś aluzje, ale nie chce powiedzieć nic konkretnego. Przez 

– 

pewien  czas  myślałam  nawet,  że  jej  słowa  są  skutkiem  narkozy,  jakiej  została 

poddana. Grant przez moment milczał. 

– 

Co ci powiedziała? – spytał w końcu. 

– 

Dawała  mi  do  zrozumienia,  że  mój  ojciec  miał  coś  wspólnego  z  naszym 

rozstaniem. 

– 

I uwierzyłaś jej? 

– 

Oczywiście, że nie! To bzdura. Tata nigdy nie wtrącał się w moje prywatne 

sprawy, zwłaszcza jeśli chodziło o mężczyzn. 

– 

Jednak tym razem było inaczej. 

Powiedział to tak cicho, że Alison nie była pewna tego, co usłyszała. 
– 

Nie rozumiem, co masz na myśli. 

background image

– 

Pomyśl o tym, Alison – odezwał się miękko. – Pomyśl o tym, jak wyglądało 

twoje życie, kiedy pojawiłem się w Woodbridge. 

– Nadal nie wiem, o co ci chodzi. 
Sięgnął  ręką  przez  szerokość  łóżka  i  zapalił  lampkę.  Pokój  wypełnił  się 

łagodnym światłem. Alison instynktownie podciągnęła prześcieradło pod brodę. 

– 

Przypomnij  sobie  nasze  pierwsze  spotkanie.  Czyżbyś  zapomniała,  jakie 

wrażenie wywarliśmy na sobie nawzajem? 

W odpowied

zi wykonała tylko niezrozumiały gest ręką. 

– 

Musisz  to  pamiętać  –  powiedział  z  naciskiem,  uśmiechając  się  lekko.  –  W 

powietrzu aż czuło się napięcie. Twój ojciec wyczuł je także i, mówiąc szczerze, 

bardzo się tego obawiał... 

–  Nigdy nic mi na ten temat nie 

mówił  –  wtrąciła,  starając  się  coś  sobie 

przypomnieć z tej zdawałoby się tak odległej przeszłości. 

– 

Uznał,  że  najlepiej  będzie,  jeśli  zostawi  rzeczy  swojemu  biegowi.  Miał 

nadzieję, że kiedy wrócisz na uczelnię, wszystko umrze śmiercią naturalną... 

Podnio

sła na niego wzrok, ale zaraz go opuściła, spłoszona tym, co ujrzała w 

oczach Granta. 

– 

Jednak,  jak  dobrze  wiemy,  tak  się  nie  stało.  Powiedzenie,  które  mówi,  że 

rozstania służą miłości, akurat znalazło w naszym przypadku potwierdzenie. 

Wyciągnął rękę i zaczął się bawić kosmykiem włosów Alison. 
– 

Pamiętam, jak przyjeżdżałaś do domu w czasie wolnym od zajęć, jaki tylko 

udało ci się wygospodarować... 

–  To prawda – 

przerwała mu ostro, nie pozwalając, by wspominał dalej. Zbyt 

dobrze pamiętała ból, jaki odczuwała podczas każdego wyjazdu. – Ciągle jednak 

nie przypominam sobie, żeby ojciec robił jakieś uwagi. 

– 

Bo nie robił – odparł łagodnie. – Przynajmniej w stosunku do ciebie. 

– 

Chcesz powiedzieć, że rozmawiał na ten temat z tobą? 

– 

Początkowo robił to bardzo delikatnie. Przypomniał mi, jaka jesteś młoda i 

jak mało jeszcze wiesz o tym, co chcesz robić w życiu. W miarę upływu czasu był 

jednak coraz bardziej niecierpliwy. Denerwował się, że tak często przyjeżdżasz do 
domu. 

–  Mów dalej – 

poprosiła cicho, zastanawiając się, czego jeszcze przyjdzie jej 

wysłuchać. 

– 

Krytyczny  moment  nastąpił  wtedy,  kiedy  miałaś  problemy  z  zaliczeniem 

sesji. Pamiętasz? 

–  Zbyt dobrze. – 

Wzdrygnęła  się.  –  Pomogłeś  mi  się  przygotować  do 

background image

poprawkowych egzaminów... 

– 

Przypominam sobie, że większość powtórek robiliśmy na „Kittihawk"... 

Zarumieniła się. 
– 

I co było potem? – spytała szybko, ignorując rozbawienie, jakie dostrzegła w 

jego oczach. 

– 

Twój ojciec wyraźnie dał mi do zrozumienia, że nie życzy sobie, byśmy się 

dalej  spotykali.  Powiedział,  żebym  pozwolił  ci  zająć  się  wyłącznie  robieniem 
kariery zawodowej. 

– 

Co mu na to odpowiedziałeś? 

– 

Powiedziałem mu, że cię kocham. 

Serce Alison ścisnęło się ze wzruszenia. 
– 

Odparł mi, że jeśli naprawdę tak jest, powinienem pozwolić ci zrealizować 

twoje życiowe ambicje. Dodał, że obaj wiemy, ile poświęceń trzeba uczynić, żeby 

zostać dobrym lekarzem i że przyjeżdżając nieustannie do domu, nigdy nie uda ci 

się tego osiągnąć. 

Alison usiadła na łóżku i pochyliła się do przodu. 
– 

Szkoda tylko, że nikt nie zapytał mnie o zdanie – zauważyła gorzko. 

– 

A co byś powiedziała? 

Zacisnęła dłonie w pięści i odwróciła głowę. 
– 

Ja tego nie chciałem, Alison. 

– 

Więc dlaczego pozwoliłeś, żeby tak się stało? 

– 

Wiedziałem, że w pewnym sensie ojciec ma rację. Sądziłem, że to rozstanie 

będzie  tylko  chwilowe.  Że  kiedy  skończysz  staż,  wrócisz  do  domu  i  wszystko 

będzie jak dawniej. 

– 

Jednak nigdy nawet nie spróbowałeś naprawić tego, co się stało! 

– 

Po  twoim  wyjeździe  przemyślałem  wszystko  dokładnie  i  doszedłem  do 

wniosku, że być może twój ojciec miał rację. Może rzeczywiście byłaś zbyt młoda, 

żeby wiedzieć dobrze, czego chcesz. 

– 

Na jakiej podstawie tak sądziłeś? 

– 

Cóż, chyba dość szybko znalazłaś sobie kogoś innego, nieprawdaż? 

– 

Założył ręce pod głowę i oparł się o ścianę. 

– 

Kogoś innego? – Spojrzała na niego z bezgranicznym zdumieniem. – O czym 

ty, na Boga, mówisz? 

– 

Pojechałem do Londynu, na twoją uczelnię. 

– 

Przyjeżdżałeś tam kilka razy... 

– 

Tak, ale tym razem wybrałem się już po naszym rozstaniu. 

background image

– Nie przypominam sobie twojej wizyty... 
– 

Oczywiście,  że  nie.  Nawet  mnie  nie  widziałaś.  Byłaś  zbyt  zajęta  swoim 

nowym chłopakiem. 

– 

Grant, uwierz mi, nie mam bladego pojęcia, o czym mówisz. 

– 

Teraz zapewne mi powiesz, że nigdy nie słyszałaś o Simonie Faulkenerze. 

– Simon...! Och! 
Automatycz

nie podniosła rękę do ust i przesłoniła je w geście zdumienia. 

– 

Widzę jednak, że coś ci się przypomina. 

– 

Ale... Nie rozumiem. Simon i ja... byliśmy tylko... 

 – 

nie dokończyła. – Ale skąd ty...? 

– 

Skąd  o  nim  wiem?  Powiem  ci.  Pojechałem  do  Londynu  wbrew  obietnicy, 

którą dałem twojemu ojcu, bo nie mogłem znieść samotności. Musiałem się z tobą 

zobaczyć.  Kiedy  przyjechałem  na  uczelnię,  twoi  koledzy  powiedzieli  mi,  że 

wyszłaś gdzieś z Simonem. Z ich słów wynikało, że wasza znajomość to coś więcej 

niż zwykła przyjaźń. Powłóczyłem się trochę po okolicy i zobaczyłem was, kiedy 

wracaliście... To, co wtedy widziałem, zupełnie mi wystarczyło. 

– 

Zraniłeś mnie, Grant! I to bardziej niż ktokolwiek inny zrobił to do tej pory... 

– 

W takim razie jesteśmy kwita. Może cię to ubawi, ale byłem zazdrosny o tego 

chłopaczka. I to bardzo. 

– 

Simon nie był żadnym chłopaczkiem! – zaprotestowała. 

– 

Miał jeszcze mleko pod nosem! 

– 

Simon to bardzo miły chłopak... 

– 

Och, nie wątpię, że tak jest. Ale założę się, że nie spędzałaś z nim czasu tak 

miło, jak ze mną. 

– 

Jak śmiesz! 

Podniosła rękę, jakby chciała go uderzyć, ale Grant roześmiał się, złapał ją za 

nadgarstek i przyciągnął do siebie. Pocałował ją mocno, prawie brutalnie. 

– 

Myślałam,  że  ci  nie  zależy  –  powiedziała,  kiedy  ją  wreszcie  puścił.  – 

Uważałam, że mnie wykorzystałeś. Spotkałam się kilka razy z Simonem, ale to nie 

miało żadnego znaczenia. Chciałam tylko zapomnieć o tobie. 

– 

I co? Udało się? 

– 

A jak sądzisz? – szepnęła. 

Popatrzyli na siebie w milczeniu, a potem Grant westchnął. 
– P

rzynajmniej twój ojciec doczekał dnia, w którym zostałaś lekarzem. 

– 

Dlaczego nie opowiedziałeś mi o tym wcześniej? 

– 

Bo  prosił  mnie  o  to  twój  ojciec.  Sądził,  że  gdybyś  dowiedziała  się,  iż  to 

background image

wszystko stało się z jego inicjatywy, mogłabyś zrobić jakieś głupstwo. W tamtych 

czasach byłaś bardzo bojowa... Problem polegał na tym, że kiedy zaczęliśmy razem 

pracować, bardzo się ze sobą zaprzyjaźniliśmy. Początkowo miałem do niego żal o 

to,  co  zrobił,  ale  po  jakimś  czasie  uznałem,  że  ma  rację.  Twoja  kariera  była 
n

ajważniejsza. 

– 

Nie rozumiem jednego. Skoro wiedział, że już ze sobą nie jesteśmy, jak mógł 

życzyć sobie, żebyśmy teraz razem pracowali... 

– 

Może chodziło mu tylko o podtrzymanie tradycji rodu Kennedych? 

– 

Nigdy mu jednak nie zapomnę, że nie powiedział mi o wszystkim sam. 

– 

Sądzisz, że byłabyś w stanie mu wybaczyć? 

– Nie wiem. 
– 

Z pewnością nie podziękowałabyś mu za to, co zrobił. 

– 

Nawet teraz nie potrafiłabym się na to zdobyć. Mam do niego ogromny żal. 

– 

Czy chcesz powiedzieć, że byłem miłością twego życia? 

– 

Nie nazwałabym tego tak. 

– 

I że do tej pory twoim sercem nie zawładnął żaden inny? 

– 

Grancie Ashtonie, jesteś niemożliwy – odparła swobodnie, zastanawiając się, 

jaka byłaby jego reakcja, gdyby dowiedział się, że jego słowa są prawdą. 

Zamilkli, pogrążeni we własnych myślach. 
– 

Myślisz, że mamy jeszcze jakieś szanse? – odezwał się po chwili Grant. 

– 

Nie mam pojęcia. 

– 

Powinniśmy spojrzeć faktom w oczy... 

– To znaczy? 
– 

Kochaliśmy  się,  choć  nasza  miłość  została  gwałtownie  przerwana.  Może 

gdyby dać jej jeszcze jedną szansę... 

– 

Nie  możemy  tak  po  prostu  zacząć  tam,  gdzie  przerwaliśmy...  – 

zaprotestowała. 

– 

Oczywiście, że nie. Ale gdyby... 

– Gdyby co? 
– 

Było  nam  ze  sobą  dobrze,  prawda?  Bo  chyba  było?  –  dodał,  kiedy  nie 

odpowiadała. 

– 

Dobrze wiesz, że tak. 

– W

ięc...? Spróbujemy jeszcze raz? Ciągle się wahała. 

– Sama nie wiem. 
– 

OK.  Więc  nie  będziemy  się  spieszyć.  Zobaczymy,  co  z  tego  wyniknie, 

dobrze? 

background image

– Nie jestem pewna... 
Jej  rany  ciągle  jeszcze  były  zbyt  świeże.  Tylko  że  teraz  wszystko  wyglądało 

inaczej. Gran

t wyznał, że ją kochał. Że jej nie wykorzystał. Pojechał nawet, żeby ją 

odnaleźć... Może rzeczywiście spróbować raz jeszcze? Może... Może... 

– 

Damy  sobie  trochę  czasu  i  zobaczymy,  jak  rozwinie  się  sytuacja  – 

podsumował  rozmowę  i  lekko  poczochrał  jej  włosy.  –  Ale  zanim  wszystko  się 

wyjaśni, co byś powiedziała na krótką chwilę zapomnienia? 

Otworzyła  usta,  żeby  zaprotestować...  żeby  przypomnieć,  że  ma  pracę...  że 

naprawdę nie powinna zostać... ale zanim zdążyła się odezwać, Grant pociągnął ją 

na siebie i zaczął delikatnie całować jej kark. 

Z  westchnieniem  oparła  się o  niego,  po raz drugi tej nocy  pozwalając, by  jej 

ciało bez reszty poddało się jego pieszczotom. 

 
Następnego dnia Alison wydawało się, że fakt, iż spędziła noc z Grantem, jest 

wypisany na jej czole 

wielkimi literami. Jednak ku jej zdumieniu Gili zachowywała 

się zupełnie normalnie. Jak zwykle narzekała, że poczta przyszła zbyt późno i że 

pyłek ze stojących w holu tulipanów zabrudził cały dywan. Alison nie wiedziała, 

czy ma odczuwać ulgę, czy raczej rozczarowanie. 

Wzięła  karty  czekających  na  nią  chorych,  filiżankę  kawy  i  schroniła  się  w 

swoim gabinecie. 

Grant miał rację. Rzeczywiście było im ze sobą tak dobrze jak dawniej. Jednak 

pomimo to już zaczynała żałować, że mu uległa. Jak mogła teraz, po tym, co się 

stało, rozmawiać z nim tylko o sprawach zawodowych? Jak mogła dalej udawać, że 
nic do niego nie czuje? 

Z drugiej strony, nie może przecież zaufać mu po raz kolejny. Zbyt mocno ją 

zranił i zbyt długo cierpiała z jego powodu, żeby teraz pozwolić mu uwieść się po 
raz dragi. 

Z zamyślenia wyrwało ją pukanie do drzwi. Zanim zdążyła zareagować, drzwi 

uchyliły się i do gabinetu zajrzał Grant. 

– 

Zastanawiałem się właśnie... 

– Tak? – 

Uniosła brwi. 

– 

Miałaś mi przecież coś powiedzieć. 

– 

Naprawdę? 

– Tak. Przynajmn

iej tak mówiłaś wczoraj wieczorem, kiedy wyszłaś z łazienki i 

zaczęłaś mnie uwodzić... 

– Grant... 

background image

–  Przepraszam.  – 

Podniósł  rękę  w  uspokajającym  geście.  Wszedł  do  pokoju, 

zamknął za sobą drzwi i przysiadł na jej biurku. – Mówiąc poważnie, byłaś czymś 

wyjątkowo podekscytowana. Chciałbym wierzyć, że to z powodu mojego powrotu 

do domu, ale chyba się mylę. 

Alison nie mogła powstrzymać uśmiechu. 
– 

Rzeczywiście,  nie  do  końca  masz  rację.  Chodziło  mi  o  jedną  z  twoich 

pacjentek. 

– 

Rozumiem. Kolejna, którą zaczęłaś prowadzić. 

– 

Co chcesz przez to powiedzieć? 

– 

Przecież uważasz, że niewłaściwie leczyłem Brendę Dawson. Teraz pewnie 

jest podobnie. 

– 

Grant, nigdy nie twierdziłam, że źle prowadzisz Brendę. Nawet nie przyszło 

mi to do głowy... 

– 

Wiem,  wiem.  Chciałem  tylko  zobaczyć,  jak  się  na  mnie  wściekasz.  Masz 

wtedy takie urocze rumieńce. 

– Och! 
– 

Twoje policzki przybierają odcień... 

– 

Grant, jeszcze chwila i wyrzucę cię z gabinetu... 

– 

Nie mam co do tego wątpliwości. Ale najpierw chciałbym usłyszeć, co miałaś 

mi do powie

dzenia. Mówię poważnie. 

– 

Cóż – zaczęła, nie będąc pewna, czy nadal z niej nie drwi. – Chodzi o Paulę 

Cotton. 

– 

O Paulę? Ciekawe, dlaczego przeczuwałem, że właśnie o niej chcesz mówić. 

No więc powiedz mi, co twoim zdaniem jest z nią nie tak. Oprócz tego, rzecz jasna, 

że nie może donosić żadnej ciąży. 

Alison wzięła głęboki oddech. 
– 

Myślę, że Paula może chorować na SLE – odparła cicho. 

Przez moment patrzył na nią bez słowa, a potem westchnął, jakby jej sugestia 

wydała mu się co najmniej śmieszna. 

– SLE? – sp

ytał po chwili, wolno cedząc słowa. 

– 

Tak. Trzewny toczeń... 

– Rumieniowy – 

dokończył za nią. – Tak, wiem, co to oznacza. 

Podszedł do okna i wyjrzał przez nie z zainteresowaniem. 

Alison  patrzyła  na  niego  zniecierpliwiona,  zastanawiając  się,  jakie  będą  jego 

następne słowa. 

– To bardzo rzadka choroba. 

background image

– 

Ma  taką  samą  częstotliwość  występowania  jak  białaczka  czy  stwardnienie 

rozsiane – 

odpowiedziała spokojnie. – Tyle tylko, że niewiele osób o niej wie. 

– 

Miałaś już taki przypadek? – Odwrócił się i spojrzał na nią z powagą. 

– 

Tak. Miałam pacjentkę z toczniem... Prowadziłam ją podczas stażu. 

– 

Dlaczego sądzisz, że Paula może mieć podobny problem? – spytał cicho. 

Przełknęła ślinę, ciągle niepewna jego reakcji. 
– 

Zaczęłam coś podejrzewać, kiedy spotkałam wczoraj Paulę w supermarkecie. 

Miała na policzkach czerwone wypieki. 

Grant zmarszczył czoło. 
– 

Nigdy tego nie zauważyłem. 

– 

Ponieważ ten rumień nie występuje przez cały czas – powiedziała szybko, nie 

dając mu dojść do głosu. – Kiedy odwiedziłam ją po raz pierwszy, też miała takie 

czerwone policzki, ale wtedy jeszcze z niczym mi się to nie skojarzyło. Oczywiście 

są też inne rzeczy... 

– Mów dalej. – 

Grant wyglądał na coraz bardziej zainteresowanego. 

– 

Cóż – nabrała głęboko powietrza – jak zapewne wiesz, uskarża się na bóle 

stawowe  i  słabość  rąk.  Nie  na  darmo  nazywa  się  tę  chorobę  wielkim  oszustem. 

Może przybierać bardzo różne postacie, a w jej konkretnym przypadku przejawia 

się akurat nawykowymi poronieniami. 

Znów zmarszczył brwi. 
– 

Ciągle jednak nie rozumiem, dlaczego... 

– 

Pacjentka, którą się zajmowałam, miała dokładnie te same objawy. Przeszła 

sześć poronień i przez całe lata nikt nie postawił właściwej diagnozy. 

– 

Sześć poronień! Wielki Boże! 

– 

Tak.  Zanim  w  końcu  ktoś  wpadł  na  pomysł  tocznia,  rozwinęło  się  u  niej 

nadc

iśnienie  tętnicze  i  wada  mitralna  serca,  które  ciągle  się  pogłębiały.  Dopiero 

kiedy zaczęła miewać ataki padaczki, rozpoznano, na co choruje. 

Patrzył na nią z uwagą. 
– 

A ty uważasz, że właśnie na to samo choruje Paula Cotton. 

Było  to  raczej  stwierdzenie  niż  pytanie.  Odwrócił  się  gwałtownie  w  stronę 

okna. 

–  Grant  – 

zaczęła  z  wahaniem.  –  Przykro  mi.  Naprawdę  nie  chciałam  się 

wtrącać.  Tylko  że  tamta  kobieta  tak  długo  nie  miała  postawionej  właściwej 

diagnozy i musiała się przez to niepotrzebnie nacierpieć... 

– 

Przecież na toczeń nie ma skutecznego lekarstwa – oznajmił, nie odwracając 

się. 

background image

– 

Wiem,  ale  można  stosować  środki  spowolniające  przebieg  choroby.  Ona 

akurat bardzo dobrze zareagowała na sterydy. Sądzę, że im wcześniej postawi się 

właściwą diagnozę... 

Przer

wała speszona, obawiając się, że Grant zaraz wybuchnie, zarzucając jej, iż 

podważa jego zawodowy autorytet. Jednak tak bardzo pragnęła pomóc Pauli! 

– 

Umówiłem już Paulę z neurologiem – powiedział, nadal stojąc tyłem do niej. 

– 

Wiem. Paula wspomniała mi o tym. Być może on wpadłby na to, ale... 

– 

Ale  równie  dobrze  mógłby  o  tej  chorobie  nawet  nie  pomyśleć  –  przerwał 

ostro i odwrócił się do Alison. – Zapewne wiesz o tym, że wszystkie testy Pauli 

wyszły negatywnie. 

– 

Wiem. Ale, jak już powiedziałam, toczeń trzewny jest niezwykle trudny do 

zdiagnozowania. 

– 

W porządku, Alison. Powiem o twoich przypuszczeniach neurologowi. 

– Zrobisz to? 
Spojrzała na niego ze zdziwieniem. Nawet przez moment nie sądziła, że Grant 

się na to zdecyduje. 

– 

Oczywiście – odparł chłodno. – Miałaś co do tego jakieś wątpliwości? 

– 

Sądziłam, że będziesz niezadowolony, że diagnozuję twoich pacjentów. 

– 

Dlaczego miałbym być niezadowolony? 

– 

Cóż, nie byłeś zbyt szczęśliwy, kiedy zajęłam się Brendą Dawson. 

– 

Grant westchnął. 

– 

Brenda  to  zupełnie  inna  historia.  Ona  nawet  nie  dała  mi  szansy,  żebym  jej 

pomógł. Jeśli chodzi o Paulę, to jej przypadek stanowi problem, którego i tak sam 

nie byłbym w stanie rozwiązać. Zresztą nie jestem aż tak zarozumiały, żeby sądzić, 

że wiem o swoich pacjentach absolutnie wszystko. 

– 

Była u mnie ostatnio Brenda – powiedziała nagle Alison. 

– Doprawdy? – 

W oczach Granta pojawiło się zdumienie. 

– 

Tak. Wpadła, żeby mi podziękować, że z tobą rozmawiałam. Mówiła też, że 

ją odwiedziłeś. To bardzo ładnie z twojej strony – dodała cicho. 

Wzruszył ramionami. 
– 

Przecież nie mogłem pozwolić, aby moja pacjentka sądziła, że jej problemy 

mnie nie interesują. 

– 

Zapisałeś jej kurację hormonalną? 

– 

Tak i mam nadzieję, że dobrze jej to zrobi. 

Oparł się o biurko Alison i spojrzał na nią z ciepłym uśmiechem. 
– 

Alison, wspólne prowadzenie praktyki pociąga za sobą wiele problemów, ale 

background image

ma też i zalety. Jedną z nich jest fakt, iż zawsze można liczyć na wsparcie drugiej 

osoby.  Nie  chodzi  nam  przecież  o  współzawodnictwo,  lecz  raczej  o  wzajemne 

uzupełnianie  się  i  pomaganie  sobie  nawzajem.  Razem  znaleźliśmy  środek  na 

dolegliwości Brendy, ja pomogłem ci z Kenem, a teraz ty starasz się pomóc mi z 

przypadkiem Pauli. Wygląda na to, że moje przypuszczenia były słuszne. 

– To znaczy? 
– 

Najwyraźniej ty i ja możemy razem pracować, a co więcej, tworzymy bardzo 

zgrany zespół. 

– 

Pochylił się nad nią i pocałował: najpierw czubek nosa, a potem rozchylone w 

oczekiwaniu usta. 

Dokładnie w tym momencie otworzyły się drzwi i do pokoju wpadła Gili. 
–  Och! – 

krzyknęła skonfundowana sceną, która rozegrała się na jej oczach. – 

Och! Tu pan jest. Zaczynałam się zastanawiać. Myślałam... Myślałam... Och, sama 

już nie wiem, co myślałam! – Przewróciła oczami i czym prędzej wycofała się z 
pokoju. 

– 

Myślę, że trochę ją zaskoczyliśmy – zauważyła Alison z uśmiechem. 

– 

Nie byłbym tego taki pewien. Odkąd przyjechałaś, obie z Hildą nie mogły się 

wprost tego doczekać. 

– 

Cóż, Hilda pewnie tak, ale Gili? Jesteś pewien? 

– 

Absolutnie.  Cieszę  się,  że  ją  usatysfakcjonowaliśmy  –  westchnął  z 

zadowoleniem. 

– Grant... – 

zaczęła ostrzegawczo. 

– 

Wiem,  wiem.  Nic  jeszcze  nie  zostało  postanowione,  a  jeśli  zaraz  nie 

zabierzemy się do jakiejś pracy, w ogóle nie będziemy mieli żadnych pacjentów. 

Nie chciałbym cię popędzać, Alison, ale powinniśmy porozmawiać. Nasza sytuacja 

wygląda teraz trochę inaczej, nie sądzisz? 

– 

Tak,  masz  rację,  ale  na  razie  nie  rozpowiadajmy  o  tym  całemu  światu, 

dobrze? 

– 

Dobrze, choć nie wiem, jak długo uda mi się wytrzymać... 

Wyszedł, ustępując pola pacjentom, których tego ranka było wyjątkowo dużo. 

Kiedy Alison skończyła przyjmować, poszła do rejestracji napić się kawy. Gili, 

która tam urzędowała, nie mogła powstrzymać się od komentarza. 

– 

Czy rzeczywiście wydarzyło się to, o czym myślę? 

– 

spytała, spoglądając w stronę gabinetu Granta. 

Wyr

az jej twarzy nie pozostawiał Alison wątpliwości co do tego, o czym myśli 

Gili. 

background image

– Nie wiem – 

odparła, grając na zwłokę. – A o czym myślisz? 

Gili podniosła wzrok znad filiżanki. 
– 

Cóż, wydawało mi się, że ty i doktor Grant byliście czymś niezwykle zajęci. 

– 

Oglądasz zbyt wiele amerykańskich filmów, Gili. 

Gili wzruszyła ramionami. 
– 

Być może. To jednak nie zmienia faktu, że widziałam to, co widziałam. Nie 

mam racji? 

Alison uśmiechnęła się, objęła dłońmi filiżankę i upiła duży łyk kawy. 

Gili  pochyliła  się  nad  dolną  szufladą,  w  której  schowała  karty  pacjentów,  a 

potem wyprostowała się i rzuciła Alison pełne ciekawości spojrzenie. 

– 

Powiedz mi, czy ciebie i doktora Ashtona łączyło coś w przeszłości? 

– 

Dałabym  sobie  rękę  obciąć,  że  dokładnie  wiesz,  co  łączyło  mnie  i doktora 

Ashtona,  Gili.  Jestem  pewna,  że  Hilda  opowiedziała  ci  wszystko  z 

najdrobniejszymi szczegółami. 

– 

Nie masz racji. Hilda nigdy nie plotkowała o tobie, doktorze Kennedym czy 

doktorze  Ashtonie.  Wymyśliłam  to  sama.  Wystarczyło  zobaczyć,  jak  patrzyliście 

na  siebie,  kiedy  przyjechałaś  na  pogrzeb  ojca.  Spytałam  Hildę  i  wtedy  ona,  nie 

wdając się w szczegóły, potwierdziła moje domysły. 

– 

To było bardzo dawno temu, Gili. 

– 

Możliwe, ale teraz nie wygląda na to, żeby wiele się od tamtej pory zmieniło. 

Alison 

zajrzała  do  filiżanki,  obawiając  się,  że  Gili  zauważy  rumieńce,  jakie 

pojawiły się na jej policzkach. 

–  Czas wszystko zmienia – 

szepnęła.  –  Zmieniają  się  ludzie,  sytuacje... 

wszystko. 

– 

Rzeczywiście – przyznała Gili. – Jednak czasami okazuje się, że za drugim 

razem jest znacznie lepiej. Wystarczy tylko dać losowi małą szansę. 

– 

Zastanawiam  się,  dlaczego  nie  założycie  z  Hildą  agencji  matrymonialnej. 

Zrobiłybyście na niej fortunę! 

Zostawiła  Gili  w  chwili,  gdy  sięgała  po  słuchawkę  dzwoniącego  natarczywie 

telef

onu,  a  sama  wróciła  do  gabinetu,  żeby  przygotować  się  do  zajęć  szkoły 

rodzenia. 

Poczuła  nagłą  potrzebę  skrycia  się  w  jakimś  zacisznym  miejscu.  Musiała  na 

chwilę  uciec  od  Gili  i  od  jej  przenikliwego  spojrzenia.  Obawiała  się,  że  gdyby 

porozmawiała  z  nią  jeszcze  chwilę,  musiałaby  wyznać,  że  sprawy  między  nią  a 

Grantem  zaszły  dużo  dalej  i  że  rzeczywiście  tym  razem  było  tak  dobrze,  jak  w 

przeszłości, a może nawet lepiej. 

background image

 
Reszta tygodnia była tak wypełniona zajęciami, że Alison i Grant mieli niewiele 

okazji, by 

ze  sobą  porozmawiać.  Musiała  przyznać  przed  samą  sobą,  że  z 

niecierpliwością  oczekiwała  tych  krótkich  chwil,  które  mogli  spędzić  tylko  we 

dwoje. Mimo to, jakaś część jej duszy powstrzymywała ją od wyrażenia na głos tej 

radości.  Kochała  Granta,  co  do  tego  nie  miała  żadnych  wątpliwości.  Chciała  mu 

pomóc  w  realizacji  jego  planów,  ale  jednak  się  wahała.  Pragnęła  kochać  i  być 

kochaną, ale nie mogła zapomnieć o przeszłości, o tym, jak została potraktowana. 

Obiecała  sobie,  że  w  czasie  weekendu  porozmawia  z  Grantem, aby raz na 

zawsze rozwiać wszelkie wątpliwości. 

Późnym  wieczorem  w  piątek  weszła  do  gabinetu  z  typową  dla  siebie 

nonszalancją Cheryl Rossi. Ale kiedy usiadła, Alison wyczuła w powietrzu jakieś 

dziwne napięcie. 

– 

W czym mogę ci pomóc, Cheryl? – spytała ostrożnie. 

– 

Kiedy  ostatnio  byłam  u  ciebie,  prosiłam  o  receptę  na  tabletki 

antykoncepcyjne.  Przepisałaś  mi  tylko  jedno  opakowanie.  Twój  ojciec  zapisywał 

mi zwykle większą ilość, tak że najczęściej starczało mi na sześć miesięcy. 

– 

Zgadza się – odparła Alison, zaglądając do karty Cheryl. – Tylko że ja nie 

wiedziałam jeszcze wtedy, czy zostanę w Fairacre. 

– 

A teraz już wiesz? 

– 

Widzę też – zignorowała jej pytanie Alison – że niezbyt dobrze tolerowałaś te 

środki.  Miałaś  bóle  głowy  i  krwawienia  śródmiesięczne.  Doktor Kennedy 

zasugerował ci nawet zmianę środka antykoncepcyjnego. 

– 

Akurat w tych dniach niespecjalnie chciałabym to robić. 

– Tak? – 

Alison podniosła wzrok i spojrzała na Cheryl. Kobieta przyglądała się 

uważnie swoim paznokciom. 

– 

Nie chciałabym ryzykować teraz zajścia w ciążę. 

– 

Jest  przecież  wiele  metod.  Jestem  pewna,  że  znalazłabyś  coś,  co  by  ci 

odpowiadało... 

– 

Nie chcę przerywać metody doustnej – Cheryl twardo obstawała przy swoim. 

– 

Czy twój mąż miałby coś przeciwko temu? 

– 

Mój mąż? 

Coś w tonie Cheryl sprawiło, że Alison ponownie podniosła na nią wzrok. 
– 

Tak. Wiem, że mężczyźni mają czasem różne obiekcje, ale twoje zdrowie jest 

przecież najważniejsze. 

– 

To nie ma nic wspólnego z moim mężem. 

background image

– Nie rozumiem. 
– 

Jesteśmy z Paulem w separacji. Niedługo będziemy już po rozwodzie. 

– 

Ach tak. W takim razie czy nie mogłabyś...? 

– 

Obecnie jestem związana z innym mężczyzną. Nie powinnam o tym mówić. 

Na razie jeszcze nikt o tym nie wie. – 

Pochyliła się konspiracyjnie do Alison. – On 

zajmuje znaczące stanowisko, a ja przecież nie dostałam jeszcze rozwodu. Musimy 

na razie trzymać wszystko w tajemnicy.  Mam nadzieję, że nikomu się z tym nie 
zdradzisz – 

dodała, patrząc z nagłym niepokojem na Alison. 

– 

Naturalnie, że nie. Zresztą nie musisz mi o wszystkim mówić. Mnie interesuje 

tylko kwestia twojego zdrowia. Jestem pewna, że uda nam się jakoś zaradzić twoim 
problemom... 

– 

Aleja chcę ci powiedzieć! Muszę to wreszcie komuś wyznać. Utrzymywanie 

tego w tajemnicy zbyt wiele mnie kosztuje. Chciałabym krzyczeć o wszystkim z 
naj

wyższego  budynku  w  mieście.  Wiesz,  nigdy  przedtem  nie  czułam  czegoś 

podobnego. Grant mówi, że z nim jest dokładnie tak samo. 

–  

background image

Rozdział 11 

 
–  Grant?  – 

spytała,  mając  nadzieję,  że  uda  jej  się  zachować  obojętny  ton.  – 

Masz na myśli doktora Ashtona? 

Cheryl 

ponownie  spojrzała  na  swoje  paznokcie.  Były  pomalowane  na 

jasnoróżowy kolor. 

– 

Oczywiście. Ale, proszę, nie mów mu o niczym. Jemu, ani nikomu innemu. 

Powiedział, że dopóki nie dostanę rozwodu, nikt nie może dowiedzieć się o naszym 

związku. 

Mogłoby  to  zaszkodzić  jego  praktyce.  Wiem,  że  to  wygląda 

nieprawdopodobnie, ale  w  Woodbridge  ciągłe  jeszcze  mieszkają  Judzie  o  bardzo 

staroświeckich  poglądach.  Grant  uważa,  że  nie  byliby  uszczęśliwieni,  gdyby 

okazało się, że ich lekarz domowy jest wplątany w jakąś aferę matrymonialną. 

Ziewnęła lekko i uśmiechnęła się. 
– 

Za to później powiem o tym całemu światu. Mam nadzieję, że nie gniewasz 

się,  że  tobie  pierwszej  zdradziłam  nasz  sekret?  Wiesz,  jak  to  jest,  kiedy  ktoś  się 
zakocha. 

Chciałby  krzyczeć  o  tym  na  cały  głos. Wiem,  że  mnie  zrozumiesz.  W  końcu 

znamy się już tak długo. Zresztą moja znajomość z Grantem też trwa już ładnych 
kilka lat... 

Pierwszy raz spotkaliśmy się niedługo po tym, jak przyjechał do Woodbridge. 

Nawet nie znałam jeszcze wtedy Paula. A potem... Jest jeszcze jeden powód, dla 

którego chciałam ci o wszystkim powiedzieć. 

Przerwała na chwilę. Alison nie była w stanie nawet się odezwać. Uniosła tylko 

brwi i czekała na najgorsze. 

– 

Wiesz,  mogliśmy  spotykać  się  z  Grantem  tylko  potajemnie.  –  Uśmiechnęła 

się lekko. – Naprawdę nie wiem, co zrobilibyśmy bez twojej łodzi. 

– Bez „Kittihawk?" – 

Alison nagle odzyskała głos. 

– 

Tak. To naprawdę był nasz ratunek. Wprawdzie mogłoby to być nieco dalej 

od mego biura, wiesz, jaki Ken jest wścibski, ale i na to znaleźliśmy sposób. Nie na 

darmo mówi się, że miłość zawsze znajdzie jakieś rozwiązanie. 

Alison przypomniała sobie zgniecioną pościel na łóżku w kabinie „Kittihawk" i 

Cheryl, która przyszła na łódkę, żeby „porozmawiać" z Grantem. Wszystko ułożyło 

się w jedną całość. Może była tam już wcześniej, a potem po prostu wróciła? 

Zamrugała  oczami,  uświadamiając  sobie,  że  Cheryl  w  dalszym  ciągu  do  niej 

background image

mówi. Zmusiła się, żeby wysłuchać jej do końca. 

– 

Rozumiesz  teraz,  dlaczego  nie  chcę  przerywać  brania  tabletek.  Nie  mogę 

ryzykować. 

Al

ison wzięła głęboki oddech i sięgnęła po bloczek z receptami. 

– 

Przepiszę ci tabletki na trzy miesiące. Po tym okresie przyjdziesz po następne. 

– 

Dobrze. Pewnie wtedy będę musiała zgłosić się już do kogoś innego, prawda? 

– 

Wstała i sięgnęła po receptę. 

– D

laczego tak sądzisz? 

– 

Cóż,  spodziewam  się,  że  masz  zamiar  wrócić  do  Suffolk.  Grant  mówił,  że 

wolałby, abyś została. Byłoby to znacznie prostsze, niż gdyby musiał cię spłacać i 

szukać innego wspólnika. Ja jednak myślę, że marzysz o tym, aby się wyrwać z tej 
zapomnianej przez Boga i ludzi dziury. 

Z tymi słowami wyszła z gabinetu, zostawiając Alison z myślami, które kłębiły 

się w jej głowie niczym chmury burzowe. 

W pewnym momencie coś wyłoniło się z tego chaosu. Wstała i z zaciśniętymi 

pięściami  podeszła  do  drzwi. Pójdzie do niego od razu. Zapyta go, o co w tym 

wszystkim chodzi. Co on sobie w ogóle wyobraża. 

Nagle  przystanęła.  Nie  może  tego  zrobić.  Cheryl  prosiła  ją  przecież,  żeby 

zachowała  wszystko  w  sekrecie.  Była  zobowiązana  do  dotrzymania  tajemnicy. 
Zawód, 

który  wykonywała,  kierował  się  pewnymi  zasadami.  Nie  może  złamać 

przysięgi Hipokratesa. 

Serce waliło jej jak oszalałe. Miała wrażenie, że za chwilę wyskoczy z piersi i 

pęknie.  Wróciła  do  gabinetu  i  usiadła  za  biurkiem.  Próbowała  się  uspokoić  i 

zapanować nad emocjami. Drżącymi palcami nacisnęła numer interkomu Granta. 

– Halo? 
Jego  ciepły,  niczego  nie  podejrzewający  głos  omal  nie  wyprowadził  jej  z 

równowagi. Wzięła głęboki oddech. 

– 

Muszę wyjść, Grant. Nie będzie mnie dzisiaj na obiedzie. 

Przez chwilę milczał zaskoczony, a potem odezwał się miękko. 
– 

Czy coś się stało, Alison? 

– Nie. 
– 

Mogę w czymś pomóc? 

– 

Nie, Grant. Dziękuję. 

Odłożyła  szybko  słuchawkę,  nie  dając  mu  szans  na  jakikolwiek  komentarz. 

Schwyciła torebkę, kluczyki, wybiegła z gabinetu i poszła do samochodu. 

Pojechała prosto na przystań. Biuro ciągle jeszcze było otwarte. Odetchnęła z 

background image

ulgą. Ken Bridges spojrzał na nią z niejakim zdumieniem. 

– 

Witaj, Ken. Chciałabym kupić do mojej „Kittihawk" 

kłódkę. 
– 

Kłódkę? Naturalnie. 

Sięgnął do wiszącej za nim szafki i wyjął pudełko z kłódkami. 
– 

Obawiasz się złodziei? 

– 

Można  tak  powiedzieć  –  odparła  krótko  i  wręczyła  mu  dwudziestofuntowy 

banknot. 

Wybił sumę na kasie i zawahał się przez chwilę przed wręczeniem jej reszty. 
– 

Może chciałabyś, żebym ją założył? – spytał cicho. 

– 

Byłabym bardzo wdzięczna, Ken. 

Otworzył pudełko z kluczykami i podał jeden Alison. 
– 

Resztę zostawię u siebie, dobrze? 

– 

Dobrze. Tylko nie pozwól, żeby używał ich ktokolwiek poza mną. 

– 

Oczywiście, Alison. 

Odwróciła się, by wyjść, ale nagle coś sobie przypomniała. 
– Jak tam twoje plecy? 
– 

Znacznie lepiej, dziękuję. Grant naprawdę jest w tym dobry. 

– 

Rzeczywiście – odparła sucho i wyszła, nie czekając na odpowiedź Kena. 

Wsiadła  do  samochodu  i  ruszyła  przed  siebie.  Wyjechała  z  Woodbridge, 

prze

jechała  przez  Yarmouth,  a  potem  wzdłuż  wybrzeża  dotarła  do  Freshwater  i 

dalej do Military Road. 

Słońce  chowało  się  właśnie  za  horyzontem,  a  delikatna  mgła  znad  morza 

spowijała okoliczne wzgórza. 

Chyba  po  raz  pierwszy  w  życiu  piękno  tego  krajobrazu  nie  zrobiło  na  niej 

żadnego  wrażenia.  Nie  zauważyła  nawet  sowy,  która  z  leszczynowego  zagajnika 

bezgłośnie poleciała w kierunku widocznych w oddali sosen. Czuła się zraniona i 

opuszczona.  Jedyne,  czego  teraz  pragnęła,  to  znaleźć  się  w  jakimś  odludnym 
miejscu i upo

rządkować rozbiegane myśli. 

Ruch  na  drodze  był  niewielki.  Minęła  zaledwie  kilka  samochodów,  a  kiedy 

zjechała z głównej szosy, nie spotkała już nikogo. Dotarła do niewielkiej zatoczki, 

wyłączyła silnik i nie zdejmując rąk z kierownicy, zapatrzyła się w przestrzeń. W 

jej głowie jak echo powracały wypowiedziane przez Cheryl słowa. 

Cheryl jasno dała jej do zrozumienia, że sypia z Grantem, co mogło oznaczać 

tylko  to,  że  doktor  Ashton  umawiał  się  równocześnie  z  dwiema  kobietami. 

Powiedziała  też,  że  ich  znajomość  zaczęła  się  już  znacznie  wcześniej,  jeszcze 

background image

wtedy, gdy Alison jako studentka przyjeżdżała do Woodbridge. A zatem już wtedy 

ją zdradzał... 

Na samą myśl o tym poczuła w piersiach silny ból. Grant mówił jej, że to ojciec 

starał  się  przerwać  ich  związek  ze  względu  na  karierę  Alison.  A  ona  mu 

uwierzyła...  A  może  ojciec  wiedział  o  tym,  że  Grant  spotyka  się  z  dwoma 

kobietami jednocześnie? Może dlatego chciał ją od niego oddalić? 

Czy  ten  Grant  naprawdę  nie  ma  sumienia?  Cheryl  twierdziła,  że  bardzo  się 

kochają. Jak mógł w tym samym czasie dawać Alison do zrozumienia, że to ona 

jest  jego  wybranką? Dlaczego  chciał,  żeby  została? Czy  chodziło  mu  tylko  o  to, 

żeby ponownie zaciągnąć ją do łóżka? 

Jej serce ścisnęło się na samą myśl o takiej ewentualności. Przypomniała sobie 

Cheryl mówiącą, że jej pozostanie w Fairacre rozwiązywałoby Grantowi problem 

znalezienia nowego wspólnika. Przecież nie mogło mu chodzić tylko o to! 

W tym momencie przyszła jej do głowy kolejna ponura myśl. A może Grantowi 

zależało  na  tym,  aby  została,  tylko  dlatego,  że  przyciągała  pacjentów?  Była 

przecież  kobietą,  a  ponadto  córką  doktora  Kennedy'ego,  co  dla  wielu  łudzi  z 

Woodbridge miało kolosalne znaczenie. 

Nie mogła już z nim pracować. To jedno było pewne. Pomimo życzenia ojca, 

nie mogła zostać w Woodbridge ani chwili dłużej. 

Ostatnie życzenie ojca... Ta sprawa ciągle nie dawała jej spokoju. Skoro ojciec 

tak bardzo chciał, żeby jej znajomość z Grantem się skończyła, dlaczego zostawił 

praktykę  właśnie  im  dwojgu?  Czy  zrobił  to  tylko  dlatego,  że  pragnął,  aby 

podtrzymała tradycję rodzinną? 

Westchnęła i oparła głowę na rękach. 

To było bez sensu. Prawdopodobnie i tak nigdy nie dowie się prawdy. Jedyne, 

czego była pewna, to to, że nigdy więcej nie zaufa już Grantowi Ashtonowi. 

Zmierzchało,  kiedy  zapaliła  silnik.  Nie  czuła  się  lepiej,  ale  przynajmniej 

wiedziała, co powinna zrobić. 

Ku  jej  uldze  w  Fairacre  panowały  ciemności,  a  na  podjeździe  nie  było  śladu 

samochodu Granta. 

Od razu poszła na górę. Rozścieliła łóżko i zamknęła drzwi na klucz. Żeby mieć 

całkowitą  pewność,  że  do  pokoju  nie  wejdzie  ktoś  nieproszony,  podparła  je 

dodatkowo  krzesłem.  Wiedziała,  że  prędzej  czy  później  będzie  musiała  spojrzeć 

Grantowi  w  oczy,  ale  nie  dziś  w  nocy.  Dziś  była  zbyt  zmęczona  na  cokolwiek. 

Marzyła tylko o jednym: by wreszcie znaleźć się we własnym łóżku. 

Ale  kiedy  się  położyła,  sen  jakoś  nie  przychodził.  Jeszcze  nie  spała,  kiedy 

background image

samochód Granta zatrzymał się przed domem. Słyszała trzaśniecie drzwi, a potem 

odgłos kroków w holu, kuchni i na schodach. Nie odezwała się, kiedy wołając ją, 

nacisnął klamkę od drzwi do jej pokoju. Udawała, że śpi. Po chwili usłyszała, jak 

wchodzi  do  swej  sypialni  i  zamyka  za  sobą  drzwi.  Z  łkaniem  schowała  twarz  w 

poduszkę. 

Następnego  ranka  zaspała.  Kiedy  zeszła  na  dół,  w  holu  zastała  Gili,  która 

podlewała  kwiaty.  Przez  uchylone  drzwi  poczuła  odurzający  zapach  wiosennego 
powietrza. 

– 

Tylko spójrz na tego fiołka. Czy nie jest wspaniały? 

Nie mam do nich szczęśliwej ręki, ale ten kwitnie, odkąd go dostałam. 

Podniosła wzrok na Alison, zatrzymując w powietrzu rękę z konewką. 
– 

Wszystko w porządku, Alison? Nie wyglądasz dobrze. 

– 

Nic mi nic jest. Po prostu nie najlepiej spałam, to wszystko. 

– Rozumiem. 
Gili zmarszczyła brwi. 
– 

Nie  mam  twojej  porannej  poczty.  Doktor  Ashton  zabrał  całą  do  pokoju. 

Powiedział, że ją przejrzy. 

– 

W porządku, Gili. Dziękuję. 

Wolno  przeszła  do  swojego  gabinetu,  nie  chcąc  wysłuchiwać  dalszych  pytań 

Gili.  Ledwie  zdążyła  usiąść  za  biurkiem,  kiedy  otworzyły  się  drzwi  i  do  pokoju 

wszedł Grant. 

– Alison? – 

Pytanie w jego głosie było tak oczywiste, że spuściła wzrok. 

– Tak Grant? 
Starała  się,  by  zabrzmiało  to  oficjalnie.  Uparcie  wpatrywała  się  w  leżącą  na 

biurku stertę kart pacjentów. 

– 

Przyniosłem ci pocztę... 

– 

Dziękuję. 

Odebrała listy i odwróciła się. 
– Alison...! 
– Tak? 
– 

Co się stało? 

– Nic. 
– 

Myślałem... 

– 

Czy  to  już  wszystko,  Grant?  Mani  dużo  pracy.  Zaspałam  i  chciałabym 

nadrobić teraz zaległości. 

– 

Oczywiście.  –  Zawahał  się  i  dodał:  –  Pomyślałem,  że  pewnie  chciałabyś 

background image

wiedzieć. Dostałem list w sprawie Pauli Cotton. 

– Och! 
Chciała  wiedzieć.  Poczuła  ulgę,  że  nie  muszą  rozmawiać  o  prywatnych 

sprawach. 

– 

Wygląda na to, że miałaś rację. Neurolog uważa, że rzeczywiście może mieć 

toczeń układowy. 

– 

Biedna Paula. Wygląda na to, że nigdy nie doczeka się dziecka, którego tak 

bardzo pragnie. 

– Tego nie w

iemy. Ale nawet jeśliby tak było, ma przecież swoje życie i dzięki 

tobie  możemy  od  razu  zastosować  prawidłowe  leczenie.  To  uwolni  ją  od 

większości tych przykrych dolegliwości. 

– 

Prędzej czy później sam doszedłbyś do tej diagnozy. – Wzruszyła ramionami. 

– L

epiej znałaś ten przypadek, Alison. I to właśnie są uroki partnerstwa. 

Przerwał na chwilę, a Alison wstrzymała oddech. 
– 

Możemy sobie nawzajem pomagać – dodał. 

Nie odzywała się, patrząc niemo w podłogę. 
– Alison? – 

odezwał się cicho. – Coś nie jest w porządku i chciałbym wiedzieć 

co. 

– 

Nie chcę prowadzić z tobą wspólnej praktyki – oświadczyła wreszcie. 

– Co?! 
Prawie krzyknął, nie bacząc na obecność Gili w sąsiednim pokoju. 

Nie odważyła się podnieść na niego oczu. 
– 

Przykro mi, Grant, ale tak właśnie uważam. 

– 

Nie rozumiem cię. Dlaczego? 

– 

Po prostu myślę, że nic z tego nie wyjdzie, to wszystko. Doszłam do wniosku, 

że nie uda nam się cofnąć czasu. 

Zbyt wiele się od tamtej pory zmieniło. 

Nadal nie spuszczał z niej wzroku. 
– 

Nie  rozumiem  cię,  Alison.  Powinnaś  wreszcie  się  zdecydować,  czego 

naprawdę oczekujesz od życia. 

Na  szczęście  dla  Alison  w  tym  momencie  rozległ  się  dzwonek  interkomu. 

Szybkim ruchem podniosła słuchawkę. 

– Jest pilne wezwanie dla doktora Ashtona – 

usłyszała w słuchawce głos Gili. – 

Podejrzenie 

zawału serca. 

– 

Już ci go daję. 

Wręczyła słuchawkę Grantowi, który z uwagą wysłuchał Gili. 

background image

– 

Powiedz im, że już jadę. 

Odłożył  słuchawkę,  spojrzał  ciężko  na  Alison  i  po  chwili  już  go  nie  było. 

Patrzyła za nim, czując, że za chwilę pęknie jej serce. 

 
Jakoś dobrnęła do końca dnia, szczęśliwa, że to sobota. W wolne dni zwykle nie 

było wielu wezwań do domów. 

Wiedziała, że rozmowa z Grantem nie została skończona i że wkrótce będzie 

musiała  przedyskutować  z  nim  wszystkie  problemy  związane  z  dalszym 
prowadzeniem p

raktyki.  Ta  myśl  tak  ją  przerażała,  że  postanowiła  omówić 

najpierw  całą  sprawę  z  Godfreyem  Warnerem.  Jednak  kiedy  zadzwoniła  do  jego 

biura, okazało się, że wyjechał na konferencję i wróci dopiero następnego dnia. 

Westchnęła i przeciągnęła się na krześle. Gili poszła do domu, a ona miała dziś 

dyżur.  Zaraz  po  lunchu  Grant  pojechał  na  wizyty  domowe.  Miał  dziś  wolne 

popołudnie i Alison zastanawiała się, czy wybierze się na przystań. Jeśli tak, to z 

pewnością przeżyje rozczarowanie, pomyślała z satysfakcją. Z zamyślenia wyrwał 

ją dźwięk telefonu. 

– Doktor Kennedy. 
– 

Dzień  dobry,  pani  doktor.  Mówi  sierżant  Jones  z  Komisariatu  Policji  w 

Newport. 

– 

Czym mogę panu służyć? 

– 

W  pani  rejonie  zgłoszono  pożar.  Nasza  karetka  jest  już  w  drodze,  ale 

chcielibyśmy, żeby na miejscu wypadku był też lekarz. 

– 

Naturalnie. Gdzie dokładnie wybuchł pożar? 

– Niedaleko przystani. W bloku emerytów... 
– 

Wiem, gdzie to jest. Już jadę. 

Szybko  sprawdziła  zawartość  swej  lekarskiej  torby,  schwyciła  przenośny 

telefon, zamknęła gabinet i wybiegła do samochodu. W niecałe dziesięć minut była 

na  miejscu.  Kiedy  zajechała  na  parking  przed  blokiem,  z  przeciwnej  strony 

nadjechał  wóz  strażacki  i  karetka.  Dwa  radiowozy  były  już  na  miejscu.  Jeden  z 

policjantów  kierował  ruchem,  podczas  gdy  drugi  próbował  uspokoić  grupkę 

stojących na ulicy ludzi. 

Pospieszyła w stronę drzwi. Zanim weszła do bloku, zadarła głowę i ujrzała, że 

dym wydobywa się z okien kilku górnych mieszkań. Wokół czuć było ostry zapach 
spalenizny. 

– 

A  dokąd  to  pani  się  wybiera?  –  Drogę  zagrodził  jej  potężnie  zbudowany 

oficer. 

background image

– 

Jestem  lekarzem.  Nazywam  się  Kennedy.  Policja  zwróciła  się  do  mnie  z 

prośbą  o  pomoc.  –  Spojrzała  niecierpliwie  na  budynek.  –  Czy  w  środku  jeszcze 

ktoś został? 

Oficer skinął głową. 
– 

Wydaje nam się, że zostało jeszcze dwoje ludzi. 

– 

Może powinnam spróbować się do nich dostać... 

Alison postąpiła krok do przodu, ale mężczyzna położył jej rękę na ramieniu. 
– 

Przykro mi, pani doktor, ale nie mogę wpuszczać do środka nikogo. 

– Ale... 
– 

Jeden lekarz w zupełności wystarczy. 

– Jaki lekarz? 
– 

W środku jest już doktor Ashton. 

– Co? 
W tej chwili nad ich głowami rozległ się głośny trzask i jedno z okien wypadło 

na  ulicę,  rozbijając  się  na  tysiąc  drobnych  kawałków.  Instynktownie  cofnęli  się 

kilka  kroków.  Ogień  zaczął  wydobywać  się  na  zewnątrz.  Ze  środka  budynku 

dochodziły nawoływania strażaków, a za ich plecami krzyczeli policjanci, którzy 

starali się przesunąć zgromadzonych ludzi w bezpieczniejsze miejsce. 

– 

Powiedział pan, że w środku jest doktor Ashton? 

Alison  schwyciła  za  ramię  oficera,  który  właśnie  odwrócił  się  i  zamierzał 

odejść. 

– 

Na  to  wygląda.  Przybył  jeszcze  przed  nami  i  od  razu  wszedł  do  budynku. 

Ogień  najprawdopodobniej  zaczął  się  w  mieszkaniu  na  drugim  piętrze  i  wydaje 

nam się, że jego właściciele ciągle są w środku. To dwoje starych ludzi. Nazywają 

się Attrill. 

– Seth? – 

spytała odruchowo. 

– Zna ich pani? 
– Tak. I to bardzo dobrze. 
Spojrzała w stronę okien mieszkania na drugim piętrze. W środku był Grant z 

Sethem i Mabel. Boże... Proszę Cię... 

– Pani jest lekarzem? – 

Młody policjant, złapał ją za ramię. 

– Tak... O co chodzi? 
– Dwoje ludzi potrzebuje, pomocy. 
Alison podniosła z ziemi torbę i pobiegła we wskazanym kierunku. W biurze 

przystani zastała Kena Bridgesa pomagającego policjantom, którzy wnosili właśnie 

do środka dwoje starszych ludzi. Poszkodowani byli w szoku i jeszcze dusili się po 

background image

tak dużej dawce gryzącego dymu. 

Alison  zaleciła,  aby  obojgu  podać  tlen  znajdujący  się  w  karetkach  i 

przygotowała strzykawki z lekiem. 

Kiedy  przekonała  się,  że  życiu  poszkodowanych  nie  zagraża  żadne 

niebezpieczeństwo, zostawiła ich pod opieką sanitariuszy i pobiegła z powrotem na 

miejsce pożaru. 

Przez te kilka minut ogień przybrał na sile. Promienie wydobywały się z okien 

sypialni  Setha.  Strażacy  podnosili  właśnie  obrotową  platformę  na  wysokość 
balkonu. 

W  oknie  pojawiła  się  czyjaś  postać  i  Alison  rozpoznała  Setha.  Z  pewnymi 

oporami wszedł na platformę, a asystujący mu strażak krzyknął do kolegów, że w 

środku zostały jeszcze dwie osoby, z których jedna jest w nie najlepszym stanie. 

Pełna najgorszych myśli Alison przyglądała się, jak platforma powoli opada na 

ziemię i zaraz po zejściu Setha unosi się ponownie. 

Podbiegła do Setha, który siedząc na ziemi kasłał, starając się nabrać w płuca 

świeżego powietrza. 

– 

Już dobrze, Seth. 

Dała znak sanitariuszowi, żeby podjechał do nich z butlą z tlenem. 

Pociemniały od dymu Seth rozpoznał ją, pomimo szoku, w jakim się znajdował. 
–  Mabel... • – 

szepnął.  –  W  środku  jest  Mabel,..  Jej  astma...  Nie  może 

oddychać... 

– 

Spokojnie, Seth. Nic jej się nie stanie. Wydostaną ją. A doktor Ashton? 

– 

Jest z nią... Był wspaniały... 

Przyjął z jej rąk maskę, i z ulgą zaczął wdychać tlen. 

Alison wstała z klęczek i przywołała ręką sanitariusza. 
– 

Ten mężczyzna ma ciężkie poparzenia na dłoniach – powiedziała, szukając w 

torbie przeciwbakteryjnego kremu. – 

Posmaruję mu je specjalnym kremem i dam 

zastrzyk przeciwbólowy. Chcę, żebyście zawieźli go do szpitala, najszybciej jak się 
da. 

Po kilku minutach Setha zabrała karetka. Alison ponownie zadarła głowę. 

Strażak,  który  wjechał  na  platformie  do  góry,  zniknął  w  mieszkaniu.  Na 

balkonie  chyba  nikogo  nie  było,  chociaż  kłęby  burego  dymu  mogły  przysłonić 

niewielkie sylwetki. Alison przyłapała się na tym, że się modli, aby Mabel przeżyła 

i żeby nic się nie stało Grantowi. 

Wydawało  jej  się,  że  czeka  na  nich  już  całą  wieczność.  W  tym  momencie 

dołączył do niej Ken Bridges. 

background image

– 

Nic  mu  nie  będzie,  Alison  –  powiedział  tak  cicho,  że  tylko  ona  mogła  to 

słyszeć. 

– 

Mam nadzieję, Ken. Mam nadzieję. 

Przełknęła ślinę, starając się powstrzymać łzy, które napłynęły jej do oczu. 
– 

Gdyby cokolwiek mu się stało... 

–  Wiem  – 

powiedział  miękko.  –  Wiem...  –  Nagle  schwycił  ją  za  ramię.  – 

Popatrz! Coś się dzieje! 

Na balkonie pojawili się jacyś ludzie, ale nadal trudno było cokolwiek dostrzec 

przez grubą zasłonę dymu. 

Po c

hwili Alison w jednej z postaci rozpoznała Granta. Razem ze strażakiem 

wynosił z mieszkania Mabel. 

Udało im się bezpiecznie przenieść ją na platformę, którą od razu odsunięto od 

balkonu. W tym momencie za plecami gapiów rozległ się czyjś histeryczny krzyk. 

~ Zasłony się palą! 
– 

Zobacz! Ogień wdarł się do sypialni! 

Przerażona  Alison  patrzyła,  jak  języki  ognia  zaczynają  wydobywać  się  na 

zewnątrz tuż za plecami Granta. 

Kiedy  wydawało  się,  że  jego  śmierć  w  płomieniach  jest  już  prawie 

nieunikniona, platforma pod

jechała  wreszcie  do  góry.  Grant  przeszedł  przez 

barierkę i chwytając się poręczy, zeskoczył na podest. Z ust wszystkich zebranych 

wydobyło się głośne westchnienie ulgi. 

Po  kilku  sekundach  Grant  znalazł  się  na  dole.  Alison  rzuciła  się  w  jego 

kierunku. Zszed

ł na ziemię i wpadł prosto w jej otwarte ramiona. 

– Och, Grant! – 

szepnęła. – Dzięki Bogu, że nic ci się nie stało! 

Z desperacją przyciskała go do siebie, jakby od tego miało zależeć jego życie. 
– 

Już dobrze – powiedział, zanurzając usta w jej włosach. – Już dobrze, Alison. 

Przez dłuższą chwilę nie wypuszczała go z objęć, z ulgą przytulając do siebie. 

Potem odchyliła głowę, spoglądając przez łzy na jego osmaloną, spoconą twarz. 

– 

Dzięki Bogu! – powtórzyła, cicho łkając. 

 

background image

Rozdział 12 

 
Mabel  nie  odzyskała  jeszcze  przytomności,  choć  jej  oddech  był  już  znacznie 

bardziej  miarowy  i  spokojny.  Zabrano  ją  do  szpitala.  Strażacy  kończyli  gaszenie 

pożaru,  a  gapie  powoli  zaczęli  się  rozchodzić  do  domów.  Alison  podeszła  do 

Grania. Siedział na krawężniku okryty marynarką Kena. 

– 

Chodź – powiedziała, wskazując otwarte drzwi karetki. – Pojedziesz z nimi, a 

ja przyjadę swoim samochodem. 

– Nie ma takiej potrzeby – 

zaczął, ale Alison nie pozwoliła mu skończyć. 

– 

Oczywiście,  że  jest.  Nawdychałeś  się  dymu.  Jedziesz  teraz  do  szpitala i 

koniec. 

– Ale... 
Nagły  atak  kaszlu  przerwał  mu  w  pół  słowa.  Tym  razem  bez  sprzeciwu 

pozwolił sanitariuszowi zaprowadzić się do karetki. 

Alison  dotarła  do  izby  przyjęć  niecałe  dwadzieścia  minut  później.  Grant  i 

Mabel byli już na miejscu. 

– Zaczeka pani? – 

spytała ją pielęgniarka, którą znała już trochę z widzenia. 

– 

Tak.  Doktor  Ashton  nie  ma  samochodu,  a  nie  sądzę,  żeby  istniała 

konieczność, aby został tu dłużej. 

– 

Ja też tak myślę. Może napiłaby się pani herbaty? 

– 

Najpierw  pójdę  na  ortopedię.  Przy  okazji  chciałabym  odwiedzić  naszą 

przyjaciółkę, Hildę Lloyd, która tam leży. 

– 

Przypuszczam, że usłyszała już o całej historii i z pewnością bardzo niepokoi 

się o doktora Ashtona. 

Hilda  siedziała  na  łóżku  i  robiła  szydełkiem  serwetkę.  Na  widok  Alison  ze 

zdzi

wieniem podniosła wzrok. 

– 

Witaj, kochanie. Nie spodziewałam się dziś twoich odwiedzin. 

– 

Ja też nie planowałam dzisiejszej wizyty. Jak się czujesz? – spytała, siadając 

na brzegu łóżka. 

– 

Dziękuję, coraz lepiej. Ale ty wyglądasz jakoś blado. Czy coś się stało? 

Alison wzięła głęboki oddech. 
– 

Nic, czym mogłabyś się martwić, Hildo. Był pożar. 

– 

Pożar?! – W oczach Hildy pojawił się błysk niepokoju. – W Fairacre? 

–  Nie, nie – 

uspokoiła  ją  szybko  Alison.  –  W  bloku  emerytów.  Ogień  został 

chyba zaprószony w mieszkaniu Setha i Mabel. 

background image

– 

Czy coś im się stało? – spytała z przerażeniem w głosie, odkładając robótkę 

na szafkę obok łóżka. 

– 

Przywieziono ich do szpitala. Seth ma poparzone ręce, a Mabel trudności z 

oddychaniem. Oboje nawdychali się dymu... – Na moment zawahała się. – Są teraz 

w izbie przyjęć. Podobnie jak doktor Ashton – dodała na koniec. 

– Doktor Ashton?! A co on ma z tym wspólnego? 
– 

Udzielił  im  pomocy,  Hildo  –  pospieszyła  z  wyjaśnieniem.  –  Dlatego 

przyszłam do ciebie. Nie chciałam, żebyś usłyszała o tym od kogoś innego. 

– Ale nic mu nie jest? 
– 

Mam taką nadzieję. 

– 

Cóż... – Hilda oparła się o poduszkę. – Dziękujmy Bogu, że wszystko tak się 

skończyło. Nie zniosłabym, gdyby cokolwiek mu się stało. 

– 

Jest dla ciebie bardzo ważny, prawda Hildo? 

–  Tak. Prawie ta

k  ważny  jak  ty...  Mam  nadzieję,  że  nie  tylko  dla  mnie  – 

przyznała, nie ukrywając ciekawości. 

– 

Dlaczego tak sądzisz? – spytała szorstko Alison. 

– 

Nie  wiem.  Coś  w  tonie  twojego  głosu  podsunęło  mi  taką  myśl. 

Wypowiedziałaś jego imię z taką ulgą, jak ja, kiedy dowiedziałam się, że nic mu 
nie jest. 

– 

Cóż, naturalnie, że się cieszę, iż wyszedł z tego cało. Ale nic poza tym, Hildo. 

– 

Czuję się rozczarowana... 

– 

Mówiąc  szczerze,  Hildo,  miałam  ci  tego  teraz  nie  mówić,  ale  skoro 

zaczęłyśmy  już  tę  rozmowę,  to  wyduszę  to  z  siebie.  Wkrótce  zacznę  czynić 
przygotowania do wyjazdu do Suffolk. 

– 

Och, Alison! Miałam taką nadzieję... 

– 

Wiem,  Hildo,  i  bardzo  mi  przykro.  Jednak  tak  już  jest.  Między  mną  a 

Grantem  nigdy  nie  będzie  już  tak  jak  dawniej.  A  teraz  –  wstała  z  łóżka  –  pójdę 

chyba do izby przyjęć i zobaczę, co się tam dzieje. 

Spojrzała na Hildę, ale staruszka zachowywała się tak, jakby jej nie słuchała. 
– 

Jemu też będzie przykro, że wszystkie plany się nie powiodły – powiedziała 

do siebie. 

– O czym ty mówisz? – 

spytała Alison. – Chyba nie masz zamiaru znów zbyć 

mnie tymi półsłówkami. 

– Nie – 

odparła z westchnieniem Hilda. – Teraz to już nie ma większego sensu. 

– 

Więc wyjaśnij mi wreszcie, o co chodzi. Jakie plany masz na myśli? 

– 

Oczywiście plany twojego ojca dotyczące praktyki. 

background image

– 

Praktyki? Chcesz powiedzieć, że o wszystkim wiedziałaś? Rozmawiał z tobą 

na ten temat? 

– 

Nie, nie rozmawiał. Sama się wszystkiego domyśliłam. Rozumiem, co twój 

ojciec zrobił i dlaczego. 

– 

Więc  może  w  końcu  i  ja  się  tego  dowiem.  Może  uda  mi  się  zrozumieć, 

dlaczego postanowił zniszczyć naszą miłość... 

– 

Zrobił to tylko dla twojego dobra. Chodziło mu o twoją karierę... 

– 

Dlaczego  więc  postanowił  połączyć  nasze  losy  po  tylu  latach?  Czy  nie 

rozumiał, ile bólu będzie nas kosztowała wspólna praca i mieszkanie pod jednym 

dachem po tym wszystkim, co się stało? 

Hilda dopiero po dłuższej chwili zdobyła się na odpowiedź. 
– 

Alison, twój ojciec powiedział mi kiedyś, że czuł się winny tego, co zrobił. 

Przyznał, że nigdy w życiu nie widział dwojga tak zakochanych w sobie ludzi. 

Alison patrzyła na nią w osłupieniu. 
– 

Tak powiedział...? 

– 

Tak.  Powiedział  też,  że  jego  najgorętszym  pragnieniem  jest,  aby  jakoś  ten 

błąd naprawić. Nie wiedziałam, co zamierza zrobić, podobnie jak nie wiedziałam, 

że  był  tak  bardzo  chory...  Dopiero potem, kiedy odczytano jego testament, 

zrozumiałam,  że  w  ten  sposób  chciał  znowu  was  ze  sobą  połączyć.  Jesteś 

absolutnie pewna, kochanie, że nic się już nie da zrobić? 

–  Absolutnie – 

odparła twardo. – Przykro mi, ale nawet nie mogę mu ufać. A 

bez wz

ajemnego zaufania nie ma mowy o miłości. 

Hilda westchnęła. 
– 

Mnie on zawsze wydawał się osobą ze wszech miar godną zaufania... 

– 

Hildo, nic nie rozumiesz. Nie znasz całej prawdy... Nie czas teraz, żebym ci to 

wszystko  wyjaśniała.  Muszę  –  wracać  do  Woodbridge. Ludzie prawdopodobnie 

dowiedzieli się już o wypadku i zapewne telefon dzwoni bez przerwy. 

W końcu udało jej się wyjść od Hildy, jednak długo jeszcze zastanawiała się 

nad tym, co od niej usłyszała. 

Przynajmniej wiedziała teraz, co skłoniło ojca do takiej decyzji. W głębi duszy 

była  zadowolona,  że  nie  chodziło  mu  tylko  o  to,  aby  w  Fairacre  mieszkał  jakiś 

Kennedy.  Jedyny  problem  polegał  na  tym,  że  jego  dobre  intencje  były  mocno 

spóźnione i nic już nie mogło tego faktu zmienić. 

Kiedy  dotarła  do  izby  przyjęć,  okazało  się,  że  Grant  już  na  nią  czeka.  Był 

gotowy do opuszczenia szpitala. 

– 

Zbadano cię? – spytała, starając się zignorować wyraz jego oczu. 

background image

– Tak, pani doktor. 
– 

Wszystko w porządku pani doktor. Zrobili mi nawet rentgen płuc. 

– To bardzo dobrze. 
Stara

ła się rozmawiać z nim oficjalnie, ale sposób, w jaki na nią patrzył, bardzo 

jej to utrudniał. 

– 

Miałeś jakieś wiadomości o Mabel? 

– 

Ciągle jest w nie najlepszym stanie, ale myślę, że przywieźliśmy ją na czas. 

– Dobrze. A Seth? 
– 

Przyjęto  go  na  oddział,  ale  pewnie  zostanie  przeniesiony  na  chirurgię 

plastyczną w Odstock. Pomyślałem, że chciałabyś go zobaczyć, zanim pojedziemy 
do domu. 

Przepuścił ją w drzwiach przed sobą. 
– 

Świetny pomysł. 

Kiedy przechodziła obok Granta, poczuła wyraźny zapach dymu i spalenizny. 

Przypomniało jej to, jak był blisko śmierci. 

Szli na oddział w absolutnym milczeniu, ale Alison wyraźnie czuła narastające 

między nimi napięcie. Obawiając się tego, co może usłyszeć od Granta, odezwała 

się pierwsza. 

– 

Byłam  właśnie  u  Hildy.  Chciałam  powiedzieć  jej  o  wszystkim,  zanim 

zrobiłby to ktoś inny. Wiedziałam, że będzie się o ciebie martwiła. A przy okazji, 

Grant, jak to się stało, że znalazłeś się na miejscu wypadku? 

– 

Byłem na przystani. 

Przystań. Był na „Kittihawk". Przełknęła ślinę i odwróciła wzrok. 
– 

Właśnie wracałem do domu, kiedy ujrzałem dym. Ktoś zadzwonił po straż. 

Ktoś inny powiedział, że w środku są ludzie. 

– 

Czy wiadomo, jak to wszystko się zaczęło? 

– 

Dokładnie nie. 

– Jak to? 
Myśl,  która  pojawiła  się  w  jej  głowie  przed  kilkoma  godzinami,  zaczęła 

nabierać coraz realniejszych kształtów. 

– 

Cóż,  Seth  przebąkuje  coś,  że  to  jego  fajka  była  przyczyną  pożaru.  –  Grant 

potrząsnął głową. – Sam nie wiem... 

– 

Mam nadzieję, że nie ponoszę za wszystko całkowitej odpowiedzialności. – 

Alison przygryzła wargę. 

– 

Ty? Dlaczego uważasz, że ten wypadek ma jakikolwiek związek z tobą? 

– 

Niedawno odwiedziłam Setha i Mabel i zasugerowałam mu, żeby ze względu 

background image

na chorobę żony nie palił w pokoju. Powiedziałam, że mógłby to robić na balkonie. 

Oficer straży stwierdził, że pożar najprawdopodobniej zaczął się w pomieszczeniu 

na ubrania. Może Seth poszedł zapalić właśnie tam...? 

– 

Nie, nie sądzę, żeby tak było. Nie miałem czasu, żeby dobrze rozejrzeć się po 

mieszkaniu, ale Seth uparcie twierdził, że palił na balkonie. Kiedy wszedł do domu, 

schował  fajkę  do  kieszeni  marynarki  i  odwiesił  ją  do  garderoby. 

Najprawdopodobniej nie zgasił jej do końca. 

– 

Boże!  Gdybym  nie  zmuszała  go  do  zmiany  nawyków,  całe  to  nieszczęście 

prawdopodobnie by się nie zdarzyło. 

– 

To nie była twoja wina. Działałaś w interesie Mabel. Seth powinien był się 

upewnić, że fajka została zgaszona. Zresztą, zanim ubrania się zapaliły, dym musiał 

być wyczuwalny. 

Doszli  do  drzwi  prowadzących  na  oddział.  Grant  zatrzymał  się  z  ręką  na 

klamce. 

– 

Musiałem nieźle się namęczyć, żeby się do nich dostać. Mabel od początku 

była  w  ciężkim  stanie,  a  Seth  poparzył  sobie  ręce,  próbując  ugasić  pożar.  Duży 

pokój zajął się pierwszy, dlatego musiałem zaciągnąć ich do sypialni. Na szczęście 

był tam balkon. 

–  Prawdopodobnie zawdzi

ęczają  ci  życie  –  zauważyła  Alison,  kiedy  Grant 

popchnął drzwi. – Mieli szczęście, że byłeś w pobliżu. 

– 

Przyszedłem na „Kittihawk". 

– 

Domyśliłam się. 

– 

I oczywiście nie mogłem się na nią dostać. 

– 

Nie mogłeś – potwierdziła skinieniem głowy. 

Nie odpowiedzi

ał,  gdyż  dotarli  właśnie  do  niewielkiego  pokoju  w  końcu 

korytarza,  w  którym  przebywał  Seth.  Siedział  w  fotelu,  a  jego  obie  dłonie  były 

zabandażowane.  Wyglądał  przez  okno  i  nie  odwrócił  się  nawet,  kiedy  Alison  i 
Grant weszli do pokoju. 

– Witaj, Seth – powie

działa cicho Alison i stanęła przed nim. 

Minęło  kilka  sekund,  zanim  rozpoznał  swoich  gości.  W  odpowiedzi  skinął 

głową. 

– 

Jak się czujesz? – spytał Grant, podając krzesło Alison. Sam usiadł na brzegu 

łóżka. 

– Nie najgorzej – 

odparł krótko. 

– 

Słyszałam,  że  zostaniesz  przeniesiony  do  Odstock.  Mają  tam  bardzo  dobrą 

chirurgię plastyczną. 

background image

– Przeszczepy skórne – 

skwitował lapidarnie. 

– 

Tak. Będą ci robić nowe dłonie. Medycyna zaszła bardzo daleko. 

Nie odpowiedział, dając do zrozumienia, że ma co do tego pewne wątpliwości. 

Po chwili odezwał się dość niespodzianie. 

– 

Wiecie, jak czuje się Mabel? 

–  Znosi wszystko bardzo dzielnie – 

powiedział Grant. – Ale musisz pamiętać, 

że przeszła ogromny  uraz.  Nie  zapominaj  o  jej  chorobie.  Mogę  cię  zapewnić,  że 
jest w najlepszych r

ękach. 

Seth nie odezwał się, ale Alison zauważyła, że jego oczy się zaszkliły. 
– 

Jestem pewna, że nic jej nie będzie. 

Pochyliła się i lekko dotknęła jego dłoni. 
– Ale to wszystko moja wina, prawda? – 

Spojrzał na nich bezradnie, a w jego 

oczach było tyle bólu, że Alison ścisnęło się serce. 

– 

To był wypadek, Seth – oświadczyła twardo. 

– 

Próbowałem  zastosować się  do tego,  co  mówiłaś...  wiesz,  żeby  nie palić  w 

pokoju. Byłem na balkonie, kiedy zadzwonił telefon. Odruchowo wetknąłem fajkę 

do  kieszeni i poszedłem  go odebrać.  Kiedy  palę  w  domu,  opieram  fajkę  o  brzeg 

popielniczki, ale tym razem... Tym razem zrobiłem inaczej... 

Po policzku Setha potoczyła się łza. Chciał zetrzeć ją ręką, ale kiedy ją uniósł, 

przypomniał sobie, że ma zabandażowane dłonie. Bezsilnie opuścił rękę na kolana. 

Alison wyjęła z torby chusteczkę i wytarła mu twarz. 

Posiedzieli  u  niego  jeszcze  kilka  minut,  a  potem,  obiecując,  że  wkrótce 

odwiedzą go ponownie, pożegnali się i podeszli do drzwi. Jednak Seth jeszcze ich 

zatrzymał. 

– 

Coś wam powiem. 

– Co takiego, Seth? 
– 

Nigdy więcej nie wezmę fajki do ust. 

– 

Cieszę się, że to słyszę. – Grant uśmiechnął się z powątpiewaniem. 

– 

Naprawdę. Do końca życia nawet nie spojrzę na fajkę. I jeszcze jedno. Gdyby 

nie doktor Ashton, nie wiem, czy w ogóle jeszcze b

yśmy  żyli.  Zachował  się  jak 

bohater. Mówię ci, Alison, jak bohater. 

W drodze do domu prawie wcale się do siebie nie odzywali. Kiedy dotarli do 

Fairacre,  zapadał  zmierzch.  Przez  chwilę  siedzieli  nieruchomo,  przyglądając  się 

latającym bezgłośnie nietoperzom, które rozpoczynały właśnie nocne łowy. Grant 

pierwszy przerwał milczenie. 

– Wiesz co? – 

zaczął miękko. – Kiedy zszedłem z platformy i zobaczyłem, że 

background image

na mnie czekasz, mógłbym przysiąc, że dostrzegłem w twoich oczach miłość. 

– 

Poczułam ulgę, że nic ci się nie stało. 

– 

Tylko ulgę? – Uniósł brwi, a Alison szybko odwróciła wzrok. 

– 

Każdy odczułby to samo... 

– 

Przez jeden krótki moment pomyślałem, że cały koszmar minął i że znów jest 

między nami tak jak dawniej. 

Delikatnie  oderwał  rękę  Alison  od  kierownicy  i  zaczął  lekko  masować 

kciukiem jej wnętrze. 

Odruchowo  wstrzymała  oddech.  Mogła  znieść  wszystko,  ale  nie  to.  Jego 

bliskość, dotyk, zapach... To było ponad jej siły. Jeśli ma wyjechać z Fairacre, nie 

może  pozwolić  sobie  na  żadną  intymność.  Desperacko  spróbowała  wyrwać  się  z 

jego  uścisku,  jednak  Grant  tylko  wzmocnił  uchwyt,  nie  pozwalając,  by  cofnęła 

rękę. 

– Alison – 

szepnął. 

– 

Nie, Grant. Nie. Powiedziałam ci już, że między nami wszystko skończone. 

– 

Nie mogę w to uwierzyć. Wiem, że mnie kochasz. 

– Nie ufam ci, G

rant. Nie można kochać kogoś, komu się nie ufa. 

– 

A gdyby jednak okazało się, że jestem godny twojego zaufania? Gdybym cię 

przekonał? 

– 

Nie rozumiem, w jaki sposób mógłbyś... 

– 

Załóżmy,  że  powiedziałbym  ci,  iż  byłem  tak  zaskoczony  nagłą  zmianą 

twojego zach

owania, że postanowiłem dowiedzieć się, co do niej doprowadziło. 

– 

Co chcesz przez to powiedzieć? – Zmarszczyła brwi. 

– 

Pomyśl  przez  chwilę,  Alison.  Przez  ostatnie  tygodnie  zbliżyliśmy  się  do 

siebie prawie tak bardzo, jak dawniej. Kiedy się kochaliśmy,  nie istniały  między 

nami żadne bariery czy zahamowania. 

Nie mogła zaprzeczyć, więc po prostu milczała. 
– 

Nasza miłość zdawała się umacniać z dnia na dzień, a nasze plany z każdą 

chwilą nabierały realności. I nagle wszystko się zmienia. Na początku nie mogłem 

w  to  uwierzyć,  nie  mogłem  zrozumieć,  dlaczego  tak  się  stało.  Potem  zacząłem 

szukać przyczyny twojego postępowania. 

Alison nadal się nie odzywała, nie zaprzeczając, ale też nie potwierdzając jego 

przypuszczeń. 

– 

Potrzebowałem czasu, żeby zbadać, co to mogło być. 

Poszedłem na przystań, żeby trochę popracować na łodzi. 

Jednak kiedy tam dotarłem, zastałem „Kittihawk" zamkniętą na kłódkę. Wydało 

background image

mi  się  to  dziwne,  tym  bardziej,  iż  dobrze  wiedziałaś,  że  często  na  niej  pracuję. 

Poszedłem do Kena i spytałem, czy coś wie na ten temat. Wyjaśnił, że prosiłaś go, 

by założył kłódkę i powiedziałaś, że nie życzysz sobie, aby ktokolwiek poza tobą 

dostał do niej klucz. Alison milczała. 

– 

Spytałem Kena, czy wie, dlaczego tak zrobiłaś i wiesz, co mi powiedział? Że 

nie jest pewi

en,  ale  nie  zdziwiłby  się,  gdyby  miało  to  coś  wspólnego  z  Cheryl 

Rossi, która lubiła się włóczyć w pobliżu, szczególnie gdy byłem na przystani. 

Umilkł  na  chwilę.  Alison  odwróciła  głowę.  W  tej  samej  chwili  poczuła  na 

podbródku rękę Granta. Delikatnie, lecz zdecydowanie zwrócił jej twarz ku sobie. 

– 

Jesteś  o  nią  zazdrosna,  Alison?  Założyłaś  kłódkę,  żeby  nie  wchodziła  na 

„Kittihawk"? 

– 

Ken nie ma prawa snuć takich domysłów. Cheryl jest moją pacjentką... 

– 

Wiem. Wiem także o tym, że była u ciebie wczoraj wieczorem. 

– 

Skąd? 

– 

Po prostu widziałem, jak wychodziła z twojego gabinetu. To wszystko. Wtedy 

jeszcze nie zwróciłem na to uwagi. 

Przygryzła wargę i spróbowała odwrócić głowę. 
– 

Przed południem byłaś zupełnie normalna. Dopiero wieczorem twój stosunek 

do mnie ul

egł gwałtownej zmianie. Po rozmowie z Kenem wszystko zaczęło mi się 

układać w logiczną całość... 

– 

Grant, przykro mi, ale nie mogę... 

– 

Zdradzić tajemnicy lekarskiej? 

– 

Ty przecież byś tego nie zrobił. Nie powiedziałeś mi nawet o stanie zdrowia 

mojego ojca

, choć wiedziałeś, jak bardzo był chory. 

– 

Nie, Alison. Nie zrobiłbym tego. I nie oczekiwałbym tego od ciebie. Zresztą 

w tym wypadku nie ma takiej potrzeby. 

– Jak to? 
– 

Po rozmowie z Kenem poszedłem do Cheryl. Mieszka niedaleko przystani. 

– 

O Boże, mam nadzieję, że nie pomyślała... 

– 

Nie, Alison. Nie pomyślała niczego w tym rodzaju. Nie wiem dokładnie, co ci 

powiedziała, ale domyślam się, iż dała ci do zrozumienia, że się spotykamy. Nie. – 

Podniósł rękę, kiedy chciała mu przerwać. – Nie musisz na to odpowiadać. Cheryl i 

tak wystarczająco dużo mi powiedziała. Chcę, żebyś usłyszała, jak było naprawdę. 

Spięła się w oczekiwaniu tego, co miała usłyszeć. 
– 

W przeszłości kilka razy zabierałem Cheryl na kolację – przyznał. – Pierwszy 

raz  poszliśmy  na  obiad  zorganizowany przez Towarzystwo Lekarskie z okazji 

background image

jakiegoś  posiedzenia.  Ty  byłaś  wtedy  w  szkole  i  nie  miałem  z  kim  pójść.  Twój 

ojciec zaproponował, żebym poszedł z Cheryl. 

– Mój ojciec?! 
– 

Tak. Znał ojca Cheryl, często grywali razem w golfa. Teraz wiem, że była to 

część  jego  misternie  uknutego  planu.  Wtedy  nie  widziałem  w  tym  nic 

podejrzanego. Później widywaliśmy się jeszcze kilka razy, a potem poznała Paula i 

wyszła za niego za mąż. 

Przerwał na chwilę, nie wypuszczając jednak z ręki dłoni Alison. 
– 

Ostatnio  słyszałem,  że  się  rozwodzą.  Nie  zaskoczyło  mnie  to  specjalnie. 

Cheryl nie należy do osób zbyt stałych w uczuciach. Często kiedy pracowałem na 

„Kittihawk",  wpadała  do  mnie  w  porze  lunchu.  Zjadaliśmy  razem  kanapkę  i 

piliśmy kawę. 

– Nic ponadto? – 

spytała Alison, mając cały czas w pamięci obraz skotłowanej 

na łóżku pościeli. 

– 

Nic. Cheryl kilkakrotnie dawała mi do zrozumienia, że chciałaby, aby coś z 

tego wynikło. 

– I co ty na to? 
– 

Początkowo  było  mi  to  obojętne.  Nie  miałem  specjalnie  ochoty  się  z  nią 

wiązać. Owszem, mogliśmy coś razem zjeść, nawet pójść na drinka, ale nic więcej. 

Tak było, dopóki nie zjawiłaś się ty. Cheryl doskonale wiedziała, że w przeszłości 

chodziliśmy ze sobą. 

– 

Wydawała się doskonale zaznajomiona ze wszystkim, co dotyczyło naszego 

życia tutaj – powiedziała ostrożnie Alison. 

– 

Nie było to specjalnie trudne. Odkąd przyjechałaś, domysłom i spekulacjom 

na nasz temat nie było końca. 

– 

Bardzo  interesowało  ją,  kiedy  zamierzam  wyjechać  do  Suffolk.  –  dodała 

gorzko. 

– 

Prawdopodobnie myślała, że kiedy wyjedziesz, zmienię zdanie na jej temat. 

Alison...  – 

Zwrócił twarz w jej stronę i nagle znaleźli się bardzo blisko siebie. – 

Między mną a Cheryl Rossi do niczego nie doszło. Proszę, uwierz mi. 

Westchnęła.  Tak  bardzo  chciała,  żeby  to  była  prawda.  Podniosła  na  niego 

wzrok. 

– 

Kocham cię, Alison – powiedział z prostotą. – Chcę, żebyś została moją żoną. 

Przez  chwilę  myślała,  że  Grant  żartuje,  ale  jedno  spojrzenie  w  jego  oczy 

przekonało ją, że się myli. 

– Co ty na to? 

background image

– 

Więc  nie  chodzi  ci  tylko  o  to,  żebym  została,  bo  tak  byłoby  dla  ciebie 

najwygodniej? – 

spytała zduszonym głosem. 

Ujął w dłonie jej twarz. 
– 

Oczywiście,  że  chcę,  abyś  pomagała  mi  prowadzić  praktykę.  Uważam,  że 

razem tworzymy doskonały zespół. 

Jednak ponad wszystko pragnę, abyś była przy  mnie do końca  mojego życia. 

Możesz mi zaufać jeszcze raz? 

Patrzyli  na  siebie  przez  chwilę,  a  potem  Grant  pocałował  ją  lekko  w  czubek 

nosa. Otworzył drzwi samochodu i uśmiechnął się. 

– 

Wydaje mi się, że możesz potrzebować czegoś bardziej przekonywującego. 

Kiedy weszli do 

domu, zamknął drzwi na klucz. 

– 

Przyjmę od ciebie każdy dowód – zaczęła Alison z lekkim uśmiechem. – Ale 

pod jednym warunkiem. 

– Jakim? 
– 

Że najpierw weźmiesz prysznic. 

Popatrzył w wiszące w holu lustro i kiedy ujrzał w nim swoje odbicie, parsknął 

śmiechem. 

– 

Wielkie  nieba!  Wyglądam  jak  szczotka  do  czyszczenia  kominów.  Wezmę 

prysznic, ale też mam pewien warunek. 

– Mianowicie? 
– 

Weźmiesz go ze mną. 

 
Ujście rzeki połyskiwało w srebrzystym  świetle księżyca. Leżeli bez ruchu, a 

jedynymi  dźwiękami,  które  zakłócały  ciszę,  był  szelest  skrzydeł  nocnych 

drapieżników i trzask pękających pod ich ciężarem gałązek. 

Przez konary drzew przedzierały się nikłe promyki, oświetlając twarz Alison. 

Grant pochylił się nad nią i pocałował chyba po raz setny tej nocy. 

Kiedy wreszc

ie oderwali się od siebie, z westchnieniem błogości oparła głowę o 

jego pierś. 

– 

Jutro  musimy  pojechać  do  Hildy.  Ona  pierwsza  powinna  się  o  wszystkim 

dowiedzieć. 

– 

Oczywiście. 

– 

Będzie  zachwycona.  Czy  wiesz,  że  wyznała  mi  dziś, iż  mój  ojciec czuł się 

winny 

tego, że nas rozdzielił? Domyśliła się, że sporządzając taki testament, chciał 

wszystko – 

naprawić. Że też tak długo udało jej się zachować to w tajemnicy! 

Grant leżał nieruchomo. Nie odezwał się. 

background image

– 

Grant, słyszałeś, co powiedziałam? 

– 

Tak, słyszałem. Ale to nie do końca prawda... 

– Co mianowicie? 
– 

Tobie rzeczywiście nic nie mówiła, ale mnie... 

– 

Chcesz powiedzieć, że rozmawiała z tobą na ten temat? 

– 

Zdradziła mi, że twój ojciec miał poczucie winy w stosunku do nas i że chciał 

naprawić to, co zepsuł. 

–  A

le  przysięgałeś  mi  kiedyś,  że  jego  decyzja  o  pozostawieniu  nam  praktyki 

była dla ciebie takim samym zaskoczeniem jak dla mnie... 

– 

Bo tak było. Hilda poinformowała mnie o wszystkim dopiero po odczytaniu 

testamentu. 

– 

Więc dlaczego mi nie powiedziałeś? 

–  Cz

y  gdybym  to  zrobił,  miałoby  to  jakieś  znaczenie?  Zresztą,  jak  mógłbym 

zdobyć  się  na  odwagę?  W  tym  czasie  byłem  pełen  nadziei...  Ty  jednak 

oświadczyłaś wprost, że chcesz, aby nasze stosunki były czysto zawodowe... 

Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w niego. Dopiero po jakimś czasie zdała 

sobie sprawę, że Grant się uśmiecha. 

– 

Grancie  Ashtonie,  jesteś  niemożliwy!  Naprawdę  uważam,  że  mógłbyś...  – 

zaczęła protestować, ale szybko uciszył ją kolejnym pocałunkiem. 

Kiedy rozluźnił uścisk, odchyliła głowę i oznajmiła z powagą. 
– 

Dlatego właśnie postanowiłam, że nie sprzedam ci „Kittihawk". 

– 

A więc myślałaś o tym? 

– Tak. 
– 

Jestem niepocieszony. Może jednak zmienisz jeszcze zdanie? 

– 

Nie,  Grant.  W  żadnym  wypadku.  Postanowiłam  bowiem,  że  oddam 

„Kittihawk". 

– Co? 
– 

Właśnie  to.  Zamierzam  ją  dać  w  prezencie  ślubnym  mojemu  przyszłemu 

mężowi. 

Grant uniósł się na łokciu. 
–  Ale i tym razem jest pewien warunek – 

ciągnęła,  ubawiona  wyrazem 

chłopięcego zachwytu, jaki dostrzegła w jego spojrzeniu. 

– Jaki? 
– 

Kiedy będę chciała pożeglować, zabierze mnie, dokądkolwiek zechcę. 

– 

Nie wydaje mi się, żeby to miał być jakiś problem – powiedział cicho i po raz 

kolejny tej nocy wziął ją w ramiona. 

background image

 


Document Outline